background image

MERLINE LOVELACE

HRABINA I TRAPER

background image

PROLOG

Północny Pacyfik, grudzień 1839

- Hrabino! Do kajuty, na miłość boską!

Tatiana Grigoriewna Karanowa spojrzała na kapitana statku z rozpaczą w oczach. Wył 

wicher, ryczało morze, zmieszany z deszczem grad siekł żagle, wanty i pokład. Nie mogła, a 

nawet nie wolno jej było posłuchać rozkazu. Musiała najpierw upewnić się, że powierzony jej 
pieczy cenny ładunek jest odpowiednio zabezpieczony.

Zdrętwiałe   dłonie   Tatiany   ślizgały   się   po   oblodzonych  linach   ratunkowych,   które 

przewidująca   załoga  rozciągnęła   tuż   przed   rozpętaniem   się   sztormu.   Serce   waliło   jej   ze 

strachu. Stawiała ostrożnie nogi po zdradzieckim, przechylającym się pokładzie. Napierające 
na  burty  fale  spryskiwały  jej twarz  wodną kurzawą.  Nagle  z ciemności wyłoniła się fala 

sięgająca połowy masztu. Szkuner jęknął niczym żywa istota i położył się na prawej burcie. 
Tatiana krzyknęła z przerażenia, jej stopy straciły oparcie i tylko lina, której chwyciła się w 

ostatniej chwili, uratowała ją przed niechybną śmiercią w morskich odmętach.

Statek jakimś cudem zdołał się dźwignąć. Maszty wróciły do pionu. Tatiana wykrztusiła z 

siebie słoną wodę, która przy krzyku wdarła się jej do ust, i podjęła swoją wędrówkę ku rufie. 
Przemoczone halki i suknia pętały jej nogi. Futro z soboli gniotło ramiona i było sztywne jak 

pancerz.

Nie słyszała już krzyków marynarzy. Nie wiedziała  nawet,  ilu ich  przeżyło  i walczy  ze 

sztormem.  Wicher  niósł  śmiech tysiąca  szatanów.  Lina parzyła  dłonie swym lodowatym 
chłodem.   Szkuner   to   leciał   w   przepaść,   to   wspinał   się   ku   niewidocznemu   niebu. 

Najdziwniejsze było to, że jeszcze nie rozpadł się na kawałki.

Nareszcie   Tatiana   dotarła   do   dużej   drewnianej   skrzyni  i   uchwyciła   się   lin, 

przytwierdzających ją do pokładu.  W tym samym momencie zwaliła się na statek kolejna 
wodna góra, jeszcze straszliwsza od poprzedniej. Liny puściły, skrzynia zaczęła zsuwać się po 

oblodzonym, coraz  to bardziej pochylonym pokładzie. W skrzyni znajdował  się niezwykle 
cenny ładunek. Tatiana zsuwała się w otchłań razem z tym, czego miała strzec jak źrenicy 

oka.

I był to wyrok jak najbardziej sprawiedliwy. Jeśli utracisz ładunek, powiedział bowiem car 

Mikołaj, zapłacisz za to życiem.

background image

Anieli niebiescy!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dolina Indian Hupa, luty 1840

Chogam, wódz Zielonych Węży, jednego ze szczepów plemienia Hupa, skrzyżował ramiona 

na szerokiej, muskularnej piersi. Ruch ten był tak gwałtowny, że zagrzechotały muszle jego 
potrójnego naszyjnika.

- Dwa miesiące temu zjawiła się w naszej wiosce pewna kobieta - oświadczył białemu 

przybyszowi siedzącemu po drugiej stronie ogniska. - Dam ci ją za żonę.

Wśród   zgromadzonych   mężczyzn   rozległ   się   szmer.  Obecni   na   naradzie   wojownicy 

cmokaniem   i   kiwaniem głowami wyrażali swoje zadowolenie. Tylko jeden  z młodszych 

zaczął wykrzykiwać coś buntowniczo. Chogam uciszył go groźnym zmarszczeniem brwi.

Josiah Jones skrzywił się. Na szczęście nikt nie zauważył grymasu niechęci pod bujną 

brodą. Broda ta chroniła  jego twarz przed mrozem podczas długiej podróży do tej doliny, 
leżącej na pograniczu Sierra Nevada i Gór Kaskadowych. Josiah dobrze wiedział, że każdy 

prezent od tego skąpca Chogama będzie go sporo kosztował.

Ostatni raz był w tych stronach trzy lata temu. Płacił za gościnę, polując na łosie i jelenie, 

których mięsem wzbogacał ubogą dietę Zielonych Węży, składającą się głównie z wędzonego 
łososia. Wtedy Chogam też chciał mu sprzedać żonę. Teraz próbował znowu.

- Dziękuję, wodzu - rzekł Josiah, naśladując uroczysty sposób mówienia gospodarza, co nie 
było trudne, zważywszy, że świetnie znał język Indian Hupa - ale cóż po kobiecie traperowi, 

który przenosi się z miejsca na miejsce? Byłaby ciężarem, który spowolniłby moją wędrówkę.

- Mówisz o szybkiej jeździe, a twój koń okulał i nadaje się tylko na mięso. - Chogam lubił 

trzymać się faktów, a fakty były właśnie takie. - Sprzedam ci konia, ale pod warunkiem, że 
wyjedziesz od nas z żoną.

Nie przebrzmiały jeszcze te słowa, gdy ów młody wojownik, który jako jedyny nie chciał 

obarczać przybysza kobietą, poderwał się na równe nogi i uderzył pięścią w pierś.

- Biały człowiek nie chce tej, która została wystawiona na sprzedaż! - wykrzyknął, z trudem 
hamując gniew. - Zatem kupię ją, płacąc wszystkim, co mam.

- Twoje wszystko pokryje wartość jej głowy, a co z resztą ciała? - rzekł ze spokojem Chogam. - 
Biały człowiek jest bogatszy od ciebie.

background image

Młodzieniec   rzucił   na   przybysza   nienawistne   spojrzenie,   odwrócił   się   i   wybiegł   z 

wigwamu.

Josh westchnął i sięgnął do torby po skórzany kapciuch, w którym trzymał bezcenny tytoń 

z Wirginii, a właściwie jego resztki. Zapas miał starczyć na całą podróż do Fortu Vancouver, 
ale Chogam okazał się zdumiewająco oporny i przymusowa bezczynność przedłużała  się. 

Przede wszystkim odmówił sprzedania mu kuca, który  miał zastąpić okulawionego konia 
jucznego. A teraz od nowa zaczai te swoje przeklęte targi. Z pewnością liczył  na dobry 

zarobek i chciwość czyniła go nieugiętym.

Chcąc ułagodzić wodza, jak również innych członków starszyzny, Josh wpadł na pomysł 

wspólnego wypalenia fajki. Miał kościaną, z wygiętym cybuchem i rzeźbioną główką. Nabił 
ją przednim tytoniem i zapalił od wyjętego z ognia patyczka. Pyknąwszy kilkakrotnie, podał 

fajkę Chogamowi. Wódz włożył cybuch do ust i pociągnął. Na jego twarzy odmalowało się 
dziecinne  wręcz   zadowolenie.   Wypuszczony  dym,   o  aromacie   nie  dającym  się z  niczym 

porównać, mieszał się z dymem płonącej sośniny. Wzdychając z lubością, Chogam przekazał 
fajkę sąsiadowi.

Josh   wiedział,   że   należy   być   cierpliwym.   Toteż   siedział  spokojnie,   patrząc,   jak   fajka 
przechodzi   z   rąk   do   rąk.   Był  to jak  najbardziej  stosowny  wstęp do poważnej  rozmowy. 

Rozpoczął ją Chogam, wymieniając cenę.

- Za konia przyjmę cztery sznury muszelek. Za kobietę nie mniej niż sześć skalpów z głów 

dzięciołów.

Josh szyderczym fuknięciem skwitował te wołające o pomstę do nieba warunki. Cztery 

sznury rzadkich muszelek za górskiego kuca!

- Mówmy o koniu, nie żonie, której nie potrzebuję. Nie przywiozłem muszelek.

Mam   tylko   paciorki   ze  wschodniego   wybrzeża   i   płytki   obsydianu   z   równin.   Dam   za 
dzielnego kuca trzy sznury paciorków i dwie płytki obsydianu wielkości dłoni.

Oblicze Chogama zastygło w skupieniu. Oznaczało to, że rozważa przedłożoną mu ofertę. 

Indianie używali obsydianu z równin i muszelek z wybrzeża jako środków płatniczych. Co się 

zaś tyczy czubów dzięciołów, to ozdabiali nimi swe wymyślne nakrycia głowy. Jak większość 
północno-zachodnich   plemion,   z   którymi   Josh   zetknął   się   w   ostatnich   łatach,   Hupa 

utożsamiali   swój   status   społeczny   z   osobistym   bogactwem.   Im   większy   majątek   ktoś 
zgromadził,   im   większymi   skarbami   mógł   się   pochwalić,  tym   wyższy   szczebel   drabiny 

społecznej zajmował. Dochody czerpali głównie z wymiany handlowej oraz,  o czym Josh 
już po raz drugi miał okazję się przekonać,  ze sprzedaży sióstr i córek, na które zawsze 

background image

znajdowali się chętni.

Czekając cierpliwie na odpowiedź gospodarza, który ważył w tej chwili wszystkie za i 

przeciw, Josh zawiesił wzrok na grupie siedzących w najdalszym kącie kobiet.  Ich pełne 

szacunku i uległości zachowanie nie przeszkadzało im wysyłać od czasu do czasu w stronę 
mężczyzn śmiejących się i zaciekawionych spojrzeń. Zagniatały teraz ciasto z mąki uzyskanej 

z ziemnych żołędzi oraz formowały  je w płaskie bochenki,  które następnie wkładały  do 
niskiego   kamiennego   pieca.   Mając   za   sobą   prawie  dwumiesięczną   wędrówkę   górskimi 

szlakami, Josh aż przełknął ślinę na myśl, że niebawem skosztuje takiego rarytasu jak ciepły, 
pachnący chleb.

