background image

Andrzej Waligórski

Dwanaście prac

Herkulesa Miziaka

I inne dyrdymały

background image

Dwanaście prac Herkulesa Miziaka 

Wyrok major Delfickiej 

- Skąd pan ma takie dziwne imię, panie sierżancie? - spytał kapral Modliszka sierżanta 

Herkulesa Miziaka, gdy obaj po skończonej pracy usiedli wygodnie na ganeczku wiejskiego 

komisariatu. Był pogodny wieczór, pełen babiego lata i grania świerszczy. Na rozległej łące, 

rozpościerającej   się  między   wioską   i  lasem,   widniały  białe   owieczki   i   łaciate   krowy.   Po 

strudze żeglowało stadko kaczek. 

Lekki i ciepły wiatr niósł z oddali głos kościelnej sygnaturki. To ksiądz Chudzielak 

zwoływał wiernych na nieszpory. 

- To imię mam skutkiem nieporozumienia - odrzekł sierżant, nabijając swą wysłużoną 

fajeczkę tytoniem wyprutym z dwóch popularnych i jednego carmena, co gwarantowało jej 

niepowtarzalny aromat. - Trzeba wam wiedzieć, kapralu, że przyszedłem na świat podczas 

wojny, a moim ojcem chrzestnym był Niemiec, bardzo zacny antyfaszysta... 

- Na pewno ze wschodu! - wykrzyknął kapral. 

- Rzecz jasna! - przytaknął Miziak. - Ot ów Niemiec był pochodzenia, jak się wydaje, 

słowiańskiego, ponieważ nazywał się Kulas... 

- U nas w szkole podoficerskiej też był jeden Kulas - wtrącił Modliszka - ale musiał 

zmienić nazwisko, bo żeśmy mu na liście obecności zawsze przekreślali literę “l”! 

- Nie należy przerywać swemu zwierzchnikowi, kapralu! - ofuknął go sierżant. 

- Bardzo przepraszam, panie sierżancie, ale wspomnienia ze szkoły podoficerskiej są 

mi niezwykle drogie. Mów pan, już się więcej nie odezwę. 

-  No więc ten Niemiec, Kulas, kiedy trzymał  mnie do chrztu, był  nieźle pijany,  i 

myślał że ksiądz pyta go o nazwisko, a ksiądz pytał jak się ma nazywać dziecko, czyli ja. Na 

to Niemiec powiada: “Herr Kulas”. 

- Sam o sobie mówił Herr? - nie wytrzymał Modliszka. 

- Sam o sobie, jak to Niemiec, choćby i postępowy. No i zostałem zapisany jako 

Herkulas   Miziak,   co   potem   naturalnym   biegiem   rzeczy   zmieniono   na   Herkulesa.   Co 

ciekawsze - ciągnął Miziak - moje losy dziwnym trafem zaczęły układać się według życiorysu 

mego słynnego imiennika... 

- Tego Niemca? 

- Nie, tego Greka, Bo musicie wiedzieć kapralu, że Herkules był to słynny bohater 

background image

grecki, który ogromnie i bardzo chwalebnie się odznaczył... 

- No właśnie! - wykrzykn Modliszka. - I pan też się odznaczył! Ma pan odznakę za 

wierną służbę i odznakę strzelca wyborowego... 

- Tamten  Herkules   odznaczył   się  swoimi  czynami,  a  czy miał   jakieś  odznaczenia 

resortowe, o tym historia milczy. Między innymi dzieckiem w kolebce udusił dwa węże. 

- Jak to? Dzieckiem dusił węże? - przeraził się kapral. 

- Nie dzieckiem, tylko rękoma, ale jako dziecko. 

- A pan też udusił? 

- Udusiłem, ale nie węże, tylko myszy. 

- Dwie? 

- Dwie. Wlazły te cholery do mojej kołyski, żeby się migdalić, jakby już nie miały 

gdzie, a ja złapałem je w rączki i po myszach. 

- I co on jeszcze narozrabiał, tamten Herkules? 

- Długo by opowiadać, kapralu. Powiem wam tylko, że w końcu w przystępie szału 

zabił własną żonę i dzieci. 

- Może były niegrzeczne... - zastanowił się kapral. - A czy pan też ukatrupił swoją 

starą? - spytał z życzliwym zainteresowaniem. 

-   Na   szczęście   nie,   ponieważ   mój   życiorys   powtarza   dzieje   Herkulesa   niejako   w 

miniaturze. On zabił swoją rodzinę, a ja tylko ją pobiłem. 

- Miał pan zapewne słuszny powód... 

- Miałem, ponieważ żona moja, gdy wracałem zmęczony po pracy, opowiadała mi 

zawsze, co mówił w telewizorze pan Kaczyński... 

- Ożeż ty... - zacz Modliszka, ale natychmiast ugryzł się w język. 

- Dzieci natomiast nie chciały się wypisać z organizacji młodzieżowej, chociaż jedno 

miało już 28, a drugie 34 lata... 

- U nas wolno do trzydziestu pięciu! 

- Być może, kapralu, tym niemniej widok zwłaszcza mego starszego syna, kompletnie 

łysego, z wielkim brzuchem i w organizacyjnym krawaciku, był dla mnie nie do zniesienia! 

No i pewnego dnia nie wytrzymałem i pobiłem ca trójkę. 

- Każdy sąd by pana uniewinnił! 

- Sąd być może, ale pamiętajcie, że czyn mój był szczególnie karygodny w świetle 

wykonywanej przeze mnie funkcji stróża ładu i porządku. I po tej właśnie linii spotkały mnie 

represje. 

- Ale nie wyrzucili pana ze służby? 

background image

- Na szczęście nie. Za to towarzyszka major Delficka, Pytia jej było bodajże na imię, z 

Komendy   Głównej,   kazała   mi   w   charakterze   pokuty   i   resocjalizacji   wykonać   dwanaście 

piekielnie trudnych prac, odpowiadających plus minus czynom legendarnego Herkulesa. 

- A jakie to były czyny? 

- Poszperajcie, kapralu, poczytajcie, poszerzcie swoje horyzonty. Obiecuję wam, że 

jeżeli w ciągu dwóch tygodni dowiecie się jakich dwanaście prac wykonał Herkules, to w 

nagrodę opowiem wam o swoich dokonaniach. 

- A może...? - dodał Miziak, jakby mając przeczucie, że jego słowa trafią kiedyś na 

łamy popularnego pisma. - A może i nasi czytelnicy dowiedzą się i przyślą nam wykaz prac 

Herkulesa? Między autorów trafnych odpowiedzi rozlosuję kilka moich zdjęć z autografami! 

- Do kogo pan mówi, sierżancie? - krzyknął wystraszony kapral. 

- Do społeczeństwa - wyjaśnił skromnie sierżant, zaciągając się dwoma popularnymi z 

dodatkiem jednego carmena. 

Miziak i lew 

No i jak tam, kapralu? - zagadnął życzliwie sierżant Miziak wkraczającego właśnie 

do komisariatu Modliszkę. - Wiecie już, jakie prace miał wykonać Herkules? 

- Melduję, że wiem! - wykrzyknął służbiście kapral. - On miał przede wszystkim zabić 

lwa!... 

- Nemejskiego! - uzupełnił sierżant. 

Modliszka sprawdził w notatkach: 

- Może i nemejskiego... - zgodził się. - Nazwiska nie zanotowałem... 

- Dobra, walcie dalej! 

- No więc, po drugie, miał udusić wydrę. 

- Nie wydrę, lecz hydrę, ale zaliczam wam tę odpowiedź. 

- Po trzecie, miał schwytać łanię, po czwarte złapać dzika, po piąte wyczyścić stajnię u 

towarzysza   Augiasza,   po   szóste   powystrzelać   ptactwo,   po   siódme   pokonać   kretyńskiego 

byka... 

- Kreteńskiego! 

- No przecie mówię. Po ósme ukraś stado koni, po dziewiąte ściągnąć pasek z jednej 

amazonki, po dziesiąte podprowadzić z pastwiska cudze woły, po jedenaste narwać jabłek i 

po dwunaste podwędzić psa, któren pilnował sedesu. 

background image

- Hadesu, ale poza tym wszystko prawidłowo. 

- Jezus Maria, panie sierżancie! - zawołał z podziwem kapral. - I pan to wszystko 

załatwił? 

-   Co   do   joty   -   odrzekł   Miziak   ze   skromnym,   męskim   uśmiechem.   A   ponieważ 

wypełniliście   zadanie,   które  wam   postawiłem   przed  dwoma   tygodniami,  więc   w  nagrodę 

opowiem wam dziś o mojej rozgrywce z lwem. 

- To może najpierw po malutkim? - spytał z nadzieją kapral sięgając po butelkę do 

segregatora, opatrzonego napisem “Zwalczanie CIA na terenie gminy”. 

-   To   z   konfiskaty   -   wyjaśnił,   nalewając   złocisty   płyn   do   małych,   zgrabnych 

musztardówek  z firmy polonijnej. - Bracia Karamazow  znowu pędzą bimber  z czeskiego 

mazutu, który spływa naszą strugą! 

Ponieważ   było   już   dawno   po   pracy,   wiec   sierżant   nie   protestował.   Obaj   wypili, 

chuchnęli i zapalili, Modliszka giewonta, a Miziak swą słynną mieszankę fajkową z dwóch 

popularnych i jednego carmena. 

- Ot - zaczął Miziak, puszczając kłąb aromatycznego dymu w ukośną strugę promieni 

słonecznych - ot trzeba wam wiedzieć, kapralu, że swego czasu nasza gmina zaczęła się nagle 

wyludniać... 

- A, to pewnie wtedy jak wszyscy polecieli w lubelskie pracować w tych nowych 

kopalniach   węgla,   co   to   za   dwa   lata   wracali,   bo   się   okazało,   że   ten   węgiel   odkryto   o 

trzydzieści tysięcy lat za wcześnie! 

- O trzysta tysięcy, ale ja mówię o innym wyludnieniu, o wiele bardziej tajemniczym. 

Nikt nigdzie masowo nie wyjeżdżał, a ludności coraz mniej. 

- Może zeszła do podziemia? - zaryzykował Modliszka. 

- Nie, to nie te lata. Podziemie, jeżeli było, to gospodarcze, na niewielką skalę, że daj 

nam Boże taką i dziś. 

- Daj nam Boże! - powtórzył jak echo kapral, żegnając się ukradkiem. 

-   Co  ja   się   wtedy   nalatałem   -   kontynuował   sierżant   -   obstawiłem   granice   gminy 

pospolitym   ruszeniem,   sam   czatowałem   nocą   na   cmentarzu   czy   kogo   ukradkiem   nie 

chowają... 

- A nie chowali? 

-   Minimalnie.   Nadumieralność   państwowa   trzymała   się   w   normie,   wyjazdy 

zagraniczne rzadsze niż kiedykolwiek, a krzywa wzrostu ludności spadała na zbity pysk. No i 

wiecie co w końcu wydedukowałem? 

-   No,   kogo   pan   wydedukował?   -   spytał   ciekawie   Modliszka,   przekonany   że   ów 

background image

zagraniczny wyraz pochodzi od wystrychnięcia przestępcy na dudka. 

- Wydedukowałem, że to dzieci! 

- Dzieci likwidowały ludno? 

-   Wprost   przeciwnie,   ludność   likwidowała   przyrost   naturalny,   zmniejszając   ilość 

swego   potomstwa.   Zastanowiło   mnie   to,   ponieważ   uprzednio   rozmnażanie   się   było 

ulubionym zajęciem okolicznych mieszkańców... 

- Bardzo ulubionym! - przytaknął kapral. - Czasami wprost nie można ich było od tego 

oderwać, zwłaszcza od czynów społecznych, chyba że siłą, ale co tu mówić o sile, jeżeli nasz 

komisariat liczy tylko sześciu ludzi? 

- Ot i mnie to zastanowiło - kontynuował sierżant - a zarazem skłoniło do działania. 

Namówiłem kierownika kina, żeby sprowadził podniecające filmy... 

- I co sprowadził? Może  “Kaligulę”? - zainteresował się Modliszka, który znał to 

dzieło   z   kasety,   skonfiskowanej   przewodniczącemu   miejscowego   PRON-u,   mecenasowi 

Fizdoniowi. 

-   Niestety,   ten   idiota   sprowadził  “Złoty   pociąg”  pana   Poręby,   bo   myślał   że   to   o 

pociągu seksualnym. Niewiele również zdziałał ksiądz Chudzielak, mówiąc podczas kazania, 

cytuję: “Idźcie i czyńcie tak, jako czynią ptakowie niebiescy”, a miał na myśli wróble, które 

wiadomo   co  czynią.  Aluzji  jednak  nie  zrozumiano,   tyle  że  stary Kociorupa  po  pijanemu 

usiłował latać, niedaleko zresztą, bo tylko ze stodoły prosto w gnojówkę, a Kaśka Pyzdra 

zniosła jajo. 

- Jak to Kaśka... - ze zrozumieniem przytaknął kapral. 

- Jak to Kaśka - zgodził się sierżant. - Już myślałem, że się całkiem wyludnimy, aż tu 

naraz przypadkiem dowiaduję się w aptece, że ludziska wykupili wszystkie termometry. No, 

wtedy to już wiedziałem, kto tu zawinił! 

- Kto mianowicie? - spytał czerwony z ciekawości Modliszka. 

- Jak to kto? Lew! 

- Lew? 

- Lew. 

- A czy może mi pan to wyjaśnić? 

- Mógłbym, kapralu, ale ponieważ staram się o wasz ogólny, a zwłaszcza kierunkowy 

rozwój,   więc   proponuję   abyście   w   ciągu   następnych   dwóch   tygodni   spróbowali   sami 

rozwikłać tę zagadkę. 

- A jak nie dam rady? 

- Może czytelnicy “Sam na sam” przyjdą wam korespondencyjnie z pomocą. Między 

background image

autorów trafnych odpowiedzi... 

- Wiem, wiem, z pańskim autografem, ale gdzie ja mam szukać informacji o tej całej 

aferze? 

- W książkach, mój wy Modliszko, jak zwykle w książkach! - i wypowiedziawszy tę 

uniwersalnie słuszną prawdę sierżant Herkules Miziak jął pykać swą fajeczkę, wypełnioną 

dwoma popularnymi i jednym żylastym carmenem. 

Miziak i hydra 

-  No   i   co,   kapralu?   Odgadliście   tajemnicę   lwa,   o   którym   opowiadałem   wam   w 

poprzednim   odcinku?   -   mówiąc   to   sierżant   Miziak   spoglądał   na   kaprala   Modliszkę   z 

pobłażliwym   uśmiechem,   gdyż   nie   przypuszczał   aby   zacny,   lecz   mało   oczytany   ów 

funkcjonariusz mógł sobie poradzić z tak piekielnie skomplikowaną zagadką. 

- Oczywiście, że odgadłem, panie sierżancie - wykrzyknął z satysfakcją Modliszka. - 

Ten lew z poprzedniego numeru to pan doktor Lew Starowicz. 

- Niesamowite! - zdumiał się Miziak. - A jak żeście do tego doszli? 

- Doszedłem do tego na podstawie wydanego mi przez pana przed dwoma tygodniami 

rozkazu, żebym do tego doszedł, ponieważ już w szkole podoficerskiej nauczono mnie, że 

każdy otrzymany rozkaz należy wykonać, żeby nie wiem co. 

- Jak to? I na podstawie tego - jak mówicie - rozkazu, wykazaliście zależności między 

wykupywaniem termometrów, spadkiem przyrostu naturalnego a osobą pana doktora Lwa 

Starowicza? 

- Melduję, że i owszem, mniejsza o to jak. W każdym razie stwierdziłem co następuje: 

W owym pamiętnym roku zrzucono trochę więcej pieniędzy na biblioteki, ponieważ zmienił 

się minister kultury. Bibliotekarka nasza chcąc się wykazać, zakupiła w hurtowni wszystkie 

książki   mające   cokolwiek   wspólnego   z   kulturą,   między   innymi   także   kilkadziesiąt 

egzemplarzy dzieła pana Starowicza “Eros, Natura, Kultura”. Z tej książki miejscowe kobiety 

dowiedziały   się   o   tak   zwanej   termicznej   metodzie   zapobiegania   ciąży,   polegającej   na 

nieustannym   mierzeniu   temperatury   przed,   po   i   w   czasie   stosunku,   i   to   nie   pod   pachą. 

Dodajmy,   iż   jest   to   metoda   bardzo   skuteczna,   gdyż   partner,   zażenowany   i   roztrzęsiony 

ciągłym pałętaniem się termometru, próbuje albo się do niego przystosować, albo też usunąć 

go z miejsca, w którym go nie oczekiwał... 

- Strasznie długie zadanie, kapralu! 

background image

- Tak, właśnie się w nim pogubiłem. Ale idzie mi o to, że taki partner kapcaniał i nie 

szczytował. 

- Słusznie rozumujecie - pochwalił Miziak. - Gdy więc stwierdziłem taki stan rzeczy, 

natychmiast spowodowałem wycofanie z obiegu szkodliwych książek oraz przeprowadziłem 

rekwizycję termometrów. Już w kilka miesięcy później w gminie znowu zaczęły przychodzić 

na świat ładne, pulchne dzieciaki. 

- Gratuluję panu, sierżancie! 

-   Dziękuję,   kolego   Modliszka!   Dziś   opowiem   wam   o   hydrze,   wprawdzie   nie 

lernejskiej, ale co najmniej tak samo niebezpiecznej... Macie co w swoim segregatorze? 

- Niestety  nie  mam,  ponieważ  boję się,  żeby nie  przesadzić  z  tymi  konfiskatami. 

Bracia Karamazow mogliby się zniechęcić do pędzenia bimbru z czeskiego mazutu, a jest to 

jedyna forma uzyskania jakiejkolwiek rekompensaty za zatrucia od naszego południowego 

sąsiada. 

- No cóż - westchnął z rezygnacją Miziak i załadowawszy swą słynną fajeczkę dwoma 

popularnymi i jednym wykruszonym carmenem, rozpoczął opowieść o hydrze: 

-  Pewnego   razu,   w   godzinach   wieczornych,   do   komisariatu   naszego   wbiegła   pani 

Jolanta Wygrzmocona, małżonka adiunkta Wygrzmoconego, który został zesłany do naszej 

gminnej lecznicy, ponieważ pomyłkowo zamiast migdałków wyciął całkiem inne gruczoły 

podsekretarzowi stanu w Ministerstwie Czynów Społecznych, obywatelowi Podnośnikowi. 

- I to od tego czasu obywatel Podnośnik tak cienko przemawiał? 

- Tak, ale to nie ma nic do rzeczy. Ot wbiegła ona do tej tu izby w stroju nocnym, 

papilotach   i  maseczce  kosmetycznej  na  twarzy,   skutkiem   czego  nie  rozpoznałem   jej   i  w 

pierwszej chwili odruchowo wyskoczyłem przez tylne okno. 

- Każdy by wyskoczył! - zawołał Modliszka. - Ta Wygrzmocona i bez maseczki nie 

grzeszyła urodą. 

- To swoją drogą, a poza tym okropnie się darła. Straszy! Straszy! - krzyczała, nie 

zdając sobie sprawy że sama straszy i to przedstawiciela władzy. 

-   Straszenie   przedstawicieli   władzy   podpada   pod   ustawę   o   obostrzonym   trybie 

postępowania. 

- Podpada, ale nie skorzystałem z tego, gdyż nie straszyła mnie ze złej woli, lecz z 

powodu naturalnego braku urody, co nie było jej winą. 

- Tylko jej rodziców - słusznie zauważył Modliszka. 

- Po opanowaniu sytuacji udałem się wraz z podopieczną - bo przecież zwróciła się do 

mnie o opiekę - ot udałem się z podopieczną do służbowego domku w bezpośredniej bliskości 

background image

szpitala. Był ciemny i dżdżysty wieczór. W mieszkaniu panowała cisza. Obszedłem wszystkie 

pokoje, zajrzałem do pomieszczeń gospodarczych - nic. 

- Jak ona określiła to straszenie? 

- Określiła je jako coś, co się nie da określić. Z grubsza, zaczynało się to wyciem, 

potem   następowała   wibracja,   następnie   warczenie   i   szczekanie,   odgłosy   gonitwy,   piski, 

upiorny śmiech spod ziemi i wrzask jak gdyby rozwścieczonej hydry. 

- Hydry! - wykrzykn Modliszka. - A pan miał właśnie udusić hydrę! Inna rzecz - 

zastanowił   się   przez   chwilę   -   to   skąd   niby   ma   być   wiadomo,   jak   wrzeszczy   taka 

rozwścieczona hydra? 

- Powiedziałem “jak gdyby”, kapralu, ale jeżeli hydra wrzeszczy, to na pewno właśnie 

w ten sposób. Przekonałem się o tym już po chwili. Mały domek zatrząsł się w posadach, 

wycie świdrowało w mózgu, całe tabuny jakichś dziwnych stworzeń goniły się po strychu, z 

piwnicy dobiegał ohydny śmiech, a hydra wrzeszczała z taką nienawiścią, że włosy stany mi 

na głowie... 

- Oba? - spytał blady z wrażenia kapral spoglądając na przerzedzoną czuprynę swego 

zwierzchnika. 

- Wtedy miałem ich jeszcze kilka - wyjaśnił Miziak. 

- Czy towarzyszyły temu jakieś zjawiska optyczne? 

- I owszem. W przedpokoju pulsowała blada, rzekłbym że trupia poświata skupiona na 

jednej ze ścian... 

- I co pan zrobił? 

- To co należało. Wyjem pistolet i regulaminowo trzykrotnie zawołałem:  “Stój, bo 

strzelam”. 

- I stanęło? 

-   Wprost   przeciwnie,   zrzuciło   mi   na   głowę   wiszący   na   ścianie   ciężki   portret 

Rodziewiczówny czy też Witosa, a w każdym razie kogoś z wąsami. Wtedy podniosłem broń 

i kropnąłem... 

- Ale w co? 

- No w tę bladą poświatę, bo trudno żebym strzelał w efekty akustyczne. Rozległ się 

huk,  błysk   i   zapadła   ciemno,   a   wraz   z  nią   cisza,   w   której   zabrzmiał   głos   doktorowej:   - 

Rozwalił pan bezpieczniki! 

- A rozwalił pan? - zainteresował się kapral. 

- Rozwaliłem. Ale dzięki temu unieszkodliwiłem również hydrę. 

-   Pewnie   znowu   każe   mi   pan   myśleć   dwa   tygodnie,   co   to   było...   -   ze   smutkiem 

background image

powiedział Modliszka. 

- Niczego wam nie każę, kapralu, i proszę tego nie traktować jako rozkazu. Ja tylko 

dla waszego własnego dobra proszę, abyście zechcieli spróbować odgadn naturę tej hydry. 

Oczywiście jeśliby ktoś z czytelników... 

- Tak, tak, z autografem! - przerwał kapral. 

-  A teraz  fajeczka!  - zakomenderował  sierżant  i sprawnie obsłużony przez swego 

ucznia,   ze   smakiem   zaciągną   się   dwoma   sproszkowanymi   popularnymi   i   jednym   dobrze 

ukorzenionym carmenem. 

Miziak i dzik 

Dużoście mieli roboty podczas referendum? - spytał życzliwie sierżant Miziak swego 

ucznia i następcę, kaprala Modliszkę. Był ciemny i wietrzny grudniowy wieczór, zaczynał 

padać pierwszy śnieg, a w telewizji pokazywano jak marszałek Malinowski spotyka się z 

hodowcami drobiu. 

- Niedużo! - odparł Miziak. - Kilka prób wpłynięcia na opinię publiczną, żeby nie szła 

do urn, jeden nieprzyjazny napis... 

- A jaki? - zainteresował się sierżant, bo sam w latach osiemdziesiątych był specem od 

walki z wrogimi inskrypcjami. 

- Ot, ktoś napisał na dzwonnicy  “Dwa razy nie”, co natychmiast zneutralizowałem 

przy pomocy przecinka i pytajnika... - odparł Modliszka, a widząc wlepiony w siebie czujny 

wzrok zwierzchnika, wyjaśnił: - Po słowach “dwa razy” postawiłem przecinek, a po słowie 

“nie”  pytajnik. Napisu o treści  “Dwa razy, nie?”  nikt nie kojarzył z referendum, tylko co 

najwyżej z jakimiś konszachtami poznaniaków, którzy do wszystkiego dodają “nie?”. 

- Do sprytnie! - pochwalił sierżant, wzruszony tym, że jego nauki nie poszły w las. - 

Sam znałem poznaniaków, niejakiego zresztą Kaczmarka, który modlił się “Ojcze nasz, który 

jesteś w niebie, nie?”. A dużą mieliście frekwencję przy urnach? 

- Jak to u mnie, sto procent. W dodatku nie pozwoliłem niczego skreślać. 

-   Ach,   to   już   wiem,   czemu   referendum   nie   wyszło!   -   zawołał   Miziak   z   ulgą.   - 

Nareszcie mam rozwiązanie tej męczącej zagadki! Ale wracajmy do naszych zagadek... Czy 

odgadliście,   kapralu,   co   to   była   za   hydra,   którą   ukatrupiłem   w   mieszkaniu   państwa 

Wygrzmoconych? 

- Mam wrażenie, że tak. Moim zdaniem to była nie tyle hydra, co hydrofor. Nasze 

background image

polskie   hydrofory   strasznie   wyją   i   trzęsą   całym   domem,   a   pan   unieruchomił   go   przez 

pozbawienie prądu, strzelając w bezpieczniki. Nawiasem mówiąc, czy to nie jest paradoks, 

żeby pracownik bezpieczeństwa strzelał w bezpieczniki? 

-  Nie filozofujcie zanadto! - ofuknął go sierżant, bo nie bardzo wiedział, co to jest 

paradoks. A ponieważ było już po godzinach służbowych, więc kapral sięgnął do segregatora 

z napisem  “Zwalczanie CIA na terenie gminy”  i gdy w szklankach zazłocił się znakomity 

produkt braci Karamazow, sierżant Miziak rozpoczął swą kolejną opowie: 

- Pewnego razu zostałem wezwany do spółdzielni rolniczej imieniem bodajże jednego 

z braci Marx, w której ktoś obrobił kasę pancerną. Lokal otaczali spółdzielcy, rozwścieczeni, 

że dniówki obrachunkowe przeszły im koło nosa. Za stołem siedzieli pogrążeni w rozpaczy 

członkowie   zarządu   -   prezes   Krwionośny,   sekretarz   Ubermantel   i   księgowy   Mantejski. 

Pomieszczenie było zrujnowane, sejf fachowo rozpruty. 

- Znalazł pan tam jakieś odciski? - spytał Modliszka. 

- Włamywacz nie miał czasu na wycinanie sobie odcisków odrzekł sierżant Miziak. - 

Musiał   on   działać   w   pośpiechu,   bo   nawet   upuścił   dwa   banknoty   stuzłotowe,   zagarniając 

wszelako całą resztę w kwocie trzystu tysięcy.  Znajomo faktu, że w kasie była gotówka, 

obrany na przestępstwo czas i brak jakichkolwiek doniesień o pobycie we wsi obcych ludzi - 

wszystko to wskazywało, że skoku dokonał ktoś miejscowy. Doszedłszy do tego wniosku, 

postanowiłem   zaobserwować,   kto   się   wychyli   pierwszy   z   większymi   zakupami   lub 

ponadnormatywnym pijaństwem, wskazującym na nagłe wzbogacenie. 

- Hulaszczy i pasożytniczy tryb życia bezbłędnie demaskuje złoczyńcę! - wyrecytował 

regulaminowo Modliszka. 

- Ot to! Ale nie dane mi było skorzystać z tego dogmatu, gdyż w trzy dni później 

obrabowaną   spółdzielnię   spotkał   nowy   cios.   W   nocy   jakiś   dzik   przekopał   dwa   hektary 

oziminy, niwecząc trud rolników. 

- Ale przecież zwierzyna łowna to nie pańska działka? 

-   Moja,   gdyż   byłem   wówczas   przewodniczącym   gminnego   kółka   myśliwskiego   i 

polecono mi odstrzelić szkodnika. Bestia musiała być ogromna i bardzo silna, wskazywały na 

to rozmiary zniszczeń. Uzbrojony w dryling i dwa granaty zaczepne trzonkowe wybrałem się 

więc wieczorem na zasiadkę. Nadchodziła ponura, jesienna noc. Wicher wył przejmująco, a w 

chałupach gasły kolejno światła. Sen mnie morzył i już miałem uciąć sobie ma drzemkę, gdy 

coś zaszeleściło w niesprzątniętej jeszcze kukurydzy i ogromny, czarny kształt wynurzył się z 

jej gąszczu. W blasku odległej jarzeniówki nad  klubem “Ruchu”  ujrzałem potworny ryj  i 

zakrzywione kły. Bestia z grzmiącym chrząkaniem zaczęła znowu ryć pole. Podniosłem do 

background image

oka broń i wzdłuż lśniącej lufy spojrzałem na zwierzę. Muszka, szczerbinka i pochylony łeb 

tworzyły jedną linię. Powoli zacząłem naciskać cyngiel, gdy wtem... 

- Joj...! -jęknął z emocji Modliszka i nalał jeszcze po jednym. 

- Gdy wtem - kontynuował sierżant - wszedł mi w paradę stary, milicyjny nawyk. 

Zapominając, że mam do czynienia z dzikiem, zawołałem odruchowo: - Stój, bo strzelam! 

- I to pewnie pana zgubiło! - mruknął kapral z rozczarowaniem. 

- I to mnie uratowało, gdyż dzik stanął na zadnich łapach, przednie podniósł do góry i 

krzyknął: 

- Niech pan nie strzela, Miziak, przyznaję się, to ja okradłem kasę! 

- I kto to był? - zawołał kapral, podskakując na krześle z ciekawości. 

- To był jeden z członków zarządu spółdzielni. 

- Ale który? 

- To właśnie będziecie musieli odgadnąć, mój kapralu. I nie tylko to, ale także powód, 

dla którego osobnik ów w dziczej skórze niszczył cenne zasiewy. Myślę, że tym razem tak 

łatwo wam nie pójdzie, ale gdyby ktoś z państwa... 

- To na adres redakcji! - dokończył Modliszka i podał ogień swemu szefowi, aby ten 

mógł   się   zaciągnąć   niepowtarzalnie   wonnym   dymem   z   fajki,   załadowanej   dwoma 

popularnymi i jednym carmenem. 

Miziak i stajnie 

-  Patrz  pan,  dalej   nie  zagłuszają!  - powiedział  kapral   Modliszka   do wchodzącego 

właśnie sierżanta Miziaka. 

- I dobrze robią! - odrzekł Miziak, odpinając pas z kaburą zawierającą wysłużony 

pistolet   P-64,   na   którego   rękojeści   widniały   nacięcia,   upamiętniające   ilość   schwytanych 

przestępców. 

-   Musicie   wiedzieć,   mój   kapralu   -   kontynuował   -   że   nasz   naród   nie   jest   taki 

spolegliwy, jak na przykład enerdowski, gdzie jak już coś zabronione, to verboten i nima 

gadania.   U   nas   wprost   przeciwnie,   wszelkie   zakazy   wywołują   ciekawo   czy   uda   się   je 

przezwyciężyć. Jak już coś zagłuszają, to Polak stanie na głowie, a wysłucha. Pamiętam jak 

swego czasu, w Ustrzykach bodajże, był niekonwencjonalny sekretarz, który kazał zagłuszać 

radio Iwanofrankowsk, i patrz pan, wszyscy rzucili się słuchać, a przyjaźń polsko-radziecka 

ogromnie   się   umocniła!   Ale   co   wy   mnie   zagadujecie,   Modliszka,   o   jakieś   zagłuszanie? 

background image

Pewnie żeście nie odgadli tajemnicy tego dzika, który spustoszył spółdzielnię produkcyjną 

imieniem najstarszego spośród braci Marx! 

- Melduję, że prawie-że odgadłem! 

- Co to znaczy “prawie-że”? 

- To znaczy, że informacja wyjściowa, której mi pan udzielił, nie była kompletna. 

Muszę wiedzieć, jak się nazywali członkowie zarządu tej spółdzielni. 

- Mówiłem, że Krwionośny, Ubermantel i Mantejski... 

- Ale imiona, szefie, imiona! 

- No dobra - westchnął z rezygnacją Miziak. - Widzę, że jesteście na właściwym 

tropie. Więc Zenon Krwionośny, Stanisław Ubermantel i Eryk Mantejski. 

- W takim razie przestępcą był księgowy Eryk Mantejski. To on okradł spółdzielnię, a 

następnie zakopał łup na kartoflisku, dodajmy że po pijanemu, skutkiem czego nazajutrz, na 

trzeźwo, nie mógł go odnaleźć i dlatego w przebraniu dzika zrył całe pole. 

- Czy to właśnie imię księgowego skierowało was na właściwy trop? 

-   Oczywiście.   Zakładając,   że   pański   życiorys   jest   współczesną   kopią   dziejów 

Herkulesa, zacząłem rozglądać się za dzikiem z góry Erymantos w Arkadii, a więc dzikiem 

erymantejskim. Eryk Mantejski od razu mi się z nim skojarzył. Niech mi pan jeszcze powie, 

sierżancie, czy te skradzione pieniądze odnaleziono? 

- Owszem, i to na buraczysku. Macie rację, że Mantejski był pijany i po trzeźwemu 

zapomniał, gdzie co zakopał, ale gdyby miał trochę oleju w głowie, to nazajutrz upiłby się 

ponownie, aby odtworzyć swój stan psychiczny z momentu dokonywania zbrodni, a wtedy od 

razu by trafił do schowka ze skarbem. 

- Święta prawda! - powiedział kapral. - Pamiętam, jak kiedyś sądzono u nas jednego 

Zdobylaka, który po pijanemu zgwałcił niejaką Bobek Jolantę, która nie mogła się bronić, 

trzymając oburącz niemowlę pochodzące z poprzedniego gwałtu. Otóż ten Zdobylak podczas 

wizji lokalnej, kiedy kazano mu odtworzyć wszystkie okoliczności, to w żaden sposób nie 

mógł sobie przypomnieć, co wtedy robił. Dopiero po wypiciu p litra wróciła mu jasno i na 

oczach   całej   komisji   zgwałcił   dokładnie   pozorantkę   Dziwisz   Zofię,   w   randze   zresztą 

plutonowego. 

- Tak, tak - kiwnął głową sierżant. - Kryminologia czyni u nas zadziwiające postępy, 

ale teraz posłuchajcie, kapralu, o mojej następnej herkulesowej pracy. 

- To już chyba będzie stajnia Augiasza? 

- Słusznie. Nie musiałem zresztą tej stajni daleko szukać. Spółdzielnia produkcyjna, w 

której spotkałem dzika erymantejskiego, okazała się istną stajnią Augiasza. Po aresztowaniu 

background image

księgowego   reszta   zarządu   usiłowała   jakoś   uporządkować   papiery,   zorientować   się   w 

wierzytelnościach,   płatnościach   i   kontraktach   -   na   próżno.   Mantejski   wprowadził   własny 

system   księgowania,   będący   czymś   pośrednim   między   zapiskami   wariata   a   mongolską 

stenografią. Gdy tylko na biurku narosła mu kolejna sterta korespondencji, rachunków, listów 

z  obelgami   i  wezwań  na  rozprawy -  natychmiast  wynosił  ją  do  starej   stajni  i   maskował 

sianem. Przegniłe, zlepione ze sobą dokumenty były nie do odcyfrowania. Nie nadawały się 

nawet na makulaturę. Rozpacz biednych spółdzielców była straszna. 

- Panie sierżancie - mówił do mnie ze łzami prezes Krwionośny. - Nie wybrniemy z 

tego bajzlu nawet i za sto lat! Hej - dodał marzycielsko. - Żeby tak tę ca dokumentację jakiś 

szlag trafił,  wtedy zwalilibyśmy  wszystko  na klęskę żywiołową  i moglibyśmy  z czystym 

kontem zaczynać od zera... 

- A nie mogli podpalić? - spytał logicznie kapral. 

-  Ja   nie   mogłem   do  czegoś   takiego   dopuścić.   Ostatecznie   to   mnie   powierzono   tę 

sprawę i byłem za nią odpowiedzialny. Co innego, gdyby rzeczywiście jakaś siła wyższa... 

Niestety,  z siłami wyższymi,  poza Komendą  Główną, nie miałem kontaktu, a zresztą nie 

pozwoliłby mi na to mój marksistowski światopogląd. 

- I co pan zrobił? 

- Pogadałem z księdzem Chudzielakiem. Bądź co bądź sprawy nadprzyrodzone to jego 

domena.   Sam   widziałem,   jak   kiedyś   wypędzał   diabła   z   przewodniczącego   GS-u   i   to   tak 

skutecznie że szatan uciekając przewrócił na polu starej Wróblewskiej ciągnik Ferguson z 

przedpłużkiem. 

- I ksiądz załatwił sprawę? 

- Załatwił, a w jaki sposób, to już musicie, kapralu, sami odgadnąć. Gdyby natomiast 

ktoś z państwa odgadł wcześniej, to proszę... 

- Tak, tak - pochwycił Modliszka - Na adres redakcji, Warszawa, ulica Mysia dwa! 

- Ot to! - potwierdził sierżant, a po krótkiej chwili dodał: Wiecie, kapralu, tak się 

czasem   zastanawiam,  kto   to  był  ten   towarzysz  Mysio  i  czym  się  tak  zasłużył,  że   ma  w 

Warszawie   swoją   ulicę?   -   tu   w   zamyśleniu   otoczył   się   kłębami   dymu   z   fajki,   nabitej 

tradycyjnie jednym carmenem i dwoma popularnymi. 

Miziak i ptaki stymfalijskie 

Wiecie, kapralu, że filozofowie to szczególni ludzie! - tą trafną obserwacją przywitał 

background image

sierżant Miziak powracającego z obchodu kaprala Modliszkę. 

-   Święte   słowa   -   zgodził   się   Modliszka.   -   W   Korkowcach-Zdroju,   gdzie   kiedyś 

służyłem, przebywał na kuracji odwykowej pewien filozof, który w przeciwieństwie do reszty 

pacjentów nie widywał  białych  myszy,  lecz różowego kota, więc tamtejszy ordynator,  dr 

Cycoń   umieścił   nawet   tego   filozofa   w   jednym   pokoju   z   niejaką   Matyldą   Jamochłon, 

nałogową alkoholiczką, w nadziei, że kot przegoni te myszy. 

- I co, pozbyła się myszy? 

- Myszy się nie pozbyła, ale za to nabawiła się dziecka, które gdy dorosło chętnie 

bawiło się z myszami, zapewniając pacjentce spokój. 

- To są jakieś pierdoły! - zdenerwował się Miziak. - Ja, mówiąc że filozofowie to 

szczególni ludzie, miałem na myśli ich umiejętność podziwiania rzeczy oczywistych. Taki na 

przykład Hegel, ujrzawszy raz Alpy zawołał tylko: - Ach, więc to tak? 

- Niby jak? - spytał kapral po chwilowym namyśle, ale Miziak stracił już ochotę na 

rozmowy o filozofii i zadał od swego podwładnego rozwiązania poprzedniej zagadki. 

- Miałem odgadnąć, w jaki sposób ksiądz Chudzielak spowodował oczyszczenie tej 

stajni Augiasza, która uwiła sobie gniazdko w spółdzielni im. jednego z braci Marx... 

- Stajnia nie może sobie uwić gniazdka! - sprzeciwił się sierżant. 

-   Teraz   wszystko   można!   -   odparł   buntowniczo   Modliszka.   -   Sam   słyszałem   w 

dzienniku telewizyjnym,  jak jeden dyrektor się tłumaczył, że brak części zamiennych  jest 

piętą achillesową, która stanowi wąskie gardło! 

- Walcie dalej! - machnął ręką zrezygnowany Miziak. 

- No więc przede wszystkim przeczytałem, że Herkules w celu oczyszczenia stajni 

skierował do niej nurt rzeki Alfejos. W pobliżu naszej spółdzielni przepływa tylko struga, 

która nosi nazwę “Smredna Voda”, a to dlatego, że jej źródła znajdują się na terenie bratniej 

Czechosłowacji, która tą drogą dostarcza nam kilka razy do roku pewne ilości mazutu. Sądzę 

więc, że ksiądz Chudzielak pomodlił się o obfite opady, które spowodowały przybór wód i 

oczyszczenie stajni. 

- Próbował! - zawołał sierżant. - Błagał o ten deszcz przez dwa dni, płakał, a nawet 

leżał krzyżem, chwilami nawet prawosławnym. Niestety, okazało się, że na terenie sąsiedniej 

republiki jego modlitwy nie są skuteczne... O ile wiem, dopiero teraz Zlata Praha nawiązała 

jakieś rozmowy z Watykanem. 

- W takim razie nie mam pojęcia, jak on to zrobił... zmartwił się Modliszka. 

-   No   właśnie,   a   taka   budowla   wymaga   bardzo   głębokich   wykopów,   z   których 

wydobywa się mnóstwo ziemi. I taka właśnie ziemia, usypana w wysokie kopce, osunęła się 

background image

za sprawą nie wiem jakich sił w koryto Smrednej Vody, powodując zmianę jej nurtu, a w 

następstwie wypłukanie wszystkich nieczystości z tej zabagnionej stajni. 

- To było nie do odgadnięcia! - rzekł kapral. - W grę wchodziły moce nadprzyrodzone, 

których   działania   nie   da   się   logicznie   wydedukować.   Prosiłbym,   żeby   dalsze   zagadki 

utrzymane były w duchu suchego racjonalizmu. 

-   Zgoda!   W   takim   razie   posłuchajcie   o   ptakach   stymfalijskich...   Wiele   lat   temu, 

jeszcze jako młody plutonowy, dostałem pod opiekę uroczą ma mieścinę Kościołupki Dolne, 

bo trzeba wam wiedzieć, że były i Górne, oddzielone od Dolnych gęstym i dzikim lasem. Ten 

las właśnie stał się przedmiotem mojej szczególnej troski, ponieważ w jego obrębie działy się 

dziwne i niepokojące rzeczy. Najpierw mecenas Fizdoń, aktywista PRON-u, zwanego jeszcze 

podówczas Frontem Jedności Narodu, został ostrzelany z leśnej gęstwiny. 

- Czym ostrzelany? - spytał fachowo kapral. 

- Właśnie że nie wiadomo czym. Kilka pocisków gwizdnęło mu koło ucha, a jeden 

wybił nawet dziurę w jego trabancie, ale niestety nie został odnaleziony. 

-  Dziurę  w   trabancie   może  wybić   nawet  glisda,   ponieważ   trabant   jest  zrobiony  z 

papendeklu! - zauważył kapral. 

- Jeżeli to było glisda, to lecąca z ogromną prędkością. Ale to jeszcze nic. W kilka dni 

później   niejaka   Kaśka   Pyzdra,   dyskutując   w   kopie   siana   pod   lasem   ze   swym   kolejnym 

narzeczonym   na   temat,   jak   zeznał,   perspektyw   rozwojowych   ZSMP,   uczuła   nagle   ból   w 

okolicy pośladkowej i sięgnąwszy tamże, namacała... 

- Domyślam się co! - prychnął Modliszka. 

- To źle się domyślacie. Namacała tam coś w rodzaju metalowej strzały,  długości 

około   czterdziestu   centymetrów,   którą   z   najwyższym   trudem   wyrwała,   a   następnie 

lekkomyślnie   wyrzuciła,   trwoniąc   kolejny   cenny   dowód   rzeczowy.   Następny   tydzień   był 

jeszcze gorszy. Różne dziwne przedmioty metalowe wylatywały z lasu, zlatywały ludziom na 

głowy,  kontuzjowały  starców,  kobiety i  dzieci.   Równocześnie   na  miasteczko   spadły  inne 

ciosy.   Najpierw   zaatakowała   je   salmonella,   potem   produkcja   w   Fabryce   Parasoli   im. 

Laurencjusza Berii spadła o połowę, co dyrekcja wiązała z awarią urządzeń odpylających na 

fabrycznym kominie, następnie ogłoszono, że jesteśmy miastem bliźniaczym z miejscowością 

Die Scharze Pumpe Mit Panzerfaust, a wreszcie przyjechał z nieoczekiwaną wizytą Albin 

Siwak. Ale tamte sprawy niewiele mnie obchodziły. Uzbrojony w kask pożyczony z ZOMO i 

w kamizelkę kuloodporną udałem się do lasu, w celu wyświetlenia zagadki tajemniczych 

pocisków... 

- Do, panie sierżancie!  Ja ją wyświetlę!  - zawołał entuzjastycznie Modliszka. - A 

background image

jakby ktoś z państwa się domysił, to na Myślną dwa... 

- Nie “domysił na Myślną”, tylko “domyślił, to na Mysią dwa” sprostował dobrotliwie 

Miziak, zaciągając się jednocześnie dwoma popularnymi i jednym carmenem, buzującymi 

aromatycznie w jego słynnej fajeczce. 

Miziak i łania kerynejska 

- Zdaje się, kapralu, żeśmy paskudnie nawalili! - powiedział osowiały sierżant Miziak 

do kaprala Modliszki, który po zakończeniu służby rozbrajał się w kącie komisariatu. 

- Rany boskie, a w jakiej sprawie? - zmartwił się kapral i załamał ręce, wypuszczając z 

nich jednocześnie granat ręczny wzór RG 42 z zapalnikiem czasowym UZRG, ale zawleczkę 

od niego zatrzymując przezornie w dłoni. 

- Padnij! - rozkazał ostrzelany w bojach sierżant i chwyciwszy popularną cytrynkę, 

szerokim łukiem wyrzucił ją przez otwarte okno. Na pobliskim polu huknęło i zadymiło. 

- Bez strat! - meldował Modliszka, stojąc na ganku z lornetą artyleryjską przy oczach. 

- Tyle że przetokowego Nagwizda zdmuchnęło z Kaśki Pyzdrzanki, ale to i dobrze, bo oduczy 

się umawiać z nią akurat pod samym komisariatem! 

- Lis Medard nie oberwał? - spytał sierżant, niespokojny o zamieszkałe w pobliskiej 

jamie zwierzę, pozostające w ewidencji nadleśnictwa. 

- Zdrowy jak rydz! Właśnie niesie sobie kolejną kurę od Sobczyków! 

- Sobczyk nie uczestniczył  w referendum, więc niech ma za swoje - zadecydował 

Miziak,   hołdujący   prostemu   systemowi   kar   i   nagród,   dzięki   któremu   udawało   mu   się 

utrzymać gminę w jakiejtakiej równowadze ekonomicznej i politycznospołecznej. 

- A w czym żeśmy tak nawalili? - przypomniał kapral. 

-  W kolejności moich herkulesowych prac. Opuściliśmy łanię kerynejska, która ma 

swoje tradycyjne trzecie miejsce między hydrą lernejską i dzikiem erymantejskim. Czytelnicy 

już piszą w tej sprawie do redakcji “Sam na sam”. 

- To może ja szybko rozwiążę poprzednią zagadkę o ptakach stymfalijskich, a potem 

odwalimy tę łanię! - zaproponował Modliszka. 

- Rozwiązujcie! 

-   No   więc   przeanalizowałem   pańskie   opowiadanie   o   tym   poranieniu   ludności   w 

Kościołupkach Dolnych metalowymi strzałami, co mogło się kojarzyć z legendą o ptakach z 

okolic greckiego miasta Stymfalos, które wystrzeliwały metalowe pióra. Ponieważ jednak u 

background image

nas takie ptactwo nie występuje, a druty stalowe są reglamentowane,  więc postanowiłem 

szukać rozwiązania w sferze przemysłu... 

- Słusznie! - pochwalił sierżant. 

-   W   tym   celu   -   kontynuował   jego   podwładny   -   wypożyczyłem   w   bibliotece 

monografię miejscowości Kościołupki... 

- Coście wypożyczyli? 

- Monografię! Monografia jest to... 

- Wiem, co to jest monografia! - obruszył się Miziak. Obkułem się w tych wszystkich 

grafiach   po   tym,   jak  w   naszym   GOK-u   pomylili   scenografię   z   pornografią   podczas   czci 

artystycznej na akademii, i to strach pomyśleć, z okazji jakiej rocznicy! powiedziawszy to, 

sierżant zbladł na samo wspomnienie konsekwencji tej fundamentalnej pomyłki. 

- No więc wypożyczyłem monografię Kościołupek i dowiedziałem się z niej, że w 

pobliżu lasu usytuowana jest Fabryka Parasoli im. bodajże ostatnio Papy Smerfa... 

- Tak jest! - potwierdził Miziak. - Poprzednio imieniem Laurencjusza Berii! 

- Czytałem kiedyś piękną powieść - “Beria, syn Szarej Wilczycy”! 

- Bari! - sprostował sierant. - Ale życiorys bardzo podobny. Wy jednakowoż, kapralu, 

nie wpadajcie co chwilę w dygresje, bo nigdy nie skończymy! - tu Miziak spojrzał spod oka, 

czy kapral wie co to dygresja. 

- Do parasola potrzebne są jak wiadomo druty... 

-   Wygraliście,   kapralu...   To   były   druty   do   parasoli.   Fabryka   miała   przestarzałą 

technologię, a prócz tego na skutek pijaństwa projektanta wybudowano zbyt duży komin o 

strasznym cugu, który wyciągał i wyrzucał w przestrzeń dwie trzecie produkcji. Spadające z 

ogromnej wysokości druty powodowały liczne straty wśród ludności. 

- Wszystko rozumiem - zawołał Modliszka - tylko co to wszystko ma wspólnego z 

ptakami? 

-   No,   niektóre   pociski   trafiały   również   i   w   ptaki,   w   szerokim   rozumieniu   tego 

wyrazu...   Dopiero   na   moją   interwencję   założono   na   komin   specjalny   filtr   magnetyczny, 

wyłapujący urobek. Z tą chwilą druty przestały ranić, a fabryka wyszła na rentowność! 

- Brawo! - zawołał Modliszka. - No a teraz wal pan tę łanię! 

- No więc swego czasu zwrócił się do mnie nadleśniczy Bazyli Dwurura, w stanie 

zresztą wskazującym na użycie, bełkocząc w sposób trudny do zrozumienia o jakimś rogatym 

stworze, przebiegającym z rykiem jego leśne rewiry... 

- To mógł być żubr! 

- Wykluczone. Polskie żubry są wszystkie skatalogowane i każdy ma pod ogonem 

background image

numer rejestracyjny oraz szkiełko odblaskowe. Również łoś nie wywołałby takiej paniki u 

doświadczonego bądź co bądź leśnika. Jeśli towarzysz Dwurura upił się, to znaczy, że musiał 

ujrzeć coś, co nie mieściło się w jego wieloletnich doświadczeniach, a nawet im być może 

zaprzeczało... 

- No, ale my wiemy, że to była łania! 

- On też bełkotał coś o łani, ale o łani z rogami... 

- No to co, że z rogami? 

- Kapralu! - powiedział surowo Miziak - żadna łania nie posiada rogów i tym właśnie 

różni się od jelenia! Tak więc widok rogatej łani musiał wstrząsnąć leśniczym i popchnąć go 

do pijaństwa. Nieszczęśnik był zupełnie załamany, na przemian śmiał się, płakał i jęczał: - 

Joj,   ja   złariuję,   łidziałem   łanię!   Bo   trzeba   wam   wiedzieć,   kapralu,   że   biedak   miał   wadę 

wymowy od czasu jak raz zasną w lesie z otwartą gębą, a dzięcioły wystukały mu wszystkie 

zęby trzonowe. 

- A nie mógł go pan ocucić, żeby dokładnie opowiedział o tej łani? 

- To by trwało przynajmniej  dwadzieścia  cztery godziny,  a tymczasem  w okolicy 

mogła wybuchnąć panika. Dlatego też włożyłem na siebie ochronny strój maskujący, czyli tak 

zwaną panterkę z poprzyczepianymi tu i ówdzie petami, puszkami od konserw, butelkami, a 

nawet   środkami   antykoncepcyjnymi   firmy  “Stomil”,   co   upodobniło   mnie   bez   reszty   do 

pięknego runa okolicznych lasów, i w tym przebraniu wczołgałem się do zagrożonego rewiru. 

Już   z   daleka   słychać   było   potworny,   rozpaczliwy   ryk...   Przylgnąłem   do   podłoża...   Coś 

nadbiegało ścieżką... Sprężyłem się, odbiłem obunóż, skoczyłem i schwytałem to coś przy 

pomocy naszego niezawodnego chwytu milicyjnego numer 648/87 PCW 16! 

- Tak zwany “Piekielny Piotruś”! - pokiwał z uznaniem głową kapral. - No i co to 

było, co pan złapał? 

- Ha, ha! To właśnie musicie odgadnąć kapralu, a gdyby ktoś z państwa wcześniej... 

- To ulica Misia dwa! - dokończył kapral. 

- Nie Misia, tylko Mysia! - sprostował sierżant. - Inna rzecz, że oni tam w Warszawie 

wszystkie  “i” wymawiają jak  “y”, na przykład  “a teraz chwyla lyryki”, więc może to jest 

rzeczywiście ulica jakiegoś Misia? - i sierżant w zamyśleniu napełnił swą wierną fajeczkę 

jednym carmenem i dwoma popularnymi, wytworzonymi jako produkt uboczny w Przetwórni 

Kapusty PGR Mysiadło, uprzednio Misiadło. 

Miziak i byk kreteński 

background image

-  Czy wiecie, kapralu, czym  ostatnie wybory różniły się od poprzednich? - spytał 

Miziak, mający zwyczaj egzaminować swój jednoosobowy personel z wiedzy politycznej. 

- Melduję, że nie wiem! - odrzekł szczerze kapral Modliszka, nie przeczuwając nawet, 

iż wyraża nie tylko własne wątpliwości. 

- Jak to nie wiecie? - zgorszył  się sierżant. - One tym  się różniły,  że tym  razem 

wybieraliśmy jednego radnego spośród dwóch kandydatów, a poprzednio spośród jednego. 

Jak więc widzimy, ta nowa formuła stanowi ogromny postęp i jest ze wszech miar słuszna. 

-   Może   i   ze   wszech   miar,   ale   chyba   od   niedawna   -   rezonował   kapral.   -   Gdyż 

dotychczas przez czterdzieści lat wbijano mi do głowy, że słuszne jest wybieranie jednego 

radnego spośród jednego kandydata, ponieważ to odróżnia nas od demokracji zachodnich, w 

których walka wyborcza prowadzi do przekupstwa, nadużyć, rui i zaprzedania się w służbę 

kapitału. 

- Pocałujcie mnie w dupę, kapralu! - powiedział z rezygnacją Miziak, zniechęcony 

konserwatyzmem Modliszki. 

- Tak jest! - zawołał służbiście kapral, zrywając się z miejsca. 

- Siad! - krzyknął wystraszony sierżant. - Nie bądźcie no wy, mój Modliszko, tacy 

dosłowni i powiedzcie lepiej czy rozwiązaliście zagadkę łani kerynejskiej? 

-   Rzecz   jasna!   Ale   zanim   odpowiem,   pozwoli   pan,   że   zreasumuję   pańskie 

opowiadanie? 

- Reasumujcie! - zezwolił zwierzchnik, któremu spodobał się ten obcojęzyczny wyraz, 

chociaż na razie nie wiedział co on oznacza. 

- Ot mówił pan, że nadleśniczy Bazyli Dwurura zauważył w lesie dziwnego stwora... 

- Nie dziwnego stwora tylko  dziwny stwór. Stwór odmieniamy podobnie jak wór. 

Gdyby to natomiast był potwór, to nadleśniczy nie zauważyłby dziwny potwór, lecz dziwnego 

potwora. Jasne? 

- A gdyby to był otwór - spytał podstępnie Modliszka - to co by zauważył, otwór czy 

otwora? 

- Baczność! - rozkazał Miziak, a sprowadziwszy w ten sposób kaprala do pionu i do 

milczenia, powiedział łagodniej: 

- Meldujcie dalej! 

- Bazyli Dwurura i dziwny stwór spotykali się w lesie - wyminął chytrze Modliszka tę 

językową rafę z precyzją uzyskaną podczas kontemplowania programów telewizyjnych pana 

doktora Miodka. - A ten stwór rogaty był i strasznie ryczał. Nadleśniczy też ryczał ze strachu, 

background image

gdy przybiegł do pana. Wołał, o ile sobie przypominam, “Joj, ja złariuję, łidziałem łanię”. 

- Tak jest - przytaknął sierżant - tak właśnie wołał, ponieważ jest szczepetlawy. 

- Jeżeli jest szczepetlawy i zamiast “w” wymawia “ł”, to w lesie nie widział łani, lecz 

Wanię. A to, co pan, sierżancie, schwytał w lesie to też nie była łania, tylko Wania. 

- Ale który Wania? 

- Jeżeli z rogami, to zapewne Wania Wozduszny, bo on miał zwyczaj ryczenia, gdy 

tylko żona przyprawiła mu rogi, czyli że prawie zawsze. 

- Prawie! - potwierdził sierżant. - Ten biedak tylko raz miał miesiąc spokoju, gdy baba 

złamała sobie miednicę i leżała w gipsie od pasa w dół, całe szczęście że z równoczesną 

anginą. No cóż, wygraliście, kapralu. Sięgnijcie no do segregatora i nalejcie, to opowiem 

wam dziś o byku kreteńskim! 

Już po chwili w musztardówkach zazłocił się aromatyczny produkt braci Karamazow, 

pędzony z czeskiego mazutu. 

- Swego czasu - rozpoczął swą gawędkę Miziak - gdy jeszcze studiowałem w szkole 

podoficerskiej w Słupsku... 

-   A   zna   pan   taką   przestawiankę  “Domki   w   Słupsku”?   -   spytał   spontanicznie 

Modliszka. 

-   Nie   znam   i   bądźcie   uprzejmi   mi   nie   przerywać.   Ot   w   tej   szkole   istniał   piękny 

zwyczaj niesienia pomocy miastu i regionowi nie tylko w momentach klęsk żywiołowych, ale 

także przy okazji różnych świąt, obchodów i uroczystości. Przygotowywaliśmy akademie, 

uczestniczyli   w   koncertach,   dekorowali   trybuny,   a   zwłaszcza   specjalizowaliśmy   się   w 

pokrywaniu   murów   mobilizującymi   napisami   w   rodzaju  “Zbudujemy   drugą   Polskę”, 

“Popieramy aktualne uchwały” i tym podobne. 

- Takie napisy są pożyteczne - zgodził się kapral. 

-   W   naszych   organach   centralnych   istnieje   specjalny   Wydział   Wymyślania 

Mobilizujących Napisów z szefem w randze wiceadmirała. Pamiętam, że kiedyś na wiadukcie 

kolejowym we Wrocławiu wisiał napis  “Potępiamy sprawców zamieszek”, chociaż żadnych 

zamieszek nie było, ale gdyby były, to od razu natknęłyby się na ten napis - kontynuował 

Miziak.   -   Tak   więc   zawieszaliśmy   te   napisy,   co   bardzo   podnosiło   morale   ludności   i 

mobilizowało ją do wydajniejszej pracy. Niestety, naszą działalno przerwała seria groźnych 

wypadków drogowych. Niedaleko za miastem był zakręt, doprowadzający tamtejszą szosę 

prosto   do   rolniczej   spółdzielni   produkcyjnej  “Lepsza   przyszłość”.   I   wyobraźcie   sobie, 

pewnego dnia wszystkie samochody zaczęły w tym miejscu przyśpieszać, a następnie nie 

bacząc na ten zakręt, ładowały się prosto w okoliczny las, co połączone było niejednokrotnie 

background image

z   dachowaniem.   Już   wkrótce   na   zakręcie   powstało   istne   cmentarzysko   pojazdów, 

eksploatowane   przez   okoliczne   chłopstwo   oraz   przez   amatorów   części   zamiennych   do 

samochodów, traktorów, a nawet lekkich czołgów. Wezwano Eksperta Komendy Głównej, 

majora Zdzisława Pancernego, który pojechał na miejsce, ale natychmiast wyleciał z zakrętu, 

wykręcił beczkę i wpakował się na drzewo. Był to jednak stary wyjadacz, wytrenowany we 

wszelkich upadkach. Po katastrofie wylazł z wraka i przeszedł ten kawałek trasy, lekko tylko 

kulejąc. W pewnym momencie przystanął, spojrzał w górę, uderzył się w czoło i wrzasnął: - 

Miziak, natychmiast do mnie! Zameldowałem się biegiem. Major spojrzał na mnie surowo i 

powiedział: - Oj, Miziak, to wszystko przez was! 

- Jak to przeze mnie, obywatelu majorze? - wyjąkałem cały struchlały. 

- Przez was, Miziak! - powtórzył major. - Przyjrzyjcie no się, a sami przyznacie, że 

strzeliliście kretyńskiego byka! 

-   Kretyńskiego?   A   nie   kreteńskiego?   -   dopytywał   podniecony   opowiadaniem 

Modliszka. 

- Mówiłem wam,  kapralu - wyjaśnił  cierpliwie  Miziak  - że mój  życiorys  nie  jest 

wierną  kopią  dziejów  Herkulesa,  lecz   jakby  wariacjami  na  jego temat.  On załatwił   byka 

kreteńskiego, a ja strzeliłem kretyńskiego. Zaś co to był za byk... 

- To na Mysią dwa! - dokończył Modliszka, podając jednocześnie swemu mistrzowi 

fajeczkę, załadowaną dwoma popularnymi i jednym mało używanym carmenem. 

Miziak i konie Diomedesa 

-  Melduję,   panie   sierżancie,   że   się   na   nas   skarżą!   -   zawołał   służbiście   kapral 

Modliszka do wchodzącego Miziaka. 

- Kto się skarży? - zapytał nawykowo Miziak, wyjmując z raportówki notes i ołówek. 

- Imiona? Nazwiska? Kryptonimy, materiały obciające, kontakty z podziemiem! 

- Chyba nic z tego nie będzie - zgasił go kapral. - Bo to się skarżył redaktor naczelny 

tego pisma, gdzie nas drukują. Właśnie przed chwilą dzwonił, że zanadto świntuszymy,  a 

poza tym podśmiewamy się z rządu i to w organie kryptorządowym, utrzymującym organ 

oficjalny, którego nikt nie czyta, w związku z czym jest deficytowy. 

- A co u nas nie jest deficytowe, z wyjątkiem wódki i panoramy Racławickiej? - spytał 

background image

retorycznie sierżant, a pomyślawszy chwilę dodał: - Nie wiem czemu Naczelny zabrania nam 

świntuszyć, jeżeli sam lubi? 

- A lubi? - zainteresował się kapral. 

- Ho ho ho! - zawołał jego zwierzchnik. - Toż ja go pamiętam z młodych lat, kiedy 

to... (Ust. Milcz. Dusz. Śpiew. 0815 z dnia 30.02.1410 Ryp. Wyp. Pier. 69). 

- Nie może być! - zawołał Modliszka, zdumiony aż taką jurnością. 

- Może, może! - zapewnił go Miziak. - Tym niemniej gdyby do nas jeszcze w tej 

sprawie zadzwonił, to uspokójcie go, że ograniczymy świntuszenie, wszelako bez niezdrowej 

przesady,  zaś co do rzekomego  szargania rządu, obiecujemy nie nawoływać  do strajków, 

głodówek i odmawiactwa służby wojskowej. A teraz... 

- Tak jest! - odrzekł kapral, odgadując życzenie szefa. 

- Już panu melduję, co wywnioskowałem w sprawie poprzedniej zagadki! 

- Ale przedtem... - zacz znów sierżant. 

-  Tak  jest!  -  odgadł   ponownie   Modliszka  i   sięgnąwszy  do  segregatora   z  napisem 

“Działalność   CIA   na   terenie   gminy”  rozlał   do   musztardówek   bursztynowy   produkt   braci 

Karamazow, potem zaś, gdy już wypili, chuchnęli i beknęli, przystąpił do relacji: 

-   Jak   pamiętamy   z   pańskiej   opowieści,   jako   student   Szkoły   Podoficerskiej 

przyozdabiał   pan   mobilizującymi   napisami   okoliczne   drogi.   Jedna   z   nich   prowadziła   do 

rolniczej spółdzielni produkcyjnej o nazwie “Lepsza przyszłość” i tam właśnie miały miejsce 

liczne wypadki samochodowe. W celu wyjaśnienia tej sprawy przybył ze stolicy specjalista, 

major Zdzisław Pancerny, który wszakże sam natychmiast uległ wypadkowi, na tyle jednak 

niegroźnemu, że o własnych siłach zlustrował szosę, a następnie zakrzyknął:  “Oj, Miziak, 

strzeliliście kretyńskiego byka”. 

- Tak było! - potwierdził sierżant. 

- Po zastanowieniu się - kontynuował Modliszka - doszedłem do wniosku, iż musiała 

zaistnieć korelacja między napisami a wypadkami... 

-   Nie   używajcie   słów,   których   znaczenia   nie   rozumiecie!   -   zgromił   go   Miziak, 

ponieważ sam nie wiedział co znaczy “korelacja”. 

- Korelacja to wzajemny stosunek zależności... - wyjaśnił skromnie kapral. 

- Przestańcie mi tu pieprzyć o stosunkach! Dopiero co nas za to skrytykowano! Czy 

nie możecie zwyczajnie powiedzieć, że wypadki miały związek z napisami? 

- Mogę! - zgodził się Modliszka. - Bo sądzę, że faktycznie miały, chociaż trudno mi 

dokładnie wyczaić jaki. 

-   No   to   wam   powiem.  Ot   wśród   innych   transparentów   zawiesiłem   tam   napis 

background image

“Naprzód,   prosto   do   lepszej   przyszłości”.   Kierowcy   jadący   do   spółdzielni  “Lepsza 

przyszłość”  podświadomie kwalifikowali ten napis jako znak drogowy i zamiast skręcić w 

bramę spółdzielni, która była po lewej, jechali - zgodnie z napisem - prosto, i to prosto w 

krzaki. 

- Tak, tak! - pokiwał głową kapral. - Takie różne hasła są ogromnie sugerujące! Jeden 

mój znajomy przejeżdżając koło napisu “O co walczymy? Dokąd zmierzamy?”, zawsze wołał 

z rozpaczą: - A skąd ja, kurwa, mogę wiedzieć? 

- To ładnie o nim świadczy, że nie zachował obojętnej postawy! - pochwalił sierżant, a 

następnie powiedział swemu uczniowi izastępcy następną zagadkę: 

-   Swego   czasu   wezwany   zostałem   do   stadniny   państwowej,   imieniem  “Przyjaźni 

Pierwszej Konnej z Ułanami Beliny”. Od pewnego czasu ginęli tam stajenni... 

- Jak to ginęli! Na śmierć? - zaniepokoił się Modliszka. 

- Ginęli bez śladu. Co który wszedł do stajni, to znikał, aż w końcu ludzie zaczęli 

mówić, że to konie ich pożerają. 

-   Podobnie   jak   konie   króla   Diomedesa!   -   zawołał   Modliszka,   który   wcześniej 

przyswoił sobie ten grecki mit. 

- Tak jest! - przytaknął Miziak. - Konie Diomedesa zjadały ludzi, ale tylko do czasu, 

gdy   pożarły   niejakiego   Abderosa,   który   był   osobistym   przyjacielem   Herkulesa.   Wtedy 

Herkules uprowadził te konie, a dla uczczenia pomięci Abderosa założył miasto Abderę. 

- A w tej Abderze był pan kapitan Kloss! - wyrwał się kapral. 

- Pan kapitan Kloss nie był w Abderze, lecz w Abwehrze, w nagrodę za co został 

ostatnio dyrektorem Polskiego Ośrodka Kultury w Moskwie. 

- Ale chyba nie w tym mundurze? 

- To nie ma nic do rzeczy, kapralu! - skarcił go komendant i ciągnął dalej: 

- Tak więc stajenni ginęli, a plotki się szerzyły, czasy zaś były wówczas niespokojne, 

rok 1968, mianowani  docenci,  przechowywanie  Żydów, nieuzasadnione  zapasy żywności, 

fermenty na uczelniach, nawet na nowo tworzonym w pobliskim Kocmyrzu uniwesytecie, bo 

trzeba wam wiedzieć, że wówczas każde miasto chciało mieć uniwersytet. 

- Teraz też! - zawołał Modliszka. - Niedługo mają otworzyć Yale w Wałczu i Sorbonę 

w Pieskowatej koło Głuchołazów! Ale słucham, słucham! 

- No więc pewnej nocy udałem się do stajni, przebrany za konia, a raczej za jego 

przednią część. Część tylną stanowił młody aspirant, niejaki Małpeczka Zenon. Każdy z nas 

musiał oczywiście imitować zachowanie właściwe dla danego fragmentu konia. 

- Rozumiem, pan rżał, a Małpeczka pierdział. 

background image

-   Ja   gryzłem   wędzidło   -   sprostował   Miziak.   -   A   Małpeczka   machał   ogonem. 

Przystanęliśmy przy obie, pojadając owies. Nowo zaangażowani stajenni skupili się w pobliżu 

latarni. Wtem wrota skrzypnęły i weszło coś w rodzaju księdza... 

- Jak to coś w rodzaju? Pingwin, czy zakonnica? 

- Mniej więcej. W stajni było do ciemno. Tajemniczy osobnik zbliżył się do grupy 

stajennych i wyciągnął z kieszeni pół litra. Następnie wszyscy poszeptali i gęsiego opuścili 

pomieszczenie. Na końcu szedł rzekomy ksiądz. Gdy przechodził koło mego łba, chwyciłem 

go zębami za sutannę. Luźna szata opadła i zgadnijcie, co zobaczyłem? 

- To, to ja zgadnę w następnym odcinku! - oświadczył kapral. A jakby ktoś z państwa, 

to rozwiązania... 

- Tylko nie na Mysią! - przerwał mu sierżant. - Redakcja przeniosła się na Kruczą 36! 

- Szkoda, wolałem myszę od kruka... - westchnął Modliszka ale Miziak już tego nie 

słyszał,  nabijał bowiem właśnie swą wierną fajeczkę dwoma  antyrakowymi  popularnymi, 

przemieszanymi z jednym przeciwzawałowym carmenem. 

Miziak i pas Hippolity 

Wie pan, sierżancie, że ten Flisak coś pana nie lubi! powiedział kapral Modliszka, 

przeglądając ostatni numer miesięcznika “Sam na sam”. 

- Znajdźcie mi dossier tego Flisaka i rozpytajcie o niego sąsiadów! - rozkazał Miziak 

w słusznej chęci odwetu, wzmocnionej jeszcze wyniesionym ze szkoły przekonaniem, że kto 

nie lubi milicjanta, ten jest osobą podejrzaną i kwalifikującą się do inwigilacji. 

- Melduję - odrzekł z żalem Modliszka - że jest to niewykonalne, gdyż Flisak nie jest 

mieszkańcem naszej gminy, lecz tym rysownikiem, który uporczywie przedstawia pana jako 

półidiotę z wytrzeszczem Inoziemcowa... 

- Basedowa! - poprawił go Miziak z uśmiechem wyższości. Mylicie ze sobą różne 

osiągnięcia naukowe. Mamy do czynienia z wytrzeszczeni Basedowa, kroplami Inoziemcowa, 

tablicą Mendelejewa, doktryną Breżniewa, apelem Stachanowa i młotkiem Paramonowa. 

- I buntem Ligaczowa! - przypomniał kapral. 

- Pugaczowa! - sprostował sierżant. - Ale zostawcie to, kapralu, i powiedzcie mi lepiej 

czy rozwiązaliście już tę pasjonującą zagadkę krwiożerczych koni króla Diomedesa? 

- Melduję, że wydaje mi się, iż ją rozwiązałem! - powiedział ostrożnie Modliszka, 

naśladując w tym względzie Anglików, którzy prawie nigdy nie twierdzą, ale prawie zawsze 

background image

przypuszczają, mniemają lub mają wrażenie, co się wyraża w takich sformułowaniach jak 

“Przypuszczam, że będę matką”, “Sądzę, że jest pan świnią”, “Odnoszę wrażenie, jakoby był 

pan   oszustem”  i   tym   podobne,   podczas   gdy   prostoduszny   Słowianin   woła   spontanicznie 

“Gdzie się pchasz, baranie?!” lub “Taka to a taka twoja mać”, nie pozostawiając tak cennego 

marginesu na ewentualną, choćby iluzoryczną wątpliwość. 

- Ot - kontynuował kapral - powiedział pan, że jakaś tajemnicza postać odziana w 

ciemną szatę wyprowadzała ukradkiem ze stadniny państwowej nowoprzyjętych stajennych. 

Równocześnie sąsiednie miasteczko Kocmyrz tworzyło zręby szkolnictwa wyższego... 

