background image

PS- 44 TOMASZ OLSZAKOWSKI 

 
 
 
 
 
 

PAN SAMOCHODZIK 

 

 I... 

 

 CZARNY KSIĄśĘ 

background image

 

3

WSTĘP 

 

Polska, ok. 3600 roku p.n.e. 
KsięŜyc w pełni wzeszedł nad lasem. Stary wódz wyszedł z namiotu. Na twarzy miał 

maskę wykonaną z miękkiej, dobrze przylegającej jeleniej skóry. Jego poddani padli na 
twarz i oddali mu pokłon. Bali się go. A jednak czuł się niepewnie. Jego brat został kilka 
lat  wcześniej  zamordowany  przez  podległych  mu  ludzi.  Przez  sześćset  lat,  od  chwili 
kolonizacji tych ziem, kilka razy zdarzały się próby buntu... 

Władca  poprawił  skórzany  pas.  Wsparł  się  na  sękatym  konarze.  Nogi  nie  chciały  go 

juŜ  słuchać...  Pewnie  niebawem  spocznie  w  kurhanie  obok  swego  ojca  i  dziada.  Idzie 
jesień, zimę spędzą w starej osadzie na północy. Ale najpierw musi dopełnić obrzędu... 
Noc była chłodna, ale pocił się obficie, czując lęk, jak zawsze przed rozmową z bogami. 
Szaman podał mu miseczkę z wywarem. Dotknął wiszącego na szyi miedzianego amule-
tu.  Podwójny  topór;  od  co  najmniej  trzech  tysięcy  lat  ludzie  noszący  ten  znak  czcili 
Wielką Matkę i oddawali cześć KsięŜycowi. On teŜ się bał... Nie lubił spotykać obcych 
bogów. 

- JuŜ czas - powiedział. 
Razem  ruszyli  słabo  widoczną  ścieŜką  prowadzącą  przez  rozległą  polanę.  Za  dnia  to 

miejsce  tętniło  Ŝyciem.  W  dziesiątkach  szybów  uwijali  się  ludzie.  Z  wapiennej  skały 
wyrywali  cięŜkie  buły  pasiastego  krzemienia.  We  wiosce,  jeśli  moŜna  tak  nazwać 
skupisko  szałasów,  obrabiano  je  następnie,  tworząc  groty  włóczni,  noŜe,  kamienne 
siekiery.  Pracownie  obróbki  były  otoczone  przez  hałdy  odpadów,  ostrych  odłamków 
nieprzydatnych  do  niczego.  Nieco  na  uboczu  pola  górniczego  ziały  czeluście  kilku 
nieuŜywanych juŜ szybów. Do nich właśnie skierowała się milcząca para. 

Jeden z męŜczyzn podał im płonące łuczywo. Drewniana belka z nacięciami posłuŜyła 

jako drabina. Szyb był naprawdę głęboki. Miał co najmniej dziesięć metrów od krawędzi 
do dna. Zeszli ostroŜnie. Szaman, o połowę młodszy od wodza, ubezpieczał. Tu nie było 
juŜ  widać  blasku  księŜyca.  Smolna  szczapka  płonąca  w  dłoni  dawała  niewiele  światła. 
Zagłębili się w niski chodnik. Najpierw musieli się schylić, po chwili opaść na czworaka. 
Poruszanie  się  było  bardzo  uciąŜliwe.  Wreszcie  dotarli  do  celu.  Niewielka  salka  miała 
moŜe  sto  osiemdziesiąt  centymetrów  wysokości  i  około  półtora  metra  średnicy.  Jej 
ś

ciany starannie wygładzono. Na występie stał posąŜek bóstwa wykuty z nieduŜej bryły 

malachitu. RozłoŜyli dwie maty plecione z trzciny. Skała była lekko wilgotna. 

Wódz  przytknął  naczyńko  do  ust.  Wywar  z  trujących  grzybów  był  bardzo  gorzki,  ale 

tylko  on  mógł  zapewnić  wielogodzinny  trans,  bezpośrednie  spotkanie  z  przodkami, 
duchami  i  bóstwami.  Niekiedy  sprowadzał  teŜ  obłęd,  a  nawet  śmierć  w  męczarniach. 
Resztę  napoju  wypił  jego  towarzysz.  PołoŜył  na  kolanach  płaski  bębenek  z  koźlęcej 
skóry  naciągniętej  na  drewnianą  obręcz.  Magiczne  symbole,  wymalowane  czerwonym 
sokiem  z  przeŜutej  kory  olchowej,  w słabym  świetle  wydawały  się  zupełnie  czarne.  To 
była  miejscowa  magia.  Symbole  nawiązywały  do  tych  dawnych,  malowanych  ochrą  na 
ś

cianach  jaskiń  Altamiry  i  Lascaux.  Ostatnie  wspomnienie  dawnego  świata  łowców 

jeleni. Amulet wodza zapowiadał nowe czasy. Świt epoki metali. 

Kamienna figurka siedząca na półce patrzyła na nich obojętnie. Mijało sześćset lat od 

chwili, gdy przywieziono ją z południa. Zaznaczone rysikiem oczy posąŜka  widziały  w 
tym czasie wiele wydarzeń i niejedno jeszcze miały zobaczyć. Wódz patrzył na rzeźbę z 
rozrzewnieniem.  Wspominał  swoją  młodość,  wykute  w  podziemiach  świątynie,  nauki 
starego mistrza, pierwsze udane operacje chirurgiczne... Zapalił bryłkę ziół zmieszanych 

background image

 

4

z  Ŝywicą.  Powietrze  wypełnił  silny  duszący  dym.  W  zamkniętej  przestrzeni  jego  woń 
była szczególnie mocna. 

Szaman  bił  w  bęben  lekkimi,  szybkimi  ruchami  dłoni.  Dźwięki  wibrowały  w 

ciemności.  Obaj  męŜczyźni  zaczęli  zapadać  w  trans.  Tu  i  ówdzie  pojawiły  się  w 
powietrzu  fosforyzujące  smugi  -  pierwsze  wizje...  Dopalające się  łuczywo  i  Ŝarzące  się 
kadzidło rzucały krwawy poblask na czarną skórę starego wodza. 

background image

 

5

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

NOWA PRZYGODA * BADAM MAPĘ * STUDENCI ARCHEOLOGII * OBOZOWISKO 

* DOKTOR HRECZKOWSKI * LEŚNE WYKOPALISKA 

 

Brzęczyk interkomu oderwał mnie od pracy. Włączyłem mikrofon. 
- Zamelduj się u mnie - usłyszałem głos Pana Samochodzika. 
Dwadzieścia  sekund  później  wchodziłem  do  jego  gabinetu.  Uśmiechnął  się  na  mój 

widok.  Poczułem  lekkie  ukłucie  w  dołku.  Znalem  ten  uśmiech.  Coś  się  szykowało. 
CzyŜby nowa wspaniała przygoda? 

- Jestem do dyspozycji - wypręŜyłem się z uśmiechem. 
- Spocznijcie, Daniec - zaŜartował szef. Opadłem na krzesło. 
- Co wiesz na temat archeologii? - zapytał świdrując mnie wzrokiem. 
-  Archeolodzy  to  tacy,  którzy  grzebią  w  ziemi  -  powiedziałem  -  i  znajdują  tam 

róŜności... Czasem potłuczone garnki, czasem złote skarby... 

- Raczej to pierwsze - sprowadził mnie na ziemię. 
- Skorupy teŜ mają swoją wartość - zauwaŜyłem. - Dla nauki przypalony gar moŜe być 

bezcenny. 

-  Znakomicie.  Co  powiesz  na  to,  Ŝeby  się  do  nich  na  miesiąc  przyłączyć?  Poganiasz 

sobie z łopatą po lesie, dotlenisz się. Odzyskasz kondycję po zimowym bezruchu. 

- Zima i wiosna były pracowite - przypomniałem. 
- Fakt - nie zamierzał się kłócić - ale leśne powietrze lepsze niŜ warszawskie. 
Popatrzyłem na niego uwaŜnie. Silił się na beztroskę, ale coś go gryzło. 
- Coś się stało? - zgadłem. 
-  Tak  -  spowaŜniał.  -  Jeden  z  moich  przyjaciół  prowadzi  badania  w  lesie  koło 

Ozorkowa.  Badania  są  absolutnie  przełomowe  dla  naszej  nauki  -  tak  przynajmniej 
twierdzi.  I  niestety,  wszystko  wskazuje  na  to,  Ŝe  komuś  bardzo  zaleŜy,  Ŝeby  nie  były 
prowadzone.  Do  tej  pory  nieznani  sprawcy  zdemolowali  mu  samochód  zaparkowany 
opodal  miejsca  wykopalisk.  Wcześniej,  jeszcze  zimą,  ktoś  napisał  kilka  paszkwili  do 
generalnego  konserwatora  zabytków...  Podrzucono  mu  teŜ  kilka  złotych  rzymskich 
monet do biurka w instytucie, a potem napisano donos... 

- Fiu! - gwizdnąłem przez zęby. 
- W donosie insynuowano, Ŝe ukradł je podczas wykopalisk. Zebrała się nawet komisja 

dyscyplinarna,  ale  na  szczęście  ekspertyza  wykazała,  Ŝe  monety  zostały  podrobione. 
Prowokacja szyta grubymi nićmi, gdyby je faktycznie ukradł, nie trzymałby ich przecieŜ 
w pracy... 

- Ma jakichś wrogów? 
- Twierdzi, Ŝe nie. Obawia się jednak sabotaŜu na wykopaliskach... Dlatego prosił nas 

o  pomoc.  Pojedziesz  tam  oficjalnie  jako  archeolog.  Pokopiesz  miesiąc  w  ziemi, 
popatrzysz  uczestnikom  na  ręce.  Postarasz  się  rozwikłać  zagadkę.  Zresztą,  co  to  za 
zagadka,  jeden  student  pewnie  został  przez  kogoś  przekupiony  i  rozrabia.  Zapewnisz 
bezpieczeństwo  kierownikowi...  W  lesie  podobno  jest  cała  masa  grzybów  -  kusił.  - 
Podjesz sobie, ususzysz na zimę, a moŜe i dla mnie z pół kilograma przywieziesz, a ja się 
jakoś odwdzięczę. 

-  Z  przyjemnością.  Ale  potrzebuję  jeszcze  kilku  danych.  Co  to  za  wykopaliska? 

Dlaczego  komuś  mogłoby  zaleŜeć  na  ich  sabotowaniu?  PrzecieŜ  w  polskich  lasach  nie 
odkrywa się Atlantydy... 

-  Z  tego  co  powiedział,  bada  stanowisko  kultury  pucharów  lejkowatych.  W  lesie  jest 

background image

 

6

kilka kurhanów, a opodal nich udało mu się trafić na osadę tego ludu. Ponoć to bardzo 
ciekawe, bo nieczęsto się trafia i cmentarzysko, i pradziejowa wioska. W zeszłym roku 
robił  sondaŜ,  w  tym  postanowił  iść  na  całość.  Chce  zbadać  co  najmniej  jeden  kurhan  i 
połowę terenu, na którym stały domostwa. 

- Brzmi ambitnie - pokręciłem głową. - Kiedy miałbym wyruszać? 
-  Za  cztery  dni.  Jeszcze  jedno  -  wyjął  z  szuflady  szarą  kopertę,  a  z  niej  mapę 

sztabówkę.  -  Obejrzyj  sobie  okolicę.  Miejsce  obozowiska  jest  zaznaczone  czerwonym 
kółkiem. 

Podziękowałem  i  poszedłem  do  siebie.  RozłoŜyłem  sztabówkę,  prawie  cała 

powierzchnia  była  intensywnie  zielona.  Mieszany  las,  okolica  lekko  pagórkowata.  W 
lewym dolnym rogu, czyli na południowy wschód od obozowiska, było widać trochę pól 
i kilka domów. Wioska Ozorkowo. Szosa, kościół, przystanek PKS- u, poczta... 

Do  obozowiska  wiodła  droga  gruntowa.  Las  przecinała  rzeczka.  W  jej  zakolu 

narysowano czerwone kółko, a sto metrów dalej dwa czerwone trójkąciki i nieregularną 
plamę.  Na  drodze,  w  miejscu,  gdzie  przecinała  rzekę,  zaznaczono  kładkę.  śadnych 
rewelacji.  Na  północ  od  trójkącików  było  bagienko,  las  przecinała  droga  ŜuŜlówka 
biegnąca niemal dokładnie ze wschodu na zachód. Dalej znowu były lasy. 

Zamyśliłem się patrząc na papier. Tajemniczy wróg, jeśli zechce, moŜe podkraść się do 

obozowiska  lub  na  teren  wykopalisk  dosłownie  z  kaŜdej  strony...  Oglądałem  mapę  z 
coraz  większym  frasunkiem.  Potem  na  kartce  sporządziłem  spis  niezbędnego 
wyposaŜenia.  Na  zakończenie  wywołałem  katalog  ministerialnej  biblioteki  i  złoŜyłem 
zamówienie  na  kilka  ksiąŜek.  Skoro  miałem  udawać  archeologa,  trzeba  było  trochę 
doczytać na temat kultury, której stanowisko miałem pomagać badać... 

*** 

Wysiadłem z pociągu na dworcu we Włocławku. Solidny plecak ciąŜył przyjemnie. W 

myśl  instrukcji  szefa  powinienem  znaleźć  dworzec  PKS-  u,  a  na  samym  dworcu 
rozejrzeć  się  za  innymi  uczestnikami  badań.  Autobus  do  Ozorkowa  odchodził  za 
godzinę...  Odszukałem  przystanek,  kupiłem  bilet.  Stanąłem  koło  kasy  i  zacząłem  z 
uwagą przyglądać się ludziom. Jak rozpoznać studenta pierwszego roku archeologii? Nie 
jest  to  szczególnie  trudne.  Ci  najmłodsi  adepci  trudnej  sztuki  grzebania  w  ziemi 
wychowali  się  na  specyficznym  gatunku  filmów,  które  kręcili  ludzie  nie  mający  o 
archeologii zielonego pojęcia. 

Skutkiem tego kaŜdy niemal student pierwszego roku nosi skórzaną torbę przerzuconą 

przez  ramię,  bawełnianą  lub  płócienną  koszulę  z  zawiniętymi  rękawami  i  kowbojski 
kapelusz. Dopiero po pierwszym sezonie prac wykopaliskowych studenci przekonują się, 
Ŝ

e  strój  Harry’ego  „Indiany"  Jonesa  nie  bardzo  pasuje  do  naszego  klimatu  i  rodzaju 

prowadzonych badań... 

Na  dworcu  autobusowym  siedziało  czterech  młodzieńców.  Wszyscy  byli  ubrani 

dokładnie  jednakowo,  tyko  nieco  róŜniły  ich  nakrycia  głowy.  Jeden  miał  skórzany 
kowbojski  kapelusz.  Spływały  mu  spod  niego  struŜki  potu,  nic  dziwnego,  lipcowe 
słoneczko  przygrzewało  ostro...  Obok  niego  siedział  drugi  typek,  wyglądał  niemal 
identycznie,  choć  kapelusz  miał  filcowy;  trzeci  nosił  dumnie  korkowy  kask,  kupiony 
chyba  w  sklepie  ze  sprzętem  z  demobilu.  Czwarty  ubrał  się  najsensowniej.  Jego  głowę 
zdobił kapelusz uszyty z grubego płótna. Ale to właśnie ten ostatni zaopatrzył się w torbę 
niemal  identyczną  jak  te  z  filmu.  Tylko  gruby  róŜaniec  na  szyi  nie  pasował  do  reszty 
stroju.  Ponadto  kaŜdy  z  nich  posiadał  wypchany  plecak  stojący  koło  ławki.  śaden 

background image

 

7

natomiast  nie  miał  przy  pasie  zwiniętego  bata...  MoŜe  nie  udało  im  się  kupić 
odpowiedniego? 

Uśmiechnąłem się i ruszyłem im na spotkanie. 
- Magister Paweł Daniec - przedstawiłem się. Nawet nie musiałem kłamać, faktycznie 

byłem  magistrem,  tyle  tylko,  Ŝe  innej  nieco  nauki...  -  Panowie  na  wykopaliska  do 
Ozorkowa? 

Wymienili zdziwione spojrzenia. - A skąd pan wie? - zdumiał się jeden. 
Uśmiechnąłem  się  tylko  w  odpowiedzi.  Przedstawili  się.  Piotrek,  Artur,  Sebastian  i 

Marek... Przesunęli się robiąc mi miejsce na ławce. 

- Był pan juŜ w Ozorkowie? - zapytał Sebastian, wachlując się skórzanym kapeluszem. 
- Nie - pokręciłem głową - ale z tego co wiem, mamy tam przekopać kawał lasu... 
- To jak trafimy? To ponoć sześć kilometrów od wsi - zafrasował się Marek. 
Nie  przyznałem  się,  Ŝe  widziałem  mapę.  Czy  któryś  z  nich  mógł  być  nasłanym 

sabotaŜystą?  Chyba  nie.  Dopiero  tam  jechali,  a  samochód  zniszczono  kilka  dni  temu. 
Wolałem jednak nie odkrywać swoich atutów. 

-  Jakoś  trafimy  -  uspokoiłem  go.  -  We  wsi  zapytamy.  Zresztą  do  Ozorkowa  dociera 

tylko jeden pekaes dziennie. Niewykluczone, Ŝe ktoś wyjdzie nam naprzeciw. 

Kiwnęli głowami. 
- Pierwszy raz na wykopaliskach? - podtrzymywałem rozmowę. 
- Pierwszy - odparł Piotrek w imieniu ich wszystkich. - W instytucie powiedzieli mam, 

Ŝ

e mamy okazję zakosztować dziewiętnastowiecznych prac wykopaliskowych. Teraz się 

juŜ tak prawie nie kopie... 

-  CzyŜby  nasz  kierownik  stosował  dziewiętnastowieczne  metody  badawcze?  - 

zdziwiłem  się.  -  Słyszałem,  Ŝe  to  jeden  z  lepszych  fachowców.  Prace  naukowe  pisał  o 
mikroszlifach ceramiki...

  

- Nie, chodziło o to, Ŝe mamy mieszkać w lesie w namiotach - wyjaśnił milczący dotąd 

Artur. - śe się tak wyraŜę, na łonie natury. Nawet nie w barakowozach. 

- Jak w pionierskich latach... - dodał Marek. 
Kiwnąłem  głową.  Skoro  miałem  udawać  archeologa,  nie  mogłem  się  zdradzać  ze 

swoją  niewiedzą.  Zanotowałem  w  pamięci,  Ŝe  archeolodzy  na  wykopaliskach  Ŝyją  w 
barakach. Kto by pomyślał. 

- Zobaczymy, co ciekawego uda nam się znaleźć - zmieniłem temat. 
-  Ciekawe  -  przyznał  Piotrek.  -  Ponoć  jest  tam  do  przekopania  osada...  Będzie  masa 

skorupek, narzędzia, jamy zasobowe... 

Uczone  rozwaŜania  przerwał  nam  przyjazd  autobusu.  Wtłoczyliśmy  się  do  środka. 

Pojazd  zarzęził  konającym  silnikiem  i  ruszył  po  wyboistej  drodze.  Usadowiłem  się 
wygodnie  i  udałem,  Ŝe  przysypiam.  UwaŜnie  jednak  lustrowałem  wzrokiem  wnętrze 
autobusu.  Czy  ktoś  z  podróŜnych  mógł  jechać  tam  gdzie  my?  Nikt  nie  wyglądał 
podejrzanie.  Jakieś  babiny  wracające  z  bazaru  w  mieście,  stary  chłopina  drzemiący  z 
niezapalonym  papierosem  w  zębach,  parka  w  dresach  zatopiona  w  miłosnym  uścisku... 
Nikogo podejrzanego. 

Godzinę  później  byliśmy  na  miejscu.  Wysiedliśmy  na  piaszczyste  pobocze.  Wioska 

była  niewielka,  liczyła  moŜe  piętnaście  domów.  Sklep  -  baraczek  zbudowany  z  dykty, 
płyt  gipsowo-  kartonowych  i  eternitu  -  przechylił  się  mocno  na  jedną  stronę.  Jedynym 
solidnym elementem były kraty w oknach. Poprzekrzywiane płoty, kundle drzemiące w 
upale  przy  budach.  Pola,  kilka  drzewek  owocowych...  Po  szosie  biegały  kury.  Pekaes 

background image

 

8

sapnął i odjechał w tumanach kurzu i spalin. Piotrek zakaszlał. Zostaliśmy sami. 

Do  lasu prowadziła  tylko  jedna  dróŜka,  zaczynająca  się  koło  przystanku.  Piaszczysta, 

niegdyś  posypana  ŜuŜlem,  poznaczona  koleinami.  Zwykła  wiejska  droga,  moŜe  tylko 
nieco bardziej zarośnięta trawą... Chyba nieczęsto jej uŜywano. 

- Sądzę, Ŝe tędy - wskazałem ją dłonią. 
Przypatrzyli  się  jej  z  powątpiewaniem,  ale  wreszcie  zgodzili  się  ze  mną.  Ruszyliśmy 

przez  pola.  W  zboŜu  rosła  masa  chwastów,  trudno  było  ocenić,  czy  to  jeszcze  uprawa, 
czy  teŜ  pszenica  odrasta  z  samosiejek.  Spod  naszych  nóg  wyrwał  zając.  Wyjąłem  z 
kieszeni telefon komórkowy. Byłem na granicy zasięgu. Nim doszliśmy do lasu, juŜ nie 
było pola. 

- No, to jesteśmy odcięci od cywilizacji - oznajmiłem wyłączając telefon. 
Studenci popatrzyli na swoje telefony. Wyłączali je jeden po drugim... 
-  Tak  oto  cofamy  się  w  czasie  do  średniowiecza  -  powiedział  w  zadumie  Marek.  - 

Wkraczamy  do  lasu,  w  gąszcz,  gdzie  nie  sposób  dojechać  samochodem...  Gdzie  nie 
działają telefony, gdzie nie ma dróg, prądu ani ciepłej wody... 

- Będziemy myli się w zimnej - uspokoiłem go. - A co do telefonów, gdyby było trzeba 

zadzwonić,  wystarczy  cofnąć  się  tutaj...  Zresztą  na  miejscu  moŜe  będzie  zasięg,  jeśli 
stacja przekaźnikowa jest od drugiej strony lasu. 

Droga  skończyła  się  na  krawędzi  puszczy.  Pierwotnie,  sądząc  po  resztkach  ŜuŜla, 

biegła dalej, ale obecnie zarosła trawą. Pozostała tylko ścieŜka. Na jednym z drzew ktoś 
zawiesi)  na  sznurku  tabliczkę  z  dykty,  ze  strzałką  i  napisem:  „Do  obozu 
archeologicznego". 

-  Jak  widzicie,  jesteśmy  na  dobrym  tropie  -  uśmiechnąłem  się.  -  Naprzód.  Mamy  do 

przejścia trzy kilometry... Za pół godziny będziemy na miejscu. 

Dociągnęliśmy paski plecaków i ruszyliśmy, stopniowo przyspieszając marsz. ŚcieŜka 

wiła  się,  chwilami  ginęła  w  trawie,  ale  dawna  droga  biegła  przecinką,  nie  groziło  nam 
więc,  Ŝe  zboczymy  ze  szlaku.  Niebawem  dalszą  drogę  przegrodził  nam  strumień.  Ciek 
wodny  zarósł  trzciną,  nad  jego  korytem  był  przerzucony  mostek  zbity  byle  jak  z 
okrąglaków.  Drewno  dawno  spróchniało,  widać  od  lat  nie  uŜywano  go  ani  nie  remon-
towano. Nie pamiętałem tej przeszkody z mapy - widocznie nie zaznaczono jej... 

Przeszliśmy pojedynczo po trzęsącej się konstrukcji. 
-  Obóz  archeologiczny  leŜy  nad  rzeką  -  powiedziałem.  -  To  moŜe  być  jakieś 

starorzecze, które z czasem całkiem zarosło. Chyba jesteśmy juŜ niedaleko... 

Kiwnęli  głowami,  ale  byli  chyba  zbyt  znuŜeni  marszem,  aby  odpowiedzieć. 

Ruszyliśmy  naprzód.  Teren  nieznacznie  wznosił  się,  nieoczekiwanie  drzewa  liściaste 
zostały z tyłu, a my znaleźliśmy się wśród sosen. W upale puszczały olejki eteryczne, w 
powietrzu unosiła się intensywna woń Ŝywicy i terpentyny. 

Poszycie  prawie  zniknęło,  tylko  gdzieniegdzie  wśród  drzew  rosły  krzaki. 

Maszerowaliśmy  coraz  wolniej.  Wreszcie  zarządziłem  dziesięciominutowy  postój. 
Powietrze  drgało  od  upału.  Ocieraliśmy  pot  z  czół.  „Archeologiczne"  kapelusze  dawno 
juŜ  zostały  przytroczone  do  plecaków.  Wypiliśmy  po  kilka  łyków  wody  mineralnej  i 
powlekliśmy się naprzód. Nieoczekiwanie daleko przed nami pojawił się poruszający się 
punkt. ZbliŜał się szybko. Człowiek na rowerze. A jednak kierownik wysłał nam kogoś 
naprzeciw.  Po  chwili  przed  nami  zatrzymała  się  dziewczyna.  Była  wysoka,  raczej 
szczupła,  włosy  spięła  z  tyłu  w  niewielki  kucyk.  Na  nosie  miała  okulary  w  cienkiej 
oprawie. Na oko sądząc, teŜ była jeszcze studentką, ale chyba o dwa, trzy lata starszą niŜ 

background image

 

9

moi towarzysze. 

-  Magda  Skórzewska  -  przedstawiła  się.  -  Jestem  zastępcą  doktora  Hreczkowskiego. 

Jesteście nareszcie... 

Wymieniliśmy nasze imiona. 
- Obozowisko jest juŜ niedaleko - wyjaśniła. - Jakiś kilometr stąd. 
Wszyscy wydali zgodny jęk. 
-  No,  co  wy?  -  popatrzyła  z  naganą.  -  Jeśli  do  tego  stopnia  brakuje  wam  kondycji,  to 

jak zniesiecie machanie łopatami po osiem godzin dziennie? 

W odpowiedzi wydali kolejny jęk. 
- Poczekam na was na miejscu - powiedziała z dezaprobatą w glosie i odjechała. 
- Osiem godzin z łopatą w garści - mruknął Artur. - A moŜe uciekniemy? 
- E, moŜe Ŝartowała - pocieszył go Piotrek. 
- Nie, poznałem po jej oczach - desperował. - Wykończą nas  w tym lesie - biadolił z 

udawaną rozpaczą. - A na koniec zakopią w kurhanie dla przyszłych archeologów... 

- Po pierwsze, o tej porze nie ma juŜ autobusu, a po drugie, obawiam się, Ŝe do szosy 

jest dalej niŜ do obozowiska - zgasiłem go. - Zresztą, jako pomocnik kierownika, chyba 
mam was pilnować, Ŝebyście nie zwiali... 

Artur  popatrzył  na  mnie  z  udawaną  nienawiścią.  Wszyscy  roześmieliśmy  się. 

Powlekliśmy  się  dalej.  Niebawem  znowu  weszliśmy  w  las  mieszany.  Teren  opadł.  Tu 
było  chłodniej,  a  drzewa  rzucały  przyjemny  cień.  Powiał  wiatr.  Robiło  się  trochę 
przyjemniej 

- Pracował pan juŜ u tego Hreczkowskiego? - zapytał Marek. 
- Niestety, nigdy go nie spotkałem. 
-  Podobno  to  straszliwy  sadysta  -  odezwał  się  Piotrek.  -  Tak  o  nim  w  kaŜdym  razie 

gadają... 

- Nie ma sensu uprzedzać się od razu - mruknąłem. - Jak dotrzemy na  miejsce, to się 

przekonamy. MoŜe nie jest taki zły... Czasem człowieka obgadają, a potem się zła opinia 
ciągnie za nim jak smród przypalonej gumy. 

Jakoś  nie  chciało  mi  się  wierzyć,  Ŝe  pan  Tomasz  mógłby  przyjaźnić  się  z  takim 

człowiekiem. Szef starannie dobierał sobie znajomych... 

Wreszcie  wyszliśmy  na  brzeg  rzeki.  Miała  moŜe  dwa  metry  szerokości,  brzegi  były 

porośnięte  trzciną.  Po  drugiej  stronie  było  widać  ładną,  piaszczystą  łachę,  otoczoną 
kilkunastoma  dębami  rosnącymi  w  półokręgu.  Za  nimi  znowu  ciągnął  się  sosnowy  las. 
Drzewa  rzucały  cień.  Ktoś  zbił  z  brzozowych  belek  pomost,  który  nad  trzcinowiskiem 
prowadził do wody. Na skraju obozu stała błękitna budka - przenośna latryna. W cieniu 
pomiędzy  drzewami  stały  trzy  duŜe  wojskowe  namioty  z  grubego  brezentu.  Wokoło 
kilkanaście  mniejszych  -  turystycznych.  Spojrzałem  na  zegarek.  Była  piętnasta, 
widocznie większość uczestników znajdowała się jeszcze na terenie wykopalisk... 

- Drutów kolczastych jakoś nie widać - zaŜartowałem. 
Most  przerzucony  przez  rzeczkę  był  właściwie  tylko  kładką.  Od  biedy  moŜna  było 

przejechać  po  nim  na  rowerze.  Na  jego  drugim  końcu  do  drewnianego  słupka  przybita 
była  tabliczka:  „Teren  badań  archeologicznych.  Niezatrudnionym  wstęp  surowo 
wzbroniony. Zostaliście ostrzeŜeni". 

Zignorowaliśmy ją. PrzecieŜ przyjechaliśmy tu do pracy... 

*** 

Magda juŜ na nas czekała. 

background image

 

10 

-  Dobra,  znajdźcie  sobie  miejsce  na  namioty  -  zadysponowała.  -  Szef  będzie  za 

dwadzieścia minut. Myć się moŜna w rzece, ubikacja jest tam - wskazała budkę. - Śmieci 
wrzucać do śmietnika  - klepnęła dłonią plastykowy  kontener. - Praca od ósmej rano do 
szesnastej, z półgodzinną przerwą... Resztę wyjaśni kierownik. 

Trzeba  przyznać,  Ŝe  umiała  narzucić  posłuch.  Rozstawiłem  swój  namiot  niedaleko 

drzewa.  W  cieniu  było  przyjemnie  chłodno.  Wbiłem  śledzie  głęboko  w  piasek.  Nad 
rzeką  leŜało  kilka  kamieni,  przydźwigałem  osiem  i  przygniotłem  nimi  końcówki  linek. 
PodłoŜe  nie  było  zbyt  spoiste.  Spryskałem  wejście  aerozolem,  Ŝeby  mi  do  środka  nie 
właziły  robaczki.  Nadmuchałem  sobie  materac,  zasłałem  go  kocem  i  rzuciłem  na  to 
ś

piwór.  Zadomowiłem  się.  Plecak  połoŜyłem  obok.  Upał  powoli  zelŜał.  Wypełzłem  z 

namiotu, zrobiłem kilka pompek. Rozleniwienie upałem powoli przechodziło. Poszedłem 
na pomost i ochlapałem się wodą. 

Powoli wracali studenci, którzy dotąd siedzieli w lesie. Składali szpadle, łopaty i inny 

sprzęt  do  jednego  z  namiotów,  zapewne  będącego  magazynem.  Przyglądałem  się  im. 
Wszyscy  zmęczeni,  zakurzeni,  w  cięŜkich  butach...  Kilku  znowu  miało  kowbojskie 
kapelusze.  Uśmiechnąłem  się  w  duchu.  Jeszcze  parę  dni  takiej  roboty  i  filmowe 
stereotypy wywietrzeją im z głów. Obserwowałem ich, Ŝaden nie wyglądał podejrzanie... 

Wreszcie z lasu wyszedł nasz kierownik. 
- O rany, co za cudak - mruknąłem sam do siebie. 
Doktor  Hreczkowski  był  raczej  niewysoki.  Nosił  brodę  i  wąsy,  przycięte  tak,  Ŝe 

nadawały jego twarzy nieco kozacki wygląd. Na głowie miał krótko przystrzyŜone włosy 
nieokreślonej  barwy  starej  słomianej  strzechy.  Na  spoconym  nosie  siedziały  okulary. 
Przyciemniane  szkła  były  osadzone  w  cienkiej,  odrapanej,  metalowej  oprawce. 
Zlustrował  obozowisko.  Przybycie  uzupełnień  nie  uszło  jego  uwagi.  Natychmiast  teŜ 
wyłowił wzrokiem mnie. Ruszył w moją stronę. 

- Tomasz Hreczkowski - uścisnął mi dłoń. 
- Paweł Daniec - potwierdziłem jego domysły. 
- Świetnie - mruknął. - Zjemy obiad i zapraszam na mały obchód terenu. 
Kiwnąłem  głową  na  znak  zgody.  Jak  się  okazało,  za  jednym  z  namiotów  urządzono 

kuchnię  polową.  W  wielkim  kotle  ustawionym  na  maszynce  gazowej  gotowała  się 
chińska zupa z kawałkami kiełbasy. 

- Wegetarianizm jest religią, podobnie jak marksizm - powiedział Hreczkowski błędnie 

interpretując moje zaskoczenie. 

- Nie jestem wegetarianinem - uśmiechnąłem się. - I słusznie. 
Ładna  brunetka  dyŜurująca  przy  kotle  nalała  nam  po  misce  zupy.  Przeszliśmy  do 

jednego z duŜych namiotów. 

-  Tu  mam  pracownię  i  podręczny  magazyn  znalezisk  -  wyjaśnił.  -  Na  razie  niewiele 

tego,  ale  liczę,  Ŝe  niebawem  będzie  duŜo  więcej.  To  bardzo  bogate  stanowisko. 
Napełnimy wszystkie pudła... 

Usiedliśmy  przy  stole.  Jedząc  rozglądałem  się  wokoło.  Stosy  pustych  kartonowych 

pudełek, stół kreślarski, drugi stół, na którym stało kilka skrzynek z piaskiem. 

-  Czy  Pan  Samochodzik  wspominał,  po  co  jest  mi  pan  tu  potrzebny?  -  zapytał 

kierownik. 

- Tak. Ponoć ktoś chce utrudnić prace... 
- Tego właśnie się obawiam... - mruknął. - Sądzę teŜ, Ŝe któryś ze studentów moŜe być 

w to zamieszany. Samochód mi rozwalili w drobny mak... 

background image

 

11 

-  Czy  pańskie  podejrzenia  opierają  się  na  jakichś  faktach,  czy  to  tylko  przeczucie?  - 

indagowałem. 

Przez chwilę jadł w milczeniu. 
-  To  tylko  poszlaki  -  odparł  wreszcie.  -  Ktoś  zniszczył  samochód.  CóŜ,  to  jest 

popegeerowska  wieś,  to  mógł  być  przypadek.  Ale  z  drugiej  strony...  Wziąłem  z 
magazynu  w  instytucie  niwelator,  sprawdziłem  jak  działa,  wszystko  było  w  porządku. 
Przywiozłem  go  tutaj  i  daje błąd  pomiaru  rzędu  dwudziestu  centymetrów.  To  teŜ  moŜe 
być przypadek, mogłem tego nie zauwaŜyć w Warszawie, ale coś mi mówi... 

- Dlaczego ktoś miałby sabotować te badania? - zaatakowałem wprost. 
-  Mam  pewną  koncepcję.  Liczę  na  to,  Ŝe  te  wykopaliska  ją  potwierdzą.  Na  sesji 

archeologicznej w Wyknie jesienią zeszłego roku wygłosiłem wstępny referat... Przyjęto 
go  ze  skrajnym  niedowierzaniem,  ale  sądzę,  Ŝe  co  najmniej  kilku  członków  naszego 
ś

rodowiska gotowych jest zrobić wszystko, byle nie potwierdziła się moja teoria. 

- A konkretnie? - zapytałem. 
Uciekł spojrzeniem w bok i długo milczał. 
- Na razie wolałbym o tym nie mówić - powiedział wreszcie. - Wydawałoby się, Ŝe nie 

ma  to  większego  znaczenia,  ale  są  pewne  niepopularne  teorie.  Na  przykład  mówi  się  o 
tym, Ŝe mieszkańcy Biskupina byli Prasłowianami i biada temu, kto będzie twierdził, Ŝe 
od  nich  pochodzą  ludy  germańskie.  Moja  koncepcja  jest  w  sumie  odrobinę  podobna. 
MoŜe zdrowo namieszać... Jeśli się potwierdzi. 

- Czyli z grubsza chodzi o pochodzenie mieszkańców tej ziemi? - W pewnym sensie - 

znowu uchylił się od odpowiedzi. - Niby minęło pięć tysięcy lat, ale... 

Stropił się. 
- Widzi pan - powiedział wreszcie - w nauce jest niestety tak, Ŝe liczy się, kto pierwszy 

coś odkryje i opublikuje. Jeśli dajmy na to kilka zespołów bada jakieś zagadnienie, ten, 
który  pierwszy  przedstawi  wyniki  światu  zgarnia  całą  śmietanę,  jak  się  mówiło  u  mnie 
na wsi... 

- Tak jak odkrywcy radia Popow i Marconi... - domyśliłem się. 
- Właśnie. W tym wypadku jest podobnie. 
- Ale przecieŜ tylko pan kopie w Ozorkowie? - nie bardzo go rozumiałem. - Więc jak 

ktoś  mógłby  pierwszy  udowodnić  pańską  teorię?  -  Jej  potwierdzenia  moŜna  szukać  co 
najmniej w kilku miejscach... Nie dokończył. 

- Na czym moŜe polegać ewentualny sabotaŜ? - zapytałem.  
Zastanawiał się dłuŜszą chwilę. 
-  Nie  udało  im  się  zablokować  moich  badań.  Nie  odwaŜyli  się  zaatakować  wprost, 

więc mogę się tylko domyślać, kim są. Skoro przyjechałem tu i kopię, ryzyko wiąŜe się 
ze  zniszczeniem  stanowiska  lub  pozyskanych  zabytków.  Przepraszam,  Ŝe  nie  mówię 
wszystkiego. 

-  Nie  rozumiem,  ale  postaram  się  pomóc  -  westchnąłem.  -  Ile  osób  wie  o  tych 

badaniach? 

-  DuŜo  -  odparł  -  Rekrutację  studentów  musiałem  prowadzić  zupełnie  jawnie.  Jednak 

dopiero  na  tydzień  przed  wyjazdem  ujawniłem  miejsce,  w  którym  będę  kopał.  To 
pozwoliło  mi  uniknąć  zniszczenia  stanowiska  wiosną...  Wiem,  to  wszystko  brzmi  jak 
brednie szaleńca. 

- Skąd przypuszczenie, Ŝe ktoś z zatrudnionych studentów mógłby... 
-  Dobra,  powiem  tak.  W  kurhanach  spodziewam  się  trafić  na  komory  grobowe. 

background image

 

12 

Kurhany są bardzo duŜe, przeciwnik poczeka zapewne, aŜ przebadamy większą część. W 
chwili  gdy  zaczniemy  eksplorować  groby,  moŜe  dojść  do  próby  zniszczenia 
pozyskanych zabytków. 

- Czyli obecnie ryzyko nie jest specjalnie duŜe? 
-  Nie  jestem  pewien.  Ci,  którzy  są  przeciw  nam,  to  zaślepieni  fanatycy.  Mogą  być 

gotowi  na  wszystko...  Albo  zwolennicy  mojej  teorii,  którzy  chcą  dla  odmiany 
potwierdzić ją i ukraść całą sławę... 

- To chyba nie tak łatwo... 
- Widzi pan, co mi z tego, Ŝe będę wspominany jako pomysłodawca, jeśli zapiszą jako 

odkrywcę  kogoś  innego?  Dajmy  na  to,  Ŝe  ktoś  będzie  twierdził,  Ŝe  Bursztynowa 
Komnata spoczywa w jakimś miejscu. A Pan Samochodzik ją w tym miejscu wykopie... 
O kim będzie się mówiło? 

- Rozumiem. 
- Nawet jeśli pan Tomasz powiedziałby wyraźnie, kto naprowadził go na trop, to i tak 

ludzie będą pamiętali tylko, kto odkrył, kto potwierdził, kto zbadał, kto znalazł... 

Postanowiłem  nie  naciskać  dalej.  Gdy  dojdzie  do  wniosku,  Ŝe  moŜe  mi  zaufać,  sam 

wszystko powie... 

Skończyliśmy  jeść  i  odnieśliśmy  miski  do  kuchni.  Dwie  studentki,  które  widocznie 

miały dyŜur, zabrały je do mycia. 

- No, to do lasu - zaprosił mnie. 
Poszliśmy ścieŜką przez sosnowy zagajnik. Po przebyciu moŜe pięćdziesięciu metrów 

wyszliśmy  na  rozległą  polanę.  Archeolodzy  musieli  tu  buszować  juŜ  jakiś  czas.  Na 
powierzchni  pięciu  arów  zdarli  darń  i  wykarczowali  krzaki.  Obszar  badawczy  był 
podzielony  na  działki  o  wymiarach  pięć  na  pięć  metrów.  Pomiędzy  nimi  zostawiono 
półmetrowe  ścieŜki.  Wszędzie  czerwieniały  wbite  w  ziemię  drewniane  słupki, 
naciągnięte  sznurki  wyznaczały  granice  przyszłych  wykopów.  Obok,  na  duŜej 
plastykowej płachcie, leŜała hałda ziemi. 

- Tak to wygląda - rozejrzał się z dumą. - Proszę zobaczyć tutaj. 
Podszedłem  bliŜej.  Pod  zerwaną  trawą  Ŝółcił  się  polodowcowy  piasek.  Tu  i  ówdzie 

znaczyły go rozległe ciemne plamy. Większe i mniejsze układały się w skomplikowaną 
mozaikę. 

-  Te  małe  to  zasypane  jamy  -  wyjaśnił.  -  Cześć  mogła  być  zasobowa,  inne 

ś

mietniskowe... Dowiemy się, jak przekopiemy je do calca... 

- Czyli warstwy nienaruszonej działalnością człowieka pochwaliłem się wiedzą nabytą 

z ksiąŜek. 

-  Właśnie  -  uśmiechnął  się.  -  Te  duŜe  to  resztki  ziemianek  lub  półziemianek.  Spora 

osada, co najmniej kilkadziesiąt rodzin. 

Pokiwałem w zadumie głową... 
-  W  tym  roku  chcę  zbadać  jedną  czwartą  powierzchni  -  wyjaśnił.  -  O  ile  oczywiście 

starczy czasu. WaŜniejsze są kurhany... 

Ruszyliśmy słabo widoczną ścieŜką głębiej w las. 
- Oto i one - wskazał dłonią. 
Staliśmy przed dziwnym pagórkiem. Wynurzał się z leśnego poszycia na mniej więcej 

trzy metry. Wspięliśmy się na jego szczyt. Tu takŜe powbijano paliki, ale prace jeszcze 
się  nie  zaczęły.  Z  góry  nieco  lepiej  moŜna  było  ogarnąć  go  wzrokiem.  Wprawdzie  i  na 
nim  wyrosło  kilka  drzew,  ale  z  grubsza  było  widać  kształt.  Pagórek  usypano  na  planie 

background image

 

13 

bardzo  wydłuŜonego  trójkąta.  Jego  krótszy  bok  miał  około  siedmiu  metrów  długości. 
DłuŜsze biegły w las... 

- Przeszło czterdzieści metrów długości - odezwał się Hreczkowski - to jeszcze nie są 

te największe, najdłuŜsze miały około stu trzydziestu metrów... 

- Czyli kubatura kaŜdego... 
- Nawet parę tysięcy ton ziemi - powiedział powaŜnie. - Przynoszonej w wiklinowych 

koszach... Robota dla całej ludności osady na wiele miesięcy... Tam jest drugi - wskazał 
gestem  kolejny  nasyp  majaczący  w  odległości  kilkunastu  metrów.  Jeśli  czasu  starczy, 
dobierzemy się i do niego... 

- Jeśli po upływie pięciu tysięcy lat w naszym klimacie nadal tak wyraźnie je widać, to 

kiedyś... 

-  Oczywiście  -  zrozumiał  natychmiast  moją  myśl.  -  Pierwotnie  były  jeszcze  wyŜsze  i 

miały bardziej strome ściany. 

Obszedłem drugi kurhan wokoło. 
- Jeśli ktoś zechce się do niego dobrać którejś nocy, mamy małe szanse - mruknąłem - 

moŜna  podejść  z  kaŜdej  strony...  Czy  w  lesie  są  jakieś  drogi,  którymi  moŜna  by 
podjechać? 

-  NajbliŜsza  przecinka  kilometr  stąd  -  wskazał  ręką  na  północ.  -  Ale  na  piechotę  bez 

problemu... 

Zastanawiałem się intensywnie. 
- W którym miejscu powinna być komora grobowa?  
- Najczęściej lokowano je nie dalej niŜ dwadzieścia metrów od czoła nasypu - odparł. 
- Dobrze, zawieszę na drzewie czujnik na podczerwień - zadecydowałem - sprzęŜony z 

nadajnikiem. Jeśli ktoś zechce wejść w szkodę, alarm nas o tym powiadomi. 

- Sprytne - mruknął. - Jak to działa? 
-  Na  akumulator.  Na  którymś  drzewie  zawieszę  panel  baterii  słonecznych.  Z  dołu  nie 

będzie go widać. W dzień będzie ładować czujnik, prądu wystarczy na całonocną pracę... 

- Ale rano, jak przyjdziemy kopać, zawyje - zafrasował się. 
- Nie, ustawię zegar tak, Ŝeby pracował od dwudziestej do szóstej rano. Jeśli sobie pan 

Ŝ

yczy, mogę to zrobić jeszcze dzisiaj. 

- To bardzo dobry pomysł - pochwalił. - Tak, lepiej jeszcze dzisiaj, przynajmniej będę 

mógł spać spokojnie... 

Zawróciliśmy  do  obozowiska.  Studenci  odpoczywali  po  całym  dniu  pracy.  Część 

siedziała  na  pomoście,  kilku  czytało  coś  w  cieniu.  Cztery  dziewczyny  rozciągnęły 
między  drzewami  kawałek  sznurka  i  grały  w  coś  w  rodzaju  siatkówki...  Sielanka. 
Zlustrowałem  ich  uwaŜnym  spojrzeniem.  Nikt  nie  wyglądał  na  fanatyka  dewastującego 
komory grobowe. MoŜe jednak kierownik się mylił? Jeśli mnie nawet nie powiedział, na 
czym polega sensacyjność jego prac, to któŜ z nich mógł o tym wiedzieć? 

Z  drugiej  strony  wygłosił  referat  na  sesji  naukowej.  Nie  moŜna  było  wykluczyć,  Ŝe 

ktoś zazdroszczący sławy odesłał na te wykopaliska jakiegoś zaufanego studenta z tajną 
misją...  Teorie  rodzące  się  w  mojej  głowie  były  nieco  idiotyczne...  Ale  czy  mogłem  je 
wykluczyć? 

Z plecaka wyciągnąłem sprzęt i znowu podreptałem do lasu. Na drzewie rosnącym tuŜ 

obok  kurhanu  naleŜało  zawiesić  czujnik.  ZałoŜyłem  na  buty  specjalne  zaczepy,  jakich 
kiedyś  uŜywali  elektromonterzy  do  wspinania  się  na  drewniane  słupy  wysokiego 
napięcia.  Z  pewnym  trudem  wlazłem  na  wysokość  jakichś  piętnastu  metrów.  Płaskie 

background image

 

14 

pudełko  przymocowałem  plastrem  do  gałęzi.  Zaczepiłem  kabelek.  Motek  drutu  miał 
czterdzieści  metrów.  Zlazłem  na  dół  i  odszedłem  w  stronę  gęstwiny  sosen.  Kolejna 
wspinaczka, tym razem z kruchą taflą baterii słonecznych na plecach. Wlazłem wysoko, 
na samą koronę sosny. 

Panel miał specjalne zaczepy.  Nachyliłem  go lekko ku zachodowi, Ŝeby jak najdłuŜej 

oświetlało  go  słońce.  Przykręciłem  solidnie  do  gałęzi,  była  to  dość  droga  zabawka  - 
wolałem  uniknąć  kosztów,  w  razie  gdyby  spadł  na  ziemię  strącony  mocnym 
podmuchem... Zaczepiłem kabel do bieguna. Zlazłem ostroŜnie na ziemię i poparzyłem 
do góry. Cienki drucik był zupełnie niewidoczny. Czujnik w brązowej obudowie zlewał 
się  z  barwą  kory,  aby  go  wypatrzyć,  trzeba  było  wiedzieć,  gdzie  jest.  Panel  był  całko-
wicie niewidoczny - zasłaniały go najeŜone igłami gałęzie. 

Uśmiechnąłem  się  pod  nosem.  Pozostawał  test  sprawności  urządzenia.  Włączyłem 

odbiornik  i  podszedłem  do  kurhanu.  Urządzenie  zapikało  mi  w  kieszeni.  Wszedłem  po 
nasypie, zszedłem z drugiej strony. W odległości około pięciu metrów pikanie ucichło... 
A  zatem  cały  obszar  mogący  budzić  zainteresowanie  tajemniczego  dywersanta  był 
dobrze zabezpieczony. Zadowolony wróciłem do obozu. 

- I jak? - zagadnął mnie kierownik.  
- Nawet mysz się nie prześlizgnie. 
- To niedobrze - powiedział. - Bo myszy tu pod dostatkiem. Będzie wyło co chwila. 
-  To  tylko  przenośnia  -  uspokoiłem  go.  -  Czujnik  reaguje  na  obiekty  o  masie  około 

dwudziestu pięciu kilogramów... I większe. 

background image

 

15 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

KOSZMARNE SKLEPIKI * ZŁOTOZĘBY * WIECZORNE OGNISKO * DRASTYCZNA 

ANEGDOTKA * POCZĄTEK PRAC PRZY KURHANIE 

 

Zatrzymałem rower przed niewielkim wiejskim sklepikiem. Przypiąłem starannie ramę 

do latarni - jedynej w wiosce. Sklep został wzniesiony według technologii, która święciła 
triumfy  przed  dwudziestu  laty.  Metalowy  szkielet  obity  warstwą  płyty  pilśniowej 
pomalowanej  farbą  olejną.  Nieotwierane  okna  -  stalowe  obramowanie  wypełnione 
szybami  z  kiepskiego  szkła  -  częściowo  zamalowane...  Podłoga  -  betonowa  wylewka 
pokryta początkowo płytkami PCV, teraz straszyła gołym cementem. 

Poczułem,  jakbym  się  cofnął  w  czasie.  Nieliczne  towary,  przewaŜnie  w  szarych 

opakowaniach, kilkanaście butelek taniego wina, jakieś lizaki, ocet. Lada zbita byle jak z 
dech  i  zwalista,  rozczochrana  kobieta  za  kontuarem,  która  rozwiązywała  krzyŜówkę,  to 
znaczy  kreśliła  jakieś  skomplikowane  linie  na  stronie  z  krzyŜówką  kolorowego 
tygodnika. 

- Czego? - warknęła. 
- Chciałem kupić chleb - wyjaśniłem.  
- Nie ma. 
Spojrzałem nieco zaskoczony na kilkanaście bochenków zdobiących regał za nią. 
- A tamten? 
- Na zapisy - odburknęła. - Niesprzedany, do zwrotu.  
Poskrobałem się po głowie. 
- Znaczy ktoś zamówił, ale nie kupił? - upewniłem się. 
- PrzecieŜ mówię! - teraz była juŜ naprawdę zdenerwowana.  
Spojrzałem  na  zegarek.  Jeśli  wywieszka  na  drzwiach  głosiła  prawdę,  to  za  dziesięć 

minut sklep miał być zamknięty. 

- Jak oni nie kupili, to moŜe ja kupię? - przeszedłem do ataku. 
- ToŜ mówię, Ŝe nie ma! - ryknęła. 
Zamyśliłem się głęboko. Trudno, zjem mielonkę z sucharkami. 
- A moŜna się zapisać na jutro? - zapytałem. 
- Gdzie tam - machnęła ręką. 
- Dlaczego nie? - zdumiałem się. 
-  Za  duŜo  roboty  jeden  dodatkowy  zamawiać  -  powiedziała.  -  Zresztą  i  tak  się  nie 

sprzedaje tyle, ile zamówiłam. Tylko wy inteligenci to się na handlu nie znacie... Ten od 
dinozaurów  teŜ  był  taki  niekumaty  jak  ty.  Wy  to  pewnie  z  jednych  wykopalisk?  - 
spojrzała na mnie z wyŜszością. - Jak się szuka w ziemi głupot, to nic dziwnego, Ŝe się 
potem  Ŝycia  zwykłych  ludzi  nie  rozumie  -  popatrzyła  na  budzik  stojący  na  ladzie.  - 
Poszedł mi stąd! - warknęła. - Zamykać trza! 

Wyszedłem  ze  sklepu  kompletnie  skołowany.  Dwaj  pijaczkowie  siedzący  na 

schodkach zarechotali. Odpinając rower usłyszałem ich dialog. 

- Ty, popatrz na tego archeologa. Do sklepu wszedł i nic nie kupił... 
-  Bo  wie  pan,  panie  Zenku,  takim  to  od  naszego  winka  gęby  wykręca.  Obaj  ryknęli 

gromkim, serdecznym śmiechem. Gdzie ja się znalazłem?! 

Kiedyś  takie  kobiety  spotykało  się  w  kaŜdym  sklepie.  Potem  zaczęły  na  szczęście 

znikać, aŜ wyginęły prawie bez śladu. A tu jedna się uchowała... 

Pojechałem  przez  wieś,  usiłując  odtworzyć  jej obraz  widziany  wczoraj  podczas jazdy 

autobusem. PrzecieŜ był tu jeszcze murowany sklepik. Za zakrętem? Tak... Zatrzymałem 

background image

 

16 

się przed kolejną świątynią handlu. Sklep spoŜywczo- przemysłowy mieścił się w małym 
baraczku.  Elewacja  z  bloczków  gazobetonowych  była  brudna,  szyby  takŜe  pokrywały 
rozbryzgi  błota.  Z  szyldu  obłaziła  farba...  Ale  najbardziej  zafascynowała  mnie 
wywieszka  na  drzwiach.  Namalowano  ją  zuŜytym,  czarnym  markerem  na  kartce  w 
kratkę i przyklejono do szyby. Głosiła: „Psom i archeologom wstęp wzbroniony". 

Odruchowo  przetarłem  oczy.  WraŜy  napis  nie  znikał.  Widziałem  w  Ŝyciu  wiele 

dziwnych  rzeczy.  Wykute  w  skałach  etiopskie  klasztory,  indiańską  bimbrownię  w 
Brazylii,  stosy  hitlerowskich  sztab  złota  w  pociągu  pod  górą  Sobiesz,  ba,  widziałem 
nawet  prawie  prawdziwą  Arkę  Noego...  Ale  nic  nie  zdumiało  mnie  tak,  jak  ta  kartka 
papieru. 

Zdecydowanym krokiem wszedłem do sklepu. Za ladą siedział zwalisty męŜczyzna w 

dresie.  Na  stołku  po  drugiej  stronie  przysiadł  typek  w  skórzanej  kurtce.  Najwyraźniej 
ubijali jakiś interes. Na mój widok przerwali rozmowę. 

-  A  ty  co,  kartki  nie  czytał?  -  warknął  ten  w  dresie.  W  półmroku  jego  złote  zęby 

zalśniły zniewalająco. 

- Nie jestem archeologiem, tylko historykiem sztuki - wyjaśniłem z godnością. 
Typek w skórzanej kurtce zarechotał ubawiony moją wypowiedzią. Właściciel wskazał 

gestem  kolejną  kartkę  przyszpiloną  do  regału.  Ta  z  kolei  obwieszczała:  „Klientela 
ograniczona. Sprzedawca moŜe odmówić obsłuŜenia". 

- Poszedł mi stąd!!! - ryknął. 
Nawet trzonowe zęby miał odlane w złocie. Dłoń ozdobiona masywną, złotą bransoletą 

wskazała mi drzwi. Wyszedłem nieco zdenerwowany. Zaskoczony wywieszką na szybie 
zapomniałem przypiąć rower, na szczęście jeszcze stał... 

Wyjąłem  sztabówkę  okolicy  i  popatrzyłem.  Jakieś  trzy  kilometry  dalej  była  kolejna 

wioska,  Mętna  Woda.  MoŜe  tam  znajdę  wreszcie  prawdziwy  sklep?  Ruszyłem  wąską, 
dziurawą  szosą.  Miasteczko  sprawiało  sympatyczniejsze  wraŜenie.  Domy  były  jakby 
bardziej zadbane. Znalazłem teŜ sklepik. NieduŜy, pamiętający jeszcze poprzedni ustrój, 
ale  dzięki  wykończeniu  ściany  frontowej  sidingiem  sprawiał  nieco  lepsze  wraŜenie.  Na 
drzwiach  miał  nalepki  informujące,  Ŝe  w  środku  moŜna  zapłacić  kartami  kredytowymi. 
Przypiąłem rower i wszedłem do środka. 

Kobieta za ladą wyglądała jak klon tej pierwszej ze sklepu w Ozorkowie. Spojrzała na 

mnie  jakby  mniej  wrogo.  Kupiłem  bochenek  chleba,  dwie  puszki  mielonki,  pęto 
kiełbasy,  o  które  prosił  doktor.  Kobieta  wybiła  naleŜność  na  archaicznej  kasie, 
pamiętającej  chyba  czasy  przedwojenne.  Dwadzieścia  siedem  złotych.  Wyjąłem  z 
kieszeni portfel i wyłuskałem stuzłotowy banknot. 

Kobieta spojrzała na niego z frasunkiem. 
- Nie będę miała wydać - syknęła ze złością. - Wy, archeologi, to sobie myślicie, Ŝe w 

Warszawie jesteście? Co i raz któryś tu wpada z grubą gotówką... A skąd ja mam brać, 
Ŝ

eby wydawać? 

-  W  takim  razie  zapłacę  kartą  -  powiedziałem  pojednawczo  wyciągając  z  portfela 

prostokącik... 

- O, jeszcze jeden nienormalny - zwróciła się do jakiejś sąsiadki, która właśnie weszła 

do sklepu. - Znowu tym draństwem do telefonu chcą płacić... 

- Nie honorujecie kart Visa? - zdumiałem się. 
- Tu nie Warszawa - warknęła. 
- Ale przecieŜ na drzwiach ma pani nalepki z rysunkami kart - wyjaśniłem cierpliwie. - 

background image

 

17 

A to znaczy, Ŝe moŜna tu nimi płacić... 

