background image

ARLENE ERLBACH

CHŁOPCY, RANDKI I INNE KŁOPOTY

background image

ROZDZIAŁ 1

Gdyby chodzenie z chłopcami było  dyscypliną olimpijską, Chris Pattinos  z Highland w 

stanie Illinois  bez wysiłku  zajęłaby pierwsze miejsce. W ciągu ostatnich  dwóch lat  chodziła  z 

sześcioma. Dwóch zerwało z nią, a z kolei ona rzuciła czterech pozostałych. I to właśnie Chris 

uważa, że Ricky Fingerbaum poprosi mnie dziś wieczór, abym była jego dziewczyną!

Stoję w holu na piętrze i gadamy przez telefon. Zadzwoniła dokładnie w momencie, gdy 

wyszłam z wanny. Jestem tylko w bieliźnie, a z włosów kapie mi woda.

- Skąd ta pewność? - pytam. Nie wierzę w to tak mocno, jak ona.

- Wszystko na to wskazuje, Henny - upiera się Chris. - Zaprosił cię na specjalną randkę na 

dzisiejszy wieczór, a jutro jest pierwszy dzień szkoły. A poza tym spotykacie się już chyba całą 

wieczność i jeszcze z pół dnia na dodatek.

Nie mam pojęcia, skąd wzięła te pół dnia, ale nie jestem w nastroju, żeby czepiać się byle 

dwunastu godzin. Rick Fingerbaum to mój pierwszy chłopak i chciałabym móc uwierzyć Chris. 

Tyle tylko, że ta „wieczność i pół dnia” nie była wcale szczególnie romantyczna. Rick nigdy nie 

szeptał mi do ucha czułych słówek i nawet nie przysłał mi walentynki czternastego lutego. Jeśli 

rzeczywiście oficjalnie poprosi, żebym z nim chodziła, może podaruje mi złoty medalion, który 

nosi na szyi.

- Będzie ci towarzyszył na weselu twojego ojca - kontynuuje Chris. - To już najpewniejszy 

pomyślny znak.

Moja mama umarła, kiedy miałam siedem lat. W zeszłym roku, na spotkaniu absolwentów 

uniwersytetu w Chicago, tata poznał Joy Kellison, moją przyszłą macochę. Biorą ślub za kilka 

tygodni, a ja mam być pierwszą druhną. Moje dwie najlepsze przyjaciółki, Chris Pattinos i Sherry 

Green, też są zaproszone. Wszystkie trzy przyprowadzimy swoich chłopców.

W zeszłym  tygodniu zadatkowaliśmy z Rickiem po dziesięć dolarów na prezent ślubny: 

komplet ręcznie wykonanych ceramicznych pojemniczków kuchennych, które zestawione razem 

mają kształt smoka. Joy kolekcjonuje oryginalną ceramikę, więc jak tylko zobaczyłam ten komplet 

w   sklepie,   od   razu   wiedziałam,   że   będzie   zachwycona.   Kosztuje   osiemdziesiąt   dolarów.   Rick 

zaproponował, żebyśmy się zrzucili, ale większą część zapłacę sama. W końcu to prezent dla moich 

rodziców. Jutro rano, kiedy zacznie się szkoła, sprawdzę na tablicy ogłoszeniowej Szczęśliwego 

Trafu, czy nie znajdzie się dla mnie jakaś robota. Przydałoby mi się trochę dodatkowych pieniędzy, 

no i potrzebuję sześćdziesięciu dolarów na te pojemniczki.

Żegnam się z Chris, suszę włosy i zaczynam szykować się na wieczór.

Rick obudził cały dom, kiedy zadzwonił do mnie o wpół do siódmej rano.

- Henny - oznajmił - dostałem fantastyczną wiadomość. Pójdziemy wieczorem na obiad, 

background image

żeby to uczcić.

Tata tak się wściekał, że musiałam szybciutko przerwać rozmowę. Zdążyliśmy tylko ustalić, 

o której się zobaczymy. Rick będzie tu za pół godziny, a ja jestem jeszcze nie ubrana!

W moim pokoju panuje taki bałagan, że nie mogę znaleźć niczego, co nadawałoby się do 

włożenia. Nie zrobiłyśmy w porę prania. Joy wprowadziła się do nas w zeszłym tygodniu, gdy 

wygasła  umowa  najmu   jej  mieszkania,  gosposia  odeszła,  a  w  dodatku  wszyscy  są pochłonięci 

sprawami   związanymi   ze   ślubem   i   weselem.   W   efekcie   codzienne   życic   uległo   kompletnej 

dezorganizacji. Miałyśmy prać dziś, ale jakoś się do tego nie zabrałyśmy.

Gaduła, mój syjamski kot, śpi na stosie ubrań w kącie szafy. Nie mam ochoty go budzić, ale 

muszę przecież znaleźć coś przyzwoitego do włożenia na siebie.

- Jak myślisz, co wydarzy się dziś wieczorem?

- pytam go. Gaduła wydaje miauknięcie, przenosi się w drugi kąt szafy i znowu zasypia.

Decyduję się na rudą bluzkę i spódnicę w kwiaty, którą Joy kupiła mi kilka miesięcy temu. 

To mój jedyny wyjściowy komplet ciuchów, który nie jest brudny lub wygnieciony.

Schodzę na dół, by zaczekać na Ricka. Tata i Joy siedzą w stołowym i grają w scrabble. 

Ojciec   jest   ubrany   w   starą   bawełnianą   koszulkę   z   napisem   MOOSE   CREEK.   Inskrypcja   na 

koszulce   Joy   głosi:   KOCHAM   MOJEGO   BULLMASTIFA.   Wprawdzie   Joy   jeszcze   nie   ma 

bullmastifa, ale to już kwestia dni. Jej synowa nie znosi ślinienia się Sir Winstona, więc już pojutrze 

po południu Winnie zjawi się, by odtąd zapluwać się w naszym domu.

- Ataraksja? Nie ma takiego słowa - uskarża się tata.

- Jest - stwierdza Joy.

Tata chwyta słownik. Joy zagląda mu przez ramię i znajduje zagadkowy wyraz.

- To znaczy „równowaga ducha”.

Joy odwraca się, by mi się przyjrzeć.

- Naprawdę ślicznie wyglądasz dziś wieczór. Wiedziałam, że będzie ci do twarzy w tym 

kolorze.

Mam nadzieję, że tak jest naprawdę.

- Powiem temu Rickowi, żeby nie dzwonił tak wcześnie - zapowiada ojciec.

- Nawet nić próbuj! - protestuję.

- Skoncentruj się na scrabble - mówi Joy. Jest psychoterapeutką i wie, jak sobie radzić z tatą.

Ojciec wzdycha. Powracają do gry. Żadne z nich nie lubi przegrywać. Oboje należą do 

Stowarzyszenia Graczy w Scrabble w Highland i oboje są finalistami mistrzowskich rozgrywek.

Słychać dzwonek. Otwieram. To Ricky. Jestem tak podekscytowana, że prawie mdleję. Rick 

podaje mi orchideę.

- Jaka piękna - mówię. - Dzięki!

background image

- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiada. Z uśmiechem próbuje przypiąć mi ją do 

bluzki, ale jest tak podenerwowany, że prawie mnie przy tym kłuje. Purpurowy kwiat wygląda 

koszmarnie  przy rudej bluzce, ale i tak jestem zachwycona.  Może Chris ma  rację? Purpurowa 

orchidea to dobry znak. To byłby idealny początek nowego roku szkolnego w trzeciej klasie.

Udaje nam się wymknąć bez rodzicielskich pytań, zamieszania czy też wykładu, o jakiej 

porze nie należy telefonować.

- Dokąd jedziemy? - pytam, gdy wsiadamy do samochodu.

- Do „Colonial” - odpowiada Rick. - To jedno z moich ulubionych miejsc.

Staram się udawać entuzjazm. To oczywiście nie znaczy, że mam coś przeciwko „Colonial 

Inn”. Tylko że to jedna z tych restauracji, gdzie babcia zabiera cię w twoje urodziny, a nie lokal, w 

którym   chłopak  prosi,  żebyś  z  nim  chodziła.  Gdybym   miała   ocenić  „Colonial”   pod względem 

romantycznego nastroju, dałabym mu ujemną punktację.

Rick prawie się nie odzywa podczas jazdy. Robi wrażenie spiętego.

- Podobno w tym roku będzie nowy nauczyciel wiedzy o społeczeństwie - informuję go.

- Nie będę chodził na ten kurs - ucina.

- Myślałam, że taki miałeś zamiar?

- Może w college’u, w przyszłym roku.

Ja   cieszę   się   na   lekcje   wiedzy   o   społeczeństwie.   Może   zostanę   w   przyszłości 

psychoterapeutką. Chciałam być weterynarzem, dopóki nie przekonałam się na lekcjach biologii, że 

robienie   sekcji   zwierząt   przyprawia   mnie   o   mdłości.   Może   pewnego   dnia   dokonam   jakiegoś 

odkrycia, na przykład, jak zaskakiwać facetów. Dopomogłabym w ten sposób połowie ludzkości. A 

mnie samej z pewnością przydałaby się taka wiedza właśnie teraz! Na przemian ogryzam paznokcie 

i wyglądam przez okno.

Przed wejściem do restauracji Rick otwiera bagażnik i wyjmuje spore pudło zapakowane w 

lśniący, biały papier. Uśmiecha się.

- To dla ciebie. Ale na razie tego nie rozpakowuj.

- Ojej! Umieram z ciekawości, co to jest.

- Warto poczekać - zapewnia mnie.

Paczka   ma   wymiary   pudła,   w   jaki   pakuje   się   suknie.   Czy   to   jakiś   żart?   A   może   Rick 

zapakował do pudła swój medalion? Spoglądam na jego szyję, by sprawdzić, czy ma go na sobie, 

ale nie mogę nic dojrzeć pod koszulą i krawatem. Gdyby napięcie mogło zabijać, moje zwłoki już 

leżałyby na parkingu.

Rick bierze mnie pod ramię i wchodzimy do restauracji. Hostessa prowadzi nas do stolika 

przy oknie.

Aż trudno  uwierzyć,  że  posadzono  nas  zaledwie  dwa stoliki  od najbardziej  odlotowego 

background image

chłopaka   szkoły   w   Highland,   Trzyrandkowego   Briana   Andersona   i   jego   rodziców.   Brian   jest 

wysoki, przystojny i ciemnowłosy. Z żadną dziewczyną nie umawia się więcej niż trzy razy. Jest 

taki fantastyczny, że stał się szkolną znakomitością. I do tego prawdziwy czaruś. Chris i ja nieraz 

dzwoniłyśmy do niego tylko po to, by usłyszeć jego głos i natychmiast odwiesić słuchawkę. Jestem 

zaskoczona, że w ogóle można go zobaczyć bez dziewczyny.

Kelner podaje nam menu.

Jestem tak pochłonięta Rickiem i zagadkową zawartością pudełka, że nie jestem w stanie go 

przeczytać.

- Co zamawiasz? - pyta Rick, gdy kelner ponownie podchodzi do stolika.

- Grzankę z serem i z pomidorem.

- W porze obiadu nie podajemy grzanek z serem - stwierdza wyniośle kelner.

- Dwa razy cielęcina Picatta - zamawia Rick. - Może być, Henny?

Nie mam pojęcia, co to jest cielęcina Picatta, ale odpowiadam:

- Doskonale.

- Czemu nie rozpakujesz pudełka? - pyta Rick.

Oddzieram   kokardę   i   ostrożnie   zdejmuję   papier.   Wewnątrz   jest   mój   prześliczny,   olejny 

portret. Zaglądam do pudełka, czy nie ma w nim medalionu. Niestety. Coś mi się zdaje, że sprawy 

nie układają się dokładnie tak, jak miałam nadzieję.

- Kiedy to namalowałeś?

- Wykonałem   ten   portret   według   szkicu   węglem,   który   zrobiłem   ci   w   zeszłym   roku.   - 

Ujmuje mnie za rękę. - Gdyby nie ty, nie dostałbym pełnego stypendium.

- Stypendium? Jestem z ciebie taka dumna! Przyjęli cię w pierwszej kolejności!

Zarzucam mu ramiona na szyję i całuję go. Wszyscy obecni w restauracji zwracają głowy w 

naszą stronę i przyglądają się. Starszy pan przy sąsiednim stoliku uśmiecha się.

Rick nabiera powietrza w płuca.

- Nie, nie w pierwszej kolejności. W drugiej. To stypendium do liceum sztuk pięknych w 

Północnej Karolinie. Przez rok będę mieszkał z matką.

Gdy rodzice  Ricka  rozwiedli  się,  jego  matka   przeniosła  się  do Północnej   Karoliny.   On 

zdecydował się zostać z ojcem.

- Kiedy wyjeżdżasz? - Zaczynam odczuwać wyraźny brak ataraksji.

- Jutro rano. Mam samolot o siódmej.

- Jutro rano! Czemu mi nie powiedziałeś! - wykrzykuję.

- Sam dowiedziałem się dopiero dziś rano. To stypendium uzyskała dziewczyna z Florydy, 

ale nie mogła go wykorzystać. Ja byłem drugi w kolejności. Nawet szkoła dowiedziała się dopiero 

dziś wczesnym rankiem. Zadzwoniłem do ciebie natychmiast, jak tylko dostałem wiadomość, ale 

background image

po prostu nie miałem odwagi, by ci powiedzieć.

- Powinieneś był powiedzieć mi przez telefon.

- Twój ojciec tak zrzędził, że musiałem się streszczać.

- Mogłeś   zatelefonować   jeszcze   razi   -   Ja...   jakoś   dziwnie   się   czułem...   i   musiałem   się 

pakować.

- A myślisz, że jak ja się teraz czuję? - Łzy napływają mi do oczu.

- Wrócę   na   następne   wakacje.   Będziemy   korespondować.   Przykro   mi.   Słuchaj,   Henny, 

żadne z nas nie ma dużo doświadczenia w umawianiu się na randki. Ta sytuacja pozwoli nam 

znaleźć nowych przyjaciół.

Dobre sobie, myślę. Chris twierdzi, że gdy chłopak zaczyna mówić o poznawaniu nowych 

ludzi, to znak, że zbliża się koniec. Poza tym chłopcy są najgorszymi korespondentami na świecie.

- Myślisz, że będziesz mógł przyjechać na ślub mojego taty?

- Chyba   nie   -   odpowiada.   -   Moi   rodzice   jeszcze   nie   mogą   pozbierać   się   finansowo   po 

rozwodzie, a bilety lotnicze są bardzo drogie. Do ślubu zostało już tylko kilka tygodni.

Popłakuję  z  cicha.   Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  W  jednym  z   najważniejszych  momentów 

mojego życia Rick wyjeżdża z miasta! Ludzie w restauracji muszą podejrzewać, że uciekłam z 

domu wariatów. Najpierw robię z siebie widowisko, całując chłopaka, który mi towarzyszy, a teraz 

beczę.   Widzę,   że   Brian   Anderson   patrzy   w   moją   stronę.   Starszy   pan   obok   nas   wygląda   na 

zmieszanego. Ja jestem jednak znacznie bardziej zmieszana. Podrywam się i biegnę do drzwi. Rick 

rusza za mną.

W samochodzie nie odzywamy się do siebie ani słowem. Kiedy wysiadam przed domem, 

wręcza mi kawałek papieru.

- Proszę, Henny, gdybyś chciała do mnie napisać...

Patrzę, jak jego samochód odjeżdża. Zapomniałam zabrać swój portret, ale nie zależy mi. 

Ciekawe, czy Rick pamiętał o zapłaceniu rachunku w restauracji?

Wygląda na to, że sama będę musiała kupić smokopodobny zestaw pojemników. Sama też 

wystąpię na ślubie taty...

Próbuję wśliznąć się do domu cichaczem, by uniknąć przesłuchania. Niestety, rozgrywki w 

scrabble w jadalnym ciągle trwają. Tata mnie zauważa.

- Co się stało, że jesteś tak wcześnie? - pyta.

Udaję, że nie słyszę, ale podchodzi do mnie.

Odwracam głowę, żeby nie dostrzegł, że płakałam.

- Wiedziałem!   -   ryczy.   -   Ten   chłopak   próbował   się   do   ciebie   dobierać,   prawda?   Tego 

dokładnie bym się spodziewał po kimś, kto budzi cały dom o wpół do siódmej rano!

- Nic podobnego - odpowiadam. Szczerze mówiąc, gdyby próbował, nie byłoby to takie 

background image

przygnębiające. A już na pewno bardziej ekscytujące.

- To czemu płakałaś?

Nie odpowiadam. Joy zbliża się do nas.

- No, opowiedz nam, co się stało. - Kładzie mi dłoń na ramieniu. - Martwię się, że jesteś 

taka zdenerwowana.

Kiedy Joy wyciągnęła ze mnie całą historię, poczułam się nieco lepiej.

- Nie chcę tu nigdy więcej widzieć tego chłopaka! - grzmi tata.

- Nie martw się - uspokajam go. - Będzie daleko, daleko w Północnej Karolinie.

- Słuchaj, Herman  - wtrąca Joy.  - Rick nie bardzo miał wybór,  skoro nie chciał stracić 

stypendium. Zanim wróci, uczucia Henny do niego mogą się zupełnie zmienić.

- Nie wiem, co się może zmienić. Na razie czuję się okropnie.

Tata groźnie wpatruje się w Joy, ja również, choć zdaję sobie sprawę, że ma rację. To nie 

sprawa stypendium mnie zdenerwowała. To beznadziejny sposób, w jaki Rick zachował się w tej 

sytuacji, sprawił, że najchętniej złapałabym ten portret i walnęła go po łbie.

- Poznasz całą masę chłopców, kiedy szkoła się zacznie - stwierdza Joy.

- Nie chcę nikogo poznawać! Może się nawrócę i wstąpię do klasztoru. Nawet nie wiem, czy 

przyjdę na wasz ślub.

Tata zaczyna wchodzić za mną po schodach. Joy go powstrzymuje.

- Zostaw ją w spokoju - mówi.

Tata   wycofuje   się   na   parter.   Powracają   do   gry   w   scrabble.   Wieczór   był   kompletną 

katastrofą. Jeśli miał stanowić wróżbę na mój cały przyszły rok szkolny, to wolałabym wrócić do 

przedszkola. Sama nie jestem w stanie uwierzyć, że urządziłam taką scenę w restauracji, w dodatku 

w obecności Briana Andersona. Brian i ja nie bywamy w tych samych kręgach, ale jeśli gdzieś się 

na niego natknę, będę miała ochotę schować się do mysiej dziury.

Ciskam ciuchy do szafy. Gaduła miauczy, gdy niechcący uderzam go bluzką.

- Przepraszam, kiciu. - Wyjmuję go z szafy i zabieram do łóżka. - Od dzisiaj jesteś jedynym 

stworzeniem płci męskiej w moim życiu.

- Niesłychane - orzeka Chris następnego dnia w drodze do szkoły. - Mógł cię przynajmniej 

uprzedzić.

- Ale tego nie zrobił - odpowiadam. - I to tyle na temat twoich przeczuć.

- Nikt, ale to nikt nie może wszystkiego przewidzieć w stu procentach.

Chris wygląda dziś naprawdę super. Ma nowe szare dżinsy i bluzkę w szaro - różowe paski. 

Ja   też   miałam   zamiar   wyglądać   fantastycznie,   ale   po   ostatnim   wieczorze   ledwie   starczyło   mi 

energii, by zebrać się do kupy. Jestem nie umalowana, ubrałam się w spłowiałe dżinsy i w starą 

koszulową bluzkę w turecki wzór. Na balu gałganiarzy z pewnością zostałabym królową.

background image

- Na pewno kogoś ściągniesz na wesele ojca. Nie denerwuj się.

- Nie chcę ściągać „kogoś”. Na miłość boską, to ślub i przyjęcie mojego taty. Pójdę z kimś, 

kto się dla mnie liczy, albo po prostu sama.

Chciałabym, by tata i Joy cichaczem wyjechali. Ojciec ma trzydzieści dziewięć lat, a Joy - 

czterdzieści jeden. To istne wariactwo zapraszać w tym wieku na wesele stu pięćdziesięciu gości. 

Odbijają sobie fakt, że żadnego z nich nie było stać na wielkie fety,  gdy brali ślub ze swymi 

pierwszymi małżonkami. Chwilami wydaje mi się to trochę żenujące.

- A może weźmiesz Seymoura?

Wywalam język, łapię się za brzuch i udaję, że wymiotuję.

- Na miłość boską. - Znam Seymoura Dashnitzky od szóstej klasy. Ma dwa węże boa i 

tarantulę. To naprawdę ostatni temat, na który chciałabym dyskutować, na weselu czy gdziekolwiek 

indziej.

- A co byś powiedziała na Boba Zayre? - chce wiedzieć Chris. - Mama przypuszcza, że 

Zayre’owie sprzedali niektóre ze swoich sklepów. W lokalnej gazecie był artykuł o supermarkecie 

„Big Z”.

- Daj  spokój, nie widziałam  Boba prawie  rok! To nie  znaczy,  że jest  z nim  coś  nie  w 

porządku, ale z drugiej strony nic nie jest całkiem w porządku. Jak się z nim spotyka, powinno się 

mieć specjalny ochraniacz na klatkę piersiową, a w dodatku Bob stale się przechwala forsą swoich 

starych. Jest bardzo bogaty i uczy się w elitarnej prywatnej szkole, Peabody Academy.

- A   może   byśmy   pogadały   o   innych   sprawach,   Chris?   Na   przykład   o   ostatnich 

wiadomościach z Mongolii?

- Moja mama chciałaby urządzić dla Joy „podarkowe przyjęcie” - mówi Chris.

- To nie w stylu Joy. Ale może urządzić je dla taty?

- Dla taty?!

- To mogą być różne zabawne drobiazgi. Ojciec byłby zachwycony. Oboje z Joy mają tyle 

rzeczy,   że   tak   naprawdę   mało   co   jest   im   potrzebne.   Zresztą   trudno   sobie   wyobrazić   Joy 

rozpakowującą z entuzjazmem ścierki do naczyń, zastawę i patelnie.

Tata uwielbia zwariowane prezenty w rodzaju nauszników na baterie i grających spinek do 

krawata. Na ostatnie urodziny kupiłam mu czapkę do baseballu z zamontowanym wewnątrz radiem 

i bardzo się ucieszył.

- Zobaczymy, co na to mama. Chce coś dla nich zorganizować przed ślubem.

Tata zna Chris i jej rodzinę od piętnastu lat. Moja mama i matka Chris przyjaźniły się, tak że 

my dwie jesteśmy niemal jak kuzynki.

- Może dałoby się to zrobić na zapleczu pizzerii ojca - mówi Chris.

- Super - odpowiadam. Ojciec Chris jest właścicielem pizzerii „Perry Pattinos”. Interes idzie 

background image

świetnie, a zaczynali skromnie: od robienia pizzy i dostarczania jej wprost z kuchni do domów 

klientów.

Gdy wchodzimy do szkoły, rozdzielamy się. Chris idzie spotkać się z Rogerem Jadenem, 

swoją   aktualną   sympatią.   Ja   zmierzam   do   biura   spraw   uczniowskich,   gdzie   studiuję   tablicę 

Szczęśliwy Traf z ogłoszeniami o pracy. Jest masa ofert opieki nad dziećmi. Chętnie bym to wzięła, 

gdyby płacili więcej niż dwa dolary za godzinę. Musiałabym jednak spędzić wiele, wiele godzin, 

żeby   zarobić   sześćdziesiąt   dolarów   na   komplet   pojemników.   A   potrzebuję   jeszcze   przecież 

pieniędzy na prezent na „podarkowe przyjęcie”.

Ogłoszenie Transportu i Usług dla Zwierząt Pawmobile oferuje osiem dolarów za godzinę i 

wygląda zachęcająco. Niestety, trzeba mieć prawo jazdy, a ja skończę szesnaście lat dopiero w 

grudniu.  Teraz  zauważam  ofertę  wiszącą  na  samym  dole:   proponują  pięć  dolarów   za  godzinę. 

Czytam ją uważnie. Może to naprawdę szczęśliwy traf?

Pomocnik do kafeterii.

Potrzebna dwójka uczniów do pracy w kafeterii. Pomoc pryz gotowaniu i inne obowiązki.  

Kandydat   musi   być   wolny   podczas   czwartej   i   piątej   lekcji.   Płaca   -   pięć   dolarów   za   godzinę. 

„Przytulna Kafejka u Ralfa”, średnia sokoła, Higbland, pok. oo). Zgłaszać się osobiście. Należy  

podjąć pracę natychmiast.

„Przytulna Kafejka u Ralfa” znajduje się w suterenie szkoły, przypomina loch i wszystko 

można o niej powiedzieć, tylko nie to, że jest przytulna. Jej specjalnością są zagadkowe potrawy 

mięsne, galaretki przypominające gumę oraz rozmokłe kanapki. Niektórzy nazywają szefa Ralfa 

Władcą   Podziemi.   Przez   niego   jeden   z   dzieciaków   był   w   zeszłym   roku   przez   dwa   tygodnie 

zawieszony za to, że rzucił o ścianę jedzeniem, które nie dało się potem zeskrobać. Gdy myślę o 

osobowości Ralfa, nie dziwię się, że tyle płacą za tę robotę.

Zbieram się w sobie i idę odszukać Władcę Podziemi. Naprawdę potrzebuję forsy. Gdy 

zbliżam się do kafeterii, ktoś stuka mnie w ramię. Nie wierzę własnym oczom. Toż to Bob Zayre! O 

wilku mowa.

background image

ROZDZIAŁ 2

- Jak leci, Henny? - pyta Bob.

- Co tu robisz? Obserwujesz nas, plebejuszy?

- Ha, ha. Bardzo zabawne. Sam należę do plebsu. Przeniosłem się tutaj.

- Przeniosłeś się? - Jestem wstrząśnięta. Nie o to chodzi, że Highland jest złą szkołą. Po 

prostu   to   nie   miejsce,   gdzie   spodziewałabym   się   spotkać   dziedzica   wielkiej   forsy   ze   sklepów 

spożywczych. Przyglądam mu się przez chwilę. Jest w dżinsach, niebieskiej koszuli i tenisówkach. 

Zgolił swoje paskudne wąsy, a jego kasztanowate włosy są teraz dłuższe.

- Tak, przeniosłem - odpowiada. - Myślałem, że wiesz... pisali o tym w gazecie.

- W gazecie? - Rodzina Boba jest znana, ale fakt, że się tu przeniósł, nie zostałby jednak 

odnotowany nawet przez nasze szkolne pisemko.

- Rodzice   stracili   dwa   sklepy   -   wyjaśnia.   -   Już   nas   nie   stać   na   Peabody   Academy. 

Musieliśmy zrezygnować nawet z BMW.

- Bob, naprawdę mi przykro!

- Nie ma sprawy. Został nam jeszcze jeden sklep. Poza tym podoba mi się w Highland 

School. Znam tu masę ludzi. I człowiek nie musi się stale martwić, że wyleci za złamanie jakichś 

głupich przepisów. Jedyna rzecz, której żałuję, to BMW. To był wóz z klasą.

Mały człowieczek z kędzierzawymi siwiejącymi włosami i tatuażem wysuwa głowę z drzwi 

prowadzących do kafeterii.

- Wy w sprawie pracy? - pyta. - Jestem Ralf.

- Jasne, w sprawie pracy - odpowiada Bob.

Władca Podziemi patrzy na mnie z dezaprobatą.

Może   uważa,   że   moje   spłowiałe   dżinsy   i   stara   bluzka   w   turecki   wzór   wyglądają   zbyt 

biednie? Ale ta praca nie sprawia wrażenia, żeby warto się do niej stroić w nadziei na sukces.

Ralf wręcza nam formularze i prowadzi do metalowego stołu w szkolnej kuchni. Siadamy, 

by je wypełnić. Starannie studiuję kwestionariusz. Piszę „nie dotyczy” w rubrykach, w których pada 

pytanie o stan cywilny, liczbę dzieci oraz stosunek do służby wojskowej. Nie bardzo wiem, co 

wpisać jako „wcześniejsze zatrudnienia”. Pracowałam tylko dorywczo jako baby - sitter i przy 

kartotekach w kancelarii prawniczej taty. Zastanawiam się, czy nie zostawić po prostu tej rubryki 

pustej, ale w końcu wypełniam ją najlepiej, jak potrafię. Wręczamy formularze  Ralfowi, który 

marszczy brwi.