-   Zgadza   się.   Zakładali   tam   właśnie   uniwersytet   im.   Franciszka   Szlachcica. 

Pamiętajcie, że w tych czasach modne było nadawanie uczelniom imion różnych trybunów 

ludowych. 

- Wiem - potwierdził Modliszka. - Mój szwagier kończył uniwersytet we Wrocławiu. 

No więc skojarzyłem te dwa fakty. Tam burzliwy rozwój i zapotrzebowanie na kadry - tu 

kiepsko płatna robota przy wyrzucaniu gnoju. Wymarzona sytuacja dla kaperownika! 

- Chyba jesteście na tropie... - przyznał z niechęcią Miziak. 

- Chyba generalnie tak - zgodził się kapral. - Kilku spraw jednak nie rozumiem. Na 

przykład  dlaczego  ten  werbownik był  w sutannie.  Czyżby  reprezentował  reakcyjną  część 

kleru, pragnącą podważyć zręby państwowej hodowli koni? 

- Aż tak daleko ich knowania się nie posunęły - uspokoił go sierżant. - Ten tajemniczy 

osobnik to nie był duchowny, lecz rektor nowego uniwersytetu w todze i birecie. Obiecywał 

on stajennym lepsze zarobki, upijał ich i w stanie niepoczytalności zaprzysięgał na docentów 

z nominacji. 

- I co pan mu zrobił? 

- Niewiele mogłem mu zrobić, gdyż  kaperownictwo nie ma u nas odpowiedniego 

paragrafu. Na szczęście przyznał mi się, że zachęcał przyszłych naukowców do kradzieży 

łańcuchów   od   koni,   które   po   pociągnięciu   złotolem   miały   funkcjonować   jako   insygnia 

uniwersyteckie. To już podpadło pod nakłanianie do przestępstwa i jego magnificencja byłby 

beknął,   gdyby   nie   interwencja   miejscowego   sekretarza,   który   miał   na   tym   uniwersytecie 

obiecaną ma maturę i doktorat z historii najnowszej. A teraz nalejcie, kapralu, i posłuchajcie 

zagadki z pasem Hippolity. 

- To była królowa Amazonek! - zabłysnął erudycją Modliszka. 

- I owszem. Starożytny Herkules zabił ją i zabrał jej cudowny pas. Ja na szczęście nie 

musiałem zabijać swojej Hippolity, chociaż i ona była znaną amazonką, a jej pas też odegrał 

złowieszczą rolę. 

background image

- A gdzie to się wszystko działo? - spytał kapral, nalewając do musztardówek produkt 

braci Karamazow, lekko tylko zajeżdżający karbidem, służącym do strącania fuzla. 

-   To   się   działo   w   tym   samym   Kocmyrzu   i   w   tej   samej   stadninie   im.  “Przyjaźni 

Pierwszej Konnej z Ułanami Beliny”. W istniejącym tamże klubie jeździeckim oprócz pogoni 

za lisem, skoków przez przeszkody i biegów terenowych, rozgrywano również tradycyjny 

turniej   brydża.   Miejscowa   reprezentacja,   składająca   się   z   mecenasa   Fizdonia   i   pani 

aptekarzowej   Hipolity   Plaśniętej,   dzielnie   stawiała   czoła   przedstawicielstwu   stolicy   w 

osobach wiceministra Podmamuśki i posła Jana Fuchy. Ostatnia, decydująca rozgrywka jakoś 

się opóźniła, gdyż pani Hipolita i poseł Fucha Jan oddalili się w niewiadomym kierunku. 

Wreszcie nadeszli, zdrowo zmachani, zapewne dalekim spacerem, podczas którego nawiązali 

przypuszczalnie bliższą styczność z runem leśnym, gdyż pani Hipolita nosiła na sobie bardzo 

wyraźny   odcisk   paproci   strzępiastej,   a   jej   partner   ze   spaceru,   a   przy   okazji   przeciwnik 

brydżowy, po kilku nerwowych ruchach wypuścił z nogawki spodni dwie parzące się myszy. 

Wreszcie cała czwórka usiadła do stolika i zaczęła się licytacja. 

-  Pas!  -  zaczął  mister   Podmamuśka,   mający  same  blotki.  Mecenas   Fizdoń  zgłosił 

prowokująco dwa bez atu, do czego upoważniały go mariasze z asami w trzech kolorach przy 

renonsie pikowym. 

- Kontra! - pisnął na wszelki wypadek ogłupiały jeszcze po spacerze poseł Fucha. Pani 

Hipolita spojrzała w swoje karty, w których aż czarno było od pików i już chciała powiedzieć 

“trzy piki”, gdy wtem zbladła, spociła się i powiódłszy osłupiałym wzrokiem po graczach 

jęknęła: - Pas... 

- Nie będę tu powtarzał jakimi wyrazami obrzucił ją mecenas Fizdoń, a jakie jeszcze 

do nich dodał, gdy wyłożyła swe karty. Zaprzepaściwszy szansę na licytowanego szlema, 

miejscowa   para   w   następnym   rozdaniu   przegrała   turniej.   Zachodziło   podejrzenie,   że 

niefortunna   brydżystka   została   przekupiona   przez   konkurencję,   a   śledztwo   w   tej   sprawie 

powierzono właśnie mnie... 

- Idę studiować zasady gry w brydża - oświadczył kapral Modliszka - a jakby ktoś z 

państwa, to na Suczą 36! 

- Nie na Suczą, tylko na Kruczą! - sprostował Miziak. 

-   Co   prawda   ta   redakcja   rzeczywiście   uparła   się   tułać   po   różnych   obrzydliwych 

odzwierzęcych ulicach, ale na Suczą jeszcze nie zeszła! - co oświadczywszy, sierżant sięgnął 

po swą wierną fajeczkę, nabitą uprzednio przezornie dwoma popularnymi, jednym carmenem 

i - uwaga, nowalijka! - połówką importowanego “Partagasa”. 

background image

Miziak i woły Geryona 

-  Jakieś   przekleństwo   ciąży   nad   naszą   okolicą!   -   rzekł   z   goryczą   sierżant   Miziak 

wchodząc do swego schludnego komisariatu, ozdobionego plakatami wzywającymi ludność 

do   kontraktacji   roślin   oleistych,   hodowli   trzody   chlewnej,   uczestnictwa   w   PRON-ie, 

oszczędzanie w PKO, lektury pamiętników Jerzego Jaskierni, sytuowania gnojówek daleko 

od   studni   oraz   uprawiania   stosunków   oralnych   jako   nie   zwiększających   i   tak   już 

monstrualnego   przyrostu  populacji.   To   ostatnie   wezwanie   doprowadziło   do   drastycznych 

nieporozumień,   gdyż   rolnicy   zrozumieli  “stosunki   oralne”  jako   stosunki   przy   oraniu,   w 

rezultacie   czego   wczesną   wiosną   okoliczne   pola   zaroiły   się   osobliwymi   kombajnami, 

złożonymi   z  konia,  baby popychającej   pług  i chłopa   popychającego   babę,  a  wszystko   to 

zadowolone, rumiane i na świeżym powietrzu. 

- Co tak pana zdenerwowało, szefie? - spytał troskliwie wierny kapral Modliszka. 

- Jak to co? Po raz trzydziesty czwarty musimy powtarzać wybory do Gminnej Rady 

Narodowej! 

-   No   patrz   pan!   -   zmartwił   się   Modliszka.   -   A   ja   tylu   starań   dołożyłem!   Nawet 

odnalazłem na strychu i przybiłem na lokalu to stare hasło z poprzednich wyborów! 

- Jakie stare hasło? - spytał podejrzliwie sierżant, tknięty niedobrym przeczuciem. 

- No, to hasło, wie pan, “Głosujemy bez skreśleń”. 

Miziak odpiął kaburę i wyjął  z niej  swą wierną TT-kę, na kolbie  której  widniały 

nacięcia, upamiętniające sukcesy zawodowe właściciela. Kapral zadrżał i zrobił krok w stronę 

okna. 

-   No   dobra...   -   zgrzytnął   sierżant,   z   widocznym   przymusem   chowając   spluwę.   - 

Ostatecznie macie żonę i dziecko... 

-  Dwoje!  -  pisnął  kapral.  -  Młodszy  synek   organisty  to  też   przypuszczalnie   moja 

zasługa! 

- Jak to wasza? - zaperzył się Miziak, głęboko dotychczas przekonany o własnym 

junactwie. 

- Zresztą mniejsza o to! - dorzucił. - Żebym was tylko więcej nie widział w okolicy 

lokalu wyborczego, aż do najbliższej niedzieli! 

- Rozkaz! - zakrzyknął uradowany Modliszka. - A czy mogę teraz panu sierżantowi 

zameldować jak udało mi się rozwiązać poprzednią pańską zagadkę z pasem Hipolity? 

- Meldujcie! - przyzwolił zrezygnowany zwierzchnik. 

background image

- A więc podejrzewał pan uczestniczkę turnieju brydżowego, panią Hipolitę Plaśniętą 

o przekupne działanie  na rzecz drużyny przeciwnej, gdyż  posiadając znakomite  karty nie 

podtrzymywała podczas licytacji swojego partnera, tylko z nienackiego powiedziała “pas”. 

- Nie z nienackiego, tylko z nienacka! - poprawił go sierżant. - Pan Nienacki jest to 

znakomity literat, który w swojej powieści “Dagome iudex” jako pierwszy udowodnił, że nasi 

Piastowie wyciągali i do trzydziestu orgazmów dziennie, co świadczy o krzepie tej wspaniałej 

dynastii. 

- Niech będzie, że z nienacka - zgodził się Modliszka, nie bardzo wiedzący co to jest 

orgazm. - W każdym razie ta pani powiedziała “pas”, a wszyscy myśleli, że to dotyczy gry. 

- A nie dotyczyło? - spytał podstępnie Miziak. 

-   Moim   zdaniem   nie,   szczególnie   że   pani   Hipolita   była   uprzednio   na   spacerze   z 

jednym posłem, gdzie być może on sprał ją pasem albo co? 

- Nie sprał jej - uśmiechnął się sierżant. - Ale macie rację, że chodziło o realny pas, a 

nie o brydżową odżywkę. Otóż przyciśnięta do muru przeze mnie dama ta zeznała, iż na 

spacerze, podczas rozmowy dotyczącej wpływu Kraszewskiego na Dobraczyńskiego, czy też 

przeciwnie, machinalnie niejako zdjęła niesłychanie kosztowny, bo sprowadzony aż z Paryża 

pas z podwiązkami, który następnie w roztargnieniu zostawiła gdzieś w lesie. Gdy podczas 

rozgrywki   uświadomiła   sobie   tę   bolesną   stratę,   niechcący  zawołała  “pas”,   powodując 

lawinowy rozwój wydarzeń. 

- No to teraz o wołach Geryona!  - zawołał z energią Modliszka, szykując  się do 

robienia notatek. 

- A co wiecie o Geryonie? 

- Wiem tylko, że był to potwór o trzech zrośniętych tułowiach i trzech głowach, który 

strzegł stada wołów. Herkules zabił go i zabrał woły, następnie popędziwszy je do Grecji. 

- Bardzo dobrze! - pochwalił Miziak. - Widać, żeście zajrzeli do encyklopedii! 

- Do “Małego Słownika Kultury Antycznej”! - poprawił go kapral. 

- Tam jeszcze pisało, że po drodze część wołów ukradł Herkulesowi olbrzym Kakus. 

- Wszystko się zgadza! - powiedział sierżant. - Mnie też powierzono dochodzenie w 

sprawie   kradzieży   wołów,  które   do  miejscowego   PGR-u   pędził   z   daleka   wiejski   pastuch 

zwany Zebem. 

- Stary Zeb! - zawołał Modliszka. - Widziałem ten serial! 

- Nie wiem o jakim serialu mówicie, ale pastuch był rzeczywiście stary, a zwano go 

Zebem, bo miał powiedzonko  “A Zeby to ślag trafił”. Pędził te woły i pędził, ale co dzień 

ubywało po kilka sztuk... 

background image

- Pamiętam! - oznajmił kapral. - Wtedy ludzie mówili, że jak Zeb przypędzi stado, to 

zlikwidują kartki na mięso! 

- Kartki na pewno zniesiemy, gdy popyt wyrówna się z podażą! powiedział surowo 

Miziak, cytując zdanie pewnego profesora ekonomii, który całe życie poświęcił, aby dojść do 

tej prostej prawdy. - W każdym razie zostałem wtedy przydzielony do stada i towarzyszyłem 

staremu   Zebowi   w   charakterze   młodszego   pastucha,   tak   zwanego   pastusiaka,   starając   się 

dojść, kto nam kradnie woły. 

- Na filmie robili to czerwoni bracia... - podsunął nieśmiało Modliszka. 

- Kapralu, nie życzę sobie takich uwag! - zgromił go sierżant. - Lepiej wejdźcie w 

moje ówczesne położenie: stado coraz mniejsze, stary Zeb coraz smutniejszy, a ja w żaden 

sposób nie mogę odkryć sprawcy. 

- A czy ten stary Zeb nie opylał przypadkiem wołów na lewo przydrożnym chłopom? 

- Też tak myślałem, ale nie. Zeb okazał się facetem bez skazy, chociaż biwakowym 

alkoholikiem,   jak  większość   poganiaczy.   Pamiętam   długie   wieczory  przy  ognisku  i  Zeba 

śpiewającego swoją ulubioną piosenkę “Idźta moje wołki przez góry i dołki, nie idźta przez 

pole, bo was obcyndolę”... 

-  To  piękne!   -  wzruszył  się  Modliszka,   ocierając   łzy.  -  No  i  co,   złapał  pan  tego 

Kakusia? 

- Nie Kakusia, tylko Kakusa. Otóż wyobraźcie sobie, że nie złapałem, ponieważ w 

odróżnieniu od prawdziwego Herkulesa, w moim przypadku żadnego Kakusa nie było. 

- A co było? - zdumiał się kapral. 

- To właśnie musicie odgadnąć! - odrzekł sierżant. - Gdyby natomiast ktoś z państwa, 

to na Byczą! 

- Na Kruczą! - sprostował Modliszka, ale sierżant już tego nie słyszał, delektował się 

bowiem   pierwszym   sztachnięciem   swojej   wiernej   fajeczki,   nabitej   jak   zwykle   dwoma 

popularnymi, jednym carmenem i zdechłą muchą, która niechcący tam się zaplątała. 

Miziak i złote jabłka 

Jesienna mgła otulała żyzną dolinę wraz z położoną w niej gminą i strzegącym ich obu 

schludnym wiejskim komisariatem. Przy wesoło huczącym piecyku typu koza-combi siedział 

sierżant   Miziak,   czytając   czasopismo  “Detektyw”,   ukryte   w   starym   egzemplarzu 

“Wiadomości   penitencjarnych”.   Na   ganku   zatupotały   znajome,   dziarskie   kroki   i   wszedł 

background image

wilgotny jak żaba kapral Modliszka. 

-   Czołem,   komendancie!   -   zawołał,   całkiem   jak   Belina   do   Piłsudskiego   przed 

kilkudziesięciu laty. 

- Siadajcie i meldujcie! - powiedział Miziak, zupełnie jak Piłsudski do Beliny. 

-   No   więc   na   rejonie   spokój,   ludność   robi   zapasy   na   zimę,   a   podziemie   jakby 

przycichło, ponieważ panią magister Felgę bolą zęby. Tylko babcia Pimpusiowa skarżyła się, 

że   w   nocy   coś   galopowało   pod   jej   oknem   i   wyraziła   przypuszczenie,   że   to   mogła   być 

galopująca inflacja. 

- Tempo inflacji słabnie! - pocieszył go sierżant. - Dziś rano PAP podał, że ostatnio 

Sadowski spotkał się z Cioskiem, a Jaskiernia z Materną, co świadczy o krzepnięciu paktu 

antykryzysowego. A sprawdziliście co to tak galopowało? 

-   Oczywiście,   to   stary   Kociorupa   prowadził   swoją   Myckę   do   nielegalnego   byka 

Kowalskiego. 

-   Powinienem   wrzepić   Kowalskiemu   mandat   za   konspiracyjne   krycie   bykiem   - 

rozważał Miziak - ale z drugiej strony tutejsze krowy rasy polskiej tak nie znoszą sztucznej 

inseminacji, a zwłaszcza Mycka, która jest szczególnie sentymentalna... 

- Ale! - przypomniał sobie. - Jak już mówimy o byku, to czy rozwiązaliście, kapralu, 

zagadkę znikających wołów? 

-   Wołów   Geryona,   a   w   pańskim   przypadku   wołów   starego   Zeba   podchwycił 

Modliszka. - Otóż wydaje mi się, że ją rozwiązałem. Powtórzmy sobie przebieg wydarzeń... 

Stary Zeb przy pańskiej pomocy pędzi stado bydła, ale codziennie ulatnia się kilka sztuk. 

Pieczołowite śledztwo nie daje rezultatów, nikt tych bydląt nie kradnie, stary Zeb nie opyla 

ich na lewo, nie stwierdzono też wypadków padnięcia... 

- Bardzo dobrze! - pochwalił sierżant. - No i coście odkryli? 

- Nagłówkowałem się strasznie, ale przyszedł mi z pomocą pułkownik Kwiatkowski. 

- To ktoś z Komendy Głównej? 

- Niezupełnie, bo to jest szef Biura Badania Opinii Publicznej, czyli polski Gallup. 

Pułkownik występował akurat w telewizji i przy pomocy statystyki udowadniał takie rzeczy, 

że aż szczęka opadała, co skłoniło mnie do sięgnięcia po  “Mały Rocznik Statystyczny”, z 

którego wynikało iż pogłowie bydła drastycznie u nas spada. Pomyślałem sobie, że jeżeli 

spada w całym kraju, to musi się też zmniejszyć w stadzie starego Zeba. 

-   Słusznie!   -   zawołał   sierżant.   -   Brawo,   kapralu!   Widzę,   że   pod   moim   wpływem 

bardzo   żeście   się   rozwinęli!   No   to   teraz   w   nagrodę   opowiem   wam   o   jabłkach   z  ogrodu 

Hesperyd. Wiecie co to Hesperydy? 

background image

-   Początkowo   myślałem,   że   to   środki   dopingujące   dla   sportowców   -   przyznał   się 

Modliszka - ale potem sprawdziłem w encyklopedii, że to córki redaktora Atlasa. 

- Nie żadnego redaktora, tylko króla Mauretanii, który spiskował przeciw Zeusowi i 

został za to skazany na podtrzymywanie sklepienia niebieskiego. 

-   I   bardzo   dobrze!   -   ucieszył   się   kapral,   zawodowo   nie   lubiący   wichrzycieli.   - 

Zwłaszcza że jego córki, czyli te Hesperydy, trudniły się badylarstwem i miały największy 

sad w całej tamtejszej gminie, z którego Herkules ukradł jabłka. 

- Zgadza  się. I ja też  zostałem wplątany w aferę z największym  sadem w naszej 

okolicy. Właścicielami jego były dwie siostry, stare panny, co prawda nie żadne Hesperydy, 

tylko   Walkowiakówny.   W   ich   sadzie   rosło   kilkadziesiąt   jabłoni   gatunku   złota   reneta,   o 

niezrównanym smaku i zapachu. 

- Ech, kiedyś to były jabłka! - rozmarzył się Modliszka. 

-   I   byłyby   do   dzisiaj   -   dodał   Miziak   -   gdyby   nie   pan   profesor   Pieniążek,   który 

wyhodował nowe gatunki, całkowicie pozbawione wyrazu, a więc o wiele bardziej pasujące 

do całkokształtu naszych dokonań. Ale wracajmy do złotych renet. Miała na nie chrapkę cała 

okolica,   ba,   nawet   z   miasta   przyjeżdżali   smakosze,   pragnący   zakupić   choćby   po   kilka 

kilogramów. Ale siostry Walkowiak za żadne pieniądze nie chciały sprzedać ani jednej sztuki. 

Nawet   ukraść   nic   się   nie   dało,   bo   po   ogrodzie   biegał  strasznie   zły   pies   wielkości   kuca 

szetlandzkiego.   Co   ciekawsze   jednak,   pomimo   bacznej   obserwacji   sadu   przez   amatorów 

renety, rokrocznie cały urodzaj jabłek znikał nagle podczas jednej nocy, a za siatką widać 

było   dokładnie   ogołocone   drzewa.   Dodajmy,   że   ani  jedno   jabłko   z   tej   hodowli   nie 

pokazywało się nigdy na rynku, ani gdziekolwiek indziej. 

- No cóż, to prywatna sprawa tych panienek - odezwał się kapral. - Nie widzę tu 

żadnej podstawy do interwencji milicji... 

-   Podstawa   zawsze   się   znajdzie!   -   odrzekł   filozoficznie   sierżant,   nie   zdając   sobie 

nawet sprawy, ile racji jest w tym stwierdzeniu. 

- Dla mnie podstawą było domniemanie, że Walkowiakówny czerpią ze swego sadu 

korzyści   finansowe,   uchylając   się   od   płacenia   podatku.   Dlatego   też   pewnego   wieczoru 

postanowiłem wkraść się do ich obejścia... 

- A pies? 

- Wziąłem ze sobą tresowanego milicyjnego kota w randze młodszego aspiranta. Kot 

był   przyuczony   do   zwodzenia   psa,   udawał   mianowicie,   że   ma   chorą   łapę   i   wodził   tego 

potwora w kółko, łudząc go nadzieją łatwej zdobyczy, podczas gdy ja szybko wsunąłem za 

pazuchę kilka dorodnych owoców. 

background image

- No i co, i co? - zawołał podniecony Modliszka. 

- No i były wspaniałe! 

- Ale ja się pytam, co z kotem? 

- Awansował na starszego aspiranta, ale kot nie powinien was interesować, kapralu. 

Ważne są jabłka. 

- Dla mnie ważny jest kot... - mruknął krnąbrnie kapral, który sam nie awansował już 

od dziesięciu lat, więc interesowały go kulisy szybkiego awansu zasłużonego kota. 

- A zresztą - dodał - co z tego, że pan pojadł sobie jabłek, jeżeli to nie wyświetliło 

tajemnicy ich zniknięcia. 

- Na razie nie. Istotnie minęły drugie miesiące bez rezultatu. Kiedyś jednak, jesienią, 

podczas takiej pogody jak dzisiejsza, siedziałem sobie w komisariacie rozpatrując ponownie 

całą tę aferę i pociągając przy tym bimber produkcji braci Karamazow, gdy wtem doznałem 

olśnienia! 

-   Zgaduję,   że   będę   musiał   odgadnąć,   jakie   to   było   olśnienie   rzekł   przewidująco 

Modliszka - a gdyby ktoś z państwa wcześniej, to na ulicę Bączą... 

- Kruczą! - sprostował sierżant, ładując do swojej wiernej fajeczki dwa radomskie, 

carmena i dwa filtry od Mallboro. 

Miziak i Cerber 

Lutowa zima trzymała w kleszczach skostniałą gminę. Na wzgórku, pod czapą śniegu, 

wiejski komisariat mrugnął w nocnych ciemnościach swoimi okienkami, jakby zapraszając 

przemarzniętych   przechodniów,   którzy   jednak   woleli   omijać   go   szerokim   łukiem.   W 

komisariacie siedzieli sierżant Miziak i kapral Modliszka, męcząc się nad dziennym raportem. 

- Czy stwierdziliście jakieś nowe dowcipy polityczne na rewirze? - spytał sierżant, 

zawieszając długopis nad odnośną rubryką. 

Modliszka zajrzał do podręcznego notatnika. 

- Melduję, że żarty z Okrągłego Stołu jakby wygasły,  za wyjątkiem  piosenki  “Ta 

Dorotka, ta malusia, tańcowała dokolusia”, śpiewanej przez dzieci z inspiracji przedszkolanki 

Rygiel Natalii. 

- To co, że Dorotka? - zdziwił się Miziak. 

- Że Dorotka to nic, ale że dokolusia. Przecież jeżeli tańcowała dokolusia, to dokolusia 

background image

czegoś okrągłego, a co sierotka może mieć okrągłego, jak nie Okrągły Stół? 

- Sierotka może mieć różne rzeczy okrągłe, w zależności od wieku, tym niemniej, 

kapralu,   zasugerujcie   towarzyszce   Rygiel,   żeby   zmieniła   tekst   na   jakąś   inną   figurę 

geometryczną, dla przykładu “Ta Dorotka w swojej chacie tańcowała po kwadracie”, lub też 

“Ta Dorotka w sukni ślicznej posuwała się po stycznej”. 

- Może nie  “posuwała”, tylko “poruszała się po stycznej”? zasugerował Modliszka, 

uczulony na  wszelkie  drastyczności   od czasu,  gdy  ksiądz   Chudzielak  poparty  przez  Jana 

Dobraczyńskiego spowodował wycofanie ze szkół podręcznika wychowania seksualnego, co 

bardzo podniosło ogólną moralność, równolegle ze wzrostem ilości skrobanek. 

- A teraz - powiedział sierżant, podpisawszy raport - powiedzcie no, mój Modliszko, 

czy rozwiązaliście zagadkę znikających złotych jabłek z ogrodu sióstr Walkowiak? 

- Myślę, że tak. Mówił pan, że jabłka znikały bez śladu, w ciągu jednej nocy, ku 

ogólnemu ubolewaniu? 

- Ku ogólnemu, gdyż miały wspaniały smak i zapach, ale nie szło ich nigdzie kupić. 

- Ten smak przypomniał się panu po kilku miesiącach, w trakcie picia bimbru braci 

Karamazow? 

- Tak... - zgodził się markotnie Miziak, widząc że kapral jest na właściwym tropie. - 

Rzeczywiście, jak się okazało, bracia Karamazow wykupywali cały plon na pniu i spławiali 

go przepływającą przez sad rzeczką Smredena Voda, tą samą, którą Czesi spuszczają nam za 

darmo mazut. Z tego mazutu i tych właśnie jabłek powstał ów szlachetny samogon, będący 

zresztą jedynym udanym produktem koprodukcji polsko-czeskiej. 

- Dodałbym  tu jeszcze  wytrucie  naszych  lasów  w Sudetach, dzięki  czemu  bardzo 

poszerzył się areał tamtejszych pastwisk! dorzucił kapral. 

- Bardzo słusznie! - pochwalił sierżant. - A teraz, kapralu, opowiem wam ostatnią już 

zagadkę, dotyczącą psa Cerbera. Czy znacie ten piękny mit? 

- Melduję, że znam. Trzygłowy pies Cerber, zresztą rodzony brat hydry lemejskiej i 

lwa nemejskiego, pilnował wejścia do Hadesu na półwyspie Tajnoron, obecnie Matapan. 

- Znakomicie, kapralu! Dodajmy, że pilnował nie tyle wejścia, co wyjścia, ponieważ 

wszystkich   tam   wpuszczał,   lecz   nikogo   nie   wypuszczał.   Herkules,   jak   wiadomo,   zdołał 

ujarzmić   i   wyprowadzić   potwora,   przywracając   swobodę   poruszania   się   zmarłych   w   obu 

kierunkach. 

- Swoboda poruszania się zmarłych - wyrecytował kapral - została zagwarantowana na 

mocy układów z Helsinek, na równi ze swobodnym przepływem idei i informacji! A jak ta 

afera z Cerberem wyglądała w pańskim przypadku? 

background image

- Wyglądała fatalnie. Wyobraźcie sobie, że w naszym miasteczku zaczęli nagle znikać 

prominenci... 

- Prominenci nieraz znikają! - oświadczył Modliszka. - Ot, u nas niedawno zniknął 

cały rząd! 

- Nie zniknął,  tylko  podał się do dymisji,  a ci moi  prominenci  znikali  bez śladu. 

Początkowo nikt na to nie zwracał uwagi, gdyż żony były przyzwyczajone do ich wyskoków 

na   rzekome   konferencje   czy   sympozja,   a   instytucje   także   obywały   się   jakoś   bez   swoich 

szefów.   Ba,   w   fabrykach   pozbawionych   dyrektorów   ludzie   poczuli   się   luźniej   i   zaczęli 

zwiększać   produkcję,   w   handlu   zafunkcjonowały   prawa   wolnego   rynku,   a   uczelnie 

zrzuciwszy   doktrynalne   więzy   wypuszczały   znakomicie   przygotowanych   absolwentów. 

Wszystko   wydało  się  dopiero  w   związku  ze   świętem   państwowym   i  z  zaproszeniami  na 

trybunę   honorową.   Wyobraźcie   sobie,   kapralu,   zdumienie   i   szczerą   rozpacz   uczestników 

uroczystego pochodu, którzy nagle stwierdzili, że defilują przed pustą trybuną! 

- To jest wprost nie do zniesienia! - wykrzyknął ze zgrozą Modliszka. 

- Prawda? Dlatego też natychmiast wdrożono intensywne śledztwo, które powierzono 

właśnie   mnie.   Działając   pospiesznie   choć   pedantycznie,   ustaliłem   że   miejsca,   w   których 

widziano po raz ostatni zaginionych, zbiegały się w jednym punkcie miasta, a punktem tym 

był niewielki, stojący w odosobnieniu dom, będący własnością niejakiej Zdzisławy Gwizdek. 

Z wnętrza dochodziło wycie, szczekanie, jęki i pijackie śpiewy. Odbezpieczyłem swoją TT-kę 

i energicznie zastukałem do drzwi. Odskoczyły z trzaskiem i stanął w nich ogromny, straszny 

pies! 

- Czy miał trzy głowy? - spytał struchlały Modliszka. 

- Nie, ale za to miał trzy łapy, to znaczy trzema stał na ziemi, a czwartą przyciskał 

leżącego na wznak wiceprezydenta miasta, magistra Eligiusza Odtylca. W głębi mieszkania 

zobaczyłem   pobladłe   ze   strachu   i   z   przepicia   twarze   innych   notabli.   -   Nie   wchodźcie, 

sierżancie! - krzyknął prezydent Odtylec. - Nie wchodźcie, bo ten pies wszystkich wpuszcza, 

ale nikogo nie wypuszcza! 

No, ale nie ze mną takie numery, natychmiast uśpiłem bestię nabojem gazowym i 

uwolniłem uwięzionych  dostojników. Miasto wróciło do normy,  produkcja spadła, a ceny 

poszły w górę. 

- Ale co oni tam robili? 

- Co robili, tego wam nie powiem, bo mi nie wydrukują. Ale robili to ze wspomnianą 

Zdzisławą   Gwizdek.   Niestety,   nabyła   ona   niedawno   psa   po   szkoleniu   obronnym,   który 

przepuszczał gości tylko w jednym kierunku, mianowicie do wnętrza domu. 

background image

- A jakaż w tym wszystkim zagadka? - zastanawiał się kapral. 

- Jest i zagadka. Otóż musicie zgadnąć, na jaki pomysł wpadłem po tych przeżyciach! 

- co rzekłszy, sierżant nabił swą wierną fajeczkę papierosem malboro, zakwestionowanym 

przy szpiegu CIA, przerzuconym na teren gminy z zadaniem rozszyfrowania źródła naszych 

sukcesów. 

Serce sierżanta Miziaka 

-  Melduję,   że   wiosna   nadchodzi!   -   oznajmił   kapral   Modliszka,   wróciwszy   z 

codziennego patrolu. 

-   Jakie   objawy   zauważyliście?   -   spytał   rzeczowo   Miziak,   który   lubił   dokładnie 

wiedzieć co się dzieje w powierzonej jego pieczy gminie. 

- No więc przede wszystkim fontanna odmarzła i zaczęła znowu sikać. 

Sierżant   uśmiechnął   się   z   zadowoleniem.   Fontanna   ta   powstała   z   inspiracji 

miejscowego   PRON-u,   który   bawiąc   swego   czasu   na   wycieczce   w   Belgii   zachwycił   się 

tamtejszym   Manneken-Pisem,   czyli   siusiającym   chłopczykiem.   Po   powrocie   do   kraju 

prezydium   tej   pożytecznej   organizacji   zapostulowało   wystawienie   czegoś   podobnego   w 

centrum gminy. Rzeźbiarz Jan Chryzostom Nieczysty, któremu powierzono to zadanie, nie 

poszedł   na   łatwiznę   i   zamiast   wypiętego   chłopca   wyczarował   z   kamienia   kucniętą 

dziewczynkę, którą lud nazwał od razu Manekin-Piśka. 

- Po drugie - wyliczał kapral - ksiądz Chudzielak dał do prania zimową sutannę, na co 

był już najwyższy czas, ponieważ ostatnio nie dawała się już ona złożyć, po zdjęciu stała na 

podłodze jak jakiś kiosk “Ruchu”, a przy ewentualnym przewróceniu mogła się stłuc. 

- A skąd znacie takie szczegóły? - zdziwił się sierżant. 

- Od księżej gospodyni, która jest na naszych usługach w sprawach nie dotyczących 

wiary! - wyjaśnił Modliszka. 

- Bardzo rozsądnie!  - pochwalił  Miziak  - Pełna  informacja  o każdym  środowisku 

zapobiega   skażeniu   tegoż!   -   Ta   fundamentalna   prawda,   przeniesiona   żywcem   z   ekologii, 

pozwalała dotychczas sierżantowi utrzymywać w ryzach bujne społeczeństwo gminy. 

-   Poza   tym   występują   pomniejsze   objawy   -   kontynuował   Modliszka   -   takie   jak 

kwitnienie pierwiosnków, kwaśne deszcze z NRD i zwykłe wiosenne zalecanki lisa Medarda 

do tej jamniczki od pani magister Felgi, przewodniczącej nielegalnej opozycji. 

- Wstyd i skaranie z tą jamnicą... - skrzywił się sierżant. Czy nie można by dla niej 

background image

znaleźć jakiego zdrowego psiaka zamiast Medarda? Strach pomyśleć, co się z tego związku 

może urodzić... 

- Niestety, u nas naród trzyma wyjątkowo duże psy, a jamnica ma co prawda półtora 

metra   długości,   ale   tylko   ćwierć   wysokości,   w   związku   z   czym   jest   zupełnie 

niekompatybilna... Ale a propos psów, to wydaje mi się, że rozwiązałem pańską poprzednią 

zagadkę! 

- Mieliście - przypomniał Miziak - odgadnąć, na jaki pomysł wpadłem na podstawie 

psa Cerbera, który wszystkich wpuszczał do mieszkania, ale nikogo nie chciał wypuścić. 

- No i chyba odgadłem. Jak sądzę, wpadł pan na pomysł typowego kotła policyjnego, 

do którego każdy może wejść, nikt jednak nie może z niego wyjść. 

- Tak jest! - potwierdził z dumą sierżant. - To ja pierwszy zastosowałem kocioł, który 

potem   tak   się   upowszechnił   na   całym   świecie.   Oczywiście   trzeba   było   ten   system 

dopracować,   gdyż   w   pierwszym   okresie   entuzjastycznie   nastawieni   funkcjonariusze 

przebierali miarkę i wpuszczali bez opamiętania wszystkich, do tego stopnia, że kiedyś osoby 

zatrzymane  uzyskały ilościową  przewagę  nad zatrzymującymi  i same  ich zatrzymały.  Aż 

strach pomyśleć do czego by doszło, gdyby nie zawalenie się na skutek tłoku jednej ze ścian, 

przez którą wszyscy zgodnie uciekli. 

- To są cudowne wspomnienia, panie sierżancie... - westchnął z podziwem kapral. - 

Sam chciałbym  uczestniczyć  w tych  wszystkich  wydarzeniach,  a  przynajmniej  móc  dalej 

słuchać pańskich opowieści... 

- Niestety, mój zacny Modliszko, to była już ostatnia moja herkulesowa przygoda. 

Wykonawszy   dwanaście   prac   zadanych   mi   przez   obywatelkę   major   Delficką,   uzyskałem 

przebaczenie za ohydny czyn, polegający na pobiciu swej własnej rodziny i mogłem wrócić 

do   zwyczajnych   milicyjnych   działań   polegających,   jak   wam   doskonale   wiadomo,   na 

wypisywaniu   mandatów,   chwytaniu   drobnych   złodziejaszków   i   ścieraniu   nieprzyjaznych 

napisów, lub też neutralizowaniu ich przy pomocy drobnych poprawek... 

-   O,   to   jest   pańska   specjalność!   -   zawołał   kapral.   Widziałem,   jak   wczoraj 

zneutralizował pan napis na murze kościelnym  “Popieramy głodówkę”, przerabiając go na 

“Pobieramy gotówkę”, co wytrąciło podziemie z równowagi, a jednocześnie napsuło krwi 

ojcu Chudzielakowi, który rzeczywiście pobiera już gotówkę za wszystko, nawet za ilość 

machnięć kropidłem przy pochówku! 

- Wszystko się komercjalizuje!- pokiwał głową Miziak. - Nawiasem mówiąc i ja też te 

swoje   przygody   opchnąłem   miesięcznikowi  “Sam   na   sam”   za   ogromne   pieniądze,   które 

pozwolą mi teraz spokojnie doczekać emerytury...  Ale nie martwcie się kapralu! - dodał, 

background image

widząc   łzy   w   oczach   podwładnego.   -   Przeczucie   mówi   mi,   że   jeszcze   przeżyjemy   obaj 

niejedno   ciekawe   zdarzenie!   Potrzebny   nam   jest   tylko   jakiś   bodziec,   w   rodzaju   tamtego 

rozkazu major Delfickiej. 

-  

A   nie   mógłby   pan   znowuż   pobić   swojej   starej?   -   spytał   z   nadzieją   w   głosie 

Modliszka. 

- Zwariowaliście?  - zawołał sierżant, spoglądając nań srogo. Jednak już po chwili 

wzrok mu złagodniał, a twarz rozjaśnił pogodny uśmiech Nr 5, zalecany w regulaminach dla 

wzbudzenia wzajemnego zaufania między przesłuchującym i przesłuchiwanym. 

- Ech  wy,   marzycielu...  -  szepnął,   ładując  do swojej  wiernej  fajeczki  wnętrzności 

jednego   carmena,   dwóch   popularnych   i   omyłkowo   -   breneki,   skonfiskowanej   staremu 

kłusownikowi Kociorupie. Zapadał wiosenny zmierzch. 

Szło nowe. 

Docent Basset 

1.

W sali operacyjnej panowała cisza, przerywana tylko wesołym brzęczeniem much, 

przelatujących od czasu do czasu w pobliskiej trupiarni. 

Trzej   asystujący   lekarze   nie   odrywali   wzroku   od   spowitej   w   białe   całuny   postaci 

pacjenta,   od   której   krwawo   odcinało   się   wyodrębnione   pole   operacyjne,   atakowane 

wprawnymi rękami docenta Basseta, ucznia i godnego następcy słynnego profesora Wilczura. 

-   Wyjątkowo   duże   migdałki   -   mruknął   anetstezjolog,   dr   Kundelek,   ostrząc 

jednocześnie na podręcznym toczydle igłę od jednorazówki, aby była gotowa do ewentualnej 

iniekcji. 

- Siostro, kombinerki - warknął docent Basset spod maski, mającej zapobiegać tak 

rozpowszechnionemu wśród chirurgów nawykowi oblizywania skalpela. 

A żeby cię - dodał, mocując się z jakimś opornym ścięgnem. Nagle puściło z jękiem 

jak urwana gumka od majtek, a chirurg usiadł w kałuży posoki, trzymając w szczypcach 

krwawy ochłap. 

background image

Zabrzmiały spontaniczne oklaski. Współpracownicy podchodzili pragnąc uścinąć dłoń 

mistrza,   podczas   gdy   adiunkt,   dr   Wygrzmocony   ślinił   nitkę,   aby   nawlec   igłę   i   zaszyć 

blugoczącą jeszcze ranę. 

-   A   pudziesz   -   docent   Basset   żartobliwie   przepędził   tłustego   szpitalnego   kota, 

ciągnącego coś z kubełka. Basset był już bez maski, jego wspaniała, męska twarz świeciła od 

potu,   ale   w   oczach   widać   było   radość   z   udanej   operacji.   Żartował   nawet   z   asystentką 

ściągającą połatane, gumowe rękawiczki: 

- Znowu dwie łatki zostały w pacjencie, panno Franiu - mówił z humorem - a potem 

podczas rehabilitacji ozdrowieńcy się skarżą, że co przysiad, to balonik! 

- A z pana docenta to wieczny jajcarz - śmiała się Frania, czyli Franciszka Ruchała, 

patrzaąc rozkochanym wzrokiem na Basseta. 

-   Że   jajcarz,   to   fakt   -   mruknął   kwaśno   adiunkt   Wygrzmocony,   przyglądając   się 

rozwiniętemu   już   z   prześcieradeł   pacjentowi.   Wszyscy   spojrzeli   w   tym   kierunku.   Cisza 

zaległa salę. 

- Ładne migdałki mu pan wyciął... - bąknął z przekąsem anestezjolog. 

- A skąd mogłem wiedzieć - sumitował się docent Basset. - Jak przyszedłem do sali, to 

pole operacyjne było już odsłonięte, a reszta zasłonięta! 

- Pewnie Walkowiak znowu się upił i ułożył pacjenta na odwyrtkę - podsunęła siostra 

przełożona. 

Dr Ruchała podskoczyła nagle i po dziecinnemu plasnęła dłońmi: 

- Wiem! Wszyjemy mu z powrotem i nawet nie zauważy! 

- Akurat... - siostra przełożona wskazała na spęczniałego od przeżarcia kota, który 

siedząc na oknie oblizywał się smakowicie. 

- Już tam mój Mruczuś żadnym podrobom nie przepuści! - dodała z uznaniem, drapiąc 

czule za uchem spasionego bydlaka. 

Tymczasem adiunkt Wygrzmocony, studiujący od kilku chwil kartę pacjenta, złapał 

się oburącz za głowę: 

- Panowie, czy wiecie kto to jest? Toż to jest towarzysz Podnośnik! 

- Obecny!  - zawołał  pacjent, siadając na stole operacyjnym.  Co to jest? Gdzie ja 

jestem? O co walczymy? Dokąd zmierzamy? dopytywał się głupio, jak to zwykle bywa w 

pooperacyjnym szoku. 

- O, widzę, że już po zabiegu! - dodał, odzyskując świadomość i zaraz też wpadł w 

tonację swoich rozlicznych przemówień: 

- Pragnąłbym z tego miejsca - zaczął - złożyć serdeczne, braterskie podziękowania 

background image

naszej uspołecznionej służbie zdrowia, służącej swą ciężką, wytężoną i ofiarną pracą ludowi 

miast i wsi... 

- A dlaczego ja tak cienko mówię? - zainteresował się naraz. 

- No cóż... - wyjaśnił Basset, unikając jego wzroku. - Migdałki! 

- To jakżeż ja teraz będę przemawiał? - zmartwił się towarzysz Podnośnik. - Chyba... - 

dodał z nadzieją - chyba, że przejmę Referat Do Spraw Kontaktów z ZSMP! Tam są sami 

gówniarze około czterdziestki i przeważnie jeszcze przed mutacją! 

Ale docent Basset nie słyszał już tych słów, spieszył bowiem do domu, gdzie czekała 

go rodzinna uroczystość: imieniny jego pięknej żony, pani docentowej Jolanty Basset. 

2. 

Obszerny   hall   w   willi   docentostwa   Bassetów   tonął   w   dyskretnym   półmroku. 

Popołudniowe słońce, nisko już stojące nad horyzontem, docierało tu tylko fragmentarycznie, 

przesiane   przez   wprawione   w   ścianę   denka   od   butelek   po   koniakach,   wręczonych   ongiś 

znakomitemu   chirurgowi   przez   wdzięczne   wdowy.   Podłogę   zaścielał   puszysty   dywan,   a 

ściany pokryte były obrazami renomowanych malarzy, od Starowieyskiego po Krajewskiego. 

Zgodnie   wisiały   tu   obok   siebie   tak   odległe   tematycznie   dzieła,   jak  “Pizdozwierz   2-gi 

Numeryczny z Katarynką” i “Minister Berman całujący Sieroty po Akowcach”. W swoim 

klubowym fotelu siedział osłupiały docent Basset i po raz nie wiadomo który odczytywał 

znaleziony na marmurowym kominku list: 

Drogi   Mietku!   Wiem,   że   sprawiam   Ci   ból   sroższy,   niż   Ty   zdołałeś   sprawić 

którejkolwiek ze swych ofiar na stole operacyjnym,  ale wreszcie przyszła koza do woza. 

Odchodzę od Ciebie na zawsze!... 

- Koza do woza! - prychnął urągliwie chirurg. - Nigdy nie umiała właściwie cytować 

przysłów! 

Może wyda Ci się dziwne - czytał dalej - że porzucam dobrobyt, a nawet przepych, 

którym otoczyłeś mnie jak Święty Michał diabła. Nie wszystko jednak da się przeliczyć na 

pieniądze. Człowiek, dla którego Cię zostawiłam, potrafi zapewnić mi tę odrobinę ciepła, tak 

potrzebnego   każdej   kobiecie,   podczas   gdy   Ty   karmiłeś   mnie   wyłącznie   wzniosłymi 

dewizami. Odchodzę więc, zostawiam wszystko, czym mnie obdarzyłeś jak jakąś burą sukę. 

Zabieram tylko te dewizy. Niegdyś Twoja - Jolanta. 

-   Zabiera   tylko   dewizy...   -   powtórzył   odruchowo   docent   Basset,   ocierając   łzę   ze 

spuszczonego na kwintę nosa. 

- Jak to zabiera dewizy?  - wrzasnął nagle i rzucił się otwierać sejf, zamaskowany 

background image

chytrze   obrazem   zatytułowanym  “Zielone   światło   dla   rzemiosła”,   a   przedstawiającym 

nędzarza, wieszającego się w celach samobójczych na szyldzie własnego warsztatu. Stalowe 

drzwiczki odskoczyły ze zgrzytem, ujawniając opustoszałe wnętrze. 

- Ożeż ty... - zawołał Basset pod adresem nieobecnej żony. Ja cię...! 

- Baba z wozu, koniom lżej - odezwał się sentencjonalnie stojący w progu wierny 

sługa rodu Bassetów, magister polonistyki Bazyli Podgumowany, którego znakomity chirurg 

zabrał kiedyś z zawodu nauczycielskiego, odkarmił, zdezynfekował, odrobaczył i zatrudnił w 

charakterze famulusa, pokojówki i palacza centralnego ogrzewania. 

- Nie płacta, panocku - dodał bezbłędną gwarą, nabytą podczas długoletnich studiów. - 

Pambók nierychliwy,  ale sprawiedliwy,  i tylko  patseć jak onemu  kurwisonowi dokopie z 

woleja. - Co rzekłszy ucałował drżącą dłoń swego ukochanego chlebodawcy. 

- Pies z nią tańcował - odrzekł docent, wysmarkując się jednocześnie w pochyloną 

kornie głowę lokaja - stara to była fisharmonia i mocno zdezelowana... 

- Że zdezelowana, to racja - zgodził się sługa. - No, ale pograć jeszcze na niej szło... - 

dodał z uśmiechem, jakby nagle sobie coś przypominając. 

- Ale dolary, dolary! - rozszlochał się znowu pan domu, wspomniawszy zagraniczne 

delegacje   przeżyte   o   zimnej   konserwie,   ciułane   z   trudem   dewizy   i   niewybredne   żarty 

celników na Okęciu, grzebiących mu bez żenady długopisami gdzie popadło w poszukiwaniu 

przemytu. 

- Dolary wzięła, ale wielmożną panienkę Simonę też zabrała, a zawszeć to jakaś ulga! 

- perswadował służący polonista. 

- Wódki! - zażądał docent Basset, ponieważ jednak wódka też zniknęła, narzucił na 

ramiona kosztowne futro z nutrii i poszedł w miasto, na wiatr, deszcz i poniewierkę... 

3. 

W knajpie “Pierwiosnek”  kipiało życie. Za kontuarem królował potężny jak wielkie 

piece   Magnitogorska   ajent   Wincenty   Jamochłon,   słynny   ongiś   zapaśnik   i   sztangista. 

Rozstawione   nie   bez   smaku   baterie   różnokolorowych   wódek   otaczały   aureolą   słuszny   w 

treści, chociaż opluty w formie napis  “Alkohol szkodzi zdrowiu”, pod którym ktoś dopisał 

“...ale ratuje budżet państwa”. W szklanej szafce widniały zwłoki śledzia, omszałe jajko na 

twardo   i   spory   kawałek   pasztetu,   po   którym   łaził   wywijający   z   radości   ogonkiem   duży, 

złocisty gronkowiec. 

Bliżej   wejścia   pousadzali   się   urzędnicy   samorządu   terytorialnego,   chłepcząc   w 

pośpiechu jakieś chude zupki, przełykając zimny makaron i zerkając ze strachem ku centrum 

background image

sali, gdzie  stoliki  zajęte  były  przez  podziemie  gospodarcze,  drobnych  rabusiów, artystów 

estrady,   prostytutki   i   zwyczajnych   pijaczków.   W   kącie   skupiała   się   rozpoznawalna   na 

pierwszy   rzut   oka   konspira.   Rysowano   tam   na   bibułkowych   serwetkach   wzory   ulotek, 

wymieniano   szeptem   zbrodnicze   wiadomości   i   zerkając   znad   podniesionych   kołnierzy 

puszczano   z   premedytacją   fałszywe   informacje,   notowane   skwapliwie   przez   siedzącego 

opodal tajniaka, ucharakteryzowanego na zarażona syfilisem konduktorkę MPK. 

-   Wódki   dla   wszystkich   -   powiedział   docent   Basset,   podchodząc   do   kontuaru   i 

rzucając   banknoty   ozdobione   wizerunkami   naszych   pierwszych   monarchów   z   linii 

piastowskiej. 

- Jak dla wszystkich,  to Szopen - burknął bufetowy,  mając  na myśli  pięć  tysięcy 

złotych. Jednak kierownik orkiestry nie wyczuł intencji i zawołał z entuzjazmem: Tak jest, 

szefie, Szopena! 

I zaraz też zabrzmiała Fantazja A-dur na tematy polskich pieśni ludowych, opus 13-te, 

grana tym  chętniej, iż muzycy  byli  bez wyjątku  pracownikami  filharmonii  dorabiającymi 

sobie w wolnych chwilach i z największą niechęcią naginali się do knajpianego repertuaru, 

opartego głównie na popularnych rytmach hardrockowych. 

-   Jeleń,   jeleń!   -   rozległy   się   na   sali   życzliwe   głosy   i   zaraz   też   grono   bywalców 

otoczyło hojnego ofiarodawcę, klepiąc go przyjacielsko po ramionach, niedźwiadkując się z 

nim i zerkając na pękaty portfel, z którego wysupływał coraz to nowe banknoty. 

Basseta wzruszenie dusiło w gardle. Wreszcie widział wokół siebie żywych ludzi, a 

nie ich wyłonione w polu operacyjnym, okrutnie masakrowane narządy. Pił bez umiaru, nie 

zauważył nawet jak ulotnił się gdzieś jego płaszcz podszyty nutriami, jak z nóg ściągnięto mu 

buty, a z przegubu ręki elektroniczny zegarek  “Maładiec”. Jego zamglony wzrok z trudem 

odróżniał poszczególne twarze, a przeszłość mieszała mu się z teraźniejszością. 

- Jolanto.... dlaczego odeszłaś...? - bełkotał, wieszając się na szyi babci klozetowej. - 

O, i pan sekretarz Jaskiernik jest z nami! - wykrzyknął na widok wiszącego nad bufetem 

portretu   Marii   Konopnickiej   na   rok   przed   śmiercią,   uważanego   przez   ajenta   za   zdjęcie 

ministra Nieckarza, zrobione przy okazji pierwszej komunii. 

-   A   ty   kto   właściwie   jesteś?   -   wypytywał   go   Wincenty   Jamochłon,   wiedząc   z 

doświadczenia,   że   taka   informacja   bywa   zazwyczaj   bardzo   przydatna   nazajutrz,   gdy   już 

dochodzi do identyfikacji zwłok. 

- Ja jestem nikim... - zachrypiał chirurg. - Do dziś byłem Bassetem, a teraz... Teraz 

wiesz, kto ja jestem? 

- Jam  wał  koński!  -  tu  roześmiał   się tak  okropnie,  że  pobledli  nawet  wielokrotni 

background image

recydywiści, i słaniając się podszedł do drzwi. 

- Jam wał koński! - zawołał jeszcze raz i wypadł w mrok ulicy, a za nim kilku jego 

nowych przyjaciół. 

W ciemnościach zakotłowało się, coś uderzyło głucho, ktoś jęknął, zawrzała krótka 

potyczka o łup, wreszcie wszystko ucichło. I tylko z ust siedzącego na kupie gnoju docenta 

Basseta po raz trzeci zabrzmiał szept: 

- Jam... wał... koński... 

Tu omdlał i legł bezwładnie obok butelki po piwie, którą go przed chwilą ogłuszono. 

4. 

Oj,   nabiegał   się   tego   dnia   sieżant   Miziak,   ręce   po   łokcie   urobił,   nogi   do   kolan 

uchodził, a tu ciągle piętrzyły się przed nim nowe zadania. Interweniował w spory rodzinne, 

zapobiegał bójkom, wykrywał bimbrownie i ścierał nieprzyjazne napisy, albo neutralizował je 

przy pomocy drobnych poprawek, tak jak nauczono go na kursie, dopisując na przykład przed 

hasłem “PRASA KŁAMIE” - wyraz “AMERYKAŃSKA”. 

Wreszcie usiadł, by napisać raport dzienny, gdy wtem kapral Modliszka wprowadził 

jakiegoś odrażającego osobnika, ubranego tylko w krawat, kapelusz i podarte skarpetki. 

- Ktoś go podrzucił na wóz staremu Kociorupie - wyjaśnił Modliszka. - Kociorupa 

wracał z targu w Warszawie, gdzie sprzedał kapustę i kupił kolorowego “Rubina”. Przyjeżdża 

do chałupy, a tu zamiast “Rubina” ten facet. 

- Kociorupa to pijaczysko - zastanowił się sierżant - mógł go kupić w zamroczeniu 

zamiast  “Rubina”....   Zwłaszcza,   że   gość   ma   takie   same   kolory   jak   telewizor   -   dodał, 

przyglądając   się   sinym   plamom,   buraczkowym   podbiegnięciom   i   zielonym   zastoinom 

widniejącym na ciele nieznajomego. 

- Jak się nazywacie? - spytał, kładąc przed sobą formularz przesłuchania. 

- Jam wał koński... - jęknął przybysz. 

- Jan Wałkoński - zanotował sierżant. - No, dobrze, powiedzcie nam teraz, Wałkoński, 

gdzie was tak urządzono? Adresy, hasła, punkty kontaktowe? Krypto- i pseudonimy? 

- Jolanta... - wymamrotał cicho nieszczęśnik, trzęsąc się z zimna. 

- Pseudonim “Jolanta”? - zapytał Miziak. - Mówcie, mówcie, Wałkoński! Wiemy o 

was więcej niż przypuszczacie! - dodał, mrugając porozumiewawczo do kaprala Modliszki. 

Podejrzany zamilkł jednak i tylko szczękał zębami. 

- Ech, puścić by mu światło w oczy, jak na francuskich filmach kryminalnych... - 

rozmarzył  się sierżant. - Ale trzeba by co najmniej sześćdziesiątkę, a nie jakąś gównianą 

background image

czterdziestkę... Żebym to ja miał takie wyposażenie jak porucznik Borewicz... westchnął z 

zazdrością. 

- A może by zadzwonić do Borewicza? - podsunął Modliszka. - To ludzki facet, swój 

chłop, on nawet wiejskiego milicjanta ma w poważaniu! 

-   Racja   -   zgodził   się   Miziak   i   podniósłszy   słuchawkę   telefonu,   rzucił   w   nią 

zdecydowanie: 

- Ewa wzywa zero siedem! 

W mieszkaniu Borewicza zadzwonił telefon. 

-   Co   jest,   kurwa?   -   rozeźlił   się   Borewicz,   złażąc   z   przystojnej   prywaciary,   którą 

właśnie   przesłuchiwał   i   nawykowo   zapinając   na   gołym   ciele   szelki   z   kaburą   podpaszną 

lewostronną, kryjącą w sobie miły ciężar niezawodnej, oksydowanej dziewiątki. 

- A, to wy, Miziak! - powiedział życzliwie. - Meldujcie szybko, bo mi opadnie! 

- Mierzy opadanie krwinek w probówce, uczony z niego człowiek - wyjaśnił Miziak 

kapralowi, przysłaniając ręką słuchawkę. 

- Melduję - zawołał służbiście - że mamy tu podejrzaną osobę, pseudo “Jolanta”, ale 

nie chce nic gadać! 

- Sam bym ją zbadał, ale nie mam, kurwa, czasu - odrzekł Borewicz, który jako swój 

chłop posługiwał się luźnym językiem dnia codziennego. 

-   W   dodatku,   kurwa,   bezpartyjny   jestem   -   dodał   bez   sensu,   tak   jak   to   robił   we 

wszystkich odcinkach serialu. 

- To co mamy robić? - zmartwił się sierżant. 

Borewicz parsknął krótkim, męskim śmiechem. 

- Powiem wam tylko sierżancie, że w łóżku każdemu rozwiązuje się język! - i położył 

słuchawkę, bo do jego sypialni dobijała się już następna podejrzana, złotowłosa trucicielka ze 

stołówki w Zakładach Produkcji Zabawek im. Feliksa Dzierżyńskiego. 

- Modliszka! - rozkazał sierżant Miziak. - Ja wychodzę, a wy macie się przespać z 

zatrzymanym! 

- Nigdy! - załkał kapral. - Dostanę od tego adidasa! 

- W takim razie - zawyrokował po chwili namysłu Miziak odprowadźcie go do starego 

Kociorupy. Jak go sobie kupił, to niech się teraz o niego martwi! 

5. 

Życie   nie   układało   się   staremu   Kociorupie   po   różach.   Rozkułaczony   w   1952   i 

pozbawiony swoich hektarów, stał się nagle biedniakiem wiejskim, a jako taki z entuzjazmem 

background image

przyjęty został do Spółdzielni  Produkcyjnej  imieniem  Jakuba Szeli. Że zaś  był  pyskaty i 

obrotny,   już   wkrótce   spółdzielcy   okrzyknęli   go   swoim   prezesem,   dzięki   czemu   mógł 

pousadzać   krewnych   i   znajomych   na   wszystkich   prominentnych   stanowiskach   w   gminie. 

Zrobił   to   zaś   tak   konsekwentnie,   że   podczas  zebrań   i  rocznicowych   akademii   przy  stole 

prezydialnym   zasiadała   cała   rodzina   Kociorupów,   spoglądając   władczo   sponad   zielonego 

sukna   na   skłębioną   w   świetlicy   resztę   ciemnego   ludu.   Rozpad   spółdzielni   nie   zaskoczył 

doświadczonego kmiecia. Nachapał ile się dało ze wspólnego inwentarza, okopał w swoich 

zabudowaniach   i   ogłosił,   że   zakłada   gospodarstwo   specjalistyczne,   bardzo   podówczas 

lansowane.   Zaraz   też   udzielono   mu   licznych   kredytów,   otoczono   opieką   agro-   i 

zootechniczną, a nawet pewnego dnia odwiedził go ktoś z najwyższego szczebla, chodził po 

obejściu,   chwalił   wybetonowane   gumno   i   gładził   po   płowych   głowinach   liczne   rzekome 

wnuki Kociorupy, wypożyczone przez niego za dwa metry ziemniaków z pobliskiej ochronki. 

Podziwiał też krowy,  przywiezione z okolicznego  PGR-u, tak już przywykłe  do ciągłego 

przerzucania z miejsca na miejsce, poklepywania i pozowania, że na widok ekipy telewizyjnej 

same ustawiły się do zdjęcia. Dwie z nich legły nawet wdzięcznie u stóp dygnitarza, dwie 

inne   usiadły   na   zadach   po   obu   jego   stronach,   reszta   zaś   stanęła   w   tle   i   przechylając 

wdzięcznie mordy wpatrywała się w obiektyw. 

- Jakaś zmyślna rasa! - zachwycał się prominent. - Czy to może leghorny? 

-   Od   razu   żeście   poznali   -   krzyknął   z   udanym   podziwem   chytry   Kociorupa.   -   A 

niechże  was   dunder  świśnie!   -  dodał,  co   bardzo  spodobało  się   gościowi,   znużonemu  już 

nachalnym wazeliniarstwem swego dworu. 

Wprawdzie  w  kilka   miesięcy  później  dygnitarz  ów  wysadzony  został  ze  stołka,  a 

wkrótce posypali się również jego poplecznicy, ale zmian - hamowane po drodze gdzie się 

dało - nie doszły aż do szczebla gminy.  Kociorupa jakby się skulił, do żadnych  nowych 

organizacji nie wstępował, składki gdzie trzeba płacił, tyle że zaczął naraz uczęszczać do 

kościoła, pilnie uważając by i tam się w żadną stronę nie wychylić. Gdy więc podczas “Boże 

coś Polskę”  ekstrema  śpiewała  “racz  nam wrócić  Panie”, zaś aktyw  Komitetu  Gminnego 

molestował  “pobłogosław   Panie”, nasz  Kociorupa  dostawał  zwykle   w  tym  miejscu  ataku 

kaszlu, wprawiając podsłuchiwaczy w osłupienie i wpuszczając ich w kanał. 

Reaganowskie restrykcje, tak dotkliwe dla większości hodowców drobiu, także umiał 

obrócić na swoją korzyść i ku ogólnemu zdumieniu stał się jedynym po obu stronach Oceanu 

Atlantyckiego   człowiekiem,   któremu   to   godne   pożałowania   pociągnięcie   administracji 

amerykańskiej przyniosło wymierne korzyści. Proklamował mianowicie moratorium na spłatę 

kredytu  w banku spółdzielczym,  zwalając całą  winę na Biały Dom i uzasadniając  to tak 

background image

dialektycznie, że uzyskał nie tylko umorzenie długu, ale i opinię swojego człowieka. 

Do takiego to, pełnego godności i tradycji domostwa trafił amnezjonowany docent 

Basset i jako nikomu nie znany Jan Wałkoński zaczął uczciwie pracować na miskę zupy i 

przygarść jaglanej kaszy. 

Siedział   więc   kiedyś   na   przyzbie   i   skrobał   ziemniaki,   gdy   spoczęła   przy   nim   na 

moment   urodziwa   Kaśka   Pyzdra,   zatrudniona   przy   skubaniu   pierza,   pilnowaniu   zacieru, 

nawilżaniu   zboża,   aby   przy   skupie   miało   lepszą   wagę   i   tym   podobnych   czynnościach, 

nieobcych żadnemu polskiemu rolnikowi. 

- Jak żyjeta, Wałkoński? - spytała życzliwie, bo polubiła tego pracowitego, cichego 

przygłupa. 

- Ot, siedzę se i skrobię... - odparł zgodnie z oczywistą prawdą. 

- Skrobiecie... - powtórzyła w zamyśleniu - skrobiecie... a mnie nie chcą wyskrobać, 

mówią, że za późno! - tu wybuchnęła spazmatycznym, dziewczęcym płaczem. 

- Nie martw się, Kasiu - zaczął ją pocieszać i obejmować - co znaczy za późno? Dla 

dobrego chirurga nigdy nie jest za późno... - tu zaczęło mu się coś przypominać, majaczyć, 

konkretyzować w zaćmionym umyśle, aż poczuł w sobie wiedzę, moc i chęć dopomożenia tej 

dziewczynie, więc przyciskając ją i nawykowo badając, zawołał: 

- Jo cię Kaśka wyskrobia, że i śladu nie budzie! 

- Dobrzyśta - szepnęła z wdzięcznością, podnosząc na niego ogromne błękitne oczy - 

zajdę do was wieczorem, a teraz wyjmijta mi już palucha z rzyci, bo gospodyni czekają! 

I z wesołym puknięciem zerwawszy się z uwięzi, pobiegła furkocząc spódniczkami, a 

ubogi wyrobnik jął wecować na kamieniu skrobaczkę do kartofli, obficie na nią popluwając. 

6. 

Jak   gmina   długa   i   szeroka,   wszędy   z   szybkością   wiatru   rozeszła   się   wieść   o 

niezwykłych  talentach wolnego najmity,  żyjącego na łaskawym chlebie w Kociorupowym 

obejściu. 

Z   podziwem   i   nadzieją   opowiadano   sobie,   jak   to   przygłup   Wałkoński   wyskrobał 

Kaśkę Pyzdrzankę  tak galanto  i błyskawicznie, że tuż po zabiegu dziewucha o własnych 

siłach uciekła w jedną stronę, a potworny wyskrobek w drugą i to nie tylko za próg, ale aż do 

miasteczka, gdzie początkowo dobijał się do Stronnictwa Demokratycznego, zaś załatwiony 

odmownie pokuśtykał na plebanię i zatrudniony tam został jako dzwonnik Quasimodo, które 

to imię trudne do wymówienia - prosty lud zaraz zmienił na Kwasimordę, i bardzo słusznie, 

bo mordę miał w samej rzeczy rozkwaszoną. 

background image

Zaraz   też   ze   wszystkich   stron   wyruszyły   wozy   i   wózki,   fury   i   furki,   polonezy, 

maluchy, a nawet syreny wiejskiej biedoty i pociągnęły het, precz drogami i bezdrożami ku 

chałupie Kociorupów, a na każdym wozie stroskana matka lub ojciec zbolały wieźli a to jakąś 

Marychnę leniwą, której - zgiętej przy kopaniu ziemniaków - nie chciało się machnąć motyką 

do tyłu, aby natręta odpędzić, a to znowuż Jagnę roztargnioną, co grając w kucanego berka 

nie spozierała gdzie mianowicie kuca, a to wreszcie łatwowierną Małgośkę, która czekając ze 

zbożem we wiatraku aż wiatr dmuchnie - sama nieopatrznie nadmuchać się pozwoliła. 

Księża grzmieli z kazalnic na zgorszenie, babki-znachorki zaczęły przymierać głodem, 

zaś w szpitalu okręgowym po raz pierwszy od dziesiątków lat pojawiły się wolne łóżka, co 

wreszcie   zwróciło   uwagę   adiunkta   Wygrzmoconego,   od   niedawna   dyrektora   tej 

prowincjonalnej lecznicy. 

-   Wiesz,   Jolanto   -   mówił   wieczorem   do   żony   -   chyba   zdrowowotność   w   rejonie 

drastycznie wzrosła, bo już pacjenci nie leżą po korytarzac i można przejść suchą nogą, nie 

ślizgając się w różnych paskudztwach, jak to kiedyś bywało... Myślę - kontynuował - że jest 

to   rezultat   mojej   wytężonej   pracy,   jaką   podjąłem   od   momentu,   gdy   w   dowód   zaufania 

przeniesiono mnie na ten zaniedbany odcinek. 

- W dowód zaufania! - prychnęła pogardliwie Jolanta. - Ciebie wywalono na zbitą 

twarz z kliniki za to, żeś wywałaszył towarzysza Podnośnika jak sójka za morze! 

- To nie ja - pisnął rozpaczliwie adiunkt, rozglądając się czy kto nie słyszy - to twój 

pierwszy mąż, docent Basset! 

- I owszem - zgodziła się Jolanta - ale miał tyle rozumu, żeby potem zniknąć, a więc 

wszystko skrupiło się na tobie, jak kura na pieprzu... O, ja nieszczęsna - zawołała wpadając w 

rozpacz mogłam żyć z Bassetem w szczęściu i dobrobycie, zamiast kisnąć na tym zadupiu jak 

małpa w kąpieli! 

Sprzeczkę przerwało przybycie sierżanta Miziaka. 

- Witam, witam komendancie! - zawołał kordialnie Wygrzmocony, który starał się być 

w dobrych stosunkach z przedstawicielami miejscowego establishmentu. - Co dolega? - pytał 

troskliwie.   Zresztą   nic   nie   mówcie,   stary   praktyk   z   samego   wyglądu   potrafi   postawić 

diagnozę... Cera nieświeża, oddech też, wzrok osłupiały... Przepracowanie, co? 

- To swoją drogą - zgodził się Miziak, który właśnie przed chwilą zneutralizował 

wypisaną   na   szpitalnym   murze   nielegalną   nazwę   nieistniejącego   związku   zawodowego 

“Solidarność”  dopisując do niej wyrazy  “...z walczącymi  narodami Afryki i Azji, to nasz 

patriotyczny obowiązek”. 

- Ale ja nie w tej sprawie! - dorzucił szybko w obawie przed terapią adiunkta, która 

background image

już niejednego pacjenta wyprawiła na cmentarz komunalny. 

- Nie? A to szkoda, bo mam tu właśnie nowy amerykański lek “The Polopiryna”, na 

pewno postawiłby was na nogi! 

-   Panie   Wygrzmocony   -   szepnął   konfidencjonalnie   sierżant.   Ktoś   robi   panu   koło 

pióra... 

- Jak to koło pióra? - zaniepokoił się uczony. - Może koło biura? - zapytał z nadzieją 

w głosie, bo koło jego biura funkcjonowała jedyna w szpitalu ubikacja, do której ustawiały się 

kolejki   pacjentów,   nie   zawsze   panujących   nad   zwieraczami   po   percepcji   czterosuwowej 

sprężarkowej lewatywy, będącej darem bułgarskiej służby zdrowia dla bratniego okręgu. 

- Koło pióra powiadam, to znaczy, że ktoś panu odbiera pacjentów - i sierżant Miziak 

zreferował   pobladłemu   z   wrażenia   lekarzowi   sytuację,   jaka   wywiązała   się   w   gminie   na 

odcinku troski o powszechną zdrowotność. 

-   Sierżancie   -   rzekł   z   determinacją   docent   Wygrzmocony   jedziemy   do   starego 

Kociorupy... Czy macie przy sobie nakaz aresztowania in blanco? 

- Mam swoją pałkę - odparł wymijająco Miziak, postanawiając sprawdzić wieczorem 

w słowniku wyrazów obcych, co to znaczy “in blanco”. 

7. 

Tymczasem Jan Wałkoński, nieświadom burzy zbierającej się nad jego głową, czynił 

następny krok w swojej powtórnej karierze, a to za sprawą polowania odbywającego się w 

Puszczy Gminnej im. Marii Rodziewicz. 

Gmina, którą opisujemy, położona peryferyjnie, od kilku dziesiątków lat była terenem 

zsyłki dla różnych  wybitnych  ongiś postaci, które na kolejnych  etapach powylatywały ze 

stanowisk   i   tutaj,   w   ciszy   i   spokoju,   dożywały   swych   dni,   nie   dręczone   widmem 

odpowiedzialności za swoje niegdysiejsze poczynania. 

Doroczne polowanie zgromadziło ich wszystkich - zgrzybiałych zwolenników sanacji, 

prostodusznych autorów błędów i wypaczeń, zgrzebnych entuzjastów ekonomiki bodźcowej, 

niefrasobliwych pożyczkobiorców i dziecięco naiwnych teoretyków finlandyzacji. 

Stary  leśniczy  Bazyli  Dwurura  ustawiał   ich  właśnie   na  stanowiskach   strzeleckich, 

wywołując kolejno nazwiskami i tytułami, na które byli ogromnie uczuleni. 

- Pan podkomorzy katowicki na  stanowisko trzecie! - zabrzmiał jego puszczański, 

surowy bas. 

- I znowu na stanowisku... - rozmarzył się podkomorzy, wspomniawszy nie tak znów 

dawną przeszłość. 

background image

- Pan miecznik rzeszowski, prosimy na ambonę! - komenderował leśniczy. 

- A czy nie można by na mównicę? - spytał szeptem miecznik. Obawiam się, że mój 

pobyt na ambonie mógłby wywołać nieprzyjazny komentarz w stolicy... 

- Akurat w stolicy nie mają większych kłopotów! - mruknął sarkastycznie profesor 

Mieczysław   Różopolański,   przebywający   na   prowincji   od   marca   1968,   zwracając   swój 

egzotyczny profil ku byłemu działaczowi PSL-u, Bonifacemu Kant-Gwizdkowi. 

- A odpierdulta  żeż się wszyscy ode mnie!  - odrzekł zgryźliwie  Kant - Gwizdek, 

ładując kwartą prochu starą odtylcówkę, z amerykańskich jeszcze zrzutów. 

Przedwojenny   wojewoda   piński,   wybrany   jednogłośnie   marszałkiem   szlachty,   dał 

znak chórowi włościańskiemu, który buchnął starą, myśliwską pieśnią: - Pojedziemy na łów, 

na łów, towarzyszu mój... - narodową w formie i jakże aktualną w treści. 

- Nagonka ruszaj! - rozkazał marszałek szlachty. 

-   Nie   nagonka,   jeno   naganka!   -   sprostował   szybko   leśniczy   widząc,   że   niektórzy 

szczególnie doświadczeni działacze dają dyla w krzaki. 

Zaraz   też   rozległo   się   srogie   łomotanie,   gwizdy   i   krzyki,   a   wreszcie   tętent 

nadbiegającej zwierzyny. 

- Jakaś gruba sztuka przesieką idzie - szepnął Bazyli Dwurura, przykładając ucho do 

ziemi - chyba prosto na pana ministra Podmamuśkę! 

Minister Podmamuśka, stary wyjadacz z epoki propagandy sukcesu, podniósł broń do 

oka, ale zaraz opuścił ją z niesmakiem: 

- Sama drobnica - mruknął. 

Jakoż istotnie,  z gąszczu  wypadło  najpierw  kilku bimbrowników,  potem niewielki 

zastęp harcerzy, a wreszcie spory tłumek zbieraczy runa leśnego. Wszystko to przemknęło z 

piskiem   i   kwikiem   pod   nogami   myśliwych   i   pognało   do   wyraju,   między   Czarcim 

Uroczyskiem a PGR-owskimi ugorami, aby zniknąć jak ta efemeryda w proboszczowskim 

sadzie. I znowu nastała cisza, przerywana tylko pohukiwaniem naganiaczy. 

-   Ogólna   klapa...   -   odezwał   się   z   ambony   miecznik   rzeszowski,   spoglądając   na 

leśniczego. Ten, w ostatecznej desperacji, przypomniał sobie naraz ostatnią powieść pana 

Nienackiego, którą przypadkiem w jakimś periodyku czytał, i wzorem bohatera tej powieści, 

również leśnika, wpadł do chałupy,  wyciągnął z niej swoją starą i zadarłszy jej spódnicę 

ukazał   struchlałej   puszczy   szpakowate,   sinawe   i   nieźle   już   obwisłe   łono.   Na   ten   widok 

spomiędzy drzew zaczęły wyskakiwać a to rude listy, a to płowe wilczyska, a to szczeciniaste 

dziki, aby popędzić w panice prosto pod ziejące ogniem strzelby. Wtem baba pierdła - wtedy 

zaś do ucieczki runęły mocarne niedźwiedzie i łosie rosochate, i gigantyczne żubry, a nawet 

background image

jakiś SS-man, od wojny się jeszcze kryjący, wyleciał z gąszczu z rozpaczliwym krzykiem 

“hilfe, hilfe” i dobiegłszy aż do komisariatu, poddał się kapralowi Modliszce. 

W   ogólnym   zamieszaniu   i   totalnej   palbie   padł   też,   jak  to   zazwyczaj   bywa,   jeden 

kierowca służbowej wołgi i kilkoro ze służby, ale żartom i śmiechom nie było końca, aż do 

momentu, gdy wśród towarzystwa rozeszła się hiobowa wieść: ambasador Bamboko Kikuju 

ranion... 

W samej rzeczy, egzotyczny ów gość leżał bezwładnie na trawie, a zdrowa czerń jego 

policzków przybierała z wolna barwę popiołu. 

- Doktora, doktora! - rozległy się krzyki. 

- Ani mi się ważcie! - zawołał autorytatywnie marszałek szlachty. - Już tam adiunkt 

Wygrzmocony nie da mu żadnej szansy. Ot, wezwać by lepiej onego cudownego przygłupa, 

któren praktykuje w chałupie starego Kociorupy! 

- Źwięte słowa pana marszałka - powtórzył stary leśniczy. Kopnijta no się chłopaki i 

sprowadźta tu migiem Jana Wałkońskiego. 

8. 

-   Ale   żeś   pan   przywalił   temu   Murzynowi   -   mówił   z   podziwem   stary   Kociorupa, 

częstując niuchem tabaki byłego ministra Podmamuśkę. 

Siedzieli obaj przed drzwiami izby, w której znachor Jan Wałkoński walczył o życie 

ambasadora Bamboko Kikuju. 

- A bo wyszedł prosto na mnie... - tłumaczył się Podmamuśka. A że akurat wczoraj w 

telewizorze mówili, że należy bić Murzynów, więc dołożyłem mu w ostatniej chwili kolbą 

przez plecy... 

- W telewizorze  podano  dwie wiadomości  - tłumaczył  mu  cierpliwie  Kociorupa  - 

jedną krajową, że należy oszczędzać, drugą zagraniczną, że Amerykanie biją Murzynów. 

- No, patrz pan, a ja zrozumiałem, że Amerykanie oszczędzają, a Murzynów należy 

bić... Oj, dadzą mi teraz łupnia, jak ambasador odkorkuje! 

Kociorupa uśmiechnął się pobłażliwie: 

- A kto się o niego upomni? Przecież ten afrykański rząd, który go desygnował, już 

dawno został strawiony. 

- Rozumiem... - kiwnął głową Podmamuśka - strawiły go wewnętrzne sprzeczności 

okresu postkolonialnego, uczyli nas tego na pomaturalnych kursach doktoranckich. 

- Sprzeczności też - potwierdził Kociorupa - ale głównie strawiła go, po uprzednim 

zresztą   zjedzeniu,   następna   ekipa   rządząca,   bardzo   postępowa   nawiasem   mówiąc,   pod 

background image

kierownictwem sierżanta Makaku Nastyku. 

-   Pokój   temu   domowi!   -   zabrzmiało   od   furtki,   i   do   obu   rozmówców   podszedł 

niemłody już duchowny w wyszarzałej sutannie. 

- Witajcie, ojcze Chudzielaku! - odrzekł z szacunkiem Kociorupa, zastanawiając się w 

duchu, na co zacny kapłan tym razem kwestuje, jeżeli we wsi stoją już trzy kościoły. 

- Podobno macie w obejściu konającego poganina? - zaszemrał ojciec Chudzielak. 

- Konającego poganina to za dużo powiedziane - oparł stary rolnik - ale pobitego 

Murzyna i owszem. Jeżeli ksiądz chce go ochrzcić, to my z panem ministrem Podmamuśką 

chętnie go przytrzymamy, żeby nie wierzgał. 

- O Jezu, Jezu! - rozległ się nagle rozpaczliwy wrzask z chałupy. 

- Nawrócony! - zawołał naiwnie ojciec Chudzielak, składając dłonie do modlitwy. 

- Et - machnął ręką Kociorupa - u Wałkońskiego wszyscy pacjenci tak wrzeszczą, 

wierzący i niewierzący, partyjni i bezpartyjni! 

-   Nie   moja   to   wprawdzie   sprawa   -   rzekł   Podmamuśka,   mierzwiąc   nerwowo 

szpakowatą   czuprynę,   przystrzyżoną   na   jeżyka   z   lat   siedemdziesiątych   -   ale   ja   bym   tak 

znowuż nie chrzcił każdego kto podleci, bo potem człowiek nie wie czy trafił do kościoła czy 

dajmy na to do arki Noego. Ja tam jestem stary ateista i światopoglądu swego nie zmienię, tak 

mi dopomóż Bóg, ale jak w niedzielę zamiast księdza proboszcza wyłazi na kazalnicę ten cały 

profesor Różopolański, z takim proszę pana nosem i zaczyna  bluzgać na partię, która go 

wykarmiła  własnym  cyckiem,  to mnie  za przeproszeniem szlag nagły trafia, albowiem w 

Piśmie   powiedziano,   iż   wszelka   władza   dana   jest  od   Boga,   a   byt   określa   świadomość! 

zakończył stanowczo i splunął na gumno. 

- Wszystko to nasi bliźni - szepnął obłudnie Chudzielak, który jako kapłan starej daty 

sam krzywo patrzył na wszelkie innowacje w Kościele, a zwłaszcza na prelekcje polityczne 

różnych neofitów i występy artystów, a już szczególnie artystek, znanych ongiś szeroko z 

hulaszczego, a nawet rozpustnego trybu życia. 

Wtem drzwi skrzypnęły i stanął w nich Jan Wałkoński, skrwawiony, ale radosny. 

- Udało się - rzekł, odpowiadając na chaotyczne pytania - chociaż niełatwo było, gdyż 

pan  minister  Podmamuśka   bardzo  silnie  kontuzjował  pana   ambasadora   Kikuju  w   okolicę 

kości ogonowej. 

- A nie w dupę? - zdziwił się minister. 

- Toż to na jedno wychodzi! - parsknął głośnym śmiechem Kociorupa. 

-   Niezupełnie   -   wyjaśnił   znachor   -   ponieważ   pan   Bamboko   Kikuju   ma   tę   kość 

ogonową ponadprzeciętnej długości, dodajmy że chwytną, więc uszkodzenie jej mogłoby się 

background image

źle skończyć. 

- To z ostatniego namaszczenia nici? - skrzywił się ojciec Chudzielak. - Chrzest także 

się nie odbył, no to jestem nieźle do tyłu... - i rozsierdzony duszpasterz pobiegł na plebanię, 

podjąwszy niechrześcijańskie postanowienie odegrania się przynajmniej na dzieciach notabli, 

które przysyłano masowo na lekcje religii, a to głównie ze strachu przed miejscową opinią 

publiczną, męką piekielną i pomówieniem o sprzyjanie pieriestrojce. 

9. 

Adiunkt Wygrzmocony gryzł palce w bezsilnej wściekłości. Jego akcja, mająca na 

celu eliminację kłopotliwego konkurenta, spaliła na panewce. Znachor Wałkoński z dnia na 

dzień zyskiwał na znaczeniu, leczył dostojników już nie tylko gminnych, ale i wojewódzkich, 

stając się dla Wygrzmoconego nieosiągalnym obiektem zawodowej nienawiści. 

Piękna pani Jolanta dolewała oliwy do ognia: 

- Ach, ty fujaro - mówiła - ty ofermo życiowa, ty flimono zagwazdrana! Byle znachor 

zabrał ci całą praktykę, jak diabłu ogarek. W domu bieda i głód, aż mnie w dołku ssie, jak 

kruk krukowi, a przecież przy każdym innym mężu mogłabym mieć te wszystkie bogactwa! - 

Tu wskazała dramatycznym  ruchem usytuowany naprzeciwko ich mieszkania Gminny Dom 

Towarowy, na wystawach którego piętrzyły się łańcuchy dla krów, odkurzacze dla młodych 

małżeństw   i   -   wprowadzone   ostatnio   -   prezerwatywy   wielokrotnego   użytku   dla   starych 

konkubinatów. - Temu Wałkońskiemu całkiem się we łbie przewróciło - ciągnęła, nie biorąc 

pod uwagę, że mąż bliski jest zawału. - Ty wiesz, że on odmówił wyjazdu za granicę? 

- To zależy za którą granicę... - mruknął sceptycznie adiunkt. 

-   Za   afrykańską!   Ten   wyleczony   Murzyn   zaproponował   mu   kontrakt   dolarowy  w 

Gugumayaya,   a  Wałkoński   mu   na  to   pokazał,   gdzie  się   zgina   dziób  pingwina.   Tak,  tak, 

niedaleko pada jajo mądrzejsze od kury! 

-   Dolarowy   kontrakt...   odmówił...   chyba   pijany   albo   wariat   mówił   sam   do   siebie 

Wygrzmocony - wariat, na pewno wariat! A jeżeli wariat, to już ja go dostanę! 

I   trzasnąwszy   drzwiami   pobiegł   załatwić   żółte   papiery   dla   konkurencji.   Poszło   to 

łatwiej niż przypuszczał, ponieważ nikt we wrogim obozie nie oczekiwał ataku z tej właśnie 

strony. Ordynator szpitala psychiatrycznego im. prof. Krasińskiego, doktor hab. Sebastian 

Cycoń   natychmiast   wysłał   karetkę,   która   na   sygnale   dostarczyła   związanego   znachora   i 

postawiła go przed komisją lekarską. 

- Dzień dobly,  panie Wałkoński! - zawołał dr Cycoń, mający zwyczaj wylewnego 

witania swoich pacjentów, aby ich ośmielić. 

background image

-   Co   tam   nowego?   Kuku   na   muniu?   Do   Aflyki   nie   pojechała   za   dularki,   fiksum 

dyrdum? 

-   A   nie   -   odrzekł   stanowczo   delikwent   -   i   nie   pojadę,   bo   tu   mi   dobrze   w   kraju 

rodzinnym! 

“Wariat”  -  zapisali  jednocześnie   dwaj  pozostali  członkowie  komisji,  psychiatra  dr 

Wysłodek i psycholog mgr Barbara Felga. 

-   Czy   pacjent   nie   onanizował   się   swego   czasu   dzieckiem   w   kolebce?   -   spytał   dr 

Cycoń, obarczony predylekcją do górnolotnych wyrażeń, zapożyczonych z literatury. 

- Dzieckiem nigdy - odparł prostodusznie Wałkoński - tylko misiem albo ręką. 

- A czy pacjentowi nie śnią się czasami stosunki analne? indagowała mgr Felga, cała 

czerwona ze wstydu, bo jej stosunki analne śniły się średnio cztery razy w ciągu nocy. 

- Nigdy! - uderzył się w piersi znachor. - Za to czasem śnią mi się stosunki bilateralne 

z Kubą. “Zboczeniec” - zapisał dr Wysłodek. 

- Kończmy - szepnął mu do ucha dr Cycoń - bo czas leci, a ja muszę być o szóstej pod 

Borodinem... Tfu, co ja gadam? Pod kinem! - i zdenerwowany wsadził jedną dłoń za surdut, a 

palcami drugiej zaczął bębnić po stole, dmuchając jednocześnie w charakterystyczny kosmyk 

włosów opadający mu na czoło. 

- No cóż - podsumował dr Wysłodek - chyba zatrzymamy pana na jakiś czas, panie 

Wałkoński. 

- Dostanie pan cieplutką celę - informowała życzliwie mgr Felga - i może pan brać 

udział w zajęciach plastycznych, a nawet sportowych... Nie wiem, czy pan wie, że w naszym 

kraju istnieje liga drużyn piłkarskich przy poszczególnych zakładach psychiatrycznych.  O, 

nawet dziś KS “Psychopata” Gliwice gra ze “Schizofrenikiem” Poznań... 

-   Możecie   mnie   zatrzymać   -   powiedział   znachor   z   flegmą,   nabytą   podczas 

wielogodzinnej kontemplacji dziejów rodu Palliserów - ale uprzedzam, że przy najbliższej 

okazji poskarżę się swojemu posłowi. 

- Komu pan się poskarży? - krzyknęła z przerażeniem mgr Felga. 

- Swojemu posłowi oczywiście - odrzekł z godnością Wałkoński. 

-   To   przesądza   sprawę.   Idiota.   Pojedyncza   cela,   zimne   okłady,   elektrowstrząsy   i 

szpryca z towotu! - zaordynował dr Cycoń i porwawszy z wieszaka trójgraniasty kapelusz, 

opuścił gabinet. 

10. 

Przygwoździwszy   przeciwnika,   adiunkt   Wygrzmocony   zaczął   się   liczyć   ze 

background image

wzmożonym napływem pacjentów do swej własnej lecznicy. Gdy nic takiego nie nastąpiło, a 

miejscowy grabarz przestał mu się nawet kłaniać, adiunkt wpadł na pomysł zorganizowania 

białej niedzieli na wsi, słusznie uważając, że kiedy pacjenci nie przychodzą, to należy ich 

samemu nałapać. Do sprawy przystąpił pedantycznie, naukowo, studiując przede wszystkim 

ostatnie dwa roczniki dwutygodnika “Nowy Medyk”, z którego to pisma dowiedział się, że 

warunkiem   powodzenia  wszystkich   masowych   akcji  sanitarnych,   takich  właśnie   jak  białe 

niedziele,   przymusowe   szczepienie   lub   odłów   kurew   w   celu   ich   przebadania   -   jest 

zaskoczenie.   Wygrzmoconemu   nie   przyszło   jednak   do   głowy,   że   z   kolei   warunkiem 

zaskoczenia jest dyskrecja. Gadał o obławie tu i ówdzie, przecieki poszły w teren. Chłopi, 

wiedząc czym to grozi - bo na przykład studentów stomatologii rozliczano podczas takich 

niedziel z ilości wyrwanych zębów - powołali straż obywatelską, osadzili kosy na sztorc, baby 

i dzieci schowali w lesie, psy pospuszczali z łańcuchów, a do władz wysłali delegację z białą 

flagą, powołując się na Kartę Praw Obywatela i grożąc przerwaniem dostaw żywca. 

Wróciwszy jak niepyszny do szpitala, Wygrzmocony usiłował rozładować swój gniew 

sztorcując salową, która kijem od miotły tłukła właśnie w kącie jakąś wyjątkowo złośliwą 

salmonellę. Ta jednak - tzn. salowa, a nie salmonella - oświadczyła, że pan dyrektor może jej 

wskoczyć na dodatek rodzinny i że taką zasraną robotę to ona wszędzie znajdzie. 

W domu czekała go niespodzianka, gdyż córka pani Jolanty z pierwszego małżeństwa, 

Simona Basset, wróciła właśnie - jak oświadczyła stara niania - “ze szkół”, które to niemodne 

wyrażenie o tyle oddawało prawdę, że Simonę wylewano regularnie z kilku kolejnych szkół 

stopnia ponadpodstawowego, a to za kleptomanię, erotomanię, ostatnio zaś za narkomanię. 

- Biedactwo wpadło w wąchactwo! - zrymowała niechcący pani Jolanta, wskazując 

mężowi dobrze rozwiniętą dziewuchę, wąchającą z zapałem kawałek starego ementalera. 

- No oddaj to, no oddaj! - prosiła łagodnie. - Tatuś przyszedł głodny jak z cebra! 

Muszę mu zrobić kanapki... 

- Nie będę jadł! - warknął doktor, z trudem hamując mdłości. 

- Wszystko wącha? - spytał, usuwając narkomance sprzed nosa swoje ulubione stare 

kapcie i z ulgą wsuwając w nie stopy. 

- Wszystko! Wąchała już pastę do butów, swoją starą nianię, kota i sierżanta Miziaka, 

który ją tu zresztą przyprowadził, jak kwiatek do kożucha. 

Dr Wygrzmocony zasępił się. Nie dalej jak pół roku temu Simona wpadła w jogizm, a 

zaraz potem w nimfomanię, w wyniku czego została przyłapana na uprawianiu nierządu w 

pozycji kwiatu lotosu. Na nic się zdało zmuszanie jej siłą do oglądania w telewizji pogadanek 

pani   Michaliny   Wisłockiej,   propagującej   seks   humanistyczny.   Wskutek   zmian 

background image

programowych,   w   telewizorze   zamiast   Wisłockiej   pokazała   się   pani   Irena   Gumowska   i 

udzieliła   kilku   rad   gospodarskich,   które   Simona   -   przekonana,   że   dotyczą  seksu   - 

wprowadziła do swego repertuaru erotycznego wzbudzając grozę nawet wśród największych 

świntuchów.   Szczególnie   odrażające   były   jej   próby   czyszczenia   starszym   panom   zamszu 

kiszoną kapustą, wypychania zużytymi gazetami i tym podobne. 

Najwybitniejsi   psychologowie   i   psychiatrzy   nie   byli   w   stanie   poradzić   sobie   z 

rozwydrzoną dewiantką. 

- Może by doktor Cycoń? - zastanawiał się głośno adiunkt. Albo magister Felga? 

- Akurat - skrzywiła się Jolanta. - Cycoń sam nienormalny, wczoraj dzwonił, czy jest u 

nas Kutuzow. A Felga tylko patrzy, komu się podstawić, jak mysz kościelna. O, znachor 

Wałkoński, ten by ją uzdrowił. Przecie on wyleczył mecenasa Pitułę z zastarzałego pedalstwa, 

i to tylko przy pomocy nunczaków, ćwiartki terpentyny i kołka dębowego sześć ósmych cala. 

No tak, ale ty wsadziłeś Wałkońskiego do czubków, kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie 

wpada! - zakończyła swój wywód, nie wiedząc nawet, że pierwszy i ostatni raz w życiu udało 

się jej trafić przysłowiem w sedno sprawy. 

- A może by i Simonę tam wsadzić? - mruknął chytrze adiunkt. Poproszę Cyconia, 

żeby umieścił ją we wspólnej celi ze znachorem... A nuż coś z tego wyjdzie? 

- Spróbuj - zgodziła się pani Jolanta. - Przygarnął Kociołek Gierkowi, a sam smoli. 

11. 

Odseparowanie popularnego znachora odbiło się w całej gminie szerokim echem, co 

znalazło swój wyraz na łamach miejscowej prasy. 

“Państwowa   psychiatria   w   walce   z   ciemnotą   i   zacofaniem”  grzmiał   półoficjalny 

“Trybunarz ludowy”, dając do zrozumienia, że Wałkoński, oprócz znachorstwa i wrodzonego 

idiotyzmu,   zhańbił   się   również   posiadaniem   obcych   dewiz,   powielacza,   zacieru   i   kilku 

fragmentów srebrnego sarkofagu św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej. 

“Wierzący wieśniak ofiarą represji”  - narzekał  “Aniołek rzymsko-katolicki”, rysując 

na   swych   łamach   wzruszającą   sylwetkę   wiejskiego   homeopaty,   który   żegnał   się   przed 

każdym zabiegiem, co rzekomo spowodowało wściekłość władz i próby zmuszenia go, żeby 

żegnał się trzykrotnie, i to z prawa na lewo. Konspira też nie zasypiała gruszek w popiele i w 

ciągu nocy pokryła mury napisami  “Wypuścić znachora”, przy których uwijał się spocony 

sierżant   Miziak,   wymazując   końcówkę   pierwszego   wyrazu   w   nadziei,   że   hasło  “Wyp... 

znachora”  będzie odebrane niejednoznacznie, i że wprowadzi niejaki zamęt w strukturach 

podziemia. 

background image

Afera   Wałkońskiego   ściągnęła   nawet   korespondentów   zagranicznych,   z   którymi 

spotkał   się   rzecznik   prasowy   sołtysa,   człowiek   doskonale   wychowany,   przy   tym   bardzo 

przystojny mężczyzna  o znakomitej sylwetce, bujnej czuprynie  i ściśle przylegających  do 

czaszki uszach, co całkowicie predysponowało go na to stanowisko. Roli tłumacza podjął się 

chętnie b. minister Podmamuśka, człowiek bywały w świecie, dobrze otarty o obce kraje i 

języki. 

Jako pierwszy wystartował  z pytaniem  dystyngowany Anglik, przedstawiciel  “The 

Ilustrated His Maiesty Imperiał Magazine”, mr Reginald Blackberry-Sauce Jr. 

-   Pragnąłbym   zapytać   -   powiedział   bezbłędną,   oksfordzką   angielszczyzną   -   czy 

zdaniem milorda sprawa sir Wałkońskiego jest incydentalna, czy też może zapowiada dalsze 

przykręcenie śruby? 

- Co on powiedział? - spytał nerwowo rzecznik. 

- Przypierdala się do Wałkońskiego! - przetłumaczył sumarycznie Podmamuśka. 

- To powiedz mu pan, że oni biją Irlandczyków. 

-   Wałkoński   ist   hochsztapler,   und   Się   szlagen   Ajrisz   in   Belfast   mit   Polizei   und 

Wasserpumpen! - oświadczył tłumacz, a Brytyjczyk usiadł czerwony ze wstydu, udając, że 

nie słyszy chichotu innych korespondentów. 

Następny z kolei, przedstawiciel  “Le Pisoire”, monsieur Madelaine, nie był już tak 

pewny   siebie   i   z   przymilnym   uśmiechem   usiłował   dowiedzieć   się   od   rzecznika,   czy 

przymknięcie znachora nie wpłynie ujemnie na stosunki polsko-francuskie. 

- A jadłeś już pan dzisiaj żabę? - odpowiedział pytaniem na pytanie rzecznik. 

Te logiczne odpowiedzi sprawiły,  że zgłosił się jeszcze tylko jeden dziennikarz, z 

“Woprosow   Pobiedy”,   wypytując   o   współpracę   przygraniczną,   na   co   otrzymał   obszerne, 

dwugodzinne wyjaśnienie, ilustrowane przezroczami i wykresami. 

Wreszcie rzecznik wraz ze swą świtą wyszedł na ganek, z przyjemnością patrząc, jak 

korespondenci   w   panice   wskakują   do   swych   samochodów   i   odjeżdżają   w   kierunku 

Warszawy. 

- Całkiem fajnie nam to wyszło - cieszył się - w dużej mierze dzięki panu, panie 

ministrze! 

- E, co tam, ja tylko tłumaczyłem - krygował się Podmamuśka ale fakt faktem, że 

stanęliśmy na wysokości. Ten Amerykanin z “Washington Compost” nawet się nie odezwał! 

Rzecznik   roześmiał   się:   -   Ha,   ha,   a   niechby   spróbował,   już   ja   miałem   na   niego 

dobrego haka! 

- O Murzynach? - podsunął b. minister. 

background image

- E tam, o Murzynach! Oni chytrusy przestali już lać tych Murzynów, żebyśmy się nie 

mieli do czego przyczepić. Ale ja bym mu powiedział, że tatuś Weinbergera oszukiwał przed 

wojną na śledziach! 

- Jak to? - zdziwił się Podmamuśka. - To pan mieszkał przed wojną w Stanach? 

- A skądże - zastrzegł się rzecznik - to tatuś Weinbergera mieszkał przed wojną w 

Buczaczu. 

12. 

Lecznica   psychiatryczna   doktora   Cyconia   od   lat   cieszyła   się   zasłużoną   sławą.   Tu 

kurowały   się   i   odpoczywały   ofiary   kolejnych   eksperymentów   ekonomicznych,   ciągłych 

reform systemu szkolnego i zmieniających się kilka razy w roku przepisów podatkowych dla 

rzemiosła.   Tu   również   znajdowali   bezpieczny   azyl   i   wygodny   kaftan   bezpieczeństwa 

bohaterowie   pokazowych   procesów.   Gdy   w   trakcie   rozprawy   podsądny   zaczynał   zjadać 

własny krawat, robił głośno w majtki lub nieoczekiwanie przyznawał się do winy - wiadomo 

było, że zostanie uznany za niepoczytalnego i po krótkim pobycie w szpitalu wyjdzie na 

wolność,   aby   rozejrzeć   się   za   kolejnym   odpowiedzialnym   stanowiskiem.   Nieustanny 

przepływ  przez lecznicę różnych znaczących w gminie osób spowodował, iż stała się ona 

jakby kuźnią kadr i giełdą dobrych posad, a także kreatorką postaw społecznych i obyczajów, 

spełniając rolę zarazem i Cambridge, i Oxfordu, z dodatkiem Yale w drzwiach luksusowych 

szałówek.   Umieszczony   w   tym   ekskluzywnym   zakładzie   znachor   Wałkoński,   ulegając 

wrodzonemu   sobie   popędowi   do   czynienia   dobra,   usiłował   przyjść   z   pomocą   innym 

pacjentom   i   już   wkrótce   osiągnął   zdumiewające   rezultaty.   Między   innymi   udało   mu   się 

wyleczyć pewnego byłego dyrektora departamentu, który w sierpniu 1980 próbował uciec z 

kraju, w którym to celu poszukiwał bezskutecznie granicy polsko-rumuńskiej, powołując się 

na  precedensy  z września  1939.  Ustawiwszy  nieszczęsnego   idiotę  przed  aktualną  mapą   i 

przykazawszy szeroko otworzyć oczy, znachor przywalił mu następnie po łbie nogą od łóżka, 

owiniętą humanitarnie w ciepłe, szpitalne kalesony. Skutkiem wstrząsu mapa zakodowała się 

przypuszczalnie   w   umyśle   pacjenta,   gdyż   odzyskawszy   świadomość   stał   się   on   gorącym 

zwolennikiem nienaruszalności granic w powojennej Europie, i jako taki został wypisany ze 

szpitala z diagnozą lekkiego kretynizmu i zaleceniem pracy państwowej na pół etatu. 

Przybycie   Simony   Basset   zmąciło   sielankowy   nastrój.   Ta   młoda   i   piękna,   ale   do 

szpiku kości zepsuta istota, bywalczyni wielu więzień, aresztów i odwykówek, w dodatku 

ćpunka i alkoholiczka, zdawała się wydzielać jakąś emanację zgnilizny i rozpusty, której nie 

mogli się oprzeć nawet prostolinijni i zdrowi moralnie członkowie miejscowego koła ZSMP, 

background image

grupującego co bardziej świadomych pielęgniarzy. 

-   Koleś,   kopsnij   szluga!   -   zwróciła   się   ordynarną   grypserą   do   jednego   z   nich, 

przechodzącego właśnie korytarzem. 

- Mówiłaś coś do mnie, koleżanko? - spytał grzecznie ów młody, schludny człowiek, 

będący nadzieją organizacji. 

- Nie kucaj, kindybale - kontynuowała zepsuta panienka - jak odgaruję pajdę, to damy 

z glana przez lipko i zajaramy trawkę bez obciachu! 

Te kwiaty zła, trafiwszy na żyzną choć naiwną glebę, już wkrótce rozkrzewiły się 

bujnie, zarażając swym trującym aromatem spokojną dotychczas lecznicę. 

- Szufla, kolesie! - zwrócił się kilka dni później do zgromadzonych lekarzy dr Cycoń. 

-   Nie   będę   ukrywał,   że   kitramy   w   samarę,   gdyż   herbatnicy   jorgają   na   zastawkę.   Proszę 

wklepać bez obciachu, co z juchtem? 

- Przybastować by dziekankę! - pisnęła mgr Felga. 

- Akurat! - oburzył się dr Wysłodek - a szamunek bez glejtu w szamkę na cwelu do 

rakiety nie śmignie! 

- Zaprotokołować wszystko - zarządził dr Cycoń. 

Jeden gryps wysłać do komitetu, a drugi do Wydziału Zdrowia i atanda bez kitu! 

Co gorsza, opuszczający szpital ozdrowieńcy zaczęli zarażać niebawem grypserą całą 

gminę. Gdy więc jeden z miejscowych dostojników oświadczył w wywiadzie telewizyjnym, 

że skup rzepaku obcyndalamy bez przyprawki do cugu na samarę, zaś ksiądz Chudzielak 

zalecił   wiernym   nawijanie   litanii   zamiast   garownictwa,   grożącego   niewątpliwie   sankcją 

piekielną, wówczas dopiero zorientowano się, że sytuacja jest krytyczna, że zło szerzy się ze 

szpitala, a źródłem tego zła jest rozpustna Simona Basset. Ponieważ zaś nikt z lekarzy nie był 

w stanie uleczyć jej plugawego języka, zaś wezwani pospiesznie poloniści albo staczali się na 

dno upadku, albo też opuszczali lecznicę w popłochu - postanowiono chwycić się ostatniej 

deski   ratunku,  a   deską   tą   był   oczywiście   znachor   Jan   Wałkoński.   Obiecawszy   mu   więc 

wolność, premię i tytuł psychiatry honoris causa, wepchnięto broniącego się rozpaczliwie do 

celi ohydnej Simony. 

13. 

Pierwszy dowiedział się o niezwykłym wydarzeniu stary Kociorupa, który przyjechał 

do szpitala z paczką żywnościową dla znachora. Zdziwiła go cisza i brak portiera na pilnie 

zazwyczaj strzeżonej bramce. Korytarze też były puste, zaś cele pootwierane i wyludnione. 

-   Jedno   z   dwojga   -   pomyślał   stary   kmieć   -   albo   waryjaty   pouciekały,   albo   są   w 

background image

świetlicy i wybierają Organizację Związkową. 

Ale świetlica  także  świeciła  pustką,  za to  przed celą  Simony  stał tłum pacjentów 

przemieszanych z pielęgniarzami i personelem medycznym. Z celi biła jakaś dziwna jasność, 

a Kociorupa, przepchnąwszy się do pierwszych rzędów, ujrzał w jej wnętrzu znachora i jego 

świeżo   odzyskaną   córkę.   Trzymali   się   za   ręce   i   rozmawiali,   a   mocą   jakiegoś   dziwnego 

zrządzenia z ust ich płynęła nie grypserą i nie lokalny ludowy dialekt, lecz najczystsza poezja 

rodem z Konopnickiej albo Deotymy, chwilami asnykoidalna lub z lekka tetmajeryzująca: 

- O córko moja, czyżbym cię odzyskał, 

Bo do tej pory uwierzyć nie mogę? 

- Jam ci to, jam ci, daj mi tato pyska 

i idźmy razem w swą życiową drogę. 

- Toż dzieckiem byłaś pod opieką mamci, 

tyś to na pewno? 

- Jam ci, tato, jam ci! 

Kociorupa   trącił   w   ramię   stojącego   obok   starego   nokautera   używanego   do 

obezwładniania co najtęższych furiatów i spytał go szeptem: 

- Panie Stachurko, powiedz pan, czy on tak bez przerwy gada wierszem z córką? 

Stachurko, któremu łzy leciały jak groch, odpowiedział lakonicznie: 

- Nie tylko on, szwagrze, i my wszyscy takie! 

- Szwagra wstawiłem dla rymu... - dodał wyjaśniająco, ziewnął i mruknął: 

- I straszno, i cudno, 

Ale trochę nudno... 

I rzeczywiście, wierszowane gadanie rozlegające się z celi zaczynało już trochę nużyć 

zebranych,   chociaż   Simona   opowiadała   akurat   dosyć   interesujące   szczegóły   ze   swojej 

rozpustnej przeszłości: 

- Ach, niecnie żyłam, tato, do tej chwili, 

Uczestniczyłam w orgiach i libacjach, 

Różni panowie mnie tam... 

- Pokrzywdzili! - podrzucił znachor. 

- Właśnie, czasami w dziwnych sytuacjach, 

Ba, poniektórzy płacili mi za to... 

- Ty żeś to, córuś? 

- Jam ci, jam ci, tatko! 

Pacjenci z tylnych szeregów zaczęli niepostrzeżenie wymykać się do swoich separatek 

background image

i   oddawać   zwykłym   zajęciom.   Były   prezes   spółdzielczości   mieszkaniowej   pospiesznie 

kończył  wyliczenia,  z których  wynikało,  że gdyby każdy z półtora miliona pracowników 

budownictwa wymurował w ciągu roku jedną izbę, to za pięć lat problem mieszkań przestałby 

u nas istnieć. Emerytowany minister skarbu na próżno usiłował sobie przypomnieć, gdzie w 

chwili   paniki   zadekował   trzydzieści   miliardów   pożyczonych   dolarów,   zaś   zubożały 

prominent, który zakupił kiedyś licencję na samospłaty, na próżno szukał w encyklopedii, co 

to   są   te   samospłaty,   gdyż   w   odnośnym   miejscu   figurowały   wyłącznie   takie   hasła,   jak 

samobójstwo, samochód, samodział, samogon, samograj i samogwałt, patrz masturbacja. 

Natomiast szeregowi wariaci udawali jak zwykle a  to czajnik, a to zlewozmywak z 

dolnopłukiem, a to znów takie bajkowe lub mityczne postacie jak Kostka Napierski, Kubuś 

Puchatek albo Renata Susałko. 

Dr   Wysłodek,   wyszedłszy   z   zaklętego   kręgu   tkliwości   i   pojednania,   rozpaczliwie 

usiłował pozbyć się daru mówienia wierszem: 

- Toć przecie muszę zacząć gadać prozą, nie jak ten stary kretyn ze swą kozą, a niech 

cię dunder, po com wstawił kozę? Jak mam odrzucić poetycką pozę? Dość już tych wierszy, 

czas żebym je urwał, o znowuż mi się zrymowało, kurwa. O, wolej, żebym ocipiał, owdowiał, 

co na to powie Ministerstwo Zdrowia i szef resortu minister Cybulko, który jest dla nas dobry 

jak tatulko, mogłem powiedzieć “tatuś”, o psia noga, jak mnie nasiadła ta przypadłość sroga, 

już z tym zostanę pewnie jak ta dupa, a pan tu czego, panie Kociorupa? 

Zrymowany tak dosadnie Kociorupa spojrzał na niego koso i odparł: 

- Chciałem zapytać się doktora, 

czy mogę zabrać do domu znachora? 

A oto, co rzekł dr Wysłodek: 

- A bierz go chłopie, ale razem z córką, 

a teraz pozwól ze wlezę pod biurko! 

I rzeczywiście wlazł pod ten solidny, dębowy mebel, skąd przy wtórze szczekania, 

wycia   i   machania   ogonem   został   wyciągnięty   i   wpakowany   do   celi,   opuszczonej   przez 

Basseta-Wałkońskiego i jego cudownie nawróconą córkę. 

14. 

Pojednaniu  Simony z  ojcem  towarzyszyło   wiele  dziwnych  znaków   na  niebie  i  na 

ziemi. Oto nad kombinatem rolnym Grzdypućki ukazał się pies ognisty dupczący reformę 

gospodarczą.   Zaraz   potem   eksplodował   kocioł   tamtejszej   gorzelni,   a   powstały   przy   tym 

wszędobylski obłok spirytusowy wędrował nad gminą, wprawiając jej mieszkańców w stan 

background image

bezpłatnej euforii i skłaniając do podejmowania licznych czynów produkcyjnych, fundowania 

pomników, a zwłaszcza ogłaszania apeli. I tak na przykład, młode sprzątaczki wystosowały 

apel do młodzieży  świata, żeby nie szczać po bramach, ale nie mogły go wysłać wskutek 

braku adresu i kodu, wymaganego przy przesyłkach poleconych. 

Natomiast sołtys wsi Kociomruczki usiłował przesłać sekretarzowi generalnemu ONZ 

swoje   posłanie   i   nawet   zaniósł   je   osobiście   do   ekspedycji   towarowej   PKS-u,   gdzie 

jednakowoż   odmówiono   przyjęcia   pod   pretekstem,   że   posłanie   śmierdzi   i   żeby   najpierw 

zmienił  bieliznę  pościelową,  czego żadną miarą  nie mógł  dokonać wobec braku tejże na 

rynku.   Wszystkie   te   niepowodzenia   nie   zdołały   osłabić   atmosfery   ogólnej   aktywności   i 

wzajemnej   życzliwości,   która   zaowocowała   wreszcie   publiczną   dyskusją   w   remizie 

strażackiej   na   temat  “Czy   katolicy   mogą   budować   socjalizm?”,   wzorowaną   na   podobnej 

imprezie, zorganizowanej swego czasu w telewizji przez profesora Ozdowskiego, 

Ludność   zjawiła   się   tłumnie,   ponieważ   wiatr   zerwał   połowę   afisza   z   nazwiskiem 

profesora, co niektórzy zrozumieli jako zapowiedź przyjazdu dr Ozdy, mającego rzekomo 

pokazywać Broniarka. 

Obrady zagaił prezes Towarzystwa Kultury Laickiej, były działacz PSL-u, Bonifacy 

Kant-Gwizdek,   który   utracił   wiarę   jeszcze   w   1947,   kiedy   to   wicepremier   Mikołajczyk 

wypchnął go z kufra dyplomatycznego ambasady Stanów Zjednoczonych, argumentując, że 

zamiast niego musi zabrać na tułaczkę szczoteczkę do zębów, garść ziemi rodzinnej i kota, 

którego otrzymał rzekomo od Witosa. 

Na postawione przez prezesa Kant-Gwizdka pryncypialne pytanie, czy katolicy mogą 

budować   socjalizm,   pierwszy   zgłosił   się   ksiądz   proboszcz   Chudzielak   i   oświadczył,   że 

owszem, mogą, ale jak skończą budować kościół. Na sarkastyczną uwagę Miziaka, że więcej 

kościołów już się w gminie nie zmieści, Chudzielak usiłował rzucić na sierżanta klątwę, ale 

dwukrotnie   nie   trafiwszy,   schował   się   czerwony   ze   wstydu   na   ławach   legalnej   opozycji, 

reprezentowanej przez PAX, PFAZ i białego emigranta z lat dwudziestych, atamana Osipa 

Anegdotycza Jefremienkę. 

Tymczasem na mównicę wdarł się adiunkt, dr Wygrzmocony i chcąc podreperować 

swą nadwyrężoną ostatnio reputację, zgłosił zobowiązanie uruchomienia przy swym szpitalu 

Zakładu Przerobu Odpadów Poamputacyjnych  im. Wincentego Kadłubka. Nagrodzono go 

grzecznościowymi oklaskami i powrócono do głównego nurtu dyskusji. 

Kolejny   mówca,   przewodniczący   PRON-u,   mecenas   Fizdoń   wygłosił   opinię,   że 

katolicy mogą owszem budować socjalizm, ale coś im się jakby nie chce, na co katolicy 

odpowiedzieli gremialnie, że chcieliby, ale właśnie wczoraj polecono im budować wzajemne 

background image

zaufanie, więc na razie nie mają czasu, a poza tym nie mają z czego. 

Po deklaracji dowódcy miejscowej jednostki saperów im. Sowińskiego w okopach 

Woli,   że   wybuduje   piętnaście   następnych   mostów,   obrady   zakończono   i   zaparafowano 

protokół, z którego wynikało jednoznacznie, iż: 

po pierwsze - jeżeli katolicy chcą budować socjalizm, to proszę bardzo; 

po   drugie   -  wykluczające   się   nawzajem   światopoglądy   nie   wykluczają   wyjścia   z 

kryzysu; 

po  trzecie   -   o  ile   towarzysz   Sowiński   w   okopach   woli,   to   nie   należy   mu   w   tym 

przeszkadzać; 

po czwarte - popieramy walkę prof. Kowalskiego z faktami, a bramy piekielne nie 

przemogą go. 

Wreszcie nastąpiła część artystyczna spotkania. Poetka ludowa Rozmunda Kociorodek 

odczytała swój poemat na cześć załogi Gminnej Zbiornicy Złomu, zaczynający się od słów: 

- Kolektyw zwarty i przyjazny, 

My ręka w rękę, goleń, w goleń, 

Zostanie po nas złom żelazny 

i głuchy, drwiący śmiech pokoleń... 

-   na   podstawie   którego   to   utworu   została   natychmiast   przyjęta   do   odrodzonego 

Związku Literatów  Polskich. Na zakończenie chór Anonimowych  Alkoholików odśpiewał 

pouczającą piosenkę o skutkach pijaństwa: 

- Padł Bartosz wśród drogi, obcięto mu nogi, 

Zbudził się pojutrze, a tu nogi krótsze, oj dana... 

- Oj dana... - powtórzyło echo i zamilkło, chociaż przed wojną potrafiło powtarzać do 

czterech, a gdy dziedziczka we dworze zaśpiewała, to i do ośmiu razy. 

15. 

Jan   Wałkoński   zorientowawszy   się,   iż   jest   docentem   Bassetem,   nie   zrezygnował 

bynajmniej ze swej znachorskiej działalności i nie pchał się z powrotem na opuszczone ongiś 

stanowisko   w   lecznictwie   stołecznym.   Wprost   przeciwnie,   zaczął   rozbudowywać   swój 

prowizoryczny   szpitalik   w   obejściu   Kociorupy,   przyuczając   przy   okazji   do   zawodu 

nawróconą Simonę, która chętnie weszła w rolę siostry miłosierdzia, chociaż na razie nie 

odróżniała   cyjanku   od   rumianku,   a   spirali   antykoncepcyjnej   od   spirali   zbrojeń.   Basset 

cierpliwie tłumaczył córce zawiłości sztuki medycznej: 

- Kiedy chory woła “siostro, kaczkę”, to nie należy mu wtykać pod kołdrę ptaka, tylko 

background image

taki nocnik z rurką. 

“Nocnik, nie ptaka” - zapisała pilna Simona w notesiku. 

- Bardzo dobrze - pochwalił ojciec - a jeżeli jest to ciężko chory, to należy mu nawet 

przytrzymać. 

- Nocnik? - spytała Simona. 

-   Nie,   ptaka...   -   wyjaśnił   oględnie   Basset.  “Ptaka,   nie   nocnik”  -   zapisała   znowu 

Simona.   Łatwo   pojąć,   do   jakich   nieporozumień   i   drastyczności   dochodziło   czasem   w 

lecznicy, ale charyzma znachora i ciche posłannictwo jego córki sprawiały, że nikt nie sarkał, 

choćby nawet omyłkowo  zamiast  tlenu z butli podano mu  propan-butan, albo i acetylen. 

Dymisjonowani dostojnicy,  w których  obfitowała gmina, wymagali szczególnie troskliwej 

opieki,   byli   bowiem   ogromnie   znerwicowani,   pełni   kompleksów,   zawiści   i   nieutulonej 

tęsknoty za latami swej potęgi. Basset z konieczności stawał się nie raz ich spowiednikiem, a 

niekiedy   za   jego   pośrednictwem   próbowano   przekazać   dobre   rady   i   przestrogi   osobom 

będącym aktualnie u władzy. 

- Panie doktorze - błagał pewien stary i zasłużony dogmatyk zadzwoń pan do Albina, 

że póki czas należy zewrzeć szeregi... 

- Oczywiście, że należy zewrzeć szeregi - potakiwał dobrodusznie docent - ale na 

razie może pan spróbuje zewrzeć pośladki, bo prześcieradła nam się kończą. 

Na sąsiednim łóżku histeryzował młody idol piosenki rockowej, który zaprzepaścił 

piękną   karierę   ulegając   w   czasie   plenerowego   koncertu   atakowi   ekshibicjonizmu,   czym 

wywołał nagonkę na samego siebie w prasie, radiu i telewizji. 

- I co z tego, Jasiu? - perswadowała mu Simona. - Czy przez to gorzej śpiewasz? 

- Śpiewam lepiej! - zaperzył  się idol - ale publiczność żąda, żebym powtarzał ten 

numer na każdym koncercie, a ja mam obie ręce zajęte gitarą! 

Proboszcz Chudzielak kosym okiem spoglądał na Bassetowską przychodnię, gdyż od 

czasu   jej   powstania   ilość   pogrzebów   niezwykle   zmalała,   chociaż   szef   konkurencyjnej 

placówki, adiunkt  dr Wygrzmocony starał się jak umiał.  Księdza pocieszyła  trochę  msza 

dziękczynna za odwołanie ministra Nieckarza, zakupiona przez miejscowe rzemiosło, a co do 

adiunkta,   to   ślepy   los,   ten   wielki   ironista,   oderwał   go   od   spraw   zawodowych,   ingerując 

brutalnie w jego życie rodzinne - oto piękna pani Jolanta Wygrzmocona nagle zaniemogła, a 

wszystkie   badania,   analizy   i   prześwietlenia   wskazywały   na   istnienie   w   jej   subtelnym 

organizmie groźnego wrzodu dwunastnicy. 

- Przyrzeknij mi - prosiła męża - że gdy umrę, a ty znajdziesz sobie inną kobietę, to 

nie pozwolisz jej chodzić w moich sukniach... 

background image

- Ale co ty wygadujesz, kotuś - żachnął się w roztargnieniu adiunkt - ta żeż ona jest 

całkiem inaczej zbudowana... Tfu, co ja wygaduję?! - zawołał. - Dlaczego masz umierać, 

wytnę ci ten wrzód i będziesz jak nowa! 

- O, co to, to nie! - krzyknęła chora. - Nie waż się na mnie eksperymentować, jak 

Piekarski na mękach! Jeżeli ktoś może mnie ocalić, to tylko Basset! 

- Ależ żabciu - wił się adiunkt - przecież wiesz, że ja z nim nie rozmawiam... 

- To porozmawiaj  jak Polak z Polakiem!  - wrzasnęła żabcia.  Zapłać  mu,  obiecaj, 

błagaj! Przecież coś mi jesteś winien za to, że umożliwiłam ci karierę i stanęłam przed tobą 

otworem! 

Tak więc doktor Wygrzmocony jak niepyszny poszedł prosić docenta o ratunek dla 

żony. 

- Niestety tatusia nie ma - poinformowała go Simona, szarpiąc stary dren, który jakoś 

nie chciał  wyjść  z jamy brzusznej pacjenta.  - Tatuś  pisze teraz  podręcznik  dla wiejskich 

lekarzy i poszedł się naradzić w sprawie języka z panem profesorem Różopolańskim. 

16. 

Profesor   Różopolański   stracił   posadę   w   szkolnictwie   wyższym   wiosną   1968   za 

nacjonalizm, co skłoniło go do przypuszczeń, że padł ofiarą jakiegoś nieporozumienia. 

- Za jaki nacjonalizm? - wołał w gabinecie rektorskim, do którego wdarł się mimo 

protestów sekretarki. - Czy ja jestem Niemiec? Czy ja jestem endek? Pan nie wiesz, kto ja 

jestem? To patrz pan! - tu sięgnął do rozporka i wylegitymował się rektorowi. 

- Mój Boże - rozczulił się rektor - do czego to doszło, a nie tak dawno ja robiłem to 

samo na żądanie szturmbanfirera Helmuta Lumpke! 

- I co? - spytał profesor. 

- W zasadzie nic, powiedział  “ich gratuliere”, zasalutował i poszedł. Ale nawiasem 

mówiąc, po co pan profesor mi to pokazuje? Schowaj pan i pogadamy. 

Rozmowa nic jednak nie dała, ponieważ Różopolański upierał się, że nie może być 

równocześnie   Żydem   i   nacjonalistą,   na   co   przedstawiał   mnóstwo   cytatów   i   przykładów 

historycznych, powołując się na Esterkę, Berka Joselewicza, Brunona Jasieńskiego i Adama 

Mickiewicza, co do którego żywił nie pozbawione podstaw podejrzenia. 

- Dobrze - zgodził się wreszcie rektor - w takim razie nie wylatuje pan za nacjonalizm, 

tylko za syjonizm. 

- A, to w porządku! - zawołał z ulgą profesor i wyjechawszy na prowincję doczekał 

jako belfer gimnazjalny zasłużonej emerytury. Do tego właśnie lokalnego mędrca udał się 

background image

obecnie Basset, aby skorygować pod względem językowym swój podręcznik dla wiejskich 

lekarzy. Zastał uczonego wśród sterty starych ksiąg, poprzetykanych zakładkami i liszkami. 

- Nie uwierzy pan - mówił z ożywieniem Różopolański - jaki żywy i giętki jest nasz 

język i ilu nowych znaczeń nabierają peryferyjne uprzednio wyrazy. 

- Na przykład? - zainteresował się lekarz. 

- Na przykład bezokolicznik “pierdolić”. 

- No wie pan! Ten akurat wyraz jest bardzo wulgarny... 

- Nie jest, tylko był! - oświadczył językoznawca. - W swoim dawnym znaczeniu nie 

bywa   on   już   prawie   używany,   gdyż   zastąpiły   go   inne   określenia,   przeważnie   zresztą 

rusycyzmy.  Ów natomiast prapolski wyraz zrobił nieoczekiwaną karierę i stał się obecnie 

substytutem, można powiedzieć że jockerem, zastępującym większość obiegowych słów. O, 

patrz pan, tu wynotowałem tylko drobną część nowych znaczeń... - i podsunął chirurgowi 

kartkę z następującym słowniczkiem: 

Forma wyjściowa: pierdolić. Głównie: gadać od rzeczy. 

Pochodne: napierdolony - opity, ale także pobity przez kogoś. 

Dopierdolić komuś: przylać mu, także przygadać. 

Napierdolić komuś: nakłamać, napleść. 

Opierdolić kogoś: obrugać, zbesztać. 

Opierdolić coś: sprzedać na lewo. 

Opierdalać: leniuchować, ale także wykonywać jakąś czynność globalną np. opylać 

łan zboża, objadać krzak malin. 

Opierdol: zwrócenie komuś uwagi (spuścić komuś niezły opierdol). 

Odpierdol: odwal się. Na odp-dol robić: byle jak. 

Odpierdalać: oddalać się, odpływać od brzegu, odbijać. 

Odpierdolić się: zrezygnować z czegoś, odczepić się od kogoś, ale też elegancko się 

ubrać (“ale żeś się odpierdolił”). 

Nadpierdolony:   uszkodzony,   również   podstarzały,   np.:  “Beata   była   urodziwa,   ale 

lekko nadpierdolona zębem czasu”. 

Pierdoła: nudziarz, ględa. W poznańskiem gatunek ziemniaka: Pierdoła Wielkopolska 

Złocista. 

Spierdolić:   zepsuć   coś,   ale   również   uciec,   np.:  “Związałem   już   pieskiego   syna, 

spierdalamy waćpanno!” (Zagłoba do Heleny). 

Upierdolić: urwać coś, np.:  “W tym momencie granat upierdolił mu rękę” (“Barwy 

walki”, rękopis). Upierdolić się - upić się. 

background image

Podpierdolić: ukraść. 

Wpierdalać się: rozzłościć się, ale również wpaść na coś lub w coś np.: “Przy szczęku 

mieczy, dźwięku trąb i tarabanów wpierdolił się Sobieski w obóz bisurmanów” (Deotyma). 

Zapierdalać:   iść   dokąś,   także   ciężko   pracować   (jak   mały   samochodzik),   również 

śpiewać, np.: “Zapierdalamy, morze nasze morze, trzy cztery!” (Wyk. Kom. Mar. Woj. 0815 - 

tjn/356/86, Rozk. nr 156 ust. 3, popr.). 

- Nie chce pana nudzić - powiedział Różopolański - to tylko ułamek moich zbiorów, i 

to nie uporządkowany, nawet alfabetycznie. A gdzie takie cymelia jak “pierdl”, “zapierdol”, 

“pierdziajew”, “pierdułka”, “pierdolca mieć”, “rozpierducha”, i tym podobne? 

- Profesorze! - zawołał z entuzjazmem Basset - ja to wszystko wprowadzę do mojego 

podręcznika. Sądzę, że sformułowanie  “po wypierdoleniu  ślepej kiszki spierdalamy brzeg 

rany do kupy i opierdalamy katgutem na okrętkę” da naszej młodzieży medycznej więcej niż 

jakiekolwiek uczone wywody. Dziękuję, nie przeszkadzam i spierdalam! 

- A giten cześć - odrzekł życzliwie sędziwy lingwista. 

17. 

Adiunkt Wygrzmocony wyciskał resztki sił ze swego zaporożca, aby dopaść Basseta i 

ubłagać   go  o  usunięcie   owrzodzonej   dwunastnicy  z  organizmu   pięknej   pani  Jolanty.   Ale 

wydarzenia historyczne odsunęły w niewiadomą przyszłość to bezpośrednie spotkanie dwóch 

wybitnych   przedstawicieli   polskiej   medycyny.   Za   samochodem   rozległ   się   klekot,   potem 

warkot, następnie jakby wycie kota, który w roztargnieniu usiadł na fajerce, potem jakby 

kilka strzałów zakończonych większą eksplozją, wreszcie z tumanów kurzu wyłonił się kapral 

Modliszka na służbowym junaku i zajechawszy adiunktowi drogę, zatrzymał go ruchem ręki. 

- Panie Modliszka - rzekł pojednawczo lekarz, wychylając się przez okno samochodu - 

ja wiem, że przekroczyłem trzydzieści na godzinę, ale proszę wziąć pod uwagę... 

-   Co   tam   trzydzieści   -   machnął   dłonią   Modliszka   -   jest   gorsza   sprawa...   -   i 

przechyliwszy się z siodełka, szepnął tajemniczo: 

- Atestacja stanowisk!... 

- Jezus Maria! - krzyknął Wygrzmocony, ocierając spocone czoło. 

- A co to znaczy? - spytał po chwili. 

- Właśnie, że tego nikt nie wie - odparł kapral - ale to ma być, więc naczelnik gminy 

zwołał zebranie całej kadry kierowniczej, a ja od rana ganiam po terenie i zawiadamiam, a jak 

ktoś się opiera, to doprowadzam. Pan sam, czy...? 

W   sali   konferencyjnej   Urzędu   Gminnego   panowała   trwożna   cisza,   a   na   jej   tle 

background image

złowieszczo jak kruk odzywał się od czasu do czasu żołądek odchudzającej się aktualnie 

przewodniczącej Kółka Gospodyń, na przemian z chroniczną czkawką leśniczego Dwurury. 

Sekretarz gminy, mgr Ropny gorączkowo wertował słownik wyrazów obcych. 

- Atestacji nie widzę - mówił - ale są ateryny, rodzina ryb tropikalnych, długości do 

czternastu centymetrów, planktonożerne... 

- To nie może być to - oświadczył naczelnik - szukaj pan dalej. 

- O, jest atest! - ucieszył się sekretarz. - To dokument określający własności gotowego 

wyrobu lub materiału, wystawiony przez wytwórcę... Hurra! Jest i atestacja! 

- Chwała Bogu - zaszemrał aktyw. 

- Atestacja, dawniej świadectwo, poświadczenie. 

- Nic więcej nie ma? 

- Nic, dalej jest ateoza, mimowolne powolne ruchy członków... 

- Mój mąż to ma! - zgłosiła się dyrektorka przedszkola. 

-   Pozostańmy   przy   atestacji   -   zdecydował   naczelnik   -   ponieważ   ta   atestacja   to 

zaświadczenie, a to ma być atestacja stanowisk, więc bardzo proszę żeby każdy, kto jest na 

stanowisku, wystawił sobie zaświadczenie. 

- Zaświadczenie, że co? - spytał ktoś z sali. 

- Zaświadczenie, że jest na tym właśnie stanowisku, na którym jest. 

- To zależy, o jakie stanowiska im chodzi - zamędził klarowny dotychczas przebieg 

dyskusji działacz ludowy Kant-Gwizdek. - Na ten przykład w naszym PGR-ze oprócz pięciu 

stanowisk kierowniczych jest również obora na sześćdziesiąt stanowisk dla bydła. 

-   A   ja   mam   w  swoim   rewirze   piętnaście   stanowisk   myśliwskich   i   dziewięć   albo 

dziesięć ambon - podtrzymał go leśniczy Dwurura. 

Ktoś dopytywał się, czy księgowy w GS-ie to już stanowisko, czy jeszcze posada, a 

ludzie z dalszych rzędów, gdzie słyszalność była kiepska, doszli do przekonania, że do ich 

sklepu mają rzucić transport czternastocentymetrowych ryb tropikalnych, w związku z czym 

utworzyli komitet kolejkowy. 

- Co pani rozumie  przez “powolne ruchy”? - pytała  poufnie przewodnicząca  koła 

gospodyń dyrektorkę przedszkola. - Raz na minutę? 

- Raz na kwadrans... - wyznała z goryczą dyrektorka. 

-   Bidulka...   -   rozczuliła   się   przewodnicząca   -   raz   na   kwadrans   czternaście 

centymetrów... Ach, co ja gadam, to zaświadczenie ma mieć czternaście... W każdym razie, 

niech się pani zapisze do naszego kółka, my nie takie sprawy załatwiamy. Ot, nie tak dawno 

koleżanka   Krwionośna   z   Banku   Spółdzielczego   żaliła   się,   że   mąż   jest   oziębły,   więc 

background image

załatwiłyśmy  u Basseta  receptę  na  wyciąg  z królika,  i  co pani powie,  tak na tego  męża 

podziałało, że nawet nie doczekał do wieczora, tylko dopadł ją przy drugim śniadaniu i zrobił 

jej dużą przyjemność. 

- To ogromna radość dla żony... - westchnęła zazdrośnie wychowawczyni maluchów. 

- Nie tylko dla żony, dla całego personelu i dla klientów. W banku podczas drugiego 

śniadania jest zawsze duży ruch. 

- No więc jak - podsumował naradę naczelnik - rozumiemy już, o co chodzi w tej 

atestacji? 

- Ani w ząb... - odrzekli zebrani. 

-   W   takim   razie   od   jutra   bierzemy   się   do   roboty!   I   wzięli   się,   żeby   mieć   to   jak 

najprędzej z głowy. 

18. 

- Siadajcie, kapralu - powiedział życzliwie sierżant Miziak do przybyłego właśnie z 

obchodu Modliszki. - Co tam nowego na rejonie? 

-   Melduję,   że   całe   przedpołudnie   śledziłem   tego   inhibicjonistę,   który   deprawuje 

siostry tercjarki w Kićkach Dolnych. 

- Nie in - poprawił go Miziak - tylko ekshibicjonistę. 

- A właśnie że in - upierał się kapral - ponieważ ekshibicjonista na widok zbliżającej 

się kobiety nieoczekiwanie wystawia, a ten zwyrodnialec natomiast czekał z wystawionym, a 

w   ostatniej   chwili   go   chował,   co   jest   większym   okrucieństwem,   zwłaszcza   w   przypadku 

starszych i krótkowzrocznych kobiet. 

- Zostawcie to wszystko - rozkazał sierżant - przed nami stoi odpowiedzialne zadanie 

polityczne... Cisza tam! - krzyknął w stronę aresztu, do którego drzwi ktoś się gwałtownie 

dobijał. 

- Otóż - podjął przerwaną myśl - musimy w ciągu dzisiejszego dnia ujawnić wszystkie 

struktury podziemne. 

- Zapudłować? - ucieszył się kapral. 

- Wprost przeciwnie, wypuścić tych co siedzą, a z tymi na wolności przeprowadzić 

rozmowy, żeby nie mieli wątpliwości, że o nich wszystko wiemy. Ja już nawet wypuściłem 

naszego aresztanta Leżaka. 

- Jak to wypuścił pan? - zdziwił się Modliszka. - Przecież słyszę jak się dobija... 

- Dobija się, ale z zewnątrz, żeby go wpuścić z powrotem, bo na zewnątrz straci cały 

autorytet. 

background image

-   Żyguła-bambuła,   Świrgoń-bździrgoń!   -   darł   się   przymusowo   amnestionowany, 

pragnąc sprowokować swoje ponowne uwięzienie. 

- Nic nie wie o ostatnich zmianach w stolicy... - zachichotał Miziak. 

- Modliszka psia kiszka! - wrzasnął desperat. 

- Zaraz mu przywalę - warknął kapral. 

- Dajcie spokój, od dziś mamy być tolerancyjni i wielkoduszni. 

- Miziaczek kurdyflaczek! - rozległo się pod oknem. 

- No dobrze, przywalcie mu - przyzwolił sierżant - ale bez złości! 

-  Tak  jest,  bez  złości!  -  zawołał  kapral  i   wyskoczył   na  ganek,  ale  były   aresztant 

umykał już w stronę lasu, na wszelki wypadek zakosami. 

- No, teraz siadajcie kapralu na motor i przeprowadźcie rozmowy wyjaśniające z całą 

opozycją w gminie. Mamy to wszystko dokładnie obcykane, a tu jest lista z adresami. 

- Jak to z adresami? Przecież jest tylko jeden adres... 

- Jeden... - zgodził się niechętnie Miziak - ale według instrukcji musi być na liście. 

Modliszka kopnął służbowego junaka i wskoczywszy na siodełko pojechał prosto do 

mieszkania   młodego   lekarza,   doktora   Wysłodka.   Wysłodek   otworzył   mu   w   szlafroku, 

zmachany jakiś i spocony. 

Aha... na pewno pracował przy powielaczu, drukując podburzające ulotki - pomyślał 

kapral, ale nie zdradziwszy swych podejrzeń, spytał chytrze: 

- Bardzo żeś się pan namachał? 

- Dosyć... - przyznał półgębkiem młody człowiek. - A dużo żeś pan numerów natłukł? 

- A co to pana obchodzi? - wkurzył się Wysłodek. 

-   Obchodzi,   panie   doktorze   -   wyjaśnił   triumfująco   Modliszka   ponieważ   ja 

przyszedłem   pana   ujawnić,   a   na   sam   początek   konfiskuję   pańską   maszynę!   -   co 

oświadczywszy,  wszedł energicznie  do pokoju, gdzie  jednak nie zastał  żadnych  urządzeń 

powielających, tylko psychologa, panią magister Felgę, która w pośpiechu wsadziła obie nogi 

do jednej pończochy, a będąc przy tym zupełnie goła, do złudzenia przypominała podstarzałą 

syrenę, albo uczestniczkę biegu w workach, zorganizowanego z okazji dorocznego święta 

robotniczego koncernu RSW Prasa. 

- Proszę sobie nie przeszkadzać - znalazł się grzecznie kapral. 

- Ja pana doktora mogę ujawnić również w kuchni. 

- Ale ja się nie chcę ujawnić! - oświadczył zatwardziały konspirator, usiłując zjeść 

zeszyt   z   szyframi,   ale   nie   mając   pod   ręką   pepitki   zwymiotował   zaraz   na   środek 

pomieszczenia. 

background image

-  Możesz pan nie chcieć - odrzekł flegmatycznie Modliszka, czyszcząc sobie buty 

firanką - tym niemniej ja pana w tej chwili dekonspiruję, raz dwa trzy, już! 

- Tak? A ja się z powrotem zakonspirowywowuję! 

- A ja pana ponownie dekonspiruję! 

- Aja... 

- Aja - przerwał mu kapral - zatykam uszy i nic nie słyszę, bzzzz! - i rzeczywiście, 

wsadziwszy sobie palce do uszu, z cyrkową zręcznością skoczył na junaka i bez trzymania 

zniknął w kłębach kurzu. 

-   No,   skończyli   z   opozycją...   -jęknął   żałośnie   dr   Wysłodek   do   magister   Felgi, 

ponieważ   jednak   na   skutek   utkwienia   spinacza   w   przełyku   cokolwiek   bełkotał,   pani 

psycholog zrozumiała, że pyta ją “jaką skończymy pozycją?”. 

- Może taką? - zaszczebiotała, przybierając ją. Tymczasem sierżant Miziak mówił na 

komisariacie: 

- No, teraz nareszcie będzie spokój... Chyba żeby, broń Boże, próbowali stworzyć na 

odmianę jakieś jawne struktury... 

- E, nie kracz pan - zmitygował go Modliszka, niestety zbyt późno, ponieważ Miziak 

już właśnie wykrakał. 

19. 

Po wielu wydarzeniach politycznych  i ruchach społecznych  wstrząsających  gminą, 

doktor Wygrzmocony dopadł wreszcie docenta Basseta w jego wiejskiej izbie chorych i ze 

zrozumiałym   skrępowaniem   wyartykułował   prośbę   o   wycięcie   pani   Jolancie   wrzodu 

dwunastnicy. 

- Zdaję sobie sprawę - mówił ze skruchą - że zawiniłem wobec pana, zabierając mu 

ukochaną żonę... 

-   Drobiazg...   -   machnął   ręką   Basset,   zajęty   akurat   przedmuchiwaniem   zatkanego 

irygatora. 

- Tym niemniej - ciągnął Wygrzmocony, któremu nie w smak było takie lekceważące 

traktowanie   ubóstwianej   kobiety   -   tym   niemniej   drzemie   zapewne   w   panu   podświadome 

poczucie krzywdy, które mam nadzieję nie rzutuje na rezultat operacji. 

-   Chodzi   panu   o   to,   żebym   nie   odgrywał   się   na   Jolancie?   domyślił   się   docent.   - 

Spokojna głowa! 

- Chociaż - dodał z błyskiem w oku - gdybym był mściwy, to mógłbym jej przy okazji 

podorabiać takie przełącza i skróty pokarmowe, że cała gmina wyłaby ze śmiechu. Znałem 

background image

kiedyś starego chirurga, który jak dorwał na stole operacyjnym kochanka swojej żony, to tak 

sobie  na  nim pojeździł,  że facet  po wyjściu  z kliniki  pierdział  lewym  uchem,  co zresztą 

doprowadziło do nadmiernych i rujnujących zakupów wełny szetlandzkiej, ponieważ ten gość 

był akurat naszym radcą handlowym w Londynie, i za każdym razem, jak mu się podczas 

rokowań przydarzyło z tym uchem, to Anglicy myśleli, że on mówi “Pure Wool” i traktowali 

to jako żądanie przez stronę polską zwiększenia dostaw. 

- Czy pańska urocza, chociaż przyznajmy że prymitywna lecznica będzie w stanie 

zagwarantować Jolancie pełną septykę i oprzyrządowanie? - zatroskał się mąż pacjentki. 

-   Nie   martw   się   pan   -   uspokoił   go   Basset   -   my   tu   robimy   nawet   przeszczepy. 

Początkowo przeszczepialiśmy tylko żółtaczkę zakaźną, ale teraz wszywamy wszystko jak 

leci. O, tu mamy bank członków - wyjaśnił z dumą, otwierając lodówkę marki “Mińsk”. To, 

co pan widzi, to członek rzeczywisty, tamto to zastępca członka, a ten malutki to członek 

korespondent. 

- A to? - spytał Wygrzmocony, wskazując jakiś rozbudowany organ. 

- To nasza krajowa specjalność, członek zbiorowy, nie spotykany nigdzie indziej na 

świecie.   Oto   członek   wspierający,   tak   zwany   szwagier,   a   ten   ze   złoceniami   to   członek 

honorowy. 

- Skąd bierzecie dawców? 

- Aż izby wytrzeźwień. Taki pijaczyna jak wychodzi stamtąd rano wyprysznicowany 

na zimno, ze zrobionym pedicurem i po zapłaceniu rachunku, to nie zwraca uwagi czy ma 

wszystko   na   miejscu,   tylko   wyrywa   aby   dalej.   W   dodatku   amputowany   organ   nasycony 

alkoholem znakomicie adaptuje się w ciele pacjenta, też przeważnie pijaka, gdyż organizm 

przyjmuje przeszczep jako coś swojego i nie stawia bariery immunologicznej. 

Po   tych   wyjaśnieniach   adiunkt   z   pełnym   zaufaniem   oddał   Jolantę   pod   opiekę 

znakomitego chirurga. 

- Mietek... -jęknęła rozdzierająco na widok swego byłego męża, do którego, przy jego 

obecnej kondycji, chętnie by powróciła, porzucając dołującego ostatnio adiunkta. - Mietek, ja 

nie chciałam cię zostawić, to ten Wygrzmocony tak się mnie uczepił jak umarłemu kadzidło, 

a gdy opierałam się, to walił mnie jak darowanemu koniowi w zęby... 

- Proszę zabrać tę panią do kąpieli! - rozkazał zimno Basset. 

- Kąpałam się w zeszły wtorek... - zaszemrała Jolanta. 

-   No   to   na   stół   operacyjny.   Golenie,   strzyżenie,   lewatywa,   aspiryna,   spowiedź, 

narkoza! 

I Basset wziąwszy ze stojaka przepychadło do zlewu i laubzegę poszedł energicznym 

background image

krokiem za pielęgniarzami prowadzącymi  piękną Jolantę, w której oczach widać już było 

przedoperacyjną rezygnację, a w dłoni klamkę, wyrwaną niechcący, gdy się jej uczepiła w 

ostatnim odruchu samozachowawczego protestu. 

20. 

Któryż to już raz widzimy docenta Basseta, jak fachowy i wspaniały ujmuje w dłoń 

skalpel, po czym orlim, a raczej - ze względu na zawód - sępim wzrokiem ogarnia leżące 

przed nim bezwładne ciało pacjenta. Tym razem jednak na stole operacyjnym nie spoczywał 

anonimowy   podmiot   działań   chirurgicznych,   lecz   jakże   dobrze   mu   znany   organizm 

wykazujący bezsprzecznie cechy płci żeńskiej, czyli inaczej mówiąc pani Jolanta, primo voto 

Basset,   obecnie   Wygrzmocona.   Docent   nachylił   się   i   energicznym   ruchem   naciął   ciało 

pacjentki  na krzyż, tak jak stary pobożny chłop nacina świeżo upieczony bochen razowego 

chleba.   Asystenci   przeżegnali   się,   a   po-   zostawiony   tu   przez   niedopatrzenie   od   stanu 

wojennego komisarz wojskowy, kapitan Kabura, stanął odruchowo na baczność. 

Traf   chciał,   że   tego   samego   dnia   zawitał   do   gminy   z   niezapowiedzianą,   ale 

oczekiwaną   wizytą   podsekretarz   stanu   w   Ministerstwie   Czynów   Społecznych,   Wincenty 

Podnośnik,   któremu   -   jak   pamiętamy   -   Basset   wyciął   przed   kilku   laty   nie   te   co   trzeba 

gruczoły, pozbawiając tym samym  zasłużonego działacza zainteresowania płcią przeciwną, 

ale jakby w rekompensacie obdarzając go niezwykle przenikliwym falsetem, dzięki któremu 

Podnośnik mógł przemawiać bez nagłośnienia nawet w Sali Kongresowej, co budziło zawiść 

centralnego aktywu. 

- Cześć pracy! - pisnął przenikliwie dostojny gość, stając na progu sali operacyjnej w 

otoczeniu gospodarzy gminy i województwa. 

- Bardzo ładna masarnia! - pochwalił, rozglądając się po zakrwawionym wnętrzu i 

biorąc omyłkowo Basseta za rzeźnika, dzielącego sztukę nierogacizny, w czym nie był daleki 

od prawdy. 

- Dzielcie sprawiedliwie - przestrzegał górnolotnie, jak to było ostatnio w zwyczaju - 

wymagają tego istniejące jeszcze trudności na rynku mięsnym, które jednakowoż jesteśmy w 

stanie przezwyciężyć, pod warunkiem że każdy na swoim stanowisku pracy dołoży wszelkich 

starań... 

Zebrani słuchali  z szacunkiem nie wyprowadzając  podsekretarza z błędu, żeby go 

broń Boże nie rozzłościć, co mogłoby zaowocować obcięciem budżetu gminy. 

- Tato, bo mama nam się wykrwawi... - mruknęła Simona spod maski. 

- Morda w kubeł... - odmruknął chirurg, potakując jednocześnie głową tokującemu 

background image

gościowi. 

- Sytuację mamy coraz lepszą - przemawiał Podnośnik - ostatnio dzięki inicjatywie 

towarzysza   Kotańskiego   dokonaliśmy   udanej   próby   schwycenia   się   za   ręce   w   godzinach 

pracy   od   Tatr   do   Bałtyku,   co   wzmogło   ogólne   zaufanie.   Także   i   w   światopoglądzie 

materialistycznym jesteśmy do przodu, o czym świadczą liczne wypadki nadawania dzieciom 

takich imion jak... - tu zerknął do notatek - Muamar  Kwiatkowski, Bobrak Malinowski i 

Fidelka Gwizdała. Natomiast nasza opozycja... 

- Ledwie rzęzi! - poinformował o stanie pacjentki stary Kociorupa, który uwinąwszy 

się z obornikiem dorabiał sobie jako anestezjolog. 

- Tak, opozycja ledwie rzęzi! - wykrzyknął radośnie mówca słusznie to towarzysz 

ujął! - I w szlachetnym zamiarze uściśnięcia mu ręki nastąpił przypadkowo na przewód od 

butli   z   tlenem,   co   spowodowało,   że   zagrożona   utratą   życia   Jolanta   przemogła   działanie 

narkozy i siadła na łóżku. 

- Co to jest? - zapytała półprzytomnie. - Dlaczego ja tu siedzę jak kot z pęcherzem? 

Serce mi wali jak przepióreczka w proso, a na złodzieju cipka gore... - co rzekłszy padła z 

powrotem na swoje łoże boleści. 

- O, świnia przemówiła... - zdziwił się gość. - A bo to pierwsza? - wytłumaczył sam 

sobie   i   uspokojony   udał   się   na   dalsze   zwiedzanie   gminy,   podczas   gdy   Basset   wraz   z 

personelem rzucił się na ratunek pacjentki. 

- To nie był żaden wrzód dwunastnicy! - mówił w pół godziny później do adiunkta 

Wygrzmoconego. 

- A co? Mięsak? - spytał nerwowo adiunkt. 

- Nie mięsak, tylko wcześniak... - i docent jak sztukmistrz wyjął zza pleców ładnego, 

uśmiechniętego Murzynka. 

- Jolanto, co to ma znaczyć? - wrzasnął Wygrzmocony, wpadając do pomieszczenia, w 

którym stary Kociorupa obudził właśnie panią adiunktową, dawszy jej z satysfakcją parę razy 

po pysku. 

- A nie chciałem przyjmować tego murzyńskiego dyplomaty w domu - kontynuował 

rozwścieczony   mąż   -   ale   ty   się   uparłaś,   że   załatwisz   mi   afrykański   kontrakt!   Miał   być 

kontrakt, a jest bękart! - zatkał, wskazując noworodka. - Nikt nie będzie miał wątpliwości, że 

to pamiątka po ambasadorze Bamboko Kikuju! 

- Po jakim Kikuju? - zareplikowała przytomnie Jolanta. Ględzisz jak sroka w kość. 

Przecież to po Czarnobylu! 

background image

21. 

Wizytacja gminy przez ministra Podnośnika spowodowała ogromny rozkwit czynów 

społecznych, za które ów mąż stanu był resortowe odpowiedzialny. 

I tak, kolejarze miejscowego węzła wystawili w remizie sztukę “Dwoje na huśtawce” 

w   wykonaniu   przetokowego   Nagwizdały   i   Kaśki   Pyzdry,   zatrudnionej   od   niedawna   w 

charakterze konduktorki, a tak sprytnie przez scenografa ucharakteryzowanej, że nikt jej nie 

mógł rozpoznać aż do momentu urwania się huśtawki i spadnięcia wykonawczyni głową w 

dół, co - ponieważ dla artystycznego luzu była bez majtek - spowodowało natychmiastową jej 

identyfikację, a tuż potem frenetyczną owację. 

Wyręczeni przez brać kolejarską aktorzy zamknęli teatr na cztery spusty i zgłosili się 

do  akcji  cukrowniczej,  dzięki  czemu   załoga   cukrowni  mogła   zastąpić  kolejarzy,   zajętych 

wspomnianą wyżej inscenizacją. Zamknięcie teatru miało i ten dodatkowy skutek, że zniknęła 

nagle   zmora  wysokich  dopłat  państwowych  do  każdego   widza,  a   nowy minister   kultury, 

profesor   Krawczuk   zaczął   się   łudzić   nadzieją,   iż   pod   jego   klasycyzującym   wpływem 

wracamy   do   czasów   starogreckich,   kiedy   to   teatr   nie   dopłacał   do   publiczności,   tylko 

publiczność do teatru, z tym że repertuar był wówczas jakby lepszy. 

Dyrektor szpitala,  adiunkt Wygrzmocony,  ze względu na specjalistyczny charakter 

swojej placówki nie mógł dopuścić do zbyt szeroko pojętej wymiany usług, poszedł jednak na 

ograniczony eksperyment, udając się wraz z personelem do gminnej lecznicy weterynaryjnej, 

której bratnia załoga zajęła się w tym czasie jego pacjentami. Chorzy nie zauważyli zresztą 

jakiejś specjalnej różnicy. Nie dziwili się nawet, że do badania są ustawiani na czworakach, 

klepani po zadach i zachęcani okrzykami “nastąp się, stara”, ponieważ do takiego traktowania 

przywykli od dawna w kolejkach, urzędach, a nawet w rodzinnych domostwach. 

Minister Podnośnik promieniał, notował i głośno wyrażał swoje uznanie. 

- Brawo, towarzysze! - mówił swoim niezrównanym,  administracyjnym  falsetem - 

gdyby tak wszyscy zastępowali jedni drugich, to już dawno byłoby o wiele lepiej niż jest! 

- A jakby każdy robił swoje? - zapytał nieśmiało, podchmielony zapewne, miejscowy 

przygłup Kwasimorda. 

- Robić swoje to nie sztuka! - pisnął Podnośnik. - Nie pójdziemy na łatwiznę! 

-   Nie   pójdziemy,   tak   nam   dopomóż   Bóg!   -   zakrzyknął   zgrupowany   wokół   niego 

aktyw. 

- A wy, Kwasimorda, co? - zapytał przygłupa naczelnik gminy, Sylwester Balanga. - 

Niby o paszport się staracie, a jednocześnie defetyzujecie dyskusję? To jak to jest? 

- A co to ma jedno do drugiego? - udawał idiotę przygłup, jakby nie wiedział, że ma. 

background image

- Dajcie mu ten paszport - machnął ręką wiceminister - niech jedzie! 

- Ale on chce tam zostać! - wyjaśnił szeptem naczelnik. 

- To niech zostaje. Nie czytaliście w prasie, że za granicą pozostaje nielegalnie sama 

swołocz? Co kto ucieknie, to okazuje się, że albo malwersant,  albo szpieg, albo dewiant 

seksualny. W ten sposób w kraju gromadzi się najlepszy element, a równocześnie pompując 

na Zachód szumowiny, rozkładamy go moralnie. 

- To źle - zmartwił się naczelnik - bo on chce uciec do Rumunii. 

-   To   jakiś   kretyn!   -   skwitował   dyskusję   Podnośnik   i   ruszył   w   dalszy   obchód, 

poprzedzony   przez   banderię   chłopską,   sierotki   sypiące   kwiaty,   sześciu   trębaczy   i   dwóch 

najtęższych kulturystów z LZS-u, dźwigających ogromny, przygotowywany pracowicie od 

pół roku napis “Witamy Niezapowiedzianą Wizytę”. 

Jednocześnie zabrzmiały okrzyki z budowy osiedla pod patronatem ZSMP i dzwony z 

budowy kościoła pod patronatem Matki Boskiej. 

Jedna z tych budów była zdecydowanie bardziej zaawansowana niż druga. 

22. 

Nieszczęścia, jak to mówią, chodzą zwykle parami. Po wizycie tow. Podnośnika na 

gminę, jak jastrząb na kurę spadła nagle telewizja. 

Docenta   Basseta   jej   najazd   zastał   przy   zwykłych   zajęciach.   Operował   on   właśnie 

przewodniczącego   miejscowego   oddziału   PRON,   mecenasa   Fizdonia,   relegując   z   jego 

wnętrzności  sześciometrowego  tasiemca,  a przy okazji dzieląc  się swą wiedzą z kilkoma 

młodymi, wiejskimi lekarzami, przebywającymi aktualnie na stażu. 

- Jest to typowy tasiemiec uzbrojony, tak zwany zachodni. Nasz tasiemiec jest, jak 

wiadomo,   nieuzbrojony   i   zawsze   skłonny   do   rokowań,   przy   pomocy   których   można   go 

wywabić z organizmu, najlepiej stosując system wtykania pacjentowi od tyłu dwóch jajek na 

twardo i rurki z kremem przez sześć kolejnych dni. Siódmego dnia wtykamy tam tylko jajka, 

a   gdy  tasiemiec   wystawi   główkę,   żeby   zo-   baczyć   co   z   rurką,   łapiemy   go   za   kark   i 

wywlekamy  na zewnątrz... - to mówiąc  wpuścił pasożyta  do słoja z formaliną.  - Pacjent 

będzie chciał go obejrzeć - wyjaśnił - gdyż ten tasiemiec stanowił prawie całe jego życie 

wewnętrzne. 

Właśnie   w   tej   chwili   przed   szpitalik   zajechał   ogromny   samochód   z   napisem 

“Polcolor”,   a   z   samochodu   wysypała   się   kilkunastoosobowa   ekipa,   dźwigając   kable, 

reflektory,   kamery,   statywy   i   zwoje   grubego   jak   ołówek   drutu   do   podwatowania 

bezpieczników, bo żaden bezpiecznik na świecie nie był w stanie oprzeć się straszliwej mocy 

background image

wysysanej przez ów ruchomy pomnik polskiej myśli technicznej. 

- Redaktor Koszulowska - przedstawiła się Bassetowi przaśna dwumetrowa blondyna 

-   kręcimy   trzy   tematy,   a   mianowicie   czytelnictwo   na   wsi   jako   czynnik   kulturotwórczy, 

przestrzeganie higieny warunkiem zdrowotności narodu i powszechne oszczędzanie to nasz 

wspólny obywatelski obowiązek. U pana chcemy nakręcić powszechne oszczędzanie. 

- A nie lepiej higienę? - spytał chirurg. 

- Higienę już mamy - powiedziała redaktorka z uśmiechem wyższości - nakręciliśmy 

w GS-ie odchody gryzoni w kolorze. 

-   Mysie   gówno   -   wyjaśnił   z   dumą   operator   -   zrobiłem   je   najpierw   w   planie 

amerykańskim, potem szwedzkim, a na końcu najazd obiektywem japońskim “rybie oko”. 

- Także i czytelnictwo jużeśmy zarejestrowali - kontynuowała blondyna - akurat do 

księgarni   przywieźli  “Pisma   Wybrane”  Haliny   Auderskiej   i   tłum   rzucił   się   kupować, 

zadeptując w pośpiechu dwie staruszki, co jest jak najbardziej. Tak więc u pana musimy 

zrobić powszechne oszczędzanie... 

- O! Mam! - krzyknęła, rzucając się w stronę romantycznego wiejskiego sraczyka, 

stanowiącego jedyny sanitariat tej rustykalnej lecznicy. 

- Co pani ma? - zdziwił się Basset. 

-   Brak   oszczędności!   Biały   dzień,   a   w   ubikacji   pali   się   żarówka!   Panie   Zenku, 

kręcimy! 

- To się nie nakręci - mruknął Zenek - żarówka dwudziestka, ledwie błyszczy... 

-   To   zakładajcie   naszą   tysiąc   pięćsetkę!   -   zarządziła   szefowa   ekipy,   a   gdy   to 

uczyniono, oparła się o uchylone drzwi klozetiery i zwróciła się do obiektywu ze słowami: 

- W dobie ogólnej walki o oszczędność, szczególnie drastyczny wydaje się przykład 

placówki zdrowia, marnotrawiącej tak cenną energię elektryczną. Co pan ma na ten temat do 

powiedzenia, panie doktorze? 

- Pragnąłbym  z tego miejsca - wystartował wychowany na dzienniku TV Basset - 

wyrazić swój żal z powodu tego mojego niedopatrzenia i złożyć uroczyste zapewnienie, że się 

to więcej nie powtórzy... 

- A winni... - podpowiedziała pani Koszulowska. 

- A winni oczywiście zostaną pociągnięci - dokończył chirurg. 

Ekipa   oddaliła   się   z   ogromną   szybkością,   aby   zdążyć   na   wieczorną   emisję,   która 

trwała w sumie półtorej minuty, kosztowała zaś plus minus osiemset tysięcy złotych, jeśli 

policzyć koszty benzyny, zużycie sprzętu, delegacje dla pracowników oraz cenę zapomnianej 

w ubikacji żarówki o mocy półtora tysiąca watów. 

background image

Wieczorem stary Kociorupa udał się do tego pomieszczenia i odruchowo przekręcił 

kontakt. Oślepiające białe światło wypełniło ubogą sławojkę, rzucając staruszka na kolana. 

- Panie... - zajęczał Kociorupa - nie jestem godzien tej łaski... 

- A może nawet jestem godzien - dodał po chwili namysłu. - Ale czemu akurat tutaj? 

W tym momencie eksplodowały z hukiem najpierw bezpieczniki w szpitalu, potem w 

pobliskiej   elektrowni,   a   wreszcie   w   całej   krajowej   sieci   energetycznej,   której   jedynym 

elementem   wykazującym   jeszcze   napięcie   220   był   minister   energetyki,   gdyż   do   takiej 

wysokości wzrosło mu nagle ciśnienie. 

- Zosiu, świecę! - zażądał w ciemnościach od żony. 

- Rzeczywiście świecisz, Oleś... - wyjąkała żona, patrząc z podziwem na okalającą go, 

typową dla nadciśnieniowców bladą poświatę. 

23. 

Karnawał   tego   roku   był   wyjątkowo   huczny.   Bale,   rauty,   herbatki   tańcujące, 

włościańskie zabawy i dobroczynne tombole na rzecz głodującej inteligencji odbywały się to 

tu, to ówdzie, zaś ukoronowaniem tego szału stał się wielki bal, wydany w salonach szpitala 

przez panią dyrektorową Jolantę Wygrzmoconą. 

Salony   te   wygospodarowano,   wysiedlając   tymczasowo   pacjentów   z   pomieszczeń 

parterowych   na   piętro,   co   przy   okazji   wywołało   miłe   ożywienie,   wesoły   rozgardiasz   i 

nawiązanie nowych stosunków międzyludzkich, ponieważ część syfilityków z dermatologii 

poukładano na waleta ze świeżo operowanymi klientami chirurgii urazowej, a pensjonariuszki 

oddziału ginekologii przemieszano z ofiarami wylewów mózgowych, z natury nieruchawymi 

i,   dodajmy,   bezbronnymi   wobec   ekscesów   seksualnych,   dokonywanych   przez 

podekscytowane częstym wziernikowaniem pacjentki. 

- Admirable, magnifigue! - zawołał marszałek szlachty do pani Jolanty, całując na 

powitanie jej starannie wypielęgnowaną dłoń. 

-   Stworzyłaś   tu   pani   istny   pałac   z   bajki!   -   dodał,   strzepując   popiół   z   cygara   do 

wyszorowanej lizolem spluwaczki. 

-   Ach   non,   non,   c'est   miserable...   -   krygowała   się   gospodyni   proszę   mi   lepiej 

powiedzieć, co tam, panie, w polityce? Czy może coś nowego wpłynęło do pańskiej laski 

marszałkowskiej? 

- Do laski nic nie wpłynęło - odrzekł kwaśno szlagon - natomiast wczoraj rano coś mi 

wypłynęło... 

Te niewczesne wynurzenia przerwał mu na szczęście były podkomorzy katowicki, 

background image

zapraszając panią Wygrzmoconą do tańca. 

- Tańce będą potem - wyjaśniła adiunktowa - na razie czekamy jak towarzysz Kania 

deszczu - na występy artystyczne. 

Jakoż   i   rzeczywiście,   na   estradzie   zaimprowizowanej   ze   zsuniętych   razem   stołów 

sekcyjnych wystąpił chór młodzianków im. Bogusława Kaczyńskiego, wykonując wiązankę 

pieśni o przyjaźni między narodami, takich jak  “Przylecieli Mongołowie pod zielony sad”, 

“W   malowanej   piwnicy   tańcowali   Chińczycy”,   “Angliku,   Angliku,   co   tam   niesiesz   w 

koszyku”, “Poszła Karolina do Indianina”, a na zakończenie przepiękny szlagier  “Kocham 

cię, Żydzie”. 

Tymczasem  w bufecie  wesoło dzwoniły zlewki  i probówki, opróżnione z analiz  i 

mieniące się żywą tęczą różnobarwnych trunków. 

- Za pomyślność drugiego etapu reformy! - wzniósł toast naczelnik gminy Sylwester 

Balanga. 

- Drugiego...  - skrzywił  się były minister  Podmamuśka,  studiując umieszczony na 

probówce z wódką napis: “Urobilina 120 mg., gonokoki w normie”. 

-   Wiesz   pan,   ja   nie   lubię   niczego   “drugiego”.   Weźmy   dla   przykładu   taką   Drugą 

Rzeczpospolitą, drugi obieg wydawniczy albo drugą kolejność zimowego odśnieżania, toż to 

same nieszczęścia... 

- Oj, to to! - podtrzymał go psychiatra, dr Cycoń - zwłaszcza drugi obszar płatniczy 

nam nie wyszedł... 

- To myśmy jemu nie wyszli! - zaśmiał się triumfalnie Balanga. - Przez to, że nie 

spłacamy długów, oni już tam jedzą z nędzy szczury i glisty, jak to było widoczne w filmie 

“Oto   Ameryka”.   Jeszcze   trochę,   a   cały   ten   zachodni   bajzel   się   zawali,   zwłaszcza,   że 

podrzuciliśmy im ministra Krasińskiego jako doradcę do spraw ekonomii. 

- No, to leżą! - ucieszył się Cycoń. W tej chwili orkiestra zagrała do tańca. 

- Patrz pan - mruknął naczelnik - Podkomorzy rusza... Zaraz... gdzie ja już takie coś 

słyszałem, że Podkomorzy rusza? 

- Pewnie na WUML-u - podsunął mu profesor Różopolański - ale tamten Podkomorzy 

podał rękę Zosi. 

- A faktycznie... A ten nasz Podkomorzy podał rękę Jolce... 

-   Opartej   o   pojemnik,   gdzie   trzymają   stolce   -   zrymował   Różopolański,   dodając 

sarkastycznie: 

- Każda epoka ma taki taniec, na jaki sobie zasłużyła. W drugą parę poszedł docent 

Basset   z   przewodniczącą   Koła   Gospodyń,   a   w   trzecią   lider   miejscowego   podziemia,   dr 

background image

Wysłodek z mgr Barbarą Felgą. 

- Modliszka, ruszamy za nimi! - zakomenderował sierżant Miziak, odziany w czarne 

domino, które zmieniłoby go nie do poznania, gdyby nie nałożony na wierzch pas z kaburą. 

Kapral Modliszka, przebrany za emerytowaną nauczycielkę rysunków i gimnastyki, włączył 

się posłusznie w korowód, aby podsłuchać i zniweczyć ewentualne knowania. 

- Co to za kawałek grają? - zainteresował się naczelnik. 

- To jest polonez Ogińskiego “Pożeranie Ojczyzny”. - “Pogrzebanie” - sprostował dr 

Cycoń. 

- “Pożegnanie” - sfinalizował profesor Różopolański. 

-   Wielka   mi   różnica...   -   spuentował   marszałek   szlachty,   spoglądając   na   okno,   do 

którego dobijał się gwałtownie pokraczny chochoł, szarpany zimową wichurą. 

24. 

Jakoś   tuż   po   Nowym   Roku   do   gminy   wkroczyło   Nowe   i   nakładło   po   pysku 

księgowemu Paziułce, który wracał z zabawy w GS-ie. 

-   A   może   was   pobił   przygłup   Kwasimorda?   -   rozpytywał   wnikliwie   prowadzący 

śledztwo sierżant Miziak - albo któryś z braci Karamazow, tych co to pędzą koło rzeczki 

bimber z odzysków czeskiego mazutu? 

- Nie - upierał się księgowy - to było Nowe, żebym tak skonał! 

- A po czym żeście poznali? - zapytał poszkodowanego kapral Modliszka. 

- Jak to po czym? Toż miało przy sobie trzy S, różne ulgi podatkowe, zielone światło 

dla rzemiosła i PFAZ u pasa. 

- Paziułka był pijany... - mruknął Miziak do Modliszki - ale tym niemniej coś w tym 

musi być... 

Wieść   rozeszła   się   po   gminie,   powodując   szereg   gorączkowych   działań, 

stymulowanych   bardzo   ograniczonymi   informacjami   na   temat   Nowego,   pochodzącymi 

przeważnie   z   dziennika   TV.   I   tak,   Wytwórnia   Płatków   Ziemniaczanych   im.   gen.   Płatka 

usiłowała   przejść   na   system   brygadowy,   powołując   bardzo   ostatnio   lansowane   grupy 

partnerskie,   co   jednak   w   trakcie   realizacji   pomylono   niestety   z   partnerskim   seksem 

grupowym, pokazywanym w filmie “Oto Ameryka”. 

Wytwarzanie   płatków   w   tak   wymyślnych   pozycjach   spowodowało   co   prawda 

gwałtowny przypływ siły roboczej z okolicznych wiosek, ale produkcja drastycznie spadła, 

skutkiem czego bank cofnął kredyty. 

Dyrektor zakładów spirytusowych, inż. Katzenjammer postąpił rozsądniej i poprzestał 

background image

na   zmianie   szyldu,   zastępując   prozaiczny   napis  “Gorzelnia   gminna”  inskrypcją  “Gminny 

Zakład   Produkcji   Płynnych   Środków   Budowy   Wzajemnego   Zaufania”,   co   zyskało   mu 

poklask   nawet   ze   strony   władz   wojewódzkich.   Natomiast   naczelnik   Balanga   poszedł   na 

całość, bo powołał Radę Doradczą przy Gminnej Radzie Narodowej. 

- Jak to? Rada przy Radzie? - dziwował się aktyw. 

- Oczywiście - wyjaśnił Balanga - to jest właśnie nasza polska specyfika, żeby jedno 

takie samo było przy drugim takim samym, jak na przykład kartki na mięso, ale mięso na 

kartki, prawda? 

- Prawda... - przyznali zebrani, porażeni trafnością rozumowania. 

-   Albo,   powiedzmy,   dekoracja   jakiegoś   sztandaru   Sztandarem   Pracy!   -   uzupełnił 

rzecznik prasowy sołtysa. 

- Otóż to - podchwycił naczelnik - postępując tak niebanalnie zyskujemy szacunek 

innych   narodów.   Weźmy   chociażby   nazewnictwo   statków.   U   innych   statek   nazywa   się, 

powiedzmy że “Titanik” albo “Aurora”, a u nas “Kopalnia Makoszowy”. Wyobraźmy sobie 

podziw kapitana jakiegoś zagranicznego portu, który do końca nie jest pewien, czy to, co 

wpływa, to jest statek czy kopalnia? 

- To jeszcze nic - wtrącił były minister Podmamuśka - osobiście byłem świadkiem, jak 

do   Liverpoolu   wchodził   nasz   semikontenerowiec  “Wydział   Matematyczno-Przyrodniczy 

Uniwersytetu   im.   Marii   Curie-Skłodowskiej   w   Lublinie”,   a   miejscowy   admirał   najpierw 

usiłował to tłumaczyć  ze słownikiem w ręku, ale w połowie zwariował i odszedł w stan 

spoczynku! 

Szmer podziwu rozległ się w sali. 

-   Wracajmy   do   spraw   Rady   Doradczej   -   zarządził   Balanga   -   jak   mi   dzwoniono, 

powinny do niej wejść osoby cieszące się ogólnym zaufaniem... 

- Ja proponuję pana naczelnika! - wrzasnął sekretarz gminy, czym uprzedził wielu 

innych. 

- Dziękuję - odparł przyjaźnie naczelnik, zapisując jednocześnie w notesie, żeby dać 

sekretarzowi podwyżkę  - dziękuję, ale  oprócz tych  cieszących  się zaufaniem,  należy tam 

również powołać niektórych przedstawicieli opozycji... 

- Główny przedstawicie! opozycji to doktor Wysłodek - zameldował sierżant Miziak. 

- Mówiłem że niektórych  - naczelnik spojrzał na sierżanta z dezaprobatą - co nie 

znaczy,   żeby   to   był   Wysłodek,   który   godzi   w   podstawy   ustrojowe   gminy.   Ja   osobiście 

wysuwam księdza Chudzielaka. 

- E... jaka tam ze mnie opozycja? - bronił się słabo Chudzielak. 

background image

- A ileż to roboty? - podsunął mu leśniczy Dwurura. - Chlapnie ksiądz coś z ambony 

w najbliższą niedzielę i już jest ksiądz w opozycji. 

Na   te   słowa   zebrani   rozbiegli   się,   aby   w   domowym   zaciszu   obmyślić   jakieś 

wystąpienie,   które   nie   zaszkodziłoby   im   w   karierze,   a   równocześnie   dałoby   możliwość 

uzyskania statusu łagodnej, konstruktywnej opozycji. 

25. 

W   ambitnym   zamiarze   informowania   Szanownego   Czytelnika   o   całokształcie 

wydarzeń na terenie gminy, straciliśmy być może z oczu głównych aktorów naszej, wprost z 

życia wziętej, opowieści. Spiesząc nadrobić to niedopatrzenie, informujemy więc o aktualnej 

kondycji,   działaniach   i  przeżyciach  docenta  Basseta,   jego  córki   Simony,  jego  byłej   żony 

Jolanty i obecnego męża tejże byłej żony, adiunkta Wygrzmoconego. 

Tytułowy docent Basset ma się dobrze, a nawet znakomicie, co zawdzięcza wyłącznie 

swojemu   ogromnemu   talentowi,   wspartemu   mozolną   pracą   i   sprzyjającym   ustrojem 

politycznym gminy. Przeprowadził ostatnio kilka udanych zabiegów, między innymi operację 

kosmetyczną   na   osobie   przetokowego   Nagwizdały,  któremu   gdy   ofiarnie   pochylony 

odchuchiwał przymarzniętą zwrotnicę kolega dla żartów przerzucił wajchę, pozbawiając go 

nosa, wąsów i złożonych w ryjek warg, za co go zresztą serdecznie przeprosił, kiedy tylko 

minął mu pierwszy paroksyzm śmiechu: 

- Głupio, kurwa, wyszło! - powiedział serdecznie - ale ja ci, kurwa, Jasiu zafunduję u 

naszego znachora nową facjatę i to, kurwa, za dulary! 

Docent Basset otrzymawszy banknot z wizerunkiem Benjamina Franklina, wziął go w 

swojej naiwności za model nowej twarzy, którą chciałby mieć jego pacjent, i w ciągu długich 

godzin   spędzonych   przy   stole   operacyjnym   wyczarował   na   uśpionym   przetokowym 

natchnione   rysy   ojca   demokracji   amerykańskiej,   dodajmy,   że   również   wynalazcy 

piorunochronu, co jeszcze dziś znajduje odbicie w obsesji stworzenia systemu ochronnego 

nad Stanami Zjednoczonymi. 

Obudzony z narkozy Nagwizdała, spojrzawszy w lustro, najpierw się grzecznie sam 

sobie ukłonił, potem zapłakał, a następnie urządził awanturę, wykrzykując: - I kogoście gnoje 

zamiast mnie obudzili? - ale w końcu przywykł i tylko omija z daleka kaprala Modliszkę, 

ponieważ   nie   lubi   być   co   chwilę   legitymowany   i   rozpytywany   o   krewnych   za   granicą   i 

posiadanie waluty. 

Simona   Basset,   zerwawszy   z   marginesem,   rują   i   ćpuństwem,   stała   się 

błogosławieństwem wiejskiej lecznicy swego ojca. Niesie tam ulgę pacjentom pisząc im listy 

background image

do rodzin, w rodzaju: “Kochani rodzice, w pierwszych słowach mego listu donoszę, że czuję 

się   dobrze,   chociaż   urżnięto   mi   obie   ręce,   czego   i   wam   życzę”.   Udało   jej   się   również 

zwalczyć ohydny onanistyczny kompleks Portnoy'a, a to przy pomocy przerobionego z pani 

Konopnickiej wierszyka  “Jaś nie dotrzepał”, po wysłuchaniu którego wystraszeni pacjenci 

leżą w nocy nieruchomo, bezsennie co prawda, ale z rękami na kołdrach. 

Mamusia Simony,  Jolanta Basset-Wygrzmocona, hoduje Murzynka po ambasadorze 

Bamboko Kikuju. Aby choć trochę zneutralizować egzotyczny wygląd dziecka, nazwano je 

Maciek i przebierano od małego w strój krakowski, a nawet przyjęto niańkę-mazurkę, która 

nauczyła chłopczyka śpiewnego nadwiślańskiego akcentu i oszukiwania na mleku, a obecnie 

przyswaja   mu   różne   gry   i   zabawy,   nie   wyłączając   pokera,   chociaż   ta   akurat   rozrywka 

wyraźnie   nie   leży   maluchowi,   gdyż   przy   dobrej   karcie   powoduje   mimowolne,   radosne 

kiwanie ogonkiem, co zdradza go przed partnerami. 

- Ale wdepnęłam w co kot napłakał! - wzdycha po swojemu pani Jolanta i powraca do 

okna,   za   którym   nadal   widnieje   wiejski   dom   towarowy,   ozdobiony   ostatnio   neonem 

“Produkty Cierne - Przyrządy Mierne - Środki Pierne”. 

Tymczasem  adiunkt   Wygrzmocony,   nieodmiennie   zazdroszczący  sławy Bassetowi, 

rzuca   się   na   oślep   w   pseudonaukowe   eksperymenty,   aby   udowodnić   swoje   rzekome 

przewodnictwo na mapie medycznej kraju. Fiaskiem skończyła się jego pożałowania godna 

próba   podważenia   teorii   odruchów  warunkowych   genialnego   Pawłowa.   Nie   dość,   że 

doświadczalny pies nadal ślini się na sygnał oznajmiający karmienie, to jeszcze adiunkt sam 

zaczął się ślinić na widok każdego wiejskiego kundla, co zapewniło mu u ludzi opinię zoofila, 

obrzydliwca i niedojdy. 

Jak   więc   widzimy,   nasi   główni   bohaterowie   prowadzą   w   miarę   ustabilizowany   i 

pracowity   tryb   życia,   czym   nie   różnią   się   zbytnio   od   reszty   obywateli   naszej   ojczyzny, 

budujących   mozolnie   lepszą   przyszłość.   Ale   nie   martwcie   się   państwo,   w   następnych 

rozdziałach już my im popędzimy kota! 

26. 

Pod   koniec   zimy   odbył   się   w   gminie   proces   starego   Kociorupy,   oskarżonego   o 

odsprzedanie przygłupowi Kwasimordzie pół litra “Vistuli” z piętnastozłotowym zyskiem. 

Zbrodniarz, przykuty dla pewności kajdankami do kaprala Modliszki, osadzony został 

wraz z nim w areszcie, a następnie doprowadzony na salę sądową przez sierżanta Miziaka, 

który   uzbroiwszy   się   we   wszystko,   czym   dysponował   komisariat,   wyglądał   jak  “Czarny 

Wrzesień” lub prowincjonalna filia Muzeum Wojska Polskiego. 

background image

Sesji   przewodniczył   dr   praw   sędzia   Leopold   Lalunia,   oskarżał   prokurator   Pyton 

Siemiradzki,  obrony podjął się przewodniczący PRON-u mec.  Fizdoń. Funkcję ławników 

pełnili   psycholog   mgr   Barbara   Felga   i   przedstawiciel   starej   emigracji,   b.   ataman   Osip 

Anegdotycz Jefremienko. 

- Wysoka Izbo! - zaczął prokurator wstając. Natychmiast uderzył głową w niski strop 

izby sądowej. 

- Proszę siadać i mówić długo, cicho i powoli! - przerwał mu sędzia, szykując się do 

spania za stosami akt, ponieważ noc spędził na rybach, a poranek w ogonku do Centrali 

Rybnej, żeby nie wracać do domu z pustymi rękami. 

Prokurator zażył  proszek z krzyżykiem i, jak sęp na ścierwo, rzucił się na starego 

Kociorupę, zarzucając mu między innymi podkopywanie fundamentów ustroju, godzenie w 

sojusze   i   konszachty   z   CIA,   a   następnie   przedstawił   wyliczenie,   z   którego   wynikało,   że 

sędziwy przestępca mógł był teoretycznie zagrabić około dwóch i pół miliona złotych, gdyż 

przez osiemdziesiąt lat swego życia zarabiał codziennie półtorej dychy na pół litrze. Wnosząc 

o konfiskatę tej kwoty, prokurator Pyton Siemiradzki zaproponował przy okazji całkowity 

przepadek   mienia,   pozbawienie   praw   obywatelskich   do   końca   lipca,   karę   śmierci   przez 

powieszenie i dwadzieścia lat ciężkich robót przy budowie Pomnika Zdrowia Matki Polki i 

Stryjenki Niemki, taką bowiem nazwę ustalono ostatnio, aby wyrazić wdzięczność za liczne 

wpłaty i ofiary nadchodzące zza Łaby. 

Ten   grozę   budzący   wniosek   spalił   atoli   na   panewce,   gdyż   uwagę   publiczności 

pochłonęła całkowicie obserwacja kota od organistów, który wkradłszy się do sali wyżerał 

akurat z teczki sędziego Laluni zakupione rano błękitki, wraz z charakterystycznymi dla tego 

gatunku, jadalnymi w opini “Sanepid-u”, pasożytami. 

Teraz do głosu dorwał się mecenas Fizdoń i z werwą nakreślił niepokalaną sylwetkę 

oskarżonego   Kociorupy,   ongiś   bojownika   o   niepłacenie   podatków   za   sanacji,   następnie 

bohaterskiego   spekulanta,   współautora   klęski   ekonomicznej   hitlerowskich   Niemiec,   a 

wreszcie   ostatnio   członka   wszystkich   istniejących   w   gminie   organizacji  społecznych,   nie 

wyłączając  Ligi  Kobiet,  Towarzystwa  Patriotycznego  “Grunwald”  i Klubu Anonimowych 

Alkoholików, w którym pijąc bruderszafty nie podawano imion, lecz pseudonimy. 

Ponieważ kocur organisty zjadłszy ryby ułożył się do snu w aktówce sędziego Laluni, 

więc sala z zainteresowaniem wysłuchała opinii mgr Barbary Felgi. 

- Przynależność do wszystkich organizacji równocześnie powiedziała pani psycholog - 

świadczy o niepoczytalności oskarżonego, co proszę przyjąć jako okoliczność łagodzącą. 

- Przyjąć można - zgodził się po chwili namysłu ataman Jefremienko - no przyjąwszy, 

background image

lepiej go na wsiakij pożarnyj słuczaj powiesić. 

Ta   poważna   rozbieżność   zdań   oraz   narastający   gwar   na   sali   zbudziły   wreszcie 

sędziego Lalunię. 

- Co tu tak śmierdzi? - spytał, pociągając nosem. - Publiczność? 

- Też, ale głównie pańskie ryby... - odrzekła protokólantka. 

- Racja... - mruknął sędzia, zatrzaskując teczkę wraz ze śpiącym w jej wnętrzu kotem. 

-   A   jak   tam   nasz   procesik?   Pan   prokurator   już   mówił?   Pan   mecenas   także?   Przysięgli 

również?  No więc ja, ogólnie  rzecz  biorąc,  jak zwykle  przychylam  się do wniosku pana 

prokuratora, z tym, że to wszystko jak zazwyczaj z zawieszeniem na dwa lata. Zgoda? Zgoda! 

No to idziemy na obiad! 

- Gdzie my go powiesimy, szefie? - martwił się Modliszka, gdy Miziak odpinał go od 

skazańca. 

- Zawieszenie, to nie powieszenie, kapralu - wyjaśnił Miziak. 

- Nie? - zdziwił się Modliszka. - To szkoda, że mi pan tego wcześniej nie powiedział... 

Tymczasem sędzia Lalunia mówił z dumą do żony: 

- Przesiedziałem wprawdzie całą noc nad przeręblom, ale za to zobaczysz jaką sztukę 

złowiłem! - tu sięgnął po teczkę. 

- Oj Poldek, ty chyba masz kota na punkcie tych ryb... zaśmiała się żona dobrotliwie. 

- A mam, a co - zawołał butnie, wytrząsając zdobycz na stół. 

- No to idź teraz po szklarza - zarządziła żona, zasłoniwszy na razie wybite przez kota 

okno kocem - w nocy ma być trzydzieści pięć stopni pod zerem. 

27. 

- Ratuj się, Antoni - krzyknęła pani Jolanta, wpadając do mieszkania i wymachując 

gazetą - podobno mają kastrować adiunktów! 

- Nie kastrować, tylko kasować - uspokoił ją mąż, który już słyszał o tym w radio - i to 

tylko tych, którzy nie zrobili habilitacji, a moja już na ukończeniu. 

- Na ukończeniu? Ględzisz jak baba z wozu! Ten twój pomysł z przeszczepianiem 

stulejki w celu ograniczenia prokreacji wyśmiały najpoważniejsze pisma fachowe! Wylecisz z 

roboty jak kosa na kamień  - plotła  po swojemu  - to już lepiej, żeby cię  skastrowali  niż 

skasowali, i tak do łóżka nadajesz się jak głupi do sera. 

- Ciszej - błagał adiunkt - wiesz przecież, jakie mam ostatnio kłopoty, dzisiaj znowu 

zdarzyły mi się dwa błędy w sztuce lekarskiej... 

- To fakt - przyznała lojalnie - widziałam te dwa błędy, jak je ładowali do trumien. 

background image

- No właśnie, więc nie dziw się, że to wszystko rzutuje ujemnie na moją psychikę, a 

teraz znowu ta zapowiedź kasacji wisi nade mną jak miecz Damoklesa... 

- Oj wisi ci, wisi... - potwierdziła nostalgicznie - ale co ma wisieć, nie utonie! - dodała 

zaraz z humorem. - Ot, ruszyłbyś trochę głową, jak już nie możesz czym innym, przyjrzałbyś 

się jak ludzie robią kariery, choćby taki Basset... 

- Ba, on miał to szczęście, że dostał w łeb i stracił pamięć, ale dzięki temu właśnie 

załapał się w nurcie medycyny ludowej. 

- A cóż stoi na przeszkodzie, żebyś ty też dostał w łeb? - tu Jolanta rozejrzała się za 

czymś ciężkim. 

- Nie, nie! - wrzasnął adiunkt odskakując - to musi zrobić jakiś fachowiec! 

-   Jak   to,   mam   pana   ogłuszyć   pałką?   -   zdziwił   się   sierżant   Miziak   w   kilka   chwil 

później. - Tak bez powodu? 

- Ja mam swoje powody - tłumaczył mu Wygrzmocony - a poza tym zrobiłby to pan 

na moje wyraźne żądanie. 

- Na pańskie żądanie, to ja mogę pana co najwyżej otoczyć opieką - odrzekł sierżant 

po   przestudiowaniu   odnośnej   instrukcji   -   a   pałką   mógłbym   panu   przylać   tylko   w   razie 

naruszenia spokoju publicznego lub ataku na moją osobę i to po trzykrotnym wezwaniu do 

rozejścia się. 

-   No   dobrze...   -   rzekł   z   determinacją   lekarz,   i   po   krótkim   namyśle   zawołał 

prowokacyjnie:   -   Reforma   gospodarcza   jest   do   dupy!   Do   dupy,   do   dupy...   -   powtórzył, 

mrużąc oczy w oczekiwaniu ciosu. 

- Oj, to to... - zgodził się Miziak zapalając papierosa. Niestety dr Wygrzmocony, jako 

zatwardziały   lojalista,   nie   mógł   w   żaden   sposób   wymyślić   bardziej   obrazoburczych 

okrzyków, lub też może nie chciały mu one przejść przez usta. Także próba bezpośredniego 

ataku   fizycznego   nie   dała   rezultatu,   gdyż   sierżant   bez   trudu   obezwładnił   go   chwytem 

służbowym   nr   76   B-X/13,   zwanym   popularnie  “Piekielnym   Piotrusiem”,   a   następnie 

zawiadomił szpital psychiatryczny im min. Krasińskiego. 

Doktor   Cycoń   z   dużą   satysfakcją   usadził   naprzeciw   siebie   szefa   konkurencyjnej 

lecznicy. 

- Więc twierdzi pan, panie kolego, że jest pan nutrią? - spytał sondażowe. 

- Niczego podobnego nie twierdziłem! - oburzył  się Wygrzmocony.  - To przecież 

panu się wydaje, że jest pan Napoleonem. 

Cycoń żachnął się i wyjął rękę zza surduta: 

- Jak to mi się zdaje, ty szczurze wodny? 

background image

- Uzurpator! 

- Gryzoń! 

- Kurdupel! 

- Piżmak! 

-   Ja   cię   jeszcze   dopadnę,   ty   glisdo   korsykańska!   -   wykrzykiwał   adiunkt, 

wyprowadzany przez pielęgniarzy. 

- A ja ci  wybiję  te  pomarańczowe  zęby!  - darł się Cycoń,  podtrzymywany  przez 

asystentów. 

Wieczorem,  uspokoiwszy się  nieco i  upewniwszy w lustrze,  że  nie jest  nutrią,  dr 

Wygrzmocony wziął dla relaksu miejscową prasę, ale już po chwili podskoczył na krześle. 

-  Jolanto   -   zawołał   -   sprawdź,  czy  ja  dobrze   kojarzę...   Tu   piszą,   że   z   inicjatywy 

organizacji   partyjnej   Labour   Party   przy   zakładach   Rolls-Royce'a,   w   tamtejszej   stołówce 

wymieniono zlewozmywaki... 

- No to co, że piszą? - zdziwiła się Jolanta - Anglik też człowiek, a każda kliszka swój 

ogon wali. 

28. 

Na   wiosnę   w   gminie   pokazali   się   niestety   Zieloni.   Pierwszym   sygnałem   ich 

działalności były napisy na murach, zawierające buntownicze treści i żądania. 

- No i jak żeście zareagowali? - spytał sierżant Miziak kaprala Modliszkę, który mu 

meldował o tych bezeceństwach. 

-   Melduję,   że   zareagowałem   regulaminowo,   neutralizując   te   hasła   przy   pomocy 

drobnych poprawek. Na przykład w haśle  “Żądamy czystej wody”  przerobiłem  “wody” na 

“wódy”, co nie powinno nikogo dziwić, ponieważ są to żądania powszechne. 

- A co żeście zrobili z napisem “Żądamy oczyszczalni”? 

-   Zamazałem  “oczy”  i   zostało  “Żądamy   szczalni”.   To   wezwanie   koresponduje   z 

inicjatywą tutejszego PRON-u. Najgorzej było z hasłem “Precz ze skażeniami”, ale w końcu 

udało mi się zrobić z niego “Precz z kazaniami”. Ksiądz Chudzielak na pewno się wkurzy i 

naskoczy na wichrzycieli. 

Ale Chudzielak nie zareagował tak, jak tego oczekiwano, ponieważ od kilku tygodni 

był całkowicie pochłonięty oglądaniem serialu “Ptaki ciernistych krzewów”, który uważał za 

cykl reportaży z życia duchowieństwa. 

- Patrz pani - mówił do swojej gospodyni - jaki to postęp na tym świecie! Ot, taki 

ksiądz proboszcz Kilder pod sutanną nosi same kąpielówki, a nie takie wełniane gacie jak to u 

background image

nas... 

- Może sobie pani wyprać moje stare kalesony - dodał po chwili wspaniałomyślnie - 

należą się pani za wierną i oddaną służbę. 

-   Bóg   zapłać   -   odrzekła   z   umiarkowanym   entuzjazmem   gosposia   lepiej   by   ojciec 

przestał oglądać te dyrdymały, bo to tylko ruja i zgorszenie, a tymczasem w gminie nie za 

dobrze, ktoś nocą powypisywał na chałupach “Precz z kazaniami”. 

- Mogą mi nadmuchać w konfesjonał - oświadczył beztrosko Chudzielak i zasiadł 

przed telewizorem, aby obejrzeć kolejny odcinek. 

- O! O! - zawołał. - Co to jest, co on robi z tą panią? 

Bardziej   nerwowo   zareagował   na   żądanie   Zielonych   naczelnik   gminy,   Sylwester 

Balanga. 

- Musimy przechwycić  inicjatywę  - mówił  do sekretarza zwołamy sami  naradę w 

sprawie   skażeń   i   wznowimy   działalność   Ligi   Ochrony   Przyrody.   Proszę   jutro   urządzić 

spotkanie z przedstawicielami środowiska. 

- Ale jakiego środowiska? - spytał roztropnie sekretarz. Środowiska mamy różne: jest 

środowisko kryminogenne, środowisko artystyczne, inseminator Środowisko Teofil i jeszcze 

parę innych... 

- Przecież chodzi o skażenie środowiska naturalnego, więc proszę o przedstawicieli 

tego środowiska! - uciął sprawę Balanga. 

Pozostawiony   sam   sobie   i   skazany   wyłącznie   na   własną   wiedzę   sekretarz   gminy 

doszedł do wniosku, że środowisko naturalne to ogólnie biorąc przyroda. 

W   rezultacie   tych   przemyśleń   nazajutrz   w   sali   obrad   zasiedli   następujący 

przedstawiciele środowiska naturalnego: pani od przyrody z podstawówki, organista ze swym 

kotem, słynnym od czasu procesu starego Kociorupy, oraz leśniczy Dwurura z oswojonym 

lisem   Medardem.   Z   własnej   inicjatywy   przybłąkały   się   dwie   okoliczne   kury   i   przygłup 

Kwasimorda. 

- Obywatele... - zaczął naczelnik, niepewny czy to określenie przysługuje wszystkim 

obecnym - zebraliśmy się tutaj, aby reaktywować naszą, podupadłą coś jakby ostatnio Ligę 

Ochrony Przyrody... Czy one muszą się akurat tutaj ryćkać? - spytał, wskazując głową lisa, 

który usiłował skrzyżować się z kotem. 

- Muszą - wyjaśnił Dwurura - one zawsze to robią, jak się spotkają, ale spokojna 

głowa, oba samce, więc niekompatybilne. 

- To w porządku - uspokoił się Balanga i kontynuował referat: - Przede wszystkim 

sprawy formalne. Czy wszyscy tu obecni są członkami Ligi? Bo jeżeli nie, to proponuję żeby 

background image

się od razu zapisali. 

Ten ostatni postulat nie spotkał się z dobrym przyjęciem. 

- Każdy już gdzieś należy - tłumaczył organista - ja na przykład jestem członkiem 

nielegalnego   Związku   Zawodowego   Organistów,   Kościelnych,   Księżych   Gospodyń   i 

Grabarzy,   i   to   mi   zupełnie   wystarczy.   Jakby   wszyscy   do   wszystkiego   się   nawzajem 

pozapisywali, to by znowu się powtórzyła taka afera jak na ostatnim spotkaniu PRON-u z 

OPZZ-em, kiedy to cały OPZZ wstąpił do PRON-u, a PRON do OPZZ-u, a nawet zdaje się 

Miodowicz wstąpił do Dobraczyńskiego, czy też odwrotnie i teraz nic już nie wiadomo... 

-   Może   stworzymy   grupę   nieformalną   -   zaproponował   sekretarz   to   teraz   bardzo 

modne. 

W ten sposób w gminie powstała Nieformalna Grupa Miłośników Przyrody,  która 

natychmiast wystąpiła z inicjatywą budowy Oczyszczalni Ścieków im. tow. Augiasza. 

W  atmosferze  ogólnego  zadowolenia  nikt  nie   zauważył,  że  lis   do spółki  z  kotem 

zeżarli tymczasem obie kury. 

I tak to u nas jest, prawie ze wszystkim. 

29. 

Wiosenne podwyżki cen przeszły prawie nie zauważone, gdyż społeczeństwo zajęte 

było w tym czasie wybieraniem Miss Gminy. 

Na pierwsze wezwanie zgłosiły się wszystkie baby, nie wyłączając konającej właśnie 

babci Pimpusiowej. Ten gremialny akces przeraził jurorów, którzy dopiero teraz rzucili się do 

studiowania nadesłanego ze stolicy regulaminu wyborów. Wyszło, że pretendentka musi być 

po   pierwsze   dziewicą,   po   drugie   posiadaczką   nieskazitelnej   opinii   i   po   trzecie   mieć 

ukończoną  co najmniej  podstawówkę. Już samo  kryterium  dziewictwa  zdyskwalifikowało 

wszystkie   kandydatury   z   wyjątkiem   centryfugi   z   GS-u   i   koszmarnie   brzydkiej   trzyletniej 

córeczki mecenasa Fizdonia. 

-   Nie   możemy   tego   traktować   dosłownie   -   tłumaczył   przewodniczący   jury,   prof. 

Różopolański   -   regulamin   zapewne   układał   jakiś   polonista,   a   w   dawnej   polszczyźnie 

“dziewica”   znaczyło   panna.   Na   przykład,   w   balladzie   Mickiewicza   znajdujemy   pytanie: 

“Jakiż to chłopiec piękny i młody, jakaż to obok dziewica?” i zaraz potem domniemanie: 

“Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny, pewnie to jego kochanka”. Umówmy się panowie, 

jeżeli kochanka, to nie dziewica. 

- Ale oni mogli się tylko macać... - zauważył subtelnie sierżant Miziak, powołany 

również do jury jako od niedawna gminny ombudsman, czyli Strażnik Praw Obywatelskich. 

background image

Po   krótkiej   dyskusji   postanowiono   dopuścić   do   konkursu   wszystkie   niewiasty 

niezamężne, co obniżyło ilość kandydatek o trzy czwarte, ale za to podniosło średnią wieku 

do czterdziestu ośmiu lat, gdyż wobec głodu kobiet w tym rolniczym regionie, zwłaszcza przy 

niedostatku koni roboczych, w stanie wolnym pozostały przeważnie  osobniki płci żeńskiej, 

potwierdzające swym wyglądem geniusz Darwina. 

Dopiero propozycja prokuratora Pytona Siemiradzkiego, aby organizacje społeczne 

wytypowały   swoje   przedstawicielki   do   konkursu,   rozwiązała   sprawę   i   ograniczyła   ją   do 

czterech reprezentantek uderzającej kobiecej urody. 

I   tak   licencjonowana   organizacja   młodzieżowa   wysunęła   swą   aktywistkę   Simonę 

Basset,   PRON   desygnował   Kaśkę   Pyzdrę,   parafianie   księżą   gospodynię,   zaś   struktury 

podziemne opowiedziały się za mgr Barbarą Felgą. 

- Ale czy te wszystkie panie mają na pewno nieskazitelną opinię? - zainteresował się 

prof. Różopolański. 

- Nieskazitelną! - potwierdził ombudsman Miziak. - Żadna z nich w trudnej sytuacji 

nie odmówiła dupy nikomu, choćby to był nawet przygłup Kwasimorda. Nie mówię o księżej 

gospodyni - zastrzegł się - bo to nie moja działka. 

Tymczasem   kandydatki,   przebrane   w   kostiumy   kąpielowe,   dygotały   z   zimna   w 

przybudówce do remizy, rozgrzewając się bimbrem przyniesionym przez Kaśkę Pyzdrzankę. 

-   Pani   gospodyni   na   wybieg!   -   zawołał   dr   Wysłodek,   uczestniczący   w   jury   jako 

konsultant do spraw anatomii. 

- Proszę przejść po desce poruszając biodrami - zarządził prof. Różopolański, który 

widział już takie imprezy w telewizorze. 

- Całkiem niezłe piersi... - zauważył krótkowzroczny prokurator Pyton Siemiradzki. 

- To są policzki - objaśnił Różopolański - piersi może pan obserwować na poziomie 

kolan. 

- No i co - zwrócił się do kandydatki, aby ją ośmielić. 

- Ma pani dużą tremę? Czy ojciec Chudzielak wlał pani trochę otuchy? 

- Coś mi tam wlał... - odparła skromnie, starając się nie spaść z deski. 

Jako druga eksponowała się mgr Barbara Felga w kostiumie bikini. 

-   O,   klasyczne   zapalenie   stawów!   -   ucieszył   się   dr   Wysłodek   i   postawił   przy   jej 

nazwisku duży plus, w jego pojęciu słusznie się należący za tak widoczne schorzenie. 

Do   późnej   nocy   trwały   te   zmagania,   przeplatane   występami   artystycznymi 

prestidigitatora,   przerzynającego   swą   partnerkę   piłą   w   drewnianej   skrzyni,   gdy   zaś 

uprzątnięto trociny i zmyto krew, przewodniczący jury ogłosił, że w wyborach Miss Polonii 

background image

gminę reprezentować będzie Simona Basset. 

- Nic dziwnego - powiedziała z dumą na wieść o tym sukcesie jej matka, piękna pani 

Jolanta - kto rano wstaje, ten dwa razy szybko daje! 

Przysłowie było jak zwykle przekręcone, ale ogólnie rzecz biorąc trafne. 

30. 

- Panie docencie, musimy oddać do gminy dwadzieścia procent naszych telefonów! - 

oznajmił stary Kociorupa, wróciwszy z kolejnej odprawy. 

- To nie tak, panie Kociorupa - zaśmiał się Basset - wytyczne mówią o zwolnieniu 

dwudziestu   procent   wiceministrów,   a   także   postulują   oddanie   zbytecznych   telefonów   i 

niedociążonych   samochodów   służbowych.   A   ponieważ   nie   mamy   ani   wiceministra,   ani 

samochodu i tylko jeden telefon, więc nas to nie dotyczy. 

- Ja bym jednak coś oddał - upierał się doświadczony wieśniak - inaczej podpadnie 

pan władzom i przy najbliższej okazji zrobią z pana wichrzyciela, albo i Rurarza. 

- Może  i ma  pan rację... - zaniepokoił  się docent  - chyba  pójdę zbadać  rzecz  na 

miejscu... 

W gminie huczało jak w ulu. Przywykłe do ślepego posłuchu kadry administracyjno-

przemysłowe zwoziły na przyczepach stosy telefonów, nieraz brutalnie wyrwanych z sieci 

wraz z kawałkami ściany, wiedząc dobrze, że kto pierwszy ten lepszy, a od szybkości lizania 

zależy zarówno zadowolenie lizaka, jak i pomyślność lizusa. 

Opodal   stały   w   rzędach   samochody,   których   pozbyto   się   błyskawicznie   wraz   z 

kierowcami, nie dając się tym ostatnim nawet spakować. Dopiero teraz lamentujące żony 

przybiegały   z   węzełkami,   ale   zostały   zatrzymane   w   pewnym   oddaleniu   przez   kaprala 

Modliszkę, uzbrojonego stosownie do okoliczności w 46 mm granatnik wz. 36 i w henn, 

skutkiem nadmiaru dyscypliny tak mocno podpięty pod brodę, że jego właściciel mógł mówić 

tylko przez zaciśnięte zęby. 

- Zbzgzzzzd! - rozkazał Modliszka. 

- Ło moje bidocki! - rozdarła się umierająca babcia Pimpusiowa, która kolejny raz 

przerwała nudną agonię i przybiegła zobaczyć co się dzieje. - A dokąd was teraz powloką? 

Znowu na Zaolzie, czy tyz na Berlin? 

-   Nie   wiadomo,   babciu   -   odrzekł   kierowca   GS-u,   człowiek   bywały,   na   wszelki 

wypadek upychając pod siedzeniem wozu fufajkę i walonki - teraz wokoło sami przyjaciele, 

więc chyba uderzym na Szweda! 

Wtem od PRG-owskich nieużytków odezwał się jakiś łomot, następnie ogłuszający 

background image

gwizd,   a   w   końcu   spory   pociąg,   jadący   na   przełaj   mimo   braku   szyn.   Cały   ten   skład 

zahamował przed naczelnikiem gminy, a z parowozu wyskoczył przetokowy Nagwizdała z 

natchnioną twarzą Benjamina Franklina i zameldował żarliwie: 

- Obywatelu Balanga, zgłaszam nadliczbowy pociąg, wygospodarowany przez załogę 

naszej stacji! 

-   Ku   chwale   ojczyzny...   -   odparł   Balanga   trochę   niepewnie,   bo   wytyczne   jakoś 

milczały na temat oddawania zbędnych pociągów. 

- Jak żeście to wykombinowali? - spytał. 

- A po prostu! - wyjaśnił zuchwale Nagwizdała. - Bo to mało wagonów odrywa się po 

drodze i zostaje na torach? To żeśmy kupowali jeden z drugim, aż i wyszedł pociąg, nawet z 

pasażerami! 

Tymczasem nadbiegł leśniczy Bazyli Dwurura i podzielił się z aktywem swoją troską: 

-   Nie   wiem,   co   mam   zrobić.   Jak   w   telewizorze   ogłosili,   że   dwadzieścia   procent 

wiceministrów ma ulec zwolnieniu, to nie wyjaśnili którzy to mają być wiceministrowie, więc 

wszyscy wpadli w panikę, wzięli zaległe urlopy albo zwolnienia lekarskie i nawiali do lasu. 

Strach tam teraz wejść, bo nie zrobisz i trzech kroków, żeby nie nadepnąć na wiceministra, 

nierzadko z dupą. Paśniki do cna wyżarte, runo leśne wytarte aż do grzybni, a wczoraj pod 

wieczór ktoś zgwałcił sarnę Balbinę. 

- No, nie składajcie wszystkiego na towarzyszy z centrali! oburzył się naczelnik. - 

Sarnę mógł zgwałcić lis Medard... 

- W żadnym razie - zawołał leśniczy - Medard owszem, kiedyś próbował, ale wyszło, 

że lis nie może z sarną. To musiało być coś większego... 

- A gdzie to, powiadacie, gwałcą? - zainteresowała się konająca babcia Pimpusiowa. 

- Na Czarcim Uroczysku, ale niech babcia uważa, bo po drodze Czerwone Bagno i 

można się utopić... - wytłumaczył życzliwie Dwurura, a zwróciwszy się do naczelnika dodał: 

- Być może, że ten gwałt to robota szympansów... 

- Jak to? Szympansy też u nas w lesie żyją? 

- Rzecz jasna. Przecież każdy minister ma swego goryla, wiceminister natomiast ma 

tylko szympansa, który go pilnuje i obstawia. Gdy wiceministrowie wywiali do lasu, wierne 

szympansy podążyły w ślad za nimi i teraz całe ich stada siedzą na drzewach i bawią się 

ogonami. O, ojciec Chudzielak... pochwalony... 

- Na wieki - odpowiedział lakonicznie duszpasterz, a potem oświadczył z fałszywą 

skromnością: - I ja też chciałem się przyczynić do akcji oszczędzania, więc zastanawiałem się 

z czego by tu zrezygnować... 

background image

- Z telefonu albo z samochodu! - podpowiedział kapłanowi Dwurura. 

- Wiem - odrzekł cierpko Chudzielak - ale to są moje narzędzia pracy. Jak ktoś do 

mnie zadzwoni po ostatnią posługę, to siadam do wozu, jadę, namaszczam i jeszcze zdążę na 

panią Gucę! 

- No to co ksiądz przywiózł? - spytał Balanga. 

-   Swoją   gospodynię   -   szepnął   kapłan   -   jest   już   trochę   zdekapitalizowana,   ale   te 

samochody coście oddali, to też nie Mitsubishi... 

31. 

W majowe popołudnie docent Basset siedział na ławeczce pod kwitnącymi  bzami, 

pomagając swej córce Simonie w przygotowaniach do egzaminu maturalnego, który wreszcie 

w wieku trzydziestu czterech lat postanowiła zaliczyć. 

- Przed wojną - tłumaczył jej - chłop polski całymi dniami kroił zapałkę na czworo, 

więc   nie   miał   czasu   zająć   się   rolnictwem,   co   było   przyczyną   ogólnej   nędzy.   Natomiast 

pantofelek rozmnaża się przez podział bezpośredni, zaś pierwiastki bywają trojakiego rodzaju 

- matematyczne, chemiczne i kobiety rodzące po raz pierwszy... 

Jak widzimy, znakomity chirurg przekazywał córce dość hermetyczne kompendium 

wiedzy,   uwarunkowane   tematami   maturalnymi,   które   otrzymał   ukradkiem   od   prof. 

Różopolańskiego za wyleczenie go z hemoroidów nalewką na myszach. 

- Nie pomyl tylko znowu Budionnego ze Ściegiennym - dodał Basset głaszcząc jej 

płową głowinę - a wszystko będzie dobrze! 

- Czołem, panie doktorze! - zawołał przygłup Kwasimorda, podjeżdżając do nich na 

zardzewiałym   rowerze.   -   Przywiozłem   panu   do   wypełnienia   ankietę   w   sprawie   Drugiego 

Etapu Reformy,  oj da dana da dana, matuś  moja kochana! - zakończył  jak na przygłupa 

przystało. 

- Dziękuję, a któż to przysyła tę ankietę, przyszła baba do stryja, usiadła mu na ryja? - 

spytał Basset, starając się znaleźć wspólny język z nieszczęśliwym. 

- A nasz Urząd Gminny! Na wójtowej roli wójt Felkę w uszczelkę - poinformował 

Kwasimorda i odjechał w kierunku wioski. 

Jeszcze słychać było klekotanie jego roweru, gdy zjawili się zaniepokojeni ankietą 

prokurator   Pyton   Siemiradzki   i   ksiądz   Chudzielak.   Simona,   jako   dobrze   wychowana 

panienka, pucnęła sędziwego kapłana w mankiet, a on po ojcowsku wziął ją pod brodę, nie 

zważając gdzie jej ta broda wyrosła. 

- Co ja mam tu napisać? - zdenerwował się prokurator. - Pierwsze pytanie brzmi: 

background image

“Kiedy wasz zakład pracy zakończył realizację Pierwszego Etapu Reformy”? 

- Piętnastego maja o godzinie 23! - podrzucił mu bez cienia wątpliwości stojący w 

otwartym oknie stary Kociorupa. 

- A skąd niby to wiadomo? 

- Ano stąd, że akurat o tej godzinie coś dupnęło w gaiku za elewatorem, a potem 

okrutnie zadymiło i zaśmierdziało, więc co to mogło być inszego niż Pierwszy Etap? 

- Mogła wylecieć w powietrze bimbrownia braci Karamazow oświadczył Basset - oni 

ostatnio pędzili już Bóg wie z czego, bo czeski mazut na rzece jakoś się na razie urwał. 

- To nie  była  ani  reforma  ani bimbrownia  - wyjaśnił  prokurator Siemiradzki  -jak 

wynika z raportu sierżanta Miziaka, o 23 nasi PRON-owcy złapali ostatniego ukrywającego 

się członka byłego Frontu Jedności Narodu, niejakiego magistra Plujkę Edmunda i naruszyli 

jego nietykalność cielesną. Pierwszy etap natomiast skończył się moim zdaniem w zeszły 

wtorek   około   17-ej,   kiedy   to   po   raz   pierwszy   w   naszych   dziejach   tutejszy   PGR   zaczął 

przynosić zyski, w związku z czym zostałem tam wezwany w celu wszczęcia dochodzeń i 

postawienia winnych w stan oskarżenia. 

- Dziwne to są i nadprzyrodzone sprawy - westchnął ojciec Chudzielak, wznosząc 

oczy ku niebu. - Ot, onegdaj KAW tłumaczył się w naszej prasie z opóźnienia edycji Dzieł 

Wybranych Janusza Przymanowskiego, a w ogłoszeniach drobnych pisało, że zaginął łaciaty 

buldog z obciętym ogonem, do którego była przywiązana uboga staruszka... 

-   To   jeszcze   nic   -   przywtórzył   mu   stary   Kociorupa   -   nasze   związki   zawodowe 

wystąpiły   ostatnio   przeciwko   związkom   siarki   w   powietrzu,   a   były   bramkarz   pan 

Tomaszewski oświadczył przez telewizję, że posiada zdolności manualne w nogach! 

Po tych rewelacjach wszyscy jakoś się zasępili. Zapadła cisza, w której odezwał się 

nieśmiało słowik, ale zaraz zamilkł, schwytany przez kocura od organistów. 

- A Kaśka od Pyzdrów to dała sobie wmontować turbinkę inż. Kowalskiego... - bąknął 

ni w pięć ni w dziesięć stary Kociorupa. 

-  Co   pan   powie?   -  ożywił   się   ksiądz   Chudzielak,   dodając   refleksyjnie:   -  Patrzcie 

państwo, jak u nas ten tempus fugit... 

Tym razem dupnęło między kościołem a komitetem. 

- No i proszę! - ucieszył się Siemiradzki. - Mamy Drugi Etap! 

32. 

-   Nie   wiecie   przypadkiem,   kapralu,   w   którym   roku   Feuerbach   stworzył   swoją 

koncepcję   antropologizmu?   -   spytał   sierżant   Miziak,   przygotowujący   się   do   zaocznego 

background image

magisterium z filozofii. 

- Tak dokładnie to nie wiem, panie sierżancie - odrzekł kapral Modliszka - ale chyba 

gdzieś tak w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim... 

-   Chyba   w   osiemset   czterdziestym   trzecim!   -   sprostował   sierżant   z   pobłażliwym 

uśmiechem. 

-   W   dziewięćset!   -   upierał   się   kapral   -   pamiętam,   chociaż   byłem   jeszcze   wtedy 

malutki. 

- Znaczy się co pamiętacie? 

-   No,   pamiętam,   że   za   naszą   chałupą   stała   niemiecka   bateria   i   ciągle   tylko   było 

słychać: - Feuer! Bach! Feuer! Bach! Feuer! Bach! 

- Głupiście są, kapralu! - stwierdził Miziak. - Feuerbach żył sto lat wcześniej, więc nie 

mógł strzelać za waszą chałupą. 

- Może i nie mógł, ale strzelał. A pan sierżant mógłby na chwilę odłożyć tę książkę i 

dopomóc   mi   w   sprawie   nielegalnego   napisu,   który   pojawił   się   dziś   rano   na   biurowcu 

wylęgarni kurcząt... - i Modliszka położył na stole kartkę z odpisanym ze ściany hasłem. 

Hasło zaś brzmiało: “Żądamy polskiego Michaiła”. 

- Jak to żądamy? Jacy my? - zdenerwował się sierżant. 

- A bo ja wiem? To na pewno znowu doktor Wysłodek z magister Felgą rozrabiają. Po 

ostatniej amnestii strasznie się rozzuchwalili. I po co to komu było? - spytał z goryczą. 

- To nie Wysłodek... - rozmyślał na głos dowódca posterunku. 

- Weźcie pod uwagę, że hasło jest w zasadzie proradzieckie... 

- Proradzieckie, ale i antyrządowe! -wykrzyknął Modliszka. 

- Jeżeli oni żądają polskiego Michaiła, to znaczy że u nas takiego nie ma, co już samo 

w sobie wskazuje na mentalność! 

- Jak proradzieckie, to nie antyrządowe! - powiedział stanowczo sierżant - te sprawy 

wykluczają się nawzajem, ponieważ powiem wam w zaufaniu, że nasz rząd jest w pewnym 

sensie proradziecki. 

- Jezus Maria! A skąd pan wie? 

- Na pewnym szczeblu sprawowania władzy wie się więcej niż przypuszczacie. 

- To co z tym hasłem zrobić? - zmartwił się kapral. 

- Spróbowaliście to jakoś przefasonować, tak jak nas uczono na kursie? 

- Mogę słowo  “Żądamy”  przerobić na  “Kochamy”, ale to duża przeróbka i będzie 

widać... 

- Chyba znowu zadzwonię do porucznika Borewicza - zadecydował Miziak... 

background image

- On już pewnie został  generałem,  po tylu  latach ofiarnej  służby...  - rozczulił  się 

kapral. 

Na hasło “Ewa wzywa zero siedem” w telefonie rozległo się starcze pochrząkiwanie. 

Zgrzybiały Borewicz życzliwie wysłuchał Miziaka, popił ziółka, pozbył się uciążliwego bąka 

i odrzekł: 

- Nie mieszajcie się do tego, sierżancie. Diabli wiedzą, kto to napisał... Ja sam kiedyś 

wdupiłem usiłując przestawić litery w słowie  “Patria”, tak żeby było prawidłowo “Partia” i 

przez to nie mogę awansować z porucznika, chociaż mam już siedemdziesiąt dwa lata... 

- Czy to może było w Krynicy? - zainteresował się Miziak. 

- W Krynicy. A skąd wiecie? 

Zniechęcony sierżant odłożył słuchawkę. 

- On już jest do niczego... - mruknął, kiwając smutno głową. Musimy poradzić sobie 

sami... 

- A może by ta wylęgarnia kurcząt splajtowała? - podsunął chytrze Modliszka. - W 

gazecie pisało, że w każdej gminie powinien być jakiś bankrut, co jest zgodne z drugim 

etapem naszej reformy. 

- To jest niezła myśl - zawołał Miziak - jedziemy do naczelnika! 

Naczelnik Balanga długo zastanawiał się nad propozycją. 

- To nie takie proste, jak się wam wydaje, sierżancie. O zaszczytne miano gminnego 

bankruta ubiegają się nasze najlepsze, renomowane zakłady, między innymi gorzelnia, dwie 

cegielnie i szpital psychiatryczny, a wy mi tu wyjeżdżacie z jakąś wylęgarnią... Nie ma rady, 

muszę zwołać aktyw. 

Aktyw   debatował   przez   trzy   dni   i   noce.   Powołano   osiem   komisji,   cztery   ciała 

doradcze i dwa zespoły naukowców. W końcu podjęto stosowną uchwałę i wylęgarnia kurcząt 

uznana  została   za  bankruta,  następnie   zaś  wystawiona   na  licytację.  W  ciągu   jednej  nocy 

chłopi rozebrali mur z kłopotliwym napisem, a budowa domków jednorodzinnych ruszyła z 

miejsca. 

- Za naszą chałupą naprawdę strzelał Feuerbach - powrócił do wspomnień Modliszka - 

i nawet pamiętam jak skrzyczał jakiegoś podoficera, że armata brudna, di kanone ist szmucig, 

tak krzyczał. Okropnie go wtedy skrytykował... 

- A jak się nazywał ten podoficer? - zainteresował się Miziak. 

- Feldfebel Hegel. 

- To by się zgadzało...  - szepnął Miziak, zajrzawszy do podręcznika.  - Feuerbach 

rzeczywiście bardzo skrytykował Hegla... 

background image

33. 

- Jolanto - powiadomił telefonicznie swoją małżonkę adiunkt Wygrzmocony - stała się 

rzecz straszna, przygotuj się na najgorsze! 

- Nie denerwuj mnie - wrzasnęła Jolanta - jak masz coś powiedzieć, to mów, a nie 

ciągnij jak kura ze spluwaczki! 

- Proszę bardzo, chcesz wiedzieć, to wiedz: Basset dostał profesora. 

- Co ty powiesz? A gdzie on go będzie trzymał? 

- Tytuł profesora dostał, idiotko! - zawołał adiunkt i rzucił słuchawkę, bo przyszło mu 

do głowy, że jeżeli w pionowej hierarchii coś drgnęło, to on sam może zostać docentem, 

lepiej więc złożyć nowomianowanemu gratulacje. 

Tymczasem   społeczeństwo   gminy,   która   jeszcze   nigdy   nie   miała   prawdziwego 

profesora, zorganizowało już spontanicznie wzruszającą uroczystość. 

Przed Bassetem, stojącym na ganku lecznicy,  przeciągały liczne grupy ludności ze 

sztandarami, hasłami i darami. Pochód otwierał naczelnik gminy Sylwester Balanga wraz ze 

swym sekretarzem, rzecznikiem prasowym sołtysa i resztą personelu. Po złożeniu gratulacji 

Balanga przemówił krótko, ale dobitnie, co chwilę bijąc sam sobie brawo jak szympans w 

cyrku po udanym  numerze. Następnie naczelnik  odczytał  depesze gratulacyjne, nadesłane 

przez przodujące uczelnie w Szczytnie i Julinku, a także omyłkowo - wezwanie do zapłacenia 

za wywóz szamba,  co zostało również przyjęte  owacją, gdyż  wszyscy widzowie byli  już 

mniej lub bardziej pijani. Teraz nadszedł marszałek szlachty w gronie innych karmazynów, 

takich   jak   podkomorzy   katowicki,   miecznik   rzeszowski   i   były   minister   Podmamuśka. 