Następną jego myślą było, że jeżeli on, Josh, nie wykaże się dostatecznym  uporem i 

chytrością w rozmowie z Chogamem, jedna z tych kobiet zostanie niebawem jego żoną. Nie 

miałby nic przeciwko temu, żeby lec z którąś z nich na niedźwiedziej skórze i zażyć rozkoszy. 
Dziewczęta Hupa słynęły z urody i miłosnych talentów. Kiedy był tu po raz ostatni, miał pod 

swoim kocem kilka z nich i na żadną nie mógł narzekać. Odwdzięczył się towarami z juków, 
uśmiechem i miłym słowem.

Stanowczo jednak, czym innym był ożenek z jedną  z tych czarnookich piękności. Tym 

bardziej, że on, Josh, musiał dotrzeć na północ w jak najkrótszym czasie. Poza  tym żadna 

kobieta, nieważne, Indianka czy biała, nie mogłaby usunąć z jego serca Catherine, największej 
miłości.

Chogam   dotknął   naszyjnika,   jakby   to   muszle   miały   mu  podyktować   odpowiedź.   Ku 

zaskoczeniu Josha, w słowach wodza nie było ani śladu wahania.

- Weźmiesz tę kobietę, którą ci daję, i opuścisz naszą  wioskę - rzekł stanowczo. - Jest 

wielkiej urody i ma żelazną wolę. Dotrzyma ci kroku w wędrówce poprzez śniegi i lody.

Josh, z natury mało podejrzliwy, nagle się zaniepokoił. Wiedział wszak bardzo dobrze, że 

Chogam nie przepuścił jeszcze żadnej zgrabnej ślicznotce o zalotnym uśmiechu, która z tych 

czy innych względów mogła do niego należeć. Jego bogata kolekcja żon stanowiła tyleż 
fundament  jego   panowania,   co   przedmiot   zazdrości   pozostałych  współplemieńców.   Nie 

uszczuplałby swego stadła, gdyby nie zmuszały go do tego jakieś nadzwyczajne okoliczności.

- Jeśli jest taka piękna, jak twierdzisz, to dlaczego chcesz się jej pozbyć, wodzu? - spytał 

Josh bez ogródek.

W odpowiedzi wyręczył wodza jeden z członków starszyzny:

- Przybyła do nas zza gór. Nie zna zwyczajów Hupa ani naszego języka. Nie chce się też 

go nauczyć.

background image

Chogam po raz pierwszy utracił swój majestatyczny spokój. Zrobił kwaśną minę i rzekł z 

mieszaniną irytacji i urazy w głosie:

- Mój wuj powiedział prawdę. Ta kobieta, cokolwiek zrobi lub powie, zawsze musi kogoś 

obrazić. Już zapłaciłem z tego powodu wiele grzywien.

Josh podrapał się w brodę. Tak więc dotarli wreszcie  do sedna sprawy. Kobieta, którą 

chciano mu sprzedać,  uszczuplała każdego dnia materialne zasoby Chogama, z czym ten, 
naturalnie, nie mógł się pogodzić.

Josh   znał   już   na   tyle   obyczaje   miłujących   pokój  Zielonych Węży oraz ich niepisany 

kodeks,   by   wiedzieć,  iż   pokrzywdzony   miał   tutaj   pełne   prawo   do   materialnego 

odszkodowania. Bezstronny mediator porozumiewał się z dwiema zwaśnionymi stronami i 
to on ustalał wysokość grzywny za wyrządzoną szkodę. Wszystko, począwszy od morderstwa, 

a skończywszy na publicznej zniewadze, za-

łatwiano w ten sposób. Dla takiego skąpca jak Chogam  było nie do pomyślenia, że kobieta 

zamiast zysku przynosi straty, i to całkiem poważne.

- Ona jest z twego plemienia - dodał wódz, jak gdyby to przesądzało sprawę.

Josh zmierzył go uważnym spojrzeniem.

- Co przez to rozumiesz, wodzu?

- Jej rodzice nie byli Indianami.

Josh błyskawicznie zrobił przegląd wszystkich możliwości. Tak się składało, że w tych 

stronach łatwiej było trafić na niedźwiedzia grizzly niż na białą kobietę. Słyszał, że Pierre 
Levesque przywiózł w te góry swą świeżo poślubioną Kanadyjkę, dotarły również do jego uszu 

płotki o jakiejś białej kobiecie, która dołączyła do męża w Forcie Vancouver, tym najdalej 
wysuniętym na północ posterunku  Brytyjskiej  Kompanii Futrzarskiej.  Słyszał  też  o  kilku 

innych. Jakimże sposobem jedna z tych kobiet mogła się znaleźć w tej zagubionej w górach 
indiańskiej wiosce?

Naturalnie, skoro już tu się znalazła, to musiała zostać aż do wiosennych roztopów, 

kiedy to górskie szlaki stają się bezpieczniejsze, nigdy nie będąc całkowicie  bezpiecznymi. 

On sam, wytrawny traper i znawca tych gór, z trudem dotarł tu żywy i cały, i tylko szczęściu 
zawdzięczał, że zapłacił za ryzyko jedynie okulawieniem konia.

- Porozmawiam z nią - rzekł, nie spuszczając badawczego wzroku z Cho-gama. - Dowiem 

się od niej najpotrzebniejszych rzeczy i przekażę je tym, z którymi dotychczas żyła, oni zaś 

wykupią ją za dużo większą cenę od tej, jaką ja mógłbym zapłacić. Wezwij ją, a wszystko...

Przerwał, gdyż na dworze dało się słyszeć wściekłe ujadanie. Zapłakało dziecko. Jakaś 

background image

kobieta wykrzykiwała coś, czego on, Josh, nie mógł zrozumieć. Nagle szczekanie przeszło w 

żałosny skowyt i ucichło.

Na mięsistym obliczu Chogama odmalowała się rezygnacja.

- Nie potrzebuję jej wzywać. Oto sama nadchodzi. Bez pozwolenia i zaproszenia. - Wydał 

ciężkie westchnienie. - Już dawno przestaliśmy wymagać od niej innego postępowania.

Faktycznie, skóry zasłaniające wejście rozchyliły się i na tle jasnego nieba zarysowała się 

postać kobiety. Josh ujrzał plątaninę czarnych włosów i jakby skórzany wór pokutny, który 

zwisając z ramion, sięgał aż do samych jej  stóp. Po chwili skóry opadły i kobieta ruszyła 
dumnym krokiem ku siedzącym wokół ogniska mężczyznom.

Kiedy jej twarz znalazła się w kręgu światła, Joshowi  żywiej zabiło serce. Chogam nie 

kłamał,   choć   nie   powiedział   wszystkiego.   Kobieta   była   nadzwyczajnej   urody.  Z   burzą 

czarnych włosów nad czołem, z brwiami jakby wyrysowanymi węglem, z rumieńcami niczym 
płatki róży  na śniegu, stwarzała wrażenie skończonej piękności. Wór  pokutny zasłaniał jej 

wdzięki, nie na tyle jednak, by nie można się było domyślić pełnych piersi, krągłych bioder i 
nóg jak u śmigłej samy. Krok pełen gracji przydawał jej ruchom arystokratycznego powabu, 

a okolone gęstymi i długimi rzęsami ciemne, przepaściste oczy kontrastowały z delikatnymi, 
szlachetnymi rysami. Wszystko to sprawiło, że w Joshu obudziło się pożądanie.

Uświadomił sobie, że od tygodni był w podróży. Spędzał zimne noce w towarzystwie swego 

długozębnego konia. W dodatku nie mógł sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni zareagował 
w ten sposób na widok kobiety. Nie potrzebował żony, lecz jego ciało dało mu znać, że jest 

spragnione rozkoszy. Poderwał się i stanął na swych długich nogach.

Czarnobrewa zatrzymała się nagle. Wnętrze wigwamu było zadymione, nie na tyle jednak, 

by nie mógł dojrzeć  wspaniałego blasku jej oczu. W oczach tych wszakże nie  było śladu 
życzliwości, tylko czujność i napięcie.

Lustrowała   go,   prześlizgując   się   spojrzeniem   po   jego  ozdobionym   piórkiem   kapeluszu 
bobrowym, krzaczastej  brodzie, której kolor za sprawą słońca i wiatrów wahał się  między 

burym a złotawym, poplamionej i nieco rozchełstanej koszuli, rajtuzach z wilczej skóry i 
mokasynach ze skóry niegarbowanej. Kiedy zaś znów spojrzała mu w oczy, rozczarowanie 

na jej twarzy mieszało się z nieumiejętnie  skrywanym  niesmakiem.  Joshowi zrobiło się 
gorąco. Właściwie sam przyznawał, że nie jest ideałem męskiej urody. Nawet, kiedy był gładko 

wygolony i przyzwoicie  ubrany,  Catherine  zwykła  sobie żartować,   że   przypomina   bardziej 
kuguara niż ludzką istotę.

background image

Kobieta odezwała się czystym, dźwięcznym głosem:

Parlez-vous francaise?

Postąpiła krok do przodu, lecz znów się zatrzymała. Pociągnęła swym pięknie rzeźbionym, 

arystokratycznym nosem.

Josha ogarnął wstyd. Przez ostatnie trzy tygodnie nie zmieniał ubrania. Wędrował w nim, 

spał, mókł, pocił się i sechł na wietrze. W rezultacie zatęsknił za pobytem w łaźni. W tej 
chwili uświadomił sobie, że łaźnia była nie tyle luksusem, ile koniecznością.

Powtórzyła pytanie.

Jak większość ludzi  z gór, Josh potrafił  porozumieć się w kilku  językach.  Przechodził 

płynnie z hiszpańskiego na francuski i z francuskiego na któryś z popularniejszych indiańskich 
dialektów. Ale jego zasób słów we wszystkich  tych językach był raczej ubogi. Swobodnie 

władał jedynie angielskim. W tym też języku postanowił zwrócić się do nieznajomej.

