background image

 
 
 

Zbiór opowiadań 

 
 
 
 

 

 
 

Le Guin Ursula 

 
 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 

Le Guin Ursula

 

 

 

 

Ursula Kroeber Le Guin (ur. 21 października 1929 w 
Berkeley (Kalifornia)) – amerykańska pisarka SF i 
fantasy; wiele jej ksiąŜek, przede wszystkim cykl 
Ziemiomorze, weszło do klasyki gatunku. Wielokrotnie 
nagradzana nagrodami Hugo i Nebula. 
Jest córką antropologa Alfreda Kroebera i pisarki 
Theodory Kroeber. W 1951 ukończyła uczelnię w 
Radcliffe, w 1952 zdobyła na University of Columbia 
stopień M.A. (odpowiednik polskiego magistra nauk 
humanistycznych). Zainteresowanie antropologią 
kulturową jest wyraźnie widoczne w jej twórczości. Le 
Guin nie ukrywa swoich fascynacji ideą anarchistyczną, 
co przejawia się równieŜ w jej twórczości. Spośród 
opublikowanych przez nią ksiąŜek do kręgu utopii 
społecznej moŜna zaliczyć przede wszystkim 
opowiadania: Ci, którzy odchodzą z Omelas, Dzień przed 
rewolucją oraz powieści Wracać wciąŜ do domu (polskie 
wydanie – Wydawnictwo "Prószyński i s-ka", 1997 r.) i 
najsłynniejszą: Wydziedziczeni (nagrody "Nebula" i 
"Hugo" w 1975, polskie wydanie w tłumaczeniu Łukasza 
Nicpana Wydawnictwo "Phantom Press" 1993 r.) 

 

background image

Dziewczyny z Buffalo... 

 
 
- Spadłaś z nieba - powiedział kojot. 

WciąŜ  zwinięta  w  kłębek,  leŜała  na  boku,  przyciskając  się  plecami  do  wiszącej  nad  nią 

skały i jednym okiem obserwowała kojota. Drugie oko zakrywała wybrzuszoną dłonią zwróconą 
grzbietem do pyłu podłoŜa. 

-  Coś  się  wypaliło  w  niebie,  o  tam,  nad  skałą  i  stamtąd  spadłaś  -  powtórzył  cierpliwie 

kojot, jakby wiadomość ta stała się juŜ cokolwiek przestarzała. - Czy coś ci się stało? 

-  Czuła  się  całkiem  dobrze.  Siedziała  w  samolocie  z  panem  Michaelsem  i  motor  tak 

ryczał, Ŝe nie rozumiała, co do niej mówił nawet wtedy, gdy krzyczał, no i to, w jaki sposób wiatr 
tłukł o skrzydła, wywoływał w niej mdłości, ale poza tym wszystko było w porządku. Lecieli do 
Canyonville. 

Wróciła  na  ziemię.  Kojot  wciąŜ  siedział  w  tym  samym  miejscu.  Ziewnął.  Był  duŜy, 

dobrze  odŜywiony,  a  futro  miał  srebrzyste  i  gęste.  Ciemna  linia  rozciągająca  spojówkę 
podłuŜnego bursztynowego oka zaznaczała się tak wyraźnie jak u dachowego kota. 

Dziecko powoli usiadło; ciągle przyciskało rękę do prawego oka. 
- Straciłaś oko? - zapytał kojot z zainteresowaniem. 
- Nie wiem - odparła. Nabrała w płuca powietrza i zadrŜała. - Zimno mi. 
-  Pomogę-ci  go  poszukać  -  obiecał  kojot.  -  Wstawaj!  Jak  zaczniesz  się  ruszać, 

przestaniesz się trząść. Słońce juŜ wzeszło. 

Zimna,  niczym  nie  zakłócona  jasność  zalewała  opadającą  równinę  - setki mil porośnięte 

bylicą.  Kojot  z  oŜywieniem  dreptał  to  tu,  to  tam,  węsząc  pod  kępkami  trawy  i  zajęczego 
szczawiu, skrobiąc łapą pod skałami. 

-  Nie  będziesz  szukać?  -  zapytał  siadając  nagle  na  tylnych  łapach  i  zaprzestając 

poszukiwań. - Znałam kiedyś taką sztuczkę... - teraz okazało się, Ŝe była to ona, kojocica, a nie 
on. - Ŝe mogłam rzucić swoje oczy wysoko w górę, na drzewo, wszystko stamtąd obejrzeć, potem 
zagwizdać i one wracały z powrotem do głowy. 

Ale skradł mi je ten cholerny facet-sójka i kiedy zagwizdałam, nic nie wróciło. 
Musiałam zamiast oczu włoŜyć sobie kulki z sosnowej Ŝywicy, Ŝeby w ogóle widzieć. Ty 

teŜ mogłabyś spróbować. Ale właściwie jedno oko masz w porządku, to po co ci drugie? Idziesz, 
czy będziesz tu zdychać? 

Dziecko przycupnęło, drŜąc. 
-  CóŜ,  chodź  jeśli  masz  ochotę...  -  rzekła  kojocica.  Znów  ziewnęła,  kłapnęła  na  pchłę, 

wstała,  obróciła  się  i  długim  zboczem,  które  ciągnęło  się  daleko  w  głąb  równiny  leŜącej  w 
smugach  długiego  cienia  krzaczków  bylicy,  potruchtała  w  dół,  między  rzadkie  kępki  szałwii  i 
zajęczego  szczawiu.  Trudno  było  nadąŜyć  wzrokiem  za  tym  szczupłym,  Ŝółto-szarym 
zwierzęciem. Zniknęło, choć dziewczynka nie spuszczała -< zeń oczu. 

Dziecko z trudem podniosło się i - bez słowa, choć w duszy powtarzało sobie: „Zaczekaj, 

proszę,  zaczekaj”  -  pokuśtykało  za  kojocicą.  Mała  cały  czas  przyciskała  rękę  do  prawego 
oczodołu.  Patrząc  jednym  okiem,  nie  widziała  głębi,  dlatego  wszystko  odbierała  jak  wielki, 
płaski  obraz.  Kojocica  przysiadła  nagle  pośrodku  tego  obrazu  i  odwróciła  się,  by  spojrzeć  na 
dziewczynkę;  miała  otwartą  paszczę  i  zmruŜone,  śmiejące  się  oczy.  Dziewczynka  nie  czuła  juŜ 
takiego drŜenia w nogach, i w głowie jej tak nie łomotało, ale nie opuszczał jej głęboki, mroczny 
ból. JuŜ prawie zrównała się z kojocicą, gdy ta znów odbiegła. Tym razem mała przemówiła: 

- Zaczekaj, proszę! 

background image

- Dobra - odparło zwierzę, ale biegło dalej. Mała szła za nim, schodząc w ten płaski obraz 

krokami,  z  których  kaŜdy  miał  głębię.  KaŜdy  z  nich  był  inny,  kaŜdy  krzaczek  szałwii  czuło  się 
inaczej,  a  mimo  to  tak  samo.  Idąc  śladem  kojocicy,  wyszła  z  cienia  nawisowych  skał  i  słońce 
stojące  nad  horyzontem  oślepiło  jej  lewe  oko.  Jasne  ciepło  od  razu  przeniknęło  jej  mięśnie  i 
kości.  Powietrze,  które  całą  noc  z  takim  trudem  wciągała  w  płuca,  teraz  okazało  się  słodkie  i 
łagodne. 

Kępki  szałwii  wsysały  w  siebie  cienie,  a  słońce  rozgrzewało  plecy  dziewczynki  idącej 

krawędzią Ŝlebu za zwierzęciem. Po niedługim czasie kojocica przecięła ścięte zbocze, a dziecko 
mozolnie  przedzierało  się  za  nią  -  przez  karłowate  wierzby  do  wąskiego  strumyka  w  szerokim 
piaszczystym korycie. Piła jedna i druga. 

Kojocica  przeszła  na  drugą  stronę  strumienia;  nie  rzucała  się  niedbale  w  wodę  i  nie 

chlapała  jak  pies,  nie.  Stawiała  nogę  za  nogą,  cichuteńko,  jak  kot,  i  cały  czas  ogon  miała  nisko 
opuszczony. Dziewczynka zawahała się, wiedząc, Ŝe mokre buty nacierają na stopach pęcherze, a 
potem  mozolnie  przebrnęła  przez  wodę,  robiąc  najmniej  kroków,  jak  tylko  się  dało.  Od 
nieustannego trzymania ręki przy oku bolało ją prawe ramię. 

- Potrzebny mi bandaŜ - powiedziała kojocicy. 
Zwierzę podniosło głowę, ale nie odezwało się słowem. Wyciągnęło przed siebie przednie 

łapy i leŜało patrząc w wodę; kojocica odpoczywała, choć wciąŜ zachowywała czujność. Dziecko 
usiadło obok, na gorącym piasku, i próbowało poruszyć prawą ręką. Zaschnięta krew skleiła ją ze 
skórą wokół oka. Dziewczynka spróbowała delikatnie oderwać rękę i jęknęła, choć nie bolało aŜ 
tak bardzo; przestraszyła się. 

Kojocica podeszła do niej i wcisnęła swój szpiczasty pysk w twarz dziecka. Małą uderzył 

w nozdrza jej mocny, ostry zapach. Zwierzę zaczęło lizać tę straszną, obolałą ciemność. Czyściło 
ranę raz po raz podwiniętym, dokładnym, silnym, mokrym językiem, aŜ dziecko płaknęło sobie z 
ulgą, znalazłszy wreszcie ukojenie. 

Dziewczynka pochylała głowę tuŜ przy szaro-Ŝółtych Ŝebrach samicy, widziała jej twarde 

sutki i białawe futro na brzuchu. Objęła kojocicę, głaszcząc jej ostrą sierść na grzbiecie i bokach. 

- No dobra - rzuciła tamta. - Idziemy! - ruszyła, nie oglądając się za siebie. 
Mała pozbierała się z trudem i poszła jej śladem. 
- Ale dokąd idziemy? - spytała. 
A kojocica, truchtając nad potokiem, odrzekła: 
- Dalej, dalej w dół strumienia. 
Musiała zasnąć w trakcie marszu, bo był taki moment, kiedy miała wraŜenie, Ŝe się budzi, 

ale  wciąŜ  szła,  tyle  Ŝe  juŜ  jakby  w  innym  miejscu.  Nadal  wędrowały  wzdłuŜ  strumienia,  choć 
wąwóz  niemal  całkiem  przeszedł  w  równinę  i  wciąŜ  jak  okiem  sięgnąć  majaczyły  kępki  bylicy. 
Oko, to dobre oko, było jak nowo narodzone. To drugie wciąŜ bolało, chociaŜ nie tak mocno, no i 
nie było sensu się nad tym zastanawiać. 

Ale,  ale  gdzie  ten  kojot?!  Zatrzymała  się.  Otchłań  zimna,  w  którą  wpadł  samolot,  znów 

się  pod  nią  otworzyła  i  dziewczynka  zaczęła  się  zapadać.  Stała,  lecąc  w  dół,  a  w  krtani  jej 
narastał cichy skowyt. 

Odwróciła się. 
Zobaczyła zwierzę. PrzeŜuwało na wpół wysuszone truchło wrony; czarne wargi i wąską 

paszczę  kojota  oblepiały  ciemnogranatowe  pióra.  Zobaczyła  ogorzałą  kobietę  klęczącą  przy 
ognisku; dorzucała szczyptę czegoś do stoŜkowatego naczynia. 

Słyszała, jak wewnątrz bulgocze woda, mimo Ŝe kobieta zestawiła juŜ naczynie z ognia i 

oparła je o kamienie. Jej włosy były Ŝółto-szare, związane sznurkiem na karku. Miała bose nogi. 
Podeszwy  stóp  twardością  i kolorem przypominały zelówki butów, ale jej stopa wysklepiała się 

background image

wysoko,  a  palce  tworzyły  dwa  schludne  zaokrąglone  rowki.  Ubrana  była  w  dŜinsy  i  starą,  białą 
koszulę. Spojrzała na dziewczynkę. 

- Chodź! Chodź na wronę! - zawołała. 
Dziecko  powoli  podeszło  do  niej  i  do  ogniska,  i  ukucnęło.  Dziewczynka  przestała  juŜ 

spadać,  czuła  się  bardzo  lekka  i  pusta,  a  język  miała  sztywny  i  obcy  niczym  wetknięty  w  usta 
kołek. 

Kojota dmuchała teraz w garnek czy koszyk, czy co to tam było. Wsadziła do środka dwa 

palce i zaraz je wyciągnęła, otrzepując rękę i krzycząc: 

-  O,  jasna  cholera!  Ŝe  teŜ  nigdy  nie  mam  Ŝadnych  łyŜek!  -  Odłamała  uschniętą  gałązkę 

bylicy, zanurzyła w garnku i oblizała. - Mmm... Pycha! No chodź! 

Dziecko  przysunęło  się  bliŜej,  odłamało  gałązkę,  umoczyło.  Patyczek  oblepiała 

grudkowata,  róŜowawa  papka.  Dziewczynka  wysunęła  język.  Papka  miała  głęboki  i  delikatny 
smak. 

- Co to takiego? - zapytała po dłuŜszej chwili maczania i oblizywania. 
-  śarcie.  Papka  z  suszonego  łososia  -  odparła  Kojota.  -  Stygnie.  -  Jeszcze  raz  wetknęła 

dwa palce w garnek, tym razem zagarniając obficie, i zręcznie je wylizała. 

Dziewczynka  poszła  w  jej  ślady  i  umazała  sobie  całą  brodę.  To  było  tak,  jak  z 

pałeczkami: wymagało praktyki. A więc ćwiczyła. Jadły, raz jedna, raz druga, aŜ nic nie zostało 
w garnku prócz trzech kamyków. Dziecko nie spytało, po co w garnku kamienie. Wylizały je do 
czysta. Potem Kojota wylizała wnętrze naczynia, przepłukała je raz w potoku i włoŜyła na głowę. 
Dobrze leŜało, tworząc rodzaj stoŜkowatego kapelusza. Ściągnęła z siebie dŜinsy. 

- Sikaj w ognisko! - zawołała i wysikała się w ogień, stając okrakiem nad paleniskiem. - 

Aaa, jakie miłe ciepło między nogami! 

Dziewczynka, cała zakłopotana, myślała, Ŝe i ona powinna zrobić to samo, ale nie chciała 

i  nie  zrobiła.  Z  obnaŜonym  tyłkiem, Kojota tańczyła wokół zmoczonego ogniska, wyrzucając w 
górę długie, chude nogi i podśpiewując: 

Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej nocy, Dzisiejszej nocy, dzisiejszej nocy. 
Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej nocy Zatańczyć w świetle księŜyca. 
Naciągnęła  z  powrotem  dŜinsy.  Dziecko  zasypywało  resztki  ognia  piaskiem  z  potoku,  z 

całą  powagą  formując  z  niego  kopczyki,  bo chciało zrobić  to jak naleŜy. Kojota przyglądała się 
małej. 

- To ty? Dziewczyna z Buffalo? Co się stało z resztą!? 
- Z resztą? - Dziecko spojrzało na siebie z przestrachem. 
- Z resztą twoich. 
-  A!  Hm,  mama  zabrała  Bobby’ego,  to  mój  młodszy  braciszek,  razem  z  wujkiem 

Normem. Tak naprawdę to on nie jest moim wujkiem, ani nic w tym rodzaju. No a pan Michaels 
i  tak  miał  tam  jechać,  więc  miał  mnie  zawieźć  do  mojego  prawdziwego  taty,  w  Canyonville. 
Linda,  moja  przyrodnia  matka,  no  wiesz,  nie  miała  nic  przeciwko  temu.  W  kaŜdym  razie  przez 
wakacje, a potem mieliśmy zobaczyć. No i ten samolot... 

W ciszy, która zapadła twarz dziewczynki stała się ciemno-czerwona, później szarobiała. 

Kojota patrzyła na nią, urzeczona. 

- Ach! - wyrwało się małej. - Ach! Ach! Pan Michaels... on na pewno... Czy on 
...? 
- Idziemy! - rzuciła Kojota i odmaszerowała. 
- Powinnam wrócić... - zawołało dziecko. 
-  Po  co?  -  zapytała  Kojota.  Zatrzymała  się,  obróciła,  by  popatrzeć  na  małą,  a  potem 

przyspieszyła kroku. - Chodź, Dziewczyno! - W jej ustach zabrzmiało to jak imię. MoŜe to i było 

background image

imię małej - miała na imię Myra - tyle Ŝe w języku Kojoty...? 

Zrozpaczone  dziecko  nie  wiedziało,  co  robić  i  znów  zaprotestowało,  ale  mimo  to 

podąŜyło jej śladem. 

- Dokąd idziemy? Gdzie my jesteśmy? 
- To jest mój kraj - odparła z godnością Kojota i długim, powolnym gestem ręki wskazała 

daleki horyzont. - Ja go stworzyłam. KaŜdą zasraną kępkę bylicy tu stworzyłam. 

I szły dalej. Kojota miała swobodny chód, nawet troszkę powłóczyła nogami, ale Ŝwawo 

przemierzała teren; dziewczynka robiła wszystko, Ŝeby nie zostać z tyłu. 

Spod skał i krzaczków znów zaczęły się wyciągać cienie. Zostawiwszy za sobą strumień, 

Kojota i dziecko szły teraz w górę długiego, niewysokiego i nierównego zbocza, które kończyło 
się gdzieś hen, daleko, na tle nieba, wśród skał. Ciemne drzewa wyrastały to tu, to tam, jako coś, 
co  ludzie  nazywali  jałowcowym  laskiem,  lasem  pustynnym,  takim,  co  to  ma  więcej  miejsca 
między drzewami niŜ samych drzew. KaŜdy mijany przez nie jałowiec ostro pachniał - dzieci w 
szkole nazwałyby tę woń ”kocie siki” - ale małej się to podobało, bo zdawało się jej, Ŝe zapach 
ten  idzie  prosto  do  głowy,  Ŝe  jest  silnie  rozbudzający.  Zerwała  z  krzaka  jagodę  ipotrzymała  w 
ustach, ale po chwili wypluła. Ból wracał wielkimi, ciemnymi falami i zaczęła się potykać. 

Zorientowała się, Ŝe siedzi na ziemi. Kiedy spróbowała wstać, okazało się, Ŝe nogi jej się 

trzęsą i odmawiają posłuszeństwa. Czuła się głupio i bała się. 

Zaczęła płakać. 
- Jesteśmy w domu! - wołała Kojota gdzieś z góry. Dziecko spojrzało na nią zapłakanym 

okiem  i  ujrzało  bylicę,  jałowiec,  trawę  i  skały.  Usłyszało  krótki  urywany  okrzyk  Kojoty 
rozmywający się hen, w gasnącym słońcu. 

U  podnóŜa  skał  zobaczyła  maleńkie  miasteczko:  kartonowe  domki,  szałasy,  wszystkie 

niepomalowane. Znów usłyszała nawoływanie Kojoty. 

- Chodź no, kicia! Chodź, Dziewczyno, jesteśmy w domu! 
Nie  mogła się podnieść, więc na czworakach usiłowała przejść tę daleką drogę pod górę 

aŜ  do  domków  u  stóp  skał.  Na  długo  zanim  tam  dotarła,  jacyś  ludzie  wyszli  jej  naprzeciw.  Z 
początku  myślała,  Ŝe  to  dzieci,  ale  wkrótce  uświadomiła  sobie,  Ŝe  większość  z  nich  to  dorośli, 
tyle  Ŝe  bardzo  niskiego  wzrostu;  byli  mali,  krępi,  grubi  i  mieli  drobne,  delikatne  dłonie i stopy. 
Ich  oczy  spoglądały  Ŝywo  i  pogodnie.  Jakieś  kobiety  pomogły  się  jej  podnieść  i  iść,  wspierając 
miłym  słowem:”JuŜ  niedaleko,  zaraz  będziesz  na  miejscu”.  W  tym  późnym  zmierzchu  bijące  z 
drzwi  i  nieuszczelnionych  spojeń  w  kartonach  światło  miało  ostro  Ŝółtą  barwę.  W  spokojnym 
powietrzu  wisiał  słodki  zapach  palonego  drewna”.  Mali  ludzie  cały  czas  cicho  ze  sobą 
rozmawiali i śmiali się.”Gdzie ona się zatrzyma?”, „Zakwaterujmy ją u Drozda; tam juŜ wszyscy 
ś

pią!”,”Och, moŜe przespać się u nas”. 

- Gdzie jest Kojota? - zachrypiała dziewczynka. 
- Poleciała zapolować - odparli. 
- Ktoś nowy w mieście? - zapytał czyjś głęboki głos. 
- Tak, mamy nową osobę - odpowiedział jeden z nieduŜych męŜczyzn. 
Pomiędzy tym małym ludkiem właściciel głębokiego głosu swymi rozmiarami robił spore 

wraŜenie. Był wysoki i barczysty, miał silne dłonie, duŜą głowę oraz krótką szyję. Rozstąpili się 
przed  nim  z  szacunkiem.  On  poruszał  się  spokojnie  i  teŜ  zachowywał  wobec  nich  respekt. 
Spojrzał na dziecko. Miał zdumiewające oczy. 

Mrugnięcia  jego  powiek  przywodziły  na  myśl  przesunięcie  ręki  przed  płomieniem 

ś

wiecy. 

- To ledwie pisklę - oznajmił. - Co dałaś sobie zrobić z okiem, nowa osobo? 
- Nie wiem... Lecieliśmy... 

background image

-  Jesteś  za  młoda,  Ŝeby  latać  -  rzekł  swoim  niskim,  miękkim  głosem.  -  Kto  cię  tu 

sprowadził? 

- Kojota. 
- Przyszła tu z Kojotą, Młody Sowo - potwierdził jeden z małych męŜczyzn. 
- No to moŜe powinna spędzić tę noc w domu Kojoty - zaproponował ten duŜy. 
- Tam tak pusto i tylko te kości... - odezwała się niewielka kobieta o tłustych policzkach, 

ubrana w koszulę w paski. - MoŜe pójść do mnie. 

To zdaje się przesądziło sprawę. Pucułowata kobieta poklepała dziewczynkę po ramieniu 

i  zabrała  ze  sobą,  wiodąc  ją  mimo  kilku  chat  i  szałasów  do  małego  domku  bez  okien.  Drzwi 
okazały się tak niziutkie, Ŝe nawet dziecko musiało mocno schylić głowę, Ŝeby wejść do środka. 
Wewnątrz  zaroiło  się  od  ludzi;  niektórzy  juŜ  tam  byli,  a  niektórzy  wepchali  się  za  pucułowatą 
gospodynią.  W  kącie,  w  skrzyneczkach  -  kołyskach,  głębokim  snem  spało  kilkanaścioro 
niemowląt.  W  chacie  płonął  porządny  ogień  i  unosił  się  dobry  zapach,  jakby  praŜonego  ziarna 
sezamowego.  Dziewczynka  dostała  jedzenie  i  trochę  zjadła,  ale  w  głowie  jej  się  kręciło  i  mrok 
prawego  oka  wciąŜ  zachodził  na  lewy,  tak,  Ŝe  przez  chwilę  nie  widziała  w  ogóle  nic.  Nikt  nie 
spytał ją o imię, ani teŜ nie powiedział, jak ma się do nich zwracać. Słyszała, Ŝe dzieci nazywają 
kobietę o tłustych policzkach Wiewiórką. Zebrała się wreszcie na odwagę i spytała: 

- Czy mogę się gdzieś połoŜyć, pani Wiewiórko? 
-  Jasne,  chodź.  O,  tutaj  -  powiedziała  jedna  z  córek  i  zaprowadziła  dziewczynkę  do 

pokoju  na  tyłach  chaty.  Pokój  był  tylko  częściowo  odgrodzony  od  zatłoczonego  pomieszczenia 
głównego,  ale  panowała  w  nim  ciemność,  a  i  ludzi  zdawało  się  tam  być  mniej.  Rzędem  przy 
ś

cianach stały duŜe półki z materacami. 

-  Wdrap  się  do  środka!  -  zachęcała  jedna  z  córek  Wiewiórki,  klepiąc  dziewczynkę  w 

ramię we właściwy im wszystkim, dobrotliwy sposób. 

Dziecko wspięło się na półkę i wślizgnęło pod koc. Mała ułoŜyła głowę do snu. 
Nie umyłam zębów... - pomyślała. 
Obudziła się. Znów zasnęła. W sypialni Wiewiórki zawsze było duszno, ciepło i panował 

tam półmrok, dzień i noc, na okrągło. Ludzie wchodzili, spali, wstawali i wychodzili. Cały czas. 
Zapadała  w  drzemkę  i  zasypiała.  Zeszła  na  dół,  by  ze  stojącego  we  frontowym  pokoju  wiadra 
zaczerpnąć warząchwią wody i napić się. 

Potem wróciła na pryczę, Ŝeby dalej drzemać i spać. 
Siedziała  na  półce;  nogi  dyndały  jej  w  powietrzu.  Nie  czuła  się  juŜ  źle,  tylko  sennie  i 

słabo. Namacała kieszeń w dŜinsach. W lewej przedniej tkwił mały grzebyczek i opakowanie po 
gumie  balonowej;  w  prawej  dwa  banknoty  jednodolarowe  i  dwie  monety:  dwadzieścia  pięć  i 
dziesięć  centów.  Do  środka  weszła  Wiewiórka  w  towarzystwie  bardzo  ładnej,  pulchnej, 
ciemnookiej kobiety. 

-  Ha!  Więc  zbudziłaś  się  akurat  na  swój  taniec!  -  powitała  ją  Wiewiórka  ze  śmiechem  i 

usiadła koło niej, obejmując dziewczynkę ramieniem. 

- Sójek wydaje taniec dla ciebie - wyjaśniła ciemnooka. - Będziesz jak nowa. 
Musimy cię przygotować. 
Gdzieś tam, pod skałami, wytryskało źródło, które przechodziło tu w mulistą sadzawkę o 

porośniętych  trzciną  brzegach.  Chlapiąca się w niej grupka hałaśliwych dzieciaków uciekła i na 
czas kąpieli dziewczynka z dwiema kobietami zostały same. 

Woda była ciepła na powierzchni, ale głębiej marzły w niej stopy i nogi. 
Zupełnie  nagie,  dwie  śmiejące  się  kobiety  o  łagodnych  głosach,  krągłych  brzuchach  i 

piersiach,  szerokich  biodrach  i  pośladkach  lśniących  ciepłem  w  późnopopołudniowym  słońcu 
ochlapały  dziewczynkę  wodą,  umyły  i  wygłaskały  jej  nogi,  ramiona  i  włosy,  skończenie 

background image

delikatnie  wyczyściły  okolice  jej  prawego  oka  -  kość  policzkową  i  brew  -  podziwiając  ją 
namydliły,  spłukały  i  rozchlapując  wodę,  wygoniły  na  brzeg,  gdzie  wysuszyły  małą  i  siebie 
nawzajem, ubrały się, ubrały małą, zaplotły jej włosy i nawzajem swoje własne, uwiązały piórka 
na  końcach  warkoczy,  znów  ją  podziwiały,  potem  podziwiały  siebie  nawzajem,  by  wreszcie 
sprowadzić  ją  znów  do  maleńkiego  miasteczka  o  rozsianych  domkach,  na  jakieś  podwórze,  czy 
moŜe ubity plac pomiędzy chatami. Nie było tam ulic, tylko ścieŜki i pyląca się ziemia; Ŝadnych 
ogródków ani trawników, tylko szałwia i kurz. Na placu zebrała się całkiem spora grupka ludzi; 
część  z  nich,  wystrojona  w  kolorowe  koszule,  barwne  sukienki,  sznury  korali  i  kolczyki, 
przechadzała się to tu, to tam. 

- Cześć, Wiewiórko! Cześć, Biała Łapko! - wszyscy pozdrawiali obie kobiety. 
Na spotkanie wyszedł im męŜczyzna w nowych dŜinsach, w czystej, spranej, niebieskiej, 

roboczej  koszuli  podjaskrawoniebieską  aksamitną  kamizelką.  Był  bardzo  przystojny,  spięty  i 
waŜny. 

- No dobra. Dziewczyno! - odezwał się ostro i głośno, co brzmiało zaskakująco na tle tych 

wszystkich jakŜe cicho mówiących ludzi. - Dziś wieczorem naprawimy ci to twoje oko! Ty sobie 
tu tylko usiądź i niczym się nie martw. 

Ujął jej nadgarstek - delikatnie mimo swego dyrektorskiego, szorstkiego sposobu bycia - i 

zaprowadził  do  utkanej  maty,  leŜącej  na  zbrylonej  ziemi  prawie  w centrum placu. Tam musiała 
usiąść, choć czuła się idiotycznie; przykazano jej się nie ruszać. 

Szybko pozbyła się wraŜenia, Ŝe wszyscy na nią patrzą, gdyŜ nikt nie obdarzał jej więcej 

niŜ  przelotnym  spojrzeniem  i  tylko  Wiewiórka  i  ciemnooka  kobieta;  bądź  ich  rodziny,  posyłały 
jej krzepiące mrugnięcia. Co pewien czas Sójek podbiegał do niej i rzucał coś na kształt:”Będzie 
jak  nowe!”,  po  czym  wracał  do  innych,  by  tam  się  rządzić,  pokrzykując  i  wymachując  długimi 
niebieskimi ramionami. 

Ktoś szczupły, ogorzały, swobodnym krokiem wspinał się na pagórek, zbliŜając do placu 

i  dziecko  juŜ  zaczęło  podskakiwać,  gdy  nagle  przypomniało  sobie,  Ŝe  ma  siedzieć  spokojnie, 
więc zamarło i cicho krzyknęło: 

- Kojota! Kojota! 
Kojota przyszła, powłócząc nogami. Spojrzała na dziecko. Wyszczerzyła się w uśmiechu. 
- Nie daj się spieprzyć temu Sójkowi, Dziewczyno - rzuciła i niespiesznie poszła dalej. 
Dziecko odprowadziło ją pełnym bólu, stęsknionym wzrokiem. 
Zebrani  usiedli  teraz  z  jednej  strony  placu,  tworząc nierówne półkole  wciąŜ rozrastające 

się  na  końcach.  Wreszcie  powstał  niemal  pełen  krąg  ludzi,  którzy  siedzieli  w  kurzu  wokół 
dziewczynki;  byli  oddaleni  od  niej  o  jakieś  dziesięć  czy  piętnaście  kroków.  Wszyscy  mieli  na 
sobie ten rodzaj ubrania, do jakiego dziewczynka przywykła - dŜinsowe spodnie i kurtki, koszule, 
kamizelki,  bawełniane  sukienki  -  ale  wszyscy  byli  bosonodzy  i  wydawali  się  jej  piękniejsi  od 
ludzi,  których  znała;  kaŜdy  na  swój  sposób,  jakby  kaŜdy  z  nich  stwarzał  własny  rodzaj  piękna. 
Ale  teŜ  niektórzy  wyglądali  bardzo  dziwnie: szczupli, ciemni, lśniący, o szepczących głosach, a 
wśród  nich  znalazła  się  jakaś  długonoga  kobieta  z  oczami  jak  paciorki.  Był  tam  równieŜ  ten 
wielki  męŜczyzna  zwany  Młodą  Sową;  miał  senny  i  godny  wyraz  twarzy,  zupełnie  jak  sędzia 
McCown,  właściciel  rancza  liczącego  sobie  sześćdziesiąt  tysięcy  akrów.  A  koło  niego  siedziała 
kobieta,  która  zdaniem  dziecka  mogłaby  być  jego  siostrą;  podobnie  jak  on  miała  haczykowaty 
nos i duŜe, silne ręce, ale była chuda i ciemna, a w jej ognistych oczach czaiło się coś szalonego. 
Oczy  miała  bursztynowe,  lecz  okrągłe,  nie  skośne  jak  Kojoty.  Była  teŜ  i  Kojota.  Ziewała  i 
drapała się z nudów pod pachą. 

Naraz  w  owym  kręgu  ktoś  się  pojawił  -  męŜczyzna  ubrany  jedynie  w  coś  w  rodzaju 

szkockiej spódniczki i pelerynę malowaną, bądź wyszywaną koralikami w romb. 

background image

Tańczył  w  rytm  grzechotki,  którą  potrząsał  szybko  i  z  furkotem.  Miał  grube,  a  mimo  to 

pręŜne  ciało  tudzieŜ  kończyny,  i  miękkie,  lejące  się  ruchy.  Dziewczynka  nie  odrywała  odeń 
wzroku,  kiedy  tak  tańczył:  to  obok  niej,  to  wokół  niej  i  znowu  obok.  Kołatka  w  jego  dłoni 
poruszała się tak szybko, Ŝe była niemal niewidoczna. 

W  drugiej  dłoni  trzymał  coś  cienkiego  i  ostrego.  Ludzie  siedzący  w  kręgu  zaczęli 

ś

piewać.  Śpiewali  ledwie  kilka  dźwięków  powtarzających  się  w  rytm  kołatki  -  cicho  i  bez 

melodii. 