- Czy żadne z was nie pracowało w żywieniu? - pyta. - Nic takiego tu nie widzę.

Bob wstaje.

- Ja. Mój ojciec jest właścicielem supermarketu „Big Z” na roku Dziewiątej i Centralnej. 

background image

Jest w branży spożywczej od trzydziestu lat.

Na Ralfie robi to wrażenie.

- Kroiłeś kiedyś mięso i robiłeś kanapki? - pyta Boba.

- Oczywiście - odpowiada Bob. - Całe lato pracowałem w dziale delikatesowym „Big Z”.

Ralf spogląda niechętnie na mnie.

- A jak tam z twoim doświadczeniem, kiciu? Widzę tu tylko opiekę nad dziećmi i kartoteki.

- Na imię mi Henny, nie „Kicia”.

- Więc Henny, czy masz jakieś doświadczenie w tej robocie?

Doświadczenie Boba było tak imponujące, że aż się boję przyznać, iż ja nie mam żadnego - 

szczególnie po dwóch nieżyczliwych spojrzeniach Ralfa.

- Och, Henny czasami nam pomaga - informuje go Bob. - Tak dobrze sobie radziła, że ojciec 

chciał nawet zatrudnić ją na stałe, tylko że musiał ograniczyć liczbę personelu.

Ralf wyjmuje chustkę z kieszeni spodni i ociera pot z czoła. W kuchni jest gorąco; już czuję, 

że włosy zaczynają mi się skręcać. Ralf zbliża się i ogląda mnie, jakbym była kawałem wołowiny.

- Musisz coś zrobić z tymi długimi włosami.

- Co?!

Nawet gdyby mi zapłacił milion dolarów, nie ścięłabym ich. To mój najmocniejszy punkt: 

sięgają mi do połowy pleców.

- Musisz sobie kupić siatkę do włosów.

- Siatkę?!

- Tak, kiciu. Takie jest prawo stanowe. Włosy nie powinny sypać się do jedzenia, prawda?

- Oczywiście, że nie. - Jestem bliska wygarnięcia mu, że prawo federalne zabrania również 

pytań o stan cywilny czy liczbę dzieci w formularzu wypełnianym przy ubieganiu się o pracę. Nie 

znoszę, jak obcy ludzie nazywają mnie „kicią”.

- No,   dobra.   Nie   lubię   zatrudniać   zaprzyjaźnionych   ze   sobą   osób,   ale   pilnie   potrzebuję 

pomocników. Bob, przyjdź dzisiaj podczas czwartej lekcji. A ty, kiciu, musisz zaczekać do jutra, 

dopóki nie kupisz sobie siatki do włosów.

- Na imię mi Henny - przypominam mu. Ale Ralf nie słucha.

Wychodzimy wraz z Bobem.

- Dlaczego,   u   licha,   powiedziałeś   mu,   że   pracowałam   w   „Big   Z”?   -   pytam.   -   Moje 

doświadczenie z artykułami spożywczymi polega na tym, że je zjadam.

- Gdybyś nie potrzebowała forsy, nie wzięłabyś brudnej roboty w kafeterii, prawda?

- Prawda.

- No, to sobie pomyślałem, że nieszkodliwe kłamstewko nie zaszkodzi.

- Dzięki, Bob. - Niemal mówię, że zrewanżuję mu się przy okazji, ale gryzę się w język. 

background image

Wolę go nie denerwować. A nuż zaatakuje mnie w holu! - Twoje doświadczenie teraz ci się przyda.

- Mam go niewiele więcej niż ty.

- Serio?

- Mhm - odpowiada. - Nigdy nie zaszkodzi posłużyć się znanym nazwiskiem lub czyimś 

autorytetem, jeśli istnieje taka możliwość.

Rzuca okiem na swój plan lekcji i rusza do klasy.

Na pierwszej lekcji mam wiedzę o społeczeństwie. Osuwam się na krzesło z tyłu klasy, 

obok Sherry, Chris i Cookie Altshuler.

- Jak leci? - pyta Cookie.

- W porządku.

Nie  widziałam  Cookie  przez   całe  lato.   To przyjaciółka   Sherry.  Obie  są  wodzirej   kami, 

zagrzewającymi   publiczność   do   dopingu   podczas   meczów.   Cookie   należy  do   najładniejszych   i 

najpopularniejszych dziewczyn w szkole, nie jesteśmy więc w jednej lidze.

- A jak tam twoje sprawy? - pytam ją.

- Dobrze. A co z Rickiem?

- Nawet nie pytaj I - Nie jestem w nastroju, by się nad tym rozwodzić. Cookie w ogóle by 

nie zrozumiała, co to znaczy utracić chłopaka. Gdyby chodziła z kimś, kto musiałby wyjechać, 

następnego dnia miałaby piętnastu kandydatów do wyboru.

W   drzwiach   pojawia   się   wysoki,   wspaniale   zbudowany   blondyn.   Ma   na   sobie   dżinsy, 

koszulę z madrasu z długimi rękawami i krawat. Jest przystojniejszy niż gwiazdor filmowy. Biorę 

go za ucznia, ale pisze na tablicy „Wiedza o społeczeństwie, nr kursu 101” i zdaję sobie sprawę, że 

ten adonis jest naszym nowym nauczycielem.

- Rany! - mówi Sherry. - Gdybym tylko była starsza o pięć lat... Ten superman nie może 

mieć więcej niż dwadzieścia dwa.

- Gdyby on był pięć lat młodszy... - rozmarza się Cookie.

Chris tylko wzdycha.

Nie odzywam się... Co za sens napalać się na kogoś, kto jest nieosiągalny? To już nawet 

szansa, że Rick pójdzie ze mną na wesele, wydaje się bardziej realna. Więc po prostu siedzę i gapię 

się. Blondyn  podchodzi do biurka, zagląda w swoje papiery i porównuje z tym,  co napisał na 

tablicy. Odzywa się dzwonek. Adonis przedstawia się.

- Nazywam się Demerle, witam na zajęciach z wiedzy o społeczeństwie.

Rozdaje nam identyfikatory i sprawdza listę.

- Ponieważ   to   mój   pierwszy   rok   pracy   w   szkole,   i   ja,   i   wy   nauczymy   się   sporo   o 

wzajemnych oddziaływaniach pomiędzy ludźmi. Odtwarzając różne sytuacje życiowe zdobędziemy 

prawdziwą  wiedzę   o  tym,   jak  żyją  ludzie.  Nasz  pierwszy  temat   będzie   dotyczył   małżeństwa  i 

background image

rozwodu.

Kilka   osób   zaczyna   się   śmiać.   Paru   chłopców   wydaje   jęk.   Drzwi   klasy   otwierają   się 

ponownie i wpada zadyszany Brian Anderson. Pan Demerle milknie. Jest wyraźnie zirytowany.

Udaję,   że   jestem   pochłonięta   robieniem   notatek.   Po   wczorajszym   wieczorze   bardzo   nie 

chcę, by Brian mnie zauważył. Najchętniej wtopiłabym się w ścianę.

- Miałem rano problem z samochodem - wyjaśnia Brian panu Demerle.

- Już to widzę! - Cookie szepce głośno do mnie, Sherry i Chris.

- Przepraszam za spóźnienie. Nie ma pan pojęcia, jak nie znoszę tracić lekcji - dodaje Brian.

- Więcej   się   nie   spóźniaj!   -   ostrzega   go   pan   Demerle.   -   Nie   będę   tolerował   nie 

usprawiedliwionych spóźnień. Ktokolwiek przyjdzie po dzwonku, będzie siedział w holu i dostanie 

ocenę zerową za cały dzień.

Zanosi się na to, że pan Demerle  potraktuje Briana dokładnie  tak, jak na to zasługuje. 

Gdybym miała zdecydować, który z tych dwóch jest przystojniejszy, przyznałabym panu Demerle 

dodatkowe pół punktu.

- Przepraszam za odejście od tematu. - Pan Demerle znów podchodzi do tablicy. - Ile osób w 

klasie ma rodziców, którzy wciąż pozostają w pierwszym związku małżeńskim?

Mniej więcej połowa obecnych podnosi ręce.

- A ile osób mieszka tylko z jednym z rodziców?

Teraz reaguje w przybliżeniu jedna czwarta klasy.

Nie podnoszę ręki. Chyba teraz nie mieszkam tylko z jednym z rodziców; już prędzej jest 

ich półtora.

- Wasza  klasa jest w  dużym  stopniu  reprezentatywna  dla  współczesnego  społeczeństwa. 

Statystyki   wskazują,   że   co   trzecie   małżeństwo   w   USA   kończy   się   rozwodem   -   wyjaśnia   pan 

Demerle.

- Obecnie można wybierać pomiędzy różnymi stylami życia. Rodziny tradycyjne, różnych 

narodowości, kolejne małżeństwa, pary bezdzietne, pary żyjące w konkubinacie, nawet życie w 

pojedynkę.

Wypisuje wszystkie rodzaje związków na tablicy.

- Przestudiujemy   te   style   życia.   Większość   klasy   zawrze   hipotetyczne   małżeństwa   w 

przyszłym tygodniu.

- W przyszłym tygodniu! - wykrzykuje Luigi Pasquelli. - A skąd wezmę dziewczynę? Z 

moją akurat się rozstałem!

Luigi jest jednym  z „twardzieli”. Należy do grupy zwanej Diabłami. On i jego kumple 

jeżdżą na motorach i noszą czarne skórzane kurtki z napisem „Diabły” na plecach. Sami siebie 

nazywają klubem motocyklowym. Niektórzy jednak uważają ich za gang.

background image

- Nie martw się - uspokaja go pan Demerle.

- Utworzycie pary z koleżankami z klasy. Podczas waszego związku przydarzą się wam 

różnego   rodzaju   nieszczęścia.   A   jeśli   ktoś   nie   będzie   szczęśliwy   w   małżeństwie,   będzie   mógł 

wystąpić o rozwód.

Podnoszę rękę.

- O jakie nieszczęścia chodzi? - Właściwie o tym nie muszę się uczyć. Po wczorajszym 

wieczorze mogłabym być ekspertem.

Pan Demerle wypisuje na tablicy.

- Utrata pracy, wypadek samochodowy, choroba - to, czego większość ludzi wcześniej czy 

później doświadcza w normalnym życiu.

Nie   wymienił   odejścia   chłopaka,   braku   partnera   na   ślub   ojca   ani   zrobienia   z   siebie 

kompletnej idiotki. Niestety, w tym momencie to wszystko stanowi część mego życia. I to wcale nie 

hipotetyczną.

- A teraz proszę, żeby każda uczennica napisała swoje nazwisko na karteczce. - Rozdaje 

dziewczynom karteluszki. Na moim jest napisane: „Pierwsze małżeństwo, typowe”. Sherry dostała 

taki   sam.   Cookie   -   drugie   małżeństwo,   każde   z   partnerów   ma   jedno   dziecko   z   poprzedniego 

związku.

- Na moim jest napisane „niezamężna” - narzeka Chris.

- Kilka osób nie będzie miało partnerów - wyjaśnia pan Demerle. - Ich zadania będą trochę 

inne.

Śmieję się sama do siebie. Chris, rekordzistka w chodzeniu z chłopcami, jest ostatnią osobą, 

która przygotowywałaby się do życia w pojedynkę. A może wymienić się z nią na kartki? W ten 

sposób mój projekt stałby się bardziej realistyczny. Pan Demerle podchodzi do szafy i wyjmuje z 

niej stary cylinder.

- A teraz, drogie panie, po napisaniu na kartkach nazwiska proszę je tu wrzucić. Panowie, 

zaraz puszczę cylinder w obieg. Po wylosowaniu karteczek niech każdy podejdzie do swojej damy i 

usiądzie obok niej.

W klasie robi się zamieszanie. Słychać chichoty lub jęki zawodu. Luigi Pasquelli zbliża się 

do nas.

- To ja jestem tym Szczęśliwcem. Cześć, żonusiu. - Siada przy Cookie, przez której twarz 

przemyka odcień zawodu.

Słyszę, że ktoś podchodzi do mnie.

- To ty jesteś Henny Zimmerman, prawda?

- Odwracam   się   i   tuż   przed   sobą   widzę   Briana   Andersona.   A   może   by   uciec   z   klasy, 

zrezygnować z zajęć i zaciągnąć się do zaawansowanych astronautów?

background image

Brian podaje mi karteczkę.

- Hej,   czy   to   nie   ciebie   widziałem   wczoraj   w   „Colonial”?   Najpierw   całowałaś   jakiegoś 

faceta, a potem się pokłóciliście?

Chętnie  zaprzeczyłabym,  ale  oczywiście  potwierdzam.  Przez  te moje  długie  rude włosy 

niełatwo wziąć za mnie kogoś innego.

- Wyglądało to na podbramkową sytuację - mówi Brian.

- I tak też było.

- A co takiego zrobił ten goguś?

- Poszło raczej o to, czego nie zrobił.

- Powinien wiedzieć lepiej, jak odnosić się do takiej ładnej dziewczyny.

- To nie o to chodziło.

Jeśli Brian określa mnie dziś jako „ładną”, to plotki o jego słodkich słówkach są absolutną 

prawdą.

Pan   Demerle   przywołuje   klasę   do   porządku.   Widzę   Sherry,   Chris   i   jeszcze   jakąś 

dziewczynę, której nie znam, jak stoją w głębi klasy. Bez partnerów.

Sherry podnosi rękę.

- Dostałam „pierwsze małżeństwo, typowe”, ale nikt mnie nie wylosował.

- Hmmm - mówi pan Demerle. - Mamy deficyt mężczyzn, zupełnie jak w życiu. Więc może 

będziesz moją partnerką? Chris i Jennifer, wy przygotujecie się do życia w pojedynkę. Możecie 

mieszkać razem.

Rozdaje kolejne karteluszki.

- Pierwsze zadanie, dla wszystkich.

Odczytuję nagłówek na kartce: „Wysłuchaj, jak to jest, gdy się jest mężatką/żonatym albo 

rozwiedzionym/ą”.   Mamy   przeprowadzić   wywiad   z   kimś,   kto   jest   lub   był   mężatką/żonatym,   i 

przygotować listę pytań.

Postanawiam zwrócić się do Joy. Jest bardzo otwarta, była mężatką i rozwiodła się.

Odzywa się dzwonek.

- Pamiętajcie, żeby przygotować pracę domową. Jutro zaczniemy przygotowywać umowy 

małżeńskie. Ceremonia ślubna odbędzie się mniej więcej za tydzień.

- Biedactwo - mówi Cookie, gdy spotykamy się na lunchu. - Brian Anderson jest równie 

nieodpowiedzialny, jak przystojny.

Stawia tacę na stoliku w sąsiedztwie Chris i mnie. Sherry też się przysiada.

- To bez znaczenia. Przecież się z nim nie umawiam, tylko wychodzę za niego na niby. - 

Mimo wszystko przyjemnie o nim pofantazjować. Te seksowne brązowe oczy i idealna sylwetka 

dodają uroku naszemu projektowi.

background image

Cookie wgryza się w kanapkę.

- Tak   się   spóźnił   kolejne   dwa   razy,   kiedy   po   mnie   przyszedł,   że   po   drugiej   randce   go 

kopnęłam.

Chris przez chwilę wpatruje się w Cookie.

- W zeszłym roku był w mojej grupie na socjologii. Jedno z naszych zadań polegało na tym, 

że dostaliśmy jajko i trzeba się nim było opiekować, a tymczasem Brian zaczaj umawiać się z 

dziewczyną, z którą miał wykonać to zadanie. Tak ją wkurzył, że w końcu rozbiła na nim to jajko.

- I jaki dostali stopień? - pytam.

- Myślę, że mierny.

- Ze mną nie będzie takich problemów - stwierdzam. - Nie jestem w jego typie.

- To prawdziwy czaruś - mówi Cookie. - Zobaczysz, że się w nim zabujasz.

- Na pewno nie. Przyjemnie na niego popatrzeć, ale jak dla mnie jest zbyt pewny siebie.

- No cóż, ja już się zabujałam w panu Demerle - informuje nas Sherry.

- To niemożliwe! - wykrzykuję. - Przecież to nauczycieli - Jest moim partnerem i jest super. 

To nawet nie musi być z wzajemnością.

- Ale z ciebie wariatka - stwierdza Chris.

- Wiem o tym.

Gdyby pan Demerle nie był nauczycielem, Sherry złapałaby go jak nic. Jest blondynką o 

niebieskich oczach, a widok jej figury mógłby zawrócić w głowie całej kapeli rockowej.

Nie mam zamiaru stracić głowy dla Briana. Ale wiem, jak Sherry się czuje.

Spotykam się z Bobem i Brianem na chemii. Brian uśmiecha się i rzuca „do jutra!”, kiedy 

dostrzega   mnie   po   lekcji.   Przyspiesza   kroku,  by  dogonić   wysoką,   szczupłą   dziewczynę,   której 

imienia nie znam. Dziewczyna ma doskonale ułożone brązowe włosy. Ubrana jest w czarne spodnie 

i purpurową bluzkę w czarne kwiaty. Mówię sobie, że to na pewno kolejna trzyrandkowa ofiara 

Briana.

Gdy Brian wychodzi, zbliża się Bob.

- Znasz go? - pyta.

- Właściwie nie. Chodzimy razem na jedne zajęcia.

Bob szybko zmienia temat.

- To pierwsze zadanie z chemii to twardy orzech do zgryzienia. Myślałem, że tu będzie 

łatwiej niż w Peabody.

- Ale nie jest - informuję go.

- Chcesz posiedzieć nad tym razem ze mną w weekend?

- Dobra.

- Nie zapomnij o siatce do włosów.

background image

- Brrr! - odpowiadam.

Po szkole wstępuję do Woolwortha i kupuję paczuszkę siatek do włosów. W domu wita 

mnie   Winnie,   śliniący   się   szczeniak   bullmastifa   i   Gaduła,   który   na   mój   widok   miauczy 

wniebogłosy.

- Grzeczny szczeniaczek, grzeczny - grucha Joy. - To Henny, twoja nowa siostrzyczka.

Grzeczny szczeniaczek gapi się na mnie. Głaszczę go. Winnie prycha i natychmiast zostaję 

pokryta jego śliną. Gaduła syczy.

- Spokój, Gadułka - mówię mu. - Ciebie też kocham.

Znów głaszczę szczeniaka. Gaduła wali go łapą po nosie. Winnie wyje i koślawym truchtem 

przebiega przez salon. Wpada na barek i prawie go przewraca.

- Psik! - Joy przegania kota. - Niedobra kicia, podrapała Winnie, pieszczoszka mamusi.

Gaduła wskakuje na stół w jadalni, roztrącając pozostałości wczorajszej gry w scrabble. 

Litery   rozsypują   się   po   całej   podłodze.   Kot   przeskakuje   na   wierzch   serwantki   i   miauczy 

przejmująco.

- To załatwia sprawę dalszego ciągu wczorajszych rozgrywek. - Joy zaczyna zbierać litery.

- Tak jest przez cały czas, od kiedy przywiozłam Winnie z lotniska. Mam nadzieję, że litery 

się nie pogubią.

W poszukiwaniu fragmentów scrabble zaglądamy aż pod kredens.

- Jak na szczeniaka jest okropnie duży - stwierdzam.

- Wiem. Waży coś około trzydziestu pięciu kilogramów, a ma dopiero osiem miesięcy.

Trudno byłoby określić Winnie jako rozkoszne szczeniątko - przytulankę. Wygląda jak duży 

beżowy buldog z żałosną, pomarszczoną czarną mordą.

- Dziwnie chodzi - mówię.

- Też to zauważyłam - odpowiada Joy. - Znasz się na zwierzętach, prawda? Jak myślisz, 

dlaczego?

Przypatruję się Winnie’emu, który smętnie leży przed kominkiem. Jest taki brzydki, że ma 

swoisty wdzięk.

- Nie za bardzo się znam na bullmastifach - odpowiadam.

Zwierzaki wreszcie uspokoiły się, a my skończyłyśmy zbieranie kawałków gry i idziemy do 

kuchni. Joy zabiera się do przygotowania kolacji. Winnie drepce za nią krok w krok. Gaduła jest tak 

zdenerwowany, że nie schodzi z serwantki nawet, gdy Joy otwiera puszkę z tuńczykiem.

- Joy, czy mogę ci zadać kilka osobistych pytań?

- Jasne.   A   co   chcesz   wiedzieć?   -   Otwiera   lodówkę,   wyjmuje   mleko,   jajka   i   kawał 

szwajcarskiego sera.

- Na zajęciach z wiedzy o społeczeństwie zajmujemy się małżeństwem i muszę zrobić z 

background image

kimś wywiad.

- Nie jestem ekspertem. Tak naprawdę, to nikt nie jest. - Joy bierze ser i zaczyna ucierać go 

na tarce.

- W porządku. - Zerkam do notatek. - Dlaczego wyszłaś za mąż i czemu się rozwiodłaś?

- Więc... - Wbija jajka do białej miseczki. - Miałam osiemnaście lat i żadnych życiowych 

planów. No i wyszłam za mąż.

Zapisuję to.

- A czemu się rozwiodłaś?

- Nie układało się nam.

- Ale dlaczego?

- Henny, to się staje za bardzo osobiste. Kto będzie czytał tę pracę?

- Tylko nauczyciel.

Improwizuję: piszę na arkuszu z odpowiedziami: „Respondentka nie chce odpowiedzieć, 

prawdopodobnie była zbyt młoda w czasie trwania małżeństwa”.

Pomijam drugie pytanie: „Skąd wiedziałaś, że dojrzałaś do małżeństwa”. Numer trzy: „Jak 

opisałabyś swoje doświadczenia związane z małżeństwem?

Joy przygotowuje  quiche:  miesza jajka, mleko i kawałeczki tuńczyka, po czym wkłada to 

wszystko do formy do zapiekanek.

- Jako straszliwą pomyłkę.

To   mną   wstrząsa.   A   co   się   zdarzy,   jeśli   jej   się   nie   ułoży   z   tatą?   Będzie   wszystkim 

rozpowiadać, że to straszliwa pomyłka?

Nie jestem pewna, czy powinnam kontynuować, ale robię to, żeby dokończyć zadanie.

- Podsumowując: co jest najistotniejsze, aby związek był udany?

- Uczciwość,   wzajemne   zaufanie,   umiejętność   pójścia   na   kompromis,   wzajemne 

zrozumienie. Wszystko, na co liczę tym razem. Wiem, że nie zawsze doceniasz swego ojca, ale ja 

uważam go za wspaniałego człowieka. On naprawdę cię kocha. - Joy wkłada formę z  quiche  do 

piekarnika i zabiera się do przygotowania sałatki.

- Wiem...

Nie mam żadnych innych lekcji do odrabiania oprócz zadania z chemii, nad którym mamy 

popracować w weekend z Bobem. Dzięki Bogu! Włączam telewizję: idzie serial, który oglądałam 

całe lato. Jason i Sonia obejmują się namiętnie. Jason jest odrobinkę podobny do Briana.

- Soniu, błagam! Zawsze będę cię kochał.

Sonia odsuwa się.

- Ja tak tego nie odczuwam.

Jason ponownie zamyka ją w uścisku, a ja fantazjuję na temat Briana. „Oczywiście”, szepce 

background image

Brian. „Pójdę z tobą na ślub, z największą radością”. Przyciska mnie namiętnie. Rozpływam się ze 

szczęścia.

- Henny - powiada Joy - w czasie weekendu powinnyśmy się rozejrzeć za sukienką dla 

ciebie na wesele.

- Cii... - Nie lubię, kiedy mi ktoś przeszkadza podczas smakowitych scen.

- Jak możesz oglądać te bzdury? - Joy przez chwilę także spogląda na ekran.

Pojawia się na nim kobieta o krótkich, ciemnych włosach.

- Penelope Jones - anonsuje spiker - wypowiada się na temat preparatu „Wyszoruj To” w 

sprayu.

- Po prostu przepadam za moim sprayem „Wyszoruj To” - oznajmia Penelope. - Używam go 

do czyszczenia tostera, do zlewu i do sedesu. Jeśli trzeba cokolwiek oczyścić, czyszczę tylko za 

pomocą „Wyszoruj To”.

- Mam nadzieję, że nie używa tej samej  ścierki do tostera i do sedesu - stwierdza Joy. 

Zaczynamy się śmiać.

Serial kończy się sceną, w której Jason i Sonia ponownie ściskają się namiętnie.

- Czy mogłybyśmy poszukać sukni w sobotę?

- pyta Joy.

- Chyba tak.

- Widzę, że aż tryskasz entuzjazmem.

- Nie wiem na pewno, czy przyjdę na wesele.

- Poza tym nie znoszę kupowania ciuchów z Joy.

Bywa bardzo apodyktyczna i nie zawsze kupujemy to, na co mam ochotę.

- Ojciec   byłby   bardzo   zawiedziony,   gdybyś   nie   przyszła.   Ja   zresztą   też.   Musielibyśmy 

zaprosić kogoś innego jako pierwszą druhnę.

- Bez partnera będę się czuła jak ostatnia ofiara. Zwłaszcza że Chris i Sherry będą ze swoimi 

chłopcami.

- Rozumiem, jak to jest, ale na wypadek, gdybyś zdecydowała się zjawić, chcę, żebyś ładnie 

wyglądała.

- A teraz nie wyglądam ładnie?

Joy obrzuca spojrzeniem moją koszulkę i sprane dżinsy.

- Na okładkę „Wiadomości Matki Ziemi”

- doskonale. Na wesele przyda ci się nowa suknia.

Wchodzi tata. Jego wzrok zatrzymuje się na Winnic - Czy to jest ta rozkoszna psinka, o 

której tyle słyszałem? - Winnie otwiera oczy i sapie.

- To najbrzydszy pies, jakiego w życiu widziałem.

background image

Winnie, na dźwięk słowa „brzydki”, zbliża się do ojca i obślinia jego najlepszy niebieski 

garnitur w paseczki.

- Wiesz co, Joy - stwierdza tata - chyba jestem zagorzałym wielbicielem kotów.

- Och, po prostu musisz się do niego przyzwyczaić - odpowiada Joy. - Nawet ja się jeszcze 

do niego nie przyzwyczaiłam.

Tata nie sprawia wrażenia przekonanego.

- A gdzie jest kot? - Wchodzi do kuchni i rozgląda się.

- Tu go nie ma. - Przechodzą do jadalni i Joy wskazuje Gadułę śpiącego na serwantce.

- Słuchaj, Joy - mówi tata. - Jeśli Gaduła i ten pies nie będą ze sobą żyć w zgodzie, nie 

będziemy mogli go zatrzymać. Gaduła to także członek rodziny. Nie życzę sobie, żeby ze strachu 

spędzał całe życie na serwantce.

Winnie   wygląda   tak   żałośnie,   że   robi   mi   się   go   żal.   Czułabym   się   fatalnie,   gdybyśmy 

musieli go oddać.

- Słuchaj, Winnie - zagaduję do niego - rozpogódź się trochę i przestań się tak zapluwać.

Wchodzę na krzesło i przemawiam do Gaduły, wciąż tkwiącego na serwantce.

- Ty się też zachowuj przyzwoicie. Małżeństwo to układ dwustronny.

Po kolacji przeglądam zadanie z chemii, fantazjuję na temat Briana i staram się, by Winnie 

się u nas zadomowił. Podczas zabawy ze mną staje się bardziej żwawy.

Na tyle oczywiście, na ile bullmastif może być żwawy.

Gdy chcę położyć się spać, Winnie sprawia wrażenie, jakby czuł się już w pełni bezpieczny. 

Leży dokładnie pośrodku mojego łóżka i czeka na mnie.

- Uciekaj! - rozkazuję.

Wydaje pod moim adresem przyjazne stęknięcie.

Próbuję   go   zepchnąć,   ale   ani   drgnie.   Wpatruje   się   we   mnie   smętnym   wzrokiem   i 

pochrząkuje. Jest taki wielki, że nie jestem w stanie go unieść. Idę odszukać Gadułę, wyciągam z 

piwnicy śpiwór i układam się do snu na podłodze swojej łazienki.

Następnego ranka budzę się tak późno, że szykuję się do szkoły w szalonym pośpiechu. 

Mimo wszystko staram się jednak wyglądać atrakcyjnie. Chociaż nie mam zamiaru umawiać się z 

Brianem   Andersonem,   fakt,   że   pracujemy   nad   wspólnym   projektem,   stanowi   pewien   doping. 

Wkładam najlepsze dżinsy i białą haftowaną bluzkę, którą kupiła mi Joy. Spinam włosy srebrzystą 

zapinką, maluję usta i wybiegam z domu.

background image

ROZDZIAŁ 3

Wpadam do szkoły na dwie sekundy przed dzwonkiem.

- Henny - mówi Brian natychmiast, gdy mnie zauważa - zająłem ci krzesło. Jaką masz ładną 

bluzkę. Już myślałem, że się nie pojawisz.

- Późno  wstałam  -  wyjaśniam.   -  Musiałam   dziś  spać  na  podłodze.  Pies  mojej   przyszłej 

macochy wygryzł mnie z łóżka.

Brian spogląda na mnie, jakbym była zupełną wariatką. Po tym, jak był świadkiem sceny z 

Rickiem, na pewno nie ma wątpliwości, że nią jestem.

Pan Demerle przywołuje klasę do porządku.

- Po   pierwsze   chciałbym,   żebyście   przedyskutowali   przygotowane   wczoraj   wywiady   ze 

swoimi partnerami. Potem niektóre z waszych ustaleń omówimy z resztą grupy. - Sadowi się z 

przodu klasy, obok Sherry, która obdarza go najbardziej uwodzicielskim ze swych uśmiechów.

Brian zwraca się ku mnie. Uwielbiam zapach jego płynu po goleniu. Żółta koszulka polo 

wspaniale pasuje do śniadej skóry.

Wymieniamy arkusze i czytamy nawzajem swoje wywiady.  Brian przeprowadził swój z 

ojcem, który - jak się okazuje - jest szczęśliwie żonaty od dwudziestu siedmiu lat. A wnioskując na 

podstawie życia towarzyskiego, jakie prowadzi Brian, podejrzewałabym raczej, że jego tato ma 

harem! Obserwuję Briana, podczas gdy czyta mój wywiad.

- Moja siostra właśnie wyszła za mąż sześć tygodni temu. Kiedy ci twoi się pobierają? - 

pyta.

- Za pięć tygodni od tej soboty. W Muzeum Historii Naturalnej w Chicago.

- W Muzeum Historii Naturalnej?...

- Znajoma taty jest tam kuratorem. To był jej pomysł. Wolałabym, żeby moja rodzina nie 

różniła się tak od innych. Niektóre rzeczy trudno wytłumaczyć postronnym.

- To   zapowiada   się   fantastycznie   -   śmieje   się   Brian.   -   Połączą   się   świętym   węzłem 

małżeńskim na oczach martwych dinozaurów!

- Nie w sali dinozaurów - wyjaśniam. - Muzeum ma specjalną salę recepcyjną.

Również z powodu miejsca, w którym odbędzie się ślub, sądzę, że komplet pojemników w 

kształcie smoka to sympatyczny prezent. Będzie pasował do otoczenia.

- A jaki będzie tort?

Nie mogę uwierzyć, że go to interesuje.

- Trzypiętrowy, czekoladowy. Z malinami w środku.

Brian oblizuje się.

- To brzmi wspaniale.

background image

Nie aż tak wspaniale, jak Brian wygląda, mówię sobie.

Pan Demerle staje przed klasą.

- A więc? Jakie są przyczyny, dla których ludzie się pobierają?

Chris podnosi rękę.

- Tak, panno Pattinos?

- Miłość.

Pan   Demerle   wypisuje   na   tablicy   wyraz   „miłość”,   poniżej   nagłówka   „Przyczyny,   dla 

których ludzie się pobierają”. Zamiast kropki nad „i” rysuje małe serduszko.

- Jakie są jeszcze powody? Teraz ktoś inny, bardzo proszę.

Luigi podnosi rękę.

- Dzieciaki. Niektórzy ludzie chcą mieć dzieci.

- To   częsta   przyczyna.   -   Pan   Demerle   pisze   na   tablicy   „dzieci”.   Pyta   dalsze   osoby,   aż 

wreszcie na tablicy widnieje około piętnastu powodów do zawarcia małżeństwa. Teraz wypisuje 

słowa „Umowy małżeńskie”.

- Umowy małżeńskie? - pyta ktoś z klasy.

- Właśnie - odpowiada nauczyciel. - Chcę, by każde z was wraz z partnerem sporządziło 

umowę małżeńską na najbliższy poniedziałek. Uwzględnijcie w niej, czego spodziewacie się po 

związku małżeńskim i czego w nim nie zaakceptujecie. Wymieńcie, jakie dobra wnosicie i jak będą 

one podzielone na wypadek rozwodu.

- Dobra? - pyta Luigi. - Nie mam nic a nic oprócz motoru i saksofonu.

- Potraktuj je jako przedmioty, które wnosisz. Na pewno niektórzy z uczniów mają płyty, 

komputer, psy lub koty, może samochód. Spiszcie to, co posiadacie.

Wyliczam: jeden syjamski kot, jedna bransoleta z litego złota, jeden dziecięcy fortepian. Tak 

naprawdę nie jestem pewna, czy fortepian jest moją własnością. Tata kupił mi go osiem lat temu. 

Swego czasu dużo grałam, ale mniej więcej przed rokiem przestałam. Brian pokazuje mi swoją 

listę:  stereo,   jeden  dziesięciobiegowy  rower,  albumy  płytowe   i  czarny  pies,  labrador   imieniem 

Lucyfer.

- Cokolwiek się zdarzy, nie będę chciała Lucyfera - oznajmiam Brianowi. - Gdybyśmy się 

rozwiedli, zostanie z tobą.

Brian śmieje się.

- Nie musisz się bać, że Lucyfer będzie właził na meble albo na łóżka. Moja matka jest 

świetną gospodynią i dobrze go wytresowała.

- Kto będzie zajmował się domem? - pytam.

- Ty.

- Na pewno nie! Będę pracować, a po powrocie będę zbyt zmęczona. - Nie znoszę zajęć 

background image

domowych,   zresztą   tak   samo,   jak   Joy   i   tata.   Gdyby   nie   to,   że   gdy   bałagan   osiąga   apogeum, 

mobilizujemy   się   w   trójkę   do   roboty   lub   zamawiamy   sprzątaczkę,   nasz   dom   wyglądałby   jak 

pobojowisko.

- Czy dobrze gotujesz, Henny? - pyta Brian.

- Potrafię przygotować posiłek. Jeśli muszę.

Brian zastanawia się przez chwilę.

- W porządku. Ty będziesz gotować, a ja zajmę się innymi pracami domowymi. Przepadam 

za pizzą. Umiesz robić pizzę?

- Jasne. Po prostu dzwonię do „Dominos” i zamawiam jedną z zieloną papryką i dostawą do 

domu.

- Te kontrakty są bardzo ważne - informuje nas pan Demerle. - Po ceremonii ślubnej może 

powstać konieczność odwołania się do nich. Zwłaszcza w przypadku rozwodu.

Sherry podnosi rękę.

- A kiedy odbędzie się ceremonia?

- Za tydzień od najbliższego poniedziałku, po lekcjach. Czy to wszystkim odpowiada? Jeśli 

ktoś nie może w tym terminie, zawrze małżeństwo przez zastępcę. Trzeba będzie poinformować o 

tym, ile przewidujemy osób, grupę z zajęć gospodarstwa domowego, prowadzonych przez panią 

Strong. Mają przygotować tort.

- Henny, muszę mieć twój numer telefonu. - Brian wręcza mi kartkę, na której widzę cyfry 

555 8069. - A to jest mój, na wypadek gdyby był ci potrzebny. Na pewno będziemy dużo gadać.

Mimo   że   z   pewnością   nie   będę   jedną   z   trzyrandkowych   dziewczyn   Briana,   mogłabym 

uwiecznić to w swoich pamiętnikach: Brian Anderson, superchłopak z Highland School, wziął mój 

numer i dał mi swój! Gdy przetrząsam torbę w poszukiwaniu notatnika, uświadamiam sobie, że 

zapomniałam zabrać siatkę do włosów. Zamartwiam się tym przez pozostałą część poranka, bo nie 

mam ochoty słuchać zrzędzenia Ralfa.

Gdy   wchodzę   do   „Przytulnej   Kafejki”,   zastaję   Boba   stojącego   przy   jednym   z   wielkich 

metalowych stołów. Jest opasany białym fartuchem i kroi na połówki kanapki z szynką.

- Ralf chce się z tobą widzieć w swoim biurze - informuje mnie. - Jest wściekły, bo ma za 

mało pomocników. Dwie osoby z jego stałego personelu się nie pojawiły.

Idę do biura. Ralf wisi na telefonie i próbuje ściągnąć jakichś ludzi z agencji zatrudnienia.

- A gdzie twoja siatka do włosów? - warczy.

- Kupiłam kilka wczoraj, ale tak się spieszyłam dziś rano, że zapomniałam je włożyć do 

torby.

Patrzy na mnie złym wzrokiem.

- Jeśli   znów   zapomnisz   w   poniedziałek,   to   koniec   twojej   pracy.   Upnij   je   przynajmniej. 

background image

Gdyby mi tak nie brakowało ludzi, już by cię tu nie było.

W  łazience  zaplatam   włosy i  okręcam   je  ściśle  wokół  głowy.   Ralf  czeka  na  mnie  pod 

drzwiami z tabliczką do przypinania notatek. Można by przypuszczać, że zamierzam wykraść się 

przez okno i uciec.

- Chodź ze mną, pokażę ci, co będziesz robić.

- Pokazuje mi urządzenie, wyglądające jak pas transmisyjny w obudowie.

- To jest latająca maszyna.

- Latająca maszyna?

- Profesjonalna  maszyna   do  zmywania   naczyń.   Robisz  tak:   zdejmujesz   brudne  talerze  z 

wózka, na który się je zbiera ze stołów, spłukujesz je i wkładasz w nacięcia. Bierzesz sproszkowane 

mydło,   wsypujesz   je   do   tego   pojemnika   i   pociągasz   lewarek.   -   Wskazuje   wielkie   pudło   z 

detergentem,   stojące   na   półce.   Potem   wracamy   do   Boba,   który   teraz   pakuje   kanapki,   i   Ralf 

prowadzi mnie do wielkiego zlewu, pełnego tłustych garów i patelni.

- Masz  tu zmywak,  możesz   go potrzebować.   Brudne ścierki   wrzucaj  do  pralki,  a  kiedy 

będzie pełna, wsyp trochę proszku do prania i włącz ją. - Ralf znika w swoim biurze.

- Ależ tu gorąco - uskarżam się. Już czuję, jak moja bluzka zamienia się w szmatkę, a włosy 

wyglądają gorzej z chwili na chwilę. Żałuję, że spotkam się jeszcze z Brianem na chemii.

- Zupełnie jak w saunie - zgadza się ze mną Bob. Wachluje się dłonią. - Gdybym tak nie 

potrzebował   forsy,   za   nic   nie   pracowałbym   w   tej   brudnej   dziurze.   Nie  chcę   naciągać   starych. 

Miałem niedawno stłuczkę i zamierzam sam zapłacić za naprawę samochodu.

Bob bierze tacę z zapakowanymi  kanapkami  i układa je na ladzie.  Uświadamiam sobie 

nagle, jak urósł. Przybrał też na wadze: nie jest już takim chudzielcem jak przedtem i zdecydowanie 

wyprzystojniał. Teraz wyjmuje jeden po drugim trzy placki z lodówki.

- Uff, co za ulga! - Czuję na twarzy powiew chłodnego powietrza. Bob odkrawa kawałek 

ciasta z kremem czekoladowym i podaje mi. - Dzięki. Na jakie zajęcia chodzisz poza chemią?

- Na angielski, trygonometrię i wiedzę o społeczeństwie.

- Wiedzę o społeczeństwie? Ja też. Na której lekcji masz zajęcia?

- Na szóstej - odpowiada. - Pracujesz nad projektem poświęconym małżeństwu?

- Mhm.

- A z kim jesteś w parze?

- Z Brianem Andersonem.

Bob robi zdegustowaną minę.

- Z tym przekrętem?

- Skąd go znasz?

- Mówiłem ci, że znam tu masę ludzi. - Bob układa kawałki placka na osobnych talerzykach.

background image

- Kiciu - woła Ralf - choć no tu i spłucz te naczynia.

- Na razie, kiciu - przedrzeźnia go po cichu Bob. Ralf wręcza mi tekturowe pudełko.

- Jeśli znajdziesz jakieś zapomniane przedmioty, okulary czy cokolwiek, włóż to tutaj. I nie 

zapomnij wrzucić brudnych ścierek do pralki.

Spłukuję   z   talerzy   keczup,   musztardę   i   resztki   hamburgerów.   Maszyna   wypełnia   się. 

Wsypuję porcję sproszkowanego mydła  z żółtego pudełka stojącego nad zlewem,  pociągam za 

lewarek i powracam do spłukiwania paskudztw z garnków.

- Rany! - wrzeszczę kilka minut później. Latająca maszyna pieni się. Biała piana wydobywa 

się z obu stron. Biegnę po Boba. - Stało się coś okropnego I - Kurczę! - Bob chwyta wiadro i wlewa 

z niego wodę do maszyny. Ale piana wydobywa się nadal. - Trzeba to wyłączyć. - Bob odłącza 

maszynę. Próbuję wyjąć z niej talerze, ale są gorące jak ukrop. Bob dolewa więcej wody.

Zbliża się Ralf.

- Dlaczego ta maszyna wariuje?

- Nie mam pojęcia - odpowiadam.

- Którego mydła użyłaś?

Wskazuję mu pudełko.

Ralf wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę.

- Jak mogłaś tak kretyńsko postąpić? To mydło jest do pralki. Nic dziwnego, że narobiłaś 

takiego bałaganu.

- Nie wiedziałam, że mydła się różnią. Oba pudełka są żółte.

- Jedno jest do pralki, a jedno do „latającej maszyny”. Nie umiesz czytać?

- Jasne, że umiem. - Oglądam pudełka. Na obu jest napis: „Przemysłowy detergent A - 3”, 

bez   wyjaśnień,   do   jakich   celów   używać   ich   zawartości.   Dopiero   na   samym   dole   znajdują   się 

instrukcje.

- Chcę chwilkę z tobą porozmawiać u siebie w biurze. - Ralf siada przy biurku i przysuwa 

mi krzesło.

- Kiciu... - rozpoczyna.

- Mam na imię Henny! - Chyba nie nadajesz się do pracy w kafeterii. Jesteś zwolniona.

- No i co? - pyta Bob, gdy wychodzę z biura.

- Wylał mnie - zawiadamiam go.

- Sam nie wiem, czy powinienem ci pogratulować, czy złożyć wyrazy współczucia - mówi 

Bob, gdy spotykamy się ponownie na lekcji chemii. - Ta maszyna latająca rzeczywiście strasznie 

napaskudziła.

Wyjmuje z kieszeni pomięty kawałek papieru i pokazuje mi go.

- Ta   dama   z  mojej   ulicy   potrzebuje   regularnie   opiekunki   do  dzieci.   Płaci   cztery  dolary 

background image

pięćdziesiąt centów za godzinę. Już prawie byłem sam zdecydowany.

Biorę papierek.

- To dlaczego tego nie wziąłeś?

- Wczoraj dostałem robotę w Transporcie i Usługach dla Zwierząt Pawmobile. Tam dużo 

lepiej płacą.

- A czemu ta pani proponuje aż tyle?

- Trzeba się opiekować dwiema małymi dziewczynkami i sporo dać z siebie. Powiedz pani 

Quatrocci,   że   to   ja   cię   do   niej   skierowałem.   Poważnie,   Henny,   sam   wziąłbym   tę   pracę.   Jutro 

zadzwonię do ciebie w sprawie zadania z chemii.

Brian mija nas i macha na pożegnanie. Przyspiesza kroku, by dopędzić dziewczynę, z którą 

widziałam go poprzednio.

Co za koszmarny dzień! Jestem zmęczona i głodna. Marzę o tym, by jak najszybciej być w 

domu.

Gdy tylko otwieram drzwi, widzę, że Winnie i Gaduła czekają na mnie. Wchodzę do kuchni, 

biorę resztki wczorajszej zapiekanki. Rzucam kilka kawałków zwierzakom, które pochłaniają je 

radośnie.

Joy nie ma, ale zostawiła dla mnie liścik.

Droga Henny!

Jestem w swoim gabinecie w suterenie. Do piątej mam pacjentów. W szafce, na niebieskim  

talerzu, są czekoladowe ciasteczka, które sama zrobiłam. Uściski.

Joy

Zjadam trzy ciasteczka i telefonuję do pani Quatrocci w sprawie pracy.

- Halo, kto mówi? - pyta dziecięcy głosik w słuchawce.

- Czy jest twoja mamusia?

- Mówiłam ci, żebyś nie odbierała telefonów - dochodzi z głębi pokoju głos mamusi. - Halo?

Teraz w telefonie słychać wrzaski.

- Przepraszam - mówi kobiecy głos. - Dziewczynki, jeśli jeszcze raz będziecie męczyć kota, 

zabronię wam oglądać dziś wieczorem telewizję!

Pani Quatrocci znów zwraca się do mnie.

- Przepraszam, kto mówi?

- Dzień   dobry,   nazywam   się   Henny   Zimmerman.   Jestem   koleżanką   Boba   Zayre’a.   Bob 

mówił mi, że potrzebuje pani opiekunki do dzieci.

- Tak, we wtorki i czwartki od czwartej do ósmej. Przepraszam na chwileczkę - przerywa. - 

Zabierz natychmiast z salonu opakowanie od jogurtu!

Powraca do rozmowy ze mną.

background image

- Czy masz jakieś doświadczenie w opiece nad dziećmi? Nie mogę zostawić moich jagniątek 

z byle kim.

Podaję nazwiska trzech osób, dla których pracowałam.

- W porządku, kochanie, niedługo skontaktuję się z tobą. Czy Bob mówił ci, że płacę cztery 

pięćdziesiąt za godzinę?

- Tak, powiedział mi. - Ponownie słyszę krzyki w słuchawce.

- Odezwę się do ciebie.

Przeglądam znowu zadanie z wiedzy o społeczeństwie. Tata ma formularze umów, których 

mogłabym użyć. Ciekawa jestem, jak to byłoby naprawdę zostać żoną kogoś takiego, jak Brian. 

Podpisuję się „Harriet Zelda Anderson” na kartce z notatnika.

Dzwoni telefon. Pani Quatrocci rzeczywiście ma tempo!

- Halo - słyszę zdyszany głos. - Mówi Prudence Enright. Czy zastałam Joy?

- Niestety, nie ma jej.

- Aha. A ty pewnie jesteś Harriet. Dzwonię, ponieważ pani Pattinos powiedziała mi, że 

może będziesz mogła podać nam nazwiska osób, które koniecznie trzeba zaprosić na „podarkowe 

przyjęcie”, a o których my mogłybyśmy zapomnieć.

Razem sprawdzamy listę. Podaję jej nazwisko sekretarki taty, pani Chase i pana, którego 

ojciec zna ze Stowarzyszenia Graczy w Scrabble w Highland.

- Dziękuję, moja droga - mówi pani Enright.

- Czy składamy się na jeden podarunek, czy kupujemy każdy na własną rękę?

- Na własną rękę. To mają być podarki, których można używać przez całą dobę. Może ty 

postarasz się o prezencik, który przyda im się o dziewiątej wieczór? Ja przygotuję coś, z czego na 

pewno się ucieszą, tylko nie bardzo wiem, o jakiej porze zechcą tego używać.

Pani Quatrocci dzwoni nieco później.

- Możesz zacząć pracę we wtorek o czwartej. Nie ubieraj się za elegancko. I nie spóźnij się.

background image

ROZDZIAŁ 4

Gdy tylko otwieram oczy rankiem, słyszę dzwonek telefonu.

- Henny - oznajmia mi tata - ten to już zupełny świrus! Chce rozmawiać ze swoją śliczną 

żoną. Nie możesz znaleźć sobie w tej swojej szkole normalnego chłopaka?

- Halo, Henny, to ja, twój mężuś, Brian! - Co nowego? - Staram się, by mój głos brzmiał 

nonszalancko, ale możecie mi wierzyć, nie jest to łatwe.

- Zaplanowałaś już coś na dziś rano? - pyta.

- Pomyślałem sobie, że warto by usiąść razem nad tą umową przedmałżeńską.

- A   o  której?  -  pytam.  Zupełnie   jakbym  miała   milion  innych   zobowiązań   i  trudności   z 

wciśnięciem między nie naszego spotkania.

Brian odchrząkuje.

- Podjadę po ciebie koło wpół do dwunastej. Moglibyśmy zjeść lunch w „Big Baby’s”, a 

potem popracujemy nad naszym zadaniem. - Śmieje się.

- Wiem, że jesteś zwolenniczką równouprawnienia, ale ja stawiam lunch.

„Big   Baby’s”   to   nowa   restauracja   typu   „drive   in”,   gdzie   obsługuje   się   klientów   w   ich 

samochodach.   Jest   w   stylu   lat   pięćdziesiątych   i   wszyscy   wariują   na   jej   punkcie.   Podobno   ma 

najlepsze w mieście chiliburgery, hot dogi i koktajle mleczne. Ricky nie znosił tłoku, więc nigdy 

tam nie byliśmy.

- Podaj mi swój adres - prosi Brian.

Jestem taka podekscytowana, że muszę pozbierać myśli.

- 3525 Daleford Lane. Dom z białymi, szalowanymi ścianami i zielonymi okiennicami. Na 

trawniku od frontu rośnie duży dąb.

- No to na razie, pani Anderson - kończy rozmowę Brian.

Natychmiast dzwonię do Chris, ale jej numer jest zajęty. Rzucam okiem na zegar w holu. 

Jest dziewiąta siedemnaście. Tylko dwie godziny i trzynaście minut do przyjazdu Briana. A jeśli nie 

znajdzie domu? A jeśli zgubi adres? Powiedział, że zaprasza mnie na lunch, więc to liczy się jak 

prawdziwa randka, nawet jeśli będziemy zajmować się pracą domową!

Biorę kąpiel z masą piany, myję i suszę włosy. Chwała Bogu, że ciuchy są już uprane. Po 

zmierzeniu dwudziestu jeden zestawów decyduję się na beżową dżinsową spódnicę i dzianinową 

białą bluzę z wrobionym na przodzie pawiem. (Mierzyłam je jako pierwsze). Maluję rzęsy i usta. 

Przebieram wśród buteleczek z wodami toaletowymi.

Wszystkie pachną zbyt kwiatowo i są trochę za dziewczęce na randkę z kimś takim jak 

Brian.

Słyszę   stukot   obcasików   Joy,   zmierzającej   przez   hol   do   łazienki.   Zatrzymuje   się   przed 

background image

lustrem, poprawia opadającą kokardę przy szarej jedwabnej bluzce i wygładza szarą, gabardynową 

spódnicę. Widocznie ma pacjenta, bo inaczej byłaby w dżinsach lub dresie.

- Dzień dobry, Henny.

- Dzień dobry, Joy. Czy mogłabyś coś dla mnie zrobić?

- Wal!

- Czy mogę pożyczyć odrobinę tych twoich perfum pachnących piżmem?

- A po co ci perfumy z piżmem o tej porze? - Przygląda mi się podejrzliwie. Na pewno 

myśli, że jestem zupełnie pokręcona.

- Mam coś w rodzaju randki.

- Randkę? Kwadrans po dziesiątej rano?

- On będzie tu dopiero o wpół do dwunastej. Jedziemy na lunch, żeby popracować nad pracą 

domową. Ale i tak powinnam ładnie pachnieć.

Joy podchodzi do mnie i pociąga nosem.

- Pachniesz bardzo przyjemnie.

- Muszę pachnieć lepiej aniżeli „przyjemnie”. Muszę pachnieć seksownie.

Joy patrzy na mnie powątpiewaniem.

- Co to za praca domowa?

- To ten temat związany z problemami małżeństwa, o którym ci mówiłam. Ja mam być 

żoną, a Brian Anderson, mój przyszły mąż, spotyka się ze mną o wpół do dwunastej, żeby nad tym 

popracować.

Joy śmieje się, otwiera szufladę toaletki i wręcza mi buteleczkę.

- W porządku, tylko nie używaj za dużo, te perfumy są dość mocne.

Kropelka za uszami, na przegubach oraz tam, gdzie bardzo chciałabym mieć wgłębienie 

pomiędzy piersiami, ale powątpiewam, czy kiedyś będę je miała... Widziałam fotografie mamy: 

miała taką samą szczupłą sylwetkę jak ja. Perfumy pachną bardzo kusząco. Strzeż się, Brianie, 

mówię sobie, zostanę twoją następną trzyrandkową dziewczyną!

Czuję woń smażonego w kuchni bekonu. Schodzimy wraz z Joy na dół. Tata robi naleśniki z 

orzeszkami.

- No   i   o   co   chodziło   rano?   -   pyta,   podrzucając   naleśnik   na   patelni.   -   Ten   chłopak 

przynajmniej zadzwonił po wschodzie słońca.

Wykładam mu sprawę zadania na temat małżeństwa.

- Aha,  czy  masz  jakieś  formularze  umów,  które  mógłbyś  mi  dać?   Zajmujemy   się  teraz 

umowami przedślubnymi i chciałabym swoją napisać na maszynie na oficjalnym formularzu.

- Będę dzisiaj w biurze, więc przyniosę ci kilka formularzy, na których spisuje się umowy.

- A czy ty i Joy zawieracie umowę przedślubną?

background image

- Nie - ucina Joy.

- Może to i nie jest zły pomysł - odpowiada tata.

- Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć - ostrzegam ich. - Procent rozwodów jest bardzo 

wysoki.

Tata podaje mi talerz z trzema plasterkami bekonu i dwoma naleśnikami. Podsuwa Joy drugi 

talerz, obejmuje ją i leciutko całuje w policzek.

- Henny, jeszcze się nie pobraliśmy. Nawet nie myślmy o takich okropieństwach.

Nic już nie mówię. Zawsze chciałam, żeby tata ponownie się ożenił. Przeraża mnie myśl, że 

mogłoby się między nimi źle układać.

Joy polewa naleśniki syropem.

- O której wrócisz z randki ze swoim mężem?

- Pojęcia nie mam.

- Proszę   cię,   bądź   przed   pierwszą.   Chciałabym,   żebyśmy   dziś   zaczęły   rozglądać   się   za 

sukienką dla ciebie. W przyszłym  tygodniu nie będę miała czasu. Wyjeżdżam na kilka dni do 

Minnesoty, zobaczyć się z synem.

Nie   wspominam,   że   może   nie   będę   uczestniczyć   w   ceremonii   ślubnej.   Taka   wieść 

rozpętałaby chyba u nas w domu trzecią wojnę światową. Z tatą nie można dyskutować o takich 

sprawach. Z Joy tak. To właściwie smutne - znam Joy zaledwie od roku, a czasami czuję, że jestem 

bliżej z nią niż z ojcem. A może moje nastawienie do ślubu zmieni się w ciągu najbliższego czasu?

Przyczłapał do mnie Winnie - wciąż porusza się koślawo. Pieszczę go. Gaduła, rozciągnięty 

pod stołem, nie protestuje. Za bardzo jest zajęty myciem sobie łapek.

- Niedługo wrócę - zapewniam Joy.

- Chciałbym, żeby Joy pozwoliła mi zobaczyć swoją suknię ślubną - dopomina się tata.

- To przynosi pecha, Herman - ucina Joy. Zaczynam się śmiać.

- A twój pierwszy mąż widział suknię przed ślubem?

- Prawdę mówiąc - tak. Tym razem nie zamierzam ryzykować.

Tata odstawia filiżankę z kawą i podziwia Joy.

- Wyglądasz wspaniale we wszystkim, w co się ubierasz.

