background image

BENTE PEDERSEN 

SYN ARMATORA 

background image

- Myślisz może, że jesteś teraz wielkim armatorem? - W oczach Olgi pojawiło się coś 

nowego.  Michaił  nie  zauważył  tego  u  niej  wcześniej:  owego  wyrazu  jakby  nienawiści.  Ale 

Olga nie mogła go przecież darzyć nienawiścią! Byli przyjaciółmi! A nawet więcej: prawie 

rodzeństwem... Nie pojmował tego. Mimo najlepszych chęci nie był w stanie tego zrozumieć. 

- Trzeba czegoś więcej niż śmierć ojca, byś stał się armatorem, mój chłopcze - dodała. 

Miała piętnaście lat, ale wyglądała jak kobieta, jak dorosła. Jej twarz już od paru lat 

się  nie  zmieniała,  rysy  twarzy  świadczyły  o  sile  charakteru.  Olga  była  zdecydowaną 

dziewczyną. Właściwie nie była ładna, Misza by tego nie powiedział. Nie była też słodka. Nie 

kobieca i delikatna, jaka powinna być dziewczyna. Szczęki miała mocne, kanciaste. Wszyscy 

musieli zauważyć, że Olga należała do silnych. 

Jej ojciec śmiał się i mawiał, że wyrośnie na piekielną kobietę, że nietrudno zgadnąć, 

kto jest jej matką. 

Michaił  był  młodszy  od  Olgi.  Urodził  się  co  prawda  w  tym  samym  roku,  ale 

wystarczająco później, by mogła się do niego zwracać „mój chłopcze”. 

Wyglądała jak kobieta. Jej bluzka tak się wypełniła, że Misza sam odwracał wzrok od 

jej piersi. 

W przeciwnym razie musiałaby go o to poprosić. A takiego upokorzenia by nie zniósł. 

Wyglądała  jak  dorosła,  miała  kobiece  kształty,  twarz,  której  się  nie  zapomina,  choć 

może niezbyt ładną, kręcone brązowe włosy, dzięki którym Olga mimo wszystko wydawała 

się pociągająca. 

Nie ładna - pociągająca. 

Misza  dobrze  ją  znał.  Razem  się  wychowywali.  Mimo  dojrzałego  wyglądu  nie  była 

jeszcze całkiem dorosła. Nie bardziej dorosła niż on. 

A jednak traktowała go jak dziecko. 

Jego ojciec dopiero co umarł. Spodziewał się z jej strony odrobiny współczucia. Nie 

ż

eby  go  objęła  i  przytuliła.  Nie  sądził,  by  mogła  to  zrobić.  Może  przez  moment  miał  taką 

nadzieję, ale tak naprawdę w to nie wierzył. 

Takie gesty są po prostu do Olgi niepodobne. 

Misza właściwie już nie potrafił powiedzieć, jaka w rzeczywistości jest Olga. Zawsze 

uważał ją za najbliższego i najlepszego przyjaciela. Ufał, że może na niej polegać. Bardziej 

niż na własnej matce. 

background image

Olga wiedziała o nim więcej niż Raija. Olga znała go lepiej. 

A  teraz  stała  przed  nim,  uśmiechając  się  od  ucha  do  ucha,  i  mówiła  mu,  że  nie  jest 

wart funta kłaków. 

-  Kto,  u  licha,  zechciałby  mieć  ciebie  za  pryncypała,  Michaile  Jewgienijewiczu? 

Myślisz, że jakiś wytrawny wilk morski będzie chciał pływać pod rządami chłopca, który ma 

jeszcze mleko pod nosem i nie poznał miłości? 

Zaczerwienił się i odwrócił wzrok. Nie mógłby spojrzeć w jej śmiejące się oczy. Olga 

nigdy  nie  śmiała  się  samymi  ustami.  Śmiała  się  całą  sobą.  A  jej  szyderczy  śmiech  potrafił 

bardziej dotknąć niż czyjkolwiek inny. 

Celnie go ugodziła! 

Doskonale  zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  okropna  dziewczyna!  Ale  tego  jej  nie 

zapomni! 

Takie słowa Michaił Byków dobrze zapamięta. 

-  Jestem  armatorem  razem  z  twoim  ojcem,  Olgo  Olegowna  -  rzekł  uszczypliwie. 

Wyprostował się. Potrafił również odrzucać głowę tak jak matka, w czym Olga próbowała ją 

naśladować. Robił to bezwiednie, odziedziczył  wiele cech po Raiji. - Zazdrościsz mi, bo ty 

nie  możesz  zarządzać  naszą  flotą.  Chyba  że  życzysz  swemu  ojcu  śmierci.  Zresztą  nawet 

wtedy ci się to nie uda, bo do tego trzeba się urodzić mężczyzną, moja droga. To twój mąż 

będzie urzędował ze mną w kantorze, a nie ty, Olga. Na pewno nie ty! 

- A twoja matka zastępuje Jewgienija! - odgryzła się Olga. - I dobrze sobie radzi! A 

może jest mężczyzną, co? 

-  Mama  to  mama  -  stwierdził  Michaił.  -  Nigdy  w  życiu  nie  będziesz  taka  jak  moja 

mama. Jest mądrą kobietą, dlatego wolno jej pracować z twoim ojcem. Dlatego nikt się temu 

nie sprzeciwia. Ty nigdy nie będziesz taka jak moja mama. Nigdy! Nawet gdy będziesz w jej 

wieku, Olga! 

On także potrafił zjadliwie się uśmiechnąć. 

Olga  nie mogła zaprzeczyć. Michaił wiedział o  tym,  gdyż zbyt  wyraźnie podziwiała 

Raiję. Pragnęła być taka jak Raija - Raisa. 

Michaił zdawał sobie z tego sprawę. 

Poznał Olgę dobrze. Naturalnie ostatnio nie zdradzała się z tym, co dla niej ważne, ale 

nikt nie zmienia się aż tak bardzo. Olga również nie. Mimo wszystko Misza wiedział o niej 

bardzo dużo. 

-  Rozmawiałeś  z  Olgą  podniesionym  głosem?  -  strofowała  Raija  Michaiła. 

Podejrzewała, co czuł, ale nie potrafiła go całkiem zrozumieć. Misza nie był już dzieckiem. 

background image

Jako matka znała potrzeby chłopca. Teraz wyrósł i zrobił się bardziej niezależny. Zmieniał się 

w mężczyznę. 

Raija wiedziała, że go traci. To bolało. Ale jednocześnie przyjemnie było patrzeć, jak 

to  dziecko  dorasta.  Dobrze  widzieć,  jak  znajduje  oparcie  na  przyszłość.  Statki  należały  do 

niego, nie do niej. To jemu Jewgienij zapisał swą flotę w spadku. 

Michaił jest synem armatora. 

- Olga powinna trzymać język za zębami - odparł Michaił. Wydawało się, jak gdyby 

jego ręce na dobre zadomowiły się w kieszeniach. Zaciśnięte pięści pod szarym materiałem. 

-  Jesteście  już  na  tyle  duzi,  że  powinniście  się  wstydzić.  Dorośli  rozmawiają,  a  nie 

kłócą się, Misza. Nie możesz biegać wściekły i krzyczeć na kogo popadnie. Odkąd tato umarł, 

ludzie spodziewają się po tobie czegoś innego. Musisz szybko dorosnąć, Misza! 

Raija potargała go po włosach. Wymknął się spod jej ręki. Ciemnobrązowa czupryna 

wymagała  przycięcia.  Raija  wiedziała,  że  nie  powinna  o  tym  teraz  wspominać.  Dojrzały 

mężczyzna, który wkrótce skończy piętnaście lat, nie potrzebuje napomnień matki. 

- Olga mnie denerwuje - rzekł krótko. Lekko kopał nogę od stołu. Ani jego ręce, ani 

nogi nigdy nie zaznawały spokoju. Ciało należało do niego, a jednocześnie jakby było obce. 

Nie znajdował dla niego wystarczająco dużo miejsca. Zawsze coś stawało na przeszkodzie. 

Misza miałby ochotę się schować i jednocześnie chciał być widoczny. 

A to niemożliwe. 

Wiele rzeczy wydawało się niemożliwe. 

-  Nic  nie  rozumiesz,  mamo.  Trzymasz  stronę  Olgi.  Wszyscy  stoją  po  jej  stronie. 

Wystarczy, że się uśmiechnie, a już przyznają jej rację. Jednak do mnie nie uśmiecha się tak 

często.  Tylko  się  ze  mną  drażni.  Wydaje  jej  się,  że  jest  już  tak  doświadczona,  że  może  na 

innych patrzeć z góry. Tak jak gdyby kilka głupich miesięcy czyniło ją mądrzejszą ode mnie! 

Poza  tym  jest  tylko  dziewczyną.  Gdyby  miała  dziób  i  skrzydła,  latałaby  w  kółko  razem  z 

resztą stada mew! Pyskata dziewucha! 

Raija  powstrzymała  się,  żeby  nie  parsknąć  śmiechem.  Nawet  się  nie  uśmiechnęła. 

Chodziło o godność jej syna. O jego przyjaźń. 

I być może także o coś, czego Misza nie dostrzegał. Olga miała w istocie trochę racji: 

jeszcze  właściwie  do  tego  nie  dorósł.  Tych  kilka  głupich  miesięcy  jednak  nie  było  bez 

znaczenia. 

Raija widziała to. 

Olga  również  stała  się  kobietą  na  tyle,  by  to  zauważyć.  Misza  jedynie  się  złościł. 

Potrzebował jeszcze trochę czasu i przestrzeni, by dojrzeć, by się ukształtować. 

background image

- Zapomnij na trochę o Oldze tej jesieni i zimy - zaproponowała Raija. - Pozwól jej 

postawić  na  swoim.  Nikt  nie  każe  wam  dorastać  ręka  w  rękę,  Misza.  W  którymś  miejscu 

wasze  drogi  muszą  się  pewnie  rozejść.  Może  teraz  nadszedł  ten  moment?  Olga  ma  swoje 

zadania,  ty  masz  swoje.  Wierzę,  że  dorośniesz  do  tego,  by  zająć  miejsce  po  swoim  ojcu. 

Wiem, że będzie z ciebie zdolny armator, Michaile Jewgienijewiczu. 

-  Skąd  wiedziałaś?  -  spytał  Misza  zakłopotany.  Umknął  wzrokiem,  tymi  oczyma 

brązowymi  jak  oczy  Jewgienija,  jak  jej  własne.  Raija  już  nie  doszukiwała  się,  kogo  z  nich 

Misza bardziej przypomina. Chciała w nim widzieć Jewgienija, jednak najczęściej dostrzegała 

w synu własne odbicie. 

- Rozmawialiście podniesionymi głosami - odparła krótko. - Idź na statek i zajmij się 

męską robotą, synu! 

W oczach Michaiła pojawił się pogodny błysk. Chłopak nadal potrafił się uśmiechać, 

chociaż stanęło przed nim wiele poważnych i trudnych zadań. 

- Czy właściciel statku skrobie zbutwiałe burty? 

-  Właściciel  statku  wynosi  -  zdechłe  szczury,  jeżeli  to  konieczne  -  odparła  Raija  z 

uśmiechem, za którym jednak kryła się powaga. - Musisz się nauczyć, Misza, że żadna praca 

nie  hańbi.  Nie  jesteś  więcej  wart  niż  twoi  marynarze.  Nie  jesteś  więcej  wart  niż  zwykli 

rybacy.  Jako  dorosły  nie  będziesz  może  musiał  harować  jak  wół,  nie  będziesz  musiał 

wykonywać najcięższej pracy, ale pamiętaj, że przez to wcale nie będziesz więcej wart niż in-

ni. Jesteś człowiekiem i mężczyzną. Tak jak i pozostali wokół ciebie. Brud pod paznokciami 

nie  jest  powodem  do  pogardy,  mój  chłopcze.  Raczej  pycha.  Jeżeli  chcesz  mieć  porządne  i 

sprawne statki na lato, to teraz musisz je oskrobać. Zima jest czasem remontu. Wystarczająco 

długo byłam żoną właściciela statków, by się tego nauczyć. Kiedy Oleg pracuje na „Antonii”, 

mój syn musi zadbać o to, by równie dobrze przygotować „Raiję”! 

-  Tak  jest,  armatorko!  -  zażartował  Michaił.  Oddał  matce  honory  i  zniknął  za 

drzwiami. 

Raija  czuła  na  swych  barkach  ogromny  ciężar.  Co  prawda  nie  obnaszała  się  ze  swą 

ż

ałobą. Wbrew zasadom założyła białą bluzkę, choć jeszcze za wcześnie było na inne ubranie 

niż czarne. Jewgienij na pewno nie miałby jej za złe, że nie nosi po nim żałoby. Wiedział, że 

nie lubi czerni. 

Zresztą już wystarczająco długo się umartwiała. Zbyt długo. Z powodu zbyt wielu. 

Czuła na ramionach ciężar... 

„Raija”  z  Archangielska  stała  w  porcie  skuta  lodem,  grubym  na  pół  metra.  Morze 

Białe dojrzało do swej nazwy. Odpoczywało ciche, pokryte śniegiem. 

background image

Ż

aden  z  portów  nad  Morzem  Białym  nie  był  wolny  od  lodu.  A  zima  będzie  długa. 

Właściwie  panowały  tu  tylko  dwie  pory  roku:  biała,  bezlitosna  zima  i  lato,  zielone,  z 

dołeczkami w policzkach, pełne słońca. Lato trwało zbyt krótko. 

Teraz  świat  był  biały.  Michaił  kroczył  szaro  -  czarny  pośród  tej  bieli.  Szedł  ścieżką 

wydeptaną przez wiele stóp na lodzie pokrywającym Morze Białe. 

Wiedział,  że  pierwszy  powinien  się  pojawić  na  „Raiji”.  Jego  ojciec  stawiłby  się  tu 

przed  innymi.  Jego  ojciec  stanąłby  na  oszronionym,  śliskim  pokładzie  i  witałby  marynarzy 

wchodzących na statek. 

To  również  nie  Olgi  wina,  że  się  spóźnił.  Mógł  odejść,  zamiast  rzucać  w  jej  stronę 

słowa ostre jak noże. Zamiast słuchać jej uwag. Gołymi rękami chwycił sznurową drabinkę. 

Zimną w dotyku. Mroźny wiatr odbierał czucie w dłoniach. Lina była śliska. But ześliznął się 

ze szczebla. Michaił zawisł na rękach, mając nadzieję, że nikt tego nie widzi. Nie powinien 

być takim fajtłapą. Ojciec poruszałby się pewniej, a miał tylko jedną rękę. 

Michaił nasunął czapkę na uszy, kurtkę zostawił na wpół rozpiętą. Nie wiedział, czy 

chciał w ten sposób sprawiać wrażenie bardziej męskiego, niż był w istocie. Nie chciał się nad 

tym zastanawiać. Podejrzewał, że marynarze i tak przejrzą go na wskroś. Żyli już tak długo. 

Spluwali daleko przez dziury po zębach. Na ich dłoniach widniały ślady, których nie można 

zmyć.  Niektórzy  nawet  w  zimie  wkładali  chodaki  na  bose  stopy  i  nosili  cienkie  bluzy,  na 

które narzucali zniszczone wełniane swetry. 

Słowa  matki  dźwięczały  Michaiłowi  w  uszach.  Nie  był  ani  trochę  lepszy  od  tych 

mężczyzn.  Mógł  zamknąć  oczy  i  sam  siebie  nazywać  armatorem.  Pracowali  dla  niego. 

Zarabiali u niego na chleb. 

U niego, syna armatora. 

Nie był od nich lepszy. Słowa matki nie powinny tak piec. Ale piekły. Żarzyły się w 

umyśle. Wypaliły taki ślad, że nigdy ich nie zapomni. 

Tylko pycha sprawia, że drugiego człowieka traktuje się z pogardą, mówiła matka. 

Kłamstwo także. 

Michaił  stał  samotnie  na  pokładzie.  On,  armator  i  pryncypał  na  „Raiji”  z 

Archangielska. Jego statek nosił owo niezwykłe imię matki. 

Misza  znał  kłamstwo  tak  wielkie,  że  nie  mieściło  się  w  ustach.  Myśli  rozsadziłyby 

głowę, gdyby pozwolił im rozwinąć skrzydła w tamtą stronę. 

Kłamstwo również czyniło małym. 

Teraz Michaił będzie nosił w sobie owo kłamstwo, ponieważ ojciec nie żyje. Będzie 

go strzegł i pilnował. 

background image

Będzie  milczał.  Ponieważ  zmarli  powinni  zachować  honor,  dobre  imię.  Ponieważ 

ojciec zyskałby tylko wtedy, gdyby sam przyznał się do kłamstwa. 

Misza  był  synem  Jewgienija  Dymitrowicza  Bykowa.  Synem  armatora.  Kłamstwo 

stanowiło część dziedzictwa po ojcu. 

Rybacy  pracowali pod pokładem. Sezon połowów na zachodzie zaznaczył swój ślad 

na statku. Lampy rzucały chybotliwe światło w ciemności. Spojrzenia rybaków przypominały 

to  światło.  Szybkie  mgnienia.  Sygnały,  których  Michaił  nie  powinien  rozumieć.  Znaki 

przesyłane między wtajemniczonymi. Nie musieli mu mówić, że nie jest jednym z nich. 

W zimie nie pracowali wszyscy z załogi. Wystarczyło tylko kilku. Praca również nie 

trwała  całą  zimę.  Do  nowego  roku  powinni  zdążyć  naprawić,  co  zostało  do  naprawienia. 

Byków i Jurków nigdy  nie pozwolili niszczeć statkom. Latami je łatali. To dla nich sprawa 

honoru. 

Każdego roku musieli dodatkowo płacić za remont, ale mimo wszystko kosztowało to 

mniej, niż pozwolić, by deski całkiem zbutwiały i potem wszystkie wymienić. Albo porąbać 

statek. 

-  Czy  nasz  mały  armator  dobrze  spał?  -  W  uśmiechach  tu  i  ówdzie  widniały  czarne 

dziury. Śmiech brzmiał jak siekanie nożem. Matka o tym nie wiedziała. Olga nie wiedziała. 

Ż

adna z nich nie powinna wiedzieć. - Zaczęliśmy tak jak potrafiliśmy - mówił dalej jeden z 

nich.  -  Niełatwo  jest  pracować,  gdy  nikt  nie  kieruje  pracą,  ale  próbujemy  zasłużyć 

sprawiedliwie na wypłatę. Czy nasz pryncypał jest niezadowolony? 

Oskrobywali  zbutwiałe  deski  w  kubryku.  Michaił  wiedział,  że  potrafią  to  lepiej  od 

niego. Milczał, usiłując zobaczyć cokolwiek w ciemności. 

Oczywiście  wykonali  kawał  porządnej  roboty.  Zdawał  sobie  z  tego  sprawę.  Oni 

również o tym wiedzieli. Mieli pływać na „Raiji” do lata. Również w ich interesie leżało, by 

statek wyruszył w dobrym stanie. Ale bawiło ich, gdy za ich sprawą Michaił tracił pewność 

siebie. Naigrywali się z jego młodego wieku i braku doświadczenia. 

Nigdy nie na tyle złośliwie, by go wyprowadzić z równowagi. Nigdy tak, by ktoś inny 

oprócz niego to słyszał. Jednak wystarczająco dokuczliwie, by Michaił czuł pieczenie soli na 

skórze. 

Pracował  z  nimi  ramię  w  ramię,  ale  nie  jak  z  kolegami.  Był  za  młody.  Chodził  w 

skórzanych butach. Zbyt wiele posiadał. 

Ich  rozmowy  toczyły  się  mimo  jego  uszu. Ponad  nim.  Za  jego  plecami.  Michaił  nie 

miał im nic do powiedzenia. Nie chciał ich o nic pytać. Nie pragnął niczego z nimi dzielić. 

background image

Pracował.  Przyglądał  się  ruchom  ich  rąk.  Starał  się  je  naśladować.  Nawet  mu  się 

udawało. Nie był jednak tak szybki jak oni. 

Brakowało mu wprawy. 

- Ktoś powinien uderzyć w konkury do Bykowej! - rzucił ze śmiechem jeden z załogi. 

Michaił rozpoznał ten głos, ale udał, że nic nie słyszał. Zacisnął zęby. Nie był w stanie 

bronić matki, choć może powinien. 

Powinien. 

Wiele powinien. I tak wiele nie był w stanie uczynić. 

-  Tak,  to  byłoby  prawdziwe  święto,  gdyby  któryś  z  nas  mógł  ożenić  się  z  żoną 

armatora! Może coś by nam skapnęło. 

- Gdybyś dostał się pod spódnicę Bykowej, to przede wszystkim z ciebie by kapało, 

stary! 

- Ale jednak dba o tych, których miała między nogami. 

- Do diabła! Że też Wasia zdecydował się skończyć ze sobą w tak niegodny sposób. 

On potrafiłby poprowadzić Bykową i flotę. Czy nie mógł poczekać z naciąganiem sznura? 

- Zamknijcie gęby! - Michaił stanął z marynarzami twarzą w twarz. Krzyknął, a jego 

głos  odbił  się  echem  po  kubryku.  Rozbrzmiewał  nadal,  chociaż  chłopak  zamknął  usta. 

Dźwięczał mu w głowie. Być może im także. 

- Jest jego matką - rozległ się inny glos, starszy od pozostałych. - Jest Carycą. Kobietą 

innego rodzaju... 

-  Zamknijcie  gęby  -  powtórzył  Michaił  spokojniej,  a  jego  palce  wrosły  w  trzonek 

noża.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  chwycił  za  nóż, zanim  nie  ujrzał  błyszczącego  ostrza  w 

chybotliwym świetle lamp. 

Mężczyźni  nie  umknęli  wzrokiem.  Utkwili  spojrzenia  w  Michaile.  Nie  drgnęła  im 

nawet powieka. Nie spuszczali chłopaka z oczu. A i on przykuwał ich wzrokiem. 

Chłopiec. Mały armator... 

-  Mówcie  o  mnie,  co  chcecie  -  rzekł  ochrypłym  głosem.  Właściwie  nie  był  na  tyle 

odważny,  by  spojrzeć

 

któremukolwiek  z  marynarzy  prosto  w  oczy,  ale  przynajmniej  mógł 

udawać. Patrzył ponad ramionami mężczyzn, wyobrażając sobie, że widzi tam jakiś punkt. - 

Ale ani słowa o mamie! Ani słowa o tacie! 

Ani słowa o Wasi! Jestem może dla was małym chłopcem, ale mogę każdego z was 

wyrzucić z pracy. 

Zamilkł. Zapadła absolutna cisza, która zawisła ciężko pomiędzy wilgotnymi ścianami 

kubryka. 

background image

Ż

aden z mężczyzn nie chciał stracić środków do życia. Nie chcieli też trafić do innego 

armatora. Wszyscy w Archangielsku wiedzieli, że Jurków i Byków mieli najlepszą flotę, że 

na ich statkach panowały najlepsze warunki, że najlepiej płacili. 

Wielu  chciało  pływać  u  Jurkowa  i  Bykowa,  chociaż  ten  Byków  to  jeszcze 

nieopierzony gołowąs. 

- I wcale nie żartuję! - Michaił podniósł nóż. 

Widok  lśniącego  ostrza  i  błysku  w  oczach  mężczyzn  trochę  go  oszałamiał.  Żaden  z 

marynarzy się nie cofnął

ale Michaił i tak wiedział, że posiada nad nimi władzę. O tej władzy 

mówił  nóż  i  skórzane  buty.  Władza  tkwiła  w  nazwisku.  Michaił  poczuł  lodowaty  chłód 

rozchodzący się wzdłuż kręgosłupa. Miłe łaskotanie. Dostał gęsiej skórki. Włoski na rękach 

podniosły się. Czując to, doznał

 

upojenia. 

Podnosił nóż coraz wyżej. Aż za głowę. Tak daleko, że nie widział już blasku lamp 

igrającego na ostrzu. Wziął zamach... 

I nagle pośliznął się... 

Jęk stal się jakby głosem kubryka. Właśnie to pomieszczenie pod pokładem jęknęło, a 

nie pięciu mężczyzn, z których ust wydobył się głos. 

Ból  stał  się  przedłużeniem  jęku.  Tworzył  z  nim  jedną  całość.  Misza  nie

 

dostrzegł 

związku między bólem i nożem. Uświadomił sobie, że leży

 

na mokrej podłodze, dotknął jej 

dłońmi. Przemokły mu plecy. Potem dopiero usłyszał uderzenie. Poczuł ból w tyle głowy. 

I wszystko zniknęło... 

- Po prostu się pośliznął, do diabła! 

- Nic nie zrobiliśmy! 

- To nóż chłopaka... 

- ...i Bogu dzięki za to! Najstarszy z marynarzy uklęknął obok Michaiła. 

Nóż tkwił głęboko w udzie, do połowy ostrza. Krew lała się strumieniem. 

Mężczyzna wyciągnął broń z nogi Michaiła. Musiał w to włożyć dużo siły. Pozwolił, 

by nóż spadł na ziemię. Lekkie stuknięcie sprawiło, że pozostali marynarze wzdrygnęli się. 

Butami szurali o ścianę. Chętnie by się przez nią wycofali. 

Najstarszy z załogi zdjął pasek od spodni i zacisnął wokół nogi Michaiła ponad raną. 

Potem ściągnął również koszulę i przewiązał nią udo chłopaka. Trząsł się z zimna - nie miał 

kurtki. 

Ktoś  inny  zdjął  sweter  i  podał  starszemu  koledze.  Mężczyźni  nie  chcieli  na  siebie 

patrzeć. Nie patrzyli również na Michaiła. 

W wilgotnym, mrocznym pomieszczeniu zapanował strach. 

background image

- Kto, u licha, uwierzy, że sam się zranił? 

- Po tym, co się stało, spadnie kilka głów, a na pewno nikt nie będzie winił chłopaka. 

Który z nas może sobie pozwolić na utratę pracy? 

-  Jeżeli  on  umrze,  wszyscy  zostaniemy  wyrzuceni  -  rzekł  spokojnie  najstarszy 

marynarz. Nie wyglądał na mocarza, ale próbował podnieść Michaiła. Jego wysiłki poszły na 

marne. 

- Trzeba go zanieść na ląd. Jego matka zna się na leczeniu ran! - odezwał się jeden z 

tych, którzy najbardziej dokuczali Michaiłowi. Był postawnym mężczyzną. Nie oglądając się 

na innych, bez słowa podniósł rannego i przerzucił sobie przez ramię. Nie obejrzał się nawet, 

by  się  przekonać,  czy  inni  idą  za  nim.  Przeszedł  przez  burtę.  Kroczył  na  czele  mężczyzn 

zmierzających do brzegu po lodzie na Morzu Białym. 

- Ma ranę w udzie - rzekł stary marynarz, kiedy inny w milczeniu kładł Michaiła na 

dywanie przy piecu w kantorze. 

Raija zaszeleściła spódnicą, która niczym wiatr zawirowała wokół jej łydek. Zbladła. 

Jej  oczy  wydawały  się  takie  czarne.  Mężczyźni  rzucili  jej  szybkie  spojrzenia,  a  potem 

odwrócili wzrok. 

Stali  stłoczeni  w  grupie  przy  ogromnym  biurka  Nie  czuli  się  tu  jak  u siebie,  ale  nie 

byli w stanie odejść. Starali się nie nadepnąć na dywan. Zostawiali na deskach podłogi mokre 

kałuże.  Duże  mokre  bajorka,  które  zlewały  się  w  jezioro.  Pięciu  mężczyzn  zatopiło  ręce  w 

kieszeniach. Najchętniej sami zanurkowaliby w owo jezioro, które powstało pod ich stopami, 

by się skryć. 

Czekali na cud. 

Raija  ściągnęła  z  Michaiła  spodnie.  Nie  rozluźniła  paska  ani  nie  zdjęła  koszuli, 

przewiązującej ranę.  I spodnie, i koszula przesiąknęły krwią. Z rany nadal się sączyło. Udo 

Michaiła miało barwę żóltobiałą. Mięśnie pod skórą lekko drżały. 

Raija  nie  widziała  żadnego  z  marynarzy.  Jakby  została  sama  z  Misza.  Przepełniona 

strachem. Przez moment ujrzała w wyobraźni trumnę wystarczająco dużą, by pomieścić syna. 

Ujrzała nowy krzyż obok grobu Jewgienija, obok grobu Natalii... 

Nie zniesie więcej śmierci i smutku! Nie zniesie więcej bólu! Nie zniesie! 

Ale  jak  powstrzymać  krwawienie?  Nie  posiadała  już  w  rękach  tej  cudownej  siły. 

Straciła ją. Świadomie ją oddała. 

Zdjęła  halkę  spod  spódnicy.  Stała  plecami  do  załogi  „Raiji”.  Nie  dostrzegała 

obecności mężczyzn. Ogarnęła ją taka rozpacz, że zdołała rozerwać zarówno koronkę, jak i 

szew. Rwała materiał na długie pasy, którymi owinęła dookoła ranę syna. 

background image

Pot,  który  spływał  jej  z  czoła,  niemal  ją  oślepiał.  Po  chwili  jakby  oprzytomniała. 

Kiedy zobaczyła w dłoniach resztki bielizny, zdawała się nic nie rozumieć. 

Silny mężczyzna przeszedł przez pokój. Przez dywan. Zrobił nowe mokre plamy. 

Podał Raiji swój nóż. Nie wzięła. Nie rozumiała, po co. Siedziała z podartą halką w 

dłoniach.  Nie  dokonała  cudu.  Rozczarowała  marynarzy.  Nie  była  Carycą  z  historii 

opowiadanych  w  karczmach.  Nie  była  kobietą  w  czarnej  pelerynie  z  pieśni,  które  chętnie 

nucili po kilku szklaneczkach. 

Marynarz przeciął materiał. Zamocował opatrunek. Podniósł Misze. 

- Gdzie go położyć? Raija powoli dochodziła do siebie. Powstrzymała łzy. Przetarła 

pot. Zagubiona. Załamana. Zwyczajna kobieta. Z krwi i kości. Ludzka. Nie z baśni. 

- Na sofie? - spytała samą siebie. Jednak zaraz potrząsnęła głową. - U Toni! Czy ktoś 

mógłby go zanieść do Toni i Olega? Michaił nie może tu zostać. Czy dacie... czy dasz radę? 

Zaniósłby  jej  syna  aż  do  domu  nad  Dwiną,  gdyby  go  o  to  poprosiła.  Nikt  dotąd  nie 

patrzył na niego z takim błaganiem w oczach. 

Raija  szła  obok  marynarza.  Bez  kurtki.  Bez  peleryny.  Drżała  na  wietrze.  Czarna  i 

biała, drobna. Jak zima, również czarna i biała. 

U Toni zrobiło się ciasno. Pięciu mężczyzn ledwo mieściło się w kuchni, nawet gdy 

skupili się przy piecu. Nie mogli odejść. I nikt nie poprosił ich, by już poszli. 

Tonią  i  Olga  zajęły  się  rannym  Michaiłem.  Chłopak  leżał  na  ławie  przy  stole,  na 

którego brzegu usiadła Raija. Trzymała syna za rękę. Nie spuszczała z niego wzroku. 

- Jak to się mogło stać? - zastanawiała się Antonia z surowością w oczach. 

- Misza nie jest taki niezdarny... - Olga zmrużyła oczy. Posądzała marynarzy o próbę 

zabójstwa młodego Bykowa. 

-  Pośliznąłem  się...  -  rzekł  Michaił  cicho.  -  Pośliznąłem  się,  mamo...  Jednak  jestem 

taki niezdarny, Olga. 

-  Będzie  jeszcze  z  niego  prawdziwy  mężczyzna  -  zauważył  któryś  z  marynarzy  w 

drodze powrotnej na pokład „Raiji” z Archangielska. 

- Na pewno - zgodził się inny. - Wiadomo, w kogo się wrodził. Nie będzie najgorszym 

naszym armatorem, chociaż na pewno będzie najmłodszym. 

background image

Olga  ofiarowała  się  zawieźć  Michaiła  do  domu.  Potrafiła  obchodzić  się  z  końmi 

równie dobrze jak Antonia. Prychała pogardliwie, gdy ktoś niefortunnie zwracał jej uwagę, że 

to niekobiece dźwigać towary i zasiadać na miejscu stangreta. 

Odrzucała  wyzywająco  głowę,  gdy  ktoś  jej  mówił,  że  się  do  tego  nie  nadaje,  że  nie 

posiada takich umiejętności jak stajenny, który nosi portki. 

Antonia  wywoływała  poruszenie,  chodząc  w  spodniach  do  jazdy  konnej.  Śmiała  się 

ludziom prosto w oczy. Olga nie nosiła spodni, ale nie wstydziła się z powodu brudnych rąk 

lub podartego ubrania od dźwigania towarów. 

Michaił  siedział  w  saniach  obok  niej.  Kiedy  wyruszali  z  Archangielska,  leżał  z  tyłu 

przykryty skórami. Ale gdy tylko zniknął matce z oczu, przeczołgał się do Olgi. Nie chciał 

być gorszy od niej, chociaż przecież miał powody, by sobie pozwolić na wygodnictwo. 

- Co się właściwie stało? - spytała. Ładnie wyglądała otulona futrem z rudych lisów. 

Pasowało do niej. Sama miała coś z lisa. Czapka wydawała się szara przy jej czarnych, niemal 

granatowych  włosach.  -  Nie  mogłeś  tak  po  prostu  się  pośliznąć  i  wpakować  sobie  noża  w 

udo! 

Patrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem.  Usiłowała  wydobyć  z  niego  odpowiedź,  która 

bardziej przystawała do jej wyobrażeń o przyjacielu. 

- W kubryku jest diabelnie ślisko - odparł Michaił, patrząc przed siebie. Rana w nodze 

pulsowała. Zdawało mu się, że pulsowała mocniej niż serce. - Podłoga jest mokra i zbutwiała. 

Zaglądałaś tam chyba i widziałaś? W dodatku było ciemno, bo marynarze oszczędzają olej. 

-  Nie  umiesz  kłamać!  -  westchnęła  Olga.  -  Potrafiłabym  wymyślić  dziesięć  historii 

bardziej prawdopodobnych niż ta, Miszka! 

-  Zamierzałem  wytrzeć  ostrze  o  spodnie  -  wyjaśnił.  Nie  lubił,  gdy  zwracała  się  do 

niego  tak  pieszczotliwie.  Rzeczywiście,  nie  potrafił  kłamać.  To  prawda.  Chciał  jej 

powiedzieć,  że  to  dlatego,  że  wszyscy  u  niego  w  domu  są  względem  siebie  uczciwi.  Lecz 

słowa uwięzły mu w gardle. 

Nie potrafił kłamać. 

Jej śmiech miał moc czarów. Brzmiał jak muzyka przy uderzeniach kopyt i pocieraniu 

płóz  o  śnieg.  Od  czasu  do  czasu  płozy  przecinały  cienką  i  omiecioną  wiatrem  śnieżną 

warstwę. Tworzyły nową, bardziej rozdzierającą muzykę, trąc o zmarzniętą na kamień ziemię. 

background image

-  Zupełnie  nie  pojmuję,  co  między  wami  zaszło!  -  Olga  popatrzyła  na  Michaiła  z 

ukosa.  Misza  nie  do  końca  wierzył  w  to,  że  wyraz  smutku,  który,  jak  mu  się  wydawało, 

dostrzegł w jej twarzy, jest szczery. Chyba tylko chciał zobaczyć coś podobnego... - Gdyby 

próbowali  cię  zabić,  na  pewno  by  się  im  udało.  Było  ich  wielu,  a  ty  nie  jesteś  osiłkiem, 

armatorze Byków! Ale dlaczego mieliby  cię zabijać? Podejrzewam, że nie mówisz prawdy, 

Misza. Marynarze też nie pisnęli ani słowa. Nie rozumiem jednak, dlaczego ty milczysz, mój 

chłopcze! 

- Nie jestem twoim chłopcem! - odburknął. Wsunął się głębiej pod skóry, którymi byli 

przykryci. Przysunął się niechcący bliżej Olgi. Zaraz się jednak odsunął, tak by to zauważyła. 

Niech sobie nie myśli, że się do niej przytula! 

Jechali  dalej  w  milczeniu.  Spoglądali  na  siebie  ukradkiem.  Starali  się  robić  to 

niepostrzeżenie.  Udawali,  że  nic  się  nie  stało,  gdy  przypadkiem  podchwycili  szybkie 

spojrzenie drugiego. 

Oboje mieli w sobie wiele dumy. Jeszcze się nie nauczyli poskramiać własnej natury. 

- Co, do diabła? - Olga używała równie kwiecistego języka jak Misza, gdy rodzice jej 

nie słyszeli. 

Czasami  współzawodniczyli  ze  sobą,  kto  gorzej  przeklnie.  Rzadko  którekolwiek  z 

nich wygrywało. 

Michaił nie miał nic do dodania. Zresztą nawet by nie zdążył zareagować. Olga ledwie 

zdołała zatrzymać konie, by nie wpadli prosto na żołnierzy zamykających im drogę. 

Misza  zauważył,  że  jeden  policzek  dziewczyny  nerwowo  drga.  To  oznaczało,  że  się 

boi. Nigdy by się nie przyznał, że to zauważył. Olga zresztą by zaprzeczyła. Poza tym wolał, 

ż

eby  nie  wiedziała,  że  potrafi  ją  w  ten  sposób  rozszyfrować.  Zawsze  chciała  uchodzić  za 

odważną i dorosłą pod każdym względem. Ale, jak się okazuje, i ona czasami traciła pewność 

siebie. 

Ż

ołnierze  stojący  przed  nimi  wydawali  się  niewiele  starsi  od  nich.  Jednak  w  swych 

mundurach,  z  bronią  w  ręku,  w  lśniących  oficerkach  wyglądali  poważnie.  Dwóch  z  nich 

siedziało na koniach. Musiało im być zimno. 

Trzeci  podszedł  do  sań  i  zerwał

 

skóry  z  kolan  Olgi  i  Michaiła.  Popatrzył  na  oboje 

uważnie. 

- Co to ma znaczyć? - spytała Olga ostro. Policzek przestał jej drgać. Michaił musiał 

na nią spojrzeć. Sam bałby się użyć takiego tonu wobec ludzi gubernatora. Czuł lęk wobec 

mundurów i oficerek. Bał się twarzy żołnierzy, które wydawały się podobne jedna do drugiej. 

Gdyby się im dokładniej przyjrzeć, można by zauważyć różnice, jednak na pierwszy rzut oka 

background image

sprawiały wrażenie jednakowych, jak gdyby odlanych z jednej formy. Takich gładkich, bez 

wyrazu. 

-  To  tylko  dzieci!  -  zawołał  żołnierz  stojący  przy  saniach  do  swych  towarzyszy. 

Zdawał się nie słyszeć pytania Olgi. Nie zwracał uwagi ani na nią, ani na Michaiła. Odwrócił 

się  do  oficera  siedzącego  na  koniu.  -  Nikt  nie  schował  się  pod  spódnicą  tej  małej...  -  jego 

ś

miech  zabrzmiał  ostro.  Rysy  jego  twarzy  również  były  ostre.  Michaił  zauważył,  że  ten 

ż

ołnierz  różni  się  od  dwóch  pozostałych,  jak  gdyby  nie  został  odlany  z  tej  samej  formy. 

Zapewne  pochodził  z  półwyspu  Kola,  gdzie  nomadowie  przepędzali  stada  renów  z  jednych 

pastwisk  na  drugie.  Posiadał  pewne  cechy  tamtejszego  ludu,  nie  wydawał  się  na  wskroś 

Rosjaninem. 

Oficer  na  koniu  miał  jasne  włosy,  szczupłe  policzki,  niemal  zapadłe.  Chłodne  oczy. 

Jednak  z  jego  ust  nie  schodził  uśmiech.  Drugi  również  był  blondynem  o  bladej  skórze  i 

bardzo jasnych oczach. Michaił pomyślał, że wyszedł prosto z formy. 

- Co to ma znaczyć? - powtórzyła Olga z całą godnością, jaką udało się jej zachować. 

Było  tego  niemało.  -  Jestem  córką  Olega  Jurkowa!  Armatora  Jurkowa.  A  to  Michaił 

Jewgienijewicz. Armator Byków! 

Ż

ołnierze unieśli brwi. 

Michaił  dawno  nie  czuł  się  tak  głupio.  Czy  Olga  musiała  rzucać  tytułami?  Był 

najnędzniejszym  armatorem,  jakiego  znał,  i  z  pewnością  również  najbardziej  żałosnym, 

jakiego kiedykolwiek widzieli ci oficerowie. Nie odważył się spojrzeć im w oczy. Nie zdołał 

zachować godności. 

- Olgo Olegowna - rzekł oficer z udawaną uprzejmością. Udawaną uprzejmość zawsze 

łatwo  rozpoznać.  Michaił  wsunął  się  głębiej  w  sanie.  Mimo  strachu  i  wstydu  nie  spuścił 

wzroku i przyglądał się nieznajomym. Udało mu się nawet wykrzesać w sobie nieco złości, 

ponieważ w oczach żołnierzy dostrzegł drwinę. - Żałujemy bardzo, że was nie rozpoznaliśmy, 

ale  nie  możemy  nikomu  okazywać  szczególnych  względów,  pani  Olegowna.  Poszukujemy 

przestępcy,  wroga  caratu.  Proszę  nam  wybaczyć  w  związku  z  tym  pewne  niedogodności, 

Olgo Olegowna... 

Olga ściągnęła usta. Nawet sztylety w jej wzroku nie zdołały przebić pogardy, z jaką 

traktował ich młody oficer. 

Z  pewnością  owa  drwina  spłynęła  również  na  Michaiła,  ale  chłopak  doznał  także 

pewnej satysfakcji, widząc, że Olga wreszcie spotkała kogoś, kto nie pozwolił się traktować z 

wyższością. 

background image

-  Ufamy,  że  nie  ukrywasz  nikogo  pod  spódnicą,  panienko.  Zresztą  ten,  którego 

szukamy, nawet by się tam nie zmieścił. Możecie jechać dalej. 

- Jak się nazywasz? - spytała Olga lodowatym głosem. - Postaram się, by mój ojciec 

porozmawiał  o  dzisiejszym  zajściu  z  gubernatorem.  Żądam,  byś  podał  swoje  nazwisko  i 

stopień! 

-  Jest  porucznikiem  -  rzekł  cicho  Michaił.  Na  coś  i  on  mógł  się  przydać.  -  Nie 

przeciągaj struny, Olga! - szepnął błagalnie. 

- Zamknij się! - syknęła cicho, nie patrząc na niego. 

- Gienadij Uljakow - odparł oficer zjadliwie. Uśmiechał się, wymieniając swoje imię. - 

Miło  było  cię  poznać,  Olegowna.  Może  kiedyś  zostaniemy  sobie  przedstawieni  w  sposób 

bardziej formalny. Mam nadzieję, że zabawisz mnie swoim towarzystwem również w innych 

okolicznościach. 

Ton jego głosu brzmiał uprzejmie, ale żołnierz nie zwracał się do Olgi z należnym jej 

szacunkiem. Czynił to celowo. Ani Olga, ani Michaił w to nie wątpili. 

- Nie sądzę - wycedziła Olga przez zaciśnięte zęby. - Nie obracamy się w kręgach, w 

których zapewne bywa porucznik Uljakow! 

- Niestety - odparł gładko i zawrócił konia. Chciał, by poczuli się podwójnie urażeni. 

Tak,  jak  gdyby  to  Olga  miała  żałować,  że  się  już  nie  spotkają.  Olga  nie  pozwoliła  się 

sprowokować do ostrej wymiany zdań. Długo milczała. Poczekała, aż koń nabrał szybkości. 

- Gienadij Uljakow - mruknęła, jakby powtarzała tekst, którego pod żadnym pozorem 

nie wolno jej zapomnieć. - Gienadiju Uljakow, poruczniku Uljakow, jeszcze popamiętasz! 

Michaił uważał, że odrobinę przesadza. 

- Nikt ich nie uczy uprzejmości - rzekł. Nie wiedział, dlaczego broni żołnierzy. Jego 

ojciec  nie  darzył  gubernatora  szczególną  sympatią.  Matka  tym  bardziej  nie.  Miała  swoje 

powody. Michaił nie lubił o nich myśleć. - Dobrze, że ścigają przestępców. Niejeden z łotrów 

mógłby się okazać niebezpieczny i dla nas. Żołnierze również nas chronią, Olga. 

- Gdzie tam chronią - prychnęła Olga. Spodziewała się, że Misza przynajmniej stanie 

po jej stronie przeciw żołnierzom. Powinien mieć na tyle rozumu. - Chronią samych siebie i 

gubernatora! Szukają na pewno jakiegoś biedaka, który nie zapłacił podatku. Zedrą z niego 

ostatni łach, aby prawo stało się prawem według ich zasad. Tak, by gubernator dostał to, co 

jego, a caryca wzięła resztę! 

- Zamkną cię za takie gadanie - rzekł cicho Misza. Nikt nie mógł ich usłyszeć, więc 

teraz nic Oldze nie groziło, ale powinna się nauczyć uważać na słowa, zrozumieć, że mogą 

okazać  się  zgubne.  Nic  jej  nie  pomoże  zasłanianie  się  ojcem,  będącym  właścicielem  kilku 

background image

frachtowców i łodzi rybackich. Jej argumenty odbiją się o grube ściany, za którymi izoluje się 

ludzi o odmiennych poglądach. 

-  W  każdym  razie  nie  boję  się  takich  chłystków  jak  ten  porucznik  Uljakow!  -  Olga 

wylała na Misze całą swą złość. Zacisnęła usta. 

Gdyby  dzięki  temu  stała  się  bardziej  łaskawa  dla  innych,  to  niech  sobie  złorzeczy, 

pomyślał  Michaił.  Jednak  wątpił,  by  tak  się  stało.  Jeśli  Olga  nastawiała  się  wrogo,  to  owa 

wrogość przenosiła się na wszystkich wokół. Z wyjątkiem czworonogów - dziewczyna miała 

też trochę zalet. 

Z domu nad Dwiną unosił się dym. Olga i Michaił popatrzyli po sobie pytająco. Nie 

znajdowali wytłumaczenia, co to może oznaczać. 

Michaił  poczuł  idiotyczną  radość,  że  wreszcie  czegoś  Olga  nie  wie.  Zdawał  sobie 

sprawę, że to dziecinne. Na szczęście Olga nie pozna jego myśli. 

- Mama zwykle dobrze dokłada do pieca - wyjaśnił. Starał się, by jego słowa brzmiały 

przekonująco. - Tak, żeby było ciepło, gdy wrócimy... 

Olga tylko popatrzyła na niego.. Takim wzrokiem, który od razu piętnował Michaiła 

jako głupca, mimo że nawet nie otworzyła ust. 

Kiedy dotarli na miejsce, Misza wygramolił się z sań. Przebiegło mu przez głowę, że 

niewiele zdoła zrobić w razie spotkania oko w oko z przestępcą. Ale nie mógł przecież posłać 

Olgi przodem. 

Może to niezbyt mądre stąpać na chorej nodze, ale pokuśtykał, jak potrafił, w stronę 

domu.  Matka  na  szczęście  tego  nie  widzi,  a  Olga  na  pewno  nikomu  nie  powie.  Skoro  nie 

miała okazji odgrywać bohatera, uzna pewnie, że nie warto o niczym mówić. 

Drzwi były otwarte. Klucz tkwił w zamku od wewnątrz. Ten klucz, który zwykle leżał 

dobrze  schowany  i  tylko  osoby  wtajemniczone  potrafiły  go  znaleźć.  Michaił  pamiętał,  że 

kilka razy mu się to nie udało. Drugi klucz miała Raija i nosiła go przy pasku spódnicy. 

Kiedy  Michaił  zajrzał  do  środka,  nabrał  otuchy.  Poczuł  się  jakby  wyższy  i  bardziej 

barczysty. Miał nadzieję, że Olga nie podejdzie za blisko i jeszcze przez chwilę będzie trwać 

w  niepewności.  Dobrze  było  poczuć  się  wyższym  od  niej  o  kilka  cali.  To,  że  w  istocie 

górował wzrostem, nie miało znaczenia, kiedy byli razem. Zawsze Olga bardziej rzucała się w 

oczy. Michaił bladł przy niej i stawał się jej cieniem. 

Niespodziewany gość siedział przy palenisku i popijał z butelki. 

Na szczęście należał do kręgu osób, które znały miejsce przechowywania klucza. 

- Walerij! - wyrwało się Michaiłowi. Zawołał na tyle głośno, że Olga go usłyszała. 

background image

Zaraz  też  odsunęła  Misze  na  bok  i  pierwsza  weszła  do  środka.  Zapomniała,  że  jest 

ranny, i potrąciła go w zranione udo. 

Michaił  jęknął,  ale  ugryzł  się  w  język  i  nic  nie  powiedział.  Nawet  nie  spojrzał  na 

dziewczynę. Nic by i tak nie wskórał, patrząc na nią z wyrzutem. 

- Piotr mówił, że wstąpiłeś do armii! Rozmyśliłeś się? 

- Co ty wygadujesz? - rzucił Michaił, przesuwając się ostrożnie wzdłuż ściany do ławy 

przy  kuchennym  stole.  Ściany  i  sufit  kuchni  zlewały  się  w  jedną  niebieską  masę.  W  jego 

oczach stały się niebem i morzem. - Jeżeli ktoś raz zdecyduje się zostać żołnierzem, nie może 

już zmienić zdania! Nie wolno mu! 

-  Oboje  macie  rację  -  odezwał  się  Walerij.  Pociągnął  z  butelki  i  skrzywił  się.  Był 

dorosły,  ale  jednocześnie  nadal  czuł  się  jednym  z  nich.  Walerij  nigdy  nie  próbował  się 

wywyższać albo kogoś od siebie odsunąć. - Rozmyśliłem się. A ponieważ to zabronione, więc 

uciekłem. 

-  Zdezerterowałeś?  -  spytał  Misza,  zapominając  z  wrażenia  zamknąć  usta,  kiedy 

skończył mówić. 

-  A  zatem  to  ciebie  szukali!  -  Olga  przełknęła.  -  Za  Archangielskiem  zostaliśmy 

zatrzymani  przez  żołnierzy.  Strasznie  nieprzyjemnych  gamoni.  Dowodził  nimi  okropnie 

zarozumiały  porucznik.  Mocny  w  gębie,  ale  bez  ogłady.  Muszę  poprosić  tatę,  by  złożył  na 

niego skargę u gubernatora. 

-  Oldze  zmarzły  stopy,  kiedy  zdarł  z  nas  skóry  -  uśmiechnął  się  Michaił.  -  Gdyby 

szukali kogoś mniejszego od ciebie, Walerij, zajrzeliby jej pod spódnicę. 

-  Wtedy  Oleg  ścigałby  porucznika  ze  strzelbą  w  ręku  -  dokończył  Walerij. 

Jasnoniebieskie oczy Uskowów zatrzymały się na Oldze. - Niełatwo być ojcem córki, która 

wyrosła na tak ładną dziewczynę. Kto by pomyślał, że tak wypiękniejesz, Olegowna! - uniósł 

butelkę  w  jej  stronę.  Mrugnął.  Uśmiechnął  się.  Posiadał  niezwykły  urok,  podobnie  jak 

Wasilij. Jak większość mężczyzn w rodzinie Uskowów został nim szczodrze obdarzony. 

- Przebywanie tu jest dla ciebie niebezpieczne! - zauważył Michaił. 

.Nie  odrywał  od  Walerij  a  wzroku.  Walerij  miał  na  sobie  spodnie  od  munduru.  Nie 

mógł się tak pokazywać w okolicy. Ubiór od razu zdradzał, kim jest. 

-  Czy  nikt  cię  nie  widział?  Pomyślałeś  o  tym,  że  za  ukrywanie  cię  w  naszym  domu 

możemy trafić do więzienia? - spytała Olga. - Za to grozi kara. Żołnierze nazwali cię wrogiem 

Rosji. Przestępcą. Raija - Raisa może wpaść z twojego powodu w kłopoty. Na pewno wiedzą, 

ż

e  zechcesz  się  z  nią  spotkać.  Że  ten  dom  jest  jednym  z  miejsc,  w  których  zapewne  się 

pojawisz! 

background image

Walerij zakorkował butelkę. Na jego twarzy i w oczach malowało się zmęczenie. 

- Wiem. Zamierzam wyruszyć dalej. Nie chcę nikomu sprawiać kłopotów. Nie chcę, 

by  Raija  miała  przeze  mnie  nieprzyjemności.  Chciałem  ją  tylko  zobaczyć.  Chciałem  trochę 

odpocząć. Zaraz wychodzę. Nie warto ryzykować i czekać do jej powrotu. Zwłaszcza w sytu-

acji, gdy żołnierze są tak blisko. Czy jechali w tę stronę? 

Misza i Olga pokręcili przecząco głowami. Wymienili spojrzenia. 

- Dlaczego nie zostałeś w armii? Było tak okropnie? Nie podobało ci się? 

- Nie podobało - odparł Walerij. Nie był zbyt rozmowny. Przekładał butelkę z jednej 

ręki do drugiej. Podążał wzrokiem za jej ruchem. - Chcę znowu pływać - wyjaśnił. - Ale nie 

mogę  czekać  do  wiosny.  Nie  wytrzymałem  w  wojsku.  Po  prostu  nie  wytrzymałem.  Nie 

umiem  tańczyć,  kiedy  mówią  „tańcz!”  Co  innego  na  morzu:  tam  mamy  przynajmniej  jakiś 

cel.  Wolę  nosić  marynarską  koszulę  niż  mundur.  Pewnie  nie  jesteście  w  stanie  tego 

zrozumieć,  ale  po  prostu  nie  mogłem  zostać.  Pomyślałem,  że  powinienem  porozmawiać  z 

Raiją. Ona rozumie więcej niż Piotr. 

- Mama jest w porcie. Stara się zastępować tatę. 

- W kantorze? 

- Nie możesz iść do miasta! - Olga zdjęła rękawiczki. Poprawiła lok nad okiem. 

-  Przemierzyłem  kawał  drogi  -  uśmiechnął  się  Walerij  i  z  tym  uśmiechem  wyglądał 

jak  młody  chłopiec.  Było  w  nim  coś  iście  szatańskiego,  jak  u  wszystkich  mężczyzn  z  rodu 

Uskowów: potrafili zmieniać wyraz twarzy tak szybko, że było to aż niebezpieczne. 

- Nic nie jadłeś? - Olga raczej stwierdziła oczywisty fakt, niż spytała. - Zalazłeś tylko 

wódkę! 

- Musisz się przebrać. - Misza ściągnął z siebie wierzchnie okrycie, nie podnosząc się. 

-  Wszyscy  od  razu  poznają,  że  jesteś...  że  byłeś  żołnierzem.  Nie  musisz  krzyczeć  o  tym  w 

głos,  prawda?  Ubranie  taty...  -  rzekł  Michaił,  zwracając  się  do  Olgi.  -  W  kufrze  w  sypialni 

mamy znajdziesz wszystko, co będzie potrzebne. A twoje rzeczy musimy spalić, Walerij. 

- Co ci się stało? - Walerij zauważył, że Misza utyka. 

-  Wbił  sobie  nóż  w  udo  -  wyjaśniła  Olga,  wywracając  oczami.  -  Tak  przynajmniej 

twierdzi! - dodała wymownie, zanim zniknęła w sypialni Raiji. 

- To prawda? 

- Czyściłem z marynarzami zbutwiałe deski w kubryku - odparł Michaił zakłopotany. - 

Było ciemno, wiesz. I ślisko. Pośliznąłem się, no i nóż wbił mi się prosto w udo. Potworny 

ból... 

Walerij uśmiechnął się. 

background image

- Olga nie kupiła tej bajeczki? Jest bystra, co? Michaił wzruszył ramionami. Rana w 

udzie piekła niemiłosiernie, ale myślenie o czymś innym pozwalało o niej zapomnieć. 

- Po tym, co się stało, nie powinieneś mieć z załogą żadnych kłopotów - uśmiechnął 

się  Walerij.  -  Jesteś  taki  młody,  mój  chłopcze,  a  oni  wszyscy  to  stare,  zahartowane  wilki 

morskie. Nie dziw się, że traktują cię z rezerwą. Twój ojciec zaczynał od niczego. Będąc z 

nimi, stracił ramię. Dobrze ich traktował. I miał Raiję, którą uważali za bóstwo. To dla nich 

przełom, rozumiesz. Którzy pracują przy remoncie? 

Misza wymienił nazwiska. 

-  Nie  ma  wśród  nich  donosicieli  -  rzekł  Walerij  zamyślony.  -  Czy  statki  są  skute 

lodem? 

- Tam jest potwornie zimno - zauważył Michaił. - Wkrótce zrobi się jeszcze zimniej. 

- Nie mogę zostać u was do końca zimy - uśmiechnął się Walerij. - Przez jakiś czas na 

statku  wytrzymam.  Może  kilka  dni.  Potem  muszę  przedostać  się  dalej  przez  Morze  Białe. 

Może  uda  mi  się  dotrzeć  do  Norwegii,  może  przynajmniej  na  półwysep  Kola.  Zwykle 

niewielu  żołnierzy  spotyka  się  tam  w  środku  zimy.  A  dla  was  ukrywanie  mnie  jest 

niebezpieczne. Nie chciałbym wam ściągać na głowę kłopotów. 

- Jeśli chodzi o mnie, to możesz zostać - odezwał się Michaił. 

- Musisz się także liczyć z twoją matką i Olegiem. 

-  Nie  są  zwolennikami  gubernatora  -  odparł  Michaił.  -  A  ciebie  bardzo  lubią.  Nie 

chcesz wrócić do armii? 

- Teraz nawet bym nie mógł - odparł Walerij sucho. - Jak zauważyłeś, tutaj też mnie 

szukają. Będą krążyć po okolicy przynajmniej przez jakiś czas. Będą węszyć tak dokładnie, 

by  mogli  wrócić  do  garnizonu  ze  spokojnym  sumieniem.  Nawet  zwykły  szeregowy  jest 

przekonany,  że  zrobiłem  coś  złego.  Nie  prowadzimy  wprawdzie  wojny,  ale  zbiegłem  z 

wojska.  Wykazałem  się  brakiem  męstwa.  Postąpiłem  źle,  że  uciekłem.  Ale  gorzej  byłoby 

zostać. 

Olga  wróciła  z  górą  ubrań.  Walerij  wziął  je  od  niej.  Mrugnął  porozumiewawczo  do 

Michaiła. 

-  Myślę,  że  pójdę  do  pokoju  Miszy.  Nie  śmiem  zdejmować  tych  szmat  na  oczach 

młodej damy. Jeszcze się na mnie rzuci, widząc tyle nagiego ciała. 

- Zarozumiały dureń! - Olga wykrzywiła się. Nie bardzo przypominała młodą damę. 

Misza uśmiechnął się. Walerij także. Zabrał ze sobą ubrania. Wódkę zostawił. 

Olga zadbała o to, by w piecu dobrze się paliło. Ogień był głodny, łakomie pochłaniał 

drewno i torf. 

background image

Walerij  wrócił  do  kuchni.  Podwinął  rękawy  koszuli.  Zacisnął  pasek.  Był  niższy  i 

chudszy od Jewgienija. Uskowowie należeli do mężczyzn drobnej postury. 