- Hę hę hę - zaśmiała się ta, która weszła. Brakowało jej z przodu trzech zębów. 
-  Inteligent  za  dychę  -  parsknęła  sprzedawczyni.  -  Człowiek  z  siebie  Ŝyły  wypruwa, 

Ŝ

eby sklep ładnie wyglądał i ludziom przyjemnie było kupować, człowiek dba o wystrój, 

ozdobniki na drzwiach klei, a potem przylezie taki jeden z drugim i godność poniŜa... Da 
ten banknot - wyjęła mi setkę z dłoni i obejrzała pod światło. 

Wysunęła szufladę i długo grzebała wyciągając pojedyncze banknoty. 
- Uch, całe drobne mi zabrał - rzuciła z nienawiścią. 
Druga  kobieta  znowu  wybuchła  koszmarnym  rechotem.  W  tej  okolicy  ludzie  mieli 

nieco spaczone poczucie humoru... 

Zabrałem  zakupy  i  zmyłem  się  pospiesznie.  Popędziłem  w  stronę  Ozorkowa  jakby 

mnie diabli gonili. 

- Co to za miejsce? - mruczałem sam do siebie. - Dlaczego w Etiopii, na końcu świata, 

moŜna było smacznie zjeść i zapłacić dowolną walutą, a we własnym kraju... 

Zwolniłem  nieco.  Szosą  sunęło  coś  dziwnego.  Po  chwili  zorientowałem  się,  Ŝe  to 

karoseria  łady  samary  oparta  na  starym  wozie.  Do  wozu  nie  zaprzęŜono  konia,  zamiast 
tego  pchało  go  trzech  męŜczyzn.  W  jednym  rozpoznałem  Skórzastego  ze  sklepu. 
Przyspieszyłem, aby ich wyminąć. 

- Te, archeolog, weź się do uczciwej pracy - rzucił za mną. 
I wszyscy trzej zarechotali wesoło. Zakręciłem na drogę do lasu, niebawem znalazłem 

się  pośród  drzew.  Powoli  uspokajałem  się.  Zanim  dojechałem  do  obozu,  byłem  juŜ  w 
stanie spojrzeć na swoje przygody z pewnym rozbawieniem... 

*** 

Siedziałem  w  namiocie  studiując  dwie  opasłe  księgi  na  temat  kultur  pradziejowych. 

Nie wszystko zdąŜyłem przeczytać w ministerstwie. Bałem się dekonspiracji. Oglądałem 
kolejne  ilustracje  usiłując  wbić  sobie  do  głowy  podstawowe  wiadomości  o 
najwaŜniejszych zabytkach przełomu neolitu i epoki brązu. Dotąd nie miałem z tym do 
czynienia,  na  historii  sztuki  archeologię  wykładano  po  łebkach...  Teraz  ze  zdumieniem 
oglądałem  dziesiątki  glinianych  garnków  róŜnych  kształtów...  Jak  to  wszystko 
zapamiętać? 

Zupełną  zagadką  były  dla  mnie  krzemienne  narzędzia.  Autor  zilustrował  dzieło 

setkami rysunków. Przypisał je do kilku róŜnych kultur pradziejowych, potem wyróŜnił 
jeszcze grupy i podgrupy - widać róŜne plemiona tego samego ludu obrabiały te kamulce 
w róŜny sposób. Musiałem uwierzyć mu na słowo. Ja nie dostrzegałem Ŝadnych róŜnic. 

Ktoś zastukał w płótno namiotu. Pospiesznie wepchnąłem ksiąŜkę pod plecak. 
- Tak? - zagadnąłem. 
- Panie Daniec, zapraszamy na ognisko - powiedziała Magda. 
Wygrzebałem  się  ze  swojej  kryjówki.  Studenci  faktycznie  przygotowali  ładne 

palenisko  na  brzegu  rzeki.  ObłoŜyli  je  kamieniami,  ogień  zaplanowali  niewielki, 
ostatecznie  las  był  blisko,  a  po  całodziennym  upale  ściółka  mogła  być  bardzo 
wysuszona. Obok, na wszelki wypadek, naszykowali dwa  wiadra wody.  Wokoło ognia, 
na  kilkunastu  pieńkach,  oparto  deski  mające  słuŜyć  jako  ławki.  Dla  kierownictwa,  to 
znaczy  dla  mnie  i  Hreczkowskiego,  przewidziano  ławkę  z  szerszą  deską.  Rozsiedliśmy 
się  wygodnie.  Powoli  schodzili  się  studenci.  Udawałem  zamyślenie,  ale  obserwowałem 
ich  spod  półprzymkniętych  powiek.  Cztery  dziewczyny,  nie  -  pięć,  jeszcze  Magda. 
Kilkunastu  chłopa...  Czterech  juŜ  znałem.  Teraz  obserwowałem  pozostałych.  Jeden 

background image

 

18 

wyróŜniał  się  wyraźnie.  Miał  silnie  zarysowane  wały  nadoczodołowe  i  jakby  cofniętą 
brodę. Szeroki w barach, ale niewysoki, potęŜna szczęka. 

Odtworzyłem  w  pamięci  obrazek  z  przeczytanej  ksiąŜki.  Koleś  wyglądał  wypisz 

wymaluj  jak  neandertalczyk.  Tylko  okulary  na  jego  nosie  psuły  efekt.  Obok,  po 
przeciwnej  stronie  leniwie  pełgającego  ognia,  siedział  jeszcze  jeden  dziwny  student. 
Miał lekko wystające kości policzkowe, dość śniadą cerę i ciemne włosy. Jego oczy były 
bardzo  ciemne  i  lekko  skośne.  Indianin?  Nie,  przecieŜ  widywałem  Indian,  zarówno  w 
Polsce,  jak  i  podczas  pobytu  w  USA.  On  był  nieco  inny.  Nie  umiałem  powiedzieć,  na 
czym to polegało... 

Reszta  nie  wyróŜniała  się  niczym  szczególnym.  Skoncentrowałem  się  na 

dziewczynach.  Dwie  brunetki  i  dwie  ciemne  blondynki.  Sprawiały  dość  sympatyczne 
wraŜenie... Kierownik pojawił się jako ostatni. Przekroczył deskę i usiadł obok mnie. 

- Pan Samochodzik wspominał, Ŝe nie pijesz alkoholu? - zagadnął. 
- W kaŜdym razie bardzo niewiele. 
- No to mam coś dla ciebie - uśmiechnął się wyciągając z torby plastykową butelkę. 
- Kwas chlebowy? - mile się zdziwiłem. 
-  Wspaniały  napój.  Alkoholu  nie  zawiera,  ale  jak  się  za  duŜo  wypije,  to  rano  ma  się 

kaca... 

Odchrząknął. Wszyscy umilkli. Powstał. 
-  Dzisiejsze  ognisko  ma  charakter  po  części  integracyjny  -  powiedział  powaŜnie.  - 

Miło nam powitać wśród nas magistra Pawła Dańca - wstałem i ukłoniłem się. - Będzie 
prowadził  wykop  na  kurhanach.  Macie  go  słuchać  tak  jakbyście  słuchali  mnie,  za 
najmniejszą  niesubordynację  ma  prawo  wywalić  was  z  praktyk  bez  zaliczenia...  Nowo 
przybyłych  informuję,  Ŝe  zostają  chwilowo przydzieleni  do pana  Dańca,  w  razie  gdyby 
sobie  nie  dawali  rady,  przerzucimy  ich  na  łatwiejszy  front  robót,  do  prac  nie 
wymagających  pomyślunku,  to  znaczy  będą  wywozili  ziemię  taczkami.  Kierowniczką 
drugiego wykopu jest Magda... - dziewczyna  wstała, Ŝeby się  pokazać. - Magda jest na 
piątym roku i ma duŜe doświadczenie w pracach terenowych. Gdybyście zapomnieli na 
przykład,  co  to  jest  szpachelka,  moŜecie  ją  zapytać...  Dobra,  tyle  tytułem  wstępu, 
pointegrujcie się teraz trochę - usiadł wygodnie. 

Z  torby  wyciągnął  butelkę  piwa  i  odkapslował  ją  zręcznie  o  kant  ławki.  Studenci  teŜ 

wyciągali butelki. Magda przyniosła naręcze patyków do pieczenia kiełbasek. Zaraz teŜ 
znalazły  się  kiełbaski  i  chleb.  Zmrok  zapadał  powoli.  Tłuszcz  skwierczał  nad  ogniem. 
Studenci gadali między sobą... 

- Tak więc, panie kolego - zagadnął Hreczkowski - jutro zabieramy się do roboty... 
- Poczytałem trochę, powinienem dać sobie radę - odparłem półgłosem. 
Kiwnął w zadumie głową. On teŜ obserwował studentów. 
- Środek lasu - westchnął - wszystko trzeba było przynieść na własnych plecach, bo nie 

ma czym dojechać... Chyba Ŝe motocyklem lub rowerem... KaŜdy gram bagaŜu niesie się 
spod wsi sześć kilometrów, ale o alkoholu nie zapomnieli... 

- MoŜe skończą na jednym piwie - zauwaŜyłem. 
-  MoŜe.  Ci  z  Warszawy  mają  fatalną  opinię,  jeśli  chodzi  o  picie...  Tak  czy  inaczej, 

jeŜeli któryś rano nie będzie trzeźwy, wywalamy z praktyk. 

Kiwnąłem głową na znak aprobaty. 
-  Jeszcze  jedno.  śadnego  palenia  papierosów  na  wykopie.  Musisz  tego  pilnować. 

Odrobina popiołu wystarczy, Ŝeby zanieczyścić próbki, a będziemy brali węgle drzewne 

background image

 

19 

do testów na C14. 

- Datowanie metodą radiowęglową - domyśliłem się. 
- Dokładnie tak. Nie jest ona najlepsza, ale lepsza kiepska niŜ Ŝadna... 
- Czy jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć? Milczał przez dłuŜszą chwilę. 
- Chyba nie... Aha, jeszcze jedno, w zasadzie wszyscy studenci są po pierwszym roku. 

To  ich  pierwsze  wykopaliska  w  Ŝyciu.  Chodziło  mi  głównie  o  to,  Ŝeby  nie  mieli 
nieformalnych kontaktów z ewentualnym przeciwnikiem... 

- Nie rozumiem? 
- To proste. O sabotowanie tych badań podejrzewam trzech pracowników naukowych 

naszego  instytutu...  Studenci  wyŜszych  lat  uczęszczający  do  nich  na  seminaria 
magisterskie... - zamilkł na chwilę. 

Ja teŜ milczałem obserwując krąg uczestników wykopalisk. 
- Co do Magdy, jest po piątym roku i specjalizuje się w antropologii - powiedział cicho 

-  ale  jej  moŜemy  zaufać.  Jest  z  Akademii  Teologii  Katolickiej  czy  teŜ  z  Uniwersytetu 
Stefana Wyszyńskiego, bo tak się teraz ta uczelnia nazywa... 

- O, to tam mają wydział archeologii? 
-  No  cóŜ,  nigdy  nie  narzekałem  na  studentów,  których  mi  podsyłali...  Wprawdzie 

trzeba im było sporo tłumaczyć, ale byli dość pojętni i zdyscyplinowani... 

Po  drugiej  stronie  wynikła  jakaś  dyskusja,  wreszcie  z  ławki  podniósł  się  ten 

neandertalczykowaty. Podszedł do nas. 

- Panie doktorze - zwrócił się do Hreczkowskiego - mamy taką kolektywną prośbę... 
-  Tak? - brwi kierownika uniosły się nieco do góry. - Chcielibyśmy, aby opowiedział 

pan  jakąś  anegdotkę...  Z  pewnością  bywał  pan  wiele  razy  na  wykopaliskach,  pewnie 
zdarzały się w ich trakcie jakieś zabawne... 

Hreczkowski uśmiechnął się pod wąsem. 
- Wasza prośba zostanie spełniona - powiedział. 
W jego głosie usłyszałem rozbawienie. Powstał. Wszyscy umilkli. 
- Opowiem wam historyjkę z wykopalisk w Egipcie. Jest odrobinę drastyczna; kobiety, 

dzieci i osoby wraŜliwe nie powinny jej słuchać. 

Pomruk  aplauzu  dał  mu  do  zrozumienia,  Ŝe  wszyscy  chętnie  posłuchają  drastycznej 

opowieści. 

-  Tylko  proszę  nie  wymiotować  do  ogniska  i  jak  się  komuś  w  nocy  przyśni,  to  niech 

nie ma pretensji - dodał. 

Wszyscy usiedli wygodnie. 
-  Zapewne  tego  nie  wiecie,  ale  Niemcy  są  narodem,  który  bardzo  chętnie  je  miód. 

Nawiasem mówiąc, spora część naszego miodu idzie na eksport właśnie do tego kraju... 
Zdarzyło  się  to  kilkanaście  lat  temu  w  Egipcie.  Niemieccy  archeolodzy  buszowali  w 
delcie  Nilu,  niedaleko  Aleksandrii.  Rozkopywali  stanowisko  z  okresu  ptolomejskiego. 
Trafili  na  pozostałości  nieduŜego  miasteczka  i  eksplorowali  dom  po  domu,  niewiele  w 
sumie znajdując... Pewnego dnia, moŜna powiedzieć, uśmiechnęło się do nich szczęście. 
W  piwniczce  jednej  z  lepianek  znaleźli  wielkie  naczynie  zasobowe,  taką  beczkę 
wypaloną z gliny.  Gar był zapieczętowany glinianą pokrywą, nieco lepki po wierzchu i 
tak cięŜki, Ŝe z trudem ruszyli go z miejsca. To oznaczało, Ŝe jego pierwotna zawartość 
ciągle  jest  w  środku.  Załadowali  znalezisko  na  samochód,  zawieźli  do  bazy, 
odpieczętowali.  Pod  glinianą  pokrywą  była  warstwa  wosku,  wydłubali  go  i  zobaczyli 
miód.  Po upływie  ponad dwu  i  pół  tysiąca  lat  był  zupełnie  scukrzony,  twardy  jak  toffi, 

background image

 

20 

bardzo  ciemny,  ale  jak  stwierdzili,  zapach  prawie  się  nie  zmienił.  Postanowili 
spróbować...  Jak  zapewne  wiecie,  miód  zawiera  bardzo  duŜo  jadu  pszczelego,  który 
działa  antybakteryjnie,  więc  jest  bardzo  odporny  na  zepsucie.  W  szczelnie 
zapieczętowanym  garnku  zachował  się  w  doskonałym  stanie.  Wzięli  łyŜki  i  zaczęli 
skrobać... Spróbowali i okazało się, Ŝe w smaku teŜ jest znakomity. Zjedli po odrobinie, 
zasmakowało,  skrobnęli  głębiej  i  wtedy...  -  zawiesił  głos  i  potoczył  wzrokiem  po 
uczestnikach. - Kobiety zostają na własną odpowiedzialność - powiedział powaŜnie. 

Wszystkie dziewczyny pozostały na swoich miejscach. 
- Pod warstwą miodu zobaczyli włosy - podjął opowieść. 
- Jak to: włosy? - ktoś jęknął. - Co to było? 
-  Martwe  dziecko.  Zanurzone  w  miodzie.  Tak  przygotowywano  je  do  mumifikacji... 

Niemcy rzygali jak koty - dokończył z zadowoleniem w głosie. 

Studenci wyglądali na mocno wstrząśniętych. 
- Niestety - westchnął. - W naszym zawodzie przyjdzie wam zetknąć się z podobnymi 

przypadkami...  Nie  jest  to  mile  i  trudno  przyzwyczaić  się  do  obcowania  ze  śmiercią... 
Nawet jeśli odkopany przez nas szkielet liczy sobie tysiące lat... 

Zamyślił  się.  Przez  chwilę  panowało  milczenie,  a  potem  studenci  zaczęli  rozmawiać 

między sobą. Nikt nie chciał jakoś słuchać kolejnych drastycznych anegdotek... 

- Mocna opowieść... - odezwałem się. Uśmiechnął się lekko. 
- Archeologia to zawód dla twardych ludzi - powiedział powaŜnie. 
-  Grobowce  kujawskie,  takie  jak  ten,  który  rozkopiemy,  czasem  kryją  ślady 

paskudnych obrzędów... 

Jakieś  pół  godziny  później  studenci  zaśpiewali  kilka  szant,  ale  około  dwudziestej 

drugiej zmęczenie całodzienną harówką przewaŜyło. Pojedynczo zaczęli się wymykać i 
udawać  na  spoczynek.  Zastanawiałem  się,  czy  tej  nocy  ktoś  będzie  usiłował  dobrać  się 
do kurhanu, ale alarm milczał. O dwudziestej trzeciej ja teŜ zasnąłem. 

*** 

Pobudka o siódmej rano... Wstałem, ochlapałem się wodą, wykonałem kilka pompek. 

Dawno juŜ nie spałem w namiocie. Nocne powietrze dobrze mi zrobiło. Umysł miałem 
czysty i jasny... Jeszcze kilka przysiadów, by przyspieszyć pracę serca. Byłem gotów. 

Zjadłem  pospiesznie  śniadanie.  Z  namiotu  magazynowego  pobrałem  pięć  łopat,  pięć 

szpadli,  graczki  i  taczkę.  Do  tego  plastykową  kuwetę  na  wypadek  jakichś  znalezisk  i 
motek  sznurka.  „Moi"  studenci  zaraz  się  pojawili.  Piotrek,  Artur,  Sebastian  i  Marek. 
Zapamiętałem ich imiona... 

- No to co? - zagadnąłem. - Gotowi do wielkich czynów? 
Pomruk entuzjazmu był jedyną odpowiedzią. Nadszedł kierownik. 
- Dam ci jeszcze dwóch - powiedział obrzuciwszy wzrokiem szczupły zastęp. - Siedzą 

tu od trzech dni, czegoś juŜ się nauczyli. PokaŜą kolegom, jak się plantuje stanowisko... 
Dołączą za chwilę. 

-  Dobra  -  popatrzyłem  na  zegarek.  -  Zaczynamy  punkt  ósma,  więc  mamy  dziesięć 

minut, aby dotrzeć na miejsce. Naprzód marsz. 

Część narzędzi wzięli na ramiona, resztę powiozłem na taczce. Dotarliśmy do kurhanu 

trzy  minuty  przed  czasem.  Alarm  w  mojej  kieszeni  zawibrował  delikatnie.  Czujnik  nas 
wykrył.  Widać rozregulował się trochę. PrzecieŜ był tak nastawiony, Ŝeby wyłączać się 
automatycznie o 6.00! 

-  Jak  widzicie,  mamy  tu  piękny  kurhan,  naleŜący  do  tak  zwanych  grobowców 

background image

 

21 

kujawskich  -  poinformowałem  studentów.  -  Usypano  go  ponad  trzy  tysiące  lat  przed 
naszą erą, jest więc starszy niŜ cywilizacja staroŜytnego Egiptu... 

- O kurczę - wyrwało się Markowi. 
- Dokładną datę jego powstania będzie moŜna ustalić właśnie dzięki naszym pracom - 

dodałem z dumą. 

-  Hmm  -  mruknął  Marek.  -  Wypadałoby  się  pomodlić  za  tych,  którym  zburzymy 

wieczny spoczynek... 

- Jeśli masz obiekcje religijne, to mogę cię przerzucić do badań osady - rozległ się za 

nami głos Magdy. 

Nawet nie zauwaŜyłem, jak się zjawiła. 
-  Nie  -  pokręcił  głową.  -  Pomódlmy  się  i  kopiemy.  To  i  tak  poganie  -  dodał  tonem 

usprawiedliwienia. 

PrzeŜegnaliśmy  się.  Dziewczyna  przyprowadziła  mi  dwóch  studentów,  którzy  mieli 

pracować  na  moim  wykopie.  Jak  się  okazało,  byli  to  neandertalczyk  i  ten  podobny  do 
Indianina. 

-  Nazywam  się  Fryderyk  -  przedstawił  się  małpowaty.  Imię  zupełnie  do  niego  nie 

pasowało... 

-  A  ja  jestem  Niels  Rolv  -  powiedział  jego  towarzysz.  W  jego  głosie  było  słychać 

wyraźny obcy akcent. 

- Szwed? - zdziwiłem się. 
- Saam - zaprotestował z godnością. 
- Czyli Lapończyk - wyjaśniłem pozostałym. 
- Wolę naszą nazwę - obdarzył mnie szerokim, ale ostrzegawczym uśmiechem. 
-  W  porządku  -  skinąłem  głową.  -  No,  chłopaki,  dwie  po  ósmej,  mamy  juŜ 

opóźnienie... Do roboty... 

Najpierw  wycięliśmy  darń  spomiędzy  palików.  Potem  dwaj  nowi  przybysze  ujęli 

łopaty  i  pokazali,  jak  się  zdejmuje  cienką  warstwę  ziemi.  Wedle  instrukcji,  które 
poprzedniego  dnia  dał  mi  Hreczkowski,  oczyściliśmy  wierzch  kurhanu  i  ścięliśmy  go, 
aby był zupełnie płaski. Następnie mieliśmy zdejmować glebę, warstwa po warstwie, aŜ 
dojdziemy  do  powierzchni  ziemi.  Pod  cienkim  nalotem  próchnicy,  która  nagromadziła 
się tu przez sześć tysięcy lat, pojawił się Ŝółty polodowcowy piach... 

Na kaŜdego z nas przypadł pas ziemi szerokości jednego metra i długi na mniej więcej 

pięć - tyle było miejsca na szczycie nasypu. Urobek sypaliśmy do taczek, które następnie 
trzeba  było  sprowadzić  w  dół.  Na  polance  na  południe  od  grobowca  rozłoŜyliśmy 
plastykową  płachtę  i  tam  wysypywaliśmy  ziemię.  Robota  szła  dość  wolno,  co  chwila 
łopaty  zaczepiały  o  resztki  korzeni  albo  nieduŜe  otoczaki.  Korzenie  wycinaliśmy  se-
katorem,  kamienie  chwilowo  kazałem  zostawić  w  miejscach  znalezienia  -  naleŜało 
sprawdzić, czy nie tworzą jakiegoś logicznego układu... 

Hreczkowski przyszedł po mniej więcej godzinie. 
- Nieźle - mruknął. - Doczyśćcie to ładnie, załóŜcie siatkę i zróbcie fotografię. Potem 

niwelacja, rysunek i kopiecie kolejną warstwę. Zerwijcie tak z dziesięć centymetrów, nie 
ma się co pieścić... 

Poczułem się odrobinę niepewnie. 
- Dobra - powiedziałem. - Ja załoŜę siatkę, kto na ochotnika zrobi niwelację i rysunek? 
- Ja mogę niwelować - zgłosił się Fryderyk. 
- To ja narysuję - zaofiarował się Lapończyk. 

background image

 

22 

- No, to po sprzęt - zadysponowałem. 
ZałoŜenie siatki było bardzo proste. Chodziło o to, Ŝeby naciągnąć sznurki na wbite w 

paliki  gwoździe  tak,  aby  nasz  wykop  pokryć  jakby  kratką  o  boku  jednego  metra.  W 
wojsku uŜywałem teodolitu, natomiast nigdy nie miałem do czynienia z niwelatorem... A 
jak przypuszczałem, kaŜdy archeolog musiał się na tym znać. Popatrzyłem krytycznie na 
rozciągnięte  sznurki.  Pamiętałem  z  ksiąŜek,  jak  wyglądają  fotografie  stanowisk 
archeologicznych,  więc  połoŜyłem  pośrodku  czarną  tabliczkę  z  nazwą  stanowiska  i 
numerem.  Następnie  wlazłem  na  drzewo  i  sfotografowałem  wszystko  z  góry. 
Wiedziałem, Ŝe zdjęcie wyjdzie nieco łaciate - sosny nie zasłaniały światła, ale ich cienie 
kładły  się  w  poprzek  stanowiska,  nic  na  to  nie  mogłem  poradzić...  Obaj  wysłani  po 
sprzęt  wrócili.  Jeden  przydźwigał  niwelator  na  stojaku  oraz  łatę  -  specjalną  tyczkę  z 
podziałką. 

-  Reper  jest  na  tamtym  kamieniu  -  wskazał  głaz  z  namalowaną  na  nim  gwiazdą.  - 

Wysokość  -  zajrzał  do  trzymanej  w  garści  kartki  -  98,75  metra  nad  poziomem  morza. 
Kto mi potrzyma łatę? 

Rozstawił niwelator i manipulował długo pokrętłami. 
-  Szefie  -  zwrócił  się  do  mnie  -  wystarczy  takie  wypoziomowanie?  Podszedłem  do 

urządzenia.  Z  boku  miało  okrągłą  szybkę.  Wyglądała  jak  poziomica,  banieczka 
powietrza  pływała  w  cieczy,  na  szkle  narysowano  czarne  kółko.  Pokręciłem  ostroŜnie  i 
ustawiłem pęcherzyk dokładnie w kółku. 

- Tak będzie chyba dokładniej - mruknąłem. 
Kiwnął głową. Piotrek stanął przy kamieniu z tyczką w ręce. 
-  Oprzyj  koniec  na  gwiazdce  -  zawołał  Fryderyk.  -  Wysokość  niwelatora  99,26  - 

zameldował. 

- Zapisz - powiedziałem z kamienną twarzą. 
Niels  tymczasem  na  papierze  milimetrowym  naniósł  plan  wykopu.  Zaznaczył 

krzyŜykami wszystkie punkty przecięcia się sznurków. 

- Niwelujemy co metr? - zapytał. 
Skąd mogłem wiedzieć?! Postanowiłem wykręcić się sprytnie. 
-  Nie  wiem,  jak  robi  doktor  Hreczkowski.  Dostosujmy  się  do  jego  sposobów 

dokumentacji. 

- Tak jest - kiwnął głową. 
- Piotrze, gibaj na kurhan - wesoło zawołał Fryderyk. 
Chłopak  stanął  z  łatana  odczyszczonym  kawałku.  Ustawiał  tyczkę  na  kolejnych 

punktach  przecięcia  siatki,  Fryderyk  patrząc  przez  lunetkę  niwelatora  wykrzykiwał 
kolejne liczby, a Niels zapisywał je na planie. Obserwowałem ich z udanym znudzeniem, 
usiłując  odgadnąć  sens  ich  działań  i  wreszcie  zrozumiałem.  Niwelator  słuŜył  do 
określenia  wysokości  nad  poziomem  morza  wszystkich  punktów.  Jeśli  znajdziemy 
komorę  grobową,  będziemy  wiedzieli,  jak  głęboko  pod  powierzchnią  kurhanu  się  znaj-
dowała i jak wysoko nad jego spodem... 

Lapończyk  skończył  nanosić  pomiary  na  plan.  Zabrałem  mu  kartkę  i  przez  chwilę 

studiowałem wyniki. 

-  Trochę krzywo zeszliśmy - oceniłem. - Od zachodu jest sześć centymetrów wyŜej... 

Chyba warto by wyrównać... 

Schowaliśmy  plan  do  teczki  i  zabraliśmy  się  do  roboty.  Kolejna  warstwa  zdjęta... 

Osiem taczek piachu pojechało na hałdę. Wywoziliśmy ziemię na zmianę. TakŜe i tu nie 

background image

 

23 

było  widać  nic  podejrzanego.  Piach  był  zupełnie  czysty,  bez  śladu  przebarwień.  Jak 
dotąd  nie  znaleźliśmy  teŜ  Ŝadnej  skorupki,  Ŝadnego  krzemiennego  narzędzia...  Drobne 
otoczaki leŜały zupełnie chaotycznie, prawdopodobnie przyniesione tu razem z piaskiem 
przez ludzi, którzy sześćdziesiąt wieków temu sypali kurhan dla swego wodza... 

Lekko zakręciło mi się w głowie. I jednocześnie poczułem pewien Ŝal, Ŝe rozkopujemy 

tak szacowny zabytek. Wiedziałem, Ŝe po zakończeniu prac mamy obowiązek usypać go 
na nowo, ale to juŜ nie będzie ten sam, tylko rekonstrukcja... Zasępiłem się... 

O jedenastej wpadła Magda. 
- Pół godziny przerwy - zarządziła. - Jak wam idzie? 
- Nieźle - pokazałem wykop. 
Akurat  załoŜyliśmy  trzecią  tego  dnia  siatkę  i  skończyliśmy  fotografować.  Rzuciła 

okiem. 

- Sam piach? - raczej stwierdziła niŜ zapytała. 
- No cóŜ - wzruszyłem ramionami. - Nie od razu znajduje się skarby... 
- A my mamy dwie jamy śmietniskowe i kupę kawałków ceramiki - pochwaliła się. - 

Jeśli chcecie zobaczyć... 

Poskładaliśmy  narzędzia  na  równą  kupkę  i  poszliśmy  za  nią.  W  plastykowych 

kuwetach leŜało sporo drobnych odłamków przepalonych glinianych naczyniek. Ponadto 
znaleźli ładny grot włóczni zrobiony z krzemienia. Na brzegu wykopu leŜał przypięty do 
deski ich plan. Obejrzałem go uwaŜnie. Odnalezione jamy zaznaczyli czarnymi plamami. 
Niwelacje zrobili podobnie jak my. Dno ich wykopu nie było równe, róŜnice dochodziły 
do piętnastu centymetrów, ale widać nie było to takie waŜne... 

Westchnąłem cicho. Nigdy nie lubiłem brać się do rzeczy, na których zupełnie się nie 

znałem. Teraz teŜ obawiałem się popełnić jakiś błąd. Nadszedł kierownik. 

- Uczymy się? - zagadnął cicho. 
-  Tak  -  przyznałem.  -  W  sumie  jestem  równie  zielony  jak  ci  studenci,  którymi  mam 

kierować. A nawet jeszcze bardziej, bo ostatecznie oni mają za sobą rok studiów.... 

- Poradzisz sobie - klepnął mnie po ramieniu. - Masz łeb na karku, obserwuj i wyciągaj 

wnioski. śaden nie zachowuje się podejrzanie? 

-  śaden  -  pokręciłem  głową.  -  Jeden  jest  katolickim  fundamentalistą,  ale  reszta  nie 

odbiega od normy. 

-  Archeologia  moŜe  być  przykra  dla  głęboko  wierzących  -  powiedział  powaŜnie.  - 

Niestety, naruszamy często spokój zmarłych. Ale trudno, jego wybór. 

Resztę  przerwy  spędziłem  przeglądając  dokumentację.  Wiele  moŜna  było  się  z  niej 

domyślić.  KaŜdą  jamę  opisywano  szczegółowo  na  oddzielnej  karcie.  Obejrzałem  takŜe 
odkrytą  podłogę  szałasu  i  palenisko.  Na  rysunkach  warstwę  węgli  drzewnych 
zaznaczono  małymi  krzyŜykami.  Zapamiętałem  to  na  wypadek,  gdyby  i  u  mnie  w 
wykopie pojawiło się coś takiego. Przerwa minęła, naleŜało wracać do pracy. 

background image

 

24 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

KLEIMY SKORUPKI * NOCNA ULEWA * TAJEMNICZY WARKOT * ŚLAD BOSEJ 

STOPY * UCZTA KANIBALI * KOSZYK MUCHOMORÓW 

 

O szesnastej zakończyliśmy pracę. Całodzienne machanie łopatą w upale dobrze dało 

nam  się  we  znaki.  ZłoŜyliśmy  narzędzia  i  zalegliśmy  na  łące  na  wodą.  Byłem  tak 
zmęczony, Ŝe nawet nie chciało mi się jeść. W powietrzu panowała potworna duchota. 

- Chyba będzie burza - powiedziałem do przechodzącego obok mnie Fryderyka. 
- To niedobrze - mruknął - deszcz mógłby zaszkodzić wykopom. 
O  tym  nie  pomyślałem...  Jeszcze  jeden  drobiazg,  na  który  nie  zwróciłem  uwagi. 

Rozglądałem  się  po  obozowisku.  Jeden  ze  studentów,  wołali  go  chyba  Andrzej, 
wyciągnął z namiotu gitarę i brzdąkał na niej, co jakiś czas wyczarowując spod palców 
kawałki  melodii.  śe  teŜ  mu  się  chciało...  We  mnie  upał  zabił  wszelką  aktywność. 
Zjedliśmy obiad. Jak zaobserwowałem, mało komu dopisywał apetyt. 

Godzinę  później  zerwał  się  wiatr.  Dźwignąłem  się  z  trawy  i  poszedłem  szukać 

Hreczkowskiego.  Siedział  w  namiocie-  pracowni  i  sklejał  z  niewielkich  skorupek 
naczynie. Przyglądałem się jego pracy. Dopasowywał, smarował klejem i łączył coraz to 
nowe  okruchy.  Zrekonstruowany  czerep  nieduŜego  garnka  umieścił  w  kuwecie  z 
wilgotnym piaskiem. Sporo nasypał teŜ do środka. ZauwaŜył moje spojrzenie. 

-  Mokry  piasek  pozwala  utrzymać  kawałki  naczynia  w  odpowiedniej  pozycji,  zanim 

klej dobrze zwiąŜe - wyjaśnił widząc moje zainteresowanie. 

- Niektórych fragmentów brakuje - zauwaŜyłem. - MoŜe uda sieje znaleźć w sąsiednich 

jamach - powiedział. - A jeśli nie, to dziury wypełni się gipsem i wypoleruje na gładko. 

- Widziałem takie w muzeum - przypomniałem sobie.  
Kiwnął głową. 
- Ot tak sklejam, Ŝeby czas zabić... 
-  Idzie  burza.  Czy  nie  naleŜałoby  jakoś  zabezpieczyć  wykopów?  -  zapytałem.  -  Na 

przykład nakryć folią? 

- Nie - pokręcił głową - niech złapią trochę wilgoci. To prawie czysty piach, jak będzie 

mokry,  lepiej  się  będzie  doczyszczać,  silniejsze  będą  kontrasty  pomiędzy  warstwami  i, 
co najwaŜniejsze, nie będzie się tak okropnie kurzyć... Nie będzie to ulewa na tyle silna, 
by, na przykład, spowodować osunięcia profili... 

Niebawem  zaczęło  kropić.  Nakryłem  swój  namiocik  folią,  a  sam  usiadłem  z 

kierownikiem  w  pracowni.  Pomagałem  mu  sklejać  wykopane  juŜ  naczynia.  Czasem  z 
odłamków moŜna było złoŜyć z powrotem cały garnek, czasem tylko kawałek. 

- Zobacz ten - pokazał mi jeden - rzucono nim o drzewo... I to ze znaczną siłą. 
- Skąd to przypuszczenie? 
-  Jedna  ścianka  rozprysła  się  niemal  na  okruchy.  Druga  pękła  na  kilka  duŜych 

fragmentów... - zademonstrował przypuszczalny kierunek uderzenia. 

- Pada deszcz - powiedziałem. - Trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. 
- Sądzisz, Ŝe... - spojrzał na mnie badawczo. 
- Jeśli faktycznie ktoś tu w obozowisku będzie chciał napsuć nam krwi, to w tej chwili 

jest  najlepsza  okazja.  Wszyscy  siedzą  w  namiotach.  Ten,  kto  wymknie  się  na  deszcz, 
moŜe  mieć  prawie  pewność,  Ŝe  w  lesie  nikogo  nie  spotka  i  nikt  nie  zauwaŜy  jego 
nieobecności... 

- MoŜe trzeba zrobić obchód namiotów i zobaczyć, czy kogoś nie brakuje? 
- Spłoszymy go... Chyba Ŝeby wymyślić jakiś dobry pretekst... 

background image

 

25 

- Nie spłoszymy, jeśli go nie ma - uśmiechnął się. - A popytać moŜemy na przykład o 

to, czy ktoś nie ma baterii Kodaka do aparatu fotograficznego. 

Zaraz jednak zrezygnował z pomysłu. Zabrał się do klejenia kolejnego naczynia. 
- Czy twój czujnik zaalarmuje nas, jeśli ktoś pojawi się na kurhanie? Zamyśliłem się. 
- Obawiam się, Ŝe w takim deszczu nie będzie działał prawidłowo. 
- Dlaczego? 
-  Krople  wody  będą  silnie  pochłaniać  promieniowanie  podczerwone  -  wyjaśniłem.  - 

Zadziała jak ekran. 

Milczał bawiąc się skorupami. 
-  Jesteśmy  za  wysoko  -  zawyrokował  wreszcie.  -  Do  komory  grobowej  jeszcze  co 

najmniej półtora metra. Nie zaatakuje teraz. Nie będzie w stanie jej znaleźć... 

- A jeśli namierzy ją wykrywaczem metali? - zapytałem. - Ramowe pozwalają sięgnąć 

do dwóch metrów w głąb ziemi... 

-  To  jeszcze  nie  ta  epoka  -  powiedział  z  naganą  w  głosie.  -  Kultura  pucharów 

lejkowatych  znała  wprawdzie  miedź  i  złoto,  a  nawet  jakieś  pierwsze  stopy,  ale  metale 
były wówczas ogromną rzadkością... A kilka paciorków z miedzi nie zasygnalizuje przez 
taką warstwę ziemi. 

Zagrzmiało  i  piorun  uderzył  gdzieś  daleko.  Deszcz  szumiał,  ale  usłyszałem  dziwny 

dźwięk przebijający się przez szmer kropli na brezencie. Dziwny warkot... 

- Co to jest, u diabła? - Hreczkowski teŜ to usłyszał. - Silnik?  
- Nie - pokręciłem głową - chyba, Ŝe bardzo uszkodzony. 
Powiał  wiatr  i  przez  dłuŜszą  chwilę  nic  nie  słyszeliśmy.  Potem  znowu  dobiegło  nas 

tajemnicze  dudnienie.  Dźwięki  rodziły  się  nie  wiadomo  gdzie,  poczułem  narastające 
przeraŜenie. Hreczkowski podkręcił knot w lampie. 

- Dziwne - powiedział - nie znam tego, ale... - pstryknął palcami. 
-  MoŜe  dlatego  nas  to  niepokoi  -  zauwaŜyłem.  -  Nie  umiemy,  zidentyfikować  źródła 

tego dźwięku... 

Deszcz odrobinę ustał i odgłos dał się słyszeć wyraźniej. 
- Wiem, co to jest - mruknął. - Brzmi jak bęben, więc pewnie po prostu gdzieś w lesie 

leŜy kawał blachy, stara beczka albo duŜy plastykowy kanister, a spadające na to krople 
dają wraŜenie werbla... 

- Sam nie wiem - pokręciłem głową. - Musiałyby spadać z wysoka, dźwięk wydaje się 

cichy, ale mam wraŜenie, Ŝe dobiega z daleka... 

Znowu  zagrzmiało,  a  deszcz  uderzył  z  większą  siłą.  Gdy  fala  przeszła,  zapadła  cisza. 

Tajemniczy dźwięk nagle zniknął. Poczułem niepokój.  

- A zatem nie było to naturalne zjawisko - stwierdziłem. Wzruszył ramionami. 
- Nie demonizujmy. MoŜe to coś we wsi? 
- Fakt, raptem cztery kilometry - uspokoiłem się. - Młockarnia? 
- Młockarnia raczej nie, jeszcze nie było Ŝniw, ale moŜe sieczkarnia. 
Deszcz  usypiał  mnie.  Zostawiłem  kierownika  zajętego  lepieniem  kolejnych  skorup  i 

pobiegłem  do  namiotu.  Kilkanaście  metrów  wystarczyło,  Ŝebym  przemókł  prawie  na 
wylot.  Z  ulgą  zanurkowałem  pod  folię.  Buty  zostawiłem  na  zewnątrz  pod  plastykiem, 
kurtkę  z  hydroteksu  strzepnąłem  parę  razy  i  powiesiłem  u  wejścia.  Materac  kusił... 
Wyciągnąłem  się  jak  długi  i  wyjąłem  spod  poduszki  ksiąŜkę.  Nagle  drgnąłem.  LeŜała 
okładką  do  góry,  a  przecieŜ  połoŜyłem  ją  odwrotnie.  CzyŜby  ktoś  zakradł  się  tu  pod 
moją nieobecność? 

background image

 

26 

Zajrzałem  do  plecaka.  Nic  nie  zginęło,  wszystko  było  na  swoim  miejscu.  A  moŜe  to 

tylko  wyobraźnia  spłatała  mi  figla?  Zagrzebałem  się  w  ciepłym  śpiworze.  Spojrzałem 
jeszcze na czujnik. Nikt nie zakłócał spokoju leŜącego opodal kurhanu. Chyba Ŝe deszcz 
faktycznie  wystarczył,  by  zmylić  elektronikę...  W  zasadzie  powinienem  zrobić  jeszcze 
mały  obchód,  ale  nie  miałem  siły.  Nagłe  załamanie  pogody  sprawiło,  Ŝe  poczułem  się 
bardzo znuŜony. Parę minut później zapadłem w głęboki sen. 

*** 

Paskudny  wilgotny  poranek.  Siedzisz  w  namiocie  myśląc  tylko  o  jednym,  jakie 

cudowne  ciepło  panuje  wewnątrz  śpiwora  i  jak  obrzydliwie  zimno  jest  poza  nim.  Piąta 
rano. Słońce niedawno wzeszło. Chciałem jeszcze pospać. PrzyłoŜyć głowę do poduszki 
i zapaść w sen... 

Potrząsnąłem  głową.  Nie  po  to  tu  przyjechałem,  Ŝeby  spać.  Wygrzebałem  się  z 

niechęcią  z  legowiska.  Zrobiłem  kilka  pompek  i  senność  ustąpiła.  Wypluskałem  się  w 
lodowatej  wodzie,  która  po  deszczu  nieco  przybrała  i  była  mętna.  Obóz  jeszcze  spał. 
Ruszyłem  w  stronę  lasu.  ŚcieŜka  była  poznaczona  kałuŜami.  Pochyliłem  się  nad 
najbardziej  piaszczystym  kawałkiem.  Ślady.  Nie  mogły  się  odbić  wczorajszego 
popołudnia, bo na piasku nie byłyby widoczne. Stało się to moŜliwe dopiero, gdy deszcz 
uplastycznił podłoŜe. Potem ten sam deszcz nieco je zatarł. Ktoś przeszedł tędy nocą lub 
późnym  wieczorem.  Kawałek  dalej,  pod  rozłoŜystym  świerkiem,  ślady  sporych  bosych 
stóp zachowały się wyraźniej. MęŜczyzna albo wysoka, dobrze zbudowana dziewczyna. 
Przyszła  mi  na  myśl  Magda.  Czego  mogła  szukać  nocą  w  lesie?  Pełen  niedobrych 
przeczuć ruszyłem w stronę stanowisk. Niestety, trop niebawem przestał być widoczny. 
MoŜe  naleŜałoby  sprowadzić  psa  tropiącego?  Zaraz  porzuciłem  ten  niedorzeczny 
pomysł.  Wykopy  załoŜone  w  miejscu  pradziejowej  osady  były  nietknięte.  Ruszyłem 
dalej  w  stronę  kurhanu.  Czujnik  zapikał,  gdy  wszedłem  w  zasięg  alarmu.  Czy  w  nocy 
ktoś  mógł  zakraść  się  tu  niepostrzeŜenie  pod  osłoną  ulewy?  Na  ziemi  nie  było  widać 
Ŝ

adnego śladu. Gdzie zatem poszedł tajemniczy bosonogi człowiek? 

Wspiąłem  się  na  drugi  kurhan  i  rozejrzałem  uwaŜnie  po  okolicy.  Za  nasypem 

znajdowała się nieduŜa polanka. Wysoka trawa była pokryta ciągle kropelkami deszczu. 
Ktoś  przeszedł  tędy  przygniatając  trawy.  Szlak  jego  wędrówki  był  bardzo  wyraźny. 
Człowiek bez butów? Chyba nie... Więc kto? 

Zbiegłem na dół. Po kierunku, w którym przydeptano źdźbła, domyśliłem się, Ŝe szedł 

na  północny  wschód.  Namacałem  pistolet  gazowy  w  kieszeni  i  ruszyłem  tym  tropem. 
Nie  zaszedłem  daleko.  W  sosnowym  lesie  zgubiłem  ślad.  Zawróciłem  w  stronę 
obozowiska. Targały mną sprzeczne myśli. Czy doktor Hreczkowski miał rację, czy nie? 
Ktoś z naszego obozu poszedł nocą do lasu i to na bosaka... tylko po co? Gdyby chciał, 
powiedzmy, zadzwonić z telefonu komórkowego do swoich tajemniczych mocodawców, 
szedłby  w  stronę  wsi,  tam  gdzie  na  polach  był  jeszcze  zasięg...  MoŜe  po  prostu  ktoś  z 
naszej  ekipy  zostawił  coś  na  wykopie  i  pobiegł  odszukać  zagubiony  przedmiot.  Tylko 
dlaczego poszedł w nocy, nie bacząc na ulewny deszcz, a w dodatku na bosaka?! Nie, to 
niemoŜliwe.  Zaczekałby  do  rana.  Ślad  na  trawie  został  wydeptany  juŜ  po  deszczu...  A 
zatem  tajemniczy  bosonogi  nie  był  tym,  który  przeciął  polankę.  Bo  w  to,  Ŝeby  chciało 
mu się kilka godzin moknąć w ciemnościach, jakoś nie chciało mi się wierzyć... 

Z  drugiej  strony,  włóczenie  się  boso  po  lesie  w  czasie  burzy  nie  było  zakazane...  Na 

stanowiskach archeologicznych nikt nie przesunął nawet jednego kamyczka. Gubiłem się 
w domysłach. 

background image

 

27 

O  siódmej  rano  kierownik  poderwał  obóz  na  nogi.  Studenci  wypełzali  z  namiotów. 

Wyglądali  nieszczególnie,  zaspani,  rozmamłani.  Pogoda  pod  zdechłym  Azorkiem 
rozleniwiła  ich  do  reszty.  Pokręciłem  się  przez  chwilę  po  głównym  placyku.  Chciałem 
zobaczyć,  czy  ktoś  nie  będzie  miał  przypadkiem  zabłoconych  nogawek  -  moŜe  po  tym 
mógłbym  rozpoznać  nocnego  wędrowca...  Niestety,  moje  oczekiwania  spełzły  na 
niczym. 

Zaprowadziłem swoją grupę na stanowisko. 
-  Dziś  ściągniemy  kolejną  warstwę  -  zakomenderowałem.  -  Chwilowo  nie  widać  nic 

podejrzanego,  ale  musicie  zachować  ostroŜność.  Jeszcze  pół  metra  i  moŜemy  trafić  na 
któregoś z właścicieli tego grobowca. 

Słuchali  mnie  apatycznie,  oparci  o  łopaty.  Wyglądali,  jakby  bez  tych  podpórek  mieli 

się zaraz przewrócić. Tylko Niels był wyprostowany. Wyglądał na wypoczętego, a nawet 
w pewien sposób odpręŜonego. Pomyślałem, Ŝe z całą pewnością spał w nocy jak zabity, 
ukołysany do sny szumem deszczu, jak jego pobratymcy, ciągle jeszcze przemierzający 
północ  Szwecji  wraz  ze  stadami  reniferów.  Skąd  wziął  się  w  Polsce?  Pomyślałem,  Ŝe 
później go zapytam. 

Zabraliśmy  się  do  plantowania.  Wilgotny  piach  był  dość  cięŜki,  ale  faktycznie 

pracowało się przyjemniej niŜ wczoraj. Chłód teŜ nie przeszkadzał, szybko rozgrzaliśmy 
się  przy  robocie  i  przestaliśmy  zwracać  na  to  uwagę.  Jakąś  godzinę  później,  gdy 
robiliśmy  pierwszą  tego  dnia  niwelację  (poczułem  się  na  tyle  pewnie,  Ŝe  nawet 
chodziłem trzymając łatę), nadszedł kierownik. 

- Pawle, pozwól na moment - zawołał. 
Porzuciłem swoją grupę i zbiegłem do niego po stoku kurhanu. Stanęliśmy nieco poza 

zasięgiem głosu, aby nie mogli podsłuchać, o czym rozmawiamy. 

- Zostałeś rozszyfrowany - powiedział bez wstępów i podał mi kartkę. 
- UwaŜam za swój obywatelski obowiązek donieść, Ŝe przebywający w naszym obozie 

magister Paweł Daniec nie jest archeologiem. Jako dowód niech posłuŜy fakt, Ŝe ma on 
w  swoim  namiocie  ksiąŜkę  profesora  Witolda  Hensla  „Polska  staroŜytna".  śyczliwy  - 
odczytałem. 

-  To  napisał  jakiś  idiota  po  pierwszym  roku  -  mruknął  Hreczkowski.  -  Oni  muszą 

bardzo  dokładnie  poznać  tę  pracę  pod  kątem  przyszłych  egzaminów...  Wydało  mu  się 
niejako  oczywiste,  Ŝe  kaŜdy  archeolog  będzie  znał  tę  pozycję  na  pamięć.  Tymczasem 
gdybyś  studiował  archeologię, to  po  trzecim  roku  robiłbyś  specjalizację,  na przykład  w 
archeologii  Egiptu...  W  takim  wypadku  byłbyś  magistrem  bardzo  niedouczonym  z  pra-
dziejów... Niemniej jednak zwróciłeś jakoś na siebie uwagę. 

-  Sądzę,  Ŝe  ten,  kto  napisał  donos,  zdaje  sobie  sprawę,  iŜ  kto  inny  chce  dokonać 

jakiegoś  sabotaŜu.  Ja  obserwuję  dyskretnie  studentów.  On  teŜ.  Wydałem  mu  się 
podejrzany, więc ostrzegł pana. Gra po naszej stronie. I jak ładnie napisał, wyszukanym 
stylem... 

-  A  jeśli  zorientował  się,  Ŝe  ściągnąłem  cię  tu  jako  detektywa  i  chce  cię 

wyeliminować? - zadumał się kierownik. 

- Wtedy nie pisałby do pana, tylko raczej poinformował innych. 
- Słusznie - kiwnął głową. - Co robimy z tym papierem? 
- W folię i do magazynu. W razie czego będzie moŜna zrobić test na odciski palców. I 

chyba trzeba czekać na rozwój wypadków. 

PoŜegnaliśmy się. Wspiąłem się na szczyt kurhanu. 

background image

 

28 

- No, do roboty - ponagliłem studentów. 
Korzystając  z  mojej  rozmowy  z  kierownikiem  zrobili  sobie  przerwę...  Zeszliśmy 

znowu  o  dziesięć  centymetrów.  Ciągle  nie  pojawiało  się  nic,  co  byłoby  warte 
zadokumentowania. Piach, resztki korzeni, drobne kamienie... 

W  czasie  przerwy  śniadaniowej  poŜyczyłem  od  Magdy  rower  i  podjechałem  drogą  w 

stronę  wsi.  Na  pagórku  wyjąłem  telefon  komórkowy  i  sprawdziłem,  czy  mam  pole. 
Byłem  na  krawędzi  zasięgu,  ale  po  chwili  miałem  łączność.  Zadzwoniłem  do  Pana 
Samochodzika. 

- No i co tam słychać, mój drogi? - zapytał. Zreferowałem mu bieŜące wypadki. 
- Wydaje mi się, Ŝe doktor Hreczkowski jest po prostu przewraŜliwiony - zakończyłem 

- ale trzymam rękę na pulsie. 

-  Faktycznie,  na  razie  nie  wygląda  to  groźnie  -  powiedział.  -  Ale  sam  wiesz,  jak  to 

bywa. Długo nic się nie dzieje, a potem nagle wali się na głowę cały świat... Wpadnę do 
was w odwiedziny za tydzień. 

PoŜegnałem  się  i  rozłączyłem.  Wróciłem  akurat  na  sam  koniec  przerwy.  Zdjęliśmy 

kolejną  warstwę  grubą  na  dziesięć  centymetrów.  Łącznie  zeskrobaliśmy  juŜ  z  kurhanu 
sześćdziesiąt  centymetrów,  nie  znajdując  absolutnie  nic.  Tym  razem  los  się  do  nas 
uśmiechnął.  Najpierw  pod  łopatą  Piotrka,  a  po  chwili  takŜe  pod  moją,  pojawiły  się 
drobne, czarne plamki. Węgiel drzewny. Pogrzebałem w tym przez chwilę szpachelką. 

- Wezwijcie kierownika - poleciłem. 
Niels  pobiegł  do  sąsiedniego  wykopu.  Wrócił  po  chwili  z  doktorem.  Ten  pochylił  się 

nad  warstwą  i  przez  dłuŜszą  chwilę  przyglądał  się  jej  zafrasowany.  Wziął  grackę  i 
poskrobał piach w kilku miejscach. Węgle pojawiły się w większej ilości. 

- Nie ruszajcie tego - polecił - Resztę plantem dwa, trzy centymetry. Chyba mamy coś 

ciekawego... 

Nareszcie!  Oczyściliśmy  cały  wierzchołek,  odsłaniając  prostokątną,  ciemną  plamę  o 

wymiarach  mniej  więcej  dwa  metry  na  półtora.  Sam  się  domyśliłem,  Ŝe  naleŜy  ją 
sfotografować.  ZałoŜyliśmy  siatkę,  tym  razem  rysował  Piotrek.  Zdjęliśmy  niwelatorem 
kilka  punktów,  aby  określić,  na  jakiej  wysokości  znajduje  się  odsłonięta  warstwa. 
Kierownik przez cały czas stał obok i uwaŜnie patrzył nam na ręce. 

- Wyjmiemy to stratygraficznie - polecił. - to znaczy wygrzebiemy całą czarną masę aŜ 

do  bieluchnego  piaseczku  -  uzupełnił  zwracając  się  do  studentów,  ale  wiedziałem,  Ŝe 
mówi  to,  abym  ja  teŜ  zorientował  się  w  naszym  zadaniu.  -  Jeśli  to  to,  co  myślę,  nie 
będzie  gruba.  Kości  i  kamienie  zostawiajcie  w  miejscu,  gdzie  leŜą,  całą  ziemię 
odsypywać  na  folię,  potem  przepłuczemy  wodą  na  sicie  i  zobaczymy,  czy  nie 
znajdziemy czegoś ciekawego! 

Przyleciała  Magda,  przyniosła  nam  pocięte  kawałki  karimaty,  Ŝebyśmy  nie  musieli 

klęczeć na ziemi. Dostarczyła teŜ szpachelki i została z nami. Obserwowałem jej ruchy i 
jak  najlepiej  starałem  się  naśladować.  Szybko  trafiliśmy  na  kilka  duŜych,  granitowych 
kamieni. Po wierzchu rozsypywały się na drobny Ŝwirek. 

-  Przepalone  -  wyjaśniła.  -  Rozsypują  się  od  wysokiej  temperatury.  Pomiędzy 

kamieniami pojawiły się tkwiące wśród węgli pojedyncze kości i ich odłamki. 

- Urządzili sobie stypę po zmarłym wodzu - zachichotałem. - Usypali kurhan, usiedli, 

podjedli sobie, a potem usypali do końca... 

- Właśnie - mruknęła odczyszczając kość. - NaŜarli się mięska. Nawet szpik wydłubali. 

Ponoć pieczony jest bardzo smaczny - w jej glosie zabrzmiał sarkazm. 

background image

 

29 

Poczułem,  jak  Ŝołądek  podchodzi  mi  do  gardła.  Rozłupana  kość  spoczywająca 

pomiędzy kamieniami była ludzka. 

Stałem  u  stóp  kurhanu  oparty  o  pień  sosny  i  wymiotowałem.  Kolejne  fale  torsji 

szarpały moje wnętrzności. Nie mogłem się opanować. Wiele w Ŝyciu widziałem. Kości, 
mumie,  nieboszczyków...  Na  poligonie  opatrywałem  nieostroŜnemu  saperowi  prawie 
oderwaną  rękę...  W  Brazylii  widziałem  czaszki  nadziane  na  pale  -  pozostałość  uczty 
kanibali. Ktoś połoŜył mi na ramieniu dłoń. 

- Spokojnie - usłyszałem głos kierownika. - Zdarza się... Łyknij wody - podał mi butlę 

mineralnej. 

Wypiłem kilka głębokich haustów, ale znowu chwyciły mnie torsje. 
-  Minęło  pięć  tysięcy  lat  -  powiedział  łagodnie.  -  Tych  ludzi  juŜ  nie  wskrzesimy... 

Oddychaj głęboko. Komandosi muszą być twardzi. A i byłym komandosom się przyda. 

Zastosowałem się do jego rady. Powoli zdołałem się uspokoić. 
- Pomogło? - zapytał. - No, to wracaj do roboty. 
Gestem  wskazał  kurhan.  Nie  Ŝartował.  Ruszyłem  jak  automat  pod  górę.  Fryderyk 

siedział oparty o pień drzewa, jakieś dwa metry od wykopu. Był nieco zielony na twarzy. 
Reszta  bez  przekonania  odsłaniała  makabryczną  zawartość  paleniska.  Nie  mogłem 
opanować  drŜenia  dłoni.  Kierownik  spojrzał  na  mnie  z  politowaniem,  a  potem  z  torby 
wyciągnął piersiówkę. 

- Łyk rumu postawi cię na nogi. 
Wychyliłem  podany  kieliszek.  Przełyk  zapiekł  mnie  Ŝywym  ogniem,  a  w  oczach 

stanęły  łzy.  Ten  jego  rum  był  bardzo  mocny.  Odebrało  mi  oddech,  ale  po  chwili 
poczułem  ulgę.  Nadludzkim  wysiłkiem  woli  zmusiłem  się,  by  ująć  w  dłoń  porzuconą 
szpachelkę  i  przystąpiłem  do  pracy.  Kogoś  brakowało.  Rozejrzałem  się  wokoło.  Marek 
stał pod drzewem z róŜańcem w dłoni i modlił się półgłosem. Nie przeszkadzaliśmy mu. 
KaŜdy ruch odsłaniał coraz więcej ponurych szczegółów tragedii sprzed tysiącleci. Kość 
ramienia była złamana. 

- Pęknięcie zastawne - wyjaśniła półgłosem dziewczyna. - Zasłonił się przedramieniem 

przed ciosem, ale pałka lub siekiera spadła z taką siłą, Ŝe zgruchotała mu kość. 

Zabity musiał bronić się wyjątkowo rozpaczliwie. W Ŝuchwie tkwiły jeszcze połamane 

zęby... 

- To pozwala nam docenić komfort Ŝycia w XXI wieku - mruknął Fryderyk. 
Wrócił  do  pracy,  choć  ciągle  wyglądał  na  wstrząśniętego.  Kości  leŜały  bez  ładu  i 

składu.  Ofiarę  poporcjowano  i  upieczono,  następnie  odpadki  wrzucono  w  dogasający 
popiół... 