- Owszem, mówię trochę po francusku i dogadałbym się w wielu sprawach z francuskim 

traperem. Ale z damą wolę rozmawiać w języku angielskim.
- Zatem jesteś Anglikiem! Dlaczego od razu mi o tym nie powiedziałeś? - Jej angielszczyzna 

była płynna, jakkolwiek trochę chropawa i wymagająca poprawek w rozłożeniu akcentów.
- Nie zapytałaś, pani. I nie jestem Anglikiem, tylko Amerykaninem. - Dotknął palcami brzegu 

bobrowego kapelusza. - Josiah Jones, do usług. Pochodzę z Kentucky.
-

A więc Amerykanin - powiedziała  wolno, i z każdej wymówionej przez nią zgłoski 

wyłaniała się ta oto  prawda, że nie ma wysokiego mniemania o Amerykanach. Haniebny 
wygląd Josha tylko utwierdzał ją w tej opinii.

Nic dziwnego, że Chogam chciał jak najszybciej pozbyć się tej kobiety. Można by rzec, 

obrażała innych samym swym oddechem.

- Jestem hrabina Tatiana Grigoriewna Karanowa - oświadczyła wyniośle. - Moim krajem 

ojczystym jest Rosja.

Będąc   do   szpiku   kości   republikaninem,   Josh   gardził   jakimiś   tam   arystokratycznymi 

tytułami.   Fakt,  że   jego   ojciec   zginął   od   angielskiej   kuli,   był   dodatkowym   powodem   jego 

antyrojalistycznego nastawienia.

- Już zatem wiem, kim jesteś i skąd pochodzisz, hrabino. Nie wiem tylko, jak się znalazłaś 

w dolinie Indian Hupa, gdzie, przyznasz, niełatwo trafić.

Jej ciemne oczy jeszcze bardziej ściemniały.

- Płynęłam  statkiem z Archangielska.  Pewnego  dnia rozpętał się sztorm. Zrobiło się 

ciemno jak w nocy. Straszliwy wicher siekł deszczem, śniegiem i gradem. Nadbiegały coraz to 

background image

większe i większe fale. Nasz statek  zaczął   tonąć.   Mnie   zmyła   z  pokładu   jedna   z   fal.   - 

Wstrząsnęła się na wspomnienie tamtych chwil. - Nie utonęłam tylko dzięki skrzyni, której 
kurczowo się trzymałam. Wyciągnęli mnie z morza jacyś rybacy w długich  malowanych 

łodziach.

To mogli być tylko Chinooksi lub Yuroksi, pomyślał Josh. Oba te plemiona pływały na 

długich łodziach wydłubanych z pni ogromnych kalifornijskich sekwoi.

- Nie pamiętam wyglądu tych ludzi - ciągnęła. - Miałam wysoką gorączkę i majaczyłam. Ci 

rybacy przekazali mnie jakiemuś innemu plemieniu. A ci z kolei przywieźli mnie tutaj.

Przerwała i spojrzała nienawistnie na Chogama.

- Kupił mnie ten człowiek - rzekła z bezbrzeżną pogardą. - Miał zamiar uczynić ze mnie 

swoją nałożnicę, lecz srodze się rozczarował.

Dla   Josha   było   oczywiste,   że   ta   rosyjska   hrabina,   jeśli  była   rosyjską  hrabiną,  miała 

mnóstwo szczęścia, trafiając do Indian Hupa, którzy nigdy nie posuwali się do  gwałcenia 
kobiet, traktując taki czyn jako ujmę na honorze.

Toteż   nie   mając   z   kobiety   żadnej   przyjemności,   a   ponosząc same tylko straty,  Chogam 

postanowił ją sprzedać. Josh uświadomił sobie, że chyba będzie musiał ją kupić. Jako Rosjanka 

nie mogła liczyć na wykupienie przez rodaków, którzy bodajże nigdy nie zapuszczali się w te 
strony. Tak, Chogam dobrze to sobie wykalkulował i z pewnością nie odstąpi od żądanej sumy. A 

on, Josh, stanie się nędzarzem.

Usłyszał długie westchnienie i podniósł wzrok.

- A potem zaczęły się śnieżne zamiecie i już nie mogłam opuścić doliny. W rezultacie 

jestem tu jak w pułapce. - Nagle uśmiechnęła się, ale nie tak zwyczajnie, tylko jak ktoś, kto 

dostrzegł promyk nadziei. - A teraz ty przyjechałeś, Jo... Jo...

- Josiah. Josiah Jones.
- Racja! Josiah Jones. Przyjechałeś i zabierzesz mnie do rosyjskiej osady Fort Ross.

Przez chwilę, jedną ulotną chwilę, Josh chciał przystać na jej żądanie. Była w bardzo trudnym 
położeniu i bez wątpienia potrzebowała pomocy. Żaden człowiek gór, godny tego miana, nie 

odwróci się plecami do kogoś w potrzebie, obojętne, czy tym kimś jest przyjaciel, czy wróg. 
Każdy wędrowiec przemierzający tę dziką, odludną krainę, powinien mieć na względzie, że 

prędzej czy później sam będzie potrzebował pomocy.

Zaraz   jednak   Josh   odrzucił   tę   myśl.   Był   wszak   na   usługach   prezydenta   Stanów 

Zjednoczonych, to jego rozkazy go tu przywiodły, to przed nim będzie musiał tłumaczyć się 

background image

ze swoich decyzji. Gdyby nawet jechał do Fort Vancouver wyłącznie dla własnych korzyści, nie 

mógłby ryzykować towarzystwa kobiety o tej porze roku. Uważał  się za twardego i może 
nawet był twardy, a mimo to tym razem śniegi o mało go nie zwyciężyły. Nie, najlepiej będzie, 

jak ta księżna zostanie tutaj i poczeka, aż on da znać Rosjanom, którzy z pewnością wykupią 
ją bez żadnych targów od Cho-gama.

- Z przyjemnością spełniłbym pani prośbę, hrabino, ale wybieram się na północ, nie na 

południe.

Machnęła lekceważąco ręką.

- Pójdziesz ze mną na południe, potem zawrócisz. Zapłacę ci - obrzuciła go taksującym 

spojrzeniem, jakby badała jego wartość - pięćdziesiąt rubli, chciałam powiedzieć, dolarów.
- Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy. Najważniejszy jest śnieg, który zasypał przełęcze i 

szlaki, i lód, który czyha pod cieńszymi warstwami puchu na południowych zboczach. Kobieta 
nie przejdzie. Tam czeka panią pewna  śmierć. Bezpieczniej zostać z Indianami. Gdy tylko 

dotrę do wybrzeża, wyślę list do pani rodaków. Zjawią się tu na wiosnę.

Patrzyła   nań   z   politowaniem,   zupełnie   jakby   był   dzieckiem,   które   nie   może   pojąć 

najprostszych działań arytmetycznych.

- Niczego nie rozumiesz. Muszę dotrzeć do Fort Ross jak najszybciej. To bardzo ważne.

- Tak ważne, hrabino, że nie możesz poczekać tutaj kilka tygodni?

Prawda była taka, że będąc na państwowej służbie i podlegając rozkazom najwyższych 

władz, Josh musiał być przede wszystkim posłuszny niepisanemu prawu gór. Wolno byłoby 
mu zmienić plany tylko wtedy, gdyby musiał ratować komuś życie lub zdrowie.

- Nie! Nie mogę czekać! Muszę być w Fort Ross, zanim drzewa zaczną pączkować.
- Jakie znowu drzewa?

-   Te,   które   mam   doglądać.   Jabłonie,   grusze,   śliwy...  -   Machała   w   powietrzu   rękami, 
próbując przypomnieć sobie inne angielskie nazwy drzew owocowych.

Tymczasem  Josh,  drapiąc  się  w  brodę,  zastanawiał   się,  jak  możliwie  gładko  mógłby   jej 
odmówić.   Miał   ważniejsze   rzeczy   na   głowie   niż   jakieś   tam   pączkujące   czy  kwitnące 

jabłonie. Chodziło o przyszłość całego narodu.

- Przykro   mi,   hrabino   -   rzekł   grzecznie,   acz   stanowczo.   -   Kieruję   się   na   północ. 

Zdecydowanie i nieodwołalnie. Będziesz musiała pozostać w tej wiosce aż do wiosennych 

roztopów.

Spojrzała nań z gniewnym niedowierzaniem.

background image

- Więc nie weźmiesz mnie ze sobą?

- Na to wygląda.

Dźwięk, jaki uleciał z jej ust, przypominał skowyt.  Oczy rozszerzyły się i wydawało się, 

jakby   zajmowały   teraz   pół   twarzy.   Ręce   opadły   wzdłuż   pokutnego   wora.   Pąsowe   wargi 
rozchyliły się, ukazując białe, równe zęby.  Josh wstrząsnął się. Nazywano go samotnym 

wilkiem, zdobywcą niedostępnych szczytów, człowiekiem twardym jak moczona w wodzie i 
suszona w słońcu skóra bawołu,   a   jednak   ta   kobieta,   targana   w   tej   chwili   rozpaczą  i 

wściekłością, zrobiła na nim głębokie wrażenie. Pomijając jej niepospolitą urodę, rządziły nią, 
by tak rzec, same namiętności.

Krzyczała coś do niego w swej ojczystej mowie i Josh mógł się tylko domyślić, że nie są to 

komplementy. Tego samego zdania był Chogam i uznał, że musi położyć temu kres. Zerwał 
się, chwycił kobietę za ramię i siłą powiódł ku wyjściu.

- Nie obrażaj mojego gościa - rzekł łamaną angielszczyzną. - Chcesz mnie znowu narazić 

na zapłacenie grzywny? Zachowuj się tak jak inne kobiety, abym nie musiał każdego dnia 
przywoływać cię do porządku. Bądź rozważna w swym postępowaniu.

- Zawsze jestem rozważna! - odparła ze złością, próbując szarpnięciem uwolnić ramię. - Ale 

muszę...
- Niczego nie musisz. Decyzje należą do mężczyzn -przypomniał jej pobladły z gniewu wódz 

Zielonych Węży, po czym schylił głowę i szepnął jej coś do ucha.