- Powinieneś włożyć spodnie Miszy - zauważyła cierpko Olga. 

- Twoich spódnic w każdym razie nie chcę! 

Olga pokazała mu język. Nie znalazła słów, którymi mogłaby się odciąć Walerijowi. 

Jego uśmiech widocznie całkiem ją rozbroił. 

- O, można trochę wywinąć do góry i pod spód - rzekł Walerij i zademonstrował to na 

nogawkach spodni. - Całkiem możliwe, że z czasem trafię pod twój pantofel, Olga, ale teraz 

mam na głowie inne sprawy... 

-  Powinnam  odnaleźć  porucznika  Gienadija  Uljakowa  i  podpowiedzieć  mu,  gdzie 

szukać zbiega! - Olga odrzuciła głowę, naśladując Raiję. Uczyniła to na swój sposób, choć i 

tak  wszyscy  mogli  się  domyślić,  od  kogo  się  tego  nauczyła.  -  Na  szczęście  dla  ciebie  ten 

człowiek jest mimo wszystko bardziej nieznośny niż ty, Waleriju Uskow! 

-  Powiedział  ci,  jak  się  nazywa?  Musiałaś  go  naprawdę  przestraszyć,  Olegowna! 

Porucznik, który podaje swe nazwisko małej dziewczynce... - Walerij gwizdnął przeciągle. - 

Może powinienem poczekać na ciebie, aż dorośniesz, moja mała. Ile masz lat? 

- Piętnaście! - odrzuciła głowę, aż zatańczyły loki. 

- Czy zechcesz za mnie wyjść i wyjechać ze mną do Norwegii? - przekomarzał się z 

nią Walerij. - Nie mam do zaofiarowania nic poza swoim ciałem, ale może się zdarzyć, że ci 

się spodoba. Niejedna mówiła, że niczego mu nie brakuje. A to już wiele. 

- Nie chcę niczego z drugiej ręki - odparła Olga bez skrzywienia. 

Walerij tylko się uśmiechnął. 

- Masz pazurki, moja droga - rzekł z uznaniem. 

Michaił  spojrzał  na  Olgę,  ale  nie  udało  mu  się  pochwycić  w  jej  spojrzeniu  tego,  co 

dostrzegł Walerij. 

Dla niego Olga to Olga. Chodziła z tym i owym, tak jak większość dziewcząt. Sam nie 

dostawał  zawrotu  głowy  na  jej  widok.  Znał  takie,  które  miały  więcej  do  pokazania  nad 

stanikiem sukni - i z pewnością również pod nim - niż Olga. 

Nie mógł o tym powiedzieć Walerijowi. W każdym razie nie teraz i nie w obecności 

Olgi. Nigdy by mu tego nie zapomniała. 

- Nie możesz chodzić teraz po Archangielsku. I nie możesz ukryć się na którymś ze 

statków, dopóki się nie upewnisz, że żołnierze gubernatora już tam byli i je przeszukali. Na 

pewno będą cię szukać na naszych statkach. 

background image

- Olga musi wrócić do miasta, prawda? Chyba że rodzice mają zamiar was wyswatać i 

możecie sypiać w jednym łóżku, co? 

- Fe! - rzucił Misza. 

- Nigdy - odparła Olga. 

- W takim razie musisz wrócić domu? 

Olga rzeczywiście musiała wrócić do miasta. Walerij jadł suchy chleb, wędzone mięso 

i popijał wódką z butelki. 

- Misza i ja jesteśmy prawie jednego wzrostu, prawda? - spytał. 

- Misza jest od ciebie wyższy - odparła Olga słodko. 

- Obaj mamy ciemne włosy. Z powodzeniem mogę nosić ubranie Miszy. Czy ten twój 

porucznik przyjrzał się dobrze Michaiłowi? Czy zauważyłby między nami różnicę? 

-  Patrzył  przede  wszystkim  na  Olgę  -  stwierdził  sucho  Michaił.  -  Strasznie  się 

mądrzyła, jak zwykle. 

-  Przypuszczam,  że  to  również  nic  niezwykłego,  że  przyglądał  się  Oldze  -  Walerij 

znowu wypił za zdrowie dziewczyny. 

- Czy ten wariat chce ze mną jechać do miasta? - zgadywała Olga. 

- Wszyscy pomyślą, że to ja. W ciemności nikt nie zauważy różnicy. - Michaił lubił 

sytuacje,  kiedy  Olga  czuła  się  niepewnie.  Traktował  pomysł  Walerija  jak  pewnego  rodzaju 

przygodę. Wszystko działo się naprawdę, ale nie sądził, by taka wyprawa mogła okazać się 

niebezpieczna. 

-  Podwiozę  cię  do  kantoru  -  zaproponowała  Olga.  -  Wtedy  będziesz  się  mógł 

przeczołgać dalej po lodzie do statku. Wysadzę cię w porcie. 

-  Ale  aż  do  Archangielska  pojedziemy  pod  wspólną  skórą,  Olegowna!  -  gwizdnął 

Walerij. Najadł się, a potem otulił Olgę szalem. Nawet nie spytał o pozwolenie. 

Michaił przyglądał się temu i dziwił, że Olga nie zareagowała. Jego udusiłaby z zimną 

krwią,  gdyby  uczynił  to  samo.  Teraz  tylko  mrugnęła;  nie  zaatakowała  ani  słowem,  ani 

pazurami. 

Przypomniał  sobie,  co  mówił  ojciec  o  uroku  Uskowów,  mając  na  myśli  Wasilija. 

Zastanowił się, czy Walerij posiada coś z owego uroku. Czy wszystkie dziewczęta nie są w 

stanie mu się oprzeć. 

Poczuł się małym dzieckiem. 

background image

Oleg poszedł do domu. Raija została sama w dużym portowym budynku. Wszystkie 

pomieszczenia wokół opustoszały. Nawet ogień w piecu zaczynał przygasać. Wkrótce zrobi 

się  zimno.  Ściany  nie  były  już  tak  szczelne.  Zdecydowali  się  wyremontować  ten  dom,  ale 

ponieważ nikt tu nie mieszkał, postanowili nie wydawać pieniędzy. Poza tym za ważniejsze 

uznali inwestowanie w statki. To one przynosiły dochód. 

Wszystko dziś zabierało Raiji dużo czasu. Jej myśli nieustannie krążyły wokół Miszy. 

Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  syn  ma  się  dobrze.  Zresztą  chłopak  nie  lubił,  gdy  przez  cały 

czas starała się chronić go pod swymi skrzydłami jak kwoka. Pragnął bardziej się uniezależ-

nić.  Jej  sprawiało  to  ból.  Dla  niego  stanowiło  życiową  konieczność.  Musiał  dorosnąć. 

Przecież  chciała,  by  stał  się  niezależny.  Chciała,  by  stał  się  wolny.  Lecz  serce  i  rozum  nie 

zawsze podążają tym samym rytmem. 

Kiedy  w  odległych  pomieszczeniach  rozległ  się  szmer,  Raija  zrazu  pomyślała,  że  to 

Antonia. Jej dzień pracy chyba też już się skończył, chociaż więcej czasu spędzała w stajni 

niż przy piecu w domu, gdzie, jak twierdziła, za mało dla niej powietrza. 

Jednak  odgłos  kroków  nie  przypominał  kroków  Antonii.  Raija  by  je  rozpoznała.  Te 

były wolniejsze, jakby cięższe. Męskie. Nie Olega. Raija znała i jego chód. 

W pierwszej chwili, kiedy zobaczyła kurtkę i czapkę Miszy, pomyślała, że to syn. Już 

miała zamiar czynić mu rodzicielskie wymówki. 

Wtedy się uśmiechnął. Niemal przepraszająco. Zamknął za sobą drzwi. Zatrzymał się 

przy nich. Podchwycił wzrok Raiji. Zdjął rękawiczki. Miszy rękawiczki. 

- Zaskoczona? 

- Skąd się tu wziąłeś? - spytała Raija. Wiedziała, gdzie powinien teraz być. Jej myśli 

nie od razu chciały się ułożyć w logiczną całość. Raiji nie udawało się wysnuć nici wiążącej 

myśli, która ciągle się rwała. 

Gość zdjął czapkę. Rozpiął kurtkę i położył ją na sofie. Sam usiadł obok. Zakłopotany 

szarpał palcami koszulę. 

- Michaił i Olga dali mi ubranie Jewgienija. Mam nadzieję, że nie weźmiesz im tego 

za złe. 

-  To  oczywiste,  że  dali  ci  te  rzeczy,  skoro  ich  potrzebowałeś.  Dlaczego  wróciłeś, 

Walerij? Zupełnie nie rozumiem, skąd się tu wziąłeś? - Raija zamilkła. Spoważniała. - Chyba 

background image

to nie ciebie szukają? Drogi Walerij u! Nie zniosę więcej żołnierzy, którzy wtykają nos tu i 

tam i twierdzą, że ukrywam wrogów cara! Mów, co, do diabła, zrobiłeś! Uciekłeś z wojska? 

Skinął  głową  zawstydzony.  Uniósł  nieznacznie  jeden  z  kącików  ust.  Raija  znała  ten 

odruch.  Żaden  z  Uskowów  nie  robił  tego  świadomie,  ale  potrafiłby  w  ten  sposób  stopić  w 

styczniu lód grubości człowieka. 

- Długo jesteś w drodze? 

- Trzy tygodnie. Musiałem zachować ostrożność. 

-  Skąd  żołnierze  wiedzą,  że  jesteś  w  okolicy  Archangielska?  -  spytała  Raija  wprost. 

Lubiła tego chłopaka, ale mogło jej się nie podobać to, co robił. - Wypytywali tak, jak gdyby 

byli  pewni,  że  ten,  którego  szukają,  jest  w  pobliżu.  To  coś  więcej  niż  domysły.  Naturalnie 

musieli zgadnąć, że udasz się w tę stronę. Ale to zbytnia zbieżność w czasie... 

-  Kiedy  znalazłem  się  o  parę  kilometrów  na  południe  stąd,  zachowałem  się  trochę 

nieostrożnie - przyznał Walerij. - Spotkałem dziewczynę. Poznała, że mam na sobie mundur, 

chociaż  bluzę  wywróciłem  na  drugą  stronę.  Poprosiłem  ją,  by  zdobyła  dla  mnie  jakieś 

ubranie, ale widocznie jej się nie spodobałem. Może byłem zbyt szorstki. 

Raija westchnęła. 

- Dlaczego zawsze muszę się o kogoś martwić? Czy to się nigdy nie skończy? Zawsze 

ktoś z was coś przeskrobie. Czy musiałeś tak narozrabiać, Walerij? 

- Nie mogłem znieść życia w wojsku - odparł krótko. Popatrzył na ścianę. Jego twarz 

wydawała się smutna i nieprzystępna. Walerij nawet nie usiłował przywołać odrobiny swego 

uroku. To zresztą nie zrobiłoby na Raiji wrażenia. Ona także była zmęczona. 

- Stało się coś jeszcze poza tym, że zbiegłeś z armii, prawda? - spytała. Nic by jej nie 

zaskoczyło. - Nie powiedziałeś mi o wszystkim, czy tak, Walerij? Wiesz, że ci pomogę. Nie 

mogłabym postąpić inaczej. Ale chciałabym znać prawdę. Nie tylko to, co zdecydowałeś się 

nam wyznać. Olga i Misza uwierzyli pewnie w twoją opowieść, bo nie potrafią jeszcze czytać 

między słowami. Jednak ja wiem, że żołnierze zwykle nie szukają tak dokładnie wszystkich 

dezerterów. Nie przez trzy tygodnie... 

- Chciałem wrócić na morze... 

- Mów prawdę! 

-  Nie  potrafiłem  siedzieć  cicho  -  wyznał  z  niechęcią.  -  Jeden  z  nas  dostał  karę.  Był 

zaledwie  młodym  chłopcem.  Chudy  jak  szczapa...  jeszcze  chudszy  niż  Misza.  Myślę,  że 

również  od  niego  młodszy.  Pewnie  skłamał,  podając  wiek,  gdy  zaciągał  się  do  wojska. 

Zresztą  nie  sprawdzano  tego  dokładnie.  Coś  w  tym  chłopaku  zdenerwowało  jednego  z 

oficerów,  który  zaczął  go  bić  na  oczach  nas  wszystkich.  Wystąpiłem  w  obronie  tego 

background image

dzieciaka, mówiąc, że to tchórzostwo, że to nie po męska Wtedy rzuciło się na mnie dwóch 

oficerów.  Wyciągnąłem  szablę  temu,  który  zbliżył  się  pierwszy.  Nie  wiem,  jak  mi  się  to 

udało. Nie wiem, czy w ogóle myślałem, co robię. Po prostu złapałem szablę. Ostrze przebiło 

oficera  na  wylot.  Wtedy  wypuściłem  rękojeść.  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  w  ogóle  ją 

trzymałem.  Oficer  wywrócił  oczami,  zielonymi  na  tle  krwią  nabiegłych  białek.  Mogłem 

zobaczyć delikatne, czerwone żyłki. 

-  Zabiłeś  oficera?  -  spytała  Raija  z  niedowierzaniem.  Walerij  ściągnął  proste  brwi, 

ciemniejsze niż u Wasilija. 

- Kapitana - odparł jakby  zdziwiony. - Syna  generała. Był bardzo młody. Nigdy  nie 

zapomnę  cienkich,  czerwonych  żyłek  przecinających  białka  jego  oczu.  Zielonych  tęczówek 

wokół czarnych źrenic. Upadł do przodu. Musiałem się cofnąć. Wydaje mi się, że zacząłem 

biec. Ukradłem konia. Oficerskiego. Należącego do któregoś z dowódców. Myślę, że to nie 

był  koń  kapitana,  którego  zabiłem.  Pozostali  szeregowcy  musieli  chyba  przeszkodzić  tym, 

którzy chcieli mnie ścigać. Nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej. Sądziłem, że od razu mnie 

złapią.  Myślałem,  że  to  mój  koniec.  Później  dziękowałem  za  każdy  dzień.  Żyję  w  ciągłym 

strachu, ale dziękuję za każdą godzinę na wolności. 

Raija  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Wydarzenia  spływały  na  nią  niczym  ławica  śledzi, 

połyskująca  srebrem  tuż  pod  powierzchnią  wody.  Jej  serce  już  zdołało  się  uspokoić  po 

wypadku syna. Nabrała pewności, że Misza wy dobrzeje, że mogło być o wiele gorzej. Dziś 

rozmawiała  o  tym  z  Olegiem.  Doszli  do  wniosku,  że  kryje  się  za  tym  coś  więcej,  niż 

opowiedział Michaił, lecz mimo to Raija była w pewien sposób dumna z syna, że wymyślił tę 

historię i nie wyznał prawdy. Dorastał. 

Teraz  jej  serce  znowu  mocniej  zabiło  w  piersi.  Strach  dudnił  jak  młot.  Odnosiła 

wrażenie,  jakby  poruszała  się  po  niepewnym  lodzie,  pod  którym  widniała  granatowoczarna 

głębia. 

-  Nie  możesz  zostać  w  Archangielsku.  Znajdą  cię.  Będą  szukać  bez  wytchnienia. 

Tutaj, w naszym domu, u Toni i Olega, na statkach, w porcie. Wszędzie. Nie możesz też uciec 

po zamarzniętym morzu na zachód. Będą cię szukać u Piotra. Nie możesz go narażać. Piotr 

ma rodzinę, Walerij... 

-  Teraz  w  czasie  zimy  pojawia  się  tyle  różnych  śladów  na  Morzu  Białym  -  rzekł 

Walerij.  -  Myślałem,  że  przez  kilka  nocy  będę  mógł  przenocować  na  jednym  ze  statków. 

Odpocząć.  Przez  cały  ostatni  tydzień  uciekałem  bez  wytchnienia.  Nie  mam  już  siły. 

Potrzebuję  również  snu.  Jeżeli  złapią  mnie  na  statku,  mogę  powiedzieć,  że  wszedłem  na 

pokład bez wiedzy właściciela. Wiem, że nie mogę zostać u ciebie. Nie mogę cię narażać na 

background image

niebezpieczeństwo,  Raija.  Musiałem  cię  tylko  zobaczyć,  porozmawiać  z  tobą.  Może  mnie 

złapią.  Wtedy  to  piekło  się  skończy.  A  może  przedostanę  się  na  zachód,  do  Norwegii.  Ale 

wówczas nie będę mógł już wrócić. Musiałem cię przedtem zobaczyć. Cokolwiek się stanie. 

Nie mam nikogo poza tobą. Jesteś mi bliższa niż Piotr. W nas obu płynie ta sama krew, ale to 

nie wystarczy. Więzi krwi to nie wszystko. Lubię cię bardziej niż kogokolwiek innego, Raija - 

Raisa. 

- To szaleństwo ukrywać się na statku - stwierdziła Raija. Wstała. Chodziła od ściany 

do  ściany,  raz  po  raz  rzucając  na  Walerija  oczyma,  w  których  kryła  się  rezygnacja.  - 

Szaleństwo,  Walerij!  Głupota!  Czy  naprawdę,  do  licha,  nie  ma  w  tobie  za  grosz  rozsądku? 

Czy pomyślałeś, ile trzeba czasu, by cały Archangielsk wiedział, gdzie jesteś? Załoga pracuje 

teraz  przy  czyszczeniu  statku.  Nie  uda  ci  się  ukryć  przed  marynarzami,  Walerij!  Nawet 

gdybyś  bardzo  chciał.  Rozpoznają  wszelkie  obce  odgłosy  na  statku.  Nie  możesz  cały  dzień 

siedzieć nieruchomo, wstrzymując oddech! 

- Jestem jednym z nich. 

-  Jesteś  tak  naiwny,  że  zastanawiam  się,  czy  rzeczywiście  pochodzisz  z  rodu 

Uskowów, chłopcze! Jednym z nich? Jak długo będziesz jednym z nich, skoro wyznaczono 

nagrodę za informacje o tobie? Marynarzom się nie przelewa. Łatwo zaprzedać duszę, gdy się 

głoduje i marznie, nie rozumiesz tego? Nie możesz ukrywać się na statkach! 

- Nie znam innego miejsca, a muszę przedostać się przez Morze Białe, przez granicę. 

Rozumiesz  już,  dlaczego  gubernator  nie  zaniecha  poszukiwań.  Jestem  tym,  kim  mnie 

nazywają. Przestępcą. Wrogiem „kraju. 

Raija  przystanęła  przed  Walerijem.  Potargała  go  po  włosach.  Uśmiechnęła  się 

zmęczona. 

-  Nie  martw  się,  coś  wymyślimy.  Nadal  będę  cię  chronić  pod  swoimi  skrzydłami  - 

westchnęła.  -  Nigdy  nie  staniecie  się  na  to  zbyt  dorośli.  Bez  względu  na  to,  co  zrobicie, 

zawsze wam wybaczę. 

Walerij chwycił Raiję za nadgarstki, lecz zaraz je wypuścił. Objął ją. Materiał bluzki 

był śliski. Walerij poczuł ciepło Raiji, jej kręgosłup, zawsze taki prosty. 

Na twarzy Raiji widniały zmarszczki, delikatne, drobne linie. Walerijowi zrobiło się 

ciepło  na  ich  widok.  Chciał  przesunąć  wzdłuż  nich  opuszkami  palców.  Chciał  ich  dotknąć. 

Wargami. 

- To również? - spytał. Nie rozpoznał własnego głosu. Nie wiedział, jak to się stało, że 

jego usta dotknęły jej ust. Poczuł jej dłonie na swej piersi, na koszuli Jewgienija. Powiedziała 

coś. Walerij nie chciał wiedzieć, co mówiła. Rozpoznał słowo „nie”... 

background image

Czy zawsze za tym tęsknił? Raija nie była przecież jego matką. Zdarzały się chwile, że 

nienawidził stryjka Wasi. 

Nie rozumiał, dlaczego. 

Teraz już wiedział. 

Przywarł  ustami  do  jej  szyi.  Była  taka  ciepła  i  miękka.  Chciał  dotykać  jej  skóry, 

pieścić  ją.  Pragnął  wypełnić  dłonie  jej  ciężkimi  piersiami.  Chciał  zamknąć  usta  wokół 

brodawek. Chciał bawić się językiem na jej ciele... 

Był głodny, oszołomiony, oszalały z pożądania. Nigdy nie pożądał żadnej kobiety tak 

jak Raiji. Te, które trzymał w ramionach, były tylko cieniami. Nie pamiętał ich twarzy. Nie 

pamiętał ich imion. Wszystkie one zlały się w jedno i stały się jednolitą masą, w której nie 

kryło się nic ludzkiego. 

Nie  stały  się  dla  niego  kobietami.  Nawet  ciałami.  Zaspokajał  tylko  jakieś  swoje 

potrzeby,  szybko,  podciągając  do  góry  spódnice  dziewcząt.  Nigdy  nie  budził  się  u  boku 

kobiety, nigdy z żadną nie zasypiał. 

Nigdy nie zaznawał spokoju w objęciach, które dzielił, a raczej brał. 

Nigdy nie wiedział, czego szuka. Nie wiedział, kogo szuka. 

Ale  żadna  nie  mogła  zabłysnąć  w  jego  pamięci  jako  kobieta,  gdy  stanęła  w  cieniu 

Raiji - Raisy. Raija mogłaby być jego matką, ale miała w sobie tyle kobiecości, że jej pożądał. 

Nie pragnął innej. 

Tylko jej. Teraz... 

- Walerij! 

Raija  działała  szybko.  A  Walerij  czuł  się  taki  ociężały  i  otumaniony.  Jego  krew 

płynęła  niczym  wzburzona  rzeka,  a  mimo  to  stał  się  powolny  i  ospały.  Zbyt  późno 

zorientował się, co Raija zamierza zrobić. 

Na  stole  leżał  srebrny  nóż  do  otwierania  listów.  Wystarczająco  blisko,  by  Raija 

zdołała  go  dosięgnąć.  Wystarczająco  ostry,  by  mogła  go  użyć  jako  broni,  przykładając 

Walerijowi do gardła. Jej dłoń była tak pewna, że naprawdę mogła go użyć. 

- Puść mnie, Walerij! - zażądała zdecydowanym głosem, równie pewnym jak jej dłoń. 

Jej oczy zrobiły się czarne. Przykuwały jego wzrok, że musiał uniknąć spojrzeniem. Zwolnił 

uchwyt. Bladł, to znów się czerwienił. 

W pomieszczeniu nagle powiało chłodem. 

Raija usiadła za stołem. Nóż do listów leżał przed nią. Stół tkwił między nimi niczym 

skała.  Błyszczący.  Walerij  mógł  się  w  nim  przejrzeć,  tak  jak  mógł  się  przejrzeć  w  lodzie 

pokrywającym skałę pewnego dnia na przedwiośnia. 

background image

- Długo już uciekasz, Walerij - odezwała się Raija. Miała włosy w nieładzie. Ładnie 

tak wyglądała. 

Młodziej. Węzeł na karku sprawiał, że wydawała się surowa. Walerij nie zapamiętał 

jej  jako  osoby  surowej.  Zawsze  traktowała  go  najczulej  i  najłagodniej  na  świecie.  Był  za 

duży, by siadać jej na kolanach, ale mu na to pozwalała. Dobrze było przytulić policzek do jej 

piersi i ogrzać się jej ciepłem. 

Ale to już minęło. 

Ona również mówiła o upływającym czasie. 

- Dawno nie odpoczywałeś i nie wiodłeś normalnego życia. Dlatego tracisz panowanie 

nad  sobą.  Przekroczyłeś  moje  granice.  Nikt  tego  nie  robi.  Nie  w  taki  sposób.  Zapamiętaj 

sobie, że nigdy nie będę mogła stać się dla ciebie kobietą. Lubię cię i zawsze będę cię lubić. 

Ale nie wypełniasz moich tęsknot. Gdybyś był sobą, nigdy by do tego nie doszło. 

-  Przepraszam...  -  wyszeptały  jego  usta.  To  jego  usta  uformował)'  te  słowa.  Słyszał 

swój własny głos. - Przepraszam, Raija - Raisa. Wybacz mi! 

Nie  powinna  wiedzieć,  że  i  tak  by  do  tego  doszło.  Nigdy  o  niej  nie  myślał  w  ten 

sposób. Nigdy, aż do chwili, gdy złapał ją za nadgarstki. Doszłoby do tego tak czy owak. 

- Już o tym zapomniałam - zapewniła. 

To tylko formułka. Kłamstwo. Walerij o tym wiedział. I Raija również musiała o tym 

wiedzieć. A zawsze uważał, że jest na wskroś uczciwa. Wierzył, że nigdy nie mówi nic, byle 

wypełnić ciszę. Szkło rozbiło się, spadając na zamarzniętą ziemię. 

Jednak Raija nadal promieniała w jego oczach. W jego myślach pozostanie na długo. 

Walerij nie wiedział, czy kiedykolwiek zapragnie, by z nich wyfrunęła. Marzenie o niej było 

jak ciepły ptak z mocno bijącym sercem w gniazdku zgiętej dłoni. 

-  Nie  możesz  zostać,  Walerij.  Ale  nie  możesz  też  wyjść  w  tym  stanie.  Bóg  raczy 

wiedzieć, co się może stać... 

Uśmiechnął  się,  siedząc  odwrócony  do  Raiji  plecami.  Brakło  mu  siły,  by  odwrócić 

głowę i na nią spojrzeć. Widział jej odbicie w szklanych drzwiach szafki z książkami. Raija 

potrafiła podejmować decyzje. Na jej twarzy malowało się tyle stanowczości. Gdzie znajdzie 

drugą równie silną kobietę? O równie ciemnym spojrzeniu, z tak samo podniesioną głową? 

Bała  się,  że  Walerij  znowu  może  zabić.  Może  myślała,  że  łatwiej  mu  to  przyjdzie, 

skoro  już  raz  to  zrobił?  Nie  mogła  zajrzeć  do  jego  przerażających  snów.  Nie  mogła 

zrozumieć, dlaczego prawie nie spał od chwili, gdy zaczął uciekać. 

Dziękował za każdą godzinę wolną od koszmarów. 

Pamiętał każdą z nich. Nie mógł spać. Wtedy widział wszystko wyraźnie. 

background image

Raija  zamyśliła  się.  Nie  bała  się  zostać  z  nim  sam  na  sam.  Już  nie.  Wiedziała,  że 

Walerij  nie  dotknie  jej  ponownie.  Nie  spodziewała  się,  że  coś  takiego  w  ogóle  może  się 

zdarzyć. Nie mieściło się jej to w głowie. 

To dla niej coś niepojętego. 

Pod  wieloma  względami  czuła  się  za  niego  odpowiedzialna.  Oczywiście  dorósł  na 

tyle, by samemu za siebie odpowiadać, jednak w jej sercu miał swoje miejsce. Nie potrafiła o 

tym zapomnieć. 

Wasilij był jego stryjem. Najbliższą osobą, którą Walerij traktował jak ojca, ponieważ 

rodzonego ojca nigdy nawet nie widział. 

Zresztą  chodziło  o  coś  więcej  niż  miejsce  w  sercu.  To  również  obowiązek.  Coś,  co 

była winna Wasilijowi. 

- Poczekaj tu - rzekła, ubierając się. Nie była pewna, czy podjęła właściwą decyzję. 

Nie miała wielkiego wyboru. Żołnierze zaczną szukać Walerija również u niej. Bez względu 

na to, ile osób w to zaangażuje, została zmuszona do działania. Przebiegło jej przez głowę, że 

właściwie sprawa nie rozniesie się poza rodzinę. Wszystko zostanie w gronie najbliższych... 

- Nie zamierzam cię wydać - rzekła na wszelki wypadek. - Ale nie mogę cię z sobą 

zabrać.  Nie  podchodź  do  okna.  Trzymaj  lampę  tylko  w  głębi  pokoju,  nie  podkręcaj  jej. 

Zamknę drzwi na klucz. 

- Wrócisz tu? Kiedy? Raija zobaczyła w nim chłopca. Ujrzała w jego oczach ten sam 

strach sprzed lat, kiedy wraz z Jelizawietą został zdradzony i opuszczony przez własną matkę. 

Czegoś takiego nikt nie zapomina. Raija poczuła w piersi ciężar. 

-  Niedługo  -  obiecała.  -  Nigdy  dotąd  cię  nie  okłamałam,  prawda?  Potrzebujesz 

odpoczynku, Walerij. Musimy ci pomóc przedostać się na zachód, przez granicę. Bóg jeden 

wie, co cię tam czeka, ale w każdym razie nie skażą cię na śmierć. 

Wieczór  był  ciemny.  Wietrzny.  Raija  czuła,  że  za  parę  godzin  spadnie  śnieg.  Musi 

dostać  się  do  domu,  zanim  zacznie  padać.  I  tak  czeka  ją  długa  droga,  lepiej  żeby  zdążyła 

przed burzą śnieżną. 

Nie widziała po drodze nikogo. Ale mrok mógł  skrywać śledzące ją oczy. Nie ufała 

zbyt wielu ludziom. Większość z nich można kupić. Lojalność jest jak bańka mydlana, która 

łatwo pęka. Nie może rosnąć w nieskończoność. 

Wszystko ma swoje granice. Jakieś ramy. 

Dobiegły  ją  jakieś  odgłosy,  które  przypominały  uderzenia  rogów  reniferów.  Ale 

przecież nie mogły się rozlegać tu na ulicach miasta... Przedzierały się z innego życia. Tego, 

które również było jej życiem, a którego nie znała. 

background image

To miało miejsce dawno temu. 

Raija starała się iść cicho. W swej pelerynie zdawała się prawie niewidoczna. Zlewała 

się  w  jedno  ze  ścianami  domów,  które  mijała.  Stanowiła  tylko  cień  w  jeszcze  czarniejszej 

ciemności. 

Drzwi kuchennych nie zamknięto na klucz. Raija chyłkiem przekradła się przez nie do 

ś

rodka. Poczekała, nasłuchując. Nie dosłyszała żadnych głosów. Weszła po schodach do góry 

do salonów. Dużych, jasnych i wysokich. Ten widok przepełnił ją bólem. 

Raija nie rozumiała, jak on może tu mieszkać. Może jakoś się już pogodził z tragedią, 

która się rozegrała w tych ścianach. 

Raija nie chciała brać na siebie również tego ciężaru. Nie czuła się odpowiedzialna za 

jego życie. Sam sobie radził. Urodził się po to, by sobie sam radzić. Nie potrzebował kilku 

matek. To prawda, przydałaby mu się żona, ale jej nie szukał. Jakby na przekór. Tak jakby 

chciał ukarać całą rodzinę, cały ród. Tak jakby chciał odpłacić za wszystko, co pod tym da-

chem ucierpiała Jelizawieta. 

Raija  przechodziła  od  pokoju  do  pokoju.  Otwierała  drzwi.  Starała  się  robić  to  jak 

najciszej. Nie znalazła gospodarza. 

To Nikołaj ją znalazł. Szedł za nią przez pokoje, w których go szukała. 

- Raija! - jego głos sprawił, że się nagle odwróciła. - Nie pukałaś? Mogłaś zawołać! 

Podszedł do niej i z radości ucałował w oba policzki. Śmiał się całą twarzą. 

-  Nie  przychodzę  z  towarzyską  wizytą  -  uprzedziła  pośpiesznie  Raija.  -  Proszę,  nie 

wymieniaj na głos mojego imienia! W razie czego będę musiała zaprzeczyć, że tu byłam. 

- Nie trzymam służby. - Popatrzył poważnie na Raiję. 

- Czy już tu byli? Żołnierze? Nikołaj Norkin potrząsnął jasną czupryną. Był młody. I 

był  spadkobiercą  wielkiego  rodu,  rozrastającego  się  szeroko  potężnego  drzewa,  które  jakby 

wyciągało gałęzie ku słońcu. 

-  Może  znajdujesz  się  poza  podejrzeniem  -  pomyślała  głośno  Raija  i  usiadła. 

Zauważyła, że sam nie spoczął, czekając, aż pierwsza usiądzie. Uprzejmy po czubki palców. 

Miał  to  we  krwi.  Skutecznie  mu  to  wpojono.  Mimo  wszystko  wyrósł  na  mężczyznę...  - 

Przychodzę  do  ciebie,  bo  potrzebuję  pomocy.  Twój  ojciec  i  gubernator  zawsze  byli 

serdecznymi przyjaciółmi, prawda? 

Nikołaj skinął głową. 

-  Walerij  zdezerterował  i  dopuścił  się  zabójstwa.  W  odwrotnej  kolejności. 

Najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy wypadek. 

Opowiedziała o wszystkim Nikołajowi tak, jak jej to przedstawił Walerij. 

background image

- Ten kapitan, którego Walerij zabił, był niestety synem generała. Tylko Uskow mógł 

mieć takiego pecha. Wydaje mi się, że członków tej rodziny prześladuje fatum, które jakby 

podąża  ich  śladem,  ciągle  prowokują  jakieś  tragedie,  Nikołaj.  Zrozum,  nie  mogę  ukrywać 

Walerija  u  siebie.  Żołnierze  już  u  mnie  byli.  Przyjdą  znowu.  Nie  mogą  go  u  mnie  znaleźć. 

Muszę myśleć o Miszy. 

- A on sam co zamierza? Nikołaj od razu przystąpił do rzeczy. Raiji to się podobało. 

Przypominało jej własny sposób działania. Jednak Nikołaj wydawał się bardziej chłodny niż 

ona. Nie mieszał do myśli uczuć. Oddzielał je tak wyraźnie, jakby odcinał nożem. 

Raija przedstawiła pokrótce plany Walerija. 

- To mu się nie uda - uznał Nikołaj. 

Miał  takie  jasne  oczy.  Jego  twarz  nabrała  męskiego  wyrazu.  Malował  się  na  niej 

wyraz goryczy, który nigdy jej nie opuszczał. 

Upływ  czasu  powinien  wymazać  tę  gorycz,  ale  Raija  zauważyła,  że  działo  się 

przeciwnie  -  w  miarę  upływu  lat  owe  rysy  bólu  i  goryczy  zaznaczały  się  coraz  wyraźniej. 

Nikołaj nie chciał zapomnieć. Nie chciał wybaczyć. 

Być może i w tym przypominał Raiję, choć ona wolała się do tego nie przyznawać. 

W niej również tkwiło wiele nieprzejednania. 

- Na pewno nikt nie będzie go u mnie szukał - stwierdził Nikołaj z przekonaniem. - 

Jeżeli żołnierze tu przyjdą, poczęstuję ich koniakiem i porozmawiam z nimi. Wyśmieję ich. 

Poproszę,  by  obeszli  wszystkie  pokoje  i  by  postarali  się  zrobić  to  bardzo  dokładnie,  bo  nie 

chcę u siebie żadnego wroga kraju. Nie przyznaję się do znajomości z tym mordercą, chociaż 

w młodości może się z nim zetknąłem. Nie wszystkie znajomości należy pielęgnować. 

Uśmiechnął  się  krzywo,  mówiąc  tonem  przeznaczonym  dla  osób,  które  wolał 

traktować z dystansem. Raija zadrżała. Zdała sobie sprawę, że i ona potrafi tak grać. Jednak 

ona nie została do tego stworzona. Wyuczyła się tej sztuki, można powiedzieć, do perfekcji. 

Nikołaj uczynił to z lekkością, z jaką pstrykał palcami. 

-  Pocałował  mnie  -  wyznała  Raija.  Spojrzenia  obojga  spotkały  się.  Raija  zamknęła 

oczy. Uciekła przed badawczym wzrokiem Nikołaja. - Musiałam mu przyłożyć do gardła nóż 

do otwierania listów, żeby mnie puścił. Przeraził mnie. Traktowałam go jak syna... 

Westchnęła. 

-  Nie  jesteś  taka  stara,  Raiju  -  uśmiechnął  się  Nikołaj.  -  Wyglądasz  pięknie. 

Pociągająco. Nie jesteś jego matką, chociaż może się nią czujesz. Walerij pamięta Dagniję. 

Ona  była  jego  matką.  Ty  zaś  jesteś  dla  niego  kobietą.  Wyrósł  na  mężczyznę.  To  nie  takie 

dziwne, Raija, że się tak zachował. Bóg jeden wie, przez co przeszedł. 

background image

Skinęła głową. 

- Nie zamierzałam nikomu o tym mówić, ale nie mogłam też zatrzymać tego tylko dla 

siebie. Liczę, że to zostanie między nami. Walerij nie musi wiedzieć, że ci powiedziałam. Nie 

warto stawiać go w jeszcze trudniejszym położeniu. 

-  Obiecuję,  że  będę  milczał  jak  grób  -  uśmiechnął  się  Nikołaj.  Zdołał  przywołać  na 

twarz  nieco  więcej  ciepła.  Nie  wydawał  się  już  tak  surowy.  -  Przyprowadzę  go.  Zostawię 

klucze od kantoru za ostatnią beczką w rogu. Widziałem je dziś, nie przełożyłaś ich. Ukryję u 

siebie  Walerija.  Przyjdę  do  ciebie  jutro  do  biura.  Albo  pojutrze.  Musimy  porozmawiać,  jak 

chłopaka przerzucić dalej. Z pewnością potrzebuje kilku dni odpoczynku, by nabrać sił. 

- Wiedziałam, że pomożesz! 

- Wszystko zostanie w rodzinie - rzekł Nikołaj Norkin poważnie. - Takimi sprawami 

nie należy obcym zawracać głowy... 

background image

Nikołaj  przyszedł  do  kantoru  Raiji.  Był  bardzo  blady.  W  futrzanej  kurtce  z  wilków 

wydawał się dwa razy grubszy. Nie zdjął nawet czapki. 

- Wiem - odezwała się Raija. Miała sucho w ustach, wargi spękane. Jak zawsze, kiedy 

się  bała.  -  Nie  pytali  nawet  o  pozwolenie  na  przeszukanie  statków.  Po  prostu  powiadomili 

Olega,  że  to  zrobili.  Załoga  zwymyślała  żołnierzy  za  nagłe  wtargnięcie  i  Oleg  musiał 

udobruchać oficera, żeby spojrzał na to przez palce. 

Nikołaj Norkin usiadł bez zaproszenia. Uznał to za coś oczywistego. Raija nie zdążyła 

poprosić go, by znalazł jakieś krzesło. Dla niej proponowanie gościowi miejsca wydawało się 

rzeczą oczywistą. 

Jej świat i świat Nikołaja były tak odmienne. Raija teraz to zauważyła. Teraz to sobie 

uświadomiła. 

-  Walerij  nie  może  zostać  w  Archangielsku  -  zaczął  Nikołaj.  -  Boję  się  bardziej  ze 

względu  na  niego  i  ze  względu  na  was  niż  z  obawy  o  siebie.  -  Musiał  wyraźnie  to  Raiji 

powiedzieć. - Zawsze mogę... 

- ...się wykupić - dokończyła Raija. - Tym razem, gdyby znaleźli go u ciebie, mogłoby 

ci się nie udać. Musiałbyś się tłumaczyć, że nie wiedziałeś, że uciekł z wojska. W przypadku, 

gdy giną oficerowie carycy, gubernator nie jest pobłażliwy. Sama caryca decyduje o życiu i 

ś

mierci. Ona, która wysyła ludzi na wojnę... 

- Za takie słowa i tobie trudno byłoby się wykupić, Raiju - uśmiechnął się Nikołaj. Do 

swojej  matki  nigdy  nie  odzywał  się  w  ten  sposób,  nigdy  nie  rozmawiał  z  nią  o  ważnych 

sprawach, o tym, co miało dla niego znaczenie. Za to Raija nie lubiła czczej gadaniny, tak jak 

i on czuła do tego odrazę. - Nie chciałbym cię wciągać w niebezpieczną grę, ale nie wiem, jak 

tego  uniknąć.  -  Zrobił  przerwę.  Zdjął  czapkę  z  jasnowłosej  głowy.  Raija  zauważyła,  że 

przerzedziła mu się czupryna, chociaż dopiero wkraczał w dorosłe życie. Przebiegło jej przez 

myśl, że to dobrze, iż jest nieźle sytuowany, bo mimo coraz wyższego czoła nie będzie miał 

kłopotu ze znalezieniem żony. - Wpadłem na pomysł, że mógłbym pojechać do Kem. Jako 

powód bym podał, że mam tam rodzinę i prowadzę interesy. Nie mogę wyruszyć w tak daleką 

drogę całkiem sam. Potrzebuję woźnicy. Pomyślałem więc, że Walerij mógłby wybrać się ze 

mną, podając się za Misze. 

background image

- Skoro wyruszysz z Misza, musisz również z nim wrócić. Czy i jego chcesz zabrać do 

Kem?  W  takim  razie  on  nie  może  jechać  jako  on.  Nie  możesz  podróżować  z  dwoma 

Michaiłami. 

Nikołaj uśmiechnął się. 

-  Twojemu  synowi  to  się  nie  spodoba!  Ale  on  nie  jest  zbyt  duży  ani  zbyt  dobrze 

zbudowany. Głos ma jeszcze całkiem wysoki. Nie mówiąc już o zaroście. Jest bardzo ładny 

jak na chłopca... 

-  Nie,  to  mu  się  na  pewno  nie  spodoba!  -  przyznała  Raija.  Zrozumiała,  do  czego 

Nikołaj zmierza. 

-  Wszyscy  wiedzą,  że  mam  słabość  do  dziewcząt  ze  służby  -  mówił  dalej  Nikołaj 

tonem  usprawiedliwienia.  Tak  jakby  musiał  zwierzać  się  z  tego  Raiji.  -  Można  by 

wypożyczyć  papiery,  należące  do  kogoś,  kogo  żołnierze  nie  znajdą,  gdyby  szukali.  Albo 

sfałszować odpowiednie dokumenty... Dla dziewczyny, która się czerwieni i wstydzi, gdy ją o 

coś  pytają.  I  nikt  nie  spodziewa  się,  że  przywiozę  ją  ze  sobą  z  powrotem.  Może  mi  się  na 

przykład znudzić. Natomiast mógłby ze mną wrócić Michaił i nikogo by to nie dziwiło. 

- Ucieszę się, jeśli uda ci się go przekonać - rzekła Raija sceptycznie. - Chociaż nie 

bardzo mi się to podoba. I im więcej o tym myślę, tym więcej ogarnia mnie wątpliwości. Ale 

przyznaję,  że  twój  pomysł  ma  szanse  powodzenia.  Może  powinieneś  wyruszyć,  zanim  kto-

kolwiek  nabierze  podejrzeń.  Nie  zabronię  Miszy  jechać,  jeżeli  on  sam  zechce.  Ale  musi 

zdawać sobie sprawę, że to niebezpieczne. O tym również musisz mu powiedzieć, Nikołaj! 

To nie tylko wielka przygoda lub bajka, której zakończenie sam wybierzesz. To nie tylko oka-

zja  do  ukojenia  wyrzutów  sumienia  wobec  rodziny  Uskowów.  To  niebezpieczna  gra.  I 

pamiętaj, że wciągasz w nią mojego syna. - Westchnęła. - Do diabła, wszyscy jesteście moimi 

synami! W moim sercu jest dość miejsca dla was wszystkich. Tylko uważajcie na siebie! Nie 

chcę, by to miejsce wypełnił smutek! 

Antonia i Olga przybyły z Raiją, kiedy po południu wróciła z biura do domu. 

Misza  zazgrzytał  zębami  na  widok  Olgi,  a  ona  pokazała  mu  język,  kiedy  matka  ani 

Raija nie mogły tego zobaczyć. Poza tym uśmiechała się słodko. 

Nikołaj przyjechał konno o zmroku. Sam zaprowadził konia do stajni, zanim wszedł 

do środka. 

-  Nikogo  u  mnie  nie  było  -  odezwał  się  w  progu.  Nie  przywitał  się.  Zdjął  futro  i 

przewiesił  je  przez  oparcie  krzesła.  Nie  był  zależny  od  starych  nawyków.  -  Ale  za  to  ja 

odwiedziłem  gubernatora  -  uśmiechnął  się,  dziękując  za  parujący  rosół,  który  podała  mu 

Raija.  Wieczór  był  mroźny.  -  Pojechałem  do  niego  i  powiedziałem,  że  słyszałem  plotki...  - 

background image

Nikołaj wzruszył ramionami. - Dodałem, że owe plotki wiążą się z nazwiskiem osoby, z którą 

nie tak dawno temu żyłem na przyjacielskiej stopie. 

-  Czy  nie  możesz  mówić  po  ludzku?  -  spytała  Olga  bardziej  zrezygnowana  niż 

uszczypliwa. - Nie jestem głupia, Nikołaj, ale słuchanie twoich wywodów i zgadywanie, do 

czego właściwie zmierzasz, męczy mnie. 

Jasne  brwi  Nikołaja  uniosły  się  do  góry.  Roześmiał  się.  Nie  miał  Oldze  za  złe  jej 

uwag. 

- Spytałem wprost, czy poszukują Walerij a. Spytałem też, dlaczego. I wyraźnie dałem 

do  zrozumienia,  że  nie  popieram  ani  tego  czynu,  ani  sprawcy.  Gubernator  trafnie  odczytał 

moje intencje i przyznał mi rację, że czasami istnieją takie znajomości, których nie pragnie się 

pielęgnować. Powiedział, że cieszy się, widząc, że dziką i próżną młodość mam już za sobą. 

Dodał,  że  bunt  rzadko  prowadzi  do  czegoś  dobrego  i  że  Walerij  jest  tego  najlepszym 

przykładem.  Że  jako  wichrzyciel  i  butny,  młody  człowiek  wstąpił  do  wojska  i  został 

ż

ołnierzem,  z  którego  ojczyzna  mogłaby  kiedyś  być  dumna.  Po  krótkim  czasie  okazało  się 

jednak,  że  nie  chciał  służyć  carycy  i  narodowi.  -  Nikołaj  zaczerpnął  powietrza.  -  Poza  tym 

gubernator przedstawił przebieg wydarzeń podobnie jak Walerij. Tylko w jego opowieści lało 

się  więcej  krwi.  Dodał,  że  to  było  do  przewidzenia,  iż  właśnie  Uskow  chwyci  za  broń  w 

obronie  człowieka  ulepionego  z  tej  samej  gliny.  -  Nikołaj  zamilkł.  Długo  nic  nie  mówił.  - 

Ż

ołnierze  zabili  potem  tego  chłopca.  Tylko  dlatego,  że  Walerij  uciekł.  Obciążyli  go 

współodpowiedzialnością za śmierć kapitana. Czy możecie to zrozumieć? Nie byłem w stanie 

powiedzieć o tym Walerijowi. 

-  Uważam,  że  powinieneś  -  rzekła  spokojnie  Raija.  -  On  również  ponosi  za  to 

odpowiedzialność.  Wie  przecież,  że  życie  nie  składa  się  tylko  z  wiosennych  poranków. 

Ś

mierć  chłopaka  jest  konsekwencją  tego,  co  uczynił.  Mimo  że  to  okrutna  prawda,  Walerij 

powinien ją poznać, Nikołaj. Nie masz prawa go oszczędzać. 

- Ale chyba ostatnią osobą, którą mogliby podejrzewać o ukrywanie dezertera, jesteś 

ty, Nikołaj? - Olga przeszła do sedna sprawy. 

Nikołaj skinął głową. 

- Jednak Walerij nie może u mnie zamieszkać na dłużej. Jest podenerwowany. Ciągle 

powtarza  o  niebie  nad  głową,  o  morzu  i  rześkim  powietrzu.  Najchętniej  siedziałby  w 

otwartym oknie. Mój żołądek tego nie wytrzyma, jeśli miałbym takiego zbiega gościć przez 

całą  zimę.  Walerij  musi  wyjechać  z  Archangielska.  Nie  chcę,  by  go  w  końcu  znaleźli  i 

zamknęli. - Nikołaj nie zareagował,  gdy Olga się roześmiała. Najwidoczniej nie dowierzała 

mu, nie ufała w jego szczere intencje. - Postanowiłem, że wyruszę na zachód - rzekł Nikołaj 

background image

bez wstępów. - Zabieram ze sobą Walerija. Chciałbym też zabrać Misze, ale pod warunkiem, 

ż

e się przebierze za dziewczynę. 

Olga parsknęła śmiechem. Nie mogła się powstrzymać. Nie chciała się powstrzymać. 

- Za dziewczynę? Nigdy! - Michaił wzdrygnął się z odrazą. Spojrzał na Olgę zamiast 

na Nikołaja. 

Nikołaj  wyjaśnił  swój  plan.  Nie  zwracał  uwagi  na  Olgę,  która  nie  była  w  stanie 

opanować  ataku  śmiechu.  Aż  się  trzęsła,  choć  sytuacja  była  naprawdę  poważna.  Zatkała 

rękami  usta  i  odwróciła  się  do  wszystkich  plecami,  ale  mimo  to  skupiała  na  sobie  ich 

spojrzenia. 

- Tu nie ma nic do śmiechu, Olga! - Antonia usiłowała przywołać córkę do porządku. - 

To nie jakaś głupia zabawa! Tu może chodzić o życie Walerija. Nie rozumiem, jak możesz się 

ś

miać! 

Olga krztusiła się od śmiechu. Nie mogła się opanować, patrząc na Michaiła. Wszyscy 

westchnęli z jej powodu. Wymienili spojrzenia. Stali po jednej stronie, chociaż Michaił nie 

czuł w tej chwili wyłącznie sympatii dla Nikołaja. 

W każdym razie nie stał po jednej stronie z Olgą! 

- Ty na pewno nie pojedziesz! - rzucił Michaił. - Twój ostry język tylko przysporzyłby 

nam kłopotów. Może rzeczywiście powinienem jechać? 

-  Będziesz  uroczy  jako  dziewczyna,  Miszeńko!  -  roześmiała  się  Olga  i  cmoknęła  w 

powietrzu. 

Michaił  odwrócił  się  do  niej  plecami.  Czuł,  że  się  zarumienił,  i  nie  chciał,  by  to 

zauważyła. Olga zapewne uznałaby, że to jej zasługa. Tak jakby przejmował się tym, co ona 

myśli, co mówi i robi! 

- Przynajmniej na pewien czas się od ciebie uwolnię - odburknął ze złością. 

-  Musisz  wiedzieć,  że  ta  wyprawa  może  być  niebezpieczna  -  zauważył  Nikołaj. 

Uniósłszy  jasne  brwi,  przyglądał  się  badawczo  Michaiłowi.  Nie  patrzył  na  Raiję  ani  na 

Antonię. 

- Nasza piękna Bykowa nie lęka się niebezpieczeństw - prychnęła Olga. 

Michaił  zazgrzytał  zębami,  aż  wszystkim  zadzwoniło  w  uszach.  Trudno  było  nie 

zwracać uwagi na docinki! 

- Powinienem zaznaczyć, że twoja matka nie jest zachwycona tym pomysłem - dodał 

Nikołaj. - Długo musiałem ją przekonywać. Boję się, że może się rozmyślić, jeżeli będziemy 

zwlekać. 

- Dlaczego próbujecie mnie zniechęcić, skoro już się zgodziłem? - spytał Michaił. 

background image

Niewiele czasu zabrało mu podjęcie decyzji. 

-  Uważam,  że  to  będzie  podejrzanie  wyglądało,  jeżeli  wybierzesz  się  w  drogę  bez 

stangreta - zauważyła Antonia, która do tej pory milczała. Nie o jej dziecko tu chodziło. 

-  Im  więcej  osób  w  to  wtajemniczymy,  tym  bardziej  ryzykujemy  -  odparł  Nikołaj  z 

powagą.  Być  może  za  jego  nieprzeniknionym  wzrokiem  krył  się  lęk.  Michaił  starał  się 

dostrzec  w  oczach  Nikołaja  choćby  cień  strachu,  ale  nie  potrafił  powiedzieć,  co  w  nich 

zobaczył. Czuł, że sam się boi. Może pozostali poznali to po nim, po jego oczach, po twarzy. 

Nie bardzo potrafił przybrać maskę obojętności, nie opanował jeszcze dobrze tej sztuki. 

-  Ja  mogę  powozić  -  rzuciła  Antonia.  -  Już  zostałam  w  to  wciągnięta.  Tak  jak  wy 

wszyscy.  Jestem  dorosła.  Nieraz  zmagałam  się  z  niebezpieczeństwami.  Nie  boję  się  byle 

czego. 

Nikołaj pokręcił głową. 

-  Pojedziemy  we  trójkę:  Walerij,  Misza  i  ja.  Nikt  więcej.  Nie  powinniśmy  zabierać 

więcej osób. Ani ciebie, Antonia, ani Raiji. Nikogo innego. 

- Gdybym była chłopcem, nikt by mnie nie powstrzymał! - rzuciła oburzona Olga. 

- Nie jesteś chłopcem - odparł Nikołaj. Jego wzrok mówił to tak wyraźnie, że Olga się 

zaczerwieniła. 

Michaił  z  Olgą  niepostrzeżenie  przedostali  się  nocą  do  domu  Norkinów.  Nikołaj 

musiał  pomóc  Miszy  wejść  po  schodach,  ponieważ  chłopak  nie  mógł  jeszcze  stąpać  na 

zranionej nodze. Michaił najchętniej wolałby nie oglądać tu Olgi, ale nie tak łatwo było się jej 

pozbyć. Poza tym potrzebowali jej. Nie omieszkała o tym wspomnieć. 

- Jeżeli Misza ma zostać przebrany, trzeba to zrobić porządnie! Nie wystarczy wcisnąć 

go  w  sukienkę,  by  wyglądał  jak  panienka.  Chodzi  jak  marynarz.  Nie  zauważyłeś  tego, 

Nikołaj? Widziałeś, żeby jakaś dziewczyna poruszała się w ten sposób? 

- Tak - odparł poważnie Nikołaj, lecz w jego oczach pojawił się błysk. - A ponieważ 

pochodzisz z porządnego domu, nie dowiesz się, gdzie ją spotkałem! 

Olga  nie  mogła  sobie  darować,  że  się  zaczerwieniła,  zwłaszcza  że  Nikołajowi 

wyraźnie  o  to  chodziło,  żeby  ją  zawstydzić.  Nie  chciała  okazać  się  takim  dzieckiem!  Ale 

Nikołaj był dorosły i wydawał się ją przeszywać wzrokiem na wskroś. 

Poczuła się nieswojo. 

-  Olga  sama  chodzi  jak  koń  -  rzucił  Michaił.  -  Na  pewno  mnie  nie  nauczy,  jak 

poruszają się kobiety! W dodatku boli mnie noga, że i tak ledwo stoję. 

- Cieszę się, że nie kłóciliście się na ulicy! - westchnął Nikołaj. Patrzył to na Olgę, to 

na Michaiła, kiedy zapalał lampy. Zapukał do drzwi, wymówił cicho imię Walerija. 

background image

Po  chwili  pojawił  się  Walerij.  Wciągnął  bluzę  przez  głowę  i  zapiął  spodnie,  nie 

przejmując  się  obecnością  Olgi.  Jej  niepewny  wzrok  i  płonące  policzki  wydawały  się  go 

bawić. 

- Ten dom to jeden wielki grób, Nikołaj! - odezwał się. Z największą oczywistością 

rzucił  się  na  krzesło  i z równą  oczywistością  oparł  pięty  o  kant  stołu.  - Jak  możesz  sam  tu 

mieszkać? Ten pałac jest stworzony dla dwudziestu - trzydziestu ludzi. Nie dla mężczyzny, 

którego  prześladują  tylko  ściany  wokół!  Nawet  służba  nie  byłaby  w  stanie  ożywić  tych 

głuchych pokoi. Są bardziej niż głuche. Niektóre z nich wręcz przytłaczające. 

- Niewiele brakowało, a znalazłbyś się w niebie - rzekła Olga surowo. 

Walerij spojrzał na nią. Uśmiechnął się. Potrząsnął głową. 

-  Jeżeli  mnie  dostaną,  to  na  pewno  nie  trafię  do  nieba.  Ale  do  dobrze,  bo  nie  lubię 

marznąć... 

-  Olga  ze  wszystkimi  musi  się  kłócić  -  stwierdził  Michaił.  Ogarnęło  go  potworne 

zmęczenie. Bał się. Denerwował. Chciałby, żeby już było rano. I jednocześnie chciałby, żeby 

ranek nigdy nie nadszedł. Czuł się obco wśród tych sprzętów w domu Norkinów. To nic, że 

Nikołaj  tu  mieszka.  Michaił  nie  mógł  uwierzyć,  że  ktokolwiek  potrzebuje  tylu  rzeczy. 

Wydawało  mu  się,  że  zbyt  wiele  mebli  i  przedmiotów  stoi  tylko  dla  ozdoby.  Uważał  to  za 

rozrzutność. 

W  domu  nad  Dwiną  nie  cierpieli  biedy,  ale  nie  posiadali  nic,  co  służyłoby  tylko  na 

pokaz. Oprócz kwiatów, które matka zrywała latem. Poza tym wszystko było potrzebne. 

Nikołaj  puszczał  uwagi  Olgi  mimo  uszu.  Ponieważ  cały  czas  domagała  się,  by  jej 

słuchano,  traktował  ją  jak  zło  konieczne.  Wolałby,  żeby  zamiast  niej  przyszła  Raija  lub 

Antonia. Ale Raija odmówiła stanowczo, nie tłumacząc się. Nie musiała niczego wyjaśniać. 

Antonia wzruszyła ramionami, zdając się we wszystkim na córkę. Powiedziała, że Olga choć 

raz może na coś się przydać. 

-  Nie  można  powiedzieć,  żebyś  był  źle  wyposażony,  Nikołaju  Norkin!  -  Olga 

podnosiła  jedną  rzecz  za  drugą.  Okręcała  w  ręku  peruki.  Oglądała  je  ze  wszystkich  stron. 

Poprawiała  tu  i  tam  jakiś  lok.  Odrzuciła  dwie  siwe.  Kręciła  nosem  na  brązową,  która  jej 

została. - Kto by pomyślał, że masz tak ogromny magazyn sukni i damskich peruk! 

- Ale pod spód włożę własne spodnie! - zarzekał się Michaił. Zbladł, rzuciwszy okiem 

na bieliznę, którą Nikołaj układał przed nimi w stosach. 

Walerij  uśmiechnął  się.  Wyciągał  koszule  i  halki.  Gwizdnął  i  mrugnął  zaczepnie  do 

Olgi. 

background image

- Może powinniśmy zabrać ze sobą Olegownę zamiast Michaiła i ubrać ją w którąś z 

tych rzeczy, ku radości wielu... 

- Na pewno nie ku twojej! Ręczę za to głową! - Olga rzuciła brązową perukę w stronę 

Michaiła.  Złapał  ją  niezgrabnie.  Zastanowił  się,  kto  dał  sobie  obciąć  włosy,  żeby  zrobić  tę 

perukę. Pewnie ktoś, kto nie miał na co wydawać pieniędzy. Ta myśl odstręczała go bardziej 

niż  pomysł  przebrania  się  za  dziewczynę.  -  Trochę  zbyt  wytworne  -  stwierdziła  Olga  z 

przekonaniem, oglądając suknie. - Misza ma przecież uchodzić za służącą, prawda? Kto inny 

zgodziłby się na taką wyprawę... - dodała wyniośle. 

Nie spodziewała się odpowiedzi. Zresztą jej nie otrzymała. Jednak Walerij roześmiał 

się. 