- Koszmarne obyczaje - wzdrygnąłem się. 
- Kanibalizm był obecny w róŜnych ludzkich kulturach - powiedział spokojnie doktor. 

- Stosowało go wiele ludów pierwotnych. PrzewaŜnie był traktowany rytualnie: zjadając 
wroga  starano  się  przejąć  jego  cechy  charakteru,  siłę,  odwagę.  Chyba  tylko  w  kulturze 
łuŜyckiej zjadanie pobratymców słuŜyło wzbogaceniu ubogiej diety. 

Głębiej nie dało się juŜ kopać. Musieliśmy sfotografować kości i narysować je bardzo 

dokładnie.  Magda  pokazywała  chłopcom  jak,  Ŝeby  potem  sami  umieli.  Wreszcie 
przyniosła z obozowiska tekturowe pudło i przełoŜyła do niego to, co leŜało na wierzchu. 
Znowu wkopaliśmy się między kamienie. Czaszka nosząca ślad uderzenia czymś ostrym, 
moŜe  kamiennym  grotem  włóczni?  Z  boku  ziała  większa  dziura  wyłupana  siekierką, 
ludoŜercy wyjedli pieczony mózg. 

background image

 

30 

Tym  razem  nie  wytrzymali  Piotrek  i  Sebastian.  Wymiotowali  jak  koty.  Kości 

skończyły się. Odetchnąłem z ogromną ulgą. 

- Koniec horroru - zawołałem. 
Roztrzęsieni  wrócili  do  pracy.  Doktor  zaproponował  im  po  łyku  alkoholu,  ale 

odmówili  z  godnością.  Marek  nadal  przebierał  paciorki  róŜańca.  Niels  przez  cały  czas 
spokojnie wybierał ziemię. 

„Albo taki twardy, albo brakuje mu wyobraźni" - oceniłem w myślach. 
Nieoczekiwanie  coś  błysnęło  mi  pod  szpachelką.  Z  ciemnej,  węglistej  ziemi 

wygrzebałem małą okrągłą złotą tarczkę. W pierwszej chwili pomyślałem, Ŝe to moneta, 
ale oczywiście pomyliłem się. Pierwsze złote monety wybił lidyjski król Krezus dopiero 
w VII wieku przed naszą erą. W tym czasie kurhan, który rozkopywaliśmy, liczył sobie 
juŜ moŜe trzy tysiące lat. 

Uniosłem  znalezisko  do  oczu.  Blacha  była  cieniutka.  Jeden  brzeg  stopił  się  pod 

wpływem  dawnego  Ŝaru,  ale  ciągle  było  widać  na  niej  wytłoczony  kształt  jakby  litery 
„T". Magda zręcznie wyłowiła blaszkę z mojej dłoni. 

- Tarczka do naszycia na czapkę lub ubranie - powiedziała obracając złoto w palcach. - 

Ma  trzy  dziurki  do  przewleczenia  nici...  Gratuluję,  to  bardzo  rzadkie  znaleziska. 
Zwłaszcza  Ŝe  to  stanowisko  neolityczne.  Metale,  które  znali,  pochodziły  najczęściej  z 
przekuwania samorodków złota lub miedzi... 

Poszedłem  do  kierownika.  Zapakował  mój  lup  do  plastykowej  torebki,  dołączył 

karteczkę  z  numerem  warstwy  i  zaniósł  do  obozu,  by  umieścić  w  metalowej  kasecie 
przewidzianej  na  szczególnie  ciekawe  i  cenne  znaleziska.  Złoto  błysnęło  raz  jeszcze  i 
zamknął blaszaną skrzynkę. Kto był kiedyś właścicielem blaszki? Nieszczęśnik złoŜony 
w  ofierze  podczas  stypy  wyprawianej  na  pamiątkę  zmarłego  wodza  czy  wręcz 
przeciwnie, jeden z jego pobratymców, ludoŜerca? Nigdy się tego nie dowiemy... 

Oczyściliśmy  całe  palenisko  i  starannie  narysowaliśmy  połoŜenie  kaŜdego  kamienia. 

Usiłowałem wyobrazić sobie tragedię, która się tu rozegrała, ale szybko zrezygnowałem. 
Zabraliśmy się do wybierania ziemi otaczającej miejsce uczty. Znaleźliśmy kilka skorup 
po  nieduŜych  naczyńkach.  Zostały  zgniecione,  ale  przewaŜnie  były  kompletne  - 
wszystkie odłamki leŜały w jednym miejscu. 

-  Mogły  zawierać  jakiś  narkotyczny  wywar  -  wyjaśniła  Magda  uprzedzając  pytanie, 

które  cisnęło  nam  się  na  usta.  -  Wypili  go  podczas  stypy,  zagryźli  kumplem,  potem  po 
prostu wyrzucili... 

- Wygląda, jakby je rozdeptali - zauwaŜyłem. 
- Zupełnie słuszne rozumowanie - przyznała mi rację. - Zapewne tak właśnie było. 
- Ciekawe po co? - zamyślił się Marek. 
- Z tych samych powodów, dla których dzisiejsi pijaczkowie tłuką butelki - wzruszyła 

ramionami. 

-  No  tak  -  mruknąłem.  -  W  tamtych  czasach  napoje  sprzedawano  w  naczyniach 

bezzwrotnych... 

Roześmieliśmy  się  i  ten  wybuch  wesołości  pozwolił  trochę  rozładować  ponury 

nastrój... 

*** 

Koniec  pracy  przyszedł  nieoczekiwanie.  Donośny  głos  doktora  gdzieś  na  sąsiednim 

stanowisku  obwieścił  nadejście  szesnastej.  Magda  zamknęła  pudło  z  wydobytymi 
kośćmi  i  zaniosła je do  magazynu.  Pozbieraliśmy  narzędzia  i  ruszyliśmy  w  ślad  za  nią. 

background image

 

31 

Obozowisko  zaroiło  się  od  zmęczonych  studentów.  Część  od  razu  poleciała  nad  rzekę 
popływać, część uwaliła się na trawie lub w namiotach. 

Doktor Hreczkowski stanął za moimi plecami. 
- ZauwaŜyłeś coś nowego? Przyglądasz się studentom jak owczarek pilnujący stada. 
-  Nie  -  pokręciłem  głową.  -  śaden  z  nich  nie  wygląda  podejrzanie...  MoŜliwe  są  dwa 

warianty sabotaŜu. Atak któregoś z nich albo od zewnątrz... 

- Rozumiem - mruknął. 
-  MoŜe  gdybym  wiedział,  o  co  chodzi  z  tym  odkryciem,  łatwiej  byłoby  mi  coś 

wydedukować. 

Nie spojrzał w moją stronę. 
- Dlaczego te badania miałyby być przełomowe? - zapytałem wprost. 
-  Kurhanów  tego  typu,  zwanych  grobowcami  kujawskimi,  rozkopano  kilkanaście. 

TakŜe osady kultury pucharów lejkowatych były juŜ badane... 

Odwrócił się w moją stronę. 
-  Teoria,  którą  zaprezentowałem  w  Wyknie  opiera  się  na  kruchych  podstawach  - 

powiedział.  -  Dla  laika,  proszę  się  nie  krzywić,  dla  laika  jest  całkowicie  obca, 
niezrozumiała, 

frustrująca,  rodząca 

niedowierzanie...  Dla 

fachowców,  dotąd 

ignorujących  fakty  lub  bardzo  istotne  poszlaki,  jest  obrazoburcza  do  tego  stopnia,  Ŝe 
moŜe wywołać agresję, a nawet ślepą furię... Jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą... 
-  milczał  przez  dłuŜszą  chwilę  -  kilka  karier  naukowych  zostanie  roztrzaskanych.  Jeśli 
uda  im  się  udowodnić,  Ŝe  nie  miałem  racji  albo  pozbawią  mnie  dowodów  potwier-
dzających tę teorię, to ja zostanę wyrzucony na margines... l to ja przejdę do historii jako 
archeolog  fantasta,  któremu  odbiło  i  którego,  dla  dobra  nauki,  trzeba  było  pozbawić 
prawa wykonywania zawodu... 

- Dlaczego ta osada jest taka ciekawa? - zadałem kolejne pytanie. - Bo przecieŜ wybrał 

ją pan nieprzypadkowo. 

-  To  była...  stolica.  Oczywiście  jak  na  tamte  czasy.  Osad  tej  kultury  rozpoznano 

kilkadziesiąt,  kilkanaście  zostało  dokładnie  zbadanych.  Zaludnienie  po  prostu  śmiechu 
warte.  DuŜa  wioska  to  cztery,  czasem  sześć  budynków.  Tu  mamy  ich  moŜe 
osiemdziesiąt.  W  tym  miejscu  nie  było  lasu.  Wszędzie  wokoło  w  glebie,  w  warstwach 
geologicznych  mamy  bardzo  wysoką  zawartość  pyłków  zbóŜ.  DuŜa  osada,  rozległe 
tereny  rolnicze.  W  promieniu  dwóch  kilometrów  mamy  ślady  uprawy  pszenicy 
płaskurki. Siedzieli tu jak u Pana Boga za piecem. Osada w zakolu rzeki, która wcześniej 
płynęła tamtędy  - wskazał rząd dębów wyznaczających granice obozowiska. - otoczona 
od  północy  bagnami,  a  od  południa  polami.  Nikt  nie  podjedzie  niezauwaŜony.  W 
bagnach się utopi, na polach go widać... Hodowali zwierzęta, ciągle trafiamy na kawałki 
kości. 

- Stolica - podchwyciłem. 
-  Największa  wieś  tego  ludu,  jaką  kiedykolwiek  odkryto.  Tu  mieszkali  wodzowie. 

NajwaŜniejsi  wodzowie,  nie  tacy  jak  w  innych  osadach.  Wiem  -  uniósł  ostrzegawczo 
rękę  -  znajdowano  juŜ  większe  kurhany.  Ale  ja  liczę,  Ŝe  to  w  tych  spoczęli  ci,  których 
szukam. 

Powstrzymałem  kolejne  pytanie  cisnące  mi  się  na  usta.  Doktor  oddalił  się  w  stronę 

kuchni.  Usiadłem  na  mchu  w  cieniu  drzewa.  Całodzienny  pot  wsiąkał  w  moją  koszulę. 
Pachniała  nieciekawie,  ale  teraz  gdy  wyschła  w  podmuchach  wiatru,  jej  woń  przestała 
być dokuczliwa. Nieoczekiwanie dostrzegłem dziwną scenę. Niels siedział na pomoście, 

background image

 

32 

patrząc w zadumie na baraszkujących w płytkiej i mulistej wodzie kolegów. Na pomost 
weszły  dwie  dziewczyny,  blondynki.  Wyczuł  ich  obecność  i  odwrócił  się.  Byłem  za 
daleko,  by  usłyszeć,  o  czym  rozmawiają.  WyŜsza  zapytała  go  o  coś.  Wyglądała  na 
zniecierpliwioną.  Odpowiedział  coś  krótko  i  ponownie  odwrócił  się  do  nich  plecami. 
NiŜsza teŜ coś mówiła, jeśli dobrze rozumiałem jej postawę, prosiła go o coś. Ponownie 
odwrócił głowę i wygłosił dłuŜszą tyradę, najwyraźniej odmowną. Obie odwróciły się i 
odeszły. Jedna najwyraźniej wściekła, druga głęboko zawiedziona. 

- Ciekawe - mruknąłem sam do siebie. 
Obiad.  Dziś  dyŜur  miały  obie  brunetki,  których  imion  nie  znałem.  Gruba  kasza,  tak 

zwany  pęczak,  z  aromatycznym  sosem  i  gulaszem.  Trzeba  im  przyznać,  Ŝe  gotowały 
bardzo  smacznie.  Jadłem  z  prawdziwą  przyjemnością.  Jednocześnie  z  udaną 
obojętnością  obserwowałem  uczestników  ekspedycji.  Moi  siedzieli  razem  i  gadali  o 
czymś, moŜe o dzisiejszych znaleziskach? Kilku innych studentów przysłuchiwało im się 
z  zaciekawieniem.  Blondynki  zostawiły  miski  i  naradzały  się.  Usiadły  daleko  na  skraju 
polany.  TakŜe  reszta  siedziała,  tworząc  niewielkie  skupiska.  Policzyłem,  nikogo  nie 
brakowało. 

Ktoś usiadł obok mnie z miską w ręce. Magda. 
- Co tak siedzimy samotnie i w melancholii? - zapytała. 
- Och, po prostu rozmyślam - wyjaśniłem. - Czasem przeglądam swoje wspomnienia... 
Spojrzała na moje przedramiona. Na opalonej skórze wyraźnie odcinały się delikatne, 

jasne  smugi  blizn.  TakŜe  na  łydkach  miałem  kilka  pamiątek  z  pracy.  Niestety  profesja 
detektywa  nie  dodaje  urody.  Kolczaste  druty,  noŜe,  pistolety,  zardzewiała  blacha... 
Stykałem się z tak wieloma ostrymi przedmiotami... 

-  To  nie  wygląda  na  urazy  podczas  wykopalisk  -  uniosła  brwi.  Sprawdzała  mnie?  A 

moŜe to ona napisała donos, który znalazł kierownik. 

-  Nie  zawsze  byłem  archeologiem  -  odparłem.  -  OdsłuŜyłem  wojsko  w  jednostkach 

desantowych. 

- To ślad po noŜu - popatrzyła na moją dłoń.  
-  Owszem.  Czasem  trafiałem  na  niedobrych  ludzi...  Podciągnęła  spodnie  pokazując 

paskudną bliznę nad kostką. 

-  Miałaś  na  nogach  buty  bez  cholewki,  pewnie  trampki  -  zmruŜyłem  oczy.  -  Tamto 

stanowisko miało twardą, kamienistą glebę. Wzięłaś do ręki szpadel, oparłaś o ziemię i 
uderzyłaś  nogą  z  całej  siły.  Byłaś  pewnie  po  pierwszym  roku.  Brakowało  ci 
doświadczenia. Nie trafiłaś w krawędź. Ostry kant rozharatał ci but i nogę... 

Spojrzała  na  mnie  zaskoczona.  Jej  oczy  były  jasnobrązowe,  dopiero  teraz  to 

zauwaŜyłem. 

- Skąd pan wie? 
-  Dobry  archeolog  powinien  umieć  patrzeć  i  wyciągać  wnioski  -  powiedziałem 

łagodnie. 

Jadła w milczeniu. O czym rozmyślała? 
- Jak się nazywają te dwie jasnowłose dziewczyny? - zagadnąłem. 
- Ewa i Krystyna - odpowiedziała bez wahania. - Ewa to ta szczupła... 
-  Ta  z  koralikami  na  szyi?  -  upewniłem  się.  -  Trochę  to  niepraktyczne  na 

wykopaliskach. 

-  Obraziłaby  się,  gdyby  pana  usłyszała.  To  nie  koraliki,  tylko  kamienie  jej  znaku 

zodiaku  ładujące  ją  pozytywną  energią  -  uśmiechnęła  się  pogardliwie.  -  Ma  hopla  na 

background image

 

33 

punkcie horoskopów. Śpi na miedzianej siatce, Ŝeby ograniczyć promieniowanie cieków 
wodnych. 

- To nieszkodliwe. 
- Na razie tak, ale co będzie, jeśli ukończy studia i zacznie pisać nawiedzone artykuły 

do gazet? I na przykład opisze obrzędy magiczne kultury łuŜyckiej albo symbole, które 
ryli na garnkach... 

- No cóŜ, nadal będzie to nieszkodliwe, a rozmaici wariaci, wierzący w magiczną moc 

kamieni, lizną dzięki temu trochę prawdziwej wiedzy... 

Spojrzała na mnie zaskoczona. 
- O tym nie pomyślałam - przyznała. 
- A jej koleŜanka? 
-  TeŜ  niezła.  Dobrały  się  jak  w  korcu  maku.  Ta  ma  dla  odmiany  hopla  na  punkcie 

wahadełek i róŜdŜek. A jej wujek jest kręgarzem. 

Nic mi to nie mówiło. 
- No, takim, który leczy ludzi za pomocą masaŜy. 
Kiwnąłem  głową  w  zadumie.  Jeden  ze  studentów,  chyba  ten  Andrzej,  wyciągnął  z 

namiotu gitarę i leniwie brzdąkał w struny. 

- A ja... wrogów zabijam na setki - zanucił. 
Doktor  wyszedł  spomiędzy  drzew.  Płynnym  ruchem  zabrał  studentowi  gitarę, 

przerzucił pas przez ramię i z  wielką werwą zagrał bardzo ludowy  kawałek i zaśpiewał 
niskim, dudniącym głosem: 

 

My starzy, my starzy  
Nam z bimbrem nie do twarzy  
My młodzi, my młodzi  
Nam bimber nie zaszkodzi. 

 

Wszyscy,  którzy  słyszeli  ten  popis  wokalny,  roześmieli  się.  Doktor  skłonił  się  przed 

publicznością i oddał gitarę zbaraniałemu chłopakowi. 

- Fajna przyśpiewka - oceniła moja towarzyszka. - Kierownik w dobrym humorze... 
- Skąd on zna takie teksty? - zdumiałem się. 
-  MoŜe  od  siebie  ze  wsi?  -  zastanowiła  się.  -  Słyszałam,  Ŝe  przyjechał  do  miasta 

dopiero robić maturę. 

Czterej  młodzi  ludzie  wylizali  miski,  po  czym  siedli  sobie  w  kółku  na  kawałkach 

karimaty i wyciągnęli karty. 

„Pokerzyści" - pomyślałem. „Potencjalne słabe ogniwo. UzaleŜnieni od hazardu jak od 

narkotyku, tonący w długach... Tacy bez wahania za parę groszy podejmą się zniszczenia 
stanowiska". 

- Pas - któryś odezwał się głośniej. 
Teoria  upadła.  Grali  w  brydŜa,  a  nie  w  pokera.  NaleŜało  wymyślić  coś  nowego. 

Zacząłem  obserwować  nogi  studentów.  Tajemniczy  nocny  wędrowiec  poszedł  do  lasu 
boso...  MoŜe  lubił?  Obie  „czarownice"  były  na  bosaka,  ale  ich  stopy  były  raczej 
niewielkie.  Kilku  studentów  takŜe  po  powrocie  z  pracy  zdjęło  buty  i  teraz  świecili 
gołymi  piętami.  Siedząca  obok  mnie  Magda  miała  bose  stopy,  a  nawet  jak  się 
przekonałem, ku swojemu zdumieniu, takŜe ja miałem gołe nogi. 

- I tak mijają dni, miesiące i lata - zaŜartowałem. - Osiem godzin pracy, osiem godzin 

snu, osiem godzin odpoczynku, jak to pisali w XIX wieku robotnicy na transparentach. 

-  Mało  konstruktywny  ten  odpoczynek  -  powiedziała.  -  Trzeba  by  trochę  ludzi 

background image

 

34 

rozruszać. 

Poszła do swojego namiotu i po chwili pojawiła się z piłką do siatkówki. 
Studenci dość szybko  podzielili  się  na druŜyny.  W  poprzek  placu  przeciągnęli  linkę  i 

zaczęli odbijać piłkę. Dziewczyna jednak wróciła i usiadła obok mnie. Rozglądałem się, 
kto  nie  bierze  udziału  w  zabawie.  BrydŜyści  pozostali  na  swoim  miejscu,  takŜe  Niels, 
samotnie  siedzący  na  końcu  pomostu,  nie  poddał  się  nastrojowi  wesołości.  MoŜna  by 
przyjąć, Ŝe łowi ryby, gdyby nie to, Ŝe nie miał wędki. 

Patrzyłem w zadumie na jego plecy. Nie szukał towarzystwa, wydawał się zatopiony w 

niewesołych  rozwaŜaniach.  MoŜe  słabo  mówił  po  polsku?  Nie,  odzywał  się  wprawdzie 
rzadko, ale przecieŜ nasza mowa nie była mu obcą... 

-  Skąd  wytrzasnęliście  tego  Lapończyka?  -  zapytałem  siedzącą  ciągle  obok  mnie 

Magdę. - W tej części Europy to raczej... 

- Przybłąkał się - zaŜartowała.  - On nie jest od nas z instytutu. Przyjechał rok temu z 

uniwersytetu  w  Tromso  na  roczne  stypendium,  aby  studiować  etnografię.  Wykład  z 
archeologii  pradziejowej  jest  ogólnouniwersytecki,  więc  jakoś  tak  się  z  nami 
zaprzyjaźnił... Wspominał, Ŝe jesienią wraca do swoich... 

- Intryguje mnie - mruknąłem. - Dobrze mówi po naszemu. 
- Owszem. Kiedyś śmiał się, Ŝe przestawał z gastarbeiterami róŜnych narodowości... 
Czy  tajemniczy  przybysz  mógł  być  nasłanym  sabotaŜystą?  Mało  prawdopodobne.  Co 

mogła go obchodzić rozgrywka pomiędzy kilkoma Ŝądnymi sławy archeologami? Z lasu 
wyszedł Marek. Dźwigał kurtkę z zawiązanymi na supły rękawami. 

- Coś tam znalazł? - zagadnąłem. 
-  Polazłem  na  wysoczyznę  za  bagnem  i  trafiłem  na  grzyby  -  powiedział  z 

zadowoleniem. - Zrobię sobie na kolację. 

Usiadł  koło  kuchni  polowej  i  zaczął  je  z  wielką  wprawą  obierać.  Doktor  wyrósł  przy 

nim jak cień. 

-  Wybacz,  młody  człowieku,  ale  jeśli  się  otrujesz,  stracę  pracownika  -  powiedział.  - 

Dlatego chciałbym rzucić okiem, co teŜ nazbierałeś... 

-  Proszę  -  Marek  rozpiął  kurtkę  ukazując jej  zawartość.  Archeolog  szybko  i  sprawnie 

podzielił grzyby na dwie kupki. 

- To moŜesz zjeść, a to zakop sto metrów od obozu i nakryj ołowianą płytą. 
Student  podziękował  mu  wylewnie  za  ekspertyzę,  ale  gdy  tylko  kierownik  zniknął  w 

namiocie, zaczął z werwą obierać i wrzucać do gara grzybki z obu stosów. 

Godzinę później grzyby pięknie się dusiły. Góral chodził z garnkiem i miską w ręce i 

proponował,  abyśmy  skosztowali.  Jak  się  okazało,  jego  machinacje  widziała  większość 
studentów. Nikt nie chciał ryzykować otrucia. 

-  Sam  będę  jadł  przez  trzy  dni  -  westchnął  i  poszedł  na  pomost.  Siadł  obok  Nielsa  i 

przez  chwilę  rozmawiali.  A  potem  spokojnie  nabrali  grzybów  na  miski  i  zaczęli 
pałaszować. 

- No to będą dwa trupy, a nie jeden - zauwaŜyłem leniwie. 
-  Do  diabła!  A  jak  naprawdę  się  potrują?  -  zdenerwowała  się  dziewczyna.  -  MoŜe 

trzeba zawiadomić kierownika... 

-  Marek  jest  góralem  -  uspokoiłem  ją.  -  Przypuszczam,  Ŝe  na  grzybach  zna  się  duŜo 

lepiej niŜ pan doktor... Trzeba ich będzie poobserwować przez najbliŜsze dwie godziny. 
A propos, znam zabawną historyjkę odnośnie grzybów... 

- Proszę zatem opowiedzieć - uśmiechnęła się. 

background image

 

35 

- Pewien człowiek cierpiał na grzybicę. Zamiast do dermatologa, poszedł do znachora, 

który  polecił  mu  nacierać  chore  miejsca  wywarem  z  suszonych  muchomorów 
sromotnikowych.  Facet  pojechał  na  kemping,  nazbierał  w  lesie  muchomorów,  pokroił  i 
rozwiesił  na  werandzie,  Ŝeby  wyschły.  Rano  wychodzi  i  co  widzi?  Ktoś  mu  w  nocy 
ukradł  cały  sznur.  Zaalarmował  wszystkich  wczasowiczów,  wyjaśnił,  Ŝe  te  grzyby  są 
trujące; inŜynier z sąsiedniego domku pomagał mu nawet szukać złodziei... Niestety nie 
znaleźli,  ale  nasz  bohater  pocieszał  się  myślą,  Ŝe  po  ogłoszeniu,  iŜ  to  muchomory, 
pechowy  złodziej  po  prostu  cisnął  łup  w  krzaki...  Minęło  pół  roku  i  nadeszło  BoŜe 
Narodzenie.  Przed  Nowym  Rokiem  facet  poszedł  w  odwiedziny  do  poznanego  na 
wczasach  inŜyniera.  Mieszkanie  było  zamknięte  i  zapieczętowane,  a  od  sąsiadów 
dowiedział się, Ŝe w Wigilię cała rodzina, osiem osób, padła trupem otruta grzybami... 

- Makabra - powiedziała, ale po jej minie poznałem, Ŝe anegdotka jej się spodobała. 
Marek  i  Saam  zjedli  drugą  dokładkę.  Niels  wstał  i  z  zadowoleniem  klepiąc  się  po 

brzuchu powiedział coś. PoŜegnali się; przybysz z Norwegii zniknął w lesie. Poszedłem 
do  namiotu  i  zabrałem  się  do  dalszego  studiowania  ksiąŜki.  Odszukałem  kawałek  o 
grobowcach  kujawskich,  ale  niewiele  z  niego  wynikało.  Mogliśmy  spodziewać  się 
komory grobowej z niewielką ilością wyposaŜenia, obudowy z głazów polodowcowych, 
szczątków  ludzkich  i  zwierzęcych...  Zatrzasnąłem  tomisko  ze  złością  i  wypełzłem  z 
namiotu. Andrzej brzdąkał na gitarze, obie brunetki siedziały obok niego. 

- Ma niezły haremik - mruknąłem sam do siebie. 
Niels wrócił po półgodzinie z koszykiem pełnym... czerwonych muchomorów. Ustawił 

go  przed  swoim  namiotem,  a  sam  zaczął  szukać  czegoś  w  środku.  CzyŜby  nie  znał 
naszych  polskich  grzybów?  Nie,  to  mało  prawdopodobnie... Kierownik  czuwał.  Wyrósł 
jak  spod  ziemi,  ochrzanił  studenta,  zabrał  grzyby  i  wywalił  je  do  kontenera  na  śmieci. 
Niels rzucił mu kose spojrzenie, ale nic nie powiedział. 

Zamyśliłem  się  i  wyciągnąwszy  notatnik  sporządziłem  sobie  listę  podejrzanych. 

Wykreśliłem  doktora  Hreczkowskiego  i  siebie.  Wprawdzie  archeolog  mógł 
zorganizować  sabotaŜ  i  zniszczyć  wykopane  przedmioty,  a  potem  głosić  gromko,  Ŝe 
dokonał odkrycia, ale uznałem to za mało prawdopodobne... Magda. Była sympatyczna, 
ale  jednocześnie  dostrzegłem  w  niej  pewną  niepokojącą  twardość.  Wyglądało  na  to,  Ŝe 
domyśla się, iŜ nie jestem archeologiem. 

Niels - mało prawdopodobne. Marek? Jego nie mogłem wykluczyć. Chłopcy z mojego 

wykopu,  Piotrek,  Sebastian,  Artur,  nie  wyróŜniali  się  niczym  szczególnym.  Czterej 
brydŜyści?  Nie  znałem  ich  imion.  Wyglądali  dość  poczciwie,  ale  trzymali  się  razem. 
Tajne  komando  nasłane  dla  dewastacji  stanowisk?  E,  głupi  pomysł...  Dziewczyny? 
Blondynki Ewa i Krystyna, brunetki, których imion nie znałem. 

ś

adna nie wyglądała podejrzanie, ale nie mogłem ich wykluczyć... I chłopak z gitarą, 

jak teŜ on się nazywał? Aha, Andrzej. Brodaty, rozczochrany, wyglądał niegroźnie... Ale 
moŜe  to  właśnie  on?  Policzyłem,  siedemnaście  osób.  Wszyscy  uczestnicy...  Doktor 
mówił wprawdzie o dwudziestu, ale zdaje się pozostała trójka miała dotrzeć dopiero za 
tydzień... 

Obie  „czarownice"  podeszły  do  Nielsa  i  wyraźnie  usiłowały  go  przekonać.  Pokręcił 

przecząco głową. Nie zgadzał się na coś. Wymiana zdań była coraz ostrzejsza, wreszcie 
odwrócił się na pięcie i poszedł w las. Pobiegły za nim. Oganiał się jak od much. 

„Lapończyk  ma  coś,  na  czym  musi  im  bardzo  zaleŜeć"  -  pomyślałem.  „Tylko  co  to 

moŜe być?" 

background image

 

36 

Kierownik stanął w drzwiach namiotu laboratoryjnego. 
- Isauro - zawołał - moŜna cię prosić? 
Drgnąłem  zaskoczony.  Brunetka  poderwała  się  sprzed  swojego  namiotu  i  ruszyła  w 

jego stronę. 

Przypomniałem sobie film „Niewolnica Isaura". Kiedy go wyświetlano? Chyba w 1985 

roku... Po jego emisji imię to na kilka tygodni stało się popularne, wedle spisów nosiło je 
co  najmniej  osiemnaście  dziewczynek,  które  miały  pecha  urodzić  się  w  tym  czasie... 
Obliczyłem  szybko.  Gdyby  urodziła  się  w  1985  roku,  miałaby  dopiero  17  lat...  Była 
drobna, ale wyglądała na więcej. 

Doktor i dziewczyna rozstawiali sprzęt fotograficzny. Aparat na statywie, stolik, kilka 

brył plasteliny, parę nieduŜych reflektorków na baterie. 

-  O  -  zdziwił  się  na  mój  widok.  -  Dobrze,  Ŝe  jesteś,  będziesz  odczytywał  wskazania 

ś

wiatłomierza... 

Isaura zręcznie manipulowała skorupą, aŜ wreszcie ustawiła ją odpowiednio. W tle za 

nią  umieściła  kartkę  szarego  brystolu,  a  obok  dwie  śnieŜnobiałego.  Przesunęła  dwa 
reflektorki.  Biały  papier  silnie  odbijał  światło.  Patrzyłem  uwaŜnie  na  jej  ruchy. 
Naprawdę  się  na  tym  znała.  Rozproszony  blask  wydobywał  fakturę  garnka,  likwidował 
cienie,  ale  jednocześnie  sprawiał,  Ŝe  ślady  rysunku  wykonanego  zaostrzonym 
patyczkiem, stały się wyraźnie widoczne. 

- Jakie naświetlenie? - zapytała. 
Wziąłem  ze  stołu  światłomierz  i  sprawdziłem.  Podałem  jej  wynik.  Ustawiła 

odpowiednio przesłonę na aparacie i wkręciła węŜyk w gniazdo. Pstryknęła. 

- Nie lepiej z fleszem? - odezwałem się. 
- Nie, kontrasty wyjdą za ostre - odpowiedziała natychmiast. 
Umilkłem.  Znowu  wykazałem  się  ignorancją...  Z  drugiej  strony,  czy  kaŜdy  archeolog 

musi znać się na fotografii? 

Dwie godzinki wolnego... Postanowiłem skoczyć do wsi. O dziwo, doktor teŜ miał na 

to ochotę. 

background image

 

37 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

PODSŁUCHANA ROZMOWA * NOCNE PODCHODY * POTYCZKA NA KURHANIE * 

LUNATYK? * ISAURA * CMENTARNA HIENA * BÓJKA W KNAJPIE * PIERWOTNE 

RELIGIE 

 

Pot lał się z nas strumieniami. Pedałowanie w dusznym upale odbierało siły. Powietrze 

było gęste jak zupa. Hreczkowski dogonił mnie. 

- W Ozorkowie jest ogródek piwny - wysapał. - Jedźmy tam... 
- Piwo w taki upał? - jęknąłem. - Zabije mnie! 
- Mineralnej się napijemy - sprecyzował. - Mają z lodówki. Weźmiemy litr na spółkę... 

Jak się nawodnimy, to jakoś dociągniemy do obozu. 

- A, to dobry pomysł - przyznałem. 
Wjechaliśmy  między  domy  wioski.  Po  chwili  zakręciliśmy  w  bok.  Ze  starej  stodoły 

ktoś  wymontował  ściany.  Pod  dachem  faktycznie  urządzono  knajpę.  Siadłem  przy 
kulawym stoliku, na  kulawym  krześle,  a doktor poszedł po mineralną. Sąsiednie stoliki 
były  puste,  tylko  w  kącie  przy  piwie  siedziało  trzech  męŜczyzn.  Obrzuciłem  ich 
spojrzeniem. Złotozęby właściciel sklepiku, jego kompan w skórzanej kurtce oraz trzeci, 
chyba  Zenek  -  jeden  z  tych,  których  niedawno  spotkałem  przy  sklepie.  Ten  w  skórze  - 
nazwałem  go  w  myślach  Skórzastym  -  cały  zlał  się  potem,  ale  nie  zdjął  swojego 
przyodziewku. 

- Pan, panie prezesie, to przynajmniej ma ten sklepik - mówił Zenek - i połowę wiochy 

w kieszeni... 

- To jest gówno, a nie interes - Złotozęby upił łyk piwa. - I co mi po tym sklepiku? Z 

was, dziady, wyŜyć trudno - powiedział w przypływie pijackiej szczerości. - Za dwa lata 
moŜe wygryzę Marylkę i będę panem wiochy. Jej sklep się nie utrzyma. Tylko co mi po 
tym...  Ja  mam  większe  ambicje.  Wiecie,  Ŝe  moim  marzeniem  jest  dyskoteka  w  Mętnej 
Wodzie. 

- Jaka dyskoteka? - nie zrozumiał Zenek. - Tam nie ma Ŝadnej dyskoteki. 
-  I  o  to  chodzi,  bałwanie.  Jest  -  zamyślił  się  na  chwilę  szukając  w  pamięci 

odpowiedniego wyrazu - nisza rynkowa. 

- Nie rozumiem - poskarŜył się Skórzasty. 
-  Rozchodzi  się  o  to,  Ŝe  nikt  tam  jeszcze  nie  załoŜył  dyskoteki  -  cierpliwie  wyjaśniał 

mu  prezes.  -  Jeśli  będę  pierwszy,  to  potem  wystarczy  pilnować,  Ŝeby  nikt  pod  bokiem 
nie urządził drugiej. W sobotę, jak na tańce zjedzie z okolicy ze dwieście małolatów, to 
od kaŜdego po dychu za wstęp, do tego piwo po piątalu, moŜe się i z kim pogada, Ŝeby 
marihuana i ta no - pstryknął palcami, aby sobie przypomnieć - amfetamina, to ja zrobię, 
Ŝ

eby miał u mnie monopol, a on mi będzie płacił procent od utargu... 

- Brzmi niegłupio - mruknął Skórzasty. - Ze trzy tysiączki miesięcznie moŜna wydusić. 
- Nie miesięcznie, a tygodniowo - złote zęby zalśniły w uśmiechu. 
-  Taka  kapusta...  -  zdumiał  się  Zenek.  -  W  Ŝyciu  tyle  nie  widziałem.  Tylko  pewnie 

trzeba wyłoŜyć z góry sporo. 

-  Trzeba...  Blaszaną  halę  ze  trzysta  metrów  postawić,  wyciszyć,  Ŝeby  ludzie  się  nie 

czepiali i nie zrobili donosu do skarbówki... 

- Styropianem najlepiej - podsunął ten w kurtce. 
-  Na  przykład.  Do  tego  sprzęt  do  nagłośnienia,  kolorowe  światła  i  tak  dalej.  Ze 

dwadzieścia tysięcy pójdzie na start... 

- DuŜo - mruknął Zenek. - Bardzo duŜo... 

background image

 

38 

-  No  więc  mam  pewien  pomysł  -  ich  towarzysz  zniŜył  głos.  -  Ale  to  zły  czas  i 

miejsce... Pogadamy o tym później. 

- Dziki? - zapytał Skórzasty. 
- Gdzie tam. To tylko drobna partaninka. Mam na myśli prawdziwą forsę. 
Dopili  piwo  i  poszli.  Zamyśliłem  się.  Coś  się  szykowało.  Ci  trzej  planowali  jakieś 

grubsze przestępstwo... I co z tym fantem zrobić? Zawiadomić policję? I co powiedzieć? 
Na podstawie samych planów nie moŜna nikogo zamknąć... 

Wrócił  doktor  z  dwoma  kuflami  do  piwa  pełnymi  gazowanej  wody  mineralnej.  Była 

cudownie zimna, prosto z lodówki... 

- Na zdrowie - Ŝartobliwie stuknęliśmy się szklanicami. Obrzydliwa suchość w ustach 

rozpuszczała się z kaŜdym łykiem. Znowu moŜna było myśleć. Siły wyczerpane upałem 
powoli powracały. 

- Kojarzy pan tego tubylca ze złotymi zębami? - zapytałem. 
- A, tego co ma sklepik, do którego nie wpuszcza archeologów? - roześmiał się ponuro. 

–  A  jakŜe.  Był  tu  dawniej  sołtysem,  ale  go  pogonili...  Gadają,  Ŝe  zębów  się  dorobił  na 
przemycie czegoś kilka lat temu. Sklepu teŜ. Nieciekawy typ... 

- Dlaczego nas nie lubi? 
-  Czort  go  wie...  Ale  tę  jego  wywieszkę  to  sobie  sfotografujemy  i  wyślemy  do 

Teleekspresu, niech ludzie teŜ mają trochę rozrywki... 

Dopiliśmy  wodę  i  ruszyliśmy  do  obozowiska.  Nadchodził  wieczór,  trochę  powiewał 

wiatr, ale nadal cięŜko było oddychać... 

-  Tak,  ludność  tubylcza  często  nas  tępi  -  westchnął  doktor.  -  Pamiętam,  jak  na 

powierzchniówkach  spuścili  na  moich  studentów  byka...  Mogło  być  nieszczęście,  ale 
spłoszył się,  kiedy  wystrzeliłem w powietrze. Raz mnie tubylcy pogonili z widłami, bo 
sądzili,  Ŝe  przyjechałem  dobrać  się  do  skarbów  jakiegoś  miejscowego  dziedzica...  Ale 
bywali i przyjaźnie nastawieni. Kiedyś, jak szukałem dymarek, to mnie zaprowadzili nad 
rzeczkę,  gdzie  leŜały  kloce  ŜuŜlu...  Mojemu  znajomemu  przytrafiła  się  jeszcze  lepsza 
przygoda. Kopał we wsi ze studentami, wpadł jakiś dziennikarz i napisał artykuł o tych 
badaniach  do  lokalnej  prasy.  Następnego  dnia  przyjechał  sołtys  sąsiedniej  osady  z 
prośbą, Ŝeby i u nich coś pokopać, bo trzeba wieś rozsławiać... Tak więc nie ma reguły. 
Poza tym, niestety, ciągle kuleje uświadomienie ludzi... Większość, jak podczas budowy 
odkryje  coś  ciekawego,  to  niszczy,  Ŝeby  tylko  nikt  się  nie  dowiedział.  Inni  przeciwnie, 
ś

ciągają  archeologów  do  kaŜdego  starego  garnka,  ale  czasem  dzięki  temu  udaje  się 

odkryć  rzeczy  naprawdę  ciekawe.  Nasza  ziemia  kryje  przedziwne  cuda.  Teraz  przy 
okazji  badań  na  trasie  gazociągu  znaleziono  świątynię  celtycką.  Palenisko  ofiarne,  a 
wokoło  kilkanaście  pogrzebanych  psów  złoŜonych  w  ofierze.  W  sumie  wystarczyło 
dokładnie  zbadać  pas  ziemi  długości  kilkudziesięciu  kilometrów  i  szeroki  zaledwie  na 
rzut kamieniem i kilkaset ciekawych stanowisk odkryto... A ile jeszcze na nas czeka? 

*** 

Tego wieczora nie było ogniska. Zanurkowałem do namiotu. Udawałem, Ŝe śpię, ale w 

rzeczywistości  czytałem  ksiąŜkę,  aŜ  wewnątrz  zrobiło  się  zupełnie  ciemno.  Czy 
tajemniczy nocny wędrowiec i dziś pójdzie na spacer? Postanowiłem to sprawdzić. Nikt 
chyba  nie  zauwaŜył,  Ŝe  mój  namiot  nieco  róŜnił  się  od  tych,  które  moŜna  kupić  w 
sklepie.  Jego  tylna  ścianka  dawała  się  odczepić.  Dzięki  temu  mogłem  wyśliznąć  się 
niezauwaŜony,  w  razie  gdyby  ktoś  mnie  obserwował.  ZałoŜyłem  czarny  kombinezon  i 
cicho  wyczołgałem  się  do  lasu.  Starałem  się  iść  bardzo  ostroŜnie.  Dotarłem  do  kępy 

background image

 

39 

jałowców  rosnących  obok  ścieŜki  i  ułoŜyłem  się  w  nich  na  płask.  Czekałem.  Minęło 
dwadzieścia minut, godzina... 

Zrobiło się zupełnie ciemno. Nieoczekiwanie od strony obozowiska usłyszałem lekkie 

kroki. Ktoś szedł ścieŜką. Wyobraźnia podsunęła mi na myśl zwinnie poruszającego się 
bosonogiego  studenta.  Ciemna  sylwetka  przemknęła  koło  mnie  i  pognała  w  mrok. 
Tajemnicza zjawa poruszała się bez latarki... Włączyłem noktowizor i juŜ miałem ruszyć 
jego śladem, gdy usłyszałem chrzęst błota pod czyimiś nogami. 

- Do diabła, gdzie on się podział? - usłyszałem głos dziewczyny. 
-  Noktopia,  koci  wzrok...  -  parsknęła  druga.  -  I  co,  nawet  jak  go  podejdziemy,  to 

latarkę zauwaŜy na pół kilometra... Spróbujmy jutro raz jeszcze z muchomorami... 

Zapaliły  latarki  i  zawróciły  do  obozowiska.  LeŜałem  na  swoim  miejscu  czekając,  co 

jeszcze się wydarzy. Jeśli dobrze rozpoznałem, rozmawiały Ewa i Krystyna. Czy zatem 
bosonogim  wędrowcem  był  Niels?  Czego  mogły  od  niego  chcieć?  Czego  on  po  nocy 
bosy  szukał  w  lesie?  I  o  co  chodziło  z  tymi  grzybami?  Widziałem,  jak  Hreczkowski 
skonfiskował  mu  koszyk  muchomorów.  CzyŜby  chciał  kogoś  otruć?  Mało 
prawdopodobne,  nazbierałby  grzybów  po  cichu,  sporządził  z  nich  wywar...  MoŜe 
faktycznie nie znał się na grzybach? Tylko po co muchomory mogły być potrzebne dwu 
„czarownicom"?! 

Wypełzłem  z  krzaków.  Zapaliłem  latarkę  i  zbadałem  błotniste  miejsce  drogi. 

Faktycznie,  znalazłem  odcisk  bosych  stóp.  Zgasiłem  ją  i  włączyłem  noktowizor. 
Tajemniczy  osobnik  nie  mógł  być  daleko.  Zielona  widmowa  poświata,  ciemnozielone 
sylwetki  drzew...  Urządzenie  miało  niestety  spory  bezwład  obrazu,  mysz  biegnąca  w 
poprzek  drogi  znaczyła  swoją  trasę  wyświetlając  jasną  smugę  utrzymującą  się  przez 
kilka sekund. Szedłem ścieŜką rozglądając się ostroŜnie na boki. Nieoczekiwanie gdzieś 
z daleka dobiegł mnie ten sam dziwny dźwięk, który słyszałem poprzedniej nocy siedząc 
z  doktorem  w  namiocie  -  pracowni.  Coś  jakby  dudnienie  wyładowanego  wozu  na 
piaszczystej  wiejskiej  drodze.  Zatrzymałem  się  usiłując  namierzyć,  z  jakiego  kierunku 
dobiega.  Nic  z  tego  nie  wychodziło.  Ruszyłem  na  przełaj  przez  las.  Na  chwilę 
zatrzymałem  się  koło  polany,  na  której  znajdowały  się  wykopy.  Ani  Ŝywej  duszy.  Coś 
jasnego  mignęło  w  dali  pomiędzy  drzewami,  ale  gdy  ruszyłem  w  tamtą  stronę  okazało 
się,  Ŝe  to  sarna.  Odbiegła  spłoszona  moimi  krokami.  Dotarłem  do  kurhanu.  Alarm 
zawibrował w mojej kieszeni. A zatem czujnik działał bezbłędnie. 

Naraz  poczułem  bezsens  tego nocnego  włóczenia się  po  lesie.  Od  rosy  przemokły  mi 

nogawki  spodni.  Robiło  się  zimno...  Dokąd  poszedł  Niels,  o  ile  to  on  był  bosonogim 
wędrowcem?  Minąłem  kurhan  i  poszedłem  dalej.  Ta  część  lasu  była  lekko  podmokła, 
niebawem  zachlupotało  mi  pod  nogami.  Zawróciłem.  W  dali  ponuro  huczała  sowa. 
Spojrzałem  na  zegarek.  Północ.  JuŜ  przeszło  dwie  godziny  łaziłem  bez  celu  pośród 
drzew. Znowu dobiegło mnie tajemnicze dudnienie. Było blisko, duŜo bliŜej niŜ wtedy, 
gdy słyszałem je pierwszy raz tej nocy. Rozglądałem się uwaŜnie, wypatrując jaśniejszej 
plamy.  Nic.  Ominąłem  bagienko  i  wdrapałem  się  na  kolejne  strome  wzgórze.  Dźwięki 
niesione wiatrem były dziwne, nigdy nie słyszałem czegoś takiego. 

Nieoczekiwanie  czujnik  w  mojej  kieszeni  zawibrował.  Ktoś  wszedł  na  kurhan! 

Rozejrzałem  się  uwaŜnie.  Zgubiłem  w  ciemności  drogę,  ale  pamiętałem  ogólnie 
kierunek.  Pobiegłem.  Gałązki  od  czasu  do  czasu  trzaskały  mi  pod  nogami,  ale  nie 
zwaŜałem na to. ZbliŜałem się... Przede mną pojawiło się przejaśnienie. Nieoczekiwanie 
wybiegłem  na  brzeg  rzeki  koło  mostku.  Pomyliłem  kierunki,  ale  wiedziałem  juŜ,  gdzie 

background image

 

40 

jestem. Zły sam na siebie przebiegłem szybko przez obozowisko i pognałem ścieŜką w 
stronę  kurhanu.  Czujnik  nadal  wibrował  mi  w  kieszeni.  Zgubiłem  ścieŜkę,  ale  nie 
pomyliłem  kierunku.  Pędziłem  przez  las,  robiąc  tyle  hałasu,  co  stado  jeleni,  jednak  nie 
spłoszyłem  intruza.  Ciągłe  łaził  po  chronionym  przez  urządzenie  obszarze.  Dobiegłem 
do hałdy ziemi.  Trawa tłumiła  moje kroki. Rozejrzałem się uwaŜnie. Pusto. W kieszeni 
ciągłe mi wibrowało. 

„Czujnik się zepsuł" - pomyślałem. „Chyba Ŝe intruz jest po drugiej stronie." 
Wbiegłem  na  kurhan.  Coś  zwaliło  mi  się  nieoczekiwanie  na  plecy.  Przed  oczyma 

błysnęło  mi  wyładowanie  ręcznego  paralizatora,  ale  przeciwnik  nie  trafił.  Wybiłem  mu 
obezwładniacz  z  ręki.  Noktowizor  spadł  mi  w  czasie  szamotaniny.  Staliśmy  naprzeciw 
siebie  w  odległości  półtora  metra.  Widziałem  go  niewyraźnie  jako  ciemną  sylwetkę  na 
tle nieco jaśniejszej polany. Zaatakował pierwszy. Jego ciosy były szybkie i precyzyjne. 
Odbiłem  pierwsze  dwa,  zablokowałem  trzeci  i  przeszedłem  do  kontrataku.  Waliłem  go 
serią szybkich prawych i lewych sierpów. Odbijał je zręcznie, parę razy, gdy usiłowałem 
atakować, trafiłem na gardę chroniącą twarz.  Trzymaliśmy się na dystans, nie dąŜąc do 
zwarcia. 

Nieoczekiwanie kopnął mnie pod kolano. Nie przewidziałem tego, mój umysł nastawił 

się na boks, a w tym stylu walki nie kopie się przeciwnika. Zatoczyłem się i wtedy spadł 
na mnie huragan bardzo silnych i precyzyjnie wymierzanych uderzeń. 

„Skoro tak..." ~ pomyślałem. 
Usiłowałem  przewidywać  jego  ciosy.  Nieoczekiwanie  chwyciłem  go  za  nadgarstek  i 

szarpnąłem  potęŜnie.  Poleciał  do  przodu,  a  ja  doskoczyłem  z  tyłu  i  załoŜyłem  mu 
nelsona.  Nadepnął  mi  na  stopę,  a  ułamek  sekundy  później  wyswobodził  się  z  mojego 
chwytu.  Nie  dałem  jednak  za  wygraną.  Znowu  wymieniliśmy  kilka  prostych  i  sierpów. 
Skoro  on  kopał,  postanowiłem  kopnąć  i  ja.  Z  półobrotu  trafiłem  go  stopą  w  splot 
słoneczny. To nieprzepisowe uderzenie odebrało mu oddech na dłuŜszą chwilę. 

Wyrwałem z kieszeni pistolet gazowy i odbezpieczyłem z trzaskiem. Siedział na ziemi 

zwinięty  wpół.  Wreszcie  złapał  oddech.  Nie  podnosił  się.  Wyłączyłem  go  z  walki  czy 
tylko  udawał?  Wyjąłem  z  kieszeni  latarkę  i  poświeciłem,  ciągle  celując  do  niego  z 
pistoletu. Smuga światła wydobyła z mroku rewolwer o sporym kalibrze. Wyjął broń w 
chwili,  gdy  go  znokautowałem.  Jego  bezpiecznik  musiał  być  cichy...  Trzymaliśmy  się 
obaj na muszce. W ułamku sekundy poznałem go. Doktor Hreczkowski. 

Gapiliśmy się na siebie zdumieni i wolno opuściliśmy broń... 
Pomogłem mu wstać. 
- Niezły jesteś - powiedział masując sobie mostek. 
- Pan teŜ - przyznałem. 
Dopiero  teraz  poczułem  ból  ramienia.  Któryś  z  jego  ciosów  dosięgnął  celu... 

Odszukałem sponiewierany noktowizor i wyłączyłem go. 

- Polazłem do lasu - wyjaśnił. - To dudnienie nie dawało mi spokoju... 
- A mnie czujnik zaalarmował, Ŝe ktoś łazi po kurhanie. 
-  Tak. Usłyszałem z daleka, Ŝe ktoś przedziera się przez las,  więc myśląc, Ŝe to dzik, 

wlazłem na drzewo... 

„To dlatego nie mogłem go wypatrzyć noktowizorem!" - pomyślałem. 
- A jak zobaczyłem, Ŝe to nie dzik, skoczyłem i prawie się udało... - dokończył. 
Zgasiliśmy latarki i wsłuchaliśmy się w ciszę. Dudnienie skończyło się. 
- Jakby Ŝaba skakała po pudle gitary - mruknął. 

background image

 

41 

-  Umysł  stara  się  jakoś  dopasować  nieznany  dźwięk  do  tego,  co  ma  zanotowane  - 

zauwaŜyłem. 

Uruchomiłem noktowizor i omiotłem las spojrzeniem. 
- Pusto i cicho - zameldowałem. - Kimkolwiek był, poszedł spać... - Albo się przyczaił. 

Ale cóŜ, na nas pora, jutro czeka nas cały dzień machania łopatą... 

Wróciliśmy do obozowiska. Doktor zanurkował do swojego namiotu, a mnie zaświtał 

szatański  pomysł.  Ponownie  uruchomiłem  noktowizor.  Przez  cienki  ortalion  mogłem 
zobaczyć,  kto  śpi,  a  kogo  nie  ma  w  namiocie.  Przenosiłem  wzrok  z  jednego  na  drugi. 
„Czarownice" spały, brydŜyści teŜ. Moja ekipa takŜe była na swoich miejscach. Namiot 
Andrzeja  był  ciemny,  pusty.  Podobnie  jak  namiot  Isaury  i  jej  koleŜanki.  Jeszcze  jeden 
ciemny, no tak, ten był mój... I jeszcze jeden. Ten, w którym mieszkał Niels. 

A  zatem  brakowało  aŜ  czterech  osób.  Kto  włóczył  się  po  lesie?  Wyłączyłem 

urządzenie,  szkoda  było  baterii,  mogły  się  jeszcze  przydać.  Na  folii  zebrało  się  duŜo 
rosy,  strzepnąłem  ją  trochę.  Właśnie  mocowałem  ją  ponownie  do  ziemi,  gdy  z  lasu 
wyszedł Niels. KsięŜyc akurat wyłonił się zza chmury, więc było go dobrze widać. Był 
nagi, no prawie, miał spodenki gimnastyczne. Na szyi zawiesił cienki łańcuszek z jakimś 
amuletem. Przy pasku miał pochwę z szerokim, masywnym lapońskim noŜem. Był bosy. 
Nadszedł  ścieŜką  zupełnie  się  nie  kryjąc.  Na  mój  widok  zwolnił  kroku  i  sięgnął 
błyskawicznie po nóŜ... Ruszył przyczajony gotów do ataku, zaraz jednak schował broń. 

- Ach, to pan - szepnął. - Myślałem, Ŝe ktoś się zakradł... 
- A tak, poprawiam folię - wyjaśniłem półgłosem. - A ty czemu nie 
-  Lunatykuję  -  odparł.  -  Wyszedłem  we  śnie  do  lasu  i  ocknąłem  się  dopiero  daleko 

stąd, między drzewami... 

- Dobrej nocy - szepnąłem. 
Wczołgałem się do siebie i zawinąłem w śpiwór... 

*** 

Studenci  cierpliwie  skrobali  grackami  powierzchnię  kurhanu.  Zostawiłem  ich  pod 

nadzorem Fryderyka, a sam powędrowałem na polanę. Kierownik wyszedł ze starcia ze 
mną  prawie  bez  szwanku,  tylko  jedno  ucho  miał  lekko  zaczerwienione,  a  na  nodze 
ś

wieŜe zadrapanie. 

Zreferowałem mu nocne obserwacje. 
- Powiadasz, Ŝe wrócił z lasu - mruknął w zadumie. - Hmm, nie jestem psychiatrą, ale 

mój  dziadek  teŜ  był  lunatykiem.  I  jeden  kuzyn....  Tyle  Ŝe  oni  łazili  we  śnie  po  domu... 
No cóŜ, jedna zagadka wyjaśniona. 

-  Nie  -  pokręciłem  głową.  -  Wrócił  nagi  i  bosy,  faktycznie  jakby  wstał  z  łóŜka,  ale 

sądzi pan, Ŝe śpi z noŜem? - To znaczy... 

- Miał na biodrach pleciony pasek z pochwą na nóŜ. Gdyby faktycznie we śnie poszedł 

do lasu, raczej nie zabierałby jej z sobą. 

Kiwnął głową przyznając mi rację. 
- Co pan wie o tym Andrzeju? 
- Student po pierwszym roku, początkujący dziennikarz - wyjaśnił. - Wymógł na mnie 

obietnicę,  Ŝe  będzie  mógł  napisać  relację  z  naszych  badań...  Oczywiście  o  wynikach 
napisze dopiero, gdy ja opublikuję je w prasie specjalistycznej, takie są u nas zwyczaje... 

- Nie było go w namiocie... Ciekawe, dokąd poszedł? 
- Ciekawe - zgodził się. 
- Nie było teŜ Isaury i Magdy. 

background image

 

42 

- Za nie gotów jestem ręczyć - mruknął zaskoczony.  
- Co pan o nich wie? 
-  Isaura  jest  kuzynką  Anny  -  dowiedziałem  się,  jak  ma  na  imię  druga  brunetka.  -  Ma 

dopiero szesnaście lat... 

- Wygląda na więcej. 
- PowaŜna jak na swój wiek... Anna prosiła, Ŝebym włączył  Isaurę do naszej ekipy, a 

poniewaŜ nie miałem fotografa, zgodziłem się... Ja nie mam cierpliwości do ustawiania 
godzinami ekranów, reflektorów, zabytków... A Isaura jest w tym niezła. 

- Skąd czerpie te zdolności? 
-  Wygrała  konkurs  fotograficzny,  jak  miała  bodaj  trzynaście  lat.  Jej  fotografie  parę 

razy pojawiały się w magazynach, ale pod jakimś pseudonimem. Z takim imieniem, nie 
dziwię się... Jak to brzmi: Isaura Malinowska. 

- Faktycznie, idiotycznie... - przyznałem.  
Wróciłem na swój wykop. 
- No i jak tam? - zagadnąłem. - Jest trochę złota? 
- Jeszcze nie, ale mamy chyba wkop - poinformował mnie Sebastian. 
Przyjrzałem  się  uwaŜnie  powierzchni  wykopu.  Faktycznie,  od  krawędzi  ku  środkowi 

biegła nieregularna plama odrobinę ciemniejszego piasku. 

- Cie choroba - powiedziałem. - Ktoś nam się tu wrył pewnie tysiące lat temu... 
- I wygrzebał skarby? - zgadł rozczarowany Piotrek. 
- Niekoniecznie - powiedziałem. - Narysowaliście to?  
-  Oczywiście,  nawet  niwelacje  zdjęliśmy.  Zdejmujemy  dalej  warstwami  czy 

stratygraficznie? - zapytał Sebastian. 

Aha, pytał, czy wgryźć się w plamę, czy nie. 
- Zapytam szefa - mruknąłem. 
Doktor przyszedł po trzech minutach. Obejrzał ciemny ślad i  trochę poskrobał ziemię 

szpachelką. 

-  Dziwne  -  powiedział.  -  Wygląda  na  ukośną  sztolnię  drąŜoną  w  płaszczu  kurhanu  w 

kierunku środka... 

- O czym to świadczy? - spytałem go. - Ktoś zrobił wkop rabunkowy? 
-  Na  to  wygląda.  Pytanie  teraz,  czy  trafił  na  komorę  grobową,  czy  nie...  Zdejmujcie 

warstwami,  przekonamy  się  za  kilka  dni.  Dziwne,  powinien  kopać  pionowo  z  góry  na 
dół... Takie drąŜenie ukosem było niebezpieczne, mogło mu się zawalić na głowę... 

Zabraliśmy  się  do  roboty.  Koło  południa  z  lasu  nieoczekiwanie  wyszły  trzy  babiny  z 

koszami pełnymi grzybów. Obrzuciły nas uwaŜnym spojrzeniem. 

- Pomnik musi partyzantom budować będą - powiedziała jedna. - O, jak górkę skosili 

na płasko... 