Cokolwiek jej powiedział, słowa odniosły natychmiastowy skutek: kobieta przestała się 

opierać. Wyszła, a skóry zasłaniające wejście znów opadły. W wigwamie zapanowała cisza. 
Kobiety w kącie zastygły, kilka z nich z rękami w rozczynianym cieście. Mężczyźni przy 

ognisku przypominali posążki z brązu i tylko odblask ognia tańczący na ich rzeźbionych 
twarzach nadawał im pozór żywych istot. Kobieta, która wyszła, wprawiła wszystkich  w 

zadziwienie.

Josh nie był nawet tym zaskoczony. Objawiła mu się bowiem jako zjawisko prawdziwie 

niezwykłe. Namiętna i impulsywna -jakże różniła się od Catherine, Catherine Van Buren z jej 
pogodną, złocistą urodą. Wspomnienie kobiety, z którą był zaręczony, sprawiło, że serce 

ścisnęło mu się z bólu. Ale trwało to tylko jedną krótką chwilę.

Mrucząc coś pod nosem, Chogam wrócił na swoje miejsce. Znów wszyscy siedzieli na 

rozłożonych wokół ogniska niedźwiedzich skórach i tylko miny mieli inne. Josh odchrząknął, 
powracając do zasadniczego tematu:  - Rozważyłem ponownie twoją propozycję, wodzu. 

background image

Kupię od ciebie tę kobietę. Muszę jednak zaznaczyć, że cena, której żądasz, nie wchodzi w 

ogóle w rachubę. Oblicze Chogama rozpogodziło się.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tatiana szła szybkim krokiem w kierunku wigwamu, w którym mieszkała wraz z kilkoma 

żonami Chogama. Jej obszyte futrem mokasyny śmigały po wydeptanej w śniegu ścieżce. 
Mroźne powietrze wdzierało się do płuc i szczypało policzki, ale nie zwracała na to uwagi.

Rozgniewana  i rozczarowana,  zastanawiała  się, jak to wszystko było możliwe.  Po tylu 

tygodniach oczekiwania na odmianę losu, po tylu modlitwach o łaskę i wsparcie pojawia się 

wreszcie w tej odciętej od świata górskiej dolinie przybysz z zewnątrz i już sam ten fakt otwiera 
przed  nią zatrzaśnięte, zdawałoby się, na zawsze wrota nadziei.  Podniecona, wdzięczna za 

okazaną jej łaskę, biegnie do  namiotu narad, wpada do środka... i cóż się okazuje? Ów 
niechlujny, brodaty, cuchnący włóczęga jest głuchy na jej  prośby i ani myśli zabrać jej do 

Fort Ross!

A to potwór! Prostak! Głupek! Okrutnik!

Och, gdyby nie była w tak rozpaczliwym położeniu, to ani by jej do głowy nie przyszło 

zwracać się po cokolwiek do tego wstrętnego indywiduum. Jednak tutejsze kobiety znały go i 

zapewniły ją, że można mu zaufać. Mimo to,

gdyby miała jakiś wybór, wolałaby poprosić o opiekę najbardziej krwiożerczego z Indian niż 

tego brodatego typa.

Rzecz w tym, że nie miała wyboru i to było najgorsze. Jeśli nie pojawi się w Fort Ross w 

określonym terminie,  to znaczy przed porą pączkowania drzew owocowych, to  wyda na 
siebie wyrok śmierci. Zginie też jej ojciec, a resztka, jaka jej pozostała ze skonfiskowanych 

włości, przejdzie w cudze ręce. W ten sposób zemsta cara Mikołaja się dopełni.

Niech będzie przeklęty po trzykroć imperator Wszech-rosji!

Zatrzymała się i wsparła czoło o słup wbity w ziemię niedaleko wejścia do wigwamu. Jak w 

ogóle do tego doszło, że znalazła się w aż tak beznadziejnym położeniu? Była wielką damą, a 

jest teraz na łasce indiańskiego wodza. Chodziła w atłasach, aksamitach i koronkach, a teraz 
ma na sobie jakiś skórzany łach, którym tam, w Rosji, wstydziłaby się okryć swego konia. A 

w dodatku musi  błagać  o litość nieokrzesanego,  tępego Amerykanina.  Ona, która była 
niegdyś ulubienicą  carskiego  dworu,  żoną  eleganckiego   kapitana   gwardii   carskiej,   córką 

wielkiego uczonego.

Łzy napłynęły jej do oczu. Zacisnęła powieki. Czy naprawdę tylko trzy lata dzieliły ją od 

background image

tamtych czasów, kiedy  to chłodziła  rozpaloną twarz kosztownym wachlarzem,  potrząsała 

lokami i co chwila  wybuchała  bezmyślnym, zaraźliwym  śmiechem? I tylko dwa  lata  od 
tamtego momentu, gdy upatrzyła sobie męża i straciła łaski cara?

I tylko rok od dnia, w którym przymuszono ją do stawienia się na placu kaźni, gdzie jej 
przystojnemu,   nieodpowiedzialnemu   małżonkowi   kat   założył   na   szyję   straszną  żelazną 

obręcz, a potem ją zacisnął?

Nie, od tamtych wydarzeń musiały upłynąć całe dziesięciolecia. Dziesięciolecia bólu, strachu i 

rozpaczy.

Wylała całe morze łez. Łzy jednak nie mogły niczego naprawić ani niczemu zapobiec. 

Pozostawiały tylko po sobie poczucie jeszcze większej beznadziejności i zagubienia.

W   tej   chwili   wprawdzie   udało   się   jej   powstrzymać  od   płaczu,   ale   była   całkiem 

bezbronna wobec wspomnień. Obrazy pojawiały się i znikały. Znów widziała fronton Pałacu 
Zimowego   i   cebulaste   kopuły   petersburskich   cerkwi.   Znów   słyszała   dzwoneczki   u   sań   i 

skrzypcowe tutti pałacowej orkiestry. Znów wdychała woń jaśminów i bzów, ona, rozkochana 
i rozbawiona dziewczyna, pełna wiary, że rozkochaną i rozbawioną pozostanie do  końca 

życia.

Boże, jaka była wtedy głupia. Wierzyła w coś tak złudnego i wymyślonego przez poetów jak 

miłość. Aleksiej nie szczędził jej wprawdzie dowodów namiętnego uwielbienia, lecz czynił to 
tylko w chwilach, gdy w pobliżu nie było jakiejś innej młodej piękności. Być może jednak 

nauczyłaby się w końcu współżyć z tym człowiekiem o słabym charakterze, a nawet wybaczać 
mu jego grzeszki. Niestety, stało się coś, czego nie można było przewidzieć. Aleksiej ściągnął 

na całą rodzinę straszliwy gniew cara. Dołączył do spisku mającego na celu ograniczenie w 
Rosji władzy absolutnej.

Kiedy ów spisek został wykryty, ona, Tatiana, również znalazła się w grapie podejrzanych i 

jedynie na skutek osobistego wstawiennictwa carowej oraz błagań ojca nie została stracona 

wraz z mężem. Wciąż młoda, ale już doświadczona przez los, pozbawiona została ponadto 
środków utrzymania, jako że car nakazał skonfiskować niemal cały jej majątek. Trzeba było 

jakoś się ratować i tu na pewien pomysł wpadł jej ojciec. Istniała Rosyjsko-Amerykańska 
Kompania Futrzarska, która dawała nadzieje na pewne dochody i której patronował sam 

imperator. Ojciec Tatiany postanowił w nią zainwestować i wszystko byłoby dobrze, gdyby 
nagle   handel   futrami   się   nie   załamał.  Dzisiaj   rosyjska   placówka   w   Fort   Ross   była   w 

poważnych tarapatach, a ojcu groziło bankructwo.

To ona była wszystkiemu winna. Ona i jej głupia, dziewczęca wiara w coś tak złudnego jak 

background image

miłość. W rezultacie doprowadziła siebie i innych na skraj przepaści.

Czuła się w obowiązku uratować to, co się da. Musiała  to zrobić, żeby pomóc rodzinie. 

Dokona   tego   przy   pomocy   tego   prostackiego,   zarośniętego,   odpychającego   Amerykanina. 

Tego Josiaha Jonesa.

Uniosła głowę. Rozpacz w jej sercu ustąpiła miejsca ślepej determinacji, tej samej, która 

kazała jej przepłynąć Pacyfik, przeżyć katastrofę szkunera i przebyć szmat niegościnnego 
lądu. Za wszelką cenę należy przekonać Amerykanina, żeby odstawił ją do Fort Ross. Wyrwie 

mu z ust zgodę, choćby miała wyrzec się lepszej cząstki siebie.

Zacisnęła zęby, podniosła skórzaną klapę i weszła do  wigwamu. Owionęło ją nagrzane 

powietrze. Chwilę przyzwyczajała wzrok do panującego wewnątrz półmroku. Postacie dzieci, 

kobiet i psów nabrały wreszcie wyraźnych konturów. Tylko blask ognia rozświetlał wnętrze. 
Tatiana  podeszła   do   siedzącej   na   posłaniu   z   bobrowych   skór   pięknej   brzemiennej 

dziewczyny.

Najmłodsza z żon Chogama przerwała wyplatanie koszyka i powitała Rosjankę szerokim 

uśmiechem.   Ta   miła,   cicha,   uczynna   istota   opiekowała   się   Tatianą   od   pierwszego   dnia. 
Karmiła słabą, poiła gorączkującą, uczyła mówić niemą. Kiedy zaś odepchnięty przez Tatianę 

Chogam  wpadł w wielki gniew, Re-Re-An udobruchała go i sprawiła, że nie ponawiał już 
zalotów. Tak oto przez swą dobroć zawładnęła sercem rosyjskiej hrabiny, która marząc  o 

wydostaniu się z doliny, smutniała jedynie na myśl o czekającym ją rozstaniu z indiańską 
przyjaciółką.

- Widziałaś go? - spytała czerwonoskóra piękność. -Brodatego człowieka?
- Nawet rozmawiałam z nim.