-  Musimy  zdjąć  ozdoby  z  niektórych  sukienek,  Nikołaj  -  zarządził.  -  Jakie  kobiety 

noszą takie stroje? To nas od razu zdradzi, rozumiesz, mój chłopcze? - Podał Oldze nóż. - Czy 

potrafisz tego używać? Czy nie obetniesz sobie czegoś, co może ci się kiedyś przydać? 

- Najlepiej przyciąć jej język - zaproponował Misza. 

Olga  poodcinała  ozdoby  z  trzech  sukienek.  Pozbawione  kokardek  i  falbanek 

wyglądały  całkiem  skromnie.  Materiał  nie  należał  do  tanich,  ale  na  pierwszy  rzut  oka  nikt 

tego nie zauważy. 

- Starczy mi jedna suknia. Nie potrzeba mi więcej - bronił się Misza. - Nie będę się 

stroił... 

- Czy słyszałeś o takiej kobiecie, która wybrałaby się w podróż tak jak stoi? 

Misza  musiał  w  duchu  przyznać  Oldze  rację.  Nie  spodziewał  się  po  niej  aż  takiej 

roztropności.  On  sam  by  na  to  nie  wpadł.  Ale  nie  powiedział  jej  tego.  Nie  zrobi  jej  tej 

przyjemności, istnieją przecież pewne granice! 

Nikołaj  wyłożył  na  stół  solone  ryby  i  chleb.  Złociste  masło  na  ciemnobrązowym 

kwaśnym chlebie. Smak słony i słodko - kwaśny, i jeszcze promień słońca stapiający jeden z 

drugim.  Gospodarz  nalał  gościom  kwasu.  Walerij  zasugerował,  że  w  takim  domu  jak  ten 

spodziewał się szlachetniejszego trunku. 

- Ale bogaci muszą zapewne oszczędzać? - dodał z ironią. 

- Nie rozumiem, dlaczego to dla ciebie robimy, Walerij! - Olga spojrzała na niego. Nie 

zaczerwieniła się, choć pieścił ją wzrokiem. - Wygląda na to, że wcale się nie przejmujesz. 

Nie martwisz się ani o siebie, ani o nas. Wiemy, że nawet nie powiesz „dziękuję”. Mimo to 

ryzykujemy  dla  ciebie.  To  znaczy  bardzo  wiele,  Walerij.  Czy  zdajesz  sobie  z  tego  sprawę? 

Czy to dla ciebie błahostka? Czy i z tego się śmiejesz? 

background image

- Nikołaj uważa, że jest mi coś winien - odparł lekceważąco Walerij. - Raija twierdzi, 

ż

e jest za mnie odpowiedzialna. Może i ona myśli, że musi odkupić jakąś winę. Misza traktuje 

tę wyprawę jak przygodę. A ty pewnie uległaś mojemu urokowi... 

-  Wiesz,  że  chłopak,  w  którego  obronie  stanąłeś  w  wojsku,  zginął?  -  przerwała  mu 

nagle  Olga.  Ze  złością  rwała  nitki  wystające  z  kołnierzyka  sukienki.  -  To,  że  zabiłeś,  w 

niczym mu nie pomogło, rozumiesz? 

- Zamknij się, Olga! - rzekł ostro Nikołaj. Zmusił ją do milczenia, ale już powiedziała 

za dużo. 

- Zabili go? - szepnął Walerij. Szczęki mu drżały. 

Teraz Misza dostrzegł, jak bardzo Walerij przypominał Wasilija. Ujrzał przed oczyma 

ojca  i  Wasię.  Nie  potrafił  ich  rozdzielić  w  myślach.  To,  co  połączyło  ich  w  życiu,  i  teraz 

trzymało ich razem. W myślach syna jednego z nich. 

- To on nie żyje? - pytał z niedowierzaniem. 

-  Nie  żyje  -  potwierdził  Nikołaj.  Zamierzał  posłuchać  rady  Raiji.  Chciał,  by  Walerij 

dowiedział się prawdy. Ale nie w taki sposób. 

Lampy  rzucały  skąpe  światło.  Zbyt  słabe,  by  stwierdzić,  że  na  twarzy  Walerij  a 

pojawił się strach.  Lecz  wszystkim się zdawało,  że Walerij się przestraszył. Przez moment. 

Walerij  potrafił  ukrywać  uczucia  pod  wieloma  maskami.  Nie  mógł  się  zdecydować,  by 

pozostać przy jednej z nich. 

Olga  nie  przeprosiła.  Ale  też  nic  więcej  nie  dodała.  Nie  chciała  podsycać  i  tak 

nerwowej atmosfery tylko dla własnej satysfakcji. 

-  Może  powinienem  się  zgłosić?  Mieć  to  za  sobą?  -  wykrztusił  z  trudem  Walerij. 

Starał się ukryć w cieniu. Na niebie salonu pozostało niewiele słabych świetlnych gwiazdek. 

Walerij wycofywał się powoli w stronę ciemnego kąta. Chciałby się zapaść pod ziemię, ale 

nie mógł. Gdzieś za ścianami tego domu czekał dzień. - Czy moje życie jest cokolwiek warte? 

- padło z cienia głuche pytanie. - Dlaczego w to wierzę? Czy zrobiłem dla kogoś coś dobrego? 

Moja odwaga obróciła się przeciw temu biedakowi... Wy też właściwie tak uważacie.  Lecz 

tylko Olga jest na tyle bezpośrednia, by to powiedzieć. Nikołaj i Misza  zostali zbyt dobrze 

wychowani  i  jedynie  tak  pomyśleli.  No,  przyznajcie  się!  Wszystkim  bardzo  by  ulżyło, 

gdybym się zgłosił. Gdybym to raz na zawsze załatwił. W wojsku szybko by zakończyli spra-

wę. Nie są na tyle okrutni, by mnie dręczyć. 

- Tak, rzeczywiście tak byłoby najprościej - westchnął Nikołaj. 

Nie  znał  niektórych  stron  Walerija.  Nie  rozumiał  go.  Walerij  zawsze  miał  swoje 

tajemnice,  ale  teraz  wydawał  się  jeszcze  bardziej  nieprzystępny.  Niektóre  wspomnienia 

background image

zachował  tylko  dla  siebie.  Opowiedział  tylko  to,  co  zaszło.  Niczego  nie  wyjaśniał.  Nie 

wspomniał o bólu. 

Nie dzielił się kłopotami. 

Walerij nie należał do tych, którzy się dzielą czymkolwiek. Trzymał mocno w garści 

to,  co  udało  mu  się  zdobyć.  Milczeniem  zaś  okrywał  wszystko,  co  bolesne.  Z  większością 

kłopotów zostawał sam. 

Dzielił się z Jelizawietą. Otwierał się nieznacznie przed stryjem. I przed Raiją. 

Drzewa zaufania nie wypuściły wielu gałęzi. Tworzyły rzadki zagajnik. Miały cienkie, 

wysoko wyciągnięte pnie, które groziły złamaniem. 

Bliskim  mogło  się  wydawać,  że  znają  Walerij  a,  ale  pokazywał  im  tylko  te  strony, 

które chciał. 

- Tak czy owak nie możemy się na to zgodzić, Walerij! - Nikołaj usiadł ciężko. - Nie 

możemy  pozwolić,  byś  tak  zakończył  życie.  Kto  powiedział,  że  wszystko  ma  być  łatwe? 

Wiele jestem winien twojej rodzinie. Nie myśl sobie, że o tym nie wiem. Często o tym myślę. 

Często myślę o twojej siostrze. Jelizawieta nadal dla mnie żyje. Ale tu nie chodzi wyłącznie o 

spłatę  starych  długów.  Zostaliśmy  przyjaciółmi,  ty  i  ja,  Walerij.  To  więcej  znaczy  niż 

wszystkie  długi,  których  zresztą  nigdy  nie  da  się  spłacić.  Żadna  z  moich  zasług  nigdy  nie 

zrównoważy  śmierci  Jelizawiety.  Mógłbym  nawet  umrzeć,  a  dług  mimo  to  pozostanie 

niespłacony. Pamiętaj, że Jelizawieta dla mnie również znaczyła bardzo wiele. Gdy żyła, nie 

zdawałem  sobie  sprawy,  jak  bardzo.  W  tym  czasie  pozwalałem  się  unosić  głupocie. 

Dorosłem,  Walerij.  Podejmę  dla  ciebie  to  ryzyko.  Nie  będziesz  mi  nic  winien.  Nie  chcę 

nawet,  byś  dziękował.  Nie  pytaj,  dlaczego.  Nie  ma  takiej  odpowiedzi,  którą  mógłbyś 

zaakceptować. Zresztą nikomu nie jest potrzebna. Jeżeli chcesz, pomożemy ci. Po prostu. Mo-

ż

e  nam  się  uda.  Może  nie.  Wtedy  nie  tylko  ty  jeden  będziesz  musiał  się  ukrywać.  W 

najlepszym wypadku. W najgorszym wypadku stracimy wszystko. 

-  W  najgorszym  wypadku  będę  musiał  wziąć  na  swe  sumienie  i  wasz  los?  -  spytał 

ochrypłym głosem. 

- Można chyba i tak na to spojrzeć. - Nikołaj nie spuszczał z Walerija wzroku. Nie raz 

rozmawiali już ze sobą, ale nigdy tak jak teraz. 

- No tak... - westchnął Walerij. Roześmiał się ochryple. Błysnęły jego zęby. W oczach 

pojawiły  się  gwiazdy,  niebo,  wieczność.  -  Kilka  dusz  mniej  czy  więcej  nie  ma  żadnego 

znaczenia.  Mam  już  to  i  owo  na  sumieniu.  Kilku...  -  Zerknął  z  ukosa  na  Michaiła.  -  Nie 

chciałbym jednak mieszać w to Michaiła. Jest jedynym synem Raiji. 

background image

- Raija mu pozwoliła. Teraz tylko od Miszy zależy, czy się zgodzi. Ty, niestety, nie 

możesz uchodzić za kobietę, Walerij! 

- A ja widywałam kobiety z zarostem - zauważyła Olga przekornie. 

-  Doskonale  zdaję  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa  -  odezwa!  się  Michaił.  - 

Dlaczego ciągle próbujecie mnie nakłonić do zmiany decyzji? Powiedziałem przecież, że się 

zgadzam.  Dobrze  wiem,  co  w  najgorszym  wypadku  się  może  stać.  Nie  jestem  idiotą.  Do-

skonale to rozumiem. I mimo to chcę pojechać. Czy mogę wreszcie przymierzyć te przeklęte 

suknie? Nie chciałbym wyglądać gorzej niż to konieczne. 

Olga dawno się tak nie uśmiała. Nic nie pomogła peruka, którą ułożyła najlepiej, jak 

potrafiła. Nic nie pomogło poprawianie sukienki ani chustek zwiniętych pod stanikiem. Olga i 

tak wiedziała, że pod długimi włosami i damskim strojem kryje się Misza. 

-  Jeżeli  nie  będzie  tak  człapał,  wymachiwał  rękami  i  gadał  zbyt  dużo,  to  może 

uchodzić za bardzo niezgrabną kobietę! - Nie mogła osądzić inaczej. 

- Tylko że wszyscy wkoło będą się zastanawiali, co, u licha, w niej widziałeś, Nikołaj 

-  zauważył  Walerij.  -  Może  powinniśmy  wcisnąć  więcej  szmat  pod  biustem.  Wtedy 

pomyśleliby przynajmniej, że masz słabość do obfitych kształtów. 

Michaił  i  Nikołaj  nie  odzywali  się.  Od  niezliczonych  uwag  Olgi  na  temat,  co 

dziewczyny robią, a czego nie robią oraz jak się poruszają, szumiało im w głowach. Zaczynali 

wątpić, czy cały pomysł się powiedzie. Zwątpili we wszystko. Czuli się zmęczeni. 

- Z drugiej strony, to nic pewnego, że spotkamy kogoś, kto będzie o cokolwiek pytał - 

rzekł z nadzieją Walerij. - Do tej pory wędrowałem bez wyraźnie widocznego herbu rodziny 

Norkinów i jakoś sobie  poradziłem.  Ludzie pochylają  głowy przed dobrze urodzonymi, Ni-

kołaju Norkin. Może tego nie zauważyłeś? Może myślisz, że wszyscy są tak traktowani, jak 

ty? Biedni ludzie pochylają głowy, a gdy się pochyla głowę, widać tak cholernie mało. Nawet 

tym w uniformach łamią się głosy, kiedy spotykają człowieka o wielkiej władzy i ogromnym 

bogactwie.  Nie  jestem  pewien,  czy  ktoś  odważy  się  nas  wypytywać  o  cel  podróży.  Ludzie 

myślą  sobie  różne  rzeczy,  ale  rzadko  mówią  je  otwarcie  tym,  którzy  stoją  wyżej.  W  nas 

wszystkich  tkwi  jakiś  lęk.  Mówię  to,  gdybyś  przypadkiem  nie  wiedział.  Widziałem  też 

brzydsze dziwki niż to babsko, w które przeobraziliście Misze. Gdybym nie wiedział, że to 

on, gwizdnąłbym z podziwu. W ciemnej karczmie, po wypiciu zbyt wielu szklaneczek wódki. 

Misza ściągnął z siebie przebranie. Bolało go całe ciało. Był zmęczony i zły. Bał się. 

-  Wystarczy  -  rzucił.  -  Zrobiłaś,  co  mogłaś,  Olga.  Opowiem  ci,  jak  poszło.  Jeśli 

przeżyję. - Uśmiechnął się. 

background image

Olga  uścisnęła  go,  zanim  wyszła.  Nie  uścisnęła  nikogo  innego.  Nie  odezwała  się. 

Mrugała  szybko.  Misza  zdążył  zauważyć,  że  błyszczą  jej  rzęsy,  ale  słowem  o  tym  nie 

wspomniał. Nadal potrafili się nawzajem zaskakiwać. 

background image

Wszyscy  trzej  niewiele  spali  tej  nocy.  Nikołaj  denerwował  się.  Usiłował  to  ukryć 

najlepiej jak potrafił, ale nie całkiem mu się to udało wobec pozostałej dwójki, która znała go 

zbyt dobrze. Nie odzywał się wiele, ale tak mu się śpieszyło, że Misza i Walerij czuli, jakby 

ich popędzał, chociaż nic nie mówił. 

-  Nie  jestem  babą!  -  Michaił  również  wydawał  się  rozdrażniony.  Jakoś  łatwiej  było 

chodzić w sukience poprzedniego wieczoru, loki w peruce łatwiej się układały dzięki pomocy 

zręcznych palców Olgi. - W damskich ubraniach jest diabelnie dużo guzików! W dodatku w 

tak cholernie trudno dostępnych miejscach! 

Walerij uśmiechnął się. 

-  Z  czasem  zrozumiesz,  że  z  kobietami  nie  może  być  zbyt  łatwo,  mój  chłopcze, 

potrzeba trochę emocji Po to są te wszystkie guziki, do których same nie mogą dosięgnąć. I 

te,  które  są  zbyt  maleńkie  dla  twoich  wielkich,  niezdarnych  palców.  Kiedyś  zaczniesz  je 

błogosławić.  Mimo  wszystko.  Poza  tym  nie  powinieneś  tak  prostacko  przeklinać.  To  może 

uchodzi  zwykłemu  marynarzowi,  lecz  nie  armatorowi  Musisz  się  nauczyć  dobrych 

obyczajów, Byków! 

Michaił  wcisnął  się  w  sukienkę.  Przeklinał  przy  tym  gorzej  niż  stare  wilki  morskie. 

Tylko po to, żeby pokazać Walerijowi, że nie pozwoli sobie dyktować, co powinien robić. 

- Albo to za sprawą światła dziennego, albo gorzej się starałeś niż Olegowna - uznał 

Walerij. - Szczerze mówiąc, widziałem ładniejsze dziewczęta niż ta, za którą się przebrałeś. 

- Co innego mówiłeś dziś w nocy! - Michaił zaczynał tracić cierpliwość. 

-  Nie  przejmuj  się,  Walerij  zawsze  widywał  ładniejsze  dziewczęta  niż  te,  które  mu 

pokazujesz - rzucił z humorem Nikołaj. Starał się nieco rozładować sytuację. - Ten chłopak 

potrafi  strzelać  oczami,  rozumiesz,  Misza!  Przestałem  już  z  nim  dyskutować  na  ten  temat. 

Walerij widzi tylko najpiękniejsze kobiety. 

Pakowali rzeczy do dwóch par sań. Tam, dokąd się wybierali, ludzie mieszkali daleko 

od siebie. Nie wiadomo, gdzie i kiedy uda się zdobyć coś do jedzenia. 

Nikołaj zamknął dom na klucz i ruszyli w drogę. 

Dookoła kładła się gęsta, granatowa ciemność. Śnieg gwizdał zimno pod płozami sań, 

skrzypiał pod końskimi kopytami. 

Misza siedział skulony, szczelnie otulając się futrem. Tak głęboko nasunął czapkę na 

czoło,  że  ledwie  wystawały  spod  niej  oczy.  Przynajmniej  zakrywała  tę  okropną  perukę. 

background image

Dopóki siedział, mógł uchodzić za samego siebie. Niezupełnie wyglądał jak dziewczyna, za 

którą tak starannie się przebrał. Ale czul się dużo lepiej. 

Nikołaj uśmiechnął się do niego. 

-  Od  tej  chwili  nazywasz  się  Katerina  Aleksiejewna.  Masz  dziewiętnaście  lat  i 

pochodzisz z Kem. 

- Dobrze. A co się stało z prawdziwą Katerina? 

- O ile wiem, mieszka w Kem. - Nikołaj wzruszył ramionami. - Istnieje. W każdym 

razie  istniała  naprawdę.  Może  nie  żyje.  Ale  była  uroczą  dziewczyną.  Nawet  Walerij  by  to 

przyznał. Pewnie jej nie pamiętasz, ale służyła kiedyś u mnie. 

Misza  miał  dopiero  piętnaście  lat  i  bujną  wyobraźnię.  Potrafił  wczuć  się  w  rolę. 

Jednak  nie  chciał  uchodzić  za  głupszego  i  bardziej  dziecinnego,  niż  był,  więc  nie  zadawał 

więcej pytań. Jeżeli Nikołaj zechce coś jeszcze opowiedzieć, niech mówi. Jeżeli nie, Michaił 

spróbuje sobie resztę wyobrazić. Czeka ich długa podróż. Będzie musiał czymś zająć myśli. 

Nikołaj nie dodał żadnych szczegółów na temat Kateriny z Kem. 

Przeszli przez gładki, ciemny lód na Dwinie, zanim Archangielsk obudził się ze snu. 

W mroku byli prawie niewidoczni. Stanowili jedynie nieco ciemniejsze cienie na tle szarości 

poranka,  sylwetki  bez  twarzy  dla  tych,  którzy  przypadkiem  ich  zobaczyli.  Może  niektórzy 

okoliczni mieszkańcy rozpoznali ich po koniach, po saniach. Niewielu w Archangielsku po-

siadało tak wspaniale sanie jak rodzina Norkinów. 

Wpatrywali  się  w  ciemność.  Szukali  oczyma  postaci,  które  woleliby  ominąć. 

Oddychali z ulgą, kiedy okazywało się, że są sami. 

Dzień stawał się coraz jaśniejszy. Coraz bardziej błękitny. Niebo odnajdywało nowe 

odcienie barw. Śpiewało ku nim mroźnym różem, fioletowym światłem na tle przejrzystego 

błękitu nieskończonego sklepienia rozpościerającego się w górze. 

Nawet  śnieg  przystrajał  się  w  barwy  różowe,  jaskrawo  żółte,  niezwykle  blade 

ż

ółtoczerwone,  słowem:  jakich  oczy  nie  widziały.  W  kolory,  których  jeszcze  nie  nazwano, 

które  nie  przypominały  niczego,  co  znali,  ale  które  były  piękne,  które  jakby  wykonywały 

barwny taniec ponad iskrząco białym krajobrazem. 

Minęli  kilka  sań  z  towarami.  Mężczyzn,  którzy  ich  pozdrawiali,  widząc  znaczne 

osobistości w podróży. Znali swoje miejsce. Często zjeżdżali z drogi, chociaż wieźli ciężkie 

ładunki.  Nie  wszyscy  w  pięknie  malowanych  saniach  ustępowali  miejsca  prostym  ludziom. 

Nikołaj, Misza i Walerij podróżowali dobrze znanymi drogami. Zdawali sobie jednak sprawę, 

ż

e może nadejść taki moment, kiedy będą musieli podążyć mniej uczęszczanymi ścieżkami. 

Zachowali  czujność.  Nie  przestawali  wypatrywać  w  tym  bezkresnym  krajobrazie 

background image

niepokojących  sygnałów.  Robili  krótkie  postoje,  lecz  trwali  w  ciągłym  pogotowiu.  Zawsze 

któryś  z  nich  obserwował  okolicę.  Śledził  drogę  z  tyłu,  z  przodu.  Miał  oczy  otwarte  na 

wszystko, co się rusza. 

Nie spotkali żołnierzy. Nie rozmawiali z nikim od czasu, kiedy opuścili Archangielsk. 

Nadal serce waliło im w piersi ze strachu, ale nadzieja nabrała jakby jaśniejszego odcienia. 

- To dopiero pierwszy dzień - rzekł ciężko Nikołaj. 

W czasie postoju przekąsili soloną rybę i suchy chleb. Smarowany masłem zjedzą, gdy 

znajdą  się  pod  dachem.  Również  nic  nie  pili.  Jedli  śnieg,  kiedy  czuli  pragnienie,  chociaż 

wiedzieli, że po tym jeszcze bardziej będzie im się chciało pić. 

Nie mieli czasu odkorkować butelek. Nie mieli czasu, by się trochę rozgrzać. Trzęśli 

się z zimna. Starali się jak najwięcej ruszać. Opiekowali się końmi. 

Najgorzej znosił podróż Michaił. Zatoczył się niebezpiecznie, kiedy próbował stanąć, 

ale nie  chciał przyjąć pomocy.  Nie mógł przecież cały  czas siedzieć nieruchomo, bo wtedy 

zamarzłby na śmierć. 

Nie zanosiło się na poprawę pogody. Mróz kładł się ciężko ponad ziemią. Mrugał ku 

nim wieloma parami oczu zimnych śniegowych kryształków. 

- Ktoś za nami jedzie - zauważył w pewnej chwili Walerij. - Podąża naszym śladem - 

poprawił  głosem  zimniejszym  niż  otaczające  ich  powietrze.  -  Minęło  dopiero  pół  dnia.  Za 

wcześnie, by cieszyć się, że wszystko idzie jak z płatka. 

- Skąd możesz wiedzieć, że ktoś nas śledzi? - spytał Nikołaj. 

Stanął  obok  Walerij  a.  Próbował  spojrzeć  tam,  gdzie  patrzył  Walerij.  Próbował 

dostrzec to, co widział Walerij. 

Wytężając wzrok, spojrzał przed siebie i zobaczył czarny punkt. 

-  To  człowiek  na  koniu  -  rzekł  sucho  Walerij.  Nie  patrzył  ani  na  Nikołaja,  ani  na 

Michaiła,  tylko  na  czarny  punkt  na  śniegu  za  nimi.  Nie  tak  bardzo  daleko.  Ale  w 

wystarczającej odległości, by tylko mogli się domyślać, nie widząc wyraźnie. - Był tam, kiedy 

zatrzymaliśmy się po raz pierwszy. Był tam, kiedy zatrzymaliśmy się po raz drugi. I teraz też 

tam jest. 

- Jadący konno już dawno powinien był nas minąć! - wyrwało się Michaiłowi. 

Walerij uważał, że nie musiał o tym mówić. Żaden z nich nie był idiotą. 

- Zatrzymuje się za każdym razem, gdy my się zatrzymujemy. 

- Siedzi nas - stwierdził Nikołaj. Twarz mu pobladła. Zacisnął usta, które zrobiły się 

białe. W jego wzroku pojawiła się podejrzliwość. - Udajmy, że go nie zauważyliśmy - mówił 

dalej. - A w każdym razie, że się nim nie przejmujemy. Dopóki całkiem się do nas nie zbliży. 

background image

Zamilkł. Walerij i Misza nie znajdowali lepszego rozwiązania. 

- Poza tym możemy się bronić. Nie wybrałbym się w drogę nieuzbrojony. 

Walerij wzruszył ramionami. Odwrócił się plecami do groźnego punkcika w oddali. 

-  To  znaczy,  że  nie  możemy  przenocować  dziś  w  gospodzie,  jeśli  nawet  jakąś 

znajdziemy. Być może nie możemy nawet zatrzymać się gdzie indziej niż w stajni. Nie warto 

niepotrzebnie narażać niewinnych i nie podejrzewających niczego ludzi. Bóg jeden wie, kto 

za nami jedzie... Ale co mu z tego przyjdzie, że nas śledzi? 

- Może czeka na innych? - zgadywał Michaił. Sam miał nadzieję, że się myli. - Jest 

przecież sam, a nas mimo wszystko jest trzech. Skoro wie, że podróżuje z nami Walerij, to 

zachowuje bezpieczną odległość. Przecież zabiłeś oficera, Walerij. 

- Tak, może rzeczywiście czeka na innych? 

Spakowali  się.  Ruszyli  dalej.  Nie  tak,  żeby  przypominało  to  pospieszną  ucieczkę.  Z 

pewnej  odległości  powinno  to  wyglądać  całkiem  naturalnie.  Z  pewnej  odległości  może  to  i 

tak  wyglądało.  Z  bliska  jednak  dało  się  wyraźnie  zauważyć,  że  są  zdenerwowani.  Nawet 

Walerij. Nawet on zbyt często spoglądał przez ramię, nie zdołał opanować drżenia rąk. Nawet 

on uśmiechnął się z ogromną ulgą, kiedy na powrót znalazł się w saniach i usłyszał śpiewanie 

płóz. Kiedy znowu ruszył w drogę. 

W oddali samotny jeździec również drgnął. Zaczął jechać za nimi. Nie uczynił nic, by 

znaleźć się bliżej, żeby ich dogonić. Trzymał się z tyłu. Wyczekująco. Zachowywał dystans. 

Na  czole  Nikołaja  pojawiły  się  krople  potu.  Parowały  na  mroźnym  powietrzu. 

Nadeszło popołudnie. Minęły krótkie chwile rozświetlane dziennym światłem. Natura znowu 

wczołgała się pod granatową pelerynę. Coraz ciaśniej się w nią otulała. Ciemniała. Na niebie 

pojawiły się gwiazdy. Plamki żółtego światła. Śnieżne latarenki z innego świata. 

Lampy  dzieci  nieba  zapalone  po  to,  by  wędrowcy  mogli  się  według  nich  kierować, 

odnaleźć drogę, wrócić do domu. 

-  Jest  tam  -  rzekł  Nikołaj  do  Michaiła.  Postanowili,  że  kiedy  ciemność  zacznie 

gęstnieć, przyspieszą i postarają się pokonać jak najdłuższy odcinek drogi, póki zwierzętom i 

im  samym  starczy  sił.  Poruszali  się  według  gwiazd.  Nikołaj  z  Michaiłem  z  przodu. 

Wskazywali drogę. Walerij jechał za nimi. Nie zapalili lamp. Jechali w zupełnej ciemności. 

Nasłuchiwali nawzajem swoich głosów. Wypatrywali cieni. Domyślali się, że Walerij jest z 

tyła Słyszeli jego konia. Śpiew płóz. - O ile wiem, dogoni nas. Pewnie pozostali dołączyli do 

niego w ciemności. Może czekał właśnie, aż zapadnie z mrok. Nie podoba mi się to. 

- O ile wiem, zgubiliśmy go - odparł Michaił. W gruncie rzeczy sam w to nie wierzył, 

ale czuł, że jego powinnością jest znaleźć jakiś jasny punkt w całej sprawie. - Może nadal tam 

background image

jest.  I  nadal  sam.  Nie  wiemy,  Nikołaj.  -  Michaił  zamilkł.  Istniało  coś,  o  czym  długo 

rozmyślał,  ale  nie  śmiał  zaproponować.  W  każdym  razie  nie  w  obecności  Walerija.  Teraz 

jakoś  łatwiej  przyszłoby  powiedzieć  coś  głupiego  Nikołajowi.  Przedtem  było  inaczej. 

Przedtem Walerij wydawał się najlepszym kompanem. Teraz wiele się zmieniło. Michaiłowi 

to  się  nie  podobało.  Pragnął,  by  wszystko  było  jak  dawniej.  Brakowało  mu  Walerija, 

brakowało mu tego kompana, którym kiedyś był. Nie podobało mu się, że Walerij dorósł. - Ty 

albo Walerij moglibyście wyjechać mu naprzeciw. Jeżeli jest sam, moglibyście go zaskoczyć. 

Masz przecież broń. 

- Na Waleriju już ciąży zarzut zabójstwa - stwierdził Nikołaj. - A ja nie zaatakuję tego 

tajemniczego jeźdźca, Misza. Już o tym myślałem. Myślałem, że dwóch mężczyzn mogłoby 

się z łatwością z nim rozprawić, kimkolwiek jest. Ale odrzuciłem ten pomysł. O ile wiemy, 

ten  człowiek  nie  jest  groźny.  Może  to  ktoś,  kto  przypadkiem  jedzie  za  nami.  Kto  też  musi 

robić postoje. Nie wie przecież, jakiego rodzaju ludźmi jesteśmy. Może tak samo boi się nas, 

jak  my  jego.  Może  dlatego  zachowuje  dystans.  Może  istnieje  jakieś  proste  wytłumaczenie, 

Misza. To nie musi być ktoś, kogo powinniśmy się obawiać... 

Miszy  trudno  przychodziło  dać  wiarę  prostym  wytłumaczeniom.  Nie  dał  się 

przekonać,  że  to  zwykły  zbieg  okoliczności.  Zdołał  poznać  po  głosie  Nikołaja,  że  tamten 

również  nie  wierzył  w  to,  co  mówi.  Może  i  on  czuł  się  w  obowiązku  znaleźć  jakiś  jasny 

punkt? 

Jechali  dalej  w  milczeniu.  Obaj  rzucali  niespokojne  spojrzenia  do  tyłu  w  ciemność. 

Nie widzieli nic poza ciemnym cieniem Walerija i jego konia. Próbowali sobie wyobrazić, co 

znajduje się dalej. Pocili się w swych futrzanych kurtkach. 

Wkrótce dostrzegli zarysy jakichś domów. Właściwie nie była to wioska. Nikołaj znał 

to miejsce. Wiedział, że jest tu gospoda, choć osada nie ma nawet nazwy. W każdym razie 

takiej, której używałby ktoś poza nielicznymi jej mieszkańcami. 

Zatrzymał konia. Walerij omal nie wpadł na ich sanie. 

Wokół  panowała  niema  cisza.  Ciemność  trzymała  ich  mocno  w  swych  objęciach. 

Nawet jednym gestem nie zdradzała, że inni również znaleźli miejsce na jej kolanach. 

- Wreszcie konie trochę odpoczną - odetchnął Walerij. 

Wyglądał na zmęczonego. Ostatni odcinek okazał się bardzo wyczerpujący. Znad koni 

unosiła się para. Nikołaj widział to w ciemności Misza również to zauważył. Zmartwił się. - 

To jeszcze nie wieczór, Nikołaj! Czy nie uzgodniliśmy, że będziemy jechać, dopóki starczy 

nam sił? Uważam, że nie powinniśmy się zatrzymywać! Może uda się nam pozbyć cienia. „W 

nocy wszystkie koty są czarne. 

background image

Roześmiał  się  krótko,  ale  jego  śmiech  pochłonął  mrok.  Gwiazdy  ponad  nimi  nie 

odbiły tej radości. 

-  Przynajmniej  o  dzień  drogi  stąd  nie  znajdziemy  w  okolicy  żadnych  innych 

zabudowań - rzekł Nikołaj. - Podróżowałem już w tych stronach, mój drogi. Znam to miejsce. 

Jutro  ruszymy  dalej.  Uważam,  że  jak  na  jeden  dzień  dojechaliśmy  wystarczająco  daleko. 

Szczerze  mówiąc,  nie  wierzyłem,  że  nam  się  uda.  Zrobiło  się  strasznie  zimno.  Jestem 

przemarznięty do szpiku kości. Dla koni to też nie lada wysiłek. 

-  To  ty  decydujesz!  -  westchnął  Walerij.  -  W  którym  domu  się  zatrzymamy? 

Wszystkie wyglądają na wymarłe. Czy ludzie chodzą tu spać z kurami? 

-  Przenocujemy  w  gospodzie  -  odparł  Nikołaj.  -  Znają  mnie  tam.  Zajmą  się  końmi. 

Jeśli ktoś jest w stanie zapłacić, może dostać pokój dla siebie. Jeżeli nie, to pozostaje mu duża 

sala. Palą w niej jak w piekle i układają ludzi pod ścianami. Ale o tej porze roku nie ma chyba 

wielu podróżnych. 

Wysiadł  z  sań.  Poprosił  towarzyszy,  by  poczekali  na  zewnątrz.  Ruszył  w  stronę 

budynku, w którym paliło się światło, lecz który pod żadnym innym względem nie różnił się 

od  innych  domów.  Nie  wydawał  się  ani  trochę  większy,  lecz  może  to  tylko  z  powodu 

panujących ciemności zawodził ich wzrok. 

Długo czekali. Michaił wiercił się w saniach. Szczelniej otulił się skórą. Marzł, mimo 

ż

e miał na sobie futro, siedział na skórach i okrywał się skórami. Czuł mrowienie w nogach. 

W  stopach  prawie  stracił  czucie,  palce  zupełnie  mu  zdrętwiały.  Spróbował  nimi  poruszyć. 

Zabolało. Skrzywił się, ale przynajmniej się przekonał, że jeszcze tli się w nich życie. 

Zastanawiał  się,  jak  długo  muszą  jeszcze  wędrować.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  to 

dopiero  początek.  Przed  nimi  daleka  droga.  Jeszcze  daleko  do  Kem.  A  może  będą  musieli 

jechać dalej? 

Walerij musi przedostać się za granicę, jeżeli ma być bezpieczny. 

Do Norwegii... 

Michaił  pomyślał  o  wiosce  nad  fiordem  położonej  między  górami.  Nad  fiordem 

niebieskim i lśniącym. Który nie zamarza w zimie, jest równie lśniący i obfituje w ryby jak w 

cieplejszych porach roku. Który odbija białe góry, podobnie jak odbija zielone. 

Norwegia. 

Lyngen. 

Jego dziedzictwo. Kłamstwo, które uczynił swoim. Wielka tajemnica, którą przekazał 

mu ojciec. 

background image

Pewnego dnia zabierze tam matkę. Do wioski między górami. Wioski kołysanej w ich 

ogromnych  objęciach.  Pokaże  Raiji  świeżą  zieleń  lasów  sosnowych,  drzewa  liściaste 

porastające  zbocza  niższych  partii  gór.  Pokaże  jej  szczyty  sięgające  nieba.  Powinna  to 

zobaczyć. 

Jeśli sobie przypomni, będzie szczęśliwy. 

Jeśli sobie nie przypomni, będzie musiał nosić tajemnicę do końca życia. 

Michaił nie lubił kłamać matce. Nie lubił niczego przed nią ukrywać. 

Ale ojciec prosił go o milczenie. A ojciec był głową domu. Matka dbała o dom, ale to 

ojca należało słuchać. Michaił wiedział, że jest dobrym synem. 

Pragnął mieć to już za sobą. Gdy tylko nastanie wiosna, popłynie na zachód. Popłynie 

„Raiją” do Norwegii. Zabierze ze sobą matkę. Do jej kraju. Pokaże jej wszystko. Być może 

ofiaruje prezent niepodobny do tych, które kiedykolwiek dostała. 

-  Chciałbym  wiedzieć,  kto  taki  depcze  nam  po  piętach!  -  rozległ  się  tuż  obok  głos 

Walerija.  Chłopak  stanął  blisko,  opierając  się  o  sanie  Michaiła.  -  Przypomina  to  raczej 

zachowanie zazdrosnej kobiety niż mężczyzny będącego przy zdrowych zmysłach! 

- Ktokolwiek by to był, to udało mu się nas porządnie przestraszyć - Michaił zerknął 

kątem  oka  w  ciemność,  która  jednak  nie  zdradziła  mu  więcej  niż  Walerijowi.  Potrafiła 

dotrzymywać tajemnic. 

- Nigdy nie powinienem był wrócić do Archangielska! - Walerij patrzył przed siebie. 

- Rozmawialiśmy już o tym - westchnął Michaił. Zapragnął, żeby Nikołaj był z nimi. 

Nie wiedział, co robić, kiedy Walerij przybierał ten smutny ton. Nigdy nie był pewien, jakiej 

odpowiedzi  spodziewa  się  po  nim  Walerij.  Sam  nie  miał  pojęcia,  co  w  ogóle  mógłby 

powiedzieć. 

- Musiałem tylko porozmawiać z Raiją - Raisą, musiałem ją zobaczyć - tłumaczył się. 

Znowu potrząsnął głową. Pochylił się. Michaił niemal się wystraszył tego, co zobaczył 

w  jego  twarzy.  Przez  moment  Walerij  wydał  się  tak  bardzo  podobny  do  Wasilija.  Przez 

mgnienie  ujrzał  swą  matkę  razem  z  Wasią.  Nie  rozumiał,  dlaczego  tak  pomyślał.  Nie 

rozumiał, skąd w jego głowie te obrazy. Jednak nie potrafił ich odgonić. 

- Nie martw się, mama wybaczy ci, niezależnie od tego, co się stanie - Michaił starał 

się pocieszyć Walerija; jedynie to przyszło mu na myśl. - Nie tylko ja jestem jej dzieckiem. 

Tak  samo  kocha  ciebie  i  Nikołaja.  Chyba  przez  jakiś  czas  byłem  z  twojego  i  Jelizawiety 

powodu zazdrosny, ale to było parę lat temu. 

- Cicho! 

background image

Walerij  oddalił  się.  Niemal  zniknął  w  mroku,  lecz  Michaił  był  spokojny,  że  nie 

odszedł  dalej  niż  do  swoich  sań.  Nie  rozumiał  czasem  reakcji  Walerij  a.  Nie  wiedział,  czy 

chciałby je rozumieć. Przerażały go. 

Z  gospody  wyszedł  Nikołaj  w  towarzystwie  dość  postawnego  mężczyzny.  Wydawał 

się  w  każdym  razie  wyższy  niż  szerszy,  choć  niewiele  brakowało,  by  dorównał  tuszą 

wzrostowi. 

Nikołaj klepnął mężczyznę po ramieniu, przedstawiając go jako właściciela gospody. 

- Przyjechałem z Kateriną i Misza. Zajmij się saniami i końmi. Mam nadzieję, że będą 

w nocy bezpieczne. Jeżeli okaże się, że nie masz razowego chleba, nie zapłacę ci za nocleg! 

-  Czy  Norkin  kiedykolwiek  wyjechał  stąd  rozczarowany?  -  gospodarz  wydawał  się 

szczerze dotknięty. 

- Nie - przyznał Nikołaj z uśmiechem i uniósł Misze z sań. - Ufam, że i tym razem tak 

się  nie  stanie.  -  Zawołał  przez  ramię  do  Walerij  a:  -  Michaił,  zadbaj,  by  wódka  trafiła  pod 

dach! I rzeczy tej małej damy. Kobiety są takie próżne! 

Gospodarz śmiał się, trzęsąc się na całym ciele. Całkowicie zgadzał się co do tego z 

Nikołajem. Michaił odnosił wrażenie, że gospodarz zgadzałby się z Nikołajem we wszystkim. 

Dobrze  wiedział,  kim  jest  jego  gość.  Nazwisko  Norkinów  miało  swoją  wartość  również  w 

tych stronach. 

-  Zajmij  się  końmi,  mój  miły  panie!  -  wydał  polecenie  Nikołaj.  -  Mam  nadzieję,  że 

twoja żona ugości nas śniadaniem takim jak to, które przyrządziła, kiedy ostatnio się u ciebie 

zatrzymałem, przyjaciela A dziś wieczorem zjemy wszystko, co dla nas wybierze. Padamy z 

głodu. Poza tym jeżeli dobrze znam twoją żonę, to gotuje wybornie! 

Gospodarz roześmiał się wyraźnie zadowolony. 

- Zadbam, by przyniosła wam posiłek do pokoju! Ceni sobie gości, którym odpowiada 

jej kuchnia! 

Nikołaj  otworzył  kopniakiem  drzwi.  Miał  niezwykle  silne  nogi.  W  korytarzu  nie 

zobaczył żadnych gości. Zataczając się, wszedł po schodach, które wydawały się zbyt strome 

i  zbyt  wąskie,  by  można  cokolwiek  lub  kogokolwiek  po  nich  wnieść,  lecz  nie  wypuścił 

Michaiła z rąk. 

Na poddaszu panowała cisza. Nie było widać żywej duszy, lecz Nikołaj mimo to nie 

odważył się odezwać. Michaił i Walerij również woleli milczeć. 

Nikołaj  posadził  Michaiła  na  ławie.  Następnie  zamknął  drzwi  na  klucz.  Chyba 

odrobinę mu ulżyło. 

background image

- Brat gospodarza służy w wojsku - wyjaśnił. - Jest podoficerem. Nie mogliśmy lepiej 

trafić. 

Pod ścianą stał piec, a obok leżały drewniane szczapy. Walerij zabrał się za rozpalanie 

ognia. 

Ż

aden z nich nie zdjął kurtki. W pokoju panował chłód. Ich słowa nabierały kształtów 

-  stawały  się  białymi  obłoczkami  pary  wypływającymi  z  ust.  Rozsądniej  było  pozostać  w 

okryciach. 

- Chciałbym wiedzieć, co robi nasz cień - rzekł Nikołaj. Zdjął najpierw czapkę. Jego 

włosy, sztywne i spocone, sterczały na wszystkie strony. Nie pozostało w nim wiele z ważnej 

persony,  jedynie  zachowywał  się  tak,  jakby  miał  prawo  do  wszystkiego.  -  Mógł  przecież 

zrezygnować  -  mówił  dalej.  Nie  zdołał  zobaczyć,  co  się  dzieje  na  zewnątrz,  ponieważ  w 

pomieszczeniu nie było okien. Jedyna lampa rzucała niewielki krąg słabego, żółtego światła. 

Więcej  światła  dawał  ogień,  który  stopniowo  przybierał  na  sile.  Łakomie  pochłaniał  chude 

patyki.  Nie  mógł  się  nasycić,  dopóki  Walerij  nie  dołożył  kilku  grubszych  szczap.  Walerij 

odczekał trochę z zamknięciem drzwiczek. Rozkoszował się zarówno ciepłem, jak i czerwono 

- żółtym światłem. Tak długo jechali w ciemności. 

- Może nas zgubił? 

-  Może  nikogo  nie  zabiłem?  -  Walerij  rozpiął  futrzaną  kurtkę.  Uśmiechnął  się,  lecz 

jego twarz pozostała zgorzkniała i zmęczona. Widniały na niej ciemne bruzdy. 

Michaił uważał, że Walerij wygląda na starszego niż Oleg i niż jego ojciec, Jewgienij. 

- „ Może” to dziwne słowo, Nikołaj. Potrafi na moment wymazać to, co złe. Ale nie 

znam nikogo, kto mógłby żyć, opierając się przez dłuższy czas na przypuszczeniach. A ty? 

Może  wcale  za  nami  nie  jechał...  Może  w  ogóle  nikogo  nie  było!  Wszyscy  trzej  się 

myliliśmy™ Może. 

Nikołaj westchnął. Nie odpowiedział. 

Nagle  na  schodach  rozległy  się  kroki.  Ciężkie.  Powolne.  Ten,  do  kogo  należały, 

musiał wiele razy odpoczywać, zanim pokonał wszystkie stopnie. 

Nikołaj  milczał  w  oczekiwaniu  na  gościa,  który  najwyraźniej  zmierzał  w  stronę  ich 

pokoju. 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi,  jakby  ktoś  bił  młotem  kowalskim.  Drzwi  otworzyły 

się, zanim zdążyli się odezwać. 

Pojawiła się w nich kobieta, największa, jaką Michaił kiedykolwiek widział. Musiała 

się obrócić bokiem, by zmieścić się w wejściu. Jej biodra otarły się o framugi. Uśmiechnęła 

się. Z tym uśmiechem wydawała się bardzo ładna. 

background image

-  Nikołaj  Norkin!  -  Postawiła  garnek  na  środku  podłogi.  Złapała  Nikołaja  za  oba 

ramiona.  Przyciągnęła  go  do  siebie,  tak  że  niemal  zniknął  w  jej  objęciach,  niemal  utonął 

między jej piersiami. 

Michaił nigdy dotąd nie widział tak dużego biustu, nie miał pojęcia, że może osiągnąć 

takie rozmiary. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak wygląda pod ubraniem. 

-  Nikołaj  Norkin!  Całe  wieki  minęły  od  czasu,  kiedy  zatrzymałeś  się  u  nas  po  raz 

ostatni! Co takiego ci zrobiliśmy, chłopcze? Dlaczego nie odwiedzałeś nas tak długo? Czyżby 

nie  smakowało  ci  jedzenie,  które  mama  Dawidowna  dla  ciebie  szykowała?  Jestem  nie-

szczęśliwa,  że  pozwoliłeś  na  to,  by  minęło  tak  dużo  czasu!  Nie  wiedziałeś,  że  zajmujesz 

szczególne miejsce w sercu mamy Dawidowny? 

- Mama Dawidowna przyrządza najlepsze posiłki na południe od Morza Białego. Nic 

się z nimi nie może równać również na północ od Morza Białego.  Ale po prostu długo nie 

wyjeżdżałem. Wiesz, że zawsze się tu zatrzymuję. Nie mógłbym nie wstąpić, przejeżdżając w 

pobliżu! Co takiego tym razem dla mnie ugotowałaś? 

Puściła  go  Wreszcie.  Michaił  obawiał  się,  że  Nikołaj  się  udusi.  Nie  wiedziałby,  co 

robić, gdyby tak się stało. 

-  Pytasz,  co  ci  przyrządziłam?  -  wydawała  się  prawie  obrażona.  Uniosła  pokrywkę. 

Zapachniało mięsem. 

Nikołaj pociągnął nosem. Uśmiechnął się szeroko. 

Michaił  odniósł  wrażenie,  że  to  swoistego  rodzaju  rytuał.  Wszystko  przebiegało 

niemal z takim namaszczeniem jak obrządek kościelny. 

-  I  co  za  chłam  przywiozłeś  tym  razem?  -  spojrzała  spod  przymrużonych  oczu  na 

Michaiła,  a  potem  popatrzyła  przenikliwie  na  Nikołaja.  Nie  pokręciła  głową,  choć  chyba 

miała taki zamiar. 

Walerij uśmiechnął się. Łatwiej przeszedł przez kontrolę niż Michaił. Urok Uskowów 

ujął  również  mamę  Dawidownę.  Była  przecież  kobietą.  Walerij  zdawał  sobie  sprawę,  jak 

podejść kobiety, z którą miał do czynienia. 

- Tak, tak - westchnęła. Popatrzyła długo na Nikołaja. - Zakładam, że jesteś dorosły. 

Nie słuchasz rad mamy Dawidowny... 

-  Nie  -  przyznał  Nikołaj  poważnie.  Otrzymał  jeszcze  kilka  całusów  w  oba  policzki, 

zanim gospodyni ponownie przecisnęła się przez drzwi i zostawiła ich samych. 

Michaił  się  spocił.  Ściągnął  kurtkę.  Nie  odważył  się  na  to,  kiedy  ta  potężna  kobieta 

wypełniała sobą prawie całą wolną powierzchnię podłogi. 

background image

- Ona również wierzyła, że Nikołaj ma lepszy gust - uśmiechnął się Walerij i podniósł 

pokrywkę. - Wygląda apetycznie. Kiedy zaczniemy jeść? 

Chłopak, który pojawił się w gospodzie, był niedużego wzrostu. Nie miał pewności, 

czy rzeczywiście dobrze trafił. Doszedł jednak do wniosku, że żaden Z pozostałych domów 

nie mógł służyć za gospodę. 

W  progu  przywitała  go  ruchliwa,  potężna  kobieta.  Zmierzyła  go  wzrokiem 

drapieżnego ptaka. 

- Szukam Nikołaja Norkina! - wykrztusił głosem przechodzącym z niskiego w wysoki. 

Odchrząknął. - Jadę za nim aż z Archangielska. Mam dla niego wiadomość. To sprawa życia 

lub śmierci! Czy ten człowiek tu jest? Czy pojechał dalej? 

-  A  kto  pyta?  -  spytała  gospodyni  równie  bezpośrednio.  Podparła  ręce  w  miejscu, 

gdzie musiały być biodra. - Co z ciebie za jeden, jeśli wolno spytać? 

- Jestem stajennym Norkina! 

- Jak na stajennego jesteś trochę mały! 

- Ale znam się na koniach. Nikt do tej pory nie narzekał z powodu mego wzrostu. Za 

to Norkin będzie miał do pani pretensje, jeśli nie otrzyma wiadomości, jaką mu przywiozłem! 

A ja wolałbym nie zadzierać z Nikołajem Norkinem! 

Mierzyli  się  wzrokiem,  przez  dłuższą  chwilę  mierzyli  swe  siły.  W  końcu  wygrał 

mniejszy i szczuplejszy z przeciwników. 

Gospodyni  skinęła  ku  schodom.  Ciągle  nie  mogła  złapać  oddechu  po  tym,  jak 

przemierzyła je w górę i w dół. Nie miała ochoty na ponowną wspinaczkę. 

- Pokój na lewo - rzekła. - Nie chciałabym być w twojej skórze, jeżeli mnie okłamałeś 

- dodała. 

Chłopak  skinął  głową.  Pokonał  schody  w  kilku  lekkich  susach.  Prawie  pofrunął. 

Mocno zapukał do drzwi po lewej stronie. Chwilę trwało, zanim się otworzyły. 

- Do diabła! - krzyknął Nikołaj. Cofnął się, pozwalając przybyszowi wejść do środka. 

Zamknął drzwi, zanim znowu się odezwał. - Co ty, do diabła, tu robisz? 

-  Pomyślałam,  że  możecie  potrzebować  mojej  pomocy  -  odparła  Olga,  uwalniając 

włosy spod skórzanej czapki. - Misza nie wygląda jak dziewczyna, a ja tak. 

Nikołaj zamknął oczy i oparł się zrezygnowany o framugę. Misza i Walerij nie mogli 

powstrzymać uśmiechu. 

- Czy to ty za nami jechałaś? - spytał Michaił. Bał się, że zabrzmiało to głupio. 

- A jak myślisz, kto? - odparła zaczepnie Olga. - Jakiś święty? Gienadij Uljakow? 

- Wracaj do domu! - rzekł Nikołaj spokojnie, lecz stanowczo. 

background image

- Nie - Olga nie tak łatwo dała za wygraną. - Przynieś moje rzeczy  - powiedziała. - 

Wprowadź konia. I powiedz tej kobiecie na dole, że jestem twoim stajennym. 

Nikołaj wyszedł. Nie odezwał się ani słowem. Walerij uśmiechał się. Olga ściągnęła 

wysokie buty. Spojrzała z dezaprobatą na Michaiła. 

-  Zdejmuj  sukienkę!  -  rozkazała  mu.  -  Zamienimy  się  ubraniami.  Ty  będziesz 

stajennym Nikołaja! 

-  Nikołaj  stłucze  cię  na  kwaśne  jabłko  -  śmiał  się  Walerij.  Nie  przerywał  jedzenia. 

Dokładnie przeżuwał każdy kęs. 

- Zostaję z wami - oznajmiła Olga. Zaczerwieniona na twarzy. Z uporem w spojrzeniu. 

Wyprostowana, z podniesioną głową. 

-  To  Nikołaj  o  tym  zadecyduje  -  zauważył  Michaił,  jednak  z  ochotą  pozbył  się 

sukienki. 

Spodnie, które miała na sobie Olga, najwyraźniej należały do Olega. Na nią były za 

duże, ale na Michaile leżały znacznie lepiej. 

Zdążyli się przebrać, zanim Nikołaj wrócił z workami Olgi. Z trzaskiem rzucił je na 

podłogę. Nie uśmiechał się, kiedy na nich popatrzył, i powiedział: 

- Idę spać. Ale jutro porozmawiamy, Olga! 

background image

Olga  jadła  kolację.  Michaił  pożyczył  jej  swoją  łyżkę.  Musieli  posilać  się  prosto  z 

garnka. Czymś takim, jak talerz dla każdego z osobna, gospodyni nie zaprzątała sobie głowy. 

Nikołaj  położył  się  na  jednej  z  trzech  ław  znajdujących  się  w  pokoju.  Odwrócił  się  do 

wszystkich plecami. Uczynił to rozmyślnie. 

Olga  jadła  dalej.  Wzruszyła  ramionami.  Zerknęła  ukradkiem  na  drzwi.  Nikołaj 

zamknął je na klucz i zasunął kotarę. Walerij siedział razem z Olgą na środku podłogi i jadł. 

Michaił  nie  był  już  głodny.  Ława  wydawała  się  bardzo  twarda.  Nie  wiedział,  czy 

powinien się położyć. Czuł się zmęczony, mimo że przez większą część dnia siedział. 

- Będę spała z tobą, Misza - oznajmiła Olga z taką oczywistością, jak gdyby to zostało 

już ustalone. Jak gdyby nie miało to dla niej większego znaczenia. 

Michaiłowi zrobiło się ciepło aż w cebulkach włosów. Uszy miał gorące. Pewnie się 

zaczerwienił. Olga i Walerij mogą się z tego śmiać. 

Jednak żadne z nich nawet się nie uśmiechnęło. 

Walerij tylko zrobił głupią minę do Olgi. 

- Jesteś może za młoda, żeby zrozumieć, co tracisz, Olegowna. Szkoda. Dla ciebie... 

- Daruj sobie, Walerij - odgryzła się Olga. - To ciebie jest mi żal. Bardziej z powodu 

twoich myśli niż czegoś innego. 

- Czy nie może być trochę spokoju dziś w nocy? - spytał Nikołaj. Ściana nadała jego 

słowom głuche brzmienie. - Musimy wcześnie wstać. To nie zabawa, niezależnie od tego, co 

sobie myślisz, Olga! A teraz bądź cicho! Chciałbym się przespać! 

Olga podciągnęła spódnicę i wdrapała się do Michaiła. Uśmiechała się do niego, ale w 

jej brązowych oczach pojawił się cień niepewności. W pokoju panował półmrok, lecz Michaił 

zdołał to zauważyć. Poza tym znał Olgę. Mimo że robiła wszystko, by wydać się obca. Znał 

ją. 

- Mogę spać przy ścianie? - spytała. Michaił tylko skinął głową. Okrył Olgę skórami. 

Zastanowił się, czy nie ma w nich pluskiew, jednak zaraz odrzucił tę myśl. Nikołaj nie 

zatrzymałby  się  w  gospodzie,  w  której  grasowałoby  robactwo.  Ludzie  tacy  jak  Nikołaj 

potrafili o siebie zadbać. Wiedzieli, gdzie znaleźć to, co najlepsze. 

Zrobiło się ciemno, kiedy Walerij zdmuchnął lampę. Michaił starał się dostosować do 

rytmu oddechu Olgi. Udało mu się. Ale nie przysunął się bliżej. Nie zdobył się też na to, by 

przełożyć rękę nad Olgą. Nie wiedział, co właściwie ma zrobić z tym ramieniem. 

background image

Przyjaciółka  nie  odzywała  się.  Nie  zasnęła,  dopóki  się  nie  upewniła,  że  Misza  śpi. 

Może czuwała, kiedy zmorzył go sen. 

Dobrze było wiedzieć, że na nim polega. Jednak zasiała w nim również niepokój. Nie 

byli sobie już tak bliscy jak kiedyś. Nie byli już jak rodzeństwo. 

Ś

wiadomość tego sprawiła Michaiłowi ból. 

- Musisz wrócić do domu! - Michaił nie pamiętał, by Nikołaj kiedykolwiek patrzył tak 

surowo. 

-  To  cały  dzień  jazdy!  -  rzucił  Walerij.  On  nie  miał  tylu  wątpliwości  co  do 

uczestnictwa Olgi w wyprawie. Michaił zazgrzytał zębami. Mimo młodego wieku domyślał 

się zamiarów Walerij a.  Ale Olga nie jest z tych dziewcząt! Czuł wściekłość, że Walerij w 

ogóle pomyślał, że z Olgą pójdzie mu łatwo. To nie dlatego przyjechała za nimi! 

-  Tak,  to  cały  dzień  jazdy  -  zgodził  się  Nikołaj.  Tylko  popatrzył  na  Olgę.  -  Lecz  ta 

młoda  dama  pokonała  tak  długi  odcinek  w  ciągu  jednego  dnia.  Może  zniesie  również 

powrotną drogę. 

Olga wysunęła brodę. 

- Zostanę z wami. Przynajmniej wyglądam jak dziewczyna. Bardziej ją przypominam 

niż Misza. 

- To nie zabawa, Olga! - Na twarzy Nikołaja odbijało się zmęczenie. - Nie rozumiesz, 

ż

e  wkrótce  będziemy  mieć  cały  świat  na  karku  z  twojego  powodu?  Co,  u  licha,  sobie 

myślałaś, kiedy wybierałaś się w pogoń za nami? 

-  Tato  nie  jest  głupcem!  -  Olga  nie  należała  do  tych,  którzy  umykali  wzrokiem.  - 

Naprawdę myślisz, że wyślą kogoś za mną w pościg? Myślisz, że mama i tato nie wiedzą, o 

co tu chodzi? 

-  Wiem  także,  że  jesteś  ich  jedynym  dzieckiem.  Nie  zapominaj,  że  jesteś  córką 

armatora, Olgo Olegowna! 

- A poza tym potrafię sama się pilnować - rzuciła. Nadal trzymała wysoko głowę. Nie 

ugięła się przed żadnym z argumentów Nikołaja. A w ogóle trzeba czegoś więcej niż słowa, 

by  ją  ugiąć.  -  Zostawiłam  rodzicom  list.  Jechałam  tak  wolno,  że  nawet  dziecko  na  starej 

szkapie mogłoby mnie dogonić Sądzisz, że jestem całkiem bezmyślna? Gdyby tato lub mama 

mieli  zamiar  sprowadzić  mnie  z  powrotem,  już  dawno  zaciągnęliby  mnie  za  uszy  do 

Archangielska.  Uważają,  że  jestem  wystarczająco  dorosła.  Wierzą,  że  potrafię  sobie  sama 

poradzić! 

- Napisałaś list? 

background image

Olga  skinęła  głową.  Otworzyła  szeroko  oczy,  udając  niewinną  i  szczerą.  Michaił 

wiedział, że nie wszystko jest tak, jak mówi. 

-  Nie  podoba  mi  się  to  -  rzekł  Nikołaj.  -  Ani  trochę  mi  się  to  nie  podoba.  Już  dość 

kłopotu z Misza. Teraz będę miał do pilnowania dwoje dzieciaków. 

-  Może  się  przydać  -  stwierdził  Walerij.  -  Olga  przynajmniej  wygląda  jak 

dziewiętnastoletnia Katerina Aleksiejowna z Kem. 

-  Nie  mamy  dokumentów  dla  czworga  osób  -  odparł  Nikołaj.  -  Nie  lubię  tak 

ryzykować. Poruszamy się po kruchym lodzie. Olga wcale nam nie ułatwia sytuacji, chociaż 

w zasadzie masz rację, Walerij. Łatwiej ją wziąć za Katerinę z Kem. 