Marszałek,   jako   szczytowy   patriota   i   członek  “Grunwaldu”,   był   cały   w   długich   butach, 

wylotach od kontusza i czapce konfederatce, a także przy szabli ze złocistym kutasem, na 

który to widok rozległy się okrzyki: - O, kutas przy szabli! - co, jakby nie zostało zrozumiane, 

zawierało szczerą prawdę. 

Jako trzecie szło duchowieństwo, składające się z księdza Chudzielaka, organisty z 

kotem,   grabarza   i   księżej   gospodyni.   Chudzielak,   naoglądawszy   się   telewizji,   ukląkł   i 

ucałował ziemię przed trybuną, a następnie usiłował kilku najbliższym widzom podetknąć 

rękę do pocałowania, ponieważ jednak znany był z dłubania w nosie, nie znalazł chętnych i 

tylko   wykonał   dłonią   w   powietrzu   coś   pośredniego   między  błogosławieństwem   a 

Kozakiewiczem,  ze złością dał po karku organiście (a organista kotu), i wszyscy ustąpili 

miejsca następnej grupie. Stanowiły ją organa sprawiedliwości, prowadzone przez sędziego 

Lalunię.   Obok   niego   maszerował   w   swej   krwawej   todze   prokurator   Pyton   Siemiradzki, 

background image

domagając się co chwilę nawykowo kary śmierci dla wszystkich swoich dotychczasowych i 

przyszłych klientów. 

Za nim przebiegł  truchtem  odznaczony medalem  “Zasłużonego  Kauzyperdy  PRL” 

mecenas Fizdoń i zaraz pogonił opłotkami na koniec pochodu, aby jeszcze raz przedefilować 

jako   przewodniczący   PRON-u.   Straż   tylną   organów   ścigania   stanowili   sierżant   Miziak   z 

kapralem Modliszką, obaj w białych strojach, których nadmiar pozostał w magazynach MO 

po papieskiej wizycie. 

- Idzie nasz młody proletariat! - szepnął z dumą Balanga do Basseta. 

Proletariat  był  młody nie tyle  wiekiem co stażem, gdyż  rolniczy profil gminy nie 

sprzyjał jego rozwojowi. Stanowili go, prawdę mówiąc, przetokowy Nagwizdała do złudzenia 

przypominający Benjamina Franklina z amerykańskiego banknotu oraz Kaśka Pyzdra, której 

popularność bardzo wzrosła od czasu gdy poszły ploty, że dała sobie wmontować turbinkę 

inż. Kowalskiego. 

Chłopską   banderię   prowadził   działacz   ludowy  Bonifacy   KantGwizdek,   będący   we 

własnym   przekonaniu   sobowtórem   Witosa,   ponieważ   mył   nogi   tylko   raz   na   tydzień. 

Towarzyszyli mu stary Kociorupa i bracia Karamazow, specjalizujący się w pędzeniu bimbru 

ze   spływającego   rzeką   mazutu,   wielkodusznie   i   gratis   dostarczanego   nam   przez   braci   z 

południa. 

Transparent   z   napisem   “Nauka   polska”  zwiastował   nadejście   niedużej,   bo 

trzyosobowej   kolumny,   centrum   której   stanowił   lingwista   prof.   Różopolański,   a   skrzydła 

adiunkt   Wygrzmocony   i   dyrektor   szpitala   psychiatrycznego,   dr   Cycoń,   tym   razem   w 

polowym surducie z gwiazdą Legii Honorowej i z dwoma swoimi pacjentami przebranymi za 

mameluków, co zdawało się bardzo im odpowiadać. 

Po nauce nadeszła kultura w postaci członkini rzeczywistej odrodzonego ZLP, pisarki 

Rozamundy Kociorodek. Ta ongiś ludowa, a dziś już profesjonalna literatka, odczytała przed 

Bassetem   swe   najnowsze   opowiadanie  “Jak   Kuba   SS-mana   w   konia   zrobił”,   wywołując 

głośny aplauz pozostawionego tu omyłkowo od stanu wojennego komisarza, majora Kabury. 

Pochód   kończyły   struktury   opozycji   legalnej   pod   wodzą   Osipa   Anegdotycza 

Jefremienki i nielegalnej w osobach magister Barbary Felgi i doktora Wysłodka oraz grupa 

sportowa,   a   mianowicie   Żeński   Klub   Cyklistyki   Bezsiodełkowej   pod   kierunkiem   Simony 

Basset. Barwna ta drużyna przemknęła anglezując na swoich rowerach jak szwoleżerowie 

przy wyciągniętym kłusie i zniknęła na tle zachodzącego słońca. 

Ponieważ zaś takie słońce to również wymarzone tło dla napisów końcowych, więc i 

my kończymy  w tym  miejscu swą opowieść, pozostawiając jej bohaterów  w chwili, gdy 

background image

przezwyciężywszy wraz z całym krajem przejściowe trudności, mają już wyraźnie z górki. 

Jednocześnie pragniemy przeprosić naszych Czytelników, jeśli niechcący uraziliśmy 

Ich uczucia zbytnią ascezą naszych opisów, pruderyjnym być może unikaniem drastyczności, 

przesadną wytwornością języka, a także zbytnim idealizowaniem występujących tu postaci i 

ich charakterów. 

Ale cóż, tacy już jesteśmy. 

Bo choć nas męczyli i w dupę bili, 

Wzorem nam Dobraczynski, nie zaś Pitigrilli*

* Rozamunda Kociorodek Apotheosis cum figuris, op. cit. T. II, str. 49, Wyd. Doln. 

1988 

background image

PIĄTY PERON

Wczesną wiosną 1974 roku jechałem wraz z nowo poślubioną małżonką imieniem 

Ada w podróż poślubną, mniejsza o to, dokąd, chociaż wiadomo, po co. 

Właściwie dopiero teraz wiedziałem po co, gdy po pierwszym etapie naszej pierwszej 

nocy, na ostatnich nogach zlazłem ze sleepingowego łóżka, na którym przez kilka godzin 

usiłowałem   nieokiełznanemu   temperamentowi   Ady   przeciwstawić   moje   wieloletnie 

doświadczenie, różnice wieku niwelować różnicą płci. 

Siadłem koło okna i sięgnąłem po ekstra-mocne. Wyjąłem pomiętą paczkę z jednym 

już papierosem, a razem z paczką wyjąłem jakiś dość gruby, złożony we czworo dokument. 

Rozłożyłem   go,   zalśniła   solidnie   przysznurowana   lakowa   pieczęć,   zaczerniały   dostojne 

podpisy...   A   niech   to  diabli,   przez   roztargnienie   rąbnąłem   z   instytutu   stare   carskie 

dokumenty...   ach,   mój   instytut,   tak   dobrze   się   w   nim   żyło!   Zapaliłem   papierosa.   W 

półdrzemce   i   półodbiciu   wagonowej   szyby   zobaczyłem   skrótowo   wydarzenia   ostatnich 

miesięcy i dni moje przygotowania do habilitacji, wystawa z dziejów I-ej wojny... Oto ja w 

gronie asystentów i studentów, czujnych na każde moje skinienie. Właśnie stawiają planszę z 

linią   frontu   w   tysiąc   dziewięćset   czterdziestym   roku,   przypinają   zdjęcia   do   tablic,   na 

zdjęciach   wąsaci   żołnierze   i   oficerowie   w   austryjackich   mundurach.   Patrzę   na   nich   z 

sympatią. Dzięki wąsom, a może starości tych zdjęć, wydają się być wszyscy w moim wieku, 

bliżej 50-tki niż 40-tki. Spoglądam na krzywych, kudłatych studentów kłębiących się w sali, 

potem  znowu na tych na zdjęciu... Wolę tych drugich, chyba czuł bym się dobrze w ich 

towarzystwie! Bo w towarzystwie swoich podopiecznych nie czuję się najlepiej, niczego nie 

szanują! Właśnie ubrali jednego z kolegów w rzadki, dragoński mundur i kask. Zrywam ten 

kask z oburzeniem, pod nim burza włosów i nie żaden chłopak tylko Ada. Jeszcze wówczas 

studentka   z   podległej   mi   grupy,   ale   już   taka   bezczelna!   Robi   ustami  “buźkę”  na 

przeproszenie, co tak mnie  denerwuje, że wypuszczam  z rąk gipsowy posążek rotmistrza 

Beliny! 

background image

Potem  Ada  pęta  się  koło   mnie   coraz  częściej  w   wirze  przygotowań   do  wystawy. 

Widząc   nas   razem,   jej   niezłomni   koledzy   przymrużają   znacząco   oko,   ba,   profesor   nie 

wiadomo, czemu gratuluje mi wychowanki... 

Jakoś  nas  wszyscy do siebie popychają, w przenośni i dosłownie, bo ot w czasie 

otwarcia i przecięcia studenci robią sztuczny tłok, w rezultacie którego otwieramy wystawę 

jakby   we   dwójkę,   a   rektor   gratuluje   na   obojgu,   nie   zwracając   uwagi   na   moje   paniczne 

spojrzenia. 

W końcu poddaję się fali wydarzeń i urokowi Ady. To ona jest stroną atakującą - na 

bankiecie proponuje bruderszaft i przedłuża pocałunek, co zostaje skwitowane oklaskami. A 

potem już Urząd Stanu Cywilnego, okropnie wrzaskliwa studencka orkiestra i - na dworzec! 

Po drodze wpadam na swoją ulubioną wystawę, patrzę na chłopców z tamtych lat... Jacy inni i 

jacy fajni. Ada robi mi pierwszą awanturę - spóźnimy się na pociąg! Zdążyliśmy... Gromada 

odprowadzających,   sleeping,   i   moja   spóźniona,   damsko   -   męska   batalia,   podczas   której 

wyraźnie słyszę odgłosy wielkiej bitwy, bitwy z tamtej wojny, z trąbkami, krzykami “hurra”, 

umiarkowanym  terkotem ówczesnych mitraliez i puszystymi  eksplozjami szrapneli... I oto 

siedzę paląc ekstra-mocne, i zastanawiam się po co mi to było? 

- Adam... - powiedziała Ada. 

Zadrżałem, czego ona j e s z c z e może chcieć? 

- Adam... Głowa mnie boli... 

- Moje maleństwo - szepnąłem z dumą. - Tak cię wymęczyłem? 

- Coś ty, to po wódce. Masz może proszek? 

- Nie mam, ale konduktor powinien mieć. 

Wyszedłem w piżamie na korytarz i powlokłem się do służbowego przedziału. 

- Panie konduktorze, proszę proszki od bólu głowy, ekstra-mocne i pepsi. 

- Ja nie jestem konduktor tylko steward. 

- Tak? 

- Tak, od nowego roku. I mam tylko piasty i fruktovit, a proszki mnie wyszli. Ale 

dostanie pan w kiosku na peronie, to już Kociemby. 

I  rzeczywiście  pociąg  stukał   na  zwrotnicach,  a   za  oknem   zalśniły  neonowy  napis 

“Kociemby”, nazwa dużej, węzłowej widać stacji. Chciałem wrócić do przedziału po płaszcz, 

ale uprzejmy steward narzucił mi na ramiona swój własny kożuch. 

- Wal pan, szkoda czasu! 

Wysiadłem   i   ślizgając   się   trochę   po   zamarzniętym   peronie   podbiegłem   do 

oświetlonego kiosku. 

background image

- Proszków nie ma - powiedziała sprzedawczyni. - Dostanie pan w kiosku na dole. 

Zdąży pan, zdąży, pociąg stoi tu pół godziny. 

Opodal widniało oświetlone zejście. Poszedłem schodami na dół, potem dość długim, 

wykładanym kafelkami tunelem, poprzebijanym gdzie niegdzie wyjściami na inne perony. 

Wreszcie pchnąłem wahadłowe drzwi wszedłem do holu. W kiosku RUCHU były proszki i 

ekstra-mocne.   Kupiłem   i   poszedłem   z   powrotem.   Korytarz   znowu   zalśnił   przede   mną 

kafelkami i wylotami schodów. Spytałem starego kolejarza na którym peronie stoi ekspres 

“Transpol”,   i   dowiedziałem   się   że   na   ostatnim.   Przyspieszyłem   kroku.   W   międzyczasie 

rozpętała się zamieć śnieżna i ostatni peron wydał mi się ciemniejszy niż poprzednio. 

Obliczyłem trzeci wagon od tyłu wagonu, i odsunąłem drzwi. Żona zgasiła tymczasem 

światło   i   spała   głęboko,   dość   mocno   przytem   -   widać   ze   zmęczenia   -   pochrapując. 

Pocałowałem tkliwie obnażony fragment jej pleców, rozebrałem się i wlazłem pod kołdrę 

pociąg gwizdną i ruszył, a ja zasnąłem i od razu przyśniła mi się sytuacja z przed kilku minut: 

Schodziłem po schodach z ostatniego peronu, 

Przede mną był długi kafelkowy korytarz, wiodący do holu i poprzebijany trzema 

wyjściami na inne perony. 

Wracałem z holu - przede mną było pięć takich wyjść... I tak kilka razy - stoję z 

Jednej strony - trzy, przeskakuję na drugą - pięć... 

Spociłem   się   i   krzyknąłem.   Na   szczęście   ktoś   w   mundurze   wyszedł   właśnie   z 

przedziału, i zmora ustąpiła. 

- Kożuch jest na wieszaku - powiedziałem. - Dziękuje panu bardzo! 

- Obudź się kolego - powiedział ten Ktoś - wkładaj mundur pułkownik czeka. 

Zapłonęło   światło,   i   Ktoś   okazał   się   być   bardzo   przystojnym  lejtnantem   armii 

Cesarstwa Austryjackiego. 

- Ty też wstawaj! - dodał lejtnant, klepiąc w wypięty tyłek moją żonę. 

- O Jezu, znowu? - jęknęła basem moja żona, poczem spuściła z półki kosmate nogi i 

podkręcił wąsa. 

Włosy stanęły mi dęba na głowie - to, co uważałem za moją żonę było podtatusiałym 

facetem w randze majora. 

- Idziemy, idziemy! - denerwował się lejtnant. 

- Wasyl, Maciek! - ryknął major w kierunku korytarza. - Mundury wyczyszczone? 

Zaraz też dwaj ordynansi przygalopowali niosąc stertę tak dobrze znanego mi znanego 

umundurowania i uzbrojenia. 

- Ja wiem, że to jest sen - powiedziałem ze smutkiem do majora - ale ze snem nie ma 

background image

co walczyć, więc się ubiorę. 

- Tak, tak - uspokoił mnie major. - Spiłeś się wczoraj, więc jeszcze bredzisz, ale jak 

nasz stary ryknie, to zaraz ci przejdzie. 

Z dziwną przyjemnością wkładałem na siebie ten niemodny mundur, pas z koalicyjką, 

polową czapkę. Ciężki steyer w kaburze dobrze przylegał do boku. 

- A cóż ty tak się dziś sztafirujesz? 

- Wiesz, zawszę miałem na to ochotę, ale się bałem, że mnie ktoś na tym przyłapie... 

- Zjedz trochę surowej kapusty! - podsumował major. 

Przed opuszczeniem przedziału spojrzałem w lustro. Z jego tafli spoglądał na mnie 

całkiem   przystojny   austryjacki   kapitan   artylerii.   Poczułem   się   raźniej,   wyprostowałem 

zgarbione zazwyczaj plecy, wypiąłem pierś i zasalutowałem swojemu własnemu odbiciu. 

Wyszliśmy dziarsko na korytarz. Wszędzie trzaskały odsuwane gwałtownie drzwi, ze 

wszystkich przedziałów wysypywali się oficerowie, przypinając w pośpiechu szable. Strzelały 

zestawiane   w   pozdrowieniu,   dłonie   przeskakiwały   ku   daszkom   z   ową   nonszalancką 

służbistością, właściwą zawodowcom. Krzyżowały się strzępy rozmów w języku niemieckim, 

czeskim, węgierskim i - wcale nie najrzadziej - polskim . 

Ciągnąc   szable,   brzęcząc   ostrogami   i   skrzypiąc   rzemieniami   szliśmy   przez   kilka 

wagonów,   w   tym   przez   sanitarny,   bez   rannych   jeszcze,   ale   kompletnie   wyposażony   i 

obsadzony   przez   bardzo   urodziwą   damską   załogę   w   małych   karnecikach,   zgrabnych 

mundurkach   i   sznurowanych  wysokich   butelkach.   Zaczęły   się   w   przejściu   śmiechy, 

podszczypywania   i   klepanki.   Oczy  oficerów   zabłysły   raźniej,   lewe   dłonie   uniosły   się   ku 

wąsom, prawe - opadły ku damskim wdziękom. I ja też, idąc przykładem innych i dając folgę 

rozpierającemu   mnie   wigorowi,   strzeliłem   otwartą   dłonią   w   twardy   jak   stal   tyłeczek 

siostrzyczki, wychylonej aktualnie przez okno. 

Aż zadzwoniło, i to podwójnie, bo zaraz oberwałem po pysku i ujrzałem najpierw 

wszystkie gwiazdy, a potem tylko dwie - roziskrzone gniewem oczy prześlicznej dziewczyny. 

- Ty porco - powiedziała dziewczyna. - Świnia! - przetłumaczyła na wszelki wypadek. 

- Przepraszam... - zasalutowałem, a ona wlepiła wzrok nie tyle we mnie, co w moją 

dłoń przy daszku czapki. 

Na środkowym palcu miałem tam sygnet. Z lewej ręki ciągle mi spadał, a na prawej 

siedział jak przyrośnięty. Sygnet był skromny, ale oryginalny, odziedziczony po pradziadku, a 

przedstawiający rżniętego w krwawniku jaszczura z otwartą paszczą. 

- Scusa... - westchnęła. - To ja przepraszam, nie wiedziałam, że to właśnie pan... 

- A ja nie  wiedziałem,  że to właśnie  pani...  - bredziłem  by przedłużyć  rozmowę. 

background image

Koledzy przepychali się koło nas żartując: 

- Wpadłeś w oko siostrze Jolancie! 

- Znalazła w końcu swojego Napoleona! 

- Nic dziwnego, taki przystojniak! 

Ja   przystojniak!   Mój   boże,   tego   mi   jeszcze   nikt   nigdy   nie   powiedział,   nawet   w 

najlepszych latach! Mimo obolałego policzka z sekundy na sekundę wpadałem w coraz lepszy 

nastrój. 

-   Molto   bene!   To   był   dobry  pomysł   z   tą   zaczepką!   Niech   myślą,   że   flirtujemy... 

Musimy być w stałym kontakcie! 

- W ciągłym! - zawołałem entuzjastycznie. 

- A o TO niech się pan nie martwi, jest w porządku. 

- Jakie TO jest w porządku? - wyjąknąłem mile podniecony, ale i zaszokowany je 

bezpośredniością. 

Przesunęła przed siebie chlebak, zawieszony na rzemieniu, zasłoniła go sobą i odpięła 

sprzączki. We wnętrzu siedziały grzecznie trzy pluszowe niedźwiadki. 

- Cordiali saluti da Corsica - szepnęła. 

Widząc moją głupią minę dodała: 

-   Nie   przypuszczał   pan,   że   TO   tak   właśnie   wygląda,   prawda?   -   i   zaśmiała   się 

prześlicznie, ukazując wspaniałe uzębienie, poczem nagle jęknęła: - Amore mio! - i podała mi 

usta,   z czego   natychmiast   skorzystałem,  nie  przypuszczając   w  moim  zarozumialstwie,  że 

zrobiła to dla zmylenia majora, który wrócił i stał koło nas, pochrząkując znacząco. 

- Gratuluję... - powiedział wreszcie, a Jolanta odskoczyła ode mnie z dobrze udanym 

okrzykiem wstydu i przestrachu. 

- Gratuluję, ale to jednak jest wojsko, nasz stary czeka! 

Zapewniłem majora, że już lecę i zwróciłem się raz jeszcze ku siostrze Jolancie, aby z 

nią omówić  kolejne etap naszego szczęścia.  Ona jednak wchodziła  już do przedziału.  W 

drzwiach zatrzymała się na moment, i wskazując swój chlebaczek powiedziała zagadkowo: 

Tu mrugnęła i zatrzasnęła drzwi! 

- Prędzej! - naglił major. - Stary szaleje. 

- Skąd tutaj Korsykanka? - pytałem, dotrzymując mu kroku. 

-   Ochotniczka,   oni   tam   mają   swoje   ruchy   niepodległościowe.   Zaprzysięgła   zgubę 

Francji i pielęgnuje naszych rannych. 

Szliśmy wzdłuż korytarzy sprężyście i służbiście. Przed drzwiami wagonu sztabowego 

obciągnęliśmy mundury, poprawiliśmy sobie nawzajem epolety i ustawili bojowo wąsy, a 

background image

potem weszliśmy z werwą, aby strzelić obcasami przed Dowódcą. Było już to kilku oficerów 

oraz stary pułkownik, który wstał zza biurka i uczesał sobie bujne bokobrody. Następnie 

wyjął z kieszeni futerał, a z futerału ćwikier, który umieścił na nosie. Dopiero wtedy ojcowski 

uśmiech rozjaśnił mu twarz: 

- A, witam, witam! - powiedział. - Cieszę się że panów oglądam w dobrym zdrowiu! 

Co jest w tym dziwniejsze - ciągną - że wczoraj to panów zdrowie wydawało mi się trochę 

zagrożone,   szczególnie   -   kontynuował   jadowiciejąc   w   oczach   -   gdy   feldżandarmeria 

poprzynosiła panów kompletnie orżniętych z burdelu madame Baczek w Tarnowie! Osiem 

kurew kontuzjowanych - zawył - wachmistrz żandarmów ma wyrwane wąsy, a bajzel jeszcze 

o trzeciej rano się palił! Wstyd panowie! Pułkownik rozpiął kołnierzyk i napił się wody. 

- I to wszystko w czasie - podjął temat - gdy nasza bohaterska twierdza Przemyśl broni 

się ostatkiem sił! Panie lejtenancie, poproszę sztabówkę! 

Adiutant rozwinął mapę i powiesił na kołku. 

- Może więc - pułkownik zwrócił się do majora z mojego przedziału. - Może więc pan 

major zechce nam powiedzieć, co widać na tej mapie? 

- Melduję posłusznie - sprężył się major - że na tej mapie widać rejon Linzu. 

- Otóż to - zgodził się pułkownik - rejon Linzu. 

- Kombinuję pokornie - szepnął drżący adiutant - że takie sztabówki przysłali nam z 

czwartego oddziału. 

-   Jeśli   -   wtrąciłem   -   pan   pułkownik   pozwoli,   to   ja   swego   czasu   pisałem   pracę 

magisterską z obroną Przemyśla ... 

- Panie - jęknął pułkownik - co mi pan tu za pierdoły opowiada? 

- ...bo właśnie ja pisałem tę prac, więc mogę z pamięci narysować na tablicy mapę 

twierdzy. 

- Zbawco! - pułkownik przygarnął mnie do bokobrodów. 

- Rysuj,  a żywo,  bo sytuacja  krytyczna.  Nie dalej  jak wczoraj generał  Kusmanek 

znowu błagał o odsiecz! 

Narysowałem  z pamięci  zarys  twierdzy,  stanowiska artylerii,  pozycje  wysuniętych 

oddziałów   austryjackich  i   nacierających  rosyjskich.  Pułkownik  złapał   trzcinę  i   wskazując 

poszczególne fragmenty rysunku, powiedział: 

-   Przeważające   siły   nie   przyjaciela   pod   dowództwem   generała   Seliwanowa,   po 

chwilowym   odstąpieniu   na   wschodni   brzeg   Sanu,   teraz   ponownie   usiłują   zablokować 

twierdzę Przemyśl. Dla jej odciążeni rozpoczęliśmy bitwę w Karpatach... 

- A więc - wyrwało mi się - mamy rok tysiąc dziewięćset piętnasty? 

background image

- Oczywiście - pułkownik z zrozumieniem pokiwał głową. - Pan kapitan jeszcze nie 

wytrzeźwiał po wczorajszym, ale co tam, młodość musi się wyszumieć- tu dźwigną mnie 

przyjacielsko pod żebro i wrócił do tematu: 

Rozpoczęliśmy bitwę w Karpatach, którą rozstrzygniemy na swoją korzyść... 

A   gówno   -   wyprowadziłem   go   z   błędu.   -   Zarówno   ofensywa   austryjacka,   jak   i 

późniejsza rosyjska, zakończyły się... to jest pardon, zakończą się niepowodzeniem. 

Na dowód machnąłem, wbijając staremu kepi na oczy. 

Pod sąd!- zapiał pułkownik, a oficerowie chwycili mnie za ręce i wyprowadzili mnie 

za ręce i wyprowadzili z wagonu, ale zaraz za progiem obstąpili mnie wokół i zaczęli mnie 

poklepywać,   gratuluję   odwagi,   dziękując   za   piękne   widowisko   i   wyrażając   nadzieję,   że 

wkrótce szlag trafi monarchię, przede wszystkim naszego pułkownika. 

Nadeszli   dwaj   bawarscy  żandarmi,   i   pod   ich   strażą   pomaszerowałem   z   powrotem 

przez cały pociąg. 

- Dokąd go prowadzicie! - siostra Jolanta wyskoczyła na korytarz, blokując go swoim 

wspaniałym biustem. 

- Do karceru w ostatnim wagonie! - szczęknął Bawarczyk. - Proszę się rozejść. 

Jolanta osłupiała na chwilę, ale zaraz coś jakby uśmiech przeleciało jej przez twarz. 

- Sprytne! - mruknęła mi do ucha, gdy się koło niej przecisnąłem. - Zażądaj pomocy 

sanitarnej! 

- Żądam pomocy sanitarnej! - oświadczyłem żandarmowi. - Zdenerwowałem się, a 

jestem chory na serce! 

Spojrzał na mnie ponuro i zatrzasnął drzwi karceru. 

- No dobrze - powiedziałem do siebie, siadając na ławce. - Teraz mogę się obudzić! Ja 

chcę się obudzić! - powtórzyłem zamykając oczy, a kiedy je otwarłem - w drzwiach stała 

siostra Jolanta. - Już się nie chcę obudzić! - zmieniłem zdanie na jej widok zdanie. 

- Bohaterze! - zaszemrała. - Jest pan natchnieniem uciśnionych ludów Europy! Jestem 

dumna, że mogę z panem współpracować. Dał pan po nosie pułkownikowi, i znalazł się pan 

w miejscu, gdzie nareszcie bez przeszkód możemy ustalić plan! To było wspaniałe! 

W   tej   chwili   coś   huknęło   i   zerwało   część   dachu,   Jolanta   przypadła   do   mnie   z 

okrzykiem trwogi. 

- Niski tunel? - spytałem. 

- Nie, wysoki szrapnel. Przebijamy się do Przemyśla na pomoc Kusmankowi. Wiesz 

chyba kto miał z nimi, dla dodania ducha oblężonej załodze? 

Zrobiłem dobrą minę, co zostało przyjęte za dobrą monetę. 

background image

- No właśnie - przytaknęła  Jolanta. - Sam Franc Jozef. Niestety,  przeszkodził mu 

fatalny atak pogardy. Wszystko na nic, mój Francesko... - Wyjęła z chlebaka jednego misia i 

pocałowała go w łeb. 

- Chciałbym być na jego miejscu - westchnąłem, bawiąc się niedźwiadkiem. 

Spojrzała na mnie z podziwem: - Lubię takich zimnych fachowców. 

A więc zostałem nawet na dodatek zimnym fachowcem! - pełen podziwu dla siebie 

podrzuciłem Franusia do góry. 

- Mamma mia! - zachwyciła się Jola. - Jakbyś nie złapał, to by dopiero było! Słyszałeś 

jak  w  tym   chlupie?  Potrząsnąłem   zabawką  koło   ucha.  Rzeczywiście   misiowi  chlupało  w 

brzuszku. 

- Nitrogliceryna! - wyjaśniła Jolanta. 

Zesztywniałem, wsadziłem bydlaka ostrożnie do torby i otarłem spocone ze strachu 

czoło. 

- Gorąco ci? 

Rozpiąłem mundur. Nie uległo wątpliwości, że miałem do czynienia z piękną, ale 

niebezpieczną wariatką. Właśnie przemawiała do swoich piekielnych misiów? 

-   Francesko   załatwi   starego   Franca.   Niko   przedziurawi   cara,   a   Wiluś   wybebeszy 

Wilhelma!-   tu   zamknęła   chlebak   i   zakończyła   monolog   słowami:   -   Adaś   pomoże   Joli!   - 

Prawda, że pomorze? Zarzuciła mi ręce na szyje i spojrzała w oczy. 

- Pomoże... - obiecał zahipnotyzowany dobry Adaś. 

Przypomniał sobie właśnie, że w zasadzie nic mu nie grozi, więc pomorze wesołej 

Joli, o ile Jola da buzi... 

- Myślałem - trudno mi było złapać oddech. - Myślałem, że nienawidzisz Francji, Jolu, 

a ty chcesz uśmiercić cesarzy Austrii, Rosji i Niemiec? Dlaczego właśnie ich? 

-   Francja   to   pretekst.   A   Austria,   Rosja   i   Niemcy   wyrządziły   największą   krzywdę 

narodowi korsykańskiemu. Pamiętaj, że urodziłam się w Ajaccio! 

Napoleoniska! Ostatnia żywa napoleoniska, w dodatku zwariowana anarchistka! 

- Vive l'ampereur! - krzyknąłem odruchowo. 

- Otóż to! - powiedziała  poważnie.  - A ponieważ  te same  mocarstwa  mają  różne 

grzeszki w stosunku do Polski, więc tu właśnie szukałam sojuszników. I dlatego też jesteśmy 

członkami tej samej organizacji! 

Aha, więc byłem członkiem jakiejś organizacji. 

- W jaki sposób mamy ze sobą współpracować? 

-   Nie   wiesz?   -   Jolanta   sięgnęła   do   torby,   wyjęła   misia   i   zsunęła   mu   śmieszne 

background image

majteczki.   Było   tam   śmieszne   zagłębienie.   Jola   wzięła   moją   rękę   i   wetknęła   wypukłą 

powierzchnię pradziadkowego sygnetu w otwór. 

- Teraz wystarczy przekręcić... 

Wyrwałem dłoń i odskoczyłem jak oparzony. 

-   Wiem,   że   jeszcze   nie   teraz!   -   skinęła   głową.   -   Żeby   cię   tylko   nie   skazali   na 

rozstrzelanie, kochany... 

- Tego mi trzeba! - ucieszyłem się. - Przy rozstrzelaniu nie ma siły, żebym się nie 

obudził! 

- Magnifico valoroso...! - znowu przyległa do mnie, a usłyszawszy zgrzyt odsuwanych 

drzwi, szybko zaczęła udawać, że robi mi sztuczne oddychanie. 

- W porządku sierżancie! - powiedziała do Bawarczyka. - Doprowadziłam kapitana do 

przytomności! 

- Sehr gut! - kiwnął Bawarczyk głową. - Krygsgerycht właśnie czeka. 

Czekał w pełnym składzie. Jego przewodniczący nie kto inny tylko nasz pułkownik - 

oznajmił,  że będę sądzony jako szpieg rosyjski,  siejący wśród wojsk jego carskiej mości 

defetyzm, mający doprowadzić do upadku niezwyciężoną twierdzę Przemyśl. 

- Jaką tam niezwyciężoną - sprzeciwiłem się. - Którego tak nawiasem mamy? 

- Dwudziestego marca. 

- Panowie!- zawołałem. - Możecie mnie rozstrzelać, powiesić albo nasadzić na pal, ale 

nie zmieni to faktu, że tak czy owak pojutrze twierdza przemyśl skapituluje! 

- Nigdy! - krzyknął któryś z lojalistów. - Tam jest sto tysięcy ludzi! 

- Sto dwadzieścia jeden - uzupełniłem - w tym dwa i pół tysiąca oficerów. Wszystko 

to pójdzie do rosyjskiej niewoli, przekazując zwycięzcom ponad dziewięćset dział, ogromne 

zapasy konserw, amonicji i umundurowania. 

- Rozstrzelać - zdecydował pułkownik. - Ta wypowiedź potwierdza nasze podejrzenia. 

Nie będzie pan tu obrażał wojak jego cesarskiej mości Franka Józefa, oby żył sto lat! - Hoch! 

- krzyknął lojalista. 

- Rok mój stary, rok! - pozbawiłem staruch złudzeń starucha złudzeń.- Ww tysiąc 

dziewięćset szesnastym Franciszek Józef wywinie orła! I to dwugłowego - dodałem, jak mi 

się wydawało dość dowcipnie. 

- Pozbawiam pana głosu! Czy pański obrońca ma coś do powiedzenia? 

- Wysoki sąsąsąsąsąsądzie... - wyjąkał obrońca z urzędu - ten człoczłoczłoczło... 

- Człowiek - powiedział pułkownik. 

- Dziędziędzię... 

background image

- Nie dziękuj pan! Mów pan dalej, ten człowiek co? Jest niewinny? 

- Nienienienie! On jest ... - tu nieszczęsny jąkała zdjął czapkę i popukał się w czoło. 

- Panie kolego - podskoczył pułkownik. - Nie upraszczajmy sprawy! Ten człowiek ma 

po prostu ma w dupie najjaśniejszego pana... 

- Hoch! - odezwał się lojalista. 

- ...razem z całą monarchią ... - ciągnął pułkownik. 

- Oraz z panem pułkownikiem - dodałem grzecznie. - Panowie - kontynuowałem, 

korzystając z ogólnego oburzenia - wasz los prawdą mówiąc całkowicie mi wisi, chociaż 

widzę tu sporo osób polskiego pochodzenia, które mogły by służyć pożyteczniejszym celom, 

pod wodzą chociażby tak kontrowersyjnej postaci jak brygadier Piłsudski... 

Jeden z oficerów obdarzony krzaczastymi brwiami, zaszokował się nagle i wycofał w 

kierunku drzwi, zasłaniając twarz chustką. 

- Dość tego! - przerwał pułkownik. - Sąd udaję się na naradę! Znaczy się, tak się to 

tylko mówi, sąd tutaj odbędzie naradę, a podsądnego proszę odprowadzić do karceru. 

Złapałem się za serce? - Żądam pomocy medycznej! 

-  Dobra! - zgodził się przewodniczący. - Już niedługo, ha, ha, nie będzie ona panu 

potrzebna! 

I oto znowu znalazłem się w zakratowanym przedziale, za mną weszła postać owinięta 

w czerń. 

- Jolanto... - objąłem ją. 

- Pax vobiscum - odrzekła postać, oddając mi uścisk. - Jestem ojciec Chudzielak, 

kapelan brygady. Przybywam, aby ci udzielić ostatniej pociechy. 

- Jeszcze nie zostałem skazany! 

- Ale będziesz synu, będziesz! - pocieszył mnie zacny kapłan. - Wyznaj mi przeto 

grzechy swoje, nie dopuściłeś się czynów lubieżnych? Nie miałeś sprośnych snów? 

- Dopuszczałem i miewałem. 

- No to opowiedz, opowiedz! - poprosił Chudzielak, siadając wygodnie i zrzucając 

przyciasne buty. 

W tej chwili weszła jednak Jolanta niosąc dużą strzykawkę. 

- O, padre Chudzielak! - ucieszyła się. 

- A panna Jola jak zwykle urocza! - rozpromienił się kapelan. - Wstąpi pani dzisiaj na 

winko? 

- Winko się razem pija... - zgrzytnąłem, odczuwając - co się rzadko zdarzało - nagły 

przypływ zazdrości. 

background image

-   A   ty   o   śmierci   myśl   synu,   memento   mori!   -   zwrócił   mi   uwagę   duszpasterz,   i 

kontynuował , zwracając się znów do Jolanty: 

-   Ja   zaraz   będę   wolny,   tylko   zadysponuję   na   śmierć   tego   tu   poczciwca...   Ego   te 

absolvo!   -   rzucił   od   niechcenia   w   moją   stronę,   aby   mnie   mieć   z   głowy.   Zawrzałem 

oburzeniem na takie skrótowe odwalania poważnych bądź co bądź czynności. 

- No, padre! - stanęła w mojej obronie. - Kapitan nie może zginąć! 

- Nie może? - zmartwił się kapelan. 

- Nie może, bo kapitan jest filarem naszej organizacji! Padre też - wyjaśniła. - Prawda, 

padre? - pytała, głaszcząc go bezczelnie po podbródku. 

- Prawda duszeczko, prawda, ale myślałem, że Jestem Jedynym filarem... - tu spojrzał 

na mnie koso. Zacząłem się domyślać, na czym polegała organizacja. 

Piękna Korsykanka podrywała chłopców i posłusznych jak cielęta skłaniała do udziału 

w swoich obłąkańczych akcjach. 

- Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! 

- Nie chcesz? - oparła się o mnie ramieniem. 

- Chcę - mruknąłem - ale bez tego Chudzielaka! 

- Chudzielak to marionetka... - szepnęła. - Tylko na tobie mogę naprawdę polegać... 

- Aufstehem! - ryknął bawarski żandarm, otwierając drzwi. - Sąd idzie! 

Jolanta złapała mnie za puls , a kapelan w zdenerwowaniu zaczął wykonywać ruchy 

błogosławiąco - pocieszające. 

Weszła trójka sędziów. 

- Wyrokiem sądu polowego numer - coś tam pomamrotał - łamane przez trzy, liczba 

dziennika - mamru - mamru. Na podstawie - mamru - mamru - Skazuję się pana na karę 

śmierci! - Proszę mi nie wiązać oczu! - powiedziałem patetycznie. - Dobrze - zgodził się 

pułkownik. 

- Ani nie zatykać uszu! - zażądałem. 

- Zwariował ze strachu - orzekł. - Wykonanie wyroku jutro o świcie. Ostatnie życzenie 

skazanego? 

- Prosiłbym pana pułkownika o jakąś ładną piosenkę... 

- Prośba skazańca jest dla nas święta! - zasalutował i wyszedł wraz z asystą. 

- Ty wariacie - powiedziała czule Jolanta. - Nie możesz zginąć! W nocy odczepiamy 

wagon, na szczęście ostatni, prawda, Chudzielaczku? 

- Terra est rotunda, kotek! - zgodził się Chudzielak. 

Na   korytarzu   zabrzmiały   liczne   kroki.   Trzeci   pluton   szedł   spełnić   moją   ostatnią 

background image

prośbę. Piosenka - o dziwo - była polska! 

Rozdzielił nas, mój bracie 

Zły los, i trzyma straż - 

W dwóch wrogich sobie szańcach 

Stoimy twarzą w twarz. 

Las płacze, ziemia płacze 

Świat cały w ogniu drży. 

W dwóch wrogich sobie szańcach 

Stoimy ja i ty... 

- To Polacy w służbie austryjackiej - wyjaśniłem Joli. - Jest ich pełno we wszystkich 

zaborczych armiach. 

- Nie mogli by się zjednoczyć? 

- Ba! - prychnął enigmatycznie ojciec Chudzielak, a Trzeci pluton śpiewał: 

Refren: 

Rozdziobią nas kruki i wrony 

Na obcych pobojowiskach, 

Strach, ślepy gość nieproszony 

Siądzie przy naszych ogniskach. 

Pójdziemy głodni i chłodni 

Bez domu i dachu wszędzie, 

A wschodni wiatr, i zachodni, 

Każdy nam w oczy wiać będzie... 

Podczas tego refrenu stałem już w sinym blasku poranka na stacji Żurawca, plecami 

do torów kolejowych. 

O   kilkadziesiąt   metrów   widniał   ostatni   wagon   naszego   pociągu,   reszta   składu 

rozpływała się we mgle. 

Przede   mną   rozwijał   się   Pluton   Egzekucyjny,   złożony   z   Bawarczyków.   Ojciec 

Chudzielak usiłował mi udzielić mi ostatniej pociechy. 

- Po co mi pociecha - zżymałem się - kiedy się wcale nie martwię! 

Jolanta podeszła z manierką: - Wypij łyk... Głos miała zdławiony, łzy w oczach: - 

Wszystko przepadło! 

Z bardzo daleka nadchodził oficer. Jolanta nagle krzyknęła: 

- Daj pierścień! 

Wyciągnąłem rękę, Jolanta chwyciła pierścień, szarpnęła- nie schodził... 

background image

- Nie zdejmowałem go przez pięć lat! 

- Chudzielak pomóż! - szarpaliśmy się we trójkę ze złośliwym jaszczurem. 

- Ojcze kapelanie, siostro! -  zawołał oficer z daleka. - Proszę odejść od skazańca, 

przystępujemy do egzekucji! 

-   Już,   już!   -   Jola   wpadła   nagle   na   pomysł,   wyciągnęła   z   chlebaka   Franusia.   - 

Odbezpieczaj! 

- Oszalałaś, zbiorowe samobójstwo? 

- Między włączeniem zapalnika, a eksplozją upływa dwadzieścia sekund! Chudzielak, 

zdążysz dolecieć do pociągu i wsadzić między wagony? 

- Zdążę duszyczko, dla ciebie zdążę! 

- Odbezpieczaj! - powtórzyła Jola obnażając misia. 

Wetknąłem   w   otwór   pierścień   i   przekręciłem.   Jolanta   wpiła   się   nagle   w   usta 

kapelanowi, potem popchnęła w stronę pociągu. - Chudzielak, tempo! 

- Czemuś go pocałowała? - spytałem zazdrośnie. 

- Bo on już nie wróci... - Jola otarła łzę. 

- Co się tam dzieje? - krzyknął oficer. - Pluton cel! 

Płot karabinów pochylił się w moją stronę. Oficer podniósł szablę. 

-   Babach!!!   -   Huknęło   w   stronę   pociągu.   W   powietrze   poleciały   kawałki   łączy 

wagonowych i strzępy sutanny. 

Ostatni   wagon   oderwał   się   od   składu   i   dymiąc   pomknął   z   szybkością   rakiety   w 

naszym kierunku. 

- Skacz! - krzyknęła Jolanta. 

- Razem z tobą! - odkrzyknąłem, i pognaliśmy równolegle do torów. 

To był straszny skok! Stanąłem na stopniu i wciągnąłem Jolę. 

- Pal! - darł się oficer. 

Kule Bawarczyków dziurawiły nasz pojazd. Nabieraliśmy tempa. 

- Byliśmy na górce rozrządowej - cieszyłem się - teraz mamy z górki! 

Mieliśmy dobrze z górki! Wagon staczał się coraz szybciej, podskoczył na zwrotnicy, 

wziął zakręt i zmieniwszy kierunek pędził w stronę Przemyśla. 

- Was ist den los? - zapomnieliśmy o dwóch bawarskich strażnikach, którzy spali 

sobie smacznie, a teraz powystawiali łby z siana. 

-   Nichs,   schlafen   sie   ruhig   weiter!   -   odrzekłem   swoją   nienaganną   niemczyzną,   i 

stanąłem na ławce, aby przez dziurę w dachu zorientować się w sytuacji. Znowu zwrotnica! 

Grzmotnąłem   głową   i   wpadłem   wprost   w   objęcia   mojej   żony   Ady,   śpiącej   smacznie   w 

background image

sleepingu ekspresu “Transpol”. 

- Ach, Adam... - jęknęła. - Nie mógłbyś delikatniej? Ty lubieżniku malutki... - dodała 

z   budzącą   się   czułością,   a  następnie   ochoczo   wskoczyła   na   mnie,   co   spowodowało   nasz 

wspólny upadek z górnego łóżka na podłogę. 

- Ach, Ada - westchnąłem. - Nie czas na to... 

- Nie jestem Ada! - oburzyła się Jolanta. - I proszę w tej chwili odzyskać przytomność, 

bo zaraz będzie gorąco! 

I rzeczywiście było, gdyż wagon nabierał tempa i rzucało nim coraz mocniej. Jolanta 

co moment wpadała mi w objęcia. 

-   Nie   używasz   biustonosza?   -   zdziwiłem   się.   -   Myślałem,   że   wyście   wszystkie 

chodziły w gorsetach. 

- Gorset to symbol ucisku - powiedziała z pasją, cała czerwona, usiłując wysiłkiem 

woli   i   obiema   rękami   powstrzymać   sprężające   wspaniale   piersi.   -   Nie   słyszałeś   nigdy   o 

ruchach wyzwoleńczych? 

- Słyszałem, ale nie przypuszczałem, że to takie ruchy... 

Wagon rozpędu rozbił jakieś stojące na torze kozły, potem przerwał pasmo drutów 

kolczastych,  które jęknęły jak pękające struny gitary.  W szalonym  pędzie mijaliśmy linię 

okopów.   Mignęły   nam   w   oczach   twarze   żołnierzy,   zwracających   w   naszą   stronę   lufy 

kulomiotów. Potem był jakiś mostek, i pole zasłane trupami, a następnie inne okopy, i inni w 

nich żołnierze, rozpryskujących się na wszystkie strony przed oszalałym wagonem. Nagle 

wylot   bocznej   drogi,   wieśniak   ściągający   lejcami   konie,   poprzeczna   do   naszej   linia 

kolejowa... Kolejarz z chorągwią dał nam pierwszeństwo, zatrzymując na tamtym torze długi 

pociąg  towarowy, załadowany Fiatami 126p. Ach nie, to chyba była halucynacja, bo oto z 

jakiejś kotlinki wywinęła się kupa jeźdźców w kudłatych papachach. Z gwizdem i wyciem 

zrywali   z   ramion   strzelby-berdanki.   Ich   oficer   na  szarym   dzikim   koniu   o  przekrwionych 

oczach gnał tuż koło wagonu, przymierzając się do nas z nagana. 

-   Szybko-zawołał   -   Biała   flaga,   bo   oni   nas   wytłuką!   Zakrzątnęliśmy   się,   ale   w 

zakurzonym wagonie trudno było o coś białego. 

- Odwróć się! - jęknęła Jola, i zanim to uczyniłem ściągnęła mundur, a następnie 

koszulę. Dżygit spojrzał i zleciał z kulbaki. 

Włóż mundur świntuchu! - rozzłościłem się na Jolę i przywiązawszy koszulę do lufy 

karabinu, pomachałem pojednawczo przez okno. 

Oficer widocznie nie całkiem zleciał, tylko sobie dżygitował pod końskim brzuchem, 

bo oto był znowu w siodle, tuż-tuż! Nagle chwycił szablę w zęby, stanął na strzemionach i 

background image

wspaniałym skokiem przeniósł się z konia na stopień wagonu. Drzwi pękły z trzaskiem i 

modelowy   setnik   Dzikiej   Dywizji   wkroczył   do   wagonu   czarny   i   kosmaty,  najeżony 

kindżałami, zatkany nabojami, z pistoletem w dłoniach. 

Bawarczycy pochylili karabiny. 

- Hande hoch! - krzyknęła Jolanta, wyszarpując rewolwer zza spódnicy. 

- Madame - rzekł Kozak przez zęby, potem warknął w moją stronę: - A ty chto? - 

patrząc na mój mundur podejrzliwie. 

- Docent doktor habilitowany... - zacząłem się przedstawiać, ale uprzedziła mnie Jola: 

-   Pan   kapitan   jest   Polakiem   i   skazanym   na   śmierć   bohaterem   walki   przeciwko 

uciskowi narodów słowiańskich przez monarchię austro - węgierską. 

-   Nu   i   bardzo   dobrze!   -   klepnął   mnie   po   ramieniu.   -   Wszyscyśmy   Słowianie!   Z 

wyjątkiem mnie... - dorzucił smutno, macając swój długi kaukaski nos. 

- Ale nie traćmy my czasu - zreflektował się - bo wagon jedzie jak jaki durny,  i 

jeszcze gotów w coś przyrżnąć! 

Jeszcze nie skończył, gdy wpadliśmy na zaporę z pni, aż rzuciło nas na podłogę, gdzie 

utworzyliśmy bez ładne kłębowisko. 

Miałem przed oczyma niesłychanie długie i niezwykłe kształtne nogi siostry Jolanty, 

leżące jak dwa poziome promienie słońca między mną a setnikiem, któremu oczy na ten 

widok   z   głowy,   a   kędzierzawe   wąsy   uniosły   się   ku   górze,   ukazując   godne   wilkołaka 

uzębienie. 

Przez szczerość - a raczej smukłość - tych dziewczęcych nóg, mrugnęliśmy ku sobie w 

porozumiewawczym, męskim zachwycie. 

- Ach, Mensch! - roztkliwili się nawet Bawarczycy, tkwiący pod ścianą z rękami do 

góry. 

- Ech, fintifluszka! - przewrócił białkami Czeczeniec. 

-   No,   dość   tego!   -   przykryłem   wdzięki   Joli   zadartą   pod   czas   awarii   spódnicą.   - 

Ciekawe gdzie też ma jesteśmy? 

- U swoich! - uspokoił mnie Kozak. - Można powiedzieć, że w domu! 

Ktoś z zewnątrz otworzył drzwi. Byliśmy na wysuniętej pozycji dowódczej, w sztabie 

jakiejś brygady lub dywizji. Na sąsiednim torze stał rosyjski  pociąg sanitarny,  a pulchne 

siostrzyczki wyglądały przez okna, na przemian z obandażowanymi pacjentami. 

- Ach - zawołała starsza, mocno wymalowana dama - Kniaź Tatamawrydze powrócił! 

I kogoż nam pan przywiózł? 

- Sławnych gości! - odrzekł kłaniając się setnik - Przyjaciół kochanych, którzy od 

background image

Austryjaka do nas uciekli, wagon mu ukradli powiększając tabor Jego Carskiej Mości, i w 

dodatku   zabić   mnie   nie   pozwolili   tym   Germańcom   -   wskazał   na   bladych   ze   strachu 

Bawarczyków - Za co na tę oto szablę ślubuję im wdzięczność i braterstwo! 

Następnie przedstawił nam podstarzałą kokietkę: 

- Oto madame Jewdokia, żona naszego generała, która ochotniczo pielęgnuje naszych 

żołnierzyków! 

Ucałowałem dłoń pani Jewdokii. 

-   Sercem   radzi!   -   zawołała.   -   Czujcie   się   jak   u   siebie   w   domu   i   opowiadajcie, 

opowiadajcie kochani jak tam na zachodzie? Tiurniury jeszcze w modzie? 

- To może potem - rzekł, podchodząc wysoki pułkownik capią bródką w towarzystwie 

kilku żołnierzy. 

- A na razie z najwyższego rozkazu mam zrewidować ten wagon, a także - tu spojrzał 

cynicznie na Jolę - a także jego załogę. 

- Mai! - krzyknęła Jolanta. - Nigdy! 

- Nikagda! - przetłumaczyłem. 

- Uszanuj, pułkowniku, jej wstyd dziewczyny! - wtrąciła się pani Jewdokia. 

- Wstyd! - warknęła do mnie Jola. - W torbie mam bomby! 

- Pułkowniku - Czerkies położył dłoń na rękojeści kindżału - Ja taj pani ślubowałem 

wierność i ochronę! 

- Ty ochronę, a ja Ochranę! - zaśmiał się Capia Bródka, odginając klapę szynela, pod 

którą widniała duża, emaliowana odznaka. Kniaź zbladł i zrobił krok do tyłu. 

- No, chyba że tak... - rozłożyła ręce pani Jewdokia. Pułkownik wyciągnął rękę w 

kierunku Jolanty. 

- Hasło, rzuć hasło! - nagliła mnie, rejterując w kierunku drzwi. 

Zastanawiałem się przez mgnienie oka, nagle coś błysnęło mi w mózgu: 

- Do mnie dzieci wdowy! - rozdarłem się z całej mocy ni w pięć ni w dziewięć. 

Dwaj żołnierze idący za pułkownikiem zatrzymali się i pochylili bagnety. Jakiś ranny 

kuśtykał w naszym kierunku machając groźnie kulą, a maszynista pociągu sanitarnego zlazł z 

lokomotywy. 

Capia Bródka zawahał się: - Nu dobrze, mruknął - zobaczymy co powie generał! 

- Powie - odzyskała kontenans generałowa - to, co ja mu powiem! A ja mu powiem, że 

mieli rację! Sami oni tu do nas przyjechali, bez przymusu, a ten od razu do nich z rewizją, 

nachał jakiś! - Co rzekłszy pobiegła naprzeciw nadchodzącemu mężowi. 

- Z generałem bądźcie ostrożni! - ostrzegał na setnik. - Sroga to sztuka, i bezlitosna! 

background image

W Port Arturze osobiście nałożył po mordzie Japończykowi, któren go nie chciał go wziąć do 

niewoli! 

Sprężyliśmy się na baczność. 

Generał nadchodził, fukając gniewnie, a przy nim szła - tłumacząc mu coś - pani 

Jewdokia: 

- Dobrze, dobrze! - odpędzał się od niej. - Może uczciwi, ale może i nieuczciwi. Jakby 

nie było, z tamtej strony przybywają więc bez rewizji się nie obędzie! 

- To samo mówiłem - ucieszył się Capia Bródka. - Kto wie co oni mają przy sobie? 

Anarchistów   teraz   wszędzie   jak   psów!   A   wszak   jutro   ma   tu   być   na   inspekcji   sam 

najjaśniejszy... - Tu przypomniawszy sobie służbową tajemnicę, udał atak kaszlu. 

Oczy   Joli   rozszerzyły   się   jak   dwie   bomby,   a   wargi   rozchyliły   się   w   drapieżnym 

uśmiechu. Znowu była w transie. I znowu szukała sojuszników do przeprowadzenia zamachu. 

Zgodnie   z   moimi   przewidywaniami   kolejnym   żywym   zapalnikiem   miał   zostać   zacny, 

porywczy i dzielny kniaź Tatamawrydze. 

- Comte... - szarpnęła udając omdlenie i opierając się na nim całym ciężarem. - Nie 

pozwól mnie zbezcześcić... 

- I nie pozwolę! - wyszczerzył kły kaukazczyk, zasłaniając ja własnym ciałem. 

- No dobrze - zgodził się generał - Kniaź jak zawsze kochliwy i zapalczywy.  Nie 

rewidować panny, bo jej niewinność z oczu patrzy ...Mam córkę w twoim wieku - rozrzewnił 

się. 

-   Padre   mio...   -   pozbawiona   skrupułów   Korsykanka   cynicznie   ale   z   wdziękiem 

cmoknęła go naglę w rękę. 

- Nie trzeba, nie trzeba! - bronił się z rozczuleniem głaszcząc ją po głowie - Ale pan, 

kapitanie, będzie musiał opróżnić kieszenie. 

Zrobiłem   to   z   ochotą.   Ostatecznie   miałem   tam   tylko   trochę   papierosów,   zapałki, 

ołówek, jakiś papier... A no właśnie! Capia Bródka rzucił się na ten papier żarłocznością 

wilka. Jezus Maria, to był dokument rąbnięty niechcąco z mojej wystawy... Błysnęła lakowa 

pieczęć, zaczerniały podpisy. 

- Ano tak - powiedział pułkownik ze śmiertelnie poważną twarzą - Zechce pan to 

zobaczyć, generale? 

Generał spojrzał i stanął na baczność. Pani Jewdokia zaglądnęła mu przez ramię i 

złapała się za głowę: 

- Ot i historia jaka! - pisnęła. 

- Skąd pan to ma? - spytał generał, groźnie już teraz, i podejrzliwie. 

background image

- Ano widzi pan generał - tłumaczyłem, - Bo to była taka wystawa, i właśnie to tam 

wisiało... 

- Kiedy wisiało? - wtrącił się Capia Bródka. 

- Jeszcze wczoraj wisiało... 

- A to bardzo ciekawe - rozsierdził się generał, że przedwczoraj wisiało, jeżeli to jest 

datowane dopiero na jutro!!! 

- Falsyfikat! - zawołał pułkownik. 

- Oryginał! - uparłem się. 

- Jak pan udowodni? 

- proszę bardzo! Autor podpisu potwierdzi jego autentyczność! 

- Autor podpisu! - pułkownik się posiadał  się z oburzenia.  - Ty myślisz,  że jego 

Autorska Mość Najjaśniejszy Pan..., co ja gadam? 

Jolanta przystąpiła do działania. 

- Generale - powiedziała - Wobec pańskiej przenikliwości nie mama żadnych szans. 

Demaskujemy się i prosimy o absolutną dyskrecję! 

Patrzyłam   na   nią   ze   zdumieniem.   Mrugnęła   do   mnie,   a   tymczasem   pułkownik 

usłyszawszy że ma być dyskrecja, przegonił wszystkich z zasięgu słyszalności. 

- Słucham? - rzekł zdziwiony generał. 

- Słucham? - powtórzył pułkownik wyjmując notes. 

- Jesteście szpiegami! - blefowała Jolanta. - Mamy do spełnienia poufną misję. 

- No? - uszy pułkownika wyraźnie się powiększyły. 

- Mamy niezwykle ważną wiadomość dla Najjaśniejszego Pana! - i Jola niechcący 

położyła dłoń na chlebaku. - Proszę nam ją przekazać - pułkownik zaczął znowu nabierać dla 

nas szacunku. 

- Wykluczone! - włączyłem się do gry - Jesteśmy zaprzysiężeni. W razie trudności 

zabierzemy tajemnicę do grobu. 

I obydwoje podnieśliśmy palce w górę. 

Wojskowi zostali wytrąceni z równowagi. 

- Jaką mamy gwarancję, że jesteście tymi, za których się podajecie? 

Wpadłem ma wspaniały pomysł: - Możemy udowodnić! Co rzekłszy napisałem kilka 

cyfr na kawałku papieru. 

- Co to jest? - zainteresował się generał. 

- Dokładna data i godzina kapitulacji Przemyśla. 

Generał puknął się w głowę: - Data i godzina! Przecież to wypada dziś - spojrzałem na 

background image

zegarek - za dziesięć minut. 

- No właśnie. 

- Zaczekamy - podjął decyzję generał - Jeśli się sprawdzi, to staniecie przed obliczem 

Najjaśniejszego. 

- A jeśli nie - uzupełnił pułkownik - to wtedy...- i pociągnął dłonią po gardle. 

Generał zasalutował i obydwaj odeszli, a po chwili zaciągnięto wokół na warty. 

- Nie przesadziłeś, eroe mio? - martwiła się Jola - Co zrobimy jeśli się nie poddadzą? 

- Poddadzą się, poddadzą, chyba że panowie historycy nabujali coś w podręcznikach. 

Podszedł do nas setnik Tatamawrydze: - Nie bójcie się - rzekł półgłosem - Jakby 

nawet nie wyszło, ja nie dam was skrzywdzić. Moi ludzie czuwają! 

I rzeczywiście, z tyłu, za plecami wartowników kręcili się Czerkiesi, dla niepoznaki, a 

to poprawiając coś przy siodłach, to karmiąc z ręki swoje dzikie, kosmate konie. 

- Jesteś wielki! - ucieszyła się Jolanta. 

- Metr czterdzieści sześć bez butów! - potwierdził. - Tyle co Napoleon... - szepnęła - 

To o czymś świadczy... Kobiety chyba szaleją za tobą? 

- Może i szaleją - szczerze orzekł Kozak - aczkolwiek nigdy nie zauważałem. Ciągle 

człowiek w siodle i w siodle. 

- Jesteś piękny i romantyczny - oświadczyła. - Ti amo! 

- Znaczy się co? 

- Ona mówi, że cię kocha - wyjaśniłem - W związku z tym pewnie niedługo zostanie z 

ciebie mokra plama. 

- Jolanta - zachrypiał Tatamawrydze. - Ja dla ciebie gotów... gotów... 

- Dziesięć minut minęło! - rozległ się głos pułkownika - a nawet dwanaście! Nu i co? 

Wartownicy   zaczęli   okrążać   nas   ciasnym   pierścieniem.   Kozacy   za   ich   plecami 

powskakiwali z małpią zręcznością na siodła. Pułkownik wyjął nagan, stojący za nim setnik 

zamachnął się kindżałem... Jeszcze chwila, a głowa asa ochrany potoczyła by się na tory, gdy 

nagle Jola zawołała: 

- Guarda! Guarda! Cosa a accaduta???? 

- Jaka koza? - zdziwił się pułkownik patrząc we wskazanym przez nią kierunku. 

Odwróciliśmy się na komendę: z mroku  wynurzały się przy wtórze bębnów gęste 

szeregi   austryjackiej   piechoty.   Obrońcy   CK   monarchii   szli,   trzymając   ręce   splecione   na 

karkach. Tylko oficerowie sztywni  i przy białej  broni trzymali  fason. Twierdza Przemyśl 

kapitulowała! 

Idący na czele zasalutowali pułkownikowi, a ten wysunął przed siebie jedną nogę, 

background image

wydął wargi i przybrał pozę zwycięzcy. Nie da długo jednak, bo zaraz zniknął odepchnięty 

przez równie łasego sławy generała. 

- Paszoł won - odprawił go generał. - Nie twojo dieło! 

I dopiąwszy guziki wciągniętego w pośpiechu płaszcza odsalutował kapitulującym. 

Staliśmy z Jolantą na uboczu, patrząc jak rośnie stos broni, rzucanej przez Austriaków. 

- Tyle karabinów - szepnęła. - Przydałyby się w walce z tyranią! 

We mgle jacyś ludzie ładowali broń na ciężarówkę. 

- Gotowe, panie docencie - powiedział jeden z nich podchodząc. - Zasuwamy z tym do 

muzeum! 

Jezus Maria! To był  przecież  mój  student, kudłaty hippis z trzeciego  roku! Kilku 

innych pomachało mi z burty samochodu, który warknąl zadymił i rozpłynął się w mroku. 

- Kto to był? - spytała Jola. - Twoi ludzie? 

- W pewnym sensie moi... - odrzekłem niepewnie. 

- Wspaniale to urządziłeś, straordinario, caro mio... 

Odsunięty od zaszczytów pułkownik zjawił się teraz koło nas. 

- Nu, dobrze - powiedział. - Wygraliście, dwie minuty spóźnienia nie problem. Mam 

rozkaz odesłać was przed oblicze Najjaśniejszego Cara Wszechrosji! 

Podjechała ręczna drezyna kolejowa z napędem na dwóch Kozaków. Inni otaczali ją 

prowadząc konie za cugle. 

- Tatamawrydze! - zwrócił się Capia Bródka do setnika - jesteście dowódcą eskorty. 

Odpowiadacie gardłem za tych dwoje. 

- Toczno, sroczno! - odrzekł mrugając na nas Kozak. 

Podszedł generał w doskonałym humorze: 

- Dziękuję ci, kochany! - zwrócił się do mnie. - Dzięki tobie znałem termin poddania 

się Przemyśla wcześniej niż generał Seliwanow i mogłem przyjąć kapitulację na swoje konto! 

Trzeba to opić! Wania! 

Podbiegł ordynans, niosąc dużą rosyjską lalkę. Po odkręceniu jej głowy ukazała się 

szyjka sporego gąsiorka. Wania chlusnął okowitą do głowy lalki, a generał z ukłonem podał 

tę czarkę Jolancie. 

Ku memu zdumieniu wydoiła jednym tchem tę - bądź co bądź - ćwiartkę samogonu. 

Jej południowe oczy nabrały w rezultacie jeszcze wspanialszego blasku, język zesztywniał, a 

krew zabarwiły policzki: 

- Prima vino! Więcej! Piu?! Piu?! 

- Przestań piukać - odebrałem jej kielich - więcej nie dostaniesz, to nie żadne wino, 

background image

tylko bimber! 

- Bimber  is my hobby...  - Strzeliła  tym  razem po angielsku, będąc najwidoczniej 

kształconą w językach obcych. 

Wypiliśmy po kolei strzemiennego. 

- Zatańczylibyście, dżygici! - rozochocił się generał. 

Nie trzeba im było tego dwa razy powtarzać. Zaraz odezwała się harmonia, a kniaź 

Tatamawrydze zainaugurował tańce, usiłując wykonać  “Suitę Kaukaską”  Ippolita-Iwanowa, 

co mu jednak nie za bardzo wychodziło. 

-   Bo   muzyka   wredna...   -   tłumaczył   się   Kozak.   -   Ech,   żeby   tak   wreszcie   ktoś 

skomponował jakąś godziwą, kaukaską melodię! 

- Skomponuje, skomponuje! - pocieszyłem. - I to jeszcze jaką! Chaczaturian się będzie 

nazywał, a jego utwór - “Taniec z szablami”! 

- Chaczaturianów znam - wzruszył się Tatamawrydze. - Oni z sąsiedniego ułusu, i 

synka mają, Aramka mu na imię, ale on malutki, może ze dwanaście lat mu zeszło... Inna 

rzecz, że ucho u niego - ech! - jakie muzyczne! I on skomponuje, powiadasz? Ach, żeby 

dożyć, żeby choć raz usłyszeć! 

Wyjąłem akordeon z rąk pułkownikowego muzyka. 

-   Na   twoje   szczęście,   mój   stary,   grywałem   to   kiedyś   w   zetempowskim   zespole 

łączności miasta ze wsią! 

Tu nacisnąłem klawisze. “Taniec z szablami” w moim wykonaniu nie realizował być 

może w pełni założeń kompozytora, ale swoją werwą poderwał wszystkich na nogi. 

Czerkiesi   pospadali   wprost   z   kulbak   już   przy   pierwszych   jego   dźwiękach. 

Południowo-wschodnia krew wprawiła w ruch ich wykrzywione od konnej jazdy odnóża. 

Początkowo nieśmiało, co chwila jakby przepraszająco salutując, jęli drobić stopami, 

potem - rzadko na razie puszczać się w prysiudy,  aż wreszcie poniósł ich bez reszty ów 

szalony taniec. 

Oddałem akordeon w ręce harmonisty,  który podchwycił melodię i poprowadził ją 

dalej w dzikiej, wschodniej interpretacji. 

Rozejrzałem się za Jolantą, chcąc zaprosić ją do tańca, ale uprzedził mnie tym kniaź 

Tatamawrydze. 

Zupełnie już widać pogrążony, krążył wokół niej jak kogut, puszył się, furkotał burką, 

machał  szablą i dokonywał  cudów  choreografii,  a ta cholera wiła się przy nim w tańcu, 

śliczna   i   nieźle   ubzdryngolona,   dotrzymując   mu   kroku   tak,   jakby   od   dzieciństwa 

specjalizowała się w tańcach kaukaskich. 

background image

I znowu ogarnęła mnie zazdrość. Rozepchnąłem stojących na drodze, ale wtedy stanął 

przede mną generał: 

- Pij, bracie - ona już wybrała Czerkiesa, nic na to nie poradzisz. 

Wypiłem, świat zakręcił mi się przed oczami i straciłem przytomność... 

Łeb bolał mnie straszliwie. Zastukałem ręką w górne łóżko sleepingu. 

- Czego? - odezwała się moja żona Ada. 

- Nie masz proszków od bólu głowy? 

- Przecież to ty miałeś mi przynieść proszki... 

Oprzytomniałem!   Nareszcie   skończyły   się   te   obłąkane   przygody,   byłem   znów   w 

pociągu “Transpol”, w swojej własnej epoce. 

Wylazłem na górę i przytuliłem się do żony: 

- Nie pozwól mi już tam wracać - prosiłem całując ją w rękę. - Trzymaj mnie, trzymaj 

mnie mocno! 

-   Ja   też   i   trzymam!   -   odpowiedział   setnik,   mocując   się   zew   mną   na   krawędzi 

rozpędzonej drezyny. - Jak bym nie trzymał, to już byś był pod kołami! 

Przestałem   obcałowywać   jago   kosmate   łapsko   i   odtrąciłem   je   z   odrazą.   Drezyna 

trzęsła jak diabli, Kozacy przy dźwigni pompowali ile wlezie, mrucząc do taktu jakąś swoją 

melodię. Jolanta w bogatym kaukaskim stroju patrzyła na mnie z pogardą: 

- Ubrico! - powiedziała - Testa debola! 

- Dobrze - rozzłościłem się. A ty ubrałaś się jak pajac! Una pajazza idiotica! 

Ta wypowiedz wprowadziła ich w doskonały humor, zaczęli się po prostu tarzać ze 

śmiechu. 

- Oj, bo ja trzasnę! - jęczał setnik - ty bracie popatrz najsampierw na siebie! 

Popatrzyłem.  Na piersiach miałem złote ładownice, na nogach miękkie  buty,  a na 

głowie kosmatą papachę. 

- Nie życzę sobie ... - zacząłem z wściekłością 

-   Sza!   -   uspokoił   mnie   setnik   -   Takie   były   rozkazy!   Nie   mogliście   zostać   w 

austryjackich mundurach. Wróg nie śpi! 

- Dokąd jedziemy? 

- Do nikąd   - Tatamawrydze  obniżył   głos  do  szeptu  - kazali  mi  powozić  was   dla 

zmylenia. 

-   Nie   ufają   nam?   -   oburzyła   się   Jola,   tak,   jakby  to   właśnie   ją   należało   obdarzyć 

największym zaufaniem. 

- Nie ufają, niestety - kozak założył ręce - A na stację ma przybyć na inspekcję sam 

background image

Najjaśniejszy   Pan.   Idzie   więc   o   to,   żebyście   przed   audiencją   nie   mogli   uprzedzić 

nieprzyjacielskiego wywiadu! 

Kozacy zahamowali drezynę, z mroku dobiegło człapanie koni i wynurzyła się reszta 

eskorty. Już wkrótce przy torach zapłonęło ognisko, pojazd zdjęto z szyn i ustawiono obok. 

- Esauł! - zarządził Tatamawrydze - Weźmiesz dwóch ludzi i spenetrujesz okolicę! 

Trzej jeźdźcy zatętnili i znikli. Kniaź rozścielił burkę i z ukłonem wskazał ją Jolancie. 

-   Przygotuję   wieczerzę!   -   rzekł,   i   odszedłszy   w   stronę   drezyny   zaczął   grzebać   w 

jukach. 

- Boję się - powiedziała Jola - że przegapimy cara, tak jak przegapiliśmy Franciszka 

Józefa. 

- Jolu - usiłowałem jej wytłumaczyć. - Daj sobie spokój. Terror indywidualny jest 

przeżytkiem. 

- Śmierć tyranom! 

- I bardzo słusznie, ale zorganizowana, nie na wariackich papierach. Poczekaj jeszcze 

trochę,  w tysiąc  dziewięćset  siedemnastym  Lenin  wrócił  z emigracji  i da  carowi takiego 

dubla, że przy okazji my też odzyskamy wolność. 

- Non capito - odparła. - Chcesz mi pomagać, czy nie? 

- Chcę, ale nie ma sensu... 

- Bene, znajdę takiego, dla którego to ma sens! 

Tym  “kimś”  był  oczywiście Tatamawrydze,  zakochany po same szpiczaste uszy,  i 

ugniatający właśnie coś pod leżącą na kamieniu kulbaką. 

- Tatar! - wyjaśnił - Uch, my Czeczeńcy nie lubimy Tatarów! 

Tu sięgnął po rewolwer, ale to tylko patrol wyjechał w krąg światła. 

- Kniaziu - meldował setnik - O sto metrów jest most, a za nim stacja! 

- To bardzo dobrze! - ucieszył się setnik - znaczy wróciliśmy gdzie trzeba! Poczekamy 

jeszcze i o pierwszym brzasku, zgodnie z rozkazem będziemy na stacji. 

Zawinąłem się w burkę i ległem na trawie. Pijaństwo u generała nie chciało tak łatwo 

wywietrzeć. Zamknąłem oczy. Moja żona Ada opuściła z górnego łóżka bardzo zgrabną nogę 

i trąciła mnie w nos: 

- Śpisz? 

- Jakoś nie mogę. 

- To dobrze... - i Ada cofnęła nogę, ale za to przewiesiła się górną połową ciała przez 

krawędź łóżka i wpiła się ustami w moje usta... 

-   Kochana...   -   wymamrotałem.   -   A   pudziesz   ty?   -   odpędziłem   kozackiego   konia, 

background image

liżącego mnie po twarzy. 

Kozacy spali pokotem wokół dogasającego ogniska. 

Świtało. Miejsca Jolanty i Kniazia Tatamawrydze były puste... Skoczyłem na nogi. 

Kaukaski strój spowodował widocznie intensyfikację mego temperamentu, bo wprost czułem 

jak   mnie   rozpiera   zazdrość   i   chęć   mordu.   Przesunąłem   papachę   na   bakier,   chwyciłem 

pistolety  w   dłonie.   Ostry wzrok  dziecięca  natury  naprowadził  mnie  od  razy  na  ich  trop, 

znaczący się w porannej rosie. Szybkim elastycznym krokiem ścigającego ofiarę drapieżnika 

pobiegłem   w   kierunku   mostu.   Byli   tam!   Szamotali   się   w   nadbrzeżnych   krzakach   pod 

pierwszym filerem, tuż nad  wodą. Jęczeli przy tym i bezwstydnie wzdychali. Docierały do 

mnie pojedyncze słowa: - Jeszcze? - pytał Kozak. - Tak dobrze? 

- Bardzo dobrze... 

- A może głębiej? 

Nie, żaden południowiec nie mógłby tego wytrzymać. Wrzasnąłem stając na wysokim 

brzegu, gotów spaść na nich z góry jak mściwy górski orzeł. 

- Dobrze, że jesteś! - ucieszyła się Jolanta. - Gdzie ty się, właściwie, włóczysz? 

Zdębiałem. 

- Co tam robicie? - zawołałem. 

- Dołek! - odkrzyknęła Jola. - I nie drzyj się tak, bo jeszcze kto usłyszy! Idę do ciebie! 

Wspięła się po zboczu i pocałowała mnie w usta. 

- Dzień dobry! - powiedziała radośnie. - Tym razem chyba się uda! 

- Co się uda? 

Jola otwarła swój chlebak, wyjęła drugiego z kolei niedźwiadka: 

- Dziś jest jego wielki dzień! 

Zorientowała mnie w sytuacji: 

- Jeśli ta stacja, to nasza stacja, to ten most - to nasz most, i po tym moście powinien o 

świcie nadjechać pociąg wiozący Mikołaja. No więc kniaź Tatamawrydze czeka właśnie przy 

wykopanym dołku, a kiedy pociąg nadjedzie... 

- Już jedzie! - zawołałem. 

-   Pierścień!   -   Jola   chwyciła   moją   rękę   i   wraziła   pierścień   w   otwór   zapalnika. 

Zgrzytnęło. 

- Tatamawrydze!  - krzyknęła. - Kocham cię! W tej chwili naprawdę cię kocham! 

Trzymaj! 

I rzuciła mu straszliwego niedźwiadka. 

- Jolanta! - zawrzasnął Tatamawrydze. - Dla ciebie! 

background image

- Chodu! - powiedziała trzeźwo Jola, i daliśmy takiego dyla, że aż się za nami kurzyło. 

Huknęło, świat na chwilę stanął w ogniu. Padliśmy na ziemię, Jolanta oplotła mnie 

ramionami: 

- Ciebie też kocham! - jęczała. - Ach, jak pięknie! Patrz, Tyran  idzie  właśnie do 

piekła! 

Wokół nas spadały bryły ziemi, kawałki żelastwa, potem świsnęło, brzęknęło, i w 

trawę zaryła się krzywa, kaukaska szabla... 

-   Tatamawrydze...   -   zapłakała   Jolanta.   -   Poczciwy,   dzielny   Tatamawrydze...   -   I 

przycisnęła szablę do ust. 

Tymczasem od strony mostu rozległy się wrzaski. 

- Gonią nas! - zawołałem. - Wiejmy do Kozaków! 

Ale sotnia wskakiwała właśnie na konie i rejterowała przed nadchodzącym pościgiem. 

- Nie uciekniemy! - odwróciłem się twarzą do mostu, odbezpieczyłem rewolwer. 

Jolanta zgięła lewą rękę i oparła na niej lufę nagana. 

Na tle poeksplozyjnej łuny ukazał się jeździec, ściągnął konia i wpatrzył się w kryjący 

nas mrok: 

- Kto tam? - zapytał po polsku. 

- Swój! A kto pyta? 

-   Rotmistrz   Hubert   Grzmot-Starża   z   Legionu   Puławskiego!   -   zawołał.   -   Witam 

rodaków! Co tu robicie? Front przerwany, Niemcy wysadzili most, myślałem, że ich dogonię! 

- Rany boskie! - jęknąłem. - Pociąg z Polakami wyleciał w powietrze? - Na szczęście 

pośpieszyli   się   z   tą   eksplozją,   zdążyliśmy   zahamować...   A   co   wy   tak   dziwnie   ubrani?   - 

zdziwił się podjeżdżając bliżej. 

-   Specjalna   misja   -   wyjaśniłem   konfidencjonalnie.   -   Właśnie   wracamy   po   jej 

spełnieniu... 

- Rozumiem! - Rotmistrz był wzorem dyskrecji. - Żadnych pytań więcej! I zapraszam 

panów do naszego sztabu, zostaniecie tam życzliwie przyjęci! 

A więc nie rozszyfrował jeszcze płci Jolanty... 

Dotarliśmy do stacji. Zajęta była  przez Polaków. Już z daleka usłyszeliśmy słowa 

znanej piosenki: 

Gdy ujrzysz mnie mój bracie 

To śmiało bierz na cel 

I do polskiego serca 

background image

Niemiecką kulę strzel, 

Bo wciąż na jawie widzę 

I co noc mi się śni, 

Że ta, co nie zginęła 

Wyrośnie z naszej krwi... 

- Ja już to znam - zdziwiła się Jolanta. 

Położyłem palec na ustach i słuchałem przejmującego refrenu: 

... rozdziobią nas kruki i wrony 

Na obcych pobojowiskach, 

Strach, ślepy gość nieproszony 

Siądzie przy naszych ogniskach. 

Pójdziemy głodni i chłodni 

Bez domu i dachu wszędzie, 

A wschodni wiatr, i zachodni 

Każdy nam w oczy wiać będzie... 

- U Austriaków Polacy i u Rosjan Polacy? - dziwiła się nadal Jola. 

- U Prusaków też. Jest nas pełno we wszystkich zaborczych armiach. 

- No widzisz, a ty nie chcesz mordować tyranów! 

- Nic nie rozumiesz! - Machnąłem ręką i wdałem się w rozmowę z rotmistrzem. 

Przystojny ten ułan wyjaśnił mi pokrótce sytuację: 

- Jak pan widzi, bronimy dzielnie stacji w Inowłodziu... 

- O Jezu! - jęknąłem. - Kniaź Tatamawrydze wywiózł nas aż pod Kielce? 

- Bronimy stacji - kontynuował rotmistrz - i nawet daliśmy dziś Niemcom bobu w 

potyczce konnej, ale na dworcu poszło gorzej. Dragoni Olsztyńscy zdobyli rano bufet i żłopią 

nasze piwo! 

I rzeczywiście, z budynku stacyjnego dobiegała ckliwa kolęda  “O Tannenbaum, o 

Tannenbaum, wie treu sind deine Blältter...” 

- O Tannenbaumie ciągle śpiewają - wydziwiał ułan - chociaż to zwykły Żydziaszka, 

restaurator z Piotrkowa. Ale poczekaj pan, my im za chwilę przypier... 

- Signore! - powiedziała Jolanta. 

Rotmistrz uderzył się po ustach: 

background image

- Przepraszam... Czy pan... Czy pani... 

- Pan jest  panią - przeciąłem wątpliwości. - I moją najbliższą współpracownicą w 

pewnej misji, która... 

- Ani słowa o misji! - zastrzegł się Starża. - Wiem, jest ściśle tajna, Podziwiam panią... 

- tu nastroszył krótko przystrzyżonego wąsa, przekręcił na bakier dobrze podpięte czako i 

wyraźnie poweselał. Uroda Jolanty znowu zrobiła swoje. 

Jola oczywiście z punktu zaczęła kuć żelazo, coraz bardziej gorące: 

- Jesteśmy panu bardzo wdzięczni za tak dżentelmeńską dyskrecję... 

- Ach pani! - ułan brzęknął ostrogami, przypiętymi do lśniących jak lustro oficerek o 

wysokich napiętkach. 

- Tym niemniej - ciągnęła Jola - musimy pana wprowadzić w niektóre szczegóły misji, 

ponieważ liczymy na pańską pomoc w tej mierze... 

- I nie przeliczycie się państwo! - zapewnił rotmistrz. 

- Jeśli chciałby pan zobaczyć jakieś papiery... 

- A po cóż mi jakieś papiery? - zasłonił się rękami. Ja wierzę ludziom, a zwłaszcza 

tym sympatycznym! 

- To bardzo dobrze - powiedziałem zgryźliwie, bo mnie złościło, że jak baran lezie w 

objęcia Joli, a więc i śmierci - To bardzo dobrze, ponieważ byli byśmy w kłopocie, gdyż nie 

posiadamy żadnych papierów. 

- I bardzo dobrze! - oświadczył - Papier jest dobry co najmniej do podtar... O, pardon! 

Pani wybaczy, ale myśmy tu schamieli w tej ciągłej walce... 

- Non fa niente - rozgrzeszyła go - Ja też sobie czasem lubię - kurwa, poświntuszyć! 

Zmartwiłem i przełknąłem ślinę. W rotmistrza jakby piorun strzelił, a potem od tego 

pioruna zapaliły się w jego oczach płomienie zachwytu i uwielbienia: 

- Jak Boga kocham! - krzyknął - Pani jest swoja dziewczyna! Kochana, ja ci... Ja 

pani... 

- Mów mi ty - pozwoliła łaskawie ta zgaga - Jola! 

- Hubek! - prawie że umarł z radości. 

- Słuchaj, Hubek - Jola wzięła go pod ramię. - Musisz nam dopomóc! 

- Stara, cały mój szwadron... 

- Otóż uważaj, ta nasza pieprzona misja wymaga przekroczenia frontu! 

- Po co? - wyrwało mi się rozpaczliwie. 

- Jak to po co? - spojrzała na mnie z wyrzutem. 

No tak, uparła się wysadzić w powietrze Kajzera... 

background image

- Daj sobie spokój, Jola... - usiłowałem jeszcze perswadować. 

Rotmistrz usunął mnie potężną dłonią i zawisł oczami na ustach Jolanty: 

- Przekroczenie frontu... - powtarzał w kółko. - Przekroczenie frontu... Aha - ocknął 

się. - Przekroczenie frontu to zupełna betka! Wyprzemy Niemca z bufetu, zjemy obiad, a po 

obiedzie przekroczymy front! 

Z w chęci popisania się przed dziewczyną krzyknął według najlepszych dowódczych 

wzorów: 

- Chłopcy! Do ataku! 

- Hurra! - krzyknęli chłopcy, forsując konno po schodach budynek stacyjny. 

- Skoczymy z nimi? - zgrywała się Jola. - Pozwól, Hubek! Ręka mnie swędzi... 

- Pozwalam! - Rotmistrz z entuzjazmem wyjął szablę i popędziliśmy ku zdobywanej 

fortecy. 

W jej wnętrzu obie armie toczyły zacięty bój. Ułani lali się z dragonami na pięści, 

kopniaki i pochwy od szabel. Obie strony gęsto i wprawnie klęły po polsku: 

- A niech cię! 

- A na masz! 

- O święta panienko! 

- Aż ty skurrr! 

- Za ojczyznę! 

- W ucho go, w ucho! 

- Do mnie, dzieci, wdowy! - krzyknąłem z przyzwyczajenia, co wywołało ten skutek, 

że oba oddziały stanęły na baczność. 

-   Bo   to   są   dragoni   olsztyńscy   -   wyjaśnił   rotmistrz.   -   Czyste   Mazury,   tyle   że   u 

Wilhelma służą. Po niemiecku to, prawdę mówiąc, umieją tylko Tannenbaum śpiewać. 

- No nie - rozzłościł się naraz. - Tak nie będziemy się bawić, ostatecznie to jednak jest 

wojna! Huź go, Maciek! 

Bitwa rozgorzała na nowo. Rozłożyłem butelką pruskiego podoficera, co zwiększyło 

naszą przewagę, i wraży oddział jął rejterować przez okna na drugą stronę budynku, gdzie 

stały przywiązane ciężkie mazurskie konie. Nasi też wskoczyli na siodła swych zgrabnych 

wierzchowców i ruszyli w pościg. Z brzękiem oręża weszliśmy do zdobytego bufetu. 

- Obiad! - zarządził Starża. - Wachmistrzu, są jakieś straty? 

-   Melduję,   że   nie   ma   -   sprężył   się   stary   wiarus.   -   Ale   istnieje   podejrzenie,   że 

nieprzyjaciel naszczał do bigosu. 

- Polak - Polakowi... - załkała Jolanta. 

background image

- Nic to - podjął decyzję rotmistrz. - Zjemy parówki! 

Jedliśmy je, ale jakoś mi nie smakowały. Jolanta i rotmistrz siedzieli naprzeciw siebie, 

jakby zrośnięci oczami i jedli te cholerne parówki. W jaki je parówkę cwana dziewucha, która 

chce chłopu do reszty zawrócić w głowie; tego nie muszę państwu szczegółowo wyjaśniać... 

Na szczęście nie trwało to długo, bo coś zaczęło gwizdać. 

- Czajnik! - ucieszyłem się. - Zaraz będzie herbata! 

- Nie czajnik, tylko granat! - sprostował stary wachmistrz i dał nura pod stół. 

Gwizd przeszedł w wycie, a wycie w eksplozję. Ściana dworca zawaliła się z hukiem. 

- Proszę? - spytał w roztargnieniu Starża, zupełnie zafascynowany Jolantą. 

Znowu gwizdnęło. 

- Melduję - stary wachmistrz wystawił łeb z pod stołu - że ostrzeliwuje nas ciężka 

artyleria z regionu Piotrkowa. 

- Ewakuacja ! - obudził się wódz ułanów. Kawalerią nie utrzymamy dworca! Konie 

dla wszystkich! 

Podprowadzono   wierzchowce.   Jolanta   jeździła   jak   stary   dżokej.   Kupa   jeźdźców 

wichrzyła się po peronie. 

- Wsiadaj! - darł się rotmistrz siedząc już w siodle i podprawiając luzaka dla mnie. 

- Nigdy w życiu nie wejdę na to bydlę! 

Znowu huknęło, obrzucając nas parówkami. 

- Nie umiem jeździć konno - tłumaczyłem - A poza tym muszę się trzymać kolei! 

PKP, to jedyna szansa powrotu do moich czasów i do mojej żony ! - Tu wysunąłem usta, aby 

pożegnać się z Jolantą. 

- Masz żonę? - Jola podjechała do wagonu do którego udało mi się już wleźć, i na 

odlew   dała   mi   w   ucho,   a   wachmistrz   i   rotmistrz   chwycili   z   oby   stron   cugle   jej   konia. 

Szwadron zwinął się, skłębił się i wypadł z zabudowań, a następnie pomknął drogą, ściany 

wybuchami szrapneli. 

W stację przestało rąbać, szczekały tylko karabiny maszynowe, potem i one zamilkły. 

Koło wagonu zabrzmiały jakieś głosy. Ujrzałem płaskie, błyszczące hełmy. Anglicy? 

Jeden z nich podniósł głowę i wtedy poznałem, że to robotnicy we współczesnych 

hełmach ochronnych. Szli wzdłuż peronu spokojnie sobie rozmawiając. 

- Dzień  dobry  - powiedział  jeden,  zatrzymując  się  na  chwilę.  -  Cały  czas   pan tu 

siedział? Niebezpiecznie! 

- Wojna, więc niebezpiecznie... - odrzekłem głupio. 

- Pewnie, prawie że wojna! - zaśmiał się robotnik. - My tu wysadzili stary dworzec, bo 

background image

będzie stawiany nowy. 

Jeszcze   ich   głosy   nie   ścichły,   gdy   z   drugiej   strony   zaczęły   narastać   inne,   obce   i 

twarde. 

Spojrzałem przez lornetkę i chwyciłem się za gardło. W kierunku stacji szła tyraliera 

żołnierzy  w  szaro-zielonych   mundurach.  Nad  mundurami  tkwiły  jak  bloki  betonu  dobrze 

znane, głęboko wcięte hełmy. Na hełmach - znaki SS. 

Odbezpieczyłem rewolwer i jeszcze raz przylgnąłem do lornety. 

Oczywiście, tamto  było  złudzeniem.  Hełmy bez wątpienia  szwabskie, lecz między 

nimi, tu i ówdzie widniały pikielhauby oficerów. To jedynka była jeszcze armia Kajzera, a nie 

Hitlera. Szli i szli, z bronią gotową do strzału. l poczułem się bardzo osamotniony. 

Na szczęście na drodze zatętniło, to wracał szwadron. 

- Jesteś? - Rotmistrz i jego koń zajrzeli do wagonu. - W porządku! Teraz nie mogą 

walić z armat, bo by razili swoich! Chłopaki! Za mną! 

Ułani   skoczyli   do   szarży,   a   do   wagonu   podjechała   cwałem   Jolanta   i   osadziła   na 

miejscu konia: 

- Możesz sobie mieć żonę! - zawołała. - I tak z tobą zostanę! Nigdy cię nie opuszczę, 

nigdy! 

- Dobra, dobra - powiedziałem chłodno. - To samo mówiłaś księdzu Chudzielakowi i 

kniaziowi   Tatamawrydze!   Nie   mam   zamiaru   wylatywać   w   powietrze,   mnie   na   to   nie 

nabierzesz! 

- Imbecile! - oburzyła się. - Oni to co innego, a ciebie naprawdę pokochałam! 

- I nie zamierzasz mnie uśmiercić? 

- A po co? Przecież mamy rotmistrza! 

Rotmistrz wrócił właśnie z walki. 

- Przegoniliśmy ich, ale chyba nie na długo. Mają teraz nad nami przewagę ogniową... 

- Hubek - upomniała się Jola. - Czas nagli. Musimy tam - wskazała na linię frontu. 

Na   rozkaz   rotmistrza   sprowadzono   jeńców:   sztywnego   kapitana   w   monoklu   i 

pikielhaubie oraz smukłego, młodego dragona. 

- Weg mit Hosen und blusen! - zakomenderował rotmistrz. 

O   dziwo   zrozumieli   i   zaczęli   się   rozbierać   z   iście   niemiecką   gotowością   do 

wypełnienia wszelkich, choćby najdziwniejszych rozkazów. 

- Kalesonen nicht! - powstrzymał ich w ostatniej chwili Starża. 

- Una mascarada! - zaśmiała się za moimi plecami Jola. 

Obejrzałem się. Za dziewczyna nie miała żadnego wstydu. Ułanom oczy wyłaziły na 

background image

wierzch. 

-   Rozejść   się!   -   krzyknął   na   nich   stary   wachmistrz,   sam   zajmując   wygodną   do 

obserwacji pozycję. 

- Odmaszerować! - wsiadł z kolei rotmistrz na wachmistrza. 

- Odwróć się! - zażądałem od rotmistrza. 

- A ty się nie gap! - objechała mnie Jola, zapinając bardzo obcisłe spodnie. - Już! - 

dodała i wszyscy prędziutko przylecieli znów do wagonu. 

Ja tymczasem trenowałem użycie monokla. 

- Kiedy uderzą ponownie - informował nas rotmistrz - to my znów się wycofamy, a 

wy zostaniecie na stacji. Może uda wam się wmieszać między Niemców! 

Ale nie uderzyli. Zamiast wycia pocisku rozległo się wycie trąbki. 

- Parlamentariusze! - krzyknął ułan z czujki. 

- Przepuścić! - rozkazał rotmistrz. - A wy się chowajcie! 

Ukryliśmy się z Jolantą w kącie wagonu. Grzmot-Starża wyskoczył na peron. 

Wzdłuż   linii   pociągu   szedł,   poprzedzany   przez   trębacza,   pruski   oficer.   Na   kilka 

kroków przed rotmistrzem staną tak nagle, jakby go tknął paraliż i wyciągnął przed siebie 

rękę. Już myślałem, że powie “Heil”, ale to była tylko pierwsza część salutu. 

- Herr Rittenmeister! - powiedział. - Z upoważnienie dowódcy odcinka mam zaszczyt 

zaproponować wymianę jeńców! 

- Nie macie żadnych jeńców - obciął go rotmistrz. 

-   Owszem!   -   Prusak   wyjął   kartkę   i   z   widocznym   trudem   odczytał:   -   Stachepan 

Stacheschuja... 

- Szczeżuja! - poprawił go z niesmakiem rotmistrz. - Zapił się pewnie na stacji i stąd 

go macie! 

- So wie so - mamy! - rzekł Niemiec. 

- To go sobie trzymajcie, moczymordę. A poza tym my nie mamy waszych jeńców na 

wymianę. 

- Macie! - upierał się parlamentariusz. 

- Nie mamy! 

- Macie! 

W czasie tej sprzeczki Jolanta zapytała z niewinną miną, zbliżając usta do mego ucha: 

- Adaś, jak będzie po niemiecku “Na pomoc”? 

- Na pomoc?.. Hilfe. A po co... 

Nie zdążyłem dokończyć pytania, bo Jola dobrze udanym tenorem zawołała nagle: 

background image

- Hilfe!!! 

- Ach so? - oburzył się Niemiec. - Nie macie naszych ludzi? 

I zanim rotmistrz zdążył zaprotestować, otworzył drzwi wagonu. 

Stuknęliśmy przed nim obcasami. 

- To są... - zaczął Starża. 

- Hem, hem, hem! - zakaszlała Jola znacząco. 

Przez twarz ułana przeleciał błysk zrozumienia: 

- To są rzeczywiście  wasi, ale  nic nie wiedziałem,  że ich mamy...  Wachmistrz!  - 

ryknął. - Dlaczego mi nie meldowano? 

- Melduję, że nie meldowano... - jąkał się stary. 

-   Trzy   dni   paki!   -   zarządził   Starża,   i   zasłużony   wachmistrz   odszedł   posłusznie, 

zupełnie nie wiedząc co jest grane. 

- Więc jak będzie? - niecierpliwił się Prusak. - Dobra, wymiana na przedpolu za pięć 

minut! 

Niemcy odeszli przy dźwiękach trąbki. 

- Dziękuję, Hubek! - Jola przytuliła się do ułana. - Jak ja ci się odwdzięczę? 

- Będziesz jeszcze miała okazję - powiedział - i ku jej zaskoczeniu wziął mnie pod 

ramię. 

Odeszliśmy na bok. 

-   No,   powodzenia,   Adasiu   -   rzekł   rotmistrz.   -   Grasz   w   jakąś   dziwną   grę,   ale 

powodzenia! 

- To ze mną grają - rzekłem, mając w tym wiele racji. 

- Zapewne, zapewne. Nami wszystkimi grają. Żegnaj. 

- A może tylko do widzenia? 

- Nie - potrząsnął głową. - Jola pewnie tu jeszcze wróci, ale ty nie wrócisz... 

- Skąd wiesz? 

- Zobacz! Pokazał szablą ruiny stacji, przy których pracował nowoczesny dźwig marki 

ZREMB. - Nigdy tego przedtem nie było... To nie są zwykłe sprawy, ja coś o tym wiem, i ty 

coś wiesz, żegnaj. 

Pocałowaliśmy się, a potem już całkiem służbowo odprowadził nas na przedpole. 

Z   przeciwnej   strony   dwaj   pruscy   żandarmi   z   największym   wysiłkiem   prowadzili 

urżniętego ułana Szczeżuję. 

- Gdzieś się tak zaprawił, chamie! - spytał go Starża. 

- O Jezu, pan rotmistrz, to jak ojciec! - rozczulił się ułan. - Nareszcie u swoich! - i 

background image

potoczył się w stronę stacji. 

- Meine Heren, bitte sehr! - wskazał nam kierunek pruski parlamentarzysta. 

- Uno momento! - Jola przylgnęła na chwilę do Huberta. 

- Ho-ho! - zdziwił się Prusak. - Pederasten? 

- Das ist es doch eine Dame! - wyjaśniłem. 

- Schade - zmartwił się. - A skąd ta dama w naszej armii? 

-   Misja   specjalna!   -   wytłumaczyłem   mu,   gdyśmy   szli   w   kierunku   stojącego   na 

bocznicy niemieckiego pociągu pancernego. - Keine Fragen! - dodałem widząc, że otwiera 

usta, ale Niemca nie można było zbyć tak łatwo, jak szarmanckiego rotmistrza: 

- Haben Sie vielleicht Dokumenten? 

Odruchowo  pomacałem  się   po  bluzie.   Kto  wie,  co  miał   w  kieszeniach   wzięty  do 

niewoli niemiecki kapitan? 

- Hier! - puknął mnie w pierś oficer. - Przecież wie pan, że w całej armii niemieckiej 

tajne dokumenty nosi się w tej kieszeni! 

Sięgnąłem, i rzeczywiście. Niemiec łapczywie chwycił pakiet: 

- Przykro mi - powiedział. - Ale do czasu stwierdzenia tożsamości muszę panów... 

Pardon, państwa, zamknąć w osobnym przedziale! 

No i zamknął. Nareszcie zostaliśmy sami. Pociąg ruszył. 

- Popatrz, popatrz! - nie mogłem sobie odmówić drobnej złośliwości. - Co się stało, że 

Hubek przeżył twoją miłość i nadal żyje! 

- Cretino! - powiedziała. - Już ci raz mówiłam, że liczysz się tylko ty! 

Uwierzyłem i porwałem ją w objęcia. 

Teraz   już   zupełnie   straciłem   poczucie   rzeczywistości.   Raz   miałem   w   objęciach 

Jolantę, a raz Adę, to znowu obie naraz, po obu moich stronach. Czasem siadały nagle i 

patrzyła na siebie z niedowierzaniem. 

Raz kołysał nas pruski pociąg pancerny, raz pafawagowski wagon sypialny. Jolanta 

przez moment oglądała z kobiecym zachwytem luksusowy biustonosz Ady, firmy “Triumph”, 

zaś Ada z przerażeniem odrzuciła w kąt ciężkiego mauzera Joli, który natychmiast zresztą 

wypalił, wywalając dziurę na korytarz. 

- Nie wiedziałam, że jesteś taki wspaniały! - szeptała moja żona. 

- A ja wiedziałam! - jęczała Jolanta. - Od razu wiedziałam, jak tylko cię zobaczyłam, 

amore mio! 

Będąc w tym momencie dość zajęty, nie zwracałem uwagi na otoczenie. A otoczenie 

wzbogaciło się od dłuższej chwili o przedstawiciela Państw Centralnych, pruskiego majora, 

background image

który stał w drzwiach przedziału, obserwując moje wyczyny przez monokl. 

- Na, sind Sie schon fertig, Herr Hauptmann? - spytał wreszcie, stukając znacząco 

palcem w zegarek. 

- Ach, ach! - krzyknęły Jola i Ada, zakrywając się czym popadło. 

Zameldowałem się majorowi. 

- Włóż pan spodnie - poradził życzliwie. - Bardzo mi miło, że mogłem odzyskać z 

rosyjskiej niewoli zasłużonego oficera i jego dwie urocze przyjaciółki... O, pardon, chyba coś 

dwoiło mi się w oczach... - dodał przecierając monokl, bo w przedziale została na szczęście 

tylko Jola. 

-   Jest   pan,   sądząc   z   nazwiska,   Turkiem?   -   Major   zajrzał   do   trzymanego   w   ręku 

dokumentu. 

- Polakiem! - sprostowałem. 

- Ach, so, Polen! Zgubi was kiedyś wasz temperament! Ale cieszę się, cieszę, służy u 

nas wielu Polaków! Znacie państwo zapewne odezwę Naczelnego Dowództwa Niemieckiej 

Armii Wschodniej do Polaków? 

- Znamy. Austriacką odezwę też znamy, i carską również. 

- Wunderschön. Pani też Polka? 

- Korsykanka - odrzekłem. - Zwalcza imperializm francuski. 

- Ja, ja, Korsika, schöne InselI, jak w sam raz na bazy naszych U-botów! Możecie na 

nas liczyć! 

- Gratis, signore! - dygnęła Jolanta. 

-   Popieramy   całym   sercem   dzielny,   aczkolwiek   mały   naród   korsykański,   chociaż 

wydał on na świat tego bandytę Napoleona... 

W ostatniej chwili powstrzymałem karzącą rękę Joli. 

- Uporządkujemy - obiecywał major - sprawy małych narodów, gdy tylko odniesiemy 

decydujące zwycięstwo, co nastąpi już wkrótce w wyniku wielkiej ofensywy... 

-   Wiem,   zaczniecie   od   bitwy   pod   Gorlicami   drugiego   maja,   a   ósmego   sierpnia 

zajmiecie Warszawę. 

- Ach ja? - zdziwił się. - To już ustalone? 

- Owszem - zrobiłem ważną minę. - Właśnie wracam po dokonaniu ważnych ustaleń. 

- Ach, wundeschoen - cieszył  się idiotycznie.  - Wszystko  przewidziane,  wszystko 

zaplanowane!   Niedługo,   he-he,   dojdziemy   i  do   tego,   że   będziemy   planować   na   kilka   lat 

naprzód! 

- Już planujemy. Na przykład za dwadzieścia prę lat wasze pociągi będą wylatywać w 

background image

powietrze na polskich minach! 

- Ausgeschlossen! - sprzeciwił się major, i w tej samej chwili wylecieliśmy na minie. 

Właściwie nie całkiem wylecieliśmy, tylko parowóz wyskoczył z szyn i stanął obok, a 

wagony stuknęły się zdrowo zderzakami. 

Koło torów stali bardzo z siebie zadowoleni żołnierze w niemieckich mundurach i 

gadali jeden przez drugiego po polsku, z wyraźnie poznańskim akcentem. 

- To nam ale poszło, panie kapitanie! - cieszyli się. - Już drugi tydzień trenujemy i 

dopiero pierwszy raz tak porzundnie grzmotło! 

- Idiotenbande! - ryczał major. - Polnische ordnung! Mówiłem wam, żeby uważać na 

koordynaty! Tamten ćwiczebny tor leży dalej na północ, hier! - pukał palcem po mapie. 

Zanim   ustawiono   parowóz   na   szynach,   za   nami   zabrzmiało   porykiwanie   innego 

pociągu, któremu zablokowaliśmy drogę. Po chwili nadbiegł stamtąd brzęczący medalami 

oberst i zaczął sztorcować naszego majora. 

Z oddali dobiegały mnie pojedyncze słowa: 

- Sonderzug... Sofort... Keiser... 

- Zdaje się - powiedziałem do Joli - że jesteś bliżej jednego z tyranów  niż ci się 

wydaje. 

Odruchowo sięgnęła do chlebaka. 

- Nie warto - powstrzymałem ją. - Ciągle ci tłumaczę, że to nie ma sensu. Przecież 

wiadomo, że Wiluś przeżył Pierwszą Wojnę i zmarł dopiero podczas Drugiej, w dodatku na 

emigracji w Holandii. 

- Adam... Ja muszę... 

- Jak chcesz, ja w każdym razie nie pójdę w ślady Chudziaka i Tatamawrydze. 

Tymczasem  przy  Sonderzugu   zaroiło  się  od  mundurów.  Wilhelm  wyłaził  ze   swej 

salonki. 

-   Katastrofa!   -   dyszał   nadbiegający   kolejny   adiutant.   -   Najjaśniejszy   kajzer 

przypuszcza,   że   to   ludność   spontanicznie   wstrzymała   pociąg,   aby   wyrazić   mu   swoje 

uwielbienie! 

- Jak ludność? - jęknął major. - Jest tylko kompania kiepskich saperów, w dodatku 

prawie cała złożona z Polaków! 

- I ja! - zawołała Jola. 

- I jedna Fraulein z Korsyki! - dokończył major. 

- Kolossal! - ucieszył się sztabowiec. - Delegacja polsko-korsykańska! Jeszcze żeby 

pani miała wiązankę kwiatów... 

background image

- Skąd my weźmiemy wiązankę kwiatów? 

- No fiore! - wtrąciła się znowu Jola. - Ja wręczę cesarzowi korsykańską zabawkę 

ludową! - i ku memu przerażeniu majtnęła w powietrzu ostatnim zabójczym misiem. 

- Brawo! 

- Hab acht! - komenderował Prusak. 

Cesarz nadchodził, uśmiechnięty w oczekiwaniu hołdów. 

- Już, już! - poganiał major. 

- Kompania śpiewa! - zakomenderował sierżant saperów. - Drei, vier! 

I kompania zaśpiewała: 

W okopach pełnych jęku, 

Wsłuchani w armat huk, 

Stoimy na wprost siebie, 

Ja wróg twój - ty mój wróg! 

Na nasze niskie szańce, 

Szrapnelów rzucasz grad, 

I wołasz mnie i mówisz: 

To ja, twój brat, twój brat! 

- Was bedeutet das? - zainteresował się Wilhelm. 

- Deutschland - Polen Brudenschaft und so weiter... - przetłumaczyłem doraźnie. 

Skinął z aprobatą głową, a żołnierze śpiewali znany refren: 

Rozdziobią nas kruki i wrony 

Na obcych pobojowiskach, 

Strach, ślepy gość nieproszony 

Siądzie przy naszych ogniskach. 

Pójdziemy głodni i chłodni 

Bez domu i dachu wszędzie, 

A wschodni wiatr, i zachodni, 

Każdy nam w oczy wiać będzie... 

- Es lebe Keiser i tak dalej - wyjaśniłem znowu. 

- Sehr gut - ucieszył się monarcha. 

background image

- A  oto  przedstawicielka   egzotycznej  Korsyki   - powiedziałem   manierą  kiepskiego 

konferansjera. - Nienawiść do tyranii francuskiej popchnęła ją pod pańskie sztandary. 

- Gott strafe Freankreich! - zgłosiła się Jola. 

- Und England! - uzupełnił cesarz. - Ach, wie schöne Spelzeug! - ucieszył  się na 

widok niedźwiadka, wyciągając po niego rękę. 

- Adam, pierścień! - szepnęła Jolanta. 

Wziąłem misia z rąk Joli i podałem go Wilhelmowi. 

- Przekręciłeś? - pytała. 

- Uhm... 

- No to  wiejmy,  na co czekasz?  - i  rzuciła  się do panicznej  ucieczki,  roztrącając 

oficerów. 

- Co jej się stało? - zmartwił się major. 

- Żal jej zabawki, dostała ją od ojca, korsykańskiego volksdeutscha na łożu śmieci... 

- Ależ proszę jej zwrócić! - Cesarz wzruszony podał mi niedźwiadka. - I zapraszam 

państwa do mego pociągu. 

Poszedłem po Jolę. Wylazła z rowu. 

- Nigdy ci nie daruję tego oszustwa! - powiedziała z nienawiścią. - Taka okazja! - 

wrzasnęła w korsykańskiej furii, usiłując mnie podrapać, a potem nagle się rozpłakała. 

- Wysmarkaj się - podałem jej chusteczkę. - A tu masz swego misia. Jak ci tak bardzo 

zależy, to będziesz jeszcze miała okazję. Cesarz zaprosił nas do swego pociągu. 

Poweselała trochę i usiłowała wpakować się do salonki. 

- Verboten! - powiedział żandarm. 

- Zostaliśmy zaproszeni... 

- Do pociągu, ale nie do tego wagonu! 

Wsiedliśmy więc do innego. Jechała nim część eskorty i jakieś jednostki pomocnicze. 

Oficerowie siedzieli w przedziałach, niższe szarże musiały zadowolić się korytarzem. 

Pociąg ruszył z miejsca. Zasalutowałem stojącym przy torze Poznaniakom. 

-   Dzielni   ludzie   -   wyjaśniłem   Jolancie.   -   Niedługo   urządzą   jedyne   udane   polskie 

powstanie, zwane wielkopolskim. A potem, kiedy Hitler napadnie na Polskę... 

- Kto napadnie? 

- Hitler! 

- Jawohl! - zerwał się jeden z siedzących na korytarzu urlopowników. - Melduje się 

gefrajter Hitler! 

Niech ja skonam, to był on! Miał malutkie wąsiki, zadatek czubka ząbka z włosów na 

background image

czole i przeraźliwie blade oczy. Zadrżałem ze zgrozy, ale opanowałem się i, aby zyskać na 

czasie, rzekłem groźnie: 

- Gdzie wy się włączycie, Hitler? Przecież ogólnie wiadomo, że byliście na froncie 

zachodnim! 

- Melduję, Herr Hauptmann, że byłem, ale zostałem zagazowany przez Anglików koło 

Ypres, straciłem chwilowo wzrok i przebywałem na leczeniu w Pasłęku! - Tu podał mi jakiś 

papier. 

- Sprawdzimy to - powiedziałem groźnie, i pod pozorem odczytania pisma zwróciłem 

się do Jolanty: - Jola! - rozkazałem cicho: - Prędko bomba! 

- Kajzer! - zaiskrzyły jej się oczy. 

- Ktoś gorszy! Dawaj! 

- Nie dam! - przesunęła chlebak za siebie. - To dla Wilhelma! 

- Słuchaj - tłumaczyłem - twój Wilhelm to baranek w porównaniu z tym facetem tam 

w kącie... 

- Tam? - spojrzała. - Tam jakiś gefrajter! 

- No to co? Napoleon też zaczynał od kaprala! Ten gefrajter wznieci Drugą Wojnę i 

wymorduje pół Europy. 

-   Jeśli   na   pewno   wznieci   -   rzekła   logicznie   -   to   po   co   marnować   bombę?   I   tak 

przeżyje. To są - dodała - twoje własne argumenty! 

Ale ja w tej chwili byłem daleki od logiki: 

- Dawaj bombę! To rozkaz! 

Nad jej ramieniem zauważyłem, że zaniepokojony naszą szamotaniną Hitler zaczyna 

się wycofywać z wagonu. Nie było chwili do stracenia. W ostatniej furii wyszarpnąłem z 

torby niedźwiadka. 

- Na masz, ty! - wrzasnąłem, przekręcając sygnetem zapalnik. 

Hilter złapał tymczasem plecak i karabin i wiał korytarzem. Rzuciłem się za nim. 

Przeskoczył do sąsiedniego wagonu. Wziąłem zamach i posłałem w jego ślad śmiercionośną 

bombę. Grzmotnęło i wyrwało korytarzyk, łączący wagony. Część składu wraz z Hitlerem - 

lub jego zwłokami - zaczęła zostawać w tyle. My, wraz z resztą pociągu, pędziliśmy przed 

siebie. Stukot kół na zwrotnicach. Jakaś stacja. 

Kociemby!   A   więc   wracałem   do   punktu   wyjścia!   Stacja   była   już   za   oknami,   ale 

wyglądała inaczej niż wtedy... Była prawie ciemna, a wejścia do tuneli ziały nieprzytulną 

czernią. 

- Los! Los! - darli się żandarmi, stukając kolbami o podłogę. 

background image

Wysiedliśmy z pociągu wśród wichru i zamieci. 

- Gdzie tu jest jakieś kasyno? - spytałem stojącego na peronie żołnierza. 

- Tam, panie kapitanie! 

W kasynie na stołach płonęły świece, kominek rzucał na salę ciepłe refleksy. 

- Wódki dla wszystkich! - wołał rotmistrz Hubert Grzmot-Starża, stojąc przy bufecie. 

- Co tu robisz? - zdziwiłem się. - Przecież byłeś u Rosjan? 

Przesunął po mnie obojętnym spojrzeniem. 

- On cię już nie widzi - powiedziała Jolanta. 

- Chudzielak, Tatamawrydze! Żyjecie? 

- Oni cię już nie słyszą. Siadaj, caro mio. 

Usiedliśmy przy stoliku. 

- Tu się rozstaniemy. - Jolanta położyła swoją dłoń na mojej. 

- Jak to? 

- Muszę wracać po nowe bomby. Śmierć tyranom. 

- Jeszcze ci się nie znudziło? 

- Trochę, ale trzeba grać rolę do końca. Cesarze jeszcze żyją. Pojadę do Ajaccio, 

pobiorę z centrali trzy nowe misie, i zahaczę o Wiedeń. Mam nadzieję, że znajdę sobie równie 

dzielnego jak ty pomocnika. Czy możesz mi dać pierścień? 

- Przecież wiesz, że nie schodzi z palca... - Aby to udowodnić szarpnąłem sygnet. 

Zsunął się bez oporu. 

- Zachowam go na pamiątkę. A to - dla ciebie... 

Zdjęła z ręki bransoletkę, wpuściła mi ją do kieszeni. 

Tymczasem rotmistrz wypił szklankę wódki, rozbił szkło o posadzkę, zdjął wiszącą za 

bufetem gitarę i oparłszy nogę na kracie kominka zaczął śpiewać. 

I znowu były to wiersze Słońskiego: 

Kiedy zginę, może przyśnią się tobie 

Siwe oczy zabitego żołnierza, 

Może cień mój ujrzysz w lustrze przy sobie, 

Może głos mój poznasz w szepcie pacierza. 

Kiedy zginę, może koń mój bułany 

Ciemną nocką do wrót twoich przybieży, 

Strząśnie szrony z ogrodowej altany 

I kopytem pod twym oknem uderzy... 

background image

Zapatrzyłem   się w   szybę.  Migotały  w  niej  złote   odblaski,  i  jakby  wspomnienia  z 

całego tego dziwnego snu - zdjęcia na mojej wystawie, broniący się Przemyśl, szalony taniec 

Kozaków z Dzikiej Dywizji... 

Chór głosów powtórzył ostatni dwuwiersz: 

Strząśnie szrony z ogrodowej altany 

I kopytem pod twym oknem uderzy... 

Rotmistrz śpiewał dalej: 

Skoczysz ze snu... Co się stało, mój Boże! 

Wyjrzysz oknem i wypadniesz z komory. 

- O mój miły, tak zimno na dworze! 

Gdzie ty jesteś, czyś ty ranny, czy chory? 

Zarży koń mój, skoczy na bok lękliwie: 

Ty mnie nie gładź swoją ręką pieszczoną, 

Ty mnie nie gładź, bo na piersi i grzywie 

Mam krew jego, mam krew jego czerwoną. 

I znowu chór powtórzył refren. Zadymka na dworze wzmagała się. 

- Jezus Maria - krzykniesz we łzach i w trwodze 

Krew czerwona, krew czerwona jak róże! 

Boże mogił! Boże krzyżów przy drodze! 

Czemuś dał mu zginąć w obcym mundurze? 

Chór powtórzył: 

Boże mogił! Boże krzyżów przy drodze! 

Czemuś dał mu zginąć w obcym mundurze? 

Oficerowie   zdzierali   z   ramion   epolety   zaborczych   armii,   rzucali   je   na   ziemię. 

Rotmistrz splunął w kominek, głos mu spotężniał: 

background image

Zarży koń mój, nogą w ziemię uderzy, 

Jęknie ziemia od Warszawy po Kraków, 

Wstaną z grobów cienie śpiących żołnierzy, 

Wielkie pułki niezrównanych junaków! 

- Wstaną z grobów cienie śpiących żołnierzy... - podjął chór. 

- Chodź - powiedziała Jola - odprowadzę cię... 

- Dokąd? 

Wzięła mnie pod rękę i poszliśmy w kierunku drzwi. 

Rotmistrz śpiewał: 

Wstaną z grobów gdzieś spod Warty, znad Bzury 

Zawołają: - Bóg się o nas zatrwożył 

I na wszystkie te niepolskie mundury 

Polską ziemię, polską ziemię położył... 

Wyszliśmy na peron, drzwi przytłumiły kolejny refren. Wśród zamieci dostrzegłem 

schody wiodące w dół, a dalej kafelkowy tunel... 

Schodziłem trzymając Jolantę za rękę. U podnóża schodów spojrzeliśmy w górę: na 

peronie stali żołnierze austriaccy, pruscy i rosyjscy. Spojrzałem w głąb tunelu: w jego wylocie 

migotały światła holu, jakiej neony, a dalej przejeżdżające samochody. 

Żołnierze patrzyli w dół, patrzyli na mnie bardzo poważnie. 

Jolanta wspięła się na palce, pocałowała mnie w usta i zaczęła wchodzić na schody. 

Odwróciłem się i pobiegłem korytarzem. 

... W holu na dole rzeczywiście dostałem proszki od bólu głowy i papierosy extra-

mocne. 

Z zakupami w ręku szedłem z powrotem. 

Cztery wyjścia na perony przecinały tunel. 

- Panie - zapytałem starego kolejarza. - A gdzie tu jest piąty peron? 

- Nie ma piątego - odrzekł. - Są tylko cztery! 

Potem coś mignęło w jego wyblakłych oczach: 

- Ale był kiedyś i piąty, za mojej młodości. Był to peron wojenny, żołnierze się na nim 

ładowali  jeszcze  podczas  Pierwszej  Wojny Światowej... A  teraz  już tylko  cztery  zostały, 

background image

tamten zamurowali, sam pan widzi... 

Położyłem rękę na gładkiej powierzchni kafli. 

Coś tam brzęczało jak gitara rotmistrza, coś zawodziło jak chór dawno przebrzmiałych 

żołnierskich głosów. Ale to tylko wyła tak zamieć śnieżna. 

Poszedłem schodami w górę, na peron czwarty. 

Odliczyłem trzeci wagon od końca. 

- Dziękuję panu! - powiedziałem, zwracając kożuch konduktorowi. 

- Dostał pan wszystko? 

Kiwnąłem głową i wszedłem do przedziału. 

Na moje powitanie żona podniosła głowę: 

- Miałam koszmarne sny... Przyniosłeś te proszki? 

Sięgnąłem po proszki do kieszeni. 

Wyjąłem bransoletę. 

Pociąg ruszył w zamieć. 

background image

Rycerzy Trzech 

ZARĘCZYNY KMICICA

Pewnego razu był na Żmudzi ród możny Billewiczów - od Mendoga się co prawda 

wywodzący, ale w ostatnich czasach ograniczony już tylko do panny Oleńki Billewiczówny, 

jej ciotki, która nazywała się Kulwiec - Hippocentaurus i tak też wyglądała oraz do Kudłatego 

Żmudzina.

Siedzieli sobie kiedyś w Wodoktach i przędli, odzywając się z rzadka a głupio, jak to 

zwykle na świetej Żmudzi.

- Pora by ci już za mąż - mruknęła ciotka Kulwiecówna, usiłując trafić górną lewą 

trójką na prawą dolną szóstkę w celu przegryzienia nitki.

-   Ach,   co   też   ciotunia...   -   zasromała   się   panna   i   wykonała   szereg   czynności 

przystojnych   skromnej   szlachciance,   a   mianowicie   strzeliła   oczkiem,   tupnęła   nóżką, 

zmierzwiła   brewki,   furknęła   noskiem,   złożyła   ręce   w   małdrzyk,   a   buzię   w   ciup,   ciup 

natomiast złożyła na krześle, po czym parsknęła, fuknęła, puknęła, zaplotła kosę i grzmotnęła 

Kudłatego Żmudzina w pysk.

- Padłaś - powiedział Kudłaty Żmudzin, spluwając do dzieży z pucitą, tą pożywną 

narodową potrawą, dobrą również do uszczelniania okien i usztywniania złamanych kończyn.

- Oj, pora ci, pora! - upierała się starucha. - A toć piećdziesiątka na karku.

- Trzydziestka! - pisnęła rozpaczliwie Oleńka, rozglądając się, czy kto nie słucha.

-  Trzydziestka  w  dowodzie   osobistym   -  zgodziła  się   ciotka   -  ale   poprzednią   datę 

urodzenia   pod   swiatło   odczytać   można,   gdyż   Kudłaty   Żmudzin   nader   niedbale   ją   był 

wyskrobał - A żeby cię! - krzyknęła pod adresem Żmudzina i też strzeliła go w pysk.

- Może pan Kmicic się zjawi, któremu dziadek Herakliusz w testamencie swoim mnie 

zapisał - szepnęła z nadzieją Oleńka.

- No, nie wiem, nie wiem, czy właśnie ciebie mu zapisał - pokręciła głową panna 

Kulwiecówna. - Po mojemu, to on Kmicicowi konia deresza wałacha zapisał, tuczarnię w 

Lubiczu natomiast miecznikowi Rośnienieskiemu, a ciebie to chyba Jóźwie Butrymowi Bez 

Nogi.

- I owszem - potwierdziła Oleńka - atoli Jóźwa Butrym, gdy mnie ujrzał przypadkiem 

onegdaj   rano   wynoszącą   śmieci   do   pojemnika,   tedy   zaraz   poleciał   do   pana   Kmicica   i 

background image

powiedział, że chętnie się zamieni i zamiast mnie weźmie wałacha.

- A Kmicic się zgodził?

- Pijany był, to się zgodził.

- Ot, durny - podsumowała dyskusje ciotka i dalej wszyscy przędli w milczeniu.

A wtem coś zadzwoniło, zarżało, wyrżnęło w okno i do izby wleciał wraz z okiennicą 

okutany w barany osobnik.

- A słowo stało się ciałem! - wykrzyknęły obie białogłowy.

- Padłaś - dorzucił z zainteresowaniem Kudłaty Żmudzin.

Przybysz zaś podniósł się i powiedział trochę bełkotliwie:

- Dzień dobry. Jestem Staś Tarkowski!

- Bredzi... - szepnęła panna - Być może oszalał z miłości? - dodała z nadzieja, podczas 

gdy młodzian uchwyciwszy ciotkę Kulwiecównę za gardło wycharczał:

- Gdzie moja córuś jedyna? Oddaj mi Danuśkę, krzyżacka zarazo!

-  Paszoł  won!  -  wyrzęziła  ciotka  i   w  odruchu  samoobrony   kopnęła   go  kościstym 

kolanem w instynktowne miejsce.

Cios   był   widocznie   skuteczny,   gdyż   szlachcic   zawył,   pobiegał   chwilę   w   kółko, 

uderzył się w czoło i rzekł:

- Jam jest Andrzej Kmicic!

- Nareszcie się przyznał! - mruknęła z satysfakcją ciocia.

Pan Andrzej odzyskując powoli kontenans, jął przyglądać się wszystkim obecnym, 

aby zgadnąć, która z przytomnych mu osób ma być jego narzeczoną. Wreszcie z kawalerską 

determinacją chwycił za ręce Kudłatego Żmudzina i ku ognisku odwrócił, tak nim jak fryga 

zakręciwszy, a potem uderzył się po kontuszu i zakrzyknął:

- Jak mi Bóg miły, rarytet! Kiedy ślub?

-   Padłaś   -   wyszeptał   skromnie   Kudłaty   Żmudzin,   zakrywając   swe   małe   oczka 

wąsiskami i spoza nich zerkając figlarnie ku pięknemu rycerzowi.

- Pańska narzeczona tam oto stoi - rzekła surowo ciotka, wskazując panu Andrzejowi 

Oleńkę.

- Jezus Maria... - jęknął chorąży orszański, pogrążony kresową urodą dziewicy.

- Wybacz  waćpanno - wyjąkał  - alem znał  jej dziada,  podkomorzego  Herakliusza 

Billewicza i nie mogę się nadziwić podobieństwu.

-   Prawda,   że   istna   z   niej   skóra   zdarta   z   nieboszczyka?   -   zawołała   z   satysfakcją 

Kulwiecówna.

- Oj, z nieboszczyka, z nieboszczyka...... - mruknął rycerz.

background image

- Skóra zdarta, ale gdzieniegdzie wypchana! - zażartowała ciocia, popychając ich ku 

sobie, a Kmicica równocześnie w dół, skutkiem czego rymnął z hukiem na kolana.

- Klęczy przed nią, o rękę prosi! - wrzasnęła triumfalnie stara dama.

- Wszyscy widzieli! - Tu sięgnęła za dekolt i pobłogosławiła młodą parę wydobytym 

stamtąd wisiorkiem.

- Padłaś - powiedział zgorszony Żmudzin - Taż to cycka!

- O, pardon - zarumieniła się Kulwiecówna - Myślałam, że szkaplerzyk!

I   naprawiwszy   omyłkę,   nakreśliła   w   powietrzu   krzyż,   a   po   namyśle   też   drugi   - 

prawosławny, bo na kresach nigdy nie było wiadomo, jakiej kto wiary.

-   Ja   bym   i   Gwiazdę   Syjonu   dorzucił   -   poradził   Kudłaty   Żmudzin,   spoglądając 

badawczo na orli profil pana Andrzeja.

Zaś pan Andrzej, któremu przejaśniało się już we łbie, gorączkowo kombinował, jak 

by się tu wycofać ze świeżo zawartego narzeczeństwa. “Nic inszego - myślał - jeno muszę na 

pogardę onej panienki solidnie zapracować, w którym to celu chyba portrety jej przodków 

postrzelam. Upitę spalę, Wołmontowicze wymorduję, panny Pacunelki pogwałcę, a w końcu 

za Szwedy się zwiąże - to może jej obrzydnę?”

I drapnąwszy z izby, jął realizować ów ambitny, ale jakże karkołomny program.

UCZTA W KIEJDANACH

Pewnego   razu   wybrali   się   na   ucztę   u   Radziwiłła   panowie   rycerze   -   Kmicic, 

Wołodyjowski, Zagłoba i Skrzetuski, który uciekł na Litwę z obozu między Piłą z Ujściem, 

kiedy   to   pan   Opaliński   przeszedł   na   szwedzką   stronę.   Prawdę   mówiąc,   wszyscy   wtedy 

stamtąd uciekli, ale jeden pan Skrzetuski potrafił to uzasadnić względami patriotycznymi, 

dzięki czemu chadzał w aureoli prawego syna zbolałej ojczyzny. Dodajmy od razu, że dla 

uproszczenia akcji wprowadzamy tylko jednego Skrzetuskiego i jednego Radziwiłła. Nasz 

Radziwiłł nazywa się Janusz Bogusław i nosi się z polska po cudzoziemsku, kładąc kontusz 

na brabanckie koronki, a na francuskie pludry wciągając juchtowe buty, obficie wymoszczone 

wiechciami z angielskiego rajgrasu.

- Czołem, czołem panowie bracia! - zawołał chytrze Radziwiłł, aby ich skaptować do 

swoich   niecnych   zamiarów.   -   Co   tam   w   terenie?   Jak   nastroje,   kurcza   ich   mać?   -   pytał 

jowialnie, poklepując ich poufale, jak to zazwyczaj wojewoda, choćby i wileński.

Zaraz też poczuli się swojsko i każdy zapragnął popisać się przed księciem swoimi 

background image

dokonaniami,   a   mianowicie   Skrzetuski   tym,   że   się   swego   czasu   ze   Zbaraża   przekradał, 

Kmicic   -   że   Chowańskiego   podchodził,   pan   Wołodyjowski   -   że   jest   pierwszą   szablą 

Rzeczpospolitej, a Zagłoba - że najdowcipniejszy we wszystkim chrześcijańskim rycerstwie.

Radziwiłł słuchał, chwalił, z rzekomego podziwu ręce i oczy w górę podnosił, ale 

zaraz opuszczał, aby ich objąć, co czynił z wewnętrznymi oporami, gdyż pan Zagłoba cuchnął 

okowitą, a pan Skrzetuski nigdy się dobrze nie wywietrzył z onej kanalizacji zbaraskiej, przez 

którą był się czołgał, a co więcej, tak sobie ów rodzaj podróżowania upodobał, że nie daj 

Boże, aby gdzie jakie błocko albo i gnojówkę zobaczył, tedy zaraz tam hycał i krytą żabką w 

paskudztwie się babrał.

Na szczęście dano znać, że uczta już gotowa, więc wszyscy przeszli do wielkiej sali, w 

której już siedzieli szwedzcy posłowie.

- Ten gruby, czerwony, to hrabia Loewenhaupt, a ten chudy, zielony, to baron von 

Dudehoff - wyjaśnił pan Zagłoba.

- A ów siny, zakatarzony?

- A to moja narzeczona Oleńka Billewiczówna - wtrącił pan Kmicic, po czym dodał, 

klepiąc się po szabli: - A jeśli się komu nie podoba, to uszy poobcinam!

- Bez uszu będzie jeszcze szpetniejsza - zauważył pan Skrzetuski.

- No, to nie poobcinam - zgodził się Kmicic i przestał klepać szable.

Właśnie w tej chwili książę Radziwiłł chciał zadzwonić buławą w kielich na znak, że 

będzie   przemawiał,   ale   skutkiem   zdenerwowania   uderzył   w   głowę   księdza   biskupa 

Parczewskiego, który natychmiast zemdlał.

- Wody, wody! - zawołała wojewodzina wendeńska.

- Kumpotu...! - szepnął biskup, odzyskując przytomność. - Słuchamy,  słuchamy!  - 

dodał uprzejmie.

- Mości panowie! - zawołał książe. - Wielu spomiędzy was zdziwi to głosowanie, ale 

pragnę  zapytać,   kto jest  za  tym,   abyśmy  przeszli  pod  panowanie   króla  Karola  Gustawa? 

Głosujemy przez podniesienie mandatu.

Wszyscy grzecznie podnieśli mandaty, tak jak ich przez długie lata uczono.

- Bardzo ładnie! - ucieszył się książe. - A więc tylko dla czystej formalności spytam, 

kto w takim razie jest za tym, aby pozostać pod władzą króla Jana Kazimierza?

Ten głupi formalizm spowodował, że wszyscy znowu podnieśli mandaty.

- Wszyscy do pierdla! - ryknął rozjuszony magnat i już po chwili nasi znajomi rycerze 

siedzieli w solidnym, kiejdańskim podziemiu.

background image

- Głupio wyszło... - powiedział pan Zagłoba.

- To po co żeś waść głosował? - spytał pan Skrzetuski.

- Wszyscy głosowali, to i jam głosował. A cóż to ja jakiś socjaldemokrata jestem, czy 

co? A waść, panie Michale, to niby nie głosowałeś “za” ?

- Głosowałem z nawyku “za”, ale wąsikami ruszałem “przeciw”.

- Akurat komuś się chciało gapić w pańskie wąsiki! - zaśmiał się Kmicic, który też z 

nimi siedział wbrew temu, czego niektórzy czytelnicy oczekiwali.

Wtem do lochu wszedł tępogłowy oficer.

- Jestem Roch Kowalski - przedstawił się. - A to jest pani Kowalska - oświadczył, 

pokazując zardzewiałą szable tkwiącą beznadziejnie w starej wysłużonej pochwie.

- Jakże to tak? - zdziwili się więźniowie. - To z własną szabblą żywiesz?

-   A   żywię,   a   co   mi   tam?   -   odrzekł   butnie   Roch.   -   Jedyna   to   moja   i   najmilejsza 

przyjaciółka! Hej - dodał marzycielsko pod adresem szabli - żebyś ty tak jeszcze, szelmo, 

gotować umiała!

- Jeżeli nie masz żadnej inszej rodziny - wzruszył się pan Zagłoba - to mów mi wuju.

- A ja nie chce waści mówić  “wuju”  - zaperzył się Roch. - Najwyżej mogę coś do 

rymu - zażartował wulgarnie i powsadzał jeńców na wóz, żeby ich zawieźć do Birz i wydać 

Szwedom.

Wszyscy bardzo się tą wiadomości ucieszyli, a najbardziej pan Kmicic.

- Nie ma to jak u Szwedów - mówił - smacznie, porno i wytworno, a Szwedki duże 

blondyny!   Komm   hier   svenska   Fleka,   zrobimy   człowieka!   -   zacytował   popularne, 

skandynawskie przysłowie.

- Święta to prawda - potwierdził cnotliwy pan Skrzetuski.

- Opowiadał mi o tym podkanclerzy koronny, pan Hieronim Radziejowski, któren był 

tam na saksach i już po trzech miesiącach wrócił własną gablotą sześciokonną, a wcale się 

specjalnie   nie  napracował,   tyle   że  po karczmach   garnki  zmywał,   a  nocami  po  szpitalach 

nocniki wynosił, co dla polskiego dygnitarza, chwilowo od nomenklatury odsuniętego, nie 

jest żadną ujmą.

-   Do   Szweda,   do   Szweda!   -   zawołali   z   entuzjazmem   rycerze   na   wieść   o   tych 

wspaniałościach.

Ale, niestety, jak to u nas, popili się, zaczęli przebierać jeden za drugiego, a wreszcie 

pan Zagłoba w mundurze Rocha Kowalskiego oświadczył, że on poprowadzi konwój. I jak 

zaczął prowadzić, tak wszyscy wpadli w ręce skonfederowanych chorągwi i musieli się do 

nich przyłączyć. A tak ładnie się zapowiadało.

background image

ZAGŁOBA HETMANEM

Pewnego razu skonfederowane przeciw Szwedom chorągwie zebrały się pod Białym 

Stokiem. Na razie nie udało im się zorganizować żadnej większej bitwy, gdyż nikt nie chciał 

nikogo słuchać. Kiedyś nawet umówili się ze Szwedami, że się trochę pobiją, ale gdy się 

przed walką zebrali na naradę, to każdy miał inne pomysły:  jeden żądał, żeby zacząć od 

szarży husarskiej, inny - żeby okrążyć przeciwnika na tatarską modłę, a jeszcze inny - żeby 

najpierw teren dokładnie, po niemiecku ostrzelać. I długo to trwało, aż wreszcie gdy wszystko 

uzgodnili i przybyli na umówione miejsce, to Szwedów już dawno nie było, bo zmarzli i 

odjechali do domu, a uprzednio popisali na drzewach różne ordynarne uwagi, gdzie oni mają 

takie wojowanie.

- Wybierzemy sobie hetmana, to będzie porządek - powiedział pułkownik Żeromski - 

Mamy   nawet   zapasową   buławę,   którą   kiedyś   pan   Rewera   Potocki   do   Sapiehy   w   karty 

przegrał, ale Sapiesze nijak było z dwiema buławami naraz wojować, gdyż ręce obie miałby 

zajęte, a wiecie waszmościowie jako on w nosie rad dłubać...

- Wiemy, wiemy! - zawołało towarzystwo.

- No właśnie, dlatego też ową wygraną buławę w Białym Stoku ostawił.

- No, to do wotów, do wotów! - zaproponował pułkownik Kotowski. - Ja, osobiście, 

na pana Skrzetuskiego głosuje, któren jest wojownik wielki i doświadczony, a przy tym ma 

piękną brodę i sześciu synów, co już samo w sobie dostateczną stanowi rękojmię.

- Nie wiem, co tu synowie do rzeczy mają - mruknął kwaśno Wołodyjowski, sam na 

buławę hetmańską łasy - zwłaszcza, że dwaj najstarsi dziwnie do Bohuna podobni.

- To nie prawda! - wrzasnął oburzony Skrzetuski. - Nie dwaj, tylko  jeden trochę 

podobny, a to dlatego że Helena przestraszyła się Bohuna, gdy ją przydybał w barze, o czem 

pan Zagłoba może zaświadczyć!

-   W   barze   czy   w   landarze,   grunt   że   zdrowe   gówniarze!   -   rzekł   sentencjonalnie 

Zagłoba, chcąc czym prędzej uciąć drażliwy temat, szczególnie iż trzeci z kolei syn państwa 

Skrzetuskich urodził się z bielmem na oku i od małego lubił sobie popić.

-   To   może   pan   Kmicic   hetmanem   chciałby   zostać?   -   spytał   pułkownik   Lipnicki 

wysuwając   szufladę,   w   której   zalśniła   pozłocista   buława.   Kmicic,   jako   że   był   gorączka, 

skoczył po nią bez słowa, ale nie zdążył, gdyż Lipnicki szufladę zatrzasnął, miażdżąc dwa 

palce młodemu zagończykowi.

background image

- Cha, cha, cha! Ale go splantował! - ryknęli oficerowie z właściwym ich zawodowi 

poczuciem humoru.

- Wolej mi było zginąć! - lamentował Kmicic. - I jakże ja teraz pięć wódek w knajpie 

na migi zamówię?

- To zamawiaj pół litra. To jest akurat pięć wódek. - Poradził życzliwie Lipnicki, który 

nigdy długo urazy nie żywił. - A teraz do wotów panowie, do wotów!

- Zagłoba, bracie, wysuń moją kandydaturę - błagał szeptem Wołodyjowski. - A ja za 

to nikomu nie powiem, żeś Burleja w Zbarażu nie usiekł!

- Pst! - Zagłoba rozejrzał się podejrzliwie. - Jak to, powiadasz, żem go nie usiekł?

- A pewno, że nie. Przecie to ksiądz Muchowiecki monstrancją go zatłukł, ale bał się 

przyznać do takowej profanacji.

-   No   dobrze...   -   zgodził   się   niechętnie   Zagłoba   i   zaproponował   pana   Michała   na 

hetmana.

- Wołodyjowskiego? - skrzywił się Skrzetuski. - Pewnie że dobry z niego żołnierz, ale 

co z tego, gdy kurdupel.

-   Nie   jestem   kurdupel   -   zapiał   mały   rycerz   -   Jestem   średniego   wzrostu.   Prawda, 

Jóźwa?

Jóźwa Butrym Bez Nogi, totumfacki i przyboczny Wołodyjowskiego, spojrzał ponuro 

po obecnych i kładąc dłoń na rękojeści garłacza rzekł dobitnie:

- Pan pułkownik Wołodyjowski jest średniego wzrostu.

- Pewnie że średniego - przyznali wszyscy obłudnie.

Na   to   podstępny   namiestnik   Żeromskiego,   pan   Jachowicz,   spytał   z   pozorną 

życzliwością:

- A któż wam te nogę tak galanto oberżnął, mój żeż ty dzielny Jóźwo?

- Też pan pułkownik Wołodyjowski! - odparł z uznaniem Jóźwa. - A to wtedy, gdy 

swego słynnego, polskiego młynka ćwiczył szablą, a jam niechcący wszedł do izby.

-   W   takim   razie   pan   Wołodyjowski   liczy   sobie   równo   metr   trzydzieści   sześć   - 

stwierdził z triumfem Jachowicz zmierzywszy protezę Jóźwy.

- No, to nie mamy kandydata! - zasmucił się Żeromski. - Chyba... - dodał po chwili 

namysłu - . . chyba żebyśmy obrali pana Zagłobę...

- Nie ma zgody. Zagłoba to opój! - wrzasnął Kmicic, który dla zagłuszenia bólu w 

zranionej ręce upił się tymczasem siwuchą.

- Nie tylko opój, ale i lubieżnik! - dorzucił Skrzetuski.

- I jeszcze w dodatku blagier! - uzupełnił Wołodyjowski.

background image

- Rochu, wuja ci obrażają! - zapłakał Zagłoba.

- Kto wuja obraża, ten jakoby ojczyznę, matkę  naszą obrażał! - oświadczył  Roch 

Kowalski i muśnięciem potężnej pięści rozciągnął Wołodyjowskiego na podłodze.

- Jóźwa Butrym do mnie - rozkazał mały rycerz, - Soroka, bierz ich! - wybełkotał 

Kmicic.

- Rzędzian, łubu-du! - zarządził Skrzetuski.

Zaczem wierni goryle utworzyli w pośrodku izby wirujące kłębowisko. Kurz podniósł 

się z nie trzepanego dywanu i przysłonił walczących. Słychać było tylko dopingujące okrzyki 

oficerów,   straszliwe   łomotanie   jakoby   młotów   bijących   w   kowadła   i   od   czasu   do   czasu 

okrzyki: - Ależ ty! No, no, no! Tylko nie po oczach! Gryziesz, chamie? - i tym podobne.

Wreszcie  z  podłogi   dźwignął   się  zwycięski   Roch  Kowalski   i  chwyciwszy  buławę 

podął ją panu Zagłobie. Ów zaś ujął ją ostrożnie, ucałował i wzniósłszy oczy w gore rzekł:

- Za grzechy moje, przyjmuje! - Z którego to tekstu korzystał już zresztą przed nim 

Jarema Wiśniowiecki, a po nim Jarema Maciszewski. Zaraz też zabrzmiało tradycyjne  “sto 

lat” i starzy towarzysze ruszyli hurmą z gratulacjami.

-   I   od   czego,   ojciec,   zaczniesz   swe   rządy?   -   spytał   poufale   Skrzetuski,   który 

poprzednio   był   wprawdzie   kandydaturze   Zagłoby   przeciwny,   ale   wybranemu   w   tak 

demokratyczny sposób pierwszy rękę uścisnął.

- Zacznę od tego - odrzekł Zagłoba, bawiąc się od niechcenia buławą. - Zacznę od 

tego, że postaram się sobie przypomnieć, kto mnie tu nazwał blagierem, świnią i opojem.

PORWANIE RADZIWIŁŁA

Pewnego razu nasi rycerze  doszli  do wniosku, ze Szwedzi nie utrzymają  się zbyt 

długo w Polsce, gdyż nie mają żadnych szans w starciu z tutejszą - ogromnie rozbudowaną - 

administracją,  która  niby im  się podporządkowuje  i niby współpracuje, ale  równocześnie 

wciąga ich w swoje skomplikowane tryby i przepisy nie mające odpowiednika w żadnym 

innym kraju na świecie z wyjątkiem, być może, Kucowołoszy i niektórych pogranicznych 

prowincji cesarstwa chińskiego.

- Nie ma rady - powiedział pan Zagłoba. - Trzeba się jednak czymś zasłużyć Janowi 

Kazimierzowi,   bo  jak   wróci   na   stołek,   to   da   nam   takiego   dubla,   ze   się  nie   pozbieramy. 

Zastanówmy się jeno, co by mu sprawiło największą przyjemność?

- To może ja porwę Radziwiłła - zaofiarował się Kmicic. - Dla mnie takowy proceder 

background image

to nie nowina, gdyż Chowańskiego nie jeden raz podchodziłem. Po prawdzie ani razu nie 

podszedłem, chociaż na palcach podchodziłem, ale taki miał słuch ten kacap, ze w ostatniej 

chwili odwrócił się do mnie z pyskiem:  “A ty, szto? “. To ja  wtedy musiałem łgać, ze po 

zapałki przyszedłem. Radziwiłła jednak podejdę, gdyż skutkiem nadciśnienia, w uszach tak 

mu   szumi   iż   Szwedowie   używają   go   nawet   jako   zagłuszczki   do   tłumienia   haseł 

wolnościowych rozlegających się już to tu, to tam, po cale Polszcze!

Radziwiłł bawił aktualnie w Pilwiszkach, skąd rozsyłał po kraju listy,  zawierające 

mnóstwo ciekawych pomysłów dotyczących pozbycia się elementów antyszwedzkich. W tym 

celu   książę   doradzał:   obmowę,   intrygę,   tortury,   wkręcanie   palców   w   kurki,   lewatywę   z 

towotu, zatrzymanie na czterdzieści osiem godzin, pohukiwanie w krzakach dla postrachu, a 

zwłaszcza   podtruwanie   konfederatów   gotowymi   wytworami   ówczesnego,   niedoskonałego 

jeszcze przemysłu spożywczego. Na widok pana Andrzeja wielki zdrajca ucieszył się,  byli 

bowiem spokrewnieni przez niejakiego Kiszkę. Pokrewieństwo przez Kiszkę jest co prawda 

okrężne, a może się nawet okazać kłopotliwe, jednakże pokrewieństwem pozostaje, co by się 

o nim nie mówiło.

- Najniższe swoje usługi jwmśc panu jkmśc psc tsc polecam! - zawołał grzecznie 

Kmicic.

- A kogoż ja widzę? - zrewanżował się Janusz Bogusław.

- Toż to mśc psc chor orsz z kisz kap!

Kmicic   skłonił   po   polsku   -   do   ziemi   czapką,   co   prawda   nie   hetmańską,   bo   bez 

czaplego za otokiem piórka, ale całkiem jeszcze porządną. Książę zaś ścisnął go za głowę, a 

Kmicic   księcia   za   kolano,   co   wprawiło   Radziwiłła   w   nerwowy   chichot.   Nuże   tedy   pan 

Andrzej cmokać księcia po rękach, a książę pana Andrzeja w ramie, aż rozochocili się obaj i 

nieomal rozfiglowali.

- Poniedźwiadkujem się? - spytał magnat.

- Poniedźwiadkujem! - zawołał chorąży orszański.

Tu odstawili obaj ramiona od tułowi, a głowy przechylili na boki i jęli się okrążać 

nawzajem jakoby dwa niedźwiedzie zazdrosne o jedna samice, aż wypatrzywszy odpowiedni 

moment przypadli do siebie i pochwycili w mocarne objęcia, poklepując jeden drugiego po 

plecach i lędźwiach, śliniąc po policzkach i pomrukując z zadowolenia, a który to ceremoniał 

odprawiwszy po trzykroć, odstąpili od siebie i stali, ciężko dysząc od miłego wysiłku.

-   Co   tam  nowego   i   jksiażmści?   -   odezwał   się   wreszcie   Kmicic.   -   Czy 

jokswlklitwszmśc psc msc zdrów?

-  Dziękuje,   pchor   wszmśc   piecz   woł   z   bur  i   kur   piecz   -   odrzekł   Radziwiłł.   -   Ze 

background image

zdrowiem u mnie nie bardzo, gdyż zgaga mnie piecze, choroba francuska zżera, ślepa kicha 

nawala, ciśnienie rozsadza, reumatyzmy jakieś łupią, a artretyzm ruchy hamuje, chociaż z 

drugiej strony biegunka biegać przymusza.

- Ale poza tym? - spytał sugerująco pan Andrzej.