Re-Re-An wdzięcznym gestem wskazała Tatianie miejsce obok siebie.

- Siadaj i o wszystkim mi opowiedz.

Tatiana nie dała się prosić dwa razy. Opadła na miękkie bobrowe futra i próbowała zebrać 

myśli. Rzucona przez złośliwy los pomiędzy Indian Hupa, z konieczności musiała opanować 

podstawowe   zwroty   ich   języka.   Na   szczęście   nauka   nigdy   nie   sprawiała   jej   większych 
trudności.  Angielskiego   nauczyła   się   w   ciągu   roku;   mieszkała   wówczas   z   rodzicami   w 

Londynie, gdy poprzedni car Aleksander mianował jej ojca ambasadorem Rosji przy dworze 
angielskim. Co się zaś tyczy języka francuskiego, to przyswajała go sobie od dziecka razem z 

rosyjskim,   choć   bynajmniej   nie   kosztem   rosyjskiego.   W   porównaniu   z   tymi   trzema 
europejskimi   językami   język   Indian   Hupa   wydawał   się   bardzo   prosty,   jeśli   nie   wręcz 

background image

prymitywny. Największy kłopot sprawiało jej opanowanie różnych sposobów wymawiania 

tych samych zgłosek i połączeń zgłosek, bo  od tego w dużym stopniu zależało znaczenie 
poszczególnych wyrazów.

- Czyż nie jest taki, jak ci go opisałam, Ta-Ti-An? -spytała Re-Re-An głosem miękkim jak 
aksamit. - Wysoki, prosty jak trzcina i o nogach jelenia?

- Nie. Jest wielkim, brzydkim, kudłatym niedźwiedziem.

Na twarzy dziewczyny odmalowało się zdumienie.

- A może to nie Jo-Sigh-Ah przybył do naszej wioski?
- Mówimy o tym samym źle wychowanym Amerykaninie.

- I sądzisz, że jest brzydki?

Tatiana skubała koniec swego warkocza.

- A ty jesteś innego zdania?
- To prawda, że nie dorównuje urodą mężczyznom ze  szczepu Zielonych Węży. Jednak, 

kiedy zimował tutaj przed trzema laty, zwabił pod swój koc uśmiechem i prezentami wiele 
indiańskich kobiet.

Rosjanka żachnęła się. Nie wyobrażała  sobie, by jakakolwiek  kobieta  mogła oddać się 

dobrowolnie temu indywiduum. Mógł być sobie wysoki i prosty jak sosna, i nawet szeroki w 

barach.  Ale zarazem  był brudny,  prostacki,  zarośnięty   i...   śmierdział.  Tak,  ten   człowiek 
cuchnął jak skunks.

Podeszła do nich jedna z krzątających się przy ognisku kobiet.

- Ja również byłam pod jego kocem - powiedziała. -Ale nie uśmiechem mnie zwabił. 

Brodaty człowiek wie, jak sprawić kobiecie przyjemność.

Indianki zachichotały. Jedynie Tatiana zachowała powagę wobec tych sprośności.  Na 

początku jej pobytu w dolinie szokowała ją swoboda, z jaką Indianie podchodzili do spraw 
uznanych gdzie indziej za wstydliwe i najbardziej intymne. Teraz wiedziała już, że dla nich 

fizyczna  miłość była czymś równie naturalnym jak oddychanie czy  jedzenie. Nie, Hupa nie 
napełniali jej niesmakiem, ale  Amerykanin tak. Wszystko wskazywało na to, że niewiele się 

różnił od Aleksieja, który jeśli szukał dróg, to tylko  tych wiodących do cudzej sypialni. 
Skrzywiła się z pogardą.

Re-Re-An zauważyła ten grymas i westchnęła. Stanowcza odmowa Tatiany spędzenia 

nocy z bogatym i przystojnym Chogamem wywołała wielkie poruszenie wśród mieszkanek 

wioski. Indianki w żaden sposób nie mogły pojąć takiego postępowania. Tatiana ani myślała 

background image

zaspokoić ich ciekawość. Wyjaśniła tylko, że już miała  jednego męża i nie zamierza mieć 

drugiego.
- Nadejdzie chwila - powiedziała Re-Re-An - kiedy znów zapragniesz przyjemności, jaką 

kobiecie dać może tylko mężczyzna. Masz w sobie za dużo z orła, by nie tęsknić za lotem.
-  W   takim   razie   wiedz   -  odparła   Tatiana   -  że   na  towarzysza  tego lotu  wybiorę  kogoś 

naprawdę wyjątkowego. Mówmy teraz o czym innym. O tym, jak mam przekonać przybysza, 
żeby mnie zabrał ze sobą.

- Cho-gam dopilnuje już tego. Ze swoim ciętym języczkiem i dziwnym zachowaniem okazałaś 
się bardzo kosztowną żoną. Bardzo chce się ciebie pozbyć.

I znów Tatiana żachnęła się. Bo choć nie zasłużyła sobie na względy wodza, sprawiło jej 

osobliwą przykrość, że mają tu jej dość.

Re-Re-An   wróciła   tymczasem   do   wyplatania   koszyka.  Jej   palce   śmigały   z   zawrotną 

szybkością.   W   szkielet  z   okorowanych   gałązek   wierzbiny   wplatały   warkocze   pięknie 

zrudziałej trawy, w którą z kolei, dla uzyskania wzoru i puszystości, trafiały co kilka splotów 
różnobarwne piórka.

Tatiana podziwiała jej zręczność. W ogóle zdążyła już  zauważyć, że koszykarskie wyroby 

Indian   Hupa   są   na   najwyższym   artystycznym   poziomie.   Tace,   kosze,   koszyki,   naczynia 

grzebalne i pojemniki na żywność zachwycały  oryginalnością wzorów, ścisłością splotów i 
proporcjonalnością. W jednym z takich koszy, również zrobionych przez Re-Re-An, Tatiana 

przechowywała resztki cennej przesyłki, czyli to, co zdołała uratować z morskiej katastrofy.

Indiańscy   rybacy,   którzy   wyciągnęli   ją   z   wody,   chcieli  naturalnie   przywłaszczyć   sobie 

skrzynię, która przez wiele godzin stanowiła jej tratwę ratunkową. Połączyli ją z łodzią linami 
i zaczęli holować ku brzegowi. Silny przybój cisnął jednakże skrzynię na przybrzeżne skały. 

Rozpadła się na kawałki.

Półżywa z zimna i przerażenia Tatiana znalazła w sobie dość siły, by wyrwać się Indianom, 

skoczyć do wody i zebrać z powierzchni to, co nie zdążyło jeszcze zatonąć. Potem przez całe 
tygodnie   strzegła   skromnych   pozostałości   bezcennego   skarbu   z   troskliwością   matki 

pochylonej  nad swym dzieckiem. Na szczęście nikt nie poznał się na  ich wartości. Zresztą 
temu akurat trudno było się dziwić, skoro prawdę znały jedynie trzy osoby - ona, jej ojciec 

i car Mikołaj.

Jeżeli jednak nie dowiezie skarbu do Fort Ross w ustalonym terminie, straci on wszelką 

wartość.   Tatiana   przygryzła   usta.   Oby   Chogam   nie   zmienił   zdania.   Musiała,   naprawdę 
musiała dotrzeć do Fort Ross, zanim drzewa przebudzą się z zimowego snu.

background image

Minuty   wlokły   się   niemiłosiernie.   Godziny   zdawały   się  dniami.   Mężczyźni   zapewne 

kończyli już naradę. Niebawem udadzą się do łaźni, gdzie oddawszy swe ciała działaniu pary, 
będą zabijać czas grą w kości. Kiedy zaś księżyc stanie ponad wierzchołkami gór, wyłonią się 

ze   swego  męskiego   królestwa,   ażeby   wziąć   udział   w   biesiadzie   wydanej   na   cześć 
amerykańskiego trapera.

Atmosferę przygotowań wyczuwało się również w tym wigwamie. Kobiety kręciły się jak frygi, 

a każda miała inne zadanie. Jedna miesiła ciasto i formowała je w bochenki, druga sortowała 

zasuszone cebule, odrzucając nadgniłe i robaczywe, trzecia spryskiwała wodą płaty wędzonego 
łososia, czwarta wreszcie łajała dzieciarnię, że ta nie pilnuje ognia.

Tylko Tatiana nie miała żadnego zajęcia. Kręciła się bez celu, coraz bardziej zdenerwowana i 

niecierpliwa. Wreszcie skórzana klapa odchyliła się i do środka weszła najstarsza  z żon 

Chogama.

Tatiana rzuciła się ku niej.

- I co? - spytała zduszonym głosem.
-   Załatwione   -   odparła   Indianka,   mlaskając   językiem.  -   Brodaty   człowiek   zgodził   się 

zapłacić.

Tatiana podziękowała w duszy Bogu. Już ona dopilnuje, żeby Amerykanin został spłacony z 

nawiązką. Niech tylko dotrą do Fort Ross. Była tak podniecona perspektywą odmiany losu, że 
mało co nie przegapiła słów, które padły po tamtych.

- Ale ty masz na razie pozostać tu z nami. Brodaty człowiek kogoś po ciebie przyśle.

Tatiana odrzuciła głowę.

- Co powiedziałaś?
- Nie usłyszałaś, Ta-Ti-An? Masz czekać na przybycie ludzi z twojego plemienia.

Tatiana wpadła w rozpacz.

- Ależ   ja   tu   nie   mogę   zostać!   Nie   mogę   i   nie   zostanę!
Leciwa żona Chogama poczuła się obrażona. Jej mina nie pozostawiała co do tego żadnych 

wątpliwości. Tatiana zreflektowała się.

- Wybaczcie mi, proszę. Jesteście bardzo dobre dla mnie. Dziękuję wam z całego serca za opiekę i 

serdeczność. Muszę jednak jak najszybciej dostać się do Fort Ross.
- Powiedz to swojemu mężowi.