Trochę się rozpogodził. 

-  Naprawdę  myślisz,  że  jestem  całkiem  pozbawiona  wyobraźni,  Nikołaju  Norkin!  - 

Olga  uśmiechnęła  się  swym  najsłodszym  uśmiechem.  Poderwała  się  z  miejsca.  Zaczęła 

szukać w kurtce, którą miała na sobie. Po chwili podała Nikołajowi jakiś papier. 

Nikołaj rozłożył kartkę, którą najwyraźniej już wiele razy rozkładano. 

- Jurij Iwanowicz Popów - przeczytał. - Urodzony w Onedze w 1725 roku... Co to, do 

diabla, jest? 

- Za dużo przeklinasz - zauważyła słodko Olga. - Dokument stwierdzający, że jeden z 

nas  jest  Jurijem  Popowem  -  odparła.  -  Miłym  chłopakiem  w  wieku  dwudziestu  pięciu  lat. 

Ciemnowłosym i dość przystojnym. Pożyczył mi to. 

- Wtajemniczyłaś jeszcze kogoś? - zagrzmiał Nikołaj. Uniósł się do połowy, lecz zaraz 

opadł z powrotem na ławę. - Panie Boże, aż prosicie o to, by Walerij został pojmany! Byśmy 

wszyscy trafili do więzienia! 

- Jesteś trochę zbyt nerwowy! - rzekła Olga tonem przypominającym Antonię. Tonem 

matczynego  upomnienia.  -  Myślisz,  że  naprawdę  jestem  tak  głupia?  Myślisz,  że  wszystkie 

dziewczęta są jak te twoje gęsi? Jurij wierzy, że chciałam z wami pojechać, ponieważ jestem 

w tobie zakochana. Jest o tym święcie przekonany. Ma bardzo miękkie serce. Nie przyjdzie 

mu  do  głowy,  by  komukolwiek  o  tym  opowiadać.  Bardzo  się  ucieszył,  że  dostanie  kilka 

tygodni urlopu. Pewna dama mieszkająca niedaleko Archangielska również z tego skorzysta. 

To wdowa... 

Nikołaj westchnął. Michaił i Walerij uśmiechnęli się. Brązowe oczy  Olgi wyglądały 

najniewinniej w świecie. 

-  Zostałem  chyba  zdegradowany  -  zauważył  Walerij.  -  Domyślam  się,  że  nasz 

przyjaciel Jurij jest stajennym u twojej matki? 

Olga skinęła głową. 

background image

-  Zarobi  trochę  grosza  u  tej  wdowy  spod  Archangielska.  Mówi,  że  bardzo  mu  się 

przydadzą dodatkowe pieniądze. Ale wolałby, żeby nikt o tym nie wiedział. Sądził, że i ja nie 

wiedziałam. 

Nikołaj wreszcie się uśmiechnął. Szeroko. Z uznaniem. Puścił oczko do Olgi. Trochę 

złagodniał. Wydawał się bardziej wyrozumiały. Jakby ogarnęły go wątpliwości. 

-  Dopięłaś  swego,  Olga?  -  spytał  łagodnie.  -  A  mówią,  że  wygląd  kłamie!  Jesteś 

nieodrodną córką swej matki. 

Olga  nie  odpowiedziała.  Zapadła  długa  cisza.  Wszyscy  patrzyli  na  Nikołaja.  On  zaś 

zerknął  na  dokument,  który  trzymał  w  dłoniach.  Spojrzał  z  ukosa  na  Olgę.  Wreszcie 

westchnął zrezygnowany. 

- Dobrze, Katerina, jedziesz z nami. A Walerij tym samym zostaje przechrzczony na 

Jurija  Iwanowicza.  Michaił  jest  sobą.  Ja  także.  Mam  nadzieję,  że  to  koniec  niespodzianek. 

Liczę,  że  wytrzymasz  trudy  podróży,  Olga!  Nie  chcę  słyszeć  z  twoich  ust  żadnych  skarg! 

Zapowiadam ci, że będę dla ciebie surowszy niż dla Miszy. I dla porządku jeszcze dodam, że 

Olga nie ma stwarzać kłopotów żadnemu z nas. Powtarzam: żadnemu! Rozumiesz, Walerij? 

- Myślisz, że jestem jakimś capem? 

- Masz swoje słabości. Całkiem zwyczajnie - odparł Nikołaj sucho. - Traktuj Olgę jak 

moją podopieczną. Ona jest pod moją opieką! 

-  Rozumiem,  że  takie  same  zasady  obowiązują  ciebie,  Nikołaj?  -  spytał  Walerij 

niewinnie. 

Nikołaj tylko machnął ręką w odpowiedzi. Nikt nie miał wątpliwości, co to oznaczało. 

Znowu  byli  w  drodze.  Mieli  trzy  konie.  Jeden  ciągnął  sanie  z  Walerijem,  Misza  i 

zapasami.  Przypadł  mu  teraz  największy  ciężar.  Olga  jechała  z  tyłu  z  Nikołajem.  Tak 

wydawało się najlepiej. Nadal grali, lecz wiedzieli, że to nie zabawa. 

- Dobrze wyskoczyć z sukienki, co? - Walerij wstał tego dnia bardziej rozmowny. 

Michaił skinął głową. Nie miał ochoty na pogawędkę. 

Czuł się zbyt najedzony. Gospodyni podała im tak solidne śniadanie, że kiedy wstał od 

stołu, myślał, że nie przełknie nic do wieczora. Najwyraźniej Nikołaj należał do ulubionych 

gości  gospody  w  tej  bezimiennej  osadzie.  Jego  gwiazda  po  ostatniej  nocy  nie  przygasła,  to 

pewne. 

- Ależ ta mała ma silną wolę - zauważył Walerij z uznaniem w głosie, co Michaiłowi 

wcale się nie podobało. Nie lubił spojrzeń, które Walerij posyłał Oldze. Olga nie jest taka. Nie 

jest  też  wcale  dorosła,  jak  się  wydaje.  Jest  niewiele  starsza  od  niego  samego.  Nikt  nie 

powinien w ten sposób na nią patrzeć. Takie spojrzenia należą się dorosłym kobietom. 

background image

Dzień był spokojny. Wydawał się podobny do tego, który zostawili za sobą. Krajobraz 

tu na północy zbytnio się nie zmieniał, rozciągał się płasko aż po horyzont. Tam, gdzie się 

tylko dało, jechali po zamarzniętym Morzu Białym najprostszą i najkrótszą drogą. W miarę 

upływu dnia nabierali coraz więcej odwagi. 

Spotykali  niewielu  ludzi.  Mijani  chłopi  i  kupcy  nie  wydawali  się  groźni.  Nie 

zauważyli nikogo znajomego. Nie wymieniali więcej słów niż zwykłe uprzejmości. 

-  Może  wyolbrzymiliśmy  trochę  niebezpieczeństwa?  -  zastanawiał  się  Nikołaj.  Żuł 

powoli. Dostali na drogę jedzenie od mamy Dawidowny z gospody, w której nocowali. Teraz 

zatrzymali  się,  żeby  się  posilić,  żeby  posiedzieć  razem.  -  Może  nie  słyszeli  o  tobie  tu  na 

zachodzie? - zwrócił się do Walerija, który siedział na brzegu swoich sań. 

- Nie przejeżdżaliśmy dotąd przez żadne miasta - odparł sucho Walerij. - Nawet przez 

jakiekolwiek godne uwagi wioski. Tutaj nikt nie przejmuje się jednym czy dwoma wyjętymi 

spod prawa. Tu wszyscy są wędrowcami. Właściciele zajazdów i kupcy zarabiają, na kim się 

da. Nie zastanawiają się nad tym, czyje dłonie podają im monety. W czasie zimy trudno w 

tych  stronach  o  zarobek.  Nikt  nie  dostrzega  różnicy  między  wyjętymi  spod  prawa  a 

praworządnymi. Tutaj spotyka się tylko ludzi, którzy gdzieś jadą, Nikołaj... Nikołaj roześmiał 

się.  Popatrzył  przymrużonymi  oczyma  w  granatowy  mrok.  Rozpalili  nieduże  ognisko. 

Ogrzewali się jego ciepłem. Ognisko zapadało się w śnieg. Coraz głębiej i głębiej. Nie dawało 

wiele światła, ale przyjemnie było posiedzieć wokół ognia. 

-  W  tych  stronach  nie  ma  gospody  -  rzekł  Nikołaj.  -  Zabudowania  są  rzadko 

rozrzucone. Jednak tu i tam można znaleźć pojedyncze gospodarstwa położone niezbyt daleko 

od siebie. Możemy jechać tak długo, dopóki zwierzęta wytrzymają, jeżeli się nic nie trafi. 

- A więc pozostaje nam dziś w nocy stodoła? - uśmiechnął się Walerij. - Los nas nie 

rozpieszcza! Dobrze byłoby przespać się w wygodnym łóżku i ogrzać przy piecu. Przyznasz 

się, kim jesteś, gdy spytasz o pozwolenie przenocowania w stodole? Czy też wystąpisz jako 

zwykły włóczęga? 

Nikołaj nie odpowiedział. Pił rosół, który dostali na drogę od gospodyni. Podgrzali go 

na  ognisku.  Gorący  napój  sprawiał,  że  po  zmarzniętym  ciele  rozchodziło  się  przyjemne 

ciepło. 

Olga się nie odzywała. Ona również bardzo zmarzła, jednak dobrze wiedziała, kiedy 

mówić, a kiedy pochylić nisko głowę. Dopóki Nikołaj zdawał się być w znośnym humorze, 

wolała milczeć. 

Dopóki  zdawał  się  zapominać  o  jej  obecności,  było  dobrze.  Olga  nie  chciała 

wystawiać jego cierpliwości na próbę. 

background image

Dzień przeszedł w wieczór. W żadnych z sań nie rozmawiano wiele. Zatrzymywali się 

co  pewien  czas.  Żeby  rozprostować  nogi.  Żeby  krew  zaczęła  lepiej  krążyć.  Żeby  nikt  nie 

nabawił się odmrożeń. Żeby dać koniom odpocząć. 

Wieczór doczekał już dojrzałego wieku. Przejeżdżali właśnie obok skupiska domów. 

Zwolnili.  Lecz  po  chwili  Nikołaj,  który  jechał  w  pierwszych  saniach,  zmienił  decyzję. 

Popędził konia dalej. 

Milczał. 

-  Czy  nie  powinniśmy  się  już  zatrzymać  pod  dachem?  -  spytała  Olga  zatopiona 

głęboko  w  futrze.  Od  czasu  do  czasu  wysuwała  z  niego  tylko  nos,  by  odetchnąć  świeżym 

powietrzem. Patrzyła spomiędzy włosów futra. - Co ci się nie podobało w tych domach? 

- Było ich za dużo - odparł Nikołaj. Zaskoczył tym Olgę, bo w ogóle nie spodziewała 

się  odpowiedzi.  -  Musimy  unikać  miejsc,  gdzie  mogą  roznosić  się  plotki  -  dodał.  Olga  na 

moment aż oniemiała, słysząc ten potok słów. 

- A jeśli nie znajdziemy nic innego? - zaryzykowała jeszcze jedno pytanie. 

Liczyła na dobrą wolę Nikołaja. Może z nastaniem nocy trochę złagodniał. Nie może 

przecież gniewać się na nią przez całą podróż. 

- To przenocujemy pod gołym niebem - odparł Nikołaj. 

Jednak  Olga  dosłyszała  w  jego  głosie  pewne  napięcie.  Przejrzała  go  na  wskroś. 

Zrozumiała,  że  podejmował  ryzyko.  Może  i  znał  trochę  okolicę,  ale  nie  tak  jak  własną 

kieszeń, by mógł być pewien, że wkrótce dotrą do jakiegoś gospodarstwa. 

Ś

wiadomie nadstawiał własną głowę. 

Olga  nie  spodziewała  się  tego  po  nim.  Zawsze  uważała  go  za  rozważnego  i 

przewidującego. 

Teraz  ujrzała  go  w  znacznie  wyraźniejszych  barwach  niż  do  tej  pory.  Przedtem 

pojawiał się w jej myślach tylko w odcieniach szarości. Nie był może na wskroś interesujący, 

ale w każdym razie potrafił zaskoczyć. 

Dom, który wyłonił się z mroku, był nieduży. Stodoła, stojąca obok, niewiele większa. 

Nikołaj wolał nie ryzykować dalszej podróży. Zatrzymał konia. 

Olga miała nadzieję, że nie dosłyszał jej westchnienia ulgi. Nie chciała, by dotarło do 

jego uszu. Nie powinien wiedzieć, że jest zmarznięta i zmęczona. Nie powinien pomyśleć, że 

dziewczyna może nie wytrzymać podróży. Jeżeli Misza potrafi, to i ona zaciśnie zęby! 

Nikołaj strzepnął śnieg  z futra. Wyglądał dostojnie. Poruszał się tak, jak by się tego 

należało spodziewać po Norkinie. Długimi krokami podszedł do chaty. Wewnątrz panowała 

background image

zupełna  ciemność.  Nawet  pasmo  światła  nie  przedostawało  się  przez  szpary  w  otworach 

okien. 

Michaił pomyślał, że to dziwne. 

Mimo  że  las  nie  znajdował  się  daleko,  dom  wyglądał  na  biedny,  podupadły  i 

zaniedbany. Dało się to zauważyć nawet w ciemności. 

Nikołaj zapukał do drzwi, że aż się zatrzęsły. 

- Każdy mógłby tu się wedrzeć, nawet gdy ma gorszy dzień - mruknął Walerij. 

Wreszcie w niewielkiej chacie obudziło się życie. Drzwi uchyliły się nieznacznie. Na 

wysokości twarzy Nikołaja pojawiła się lampa. Jej światło drżało. 

-  Nazywam  się  Nikołaj  Norkin  -  rzekł  Nikołaj  władczym  głosem  z  rękoma 

zatopionymi  w  futrze.  Musiał  sprawiać  wrażenie  archanioła,  który  nieoczekiwanie  stanął 

przed  drzwiami  ubogiej  chaty.  -  Szukam  schronienia  na  noc  dla  mnie  i  mojej  służby.  I  dla 

koni. Dobrze zapłacę. 

-  U  nas  jest  mało  miejsca,  panie  Norkin  -  odparł  cienki  głos.  Stary  głos.  Drżał  z 

uniżenia niczym liść osiki na jesiennym wietrze. - Matka jest bardzo chora. Ona musi leżeć, 

nie mogę jej przenieść. Dla panicza Norkina też oczywiście musi się znaleźć jakieś posłanie w 

chacie. Ale tylko na podłodze. Jeżeli pan Norkin tym nie pogardzi. Na pewno przywykł do 

czegoś lepszego, wiem coś o tym. Ale matkę trudno będzie przenieść. Jest chora. Mówiłem 

już  o  tym?  Dużo  osób  jest...  w  służbie  Norkina?  Jesteś  synem  samego  starego  Norkina? 

Budowałem mu dom w Archangielsku, ale to było dawno temu. Czy stary Norkin żyje? 

- Mój ojciec żyje - Nikołaj odchrząknął. Jego głos brzmiał tak donośnie, że siedzący w 

saniach  mogli  dosłyszeć,  że  poczuł  się  zakłopotany.  Być  może  kiedyś  dostępował  takich 

zaszczytów. Teraz przyjmował je z zażenowaniem. 

- Możemy się przespać w stodole. Masz tam trochę miejsca? 

- W stodole? Syn starego Norkina nocujący w stodole? Co by na to powiedział pański 

ojciec? To by mu się na pewno nie spodobało, nie inaczej! 

- Wystarczy nam dach nad głową - odrzekł Nikołaj. 

Przybrał  taki  ton  głosu,  któremu  trudno  było  odmówić.  Uśmiechał  się  do  starca. 

Tamten  opuścił  lampę.  Nikołaj  zobaczył  go.  Zobaczył  zmarszczki,  zapadnięte  policzki. 

Zobaczył,  jak  ręka  trzymająca  lampę  nadal  drży.  Zobaczył,  jak  ten  człowiek  cienko  jest 

ubrany. 

-  Mieszkacie  tu  sami,  ty  i  twoja  żona?  Staruszek  skinął  głową.  Zwilżył  wargi  kilka 

razy, lecz nic nie powiedział. 

background image

- Musi być wam ciężko? - spytał Nikołaj. Pomyślał, że starzy ludzie nie powinni żyć 

tak na uboczu. Tutaj nikt nie mógł im pomóc. Nikt młody, kto mógłby przejąć prace, których 

stare ręce nie są już w stanie wykonać. 

Przyłapał  się  na  tym,  że  ogarnęło  go  współczucie.  Nie  było  na  to  miejsca.  Był 

jedynym  synem  starego  Norkina,  a  ojciec  nie  słynął  ze  swego  dobrego  serca  i  łagodnego 

usposobienia. 

- Czy można rozpalić ogień w twojej stodole? Staruszek skinął głową. 

- Od dawna nie trzymamy zwierząt - powiedział. - Ale w środku jest czysto. Nie czuć 

tam oborą. Zostało jeszcze trochę suchego siana, tylko krucho z drewnem. My też nie mamy 

go wiele. 

- Masz jakiś kawałek lasu? Czy te drzewa za chatą są twoje? 

Starzec potrząsnął głową. Wyglądał na załamanego. 

-  Nie,  to  las  carycy!  Wyciąłem  tylko  parę  gałęzi.  Poza  tym  nic  nie  ruszałem!  Nie 

przyszłoby  mi  nawet  do  głowy  zabrać  cokolwiek,  co  należy  do  jej  carskiej  wysokości! 

Zawsze byłem prawym człowiekiem. Pański ojciec również może o tym zaświadczyć! Nigdy 

nie  tknąłem  niczego,  co  do  mnie  nie  należało.  Tylko  witki.  Tylko  gałązki.  Prześwietliłem 

trochę drzew dla carycy, dla cara. Dbałem o carski las! 

Nikołaj wciągnął powietrze. 

- Jeżeli pożyczysz mi, ojczulku, siekierę, to również obetnę trochę gałęzi w carskim 

lesie.  -  Chętnie  przenocujemy  w  stodole.  I  sam  zapłacę,  komu  trzeba,  za  te  gałęzie,  które 

spalę. Nikt nie będzie miał do was o nie pretensji. Nie musicie się bać. I dobrze zapłacę za 

schronienie. Niech święci mają was w opiece! 

Stary  człowiek  zamyślił  się.  Kilka  razy  zaczerpnął  powietrza.  Przyjrzał  się  dobrze 

Nikołajowi. 

- Jesteś podobny do ojca - mruknął i spojrzał ponad ramieniem młodzieńca. - Możesz 

zatrzymać się mej stodole, lecz mam nadzieję, że nie opowiesz ojcu, że musiałeś nocować w 

takich warunkach. To mu się nie spodoba. Nie, na pewno nie, mówię ci. Siekierę znajdziesz 

koło chaty. Potrzebna ci lampa? 

Nikołaj odparł, że mają swoją. 

- Nie kłopocz się nami więcej, damy sobie radę! - dodał. 

Staruszek stał w uchylonych drzwiach, kiedy Nikołaj wracał do sań. 

- Tak się zachowuje jaśnie pan! - rzucił cierpko Walerij. Splunął na śnieg. - Stary jest 

tak przerażony, że aż się trzęsie. Mróz nie ma z tym nic wspólnego. 

- Upokorzony - poprawiła go Olga. - To upokorzenie, Walerij. 

background image

- Upokorzenie to tylko inne określenie dla strachu - nie ustępował Walerij. Olga nie 

zaprzeczyła. 

Nikołaj  nie  odzywał  się.  Poprowadził  konia  do  stodoły.  Zdjął  uprząż.  Otworzył 

skrzypiące drzwi. Wprowadził zwierzę do mrocznego wnętrza. 

Walerij z dwoma pozostałymi wierzchowcami poszedł za nim. Michaił wygramolił się 

z sań. Zobaczył, że Olga niemal wyturlała się ze swoich. Pewnie zdrętwiały jej nogi. Ostatni 

odcinek drogi był długi. Chyba zbyt długi. 

Michaił zabrał skóry. Będą musieli jeszcze kilka razy chodzić tam i z powrotem, by 

opróżnić  sanie.  Być  może  niepotrzebnie  zabierali  wszystkie  rzeczy  do  stodoły.  Okolica 

wydawała  się  dość  odludna,  a  starzec  nie  wyglądał  na  złodzieja.  Jego  uczciwość  bardziej 

rzucała się w oczy niż strach... lub upokorzenie. To bez znaczenia, którego słowa się użyje. 

Drżały mu ręce i głos. 

-  Olga  i  Misza  zapalą  lampy.  Zajmą  się  końmi.  Zwierzętami  trzeba  się  dobrze 

zaopiekować - zarządził Nikołaj. 

- Myślisz, że nie znam się na koniach! - odgryzła się Olga. Przemknęła obok Nikołaja 

i zniknęła w stodole, rozgorączkowana niczym lemingi w swej masowej wędrówce ku morzu. 

- Róbcie swoje, a ja już zajmę się końmi! Wyrosłam... 

- ...wśród końskich zadów - dokończył Walerij wesoło. Zapalił jedną z lamp. Wniósł 

ją do środka i powiesił na haku. Uśmiechnął się do Olgi. - Miejmy nadzieję, że nie urodziłaś 

się za wozem, moja droga. 

- Idziemy narąbać drew, Walerij! - Nikołaj znalazł siekierę. 

- W lesie carycy? - rzucił Walerij żartobliwie. - Chyba oszalałeś, Norkin! Chcesz nas 

wszystkich  wpędzić  do  więzienia  za  kradzież  z  jej  wspaniałej  posiadłości?  To  obraza 

majestatu! 

- Jeżeli caryca sama tu się zjawi, żeby narąbać sobie parę gałązek na nastrojowe, małe 

ognisko, upadnę jej do stóp na kolana i wyznam mój grzech - rzekł sucho Nikołaj. - Założę 

się,  że  żadna  z  ważnych  osobistości  nie  zjawiła  się  w  pobliżu  tych  carskich  gałązek  przez 

ostatnie  czterdzieści  -  pięćdziesiąt  lat!  Ale  staruszek  drży  ze  strachu.  Wszyscy  się  boją. 

Wszyscy są wychowywani w strachu. Trzeba wykształcenia lub desperacji, by wyzwolić się z 

tego zastraszenia. 

- Ty masz wykształcenie, a ja jestem zdesperowany - mruknął Walerij. 

- Idziemy narąbać sobie trochę carskich gałązek? 

background image

Michaił wnosił rzeczy. Poruszanie się nadal sprawiało mu ból, ale on też chciał się na 

coś przydać. Wyglądało na to, że Olga bardziej zasłużyła na posiłek niż on. A przecież to ona 

wkręciła się nieproszona. 

- Coś dziwnego musiało być w tym liście, który zostawiłaś w domu - zagadnął Olgę, 

gdy wniósł większość rzeczy. Trochę jeszcze zostało: pasza dla koni, której zwierzęta od razu 

nie zjedzą, reszta suszonego mięsa, tak dobrze zapakowanego, że tylko sprytny lis lub orzeł 

mógłby je naruszyć. Michaił chciałby zobaczyć to zwierzę lub tego ptaka, które odważyłyby 

się podejść tak blisko zabudowań. Przysunął sanie całkiem do ściany stodoły, tak że stały tuż 

za nią, niewidoczne z drogi, którą tu trafili. Sam na to wpadł. Z nikim tego nie ustalał. Nikogo 

o nic nie pytał. 

- Założyłbym się, że Tonią i Oleg natychmiast ruszyliby za tobą, gdybyś tak po prostu 

zniknęła. W każdym razie Tonią. Nigdy ci nie pozwalała chodzić, gdzie ci się podoba. Bała 

się o ciebie, że ci coś strzeli do głowy. I słusznie - dodał Michaił od siebie. Uważał, że ma 

podstawy, by tak twierdzić, biorąc pod uwagę choćby ostatni pomysł Olgi, kiedy postanowiła 

do nich dołączyć. 

Olga kończyła oporządzać swego konia. Szczotkowała go z miłością. 

- Trzeba umieć dobierać słowa, Misza - odparła tajemniczo. 

- Dlatego właśnie się dziwię - rzekł Michaił zamyślony. Było mu zimno. Biała para 

wydobywała się z jego ust. I z ust Olgi. Ciała koni parowały. Zwierzęta wypuszczały przez 

nozdrza  kłęby  białego  powietrza.  Przestępowały  z  nogi  na  nogę.  Jednak  w  stodole  mimo 

wszystko było trochę przytulniej niż na zewnątrz. W każdym razie nie wiało. 

- Potrafisz trzymać język za zębami? Michaił spojrzał na Olgę. Zacisnęła usta. Zaczęła 

szybciej  szczotkować  konia.  Spoglądała  na  przyjaciela  jakby  zakłopotana.  W  kąciku  jej  ust 

igrał uśmiech. Uśmiech zuchwałej dziewczyny. Znał go. 

- Obiecujesz, że nic nie powiesz Nikołajowi? Ani Walerijowi, ale przede wszystkim 

Nikołajowi? 

- No, dobrze, obiecuję - przyrzekł Michaił niechętnie. Wiedział, że miał rację, czując, 

ż

e  Olga  nie  wyznała  Nikołajowi  wszystkiego.  Wybrała  tylko  część  prawdy.  Nie  można 

powiedzieć, by kłamała bez mrugnięcia okiem. Za to wybierała tylko tę część prawdy, która 

jej odpowiadała. Resztę zatrzymywała dla siebie. 

- Napisałam w liście, że jadę do Raiji - Raisy i zostanę u niej co najmniej cały dzień. 

Ż

e być może przenocuję. Że na pewno sprawię jej przyjemność swoją wizytą. 

- Zauważą twój wybieg, gdy tylko mama wybierze się do portu. 

background image

-  Napisałam  jeszcze  kilka  innych  listów  -  wyjaśniła  Olga  słodko.  Skończyła 

szczotkowanie konia. - Napisałam do twojej mamy. Od taty. Wiesz, on nie lubi pisać, więc... 

-  ...więc  zwykle  go  wyręczasz!  -  Michaił  się  uśmiechnął.  -  Napisałaś,  że  mama  nie 

musi przychodzić do kantoru przez dzień albo dwa. Ze może trochę odpocząć? 

- I że moja mama wybiera się z towarem na południe. Tak więc Raija nie będzie się 

spodziewała  wizyty  Antonii  ani  sama  do  niej  nie  przyjedzie.  Czy  nie  sądzisz,  że  jestem 

bardzo przebiegła? 

- A co, jeśli zorientują się, że nigdzie cię nie ma? Olga wciągnęła powietrze. 

- Trzeci list wsadziłam za uprząż konia. Raija - Raisa znajdzie go, gdy będzie chciała 

gdzieś pojechać. Napisałam na kopercie nazwisko mamy, więc Raija go nie otworzy. Podróż 

z  waszego  domu  do  Archangielska  zabiera  trochę  czasu.  Czas  jest  po  mojej  stronie.  Nawet 

tato nie będzie się gniewał tak długo, by wysłać za mną pościg, wiedząc, że zyskałam ponad 

dobę przewagi. 

- Nikołaj sprawiłby ci porządne lanie, gdyby o tym wiedział! 

- Dlatego musisz trzymać język za zębami - ostrzegła Olga. 

Michaił się roześmiał. Nie mógł się powstrzymać. 

- Jesteś strasznie bezczelna, Olga! Skinęła głową, wyraźnie zadowolona z tej opinii. 

Usiadła obok Michaiła. Rozejrzała się podejrzliwie dookoła. 

- Liczę na to, że nie będziemy tak spędzać wszystkich nocy. Lepiej było dzielić z tobą 

ławę.  Możemy  się  tylko  pocieszyć,  że  nie  ma  tu  pluskiew.  Na  pewno  wszystkie  zamarzły. 

Nawet samemu diabłu nie udałoby się ogrzać tej stodoły, gdyby nie nakradł drzewa z lasu. 

- A stary nawet diabłu nie pozwoliłby zrąbać choćby jednego drzewa - dodał Michaił i 

uśmiechnął  się.  Przyjemniej  było  żartować,  gdy  zostawali  z  Olgą  sami.  Teraz  miał  nad  nią 

pewną przewagę. Nawet nie czuł się przy niej głupi. 

- Tutaj wystarczy się posłużyć nazwiskiem tej miary, które nosi Nikołaj! 

-  Myślisz,  że  to  może  się  okazać  niebezpieczne?  -  spytała  nagle  Olga.  Jej  głos 

zabrzmiał obco. 

-  Nie  wiem.  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  gorzej.  Ale  kiedy  tak  długo  wszystko  się 

dobrze układa, zaczynam niemal wierzyć, że niebawem to się urwie. Nie może przecież po 

prostu iść zbyt gładko. 

-  Oto  i  carskie  drewno!  -  Walerij  wtoczył  się  do  środka  z  pełnym  naręczem  gałęzi. 

Okazało się zresztą, że razem z Nikołajem nie zadowolili się samymi gałęziami. - Ogrzejemy 

się  prawdziwie  po  królewsku!  -  zawołał.  -  Nikołaj  jest  miękki  jak  wiosenny  śnieg.  Zaniósł 

background image

drewno staruszkom! Ja przyniosłem to, co zostało. Czy Olegowna potrafi rozpalić w piecu? 

Czy też zna się tylko na końskich zadach? 

Nie  zdążył  zobaczyć,  jak  Olga  pokazała  mu  język.  Wszystkie  swe  siły  włożyła  w 

rozniecanie ognia. 

- Jeżeli trochę mniej będziesz mu się odszczekiwać, nikt tego nie zauważy - odezwał 

się Michaił. W żołądku ciążył mu kamień. 

- Czego? 

- Wiesz... 

Nie odpowiedziała. Ale udało jej się wreszcie rozpalić. 

background image

Zrobiło  się  jakby  cieplej.  Wiatr  co  prawda  nadal  hulał  po  stodole,  ale  ogień  ogrzał 

trochę  wnętrze,  gdy  już  drewno  przestało  dymić.  Nie  było  zacisznie.  Ani  przytulnie.  Mieli 

dach nad głową i cztery ściany. Towarzystwo koni. Siano ubite i zbutwiałe było twarde, ale 

leżeli między skórami i nie marzli zbytnio. Zdawali sobie sprawę, że mogło być gorzej. 

Olga  położyła  się  obok  Michaiła.  Dawało  jej  to  poczucie  bezpieczeństwa. 

Przypominało  dom.  Nie  chciała  myśleć  o  tym,  jak  bardzo  ojciec  się  rozzłościł,  kiedy 

zrozumiał,  że  wszystkich  wyprowadziła  w  pole.  Nie  chciała  myśleć  o  tym,  jak  bardzo 

rozczarowała rodziców. Zastanawiała się, kto wziął ją w obronę. Ktoś musiał jej bronić, bo 

inaczej ojciec pojechałby za nimi... 

Może Raija. Raija potrafiła prosić w imieniu innych. A ojciec miał do Raiji słabość. 

Nie, nie mógł to być nikt inny. 

Przysunęła  się  bliżej  Michaiła.  Siano  zachrzęściło.  Konie  przestępowały  z  nogi  na 

nogę. Tak łatwo wychwytywały wszystkie odgłosy. Olga leżała cicho i wydawało jej się, że 

minęła cała wieczność. Przysłuchiwała się oddechom. Odnosiła wrażenie, że potrafi odróżnić 

oddech Nikołaja od oddechu Walerija. Mniej więcej orientowała się, gdzie leżą. Słyszała też 

oddechy koni. 

Miszy. 

On także nie spał. 

Przysunęła  się  całkiem  blisko  przyjaciela.  Nie  sądziła,  by  Nikołaj  i  Walerij  coś 

podejrzewali. Widziała ich tylko jako wzniesienia na sianie. Nie potrafiła dokładnie ocenić, 

jak daleko od siebie leżeli. Nie sądziła, by i oni mogli zobaczyć, jak blisko Michaiła ona się 

znalazła. 

Myślała, że śpią. Wnioskowała to z ich spokojnych i długich oddechów. 

-  Misza,  śpisz?  -  szepnęła.  Czekała,  aż  się  do  niej  odwróci.  Położył  się  na  boku, 

plecami do niej. Wyraźnie się od niej odsunął. 

- Tak... 

-  Wiem,  że  nie...  -  wydawało  jej  się,  że  to  wykrzyczała.  Jej  słowa  zabrzmiały  tak 

głośno  w  panującej  ciszy.  Zagłuszyły  łapczywe  pożeranie  suchego  drewna  w  piecu. 

Zagłuszyły oddechy śpiących. Nie brzmiały jak szept. Ale nie potrafiła mówić ciszej. 

- Czego chcesz? - burknął odpychająco. Mógłby ją uderzyć, skutek byłby taki sam. 

- Boisz się? 

background image

- Jestem zmęczony - odparł. Olga poznała po jego głosie, że kłamie. Znała go. 

Znała go prawie tak dobrze jak samą siebie. Nie uda mu się jej oszukać. Nie udałoby 

się  mu  również  jej  zaskoczyć.  Jeśli  nawet,  to  w  mniejszym  stopniu  niż  Nikołajowi.  Misza 

stanowił  prawie  część  jej  samej.  To  przerażające  tak  o  nim  myśleć,  lecz  jeszcze  bardziej 

przerażające jest uświadomienie sobie, że to prawda. Misza to jakby część jej samej. 

- Czuję się taka samotna... 

-  Nikt  cię  nie  prosił,  żebyś  jechała  za  nami.  -  Michaił  ciągle  kąsał.  Nadal  bił  ją 

słowami, które piekły niczym chłosta. Olga była rozczarowana. 

-  Wiem.  -  Dalej  nie  mogła  się  posunąć.  Nigdy  nie  mogłaby  zabrnąć  tak  daleko,  by 

stracić  twarz.  Wtedy  Misza  by  się  od  niej  odwrócił.  Na  to  nie  mogła  pozwolić.  Zawsze 

powinien być blisko. Stanowił przecież część jej samej. Nie można tak po prostu odjąć ręki 

lub nogi. 

Misza zawsze powinien być obok. 

Wysunęła rękę. Szukała między okryciem swoim i Miszy. Po dłuższej chwili znalazła 

otwór. Misza nie uczynił nic, żeby jej ułatwić. Musiała szukać. Wzdłuż jego ramienia. W dół 

ręki. Wpuściła mu chłodne powietrze. Mógłby jej trochę pomóc. 

- Potrzymaj mnie za rękę! - poprosiła. Nie powiedziała tego  głośno, nie powtórzyła. 

Jej  szept  był  jak  słaby  oddech.  Niczego  nie  zagłuszył.  Był  jak  krewny  letniej  bryzy, 

południowego wiatru, który chciał się tylko bawić, pieścić... 

Michaił  gotował  się  pod  skórą.  Przekręcił  się  na  plecy.  Westchnął  głośno.  Chwycił 

Olgę za rękę. Pomyślał, że jej dłoń jest mała, że cała Olga jest drobna. I całkiem znośna jak 

na dziewczynę. 

Misza poprawił swoje okrycie, przyklepał skórę, pod którą leżała Olga, tak żeby nie 

było szpar. Żadne z nich nie powinno zmarznąć. Trzymał przyjaciółkę za rękę. Splótł palce z 

jej palcami. Ścisnął jej dłoń. 

Olga westchnęła. 

Michaił  nie  próbował  zgadnąć,  co  owo  westchnienie  miało  znaczyć.  W  ogóle  nie 

chciał myśleć. W tej chwili nie pozwalał sobie myśleć. I marzyć również. Na jawie. 

Trzymał dłoń Olgi w swojej. Dziewczyna odpowiedziała uściskiem. W jej drobnych 

rękach tkwiła siła. I ciepło. 

-  Czy  teraz  dobrze?  -  spytał  cicho.  Nie  czekał,  aż  odpowie.  W  podszytej  wiatrem 

stodole zrobiło się ciepło. 

- Już dobrze - wyznała cicho Olga. Nie udawała zadziornej. - Teraz już dobrze, Misza. 

Spij spokojnie. 

background image

Kiedy  nastał  ranek,  wszystko  wyglądało  jeszcze  nędzniej  niż  o  zmroku.  Ściany 

stodoły miały mnóstwo szpar. Walerij bez słowa włożył do ognia ostatnie gałęzie. Wychował 

się w ciężkich warunkach, ale i on marzł. 

Rozpuścili śnieg. Ugotowali coś w rodzaju zupy z kaszy i mięsa. Jedli w milczeniu. 

Olga przyniosła jeszcze trochę śniegu. 

- Staruszkowie nie rozpalili w piecu - zauważyła. 

- Czyżby tak długo spali? 

- Po prostu oszczędzają drewno - rzekł surowo Walerij. Jego twarz zamknęła się, oczy 

pociemniały. 

- Pod skórami jest im wystarczająco ciepło. Zwykli biedacy żyją trochę inaczej niż ci, 

którym nigdy niczego nie brakowało. 

Olga nie odpowiedziała. Umknęła wzrokiem. Poskromiła swój cięty język. Wyglądała 

na zawstydzoną. 

-  Olga  też  nie  wybierała  sobie  rodziców  -  Nikołaj  stanął  w  jej  obronie.  Nalał  jej 

jeszcze zupy. Trzymał miskę w wyciągniętej ręce, zanim dziewczyna jej nie odebrała. 

Potem wyszedł. Walerij otworzył okienko. Patrzył, jak Nikołaj zmierza w stronę chaty 

staruszków. Wciągnął głęboko powietrze. Ruszył za Nikołajem. 

Nikołaj zapukał do drzwi. Nie odezwał się, widząc zbliżającego się Walerija, chociaż 

tak  jak  wszyscy  uważał,  że  Walerijowi  nie  wolno  pokazywać  się  na  oczy  nikomu  obcemu. 

Powinno go widzieć jak najmniej osób. Nikołaj długo dobijał się do chaty. Staruszek wreszcie 

otworzył.  Nie  zrobił  w  drzwiach  większej  szpary  niż  poprzedniego  wieczoru.  Nie  wpuścił 

również Nikołaja do środka, gdy ten przyniósł drewno. Mężczyzna miał zniszczoną wiatrem i 

pomarszczoną twarz. Czaszka wyraźnie odznaczała się pod skórą. Nadgarstki składały się z 

samej  skóry  i  kości.  Szyję  miał  długą  niczym  u  chudego  ptaka.  Oczy  równie  czujne  jak  u 

drapieżnika. 

-  Chciałbym  zapłacić  za  nocleg  -  rzekł  Nikołaj.  Wzrokiem  przebiegał  ponad  głową 

starca. Wpatrywał się w półmrok pomieszczenia, nic właściwie nie widząc. 

- Nie mogę nic przyjąć od syna starego Norkina. A na pewno nie za nocleg w stodole. 

Powinienem cię zaprosić na noc do domu, ale matka źle się czuje. 

-  Jak  sobie  tu  radzisz?  Możemy  podzielić  się  z  wami  żywnością,  jeżeli  nie  chcesz 

innej zapłaty. 

Przytrzymując się jedną ręką framugi, staruszek uśmiechnął się ostrożnie bezzębnymi 

ustami  i  ukazał  czerwone  dziąsła.  Twarz  stała  się  jednym  splotem  zmarszczek,  które 

przypominały  misterną  sieć  pająka.  Skóra  twarzy  wydawała  się  równie  szara.  Językiem 

background image

przeciągnął  po  ustach,  jednak  nie  zdołał  dobrze  ich  zwilżyć.  Kąciki  ust  uniósł  do  góry. 

Umknął wzrokiem. Popatrzył na Walerija, potem znowu na Nikołaja. 

-  Matka  jest  chora...  -  roześmiał  się  krótko.  Pokręcił  głową.  -  Nie  mamy  wiele,  ale 

nigdy przedtem nie przyjmowaliśmy jałmużny... 

- To zapłata za schronienie - rzekł Nikołaj. - Nie można tego nazwać jałmużną. Poza 

tym pracowałeś dla mojego ojca. 

Stary człowiek nie wiedział, co powiedzieć. Stał przed nimi bezradnie. Patrzył gdzieś 

obok. Nie spojrzał do środka. Nie zamierzał wpuścić przybyszów do chaty. 

-  Możesz  porozmawiać  z  żoną  -  zaproponował  Nikołaj  łagodnym,  lecz  stanowczym 

głosem.  -  Idź  i  spytaj  ją,  co  o  tym  myśli.  Kobiety  mają  swoje  zdanie.  Pewnie  dobrze  wie, 

czego potrzebujecie. Niech wyznaczy cenę. 

Staruszek skinął głową. Niechętnie. Popatrzył na obu z ukosa. Wycofał się jak kuna. 

Zamknął im drzwi przed nosem, ale nie na klucz. Nie słyszeli też, by zasunął zasuwę. 

-  Podejrzewałem  coś  już  wczoraj  wieczorem  -  odezwał  się  cicho  Nikołaj.  - 

Domyślałem się najgorszego, ale nie chciałem wierzyć. Co o tym sądzisz? 

Walerij 'westchnął i skinął na drzwi. 

- Musimy wejść do środka. Z tego, co widać, wynika, że nie jest dobrze. Nie możemy 

stąd odjechać i pozwolić starym dalej tak żyć. 

Nikołaj otworzył. Wewnątrz nie paliła się ani jedna lampa. Nie żarzyło  się w piecu. 

Okna były zamknięte. Dawno ich nikt nie otwierał. Drewno, które przyniósł Nikołaj, leżało 

ładnie poukładane obok pieca. 

W  chacie  było  tylko  jedno  pomieszczenie.  Szare  i  brudne.  Wypełnione  różnymi 

zapachami. Zapachem starzyzny, pleśni, wilgoci. Zapachem brudu. Ponieważ i brud ma swój 

zapach. 

I ciężkim odorem zgnilizny. 

Przy  jednej  z  krótszych  ścian  stało  łóżko.  Szarobrązowe.  Wszystko  w  tym  ubogim 

domu - w tym grobie z drewnianych bali - było szare lub brązowe. 

Staruszek stał przygarbiony niczym stepowa sosna, zwrócony do Nikołaja i Walerija 

plecami. Mówił zniżonym głosem. 

- Jest synem Norkina. Pamiętasz, jak dobrze zarabiałem u Norkina? Wyciosałem dla 

niego najpiękniejsze kolumny. Nie znajdziesz takich drugich w całej północnej Rosji. Tylko 

car ma podobne. Widziałem niezwykłe kolumny i kopuły w Sankt Petersburgu. Pamiętasz, jak 

ci o tym opowiadałem? Takie same zrobiłem dla Norkina. Kopuł nie chciał. Nie cierpiał na 

manię  wielkości,  chociaż  był  możnym  panem.  Zamówił  tylko  kolumny.  Jest  tu  jego  syn, 

background image

matko.  Nie  wiem,  czy  mogę  przyjąć  od  niego  zapłatę  za  nocleg.  Przyniósł  nam  drewno. 

Przenocował w stodole razem ze swymi stajennymi i końmi. Jest tak, jak mówię. Oni wcale 

nie mają poprzewracane w głowie, ci Norkinowie... 

Nikołaj  podszedł  cicho  do  starca.  Położył  mu  rękę  na  ramieniu.  Tamten  aż 

podskoczył. Stanął przed łóżkiem, jakby chciał zasłonić żonę. 

Zasłonić ten widok. 

- Ona jest chora. Nie lubi obcych. Nie chce, by obcy widzieli ją w tym stanie. 

Słowa  potykały  się  o  dziąsła,  przemykały  między  suchymi  wargami.  Kościste  ciało 

drżało. Ramiona usiłowały przeszkodzić Nikołajowi i Walerijowi. 

Nikołaj.  zdecydowanie  odciągnął  starca  od  łóżka.  Sam  wolał  nie  patrzeć.  Choć  nie 

uważał  się  za  szczególnie  wrażliwego,  obawiał  się,  że  nie  zniesie  straszliwego  widoku. 

Myślał, że wiele już w życiu widział, ale czegoś podobnego jeszcze nie doświadczył. 

Walerij rozłożył koc na tym, co leżało w łóżku. Rozszedł się smród nie do opisania. 

Zapachy mieszały się z dźwiękami. Złożyły się w coś, z czym nigdy przedtem się nie zetknęli 

i czego już nigdy nie chcieliby przeżyć. 

-  Matka  jest  trochę  wstydliwa.  Nieśmiała.  Zawsze  była  taka  nieśmiała.  Jako  młoda 

dziewczyna miała najczerwieńsze policzki ze wszystkich. Nadal tak jest. Czerwieni się z byle 

powodu. Nie zawstydzajcie jej. Nie zna was. Wie ode mnie, że jesteś synem starego Norkina, 

ale  jego  także  nie  znała.  Znała  go  tylko  z  moich  opowiadań.  Nigdy  go  nie  spotkała.  Stary 

Norkin rozmawia! ze swoimi pracownikami, ale nie z ich żonami. Nigdy nie zabieraliśmy żon 

ze  sobą.  Matka  nie  widziała  domu  w  Archangielsku.  Chciałem  jej  go  pokazać.  Pokazać  jej 

kolumny, które wyciosałem. Czy nie są piękne? 

- Są bardzo piękne - przyznał Nikołaj. - Chodź z nami do stodoły, ojcze. Musisz coś 

zjeść. Napaliliśmy w piecu. Tam jest cieplej niż tu. 

- Ale matka... 

-  Ją  też  zabierzemy  -  zapewnił  go  Nikołaj.  Mówił  przyjaźnie,  ale  stanowczo. 

Prowadził staruszka ze sobą. Wyprowadził z domu, przeprowadził przez podwórze. 

Musiał  niemal  pchnąć  go  na  siano  w  stodole.  Nalał  zupy  do  swej  miski  i  podał  ją 

staremu razem z łyżką. Mężczyzna nie wziął łyżki. Upił letniej zupy. 

- To nasz gospodarz - wyjaśnił Nikołaj, spoglądając na Olgę i Misze. - Niech trochę 

zje. Wystarczy zupa, bo od czegoś innego mógłby się rozchorować. Myślę, że dawno nie jadł 

nic pożywnego. - Nikołaj nabrał powietrza. - Musimy znaleźć jakieś deski na trumnę. 

Staruszek  pił  zupę.  Nie  słyszał,  co  Nikołaj  mówił.  Olga  i  Michaił  o  nic  nie  pytali. 

Patrzyli tylko na Nikołaja szeroko otwartymi oczami. 

background image

Wrócił Walerij. Był blady. Rzucił na ziemię rękawiczki. Ręce miał czerwone. 

-  Musiałem  wytrzeć  je  w  śnieg  -  rzucił  krótko,  przyglądając  się  swoim  dłoniom.  - 

Wymiotowałem. Dawno nie widziałem czegoś tak potwornego. - Spojrzał z ukosa na starca. - 

Kobieta od tygodni nie żyje. Może nawet od miesięcy. W chacie jest tak zimno, że rozkład 

następował  powoli.  A  starzec  chyba  postradał  zmysły  i  trudno  czegokolwiek  się  od  niego 

dowiedzieć. 

Walerij  stał  w  otwartych  drzwiach.  Pił  świeże  powietrze  wielkimi,  łapczywymi 

haustami. Pocił się. Pot wprost lał się z niego. Nie z powodu pogody, bo panował mróz i wiał 

ostry wiatr. 

- Widziałeś to zagłębienie w łóżku? - rzekł Walerij ochrypłym głosem, nie patrząc na 

Nikołaja. Zamilkł na chwilę i przełknął ślinę. - Widziałeś, Nikołaj? Spał ze zwłokami, z tym... 

Bóg jeden wie, jak długo! 

Walerij wybiegł ze stodoły. Był szary na twarzy, gdy wrócił. 

-  Zawinąłem  ją  we  wszystkie  koce  i  skóry,  które  znalazłem,  i  wyniosłem  z  chaty. 

Bałem  się,  że  po  drodze  coś  wypadnie  na  ziemię.  -  Na  dworze  krakały  kruki.  Wypełniły 

bladoniebieskie niebo nad stodołą. Rozpostarły czarne skrzydła, skrzeczały z zachrypniętych 

gardeł. - Nie możemy jej teraz pochować - mówił dalej Walerij. Musiał mówić, nie potrafił 

milczeć.  Nie  był  w  stanie.  -  Ale  musimy  umieścić  zwłoki  w  jakiejś  trumnie.  I  porządnie 

wyszorować dom. Tam  śmierdzi trupem. Śmierdzi śmiercią. We wszystkich kątach czai się 

ś

mierć. 

Zadrżał. Po ciele przeszedł mu dreszcz. 

-  A  co  zrobimy  ze  starcem?  Nie  możemy  go  samego  tu  zostawić  -  rzeki  Nikołaj  ze 

spokojem. Nie spuszczał wzroku z Walerija. - Nie możemy. 

Nie wspomnieli ani słowem o tym, że marnują czas. Unikali tego tematu. Rozejrzeli 

się  po  stodole  w  poszukiwaniu  desek.  Musieli  zadowolić  się  dwoma  starymi  korytami. 

Powinny wystarczyć. 

- Deski mogą zostać takie niewygładzone - uznał Walerij. - Trumna też nie musi być 

zbyt długa. 

- Przestań! - Olga nie chciała tego słuchać. Nie chciała też wyjść na dwór, dopóki to, 

co wyniósł Walerij, tam leżało. 

Walerij z Michaiłem zbijali trumnę. Staruszek siedział nieruchomo i przyglądał się ich 

pracy. Wyglądało na to, że nie rozumie, co robią. Uśmiechał się. Na pewno widział, ale jego 

blady wzrok wydawał się jakby nieobecny. 

background image

-  Norkin  nie  powinien  brudzić  rąk  pracą  -  rzekł  tylko.  Uśmiechnął  się  rozbawiony, 

ponieważ Nikołaj nie trafił w kilka gwoździ. - Matka też tak mówiła. Między ubogimi ludźmi 

a możnymi panami jest różnica. Bogaci nie powinni pracować tak jak my. Zostali stworzeni 

do  czegoś  innego.  Do  czegoś  lepszego.  Stary  Norkin  jest  pewnie  dumny  ze  swego  syna. 

Matce byś się spodobał. Spodobałbyś się... 

Nikołaj  słuchał  jego  słów.  Uświadomił  sobie,  że  to  nie  o  ojcu  mówi  staruszek, 

ponieważ dom w Archangielsku wybudował dziadek. Jednak wyprowadzanie tego człowieka 

z błędu nie miało sensu. Niech nadal myśli, że Nikołaj jest synem starego Norkina, którego 

sam pamięta. Przekonywanie go, że jest wnukiem, niczego nie zmieni, tylko zamąci staremu 

w głowie. 

- Obawiam się, że będziesz musiała wejść do chaty. - Nikołaj spojrzał na Olgę. Wyraz 

jej  twarzy  krzyczał  „nie”.  -  Powinniśmy  wyrzucić  część  rzeczy.  Większość  z  nich  musimy 

spalić.  A  wnętrze  trzeba  porządnie  wyszorować.  Zrobię  to,  ale  potrzebuję  pomocy.  Nie 

możemy tracić czasu, ale też nie możemy po prostu stąd wyjechać. Musisz mi pomóc, Olga! 

W końcu skinęła głową. Niechętnie się podniosła i poszła za Nikołajem. Nie odezwała 

się ani słowem. 

Starała się nie patrzeć w stronę zawiniątka pod ścianą domu. Starała się nie zwracać 

uwagi na kruki. Przysiadły w lesie tuż za szarą chatą. Niektóre krążyły coraz niżej. Stawały 

się natrętne. Skrzeczały ochryple. Skrzeczały, krążąc wyczekująco pod zimowym niebem. 

- Nie mogę w to uwierzyć - rzekła Olga, stając w drzwiach. 

Nikołaj  pootwierał  okna.  Rozwarł  drzwi  na  oścież.  Wpuścił  chłód,  który  chętnie 

wypełnił kąty. Wpuścił również światło. 

Jednak lepiej by było, gdyby wnętrze pozostało w mroku. 

Olga przełknęła. 

- To niepojęte, by można tak mieszkać! Tu śmierdzi... 

- Czuć rozkładające się zwłoki. Śmierć, Olga. Nie mdlej, dziewczyno! - Nikołaj złapał 

ją, kiedy się zatoczyła, i przytulił do piersi. Poklepał trochę niezdarnie po głowie, po plecach. 

- Nie choruj nam! To potworne, zgadzam się z tobą, ale nie możemy się poddawać. Zwymio-

tuj, jeśli musisz. Mam nadzieję, że jednak wytrzymasz... 

Olga  płakała  w  kurtkę  Nikołaja.  Zatopiła  twarz  w  futrze.  Wycierała  w  nie  łzy. 

Szlochała. Chciałaby tak jeszcze chwilę stać. Czuć tylko zapach Nikołaja i zapach futra, ą nie 

fetor, wypełniający chatę. 

-  Poczekaj  jeszcze  trochę!  -  poprosiła.  Przez  moment  cieszyła  się,  że  Misza  jej  nie 

słyszy. 

background image

Nie powinien wiedzieć, że okazała się taka słaba, taka mała. 

Nikołaj nic nie powiedział. Nie odezwał się ani jednym słowem. Tylko trzymał ją w 

ramionach, jak prosiła. Nie czynił jej wymówek. Nie gniewał się. 

Tylko ją trzymał. 

- Już dobrze - pisnęła Olga cienkim głosem, ale w jej oczach już pojawiła się odwaga, 

a usta przybrały wyraz uporu, tak dla niej typowy. - Równie dobrze moglibyśmy spalić całą 

chatę - rzekła, rozejrzawszy się jeszcze raz dokoła. 

Nikołaj właściwie się z nią zgadzał, ale uważał, że dom to jednak dom. Cokolwiek by 

o  tym  myśleli.  Ściany  tego  domu  stanowiły  ramy  dla  życia  dwojga  ludzi.  Może  dla  kogoś 

jeszcze. Staruszek nie mówił nic o dzieciach, nie wymienił żadnych imion. Być może jakieś 

ż

yły  gdzieś  w  świecie,  ale  dawno  nie  odwiedzały  tych  stron.  Nikołaj  nie  zauważył  śladu 

innych  rąk  niż  ręce  staruszków.  Nikt  inny  tu  nie  bywał.  Przynajmniej  od  czasu  śmierci 

staruszki. Może żyli tu tylko we dwoje dłużej, niż Nikołaj mógł sobie wyobrazić. 

-  Bierzmy  się  do  pracy  -  rzekł  ochrypłym  głosem.  Nie  miał  pojęcia,  za  co  najpierw 

powinien się złapać, co uznać za bezwartościowe. Ale musieli dokonać wyboru. Mdlący odór 

wgryzł  się  w  większość  przedmiotów.  Ten  dom  nie  będzie  się  nadawał  do  zamieszkania, 

jeżeli go nie sprzątną, nie wyszorują podłóg i nie wyrzucą najbardziej cuchnących rzeczy. 

-  Trzeba  nagotować  wody  -  zdecydowała  Olga.  -  Ja  nie  dam  rady  wyjść  znowu  na 

zewnątrz. 

Nikołaj  przyniósł  śniegu  w  dwóch  dużych  blaszanych  wiadrach.  Olga  próbowała 

rozpalić w pieca Nikołaj wyręczył ją. W końcu udało mu się rozniecić ogień. 

Ustawili wiadra na piecu, by śnieg stopniał. 

Musieli  poczekać.  Nikołaj  wyszedł  do  stodoły  i  pomógł  Walerijowi  przy  trumnie. 

Potem  włożyli  do  niej  ciało,  zabili  wieko  gwoździami  i  ustawili  tam,  gdzie  przedtem  stało 

jedno z koryt. 

Staruszek patrzył na nich, nie widząc. 

- Co tam niesiecie, chłopcy? Norkin nie powinien dźwigać takich ciężarów. Staremu 

Norkinowi  by  się  to  nie  spodobało.  Jesteś  silnym  mężczyzną,  jak  widzę.  Nie  przedźwigasz 

się. Ale to nie przystoi. Trzeba znać swoje miejsce. Trzeba pamiętać, kim się jest. Nazwisko 

Norkin ma swoją wagę. Nie należy go brukać. 

Nikołaj położył koc na ramionach starca. Spytał, czy mu nie zimno. 

Staruszek uśmiechnął się, ukazując bezzębne dziąsła. Szczęśliwy. Pokręcił głową. 

-  Czuję  się  dobrze  -  odparł.  -  Czy  matka  coś  dla  was  w  domu  szykuje?  Jest  taka 

nieśmiała. Ale chyba o was zadbała? Nie mamy tak wiele do ofiarowania. 

background image

-  Niczego  nam  nie  trzeba  -  uspokoił  go  Nikołaj.  Nie  wiedział,  co  powiedzieć  temu 

człowiekowi. Nie był w stanie patrzeć mu w oczy, mimo że zdawał sobie sprawę, że staruszek 

nie pojmuje, co się wokół dzieje. - Prześpij się, jeżeli możesz! 

Starzec  nadal  się  uśmiechał.  Nie  ruszył  się  z  miejsca.  Kiwał  głową  i  uśmiechał  się. 

Było  mu  ciepło  i  czuł  się  najedzony.  Nikołaj  zastanawiał  się,  kiedy  ostatnio  mu  się  to 

zdarzyło. Piersi przygniatał mu ciężar. 

Wyszedł. 

Pomyślał, że mogli tego wszystkiego uniknąć. 

Mogli spytać o nocleg  w jednym z domów, które zdecydowali się ominąć, zanim tu 

dotarli. 

Mogliby tego uniknąć. 

Stary mężczyzna mógłby nadal sypiać obok rozkładających się zwłok i nadal marznąć, 

mieszkając  na  skraju  niezmierzonego  lasu.  Nie  odważyłby  się  ścinać  rosnących  za  domem 

drzew, ponieważ to las carycy, a wobec wszystkich, których uważał za wyżej postawionych, 

czuł ogromny respekt. 

Mogliby tego uniknąć. 

Nikołaj martwił się, że wplątali się w tę historię. Z drugiej strony zdawał sobie jednak 

sprawę,  że  być  może  uratowali  człowieka  od  śmierci.  Przybyli  za  późno,  by  ocalić  zdrowe 

zmysły staruszka, ale jego życie udało się uratować. 

Uprzątnięty dom nie zmienił się w przytulne mieszkanie, ale przynajmniej szara barwa 

ś

cian i podłogi trochę pojaśniała. Zużyli dużo wody. Nagrzali sporo wiader. Wylewali wodę 

prosto na podłogę. 

Smród zgnilizny, choć nie zniknął zupełnie, nie był już tak silny. 

-  Trzeba  by  tu  wietrzyć  jeszcze  wiele  tygodni  -  stwierdziła  Olga  z  grymasem  na 

twarzy. - Teraz przynajmniej jako tako można tu oddychać! - wzdrygnęła się. - Przydałoby się 

znaleźć  następny  nocleg  w  jakiejś  gospodzie,  gdzie  będzie  można  się  wykąpać.  Nie  zniosę 

tego smrodu! 

Podniosła rękę do twarzy i po chwili ją cofnęła. Wykrzywiła twarz. 

- Śmierdzę trupem! Chce mi się tylko wymiotować! Z trudem się powstrzymuję! 

- Zobaczymy, co nam się trafi - Nikołaj nie chciał niczego obiecywać. - Nie wiem, czy 

już dziś będziesz mogła się wykąpać, Olga. Nie chciałbym cię zwodzić. 