-  Oj,  coś  ty  -  ofuknęła  ją  druga.  -  Sołtys  mówił,  Ŝe  to  archeologi,  znaczy  w  ziemi 

grzebio i dinozaurów szukajo... Jak w tym parku jurasickim... 

Trzecia tylko splunęła i przeŜegnała się. Zaraz teŜ podreptały dalej. Doktor słyszał ich 

rozmowę, bo zaraz nadbiegł. 

- AleŜ drogie panie – zawołał - zaraz wyjaśnię, czego tu po lesie szukamy... 
Wróciliśmy do pracy, ale pomiędzy drzewami niósł się jego głos. 
-  Te  ciemne  plamy  na  piachu  to  ślady  takich  zasypanych  piwniczek,  w  których  nasi 

przodkowie trzymali róŜności... 

Uśmiechnąłem  się  lekko  do  swoich  myśli.  Ciemna  plama  stała  się  bardziej  regularna. 

background image

 

43 

Skrobnąłem szpachelką i nieoczekiwanie pod narzędziem błysnęła biała kość. Czaszka. 

-  No,  to  mamy  hienę  cmentarną  zasypaną  w  podkopie  -  mruknął  Marek,  a  potem 

swoim  zwyczajem  wyjął  z  kieszeni  róŜaniec  i  odszedłszy  kilka  kroków  zaczął  się 
bezgłośnie  modlić...  Ja  teŜ  się  przeŜegnałem.  Przyleciała  Magda  i  pomogła  nam 
odczyszczać znalezisko. 

- Faktycznie, piach go zadusił - oceniła odsłaniając makabryczne znalezisko - barki mu 

wgniotło prawie między kolana... 

Sfotografowaliśmy  szkielet,  wyjęliśmy  czaszkę  i  odłoŜyliśmy  do  pudełka.  Obojczyki, 

Ŝ

ebra, kości rąk... Fotografie, rysunki... Dojechaliśmy do poziomu miednicy. 

- O psiakrew! - syknęła. 
Spojrzałem  jej  przez  ramię.  W  miejscu,  gdzie  kiedyś  znajdowała  się  kieszeń  spodni, 

spoczywała  garść  zaśniedziałych  aluminiowych  monet.  Pochyliłem  się  i  podniosłem 
jedną.  Pięciozłotówka  z  rybakiem  z  1974  roku,  z  czytelnym  jeszcze  napisem:  „Polska 
Rzeczpospolita Ludowa". 

*** 

Kierownik pochylił się nad szkieletem. Kontemplował przez chwilę garść monet. 
- Trzeba wezwać policję - powiedział. - Takie są przepisy. Magda, weź rower i telefon 

komórkowy,  koło  wsi  będzie  zasięg.  Na  razie  wstrzymujemy  prace  na  kurhanie,  a 
Ŝ

ebyście się, robaczki, nie nudzili, przyjdziecie na polanę poodwalać hałdę... 

Przez  następne  dwie  godziny  pracowaliśmy  cięŜko  ładując  wydobytą  z  wykopów 

ziemię na taczki i wywoŜąc ją nieco dalej, tak aby nie osypywała się do wykopów. 

- Nie tak wyobraŜałem sobie pracę archeologa... - mruknął Artur, gdy zrobiliśmy sobie 

kilka  minut  przerwy.  -  Myślałem,  Ŝe  to  się  delikatnie  odsłania  pędzelkiem,  a  tu 
tymczasem posługujemy się głównie łopatą... 

-  Wiele  rzeczy  w  rzeczywistości  wygląda  inaczej...  -  westchnąłem.  -  Spokojnie, 

przyjdzie czas i na pędzelek... 

Isaura  wraz  ze  swoją  kuzynką  odsłaniały  pracowicie  palenisko.  Stało  pośrodku 

rozległej  plamy,  najwidoczniej  w  tym  miejscu  znajdowało  się  neolityczne  domostwo... 
Ciemniejsze ślady wskazywały miejsca, w których stały słupy. Paleniska były dwa; być 
moŜe kiedyś były tu dwa pomieszczenia rozdzielone ścianą? Przy ogniu poniewierały się 
zwierzęce kości wdeptane byle jak w ziemię. 

-  Straszne  niechluje  były  z  tych  naszych  przodków  -  zauwaŜył  w  zadumie  Piotrek. 

Patrzył widać na to samo co ja. - Ogryźli mięcho, a odpadki wdeptywali w podłogę... 

- Takie czasy - wzruszyłem ramionami - nie mieli zsypów ani kubłów na śmieci. 
Dziewczyny odkładały wygrzebane fragmenty do kuwety. Zajrzałem do niej ciekawie. 
- Kości są świńskie - poinformowałem chłopaków - ale brakuje tych odpowiedzialnych 

za schab, szynkę i polędwicę... 

- Tak, tu mieszkali ci mniej waŜni - kierownik swoim zwyczajem podkradł się do nas 

od  tyłu.  -  Kości  łbów,  kości  racic,  czasem  Ŝebra,  te  lepsze  kąski  zjadał  kto  inny. 
Znajdziemy go, a w kaŜdym razie poszukamy. 

Sąsiedni  wykop  zaczepił  tylko  o  kawałek  domu,  podłoga  chaty  pojawiła  się  na  jego 

skraju, jej większą część kryła ziemia. 

Przeszedłem za hałdę, gdzie Krystyna i Ewa pracowały przy sicie. Przesiewały ziemię 

wyciągniętą  z  wykopów  wiadro  po  wiadrze.  One  teŜ  dostały  plastykową  miskę,  ale 
niewiele  w  niej  było:  kilka  odłamków  naczyń,  kilka  fragmentów  kości,  łuska 
karabinowa... 

background image

 

44 

Policjanci  przyjechali  na  dwóch  motocyklach  -  lekkich  pościgowych  hondach.  Było 

ich  dwóch,  towarzyszył  im  technik.  Dochodziła  piętnasta.  W  towarzystwie  kierownika 
dokładnie obejrzeli resztki szkieletu tkwiące w dziurze. 

- Kowalski - mruknął jeden z nich. 
- Jak widzę, denat nie jest wam obcy? - zdziwiłem się. 
-  Jak  się  dowiedzieliśmy,  Ŝe  macie  współczesny  szkielet,  zajrzeliśmy  do 

dokumentacji...  Zaginął  w  1976  roku.  Drobny  wiejski  złodziejaszek,  który  widać 
postanowił  się  dobrać  do  staroŜytnych  skarbów...  I  siadł  mu  na  głowę  podkop  - 
powiedział wyŜszy policjant. 

Technik delikatnie odsłonił resztę kości. Z całego ubioru zachowały się resztki butów. 

W  ziemi  znaleźliśmy  takŜe  bardzo  zardzewiały  scyzoryk.  Hreczkowski  przyniósł  sito  i 
by  niczego  nie  zaniedbać,  przesialiśmy  ziemię  wydobytą  wcześniej  z  zawalonego 
podkopu.  Nic  nie  znaleźliśmy.  Policjanci  zabrali  kości  oraz  rolkę  z  filmem,  który 
zrobiliśmy  podczas  odsłaniania  szkieletu.  Pokręcili  się  przez  chwilę  podziwiając 
wykopy, a potem wsiedli na motory i pojechali. 

- Dobra - zatarłem ręce. - To zdejmujemy znowu plantem...  
Kierownik pokazał mi zegarek. Szesnasta. Koniec pracy. 
- Często znajduje się takie...? - zapytał Sebastian. 
-  Czasami  -  wyjaśnił.  -  Częściej  zdarza  się  natrafić  na  niewypały.  Kiedyś  rozkopując 

grodzisko znaleźliśmy wbitą w ziemię półtoratonową bombę lotniczą... 

Studenci  leniwie  podąŜali  w  stronę  obozowiska.  Powlokłem  się  i  ja.  Celowo  jednak 

zostałem  z  tyłu.  Gdy  wszyscy  zniknęli,  zawróciłem  w  stronę  lasu.  Wdrapałem  się  na 
szczyt  pagórka;  to  chyba  był  ten,  który  odwiedziłem  w  nocy.  Wyciągnąłem  z  kieszeni 
telefon  komórkowy.  Zasięg  bardzo  słaby,  ale  był.  Uruchomiłem  telefon  i  zadzwoniłem 
do szefa. 

- I jak tam? - glos Pana Samochodzika był słaby, jakby dochodził z KsięŜyca. 
- Miał pan rację, tu się dzieją dziwne rzeczy - powiedziałem, a potem zreferowałem, co 

zaszło. Zastanawiał się długo. - Chyba do was wpadnę za kilka dni - obiecał. 

Zadowolony  powędrowałem  do  obozu.  Trafiłem  prosto  na  dziką  awanturę. 

Hreczkowski biegał jak nakręcony, wywrzaskując złorzeczenia i przekleństwa. 

- Co się stało? - zapytałem Annę, która stojąc między drzewami obserwowała zajście. 
-  Znalazł  koszyk  muchomorów  ukryty  pod  liśćmi  łopianu  -  westchnęła.  -  Teraz 

wydziera się, Ŝe ktoś tu chce go otruć... 

- Koszyk muchomorów? - zdziwiłem się. 
Właściciel koszyka oczywiście nie przyznał się. Hreczkowski oskarŜył Nielsa, ale ten 

miał  akurat  alibi.  Podczas  gdy  rozmawiałem  przez  telefon,  razem  z  Markiem  zbierali 
jadalne grzyby. Przy wlekli ich cztery siatki. 

Postanowiłem wyskoczyć do wsi... 

*** 

W  zasadzie  moŜna  by  nazwać  to  działaniami  operacyjnymi.  Napuszona  nazwa  kryje 

zupełnie banalne czynności. LeŜałem w chwastach opodal wiejskiej piwiarni. DuŜe liście 
łopianu  i  dzikiego  chrzanu  zasłaniały  mnie  przed  wzrokiem  bywalców  tego  przybytku 
uciech, w razie czego mogłem udawać kogoś, kto godzinę wcześniej zalał się w pestkę... 
Na uszach miałem słuchawki, a czuły mikrofon kierunkowy wycelowałem w stronę sto-
lika,  przy  którym  siedzieli  Złotozęby  -  właściciel  sklepiku,  do  którego  psom  i 
archeologom  wstęp  był  wzbroniony,  oraz  jego  przyjaciel  w  wyszmelcowanej  skórzanej 

background image

 

45 

kurtce. Ta para dziwnie mnie intrygowała. 

-  Wszyscy  gadają  o  złocie  -  mówił  lekko  bełkotliwym  głosem  Złotozęby  -  Ŝe  tu 

zakopane, Ŝe gdzie indziej... 

-  No,  pałac  dziedzica  moŜna  by  przeszukać  -  stwierdził  Skórzasty,  któremu  teŜ  język 

się  juŜ  plątał.  -  Jak  to  dziś  mówili  w  dzienniku,  jakiś  archeolog  to  jak  kopał  w 
podziemiach pałacu, posąg z XIX wieku jakiegoś znanego rzeźbiarza odnalazł... 

-  E,  pałac  to  nasi  przeryli  juŜ  na  wszystkie  strony  -  prychnął  jego  towarzysz.  -  Bez 

przerwy ktoś ryje w gruzach, choć juŜ od dawna nic nie znaleźli. Wcześniej to wyciągali 
kafle z pieca, kable miedziane i inne takie. A teraz... - machnął ręką. 

- Archeolodzy w lesie kopią - zauwaŜył menel. - Ci to pewnie złoto znajdą... 
- A, to moŜliwe - przytaknął sklepikarz. - Nawyciągają róŜności. W Egipcie jak byłem, 

to tam jest taki grobowiec, gdzie stało kiedyś krzesło całe obite złotą blachą... 

- U nas teŜ coś takiego moŜe być? - zainteresował się Ŝywo ten w skórach. 
- A czort wie. 
W  tym  momencie  wszystko  zagłuszył  brzęk  tłukących  się  butelek.  Ktoś  zawył  dziko. 

Uniosłem  głowę,  Ŝeby  się  przyjrzeć  i  zamarłem  ze  zdziwienia.  W  najdalszym  kącie 
piwiarni  siedziały  cztery  nasze  dziewczyny.  To  tam  wybuchła  awantura.  Jakiś  młody 
byczek  uciekał  na  czworaka.  Za  nim  sadziła  Isaura,  usiłując  zatłuc  go  metalowym 
krzesłem. 

-  Chyba  wyraźnie  powiedziałam,  Ŝe  nie  potrzebuję  twojego  towarzystwa!  -  sapała  ze 

złością. 

- Co teŜ porobił z kobietami ten feminizm - mruknąłem z uznaniem i znowu zapadłem 

w łopiany. 

Złotozęby i Skórzasty teŜ widzieli scenkę. 
- Ostre dziewuszydło - zachichotał sklepikarz. - Jak go  kopnęła w jaja, to się nogami 

nakrył... 

- Panie prezesie - podjął jego towarzysz - jak pan sądzi, mamy jakieś szansę wyciąć ten 

numer? 

- W zasadzie trudne to nie jest, ale urobimy się przy tym. Droga do własnej dyskoteki 

nie jest łatwa - dodał filozoficznie. 

- Nie rozumiem pieniędzy - westchnął Skórzasty. - Ile razy je mam, to zaraz znikają. 
-  Fenicjanie  wynaleźli  forsę,  tylko  od  razu  wynaleźli  jakby  za  mało  -  zaŜartował 

Złotozęby. 

- A kto to byli ci Fenicjanie? 
-  Pewnie  tacy  jak  śydzi,  tylko  wymarli...  -  sklepikarz  błysnął  elokwencją.  -  Widzisz, 

forsa trzy ma się ludzi twardych i inteligentnych. Trzeba mieć tu, na strychu - puknął się 
w czoło. - Jeszcze dwa piwa - rzucił do barmanki. - Popatrz na tych archeologów. Jacy to 
są durnie. Kopani docenci od szpadla. Ryje taki w ziemi jak robol, a forsę dostaje gorszą, 
niŜ  by  na  budowie  wziął...  Poza  tym  to,  co  znajdzie  i  tak  daje  do  muzeum.  Nawet  to 
krzesło ze złota durnie oddali... 

- Cholera... - zdziwił się Skórzasty. 
- Dlatego ja myślę... 
Nie  dowiedziałem  się,  o  czym  myśli.  Byczek  wrócił  w  towarzystwie  czterech 

koleŜków. 

- No, mała - powiedział zaczepnie. - Teraz sobie pogadamy...  
Wstałem i cicho wszedłem do lokalu, ustawiając się za plecami prowokatora. 

background image

 

46 

-  Co  za  odwaga  -  prychnęła  Isaura.  -  Będziesz  się  potem  mógł  chwalić,  Ŝe  poszedłeś 

zaczepiać  licealistkę  i  miałeś  tylko  czterech  kolegów  obstawy...  Byłam  tak 
niebezpieczna, Ŝe właściwie powinno być was pięćdziesięciu... 

- Nie pyskuj mała, bo... - zaczął. Wstała i spojrzała na niego z pogardą. 
- Wiesz, co teraz zrobię? - zapytała. - Połamię ci te liszajowate łapy, a twoi kumple nie 

zdołają mi w tym przeszkodzić. 

Kopnęła  go  zupełnie  niespodziewanie.  Uderzyła  nisko,  jak  doświadczony  karateka. 

Trafiła go stopą z boku w kolano. Coś chrupnęło i byczek padł na wznak. 

- Łapcie ją!!! - wycharczał. 
Trzej  kumple  spręŜyli  się  w  sobie.  Uznałem,  Ŝe  najwyŜsza  pora  przerwać  tę  wysoce 

niesmaczną  scenę.  Wyciągnąłem  pistolet  i  przeładowałem  z  trzaskiem.  Odwrócili  się 
zaskoczeni; nie zauwaŜyli wcześniej, Ŝe ktoś ich zaszedł od tyłu. Mój widok musiał ich 
lekko  zaskoczyć.  Ja  teŜ  spostrzegłem,  Ŝe  od  leŜenia  na  ziemi  paskudnie  pobrudziłem 
ubranie. Na koszuli wisiały mi trawki i słomki, a nawet kilka rzepów z łopianu. 

-  Jestem  bardzo  spokojnym  człowiekiem  -  oświadczyłem  z  uśmiechem  półgłówka.  - 

Od  kiedy  mnie  wyleczyli  dwa  lata  temu,  nikogo  nie  zabiłem.  Ale  jak  wychodziłem  z 
psychiatryka, lekarz mi zalecał, Ŝebym codziennie brał tabletki i za wszelką cenę unikał 
stresów. 

NajwyŜszy, blondynek, właściwie ocenił sytuację. 
- No, to my juŜ sobie moŜe pójdziemy... - powiedział pojednawczo. 
Dźwignęli kumpla, który jęcząc masował sobie przetrącone kolano. 
-  MoŜe  przestrzelę  mu  drugie,  tak  dla  symetrii  -  zaproponowałem  patrząc  na  nich  z 

nienaturalnym spokojem. 

- Nie trzeba, poradzimy sobie sami - wybąkał półgębkiem drugi, po czym pospiesznie 

zniknęli między opłotkami. 

-  Niezła  rzeźnia  -  mruknąłem  siadając  koło  dziewczyn.  -  CóŜ  porabiają  damy  w  tak 

plugawym towarzystwie? 

- Czepił się, to dostał kopa - wydęła wargi licealistka. 
- MoŜe się lepiej zmywajmy? - zaproponowała Ewa. 
- Z psychologicznego punktu widzenia byłaby to błędna decyzja - odparła Krystyna. - 

Posiedźmy  tu  jeszcze  pól  godzinki,  Ŝeby  pokazać,  Ŝe  mamy  ich  gdzieś  i  nie  boimy  się 
ich...  Obejrzałem  się.  Skórzasty  i  Złotozęby  ulotnili  się.  Rozparłem  się  wygodniej  i 
zamówiłem colę z lodem, tak jak dziewczyny. 

- Wsi spokojna, wsi wesoła - zacytowałem 
Parsknęły  śmiechem.  W  piwiarni  pojawiło  się  jeszcze  trochę  miejscowych,  ale  nie 

zaczepiali nas. Bawili się we własnym gronie. Barman puścił muzyczkę discopolo. 

- Nad naszą wsią przeleciał meteoryt! - zawodził piosenkarz. 
Robiło się późno, więc ruszyliśmy do obozowiska. 
- Gdzie się tego nauczyłaś? - zapytałem Isaurę. 
- Mój ojciec jest instruktorem karate - wyjaśniła. - Uznał, Ŝe powinnam umieć sobie w 

Ŝ

yciu radzić. 

Niebawem  przeszliśmy  mostek.  Nasze  obozowisko  było  juŜ  niedaleko.  Stałem  przez 

chwilę na brzegu rzeki patrząc na namioty. Wszystko tchnęło dziwnym spokojem. Wiatr 
ucichł. 

- Ciekawe, czy archeolodzy układają wiersze o tym, jak fajnie jest na wykopaliskach? - 

spytałem. 

background image

 

47 

- Nie wiem - odparła Ewa - jesteśmy dopiero po pierwszym roku studiów... 

*** 

Zaszyłem  się  w  namiocie  i  do  wieczora  czytałem.  Kierownik  uspokoił  się  z  wolna. 

Rozmyślałem.  Właścicielkami  śmiercionośnego  znaleziska  były  zapewne  Ewa  i 
Krystyna.  Niels  teŜ  mógł  być  w  to  pośrednio  zamieszany.  To  on  pierwszy  przyniósł 
koszyk trujących grzybów, a one miały do Lapończyka jakąś sprawę... Magda zastukała 
w tropik namiotu. 

- Zapraszamy na ognisko - powiedziała. 
Poszedłem.  Siedzieliśmy  przy  buzującym  płomieniu  i  piekliśmy  kiełbaski. 

Hreczkowski, nieco juŜ udobruchany, siedział na swoim pieńku i wpatrywał się w ogień. 

- MoŜe pan coś opowie? - poprosiła go Magda. - Coś archeologicznego... 
-  Coś  wam  mogę  opowiedzieć  -  uśmiechnął  się.  -  MoŜe  będzie  to  opowieść  mniej 

drastyczna  niŜ  poprzednia,  ale  w  pewien  sposób  pouczająca...  Jak  zapewne  wiecie,  na 
początku lat sześćdziesiątych zainicjowano zakrojony na ogromną skalę program badań 
początków  państwa  polskiego.  W  jego  ramach  prowadzono  prace  we  wszystkich 
wczesnopiastowskich  ośrodkach  i  znaleziono  sporo  ciekawych  rzeczy.  Niestety,  przy 
okazji  bardzo  wiele  stanowisk  uległo  dewastacji,  bo  aby  odsłonić  słowiańskie  korzenie 
Wrocławia,  spychano  buldoŜerami  warstwy  z  okresów,  gdy  miasto  to  stało  się 
niemieckie...  Władza  czyniła  przygotowania  do  jubileuszu.  Wydano  wiele  publikacji, 
nawet  albumów.  Ówczesnych  komunistycznych  decydentów  gryzło  jedno.  Tysiąclecie 
państwa  polskiego  niestety  było  jednocześnie  tysiącleciem  chrztu  Polski.  Dlatego  teŜ 
postanowiono jakoś osłabić chrześcijańską wymowę święta... 

Zapatrzył się w ogień. 
-  Potrzebne  było  sensacyjne  odkrycie  archeologiczne,  niezwiązane  z  obecnością 

Kościoła  na  naszych  ziemiach.  Decydenci  wezwali  pewnego  archeologa,  nazwisko 
zmilczę, bo dziś jest on uznanym autorytetem - splunął ze złością do ognia. - O czym to 
ja?  Aha.  Powiedzieli  mu  krótko:  rób,  co  uwaŜasz,  ma  być  sensacyjne  odkrycie.  TenŜe 
archeolog  był  juŜ  wówczas  członkiem  partii  i,  zdaje  się,  kandydatem  do  komitetu 
centralnego, więc postanowił się postarać. Oświadczył im, Ŝe sprawdzi trop, który podaje 
w  swojej  kronice  Jan  Długosz...  Jak  zapewne  wiecie,  źródła  ze  schyłkowych  okresów 
Cesarstwa  Rzymskiego  podają,  Ŝe  gdzieś  na  północ  od  Dunaju  miało  się  znajdować 
miejsce o nazwie Calisia. Nasz kronikarz sugerował, Ŝe  moŜe chodzić o Kalisz. A nasz 
archeolog  doszedł  do  wniosku,  iŜ  udowodnienie  tego  faktu  będzie  idealnie  pasowało... 
Znowu się zamyślił. 

- I co było dalej? - zagadnęła któraś z dziewcząt. 
-  No  cóŜ,  wziął  paru  zaufanych  studentów,  nie  powiem,  niektórzy  z  nich  są  dziś 

uznanymi fachowcami... Pojechali do Kalisza i ogrodzili sobie kawałek parku miejskiego 
na  potrzeby  badań...  I  naraz  sensacja,  odkryli  rzymską  faktorię  handlową!  Zwalili  się 
dziennikarze,  zjechali  oczywiście  archeolodzy  z  całego  kraju.  Znalezisko  faktycznie 
wyglądało  imponująco.  Rozległy,  głęboki  wykop,  w  nim  warstwy  węgli  drzewnych 
układające się w zarys prostokątnego budynku o konstrukcji palowej. Hala, jakie znamy 
z  tego  okresu  z  Wysp  Brytyjskich  i  cała  masa  wydzielonych  zabytków.  Rzymskie 
monety,  grot  włóczni,  naczyńka  gliniane  odciskane  z  formy,  tak  zwane  terra  sigilata, 
szklane  paciorki...  A  wzdłuŜ  ściany  rozciągnięta  taśma  miernicza,  Ŝeby  kaŜdy 
niedowiarek  mógł  sobie  przeliczyć  na  rzymskie  łokcie.  Całość  oczywiście  odgrodzona 
liną...  Zebrali  się  archeolodzy,  stali,  z  szacunkiem  patrzyli,  komentowali,  wysuwali 

background image

 

48 

teorie...  Fakty  wydawały  się  niepodwaŜalne.  Pech  chciał,  Ŝe  na  miejsce  razem  z 
uczonymi  przyjechał  pewien  niedouczony  student,  dziś  znany  popularyzator  naszej 
nauki. Nie przejmując się niczym, zanurkował pod liną, zeskoczył do wykopu i podniósł 
jedno naczyńko, Ŝeby je dokładniej obejrzeć. Prowadzący badania na ten widok wpadł w 
szał, ale zanim dopadł studenta, ten podał juŜ miseczkę uczonym... KrąŜyła z rąk do rąk i 
co najmniej połowa zauwaŜyła, Ŝe na jej dnie znajdują się namalowane tuszem numery 
ewidencyjne jednego z polskich muzeów... 

- I co się stało? - zapytał Marek zdumiony. 
- O rzymskiej faktorii handlowej natychmiast zapomniano, a partia ukarała archeologa. 

Nie na długo. Gdy sprawa przyschła, znowu zaczął piąć się do góry, zarówno po drabinie 
partyjnej,  jak  i  zawodowej...  Nie  ma  na  tym  świecie  sprawiedliwości  -  zakończył 
Hreczkowski ze złością. 

-  Terra sigilata - podchwyciła  Magda. - Jak byłam na drugim roku, mieliśmy badania 

powierzchniowe na Pomorzu. Łaziliśmy po polu przez cały dzień i nie znaleźliśmy nic. 
Po południu zaszliśmy do sołtysa na obiad, były kartofle i zsiadłe mleko i... wyobraźcie 
sobie, Ŝe to zsiadłe mleko podał na stół właśnie w rzymskiej misce z II wieku naszej ery! 
Wygrzebał ją na polu, myślał, Ŝe to poniemiecka, więc umył i uŜywał na co dzień...  

Wszyscy się roześmieli. 
-  Pamiętam,  jak  byłem  jeszcze  studentem  -  podjął  opowieść  Hreczkowski  - 

przyjechaliśmy  do  wsi  na  badania  terenowe  i  podpytaliśmy  chłopów,  czy  któryś  nie 
wykopał  czegoś  ciekawego.  Wtedy  jeden  zaprowadził  nas  do  swojej  szopy  i  pokazał 
urnę  twarzową  kultury  pomorskiej.  Znalazł  ją  kiedyś  podczas  orki,  wysypał  ze  środka 
popiół,  a  w  naczyniu  trzymał  śrubki...  Tak,  moi  drodzy,  pomysłowość  ludzka  nie  zna 
granic... 

Ogień powoli dogasał. Pora udać się na spoczynek. Studenci układali się w namiotach, 

a  ja  szykowałem  się  do  nocnej  pracy.  Z  noktowizorem  zaczaiłem  się  na  skraju 
obozowiska.  Pierwszy  wymknął  się  Niels.  Na  pewno  nie  był  lunatykiem.  Lunatycy 
kroczą  powoli  jak  duchy,  on  zaś  skradał  się  ostroŜnie  i  szybko  zniknął  w  lesie.  Znowu 
miał  na  sobie  tylko  spodenki.  JuŜ  miałem  iść  za  nim,  gdy  nieoczekiwanie  ze  swojego 
namiotu  wyszedł  Andrzej.  Przyświecając  sobie  latarką  skierował  się  w  stronę  mostku. 
Szedł  do  wsi?  Ruszyłem  za  nim  ostroŜnie.  Faktycznie,  przebył  rzekę  i  powędrował 
drogą.  PodąŜałem  za  nim  w  odległości  mniej  więcej  pięćdziesięciu  metrów.  Szybko 
dotarł  na  skraj  pól.  Wyjął  z  kieszeni  telefon  komórkowy.  Widocznie  chciał  gdzieś 
zadzwonić, a nie wiedział, Ŝe na pagórkach w lesie moŜna złapać pole... Wystukał numer 
i przyłoŜył słuchawkę do ucha. 

- Witaj, kochanie - usłyszałem jego głos. - Co słychać? A, z gazety dzwonili? PrzecieŜ 

jestem na urlopie... Nigdzie nie będę jeździł... Kochanie, muszę odwalić te praktyki, bo 
mi nie zaliczą roku... 

Wycofałem się jak niepyszny. Zawróciłem do obozu. Popatrzyłem po namiotach. Ewa 

i Krystyna wsiąkły. Hreczkowskiego teŜ nie było. 

Ruszyłem  zatem  do  lasu.  Dziewczyny  znalazłem  dość  szybko,  świecąc  latarkami 

naradzały się w krzakach kawałek na północ od kurhanu. 

-  Tak  go  nie  znajdziemy  -  mówiła  Ewa.  -  Widzi  w  ciemności  jak  kot,  nie  potrzebuje 

latarki... I chyba odchodzi daleko od obozu. 

- To co, odpuszczamy? 
- Zgłupiałaś? Druga taka okazja moŜe się nie trafić! Ilu moŜe być takich fachowców? 

background image

 

49 

Trzech, czterech na świecie? 

Jak  na  złość  trzasnęła  mi  pod  nogą  jakaś  gałązka.  Umilkły  i  zaczęły  się  rozglądać 

ś

wiecąc na wszystkie strony. Musiałem się ostroŜnie wycofać. O czym rozmawiały? Nie 

miałem  pojęcia.  A  moŜe...  –  zatrzymałem  się  zaskoczony.  -  Niels  był  Lapończykiem. 
MoŜe  odprawiał  w  tym  lesie  co  noc  jakieś  obrzędy,  które  dziewczyny  chciały  poznać? 
Tego nie mogłem wykluczyć. Kilka minut później prawie wpadłem na kierownika. 

- Ach, to ty - mruknął. - Wdziałeś, jak ten Laponiec polazł do lasu? 
-  Owszem  -  potwierdziłem.  -  Goły  i  na  bosaka,  jak  to  u  nich  przyjęte.  W  dodatku 

opodal  te  dwie  nawiedzone  zastanawiają  się,  co  by  tu  zrobić,  Ŝeby  wtajemniczył  je  w 
obrzędy, które odprawia... 

- Sądzisz, Ŝe on coś majstruje? - zamyślił się, a potem palnął w głowę, aŜ zadudniło. - 

Muchomory... Wszystko jasne. 

- Ja nie rozumiem - poskarŜyłem się. 
- Koszyk muchomorów sobie nazbierał, pierwszy mu wywaliłem, to drugi schował pod 

łopianem...  Syberyjscy  szamani  potrafią  robić  z  nich  napój,  który  wprowadza  ich  w 
trans... 

- To chyba niebezpieczne - zauwaŜyłem. 
-  Fakt,  trzeba  bardzo  dokładnie  dobrać  proporcje  i  wiedzieć,  jak  zaŜywać,  bo  moŜna 

zasnąć  i  juŜ  się  nie  obudzić...  To  niezwykle  silna  trucizna.  Pewnie  leŜy  teraz  gdzieś 
oszołomiony... Ćpun na wykopaliskach, do czego to doszło. 

- No, niezupełnie ćpun - zaprotestowałem. - Dla niego to religia... 
- Dla tych, którzy palą marihuanę, to teŜ coś w rodzaju religii - mruknął z niechęcią. - 

Szukamy go? 

Tajemnicze dudnienie rozległo się gdzieś niedaleko. Omiotłem las noktowizorem. 
- Szukamy - podjąłem decyzję. - Sprawę trzeba wyjaśnić do końca.  
Przeszliśmy wzgórze kierując się w stronę, z której dobiegały tajemnicze dźwięki. 
- MoŜe to on gra na jakimś instrumencie - zauwaŜyłem. 
- Tak właśnie pomyślałem - kiwnął głową doktor. - Ciekawe, jakie instrumenty mają w 

jego religii. 

Natknęliśmy  się  na  niego  zupełnie  przypadkiem.  Niels  zbudował  sobie  niewielką 

lapońską  chatkę.  Grube  kije,  odpowiednio  powyginane  i  splecione  w  kształt 
przypominający  eskimoskie  igloo.  Całość  pokryta  była  darnią.  Zajrzeliśmy  do  środka. 
Nie  widział  nas.  Siedział  po  turecku  na  macie  plecionej  ze  sznurka  i  delikatnie  uderzał 
dłońmi  w  niewielki,  płaski  bębenek.  Napięta  skóra  była  pokryta  czerwonymi  znakami. 
Przerywał  bębnienie,  jakby  nasłuchiwał  odpowiedzi  i  ponownie  zaczynał.  Dźwięk  był 
bardzo nieprzyjemny dla ucha. 

Chwilami  Niels  nadawał  uderzeniom  pewien  rytm,  potem  znowu  gubiły  się  w 

nieznośnej  kakofonii.  Szałas  oświetlała  jedna  gruba  świeca.  W  jej  blasku  ciemne  oczy 
chłopaka wydawały się zupełnie czarne. Patrzył prosto na nas, ale nie dostrzegał naszej 
obecności. 

- En svart furste - szepnął. 
Jego  dłonie  zaczęły  szybciej  uderzać  w  skórę.  Nieoczekiwanie  drgnął  i  upuściwszy 

bęben, upadł na bok. 

- Gotów - mruknął kierownik.  
Wycofaliśmy cię. 
- Co on powiedział? - zastanawiałem się. - Brzmiało jak szwedzki... 

background image

 

50 

- Czarny ksiąŜę - wyjaśnił z niechęcią Hreczkowski. - Ciekawe... 
- Satanista? - zdziwiłem się, ale on tylko pokręcił głową. 
-  Nie  ma  nic  złego  w  tych  pierwotnych  religiach  -  powiedział.  -  Ja  tam  nie  będę  go 

zwalczał.  I  lepiej  nie  mówmy  o  tym  nikomu.  Bo  nasz  drogi  góral  z  róŜańcem  jeszcze 
gotów go spalić na stosie... Z drugiej strony myślałem, Ŝe coś ciekawszego robi. Tańce z 
nagimi dziewczętami przy ogniskach na wzgórzach albo coś w tym  guście - dowcipko-
wał. 

- Zdaje się są takie dwie, które by chciały sobie z nim potańczyć - mruknąłem. - Ewa i 

Krystyna meczą go o to non stop... 

-  ZałóŜmy  własną  sektę  -  zaŜartował.  -  Ja  będę  psychopatycznym  guru,  a  ty 

arcykapłanem... Tańce z nagimi... 

-  E  -  machnąłem  ręką  -  jeszcze  by  nas  komary  pogryzły...  Zachichotaliśmy. 

Wróciliśmy  do  obozowiska.  Wszyscy  byli  w  swoich  namiotach.  Pokazałem 
kierownikowi, jak moŜna to sprawdzić noktowizorem. 

- Jakie to proste i skuteczne - roześmiał się. Poszedłem spać. 

background image

 

51 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

TAJEMNICE NIELSA * KOMORA GROBOWA * NOCNA STRZELANINA * 

ZGNIECIONA CZASZKA * KŁUSOWNICY * PAN SAMOCHODZIK W 

KRZEMIONKACH * TEORIA DOKTORA 

 

Rankiem  zeszliśmy  jeszcze  pół  metra.  Byliśmy  juŜ  tylko  półtora  nad  powierzchnią 

gruntu.  Kierownik  dotarł  do  nas  i  długo  w  zadumie  spoglądał  na  jasny  piasek.  Nic  nie 
mówił. 

- Pewnie niedługo się dokopiemy - zauwaŜyłem. Pokręcił głową. 
- Nie wygląda mi to najlepiej - westchnął wreszcie - to moŜe być cenotaf. 
- Co takiego? - zdumiałem się. 
-  Grobowiec  symboliczny  -  wyjaśnił.  -  Gdy  na  przykład  wódz  utonął  w  bagnie  albo 

jego  ciało  wpadło  w  ręce  wrogów,  mogli  urządzić  pogrzeb  i  usypać  kurhan  niejako  na 
pamiątkę...  Zobaczymy,  jak  głębiej...  Poziom  ziemi  mógł  się  nieco  podnieść,  moŜe 
jeszcze metr i trafimy. A wtedy trzeba będzie bardzo uwaŜać - dodał powaŜnie. 

- MoŜe jednak podzieli się pan swoją teorią? 
- Nie chcę wam niczego sugerować - powiedział. - Poza tym, jeśli się nie potwierdzi, 

wyjdę  na  kompletnego  idiotę  -  dodał  jakby  sam  do  siebie  i  poszedł  na  sąsiednie 
stanowisko. 

-  A  zatem,  drodzy  robotnicy,  kopiemy  dalej,  aŜ  natrafimy  na  komorę  grobową  pełną 

złotych skarbów... - pogoniłem studentów. 

- Jeśli to neolit, to nie będzie tu złota - mruknął Piotrek. 
- Nie zapominaj o blaszce znalezionej przy tym zjedzonym - uśmiechnąłem się. - Co z 

tego, Ŝe neolit. Metale juŜ znali... nie bardzo umieli je obrabiać i stanowiły rzadkość, ale 
w grobowcu wodza mogą się pojawić... 

W czasie przerwy złapałem Nielsa. 
- Musimy chwilę porozmawiać - powiedziałem powaŜnie. - Najlepiej na osobności... 
Kiwnął głową i poszliśmy do lasu. 
-  Te  dwie  nawiedzone  znowu  cię  szukały  po  lesie  -  przeszedłem  na  angielski.  - 

Obawiam się, Ŝe nie odpuszczą. 

Na twarzy nie drgnął mu Ŝaden mięsień. 
- Jak mnie odnalazłeś? 
-  Odnaleźliśmy.  Ja  i  kierownik.  Poszliśmy  zobaczyć,  czy  nikt  nam  nie  buszuje  przy 

kurhanie. Najpierw wpadliśmy na te panny, potem usłyszeliśmy bęben. 

- To nie jest zwykły instrument - wyjaśnił. - To narzędzie... Tu w lesie są seide. Święte 

miejsca - dodał tytułem wyjaśnienia. - Czuję je, gdy uderzam w bęben. Tu wprost roi się 
od duchów... Rozmawiam z nimi za pomocą dłoni. 

„Za duŜo wywaru z muchomorów" - pomyślałem. 
-  Dlatego  się  do  was  przyłączyłem.  My,  Saamowie,  jesteśmy  najstarszą  kulturą 

Europy. Kiedyś Ŝyliśmy tu wszędzie. Od Hiszpanii po Rosję. Kolejne ludy spychały nas 
na  coraz  bardziej  niegościnne  tereny...  Jeśli  spojrzysz  na  ściany  Lascaux  i  Altamiry, 
zobaczysz nasze symbole, takie same, jakie wyryto na głazach wyznaczających miejsca 
naszych seide, takie same, jakie sokiem z olchowej kory maluję na skórze bębna... 

- Sądzisz, Ŝe ci tutaj - wskazałem kurhan - to jacyś przodkowie twojego ludu? 
-  Magistrze  -  powiedział  powaŜnie  -  nie  umie  pan  dobrze  udawać  archeologa...  - 

zagryzłem wargę, ale on niezraŜony ciągnął dalej. - Jaskinie Francji i Hiszpanii ozdobiła 
kultura,  którą  wy  nazywacie  magdaleńską.  Łowcy  reniferów.  śyli  około  dwunastu 

background image

 

52 

tysięcy  lat  przed  narodzinami  Chrystusa...  Ci  tutaj  przyszli  osiem  tysięcy  lat  później... 
Pan tego nie wie... Pan nie ma zielonego pojęcia o tym, jak się kopie, jak się posługiwać 
niwelatorem,  jak  trzymać  w  dłoni  szpachelkę...  Sprytnie  się  pan  maskuje,  ale  gdy  ktoś 
nauczy się patrzeć do głębi, to nie uda się go oszukać... 

- I jak sądzisz, po co ja to robię? 
-  Kierownik  boi się.  Boi  się  własnego  cienia.  Lata  po  lesie  z  rewolwerem  wypatrując 

wroga... A pan jest Ŝołnierzem. Ściągnął pana, bo czuje się zagroŜony. 

- Czy są po temu realnie podstawy? Czy coś mu grozi? 
-  Ze  strony  umarłych  nic.  Duchy  nie  gryzą,  a  przynajmniej  nie  wszystkie.  Ale  tu  jest 

coś złego. Ktoś ma czarne myśli i niecne zamiary... Musicie się mieć na baczności. Nie 
powiem nikomu, kim pan jest. 

- A ja nie będę opowiadał o tym, co widziałem w nocy. 
Podziękował  mi  skinieniem  głowy  i  odszedł.  A  zatem  mogłem  go  skreślić  z  listy 

podejrzanych. Poszedłem na kurhan i przez dłuŜszą chwilę oglądałem przekopaną część. 
Byliśmy  w  połowie  wysokości  pagórka.  Powierzchnia  wykopu  miała  teraz  sześć  na 
siedem metrów. Ująłem w dłoń łopatę i zabrałem się do roboty. Po chwili dołączyli do 
mnie  moi  studenci.  Skrobaliśmy  ziemię  zdejmując  warstwę  około  dziesięciu 
centymetrów. Nieoczekiwanie łopata zgrzytnęła o coś. 

„Pewnie mały kamień" - pomyślałem. 
Zaraz  jednak  zgrzytnęła  ponownie  i  jeszcze  raz...  U  nich  teŜ  coś  chrobotało. 

Sięgnęliśmy  po  gracki.  W  poprzek  wykopu  ciągnął  się  rząd  kamieni,  odsłoniliśmy 
pospiesznie ich czubki. 

- Wygląda nieźle - mruknąłem. 
Zdarliśmy  resztę  dziesięciocentymetrowej  warstwy  i  odsłoniliśmy  kolejne.  Układały 

się  w  zarys  gigantycznej  kamiennej  skrzyni  o  wymiarach  mniej  więcej  dwa  na  trzy 
metry. 

- Czy to...? - zapytał Fryderyk. 
- Tak, to mi wygląda na komorę grobową - odparłem.  
Zawołaliśmy kierownika. Obejrzał znalezisko. 
- Gratuluję - powiedział. - Zdjęcie, rysunek, niwelacja i na dzisiaj koniec. 
- Jak to? - zdumiałem się. 
Pokazał zegarek. Było juŜ pięć po szesnastej. Podnieceni odkryciem nie zauwaŜyliśmy, 

jak  szybko  minął  czas.  Zakrzątnęliśmy  się  przy  dokumentacji.  Sąsiedni  wykop 
opustoszał.  Gdy  skończyliśmy,  dochodziła  siedemnasta.  Do  obozowiska  dotarliśmy 
akurat na obiad. Doktor odciągnął mnie na bok. 

- Jeśli coś się stanie, to dzisiaj w nocy - szepnął. - Musimy mieć oczy i uszy szeroko 

otwarte. 

- Czujnik nas ostrzeŜe - uspokoiłem go. Myliłem się. 

*** 

Tej  nocy  postanowiłem  nie  kłaść  się  spać.  LeŜałem  czuwając  i  słuchałem  walkmana. 

Minęła  dwudziesta  trzecia,  potem  nadeszła  północ.  Las  milczał,  czujnik  teŜ  nic  nie 
sygnalizował.  CzyŜby  doktor  się  mylił?  MoŜe  w  rzeczywistości  nic  nam  nie  groziło? 
Rozmyślałem o dotychczasowych wypadkach. Zagadka Nielsa została rozwiązana... 

Huk  wystrzału  poderwał  mnie  na  równe  nogi.  Nie  czekając  wyskoczyłem  z  namiotu 

przez  tylną  klapę.  Drugi  wystrzał  zabrzmiał  gdzieś  głęboko  w  lesie.  Po  chwili 
usłyszałem trzeci. 

background image

 

53 

Czwartego  nie  było.  Biegłem  prawie  na  oślep  przyświecając  sobie  latarką.  Za  mną 

rozległy  się  nawoływania.  Strzały  obudziły  cały  obóz.  Wypadłem  na  polanę.  Omiotłem 
ją latarką, jednocześnie celując z pistoletu 

gazowego.  Nikogo,  ani  Ŝywej  duszy.  Rzuciłem  się  kłusem  w  stronę  kurhanu.  Prawie 

potknąłem się o leŜące na ziemi ciało. Doktor Hreczkowski spoczywał na wznak. Czoło 
miał  rozorane  paskudną  raną,  ktoś  uderzył  go  kantem  łopaty.  Jego  oczy  błysnęły.  W 
dłoni  trzymał  swój  rewolwer,  ale  nie  miał  siły  skierować  go  w  moją  stronę.  Był 
półprzytomny. 

- To ja - pochyliłem się nad nim. - Kto pana tak załatwił? 
-  Czarny  ksiąŜę  -  wyszeptał.  -  Udowodnij  to...  Kop...  -  głos mu  się  załamał.  -  Kop  w 

drugim kurhanie. 

W lesie zamigotało kilka latarek. 
- Do mnie! - krzyknąłem. 
Zbiegli  się  wszyscy.  UłoŜyłem  nieprzytomnego  kierownika  na  boku  i  zacząłem 

wspinać  się  na  sosnę.  Złapałem  pole  na  wysokości  około  dwudziestu  metrów. 
Wezwałem pogotowie i policję. Posłałem Magdę na rowerze do szosy, aby wskazała im 
drogę. Pierwsi dotarli policjanci. Zaraz teŜ udzielili pierwszej pomocy rannemu. Cios był 
bardzo  silny,  obawiali  się  wstrząsu  mózgu,  ale  na  szczęście  nie  uszkodził  czaszki. 
Doktor  miał  czerep  twardy  jak  słoń...  Studenci  zbiegli  się  wszyscy.  Mniej  lub  bardziej 
kompletnie  ubrani  otaczali  nas  kręgiem.  I  niestety,  w  tej  nocnej  gonitwie  zadeptali 
wszystkie ślady... Łopatę, którą zdzielono doktora w głowę znaleziono po chwili. LeŜała 
w krzakach. Policjanci zawinęli jaw folię, by zebrać odciski palców. Zaraz teŜ pojawili 
się  lekarze,  załadowali  rannego  na  nosze  i  ponieśli  do  wsi.  Wysłałem  za  nimi  czterech 
„brydŜystów".  Kilka  kilometrów  to  nie  przelewki...  Policjanci  spisali  personalia,  po 
czym przesłuchali wszystkich pobieŜnie, pytając, gdzie byli w chwili, gdy padły strzały. 
Tylko Niels przyznał się, Ŝe siedział u siebie w szałasie. Funkcjonariusze zapowiedzieli, 
Ŝ

e jeszcze wpadną i pojechali. 

Zwołałem  naradę.  Usiedliśmy  wokoło  wygasłego  ognia,  postawiłem  tylko  pośrodku 

lampę naftową, aby mieć choć trochę światła. 

- Nie wiem, kto z was to zrobił - powiedziałem - ale się dowiem - przetoczyłem po ich 

twarzach spojrzeniem. 

- A skąd to przypuszczenie, Ŝe to ktoś z nas? - parsknęła Magda. - Bo my  wiemy, Ŝe 

jest wśród nas bardzo podejrzany osobnik, który tylko udaje archeologa. 

-  Nigdy  nie  twierdziłem,  Ŝe  jestem  archeologiem  -  wycedziłem.  -  Jestem  historykiem 

sztuki i detektywem Ministerstwa Kultury i Sztuki. Doktor Hreczkowski poprosił mnie o 
pomoc  podczas  badań.  Obawiał  się,  Ŝe  ktoś  z  was,  moi  drodzy,  chce  sabotować 
wykopaliska. 

Przez krąg przeleciał szmer gorączkowych szeptów. 
- Trzeba ustalić, co robimy dalej - powiedziałem ostro. - Lekarze powiedzieli, Ŝe rana 

jest cięŜka, ale nie zagraŜa Ŝyciu. MoŜe za tydzień lub dwa kierownik wróci... Proponuję 
zatem,  aby  kontynuować  prace  aŜ  do  jego  powrotu.  Przy  okazji  wszyscy  pozostaniecie 
na miejscu, co umoŜliwi poszukiwanie sprawcy. 

-  A  kto  poprowadzi  prace?  -  zapytał  z  sarkazmem  w  głosie  Andrzej.  -  Pan  detektyw, 

mający cztery dni doświadczenia, czy moŜe ktoś z nas, bo niektórzy są tu od tygodnia? 
Kto zadba o, Ŝe tak się wyraŜę, naukową stronę zagadnienia? 

- Proponuję Magdę - odparłem. - Z tego co wiem, jest po czwartym roku studiów, brała 

background image

 

54 

więc udział w co najmniej czterech wykopaliskach. 

-  Nie  mam  uprawnień  -  zaprotestowała.  -  śeby  kierować  pracami  wykopaliskowymi 

trzeba odbyć co najmniej czterdzieści osiem miesięcy praktyk. 

-  Kierownikiem pozostaje doktor Hreczkowski  - uciąłem. -  Zastąpisz go po prostu na 

kilka dni. 

Kiwnęła głową. 
- Dobrze. Czy ktoś jest przeciw? - zapytałem. Spojrzeli po sobie. Nikt się nie odezwał. 
-  A  zatem  kontynuujemy  badania.  A  na  razie  chyba  pójdziemy  spać  - 

zakomenderowałem. 

Rozchodzili się wolno. Godzinę później rozejrzałem się przy  pomocy noktowizora po 

obozowisku.  Wszyscy  spali.  Kląłem  w  duchu.  Gdybym  usłyszawszy  strzały  załoŜył 
noktowizor  i  rozejrzał  się  po  namiotach,  wiedziałbym,  kogo  brakowało.  MoŜe  doktor 
widział sprawcę i będzie potrafił go wskazać? 

*** 

Rankiem  poszedłem  do  lasu.  Studenci  dopiero  wygrzebywali  się  ze  śpiworów. 

Chciałem  rzucić  okiem  na  miejsce  zdarzenia.  Mój  alarm  nie  działał.  Szybko  odkryłem 
przyczynę. Czujnik zawilgł od rosy i nastąpiło krótkie spięcie... 

Wspiąłem  się  na  kurhan  i  zrozumiałem,  co  stało  się  nocą.  Pomiędzy  kamieniami,  w 

miejscu  przypuszczalnej  komory  grobowej,  ział  spory  lej.  SabotaŜysta  wkopał  się  w 
ziemię  na  półtora  metra.  Na  samym  dnie  było  widać  nieco  kamieni,  komora  została 
widocznie wybrukowana. Spod piachu wystawały resztki szkieletu - kości ramion, górne 
Ŝ

ebra,  kręgi  szyjne.  Wandal  rozdeptał  lub  roztrzaskał  czaszkę  kamieniem.  Musiał 

uderzyć  wiele  razy,  pozostała  z  niej  bowiem  tylko  kupka  białych  kościanych  drzazg  i 
kilka poŜółkłych zębów. Poszedłem po Magdę. Zajrzała do jamy. 

- No, to klops - powiedziała. 
-  Wiesz  coś  o  tej  sesji  w  Wyknie?  -  zapytałem.  -  Doktor  nic  mi  nie  powiedział. 

Dlaczego niby jego teoria tak bardzo się nie spodobała? 

-  Nie  wiem  -  wzruszyła  bezradnie  ramionami.  -  Dziwne  wydało  mi  się  tylko  to,  Ŝe 

bardzo  zaleŜało  mu  na  mojej  obecności.  Potrzebował  antropologa.  Powiedział  coś  w 
rodzaju, Ŝe jednemu nie uwierzą... 

- Cechy rasowe odczytuje się z czaszek? - zapytałem. 
-  Tak,  kształt  niektórych  kości,  kąty  nachylenia  czoła,  uwypuklenie  kości 

policzkowych...  Bardzo  wiele  da  się  wydedukować  po  wykonaniu  dokładnych 
pomiarów. 

- A gdyby wódz był, na przykład... neandertalczykiem? 
-  Nie  w  tym  okresie.  Ostatnie  ich  ślady  pochodzą  sprzed  mniej  więcej  trzydziestu 

sześciu tysięcy lat... 

- Ale przyjmijmy, Ŝe kilku by się uchowało. Wtedy moŜna by ich rozpoznać? 
- Oczywiście. Nie trzeba byłoby nawet czaszek, oni mieli nieco inną budową kostną. 
-  A  zatem  neandertalczyków  moŜemy  wykluczyć  -  rozmyślałem  głośno.  -  A  na 

przykład paleoeuropeidzi? Gdyby wódz był przodkiem Nielsa... 

- To moŜna by łatwo wychwycić mierząc czaszkę i, duŜo trudniej, z pozostałych kości. 

Nawet bym się nie podjęła... 

- Czy na przykład przodkowie współczesnych Niemców róŜnili się antropologicznie od 

Słowian? 

-  W  zasadzie  nie.  To  jeden  typ.  Poza  tym  jacyś  Pragermanie  moŜe  pojawiają  się  na 

background image

 

55 

początku naszej ery... Tysiące lat po usypaniu tych kurhanów... 

- Wydaje mi się, Ŝe musimy poznać motywy działania tego człowieka albo tych ludzi, 

Ŝ

eby móc ich zidentyfikować. 

- Myślałem, Ŝe jako detektyw... 
- Bez punktu zaczepienia nie mam szans. Czy tę czaszkę da się posklejać i określić jej 

typ? 

Spojrzała z powątpiewaniem na garść odłamków. 
- Spróbuję, ale to będzie diabelnie trudne. 
Poszedłem  na  sąsiednie  wzgórze.  Połączyłem  się  ze  szpitalem.  Jak  się  dowiedziałem, 

stan  doktora  nie  był  cięŜki,  miał  wstrząs  mózgu  i  zdecydowano  się  nie  budzić  go,  lecz 
utrzymać przez kilka dni w stanie leczniczej śpiączki doŜywiając kroplówkami. Było mi 
to  nie  na  rękę.  Zadzwoniłem  teŜ  do  Pana  Samochodzika.  Wysłuchał  mojej  relacji  w 
skupieniu. 

-  Teoria  Hreczkowskiego  pozwoli  nam  chyba  zrozumieć  motywy  -  powiedział  w 

końcu.  -  Spróbuję  zdobyć  materiały  z  tej  konferencji  i  dowiem  się,  kto  był  na  tym 
referacie. MoŜe będzie jakieś resume, z którego dowiemy się, co teŜ takiego zasugerował 
w swoim wystąpieniu... Pracuj na razie na miejscu. Jak coś zdobędę, dam znać. 

Nadciągnęli Marek, Piotrek, Sebastian i Artur. Po chwili przydreptał teŜ Niels. 
- Zobaczcie, jaką niespodziankę zostawił nam nocny gość - pokazałem im wykop. 
Na ich twarzach odmalowała się skrajna furia. 
- Jak go dorwiemy... - wściekł się Piotrek. - Tyle pracy na marne... 
- Trzeba zbadać i zadokumentować to, co zostało. 
Do południa odkopaliśmy całą komorę grobową i przesialiśmy starannie wypełniający 

ją  piach.  W  wypełnisku  nie  znaleźliśmy  nic.  Zajęliśmy  się  dla  odmiany  szkieletem.  W 
pobliŜu uszkodzonych kości szyi znaleźliśmy niewielką blaszkę z miedzi, chyba odkutą 
na zimno, w kształcie litery „T". Nieboszczyk miał ręce wyciągnięte wzdłuŜ boków. Na 
jednej  dłoni  pierwotnie  nosił  bransoletę  z  kłów  jakiegoś  dziwnego  zwierzęcia.  Sznurki 
oczywiście zniknęły bez śladu, ale straszliwie zębiska zachowały się w stanie idealnym. 

- Kły dzika - mruknął Sebastian oglądając jeden. 
- Nie - zaprotestował Marek. - Kły dzika to ja znam. To zęby czegoś duŜo większego... 
-  Potrzebujemy  fachowca  od  archeozoologii  -  zauwaŜył  Artur.  -  Trzeba  wysłać  to  do 

Warszawy... 

-  Poszukam  raczej  miejscowego  weterynarza  -  powiedziałem  łagodnie.  -  On  określi, 

czy to była krowa, czy moŜe koń... 

Ostatnie fotografie i kości właściciela grobu wylądowały w kartonie. Nieco stresował 

mnie  taki  brak  szacunku  dla  ludzkich  zwłok,  ale  cóŜ,  takie  metody  działania  wyrobili 
sobie  przedstawiciele  archeologii.  Zrobienie  fotografii,  zadokumentowanie  stanowiska 
oraz reszta prac porządkowych zajęły nam czas do końca dnia. Mimo braku kierownika 
wykonaliśmy je wzorowo. 

*** 

Gdzieś daleko w lesie huknął strzał, po chwili drugi. Wyszedłem z namiotu i zacząłem 

nasłuchiwać. Obok mnie coś zamajaczyło w ciemności. Niels. 

- To strzał karabinowy - powiedziałem powaŜnie. 
- Z kałasznikowa? - zapytał. 
- MoŜliwe. Nie podoba mi się to. 
- Sądzisz, Ŝe to jakieś porachunki między  gangami? Słyszałem, Ŝe to u was  w Polsce 

background image

 

56 

popularne. 

-  Dwa  strzały  w  dość  duŜym  odstępie  czasu,  nie...  -  pokręciłem  głową.  -  To  raczej 

kłusownicy.  Postrzelił  jakieś  zwierzę,  a  potem  dobił...  Albo  jego  wspólnik  strzelił  do 
drugiego... 

- To brzmiało jakby za bagienkiem - mruknął. - MoŜe warto się rozejrzeć? 
-  Ryzykowne...  -  zastanawiałem  się.  -  Ale  za  godzinę  będzie  juŜ  jasno,  przejdziemy 

się... 

Faktycznie,  po  mniej  więcej  czterdziestu  minutach  niebo  na  południowym  wschodzie 

stało  się  szare.  Niebawem  wzejdzie  słońce.  Pomaszerowaliśmy  przez  las.  Oglądałem 
uwaŜnie sztabówkę. 

- Jeśli za bagienkiem, to gdzieś w tej okolicy - pokazałem Lapończykowi. 
- Dlaczego tutaj? 
-  Mam  zaznaczoną  drogę  gruntową.  Nie  sądzę,  Ŝeby  kłusownikom  chciało  się  nieść 

upolowaną zwierzynę przez las. Musieli podjechać samochodem. 

Kiwnął  głową  przyznając  mi  rację.  Faktycznie  wyszliśmy  na  leśny  dukt.  Kiedyś 

wysypano  go  ŜuŜlem,  obecnie  zarastał.  Znalazłem  świeŜe  ślady  opon  odbite  w 
wilgotnym  od  rosy  piasku.  Kilkanaście  metrów  dalej  pod  drzewem  walały  się 
wnętrzności. Wokoło rozlewała się kałuŜa krwi. 

- Dzik - oceniłem. 
Wyjąłem  telefon  komórkowy,  zasięg  był  bardzo  słaby,  ale  był.  Wywołałem 

nadleśnictwo.  ZłoŜyłem  zawiadomienie.  Dwadzieścia  minut  później  drogą  nadjechał 
czerwony maluch. Wysiadł z niego młody męŜczyzna z wąsikiem. 