Być może Joy jest atrakcyjna jak na swoje czterdzieści jeden lat, ale nie jest pięknością. Ma 

krótkie, kędzierzawe, kasztanowate włosy, niebieskie oczy i jest raczej pulchna. Idealny przykład 

amerykańskiej matki. Ani przesadnie urodziwa, ani typ urody, jaki widuje się na okładce „Vogue”. 

Ale tata ma kompletnego świra na jej punkcie. I vice versa.

Dzwoni telefon. Pędzę na górę, by go odebrać. Gaduła wskakuje na moje krzesło.

- Żeby ci tylko śniadanie nie wystygło! - woła za mną tata.

Nie byłabym nawet w stanie pomyśleć o czymś tak błahym jak naleśniki. A co będzie, jeśli 

background image

Brian odwoła spotkanie? Są sprawy ważniejsze niż jedzenie. Chwytam słuchawkę. To Chris.

- Nie uwierzysz, co się zdarzyło - mówię.

- Co takiego? Ricky wrócił?

- Skąd!   Coś   lepszego.   Brian   zabiera   mnie   na   lunch!   -   Chris   aż   wykrzykuje   w   swoją 

słuchawkę, a ja w swoją. Jednocześnie słyszę, jak Joy i tata wrzeszczą na Winnie.

- Dokąd się wybieracie? - pyta Chris.

- Do „Big Baby’s”. I mamy zająć się umową małżeńską.

- Też bym chciała mieć jakiegoś fajnego faceta jako partnera. Jennifer i ja mamy zamiar 

popracować nad kontraktem, a potem pójdziemy na zakupy. Może spotkasz się z nami w centrum 

handlowym, jeśli nie będziesz zbyt zajęta swoim amantem?

- Nie mogę. Mam iść z Joy poszukać kiecki na wesele.

- A może zaprosisz Briana?

- Żeby szukać sukni? - Ta Chris chyba myśli, że jestem kompletną świruską. - Nie sądzę, 

żeby chciał przyjść.

Ojciec krzyczy do mnie, żebym nie okupowała telefonu.

- Pa, Chris.

- Powodzenia - odpowiada. - I jeszcze jedno... nie dowiesz się, dopóki go nie zapytasz.

Wreszcie żegnam ją definitywnie.

Gdy wracam do kuchni, stwierdzam, że moje śniadanie znikło. Winnie siedzi na krześle z 

wielką smętną mordą w moim talerzu. Tata próbuje spędzić go na podłogę.

- Jeśli ten pies nie zacznie się przyzwoicie zachowywać, to nie będzie dla niego miejsca ani 

w małżeństwie, ani w umowie!

- Daj mu szansę, Herman - błaga Joy.

Słyszę klakson. Wyglądam przez okno i widzę Briana za kierownicą srebrzystego volvo. 

Ruszam ku drzwiom.

- A ty dokąd się wybierasz? - pyta tata.

- Umówiłam się, żeby popracować nad pracą domową.

- Nie tak szybko!

- O co chodzi?

- Moja córka nie wyjdzie z chłopakiem, który nie umie się na tyle przyzwoicie zachować, 

żeby podejść do drzwi, zadzwonić i przedstawić się jej rodzicom.

Joy, która sprawdza swój wygląd w lustrze w salonie, spogląda na mnie.

- Twój ojciec ma rację, Henny. Nie jesteś tresowaną foką, żeby reagować na sygnał.

Wprost   trudno   uwierzyć.   Jeszcze   nie   jest   oficjalnie   moją   macochą,   a   zachowuje   się, 

jakbyśmy spędzili razem z piętnaście i pół roku.

background image

Brian nadal naciska klakson. Nie bardzo wiem, co robić. Jeśli wyjdę i pojadę z Brianem - 

będę miała za swoje. Jeśli mu powiem, że musi przedstawić się moim rodzicom, żeby pozwolono 

mi wyjść z domu na popołudniową randkę - pomyśli, że traktują mnie jak dziecko. To zupełnie jak 

gra, w którą czasem bawimy się z Chris: nazwałyśmy ją „koszmarne decyzje”. Czy wolałabyś 

znosić czułości najpaskudniejszego chłopaka w szkole, czy też wejść nago na szkolną potańcówkę?

Mam na to taką samą ochotę, jak powiedzieć Brianowi, że ma poznać moich rodziców.

- Jedyne,   co   możesz   zrobić   -   mówi   tata   -   to   przyprowadzić   tego   młodego   człowieka   i 

przedstawić go. No, dalej!

- Doprawdy, Henny - włącza się Joy - tylko tak się to może odbyć.

Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Tych dwoje mieszka ze sobą bez ślubu, a 

mnie   traktują,   jakby   był   dziewiętnasty   wieki   Idę   do   samochodu,   Brian   prześlizguje   się   przez 

przednie siedzenie, uśmiecha się i otwiera mi drzwi.

- A już myślałem, że próbujesz wystawić starego Briana! - Niezupełnie. Moi starzy chcą cię 

poznać, zanim pojedziemy.

- Przepraszam - mówi Brian - chyba byłem za leniwy, żeby wyleźć z auta. W sobotę rano 

większości rodziców nie ma w domu.

Ujmuje mnie za rękę.

Całe szczęście, że w domu nie ma za dużego bałaganu. Czuję się trochę zażenowana z 

powodu moich rodziców. Joy wygląda jakoś sztywno i oficjalnie w szarym kostiumie, w którym 

spotyka się z klientami, a ojciec wprost okropnie. Jest nie ogolony, a jego koszulka z napisem 

„Hands Across America” jest tak opięta, że widać obwisły brzuch.

- Tato,   Joy,   to  jest  Brian  Anderson.  - Niemal  dodaję „najbardziej  bombowy  chłopak  w 

szkole”, ale nie robię tego. Rodzice nie są w stanie zrozumieć takich rzeczy.

- Dokąd się wybieracie? - wypytuje ojciec.

- Popracować nad szkolnym zadaniem - odpowiada Brian - i przegryźć coś w „Big Baby’s”, 

tej nowej restauracji „drive in” w stylu lat pięćdziesiątych. Może przyłączycie się do nas? Mogłoby 

to wskrzesić dawne wspomnienia.

Tata przecząco potrząsa głową i rzuca Brianowi podejrzliwe spojrzenie.

Ależ numer z tego Briana! A co byłoby, gdyby się zgodzili?

- To przyjemność pracować z Henny - kontynuuje Brian. - Taka z niej dobra uczennica.

- Nie zapomnij wrócić przed pierwszą - przypomina mi Joy.

Brian otwiera przede mną drzwi samochodu. Na podłodze piętrzą się sterty kaset.

- Lubisz Whitney Houston? - Wkłada jedną z kaset do magnetofonu.

- Uwielbiam.

Niektórym   szczęści   się   we   wszystkim.   Whitney   Houston   najpierw   była   modelką,   teraz 

background image

została laureatką nagrody Grammy. A ja nie mogę nawet poradzić sobie z czymś tak prostym, jak 

wyjście na randkę w taki sposób, by staruszkowie się nie czepiali. Rodzice Whitney Houston na 

pewno nie robią afery,  jeśli jakiś chłopak, z którym  ich córka się umawia,  zatrąbi klaksonem, 

zamiast podejść do drzwi.

Napis   przed   restauracją   migoce   neonowymi   literami:   «Jedz   w   Big   Baby’s».   Obok   - 

staromodna reklama coca - coli. Drewniana krowa naturalnej wielkości stoi na dachu restauracji. 

Kelnerki ubrane są w czarne obcisłe szorty i różowe koszulki do gry w kręgle z lat pięćdziesiątych z 

napisem: «Jedz w Big Baby’s». Jeżdżą na wrotkach tam i sam po parkingu obsługując gości. Brian 

krąży wśród samochodów poszukując miejsca, gdzie moglibyśmy zaparkować i zostać obsłużeni. Z 

głośnika dochodzą dźwięki „Rock around the Clock”.

- To naprawdę miejsce z klasą - stwierdzam.

- Dlatego właśnie cię tu przywiozłem. - Dotyka mojej dłoni.

Przez   chwilę   studiujemy   menu   wywieszone   przed   stanowiskiem,   przy   którym 

zaparkowaliśmy. Mają tu głównie hamburgery, hot - dogi i frytki.

- Biorę trzy hamburgery z chili, podwójne frytki z serem i napój truskawkowy - decyduje 

Brian. - A na co ty masz ochotę?

- Wezmę cheesburgera i koktajl czekoladowy.

Brian zamawia jedzenie przez telefon znajdujący się przy stanowisku obsługi i przygląda mi 

się przez chwilę.

- Masz zgrabną figurkę - oznajmia.

Jestem mile połechtana i speszona jednocześnie.

- Dzięki - odpowiadam. Oczywiście nie ważę stu kilogramów ani nic w tym rodzaju, ale 

jakoś nigdy nie sądziłam, że mam efektowną sylwetkę.

Kelnerka przynosi nasze hamburgery. Na różowej koszulce ma dwie przypinki. Na jednej 

jest   napisane:   „Miejsce   kobiety   jest   w   centrum   handlowym”,   na   drugiej   -   „To   nie   ja   jestem 

dziwadło, tylko ty”.

- Weźmy się do naszej umowy - proponuję.

- Dobra. Już ci mówiłem, nie mam zamiaru gotować. A ile chcesz dzieci?

- Jedno oraz psa i kota.

- Ja chcę trójkę, poza tym nie znoszę kotów.

- Nie zgadzam się. Jedno albo wcale. Mam zamiar pracować na pełnym etacie. Nie będę po 

powrocie zajmować się trójką dzieciaków. Już lepiej sprawmy sobie kota. Przepadam za kotami.

Brian odgryza kęs hamburgera.

- W porządku, niech będzie kot. A może zatrudnić gosposię?

- Zatrudnić gosposię? Tata mówi, że o dobrą jest bardzo trudno. Poza tym to kosztowne. 

background image

Fakt, że ta, którą mieliśmy do niedawna, była super.

- Nie miałem pojęcia, że twoja rodzina jest z tych, co mają gosposie!

- Nie jest. Ale moja matka umarła, kiedy miałam siedem lat, i potrzebowaliśmy kogoś, kto 

by się nami zajął. Gosposia nie mieszkała u nas - codziennie wracała do siebie do domu. Moja 

macocha chce przez kilka godzin dziennie prowadzić swoją prywatną praktykę, a potem zajmować 

się nami. Teraz szukamy dobrej sprzątaczki, która przychodziłaby raz na tydzień.

Przez chwilę zajmujemy się pracą, ale idzie to dość opornie. Brian albo mówi o sprawach z 

nią nie związanych, albo obserwuje, co dzieje się na parkingu.

Mój wzrok pada na zegar pod reklamą coli.

- Brian - mówię - lepiej wracajmy. Idziemy z Joy po zakupy, poszukać dla mnie sukienki.

Bob jest pochłonięty innymi sprawami. Macha do kogoś znajomego.

- Hej, Brian. - Do naszego samochodu podchodzi dwóch chłopaków ze szkoły: jeden wysoki 

blondyn,   drugi,   niższy,   szatyn   z   brodą.   Nie   wiem,   jak   się   nazywają.   Trudno   byłoby   znać 

wszystkich, skoro do naszego liceum uczęszcza trzy i pół tysiąca osób. Ci dwaj są z czwartej klasy i 

należą do zespołu redagującego rocznik szkolny.

- Będziesz robił zdjęcia dziś wieczorem? - pyta brodaty.

- Jasne - potwierdza Brian. - Darcy Easton też.

- No, no - włącza się blondyn. - W takim razie chętnie bym się przyłączył. To niezła laska.

- Nawet się nie umywa do Henny. - Brian obejmuje mnie. Brodaty przygląda mi się przez 

chwilę.

- Jeśli macie wieczorem coś lepszego do roboty, to ja mogę zająć się zdjęciami.

Brian sprawia wrażenie zakłopotanego.

- Zobaczymy się na meczu, chłopaki.

Chłopcy odchodzą. Brian stawia puste kubki i opakowania od hamburgerów na półeczce 

stanowiska obsługi, zostawia napiwek i uruchamia silnik.

Bum!  Czuję nagły wstrząs, rozlega się łoskot i boczna szyba  rozpryskuje się na milion 

kawałeczków. Odłamki szkła sypią się do wnętrza samochodu.

- Co się stało? - pytam zaskoczona. Wysiadamy z samochodu. W drzwiach poniżej okna jest 

duże wklęśnięcie, a na ziemi oraz na tacy pełno potłuczonego szkła.

Brian chwyta się za głowę i robi się blady jak ściana.

- Rany  boskie!   Walnąłem   w   słup   od  głośnika.   Rodzice   chyba   mnie   zamordują!   -   Twoi 

staruszkowie nie mają ubezpieczenia?

- Mają, ale tego lata spowodowałem już jeden wypadek. Będą po tym wszystkim płacić 

niebotyczną  składkę.  Mogą też  wywalić  mnie  z polisy.  Co ja powiem  starym?  Pomóż  mi  coś 

wymyślić albo mam przechlapane.

background image

Zastanawiamy się przez chwilę.

- A   może   zaprowadzisz   samochód   wprost   do   warsztatu,   w   którym   wstawiają   szyby 

samochodowe, i wtedy rodzice o niczym się nie dowiedzą?

- No, nie wiem - Brian jest sceptycznie usposobiony. - Musiałbym tam zostawić wóz. To 

wgniecenie wygląda paskudnie.

Ponownie oglądamy uszkodzenie - jest głębokie, a lakier porysowany.

- Chyba powinieneś powiedzieć w domu, co się stało. Przecież nie jechałeś za szybko ani 

nic w tym rodzaju.

- Ze starymi to nie przejdzie. Musimy coś wymyślić.

Chociaż staram się być opanowana i chłodna jak napój truskawkowy, zdaję sobie sprawę, 

jak Brian się czuje. Gdybym ja stłukła szybę i wygięła drzwi w samochodzie, załatwiłoby mnie to 

na całe życie. A nawet na wieczność.

- Lepiej już jedźmy - mówię. Jest po pierwszej. Odbieram wibracje psychiczne wskazujące, 

że Joy już przygotowuje dla mnie kazanie, którego wcale nie mam ochoty wysłuchiwać.

Słyszę warkot motocykla. Luigi Pasquelli i jego koledzy wjeżdżają na parking. Z tylnego 

siodełka motoru Luigiego zeskakuje dziewczyna. Zdejmuje kask - to Cookie. Macha do nas. Luigi, 

Cookie i reszta wchodzą do środka.

Brian obserwuje ich przez dłuższą chwilę.

- Zbierajmy się - mówi wreszcie. - Myślę, że jakoś sobie poradzę z rodzicami. Możemy 

zatrzymać się na chwilę w „Giant”?

- Jasne. - Jest już tak późno, że kilka minut więcej nie robi żadnej różnicy. A Joy na pewno 

już dobrze przećwiczyła swoją przemowę.

„Giant” to olbrzymi samoobsługowy dom towarowy w centrum Highland. Można tam kupić 

co dusza zapragnie, od zupy w puszkach po żywe króliki, a wszystko po obniżonych cenach.

Brian parkuje.

- Wracam za dwie minuty. Możesz zaczekać w samochodzie?

Jego dwie minuty okazują się kwadransem. Joy będzie wściekła. Brian wraca z niewielkim 

pędzlem, farbą oraz bukietem kwiatów.

- Co ty wyrabiasz?

- To po prostu parę rzeczy, które mi są potrzebne.

Odwozi mnie do domu.

- Słuchaj, nie mów nikomu, co się stało, dobra?

- Dobra. - Podoba mi się myśl, że mamy z Brianem wspólny sekret. To tak, jakby łączyło 

nas coś specjalnego. Ujmuje mnie za rękę, całuje ją i odprowadza do drzwi.

- Do zobaczenia niedługo - mówi.

background image

Jasne, że niedługo. Mamy zajęcia w poniedziałek.

Joy otwiera drzwi.

- Gdzieś ty była, u licha? Jest po wpół do drugiej!

- Mieliśmy problem z samochodem.

- To dlaczego nie zadzwoniłaś?

- Nie miałam skąd.

- Już jest za późno, żeby teraz iść. A wiesz przecież, że w przyszłym  tygodniu jadę do 

Minnesoty, zobaczyć się z synem.

- Znajdziemy z Chris jakąś kieckę.

Rzuca  mi  spojrzenie,  mówiące,  że we dwie  na pewno wybrałybyśmy  jakieś  wyjątkowe 

szkaradzieństwo.

- Henny, wychodząc za mąż nie chce się, żeby pierwsza druhna znalazła „jakąś kieckę”. Nie 

bierze się przecież ślubu codziennie. Chcę, żebyś wyglądała naprawdę ładnie.

- A może takie rzeczy mnie nie wzruszają? Może ja nie wyjdę za mąż?

Joy westchnęła przeciągle.

- Nie mam pojęcia, co w ciebie ostatnio wstąpiło. Czy wyjdziesz za mąż, czy nie, życzę 

sobie, żebyś na ślubie swojego ojca była ubrana ładnie i przyzwoicie.

Wręcza mi karteczkę z numerem telefonu.

- Telefonował chłopiec imieniem Bob. Miałaś wcześniej coś zaplanowanego na dzisiejszy 

ranek? Mam nadzieję, że nic nie zawaliłaś, żeby wyjść z tym Brianem.

- Nie mogłam nic zawalić, bo nic nie planowałam.

Daję sobie kilka minut, by pozbierać się po eskapadzie z Brianem, i dzwonię do Boba. 

Przyjmuje jakaś pani, pewno jego matka.

- Nie ma Bobby’ego - informuje mnie. - Musiał odwieźć na lotnisko trzy francuskie pudelki. 

Czy to z tobą miał odrabiać chemię?

- Tak, ze mną.

- Tyle o tobie słyszałam!

Mam nadzieję, że nie za dużo.

Idę do swego pokoju i próbuję nauczyć się na pamięć tabeli pierwiastków. Boże, co za nuda. 

Szłoby mi łatwiej, gdybym miała kogoś do pomocy. Ciekawe, co robi Brian i czy zaprosi mnie na 

następną randkę. Fe znaczy żelazo, N - azot. Gdyby istniał pierwiastek pecha, miałby HZ.

Po jakimś czasie wpada Chris.

- Chcę wiedzieć absolutnie wszystko. Z krwistymi szczegółami.

Idziemy do mojego pokoju i zamykamy za sobą drzwi. Nie chodzi o to, że mamy zamiar 

omawiać coś nieprzyzwoitego albo że ktoś podsłuchuje. Pójście do pokoju i zamknięcie drzwi, żeby 

background image

pogadać, to rytuał, którego przestrzegamy.

Nie wspominam o najbardziej krwistym epizodzie.

- Pocałował mnie - oznajmiam.

- Super! - W rękę.

- Następnym razem to będą usta.

- Może nie być następnego razu. To nie była taka zupełnie prawdziwa randka. Gdybyśmy 

nie pracowali razem nad tym szkolnym zadaniem, nie zabrałby mnie na lunch.

- A zaprosiłaś go na wesele swojego taty?

- Co takiego? Na głowę upadłaś? - Oprócz tego, że Chris zawsze z kimś chodzi, przejawia 

wobec   chłopców   ogromną   pewność   siebie.   Gdyby   to   jej   ojciec   zamierzał   się   żenić,   miałaby 

towarzystwo na uroczystość w tym samym momencie, w którym ogłoszono by zaręczyny.

- Nie bardzo wiem, co mam robić. Chyba mu się podoba jedna dziewczyna, Darcy Easton.

- Może mu się i podoba, ale on jej nie. Ma faceta na Uniwersytecie Wisconsin.

- Skąd wiesz?

- Jej matka jest właścicielką sklepu z kosmetykami na tej samej ulicy, co pizzeria taty, i 

często do nas wpada. Darcy pracowała też w tym sklepie. W lecie robiła tam makijaż i manicure.

- Jak to możliwe? Przecież jest dopiero w szkole średniej?

- Odbyła   praktykę   pracując   dla   matki.   Ma   zamiar   w   ten   sposób   zarobić   na   studia   w 

dziedzinie projektowania mody. Darcy jest okropnie ładna. Jej matka wspominała, że teraz pracuje 

dorywczo w jakimś sklepie w śródmieściu: podobno robi tam wyjściowy makijaż.

- To   taka   wysoka,   szczupła   dziewczyna   z   pięknymi,   krótko   obciętymi   kasztanowatymi 

włosami?

- Wszystko się zgadza - potwierdza Chris.

- Ona to naprawdę potrafi się umalować!

- Świetnie potrafi. Muszę lecieć. Wieczorem mam randkę z Rogerem. Będzie też Sherry z 

chłopcem. Kurczę, Henny, szkoda, że nie znam żadnego chłopaka, żeby cię z nim spiknąć. Można 

by urządzać potrójne superrandki! Może Brian niedługo znów cię gdzieś zabierze. Chris rusza do 

drzwi.

- Gdziekolwiek   zechce.   -   Biorę   podręcznik   chemii   i   udaję,   że   się   uczę.   -   A   być   może 

zdecyduję się ubiegać o pełne stypendium na uniwersytecie w Chicago. Nie miałabym wtedy czasu 

na chłopców.

- Chyba upadłaś na głowę! - wrzeszczy, pędząc w dół po schodach i wybiegając na dwór.

Wieczorem   staruszkowie   idą   do   Feldmanów   pograć   w   scrabble.   Ja   spędzam   większość 

czasu studiując nudne pierwiastki chemiczne i opracowując umowę małżeńską.

Rozmyślam  sobie, jak to by było  tajnie, gdyby  Ricky nie uzyskał  tego stypendium  lub 

background image

gdyby Brian był innym typem chłopaka. Teraz pewnie bawi się świetnie z tą Darcy...

Szukam Gaduły. Są obaj z Winnie’em w salonie, zadowoleni i przytuleni do siebie. Gaduła 

liże Winnie’ego swym szorstkim jak papier ścierny języczkiem. Każdy jest dzisiejszego wieczoru 

razem z kimś, nawet Darcy, która przecież i tak już kogoś ma.

Dzwoni  telefon.  To  pani  Quatrocci.   Pyta,   czy  mogę   przyjść   do niej   w  poniedziałek  po 

szkole, na próbne posiedzenie z dziećmi.

background image

ROZDZIAŁ 5

Brian dał mi swój numer telefonu, ale nie miałam odwagi zadzwonić. Obudziłam się o piątej 

rano,   by   to   przemyśleć.   Po   sześciu   rozmowach   telefonicznych   z   Chris   i   po   ośmiokrotnym 

przećwiczeniu   mojej   rozmowy   z   Brianem,   o   trzeciej   po   południu   dojrzałam,   by   do   niego 

zadzwonić.

Trzy razy wykręcam numer i odkładam słuchawkę, zanim odezwie się brzęczyk. Życie było 

prostsze   przedtem,   gdy   dzwoniłyśmy   do   Briana   z   Chris   i   rozłączałyśmy   się   natychmiast   po 

usłyszeniu jego głosu. Wreszcie za czwartym razem czekam, gdy telefon dzwoni. Może Darcy tam 

jest i czulą się do siebie jak szaleni? Może rodzice zabronili mu rozmawiać przez telefon? A może 

snuje o mnie pożądliwe myśli? Przy piątym sygnale decyduję się rozłączyć.

W tym momencie odzywa się mała dziewczynka.

- Mieszkanie państwa Andersonów.

- Czy zastałam Briana? - Serce mi wali i mam spocone dłonie.

- Brian! Dzwoni jedna z twoich dziewczyn.

Brian podchodzi do telefonu.

- Hej, mówi Henny.

- Ty przecież nie jesteś moją dziewczyną.

- Śmieje się. - Jesteś moją żoną. Co się dzieje?

- Jak ci poszło wczoraj z samochodem?

Zniża głos.

- Próbuję to załatwić.

- Ja...  ja  zabieram   się  do napisania   na  maszynie  tej   umowy.  Czy  chciałbyś,  żebym   coś 

jeszcze w niej umieściła? Jak będziemy dzielić naszą własność?

- trajkoczę. Kiedy jestem podenerwowana, gadam jak nakręcona.

- Jak sobie życzysz, bylebym mógł zatrzymać moje longplaye. Do jutra i pamiętaj: ani słowa 

nikomu o tym, co było wczoraj.

Rozłącza się.

Następnego dnia, gdy wchodzę do szkoły, Brian czeka na mnie pod klasą.

- Załatwiłem wszystko z matką - informuje mnie. Siadamy i przeglądamy naszą umowę. 

Właściwie nie ma w niej nic szczególnego. Brian jest zadowolony, chociaż ja miałam nadzieję na 

coś lepszego.

Cookie i Luigi wchodzą do klasy. Niosą wielki zwój, długi na metr. Siadają obok nas i 

rozwijają go - to ich umowa. Jest starannie wykaligrafowana.

- Kto to tak pięknie napisał? - pytam.

background image

- Ja - odpowiada Luigi.

Charakter pisma jest wymyślny i ozdobny, a margines ozdobiony wzorem w czerwono - 

złote maleńkie zwoje. Samo wykonanie marginesu musiało trwać wiele godzin.

Wchodzi pan Demerle, dźwigając stertę książek. Kładąc je na stole, zauważa umowę, którą 

podziwia już kilka osób. Ogląda ją.

- Chcę, żeby cała klasa to zobaczyła - oznajmia i przylepia zwój taśmą klejącą do tablicy. - 

Każdy, kto zrobi coś w tym  rodzaju, dostanie dodatkowe punkty. Chciałbym,  żeby wszyscy w 

grupie potraktowali nasze zadanie równie poważnie.

Przez pewien czas dyskutujemy na temat umów. Potem pan Demerle wyjaśnia, jak ważne 

dla nowożeńców jest zgłaszanie w sklepach listy wybranych prezentów.

- Chodzi o to - tłumaczy - żeby ludzie wiedzieli, co jest wam naprawdę potrzebne. Już 

uprzedziłem rejestrację podarków ślubnych w Centrum Handlowym Marshalla Fielda. Ale jeśli 

chcecie,   możecie  zarejestrować  się  gdzie  indziej.  Większość  par  rejestruje  swoje listy  w  kilku 

domach towarowych.

Wręcza każdej parze formularze z nadrukiem „Rejestracja podarków ślubnych Marshalla 

Fielda”. Ciekawe, skąd pan Demerle tak się na tym zna. Głowę daję, że jest żonaty lub zaręczony.

- Niektóre   osoby,   które   już   mają   za   sobą   jedno   małżeństwo,   mogą   posiadać   pewne 

przedmioty. Ci, którzy świeżo skończyli college, będą potrzebowali więcej rzeczy aniżeli ci, którzy 

zawierają   związek   małżeński   po   raz   drugi.   Zaraz   wręczę   każdej   parze   instrukcję   z   opisem   jej 

konkretnej sytuacji. Dostosujcie do niej swój wybór podarunków. Stawiając stopnie będę brał pod 

uwagę,   jak   realistyczne   będą   wasze   decyzje.   Dwie   dziewczyny,   które   wspólnie   wynajmują 

mieszkanie, zarejestrują się u Fielda w dziale upominków na specjalne okazje. Macie na to tydzień 

czasu.

Chris i Jennifer krzywią się.

- Przyszli państwo Andersonowie - wywołuje nauczyciel.

Brian wręcza mi kopertę. Otwieram ją. Nie podoba mi się, że pan Demerle zakłada, że 

przybiorę nazwisko Briana.

„Oboje jesteście świeżo po college’u. Mąż w następnym roku zacznie studia doktoranckie w 

Wyższej Szkole Edukacji Specjalnej. Żona uczy dzieci w szkole elementarnej. Zaoszczędziliście 

pięćset dolarów na wyposażenie domu. W tej chwili posiadacie zaledwie kilka garnków i patelni, a 

najbliższa rodzina podaruje wam trochę rzeczy, które nie są jej potrzebne”.

- Fiu, fiu. Będziemy potrzebować wszystkiego - stwierdzam, studiując instrukcję. - Pościeli, 

talerzy, sztućców, urządzeń domowych i innych różności.

Cookie pokazuje mi swoją instrukcję. Zawiera ona długą listę rzeczy, którą Cookie i Luigi 

już   posiadają,   ponieważ   oboje   mają   już   za   sobą   jedno   małżeństwo.   Do   tego   dochodzi 

background image

zaoszczędzony tysiąc dolarów.