Przełknęła  ślinę.  Wyobrażała  to  sobie  zupełnie  inaczej.  Zdawała  sobie  sprawę,  że 

wyprawa  z  Walerijem  do  Kem  może  być  niebezpieczna.  Widziała  w  wyobraźni  patrole 

ż

ołnierzy, układała kłamstwa. 

background image

Ale czegoś takiego, co zobaczyli w tej mizernej chacie, nie potrafiła przewidzieć. 

- Czy staruszek nie ma żadnych rzeczy, które mógłby ze sobą zabrać? 

Walerij pokręcił ponuro głową. 

-  Spaliliśmy  wszystkie  łachy.  Nawet  pranie  nic  by  nie  pomogło.  Tego  smrodu  nie 

udałoby się usunąć. 

-  Jego  ubranie  nie  wytrzymałoby  nawet  prania  -  wtrąciła  Olga  sceptycznie.  - 

Rozeszłoby się między palcami, tak było zniszczone. Jak ci starzy tu żyli? 

-  Jak  ubodzy  ludzie  -  odparł  Walerij.  -  Myślę,  że  nikt  tu  nie  zaglądał  od  wizyty 

ostatniego poborcy podatkowego. 

-  Czas  ruszać  w  drogę.  Olga  pojedzie  razem  z  Misza  i  Walerijem  -  Nikołaj  podjął 

decyzję. - Ja zabieram starca. Pamięta mego dziadka, myśląc, że to mój ojciec. Ma do mnie 

zaufanie. 

- Jak długo z nami zostanie? - Walerij spytał o to, o czym wszyscy myśleli. 

Nikołaj  westchnął.  Popatrzył  na  stado  kruków,  które  nadal  trzymały  się  skraju  lasu. 

Nie przestały liczyć na ucztę, na której mogłyby napełnić brzuchy. Ich widok przyprawił go o 

mdłości. 

- Znajdę kogoś,  'kto się nim zajmie. Zapłacę za opiekę. Ten człowiek sam sobie nie 

poradzi. Nie może tu mieszkać samotnie. Umrze, zanim zdążymy wrócić. Nie mógłbym go na 

to skazać. Chciałbym zapewnić mu takie warunki, by niczego mu nie brakowało. 

- Przed nim już niewiele lat życia - zauważył Walerij. 

Zabrzmiało to uszczypliwie, ale nie zamierzał nikogo urazić. Miał żal do wszystkich 

bogaczy, nie do Nikołaja. Młody Norkin przynajmniej myślał trochę inaczej. Pozwalał innym 

korzystać ze swej fortuny, umiał się dzielić. 

Nikołaj  nie  odpowiedział  na  uwagę  Walerija.  Zarządził,  by  załadowali  sanie  i 

przygotowali się do drogi. Uczynili to bez słowa. 

Zbliżało  się  południe.  Nie  zajadą  daleko  przed  nastaniem  wieczoru,  kiedy  trzeba 

będzie znaleźć kolejne miejsce na nocleg. Ale musieli jechać dalej. 

Ż

adne z nich nie miało ochoty dłużej tu zostać. 

background image

W  ciągu  następnych  trzech  dni  wydarzyło  się  niewiele.  Ominęli  Onegę.  Nikołaj 

utrzymywał, że podróż przez miasto jest zbyt niebezpieczna. 

-  Miasta  oznaczają  patrole  wojskowe  -  wyjaśniał,  jak  gdyby  komukolwiek  musiał  o 

tym przypominać. 

W pewnej odległości na północ od Onegi zatrzymali się na naradę. Zapadał zmierzch. 

Wkrótce  będą  musieli  znaleźć  jakieś  miejsce  na  nocleg.  Życzenie  Olgi  dotyczące  kąpieli 

jeszcze  nie  zostało  spełnione.  Sypiali  w  stodołach.  Marzli.  Decyzja  o  zabraniu  staruszka 

kosztowała  ich  więcej,  niż  myśleli.  Nie  wytrzymywał  chłodów  tak  długo  jak  oni.  Musieli 

skracać  dzienne  etapy  wędrówki.  Stał  się  dla  nich  ciężarem.  Zwalniał  tempo.  Stwarzał 

dodatkowe ryzyko. 

- Został nam jeszcze ponad dzień drogi przez Zatokę Oneską. Jeżeli się zdecydujemy 

na  takie  rozwiązanie,  czeka  nas  przeprawa  przez  otwartą  przestrzeń,  gdzie  tylko  lód  i  nic 

więcej. To oznacza, że jeśli popsuje się pogoda, nie znajdziemy schronienia przed wiatrem. 

Jeśli spotkamy żołnierzy, nie umkniemy przed nimi, nie budząc podejrzeń. Lecz jeżeli odwa-

ż

ymy się pojechać przez zatokę, znajdziemy się o jeden dzień drogi od Kem. 

Nikołaj  zamilkł.  Patrzył  to  na  Misze,  to  na  Olgę,  to  na  Walerija.  Starzec  spal  w 

saniach. Opatulili go starannie, oddali własne skóry, żeby nie przemarzł. 

- A jeżeli zdecydujemy się posuwać wzdłuż lądu? - spytała Olga. 

Było  jej  zimno.  Wiało.  Ciągle  wiało.  Potwornie  marzła.  I  czuła  się  brudna.  Nie 

wiedziała, co jest  gorsze. Nadal marzyła o kąpieli. Możliwie najcieplejszej, prawie  gorącej. 

Nie sądziła, by i taka zdołała ją rozgrzać. 

- To na miejsce trafimy za tydzień. Olga uśmiechnęła się zmęczona. Walerij roześmiał 

się.  Misza  wpatrywał  się  w  szerokie  ramię  Morza  Białego,  Zatokę  Oneską.  Nie  potrafił 

dojrzeć  przeciwnego  brzegu.  Wszystko  było  białe.  Kiedyś  tutaj  żeglował.  Wiedział,  jak  to 

miejsce  wygląda  latem,  kiedy  morze  nie  spało  skute  czarnym  lodem,  pokrytym  zdradliwą 

warstwą śniegu. 

-  Stary  nie  wytrzyma  tygodnia  -  stwierdził  Walerij,  jak  gdyby  to  był  jedyny  powód 

wybrania krótszej trasy. - Jeżeli nie chcemy nocować w Onedze, musimy jechać prosto przez 

zatokę.  Może  pogoda  będzie  nam  sprzyjać.  Ale  nie  wiadomo,  czy  nie  natkniemy  się  na 

patrol... 

background image

-  Z Kem już tylko kilka dni drogi na zachód -  rzekł Nikołaj bezbarwnie. - A wtedy 

będziesz już w Szwecji. No, w Finlandii, ale to też szwedzka ziemia. Zresztą na tych terenach 

nie ma wyraźnych granic. Może istnieją na papierze, ale nie dla tych, którzy tam mieszkają. 

Ludzie w tych rejonach poruszają się beż przeszkód. Możesz tam zniknąć. I pojawić się jako 

ktoś inny. 

Walerij uśmiechnął się. 

-  Może  niebawem  usłyszysz,  że  Nikołaj  Norkin  dokonuje  wielkich  rzeczy  poza 

granicami kraju? 

Wszyscy  uśmiechnęli  się  razem  z  nim.  Dostrzegli  pewną  nadzieję.  Podróż  nie 

wydawała się już tak bardzo niebezpieczna. Ale nie była też zabawą. 

- Czy zgadzacie się, byśmy spróbowali przedostać się na drugi brzeg? - spytał Nikołaj. 

Wszyscy troje po kolei skinęli głowami. 

Popołudnie  było  wietrzne.  Rozbili  obóz  na  skraju  rzadkiego  i  niskiego  zagajnika, 

który  musieli  niemal  wygrzebać  spod  śniegu.  Niezbyt  bujne  zarośla  przynajmniej  koniom 

dały pewnego rodzaju osłonę przed wiatrem. 

Mimo silnego wiatru udało się rozpalić ognisko. Trochę się ogrzali. 

- Przeczekamy tu do wieczora - oznajmił Nikołaj. - I miejmy nadzieję, że niebo będzie 

gwiaździste. 

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że przejdziemy  przez zatokę dziś w nocy? - spytała 

Olga z niedowierzaniem. 

- Właśnie tak - odparł Nikołaj z powagą, która jakby zamarzła na jego twarzy, jakby 

została  wykuta  w  lodzie.  -  Gwiazdy  są  doskonałym  drogowskazem.  Poza  tym  w  ciemności 

nie  zwrócimy  niczyjej  uwagi.  Zależy  mi,  żebyśmy  jak  najszybciej  znaleźli  się  w  Kem.  Ze 

względu na nas wszystkich. Na Walerija. I tego starego człowieka. I nas pozostałych. Do tej 

pory wszystko szło zbyt gładko. Boję się. Im szybciej dotrzemy na miejsce, tym lepiej. Przy 

odrobinie szczęścia i przychylności pogody dotrzemy do Kem jutro przed nocą. W ciągu dnia 

będziemy musieli odpocząć. Ale obiecuję ci kąpiel, kiedy znajdziemy się w Kem, droga Olgo. 

Będziesz się mogła kąpać, jak długo zechcesz! 

Olga  westchnęła.  Zamknęła  oczy.  Poczuła,  że  jest  bardzo  zmęczona.  Bez  trudu 

natychmiast by zasnęła. 

Ś

niła o tym na jawie: by móc się trochę przespać. Mimo niewygody bez trudu do tej 

pory  zasypiała,  gdy  tylko  zapadał  wieczór.  To  nic,  że  od  jakiegoś  czasu  się  nie  myła  i 

nieprzyjemnie  pachnie,  to  nic,  że  wszyscy  nieładnie  pachną.  To  nic,  że  chrapią  i  posapują 

background image

przez sen. Nawet armatnie wystrzały nie byłyby w stanie jej obudzić. Każdej nocy spała jak 

zabita. 

-  Musimy  rozpalić  większe  ognisko!  -  stwierdził  Walerij.  -  Przejdę  się  i  nazbieram 

gałęzi. 

Nikołaj  skinął  głową.  Dołożył  drewna  do  ognia.  Przyciągnął  sanie  tak  blisko,  jak  to 

tylko możliwe. Sprawdził, czy konie są dobrze  okryte, dał im więcej siana niż trzeba, choć 

wiedział, że powinien oszczędzać. Wiele się mogło zdarzyć. Nie chciał jednak o tym myśleć. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  z  pewnością  jazda  po  zamarzniętym  zalewie  nie  przebiegnie  tak 

gładko, jak starał się przekonać pozostałych. 

Ale wolał wierzyć, że wszystko dobrze się ułoży. 

Do tej pory jakoś się udawało. 

Olga weszła do sań. Przysunęła się do Michaiła. Nauczyli się, że najlepiej jest siedzieć 

blisko siebie i nawzajem się ogrzewać. 

Zwykle Olga siedziała między Michaiłem a Walerijem. Mimo to wiele razy potwornie 

marzła. W drodze przez otwartą przestrzeń wcale nie będzie cieplej. Dziewczyna bała się tej 

przeprawy, lecz wszystko wydawało się lepsze od trwającej tygodniami wędrówki. 

-  Myślisz,  że  nam  się  uda?  -  spytała  Michaiła.  Chłopak  naciągnął  skóry  na  swoją  i 

Olgi głowę. 

Zrobiło  się  niemal  przyjemnie.  Ciemno.  Świat,  roztaczający  się  na  zewnątrz,  biały, 

otwarty i rozległy, stał się mały i miły w tym mroku, który sami stworzyli. 

- To się nie skończy z chwilą, kiedy dotrzemy do Kem. Michaił czasem się nad tym 

zastanawiał. Doszedł do wniosku, że dopiero wtedy  uzna misję za skończoną, kiedy będzie 

miał pewność, że Walerij jest bezpieczny, że jest już za granicą, poza Rosją. 

Nie rozmawiał o tym jeszcze z Nikołajem. Ani z Walerijem. 

-  Co  masz  na  myśli?  -  chciała  wiedzieć.  Michaił  mógł  niemal  zobaczyć,  jak  Olga 

ś

ciąga brwi. Dokładnie tak jak Antonia. Zaintrygowało go, czy on sam porusza się jak matka, 

jak ojciec... Nigdy przedtem nie przyszło mu to do głowy. W czasie tej podróży znajdował 

tyle czasu na myślenie. 

- Nie będziesz ciekawa, czy Walerijowi udało się przedostać przez granicę? 

- Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym. Jak sądzisz, co Nikołaj dalej zamierza? - 

Olga zniżyła głos. 

- Nie wiem. Nie pytałem. Pewnie musimy poczekać, aż dotrzemy do Kem. 

- Tss, wy dwoje! - To Nikołaj. Potem jego szybkie kroki na śniegu. Jednym ruchem 

zdarł z nich skóry. Jego oczy zwęziły się.  - Ktoś idzie! Założę się, że to żołnierze. Ja będę 

background image

rozmawiał, zrozumiano? Ani słowa, jeżeli nikt was nie będzie pytał. I wpuśćcie między siebie 

trochę powietrza! 

Odsunęli się od siebie. Olga zaczerwieniła się. W jej oczach pojawił się gniew, ale nic 

nie  powiedziała.  Zacisnęła  tylko  usta.  Popatrzyła  urażona  na  Nikołaja.  Nie  zauważył  tego. 

Całą uwagę skierował na grupkę osób, która całkiem wyraźnie zmierzała w ich stronę. 

Wiało. Śnieg niczym mąka unosił się wokół. 

Okazało się, że to żołnierze. Pięciu mężczyzn. Jeden z nich był oficerem. Wyglądało 

na  to,  że  z  niechęcią  pełnili  służbę,  która  przypadła  im  w  taką  pogodę.  Ich  konie  również 

sprawiały takie wrażenie. 

Nikołaj  wyszedł  żołnierzom  na  spotkanie.  Zachowywał  się  uprzejmie.  On, 

samozwańczy przywódca, miał pełną świadomość swej roli. 

- To dziwne miejsce na obóz. O tej porze. - Oficer mierzył wzrokiem Nikołaja. Rzucał 

uważne spojrzenia na pozostałych towarzyszy podróży. - Jesteś kupcem? 

Nikołaj uśmiechnął się. 

-  Tak  i  nie.  Handel  to  moja  profesja,  lecz  wybrałem  się  w  podróż  w  prywatnych 

celach. Nazywam się Nikołaj Norkin. Mam rodzinę w Kem. Właśnie tam zmierzamy. 

- Tak czy owak wybrałeś dziwne miejsce na obóz - powtórzył oficer. - Dokumenty? 

Nikołaj  mógł  udokumentować,  kim  jest.  Żołnierze  słyszeli  o  rodzinie  Norkinów, 

również w Onedze. 

- Czy to wszyscy twoi towarzysze podróży? 

Nikołaj skinął głową. Nawet mu nie drgnęła powieka. Michaił wstrzymał oddech, nie 

miał  odwagi  spojrzeć  na  Olgę.  Utkwił  wzrok  w  Nikołaju.  Żywił  nadzieję,  że  nikt  nie 

dostrzegł, jak bardzo się boi. Ufał, że nie będzie tym, który zdradzi. 

- Czy nie zamierzacie przeprawić się prosto przez zatokę? 

-  Myśleliśmy  o  tym  -  odparł  Nikołaj.  Uśmiechnął  się  i  rozejrzał  dokoła.  Po  chwili 

dodał z rezygnacją w głosie: - Ale przyszło mi do głowy, że powinniśmy zaczekać i zobaczyć, 

jak zmieni się pogoda. Gdyby zaczęło mocniej wiać, nie mielibyśmy wyboru i musielibyśmy 

pojechać do Onegi. Ale nadłożylibyśmy w ten sposób spory kawał drogi. A wędrujemy już 

długo.  Archangielsk  jest  o  kilka  dni  drogi.  Kiedyś  już  przeprawiałem  się  przez  Zatokę 

Oneską.  Znam  te  strony.  Wiem,  co  robię.  Nie  podejmuję  decyzji,  które  mogłyby  zagrażać 

ż

yciu mojemu i moich towarzyszy. 

- Gdybyście zabłądzili w czasie burzy, musielibyśmy wyruszyć za wami na ratunek - 

zauważył  oficer.  Popatrzył  na  zatokę.  -  Nie  wygląda  na  to,  by  wiatr  zamierzał  się  poddać. 

background image

Radziłbym wam udać się najkrótszą drogą do Onegi. Zanosi się na porządną burzę. Wiatr jest 

tu bezlitosny. 

-  Wiem  o  tym  -  zapewnił  Nikołaj  tonem  kapitana  statku.  Patrzył  wyczekująco  na 

oficera. 

- Chcieliśmy tylko sprawdzić, coście za jedni - wyjaśnił oficer. - Przybywa w te strony 

przejazdem  tak  wielu  różnych  ludzi.  Niektórzy  włóczą  się  bez  celu.  Poza  tym  łatwo  tu 

zabłądzić również zimą. 

-  Taki  stary  marynarz  jak  ja  nie  ma  trudności  z  nawigacją  -  odpowiedział  Nikołaj  z 

uśmiechem. - Doceniam to, że żołnierze carycy wykazują tyle odpowiedzialności i troski. O 

wiele  bezpieczniej  jest  podróżować  i  mieszkać  w  tym  kraju,  wiedząc,  że  pilnują  go  tacy 

ludzie, jak ty i twoi podwładni! Potrafimy to docenić! 

Oficer uśmiechnął się. Komplementy często odnoszą lepszy skutek niż krytyka. 

Ani Olga, ani Michaił nie odezwali się długo po tym, jak żołnierze odjechali i stali się 

małymi plamkami, które stopniowo znikały w śnieżnej zawiei. Milczeli. Tak jakby się bali, że 

zdradliwy wiatr poniesie ich glosy w stronę patrolu. 

-  I  tak  nie  możemy  pojechać  do  Onegi  -  odezwał  się  wreszcie  Michaił  pobladły  na 

twarzy. Naprawdę się przestraszył. Czuł ucisk w żołądku. 

-  Pomyśl,  co  by  było,  gdyby  wrócił  Walerij!  Gdyby  zauważyli  jego  ślady!  -  dodała 

Olga, która wyglądała tak samo blado. 

-  Walerij  ma  w  głowie  dość  oleju  -  stwierdził  rzeczowo  Nikołaj.  Starał  się,  by  jego 

głos brzmiał spokojnie i pewnie, ale nie do końca udało mu się oszukać tych dwoje. Zarówno 

Olga,  jak  i  Michaił  wiedzieli,  że  on  również  się  bał.  Teraz  mógł  sobie  pozwolić  na  maskę 

nieustraszonego.  Lecz  on  także  wiele  ryzykował.  -  Ufałem,  że  Walerij  zachowa  na  tyle 

rozsądku, by się nie zbliżać, widząc, że zatrzymali się tu żołnierze. Gdyby spacerkiem wszedł 

prosto  w  ich  ręce,  sam  bym  go  im  oddał.  Ze  wstążką  na  szyi.  A  jeśli  chodzi  o  ślady...  - 

Nikołaj rozejrzał się wokół. - Widzicie jakieś ślady? Mimo wszystko mieliśmy szczęście z tą 

zawieruchą.  -  Zamilkł.  -  Ale  masz  rację,  Misza.  Teraz  pozostało  nam  tylko  jedno  wyjście: 

przeprawić się przez zatokę. Nie możemy jechać przez Onegę, bo jak wytłumaczę, że nagle 

przybyła nam jedna osoba? Żołnierzom wyda się podejrzane, że zapomniałem o stajennym. 

-  Nie  tak  łatwo  jest  zliczyć  wszystkich  służących!  -  Walerij  wyszedł  z  zarośli. 

Uśmiechał  się.  -  Widziałem,  że  mieliście  wizytę.  Padłem  płasko  na  śnieg  i  pozwoliłem,  by 

mnie zasypało. To dość zimna przyjemność. Udało wam się wybrnąć z kłopotu? 

- Natychmiast wyruszamy - zadecydował Nikołaj. Nogą zasypał ognisko. - Skoro już 

nas  odpytali,  nie  będą  sprawdzać  drugi  raz.  W  taką  pogodę  jak  dziś  nie  wysyłają  więcej 

background image

patroli. Myślę, że żołnierze tak samo jak my wszyscy lubią domowe zacisze. Nie wyłączając 

oficerów.  W  tej  zadymce  nie  zorientują  się,  czy  jest  nas  o  jednego  więcej.  Mimo  wszystko 

wiatr nam sprzyja. Może nie warto czekać do nocy, pogoda wyraźnie się psuje. 

- Przecież prawie nic nie widać - zdziwił się Walerij. 

- Jakoś dojrzymy wyspy pośrodku zatoki - odparł Nikołaj. Nic nie było  w stanie  go 

odwieść od właśnie podjętej decyzji. - Mamy szansę znaleźć schronienie przed nocą. 

- Jeśli tak, to wszystko mi jedno - rzekła Olga. Nie była pewna, czy czuje swój nos. 

Nie zdołała nawet podnieść rąk do twarzy, by to sprawdzić. Zagrzebała się jeszcze głębiej pod 

skóry. Poruszyła stopami, palcami stóp. Panicznie bała się odmrożeń. 

- Wszystko z powodu kąpieli dla Olgi - drażnił się Walerij. 

Mimo trudnego położenia humor go nie opuszczał. Choć wyglądał na przemarzniętego 

do szpiku kości, nie przeszkadzało mu to żartować. 

Walerij będzie się śmiał również na moment przed śmiercią, przemknęło Oldze przez 

głowę. Od razu pożałowała tego stwierdzenia. Pożałowała, ponieważ to tak, jakby życzyła mu 

ś

mierci. A przecież nie to miała na myśli, tłumaczyła sobie w duchu. Życzyła mu długich lat 

ż

ycia. Życzyła mu, żeby już zawsze był bezpieczny. 

I tak jak Michaił zapragnęła, by znalazł się już za granicą. 

Znowu wyruszyli w drogę. 

Kiedy  zrobiło  się  ciemno,  zrozumieli,  że  czekanie  do  nocy  oznaczałoby  szaleństwo. 

Wyruszanie  o  tej  porze  w  taką  drogę  to  igranie  z  losem.  Pogoda  nie  kłamała.  Wiało  coraz 

silniej. 

Niebo wcale się nie rozjaśniło. 

Istniało gdzieś tam w górze, ale nie chciało im pomagać. Nie ukazało żadnej gwiazdy, 

według której można by się kierować, wyznaczyć odpowiedni kurs. 

W  granatowym  mroku  niełatwo  też  było  dostrzec  Wyspy  Sołowieckie.  Wyspy  ze 

słynnym  klasztorem  pośrodku  Zatoki  Oneskiej,  w  miejscu  gdzie  rozszerzała  się  ku  Morzu 

Białemu, zniknęły w śnieżnej woalce, w którą owinęła się noc. 

Walerij omal nie wpadł na sanie Nikołaja, gdy ten się zatrzymał. Jechali wprawdzie z 

zapalonymi lampami, żeby się nie zgubić, lecz mimo to trudno było cokolwiek zobaczyć dalej 

niż na odległość końskiego łba. 

Nikołaj, tupiąc, podszedł do Walerija. Musiał się pochylić, by stawić opór wiatrowi. 

Musiał krzyczeć, by cokolwiek można zrozumieć. 

- Wiatr chyba zmienił kierunek! - zawołał. - Kierowaliśmy się według niego... 

background image

Serce  Olgi  zamarło.  Zamknęła  oczy.  Najchętniej  zamknęłaby  również  uszy.  Nie 

chciała  przyjąć  tego  do  wiadomości.  Czyżby  pojechali  w  złą  stronę? Czy  to  możliwe,  żeby 

zabłądzili? - Myślę, że dotarliśmy za daleko na północ! 

- Pojechaliśmy za bardzo na ukos... minęliśmy klasztor. - Walerij w jednej chwili pojął 

sens słów Nikołaja. 

Olga i Michaił nie chcieli zrozumieć. 

- Musimy za wszelką cenę odnaleźć Wyspy Sołowieckie! 

Nikołaj  nie  czekał,  aż  mu  odpowiedzą.  Chwycił  za  brzeg  sań,  wskoczył  do  środka. 

Ruszył dalej. W ciemność. W przestrzeń, która jednocześnie była i czarna, i biała. Wydawała 

się tak nieprzenikniona, że sprawiała wrażenie rzeczywistej ściany. 

-  Zamarzniemy  na  śmierć!  -  pisnęła  Olga  cicho.  Musiała  to  z  siebie  wyrzucić,  nie 

mogła dłużej zachować tej myśli dla siebie. 

- Tylko trochę zbłądziliśmy - stwierdził twardo Walerij. 

Starał się nie stracić z oczu Nikołaja. Jedyna lampa rzucała nikłe światło. 

-  Nie  zamarzniemy!  -  zawołał  Michaił.  Nie  miał  pewności,  czy  Olga  go  słyszy. 

Zamknęła oczy. Może płakała. Nie wiedział. Było mu zimno. Sam też się bał. Śmiertelnie się 

bał. Ale uważał, że musi wierzyć tak jak Walerij i nie wolno mu okazać lęku. 

Oby tylko nie tracić odwagi. 

Może rzeczywiście zamarzną na śmierć. 

Michaił pomyślał o matce. Miała tu w Rosji tylko jego jednego. Nie wiedziała, że ma 

bliskich na zachodzie. Nie znała prawdy. 

Kłamstwo,  które  nosił,  nagle  wydało  się  cięższe  niż  kiedykolwiek.  Stało  się  bryłką 

lodu przy sercu. 

On nie może umrzeć. 

Był  wszystkim,  co  Raija  miała.  Nie  może  umrzeć.  Najpierw  musi  uwolnić  się  od 

kłamstwa. Musi oddać matce to, co jej zabrano, co jej zabrał Jewgienij, a co należało do niej. 

Musi się Raiją podzielić z tymi, którzy mają do niej takie samo prawo jak on. 

Nie wolno mu umrzeć. 

Nie wolno. 

Wieczność stała się nagle czymś, co mogli objąć - stanęli na jej skraju i zaglądali do 

ś

rodka. Posuwali się naprzód, ale zwolnili tempo. Marzli tak, że aż dygotali. Wiatr stopniowo 

przechodził  w  sztorm.  Nie  był  małym  wiaterkiem,  z  którym  mogli  się  bawić.  Rozpostarł 

ramiona. Pokazał im swą siłę. 

- Wiatr Północny szuka swej panny młodej - krzyknęła Olga spod skór. 

background image

- Opowiedz o tym! - poprosił Walerij. Musieli zatrzymać się na chwilę. Jeden z koni 

nie chciał dalej iść. Walerij okrył zwierzę dodatkową skórą, choć nie wiedział, czy to pomoże. 

Wszyscy czuli, że są u kresu sil. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Naraz pomysł pojechania do 

Onegi  wydał  się  najmądrzejszym  rozwiązaniem.  Nie  rozumieli,  dlaczego  skusiła  ich  jazda 

przez zatokę. Walerij wrócił do sań. Pozwolił, by Michaił trzymał lampę, by osłaniał ją przed 

wiatrem. 

Walerij objął Olgę ramieniem. Nie podobał mu się wyraz obojętności, który zastygł na 

jej twarzy. Przerażał go. 

Zastanowił się, jak się czuje staruszek. Nasunęła mu się myśl, że może nie żyje. Nie 

mógł się oprzeć wrażeniu, że na próżno zabrali go z sobą. 

Kosztowało ich to tylko stratę czasu, nic więcej. 

Nie mógł też otrząsnąć się z wyrzutów sumienia z powodu takich myśli. 

- Opowiedz o Północnym Wietrze, jak szukał swojej panny młodej! - zachęcał Olgę. 

Wydawało się, że naprawdę jest zaciekawiony. 

-  Prosisz  o  bajkę?  Niemal  się  roześmiała.  Zabrzmiało  to  tak  smutno  i  głucho,  że 

Walerij a zabolało. Nie powinna za nimi wyruszyć. Trzeba ją było odesłać z powrotem. Zbyt 

łatwo dali się przekonać. 

- Opowiedz! - powtórzył Walerij. 

- Nic nie usłyszysz! Za głośno wieje! 

-  Mimo  to  opowiedz!  Olga  położyła  głowę  na  ramieniu  Walerija.  Nie  myślała  o 

niczym innym poza bajką. 

- Kiedy Matka Śniegu urodziła córkę, nie wiedziała, jak jej dać na imię - zaczęła Olga. 

Jej  głos  miał  siłę.  Wargi  były  spękane  i  odrętwiałe,  ale  używanie  głosu  rozgrzewało. 

Mówienie  rozgrzewało.  Dobrze  było  odpłynąć  w  bajkę.  -  Rozmyślała  i  rozmyślała,  aż 

wreszcie  znalazła  imię,  które  jej  się  spodobało.  Nazwała  swe  dziecko  Śnieżynką.  Matka 

Ś

niegu uważała, że to piękne imię. Śnieżynka była ślicznym dzieckiem. Miała białe włosy i 

leżała w białej kołysce, przykrytej białymi kocykami z obłoków. Kiedy dziewczynka dorosła, 

pojawili  się  na  dworze  zalotnicy.  To  całkiem  naturalne.  Pierwszym,  który  przyjechał,  był 

Promień  Księżyca.  Ale  Śnieżynce  wcale  się  nie  podobał.  Nie  miał  włosów  na  głowie, 

prowadził  nocne  życie  i  pił  w  karczmach,  by  o  brzasku  zejść  na  najbliższą  chmurę  i  spać 

przez cały dzień. Śnieżynka nie chciała go za żadną cenę. Potem pojawił się Promień Słońca, 

ale i jego dziewczyna odprawiła. Tak dobrze skrywał przed nią swe oddanie, że zrobiła się 

podejrzliwa. W końcu Ojciec Śniegu rozgniewał się na swoją córkę. Nie podobało mu się, że 

background image

odmawia  wszystkim  kandydatom  i  rzekł  surowo:  „Skoro  ty  nie  możesz  się  zdecydować,  ja 

wybiorę za ciebie!” 

- Czy to teraz pojawia się Północny Wiatr? - spytał Walerij. 

- Naprawdę słuchasz? 

-  Oczywiście.  Olga  wciągnęła  powietrze.  Oddychanie  sprawiało  jej  ból.  Potwornie 

bolało wciąganie zimnego powietrza. Czuła, jakby setki igieł kłuły ją w piersi, ale opowiadała 

dalej. Spojrzała w twarz Walerija. Naprawdę na nią patrzył. Czekał. Słuchał. 

-  Ojciec  Śniegu  wysłał  posłańca  do  Wiatru,  władcy  Niebieskiego  Królestwa,  który 

miał  czterech  dorosłych  synów.  I  Wiatr  przybył  w  pięknie  przystrojonych  saniach, 

ciągniętych przez konie o błyszczących podkowach. Sopelki u ich uprzęży dzwoniły jak małe 

dzwoneczki.  Zanim  Śnieżynka  o  czymkolwiek  się  dowiedziała,  została  zaręczona  z 

Północnym  Wiatrem,  najstarszym  z  synów  Wiatru.  Matka  Śniegu  była  szczęśliwa.  Zaczęła 

szyć  wyprawę  dla  córki.  Przygotowała  miękkie  łóżko  i  poduszki  wypełnione  śnieżnym  pu-

chem.  Zrobiła  dywaniki  z  obłoków  i  piękne  narzuty  na  łóżko  wykończone  błyszczącymi 

sopelkami. Kiedy nadszedł dzień ślubu, Śnieżynka wyszła gościom na spotkanie piękna jak 

księżniczka. Wszyscy zaproszeni życzyli panu młodemu i pannie młodej szczęścia i wszyscy 

mówili,  że  dobrze  do  siebie  pasują,  że  tworzą  piękną  parę.  Ale  serce  Śnieżynki  nie  zabiło 

mocniej,  kiedy  goście  zawołali,  że  pan  młody  powinien  ją  pocałować.  Poczuła  na  swoich 

wargach lodowate wargi Północnego Wiatru. 

„Nie  potrafię  go  pokochać”  -  szepnęła  nieszczęśliwa  tak  cicho,  że  tylko  matka  ją 

usłyszała. I Matka Śniegu bardzo się zasmuciła, ponieważ jej córka cierpiała. Ogarnęły ją złe 

przeczucia.  Kiedy  uroczystość  bardzo  się  ożywiła,  pan  młody  zawołał  swego  brata,  Wiatr 

Południowy, by zagrał do tańca. Wiatr Południowy usiadł na najwyższym obłoku i wyjął flet. 

Zaczął  grać.  Z  fletu  popłynęła  łagodna  i  czuła  muzyka  i  Śnieżynka  wyszła  na  środek. 

Wirowała dookoła. Srebrne podeszwy jej butów błyszczały, a Wiatr Wschodni, najweselszy z 

braci, klaskał w dłonie i śmiał się w głos. Ale Wiatr Zachodni coraz bardziej pochmurniał. W 

końcu  położył  głowę  na  ramieniu  ojca  i  zapłakał.  „Dlaczego  płaczesz,  mój  synu?”  -  spytał 

Wiatr.  -  „W  taki  dzień,  jak  ten,  wszyscy  powinni  być  szczęśliwi”.  „Dlaczego  pozwoliłeś 

mojemu bratu się z nią ożenić?” - spytał Wiatr Zachodni. - „Dlaczego Śnieżynka nie mogła 

zostać  moją  żoną?  Ona  jest  taka  piękna!”  Wiatr  Południowy  usłyszał  skargę  brata  i  utkwił 

swoje niebieskie oczy w pannie młodej. Śnieżynka napotkała jego wzrok. Tony wydobywają-

ce się z fletu Wiatru Południowego stawały  się  coraz łagodniejsze i łagodniejsze. W końcu 

grał  tylko  dla  Śnieżynki,  a  ona  tańczyła  tylko  dla  niego.  Matka  śniegu  załamywała  ręce. 

Widziała, co się stało, i obawiała się reakcji porywczego Wiatru Północnego. „Moje dziecko, 

background image

powstrzymaj swoje serce!” - szepnęła ostrzegawczo Matka Śniegu do Śnieżynki, gdy  córka 

przemknęła w tańcu obok niej. Ale czy ktoś może opanować swe serce, które jest wypełnione 

miłością? Wiatr Północny pewnie by niczego nie zauważył. Prowadził poważną rozmowę z 

Ojcem Śniegu. Ale zazdrosny Wiatr Zachodni dotknął jego ramienia i rzekł: „Uważaj na swą 

pannę  młodą,  bracie!  Zaraz  się  roztopi  pod  gorącym  spojrzeniem  Wiatru  Południowego...” 

Wiatr Północny podskoczył z przekleństwem na ustach. Uderzył zaciśniętą pięścią w stół, aż 

zadźwięczało,  i  podniósł  ją  groźnie  na  brata:  „Schowaj  ten  swój  flet,  zanim  go  całkiem 

roztrzaskam!' Muzyka jest płocha jak ptaki. Melodia urwała się, Śnieżynka stanęła drżąca i 

spojrzała  pytająco  na  Wiatr  Południowy,  tak  jakby  chciała  go  spytać,  czy  jego  miłość  jest 

równie  ulotna.  Z  rozmarzenia  wyrwał  ją  Wiatr  Północny,  który  stanął  przed  nią  i  zawołał: 

„Jesteś  moją  żoną,  nie  zapominaj  o  tym!  A  ty,  bracie,  Wietrze  Południowy,  wbij  sobie  do 

głowy, że ona nie jest twoja! No, Śnieżynko, teraz zatańczysz do mojej muzyki!”. Włożył do 

ust  dwa  palce  i  gwizdnął  tak  przeszywająco,  że  wszyscy  goście  zadrżeli.  „Tańcz,  tańcz, 

nakazuję  ci!”  -  zagrzmiał,  ale  Śnieżynka  stała  przymarznięta  do  ziemi,  twarzą  w  twarz  z 

Wiatrem Południowym, który podał jej dłoń. Próbowała się poruszyć, lecz jej nogi zmieniły 

się w dwa sople. „Tańcz!” - krzyczał Wiatr Północny. Krzyczał tak, że cały śnieżny dom się 

zatrząsł  i  popękał.  Tylko  Śnieżynka  się  nie  poruszyła.  „Wiiiii!  Uhuuuuuuu!”  -  wył  Wiatr 

Północny i wyrwał zza paska bicz. Strzelił z niego. - „Uważaj, bracie, Wietrze Południowy! 

Nie  oszczędzę  twojego  ogrodu  róż  ani  sadów  jabłoni.  Dmuchnę  na  nie  dziś  w  nocy  swym 

lodowatym  oddechem  i  jutro  będziesz  mógł  się huśtać  na  suchych  gałęziach  i  płakać!”  Ale 

miłość  wie,  jak  ocalić  to,  co  dla  kochających  cenniejsze  niż  życie.  Zanim  Wiatr  Północny 

zdążył zaczerpnąć powietrza, Śnieżynka, widząc, jak oczy Wiatru Południowego ciemnieją ze 

smutku,  rozerwała  pierzynę,  którą  zrobiła  dla  niej  matka.  W  jednej  chwili  ogrody  i  sady 

Wiatru  Południowego  pokryły  się  miękkim,  białym  puchem.  Lodowaty  oddech  Wiatru 

Północnego nie mógł teraz uczynić krzywdy różom i jabłkom Wiatru Południowego. Oszalały 

z  wściekłości  Wiatr  Północny  pragnął  się  zemścić  na  Śnieżynce.  Zamachnął  się  na  nią 

biczem,  ale  się  uchyliła.  Pan  młody  cisnął  bicz  na  ziemię  i  rzucił  się  ku  swej  żonie. 

„Uroczystość skończona!” - krzyczał. - „Zabiorę cię do domu i zamknę w ciemnej piwnicy, 

gdzie  żywcem  cię  zjedzą  szczury  i  myszy!”  Ale  miłość  Wiatru  Południowego  również 

wiedziała,  jak  ochronić  to,  co  droższe  jego  sercu  niż  własne  życie.  Pochwycił  Śnieżynkę  i 

poleciał  z  nią  do  swych  ogrodów.  Z  ust  Wiatru  Północnego  wydobyło  się  wycie  niczym  z 

gardła rannego wilka. Złapał swój bicz i rzucił się w pogoń za swoim bratem i młodą żoną. 

Na niebie w miejscu, gdzie Wiatr Północny trzaskał z bicza, pojawiały się błyskawice, a jego 

krzyki  brzmiały  jak  burza  przewalająca  się  po  czarnym  nocnym  niebie.  Gdzie  Wiatr  Po-

background image

łudniowy  ukrył  Śnieżynkę  przed  gniewem  Wiatru  Północnego?  Schował  ją  pod  krzewem 

różanym i poprosił, by się stamtąd nie ruszała, gdy będzie walczył ze swym bratem. „Pocałuj 

mnie, zanim odejdziesz, mój kochany, moja jedyna miłości, a ja będę czekać aż do śmierci!” - 

rzekła.  I  Wiatr  Południowy  pocałował  ją.  Pocałunek  był  tak  długi  i  gorący,  że  Wiatr  Po-

łudniowy  poczuł  nagle,  jak  Śnieżynka  topi  się  w  jego  ramionach.  Zmieniła  się  w  kropelkę 

rosy,  która  spłynęła  z  jego  rąk  i  wsiąkła  w  ziemię.  „Gdzie  ona  jest?!  Dokąd  uciekła?!”  - 

krzyczał Wiatr Północny i potrząsał bratem. - „Widziałem, jak przed chwilą ją całowałeś!”. 

„Drogi  bracie”  -  odparł  Wiatr  Południowy.  -  ”Nie  zostało  nic,  o  co  moglibyśmy  się  bić”  - 

rzekł pogrążony w smutku. - „Patrz, jest tutaj! To ta łza, która wsiąkła w ziemię”. „Nie wierzę 

ci, bracie!” - Wiatr Północny zazgrzytał zębami. - „I jej także nie ufam! Przykryję ją warstwą 

lodu, żeby nigdy nie mogła wrócić!” Często Wiatr Południowy przychodzi do swego ogrodu 

róż i do sadu jabłoni. Pielęgnuje krzewy i drzewa i myśli o swej ukochanej. I choćby to był 

ś

rodek  zimy  lub  wczesna  wiosna,  Śnieżynka  czuje  jego  obecność.  Swym  oddechem 

dziewczyna robi nieduży otwór w pokrywającej ją warstwie lodu i przeciska się przez ziemię 

do góry, żeby zajrzeć w niebieskie oczy ukochanego. Ich miłość okazała się tak silna, że stała 

się kwiatem, który nawet ludzie mogą zobaczyć. To maleńki biały dzwoneczek jaśniejący na 

ś

niegu, którego nawet lodowata zazdrość Wiatru Północnego nie zdołała zniszczyć. 

Olga odetchnęła. Czuła, jak ogarnia ją zmęczenie. Opowiadając bajkę, nie zwróciła na 

to uwagi. Teraz chciała tylko spać. Spać... 

W  ciemności  dał  się  słyszeć  głos  Nikołaja.  Ochrypły.  Musiał  krzyczeć  kilka  razy, 

zanim zrozumieli, co mówi. 

- Znaleźliśmy Wyspy Sołowieckie! Jesteśmy uratowani! 

Walerij śmiał się, a jego śmiech brzmiał łagodnie niczym flet Wiatru Południowego w 

samym środku lata. Uścisnął Olgę za ramiona. 

-  Nie  zasypiaj,  Olga!  To  była  piękna  opowieść!  Doprowadziła  nas  prosto  na  Wyspy 

Sołowieckie! Teraz musimy tylko znaleźć klasztor! 

background image

Nikołaj wydawał się najmniej wyczerpany ze wszystkich. W pojedynkę wyruszył na 

poszukiwanie  klasztoru.  W  ciemności  i  sypiącym  śniegu  nie  było  to  wcale  łatwe.  Brnął  w 

białym  puchu  niczym  ślepiec.  Kiedy  wydawało  mu  się,  że  chyba  całą  wieczność  już  tak 

błądzi, wpadł prosto na kamienne ogrodzenie. 

Z powodu szalejącej burzy nikt w klasztorze nie usłyszał wołania. Muzyka zimowego 

wiatru dźwięczała przenikliwie i ogłuszająco. Tłumiła wszelkie inne odgłosy. 

Nikołaj  poczuł  ogarniającą  go  rozpacz.  Mogła  okazać  się  równie  niebezpieczna  jak 

chłód. 

Zmierzył  wzrokiem  zbudowany  z  kamieni  mur,  który  miał  przed  sobą  -  gładkie 

kamienie nie stanowiły  przeszkody nie do przebycia. Brama była zamknięta. Nikołaj nawet 

nie próbował jej otwierać. Uznał również, że tkwienie przed murem i zdzieranie sobie gardła 

do niczego nie doprowadzi. 

Wiedział,  że  musi  się  przedostać  na  drugą  stronę.  Inaczej  razem  z  przyjaciółmi 

zamarznie pod klasztorną bramą. 

Nikołaj  przesunął  dłonią  wzdłuż  muru.  Znalazł  występ,  którego  się  mógł  uchwycić. 

Potem szukał oparcia czubkami butów. Podeszwy ślizgały się na gładkich, pokrytych cienką 

warstwą lodu kamieniach. Zdradliwych. 

Ale musiał przejść. 

Miał przeciw sobie wiatr, mróz, lód i śnieg. Wiele razy zawisł na koniuszkach palców. 

Zawsze jednak udało mu się uratować od upadku. Zdołał utrzymać się rękami, znaleźć jakieś 

oparcie dla stopy. 

Do krwi otarł sobie twarz o mur. Czuł, że opuszki palców również krwawią. 

Musiał przejść. 

Zaczął wierzyć, że mu się uda, dopiero kiedy przerzucił jedną nogę ponad krawędzią 

ogrodzenia. 

Wiatr ziębił w policzki. Zmuszał do przymykania oczu. Nikołaj czuł, jak pot spływa 

mu z czoła, szczypie w oczy. Wiatr zamrażał pot i łzy na rzęsach, ciął gałki oczne. Oślepiał. 

Nikołaj oddychał szybko i płytko. Kiedy znalazł się na szczycie, musiał się uchwycić muru z 

całych sił, żeby silne podmuchy nie zepchnęły go z powrotem. 

background image

Nie  tracił  czasu  na  rozmyślanie  o  tym,  w  jaki  sposób  znaleźć  się  na  dole.  Zamknął 

oczy.  Wiedział,  że  nie  może  teraz  zrezygnować.  Przesunął  ciało  ponad  szczytem  muru, 

spuścił nogi, przytrzymywał się rękoma tak długo, jak potrafił. Potem skoczył. 

Ziemia,  na  którą  spadł,  twarda  i  zmarznięta,  nie  przywitała  go  zbyt  czule.  Chwilę 

trwało, zanim Nikołaj zdołał na powrót zebrać siły. Czuł, że zostało ich niewiele. 

Myślami  powędrował  ku  tym,  którzy  na  niego  czekali.  Po  prostu  nie  mógł  teraz 

odpoczywać. 

Dźwignął się i z trudem ruszył w stronę klasztoru. Znalazł wydeptaną ścieżkę. Rzucił 

się ku niej. Dotarł do drzwi. Oparł się o nie ciężko i zapukał. Nie przestawał. Pukał. Pukał. 

Mnisi nie pozwolili Nikołajowi wracać po pozostałych towarzyszy, lecz on nie zgodził 

się zostać w klasztorze. Choć skrajnie wyczerpany, poszedł z nimi. 

- Wiem, gdzie są - upierał się, właściwie nie będąc tego pewnym. 

Dużo  czasu  zabrało  mu  przecież  odnalezienie  klasztoru.  Nie  wiedział,  czy  szedł 

prosto,  czy  kluczył.  Nie  wiedział,  czy  będzie  w  stanie  pomóc  odnaleźć  przyjaciół.  Ale  nie 

mógł pozostać w cieple, podczas gdy oni marzli. 

- Nigdy nie zobaczą naszej lampy - jęknęła Olga. Wydawało jej się, że jakby trochę 

mniej  wiało.  Może  traciła  czucie.  Nie  zrobiło  się  cieplej,  ale  chyba  słabiej  wiało.  Słabiej 

sypało. - Nie wiemy nawet, czy trzymamy ją wystarczająco wysoko! 

-  Co  zatem  proponujesz?  -  Walerij  musiał  się  powstrzymać,  by  nie  odburknąć.  Był 

zmęczony i zły, ale wiedział, że Olga także. 

-  Zostało  trochę  siana  -  odparła.  -  Jakieś  sparciałe  koce.  Wrzuć  kawałki  do  lampy  i 

podpal! Wtedy może zobaczą ogień. I trochę się ogrzejemy. Staruszek na pewno już nie żyje. 

- To nie znaczy, że mogę go podpalić - zauważył Walerij. 

Niechętnie wyszedł z sań. Poruszanie się sprawiało mu ból. O wiele przyjemniej było 

siedzieć pod skórami, mimo wszystko chroniły trochę przed chłodem. 

Równie niechętnie musiał przyznać, że Olga miała dobry pomysł. Irytowało go, że to 

nie on na niego wpadł. To jemu powinno coś takiego przyjść do głowy. 

Wyciągnął  siano.  Nie  zostało  go  wiele.  Może  mnisi  będą  mieli  trochę  na  sprzedaż. 

Sami przecież hodowali zwierzęta. Powinni podzielić się z bliźnimi. 

Uśmiechnął się pod nosem. Czuł, że wiatr nie wiał już tak piekielnie mocno. Może to 

nadzieja sprawiła, że odniósł takie wrażenie. 

Siano powinno wystarczyć na początek. Przeniósł je nieco dalej od sań. Z ogniem nie 

ma  żartów.  Przy  takim  wietrze  można  poparzyć  palce.  Konie  mogą  się  przestraszyć.  Są 

dzielne, ale ruchome języki ognia mogą przerazić nawet najodważniejszego. 

background image

Chociaż wiatr nadal dął z wielką siłą, Walerijowi udało się zapalić siano. Czerwone 

języki lizały suche źdźbła, prychały w stronę wiatru, sypały iskry ku temu synowi zimy, który 

dmuchał im śniegiem w oczy, chciały pokazać, że siły ciepła są potężniejsze niż pomocnicy 

mrozu. 

- Podgrzejemy zupę? - spytał ze śmiechem. Śmiał się do Olgi. Musiał się cofnąć, by 

nie stać w samym środku deszczu iskier. 

Ogień  jeszcze  się  żwawo  palił  i  pluł  iskrami  w  niepohamowanej  złości,  kiedy 

nareszcie pojawił się Nikołaj w towarzystwie sześciu mnichów. Wiatr szarpał ich habity, ale 

jakby nie mieli mu tego za złe. 

- Mądrze zrobiliście, rozpalając ogień - rzekł jeden z braci. - Zobaczyliśmy go już z 

daleka. Zaraz się wami zajmiemy. 

Michaił  nie  pamiętał  nic  więcej,  kiedy  się  obudził.  Leżał  na  skórze  rozłożonej  na 

podłodze  w  niewielkim  pomieszczeniu,  w  którym  ściany,  sufit  i  podłogę  zbudowano  z 

kamienia. Panował tu chłód, ale w porównaniu z przeprawą przez Zatokę Oneską wydawał się 

latem. 

Usiadł. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Zobaczył, że nie jest sam. 

- Olga? - szepnął. - Olga, czy to ty? Cichy, zaczepny glos mruczał żartobliwie: 

-  Chyba  nie  myślisz,  że  umieściliby  dojrzałego  chłopaka  w  tych  samych  czterech 

ś

cianach z kobietą, którą w ich oczach jest Olga? Zapomniałeś, gdzie jesteśmy? Oprzytomnij! 

To klasztor, mój chłopcze. Tutaj nie zapraszają do nierządu. Jesteśmy tylko ty i ja. 

- Gdzie jest Olga? - spytał Michaił szeptem. Głosy brzmiały głucho między ścianami z 

kamienia. 

- Nie wiem - odpowiedział Walerij, jakby wcale go to nie interesowało. - Kilka drzwi 

stąd w tę czy inną stronę. Jest tu mnóstwo korytarzy z niezliczonymi pomieszczeniami takimi 

jak to. Każdy mnich ma swą własną klitkę. - Rozejrzał się dookoła. - W zasadzie niewiele tu 

można nazwać swoim. Niewiele można posiadać. Ale pewnie tacy ludzie i tak niewiele posią-

dą. Nigdy nie rozumiałem tych, co idą do klasztoru. Zdrowi, dorośli mężczyźni. Nawet jednej 

kobiety! Nie sądzę, bym się do tego nadawał. 

- Czy jest dzień? 

- Nie dociera tu światło z zewnątrz - odpowiedział Walerij. - Nie ma nawet okienka w 

ś

cianie. Ale dzwony dzwoniły kilka razy. I dość dawno słyszałem szuranie stóp. A więc mnisi 

wstali już pewnie jakiś czas temu. Jednak nikt nie przyszedł nas obudzić. Jesteś głodny? 

Michaił zastanowił się. Nie wiedział. Przede wszystkim czuł, że nie jest mu już zimno. 

background image

Leżeli.  Nie  rozmawiali  ze  sobą  zbyt  dużo.  Leżeli  cicho  i  czuli,  że  jest  im  dobrze. 

Czuli, jak ich mięśnie odpoczywają. 

Obudziła  ich  Olga.  Wśliznęła  się  do  ich  pomieszczenia  i  szybko  zamknęła  za  sobą 

drzwi. 

-  To  wbrew  regule  -  wyjaśniła.  -  Rozmawiałam  z  pewnym  poważnym  człowiekiem, 

który  nazywał  siebie  ojcem  i  który  powiedział,  że  nie  wolno  mi  przebywać  sam  na  sam  z 

mężczyzną, dopóki mieszkam pod dachem klasztoru. 

Prychnęła. 

- Czy jest dzień? - spytał Michaił. 

Wstał i przetarł oczy na widok Olgi. Miała na sobie jedną z sukienek, które zabrał w 

swoim bagażu. Ogołocona z ozdób i koronek, sięgająca wysoko pod szyję suknia stanowiła w 

klasztorze odpowiedni strój. Jednak tak dobrze przylegała do ciała Olgi, że mogła przykuwać 

wzrok mężczyzn, chociaż mnisi podobno zachowywali obojętność na kobiece wdzięki. 

Olga roześmiała się. 

-  Dzień?  Miszeńko,  już  wieczór!  Następnego  dnia.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Czuć  od 

was. Musicie się porządnie wyszorować. 

-  A  ty  się  już  umyłaś?  Pewnie  zapanowało  wielkie  ożywienie,  kiedy  mnisi  myli  ci 

plecy - zażartował Walerij. - Czy stali w kolejce? 

Olga  pokazała  mu  język.  I  zaraz  potem  poczuła  się  głupio.  Raczej  powinna  mieć 

zawszę w zanadrzu jakąś ciętą odpowiedź, kiedy Walerij zaskakiwał ją swymi Zanami. 

-  Nikołaj  i  ja  wykąpaliśmy  się,  przebraliśmy  i  zjedliśmy.  Wymoczyłam  się  w  balii 

pełnej  ciepłej  wody  -  westchnęła  z  zachwytu.  -  Ciepłej  wody!  Już  nie  wierzyłam,  że 

kiedykolwiek jeszcze przeżyję coś takiego! W niebie nie jest lepiej niż w ciepłej kąpieli! 

- A co ze staruszkiem? - spytał Michaił. 

-  Żyje.  Mnisi  się  nim  zajęli.  Razem  z  Nikołajem  potwornie  się  o  niego  baliśmy. 

Nikołaj umówił się z braćmi zakonnymi, że się nim zaopiekują. Że pozwolą mu tu mieszkać 

aż do śmierci. Nikołaj zapłacił za to. Tak jest lepiej, niż liczyć na kogoś, kto może z dobrego 

tylko  serca  uczciwie  się  nim  zajmie,  twierdzi  Nikołaj.  I  pewnie  ma  rację.  -  Wciągnęła 

powietrze.  -  Spotkałam  tu  mnicha,  który  kiedyś  znał  mamę.  Czy  to  nie  nadzwyczajne? 

Najpierw przyglądał mi się uważnie. I tak patrząc, obszedł mnie kilka razy dookoła, a potem 

zapytał, czy przypadkiem nie jestem córką Antonii z Archangielska. Tej Antonii, która lepiej 

zna  się  na  koniach  niż  większość  mężczyzn.  Pomyślcie,  spotkać  mnicha,  który  pamięta 

mamę! 

background image

- Twoja mama to kobieta z szumną przeszłością - zauważył Walerij z uśmiechem. - 

Może kiedyś ktoś tak powie o tobie twojej córce, Olgo Olegowna? 

Olga odcięła się uwagą, że powinien uwolnić się od smrodu, w którym stoi. 

Gościom  nie  pozwolono  włączyć  się  w  życie  klasztoru.  Mnisi  trzymali  się  osobno. 

Tylko kilku najstarszym i najbardziej statecznym wolno było z nimi rozmawiać. Nawet przy 

stole  zostawiano  kilka  miejsc  wolnych  oddzielających  mieszkańców  klasztoru  od 

przybyszów. 

Posiłki  były  skromne.  Zupa  z  kaszą,  kawałkami  ryby  i  ziołami.  Miód  własnego 

wyrobu mnichów, który podawano do picia, miał swoją moc. 

-  Rozmawialiśmy  o  tobie  -  rzekł  Nikołaj,  patrząc  na  Walerij  a.  -  Bracia  wiedzą,  że 

masz kłopoty - mówił dalej zniżonym głosem. - Ale nie wiedzą, jakie. 

Nie  powiedziałem  im,  dlaczego  uciekasz.  Możesz  tu  zostać  do  wiosny.  A  potem 

postaramy  się,  żeby  zabrał  cię  któryś  z  naszych  statków  płynących  na  zachód.  Tak  będzie 

najbezpieczniej. Wiesz, jak się płynie podczas złej pogody. Sam dobrze o tym wiesz, Walerij! 

-  Państwo  i  kościół  idą  ręka  w  rękę  -  zauważył  Walerij,  również  zniżając  głos.  - 

Dlaczego miałbym im ufać? 

-  W  grę  wchodzą  obietnice  i  pieniądze  -  odparł  Nikołaj.  Powiedział  to  z  naciskiem. 

Starannie  dobierał  słowa.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  każde  jego  słowo  może  słyszeć  ktoś 

niepożądany.  -  Poza  tym  mnisi  mają  obowiązek  pomagania  tym,  którzy  proszą  o  pomoc. 

Mimo wszystko stoją bardziej po stronie Boga i świętych niż po stronie wojskowych. Rzadko 

widują się z carycą. Jeżeli jeszcze tego nie zauważyłeś, to muszę ci uświadomić, że klasztor 

znajduje się trochę na uboczu. Mnisi nieczęsto kontaktują się ze światem. Niektórzy z nich od 

kilku lat nie byli na stałym lądzie. 

Walerija przeszedł dreszcz. 

' - W przeciwieństwie do wszystkich innych miejsc Wyspy Sołowieckie są dla ciebie 

bezpieczną  kryjówką.  Wiosną  zaciągniesz  się  na  jakąś  szkutę  płynącą  na  zachód.  Sam 

zdecydujesz, gdzie w Norwegii wysiądziesz na ląd. Czy tak trudno ci się na to zgodzić? 

-  Szkoda,  że  mamy  już  jednego  świętego  Nikołaja  -  rzekł  Walerij  z  krzywym 

uśmiechem. Pił zupę. Wszyscy utkwili w nim wzrok, mniej lub bardziej zdumiony. Widząc 

to, Walerij uśmiechnął się szeroko. - Sam mógłbyś zostać świętym, Nikołaj. Może świętym 

Norkinem? 

- Nie drwij sobie. Nie tutaj! - szepnął Nikołaj. - My wyruszamy jutro. Muszę tak czy 

owak pojechać do Kem. Mam nadzieję, że zgodzisz się tu zostać. 

Mam nadzieję, że wiesz, co jest dla ciebie najlepsze! 

background image

- Ja? W klasztorze? - spytał Walerij. Westchnął ciężko. Popatrzył spod oka dookoła. 

Nie podobało mu się to, co zobaczył. Nie był pewien, czy tym, którzy jemu się przyglądali, on 

się bardziej podobał. - Nie mogłeś znaleźć bardziej odpowiedniego miejsca? 

- Przykro nam, że trafiliśmy prosto na takie schronienie - szepnęła Olga. 

Jedno spojrzenie Nikołaja wystarczyło, że zamilkła i utkwiła wzrok w misce z zupą. 

Walerij długo się nie odzywał. Dokładnie rozważał za i przeciw. Czuł się zmęczony. 

Bał  się  o  swoją  skórę.  Z  drugiej  strony  nie  ufał  zbytnio  mnichom.  Nie  wierzył,  że  mówią 

tylko prawdę i są na wskroś bogobojni. Nikołaj musiał być zbyt bezkrytyczny w swej wierze, 

chociaż prawdopodobnie miał rację. Pewnie to teraz najbezpieczniejsze miejsce. Nikt by nie 

pomyślał, że zbieg z wojska i zabójca oficera ukryje się w klasztorze. 

- A co, jeśli się dowiedzą, dlaczego uciekam? 

- Zapłaciłem im tak dobrze, że mimo wszystko powinni ci pozwolić zostać pod swym 

dachem - odparł Nikołaj spokojnie. - Możesz im o tym przypomnieć. Ale niezależnie od tego 

mam nadzieję że starczy ci rozumu i podporządkujesz się obowiązującym tu zasadom. 