- Łukasz - przedstawił się. - Jestem tu podleśniczym... 
- A fe - mruknąłem. - Co za paskudna nazwa stanowiska... 
- Właśnie - westchnął. - Dawniej mówiło się gajowy... Obejrzał nasze znalezisko. 
- To oni - stwierdził smętnie. 
- Jacy „oni"? - zagadnąłem. 
- Mamy tu problem z kłusownikami. Grasuje cały gang. To juŜ piąty dzik w tym roku. 
Wyjął z bagaŜnika gipsowy odlew i porównał ze śladem opony. 
- Znowu ten sam samochód - warknął. - Podjechali, załadowali mięso i chodu... 
- Macie jakieś podejrzenia? - zapytałem. 
- W zasadzie wiemy kto, ale to bardzo trudno udowodnić. Dwa razy robiliśmy rewizję i 

dwa razy  miał mięso z dzika w lodówce. Ale za kaŜdym razem twierdził, Ŝe kupił je w 
Warszawie, tam moŜna nabyć dziczyznę w specjalistycznych sklepach... 

-  Słyszałem,  jak  Złotozęby,  co  ma  sklep  w  Ozorkowie,  wspominał  w  knajpie  coś  o 

dzikach. 

- Z uwagi na dobro śledztwa nie potwierdzę - odparł, ale po jego smutnym uśmiechu 

zorientowałem się, Ŝe trafiłem w sedno. 

-  PrzecieŜ  moŜna  z  tego  pobrać  próbki  -  Niels  wskazał  wnętrzności.  -  Potem,  jeśli 

podczas  rewizji  znajdziecie  mięso,  wystarczy  zrobić  badania  genetyczne  i  będzie 
wiadomo, czy to z tego dzika czy nie... 

- MoŜna. Tylko Ŝe jedna analiza kosztuje półtora tysiąca złotych - westchnął. - A na to 

nie  mamy  funduszy...  Wytypowaliśmy  kilka  samochodów,  ale  Ŝaden  nie  był  właściwy. 
BieŜnik opon nie pasuje. A panowie archeolodzy? - zmienił temat. 

- Tak, tu opodal niszczymy las, aby dobrać się do śladów przeszłości - wyjaśniłem. 
- I jak, duŜo złota? - uśmiechnął się. 

background image

 

57 

-  Na  razie  nic  ciekawego,  ale  proszę  kiedyś  do  nas  wpaść,  to  oprowadzimy  po 

wykopaliskach. 

- Z przyjemnością 
Zrobił kilka zdjęć, zakopał wnętrzności i pojechał z powrotem do swego nadleśnictwa. 

A my ruszyliśmy do obozu. 

*** 

Pan  Samochodzik  wyruszył  z  Warszawy  o  trzeciej  nad  ranem.  W  nocy  na  pustych 

szosach prowadziło się znacznie lepiej niŜ w dzień. Nie było tłoku ani dusznego upału. 
Pędził przez uśpiony kraj, pogwizdując sobie pod nosem. Jednak jego myśli były ciemne 
i ponure. Raporty składane telefonicznie przez Pawła nie nastrajały optymistycznie. Do 
tej pory gotów był traktować Hreczkowskiego jak paranoika. Teraz okazało się, Ŝe ktoś 
faktycznie dybie na wyniki jego badań, a być moŜe takŜe na jego Ŝycie. 

Daniec  podejrzewał,  Ŝe  nie  ugryzie  zagadki  napaści  na  archeologa  bez  poznania  jego 

teorii  zaprezentowanej  podczas  sesji  archeologicznej  w  Wyknie.  Pan  Tomasz  spędził 
kilka  godzin  w  „Jaje",  jak  złośliwi  studenci  nazywali  IAE  -  Instytut  Archeologii  i 
Etnologii Kulturowej. Niestety, wakacje dla uczonych tej branŜy są okresem wytęŜonej 
pracy w terenie. W budynku poza sprzątaczką i bibliotekarką nie zastał nikogo... 

Dobry  detektyw  nie  zraŜa  się  takimi  trudnościami.  Przeszedł się  po  piętrach,  czytając 

tabliczki.  Sprawdził,  kto  z  zatrudnionych  tam  pracowników  naukowych  zajmuje  się 
neolitem. Potem pojechał do Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. W tej 
instytucji  takŜe  zastał  tylko  portiera,  ale  za  to  na  ścianie  wisiały  listy  studentów 
przydzielonych  na  róŜne  wykopaliska.  Tylko  dwójka  pojechała  z  magistrem  Jerzym 
Kawką do Krzemionek Opatowskich. 

Potem  wystarczyło  wziąć  atlas  samochodowy  Polski  i  zlokalizować  leŜącą  opodal 

Radomia  miejscowość...  Spać  poszedł  bardzo  wcześnie,  by  świtem  następnego  dnia 
ruszyć w drogę. Mimo to na miejscu był nieco przed jedenastą. 

Niewielki parking, estetyczny pawilonik... Wysiadł i poszedł do budynku. Przez chwilę 

kontemplował tabliczkę z napisem: „Prehistoryczna Kopalnia Krzemienia Pasiastego", a 
potem wszedł do środka. 

-  Gdzie  mogę  znaleźć  magistra  Jerzego  Kawkę?  -  zapytał  kobietę,  która  sprzedawała 

bilety. 

- A polazł w szyby - wyjaśniła. - Gdzieś tam odgruzowują... A pan w jakiej sprawie? 
-  Mam  parę  pytań  dotyczących  okresu,  który  bada  -  połoŜył  przed  nią  delegację 

słuŜbową. 

Kobieta nawet nie spojrzała na dokument. 
-  AleŜ  po  co  te  formalności  -  uśmiechnęła  się.  -  Niech  pan  pójdzie  wzdłuŜ  siatki  do 

czerwonej  taśmy.  Przejdzie  pan  pod  taśmą.  Potem  będzie  tabliczka:  „Wstęp 
wzbroniony".  Tam  zaczyna  się  ścieŜka.  Trzeba  iść  nią  dalej, około  kilometra...  Jak  pan 
zobaczy stos kamieni, stos świeŜo wydobytych kamieni - poprawiła się - to tam tuŜ obok 
jest wejście do szybu... Zaraz dam panu jeszcze kombinezon ochronny, bo tam w środku 
trochę brudno... 

Poleciała  na  zaplecze  i  po  chwili  wróciła  z  cienkim  kombinezonem  z  bawełnianej 

włókniny. 

Podziękował i wyszedłszy z budynku ruszył naprzód. Kopalnia krzemienia pasiastego 

w  Krzemionkach  Opatowskich  została  odkryta  jeszcze  w  latach  trzydziestych. 
Wydobycie  cennego  surowca  trwało  tu przez  blisko  półtora  tysiąca  lat  -  od około 4800 

background image

 

58 

do  mniej  więcej  2000  roku  przed  naszą  erą.  Podczas  badań  archeologicznych  zdołano 
ustalić,  Ŝe  eksploatację  prowadzili  górnicy,  naleŜący  do  kultur  pucharów  lejkowatych  i 
amfor  kulistych,  oraz  prawdopodobnie  takŜe  wcześniejsi  i  późniejsi  mieszkańcy  tej 
ziemi...  Na  obszarze  kilku  kilometrów  kwadratowych  wyrąbali  blisko  dwa  tysiące 
szybów.  Najmniejsze  miały  metr  głębokości.  Najpiękniejsze,  te  które  udostępnia  się 
turystom,  a  wejście  do  nich  prowadzi  z  pawilonu,  dochodziły  do  piętnastu  metrów 
głębokości  i  posiadały  chodniki  ciągnące  się  nawet  trzydzieści  metrów  w  bok.  W 
pradziejowej  kopalni  istniały  skomplikowane  systemy  wentylacyjne,  wyeksploatowane 
chodniki  wypełniano  gruzem,  aby  zmniejszyć  ryzyko  zawałów.  Tunele  były  niskie, 
rzadko przekraczały wysokość dziewięćdziesięciu centymetrów. Nasi przodkowie cenny 
surowiec  odkuwali  ze  ścian  poruszając  się  na  czworakach.  Jeśli  dodamy  do  tego,  Ŝe 
twardą,  wapienną  skałę  kuli  posługując  się  kamiennymi  siekierkami  osadzonymi  w 
trzonkach z rogu jelenia, moŜemy sobie wyobrazić ogrom ich pracy... 

Pan  Samochodzik  szedł  ścieŜką  po  hałdach  zerodowanego  wapienia,  porośniętych 

lichą  roślinnością.  Krajobraz  był  iście  księŜycowy.  Szybko  zostawił  za  sobą  część 
udostępnianą turystom. Kilka metalowych klap, osadzonych w betonowych kołnierzach i 
zamkniętych na potęŜne kłódki, wskazywało miejsca, w których uczeni utorowali sobie 
drogę  do  podziemnego  labiryntu.  Wreszcie  dotarł  na  miejsce.  W  ziemi  ziała  czeluść 
szybu. Miał około półtora metra średnicy i co najmniej cztery metry głębokości. 

Rozwinął  kombinezon  znajdując  przy  okazji  latarkę,  którą  dała  mu  bileterka.  ZałoŜył 

kombinezon i zszedł po wąskich szczeblach aluminiowej drabinki na samo dno. Z szybu 
wybiegały  cztery  chodniki  w  cztery  strony  świata.  Popatrzył  uwaŜnie  na  ziemię  i 
dostrzegłszy  świeŜe  ślady  ubłoconych  stóp,  zagłębił  się  w  najwyŜszy.  Szybko  okazało 
się,  Ŝe  poruszać  się  do  przodu  moŜna  wyłącznie  na  czworakach...  Nie  zraziło  go  to, 
zwłaszcza Ŝe z daleka usłyszał odgłosy szurania. Gdzieś tam byli ludzie. 

Korytarz  doprowadził  go  do  duŜej,  choć  niskiej,  komory  wydobywczej.  Jej  strop 

badacze  zabezpieczyli  kilkoma  stalowym  wspornikami.  Stąd  znowu  wybiegało  kilka 
niskich i ciasnych korytarzy. Wybrał ten po lewej stronie. Powietrze stopniowo stawało 
się coraz bardziej duszne, ale z zadowoleniem stwierdził, Ŝe i tak jest znacznie lepsze niŜ 
na Dworcu Centralnym w Warszawie. Korytarz rozwidlał się. Zgasił na moment latarkę. 
Z jednego z tuneli padał słaby poblask. Włączył reflektorek i ruszył w tamtą stronę... 

Niebawem  doszedł  do  sporej,  choć  niskiej,  komory  wydobywczej.  Wybiegał  z  niej 

krótki korytarzyk do kolejnego pomieszczenia. Miało dwa metry średnicy i mniej więcej 
tyleŜ  wysokości.  Ściany,  starannie  zagładzone,  zwęŜały  się  upodabniając  je  do 
gigantycznej butelki. 

Tu właśnie, na kawałku karimaty, siedział młody wąsaty archeolog. 
- O rany - mruknął na widok posuwającego się na czworakach pana Tomasza. - Twarz 

pańska wydaje mi się znajoma - potarł czoło usiłując sobie przypomnieć. 

- Pan Jerzy Kawka? - zapytał przybysz. 
- Tak - archeolog nadal usiłował zmusić swoją pamięć do pracy.  
- Nazywam się... 
-  JuŜ  wiem.  Pan  Samochodzik  -  ucieszył  się  archeolog.  -  Miło  mi  powitać  pana  w 

naszych skromnych progach. 

Usiedli w wysokim pomieszczeniu na karimacie. 
- Co to za miejsce? - zapytał gość rozglądając się wokoło. 
Na  ścianie  było  widać  jeszcze  resztki  jakichś  znaków  narysowanych  łuczywem. 

background image

 

59 

Naprzeciw  wejścia  widniał  symbol  w  kształcie  litery  „T",  po  lewej  stronie  gmatwanina 
jakichś kresek. PoniŜej zostawiono dziwne występy przywodzące na myśl półeczki. 

-  To  była  podziemna  świątynia  kultury  pucharów  lejkowatych  -  wyjaśnił  archeolog.  - 

Jedna z kilku na terenie tej kopalni... 

- To bardzo interesujące - powiedział powaŜnie pan Tomasz. - A więc tutaj... 
-  Same  hipotezy  -  westchnął  gospodarz.  -  Jest  tu  dość  ciasno,  ale  czy  to  znaczy,  Ŝe 

odprawiano  obrzędy  w  pojedynkę?  Czy  wstęp  był  zarezerwowany  tylko  dla  kapłanów, 
czy  moŜe  po  prostu  zwykli  górnicy  kolejno  tu  wchodzili?  Mamy  tu  takie  występy  - 
musnął  dłonią  kamienną  półkę.  -  Wykonano  je  bardzo  starannie.  Wyobraźnia 
podpowiada, Ŝe coś na nich ustawiano, moŜe posąŜki bóstw... 

- A ta litera? Wygląda zupełnie jak nasza... 
- To nie litera - pokręcił głową. - To symbol podwójnego topora, labrys. Występuje we 

wszystkich kulturach neolitycznych od Iranu po Skandynawię. 

- Podwójny topór - zadumał się pan Tomasz. 
- Wiązany jest z kultem KsięŜyca i kultem wielkiej bogini, pramatki rodzaju ludzkiego, 

opiekującej się takŜe wegetacją... 

-  Ta,  która  w  greckiej  mitologii  występuje jako  Persefona,  a w  etruskiej  Phersipai...  - 

pan Tomasz zmarszczył czoło. 

- W tamtych czasach była najwaŜniejsza. Potem w panteonach zajęła niŜsze pozycje. 
Oświetlił latarką znak po lewej stronie. Gmatwanina kresek, jakieś kółka. 
- To teŜ ona - powiedział. - Mamy tu bóstwo płci Ŝeńskiej siedzące na tronie... 
- Hmm - pan  Tomasz w plątaninie czarnych linii usiłował dopatrzyć się tego, o czym 

mówił uczony. 

- Tu mamy kolejny symbol częsty u neolitycznych rolników - oświetlił dość starannie 

narysowany znak. 

- Głowa byka? 
-  Właśnie.  Kult  męskości,  zwierzęcej  siły,  płodności....  Jeszcze  kultura  minojska  na 

Krecie  i  Therze  oddawała  cześć  tym  zwierzętom  około  1800  roku  przed  naszą  erą.  W 
Egipcie święty byk Apis był czczony aŜ do schyłku okresu rzymskiego... 

- A święte krowy w Indiach? 
-  Nie,  one  dla  odmiany  są  personifikacją  bóstw  Ŝeńskich...  Natomiast  na  tej  ścianie 

mamy spiralę... i to namalowaną czymś brązowym, moŜe krwią, moŜe sokiem... 

- W kaŜdym razie czymś trwałym, skoro przetrwało... no właśnie, jak długo? 
- Około sześciu tysięcy lat... 
- Co oznacza spirala? 
- To obcy ślad. Symbolika ludów rolniczych jest dla nas jasna. Czcili boginię, składali 

ofiary  wodom  stojącym  i  bagnom...  Czcili  głowę  byka.  Potem  przybyli  do  nich 
misjonarze  niosący  nową  religię.  Ale  gadam  i  gadam,  a  pan  pewnie  przybył  do  mnie  z 
konkretnymi pytaniami... 

-  Owszem.  Podczas  sesji  archeologicznej  w  Wyknie  doktor  Hreczkowski  wygłosił 

referat na temat swojej teorii. Jest pan jednym ze specjalistów badających tę samą epokę. 
Doktorowi  Hreczkowskiemu  ktoś  rozbił  głowę,  leŜy  w  szpitalu.  Mój  współpracownik 
usiłuje odnaleźć sprawcę. Wydaje nam się, Ŝe w myśl łacińskiej zasady „Winny jest ten, 
kto  odnosi  korzyść"  powinniśmy  najpierw  dowiedzieć  się,  na  czym  polega  teoria 
Hreczkowskiego, potem określić krąg podejrzanych. Zakładam, Ŝe był pan na referacie... 

-  Teoria  Hreczkowskiego  -  uśmiechnął  się  Kawka.  -  No,  ładnie.  Tak  to  teraz 

background image

 

60 

nazywają... To nie jest jego teoria. 

- Jak to? - zdumiał się pan Tomasz. 
- To moja teoria. Ukradł ją. 
Ś

wieczka  paliła  się  jasnym  płomieniem.  Ruchome  cienie  kładły  się  na  ścianach. 

Pełgający blask to wydobywał pradawne symbole, to pogrąŜał je w mroku... Pan Tomasz 
czuł  dziwne  rozdwojenie,  jakby  czas  przestał  istnieć.  Wydawało  się,  Ŝe  staroŜytni 
kapłani wyszli ze świątyni kilka minut temu... 

-  Rolnicy  przyszli  na  nasze  ziemie  od  południa  -  mówił  Kawka.  -  Kolejne  kultury  i 

ludy, które wypierały łowców oraz myśliwych i zaczynały uprawiać ziemię. NaleŜeli do 
nieco  innego  typu  antropologicznego...  Osiedli,  zaczęli  się  rozwijać.  Uprawa  ziemi 
oznaczała kontrolę nad ilością posiadanego poŜywienia. Zrezygnowali z koczowniczego 
trybu  Ŝycia,  osiedli  w  jednym  miejscu,  czasem  tylko  wędrowali  z  letnich  siedzib  do 
zimowych. śyli tu spokojnie, aŜ przyszli do nich „misjonarze". 

- Misjonarze? - podchwycił Pan Samochodzik. 
- Zna pan z pewnością megality zachodniej Europy? 
-  Tak,  Garnąc  w  Bretanii,  Stonehenge  w  Walii...  Są  ich  dziesiątki.  Kawka  milczał 

przez chwilę wpatrując się w płomień świecy. 

- Przyszli z południa - powiedział wreszcie. - Cztery tysiące pięćset lat przed naszą erą, 

moŜe wcześniej. Zamieszkiwali tereny dzisiejszego Beninu. Przebyli Saharę i dotarli na 
Półwysep Apeniński. Tam zbudowali pierwsze osady, niezwykle rozwinięte jak na tamte 
czasy,  z  kanalizacją,  doprowadzeniem  wody...  Eksploatowali  złoŜa  okruchowe  miedzi i 
złota... 

- PrzecieŜ to była epoka kamienia... 
- Owszem. Oni pierwsi zdecydowali się wydrzeć przyrodzie metal. Nie umieli jeszcze 

wytapiać  go  z  rudy,  ale  potrafili  kuć  i  formować  samorodki.  W  Hiszpanii  było  im  za 
ciasno. W ciągu kilkuset lat opanowali ogromne tereny. Dotarli na Wyspy Brytyjskie, do 
Francji,  główny  ośrodek  kultu  mieli  na  Malcie.  Wykuli  tam  wspaniałe  podziemne 
ś

wiątynie. Przybyli do Danii i dalej na wschód. Do Polski... Wszędzie schemat organiza-

cyjny  był  ten  sam.  Niewielka  grupka  przybyszów  bez  problemu  podporządkowywała 
sobie  miejscowe  ludy.  Zmuszała  je  do  wznoszenia  budowli  z  wielkich  głazów  - 
megalitów.  Stanowili  intelektualną  awangardę  ówczesnego  świata.  Dokonywali 
skomplikowanych  obserwacji  astronomicznych,  umieli  przeprowadzać  zabiegi 
medyczne. Z tych stanowisk mamy ślady wyleczonych złamań kości, dokonywali nawet 
trepanacji czaszek... 

I  wszędzie  znajdujemy  ślady  nowej  religii.  Jak  się  wydaje,  wyznawali  ją  sami,  nie 

walczyli z miejscowymi kultami, nikogo nie nawracali... 

- Powiedział pan, Ŝe przybyli z północnej Afryki, czy to znaczy...? 
- Tak. Oni byli czarni. 

background image

 

61 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

NIEMRAWE ŚLEDZTWO * LAPOŃSKA MAGIA * MAGISTER JERZY KAWKA * 

ODWIEDZINY GAJOWEGO * NA STANOWISKU 

 

Milczeli długo patrząc w pełgający płomień świecy. 
- Czy to pewna informacja? - zapytał wreszcie Pan Samochodzik. Archeolog skrzywił 

się. 

-  Prawie  -  powiedział  wreszcie.  -  Z  grobowców  kujawskich  mieliśmy  dotąd  trzy 

czaszki. Znaleziono je w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Odnotowano tylko 
tyle, Ŝe zdradzały anomalie antropologiczne, czyli mówiąc po ludzku, archeolog, który je 
wykopał stwierdził, Ŝe czymś się róŜnią od pozostałych. W tej chwili z Zachodu mamy 
informacje  o dokładnych  badaniach  ich  znalezisk  z  tego  okresu  pod  megalitami...  Mają 
w  tej  chwili  co  najmniej  kilkudziesięciu  Murzynów  z  terenów  Francji  i  Hiszpanii. 
Oczywiście natychmiast postanowiono zbadać te spoczywające w naszych magazynach. 

- I co się okazało? 
- Niestety, były normalne, naleŜące do białych ludzi. Hreczkowski twierdzi jednak Ŝe 

zostały  przez  kogoś  podmienione.  Odrobinę  róŜnią  się  kolorem  od  pozostałych  kości  z 
tych grobów. 

- Kto mógł dokonać podmiany i przede wszystkim po co? 
-  Jest  kilku  uczonych,  którzy  mają  dostęp  do  magazynu  Instytutu  Osteologii,  gdzie 

były  przechowywane.  Wliczając  w  to  studentów,  którzy  odwiedzają  magazyn  kaŜdego 
roku,  moŜemy  mówić  o  setkach  gości...  Tam  są  tysiące  pudeł,  ale  wystarczyło,  Ŝe 
sprawca pamięta, do którego schował... 

- Pora na mnie - powiedział wreszcie Pan Samochodzik. - Dziękuję za pomoc. 
- Drobiazg. Odprowadzę. 

*** 

Siedziałem  przeglądając  dziennik  badań  i  dziennik  wpisów.  Szukałem  w  notatkach 

Hreczkowskiego czegoś, co mogłoby naprowadzić mnie na właściwy trop. Daremnie. 

- Czarny ksiąŜę - powtarzałem. - Dlaczego czarny? 
Przymknąłem  oczy.  Odtwarzałem  siebie  nocne  wypadki.  Robiłem  rekonstrukcję 

zdarzeń. Hreczkowski mógł kogoś śledzić albo poszedł na miejsce, bo miał przeczucie... 

Gdyby obawiał się o los znaleziska, czy nie przyszedłby do mnie? Chyba tak. A zatem 

widzi kogoś, kto idzie do lasu z łopatą. Rusza za nim. Boi się go zgubić, więc nie zabiera 
mnie ze sobą, Ŝal mu kaŜdej sekundy. Przy kurhanie zaskakuje tajemniczego złoczyńcę. 
Wywiązuje się walka, doktor usiłuje zastrzelić wroga albo - co bardziej prawdopodobne 
-  tylko  postrzelić,  aby  obezwładnić.  Ten  zadaje  mu  cios  szpadlem  w  głowę...  I  bardzo 
szybko ucieka, bo nie zabiera nawet broni uczonego. 

Niezła  hipoteza,  ale  miała  jeden  mankament.  Wróg,  aby  odnaleźć  czaszkę,  wykopał 

około  dwóch  metrów  sześciennych  ziemi.  Robota  na  co  najmniej  godzinę...  A  zatem 
było ich dwóch. Jeden poszedł wcześniej i pracował. Drugi opuścił obozowisko i doktor 
pobiegł za nim. We dwóch dali sobie radę z doktorem... 

Zaszedłem  do  namiotu  laboratoryjnego.  Magda  usiłowała  posklejać  czaszkę  z 

powrotem. 

- Nie wygląda to dobrze - stwierdziłem. 
-  Nie  jest  źle  -  zaprotestowała.  -  Posklejałam  część  zębów,  mam  parę  duŜych 

kawałków... 

Faktycznie,  w  kuwecie  z  piaskiem  suszyły  się  zrekonstruowane  fragmenty.  Czy  były 

background image

 

62 

duŜe? Dwa na cztery centymetry, mniej więcej. 

-  Trzeba  się  zastanowić,  co  dalej  -  powiedziałem.  -  W  drugim  kurhanie  moŜe  być 

jeszcze jedna komora. 

-  A  nawet  kilka.  Oni  sobie  lubili  czasem  zaoszczędzić  pracy.  Kolejne  pochówki 

wkopywali w juŜ istniejące nasypy. 

- Faktycznie - kiwnąłem głową. - Czytałem o tym. 
-  Dopóki  nie  zaczniemy  tam  prac,  moŜemy  spać  spokojnie.  Nasz  przeciwnik  nie  lubi 

się zanadto męczyć. Poczeka, aŜ odwalimy za niego większą część roboty.... 

- On nie jest taki leniwy - odparłem. - MoŜe było jeszcze inaczej... Poszedł do kurhanu 

wieczorem. Odkopał komorę, zniszczył czaszkę. Potem wrócił do obozowiska i wywabił 
doktora. Zaczaił się na niego i rozbił mu głowę łopatą. Tylko pytanie, czy walił tak, Ŝeby 
zabić? 

-  I  mógł  liczyć  na  to,  Ŝe  w  razie  niedyspozycji  kierownika  badania  zostaną 

wstrzymane,  a  on  będzie  mógł  przyjechać  tu  za  tydzień  i  spokojnie  dobrać  się  do 
drugiego kurhanu - mruknęła. - Zwłaszcza Ŝe teraz wie, gdzie on jest. 

- Nie rozumiem - spojrzałem na nią zdezorientowany. 
-  Nie  mógł  dobrać  się  wcześniej,  bo  znał  tylko  nazwę  miejscowości  -  wyjaśniała 

cierpliwie.  -  Gdyby  przyjechał  tu  miesiąc  temu,  musiałby  przeczesać  cały  las,  aby 
odnaleźć nasz obiekt. 

- Rozumiem... 
-  Zatem  nasz  przeciwnik  musi  być  członkiem  ekspedycji...  -  dodała  powaŜnie.  -  Jeśli 

planował  wyeliminować  doktora,  to  „obejmując  dowodzenie"  pokrzyŜowaliśmy  mu 
plany. 

-  I  musimy  uwaŜać,  bo  moŜe  teraz  kolej  na  nas...  Podejrzewałem  kogoś  ze  wsi.  Ten 

Złotozęby sklepikarz coś knuje... I mają tu zdaje się szajkę kłosowników... 

-  Kłusownicy  mogliby  chcieć  się  nas  stąd  pozbyć  -  powiedziała  powaŜnie.  -  I 

faktycznie  mogliby  napaść  na  doktora  i  porachować  mu  kości,  ale  nie  niszczyliby 
dowodu potwierdzającego jego teorię. 

Miała rację. 
Przed  namiotem  zaterkotał  silnik  motocykla.  Wyszedłem  przed  wejście.  Policjant  na 

motorze. 

-  Pan  tu  jest  kierownikiem?  -  obrzucił  mnie  badawczym  spojrzeniem.  -  Tylko 

pomocnikiem - wywołałem Magdę ze środka. 

-  Nie  mam  dla  was  dobrych  wieści  -  powiedział  powaŜnie.  -  Laboratorium  zbadało 

waszą  łopatę  i  porównało  odciski  palców.  Niestety,  ten  kto  rozwalił  głowę  waszemu 
archeologowi, nie figuruje w kartotece, co więcej nie jest to nikt z uczestników waszych 
badań... 

- Łopata wygląda na naszą - mruknęła Magda. 
- Nie piszecie na nich, na przykład, numerów ewidencyjnych? - zapytał policjant. 
Pokręciła głową. 
- Nie. Co gorsza, nie wiem, ile powinno ich być - westchnęła. - Przywieźliśmy około 

dwudziestu,  moŜe  dwudziestu  pięciu  sztuk.  Zawsze  bierze  się  kilka  na  zapas,  Ŝeby  nie 
było  problemu,  jak  któraś  się  złamie.  Mogło  się  zdarzyć  tak,  Ŝe  po  prostu  to  odciski 
palców jakiegoś studenta, który kopał nią w zeszłym roku... Potem zdał ją do magazynu, 
a ten, kto rozbił głowę doktorowi, uŜywał rękawic... 

-  To  brzmi  niegłupio  -  powiedział  policjant  -  ale  w  takim  wypadku  musielibyśmy 

background image

 

63 

załoŜyć, Ŝe nikt nie dotykał jej gołymi rękami od zeszłego roku. Czy to moŜliwe? 

Zamyśliła się i pokręciła głową. 
- Nie. Furgonetka ze sprzętem przyjechała na skraj lasu. Przeładowaliśmy narzędzia na 

taczki  i  przywieźliśmy  tutaj.  Wprawdzie  kierowca  pomagał  nam  ładować,  ale  tu,  przy 
zdejmowaniu z taczek i układaniu w magazynie, z pewnością ktoś złapałby ją gołą ręką. 
Chyba Ŝe... - potarła czoło dłonią - przy wyładunku ktoś załoŜył rękawice... 

-  Czy,  powiedzmy,  zeszłoroczne  odciski  nie  starłyby  się  podczas  kopania,  gdyby  ten 

ktoś uŜywał rękawic? - zapytałem. 

- Niekoniecznie. Powinny, ale na drewnie odbijają się bardzo wyraźnie. Zwłaszcza na 

nielakierowanym. Cały trzonek jest nimi pokryty, pewnie ten gość niósł ją przez dłuŜszy 
czas,  co  chwila  zmieniając  chwyt,  potem  poprawiał...  Nie  wiemy  nawet,  w  jaki  sposób 
trzymał łopatę, gdy zadał cios... 

Jeszcze  chwilę  porozmawialiśmy  i  policjant  zaczął  się  zbierać.  Zmierzchało  się,  więc 

poprosiłem, Ŝeby podrzucił mnie do wsi. Stamtąd wykonałem dwa telefony. Pierwszy do 
szpitala. Doktor szczęśliwie odzyskał przytomność i nawet mógł rozmawiać. 

- Co tam u was? - usłyszałem jego zbolały głos. 
- Kopiemy bez pana. Magda jest chwilowo kierowniczką - wyjaśniłem. 
-  Aha  -  milczał  przez  chwilę.  -  Nikomu  o  tym  nie  mówcie  -  poprosił.  -  Jakby  się 

dowiedział o tym wojewódzki konserwator zabytków, to by oszalał... 

- W porządku. Usiłuję ustalić sprawcę napadu. Widział go pan? 
- Nie, w kaŜdym razie nie z bliska. Zobaczyłem migotanie latarki w lesie. Pobiegłem, 

ale  po  chwili  zniknęła  mi  z  oczu:  moŜe  ten  ktoś  ją  po  prostu  wyłączył.  Poszedłem  na 
kurhan  skontrolować,  czy  wszystko  w  porządku.  Zobaczyłem  wkop  rabunkowy  i 
rozwaloną  czaszkę.  Wyciągnąłem  spluwę  i  wtedy  ten  ktoś  wyskoczył  z  boku  i  walnął 
mnie łopatą. Traciłem przytomność, ale zdołałem wyciągnąć i odbezpieczyć broń... 

- Strzelał pan do niego? 
- Nie, strzelałem, Ŝeby sprowadzić kogoś na pomoc. On natychmiast uciekł. Gdy tylko 

zobaczył,  Ŝe  po  takim  ciosie  ciągle  stoję  na  nogach...  Lekarze  mówią,  Ŝe  potrzymają 
mnie co najmniej tydzień... 

- Obiecuję, Ŝe dołoŜymy wszelkich starań, aby łobuza przyskrzynić... 
-  Pilnujcie  drugiego  kurhanu  -  powiedział  z  powagą.  -  Jeśli  rozwali  kolejną  czaszkę, 

stracimy wszystkie dowody na poparcie mojej teorii. 

-  Dlaczego  nazwał  pan  spoczywającego  w  komorze  grobowej  czarnym  księciem?  - 

zapytałem. 

W tym momencie rozmowę przerwał lekarz. 
-  Przepraszam  najmocniej,  pan  Hreczkowski  musi  odpocząć.  Jest  jeszcze  bardzo 

słaby... 

CóŜ  było  robić?  Wybrałem  numer  Pana  Samochodzika,  jednak  okazało  się,  Ŝe  jego 

telefon  komórkowy  był  tradycyjnie  wyłączony...  Rad  nie  rad  ruszyłem  przez  las  do 
obozowiska. 

*** 

Pan  Samochodzik  i  towarzyszący  mu  archeolog  szli  przez  usiane  dziurami  pole 

górnicze. Znany muzealnik układał sobie w myśli ostatnie pytanie. Niezbyt miał odwagę 
je zadać. 

- Jak pan sądzi - zapytał wreszcie - kto z uczestników sesji archeologicznej w Wyknie 

jest  do  tego  stopnia  szalony,  by  w  obronie  dotychczasowych  teorii  rozbić 

background image

 

64 

Hreczkowskiemu głowę? 

-  Nikt  -  magister  Kawka  pokręcił  głową.  -  My,  archeolodzy,  jesteśmy  spokojnymi 

ludźmi.  Owszem,  w  XIX  wieku  zdarzały  się  róŜne  numery,  raz  nawet  doszło  do 
pojedynku między dwoma uczonymi. Ale czasy się zmieniły. 

- Czyli nikogo nie moŜemy podejrzewać - zafrasował się pan Tomasz. 
-  Jest  tylko  jeden  człowiek,  który  Ŝyczy  temu  wariatowi  wszystkiego  najgorszego.  I 

który publicznie zapowiedział niedawno, Ŝe wybije mu zęby. 

- Kto to jest? - zainteresował się Ŝywo pan Tomasz. 
- To ja. 

*** 

Dochodziła  dwudziesta  pierwsza.  Zapadał  szary  letni  zmrok.  Szedłem  ścieŜką.  Las 

milczał  wokoło.  Nieoczekiwanie  poczułem  się  niepewnie.  Było  juŜ  późno,  a  ja 
włóczyłem  się  sam.  A  jeśli  ktoś  zaczaił  się  na  mnie?  Tym  razem  cios  łopatą  moŜe  być 
ś

miertelny. Przystanąłem i wyciągnąłem z kieszeni pistolet gazowy. Odbezpieczyłem go. 

Ruszyłem  dalej.  Starałem  się  stąpać  tak,  by  robić  jak  najmniej  hałasu.  Dostrzegłem 
wroga z daleka. Siedział ukryty częściowo za krzakiem. ZauwaŜył mnie czy nie? Zanur-
kowałem  w  las  i  ostroŜnie  zaszedłem  go  od  tyłu.  Znienacka  przystawiłem  mu  lufę  do 
pleców. 

- Mam cię - huknąłem. Nawet nie drgnął. 
- To ja - powiedział spokojnie. Poznałem go po dziwnym akcencie. Niels. 
- Bałem się, Ŝe ktoś moŜe spróbować na pana zapolować, więc wyszedłem naprzeciw... 
Opuściłem broń. 
Poszliśmy przez las, ale za kładką Niels odbił w bok. 
-  Wdepniemy  do  mojego  szałasu  -  powiedział.  -  Jeśli  nie  da  się  rozgryźć  zagadki 

normalnie, spróbujemy metod alternatywnych. 

Spojrzałem  na  niego  zaskoczony.  Uśmiechnął  się  lekko.  Po  kilkunastu  minutach 

byliśmy na miejscu. Raz juŜ widziałem jego kryjówkę od zewnątrz. Teraz zaprosił mnie 
do  środka.  Grube  gałęzie,  połączone  w  kilku  zaledwie  miejscach  sznurkami,  tworzyły 
szkielet.  Nakrył  je  folią  malarską  i  obłoŜył  płatami  darni.  Z  odległości  kilku  metrów 
budowla wyglądała jak niewielki pagórek... 

Nad  lasem  zerwał  się  wiatr.  Chyba  zanosiło  się na  kolejną  ulewę.  Niels  zapalił  grubą 

ś

wiecę, sądząc po zapachu odlaną z czystego wosku. 

Spod  powały  odczepił  swój  bęben.  Po  raz  pierwszy  widziałem  go  z  bliska.  Był 

owalnego  kształtu.  Mierzył  około  70  na  40  centymetrów.  Rama  z  wygiętego  drewna 
miała  moŜe  dziesięć  centymetrów  wysokości,  obciągnięto  ją  mokrą  skórą,  która 
wysychając  bardzo  mocno  się  napięła.  ..  Na  powierzchni  namalowano  czerwoną  farbą 
liczne znaki. 

-  PrzeŜuta  kora  olchy  -  wyjaśnił.  -  Bardzo  dobry  barwnik.  Wytrzymuje  nawet  tysiąc 

lat... 

- Będziesz bębnił, aŜ wprawisz się w trans? - domyśliłem się.  
Pokręcił głową. 
-  Nie.  Tego  nie  moŜna  robić  często.  To  tak  jak  z  narkotykami.  Społeczeństwa 

pierwotne  znały  je  i  uŜywały  ich  kilka  razy  do  roku  pod  kontrolą  szamanów,  tylko  w 
celach  rytualnych.  Biali  ludzie  biorą  je  dla  rozrywki,  popadają  w  nałóg,  następuje 
degradacja  osobowości,  wreszcie  śmierć...  Transy  wywołane  bębnieniem  dają  jeszcze 
silniejsze doznania. Dlatego muszę zachować kontrolę. 

background image

 

65 

- Bębnisz którąś noc z rzędu. 
-  Tak,  ale  tylko  dwa  razy  wchodziłem  w  mgłę,  jak  my  to  nazywamy.  Częściej  po 

prostu staram się rozmawiać z  duchami... Tu jest pełno duchów. .. Zresztą, wybacz, ale 
nie  zrozumiesz.  Dla  ciebie  to  tylko  szamańskie  gusła.  Dla  tych  wariatek  z  obozu  to 
rozrywka, nie wiedzą, o co proszą. Trzeba  mieć bardzo mocną psychikę, aby znieść to, 
co się widzi na ścieŜkach ducha. To otwarcie się na inny świat. A tam często czai się zło. 
Wasi księŜa powiedzieliby, Ŝe to zapraszanie diabła i faktycznie istnieje ryzyko opętania. 
Aby  zostać  szamanem,  trzeba  najpierw  zahartować  swoją  wolę.  Pościć  tygodniami, 
wędrować  na  mrozie,  spać  na  gołej  ziemi.  Trzeba  uzyskać  odpowiednią  twardość, 
odporność... i odwagę. 

Rozebrał się do slipów i zawiesił na szyi naszyjnik z pazurów niedźwiedzia. Na skórę 

bębna rzucił pierścień z mosiądzu. Ujął w dłoń dziwne widełki zrobione najwyraźniej z 
rogu  i  zaczął  delikatnie  stukać  nimi  w  skórę...  Wibrujący  dźwięk  wypełnił  szałas. 
Milczałem  siedząc  po  turecku  na  kawałku  karimaty.  Rytm  zmieniał  się.  Wyczułem  w 
nim pytanie. 

Pod wpływem drgań pierścień przesunął się powoli po skórze, aŜ dotknął znaku ptaka 

namalowanego na krawędzi. 

Niels  zmienił  rytm.  Bębnił  to  szybciej,  to  wolniej,  sprawiało  to  wraŜenie  rozmowy. 

Pierścień sunął to w prawo, to w lewo. Dotknął figurki duŜego człowieka, potem małego. 
Rytm  zmieniał  się.  Przyspieszał.  Poczułem  się  dziwnie.  Przymknąłem  oczy  i  nagle 
zobaczyłem obraz. Niewyraźny, zamglony. 

Zimowy  las,  na  śniegu  leŜy  zakrwawiona,  częściowo  rozszarpana  sarna.  Rozrywa  ją 

kilka duŜych wilków. To wilki skandynawskie, większe od naszych, europejskich. Silne 
zwierzęta  pokryte  grubym  futrem,  o  mocnych  łapach  i  równie  silnych  szczękach. 
Niebezpieczne, szybkie, zwinne, nie boją się człowieka ani niedźwiedzia. Niels, o kilka 
lat młodszy, zeskakuje z drzewa prosto w środek stada. Przyklęka i opada na czworaka. 
Największy wilk, samiec, przywódca stada odwraca się w jego stronę płynnym ruchem. 
Za  chwilę  rzuci  się  na niego  i rozerwie  mu  gardło.  Nic  z  tego.  Brązowe  oczy  chłopaka 
lekko  rozbłysły. Jego  wzrok uwięził spojrzenie wilka.  Trwali nieruchomo patrząc sobie 
w oczy.  Wreszcie zwierzę opadło brzuchem na ziemię i zamachało ogonem jak zwykły 
domowy kundel. Niels nachylił się nad truchłem sarny i wyrwał zębami kawałek mięsa. 
Po chwili dołączyły do niego wilki. 

Lekkie  potrząśnięcie  za  ramię.  Znowu  byłem  tu,  w  Polsce.  Patrzyłem  zdumiony  na 

siedzącego przede mną studenta. 

- Co to było? - zapytałem. 
-  Nazwij  to  jak  chcesz  -  powiedział  obojętnie.  -  Jednej  cechy  nie  mogę  się  pozbyć... 

PróŜności. 

- Ty to zrobiłeś naprawdę? To z wilkami?  
Kiwnął głową. Obojętnie. 
-  Przygotowywałem  się  do  tego  dwa  lata.  To  jeden  ze  stopni  wtajemniczenia. 

Widziałeś, co pokazał bęben? Jakich figur dotknął pierścień? 

- Tak. Ptak, olbrzym i karzeł... 
- Ptaka moŜna odczytać dosłownie - zastanawiał się. - Na bębnie są namalowane trzy. 

Zazwyczaj  rysowano  tylko  jednego,  aleja  lubię  wiedzieć  pewne  rzeczy  dokładnie...  To 
ptak średniej wielkości. 

- Nie rozumiem. 

background image

 

66 

-  ZbliŜa  się  ptak  -  mruknął.  -  Zrozumiemy  pewnie  po  fakcie.  Często  tak  jest  z 

przepowiedniami.  MoŜna  je  roŜnie  interpretować,  ale  dopiero  gdy  coś  się  wydarzy, 
stwierdzamy, Ŝe bęben powiedział prawdę. Tyle Ŝe pozostała zakryta... Olbrzym to znak 
człowieka  silnego.  Silnego  duchem  -  dodał  widząc  moją  zaskoczoną  minę.  -  To  ktoś 
mądry, a przy tym sprawiedliwy. Ktoś inny niŜ wszyscy ludzie. 

- A karzeł? 
- To nasz przeciwnik. Ubogi duchem i parszywy czynem... 
- MoŜesz dowiedzieć się czegoś dokładniej? 
- Nie... Ale ci trzej spotkają się niebawem... Dojdzie do konfrontacji. 
Zatoczył  widełkami  okrąg  po  skórze  bębna.  W  samym  środku  znajdowała  się  mała 

swastyka. 

- Czy to oznacza jakiegoś rasistę, nazistę, Niemca? - zapytałem. 
- To znak ognia i słońca - powiedział patrząc mi w oczy. - Symbol, który pojawia się 

na naczyniach na początku epoki brązu... Piękny, szlachetny znak przynoszący szczęście, 
splugawiony niestety przez Hitlera i jego partię... 

- Trudno jest wytrzymać wzrok wilka? - nie mogłem się powstrzymać przed zadaniem 

tego pytania. 

-  Bardzo.  Idź  kiedyś  do  zoo  i  spróbuj...  Tam  niejako  od  razu  jesteś  górą.  Wilk  jest 

uwięziony,  jesteś  jego  panem.  Ale  w  lesie,  nad  upolowaną  zwierzyną,  to  on  jest  na 
swojej ziemi, a ty to przybłęda... 

- Jak rozumiem, to było jedno z ćwiczeń przed... 
-  Na  ścieŜkach  ducha  spotyka  się  istoty  wielekroć  groźniejsze  od  wilków.  Magia 

Saamów  to  bardzo  niebezpieczna  dziedzina.  Z  pokolenia  na  pokolenie  przechodzą 
legendy o dawnych szamanach. Złośliwych, opętanych, Ŝywiących się ludzkim mięsem, 
mordujących  kogo  popadło,  gromadzących  złoto...  Niektórzy  zsyłali  na  swój  lud 
choroby, obłęd i śmierć... śyli w trudnych czasach, Ŝycie hartowało ich znacznie mocniej 
niŜ obecnie, a przecieŜ i oni byli za słabi... 

Ruszyliśmy do obozowiska. Magda jeszcze nie spała. 
- Długo pana nie było - powiedziała. - Niepokoiłam się. 
- Musiałem zadzwonić, a potem gadałem trochę z Nielsem - wyjaśniłem. 
Kiwnęła  głową.  Nie  dopytywała  się  o,  czym  rozmawialiśmy.  Poszedłem  do  namiotu. 

Zasypiając miałem ciągle przed oczyma ten sam obraz. 

Zimowy  las  i  stado  głodnych  wilków.  Niepozorny  student  dokonał  rzeczy,  na  jaką 

nigdy bym się nie odwaŜył... 

*** 

Obudził  mnie  warkot  motoru.  LeŜałem  wsłuchując  się  w  odgłos  silnika.  To  nie  był 

motocykl  policjantów.  Oni  mieli  lekkie  pojazdy,  sportowe  hondy  przystosowane  do 
pościgów za samochodami. To zaś była cięŜka maszyna. Wygrzebałem się ze śpiwora i 
wypełzłem z namiotu. 

Na polankę wjechał młody, szczupły męŜczyzna. Siedział na starym motorze produkcji 

PZL  Świdnik,  tak  zwanej  emzetce.  Zaparkował  go  z  wdziękiem  i  zdjął  z  głowy  kask. 
Obrzucił  obozowisko  spokojnym  spojrzeniem  brązowych  oczu.  Przygładził  krótko 
przycięte jasne włosy, a potem nacisnął klakson. 

Wszyscy wyleźli z namiotów i patrzyli zaskoczeni na gościa. Osadził ich wzrokiem. 
-  Nazywam  się  Jerzy  Kawka  -  przedstawił  się.  -  Jestem  magistrem  archeologii  i 

przybyłem,  aby  pokierować  tymi  wykopaliskami  pod  nieobecność  doktora 

background image

 

67 

Hreczkowskiego. 

Popatrzyłem  zaskoczony  na  Magdę.  Odpowiedziała  mi  równie  zdumionym 

spojrzeniem. 

- Znasz tego typa? - zapytałem. 
- Oczywiście, jest wykładowcą w instytucie...  
Facet zaparkował motor i popatrzył na zegarek. 
- Jest siódma - powiedział. - Od jutra będziemy o tej godzinie rozpoczynali prace.. 
-  Sekundkę  -  przerwałem  mu.  -  Zanim  obejmie  pan  nad  nami  kierownictwo,  radzi 

byśmy zobaczyć pańskie pełnomocnictwa... Jak rozumiem, jest pan przyjacielem doktora 
Hreczkowskiego? 

Facet na motorze uśmiechnął się promiennie. 
- Wręcz przeciwnie - odparł. - Jestem jego najgorszym wrogiem. 

*** 

Staliśmy koło rozkopanego częściowo kurhanu. Magister Kawka lustrował spokojnym 

wzrokiem wykop. Najwyraźniej nad czymś się zastanawiał. 

-  Dobra  robota  - ocenił  wreszcie.  -  Jak  na  studentów  wykazaliście  się  naprawdę duŜą 

intuicją... Zdejmijcie plantem resztę ziemi do poziomu gruntu. Potem przekopiemy teren 
wokoło. 

Uśmiechnął  się  do  nas  i  poszedł  nadzorować  badanie  osady.  Zabraliśmy  się  raźno  do 

roboty. 

-  Dziwne  -  odezwał  się  Marek.  -  Facet  przyjeŜdŜa  i  otwarcie  mówi,  Ŝe  nienawidzi 

swojego poprzednika... 

-  W  dodatku,  zdaje  się,  nielegalnie  zajął  jego  miejsce  pracy  -  dodałem  w  zadumie.  - 

Doktorowi  się  to  chyba  nie  spodoba...  Kto  wie,  czy  znowu  szpadle  nie  zawirują  nad 
czyjąś głową? 

-  Tak  się  zastanawiam...  -  powiedział  Piotrek.  -  Skoro  tak  się  nie  lubią,  to  moŜe  ten 

Kawka zakradł się tu nocą i rozwalił kierownikowi czerep? 

-  Na  razie  nie  mamy  Ŝadnego  punktu  zaczepienia  -  westchnąłem  -  Ŝadnej  wskazówki 

mogącej sugerować, kto jest sprawcą. 

Niels kopał w milczeniu. Marek takŜe się nie odzywał. Do południa zeszliśmy plantem 

około  pół  metra  w  dół.  W  nasypie  wokół  komory  nie  było  absolutnie  nic.  Tylko  lekkie 
przebarwienie  ziemi  mogło  wskazywać,  zdaniem  magistra,  Ŝe  pierwotnie  komora  była 
połączona z nasypem drewnianym korytarzem, umoŜliwiającym w razie czego dostęp do 
grobu.  Zdarliśmy  jeszcze  pół  metra  ziemi.  Byliśmy  juŜ  zdrowo  wykończeni,  sam  wy-
wiozłem  tego  dnia  kilkadziesiąt  taczek  „urobku".  Wreszcie  pojawiła  się nowa  warstwa. 
Ciemna, bardzo cienka, musieliśmy uwaŜać, Ŝeby przy odczyszczaniu nie przebić się na 
druga stronę. 

- Poziom humusu pierwotnego - ocenił fachowo nasz nowy kierownik. 
- Co to znaczy? - zainteresowałem się. 
Przez  chwilę  milczał,  jakby  w  myślach  przerabiał  definicję  tak,  aby  zrozumieli  ją 

studenci. 

-  Gdy  grzebano  wodza,  w  tym  miejscu  była  łąka  albo  pole  uprawne.  Roślinność 

rozłoŜyła się pod piachem tworząc tę ciemniejszą smugę. Pobierzemy próbki do analizy 
na  obecność  makroszczątków  i  pyłków  roślin,  moŜe  uda  się  to  ustalić.  Komorę 
zbudowano  na  ziemi.  Potem  wykonano  obudowę  kurhanu,  a  następnie  zaczęto  go 
usypywać. Trawa i leŜąca pod nią cienka warstwa próchnicy zostały przywalone tonami 

background image

 

68 

piasku. 

- Czyli głębiej nie znajdziemy juŜ nic? - upewniłem się. 
-  Prawdopodobnie  nie,  ale  trzeba  to  będzie  sprawdzić.  Natomiast  tutaj  -  przekroczył 

kamienną  ścianę  -  mogą  znajdować  się  pochówki  towarzyszące.  Groby  ludzi,  których 
pogrzebano tu po śmierci wodza, aby i na tamtym świecie miał pod ręką niewolników i 
słuŜbę. Ale tym zajmiemy się jutro - popatrzył na zegarek. 

Jeszcze kilka godzin harówki... 
Machałem łopatą popatrując na zegarek. Koniec pracy zbliŜał się rozpaczliwie powoli. 
-  Archeologia  -  mruczałem  pod  nosem.  -  Na  filmach  tak  ładnie  to  wygląda...  Siedzą 

sobie panowie naukowcy, pędzelkami odkurzają znaleziska... 

-  A  tu  proza  Ŝycia  -  westchnął  Fryderyk.  -  Łopata  i  szpadel  na  zmianę...  W  horrorze 

„Mumia", który niedawno leciał w kinach, przynajmniej coś znajdowali... 

-  Mnie  się  bardziej  podobała  druga  część,  tam  gdzie  latają  te  zmumifikowane 

krasnoludki z noŜami - zachichotałem. - Choć tego akurat mi w tym lesie nie brakuje... 

- A pamiętacie, jak Indiana Jones... - zaczął Piotrek, ale nie słuchałem go. 
U podnóŜa naszej górki stał podleśniczy Łukasz, którego poznałem kilka dni temu. 
- Witam, witam! - zawołałem. - Zapraszamy! 
Wdrapał  się  na  nasyp  i  w  zadumie  popatrzył  na  piach,  który  skrobaliśmy  łopatami. 

Przedstawiłem go studentom. 

- Jakoś niezbyt bogate w zabytki stanowisko? - zauwaŜył pogodnie. 
- Tu to prawdziwe odkrycia dopiero przed nami - powiedziałem - ale na polanie mają 

ciekawsze znaleziska. Zaraz oprowadzę. 

Przykazałem  studentom,  aby  pilnie  kopali  dalej,  a  sam  poprowadziłem  gajowego  w 

miejsce  prehistorycznej  osady.  Wyszedł  nam  na  spotkanie  magister  Kawka. 
Przedstawiłem naszego gościa. 

- Postanowiłem zobaczyć, co teŜ dzieje się w podległej mi części lasu - tłumaczył się 

przybysz. - Widzę, Ŝe prowadzicie tu powaŜne prace. 

- Owszem - kiwnął głową magister. - Pan pozwoli, zaraz wszystko pokaŜę. 
Zatrzymaliśmy się przy pierwszym rozległym wykopie. Blisko krawędzi na dnie biegł 

półkoliście  rząd  ciemniejszych  śladów,  dalej  było  widać  nieregularną  plamę  szarego 
koloru i kilka kupek kamieni. 

-  To  sam  skraj  osady  -  wyjaśnił  Kawka.  -  Te  ciemne  to  ślad  palisady  albo  zasieki 

wykonanej  w  ten  sposób,  Ŝe  pomiędzy  wkopane  w  ziemię  słupy  powrzucano  ścięte 
odpowiednio  krzaki  i  drzewka...  Proszę  za  mną...  -  Zeszliśmy  na  dno  leŜące  pół  metra 
pod  powierzchnią  gruntu.  -  Tu znajdowała  się  spora  chata  - pokazywał  archeolog.  -  To 
szare to resztki polepy wykonanej z gliny... 

- Skąd ten ciemny kolor? - zainteresował się leśnik. 
-  Brud,  drobinki  sadzy  z  ognisk.  To  resztki  palenisk  -  wskazał  kupki  przepalonych 

kamieni. - Kości wdeptywali często po prostu w polepę. 

Stanęliśmy  na  krawędzi  sąsiedniego  wykopu.  Tu  rysowała  się  kolejna  podłoga  chaty. 

Była długa na co najmniej osiem metrów i szeroka na cztery. 

-  To  był  budynek  o  konstrukcji  palowej  -  ciągnął  magister.  -  Prawdopodobnie 

wewnątrz  pomieszczenie  podzielono  lekkimi  ściankami  działowymi  na  kilka 
mniejszych...  KaŜde  uŜytkowała  jedna  rodzina,  co  łatwo  moŜna  poznać  po  ilości 
palenisk... Zimą zapewne pod dachem trzymano teŜ niektóre zwierzęta mniej odporne na 
mrozy. 

background image

 

69 

Isaura ze swoją kuzynką oczyszczały nieduŜą ciemną plamę obok domostwa. 
-  Tu  dla  odmiany  była  jama  śmietnikowa  -  powiedział  uczony.  -  Brudasy  to  były 

wyjątkowe,  ale  czasem  nachodziła  ich  ochota,  Ŝeby  trochę  uprzątnąć.  No  to  zbierali 
odpadki i wrzucali do dołu... 

Podeszliśmy  do  dziewcząt.  Znalezione  w  jamie  szczątki  powkładały  do  sporej 

plastykowej kuwety. Kawka wyjął kawałek kości. 

-  Tu  mamy  świńską  szczękę  -  podał  fragment  gościowi.  Leśnik  obejrzał  ją  z 

zainteresowaniem. 

- PotęŜna - pokiwał głową - prawie jak u dzika. 
-  Trzoda  była  trzymana  często  po  prostu  w  lasach,  w  stanie  półdzikim  -  wyjaśnił.  - 

Mogła  krzyŜować  się  z  dzikami...  Potomstwo  jest  najczęściej  płodne...  Zresztą  świnie 
jeszcze w XVII wieku były mocno włochate i miały potęŜne zębiska... Przez czterysta lat 
hodowli selektywnej uzyskaliśmy ogromny postęp, jeśli chodzi o mięsność i wygląd... 

- Cztery stulecia to dla świnek dwieście pokoleń - uniosłem brwi. 
- Sporo... 
-  A  tu  mamy  piękny  zabytek  ceramiczny  -  archeolog  podał  nam  kawałek  naczynia.  - 

Ucho  ulepiono  na  kształt  jakiegoś  zwierzaka.  Prawdopodobnie  wołu  albo  barana  - 
powiedział. - Częsty wówczas motyw zdobniczy. 

- Jaki to okres? - leśnik obracał skorupę w dłoni. 
- Środkowy neolit, mniej więcej 3600 - 3400 rok przed naszą erą, dokładne datowanie 

jest bardzo trudne... 

- To do epoki brązu jeszcze kawałek - mruknął gość. 
-  Zaczyna  się  na  naszych  ziemiach  około  1900  roku  przed  naszą  erą  -  wyjaśniłem.  - 

Ale oczywiście metale znali juŜ znacznie wcześniej... 

Przeszliśmy dalej, gdzie trudzili się czterej brydŜyści. 
- Tu mamy bardzo ładny fragment - magister wyjął z pudełka kawał dna garnka. 
- Coś jakby odciśnięte? - zdziwił się gajowy. - Wzorek? 
-  Przypuszczam,  Ŝe  świeŜo  wylepione  naczynie  postawiono  dla  obeschnięcia  na 

plecionej z trawy macie. Trzeba to będzie dokładniej obejrzeć po doczyszczeniu... 

-  Bardzo  to  ciekawe  -  rozejrzał  się  po  sąsiednich  wykopach,  gdzie  trudzili  się  inni 

studenci. - Widzę, Ŝe są prowadzone z rozmachem. 

-  W  tym  roku  na  pewno  nie  skończymy  -  wyjaśnił  naukowiec.  -  To  piękne,  bogate  i 

dobrze  zachowane  stanowisko...  Będziemy  kopać  przez  kilka  sezonów  -  zatarł  radośnie 
ręce.  -  Tak  duŜe  osady  nie  trafiają  się  często...  Sądzę,  Ŝe  uda  nam  się  znacząco 
wzbogacić naszą wiedzę... 

- I potem to wszystko zasypiecie? - zainteresował się leśnik.  
- Owszem... Postaramy się zostawić polanę z grubsza w takim stanie, w jakim była... 
- MoŜe trochę szkoda - powiedział. 
PoŜegnał się i poszedł. Sympatyczny gość... Trzeba było wracać do roboty. 

background image

 

70 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

TAJNA NARADA * U GRZYBIARZY * CMENTARZ NA STRYCHU * LUD POLSKI W 

WALCE Z „BAŁWANAMI" 

 

Kończyłem wylizywać miskę po zupie, gdy jak spod ziemi wyrósł nasz nowy szef. 
- Panie Daniec - powiedział - chciałbym prosić pana o kilka minut poufnej rozmowy... 
Poszliśmy  na  mostek.  Jak  się  okazało,  na  miejscu  czekała  juŜ  Magda.  Usiedliśmy  na 

chwiejnej konstrukcji i zwiesiliśmy nogi, aby obmywał je chłodny nurt. Po całodniowej 
pracy było nam to potrzebne... 