- Psiakość, chciałem wpisać na listę longplaye Whitney Houston i Madonny - narzeka Brian.

- Chyba nie możemy tego zrobić.

Krzywi się.

Kilka minut przed końcem lekcji nauczyciel  podchodzi do stolika stojącego z boku pod 

ścianą i omawia książki, które przyniósł ze sobą.

- Jeśli  ktoś   chce,  sam  lub z  partnerem,  napisać  sprawozdanie,  żeby uzyskać  dodatkowe 

punkty,   może   korzystać   z   tych   książek.   Dowiecie   się   z   nich   także   więcej   o   problemach 

współczesnego życia. Jeśli chcecie wypożyczyć którąś z nich, zgłoście to mnie.

Po lekcji przez kilka minut przerzucam książki. Wypożyczam jedną z nich, zatytułowaną 

„Współczesne style życia”, w której znajdują się informacje o wszystkim - od umawiania się na 

randki   aż   po   starość.   Jest   tu   cały   rozdział   o   związkach   uczuciowych,   od   zadurzenia   aż   po 

prawdziwą  miłość.  Zdaję  sobie   sprawę,  że   to,  co  czuję   dla  Briana,   to  zadurzenie.   Przeglądam 

rozdział o prawie małżeńskim. Przy lunchu kartkujemy go z Chris, Sherry i Cookie. Okazuje się, że 

jesteśmy wystarczająco dorosłe, by w kilku stanach móc wyjść za mąż za zgodą rodziców.

- Matka Luigiego wzięła ślub, gdy miała siedemnaście lat - oznajmię Cookie.

- To   bardzo   młodo   -   stwierdzam.   Wyobrażam   sobie   siebie   z   Brianem,   w   tej   chwili 

poślubionych, we własnym mieszkaniu. Wydaje mi się to absurdalne.

- Luigi jest szalenie zdolny. - Cookie ustawia talerze z jedzeniem na tacy. - Może nie należy 

do elity,  ale jest utalentowany,  inteligentny,  a na saksofonie gra jak profesjonalista.  W sobotę 

wieczorem byliśmy na koncercie, w którym brał udział. A wiecie, że sam zmontował swój motor? 

Bardzo przyjemnie się z nim pracuje nad naszym zadaniem. Jest taki inny i naprawdę uroczy.

- Pan Demerle też jest uroczy - stwierdza Sherry. - Jak skończyliśmy pracę, zaprosił mnie na 

lunch.

- Co takiego? - wykrzykuje Chris.

- Nigdy nie słyszałam, żeby nauczyciel zaprosił kogoś na lunch. - Z wrażenia prawie dławię 

się lemoniadą.

- Byliśmy w „Piwnicy” - oznajmia z dumą Sherry.

- W „Piwnicy!” - Jestem wstrząśnięta.

„Piwnica”   to   kameralna   włoska   kafejka   znajdująca   się   pod   „Sel   Marie”   -   europejską 

cukiernią w centrum miasta. To jeden z tych lokalików

(  

o przyćmionych światłach, kraciastych 

czerwono - białych obrusach i płonących świeczkach. Tak bardzo chciałam, by tamtej nocy Ricky 

zabrał mnie właśnie w takie miejsce. Lokal, do którego pragnęłabym pójść z Brianem... teraz.

- Czy czegoś z tobą próbował? - chce wiedzieć Chris.

- Coś ty! To prawdziwy dżentelmen. Odwiózł mnie do domu i otworzył przede mną drzwi 

background image

samochodu.

- Na pewno ma dziewczynę - wtrąca Cookie.

- Albo jest gejem.

- Wszystko mi jedno - odcina się Sherry.

- Cieszę się, że jest moim partnerem. Jest o tyle dojrzalszy niż te dziecinne typki, z którymi 

mamy do czynienia w szkole.

Jednym z tych dziecinnych typków jest Seth Ornstein, za którym Sherry wariowała jeszcze 

w   zeszłym   tygodniu.   Podczas   wakacji   gadała   tylko   o   nim   i   była   cała   w   skowronkach,   kiedy 

wreszcie zaprosił ją na randkę.

- Chłopcy ze szkoły nie wiedzą, jak należy odnosić się do dziewczyn - stwierdza Sherry.

- Luigi wie. - Cookie ociera usta, wyjmuje z torebki lusterko i poprawia włosy. - Przed 

koncertem przyniósł mi jedną jedyną cudowną różę. A jak stoją sprawy z Brianem?

- Bombowo. - Nie wspominam o aferze z klaksonem.

- Może się ustatkował na stare lata?

Luigi   zbliża   się do  stolika.  Obejmuje  Cookie  w  talii  i  odchodzą.  Jakże  ja bym  chciała 

znaleźć wielką miłość podczas realizacji tego zadania! Ale wszystko, co uzyskałam do tej pory, to 

kiepski stan nerwów i okazja, by asystować Brianowi, gdy rozwalał samochód.

Bob czeka na mnie po lekcji chemii.

- Gdzie zapodziałaś się w sobotę?

- Och, musieliśmy zająć się naszą umową ślubną. - Podoba mi się dźwięk słowa „my”, gdy 

dotyczy Briana. - Próbowałam cię złapać po powrocie.

- Mhm, jakoś nam się nie złożyło. Pani Quatrocci mówiła, że dzisiaj zaczynasz u niej pracę. 

Powodzenia!

- Jeśli tylko nie ma profesjonalnej maszyny do zmywania naczyń, niczego się nie obawiam.

Bob śmieje się.

- Gdyby nie to, że muszę jechać wprost do Pawmobile, podrzuciłbym cię do domu.

- Nie ma sprawy.

Wychodzimy tylnymi drzwiami na parking. Bob wskakuje do żółtej furgonetki z rysunkiem 

zwierzęcej łapy i napisem „Pojazd dla zwierząt Pawmobile”.

Spostrzegam Briana, który stoi obok czerwonego mustanga. Rozmawia z Darcy, ubraną w 

czarne spodnie i białą bluzkę typu gorset. Na niej wygląda to dobrze, choć na większości dziewczyn 

wydawałoby się zbyt wymyślne do szkoły.

Brian i Darcy wsiadają do samochodu i odjeżdżają. To by było na tyle o Brianie. Otwieram 

portfel, sprawdzam adres pani Quatrocci - 3007 Hunters Lane - i ruszam w drogę.

Odnajduję   dom   Quatroccich   w   dzielnicy   Colonial   Valley.   Wille   są   tu   większe   i 

background image

zamożniejsze niż w mojej okolicy. Pod numerem 3007 trawnikowi przydałaby się kosiarka, a na 

jednej z okiennic łuszczy się farba. Naciskam dzwonek i czekam kilka minut. Z zewnątrz dochodzą 

krzyki dzieci. Drzwi otwiera wysoka, dobrze ubrana kobieta.

- Jesteś   Henny,   prawda?   -   Wprowadza   mnie   do   salonu.   Na   podłodze   walają   się   chipsy 

ziemniaczane i popcorn. Ogromny szary kot pochłania to wszystko, co nie zostało wdeptane w 

dywan. Dwie małe dziewczynki drepcą ku niemu, niosąc lalczyne ubranka.

- Julia! Melania! - wykrzykuje pani Quatrocci. - Przestańcie dokuczać Maluszkowi!

- Dobrze, mamusiu - zgadza się większa dziewczynka. Kładą ubranka na stoliku do koktajli, 

siadają na sofie i składają rączki jak w kościele. Ale to chyba ja powinnam się pomodlić! Pani 

Quatrocci bierze mnie pod ramię i przedstawia nas sobie.

- Ta młodsza, to Julia. Ma trzy i pół roku. Większa, Melania, ma pięć lat.

Obie dziewuszki uśmiechają się słodko.

- Cześć, jestem Henny.

Julia   odyma   usteczka.   Ma   kędzierzawe   jasnoblond   włosy  i   błękitne   oczy.   Wygląda   jak 

dziecięca modelka. Melania, pełna wdzięku i pyzata, przygląda mi się przez chwilę.

- Czy ty jesteś dziewczyną Bobby’ego?

- Nie.

Pani Quatrocci prowadzi mnie do kuchni.

- Tak   jak   mówiłam,   zwykle   nie   będziesz   pracować   w   poniedziałki.   Chciałam   tylko 

sprawdzić, czy się nadajesz, zanim zacznę kurs we wtorek. Sama rozumiesz, w dzisiejszych czasach 

nie można zostawić takich maleństw z byle kim. Od sierpnia miałam już siedem opiekunek.

Otwiera lodówkę i pokazuje mi tacę kanapek z tuńczykiem.

- To   na   obiad.   Co   tu   jeszcze...   Żadnych   przekąsek   poza   posiłkami,   z   wyjątkiem   soku. 

Henny, czy mogłabyś spłukać talerze i włożyć je do zmywarki? I troszkę posprzątać salon, zanim 

wrócę. Moja sprzątaczka się nie pojawiła. Tak trudno teraz o dobrą pomoc domową.

Pokazuje mi, gdzie są ścierki i odkurzacz.

- I, Henny, nie zawsze będę mogła odwieźć cię do domu. Mamy tylko jeden samochód i 

nigdy nie wiem, kiedy mój mąż wróci do domu. Pracuje w handlu nieruchomościami, często w 

przedziwnych godzinach.

Niesamowite. Gdyby zademonstrował ten chlewik jako przykład domów, które sprzedaje, 

pewnie cofnięto by mu licencję.

Dziewczynki bawią się grzecznie do chwili wyjścia matki. Gdy tylko znika za drzwiami, 

Melania wpada do kuchni i otwiera szafkę.

- Kiedy dostaniemy ciasteczka? - pyta.

- Mama powiedziała, że mam wam nie dawać nic oprócz soku.

background image

- Sok jest wstrętny! Ja chcę ciasteczka!

- Niestety. Mama powiedziała: żadnego podjadania.

Melania patrzy na mnie wilkiem. Dosuwa krzesło do kuchennego blatu, wspina się, otwiera 

górną szafkę i chwyta pudełko czekoladowych chrupków z niższej półki.

- Złaź stamtąd! - Zdejmuję ją z blatu i usiłuję odebrać jej pudełko. Melania rzuca je Julii, 

która właśnie weszła do kuchni.

- Łap!   -   woła.   Pudełko   spada   na   podłogę.   Pokruszone   chrupki   rozsypują   się   po   całej 

podłodze.

- Nie lubię cię - oznajmia Melania. - Jesteś skąpał Nic dziwnego, że nie jesteś dziewczyną 

Bobby’ego.

- Jesteś paskudna! - wrzeszczy Julia. Obie wypadają z kuchni, dokumentnie rozdeptując 

ciasteczka. Zmiatam okruchy i wrzucam do kubła na śmiecie. Opłukuję talerze i wkładam je do 

zmywarki, upewniając się tym razem, czy biorę właściwy detergent. Czyszczę salon odkurzaczem i 

ścieram kurze.

Zbliżam   się   do   sypialni,   gdy   słyszę   żałosne   miauczenie.   Biegnę   na   pomoc.   Maluszek, 

ubrany w miniaturową sukienkę i kapelusz, został wpakowany do lalczynej kołyski. Melania śpiewa 

wysokim głosikiem kołysankę na melodię „Rock - a - Bye Baby”.

Śpij już, kotek jest na drzewie

Myszka biega i nic nie wie,

Że kot na nią czai się,

Wraz z ogonkiem myszkę zje.

- Natychmiast wyjmijcie kota z kołyski!

- Sza! - Julia błyska ku mnie swym uśmiechem aniołka. - Maluszek śpi.

- Jeśli nie wypuścicie kota z kołyski, zanim policzę do trzech, zadzwonię do waszej mamy!

Melania cofa dłoń, którą trzymała kota. Maluszek daje susa z łóżeczka i pędzi w dół po 

schodach.

- Kto porozrzucał te ubrania po całej podłodze?

- Maluszek - wyjaśnia Julia. - Jest dziś bardzo niegrzeczny.

- Mam dosyć bawienia się z Maluchem. Chodźmy do piaskownicy - proponuje Julia.

Zbieram ubrania, utykam je po szufladach i schodzę na dół. Wychodzimy tylnymi drzwiami. 

Gdy tylko je otwieramy,  wypada z nich Maluch, przebiega podjazd i wspina się na drzewo na 

trawniku przed domem.

- Maluchowi   nie  wolno  wychodzić  na  dwór  -  informuje  mnie  Melania.  -  Mama   będzie 

background image

wściekła.

Zastanawiam się nad możliwością zdjęcia kota z drzewa, ale przypomina mi się, jak o mało 

nie   spadłam,   usiłując   ściągnąć   Esmeraldę,   kotkę   starej   pani   Binning.   Może   powinnam 

zatelefonować po straż pożarną?

- Chcę do ubikacji - narzeka Julia. Próbuje otworzyć drzwi. - Nie mogę wejść do środka!

Zaczyna płakać.

- Wejdź z drugiej strony I - Nie mogę. Zatrzasnęłaś drzwi.

Obchodzę dom dookoła, szarpiąc za klamki.

Melania i Julia depcą mi po piętach. Wszystkie drzwi są zamknięte. Szczypię się w ramię, 

by upewnić się, czy to na pewno nie zły sen. Niestety, to jawa, ale w porównaniu z dzisiejszym 

dniem koszmar senny to sama przyjemność.

Jedyną osobą, jaką znam w Colonial Valley, jest Bob. Muszę go jak najszybciej odszukać.

- Jeść mi się chce - maże się Melania.

- Słuchaj, czy wiesz, gdzie mieszka Bobby? - pytam ją.

- Wiem, ale nie powiem. Nie jesteś jego dziewczyną i nie dałaś mi ciasteczek.

Spływa na mnie natchnienie.

- Bob ma mnóstwo ciasteczek u siebie w domu. Jeśli mi pokażesz, gdzie mieszka, na pewno 

trochę dostaniesz.

Julia stoi pod drzewem.

- Nie uciekaj, Maluszku. Chcę być twoją przyjaciółką. Kocham cię. I potrzebuję na nocnik.

Idę   za   Melanią.   Mijamy   kilka   domów   i   zbliżamy   się   do   dużego   budynku   w   stylu 

kolonialnym. Przed domem rosną czerwone kwiaty i starannie przycięte krzewy.

- On tu mieszka - oznajmia Melania.

Drzwi otwiera pani ubrana w spodnie koloru lawendy i purpurową bawełnianą bluzkę. Ma 

takie same brązowe oczy jak Bob.

- Czy mogę tutaj zrobić siusiu? - zadaje pytanie Julia.

- Oczywiście. - Pani Zayre przygląda mi się, jakbym była świeżo przybyłą Marsjanką.

- Pani Zayre, jestem koleżanką Boba ze szkoły. Czy go zastałam? Opiekuję się dziećmi u 

państwa Quatrocci i koniecznie muszę się z nim zobaczyć.

Jej obcasy stukają o dębową podłogę. Zatrzymuje się przy schodach, oddzielających salon 

od jadalni.

- Bob, koleżanka do ciebie!

Bob schodzi po schodach.

- Henny! - woła zaskoczony. - Co się stało?

- Chcę ciasteczko - dopomina się Melania.

background image

Opowiadam Bobowi całą koszmarną historię.

- Nie martw się - mówi. - Zaraz się tym zajmiemy. - Otwiera kuchenną szafkę i wyjmuje 

puszkę sardynek oraz trzy papierowe talerzyki. - Spotkamy się u mnie w garażu. Mama zajmie się 

maleństwami pani Quatrocci.

Przechodzę przez duże, nieskazitelnie czyste podwórze. Bob zjawia się po kilku minutach ze 

śrubokrętem, łomem, sardynkami i talerzykami. Wręcza mi to wszystko i wyciąga drabinę z kąta 

garażu.

- Ty nieś nasz ekwipunek, a ja wezmę drabinę.

- Bob, ten kot siedzi tak wysoko! Nigdy nie zejdzie!

- Zejdzie, zejdzie. Znam dobrze starego Malucha. - Bob otwiera puszkę i kładzie po kilka 

sardynek na każdy z talerzyków.

- Wyrzuć puszkę do śmietnika - mówi, po czym wspina się na drzewo. Umieszcza jeden 

talerzyk na gałęzi w pobliżu Malucha, następny nieco niżej, a trzeci na ziemi. - A teraz spróbujmy 

dostać się do środka.

Obchodzimy dom.

- Popatrzmy, czy któreś okno jest otwarte.

Spostrzegam, że jedno, w tylnej ścianie domu, jest uchylone.

- Hej, spójrz!

Bob wspina się na drabinę.

- Podaj mi śrubokręt. - Bob odkręca śruby siatki przeciw owadom, otwiera szerzej okno i 

włazi   przez   nie   do   środka.   Po   chwili   otwiera   drzwi   od   wewnątrz   i   wpuszcza   mnie   do   domu. 

Wskazuje klamkę.

- Pamiętaj, żeby nie wciskać tego guziczka. Jeśli zechcesz zamknąć się od środka, to masz 

zasuwę.   A   kot   jest   już   pod   drzewem,   opycha   się   sardynkami.   Mówiłem   ci,   że   dobrze   znam 

Malucha.

Chwytam Malucha i wpuszczam go do domu.

- Masz tu zostać - rozkazuję. - Bob, jak mam ci dziękować?

- Wystarczy parę wygibasów pod muzykę na szkolnym weselnym przyjęciu.

Zabieram dziewczynki do domu. Zjadają obiad i zasypiają na sofie w pokoju rodzinnym. 

Opadam na krzesło obok i budzi mnie dopiero dźwięk klucza obracanego w zamku.

- Jak poszło? - pyta pogodnie pani Quatrocci.

- Świetnie.

Wręcza mi osiemnaście dolarów.

- Zobaczymy się . we wtorek, a potem w czwartek - i we wszystkie wtorki i czwartki.

W   domu   zastaję   wiadomość,   że   dzwonił   Brian.   Tym   razem,   gdy   oddzwaniam,   jestem 

background image

zupełnie opanowana.

- Telefonowałeś? - pytam go.

- Tak.   Zastanawiałem   się,   czy   chciałabyś   popracować   w   piątek   nad   rejestracją   naszych 

prezentów ślubnych? Zamiast do naszego centrum handlowego pojechalibyśmy do Chicago, a jak 

skończymy, możemy sobie gdzieś pójść.

- Cudownie! Może moglibyśmy poszukać podarunku na „podarkowe przyjęcie” dla mojego 

taty?

- Dla twojego taty?

- Tak,   mówiłam   ci,   że   niedługo   się   żeni.   Jego   przyjaciele   przygotowują   dla   niego 

„podarkowe przyjęcie”.

- Fajnie - odpowiada Brian. - Pojedziemy w piątek, zaraz po chemii.

Bomba!   Brian   Anderson   i   ja   jedziemy   do   miasta   zarejestrować   naszą   listę   prezentów 

ślubnych. A może zaprosić go na wesele taty? Zaczynam nucić „Oto nadchodzi panna młoda”.

background image

ROZDZIAŁ 6

W piątek po chemii Brian czeka na mnie przy drzwiach klasy. Bob widząc nas razem rzuca 

„cześć” i wychodzi.

Cieszę się na myśl o jeździe pociągiem do miasta wraz z Brianem. Jest coś romantycznego 

w podróżowaniu z chłopakiem. Ricky i ja często jeździliśmy do Chicago zwiedzać muzea i galerie.

Cudownie jest siedzieć przy Brianie. Gdy wagon podskakuje na szynach, ocieramy się o 

siebie. Nie jestem pewna, czy te dotknięcia są ze strony Briana zupełnie przypadkowe. Bo z mojej 

nie całkiem. Z jakiegoś powodu przy Brianie nabieram śmiałości.

Wysiadamy   w   okolicy   Water   Tower.   Water   Tower   Place   to   pięciopiętrowe   centrum 

handlowe z wielką przeszkloną windą. Jedziemy nią kilka razy w górę i w dół. Brian obejmuje 

mnie, ilekroć winda się opuszcza. Mogłabym z nim tak zostać cały dzień. Trzeba jednak wrócić do 

rzeczywistości i do naszego zadania.

Gdy pan Demerle zwrócił naszą umowę, okazało się, że otrzymaliśmy zaledwie dostateczny 

z komentarzem „przydałoby się więcej szczegółów”. A przecież wiedza o społeczeństwie to nie 

kurs geometrii dla zaawansowanych, lecz ten rodzaj zajęć, z których spodziewałabym się oceny 

bardzo dobrej.

Wysiadamy z windy na czwartym piętrze i idziemy do Fieldsa przez dział komputerów i 

wideo. Dział gospodarstwa domowego, gdzie znajduje się rejestracja podarunków, usytuowany jest 

w głębi.

- Chcę   to  wpisać  na   listę!  -  oznajmia  Brian   na  widok  telewizora   z  magnetowidem.   Na 

ogromnym   ekranie   zgrabna   blondyna   ćwiczy   calisthenics.   Nie   jest   pewna,   czy   ma   na   myśli 

telewizor, czy dziewczynę.

- To kosztuje prawie trzy tysiące dolarów i to ze zniżką. Nikt nie wyda tylu pieniędzy na 

prezent ślubny! - A może jednak?

- Kto?

- Moglibyśmy zaznaczyć w zaproszeniach, że chcielibyśmy dostać po dwadzieścia dolarów 

od każdego z gości i że przeznaczymy te pieniądze na telewizor.

- Nie myślę, żeby ludzie to zaakceptowali, a poza tym potrzebujemy tylu innych rzeczy! Pan 

Demerle powiedział, że będzie oceniał, w jakim stopniu realistyczne i praktyczne okażą się nasze 

spisy podarunków. Daj spokój, Brian, przecież za umowę dostaliśmy tylko dostateczny.

- Dobra   już,   dobra,   ale   ja   i   tak   chcę   telewizor.   -   W   głosie   Briana   pobrzmiewa   zawód. 

Podchodzi do wystawionych komputerów.

Zbliża się do niego kobieta w kraciastej spódnicy i w blezerze.

- Czy mogę w czymś pomóc?

background image

- Chciałbym obejrzeć demonstrację na Desk Pro.

- Proszę nacisnąć guzik „X” - instruuje go ekspedientka - i pokaz się zacznie.

Brian naciska „X”. Ekran rozjaśnia się i wydaje piszczące dźwięki. Po demonstracji Brian 

rozpoczyna grę, w której pozoruje się pilotowanie samolotu.

- Brian, chodźmy już. Chcę wreszcie zrobić to, co mamy zadane.

Ale on jest kompletnie pochłonięty grą i trudno go od niej odciągnąć.

- Jeszcze minutkę, właśnie ląduję w Nantucket. Doprowadzisz do tego, że rozbiję samolot.

- No, chodźże!

- Jedną sekundę. Nie patrz na ekran, dopóki nie powiem, że już możesz.

Niecierpliwię się coraz bardziej. Gotowa byłabym sama przygotować nasz projekt.

- Teraz się odwróć.

Patrzę na ekran. Brian napisał na nim: „Kocham Henny”. Bierze mnie za rękę i idziemy 

przez dział delikatesowy do artykułów gospodarstwa domowego. Zatrzymuje się przy słodyczach, 

przygląda   się   im   uważnie,   wreszcie   kupuje   nam   po   czekoladowym   batoniku   z   miętowym 

nadzieniem. Wreszcie docieramy do saloniku utrzymanego w barwach koralu i szarości. Napisy 

głoszą: „Rejestracja ślubna”, „Rejestracja na specjalne okazje” i „Wyposażenie oczekujących”.

Pani w niebieskiej sukni załatwia jakąś parę pod trzydziestkę. Druga pani, za ladą, rozmawia 

przez telefon, sprawdzając coś jednocześnie na komputerze.

- Zamówili wzór „zaczarowany ogród” - mówi.

Po kilku minutach pani w błękitnej sukience podchodzi do nas. Ma plakietkę z napisem 

„Rejestracja Marshalla Fielda, pani Engelhardt”.

- Czym mogę służyć?

- Chcielibyśmy zarejestrować listę ślubnych podarunków - oznajmia Brian. Jego głos brzmi 

oficjalnie. Ja z trudnością zachowuję powagę.

Pani Engelhardt zabiera nas do swego biura. Wyjmuje z biurka formularze i wręcza nam po 

jednym. Przypominają ten, który dostaliśmy od pana Demerle: są podzielone na rodzaje prezentów: 

urządzenia   kuchenne,   zastawa   stołowa,   szkło,   pościel,   ręczniki,   wyposażenie   do   przyjmowania 

gości i inne. Przy każdym artykule jest pozostawione miejsce na „chce” lub „ma”.

- Kiedy przypada uroczystość? - pyta pani Engelhardt.

- W poniedziałek po szkole - strzelam.

- Och, powinniście byli zgłosić się wcześniej.

- Kobieta jest zakłopotana.

- Aż do zeszłego tygodnia nie wiedzieliśmy,  że się pobierzemy. A propos, co to znaczy 

„Wyposażenie oczekujących?

- To rejestracja dla par, które oczekują dziecka.

background image

Brian patrzy na mnie przez moment.

- To też chyba powinniśmy mieć z głowy.

Udaję, że go nie słyszę, Wolałabym mieć pretekst, żeby znów z nim przyjechać do miasta.

- Och, wy też będziecie mieli dziecko? - Pani Engelhardt obrzuca mnie wzrokiem od stóp do 

głów. - Ale na razie jeszcze chyba za wcześnie na korzystanie z „Wyposażenia oczekujących”. 

Może dziś wybierzecie tylko prezenty ślubne? Najpierw to, co najpilniejsze.

- Nie możemy z tym czekać - oznajmia Brian.

- Poród już za kilka tygodni.

Słucham tego z otwartymi ustami.

- Nazwisko panny młodej? - pyta pospiesznie pani Engelhardt.

- Henny - Harriet Zimmerman.

- Nazwisko pana młodego?

- Brian Andokovivinowsky. Pisze się przez dwa „v”.

Wprost dławię się śmiechem. Czuję, że jeśli szybko nie odejdziemy, wpadnę w histerię.

- Czy mógłby pan to przeliterować?

Brian zastanawia się przez chwilę, po czym wolno i wyraźnie literuje nazwisko.

- Pod jaki adres należy przesłać prezenty? - Pani Engelhardt kieruje to pytanie do mnie.

- Nie na mój adres. Rodzice jeszcze o niczym nie wiedzą.

- Rodzice nic nie wiedzą? - Patrzy na nas wzrokiem, dla którego określenie „zaszokowany” 

jest o wiele za łagodne.

- Widzi   pani,   moi   rodzice   się   pobierają...   to   znaczy   nie   rodzice,   tylko   tata   ze   swoją 

narzeczoną. Są w związku z tym okropnie zajęci i nie mają dla mnie za dużo czasu. A przy okazji, 

czy mogłabym zobaczyć ich rejestr? Chciałabym dziś kupić coś na „podarkowe przyjęcie” dla taty.

- Poproszę o nazwiska.

- Zimmerman Herman i Joy Kellison. Zarejestrowali się telefonicznie kilka tygodni temu.

Wystukuje nazwisko taty na klawiaturze komputera. Widzę, że stopniowo traci cierpliwość. 

Kilka chwil później wydruk z listą podarunków, jakie chcieliby otrzymać Joy i tata, wysuwa się z 

drukarki. Nie wymienili zbyt wielu artykułów, z wyjątkiem wymyślnych urządzeń, jak maszynka 

do robienia makaronu, ekspres do kawy cappuccino i maszynka do lodów. Mają przecież mnóstwo 

zastawy stołowej.

Właściwie  powinnam kupić im maszynkę  do lodów zamiast tego smoka. Przepadam za 

domowymi lodami.

- Chyba już czas na nas - oznajmiam pani Engelhardt. - Dziękujemy za pomoc. - Wręcza 

nam na pożegnanie rejestr z „Wyposażenia oczekujących” i dwie książki.

- Powodzenia - życzy nam.

background image

- Bardzo go nam potrzeba - odpowiadam.