- Ale poza tym, wszystko w porządku! - odpowiedział automatycznie wielki zdrajca, 

raz jeszcze potwierdzając stara prawdę, iż nie ma takiej wypowiedzi, jakiej nie można by 

uzyskać, formułując odpowiednio pytanie.

- Trochę świeżego powietrza i jak ręką odjął - doradzał  Kmicic,  przypomniawszy 

sobie, po co tu przybył. - Ot, mam tu na podwórku konia wielkiej krwi, któren dziwnie pod 

siodłem chodzi. Czy nie zechciałbyś wkmśc psc ziu osobiście go dosiąść?

- A i owszem! - zawołał łatwowierny książę.

I obaj wyszli  na podwórzec, gdzie wachmistrz Wierny Soroka trzymał  niedużego, 

grubokościstego kuca o wielkim łbie i niepewnej maści, przypuszczalnie ichtiolowej.

- Nie jest ci on szczególnie urodziwy... - kręcił nosem Radziwiłł, ale Kmicic rozejrzał 

się dokoła, przytknął palec do warg i wyszeptał tajemniczo: - Pst, to jest koń Przewalskiego!

- Jezus Maria! - zakrzyknął książę i również zniżając glos, spytał: - A kto to jest 

Przewalski?

- Tego nie wiem - odrzekł szczerze pan Andrzej. - Ale gdym tego konia rabował... 

Tfu,   chciałem   rzec   gdym   go   kupował,   tedy   poprzedni   właściciel,   chociaż   dobrze 

wykrwawiony, zdołał mi wycharczeć przed skonaniem, ze jest to koń Przewalskiego.

- Dosiądźmy go tedy - Radziwiłł przełożywszy nogę przez kuca, znalazł się na jego 

grzbiecie.

-   Bierz   go!   -   krzyknął   straszliwym   głosem   pan   Kmicic   do   swoich   ludzi,   którzy 

uchwyciwszy z obu stron za cugle ruszyli żwawym kurcgalopem. Księciu przez jakiś czas 

stopy wlokły się po ziemi z obu stron malutkiego wierzchowca, aż wreszcie w trosce o swe 

nowe,  holenderskie   ciżmy  dal   za  wygrana  i  stanął  obunóż  na  drodze,  a  konik bez  trudu 

wybiegł spod niego i wesoło poskakał za porywaczami.

- Zawracać po takiego syna! - rozkazał pan Andrzej, ale jego ludzie nie byli już zdolni 

do   żadnego   działania,   gdyż   na   widok   ogłupiałego   magnata,   stojącego   w   rozkroku   i 

trzymającego kurczowo kawałek cugli, zaczęli tarzać się po łące w konwulsjach śmiechu. 

Wreszcie i Kmicic - w porywie wesołości - runął na ziemie, gubiąc przy okazji krócicę, która 

przy upadku wypaliła, osmalając i ogłuszając właściciela. Zaraz tez wierny Soroka sklecić 

nosze   kazał   i   zataczając   się   jeszcze   ze   śmiechu   wiózł   ukochanego   dowódcę   przez   lasy 

głębokie,   bo   z   tak   przerobiona   facjatą   wstyd   było   go   ludziom   pokazać.   W   Pilwiszkach 

background image

natomiast pozostał rozkraczony wielki zdrajca Radziwiłł, czym do reszty ośmieszył się w 

oczach   szlachty,   która  od   tego   dnia   jęła   go   masowo   odstępować,   przechodząc   do   obozu 

prorządowego.

I to była autentyczna, patriotyczna zasługa pana Andrzeja, będąca rezultatem mądrej, 

przemyślanej i przekonsultowanej z aktywem akcji. I nie jest ważne, ze na początku rycerzom 

o cos innego chodziło.

Najważniejsze, ze im w ogóle cośkolwiek wyszło.

OBRONA CZĘSTOCHOWY

Pewnego   razu   pan   Kmicic   wędrując   po   Polsce   z   Wiernym   Soroką   i   nie   bardzo 

wiernymi, ale nie tak tępymi jak Soroka Kiemliczami, wstąpił do karczmy w Kruszynie i 

zamówił  sobie słynny tamtejszy filet z morszczuka, a do tego wino  “Basztowe”. Ledwie 

jednak rozpoczął konsumpcję, gdy do jego stolika przysiedli się panowie Wrzeszczynowicz i 

Lisola i zaczęli rozmawiać po niemiecku, żeby nikt nie zrozumiał. Mówili, że Szwedzi lada 

chwila mają obrobić skarbiec jasnogórski.

Kmicic,   który   gadał   po   niemiecku   jako   i   po   naszemu,   prędziutko   dokończył 

morszczuka,  popił winem i popędził  do Częstochowy,  słusznie rozumując, że przy takim 

rabunku   bandyci   mogą   w   pośpiechu   upuścić   jakiś   cenny   drobiażdżek.   Ledwie   to   jednak 

pomyślał, gdy odbiło mu się siarką tak mocno, że aż zleciał z konia, a równocześnie coś 

zaczęło dzwonić i huczeć.

- Co z waszą wielmożnością? - spytał Wierny Soroka, pochylając się troskliwie nad 

leżącym.

- Z gęby zionę siarką, a w uszach mi dzwoni i huczy... - poskarżył się młody rycerz.

-   Dzwonią   dzwony   jasnogórskie   -   wyjaśnił   Soroka   -   a   huczy   artyleria   forteczna. 

Widocznie ojczaszkowie na wszelki przypadek lufy sobie przedmuchują.

- A skąd siarka? - jęknął pan Andrzej i znowu beknęło mu się smrodliwie, że aż konie 

przysiadły pod Kiemliczami.

- Ha! - zawołał w nagłym olśnieniu. - Nic inszego, jeno to musi być zapowiedź mąk 

piekielnych, bom planował świętokradztwo!

- Jakich tam mąk piekielnych - mruknął sceptycznie stary Kiemlicz. - To te jabole 

siarką zaprawiają, żeby ich pokręciło!

Ale Kmicic już tego nie dosłyszał, pędził bowiem w kierunku klasztoru, aby ostrzec 

background image

ojców paulinów i w ten sposób zmazać swój niedoszły grzech. Ksiądz przeor Kordecki nie od 

razu uwierzył obcemu przybyszowi, ale ten wyspowiadał mu się kim jest i prosił, aby mógł w 

klasztorze występować pod jakimś pseudonimem, a to na wypadek, gdyby Szwedzi jednak 

wygrali i zaczęli szukać pomsty na przeciwnikach.

- Chwalebna to przezorność synu - odrzekł trochę cierpko zacny przeor - i nie będę się 

jej przeciwiał, obierz sobie tedy miano od jakieś sprawy, którą najbardziej na tym świecie 

ukochałeś.

A   mówiąc   tak,   miał   na   myśli   takie   szczytne,   choć   przybrane   nazwiska,   jak   np. 

“Ojczyznowski Józef”, “Mgr inż. Patryjotyczniak” i im podobne.

Kmicic myślał, myślał, a że najbardziej lubił baby, więc powiedział:

- Może ja bym się nazywał Babiuch albo Babinicz?

- To już lepiej Babinicz! - zakrzyknął Kordecki, żegnając się odruchowo. - A teraz - 

rozkazał - dalejże wszyscy opatrywać wały!

- My już sobie opatrzylim! - zawołali chórem Kiemlicze, i kopnięci przez Soroke 

wylecieli za bramę forteczną, gdzie się zresztą później okazali bardzo, a bardzo przydatni.

Tymczasem nadciągał generał Miller i pod osłoną nocy usiłował podstępnie dostać się 

do klasztoru, pukając z głupia frant w odrzwia bocznej furty.

- Wer da? - krzyknął doskonałą niemczyzną Kmicic, trzymający tam straż.

- Ist Herr Kordetzky zu Hause? - zapytał kulturalnie Miller, nadając swemu głosowi 

miękkie brzmienie.

- Kordecki szlafen, und zi auch szlafen gejen, morgen curuk komen! - poradził pan 

Andrzej.

- Aber ich habe keine Platz zum schlafen... - żalił się chytry żołdak. - Ach, wie kalt, 

wie kalt... - zapłakał, kłapiąc naumyślnie zębami.

-   Kalt?   Kalt?   -   upewnił   się   Kmicic.   -   Glajch   wird   warm!   -   co   mówiąc   oblał 

najeźdźców gorącym kapuśniakiem z wkładką, przyniesionym z klasztornej kuchni.

Łatwo pojąć jak potworną panikę wywołała ta akcja w obozie szwedzkim. Całe pułki 

błąkały   się   w   rozpaczliwym   nieładzie   do   rana,   biorąc   często   swoich   za   nieprzyjaciół   i 

niszcząc   się   wzajemnie.   W   ciemności   krzyżowały   się   trwożne   okrzyki,   jęki   i   paniczne 

pytania:  “Ty,   jak   się   czyści   plamy   z   kapuśniaku?  “Korzystając   z   zamieszania,   okoliczne 

chłopstwo uzyskało nagle świadomość narodową i uderzyło na wraże magazyny, a obrońcy 

wypadli za mury, nie dając nikomu pardonu. A potem wracali zdyszani, umazani krwią jak 

wilcy, którzy uczynili rzeź owczarni.

U przechodu czekał na nich ksiądz Kordecki. Liczył ich i uśmiechał się dobrotliwie na 

background image

widok okrwawionych junackich twarzy, zesztywniałych od posoki wąsów i dymiącej jeszcze 

od mordu broni, na którą buńczucznie ponasadzali urżnięte nieprzyjacielskie członki, a nawet 

ręce i nogi.

Jeden tylko pan Kmicic nie wracał. Umyślił sobie bowiem, iż korzystając z okazji da 

drapaka z tej, zbyt  jak na jego temperament  świętobliwej, twierdzy,  gdzie jedyna  dobrze 

widziana rozrywka było ćwiczenie się batożkami.

Przebrał się tedy młody rycerz  za starą żebraczkę Konstancję, żyjącą dostatnio ze 

zbierania butelek na ziemi niczyjej i skrzypiąc głośno stawami biodrowymi przemykał się na 

zachód, gdy wtem ujrzał przed sobą jakiegoś człeka, który usiłował ukryć w lufie ogromnej 

armaty tęgiego, śląskiego krupnioka, ukradzionego zapewne w czasie bitewnego tumultu.

- Pan starosta Jaworowski! - wykrzyknął odruchowo Kmicic.

- Jam ci jest... - przyznał się starosta.

Jakoż   to   on   był.   Ten   potężny   i   piękny   mężczyzna   najdłużej   spośród   magnatów 

polskich pozostawał w szwedzkiej służbie, o co niektórzy żywili doń pretensje, zwłaszcza że 

miał   w   przyszłości   zostać   królem   polskim,   dość   znanym   Janem   Trzecim   Sobieskim. 

Obdarzony ogromnym apetytem i ponad miarę pazerny seksualnie, nieczęsto miał w obozie 

szwedzkim okazję do zaspokojenia obu tych namiętności.

Teraz, nagle spadło mu jak z nieba jedno i drugie. Powiedziawszy więc dowcipnie 

“Naści piesku kiełbasy! “, wsunął aluzyjnie krupnioka do armaty i ruszył w stronę rzekomej 

żebraczki Konstancji, podkręcając zalotnie wąsa. Pan Kmicic struchlał i włosy stanęły mu 

dębem na głowie, zaś przed oczami stanęło straszne widmo nierycerskiej śmierci. Zaraz też 

zaczęli się ścigać wokół kolubryny, Sobieski cały w lansadach, amorach i prysiudach, Kmicic 

zaś ze skromnie spuszczonymi oczami i wysoko dla ułatwienia ucieczki podkasaną spódnicą.

Stanęli wreszcie po obu końcach gigantycznej lufy, dysząc ciężko.

- Czego się boisz głupia? - perswadował starosta Jaworowski. - Czemu nie chcesz iść 

na całość?

I wpadając w tradycyjny styl kresowych zalotów zanucił od niechcenia:

Mołodyciu, mołodyciu

Szto wtikajesz, ja twij Hryciu,

Stara maty piszła spaty,

Chody meni pokuchaty, juhu!

Pan Andrzej zaś odśpiewał mu skromnie:

background image

Ne choczu, ne choczu

Bo sobi zamoczu...

Nie dokończył i pisnąwszy cieńko, znowu rzucił się do ucieczki, ale zaraz runął na 

ziemie, pociągając niechcący za sznurek od armaty. Ogromna kolubryna huknęła i rozpadła 

się w kawałki, a masywny krupniok wyleciał z niej i zabiwszy po drodze dwadzieścia pięć 

tysięcy nieprzyjaciół, bez jednego wyjątku heretyków, wpadł do klasztoru. Bardzo dobrze, że 

do   klasztoru,   bo   obrońcom   kończyły   się   już   zapasy   żywności.   Tymczasem   pan   Andrzej 

omdlał i dostał się do niewoli. Pomińmy milczeniem  ohydne  praktyki,  jakich się na nim 

dopuszczał właściciel prywatnego rożna, emerytowany pułkownik Kuklinowski. Wszyscyśmy 

winni wdzięczność poczciwym Kiemliczom, którzy delikatnie ściągnęli Kmicica z okrutnego 

urządzenia, a nadziali na nie paskudnego prywaciarza.

Pan Andrzej usiadł wygodnie przy ogniu. Jedną dłonią mierzwił w zamyśleniu swą 

podgoloną, płową czuprynę, drugą zaś obracał od niechcenia rożen z Kuklinowskim. Nagle 

wstał, a za nim Kiemlicze.

- Co wasza miłość rozkaże? - spytał starszy, spoglądając z uwielbieniem na swego 

dowódcę.

- Jedziemy na Śląsk! - powiedział Kmicic.

- Sprowadzić najjaśniejszego pana do kraju?

- Nie, uruchomić pierwszy na świecie grill przy dworze najjaśniejszego pana!

I   czterej   jeźdźcy   skoczyli   w   ciemność,   a   na   prymitywnym   rożnie   skwierczał 

pułkownik Kuklinowski, rozwścieczony, że to nie on pierwszy wpadł na ten pomysł.

POWROT NAJJAŚNIEJSZEGO PANA

Pewnego razu najjaśniejszy pan król Jan Kazimierz na pierwszą wieść o wkroczeniu 

Szwedów   uciekł   do   ziomkostwa   na   Śląsk   Opolski   i   zaczął   stamtąd   słać   uniwersały   i 

oświadczenia, że jest bardzo przywiązany do swego narodu i że ten naród powinien za niego 

ginąć, bo to i ładnie, i patriotycznie. Apele te na wszelki przypadek podpisywał nie jako król, 

jeno   Kroll.   Właśnie   siedział   nad   kolejnym   wstępniakiem,   gdy   do   komnaty   wszedł   pan 

Andrzej Kmicic i runął z hukiem do stop królewskich.

-   Ratunku!   -   wrzasnął   przestraszony   monarcha,   chowając   się   pod   prymasa 

background image

Leszczyńskiego, którego stale trzymał przy sobie, żeby mieć kogo zapytać, co się pisze przez 

samo “h”, a co przez “u” otwarte.

- Uspokój się, Jasiu - perswadowała Maria Ludwika, wyciągając go spod sutanny. - 

Ten pan nazywa się Babinicz i przyjechał namówić cię, żebyś wracał do kraju.

- Nie chcę! Nie pojadę do kraju! - upierał się król, tupiąc nóżkami. - Nikt mnie tam nie 

lubi, magnaci mnie nie lubią, szlachta mnie nie lubi, chłopi mnie nie lubią, nawet dzieci mnie 

nie lubią.

- Musisz wracać do kraju - tłumaczyła cierpliwie królowa. - Przecież jesteś królem i 

powinieneś siedzieć na tronie z berłem i złotym jabłuszkiem w ręce.

- Z jabłuszkiem mogę - zgodził się wreszcie Jan Kazimierz. - Ale przecież w kraju są 

Szwedzi, którzy także mnie nie lubią.

- Pan Babinicz mówi, że Szwedów wszędy biją - odezwał się kanclerz koronny, pan 

Koryciński.

-   Biją,   biją!   -   potwierdził   Kmicic.   -   Ja   sam   wracam   z   Częstochowy,   gdzie   siła 

nadokazywałem   i   na   rożnie   byłem   przypiekany,   skutkiem   czego   jestem   częściowo 

nadwęglony i nawet po trochu się kruszę, zwłaszcza gdy jadę na koniu truchtem.

- Niech kto obejrzy te rany jako dowód prawdy - rozkazał król.

- Ja to zrobię osobiście - zaofiarowała się królowa.

Usłyszawszy   to   dworzanie   jęli   dyskretnie   chichotać   po   kątach,   jeden   drugiego 

szturchać i szeptać sobie do uszu, aż wreszcie zdenerwowało to Jana Kazimierza, szczególnie 

iż Kmicic  i Maria Ludwika  długo nie  powracali.  Skoczył  młody dworzanin  Tyzenhaus  i 

przyprowadził ich po małej chwili.

- No i co, no i co? - pytał niecierpliwie król. - Czy pan Babinicz ci pokazał?

- Pokazał... - odrzekła królowa, bawiąc się wachlarzem.

- I co? Duży uszczerbek na zdrowiu?

- Taki sobie... - mruknęła jej królewska mość, jakby czymś zdegustowana.

- A zatem wracamy do kraju! - zdecydował bohaterski monarcha. - Proszę mi podać 

gumiaki.

Wyjechali wkrótce i jechali bardzo dziwną i okrężną drogą, zaproponowaną przez 

pana Sienkiewicza. Wszędy wychodziła im na spotkanie ludność zgrzebna i płowa. Chyląc się 

do stop królewskich, wołała:

- A witajże nam, witaj, jasny gospodynie!

Kurpie   przynosili   miód   z   leśnych   barci,   Kaszubi   smakowite   dorsze   i   nototenie, 

Poznaniacy oszczędne słowo poparcia, Łowiczanki zaś  własnoręcznie utkane pasiaki, aby 

background image

było w co poubierać szwedzkich jeńców. Wreszcie z krzaków wyskoczył Krakowiak cały w 

ferezyjach, sukmanach i mosiężnych brzękadełkach, z obłędem w oczach, bo mu kosę na 

sztorc wywinęło, i zakrzyknąwszy po swojemu: “Oj, dana oj, dana!” puścił przed orszakiem 

ogromnego pawia, aby gwardia królewska mogła pawimi pióry czapki swoje na narodową 

modłę przystroić.

- Widać, że wszystko ku lepszemu się obraca - mówił z rozjaśnionym obliczem. - 

Wychodzimy   z   dołka!   Trza   jeno   Szweda   z   ojczyzny   miłej   wypędzić,   a   tego   bez   waszej 

pomocy nie uczynię. No, więc jak, pomożecie?

- Dopomóż Bóg! - wołało wymijająco chłopstwo, pamiętając, że królowie bywają 

dobrzy tylko w historycznych chwilach, gdy im ziemia spod nóg, a tron spod zadka usuwa.

Tak dojechali aż do Tatr i zanurzyli się w jakąś szczelinę skalną, długą i prostą. Gdy 

zaś byli już w połowie, nagle krawędzie wąwozu zadrgały, poleciały z nich pnie drzewne i 

okruchy skał, a jednocześnie rozległo się przeraźliwe wycie i okrzyki:

- Ciupagami psubratów!

- Górale! Górale - zaczęto krzyczeć w orszaku królewskim.

- Ojciec, prać? - spytali młodzi Kiemlicze.

- Wiać! - zakomenderował przytomnie stary Kiemlicz. Wiedział, że z góralami nie ma 

żartów, że gdy sobie popiją, czyli zawsze, tedy radzi ceprów rabują, król nie król, Szwed nie 

Szwed, Niemiec nie Niemiec, choćby nawet i zachodni.

Zaraz też orszak zawrócił i uciekł z powrotem na Śląsk, a na miejscu starcia pozostał 

jedynie  ogłuszony butelką  młody rycerz.  Znaleziono  go dopiero wieczorem i  postawiono 

przed obliczem góralskiej milicji ludowej, czyli starego Wawrzka Dżdżownicy.

- Imię i nazwisko? - spytał rzeczowo Wawrzek.

- Zdziwi się pan - odrzekł pan Andrzej - ale jam nie Babinicz. Jam Kmicic... - to 

rzekłszy, zwisł jak martwy na rękach milicjantów.

- Do Matysiaków! - zarządził roztropnie Wawrzuś Dżdżownica.

LUBOMIRSKI - SHOW

Pewnego   razu   marszałek   koronny   książę   Jerzy   Lubomirski   postanowił   ugościć 

wygłodzonego   na   Opolszczyźnie   Jana   Kazimierza.   Król   otrzymawszy   zaproszenie   zaczął 

lamentować,   że   nie   ma   co   na   siebie   włożyć,   bo   wszystko   mu   się   w   podroży   wytarło. 

Molestował tedy swój nieliczny orszak  o rożne części garderoby, biegając po kwaterach z 

background image

okrzykami:

- Ługowski, masz jaki czysty podkoszulek? Wydźga, pożycz skarpetki! Koryciński, 

jak myślisz, wejdę w twoje spodnie?

Oni zaś migali się jak mogli, albowiem monarcha ów rzadko oddawał wypożyczoną 

odzież, a jeśli oddał, to w stanie godnym pożałowania. Skombinowano w końcu kostium, na 

który złożyły się lakierki kawalera Noyersa, białe pończochy zrabowane przez wachmistrza 

Sorokę   okolicznemu   rabinowi,   pluderki   obcisłe,   przefarbowane   na   czarno   z   kalesonów 

kanclerza Korycińskiego, a podwiązane u kolan kokardami, aby nie opadły oraz koszula z 

żabotem, haftowana w złote kaczuszki i różowe kotki, mocno woniejąca piżmem, została 

bowiem zarekwirowana u pułkownika Wolfa, mężnego, chociaż zniewieściałego dowódcy 

najemnych dragonów, o którym podwładni mawiali z miłością “Unsere deutsche Tante”, czyli 

“nasza szkopska ciota”. Na wierzch wreszcie nałożył  najjaśniejszy pan krótką, spacerową 

sutannę arcybiskupa gnieźnieńskiego, zaś głowę przyozdobił jedną z peruk Marii Ludwiki, o 

długich,   angielskich   lokach.   Skompletowana   garderoba,   mocno   wymięta   w   jukach   i 

zaplamiona w czasie pośpiesznych posiłków, wymagała przepierki.

Bystry pan Kmicic szybko zaimprowizował polową pralnie, wykorzystując do tego 

celu rodzinę Kiemliczów.

- Ojciec, prać? - zapytali Kosma i Damian.

- Prać! - zarządził stary Kiemlicz. - Pfu! - skrzywił się trzymając ostrożnie w palcach 

cześć stroju królowej. - Skąd u najjaśniejszej pani takie zasrane reformy?

- No, no, no! Tylko nie zasrane reformy! - wrzasnął z okna karety Jan Kazimierz, 

który właśnie pracował nad kolejnym etapem reformy, mającej ulżyć chłopom, co zamierzał 

ogłosić pierwszego kwietnia w katedrze lwowskiej, zapomniawszy, że to prima aprilis, co 

później odbiło się ujemnie na realizacji tejże reformy, a i kilku następnych.

Obsztorcowani   Kiemlicze   wzięli   się   do   prania   i   w   pół   godziny   wszystko   było 

czyściutkie, a pan Andrzej z zadowoleniem przeliczał honoraria pobrane za usługę.

Wtem   naprzeciw   królowi   wyskoczył   marszałek   Lubomirski   cały   wysadzany 

diamentami.   Jedną   ręką   przytrzymywał   królewskie   strzemię,   drugą   zaś   zerwał   z   pleców 

wenecką delię i rzucił ją pod monarsze stopy, co od tygodnia mozolnie trenował. Na ten 

widok wyleciały w powietrze tysiące czapek, a także furgon z prochem trafiony wystrzeloną z 

tej okazji racą.

- Panie marszałku - rzekł król. - Tobie restaurację będziem zawdzięczać!

-   Miłościwy   panie!   -   odpowiedział   Lubomirski.   -   Restauracja   gotowa   na   twoje 

przybycie!   -   to   mówiąc,   wprowadził   gościa   do   pięknie   przyozdobionej   restauracji 

background image

“Turystyczna” i usadził króla na wywyższeniu dla orkiestry, przy osobnym stoliku. Następnie 

klaśnięciem   dłoni   dał   znak   do   rozpoczęcia   występów.   Prezentowały   się   mnogie   zespoły 

wojskowe, śpiewając pieśni patriotyczne specjalnie na te okazje ułożone, a wykonywały je z 

tym większym zapałem, iż za najlepszy utwór pan marszałek obiecał wręczyć pierścień, który 

miał na palcu.

Pierwsi wystąpili husarze pod buławą Rocha Kowalskiego i ryknęli gromko:

Zbudź się szlachcianko,

Popatrz kochanko,

W zachodnią stronę!

My z zagranicy,

Daj śliwowicy

W usta spragnione!

- Dziwnie piękna to pieśń - mówił Jan Kazimierz, ocierając oczy. - I bardzo trafnie 

trudy naszego powrotu zostały w niej ujęte. Pewien tedy jestem, iż musiał ją napisać jakiś 

zawodowy wojskowy.

- Jam to uczynił - przyznał Skrzetuski. - Patriotyzmy tak mię rozsadzały, iż musiałem 

im dać jakowąś folgę! Oj, nie trzeba, nie trzeba... - zaczął rękami machać, widząc, iż król 

wypisuje mu kwit do kasy państwowej. - Toż ja ze szczerego serca! - tu zapłakał, kolana 

królewskie uścisnął i cenny papier porwawszy pobiegł z nim do skarbca, gdyż późno już było 

i okienko przed nosem mogli mu, nie daj Boże, zatrzasnąć.

Występy   zaś   trwały   dalej,   aż   wygłodniali   dworzanie   zaczęli   rozglądać   się 

niespokojnie,   chrząkać,   przełykać   nerwowo   ślinę,   a   nawet   demonstracyjnie   nadgryzać 

paprocie i asparagusy, gęsto dla ozdoby na stołach poustawiane.

Widząc to Lubomirski, taktownie wyprosił artystów, wypychając ich własnoręcznie za 

drzwi,   a   opornych   kopiąc   dyskretnie   w   zady.   Potem   porwał   bogato   rzeźbiony   puchar   i 

wychylił go za królewskie zdrowie, a następnie palnął się cennym naczyniem w głowę, doz- 

nając licznych, ale chwalebnych obrażeń. Ten pełen godności, gospodarski gest wywołał w 

sali ogromny entuzjazm. Hetmani, biskupi, jenerałowie i inni dygnitarze powstali z miejsc i 

chwytając   różne   naczynia   stołowe,   rozbijali   je   na   łbach   sobie   bądź   najbliżej   siedzącym. 

Nawet król jegomość uniósł oburącz ogromną wazę z grochówka i podrzuciwszy ją, pozwolił 

aby roztrzaskała się na wielmożnym ciemieniu.

-   Waza,   wazę   rozbił!   Dobry   to   jest   omen!   -   zawołał   w   proroczym   natchnieniu 

background image

nuncjusz Widon, robiąc przejrzystą aluzję do faktu, że obaj przeciwnicy polityczni, czyli Jan 

Kazimierz i Karol Gustaw, z tego samego, szwedzkiego rodu Wazów pochodzili i prawdę 

mówiąc  we   miłej   swej   Szwecji   mogli   się   byli   tłuc.   Woleli   jednak,   jako   zresztą   i   różni 

późniejsi wodzowie, na wygodnym polskim poligonie spory załatwiać, ojczyzny własnej nie 

rujnując i nie zaśmiecając. Kiedy kadra kierownicza tak wesoło zabawiała się, na dziedzińcu 

zamkowym i w przyległej Lubowli również tłuczono co popadło. Celowali w tym zwłaszcza 

młodzi Kiemlicze rozbijając kolekcję musztardówek.

Wkrótce   zapłonęły   pierwsze   domy,   dając   baraszkującym   wygodne   i   wyśmienite 

oświetlenie. W blaskach pożarów uwijali się dzielni obrońcy ojczyzny, zaś ciemne chłopstwo 

okoliczne stało wokół z rozdziawionymi gębami, mówiąc do siebie w uniesieniu:

-   Zaiste,   prawda   jest,   iż   Szwedowie   tym   ludziom   się   nie   oprą,   gdyż   takowej 

rozpierduchy, jako żywo, nigdy uczynić nie potrafili!

OBLĘŻENIE TYKOCINA

Pewnego razu nasi rycerze oblegali Tykocin, w którym - żeby skutecznie zredukować 

ilość rożnych oblężeń - bronili się: król szwedzki, najemny Szkot Hassling - Ketling of Elgin, 

porucznik   chorągwi   piatyhorskiej   pan   Charłamp   oraz,   oczywiście,   Janusz   Bogusław 

Radziwiłł, który miał przy sobie Oleńkę, żeby zrobić tym na złość Kmicicowi.

- Dziś pański wielki dzień, panie Onufry! - mówił Wołodyjowski do Zagłoby. - Za 

chwilę   ma   przybyć   Karol   Gustaw   i   ofiarować   panu   Zamojskiemu   Lubelszczyznę   w 

dziedziczne władanie.

- To dlaczegoż to ma być mój wielki dzień? - spytał zdumiony Zagłoba.

- Jak to, zapomniałeś waść? - dziwili się rycerze. - Przecież na aktywie ustalono, iż 

jako   największy   kawalarz   we   całym   rycerstwie,   masz   w   zamian   zaofiarować   królowi 

szwedzkiemu Niderlandy.

- Musze sobie to zapisać! - zawołał pan Zagloba. - Co ja mu mam ofiarować?

- Niderlandy.

W tej chwili rozległo się pukanie.

- Kto tam? - spytał Skrzetuski, zaś potężny glos odrzekł:

- Najjaśniejszy król Szwedów, Gotów i Wandalów, wielki książę Finlandii, Estonii, 

Karelii, Bremy, Werdy, Szczecina, Pomerani, książę Rugii, pan Ingrii, Wismarku i Bawarii, 

hrabia Paladynu Reńskiego, Juliahu, Kliwii i Bergu!

background image

- W porządku - rzekł Skrzetuski. - Właźcie wszyscy, a ostatni żeby zamknął drzwi.

Wszedł Karol Gustaw, uginając się pod ciężarem przysługujących mu tytułów.

-   O,   dobrze   że   pana   widzę!   -   ucieszył   się   Zagloba,   który   chciał   jak   najprędzej 

wywiązać się z powierzonego zadania.

- Otóż zostałem upoważniony, żeby zaofiarować jego szwedzkiej mości Inflanty!

- To parsu topsze! - ucieszyła się szwedzka mość. - Właśnie o to chciałem prosić! - i 

uradowany   pobiegł   do   Tykocina,   nucąc   pod   rozcapierzonym   ze   skandynawska   wąsem 

popularną piosenkę z okolic Sztokholmu:

Nie byda, nie byda,

Szpajzował rezyda,

nie chcą tego dreku,

Poszpajzuje szpeku!

- Idioto - powiedział Kmicic, pukając Zagłobę palcem w bielmo. - Miałeś mu dać 

Niderlandy, a dałeś Inflanty. Oj, pociągnie się teraz ta wojna, pociągnie! - co rzekłszy, stanął 

na czele  swoich wiernych  Tatarów  i wybił  po mordzie  ich  wodza - Akbah - Ulana, bez 

którego to zabiegu ów rasowy Azjata nie był w stanie zrozumieć żadnego rozkazu.

Zaraz tez poszli zagonem w ziemie elektorskie, rżnąc tamtejszą ludność, na szczęście 

heretycką,  oraz gwałcąc  i łupiąc,  ale z rzadka tylko  paląc,  gdyż  pan Andrzej postanowił 

ograniczyć palenie.

Tymczasem   w   Tykocinie   książę   Radziwiłł   umyślił   straszliwą   zemstę   na   młodym 

rycerzu, bezczeszcząc uwiezioną Oleńkę. Urządzał więc na jej cześć turnieje i festyny, a raz 

nawet   przebił   rohatyna   trabanta,   co   mu   przyszło   tym   łatwiej,   że   trabant,   jako   wiadomo, 

pokryty jest tekturą.

Panna rada była tym siurpryzom. Atoli gdy jurny magnat brał się do amorów, tedy 

uciekała mu po zamkowych komnatach, korytarzach i wirydarzach, aż wreszcie właziła na 

solidny gdański regał, gdzie nie mógł jej dosięgnąć, tylko nogami tupał, oczami przewracał i 

mawiał do zaufanego Sakowicza:

- Okrutna z tej panny regalistka!

Oblegający zasię czynili już ostatnie przygotowania do szturmu, co szło im niezbyt 

sporo na skutek niejasnych rozkazów pana kasztelana Czarnieckiego, któren za młodu w gębę 

background image

postrzelon, srebrna protezę kazał sobie wstawić, dzięki czemu brzękał bardzo melodyjnie, ale 

niezbyt zrozumiale.

- Bzzzzzzzz zzzzz - rozkazał pan Czarniecki.

- Tak jest! - krzyknęli na wszelki wypadek rycerze, a na ten dowód subordynacji 

rozjaśniło się oblicze ukochanego.

BITWA POD PROSTKAMI

Pewnego   razu   w   lipcu   Wołodyjowski,   Skrzetuski,   Kmicic   i  Zagłoba   siedzieli   nad 

rzeczką, łowiąc ryby, mocząc nogi, a od czasu do czasu włażąc do wody, bo upał był tego 

dnia niezwykły. Wokół było słychać śpiew ptaków, a w oddali niezrozumiale pokrzykiwania 

kasztelana   Czarnieckiego,   który   usiłował   ich   odnaleźć   i   skłonić   do   wojowania,   ale   na 

szczęście byli dobrze ukryci wśród trzcin i oczeretów.

- Istny tu raj na ziemi - mruknął Skrzetuski, zakładając na haczyk robaka. - Słoneczko 

grzeje, woda pluszcze, ptacy świergolą, a ryby biorą.

Pan Wołodyjowski spojrzał w rozmarzeniu na rzekę:

- Ważki w słonku igrają - dorzucił - a wodą trupy spływają. Ani chybi wielka bitwa 

musiała się gdzie odbyć. Hej, panie Zagłobo! - zawołał starego rycerza, który woził się po 

rzecznej  tafli  na rozdętym  szwedzkim rajtarze jakoby na dmuchanym  pontonie. - Więcej 

naszych spływa czy nieprzyjaciół?

- Fifty - fifty - odkrzyknął Zagloba, przypatrując się zwłokom. - Ot, graf Waldek 

płynie, a tam pan Kotowicz, dalej Hassun - bej, który orda dowodził... Jest i Izrael...

- A co ma do tego Izrael? - zdenerwował się pan Kmicic. - Ci, to muszą się wszędy 

wepchać.

- Przecie to szwedzki jenerał, major o nazwisku Izrael - mitygował go pan Skrzetuski.

-   Pan   podskarbi   Gosiewski   nadpływa!   -   wrzasnął   Zagloba,   oddając   mimowolnie 

honory zasłużonemu dowódcy.

Za Gosiewskim nadpłynęli dwaj dowódcy regimentów piechoty, bracia Engel.

- Zaraz  nadpłyną  bracia  Marx! - zażartował  pan  Wołodyjowski,  ale,  zamiast  nich 

nadpłynął Hassling - Ketling i dość nieoczekiwanie powiedział:

- Czołem waszmościom!

- Ketling, żywiesz? - ucieszyli się rycerze.

- Yes - odrzekł oszczędnie, jak na Szkota przystało.

background image

- No to  czego  z trupami  pływasz?  Chodź do nas  i opowiadaj, gdzie  ta bitwa  się 

rozegrała?

- Pod Prostkami - wyjaśnił Ketling, zdejmując i wykręcając swą kraciastą spódniczkę i 

wystawiając na słonce swą szkocka kobzę.

- Pod Prostkami - prychnął pogardliwie Zagłoba - pod czym to się już ludzie nie biją! 

A powiedzże nam gościu miły, kto zwyciężył?

- Zwyciężyła słuszna sprawa - odrzekł Szkot, co niczego nie wyjaśniało, gdyż dla pana 

Ketlinga coraz to insza sprawa stawała się słuszna, w zależności od tego w czyje wpadał ręce.

- Mówiąc krotko - upierał się Skrzetuski - Polacy wygrali czy Szwedzi?

- Tego nie wiem, gdyż od wielkiego upału będąc bliski apopleksji, roztropnie upadłem 

prosto do wody i w miłym chłodziku już trzy godziny dryfuje.

Pan Wołodyjowski popatrzył na niego surowo i rzekł:

- Nie milej ci było, taki synu, życie za wiarę prawdziwą postradać?

- Milej - zgodził się Ketling - gdybym wiedział z całą pewnością, która prawdziwa. Po 

ojcu   albowiem   jestem   luteraninem,   jednak   dla   uzyskania   spadku   w   Kurlandii   musiałem 

przejść na katolicyzm i już chciałem w tym wytrwać, gdy mnie pod Warszawa Tatarowie na 

arkan ucapili i właśnie głowę mi mieli toporkiem odrąbać, gdy wtem cudownie nawrócony, 

na   mahometanizm   nagle   przeszedłem   i   przez   kompanijnego   mułłę   na   pniu   zostałem 

ochrzczony.

- Obrzezany kozikiem, po muzułmańsku! - skrzywił się Kmicic.

- Gdy nad głową toporek, tedy furda pisiorek - odrzekł filozoficznie Ketling, chociaż 

widać było, że boleje nad stratą.

- Nie martw się, waszeć - pocieszał Skrzetuski - nader wielkie jeszcze przed tobą 

możliwości, gdyż skończywszy ze Szwedy uderzymy najpewniej na Kozaków, wspierających 

Rakoczego, a w on czas być może znowu w niewole popadniesz i na prawosławie przejść 

będzie ci dane.

- Nie tylko - poparł Zagloba - A judaizm? A buddyzm? A Towarzystwo Krzewienia 

Kultury Świeckiej? Byleś  tylko  do luterańskiej  wiary nie nawracał, gdyż  ich ministrowie 

niemiecką mową się posługują, której Pan Bóg najpewniej nie znosi, zwłaszcza iż modlitwy 

też mają dziwaczne, zaczynające się przeważnie od słów: “Ich melde gehorsam...”

- Takoż i przysłowia Niemcy mają nader głupie - dodał Wołodyjowski. - Co dziwne, 

gdyż   przysłowia   są   mądrością   narodów,   a   jakaż   dla   przykładu   może   być   mądrość   we 

przesłowiu “Hände hoch”?

- Kapitan von Rössel płynie, mój dobry znajomy! - ucieszył się Zagłoba, wskazujac 

background image

zwłoki pozbawione głowy. - Muszę go obszukać, gdyż był mi winien dwieście talarów za 

tajną informację wojskową, którą przedałem mu z drugiej ręki! - co rzekłszy stary rycerz 

skoczył raźno do wody.

- Miło tu, ale nudno - stwierdził Skrzetuski, zarzucając wędkę - a i ryba jakoś przestała 

brać...

- Bierze, bierze! - zwrócił mu uwagę Kmicic, ukazując tańczący spławik. - I to jakaś 

duża bestia. Pewnie karp albo i sum!

Zaczęli ciągnąć obaj, obserwując złowioną sztukę.

- Chyba sum, bo z wąsami!

- Z wąsami to lin. Sum natomiast bywa z jajami.

- A ten i z wąsami, i z jajami!

- Moim zdaniem, to jest pan Zagłoba! - zawołał Ketling.

- Nie, to na pewno sum! - upierał się Skrzetuski.

- No więc Zagłoba czy sum?

Pogodził   ich   pan   Zagłoba,   który   wylazłszy   z   wody,   ze   złością   wypluł   haczyk   i 

powiedział stanowczo:

- Zagłoba sum!

JUBEL W UPICIE

Pewnego   razu   wszyscy   nasi   znajomi   przyjechali   do   Upity,   by   wziąć   udział   w 

uroczystym zakończeniu szwedzkiego potopu. Łyczkowie upiccy cieszyli się jak dzieci, że to 

właśnie   ich   miasteczko   ów   honor   spotyka,   a   już   szczególnie   gorąco   oklaskiwali   pana 

Andrzeja Kmicica, wybaczając mu wielkodusznie, iż nie tak dawno wraz ze swą kompanią 

doszczętnie   ich   obrabował,   a   kilku   na   tamten   świat   wyprawił,   ale   za   to   burmistrzowi  i 

władzom miejskim po sto batożków kazał wrzepić, co zawsze w Polsce wywoływało szczery 

entuzjazm,   szczególnie   gdy   istniało   podejrzenie,   że   władza   do   władzy   mocą   czarów 

czynionych nad urną się dorwała.

Wjeżdżał   tedy   pan   Andrzej   do   Upity   cokolwiek   upity,   a   trochę   i   pobity   przez 

septentrionów, z którymi ostatnio wojował i którzy go tak urządzili, że kto inszy dawno byłby 

Panu duszę za pokwitowaniem oddał. Zagłoba z Wołodyjowskim wprowadzili go więc pod 

ręce do pięknie przystrojonej sali miejscowego Klubu Łyka  i Rzemieślnika i usadzili przy 

stole prezydialnym, tuż pod napisem “Żmudzin potrafi”.

- Dla mnie schabowy! - zarządził pan Andrzej, któremu stół kojarzył się wyłącznie z 

background image

karczmą.

- Uciszcie się! - zawołał Skrzetuski, pełniący funkcję przewodniczącego akademii, i 

jął czytać referat królewski, pięknie gotykiem powielony: - “My, Jan Kazimierz, król Polski, 

Wielki Książe Litewski, mazowiecki, pruski, etc, etc, etc. ...”

- Nie jąkaj się! - zwrócił mu uwagę Zagłoba.

- Kiedy tu tak pisze - wyjaśnił Skrzetuski i czytał dalej:  “.. etc. etc. etc. wiadomym 

czynimy, że pan Andrzej Kmicic, chorąży orszański, lubo w początkach potopu po stronie 

szwedzkiej  się opowiadał, przecie  czynił  to nie z żadnej prywaty,  ale z najszczerszej  ku 

ojczyźnie intencji...”

-   Cha,   cha,   cha!  -   huknęli   śmiechem   zebrani,   co   słysząc   chorągiew   laudańska 

czekająca   na   dziedzińcu   i   mająca   wystąpić   w   części   artystycznej,   wkroczyła   z   brzękiem 

ostróg, śpiewając trochę fałszywie, ale za to bardzo głośno: - “Jam nie pański, nie hetmański 

jeno szlachcic jam laudański...”

- Won! Za drzwi! - krzyknął Skrzetuski. - To jeszcze nie teraz! - Po czym popił z 

karafki i kontynuował czytanie referatu:  “... który to rycerz następnie do Częstochowy się 

udał,   a   stamtąd   na   Śląsk   pojechał,   skąd   też   i   do   Warszawy   przybył,   a   z   której   do   Prus 

Elektorskich się był udał, ale zaraz ku Siedmiogrodowi zawrócił...”

- A cóż on tak się szlajał za nasze pieniądze? - spytał zgryźliwie Jóźwa Butrym Bez 

Nogi.

- Referat pan czytasz czy rozliczenie z delegacji? - wołano z sali.

Skrzetuski opuścił więc kilka kartek i trafił na zakończenie:

-   “Reasumując,   widać   z   tego   jak   na   dłoni,   iż   pomieniony   pan   Kmicic   wielkie   i 

nieocenione oddał osobie naszej usługi i walnie.” - Tu Skrzetuski skłonił się i usiadł.

- Chwileczkę - zawołał Zagłoba. - Co to znaczy “oddał usługi i walnie”? Kogo on niby 

walnie?

- Może ciebie wreszcie walnie? - szepnęła Kulwiecówna do Oleńki.

-   Ja   każdego   mogę   walnąć.   Na   mnie   nie   ma   mocnych...   -   wymamrotał   Kmicic, 

podnosząc na chwile głowę.

- Aha! - ucieszył się pan Skrzetuski. - Mnie się kartki zlepiły dżemem, a ja myślałem, 

że to już koniec! I rozdzieliwszy stronice koncerzem, czytał:

- “... i walnie przyczynił się do naszej Wiktorii nad królem szwedzkim, a zwłaszcza 

nad zdrajcą Radziwiłłem...”

- Niech żyje pan hetman Radziwiłł, wielki książę litewski i wojewoda wileński! - 

wrzasnął   Rzędzian,   któremu   kazano   zorganizować   na   balkonie   trybunę   entuzjastów,   ale 

background image

zapomniano podyktować nowe hasła, więc poleciał starymi, sprzed kilku lat.

Na   ten   okrzyk   laudańscy   znowu   wkroczyli   ze   śpiewem:   “Jam   nie   pański,   nie 

hetmański jeno szlachcic jam laudański...”

Ponownie   wyrzuceni   za   drzwi   obrazili   się   i   wyjechali   złorzecząc.   Mieli   bowiem 

jeszcze   dzisiaj   trzy   chałtury   w   okolicznych   zaściankach,   a   nazajutrz   szkolniaka   w 

Wołmontowiczach.

- Może ktoś chciałby zabrać głos w dyskusji? - próbował ratować sytuację Skrzetuski.

Jakoż i zgłosił się Kudłaty Żmudzin, ale wyłącznie przez chytrość, aby dorwać się do 

karafki stojącej na mównicy, z której też od razu zdrowo pociągnął, stwierdziwszy wszelako, 

że napił się wody, co było całkowitą nowością dla jego organizmu. Napluł więc na podium i 

powiedział z oburzeniem:

- Padłaś! - i wrócił na miejsce, żegnany gromkimi oklaskami.

- I tym miłym akcentem - włączył się przytomnie Skrzetuski - zakończymy chyba 

dzisiejsza uroczystość...

- A cześć artystyczna? - dopraszali się zebrani.

Laudańskich wprawdzie już nie było, ale sytuację uratowała Kmicicowa kompania, 

która wcale nie wyginęła  swego czasu w bójce z Butrymami,  lecz została zreanimowana 

przez panny Pacunelki, pod wpływem których charaktery dawnych morderców i gwałcicieli 

stały   się   dobrotliwe,   obyczaje   zaś   wytworne.   Tedy   pan   Jaromir   Kokosiński,   Pypką   się 

pieczętujący, wyrecytował dowcipny tren Kochanowskiego: “Wielkieś mi uczyniła...” , a na 

bis własną Pypką dokładnie opieczętował. Zaś pan Ranicki, herbu Suche Komnaty odśpiewał 

bardzo wdzięcznie utwór:

Wyruszyła w pole wiara,

Jeden z fuzją, drugi z brzytwą,

Żeby Litwa, żeby Litwa,

Żeby Litwa była Litwą.

Dalej pan Rekuć - Leliwa odtańcował poloneza, co mu łatwo przyszło, gdyż jedną 

nogę   miał   wprawdzie   krótszą,   ale   za   to   drugą   dłuższą.   Następnie   pan   Uhlik   na   swym 

legendarnym czekaniku grał przecudownie pawanę, zaś pan Zend udawał pawiana, gdyż był 

to znany imitator zwierząt, natchniony naśladowca wszelkiego bożego stworzenia. Wreszcie 

Oleńka Billewiczówna wygłosiła, napisany przez siebie wierszyk pod tytułem:  “Jędruś, ran 

twoich nie godnam całować, bo byś je musiał wpierw dezynfekować.”

background image

- Bier ją, Jędruś! - zawołała szlachta. - Toć żeż ona tobie testamentem zapisana!

- Nie daj się nabrać! - buntował pana Andrzeja Zagłoba.

- Ta panienka w czasie wojny z rąk do rąk i z obozu do obozu przechodziła. Pewien 

jestem, iż nosisz już ogromne rogi, chociaż o tym nie wiesz.

- Przebóg! - zawołał Kmicic w olśnieniu. - To dlatego nawet najciężej poranion za 

każdym razem do zdrowia dochodziłem, bo jako mi mówili medycy, dusza we mnie dziwnie 

rogata i przez te rogi nijak cielesnej powłoki opuścić nie mogła!

- Wybawicielko moja! - Runął na kolana i jął ściskać stopy narzeczonej, co trwało 

dość długo, miała bowiem czterdziestego i czwartego numeru, według starego normatywu 

sprzed wojny, bodajże trzydziestoletniej.

W   mieście   biły   dzwony,   a   młodzi   Kiemlicze   bili   młodych   Butrymów.   Kraj 

przystępował do budowy wspólnego, europejskiego domu.

RYCERZE - epizod I

Rycerze: (na melodię “Barwny ich strój”)

Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba Gnębi nas pech, wszystkim nam się 

Oleńka podoba...

Oleńka:

Zwalczcie tę chuć, innych zadań przed wami jest siła,

Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.

Kmicic: Oto zamek wrednego zdrajcy, księcia Bogusława! Dajcie szpadel, koledzy, 

zrobimy podkop i wykradniemy Oleńkę!

Wołodyjowski: Dobrze, ale najpierw pare haseł: “Gorze zdrajcy!”

Zagłoba: “Solidny podkop gwarancją sukcesu!”

Kmicic: “Ochrona dziewictwa . częścią ochrony środowiska naturalnego!”

Zagłoba: No, to do roboty!

Wołodyjowski: Jeszcze kilka sloganów, to nigdy nie zawadzi... Zaraz, co by tu? Aha: 

“Przekroczymy plan podkopów!”

Kmicic: “Nie będzie Radziwiłł panien nieszczęśliwił!” No, to co, teraz już można?

Zagłoba: Można. Zaczynaj, panie Michale, bo ja dziś na chorobowem!

Wołodyjowski: A ja na szkoleniowem, ponieważ piszę pracę magisterską na temat: 

“Technika poruszania wąsikami jako substytut innych działań pozytywnych”.

background image

Zagłoba: W takim razie pan Kmicic musi zacząc podkop. Do pracy, panie Andrzeju, 

my cię zdopingujemy!

Wołodyjowski:  Dwóch dopingujących  na jednego pracującego . jest to przyzwoita 

średnia krajowa.

Zagłoba: Nuże do dzieła!

Wołodyjowski: Hej, rób!

Zagłoba: Raz . dwa, raz . dwa! (trzask)

Kmicic: Niestety, szpadel się złamał.

Wołodyjowski: No cóż, ekspedientka uprzedzała, że to III gatunek...

Kmicic: I co teraz? Oleńka w szponach Bogusława, któren nie wiadomo jaką krzywdę 

jej czyni...

Wołodyjowski: Wiadomo, wiadomo...

Zagłoba: Wiecie co? Zaczekajmy do następnego odcinka, a nuż się coś wyjaśni?

Wołodyjowski: Właśnie, może jakiś przechodzień zgubi łopatę?

Zagłoba:   Albo   może   Bogusław   znudzi   się   Oleńką   i   sam   ja   ze   zamku   wykopsa? 

Wszystko w ręku Boga! Szable w dłoń!

RYCERZE - epizod II

Rycerze: (na melodię “Barwny ich strój”)

Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba

Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...

Oleńka:

Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,

Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.

Kmicic: No i co koledzy? Jedziemy, jedziemy, a Szwedów jakoś nie widać.

Wołodyjowski:   Nie   widać,   bo   ciemno.   Pamiętam,   jak   żeśmy   kiedyś   po   ciemku 

Tatarów pode Żółtymi Wodami podchodzili, to też żeśmy ich nie widzieli, a oni nas wyraźnie, 

ponieważ pan Skrzetuski niezwykle silnie był jonizował.

Zagłoba: Tak, tak, w tym rycerzu tyle cnót się nagromadziło, że się już nie mieściło i 

ze   łba   mu   promieniowało.   Przede   bitwą   pod   Korsuniem   całą   noc   przy   tem   blasku   w 

cwancygiera żeśmy rżnęli!

Kmicic: Zacny to był rycerz, ale ponad miarę szlachetny. Jak zaczął swoje komunały 

background image

wygłaszać, to nawet Bohun nie zdzierżył i nawiał do Chmielnickiego, Helenę Kurcewiczównę 

porzucając.

Wołodyjowski: Ten Skrzetuski to nawet sprawy męsko - damskie potrafił uwznioślić! 

Pomnę, że gdy chciał Helenę na te rzeczy namówić, to zabrał ją do sadu i powiada: “Ile razy 

kukułka nam kuknie, tylu synalków mieć będziem!” Wtedy my razem z Rzędzianem na cyku 

będąc, jak nie zaczniemy kukać!

Zagłoba: No, jak dziś pamietam! Przy 12 kuku panna zbladła, a przy 36 powiedziała, 

że nie jest pepeszą i w pysk pana Skrzetuskiego zaprawiwszy, razem ze mną w Dzikie Pola 

uciekła!

Kmicic: Słynna to była ucieczka! Waszmość za puzonistę się był przebrał?

Zagłoba: Za lirnika, natomiast pannę przebrałem za niemowę. Hej, pomnę te noce 

ukraińskie po barszczu ukraińskim, w tych jarach dniestrowych i w tych komyszach na tych 

myszach jak żeśmy się zaczęli walkonić, a tu wilcy nam wyją do wtóru, a tu znowuż basiory, 

a tu upiory i strzygi!

Wołodyjowski:   Najgorszy   jest   rezun   z   bizunem   na   bachmacie   w   oczeretach   przy 

chutorze za porohami z parchami po siwusze przy dziewusze z hołubcem w hajdawerach!

Zagłoba: Pst! Koledzy! Zdaje się, że Szwedzi ciagną!

Kmicic: Ciągna na nas?

Zagłoba: Gdzie tam, wódę ciągną z gąsiora!

Kmicic: O, nie pozwolimy, aby najeźdźca majatek narodowy nam trwonił. Baczność, 

panowie, szable w dłoń!

Zagłoba: No, nie jest najgorzej, mości panowie, ale nie jest i najlepiej!

Wołodyjowski: Średnio jest, panie Andrzeju, średnio. Niby tych

Szwedów bijemy, ale nie możemy ich wybić.

Zagłoba: Bo waść panie Michale, jako tępy słuzbista, zbyt dosłownie rozkaz wybicia 

do nogi wykonywasz i po nogach Szwedów bijesz, zamiast w łeb ich zaprawiać.

Kmicic: Ba, każden Szwed olbrzym, a nasi żołnierzykowie przeważnie kurduple, więc 

do szwedzkiej głowy trudno im sięgnąć, szczególnie panu Michałowi...

Wołodyjowski: Ja już nawet co którego rajtara gdzie spotkam, to specyjalną drabinkę 

przenośną ustawiam i na nią wyłażę, ale przeważnie zanim wylezę, to on złośliwie się oddala, 

jako idyjotę mnie na polu walki na drabinie zostawiając...

Kmicic: Bo na takiego trza zawołać “halt!”

Wołodyjowski: Ha?

Zagłoba:   Nie  “ha”,   tylko   “halt”.   Szwedzi   sa   do   głupoty   zdyscyplinowani   i   gdy 

background image

takowemu “halt” krzykniesz, jako wryty stać będzie!

Kmicic:  Przedni   to  sposób  i  trza  go  wyprobować,   panowie!  Ustawiamy   drabinę  i 

czekamy na Szweda... Dawajcie ją!

Wołodyjowski: O, tu będzie dobrze! (wlecze drabinę)

Zagłoba: A nie, nie, panie Michale. O tu będzie dużo lepiej... (wlecze drabinę)

Wołodyjowski: (goni za nim) Oddaj, waść! To moja drabina!

Kmicic: Przestańcie się szarpać, waćpanowie, bo drabina trzeszczy... (trzask) No, tak, 

drabinę mamy już z głowy! A wszystko przez to nasze warcholstwo...

Zagłoba: Trochę przez warcholstwo, a trochę i przez złą jakość drabiny! Przecie to 

bubel!

Wołodyjowski: O, tu jest metka, zobaczymy, to to produkuje... Panowie! To w ogóle 

nie jest drabina!

Rycerze: A co, a co?

Wołodyjowski:   (czyta)   Jest   to   właźnica   pięcioszczeblowa,   bojowa,   przystawna, 

ręcznie rżnięta, ze spółdzielni stolarskiej “Rezun”

Kmicic: I co my teraz zrobiemy?

Zagłoba: Jak to co? Wstydu narobiemy tej spółdzielni na całą Polskę!

Wołodyjowski: Czekajcie, ja im przygadam:  “  Oj popraw się , popraw spółdzielnio 

“Rezun”!

Kmicic:   Ja   wzywam   z   tego   miejsca   prezesa   tej   spółdzielni,   żeby   się   publicznie 

wytłumaczył z tego brakoróbstwa.

Zagłoba: A ja powiem na niego fraszkę, czekajcie... Coś spółdzielnia  “Rezun”  ma 

niedobry sezun, wyrabia kiepskie wyroby, widać tam sa brakoroby! Dobra, nie?

Wołodyjowski: Nie bardzo, ale drabina też kiepska...

Rycerze: Grunt, żeśmy załatwili sprawę. No, to teraz na Szweda, panowie! Szable w 

dłoń!

RYCERZE - epizod III

Rycerze: (na melodię “Barwny ich strój”)

Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba

Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...

Oleńka:

background image

Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,

Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.

Kmicic:   Oj   niedobrze,   koledzy,   niedobrze!   Pan   Wołodyjowski   nas   porzucił   i   w 

klasztorze u kamedułów się zamknął kędy mnichem ostać zamierza! Właśnie pan Skrzetuski 

wieść o tym nam przywiózł.

Zagłoba: Na Boga, mów waszmość, panie Janie, co temu Michałowi odbiło, że w 

kameduły poszedł?

Skrzetuski: Z żalu to zrobił, ponieważ z Anusią Borzobohatą żenić się zamierzał.

Kmicic: Prawdę mówiąc, panowie, to któż z nas z Anusią żenić się nie zamierzał, albo 

się nawet i nie żenił? Ale żeby z tego powodu mnichem ostawać?

Skrzetuski: Ba, aleć ona ducha Panu oddała!

Zagłoba:   Rzecz   to   wykluczona,   panna   Anusia,   i   owszem,   miała   wykorkować   ale 

dopiero na początku “Pana Wołodyjowskiego”! A nie w połowie “Potopu”!

Skrzetuski: Słusznie waść prawisz, panie Zagłoba, atoli ostatnio wprowadzono pewne 

korekty a poślizgi i przyspieszono zejście śmiertelne panny Borzobohatej, gdyż później, gdy 

nawała   turecka   ruszy,   pan   Michał   będzie   od   razu   potrzebny   panu   hetmanowi 

Dmochowskiemu i nie będzie miał głowy, aby rozpaczać!

Kmicic: A to nawet niegłupio, niegłupio! Widać, że tam u góry o wszystkim myślą i 

dyrektywów nie żałują.

Zagłoba: A lekką przynajmniej śmierć miała panna Anusia?

Skrzetuski: (rozbawiony) Leciutką, bo plan naglił i na dłuższą czasu nie było. Ot, 

mrugnęła oczkami, strzepnęła rączkami i nóżki bielusieńkie wyciągnęła, co jej zresztą wiele 

czasu nie zajęło, gdyż dziwnie je miała króciutkie.

Zagłoba:   Tak,   tak,   nie   darmośmy   ją   w   Łubniach   Kaczorem   Donaldem   nazywali! 

Głosik też zresztą miała dość do niego podobny...

Kmicic: A pan Michał bardzo cierpiał?

Skrzetuski: Też nie miał czasu. Ot wąsikami ruszył, zakrzyknął: “Anuś moja Anuś, co 

ja bez ciebie pocznę”, i hyc do klasztoru!

Zagłoba: Już ja go stamtąd wydobędę, panowie, moja w tym głowa. Grunt, że póki co 

pan Skrzetuski nas wspiera bo inaczej dałby nam Bogusław popalić! Ty jeszcze nie wiesz, 

panie Janie, co to za numer i charakternik!

Skrzetuski:   A   co   mi   tam!   Jam   przecie   pode   Machnówką   samego   Burdabuta   był 

ukatrupił, to co mi tam Radziwiłł! (woła) Hej, jesteś tam gdzie, pieski synu?

Bogusław: (z daleka) A jestem, panie Skrzetuski. Potrzebuje pan czegoś?

background image

Skrzetuski:  (wystraszony)  Nie, tak tylko  sprawdzam...  (szeptem)  Panowie,  on tam 

faktycznie jest!

Kmicic:   Ja  bym   radził   gdzie   indziej   odjechać!   Nie   broń  Boże,   ze   strachu,   ale   ze 

względów taktycznych!

Zagłoba: Pst. Tak, z taktycznych, a także samo aby mu zrobic fortel! Nie ma to jak 

fortele! Zrobimy mu fortele, co?

Skrzetuski: Zrobimy, ale szybko, aby nas tu nie dopadł!

Zagłoba: Jezus, Maria, nie mów waść! Chodu, panowie!

RYCERZE - epizod IV

Rycerze: (na melodię “Barwny ich strój”)

Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba

Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...

Oleńka:

Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,

Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.

Kmicic: Oj niedobrze, koledzy, niedobrze! Znowuż były dwa dziwne znaki na niebie i 

jeden na ziemi!

Zagłoba: Oj, to niedobrze... A co one sobą przedstawiały, panie Andrzeju?

Kmicic:   Jeden,   dla   przykładu,   przedstawiał   krzyż   czerwony,   i   do   tego   skośny,   w 

takiejż czerwonej otoczce, atoli na niebieskim polu!

Wołodyjowski: Biada nam, biada, był to zapewne dziwny znak całkowitego zakazu 

zatrzymywania!

Zagłoba:   Nic   inszego,   jeno   pan   kasztelan   Czarniecki   musiał   go   ustawić,   gdyż 

uporczywie twierdzi, iże za często się zatrzymujemy, a zbyt rzadko Szweda bijemy!

Kmicic:   To   jest   właśnie   wojna   szarpana,   ale   nie   ona   prowadzi   do   decydujących 

zwycięstw... Obecnie we zbrojnej rozprawie decyduje nie kawaleria, jeno artyleria!

Wołodyjowski: He, he, pomnę, jako pode Konstantynowem z artylerzystą Wurclem i 

jeszcze dwoma oficyjerami we brydża żeśmy akurat rżnęli, aż tu za rzeką piki kozackie się 

ukazały, a książę Jeremi jak nie wrzaśnie do Wurcla: “Strzelajże, waszmość, w te piki”! A 

Wurcel, durny, jak nie strzeli dupkiem pikowym spod króla, a ja go asem! Oczywiście, leżał 

bez jednej, a pan Skrzetuski bez drugiej, bo Bohun mu ją porwał...

background image

Skrzetuski: Porwać mi ją porwał, ale jej nie zdążył zbeszczeszczesz... zbeczeszcze...

Rycerze: Zczeczebeszcze...sczecześ...

Skrzetuski: Tfu! Splugawić jej nie zdążył, gdyż pan Zagłoba mu ja odebrał!

Zagłoba: Bądźmy ściśli, panie Janie, troszkę to on zdążył,  alem ją zaraz potem z 

onego plugastwa we Dnieprze własnoręcznie obmył, we czystą odzież przebrał, ściągniętą 

zresztą z jednego jąkały...

Kmicic: Nie z jąkały, jeno z niemowy!

Zagłoba: Z jąkały, z jąkały, ja wiem lepiej! A potem nawet pannie Helenie szablą 

włosy obciąłem!

Wołodyjowski: Że też waść nie uszkodził jej przy tem!

Zagłoba: Prawdę mówiąc, gdym jej one włosy na pniu drzewa położył i szablą się 

zamachnął, to byłem wonczas cokolwiek pijany, wyjątkowo zresztą...

Rycerze: He, he, he! Wyjątkowo!

Zagłoba: I wszystko potrójnie widziałem. Machnę ci ja szablą, a głowka panny Heleny 

hyc i turlu, turlu, turlu...

Skrzetuski: Zaraz! Co znaczy turlu, turlu? Przecie ja z Heleną już od lat żywię i mamy 

sześciu synów.

Zagłoba: Objaśnię ci to, panie Janie, ale obiecaj, żę się nie będziesz śmiał! Owóż, 

obciąwszy pannie głowę, wielce się zdenerwowałem...

Kmicic: Człek na wojnie takie nerwy ma napięte, że byle co go wytrąca. I coś waść z 

nią zrobił?

Zagłoba: A pochowałem.

Wołodyjowski: Pannę, czyli jej głowę?

Zagłoba: Obie pochowałem po krzakach, żeby kto nie zobaczył, a potem zacząłem 

dumać nad jakowymś fortelem.

Kmicic: Ha, ha, a jakiż tu fortel, gdy łeb urżnięty?

Zagłoba: Aha . ha, ha! Łeb faktycznie urżnięty, ale za to u mnie łeb nie od parady! 

Dalejże ja gonić tego jąkałę, com go przedtem ograbił. Złapałem, przebrałem i odtąd jako 

pannę Kurcewiczównę ze sobą woziłem, gdyż dziwnie byli do siebie podobni.

Skrzetuski: Ha, ha! To dlatego Helena się jąka? Oj, bo ja pęknę! Hu, hu, hu!

Zagłoba: Oj, nieładnie, panie Janie. A obiecywałeś, że nie będziesz się śmiał!

Skrzetuski: Oj, kedy nie wytrzymam! Oj, trzymajcie mnie, koledzy, trzymajcie!

Rycerze: He, he, he! Ha, ha, ha! Hu, hu, hu!

Kmicic: Panowie! Nie ma to jak Dzikie Pola! Szable w dłoń, koledzy!

background image

RYCERZE - epizod V

Rycerze: (na melodię “Barwny ich strój”)

Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba

Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...

Oleńka:

Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,

Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.

Głosy: Oj, niedobrze, koledzy, niedobrze...

Kmicic: Noc ciemna i głucha, a w obozie szwedzkim nastrój chyba dobry, bo jakoweś 

tańce tam się odbywają.

Zagłoba: Czekajcie, wezmę ja swoją lornetkę, tu nastawię...

Kmicic: No, i co tam widać?

Zagłoba: Oho! Ho, ho!

Kmicic: No! Co tam widać?

Zagłoba: Spojrzyj pan, panie Michale na własne oczy. No?

Głosy: Oho, ho, widać co?

Kmicic: Teraz ja popatrzę, teraz ja popatrzę.

Zagłoba: Jemu nie dawaj, bo serce snadnie pęknąć mu może z żalu.

Kmicic: No dawaj, ja popatrzę!

Zagłoba: Nie, nie...

Kmicic: Daj, popatrzę.

Wołodyjowski: Nie dla ciebie to widoki panie Andrzeju.

Zagłoba: Nie dla ciebie, lepiej tego nie oglądaj, rycerzu dzielny, ale nieszczęsny...

Kmicic: Koledzy, nie wygłupiajcie się! No, co ja tam mogę zobaczyć? Mogę zobaczyć 

moją umiłowaną Oleńkę...

Zagłoba: Oleńkę, Oleńkę też...

Kmicic: Co znaczy “też”? A z kim jest ona, prócz niej i poza nią kto tam jest?

Wołodyjowski: Poza nią jest już tylko ściana.

Zagłoba: Tak, poza nią ściana tylko, natomiast przy niej...

Kmicic: Zgaduję, że to Bogusław!

Wołodyjowski: Zgadł, zgadł! Jak mi Bóg miły!

background image

Zagłoba: Pan to masz łeb do zgadywanek, panie Kmicic.

Wołodyjowski: Potężny łeb. Tak, w teleturniejech mógłby waść występować. Nasze 

gratulacje, panie Andrzeju.

Zagłoba: i W. Daj pyska, stary. Daj pyska!

Kmicic: Dziękuję, koledzy, dziękuję...

Głosy: Nie ma za co.

Kmicic: ...fakt faktem, że umysł mam dzinie błyskotliwy co u nas, we świętej Żmudzi, 

dużą jest rzadkością.

Głosy: O, tak!

Kmicic: O, ale co oni tam robią?

Zagłoba: No, jak by ci to eufemistycznie powiedzieć panie Andrzeju. Co, powiedzieć 

mu Michale?

Wołodyjowski: A powiedz mu, waść, powiedz, niech się chłopisko uśmieje.

Zagłoba: Owóż, oni tam tańcują.

Kmicic: Tańcują! Dam ja temu Bogusławowi! Pies żeż z nim tańcował!

Zagłoba: Może uprzednio pies, ale dzisiaj panna Oleńka.

Wołodyjowski: Otóż to!

Kmicic: Oj, żebyż tak chociaż usłyszeć, o czym rozmawiają.

Zagłoba: O, to nic prostszego! Przy dzisiejszej technice podsłuchu, panie Andrzeju. 

Daj no waść kopię husarską. O, tam stoi kopia Rocha Kowalskiego. Podaj ją.

Kmicic: A po cóż do tego kopia?

Zagłoba: A po to, że kopia jest wewnątrz wydrążona.

Wołodyjowski: Pusta jest, pusta.

Zagłoba: Więć, gdy już koniec kędy wsadzisz, kędykolwiek tedy przy drugim końcu 

jako we głośniku wszystko słyszeć możesz.

Wołodyjowski: No, proszę. Już podsłuch gotowy.

Zagłoba: Włącz waść, panie Michale.

(Do rycerzy dobiegają tony muzyki i strzępy rozmowy.)

Bogusław: O Freulein! O Freulein Billewicz...

Oleńka: Ja po amerykańsku ani w ząb!

Bogusław: (bełkocze coś po niemiecku)

Oleńka: O, o, o!

Wołodyjowski: Słyszycie, słyszycie?

Zagłoba: Ciekawa rzecz, waszmościowie, że muzykę słychać, a kapeli nie widać! Co 

background image

tak pięknie tam grać może?

Wołodyjowski: Jest to zapewne jakowaś grecka grajszafa.

Kmicic: Jaka grajszafa, przecież to Oleńka! Słyszę ją!

Wołodyjowski: Jakże? Oleńka?

Kmicic: A Oleńka, Oleńka. Jej prawie zawsze we piersiach grało, a szczególnie w 

jednej.

Zagłoba: To ja wiem. Nic inszego, jeno w onej panience tak gra krew rycerska. Pan 

Sienkiewicz   nieraz   o   tym   napomykał,   z   tym,   że   zawsze   równocześnie   panna   rozdymała 

nozdrza. Zobaczcie, czy i ona ma rozdęte...

Kmicic: Dlatego tak rezonuje. No, hej, tu nic nie wystoimy, koledzy. Szable w dłoń!

Głosy:

Szable w dłoń! Hej szable w dłoń!

Łuki w juki, a krupy wziąć w troki.

Hajda na koń! Okażemy się godni epoki!

Ruszamy w bój, aby odbić Billewiczównę,

Bogusław zbój trallala...

Wyż starców – I

Wszyscy: Oj niedobrze, niedobrze.

Azja: Naszej stanicy zagraża wyż starców, ponieważ dawno już nie było żadnej bitwy 

i nikt jakoś ostatnio nie ginie.

Wołodyjowski:   Oj!!!  To  bardzo   niedobrze.   Trzeba   by,   proszę   pana,  zorganizować 

jakąś bitwę, w której wzięli by udział sami starcy i żeby w niej chwalebnie wyginęli.

Zagłoba:   I   to   bardzo   łatwo   można   urządzić,   gdyż,   jako   donosi   nasz   wywiad,   po 

multańskiej   stronie   mają   te   same   kłopoty,   a   nasz   główny   przeciwnik   Azba-bej   musi 

poniektórych swoich Tatarzynów własnoręcznie na koń wsadzać, a to z racji ich podeszłego 

wieku.

Basieńka:   Ja   na   pańskim   miejscu,   panie   Zagłobo,   tak   się   do  onej   bitwy  bym   nie 

garnęła, biorąc pode uwagę, żeś sam starzec.

Zagłoba: Ja starzec?! Ja?! Koledzy patrzcie! O, znalazła się dziewica-piernik!!!

Basieńka: Michałku!! On mnie obraża!

Wołodyjowski: No no no, proszę pana. Tylko nie dziewica! Tylko nie dziewica!

background image

Azja: Tako suponuję, panie Zagłobo, iż przystojniej by ci było paść w potrzebie, niźli 

przejechać się na uwiąd starczy.

Zagłoba: Mnie tam mój uwiąd starczy - starczy i z nijakiej puli przyspieszeń korzystać 

nie   zamierzam,   a   ty   kałmucka   mordo   sam   się   rozejrzyj   za   jakowymś   przytułkiem,   gdyż 

wiadomo, iż prymitywne ludy wschodu dziwnie szybko się starzeją, chłe chłe chłe.

Azja:Kęsim, kęsim, ale mi przysrał.

Basieńka: Świętą rację ma pan Zagłoba. Zwłaszcza kobiety wschodu ulegają zębowi 

czasu, podczas gdy niewiasty północy wprost przeciwnie - zawsze świeżutkie jak rzepy, aże 

chciałoby się je schrupać.

Luśnia: Melduję uprzejmie, iże jaśnie panienka prawdę mówi, gdyż sam słyszałem w 

nocy jako ją coś chrupało.

Wołodyjowski: A nie coś, nie coś, wy młocie jakiś, nie coś, jeno korniki ją, proszę 

pana, chrupały, wziąwszy ją po ciemku jako przystawkę okolicznościową do hebanowego 

tapczanu.

Basieńka: A to wszystko dlatego, że mam ciało tak jędrne jakoby hebanowe.

Zagłoba:   HebaSTARE,   chłe   chłe   chłe.   Ale   wracajmy   do   rzeczy.   Cóż   my   tedy 

poczniemy z onym wyżem starców?

Azja:  W Ordzie Budziackiej  widziałem  ja kiedyś  piaskownicę  dla zdziecinniałych 

dowódców, kędy mogli się bawić w różne gry strategiczne, ani sobie, ani nikomu krzywdy 

przy tym nie czyniąc.

Wołodyjowski: To jest proszę pana myśl!!! Luśnia!!!

Luśnia: Tak jest!

Wołodyjowski: Weź no zaraz ze dwudziestu Linkhauzowych dragonów i nawieźcie 

piasku na Jurkowe Pole.

Zagłoba: Tak!!! A jak tylko nawieziesz to mi zaraz powiedz, gdyż ja pierwszy ową 

piaskownicę wypróbuję.

Basieńka: A nie, a nie. Ja pierwsza, bo damy mają pierwszeństwo.

Wołodyjowski:   Ha   ha   -   damy,   proszę   pana,   damy.   Pierwszeństwo   ma   zawsze 

komendant.

Azja: A nieprawda. Gdyż komendant ostatni opuszcza stanicę tak jako kapitan swój 

okręt.

Zagłoba: A ja już tam biegnę!

Wołodyjowski: Nie, nie ja pierwszy!

Basieńka: Nie pchać się! Nie pchać się! Zagłoba, dokąd?

background image

Zagłoba:Jak to dokąd - do piaskownicy.

Wołodyjowski:Łapać go, bo cały piasek sobie zabierze/

Wszyscy: Szable w dłoń!

Wyż starców – II

Wszyscy: Oj, niedobrze koledzy, niedobrze.

Azja: Wybudowaliśmy specjalną piaskownicę dla zdziecinniałych dowódców, a pan 

Hetman dobrodziej jakoś nie przybywa na otwarcie.

Wołodyjowski:   Przyjedzie,   proszę   pana,   przyjedzie.   Oni   dziwnie   lubią   takowe 

okazyje. Najważniejsze, czy wszystko przygotowane.

Luśnia: Melduję iże piaskownica gotowa. Wstęga wisi, dwudziestu dobrze wymytych 

starych   rycerzy   czeka   na   uściśnienie   hetmańskiej   dłoni,   a   panna   Basieńka   we   stroju 

krakowskiem udaje miejscową organizacyję młodzieżową.

Wołodyjowski: Aha. A co tu, proszę pana, robi ten wypchany koń?

Zagłoba: Jaki tam wypchany koń Michałku. Przecież to jest właśnie nasza Basieńka w 

tym stroju krakowskim.

Wołodyjowski:   Aha!   A   rzeczywiście.   Przepraszam   cię   Basieńko,   ale   jakiś   jestem 

ostatnio, proszę pana, rozkojarzony. Daj, niechżesz ja ucałuję te śliczne obwisłości.

Basieńka: Michałku! A ku ku. Ja jestem tutaj.

Wołodyjowski: Ach, a to co ja, proszę pana, ucałowałem?

Zagłoba: Chłe chłe chłe.

Wołodyjowski: Azja Tuchaj-bejowicz?! Tyżeś to!!!

Azja: Jam ci jest!!!

Wołodyjowski: To dlaczego mi nie zwrócisz uwagi, że cię pomyliłem z hajduczkiem?

Azja: A bo lubię!!!

Wołodyjowski: A tfu!!! Świntuch, no!!! W tej chwili, proszę pana, marsz na odwach i 

proszę się tam nasadzić na pal.

Azja:   Odmawiam   wykonania   rozkazu,   gdyż   jestem   tu   dzisiaj   zatrudniony   jako 

sprawozdawca “Poradnika zagończyka”.

Wołodyjowski: Aha!!! Ano to siadajcie redaktorze. Czemu proszę pana stoicie?

Luśnia: Melduję uprzejmie, iże pan Hetman nadjeżdżają.

Wołodyjowski:   Całość   bacznosć!   Wznosić   okrzyki!!   Redaktor   Tuchaj-bejowicz 

background image

zaczyna sprawozdanie.

Wszyscy: Niech żyje!!! Hura!!!

Azja: Halo halo!!! Halo halo!!! Z Chreptiowa mówi wasz sprawozdawca. Właśnie w 

tej chwili pan Hetman zbliża się do nowej piaskownicy. Przy wejściu wita go wspaniały wór, 

przepraszam chór . dobrze mówię . chór wojów. Wita Hetmana.

Wszyscy: Trzy, cztery!!!

Grajcie, grajcie nam organy

Dmuchać w trąby, w bębny tłuc

Jedzie Hetman nasz kochany

Jedzie nasz zwycięski wódz

Hetman, jedzie hetman...

Hetman: Błe, błe błe.

Azja: Tak tak, właśnie to jest typowe. Nasz Hetman nie lubi wielkiej pompy i zadęcia, 

ten niezwykle skromny człowiek... Hetman: Błe błe błe.

Wszyscy: Co on mówi?

Basieńka: On się pyta dlaczego nie ma orkiestry dętej.

Azja: Aha, tak więc ten niezwykle skromny człowiek jest, prawda, jak tu słyszymy, 

niezwykle subtelnym melomanem.

Wszyscy: No to trzy, cztery! ... Hetman, jedzie Hetman...

Hetman: Błe, błe błe.

Wszyscy: Co on mówi?

Luśnia: Pan hetman pyta, gdzie jest ta piaskownica dla zdziecinniałych dowódców.

Luśnia: Tutaj ona jest!! Wasza Wielmożność. Tutaj

Hetman: Błe, błe, błe.

Wołodyjowski:Pan Hetman zażądał, żeby mu dać wiaderko i łopatkę.

Zagłoba: To my wszyscy do piaskownicy za naszym kochanym Hetmanem. Szable w 

dłoń!! Wiaderka i łopatki!!!

Wszyscy: Szable w dłoń

background image

Listy Pana Michała 

List o balu kostiumowym 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

Do Pana hetmana 

Sobieskiego Jana 

Herbu Janina 

Co mu się nie zgina 

Podczas tańca pancerz 

Taki z niego tancerz... 

Zgodnie z Pańskiem rozkazaniem urządziłem byłem ostatnio we Chreptiowie wielki 

bal kostiumowy.  A to  dla uzyskania  ogólnej  integracji  między zwaśnionemi  stronnictwy. 

Zaraz też sam ruszyłem  we pierwszą parę wraz ze swoją Basieńką, przebraną za świętej 

pamięci inflancką kobyłę pana Podbipięty, co niewiele jej zajęło trudu i czasu, tyle że ogon z 

tyłu,   a   wędzidło   z   przodu   sobie   wetknąwszy,   z   właściwym   sobie   końskim   śmiechem   do 

świetlicy   kurcgalopem   wpadła,   a   ja   przy   niej   w   prysiudach,   a   za   nami   Pan   Zagłoba   ze 

skrzydły, z przyprawionym dzióbem i w koronie, co miało przedstawiać orła. Że jednakowoż, 

co jako zwykle było, był pijany jak kongres ruskich socjaldemokratów, przeto z rozpędu nie 

wyrobiwszy zakrętu, usiadł na jajcach przygotowanych we bufecie, co wywołało zachwyt do 

cna spatryjociałej, ale i ziodiociałej starej pani Boskiej, upatrującej w tym symbol jakoby 

samicy   orlicy,   stado   młodych   orląt   narodowych   z  jajców   wysiadującej   ku   wspomożeniu 

ojczyzny i pokrzepieniu serc. Amen. A jako trzeci wleciał młody Nowowiejski, któremu - jak 

wiadomo - ten matoł, Azja Tuchajbejowicz, siostrę zarżnął i ojca zeżnął, gdyż kolejność się 

baranowi mongolskiemu pomyliła, co tak  Nowowieja juniora rozbawiło, iż ze śmiechu na 

ziemię   z   konia   spadłszy,   łbem   o   świątka   przydrożnego   się   wyrżnął   i   szajbę   chwalebną 

uzyskał, z której aureola pozłocista promienieje i melodyje cudne się odzywają, kompozycyji 

jakoby pana Korcza lebo pana Karolaka do słów proroka Izaaka, w wykonaniu Rinn Danuty, 

która jest patronką Huty i dementuje z niesmakiem, jakoby coś tam z Szydlakiem. Jakby tam 

tedy nie było, ale dobrze się skończyło, o czym ze satysfakcyją donosząc w służby swoje 

powolne poleca 

background image

Pułkownik Wołodyjowski, 

Co ma w brodzie cztery włoski 

Ale inszych członków osiem 

Porosło mu pięknym włosiem. 

List o Kaszpirowskim 

Wielmożny Panie Hetmanie. 

Spieszę,   by   donieść   o   poczynaniach   niejakiego   atamana   Kaszpirowskiego,   któren 

przybył tu, jako domniemywam, z poduszczenia Krymu, aby przeprowadzić rzekome seanse 

biogergene... bioergengro... bioenergore... tepa... tfu!, jakieś oszustwa hipnotyzerskie. A to 

zapewne   w   celu   osłabienia   morale   naszej   bohatyrskiej   załogi.   Na   dowód   zasię   swych 

wątpliwych umiejętnościów przywiózł ze sobą domniemanych ozdrowieńców, a mianowicie 

Czukcza-niemowę, który po trzech posiedzeniach dalej nic nie mówi, ale za to zaczął pisać, i 

to po francusku, co dziwne, ponieważ, nie znając onego języka, nie rozumie nic z tego, co 

napisze.   Przywiózł   również   pana   Boskiego,   tatusia   Zosi   Boskiej,   któremu   po 

zahipnotyzowaniu   cofnęły   się   nieoczekiwanie   hemoroidy,   z   tym,   że   cofnęły   mu   się   zbyt 

głęboko, bo aż do gardła, nie muszę przeto tłumaczyć jakowe dźwięki wydaje ów nieszczęsny 

rycerz,   gdy   chce   co   powiedzieć.   Zebraliśmy   się  tedy  we   chreptiowskiej   świetlicy,   a   pan 

Kaszpirowski wezwał chorych, aby natychmiast wyzdrowieli. Poczem wyładował w nich swą 

energię, ale niestety niecelnie, przypuszczalnie trafiając o jedno miejsce za bardzo w lewo, 

gdyż Józwa Butrym bez Nogi nie odzyskał tejże nogi, która natomiast wyrosła jako trzecia 

siedzącemu   obok   staremu   Nowowiejskiemu,   czekającemu   na   zrośnięcie   się   gardła 

poderżniętego   swego   czasu   przez   Azję   Tuchajbejowicza.   Aliści   moc   przeznaczona   na   to 

zrośnięcie   poszła   w   kredens   i   rykoszetem   trafiła   w   moją   Baśkę,   której   rzeczywiście 

natychmiast zarosło, ale niestety nie gardło. Gdy zasię panu Muszalskiemu coś urwało jajco, i 

przyfastrygowało   je   do   nosa   Ewce   Nowowiejskiej,   tedy   nastąpiła   okrutna   panika, 

powstrzymana dopiero przeze srogiego Luśnię, któren ze właściwym sobie profesjonalizmem, 

ucapiwszy onego czarodzieja za kark zasadził go na sztywny pal Azji, z którego ów nasłaniec 

ode trzech dni przemawia, w obronie wartościów humanitarnych, na szczęście cyrylicą, której 

prawie nikt nie rozumie. 

background image

O których to wydarzeniach donosząc, 

Jednocześnie czujności swoje deklaruję 

I kreślę się z poważaniem 

Pułkownik Wołodyjowski 

Co mu może Kaszpirowski he, he, he... 

List o kłopotach kadrowych 

Michał Wołodyjowski 

do 

Pana Hetmana Jana Sobieskiego. 

Wasza Hetmańska Mości! 

Melduję najuprzejmiej, iż zgodnie z Pana hetmańskim rozkazem, zamierzałem wybrać 

się onegdaj na podjazd, aby stwierdzić, czy sułtan rusza już całą swą potencją, czy też może 

tylko kawałkiem.  Gdym  jednakowoż zakomenderował:  “Dragoni na koń!”  okazało się, iż 

dragonia   sztrajkuje,   domagając   się   podniesienia   żołdu   o   dwieście   procent,   udziału   we 

degustacyi  dziewic chrześcijańskich odbitych  Tatarom, oraz zmiany wiechci w butach co 

kwartał, nie zasię, jako dotychczas, co pół roku. Wdałem się tedy byłem we rokowania, które 

zakończyły   się   podpisaniem   słynnych   Porozumień   Chreptiowskich,   zaczem   chorągiew 

dragońska udała się we dziękczynną pielgrzymkę do cudownej figury przy sierocym brodzie, 

przedstawiającej   świętą   męczennicę,   Gazyfikacyję   del   Rio,   zgwałconą   na   proszek   przeze 

hordy Atylli, przy czym nie przez wszystkie, gdyż część poszła na północ, mordując i paląc, 

głównie zresztą radomskie, bo inszych nie szło dostać. Chciałem tedy ruszyć na ów podjazd 

na czele Lipków, ale oni na odmianę demonstrowali akurat swą odrębność narodowościową, 

żądając   autonomii,   uznania   swego   śwargotu   za   język   państwowy   i   wyrżnięcia   w   pień 

Czeremisów. Przykazawszy jeno, aby po dyskusyi oczyścili majdan z odrąbanych członków, 

a takoż nóg i rąk, udałem się z prośbą o patrol do Semenów pana Motowidły. Oni wszelakoż 

świętowali   rocznicę   bitwy   pod   Beresteczkiem,   odprawując   zmianę   warty,   słuchając 

przemówień,   i   fetując   przybyłych   zewsząd   zasłużonych   emigrantów,   których   dotychczas 

background image

nazywali “wyrzutkami kozaczyzny”, a nawet “wypierdkami...”, za przeproszeniem, “...siczy”. 

Obecnie jednakowoż zapałali do nich iście franciszkańską miłością, wyrażającą się głównie 

we namowach, aby owi repatrianci zainwestowali co nie co w nasz podupadły futor, na co 

tamci   odpowiadali   wymijająco,   cytuję:  “Pomożemo   wam,   bratcy,   skoro   wy   sobi   sami 

pomożete.”, które to zdanie nic wprawdzie nie oznacza, ale brzmi bardzo dobrze, z tym, że 

jakby głupio. Tak więc na zwiady nie pojechałem, ale przy okazyi stwierdziłem, iż duch we 

fortalicji panuje podniosły i znakomicie rokujący na przyszłość. Może nie na doczesną, ale na 

wiekuistą jak najbardziej i to już niebawem. 

O czem z szacunkiem donoszę, 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

Administrator burdelu 

Na kresach PRL-u. 

Zagłoba hetmanem 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Pana Hetmana Jana... Ha, ha, ha... Hetmana... Ha... Jana... 

...Jana Sobieskiego, 

co lubi ten, tego... 

Hi, hi, hi... 

Co to ja, jakaś poeta jestem? Czy co? No, ale do rzeczy: 

Szanowny Panie Hetmanie, 

Zgodnie   z   Pańskim   zaleceniem   przesyłam   informację   na   temat   zachowania   się   i 

poczynań pana Zagłoby, któren ubrdał sobie, że sam ostanie hetmanem, a Pana z owej posady 

wygryzie, we którym to celu usiadł we pośrodku świetlicy, kędyśmy swoje gawędy rycerskie 

wiedli i, beknąwszy głośno dla zwrócenia na się uwagi, powiedział przewrotnie:  “Ja tam 

hetmanem być nie zamieruję, choćby mię i prosili.” “No i duże dobre.” - odrzekł z ukraińska 

Rusin, pan Motowidło, a inni mu powtórzyli,  co nader Zagłobę zdetonowało, więc przez 

background image

chwilę   milczał,   a   potem,   by   ponownie   zainteresowanie   wywołać,   wyciągnął   oburącz   zza 

pazuchy hetmański piernacz i piernął nim w stół dębowy, na poły go rozłupując, zaś gdy 

umilkły oklaski, temat swój kontynuował, powiadając:  “Bo poniektórzy mię bardzo proszą, 

abym  był  hetmanem, ale po co mi to, ha?” “Ta pewni!”  - zgodził się prostodusznie pan 

Motowidło – “Na szczo tobi Onufryj hetmanom buty? Ne lipsze to w Chreptiowi sydyty, taj 

horyłku   pyty?”   “A   hoczesz   w   mordu?”  -   wrzasnął   roz...   rozwś...   rozwś...   rozwś... 

rozwścieczony pan Zagłoba i, nie czekając na odpowiedź, posłał Motowidłę na deski, czym 

zyskał sobie kilku zwolenników, między niemi zaś pana Ketlinga, któren ostatnio dorobił 

sobie niemieckie pochodzenie, przerabiając we dowodzie osobistem narodowość “Szkot” na 

“Szkop”, a nazwisko “Ketling” na “Goering”, a teraz odezwał się swą literacką niemczyzną: 

“Ja, das ist ajne gute ideje, herr Cakloba zol ein sztumbanhetman zajn, ajwaj, ajwaj.” “Nie 

proście   mnie!”  -   zakrzyknął   pan   Zagłoba,   który   tylko   czekał   na   takową   okazyję   -  “Jam 

buławy niegodzien! Oj, niegodzien! Lepsi są tu ode mnie... Chyba, żeby cały Naród... Póki 

co,   odchodzę   we   samotność   i   oczekuję   propozycjów.”  Co   rzekłszy,   zatrzasnął   się   we 

stanicznej klozetierze, a gdyśmy go po kilku godzinach błagali, aby i nas tam wpuścił, gwoli 

pofolgowaniu naturze, on udawał, że o hetmaństwo go błagamy, i odmownie nas załatwiał, aż 

i   załatwieniem   się   skończyło,   gdyż   całe   rycerstwo,   dłużej   zdzierżyć   nie   mogąc,   po 

dniestrowych  jarach  i   komyszach  się   rozbiegło,  strasząc   kanonadą   luźne   kupy  tatarskie   i 

kozackie, o czem z zadowoleniem meldując, służby swoje wojenne polecam, 

Michał Wołodyjowski, co też mógłby być hetmanem, 

bo miewa buławę nad ranem. 

Pucz TUCZ-u 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

Do Pana Hetmana Sobieskiego 

Co nie przeczuwa niczego. 

To skoczy gdzieś na wycieczkę, 

To na jakąś blondyneczkę, 

To znów moczy nogi w wodzie, 

A tu horrendum na wschodzie - 

background image

- krzyki, wrzaski, wieje grozą 

Ale może ja bym prozą? 

Owoż donoszę ja waszej miłości, że zaistniała tu próba zamachu stanu na legalnie 

działającą   władzę,   czyli   na   mnie,   zorganizowana   przez   Towarzystwo   Uczciwych 

Zagończyków, w skrócie TUCZ, grupujące najbardziej konserwatywne i przeciwne reformom 

elementy, na czele z tym starym warchołem i wolontaryjuszem, panem Zagłobą, do którego 

przyłączył   się   zawodowy   zupak,   ten   młot,   wachmistrz   Srogi   Luśnia   oraz   rozwydrzony 

azjatycki fundamentalista, Azja Tuchajbejowicz, ukrywający się tu jako Melechowicz. 

Owoż tenże wspomniany TUCZ zrobił tu ostatnio pucz, podczas którego tu puczu 

TUCZ-u zostałem otoczony i oskarżony o zbyt wysokie ciśnienie, co jest łgarstwem a nawet 

obelgą, gdyż będąc z natury niskim - metr dwadzieścia sześć w kapeluszu i na szpilkach - 

wszystko mam takoż niskie, do tego stopnia, że nawet zamiatam po ziemi kutasem, którego 

mam  przy  szabli,  bardzo  pozłocistego,  będącego   darem  jeszcze   księżnej  Gryzeldy,  świeć 

Panie nad jej duszą, albo lepiej nie, gdyż nieboszczka dziwnie nie lubiała przy świetle... 

Ot,   zebrało   mi   się   na   sentymenta,   gdy  wokół   rewolta,   ale   prawdę   mówiąc,   jakoś 

ospała.  Hej,  nie  tak   ześmy  wprowadzali   stan  wojenny podczas   rokoszu  Lubomirskiego  - 

wszystko było we pogotowiu, listy proskrypcyjne spisane, broń pancerna, czyli usarze, na 

ulicach,   kazamaty   a   ciurmy   nagotowane,   dysydenci  zapudłowani,   świadkowie   pouczeni, 

szast-prast   i   we   dwa   dni   mieliśmy   cały   kraj   w   ręku,   tyle   że   Lubomirski   uciekł   i   to   do 

Wrocławia, gdzie zawdy kwitła irredenta i tam zresztą pomarł, świeć Panie na jego... 

A co to ja znowu z tym świeceniem... Świeć Panie, świeć Panie, a cóż to Pan jakaś 

elektrownia, żeby każdemu świecił? 

A wracając do puczu TUCZ-u, to zaparłem się w czeladnej, mając ze sobą dwudziestu 

linkhauzowych  dragonów, a Zagłoba wokół krążył,  powiadając:  “Poddaj się, Wołodyj, to 

może cię zabiją, albo i nie zabiją, bo taką mam ochotę, albo i nie mam ochoty. Boże, jak tu 

nudno - ani do kina, ani Horpyna, kici-łapci, pudło...” Na co ja mu z kolei proponowałem, aby 

mi snadnie nadmuchał pode ogon, abo i nie pode ogon, a on mi - żebym go pocałował, albo 

nie   pocałował,   w   to   lub   nie   w   to,   ale   przeważnie   w   to.   Takeśmy   wtedy   wzięli   oba   na 

przetrzymanie, aliści on pierwszy nie zdzierżył i jak się rzucił uciekać, tak oparł się chyba tak 

gdzieś na Krymie, u starego świętej pamięci Tuchajbeja, co mi zresztą nie dało szczególnej 

satysfakcji,   gdyż   z   kim   ja   teraz   wieczorami   gadał   będę,   bo   przecież   nie   z   tym   ciotą 

background image

Muszalskim,   którego   Turcy   zdeprawowali,   gdy   na   galerach   będąc   przykutym   w   zgiętej 

pozycji do wiosła, nie dość, że się od nich odgonić nie mógł, to jeszcze wiosłując sam się 

musiał poruszać, przyjemność im czyniąc bez żadnego ze strony tych sukinsynów wysiłku. O 

czym ze smutkiem zawiadamiając, pozostając we smutnym zniechęceniu 

Wołodyj, dość wierny panu, 

Do niedawna więzień stanu 

Wojennego. 

Zupa “kuroniówka” 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

Do Pana Hetmana Jana Sobieskiego 

Przewodniczącego Narodowej Rady Obrony 

Jaśnie   Panie   Hetmanie,   zgodnie   z   rozporzadzeniem   Pańskiem   zorganizowałem   we 

Chreptiowie   rozdawnictwo   bezpłatnej   zupki   dla   ubogiego   rycerstwa,   tako   zwanej 

“kuroniówki”, gdyż gotowanej głównie na kurach padłszych ode kurzego moru, za co zresztą 

obarczyliśmy   odpowiedzialnością   poprzednią   ekipę,   która   natychmiast   zwaliła   winę   na 

zniszczenia   wojenne   sprzed   50   laty,   co   sprawę   pomoru   umorzyło.   Jako   pierwszy   ubogi 

głodny   rycerz   zjawił   się   oczywiście   ów   stary   pieczeniarz   pan   Zagłoba,   ze   świadectwem 

ubóstwa w jednej, a z chochlą w drugiej dłoni. I wychłeptał z marszu od razu dwa litry, ale 

zaraz je wielkodusznie zwrócił do kotła i gębę czapką wytarłwszy, oświadczył szlachetnie, że 

rezygnuje z onej darmochy na rzecz uboższych kolegów. co widząc inni oficyjerowie również 

wyrzekli się pośpiesznie zupki, przeto nazajutrz zaproponowaliśmy ją prostym dragonom, a 

moja   Basieńka   nawet   wywiesiła   afisz,   zawiadamiający  iż   pani   komendantowa   osobiście 

żołnierstwu zupy dawać będzie. Niestety,  niewczesny jajarz, pan Motowidło, natychmiast 

dokonał na onym plakacie dość prostej poprawki, w rezultacie której Baśka moja po półtorej 

godzinie dopiero zorientowała się, iż daje onemu żołdackiemu chamstwu nie to, co dawać 

miała. Że zaś w międzyczasie zupa skisła, przeto wylaliśmy ją do Dniestru i teraz żadna 

wataha ode multańskiej strony przeprawić się już nie śmie, prócz słynnego grasanta Azji Beja, 

ale ów ma polipy w nosie i żaden smród mu niestraszny, czym wielką wszystkich kresowych 

background image

wojowników   wzbudza   zazdrość   i   nie   mniejszą   w   nich   budzi   estymę.   O   czym   słusznie 

donosząc, służby swoje powolne Panu Hetmanowi polecam 

Pułkownik Wołodyjowski, 

Tego wzrostu, co Żukrowski 

Oraz mąż wesołej Basi, 

Co gdy gruchnie, świece gasi. 

Demografia 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Hetmana Wielkiego Koronnego Jana Sobieskiego. 

Wielce Miłościwy Panie Hetmanie! 

Odpowiadając na łaskawy list Waszej Miłości, w temacie zaludnienia naszych ziem 

item obrony poczętego, stwierdzam, co następuje: 

Do naszej kresowej stanicy we Chreptiowie takoż dotarły wieści o gromkim larum, 

jakie podniosło się w Koronie, Wielkim Księstwie Litewskim, Ruskim, Ziemi Smoleńskiej, 

Siewierskiej,   Pskowskiej,   Kijowskiej,   etc.   etc.,   a   to   na   okoliczność   gwałtownego   spadku 

pogłowia   pacholąt   płci   obojga.   Przeto   mając   na   względzie   dobro   umiłowanej   Ojczyzny 

zorganizowałem, nie mieszkając, kurso-konferencyję w temacie jak wyżej. Muszę od razu 

zaznaczyć, iże wielce mnie uradowała, ale i zdziwiła niepomiernie, znajomość tego problemu 

wśród   tutejszego   fraucymeru,   rycerstwa,   a   nawet   ciemnej   czeladzi   i   plugawych   Lipków 

pohańskiego wyznania, pozostających pod komendą Azji Tuhajbejowicza (to ten, któren ma 

na piersi sine ryby wykłute). Owóż białogłowy podniosły problemat, jakoby cały szkopuł 

tkwił w braku bilateralnych stosunków oraz iże rycerstwo zadowalnia się jeno barterem z 

Ukrainkami. Wielce to rozeźliło tego Młota, wachmistrza Srogiego Luśnię, któren, co się 

potem   okazało,   nijak   nie  mógł   pojąć   subtelnej   różnicy,   między  “bilateralny”   i   “barter”. 

Wziąwszy go przeto na bok i dwa razy w pysk dawszy, rzecz całą akuratnie mu objaśniłem. 

Po tym drobnym incydencie padł wniosek konstruktywny wielce, iżby nałapać maluchów po 

background image

multańskiej stronie i, ochrzciwszy, przywrócić ich na Ojczyzny łono. Tu wielebny ksiądz 

Kamiński mocno nosem zaczął kręcić i jużem go miał starym sposobem wziąć na stronę, 

kiedy podniósł się roztropny, jako zawsze, pan Zagłoba i wyjaśnił, że skoro pohańcy naszych 

przerabiają na eunuchów, to my możem ich na ministrantów przysposobić. Wielka to głowa 

ten nasz pan Zagłoba i pijak zawołany. Natenczas skoczył ze swoją chorągiewką niezawodny, 

jako zwykle, pan Muszalski, któren, chocia mocno ślepawy, to łucznik zawołany. Skoczył 

tedy, powiadam, Muszalski na Jurkowe Pole i już pode wieczór przyprowadził był spory jasyr 

tamtejszej drobnicy. Już my się, Wasza Miłość, do ceremonii szykowali, gdy, przypadkowo 

trzeźwy, pan Motowidło odkrył, że nie są to pohańskie pacholęta, jeno plugawego  wzrostu 

Czeremisi, Czukcze, Jakuci, Ewenkowie, i paru starozakonnych karłów. Dopieroż w konfuzję 

wszyscy   popadli   i   z   tej   abominacji   pić   jeszcze   srożej   poczęli,   kiedym   ja,   jako   dowódca 

zawołany i forteli pełen, na koncept wpadłem. Owoż zważ, Mości Hetmanie,  żem się dla 

miłości Ojczyzny poświęcić zgodził, a mając wzrost kurduplowaty, sam się do dyspozycji 

Waszej Miłości oddaję, a to w celu iżby podnieść statystykę bachorstwa na naszych kresach. 

Pułkownik Michał Wołodyjowski, 

chocia konus mizerny, 

to jak Wierzbicki wierny. 

PS. Onemu Wierzbickiemu Piotr jest. 

List o niewysadzeniu Kamieńca 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Hetmana Wielkiego i Grubego Koronnego 

pana Jana Sobieskiego we Jaworowie 

wschodnia Galicja, dawniej SS Galizien 

Szanowny Panie Hetmanie 

we   swoim   ostatnim   liście   indaguje   mnie   Wasza   Hetmańska   Mość,   dlaczego 

dotychczas   nie   wysadziłem   się   prochami   we   Kamieńcu   Podolskim,   skoro   akcja   ta   była 

background image

zaproponowaną,   prasa   powiadomioną,   a   ksiądz   Kamiński   ułożył   specjalne   kazanie 

pogrzebowe wraz ze  solówką na bębnie  kompozycyji  rotmistrza  Plaskoty i  z okrzykami: 

“Panie Wołodyjowski, larum grają, a ty nie wstajesz?”, na co miałem wstać we trumnie i 

ukłonić się obecnym, dziękując za oklaski, a następnie podetrzeć całunem wdowę mokrą ode 

płaczu   i   dopiero   nogami   kilkakrotnie   fajtnąwszy   ostatecznie   odkorkować,   aby   Wasza 

hetmańska Mość, wszedłszy do katedry, mógł bez obciachu zawołać: “Przebóg, mój najlepszy 

żołnierz nie żyje!” i na kolana padłszy w żalu się pogrążyć. Owoż, usiłowałem zrealizować 

ów ambitny scenariusz, ale jako to powiadają -  “Nec Miodowicz contra Balcerowicz”  - na 

skutek kryzysu a to prochów nie szło dostać, a to znowuż lontu, a gdym już wszystko był 

zabezpieczył, tedy nagle sułtan, długim oczekiwaniem znudzony, ode oblężenia odstąpił, więc 

i motyw  wysadzenia zniknął, a bez armii oblegającej żaden ksiegowy kosztów by mi nie 

uznał i wszedłby mi na dodatek rodzinny, tak jako ongiś Anusia Borzobohata, bardzo już 

wonczas brzuchata, weszła mi na buzdygan, przez co nie mogłem rzucić do szarży  swoich 

laundańskich,   gdyż   ów   matoł   Józwa   Butrym   Oya   Beznogi,   wyłącznie   na   skinienie 

buzdyganem   był  uczulony,  a  na   buzdyganie   Anusia,   Szwedy atakują,   a  i  Czarniecki  coś 

brzęczy swoją sztuczną szczęka, a pan Jan Kazimierz ponownie na Śląsk Polski ucieka i 

folksdojcza udaje, a ksiądz kordecki błogosławi, a Kmicicowi Tatarzy hałłakują, że nic jeno 

abo zwariować, abo się upić, co też uczyniłem i zawżdy we trudnych momentach czynię, tak 

jako i w tej chwili, co pozwala mi zachować dystans do wszelakich rozkazów i bardzo mię 

reraksu... rereleksu... relaksu i w ogóle, wiesz Pan co. 

Pułkownik Wołodowowyjo... ekhem, 

Chreptodiowoski w Wołodyjkowie, 

ucałuj Pan Mańkę... 

Luśnia! Jeszcze pół! 

List o ruchach partyjnych 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

hetmana Jana Sobieskiego we Jaworowie, 

obszar pojatłański, 

background image

główny sztab hetmański. 

Szanowny Panie Hetmanie Janie 

Donoszę   uprzejmie   o   sytuacyji   w   Pierwszym   Pułku   Semenów,   we   skrócie   PPS, 

pozostającym   dotychczas   pode   komendą   pana   Motowidły.   Owoż   od   pewnego   czasu   do 

pewnego znaczenia doszedł tam rotmistrz Lipski, chyba z Lipków się wywodzący i byłby się 

wzmógł ponad miarę, gdyby nie uczyniłby mu dywersyji pewien porucznik Ikonowicz, zwany 

tak ode ikony, którą rad wymachiwał, wołając przy tem, cytuję: 

“Gorze mnie, bracia, gorze i wam, 

W jedności zguba, w rozłamie chluba, 

Kto Lipskiego słucha, tego czart wyrucha. 

Jam prawdziwy socjalista, 

chwała mi, chwała wieczysta” 

i temu podobne hasła. Gdy wszelakoż częśc Semenów do siebie przeciągnął, nazwał 

ich Rewolucyją Demokratyczną i sukcesem się radował, wtem znienacka jeden Grzegorz, taki 

zwinny jako węgorz, wyskoczywszy z flanki, utworzył frakcyję pode tytułem Tymczasowy 

Komitet Krajowy, do którego przeciągnął część młodzieży, a to dzięki hasłu: 

“Każda PPS-ówa hoża 

Hejże do łoża Grzegorza”. 

Nóże się wtedy tworzyć insze apostazyje i dewiacje a asocjacyje. Stary warchoł, pan 

Zagłoba, zara dla niepoznaki nadał sobie tytuł VIP, czyli Bardzo Ważna Osoba, ale w miarę 

ponoszonych klęsk rezygnował z poszczególnych członów owego określenia, tak że w końcu 

podpisywał się jeno Osoba, a ode wczoraj już tylko Osóbka, z tym, że Morawski, jako iż 

rzekomo z Moraw się wywodzi, pode którym to pseudonimem okrzyknął PPS odrodzoną, ale 

w żadnym razie nie odmłodzoną, gdyż sami tam starcy, kombatanci znad Bosforu, większość 

z   wapnia   i   fosforu,   część   z   paraliżem   zaworu.   Tuż   za   nim   podskoczyli   rzekomi 

Socjałdemokraci, tworząc swe własne watahy i luźne kupy, a to esauł Kwaśniewski, któren 

ma   na   sztandarze   wypisane:  “Zawżdy   u   Kwacha   znajdzie   się   flacha”,   jako   też 

wicefeldmarszałek Fiszbach z dewizą  “Znać Fiszbachu po zapachu”, co nie ma sensu, ale 

background image

brzmi   bardzo   wdzięcznie.   Owoż   wszystkie   owe   ugrupowania   zwołały   były   kongres 

zjednoczeniowy, skąd głośne krzyki dochodzą, dym w niebo biją, a trupów pachołkowie co i 

raz wynoszą, o czem z pełnym obiektywizmem donosząc, kreślę się z poważaniem 

Michał Wołodyjowski, takoż były socjalista, 

Co jak śpi, to czasem śwista. 

Reprywatyzacja

 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Pana Hetmana Sobieskiego, 

przyszłego Króla Polskiego, 

o czym przedwcześnie dziś prawić, 

lecz ja wiem kogo obstawić hi hi hi 

Wasza Mści, Pści, Kci, Koci, Łapci, Piciu, Piciu, Gizi, Gizi, 

Pański sługa Panu lizi, Bziu! 

Spieszę aby donieść, że reprywatyzacyja coraz szersze tu zatacza kręgi i przekracza 

wszelkie  granice,  a roszczenia  rzekomych  obszarników, wyzutych  ze swych  majątków  w 

czasie wojen kozackich bezczelnością swoją wielce mię niepokoją. 

I tak, nie dalej jak wczoraj, zgłosił się był do mnie niemiecki oficyjer, niejaki Hans 

Franck, będący aktualnie w randze generała-gubernatora i, strzeliwszy obcasami, wyciągnął 

znienacka rękę, co miało być gestem powitalnym, aliści ja w nieświadomości swojej, sądząc 

że zamierza mi normalnie dać w mordę, zrobiłem unik i to tak skuteczny, iż zacne chłopisko 

przywaliło w stojącą tamże zbroicę usarską i, krwawiąc obficie, jęło się żalić we słowach 

następujących: 

“O krojc donnerwetter noch ajnmal 

O sztumbanfirer naser mater hausbezecung! 

O kurdupel selbstbedinung kurwen sztrase! 

background image

Zanitet, zanitet, wo ist waser und klozet!? 

Ich will zofort nach dojcze republik faren 

Wo ich habe majne Helge und auto mit golden felge.” 

Aż   dopiero   pod   wieczór,   oprzytomniawszy   cośkolwiek,   oświadczył   mi   szkop 

poczciwy, iż ubiega się o zwrot zamku Wawel, we którym podobno swego czasu gospodarzył 

i dobrze mu się przysłużył w dziedzinie remontów. 

Zaraz   też   insi   również   wystąpili   o   swe   zamki   i   pałace,   a   mianowicie   Ulrich   von 

Jungingen o Malbork, a Wojciech Dzieduszycki o Wysoki Zamek, a Józef Stalin o Pałac 

Kultury i Nauki imienia Stalina, a hetman Stanisław Żółkiewski o Kreml, a nasza Horpyna o 

alimenty za syna, którego jej ktoś w onym zamęcie na prędce zmajstrował. Ja też mógłbym, 

jak   szaleniec,   upomnieć   się   o   Kamieniec,   ale   że   mam   dobrze   w   głowie,   poprzestanę  na 

Chreptiowie, czyli na małej stanicy z Basieńką zamiast strzelnicy. 

Nu i budiet! W dalszym ciągu mojego raportu chciałbym donieść, że po multańskiej 

stronie uruchomiły się różne wraże zjawiska, przede wszystkim upiory po kurhanach strasznie 

wyją z głodu, a już szczególnie ów, znany Panu, upiór Kubuś, na kurhanie Mamaja, co miał 

wielkie uszy, wyje z całej duszy. Poza tym zasię nieboszczykowie różni z grobów powstali, 

na przykład ta ciota - pan Longinus Podbipięta, z Zerwikapturem na wierzchu, łazi po stepie o 

zmierzchu,   śpiewa   blusy   i   godzinki   i   ryćka   małe   dziewczynki,   więc   zewsząd   spieszą 

maleństwa, łase takiego męczeństwa, hosanna, brytfanna, gwóźdź, joj. Snuje się tu również 

dość świętej pamięci ów ataman Sucha Ruka, nasadzony ongiś na pal przez równie świętej 

pamięci kniazia Jaremę, cały czerwony z wysiłku, drepcze z onym słupem w tyłku, a za nim 

moja ex-narzeczona - Anusia Borzobohata, małutka, ale cycata, co umarła po stosunku z 

husarzem w pełnym rynsztunku, któren był kawał wałkonia, tak że nawet nie zsiadł z konia, 

jeno z krzykiem: “Gorze! gorze!” wlazł z perszeronem na łoże. Budzi się księżna Gryzelda i 

co widzi? Rozenfelda! Który, rzadkość w czasie owym, był husarzem mniejszościowym, atoli 

dzielnym rycerzem, choć z obrzezanym koncerzem. 

Mamo, co ja wygaduję, chyba swój list spuentuję, 

życząc szczęścia w Nowym Roku 

i potężnej siły w kroku, 

którym zmierzasz Waść w swą stronę. 

Cześć! 

background image

Wołodyj wraz z załogą. 

Reprywatyzacja II 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

Do Hetmana Jana Sobieskiego 

Wasia Miłosz... pardon, Wasza Miłość... (a co ja dziś robię takie czeskie błędy jak jaki 

Havel... Havel na Wawel, Jaruzel na karuzel, a Lechu do śmiechu... No, ale ad rem) Spieszę 

donieść Waszej hetmańskiej mości, iz ostatnimi czasy bardzo się tutaj zaktywizowało bywsze 

ziemiaństwo, a nawet powołało swą organizacyję pode wodzą oczywiście starego warchoła, 

pana Zagłoby, któren oświadczył, iż został rozparcelowany po wojnie, szwedzkiej rzecz jasna 

- i wystąpił z żądaniem, aby mu była zwrócona Ruś Halicka, Prusy, Warmia, Pierwsza Armia, 

Szwajcaryja Kaszubska i Nadieżda Krupska, której złota statuja stała rzekomo przed jego 

zamkiem marki Łucznik, gdy on jeszcze był porucznik. Zaraz też zgłosił się pan Muszalski, 

któren z łuku dziwnie szyje, z tym, że cięciwy nie myje, skutkiem czego wojsko twierdzi, iż 

Muszalski   strasznie   śmierdzi,   co   jednakowoż   każdemu   wolno,   zgodnie   z   kartą   praw 

człowieka i obywatela tyczącą również śmierdziela. Onże pan Muszalski zgłosił się byłym 

Chorążym   Postępu   i   Podstolczym   Królewskiego   Ustępu,  któremu   ponoć   zabrana   została 

Puszcza Białowieska, Twierdza Kołobrzeska, Depresyja koło Pucka i Ordynacja Krasucka, 

jak również stadnina, burdel i dwa kina, w tem jedno objazdowe. Tuż za nim wyskoczył z 

mordą ten młot Luśnia, chociaż wiadomo, że z chamów się wywodzi, ale dorobił był sobie 

pochodzenie  szlacheckie,  powiadając, iż jego mamusia  została we dworskich czworakach 

ustawiona na czworakach przeze gromadę notabli, każden z kutasem przy szabli, a najbardziej 

przy   niej   brykał   jeden   pyskaty   klerykał,   po  czym   ją   zdeprawowano,   zdetonowano   i 

zabetonowano, a co gorsza ustawiono przy niej na straży dwóch uzbrojonych husarzy, ażeby 

strzegli dziecięcia już od momentu poczęcia, w rezultacie czego narodził się właśnie srogi 

Luśnia, pochodzący - jako twierdzi - od  całej ówczesnej postępowej arystokracji i, rzecz 

jasna, ode swej nieszczęsnej maci, wspomnianej już Magdaleny Luśni, skąd też epizod ten 

nazwany został przeze historyków spotkaniem w Magdalence. Że zasię owe rewindykacyjne 

żądania przekroczyły już granice  Rzeczypospolitej i sięgają z jednej strony Londynu, a z 

background image

drugiej Pekinu, przeto w trosce o ewan... ewen... ewentualność zatargów międzynarodowych 

proszę o wskazówki co do postepowania i składam wyrazy uznania, 

Michał Wołodyjowski, były Podkomorzy Żmudzki, 

Co tam rządził siedząc w kucki. 

Kasztelan hotelu Mariotta, 

Któren ma tęgiego kota. 

A Podpibięta to ciota i już. 

O importowanej żywności 

Michał Wołodyjowski 

do 

Pana Hetmana Jana Sobieskiego. 

Owoż, zgodnie z Pańskim rozkazaniem, spenetrowałem byłem problematykę  taniej 

żywności, przerzucanej nam podstępnie z Ziem Sułtańskich, która, jakem się był osobiscie 

przekonał,   nie   jest   bynajmniej   zatruta   ani   nie   zawiera   środków   usypiających,   bądź   też 

przeczyszczających,  dodanych  tam w  celach dywersyjnych,  tak jak to miało  miejsce pod 

Żółtemi Wodami, które przed bitwą wcale nie były żółte, ale nasza husaria, obżarłszy się 

zdobyczną   grochówką,   zaprawioną   niestety   zdradzieckim   oleum   riccini   doznała   tak 

straszliwego odrzutu, iż przeszedłszy przez kozactwo poszła z rozpędu zagonem w Ziemie 

Chańskie,   co   spowodowało   zgubną   w   skutkach   interwencję   Tuchajbeja   i   w   następstwie 

haniebną klęskę pod Korsuniem. Natomiast spyża z Imperium Otomańskiego odznacza się 

wyśmienitym   smakiem,   estetycznym   opakowaniem   i   podejrzanie   niską   ceną,   co   skłania 

niepatriotyczną część ludności do jej masowego zakupu i konsumpcyji zamiast popierania 

rodzimego rolnictwa i spożywania skwaśniałego, aleć przecież naszego polskiego mleka z 

naszą   polską  salmonellą,   jak   również   rozłożonego   na   bazarach  naszego   polskiego   mięsa, 

obesranego   przez   muchy   też   nasze,   ponieważ   plujki,   a   plucie   jest   przecie   odwiecznym 

ludowym obyczajem, zarówno jak i dłubanie w nosie przeze znudzone ekspedientki, podające 

klienteli  nasze polskie  produkty,  gęsto  zaprawione  kosztownymi  chemikaliami.  Że  przeto 

tutejsze chłopstwo podniosło lament na nieuczciwy dumping, który może je snadnie puścić z 

background image

torbami lub też, co gorsza, przymusić do obniżenia cen abo nawet i do ciężkiej pracy, przeto 

zgodnie z Pańskim rozkazaniem poleciłem zastosowanie cen zaporowych, co ten idiota, pan 

Ketling, zrozumiał jako ogień zaporowy i rozpoczął kanonadę na przejściach granicznych, 

obracając w perzynę niejaką Horpynę, gdyż skutkiem rozkalibrowania naszych zabytkowych 

dział w insze cele nie udało mu się na szczęście trafić z wyjątkiem celi więziennej, we której 

trzymaliśmy znanego grasanta, Asbę Beja. A ten zdrajca natychmiast uciekł i założył  we 

Komyszach Dniestrowych nową bandę pode nazwą  “Wesoła Ferajna Sadama Husajna”, o 

czym donosząc, kreślę się z proporcjonalnym do Pańskiej obecnej kondycyji szacunkiem, 

Michał Wołodyjowski, konsument polskiej żywności, 

Co jak zje, to ma nudności... 

Zjadłem surówkę z rzepy, 

Przepraszam, gdzie tu na stepy?! 

Świąteczny list do Basi 

Kociaku mój najmilejszy, 

Zima już u nas sroga, wilcy okrutnie wyją na Dzikich Polach kołchozowych, a mróz 

takowy, iże wczoraj panu Muszalskiemu jajca zamarzli, gdy je niósł z kurnika na kolacyję. 

Sławny jest to łucznik i w bitwie straszny, gdyż przednio z łuku szyje, z tym iż wzrok  ma 

nieco krótki, przeto nasampierw strzela, potem okulary na nos nadziawszy patrzy dopiero, w 

kogo   utrafił.   Zasię   gdy  pohańca,   tedy   zaraz   z   radości   jako   cyga   podeskakuje,   gdy   zasię 

niechcący rodaka utrafi, prędko księdza Kamińskiego przyzywa, aby po katolicku na śmierć 

go dysponował. Co do onego księdza, to popadł on był ostatnio w przykre dziwactwo, gdyż 

uroił sobie, żem powinien we Kamieńcu prochami w powietrze się wysadzić, a uroiwszy - 

nawet kazanie na mój pogrzeb ułozył i teraz co chwilę repetycją sobie urządza, waląc w 

bęben i wołając: “Panie pułkowniku Wołodyjowski!”. “A co?” - pytam w dobrej wierze. “A 

wróg w granicach.” - krzyczy ksiądz. - “Ty zasię na koń nie siadasz, po szablę nie sięgasz, w 

pole nie ciągniesz...” Co gorsza wszakoż ma on też pretensyje, że zamawiając owo kazanie w 

koszta był poleciał, a nawet rozpowiada, żem świnia i że mu na złość się nie wysadzam. 

Święta tuż tuż i dufam, duszo moja, że zjedziesz tu lada tydzień, a nawet stanicę osobiście 

background image

wychędożyłem... 

Co to ja chciałem jeszcze napisać... Aha! 

Bawiła tu ostatnio pani Boska z córeczką Zosią, które na Krym jadą, aby tatusia z 

niewoli wykupić, aleć on podobno do Górnego Karabachu przedan, i to niedrogo, gdyż jeńcy 

bardzo potanieli do tego stopnia, iż nasz Selim za jednego wielbłąda kupił był ostatnio sześć 

chrześcijańskich   dziewic,   które   niczym   jeszcze   nie   zgrzeszyły,   a   już   najmniej   urodą,   w 

związku z czym Selim prawi, iże z wielbłądem miał większą przyjemność, lecz niewczesna to 

już tęsknica, gdyż wielbłąd obrażony nie pisze, nie  dzwoni. Wspomniałem wielbłąda i Ty 

zaraz, Basieńko, jako żywa przede oczyma mi stanęłaś, przeto zdzierżyć dłużej nie mogąc, 

pogoniłem do pana Zagłoby i spuściłem się przed nim raptownie ze swego afektu, a on - 

najsampierw ze strachu na szafę wyskoczył, ale  natychmiast z niej zleciał, pijanym będąc, 

jako to zwyczajnie na kresach. 

Pośpieszaj przeto, Hajduczku, ja tu choinkę rychtuję i jakiego tęgiego grasanta na 

szpic zasadzę, najlepiej Azję Tuchajbejowicza, bo on świeci długo. 

Twój Miszka Wołodyj, 

Pierwsza szabla Rzeczypospolitej, 

Ale druga pochwa... 

O zjednoczeniu wojsk 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

do Pana Hetmana Wielkiego 

co sobie lubi ten-tego 

Szanowny Panie Hetmanie, 

Niech Ci zaraz sztorcem stanie 

Zastęp stalowych rycerzy 

Któren na wroga uderzy. 

(Dobre!   Oj,   żebym   ja   nie   wpadł   jak   Jesienin   w   poezję   jesienną,   czyli   w   jakieś 

background image

HerbstGedichte zwanzig Stuck auf eine Schichte... Ja.) Tak więc spieszę Panu donieść, iż 

ostatniemi   czasy   tutejsze   piechoty   niemieckie   Oberstehra   Kapusty   połączyły   się   były   z 

zastępem pieszych trabantów Sturhmbanfuerera Ulbrichta przy wtórze okrzyków: 

Wio! Wiśta! Heta, heta! Gdzie idzieta? 

Halt! Halt! Halt! Tam je kalt! 

Naści cyklamen und komm zusammen! 

Alle Leute marsch nach gemeinsam Arsch! 

Kommt Erike etwas ficke! 

Przełóż wajchu taj do Reichu 

i tym podobnych patriotycznych hasłach, które wszelakoż wzbudziły we mnie pewien 

nacjonalistyczny   niepokój,   gdyż   po   onym   anszlusie   formacyje   niemieckie   są   plus-minus 

dwukrotnie  silniejsze od naszych  i w dodatku przeważnie  ze sobą skłóconych.  Zaraz  też 

spróbowałem, dla równowagi, zjednoczyć ze sobą Lipków. Lipków, Czeremisów i Semenów 

pana Motowidły, co wszelakoż nader mierne przyniosło rezultaty, gdyż albowiem Czeremisy 

zaczęły się z Lipków wyśmiewać, wołając: 

“Wy skubane Lipki, Całujta nas w pipki” 

“Każden Lipek ma trypek!” 

oraz “Spieprzaj Lipku, byle szybku!” 

na co Lipkowie odpowiadali również mową wiązaną: 

“Miała baba Czeremisa, trzymała go za kotysa” 

“U Czeremisa pała łysa” 

“Czeremis ma mały pemis” 

itd. itd., a wreszcie wszyscy razem nuże plantować pana Motowidłę: 

“Motowidło to straszydło!” 

“U Motowidły we dupie widły” 

i jeszcze gorzej, co sprawiło, iż ów kongres zjednoczeniowy przerodził się był  w 

background image

ogólną   mordownię,   z   której   co   i   raz   wyskakuje   któryś   wojownik   a   to   z   głową   na   poły 

rozrąbaną, a to z rohatyną w plecach, a to znowóż na kikutach równiutko urżniętych i we 

stepy,  w  oczerety sobie kica,  by nieco  świeżego  powietrza  zażyć  i  urokiem  Dzikich  Pól 

napawać oczy, o ile mu ich uprzednio nie wyłupiono i do pyska nie wsadzono, co jest starym 

kresowym obyczajem wielce tu obserwowanym. O czym dla porządku donosząc, kreślę się 

jednocześnie z należytym respektem, 

Michał Wołodyjowski w onucach 

Bez uszów i z kulą w płucach 

Oj, coś mi się zdaje snadnie 

Że zaraz kula wypadnie... 

Kursokonferencja o pogłowiu 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Hetmana Wielkiego Koronnego 

Jana Sobieskiego 

Wielce Miłościwy Panie Hetmanie, 

Odpowiadając na łaskawy list Waszej Miłości w temacie zaludnienia naszych ziem 

item obrony poczętego, stwierdzam, co następuje: Do naszej kresowej stanicy we Chreptiowie 

takoż dotarły gromkie wieści o gromkim larum, jakie podniosło się w Koronie i w Wielkim 

Księstwie Litewskim, Ruskim, Ziemi Smoleńskiej, Siewierskiej, Pskowskiej, Kijowskiej et 

ceatera, et caetera, a to na okoliczność gwałtownego spadku pogłowia pacholąt płci obojga. 

Przeto,   mają   na   względzie   dobro   umiłowanej   Ojczyzny,   zorganizowazowałem,   nie 

mieszkając, kursokonferencyję w temacie jak wyżej. Muszę od razu zaznaczyć, iże wielce 

mnie   uradowała,   ale   i   zdziwiła   niepomiernie   znajomość   tego   problemu   wśród   tutejszego 

fraucymeru, rycerstwa, a nawet ciemnej czeladzi i plugawych Lipków pohańskiego wyznania, 

pozostających   pod   komendą   Azji   Tuhajbejowicza   (to   ten,   któren   ma   na   piersi   sine   ryby 

wykłute).   Owoż,   białogłowy   podniosły   problemat,   jakoby   cały   szkopuł   tkwił   w   braku 

background image

bilateralnych   stosunków   oraz   iże   rycerstwo   zadowalnia   się   jeno   barterem   z   Ukrainkami. 

Wielce to rozeźliło tego młota, wachmistrza Srogiego Luśnię, któren, jak się potem okazało, 

nijak nie mógł pojąć subtelnej różnicy między “bilateralny” i “barter”. Wziąwszy go przeto na 

bok   i   dwa   razy   w   pysk   dawszy,   rzecz   całą   akuratnie   mu   objaśniłem.   Po   tym   drobnym 

incydencie   padł   wniosek   konstruktywny   wielce,   iżby   nałapać   maluchów   po   multańskiej 

stronie i ochrzciwszy, wrócić ich na Ojczyzny łono. Tu wielebny ksiądz Kamiński mocno 

nosem zaczął kręcić i jużem go miał starym sposobem wziąć na stronę, kiedy podniósł się 

roztropny, jako zawsze, pan Zagłoba i wyjaśnił, że skoro pohańcy  naszych przerabiają na 

eunuchów, to my możem ich na ministrantów przysposobić. Wielka to głowa ten nasz pan 

Zagłoba i pijak zawołany. Natenczas skoczył ze swoją chorągiewką niezawodny jak zwykle 

pan Muszalski, któren chocia mocno ślepawy, to łucznik zawołany; skoczył tedy, powiadam, 

Muszalski   na  Jurkowe  Pole  i  już  pode  wieczór  przyprowadził  był  spory jasyr  tamtejszej 

drobnicy. Już my się, Wasza Miłość, do ceremonii szykowali, gdy przypadkowo trzeźwy pan 

Motowidło  odkrył,  że nie są to pohańskie pacholęta,  jeno plugawego wzrostu Czeremisi, 

Czukcze, Jakuci, Wemkowie i paru starozakonnych karłów. Dopieroż w konfuzję wszyscy 

popadli i z tej abominacji pić jeszcze srożej poczeli, kiedym ja, jako dowódca zawołany i 

forteli   pełen,   na   koncept   wpadłem.   Owoż   zważ,   Mości   Hetmanie,   żem   się   dla   miłości 

Ojczyzny poświęcić zgodził, a mając wzrost kurduplowaty sam się do dyspozycji Waszej 

Miłości oddaję, a to w celu, iżby podnieść statystykę bachorstwa na naszych kresach. 

Pułkownik Michał Wołodyjowski, 

chociaż konus mizerny, 

to jak Wierzbicki wierny. 

PS. Onemu Wierzbickiemu Piotr jest. 

Powrót do cywila 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Pana Hetmana Wielkiego Koronnego Jana Sobieskiego, 

Jaworiw we lwowskoj obłasti 

background image

Szanowny Panie Hetmanie, 

zgodnie z Pańskim rozkazaniem zarządziłem przekwalifikowanie się części tutejszej 

załogi na zawody cywilne, co z wielkim przyjęto aplauzem, a najwcześniej przebranżowił się 

pan Zagłoba, otwierając pierwszą na Dzikich Polach giełdę, spekulującą różnemi akcjami. 

Zaraz   też   pan   Motowidło   przeznaczył   był   na   sprzedaż   akcję   żniwną,   natomiast   moja 

najukochańsza Basieńka wystawiła akcję  “W”, za którą wytargowała  od pana Motowidły 

dwie   akcje   odszczurzania,   co   bardzo   korzystne.   Zasię   pan   Muszalski   postanowił   zdobyć 

profesyję astronoma, w którym to celu obserwował przez swą nożycową lunetę firmament 

niebieski i nawet odkrył na nim nigdzie dotychczas nie notowaną czarną dziurę niezwykłych 

rozmiarów, które to znalezisko przyniosłoby mu zapewne sławę wiekopomną, gdyby nie było 

się okazało, iż to ulubienica całej stanicy - - Horpyna - opalała się na dachu stodoły,czego jej 

natychmiast zakazałem ze względu na efekt cieplny, lukę ozonową i wydzielinę dwutlenków 

w atmosferze, gdy się jeździ na rowerze, po spożyciu  samogonu, popędzonego z freonu. 

Natomiast gruby pan Nienaszyniec przystąpił do pracy nad dagerotypem natychmiastowego 

użytku,   tako   zwanym   polaroidem,   z   tym,   że   niestety   na   wskutek   omyłki   drukarskiej   we 

instrukcyji, zamiast polaroida uzyskał hemoroida, a i to samiczkę, której nikt nie chce wziąć 

do domu, chociaż wszyscy niby to ślozy leją nade biedactwem. Ja sam zasię zająłem się 

historią   i   opublikowałem   ankietę   pod   tytułem  “Czy   Polacy   zajęli   Kazachstan?”,   na   co 

większość   respondentów   odpowiedziała,   że   w   pewnym   sensie   i   owszem,   co   dowodnie 

zaświadcza o względności rzeczy i zależności punktu widzenia od kierunku wywiezienia na 

mocy postanowienia wprawlienia.  O który to sukcesach we transmutacyji  bywszych  kadr 

wojskowych donosząc, jednocześnie pozostaję z należnym, acz cywilnym szacunkiem, 

Michał Wołodyjowski, 

uprzedni dowódca pułku, 

z buławą w brązowym kółku. 

Giełda papierów wartościowych 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

background image

Pana Hetmana Jana Sobieskiego 

we Jaworowie na Ukrainie, dawniej Podole 

Wasza   Miłość...   Hihi,   Wasza   Miłość   -   zima   też   wasza,   wiosna   nasza,   a   lato   - 

Muminków. Otóż, Wasza Miłość, zgodnie z Pańskim rozkazaniem, zarządziłem powołanie 

we Chreptiowie giełdy papierów wartościowych, a to w celu przyspieszenia naszego marszu 

ku Europie, aczkolwiek długi to będzie marsz, bo  co my ku niej, to ona - bidaczka, ogon 

podkuliwszy od nas ucieka, po drodze nam ochłapy różne podrzucając, abyśmy jako wilcy za 

saniami goniący choć na chwilę nade padliną się pogryźli, ale niedoczekanie. Tak więc na 

otwarcie giedły kazałem wszystkim swym  podkomendnym przynieść wartościowe papiery, 

obligacyje, dewizy, renty i dywidendy, przy czym każdy miał głośno krzyczeć, po sali biegać, 

pośredników gdzieniebądź wysyłać, notatki liczne czynić i, za włosy się ułapiwszy, rozpacz 

udawać, abo też radość z udanej transakcyji, jak tako to oglądamy na prawdziwych giełdach 

we monarchiach  Zachodu.  Jakoż i ukazały się liczne  akcje, a mianowicie  pan Muszalski 

wystąpił jako żywy triumf akcji “W”, a pan Nienaszyniec propagował akcję odszczurzania, 

przyniósłszy klatkę pełną szczurów, którzy mu się niestety rozbiegli i powłazili gdzie tylko, 

nie wyłączając pancerzów, luf armatnich i starej pani Boskiej, którą dopiero kocur staniczny 

ocalił, do czego żeśmy go przymusili, mimo iż się wszystkimi czterema łapy zapierał. Zasię 

pan   Snitko,   herbu   Miesiąc   Utajony,   przynósł   akcję  “Wisła”,   którą   następnie   publicznie 

potępił, bo co to za metoda, żeby wysiedlać spokojnych rezunów, zamiast im wybaczyć i 

prosić   o   wybaczenie,   chociażby   ze   siekierą   w   plecach.   A   co   do   obligacyji,   to   Azja 

Tuchajbejowicz zobligował się nie porywać więcej Baśki, zwłaszcza że poprzednim razem 

nasadziła   go   na   pal,   a   następnie   na   secam,   rządając,   aby   i   on   jej   to   uczynił.   Gdy   zasię 

odmówił, tedy tak dostał po pysku głownią pistoletu, aż mu świeczki w oczach stanęły  i 

świecił   długo.   Natomiast   ten   młot   Luśnia   zobligował   się   na   środku   izby,   co   giełdę 

zakończyło,  gdyż  wszyscy rozbiegli  się we panice, zgodnie z najlepszymi  wzorcami  gdy 

wydarzy się krach, pozostawując na pobojowisku papier wartościowe, a mianowicie jeden 

papier ścierny, dwa klozetowe, kilka rolek swiatłoczułego, jak również jedną rentę gruntową, 

jedną rentę starczą pana Zagłoby i, omyłkowo, jedną Renatę z wybitą literą “A” i wybitymi 

zębami, o czym z szacunkiem donosząc, przystępuję do dalszych działań proeuropejskich, o 

których niebawem zawiadomię 

Michał Wołodyjowski, 

eks-pułkownik fortalicji, 

background image

ostatnio komisarz policji, 

w tej samej czujnej pozycji. 

Polska aktywność 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Hetmana Jana Sobieskiego 

Przyszłego króla polskiego, 

Co kiedyś Wiedeń wyzwoli, 

Przez co Polskę stentegoli, 

Gdyż Austria, wzrósłwszy w kondycję, 

Zagrabi naszą Galicję. 

...Ale   sobie   poprognozowałem,   a   teraz   -   ad   rem.   Szanowny   Panie   Hetmanie,   z 

maksymalną   przyjemnością   donoszę   o   niezwykłym   wzroście   patriotyzmu   wśród   tutejszej 

załogi.   Gdy   bowiem   pan   Ritermeisterlinkhaus,   dowódca   niemieckich   linkhauzowych 

dragonów wyraził się onegdaj we świetlicy, iż rzekomo jesteśmy narodem ogromnie leniwym 

i migającym się ode wszelkiej pracy, tedy natychmiast poszczególne regimenty dały krzepki 

opór   onej   insynuacyji,   a   mianowicie   nasi   polscy   dragonowie   tego   młota,   wachmistrza 

Srogiego Luśni, ogłosili głodówkę protestacyjną, dodajmy, że rotacyjną i że jedna ich połowa 

głodowała przeze dwie godziny, podczas gdy druga żarła, a następnie ta druga głodem się 

morzyła,   a   pierwsza   konsumpowała.   A   medyk   staniczny   wszystkim   mierzył   ciśnienie, 

temperaturę  i poziom cukru w  moczu.  Zasię  artylerzyści  pana  Ketlinga  na znak  protestu 

ostrzelali komendę masłem, a Semenowie pana Motowidły urządzili blokadę szos, a Lipkowie 

pana Melechowicza ruszyli na pielgrzynkę do Mekki i Medyki, a wolontariusze pana Zagłoby 

zorganizowali procesyję, a łucznicy pana Muszalskiego - - łańcuch czystych rąk, który się 

wszelakoż nie udał, gdyż tylko jeden pan Muszalski miał czyste ręce, a i to dlatego, iż kilka 

dni temu wpadł był po pijanemu do Dniestru. Nuże tedy tutejsze kobiety zwoływać się na 

nocne czuwanie, a czeladź pod Żmudzinem Piętką na kontemplatecyję, a chorągiew kozacka 

pana Nowowiejskiego juniora na medytacyję, która tem się ode kontemplacyji różni, że musi 

być odbywana w kuczki wedle metody Szin Taito, podczas gdy kontemplacyja wedle mantry 

background image

odprawowana jest jako powszechnie wiadomo w luźnym zwisie nogami do góry. A pośród 

tego wszystkiego uwijał  się zacny kapłan, ksiądz Kamiński i, obficie wszystko święcąc i 

wyrażając swą radość z tak drastycznego wzrostu moralności, gdyż w samej rzeczy budujące 

to było widowisko i całkowicie zaprzeczające kłamliwemu twierdzeniu pana Linkhausa, jako- 

byśmy   byli   kupą   nierobów,   szukających   jeno   pretekstu   do   szlachetnie   uzasadnionego 

nieróbstwa.   O   czym,   ze   wzrastającym   optymizmem   donosząc,   jednocześnie   kreślę   się   z 

należytym poważaniem 

Pułkownik Wołodyj Michał 

Któren takoż nie w kij kichał 

Lecz włączył się do protestu 

z pomocą takiego, o, gestu 

I o, takiego, o. 

Ojczyzna matką wszystkich Polaków 

Pułkownik Michał Wołodyjowski 

do 

Pana Hetmana Wielkiego Koronnego Jana Sobieskiego, 

we Jaworowie, 

powiat Iwanofrankiwsk, 

gmina Tarasoszewczenkiwsk, 

poczta Bogdanochmielnickiwsk. 

Wasza Wysokość 

Realizując   Pańskie   rozkazanie,   przeprowadziłem   tu   ostatnio   dyskusyją   na   temat 

obowiązującego hasła  “Ojczyzna - matką wszystkich Polaków”, na co pan Ketling zapytał 

zaraz:  “- A Szkotów?” “- Szkotów też”  - odrzekłem na wszelki wypadek, ponieważ jeden 

Szkot to tak jakby dwóch Poznaniaków. Tu jednakowoż zgłosił mi się Azja Tuhajbejowicz z 

całą   watahą   Lipków,   również   o   macierzyństwo   się   dopominając,   którego   wszelakoż   im 

odmówiłem,   nie   mogąc   żadną   miarą   obarczać   naszej   macierzy   taką   ilością   potomstwa   o 

background image

kałmuckiej  urodzie   i  nogach  krzywych  ode  konnej  jazdy,  gdyż  oni  na  kulbace  wszystko 

czynią, w ogóle z niej nie złażąc, chyba że dla naturalnej potrzeby, a i to nie zawsze, od czasu 

jak durny Motowidło niby to w ramach unowocześnienia armii powszywał im do hajdawerów 

tak zwane niemieckie szajsklapy na gumie. Tedy strach za nimi szarżować, a i konie się 

płoszą, co trudno im mieć za złe. Ledowśmy onych Tatarzynów za dźwierze powyrzucali, gdy 

wstał ogłupiały od czasów poderżnięcia mu gardła stary Nowowiejski i zapytał, czy Ojczyzna 

jest takoż matką młodego Nowowiejskiego, gdyż albowiem jeżeli tak, to on, znaczy się stary 

Nowowiejski,   będąc   ojcem   młodego   Nowowiejskiego,   czuje   się   być   zarazem   mężem 

Ojczyzny,   jako   matki   młodego   Nowowiejskiego,   która   to   Ojczyzna   w   takim   razie   nie 

powinna się nazywać Polska, jeno Nowowiejska po mężu, chociaż być może, że z domu 

Polska, bo już nie pamięta. Na takowe bluźnierstwo, niewiele myśląc, dałem mu dwakroć po 

mordzie, wszelakoż chyba nazbyt mocno, gdyż szwy na poderżniętym gardle puściły i głowa 

całkiem odleciała, a po ponownym przyłożeniu jakoś się nie przyjęła. Być może, że organizm 

przeszczep odrzucił, o czym z pełnym szacunkiem donosząc, służby swoje powolne polecam 

Pułkownik Wołodyjowski, 

Najlepszy szermierz wszechczasów 

I posiadacz trzech kutasów 

Jednego przy buzdyganie 

A dwóch inszych przy tapczanie 

Uszanowanie. 

background image

List Mieszka I do Dubrawki 

Roztomiła Dubrawo! 

Wdy nie lza isto imioniszcze, gdy bzda na wdzydze leże, a Brzetysław hań na grani. 

Atoli bez gzda dufajęcy, iże szczerbiąc na krze, icie obostrzejąc dufam a szłomem grzmięcy 

kasztelanią istotwisto-zaisto gudziu-gudziu. Gdy tedy krężoł mi na brzeszczot, a dziewiarz w 

wierzeje zajrzywa, rydel żeż mu w zydel, a tarantasem ku grzędom jako też wizgun kędy ongi 

fibzdy rosomachy a żubry a tury z chałtury igrce w gród walą. (co by tu jeszcze... Aha!) 

Bzdręgam Cię tedy Dubrawo roztomiła lepieciwie, grzemdziam po dzydzulach sterczychą, a 

giglam w dziemdziacza. Jeno grodu mi nie zaciapciaj ciupasami dzidzioląc, a to leszczyńca 

udziabawszy pobdziągać by nado po siedziszczu haniebnym, isto nie jako bdy ady zdy ćpy, 

wyciepający   grządziela   kuropatnikem   dójczym,   dyćko   hryćko   dobraczyćko,   żukrowiec 

nienacki   tandem   opus.   Bywaj,   ciumko,   nie   zdetonuj  się   szurmiejęcy   częstokolcem 

siermiężnym u szałasa dyrdając a kucając ni tudy ni siudy qui pro quo, hindus pindus dandys 

brandys a kuku! 

Twój Mieszko 

P.S. A isto nie zdy wdy ku dziopie ciurlając, dryndulki dalipan nie wytaplaj! 

M. 

(co by tu ady... O!) Z kiela prądziel giba, z tela grządziel dziba! 

background image

Jan Sobieski, Hetman Wielki Koronny, 

do 

swojej żony, Marysieńki

 

Jedyne duszy mojej kochanie, dziś oto zjechałem byłem oto do Warszawy samotrzeć i 

kazawszy sobie otrzeć, przybyłem na zamek akuratnie, gdy król JM ŚĆ WP ŚĆ X PS W S Z 

Ć z kisz. kap. wraz z królową PŚ ĆŚ... tfu, sur. z bur. TŚĆ w tany ruszał, co mi zaraz 

przywiodło  na   myśl   i  nasze   ruszanie,  i   wielka   żałość  mnie  zmogła,  że   my  rozłączeni,  a 

Rzeczypospolita   w   potrzebie.   I   zagony   tatarskie   po  zagonach   rzepaku   buszują,   zasię 

WMŚPĆĆ królowi jeno tany w głowie, a sprawy publiczne w zadku. Co pomyślawszy, zaraz 

konfederacyję zawiązałem,  która mi się była  rozwiązała, a zawiązawszy pchnąłem byłem 

umyślnego w plecy, aby mi się nie pętał, dufając, iże na trzeci dzień w Jaworowie stanę, aby 

się połozyć, a to dla wielkich waporów ze wszystkich porów podczas nieszporów, co ten 

miało skutek, że żem wyszedł na stronę z Tatary trochę pohałasować, tedy mnie dwie strzygi 

ostrzygli, a wilkołaki całowali mnie w  kłaki, upiory zasię w otwory, skąd się dymię do tej 

pory. Zasię od południowego wschodu ukazał się jakoby gołąb ognisty z kością ogonową w 

zębiech, trzykroć na ziem splunął, co szlachta sandomierska za dyzgust sobie poczytała, a 

poczytawszy spać legła, bo  późno już było, a pierwsze kury piali, zamiast żeby koguty, co 

mię   trochę   zadziwiło,   ale   nie   bardzo,   nie   takie   rzeczy   żeśmy   ze   sobą,   duszo   moja,   po 

pijanemu wyczyniali. Na tym  też bal się zakończył,  a Najjaśniejszy Pan za skronie mnie 

ścisnął zaskrońcem pozłocistym,  co tak go sfatygowało, iż orła w koronie był  wywinął i 

stolec królewski mnie oddał, na którym wkrótce już z Tobą, pociecho moja, zasiądziemy. Co 

daj Boże, amen. 

Twój Hetman Wielki Koronny... 

- Panie Matczyński, jak się pisze “hetman”? 

- Przez ó z kreską! 

- Jajarz... 


Document Outline