- Czym mogę słuŜyć? - zapytałem. 
-  No  cóŜ,  trafił  pan  tu  dla ochrony  mojego  poprzednika...  I  chronił  go  pan,  aŜ biedny 

doktor wylądował w szpitalu z rozbitą głową... Wierzę, Ŝe zrobił pan wszystko, co było 
w pańskiej mocy, by do tego nie dopuścić... 

- Skąd pan wie, Ŝe byłem tu dla ochrony?! - zdziwiłem się. 
- Spotkałem niejakiego Pana Samochodzika - uśmiechnął się do swoich wspomnień. 
No i wszystko jasne. 
- Owszem, taka była moja rola - potwierdziłem. 
-  Nie  poszło  panu  najlepiej  -  spojrzał  w  zadumie  na  krzaki.  -  Czy  podejrzewa  pan 

kogoś? 

Zamyśliłem się. 
-  W  tej  chwili  nie.  To  znaczy  raczej  prawie  wszystkich  -  poprawiłem  się.  - 

Wykluczyłem pannę Magdę oraz Nielsa. 

-  Tego  Lapończyka...  A  czy  ktoś  z  pozostałych  uczestników  wydaje  się  szczególnie 

podejrzany? 

- Szczególnie nie, ale większość jest dziwna. Taki na przykład Marek, bez przerwy się 

modli... 

- No cóŜ, nie ma w tym nic złego, a nawet wręcz przeciwnie. Jeśli poza modlitwą stara 

się realizować nauki Kościoła... 

Opowiedziałem mu o wynikach analizy daktyloskopijnej. 
-  Obce  odciski  palców  -  zamyślił  się.  -  To  moŜe  oznaczać,  Ŝe  na  naszych 

wykopaliskach jest jeszcze ktoś. 

Spojrzałem na niego zaskoczony. 
-  Wyobraźcie  sobie  taką  sytuację:  tajemniczy  zamachowiec  przyjeŜdŜa,  przekrada  się 

w nocy, lokuje w namiocie kumpla, nie wychodzi w dzień... 

- Nie, policzyłem kiedyś wszystkich noktowizorem - wyjaśniłem. 
- Faktycznie - machnął ręką - na dłuŜszą metę to niemoŜliwe do ukrycia. Ale ten trop 

ma  swoje  dobre  strony.  Ktoś  moŜe  ukrywać  się  w  lesie,  postawił  sobie  namiot,  na 
przykład kilometr albo półtora stąd. 

-  Musiałby  być  w  kontakcie  z  kimś  od  nas  -  zastanawiałem  się  głośno.  -  Tu  nie  ma 

zasięgu  dla  telefonów  komórkowych,  to  znaczy  jest,  ale  tylko  na  najwyŜszych 
wzniesieniach. Mogliby organizować seanse łączności raz dziennie... 

-  Trzeba  by  przyuwaŜyć,  kto  chodzi  po  lasach.  Szczególnie  wieczorem  -  powiedział 

powaŜnie. - RozwaŜmy teraz, czy coś nam grozi. 

-  Panu  przypuszczalnie  nie,  druga  napaść  na  kierownika  ściągnęłaby  tu  policję  oraz 

zwróciła uwagę na te badania. 

-  Wy  dwoje  wykazaliście  się  bezwzględnością,  no  moŜe  raczej  stanowczością,  oraz 

konsekwencją,  natychmiast  przejmując  władzę  nad  wykopaliskami  -  zauwaŜył.  -  MoŜe 

background image

 

71 

uznać was za groźnych przeciwników. 

- Co oznacza, Ŝe raczej nie wystąpi wprost... - dodała nasza towarzyszka. - Zaatakuje 

podstępem, zza węgła. 

Zapadło milczenie. 
-  Dobrze  -  powiedział  Kawka  wstając  -  na  dzisiaj  koniec  narady.  Jutro  sobota,  dzień 

wolny. Trzeba się będzie dobrze rozejrzeć, co robią studenci... i ze dwa, trzy razy rzucić 
okiem  na  nasze  wykopy,  tak  na  wszelki  wypadek  -  zamyślił  się  głęboko.  -  Na  wszelki 
wypadek - powtórzył. 

Poszedł sobie. 
-  Hmm  -  mruknęła  Magda  -  wygląda  na  człowieka  konkretnego  i  jest  dobrym 

fachowcem...  Jakoś  nie  mogę  sobie  go  wyobrazić  ze  szpadlem  w  dłoni,  rozbijającego 
głowę naszemu kierownikowi... 

-  MoŜe  mieć  wspólników  -  odparłem.  -  Na  razie  nie  będę  go  wykreślał  z  listy 

podejrzanych. Wleźmy na któreś wzgórze, muszę zadzwonić do szefa... 

Po  kilku  minutach  byliśmy  na  szczycie  górki  opodal  kurhanu.  Zasięg  był,  ale  bardzo 

słaby.  Zdecydowałem  się  wysłać  wiadomość  tekstową  -  SMS.  Czekałem  ponad  pięć 
minut,  ale  nie  przyszło  potwierdzenie.  Widocznie  pan  Tomasz  znowu  wyłączył  telefon 
albo, podobnie jak ja przed chwilą, znajdował się poza zasięgiem... 

- Nic z tego - powiedziałem ze złością. - Jesteśmy skazani na własne siły. 
Trąciła mnie w ramię. 
- Czujesz? - zapytała. 
Wciągnąłem powietrze i przez dłuŜszą chwilę smakowałem jego woń. Coś przebijało. 
- Dym - stwierdziłem. - Dym z ogniska... 
- MoŜe nasi zaczęli juŜ wieczorną integrację? 
- Nie, wiatr idzie z północnego zachodu - wyjaśniłem. Wspiąłem się na wysoką sosnę i 

rozejrzałem po okolicy. Nie myliłem się. Daleko, moŜe w odległości trzech kilometrów, 
w niebo wzbijała się cienka struŜka dymu. 

- Tam siedzą - wyjaśniłem, gdy stanąłem na dole. 
- Podejdziemy ich? - zapytała Magda. Kiwnąłem głową. 
- MoŜe to nie są nasi wrogowie - powiedziałem - ale sprawdzić trzeba. 
- A kto inny obozowałby w lesie? - wzruszyła ramionami. - Nigdzie tu nie ma innych 

archeologów... Chyba Ŝe jakaś grupa drwali... 

- Albo Cyganie - zauwaŜyłem. - Wielu z nich rusza latem na włóczęgę szlakami ojców 

i dziadów... ChociaŜ oni raczej jeŜdŜą przyczepami kempingowymi niŜ wozami. 

Ustawiłem na kompasie azymut i zlazłem na ziemię. Odbezpieczyłem pistolet gazowy 

i  sprawdziłem  połoŜenie  kabury.  Nie  bałem  się,  w  lesie  łatwo  podejść  przeciwnika... 
RozłoŜyłem  wyjętą  z  kieszeni  mapę.  Zaznaczyłem  swoje  połoŜenie  i  porównałem  z 
kompasem. Tajemnicze ognisko płonęło niemal dokładnie na północny zachód. 

-  Las  -  westchnąłem.  -  Nie  ma  tam  Ŝadnych  ludzkich  siedzib,  zaznaczona  jest  tylko 

droga. 

- Spójrzmy, jak to wyglądało dawniej - wyjęła ksero przedwojennej sztabówki. - Który 

kwadrat? 

Podałem jej numer. Porównała. 
- Tam była kiedyś śródleśna osada - mruknęła. - Cztery lub pięć gospodarstw. 
- Widać ludzie dawno ją opuścili i zarosła lasem. 
-  Albo  ich  wysiedlono  -  zamyśliła  się.  -  Osady  śródleśne,  jako  element  zakłócający 

background image

 

72 

równowagę ekologiczną, likwiduje się od lat pięćdziesiątych... 

- CzyŜby pozostały tam jakieś domy? 
-  Niewykluczone.  To  moŜe  być  baza  naszych  przeciwników.  Choć,  z  drugiej  strony, 

daleko do naszych wykopalisk. 

-  Co  najmniej  sześć,  moŜe  siedem  kilometrów...  Gdyby  chcieli  nas  w  nocy  podejść, 

musieliby zrobić w sumie dwanaście kilometrów. I to po ciemku. 

- Jeśli mają noktowizory... 
- UŜywałem noktowizora, to nie jest kamera termowizyjna. Drzewo ominiesz, ale jeśli 

na  drodze  jest  kałuŜa  czy  błoto  albo  leŜy  kawałek  konaru,  to  potkniesz  się...  Tak  czy 
inaczej, trzeba to sprawdzić. 

Ruszyliśmy  ostrym  marszem.  Teren  wznosił  się,  las  przeszedł  w  sosnowy.  Potem 

znowu opadał. Ominąłem niewielkie bagienko. Wiatr wiał w moją stronę niosąc zapach 
dymu. Wreszcie po kilkunastu minutach dotarliśmy do krawędzi lasu. Kiedyś mieszkali 
tu  ludzie.  Obecnie  tylko  liczne  zdziczałe  drzewka  owocowe  wskazywały  miejsce 
dawnych sadów. Czy rzeczywiście zdziczałe? Przyjrzałem się koronom jabłonek. 

- Te drzewa wyglądają za dobrze - powiedziałem do Magdy. Przyjrzała się koronom. 
- Ktoś musiał je prześwietlić, moŜe wiosną, moŜe na jesieni zeszłego roku - zauwaŜyła. 

- Albo i kilka razy. I nawozu chyba podsypał, bo duŜe te jabłka... 

Wisiało  ich  całkiem  sporo.  Ruszyliśmy  przez  sad.  Między  pniami  snuł  się dym.  Było 

go coraz więcej i więcej. W niektórych miejscach wyrosły brzozy, ale krzewy poszycia 
wykarczowano starannie. Zacząłem się skradać. 

Pomiędzy  drzewami  stał  duŜy  namiot.  Płótno  tropiku  było  mocno  wyblakłe,  musiał 

mieć  swoje  lata.  Nieco  wyŜej  zawieszono  plandekę  z  brezentu  chroniącą  go  przed 
deszczem.  Za  namiotem  wykopano  w  ziemi  dwa  doły.  Jeden  był  nakryty  rusztem  z 
leŜących  blisko  siebie  leszczynowych  kijów.  Spomiędzy  nich  bił  w  niebo  gęsty  dym. 
Druga  dziura,  moŜe  metr  dalej,  nie  była  niczym  zabezpieczona.  Opodal,  pomiędzy 
drzewami,  nawleczone  na  Ŝyłkę  suszyły  się  grzyby.  Patrzyłem  zdumiony.  Takiej  ilości 
grzybów na raz nigdy nie widziałem. Obok stało kilka plecionych koszy, takŜe pełnych 
prawdziwków. 

Nieoczekiwanie  z  nie  nakrytej  dziury  wychynął  męŜczyzna.  Twarz  miał  odrobinę 

zakopconą, a rozczochrane włosy sterczały na wszystkie strony. Na nasz widok wyraźnie 
się zdziwił. 

- Kim jesteście? - zapytał. 
Akcent wskazywał na człowieka z miasta. 
- Paweł Daniec - wyjaśniłem. 
- I Magda Skórzewska. Z obozu archeologicznego - dodała tytułem wyjaśnienia. 
-  A,  od  tych,  co  w  ziemi  grzebią  -  mruknął.  -  Antoni  -  przedstawił  się  -  bezrobotny 

filozof. 

Wyszedł cały z jamy. Był szczupły, ale szeroki w barach i wyŜszy ode mnie o głowę. 

Zaskoczony zajrzałem do dziury, która miała ponad trzy metry głębokości. O ścianę była 
oparta drabina, najwyraźniej samodzielnie zrobiona... 

- Nieźle się pan tu urządził. 
- Owoce suszę - wyjaśnił. 
Faktycznie, na leszczynowych Ŝerdkach leŜała gruba warstwa przepołowionych śliwek 

węgierek  oraz  ćwiartek  jabłek.  W  ścianie  głębszego  dołu  było  wykopane  palenisko. 
Ziemia  pomiędzy  dziurami  została  przekopana.  Leniwie  płonący  ogień,  podsycany 

background image

 

73 

gałązkami  jałowca  i  kostkami  torfu,  dawał  duŜo  dymu.  Ciepły  powiew  wędził  powoli 
owoce. 

- Ciekawe zajęcie  - powiedziałem. - Suszenie owoców „na lasach", jak się mówiło  w 

moich stronach. 

Kiwnął głową. 
-  Niewielu  dziś  umie  to  robić  -  westchnął.  -  Trzeba  bardzo  umiejętnie  podtrzymywać 

ogień,  wiedzieć,  jakie  spalać  drewno,  Ŝeby  owoce  nie  przeszły  goryczą  z  dymu.  Torfu 
teŜ trzeba umieć nakopać i ususzyć, no i nie moŜna go duŜo dawać... Zapominają ludzie 
o  tym,  nie  chcą  kultywować  wiedzy  przodków.  Dla  mnie  to  i  lepiej...  Takie  śliwki  nie 
mają  w  smaku  równych,  więc  i  dobrym  restauracjom,  do  pieczeni,  czasem  sprzedam... 
Albo zagraniczniakom. 

Poruszył owoce specjalnymi grabkami, a potem usiadł przy koszu i z ogromną wprawą 

zaczął obierać i ciąć grzyby. 

- Z czegoś trzeba Ŝyć - ciągnął. - Jak synowie kończą szkołę, to biorę Ŝonkę, idziemy w 

lasy  na  dwa  miesiące.  Kilka  lat  temu  odkryłem  to  miejsce.  Dobry  sad,  trzeba  go  było 
tylko  odnowić...  A  i  wiosną  wpadam  oprysk  zrobić,  Ŝeby  robak  nie  jadł  owocu... 
Siedzimy  tu  do  września.  Owoce  zbieramy,  grzyby...  Zimą  sprzedajemy  do  znajomych 
sklepów i do wiosny pieniąŜków starcza... A czasem się i jaką robotę w mieście na jesień 
złapie... Pracy nie ma, ale jak kto chce, to moŜe Ŝyć na własny rachunek... A za suszone 
grzybki, chwalić Boga, płacą nieźle. Nachodzić po lesie się trzeba, ale co pięć par oczu, 
to  nie  jedna.  A  i  powietrze  leśne  zdrowe,  spać  pod  gołym  niebem  dobrze  i  hartuje  się 
człowiek.  Wszyscy  leŜą  na  grypę,  a  my  i  dzieciaki  zdrowi.  Lekko  nie  ma,  latem  i  po 
szesnaście godzin się łazi, ale zimą wy poczniemy. 

- No cóŜ, nie będziemy przeszkadzać - powiedziała moja towarzyszka. 
- śadne tam przeszkadzanie - męŜczyzna uśmiechnął się. - Jakbyście chcieli suszonych 

owoców albo grzybków kupić, to zachodźcie... 

- Dobrze pan zna te lasy? - zapytałem. 
-  Tak w promieniu dwunastu kilometrów to jak własną kieszeń. Pod Ozorków teŜ się 

czasem  zapędzę  po  większych  deszczach.  Ludzie  lam  leniwi  i  nie  chce  im  się  grzybów 
zbierać, choć ze dwa razy to suszone próbowali kraść... Ale nauczyłem ich, Ŝe nie wolno 
- potarł owłosiony kułak. 

Ręce miał jak u goryla, złodziejaszkowie na pewno na długo popamiętali nauczkę... 
- Rozkopujemy dwa kurhany - odezwała się Magda - ale moŜliwe, Ŝe tu w lesie jest ich 

więcej.  Nie  widział  pan  takich  nasypów?  Na  jakieś  dwa  metry  wysokie,  na  kilkanaście 
długie... 

Zamyślił się na dłuŜszą chwilę. 
-  Takich  nie  -  odparł.  -  Jest  grodzisko,  ale  to  z  piętnaście  kilometrów  na  północ  - 

machnął  ręką.  -  Jeszcze  dziś  widać  dwa  rzędy  wałów...  I  karabin  zardzewiały  kiedyś 
znalazłem, ale was, archeologów, to starsze rzeczy ciekawią... 

- To prawda - przyznała. 
-  Synom  powiem,  jakby  coś  wypatrzyli,  to  wpadną  i  dadzą  znać,  ale  nie,  tu  w  lasach 

chyba nic takiego nie ma. Tylko tam, gdzie wy siedzicie... Za to kłusownicy w lasach są 
-  powiedział  powaŜnie.  -  I  trzeba  na  nich uwaŜać...  Tam,  gdzie  siedzicie,  raczej  się  nie 
pojawią, bo człowiek w lesie zwierza trochę płoszy... 

OdłoŜył  kozik  i  zszedł  po  drabinie  dorzucić  do  ognia  nową  porcję  drewek. 

PoŜegnaliśmy się i ruszyliśmy z powrotem do obozu. 

background image

 

74 

- Sympatyczny człowiek - powiedziałem. Kiwnęła głową. 
-  NajwaŜniejsze,  Ŝe  coś  chce  robić,  a  nie  siedzi  z  załoŜonymi  rękami  czekając  na 

pomoc państwa - rzekła z uznaniem. - Swoją drogą to muszą sporo zebrać tych grzybów, 
Ŝ

eby  na  całą  zimę  starczyło...  Za  suszone  prawdziwki  biorą  w  sklepie  po  kilkadziesiąt 

złotych  za  kilogram,  on  ma  pewnie  z  tego  najwyŜej  połowę...  Powiedzmy,  Ŝe  dziennie 
musi sprzedać kilka kilogramów, Ŝeby starczyło na utrzymanie rodziny... A ususzyć ki-
logram grzybów nie jest łatwo... 

- Miał trzy duŜe kosze - zauwaŜyłem. - Z piętnaście kilogramów, moŜe więcej... Ale po 

wysuszeniu niewiele z tego zostanie. 

- MoŜe jedna piąta. A ile się trzeba nachodzić, Ŝeby tyle zebrać... 
Wróciliśmy  do  obozowiska  bardzo  zmęczeni.  Wytaplałem  się  w  strumyku  i  zaraz 

uciąłem sobie drzemkę. 

*** 

Pan Samochodzik szedł Krakowskim Przedmieściem. Dawniej Warszawa w lecie była 

przyjemnie opustoszała, jednak wraz z rozwojem turystyki coraz więcej osób odwiedzało 
naszą  stolicę  latem.  Minął  sklep  firmowy  Muzeum  Wojska  Polskiego.  Popatrzył  w 
zadumie  na  repliki  zabytkowych  szabli  i  mieczy  wykonane  w  muzealnej  pracowni  i 
uśmiechnął się do swoich myśli. 

Minął  księgarnię  Wydawnictwa  Bellona,  a  po  chwili  księgarnię  im.  Bolesława  Prusa. 

Urządzono  ją  w  miejscu,  w  którym,  wedle  opisów  z  „Lalki",  miał  znajdować  się  sklep 
Stanisława  Wokulskiego...  TuŜ  obok  pałacyk  Czapskich,  mieszczący  Akademię  Sztuk 
Pięknych.  Tu  kiedyś  mieszkał  Fryderyk  Chopin.  Na  piętrze  w  zrekonstruowanym 
wnętrzu mieści się ekspozycja upamiętniająca tamte czasy. Przylegającą do ulicy oficynę 
wynajęto  domowi  aukcyjnemu  „Rempex".  W  trzech  kolejnych  pomieszczeniach 
eksponowano zabytkowe bibeloty i obrazy, które miały niebawem trafić na aukcje. 

Sprzedawca  poprawiający  firankę  rozpoznał  przechodzącego  ulicą  muzealnika  i 

pozdrowił go serdecznie. Pan Tomasz z uśmiechem uchylił kapelusza. Wreszcie cel jego 
wędrówki. śółty budynek mieszczący Wydział Stosunków Międzynarodowych. CięŜkie 
drewniane  drzwi  były  otwarte.  Wszedł  do  przestronnego  holu  i  zaczął  wspinać  się  na 
samą  górę.  Patrząc  od  zewnątrz  moŜna  by  pomyśleć,  Ŝe  budynek  tego  wydziału  ma 
zaledwie trzy, za to wysokie kondygnacje. Parter i dwa pięta. No i oczywiście piwnicę, 
w  której  mieści  się  szatnia  i  studencki  antykwariat.  Pan  Tomasz  był  jednak  lepiej 
zorientowany.  Wszedł  spokojnie  na  drugie  piętro  i  zagłębił  się  w  korytarz  prowadzący 
do sal wykładowych. Po prawej stronie korytarza znajduje się przejście i bardzo wąskie, 
strome  schody  prowadzące  w  ciemność...  Wiedział,  Ŝe  są  gdzieś  tutaj,  ale  mimo  to  w 
pierwszej  chwili  je  przegapił.  Przejście  było  naprawdę  wąskie...  Wspiął  się  na  górę  i 
namacał kontakt. Korytarz zalało światło. 

Nad  budynkiem  dobudowano  jeszcze  jedną  kondygnację.  Szeroki  gzyms  utrudnia  jej 

dostrzeŜenie  od  strony  ulicy.  Po  prawej  stronie  były  drzwi  punktu  ksero  i  wylot  windy 
technicznej, której szyb prowadził aŜ do magazynów w piwnicach budynku. Punkt ksero 
był oczywiście zamknięty na głucho, jedyni klienci - studenci - wyjechali na wakacje... 

Wąski  i  niski  korytarz  wyłoŜony  płytą  gipsowo-  kartonową  kończył  się  masywnymi, 

dwuskrzydłowymi drzwiami obitymi dermą. Przegradzała je solidna, stalowa sztaba. 

- Magazyn - mruknął sam do siebie. 
Po  prawej  stronie,  na  lichych  drzwiach  wpuszczonych  w  gipsowo-  kartonową  ścianę, 

wisiała wywieszka  Instytut Osteologii. TakŜe te drzwi zabezpieczała solidna sztaba, ale 

background image

 

75 

w tej chwili zdjęto ją. Zapukał i usłyszawszy ze środka zachęcające mamrotanie wszedł. 
Korytarz  był  dość  ciemny,  ale  tu  przez  okna  umieszczone  w  połaci  dachowej  wpadało 
trochę światła. 

Rozczochrana  kobieta  siedziała  nad  sporą  plastykową  misą  i  płukała  w  wodzie 

utlenionej  kości.  Przybysz  natychmiast  zorientował  się,  Ŝe  są  to  kości  ludzkie... 
Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie. 

-  Czym  mogę  słuŜyć?  -  zapytała  ściągając  z  trzaskiem  jednorazowe  gumowe 

rękawiczki. 

Przedstawił się i okazał legitymację słuŜbową. 
-  Chciałbym  rzucić  okiem  na  pudełka  z  kośćmi,  które  oglądał  ostatnio  doktor 

Hreczkowski - wyjaśnił. 

Kobieta pokręciła głową. 
- Nie ewidencjonujemy, kto co oglądał. 
- To były kości pozyskane z kurhanów typu kujawskiego - podpowiedział. 
- Jeśli nie zna pan nazwy stanowiska, to nic nam to nie da - rozłoŜyła bezradnie ręce. 
- Łagiewka - przypomniał sobie jedną miejscowość. 
Pogrzebała przez chwilę w katalogu, a potem zapisała numerek na karcie. 
- Proszę do magazynu. 
Jak  się  okazało,  z  pracowni  było  drugie  wejście  do  pomieszczenia  zabezpieczonego 

sztabą.  Pan  Tomasz,  wchodząc  do  sali,  spostrzegł  jedną  ciekawostkę.  Zamek  na 
drzwiach  był  umieszczony  tak,  Ŝe  rygle  znajdowały  się  od  strony  pracowni.  Idiotyczna 
myśl przeszła mu przez głowę. CzyŜby obawiano się, Ŝe ktoś będzie usiłował wydostać 
się ze środka? 

Stanął w duŜym, niskim pomieszczeniu. Pośrodku umieszczono kilkanaście stolików i 

krzeseł  oraz  tablicę.  Nieco  światła  wpadało  przez  nieduŜe  okienko.  Kobieta  wróciła  do 
swojej pracy i został sam w półmroku. Przekręcił kontakt zapalając światło. 

Sala była znacznie większa, niŜ mu się wydawało.  To, co początkowo brał za ściany, 

było  w  rzeczywistości  stelaŜami  gęsto  zastawionymi  tekturowymi  pudłami.  Blask 
ś

wietlówek  wyłowił  z  ciemności  dwie  szafy  typu  bibliotecznego.  Tyle  tylko,  Ŝe  za 

szybami na półkach stały nie ksiąŜki, ale ludzkie czaszki. Spojrzał na numerki na kratce, 
a potem przeniósł wzrok na pudła. Domyślał się ich zawartości. Ruszył na poszukiwanie 
właściwego. Za pierwszym rzędem regałów znajdował się drugi, a głębiej jeszcze trzeci. 
Kartonów  było  duŜo.  Naprawdę  duŜo.  Grubo  ponad  tysiąc  sztuk.  Znalazł  właściwy  i 
wydobywszy  go  z  regału  postawił  na  stoliku.  Zdjął  pokrywę.  Spodziewał  się  widoku 
kości,  ale  i  tak  wstrząsnął  nim  nieprzyjemny  dreszcz.  ZałoŜył  rękawiczki,  podniósł 
czaszkę leŜącą na wierzchu, a potem kość udową i porównał ich kolor. Faktycznie trochę 
się róŜniły. Przyszła kobieta. 

- Widzi pani? - zwrócił jej uwagę. Kiwnęła głowa. 
-  Czasem  się  zdarza  -  powiedziała  -  Bywa  i  tak,  Ŝe  kaŜda  część  szkieletu  jest  nieco 

innej  barwy,  ale  rzadko.  Doktor  Hreczkowski  zrobił  ogromną  aferę,  Ŝe  ktoś  podmienił 
czaszki. No i faktycznie trochę nie pasuje... ale to moŜe być zwyczajne bałaganiarstwo. 
Odbywają  się  tu  ćwiczenia  z  antropologii,  pewnie  kiedyś  omawiano  budowę  ludzkiej 
głowy.  Wyciągnęli czaszki z pudełek, źle zapamiętali,  która była z  którego i  wsadzili z 
powrotem  na  chybił  trafił...  Nasi  pracownicy  naukowi  teŜ  czasem  popełniają  takie 
błędy... 

WłoŜył kości na miejsce i zamknął pudełko. Rozejrzał się raz jeszcze. 

background image

 

76 

- Ilu tu jest...? - zaczął i głos mu się lekko załamał. 
- Nieboszczyków? Ze trzy tysiące - wyjaśniła. - Taki sobie mały cmentarzyk - dodała z 

upiornym uśmiechem. 

Stłumił  pragnienie  natychmiastowej  ucieczki  z  ponurego  strychu.  Umieścił  karton  na 

miejscu  i  poŜegnawszy  się  wyszedł.  Dopiero  na  ulicy,  chłonąc  ciepłe,  pełne  słońca 
powietrze, otrząsnął się do reszty. 

- Archeologia - mruknął. - CóŜ za koszmarna nauka... 

*** 

Magda  obudziła  mnie  o  dwudziestej.  Ognisko.  Studenci  usiedli  przy  ciepłych 

płomieniach, ktoś zadbał o kolejną porcję kiełbasy do upieczenia. Ja przyszedłem nieco 
spóźniony.  Nowy  kierownik  wzorem  swojego  poprzednika  opowiadał  archeologiczne 
anegdotki... 

- Ilekroć mówimy o wprowadzeniu na ziemiach Polski chrześcijaństwa, przed oczyma 

stają  nam  obrazy  odmalowane  w  dziesiątkach  ksiąŜek  historyczno-  przygodowych. 
Przybywają  misjonarze,  obalają  posągi  dawnych  bogów,  a  na  ich  miejscu  ustawiają 
krzyŜe.  Pogańskie  bałwany  są  topione  w  mokradłach  lub  palone  na  stosach.  Ruiny 
dawnych  świątyń  porasta  trawa  lub  w  miejscach  tych  zostają  wzniesione  kaplice...  - 
mówił nieco zadumany  Kawka. - Jest to obraz po części prawdziwy. Pogaństwo jednak 
trzymało się nieźle i jeszcze w XIII wieku notowano ślady dawnych kultów... 

- To bardzo długo - zauwaŜyłem.  
Kiwnął głową. 
-  Od  wielu  lat  archeolodzy  specjalizujący  się  w  badaniu  wczesnego  średniowiecza 

poszukują  wszelkich  moŜliwych  śladów  dawnych  kultów.  Wyniki  tych  badań  nie  są 
oszałamiające.  Zaledwie  kilka  grodzisk  wczesnosłowiańskich  mogło,  jak  się 
przypuszcza,  pełnić  funkcje  sakralne.  Świadczą  o  tym  jamy  wypełnione  duŜą  ilością 
popiołu,  przepalonych  szczątków  ludzkich  i  zwierzęcych.  Jeszcze  mniej  znaleziono 
posągów dawnych bogów. 

-  W  Krakowie  jest  rzeźba  Światowida  wydobyta  z  rzeki  Zbrucz  -  wtrącił  któryś  ze 

studentów siedzących po drugiej stronie ogniska. 

-  Tak, to najbardziej znane znalezisko - potwierdził archeolog. - Prawie trzymetrowej 

wysokości  kamienny  słup,  pokryty  z  czterech  stron  rzeźbami,  zwieńczony  głową,  która 
czterema twarzami patrzy w cztery strony świata. Znaleziono go w 1848 roku niedaleko 
Liskowa  podczas  prac  nad  regulacją  rzeki.  Miejscowy  właściciel  ziemski  przekazał  go 
Krakowskiej Akademii Umiejętności. 

-  Czyli  gdzieś  tam  była  świątynia,  w  której  oddawano  cześć  bóstwu?  - 

zainteresowałem się. - Nie udało się jej odszukać? 

-  Archeolodzy  wiąŜą  posąg  ze  znajdującym  się  około  trzy  kilometry  od  tego  miejsca 

grodem,  który  zapewne  pełnił  funkcje  sakralne.  Posąg  obalony  i  wrzucony  do  rzeki  z 
biegiem  stuleci  przesunął  się  nieco  po jej  dnie, by  wreszcie  utknąć  na  dobre  w  pobliŜu 
brzegu.  Nie  jest  teŜ  wykluczona  inna  interpretacja.  Gdy  do  grodu  doszły  wieści  o  tym, 
jak  władcy  Rusi  wprowadzają  chrześcijaństwo,  grupa  kapłanów  postanowiła  ratować 
swego  boga  przed  świętokradcami.  Wynieśli  go  potajemnie  z  grodu  i  zagrzebali  gdzieś 
na  brzegu  rzeki  w  oczekiwaniu  na  renesans  pogaństwa,  który  juŜ  nie  nastąpił.  Potem 
zostali wymordowani i tak informacja o tym, gdzie spoczywa posąg, przepadła w mroku 
dziejów... 

- Czyli wiemy przynajmniej, jak wyglądało główne bóstwo Słowian - mruknąłem. 

background image

 

77 

-  I  tak,  i  nie.  Sądzi  się,  Ŝe  rzeźba  została  mylnie  nazwana  Światowidem.  Być  moŜe 

posąg  przedstawia  SwaroŜyca.  Jednak  myliłby  się  ten,  kto  by  sądził,  Ŝe  dziś  pogan  juŜ 
nie  ma.  W  muzeum  archeologicznym  od  czasu do  czasu  znajduje  się  przeszmuglowane 
przez zwiedzających bukiety kwiatów składane u stóp figury. 

-  Na  skwerku  u  podnóŜa  Wawelu  w  latach  sześćdziesiątych  ustawiono  replikę  tego 

posągu  -  dodałem.  -  Jeśli  kiedyś  odwiedzicie  Kraków  i  zajdziecie  w  to  miejsce, 
zobaczycie naokoło w trawie całą masę wypalonych zniczy. 

- Poganie trzymają się mocno - mruknął Kawka. 
Marek  wyjął  z  kieszeni  róŜaniec  i  teraz  bezgłośnie  modlił  się  przekładając  paciorki 

pomiędzy palcami. Magister podjął swoją opowieść. 

-  Światowid  jest  najlepiej  zachowaną  słowiańską  rzeźbą  kultową  z  terenów  Polski. 

Przejdźmy  teraz  do  tych  gorzej  zachowanych.  Z  Jankowa  koło  Mogilna  pochodzi 
drewniana  głowa  wysokości  około  dwudziestu  centymetrów.  Znaleziono  ją  podczas 
oczyszczania  kanału  oddzielającego  brzeg  jeziora  od  leŜącej  na  nim  wyspy.  Głowa 
posiada w szyi otwór, w którym zapewne tkwił pierwotnie czop, mocujący ją do tułowia. 
Na  wyspie  archeolodzy  odnaleźli  pozostałości  wczesnośredniowiecznego  grodu.  Być 
moŜe to z niego pochodzi ta smutna pozostałość dawnych wierzeń. 

- Czy ten gród został zbadany? - zaciekawiłem się. 
- Owszem, niestety parę razy zmyła go fala powodziowa. Natrafiono na nim na grubą 

warstwę  węgli  drzewnych.  Widocznie  płonęły  tam  stosy  ofiarne...  We  wsi  Dąbrówka 
koło  Radomska  znaleziono  głowę  wraz  z  fragmentem  tułowia.  Znalezisko  znajdowało 
się  w  stanie  bardzo  daleko  posuniętego  rozkładu  i  niestety  uległo  całkowitemu 
zniszczeniu  podczas  prób  konserwacji.  W  1956  roku  w  Łeźnie  pod  Kartuzami  podczas 
robót  ziemnych  natrafiono  na  głaz  narzutowy  ozdobiony  mocno  zatartym  wizerunkiem 
człowieka  siedzącego  na  koniu.  Przed  nim  stoi  drugi  człowiek  trzymający  w  ręce  róg. 
Postać jest niewielka, liczy około osiemdziesięciu centymetrów wysokości. A jednak są 
uczeni,  którzy  sądzą,  Ŝe  to  scena  kultowa.  Róg  obfitości  to  bardzo  stary  symbol 
występujący w wielu kulturach, poczynając od neolitu do współczesności. Z Biskupina, 
grodziska  kultury  łuŜyckiej,  a  więc  z  VII  wieku  przed  naszą  erą,  jest  kilka  takich 
znalezisk:  nieduŜe  gliniane  rogi,  słuŜące  być  moŜe  do  picia  jakichś  wywarów,  a  moŜe 
tylko  mleka  lub  miodu?  Trudno  powiedzieć.  Zresztą  i  nasze  rycerstwo  pijało  miód 
najchętniej z rogu... 

- A dziś jeszcze dzieci w Niemczech i na Śląsku, gdy po raz  pierwszy idą do szkoły, 

dostają  tekturowe  tutki  wypełnione  słodyczami  -  uzupełnił  Piotrek.  -  To  teŜ  moŜe  być 
jakieś echo... 

-  Podświadomość  zbiorowa  -  uśmiechnął  się  archeolog,  a  potem  podjął  opowieść.  - 

Bardzo  podobny  głaz  ozdobiony  postacią  włócznika  jest  wmurowany  w  podwaliny 
kościoła  pod  wezwaniem  świętego  Piotra  w  Słupsku.  Dwa  inne  wizerunki  wykute  w 
głazach  pochodzą  ze  wsi  Powierenie.  Jedna  z  wyobraŜonych  na  nich  postaci  trzyma  w 
ręce  kołacz  lub  naczynie.  Wreszcie,  najciekawszym  obiektem  tego  typu  jest  znajdująca 
się  w  Łyścu  figura  klęczącego  męŜczyzny,  zwana  Pielgrzymem  lub  świętym 
Emerykiem. 

-  Widziałem  ją  kiedyś  -  pochwaliłem  się.  -  Taki  niekształtny  posąg  o  szczegółach 

mocno  zatartych  przez  czas.  Nakryty  daszkiem,  Ŝeby  deszcz  nie  padał.  Przewodnik 
mówił, Ŝe to figura celtycka... 

-  Jedno  nie  wyklucza  drugiego  -  mruknął  Kawka.  -  Celtowie  prawdopodobnie 

background image

 

78 

przebywali  w  Polsce  w  okresie  kultury  przeworskiej,  a  więc  w  czasach  wpływów 
rzymskich na początku naszej ery. Słowianie, którzy przyszli tu około VII - VIII wieku 
naszej ery, mogli przejąć stary posąg i uŜywać go do swoich celów kultowych... Słynny 
kamienny Niedźwiedź ze ŚlęŜy teŜ jest uwaŜany za posąg celtycki, choć dowodów na to 
nie ma Ŝadnych... Warto wreszcie wspomnieć o posągach, które nie dotrwały do naszych 
czasów. Maciej Miechowita w 1521 roku opisał trzy kamienne posągi, które potrzaskane 
na  kawałki  leŜały  przed  wejściem  do  kościoła  Świętej  Trójcy  w  Krakowie.  MoŜe 
podczas prac wykopaliskowych lub innych robót ziemnych uda się je odnaleźć. W 1686 
roku na Łysej Górze, w pobliŜu kościoła, znaleziono wydrąŜoną w skale skrytkę, a z niej 
wydobyto  „pogańskiego  bałwana  starego  wielce"  oraz  znaczną  ilość  węgli  drzewnych. 
Nie wiemy jednak, co się z nim stało. 

- Czyli i posąg ze Zbrucza mógł zostać celowo ukryty - powiedział Artur. - A moŜe i 

inne, których jeszcze nie odnaleziono... 

- MoŜe ktoś z was będzie miał tyle szczęścia, Ŝe znajdzie coś takiego - uśmiechnął się 

magister.  -  Niewykluczone.  Niedaleko  zamku  w  Chęcinach  jeszcze  w  XIX  wieku 
znajdowały  się  dwa  posągi,  zwane  Dziadem  i  Babą.  TeŜ  zniknęły  bez  śladu.  Mogły 
zostać  zniszczone,  moŜe  leŜą  jako  część  fundamentów  którejś  z  okolicznych  chat... 
Najbardziej  monumentalnym  posągiem  bóstwa  odkrytym  na  ziemiach  polskich  było 
zaskakujące znalezisko z Łopusznej koło Rohatynia. Odkryli je historycy sztuki - skłonił 
się w moją stronę. - Z posągu, liczącego pierwotnie grubo ponad trzy metry wysokości, 
zachowały  się  masywne  stopy  i  fragment  łydek.  Resztę  pomysłowi  krzewiciele 
chrześcijaństwa  przekuli  na  ogromny  kamienny  krzyŜ.  Ciekawy  ten  obiekt  zaginął 
podczas drugiej wojny światowej. 

„MoŜe  warto  kiedyś  zbadać  sprawę"  -  pomyślałem.  „MoŜe  z  panem  Tomaszem 

powinniśmy wybrać się na Ukrainę i poszukać..." 

-  Lata  trzydzieste  były  wyjątkowo  tragicznym  okresem  dla  polskiej  archeologii.  We 

wsi  Moliszewo  wykopano  znacznych  rozmiarów  posąg  drewniany,  prawdopodobnie 
przedstawiający  bóstwo  słowiańskie.  Nim  jednak  władze  zdąŜyły  zabezpieczyć 
znalezisko,  „uświadomione  religijnie"  chłopstwo  porąbało  „bałwana"  na  kawałki  i 
spaliło.  W  tym  samym  roku  w  Witowie  koło  Nieszawy  chłop  wyorał  z  pola  posąg 
kamienny przedstawiający Światowida. Niestety, rozbił go młotem na kawałki, które na-
stępnie sprzedał na budowę drogi. 

-  A  inne  ślady?  -  zapytał  ktoś.  -  Czy  znaleziono  coś  naprawdę  ciekawego,  a  moŜe 

szokującego? 

- W Gzinie natrafiono na świątynię z czasów grubo poprzedzających nadejście Słowian 

-  powiedział  magister.  -  Na  grodzisku  kultury  łuŜyckiej  znaleziono  jamę  ofiarną  o 
wymiarach  przeszło  dwa  i  pół  na  dwa  i  pół  metra...  W  niej  płonęło  ognisko. 
Prawdopodobnie  paliło  się przez  cały  czas  dozorowane  przez  kapłanów.  Pośrodku była 
wykopana  studzienka,  do  której  zgarniano  popioły.  Jej  głębokość  wynosiła  przeszło  4 
metry. Na dnie znaleziono nieco ludzkich kości. Co ciekawe, z kolejnych warstw popiołu 
wydobywano  resztki  ofiar  składanych  miejscowym  bóstwom  czy  moŜe  jednemu... 
Naczynia,  wyroby  z  brązu,  Ŝelaza...  Z  analizy  tego  materiału wynika,  Ŝe  świątynia  i  jej 
palenisko  funkcjonowały  przez  około  800  -  1000  lat.  Pierwsze  ofiary,  z  najgłębszych 
warstw, pochodzą z epoki brązu, te najmłodsze - z epoki Ŝelaza. ZałoŜyli ją ŁuŜyczanie, 
ale  uŜytkowali  takŜe  ich  następcy.  Pomyślcie  sami,  jaki  to  szmat  czasu,  tysiąc  lat, 
podczas gdy na przykład klasztor na Jasnej Górze ma dopiero nieco ponad sześćset. 

background image

 

79 

Milczeliśmy zamyśleni. 
-  Archeologia  jest  dlatego  fajną  nauką,  Ŝe  pozwala  nam  spojrzeć  wstecz,  przez 

tysiąclecia  i  dostrzec  zwykłych  ludzi,  podczas  gdy  historia  to  dzieje  wojen,  zaraz  i 
opowiada tylko o wybitnych jednostkach - dokończył  Kawka. - A jutro sobota... Osiem 
kilometrów  stąd  jest  nieduŜe  grodzisko  kultury  łuŜyckiej.  Urządzimy  sobie  wycieczkę 
dydaktyczną. Dla chętnych - dodał. - I tak ktoś musi pozostać na straŜy obozu. 

background image

 

80 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

WYCIECZKA NA GRODZISKO * ZNOWU KANIBALIZM * PODKOP * ZNISZCZONY 

NIWELATOR * NOCNE STARCIE 

 

Wyruszyliśmy o dziewiątej. Poranek był mglisty. Prawie wszyscy zdecydowali się iść 

na wycieczkę... W obozowisku pozostali tylko Magda i Piotrek. Cofnęliśmy się w stronę 
wsi, potem dłuŜszy czas wędrowaliśmy starą i pozarastaną przesieką, wreszcie doszliśmy 
do drogi gruntowej. Sądząc po odciskach opon, od czasu do czasu jeździły nią traktory. 

Cel  osiągnęliśmy  po  dwóch  godzinach  forsownego  marszu.  Grodzisko  nie  wyglądało 

okazale  i  gdyby  nie  magister  Kawka,  który  mi  je  wskazał,  przeszedłbym  obok.  Na 
pierwszy rzut oka sprawiało wraŜenie kolejnego pagórka. Zeszliśmy z drogi i wspięliśmy 
się  po  wałach.  Spodziewałem  się  czegoś  podobnego  jak  w  Biskupinie,  wyspy  na 
jeziorze,  resztek  pociemniałych  belek,  tymczasem  miałem  przed  sobą  coś,  co 
przypominało  niski  nasyp  kolejowy  o  bardzo  juŜ  łagodnych  stokach...  Na  czubku 
okazało się, Ŝe wał obejmuje spory majdan. Trudno było określić wielkość obiektu, gęsty 
młodnik porastał bowiem znaczną jego część. 

- Dobrze - powiedział nasz kierownik. - Przejdziemy tyralierą po dnie. Rozglądajcie się 

uwaŜnie, moŜe znajdziemy jakieś skorupki... 

Ruszyli. My obeszliśmy zagłębienie po szczycie wału. 
- Rozczarowany? - zagadnął. 
- Trochę - przyznałem. - To aŜ tak po mnie widać? 
-  Owszem  -  odparł  z  powagą.  -  Proszę  trzymać  fason  przed  studentami  -  rozkazał.  - 

My, kadra kierownicza, musimy świecić przykładem! 

Nie  wiedziałem,  czy  Ŝartuje,  czy  mówi  powaŜnie...  Zatrzymaliśmy  się  na  ładnie 

zachowanym kawałku obwałowań i z góry obserwowaliśmy  studentów przeczesujących 
tyralierą  dno.  Wreszcie  wszyscy  zebrali  się  koło  nas.  Usiedliśmy  na  trawie,  wiał 
przyjemny wiaterek. 

- No, to pokazujcie łupy - zaŜądał Kawka. 
Nie było tego duŜo. Dwie łuski po pociskach karabinowych, przedwojenna buteleczka 

po lekarstwach oraz jeden jedyny kawałek szarej skorupy. Kawka obrócił go w dłoniach. 

-  Mniej  więcej  XV  wiek  -  ocenił.  -  Zwróćcie  uwagę,  Ŝe  jest  dość  gruba.  Naczynie 

wylepiono  z  glinianych  taśm,  a  potem  obtoczono  na  kole  garncarskim  i  wypalono  w 
atmosferze redukcyjnej... 

Spostrzegł moje pytające spojrzenie. 
- Glina zawiera liczne związki Ŝelaza - wyjaśnił. - MoŜna ją wypalić normalnie - wtedy 

Ŝ

elazo wchodzi w reakcję z tlenem i nadaje skorupom piękny czerwony kolor. MoŜna teŜ 

bez dostępu powietrza, wówczas naczynie staje się siwe, stalowo- szare... 

- Rozumiem - kiwnąłem głową. 
-  To  co,  opowiemy  sobie  coś  na  temat  ludu,  który  usypał  ten  grodek?  -  spojrzał  po 

twarzach studentów. 

Nikt jakoś nie kwapił się do odpowiedzi. 
- No, to jedziemy  - mruknął sam do siebie. - Kultura łuŜycka  pojawia się około 1300 

roku  przed  naszą  erą,  a  więc  w  epoce  brązu.  Jej  kres  nadchodzi  około  VI  wieku  przed 
Chrystusem,  a  więc  juŜ  w  epoce  Ŝelaza.  Drzewa  na  budowę  pierwszych  grodów 
powalono siekierkami z brązu. Jednak scytyjskie strzały tkwiące w spalonych belkach są 
juŜ Ŝelazne... A więc, drodzy studenci, odkryte w latach trzydziestych ubiegłego stulecia 
grodzisko  w  Biskupinie  stało  się  natchnieniem  rozmaitych  oszołomów.  Dzięki  ich 

background image

 

81 

wytęŜonej  pracy  powszechnie  panuje  opinia,  Ŝe  mieszkańcy  Biskupina  byli  rosłymi, 
płowowłosymi  Prasłowianami,  spokojnym  rolniczym  ludem  Ŝyjącym  w  pokoju  i 
dostatku...  W  dodatku  wszyscy  byli  równi,  bo  jak  zapewne  wiecie,  w  Biskupinie 
wszystkie domy mają niemal identyczną powierzchnię. 

- Czy było inaczej? - zapytała Ewa. Uśmiechnął się lekko. 
- Zupełnie inaczej. W tej chwili zidentyfikowaliśmy kilkaset grodzisk, które pozostawił 

po  sobie  ten  lud.  I  prawie  Ŝadnych  osad  otwartych.  To  nie  były  spokojne  czasy.  Przed 
sąsiadami  broniono  się  sypiąc  wały  nawet  sześciometrowej  wysokości.  Wiele  grodów 
nosi ślady kilkakrotnego spalenia. Prawdopodobnie najazdy zbrojne były dość częste... 

- To moŜe chociaŜ byli wysocy i płowowłosi? - zagadnął Marek. 
-  A  gdzie  tam...  Wprawdzie  zbadano  niewielką  liczbę  ich  kości,  wówczas 

powszechnym zwyczajem było bowiem palenie zwłok zmarłych, ale z tego co zebrano, 
duŜo moŜna wydedukować. Byli niscy i przewaŜnie dość rachityczni. Wzrost męŜczyzn 
rzadko przekraczał 154 centymetry. 

- Pigmeje? - zdumiałem się. 
-  Ponadto  w  wielu  wypadkach  odnotowano  ślady  krzywicy.  Zamiast  więc  wysokich  i 

dobrze zbudowanych rolników, wyobraźmy sobie niskich, krzywonogich dzikusów. 

- Prasłowianie - mruknąłem rozczarowany. 
-  Nawet  nie.  Gdybyście  studiowali  w  Poznaniu  u  profesora  Witolda  Hensla, 

uczylibyście  się,  Ŝe  to  ludność  prasłowiańska.  Tymczasem,  poniewaŜ  jesteście  z 
Warszawy, obowiązuje was inna teoria naukowa. Słowianie przybywają na nasze ziemie 
dopiero  w  VII  wieku  naszej  ery.  I  zastają  kraj  praktycznie  bezludny.  A  zatem 
mieszkańcy  Biskupina  czy  tego  grodu  -  tupnął nogą  -  prawie  na  pewno nie  są  naszymi 
przodkami. 

- To kim byli? - zapytała Krystyna 
- Przypuszczalnie przodkami Niemców - wyjaśnił spokojnie. - Ślady kultury łuŜyckiej 

ciągną się od Ukrainy i Białorusi po Łabę... 

- Więc moŜe byli chociaŜ rolnikami? - spytał z nadzieją Artur. 
-  Owszem.  Uprawiali  ziemię,  jednak  wyŜywić  się  z  niej  było  trudno.  Klimat  był 

znacznie gorszy niŜ obecnie. Krótkie, chłodne, deszczowe lata, cięŜkie zimy. Oblicza się, 
Ŝ

e z kaŜdego wysianego ziarna uzyskiwali najwyŜej trzy nowe... A nie zapominajmy, Ŝe 

jedną trzecią plonów trzeba było odłoŜyć na siew... 

- To czym się Ŝywili? - zdziwił się jeden z czwórki brydŜystów. 
- No cóŜ, mieli trochę bydła, które wypasali na łąkach nad jeziorem i w lasach. Jadali 

ryby,  choć  na  przykład  w  Biskupinie  nie  ma  wielu  śladów  wskazujących  na  to,  Ŝe  je 
łowili.  Prawdopodobnie  gdzieś  nad  jeziorem  znajdowała  się  nie  odkryta  jeszcze  osada 
rybacka,  której  mieszkańcy  płacili  haracz  w  postaci  części  połowów...  Niemniej jednak 
waŜną częścią diety było ludzkie mięso. 

- Co? - zdumiałem się. - To teŜ byli ludoŜercy?! 
-  Owszem.  Jak  więc  widzicie,  wszyscy  byli  teoretycznie  równi,  ale  wśród  nich 

znajdowali się mniej równi i oni zostawali zjedzeni - uśmiechnął się ponuro. 

Poczułem dreszcz na plecach. 
- A zatem niscy, krzywonodzy kanibale - mruknąłem. 
- To powaŜne niebezpieczeństwo - powiódł wzrokiem po twarzach słuchaczy. - Nigdy 

nie dajcie się zwieść powszechnie panującym stereotypom. Zawsze starajcie się dąŜyć w 
głąb, aŜ do prawdy... 

background image

 

82 

- A jak wyglądało ich Ŝycie duchowe? - zainteresowała się Ewa. 
- Panteon „łuŜyczan" wpisuje się w system wierzeń ówczesnej Europy. Jak wszystkie 

ludy rolnicze tego okresu, oddawali cześć bogini matce, opiekunce stad. To bardzo stare 
kulty, sięgające neolitu. Ślady takich wierzeń znajdujemy w Iranie, na Bałkanach, u nas. 
TakŜe  rozwinięte  cywilizacje  Bliskiego  Wschodu  znały  ten  kult.  Grecka  Persefona, 
etruska Phersipai, egipska Izyda... 

- Skąd wiemy, Ŝe czcili taką boginię? - zapytałem. - Znaleziono jakieś posągi? 
-  AŜ  tak  dobrze  nie  jest  -  westchnął.  -  Ale  za  to  kilkakrotnie  znajdowano  niewielkie 

figurki  z  brązu  lub  gliny,  przedstawiające  kobiety  o  silnie  zaznaczonych  cechach 
płciowych. 

- Nie mieli pisemek ani filmów wideo - zaŜartował ktoś. Magister teŜ się uśmiechnął. 
-  Ciekawa  interpretacja  -  powiedział.  -  Czcili  takŜe  bóstwo  płci  męskiej, 

prawdopodobnie  wiąŜące  się  z  kultem  płodności  i  kultem  solarnym.  W  ich  osadach 
znajduje  się  gliniane  fallusy  i  figurki  falliczne,  czasem  ozdobione  znakiem  koła.  Ich 
bóstwa  Ŝyły  takŜe  w  źródłach  i  wartkich  strumieniach.  Do  nich  wrzucali  ofiary  - 
potłuczone garnki, wyroby z brązu, a nawet szczątki zwierzęce. 

- Kawał gnijącego mięsa w źródle? Czerwonka murowana. 
-  No  cóŜ,  średnia  długość  Ŝycia  była  niewielka  -  wyjaśnił.  -  Dzieciaki  marły  jak 

muchy.  Dorosłych  gnębiła  cała  masa  chorób,  mało  kto  doŜywał  czterdziestki...  Ale 
wróćmy  do  ich  kultów...  W  osadach  archeolodzy  niejednokrotnie  natrafiali na naczynia 
gliniane  w  formie  rogów.  Przypuszcza  się,  Ŝe  odgrywały  one  waŜną  rolę  w  obrzędach 
„doŜynkowych".  To  symboliczne  rogi  obfitości,  które  od  wieków  dzierŜyli  bogowie. 
Były wypełniane mlekiem, miodem, być moŜe kumysem lub halucynogennym wywarem 
z muchomorów... 

Poszukałem wzrokiem Nielsa. Uśmiechnął się lekko i skinął głową. 
- Na ziemiach polskich nie znaleziono dotąd wielu miejsc kultu tego ludu, jednak te, na 

które natrafiono, dają duŜo do myślenia. Podczas badań Biskupina odkryto zachowaną w 
bagnistej  glebie  drewnianą,  czworokątną  nieckę  zaopatrzoną  w  uchwyty  oraz  specjalne 
nacięcia pozwalające ją przenosić i mocować do ziemi. Niektórzy badacze, na przykład 
Witold  Hensel,  dopatrują  się  w  niej  czegoś  w  rodzaju  przenośnego  ołtarzyka. 
Wspomniałem  juŜ  o  figurkach  symbolizujących  bóstwa.  Inną  kategorią  zabytków 
mogących  mieć  znaczenie  dla  ówczesnych  obrzędów  są  tak  zwane  wózki  kultowe. 
Wykonane  najczęściej  z  metalu,  przypominają  nasze  zabawki  dziecięce.  Dwa  kółka, 
platforma,  do  niej  przytwierdzone  kaczuszki  trzymające  w  dzióbkach  kółeczka  lub 
brzękadełka. 

- Dlaczego nie zaliczyć ich po prostu do zabawek? - zapytała Ewa. - MoŜe i zjadali się 

nawzajem, ale czy to automatycznie oznacza, Ŝe nie lubili dzieci? 

-  Była  to,  co  prawda,  epoka  brązu,  ale  surowiec  ten  sprowadzano  z  daleka  i  był 

przypuszczalnie  niezwykle  kosztowny...  Przeznaczenie  sakralne  mogły  posiadać  takŜe 
naczyńka  i  grzechotki  w  kształcie  zwierząt  lub  ozdobione  ich  figurkami.  My, 
archeolodzy, jeśli znajdujemy coś, czego nie rozumiemy, zazwyczaj uznajemy, Ŝe był to 
przedmiot kultu albo zabawka dziecięca - rozłoŜył ręce. - Was teŜ to czeka... 

- A ich obrzędy, pieśni? - zaciekawiła się jej koleŜanka. - MoŜna się domyślać czegoś 

na ten temat? 

- No cóŜ, nie da się wykluczyć, Ŝe maski ze skóry zwierząt, których resztki znaleziono, 

miały zastosowanie kultowe. Być moŜe podczas tańców obrzędowych. UŜywali fletów z 

background image

 

83 

cienkich  kości,  piszczałek,  grzechotek...  To  w  zasadzie  wszystko,  co  wiemy  o  ich 
muzyce. 

- A inne obyczaje? - zagadnął Fryderyk. 
-  Równie  obrzydliwe.  Podczas  pogrzebów  palili  swoich  zmarłych  na  stosach 

Ŝ

ywicznego drewna. Popioły zbierali do urn. Mieli, nazwijmy to, grobowce rodzinne, ale 

najczęściej  męŜczyzn  i  kobiety  grzebano  w  róŜnych  częściach  cmentarzy.  Na  grobach 
ustawiali  kamienie,  a  moŜe  i  drewniane  konstrukcje.  Pogrzebowi  towarzyszyła  stypa, 
podczas której często zabijano kogoś i poŜerano... 

- Wolałbym nie mieć ich za sąsiadów - stwierdziłem. 
-  Tak  więc  Ŝycie  pędzili  cięŜkie,  bydlęce,  kończyło  się  ono  czasem  w  Ŝołądkach 

współplemieńców,  za  to  rzemiosło  rozwinęli  bardzo  ładnie.  Tkali  wzorzyste  materiały, 
obwieszali  się  biŜuterią,  ozdabiali  swoje  naczynia  wzorami  geometrycznymi.  Kuli  na 
zimno i na gorąco brąz, robiąc z niego ciekawe przedmioty uŜytkowe. Dobra - mruknął. - 
Jesteście wolni. 

Studenci rozbili się na kilka grupek i ruszyli przez las w stronę drogi. Jak zauwaŜyłem, 

kilka osób wyciągnęło siatki i powędrowało między drzewa - zapewne w poszukiwaniu 
grzybów. Niels pozostał na miejscu. 

- Nie idziesz? - zapytałem. 
Pokręcił głową i wyciągnął z plecaka swój bęben. 
- Chcę trochę porozmawiać z tymi tu - wskazał gestem majdan grodziska. 
- Sądzisz, Ŝe to teŜ święte miejsce? 
- Seide? - uŜył swojego określenia. - Raczej nie. A moŜe? - zamyślił się. - UwaŜaj na 

tych ludoŜerców - poradziłem, ale on tylko się uśmiechnął. 

PoŜegnałem go i sam powędrowałem przez las. Grzybów było niewiele, nie zbierałem 

ich.  I  tak  nie  miałbym  w  co  włoŜyć.  Przyjemnie  było  iść  między  drzewami.  Z  daleka 
dobiegł mnie warkot bębna... 