- Mężowi?
- Kupił cię, a więc należysz do niego. On teraz będzie decydował o wszystkim.

background image

-

Co?!Jeszczezobaczymy!Itobardzoprędko!Wykrzyczawszy te słowa, Tatiana skierowała 

się ku wyjściu. Re-Re-An chwyciła ją za ramię.
- Ta-Ti-An! Mężczyźni przeszli już do łaźni! Nie wolno im przeszkadzać!

- Tak twierdzisz? No to popatrzcie!

I uniósłszy dumnie głowę, wyszła z wigwamu, ciągnąc  za sobą orszak składający się ze 

wzburzonych i przelęknionych kobiet, zaciekawionych dzieci i szczekających psów.

Łaźnia mieściła się w dość dużym budynku z bali stojącym na skraju wioski. Tuż obok 

płynął strumień, teraz  częściowo zamarznięty.  Chociaż wstęp do łaźni nie był  kobietom 
zabroniony, ogólnie się przyjęło, że kobiety nie  mają czasu na tego rodzaju przyjemności. 

Mężczyźni, przeciwnie, spędzali tam zimą długie godziny, grając w kości i plotkując niczym 
sroki, podczas gdy kłęby pary unosiły się z polewanych wodą rozgrzanych kamieni.

Kiedy   więc   Tatiana   weszła   do   środka,   zobaczyła   przed  sobą   zdumione,   zaskoczone   i 

zgorszone   twarze.   Tego   jeszcze   nie   było!  Ta   kobieta   przekraczała   wszelkie   dopuszczalne 

granice! Zdolna była obalić każde tabu! Chogam  poderwał się na równe nogi, lecz zaraz 
uświadomił sobie, że już nie ponosi odpowiedzialności za tę szaloną squaw. Szeroki uśmiech 

rozjaśnił jego spoconą twarz, a on sam opadł na plecioną matę.

Tatiana   nawet   nie   raczyła   nań   spojrzeć.   Skierowała   się  wprost   ku   brodatemu 

Amerykaninowi. Ten zaś był nie  mniej zdumiony od swych indiańskich przyjaciół. Miał 
jednak tyle przytomności umysłu, by chwycić koszyk,  który służył tu do przechowywania 

kości do gry, i przesłonić nim przyrodzenie.

Jego ciało spływało potem. Zaróżowiona od gorąca skóra przypominała skórę dziecka. 

Poza tym z dziecka  miał tyle co rzeźba gladiatora, którą ona, Tatiana, widziała  kiedyś w 
londyńskim muzeum.

Ten kudłaty niedźwiedź, bo tak go dotychczas w myślach nazywała, objawił się jej teraz w 

całym majestacie swej męskiej urody. Miał ramiona, które wręcz widziało się w szczodrym 

geście rozsypywania złota lub w spazmatycznym geście walki. Brzuch był niczym tarcza, nad 
nim potężna klatka piersiowa, niżej zaś dwie smukłe kolumny umięśnionych nóg. Brązowe 

włosy   o   miodowym  odcieniu   zwinięte   w   mokre   kędziory   lepiły   się   do   szlachetnie 
ukształtowanej czaszki. Nawet jego broda upodobniła się do brody Rzymianina. Opalone do 

łokci ręce, ogorzała twarz  i szyja, opalony trójkąt owłosienia na torsie i białe jak mleko 
pośladki z bocznymi wklęsłościami dopełniały obrazu mężczyzny, w którym ona, Tatiana, 

pokładała całą swoją nadzieję na przechytrzenie złośliwego losu.
- Cóż to za wariactwo?! - wykrzyknął gniewnie.

background image

- Wariactwo? Nie sądzę.

- Chyba nie powiesz mi, hrabino, że u was, w Rosji, kobiety mają zwyczaj wchodzić do łaźni 
pełnej nagich mężczyzn?

- Nie jesteśmy w Rosji, tylko w dolinie Indian Hupa, gdzie nie zamierzam zostać ani dnia 
dłużej.

- Twoje zamiary, pani, nic tu nie znaczą. Tak czy inaczej, poczekasz na przybycie swych 
rodaków.

Ujęła się pod boki.

- Otóż wiedz, że tak się nie stanie.

Spojrzał   z   niedowierzaniem.   Do   stu   piorunów,   czyżby   ta   kobieta   nie   miała   wstydu? 

Najmniejszego   poczucia  przyzwoitości?   Słodka,   subtelna   Catherine   wolałaby   umrzeć   niż 

postawić   siebie   i   jego   w   takiej   sytuacji.   Tymczasem   ta   Rosjanka   czuła   się   tu   całkiem 
swobodnie, kłóciła się z nim jak przekupka i nic sobie nie robiła z tego, że jedyną osłoną jego 

nagości jest tylko płaski wiklinowy koszyk.

Na domiar złego Indian ogarnęła wesołość. Pojedyncze chichoty przeszły w rechot, a ten 

w   zbiorowy   głośny   śmiech.   Jednym   słowem,   wszyscy   wspaniale   bawili  się  tą  sceną   i 
wyglądało na to, że jeśli on, Josh, nie poskromi kobiety, którą odkupił od Chogama, będzie 

musiał zapłacić grzywnę. Ostatecznie Indianie mieli pełne prawo uznać się za obrażonych. 
Rosjanka naruszyła dobre obyczaje.

Josh zacisnął szczęki. Musiał jak najprędzej pokazać, kto tu ma władzę, a kto tej władzy 

podlega. W przeciwnym wypadku utraci wszelki szacunek.

- O tym, co będziesz, a czego nie będziesz robiła, ja zadecyduję. A teraz ciesz się, że jesteś 
bezpieczna, i zostaw nas w spokoju. Zatem w tył zwrot, naprzód marsz!

- A co to znaczy „w tył zwrot"?

Jasne, była kobietą i nie znała wojskowej musztry.  Żonglując, więc koszykiem i swoją 

godnością, Josh wziął ją za ramię i obrócił w miejscu. Następnie lekko pchnął ku wyjściu.

- Tylko pamiętaj tak opuścić skórę, żeby nam tu nie wiało.

Czego się spodziewał? Że potulnie usunie się z łaźni? Chyba nie. Oczekiwał raczej objawów 

oburzenia, min świadczących o urażonej godności, może nawet fumów i pisków.  Ale to, co 

nastąpiło,   przeszło   jego   wyobrażenie.   Kobieta  przemieniła   się   w   rozwścieczoną   pumę. 
Odwróciła się i naparła nań z twarzą do tego stopnia zmienioną przez gniew i pogardę, że aż 

się cofnął.

background image

- W Rosji - wysyczała - za to, że ośmieliłeś się dotknąć hrabinę Karanową, kat odciąłby ci 

rękę.
- Rosja daleko, a poza tym jeśli jest się hrabiną, trzeba  zachowywać się jak hrabina, a nie 

robić z siebie widowiska.

- Ja robię z siebie widowisko? - Jej krótki śmiech wcale nie zabrzmiał sarkastycznie, 

jak to zapewne sobie zamierzyła. - To nie ja ukrywam swą nagość za koszykiem.

Tego już było za wiele! Zbliżył twarz do jej twarzy i powiedział dobitnie:

- A teraz posłuchaj, baronowo czy hrabino, obojętnie, jak cię tam zwą. Nie wezmę cię ze 

sobą w góry. To pewne, jak dwa plus dwa równa się cztery. Zabieraj się stąd, za nim...

- Zanim

 

znów

 

mnie

 

uderzysz?

 

-

 

spytała

 

zaczepnie.

Machnął wolną ręką.

-   Nigdy   jeszcze   nie   uderzyłem   kobiety,   ale   kto   kusi,  ten   sprawia,   że   ktoś   inny   ulega 

pokusie.
- Więc zrób to, zrób, grubijan! - Ostatnie słowo powiedziała po rosyjsku.

Josh naturalnie nie zrozumiał go, ale domyślił się znaczenia. Nowy wybuch śmiechu jego 

indiańskich przyjaciół uprzytomnił mu, że musi czym prędzej zakończyć tę  farsę. Chwycił 

kobietę pod brodę.

- Słuchaj uważnie, hrabino. O tej porze roku wędrowiec może mieć tylko jeden pożytek z 

kobiety. Idzie o to, że noce są długie i zimne i dobrze jest mieć kogoś, kto ogrzeje plecy. Jeżeli 
więc sądzisz, że sprostałabyś temu zadaniu, rozważę całą rzecz ponownie.

Spojrzała nań bacznie, a nawet z nadzieją, lecz zaraz  w jej oczach pojawiły się gniewne 

błyski. Dopiero teraz dotarł do niej sens jego propozycji. Czuła się, jakby napluto jej w 
twarz.

Tymczasem on brnął dalej, nie zważając na następstwa.

- Myślę sobie nawet, że przydałaby się próbka. Nikt  przecież nie kupuje kota w worku. 

Bywają tak zimne kobiety, że nie ogrzeją nawet palca, a co dopiero mówić o plecach czy 
brzuchu.

Otworzyła usta, by znowu nazwać go grubianinem, wieśniakiem i prostakiem, lecz on nie 

pozwolił   jej   na   to.  Zamknął   je   namiętnym   pocałunkiem.   Chciał   uświadomić  jej 

niebezpieczeństwo przebywania w górach sam na sam z mężczyzną, któremu, jak zwykło się 
mawiać,  niczego  nie brakuje. Liczył na to, że hrabina przestraszy się i wycofa. Zupełnie 

jednak nie uwzględnił tego, że sam zasmakuje w aksamitnej miękkości jej ust.

background image

Bo, zdumiewające, dawała się całować. Drżała cała, gdzieś w głębi gardła narastał jęk, ale 

nie zrobiła jeszcze niczego, co można byłoby uznać za protest. Skoro tak, to  on się musi 
cofnąć, i to natychmiast, zanim będzie za późno.

Zrobił   to.  Spojrzeli   sobie  w  oczy.   Spodziewał  się  teraz  najgorszego. Nawet  Catherine, 

spokojna, delikatna i miła Catherine, wymierzyłaby mu policzek za takie uwłaczające kobiecie 

zachowanie.