Pierwsza z książek, w lawendowej okładce zdobnej w kwitnące gałązki, to „Notes panny 

młodej”.   Jest   opatrzona   staroświeckimi   ilustracjami   i   zawiera   rady   i   wskazówki   na   wszystkie 

tematy - od zaręczyn aż po dobór prezentów. Na końcu znajduje się specjalne miejsce, gdzie można 

spisać podarunki, imiona i nazwiska ofiarodawców oraz daty wysłania listów z podziękowaniami. 

Druga to maleńka biała książeczka Beatrbt Potter zatytułowana „Książeczka dzidziusia”. Podaruję 

tę pierwszą Joy, na pewno jej nie ma, skoro zarejestrowali się z tatą przez telefon.

Drugą  zachowam  -  być  może  synowa   Joy  zostanie   matką?  To  byłby   przemiły  prezent. 

Wątpię, czy Joy będzie jeszcze miała dzieci. Skończyła już czterdzieści jeden lat.

Gdy wychodzimy, słyszę, jak pani Engelhardt mówi do kogoś: potrzebuję tabletki aspiryny i 

drinka.

Wybuchamy   śmiechem   natychmiast  po  wyjściu  z  rejestracji.  Zaśmiewam  się  tak,  że  aż 

brzuch mnie boli.

- Byłeś bombowy - mówię.

- Sama   byłaś   niezła.   Ta   dama   pewnie   myśli,   że   mamy   kompletnie   poprzestawiane   w 

głowach. Na pewno dzisiaj byliśmy najbardziej świrowatymi klientami.

- Pan Demerle powinien postawić nam bardzo dobry za samo to, że się nam udało.

Czytamy  we dwójkę formularze  otrzymane  w  rejestracji. Potem wędrujemy po dziale  z 

porcelaną w poszukiwaniu zastawy stołowej.

Biorę do ręki biały talerz z wymalowanymi dużymi kwiatami.

- Co o tym myślisz?

- Ładne.   -   Brian   nie   przejawia   entuzjazmu.   Obraca   talerz   i   odczytuje   listę   cen   za 

poszczególne sztuki z serwisu.

- Dwadzieścia pięć dolarów za każdy talerz! Zostawmy ten zestaw. Te czarne ze złotym 

paskiem na pewno nie są takie kosztowne.

- Ale brzydkie - odpowiadam.

Brian sprawdza cenę czarno - złotych talerzy.

- Te są po trzydzieści pięć dolarów!

- To weźmy tamte w kwiaty. Jak myślisz, ile sztuk powinniśmy zamówić?

- Dwie - odpowiada Brian. - Przy takich cenach...

- A co zrobimy, jeśli będziemy mieli gości? Ja myślałam raczej o zastawie dla sześciu lub 

ośmiu osób.

- Będziemy używać jednorazowych.

Uświadamiam sobie, jak szybko rozchodzą się nasze pieniądze.

- Może   powinniśmy   zarejestrować   się   w   stoisku   „za   grosik”.   Tam   moglibyśmy   kupić 

background image

znacznie więcej za nasze oszczędności - sugeruje Brian.

Teraz, gdy się trochę rozejrzeliśmy, nasze pięćset dolarów wydaje się skromną sumą.

- Moi rodzice mogliby nam podarować niektóre urządzenia domowe i trochę różności - 

mówię. - Oboje mają masę rzeczy, które trzymają w suterenie.

To niesamowite. Przecież robimy to na niby, a wszystko brzmi tak prawdziwie, jakbyśmy 

rzeczywiście planowali wspólne życie.

Odfajkowujemy, że mamy już ekspres do kawy, garnki i patelnie, kamionkowy garnek i 

toster. Staruszkowie mają po dwie lub trzy sztuki tego wszystkiego. Mieli zamiar ofiarować to 

Armii Zbawienia, ale teraz mogą mnie wspomóc swoją dobroczynnością.

Podejmujemy   decyzję:   chcemy,   żeby   matka   Briana   podarowała   nam   serwis,   który   jest 

przeceniony na sto osiemnaście dolarów, a nasze oszczędności - pięćset dolarów - wpłacić jako 

zaliczkę   na   telewizor,   który   będziemy   spłacać   ratami   przez   trzy   lata.   Mamy   więc   poważne 

zobowiązania na przyszłość.

- Nie zauważyłam  jeszcze  niczego  na „podarkowe przyjęcie”  dla taty - narzekam.  - On 

przepada za niezwykłymi rzeczami.

- Czy lubi pływać? Może to radio, które unosi się na powierzchni wody?

- Nie. On lubi zabawne urządzenia, ale nie jest sportowym typem.

- Mógłby słuchać radia w wannie.

- Nie, to mi nie odpowiada. - Spoglądam tęsknie na maszynkę do lodów. Wiem, że ojciec by 

się z niej ucieszył, ale kosztuje pięćdziesiąt dolarów, a ja mogę wydać najwyżej dwadzieścia pięć.

- Pojęcia nie mam, co mu kupić.

- Mam fantastyczny pomysł - oznajmia Brian.

- Chodźmy do McShane’a. To po drugiej stronie ulicy.

- Cudownie! Że też mi to nie przyszło do głowy! - Specjalnością McShane’a są zabawne 

drobiazgi. Tata kupił tam swój składany korkociąg.

Zjeżdżamy windą. Brian trzyma mnie za rękę. Gdy jesteśmy na pierwszym piętrze, puszcza 

ją i powoli wędruje wśród stoisk. Nie bardzo rozumiem, czego tu szuka, dopóki nie docieramy do 

stoiska   z   kosmetykami   Dubochet.   Darcy   stoi   przy   ladzie,   rozmawiając   z   panią   siedzącą   na 

taborecie. Ubrana jest w różowy kitelek, a w dłoni trzyma  paletę z kosmetykami  do makijażu. 

Dotyka pędzelkiem jednego z cieni do oczu i nakłada go na powieki klientki.

- A cóż ty tu robisz? - pyta Darcy Briana.

- Przygotowuję temacik szkolny - odpowiada.

- Słowo daję, kiedy robisz ten makijaż, wyglądasz jak prawdziwa profesjonalistka.

- Pewnie. W lecie zrobiłam dyplom z kosmetologii. To mi powinno ułatwić studia w szkole 

wzornictwa.

background image

Darcy nakłada jakieś purpurowe mazidło na twarz siedzącej pani i wciera go w jej skórę.

Brian przygląda się temu.

- To na razie. - Nie zadał sobie fatygi, by nas sobie przedstawić. - Chodźmy do McShane’a.

Idę, bo muszę przecież kupić podarunek, ale mój entuzjazm opadł. Grające szczoteczki do 

zębów,   pióra   z   wmontowanymi   latarkami   i   parasole   o   podwójnych   rączkach   nie   bawią   mnie. 

Wolałabym,   żeby   sprzedawali   bomby   wodne.   Spuściłabym   jedną   na   Briana.   I   pomyśleć,   że 

zazwyczaj mam u McShane’a masę uciechy!

Decyduję się na parę skarpetek z wmontowanymi w pięty grzejniczkami na baterie. Tata 

będzie miał radochę przy odgarnianiu śniegu. Dołączam kartę z napisem: „Trzymaj się ciepło”. Dla 

Joy kupuję pióro z latarką i piszę na karcie: „Żeby nie było niejasności między Tobą a Twoimi 

pacjentami”.

Potem idziemy na lody i do kina. Jestem tak zirytowana „przypadkowym” spotkaniem z 

Darcy, że prawie nie zauważam ręki Briana, obejmującej mnie podczas seansu.

Droga powrotna jest zupełnie nieromantyczna. Podczas szarpnięć wagonu bardzo się staram 

nie obijać o Briana.

- Już niedługo - stwierdza.

- Co niedługo?

- ślub. To cudownie przygotowywać z tobą ten projekt.

Jego słowa poprawiają mi nastrój. Brian odprowadza mnie do drzwi i całuje. Robi to jak 

ktoś, kto się zna na całowaniu i ma dużą wprawę.

- Do zobaczenia   w  kościele   w  poniedziałek  -  mówi.   - Jak już  nie  będę  uwiązany  tymi 

meczami futbolowymi w soboty wieczorem, zaczniemy naprawdę ze sobą chodzić.

Zanim udaje mi się zebrać myśli, ogarnia mnie taka duma, że odpowiadam:

- Zadzwonię do ciebie.

background image

ROZDZIAŁ 7

Joy pozwoliła mi włożyć na ślub na niby swój sięgający ramion welon. Ostrzegła mnie 

jednak,   że   jeśli   coś   się   z   nim   stanie,   zachowa   się   jak   wszystkie   macochy   z   „Kopciuszka”, 

„Królewny Śnieżki” oraz „Jasia i Małgosi” razem wzięte. Zdaję więc sobie sprawę, że pożyczając 

welon sporo ryzykuję.  Zamiast  długiej  ślubnej sukni nam na sobie granatową spódnicę  i białą 

bluzkę   przybraną   falbankami.   Mam   nadzieję,   że   pewnego   dnia   przeżyję   to,   czyli   ślub,   w 

rzeczywistości. Ale nie z Brianem. Z kimś, kto lubi koty, psy i nie lata za każdą dziewczyną. Ale na 

teraz Brian jest w porządku. Przynajmniej do ślubu taty. Oczywiście, jeśli zechce ze mną pójść.

Od rozpoczęcia pracy nad zadaniem dwie pary zerwały zaręczyny. Cieszy to Chris. Ostatnio 

nie układa się jej z Rogerem, ma więc nadzieję, że ślub na niby będzie dobrą okazją, by rozejrzeć 

się za kimś  innym.  Pan Demerle  życzy sobie, aby wszyscy,  którzy rozstaną się przed ślubem, 

przestawili się na wersję dla żyjących samotnie tak, jakby to się działo naprawdę.

O trzeciej sala gimnastyczna wygląda jak prawdziwe pomieszczenie, w którym udziela się 

ślubów. Oczywiście, pomijając kosze do gry w koszykówkę i pasy, wymalowane na podłodze.

Zaawansowana   grupa   gospodarstwa   domowego   pani   Strong   przygotowała 

trzykondygnacyjny tort weselny oraz wazę ponczu. Prawie każdy z naszej klasy przyniósł coś do 

jedzenia. Ułożyliśmy  to wszystko  na długim stole, przykrytym  papierowym  obrusem w ślubny 

wzorek.

- No, nareszcie  -  wzdycha   Sherry.  -  Nie mogę  się  już doczekać.  -  Jest  ubrana  w  białą 

jedwabną garsonkę swojej mamy, a na głowie ma biały pilśniowy kapelusz. Jej matka prowadzi w 

centrum Chicago butik, sprzedający cudowne ciuchy.

Pan Demerle wita nas przed salą gimnastyczną. Jest z nim pan Ryan od nauk politycznych, 

ubrany w ciemną togę. W dłoni trzyma Biblię.

- Pan Ryan dopełni ceremonii - informuje nas pan Demerle. - A teraz, chłopcy, ustawcie się 

w szeregu przed ołtarzem. Dziewczęta zostaną jeszcze chwilę na zewnątrz.

Ustawia nas w ten sposób, aby po wejściu do sali gimnastycznej każda stanęła obok swego 

przyszłego męża.

Słyszę, że Elwood Miller i Tessa Horvath kłócą się między sobą.

Pan   Demerle   daje   znak.   Trzej   kumple   Luigiego   zaczynają   grać   „Oto   nadchodzi   panna 

młoda”. Diabły mają małą kapelę rockową, która przygrywa na przyjęciach, dancingach i w kilku 

klubach. Ta trójka zmontowała sobie estradę nie opodal ołtarza. Są ubrani w czerwone atłasowe 

spodnie i rozpięte pod szyją koszule. Mają saksofon, perkusję i gitarę elektryczną.

Dziewczęta wchodzą do sali i ustawiają się obok swych przyszłych mężów. Jeszcze kilka 

taktów muzyki  i ceremonia się rozpoczyna.  Jestem troszkę roztrzęsiona, a gdy Brian rzuca mi 

background image

spojrzenie, zaczynają mi się pocić ręce. Jeśli kiedyś naprawdę będę brała ślub, pewnie zemdleję.

- Ukochani, zebraliśmy się tutaj w obecności kolegów i koleżanek z klasy,  aby stać się 

świadkami hipotetycznego ślubu tych oto kobiet i mężczyzn.

Cieszę   się,   że   nie   użył   słowa   „hipotetyczni”   w   odniesieniu   do   „kobiet   i   mężczyzn”. 

Przemowę przerywa nagle głos Tessy Horvath.

- Od   czasu   do   czasu   będziemy   jedli   obiady   z   mrożonek.   Możemy   używać   tych   marki 

„Smukły Smakosz” - oznajmia Elwoodowi.

Wszyscy zaczynają się śmiać.

- W tym oto domostwie osoby te zostaną połączone. Jeśli ktoś z obecnych zna powód, dla 

którego   nie   mogłyby   one   zawrzeć   związku   małżeńskiego,   niech   poda   go   teraz   lub   zachowa 

milczenie na zawsze.

Ceremonia znów zostaje zakłócona przez Tessę.

- Chyba masz źle w głowie, jeśli myślisz, że będę miała taką kupę dzieci. - Tessa występuje 

z szeregu. - Nie wyjdę za Elwooda Millera. On życzy sobie szóstki dzieci, uprasowanych koszul i 

świeżo pieczonego chleba każdego wieczoru.

- Nie wiesz, co tracisz. - Elwood biegnie za nią.

Po uroczystości pan Ryan oznajmia, że jesteśmy hipotetycznymi mężem i żoną.

- Teraz można pocałować pannę młodą - mówi.

Mniej   więcej   połowa   klasy   całując   swych   partnerów   ogranicza   się   do   cmoknięcia   w 

policzek. Ale Brian nie poprzestaje na tym i jestem speszona, gdy dostrzegam, że inni się nam 

przyglądają.

Potem chłopcy rzucają się do stołu z jedzeniem. Brian nakłada dla nas na papierowe talerze 

kopiaste porcje przystawek i chipsów.

Luigi podchodzi do mikrofonu i oznajmia:

- Przedstawiam przyszłych mężów i żony Ameryki oraz szkoły w Highland. Niech wasze 

życie upływa w szczęściu, a z całą resztą już sobie poradzimy.

Zaczynają grać „Dopiero zaczynamy”. Brian i ja tańczymy wolno. Zastanawiam się, czy 

zaprosić go teraz na wesele taty, czy jeszcze trochę zaczekać. Chciałabym nacieszyć się kilkoma 

pierwszymi godzinami naszego małżeństwa, więc zaczekam.

Podchodzi do nas Chris ze szklaneczką ponczu.

- Najlepsze życzenia. To cudowne uczestniczyć w takiej radosnej uroczystości.

- Dziękujemy - odpowiadam. - Mam nadzieję, że niedługo przyjdzie twoja kolej.

- Niektórzy ludzie są po prostu stworzeni, by żyć w pojedynkę. Nie znoszę być uwiązana.

- Wypija łyk ponczu.

Akurat, myślę sobie. Chris działa mi na nerwy.

background image

- Nie mogę się doczekać ślubu twojego taty.

- Rzuca mi spojrzenie, które oznacza „Czy już go zaprosiłaś?

Puszczam do niej oko i robię minę, sugerującą: „idź sobie!” Chris załapuje i odchodzi, by 

wraz   z   Jennifer   zapolować   na   tych   chłopców,   którzy   zerwali   zaręczyny   i   teraz   nadają   się   do 

powtórnego użytku.

Bob stuka mnie w ramię. Brian rzuca mu nieprzychylne spojrzenie.

- Chodź, Henny,  pora na nasz taniec.  - Bierze mnie  za rękę i prowadzi na środek sali. 

Tańczy dobrze i z wdziękiem. Pozostali przyglądają się, jak obracamy się i wirujemy.

- Gdzie się nauczyłeś tak tańczyć? - pytam.

- Kiedy nam się lepiej powodziło, rodzice posyłali mnie do Florence Livingston. Zacząłem 

tam chodzić, kiedy byłem w czwartej klasie.

Florence Livingston to najelegantsza szkoła tańca w Highland i okolicy. Przyjmuje tylko 

dzieci najbogatszych mieszkańców miasta, którym uprzednio wysyła zaproszenia do uczestnictwa. 

Dzieciaki, które tam chodzą, uczą się dobrych manier i noszą białe rękawiczki.

Bob   rzeczywiście   zna   mnóstwo   kroków   tanecznych.   Radzi   sobie   doskonale   nawet   z 

szybkimi. Nie tańczy, jak mu fantazja dyktuje, ale stosuje prawdziwe figury. Gdy próbowałam z 

Rickiem czegokolwiek poza najprostszym krokiem, zachowywał się, jakby miał dwie lewe nogi.

- Masz już coś na następny piątek wieczór? - pyta Bob. - Nie ten najbliższy, ale za tydzień.

- Nie. - Po wyjeździe Ricky’ego mój kalendarzyk jest zupełnie pusty.

- Zastanawiałem   się...   Mam   bilety   na   wystawę   psów   organizowaną   przez   Klub 

Kynologiczny przy Pawmobile. Myślałem, że może cię to zainteresuje. - Waha się przez chwilę. - 

Może to nieatrakcyjna propozycja zapraszać kogoś na wystawę psów. Ale byłem w zeszłym roku i 

naprawdę było fajnie.

- Nie   uważam,   że   pójście   na   wystawę   psów   to   nieatrakcyjna   propozycja.   Chętnie 

zobaczyłabym, jak wygląda idealny bullmastif, żeby zorientować się, jak wypada Winnie.

- Kto to jest Winnie?

- Pies mojej przyszłej macochy. Tata żeni się z nią za kilka tygodni.

- W takim razie przekaż swojemu ojcu moje najlepsze życzenia. A jaka jest twoja macocha?

Nie bardzo umiem ją opisać. Myślę, że najogólniej mówiąc jest typem macierzyńskim.

Brian podchodzi do mnie i znów zajmuje swoje miejsce. Tańczymy blisko siebie. Właściwie 

nie jest w tym  dobry - należy do tych,  dla których  taniec stanowi pretekst do przytulanek.  Ja 

wyjeżdżałam na obozy taneczne przez sześć kolejnych wakacji. Oprócz tego, że chciałam zostać 

weterynarzem, pianistką koncertową i psychoterapeutką, pragnęłam także być zawodową tancerką. 

Nie   jestem   szczególnie   wysportowana,   ale   taniec   jest   czymś,   co   uwielbiam.   I   jestem   w   tym 

naprawdę dobra.

background image

- Halo, nowożeńcy - zagaduje na nasz widok Sherry. Pan Demerle akurat tańczy z Chris. - 

Urządzam małą imprezę u siebie w najbliższą sobotę. Moglibyśmy zająć się tą częścią zadania, 

która będzie dotyczyła dzieci.

Doskonale   zdaję   sobie   sprawę,   że   prawdziwym   powodem   spotkania   u   Sherry   jest   pan 

Demerle, a nie nasz temat. Sherry nie jest typem naukowca. Jasne, że chętnie poszłabym, żeby być 

z Brianem. No i chcę poobserwować, jak Sherry przymierza się do czegoś tak niesamowitego jak 

poderwanie nauczyciela.

- Jasne, jeśli tylko Henny zechce... - odpowiada Brian.

- A o której? - pytam Sherry. - Zapowiada się niezły ubaw.

- W południe. Może przyszłybyście z Chris wcześniej, żeby mi pomóc?

- Bardzo chętnie - odpowiadam.

Sherry   zabiera   tort   -   nienaruszony   tort   weselny.   Pod   koniec   przyjęcia   Bob   uroczyście 

zapowiada:

- Już czas, żeby rzucić podwiązkę i ślubny bukiet. - Jego partnerka, Ellen Drexel, siada na 

krześle tak, że jest zwrócona twarzą do nas. Bob podnosi spódniczkę Ellen i zdejmuje z jej uda 

koronkową   błękitną   podwiązkę.   Chłopcy   zaczynają   gwizdać   i   buczeć.   Bob   krzywi   się,   obraca 

podwiązkę wokół palca i rzuca ją w głąb sali. Gwizdy zamieniają się w pohukiwanie. Podwiązka 

trafia w głowę Elwooda Millera. Wszyscy pękają ze śmiechu, a Ellen ciska bukiet w tłum. Sherry 

rzuca się i wyrywa go z czyjejś dłoni. Bukiet spada na podłogę i chwyta go Jennifer.

- Gratulacje! - krzyczymy jedno przez drugie.

Odbywa się krajanie tortu, a kapela gra „Przyjęcie się skończyło”.

- Dopiero teraz się zacznie naprawdę trudna część ostrzega pan Demerle. - Kiedy ludzie się 

pobiorą, miewają różne problemy,  zwłaszcza gdy mają  dzieci. Chcę, żebyście  w tym  tygodniu 

zaczęli przeglądać katalogi i dowiadywać się w sklepach o wyprawki dla niemowląt. Zdziwicie się, 

ile kosztują dzieciaki.

Wręcza   każdemu   z   klasy   kopertę.   Chłopcy   otrzymują   kartę   ze   słowami   „Najlepsze 

życzenia” i imitację czeku na pięćdziesiąt dolarów. Dziewczyny - instrukcję. Moja brzmi:

„Twoja sytuacja niewiele się zmieniła. Jesteś nauczycielką w szkole elementarnej. Twój 

mąż nie pracuje - studiuje, by zdobyć  stopień doktora w dziedzinie edukacji specjalnej. Macie 

pięćset dolarów. Ustalcie, jakie artykuły kupicie nowe, jakie używane i co pożyczycie. Rozważcie 

także różne możliwości dotyczące porodu i opieki nad dzieckiem”.

- Wszystkiego najlepszego!

Sherry obrzuca nas wszystkich ryżem. Gdy wychodzimy z Brianem z sali gimnastycznej, 

zdejmuję welon i chowam go do plastykowej torby.

- Zaczekaj w środku - proponuje Brian - deszcz pada. Podjadę po ciebie.

background image

Leje tak, że z pewnością bym przemokła. Czekam w holu, podczas gdy Brian przyprowadza 

samochód i przynosi parasol. Musimy posiedzieć kilka minut w wozie, dopóki ulewa nie ustanie.

- No   więc,   jak   pani   się   czuje   jako   mężatka,   pani   Anderson?   -   pyta   Brian.   Wkłada   do 

magnetofonu kasetę ze ścieżką dźwiękową z „Policjantów z Miami”. Nagle zdaję sobie sprawę, że 

nie jesteśmy w volvo, lecz w olsdsmobile’u.

- Czy już kończą naprawiać volvo?

- Mhm. Wszystko w porządku. - Bierze mnie za rękę. - Tak się cieszę, że przygotowujemy 

ten temat wspólnie.

Sprawia wrażenie, jakbym mu się naprawdę podobała.

Zbieram się na odwagę i zadaję pytanie:

- Brian, mój tata żeni się za kilka tygodni. Przyjdziesz?

- Z przyjemnością. - Całuje mnie. To niemal zbyt piękne, by było prawdziwe.

Gdy wchodzę do domu, wciąż jeszcze pada, ale prawdziwa burza szaleje na górze, w pokoju 

staruszków. Kłócą się. Joy i tata wrzeszczą głośno na siebie. Coś takiego nigdy się jeszcze nie 

zdarzyło. Idę do siebie i zamykam drzwi.

- Nie znoszę, gdy zachowujesz się jak dziecko! - krzyczy ojciec.

- Nic nie poradzę, Herman. Jeśli pies jest chory, trzeba się nim zająć. Nie miałam pojęcia, że 

może trzeba mu będzie operować biodro. Gdyby to twój kot był chory, na pewno kazałbyś zrobić 

mu zabieg.

- Nie możesz wiedzieć, co jest potrzebne psu, dopóki nie uzyskasz kilku opinii. To nasz 

dach wymaga operacji. Przecieka jak sito.

- Herman, jako prawnik wiesz dobrze, że towarzystwo ubezpieczeniowe zapłaci za naprawę 

dachu.

- Tylko   że   dopóki   ktoś   z   ubezpieczeń   tu   się   nie   pojawi,   nie   wiadomo,   ile   zapłacą. 

Zadeklarowałem niskie składki, a to znaczy, że ja pokrywam naprawy do pięciuset dolarów.

- Och, dajże spokój, w końcu cały dach się nie rozpada. Nawet gdybyś musiał sam zapłacić, 

to przecież tylko za jedną część.

- Jak przecieka, to przecieka i już. Jeśli tak się na tym znasz, czemu nie pójdziesz na górę i 

sama  się   tym  nie   zajmiesz?   Kobiety  marnują  tyle  pieniędzy!   Po  coś  ty  w  ogóle  chciała   takie 

kosztowne wesele?

- Kosztowne!   -   wykrzykuje   Joy.   -   To   ty   chciałeś   stu   pięćdziesięciu   gości!   I   czego   się 

spodziewałeś? Że nakarmi ich się chipsami i sokiem pomarańczowym, a wesele odbędzie się w 

domu?

I krzyczą dalej na siebie o kotach i psach. Wtrącają nawet to i owo o mnie, Gadule i cenie 

kiełbasy w Rosji. Teraz rozumiem, jak okropnie człowiek się czuje, kiedy rodzice się awanturują. 

background image

To coś takiego, jakby cały świat rozpadał się w kawałki. Zastanawiam się, czy w ogóle dojdzie do 

ślubu. Musiałabym wtedy powiedzieć Brianowi, że uroczystość jest odwołana. Dlaczego tak mi się 

nic nie układa?

background image

ROZDZIAŁ 8

- Czekaj na mnie o trzeciej przed domem Sherry - poleca mi z naciskiem Joy rankiem w 

dniu imprezy. Nie dodaje „bo zobaczysz”, ale wiem, że ma to na końcu języka. Idziemy dziś kupić 

dla mnie sukienkę na wesele.

- Nie martw się - uspokajam ją. - Będę czekać.

Nie jest już taka, jak podczas pierwszej randki w „Big Baby’s”, kiedy byłam zafascynowana 

Brianem, no i dziś nie będzie problemów z samochodem. Widujemy się tak często, że towarzystwo 

Briana traci swój urok nowości. To coś takiego, jakby Boże Narodzenie, Chanuka i na dodatek 

urodziny wypadały jednocześnie. Ja urodziłam się dwudziestego trzeciego grudnia.

Idziemy   wraz   z   Chris   do   domu   Sherry,   która   mieszka   na   końcu   ulicy.   Po   naciśnięciu 

dzwonka czekamy dłuższą chwilę. Wreszcie Sherry otwiera.

- Cześć, dziewczyny - wita nas. Ma nałożone z pół kilo makijażu, sztuczne rzęsy i króciutką, 

opiętą, czerwoną wełnianą sukienkę z głębokim wycięciem w „V” z tyłu i z przodu. Nie mówimy 

nic z Chris, ale wiem, że obie myślimy to samo.

Sherry   wchodzi   do   dużego   pokoju,   puszcza   nastrojową   muzykę   i   ustawia   świece   na 

kredensie. Wszystkie rolety są zaciągnięte.

- A gdzie twoja mama? - pytam.

- Wyszła ze starym Panem Gorylem - odpowiada. Rodzice Sherry rozwiedli się kilka lat 

temu, a ona jest blisko związana z ojcem i nie ma ochoty, by jej matka ponownie wyszła za mąż. 

Pan Goryl to przezwisko, jakie nadała panu Weisensteinowi, maklerowi, z którym spotyka się jej 

mama. Zdaniem Sherry, on jej się naprawdę podoba, choć ma około metr osiemdziesiąt, gęstą brodę 

i waży ponad dziewięćdziesiąt kilogramów.

Wchodzimy do kuchni. Sherry otwiera lodówkę, wyjmuje śmietanę i majonez. Podaje mi 

kilka torebek z zupą w proszku.

- Jak myślisz, czy Phil lubi dipy?

- A kto to jest Phil? - pyta Chris.

- Tak ma na imię pan Demerle.

- Mówisz mu po imieniu? - pytam. Nawet związek z Kevinem Costnerem miałby większe 

szanse.

- Nie, sprawdziłam na liście nauczycieli. I wiem już, gdzie mieszka. Jest nieżonaty.

- Powiedział ci?

- Sama do tego doszłam. Będziemy musieli trochę przystopować, dopóki trwają te zajęcia. 

Zaczniemy spotykać się na serio, kiedy już będę absolwentką. A co u ciebie, jak ci leci z naszym 

supermanem?

background image

- Idziemy z Brianem na wesele mojego taty.