Walerij skrzywił się. Roześmiał się bezgłośnie. 

- To gorsze niż służba w wojsku. Powinienem tam zostać i grzecznie siedzieć. Może 

ten klasztor to jakaś forma kary? Dziękuję ci, Nikołaj! Nie mam wyboru, prawda? Mogę albo 

zniknąć gdzieś na odludziu, albo zostać tutaj? 

Nikołaj skinął głową. 

-  Zostaję  -  zdecydował  Walerij.  -  Spodziewałeś  się  innej  odpowiedzi?  Ale  będę 

pokładał  w  Bogu  nadzieję,  jeżeli  wolno  mi  bez  narażenia  się  na  określenie  mianem 

bezbożnika,  że  lody  szybko  ustąpią  z  Morza  Białego!  I  będę  czekał,  aż  zabierze  mnie  stąd 

jeden ze statków Miszy. 

-  Zgoda,  zabierze  cię  jeden  z  moich  statków  -  obiecał  Michaił.  Wreszcie  mógł  się 

włączyć do rozmowy. Już mu się wydawało, że całkiem tu zniknął. Poczuł się taki mały w 

tym klasztorze o niebotycznie wysokim sklepieniu i bogato zdobionych ścianach. Wspaniałe 

kolumny i dzieła sztuki przyprawiały go o zawrót głowy. Nigdy przedtem nie widział takiego 

przepychu. 

-  Traktuję  twoje  słowo  jako  kontrakt  na  rejs,  armatorze  Byków  -  rzekł  Walerij.  - 

Marynarz Uskow zaciągnie się na statek na wiosnę tu na Wyspach Sołowieckich i wysiądzie 

na ląd w takim czy innym porcie na zachodzie. - Zerknął spod oka na Nikołaja. - Tanio się 

wykręciłeś z tej przygody, Norkin. Czyżby wczorajszy patrol napędził ci strachu? Przeraziłeś 

się, że możesz trafić do więzienia? Czy dlatego ci się tak spieszy, żeby się mnie pozbyć? 

background image

-  Tanio?  -  spytał  Nikołaj  wymownie.  -  Nie  powiedziałbym,  że  tanio.  -  Spojrzał  na 

Michaiła.  Potem  na  Olgę.  -  Myślałem  też  o  was,  dzieciaki.  Nie  chciałbym  was  dodatkowo 

narażać.  Podróż,  którą  mamy  za  sobą,  okazała  się  trudniejsza,  niż  to  sobie  wyobrażaliśmy. 

Nie doceniłem pogody o tej porze roku. Biorę całą winę na siebie. Dlatego chciałbym wam 

oszczędzić dalszych trudów. Ja muszę jechać do Kem, ale wy nie. To jakieś dwa dni podróży. 

Może uda mi się dotrzeć tam w ciągu jednego. Konie są wypoczęte, ładunek lżejszy. Możecie 

tu zostać, a ja zabrałbym was w drodze powrotnej. 

Michaił zerknął z ukosa na Olgę. Nie musiał się rozglądać wokół siebie. Wiedział, co 

by zobaczył. W klasztorze przebywało wielu młodych nowicjuszy i najwyraźniej jeszcze nie 

zapomnieli  o  ziemskich  przyjemnościach,  od  których  stopniowo  będą  się  musieli 

odzwyczajać. Nie wszystkie spojrzenia, którymi obdarzali Olgę, były równie czyste. Michaił 

nie  do  końca  ufał  też  starszym  mnichom.  Trudno  powiedzieć,  czy  byli  całkiem  wolni  od 

cielesnych żądz. 

Misja Nikołaja zajmie kilka dni. Michaił nie chciał zostać z Olgą i niejako wziąć za 

nią odpowiedzialność. Poza tym wiedział o niej trochę za dużo. 

Nie ufał też innym. 

- Jedziemy z tobą, Nikołaj - zadecydował. - Tak będzie chyba najlepiej. Powiedział to 

tak  stanowczo,  że  nikt  się  nie  sprzeciwił.  Nawet  Olga,  choć  nie  wyglądała  na  zachwyconą 

jego propozycją. Raczej miała zupełnie odmienne zdanie. 

-  A  więc  wyruszamy  jutro  -  oznajmił  Nikołaj.  -  Wcześnie  rano.  Obudzę  was.  Mnisi 

przepowiadają lepszą pogodę. 

-  Mają  wiadomości  z  pewnego  źródła  -  mruknął  Walerij  i  chlebem  wytarł  ostatnie 

krople zupy ze swojej miski. 

Olga stłumiła śmiech. Tylko jej oczy się nadal śmiały. Było w niej tyle radości. 

Ku swemu zdziwieniu Michaił nie miał kłopotów z zaśnięciem, mimo że było jeszcze 

dość  wcześnie,  a  wstali  tego  dnia  stosunkowo  późno.  Jego  ciało  domagało  się  widocznie 

większej  ilości  odpoczynku.  Zapadał  się  jakby  we  mgłę.  Zapadał  się  i  zapadał.  Nie 

przeszkadzało mu twarde posłanie. 

Coś szczęknęło. Potem rozległ się słaby zgrzyt. Ciche skrzypnięcie. 

Michaił  przekręcił  się  przez  sen.  Co to  mogło  być?  Kiedy  próbował  otworzyć  oczy, 

zorientował się, że jest zupełnie ciemno. Na noc nie zostawiano zapalonej ani jednej lampy. 

Mnisi byli ostrożni i dokładni. Spodziewali się po swych gościach tego samego. 

Michaił przekręcił się znowu i ułożył wygodniej. Zapadł w sen. Było mu dobrze. To 

wspaniale móc się wyspać. 

background image

Panowała zupełna cisza. 

Olga  nie  mogła  zasnąć.  Zostawiła  swoją  lampę  zapaloną.  Mnisi  wielokrotnie  ją 

upominali, żeby na pewno zgasiła światło, zanim pójdzie spać. 

Ale  jeszcze  przez  chwilę  nie  zamierzała  spać.  Usiadła  na  posłaniu  i  oparła  się  o 

chłodną ścianę, chropowatą, nierówną. Ale gdy lepiej się ułożyła, było jej całkiem wygodnie. 

Ś

ciana chłodziła tak bardzo, że nie pozwalała Oldze zasnąć. 

Mała izdebka była brzydka, nieprzytulna i budziła lęk. Oldze nie podobało się, że nie 

ma  okien.  Chętnie  otworzyłaby  drzwi  na  oścież,  ale  wiedziała,  że  jej  nie  wolno,  że  nie 

powinna. 

Czuła się okropnie w tym zamknięciu. Tak jak gdyby ją ktoś więził. 

Potrafiła  zrozumieć,  że  Walerijowi  nie  podobał  się  pomysł,  że  miałby  tu  zostać. 

Klasztor przypominał więzienie.  I te wszystkie reguły. Modlitwy. Dokładność i dyscyplina. 

Nie poznała wprawdzie zbyt wielu szczegółów z życia mnichów, bo nie dopuszczano jej do 

wszystkiego. Nie mogła się wszędzie swobodnie poruszać. 

Odnosiła wrażenie, że chroniono zakonników przed jej widokiem. 

Olga musiała się w duchu uśmiechnąć, choć zrobiło jej się smutno. Uważała, że to nie 

w porządku, by izolować ludzi od siebie. Nie mogła uwierzyć, że człowiek może okazać się 

niebezpieczny, może dla innego człowieka stanowić pokusę, okazję do grzechu. 

Olga nie rozumiała, dlaczego. 

Drzwi  do  jej  klitki  otworzyły  się.  Olga  podciągnęła  koc  pod  brodę.  Wstrzymała 

oddech, gotowa jednak krzyczeć. 

Nikt  nie  zapukał.  Chyba  powinien?  Ale  mnichom  nie  wolno  do  niej  przychodzić. 

Popełniliby grzech, gdyby zostali z nią sam na sam. Była jedyną kobietą na wyspach. 

- Walerij! - odetchnęła z ulgą. Ale też trochę była zła. I lękała się o niego. - Nie wolno 

ci  tu  być!  -  szepnęła.  Bała  się,  że  ktoś  może  ją  usłyszeć.  Bała  się,  że  może  ktoś  przyjść  i 

znaleźć go tutaj. - Nie pozwolą ci zostać w klasztorze, jeżeli cię u mnie znajdą, Walerij! 

Zamknął  za  sobą  drzwi  równie  cicho,  jak  je  otworzył.  Stanął  oparty  o  nie  plecami. 

Został. Uśmiechał się. 

-  Przyszedłem,  ponieważ  nie  przestrzegam  tutejszych  reguł  -  powiedział  cicho.  Nie 

zniżył głosu do szeptu. 

Olga poczuła, jak bije jej serce. Bardzo się bała. Z jego powodu. Chciała, by dobrze 

mu  się  ułożyło.  Miał  przecież  wiosną  wyjechać  do  Norwegii,  a  do  tego  czasu  znaleźć  tu 

bezpieczne schronienie. Nikt nie będzie go szukał w klasztorze! 

background image

- Nie mogłem zasnąć - rzekł cicho. Jego uśmiech był taki ciepły. Przemawiał do niej. 

Przemawiał równie przekonująco jak słowa. - Ty też nie? 

Pokręciła głową. 

-  Misza  śpi  jak  kamień.  Nie  dotrzymał  mi  towarzystwa.  Próbowałem  pogadać  z 

Nikołajem, ale z niego też wielki śpioch. Tak więc zostałaś mi tylko ty. Mogę trochę z tobą 

posiedzieć?  Nikt  tu  nie  zajrzy.  Kiedy  szedłem  korytarzem,  nie  widziałem  żywej  duszy. 

Wszyscy śpią. Założę się, że jesteśmy jedynymi, którzy nie zasnęli. 

Minęła  chwila,  zanim  Olga  odpowiedziała.  Skinęła  głową.  Przesunęła  się  do  ściany. 

Zrobiła  Walerijowi  miejsce  na  cienkim  materacu,  przez  który  czuło  się  podłogę.  Ale  tak 

chyba  powinno  być,  w  myśl  reguły,  że  mnisi  nie  muszą  spać  zbyt  wygodnie.  Pobyt  w 

klasztorze  miał  chyba  wymagać  wyrzeczeń,  pomyślała  Olga.  Z  pewnością  istniała  taka 

zasada, że przyjemności są grzechem. Nawet miła rozmowa z przyjacielem stanowiła pewnie 

coś złego. 

Walerij  usiadł  obok  Olgi.  Przesunął  koc  w  jej  stronę.  Nie  chciał  na  nim  siadać. 

Dotknął niechcący ramienia Olgi. 

- Ładna była ta historia, którą opowiadałaś, kiedy zabłądziliśmy w czasie zawieruchy. 

- Nie wiedziałam, że lubisz bajki. 

- Pewnie, że lubię. - Walerij uśmiechnął się. - Czy nikt ci o tym nie mówił? Czy nikt 

cię przede mną nie ostrzegał, Olga? 

Zniżył głos. Jego uśmiech mógłby stopić warstwę lodu pokrywającą ziemię. 

Olga pomyślała, że nie tylko ciepły oddech Śnieżynki potrafił topić lody. Pomagał w 

tym również czuły uśmiech Wiatru Południowego. Bez jego pomocy nie udałoby się ślicznej 

pannie  młodej  przecisnąć  przez  czarną,  zmrożoną  ziemię.  Bez  ciepła  Południowego  Wiatru 

nie udałoby się Śnieżynce dać życia tysiącom śnieżnych dzwonków, wyrosłych z miłości tych 

dwojga. 

- Będziesz za mną tęsknić? - spytał Walerij, patrząc Oldze prosto w oczy. 

- Wiem, że będziesz bezpieczny. 

- Nie o to pytałem, Olga. Powiedz, czy będziesz za mną tęsknić. 

Skinęła  głową.  Nigdy  dotąd  nie  tęskniła  za  nim,  kiedy  wyjeżdżał.  Widocznie  nie 

patrzyła wystarczająco długo w jego błyszczące oczy. Nie ogrzał jej swym uśmiechem. 

Teraz będzie za nim tęsknić. 

- Czy mogę cię objąć? Tak bardzo bym chciał. Nie wiadomo, czy cię jeszcze kiedyś 

zobaczę.  Chciałbym  wiedzieć,  jak  to  jest  cię  obejmować.  Miałbym  piękne  wspomnienie, 

Olga. 

background image

Chyba nic nie zaszkodzi, że ją obejmie! Nie prosił jej przecież o nic złego. Pozwoliła, 

by przesunął rękę i położył wokół jej ramion. Podczas podróży saniami często siedzieli w ten 

sposób. Wtedy nikt nie widział w tym nic zdrożnego. Ale teraz było inaczej, nie dzieliły ich 

warstwy grubych futer. Teraz ich ciała znalazły się tak blisko. 

Szczupłymi palcami Walerij odgarnął Oldze z czoła kilka niesfornych loków. Zrobił to 

tak  delikatnie.  W  kącikach  jego  ust  czaił  się  uśmiech.  Tylko  dla  niej.  Olga  nie  sądziła,  by 

uśmiechał się w ten sposób do kogoś innego. Ten uśmiech przeznaczył tylko dla niej. Czuła 

mrowienie  w  miejscu,  gdzie  dotykał  jej  ramieniem.  Czuła  mrowienie  w  koniuszkach  uszu. 

Mrowienie  w  wargach.  Łaskotanie.  Pulsowanie.  Pulsowały  nawet  opuszki  palców.  Ręce 

wydawały się takie gorące. Owo gorąco rozchodziło się aż do palców stóp! 

To niemal przerażające. 

I nowe. 

Olga  znała  podobną  reakcję  z  marzeń,  których  nie  chciała  snuć.  Z  fantazji,  które 

tłumiła. Z gorzko - słodkich mgnień, które należały tylko do niej. 

Dłoń Walerija zataczała kręgi na jej ramieniu. Coraz większe i większe, niczym koła 

na wodzie. Cudownie przesuwające po materiale. Jego opuszki palców dotknęły jej skóry w 

miejscu,  gdzie  nie  dopięła  kilku  górnych  guzików  surowej  sukienki.  Nie  przywykła  do  tak 

ciasnych ubrań. Lubiła, gdy wiatr pieścił jej szyję. 

Teraz pieściły ją palce Walerija. 

- Jesteś taka delikatna - rzekł. Jego oczy były ciemne, spokojne, pełne żaru... - Jesteś 

taka cudowna i delikatna, Olga! 

Nie  przyszło  jej  do  głowy,  żeby  to  przerwać.  Uznała,  że  powinno  być  właśnie  tak: 

czule, pięknie i łagodnie. To powinno trwać i trwać - powinno być cudownie i ciepło. 

Walerij  pocałował  jej  czoło.  Ostrożnie.  Gorącymi  wargami.  Uniosła  ku  niemu  usta. 

Powinien ją pocałować! Chciała tego. Paliły ją wargi. Pragnęły pocałunku. Chciały... 

Dotknął ustami jej ust. Jego wargi bawiły się jej wargami. Wilgotne, mocne pocałunki 

zapierały  jej  dech.  Jego  język  uczył  jej  język  tańca.  Jej  usta  naśladowały  kunszt  Walerija. 

Niezdarnie usiłowały wykraść mu pocałunek. 

Nie chciała, by to się skończyło, kiedy Walerij rozpinał jej sukienkę. Nie była w stanie 

nic  powiedzieć.  Chciała  zażartować,  że  dobrze  sobie  radzi  z  drobnymi  guziczkami,  ale  nie 

zdołała  wydobyć  głosu.  Usta  pragnęły  tylko  całować,  nie  chciały  nic  mówić.  Pokrywała 

pocałunkami  jego  szyję,  uszy,  czoło,  policzki.  Całowała  jego  włosy.  Trzymała  go  tak 

kurczowo, jakby się bała, że spróbuje jej uciec. 

background image

Jego  ręce  poruszały  się  chciwie  pod  sukienką.  Wypełniły  się  jej  miękkością.  Zbyt 

szorstko dotykały jej piersi, bioder, okrągłego brzucha. Palce chwytały zbyt mocno. Ściskały. 

Ugniatały tak mocno, że omal nie krzyczała. Równocześnie sprawiały jej przyjemność. Nie 

robiły krzywdy. 

Walerij znalazł się nad nią. Podciągnął suknię, założył jej kraniec za pasek. Olga nie 

miała pod spodem bielizny, ponieważ wyprała ją i rozwiesiła w ustronnym miejscu, żeby nie 

stwarzać mnichom pokus i okazji do grzechu. 

-  Boże,  jaka  jesteś

 

piękna  -  mruknął  Walerij.  Uśmiechnął  się  krzywo.  -  Nie  żartuję, 

naprawdę jesteś piękna. 

Przesunął dłońmi wzdłuż wewnętrznej strony jej ud. Jego palce spotkały się tam, gdzie 

się  w  niej  gotowało.  Chciała  zacisnąć  nogi,  ale  łagodnie  je  rozsunął.  Dotykał  jej.  Gładził. 

Palcami wśliznął się ostrożnie do środka. Zrobiły się wilgotne. 

Olga rozwarła kolana. Walerij klęczał między jej nogami. Rozpiął pasek spodni. 

Olga  wstrzymała  oddech.  Wiedziała  przecież,  co  zamierza  zrobić,  ale  nie  wiedziała, 

jak. To znaczy: niezbyt dokładnie. Nie wiedziała, jak to jest. Nie znała tego uczucia. 

Okazał  się  mniejszy,  niż  to  sobie  wyobrażała  w  swoich  fantazjach,  które  starała  się 

tłumić. 

Walerij uśmiechał się do niej. Tym swoim niesamowitym uśmiechem. Czule. Niemal 

oszałamiająco. 

Przywarł  do  niej.  Poczuła  go  na  brzuchu.  Dotyk  materiału  jego  spodni.  Sprzączkę 

paska na biodrze. 

Zaschło jej w ustach. Ogarnęła ją fala gorąca. Spociły się jej dłonie. Czuła pulsowanie 

w wargach. W piersiach. Brodawki piersi ściągnęły się, stwardniały pod jego palcami. Walerij 

roześmiał  się  cicho  i  pocałował  je.  Kąsał.  Dotykał.  Bawił  się  nimi,  ściskał  dłońmi.  Potem 

podciągnął  jej  suknię  całkiem  do  góry,  wysoko  za  ramiona.  Niemal  ją  skrępował.  Zatopił 

twarz w jej nagiej skórze. Przesuwał po niej językiem, jakby spijał nektar. Wargami odciskał 

gorące pocałunki. Sprawił, że zapragnęła tego, co nieznane. Zmusił ją, by rozchyliła wargi i 

prosiła o więcej. 

Uniósł się. Na moment zatopił w niej palce. Cofnęła się spłoszona. Wtedy roześmiał 

się cicho, jakby się tego spodziewał. 

Potem  otworzył  ją  tak,  jak  powinien  uczynić  to  mężczyzna.  Zagłębił  się  po  dno. 

Unosił się i opadał w swoim rytmie. Całował ją. Pocałunkami tłumił jej krzyk. 

Wypełnił ją, a potem opadł ciężki i gorący, by zaraz zupełnie się z niej zsunąć. 

background image

Po chwili wstał i zapiął spodnie. Zacisnął na powrót pasek. Poprawił Oldze sukienkę, 

zakrywając jej nogi. 

Posiedział przy niej. Pogładził ją niezgrabnie po włosach. Nie otworzyła oczu. 

- Jesteś taka piękna i delikatna, Olga. - Opuszkami palców przesunął po jej piersiach. - 

Byłaś wspaniała. Naprawdę. Pierwszy raz dla większości dziewcząt jest bolesny. - Zmilkł na 

moment. - Zawsze będę o tobie pamiętał - rzekł w końcu. 

Wstał, by wymknąć się z jej klitki. 

Dopiero  wtedy  Olga  otworzyła  oczy.  Wokół  napierały  ściany  i  sufit.  Leżała  na 

podłodze. Widziała, jak drzwi uchyliły się i zamknęły. Nie mogła uciec. Nie teraz. 

Wargi jej drżały, ale nie płakała. 

Rozległ się ten sam szczęk klamki. Cichy zgrzyt. Pojawiła się słabiutka smuga światła. 

Michaił obudził się. Nasłuchiwał. Wiedział, co to takiego. Wszędzie panowała cisza. 

Uświadomił  sobie,  że  długo  był  sam.  Nie  słyszał  oddechów  Walerija.  Ale  teraz 

Walerij  wrócił.  Michaił  zastanawiał  się,  dokąd  wychodził.  Nie  mógł  zapytać,  bo  chciał,  by 

Walerij myślał, że śpi. Słyszał, jak tamten wślizguje się pod koc. Jak śmieje się cicho. 

Michaił zasnął, nic nie rozumiejąc. 

background image

10 

Pogoda  się  poprawiła.  Ranek  wstał  bezwietrzny.  Niebo  niebieściło  się  w  ciemnych 

odcieniach, ale było czyste. 

Wyjazd nastąpił szybko. Mnisi pożegnali się i wrócili do swoich zajęć. Nikołaj odniósł 

wrażenie, że pojawiły się wśród nich nowe twarze. A może habity sprawiały, że nie mógł ich 

rozpoznać, że wydawali się jakby nieznajomi. 

Olga zrobiła się milcząca. Małomówna. Michaił zwrócił na to uwagę, lecz właściwie 

się  temu  nie  dziwił.  Jej  humor  ciągle  się  zmieniał,  jak  gdyby  balansował  na  toczącej  się 

beczce  -  zanim  wspiął  się  na  górę,  już  znajdował  się  na  dole.  Michaił  przywykł  już  do 

kaprysów przyjaciółki. Takie zachowanie to nic nowego. 

Kiedy  znaleźli  się  poza  murami,  zdumiały  ich  rozmiary  klasztoru.  Musieli  wejść  na 

lód i oddalić się spory kawałek, żeby móc objąć wzrokiem całą budowlę. Oczywiście będąc 

wewnątrz  zauważyli,  że  korytarze  ciągnęły  się  w  nieskończoność,  sufity  sięgały  niemal 

połowy drogi do nieba, ale nie spodziewali się, że to taki kolos. 

-  Dobry  Boże!  -  zawołał  Michaił.  Odpowiadał  teraz  za  prowadzenie  sań,  miał  się 

zmienić  z  Olgą,  gdy  się  zmęczy.  Nikołaj  sam  kierował  cięższymi  saniami  zaprzężonymi  w 

dwa  konie.  -  Wiedziałem,  że  klasztor  jest  ogromny  -  mówił  dalej.  -  Wydawał  się  ogromny 

nawet w ciemności. I w środku również. Ale ten widok przechodzi wszelkie wyobrażenia. To 

prawdziwy  zamek,  Nikołaj!  Założę  się,  że  nawet  caryca  nie  ma  podobnego!  Popatrz  na 

kopuły! 

- Staruszkowi powinno się tu podobać - uśmiechnął się Nikołaj. - Mam nadzieję, że 

będzie  czasem  mógł  wyjść  na  zewnątrz  i  to  zobaczyć.  On,  który  widział  kopuły  i  wieże  w 

Sankt Petersburgu. Może wyda mu się, że na powrót znalazł się w mieście Piotra Wielkiego. 

- Jest obrzydliwie wielki - stwierdziła Olga ponuro. Zamknęła usta dla reszty swych 

myśli. 

-  Nigdy  przedtem  nie  widziałem  tego  klasztoru  -  rzekł  Michaił,  starając  się  nie 

zwracać uwagi na Olgę. - Nie wstąpiliśmy tu po błogosławieństwo na drogę, gdy płynęliśmy 

z tatą. Tato nie przywiązywał do tego wagi. 

Nikołaj uśmiechnął się. 

-  W  każdym  razie  nie  będzie  w  tym  nic  dziwnego,  jeżeli  przypłyniecie  na  wyspy 

wiosną po przychylność świętych. To żaden wstyd, nawet dla całkiem dorosłego mężczyzny, 

Misza!  Tutaj  udziela  się  błogosławieństw  od  trzystu  lat.  Mnich,  z  którym  rozmawiałem 

background image

powiedział,  że  klasztor  został  założony  w  1436  roku  przez  trzech  mnichów  o  imionach: 

Zosima,  Sawatii  i  Herman.  Teraz  zamieszkuje  go  około  sześciuset.  Licząc  z  nowicjuszami. 

Tworzą nieduże, niezależne miasto. Mają nawet więzienia. 

- Więzienia? - zdumiała się Olga. Jej głos zabrzmiał ostro. Rzucała szybkie spojrzenia 

to na klasztor, to na Nikołaja. 

-  I pozwoliłeś Walerijowi tu zostać? A jeśli go zamkną? - pytał Michaił, nie bardzo 

pewien, co o tym sądzić. - Oszukałeś Walerija? 

-  Wcale  nie.  Czy  myślicie,  że  ktoś  będzie  poszukiwał  Walerija  na  wyspie,  gdzie 

znajduje  się  więzienie?  -  tłumaczył  Nikołaj  cierpliwie.  -  Poza  tym  Walerij  jest  wolny  jak 

wszyscy  inni  świeccy  pracownicy.  Mają  wprawdzie  dużo  pracy,  ale  za  to  uczą  się  fachu. 

Walerijowi to też nie zaszkodzi. Produkują sól, cegły, brukowce. Uprawiają ziemię. Polują na 

foki.  Kilku  najzdolniejszych  kowali  północnej  Rosji  wyuczyło  się  swej  sztuki  właśnie  w 

klasztorze  na  Wyspach  Sołowieckich.  Tu  zdobyło  swój  zawód  również  wielu  świetnych 

stolarzy.  Wśród  mnichów  można  spotkać  niezwykle  zdolnych  malarzy.  Wspaniałych 

rybaków.  Uważam,  że  Walerij  może  się  też  nauczyć  czegoś  pożytecznego.  Na  przykład 

warzyć sól. 

- Dostałem od mnichów parę beczek soli - wtrącił Michaił. - Ja też słyszałem co nieco 

o  tym  słynnym  klasztorze,  Nikołaj.  Co  nieco...  Ale  naprawdę  nie  sądziłem,  że  jest  taki 

potężny! To prawdziwa twierdza! 

- Niestety mnisi utracili swe dawne znaczenie - wyjaśnił Nikołaj. I jemu trudno było 

oderwać wzrok od klasztoru. Nawet on, który  widział go nie pierwszy raz, ulegał pewnego 

rodzaju  oczarowaniu.  Budowla  prezentowała  się  wspaniale.  Stanowiła  jakby  świat  katedr. 

Wszystkie wieże wydawały się sięgać nieba, jak gdyby chciały znaleźć się jak najbliżej Pana, 

nie  tylko  duchem,  lecz  również  ciałem.  -  Było  to  dawno  przed  waszym  urodzeniem,  przed 

moim  także.  Kiedy  kościół  podzielił  się,  szukając  odpowiedzi  na  pytanie,  która  wiara  jest 

prawdziwa, a która jest zła, tutejsi mnisi znaleźli się po niewłaściwej stronie. 

Należeli  do  starowierców.  Nie  chcieli  odnowy.  Utrzymali  w  swej  władzy  klasztor  i 

wyspy  przez  osiem  lat.  Od  tysiąc  sześćset  sześćdziesiątego  ósmego  do  tysiąc  sześćset 

siedemdziesiątego szóstego roku. Moskwa musiała uciec się do podstępu, by z nimi wygrać. 

Minęło już dużo czasu, ale mnichom na Wyspach Sołowieckich nowożytna cerkiew jeszcze 

nie wybaczyła. Moskwa i Sankt Petersburg pragnęły pozbawić tutejszych mnichów wszelkich 

wpływów. Przez lata ich gnębiono, żeby wreszcie się podporządkowali. Jednak mnisi, którzy 

przez ponad dwieście lat posiadali ogromną władzę, nie zamierzali się poddać. Zachowali swe 

wpływy, w każdym razie u wybrzeży Morza Białego. Wyspy nadal są tu święte. Na szczęście 

background image

z  Sankt  Petersburga  na  Wyspy  Sołowieckie  jest  daleko.  Mimo  wszelkich  przeciwności 

klasztor  nadal  dumnie  wznosi  się  ku  niebu.  To  chyba  coś  najpiękniejszego,  co  dotychczas 

widzieliście, prawda? 

- Tak, ten klasztor jest imponujący - przyznał Michaił. 

Patrzył  na  budowlę  z  namaszczeniem  i  szacunkiem.  Pomyślał,  że  przeżył  coś 

wielkiego,  stawiając  swoje  stopy  w  tym  świętym  miejscu.  Opowie  o  tym  swoim  dzieciom, 

jeżeli będzie je miał. 

- Okropny - skrzywiła się Olga. 

Po  jej  słowach  malowanie  cudów  na  lodzie  wydało  się  niemożliwe.  Odwrócili  się 

plecami do Wysp Sołowieckich i klasztoru. Podążyli na zachód. Do Kem. 

- Nie podoba mi się, że dziecko tej kobiety mieszka w moim domu! - matka Nikołaja 

jasno  wyraziła  swą  opinię,  nie  grzesząc  szczególną  subtelnością.  Michaił  i  Olga  właśnie 

opuścili  salon.  Drzwi  ledwie  się  za  nimi  zamknęły.  -  Nie  przerywaj  mi,  chłopcze!  Nie 

rozumiem też, dlaczego wybrałeś się w taką podróż w zimie! Chyba masz za mało do roboty, 

Nikołaj.  Kto  teraz  pilnuje  twoich  spraw?  Chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  zostawiłeś 

wszystko własnemu losowi? 

- Jestem dorosły - odparł Nikołaj. - Nie uważasz, że ludziom wydałoby się to dziwne, 

gdyby  twój  syn  musiał  nocować  w  gospodzie,  przyjeżdżając  do  matki  w  odwiedziny?  Nie 

martw się, wracam do Archangielska najszybciej, jak będę mógł. I nie bądź nieuprzejma dla 

Michaiła. Może jest jeszcze dzieckiem, ale po śmierci Jewgienija został armatorem. 

- Jest też synem tej ladacznicy! 

-  Bardzo  lubię  Raiję  -  odpowiedział  twardo  Nikołaj.  -  Zaliczam  ją  do  swoich 

przyjaciół. Obrażasz mnie, kiedy ją obrażasz. 

- Zakładam, że nie darzysz jej cieplejszymi uczuciami? - matka Nikołaja była bliska 

histerii. - Ostrzegam cię, Nikołaj. Jeżeli się dowiem, że cokolwiek cię z nią łączy, zerwiemy z 

tobą wszelkie kontakty! Do tej pory byliśmy wspaniałomyślni. Do tej pory patrzyliśmy na to 

przez palce. Ale tak nie musi być zawsze! 

- Mamo, udowodniłem, że potrafię się sam utrzymać, pływając jako marynarz - odparł 

Nikołaj.  Siedział  z  rękoma  założonymi  na  brzuchu.  Wydawał  się  zupełnie  spokojny.  -  Nie 

przestraszysz  mnie  tym,  co  mówisz.  Dorosłem.  Nie  jestem  już  bladym  i  zalęknionym 

dzieckiem.  Musisz  zrozumieć,  że  twój  syn  Nikołaj  jest  teraz  dojrzałym  mężczyzną.  Jestem 

niezależny i silny. 

- Ona nas nie lubi - zauważyła Olga. Oboje z Michaiłem dostali przynajmniej osobny 

pokój do spania. 

background image

- Mnie nie lubi - sprostował Michaił. - Słyszałaś ją. To z powodu mamy. Po wypadku 

z Jelizawietą uważa, że to wina mamy. 

-  Nikołaj  też  był  przedtem  okropny  -  stwierdziła  Olga  bezlitośnie.  Ale  przynajmniej 

odzywała się. Michaił uznał, że w jej zachowaniu nastąpiła pewna zmiana na lepsze. 

Nikołaj  znalazł  oboje  w  pokoju  Michaiła.  Był  zmęczony.  Kiedy  zaciskał  wargi,  w 

kącikach ust tworzyły się bruzdy, nadając jego twarzy ponury wyraz. 

-  Nikt  nie  wybiera  rodziców  -  rzekł  krótko.  -  Matka  zaprasza  dziś  na  herbatę  swoje 

przyjaciółki i parę ich córek. - Nikołaj westchnął. - Jeżeli chcecie, możecie przyjść. Zadbałem 

o  to,  byś  mogła  się  wykąpać,  Olga.  Obiecałem  ci  porządną  kąpiel  i  dotrzymam  obietnicy, 

chociaż  pomoczyłaś  się  już  trochę  w  klasztorze.  -  Uśmiechnął  się.  -  Niewiele  jest  takich 

kobiet, które kąpały się w męskim klasztorze, Olga. Będzie o czym opowiadać wnukom! 

Olga zerwała się na równe nogi i wypadła z pokoju. 

-  Co  ją  ugryzło?  -  zdumiał  się  Nikołaj.  -  Myślę,  że  bez  niej  byłoby  łatwiej 

podróżować! - westchnął. - Kobiety są dziwne, czy to młode jak Olga, czy też w wieku mojej 

matki.  -  Stanął  ze  skrzyżowanymi  ramionami.  - Mama  nie  lubi  Raiji.  Może  się  zdarzyć,  że 

przeleje tę niechęć na ciebie. Z góry za to przepraszam. Nie mogę jej zmienić, za późno na 

zmiany. Nie chce się pogodzić z tym, że dorosłem. 

- Matki już takie są! - stwierdził Michaił z przekonaniem. 

- Nie Raija! 

- Mama także! Nikołaj uśmiechnął się. 

-  Moja  matka  obawia  się,  że  staram  się  o  względy  Raiji.  Dlatego  zorganizowała  to 

„polowanie na męża” z herbatką jako przynętą. 

- Ty i mama? - spytał Michaił z niedowierzaniem. - Przecież mama jest już stara! 

- Twoja mama jest nadal bardzo piękna - odparł Nikołaj. - Wystarczająco piękna, by 

moja  matka  miała  powody,  by  się  jej  obawiać.  Mógłbym  się  z  tego  śmiać,  ale  nawet  nie 

jestem w stanie. Nigdy nie zerwij przyjaźni z mamą, Misza! Nie sądzę, byś mógł zrobić coś 

takiego, przez co Raija upodobniłaby się do mojej matki, ale mimo to strzeż się! To bardzo 

boli. Tak czy owak matka jest matką. 

Woda  była  niemal  gorąca.  Sprawiała,  że  skóra  prawie  wrzała.  Do  kąpieli  dodano 

perfum. Pachniała egzotycznymi kwiatami, których nazw Olga nie znała i których nawet nie 

potrafiła sobie wyobrazić tak daleko na północy. Za mało jeszcze w życiu widziała, by mogły 

teraz wyrosnąć przed oczyma jej wyobraźni. 

Olga  szorowała  ciało  paznokciami.  W  kilku  miejsca  zdarła  skórę  niemal  do  krwi. 

Zanurzyła się w balii po uszy. Zamknęła oczy i wciągnęła powietrze. Całkiem zsunęła się pod 

background image

wodę.  Leżała  tak,  aż  poczuła  ból  w  piersiach.  Wreszcie  musiała  się  wynurzyć.  Zdyszana 

wzięła ogromny haust powietrza. Połknęła odrobinę perfumowanej wody. Nie wszystko, co 

niebiańsko pachnie, ma równie cudowny smak, pomyślała. 

Leżała w wodzie, czując, jak robi się przyjemnie ciepła. Letnia. Chłodna. 

Leżała  tak,  widząc,  jak  na  jej  ciele  tworzy  się  pod  wodą  gęsia  skórka.  Dłonie 

pomarszczyły się po wewnętrznej stronie. 

Te  ręce  dotykały  go.  Dotarły  do  tajemnych  miejsc  męskiego  ciała.  Wkradły  się  pod 

jego ubranie. 

Te ręce chciały poznać. 

Była ciekawa. Pragnęła poczuć, jak to jest. 

Chciała się dowiedzieć, jak to jest. 

Nie rozumiała, że to on tego chciał, że tylko tego chciał. 

Pojęła to dopiero dzisiaj. Nawet dziś w nocy usprawiedliwiała niezręczne zachowanie 

Walerija, uniki, zdradę. 

Pragnęła się dowiedzieć, jak to jest. Teraz już wie. Teraz pragnęła nie wiedzieć. 

Woda  wystygła.  Olga  zmarzła.  Zmarzła  tak,  że  szczękała  zębami.  Nie  udało  jej  się 

zedrzeć  skóry  w  gorącej  wodzie.  Nie  udało  jej  się  zmyć  nieszczerych  pieszczot,  chociaż 

piekły  i  kłuły  jej  skórę.  A  tak  bardzo  pragnęła  wrócić  do  ciała  dawnej  Olgi,  która  żyła  w 

nieświadomości.  Dawnej,  piętnastoletniej  Olgi,  brązowookiej  niewinności  z  ustami  pełnymi 

nieprzystojnych słów. 

Woda wystygła. 

Olga miała piętnaście lat i wiedziała. Tego nie  można zmienić. Nie da  się ukryć, że 

chciała. Przez dłuższą chwilę. A kiedy wolała nie posuwać się dalej, zaniemówiła. Jej prośby 

pozostały tylko w jej myślach. Wypełniały ją, kiedy zdawał się przewiercać ją na wylot. Jej 

prośby  wypaliły  sufit  nad  jego  plecami.  Jego  ramiona  przetaczały  się  nad  nią  jak  ciemne 

chmury. 

Czuła,  jakby  w  powietrzu  zawisła  niema  burza,  i  tylko  ona  zdawała  sobie  z  tego 

sprawę. Walerij powiedział, że była wspaniała. 

- Nie przyszłaś, więc... - Nikołaj zatrzymał się w pól drogi. 

Spojrzał przez ramię. Wciągnął powietrze i wszedł do pokoju. W kilku susach znalazł 

się przy Oldze. Wyjął ją z lodowatej kąpieli. Owinął w koc przykrywający łóżko i posadził na 

brzegu posłania. Chwycił ją zdenerwowany za ramiona. 

Olga  spuściła  głowę.  Z  mokrych  włosów  spływała  woda.  Tworzyła  strużki  wzdłuż 

szyi. Mokre ścieżki na jej dziewczęcym ciele. 

background image

- Nie traktowałem tego  dosłownie, kiedy obiecywałem, że będziesz się mogła kąpać 

godzinami, Olga! - spróbował się uśmiechnąć, zażartować. - Możesz się rozchorować, moja 

mała! Ta woda zrobiła się prawie lodowata. Pamiętaj, że masz za sobą trudną podróż. Wiesz, 

dlaczego nie chciałem, byś z nami jechała, Olga! 

Olga nawet się nie uśmiechnęła. Spojrzała zmęczonym wzrokiem na Nikołaja. Płakała 

cicho. 

Chwilę  trwało,  zanim  Nikołaj  się  zorientował,  że  to  łzy  spływają  jej  po  policzkach. 

Początkowo myślał, że to woda. 

-  Co  się  dzieje,  Olga?  Przyszedłem,  bo  skończyliśmy  jeść.  Nie  słyszałaś,  że 

dzwoniono  na  posiłek?  Myślałem,  że  zasnęłaś  po  kąpieli.  Boże  drogi,  co  się  z  tobą  dzieje, 

dziewczyno? 

Płakała, ale kiedy chciał ją objąć, poprosiła, by tego nie robił. 

Nikołaj  stanął  przed  nią  bezsilny.  Patrzył,  jak  płacze.  Na  jej  pochyloną  głowę.  Na 

ciało, które trzęsło się pod okryciem. Na mokre loki. 

Wziął  ręcznik  i  zaczął  wycierać  jej  włosy.  Nie  protestowała.  Ale  nie  przestawała 

płakać. 

- To dla ciebie zbyt wielki wysiłek, moja mała - stwierdził. Nie mógł nic poradzić na 

łzy. Nie rozumiał ich. Pamiętał łzy Jelizawiety. Pamiętał jej płacz. Zawsze bał się łez i płaczu. 

Ojciec  nauczył  go,  że  łzy  kobiety  to  tylko  podstęp,  a  mężczyzna  nie  posiada  broni,  która 

mogłaby się z nimi równać. Nikołaj bał się łez innych ludzi. - Podróż okazała się dla ciebie 

zbyt  wyczerpująca.  Powinienem  od  razu  odesłać  cię  z  powrotem  do  domu!  Nigdy  nie 

powinienem  się  zgodzić,  byś  jechała  dalej  z  nami,  Olga!  Mimo  wszystko  istnieje  różnica 

między kobietami i mężczyznami. A ty na domiar złego jesteś jeszcze dzieckiem. 

Jej  śmiech  jak  sztylet  przeszył  nagle  powietrze.  Sprawił,  że  Nikołaj  poczuł  się 

nieswojo. Urywany śmiech nie brzmiał przyjemnie. 

-  Musisz  się  ubrać!  Połóż  się!  Poproszę  kogoś,  by  przyniósł  ci  posiłek,  Olga.  Ktoś 

zabierze wodę. Ale najpierw muszę się upewnić, że się ubierzesz. Nie chcę, by moja matka 

dowiedziała się, że siedziałaś naga, gdy przyszła służba. Mówię to z troski o ciebie. 

-  Ubiorę  się  -  obiecała.  Uśmiechnęła  się.  Jednak  bez  przekonania.  Otarła  łzy 

wierzchem dłoni. Podniosła głowę, jak to miała w zwyczaju. Nieznacznie odrzuciła ją do tyłu, 

co  Nikołajowi  przywiodło  na  myśl  Raiję.  Olga,  będąc  córką  Toni,  raczej  ją  powinna  mu 

przypominać. - Już dobrze - uspokoiła Nikołaja głosem, który brzmiał jakby zbyt dorośle jak 

na nią. Wyraz oczu wydawał się także zbyt poważny. - Masz rację, Nikołaj. To dla mnie za 

wiele. Po prostu cała ta podróż przerosła moje wyobrażenia. Powinnam sobie wybić z głowy 

background image

udział w tej przygodzie. Przygody nie są przeznaczone dla takich zwykłych dziewczyn jak ja. 

Przygody są dla mężczyzn. I może dla takich kobiet jak mama i Raija - Raisa. 

Nikołaj nie zadawał więcej pytań, choć słowa Olgi nie do końca go przekonały. Nie 

dostrzegł  więcej  łez  na  policzkach  Olgi.  Uciekał  przed  spojrzeniem  jej  czysto  brązowych 

oczu. Nie chciał wierzyć, że z tych ciemnych studni przeleje się woda, gdy tylko odwróci się 

plecami. 

Zamknął Olgę w pokoju. Odciął się od myśli, których nie był w stanie zgłębić. 

Wyglądało na to, że nawet nie próbował. Stał na pokrytym chodnikiem korytarzu i nie 

wierzył, że Olga już czuje się dobrze. 

Lecz w tym domu nie  mieszkały czułe i pełne  zrozumienia siostry, którym by mógł 

powierzyć płacz Olgi i obce spojrzenie. Jego matka nie wbiegnie po schodach powodowana 

jakimś sentymentem. A służbie nikt się nie zwierza, po prostu nie powinna się wtrącać w ro-

dzinne  sprawy.  Rozniosłaby  plotki  po  mieście.  Nikołajowi  wpojono  przekonanie,  że  nie 

należy ufać ludziom. 

Nikołaj  znalazł  Misze  przy  kolekcji  statków  ojca,  wielkiej  namiętności  Anatolija 

Norkina. Statków, które stanowiły dokładne modele prawdziwych. Michaił również patrzył na 

ów zbiór z lubością, nie śmiał niemal dotknąć burt, masztów, żagli. 

Na  jego  twarzy  malowało  się  rozmarzenie.  Nikołaj  wiedział,  że  Michaiła  trudno 

będzie wyleczyć z tej miłości. 

Syn  armatora  sam  został  armatorem.  Rzadko  się  zdarza,  by  komuś  tak  się  w  życiu 

poszczęściło jak Michaiłowi. Wykonując jakąkolwiek inną pracę, nie byłby szczęśliwy. 

Morze i statki zawładnęły nim bez reszty. Opanowały go, zanim chłopak zrozumiał, że 

to jego przeznaczenie. 

- Spała? 

- Płakała. Musiałem ją wyciągnąć z kąpieli. Woda tak wystygła, że zmarzły mi ręce. 

Czy  to  normalne  u  dziewczyn?  Potem  tylko  płakała.  Nie  chciała,  bym  ją  pocieszył.  Nie 

pozwoliła mi się dotknąć. Tylko ciekły jej łzy. Może ty powinieneś z nią porozmawiać? 

- A teraz śpi czy ciągle płacze? 

-  Obiecałem,  że  przyślę  jej  coś  do  jedzenia.  Miała  się  ubrać.  Jeżeli  zachoruje, 

będziemy musieli zostać tu kilka dni. A wolałbym nie zwlekać z wyjazdem. Pogoda jest taka 

niepewna,  taka  zmienna.  Oleg  obedrze  mnie  żywcem  ze  skóry,  jeżeli  przywiozę  mu  chore 

dziecko. A Tonią mnie potem powiesi. 

background image

-  Zaniosę  Oldze  jedzenie  -  zaproponował  Michaił.  Jego  myśli  krążyły  wokół  tego 

samego.  Wokół  tego,  czego  nie  pamiętał  wyraźnie,  co  nawet  nie  było  wspomnieniem 

zdarzenia na jawie. 

Olga  siedziała  na  środku  łóżka.  Całkiem  ubrana.  Ktoś  zabrał  już  balię  z  wodą.  W 

pokoju nadal pachniało nieznanymi perfumami. Łaskotało w nosie. Ów zapach nie pasował tu 

nad Morzem Białym. Mozę w Sankt Petersburgu, ale nie w Kem. Nawet nie w takim domu 

jak  ten.  Zapach  wydawał  się  równie  obcy  jak  kopuły  wież  klasztoru  na  Wyspach 

Sołowieckich. 

Michaił pomyślał o klasztorze. Przypomniał sobie, że policzył wieże. Doszedł prawie 

do trzydziestu. 

- Jedzenie - powiedział. Postawił tacę na stole. Olga musiała wstać z łóżka, żeby zjeść. 

Michaił nie widział dotąd takiego wyrazu jej oczu. Nikołaj nie znał jej tak dobrze jak 

on. Nikołaj widział w niej małą dziewczynkę. 

Michaił znał ją dobrze. 

Nie byli już dziećmi. Nie czuł się dzieckiem. Olga też nie. 

Usiadł  na  łóżku  obok  niej.  Nie  odezwała  się.  Ale  pozwoliła  mu  zostać.  Michaił 

przypomniał sobie bajkę, którą opowiadała w saniach, kiedy zabłądzili, a wiatr omal ich nie 

zdmuchnął. 

Wtedy  Walerij  mu  się  spodobał.  To  ładnie  z  jego  strony,  że  nakłonił  Olgę  do 

mówienia. Sprawił, że pomyślała o czymś innym, że i on nie poddał się panice. Olga potrafiła 

tak  opowiadać,  że  porywała  wszystkich  wokół.  Dzięki  niej  słowa  zmieniały  się  w  kolory  i 

obrazy, dźwięki i zapachy. Michaił pomyślał, że Walerij również cały zamienił się w słuch. 

On,  który  nie  wierzył  w  takie  bajdy.  Walerij,  który  był  już  dorosły  i  który  uciekał  przed 

prawem, władzą cara i przed więzieniem. Który zabił i być może popełnił inne przestępstwa, 

do czego nigdy się nie przyznał. Walerij, którego Michaił traktował jak starszego brata. 

- Którym z wiatrów był? - spytał. Spojrzał na Olgę. Nie odrywał od niej wzroku. W 

końcu musiała na niego popatrzeć. Napotkała jego wzrok. 

- W każdym razie nie Wiatrem Południowym - odparła. - Może Wiatrem Wschodnim. 

Albo Zachodnim. Nawet nie Wiatrem Północnym. Nie zależało mu na mnie aż tak bardzo... - 

Olga  zamilkła.  -  Skąd  wiedziałeś?  -  spytała.  -  Czy  ci  się  przyznał?  Spaliście  przecież  w 

jednym pokoju. Chyba nie opowiadał ci o tym? 

Michaił potrząsnął głową. Doszedł do wniosku, że między Olgą i Walerijem nie zaszło 

nic pięknego, skoro mogła posądzić Uskowa o niedyskrecję. 

background image

-  Przebudziłem  się,  kiedy  wrócił.  Nic  nie  rozumiałem  aż  do  chwili,  gdy  Nikołaj 

powiedział mi, że płakałaś. 

- To nie był gwałt - wyznała cicho Olga. Oparła brodę na kolanach. Potem policzek. 

Tak było wygodnie. 

- Nie zrozumiesz tego, Misza - westchnęła.— Ale po prostu nikomu bardziej nie ufam 

niż tobie. Jeżeli komuś powtórzysz, zabiję cię. Naprawdę. Albo zrobię coś jeszcze gorszego. 

Po prostu przyszedł - rzekła cienkim głosem. - Przyszedł i tak pięknie mówił. Ma do tego dar. 

Uśmiecha  się  tak,  że  potrafi  całkiem  zniewolić.  I  patrzy  takim  ciepłym  wzrokiem. Jest  taki 

miły.  Niczego  nie  obiecuje.  Tylko  prosi.  Nie  czeka  na  odpowiedź.  Bierze  to,  co  chce.  I 

pozwoliłam mu wziąć. 

Wydawała się niepozorna w tej ogołoconej sukni, przyozdobionej kiedyś koronkami i 

wstążkami,  które  oderwała  przed  wyjazdem.  Teraz  jakby  tonęła  w  brunatnej  tkaninie. 

Mówiła, że materiał jest dobry. Drogi. Wyglądała blado. Wyglądała jak chora. 

-  To  nie  był  gwałt,  rozumiesz,  Misza?  Chciałam  tego.  Moje  ciało  tego  pragnęło. 

Zagrał na nim i wydobył wszystkie właściwe tony. Poruszył właściwe struny. To było smutne 

i piękne. Czułam, że płonę. I zrobił to. Ale moje myśli nie brały w tym udziału. Ani serce. 

-  Usiadła  i  przycisnęła  dłoń  do  piersi.  -  Tak  nie  powinno  być,  rozumiesz,  Misza? 

Straciłam  ochotę,  powinnam  od  razu  zrozumieć,  że  nie  wystarczy  pożądanie...  Michaił  nie 

miał pewności, czy pojmuje, o czym Olga mówi. Nie był w stanie słuchać, cisnęło mu się do 

głowy  zbyt  wiele  myśli,  zbyt  wiele  obrazów.  Odziedziczył  po  matce  ową  przeklętą 

wyobraźnię.  Bez  trudu  ujrzał  przed  oczyma  Olgę  z  Walerijem.  To  obrzydliwe.  Podwójnie 

obrzydliwe,  ponieważ  jest  teraz  tak  nieszczęśliwa.  Ból  w  jej  głosie  sprawiał,  że  ostatni 

postępek Walerija wydawał się gorszym przestępstwem niż poprzedni, kiedy zabił. 

-  Potem  powiedział,  że  byłam  wspaniała  -  Olga  mówiła  jakby  nieobecna.  Jej  słowa 

brzmiały głucho. Śmiała się tak, że rozdzierała mu serce. 

Olga  powinna  śmiać  się  najradośniej  ze  wszystkich  dziewcząt!  Powinna  pozostać 

najbardziej pyskatą i pewną siebie dziewczyną w Archangielsku! 

- Wspaniała! - Przeszedł ją dreszcz. Ukryła twarz w dłoniach. Michaił widział tylko jej 

kręcone  włosy,  plecy.  Ramiona,  którymi  zasłaniała  twarz.  -  Potem  w  ogóle  nie  zwracał  na 

mnie  uwagi.  Kiedy  skończył,  rozpętało  się  we  mnie  prawdziwe  piekło.  -  Zapadła  cisza.  - 

Szkoda, że mu nie odpowiedziałam, że za to on się nie spisał. Że nie zrobił na mnie wrażenia. 

- Nienawidzę go - syknął Michaił. Nienawidził Walerija z całej duszy. Żałował, że nie 

dowiedział się o wszystkim, zanim opuścili klasztor na Wyspach Sołowieckich. 

- Ja też - przyznała Olga. 

background image

11 

-  W  pierwszej  kolejności  musimy  odprowadzić  do  rodziców  ciebie,  młoda  damo!  - 

Nikołaj nie zatrzymał się przy swoim domu. 

Olga tylko wzruszyła ramionami. Powrotna podróż okazała się całkiem inna niż droga 

do Kem. Matka Nikołaja wymogła na synu, by wracał do Archangielska w krytych saniach. 

Chciała też wysłać z nim stangreta, ale Nikołaj stanowczo odmówił. 

Podróżowali  tylko  przy  sprzyjającej  pogodzie.  Nocowali  w  gospodach.  Jedli  posiłki 

przygotowywane specjalnie dla dziedzica Norkinów. Nikołaj nie zdołał ukryć, kim jest, gdyż 

rodzinny  pojazd  rozpoznawano  z  daleka.  Zakłopotany  przyjmował  zaszczyty,  z  którymi 

wszędzie po drodze witano tak godnego gościa. 

Powrotna podróż trwała dłużej, ale nie była uciążliwa. Nie zatrzymał ich żaden patrol 

ż

ołnierzy. Nikt nie pytał o zbiega z wojska, który zamordował oficera. 

Wracali prawie o miesiąc starsi. Dojrzalsi. Spokojni o los Walerija. 

Nikołaj  i  Michaił  weszli  z  Olgą  do  środka.  Co  prawda  dziewczyna  stała  się 

nieproszonym  członkiem  ich  wyprawy,  ale  teraz  gotowi  byli  bronić  jej  przed  rodzicami 

wszelkimi sposobami. 

Antonia smarowała właśnie tłuszczem swoje buty do jazdy konnej. Westchnęła, kiedy 

zobaczyła całą trójkę. Wolno wtarła w skórę butów to, co jeszcze jej zostało w rękach, umyła 

się. 

Michaił pchnął Olgę naprzód. Matka i córka spotkały się na środku kuchni. Antonia 

chwyciła Olgę za włosy i uczyniła ruch, jakby miała ją za nie wytargać, ale zaraz uśmiechnęła 

się  zrezygnowana.  Uścisnęła  Olgę.  Ucałowała  ją  w  policzki,  w  czoło.  Przytrzymała  w 

ramionach, a potem posadziła na krześle. 

- Powinnaś dostać porządne lanie! Gdybyś wiedziała, ile mnie kosztowało uspokajanie 

twego ojca! Omal nie poruszył nieba i ziemi, żeby cię odnaleźć. Codziennie z nim walczyłam, 

przekonywałam, że będzie jeszcze gorzej, jeżeli wywoła zamieszanie. Należy ci się porządne 

lanie! - powtórzyła Antonia, a potem skierowała palec wskazujący na Nikołaja. Gdyby to był 

pistolet, Nikołaj leżałby już nieżywy. - Nikołaju Norkin, myślałam, że masz więcej rozsądku i 

nie pozwolisz mojemu dziecku z wami jechać! Powinnam przewidzieć, że Olga nie oprze się 

pokusie  wielkiej  przygody!  Ale  na  nieszczęście  nie  przyszło  mi  to  do  głowy.  Dlaczego,  do 

diabła, nie odesłałeś jej z powrotem? 

- To nie wina Nikołaja! - odezwała się Olga. 

background image

-  Wiem,  że  to  nie  wina  Nikołaja!  -  Antonia  oparła  ręce  na  biodrach,  z  oczu  ciskała 

błyskawice. - Ale Nikołaj odpowiadał za wszystkich! Dlaczego? 

Nikołaj wyjaśnił spokojnym głosem, jak to się stało: że Olga najpierw porządnie ich 

przestraszyła, a potem sprytnie przekonała, by się zgodzili ją zabrać. Mówił dokładnie tak, jak 

było. Starał się niczego nie pominąć. Wszyscy zebrali się wokół kuchennego stołu i słuchali z 

uwagą. W tym czasie Antonia posłała jednego ze stajennych do portu po Olega i Raiję. 

Nikołaj przerwał swą opowieść i postanowił poczekać, aż przyjdą. 

Kiedy  Oleg  stanął  w  drzwiach,  całkiem  się  rozczulił.  W  porcie  jego  złość  sięgała 

zenitu,  lecz  po  drodze  Raija  zdołała  go  trochę  udobruchać.  Do  tego  Olga  spojrzała  na  ojca 

takim wzrokiem, że Oleg już wcale nie czuł gniewu. 

-  Dziki  Ptaku!  -  wziął  córkę  w  ramiona  i  w  jednej  chwili  wszystko  wybaczył.  - 

Powinniśmy  cię  zamknąć  w  klatce,  mały  trollu!  Wiesz,  że  poskarżono  się  na  ciebie 

gubernatorowi, ponieważ zachowałaś się niegrzecznie wobec jednego z oficerów? 

Nikołaj opowiadał dalej. Olga oparła głowę na ramieniu ojca. Oleg śmiał się w głos, 

kiedy Nikołaj stwierdził, że Olga prawdopodobnie jako pierwsza dziewczyna brała kąpiel w 

męskim klasztorze na Wyspach Sołowieckich. 

- Jednak nie byłbym tego całkiem pewny - wtrącił Oleg ze złośliwym uśmieszkiem. - 

Nie  wiadomo,  co  mnisi  wyczyniali  za  tymi  murami  przez  trzysta  lat.  Nie  wierzę,  by 

zachowywali się tak pobożnie, jak się większości wydaje. Nie dałbym za to rubla! 

Olga opowiedziała o człowieku, który rozpoznał w jej twarzy twarz matki. 

W spojrzeniu Antonii pojawiło się pewnego rodzaju rozmarzenie. 

-  Pamiętam  go  -  przyznała  tylko.  Wadim  należał  do  tego  okresu  jej  życia,  który  się 

skończył i który bezpowrotnie zostawiła za sobą. Spotkali się w drodze, wtedy żadne z nich 

nie było u siebie. - Pochodził z bogatej rodziny - dodała. - Ale zerwał z nią wszelkie więzi. 

Był po prostu uczciwy. 

-  Zawarłem  umowy  na  kupno  soli  -  pochwalił  się  Nikołaj  zadowolony  z  siebie.  -  A 

więc  jeszcze  inne  korzyści  wynikły  z  tej  wyprawy.  Wróciliśmy.  Przeżyliśmy.  Znowu 

jesteśmy w domu, ci sami, choć trochę odmienieni. 

Olga  uśmiechnęła  się.  Michaił  szybko  zerknął  na  nią  z  ukosa.  Zacisnął  usta.  Nie 

wyjawił Nikołajowi sekretu Olgi. Zabroniła mu. Nosił zatem jeszcze jedną bolesną tajemnicę, 

chociaż właściwie nie chciał jej poznać. 

-  Lecz  ty,  Dziki  Ptaku,  nie  popłyniesz  z  nami  wiosną  za  granicę!  -  Oleg  uznał,  że 

powinien to podkreślić. 

background image

Pogroził  palcem  wskazującym  przed  nosem  Olgi.  Roześmiała  się,  ponieważ  tego  od 

niej oczekiwał. 

- Wcale nie chcę. 

-  Czy  to  nie  ty  miałaś  taki  apetyt  na  przygodę?  -  drażnił  się  z  nią.  -  Czy  to  nie  ty 

zwykle zadręczasz mnie prośbami, bym cię zabrał z sobą? 