Jednak   ta   Rosjanka   znów   go   zaskoczyła.   Uniosła   dumnie   głowę   i   rzekła   z   niejaką 

pogardą:

- Upuściłeś swój koszyk.

Spojrzał i zawstydził się. Zdarzyło mu się być w życiu w kilku niebezpiecznych sytuacjach. 

Raz mocował się z niedźwiedziem grizzly i dość długo ważyły się losy tego spotkania. Innym 

razem   uciekał   przed   watahą   Kruków,   spragnionych   jego   skalpu,   i   skrył   się   pod   lodową 
skorupą strumienia, gdzie było mu równie dobrze, jak potępieńcom w piekle. Kiedy indziej 

znów   przysypała   go   lawina.  Ale   wszystko   to   było   niczym   w   porównaniu   z   obecnym 
położeniem. Bo schylenie się po koszyk i dalsza prezentacja własnej nagości było w tym 

samym stopniu zawstydzające.

-   Jeśli   pojedziesz   ze   mną,   nie   będzie   między   nami   żadnych   koszyków.   Będziesz 

wchodziła pod koc naga i naga spod tego koca wychodziła. Pomyśl o tym, zanim  znów 
zaczniesz dręczyć mnie swoimi prośbami.

Słowa te podziałały na nią niczym wiadro zimnej wody. Posmutniała i spuściła oczy.

Josh zdawał sobie sprawę, że dał popis brutalności i chamstwa. Nie godziło się w takich 

słowach   zwracać   do  kobiety.   Pogwałcił   wszelkie   normy   przyzwoitości.   Wychowywała   go 
matka, która każdą rzecz, począwszy od  wersetów Biblii, a skończywszy na szacunku dla 

innych,  wbijała   mu   do   głowy   trzonkiem   miotły.   Pułkownik   Sylvanus   Thayer,   dowódca 
kamiennej twierdzy na wysokim brzegu Hudson River, zajął się jego dalszą ogładą. Cztery lata 

w West Point wyszlifowały Josha na dobrego żołnierza, ale też nauczyły manier. Potem zjawiła 
się Catherine Van Buren i dokonała reszty. Josh umiał znaleźć się w towarzystwie, a wobec 

kobiet był uprzedzająco grzeczny. Wszystko, co wyrzucił z siebie przed chwilą, było gwałtem 
dokonanym na samym sobie.

Księżna otrząsnęła się z pierwszego szoku. Jej spojrzenie paliło. W końcu jednak odwróciła 

się i ku bezmiernej uldze Josha skierowała ku wyjściu.

Zaraz jednak się zatrzymała. Josh znów zobaczył jej bladą twarz.

- Przemyślę to, panie Jones. Może pan być pewien, że dokładnie rozpatrzę propozycję.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Tatiana wpatrywała się w czerwieniejącą plamę przygasłego ogniska. Z oddali dochodziły 

odgłosy biesiady to Chogam świętował wraz z całą wioską przybycie nieoczekiwanego gościa. 

Jedzono i pito już od kilku godzin i wszystko wskazywało na to, że dopiero poranna zorza 
położy temu kres.

Tatiana   sama   wykluczyła   siebie   z   bawiącej   się   wspólnoty,  mimo   że   nikt   nie   bronił   jej 

przyłączenia się do grona biesiadujących. Wycofała się do wigwamu, rzuciła na przydzielone jej 

posłanie   i   próbowała   zebrać   myśli.   Niestety,   gorączkowa  krzątanina   wokół   nie   sprzyjała 
skupieniu. W rezultacie jej niepokój wzrastał z każdą minutą.

Przeniosła wzrok na leżącą w pobliżu Re-Re-An. Dziewczyna ze względu na ciążę opuściła 

uroczystości   po  godzinie.   Teraz   spała,   a   rytm   jej   spokojnego   oddechu   kontrastował   z 

niepokojącym odgłosem bębnów. Tatiana zebrała się na odwagę i rzekła półgłosem:

- Re-Re-An.

Żadnego odzewu. Okrywająca dziewczynę narzuta z wilczych skór leżała nieruchomo. Tatiana 
ponowiła wołanie, uważając, by nie zbudzić śpiących wokół dzieci.

- Re-Re-An.

Indianka uniosła głowę. Jej ciasno splecione warkocze poruszyły się niczym czarne żmije.

- Tak? - spytała sennym głosem.

- Powiedz mi wszystko o człowieku, który ma na imię Josiah.

Usłyszała ziewnięcie.

- Jest noc, Ta-Ti-An.
- Proszę, bądź tak dobra.

-   Co   jeszcze   mam   powiedzieć?   Brodaty   człowiek   jest  w   każdym   calu   mężczyzną.   - 
Zachichotała. - Widziałaś to zresztą na własne oczy.

- Och, lepiej nie przypominaj mi mojego największego wstydu.

Tłumiony chichot nie milkł. Tatianę paliły policzki. Teraz nawet Re-Re-An dołączyła do 

kpiących   z   niej   kobiet.   Te,   które   przez   szpary   i   dziury   w   budynku   łaźni   widziały  całe 
wydarzenie, opowiadały tym, które miały mniej szczęścia. Z każdą taką kolejną relacją męskie 

atrybuty Amerykanina zyskiwały na wielkości, aż w końcu przestało być wiadome, czy rzecz 
dotyczy   człowieka,   czy   też   boga   płodności   i   urodzaju.   Skazana   na   bierność,   Tatiana 

przysłuchiwała się opowieściom czerwona jak róża albo raczej jak ta plamka na czubku 
główki   dzięcioła,   ptaka,   który   dziwną   koleją   rzeczy   służył   Indianom   Hupa   jako  środek 

background image

płatniczy.

I   to   kto   tak   się   płonił?   Ona,   bywalczyni   salonów,   kobieta,   którą   raczył   zaszczycać 

zainteresowaniem   sam   car,   żona   najprzystojniejszego   oficera   jego   gwardii,   a   potem 

nieszczęśliwa wdowa po nim! Usprawiedliwiało ją chyba to tylko, że nigdy jeszcze nie dane jej 
było   widzieć   mężczyzny,   który   prezentowałby   atrybuty   swej   jurności   z   tak  całkowitym 

brakiem  zażenowania,  jak czynił to Amerykanin   w  obecności   połowy   szczepu   Zielonych 
Węży.

Tak, co do mężczyzn, nie można było się łudzić. Wszystkim chodziło dokładnie o to samo. A 

jeśli nawet nie wszystkim, to na pewno Aleksiejowi i temu Amerykaninowi. Wystarczyło im 

poczuć zapach kobiety, by od razu zmieniali się w samców.

A jednak...

Musiała przyznać w duchu, choć czyniła to bardzo niechętnie, że ów Jones różnił się od 

Aleksieja. Owszem, całował ją zgodnie z regułami sztuki i nie krył, że jej pożąda, a przecież 

wciąż się wykręcał od zabrania ze sobą w góry. Gdyby ten Josiah Jones miał tę samą naturę 
co jej słaby i lekkomyślny mąż, daleki byłby od tego rodzaju skrupułów i obaw. Wziąłby ją, 

nie dbając o konsekwencje. Tylko po to, żeby nasycić swoje zmysły.

Objęła kolana i wsparła na nich brodę. Był dla niej zagadką, ten Amerykanin. Nie mogła go 

zgłębić, podobnie  jak nie mogła zrozumieć swojej reakcji na jego pocałunek.  Został jej na 
wargach posmak jego ust, a w głowie resztki oszołomienia. Pamiętała też żar, jaki wówczas 

ogarnął jej ciało, i przeczucie rozkoszy.

Potrząsnęła głową. Na świętego Igora! Przecież to tylko pocałunek. I to wymuszony na niej 

przez brutala i prostaka. Ostatecznie nie całowała się pierwszy raz w życiu. Był Aleksiej, ale 
byli też dwaj czy trzej inni oficerowie, którym udało się wykorzystać jej szampański nastrój. 

Zresztą   pocałunki   o   niczym   jeszcze   nie   świadczyły.   Czyż   nie   taką  naukę   miała   prawo 
wyciągnąć ze współżycia z mężem?

Wiarołomstwa Aleksiej a pozostawiły w niej żal i rozczarowanie. Zrodziły też głęboką 

urazę do pewnych spraw. Nie było go już wśród żywych, ale wciąż pozostawał w jej pamięci. 

Skonał, uduszony na rozkaz mściwego  cara. Ona również umrze, jeśli nie wywiąże się z 
powierzonej misji.

Zadrżała i spojrzała na Re-Re-An.

- Powiedz

 

mi

 

coś

 

o

 

nim

 

-

 

ponowiła

 

prośbę.

Młoda kobieta przewróciła się na drugi bok.
- Wiem tylko to, co już powiedziałam. Trzy lata temu  spędził u nas zimę. Wychodził na 

background image

polowania ze swoją długą strzelbą i nigdy nie wracał z pustymi rękami. Nie wziął sobie żony. 

Wolał   spać   z   różnymi   kobietami.   Same   przychodziły   do   jego   wigwamu,   a   żadna   nie 
wychodziła smutna. Ty również powinnaś pragnąć spędzić z nim noc.

Pragnienia  nie miały  tu nic do rzeczy,  pomyślała  posępnie  Tatiana.   Czy   była   zdolna   do 

zapłacenia żądanej ceny w zamian za doprowadzenie jej do Fort Ross? To było najważniejsze 

pytanie, na które teraz szukała odpowiedzi.

Ten Josiah Jones pożądał jej, tak jak mężczyzna pożąda  kobiety, a samiec samicy. Czuła 

jeszcze smak jego żądzy  na swoich wargach i wciąż miała przed oczyma jego męskość. Nie 
krył, że jeśli ona, Tatiana, naprawdę jest zdecydowana odbyć z nim tę niebezpieczną podróż, 

musi być gotowa płacić za opiekę swoim ciałem.

Czy stać ją aż na takie poświęcenie?

Czy zdoła się przemóc?