Znalazłem  ścieŜkę,  chyba  wydeptaną  przez  dzikie  zwierzęta.  WyobraŜałem  sobie 

przemykających  się  wśród  chaszczy  kanibali.  Rany,  jak  ja  się  czasem  cieszyłem,  Ŝe 
Ŝ

yjemy  w  XXI  wieku...  Dość  nieoczekiwanie  wyszedłem  na  niewielką  polanę.  Stał  na 

niej  stary,  Ŝelbetowy  bunkier,  a  skrajem  lasu  ciągnęły  się  okopy.  Czas  mocno je  zatarł, 
były  jednak  ciągle  widoczne.  W  kilku  miejscach  było  widać  dziury  pokopane  przez 
jakiegoś poszukiwacza militariów, który nie zadał sobie trudu, by zasypać ślady swojej 
radosnej działalności... Zajrzałem do wnętrza schronu. 

Stała  w  nim  zielonkawa  woda.  Powlokłem  się  dalej.  Ta  część  lasu  została  zasadzona 

sztucznie - świadczyły o ty m drzewa rosnące pod sznurek. .. Wróciłem na ścieŜkę. Jakiś 
kilometr  dalej  znalazłem  nieduŜy  betonowy  słupek  z  naniesionymi  numerami. 
Odszukałem go na sztabówce i zakręciłem bardziej na zachód. Jeszcze cztery kilometry 
marszu przecinką i wyszedłem na brzeg bagienka. 

Obszedłem  bagno  i  dotarłem  od  tyłu  do  drugiego  kurhanu.  Postanowiłem  trochę  się 

rozruszać.  Wbiegnięcie  pod  stromą  górkę  było  akurat  tym,  czego  potrzebowałem,  by 
sprawdzić  elastyczność  swoich  ścięgien  Achillesa.  Rozpędziłem  się,  ale  zdołałem 
przebiec  tylko  kawałek.  Nieoczekiwanie  ziemia  uciekła  mi  spod  nóg  i  wyrŜnąłem  o 
glebę. 

- A niech to... - zakląłem patrząc na to, w co wpadłem. 
Ktoś  wrył  się  w  prehistoryczny  grobowiec.  Tunel  szedł  poziomo,  celując 

prawdopodobnie w komorę grobową. Dla zamaskowania śladów kopania został nakryty 

background image

 

84 

kawałkiem  dykty  i  przyłoŜony  darnią.  Szybko  uporządkowałem  to  tak,  jak  było. 
Kimkolwiek był tajemniczy rabuś, nie chciałem, Ŝeby zorientował się, Ŝe odkryłem jego 
działania. 

Wróciłem  do  obozowiska.  Magister  Kawka  siedział  przed  namiotem.  Wyglądał  na 

rozwścieczonego. 

- Stało się coś? - zapytałem. 
- Niwelator - warknął. - Ktoś rozwalił nam niwelator. 
- Jak to się stało? PrzecieŜ Magda pilnowała obozu... 
- Chodź. 
Weszliśmy do namiotu magazynowego. 
- Widzisz? - pokazał tylną ścianę. 
Rozcięcie miało około metra długości. Obejrzałem uwaŜnie krawędzie brezentu. 
-  Coś ostrego  -  zastanawiałem  się  -  Ŝyletka  albo  skalpel.  Jedno  cięcie...  Walizeczka  z 

niwelatorem  leŜała  otwarta  w  kącie.  Poruszyłem  urządzeniem  i  ze  środka  wysypała  się 
szklana sieczka. 

- Pistolet typu wiatrówka - oceniłem. - Ktoś po prostu przystawił lufę do obiektywu i 

strzelił rozbijając wszystkie trzy soczewki... 

Kawka milczał. 
- Do diabła - powiedział wreszcie. - Podejrzewałem Hreczkowskiego o paranoję, ale on 

naprawdę  ma  wrogów  gotowych  zrobić  wszystko,  Ŝeby  utrudniać  jego  badania...  Kto 
mógł to zrobić? 

- W obozie zostali Magda i Piotrek - przypomniałem  mu. - Choć nie dam głowy, czy 

wszyscy studenci poszli na grodzisko z nami... 

- Ja teŜ nie jestem pewien - rzekł ze złością. 
- Magdę wykluczamy. Piotrek... 
- Siedzieli razem i obierali kartofle na obiad - pokręcił głową. - JuŜ z nią rozmawiałem. 

Twierdzi,  Ŝe  zniknął  tylko  na  jakieś  pięć  minut,  Ŝeby  odwiedzić  miejsce,  gdzie  król 
chadza piechotą... Namiot przez cały czas był zamknięty. 

-  Wie  pan,  co  sobie  pomyślałem?  To  mógł  być  równie  dobrze  ktoś,  kto  poszedł  na 

grodzisko.  Po  pańskiej  prelekcji  wszyscy  rozeszli  się  po  lesie.  Jeśli  pobiegł  przodem, 
mógł zdąŜyć nabroić, zanim pan wrócił... 

- Fakt. 
- Poza tym odkryłem jeszcze coś... - opowiedziałem mu o dziurze w kurhanie. 
Zrobił się czerwony ze złości. 
- Niech ja go dorwę - warknął. - Dlaczego czujnik go nie wykrył? 
- Jest ustawiony tak, Ŝeby zasięg pokrywał kurhan, który rozkopujemy.  
-  Nie  moŜemy  go  przełoŜyć  -  powiedział.  -  Dopóki  nie  wyeksplorujemy  wszystkich 

jam grobowych wokół pierwszego kurhanu... Ale dziś w nocy trzeba się będzie zasadzić. 

- Zajmę się tym - odparłem. - MoŜe pan spać spokojnie... 

*** 

Pod wieczór zadzwoniłem do doktora Hreczkowskiego. Czuł się juŜ nieźle. Na wieść, 

Ŝ

e Kawka dobrze sobie radzi, tylko zgrzytnął zębami. 

- Nic to - westchnął. - Policzę się z nim później...  
Zadzwoniłem  teŜ  do  pana  Tomasza.  Na  szczęście  tym  razem  miał  włączony  telefon 

komórkowy. 

- No i jak leci? - zapytał.  

background image

 

85 

Zreferowałem mu wyniki badań. 
- Aha - mruknął. - A ja sprawdziłem sprawę zamiany czaszek w pudłach - opowiedział, 

czego dowiedział się w Instytucie Osteologii. 

- To moŜe być przypadek - zastanawiałem się - ale po zniszczeniu niwelatora mamy w 

zasadzie dowód... Komuś bardzo zaleŜy na tym, Ŝebyśmy zaprzestali badań. 

- I właśnie dlatego trzeba je prowadzić dalej. Ile kosztuje niwelator? 
-  Jakieś  sześć  tysięcy  złotych  -  westchnąłem.  -  Kawka  twierdzi,  Ŝe  nie  zdoła  zdobyć 

teraz nowego, wszystkie będące na wyposaŜeniu instytutu znajdują się w uŜyciu. 

- Fatalnie. Nie da się go czymś zastąpić? 
- Od biedy chyba teodolitem, jeśli ustawi się lunetkę poziomo, ale teodolit teŜ odpada. 

Jest jeszcze droŜszy. 

Zakończyliśmy rozmowę. 
Sobotni  wieczór  nadszedł  niespodziewanie.  Nagle  cienie  wydłuŜyły  się,  a  powietrze 

pomiędzy drzewami jakby zgęstniało. Siedziałem w laboratorium. Na stole płonęły dwie 
mocne  turystyczne  lampy.  Magda  po  swojej  stronie  nadal  męczyła  się  z  czaszką, 
sklejając  i  dopasowując  drobne  ułamki  kości.  Ja  na  swojej  połowie  rozkręciłem 
niwelator i teraz, usunąwszy zniszczone soczewki, wmontowałem w ich miejsce szkła z 
małej  kieszonkowej  lornetki.  Miały  odrobinę  mniejszą  średnicę,  ale  uŜywając  silikonu 
budowlanego  zdołałem  je  osadzić.  Był  tylko  jeden  problem.  Nie  potrafiłem  ustawić 
odległości  między  szkiełkami  tak,  aby  uzyskać  odpowiednią  ostrość...  Wreszcie  udało 
się  z  grubsza...  Na  jednej  soczewce  nakleiłem  poziomo  nitkę,  co  miało  zastąpić  kreskę 
pierwotnie wyrytą na szkle. 

-  Czy  to  będzie  wystarczająco  stabilne?  -  zapytała  dziewczyna.  -  Nie  wiem  - 

powiedziałem. - Układ utrzymujący lunetę w poziomie jest nietknięty... Powinno działać. 

Spojrzałem  przez  urządzenie.  Ostrość  nie  była  zachwycająca,  w  dodatku  miałem 

problemy z jej wyregulowaniem. 

- Dobre i to - mruknęła. 

*** 

Niels wrócił dopiero późnym wieczorem. Wyglądał na zmęczonego.  
- I jak poszło? - zagadnąłem. 
-  Tylko  szumy  -  odparł.  -  DuŜo  szumów...  To  nie  działa  automatycznie.  Częściej  się 

nie udaje... - machnął ręką. 

Tego  wieczora  znowu  było  w  planach  ognisko.  Wszyscy  rozeszli  się  po  lesie  i 

niebawem  zaczęli  znosić  chrust.  Ja  rozszczepiłem  kilka  konarów  siekierą.  Chmurzyło 
się. 

- Chyba w nocy lunie - mruknął Kawka patrząc na niebo. - Taka pogoda moŜe sprzyjać 

naszym przeciwnikom. 

Kiwnąłem  bez  przekonania  głową.  Ogień  nie  zdąŜył  się  rozpalić,  gdy  nieoczekiwanie 

niebo  rozdarła  błyskawica.  Piorun  uderzył  gdzieś  daleko.  Chwilę  później  koronami 
drzew  wstrząsnęło  uderzenie  wiatru.  Pierwsze  grube  krople  zabębniły  na  ortalionie 
namiotów... Schowałem się do swojego. Wiatr dmuchnął raz jeszcze i przecięty materiał 
uderzył  mnie  w  twarz.  Ktoś  nie  tylko  splądrował  magazyn,  ale  takŜe  dobrał  się  do 
mojego  namiotu!  Zapaliłem  latarkę  i  pospiesznie  sprawdziłem,  co  zginęło.  Plecak  leŜał 
na  swoim  miejscu,  discman  takŜe  spoczywał  pod  poduszką.  Zniknął  natomiast 
noktowizor... 

Kląłem przez chwilę w bezsilnej złości. Właśnie teraz, gdy jest najbardziej potrzebny... 

background image

 

86 

Mimo  to  zdecydowałem  się  iść  koło  północy  na  kurhan.  Nastawiłem  budzik  i 
prowizorycznie zabezpieczywszy rozcięcie, poszedłem spać. 

Obudził  mnie  mój  czujnik.  Piszczał  w  kieszeni.  Oprzytomniałem  momentalnie.  Ktoś 

pojawił  się  w  zasięgu  urządzenia,  łaził  po  pierwszym  kurhanie...  Narzuciłem  na  siebie 
pałatkę  i  uzbrojony  w  solidny  kij  ruszyłem  w  las.  Deszcz  przestał  padać,  ale  cięŜkie 
krople wody obrywały się nadal z drzew. Szybko przemoczyłem nogawki spodni. 

Noc  była  księŜycowa.  Blask  przesączając  się  przez  chmury  nadawał  okolicy  wygląd 

jak  z  taniego  dreszczowca.  Drzewa  stały  czarne  na  tle  sinosrebrzystego  nieba... 
Wyszedłem  na  polanę  i  wtedy  go  spostrzegłem.  Niewysoka  postać  coś  majstrowała  w 
cieniu  hałdy.  Nagle  spojrzała  w  moją  stronę.  W  półmroku  niewiele  mogłem  zauwaŜyć, 
ale  chyba  miała  na  głowie  mój  noktowizor.  Z  kijem  w  ręce  rzuciłem  się  naprzód. 
Przeciwnik  uciekał  w  stronę  kurhanów.  Sadził  wielkimi  susami,  bez  trudu  odnajdując 
drogę w ciemności. Przyspieszyłem kroku i nieoczekiwanie wpadłem całym impetem na 
drzewo. Uderzenie było bardzo silnie, zamroczyło mnie na dłuŜszą chwilę... 

Doszedłem od siebie, leŜąc na wznak na mokrej ściółce. Krople nadal obrywały się z 

gałęzi  i  padały  na  moją  twarz.  Otarłem  ją  rękawem.  Poza  silnym  stłuczeniem  nie 
doznałem  chyba  Ŝadnych  obraŜeń.  Wstałem  i  otrząsnąłem  się.  Sięgnąłem  do  kieszeni. 
Dokumenty  były  na  miejscu.  Kij  leŜał  tam,  gdzie  wysunął  mi  się  z  dłoni.  Odbiornik  w 
kieszeni  nadal  pikał.  A  zatem  wróg  widząc,  Ŝe  wyłączyłem  się  z  walki,  buszował  teraz 
na kurhanie. Potrząsnąłem parę razy głową i ruszyłem naprzód. Faktycznie, był tam. W 
ciemności  na  tle  jasnego  piasku  wyglądał  jak  niekształtny  stos  czegoś.  Klęcząc  rył 
dziurę.  KsięŜyc,  jak  na  złość,  zaszedł.  Podkradłem  się  jak  najbliŜej.  Sapanie,  szmer 
odgrzebywanej ziemi. 

- Mam cię - krzyknąłem znienacka. - Łapy na kark, bo rozwalę łeb... 
To,  co  brałem  za  skulonego  człowieka  odwróciło  się  i  kwiknęło  gniewnie.  Miałem 

przed sobą potęŜnego dzika. Zapaliłem latarkę w nadziei, Ŝe światło spłoszy zwierzaka. 
Stał  przede  mną  wielki,  wściekły  i  na  swój  sposób  piękny.  Dzieliły  nas  nie  więcej  niŜ 
trzy metry. Nie bał się mnie, patrzył z pogardą i wyraźnie gotował się do ataku. Skrobnął 
nogą  o  ziemię.  Zdecydowałem  się  zejść  mu  z  drogi.  Cofnąłem  się  krok,  potem  jeszcze 
jeden.  Z  boku  pojawiło  się  grube  drzewo.  Za  pniem  mogłem  ukryć  się  przed  atakiem 
zwierzęcia. Krok w bok i... 

Kątem  oka  dostrzegłem  błysk  metalu.  Sekundę  później  saperka  przydzwoniła  mi  w 

głowę. Runąłem na ziemię jak podcięty. Przez ułamek sekundy widziałem przed oczyma 
jakieś cyferki, jakby ktoś wyłączył mojego matrixa. A potem nastała ciemność. 

Ocknąłem  się  niespodziewanie.  Latarka  świeciła  mi  w  twarz.  Magister  Kawka.  Obok 

majaczyła jeszcze jedna postać. Niels. Znowu padało, gdy leŜałem miedzy drzewami, bo 
ubranie częściowo mi przemokło. 

- śyje - mruknął kierownik. - I chwała Bogu. 
- Gdzie jest dzik? - zapytałem półprzytomnie. 
- Zostały po nim tylko odciski racic - powiedział Lapończyk. - Kto cię tak załatwił? 
- Nie wiem, uderzył z tyłu - pomacałem się po głowie. Na potylicy miałem solidnego 

gorącego guza. 

- Jak Hreczkowskiego - mruknął Kawka. - Ciekawe, czy to ten sam osobnik? 
OstroŜnie wstałem opierając się o drzewo. Ciągle kręciło mi się w głowie. 
- Do licha - jęknąłem - dałem się podejść jak szczeniak... Rozejrzałem się wokoło. Las 

milczał. 

background image

 

87 

- Jak cię zaskoczył? - zapytał archeolog. 
- Drań miał mój noktowizor - wyjaśniłem. - Kiedy cofałem się przed dzikiem, zaszedł 

mnie od tyłu i trach... 

Opowiedziałem, jak poszedłem do lasu. 
- Coś robił w wykopach na miejscu osady? - zdziwił się Kawka. - Przejdźmy się tam... 
Ruszyliśmy na polanę. Moja latarka nie zgasła podczas upadku (dlatego mnie znaleźli - 

snop  światła  był  widoczny  z  daleka),  ale  bateria  mocno  się  wyładowała...  Mimo  to 
mogliśmy ocenić skalę zniszczeń. 

Tajemniczy  wróg  powyrywał  wszystkie  słupki  powbijane  na  skrzyŜowaniach  siatki 

metrowej. Poniewierały się teraz to tu, to tam. 

-  Spokojnie  -  połoŜyłem  dłoń  na  ramieniu  niekryjącego  wściekłości  archeologa  - 

zostały dziury. Powtykamy rano z powrotem... 

-  Ale  tego  juŜ  nie  naprawimy  -  pokazał  zarwane  w  kilku  miejscach  krawędzie 

wykopów.  -  Co  za  złośliwe  bydlę...  Niech  no  się  dowiem,  kto  to  jest.  W  pięć  minut 
przestanie być studentem! 

Pogroził  pięścią  milczącym  drzewom.  Poszliśmy  do  obozowiska.  Niebawem 

poszedłem spać. Głowa bolała mnie solidnie, ale do rana ból minął. Tylko guza miałem 
jeszcze przez tydzień... 

Obudziłem  się  późno  -  dopiero  o  dziewiątej.  Wypełzłem  z  namiotu.  Wydarzenia 

minionej nocy wydawały mi się w pierwszej chwili chorobliwym sennym majakiem, ale 
guz na głowie wskazywał, Ŝe jednak nie śniłem. Studenci rozpełzli się. Kilku pomagało 
magistrowi wbijać na miejsce wyrwane paliki, jakaś grupka powędrowała do odległego o 
dwanaście  kilometrów  kościoła...  Przeszedłem  się  na  miejsce  nocnej  bijatyki.  Długo 
spacerowałem  wśród  drzew  pilnie  przepatrując  ziemię.  Liczyłem,  Ŝe  znajdę  coś,  co 
naprowadzi  mnie  na  trop  -  na  próŜno.  Ślady  odbite  na  piasku  zmyła  ulewa.  Nie  byłem 
nawet  pewien,  czy  mój  czujnik  zasygnalizował  obecność  rzezimieszka,  czy  zareagował 
na  tego  pięknego  dzika...  Niels  siedział  na  szczycie  drugiego  kurhanu.  W  milczeniu 
dłubał coś noŜem. Jak się okazało, rzeźbił łyŜkę z  kawałka  korzenia. Przysiadłem obok 
niego. 

- Obejrzałem ten wkop w drugi kurhan - powiedział. - Jest nakryty dyktą. 
- Tak - kiwnąłem głową. - ZauwaŜyłem to wczoraj... 
- To nie jest zwykła dykta - ciągnął. - To nasza dykta, rysownica. Deska, na której się 

rozkłada papier milimetrowy do robienia rysunków dokumentacyjnych. 

- To ciekawe - mruknąłem. - Mamy kilka takich w magazynie... 
-  Tak,  ale  to  oznacza,  Ŝe  do  komory  usiłuje  dobrać  się  ktoś,  kto  ma  dostęp  do 

magazynu... A przecieŜ doktor Hreczkowski zawsze zamykał namiot na kłódeczkę... 

- Hmm - zamyśliłem się. - Ja i Magda przestaliśmy to zabezpieczać... W zasadzie przez 

kilka  dni  kaŜdy  mógł  zwinąć  jedną  dyktę.  Zresztą  nawet  nie  musiał  dobierać  się  do 
magazynu. Wystarczyło, jeśli po prostu w czasie dnia rzucił jedną w krzaki... Narzędzia 
szły pod klucz, a nie sądzę, Ŝeby ktoś liczył łopaty czy rysownice. 

- O tym nie pomyślałem - zasępił się. 
Zręcznie pracował krótkim zakrzywionym noŜykiem. 
- Lapońskie rękodzieło? - zmieniłem temat. 
Zapomniałem,  Ŝe  Saamowie  nie  lubią,  gdy  nazywa  się  ich  Lapończykami,  ale  nawet 

tego nie zauwaŜył. 

-  Tak,  chcę  trochę  odzyskać  wprawę  w  palcach  -  wyjaśnił.  -  MoŜe  zimą  wrócę  do 

background image

 

88 

swoich i będę robił nowy bęben... Ten ma trochę wad, ale to dopiero drugi, jaki w Ŝyciu 
zrobiłem. 

- Jak udało ci się przekazać mi wizję tych wilków w lesie? - zapytałem. - Słyszałem o 

telepatii, ale nigdy w to specjalnie nie wierzyłem... 

Uśmiechnął się szeroko. 
- Tu nie ma Ŝadnej magii - powiedział. - Ja ci to opowiedziałem... normalnie słowami. 

Tylko najpierw wszedłeś w trans, więc nie słyszałeś słów, a za to widziałeś obrazy, które 
tworzył twój mózg... 

- Wyglądało to bardzo realistycznie. 
- Bo masz plastyczną wyobraźnię - uśmiechnął się - i jesteś podatny na hipnozę... Na 

razie muszę się zastanowić, jak rozwiązać ten problem... - wskazał głową. 

Ewa i Krystyna obserwowały nas z pobliskiego pagórka. 
- MoŜe pokaŜesz im to samo? - zasugerowałem. 
- Wtedy się w ogóle nie odczepią - westchnął. - Nie mam nic przeciwko kobietom, ale 

szamanizm to męskie zajęcie. 

- Nie mieliście kobiet, które by się tym zajmowały? - domyśliłem się. 
-  Mieliśmy.  I  właśnie  dlatego...  Szaman  posiada  władzę  nad  ludźmi  i  autorytet.  Jeśli 

taką  mocą  obarczymy  kogoś  o  słabej  psychice,  dzieją  się  straszne  rzeczy...  One  się  nie 
nadają  -  wskazał  je  gestem.  -  Są  płoche,  szukają  przygody,  nie  myślą  o 
odpowiedzialności... Dlatego nie będę ich uczył. Choć gdyby mnie poprosiła na przykład 
Magda, to myślę, Ŝe zgodziłbym się. 

- MoŜesz spróbować zapytać duchów, kto tu tak w nocy narozrabiał? - zapytałem. 
Kiwnął niechętnie głową. 
- Dziś w nocy - powiedział. A potem nagle się uśmiechnął. - Tutaj. 
- A one? - spojrzałem na obie „czarownice". 
- Niech sobie podglądają. 

background image

 

89 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

ZADRAPANIE * PRZEJAśDśKA * WKOPY GROBOWE * DYMARKA * 

ŚMIERTELNA PUŁAPKA 

 

Dopiero  przy  obiedzie  zauwaŜyłem  ciekawą  rzecz.  Nasz  gitarzysta  Andrzej  miał  na 

czole  długie  i  paskudne  zadrapanie.  Przypudrował  je  lekko  zasypką,  dlatego  nie 
zwróciłem wcześniej uwagi. Odszukałem kierownika. 

- Nie sądzi pan, Ŝe to zadrapanie mogło powstać w nocy, gdy uciekał przede mną albo 

po tym, jak mnie załatwił? 

Zamyślił się. 
- Bo ja wiem, czy noktowizor nie zasłania tej części czoła?  
Przymknąłem oczy przypominając sobie, jak przebiegają paski. 
- Nie. Tam jest odstęp - odparłem. 
-  Widzę  tu  jeden  problem.  Jeśli  miał  noktowizor,  to  zauwaŜyłby  gałąź,  która  tak  go 

uśliczniła. 

- W moim modelu jest spory bezwład obrazu. Jeśli biegł szybko, mógł nie zauwaŜyć... 

- odparowałem jego zastrzeŜenie. 

- Trzeba mieć go na oku - powiedział powaŜnie. 

*** 

Po robocie postanowiłem przejechać się do wsi. Wsiadłem na rower i popedałowałem 

przez  las.  Sklepik  Złotozębego  był  zamknięty  na  cztery  spusty.  Gdzie  w  takim  razie 
podział  się  właściciel?  Tym  razem  zdecydowałem  się  pojechać  nie  w  stronę  Mętnej 
Wody,  ale  dalej  na  zachód.  Szosa  kończyła  się.  Najpierw  zniknął  asfalt,  ustępując 
nawierzchni wykonanej z kiepskiego gatunkowo betonu. Po dalszych kilkuset metrach i 
ona  znikła.  Czarny  ŜuŜel  rozjeŜdŜony  kołami  traktorów  i  samochodów...  Pędziłem 
mijając zarośnięte pokrzywami pola. Ktoś mnie dogonił. Magda. 

- Wycieczka? - zapytała lekko zasapana. 
- Tak sobie jeŜdŜę bez celu - wyjaśniłem. 
Przejechałem jeszcze kawałek. Ze wzgórza rozciągał się ponury widok. Przed nami w 

dolinie  leŜały  ruiny  pałacu.  Resztki  ścian  z  czerwonej  cegły;  spróchniałe pnie  znaczyły 
miejsca, gdzie kiedyś strzelały ku niebu kasztany. Nawet mur otaczający pierwotnie park 
nie  ostał  się...  Gdzieniegdzie  w  krzakach  leŜały  czerwone  stosy  gruzu.  Na  prawo  od 
drogi  ulokowali  się  niegdyś  następcy  dziedzica.  Walący  się  płot  z  betonowych  płyt 
otaczał  zrujnowane  hale  zbudowane  z  pustaków.  Zardzewiały  silos  przechylił  się 
paskudnie groŜąc w kaŜdej chwili zawaleniem. Gdzieś między budynkami stał radziecki 
buldoŜer,  potęŜna  maszyna  podobna  do  dinozaura,  dziś  unieruchomiona  przez  korozję, 
martwa... 

- Co to było? - zaciekawiła się. 
- PGR - wyjaśniłem. - Tu chyba hodowano krowy albo świnie... A w silosie trzymano 

ziarno  na  śrutę  dla  nich...  A  jak  się  przestało  opłacać,  wszystko  porzucono...  I  tak 
niszczeje. 

Z  dawnego  parku  ocalała  tylko  potęŜna  rozłoŜysta  lipa.  W  jej  cieniu  stalą  kapliczka, 

stara jak świat, przekrzywiona. Ktoś dawno temu zabrał ze środka figurę świątka. MoŜe 
ukradł,  a  moŜe  wręcz  przeciwnie  -  zabrał  do  domu,  by  nie  zniszczała  tu  do  reszty... 
Zawróciliśmy przygnębieni w stronę obozowiska. Odechciało się nam wycieczki. 

*** 

Było  juŜ  późno.  Mecz  siatkówki  na  placyku  dobiegł  końca.  Studenci  powoli 

background image

 

90 

rozchodzili się do namiotów. Niels dotknął mojego ramienia. 

- Chodźmy - szepnął. 
Powędrowaliśmy  w  ciemny  las.  Opadła  juŜ  rosa,  ale  na  szczycie  kurhanu  trawy  było 

niewiele. PodłoŜyliśmy sobie dwie karimaty. Lapończyk zapalił dwie klockowate świece 
i  wyjął  z  torby  bęben  oraz  widełki  z  rogu  renifera  i  zaczął  uderzać  w  skórę  lekkimi 
szybkimi  ruchami.  Wreszcie  rzucił  na  nią  gruby  pierścień  z  miedzi.  Wypolerowane 
kółko drgnęło i zaczęło przemieszczać się po powierzchni, kierując się w stronę namalo-
wanych na obrzeŜu symboli. 

-  Destrukcja  -  powiedział  cicho,  nie  przerywając  bębnienia.  Znowu  karzeł...  Olbrzym 

jest  blisko...  Sowa...  Przyspieszył  ruchy  dłoni,  ale  pierścień  nie  pokazywał  juŜ  nic 
sensownego. 

-  UłoŜył  się  tak,  Ŝe  dotykał  sowy  i  olbrzyma  -  wyjaśnił  Niels  spokojnie.  -  Człowiek 

mądry i silny duchem zetrze się z karłem... Zniszczenie wisi w powietrzu. Coś niebawem 
się wydarzy... 

Znowu  stukał  w  skórę.  Pierścień  poruszał  się  w  koło,  jakby  szukał  drogi.  Ale  nic 

więcej nie pokazał. 

-  U  was  teŜ  sowa  jest  symbolem  mądrości?  -  zapytałem,  gdy  zawijał  instrument  w 

płótno. 

- Nie. Ale ty byłeś ze mną i ty pytałeś, więc to wróŜba dla ciebie - odparł. 
- A czym byłaby sowa, gdybyś ty pytał? 
- Symbolem szybkiego i niespodziewanego ataku. Ataku, którego dokona olbrzym... 
- Znam człowieka, którego tak  nazywają - mruknąłem. - Ale on jest daleko stąd... To 

chyba nie o niego chodzi... 

-  WróŜby  najlepiej  sprawdzają  się  po  fakcie  -  uśmiechnął  się.  -  Nie  męcz  się  próbą 

zrozumienia. Potem okaŜe się, Ŝe bęben miał rację... 

*** 

Jeszcze  jeden  dzień  cięŜkiej  pracy...  Wstaliśmy  jak  zwykle  o  świcie.  Dwie  kanapki, 

szklanka herbaty... Powietrze było chłodne, niebo zaciągnęły lekkie chmury. To dobrze, 
nie dokuczy nam tak strasznie upal... 

Magister Kawka podszedł do mnie i mojej grupy. 
- Dzisiaj trzeba będzie skończyć pierwszy kurhan - powiedział spokojnie. 
- Właściwie dojechaliśmy do dna - mruknąłem. 
-  Magistrze  Daniec  -  huknął  -  dokopaliście  się  do  calca...  UŜywanie  terminologii 

naukowej... 

Spojrzałem  na  niego  przestraszony  i  zorientowałem  się,  Ŝe  Ŝartuje.  Całe  szczęście... 

Przeciągnąłem się, aŜ zaskrzypiały mi wszystkie stawy. Powlekliśmy się na stanowisko. 
Kurhan wyglądał trochę dziwacznie. Z nasypu wysokiego na cztery metry i długiego na 
ponad  dwadzieścia  ścięliśmy  główną  część.  Pozostał  wysoki  na  cztery  metry  profil 
ukazujący wzajemny układ warstw. Na ziemi leŜały głazy tworzące zewnętrzną obudowę 
oraz  kamienie  otaczające  wyeksplorowaną  komorę  grobową...  NaleŜało  jeszcze  zbadać 
otoczenie „ziemnej piramidy". 

-  No,  to  do  roboty  -  rozkazałem.  -  Jeśli  dobrze  zrozumiałem  naszego  kierownika, 

mamy  przekopać  tu  naokoło  -  wskazałem  odsłonięte  miejsce  obok  nieistniejącego  juŜ 
nasypu. 

Majaczyły tu dwie plamy. 
- Za duŜo nas do tego - zauwaŜył Fryderyk. - Za ciasno będzie kopać... 

background image

 

91 

- To moŜe Piotrek, Sebastian... i Artur. Pójdziecie na drugą stronę i tam wytniecie darń 

- zaproponowałem - potem zdejmiecie warstwę humusu i zobaczymy, czy nie pokaŜe się 
coś ciekawego... 

Powędrowali jak skazańcy wlokąc za sobą łopaty.  
- Niezupełnie tak wyobraŜałem sobie archeologię - mruknął Fryderyk ujmując w dłoń 

grackę. 

- No cóŜ - westchnąłem - nie zawsze bywa tak jak na filmach... Z drugiej strony moŜe i 

lepiej? 

-  Raczej  nigdy  tak  nie  bywa  -  jęknął.  -  Taki  Indiana  Jones  wykopałby  tu  w  lesie 

skrzynię z klejnotami i to w ciągu kilku godzin... 

- A potem ganialiby go uzbrojeni po zęby szaleńcy pałający chęcią wydarcia mu łupów 

- uzupełniłem. - Z dwojga złego wolę, jak nic się nie dzieje, niŜ gdy dzieje się za duŜo... 

Poskrobał ciemniejszą plamę. 
- Ciekawe, co to za draństwo? MoŜe ziemianka? 
- Koło kurhanu? - zdumiałem się. 
- MoŜe być wcześniejsza. Mogli najpierw ją zasypać, a potem wznieść grobowiec dla 

swego wodza... 

Palnąłem  się  w  głowę,  aŜ  zadudniło.  Skleroza...  PrzecieŜ  obaj  kierownicy  o  tym 

mówili... 

-  Wkop  grobowy  -  powiedziałem.  -  Tu  pewnie  leŜą  ci  wszyscy,  którzy  mieli 

towarzyszyć władcy na tamtym świecie... 

Zacząłem zdejmować cienkie warstwy ziemi na lewo od kurhanu. 
- Poza kurhanem? - zdumiał się. 
- Tak, poprzedni kierownik coś wspominał, Ŝe tych waŜnych zakopywali pod nasypem, 

a tych mniej waŜnych wokoło... A zatem do roboty... 

Nie myliłem się. Pod kilkunastocentymetrową zaledwie warstwą ziemi zarysowały się 

ludzkie kości. Ten osobnik spoczywał na boku zwinięty w kłębek. Niwelacja, rysunek... 

ZauwaŜyłem,  Ŝe  jakoś  wprzęgliśmy  się  w  rytm  pracy,  nabraliśmy  niezbędnej  rutyny. 

Nawet Marek który przybiegł odrobinę spóźniony, ograniczył się na widok szkieletu do 
jednej modlitwy. Odsłanialiśmy kości. 

-  U  la  la  -  mruknął  Fryderyk  oczyszczając  szpachelką  czaszkę.  -  Tu  się  działy 

paskudne rzeczy... 

Istotnie,  nieboszczyk  miał  prawą  skroń  całkiem  zmiaŜdŜoną...  Ściągnąłem  z 

sąsiedniego wykopu Magdę. Pochyliła się nad szkieletem. 

- Narzędzie tępokrawędziste - wyjaśniła. - Przypuszczalnie dostał obuchem kamiennej 

siekiery... I to bardzo mocno, jeśli wgniotło kości aŜ tak głęboko... 

Niels trafił w sąsiednim grobie na kolejny szkielet... Odsłaniałem nasz. Przyszła Isaura 

zrobić zdjęcia. 

-  Ech  -  westchnęła  -  dlaczego  nie  moŜemy  wykopać  wreszcie  czegoś  bardziej 

estetycznego?  Ciągle  tylko  połamane  garnki,  ogryzione  kości,  szkielety.  I  jamy  po 
ziemiankach.  A  w  takim  na  przykład  Egipcie  profesor  Karol  Myśliwiec  bada  śliczny 
grobowiec z kolorowymi freskami na ścianach... 

Ustawiła tabliczkę z numerami, połoŜyła wyciętą z kartonu strzałkę wskazując miejsce 

uszkodzenia czaszki, połoŜyła drugą. Ta dla odmiany zaznaczała złamanie kości barku. 

-  Zdrowo  go  ktoś  sponiewierał  -  zauwaŜyłem.  -  Połamane  obojczyki,  rozbita  głowa... 

Albo  mieli  tu  najazd  wrogów, albo  złoŜyli  go  w  ofierze  temu  tam  -  wskazałem  gestem 

background image

 

92 

komorę grobową. 

-  To  niewykluczone  -  powiedział  Kawka.  Jak  oni  to  robili,  Ŝe  człowiek  nie  zauwaŜał 

ich  nadejścia,  dopóki  się  nie  odezwali?  -  Czasy  były  wyjątkowo  parszywe.  Mogli  go 
zabić swoi lub wrogowie. Skoro leŜy tutaj, to raczej byli to jego współplemieńcy. 

- Obrzydliwa rzecz takie ofiary z ludzi - wzdrygnąłem się. 
- I tak, i nie - westchnął. - Aztekowie chętnie oddawali Ŝycie na ołtarzach, bo wierzyli, 

Ŝ

e dzięki temu dostaną się do nieba... Z kolei w Etrurii praktykowano składanie ofiar z 

ludzi,  ale  ich  warunkiem  była  dobrowolność...  Ofiara  do  ostatniej  chwili  mogła  się 
wycofać.  A  u  nas  teŜ  przecieŜ...  Zobacz,  ilu  misjonarzy  co  roku  rusza  głosić  posłanie 
miłości do krajów, gdzie wcale nie są mile widziani. 

-  Ostatnio  w  Iranie  zabili  dwóch  -  powiedział  Marek.  -  I  jednego  w  Afryce.  Ale 

prosiłbym nie mieszać tych tu i naszych męczenników. 

Koło  ciała  znaleźliśmy  kawałki  rozbitego  naczynia,  głębiej  leŜała  jeszcze  kość  - 

szczęka krowy, jak ocenił Fryderyk. Nie bardzo wiedziałem, jak odróŜnił, Ŝe to akurat z 
tego zwierzęcia. Postanowiłem go później zapytać, ale w końcu zapomniałem. 

Z  polany  przyleciał  Andrzej,  zrobił  szybko  kilka  fotografii,  jak  wyjaśnił  do  artykułu. 

Po  drugiej  stronie  zarysował  się  jeden  tylko  wkop  grobowy,  tam  takŜe  spoczywał 
szkielet, zwinięty w pozycji, którą archeolodzy określają jako „embrionalną". 

-  To  ciekawe,  co  moŜna  zrobić  z  człowiekiem  po  jego  śmierci  -  powiedziałem.  -  Tu 

mamy obrządek szkieletowy, inne kultury paliły zmarłych, jeszcze inne mumifikowały. 

-  Owszem  -  kiwnął  głową  Fryderyk.  -  Ale  to  i  tak  nic.  Ludy  koczownicze  bardzo 

często  po  prostu  kładły  zwłoki  na  stepie  poza  obozowiskiem  i  czekały,  aŜ  wilki  i  ptaki 
załatwią sprawę... 

-  Mówisz  okropne  rzeczy  -  pokręciłem  z  dezaprobatą  głową.  -  Jakby  mało  było  tej 

makabry - wskazałem odsłaniany szkielet. 

-  Ja  tam  do  swojego  grobu  kaŜę  włoŜyć  kilka  dobrze  natowotowanych  min 

przeciwpiechotnych - powiedział Piotrek. - MoŜe i kiedyś mnie jakaś hiena wykopie, ale 
popamięta to do końca Ŝycia... 

Oczyszczałem  szkielet.  Jak  się  okazało,  ktoś  połamał  mu  takŜe  niektóre  Ŝebra.  Inne 

pozrastane pod dziwnymi kątami nosiły ślad wygojonych złamań... 

Pod  ciałem  leŜała  garść  zaśniedziałych  miedzianych  drucików.  Resztki  naszyjnika. 

Zebraliśmy je ostroŜnie i zawinęliśmy w ligninę. Były bardzo cienkie, obawialiśmy się, 
Ŝ

e przeŜarte korozją mogą się łatwo połamać. 

Przerwa.  Zalegliśmy  na  trawie  na  polanie.  Opodal  nas  Krystyna  z  pomocą  Ewy 

opatrywała  sobie  paskudne  rozcięcie  skóry  na  łydce.  Chyba  przytrafiło  się  jej  to  co 
Magdzie, nie trafiła w szpadel i rozorała sobie jego krawędzią nogę... 

- Dobrze, Ŝe was widzę - poderwał nas Kawka. - Za mną, coś musicie zobaczyć... 
Sadysta... Podnieśliśmy się z trudem z ziemi. 
-  Niedługo  będziemy  skrzypieli  stawami  jak  szkielety  z  amerykańskiego  horroru  - 

powiedziałem. 

-  No  cóŜ,  nikt  wam  nie  mówił,  Ŝe  archeologia  jest  nauką  lekką,  łatwą  i  przyjemną... 

Ale  faktem  jest,  Ŝe  po  pierwszych  wykopaliskach  zawsze  odpada  kilkanaście  procent 
kandydatów  na  archeologów...  I  tylko  około  piętnastu  procent  wytrzymuje  do  końca 
studiów... Ale lubię tę robotę. 

Zatrzymaliśmy  się  w  kącie  wykopu.  Stała  tu  bryła  ŜuŜla.  Wokoło  rozciągała  się 

nieregularna  czarna  plama  upstrzona  czerwonymi  okruchami  i  kawałkami  jakichś 

background image

 

93 

skorup. 

- Kloc ŜuŜla z dymarki - zauwaŜył Fryderyk. 
- Właśnie - powiedział z zadowoleniem magister. - I to niebrzydki. 
-  Zaraz  -  zmarszczyłem  czoło.  -  PrzecieŜ  to  osada  neolityczna.  W  dymarkach 

wytapiano Ŝelazo... A gdzie epoka brązu? 

-  Oczywiście  to  ślad  zupełnie  innej  kultury  -  powiedział.  -  W  setki  lat  po  tym,  jak 

osadę  kultury  pucharów  lejkowatych  pokryła  mgła  zapomnienia,  przybyli  tu  jacyś  inni 
ludzie  i  wytopili  sobie  trochę  Ŝelaza  z  rud  darniowych  występujących  w  korycie 
rzeczki... 

- Rozumiem... Kim byli? - zaciekawiłem się. 
- Tego jeszcze nie wiemy - wyjaśnił cierpliwie - ale podejrzewam kulturę przeworską, 

która „grasowała" tu w okresie wpływów rzymskich, a więc mniej więcej w I - III wieku 
naszej ery... Jednak moŜe to być takŜe ślad średniowiecznej działalności gospodarczej... 
Lub  nawet  jeszcze  późniejszy.  Widzicie,  dymarki  istniały  bardzo  długo.  To  niezwykle 
wydajna  konstrukcja.  W  latach  dwudziestych  XX  wieku  etnografowie  natrafili  na 
działającą dymarkę w miejscowości Tuł na Mazowszu... 

- Niesamowite - zdumiałem się. - A jak to działało? 
- Bardzo prosto - wyjaśnił Kawka. - Wyrabiano starannie glinę, i lepiono z niej grube 

pasy. Widziałeś kiedyś opatrunki gipsowe? 

- Oczywiście, kilka razy opatrywano mi złamania. 
-  Technika  była  bardzo  podobna.  Budowano  coś  w  rodzaju  glinianej  beczki. 

Najczęściej  wewnętrzna  średnica  wynosiła  kilkadziesiąt  centymetrów,  wysokość  do 
około półtora metra, choć zazwyczaj były nieco niŜsze. Czekano kilka tygodni, aŜ dobrze 
wyschnie,  i  napełniano  ją  „wsadem".  Sypano  warstwę  węgla  drzewnego,  warstwę  rudy 
darniowej, warstwę węgla i znowu warstwę rudy... AŜ do wierzchu. 

-  Rozumiem  -  kiwnąłem  głową.  -  A  potem  podpalano  i  pompowano  do  środka 

powietrze miechami... 

- Nie - pokręcił głową. - Podpalano owszem, natomiast miechy były niepotrzebne. Jeśli 

dymarka  jest  prawidłowo  wykonana,  to  sama  zasysa  powietrze  niezbędne  do 
podtrzymania ognia... 

- I jak długo trwał taki wypał? - zaciekawił się Piotrek. 
-  Kilkadziesiąt  godzin.  Po  tym  czasie  przychodzono,  za  pomocą  drągów  wywalano 

piec,  i  wygrzebywano  spomiędzy  popiołów  i  ŜuŜli  bryłę  Ŝelaza,  tak  zwaną  „łupę"... 
Zazwyczaj  waŜyła  kilka  kilogramów.  Przekuwano  ją  następnie,  Ŝeby  usunąć  resztki 
węgli, i poddawano dalszej obróbce… 

- Myślałem, Ŝe to tylko w Górach Świętokrzyskich - zauwaŜyłem - a tymczasem... 
- AleŜ skąd - uśmiechnął się - od kilkunastu lat bada się zagłębie mazowieckie. Miedzy 

Pruszkowem,  Wyszkowem  i  Warszawą  rozciąga  się  gigantyczny  teren,  na  którym  ta 
właśnie  kultura  przeworska  -  trącił  butem  kloc  ŜuŜla  -  wytapiała  Ŝelazo  w  dymarkach. 
Eksploatowali  rudy  darniowe,  wycięli  w  pień  lasy,  by  uzyskać  dębinę  i  buczynę  do 
wypalania  węgla  drzewnego...  Wybierali  z  pól  odłamki  wapieni,  dodawane  potem  do 
pieca jako topniki... 

- Ale chyba nie było tych dymarek tak duŜo? - zaciekawiłem  się. - Bo teŜ i ile mogli 

ich zbudować... 

- Około sześciuset tysięcy.  
- Niesamowite. 

background image

 

94 

- Co więcej, w Pruszkowie jest piękne muzeum poświęcone tym zagadnieniom - dodał. 

- Wykopaliska prowadzi się tam co roku... A ekspozycja jest naprawdę ciekawa i dobrze 
przygotowana... 

-  Kto wie, moŜe  kiedyś wrócimy do rud darniowych - zauwaŜył Piotrek. - O hematyt 

trudno, a darniówki leŜą wszędzie. Wprawdzie Ŝelaza jest w nich tylko kilka procent, ale 
gdyby opracować odpowiednią technologię, kto wie? 

- W Chinach w czasie rewolucji kulturalnej próbowano zrobić coś takiego - powiedział 

powaŜnie  Kawka.  -  Mao  wymyślił,  Ŝe  jego  naród  będzie  wytapiał  Ŝelazo  tą  właśnie 
techniką.  Jeśli  kaŜdy  z  kilkuset  milionów  Chińczyków  wyprodukuje  choćby  dziesięć 
kilogramów  Ŝelaza,  to  wystarczy  na  czołgi  i  druty  kolczaste...  Tyle  tylko,  Ŝe  nie 
przewidział,  ile  to  wszystko  pochłonie  opału.  NałoŜono  kontyngenty  na  wsie,  takŜe  na 
okolice, gdzie rud darniowych nie było... Zimą chłody zebrały straszliwie Ŝniwo śmierci, 
bo brakowało opału... A Ŝelazo z dymarek, choć wyprodukowano go naprawdę duŜo, nie 
przydało  się  specjalnie.  Zawierało  zbyt  wiele  węgla.  I  tak  miliony  istnień  ludzkich 
poświęcono  dla  realizacji  mrzonek...  Kończymy  przerwę,  do  roboty  -  popatrzył  na 
zegarek. - Macie juŜ osiem minut spóźnienia... 

Wróciłem  na  mój  wykop  i  z  niejakim  zaskoczeniem  zauwaŜyłem  świeŜy  ślad  buta 

odciśnięty  na  hałdzie.  Ktoś  tu  stał  jeszcze  parę  minut  temu.  Na  nogach  miał  cięŜkie 
wojskowe buciory. 

- Ktoś nas odwiedził - stwierdziłem. 
-  Chyba  nic  nie  zginęło  -  zauwaŜył  Fryderyk.  Zajrzeliśmy  szybko  do  wszystkich 

wykopów. 

Faktycznie,  tajemniczy  intruz  przyjrzał  się  tylko,  co  robimy,  i  odszedł.  -  Niczego  nie 

ruszał - zauwaŜył Piotrek. - MoŜe to tylko jakiś tubylec. 

-  MoŜliwe  -  powiedziałem  -  ale  sądzę,  Ŝe  na  przyszłość  trzeba  zachować  więcej 

czujności. Zwłaszcza w chwilach, gdy mamy znaleziska odsłonięte w wy kopach... Tym 
razem nam się udało, ale... 

Niels długo patrzył na odciśnięte ślady. W jego ciemnych oczach pojawiły się dziwne 

błyski. Ale nie podzielił się uwagami. Do wieczora skończyliśmy eksploracje wszystkich 
trzech 

grobów 

towarzyszących 

kurhanowi. 

Pozbieraliśmy 

kości 

do 

pudeł. 

Sfotografowaliśmy i narysowaliśmy wykop. Przesialiśmy ziemię przez dwa sita. Dzięki 
temu znaleźliśmy jeszcze kilka ułamków miedzianej blachy, dwa krzemienne groty strzał 
i parę przegapionych kawałeczków kości. 

- Co robimy z kurhanem? - zapytałem Kawkę. - Zostawiamy tak odsłonięty czy... 
- Mam dla was złą wiadomość. Trzeba usypać go z powrotem - powiedział. 
Spojrzałem na niego zdumiony. 
-  Takie  są  wymogi  -  wyjaśnił.  -  Ładnie  by  wyglądało,  gdyby  tak  po  przejściu 

archeologów poznikały z map kurhany, grodziska, zamki... 

Zakląłem  w  duchu.  ZwoŜenie  ziemi  taczką  na  dół  było  cięŜkie.  A  teraz  czekała  nas 

odwrotna  operacja...  NadweręŜone  mięśnie  i  stawy  buntowały  się  na  samą  myśl  o 
wysiłku. 

-  Niestety  -  powiedział  Kawka  -  to  nie  siłownia...  Nie  mamy  personelu,  musimy 

posprzątać sami. 

- Jak mus, to mus - mruknąłem. 
-  Dobrze  wypocznijcie  przed  jutrzejszym  dniem  -  polecił  surowo.  -  Czeka  nas 

naprawdę cięŜka orka... 

background image

 

95 

*** 

Zaraz  po  obiedzie  wskoczyłem  na  rower,  by  przejechać  się  po  lesie.  Pomknąłem 

ś

cieŜką  do  przecinki.  Minąłem  miejsce,  w  którym  znaleźliśmy  wnętrzności  dzika. 

Pojechałem  z  grubsza  w  kierunku  grodziska  kultury  łuŜyckiej.  Droga  stała  się 
ciemniejsza,  ziemia  podmokła,  po  bokach  pojawiły  się  kępy  bagiennej  trawy.  Minąłem 
od  północy  bagienko.  Na  rozmokłym  kawałku  spostrzegłem  ślad  opony.  MoŜe 
przejechał tędy samochód leśniczego, a moŜe kłusowników... Na sporym wzgórzu rosło 
kilka  samotnych  dębów.  Przypomniałem  sobie  stare  przygody,  wtedy  gdy  szukałem 
skarbów Samsonowa... 

Postawiłem rower koło drzewa i ruszyłem w stronę szczytu. Ucztowały tu dziki, ziemia 

była  zryta  odciskami  ich  racic.  Dąb  rosnący  pośrodku  był  bardzo  stary.  Mógł  liczyć 
pięćset, moŜe siedemset lat. ZbliŜałem się oczarowany, mijając pnie leśnego pospólstwa. 
Nagle  ziemia  uniknęła  mi  spod  nóg.  Poczułem  przeszywający  ból  i  potworne 
szarpnięcie. 

Doszedłem do siebie po dłuŜszej chwili. Wisiałem jakieś dwa metry nad ziemią, głową 

w  dół.  Wdepnąłem  w  kłusowniczy  potrzask.  Przestępcy  przygięli  solidnie  młodą, 
wybujałą  brzozę.  Do  jej  czubka  przywiązali  kawał  stalowej  linki  zaopatrzonej  w  pętlę. 
Poło  Ŝył  i  ją  na  ziemi.  Gdy  wsadziłem  w  nią  nogę,  wygięta  brzoza  zadziałała  jak 
spręŜyna... 

Pułapka  była  bardzo  solidna  -  z  pewnością  słuŜyła  do  łapania  dzików.  Pętla  została 

załoŜona na ścieŜce, którą zwierzęta szły z bagna do dąbrowy... Szarpnąłem się, ale tylko 
mnie  rozhuśtało.  W  kieszeni  miałem  nóŜ,  ale  nic  mi  to  nie  dawało  -  nie  miałem  jak 
dosięgnąć pętli, poza tym wątpiłem, czy uda mi się przecinać stal... Sięgnąłem po telefon 
komórkowy, ale kieszeń była pusta. Prawie wszystko wysypało mi się z kieszeni i teraz 
leŜało na ścieŜce dwa metry niŜej. 

Wieszanie  głową  w  dół  było  w  staroŜytności  często  stosowaną  torturą...  Skazaniec 

męczył  się  zazwyczaj  kilka  godzin.  Mózg  człowieka  jest  dość  delikatnym  organem,  a 
przebiegające  przezeń  naczynia  krwionośne  mają  cienkie  ścianki.  Krew  napływając  w 
duŜej  ilości  do  głowy  wcześniej  czy  później  powoduje  rozerwanie  któregoś  z  nich.  W 
rezultacie powieszony ginie na skutek wylewu krwi do mózgu. MoŜliwy jest takŜe zawał 
serca... 

Ile mogłem wisieć? MoŜe trzy minuty, ale juŜ czułem szum i pulsowanie w skroniach. 

Musiałem się jakoś wydostać, zanim stracę przytomność... Huśtnąłem się. Zatrzeszczało. 
MoŜe  jak  się  odpowiednio  szarpnę,  drzewo  się  złamie?  Nikłe  szansę,  bo  kłusownicy  z 
pewnością wybrał i takie, Ŝeby wytrzymało cięŜar dorodnego dzika... 

- W górę się nie da, moŜe w dół? - zastanowiłem się głośno. Nie, w dół teŜ nie. Nawet 

gdybym zsunął jakoś buty z nóg, pętla trzymała mnie nad kostkami. Tak się nie wyrwę. 
Pozostawała droga w bok.  Krótkimi szarpnięciami okręciłem się. Pień był dość daleko, 
jakieś półtora metra ode mnie. Ale była to chyba jedyna szansa... Rozhuśtałem się. Szło 
mi  to  bardzo  powoli,  ale  wreszcie  zdołałem  uzyskać  odpowiednią  amplitudę  wahnięć. 
Pień  musnął  końce  wyciągniętych  palców.  Raz  jeszcze  i  jeszcze  raz.  Złapałem  go. 
Problem  w  tym,  Ŝe  trzymałem  pień  ciągle  odwrócony  głową  w  dół.  NaleŜało  się 
przekręcić - tylko jak to zrobić, nie łamiąc kręgosłupa? 

Spróbowałem  i  drzewo  znowu się  rozhuśtało,  ale  dałem  radę,  choć  z  wielkim  trudem 

utrzymać się. W głowie dudniło mi. Dawno juŜ nie byłem w tak powaŜnych tarapatach. 
Zacząłem  z  trudem  podciągać  się  po  pniu  w  górę.  Wreszcie  z  ogromnym  wysiłkiem 

background image

 

96 

dotarłem  do  rosnącego  w  bok  konaru.  Objąłem  go  i  długo  odpoczywałem.  Powoli 
wywindowałem  się  na  niego.  Nogi  nadal  miałem  wyŜej  niŜ  głowę,  a  w  dodatku  szarp-
nięcia linki groziły mi zwaleniem się, ale przynajmniej osiągnąłem tyle, Ŝe nie groziła mi 
powolna i paskudna śmierć w  męczarniach. Teraz dopiero zorientowałem się, Ŝe siedzę 
na zupełnie innej brzozie niŜ ta, do której przywiązano koniec pętli. 

Kawałek  wyŜej  był  kolejny  konar.  Pomalutku  dotarłem  do  niego.  Wiedziałem,  Ŝe  do 

trzeciego z kolei nie dam rady się wdrapać. Nie miałem juŜ siły. Wyciągnąłem ze spodni 
pas  i  przywiązałem  się  do  zbawczej  gałęzi.  To  co  musiałem  zrobić,  było  bez  tego 
niemoŜliwe...  Ściągnąłem  powoli  nogi.  Druga  brzoza  wygięła  się,  ale  mocno 
spręŜynowała. Pokonywałem jej opór centymetr po centymetrze. Wreszcie wbiłem palce 
pod linkę. 

Kłusownik był prawdziwym fachowcem. Pętla była zabezpieczona tak zwaną małpą - 

przesuwała się tylko w jedną stronę. Wyjąłem z  kieszeni scyzoryk i zacząłem ostroŜnie 
odkręcać  śrubki.  Wreszcie  usunąłem  jedną.  Jeszcze  trzy.  Teraz  gdy  wyeliminowałem 
jedno  zagroŜenie,  pomyślałem  o  następnych.  Jak  często  kłusownicy  sprawdzają  swoje 
pułapki?  Raz  na  kilka  dni...  Kiedy  mogą  się  pojawić?  Co  zrobią,  gdy  mnie  zobaczą? 
Mogą zastrzelić... 

Wyszarpnąłem  ostatnią  śrubkę,  uwolniłem  linkę,  poluzowałem  pętlę  i  zsunąłem  ją  z 

nóg.  Puściłem,  tylko  śmignęła  w  powietrze,  gdy  brzoza  rozprostowała  się  na  całą 
wysokość... Długo masowałem stopy przywracając w nich krąŜenie. W głowie przestało 
mi  szumieć,  teraz  dopiero  zauwaŜyłem,  Ŝe  pocięły  mnie  komary.  Wcześniej  jakoś  nie 
zwróciłem uwagi na to skrzydlate stadko krwiopijców... 

Powolutku  zlazłem  z  drzewa  na  ziemię.  Pozbierałem  swoje  rzeczy.  Na  szczęście 

telefon nie doznał uszczerbku przy uderzeniu o ziemię. Zadzwoniłem do nadleśnictwa. 

Podszedłem do starego dębu i wypatrując na ziemi kolejnych pułapek, obszedłem go w 

około...  Dziki  zryły  ziemię  w  poszukiwaniu  Ŝołędzi.  Na  brzegu jednej  bruzdy  czerniała 
niewielka  skorupka.  CzyŜby  zabytek  pogańskich  czasów,  gdy  ktoś  składał  tu  ofiary 
samotnym  drzewom?  Nie,  nie  była  tak  stara.  Cienkościenna,  wytoczona  na  kole 
garncarskim,  dobrze  wypalona.  Mogła  mieć  dwieście  lat.  Drzewo  teŜ  nie  było  mimo 
szacownego  wieku  wystarczająco  stare,  by  pamiętać  nocne  tańce  i  tajemnicze  obrzędy 
naszych antenatów. Zabrałem skorupkę, Ŝeby potem pokazać kierownikowi. 

Nadjechał maluch z nadleśnictwa. Wysiadł z niego gajowy Łukasz. 
- CóŜ to się stało? - zagadnął. 
Pokazałem mu potrzask i opowiedziałem, jak się z niego uwolniłem. 
- CięŜka sprawa - powiedział. - Z małpy odcisków palców się nie zdejmie... 
- Niestety - pokiwałem głową. - Ale sam pan rozumie, rozkręcić ją musiałem... 
Kiwnął głową. 
- Mamy inne metody na tych drani - powiedział. - Zastawimy na nich śliczną pułapkę... 
Zdjął plandekę. Na dachu leŜał dorodny odyniec. 
- Wypchany? - zaciekawiłem się. 
- Prawdziwy - wyjaśnił - tylko Ŝe z chłodni. Pięć dni temu strzelony. Kiedy go zdejmą i 

zaczną  oprawiać,  będzie  moŜna  złapać  ich  na  gorącym  uczynku...  Wtedy  się  nie 
wywiną... 

Dzik  waŜył  ze  120  kilogramów.  Zanieśliśmy  go  i  zawiesiliśmy  artystycznie  na 

drzewie. Gajowy podał mi mały aparat fotograficzny. 