-  Nie  chcę  nigdzie  wyruszać  tej  wiosny  -  oznajmiła,  nie  zamierzając  niczego 

wyjaśniać.  -  Po  prostu  nie  chcę  płynąć  z  wami  w  tę  podróż.  Czyżbyś  nie  był  zadowolony? 

Przecież zawsze chciałeś mieć grzeczną córeczkę kochającą dom? 

Wszystko wróciło do normy. Znowu toczyło się spokojnym, zwykłym trybem. Wrócił 

Jurij  Iwanowicz.  Dobrze  zaopatrzony.  Również  bardziej  zmęczony.  Zwierzył  się  Oldze,  że 

ż

ycie z wymagającą kobietą nie jest warte zachodu. 

Michaił  skończył  piętnaście  lat.  Nie  przepełniało  go  to  szczególną  radością.  Kiedyś 

może wierzył, że z dniem urodzin powinien się od razu jakoś nadzwyczajnie zmienić, ale gdy 

się budził następnego ranka, nie widział żadnej różnicy. Uśmiechał się miło do tych, którzy 

wyjątkowo go w tym dniu traktowali, ale uważał, że nie jest to zbyt rozsądne. 

Nie czuł się sobą. Był jak oszołomiony. 

Tęsknił do wiosny. Do zapachu morza. To tego, by móc poczuć ruch fal. Chciał stanąć 

na pokładzie i doznać wrażenia, że tu jest jego miejsce. Chciał poczuć wiatr wiejący mu w 

twarz.  Chciał,  by  przybyło  mu  zmarszczek  charakterystycznych  dla  ludzi  morza.  Chciał 

popłynąć  na  zachód.  Zabrać  ze  sobą  matkę.  Jak  tylko  zrobi  się  trochę  cieplej,  zacznie  ją 

stopniowo do tego przekonywać. Nigdy przedtem nie pragnęła mu towarzyszyć w podróży. 

Teraz będzie musiała. 

Michaił  nie  zniesie  ukrywania  przed  nią  przez  resztę  życia  wielkiej  tajemnicy. 

Wiedział, że musi się od tego ciężaru uwolnić. A także uwolnić matkę od niepewności. 

Nie  wiedział,  co  z  tego  wyniknie,  ale  nabierał  coraz  większej  pewności,  że  podjął 

słuszną decyzję. 

Ojciec by się nie zgodził na wyjawienie Raiji prawdy. Tyle to Michaił rozumiał. Ale 

on nie jest Jewgienijem. Ojciec nie żyje. Żywi są ważniejsi od umarłych. 

Michaił  zdziwił  się,  kiedy  Olga  przyszła  z  nim  porozmawiać.  Był  początek  lutego. 

Słońce nabrało rumieńców na policzkach w swej wędrówce po niebie coraz wyżej i wyżej z 

każdym dniem. 

Michaiła wypełniała tęsknota za wiosną. Chciałby unieść słońce wysoko, wysoko na 

niebie.  Chciałby  ubrać  niebo  w  czerwcowo  niebieską  aksamitną  sukienkę  Raiji,  chciałby 

oglądać wiosnę, lato, chciałby, żeby Morze Białe przeczyło swej nazwie. 

background image

- Nie jesteś chora? - spytał zdziwiony. 

Wszyscy  tej  zimy  chorowali.  Wszyscy  kasłali,  mieli  spuchnięte  oczy,  zachrypnięte 

gardła  i  czuli  mdłości,  jak  gdyby  stali  na  pokładzie  statku  miotanego  północnym  wiatrem  i 

cierpieli na chorobę morską. 

Sam  Misza  nie  oparł  się  chrypce  i  katarowi.  Słyszał  też, że  Antonia  nakazała  Oldze 

położyć się do łóżka. 

-  Wyjdź  ze  mną  -  poprosiła.  Nie  usłuchała  Antonii.  A  zatem  zimowe  choroby  nie 

zdołały jej złamać, może tylko wydawała się trochę bledsza na twarzy. 

Michaił od razu zrozumiał, że nie może odmówić. Wciągnął kurtkę i wyszli. 

Port  wciąż  wydawał  się  prawie  wymarły.  Codziennie  przychodzili  tu  marynarze  w 

różnym wieku i stawali, wyczekując na skraju nabrzeża. 

Ludzie nadal przejeżdżali po lodzie. Prędzej przywitają czerwiec, niż lód odpuści. 

Lecz  lutowe  słońce  wywoływało  w  nich  wszystkich  tę  samą  tęsknotę.  Nie  zawsze 

jednak ową romantyczną tęsknotę za morzem. Niektórzy, cierpiący nędzę, marzyli o szybkim 

nadejściu wiosny i o pracy. 

Olga przez dłuższą chwilę milczała, idąc obok Michaiła. Wciągnęła dłonie w rękawy 

kurtki. Przyszła bez rękawiczek. Słońce prowokowało do lekkomyślności. 

- Bardzo wyrosłeś w ciągu zimy - rzekła w końcu. - Jesteś dużo wyższy ode mnie. 

Michaił uśmiechnął się. Kopnął grudkę lodu. Poczuł idiotyczną radość z tego powodu, 

ż

e Olga przynajmniej nie dorówna mu wzrostem. Istniały dziedziny, w których przegrywała 

jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji. 

Pomyślał, że chyba nie wyciągnęła go z domu po to, by rozmawiać o jego wzroście. 

Zauważył, że czuła się niepewnie. Poznał to po jej głosie. To dziwne, że można tak dobrze 

kogoś znać, żeby wyłowić uchem tak subtelne różnice. Że zorientował się, mimo że mu nic 

nie powiedziała. 

Dziwne. 

Ale z drugiej strony to trochę dobrze. 

- Uważasz, że się zmieniłam? 

Zatrzymali  się  w  miejscu,  gdzie  kończyło  się  nabrzeże.  Morze  Białe  iskrzyło  się  ku 

nim poufale. Wykradało słońcu życie. Odbijało promienie prosto w ich twarze. Barwiło je na 

różowożółto. Ulotnie. 

Michaił zerknął na Olgę. O co, u licha, jej chodzi? Olga nie należała do osób, które się 

napraszały, by w kółko powtarzano im, że są piękne! Przecież dość jest tych, którzy prawią 

background image

jej komplementy nieproszeni. Ujrzał ciemne, pytające oczy. Wysuniętą brodę jak wtedy, gdy 

robiła coś na przekór. 

Olga  wydawała  się  może  szczuplejsza  na  twarzy.  Michaił  nie  wiedział,  co 

odpowiedzieć, czuł się zagubiony. Urosły jej włosy. Ale chyba musiała sobie z tego zdawać 

sprawę! Nie powinna do niego przychodzić i pytać, czy się zmieniła. 

- Jesteś jakaś dziwna - odezwał się wreszcie. Popatrzył na morze. Zapragnął zaklęciem 

roztopić lód. Zapragnął stanąć na pokładzie. Znaleźć się jak najdalej od trudnych pytań i tych 

stron osobowości Olgi, których nie rozumiał. 

Rozległ się jej śmiech, odbijający się od śniegu. Równie nieprzyjemny jak ten, którym 

się śmiała po powrocie z zachodu. Równie bezdźwięczny. 

- Jeszcze nie widziałeś we mnie najdziwniejszego, Misza - rzuciła zaczepnie. 

- Ja też tak myślę - spróbował zażartować. Roześmiał się, chociaż nie był pewien, czy 

jest skora do żartów. 

- Pytam poważnie, Misza - usłyszał. Smutek w jej oczach, w jej głosie, zmusił go do 

zamilknięcia. 

Nie  wiedział,  co  zrobić  z  rękoma.  Kieszenie  nie  wydawały  się  wystarczająco 

bezpieczną kryjówką. Czuł, że nie potrafi się zachować jak prawdziwy mężczyzna, mimo że 

próbował stanąć tak, jak to robią starzy marynarze. 

Nic nie pomogło, nawet gdy splunął daleko w bok. 

- Naprawdę nie widzisz różnicy? - spytała Olga. 

Michaił  widział.  I  nie  widział.  Nie  bardzo  rozumiał,  o  czym  Olga  mówi.  Nie 

pojmował  jej  powagi.  Nie  zdołał  przedrzeć  się  przez  tę  woalkę,  która  zasłaniała  przed  nim 

głębię jej oczu. 

Skończył piętnaście lat i bardzo wyrósł tej zimy, lecz wcale nie był chudy jak patyk, a 

jego ciało zaczynało przypominać ciało mężczyzny. Jednak Olga nadal wydawała się bardziej 

dorosła,  bardziej  dojrzała  niż  on.  Nie  rozumiał  jej.  A  już  zupełnie  nie  rozumiał  takiego 

zachowania. 

- Kiedy popłyniesz na zachód, Misza, kiedy popłyniesz na Wyspy Sołowieckie, żeby 

otrzymać błogosławieństwo i zabrać Walerija, możesz mu powiedzieć, że zostanie ojcem. 

Niektóre słowa docierają do świadomości niczym trzask z bicza. Inne potrzebują na to 

więcej czasu. Te wymagały dłuższej chwili. 

Kiedy  Misza  zrozumiał,  objął  Olgę.  Trzymał  ją  w  objęciach,  aż  uprzytomnił  sobie, 

gdzie są. 

Znowu ukrył ręce w kieszeniach, tam mimo wszystko było dla nich najbezpieczniej. 

background image

Poczuł,  że  policzki  robią  mu  się  gorące.  Ogarnęła  go  złość.  Skierował  wzrok  na 

spódnicę  Olgi.  Nie  zauważył  niczego  szczególnego.  Nie  wiedział,  jak  duży  powinien  być 

brzuch dziewczyny. 

- Ale... czy jesteś pewna? 

Na  twarzy  Miszy  malowało  się  tak  wyraźne  powątpiewanie,  że  Olga  odezwała  się 

trochę łagodniej: 

-  Jestem  pewna.  Nie  myślisz  chyba,  że  wymiotuję  tygodniami  bez  powodu!  I  nie 

krwawiłam od... 

Michaił nie odzywał się. Olga dotknęła tematu, w którym nie bardzo się orientował, o 

którym  mężczyźni  nie  powinni  zbyt  wiele  wiedzieć.  Świat  kobiety  pozostawał  dla  niego 

zamknięty. 

Teraz bardziej niż kiedykolwiek. 

- Czy w domu już wiedzą? 

- Oszalałeś? - oburzyła się. - Wiesz tylko ty. Nie jestem mężczyzną i nie przechwalam 

się wszystkim wkoło! 

-  Dowiedzą  się.  Wcześniej  czy  później.  -  Michaił  popatrzył  na  Olgę.  Wypełniły  go 

inne pragnienia niż to, by  poczuć pokład pod stopami, kołysanie fal, zapach słonej wody. - 

Zauważą. Niedługo... Co wtedy zrobisz? 

- Nie bój się, nie zamierzam się rzucić do morza - rzekła Olga z pewnością w głosie. - 

Czyż nie tego oczekuje się od dziewcząt, które popadły w nieszczęście? 

Michaił odgarnął jej pośpiesznie kosmyk włosów z policzka. Uśmiechnął się. 

- Musiałabyś iść bardzo daleko od brzegu, by ci się to udało. 

- To nie żarty, Misza! Ujrzał białe policzki. Drżącą brodę i wargi. Ale jej głos brzmiał 

pewnie. Ze złością. Prawie jakby była sobą. 

- Istnieje inne rozwiązanie, prawda, Misza? 

Znowu minęło trochę czasu, zanim zrozumiał. Nie dostrzegał tego rodzaju możliwości 

równie łatwo jak Olga. Poruszała się w świecie kobiet, którego nie znał. Znane jej krajobrazy, 

dla  niego  były  obce  i  dziwne,  niemal  przerażające.  Olga  miała  wszystkie  atuty  po  swojej 

stronie. 

-  Są  jeszcze  mądre  babki  -  dodała  wyjaśniająco.  Zacisnęła  usta.  Stały  się  niewielką 

różową kreską na jej zimowej twarzy. 

- To niebezpieczne - zaoponował Michaił. 

background image

- Ale żony rybaków do nich chodzą - rzekła Olga. - Kiedy już nie widzą możliwości 

wykarmienia  jeszcze  jednej  gęby.  Chodzą  do  nich  biedne  dziewczyny,  które  nie  zniosłyby 

wstydu. Wszędzie się to robi. Również w Archangielsku. 

- Ale to przestępstwo - stwierdził Michaił. - Zarówno zajmowanie się tą praktyką, jak i 

korzystanie z niej jest zabronione. Możesz trafić za to do więzienia. Mówią, że to zabójstwo. - 

Zastanowił się. - Nie wiem, może pozbycie się nienarodzonego dziecka to też zabójstwo? 

- Jesteś mężczyzną! Nic o tym nie wiesz! Olga wykopywała nogą w śniegu głębokie 

dołki. 

Nikt  przedtem  nie  nazwał  go  mężczyzną.  Michaił  nie  był  pewien,  czy  Olga 

rzeczywiście tak uważa. Nie spytał jej. Słowa spadły jej z ust niczym deszcz z chmury. 

-  Sama  możesz  przy  tym  umrzeć  -  powiedział,  choć  nie  był  w  stanie  przekonująco 

bronić  swego  stanowiska.  Z  pewnością  Olga  miała  rację,  ale  jednocześnie  nie  rozumiał  jej. 

Trząsł się z zimna i ze strachu. - I to będzie kosztowało. Myślisz, że ktoś zrobi to dla ciebie 

bez zapłaty? Będziesz miała odwagę komuś o tym powiedzieć? Zanim do czegokolwiek się 

przyznasz, będziesz musiała drogo zapłacić, by ta czy inna babka trzymała język za zębami. 

Może cię prześladować przez całe życie. Pomyślałaś o tym? 

- Pomyślałam o wszystkim. U tych znachorek słowa są jak kamienie, które wpadły do 

głębokiej  wody  i  dosięgły  dna.  Wierz  mi,  jestem  przerażona.  Boję  się  konsekwencji.  Ale 

bardziej się boję urodzić to dziecko. Nie chcę tego dziecka! To dziecko  Walerija. Nie chcę 

urodzić jego dziecka. Nie chcę. Czy potrafisz to zrozumieć, Misza? Tylko to? 

Powoli skinął głową. Ogarnęły go mdłości. Powróciła myśl o Oldze i Waleriju razem. 

Niczym upiór, który powstał z grobu. 

Michaił też nie chciał, żeby Olga urodziła dziecko Walerija. Równie mocno jak Olga 

pragnął, by się nie narodziło. Wolałby nigdy się nie dowiedzieć. Nie chciał myśleć o tym, że 

Olga zostanie z dzieckiem w ramionach, kiedy on popłynie na zachód. To nie pasowało do 

jego tęsknoty za wiosną. 

- Słyszałaś o jakiejś, która się tym zajmuje? - spytał w końcu. Tego też wolałby nie 

wiedzieć, ale pogodził się z tym, że Olga wybrała go na swego powiernika. 

Nie chciała go prosić o pomoc, po prostu mu się zwierzyła. Uznała to za oczywiste, że 

poda jej rękę w potrzebie. 

Olga była zbyt dumna, by prosić. 

Skinęła głową. Była blada. Tak blada, że niemal ginęła na tle śniegu. Usta miała sine. 

-  Potrzebuję  pieniędzy  -  wyznała.  -  Możesz  mi  w  tym  pomóc,  Misza?  Nie  mogę 

zwrócić się do nikogo innego. I nie mogę zbyt długo czekać. Chcę, żeby to się już stało. Chcę, 

background image

ż

eby  było  po  wszystkim.  Nie  chcę  tego  dziecka.  Nie  chcę  nosić  w  sobie  czegoś,  czego 

nienawidzę  całą  sobą.  Nie  chciałabym,  żeby  mi  przypominało  tego  drania.  Chcę  się  tego 

dziecka  po  prostu  pozbyć.  Teraz.  Jak  najszybciej...  Nawet  jeśli  do  końca  życia  mają  mnie 

dręczyć  wyrzuty  sumienia,  lepsze  to  niż  wychowywanie  dziecka,  którego  nigdy  nie 

pokocham.  Dzieci  powinny  być  chciane  i  kochane.  A  to,  które  noszę,  wcale  nie  jest 

upragnione. I nigdy mi się nie uda go pokochać. 

- Jesteś pewna? - Tak. Michaił westchnął. Czuł, że został wciągnięty w kłopoty Olgi 

wbrew swej woli. Jednocześnie nie wyobrażał sobie, że mógłby jej odmówić pomocy. Olga 

liczyła na niego. Byli przyjaciółmi. 

- Spróbuję zdobyć pieniądze - obiecał. 

- Tylko zrób to tak, żeby Raija - Raisa się o niczym nie dowiedziała! 

- Myślisz, że jestem głupi? 

-  Postaraj  się!  -  poprosiła  Olga.  -  Nie  zniosę  tego  dłużej.  Co  rano  przełykam  ślinę, 

ż

eby nie zwymiotować. Nie zdołam dłużej tłumić płaczu. Już nie wytrzymuję, Misza. 

- Dobrze, zrobię, co mogę - zapewnił. - Pomogę ci zdobyć pieniądze. Ale nie wiem, 

czy dobrze robisz. Nie zmusisz mnie, bym myślał tak jak ty. 

- Tylko mi pomóż, Misza! 

Michaił  wiedział,  że  nie  może  poprosić  matki  o  pieniądze.  Raija  należała  do 

ostrożnych. Do tego stopnia, że każdą monetę obracała w dłoni wiele razy, zanim ją wydała. 

Na  pewno  spyta,  na  co  chce  przeznaczyć  pieniądze.  Zwykle  niczego  nie  kupował. 

Miał wszystko, czego potrzebował. Nie potrafiłby się wytłumaczyć, gdyby spytała. 

Odnalazł  drogę  do  Nikołaja.  Nie  dlatego,  żeby  myślał,  że  Nikołaj  nie  będzie  o  nic 

pytał,  ale  Nikołaj  nie  będzie  przynajmniej  usiłował  za  wszelką  cenę  wydusić  z  niego 

odpowiedzi. 

- Chciałbym cię o coś poprosić - zaczął.  - Ale nie jestem pewien, czy będę ci mógł 

wyjaśnić, dlaczego. 

- To brzmi bardzo tajemniczo. - Nikołaj nabił fajkę. Popadł w nałóg palenia i chętnie 

by  go  rzucił,  ale  fajka  wypełniała  wiele  pustych  godzin,  stanowiła  pewnego  rodzaju  nieme 

towarzystwo. - Proś! 

- Potrzebuję pieniędzy. 

- Nie sądziłem, że właściciel floty statków może znaleźć się w potrzebie. Zamierzasz 

kupić nowy statek? 

- Nie. Nic takiego. To coś, o czym nie mogę ci powiedzieć. To... 

background image

- ...tajemnica? - zgadywał Nikołaj. - Chyba się w nic nie wplątałeś? Nie popadłeś w 

jakieś tarapaty? Mów, nie powtórzę nikomu. 

- Nie mam żadnych kłopotów — odparł Michaił. Było w tym trochę prawdy. - Ale nie 

mogę ci niczego wyjaśnić. Pożyczysz? 

-  O  jakiej  kwocie  rozmawiamy?  -  spytał  Nikołaj.  -  Czy  takiej,  by  wystarczyło  ci  na 

kupno statku, chociaż twierdzisz, że niczego podobnego nie planujesz? 

W takim razie możesz nadać sprawie kryptonim „Nikołaj” - uśmiechnął się. 

-  Nie,  mniej  -  rzekł  Michaił.  -  Tyle,  ile  możesz  mi  pożyczyć.  Wszystko  ci  zwrócę. 

Mogę  podpisać  oświadczenie,  że  pożyczyłem  od  ciebie  pieniądze.  Będę  płacił  odsetki.  Nie 

stracisz na tym. 

-  O,  już  się  sporo  nauczyłeś  -  stwierdził  Nikołaj.  Popukał  swoją  fajką.  Odłożył  ją  i 

przyniósł  pieniądze  z  szafy  w  salonie.  Położył  dłoń  na  stole  przed  Misza.  Popatrzył  na 

chłopaka pytająco. Potem położył drugą dłoń z pieniędzmi tuż przy pierwszej. - Nie chcę od 

ciebie  żadnego  pokwitowania.  Możesz  przeliczyć,  żebyś  wiedział,  ile  pożyczyłeś.  Zwrócisz 

mi,  kiedy  będziesz  mógł.  Tyle,  ile  będziesz  mógł.  Nie  zamierzam  cię  pytać,  na  co  chcesz 

wydać  te  pieniądze.  Nawet  nie  będę  pytał,  czy  nie  łamiesz  prawa.  Nie  jestem  pewien,  czy 

chciałbym  to  wiedzieć.  Może  ta  sprawa  należy  do  takich,  o  których  powinno  wiedzieć  jak 

najmniej osób? 

Michaił skinął głową. Nie mógł nawet wyznać, jak bardzo jest wdzięczny. 

- Jesteś prawdziwym przyjacielem, Nikołaj! - Michaił wypełnił kieszenie banknotami. 

Ciężkim krokiem wyszedł z domu Norkinów. 

Michaił  nie  spał  wiele  tej  nocy.  Rozmyślał.  Myśli  przelatywały  mu  przez  głowę  jak 

stada wędrownych ptaków na wiosnę. Tłoczyły się tak ciasno, jak ławice śledzi w fiordach. 

Błądziły  jakby  w  mroku  świadomości.  Pieniądze  leżały  pod  materacem.  Michaiłowi 

zabrakło odwagi, by zostawić je w kieszeniach kurtki. Matka miała w zwyczaju przenoszenie 

rzeczy  z  miejsca  na  miejsce.  A  on  rzadko  wieszał  kurtkę  tak,  żeby  Raija  była  zadowolona. 

Zadałaby wiele pytań, gdyby znalazła pieniądze. I zażądałaby odpowiedzi. 

Bał się o Olgę. O mądrych babkach słyszał niezbyt wiele historii, ale wszystkie, które 

znał, miały krwawe zakończenie. 

Wiele  biednych  dziewcząt  umarło  nie  wiadomo  z  jakiego  powodu.  Dopiero  po 

dokładnych oględzinach zwłok można było poznać przyczynę śmierci. 

Nasłuchał  się  o  dziewkach  służących,  które  dostawały  krwotoku,  szorując  podłogi  u 

bogatych. O kobietach wtrącanych do więzienia, które wykrwawiały się zamknięte w lochu. 

Od  czasu  do  czasu  wieszano  jakąś  mądrą  babkę  lub  ścinano  jej  głowę.  Różnie  bywało. 

background image

Niektórzy nazywali je czarownicami. Szeptano o kosteczkach płodów leżących za domem. O 

dymie niezwykle czarnym i gęstym, dziwnie pachnącym. 

Plotki  stawały  się  podwójnie  okrutne  w  porównaniu  z  rzeczywistością.  Ale  chociaż 

Michaił  odrzucił  większość  z  niesamowitych  opowieści,  i  tak  go  wystarczająco  przerażały. 

Nie chciał, by z Olgą stało się podobnie. 

Musiał szeroko otwierać oczy i wpatrywać się w sufit, by nie widzieć jej w myślach 

krwawiącej, krzyczącej, umierającej. 

Mimo  wszystko  udało  mu  się  w  końcu  jakoś  zasnąć.  Pocił  się  przez  sen.  Zapadł 

głęboko w marzenia senne, w noc, w niechcianą podróż w krainę koszmarów. 

Szedł  razem  z  Olgą.  W  dziwnej  okolicy  z  kamieni  i  śniegu.  Z  lodu.  Domy  stały 

wzdłuż wąskiej ścieżki, którą szli. Ściany były gładkie, pokryte lodem. Kapało z nich, ale nie 

było ciepło. 

Skrawek nieba, który zdołał dostrzec, miał szary kolor. Misza nie widział słońca ani 

księżyca,  ani  blasku  gwiazd.  Nie  wiedział,  czy  to  noc,  czy  dzień.  Panował  dziwny, 

nieokreślony mrok. Wędrowali w przestrzeni pozbawionej czasu. W miejscu, którego nie ma. 

Mimo to nie rezygnowali. W jego kieszeniach ciążyły pieniądze. Całą kurtkę pokrywały pie-

niądze. Czuł, że zewsząd wyciągają się po nie czyjeś ręce, chcą zabrać banknoty, ale coś je 

powstrzymuje. Za każdym razem, gdy pytał kogoś o drogę, chciwe, należące do nie wiadomo 

kogo ręce znikały. Nie otrzymał odpowiedzi. 

Szukali więc sami. 

Wreszcie  odnaleźli  uchylone  drzwi.  Bez  numeru,  tabliczki,  ale  i  Michaił,  i  Olga 

wiedzieli, że to te właściwe. 

Ktoś je uchylił dla nich. 

Dla Olgi. 

Weszli do środka. Wewnątrz panował mrok. Chwilę trwało, zanim oczy przywykły do 

ciemności. Wtedy Michał zobaczył pięknie pomalowane ściany: widniały na nich obrazy ze 

ś

więtej księgi. Kolumny podtrzymywały sufit. Sufit był jak niebo, zamykał się nad nimi, rów-

nież ozdobiony malowidłami. Wydawało się, jakby trafili do refektarza klasztoru na Wyspach 

Sołowieckich. Nic się nie zgadzało. Zupełnie nic się nie zgadzało. 

Nie czekała tu na nich żadna mądra babka. Za to odwrócił się ku nim jakiś mężczyzna. 

Michaił  chciał  pociągnąć  za  sobą  Olgę  do  wyjścia,  kiedy  zobaczył,  że  to  Walerij.  Ale  ona 

chciała zostać. 

background image

Walerij  spytał,  czy  mają  pieniądze.  Michaił  zdjął  kurtkę.  Położył  ją  na  stole.  Olga 

musiała  się  na  niej  położyć.  Michaił  nie  chciał  patrzeć,  ale  nie  miał  odwagi  zostawić  Olgi 

samej z Walerijem. 

- Czy naprawdę nie chcesz urodzić naszego dziecka? - spytał Walerij. Chwycił nóż z 

ostrzem  długim  jak  jego  przedramię.  Michaił  nie  był  w  stanie  go  powstrzymać.  Stał  niby 

sparaliżowany  i  patrzył,  jak  Walerij  rozcina  brzuch  Olgi  i  wyjmuje  z  niego  dziecko. 

Prawdziwe,  maleńkie  dziecko.  Następnie  Walerij  pociągnął  do  siebie  kurtkę,  tak  że  Olga 

spadła na podłogę. Zawinął dziecko w kurtkę i uciekł. Zniknął bez słowa. 

Na podłodze przed Michaiłem leżała Olga i krwawiła. Wykrwawiła się. Umarła. 

Obudził  go  jego  własny  krzyk.  Michaił  poczuł,  że  jest  tak  mokry  od  potu,  jakby 

właśnie wyszedł z kąpieli. Chwilę później w uchylonych drzwiach stanęła Raija. Zmartwiona 

jak to matka. 

- Co się stało? 

-  To  sny  -  odparł  blady  jak  kreda.  Nie  wiedział,  czy  się  odważy  położyć  i  znowu 

zasnąć. 

- Wydawało mi się, że wołasz Olgę - uśmiechnęła się Raija. 

- Olgę? - udał zdumionego. W pokoju panował półmrok i pewnie dzięki temu udało 

się oszukać matkę. - Ona też jest małym koszmarem, ale chyba nie aż do tego stopnia! 

Raija zostawiła syna samego. Lecz z jej czoła nie zniknęła zmarszczka zatroskania. 

background image

12 

Michaił nie wyglądał zdrowo następnego ranka. Nie czuł się też dobrze. Wiedział, że 

ż

ołądek ściśnięty na supeł jest tylko wymówką, żeby odwlec wizytę u znachorki. Nawet jego 

ciało stawiało opór. 

Olga  czekała.  Michaił  zdawał  sobie  sprawę,  że  każdy  dzień  zwłoki  działa  na  jej 

niekorzyść.  Nigdy  chyba  do  nikogo  nie  czuł  tak  silnej  nienawiści,  jak  teraz  nienawidził 

Walerija. Bywały momenty, kiedy niemal miał ochotę wybrać się do gubernatora i wyjawić, 

gdzie ukrywa się Walerij Uskow. 

Niemal. 

Przed  południem  pojechał  do  Archangielska.  Poszedł  prosto  do  stajni,  gdzie  Olga 

spędzała  większość  dnia.  Powierzył  jej  pieniądze,  które  wyciągały  kieszenie  jego  kurtki  do 

kolan. 

- Jest pewna stara kobieta - wyjaśniła Olga - do której mogę przyjść, gdy tylko będę 

miała czym zapłacić. Mieszka sama. Nie ma rodziny. Gdyby próbowała mnie szantażować, to 

nie pożyje już wystarczająco długo, by uczynić piekło z mego życia. - Westchnęła. - A przez 

to dziecko tak by się stało. 

- Skąd, do diabła, o niej wiesz? - spytał szeptem Michaił. 

Siedzieli w jednym z pustych boksów dla koni. Czasami wchodził i wychodził jakiś 

stajenny.  Żaden  nie  zwróci!  na  nich  uwagi.  Michaił  często  przychodził  tu  porozmawiać  z 

Olgą. 

-  Od  Jurija.  Ten  chłopak  wie  to  i  owo  -  odparła  Olga  tajemniczo.  Roześmiała  się.  - 

Myślę, że ma też do mnie słabość. Nie zawsze panuje nad tym, co do mnie mówi. 

- Boże! - westchnął Michaił. Szczerze martwił się o Olgę. Nigdy przedtem nie była tak 

krótkowzroczna. - Czym to się ostatnio skończyło, gdy ktoś miał do ciebie słabość? 

- To cios poniżej pasa - odparła ze złością. I dodała: - Może rzeczywiście powinieneś 

mi porządnie przyłożyć. Zaoszczędziłoby nam to sporo pieniędzy i nikt by się nie dowiedział. 

-  Oszalałaś?  Nie  jestem  zwierzęciem!  -  Michaił  wstał  oburzony.  Podniósł  glos,  lecz 

zaraz  zamilkł,  zanim  Olga  zdążyła  go  upomnieć.  -  Jestem  twoim  przyjacielem,  do  diabła! 

Powinienem  ci  pomóc.  Ale  jak  mam  ci  pomóc,  kiedy  mi  na  to  nie  pozwalasz?  Myślę,  że 

potem nie będę chciał mieć z tym nic wspólnego. - Zadrżał. - Śnił mi się straszny sen dziś w 

nocy. Może wizyta u tej starej to nie jest dobry pomysł? 

background image

- Czy to ty nosisz w brzuchu dziecko? Poddał się. Nie protestował. Akurat o tym nie 

mógł  nic  wiedzieć.  Nigdy  nie  będzie  się  na  tym  rozumiał.  Po  prostu  dlatego,  że  jest 

mężczyzną. 

- Spytasz Raiję - Raisę, czy dziś w nocy możesz przenocować u nas - zaproponowała 

Olga. - Poczekasz do chwili, gdy Raija będzie się zbierała do wyjazdu. Jakoś wyciągnę tatę z 

biura. Ja natomiast powiem u siebie w domu, że jadę do ciebie. A jutro rano coś wymyślimy. 

Michaił skinął głową. W jednej chwili koszmar stał się rzeczywistością. 

- Ułożyłam na górze koce i skóry. - Olga wskazała na poddasze nad stajnią. W swoim 

czasie  mieszkali  tam  stajenni,  lecz  ostatnio  Antonia  uznała,  że  pomieszczenie  jest  zbyt 

obskurne, ciasne, ciemne i zimne i jej pracownicy nie mogą mieszkać w takich warunkach. - 

Przenocujemy tutaj dziś w nocy. Przyniosłam trochę jedzenia i coś do picia. Sprawdziłam, że 

na  górze  zostało  kilka  lamp  olejowych.  Postaram  się  też  o  jakieś  krzesiwo.  Ale  na  razie, 

dopóki stajenni nie skończą pracy, musimy się trzymać z dala od stajni. Pójdziemy do... niej, 

kiedy  zrobi  się  zupełnie  ciemno.  Nie  chciałabym  nikogo  spotkać  po  drodze  tam  czy  z 

powrotem. 

Michaił zgodził się z Olgą. Nie miał jednak pewności, czy wszystko pójdzie tak łatwo. 

W głębi duszy nie wierzył w to. Ale być może Olga wiedziała lepiej. 

Jest kobietą. 

- Chcesz nocować u Olgi? Mimo że rano tak źle się czułeś? - Raija potargała Michaiła 

po  włosach  zmartwiona.  Przyjrzała  mu  się  dokładnie.  -  Nie  pozarażaj  wszystkich  u  Toni. 

Dopiero co wyzdrowieli. Nigdy jeszcze nie widziałam Olgi w tak złym stanie, jak w ostatnich 

tygodniach. To na pewno wasza zimowa wyprawa nadwerężyła jej zdrowie! Bądź grzeczny, 

synku! 

Michaił  skinął  głową.  Wyszedł  z  portu.  Ruszył  w  górę  wąskimi  uliczkami.  Nie 

ś

pieszył się. 

- Dopiero co byłaś chora - rzekła Antonia, nie mniej zmartwiona niż Raija. - Myślisz, 

ż

e to rozsądne, wybierać się w tej sytuacji do Raiji? Nie biegaj z Misza! Słyszysz? Wkrótce 

będziesz dorosła. Dziecięce zabawy już nie są dla ciebie, Olga. 

Olga wywróciła oczami. 

-  Nie  zachowaj  się  tylko  beznadziejnie  i  nie  przychodź  za  mną,  by  sprawdzić,  czy 

dobrze sobie radzę! Narobisz mi wstydu, mamo! 

Antonia  roześmiała  się  w  głos  i  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  Zerknęła  z  ukosa  na 

Olega. 

- Czyżbyśmy się aż tak zestarzeli, Oleg? Dziewczyna wstydzi się własnej matki! 

background image

Oleg roześmiał się. Uścisnął Tonie. 

- Nie da się ukryć, że jesteśmy starzy - rzekł. - Za kilka lat zostaniesz babcią! 

Olga trzasnęła drzwiami. 

Oldze  i  Michaiłowi  udało  się  niepostrzeżenie  przemknąć  do  stajni,  kiedy  wreszcie 

opustoszała. Położyli się na suchym sianie. Leżeli w milczeniu, słysząc, że ktoś jeszcze kręci 

się na dole. 

Wydawało się, że upłynęły lata, zanim z dołu dobiegało tylko parskanie koni. 

Michaił  odważył  się  podpełznąć  do  włazu.  Odsunął  go  nieznacznie,  zajrzał  na  dół. 

Wszędzie było ciemno i cicho. 

Odetchnął z ulgą. 

Wkrótce oczy obojga przyzwyczaiły się do ciemności, miały na to wystarczająco dużo 

czasu. Siano i koce nie pozwoliły Oldze i Michaiłowi zmarznąć. 

Michaił ułamał kawałek chleba. Podał Oldze. 

- Nie mogę - pisnęła cienkim głosem. W Michaiła wstąpiła pewnego rodzaju nadzieja. 

Może  Olga  mimo  wszystko  się  rozmyśli?  -  Nie  mogę  jeść  ze  strachu.  Ale  nic  mnie  nie 

powstrzyma! Zrobię to, Misza! 

Jadł suchy chleb. Kruszył go w palcach. Czuł, że grzeszy, kiedy okruchy spadały na 

podłogę  między  jego  kolanami.  Pił  kwas  chlebowy,  który  przyniosła  Olga.  Był  mocniejszy 

niż ten, który robiła jego matka. Czuł to w żołądku, czul w tyle głowy. 

Ciężko  było  czekać.  Nie  dlatego,  by  dokuczało  im  zimno.  Kiedyś  mieszkali  tu 

przecież ludzie, nawet z dziećmi, i jakoś to znosili. Nie zamarzli na śmierć. 

Mrok wstrzymał oddech. Wytężał wzrok. Szeptał. Wiatr pomagał mu śpiewać. 

Michaił  nie  rozumiał,  jak  Olga  może  tak  leżeć  v  w  milczeniu.  Sam  bardzo  się 

denerwował.  Ręce  miały  ochotę  wędrować  własnymi  drogami,  stopy  całkiem  innymi. 

Chciałby wstać i wyjść, ale nie był w stanie się ruszyć. 

Czas nie okazał się jego sprzymierzeńcem. 

Wiele  razy  Michaił  podchodził  do  okienka.  Wyglądał  przez  nie  i  dziwił  się,  że 

poprzedniego wieczoru o tej porze uważał, że jest za ciemno! 

Teraz  wieczór  wydawał  się  przejrzysty  jak  kłamstwa  dla  zdradzanego  kochanka.  Na 

niebie świeciły gwiazdy! Pogoda spłatała im figla! 

Brakowało tylko księżyca w pełni i brzegach tak ostrych jak dobrze naostrzony nóż. 

-  Jeżeli  poczekamy  dłużej,  nastanie  świt!  -  Olga  podniosła  się.  Strzepała  siano. 

Poprosiła Michaiła, by zebrał źdźbła, których sama nie mogła dosięgnąć. - Ukradłam pelerynę 

mamy. Zaciągnę kaptur mocno na twarz. 

background image

-  Będę  szedł  trzy  kroki  za  tobą  -  obiecał  Michaił.  On  też  postanowił  naciągnąć  swą 

skórzaną czapkę aż po nasadę nosa. 

Wyszedł za Olgą. Przecisnęli się przez okienko w stajni, które Olga zostawiła otwarte, 

zanim się ukryli na górze. To, którego stajenni często zapominali sprawdzić, zanim zamknęli 

drzwi na klucz. 

Szli  okrężnymi  drogami  i  bocznymi  uliczkami.  Przemykali  wzdłuż  ścian  domów. 

Starali  się  trzymać  jak  najbliżej  nich.  Stąpali  prawie  bezgłośnie.  Olga  przypilnowała,  by 

zmienili  buty  na  miękkie,  skórzane.  Niemal  nie  zostawiali  śladów.  Wysokie  buty  zimowe 

leżały na poddaszu nad stajnią. 

Michaił  zdał  sobie  sprawę,  że  są  takie  dzielnice  Archangielska,  których  nigdy  nie 

widział, że istnieją takie zaułki, których nie poznał. Nie wiedział o tym. 

- Jak trafisz? - spytał, kiedy Olga na chwilę się zatrzymała. 

- Przyjechałam tu wcześniej ze stajennym. 

Zagryzła zęby. Uszli już spory kawałek drogi. Zwykle Olga mogła długo chodzić bez 

zmęczenia, ale tym razem szła z trudem. 

Michaił niósł torbę z pieniędzmi. Bardzo mu ciążyła, ale zarazem czuł, że i on może 

się na coś przydać. 

Domy  stały  blisko  siebie.  Nie  tak  blisko,  jak  w  jego  śnie.  I  były  z  drewna,  nie  z 

kamienia.  Michaiłowi  przemknęło  przez  głowę,  że  gdyby  w  jednym  z  nich  wybuchł  pożar, 

błyskawicznie  strawiłby  całą  dzielnicę.  Nie  udałoby  się  ugasić  ognia,  ponieważ  przy 

odrobinie wiatru tańczyłby od ściany do ściany. A kto słyszał o choćby jednym bezwietrznym 

dniu w Archangielsku? 

Nad  głowami  mieli  jasne  niebo.  Jednak  to  nie  dzięki  księżycowi,  któremu  jeszcze 

daleko do pełni, nie dzięki jego bladej twarzy podążającej ich śladem. Ciemność rozświetlała 

zorza polarna. 

Zorza  polarna  -  szerokie  pociągnięcie  pędzlem  przez  Boga  po  zimowym,  nocnym 

sklepieniu.  Mroźno  żółte  wężowate  ślady  od  krańca  nieba  do  krańca.  Wyginające  się, 

wędrujące. Dalej, dalej... 

- Zostajesz tam? - rozległ się zachrypnięty szept Olgi. 

Ruszyła naprzód. Nowe wąskie uliczki. Michaił zastanawiał się, czy znalazłby drogę 

powrotną, gdyby przypadkiem Oldze się nie udało. Nie wyobrażał sobie, jak będzie potem. 

Dom,  do  którego  dotarli,  niczym  się  nie  wyróżniał.  Mały  i  zaniedbany.  Stał  między 

innymi  podobnymi.  Drzwi  w  wąskim  zaułku.  Zamknięte  okienko.  Światło  lampy 

przedzierające się między szparami desek. 

background image

Olga kazała Miszy odwrócić się plecami. 

-  Wolę,  żeby  cię  nie  rozpoznała!  Nie  wchodź  do  środka!  Bez  względu  na  to,  co 

usłyszysz! Obiecujesz? 

Michaił przytaknął. Chciał Olgę zatrzymać, lecz nie był w stanie podnieść rąk. Stał w 

nocnym koszmarze, w którym zło miało nad nim władzę, i nie mógł uciec. Nie był w stanie 

się poruszyć. 

Olga zapukała. Rozległ się odgłos otwieranych drzwi. 

- Spóźniłaś się - odezwał się głos, niczym nie różniący się od głosu innych kobiet. 

Michaił podejrzewał, że Olga kazała mu się odwrócić, by nie rozpoznał tej kobiety. 

Olga weszła do środka. Drzwi zamknęły się. W zamku przekręcił się klucz. Zasunęła 

zasuwka. Kobieta okazała się skrupulatna. 

Czyżby którakolwiek z pacjentek usiłowała kiedyś uciec? 

Nad głową Michaiła płonęła zorza polarna. Szaleńczo. Dziko. Trupio blada, pomyślał. 

Głos  Olgi  przeszył  noc.  Michaił  poderwał  się.  W  kilku  susach  znalazł  się  przy 

drzwiach. Podniósł ręce i zaraz je opuścił. Nie mógł przecież wejść do środka. 

Słyszał rozdzierający głos Olgi. Jakby obcy. Krzyk z gardła, które nie mogło należeć 

do przyjaciółki. 

Olga nie ma takiego głosu. 

To  z  powodu  nieopisanego  bólu  głos  wydawał  się  tak  bardzo  odmieniony.  Krzyk 

sprawił, że zorza polarna wyginała się w jeszcze bardziej powykręcane kształty. Że stała się 

niemal brzydka. 

W  żadnym  domu  stojących  w  pobliżu  nie  otworzyło  się  okno.  Nie  uchyliły  drzwi. 

Michaił nie dostrzegł żadnego ruchu. Nie usłyszał jakiegokolwiek poruszenia. 

Wydawało się, jakby cała okolica wymarła. 

Naturalnie wszyscy wkoło musieli wiedzieć o praktykach tej kobiety. W tak wąskich 

uliczkach nie ma tajemnic. Michaił usiadł ciężko pod drzwiami. Oparł się o nie plecami. Nie 

miał siły stać. Olga nadal krzyczała, ale jej głos brzmiał słabiej. 

Zorza polarna nie zbladła. 

Może jej wygląd nie miał nic wspólnego z krzykiem Olgi. 

Naturalnie sąsiedzi musieli przynajmniej się domyślać. 

Michaił zastanawiał się, jak to wytrzymują, jak znoszą te hałasy. 

Olga nie była pierwsza. Nie będzie też ostatnia. 

Michaił nie rozumiał, jak ludzie mogą tu spać mimo krzyków cierpiących dziewcząt. 

Zasuwka otworzyła się. Klucz w zamku przekręcił. Zachrobotało. Rozległy się kroki. 

background image

W chwilę później Olga przestała krzyczeć. Michaił wystraszył się, że umarła. 

Nie słyszał żadnych głosów. 

Wówczas  wyszła,  ledwie  trzymając  się  na  nogach,  prosto  na  niego.  Pelerynę  miała 

zarzuconą byle jak. Michaił nie dbał o to, że kobieta zobaczy jego twarz. Babka była stara, 

pomarszczona. Na jej czole perliły się krople potu. Na jej rękach nadal widniały ślady krwi. 

- Patrzcie no - rzekła, uśmiechając się i ukazując zdumiewająco dużo zębów. - Same 

dzieci z lepszych domów. Tak, tak.  Domyślam  się,  że  i  u  was  prawa  natury  biorą  górę.  Ta 

mała nie jest zbyt twarda. Ale dzieci z lepszych domów często krzyczą najgłośniej. Idźcie już, 

przed wami daleka droga! 

Michaił  objął  Olgę.  Zawisła  na  nim  bezwładnie.  Całym  ciężarem.  Zacisnęła  ręce 

wokół jego pasa. Trzymała się na nogach chyba tylko siłą woli. 

Michaił ruszył z powrotem. Ciągnął i niósł Olgę. Sama również przebierała nogami, 

ale bardzo wolno. Michaił nie miał czasu, by czekać, aż pójdzie o własnych siłach. 

Nie  było  mowy,  by  iść  okrężną  drogą.  Chwilami  biegł,  niosąc  Olgę  na  rękach. 

Wybierał najkrótszą drogę do stajni.  Nie starał się zachowywać  cicho. Chciał tylko zanieść 

Olgę na miejsce. Tak bardzo się bał, że nie był w stanie myśleć o niczym innym. Dziękował 

zorzy  polarnej,  że  przez  jakiś  czas  pokazywała  mu  drogę.  Bez  światła  byłby  bezradny.  Nie 

trafiłby  z  powrotem  w  sieci  gęstych  bocznych  uliczek,  na  których  nigdy  przedtem  nie 

postawił swej nogi. 

Później  dziękował  zorzy  polarnej,  że  zbladła,  pofalowała  dalej  ku  północnemu  i 

wschodniemu krańcowi nieba. 

Kiedy dotarli do ulic, które znał, zrobiło się całkiem ciemno. 

Kilka razy musiał odpoczywać, by móc Olgę dźwigać dalej. Opierał ją o ścianę domu, 

stawał blisko, zasłaniając swym ciałem. 

Raz spotkali jakichś amatorów nocnych zabaw. Wtedy musiał udawać, że ją całuje. 

Ś

piew  przechodniów,  ich  pieprzne  docinki  i  śmiech  długo  rozbrzmiewały  mu  w 

uszach. 

Bliski rezygnacji i skrajnie wyczerpany wreszcie zobaczył stajnię. Przyśpieszył kroku. 

Nie było mowy o przeciśnięciu Olgi przez okienko. Michaił westchnął zrozpaczony. 

Zostawił dziewczynę samą z tyłu budynku. 

- Za chwilę wrócę! Słyszysz? Zaraz będę z powrotem! 

Skinęła głową, lecz Michaił nie był pewien, czy zrozumiała. Nie mógł teraz się nad 

tym zastanawiać. 

background image

Na  szczęście  wiedział,  gdzie  leżał  klucz,  który  zawsze  zostawiano  ukryty  gdzieś  w 

pobliżu drzwi na wypadek wybuchu pożaru. 

Noc  była  ciemna.  Michaił  nikogo  nie  widział.  U  Antonii  i  Olega  nadal  paliło  się 

ś

wiatło. 

Może powinien do nich pójść? Powiedzieć o wszystkim? 

Olga nie wyglądała dobrze. Bał się o nią. 

Ale  przecież  obiecał.  A  obietnica  to  obietnica.  Nie  może  teraz  stchórzyć.  Nie  może 

zawieść Olgi. 

Otworzył drzwi do stajni i zaraz wypadł z powrotem. Postawił Olgę na nogi. Zdołała 

sama zrobić kilka kroków. Szła obok niego. Niezbyt szybko, ale poruszała się samodzielnie. 

Kiedy znalazła się już w środku, Michaił zamknął drzwi i schował klucz na miejsce. 

Rozejrzał się. Nikogo nie zauważył. Nikogo nie usłyszał. Wokół panowała śmiertelna cisza. 

Nie sądził, by ktoś mógł ich widzieć. 

Potem wczołgał się przez okienko. Zamknął je od środka, tak by z zewnątrz wyglądało 

na nie otwierane. Poruszał się cicho. 

Olga znajdowała się w połowie drabiny prowadzącej na poddasze. Michaił zobaczył, 

jak mięśnie jej rąk drżą z wysiłku. 

Szybko wspiął się za nią. Podsadził do góry. Pomagał, jak mógł najlepiej. 

Myślami był przy oświetlonym oknie domu Olega i Antonii. Uważał, że powinni się 

dowiedzieć. 

Olga  przeczołgała  się  po  podłodze  do  swego  miejsca  na  sianie.  Michaił  otulił  ją 

wełnianymi  kocami  i  skórami.  Oddał  jej  również  swoje  skóry,  ale  mimo  to  nadal  drżała. 

Leżała skulona w kłębek i drżała. 

Płakała. 

Usiadł  niezdarnie  obok  niej.  Poczuł,  że  jest  głodny.  Poszukał  wzrokiem  koszyka  z 

jedzeniem. Zostało jeszcze sporo chleba. Olga przecież przed wyjściem nic nie jadła. Sam też 

nie był w stanie wiele przełknąć. 

Nie mógł teraz jeść. 

Ś

wiadomość  tego,  co  się  stało,  potęgowała  ssanie  w  dołku,  które  rozchodziło  się  po 

całym ciele. Nie mógł temu przeszkodzić. 

Spod  skór  wysunęła  się  ręka.  Chwyciła  jego  dłoń.  Trzymała  mocno,  jak  gdyby  był 

ostatnią nicią łączącą ją z życiem, jak gdyby ratowała się przed utonięciem. 

- To było piekło, Misza - odezwała się Olga. Potem rozpłakała się. Ale nie puszczała 

jego dłoni. 

background image

Czuł, że jest jej potrzebny. 

Dławił go ucisk w gardle. Paliło jak zgaga. Odbierało mu mowę. 

Zresztą Olga i tak nie chciała słuchać. Tylko płakała. Dygotała od płaczu. 

Michaił  nie  sądził,  by  było  jej  zimno.  Jej  dłoń  stała  się  jakby  częścią  jego  samego. 

Niemal zrosła się z jego dłonią. 

W tej chwili stanowili jedno. 

To wydawało się nawet piękne. 

Michaił bal się. Dziwnie się czuł w tej skorupie, którą stanowiło jego ciało, tej nowej 

skorupie, przypominającej ciało mężczyzny. To chyba trochę Olgę zmyliło, myślała pewnie, 

ż

e dorósł również psychicznie. Poprosiła go o pomoc jak kogoś dorosłego. Nie naśmiewała 

się z niego, że jest dzieciakiem, który ma jeszcze mleko pod nosem. 

W głębi duszy bał się i czuł się samotny, ale dla niej był pociechą. 

Michaił nie przewidział, że stanie się dla niej podporą. 

Kiedy  Olga  krzyczała,  uświadomił  sobie,  że  będzie  inaczej,  niż  mu  niejasno 

zapowiedziała. Wtedy też zrozumiał, że sama dobrze nie wiedziała, na co się decyduje. Nie 

spodziewała się, że zabieg okaże się tak bolesny i przerażający. 

Określenie „przerażający” to za mało. 

Nazwała to piekłem. 

Teraz płakała i trzymała jego dłoń przy swoim czole. Czuł na kciuku jej łzy. Twarz 

Olgi była również mokra od potu, który mieszał się ze łzami. 

- Bolało? 

Pytanie wydało mu się niezręczne, ale jedyne, które mógł zadać. 

Olga  próbowała  pewnie  się  roześmiać.  Niezbyt  się  jej  udało.  Miała  szeroko  otwarte 

oczy, z których nie przestawały płynąć łzy. Szloch zatrzymywał się gdzieś w gardle. Z trudem 

łapała powietrze. 

- Wcisnęła mi... ostry drut! Wpychała go coraz głębiej i głębiej - mówiła Olga obco 

brzmiącym szeptem. Poruszała ustami. Płakała. Połknęła kilka łez. Z trudem przekręciła się 

na plecy. Trzymała kolana uniesione do góry, rozsunięte daleko od siebie. Utworzyły góry z 

doliną  pośrodku  i  łąkami  ze  skór  reniferów.  -  Obracała  nim!  -  wybełkotała.  Jej  paznokcie 

wbiły się w skórę Michaiła. Nie puszczała jego dłoni. Nie chciała puścić za żadną cenę. - Nic 

nie mówiła. Nawet nie kazała mi być cicho. Tylko wpychała ten drut. Niemal udławiła mnie 

wódką. 

Odetchnęła szeroko otwartymi ustami. Jej piersi wyraźnie unosiły się i opadały. 

background image

Przetaczające  się  morskie  fale.  Morze  uderzające  o  nagą  skalę.  Wolne,  ciężkie 

uderzenia, które tak pięknie wygładzają kamienie. 

Michaił nie miał pojęcia, dlaczego wszystko zawsze kojarzy mu się z morzem. 

Położył się obok Olgi.  Wsunął wolne ramię pod jej kark. Wydawało się, że jest mu 

wdzięczna. Wygodniej ułożyła głowę. 

Nie wiedział, co się zmieniło w jej twarzy. Jeśli pominąć łzy i ból. Wiedział jednak, że 

po tym, co się stało, Olga nigdy już nie będzie taka sama. 

Będzie inna. Odmieniona. 

- Pokazała mi... zawiniątko... Płacz przeszedł w gwałtowny szloch. Zacisnęła powieki. 

Michaił czuł nienawiść nie tylko do Walerija. Znienawidził również tę kobietę, która zadała 

Oldze tak okrutny ból, choć dostała sowitą zapłatę. 

- Nie powinienem był ci pomagać! - jęknął. Ta świadomość pojawiła się zbyt późno. 

Powinien zachować się po męsku i powiedzieć wczoraj „nie”. - Powinienem był ci odmówić. 

- Wtedy poszłabym sama! Michaił przysunął czoło do czoła Olgi. Było śliskie od potu. 

Mokre i zimne. Przeraził się. 

- Ty marzniesz! 

- Nie marznę! - zaprzeczyła ochrypłym  głosem, którego nie znał. - Zostań! Trzymaj 

mnie, Misza! Dziękuję! Dziękuję, że tam ze mną poszedłeś. Dziękuję, że jesteś tutaj. Teraz... 

Dumna Olga nigdy aż do wczoraj go o nic nie prosiła. Teraz znowu go potrzebowała. 

Nie mógł jej odmówić. Nie potrafił mówić „nie”, gdy ktoś go o coś prosił. 

Olga  bardzo  cierpiała.  Czuła  się  gorzej,  niż  mógł  sobie  wyobrazić.  Ból  sprawiał,  że 

zlewała się potem. Ból niepodobny do niczego, co Michaił był w stanie pojąć. 

Urodził się chłopcem. 

Milczał. Tłumił krzyk. Zagryzł wargi do krwi, by powstrzymać płacz. 

Nie miał prawa płakać. Nic go nie bolało. Nikt nie wiercił drutem w jego ciele. 

Milczał.  Leżał  cicho  obok  Olgi.  Trzymał  ją  za  rękę.  Nie  cofnął  drugiego  ramienia, 

które służyło jej za poduszkę, chociaż poczuł, że zdrętwiało. 

Tyle mógł dla niej wytrzymać. To drobiazg. Nieporównywalny z jej bólem. 

A  to  bezczelne  babsko  powiedziało,  że  Olga  nie  jest  twarda!  Że  nie  potrafi  znosić 

bólu! 

Michaił nie zdołał zacisnąć pięści, choć miał na to ochotę. 

Po  jakimś  czasie  Olga  uspokoiła  się.  Jednak  jej  ciałem  długo  jeszcze  wstrząsały 

dreszcze. Michaiła ogarnął lęk. 

background image

W końcu Olga zasnęła. Jej oddech wyrównał się. Tylko od czasu drgnęła przez sen. 

Jęknęła słabo. 

Łzy płynęły jej z oczu jeszcze długo po tym, jak upewnił się, że śpi. 

Kiedy  strużki  wzdłuż  policzków  również  przestały  płynąć  i  wyschły,  Michaił  nabrał 

pewności, że mocno zasnęła. Wtedy odważył się wstać. 

Podnosił  się  powoli  i  ostrożnie.  Nie  chciał  Olgi  obudzić.  Jeżeli  ktokolwiek 

potrzebował teraz odpoczynku, to właśnie ona. 

Cicho odszukał w ciemności koszyk z jedzeniem. Odłamał kawałek chleba i zjadł go. 

Czuł wyrzuty sumienia, że w takiej chwili może być głodny. 

Przełknął  chłodny  kwas  chlebowy.  Skrzywił  się.  Nie  przywykł  do  tak  mocnego 

napoju. Zastanowił się, czy może Olga w pośpiechu nie pomyliła się i zabrała piwo Antonii 

zamiast kwasu. 

W  każdym  razie  ugasił  pragnienie,  niezależnie  od  tego,  co  to  było.  Napełnił  pusty 

ż

ołądek. Rozbolał go brzuch. Michaił zawstydził się również z tego powodu. 

Odstawił  butelkę  z  kwasem  na  miejsce  do  koszyka.  Musiał  przy  tym  oprzeć  się  o 

podłogę. Dotknął czegoś ciemnego, lepkiego. 

W mroku nie widział, co to takiego. 

Serce waliło mu ciężko. Niemal wyskoczyło z piersi przez żebra. 

Gdzie,  do  diabła,  jest  krzesiwo,  które  Olga  miała  zabrać  z  domu?  Szukał  wkoło 

koców, wokół koszyka. Wyjął wszystko z koszyka i sprawdził po omacku, czy nie leży gdzieś 

na dnie. 

I nic. 

Szukał w pobliżu lamp. Kręcił się po poddaszu i usłyszał, że konie na dole zaczęły się 

denerwować. Niektóre zarżały. Nie przejął się tym. 

Gdzie to cholerne krzesiwo! 

Otworzył okienko. Nie sądził, by to coś pomogło, ponieważ nieprzenikniona ciemność 

nocy również niewiele mogła ujawnić. 

Ale  wróciła  zorza  polarna.  Wiła  się  przymilnie  nad  Archangielskiem,  nad  Dwiną  i 

Morzem  Białym.  Zawisła  grubą  warstwą  nad  dachem  stajni.  Aż  po  brzegi  wypełniało  ją 

lodowate światło, które zatańczyło nad głową Michaiła. Oświetliło jego bladą dłoń, którą wy-

sunął  przez  okienko.  Malowało  jego  skórę  na  biało.  Migotało  nad  czerwonymi  plamami  na 

jego ręce. 

Wpuścił  zimne  powietrze.  Zorza  polarna  pojawiała  się  tylko  przy  takim  mrozie  jak 

dziś. 

background image

Michaił jak oszalały zdarł z Olgi skóry i koce. Odrzucił je na bok. Podwinął spódnice. 

Popatrzył, chociaż nie chciał. 

Na nogach Olgi aż po kostki zobaczył krew. 

Otulił  dziewczynę  z  powrotem.  Zamknął  okienko.  Potknął  się  w  ciemności, 

przeklinając  krzesiwo,  którego  nie  mógł  znaleźć.  Niemal  zeskoczył  na  dół,  pokonując  po 

cztery - pięć szczebli drabiny. Wypadł przez okienko na dole. 

W oknie u Antonii i Olega już nie paliło się światło. 

Tak mocno walił do drzwi, że omal ich nie wyważył. 

background image

13 

- Pędź po matkę co koń wyskoczy! - Oleg prawie wyrzucił Michaiła za drzwi. 

Nie minęło dużo czasu od chaotycznej relacji Michaiła, którą zdał jeszcze w drzwiach, 

a momentem, kiedy Olga znalazła się w domu. 

Nikt  nie  czynił  mu  wymówek,  ale  Michaił  czuł,  że  awantura  wisiała  w  powietrzu. 

Zasłużył na nią. 

-  W  powrotnej  drodze  zabierz  też  Nikołaja!  -  dodał  Oleg  groźnie,  zanim  Michaił 

zniknął. 

Rozświetlone  zorzą  polarną  niebo  czyniło  z  nocy  bladożółty  dzień.  Cichy, 

nierzeczywisty dzień. Jedynie Michaił był świadkiem tego zjawiska. Nikt inny nie wychodził 

teraz z domu. Nikt nie obserwował ruchomych malowideł na płótnie nieba. 

Przejechał  przez  zamarzniętą  Dwinę.  Obok  wydeptanego  śladu.  Pędził,  czując  zorzę 

polarną depczącą mu po piętach. Wiła się za nim, jak gdyby chciała przysmalić kopyta jego 

koniowi, jak gdyby chciała go omotać i pociągnąć ze sobą. 

Matka spała. Znowu Michaił musiał długo pukać do drzwi, zdzierając niemal skórę z 

kostek palców. 

-  Na  Boga,  chłopcze!  Co  się  stało?  -  spytała  Raija.  Miała  rozpuszczone  włosy, 

zarzuciła  szal  na  koszulę  nocną.  -  Dlaczego  nie  jesteś  w  Archangielsku?  Czy  stało  się  coś 

złego? - jej głos brzmiał ostro. Wzrokiem błądziła ponad ramieniem syna ku niebu. 

Teraz zorza polarna wyginała się dla niej. Teraz wykonywała taneczne kroki tylko dla 

niej.  Chciała  ją  zaprosić  do  góry,  ale  Raija  miała  jeszcze  do  zrobienia  wiele  kroków  tu  na 

ziemi. 

Raija ubierała się, a Michaił tymczasem opowiadał. Niechętnie. Tylko o dzisiejszym 

wieczorze. 

O nic nie pytała. Wzięła tylko ze sobą swoje słoiczki z ziołami, ususzonymi wczesną 

jesienią zeszłego roku. 

- Wpadnę jeszcze po Nikołaja - rzucił Michaił. 

Wybrał  inną  drogę  niż  Raija.  Obawiał  się  ewentualnych  pytań.  Wiedział,  że  trudno 

będzie rozmawiać, pędząc na łeb na szyję, ale mimo to nie chciał jechać z matką. 

Michaił bał się jej myśli. Bał się, że przyjdzie jej do głowy, że to jego dziecko. Przez 

ten czas powinna zrozumieć, że to nie on jest ojcem. 

Oleg chciał rozmawiać z Nikołajem! 

background image

Ale nikt nie powinien też podejrzewać, że to sprawka Nikołaja! 

Tylko Olga może powiedzieć, jaka jest prawda. Choć Michaił też wiedział, uważał, że 

nie ma prawa niczego wyjaśniać. 

Dobry Boże! Oldze nie może się stać nic złego. Nic więcej! Olga musi żyć! 

Wokół niej było tyle krwi. 

Michaił znowu stanął na progu i pukał do drzwi. To kolejne drzwi tej nocy. Drzwi w 

różnych miejscach miasta. 

Otworzył człowiek - do - wszystkiego w domu Nikołaja, gotowy zrzucić ze schodów 

każdego intruza. 

- Michaił Byków - przedstawił się Michaił. - W bardzo ważnej sprawie! - przecisnął 

się  obok.  Znał  drogę  do  sypialni  Nikołaja.  Pokonał  schody  po  dwa  stopnie.  Nie  pukając, 

wpadł do środka. Wyrwał Nikołaja ze snu. - Ubieraj się! Ty też musisz przyjść! - wykrztusił 

zdyszany. 

Nikołaj przyjął to z takim spokojem, że Michaił miał ochotę nim mocno potrząsnąć, 

ale  się  powstrzymał.  Opadł  na  fotel  stojący  przy  palenisku.  Na  moment  ukrył  twarz  w 

dłoniach. Spostrzegł, że ma gołe ręce. Przypomniał sobie, że rękawiczki zostały na poddaszu 

nad stajnią. Całe dłonie miał czerwone. Poruszanie palcami sprawiało mu ból. 

Pewnie  je  odmroził,  lecz  nie  był  w  stanie  tym  się  teraz  martwić.  To  nie  miało 

większego znaczenia. 

- Wybuchło piekło - rzekł Michaił. 

-  Podejrzewam,  że  wiąże  się  to  z  pieniędzmi,  które  ci  pożyczyłem.  -  Nikołaj  wstał. 

Ubrał się. Trwało to dość długo. 

Michaił skinął głową. 

-  Potrzebowałem  ich  dla  Olgi  -  odparł  ponuro.  -  Dała  je  dziś  wieczorem  pewnej 

znachorce. 

-  Znachorce?  -  Nikołaj  niezupełnie  rozumiał.  Po  chwili  spytał  z  niedowierzaniem:  - 

Olga? 

Michaił potwierdził. 

- Bardzo teraz krwawi. 

-  Jest  sama?  Michaił  podniósł  głowę.  Płakał.  Tutaj  mógł  sobie  na  to  pozwolić.  Nie 

zdołał dłużej się powstrzymać. 

- Nie. Zaniosłem ją do domu. Nie mogłem pozwolić jej umrzeć. Żadne obietnice nie są 

tego  warte.  Rozumiesz,  obiecałem  Oldze,  że  nikomu  nie  powiem,  ale  nie  mogłem  jej 

pozwolić się wykrwawić! 

background image

- Czy to twoje dziecko? O Boże, chyba nie twoje, Misza? 

- Oszalałeś? Nikołaj westchnął. 

- Przepraszam! - Stał w milczeniu zamyślony. - Chyba nie Walerija? - spytał ostro. - 

Chyba nie zdarzyło się to w czasie naszej wyprawy? Walerij nie miał ku temu możliwości. 

- Miał - odparł Michaił. 

-  Ostatniej  nocy  w  klasztorze!  -  Nikołaj  przeczesał  włosy  palcami.  -  Powinienem 

nocować w tym samym pokoju, co on! Ale nawet nie przyszło mi to do głowy! Do diabła! 

Olga jest jeszcze dzieckiem! 

Przyniósł  z  szafy  butelkę.  W  palcach  trzymał  dwa  kieliszki  na  wysokich  nóżkach. 

Napełnił oba. Podał jeden Michaiłowi. Napój połyskiwał złociście i mienił się jak miedź. 

-  Myślę,  że  jesteś  już  na  tyle  dorosłym  mężczyzną,  Misza,  że  możesz  się  napić 

koniaku. 

Michaił wypił. Wziął zbyt duże łyki, zakrztusił się, ale przełknął. Popłynęły mu łzy. 

-  To  ci  pozwoli  trochę  się  uspokoić  -  rzekł  Nikołaj.  Nalał  jeszcze  jeden  kieliszek, 

wyraźnie dając Michaiłowi do zrozumienia, że to ostatni. - Powinniśmy porozmawiać o tym, 

co się stało. A potem wybierzemy się do Toni i Olega. Zasłużyłem na wymówki z ich strony. 

To ja odpowiadałem za bezpieczeństwo Olgi. - Nikołaj pokręcił głową. Westchnął ciężko. - 

Ale  najpierw  musisz  dojść  do  siebie,  chłopcze.  Przeżyłeś  chyba  prawdziwe  piekło. 

Opowiadaj.  Nie  łamiesz  żadnych  obietnic.  Zapewniam  cię,  że  to,  co  mi  powiesz,  nie 

wydostanie się dalej. - Zamilkł na chwilę i dodał: 

- A o tej pożyczce możesz zapomnieć. Nie ma sensu, byś ją spłacał. To ja powinienem 

wyłożyć pieniądze. 

Michaił poczuł ciepło w żołądku, mrowienie w odmrożonych dłoniach. Alkohol trochę 

rozwiązał mu język. Chłopak rozpłakał się. Potrzebował tego. 

-  Nie  pytaj  i  nic  nie  mów,  tylko  coś  zrób!  -  Antonia  pomogła  Raiji  zdjąć  futrzaną 

kurtkę i szal. Przytrzymała worek, w którym Raija przyniosła słoiczki z ziołami. 

-  Jest  potwornie  okaleczona!  Zmyłam  trochę  krwi,  ale  nadal  krwawi.  Chciałabym 

dostać tę kobietę w swoje ręce! Związałabym ją i potraktowała dokładnie tak samo! 

Raija podwinęła rękawy sukni. Popatrzyła na Antonię. 

- Może powinien ją zbadać lekarz? 

-  Myślisz,  że  o  tym  nie  myślałam?  Ale  takie  zabiegi  są  karalne.  Nie  chcę,  by  Olga 

trafiła do więzienia! 

background image

-  Antonia  była  blada.  -  Jeżeli  jej  życie  będzie  zagrożone,  wtedy  ostatecznie  wezwę 

lekarza. Zapłacę mu za milczenie, ile zechce. I tak pewnie plotki wkrótce się rozniosą się po 

mieście. Licho wie, u kogo ona była. Spójrz na nią, Raija! Zrób coś dla mojego dziecka! 

Oleg  siedział  na  brzegu  łóżka  córki.  W  swych  wielkich  dłoniach  trzymał  jej  drobną 

dłoń. 

- Jest jeszcze ktoś, kogo również z chęcią bym zamordował - syknął między zębami. - 

Do tego trzeba dwojga! 

Raija  westchnęła.  Wyjęła  dwie  buteleczki  i  podała  Toni.  Poprosiła  ją,  by  zrobiła 

wywar z ziół. 

- Kiedy Olga się obudzi, powinna trochę wypić. 

- Ale co teraz? - Antonia zerknęła na Raiję. - Raija? Co teraz zrobisz? 

- Nie wiem - odparła Raija. Popatrzyła na swoje ręce. Proste paznokcie, pulchne palce. 

- Nie wiem, Toniu. Nie wiem, czy jeszcze jestem w stanie coś zrobić. Ta zdolność na długo 

mnie opuściła. Nie posiadam jej od śmierci Jewgienija. Nie wiem, czy cokolwiek potrafię, ale 

spróbuję. 

Raija  usiadła  po  drugiej  stronie  łóżka  na  samym  brzegu.  Poszukała  dłońmi  bioder 

Olgi. Ułożyła ręce tak, że opuszki palców obu dłoni spotkały się na brzuchu chorej, niczym w 

modlitwie. 

Nigdy  nie  mogła  wydobyć  tej  siły  na  zawołanie.  Ale  czasami  pojawiała  się,  gdy 

pragnęła jej bardziej gorąco niż czegokolwiek innego. 

Ta moc nie należała do niej, ujawniała się jedynie za pośrednictwem Raiji niezależnie 

od jej woli. I tak samo wykorzystywała Raiję, jak Raija wykorzystywała ją. 

Raija  nie  potrafiła  jej  nazwać.  Nie  chciała  znać  jej  nazwy.  Potrafiłaby  żyć  bez  owej 

zdolności. Mimo to raz po raz objawiała się, również w momentach, kiedy błagała, by mogła 

stać się narzędziem tych sił, których ani nie rozumiała, ani nie chciała zrozumieć. 

- Zostawcie mnie z Olgą samą! - poprosiła. Oleg niechętnie wstał i odsunął się. - Jeżeli 

sobie  nie  poradzę,  powiem  wam  o  tym  -  dodała  poważnie.  -  Ja  także  kocham  Olgę.  Jeżeli 

okaże się, że jestem bezradna, sama sprowadzę do niej lekarza. To nie żarty! 

Oleg  skinął  głową.  Pociągnął  za  sobą  Antonię  do  kuchni.  Przymknął  drzwi, 

zostawiając tylko wąską szparę. 

Raija zamknęła oczy. Wszystko w niej krzyczało, że to nie za sprawą Michaiła Olga 

zaszła w ciążę. To nie on! Nie wiedziała, co by mu zrobiła, gdyby to on okazał się ojcem. 

Myśli o synu rozpraszały ją. Starała się od nich uwolnić. Oczyścić umysł ze złości czy 

wzruszenia. Wypełnić go tylko chęcią niesienia pomocy. 

background image

Musi doprowadzić się do stanu takiej rozpaczy, by móc otworzyć się na tę moc. Musi 

ofiarować Oldze siebie, wszystkie swe siły. 

Kiedy  przyszli  Nikołaj  z  Michaiłem,  w  pokoju  od  dłuższej  chwili  panowała  cisza. 

Ś

miertelna cisza. Ani Oleg, ani Antonia nie mieli odwagi szerzej uchylić drzwi z obawy, by 

nie przeszkadzać Raiji. 

Ale  oboje  stali  blisko  wąskiej  szczeliny  i  nasłuchiwali.  Jednak  nic  nie  słyszeli.  Nie 

mogli też nic zobaczyć, bo szpara w drzwiach nie ukazywała właściwej części pokoju. 

-  Czuję  się  odpowiedzialny  za  to,  co  się  stało  -  odezwał  się  Nikołaj  i  stanął 

wyprostowany przed Olegiem. 

- Czy to było twoje dziecko? - głos Olega brzmiał złowieszczo spokojnie. Dziurki jego 

nosa drżały. Uśmiechał się jak w chwilach, kiedy był naprawdę wściekły. 

- Czy nie należałoby pozostawić Oldze decyzji, komu i o czym powiedzieć? - spytał 

Nikołaj. 

- Jestem jej ojcem! Mam prawo znać prawdę! Jeżeli ty albo Misza coś wiecie, żądam, 

byście  mi  to  wyjawili! Olga  mieszka  pod  moim  dachem.  Jest moim  dzieckiem.  -  Oddychał 

przez zęby. - I własnoręcznie dałbym w gębę draniowi, który ją uwiódł. Podbiłbym mu oczy. 

Zmiażdżyłbym nos! Wybił wszystkie zęby! 

- I połamał wszystkie kości - dodała Antonia zmęczona. - Żeby nie uciekł, kiedy będę 

mu obcinać przyrodzenie. - Westchnęła. - Jesteśmy źli. Wściekli. Rozczarowani. Śmiertelnie 

przerażeni. Zrozumcie nas! To musiało się zdarzyć w drodze do Kem. Oleg i ja nie jesteśmy 

tacy głupi. Taka ewentualność daje nam trzy rozwiązania. A może winę ponosi ktoś, o kim 

nie  wiemy.  Jestem  bardzo  zmęczona.  Nie  zamierzam  nikogo  zetrzeć  na  proch.  O  ile  wiem, 

Olga chciała tego, co się stało. Widzimy w niej dziecko, ale ona nie jest już tylko dzieckiem. 

Nie była nim również jesienią, Oleg. 

- Do diabła, ona nadal jest dzieckiem! 

- Ona jest dzieckiem dla ciebie, Oleg, ponieważ jest twoją córką! - Antonia odgarnęła 

włosy  z  czoła.  -  Ale  ty  oglądasz  się  za  dziewczętami  w  jej  wieku.  Patrzysz  na  nie  tak,  jak 

mężczyzna patrzy na kobietę. Nie próbuj nawet zaprzeczać. Lina była niewiele starsza, kiedy 

z nią sypiałeś. Nie zmuszaj mnie, bym rozdrapywała sprawy bolesne dla nas obojga! 

-  Nie  wiem,  czy  to  by  cokolwiek  naprawiło  -  wtrącił  Nikołaj.  -  Niczego  nie  da  się 

cofnąć.  Nie  wiem  nawet,  do  kogo  Olga  się  zwróciła.  Michaił  nigdy  przedtem  nie  bywał  w 

tamtych rejonach, ale sądzi, że mógłby trafić do owej znachorki. Musimy się też liczyć z tym, 

ż

e sprawa wyjdzie na jaw. Ludzie będą gadać. Jeżeli Olga zechce, to jestem gotów się z nią 

ożenić. Wtedy może się uda uniknąć głośnego skandalu. 

background image

- Czy to było twoje dziecko? 

Nikołaj rzucił szybkie spojrzenie na Michaiła. Ten zacisnął usta. 

-  Nie  obiecywałem  Oldze,  że  będę  milczał.  Jednak  nadal  uważam,  że  Olga  sama 

powinna wszystko wyjaśnić. Nie wiedziałem o niczym, zanim Michaił nie przyjechał po mnie 

dziś w nocy. - Uśmiechnął się zmęczony. Zrezygnowany. - Tylko jeden z nas nie traktował 

Olgi jak nieznośnego dzieciaka, który na siłę wepchnął się do naszego towarzystwa. Przykro 

mi, że tego nie dostrzegłem, ponieważ to ja ponosiłem odpowiedzialność zarówno za nią, jak i 

za innych. 

-  Walerij  Uskow!  -  rzucił  Oleg  ciężko.  -  Powinienem  był  się  domyślić!  Jak  długo 

Uskowowie  będą  nad  nasze  głowy  ściągać  burzowe  chmury?  Nachodzi  mnie  ochota,  by 

podszepnąć gubernatorowi, gdzie ukrywa się pewien poszukiwany zbieg z wojska. 

- Czy to miałoby jakiś sens? - spytał Nikołaj. - To niczego nie zmieni, prawda? Jeżeli 

Olga zechce, może zostać moją żoną. Teraz lub później. 

-  A  jeśli  spotkasz  kobietę,  którą  naprawdę  pokochasz?  -  zastanowiła  się  Antonia 

zmartwiona. - Nie chciałabym, abyś cokolwiek robił wbrew sobie, Nikołaj. Nie wiadomo, czy 

będzie jeszcze mogła mieć dzieci. To nie była umiejętna robota, mogę cię zapewnić! 

- Mimo to nie cofam mojej propozycji - zapewnił Nikołaj z powagą. - Co prawda nie 

zastanawiałem  się  dłużej  niż  kilka  godzin,  ale  nie  cofam  słowa.  Stanowi  to  pewne 

rozwiązanie, przynajmniej dla Olgi. 

Antonia skinęła głową. 

-  Pomyślimy  nad  tym.  Ale  to  Olga  musi  zdecydować.  Nie  chciałabym  jej  do 

czegokolwiek  zmuszać.  Pragnę  szczęścia  mojego  dziecka,  Nikołaj.  Poza  tym  uważam,  że 

jeszcze jest młoda. Nie wzdychała do ciebie. Mam nadzieję, że Olga zwiąże się z mężczyzną, 

którego pokocha. 

Michaił nie odzywał się. W jednej chwili znowu poczuł się jak dziecko. Przez prawie 

cały  wieczór  i  pół  nocy  odnosił  wrażenie,  że  jest  dorosły.  Teraz  nikt  nie  zwracał  na  niego 

uwagi. Traktowali go smarkacza, nawet nie czynili mu wymówek. 

Może mógł odwieść Olgę od powziętego zamiaru... 

Jednak nikt nie wspomniał o tym ani słowem. Nie wyrzucali mu, że postąpił źle, że 

mógł jej to wybić z głowy. 

Tak bardzo jeszcze był chłopcem. Tak mało mężczyzną. 

- Czy uda ci się odnaleźć to miejsce? - spytał Oleg. Musiał powtórzyć pytanie, zanim 

Michaił zrozumiał, że zwraca się do niego. 

background image

-  Możemy  trafić,  idąc  po  śladach  krwi  -  zauważył  Oleg.  Zmarszczył  czoło.  - 

Zakończmy te rozmowy na dziś. Trzeba zacząć działać. - Skrzywił się. - Czasem to dobrze 

mieć dość pieniędzy, by móc przekupić ludzi lub wykupić się od wielu kłopotów. To wbrew 

moim przekonaniom, ale jeszcze ten jeden raz zapłacę. - Spojrzał na Nikołaja. - Czy możesz 

odnaleźć  Jurija?  Wygląda  na  to,  że  Olga  uknuła  z  nim  niejeden  spisek.  Potrzebne  mi  będą 

sanie gotowe do drogi. Zapas jedzenia, który wystarczy na długo. Ciepłe koce. Jurij powinien 

otrzymać solidne wynagrodzenie. A pewna dama obietnicę beztroskiego życia w Onedze. 

Nikołaj pokiwał głową z uznaniem. 

- Możliwe, że się zgodzi. 

- Może wybierać: albo to, albo zgłoszenie na policję. Wiem, że może narażam Olgę, 

ale  ogarnia  mnie  taka  złość  na  tę  babę,  że  jestem  gotów  to  zrobić.  Nie  dam  jej  czasu  do 

namysłu. Misza, prowadź mnie do tej kobiety, do której poszła Olga! 

Udali się najprostszą drogą i bez trudu odnaleźli właściwy dom. Noc była jasna. Zorza 

polarna  nadal  obmywała  niebo.  Dokładnie.  Przecierała  każdą  plamkę.  Polerowała  każdą 

gwiazdę, że lśniły jak dobrze utrzymana miedź. 

Tu  i  ówdzie  widniały  na  śniegu  plamy  krwi.  Michaił  nogą  zasypywał  każdą  z  nich. 

Pewnie  to  dziecinny  odruch  próby  ukrycia  tego,  co  być  może  nie  powinno  zostać  zatarte. 

Jednak nie mógł przejść obojętnie. 

Nie był w stanie. 

- Czy to tutaj? Przystanęli w wąskiej uliczce. Domy tkwiły przy niej nieme, milczące, 

leniwe. Michaił ujrzał te same ściany, te same zamknięte drzwi i okna, całą tę nędzę. 

Zrobiło mu się niedobrze. 

Znowu usłyszał krzyki Olgi. Nie milkły. 

Skinął głową. 

Oleg zapukał. 

Jakiś głos ze środka chaty spytał podejrzliwie, kim są. 

- Dziś w nocy była u ciebie moja córka. 

- Nie rozumiem, o czym mówisz. 

- Mam dla ciebie propozycję - rzekł Oleg. Walczył z sobą, by zachować spokój i nie 

wedrzeć  się  siłą  do  środka.  -  Zamierzałem  ci  ją  po  prostu  kiedyś  przedstawić.  Nie  chcesz 

chyba, żebym tak tu stał i krzyczał. Sądzę, że twoi sąsiedzi słyszą to, co chcą słyszeć. 

Po  chwili  Michaił  usłyszał  odgłos  otwieranej  zasuwy,  zgrzyt  klucza  w  zamku. 

Dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej. 

background image

Nie  wytrzymał.  Cofnął  się  nieco  w  dół  uliczki.  Stanął  w  cieniu,  kiedy  drzwi  się 

otworzyły  i  ukazała  się  w  nich  do  połowy  kobieca  postać.  Oleg  musiał  się  schylić, 

przechodząc przez próg. 

Olga zmieściła się wyprostowana. 

Michaił znowu został na zewnątrz. Nie  chciał wiedzieć, co się dzieje w środku. Nie 

chciał po raz drugi widzieć tej kobiety. 

Nie  chciał  znać  słów,  które  padły  w  chacie.  Najchętniej  spaliłby  tę  norę,  ale  wtedy 

pożar pochłonąłby pół Archangielska. 

Michaił zdawał sobie z tego sprawę. 

Zorza polarna machała do niego. Tworzyła mosty, po których niemal mógłby przejść. 

Tam, gdzie niebo spotykało się z ziemią, daleko, daleko stąd, palce zorzy polarnej muskały 

również  ziemię.  Tam  mógłby  wsiąść  na  tego  żółtego  konia,  galopującego  po  niebie,  i 

odjechać  daleko  od  wszystkiego,  co  trudne,  uciec  od  wszystkiego,  co  przygniata  piersi, 

popędzić prosto na niebo. Wybrać najpiękniejszą gwiazdę jako lampę. 

Oleg wyszedł na uliczkę. Uczynił ruch głową. Nie wymienił żadnych imion. Tu, gdzie 

ś

ciany są tak cienkie, nawet szept nie mógłby pozostać tajemnicą. 

- Przyprowadź sanie! Zgodziła się. Zostanę, aż odjedzie. 

Michaił pobiegł do stajni, tam  gdzie położył Olgę nie tak dawno temu.  Zmęczył się 

tak, że poczuł w ustach smak krwi, kiedy dotarł na miejsce. 

Nikołaj i Jurij czekali przy koniach. Grali w kości. 

- Wiem, gdzie to jest - rzekł Jurij, kiedy Michaił zamierzał wsiąść do sań. - Antonia 

powiedziała mi, co się stało. To ja podałem Oldze adres znachorki. Nigdy bym nie pomyślał, 

ż

e  potrzebowała  tej  informacji  dla  siebie.  Jest  przecież  jeszcze  dzieckiem!  -  Zamyślił  się.  - 

Mógłbym pozbyć się tej kobiety gdzieś po drodze. 

Nikołaj potrząsnął głową. 

- Nie sądzę, by Oleg tego chciał. Krwawa zemsta do niczego nie prowadzi. Są pewnie 

i  takie  kobiety,  które  darzą  znachorkę  wdzięcznością  za  to,  co  dla  nich  zrobiła.  Byle  tylko 

wyjechała, zanim zrobi się jasno. Bóg jeden wie, ile jeszcze potrwa ta noc! 

- Nie wiem, czy odważę się wejść. - Michaił popatrzył na dom. Słabe światło lampy 

przyprawiło go o dreszcze. 

-  Odsłoniły  w  pokoiku  zasłony  -  wskazał  ręką  Nikołaj.  W  jego  głosie  pojawiła  się 

nowa nadzieja. 

-  Mama  je  rozsunęła,  kiedy  przyjechaliśmy  -  Michaił  wydawał  się  zakłopotany. 

Zerknął w niebo. Nie wiedział, czy to, co zobaczył, było dobrym znakiem, czy nie. - Jest coś 

background image

takiego  w  zorzy  polarnej  -  dodał.  Odrobinę  uniósł  kącik  ust.  -  Nie  wiem.  Coś...  -  wciągnął 

powietrze.  Wypełnił  brzuch  i  płuca.  -  Zwykle  się  udawało,  kiedy  Raija  podejmowała  się 

czegoś  podczas  zorzy  polarnej.  Wiem,  że  to  brzmi  głupio,  ale  to  prawda.  Nie  rozumiem, 

dlaczego tak się dzieje. 

- Twoja matka jest kobietą, którą nie wszyscy są w stanie zrozumieć. Ani do końca, 

ani nawet tylko powierzchownie - zauważył Nikołaj. 

I Michaił odniósł wrażenie, że Nikołaj dostrzegał w Raiji coś więcej. Tak jakby mówił 

o  zupełnie  innym  człowieku,  a  nie  o  jego  matce.  Tak  jak  wtedy  w  Kem,  kiedy  Nikołaj 

powiedział, że pani Norkin obawia się jego zbytniej sympatii dla Raiji. Kiedy powiedział, że 

Raija jest piękna. Wtedy Michaił go nie rozumiał. 

Tak, Raija jest piękna. Ale jest jego mamą! Przede wszystkim mamą. Michaiłowi nie 

mieściło się w głowie, że można na nią patrzeć inaczej. 

Nikołaj klepnął Michaiła po ramieniu. Objął go po przyjacielsku. 

- Razem wejdziemy do środka, ty i ja. Może nasze dobre myśli coś pomogą? 

Michaił uważał, że to również brzmiało idiotycznie, ale nic nie powiedział. Czuł się 

zmęczony. Tak zmęczony, że nie miał nawet siły pomyśleć o spaniu. 

Antonia popijała kwas.  Patrzyła spod oka na niedomknięte drzwi. Wydawało się, że 

odczuła ulgę na widok Nikołaja i Michaiła. 

- Zgodziła się? 

-  Wyjedzie  -  odparł  Michaił  ochrypłym  głosem.  Antonia  poczęstowała  ich.  Cieszyła 

się,  że  może  coś  robić.  Jej  ręce  nie  mogły  znaleźć  spokoju:  wygładzały  coś,  poprawiały, 

przesuwały. Cały czas musiały być w ruchu. 

- Zorza polarna... - Antonia popatrzyła w niebo znad krawędzi blaszanego kubka. Nie 

wyjęła  szklanek  na  kwas.  -  Nigdy  nie  widziałam  podobnej.  Tak  rozległej  i  świecącej  tak 

długo... - Na twarzy Antonii malowała się rozpacz. Jej palce tworzyły niemal zagłębienia w 

kubku, tak mocno je na nim zaciskała. - Twoja matka... - spojrzała na Michaiła. - Raija... ist-

nieje  jakiś  związek  między  nią  a  zorzą  polarną.  To  brzmi  niemądrze,  ale  czuję  to.  Wiem  o 

tym. Z Raiją wiąże się wiele dziwnego. A ten związek należy do najmniej dziwnych. Chyba. 

Czuję coś złego. 

- Zorza polarna jest zwykle dla mamy dobra - wtrącił Michaił. Starał się, by jego głos 

brzmiał  uspokajająco.  Starał  się  być  tak  dorosłym,  jak  był  dla  Olgi,  kiedy  wieczór  jeszcze 

chodził w dziecięcych bucikach. - Zwykle wszystko jej się wtedy udaje - dodał niezręcznie. 

Dziecinnie. Zabrzmiało to nierozsądnie, ale nie znalazł słów, dzięki którym zabrzmiałoby to 

bardziej dorośle. Nie był jeszcze dorosły. Był chłopcem. I bał się. Potwornie bał się o Olgę. 

background image

A teraz za sprawą Toni zaczął się bać również o Raiję. 

Antonia  widziała,  jak  zorza  polarna  rozwiewa  się  i  blednie.  Oddala  się.  Jakby 

pochłaniało ją nocne niebo. Gwiazdy świeciły jasno. 

Wkrótce będzie ranek. 

- Nie wytrzymam tego! - rzuciła. Wstała i otworzyła drzwi do pokoiku, zanim Nikołaj 

i Michaił się zorientowali, co zamierza zrobić. - Dobry Boże! - usłyszeli stamtąd. 

Nie zmieścili się obaj w drzwiach i utknęli w progu. 

Do  środka  sypialni  wpadało  blade  światło.  Nadal  jakaś  potężna  dłoń  bawiła  się 

pędzlem,  malując  nad  Archangielskiem  zorzę  polarną.  Nadal  tworzyła  blade  smugi  światła, 

ale słabsze, coraz słabsze. 

Olga  leżała  cicho,  przykryta  cienkim  kocem.  Słyszeli  jej  oddech.  Zobaczyli,  że  na 

policzki wróciły jej kolory. Na brzuchu Olgi spoczywały ręce Raiji. 

Raija, klęcząc na podłodze, leżała dziwnie nieruchomo oparta o brzeg łóżka. 

Antonia uklęknęła obok niej. 

- Dobry Boże, wydaje mi się, że straciliśmy Raiję! 

background image

14 

-  Zupełnie tego nie  rozumiem - rzekł niewysoki, krągły mężczyzna. Reszta włosów, 

jaka mu została, posiwiała. Posrebrzała. Na gładkiej głowie miał czarny melonik. Wygląda, 

jakby żeglował po połyskującym morzu, pomyślał Michaił. - Ale nigdy nie pojmowałem zbyt 

wiele,  co  się  tyczy  tej  kobiety  -  dodał.  W  jego  brązowych  oczach  malowała  się  łagodność. 

Twarz  stanowiła  sieć  zmarszczek.  Broda  sięgała  mu  do  polowy  okrągłego  brzucha.  Gęste, 

wełniste srebrne nitki. - Może powinniście się zwrócić do kogoś innego, kto nadal praktykuje 

w zawodzie. 

Antonia uśmiechnęła się zmęczona. 

- Nie mogliśmy pójść do nikogo innego. Wyjaśniłam już, dlaczego. Nie chcę, by moja 

córka  znalazła  się  w  więzieniu.  Nie  chcę,  by  ktoś  nazywał  Raiję  czarownicą.  Myślisz,  że 

uniknęłabym rozgłosu, gdybym udała się do kogoś innego? 

Pokiwał  głową.  Westchnął.  Okrył  kocem  Raiję,  leżącą  na  kuchennej  ławie  w  domu 

Olega i Antonii. 

-  Na  pewno  nie.  Nie  wiem,  czy  postąpię  słusznie,  jeśli  będę  milczał.  Ale  zawsze 

milczałem, gdy chodziło o tego obcego ptaka. Podziwiam tę kobietę. 

- Czy możesz dla niej coś zrobić? Potrząsnął głową. 

- Nie wiem nawet, co jej dolega! Ktoś by może powiedział, że trzeba jej upuścić krwi. 

Złej krwi. Nie sądzę, by to pomogło. Często wykonuje się zabiegi, które niczemu nie służą. 

Nie mam nic, co mógłbym jej dać. Nic nie mogę dla niej zrobić. Mogę tylko was zapewnić, że 

nadal żyje. Ledwie, ledwie. Gdybym uważał, że ktoś inny jest w stanie uczynić dla niej coś 

więcej, zabrałbym ją do niego. - Westchnął. - Ale nie wierzę w to. Przykro mi. Jedyną osobą, 

która mogłaby cokolwiek zaradzić, jest ona sama. A to niemożliwe. 

W pomieszczeniu zapadła cisza. Michaił słyszał każde słowo. Rozumiał je. Nie chciał 

uwierzyć. 

Wstał, nic nie mówiąc. Wyszedł na zewnątrz, gdzie jeszcze panowała odchodząca noc. 

- Pozwól mu iść - odezwała się Tonią, gdy Nikołaj chciał ruszyć za chłopcem. - Ma za 

sobą bardzo trudną noc. Tylko on i Olga wiedzą, jak przebiegła wizyta u znachorki. 

-  Czy  mogę  rzucić  okiem  na  dziewczynę?  -  starszy  człowiek  spojrzał  pytająco  na 

Olega i Antonię. 

Pozwolili  mu  pójść  do  pokoiku  Olgi.  Stali  przy  nim,  patrząc,  jak  bada  ich  córkę. 

Spała. Nie obudziła się. Spała spokojnie. Jej policzki lekko się różowiły. 

background image

- Według wszelkich znaków na niebie powinna już nie żyć - rzekł do nich później. Był 

kiedyś  medykiem.  Kilka  lat  temu  przestał  pracować,  ale  nadal  się  zdarzało,  że  ludzie 

przychodzili do niego po poradę. Najczęściej biedni, którzy nie byli w stanie zapłacić innemu 

lekarzowi.  Ci,  którzy  najpierw  próbowali  metod  starych  jak  świat.  Lekarzom  się  to  nie 

podobało.  Zdarzało  się,  że  odmawiali  leczenia  pacjenta,  który  najpierw  zwrócił  się  do 

znachora. - Domyślam się, do kogo zwróciła się wasza córka - mówił dalej. - Ta kobieta już 

wcześniej wykonywała podobne zabiegi i nawet czerpała z tego niezłe profity. Ale w ciągu 

ostatniego roku już nikt prawie do niej nie chodził. Rozeszła się wieść, że trzy dziewczyny, 

które przyszły w tej samej sprawie co Olga, umarły wkrótce po wizycie u niej. Takie plotki 

szybko  się  rozchodzą,  jak  wiecie.  Zła  sława  odstrasza.  Dziewczęta  zaczęły  omijać  jej  dom. 

Może  tych,  co  nie  przeżyły,  jest  więcej,  może  nie  o  wszystkich  przypadkach  słyszałem. 

Antonii zakręciło się w głowie. Musiała się przytrzymać Olega. 

-  Mała  już  by  nie  żyła,  gdyby  nie  nasza  przyjaciółka,  która  leży  tam  w  kuchni.  Nie 

wiem, jak tego dokonała, ale zahamowała krwotok, który inaczej by nie ustąpił. Świeże rany 

zaczęły  zarastać.  I  tego  właśnie  nie  pojmuję.  Nigdy  tego  nie  zrozumiem,  ale  to  każe  mi 

wierzyć, że istnieje  Bóg, który  ma nas w swojej  opiece, jest wspaniałomyślny i wybacza.  - 

Zamilkł. - Obawiam się jednak, że wasza córka nie będzie mogła mieć dzieci. 

Antonia przełknęła. Płacz dławił ją w gardle, ale zdołała go powstrzymać. 

- Najważniejsze, że żyje - westchnęła. Uważała, że życie Olgi jest warte każdej ceny. 

Michaił poszedł do portu. Mocno zacisnął pięści w kieszeniach. Musiał je tam wsunąć, 

bo miały ochotę bić. Bić cokolwiek. Kogokolwiek. 

Nie myślał. 

Czuł tylko czarną pustkę. Żadnego światełka w otchłani. 

Stanął  samotnie  na  skraju  wybrzeża.  Wpatrywał  się  w  dal.  Dostrzegał  tylko  cienie, 

niewiele więcej. Zorza polarna nadal tańczyła ponad nim. 

Zła? 

Michaił nigdy przedtem nie widział w zorzy polarnej nic złego. Pamiętał, jak stał na 

podwórzu ukryty w fałdach matczynej spódnicy, kiedy sięgał Raiji niewiele ponad kolana, i 

przyglądał się razem matką płonącemu nieba Oczami wodził za jej palcem wskazującym. 

Rozpłakał  się,  kiedy  mu  powiedziała,  że  blade,  falujące  smugi  to  skrzydła  stada 

łabędzi,  które  zabłądziło  w  zimowej  zamieci.  Zamiast  lecieć  na  południe,  pofrunęły  ku 

biegunowi  północnemu,  gdzie  nikt  nie  może  przeżyć,  gdzie  jest  tylko  lód  i  mróz.  Łabędzie 

były tak wyczerpane, że wylądowały na północnym krańcu świata i zamarzły. Rozpaczliwe 

uderzenia skrzydeł zagubionego stada utworzyły na niebie zorzę polarną. 

background image

Dopiero później Michaił zrozumiał, że to tylko bajka. Ale do tego czasu wylał wiele 

łez z powodu łabędzi. Ojciec złościł się na matkę, że opowiada dziecku takie historie. 

Michaił zlizał z policzków słony smak. Zawsze uważał, że zorza polarna jest piękna. 

Matka mawiała ze śmiechem, że sama jest dzieckiem zorzy polarnej. I dlatego ją tak 

bardzo  kocha.  Mówiła  też,  że  wszyscy,  którzy  dali  się  oczarować  zorzy  polarnej,  są  jej 

prawowitymi  dziećmi.  Że  zorza  jest  promienistą  drogą  dla  pięknych  wspomnień.  Że  jest 

złocistą wstęgą między ludźmi, którzy są sobie drodzy, między sercami, które się kochają. 

Istnieje jakaś więź między Raiją a zorzą polarną. 

-  Mama  musi  żyć!  -  powiedział  w  noc.  Jego  głos  drżał,  ale  to  nic,  bo  i  tak  nikt  nie 

mógł  go  usłyszeć.  Nadal  noc  miała  przewagę  nad  dniem.  Nadal  dzień  spoczywał  w 

powijakach  niczym  osesek.  -  Słyszysz?  Mama  musi  żyć!  Mama  musi  ze  mną  na  wiosnę 

popłynąć  do  Norwegii!  Musi  odzyskać  wszystko,  co  jej  odebrano!  Musi  zobaczyć  miejsca, 

które kiedyś do niej należały! Mama musi zobaczyć swoje dzieci! Nie może umrzeć dziś w 

nocy. Nie może zostać pochowana w zamarzniętej ziemi. Mama jest jeszcze młoda i piękna. 

Musi ze mną popłynąć na zachód. Musi wreszcie odnaleźć szczęście. Nie może umrzeć, nie 

wiedząc o tylu rzeczach! Musi być szczęśliwa. I musi żyć! 

Zacisnął pięści, grożąc niebu i zorzy polarnej, jak gdyby rzeczywiście wierzył, że owo 

ulotne mroźne światło ma coś wspólnego z zimnym snem Raiji. 

- Słyszysz? Mama musi żyć! Żyć! Żyć! 

Zorza polarna machnęła ogonem. Musnęła niemal powierzchnię Morza Białego daleko 

na horyzoncie, gdzie ziemia po drugiej stronie mocno przywarła do lodu. 

Długo panowała cisza. Długo trzymał mróz. Ciemność. Wydawało się, że zabłądzi. 

Długo. 

Wtedy wyszła na światło. Świat okazał się gościnny i przyjazny. Szła boso po trawie. 

O tej porze nie powinno być trawy! Jest zima. Ziemia jest zmarznięta, twarda, zimna. 

Ale pod stopami miała mokrą od rosy, zieloną trawę. Źdźbła łaskotały ją w podeszwy 

stóp. Krajobraz falował przed oczami. 

Była u siebie. 

Odwiedziła to miejsce już przedtem. 

To jej strony. Jej. 

Zawsze  do  nich  tęskniła.  Tu  zmierzała.  Tu  ciągnęło  ją  serce.  Do  tych  łąk.  Do  tych 

kłębiących  się  mgieł.  Pragnęła  chłodzić  nogi  w  przejrzyście  czystej  wodzie,  odbijającej 

oblicze nieba. Chciała tańczyć pod uśmiechającym się słońcem. Położyć się na plecach w tym 

zielonym świecie, usnąć przykryta ciepłym powietrzem pod najpiękniejszym dachem nieba. 

background image

Wokół panował spokój.  Całą ją  wypełniał spokój. Mogła iść powoli, nigdzie się nie 

ś

pieszyła. Radość stanowiła grubą skibkę dnia codziennego. Nie znano tu tęsknoty. 

Wiedziała o tym. 

To  świat  po  drugiej  stronie.  Zmierzała  tu.  Wiedziała,  że  tu  jest  dom,  który  na  nią 

czeka. Domowe ognisko, które stanie się jej własnym. 

I on tu był. 

On, który pojawiał się w marzeniach. On, który wkradał się w jej marzenia zarówno w 

dzień, jak i w nocy, najpierw bez twarzy, bez ciała, tylko jego wzrok, który otwierał drzwi do 

jej serca i duszy. 

On. 

Spotkała  go  tutaj,  nie  wiedząc,  kim  jest.  Stał  razem  z  nią,  młody  i  przystojny. 

Pokazywał tę krainę znajdującą się po drugiej stronie. Która była teraz jego krainą. Mieszkało 

tu wiele osób, które darzył sympatią. Wiele uśmiechało się również do niej. I na nią czekało. 

Widziała tych ludzi. Widziała już ich twarze. Jednak coś ją od nich rozdzieliło. Zrazu 

nie rozpoznała ich. Teraz wiedziała, kim są. 

To również jej podobni ludzie. Nie tylko jemu. Ta kraina jest jego. Ta kraina jest jej. 

On żył w tym świecie. Mieszkał tu i miał jurtę, która była przeznaczona również dla 

niej. Czekała na nią skóra, którą się będzie mogła przykryć, na razie zwinięta pod ścianą. 

Szła  dalej.  Tak  łatwo  było  tu  iść.  Wszystko  tu  było  łatwe.  Nie  istniały  choroby  i 

tęsknota. Ani zmartwienia. Tylko radość, szczęście. Niczego nie brakowało. Było dobrze. 

Chciała go znaleźć. Musiała go znaleźć. Z pewnością tu był. Młody, przystojny - jej. 

Na  wzgórzu  stała  samotna  postać.  Nieruchomo.  Rozpoznała  go.  Rozpoznałaby  go 

wszędzie. 

Czekał. 

Jej ciało stało się lekkie. Stopy stąpały jakby po obłokach. Nic nie byłoby w stanie jej 

zatrzymać. 

Nie chciała wracać. 

Wszystko, czego pragnęła, to ten mężczyzna. Wszystko, czego pragnęła, to objąć go i 

zostać. 

Zostać. 

Na zawsze zostać przy nim. 

To  tutaj  jest  jej  miejsce.  Tylko  tu.  Przy  nim.  W  jego  jurcie.  Przy  ognisku,  które 

rozpalił dla nich obojga. U jego boku pod skórami reniferów. 

background image

-  Mikkal!  -  zawołała  jego  imię,  jakby  mały  ptaszek  wyleciał  jej  z  gardła.  -  Mikkal! 

Przychodzę do ciebie! Mikkal, już idę! Idę! 

Zobaczyła  go  wyraźniej,  kiedy  słońce  znalazło  się  po  jego  stronie.  Promienie 

słoneczne  pieściły  go,  tak  jak  sama  pragnęła  go  pieścić.  To  jej  palce  powinny  dotykać 

chudych,  wysuniętych  policzków!  To  jej  dłonie  powinny  dotykać  niesfornych  czarnych 

włosów! Jej ręce! Jej! 

Miał  na  sobie  skórzane  spodnie  i  kumagi  z  pięknymi  barwnymi  taśmami,  czystymi 

tęczami wokół łydek. Kaftan ze skóry rozcięty przy szyi. Skórzany rzemyk na szyi. 

Wiedziała,  co  zwisa  na  końcu  rzemyka  pod  kaftanem,  zawsze  na  sercu:  pukiel  jej 

włosów w zniszczonej, ciemnobrązowej skórzanej sakiewce. 

Stał na wzgórzu opalony. Patrzył swymi bursztynowymi oczami. Jego wzrok zawsze 

przypominał najbardziej złocisty bursztyn. Pełny tajemnic. Pełny miłości, gdy na nią patrzył. 

Opierał się na lasce pasterskiej. To nie była zwykła laska. 

Laskę  Mikkala  zdobiły  piękne  powycinane  wzory.  Na  samej  górze  ptaki  w  locie,  a 

sama laska stanowiła jedno z ptasich piór. 

U jego paska zwisał nóż. 

Na pasku nie zobaczyła srebrnych ani cynowych ozdób. 

To  ją  ucieszyło.  A  więc  nikt  inny  nie  przyozdabiał  mu  ubrania.  Żadne  inne  ręce 

kobiece nie powinny dbać o piękny wygląd Mikkala. Sama chciała to dla niego robić. Nigdy 

wprawdzie  nie  miała  zdolności  do  takich  robótek,  za  młodu  nie  starczało  jej  cierpliwości. 

Nigdy nie sprawiały jej radości, lecz stanowiły ciężką pracę, którą wykonywała z niechęcią. 

Jej ściegi wyglądały tak samo - nie były przyjemnością dla oczu lub dłoni, które po 

nich przesuwały. Dało się poznać, że powstały pod przymusem. Raniły skóry zwierząt, które 

powinna przemienić w ubranie. 

Mogłaby  się  nauczyć!  Teraz  mogłaby  się  nauczyć  tej  sztuki!  Chciała!  Matka  Ravna 

mogłaby  ją  nauczyć!  Matka  Ravna  również  tu  mieszkała.  Gdyby  Ravna  nie  przybyła  do 

Saivo, na drugą stronę, byłoby to niesprawiedliwe. Ale matka Ravna tu była. Ona również na 

nią  czekała.  Ucieszyłaby  się  na  jej  widok  Nazwałaby  ją  swoim  dzieckiem.  Bardzo  by  się 

ucieszyła, że Raija przeniosła się do jej syna. Matka Ravna zawsze uważała, że ona i Mikkal 

do siebie należą. Matka Ravna by jej pomogła. 

Dotarła do niego. Dotarła do wzgórza, na którym stał. Spojrzała do góry w kochaną 

twarz. 

Jak mogła o nim zapomnieć? Jak można zapomnieć o tak wielkiej miłości? Jak mogła 

zapomnieć o kimś, kto był jej droższy niż życie? 

background image

- Mikkal, już idę. Nie chcę więcej wyruszać na poszukiwania. Nie chcę czekać. Tym 

razem  chcę  zostać.  Tutaj.  Minęło  wystarczająco  dużo  czasu.  Należymy  do  siebie,  Mikkal. 

Pokaż mi swoją jurtę! Pokaż mi, gdzie będziemy mieszkać! 

- Już sobie o mnie przypomniałaś? Przypomniałaś sobie moje imię? 

Jak  mogła  zapomnieć  ten  uśmiech  na  jego  twarzy.  Szeroki,  szczery,  dobry  uśmiech. 

Uśmiech,  który  przepełniał  blaskiem  bursztyny.  Nawet  słońce  nie  miało  więcej  blasku  niż 

oczy Mikkala, gdy się uśmiechał. 

-  Pamiętam  cię.  Oparł  się  o  laskę.  Ujrzała  stado  białych  reniferów  pasących  się 

nieopodal. Reny w Saivo są białe, dobrze odżywione. Ich pastwisk nigdy nie ubywa, nigdy się 

nie kończą. W Saivo renifery wędrują wraz ze zmianą pór roku. Wędrują tam, gdzie wzywa je 

natura.  Nigdy  nie  wyjadają  trawy  do  gołej  ziemi.  Wędrują,  by  pastwiska  odrosły.  W  Saivo 

nigdzie  natura  nie  jest  uboga.  Natura  również  jest  szczęśliwa,  jak  życie.  Natura  i  życie 

stanowią jedno. 

- Czy to twoje stado? 

- Moje i wszystkich - odparł. - Nie posiadam niczego tylko dla siebie. Mam tyle, że mi 

wystarcza. Tutaj każdy dostaje wszystko, czego potrzebuje. 

Odniosła  wrażenie,  że  to  dobrze,  że  tak  powinno  być.  Tęskniła  za  tym  światem. 

Chciała  zostać.  Chciała  usiąść  na  wzgórzu  razem  z  ukochanym.  Chciała  poczuć  wiatr  we 

włosach. Słuchać głosu Mikkala. 

Chciała  poczuć  jego  ramię  na  swoich  ramionach  i  sama  chciała  mocno  objąć  go  w 

pasie. Chciała zostać. 

- Nie zmarzłeś? - Antonia pomogła Michaiłowi zdjąć kurtkę. Popchnęła go na krzesło 

przy stole. Usiadł tak, że widział Raiję. 

Antonia  dobrze  napaliła.  Smoła  kapała  niemal  z  drewnianych  bali  ścian,  które  co 

najmniej od dziesięciu lat były suche. 

- Nadal nie daje oznak życia - odezwała się Antonia, zanim Michaił zdążył spytać. - 

Widzieliśmy ją już w takim stanie, Misza! 

Pił krupnik tak gorący, że niemal parzył wnętrzności. Dobrze rozgrzewał. 

Nikołaj siedział przy piecu. Bez przerwy dokładał drew. Podwinął rękawy, spocił się. 

-  To  nie  jest  pierwszy  raz  -  powtórzyła  Antonia.  Sama  słyszała,  jak  głucho  i  pusto, 

niczym echo, zabrzmiał jej głos. 

- Wiem, że to nie po raz pierwszy - rzekł Michaił. Mówił spokojnie. Nie przejmował 

się z powodu swych zaczerwienionych oczu. To nic. Ma prawo płakać. 

Nawet dorośli mają do tego prawo. 

background image

A on jeszcze nie jest dorosły. 

Pogodził  się  z  tym,  że  nadal  jest  chłopcem.  Nie  stało  się  nic,  co  zmieniłoby  go  w 

mężczyznę. 

-  Robi  się  jasno  -  zauważyła  Antonia.  Tak  jakby  mogła  zapomnieć  o  bólu, 

rozmawiając  o  pogodzie.  -  Zorza  polarna  zniknęła,  gdy  wyszedłeś,  Misza.  Była  niezwykle 

piękna.  Raija  powinna  była  ją  widzieć.  Nie  miała  chyba  czasu  jej  podziwiać,  gdy  do  nas 

jechała. 

Nie zwracała pewnie uwagi na nic innego poza drogą. 

- Tak, rzeczywiście była piękna - przyznał Michaił. - Ale mama nosi zorzę polarną w 

sobie. Nie musi na nią patrzeć. 

Antonia musiała się odwrócić, by nie pokazać łez. Chciało jej się płakać. Ponura twarz 

Michaiła mówiła wyraźniej niż słowa, że chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że jego matka 

może umrzeć. 

Nie wyobrażał sobie, że wszystko będzie dobrze, że musi być dobrze, ponieważ Raija 

jest jego matką, a rodzicom nic złego po prostu nie może się stać. 

Nie był aż takim dzieckiem. 

Wiedział, że musi się przygotować na najgorsze. 

- Misza! - Oleg uchylił drzwi do sypialni. Uśmiechał się. - Pyta o ciebie, chłopcze. 

Michaił  przemknął  obok  Olega.  Usiadł  niepewny  na  brzegu  Olgi  łóżka.  Jej  ciemne 

oczy  zmrużyły  się  przed  światłem,  popatrzyły  na  niego.  Olga  przez  moment  ujrzała  w 

szczelinie drzwi swych rodziców. Olega obejmującego Antonię. 

Olga nie była w stanie popatrzeć im w oczy. Nie zniosłaby tego, co mogłaby w nich 

zobaczyć. Jeszcze za wcześnie. 

Podniosła lekko jedną dłoń. Otworzyła ją. 

-  Weź  mnie  za  rękę!  -  poprosiła.  Michaił  splótł  palce  z  jej  palcami.  Jego  ręce  były 

duże, palce długie. Dłoń Olgi wydawała się taka drobna w jego dłoni, ale zgięła się w uścisku. 

Dziewczyna uśmiechnęła się do Michaiła. 

- To tak okropnie boli - szepnęła. - Pewnie za karę! 

-  Nie  myśl  tak!  -  powiedział  ochrypłym  głosem.  Szybko.  Rzucając  spojrzenie  ku 

Olegowi i Antonii, których widział przez uchylone drzwi. - Wyzdrowiejesz, Olga. Najgorsze 

już minęło, zobaczysz. Teraz będziesz się czuła coraz lepiej. 

- Dziękuję, Misza - rzekła cicho i zamknęła oczy. Zasnęła. Ale nadal mocno trzymała 

jego dłoń. 

background image

- Zaczynamy się starzeć, Toniu! - westchnął Oleg. Zamrugał, powstrzymując łzy. Miał 

nadzieję, że nikt tego nie zauważył. - Olga jest dla nas całym światem, ale ona woli już kogo 

innego trzymać za rękę. 

- Ach, ty stary głuptasie! - odparła Antonia, siląc się na wesołość. 

Jednak nie bardzo jej się udało. Podobnie jak Olegowi nie udało się ukryć, że poczuł 

się zraniony. 

Pociągnęła  go  za  sobą  do  kuchni.  Stanęła  na  palcach  i  delikatnie  otarła  mu  łzy. 

Ucałowała w oba policzki. 

-  Już  nie  jesteś  najważniejszym  mężczyzną  w  jej  życiu,  mój  przyjacielu.  Stopniowo 

będziemy  odsuwani  na  dalszy  plan,  za  tych,  którzy  staną  się  jej  najdrożsi.  Za  tego,  który 

stanie się najdroższy - poprawiła się ze smutkiem Antonia. - Słyszałeś, co powiedział lekarz. 

Olga  prawdopodobnie  nie  będzie  mogła  mieć  dzieci.  Musimy  jej  to  powiedzieć.  Ma  prawo 

wiedzieć - westchnęła, po czym zwróciła się do Nikołaja: - Ty też o tym wiesz, Nikołaj. To 

miło  z  twojej  strony,  że  zaproponowałeś  Oldze  dom  i  przyszłość,  ale  tobie  potrzebny  jest 

potomek. Poza tym nie o ciebie pytała, gdy się obudziła. - Antonia uśmiechnęła się słabo. 

- Mimo to podtrzymuję swoją propozycję - rzekł Nikołaj poważnie. - Nie pochodzę z 

tak  znakomitego  rodu,  bym  musiał  walczyć  o  jego  przetrwanie.  Może  byłoby  lepiej,  gdyby 

umarł wraz ze mną. 

Oleg poklepał Antonię po głowie, jakby klepał z uznaniem duże dziecko. 

- Nie podoba mi się uśmiech zadowolenia z siebie, czający się w kącikach twoich ust, 

Jurkowa! To jeszcze nic pewnego, że ułoży się tak, jak to sobie z Raiją zaplanowałyście, gdy 

dzieci były małe. Na szczęście nie matki o tym decydują! 

Antonia wzruszyła ramionami. Usiadła przy stole. Nie odrywała wzroku od Raiji. 

Nic się nie zmieniło. Raija wydawała się tak samo blada, tak samo wolno oddychała. 

Antonia nie miała odwagi jej dotknąć. Jednak była pewna, że jej skóra jest tak samo 

lepka i zimna, chociaż w kuchni można by urządzić saunę. Wystarczyłoby tylko polać trochę 

wody na piec. 

Antonia miała powody do radości. Jej córka mimo wszystko żyje. Olga straciła wiele 

dzisiejszej nocy, ale na szczęście nie życie. 

Jednak Antonia nawet nie zdołała się uśmiechnąć. 

-  Dobrze  cię  widzieć  -  przywitał  ją.  -  Jesteś  tak  samo  piękna.  Wiek  nie  odebrał  ci 

urody, najdroższa. 

background image

- Jestem stara - odparła. Przeciągnęła palcami po policzkach. Opuszkami palców czuła 

zmarszczki.  Widziała  je  nie  raz  w  odbiciu  szyby,  w  gładkiej  lodowej  tafli,  w  spokojnej 

wodzie. Zdarzało się również, że oglądała swe odbicie w lustrze. 

Nie  lubiła  przyglądać  się  sobie,  ale  czasami  ulegała  pokusie.  Miała  małe  lusterko 

oprawione  w  srebro.  Dostała  je  w  prezencie  od  jednego  kupca  z  zachodu,  który  z  kolei 

przywiózł je pewnie z Europy. 

Lusterko  bardzo  jej  się  podobało,  ponieważ  srebrne  motywy  wyglądały  jak  żywe, 

ponieważ wydawały się znajome, nawet kiedy straciła pamięć. Potem dowiedziała się, że w 

srebrze wyrzeźbiono kwiaty rosnące na płaskowyżu, na zachodzie. Rozpoznała je - te niepo-

zorne kwiatki porastające skały i płaskowyż. Wiedziała, jakiego są koloru, mimo że z tylnej 

strony lusterka błyszczały srebrem. Z podziwem przyglądała się ptakowi unoszącemu się nad 

kwiatami. Ptakowi z rozpostartymi skrzydłami. Takiemu, jakiego nosiła na piersi. 

Ptakowi od Mikkala. 

Nieznany artysta w obcym kraju wyrzeźbił razem jej kwiaty i ptaka jak ten, którego 

dostała od Mikkala. 

To niepojęte, lecz lusterko było niczym wskazówka na mapie losu. 

Należeli do siebie. Ona i Mikkal. To nieunikniona prawda. 

Ona i Mikkal. 

Raija i Mikkal. 

-  Twoje  zmarszczki  znikną,  jeżeli  zostaniesz  -  rzekł.  Uśmiechał  się  czule.  Chciała 

pójść w jego ramiona. Chciała poczuć dotyk jego ciała. Chciała należeć do niego, pragnęła, 

ż

eby nic już nigdy ich nie rozdzieliło. 

- Chcę zostać - wyznała. 

-  Wkrótce  -  obiecał.  -  Wkrótce.  -  Jego  uśmiech  zniknął.  Spojrzenie  posmutniało.  - 

Wołają  cię.  Wzywają  cię  z  taką  siłą,  że  nie  mogę  cię  tu  zatrzymać.  Masz  jeszcze  coś  do 

zrobienia, Mały Kruku. 

Ogarnęło  ją  rozczarowanie.  Rozczarowanie  tak  gwałtowne  jak  morze  w  czasie 

sztormu.  Płakała.  Płakała,  jak  gdyby  straciła  wszystko,  co  było  jej  drogie.  Płakała,  zanim 

otworzyła oczy. 

-  Dlaczego?  -  spytała.  Oskarżała  wszystkich,  których  ujrzała  wokół  siebie,  Olega, 

Antonię,  Nikołaja,  a  nawet  Michaiła,  który  przycupnął  na  brzegu  ławy.  -  Dlaczego 

przywołaliście mnie z powrotem? Chciałam zostać! Nie rozumiecie, że chciałam zostać? 

Nie przestawała płakać. 

-  Potrzebuję  cię,  mamo -  rzekł  Michaił.  Nie  był  pewien,  czy  go  słyszała.  Poczuł się 

background image

bardzo samotny.