Była w większej biedzie niż najbiedniejsza z indiańskich dziewcząt. Nie miała niczego, 

nawet własnej sukienki czy butów. Ciało było jej jedynym środkiem płatniczym. Duszą nie 
musiała handlować. Bez względu na to, jak się ułożą jej stosunki z Amerykaninem, jej dusza 

pozostanie czysta.

Tego   przynajmniej   nauczył   ją   ojciec.   Często   powtarzał,  że   liczy   się   smak   wina,   a   nie 

naczynie, z którego je pijemy. Ujma dla ciała nie musi pociągnąć za sobą ujmy dla duszy.

Pozostała myślami przy ojcu. Wydawał się tak kruchy  i słaby, gdy go widziała po raz 

ostatni. Nawet nie miał siły pomachać jej na pożegnanie ręką. Kiedy powóz ruszył, przygarbił 
się i jakby zapadł w siebie. Nie przeżyłby tygodnia w wilgotnym więziennym lochu.

Musi za wszelką cenę dotrzeć do Fort Ross.

Powoli odzyskiwała spokój. Poza ojcem nie miała nikogo bliskiego. Zrobi wszystko, by 

uratować mu życie. Przy okazji ocali też swoje.

Opadła na posłanie ze skór. Powinna zasnąć i wypocząć. Kiedy opuści dolinę w towarzystwie 

Josiaha Jonesa, rozpocznie się jej droga przez mękę. Zamknęła oczy. Z drugiego końca wioski 
dochodziły odgłosy bębnów i kołatek. Naciągnęła skórę na głowę. Zasnąć i nie myśleć już o 

niczym. Nie sposób przeciwstawić się przeznaczeniu.

Tatiana wstała przed wschodem słońca, razem z innymi  kobietami. Szybko ubrała się i 

posiliła jakąś mączną papką. Słyszała już z nie jednych ust, że przybysz ma opuścić  wioskę 
wczesnym rankiem, ona zaś zamierzała mu towarzyszyć.

Re-Re-An pomogła jej w spakowaniu niezbędnych rzeczy. Nie było tego wiele, ot, żebracze 

background image

zawiniątko, które  Tatiana związała rzemieniem. Jeszcze tylko założyła serdak, naciągnęła 

przez głowę wzorzyste wełniane poncho  i była gotowa do drogi. Spojrzała na Re-Re-An. 
Najpierw zobaczyła uśmiech dziewczyny, a dopiero potem w jej ręku pelerynę z lisów.

- Nie! - zaprotestowała gwałtownie, odpychając  wspaniałe futro. - Nie mogę przyjąć tak 
kosztownego prezentu. Zresztą nie ma już takich mrozów jak dwa tygodnie temu.

- W górach wciąż sroży się zima - tłumaczyła jej Indianka. - To futro może ci się przydać, 
szczególnie nocami.

Tatiana mnożyła argumenty, broniąc się przed przyjęciem cennego podarunku.
Re-Re-An okazała się nieugięta.

- W takim razie weź to, Ta-Ti-An, jako dowód i pamiątkę naszej przyjaźni.

Poruszona   do   łez   hojnością   przyjaciółki,   która   być  może   wyrzekała   się   połowy   swego 

osobistego majątku, Tatiana wsunęła ręce w boczne rozcięcia. Teraz miała na sobie aż sześć 

warstw ubrania i z pewnością wyglądała jak  beczka. Ale cóż, kto szykował się do walki z 
mrozami, wichrami i śniegami Nevady i Oregonu, ten musiał się odpowiednio przygotować. 

Zarzuciła, więc węzełek na ramię  i podeszła do kosza, w którym przechowywała uratowane 
resztki cennej przesyłki. Ujęła za boczny uchwyt i ruszyła ku wyjściu.

-   Cała   nadzieja   w   tym   -   rzekła   drepcząca   obok   Re-   -Re-An   -   że   Chogam   sprzedał 

brodatemu człowiekowi  mocnego kuca. Ten kosz jest ciężki, a Jo-Sigh-Ah sam ma  wiele 

bagażu.

Tatiana milczała. Nawet gdyby Amerykanin miał w jukach same tylko złoto i diamenty, to i 

tak jej kosz miał pierwszeństwo. Bez kosza cała eskapada nie miałaby najmniejszego sensu.

Opuściły wigwam. Śnieg zaskrzypiał pod stopami. Mroźne powietrze wdarło się do płuc.

Tatiana nagle się zatrzymała. Spędziła w tej górskiej dolinie wiele tygodni, widziała wiele 

wschodów   i   zachodów   słońca,   ale   dzisiejszy   poranek   wydał   się   jej   szczególnie   piękny. 

Otaczające dolinę gigantyczne góry o ostrych, poszarpanych szczytach były jak zęby jakiejś 
mitologicznej   bestii,   zatopione   w  ochłapie   sinawoniebieskiego   nieba.   Jakkolwiek   słońce 

jeszcze   nie   wyłoniło   się   zza  wschodniej ściany,  jego promienie już malowały  ośnieżone 
szczyty na złocistopurpurowy kolor. Powietrze stało  nieruchome. Śnieg skrzył się niczym 

diamentowy proszek. Jedynym ciemnym znakiem była sylwetka orła na niebie.

Tatiana chłonęła piękno poranka wszystkimi zmysłami.  Majestat gór przemawiał do jej 

duszy. Nagle jednak posmutniała. Uświadomiła sobie ogrom przeszkody, którą  zamierzała 
pokonać.  Teraz patrzyła na góry już zupełnie innym wzrokiem. Przestała  dostrzegać ich 

background image

piękno, a zaczęła zauważać ich potęgę. Za gardło chwycił ją strach.

Ale trwało to tylko chwilę.  Przecież  już raz pokonała  te urwiste, niebotyczne szczyty. 

Wtedy,   co   prawda,   śnieg  leżał   tylko   w   najwyższych   partiach   i   szło   obok   niej   sześciu 

mężczyzn, ale tak czy inaczej przeszła.

Tatiana i Re-Re-An patrzyły teraz sobie w oczy. Obie myślały o tym samym i obie bały się 

tego samego.

- Będę modliła się za ciebie do górskich duchów - powiedziała dziewczyna. - Poproszę, żeby 

zaopiekowały się w drodze tobą i twoim mężem.
- To nie jest mój mąż. - Tatiana mszyła, ciągnąc za sobą kosz. - To tylko towarzysz podróży.

Figlarny uśmiech zaigrał na wargach Indianki.

- Wykupił cię i jedziesz z nim. W naszym rozumieniu to wystarczy, żeby uważać was za męża i 

żonę.
- Natomiast w naszym pojęciu to o wiele za mało -odparła Tatiana, a każdemu jej słowu 

towarzyszył obłoczek pary.

W wiosce widać już było oznaki porannej krzątaniny. Z otworów w szczytach wigwamów 

unosiły się pióropusze błękitnego dymu. Dzieciarnia znosiła w skórzanych bukłakach wodę 

ze   strumienia.   Na   skraju   ogołoconego  z liści  zagajnika  ujadająca  sfora uganiała  się za 
śmigłym królikiem. Podenerwowane jazgotem konie i kuce parskały i tupały kopytami.

W pobliżu wigwamu Chogama panował jakiś niezwyczajny spokój. Tatiana była tym nieco 

zaskoczona. Spodziewała się, ba, była niemal pewna, że zobaczy jucznego konia Amerykanina 

gotowego już do drogi. Czyżby przełożył swój wyjazd na inny dzień? Było to całkiem możliwe, 
zważywszy, że hulał tej nocy do białego rana, a może robił też jakieś inne haniebne rzeczy. 

Wyczerpany, machnął na wszystko ręką i postanowił przespać ten dzień.

Wtem   klapa  uniosła   się   i   na   świat  boży   wyłonił  się   Chogam.   Miał   poszarzałą   twarz   i 

zamglone, zaczerwienione oczy.

Re-Re-An wybuchnęła perlistym śmiechem.

- Wyglądasz, drogi mężu, niczym łoś, w którego nosie  kolczatka pozostawiła większość 

swoich kolców.

Wódz chrząknął i coś tam mruknął.

- Amerykanin jeszcze śpi? - spytała Tatiana, zastanawiając się, czy budzić go i ponaglać do 
drogi, czy też cierpliwie czekać, aż sam coś postanowi. Teraz, kiedy miała przed sobą ostatni 

etap swej długiej i niebezpiecznej podróży, żałowała każdej straconej minuty.

background image

- Gdzieżby tam spał - odparł Chogam. - Odjechał.

- Odjechał?! - Okrzyk Tatiany zabrzmiał w rozrzedzonym, nieruchomym powietrzu niczym 

rozpaczliwe wołanie o pomoc. - To niemożliwe. Przecież słońce dopiero co wschodzi.

Wódz skrzywił się. Przenikliwy głos Tatiany świdrował bolącą głowę.

- Wyruszył przed godziną. Powiedział, że przez dolinę  może jechać równie dobrze przy 

świetle księżyca. Chce dzisiaj zrobić szmat drogi.

Tatiana patrzyła na wodza z przerażeniem w oczach. Otworzyła usta, lecz przez jej ściśnięte 

gardło nie mogło przecisnąć się żadne słowo.

- Jo-Sigh-Ah zapłacił za twoje utrzymanie – pocieszał ją Chogam. - Możesz zostać z nami 

do wiosny. Nie stanie ci się żadna krzywda. Potem stopnieją śniegi i przyjadą po ciebie ludzie 

z twojego plemienia.

Trwoga Tatiany przeobraziła się w gniew. Tak miały się  zakończyć jej wszystkie zabiegi, 

prośby   i   starania?   I   na  cóż   się   zdało   jej   wczorajsze   pasowanie   się   ze   sobą?   To   po   to 
zdecydowała się na skrajne poświęcenie, by dzisiaj dowiedzieć się, że zostaje w tej dolinie, 

niczym w pułapce, z której nie ma wyjścia? Gniew rósł i przeradzał się w wściekłość. Och, 
niech tylko los ponownie zetknie ją z tym niegodziwcem, szubrawcem, prostakiem i kim tam 

jeszcze! