background image

Dramat języka. Uwagi o mowie publicznej IV RP

Michał Głowiński* 

PiS, który z antykomunizmu uczynił swój fundament ideowy, a z dekomunizacji jedno z haseł naczelnych, 

operuje językiem w sposób, który przypomina praktyki obowiązujące w czasach władzy komunistycznej, a 

niekiedy bywa ich zdumiewającym powtórzeniem

 

1. 

[...] Na fundament, na którym opiera się język, jakim posługuje się obecna ekipa rządząca, jej 
zwolennicy i propagandyści, składają się trzy zasadnicze elementy.

Pierwszy z nich stanowi konsekwentnie dychotomiczne widzenie świata, niedopuszczające 
żadnych niuansów i żadnych komplikacji. My jesteśmy przedstawicielami dobra (jeden z jej 
głównych polityków określił się krótko i węzłowato jako jego uosobienie!), głosimy słuszne 
idee, mamy najlepszy, a w swej istocie jedyny program naprawy kraju. Ten, kto za nim się nie
opowiada i zgłasza do niego zastrzeżenia, jest przeciwko nam.

Z podziałem dychotomicznym wiąże się bezpośrednio czynnik następny: wyznacznikiem tego
wysłowienia jest idea wroga. Wrogiem zaś jest, a przynajmniej może być, każdy, kto znajduje
się po drugiej stronie. Wynika z tego, że język ten nie jest językiem kompromisu, wszelkie 
rozwiązania ugodowe znajdują się poza jego granicami. (W języku komentatora politycznego 
nazywa się takie zjawisko "utratą zdolności koalicyjnych". Takiej właśnie formuły użyła 
Janina Paradowska w artykule "Państwo to ja, prawda to ja", "Polityka" nr 40 z 7 
października br.). A więc albo się podporządkujesz i wtedy będziesz nasz, a jeśli się przeciw 
nam zbuntujesz lub w ogóle reprezentujesz poglądy i dążenia, których nie aprobujemy, jesteś 
właśnie wrogiem. Możemy nazywać cię rozmaicie: warchołem, spadkobiercą ZOMO, 
postkomunistą bądź komunistą - jakkolwiek, byle tylko nazwa, a w istocie przezwanie 
dyskwalifikowało cię w opinii społecznej (mamy tu zatem odpowiedniki takich określeń 
charakterystycznych dla mowy władzy w Polsce Ludowej jak wróg ludu, rewizjonista, agent 
imperializmu, syjonista itp.).

Z podziałami dychotomicznymi i z eksponowaniem figury wroga ściśle łączy się czynnik 
trzeci: spiskowe widzenie świata. Ten, kto nie podziela naszych idei, nie tylko znajduje się po
drugiej stronie, nie tylko jest wrogiem, ale nieustannie spiskuje. Walczymy z tymi, którzy bez
wytchnienia knują, tworzą tajemnicze układy, usiłują przeszkodzić nam w naszych 
poczynaniach, działają na szkodę narodu, państwa, Kościoła, a przede wszystkim - przeciw 
interesom Polski. W konsekwencji język, jakim się władza posługuje, musi być językiem 
walki, czyli - inaczej mówiąc - językiem spotęgowanej agresji. [...]

2. 

[...] Przedstawiciele władzy postępują w taki sposób, jakby dysponowali w dużym stopniu 
uprawnieniami do takiego operowania słowami, które pozwala na swobodne kształtowanie 
ich znaczeń, zabarwień, konotacji. Spotykamy się z zaawansowanymi dowolnościami 
semantycznymi. Obejmują one także zjawiska metajęzykowe. Arcyważny przedstawiciel tego

background image

ugrupowania nazwał "nadużyciem semantycznym" posłużenie się słowem "korupcja" w 
sytuacji dla niego wysoce niedogodnej (chodziło o rozmowę posłów Renaty Beger i Adama 
Lipińskiego). Jednakże użycie to w pełni odpowiadało znaczeniu słowa "korupcja", 
przyjętemu i obowiązującemu w języku polskim. Nie chodzi mi jednak o polemikę z tym 
konkretnym przypadkiem. I na poziomie języka, i na poziomie metajęzyka, ujawnia się ów 
tak charakterystyczny stosunek do słowa. Według tego rodzaju wykładni wyraz "korupcja" 
nie może się stosować do poczynań ekipy, która w dzisiejszej Polsce posiadła władzę. Jest on 
odpowiedni tylko wówczas, jeśli odnosi się do tych, którzy znajdują się po drugiej stronie 
linii podstawowej w dychotomicznym podziale, a więc są wrogami, w dodatku montującymi 
niegodne spiski.

I tu mamy do czynienia ze zjawiskiem o znaczeniu podstawowym. Panowanie władzy nad 
językiem, na szczęście obecnie niepełne, wyraża się w tym, że przyznaje sobie ona prawo 
narzucania słowom i formułom dogodnych dla siebie znaczeń, zakresów semantycznych, a 
także współczynników aksjologicznych. Chodzi tu o coś więcej niż tylko o to, że np. słowo 
"korupcja" może się odnosić wyłącznie do tego, co wyczyniają przeciwnicy, a nigdy do tego, 
co my czynimy w majestacie prawa powodowani najszlachetniejszymi intencjami. Jest to 
szczególnie wyraziste wówczas, gdy pozycję dominującą zdobywa mowa agresji.

Nic przeto dziwnego, że przykładów szczególnie wymownych dostarcza przemówienie 
premiera Kaczyńskiego w czasie partyjnego wiecu PiS w Gdańsku l października 2006. 
Pewne fragmenty tej mowy przypominały przemówienia przywódców PZPR, zwłaszcza 
Władysława Gomułki, z czasów tzw. kampanii ideologicznych. Porównanie tych wszystkich, 
którzy są po drugiej stronie, do zomowców, jest tu przykładem szczególnie dobitnym. Nie 
liczą się w takich okolicznościach realne podstawy porównania, nie ma żadnego znaczenia 
określenie zakresu zestawienia, ważne jest tylko pognębienie tego, kogo uważa się za wroga. 
Jesteś przeciw nam, a więc jesteś zomowcem. Porównanie z praktykami PRL-owskimi 
nasuwa się samo - nie popierasz naszej partii, a wiec jesteś wrogiem ludu, socjalizmu, narodu 
polskiego itp., do wyboru, do koloru! 

Innym przykładem, równie dobitnym, jest używanie formuły postkomunista. Samo słowo w 
polskim języku politycznym nie jest zbyt jasne znaczeniowo, może bowiem oznaczać kogoś, 
kto był komunistą i pozostał wierny swej dawnej wierze, ale może również oznaczać kogoś, 
kto w pewnym okresie był tak lub inaczej z komunizmem związany, ale od niego odszedł i w 
wielu przypadkach czynnie się przyczynił do jego obalenia; może być ponadto używane 
całkowicie dowolnie jako określenie przeciwnika. Ta wieloznaczność tworzy, rzecz jasna, 
przychylne warunki do różnorakich manipulacji - to jednak, co usłyszeliśmy we 
wspomnianym przemówieniu, przeszło wszelkie znane dotychczas granice. Słowo 
"postkomunista" (i odpowiednio "postkomuna" i "postkomunizm" ) pozbawione zostało 
wszelkich realnych treści historycznych. Postkomunę - w tym rozumieniu - tworzą ci, którzy 
są przeciw partii mającej jedynie słuszny program i jedynej uczciwej, tak jak za czasów 
Polski Ludowej wrogami ludu ogłaszano tych, którzy byli przeciw PZPR. [...]

3. 

[...] W polszczyźnie słowo "zmiana" jest aksjologicznie neutralne, znak wartości może się 
pojawić dopiero w konkretnym użyciu. Mówi się o zmianie na dobre bądź na złe, a zasięg 
użyć jest niemal nieograniczony - może się ono odnosić do wszelkiego rodzaju ewoluujących 
zjawisk, wydarzeń, procesów. W języku Prawa i Sprawiedliwości użycie tego słowa zostało w
sposób charakterystyczny zacieśnione: "zmiana" (w liczbie pojedynczej lub mnogiej) stosuje 

background image

się tylko do tego, co ta partia robi bądź robić zamierza, stosuje się do starań o wprowadzenie 
nowego porządku, który ma zyskać najwyższą aprobatę, ma przekształcić kraj i spowodować, 
by zapanowało w nim bezwzględne dobro. Słowo to funkcjonuje tutaj wyłącznie z radykalnie 
pozytywnym znakiem wartościującym: my chcemy zmian i je w życie wprowadzamy, kto jest
przeciw nim czy je kwestionuje, jest przeciw zmianom. Ewentualność, że opozycja również 
dąży do zmian, ale pojmuje je inaczej, jest wykluczona. Słowo jest używane (i ma być 
używane) tylko i wyłącznie w ten sposób. Ci, którzy zmian (w tym zabarwieniu 
wartościującym) nie aprobują, dążą do powrotu tego, co stare i niedobre, dążą do zachowania 
skompromitowanego i skorumpowanego "układu". Mamy tu dobitny przykład kształtowania 
czegoś, co można nazwać językiem jednowartościowym, a co jest charakterystyczne dla 
większości ugrupowań dążących do zagarnięcia pełnej władzy.

Jeśli już o tym przypadku mowa, chciałbym dorzucić jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze, jest 
paradoksem, że partia nie ukrywająca swojego konserwatywnego ukierunkowania używa 
słowa "zmiana" w tej postaci, która raczej byłaby uzasadniona w wysłowieniu partii o 
programie rewolucyjnym. Po drugie, w ostatnich kilkunastu latach przyjęła się formuła 
"zmiana ustrojowa" jako określenie tego, co wydarzyło się w roku 1989. Formuła ta mogłaby 
wnieść pewne aksjologiczne zamieszanie w analizowany tu język, a więc z dużą 
konsekwencją jest pomijana, nie pojawiają się do niej nawet najmniejsze aluzje. Przy 
opisywanym tu użyciu słowa "zmiana" określenie przejścia od realnego socjalizmu do 
demokracji jako "zmiany ustrojowej" byłoby nie tylko niewłaściwe, ale głęboko mylące. 
"Zmiana" jest zarezerwowana dla zwolenników IV Rzeczypospolitej, nie mają do niej prawa 
ci, którzy od podstaw budowali III Rzeczpospolitą.

Innym przykładem równie charakterystycznym jest operowanie czasownikiem 
"przeszkadzać". Spot reklamowy pokazujący, jak PiS zmienia Polskę i sprząta po 
poprzednikach i konkurentach, kończy się uprzejmie sformułowanym apelem: "Prosimy nie 
przeszkadzać!". Za tym jakże łagodnym wezwaniem kryje się cały system ideologiczny, 
niewiele mający wspólnego z demokratyczną wizją świata. Ten, kto nie aprobuje działań 
uznanych za dobre i jedynie słuszne, nie opowiada się za lansowanym kierunkiem zmian, nie 
jest przeciwnikiem, z którym można się spierać i dyskutować. Jest w istocie szkodnikiem, a 
jako szkodnik jest wrogiem. Czasownik "przeszkadzać" odnosi się w istocie do wszelkich idei
i działań opozycji. I tu muszę stwierdzić dobitnie: jest to po prostu cytat z propagandy 
peerelowskiej. W jej obrębie przeszkadzał każdy, kto nie był zwolennikiem polityki PZPR. 
My tu tworzymy nowy wspaniały świat, budujemy ciężki przemysł, reprezentujemy interesy 
ludu pracującego miast i wsi, walczymy o pokój, pogłębiamy przyjaźń ze Związkiem 
Radzieckim, a oni - tacy, owacy - przeszkadzają, swobód im się zachciewa i demokracji!

I tutaj narzuca się jeszcze jedna analogia, związana ze swoistym pojmowaniem czasu. W 
Polsce Ludowej w walkach z przeciwnikami podkreślano ich perfidię, albowiem niecne swoje
działania podejmowali w podstępnie wybranych, szczególnie ważnych momentach - bo oto 
właśnie zbliża się zjazd partii albo jakieś inne wydarzenie o wiekopomnym, historycznym 
znaczeniu. Trzeba jednak zauważyć, że w tej wizji czasu rodem z realnego socjalizmu nie ma 
momentów neutralnych - wszystkie są nacechowane i wszystkie istotne. Z podobnym ujęciem
spotykamy się dzisiaj. Wszem wobec obwieszczono, że taśmy Renaty Beger podane zostały 
do publicznej wiadomości właśnie teraz, kiedy trwa proces likwidowania WSI. A cel jest 
oczywiście jeden: przeszkodzić! [...]