- Odprowadzę samochód i wrócę na motocyklu - powiedział. - Raczej się nie pojawią, 

background image

 

97 

ale teraz nie moŜemy sfuszerować... Będę za godzinę, moŜe za półtorej. 

- Wystarczy cyknąć parę fotek? - upewniłem się.  
- Tak. Potem będzie pan wolny. 
Rozstaliśmy  się.  Wlazłem  na  wzgórze  i  dobrze  zaszyłem  w  krzakach.  Wrócił 

faktycznie  po  godzinie.  Zmierzchało  się  juŜ.  Razem  z  nim  przyjechali  dwaj  policjanci, 
których poznałem juŜ przy okazji śledztwa w sprawie napaści na Hreczkowskiego. 

- MoŜe się przydam? - zaproponowałem. Zawahali się. 
-  W  zasadzie  to  wolimy  sami  łapać  złoczyńców  -  mruknął  ten  wyŜszy.  -  To  nie  jest 

robota dla cywili... 

Wyjaśniłem,  w  jakiej  formacji  odsłuŜyłem  wojsko  i  czym  się  zajmuję  na  co  dzień. 

Wreszcie niechętnie kiwnęli głowami. 

-  Dobrze  -  powiedział  pierwszy.  -  Proszę  zajść  do  nas  około  dwudziestej  trzeciej. 

Posiedzimy razem na czatach i moŜe uśmiechnie się do nas szczęście... 

Wróciłem do obozu. 

background image

 

98 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

NOCNE OGNIE * KIEDY OCHRZCZONO POLSKĘ? * W ZASADZCE * WILK * 

SYPIEMY KURHAN * POWRÓT DOKTORA * MINA PANA SAMOCHODZIKA * 

CZARNY KSIĄśĘ 

 

Płomienie cicho strzelały w gęstniejącym mroku. 
- MoŜe pan coś opowie - poprosiłem magistra. - Coś ciekawego...  
Zapatrzył się w płomienie. 
- Widzicie, archeologia to nauka, która zupełnie nie ma szczęścia do popularyzatorów - 

powiedział.  -  Wiele  odkryć  pozostaje  znanych  tylko  wąskiemu  gronu  prawdziwych 
ekspertów.  Nawet  historycy  czy  historycy  sztuki  często  nie  mają  pojęcia  o  tym,  co 
odkrywamy... 

Patrzył na nas w zadumie. 
- Pawle - zwrócił się do mnie - jeśli pozwolisz, wysonduję twoją wiedzę... 
- Proszę bardzo - nawet ucieszył mnie taki obrót sprawy. 
- Dobrze. Kiedy ochrzczono Polskę? 
-  Za  czasów  Mieszka  I  -  powiedziałem.  -  Przypuszcza  się,  Ŝe  około  966  roku.  Taką 

datę przyjęli historycy. 

- Świetnie - mruknął - i jak to wyglądało? 
-  Władca  przyjął  chrzest,  potem  pewnie  ochrzcili  się  jego  towarzysze,  druŜyna, 

mieszkańcy  ksiąŜęcego  grodu...  Chrzest  przyjął  z  Czech,  aby  uniknąć  zaleŜności  od 
Niemców... 

Archeolog patrzył w płomienie. Nie powiedział ani słowa. 
- Są historycy, którzy twierdzą, Ŝe Mieszko I przyjął chrzest z Niemiec, bo biskupstwo 

w Pradze nie miało uprawnień - dodałem. - I nie da się wykluczyć, Ŝe miało to miejsce 
na  ziemi  niemieckiej.  śe  ochrzczono  go  w  Ratyzbonie  lub  Magdeburgu  i  do  Polski 
wrócił jako chrześcijanin... 

-  Znam  te  teorie  oraz  kilka  innych  -  westchnął.  -  A  zanim  się  ochrzcił,  nie  było  w 

Polsce chrześcijan? 

-  Nie,  bo  i  skąd  -  wzruszyłem  ramionami.  -  Owszem  była  taka  teoria  związana  z 

Ŝ

ywotem świętego Metodego... ale nie bardzo juŜ pamiętam szczegóły. 

-  Święty  Metody,  apostoł  Słowian  -  powiedziała  Magda.  -  Gdy  umarł  w  885  roku, 

spisano jego Ŝywot. Jest tam fragment, który po polsku brzmi z grubsza tak: „Pogański 
ksiąŜę,  silny  wielce,  siedząc  na  Wiślech  urągał  chrześcijanom  i  szkody  im  wyrządzał. 
Posławszy do niego, kazał mu powiedzieć: »Dobrze by było, synu, abyś dał się ochrzcić 
dobrowolnie na swojej ziemi, bo inaczej będziesz w niewolę wzięty i zmuszony przyjąć 
chrzest na ziemi cudzej. Wspomnisz moje słowo «Tak się teŜ stało". 

-  No  dobra  -  wzruszyłem  ramionami  -  to  moŜe  sugerować,  Ŝe  jakiś  ksiąŜę  Ŝyjący  po 

naszej stronie Karpat, jeśli to „Wiślech" oznacza Wisłę albo Wiślicę, najeŜdŜał Morawy, 
aŜ go schwytali, ochrzcili i pewnie zgnił w lochach... 

-  Wrócimy  to  tego  -  powiedział  Kawka.  -  Ale  jest  coś jeszcze...  Kroniki  są  tu  bardzo 

enigmatyczne, ale z zapisków czeskich i niemieckich moŜna dedukować, Ŝe wypadki te 
miały  miejsce  około  880  roku.  Morawianie  prawdopodobnie  przebyli  Karpaty  i  zajęli 
sporą część Małopolski... 

-  Są  na  to  jakieś  dowody?  -  zapytałem.  -  Relacje  kronikarzy  mogą  być  błędnie 

interpretowane. 

-  Owszem  -  kiwnął  głową.  -  Wiele  grodów  z  tamtych  czasów  ma  warstwy 

background image

 

99 

spaleniskowe. Ktoś je obiegł, zdobył i zniszczył. Następnie odbudował. 

-  Przyjmijmy  nawet,  Ŝe  Morawianie  podbili  nasze  ziemie,  ale  przecieŜ  gdyby  podjęli 

próby ich chrystianizacji, zostałyby jakieś ślady. 

- AleŜ są... - uśmiechnął się. 
Cienie rzucane przez ogień wyostrzyły jego profil. 
- Jakie - zdumiałem się - i dlaczego nic o tym nie wiem? 
- Rotunda A na Wawelu - powiedział.  
Przymknąłem oczy. 
-  Przedromański  kościół  budowany  z  okrzesków  kamiennych  murowanych  na 

jaskółczy  ogon  -  błysnąłem  wiedzą  wyniesioną  ze  studiów.  -  Zachował  się  po  nim 
fundament  i  resztki  ścian...  Za  to  rotunda  Świętych  Feliksa  i  Adaukta,  później  pod 
wezwaniem  Najświętszej  Marii  Panny,  zachowała  się  całkiem  nieźle  wmurowana  w 
późniejszą zabudowę... 

- Nie, pomówmy o rotundzie A - sprowadził mnie na ziemię. - I tylko o niej. 
- Nie mam pojęcia - mruknąłem - wiem tylko, odkryto ją jeszcze w 1917 roku... 
-  Profesor  Adolf  Szyszko  -  Bohusz,  jej  badacz,  jako  pierwszy  wykazał  podobieństwa 

między  nią  a  budowlami  wielkomorawskimi.  Obok  znajdowały  się  ruiny  kaplicy,  w 
której  pogrzebano  dwóch  męŜczyzn...  Oczywiście  nie  udało  się  ustalić  ich  toŜsamości. 
Ale moŜe jeden z nich to ten ochrzczony pod przymusem ksiąŜę... 

-  Sądzi  pan  zatem,  Ŝe  rotundę  zbudowano  w  IX  wieku,  po  podboju  naszych  ziem?  - 

zdziwiłem się. 

-  Tego  nie  moŜna  wykluczyć.  Gród  wawelski  jest  bardzo  stary.  Niestety  niwelacje 

pruskie  bardzo  zniszczyły  układ  warstw  kulturowych,  ale  na  tym  terenie  znaleziono 
nawet ułamki grafitowanej ceramiki celtyckiej... 

-  Pojedyncza  rotunda,  zwłaszcza  Ŝe  nie  udało  się  jej  precyzyjnie  datować,  to  jeszcze 

trochę mało - zauwaŜył Fryderyk. 

-  Owszem,  to  za  mało.  Ale  jest  jeszcze  inny  ślad  -  powiedział  powaŜnie  Kawka.  - 

Baptysterium z Wiślicy. 

- Baptysterium to taki basen słuŜący do chrztu? - upewniłem się. 
-  Owszem.  W  1962  roku  w  Wiślicy  koło  ulicy  Solnej  przeprowadzono  wykopaliska. 

Sądzono,  Ŝe  gdzieś  w  tej okolicy  znajdować  się  miał  kościół  pod  wezwaniem  świętego 
Mikołaja.  Wspominały  o  nim  bardzo  stare  dokumenty.  I  faktycznie  udało  się  go 
odnaleźć. Był malutki, niecałe 4 na 5 metrów... Oceniono, Ŝe to budowla przedromańska. 
Warstwy  kulturowe  wokół  niego  datowano  na  okres  panowania  Mieszka  I.  Ale,  co 
ciekawe,  pod  fundamentem  znaleziono  wylepioną  z  gipsu  bardzo  duŜą  misę,  do  której 
prowadziły  trzy  schodki...  Przypominała  jako  Ŝywo  baseny  chrzcielne  znane  choćby  z 
siedziby Bolesława Chrobrego na Ostrowie Lednickim... 

- Jeśli misa tkwiła pod fundamentem... - zaczęła Isaura. 
-  To  znaczy,  Ŝe  w  chwili  wznoszenia  kościoła  musiała  juŜ  tam  być.  I  musiała 

znajdować  się  w  kiepskim  stanie,  skoro  uznano,  Ŝe  nie  warto  dalej  jej  uŜywać,  ale 
zasypano gruzem i oparto o nią jeden z murów - uzupełnił. 

-  Mogło  być  tak,  Ŝe  najpierw  wykopali  zbiornik,  potem  obudowali  go  drewnianym 

kościołem, a po kilku latach zburzono świątynię i zbudowano w tym miejscu murowaną 
- zauwaŜyłem. - Czy zdołano ją datować? 

- Niedokładnie. Wyglądała, jakby była znacznie starsza od kościoła... To teŜ moŜe być 

ś

lad misji wielkomorawskich. 

background image

 

100

-  To  wszystko  tylko  poszlaki  -  trzymałem  się  tego,  co  wbito  mi  do  głowy  jeszcze  w 

podstawówce. - Nie ma Ŝadnych niepodwaŜalnych dowodów. 

-  Są  -  powiedział  cicho  Marek.  -  Tabliczki  z  Podebłocia.  Tego  dowodu  nie  moŜna 

zignorować... 

- Nigdy o nich nie słyszałem. 
-  To  niedobrze  -  mruknął  Kawka  -  bo  to,  historyku  sztuki,  najstarszy  zabytek  pisma 

pochodzący z naszych ziem... Natrafiono na nie w 1986 roku podczas badań grodziska w 
Podebłociu  w  ówczesnym  województwie  skierniewickim.  Znaleziono  je  w  jamie 
ś

mietnikowej  i  w  wypełnisku  zawalonej  ziemianki.  Trzy  nieduŜe  ułamki  glinianych 

tabliczek, które wstrząsnęły archeologią... 

- Co w nich było takiego niezwykłego? - zaciekawiłem się. 
-  Litery  IHSI  lub  IXCH,  wykonane  alfabetem  greckim.  To  christogramy  -  skróty 

oznaczające  imię  Jezusa  Chrystusa  lub  skrót  napisu  Isus  Christos  Nika  -  Jezu  Chryste 
zwycięŜaj. 

- I jak to znalezisko datowano? - zapytałem zaintrygowany. 
- Przełom VII i VIII wieku - wyjaśnił. - Dziesiątki lat przez misją Cyryla i Metodego 

na  Morawach  i  około  stu  siedemdziesięciu  lat  przed  Mieszkiem  I.  Datowanie  nie  jest 
precyzyjne  -  zbadano  nie  same  tabliczki,  ale  zawartość  jamy,  w  której  je  znaleziono  - 
moŜna powiedzieć, kontekst archeologiczny, ale rozbieŜności nie mogą być większe niŜ 
kilkadziesiąt lat... 

-  To  moŜe  być  przypadek  -  zauwaŜyłem.  -  MoŜe  taka  tabliczka  przywędrowała  z 

daleka...  Ponoć  gdzieś  nad  Łabą  mogła  istnieć  placówka  misyjna  iroszkockich 
mnichów... 

- Piszących greką? - uśmiechnęła się Magda.  
Ugryzłem się w język. 
-  W  1996  roku  wykonano  dokładne  badania  tych  zabytków  -  odezwał  się  Kawka.  - 

Zrobiono  bardzo  dokładne  badania  mechanoskopowe.  Były  podejrzenia,  Ŝe  to 
przypadkowy  ornament.  Złośliwi  rozpuszczali  plotki,  Ŝe  tabliczki  są  autentyczne,  ale 
napisy  wyryli  na  nich  dopiero  archeolodzy...  Analizy  zrobiło  laboratorium  Komendy 
Głównej  Policji.  Stwierdzono,  Ŝe  ślady  wyryto  ostrokończystym  przedmiotem, 
prawdopodobnie rysikiem, z całą pewnością przed wypaleniem, a jedna tabliczka została 
wykonana  z  glin  występujących  w  basenie  Morza  Śródziemnego.  Dwie  pozostałe  są 
zrobione z glin miejscowych... Nie wiemy, kim byli ich twórcy. Nie wiemy, ilu ich było. 
Ale  po  wsze  czasy  w  annałach  archeologii  zapisze  się  nazwisko  profesora  Jerzego 
Gąssowskiego, który odkrył najstarszy ślad chrześcijaństwa na naszych ziemiach. 

- A więc... - zacząłem. 
- Nie da się wykluczyć, Ŝe ksiąŜę opisany w „śywocie świętego Metodego" wcale nie 

napadał na Morawy, ale prześladował chrześcijan mieszkających pod koniec IX wieku w 
Polsce. Morawianie w obronie współwyznawców najechali te tereny i zrzucili go z tronu. 

Milczałem  zadumany.  Ciekawych  rzeczy  się  dowiedziałem.  Pan  Samochodzik  miał 

rację  sugerując  mi,  Ŝebym  powtórzył  częściowo  jego  drogę  zawodową  i  spędził  trochę 
czasu na wykopaliskach... 

Spojrzałem na zegarek i wygrzebałem się z namiotu. Pora ruszać na nocne polowanie... 

Sprawdziłem  pistolet  gazowy.  Czułem,  Ŝe  moŜe  być  potrzebny.  Zasunąłem  kurtkę  i 
podskoczyłem  kilka razy. Nic  nie brzęczało. Wszedłem pomiędzy drzewa. Jakaś postać 
zamajaczyła na lewo ode mnie. 

background image

 

101

- Przyda ci się ktoś dobrze widzący w ciemnościach - usłyszałem głos Nielsa. 
- Tam moŜe być bardzo niebezpiecznie - powiedziałam. 
- Wiem o tym - powiedział spokojnie. - Nie boję się. 
- Nie boisz się wilków, ale ludzie bywają gorsi od najgorszych bestii - zauwaŜyłem. 
Nie zniechęcił się. Ruszyliśmy szybkim krokiem w ciemność. Po dwudziestu minutach 

dotarłem na wzgórze. Dzik wisiał na miejscu. Policjanci rozstawili dwie ukryte  kamery 
na podczerwień. 

- Pewnie pojawią się między północą a czwartą rano - szepnął gajowy Łukasz. 
Zalegliśmy  w  wysokiej  trawie  obserwując  drogę.  Wprawdzie  wróg  mógł  przyjść  po 

mięso na piechotę, ale podejrzewaliśmy Ŝe przyjedzie samochodem. 

Milczeliśmy. Czas wlókł się nieprawdopodobnie. Oczy Nielsa były ciemne, prawie nie 

słyszałem  jego  oddechu.  Północ,  potem  pierwsza  w  nocy.  Nieoczekiwanie  coś 
zachrzęściło  na  dole  i  przez  drogę  wyraźnie  widoczną  w  świetle  księŜyca  przeszło 
niewielkie  stado  dzików.  Wędrowały  w  naszą  stronę,  chyba  miały  chrapkę  na 
zeszłoroczne Ŝołędzie. 

Zaczęły ryć pochrząkując. Na drodze pojawił się cień. Zdziczały pies? Nie, wilk! Niels 

drgnął. Bestia obchodziła dziki łukiem. Patrzyła na nie, szacowała widać, którą sztukę da 
się dopaść... Podchodziła je pod wiatr. Co chwila znikała w cieniu. Oczy Nielsa zabłysły. 
Wilk  zniknął.  Nie  wiedziałem,  czy  nadal  jest  tam  w  ciemnościach,  czy  moŜe  juŜ  sobie 
poszedł... Dziki niebawem odeszły pochrumkując. 

- Jedzie - powiedział szeptem Saam. Czekaliśmy w milczeniu. 
- Wydaje ci się - mruknął podleśniczy. 
Z  lasu  na  drogę  wyjechał  człowiek  na  rowerze.  Rzucił  go  obojętnie  na  pobocze. 

Zabrzęczał  kiepsko  osadzony  aluminiowy  błotnik.  Kłusownik  zapalił  latarkę  i 
wdrapywał  się  na  wzgórze.  Świecił  po  drzewach  najwyraźniej  szukając  potrzasku. 
Dostrzegł  naszą  przynętę.  Brzoza  trochę  się  pochyliła,  upolowane  zwierzę  wisiało  nie 
więcej  niŜ  metr  nad  ziemią.  Złapał  je  za  nogi  i  ściągnąwszy  uwolnił  z  pętli.  PołoŜył 
latarkę  tak,  aby  oświetlała  pole  pracy  i  wyjął  nóŜ.  Najwyraźniej  chciał  oprawić  dzika. 
Nagle zamarł i oświetlił jego bok. Dzik był przecieŜ od dawna wypatroszony, przeleŜał 
dzień  kruszejąc  w  chłodni.  Łukasz  wprawdzie  zaszył  rozcięty  kałdun  na  okrętkę,  ale 
przestępca musiał to zauwaŜyć... 

-  Stój,  jesteś  otoczony  -  krzyknął  jeden  z  policjantów  zapalając  reflektor. 

Poderwaliśmy  się  na  równe  nogi.  Kłusownik  nie  stracił  rezonu,  wyrwał  z  kieszeni 
pistolet i zaczął strzelać w naszą stronę. Przypadliśmy do ziemi. Obejrzałem się w bok, 
ale Nielsa tam nie było. Zniknął jak duch. 

-  Rzuć  broń  -  powiedział  policjant.  -  Strzelasz  do  funkcjonariuszy  państwowych.  Nie 

masz szans. Jeśli zaczniemy strzelać, moŜesz zginąć... 

Kłusownik w odpowiedzi strzelił w stronę, z której dobiegał go głos. 
-  Liczę  do  trzech  -  powiedział  policjant.  -  Raz!  Strzał  ostrzegawczy!  -  faktycznie 

wypalił w powietrze. 

Kłusownik rzucił się do ucieczki. 
- Za nim - poderwał nas Łukasz. 
Zaraz jednak musieliśmy paść na ziemię, bo drań znowu zaczął nas ostrzeliwać. 
- Dziabnę go ze sztucera w rękę - zaproponował leśnik, włączając celownik laserowy. - 

Tam się czai, za drzewem. 

Podniósł się i ostroŜnie przyczajony za pniem złoŜył się do strzału. 

background image

 

102

- Wyłaź, widzimy cię - krzyknął policjant. 
Wróg  wychylił  się  celując  w  naszą  stronę.  Nieoczekiwanie  z  krzaków  wyskoczyła 

wielka  szara  bestia.  Wilk.  Szczęki  z  klapnięciem  zatrzasnęły  się  na  dłoni  trzymającej 
pistolet.  Siła  uderzenia  powaliła  kłusownika.  Sekundę  później  zwierz  zniknął  tak 
niespodziewanie,  jak  się  pojawił.  Kłusownik  siedział  i  trzymał  się  za  pogryzioną  dłoń. 
Pistoletu  nigdzie  nie  było  widać.  Czerwona  kropka  celownika  laserowego  pojawiła  się 
na jego ramieniu. 

- Mam go na muszce - powiedział gajowy. 
Na  dole  pojawił  się  Niels.  Podszedł  ostroŜnie  do  wroga  i  zręcznie  kopnął  jego  broń 

kawałek  dalej.  Mogliśmy  zejść  bezpiecznie.  Policjanci  szybko  i  sprawnie  skuli bandytę 
kajdankami. Lapończyk stanął koło mnie. 

- No i po problemie - mruknął. - Sprawa kłusownictwa rozwiązana... 
-  Nie  -  pokręciłem  głową.  -  Sądzę,  Ŝe  to  dopiero  początek.  Ten  tutaj  to  płotka.  Miał 

przyjechać,  sprawdzić  wnyki,  w  razie  czego  oprawić  zwierzynę  i  wezwać  kogoś,  kto 
przyjedzie  samochodem  i  zabierze  mięso...  Dopiero  przesłuchujący  go  dowiedzą  się 
moŜe, kto za tym stoi. 

- Powie? 
- Myślę Ŝe tak. W razie czego mogą go pociągnąć z naprawdę paskudnego paragrafu, 

bo strzelał do policjantów... A za to grozi nawet doŜywocie... 

Jeden policjant podszedł o nas. 
-  Dziękujemy  za  pomoc  -  powiedział.  -  Przyskrzyniliśmy  ptaszka...  Dawno  juŜ  go 

podejrzewaliśmy, ale nie było dowodów... 

- Kto to? 
- Tubylec, wołają go Zenek - wyjaśnił gliniarz. - Z pewnością to tylko pionek w szajce 

niejakiego prezesa... 

- Właściciela sklepu - uzupełniłem. - Takiego ze złotymi zębami.  
Wytrzeszczył na mnie oczy. 
- A pan skąd wie? - zapytał wyraźnie zdumiony. 
- Słyszałem, jak knuli we trzech jakiś interes - powiedziałem - ale tak enigmatycznie, 

Ŝ

e uznałem, iŜ to zbyt mało, by was zawiadamiać... 

- Zasadzimy się tu jeszcze do jutra - powiedział policjant. - MoŜe jak ten nie wróci, uda 

się  jeszcze  kogoś  złapać...  Pistolet  teŜ  ciekawy,  przedwojenny  wis...  moŜe  uda  się  ich 
powiązać z cmentarzem... 

- Jakim cmentarzem? - zdziwiłem się. 
- Tu niedaleko w lesie jest cmentarz z czasów wojny. LeŜą tam Polacy polegli w czasie 

walk w tych stronach. Ktoś się tam próbuje podkopywać... 

- Czy taki pistolet mógłby wytrzymać tyle lat w grobie? - zamyśliłem się. - Zwłaszcza, 

Ŝ

e tu piaski... Szybko rdzewieje... 

- Tam jest bardziej mokro - wyjaśnił. - Prawie bagno. Mogło się zakonserwować... 
- Ale udowodnić będzie cięŜko - zauwaŜyłem. 
Skinął  głową,  a  ja  poczułem  się  głupio.  Swoją  uwagą  trochę  zatrułem  im  sukces... 

Ruszyliśmy z Nielsem do obozu. Dochodziła druga, naleŜało się wyspać. 

- Zaczarowałeś tego wilka? - zapytałem znienacka. 
- Skąd to przypuszczenie? - zagadnął. 
-  No  wiesz,  szkolisz  się  na  szamana,  a  ta  bestia  jakby  na  zawołanie  skoczyła  na  tego 

oprycha... 

background image

 

103

- A nie przyszło ci do głowy, Ŝe to ja zamieniłem się w wilka? - zapytał.  
Uśmiechnąłem się lekko. 
- Wybacz ale jestem racjonalistą. 
- To prawie tak jak ja - powiedział wesoło. - Usiłowałem obejść drania lukiem i zajść 

od tyłu, kiedy prawie wpadłem na leŜące zwierzę. Wilk wyrwał mi spod nóg i wypadł na 
polanę, ten akurat zaczął znowu strzelać... Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego. Zwierzę 
widocznie  juŜ  kiedyś  spotkało  się  z  bronią  palną  i  miało  uraz...  Dlatego  ugryzło  go  w 
rękę i zaraz pobiegło dalej... 

- Mimo wszystko to dziwne - powiedziałem. 
- śycie jest dziwne - oświadczył filozoficznie.  
Pół godziny później zasypiałem kamiennym snem. 

*** 

Czy  łatwo  jest  usypać  z  powrotem  rozkopany  kurhan?  Jest  to  morderczo  obrzydliwa 

praca.  Trzeba  wozić  ziemię  taczkami  i  łopatami  rzucać  ją  na  powoli  rosnący  stos... 
Ponadto  ktoś  musi  uklepywać  ziemię,  Ŝeby  nasyp  był  choć  trochę  stabilny...  Po 
dwudziestu  minutach  takiej  mordęgi  piasek  jest  wszędzie.  We  włosach,  w  oczach,  w 
butach... 

Koniec  harówki  powitaliśmy  z  ogromną  ulgą.  Składałem  narzędzia,  gdy 

nieoczekiwanie spostrzegłem jakąś postać majaczącą na skraju lasu 

- A niech mnie! - zawołałem wesoło. 
W  naszą  stronę  szedł  doktor  Hreczkowski.  Na  czole  miał  świeŜy  szew,  ale  wyglądał 

nieźle. Kroczył pewnym, twardym krokiem. 

- Ha, robaczki! - huknął. - Koniec anarchii... 
Magister Kawka nadbiegł od strony polany. 
- O, wrócił pan - mruknął. 
- Wróciłem - z gardła doktora dobiegło coś w rodzaju warczenia. - I jak widzę, w samą 

porę, by usunąć z moich wykopalisk uzurpatora... 

- Twoje wykopaliska? - prychnął magister. - Podjęte dla potwierdzenia twojej teorii? 
- Tak - oświadczył z godnością. 
- To moja teoria!!! - wrzasnął młodszy archeolog. - Ukradłeś ją!!! 
-  Nieprawda!  -  huknął.  -  Ukradłem  ją  profesorowi  Danielssonowi  z  Kopenhagi!  I  ty 

teŜ... 

- Nie, ja ją ukradłem akademikowi Ramirezowi z Petersburga - obraził się Kawka. 
Wymieniłem ze studentami pełne zdumienia spojrzenia. 
- Dobra, niewaŜne - Hreczkowski machnął ręką. - Magda powiedziała mi, co się stało z 

czaszką pierwszego wodza. Dobraliście się do drugiego kurhanu? 

Pokręciłem głową. 
- Dopiero zaczęliśmy - wyjaśniłem. Doktor zatarł dłonie. 
- Czyli przyjechałem w samą porę. Lekarze chcieli mnie jeszcze parę dni przetrzymać 

na obserwacji. Jak się będziemy dzielić? - spytał magistra. 

- Dzielić? - ten wyglądał na nieco zaskoczonego. 
-  No,  kawał  roboty  odwaliłeś,  więc  dopuszczę  cię  do  udziału  w  moim  odkryciu  - 

powiedział Hreczkowski. 

- Kusząca propozycja - jego wróg uśmiechnął się krzywo. - Jakoś moŜe się dogadamy. 

Zwłaszcza, Ŝe w Krzemionkach Opatowskich znalazłem coś na potwierdzenie. 

- Co takiego? - zainteresował się nasz kierownik 

background image

 

104

- Spiralę malowaną brązową farbą... - wyjaśnił Kawka. 
- W którym szybie? 
Ale magister pokazał mu tylko figę... 
Wiadomość o powrocie poprzedniego kierownika rozeszła się lotem błyskawicy. Gdy 

Hreczkowski  dumnie  wkraczał  do  obozu,  aby  ponownie  objąć  dowodzenie,  Isaura 
podała mu bukiet leśnych kwiatków. 

-  Zarządzam  ognisko  na  godzinę  dwudziestą  -  oznajmił  doktor  z  uśmiechem.  -  Przy 

okazji  opowiemy  sobie  trochę  o  mojej...  O  naszej  -  poprawił  się  patrząc  krzywo  na 
kroczącego obok kolegę - teorii. 

Wszedłem  między  namioty  i  nagle  zatrzymałem  się  jak  wryty.  Koło  mojego  wyrósł 

jeszcze  jeden.  Dziwny  namiot,  zaskakujący.  Gruby,  brezentowy  dach,  bambusowe 
tyczki,  linki  z  grubego  rzemienia,  podłoga  z  wołowej  skóry.  Piękny,  niezniszczalny 
wyrób,  chyba  jeszcze  przedwojenny...  Patrzyłem  na  niego  zdumiony,  aŜ  ze  środka 
wygramolił się pan Tomasz. Mrugnął do mnie. 

- Zdziwiony? - zapytał. 
- Szefie, jak się cieszę, Ŝe pana widzę! 
Uśmiechnął  się  zadowolony.  Studenci  obiegli  kuchnię,  nikt  nie  zwracał  uwagi  na 

nieoczekiwanego gościa. 

- Jak rozwikłanie zagadki? - zapytał. - Kto jest sabotaŜystą?  
- Nie wiem - pokręciłem głową. - Wszyscy studenci wydają się uczciwi do przesady... 
- A zatem pora na maluśki fortel - powiedział. - Dziś wieczorem doktor Hreczkowski 

odkryje karty...  

Spojrzałem na niego zaskoczony. 
-  Czeka  nas  pracowite  popołudnie  -  podał  mi  worek  z  czymś  cięŜkim.  -  Weź  rower  i 

jedź niby to do wsi - polecił. - Spotykamy się za dziesięć minut na kurhanie numer dwa. 
Pilnuj, Ŝeby nikt cię nie spostrzegł. Sprawa gardłowa - przyłoŜył sobie palec do szyi dla 
podkreślenia wagi słów. 

Kwadrans później znalazłem się na kurhanie. Czekali tu juŜ pan Tomasz oraz Magda i 

Isaura obwieszone aparatami. 

-  Plan  jest  dziecinnie  prosty  -  zaczął.  -  Doktor  o  ósmej  przy  ognisku  ogłosi 

konieczność  przekopania  drugiego  kurhanu  w  tempie  absolutnie  ekspresowym.  Jutro 
chce  zdjąć  nasyp  i  wyeksplorować  komorę  grobową...  Jak  się  zapewne  domyślacie,  ci, 
którzy  dobrali  się  do  pierwszego  kurhanu  i  jego  komory,  nie  będą  chcieli  czekać. 
Dlatego uderzą dziś w nocy. Ale zrobimy im głupi dowcip. 

- Zastawimy pułapkę - ucieszyłem się. Kiwnął dostojnie głową. 
- Zrobimy coś jeszcze - powiedział. - Musimy zabezpieczyć  za wszelką cenę  czaszkę 

czarnego księcia. Dlatego dobierzemy się do komory teraz... 

Spojrzałem na piach pod naszymi stopami. 
-  Szefie  –  mruknąłem  -  to  bardzo  trudne  zadanie.  Ona  moŜe  być  gdziekolwiek...  We 

czwórkę nie przerzucimy w kilka godzin trzydziestu ton ziemi... 

- Dlatego musimy zlokalizować komorę i uderzyć w sam środek - uśmiechnął się. 
-  Nie  mamy  radaru  geologicznego  -  zaprotestowałem.  -  Jak  pan  chce  znaleźć 

pochówek? 

Uśmiechnął się z politowaniem. 
-  Pawle  –  jęknął  -  technika  to  twoja  pięta  Achillesowa.  Umiesz  z  niej  korzystać,  ale 

bardzo  szybko  się  do  niej  przyzwyczajasz.  Bez  komputera,  telefonu  komórkowego  czy 

background image

 

105

radaru geologicznego nie wyobraŜasz sobie badań w terenie. 

- To wcale nie tak - broniłem się - technika jest po to, Ŝeby ułatwiać sobie Ŝycie... nie 

zastępuje pomyślunku. 

- Doprawdy? - spojrzał na mnie surowo. - A więc znajdź komorę grobową. 
Zamyśliłem się na chwilę. 
-  W  zasadzie  nie  trzeba  zdejmować  całego  nasypu  -  zauwaŜyłem  -  przekopię  tu  rów 

sondaŜowy w poprzek. Pół metra szerokości, ze cztery długości... 

-  I  dwa  głębokości  -  dokończył  za  mnie.  -  Osiem  metrów  sześciennych,  czyli  około 

dwudziestu  ton  ziemi...  Nie  męcz  się,  zastosujemy  metodę,  którą  poznałem,  gdy  byłem 
nieco  młodszy  od  ciebie  i  dopiero  zaczynałem  jeździć  na  wykopaliska.  Młoda  damo, 
moŜesz podać szpile? - zwrócił się do licealistki. 

Podniosła leŜący w krzakach pęczek prętów zbrojeniowych. Były cienkie, wykonane z 

dobrej stali, zaostrzone na końcach. Rozdała nam po jednym. 

- Zaczynamy - rozstawił nas w tyralierę. 
Ruszyliśmy naprzód nakłuwając ziemię. Szpile wchodziły w polodowcowy piasek jak 

w masło. 

Naraz zachciało mi się gromko śmiać. 
- Jakie to proste - powiedziałem - Będziemy tak szukać, aŜ trafimy na głazy? Tak, jak 

się szuka ludzi zasypanych przez śnieŜne lawiny... 

-  Proste  -  odparł.  -  A  ty  chciałeś  uŜyć  radaru  geologicznego...  Ale  nie  przejmuj  się, 

wcześniej czy później teŜ byś na to wpadł... 

Nie  minęło  dziesięć  minut  i  trafiliśmy.  Komora  była  zaledwie  dwadzieścia 

centymetrów  pod  poziomem,  na  którym  staliśmy.  Otaczał  ją  prostokątny  wieniec 
głazów. Szybko załoŜyliśmy wykop. Magda, jak się okazało, pod koniec pracy schowała 
w krzakach niwelator, statyw i łatę. Szybko wykonaliśmy niwelację i wybraliśmy piach 
spomiędzy  bloków  skalnych.  Isaura  zrobiła  fotografie  dokumentacyjne.  Nie  minęła 
kolejna godzina i naszym oczom ukazała się drewniana kłoda... 

Trumna,  w  której  spoczęły  zwłoki  wodza  z  epoki  neolitu,  powstała  z  grubego 

dębowego  pnia.  LeŜąc  przez  sześćdziesiąt  stuleci  w  wilgotnym  piachu  dębina  stała  się 
prawie  czarna.  Sfotografowaliśmy  i  domierzyliśmy  ją  starannie.  Magda  wykonała 
rysunki dokumentacyjne. 

- Co dalej? - zapytałem - Otwieramy i zabieramy czaszkę? Szef pokręcił głową. 
-  Nie,  doktor  sądził,  Ŝe  szkielet  będzie  leŜał  luzem,  znalezienie  trumny  zmienia 

sytuację. Sądzę, Ŝe trzeba ją wyciągnąć w całości... Potem się ostroŜnie otworzy i zbada. 

- Ale gdzie my to schowamy - zafrasowałem się. 
- Zakopiemy na polanie w którymś wyeksplorowanym dole - zaproponowała Magda. - 

Tylko czy damy radę to wyciągnąć? 

PrzełoŜyliśmy pod kłodą swoje paski od spodni i złapaliśmy za końce. Trumna waŜyła 

naprawdę  sporo,  ale  wspólnymi  siłami  wyciągnęliśmy  ją  z  dołu  i  pospiesznie 
zanieśliśmy na polanę. Przywaliliśmy ją symboliczną zupełnie ilością ziemi i wróciliśmy 
do kurhanu. 

- Niespodzianka dla was, robaczki - Pan Samochodzik postawił na dnie komory sporą 

drewnianą skrzynkę. 

- Co to takiego? - zapytała Isaura. 
-  Ciekawość  to  pierwszy  stopień  do  piekła  -  uśmiechnął  się  promiennie.  -  Nic  nie 

powiem, sama zobaczysz. 

background image

 

106

Zasypaliśmy  pudło  i  zamaskowaliśmy  dokładnie  ślady  kopania.  Spojrzałem  na 

zegarek.  ZbliŜała  się  dwudziesta.  Pora  na  wieczorne  ognisko.  Wracaliśmy  do  obozu  z 
róŜnych stron, aby nikt nie domyślił się, Ŝe byliśmy gdzieś razem. Towarzystwo juŜ się 
rozsiadło  wokół  paleniska.  Doktor  Hreczkowski  z  wypchanego  plecaka  wyciągnął 
dziesięć butelek kwasu chlebowego. 

- Dziś, drodzy studenci, napijemy się wysoce ekologicznego napoju - powiedział. 
Wszyscy się oŜywili. 
-  Najpierw  jednak  -  ciągnął  doktor  -  chciałbym  powitać  między  nami  naszego 

dostojnego  gościa  z  Ministerstwa  Kultury  i  Sztuki,  Tomasza  N.N.,  słynnego  Pana 
Samochodzika! 

Szef  dostojnie  ukłonił  się.  Przez  polanę  przeleciał  szmer  i  wszyscy  z  szacunkiem 

powstali. 

-  Dzisiejsza  okazja  jest  szczególna.  Jutro  zamierzam  rozwikłać  pewną  wyjątkowo 

skomplikowaną  zagadkę  dotyczącą  historii  tych  ziem.  Zbadamy  kurhan  numer  dwa. 
AŜebyście  wiedzieli,  co  spodziewamy  się  znaleźć,  magister  Jerzy  Kawka  przybliŜy 
pewną  nader  interesująca  teorię,  która  nurtuje  obecnie  archeologów  w  prawie  całej 
Europie... 

Usiadł,  a  jego  uczony  kolega  zabrał  głos.  Słuchałem  z  niedowierzaniem.  To,  o  czym 

mówił nasz tymczasowy kierownik było kompletnie zaskakujące. Murzyni w Polsce?! W 
epoce  neolitu?  A  więc  dlatego  spoczywającego  w  kurhanie  wodza  nazwali  czarnym 
księciem...  ZauwaŜyłem,  Ŝe  Andrzej  siedzący  po  drugiej  stronie  ogniska  pilnie  notuje. 
Widocznie przygotowywał artykuł do swojej gazety. 

-  Materiał  dynamit  -  zatarł  ręce,  gdy  Kawka  skończył.  -  Ale  chciałbym  zadać  kilka 

pytań uściślających. 

- Proszę - archeolog skinął głową. 
-  Jak  to  moŜliwe?  Przybywają  Murzyni,  wszędzie  podporządkowują  sobie  miejscowe 

ludy, ludzi rasy białej... W jaki sposób, przecieŜ nie dysponują przewagą militarną? Jeśli 
stanowili tu tylko kastę wodzów i nie mieszali się z poddanymi, musiało ich być bardzo 
niewielu... Jeden na szczep, moŜe jeden na plemię... 

- Owszem  - kiwnął  głową doktor Hreczkowski - umiemy to wyjaśnić, a przynajmniej 

tak nam się wydaje... Widzieliście kiedyś spirale wyryte na kamieniach? 

- Ja widziałam - odezwała się Krystyna. - W Bretanii na niektórych menhirach. 
- A ja na Malcie - dodał Piotrek. - W świątyniach. 
-  No  proszę,  mamy  studentów  zorientowanych  w  temacie  -  uśmiechnął  się  doktor.  - 

OtóŜ, moi drodzy, profesor Andrzej Wierciński z Uniwersytetu Warszawskiego wysunął 
bardzo interesującą teorię. Mianowicie narkomani, którzy biorą pochodne LSD, często w 
swoich  wizjach  widzą  właśnie  takie  spirale...  Spirale  te  znajdujemy  we  wszystkich 
kulturach  megalitycznych,  od  Danii  po  Maltę.  A  teraz,  jak  się  okazało,  mój  uczony 
kolega  natrafił  na  taką  w  podziemiach  kopalni  krzemienia  pasiastego  w  Krzemionkach 
Opatowskich. To w pewien sposób zamyka krąg. Potwierdza naszą teorię... 

- To znaczy... - zacząłem. 
-  Murzyni  przybyli  tu  jako  misjonarze.  Przynieśli  nową  religię...  A  takŜe  umiejętność 

sporządzania  halucynogennych  wywarów.  MoŜe  mieli  gotowe  mieszanki  ziołowo- 
grzybowe  ze  swojej  afrykańskiej  ojczyzny,  moŜe  umieli  robić  je  z  miejscowych 
surowców? Przypuszczalnie poili tymi truciznami tubylców. Wielogodzinny silny trans, 
narkotyczne  wizje,  to  musiało  robić  wraŜenie.  Do  tego  przybysze  posiadali  znaczne 

background image

 

107

umiejętności  medyczne.  Potrafili  trepanować  czaszki,  borować  chore  zęby  krzemien-
nymi  wiertłami...  Być  moŜe  poza  wywarami  halucynogennymi  byli  równieŜ  w  stanie 
przyrządzać środki przeciwbólowe na bazie kompotu z makowin... 

Milczeliśmy zadumani. 
-  Malta  jest  kluczem  do  tej  zagadki  -  podjął  Kawka.  -  Jej  świątynie...  Tam  było 

centrum religijne i naukowe. Tam jeździło się po Ŝony albo wydawać córki za mąŜ. Tam 
przypuszczalnie  przyszli  władcy  pobierali  nauki...  Uczyli  się  astronomii,  medycyny, 
odbywali  coś  na  kształt  rekolekcji  religijnych...  Na  ścianach  świątyń  są  wyryte  rysunki 
statków...  A  podziemia  kopalni  w  Krzemionkach  Opatowskich  mogą  być  jakąś  daleką 
reminiscencją tamtych... 

-  To  stanowisko,  które  wspólnie  kopiemy,  jest  szczególne  -  włączył  się  doktor.  -  To 

największa  osada,  jaką  kiedykolwiek  zbadano.  Stolica  tego  ludu,  dziesiątki  domostw... 
W  tych  kurhanach  spoczywają  zapewne  najwaŜniejsi  członkowie  plemienia.  Czarni 
władcy neolitycznej Europy... 

Milczeliśmy trawiąc uzyskane informacje. 
-  A  zatem  wiecie  juŜ  wszystko  -  powiedział  kierownik.  -  Chyba  Ŝe  nasz  drogi 

przyjaciel - skłonił się w stronę Nielsa - dowiedział się czegoś więcej, wprawiając się w 
trans... 

Lapończyk uśmiechnął się zagadkowo. 
- Szukałem swoich przodków - odparł. - Przodków mego ludu. Ci tutaj są obcy. 
- Ty jesteś poganinem? - zdziwił się Marek. 
- MoŜna to tak określić - uśmiechnął się Niels. - Trochę nas przetrwało... 
-  I  urządzacie  sobie  nocami  tańce  w  towarzystwie  nagich  dziewcząt?  -  zagadnął 

Andrzej, przewracając stronę w kajecie. 

- Nie dopuszczamy do naszych obrzędów kobiet...  
Ewa prychnęła. 
-  A  moŜe  pobębnisz  trochę,  Ŝeby  się  dowiedzieć,  co  znajdziemy  w  kurhanie?  - 

zaproponował doktor. 

-  To  delikatna  sztuka  -  odpowiedział.  -  Duchy  rzadko  odpowiadają  na  pytania 

zadawane wprost, ale czemu nie? 

Zdziwiłem  się.  Wstał  i  zniknął.  Po  chwili  wrócił  ze  swoim  bębnem.  Oczy  Krystyny 

zabłysły, wyciągnęła szyję, Ŝeby lepiej widzieć. 

- Wybaczcie - mruknął Marek i oplótłszy róŜaniec na dłoni, odszedł na stronę. 
-  To  nie  będzie  obrzęd!  -  rzucił  za  nim  Niels,  ale  nasz  towarzysz  odszedł  na  kraniec 

polany. 

- Drewno z mojej ojczyzny, wycinane przy pełni KsięŜyca na uroczyskach wysoko w 

górach - powiedział Saam powaŜnie. - I skóra z młodego renifera. Sok z olchowej kory, 
którą  trzeba  Ŝuć  przez  wiele  godzin...  Oni  teŜ  mogli  takie  mieć  -  wskazał  gestem 
kurhany. - Czas nie istnieje. Oni ciągle tu są... Obok nas. 

Jego  palce  zaczęły  wybijać  skomplikowany  rytm.  Poruszały  się  tak  szybko,  Ŝe  nie 

dostrzegałem ich ruchu. Poszczególne uderzenia zlały się w jeden niski pomruk. I naraz 
zrozumiałem. Nie zdradzał nam nic. To nie był tamten odgłos, który słyszeliśmy w lesie. 
To  nie  był  ten  rytm,  którego  uŜywał  podczas  wróŜenia.  To  była  zwyczajna  muzyka. 
Dźwięki, które rozbrzmiewały po powrocie z udanego polowania. Pozbawione mocy, nie 
niosące z sobą Ŝadnej treści. A jednocześnie stare. Bardzo stare... Archaiczne... 

Czy  mogły  rozbrzmiewać  w  jaskiniach,  gdy  łowcy  reniferów  ozdabiali  je  rysunkami 

background image

 

108

kreślonymi  ochrą?  Czy  moŜe  sięgały  tylko  czasów,  gdy  wikingowie  zrezygnowali  z 
podboju północnej Norwegii, cofając się przed dziką determinacją Saamów? Czas zatarł 
neolityczne legendy. Imiona wodzów przepadły w pamięci ludzkiej. Co mogło przetrwać 
tysiące lat dzielące nas i naszych przodków? Znaki kreślone na skórze, obyczaje, magia 
związana  z  łowami  i  pierwotne  rytmy  wybijane  na  bębnach  przez  zręczne  dłonie 
szamanów. 

Czas stanął w miejscu. Przez płomienie ogniska widziałem siedzącego naprzeciw mnie 

szamana. Szybkie  ruchy jego dłoni... Słyszałem dudnienie świętego bębna... Dwanaście 
tysięcy  lat  temu  przy  takiej  samej  polanie,  pośrodku  grupy  myśliwych,  mógł  siedzieć 
ktoś taki jak on. Półmrok zacierał szczegóły naszych strojów... 

Panowało  głębokie  milczenie.  Ucichł  wiatr,  tylko  polana  trzaskały  w  ogniu.  Wszyscy 

wsłuchiwaliśmy  się  w  warkot  instrumentu.  Wreszcie  Niels  zakończył  pokaz. 
Zmęczonym  gestem  odłoŜył  instrument  na  trawę  i  połoŜył  drŜące  jeszcze  dłonie  na 
kolanach.  Siedzieliśmy  jeszcze  przez  długą  chwilę  milcząc.  Marek  wrócił  i  jak  gdyby 
nigdy nic usiadł na swoim miejscu. 

-  To  co,  moŜe  sobie  zagramy  i  zaśpiewamy?  -  zagadnął  Kawka.  -  Ty  chyba  masz 

gitarę? - zwrócił się do Andrzeja. 

W tym momencie lasem wstrząsnęła silna eksplozja. 
- Kurhan!!! - wrzasnął Hreczkowski wyciągając spod pachy rewolwer. - Dziesięciu od 

strony drogi, reszta za mną!!! 

Kawka  popędził  w  kierunku  przecinki,  my  rycząc  runęliśmy  przez  krzaki  najkrótszą 

drogą.  W  lesie  było  juŜ  ciemno,  ale  większość  miała  latarki.  Obiegłem  kępę  choinek  i 
przeciąłem polanę. Rzut oka wystarczył, by się upewnić, Ŝe nikt nie grzebał w miejscu, 
gdzie  zakopaliśmy  trumnę  wodza.  Pędziłem  długimi  susami.  W  biegu  wydobyłem 
pistolet gazowy i odbezpieczyłem. Las rozbrzmiewał tupotem, wszędzie błyskały światła 
latarek. Doktor dogonił mnie po chwili. 

- Za wcześnie - sapnął. - Chciałem za godzinę... 
- Kto to jest, wszyscy byli przy ognisku? - wysapałem.  
Wypadliśmy  na  łączkę  pomiędzy  kurhanami.  Nad  sporym  lejem  snuł  się  ciągle  biały 

dym.  Dwaj  ogłuszeni  męŜczyźni  łazili  wokoło  na  czworaka.  Na  nasz  widok  jeden 
usiłował  sięgnąć  po  leŜący  opodal  karabin.  Kopnąłem  go  z  rozmachu.  Jęknął  i  wypluł 
kilka zębów. Nadbiegła reszta studentów. Oświetlili jęczących latarkami. 

-  Starzy  znajomi  -  mruknąłem  patrząc  na  sponiewieranych  rabusiów.  Złotozęby,  a 

właściwie po moim kopie bezzębny, właściciel sklepiku, i jego przyjaciel Skórzasty... Po 
chwili  pojawił  się  magister  Kawka  w  towarzystwie  czterech  studentów  z  mojego 
wykopu. Związali leŜących szybko i sprawnie. 

- No i stadko w komplecie - stwierdziłem. 
Wszedłem na szczyt kurhanu i uruchomiłem telefon komórkowy. Zasięg był słabiutki. 

zaledwie jedna kreska, ale wystarczyło, by wezwać policję... 

- A byłem przekonany, Ŝe to ktoś z naszych... - powiedział Hreczkowski. 
- Podsłuchiwali nasze rozmowy przy ognisku - domyśliłem się. - Gdy dowiedzieli się, 

Ŝ

e będziemy rozkopywali kurhan z komorą grobową, postanowili nas ubiec i dorwać się 

do skarbów przed nami... Ta rozmowa, którą usłyszałem w piwiarni wtedy na początku 
pobytu... Nie wiem, co spodziewali się znaleźć, ale pewnie by się rozczarowali... 

- To co tam jest? - jęknął Złotozęby. - Bo w pierwszym była tylko ta cholerna czacha... 
Doktor Hreczkowski ujął w dłoń porzuconą saperkę... 

background image

 

109

-  No,  robaczki,  który  mnie  pomacał  Ŝelastwem  po  głowie?  -  zapytał  waŜąc  ją  w 

dłoniach. 

ś

aden  się  nie  przyznał.  Po  chwili  las  rozcięło  światło  dwóch  reflektorów.  Z  trudem 

mieszcząc  się  między  drzewami,  nadjechały  dwa  policyjne  motory.  Policjantów 
zwłaszcza zainteresował leŜący na ziemi karabin. 

- No, niezły wyrok będzie - mruknął jeden z nich. 
- Grzesiek, jesteśmy z jednej wsi, nie gub mnie - zaskomlał Skórzasty. 
- Bez ciebie w naszej wsi lŜej będzie oddychać - policjant był nieczuły na jego jęki. - 

Radiowóz czeka przy mostku. Naprzód marsz i nie próbujcie Ŝadnych sztuczek... 

Ruszyli  przez  las.  Kawka  nachylił  się  nad  lejem.  Wciągnął  w  nozdrza  powietrze 

przesycone wonią spalenizny. 

- Co to było? - zdziwił się. 
- Dziecięcy balonik napełniony acetylenem i prosty zapalnik iskrowy wymontowany z 

zapalniczki  -  uśmiechnął  się  Pan  Samochodzik.  -  Zmajstrowaliśmy  to  dziś  rano  z 
doktorem  Hreczkowskim.  Gruchnęło  faktycznie  nieco  głośniej  niŜ  puszki  z  karbidem, 
którymi bawiłem się w młodości... 

Spojrzałem  na  szefa  zdumiony.  On  potrafił  zrobić  taką  bombę?  Nigdy  go  o  to  nie 

podejrzewałem. 

- A jaki był mechanizm spustowy? - zainteresował się magister. - Bo strzeliło dopiero 

wtedy, kiedy podnieśli pokrywę... 

- Zwykła pułapka na myszy ze sklepu gieesu - wyjaśnił z dumą mój szef. - Nawiasem 

mówiąc,  o  takiej  metodzie  konstrukcji  zapalników  usłyszałem  od  pewnego  miłego 
młodzieńca... On zaś poznał ją wśród czeczeńskich powstańców... 

Wróciliśmy  do  ogniska.  Wreszcie  wszystkie  elementy  układanki  pasowały  do  siebie. 

Złotozęby,  Skórzasty  i  Zenek  mieli  kłusowniczą  spółkę.  Gdy  w  lesie  pojawili  się 
archeolodzy,  tubylcom  bardzo  się  to  nie  spodobało,  więc  próbowali  nas  wykurzyć, 
niszcząc  doktorowi  samochód,  potem  włamując  się,  by  rozwalić  niwelator...  Złotozęby 
wiedział,  Ŝe  interes  z  polowaniem  na  dziki  idzie  kiepsko,  a  policja  juŜ  się  nim 
zainteresowała.  Dlatego  postanowił  uszczknąć  nieco  skarbów  zakopanych  w  kurhanie. 
Gdy  dokopaliśmy  się  do  komory  grobowej,  zapewne  nas  śledzili.  Tej  nocy  przybyli 
wygrzebać łupy. Znaleźli tylko czaszkę, więc roztrzaskali ją ze złości. Na tym zaskoczył 
ich doktor, więc rozbili mu głowę... 

*** 

Trumnę  wodza  otworzyliśmy  rankiem.  Wieko  przyklejono  pierwotnie  Ŝywicą,  ale  po 

sześciu  tysiącach  lat  pozostały  po  niej  tylko  ślady.  Szkielet  spoczywał  na  wznak,  ręce 
ułoŜono wzdłuŜ ciała. Niektóre kości odrobinę się przesunęły, gdy wyciągaliśmy trumnę 
z kurhanu... Na głowie pierwotnie miał zapewne diadem z miedzianej blachy, jednak w 
wilgotnym  grobie  metal  utlenił  się  bez  śladu.  Tylko  jadowicie  zielony  zaciek  na  Ŝółtej 
czaszce świadczył o tym, Ŝe kiedyś czoło zdobiła metalowa obręcz. Na dnie, w warstwie 
drewnianego  pyłu,  znaleźliśmy  jeszcze  grube  miedziane  szydło  oraz  dwie  złote  tarczki, 
takie same jak odkryta w sąsiednim kurhanie pośród kamieni ogniska. 

Kim  mógł  być  ten  zjedzony  członek  plemienia?  Czemu  nosił  ozdobę  przynaleŜną 

wodzom?  Nigdy  się  tego  nie  dowiemy.  Doktor  pochylił  się  nad  trumną.  ZałoŜył 
jednorazowe  gumowe  rękawiczki  i  ostroŜnie  wydobył  czaszkę.  Kości  zachowały  się  w 
stanie  niemal  idealnym.  Podał  ją  Magdzie.  Ta  ułoŜyła  na  wieku  trumny  kilka  dziwnie 
wyglądających  narzędzi.  Zaczęła  mierzyć  rozmaite  kąty  i  porównywać  z  tabelami  w 

background image

 

110

jakimś uczonym dziele. 

- Nie ma wątpliwości - powiedziała. - Ten wódz był Murzynem. 
Ja teŜ wziąłem czaszkę do ręki. Starte zęby odsłaniały swoje wewnętrzne komory. Na 

prawej  skroni  miał  częściowo  zarośnięty  ślad  po  ciosie  zadanym  zapewne  kamienną 
siekierą. Kim był, jakie były koleje jego losu, skąd przybył na tereny naszego kraju? 

- Czarny ksiąŜę - mruknąłem. 
-  Zagadka  rozwiązana,  odkrycie  naukowe  zabezpieczone  -  oznajmił  powaŜnie  Pan 

Samochodzik. - Czas na nas. 

Zaczęliśmy Ŝegnać się z archeologami. 
-  MoŜe  jeszcze  się  spotkamy  -  powiedział  doktor  Hreczkowski.  -  Mam  pewien 

pomysł... Tyle Ŝe nieco ryzykowny. 

- Jakbym był potrzebny... - podałem mu wizytówkę. 
Poszliśmy przez las. W miejscu nocnej bójki Fryderyk i Piotrek przeczesywali ziemię 

wykrywaczem metali. 

- Czego tu szukacie? - zdumiałem się. 
- Złota - wyjaśnił Niels. - Kierownik kazał. 
Dopiero teraz go spostrzegłem. Siedział w cieniu pod drzewem. 
- Tutaj? - zdumiałem się. - Jako doświadczeni archeolodzy powinniście wiedzieć, Ŝe w 

waszym przyszłym zawodzie... 

- Nawet juŜ trochę znaleźliśmy - twarz Piotrka ozdobił szeroki uśmiech. 
Rozwarł  dłoń.  LeŜały  na  niej  trzy  złote  zęby,  które  nocą  wybiłem  właścicielowi 

sklepiku. 

background image

 

111

ZAKOŃCZENIE 

 
 

Przez następne tygodnie zdąŜyłem zapomnieć o lesie, namiotach i wykopaliskach. Był 

ciepły, październikowy ranek, gdy idąc Krakowskim Przedmieściem prawie wpadłem na 
Andrzeja  -  tego  studenta,  który  planował  napisać  reportaŜ  z  naszych  wykopalisk. 
Uścisnęliśmy sobie dłonie. 

- Jak leci? - zapytał. 
-  Pomalutku  -  powiedziałem.  -  Co  u  ciebie?  Jesteś  jakiś  przygaszony.  Nie  ukazał  się 

twój artykuł? 

-  Wylali  mnie  za  to  z  roboty  -  westchnął.  -  Redaktor  naczelny  zarzucił  mi,  Ŝe  piszę 

fantastykę naukową zamiast powaŜnych tekstów... 

- O, do licha. 
-  Nigdzie  indziej  teŜ  nie  chcieli  mojego  artykułu  -  poŜalił  się.  -  W  niektórych 

redakcjach mnie wyśmiano... 

- Czyli nikt nie dowie się o tym sensacyjnym odkryciu? - zdumiałem się. 
-  Nie  jest  tak  źle.  Hreczkowski  i  Kawka  opublikowali  sprawozdanie  z  badań  w 

„Kwartalniku Instytutu Archeologii"... 

- Nie znam tego pisma... 
-  Nic  dziwnego,  to  periodyk  dla  specjalistów  -  uśmiechnął  się  smutno  -  dwieście 

egzemplarzy nakładu... Fachowcy się dowiedzą... 

- Tylko fachowcy - mruknąłem rozczarowany... 
Uścisnął mi dłoń i poŜegnawszy się, odszedł powłócząc nogami. 
Odkrycie  dokonane  w  kujawskich  lasach  nie  przepadło  więc.  Pozostanie  po  nim  ślad 

dla  przyszłych  pokoleń...  Ale  jednocześnie  poza  wąskim  gronem  specjalistów  nikt  nie 
będzie wiedział, Ŝe był taki czas, gdy na naszych ziemiach rządzili Murzyni... 

 
 

 
 
 
 
 

KONIEC 

 
 

®Darkman