- Oho - ho! To mu się chyba zdarzy po raz pierwszy. Nigdy nie chodzi z dziewczyną na tyle 

długo,   żeby   go   zaproszono   na   rodzinną   uroczystość.   A   ile   razy   wychodziliście   razem?   -   pyta 

Sherry.

- Niech pomyślę. - Przeliczałam sobie w myślach już milion razy, ale chętniej zrobię to 

jeszcze raz. Randka w „Big Baby’s, wyprawa do rejestracji podarków, szkolna uroczystość ślubna, 

no i dzisiaj. Uważam więc, że mamy za sobą trzy spotkania. - Dziś będzie czwarta randka.

I   to   ja,   szara   myszka,   przekroczyłam   magiczną   liczbę!   Teraz   wkraczam   w   strefę 

romantyczną.

- A jak daleko się posunęliście? - chce wiedzieć Sherry.

- Nie twoja sprawa. - Sama  nie wiem,  czy bardziej  żenujące byłoby powiedzieć  jej, że 

posunęliśmy się poza pocałunki, czy też przyznać się do prawdy.

Rozlega się dzwonek. Wchodzą Luigi z Cookie. Cookie ma na sobie dżinsy i bluzkę, pod 

którą wpakowała dużą poduchę.

- Och, jak się cieszę, że urządzasz imprezę  po południu - oświadcza Cookie. - Fatalnie 

znoszę poranne mdłości.

Luigi pomaga jej na niby usadowić się na kanapie. Potem podchodzi do stołu w jadalnym i 

uważnie studiuje butelki z napojami.

- Tobie alkohol jest surowo zabroniony.

- Podnosi butelkę dietetycznej lemoniady. - To sztucznie słodzone paskudztwo też. Może 

napój pomarańczowy? Zawiera witaminę C.

Luigi podnosi butelkę i pokazuje ją Cookie, która się śmieje.

- To na pewno wyjdzie na zdrowie małemu - odpowiada.

Luigi z dwiema szklankami sadowi się na kanapie. Siedzą tam we dwójkę, popijają napój i 

trzymają się za ręce.

Pojawia się Jennifer z torbą smakowitych cukierków - żelek. Następnym gościem jest Brian 

z brązową papierową torbą. Wchodzi wraz z Sherry do kuchni.

- To powinno trochę podkręcić balangę.

- Wyjmuje   z   torby   butelkę   wina   Muscatel   i   stawia   ją   na   blacie   kuchennym.   -   Masz 

korkociąg?

- Dziękuję, Brian - mówi Sherry. - Sama chciałam kupić trochę wina. Te bezalkoholowe 

drinki to jakaś głupota, zwłaszcza jak się ma takich światowych gości jak Phil.

Prowadzi Chris i mnie do kuchni.

- Jeszcze go nie ma. Jak myślicie, co się z nim dzieje?

Rzucam okiem na zegar. Jest dopiero pięć po dwunastej. Ona naprawdę ma świra na jego 

background image

punkcie. Nawet ja nie wpadam w panikę, kiedy chłopak spóźnia się pięć minut.

Kilka chwil później ktoś dzwoni do drzwi. Sherry odczekuje przez moment.

- Otwórz drzwi! - woła Luigi.

Sherry skrada się do drzwi i otwiera je ze swym najbardziej uwodzicielskim uśmiechem.

- Dzień dobry - pozdrawia ją pan Demerle. Stoi w progu z wysoką blondynką przy boku.

- To jest Natalia - przedstawia ją Sherry.

- Oboje studiowaliśmy na uniwersytecie w Minnesota. Natalia właśnie dostała pracę jako 

pielęgniarka w szpitalu Świętej Trójcy. Będzie teraz mieszkać w Chicago.

- Bardzo mi miło cię poznać - mówi Natalia. Sprawia wrażenie rozbawionej.

- Chris, Henny mogę was poprosić do kuchni?

- pyta Sherry. - Potrawka jest już gotowa.

Posłusznie drepcemy za nią.

- I co ja mam robić?! Nie miałam pojęcia, że on ma dziewczynę! - Sherry sięga po rękawicę 

kuchenną. W jej głosie słychać desperację.

- Seth wpadnie trochę później - zapewniam ją.

- Uważam, że z nim lepiej pasujecie do siebie wiekiem.

Jak znam Sherry, odbije sobie to niepowodzenie z Sethem albo szybciutko usidli kogoś 

innego.

Sherry wnosi potrawkę do jadalni i rozdziela pomiędzy obecnych. Jest pyszna, pikantna i z 

masą sera na wierzchu. Po lunchu wszyscy biorą notesy i parami zabierają się do pracy. Chris i 

Jennifer planują założenie własnego biznesu.

- Trochę tu głośno - narzeka Brian. - A może byśmy popracowali w suterenie?

Schodzimy na dół. W suterenie stoi stara kanapa, kilka równie wysłużonych  lamp oraz 

flipper. Brian przysuwa jedną z lamp do sofy i włącza ją do kontaktu.

- Masz zegarek? - pytam. - Moja macocha ma po mnie przyjechać o trzeciej.

Uchyla lekko mankiet i spogląda na przegub.

- Będę pilnował czasu. Nie chcę, żebyś - jak w „Kopciuszku” - zamieniła się w dynię.

Zabieramy   się   do   listy   spraw   związanych   z   narodzinami   dziecka,   które   mamy 

przedyskutować.

- No to się zastanówmy - zaczyna Brian. - Wolisz poród naturalny czy ze znieczuleniem?

- Z ekstra znieczuleniem - odpowiadam. - Nie znoszę bólu.

Całuje mnie lekko w policzek.

- W porządku, będzie bez bólu.

- Jak uważasz, czy powinniśmy kupować wszystko nowe, czy używane?

- Nowe.

background image

- Nie wiem, Brian. Możemy wydać tylko czterysta dolarów. Samo łóżeczko kosztuje prawie 

tyle, jeśli jest nowe, a używane można dostać za jedną czwartą tej sumy. Albo pożyczyć od kogoś 

za darmo. Potrzebujemy dosłownie wszystkiego, a ceny są takie, że w ogóle nie wiem, jak ludzie 

sobie radzą.

Całuje mnie ponownie w policzek.

- Masz rację - przyznaje. - Jesteś idealną żoną. Jesteś taka fajna, że wściekam się, iż musisz 

harować w szkole i uczyć cudze dzieciaki. Dlaczego po prostu nie zostaniesz w domu?

- Brian, przecież ty masz być na studium doktoranckim. Ktoś musi zarabiać. Nie pójdę na 

zasiłek dlatego, że twoim zdaniem byłoby fajnie, gdybym siedziała w domu!

- Nie chcę, żeby moje dziecko chodziło do jakiegoś obrzydliwego przedszkola.

- Ktoś musi pracować.

- Tak   czy   inaczej   nie   chcę   robić   doktoratu   z   edukacji   specjalnej   -   oświadcza   Brian.   - 

Zamierzam zostać chirurgiem.

- Mówiłeś mi, że oblałeś biologię. Jak chcesz się dostać na medycynę?

- Może będę handlował komputerami. Sprzedawcy komputerów zarabiają kupę pieniędzy. 

Albo będę fotoreporterem w wielkim miesięczniku.

- Ale teraz zakładamy, że jesteś doktorantem.

- Przerwę studia i nauczę się handlu.

- Pan   Demerle   powiedział,   że   nie   możemy   zmieniać   przebiegu   kariery,   tylko   sytuację 

osobistą. Przygotujmy wreszcie ten temat.

Brian ponownie przegląda instrukcję i znów mnie całuje.

- Może mama mogłaby zająć się dzieckiem. Powiedziała mojej siostrze, że gdy będzie miała 

wnuka, z przyjemnością się nim zaopiekuje. Oba dzieciaki mogłyby się ze sobą bawić.

- W porządku. - Nie mam ochoty na kłótnię.

Przegląda wszystkie przewidywane wydatki.

- O kurczę, jakie to kosztowne mieć dziecko! Nie będziemy mogli więcej jadać w „Big 

Baby’s”.

- Nigdzie nie będziemy mogli jadać. Dodajmy to wszystko do siebie.

Ale Brian zajął się flipperem i nie interesuje się już dzieckiem.

- Może ty to zrobisz - proponuje. - Dobrze sobie radzisz z liczbami.

Właściwie nie wiem, czy kiedykolwiek naprawdę wyjdę za mąż. Zapowiada się to jako 

nieustające   przepychanki.   Pewnie   byłoby   ich   znacznie   mniej,   gdyby   to   nie   Brian   był   mężem. 

Dodaję   ceny   ubranek,   łóżeczka,   pościeli   i   lampy   do   pokoju   dziecka.   Wychodzi   mi   siedemset 

trzydzieści cztery dolary i osiemdziesiąt dwa centy! A przecież nie liczyliśmy jedzenia i pieluszek 

na   później.   Biorąc   pod   uwagę,   jak   mój   tata   lubi   oszczędzać,   jestem   zaskoczona,   że   w   ogóle 

background image

przyszłam na świat.

- Jesteś  taka   urocza,   że  na  pewno  wyjdziesz  wcześnie   za  mąż.  -  Brian   obejmuje  mnie. 

Zaczynamy tańczyć wolno, w rytm muzyki dochodzącej z góry. To cudownie, że jesteśmy sami i 

tańczymy, to nasz własny, prywatny świat. Przyciąga mnie do siebie, całuje w usta - i wciąż tańcząc 

-   kieruje   w   stronę   kanapy.   Zaczyna   całować   mnie   gwałtownie   -   zbyt   gwałtownie.   Jak   ktoś 

wygłodniały. A w jego oddechu czuć pikantną potrawkę.

Cofam się.

- Myślałem, że ci się podobam.

- Tak... ale nigdy jeszcze tak się nie całowałam...

- A ten blondyn, z którym byłaś w „Colonial”? Nigdy nie pieściliście się tak naprawdę?

Teraz   dopiero   zdaję   sobie   sprawę,   co   miał   na   myśli   Ricky,   mówiąc,   że   jesteśmy 

niedoświadczeni.   Większość   naszych   randek   spędzaliśmy   z   innymi   parami.   Byliśmy 

początkującymi, podczas gdy Brian to ekspert, w dodatku z doktoratem. Zaczynamy znowu się 

całować. Ręka Briana wędruje z moich pleców na dekolt i ląduje na piersi. Pozwalam mu ją tam na 

chwilę   pozostawić.   Jego   palce   gmerają   przy   guzikach   bluzki.   Odpycham   je.   Coś   jest   nie   w 

porządku, nie tak to sobie wyobrażałam.

- No, Henny, masz taką śliczną figurę. Nie chowaj jej tylko dla siebie.

Rozpina mi bluzkę. Odtrącam jego dłoń i zaczynam zapinać guziki.

- Henny, czy jesteś na dole? - rozlega się znajomy głos.

Brian peszy się.

- O rany, zjawiła się mama tygrysica!

Odwracam się. Joy stoi na dole schodów. Na twarzy ma wyraz niesmaku.

- Chodź tu. Natychmiast! Wszyscy obserwują, jak wychodzę. Czuję się upokorzona. Mam 

nadzieję, że Brian nie rozpowie, co się zdarzyło, bo cała szkoła śmiałaby się ze mnie.

Wsiadam do starego, szarego plymoutha Joy, która zatrzaskuje głośno drzwi.

- Jak mogłaś tak mnie upokorzyć przy moich przyjaciołach?

- Upokorzyć  cię?  A jak ty mogłaś  pozwolić temu  aroganckiemu  smarkaczowi,  żeby cię 

wykorzystywał?

- Odpychałam jego rękę!

- Na   pewno   zrobiłaś   coś,   żeby   go   zachęcić!   Ojciec   dostałby   ataku   serca,   gdyby   się 

dowiedział.

Jeśli powie, już po mnie.

- Nie jesteś moją matką! Nie jesteś nawet jeszcze moją macochą! Nie będziesz mi mówiła, 

co mam robić!

Zatrzymujemy się na czerwonym świetle. Joy stawia stopę na hamulcu i patrzy mi wprost w 

background image

oczy.

- Jak długo jestem związana z mężczyzną i mieszkam z nim oraz jego rodziną, nie pozwolę, 

by jego piętnastoletnia córka tak się zachowywała!

- Jesteś   prawdziwą   hipokrytką!   Ty   i   tata   żyjecie   ze   sobą,   a   nie   jesteście   jeszcze 

małżeństwem!

Joy   milczy   przez   chwilę.   Skręcamy   z   Czwartej   Ulicy   w   Centralną.   Nasz   samochód 

zatrzymuje się przed Modą Hoffheimera.

- To nie tak, Henny. Ja mam czterdzieści jeden lat, a nie piętnaście. Byłam już zamężna i 

mam dorosłego syna. A ten chłopak cię wykorzystuje.

- Ja mu się naprawdę podobam! Jestem chyba jedną z niewielu dziewczyn, z którymi Brian 

Anderson spotykał się więcej niż trzy razy.

- Wygląda na to, że ten Brian to prawdziwe cudo - stwierdza Joy sarkastycznie.

Teraz   naprawdę   chyba   nigdy   niczego   nie   rozegram   tak,   jak   bym   chciała.   Z   ojcem 

prawnikiem i macochą psychoterapeutką nic nie ujdzie mi na sucho.

Wchodzimy do Hoffheimera i zmierzamy przez pokrytą wykładziną dywanową podłogę w 

głąb sklepu, gdzie znajduje się dział z sukniami dla dziewcząt. Nie odzywamy się do siebie. Byłam 

tu tylko kilka razy: ceny są kosmiczne, absolutnie nie na moją kieszeń.

Nieskazitelnie ubrana starsza pani o siwych włosach z niebieskawym odcieniem i z masą 

biżuterii podchodzi do nas. Pachnie kosztownymi perfumami.

- Czy mogę w czymś pomóc?

Mam ochotę powiedzieć, że owszem, potrzebna mi pomoc, ale nie całkiem taka, jaką tu 

mogą zaoferować.

- Tak - odpowiada Joy. - To jest moja przyszła pasierbica. - Kurczę się w sobie. - Będzie 

pierwszą druhną na ślubie ojca. Uroczystość odbędzie się w niedzielę po południu w Muzeum 

Historii Naturalnej. Co pani doradziłaby na taką okazję?

- Jaki rozmiar nosisz, kochanie?

- Siódemkę lub piątkę - odpowiadam.

Dama prowadzi nas do długiego wieszadła z sukniami.

- Jaka kolorystyka będzie dominować podczas uroczystości?

- Odcienie jesieni, pomarańczowy i żółty - wyjaśnia Joy.

- A   może   panie   przejrzą   sukienki,   które   tutaj   wiszą?   Byłoby   dobrze   znaleźć   coś,  co   ta 

panienka mogłaby potem nosić na potańcówki w szkole.

Po tym, co się dzisiaj zdarzyło, pewnie już nigdy nie pójdę na szkolną potańcówkę.

Joy zdejmuje z wieszadła trzy suknie. Wszystkie są paskudne. Pierwsza to brudnawobeżowa 

żakardowa szmizjerka, jakby stworzona, by ją nosić z ortopedycznymi butami. Druga nadawałaby 

background image

się świetnie na uliczne tańce: w pomarańczowo - zieloną kratę, z wielkimi bufiastymi rękawami i 

opadającą kokardą z tyłu. Trzecia jest w brązowo - pomarańczowy turecki wzór ze stójką pod szyją.

Ja wybieram dwie suknie. Jedną, bez ramiączek, wybrałam wyłącznie na złość Joy. Druga 

jest z przepięknego zielonego jedwabiu.

Joy wchodzi za mną do przymierzalni.

- Umiem się sama przebrać! Robię to, od kiedy poszłam do przedszkola.

- Będziesz potrzebować tych rzeczy. - Podaje mi torbę, w której znajdują się pantofle na 

wysokich obcasach, halka oraz stanik. Peszy mnie, że przyniosła stanik; mam uczucie, jakby już 

teraz za dużo o mnie wiedziała.

Mam na sobie bluzkę szeroko wyciętą pod szyją. Nigdy nie noszę stanika, żeby nie było 

widać ramiączek. Może to zbyt szeroki dekolt wprawił Briana w takie podniecenie?

Wkładam suknię bez ramiączek i wychodzę z przymierzalni. Wiem, że kiecka kompletnie 

się nie nadaje. Wygląda jednak elegancko, choć nie w moim stylu.

- Zdejmuj to w tej chwili! Jest za bardzo wycięta dla dziewczynki w twoim wieku! Ojciec 

dostałby zawału! Przymierz tę w pomarańczową kratkę, wiem, że będzie ci w niej doskonale.

Nakładam więc pomarańczową.

- No i jak? - pyta Joy. Stoi pod przymierzalnią jak strażniczka więzienna.

- Koszmarnie!

- Mnie się podoba.

- Świetnie, więc ją noś sama.

- Jak stracę dwadzieścia kilo - rzuca mi gniewne spojrzenie.

Wracam do przymierzalni i wkładam zieloną sukienkę. Jest w subtelnym szmaragdowym 

odcieniu z obniżonym stanem i drapowaniem na staniku. Ma długie, powiewne rękawy, a dekolt 

odsłania nieco ramiona. Naprawdę podobam się w niej sama sobie. Wyglądam jak współczesna, 

rudowłosa Scarlett O’Hara.

Wychodzę z przymierzalni. Joy przygląda mi się przez chwilę.

- Ta jest śliczna, Henny. - Sprawdza cenę na metce. - Dwieście pięćdziesiąt dolarów! Nawet 

moja suknia tyle nie kosztuje.

- Strasznie   mi   się   podoba   -   mówię.   -   Nie   kupowałabym   już   żadnych   ciuchów   aż   do 

przyszłego roku.

- Sama nie wiem... - zastanawia się Joy. - Wydać tyle pieniędzy na suknię, którą będziesz 

tak rzadko nosić... A w tej w pomarańczową kratkę tak dobrze wyglądałaś.

- Nigdzie bym nie poszła w tej pomarańczowej!

- Przymierz jeszcze inne.

- Są okropne I Odmawiam przymierzenia kolejnych sukienek Hoffheimera i w milczeniu 

background image

wracamy do domu. Przed frontowymi drzwiami zastajemy dużą paczkę. Joy podnosi ją.

- To musi być prezent ślubny... nie - ogląda pakunek. - Henny, to dla ciebie.

Jako nadawca figuruje R. Fingerbaum, 93 Mountainview Road, Ashville, North Carolina. 

Zabieram   pakunek   do   swojego   pokoju   i   otwieram.   W   środku   jest   portret,   namalowany   przez 

Ricky’ego,   teraz   oprawiony   w   ręcznie   bejcowaną   drewnianą   ramę.   Do   portretu   dołączony   jest 

krótki list do mnie i kartka do rodziców.

Droga Henny,

Przykro  mi,  że  sprawy   tak  się  ułożyły.  Nie   chciałem   Ci  sprawić  przykrości.   Zostawiłaś 

portret w samochodzie tego wieczoru, gdy się widnieliśmy ostatni raz. Myślę, że może chciałabyś  

go mieć.

Przyjadę do domu na Boże Narodzenie, więc się Zobaczymy. Może skrobniesz coś do mnie? 

(Rick lekko wyskrobał w tym miejscu papier listowy żyletką).

Serdeczne pozdrowienia dla Twoich Rodziców.

Twój Ricky

Na kartce jest szkic przedstawiający tatę, Joy mnie oraz Gadułę. Na odwrocie znajdują się 

słowa: „Gratulacje z okazji utworzenia nowej rodziny. Serdeczności - Richard Fingerbaum”.

Czytam list kilka razy z rzędu. Szkoda, że nie podpisał go „kochający”. Wyjmuję papeterię i 

piszę do niego.

Drogi Ricky.

Dziękuję Ci za portret i za kartę dla rodziców. Zobaczymy się w Święta.

Chciałeś, żeby coś do Ciebie skrobnąć, ale ja zrobię więcej: coś dla Ciebie wytnę.  (Biorę 

nożyczki i wycinam w liście sylwetkę kwiatka).

Serdeczności Twoja Henny.

background image

ROZDZIAŁ 9

Nieco później Joy wchodzi na górę. Stuka do drzwi mojej sypialni.

- Henny, czy mogę wejść?

- Dobra, wejdź! - Nie jestem w nastroju do rozmów, a już szczególnie z nią.

- Co było w tej paczce?

Pokazuję jej portret. Podnosi go i ogląda.

- Jest piękny. Może go powiesimy na dole?

- Nie powiesimy i już. - Wpycham obraz do szafy i podaję Joy kartę. - On narysował to dla 

ciebie i dla taty.

Joy czyta kartę.

- Jaka szkoda, że ci się z nim nie ułożyło tak, jak chciałaś. Trudno uwierzyć, że niedługo 

będziemy rodziną. „Podarkowe przyjęcie” ma być już w przyszłym tygodniu.

- Czas szybko leci, gdy człowiek się dobrze bawi - zauważam złośliwie.

- Naprawdę mi przykro, że dziś cię tak zawstydziłam przy twoich kolegach - mówi Joy. - 

Źle zrobiłam.

- Łagodnie to określasz.

- Nie   potrafię   jeszcze   postępować   z   dziewczętami.   Potrzeba   mi   praktyki.   Mam 

doświadczenie tylko z synami. Właściwie nie chodzi o to, co robiłaś w suterenie Sherry, ale z kim 

to robiłaś.

- On mnie naprawdę lubi. - Sama nie wiem, czemu tak przy tym obstaję. Nie jestem pewna, 

czy Brian w ogóle może kogoś lubić. I nie jestem pewna, czy ja go nadal lubię.

- Czy to on będzie twoim partnerem na weselu?

Udaję, że oglądam sobie starannie paznokcie.

- Tak.

Umrę, jeśli Joy każe mi odwołać zaproszenie! Nadal chcę iść z nim na ślub!

- Skoro to już ustalone... Naprawdę mi przykro, że tak cię zawstydziłam.

- Proszę, nie mów tacie, że zastałaś mnie z Brianem w suterenie.

- Jasne, że nie powiem. To zostanie między nami.

Joy obejmuje mnie.

- Nie martw się. Wszystko się dobrze ułoży.

Chciałabym jej uwierzyć, ale nie potrafię.

Jestem koszmarnie zażenowana na myśl  o spotkaniu z Brianem w poniedziałek. A jeśli 

poprosi o rozwód?

Jednak na temat tamtego zdarzenia nie pada ani jedno słowo. Jesteśmy zbyt pochłonięci 

background image

porodem   i   różnymi   możliwymi   nieszczęściami.   Omawiamy   śmierć,   utratę   pracy,   wypadki, 

porzucenie i bankructwo.

Mamy   rozważyć   doraźne   i   długoterminowe   sposoby   postępowania   wobec   tego   rodzaju 

przeciwności losu.

Pan Demerle wręcza mi następną instrukcję. „W tym roku zostałaś zwolniona z pracy w 

szkole z powodu cięć w budżecie. Twój mąż uzyskał stopień naukowy, lecz nie może znaleźć 

pracy. Macie do wykarmienia malutkie dziecko. Co zrobicie”?

Brian czyta mi przez ramię.

- Pożyczymy forsę od moich rodziców.

- Brian, nie o to chodzi panu Demerle. Wciąż otrzymujemy dostatecznie za ten projekt, 

ponieważ ty wybierasz najłatwiejsze rozwiązania. Chyba nie trzeba było kupować tego telewizora.

- A ja jestem zadowolony.

Przynajmniej nie wspomina o suterenie i konfrontacji z Joy.

W środę po południu, gdy przychodzę ze szkoły do domu, Joy czeka na mnie z zieloną 

sukienką Scarlett O’Hary. Jestem uszczęśliwiona.

- Naprawdę nie musiałaś...

- Ale   chciałam.   I   tata   też.   Przymierz   ją.   Umówmy   się,   że   to   wcześniejszy   prezent 

urodzinowy.

Wyjmuję   suknię   z   pudła   i   wkładam   na   siebie.   Staję   przed   lustrem   w   holu   i   układam 

odpowiednio włosy. To najbardziej odjazdowa kiecka, jaką kiedykolwiek miałam.

Telefon dzwoni. Pędzę na górę, by odebrać.

- Halo, czy to panna Zimmerman?

- Tak, słucham?

- Chciałbym porozmawiać z panią o sprawach związanych z odszkodowaniem.

- Oczywiście. - Nie bardzo rozumiem, po co ja mu jestem potrzebna. Na pewno chodzi mu o 

Joy.

- Czy mogę przyjść w piątek około dziewiętnastej?

- Joy! - wołam - Mają przyjść w piątek wieczorem w sprawie dachu. Czy będziecie z tatą w 

domu?

- Jasne,   nie   chcę,   żeby   ojciec   wychodził   i   był   potem   zmęczony   podczas   „przyjęcia 

podarkowego” na swoją cześć.

- W porządku - informuję faceta po drugiej stronie linii. - Będziemy w domu.

W piątek Bob przypomina mi o wystawie psów. Postanawiam włożyć dżinsy i bawełnianą 

koszulkę ze wzorem w syjamskie koty. Przyjemnie jest wyjść z kimś, kto nie sprawia, że jestem 

cała spięta.

background image

- Winnie, dziś wieczorem zobaczę twoją rodzinę. - Obaj z Gadułą siedzą koło mojego łóżka 

i obserwują uważnie, jak się ubieram. - Nie, twojej nie, Gadułko. Przemysł produkujący artykuły 

dla zwierzaków nie popiera integracji gatunków.

O siódmej Bob dzwoni do drzwi. Przedstawia się rodzicom i robi na nich dobre wrażenie.

O siódmej dziesięć znowu dzwonek. To Brian. Właśnie teraz Brian!

- Co ty tu robisz?

- Henny, chciałem z tobą pogadać o tym facecie z ubezpieczeń - szepce i pakuje się do 

środka.

Staruszkowie  siedzą  w jadalni  i grają w  scrabble.  Joy rzuca  w stronę  Briana niechętne 

spojrzenie.

- Brian, jestem umówiona z kim innym.

- Musimy chwilę porozmawiać sam na sam. To bardzo ważne.

- Bob, nie pogniewasz się, jeśli zamienię parę słów z Brianem? To potrwa minutkę.

- Dobrze.   -   Wzdycha.   Sprawia   wrażenie   niezadowolonego.   Joy   i   tata   patrzą   na   mnie 

pytająco, ale ja przecież nie wiem, o co chodzi. I jakoś wcale nie mam ochoty się dowiedzieć.

- Brian, o czym  ty mówisz? Skąd wiesz, że ktoś ma przyjść w sprawie przeciekającego 

dachu?

- Przeciekającego dachu?

Wchodzimy do kuchni i zmierzamy w kierunku kąta do jedzenia.

- Jeśli nie zgramy naszych wersji, to ja będę miał przeciekające życie!

Czuję się, jakbym znalazła się w samiutkim środku kiepskiego filmu.

- Brian, proszę, zacznij od początku. Nie mogę się w tym wszystkim połapać.

- Pamiętasz ten wypadek, który mieliśmy w „Big Baby’s”? - szepce, ale nie dość cicho.

Słowo „wypadek” to magnes dla rodziców. Będą słyszeć każdziutkie słowo.

- Moi   rodzice   skontaktowali   się   z   firmą   ubezpieczeniową,   a   ja   ich   uraczyłem 

podkoloryzowaną opowiastką.

- Bardzo podkoloryzowaną?

- Powiedziałem im, że wóz stał na podjeździe, a Luigi i jego gang przyszli i zdemolowali go, 

podczas gdy my byliśmy w „Big Baby’s”.

- Co takiego?!

Bob niecierpliwi się w salonie, a ja wyczuwam doskonale, że staruszkowie są wściekli.

- Narysowałem na wozie symbole Diabłów i stuknąłem go jeszcze trochę, żeby to wyglądało 

bardziej prawdopodobnie. Musisz tylko powiedzieć inspektorowi, że wysiedliśmy z samochodu i 

weszliśmy do restauracji, a gdy potem wróciliśmy, był zdemolowany.

- Nie zamierzam kłamać o Luigim i jego kumplach.

background image

- No, Henny. Jestem twoim mężem, a to jest prawdziwe nieszczęście. Musisz mi pomóc.

Bob wchodzi do kuchni.

- Henny, musimy już iść.

- Mógłbyś jeszcze chwilę poczekać? Myślałam, że inspektor ubezpieczeniowy ma przyjść 

do rodziców, a tym czasem okazuje się, że ma interes właśnie do mnie.

- Nie, nie będę czekać. - Bob wkłada marynarkę. - Powinnaś była mnie uprzedzić, że masz 

inne zobowiązania.

- Bob... - odprowadzam go do drzwi - nie wiedziałam.

- W porządku, Henny. Następnym razem, kiedy będziesz potrzebowała kogoś, żeby wpuścił 

cię do domu przez okno, zadzwoń do Briana. Do zobaczenia.

Wychodzi.

Rodzice siedzą w salonie z wyrazem twarzy mówiącym „lepiej nam wszystko wyjaśnij”. 

Wracam do kuchni, gdzie tkwi Brian.

- No, Henny! - mówi. - To tylko jedno, nieszkodliwe kłamstewko. Jeśli nasze wersje nie 

będą się zgadzać, pewnie zostanę wyłączony z polisy ubezpieczeniowej. Nie będziemy już mogli 

nigdzie sobie pojechać.

Mam przeczucie, że rodzice i tak się postarają, żebym nigdy więcej nie wyszła z Brianem. 

Po kilku kolejnych „no, Henny” Brian wychodzi. Rodzicielskie chóralne „dlaczego nic nam nie 

powiedziałaś o wypadku?” rozbrzmiewa w tej samej sekundzie, gdy zamykają się za nim drzwi.

- Bo mi nie pozwolił.

- Takich rzeczy nie ukrywa się przed rodziną - informuje mnie gniewnie tata.

- Nie lubię kablować.

- Mogło ci się coś stać. Mówiłam, że mi się nie podoba ten chłopak - dodaje Joy.

- To nie był poważny wypadek. Po prostu stuknęliśmy w słup od głośnika w „Big Baby’s”. 

Nikomu nic się nie stało.

Gadanina na ten temat chyba nigdy się nie skończy.  Przerywa ją jednak pojawienie się 

inspektora.

- Nazywam się Karlson. W sprawie wypadku.

Jest wysoki i jasny jak wiking; wiking w kraciastym garniturze. Wyjmuje magnetofon, a ja 

opowiadam calutką historię.

background image

ROZDZIAŁ 10

Staruszkowie tym razem zachowali się naprawdę w porządku. Powiedzieli, żebym nigdy nie 

ukrywała przed nimi takich historii. I że skoro już zaprosiłam Briana, to mimo wszystko mogę go 

przyprowadzić   na   wesele.   Ciekawe,   czy   Brian   zadzwoni   w   ciągu   weekendu,   czy   dopiero   w 

poniedziałek, żeby mi powiedzieć, żebym się wypchała. Najgorsze jest to, że czeka mnie jeszcze 

kilkutygodniowa   praca   nad   zadaniem   na   temat   małżeństwa.   Pan   Demerle   przydziela   znacznie 

trudniejsze   instrukcje  tym,   którzy   ze   sobą   zrywają,   a   to   oznacza,   że   Brian   będzie   się   trzymał 

obecnej wersji. Czuję się jak ci ludzie, którzy otrzymują złe wyniki badań: jak gdyby za chwilę 

miała spaść bomba.

Po śniadaniu Joy oznajmia, puszczając do mnie oko:

- Henny, idziemy teraz po zakupy. Nie zapomnij wyprowadzić psa.

- Nie zapomnę. - Winnic ostatnio jest jakiś osowiały.

- W przyszłym tygodniu wezmę go do weterynarza - zapowiada Joy.

- Błagam,   zrób   to   -   mówi   tata   -   niepewność,   ile   to   będzie   kosztowało,   zupełnie   mnie 

wykańcza.

Przeglądają z Joy listę spraw do załatwienia i wychodzą. Strategia związana z „podarkowym 

przyjęciem” przewiduje, że w południe Joy poczuje szalony apetyt na pizzę z zieloną papryką i 

zażąda wizyty w „Pattinos Pizza”.

Zmywam naczynia i daję jeść zwierzakom. Na widok smyczy Winnie chowa się za kanapę. 

Wyraźnie nie jest w nastroju do spacerowania.

Pozostało mi zaledwie parę minut do wyjścia, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Przez moment 

myślę,   że   może   Chris   zmieniła   plany.   Miałyśmy   spotkać   się   w   restauracji,   ale   może   jest   już 

spóźniona i chce, żebyśmy poszły razem. Ale to Brian. Na to nie jestem przygotowana. Przez 

ułamek chwili mam nadzieję, że pojawił się, by oznajmić: „Dzięki, zrozumiałem, że postąpiłaś 

słusznie. Jestem w tobie zakochany do szaleństwa i żałuję, że cię w to wszystko wciągnąłem. Jakaś 

część mojej osobowości jest zwariowana i poza racjonalną kontrolą”.

Jedno spojrzenie na wyraz jego twarzy i już wiem, że bomba jest tuż, tuż i zaraz spadnie na 

moją głowę.

- Henny,   dlaczego   powiedziałaś   temu   facetowi   z   ubezpieczeń,   że   samochód   nie   został 

zdemolowany? Przecież to nie jest nawet twój wóz!

- A co miałam zrobić, kiedy moi rodzice stali o krok od nas? Poza tym dopuszczasz się 

oszustwa. Nie zamierzam kłamać w takiej sprawie!

- Gdybyś tylko potwierdziła moją historię, wszystko byłoby w porządku. Teraz moi rodzice 

wiedzą, że skłamałem i nie będzie mi wolno prowadzić Bóg wie, jak długo.

background image

- Mogłeś doprowadzić do tego, że cofnięto by im polisę. Trzeba było powiedzieć prawdę.

- Jasna sprawa, Henny.  Rodzice nawet nie wiedzieli,  że wziąłem samochód, póki się to 

wszystko nie wydało. Myśleli, że stoi na podjeździe.

- Jeśli byłeś na tyle głupi, by zrobić coś takiego, to nie moja wina.

Brian jest czerwony ze złości.

- Henny, jesteś naprawdę świnia! Kablować na przyjaciela! Nie pójdę z tobą ani na wesele 

twojego ojca, ani nigdzie indziej! Jesteś szczeniara! Nigdzie bym się z tobą nie pokazał, gdyby nie 

to zadanie!

Odwraca się, zatrzaskuje za sobą drzwi i wypada na ulicę.

Żegnaj, Brianie. Witajcie wieczory bez randek.

Najpierw Ricky. Potem Bob. Teraz Brian. On zresztą nie był wart, żeby poświęcić mu bodaj 

godzinę czasu. Brzydzę się sobą za to, że się w nim zabujałam. Wygląda na to, że moja jedyna 

specjalność życiowa to stwarzanie problemów dla siebie i dla innych. Gdyby problemami można 

było handlować, zarobiłabym niezły szmal.

Wychodzę   z   domu   i   zmierzam   do   centrum,   do   „Pattinos   Pizza”.   Gdy   wchodzę   do 

restauracji, Chris z matką rozwieszają już papierowe smoki, które my dwie zrobiłyśmy.

- Stało   się   coś   okropnego   -   zwierzam   się   Chris.   Idziemy   na   zaplecze   i   opowiadam   jej 

wszyściutko, z nieprzyjemnymi szczegółami.

Chris wydaje z siebie kilka okrzyków „gadasz!” oraz „niemożliwe!”

- Na pewno będziesz się dobrze bawiła, nawet jeśli pójdziesz sama na wesele.

- Jasne, będę miała kupę radości. - Umieszczam moją paczuszkę na stole z podarunkami i 

przyklejam taśmą karteczkę z napisem „Dziewiąta wieczór”.

- Ciesz się, że to nie twoje wesele. Wtedy rzeczywiście nie mogłabyś pójść sama!

Pierwszą osobą, która przychodzi na „podarkowe przyjęcie”, jest Prudence Enright. Dźwiga 

wielkie pudło.

- Ostrożnie! To łatwo stłuc.

- Na którą godzinę przeznaczony jest ten prezent? - pytam.

- Jest nietypowy: na cały dzień.

Stawiam pudło w kącie, gdzie nic mu się nie powinno stać. Zjawia się coraz więcej osób, 

rośnie   stosik   podarków.   Przylepiam   na   nich   karteczki.   Na   każdą   godzinę,   od   szóstej   aż   do 

dwunastej w nocy jest przeznaczony jakiś prezent. Zwykle uwielbiam chodzić na takie imprezy i 

przyglądać   się,   jak   ludzie   rozpakowują   swoje   upominki,   ale   dzisiaj   byłabym   w   koszmarnym 

nastroju nawet na własnym „podarkowym przyjęciu”. Inna sprawa, że biorąc pod uwagę, w jakich 

stosunkach jestem teraz z „panem młodym”, i tak trzeba by było wszystko odwołać.

O jedenastej czterdzieści pięć pani Pattinos zasłania okna i ukrywamy się za stołem w rogu 

background image

sali. Wszyscy są tak cicho, jakby na najlżejszy dźwięk miałyby runąć ściany. Słyszę, jak wchodzą 

rodzice.

- Joy - narzeka tata - tak naprawdę to miałem ochotę na chińską kuchnię.

Wszyscy zaczynamy się cichutko śmiać. Pan Pattinos wita gości.

- Herman,   dzisiaj   zamawiasz   to   samo,   co   zawsze?   A   może   przejdziemy   na   zaplecze? 

Moglibyśmy obejrzeć mecz w telewizji i wypić parę piwek.

Wchodzą! Nagle zapalają się światła  i wszyscy wykrzykują: „Niespodzianka!” Wszyscy 

oprócz mnie: czuję się tak paskudnie, że nawet radość rodziców mi się nie udziela.

- To dlatego tak straszliwie zachciało ci się nagle pizzy! - droczy się tata z Joy.

Chris i ja wnosimy pizzę i przystawki. Jestem tak zdenerwowana, że nic mi się nie podoba. 

Uwielbiam koreczki anchovies, ale w tej chwili nie mogę znieść ich widoku.

- Henny, czy wszystko w porządku? - Joy zauważyła, że jestem coś za spokojna.

- Świetnie - uśmiecham  się blado. Sprawy ułożyły się tak, że nawet najgorszy koszmar 

wydałby się przy nich czystą przyjemnością. Joy to ostatnia osoba, której miałabym ochotę się 

zwierzyć: powiedziałaby, oczywiście, „przecież ci mówiłam”.

Wręcza mi książeczkę dla panny młodej, którą dostałam u Fieldsa.

- Przemyciłam ją w torebce. Cieszę się, że ją nam dałaś.

Znów się uśmiecham. Coraz lepiej panuję nad emocjami. Książka z rejestrem podarunków 

ślubnych przypomina mi o Brianie i pogłębia moje przygnębienie.

- Może zrobicie z Chris spis prezentów? - proponuje Joy. Siadamy więc przy sobie w końcu 

długiego stołu. Ponieważ jest to przyjęcie, na którym wręcza się prezenty niemal na całą dobę, 

będziemy je spisywać według pory dnia.

- Szósta   rano   -   anonsuje   pan   Pattinos.   Tata   otwiera   paczkę,   która   zawiera   aż   dziesięć 

różnych gatunków kawy, a do tego jeszcze młynek.

Chris odnotowuje: „Kawa i młynek, państwo Feldmanowie - bez dekofeinizowanej”.

Prezent na dziewiątą rano stanowi maszynka do lodów od sekretarki taty, pani Chase.

- Odwróciłam dziewiątkę do góry nogami i w ten sposób zrobiła się szósta, pora obiadu - 

wyjaśnia pani Chase. - Nie mogłam wymyślić żadnego upominku na dziewiątą, chyba że lubi pan 

lody do porannych wafli na ciepło.

Chris zapisuje podarek pani Chase jako „poranną maszynkę do lodów, mniam, mniam” i 

rysuje obok uśmiechnięty waflowy rożek do lodów.

Tata rozpakowuje dwie maszynki do makaronu, nie brudzący się pojemnik na śmieci i dwie 

pary słonecznych okularów z wycieraczkami. Wreszcie kolej na moje prezenty.

- Ja też chcę takie! - woła Joy na widok ogrzewanych skarpetek. - A pióro jest świetne!

Włącza światełko i pisze kilka słów. Podaje mi notkę: „Zazwyczaj bywasz urocza, Henny”.

background image

Wreszcie przychodzi kolej na łatwo tłukący się dar Prudence Enright.

- Sama go zrobiłam - anonsuje. - Możecie go używać przez cały dzień.

Joy i tata przedzierają się przez całe masy bibuły. Na widok pierwszego przedmiotu Joy 

wydaje głośne ochy i achy. Jest to głowa smoka. Doznaję strasznego uczucia, bo wiem, co wyłoni 

się   teraz.   I   mam   rację.   A   uważałam,   że   to   takie   oryginalne!   Jedyne,   co   ja   mam   w   sobie 

oryginalnego,   to   pole   magnetyczne   przyciągające   problemy.   Pojęcia   nie   mam,   skąd   Prudence 

wzięła formę czy też pomysł, by zrobić taki sam komplet pojemniczków. Kiedy indziej byłabym 

zmiażdżona, dziś - tylko odrętwiała.

- Gdzie pani dostała formę tego kompletu? - pytam.

- Nigdzie. To mój własny, specjalny projekt.

- Zadatkowałam dokładnie taki przed kilkoma tygodniami w sklepie Highland Fair.

- Tam je wstawiam, a sprzedaje je moja przyjaciółka - wyjaśnia pani Enright. - To ty musisz 

być tą dziewczynką, która zostawiła jej zaliczkę na prezent ślubny.

- Tak,   to   ja.  Czy  mogę   dostać   z   powrotem   pieniądze?   -   Szperam   w   torebce   i   znajduję 

pokwitowanie.

- A może zamiast tego weźmiesz pudełko na ciasteczka w kształcie smoka? - proponuje 

Prudence.

- Już jedno mamy. W kształcie jednorożca.

Zwraca mi pieniądze. W tej sytuacji chyba kupię rodzicom luksusowy zestaw do gry w 

scrabble.

Przyjęcie  trwa jeszcze jakiś czas. Goście jedzą pizzę, popijają piwo. Składają rodzicom 

życzenia i przyjacielsko poklepują po plecach.

Gdy już jest po wszystkim, staruszkowie wychodzą wraz z Feldmanami.

- Idziemy trochę na miasto. - Tata cmoka mnie w policzek. - Zobaczymy się w domu.

Pomagam posprzątać Chris, która ma ochotę jeszcze tu posiedzieć, ale odmawiam. Marzę o 

tym, by jak najszybciej wyjść.

Wędruję   do   domu   w   marnym   nastroju   i   po   raz   kolejny   dokonuję   przeglądu   ostatnich 

wydarzeń.   Gaduła   wita   mnie   głośnym   miauknięciem.   Nigdy   jeszcze   nie   wydał   z   siebie   tak 

żałosnego głosu.

- Gadułko, przecież cię nakarmiłam przed wyjściem. - Wsypuję do jego pustej miseczki 

trochę kociej karmy.  Ale to go wcale nie interesuje. Chwyta mnie ząbkami za nogę, skubie za 

pończochę i nadal miauczy.

- Co się stało? - Prowadzi mnie do salonu, wydaje jeszcze głośniejszy okrzyk i ugania się w 

górę i w dół po schodach.

- Nie mam teraz ochoty do zabawy - mówię. - Pobaw się z Winnie. - Zaczyna mnie jeszcze 

background image

bardziej zawzięcie skubać w nogę. Idę za nim na górę. Winnie leży nie opodal szczytu schodów. Na 

mój widok wydaje żałosne skomlenie i parska słabo.

- Winnie, co z tobą? - Próbuję postawić go na cztery łapy.  Przewraca się. Dzwonię do 

weterynarza.

- Halo, tu mówi Henny Zimmerman. Nasz kot, Gaduła, jest państwa pacjentem.

- A, to ty jesteś tą małą od tłustego syjama!

Nie znoszę, gdy mówią o mnie „mała”. Czuję się wtedy, jakbym miała pięć lat.

- Teraz mamy również psa. Coś go boli i upada, kiedy próbuję go postawić.

- Przywieź go jak najszybciej - poleca mi recepcjonistka.

Nie mam pojęcia, jak go tam zawieźć bez samochodu. Próbuję złapać rodziców. Dzwonię 

do Feldmanów, ale nikt nie odbiera telefonu.

Odszukuję   w   książce   telefonicznej   numer   Metro   Taxi   i   dzwonię.   Okropnie   długo   nie 

podnoszą słuchawki, a Winnie jest w takim stanie, że nie powinien czekać.

- Halo, chciałam się dowiedzieć, czy moglibyście przyjechać po mnie i po mojego psa? Jest 

duży i ktoś musiałby mi pomóc wnieść go do samochodu.

- Nie! - ucina kobieta po drugiej stronie linii. - Nie wpuszczamy psów do naszych pojazdów. 

Chyba, że psy - przewodników niewidomych.

- Ale on jest bardzo chory.

- Jeśli to nie jest chory pies - przewodnik, to nic nie poradzę.

- A co by było, gdyby był umierający?

- Jeśli   nie   jest   przewodnikiem,   to   żebyśmy   mogli   go   przewieźć,   musiałby   być   całkiem 

zdechły. Następna firma taksówkowa może wziąć psa, ale wyłącznie w klatce podróżnej. W domu 

jest tylko podróżna klateczka Gaduły, w której nie zmieściłaby się nawet głowa Winnie’ego.

Winnie wyje, a Gaduła miauczy.  Chowam dumę do kieszeni, wykręcam 555 - PAWS i 

staram się uwierzyć, że się uda.

background image

ROZDZIAŁ 11

Telefon   Pawmobile   jest   ciągle   zajęty.   Ze   słuchawki   płyną   nagrane   informacje   o   ich 

usługach:

„Halo, to numer Transportu i Usług Dla Zwierząt Pawmobile, filia sieci Ogólnoświatowych 

Moteli Dla Zwierząt. Dostarczymy waszego kudłatego przyjaciela na lotnisko, do weterynarza, jeśli 

sobie życzycie, nawet na wizytkę do przyjaciół. Wasz ulubieniec będzie podróżował w luksusowej, 

wyłożonej dywanem furgonetce, która dowiezie go bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Proszę 

również pytać o pensjonaty dla zwierząt, obsługę przyjęć dla zwierząt oraz o usługi pogrzebowe”. 

Potem rozlega się szczekanie, miauczenie i ćwierkanie. Dziwne, że nie nagrali pluśnięcia złotej 

rybki.   Muszę   tego   wszystkiego   wysłuchać   trzy   razy.   Niemal   umiem   już   tekst   na   pamięć,   gdy 

odzywa się kobiecy głos.

- Pawmobile, w czym mogę pomóc?

- Czy jest Bob Zayre? Muszę z nim mówić jak najprędzej.

- Nie ma go, ale niedługo wróci. Czy zostawi pani wiadomość?

- Proszę powiedzieć, żeby zadzwonił do Henny. To pilne, najpilniejsze. Proszę dopilnować, 

żeby zatelefonował!

- Pani numer?

- On zna mój numer. - Odkładam słuchawkę.

W  oczekiwaniu  na telefon  od Boba  staramy się  oboje z Gadułą,  najlepiej  jak umiemy, 

podtrzymywać na duchu Winnie’ego. A co będzie, jeśli jest on tak okropnie chory, że nie dożyje do 

chwili, gdy Bob się zjawi? Wreszcie Bob dzwoni.

- O co chodzi, Henny?

- Proszę cię, Bob, mam ogromny problem. Nasz bullmastif jest chory i muszę natychmiast 

zawieźć go do weterynarza.

Milczenie.

- Bob, błagam. Winnie jest naprawdę w ciężkim stanie.

- No, dobrze. Zaraz przyjadę, ale tylko ze względu na psa, nie na ciebie.

- Jeśli sprawia ci to taką trudność, może inny kierowca mógłby mi pomóc. Pies cierpi.

- Nie! Inni obsługują wystawę psów w centrum. Tę, na którą wczoraj spóźniłem się przez 

ciebie.

Bob zjawia się po kilku minutach. Rzuca mi zdawkowe „cześć”, wchodzi na górę i uważnie 

przygląda się Winnie’emu.

- Lepiej nie znosić go na rękach. - Idzie do furgonetki i wraca z noszami.

- Nosze!   -  Zajmujemy   się   wszystkimi   rodzajami   transportu   zwierząt,   nawet   transportem 

background image

chorych.

Delikatnie układa Winnie’ego na noszach.

- Ależ on ciężki! Weź z drugiego końca.

Obawiam się, że któreś z nas się potknie i Winnie spadnie, ale dzięki Bogu docieramy bez 

kłopotów do samochodu.

Gaduła obserwuje nasz odjazd z nosem rozpłaszczonym  na szybie.  Ciekawe,  ile z tego 

wszystkiego rozumie.

Czuję się niezręcznie. Jedziemy powoli. Co chwila musimy zatrzymywać się na światłach.

- Bob, przepraszam za wczoraj. To była sprawa życia i śmierci.

- Coś sobie zaplanowaliśmy,  a ty wszystko  zawaliłaś  przez takiego  narwanego typa  jak 

Brian Anderson. Nie zamierzam się z tym pogodzić.

- On jest naprawdę narwany. Ale miał poważny problem, w który jestem w pewnym sensie 

zamieszana.

- Dziewczęta zawsze mają problemy, jeśli zadają się z Brianem Andersonem.

- Skąd ty go znasz?

- Kiedyś pracował w „Big Z”, ale ojciec go wylał. Stale uszkadzał kasę automatyczną, bo 

był zajęty flirtowaniem z dziewczynami. Ten facet niczego nie traktuje poważnie. Oprócz siebie, 

oczywiście.

Gdy wreszcie docieramy do weterynarza, pomagam Bobowi z noszami. Przed nami są trzy 

osoby,  ale  recepcjonistka  wprowadza nas  jako pierwszych,  bo to pilny przypadek.  Winnie  jest 

najciężej chorym - a co najmniej najgłośniej skomlącym psem w klinice.

- Czy chcesz, żebym wszedł z tobą? - Spośród rozłożonych broszurek Bob wybiera kilka, 

poświęconych opiece nad zwierzętami.

- Nie, możesz zaczekać tutaj.

Weterynarz ogląda Winnie’ego.

- Kiedy te kłopoty się zaczęły?

- Zauważyliśmy to kilka tygodni temu. Chodzi jakby przechylony na bok.

Doktor poszturchuje Winnie’ego  tu i ówdzie,  zwłaszcza  w  okolicy tylnych  łap. Winnie 

obrzuca go leniwym spojrzeniem.

- Należało go było przywieźć wcześniej - głos weterynarza brzmi surowo. - Zanim postawię 

ostateczną diagnozę, trzeba mu będzie zrobić zdjęcie rentgenowskie. Przypuszczam, że cierpi na 

dysplazję.

- Dysplazja? Ale to nie jest psia odmiana raka, prawda? - Mam coś w rodzaju obsesji na 

punkcie raka. Na tę chorobę umarła moja mama.

- Ależ   nie   -   uspokaja   mnie   lekarz.   -   Ma   problem   ze   stawem   biodrowym.   To   częsta 

background image

przypadłość u dużych psów.

- Czy   Winnie   będzie   wymagał   kosztownej   operacji?   -   Tata   się   wścieknie,   bo   ten 

przeciekający dach...

- Nie sądzę. Zobaczymy, jak reaguje na aspirynę, bo to mogłoby pomóc. A może obejrzysz 

film instruktażowy o dysplazji? Jest w moim biurze.

Wychodzimy z gabinetu. W poczekalni zauważa mnie Bob.

- Co mu dolega?

- Ma coś z biodrem. Obejrzysz ze mną film instruktażowy?

Przyłącza się do mnie. Doktor wsuwa film do projektora i włącza go. Bob ogląda film w 

milczeniu. Ja chciałabym z nim porozmawiać, ale pokaz na temat psich dolegliwości związanych ze 

stawem biodrowym nie jest ku temu najlepszą okazją.

Po filmie wracam do gabinetu. Dowiaduję się, że Winnie powinien pozostać w klinice kilka 

dni. Próbuję porozumieć się z rodziną. Joy dostałaby ataku serca, gdyby wróciła do domu i nie 

zastała Winnie’ego. Ale i u nas, i u Feldmanów telefon milczy.

- Cóż, Winnie, do zobaczenia w przyszłym tygodniu. - Skrobię go za krótkimi, kłapciatymi 

uszami i całuję w czoło.

Odpłaca mi skomleniem i pożegnalnym parsknięciem.

- No i jak czuje się Winnie?  - pyta  Bob, gdy wchodzę do poczekalni.  Właśnie  rozdaje 

reklamowe karty Pawmobile.

- Będzie zdrów, Bob. Słuchaj, musimy pogadać.

- Ty i Winnie? W takim razie zostawię was sam na sam.

- Nie, ty i ja.

- A o czym? - pyta. - Teraz, kiedy już ci pomogłem, mogę po prostu odwieźć cię do domu.

- Proszę, porozmawiajmy.  Wiem, że byłam  dla ciebie  okropna, że korzystałam z twojej 

uprzejmości   i   tak   dalej.   Przepraszam   za   to   z   Brianem   wczoraj   wieczorem.   Byłam   taka 

zaszokowana, że nie mogłam pozbierać myśli.

Opowiadam mu wszystko, poczynając od tego, jak natknęłam się na Briana w restauracji. Z 

detalami, łącznie z wypadkiem samochodowym i sceną w suterenie.

Bob słucha uważnie. Teraz, gdy to wszystko wyrzuciłam z siebie, czuję się lepiej.

- Wiem, jak to jest, kiedy cię ktoś zafascynuje - mówi. - Naprawdę, rozumiem. Pamiętasz 

Frosty? Ta to dopiero zrobiła mnie w jajo!

Kiedy   w   zeszłym   roku   poznałam   Boba,   właśnie   zerwał   z   Frosty   Epstein.   Najprościej 

mówiąc, lubiła go tylko z powodu jego samochodu. Ale kiedy parę razy się z nim spotkałam, była 

tak wściekła, że omal mnie nie zabiła. Na szczęście, kiedy po raz trzeci zawieszono ją za ściąganie 

w naszej szkole, rodzina wysłała ją do internatu.

background image

- I przepraszam cię, że byłem taki nachalny w zeszłym roku - dodaje Bob.

Podajemy sobie ręce.

- Bob, czy mogę ostatni raz cię o coś poprosić?

Westchnął ciężko.

- O co tym razem?

- Mój tata żeni się za dwa tygodnie. Czy przyjdziesz? Oczywiście domyślasz się, że jesteś 

trzecim z kolei kandydatem.

Skręcamy   w   moją   ulicę.   Bob   parkuje   furgonetkę.   Czasami   szczerość   bywa   najgorszą   z 

taktyk. Teraz na pewno czuje się jak głupi. Zaraz powie. „Nie, Henny. I cześć”.

- Cóż,   wolałbym   być   pierwszym,   ale   czasami   nie   układa   się   tak,   jak   by   się   chciało. 

Rozumiem, czemu zaprosiłaś najpierw Ricky’ego, przecież z nim jakiś czas chodziłaś. Co mi się 

nie podoba, to fakt, że jestem w kolejce po tym cholernym playboyu.

- W porządku, Bob. Rozumiem cię.

- Pójdę, ale pod jednym warunkiem. - Parkuje przed moim domem.

Wolałabym, żeby zgodził się bez żadnych zastrzeżeń.

- Że to nie będzie nasze jedyne wspólne wyjście.

- Jasne, że nie...

- W porządku. Więc chodźmy dziś wieczór na finałowe pokazy na wystawie psów.

Obejmuje mnie i całuje. To nie są gwałtowne, pożądliwe pocałunki jak Briana, ale leciutkie, 

przyjacielskie. Takie, jakich oczekuję.

- Zobaczymy się o wpół do ósmej, dobrze? - szepce pomiędzy kolejnymi całusami.

- Dobrze - odpowiadam. - A w poniedziałek natychmiast poproszę Briana o rozwód.

- Chyba nie będziesz musiała - uśmiecha się Bob. - Sprawy się tak ułożyły, że na pewno 

poprosi cię pierwszy.