Było  to  podniecające  i  nudne  zarazem,  obce  i  skądś  jakby  znajome.  Grzechotnik  coraz 

bardziej  zacieśniał  pętlę  tańca  wokół  dziecka,  co  raz  gwałtowniej  wysuwając  przed  siebie  rękę. 
Za pierwszym razem dziewczynka zrobiła unik. 

Przestraszyła  się  jego  nagłego  wypadu  w  przód  i  płaskiej,  zimnej  twarzy  o  wąskich 

oczach.  Później,  poznawszy  swoją  rolę,  siedziała  juŜ  spokojnie.  Taniec  trwał  nadal.  Śpiew  teŜ. 
AŜ wreszcie i taniec i śpiew uniosły ją gdzieś poza granicę nudy, gdzie kołysała ją jakaś fala, fala 
która mogłaby ją tak kołysać na wieki. 

Teraz  do  kręgu  wkroczył  Sójek  i  stanął  obok  niej.  Nie  umiał  śpiewać,  więc  tylko 

pokrzykiwał 

tym 

swoim 

donośnym, 

szorstkim 

głosem:”Hej!Hej!Hej!Hej!”.-Zewsząd 

odpowiadano mu tym samym, a spod skał, na kształt drugiej odpowiedzi, wracało echo. Sójek w 
jednej ręce dzierŜył patyk zakończony czymś krągłym, a w drugiej coś, co przypominało szklaną 
kulkę. Patyk okazał się fajką. Sójek wciągał z niej dym do ust i wydmuchiwał go na cztery strony 
ś

wiata,  w  górę  i  w  dół,  a  potem  dmuchał  na  kulkę,  za  kaŜdym  razem  wypuszczając  jeden 

obłoczek dymu. Wtem grzechotanie ustało i na kilka oddechów wszystko zamarło. Sójek ukucnął 
i z głową przekrzywioną na jedną stronę intensywnie wpatrywał się w dziecko. 

Wyciągnął  rękę  w  przód,  mrucząc  coś  pod  nosem  w  rytm  znów  narastającego 

grzechotania i śpiewu. Teraz ludzie śpiewali jeszcze głośniej. Sójek dotknął prawego oka dziecka 
w samym środku mrocznego bólu. Dziewczynka cofnęła się, ale wytrzymała. Dotknięcie nie było 
delikatne.  W  jego  dłoni  ujrzała  kulkę,  matową  Ŝółtą  gałkę  jakby  z  pszczelego  wosku.  Potem 
zamknęła widzące oko i zacisnęła zęby. 

- JuŜ! - krzyknął Sójek. - Otwieraj! No dalej! PokaŜ nam! 
Zwarła szczęki jak imadło, otworzyła oboje oczu. Powieka prawego zaparła się i ciągnęła 

z tak rozdzierającym jaskrawym bólem, Ŝe niewiele brakowało, a dziewczynka zwymiotowałaby 
na oczach siedzącej w krąg widowni. 

-  Hej,  widzisz  coś?  No  jak  tam?  Wygląda  świetnie!  -  Sójek  ponaglał  ją,  potrząsał  za 

ramię. - No i jak się z tym czujesz? Widzisz? 

To,  co  widziała  było  niewyraźne,  zamazane  i  Ŝółtawe.  Niebawem  odkryła  -  a  wszyscy 

kolejno do niej podchodzili, oglądali ją, z uśmiechem głaskali, poklepywali jej ręce i ramiona - Ŝe 
jeśli  zamykała  to  bolące  oko  i  patrzyła  drugim,  wszystko  stawało  się  ostre  i  płaskie.  Kiedy  zaś 
patrzyła  obojgiem  oczu,  świat  jawił  sie  co  prawda  rozmazany  i  Ŝółtawy,  ale  zyskiwał  na  głębi, 
tuŜ  obok  zobaczyła  długi  nos,  wąskie  oczy  i  uśmieszek  Kojoty.  -  co  to  jest.  Sójek?  -  pytała 
Kojota, zaglądając w prawy oczodół. - Tym razem skradłeś jedno z moich? 

- To sosnowa Ŝywica! - wykrzyknął Sójek wściekły. - Co ty sobie myślisz?! śe uŜyłbym 

jakiegoś głupiego, przechodzonego oka kojota? Ja jestem lekarzem! 

-  No,  no,  no...  Lekarzem!  -  prychnęła  Kojota.  -  Jejej,  aleŜ  to  dopiero  brzydactwo! 

Dlaczego  nie  poprosiłeś  Królika  o  jedno  z  jego  miotu?  To  wygląda  jak  kawałek  gówna!  - 
Przysunęła  swą  chudą  twarz  jeszcze  bliŜej.  Dziewczynka  pomyślała,  Ŝe  ją  pocałuje,  tymczasem 
Kojota wysunęła cienki, długi język i znowu liznęła ją dokładnie w sam środek bólu, kojąc go i 
oczyszczając. Kiedy mała ponownie otworzyła oczy, świat wyglądał juŜ całkiem nieźle. 

- Widzę zupełnie nienajgorzej - powiedziała. 

background image

- Hej, wy tam! - wrzasnął Sójek. - Ona mówi, Ŝe nienajgorzej widzi! Udało się! 
Udało!  Sama  to  powiedziała!  Nie  mówiłem  wam?  A  nie  mówiłem?  -  Odszedł, 

wykrzykując i wymachując ramionami. Kojota zniknęła. Wszyscy się rozchodzili. 

Dziecko  wstało,  zesztywniałe  od  długiego  siedzenia.  Zrobiło  się  niemal  ciemno,  jedynie 

odległy zachód utrzymywał głęboką, bladą poświatę. Na wschodzie, równiny zatapiały się w noc 
W  niektórych  chatach  zapłonęło  światło.  Gdzieś  tam,  na  skraju  osady  piszczące  skrzypeczki 
wygrywały tęskną, szczebiotliwą melodię. 

Ktoś podszedł do niej i cicho zapytał: 
- U kogo się zatrzymasz? 
- Nie wiem - odpowiedziało dziecko. Było przeraźliwie głodne. - Czy mogę zamieszkać z 

Kojotą? 

- Nieczęsto bywa w domu - odparła cicho kobieta. - Nocowałaś u Wiewiórki, prawda? A 

moŜe zamieszkasz z Królikiem, albo z Zającem? Oni mają dzieci... 

-  A  czy  pani  ma  dzieci?  -  zapytała  dziewczynka,  spoglądając  na  delikatną  kobietę  o 

łagodnym wejrzeniu. 

- Dwa jelonki - odrzekła z uśmiechem kobieta. - Ale do miasta ściągnęłam dopiero co, na 

taniec. 

-  Naprawdę  chciałabym  zamieszkać  z  Kojotą  -  powiedziała  po  chwili  dziewczynka, 

nieśmiało lecz z uporem. 

-  Dobrze,  w  porządku.  Tam  jest  jej  dom.-Łania  podprowadziła  dziecko  do  rozpadającej 

się  chaty  na  wyŜszym  krańcu  miasta.  Ze  środka  nie  dochodziło  Ŝadne  światło.  Przed  wejściem 
walało się mnóstwo rupieci. Nie było schodka prowadzącego do wpół otwartych drzwi. Krzywo 
przybita, sponiewierana sosnowa deska informowała:”Chwilutka”. 

- Hej Kojota, jesteś tam? Masz gościa - zawołała Łania. Cisza. 
Łania otworzyła szerzej drzwi i zajrzała do środka. 
- Nie ma jej. Chyba poluje. Muszę juŜ wracać do jelonków. Dasz sobie radę? KaŜdy tutaj 

da ci coś do jedzenia. Poradzisz sobie...? 

- Tak, tak. Dam sobie radę. Dziękuję pani - odrzekło dziecko. 
Łania  odchodziła  w  perłowy  zmrok.  Była  niezwykle  elegancka  w  ruchach  i  drobiła 

małymi  kroczkami  niczym  kobieta  na  wysokich  obcasach  -  szybka,  dokładna,  lekka  jak  piórko. 
Dziewczyna odprowadziła ją wzrokiem. 

Wewnątrz  ”Chwilutki”  panował  zbyt  wielki  mrok,  by  dało  się  cokolwiek  zobaczyć  i  tak 

tam  było  zagracone,  Ŝe  dziewczynka  padała  przy  kaŜdym  kroku.  Nie  umiała się połapać gdzie  i 
jak rozpalić ogień. Namacała coś, co zdawało się być łóŜkiem, ale kiedy się tam połoŜyła, zapach 
i  to,  co  wyczuwała  pod  sobą,  sprawiało  raczej  wraŜenie  sterty  brudów.  Coś  gryzło  ją  w  nogi, 
ręce, szyję i w plecy. Była okropnie głodna. 

Kierując się węchem, dotarła do czegoś, co musiało być śniętą rybą i zwisało z sufitu w 

rogu  chaty.  Po  omacku  zerwała  zeń  tłustą  skórę  i  skosztowała.  To  był  wędzony,  suszony  łosoś. 
Odrywała  jeden  mięsisty  kawałek  po  drugim,  aŜ  wreszcie  poczuła  się  syta.  Wylizała  palce  do 
czysta.  TuŜ  przy  otwartych  drzwiach  gwiaździsta  poświata  oświetlała  wodę  w  jakimś  naczyniu. 
Dziewczynka  ostroŜnie  ją  powąchała,  ostroŜnie  spróbowała  i  wypiła  tylko  tyle,  by  ugasić 
pragnienie,  bowiem  woda  miała  błotnisty  smak,  była  ciepła  i  stęchła.  Potem  wróciła  na  łoŜe  z 
brudnych  szmat  i  pcheł,  i  połoŜyła  się.  Mogłam  pójść  do  domu  Wiewiórki,  czy  innych 
przyjaznych domostw - myślała leŜąc samotnie na brudnym posłaniu Kojoty. 

Ale nie poszłam... Tłukła pchły tak długo, dopóki nie zapadła w sen. 
Gdzieś w środku nocy usłyszała czyjś głos... 
- Posuń się, kicia. 

background image

... i tuŜ koło niej zrobiło się nagle ciepło. 
Ś

niadanie,  jedzone  na  siedząco  w  zalanych  słońcem  otwartych  drzwiach,  składało  się  z 

papki ze sproszkowanego suszonego łososia. Kojota polowała dzień i noc, ale nie jadały świeŜej 
dziczyzny  tylko  łososia,  suchy  proszek,  i  wszelkie  sezonowe  jagody.  Dziewczynka  nie  pytała 
dlaczego. Wydawało jej się to logiczne. 

Chciała  natomiast  zapytać  Kojotę,  dlaczego  spała  w  nocy,  a  czuwała  w  dzień,  jak 

dwunoŜni ludzie, nie odwrotnie, jak to miały w zwyczaju kojoty. Kiedy jednak sformułowała juŜ 
w myślach pytanie, uświadomiła sobie, Ŝe po to jest dzień, Ŝeby czuwać i noc, by spać. I to teŜ 
było  logiczne.  Ale  pewnego  upalnego  dnia  jedno  pytanie  jednak  zadała;  akurat  obie  leŜały, 
oganiając się od pcheł. 

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego wyglądacie jak ludzie. 
- Jesteśmy ludźmi. 
- Nie, nie, myślę o takich ludziach jak ja, na dwóch nogach. 
-  Podobieństwo tkwi w oku patrzącego - odparła Kojota. -  A tak przy okazji, jak miewa 

się to twoje pokiereszowane oko? 

-  Dobrze.  Ale...  No,  Ŝe  nosicie  ubrania...  i  mieszkacie  w  domach,  macie  ogień  no  i  to 

wszystko... 

-  To  ty  tak  myślisz.  Gdyby  ten  pyskacz  Sójek  nie  wmieszał  się  w  całą  sprawę, 

pokazałabym ci, co znaczy dobra robota. 

Dziewczynka  juŜ  całkiem  przywykła  do  tego,  Ŝe  Kojota  nie  lubiła  trzymać  się  jednego 

tematu,  za  to  lubiła  się  przechwalać.  Pod  niektórymi  względami,  Kojota  przypominała  wiele 
znanych dziewczynce dzieci. Pod innymi nie. 

-  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  to,  co  widzę  tak  naprawdę  to  nie  istnieje?  śe  to  nie  jest 

prawdziwe? śe to taka telewizja, albo coś w tym rodzaju...? 

-  Nie  -  odparła  Kojota.-O,  masz  kleszcza  na  kołnierzu!-Wyciągnęła  rękę,  strzepnęła 

kleszcza, podniosła jednym palcem, rozgryzła i wypluła resztki. 

- Łeee... - powiedziało dziecko. - No więc? 
- A więc dla mnie zasadniczo jesteś szaro-Ŝółta i biegasz na czterech nogach. 
Dla  tamtej  reszty  -  tu  machnęła  lekcewaŜąco  ręką  w  stronę  zbitych  w  gromadę  małych 

domków  u  stóp  wzgórza  -  jesteś  podskakującym  stworzeniem,  co  to  ciągle  wykrzywia  nos.  Dla 
Jastrzębia jesteś jajkiem, a moŜe juŜ obrastasz puchem? Sama widzisz... Wszystko zaleŜy, jak się 
na co patrzy. Są tylko dwa gatunki ludzi. 

- Na dwóch nogach i na czterech? 
-  Nie.  Ci,  którzy  mówią:”Są  dwa  gatunki  ludzi”  i  ci,  którzy  tego  nie  mówią.  -  Kojota 

pękała z dumy, tłukąc się po udach i chichocząc z radości, Ŝe tak się jej udał dowcip. Dziecko nie 
rozumiało go i czekało. 

- No dobra - zaczęła Kojota. - Więc są ci pierwsi ludzie, no i ta reszta. To właśnie te dwa 

rodzaje... 

- A ci pierwsi to kto? 
-  My,  zwierzęta...  i  tak  dalej.  Wszyscy  ci  starzy.  No  wiesz.  I  wy  maluchy,  dzieciaki, 

Ŝ

ółtodzioby. Wszyscy ci, co byli najpierw. 

- A... ci drudzy? 
- Oni - wyjaśniała Kojota. - No wiesz. Ci inni. Ci nowi. Ci, co przyszli. - Jej drobna, ostra 

twarz nabrała powagi, stała się groźna. Z krótkotrwałą złotawą przenikliwością spojrzała wprost 
na  dziecko;  rzadko  się  jej  to  zdarzało.  -  Jesteśmy  tu.  Jesteśmy  tu  od  zawsze  -  powtórzyła.  - 
Jesteśmy tutaj od zawsze. Tam gdzie jesteśmy, jest ”tutaj”. Ale to teraz ich kraj. Oni tu rządzą... 
Szlag! 

background image

Nawet mnie się to lepiej udawało! 
Dziecko dumało czas jakiś i podsunęło słowo tak często słyszane: 
- To są nielegalni imigranci. 
- Nielegalni! - parsknęła Kojota szyderczo i z pogardą. - Nielegalny moŜe być podrzutek. 

Co  to  do  cholery  znaczy  ”nielegalny”?  Chcesz  od  kojoty  usłyszeć  kodeks  sprawiedliwości? 
Wydoroślej, dzieciaku! 

- Nie chcę. 
- Nie chcesz dorosnąć? 
- Stanę się tym drugim rodzajem, jak dorosnę. 
- Hm. No tak - rzekła Kojota i wzruszyła ramionami. - Takie jest Ŝycie. - Wstała i poszła 

za dom, a dziecko słyszało, jak sika na podwórku. 

Wiele było rzeczy trudnych do zniesienia w Kojocie-matce. Na czas, kiedy odwiedzali ją 

jej  męscy  przyjaciele,  dziewczynka  nauczyła  się  wychodzić  z  domu  i  spędzać  noc  u  Królików, 
albo  u  Wiewiórki,  bowiem  Kojota  i  jej  dobiegacz  nie  raczyli  nawet  zaczekać,  aŜ  znajdą  się  w 
łóŜku,  tylko  zaczynali  to  robić  juŜ  na  podłodze,  a  nawet  od  razu  na  podwórku.  Kilka  razy 
zdarzyło  się,  Ŝe  Kojota  wróciła  późną  porą  z  polowania  ze  swoim  amantem  i  mała  musiała 
wciskać  się  w  ścianę, tam, razem z nimi, w  łóŜku, słysząc i czując, co robią tuŜ za jej plecami. 
Było to coś pośredniego między walką a tańcem i miało swój rytm, i nie przeszkadzałoby to jej 
zbytnio, tyle Ŝe nie bardzo dawało się przy tym spać. 

Którejś  nocy  zbudziła  się  czując,  Ŝe  bieŜący  przyjaciel  Kojoty  w  jakiś  oślizgły  sposób 

głaszcze ją po brzuchu. Nie wiedziała, co zrobić, ale Kojota się obudziła, zorientowała, co tamten 
wyrabia, ugryzła go mocno i wykopała z łóŜka. 

Noc spędził na podłodze, a następnego ranka kajał się, mówiąc: 
- Tam do licha, Ko! Zapomniałem, Ŝe jest z nami dzieciak! Myślałem, Ŝe to ty... 
Nieudobruchana Kojota wrzeszczała: 
-  Myślisz,  Ŝe  jestem  bez  zasad?!  Myślisz,  Ŝe  pozwoliłabym  jakiemuś  kojotowi  zgwałcić 

dzieciaka w moim łóŜku?! - Wyniosła go na kopach z chaty i do końca dnia na niego utyskiwała. 
Ale zaraz potem znów przyszedł tam na noc i razem z Kojotą robili to ze trzy czy cztery razy. 

Kolejną dość kłopotliwą sprawą było to, Ŝe Kojota sikała gdzie popadło, ściągając majtki 

w  miejscach  publicznych.  Ale  większość  tutejszych  ludzi  zdawała  się  tego  nie  zauwaŜać.  Tym, 
co  dziewczynkę  najbardziej  zawstydzało,  były  chwile,  gdy  Kojota  w  dowolnym  miejscu  robiła 
coś  grubszego,  po  czym  odwracała  się  do  tego  i  przemawiała.  To  było  okropne.  Zupełnie  tak, 
jakby  Kojota  była  -  co  często  mogło  przychodzić  na  myśl,  a  to  przecieŜ  nieprawda  -  niespełna 
rozumu. 

Któregoś  dnia,  gdy  Kojota  spała,  dziewczynka  pozbierała  wszystkie  zeschnięte  bobki 

walające  się  wokół  domu  i  zakopała  je  w  pewnym  piaszczystym  miejscu,  dokąd  na  dłuŜsze 
posiedzenia chodziła i ona, i Ryś, i większość tamtejszych ludzi. 

Kojota  zbudziła  się,  leniwie  wywlokła  się  z  ”Chwilutki”,  ziewając  czochrała  swe  gęste, 

jasne,  szarawe  futro  i  wystarczyło,  Ŝe  raz  tylko  rozejrzała  się  tymi  swoimi  wąskimi  oczyma  i 
natychmiast zapytała: 

- Hej! A gdzie one są? - A potem krzyknęła: - Gdzie jesteście!? Gdzie wy jesteście!? 
Dało się słyszeć słaby chórek dochodzący spod kupy piasku: 
- Tu jesteśmy, mamusiu! 
Kojota podbiegła tam truchtem, kucnęła, wygrzebała spod ziemi wszystkie bobki i długo 

potem  do  nich  przemawiała.  Wróciła  do  domu  i  nie  odezwała  się  w  tej  sprawie  słowem,  ale 
czerwona na twarzy dziewczynka powiedziała z bijącym sercem: 

- Przepraszam, Ŝe to zrobiłam. 

background image

- Łatwiej jest, kiedy są w pobliŜu - wyjaśniła Kojota, myjąc ręce. Mimo brudu panującego 

w domu, na swój sposób dbała o czystość osobistą. 

-  Ciągle  na  nie  nadeptywałam  -  tłumaczyło  się  dziecko,  próbując  usprawiedliwić  swój 

uczynek. 

- Biedne małe gówienka...-skomentowała Kojota, ćwicząc jakiś taneczny krok. 
- Kojoto - zaczęło dziecko nieśmiało - czy ty kiedykolwiek miałaś dzieci? Mam na myśli 

prawdziwe szczeniaki. 

- Czy miałam  dzieci?! Czy-miałam dzieci? Dobre sobie! Pamiętasz tego, który próbował 

cię  podmacywać?  Wiesz  który?  To  był  mój  syn.  Szmatławiec...  Posłuchaj,  Dziewczyno,  miej 
córki. Jak juŜ musisz coś mieć, miej córki. One przynajmniej się zmywają. 

Dziecko myślało o sobie, Ŝe jest Dziewczyną, ale teŜ czasem, Ŝe jest równieŜ Myrą. O ile 

wiedziała, była jedyną osobą w mieście o dwóch imionach. Musiała o tym myśleć jak równieŜ i o 
tym,  co  Kojota  mówiła  o  dwóch  rodzajach  ludzi;  musiała  myśleć,  gdzie  jest  jej  miejsce. 
Niektórzy  w  mieście  dawali  jej  jasno  do  zrozumienia,  Ŝe  jeśli  o  nich  idzie,  do  ich  społeczności 
ona  z  pewnością  nie  naleŜała.  Na  wskroś  paliło  ją  wściekłe  spojrzenie  Jastrzębia,  dzieci 
Ś

mierdziela  robiły  głośne  uwagi  na  temat  jej  zapachu.  I  mimo,  Ŝe  Wiewiórka  i  Zajęczyca 

otaczały  ją  Ŝyczliwością,  była  to  serdeczność  duŜych  rodzin,  w  których  jedna  osoba  mniej  czy 
więcej nie czyni Ŝadnej róŜnicy. Gdyby to jedno z nich, Zając czy Królik, znaleźli ją zagubioną i 
na  wpół  ślepą  na  pustyni,  czy  zatrzymaliby  się  przy  niej  tak,  jak  to  zrobiła  Kojota?  To  właśnie 
było  to  -  szaleństwo,  które  nazywali  szaleństwem  Kojoty.  Ona  się  nie  bała.  Mieszała  się  z 
obydwoma rodzajami ludzi, przechodziła od jednych do drugich. Kozioł i Łania wraz ze swymi 
pięknymi  dziećmi  bały  się  naprawdę,  bo  Ŝyły  w  stałym  zagroŜeniu.  Grzechotnik  się  nie  bał, 
poniewaŜ sam był niebezpieczny. A moŜe się jednak i bał, bo nigdy z nią nie rozmawiał i nigdy 
się  do  niej  nie  zbliŜał.  śadne  z  nich  nie  traktowało  jej  tak,  jak  Kojota.  Nawet  wśród  dzieci  jej 
jedynym  stałym  towarzyszem  zabaw  był  młodszy  od  niej,  absurdalnie  śmieszny  i  nieustraszony 
chłopiec  zwany  Dzieckiem  Rogatej  Ropuchy.  Razem  kopali  i  budowali  za  miastem  pośród 
szałwii, i bawili się w polowanie, zbieranie, w dom i w tańce, we wszystkie te wspaniałe zabawy. 

Blady,  przycupnięty  chłopiec  o  mocno  zaznaczonych  brwiach...  Był  pełnym  rezerwy,  a 

jednak oddanym jej przyjacielem; i duŜo wiedział jak na swój wiek. 

-  Nie  ma  tu  nikogo  takiego  jak  ja  -  powiedziała  pewnego  dnia  dziewczynka,  kiedy 

siedzieli nad sadzawką w porannym słońcu. 

- Takich jak ja nie ma specjalnie nigdzie - odparło Dziecko Rogatej Ropuchy. 
- No wiesz, co mam na myśli. 
- Uhm... Wydaje mi się, Ŝe kiedyś byli tu tacy jak ty. 
- Jak się nazywali? 
- No... ludzie. Tak jak wszyscy. 
- Ale gdzie mieszkają ci moi ludzie? Mają miasta. Kiedyś mieszkałam w mieście. 
Nie wiem, gdzie oni są i gdzie jest wszystko inne. Powinnam się dowiedzieć. Nie wiem, 

gdzie jest moja mama, ale tata jest w Canyonville. Właśnie tam leciałam, kiedy... 

- Spytaj Konia - rzucił roztropnie chłopiec. Odsunął się od wody, której nie lubił i nigdy 

nie pił, i zaplatał sitowie. 

- Nie znam Konia. 
- Na ogół kręci się przy Sterczącym Wzgórzu. Czeka, aŜ się jego wuj zestarzeje, a wtedy 

da  mu  kopa  i  sam  zostanie  za  wielkiego  ogiera.  Pan  starszy  i  kobiety  nie  chcą  go  tymczasem 
oglądać. Konie są dziwne. Mniejsza z tym, to jego właśnie trzeba zapytać. On duŜo bywa i jego 
ludzie przybyli tu z tymi nowymi, w kaŜdym razie tak mówią. 

Nielegalni  imigranci  -  pomyślała  dziewczynka.  Posłuchała  rady  Dziecka  Rogatej 

background image

Ropuchy  i  któregoś  długiego  dnia,  kiedy  Kojota  wybyła  na  jedną  z  tych  swoich 
niezapowiedzianych  i  niewyjaśnionych  eskapad,  zabrała  ze  sobą  sakiewkę  pełną  suszonego 
łososia  i  tak  zwanych  łososiowych  jagód,  i  wyruszyła  samotnie  na  południowy  zachód,  do 
Sterczącego Wzgórza, odległego o wiele mil od miasta. 

U stóp góry znajdowało się przepiękne źródełko, a przy nim ścieŜka z mnóstwem czyichś 

ś

ladów.  Czekała  pod  wierzbą,  obok  przejrzystej  sadzawki  i  juŜ  po  chwili  nadbiegł  Koń.  Był 

wspaniały,  o  miedzianoognistej  skórze,  długich,  silnych  nogach,  szerokiej  klatce,  ciemnych 
oczach i czarnej grzywie, która biła go w biegu po grzbiecie. 

Zatrzymał się, zupełnie nie przestraszony, i spojrzawszy na nią, prychnął. 
- Kim jesteś? 
Nikt  w  mieście nigdy jej tego pytania nie zadał. Teraz wiedziała juŜ, Ŝe to prawda: Koń 

przybył tu z innymi ludźmi, z ludźmi, którzy musieli wzajemnie się pytać, kto kim jest. 

- Mieszkam u Kojoty - odparła ostroŜnie. 
- A tak, słyszałem o tobie - rzekł Koń. Przyklęknął, by napić się z sadzawki. 
Pił długimi, głębokimi łykami, nurzając ręce w chłodnej wodzie. Kiedy się juŜ napił, otarł 

usta, przysiadł na piętach i oznajmił: 

- Będę królem. 
- Królem koni? 
-  Tak  jest!  Całkiem  niedługo.  Mógłbym  juŜ  wykończyć  Starego,  ale  co  tam,  zaczekam. 

Niech się nacieszy tym, co ma - powiedział Koń. Zarozumiały. 

Wielkoduszny. 
Dziecko wpatrywało się weń, zakochane na wieki. 
- Mogę ci uczesać grzywę, jeśli chcesz - zaproponowało. 
-  Świetnie!  -  stwierdził  Koń  i  usiadł,  a  ona  stała  za  nim,  ciągnąc  z  wysiłkiem  swój 

kieszonkowy grzebyczek przez jego twarde, na jard długie, czarne, lśniące włosy. 

Długo trwało, zanim rozczesała wszystkie. Kiedy juŜ była gotowa, związała je wierzbową 

witką w olbrzymi koński ogon. Koń nachylił się nad wodą, Ŝeby podziwiać swe odbicie. 

- Wspaniale - pochwalił. - Naprawdę pięknie! 
- Czy czasem chodzisz tam... gdzie są inni ludzie? - zapytała cicho. 
Nie  odpowiadał  na  tyle  długo,  Ŝe  juŜ  myślała,  iŜ  wcale  nie  odpowie,  lecz  wtem  się 

odezwał: 

- Masz na myśli te miejsca z metalu? Ze szkła? Te dziury? Bywam w tamtych okolicach. 

Teraz tam same mury. Kiedyś nie było ich tak wiele. Babka mówiła, Ŝe dawniej w ogóle nie było 
murów. Znasz Babkę? - zapytał naiwnie< spoglądając na dziecko wielkimi, ciemnymi oczyma. 

- Twoją babkę? 
- No tak... Babkę, no wiesz... Tą, która snuje pajęczynę. No, wszystko jedno. 
Wiem, Ŝe trochę moich ludzi, koni, teŜ tam jest. Widziałem ich za murami. 
Zachowują  się  po  wariacku.  Wiesz,  sprowadziliśmy  tu  nowych  ludzi.  Nie  doszliby  tutaj 

bez  nas,  bo  mają  tylko  dwie  nogi  i  te  metalowe  pudełka.  Mogę  ci  opowiedzieć  całą  tę  historię. 
Król musi znać wszystkie historie. 

- Bardzo lubię róŜne historie. 
- Całe opowiadanie zajęłoby trzy noce. Co chcesz o nich wiedzieć? 
- Właśnie sobie myślałam, Ŝe moŜe powinnam tam pójść. Tam do nich. 
- To niebezpieczne. Naprawdę niebezpieczne. Nie moŜna się tam dostać. Złapią cię. 
- Chciałabym tylko znać drogę. 
-  Drogę  to ja znam  - powiedział Koń i po raz pierwszy zabrzmiało to zupełnie dorośle  i 

odpowiedzialnie. Wiedziała, Ŝe to prawda. - Dla młodego konia to kawał drogi. - Znów spojrzał 

background image

na  nią.  -  Mam  kuzynkę,  która  jedno  oko  ma  w  jednym  kolorze,  a  drugie  w  innym  -  rzekł, 
przenosząc wzrok z prawego oka dziecka na lewe. - Jedno brązowe, a drugie niebieskie. Ale ona 
jest Paluzyjką. 

- To Ŝółte zrobił mi Sójek - wyjaśniło dziecko. - Straciłam swoje własne. W tym... kiedy... 

Myślisz, Ŝe nie mogłabym się tam dostać? 

- A po co? 
- Jakoś tak czuję, Ŝe muszę. 
Koń kiwnął głową. Podniósł się. Dziewczynka stała bez ruchu. 
- Sądzę, Ŝe mógłbym cię tam zabrać - stwierdził. 
- Mógłbyś? Kiedy? 
-  Myślę,  Ŝe  choćby  i  teraz.  Jak  juŜ  zostanę  królem,  nie  będę  mógł  tak  sobie  odchodzić, 

rozumiesz sama. Trzeba chronić kobiety. No i z całą pewnością nie pozwoliłbym swoim ludziom 
zbliŜać  się  do  tych  miejsc!  -  Dreszcz  przeszedł  przez  całe  jego  wspaniałe  ciało,  a  mimo  to 
odrzucając głowę dodał: - Oczywiście, mnie nie daliby rady złapać, ale inni nie umieją tak biegać 
jak ja. 

- Ile czasu by nam to zajęło? 
Koń chwilę się zastanawiał. 
-  Hm,  najbliŜsze  takie  miejsce  jest  za  czerwonymi  skałkami.  Gdybyśmy  ruszyli  teraz, 

bylibyśmy z powrotem jutro koło południa. To tylko mała dziura. 

Nie wiedziała, co miał na myśli mówiąc ”dziura”, ale nie zapytała go o to. 
- Chcesz się tam wybrać? - spytał Koń, odrzucając w tył zebraną w węzeł grzywę. 
- Tak... - powiedziała dziewczynka, czując jak ziemia usuwa się jej spod nóg. 
- Umiesz biegać? 
Potrząsnęła głową. 
- Ale sama tu przyszłam. 
Roześmiał się, swobodnym, pogodnym śmiechem. 
- Wskakuj - rzucił i ukląkł, zginając wykręcone do tyłu ręce, by mogła mu wejść na barki 

jak przy pomocy strzemion. - Jak cię nazywają? - droczył się z nią, podnosząc się z łatwością i z 
miejsca ruszając biegiem. - Komar? Mucha? Pchła? 

-  Kleszcz,  bo  nie  dam  się  oderwać!  -  krzyknęła,  ściskając  wierzbową  witkę,  oplatającą 

czarną  grzywę.  Śmiała  się  ze  szczęścia,  Ŝe  oto  nagle  urosła  na  osiem  stóp  i  na  podobieństwo 
trawy, nie kiwając palcem, gna przez pustynię jak wiatr. 

Była  noc  po  pełni.  KsięŜyc  wstał,  by  oświetlić  im  równinę.  Koń  nieprzerwanie  biegł 

przed  siebie,  zdawało  się,  Ŝe  bez  Ŝadnego  wysiłku.  Głęboką  nocą  zatrzymali  się  w  obozowisku 
Sowy Pigiriejki. Trochę podjedli i odpoczęli. Większość sów udała się na polowanie, lecz pewna 
stara dama zabawiała ich przy ognisku opowiadaniem historyjek o duchu świerszcza i o wielkich 
niewidzialnych ludziach. 

Dziewczynka słuchała tych przypowieści, to zapadając w drzemkę, to na wpół budząc się 

i  znów  zasypiając,  jak  gdyby  wplatała  je  we  własne  sny.  Później  Koń  posadził  ją  sobie  na 
grzbiecie i niemęczącym wolnym kroczkiem ruszyli w drogę. 

KsięŜyc  chował  się  za  ich  plecami,  a  przed  nimi  niebo  jaśniało  juŜ  złotem  i  róŜem. 

Zniknął lekki, nocny wiatr, a powietrze było ostre, zimne i nieruchome. 

Pachniało,  czy  raczej  niosło  w  sobie  delikatny  zapach  spalenizny.  Dziecko  czuło,  jak 

zmienia się krok Konia, jak staje się napięty, skrępowany. 

- Cześć, KsiąŜę! - odezwał się czyjś cienki, ganiący głos. 
Dziewczynce wydał się znajomy i połączyła go z osobą, jak tylko ją ujrzała. 
Tamta siedząca na jałowcu; schludnie ubrana, miała na głowie starą” czarną czapkę. 

background image

-  Witaj,  Sikoro!  -  odpowiedział  Koń,  podchodząc  bliŜej  i  zatrzymując  się  przy  drzewie. 

Jeszcze  w  miasteczku  Kojoty  dziewczynka  zauwaŜyła,  Ŝe  wszyscy  traktowali  Sikorę  z 
szacunkiem.  Nie  rozumiała  dlaczego.  Sikora  zdawała  się  być  kimś  najzwyklejszym  w  świecie; 
ruchliwa i gadatliwa jak większość małych ptaków, nie była tak przymilna jak Przepiórka, ani tak 
imponująca jak Jastrząb czy Wielka Sowa. 

- Wybierasz się gdzieś tą drogą? - zapytała Sikora Konia. 
-  Mała  chce  zobaczyć  czy  mieszkają  tam  jej  ludzie  -  odparł  Koń,  zaskakując  tym 

dziewczynkę. Czy rzeczywiście tego chciała...? 

Sikora, jak to się jej często zdarzało, sprawiała WraŜenie niezadowolonej. W zamyśleniu 

zagwizdała kilka dźwięków - to teŜ naleŜało do jej przyzwyczajeń - po czym wstała. 

- Idę z wami. 
- Wspaniale - rzekł Koń z wdzięcznością. 
- Lecę na zwiad - oznajmiła Sikora i z niebywałą szybkością odleciała, wysforowując się 

przed nich, gdy tymczasem Koń wpadł w swój równy, długi krok. 

Kwaśny  zapach  w  powietrzu  przybrał  na  sile.  Sikora  zatrzymała  się  na  niewielkim 

wzniesieniu,  daleko  przed  nimi  i  zamarła  w  bezruchu.  Koń  zwolnił  do  kroku  spacerowego  i 
wreszcie stanął. 

- Jest - powiedziała cicho. 
Dziewczynka  wypatrywała  oczy.  W  dziwnym  świetle  i  lekkiej  mgle  poprzedzającej 

wschód  słońca  nie  widziała  zbyt  wyraźnie,  a  kiedy  tak  wytęŜała  wzrok,  zdawało  się  jej,  Ŝe  na 
lewe oko całkiem oślepła. 

- Co to takiego? - wyszeptała. 
- Jedna z dziur. Po drugiej stronie muru. Widzisz? 
Wyglądało  to  tak,  jakby  biegła  tam  jakaś  prosta,  urywana  linia  przeciągnięta  przez 

równinę bylicy, a na jej odległym końcu... Nic? CzyŜby to mgła? Coś tam się ruszyło... 

- To bydło! - zawołała. 
Koń stał w milczeniu, niepewny. Sikora juŜ do nich wracała. 
- To ranczo. A tam jest płot i mnóstwo herefordów - powiedziała dziewczynka. 
Słowa  te  nabrały  w  jej  ustach  smaku  Ŝelaza,  smaku  soli.  Nazwane  przez  nią  rzeczy 

zachwiały  się  przed  jej  oczyma  i  rozpłynęły,  nie  zostawiając  nic  tylko  dziurę  w  świecie, 
wypalone miejsce, jak popiół z papierosa. - Podejdź tam - ponaglała Konia. Chcę to zobaczyć. 

Jakby winien jej był posłuszeństwo, ruszył przed siebie. Był spięty, ale nie próbował z nią 

dyskutować. 

Podfrunęła do nich Sikora. 
-  Nikogo  nie  ma  -  informowała  swym  cienkim,  oschłym  głosem  -  ale  zbliŜa  się  jeden  z 

tych obłych szybkich przedmiotów. 

Koń  skinął  głową,  lecz  nadal  parł  do  przodu.  Kurczowo  trzymając  się  jego  barków, 

dziewczynka  wpatrywała  się  w  pustkę.  I  naraz,  jakby  słowa  Sikory  wyostrzyły  jej  wzrok,  znów 
zobaczyła:  rozsypane  białe  twarze  -  niektóre  z  nich  spoglądały  w  ich  stronę,  przewracając 
niebieskawymi  oczyma  -  ogrodzenia,  na  wzgórzu  dach  domu  z  kominem,  i  wysoką  stodołę... 
Nagle,  gdzieś  w  oddali  coś  się  poruszyło,  poruszyło  się  i  zaczęło  bardzo  szybko  biec,  coraz 
szybciej i szybciej, zbyt szybko, pędziło nad ziemią, dokładnie na nich, z potworną prędkością. 

- Uciekaj! - wrzasnęła. - Uciekaj! Uciekaj! 
Koń zawrócił i jakby puściły wszelkie pęta, gnał maksymalnie wyciągnięty w powietrzu, 

wyrzucając  nogi  daleko  przed  siebie.  Uciekał  od  słońca,  od  ogniście  płonącego  pojazdu,  od 
zapachu  kwasu,  Ŝelaza,  śmierci.  A  Sikora  frunęła  przed  nimi  niczym  popiół  unoszony 
podmuchem świtu. 

background image

- Koń?! - dziwowała się Kojota. - Ten kutas? Pierniczysz! 
Kojota  była  juŜ  w  domu,  gdy  dziewczynka  dotarła  do  Chwilutki,  ale  najwyraźniej  nie 

martwiła się o dziecko, moŜe nawet nie spostrzegła jego nieobecności. Miała paskudny nastrój i 
wszystko to, co dziewczynka usiłowała jej wyjaśnić, rozumiała opacznie. 

- Jeśli masz zamiar robić takie głupoty, w przyszłości rób je ze mną. Ja przynajmniej mam 

w  tym  wprawę  -  rzekła  ponuro,  przygarbiona  za  drzwiami.  Dziecko  widziało,  jak  Kojota  kuca, 
jak  dźga  patykiem  stary,  biały  bobek  i  usiłuje  nakłonić  go  do  odpowiedzi  na  jakieś  pytania. 
Bobek uparcie milczał. Później tego dnia dziewczynka zauwaŜyła, Ŝe w pobliŜu źródła snują się 
dwa kojoty. Jeden był młody, drugi stary, o dość parszywym wyglądzie. Kręciły się i spoglądały 
w stronę Chwilutki. 

Dziewczynka postanowiła, Ŝe dobrze będzie tę noc spędzić gdzieś poza domem. 
Wizja zatłoczonych pokojów Wiewiórki nie wydała się jej atrakcyjna. Znów zapowiadała 

się ciepła, księŜycowa noc. DlaczegóŜ by nie przespać się na dworze? 

Gdyby tylko mogła mieć pewność, Ŝe nie przyplącze się gdzieś w pobliŜe nikt w rodzaju 

Grzechotnika... Niezdecydowanie stanęła w połowie miasta, gdy nagle odezwał się oschły głosik: 

- Cześć, Dziewczyno. 
- Cześć, Sikoro. 
Schludna  kobieta  w  czarnej  czapce  stała  na  progu  swego  domu,  wytrzepując  chodnik. 

Dom  był  równie  uporządkowany  i  schludny  jak  ona  sama.  Po  wyprawie  na  pustynię  dziecko 
wiedziało  juŜ  -  choć  nadal  nie  umiałoby  tego  ująć  w  słowa  -  dlaczego  Sikora  naleŜała  do  osób 
Szanowanych. 

- Pomyślałam sobie, Ŝe moŜe dziś będę spać na dworze... - rzuciła niepewnie. 
- Niezdrowo - stwierdziła Sikora. - A od czego są gniazda? 
- Mama jest... trochę zajęta. 
- Hm! - prychnęła Sikora i z oburzeniem strzepnęła chodnik. - A ci jej mali przyjaciele? 

To są w kaŜdym razie porządni ludzie. 

- Mały Rogaty Ropuch? Ma takich nieśmiałych rodziców... 
- No cóŜ. Skoro tak, to wejdź do środka i posil się - rzekła Sikora. 
Dziewczynka  pomagała  jej  przygotować  kolację.  Wiedziała  juŜ,  dlaczego  w  garnku  są 

kamienie. 

- Pani Sikoro - zaczęła - wciąŜ tego nie rozumiem... Czy mogę spytać? Mama mówi, Ŝe to 

zaleŜy od patrzącego, ale mimo to... Chcę powiedzieć, Ŝe skoro widzę, Ŝe nosicie ubrania tak jak 
my,  ludzie  na  dwóch  nogach,  to  jak  to  się  dzieje,  Ŝe  gotujecie  w  taki  sposób,  w  koszykach, 
rozumie  pani...  No  i  nie  uŜywacie  takich  rzeczy,  jakie  mają  ci,  u  których  byliśmy  dziś  rano  z 
Koniem. 

-  Nie  wiem  -  odparła  Sikora.  We  wnętrzu  domu  jej  głos  brzmiał  całkiem  ciepło  i 

przyjemnie. - Wydaje mi się, Ŝe robimy wszystko tak, jak to robiliśmy dawniej, kiedy twoi ludzie 
i moi Ŝyli razem, wiesz. I razem ze wszystkim dokoła. No rozumiesz, z kamieniami, roślinami i 
tak dalej. - Spojrzała na koszyk z wierzbowych witek, korzenia paproci i Ŝywicy, i na sczerniałe 
kamienie, które grzały się w ogniu. - Sama widzisz, jak to wszystko do siebie pasuje... 

- Ale macie ogień... To całkiem inaczej niŜ...? 
-  Ach!  -  rzuciła  niecierpliwie  Sikora.  -  CóŜ  wy  ludzie  właściwie  sobie  wyobraŜacie? 

Zdaje się wam, Ŝe to wy wynaleźliście słońce? 

Wzięła  drewniane  szczypce  i  ująwszy  rozgrzane  kamienie,  wrzuciła  je  do  wypełnionego 

wodą  koszyka;  buchnęła  para,  rozległ  się  przeraźliwy  syk  i  głośny  bulgot.  Dziecko  wsypało  do 
ś

rodka utłuczone nasiona i zamieszało. 

Sikora  wyniosła  kosz  drobnych  czarnych  jagód.  Usiadły  na  dopiero  co  wytrzepanym 

background image

chodniku  i  jadły.  Dziewczynka  znacznie  juŜ  udoskonaliła  technikę  nabierania  jedzenia  dwoma 
palcami. 

- CóŜ, moŜe pyłu nie wymyśliłam, ale jestem lepszą kucharką niŜ  Kojota - odezwała się 

Sikora. 

Dziecko skinęło głową, nie przerywając jedzenia. 
- Nie wiem, dlaczego zmusiłam Konia, Ŝeby mnie tam zabrał - powiedziała dziewczynka, 

kiedy  juŜ  się  najadła.  -  Kiedy  to  zobaczyłam,  zlękłam  się  tak  samo  jak  on.  Ale  teraz  czuję,  Ŝe 
znów chciałabym  tam wrócić. Ale teŜ chcę zostać tutaj, z moimi przyjaciółmi, z Kojotą... Nic z 
tego nie rozumiem. 

-  Kiedy  mieszkaliśmy  razem,  wszystko  to  było  jednym  miejscem  -  zaczęła Sikora swym 

niespiesznym,  domowym  głosem.  -  Ale  teraz  ci  inni,  ci  nowi ludzie, mieszkają osobno. I te ich 
miejsca  są  takie  przytłaczające. Wpychają się na  nasze tereny, wciskają, wyrywają  je, wysysają, 
wyŜerają  je,  wygryzają  w  nich  dziury,  przepełniają...  Niewykluczone,  Ŝe  jeszcze  trochę,  a  znów 
będzie tylko jedno miejsce, ich miejsce na ziemi. A z nas nikt tu juŜ nie zostanie. Znałam kiedyś 
Bizona,  tam  za  górami.  Znałam  Antylopę,  mieszkała  tutaj.  O  tam,  na  zachodzie  byli  teŜ 
Niedźwiedź Grizzly i Szary Wilk. Nie ma ich juŜ. Nikogo z nich nie ma. A ten łosoś, którego jesz 
w  domu  Kojoty...  To  jest  bajkowy  łosoś,  to  jest  prawdziwe  jedzenie.  Ale  ile  takich  jeszcze 
zostało?  Gdzie  są  te  rzeki,  które  aŜ  czerwieniały  na  wiosnę?  Kto  teraz  tańczy,  gdy  Pierwszy 
Łosoś składa siebie w ofierze? Kto tańczy nad rzeką? O! O to właśnie powinnaś zapytać Kojotę. 

Ona wie więcej ode mnie. Ale ona zapomina... Jest zupełnie beznadziejna, jeszcze gorsza 

od  Kruka.  Musi  wciąŜ  sikać  na  kaŜdym  rogu,  okropnie  prowadzi  dom  -  głos  Sikory  zabrzmiał 
ostro. Zagwizdała coś krótko i zamilkła. 

Po chwili dziecko zapytało cicho: 
- Kto to jest Babka? 
-  Babka...  -  powtórzyła  Sikora.  Spojrzała  na  dziewczynkę  i  w  zamyśleniu  zjadła  kilka 

jagód.  Wygładziła  ręką  chodnik,  na  którym  siedziały.  -  Gdybym  rozpaliła  ogień  na  chodniku, 
wypaliłabym w nim dziurę - zaczęła. - Zgadza się? A zatem ogniska budujemy na piasku, w pyle 
drogi...  Wszystko  jest  ze  sobą  splecione.  A  więc  tę,  która  jedno  z  drugim  splata,  nazywamy 
Babką. - Zagwizdała cztery dźwięki, wpatrując się w otwór w dachu, którym uchodził dym. - W 
końcu  -  dodała  -  być  moŜe  całe  to miejsce, moŜe i inne miejsca... moŜe  wszystko to razem jest 
tylko jedną stroną tego, co się przędzie? Nie wiem. Umiem patrzeć raptem jednym okiem naraz, 
więc skąd miałabym wiedzieć, jak głęboko to sięga? 

Zawinięta  w  koc  Sikory  na  podwórku  za  jej  domem,  dziewczynka  słuchała  szumu  i 

zrywów  wiatru  w  topolowym  zagajniku  w  dole  kotlinki.  A  potem,  zmordowana  minioną,  jakŜe 
długą  nocą,  głęboko  zasnęła.  Góry  na  wschodzie  nabrały  barwy  mglistej,  ciemnej  czerwieni, 
jakby  podświetlało  je  z  tyłu  nisko  zawieszone  światło  podobne do tego, które widać przez  dłoń 
trzymaną  przed  ogniem.  Na  tytoniowym  poletku  -  jedynym  rolniczym  zajęciem,  jakim 
ktokolwiek się tam parał, była drobna uprawa dzikiego tytoniu - Jaszczurka z śukiem nuciły coś 
w rodzaju pieśni na szybsze wzejście zbiorów, bądź na ich błogosławienie. Brzmiało to jak ciepłe 
i  cokolwiek  chaotyczne  hu-hu-hu-hu,  hu-hu-hu-hu,  i  leŜąc  tak  zwinięta  i  rozgrzana  na  ziemi 
dziewczynka  czuła,  jak  pod  wpływem  ich  pieśni  w  ziemię  tę  wrasta,  jak  się  na  niej  i  w  niej 
kołysze  tak,  Ŝe  nie  wiedziała  juŜ,  gdzie  kończą  się  jej  palce,  a  zaczyna  pył  podłoŜa.  Zupełnie 
jakby była martwa... Ale przecieŜ Ŝyła, była Ŝyciem tej planety! 

Wstała  tańcząc,  w  gnieździe  Sikory,  na  pustym  juŜ  łóŜku  zostawiła  elegancko  zwinięty 

koc  i  tanecznym  krokiem  wspinała  się  na  wzniesienie,  do  Chwilutki.  W  na  wpół  otwartych 
drzwiach zaśpiewała: 

Tańczyłem  z  dziewczyną  w  dziurawej  pończosze,  Dziurawej  pończosze,  dziurawej 

background image

pończosze, jej kolana stukały, a pięty tupały, Tańczyłem w świetle księŜyca! 

Wyszła  Kojota.  Rozczochrana,  ledwie  trzymając  się  na  nogach,  przyjrzała  się  dziecku 

spod zmruŜonych powiek. 

- Cholera... - mruknęła. Wyssała coś spomiędzy zębów i skierowała się do czerpaka przy 

drzwiach,  by  schlapać  sobie  wodą  całą  głowę.  Otrząsnęła  się;  na  wszystkie  strony  posypał  się 
deszcz  kropel.  -  Wynieśmy  się  stąd  -  rzuciła.  -  Mam  tego  dosyć.  Nie  wiem,  co  mnie  napadło. 
Jeśli jestem w ciąŜy, w moim wieku... A niech to szlag! Wynośmy się z miasta. Potrzebuję jakiejś 
odmiany. 

W  zatęchłym  mroku  chaty  dziewczynka  dojrzała  co  najmniej  dwa  głośno  chrapiące 

kojoty; leŜały rozciągnięte na łóŜku i na podłodze. 

Kojota podeszła do starego, białego bobka i przykopała mu. 
- Dlaczego mnie nie powstrzymałeś?! - krzyknęła. 
- Mówiłem ci - odmruknął bobek, nadąsany. 
- Głupie gówno! - burknęła Kojota. - Chodź, Dziewczyno. Idziemy. 
- Dokąd? Nie czekała na odpowiedź. - JuŜ wiem. Chodź! 
I  ruszyła  przez  miasto  tym  swoim  niby  leniwym,  wyciągniętym  chodem,  za  którym  tak 

trudno  było  nadąŜyć.  Ale  dziecko  kipiało  wigorem  i  szło  za  nią  tańcząc,  tak  Ŝe  i  Kojota  teŜ 
zaczęła  tańczyć  i  podskakiwać,  kręcić  piruety  i  wygłupiać  się  całą  drogę  w  dół  zbocza,  aŜ  do 
rozległych  równin.  Tam  skręciła  na  północny-wschód.  Końska  Góra  została  za  ich  plecami, 
malejąc gdzieś w oddali. 

Około południa dziewczynka powiedziała: 
- Nie wzięłam niczego do jedzenia. 
- Coś się znajdzie - uspokoiła ją Kojota. - Na pewno. I bardzo niedługo zboczyła z drogi, 

trafiając  wprost  do  maleńkiego,  szarego  szałasu  ukrytego  za  dwoma  na  wpół  uschniętymi 
jałowcami i kępką zajęczego szczawiu. Cuchnęło tam okropnie. 

Napis  u  wejścia  głosił:  Lis.  Teren  prywatny.  Obcym  wstęp  wzbroniony,  ale  Kojota 

jednym  pchnięciem  otworzyła  drzwi,  weszła  i  zaraz  potem  stamtąd  wytruchtała,  przynosząc 
połówkę nieduŜego, wędzonego łososia. 

- Nikogo w domu prócz nas nieboraczków - stwierdziła ze słodkim uśmiechem. 
- Czy to nie jest kradzieŜ? - spytało dziecko, zaniepokojone. 
- Tak - odparła Kojota, nie zmieniając kroku. 
Przy  wyschniętym  potoku  zjadły  pachnącego  lisem  łososia,  trochę  się  zdrzemnęły  i 

ruszyły  w  dalszą  drogę.  Niedługo  później  dziecko  poczuło  ów  kwaśnopiekący  zapach  i 
zatrzymało się. 

Dziewczynka  miała  wraŜenie  jakby  czyjaś  wielka,  cięŜka  ręka  naciskała  jej  na  pierś,  i 

jakby ją odpychała, a jednocześnie ogarnął ją jakiś silny i obezwładniający prąd, który ciągnął ją 
mocno do przodu. 

-  Hej,  juŜ  się  zbliŜamy!  -  oznajmiła  Kojota  i  stanęła,  Ŝeby  wysikać  się  pod  uschniętym 

jałowcem. 

- Do czego? 
-  Do  ich  miasta.  Widzisz?  -  Wyciągnęła  rękę  w  stronę  nakrapianych  szałwią  pagórków. 

Między nimi rozciągała się przestrzeń szarawej pustki. 

- Nie chcę tam iść. 
- Nie wejdziemy do środka. Nie ma mowy! Podejdziemy tylko trochę i popatrzymy. 
Mówię ci, to prawdziwa zabawa! - obiecywała Kojota,  przymilnie przechylając głowę w 

bok. - Oni tyle dziwnych rzeczy wyrabiają w powietrzu! 

Dziecko ociągało się. Kojota przybrała wyraz twarzy osoby odpowiedzialnej i znającej się 

background image

na rzeczy. 

-  Będziemy  bardzo  ostroŜne  -  oznajmiła.  -  I  będziemy  się  wystrzegać  duŜych  psów, 

zgoda? Z małymi umiem dać sobie radę. No to co, juŜ dobrze? Zatem w drogę! 

Kojota  ruszyła  i  nie  odwracając  się,  szła  przodem.  Pozornie  była  jak  zwykle  niedbała, 

wciąŜ powłóczyła nogami, ale głowę niosła wysoko, z napiętą czujnością, a w jej Ŝółtych oczach 
pojawiły się równie spięte błyski. 

Dziewczynka poszła za nią. 
Ciśnienie  wokół  nich  rosło.  Było  to  tak,  jakby  samo  powietrze  na  nie  napierało,  jakby 

czas  biegł  zbyt  szybko,  zbyt  gwałtownie,  jakby  nie  płynął,  a  cięŜko  łomotał,  coraz  szybciej, 
mocniej,  aŜ  wreszcie  zaczął  terkotać  jak  kołatka  Grzechotnika.”śpieszcie  się,  śpieszcie!”  - 
mówiło  wszystko  wokół.”Śpieszcie  się,  nie  ma  czasu!”  -  wołało.  Coś  mijało  je  pędem,  z 
krzykiem i dreszczem. Coś odwracało się, błyskało, ryczało, cuchnęło, znikało. W polu widzenia 
pojawił się jakiś chłopiec, zupełnie nagle, pojawił się tyle Ŝe nie na ziemi, nie, poruszał się parę 
cali  nad  nią,  bardzo  szybko  wyginając  nogi  w  bok  w  Jakimś  szalonym,  kołyszącym  się  tańcu... 
Pojawił  się  i  naraz...  zniknął.  Dwadzieścioro  dzieci  siedziało  rzędami  w  powietrzu  i  piskliwie 
ś

piewało,  gdy  wtem  przywaliły  je  ściany.  Koszyk,  nie,  garnek,  nie,  to  metalowy  pojemnik, 

pojemnik na śmieci wypełniony łososiem o cudownym zapachu, nie, cuchnący jelenimi skórami i 
zgniłymi kapuścianymi głąbami... Trzymajcie się od tego z dala! Kojota! GzieŜ ona jest? 

- Mamo! - krzyknęło dziecko. - Mamo! - wołało, stojąc przez moment u wylotu zwykłej 

uliczki  małego  miasta,  opodal  stacji  benzynowej,  a  juŜ  w  następnej  chwili  pogrąŜając  się  w 
przeraŜającej  ciemności,  wśród  niewidocznych  murów,  okropnych  zapachów,  napierającego 
ciśnienia,  wszechogarniającego  porywu  Czasu,  który  po  prostu  toczył  je  bezradne  niczym 
gałązkę ścigającą się z wodospadem. 

Dziewczynka spięła się w sobie i trwała tak, usiłując utrzymać równowagę. 
- Mamo! 
Kojota znalazła się przy duŜym koszu z łososiem. ZbliŜała się doń ostroŜnie, ale była na 

odkrytej przestrzeni, w pełnym słońcu, na pełnym wietrze! Tymczasem z długiego, porośniętego 
szałwią  stoku  wzniesienia  na  tyłach  stacji  schodzili  chłopiec  i  męŜczyzna.  Szli  pod  wiatr. 
Obydwaj w czerwonych kapeluszach, obydwaj mieli strzelby. Myśliwi. Był czas zabijania. 

-  Ty,  spójrz  no  tylko  na  tego  cholernego  kojota!  W  biały  dzień,  no!  Wielki  jak  dupsko 

mojej Ŝony! - powiedział męŜczyzna, odwiódł kurek, wymierzył i strzelił. 

Tymczasem  Myra  puściła  się  z  wrzaskiem  pod  prąd  ogromnego,  zatapiającego  wszystko 

strumienia. Kojota minęła ją w pędzie, krzycząc: 

- Wyrywaj stąd! - Odwróciła się i juŜ jej nie było. 
Daleko  od  miasta,  niewidoczne,  bo  ukryte  w  małej  kotlince  między  niskimi 

wzniesieniami,  siedziały  i  łapały  ogromne,  rozdzierającymi  płuca  hausty  powietrza.  Upłynęło 
sporo czasu, nim mogły oddychać bez trudu. 

- Mamo, aleŜ to było głupie! - powiedziało z wściekłością dziecko. 
- Rzeczywiście - zgodziła się Kojota. - Ale czy ty widziałaś to Ŝarcie? 
- Nie jestem głodna - rzekła dziewczynka markotnie. - Nie chcę jeść, dopóki stąd daleko 

nie odejdziemy. 

- Ale przecieŜ to twoi ludzie! - zaczęła Kojota. - Cali twoi! Z krwi i kości! 
Kuzyni i pociotkowie! Pif! Paf! O, jest Kojota! Pif! Wielka jak dupsko mojej Ŝony! Paf! 

O, tam coś się rusza! Pif! Pif! Strzelaj, stary! Paf! Paf! 

- Chcę do domu - oznajmiło dziecko. 
-  Jeszcze  nie  -  rzekła  Kojota.  -  Muszę  się  wysrać.  -  Zrobiła,  co  miała  zrobić,  a  potem 

odwróciła się do świeŜego bobka i nachyliła nad nim. - Mówi, Ŝe mam tu zostać - relacjonowała 

background image

z uśmiechem. 

- Nic nie mówi! Słuchałam! 
- Ty akurat wiesz, co rozumieć! I tak wszystko słyszysz, panno Gumowe Ucho? 
Patrzcie  no  tylko,  wszystko  słyszy,  wszystko  widzi  tym  swoim  kaprawym,  gumowym 

okiem... 

- Ty teŜ masz oczy z Ŝywicy! Sama mówiłaś. 
- To bujda - warknęła Kojota. - Nie umiesz nawet poznać, kiedy usłyszysz jakąś bzdurę. 

Wiesz  co?  Rób,  co  chcesz!  To  wolny  kraj.  Ja  tu  zostaję  na  noc.  Lubię,  jak  coś  się  dzieje.  - 
Usiadła  na  ziemi  i  zaczęła  wystukiwać  w  kurzu  jakiś  cichy-rytm  w  tempie  na  cztery  czwarte. 
Nuciła pod nosem jedną z tych niekończących się pieśni tocz melodii, które zwalniały bieg czasu, 
wplatały  się  w  korzenie  drzew,  w  krzaki,  paprocie  i  w  trawy,  tworząc  pajęczynę,  która 
przytrzymywała strumień w naleŜnym mu korycie, i skałę na właściwym miejscu, a wszystko to 
razem łączyła z ziemią. A dziecko leŜało, słuchając. 

- Kocham cię... - powiedziała dziewczynka. 
Kojota śpiewała. 
Słońce  skryło  się  za  ostatnim  wzgórzem  na  zachodzie  i  zostawiło  za  sobą  bladozieloną 

jasność nad pustynnymi pagórkami. 

Kojota zamilkła. Pociągnęła nosem. 
-  Hej!  -  OŜywiła  się.  -  Kolacja.  -  Wstała  i  pobiegła  wzdłuŜ  małej  kotlinki.  -  No!  - 

zawołała cicho, odwracając głowę. - Rusz się! 

Sztywno,  bowiem  lodowaty  strach  jeszcze  nie  rozpuścił  się  w  jej  stawach,  dziewczynka 

podniosła  się  i  podeszła  do  Kojoty.  Jakby  na  przedłuŜeniu  zbocza  najbliŜszego  pagórka  widać 
było  jedną  z  tych  linii  -  ogrodzenie.  Nie  patrzyła  tam.  Nic  im  nie  zagraŜało.  Znajdowały się po 
jego zewnętrznej stronie. 

- Spójrz tylko! 
Na  nieduŜej  macie  z  cedrowej  kory  leŜał  wędzony  łosoś,  najprawdziwszy  łosoś  z  Gór 

Skalistych! 

-  Ofiara!  Niech  skonam!  -  Na  Kojocie  zrobiło  to  takie  wraŜenie,  Ŝe  nawet  nie  zaklęła.  - 

Od lat nie widziałam czegoś takiego! Myślałam, Ŝe juŜ zapomnieli! 

- Dla kogo ta ofiara? 
- Dla mnie! Dla kogóŜby innego? O rany, spójrz tylko na to! 
Dziecko podejrzliwie przyglądało się łososiowi. 
- Dziwnie pachnie. 
- Jak to dziwnie? 
- Jakby był spalony. 
- Jest wędzony, głupia ty! No to juŜ! 
- Nie jestem głodna. 
- Bardzo dobrze. I tak to nie twój łosoś, tylko mój. Ofiara dla mnie! Hej, wy tam! Ludzie! 

Ludzie, słyszycie? Kojota  wam dziękuje! Trzymajcie tak dalej, a moŜe i ja odpłacę wam kiedyś 
czymś dobrym! 

- Nie wydzieraj się tak, mamo! Nie mogą być aŜ tak daleko. 
-  Teraz  oni  wszyscy  są  moimi  ludźmi  -  oznajmiła  Kojota,  zataczając  ręką  szerokie 

półkole.  Potem  usiadła  ze  skrzyŜowanymi  nogami,  odłamała  duŜy  kawałek  łososia  i  zjadła. 
Wieczorna  Gwiazda  jarzyła  się  na  czystym  niebie  niczym  jasna  sadzawka  wody.  Tymczasem, 
bliźniacze wzgórza przyoblekły się w niewyraźną poświatę, jakby we mgle. Dziecko oderwało od 
nich wzrok i znów spojrzało na gwiazdę. 

- O, szlag by to! - jęknęła Kojota. - O cholera! 

background image

- Co się stało? 
- To nie było zbyt sprytne... Nie powinnam... Ten łosoś...  - skarŜyła się Kojota, a potem 

chwyciła się nagle za brzuch i zaczęła trząść się, wrzeszczeć i dławić. 

Oczy  uciekały  jej  w  tył  głowy,  wyrzucała  przed  siebie  swoje  długie  nogi  i  ramiona  i 

wymachiwała nimi w powietrzu, a spomiędzy zębów ściekała jej piana. 

Jej  ciało  wygięło  się  straszliwym  łukiem  w  tył,  a  gwałtowne  skurcze  wszystkich 

członków  odepchnęły  dziewczynkę,  która usiłowała przytrzymać zwierzę. Dziecko  wdrapało się 
nań  z  powrotem,  chciało  znów  przytrzymać  Kojotę,  lecz  ciało  zwierzęcia  nadal  podrygiwało  w 
skurczach, nadal skręcało się i drŜało. Wreszcie znieruchomiało. 

O wschodzie Kojota była juŜ zimna. AŜ do tej pory pod tym brązowym futrem tyle było 

ciepła, iŜ dziewczynka myślała, Ŝe Kojota moŜe-jeszcze Ŝyje, Ŝe moŜe jeśli tylko ją tak trzymać i 
ogrzewać,  Kojota  podniesie  się,  wydobrzeje.  Dziecko  przytulało  się  mocno,  nie  patrząc  na  jej 
czarne  wargi,  na  obnaŜone  zęby,  ani  na  białka  oczu.  Ale  gdy  przez  futro  przeniknęło  zimno, 
kiedy  poczuła  to  świadectwo  niechybnej  śmierci,  dziewczynka  wypuściła  z  ramion  szczupłe, 
sztywne zwłoki i zostawiła je na ziemi. 

Przeszła  na  bok  i  w  kamiennym  piasku  kotlinki,  wykopała  dziurę,  niewielkie,  płytkie 

wgłębienie. Ludzie Kojoty nie grzebali swoich zmarłych, wiedziała o tym. 

Ale  jej  ludzie  to  robili.  Przeniosła  drobne  ciało  do  dołka,  ułoŜyła  je  w  nim  i  przykryła 

swoją  biało-niebieską  chustą.  Chusta  nie  była  dość  duŜa;  wystawały  spod  niej  cztery  sztywne 
łapy.  Dziewczynka  usypała  nad  ciałem  kopczyk  z  piasku  i  kamieni,  kępek  bylicy  i  z  traw  i 
docisnęła wszystko większymi kamieniami. 

Później  z  pyłu  ziemi  i  skałek  usypała  jeszcze  jeden  kopczyk,  nad  szczątkami  zatrutego 

łososia. A potem wstała i nie oglądając się wstecz, odeszła. 

Na  szczycie  wzniesienia  stanęła  i  ponad  kotlinką  spojrzała  w  stronę  mglistego  blasku 

ś

wiateł miasta, leŜącego w dolinie między bliźniaczymi wzgórzami. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  wszyscy  umrzecie  w  bólach  -  powiedziała  na  głos.  Odwróciła  się  i 

zeszła w dół, na pustynię. 

To Sikora spotkała ją drugiego dnia, wieczorem, na północ od Końskiej Góry. 
- Nie płakałam - rzekło dziecko. 
- Nikt z nas nie płacze - odparła Sikora. - Chodź teraz ze mną, tędy. Pójdziemy do domu 

Babki. 

Jej  dom  znajdował  się  pod  ziemią,  ale  był  bardzo  duŜy,  ciemny  i  duŜy,  a  sama  Babka 

siedziała  pośrodku,  przy  swoim  tkackim  warsztacie.  Robiła  chodnik  czy  koc  ze  wzgórz  i 
czarnego, i białego deszczu, przeplatając to błyskawicami. 

Rozmawiała, nie przestając tkać. 
- Witaj, Sikoro. Witaj, Nowa Osobo. 
- Dzień dobry. Babko - powitała ją Sikora. 
- Nie jestem jedną z nich - oznajmiło dziecko. 
Oczy  Babki  były  małe  i  zamglone.  Uśmiechnęła  się  i  tkała  dalej.  Czółenko  przedzierało 

się przez osnowę. 

- A zatem. Stara Osobo - poprawiła się Babka. - Wracaj lepiej do siebie. Wnuczko. 
Tam, gdzie mieszkasz. 
- Mieszkałam z Kojotą. Kojota nie Ŝyje. Oni ją zabili. 
-  Och,  nie  przejmuj  się  Kojotą!  -  rzekła  Babka,  wydając  z  siebie  krótki,  nieco 

rozdraŜniony śmieszek. - Ciągle ją zabijają. 

Dziecko stało bez ruchu. Patrzyło na niekończącą się tkaninę. 
- No to... Czy mogłabym wrócić do domu... do jej domu? 

background image

- Nie sądzę, Ŝeby to się miało udać - stwierdziła Babka. - Aty, Sikoro? 
Sikora w milczeniu potrząsnęła głową. 
-  Będzie  tam  teraz  ciemno,  pusto,  pełno  pcheł...  Wypadłaś  z  czasu  swoich  ludzi  i 

znalazłaś  się  u  nas,  ale  myślę,  Ŝe  Kojota  chciała cię zaprowadzić z powrotem. Na swój sposób, 
rozumiesz...  Jeśli  wrócisz  teraz,  jeszcze  będziesz  mogła  z  nimi  Ŝyć.  Czy  nie  mieszka  tam  twój 
ojciec? 

Dziecko kiwnęło głową. 
- Szukali cię. 
- Szukali? 
-  O,  tak.  Od  chwili,  kiedy  spadłaś  z  nieba.  MęŜczyzna  nie  Ŝył,  ale  ciebie  przy  nim  nie 

było, więc szukali. 

- Dobrze mu tak. Dobrze im tak wszystkim - odparła dziewczynka. Zakryła dłońmi twarz 

i zaczęła strasznie płakać. Płakała bez łez. 

- Odwagi, maleńka, no, no. Wnuczko - uspokajała Pajęczyca. - Nie bój się. Będzie ci się z 

nimi  dobrze  Ŝyło.  I  wiesz,  ja  teŜ  tam  będę.  W  twoich  snach,  w  wyobraŜeniach,  ciemnych 
zakątkach piwnicy. Nie zabijaj mnie, bo ściągnę deszcz. 

- I ja zajrzę - zapewniła Sikora, - Przygotuj dla mnie ogrody. 
Dziewczynka wstrzymała oddech, zacisnęła dłonie, aŜ wreszcie łkanie ustało i pozwoliło 

jej mówić. 

- Czy zobaczę jeszcze kiedyś Kojotę? 
- Nie wiem - odpowiedziała Babka. 
Dziewczynka przyjęła to w milczeniu. Po chwili spytała: 
- Czy mogę zatrzymać oko? 
- Tak. Zatrzymaj swoje oko. 
-  Dziękuję  ci,  Babko  -  rzekła.  Odwróciła  się  i  wyruszyła  w  górę  nocnego  wzgórza,  w 

stronę kolejnego dnia. Długi czas prowadził ją w brzask poranka maleńki, lekkoskrzydły ptaszek 
w ciemnej czapeczce. 

background image

Opowieść Ŝony 

 
 
Był  dobrym  męŜem,  dobrym  ojcem.  Nie  rozumiem  tego.  Nie  wierzę.  To  się  nie  mogło 

zdarzyć.  Widziałam,  jak  to  się  stało,  ale  to  nieprawda.  NiemoŜliwe.  Był  zawsze  łagodny. 
Gdybyście go widzieli, jak się bawił z dziećmi, kaŜdy, kto by go widział z dziećmi, wiedziałby, 
Ŝ

e  nie  ma  w  nim  ani  śladu  zła,  Ŝe  jest  dobry  do  szpiku  kości.  Kiedy  go  po  raz  pierwszy 

spotkałam,  mieszkał  jeszcze  u  matki,  tam,  nad  jeziorem  Spring  Lake,  i  nieraz  widywałam  ich 
razem,  matkę  i  synów  i  myślę,  Ŝe  warto  się  zaznajomić  z  kaŜdym,  kto  jest  tak  miły  dla  swojej 
rodziny jak on. A potem zdarzyło się, Ŝe chodziłam po lesie i spotkałam go, kiedy wracał sam z 
polowania.  Niczego  nie  upolował,  nawet  myszy,  ale  go  to  wcale  nie  zmartwiło.  Po  prostu 
dokazywał,  ciesząc  się  rannym  powietrzem.  To  jedna  z  rzeczy,  które  od  razu  w nim polubiłam. 
Nie  przejmował  się,  nie  zrzędził  i  nie  skamlał,  kiedy  coś  mu  się  nie  udawało.  Zaczęliśmy  więc 
wtedy rozmawiać. I chyba wszystko się dobrze potoczyło, bo wkrótce juŜ spędzał u mnie prawie 
cały czas. A moja siostra powiedziała - bo widzicie, moi rodzice wyprowadzili się ubiegłego roku 
na południe, zostawiając nam rodzinne gniazdo - więc moja siostra powiedziała, niby drocząc się, 
ale powaŜnie: 

- No cóŜ, jeŜeli on ma zamiar tu bywać cały dzień i pół nocy, to dla mnie juŜ chyba nie 

będzie miejsca! 

I  wyprowadziła  się  kawałek  dalej.  Zawsze  byłyśmy  sobie  naprawdę  bliskie,  ona  i  ja. 

Takie  rzeczy  nigdy  się  nie  zmieniają.  Nie  przetrwałabym  tego  nieszczęsnego  okresu,  gdyby  nie 
moja siostrzyczka. 

No więc mieszkał tu. Mogę tylko powiedzieć, Ŝe był to szczęśliwy rok w moim Ŝyciu. On 

był  dla  mnie  po  prostu  dobry.  CięŜko  pracował,  nie  lenił  się,  a  w  dodatku  był  taki  duŜy  i 
przystojny. Wszystkim imponował, wiecie, mimo jego młodego wieku. Nocne spotkania w lesie; 
coraz  częściej  kazali  mu  i  prowadzić  śpiew.  Miał  taki  piękny  głos  i  zaczynał  donośnie,  a  inni 
przyłączali się do niego niskimi i wysokimi głosami. Dreszcz mnie przechodzi, kiedy teraz o tym 
pomyślę, jak to słyszałam nocami, kiedy zostawałam w domu, nie szłam na spotkanie, bo dzieci 
były jeszcze malutkie - ten śpiew wzbijający się w górę poprzez drzewa i światło księŜyca, letnie 
noce i księŜyc w pełni. Nie usłyszę juŜ nic równie pięknego. JuŜ nigdy nie zaznam takiej radości. 

Mówią, Ŝe to z powodu księŜyca. To wina księŜyca, i krwi. Miał to we krwi jego ojciec. 

Nigdy nie znałam jego ojca i teraz się zastanawiam, co się z nim stało. 

Pochodził  aŜ  z  okolic  Whitewater  i  nie  miał  tu  krewnych.  Zawsze  myślałam,  Ŝe  tam 

wróci,  ale  teraz  juŜ  nie  wiem.  Coś  się  o  nim  mówiło,  jakieś  pogłoski,  opowieści,  które  zaczęły 
krąŜyć,  kiedy  to  się  stało  z  moim  męŜem.  To  się  ma  we  krwi,  mówią,  i  moŜe  się  nigdy  nie 
ujawnić, ale jeśli juŜ, to pod wpływem zmiany księŜyca. 

Zdarza  się  to  zawsze  na  nowiu.  Kiedy  wszyscy  są  w  domu  i  śpią.  Takiego,  który  ma 

przekleństwo  we  krwi,  coś  nachodzi,  mówią,  i  on  wstaje,  bo  nie  moŜe  spać,  i  wybiega  w 
rozjarzone słońce, i wyrusza zupełnie sam - Ŝeby znaleźć takich jak on. MoŜe to i prawda, bo mój 
mąŜ tak robił. Podnosiłam się i pytałam: 

- Gdzie idziesz? A on odpowiadał: 
- Och, na polowanie. Wrócę wieczorem. 
I było to do niego niepodobne, nawet głos miał inny. Ale byłam taka śpiąca, nie chciałam 

budzić  dzieci,  a  on  taki  dobry  i  odpowiedzialny,  nie  do  mnie  naleŜało  pytać  go  „dlaczego?”  i 
„dokąd?” i takie inne. 

Więc zdarzyło się tak moŜe trzy albo cztery razy. Wracał późno, zmęczony i niemalŜe zły 

background image

jak  na  kogoś  tak  łagodnego  -  nie  chciał  nic  mówić.  Sądziłam,  Ŝe  kaŜdy  musi  się  od  czasu  do 
czasu wypuścić, a gderanie nigdy nic nie pomogło. Ale naprawdę zaczęłam się martwić. Nie tyle, 
Ŝ

e  szedł,  ile,  Ŝe  wracał  taki  zmęczony  i  obcy.  Nawet  pachniał  dziwnie.  Włosy  mi  się  od  tego 

jeŜyły. Nie mogłam wytrzymać i powiedziałam: 

- Czym cię tak czuć? Cały pachniesz! A on odpowiedział: 
-  Nie  wiem  -  wręcz  opryskliwie  i  udał,  Ŝe  śpi.  Ale  zszedł  na  dół,  kiedy  myślał,  Ŝe  nie 

widzę, i mył się i mył. Ale te zapachy zostały w jego włosach i naszym posłaniu przez wiele dni. 

A potem ta okropność. Trudno mi o tym mówić. Chce mi się płakać, kiedy muszę sobie o 

tym przypomnieć. Nasza najmłodsza, maleństwo, moje szczeniątko, odwróciło się od swego ojca. 
Z dnia na dzień. Wszedł, a ona się nagle zlękła i zesztywniała z szeroko roztwartymi oczyma, a 
potem rozpłakała się i próbowała schować za mnie. Nie bardzo jeszcze mówiła, ale powtarzała w 
kółko: 

- Niech to sobie idzie! 
Ten wyraz jego oczu, przez moment, kiedy to usłyszał. Nie chcę tego pamiętać. 
Nie mogę zapomnieć. Wyrazu jego oczu, patrzących na własne dziecko. 
Powiedziałam do małej: 
- Wstydź się, co w ciebie wstąpiło! - karcąco, ale jednocześnie tuliłam ją do siebie, bo teŜ 

się przestraszyłam. AŜ się trzęsłam ze strachu. 

Odwrócił wtedy wzrok i powiedział coś jakby: 
- Coś jej się przyśniło - i tym zbył sprawę. Albo starał się zbyć. Ja teŜ. I naprawdę byłam 

wściekła na małą, kiedy nadal przeraŜał ją śmiertelnie widok własnego taty. Ale nie mogła nic na 
to poradzić, a ja nie miałam na to wpływu. 

Trzymał się z dala przez cały ten dzień. Bo chyba juŜ wiedział. Właśnie zaczynał się nów. 
Wewnątrz  było  gorąco  i  ciasno,  i  ciemno,  i  wszyscy  juŜ  spaliśmy  jakiś  czas,  kiedy  coś 

mnie  zbudziło.  Nie  było  go  przy  mnie.  Kiedy  się  wsłuchałam,  dobiegł  mnie  lekki  ruch  w 
przejściu. Wstałam, bo dłuŜej nie mogłam juŜ tego znieść. 

Weszłam  w  korytarz;  było  w  nim  jasno  od  mocnego  światła  słonecznego  wpadającego 

przez otwór. I zobaczyłam go stojącego na zewnątrz tuŜ przy wejściu, w wysokiej trawie. Głowę 
miał zwieszoną. Usiadł, jakby znuŜony, i spojrzał na swoje nogi. 

Tkwiłam bez ruchu wewnątrz i bacznie przyglądałam się - sama nie wiem, dlaczego. 
I  zobaczyłam  to,  co  on  zobaczył.  Przemianę.  Najpierw  zaszła  w stopach. WydłuŜały się, 

kaŜda  stopa  robiła  się  dłuŜsza,  wyciągała  się,  palce  się  wyciągnęły,  stopa  wydłuŜała  się  coraz 
bardziej, mięsista i biała. I juŜ nie było na nich włosów. 

Włosy zaczęły mu znikać na całym ciele. Jakby się spiekały na słońcu i juŜ ich nie było. 

AŜ cały zrobił się biały, jak skóra na robaku. I odwrócił twarz. 

Zmieniała mu się w oczach. Coraz bardziej i bardziej płaska, usta robiły się teŜ płaskie i 

szerokie,  zęby  szczerzyły  się,  płaskie  i  tępe,  a  nos  był  juŜ  tylko  mięsistą  naroślą  z  dziurkami 
nozdrzy,  uszu  nie  miał,  oczy  zrobiły  się  niebieskie  -  niebieskie  w  białych  obwódkach  -  i 
wytrzeszczały się na mnie z tej płaskiej, rozmiękłej, białej twarzy. 

Stanął na dwóch nogach. Widziałam go, nie mogłam go nie widzieć, mojego ukochanego, 

miłego, zmienionego w tę nienawistną postać. 

Nie  mogłam się ruszyć, ale kiedy tak kuliłam się w przejściu patrząc w dzień, drŜałam i 

trzęsłam się od warczenia, które nagle wybuchło w obłędne, straszne wycie. Wycie Ŝalu i wycie 
przeraŜenia i wycie jak zew. Inni teŜ je usłyszeli, nawet przez sen i obudzili się. 

A  to  patrzyło  i  rozglądało się badawczo, to, w  co się przeobraził mój mąŜ, i przybliŜyło 

twarz do wejścia naszego domu. Mnie ciągle unieruchamiał śmiertelny strach, ale za mną dzieci 
się  obudziły  i  maleństwo  skomlało.  Wtedy  obudził  się  we  mnie  gniew  matki,  zawarczałam  i 

background image

poczołgałam się do przodu. 

To coś ludzkiego rozejrzało się. Nie miało strzelby, jak ci z ludzkich siedzib. 
Ale  podniosło  leŜącą  na  ziemi  grubą  gałąź  długą,  białą  stopą  i  wepchnęło  jej  koniec  do 

naszego  domu,  mierząc  we  mnie.  ZmiaŜdŜyłam  jej  koniec  w  zębach  i  zaczęłam  pchać  się  do 
wyjścia, bo wiedziałam, Ŝe człowiek zabije nasze dzieci, jeŜeli mu się uda. Ale moja siostra juŜ 
była blisko. Widziałam, jak biegnie na człowieka z opuszczoną głową i zjeŜoną grzywą na karku, 
z oczyma świecącymi Ŝółto jak zimowe słońce. Odwrócił się ku niej i zamachnął się gałęzią. Ale 
ja  wypadłam  z  wyjścia,  oszalała  z  matczynego  gniewu,  a  wszyscy  inni  teŜ  biegli  juŜ  w 
odpowiedzi  na  moje  wołanie,  zbierało  się  całe  stado  w  tym  upale  i  w  jarzącym  się  blasku 
południowego słońca. 

Człowiek  spojrzał  po  nas,  przeraźliwie  krzyknął  i  machnął  gałęzią,  którą  trzymał.  A 

potem  zerwał  się  i  pobiegł  w  dół  po  zboczu,  kierując  się  na  uprzątnięte  pola.  Biegł  na  dwóch 
nogach, skacząc i wymachując, a my za nim. 

Byłam ostatnia, bo wciąŜ jeszcze miłość powściągała we mnie gniew i strach. 
Biegłam,  kiedy  zobaczyłam,  jak  zwalają  go  z  nóg.  Zęby  mojej  siostry  wpiły  mu  się  w 

gardło.  Dopadłam  ich,  kiedy  ta  istota  była  juŜ  martwa.  Inni  cofali  się  od  zwłok.  Odpychał  ich 
smak  krwi  i  ten zapach. Młodsi kulili się, a niektórzy płakali, moja siostra zaś pocierała pysk o 
przednie łapy, aby pozbyć się tego smaku. Podeszłam blisko, bo myślałam, Ŝe jeśli ta rzecz jest 
martwa,  to  i  czar,  przekleństwo  musiało  się  wyczerpać  i  mój  mąŜ  wróci  -  Ŝywy,  czy  choćby 
martwy, Ŝebym tylko mogła go ujrzeć, moją miłość, w jego prawdziwej, pięknej postaci. 

Ale  tam  leŜał  tylko  biały  i  zakrwawiony,  nieŜywy  człowiek.  Odstępowaliśmy  od  niego 

coraz  dalej  i  dalej,  aŜ  odwróciliśmy  się  i  pobiegli  z  powrotem  we  wzgórza,  z  powrotem  w  lasy 
cienia i mroku, i błogosławionej ciemności. 

background image

Zdrady  

 
 
(Betrayls) 
 
Na  planecie  O  nie  było  wojny  od  pięciu  tysięcy  lat,  przeczytała,  a  na  Gethen  nigdy  nie 

było wojny. Przerwała lekturę, by pozwolić oczom odpocząć i dlatego, Ŝe usiłowała nauczyć się 
czytać  powoli,  a  nie  połykać  słowa  tak,  jak  Tikuli  połykał  jedzenie.  Słowa  ”nigdy  nie  było 
wojny”  jaśniały  w  jej  umyśle  na  tle  nieskończonego,  ciemnego,  miękkiego  niedowierzania.  Jak 
wyglądałby świat bez wojny? 

Byłby  to  świat  rzeczywisty.  Pokój  był  prawdziwym  Ŝyciem,  Ŝyciem  pracy,  nauki  oraz 

wychowywania  dzieci  ku  pracy  i  nauce.  Wojna,  która  poŜerała  pracę,  naukę  i  dzieci,  stanowiła 
zaprzeczenie  rzeczywistości.  Jednak  mój  lud  potrafi  jedynie  zaprzeczać,  pomyślała.  Zrodzeni  w 
mrocznym  cieniu  naduŜywanej  władzy,  ustanawiamy  pokój  poza  światem,  nieosiągalne  światło 
przewodnie. Umiemy tylko walczyć. 

Jedyny  pokój,  jaki  jeden  z  nas  potrafi  zaprowadzić  w  naszym  Ŝyciu,  jest  zaprzeczeniem 

tego, Ŝe wojna trwa, jest cieniem cienia, podwojonym niedowierzaniem. 

Kiedy cienie chmur przesunęły się po bagnach i stronicy ksiąŜki otwartej na jej kolanach, 

westchnęła,  zamknęła  oczy  i  pomyślała:  Jestem  kłamczuchą.  Potem  otworzyła  oczy  i  czytała 
dalej o innych odległych światach. 

Ś

piący  Tikuli  zwinął  się  w  kłębek  w  słabym  świetle  słońca,  westchnął,  jak  gdyby  ją 

naśladował  i  podrapał  się  w  miejscu,  gdzie  gryzła  go  pchła.  Gubu  polował  w  trzcinach;  nie 
widziała go, ale od czasu do czasu kita trzciny dygotała, a raz samica błotniaka wzbiła się w górę, 
gdacząc z oburzeniem. 

Pochłonięta opisem dziwacznych stosunków społecznych Ithsh, dopiero wtedy zauwaŜyła 

Wadę, gdy otwierał bramę. 

-  Och,  juŜ  jesteś  -  powiedziała  zaskoczona  i  poczuła  się nie przygotowana, nieporadna  i 

stara, jak zwykle w obecności młodych ludzi. Kiedy była sama, czuła się stara tylko w chwilach 
przemęczenia lub w chorobie. MoŜliwe, Ŝe Ŝycie w samotności mimo wszystko jej odpowiadało. 

- Wejdź - powiedziała, wstała, opuściła ksiąŜkę, podniosła ją, po czym sięgnęła dłonią do 

węzła włosów. - Wezmę tylko torbę i juŜ znikam. 

- Nie ma pośpiechu - powiedział cicho młody człowiek. - Eyid przyjdzie dopiero za jakiś 

czas. 

Jakie  to  miłe:  mówisz  mi,  Ŝe  nie  muszę  się  spieszyć,  by  wyjść  z  własnego  domu, 

pomyślała Yoss, ale nic nie powiedziała, godząc się na nieznośny, uroczy egoizm młodych. 

Wróciła  do  domu  po  torbę  na  zakupy,  poprawiła  włosy,  przewiązała  je  chustką i wyszła 

na małą odkrytą werandę. 

Wada,  który  zdąŜył  usiąść  na  krześle,  zerwał  się  na  równe  nogi.  Był  nieśmiałym 

chłopcem i według niej łagodniejszym z dwojga kochanków. 

- Baw się dobrze - powiedziała z uśmiechem, wiedząc, Ŝe wprawia go w zakłopotanie. - 

Wrócę  za  parę  godzin,  przed  zachodem  słońca.  -  Minęła  bramę  i  ruszyła  drogą,  którą  przyszedł 
Wada, ku drewnianej grobli, wijącej się przez bagna w stronę wsi. 

Wiedziała, Ŝe nie spotka po drodze Eyid.  Dziewczyna miała nadejść jedną ze ścieŜek od 

północy; wyszła ze wsi w innym momencie i w innym kierunku niŜ Wada, by nikt nie zauwaŜył, 
Ŝ

e dwoje młodych ludzi co tydzień znika na kilka godzin w tym samym czasie. Od trzech lat byli 

w  sobie  szaleńczo  zakochani  i  juŜ  dawno  zamieszkaliby  razem,  gdyby  ojciec  Wady  i  brat  ojca 

background image

Eyid  nie  pokłócili  się  o  kawałek  przydzielanej  przez  Korporację  ziemi.  Doprowadziło  to  do 
waśni  pomiędzy  rodzinami,  która  jak  dotąd  nie  skończyła  się  rozlewem  krwi,  ale  wykluczała 
małŜeństwo z miłości. 

Ziemia  była  cenna,  a  obie  rodziny,  mimo  ubóstwa,  aspirowały  do  przywództwa  we  wsi. 

Nic nie mogło pogodzić zwaśnionych stron. Cała wieś włączyła się w spór. Eyid i Wada nie mieli 
dokąd pójść, nie posiadali zawodu, który pozwoliłby im utrzymać się w mieście, ani krewnych w 
innej  wiosce,  gdzie  przyjęto  by  ich  pod  dach.  Ich  namiętność  ugrzęzła  w  nienawiści  starszych. 
Przed  rokiem  Yoss  natknęła  się  na  nich,  kiedy  leŜeli  objęci  na  zimnej  ziemi  na  mokradłach  - 
wpadła na nich tak, jak kiedyś wpadła na parę młodych jelonków, które zastygły w bezruchu na 
trawiastym  legowisku,  gdzie  zostawiła  ich  łania.  Ta  para  była  równie  przestraszona,  piękna  i 
bezbronna  jak  jelonki.  Tak  pokornie  prosili  ją,  Ŝeby  ”nikomu  nie  powiedziała  ”;  cóŜ  miała 
zrobić? 

DrŜąc z zimna, tulili się do siebie jak dzieci; gołe nogi Eyid oblepiało błoto. 
- Chodźcie do mnie - nakazała surowo. - Na miłość boską! 
-  Ruszyła,  a  oni  nieśmiało  podąŜyli  za  nią.  -  Wrócę  mniej  więcej  za  godzinę  - 

powiedziała, wprowadziwszy ich do pokoju z alkową tuŜ obok komina. - Nie nanieście błota! 

Za tym pierwszym razem krąŜyła wokół domu na wypadek, gdyby ktoś ich szukał. Teraz 

najczęściej szła do wsi, podczas gdy ”jelonki” przeŜywały w jej domu godzinę słodyczy. 

Byli zbyt tępi, by podziękować jej w jakikolwiek sposób. 
Wada, zbieracz torfu, mógłby dostarczyć jej opału nie ryzykując, Ŝe ktokolwiek nabierze 

podejrzeń,  ale  nigdy  nie  podarowali  jej  nawet  kwiatka,  chociaŜ  zawsze  zostawiali  łóŜko 
schludnie  pościelone.  MoŜliwe,  Ŝe  nie  czuli  szczególnej  wdzięczności.  Bo  niby  dlaczego? 
Dawała  im  tylko  to,  co  im  się  naleŜało:  łóŜko,  godzinę  przyjemności,  chwilę  spokoju.  Nie  było 
ich winą ani jej zasługą, Ŝe nikt inny nie chciał im tego dać. 

Tego  dnia  miała  załatwić  sprawunki  w  sklepie  ze  słodyczami  naleŜącym  do  wuja  Eyid. 

Kiedy  przed  dwoma  laty  przybyła  do  wsi,  ślubowała,  Ŝe  ograniczy  się  do  jednej  miski  nie 
przyprawionej  kaszy  i  łyku  czystej  wody,  ale  bardzo  szybko  poŜegnała  się  z  tym 
postanowieniem.  Od  kaszy  dostała  biegunki,  a  woda  z  bagien  nie  nadawała  się  do  picia.  Jadła 
wszystkie  świeŜe  jarzyny,  jakie  mogła  kupić  lub  wyhodować,  piła  wino,  butelkowaną  wodę lub 
soki  owocowe  z  miasta  i  przechowywała  duŜy  zapas  słodyczy  -  suszonych  owoców,  rodzynek, 
tafelek  cukrowych,  a  nawet  ciastek,  wypiekanych przez matkę i ciotki Eyid, grubych krąŜków z 
wyciśniętą  na  wierzchu  masą  orzechową,  tłustych,  pozbawionych  smaku,  ale  dziwnie  sycących. 
Kupiła  całą  torbę  tych  ciastek,  okrągłą  tafelkę  brązowego  cukru,  po  czym  zaczęła  plotkować  z 
ciotkami,  śniadymi,  drobnymi  kobietami  o  rozbieganych  oczach,  które  zeszłej  nocy  były  na 
stypie po starym Uadzie i chciały o tym opowiedzieć. 

-  Ci  ludzie...  -  słowa  te  odnosiły  się  do  rodziny  Wady,  a  towarzyszyło  im  znaczące 

spojrzenie,  wzruszenie  ramion  i  szyderczy  uśmiech  -  jak  zwykle  dali  popis.  Upili  się,  wywołali 
bójkę, przechwalali się, a na koniec obrzygali całe mieszkanie. Chciwe, bezczelne łachmyty. 

Kiedy  Yoss  stanęła  przy  stoisku,  Ŝeby  kupić  gazetę  (kolejne  ślubowanie  złamane dawno 

temu;  zamierzała  czytać  tylko  ”Arkamye”  i  uczyć  się  go  na  pamięć),  spotkała  matkę  Wady  i 
usłyszała,  jak  ”ci  ludzie”,  rodzina  Eyid,  przechwalali  się,  wywołali  bójkę  i  obrzygali  całe 
mieszkanie  na  stypie  zeszłej  nocy.  Yoss  nie  ograniczyła  się  do  słuchania,  ale  dopytywała  się  o 
szczegóły, wyciągała z matki Wady co się dało i nie posiadała się z radości. 

JakaŜ  ja  byłam  głupia,  myślała,  powoli  ruszając  po  grobli  w  drogę  powrotną  do  domu, 

jakaŜ  byłam  głupia  myśląc,  Ŝe  kiedykolwiek  zdołam  pić  wodę  i  milczeć!  Nigdy,  przenigdy  nie 
zdołam  się  odczepić.  Nigdy  nie  będę  wolna,  nigdy  nie  zasłuŜę  na  wolność.  Nawet  starość  nie 
zmusi mnie do tego, Ŝebym się zmieniła. Nawet strata Safnan. 

background image

Stali  na  wprost  Pięciu  Armii.  Wznosząc  w  górę  miecz,  Enar  rzekł  do  Kamye:  O  Panie, 

trzymam w dłoniach twoją śmierć! Na co Kamye odparł: Bracie, trzymasz swoją własną śmierć. 

Tak  czy  inaczej,  znała  te  strofy.  Wszyscy  je  znali.  Enar  opuścił  miecz,  poniewaŜ  był 

bohaterem,  świętym  i  młodszym  bratem  Pana.  Ja  jednak  nie  zdołam  wypuścić  z  dłoni  mojej 
ś

mierci;  będę  ją  hołubić,  nienawidzić,  jeść  ją,  pić,  wsłuchiwać  się  w  nią,  zaproszę  ją  do  łóŜka, 

będę ją opłakiwać, wszystko, byle tylko jej nie wypuścić. 

Wyrwała  się  z  zamyślenia  i  zapatrzyła  w  popołudnie  na  bagnach:  w  bezchmurne, 

przesłonięte  mgiełką  niebo,  odbijające  się  w  odległym,  krętym  kanale,  w  złoto  słońca  na 
brunatnych  trzcinach.  Wiał  łagodny  wiatr  zachodni.  Doskonały  dzień.  Piękno  świata,  piękno 
ś

wiata!  Miecz  w  mojej  dłoni  zwrócony  przeciwko  mnie.  Czemu,  o  Panie,  sprawiasz,  Ŝe  piękno 

nas zabija? 

Z  wysiłkiem  ruszyła  w  dalszą  drogę,  mocniej  naciągając  chustkę  na  głowę  szybkim, 

niezadowolonym  szarpnięciem.  Idąc  w  tym  tempie,  wkrótce  upodobni  się  do  Abberkama, 
wędrującego po bagnach i wznoszącego głośne okrzyki. 

I  nagle  spostrzegła  go;  przywołała  go  myślami:  skradał  się  jak  to  on,  jak  gdyby  nie 

dostrzegał niczego poza własnymi myślami, tłukł wielkim kosturem o drogę, jakby zabijał węŜa. 
Długie siwe włosy spadały mu na twarz. Nie krzyczał - krzyczał tylko nocą, a ostatnio nawet nie 
za  duŜo  -  ale  za  to  mówił;  widziała,  jak  porusza  ustami.  Nagle  spostrzegł  ją,  zacisnął  usta  i 
zamknął się w sobie niczym czujne dzikie zwierzę. ZbliŜyli się ku sobie wąską ścieŜką na grobli, 
jedyne postaci na tym pustkowiu trzcin, błota, wody i wiatru. 

-  Dobry  wieczór,  wodzu  Abberkamie  -  powiedziała  Yoss,  kiedy  dzieliło  ich  zaledwie 

kilka  kroków.  AleŜ  potęŜnym  był  męŜczyzną;  nigdy  nie  przestało  jej  zdumiewać,  jaki  był 
wysoki,  barczysty  i  masywny.  Śniadą  skórę  miał  wciąŜ  gładką  jak  u  młodzieńca,  ale  głowę 
trzymał nisko pochyloną, a włosy miał siwe i zmierzwione. Wielki, haczykowaty nos i te nieufne, 
niewidzące oczy. Wymamrotał jakieś słowa powitania, ledwo zwalniając kroku. 

Yoss  była  tego  dnia  w  psotnym  nastroju;  znudziły  ją  własne  myśli,  smutki  i 

niedociągnięcia. Zatrzymała się tak, Ŝe musiał albo stanąć, albo na nią wpaść. 

- Czy byłeś na stypie zeszłej nocy? - zapytała. 
Spojrzał  na  nią  z  góry;  czuła,  jak  koncentruje  wzrok  na  jej  osobie  albo  jakimś  jej 

fragmencie, aŜ wreszcie spytał: 

- Na stypie? 
- Wczoraj w nocy pochowali starego Uada. Wszyscy męŜczyźni się popili i to cud, Ŝe nie 

wybuchła wojna rodowa. 

- Wojna rodowa? - powtórzył głębokim basem. 
MoŜliwe, Ŝe nie potrafił się juŜ skupić, ale Yoss czuła potrzebę, by do niego dotrzeć. 
-  Między  Dewisami  a  Kamannerami.  Kłócą  się  o  tę  orną wyspę  na północ od wsi. Tych 

dwoje  biednych  dzieci  chce  być  razem,  a  ich  ojcowie  groŜą,  Ŝe  je  zabiją,  jeśli  tylko  na  siebie 
spojrzą. CóŜ za idiotyzm! Dlaczego nie podzielą wyspy i nie pozwolą dzieciom się pobrać, Ŝeby 
ich dzieci mogły objąć wyspę w posiadanie? Myślę, Ŝe wkrótce dojdzie do rozlewu krwi. 

- Do rozlewu krwi - ponownie powtórzył wódz jak przygłup,  a potem dodał powoli tym 

swoim donośnym, głębokim głosem, który słyszała w nocy, zawodzący w agonii na bagnach: - Ci 
ludzie  to  sklepikarze.  Mają  dusze  posiadaczy.  Oni  nie  uciekną  się  do  zabijania,  ale  za  nic  w 
ś

wiecie się nie podzielą. Jeśli w grę wchodzi własność, nie popuszczą. 

Nigdy. 
Ponownie ujrzała wzniesiony miecz. 
-  Ach  -  westchnęła  i  wzdrygnęła  się.  -  A  zatem  dzieci  muszą  poczekać...  aŜ  starzy 

wymrą... 

background image

-  Za  późno.  -  Jego  oczy  spotkały  się  na  krótką  chwilę  z  oczami  Yoss;  potem  odgarnął 

niecierpliwie  włosy,  warknął  jakieś  słowa  poŜegnania  i  ruszył  dalej  tak  gwałtownie,  Ŝe  niemal 
skuliła  się,  by  go  przepuścić.  Oto,  jak  chodzi  wódz,  myślała  z  goryczą,  ruszając  dalej.  Idzie 
zamaszystym  krokiem,  zagarnia  przestrzeń,  mocno  tupie  w  ziemię.  A  tak  chodzi  stara  kobieta: 
drobi, drobi nogami. 

Usłyszała  dziwny  odgłos  za  plecami  -  strzały,  pomyślała,  poniewaŜ  miejskie  nawyki 

wchodzą  w  krew  -  i  odwróciła  się  gwałtownie.  Abberkam  stanął  i  zaniósł  się  kaszlem;  jego 
potęŜna postać uginała się pod nawałą spazmów, które niemal zwalały go z nóg. Yoss znała ten 
rodzaj kaszlu. Podobno Ekumeni mieli na niego lekarstwo, ale opuściła miasto, zanim nadeszło. 
ZbliŜyła  się  do  Abberkama,  a  kiedy  paroksyzmy  minęły,  a  on  nadal  stał,  zadyszany,  z  twarzą 
bladą jak płótno, powiedziała: 

- To berlot. Wychodzisz z niego czy właśnie zachorowałeś? 
Potrząsnął głową. 
Yoss czekała. 
Czekając  myślała:  co  mnie  obchodzi,  czy  on  jest  chory,  czy  nie?  Czy  jego  to  obchodzi? 

Przyszedł tu po to, by umrzeć. 

Zeszłej  zimy  słyszałam,  jak  zawodzi  na  bagnach.  Zawodził  w  agonii,  zŜerany  przez 

wstyd,  jak  człowiek  chory  na  raka,  którego  choroba  strawiła  doszczętnie,  a  który  mimo  to  nie 
moŜe umrzeć. 

- Nic mi nie będzie - wychrypiał gniewnie, pragnąc jedynie, Ŝeby zostawiła go w spokoju, 

a Yoss skinęła głową i odeszła. 

Niech  umrze.  Jak  mógłby  chcieć  Ŝyć,  wiedząc,  Ŝe  stracił  władzę  i  honor,  wiedząc,  co 

zrobił?  Okłamał,  zdradził  swoich  zwolenników,  sprzeniewierzył  się.  Polityk  doskonały.  Wielki 
wódz Abberkam, bohater ruchu wyzwoleńczego, przywódca Partii Światowej, który zniszczył tę 
partię własną chciwością i szaleństwem. 

Jeden jedyny raz obejrzała się za siebie. Szedł bardzo wolno albo stanął, nie była pewna. 

Yoss  ruszyła  dalej,  skręciła  w  prawo  na  rozwidleniu  i  zeszła  na  ścieŜkę  prowadzącą  do  jej 
domku. 

Trzysta  lat  temu  na  miejscu  tych  mokradeł  rozpościerała  się  Ŝyzna  dolina,  jedna  z 

pierwszych,  które  zostały  nawodnione  i  oddane  pod  uprawę  przez  Korporację  Rolniczo-
Plantatorską, kiedy sprowadziła niewolników z Werel do Kolonii Yeowe. 

Dolinę  zbyt  dobrze  nawodniono  i  zbyt  dobrze  uprawiono;  nawozy  chemiczne  i  sole 

mineralne nagromadziły się w glebie w takim stopniu, Ŝe w końcu nic juŜ nie rosło, a Posiadacze 
przenieśli  się,  by  czerpać  zyski  gdzie  indziej.  Brzegi  kanałów  nawadniających  osunęły  się  tu  i 
tam,  a  wody  rzeki  wylały,  gromadząc  się  w  jeziorka,  wijąc  się  meandrami,  powoli  wypłukując 
ziemię do czysta. Trzciny rosły i rosły, mile trzcin, chylących się nieco pod naporem wiatru, pod 
cieniami chmur i skrzydłami długonogich ptaków. 

Gdzieniegdzie  na  wysepce  kamienistej  ziemi  pozostało  kilku  rolników  dzierŜawiących 

pola  za  połowę  plonu,  bezuŜytecznych  ludzi  na  bezuŜytecznej  ziemi.  Wolność spustoszenia. Na 
całej połaci mokradeł pozostały opuszczone domy. 

Zgodnie z zaleceniem religii, ludzie z Werel i Yeowe w miarę jak się starzeli, zapadali w 

milczenie; kiedy ich dzieci podrastały, kiedy wypełnili obowiązki gospodarzy i obywateli, kiedy 
ich  ciała  słabły,  a  dusze  rosły  w  siłę,  porzucali  dotychczasowe  Ŝycie  i  z  pustymi  rękami 
odchodzili  szukając  odosobnienia.  Nawet  na  plantacjach  panowie  zwracali  wolność  starym 
niewolnikom.  Tu,  na  północy,  wyzwoleńcy  z  miast  wyruszali  na  mokradła  i  wiedli  Ŝywot  w 
opuszczonych domach. Teraz, po Wyzwoleniu, przybywały nawet kobiety. 

Niektóre  z  domów  były  zrujnowane  i  kaŜdy z twórców duszy mógł sobie rościć do nich 

background image

prawa.  Większość  zabudowań,  jak  kryta  gontem  chata  Yoss,  stanowiła  własność  wieśniaków, 
którzy utrzymywali je i oddawali pustelnikom za darmo na zasadzie powinności religijnej. Yoss 
sprawiała  przyjemność  myśl,  Ŝe  była  źródłem  duchowego  wzbogacenia  dla  właściciela  chaty, 
chciwego człowieka, którego pozostałe rachunki z Przeznaczeniem składały się chyba wyłącznie 
z  długów.  Yoss  lubiła  się  czuć  poŜyteczna.  UwaŜała  to  za  kolejną  oznakę  swojej  niemoŜności 
zaniechania  świata,  do  czego  wzywał  ją  Pan  Kamye.”Nie  jesteś  juŜ  poŜyteczna”,  powiedział jej 
na sto sposobów, odkąd skończyła sześćdziesiąt lat, ale Yoss nie słuchała. Opuściła świat zgiełku 
i  przybyła  na  bagna,  ale  pozwoliła,  by  świat  nadal  paplał,  plotkował,  śpiewał  i  krzyczał  w  jej 
uszach. Nie chciała usłuchać niskiego głosu Pana. 

Kiedy wróciła do domu, Eyid i Wada juŜ wyszli; na bardzo starannie pościelonym łóŜku 

spał lis Tikuli, zwinięty wokół własnego ogona. Cętkowany kot Gubu skakał po domu, dopytując 
się  o  obiad.  Yoss  podniosła  go,  pogłaskała  po  jedwabistym,  cętkowanym  karku,  podczas  gdy 
Gubu  szturchał  ją  pyszczkiem  za  uchem,  wydając  nieustanne  pomruki  przyjemności  i  sympatii. 
Potem  go  nakarmiła.  Tikuli nie zwrócił na to uwagi, co  było dziwne. Tikuli za duŜo spał. Yoss 
usiadła na łóŜku i podrapała go za sztywnymi, rudymi uszami. Obudził się, ziewnął i spojrzał na 
nią łagodnymi, bursztynowymi oczami, poruszając czerwoną kitą ogona. 

-  Nie  jesteś  głodny?  -  spytała.  Zjem,  Ŝeby  ci  sprawić  przyjemność,  odparł  Tikuli  i  dość 

sztywno  zszedł z łóŜka. - Och, Tikuli, ty się starzejesz - powiedziała i poczuła ukłucie w sercu. 
Jej córka Safnan dała jej Tikulego, rudego szczeniaczka, kłębek łap i kity - jak dawno temu? 

Osiem lat. Dawno. Dla lisa całe Ŝycie. 
Dla  Safnan  to  więcej  niŜ  Ŝycie.  To  więcej  niŜ  Ŝycie  dla  jej  dzieci,  a  wnuków  Yoss, 

Enkamma i Uye. 

JeŜeli ja Ŝyję, oni nie Ŝyją, pomyślała jak zwykle Yoss; jeŜeli oni Ŝyją, ja jestem martwa. 

Udali  się  w  podróŜ  statkiem,  który  płynie  jak  światło;  są  przetransponowani  na  światło.  Kiedy 
wrócą do Ŝycia, kiedy zejdą z pokładu statku do świata o nazwie Hain, upłynie osiemdziesiąt lat 
od dnia ich odjazdu, a ja od dawna będę martwa; jestem martwa. 

Pozwól im Ŝyć, Panie, słodki Panie, niech oni Ŝyją, a ja będę martwa. Przyjechałam tu, by 

umrzeć dla nich. Nie mogę, nie mogę pozwolić, Ŝeby oni umarli dla mnie. 

Zimny  nos  Tikulego  dotknął  jej  dłoni.  Spojrzała  na  niego  z  uwagą.  Bursztynowe  oczy 

zasnuły się błękitną mgiełką. W milczeniu pogłaskała go po głowie i podrapała za uszami. 

Zjadł  kilka  kęsów,  Ŝeby  jej  sprawić  przyjemność,  po  czym  wdrapał  się  z  powrotem  na 

łóŜko.  Yoss  przygotowała  sobie  kolację  -  zupę  i  podgrzane  ciastka  -  którą  zjadła  bez  apetytu. 
Zmyła  trzy  talerze,  rozpaliła  ogień  i  usiadła  przy  nim,  próbując  czytać  ksiąŜkę,  podczas  gdy 
Tikuli  spał  na  łóŜku,  a  Gubu  leŜał  przed  kominkiem,  wpatrywał  się  w  ogień  okrągłymi  złotymi 
oczami i bardzo cicho pomrukiwał. 

Raz usiadł i wydał okrzyk wojenny ”Huuu!” w odpowiedzi na jakiś hałas, który usłyszał 

na bagnach. Przez chwilę skradał się po domu, w końcu znowu się usadowił, zapatrzył w ogień i 
zaczął  mruczeć.  Później,  kiedy  ogień  zgasł  i  dom  pogrąŜył  się  w  ciemnościach  bezgwiezdnej 
nocy,  kot  przyłączył  się  do  Yoss  i  Tikulego  na  ciepłym  łóŜku,  gdzie  wcześniej  młodzi 
kochankowie zaznali krótkiej, przeszywającej rozkoszy. 

W  ciągu  paru  kolejnych  dni,  kiedy  porządkowała  mały  ogródek  warzywny  przed  zimą, 

przyłapała się na myślach o Abberkamie. 

Kiedy  przybył  po  raz  pierwszy,  wśród  wieśniaków  zapanował  nastrój  podniecenia:  oto 

Abberkam  miał  zamieszkać  w  domu  naleŜącym  do  ich  wodza.  ChociaŜ  okryty  niesławą,  nadal 
był  bardzo  sławnym  człowiekiem.  Obrany  wodzem  Heyend,  jednego  z  głównych  plemion 
Yeowe,  osiągnął  waŜną  pozycję  podczas  ostatnich  lat  wojny  wyzwoleńczej,  kiedy  przewodził 
potęŜnemu ruchowi na rzecz, jak to nazywał, Wolności Rasowej. Nawet niektórzy z wieśniaków 

background image

zaczęli się podpisywać pod głównym hasłem Partii Światowej: na Yeowe nie miał mieszkać nikt 
poza  rdzenną  ludnością.  śadnych  Werelianów,  znienawidzonych  kolonizatorów,  panów  i 
posiadaczy.  Wojna  połoŜyła  kres  niewolnictwu,  a  w  ostatnich  latach  negocjacje  dyplomatów 
ekumenicznych  doprowadziły  do  końca  władzy  ekonomicznej  Werel  nad  jej  dawną  planetą-
kolonią.  Panowie  i  posiadacze,  nawet  ci,  których  rodziny  Ŝyły  na  Yeowe  od  wieków,  powrócili 
do starego świata, na planetę najbliŜszą Słońca. 

Uciekli,  a  ich  Ŝołnierzy  wygnano  w  ślad  za  nimi.  Nigdy  nie  wolno  im  było  wrócić, 

oświadczyła  Partia  Światowa.  Nie  mieli  prawa  powrotu  ani  jako  handlarze,  ani  jako  turyści; 
nigdy  więcej  nie  będą  zanieczyszczać  duszy  i  ziemi  Yeowe.  To  samo  odnosiło  się  do  kaŜdego 
cudzoziemca, kaŜdej obcej potęgi. 

Obcy z Ekumeny pomogli mieszkańcom Yeowe wyzwolić się; teraz musieli odejść. Tutaj 

nie było dla nich miejsca. 

- To jest nasz świat. Wolny świat. Tu wykujemy nasze dusze na podobieństwo Miecznika 

Kamye  -  powtarzał  wielokrotnie  Abberkam  i  właśnie  wizerunek  zakrzywionego  miecza  stał  się 
symbolem Partii Światowej. 

Popłynęła  krew.  Powstanie  na  Nadami  zapoczątkowało  trzydzieści  lat  -  połowa  Ŝycia 

Yoss  -  walk,  rebelii,  odwetów,  a  nawet  po  wyzwoleniu,  po  odejściu  Werelianów,  walki  nie 
ustały.  Młodzi  ludzie  zawsze  byli  gotowi  zabić  kaŜdego,  kogo  wskazała  starszyzna:  siebie 
nawzajem,  kobiety,  starców,  dzieci;  toczyła  się  nieprzerwana  wojna  w  imię  pokoju,  wolności, 
sprawiedliwości,  władcy.  Nowo  wyzwolone  plemiona  walczyły  o  ziemię,  wodzowie  z  miast  o 
władzę.  Yoss,  która  przez  całe  Ŝycie  pracowała  w  stolicy  jako  nauczycielka,  widziała,  jak  jej 
praca idzie na marne nie tylko w czasie wojny wyzwoleńczej, ale takŜe po jej zakończeniu, kiedy 
miasto pogrąŜyło się w kolejnych wojnach między dzielnicami. 

NaleŜało  przyznać,  myślała,  Ŝe  Abberkam,  chociaŜ  wymachiwał  mieczem  Kamye, 

usiłował uniknąć wojny i częściowo mu się to udało. Wolał zdobywać władzę za pomocą metod 
politycznych i perswazji, w czym był mistrzem. Prawie osiągnął sukces. 

Zakrzywiony  miecz  był  wszechobecny,  wystąpienia  Abberkama  ściągały  tłumy. 

ABBERKAM  I  WOLNOŚĆ  RASOWA!  -  głosiły  olbrzymie  transparenty  rozciągnięte  nad 
alejami  miasta.  Nikt  nie  wątpił,  Ŝe  wygra  pierwsze  wolne  wybory  na  Yeowe,  Ŝe  zostanie 
przewodniczącym rady światowej. 

Początkowo dochodziły tylko pogłoski. Dezercje. 
Samobójstwo syna. Matka syna Abberkama oskarŜała przywódcę o rozpustę i tarzanie się 

w  luksusach.  Pojawiły  się  dowody  na  to,  Ŝe  zdefraudował  wielkie  sumy  pieniędzy,  przekazane 
jego  partii  na  pomoc  obszarom  kraju,  zuboŜałym  po  wycofaniu  się  kapitału  wereliańskiego. 
Ujawnienie  tajnego  planu  zabójstwa  wysłannika  Ekumeny  i  obarczenia  za  to  winą  Demeye’a, 
starego  przyjaciela  i  zwolennika  Abberkama...  To  go  zgubiło.  Wódz  mógł  folgować  sobie  w 
przyjemnościach  seksualnych,  naduŜywać  władzy,  bogacić  się  kosztem swoich poddanych i  być 
za to podziwiany, ale wódz, który zdradzał towarzysza, nie mógł liczyć na przebaczenie. Na tym 
opierał się kodeks niewolników, myślała Yoss. 

Tłumy zwolenników Abberkama zwróciły się przeciwko niemu i przypuściły atak na starą 

rezydencję  zarządcy  APCY,  którą  zajął.  Zwolennicy  Ekumenów  przyłączyli  się  do  sił  lojalnych 
wobec Abberkama, by go bronić i przywrócić porządek w stolicy. Po wielodniowych walkach, w 
których  poległy  setki  ludzi,  a  tysiące  w  zamieszkach  na  całym  kontynencie,  Abberkam  się 
poddał.  Ekumeni  udzielili  poparcia  rządowi  tymczasowemu,  który  ogłosił  amnestię.  Ich  ludzie 
powiedli  Abberkama  splamionymi  krwią,  zbombardowanymi  ulicami  w  całkowitym  milczeniu. 
Ludzie,  którzy  dawniej  mu  ufali,  darzyli  szacunkiem,  nienawidzili,  patrzyli,  jak  przechodzi  w 
milczeniu, ochraniany przez cudzoziemców, obcych, których próbował wygnać z tego świata. 

background image

Yoss przeczytała o tym w gazecie. JuŜ od ponad roku mieszkała na bagnach.”Dobrze mu 

tak”,  pomyślała  i  więcej  uwagi  mu  juŜ  nie  poświęcała.  Nie  wiedziała,  czy  Ekumeni  byli 
prawdziwymi  sprzymierzeńcami,  czy  tylko  nową  grupą  posiadaczy  w  przebraniu,  ale  widok 
kaŜdego  z  wodzów,  który  upadał,  sprawiał  jej  przyjemność.  Panowie  z  Werel,  pyszniący  się 
wodzowie  plemienia  czy  wrzeszczący  demagodzy,  niech  wszyscy  posmakują  brudu.  Yoss 
najadła się go dość w swoim Ŝyciu. 

Kiedy  kilka  miesięcy  później  ktoś  powiedział  jej  we  wsi,  Ŝe  Abberkam  przybywa  na 

mokradła jako pustelnik, twórca duszy, była zdziwiona i przez chwilę odczuwała wstyd, Ŝe brała 
jego słowa za czczą retorykę. CzyŜby okazał się człowiekiem religijnym? Przez cały czas, kiedy 
tarzał  się  w  luksusach,  brał  udział  w  orgiach,  kradł,  uczestniczył  w  machinacjach  władzy, 
mordował - miał być religijny? Nie! 

PoniewaŜ stracił pieniądze i władzę, postanowił nadal rzucać się ludziom w oczy, robiąc 

przedstawienie z własnego ubóstwa i poboŜności. Nie miał za grosz wstydu. Yoss była zdziwiona 
własną  zaciekłością.  Kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyła,  Abberkama  zapragnęła  splunąć  na  te 
duŜe,  grubopalczaste  stopy  w  sandałach,  poniewaŜ  tylko  taką  jego  część  zobaczyła;  nie  chciała 
mu spojrzeć w twarz. 

Jednak później, w zimie, usłyszała wycie  na bagnach, które niosło się nocą na mroźnym 

wietrze.  Tikuli  i  Gubu  zastrzygli  uszami,  ale  ten  potworny  odgłos  ich  nie  przestraszył.  To 
uświadomiło  jej,  Ŝe  głos  naleŜy  do  człowieka.  Ktoś  krzyczał  -  pijany?  szalony?  -  skowyczał  i 
błagał  tak,  Ŝe  pokonała  przeraŜenie  i  wstała,  Ŝeby  pospieszyć  mu  z  pomocą;  on  jednak  nie 
wzywał pomocy człowieka. 

-  Panie,  mój  panie,  Kamye!  -  krzyczał,  a  kiedy  wyjrzała  przez  drzwi,  zobaczyła  go  na 

grobli,  cień  na  tle  jasnych  nocnych  chmur.  Chodził  tam  i  z  powrotem,  targał  się  za  włosy, 
krzyczał jak zwierzę, jak udręczona dusza. 

Po tej nocy przestała go osądzać. Byli sobie równi. Przy kolejnym spotkaniu spojrzała mu 

twarz i przemówiła, zmuszając Abberkama, Ŝeby się do niej odezwał. 

Nie spotykali się często; Ŝył w prawdziwym odosobnieniu. 
Nikt nie odwiedzał go na bagnach. Wieśniacy często wzbogacali swoje dusze, dając Yoss 

jedzenie, nadwyŜki plonów, resztki, czasami, w święta, posiłek przyrządzony specjalnie dla niej, 
ale nigdy nie widziała, Ŝeby ktokolwiek zanosił coś do domu Abberkama. MoŜe złoŜyli mu dary, 
a on okazał się zbyt dumny, Ŝeby je przyjąć. MoŜe bali się cokolwiek mu ofiarować. 

Skopywała grządkę korzenną za pomocą Ŝałosnej łopaty z krótką rączką, którą dostała od 

Em  Dewi  i  myślała  o  wyciu  Abberkama  i  sposobie,  w  jaki  kaszlał.  Safnan  o  mały  włos  nie 
umarła  na  berlot  w  wieku  czterech  lat.  Yoss  słyszała  ten  upiorny  kaszel  tygodniami.  Czy 
Abberkam, kiedy spotkała go wczoraj na grobli, szedł do wsi po lekarstwo? Czy doszedł tam, czy 
teŜ zawrócił w pół drogi? 

Otuliła się szalem, poniewaŜ wiatr przenikał ją do kości; nadciągała jesień. Wspięła się na 

groblę i na rozwidleniu dróg skręciła w prawo. 

Drewniany  dom  Abberkama  wznosił  się  na  zbitej  z  pni  tratwie,  zatopionej  w  torfowej 

wodzie  mokradła.  Takie  domy  były  bardzo  stare,  liczyły  sobie  dwieście  lub  więcej  lat  i 
pochodziły z  okresu, kiedy w dolinie rosły drzewa. Dom Abberkama, dawniej zagroda rolnicza, 
był  znacznie  większy  niŜ  chata  Yoss.  Mroczne  domostwo  miało  źle  naprawiony  dach,  niektóre 
okna  zabite,  a  deski  na  werandzie,  na  którą  weszła  Yoss,  poluzowane.  Wypowiedziała  imię 
Abberkama, a potem powtórzyła je głośniej. Wiatr zawodził w trzcinach. 

Zapukała, odczekała chwilę, pchnęła cięŜkie drzwi. Wewnątrz panował mrok. Znajdowała 

się w rodzaju korytarzu. Usłyszała głos w sąsiednim pokoju: 

-  Nigdy  w  głąb  sztolni,  wyjmij  to,  wyjmij  -  powiedział  ktoś  głęboko,  ochryple,  a  potem 

background image

rozległ się kaszel. Yoss otworzyła drzwi. Przez dobrą minutę przyzwyczajała oczy do ciemności. 
Był  to  stary  pokój  od  frontu.  Okna  zasłaniały  okiennice,  ogień  wygasł.  W  pokoju  stał  kredens, 
stół, kanapa, a takŜe łóŜko przysunięte do kominka. Zbite w kłąb koce zsunęły się na podłogę, a 
nagi Abberkam wił się na łóŜku i majaczył w gorączce. 

-  O  BoŜe!  -  wykrztusiła  Yoss.  Ta  wielka,  czarna,  spocona  pierś  i  brzuch,  porośnięty 

siwymi kłakami, te potęŜne ramiona i chwytne dłonie, jak miała się do niego zbliŜyć? 

A  jednak  zrobiła  to.  Wyzbywała  się  nieśmiałości  widząc,  Ŝe  jest  osłabiony  gorączką,  a 

poza tym umysł miał jasny i posłusznie wypełniał jej polecenia. Przykryła go wszystkimi kocami 
z  podłogi,  na  które  połoŜyła  jeszcze  dywanik;  rozpaliła  moŜliwie  najgorętszy  ogień  i  po  paru 
godzinach  Abberkam  zaczął  się  pocić.  Pot  lał  się  z  niego  strugami,  wsiąkając  w  prześcieradła  i 
materac. 

-  Nie  znasz  umiaru  -  łajała  go  późno  w  nocy;  pchała  go  i  ciągnęła,  zmuszając  do 

połoŜenia  się  na  zdezelowanej  kanapie.  LeŜał  tam,  owinięty  w  dywanik,  podczas  gdy  Yoss 
suszyła  pościel  przy  kominku.  Abberkam  dygotał  i  kaszlał,  a  Yoss  zaparzyła  zioła,  które 
przyniosła  i  wypiła  gorący  wywar  razem  z  chorym.  Nagle  Abberkam  zasnął  i  spał  jak  kamień; 
nie zbudził go nawet kaszel, który nim wstrząsał. Yoss równie nagle zapadła w sen i zbudziła się 
na gołym obmurzu kominka, na którym wygasał ogień. Dzień bielił się za oknami. 

Abberkam leŜał jak góra pod dywanikiem, na którym Yoss dopiero teraz zauwaŜyła brud; 

miał  świszczący, ale głęboki i regularny oddech. Wstała z trudem, cała obolała,  rozpaliła ogień, 
rozgrzała  się,  zaparzyła  zioła,  a  potem  zbadała  zawartość  spiŜarni.  Znalazła  w niej podstawowe 
artykuły; najwyraźniej wódz zamówił dostawy z Veo, najbliŜszego liczącego się miasta. Zrobiła 
sobie dobre śniadanie, a kiedy Abberkam się zbudził, ponownie zmusiła go do wypicia ziół. 

Gorączka  ustąpiła.  Według  Yoss  zagroŜenie  stanowiła  obecnie  woda  w  płucach; 

ostrzegano  ją  przed  tym  podczas  choroby  Safnan,  a  tu  miała  do  czynienia  z  człowiekiem 
sześćdziesięcioletnim.  Gdyby  przestał  kaszleć,  byłaby  to  groźna  oznaka.  Zmusiła  Abberkama, 
Ŝ

eby usiadł. 

- Kaszl - powiedziała. 
- Boli - warknął. 
- Musisz - rozkazała, a on zakaszlał. 
-  Jeszcze!  -  krzyknęła,  a  Abberkam  rozkaszlał  się  tak,  Ŝe  całym  ciałem  wstrząsnęły 

spazmy. 

- Dobrze - powiedziała. - A teraz śpij. - Zasnął. 
Tikuli  i  Gubu  musieli  umierać  z  głodu!  Pomknęła  do  domu,  nakarmiła  zwierzęta, 

pogłaskała je, przebrała się w czystą bieliznę i na pół godziny usiadła we własnym krześle, przed 
własnym  kominkiem,  a  Gubu  mruczał  jej  nad  uchem.  Potem  wróciła  przez  mokradła  do  domu 
wodza. 

Przed  zapadnięciem  zmroku  wysuszyła  posłanie  Abberkama  i  zaprowadziła  go  na  nie. 

Została przy nim na noc, ale rano odeszła, mówiąc: 

- Wrócę wieczorem. 
Milczał, nadal bardzo chory, obojętny na połoŜenie, w jakim się znajdował on czy Yoss. 
Następnego dnia najwyraźniej poczuł się lepiej: kaszel stał się mokry, gwałtowny - dobry 

kaszel;  Yoss  znakomicie  pamiętała,  kiedy  Safnan  zaczęła  wreszcie  dobrze  kaszleć.  Co  pewien 
czas  wódz odzyskiwał pełną  przytomność, a kiedy przyniosła  mu butelkę, która  miała słuŜyć za 
naczynie  nocne,  wziął  ją  od  Yoss  i  odwrócił  się,  Ŝeby  załatwić  potrzebę  fizjologiczną. 
Skromność, dobra cecha jak na wodza, pomyślała. Była  zadowolona z siebie  i z niego. Okazała 
się uŜyteczna. 

-  Zostawię  cię  dziś  w  nocy.  Nie  pozwól,  Ŝeby  koce  się  zsunęły.  Wrócę  rano  - 

background image

oświadczyła, zadowolona z siebie, z własnego zdecydowania i stanowczości. 

Kiedy  jednak  wróciła  do  domu  w  ten  jasny,  zimny  wieczór,  Tikuli  leŜał  zwinięty  w 

kłębek  w  rogu  pokoju,  w  którym  nigdy  się  nie  kładł.  Nie  chciał  jeść,  a  kiedy  próbowała  go 
przenieść,  pogłaskać,  skłonić  do  zaśnięcia  na  łóŜku,  odczołgał  się  z  powrotem  do  kąta.  Daj  mi 
spokój,  powiedział,  odwrócił  od  niej  wzrok  i  wtulił  suchy,  czarny,  ostry  nos  w  zakrzywienie 
przedniej łapy. Daj mi spokój, powtórzył cierpliwie, pozwól mi umrzeć, to właśnie teraz robię. 

Zasnęła,  poniewaŜ  była  bardzo  zmęczona.  Gubu  został  na  mokradłach  na  całą  noc. 

Rankiem stan Tikulego nie uległ zmianie; leŜał zwinięty na podłodze, w miejscu, w którym nigdy 
wcześniej się nie kładł. Czekał. 

-  Muszę  iść  -  powiedziała  Yoss.  -  Niedługo  wrócę,  bardzo  niedługo.  Czekaj  na  mnie, 

Tikuli. 

Nie  odpowiedział,  a  tylko  odwrócił  od  niej  pociemniałe,  bursztynowe  oczy.  To  nie  na 

Yoss czekał. 

Ruszyła  szybkim  krokiem  przez  mokradła;  miała  suche  oczy,  targał  nią  gniew,  czuła  się 

bezuŜyteczna. Stan Abberkama nie uległ wyraźniej zmianie. Nakarmiła go kleikiem, oporządziła 
i powiedziała: 

- Nie mogę zostać. Moje zwierzątko jest chore. Muszę wracać. 
- Zwierzątko - powtórzył potęŜny męŜczyzna swoim basem. 
- Lisek. Dostałam go od córki. - Dlaczego się tłumaczyła, usprawiedliwiała? Wyszła. Po 

powrocie  do  domu  zastała  Tikulego  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  go  zostawiła.  Zajęła  się 
cerowaniem, przygotowała posiłek, który, jak miała nadzieję, Abberkam zgodzi się zjeść. Potem 
spróbowała czytać ksiąŜkę o światach Ekumenów, o świecie bez wojen, gdzie zawsze panowała 
zima, a ludzie byli zarówno męŜczyznami, jak i kobietami. Po południu przyszło jej na myśl, Ŝe 
powinna wrócić do Abberkama i właśnie wstawała, kiedy Tikuli się podniósł. 

Podszedł  do  niej  bardzo  powoli.  Ponownie  usiadła  na  krześle  i  schyliła  się,  Ŝeby  go 

podnieść,  ale  Tikuli  wetknął  ostry  pyszczek  w  jej  dłoń,  westchnął  i  połoŜył  się,  z  głową  na 
łapach. Znowu westchnął. 

Yoss usiadła i rozpłakała się, chociaŜ nie na długo; potem wstała, wzięła łopatę i wyszła z 

domu. Wykopała grób za załomem kamiennego komina, na słonecznej polance. Kiedy wróciła do 
domu i podniosła Tikulego, pomyślała z przeraŜeniem:”On nie umarł!” A jednak nie Ŝył, tyle Ŝe 
jeszcze nie ostygł; gęsta ruda sierść utrzymywała ciepłotę ciała. Owinęła go w niebieską chustą, 
wzięła na ręce i zaniosła do grobu, czując, jak słabe ciepło wciąŜ emanuje przez materiał; lekkie, 
sztywne ciałko przypominało drewniany posąŜek. Zasypała grób i połoŜyła na nim kamień, który 
odpadł  z  komina.  Nie  przychodziły  jej  na  myśl  Ŝadne  słowa,  jednak  w  umyśle  uformował  się 
obraz będący prawie modlitwą: Tikuli biegnący w pełnym słońcu. 

Wystawiła  na  werandę  jedzenie  dla  Gubu,  który  przez  cały  dzień  trzymał  się  z  dala  od 

domu,  po  czym  ruszyła  drogą  po  grobli.  Był  cichy,  pochmurny  wieczór.  Wśród  szarych  trzcin 
lśniły ołowianym blaskiem jeziorka. 

Abberkam siedział na łóŜku. Z pewnością miał się lepiej; moŜe lekka gorączka pozostała, 

ale nie było to nic powaŜnego. Był głodny: dobry znak. Kiedy podała mu tacę, zapytał: 

- Czy zwierzątko wyzdrowiało? 
- Nie - odparła i odwróciła głowę, by dopiero po minucie dodać: - Nie Ŝyje. 
-  Jest  w  rękach  Pana  -  powiedział  ochrypły,  głęboki  głos,  a  Yoss  ponownie  ujrzała 

Tikulego w słońcu, w czyjejś obecności, pełnej dobroci jak samo słońce. 

-  Tak  -  odparła.  -  Dziękuję.  -  Usta  jej  drŜały,  poczuła  dławienie  w  gardle.  WciąŜ  miała 

przed  oczami  nadruk  na  niebieskiej  chuście:  liście  w  ciemniejszym  odcieniu  niebieskiego. 
Zaczęła  się  krzątać  po  pokoju.  Wreszcie  wróciła,  Ŝeby  doglądnąć  ognia  i  usiadła  przed 

background image

kominkiem. 

Czuła się bardzo zmęczona. 
- Zanim Pan Kamye chwycił za miecz, był pasterzem - powiedział Abberkam. - Nazywali 

go Panem Zwierzyny i Pasterzem Jeleni, poniewaŜ kiedy zagłębiał się w las, wędrował razem z 
jeleniami, a lwy równieŜ przyłączały się do stada nie krzywdząc innych zwierząt. śaden z jeleni 
nie odczuwał strachu. 

Mówił  tak  cicho,  Ŝe  dopiero  po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  cytował  strofy  z 

”Arkamye”. 

DołoŜyła kolejną kostkę torfu do ognia i wróciła na miejsce. 
- Powiedz mi, skąd pochodzisz, wodzu Abberkamie? 
- Z plantacji Gebba. 
- Na wschodzie? 
Skinął głową. 
- Jak tam było? 
Ogień  kopcił  gryzącym  dymem.  Wszystko  spowijała  głęboka  cisza  nocy.  Kiedy  Yoss  po 

raz pierwszy przybyła tu z miasta, cisza budziła ją noc w noc. 

-  Jak  tam  było?  -  powtórzył  niemal  szeptem.  Podobnie  jak  u  większości  ludzi  ich  rasy, 

ciemne  tęczówki  wypełniały  oczy  Abberkama,  ale  kiedy  na  nią  zerknął,  ujrzała  błysk  białka.  - 
Sześćdziesiąt lat temu - mówił. - Mieszkaliśmy na terenie plantacji. Niektórzy z nas pracowali w 
gaju bambusowym; ścinali bambusy, pracowali we młynie. Tym zajmowała się większość kobiet 
i  małych  dzieci.  MęŜczyźni  i  chłopcy  powyŜej  dziewiątego  czy  dziesiątego  roku  Ŝycia  zjeŜdŜali 
do  kopalni.  Pracowało  tam  teŜ  trochę  dziewczynek;  chcieli,  Ŝeby  były  małe,  bo  mogły  się 
dostawać  do  szybów  niedostępnych  dla  męŜczyzn.  Byłem  silny,  więc  posłali  mnie  do  kopalni, 
kiedy skończyłem osiem lat. 

- Jak tam było? 
- Ciemno - odparł, a Yoss znowu spostrzegła błysk jego oczu. 
-  Oglądam  się  za  siebie  i  zastanawiam  się,  jak  Ŝyliśmy.  W  jaki  sposób  utrzymywaliśmy 

się przy Ŝyciu w tym miejscu? 

Powietrze  w  kopalni  było  tak  gęste  od  kurzu,  Ŝe  miało  czarny  kolor.  Czarne  powietrze. 

Ś

wiatło lampy nie sięgało dalej niŜ na pięć stóp. Na większości wyrobisk woda sięgała do kolan. 

Kiedy  w  jednym  z  szybów  przodek  stanął  w  ogniu  i  wszystkie  korytarze  wypełniły  się 

dymem,  pracy  nie  zaprzestano,  Ŝeby  nie  zmarnować  pokładów.  Nosiliśmy  maski  i  filtry,  ale 
niewiele  pomagały.  Wdychaliśmy  dym.  Zawsze  mam  trochę  świszczący  oddech,  tak  jak  teraz; 
nie tylko z powodu berlotu. Winien jest ten stary dym. Ludzie marli na pylicę. 

Czterdziesto-, najwyŜej czterdziestopięcioletni padali jak muchy. Kiedy umierał człowiek, 

panowie  dawali  plemieniu  pieniądze,  premię  za  śmierć.  Niektórzy  umierający  uwaŜali,  Ŝe  to 
warte tych pieniędzy. 

- W jaki sposób się stamtąd wydostałeś? 
- Dzięki matce - odparł. - Była córką wójta. Nauczyła mnie religii i wolności. 
Wspominał  o  tym  juŜ  wcześniej,  pomyślała  Yoss.  To  zdanie  stało  się  jego  dyŜurną 

odpowiedzią, standardowym mitem. 

- Jak? Co ci powiedziała? 
-  Nauczyła  mnie  Świętego  Słowa  -  odparł  Abberkam  po  chwili  milczenia.  - 

Powiedziała:”Ty  i  twój  brat  jesteście  prawdziwym  narodem,  narodem  Pana,  jego  sługami, 
wojownikami, lwami, tylko wy. Pan Kamye przybył razem z nami ze Starego Świata i teraz jest 
nasz,  Ŝyje  wśród  nas”.  Nazwała  nas  Abberkam,  Język  Pana  i  Domerkam,  Ramię  Pana.  Abyśmy 
mówili prawdę i walczyli o wolność. 

background image

- Co się stało z twoim bratem? - spytała po chwili Yoss. 
- Zginął w Nadami - odparł Abberkam i ponownie oboje zamilkli na pewien czas. 
Nadami stanowiło pierwsze zarzewie Powstania, które ostatecznie przyniosło wyzwolenie 

Yeowe. Na plantacji Nadami niewolnicy i wyzwoleńcy z miasta po raz pierwszy walczyli ramię 
w  ramię  z  posiadaczami.  Gdyby  niewolnicy  zdołali  zewrzeć  szeregi  przeciwko  posiadaczom, 
Korporacjom,  wywalczyliby  sobie  wolność  juŜ  wiele  lat  wcześniej.  Jednak  ruch  wyzwoleńczy 
stale  rozdzielały  rywalizacje  wewnątrzplemienne,  wodzowie  ubiegali  się  o  władzę  na  świeŜo 
oswobodzonych  terytoriach,  targowali  się  z  panami,  by  powiększyć  własne  zyski.  Dopiero  po 
trzydziestu  latach  wojny  i  zniszczenia  zdziesiątkowani  Werelianie  zostali  pokonani  i  wygnani  z 
planety, a mieszkańcy Yeowe mogli zwrócić się przeciwko sobie. 

- Twój brat miał szczęście - stwierdziła Yoss. 
Zerknęła na wodza, ciekawa, jak przyjmie tę zaczepkę. Jego duŜa, śniada twarz nabrała w 

blasku ognia łagodnego wyrazu. 

Siwe,  szorstkie  włosy  wymknęły  się  z  luźnego  warkocza,  który  zaplotła  Yoss,  by  nie 

wpadały mu w oczy. 

- Był moim młodszym bratem - powiedział powoli i cicho. - Był Enarem na Polu Pięciu 

Armii. 

Ach,  więc  jesteś  samym  panem  Kamye,  odparła  w  myślach  Yoss,  poruszona,  oburzona, 

cyniczna. CóŜ za ego! Jednak ze słów Abberkama wypływał takŜe inny wniosek. Enar chwycił za 
miecz,  by  zabić  swego  starszego  brata  na  polu  bitwy  i  nie  dopuścić,  by  został  panem  świata. 
Kamye  powiedział  mu,  Ŝe  miecz,  który  trzymał  Enar,  był  jego  własną  śmiercią;  Ŝe  władzy  i 
wolności  nie  znajduje  się  w  Ŝyciu,  a  tylko  w  rezygnowaniu  z  Ŝycia,  z  tęsknot  i  pragnień.  Enar 
odłoŜył miecz i odszedł na pustynię, w ciszę, ze słowami:”Bracie, jestem tobą”. Kamye chwycił 
za  ten  miecz,  by  walczyć  z  armiami  zniszczenia,  chociaŜ  wiedział,  Ŝe  zwycięstwo  jest 
niemoŜliwe. 

Kim  więc  był  ten  człowiek,  ten  zwalisty  męŜczyzna,  chory  starzec,  mały  chłopiec  w 

ciemnej kopalni, ten tyran, złodziej, kłamca, który przemawiał w imieniu Pana? 

-  Za  duŜo  mówimy  -  powiedziała  Yoss,  chociaŜ  Ŝadne  z  nich  nie  wypowiedziało  od 

dobrych  pięciu  minut  słowa.  Nalała  mu  herbaty  i  odstawiła  czajnik  na  ogień,  by  utrzymywać 
odpowiednią  wilgotność  powietrza.  Podniosła  szal.  Abberkam  obserwował  ją  z  tym  samym 
łagodnym wyrazem twarzy, a w jego oczach kryło się niemal zmieszanie. 

- Walczyłem o wolność - powiedział. - Naszą wolność. 
Sumienie Abberkama nic ją nie obchodziło. 
- Trzymaj się ciepło - powiedziała. 
- Wychodzisz? 
- Nie chcę zabłądzić na grobli. 
To  był  dziwny  spacer,  poniewaŜ  nie  miała  lampy,  a  noc  była  czarna  jak  smoła. 

Wyszukując po omacku drogę, myślała o czarnym powietrzu w kopalni, o którym opowiadał jej 
Abberkam,  o  powietrzu,  które  połykało  światło.  Myślała  o  czarnym,  cięŜkim  ciele  Abberkama. 
Myślała  o  tym,  jak  rzadko  chodziła  samotnie  nocą.  Kiedy  była  dzieckiem,  na  plantacji  Banni 
niewolników  zamykano  na  noc.  Kobiety  zostawały  w  w  wyznaczonej  dla  nich  części  osady  i 
nigdy nie chodziły samotnie. Przed wojną, kiedy przybyła do miasta jako wyzwolona kobieta, by 
uczyć  się  w  szkole  dla  instruktorów,  poznała  smak  wolności,  ale  w  cięŜkich  latach  wojny,  a 
nawet  po  wyzwoleniu  kobieta  nie  mogła  chodzić  bezpiecznie  po  ulicach.  W  dzielnicach 
robotniczych nie było policji ani latarni; szefowie poszczególnych gangów posyłali swoich ludzi, 
by  plądrowali  miasto.  Nawet  w  dzień  naleŜało  mieć  się  na  baczności,  trzymać  się  w  tłumie, 
zawsze zostawiać sobie drogę ucieczki. 

background image

Zaczęła  się  niepokoić,  Ŝe  przeoczy  skręt,  ale  zanim  do  niego  dotarła,  jej  oczy 

przyzwyczaiły  się  do  ciemności,  a  w  bezkształtnej  masie  trzcin  dostrzegała  nawet  zarys  swego 
domu. Słyszała, Ŝe Obcy słabo widzą w nocy. Mieli małe oczy, małe kropki w białej obwódce jak 
u przestraszonego cielaka. 

Yoss  nie  podobały  się  ich  oczy,  za  to  podobał  się  jej  kolor  skóry  Obcych,  zazwyczaj 

brązowej  lub  rumianobrązowej,  cieplejszej  niŜ  szarobrązowa  skóra  niewolników  czy 
niebieskoczarna  Abberkama,  który  odziedziczył  ją  po  posiadaczu,  który  zgwałcił  jego  matkę. 
Cyjanitowa cera, mówili grzecznie Obcy, i adaptacja oczna do spektrum promieniowania Słońca 
układu wereliańskiego. 

Kiedy Yoss schodziła ścieŜką do domu, Gubu tańczył w milczeniu wokół niej i łaskotał ją 

w nogi ogonem. 

-  UwaŜaj,  bo  na  ciebie  nadepnę  -  zbeształa  go.  Z  uczuciem  wdzięczności  do  kota 

podniosła go, kiedy tylko weszli do środka. Tej nocy nie mogła liczyć na pełne godności, radosne 
powitanie ze strony Tikulego. Ani tej ani Ŝadnej następnej. 

Mru,  mru,  mru,  dopominał  się  Gubu,  posłuchaj,  jestem  tutaj,  Ŝycie  toczy  się  dalej,  co  z 

kolacją? 

Wódz  dostał  jednak  zapalenia  płuc,  więc  Yoss  poszła  do  wsi,  Ŝeby  zatelefonować  do 

kliniki w Veo. Przysłali lekarza, który oświadczył, Ŝe Abberkam się wyliŜe, niech tylko siedzi  i 
kaszle, wywary z ziół na pewno pomogą, niech pani ma na niego oko, dziękuję bardzo, i odszedł. 
Yoss zaczęła więc spędzać popołudnia przy łóŜku wodza. Dom bez Tikulego wydawał się bardzo 
ponury,  późnojesienne  dni  straszyły  chłodem,  a  poza  tym  cóŜ  innego  miała  do  roboty?  Podobał 
jej  się  ten  duŜy,  ciemny  dom  na  bagnach.  Nie  zamierzała  sprzątać  domu  wodza  czy 
jakiegokolwiek  męŜczyzny,  ale  myszkowała  zaglądając  do  pokojów,  których  Abberkam 
najwyraźniej  nie  uŜywał  ani  nawet  do  nich  nie  wchodził.  Znalazła  jeden  taki  na  piętrze,  z 
długimi,  niskimi  oknami  wzdłuŜ  całej  zachodniej  ściany.  Przypadł  jej  do  gustu.  Wymiotła  go  i 
umyła okna z małymi zielonkawymi szybkami. Kiedy Abberkam spał, Yoss szła na górę i siadała 
na  postrzępionym  wełnianym  dywaniku,  który  stanowił  jedyny  sprzęt  w  pokoju.  Kominek 
zamurowano  cegłami,  ale  nadal  wydzielał  ciepło,  pochodzące  od  ognia  torfowego,  który  płonął 
na  dole.  Yoss  siadała,  oparta  plecami  o  nagrzane  cegły,  słońce  wpadało  przez  szyby,  było  jej 
ciepło.  Czuła  spokój,  który  zdawał  się  przynaleŜeć  do  tego  pokoju,  do  kształtu  tutejszego 
powietrza,  zielonkawych,  nierównych  szybek.  Siedziała  w  milczeniu,  niczym  nie  zajęta,  tak 
zadowolona, jak nigdy nie była we własnym domu. 

Wódz  bardzo  powoli  odzyskiwał  siły.  Często  zamieniał  się  w  ponurego,  zgorzkniałego 

człowieka,  za  jakiego  początkowo  go  brała,  zatopionego  w  stuporze  egotycznego  wstydu  i 
wściekłości. W inne dni gotów był mówić, a niekiedy nawet słuchać. 

-  Czytałam  ksiąŜkę  o  światach  Ekumenów  -  powiedziała  Yoss,  czekając,  aŜ  placki 

fasolowe  będą  gotowe  do  przewrócenia  na  drugą  stronę.  Przez  ostatnie  dni  szykowała  obiad, 
zjadała  go  z  Abberkamem  późnym  popołudniem,  zmywała  naczynia  i  wracała  do  domu  przed 
zmrokiem.  -  Jest  bardzo  ciekawa.  Nie  ulega  Ŝadnej  wątpliwości,  Ŝe  wszyscy  pochodzimy  od 
mieszkańców  Hain,  zarówno  my,  jak  i  Obcy.  Nawet  nasze  zwierzęta  mają  tych  samych 
przodków. 

- Tak mówią - burknął Abberkam. 
-  Nie  ma  znaczenia,  kto  to  mówi  -  odparła  Yoss.  -  Pojmie  to  kaŜdy,  kto  spojrzy  na 

dowody. To jest fakt genetyczny, którego nie zmieni to, Ŝe ci się nie podoba. 

- Co to za ”fakt”, który ma milion lat? - spytał. - Jaki ma związek z tobą, ze mną, z nami? 

To jest nasz świat. Jesteśmy sobą. Nie mamy z nimi nic wspólnego. 

-  Teraz  mamy  -  powiedziała  dość  nonszalancko  i  przewróciła  placki  fasolowe  na  drugą 

background image

stronę. 

- Nie doszłoby do tego, gdybym postawił na swoim - stwierdził Abberkam. 
- Nigdy się nie poddajesz, co? - spytała ze śmiechem. 
- Nie. 
Kiedy jedli, on w łóŜku, z tacy, ona na stołku przed kominkiem, ciągnęła ten sam temat, 

czując, Ŝe draŜni byka, kusi lawinę; poniewaŜ pomimo choroby i osłabienia Abberkam nadal był 
groźny, i to nie tylko ze względu na swój wzrost. 

- Czy naprawdę o to właśnie chodziło? - spytała. - Czy do tego dąŜyła Partia Światowa? 

Do oczyszczenia planety z Obcych? Czy tylko taki miała cel? 

- Tak - dobiegło od łóŜka ponure burknięcie. 
-  Dlaczego?  Ekumeni  mają  z  nami  wiele  wspólnego.  Przełamali  władzę,  jaką  miały  nad 

nami Korporacje. Są po naszej stronie. 

-  Zostaliśmy  przywiezieni  do  tego  świata  jako  niewolnicy,  ale  sami  powinniśmy  się  w 

nim  odnaleźć  -  odparł  Abberkam.  -  Kamye  przybył  z  nami,  Pasterz,  Niewolnik,  Kamye 
Miecznik. To jest jego świat, nasza ziemia. Nikt nie moŜe nam jej dać. Nie musimy korzystać z 
wiedzy obcych ludów ani czcić ich bogów. śyjemy tutaj, na tej ziemi. Tu umieramy, Ŝeby znowu 
połączyć się z Panem. 

Po chwili Yoss powiedziała: 
-  Mam  córkę,  wnuka  i  wnuczkę.  Opuścili  ten  świat  cztery  lata  temu.  Znajdują  się  na 

pokładzie statku, który leci na Hain. 

Wszystkie lata Ŝycia, które mi pozostały, są dla nich jak kilka minut, moŜe godzina. Dotrą 

do  celu  za  osiemdziesiąt  lat,  teraz  juŜ  siedemdziesiąt  sześć.  Zamieszkają  na  innej  ziemi  i  umrą 
tam. Nie tutaj. 

- Czy chętnie przystałaś na to, Ŝeby polecieli? 
- To była decyzja mojej córki. 
- Nie twoja. 
- To jest jej Ŝycie. 
- Ale opłakujesz ją. 
Zapadło cięŜkie milczenie. 
-  To  wszystko  jest  nie  tak,  nie  tak,  nie  tak!  -  powiedział  głośno  i  dobitnie.  -  Mieliśmy 

swój cel, własną drogę do Pana, a oni nam ją odebrali, znowu jesteśmy niewolnikami! 

Mądrzy  Obcy,  naukowcy  z  ogromną  wiedzą,  którzy  podają  się  za  naszych  przodków, 

mówią nam ”Zróbcie to!”, a my robimy. 

Potem  nakazują:”Zabierzcie  dzieci  na  cudowny  statek  i  zawieźcie  je  do  cudownych 

ś

wiatów!”  I  dzieci  zostały  zabrane  i  nigdy  nie  wrócą  do  domu.  Nigdy  nie  poznają  własnego 

domu. 

Nigdy się nie dowiedzą, kim są. Nigdy się nie dowiedzą, czyje ręce mogły je trzymać. 
Abberkam przemawiał; według Yoss było to przemówienie, które wygłosił juŜ raz lub sto 

razy, wrzaskliwe i wspaniałe. 

Abberkam miał w oczach łzy, podobnie zresztą jak Yoss. 
Postanowiła jednak, Ŝe nie pozwoli, by ją wykorzystywał, manipulował nią, miał nad nią 

władzę. 

-  Powiedzmy,  Ŝe  przyznałabym  ci  rację.  Ale  dlaczego  oszukiwałeś,  Abberkamie? 

Okłamywałeś własny naród, kradłeś! 

-  Nigdy  -  odparł.  -  Wszystko,  co  robiłem,  kaŜdy  oddech,  który  brałem  w  płuca,  był  dla 

Partii Światowej. Owszem, wydawałem pieniądze, wszystkie pieniądze, jakie wpadły mi w ręce, 
bo  jakieŜ  inne  miały  przeznaczenie?  Owszem,  groziłem  wysłannikowi,  chciałem  wygnać  jego  i 

background image

całą  resztę  z  tego  świata!  Owszem,  okłamywałem  ich,  poniewaŜ  chcą  mieć  nad  nami  kontrolę, 
chcą nas posiadać. Zrobię wszystko, Ŝeby ocalić mój naród od zniewolenia, wszystko! 

Walił pięściami jak bochny w krzepkie kolana i dyszał, z trudem łapiąc oddech. Wreszcie 

załkał. 

- A ja nic nie mogę na to poradzić, o, Kamye! - zawołał i opuścił głowę. 
Yoss siedziała w milczeniu, zdjęta obrzydzeniem. 
Po  długiej  chwili  Abberkam  otarł  dłońmi  twarz  jak  dziecko,  odgarnął  do  tyłu  szorstkie, 

zmierzwione włosy, wytarł oczy i nos. Podniósł tacę, postawił sobie na kolanach, wziął widelec, 
odkroił  kawałek  placka  fasolowego,  wsunął  do  ust,  przeŜuł  i  połknął.  Skoro  on  moŜe,  to  i  ja, 
pomyślała Yoss i poszła w ślady wodza. Skończyli kolację. Yoss wstała i podeszła, Ŝeby zabrać 
tacę. 

- Przykro mi - powiedziała. 
- Wszystko przepadło - powiedział bardzo cicho Abberkam. 
Podniósł wzrok, po raz pierwszy spojrzał naprawdę na nią. 
Yoss stała, nic nie pojmując; czekała. 
-  Wszystko  przepadło  wiele  lat  wcześniej.  Wszystko,  w  co  wierzyłem  w  Nadami.  śe 

wystarczy ich wyrzucić, a odzyskamy wolność. Wojna toczyła się latami, a my zgubiliśmy drogę. 

Wiedziałem, Ŝe to kłamstwo. Jakie miało znaczenie, Ŝe będę więcej kłamał? 
Yoss  rozumiała  jedynie,  Ŝe  Abberkam  był  mocno  wzburzony  i  przypuszczalnie  trochę 

szalony, a ona popełniła błąd, prowokując go. Oboje byli starzy, pokonani, oboje stracili dziecko. 
Dlaczego  chciała  wyrządzić  mu  krzywdę?  Na  moment  połoŜyła  dłoń  na  jego  dłoni  i  po  chwili 
milczenia wzięła tacę. 

Kiedy zmywała naczynia w pomywalni, Abberkam zawołał: 
- Przyjdź tu, proszę! - Nigdy wcześniej tego nie robił, więc Yoss pobiegła do pokoju. 
- Kim byłaś? - spytał. 
Wpatrywała się w niego, nic nie pojmując. 
- Zanim tu przyjechałaś - wyjaśnił niecierpliwie. 
-  Z  plantacji  wyjechałam  do  szkoły  pedagogicznej  -  powiedziała.  -  Mieszkałam  w 

mieście, uczyłam fizyki. 

Nadzorowałam nauczanie nauk ścisłych w szkołach. 
Wychowywałam córkę. 
- Jak ci na imię? 
- Yoss. Pochodzę z plemienia Seddewi, z Banni. 
Abberkam skinął głową, a Yoss wróciła po chwili do pomywalni. Nie wiedział nawet, jak 

mam na imię, pomyślała. 

Yoss  codziennie  zmuszała  Abberkama,  by  wstał,  przeszedł  się  parę  kroków  i  usiadł  na 

krześle. Był posłuszny, ale te ćwiczenia męczyły go. Pewnego popołudnia skłoniła go do całkiem 
sporego  spaceru,  a  kiedy  wrócił  do  łóŜka,  natychmiast  zamknął  oczy.  Yoss  weszła  po 
chybotliwych  schodach  do  pokoju  z  zachodnim  oknem  i  siedziała  tam  długo  w  doskonałym 
spokoju. 

Kazała  mu  usiąść  na  krześle,  podczas  gdy  szykowała  dla  nich  obiad.  Zaczęła  mówić, 

chcąc  go  rozweselić,  ale  Abberkam  siedział  w  posępnym  nastroju,  a  Yoss  wyrzucała  sobie,  Ŝe 
poprzedniego  dnia  wytrąciła  go  z  równowagi.  CzyŜ  nie  po  to  oboje  tu  przybyli,  by  wszystko 
zostawić za sobą, zarówno błędy i poraŜki, jak i miłości i zwycięstwa? 

Opowiedziała  mu  o  Wadzie  i  Eyidzie,  gwiaździstych  kochankach,  którzy  właśnie  tego 

popołudnia leŜeli w jej łóŜku. 

-  Dawniej,  kiedy  przychodzili,  nie  miałam  dokąd  pójść  -  powiedziała.  -  W  takie  dni  jak 

background image

ten byłoby to dość uciąŜliwe. 

Musiałabym  chodzić  po  sklepach  we  wsi.  Muszę  przyznać,  Ŝe  tak  jest  lepiej.  Lubię  ten 

dom. 

Abberkam tylko chrząknął, ale Yoss czuła, Ŝe słucha z natęŜeniem, jak gdyby próbował ją 

zrozumieć niczym cudzoziemiec, który nie zna języka. 

-  Ten  dom  nic  cię  nie  obchodzi,  prawda?  -  spytała  ze  śmiechem,  podając  zupę.  - 

Przynajmniej jesteś szczery. Oto udaję świętą, tworzę duszę, a przecieŜ lubię rzeczy, przywiązuję 
się  do  nich,  uwielbiam  je.  -  Usiadła  przy  ogniu,  by  zjeść  zupę.  -  Na  piętrze  jest  piękny  pokój  - 
powiedziała. - Ten od frontu, naroŜny, z oknem na zachód. 

Coś dobrego wydarzyło się w tym pokoju. Lubię wyglądać stamtąd na mokradła. 
Kiedy zaczęła zbierać się do odejścia, Abberkam zapytał: 
- Czy ich juŜ nie będzie? 
-  Jelonków?  O,  tak,  kiedy  wrócę  do  domu,  będą  znowu  ze  swymi  nienawistnymi 

rodzinami.  Przypuszczam,  Ŝe  gdyby  zamieszkali  razem,  staliby  się  równie  nienawistni.  Są  tacy 
głupiutcy,  ale  co  mogą  na  to  poradzić?  Ta  wieś  to  zaścianek,  a  oni  są  bardzo  biedni.  A  jednak 
kurczowo trzymają się miłości, jakby wiedzieli... Ŝe to jest ich prawda... 

- Trzymaj się jedynej szlachetnej rzeczy - powiedział Abberkam, a Yoss poznała cytat. 
- Czy chcesz, Ŝebym ci poczytała? - spytała. - Mam ”Arkamye”. Mogłabym przynieść. 
Potrząsnął głową, a jego twarz rozjaśnił nagle szeroki uśmiech. 
- Nie ma potrzeby - powiedział. - Znam tę księgę. 
- Całą? 
Skinął głową. 
-  Zamierzałam  się  jej  nauczyć,  przynajmniej  części,  kiedy  tu  przyjechałam  -  wyznała 

bojaźliwie  Yoss.  -  Jednak  nigdy  tego  nie  zrobiłam.  Jakoś  nie  ma  czasu.  Czy  nauczyłeś  się 
”Arkamye” właśnie tutaj? 

-  Nauczyłem  się  jej  dawno  temu,  w  więzieniu  w  Gebba  City  -  odparł.  -  Miałem  tam 

mnóstwo czasu... Ostatnio leŜę tu sobie i recytuję ”Arkamye”. - Spojrzał na Yoss, a uśmiech nie 
znikał z jego ust. - Ta księga dotrzymuje mi towarzystwa pod twoją nieobecność. 

Yoss oniemiała. 
- Twoja obecność jest dla mnie słodka - powiedział Abberkam. 
Yoss otuliła się szalem i wybiegła z domu, ledwo się poŜegnawszy. 
W  drodze  powrotnej  do  domu  towarzyszył  jej  rój  pomieszanych,  sprzecznych  myśli. 

Jakim potworem był ten człowiek! 

Flirtował z nią, to nie ulegało wątpliwości. Raczej chciał ją zaciągnąć do łóŜka, na którym 

leŜał,  rozwalony  niczym  wielki  wół,  z  tym  swoim  świszczącym  oddechem  i  siwymi  włosami! 
Ten łagodny, głęboki głos, ten uśmiech; wiedział, jak posłuŜyć się tym uśmiechem, jak sprawić, 
by  stał  się  nieodparty.  Wiedział,  jak  zabrać  się  do  kobiety;  jeśli  opowieści  były  prawdziwe, 
zabierał się juŜ do tysięcy, omotywał je, wchodził, wychodził, proszę, zostawiam trochę nasienia, 
Ŝ

ebyś miała pamiątkę po swoim wodzu, na razie, mała. BoŜe! 

Dlaczego więc wbiła sobie do głowy, Ŝeby opowiadać Abberkamowi o Eyidzie i Wadzie, 

którzy baraszkowali w jej łóŜku? Głupia kobieto, mówiła do siebie, krocząc w silnym wschodnim 
wietrze, który siekł szarzejące trzciny. Głupia, głupia, stara, stara kobieto. 

Gubu  wyszedł  jej  na  spotkanie.  Tańczył  i  bił  miękkimi  łapkami  po  nogach  i  dłoniach 

Yoss,  wymachując  krótkim,  zakończonym  węzełkiem  ogonem  w  czarne  cętki.  Wychodząc  z 
domu  specjalnie nie  zamknęła  drzwi  na klucz, Ŝeby kot mógł sobie z nimi poradzić. Teraz były 
otwarte  na  ościeŜ.  Po  całym  pokoju  fruwały  pióra  jakiegoś  małego  ptaka,  a  na  dywaniku  przed 
kominkiem spostrzegła ślady krwi i resztkę wnętrzności. 

background image

- Ty potworze - skarciła Gubu. - Morduj poza domem! - Kot odtańczył taniec wojenny i 

miauknął.  Przez  całą  noc  spał  wtulony  w  jej  plecy;  posłusznie  wstawał,  przestępował  Yoss  i 
zwijał się w kłębek po drugiej stronie, ilekroć przewracała się na drugi bok. 

Przekręcała  się  często,  wyobraŜając  sobie  cięŜar  i  Ŝar  potęŜnego  ciała,  cięŜar  dłoni  na 

swoich piersiach i usta, które wysysały z jej sutków Ŝycie. 

Skróciła  swoje  wizyty  u  Abberkama.  Mógł  juŜ  wstawać  o  własnych  siłach,  potrafił 

zatroszczyć  się  o  siebie,  przygotować  sobie  śniadanie.  Yoss  pilnowała,  by  stojąca  przy  kominie 
skrzynka na torf była pełna, dbała o zapasy w spiŜarni i przynosiła mu obiad, ale nie zjadała go 
razem z nim. 

Abberkam  najczęściej  milczał  posępnie,  a  Yoss  zwracała  uwagę  na  to,  co  mówiła. 

Odnosili  się  wobec  siebie  z  najwyŜszą  ostroŜnością.  Yoss  brakowało  godzin  spędzanych  w 
pokoju  na  piętrze,  ale  ten  rozdział  został  nieodwołalnie  zamknięty;  stał  się  snem,  utraconą 
słodyczą. 

Pewnego popołudnia Eyid zjawiła się u Yoss sama. 
- Chyba nie będę tu juŜ przychodzić - powiedziała markotnie. 
- Co się stało? 
Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
- Czy oni cię obserwują? 
- Nie. Sama nie wiem. Mogę, no wiesz, mogę zostać wypchana. 
- UŜyła starego określenia niewolników oznaczającego zajście w ciąŜę. 
-  Chyba  uŜywaliście  środków  antykoncepcyjnych?  -  Yoss  kupiła  dla  nich  w  Voss 

pokaźny zapas. 

Eyid skinęła głową bez przekonania. 
- Myślę, Ŝe to niewłaściwe - powiedziała i zacisnęła usta. 
- Kochanie się? UŜywanie środków antykoncepcyjnych? 
-  Myślę,  Ŝe  to  niewłaściwe  -  powtórzyła  dziewczyna  i  rzuciła  Yoss  szybkie,  mściwe 

spojrzenie. 

- No, dobrze - powiedziała Yoss pojednawczym tonem. 
Eyid odwróciła się na pięcie. 
- Do widzenia, Eyid. 
Dziewczyna bez słowa ruszyła ścieŜką przez bagna. 
„Trzymaj się jedynej szlachetnej rzeczy”, pomyślała z goryczą Yoss. 
Obeszła  dom  i  stanęła  nad  grobem  Tikulego,  ale  dojmujący  chłód  zimy  nie  pozwalał 

zostać długo na dworze. Weszła do domu i zatrzasnęła drzwi. Pokój wydał się jej mały, ciemny i 
niski.  Słaby  ogień  torfowy  płonął  bezgłośnie,  kopcąc  i  dymiąc.  Na  zewnątrz  panowała  cisza. 
Wiatr ustał, a skute lodem trzciny znieruchomiały. 

Chcę  drewna,  chcę  rozpalić  ogień,  pomyślała  Yoss.  Pragnę,  by  płomienie  skakały  i 

trzaskały; chcę ognia, który będzie opowiadał bajki, tak jak w domu babci na plantacji. 

Nazajutrz  poszła  jedną  ze  ścieŜek  przez  bagna  do  oddalonego  o  pół  mili  zrujnowanego 

domu i ściągnęła kilka poluzowanych desek z zapadniętej werandy. Tej nocy rozpaliła buzujący 
ogień.  Nabrała  zwyczaju  chodzenia  do  starego  domu  co  najmniej  raz  dziennie.  Obok  niszy  z 
torfem, która znajdowała się po przeciwnej stronie komina w stosunku do niszy z łóŜkiem, zbiła 
pokaźną  skrzynkę  na  drewno.  Przestała  chodzić  do  Abberkama;  wrócił  do  zdrowia,  a  Yoss 
chciała mieć jakiś cel spacerów. Nie umiała pociąć dłuŜszych desek, więc wpychała je do ognia 
stopniowo; w ten sposób jedna starczyła na cały wieczór. Siadała przy jasnym ogniu i próbowała 
się  nauczyć  pierwszej  księgi  ”Arkamye”.  Gubu  leŜał  na  obmurzu  kominka,  czasami  patrzył  w 
płomienie i mruczał a czasem spał. Tak bardzo nienawidził chodzić w lodowate trzciny, Ŝe Yoss 

background image

zbiła mu w pomywalni małą skrzynkę z piaskiem, z której bardzo schludnie korzystał. 

Chłody  nie  ustępowały;  Yoss  nie  pamiętała  tak  srogiej  zimy  na  mokradłach.  Ostre 

przeciągi  naprowadziły  ją  na  szpary  w  drewnianych  ścianach,  o  których  istnieniu  nie  miała 
przedtem  pojęcia.  Z  braku  szmat,  którymi  mogłaby  je  pozatykać,  uŜyła  błota  i  pozwijanych 
trzcin.  Kiedy  pozwalała  ogniowi  zgasnąć,  chatka  oziębiała  się  w  ciągu  godziny.  Ogień  torfowy 
pozwalał  Yoss  przetrwać  noc.  W  ciągu  dnia  często  dokładała  do  kominka  kawałek  drewna  i 
cieszyła się towarzystwem jasnego płomienia. 

Wreszcie  musiała  pójść  do  wsi.  Odkładała  ten  obowiązek  od  wielu  dni  z  nadzieją,  Ŝe 

chłody ustąpią, aŜ w końcu wyczerpały się jej wszystkie zapasy. Było zimniej niŜ kiedykolwiek. 
Zabrudzone  ziemią  kostki  torfu  paliły  się  słabo  i  kopciły,  więc  Yoss  dołoŜyła  do  kominka 
kawałek drewna, Ŝeby podtrzymać ogień i utrzymać ciepło w domu. 

Otuliła  się  wszystkimi  płaszczami  i  szalami,  jakie  mogła  znaleźć  i  wyruszyła  z  torbą  do 

wsi. Gubu mrugnął na nią od kominka. 

- Ty leniwy draniu - powiedziała do niego Yoss. - Mądra bestia. 
Panował przeraźliwy chłód. Gdybym poślizgnęła się na lodzie i złamała nogę, mogłabym 

tak leŜeć wiele dni, zanim by mnie znaleźli. LeŜałabym tutaj i zamarzłabym w kilka godzin. 

Proszę,  proszę,  jestem  w  rękach  Pana,  a  za  kilka  lat  tak  czy  inaczej  umrę.  Dobry  BoŜe, 

pozwól mi tylko dotrzeć do wsi i ogrzać się! 

Dotarła  do  wsi,  gdzie  zabawiła  dłuŜszy  czas  przy  piecu  w  sklepie  ze  słodyczami, 

nadrabiając  zaległości  w  plotkach,  a  takŜe  przy  piecu  w  kiosku,  gdzie  w  starej  gazecie 
przeczytała o nowej wojnie we wschodniej prowincji. Ciotki Eyid, a takŜe ojciec, matka i ciotki 
Wady  pytali  Yoss  o  zdrowie  wodza.  Powiedzieli  jej  teŜ,  Ŝeby  odwiedziła  właściciela  jej  chaty, 
Kebiego, który coś dla niej miał. 

Okazało się, Ŝe tym czymś jest paczka taniej, wstrętnej herbaty. Yoss, która nie miała nic 

przeciwko  temu,  Ŝeby  Kebi  wzbogacił  sobie  duszę,  podziękowała  mu  za  herbatę.  Zapytał  ją  o 
Abberkama. Czy wódz był chory? Czy czuł się lepiej? 

Zadawał napastliwe pytania, a Yoss odpowiadała beznamiętnie. 
Łatwo  jest  Ŝyć  w  milczeniu,  pomyślała,  ale  za  nic  w  świecie  nie  mogłabym  Ŝyć  wśród 

tych głosów. 

Nie chciała opuszczać ciepłego pomieszczenia, ale jej torba okazała się cięŜsza, niŜ Yoss 

by sobie Ŝyczyła, a zlodowacenia na drodze stałyby się źle widoczne po zmroku. 

PoŜegnała się i ponownie ruszyła przez wioskę ku grobli. 
Było  później,  niŜ  sądziła.  Słońce  stało  nisko,  kryło  się  za  jedyny  pas  chmur  na  czystym 

niebie, jakby skąpiło choćby pół godziny ciepła i jasności. Yoss pragnęła znaleźć się z powrotem 
w domu, przy ogniu, więc wydłuŜyła krok. 

PoniewaŜ  w  obawie  przed  lodem  patrzyła  pod  nogi,  początkowo  dobiegł  ją  tylko  głos. 

Znała go, więc pomyślała: Abberkam znowu szaleje! Biegł w jej stronę wołając. Zatrzymała się 
przestraszona, ale Abberkam wykrzykiwał jej imię: 

-  Yoss!  Yoss!  Wszystko  w  porządku!  -  Stanął  tuŜ  przed  nią:  potęŜny,  dziki  męŜczyzna, 

cały  w  błocie,  z  lodem  i  błotem  w  siwych  włosach,  z  czarnymi  rękami  i  ubraniem,  a  Yoss 
widziała, jak błyskają mu białka oczu. 

- Cofnij się! - powiedziała. - Trzymaj się ode mnie z daleka! 
- Wszystko w porządku - odparł - ale dom, dom... 
- Jaki dom? 
- Twój dom się spalił. Widziałem to. Szedłem właśnie do wsi, kiedy zobaczyłem dym na 

mokradłach... 

Mówił  dalej,  ale  Yoss  stała  jak  sparaliŜowana  i  nic  nie  słyszała.  Wychodząc  z  domu 

background image

zatrzasnęła  drzwi  i  pozwoliła,  by  skobel  opadł.  Nigdy  nie  zamykała  drzwi  na  klucz,  ale 
pozwoliła, by skobel opadł, więc Gubu nie mógł się wydostać. 

Został uwięziony w domu; te jasne, rozpaczliwe oczy, cichy, płaczliwy głos... 
Ruszyła do przodu, ale Abberkam zastąpił jej drogę. 
-  Przepuść  mnie  -  powiedziała.  -  Musisz  mnie  przepuścić.  -  Postawiła  torbę  na  ziemi  i 

pognała przed siebie. 

Abberkam  chwycił  ją  za  ramię,  a  Yoss  stanęła  jak  powstrzymana  morską  falą.  Poczuła, 

jak okręca ją; otoczyło ją potęŜne ciało i głos: 

- Wszystko w porządku, kociakowi nic nie grozi, jest u mnie w domu - mówił Abberkam. 

- Posłuchaj, posłuchaj mnie, Yoss! 

Dom spłonął, ale kociak jest bezpieczny. 
- Co się stało? - krzyknęła z wściekłością. - Puść mnie! Nie rozumiem! Co się stało? 
-  Proszę  cię,  przestań  krzyczeć  -  powiedział  błagalnie,  uwalniając  jej  rękę.  -  Pójdziemy 

tam. Sama zobaczysz, chociaŜ nie zostało wiele do oglądania. 

Ruszyła za nim chwiejnym krokiem, a Abberkam opowiedział jej, co się stało. 
- Ale jak to się zaczęło? - spytała. - W jaki sposób mógł wybuchnąć poŜar? 
-  Od  iskry.  Czy  zostawiłaś  ogień  w  kominku?  Oczywiście,  Ŝe  tak,  przecieŜ  jest  zimno. 

Widziałem,  jak  z  komina  wylatywały  kamienie.  JeŜeli  dołoŜyłaś  drew  do  ognia,  moŜe  poszła 
iskra,  moŜe  zajęła  się  deska  podłogowa  albo  gont  na  dachu.  Jest  taka  susza,  Ŝe  wszystko 
momentalnie  stanęło  w  ogniu.  O,  mój  BoŜe,  słodki  BoŜe,  myślałem,  Ŝe  jesteś  w  środku.  Idąc 
groblą  zobaczyłem  ogień  -  po  chwili  znalazłem  się  przed  drzwiami  domu,  nie  wiem,  w  jaki 
sposób,  moŜe  przefrunąłem  -  pchnąłem  drzwi,  były  zamknięte  na  skobel,  wywaŜyłem  je  i 
ujrzałem, Ŝe cała tylna ściana i sufit stoją w płomieniach. Przez kłęby dymu nie widziałem, czy 
jesteś w środku. Wszedłem. 

Zwierzątko chowało się w kącie - przypomniałem sobie, jak płakałaś, kiedy tamto drugie 

umarło,  spróbowałem  złapać  kotka,  ale  śmignął  przez  drzwi  niczym  strzała.  Zobaczyłem,  Ŝe  w 
domu nie ma nikogo, skoczyłem do drzwi, a wtedy runął dach. 

- Abberkam zaśmiał się  dziko, triumfalnie. - Uderzył mnie w głowę, widzisz? - Pochylił 

się, ale nawet wtedy był dla niej zbyt duŜy, by mogła dostrzec czubek jego głowy. - Zobaczyłem 
twoje  wiadro  i  próbowałem  chlusnąć  wodę  na  frontową  ścianę,  Ŝeby  coś  uratować,  potem 
pojąłem, Ŝe to szaleństwo, stała w ogniu, nic nie ocalało. Ruszyłem ścieŜką, a twój kotek czekał 
tam na mnie, cały drŜący. 

Pozwolił  mi  się  wziąć  na  ręce,  ale  nie  wiedziałem,  co  z  nim  zrobić,  więc  pobiegłem  z 

powrotem do siebie i zostawiłem go tam. Zatrzasnąłem drzwi. Kotek jest tam bezpieczny. Potem 
pomyślałem, Ŝe musisz być we wsi, więc wróciłem, Ŝeby cię odnaleźć. 

Doszli do skrętu z głównej drogi. Yoss podeszła do skraju grobli i spojrzała w dół. Smuga 

dymu, czarny kłąb, czarne patyki, lód. Wstrząsnął nią dreszcz i poczuła takie mdłości, Ŝe musiała 
kucnąć  i  wypluć  zimną  ślinę.  Niebo  i  trzciny  kołysały  się  z  lewa  na  prawo,  wirowały  jej  przed 
oczami; 

Yoss nie potrafiła powstrzymać wirowania. 
- Chodź, chodź juŜ, wszystko w porządku. Chodź ze mną. - Zdała sobie sprawę z głosu, z 

dłoni  i  rąk,  z  potęŜnego  ciepłego  ciała,  które  ją  podtrzymywało.  Ruszyła  przed  siebie  z 
zamkniętymi oczami. Po chwili zdołała je otworzyć i dokładnie przyjrzeć się drodze. 

-  Och,  moja  torba...  zostawiłam  ją...  to  wszystko,  co  mam  -  powiedziała  nagle  ze 

ś

miechem, odwróciła się i o mały włos nie upadła, poniewaŜ w wyniku nagłego obrotu ponownie 

zawirowało jej przed oczami. 

-  Mam  ją  tutaj.  Chodź,  to  juŜ  niedaleko.  -  Abberkam  niósł  torbę  w  dziwny  sposób,  w 

background image

zagłębieniu łokcia. Drugą ręką obejmował Yoss. Pomógł jej wstać, ruszyli w dalszą drogę. 

Dotarli  do  jego  domu,  ciemnego  domu  na  palach.  Na  wprost  rozpościerało  się 

pomarańczowo-Ŝółte  niebo,  z  róŜowymi  pasmami  rozchodzącymi  się  gwiaździście  w  miejscu, 
gdzie zaszło słońce. Kiedy Yoss była dzieckiem, te pasma nazywali włosami słońca. Abberkam i 
Yoss odwrócili się plecami do chwały nieba i weszli do ciemnego domu. 

- Gubu? - zapytała Yoss. 
Znalazła go dopiero po chwili. Kulił się pod kanapą. Yoss musiała go wyciągnąć, bo nie 

chciał do niej wyjść. 

Zakurzone futerko zostawało jej w  dłoniach, kiedy go dotykała. W pyszczku miał trochę 

piany;  drŜał  i  leŜał  cicho  w  ramionach  Yoss.  Nie  przestawała  głaskać  srebrnego,  cętkowanego 
grzbietu, łaciatych boków, jedwabistego, białego futerka na brzuchu. Wreszcie zamknął oczy, ale 
kiedy tylko się poruszyła, dał susa pod kanapę. 

Yoss usiadła i powiedziała: 
- Tak mi przykro, Gubu, tak mi przykro. 
Na dźwięk jej głosu wódz wrócił do pokoju z pomywalni. 
Trzymał przed sobą mokre dłonie, a Yoss zastanawiała się, czemu ich nie wytarł. 
- Czy kotek dobrze się czuje? - spytał Abberkam. 
- Minie trochę czasu, zanim się oswoi - odparła. -  Ten  ogień i obcy dom. One są... koty 

przyzwyczajają się do terytorium. 

Nie lubią obcych miejsc. 
Yoss nie była w stanie uporządkować własnych myśli ani słów. 
Przypływały w bezładnych fragmentach. 
- A więc to jest kot? 
- Owszem, łaciaty kot. 
- Wszystkie zwierzęta domowe naleŜały do panów, mieszkały w ich domach - oświadczył 

Abberkam. - My nigdy nie mieliśmy zwierząt domowych. 

Yoss uznała te słowa za oskarŜenie. 
- Owszem, zwierzęta przybyły z Werel razem z panami - powiedziała. - My równieŜ. - Po 

wyrzuceniu  z  siebie  tych  ostrych  słów  przyszło  jej  na  myśl,  Ŝe  oświadczenie  Abberkama 
stanowiło być moŜe przeprosiny za ignorancję. 

Wódz wciąŜ tam stał, wyciągając ręce sztywno przed siebie. 
- Przepraszam, ale myślę, Ŝe potrzebuję jakiegoś bandaŜa. 
Yoss skoncentrowała wzrok na dłoniach Abberkama. 
- Oparzyłeś się - stwierdziła. 
- Drobiazg. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. 
-  PokaŜ.  -  Podszedł  bliŜej  i  odwrócił  duŜe  dłonie  wierzchem  do  góry.  Na  niebieskawej 

skórze  palców  jednej  dłoni  widniała  jaskrawoczerwona  pręga  pełna  pęcherzy,  a  na  drugiej,  u 
podstawy kciuka, otwarta, krwawa rana. 

- ZauwaŜyłem to dopiero podczas mycia - wyjaśnił Abberkam. - Nic nie bolało. 
-  Pozwól,  Ŝe  obejrzę  ci  głowę  -  powiedziała  przypominając  sobie  o  zwalonym  dachu. 

Abberkam  uklęknął  posłusznie  i  podsunął  pod  oczy  Yoss  kudłaty,  pobrudzony  sadzą  kołtun  z 
czerwono-czarną oparzeliną na czubku. 

- O BoŜe! - wyszeptała. 
DuŜy  nos  i  oczy  Abberkama  pojawiły  się  pod  siwą  czupryną  i  spojrzały  na  Yoss  z 

niepokojem. 

- Wiem, Ŝe zawalił się na mnie dach - powiedział, a Yoss zaczęła się śmiać. 
- Dach nie wystarczy, Ŝeby cię powalić! - odparła. - Czy masz coś, jakieś czyste szmatki? 

background image

Wiem, Ŝe w szafce w pomywalni zostawiłam kilka czystych ściereczek do naczyń. 

Masz moŜe jakiś środek dezynfekujący? 
Czyszcząc ranę na głowie mówiła dalej: 
-  Nie  wiem  nic  o  oparzeniach,  tyle  tylko,  Ŝe  naleŜy  utrzymywać  je  w  czystości  i  nie 

zakrywać,  Ŝeby  mogły  obeschnąć.  Powinniśmy  zadzwonić  do  kliniki  w  Veo.  Jutro  mogłabym 
pójść do wsi. 

- Sądziłem, Ŝe jesteś lekarką albo pielęgniarką - powiedział Abberkam. 
- Jestem kuratorką szkolną! 
- Opiekowałaś się mną w chorobie. 
- Wiedziałam, co ci dolega, ale nie znam się na oparzeniach. Pójdę do wsi i zatelefonuję, 

ale nie dzisiaj. 

- Nie dzisiaj - zgodził się. Zacisnął dłonie w  pięści i skrzywił się z bólu.  - Zamierzałem 

przygotować kolację. 

Nie wiedziałem, Ŝe jest coś nie tak z moimi dłońmi. Nie wiem, kiedy to się stało. 
-  Gdy  ratowałeś  Gubu  -  powiedziała  trzeźwo  Yoss  i  nagle  się  rozpłakała.  -  PokaŜ,  co 

zamierzałeś zjeść, a ja to podgrzeję - zaproponowała przez łzy. 

- Przykro mi z powodu straty twoich rzeczy - powiedział Abberkam. 
-  Nie  było  tam  nic  waŜnego.  Mam  na  sobie  prawie  wszystkie  swoje  rzeczy  -  odparła 

łkając.  -  W  domu  zostało  tylko  trochę  jedzenia,”Arkamye”  i  ksiąŜka  o  światach.  -  Pomyślała  o 
stronicach, które czerniały i skręcały się, kiedy czytał je ogień. - Pewna przyjaciółka przysłała mi 
tę ksiąŜkę z miasta. Nigdy nie aprobowała mojego pomysłu, Ŝe przyjadę tutaj, będę udawała, Ŝe 
piję wodę i zachowuję milczenie. 

Miała zresztą rację: powinnam wrócić, w ogóle nie powinnam tu była przyjeŜdŜać. CóŜ za 

kłamczucha  ze  mnie,  jaka  jestem  głupia!  Kradłam  drzewo,  Ŝeby  rozpalić  miły  ogień!  Chciałam 
się ogrzać i rozweselić! No, więc podpaliłam dom i wszystko przepadło. Ucierpiał dom Kebiego, 
mój  biedny  kotek,  twoje  dłonie,  to  wszystko  moja  wina.  Zapomniałam  o  iskrach,  jakie  sypie 
płonące  drewno.  Zapomniałam,  Ŝe  komin  został  zbudowany  z  myślą  o  ogniu  torfowym. 
Zapominam o wszystkim, mój umysł mnie zdradza, moja pamięć kłamie, ja kłamię. 

ZniewaŜam mojego Pana, udając, Ŝe zwracam się ku Niemu, podczas gdy nie mogę się ku 

Niemu zwrócić, nie potrafię zrezygnować ze świata. Wobec tego spalam go! A miecz kaleczy ci 
dłonie.  -  Ujęła  dłonie  Abberkama  w  swoje  i  pochyliła  nad  nimi głowę. - Łzy mają właściwości 
znieczulające - powiedziała. - Och, tak mi przykro, tak przykro! 

PotęŜne,  poparzone  dłonie  Abberkama  spoczywały  w  dłoniach  Yoss.  Nachylił  się  do 

przodu i pocałował ją we włosy, pieszcząc je wargami i policzkiem. 

-  Wyrecytuję  ci  ”Arkamye”  -  powiedział.  -  Siedź  teraz  spokojnie.  Musimy  coś  zjeść. 

Bardzo zmarzłaś. Myślę, Ŝe doznałaś szoku. Siedź tutaj, dam radę postawić czajnik na ogniu. 

Yoss posłuchała. Abberkam miał rację: bardzo zmarzła. 
Przysunęła się bliŜej ognia. 
- Gubu? - szepnęła. - Wszystko w porządku, Gubu. Chodź, no chodź, maleńki. - Ale pod 

kanapą nic się nie poruszyło. 

Abberkam stanął tuŜ obok i coś jej podał. Kieliszek, to był kieliszek czerwonego wina. 
- Masz wino? - spytała zdumiona. 
- Zazwyczaj piję wodę i zachowuję milczenie - odparł. - Czasami piję wino i mówię. Weź 

to. 

Przyjęła kieliszek z pokorą. 
- Wcale nie doznałam szoku - powiedziała. 
-  Nic  nie  jest  w  stanie  zszokować  kobiety  z  miasta  -  oświadczył  powaŜnym  tonem.  -  A 

background image

teraz musisz otworzyć ten słoik. 

- W jaki sposób otworzyłeś wino? - spytała odkręcając słoik z gulaszem rybnym. 
- JuŜ było otwarte - odparł głębokim głosem, nieporuszony. 
Usiedli  przed  kominkiem  naprzeciwko  siebie  i  zaczęli  jeść,  nakładając  sobie  z  garnka 

zawieszonego na haku nad ogniem. 

Yoss opuszczała kawałki ryby tak nisko, Ŝe Gubu mógł je dostrzec spod kanapy; szeptała 

do niego, ale kot nie chciał wyjść. 

- Wyjdzie, kiedy zgłodnieje - powiedziała. Miała juŜ dość płaczliwego drŜenia własnego 

głosu, guli w gardle, poczucia wstydu. - Dziękuję za jedzenie - powiedziała. - JuŜ czuję się lepiej. 

Wstała, Ŝeby umyć garnek i łyŜki; powiedziała Abberkamowi, Ŝeby nie moczył rąk, więc 

nie zaproponował, Ŝe jej pomoŜe. 

Siedział przy ogniu, nieruchomo, jak wielka ciemna bryła z kamienia. 
- Pójdę na górę - oznajmiła, kiedy skończyła. - MoŜe uda mi się złapać Gubu i zabrać go 

ze sobą. Daj mi jeden albo dwa koce. 

- Są na górze - odparł wódz i skinął głową. - Rozpaliłem ogień. - Nie wiedziała, co miał 

na  myśli.  Uklękła,  Ŝeby  zajrzeć  pod  kanapę.  Wiedziała,  Ŝe  wygląda  groteskowo:  stara  kobieta, 
otulona w szale, z tyłkiem w powietrzu, szepcząca ”Gubu, Gubu!” do mebla. Nagle rozległo się 
chrobotanie i Gubu wszedł prosto w jej ręce. Przywarł do ramienia Yoss i wtulił nos pod jej ucho. 
Yoss przysiadła na piętach i spojrzała na Abberkama z rozpromienioną twarzą. 

- Oto on! - wykrzyknęła. Z pewnym trudem wstała z podłogi i powiedziała: - Dobranoc. 
-  Dobranoc,  Yoss  -  odparł  wódz.  Yoss  nie  odwaŜyła  się  unieść  lampy  naftowej,  więc 

weszła  po  schodach  po  ciemku,  przyciskając  Gubu  mocno  obiema  dłońmi,  aŜ  znalazła  się  w 
zachodnim  pokoju  i  zatrzasnęła  drzwi.  Otworzyła  oczy  ze  zdumienia.  Abberkam  otworzył 
kominek i w którymś momencie tego wieczoru rozpalił torf; rdzawy blask odbijał się w długich, 
niskich  oknach,  czarnych  od  nocy,  a  ogień  pachniał  słodko.  ŁóŜko,  które  dotąd  stało  w  innym, 
nieuŜywanym pokoju, przyniesiono tutaj, posłano, przykryto nową kapą z białej wełny. Dzbanek 
i miska stały na półce obok komina. 

Stary  dywan,  na  którym  dawniej  siadywała,  został  wytrzepany,  wyszorowany  i  teraz, 

czysty, leŜał przed kominkiem. 

Gubu wyrywał jej się z rąk, więc postawiła go na podłodze, a kot pobiegł prosto do łóŜka. 

Będzie  mu  tutaj  dobrze.  Yoss  nalała  trochę  wody  z  dzbanka  do  miski,  którą  postawiła  przed 
kominkiem, na wypadek, gdyby Gubu zachciało się pić. 

Potrzeby  fizjologiczne  będzie  mógł  załatwiać  w  popiele.  Jest  tutaj  wszystko,  czego 

potrzebujemy,  pomyślała,  nadal  patrząc  w  osłupieniu  na  zacieniony  pokój,  na  łagodne  światło, 
które padało na okna od wewnątrz. 

Wyszła,  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  zeszła  na  dół.  Abberkam  siedział  nieruchomo  przy 

ogniu. Błysnął oczami w jej stronę, a Yoss nie wiedziała, co powiedzieć. 

- Podobał ci się pokój - stwierdził. 
Skinęła głową. 
- Powiedziałaś, Ŝe kiedyś był to moŜe pokój kochanków. 
Przyszło mi na myśl, Ŝe moŜe dopiero ma nim zostać. 
- Być moŜe - odparła po chwili. 
- Ale nie  dzisiejszej  nocy  - powiedział z niskim pomrukiem, a Yoss zdała sobie sprawę, 

Ŝ

e to śmiech. JuŜ raz widziała, jak Abberkam się uśmiecha; teraz słyszała jego śmiech. 

- Nie, nie dzisiejszej nocy - powiedziała z rezerwą. 
-  Potrzebuję  swoich  dłoni  -  powiedział  Abberkam.  -  Po  to,  by  się  z  tobą  kochać, 

potrzebuję całego ciała. 

background image

Yoss przyglądała mu się w milczeniu. 
- Usiądź, Yoss, proszę. - Usiadła na sofie przed kominkiem naprzeciwko wodza. 
- Kiedy chorowałem, myślałem o tych wszystkich rzeczach - zaczął Abberkam, a w jego 

głosie  dały  się  słyszeć  tony  mówcy.  -  Zdradziłem  swoją  sprawę,  w  jej  imieniu  kradłem  i 
kłamałem, poniewaŜ nie mogłem się przyznać, Ŝe przestałem w nią wierzyć. Bałem się Obcych, 
poniewaŜ bałem się ich bogów. 

Tak wielu bogów! Bałem się, Ŝe umniejszą mojego Pana. 
Umniejszą Go! - Zamilkł na minutę, by zaczerpnąć tchu, a Yoss słyszała, jak chrypi mu w 

płucach.  -  Zdradziłem  matkę  mego  syna  wiele,  wiele  razy. Zdradziłem ją, inne kobiety, samego 
siebie.  Nie  trzymałem  się  ani  jednej  szlachetnej  rzeczy.  -  RozłoŜył  dłonie,  skrzywił  się  nieco  i 
spojrzał na oparzeliny. - Myślę, Ŝe tobie się to udało - zakończył. 

-  Z  ojcem  Safnan  Ŝyłam  tylko  kilka  lat  -  powiedziała  po  chwili  Yoss.  -  Miałam  innych 

męŜczyzn. Jakie to ma teraz znaczenie? 

-  Nie  to  miałem  na  myśli  -  odparł  Abberkam.  -  Chciałem  powiedzieć,  Ŝe  nie  zdradziłaś 

swoich męŜczyzn, dziecka, siebie samej. Zgoda, to wszystko naleŜy juŜ do przeszłości. 

Pytasz, jakie to ma teraz znaczenie. Nic nie ma znaczenia. 
Ale  nawet  teraz  dajesz  mi  tę  szansę,  tę  piękną  szansę,  Ŝebym  cię  przytulił,  przytulił  ze 

wszystkich sił. 

Yoss nie odpowiedziała. 
-  Przybyłem  tu  okryty  wstydem,  a  ty  obdarzyłaś  mnie  szacunkiem  -  powiedział 

Abberkam. 

- A dlaczegóŜbym miała tego nie robić? Kim jestem, Ŝebym miała cię oceniać? 
- Bracie, jestem tobą. 
Yoss  rzuciła  na  wodza  przeraŜone  spojrzenie,  po  czym  przeniosła  wzrok  na  ogień.  Torf 

palił  się  niskim,  ciepłym  płomieniem,  wysyłając  w  górę  pojedyncze  pasemko  dymu.  Yoss 
pomyślała o jego ciepłym, ciemnym ciele. 

- Czy między nami zapanuje pokój? - zapytała. 
- A czy potrzebujesz pokoju? 
Po chwili Yoss uśmiechnęła się nieznacznie. 
- Zrobię, co w mojej mocy - zapewnił Abberkam. - Zostań w tym domu na pewien czas. 
Yoss skinęła głową. 
 
                                                                                                      PrzełoŜył Paweł Lipszyc 
 

 

                                                        Prawo imion 

 

Pan  Podgórski  wyszedł  spod  swojej  góry  uśmiechnięty,  dysząc  cięŜko.  Za  kaŜdym  razem 

z jego  nozdrzy  buchały  dwa  obłoczki  pary,  śnieŜnobiałe  w porannym  słońcu.  Pan  Podgórski 

spojrzał w grudniowe roziskrzone niebo i uśmiechnął się szerzej niŜ zwykle, ukazując białe zęby. 

A następnie zszedł do miasteczka. 

–  Dzień,  panie  Podgórski  –  mówili  ludzie,  kiedy  przechodził  wąskimi  uliczkami  koło  ich 

domów o stoŜkowatych dachach, przypominających mięsiste czerwone kapelusze muchomorów. 

background image

–  Dzień,  dzień!  –  odpowiadał  kaŜdemu  (oczywiście  pozdrowienie  kogoś  całym  „dzień 

dobry”  mogłoby  przynieść  pecha,  samo  stwierdzenie,  Ŝe  jest  dzień,  wystarczało  w zupełności 

w miejscu  tak  silnie  poddanym  Wpływom,  jak  wyspa  Sattins,  gdzie  lekkomyślnie  zastosowany 

przymiotnik moŜe zmienić pogodę na cały tydzień). 

Wszyscy  z nim  rozmawiali  –  jedni  Ŝyczliwie,  inni  z łagodnym  lekcewaŜeniem.  Niewielka 

wysepka nie posiadała innego czarodzieja, pan Podgórski zasługiwał więc na szacunek, ale jak tu 

szanować małego, pięćdziesięcioletniego tłuściocha, który człapie sobie, kolebiąc się jak kaczka, 

wydmuchując  nosem  obłoczki  pary  i uśmiechając  się?  Nie  był  teŜ  nadzwyczajnym  fachowcem 

w swojej  dziedzinie.  Jego  fajerwerki  cieszyły  się  nawet  dość  dobrą  opinią,  ale  eliksiry  na 

przykład  były  kiepskie.  Brodawki,  które  usuwał,  często  pojawiały  się  znowu  po  trzech  dniach, 

zaczarowane  przez  niego  pomidory  wyrastały  nie  większe  niŜ  melony,  w tych  zaś  rzadkich 

wypadkach, kiedy do portu Sattins zawinął jakiś obcy statek, pan Podgórski nie wychodził nigdy 

spod  swej  góry  –  ze  strachu,  jak  wyjaśniał,  przed  złym  okiem.  Był  więc,  krótko  mówiąc, 

czarodziejem  w takim  stopniu,  w jakim  zezowaty  Gan  –  cieślą.  Obaj  partaczyli.  Mieszkańcy 

miasteczka  przyzwyczaili  się  juŜ  do  źle  działających  zawiasów  czy  sfuszerowanych  czarów,  ale 

odbijali  to  sobie,  traktując  pana  Podgórskiego  poufale,  jak  pierwszego  lepszego  sąsiada. 

Zapraszali  go  nawet  czasem  na  kolację.  Kiedyś  zresztą  i on  zaprosił  na  kolację  kilka  osób, 

podejmując je wspaniale – srebro, kryształy, adamaszki, pieczona gęś, perlisty Andrades rocznik 

639  i pudding  śliwkowy  z gęstym  sosem  –  ale  przez  cały  wieczór  był  tak  zdenerwowany,  Ŝe 

właściwie zepsuł zupełnie nastrój, nie mówiąc o tym, Ŝe mniej więcej po półgodzinie kaŜdy znów 

był  głodny.  Pan  Podgórski  nie  lubi,  Ŝeby  ktokolwiek  odwiedzał  jego  grotę,  nawet  sionkę,  poza 

którą,  prawdę  powiedziawszy,  nikt  nigdy  nie  został  wpuszczony.  Kiedy  pan  Podgórski  widział, 

Ŝ

e ktoś się zbliŜa do jego góry, wybiegał zwykle naprzeciw. 

„Siądźmy  sobie  tutaj  pod  sosnami”  –  proponował  z uśmiechem,  wskazując  sosnowy  lasek, 

a jeśli padał deszcz, mówił: „MoŜe byśmy tak poszli na drinka do gospody, co?” – chociaŜ kaŜdy 

wiedział, Ŝe pan Podgórski nie pija nic mocniejszego od wody źródlanej. 

Czasem miasteczkowe dzieciaki, które korciła wiecznie zamknięta grota, robiły tam wypady, 

myszkując  i usiłując  dostać  się  do  środka,  kiedy  gospodarza  nie  było  w domu,  ale  małe  drzwi 

wiodące  do  wewnętrznej  izby  były  zamknięte  w sposób  magiczny,  i przynajmniej  ten  czar 

wydawał  się  skuteczny.  Pewnego  razu  dwaj  chłopcy  przekonani,  Ŝe  czarodziej  przebywa  na 

WybrzeŜu Zachodnim, gdzie kuruje chorego osła pani Ruuny, przyszli z łomem i toporkiem, ale 

w odpowiedzi  na  pierwszy  cios  toporka  wymierzony  w drzwi  z wnętrza  jaskini  rozległ  się 

potęŜny ryk wściekłości i buchnęła chmura szkarłatnej pary. Pan Podgórski wrócił wcześniej do 

domu.  Chłopcy  uciekli.  Czarodziej  nie  wyszedł  z groty  i chłopcom  nic  się  nie  stało,  ale 

opowiadali,  Ŝe  ktoś,  kto  tego  nie  słyszał,  nie  jest  w stanie  sobie  wyobrazić,  jak  potęŜne  wycie, 

ryk, syk i huk potrafi wydać z siebie ten mały, tłusty człowieczek. 

background image

Dziś pan Podgórski miał do załatwienia w miasteczku następujące sprawy: kupić trzy tuziny 

ś

wieŜych  jaj  i funt  wątróbki,  a ponadto  wstąpić  do  kapitana  Fogeno,  aby  ponowić  czary 

dokonane  na  oczach  starca  (mimo  Ŝe  jego  zaklęcia  okazały  się  zupełnie  bezskuteczne 

w przypadku odklejenia siatkówki, pan Podgórski nie dawał za wygraną), no i wreszcie pogadać 

ze  starą  Goody  Guld,  wdową  po  wytwórcy  harmonii.  Przyjaciele  pana  Podgórskiego  byli  to 

przewaŜnie ludzie starzy. Silni, młodzi męŜczyźni działali na niego onieśmielająco, a dziewczęta 

się  go  wstydziły.  „Jestem  w jego  obecności  zawsze  zdenerwowana,  za  duŜo  się  uśmiecha”  – 

mawiały,  składając  buzie  w ciup  i kręcąc  na  palcach  jedwabiste  loczki.  „Zdenerwowany”  było 

słowem  nowomodnym,  i matki  odpowiadały  wtedy  surowo:  „Zdenerwowana!  Wielkie  nieba, 

raczej niemądra, naleŜałoby powiedzieć. Pan Podgórski to bardzo przyzwoity czarodziej!” 

Po  wyjściu  od  Goody  Guld  pan  Podgórski  przechodził  koło  szkoły.  Tego  dnia  lekcje 

odbywały  się  na  błoniach.  PoniewaŜ  wszyscy  na  wyspie  Sattins  byli  analfabetami,  nie  było 

ksiąŜek, by się z nich uczyć czytać, ławek, by na nich rzeźbić inicjały, tablic, by je ścierać, krótko 

mówiąc,  nie  było  w ogóle  budynku  szkolnego.  W dni  deszczowe  dzieci  spotykały  się  na 

poddaszu  stodoły  gminnej,  skąd  wychodziły  zawsze  ze  źdźbłami  siana  w majtkach.  W dni 

słoneczne nauczycielka, Palani, zabierała je tam, dokąd akurat miała ochotę. 

Dziś  właśnie  w otoczeniu  trzydzieściorga  uwaŜnych  dzieci  w wieku  poniŜej  lat  dwunastu 

i czterdziestu  zupełnie  nieuwaŜnych  owiec  w wieku  poniŜej  lat  pięciu  prowadziła  lekcję 

przedmiotu,  który  w programie  szkolnym  zajmował  bardzo  waŜne  miejsce  –  prawa  imion.  Pan 

Podgórski,  uśmiechając  się  nieśmiało,  przystanął,  Ŝeby  posłuchać  i popatrzeć.  Palani,  pulchna, 

ładna  dwudziestoletnia  dziewczyna,  stojąca  pod  bezlistnym  dębem  w otoczeniu  owiec  i dzieci, 

i mająca za tło wydmy piaszczyste, morze oraz blade niebo, stanowiła w zimowym słońcu uroczy 

obrazek. Mówiła powaŜnym tonem, zarumieniona od wiatru, bardzo przejęta. 

–  Znacie  więc  juŜ,  dzieci,  reguły  imion.  Istnieją  dwie,  takie  same  dla  wszystkich  wysp  na 

ś

wiecie. MoŜecie podać pierwszą? 

–  Niegrzecznie  jest pytać  kogokolwiek o imię! – wyrwał się tłusty, bystry chłopak, któremu 

przerwała wrzaskliwie mała dziewczynka: 

– A moja mama mówi, Ŝe nie naleŜy podawać nikomu swego imienia! 

– Masz rację, Suba. Dobrze, Popi, ale nie wrzeszcz tak, kochanie. Słusznie. Nikogo nie pyta 

się  o imię.  I nie  mówi  się  swojego.  A teraz  zastanówcie  się  chwilę  i powiedzcie  mi,  dlaczego 

nazywamy  naszego  czarodzieja  panem  Podgórskim.  –  Uśmiechnęła  się  ponad  kędzierzawymi 

główkami  i kudłatymi  grzbietami  do  pana  Podgórskiego,  który  rozpromienił  się  i nerwowo 

ś

cisnął woreczek pełen jaj. 

– Bo mieszka pod górą! – odpowiedziała połowa dzieci. 

– Ale czy to jest jego prawdziwe imię? 

– Nie! – odparł tłusty chłopak, a za nim wrzasnęła jak echo mała Popi: 

background image

– Nie! 

– A skąd wiecie, Ŝe nie? 

–  Bo  przyszedł  tutaj  sam  i nie  było  nikogo,  kto  by  znał  jego  prawdziwe  imię  i je  nam 

powiedział, a on nie mógł... 

–  Bardzo  dobrze,  Suba.  Popi,  nie  krzycz.  Tak  jest.  Nawet  czarodziej  nie  moŜe  zdradzić 

swojego  prawdziwego  imienia.  Kiedy  wy,  dzieci,  skończycie  szkołę  i dokonacie  przejścia, 

rozstaniecie  się  ze  swoimi  dziecinnymi  imionami,  a otrzymacie  prawdziwe,  o które  nie  naleŜy 

nikogo pytać i których nie wolno nikomu zdradzać. Dlaczego stało to się prawem? 

Dzieci milczały. Owce pobekiwały z cicha. Na pytanie odpowiedział pan Podgórski: 

–  Bo  imię  to  własność  –  odparł  swoim  nieśmiałym,  cichym,  ochrypłym  głosem  – 

a prawdziwe  imię  to  prawdziwa  własność.  Powiedzieć  imię,  to  tyle  co  oddać  swoją  własność 

w cudze ręce. Prawda, proszę pani? 

Nauczycielka  uśmiechnęła  się  i dygnęła,  najwyraźniej  lekko  zakłopotana  wtrąceniem  się 

pana  Podgórskiego,  który  podreptał  w stronę  swojej  góry,  tuląc  do  piersi  woreczek  z jajkami. 

Jakoś  dziwnie  zgłodniał,  obserwując  Palani  i dzieci.  Pospiesznym  zaklęciem  zamknął  za  sobą 

wewnętrzne  drzwi,  ale  widać  niedokładnie,  bo  wkrótce  pusta  sionka  jaskini  wypełniła  się 

smakowitym zapachem smaŜonych jajek i skwierczącej wątróbki. 

Tego  dnia wiał rześki zachodni wietrzyk, który w południe przygnał na połyskliwych falach 

do  portu  Sattins  niewielką  łódkę.  Skoro  tylko  wychynęła  zza  przylądka,  dostrzegł  ją  bystrooki 

chłopak.  Znając  –  jak  wszystkie  dzieci  na  wyspie  –  kaŜdy  Ŝagiel  i maszt  z czterdziestu  łodzi 

miejscowej floty rybackiej, puścił się biegiem ulicą, wołając: 

– Jakaś obca łódź! Jakaś obca łódź! 

Samotną  wyspę  niezmiernie  rzadko  odwiedzały  łodzie  z innych  równie  samotnych  wysp 

Obszaru  Wschodniego  czy  śmielsi  kupcy  z Archipelagu.  Kiedy  łódź  przybiła  do  nabrzeŜa, 

wyległo  z pół  miasteczka,  Ŝeby  ją  powitać:  rybacy  towarzyszyli  jej  aŜ  do  miejsca  lądowania, 

pastuszkowie,  poławiacze  małŜy  i zbieracze  ziół  z wywieszonym  językiem  biegli  przez  skaliste 

wzgórza, dąŜąc w stronę portu. 

Tylko drzwi pana Podgórskiego pozostały zamknięte. 

Na  pokładzie  łodzi  znajdował  się  jeden  jedyny  człowiek.  Stary  kapitan  Fogeno,  kiedy  mu 

o tym powiedziano, ściągnął siwe miotełki brwi nad niewidzącymi oczyma. 

–  Ten,  kto  wypuszcza  się  samotnie  na  wody  Obszaru  Zewnętrznego,  musi  być  albo 

czarodziejem, albo magikiem, albo magiem. 

Gnali więc bez tchu mieszkańcy miasteczka, by chociaŜ raz w Ŝyciu zobaczyć maga, jednego 

z potęŜnych  białych  magów  z bogatych,  pełnych  wieŜ,  zatłoczonych  wewnętrznych  wysp 

Archipelagu.  Byli  zawiedzeni  –  podróŜnik  okazał  się  zupełnie  młodym,  przystojnym, 

czarnobrodym  człowiekiem,  który  pozdrowił  ich  wesoło  z łódki  i zeskoczył  na  brzeg,  jak  kaŜdy 

background image

Ŝ

eglarz rad z tego,  Ŝe zawinął szczęśliwie do  portu. Przedstawił się teŜ zaraz jako komiwojaŜer. 

Ale kiedy powiedziano kapitanowi Fogeno, Ŝe ma on dębową laskę, stary pokiwał głową. 

– Dwóch czarodziejów w jednym mieście – stwierdził – to niedobra sprawa. – I zamknął usta 

jak stary karp. 

PoniewaŜ  przybysz  nie  mógł  podać  swojego  imienia,  nazwali  go  na  poczekaniu 

Czarnobrodym,  poświęcając  mu  wiele  uwagi.  MęŜczyzna  przywiózł  niewielki  ładunek  towarów 

mieszanych:  tkanin,  sandałów,  piórek  piswi  do  obszywania  płaszczy,  taniego  kadzidła,  lekkich 

kamieni,  cennych  ziół  i wielkich  szklanych  paciorków  z Venway  –  zwykły  asortyment  kaŜdego 

komiwojaŜera.  Wszyscy  mieszkańcy  wyspy  Sattins  przyszli  popatrzeć  i pogadać  z gościem, 

a nawet  i coś  kupić.  „Ot  tak,  na  pamiątkę!”  –  zachichotała  Goody  Guld,  jak  wszystkie  kobiety 

i dziewczyny  z miasteczka  urzeczona  jego  męską  urodą.  Chłopcy  teŜ  się  do  niego  garnęli,  aby 

słuchać,  jak  opowiada  o podróŜach  na  dalekie  obce  wyspy  Obszaru  czy  jak  opisuje  wielkie 

bogate  wyspy  Archipelagu,  Szlaki  Wewnętrzne,  porty  białe  od  Ŝagli  i złociste  dachy  Havnoru. 

MęŜczyźni takŜe chętnie słuchali  tych historii, aczkolwiek niektórzy z nich dziwili się, dlaczego 

kupiec Ŝegluje samotnie, i z zadumą patrzyli na jego dębową laskę. 

A pan Podgórski przez cały czas nie wychodził spod swojej góry. 

–  Pierwszy  raz  widzę  wyspę  bez  czarodzieja  –  powiedział  pewnego  wieczoru  Czarnobrody 

do Goody Guld, która zaprosiła go oraz swego siostrzeńca i Palani na cienką ziołową herbatkę. – 

Co robicie na przykład, jak was rozboli ząb albo krowa przestanie dawać mleko? 

– Jak to, mamy pana Podgórskiego! – odpowiedziała stara kobieta. 

–  Wielka  mi  z niego  pociecha  –  mruknął  jej  siostrzeniec  Birt,  a następnie  zaczerwienił  się 

i rozlał  herbatę.  Birt  był  rybakiem,  duŜym,  dzielnym,  młodym  milczkiem.  Kochał  się 

w nauczycielce,  ale  najśmielszym  wyrazem  jego  miłości  było  przynoszenie  kucharce  jej  ojca 

koszy świeŜych makreli. 

– Aha, więc jednak macie czarodzieja? – zapytał Czarnobrody. – Czy on jest niewidzialny? 

–  Nie,  po prostu bardzo nieśmiały – odparła Palani. – Pan tu jest dopiero od tygodnia, a do 

nas tak rzadko zagląda ktoś obcy... 

– Ona teŜ zarumieniła się trochę, ale herbaty nie rozlała. 

Czarnobrody uśmiechnął się. 

– To dobry, stary, poczciwy mieszkaniec Sattins, co? 

–  Nie  –  odpowiedziała  Goody  Guld  –  nie  lepszy  od  pana.  –  Nalać  ci  jeszcze  herbaty?  – 

zwróciła  się  do  siostrzeńca.  –  Tylko  tym  razem  nie  wylej.  Nie,  mój  drogi,  on  przybył  w małej 

łódeczce  ze  cztery  lata  temu...  prawda?...  Dokładnie  w dzień  po  zakończeniu  wędrówek 

złotośledzi. Tak, pamiętam, bo wtedy zastawiali sieci w Strumieniu Wschodnim, a pastuch Pondi 

właśnie tego ranka złamał nogę, tak, to musiało być pięć lat temu. Nie, cztery. Nie, pięć, bo to był 

ten  rok,  kiedy  nie  wyrósł  czosnek.  No  więc  przypłynął  na  tej  swojej  małej  skorupinie, 

background image

wyładowanej  pudłami  i skrzynkami,  i mówi  do  kapitana  Fogeno,  który  jeszcze  wtedy  nie  był 

ś

lepy  –  chociaŜ,  Bóg  mi  świadkiem,  tak  stary,  Ŝe  juŜ  ze  dwa  razy  mógłby  oślepnąć  –  no  więc 

„Słyszałem  taką  gadkę  –  powiada  –  Ŝe  nie  macie  tu  Ŝadnego  czarodzieja  ani  maga.  MoŜe 

potrzebujecie?” 

„Owszem  –  kapitan  Fogeno  na  to  –  tylko  niech  to  nie  będzie  czarna  magia”,  i zanim 

ktokolwiek  zdąŜył  powiedzieć  słowo  „mątwa”,  pan  Podgórski  osiedlił  się  w grocie  pod  górą 

i zabrał  się  za  leczenie  parchów  kota  Goody  Beltow.  Tyle  Ŝe  temu  kotu  zaczęła  odrastać  szara 

sierść,  chociaŜ  zawsze  był  pomarańczowy.  Bardzo  potem  dziwnie  wyglądał.  Zdechł  zresztą  tej 

zimy na przeziębienie. 

Goody Beltow, biedactwo, strasznie przeŜyła tę śmierć – rozpaczała więcej niŜ wtedy, kiedy 

jej  mąŜ  się  utopił  w Long  Banks  tego  roku,  co  to  były  takie  długie  wędrówki  śledzi,  a mój 

siostrzeniec  Birt  robił  jeszcze  w pieluchy.  –  W tym  momencie  Birt  znów  rozlał  herbatę, 

a Czarnobrody uśmiechnął się, ale to zupełnie nie speszyło Goody Guld, która gadała dalej aŜ do 

zmroku. 

Nazajutrz  Czarnobrody  siedział  w porcie  i długo  wymieniał  spaczoną  deskę  w swojej  łodzi, 

jak zwykle wciągając małomównych mieszkańców Sattins w pogawędki. 

– Która z tych łodzi naleŜy do waszego czarodzieja? – zapytał. – A moŜe, tak jak niektórzy, 

chowają do łupiny orzecha, kiedy nie jest mu akurat potrzebna? 

– Nie – odparł jeden z flegmatycznych rybaków. – Trzyma ją w swojej grocie pod górą. 

– To on zataszczył tę łódź do swojej groty? 

– Tak. Tam na górę. Sam mu pomagałem. A cięŜsza była od ołowiu. I pełna wielkich skrzyń, 

a te  skrzynie  pełne  ksiąg  czarnoksięskich,  sam  mi  mówi.  Tak,  cięŜsza  niŜ  ołów.  –  I potęŜnie 

zbudowany  rybak  odwrócił  się,  wzdychając  flegmatycznie.  Siostrzeniec  Goody  Guld,  który 

nieopodal reperował sieć, spojrzał znad swojej roboty i równieŜ flegmatycznie zapytał: 

– A moŜe chciałbyś się spotkać z panem Podgórskim, co? 

Czarnobrody  wpatrywał  się  długą  chwilę  swoimi  czarnymi,  bystrymi  oczyma  w niewinne, 

błękitne oczy Birta, po czym uśmiechnął się i powiedział: 

– Tak. A zaprowadzisz mnie tam pod górę, Birt? 

– Dobrze, jak to skończę – odrzekł rybak. I kiedy sieć była gotowa, ruszyli razem uliczkami 

ku  wysokiej,  zielonej  górze  wznoszącej  się  nad  miasteczkiem.  Ale  gdy  przeszli  przez  błonia, 

Czarnobrody rzekł: 

– Poczekaj no chwilę, przyjacielu. Zanim spotkam się z waszym czarodziejem, chciałbym ci 

opowiedzieć pewną historię. 

– Mów – lakonicznie odparł Birt, siadając w cieniu młodego dębu. 

–  Jest  to  historia,  która  się  rozpoczęła  sto  lat  temu  i jeszcze  się  nie  skończyła,  chociaŜ 

skończy się szybko, i to bardzo szybko... OtóŜ w samym sercu Archipelagu, gdzie na wyspach roi 

background image

się od ludzi jak much na miodzie, jest mała wysepka zwana Pendor. Zanim nastała Liga, morscy 

władcy  Pendoru  byli  bardzo  potęŜni.  Napływały  do  nich  szerokim  strumieniem  łupy,  daniny 

i okupy,  tak  Ŝe  z czasem  zgromadzili  wielkie  skarby.  AŜ  kiedyś  nagle  z daleka,  z Obszaru 

Zachodniego,  gdzie  na  wyspach  wulkanicznych  Ŝyją  smoki,  przybył  smok  bardzo  potęŜny.  Nie 

był  to  Ŝaden  z tych  przerośniętych  jaszczurów,  które  wy  tutaj  na  Obszarze  Zewnętrznym 

nazywacie  smokami  –  był  to  wielki,  czarny,  uskrzydlony  potwór,  mądry  i przebiegły,  silny 

i wyrafinowany,  i jak  wszystkie  smoki  wielbiący  złoto  i drogie  kamienie.  Zabił  on  władcę 

Pendoru i jego Ŝołnierzy, a mieszkańcy nocą pouciekali na swoich statkach. 

Smok został, zwinięty w kłębek, w wieŜy Pendor, gdzie przebywał przez sto lat, ocierając się 

swoim pokrytym łuską brzuchem o szmaragdy, szafiry i złote monety, i wychodząc tylko raz czy 

dwa do roku, Ŝeby się najeść. W tym celu urządzał wyprawy na sąsiednie wyspy. A wiesz, czym 

się Ŝywią smoki? 

Birt skinął głową i wyszeptał: 

– Dziewicami. 

– Tak jest – odrzekł Czarnobrody. – Oczywiście trudno m było znosić to wiecznie, tak samo 

jak to, Ŝe siedział na skarbach. 

Kiedy  więc  Liga  okrzepła  w siłę  i Archipelag  nie  był  juŜ  tak  zajęty  wojnami  i piractwem, 

zdecydowano  przypuścić  atak  na  wyspy  Pendor,  wygnać  smoka  i odzyskać  złoto  i klejnoty  dla 

skarbu  Ligi,  która  wiecznie  potrzebowała  pieniędzy.  Zebrała  się  więc  ogromna  flota 

z pięćdziesięciu wysp, a na dziobach siedmiu najpotęŜniejszych okrętów stanęło siedmiu magów 

i poŜeglowali w stronę Pendoru... Przybili do portu. Ani śladu Ŝycia na wyspie. Domy stały puste, 

a naczynia na stołach pokryte były stuletnim kurzem. Na dziedzińcu i schodach pałacu walały się 

kości  poległego  władcy  i jego  Ŝołnierzy.  A wszystkie  komnaty  wieŜy  cuchnęły  smokiem.  Ale 

smoka nie było. Nie było teŜ skarbu – ani śladu diamentów, choćby wielkości ziarnka maku, ani 

jednego  srebrnego  paciorka...  Zdając  sobie  sprawę  z tego,  Ŝe  nie  stawi  czoła  siedmiu  magom, 

smok  umknął.  Wytropili  go  jednak  i stwierdzili,  Ŝe  pofrunął  na  północ  na  opuszczoną  wyspę 

zwaną  Udrath.  Ale  cóŜ  tam  znaleźli?  Znów  kości.  I to  kości  smoka.  A skarbu  w dalszym  ciągu 

ani  śladu.  Widać  zmierzył  się  z potworem  w pojedynkę  jakiś  czarodziej  nieznany,  który 

przyszedł nie wiadomo skąd, pokonał go i sprzątnął skarb Lidze sprzed nosa! 

Rybak słuchał uwaŜnie, ale obojętnie. 

– A musiał to być potęŜny czarodziej i bardzo bystry, skoro nie tylko zabił smoka, ale jeszcze 

uciekł,  nie  zostawiając  śladu.  WielmoŜe  i magowie  Archipelagu  nie  mogli  go  w Ŝaden  sposób 

wytropić: nie wiedzieli ani skąd przybył, ani dokąd umknął; mało brakowało, by dali za wygraną. 

Było  to  wiosną,  wróciłem  właśnie  z trzyletniej  podróŜy  po  Obszarze  Północnym,  kiedy  mnie 

poproszono,  Ŝebym  pomógł  w poszukiwaniu  nieznanego  czarodzieja.  I postąpiono  bardzo 

mądrze.  Sam  bowiem  jestem  nie  tylko  czarodziejem,  jak  zapewne  niejeden  z tutejszych 

background image

półgłówków  się  domyślił,  ale  takŜe  potomkiem  władców  Pendoru.  Skarb  naleŜy  do  mnie.  I wie 

o tym,  Ŝe  do  mnie  naleŜy.  Ci  głupcy  z Ligi  nie  mogli  go  znaleźć,  poniewaŜ  nie  mają  do  niego 

prawa.  NaleŜy  on  do  Domu  Pendoru,  a wielki  szmaragd,  ozdoba  kolekcji,  Inalkil  Zielony,  zna 

swego  pana.  Popatrz  –  Czarnobrody  uniósł  dębową  laskę  i wykrzyknął  głośno:  –  Inalkil!  – 

Czubek  laski  zalśnił  zielono,  zapłonął  ostrym  szmaragdowym  blaskiem,  oślepiając  poświatą 

w kolorze kwietniowej trawy, i w tym samym momencie laska przechyliła się w ręce czarodzieja, 

skłaniając się powoli, aŜ wskazała prosto na zbocze wznoszącej się przed nimi góry. 

–  Tam  w Havnorze  nie  lśniła  tak  jaskrawo  –  mruknął  Czarnobrody  –  ale  wskazywała 

prawidłowo. Inalkil odpowiedział na moje wołanie. Klejnot zna swego pana. A ja znam złodzieja. 

I pokonam  go.  To  potęŜny  czarodziej,  skoro  zabił  smoka.  Ale  ja  jestem  jeszcze  potęŜniejszy. 

A chcesz wiedzieć, dlaczego, prostaczku? Bo znam jego imię! 

W  miarę  jak  ton  głosu  Czarnobrodego  stawał  się  coraz  bardziej  agresywny,  Birt  miał  coraz 

bardziej  zakłopotaną,  coraz głupszą minę. W pewnej chwili jednak usta mu drgnęły,  zamknął je 

i wpatrzył się w przybysza z Archipelagu. 

– A skąd... skąd ty to wiesz? – zapytał bardzo wolno. 

Czarnobrody uśmiechnął się i nie odpowiedział. 

– Czarna magia? 

– A cóŜ by mogło być innego? 

Birt, blady jak liść, nie odezwał się słowem. 

–  Jestem  władcą  Pendoru,  tępaku,  i odzyskam  złoto,  które  zdobyli  moi  ojcowie,  klejnoty, 

które  nosiły  moje  matki,  i Zielony  Kamień!  PoniewaŜ  one  naleŜą  do  mnie!  MoŜesz  tę  całą 

historię  opowiedzieć  tym  swoim  głupkom  z miasteczka,  jak  juŜ  się  rozprawię  z waszym 

czarodziejem  i odjadę.  A teraz  zaczekaj  tutaj;  zresztą moŜesz iść ze mną i popatrzeć sobie, o ile 

się  nie  boisz.  JuŜ  nigdy  nie  będziesz  miał  okazji  zobaczyć  wielkiego  czarodzieja  w całej  jego 

potędze. – Czarnobrody odwrócił się i nie patrząc za siebie, ruszył w stronę góry, prosto do groty. 

Bardzo  powoli  Birt  poszedł  za  nim.  W sporej  odległości  od  groty  przystanął,  usiadł  pod 

krzakiem tarniny i patrzył. Przybysz z Archipelagu zatrzymał się – wyprostowana ciemna postać 

stała  samotnie,  bez  ruchu,  na  tle  zielonego  wzniesienia  przed  ziejącym  otworem  groty.  Nagle 

Czarnobrody  podrzucił  laskę  wysoko  nad  głowę  i kiedy  oblała  go  szmaragdowa  poświata, 

krzyknął: 

– Złodzieju skarbu Pendoru, wychodź! 

Rozległ się trzask, jakby ktoś upuścił gliniane naczynie, i z groty buchnął obłok kurzu. Birt, 

przestraszony,  odskoczył.  Kiedy  znów  spojrzał  w tamtą  stronę,  Czarnobrody  w dalszym  ciągu 

stał  bez  ruchu,  a u wylotu  groty,  osypany  kurzem  i rozchełstany,  pojawił  się  pan  Podgórski. 

Wydawał  się  dziwnie  mały  i Ŝałosny  ze  stopami  zwróconymi,  jak  zwykle,  do  środka, 

z pałąkowatymi  nogami,  obleczonymi  w czarne  rajtuzy,  i bez  laski.  Ale  przecieŜ  on  nigdy  nie 

background image

miał laski – pomyślał nagle Birt. Wreszcie pan Podgórski przemówił: 

– Kim jesteś? – zapytał Czarnobrodego ochrypłym, cichym głosem. 

– Jestem władcą Pendoru, złodzieju, i przyszedłem odzyskać mój skarb! 

Na te słowa pan Podgórski zrobił się czerwony, jak zwykle, kiedy ludzie byli w stosunku do 

niego  nieuprzejmi.  Ale  nie  tylko  czerwony.  Zrobił  się  teŜ  Ŝółty.  Włos  mu  się  zjeŜył,  wydał 

kaszlący  ryk  i w jednej  chwili  stał  się  płowym  lwem,  który  błyskając  białymi  kłami,  skoczył 

z góry na Czarnobrodego. 

Ale  Czarnobrodego  juŜ  nie  było.  Zamiast  niego  bowiem  szykował  się  właśnie  do  skoku  na 

lwa ogromny tygrys koloru nocy i błyskawicy. 

Lew  znikł,  a poniŜej  groty  pojawiła  się  nagle  wysoka  kępa  drzew,  czarna  w zimowym 

słońcu.  Tygrys  zatrzymał  się  w pół  skoku;  nim  się  zagłębił  w cień  drzew,  strzelił  w powietrzu 

płomieniem i jako ognisty jęzor spadł na suche gałęzie. 

Ale  tam,  gdzie  przed  chwilą  rosły  drzewa,  trysnął  ze  zbocza  góry  wodospad,  który 

srebrzystym łukiem rwącej wody runął na ogień. 

Ogień jednak znikł... 

W  jednej  chwili  na  oczach  osłupiałego  rybaka  wypiętrzyły  się  dwie  góry  –  zielona,  którą 

znał,  i nowy,  nagi  brunatny  szczyt,  gotów  wchłonąć  masy  wody.  Wszystko  to  jednak  znikło  tak 

szybko,  Ŝe  Birt  zamrugał  tylko  ze  zdumienia,  a potem  znów  zamrugał  i jęknął,  bo  to,  co  teraz 

zobaczył,  było  znacznie  gorsze.  Tam,  gdzie  dopiero  co  szalał  wodospad,  unosił  się  teraz  smok. 

Ciemne  skrzydła  przesłoniły  wzgórze,  stalowe  pazury  sięgały  po  ofiarę,  a z czarnej,  pokrytej 

łuską paszczy buchał ogień na przemian z parą. 

Pod monstrualnym stworem stał Czarnobrody i śmiał się. 

– Przyjmij postać, jaką ci się tylko podoba, maleńki panie Podgórski! – naigrawał się. – I tak 

stawię  ci  czoło.  Ale  przyznam,  Ŝe  juŜ  mi  się  nudzi  ta  zabawa.  Chcę  zobaczyć  mój  klejnot,  mój 

Inalkil. Przyjmij więc, wielki smoku, mały czarodzieju, swoją prawdziwą postać. Zaklinam cię na 

twoje prawdziwe imię – Yevaud! 

Birt  nie  był  w stanie  się  poruszyć,  nie  drgnęła  mu  nawet  powieka,  kulił  się  tylko  w sobie, 

patrząc,  co  się  stanie.  Widział  smoka  zawieszonego  w powietrzu  nad  Czarnobrodym.  Widział 

języki ognia wydobywające  się z pokrytego łuską pyska i parę buchającą z czerwonych nozdrzy. 

Widział,  jak  twarz  Czarnobrodego  blednie,  robi  się  biała  jak  kreda,  a okolone  brodą  usta 

zaczynają drŜeć. 

– Twoje imię brzmi Yevaud! 

– Tak – odpowiedział potęŜny, ochrypły, syczący głos. – Moje prawdziwe imię jest Yevaud, 

a to moja prawdziwa postać. 

– Ale przecieŜ smok został zabity; na wyspie Udrath znaleziono jego kości... 

–  To  był  inny  smok  –  odparł  Yevaud  i spadł  na  Czarnobrodego  niby  sokół  z wysuniętymi 

background image

szponami. Birt zamknął oczy. 

Kiedy  je  na  powrót  otworzył,  niebo  było  czyste,  a zbocze  góry  puste,  poza  wydeptanym 

czerwono-czarnym miejscem i śladami pazurów w trawie. 

Rybak  Birt  zerwał  się  na  równe  nogi  i rzucił  do  ucieczki.  Biegł  przez  błonia,  roztrącając 

owce na prawo i lewo, a potem przez miasteczko prosto do domu ojca Palani. Dziewczyna pieliła 

właśnie w ogrodzie nasturcje. 

–  Chodź  ze  mną!  –  rzucił  bez  tchu.  Palani  spojrzała  zdumiona.  Birt  złapał  ją  za  rękę 

i pociągnął  za  sobą.  Piszczała  trochę,  ale  się  nie  broniła.  Dobiegli  do  przystani,  gdzie  Birt 

wepchnął  ją  do  swojej  łodzi  rybackiej  o nazwie  „Królowa”,  odwiązał  cumę  i zaczął  wiosłować 

jak  szalony.  Mieszkańcom  Sattins  pozostał  tylko  w oczach  Ŝagiel  oddalający  się  w kierunku 

zachodnim, w stronę najbliŜszej wyspy. 

Wydawało  się,  Ŝe  nigdy  nie  będzie  mieć  końca  gadanie  o tym,  jak  to  siostrzeniec  Goody 

Guld  zupełnie  stracił  głowę  i odpłynął  z nauczycielką  w siną  dal  tego  samego  dnia,  kiedy  to 

komiwojaŜer  Czarnobrody  zniknął  bez  śladu,  pozostawiając  wszystkie  swoje  piórka  i paciorki. 

Ale gadanie się skończyło, i to w trzy dni później. 

Pojawił  się  bowiem  inny  temat:  pan  Podgórski  wyszedł  wreszcie  ze  swojej  groty. 

Zdecydował,  Ŝe  skoro  jego  prawdziwe  imię  przestało  być  tajemnicą,  moŜe  równie  dobrze 

zrezygnować  z przebrania.  Poza  tym  cóŜ...  chodzić  jest  znacznie  trudniej  niŜ latać, a zresztą juŜ 

bardzo, ale to bardzo dawno nie najadł się do syta. 

 

                                                                                      PrzełoŜyła Zofia Uhrynowska-Hanasz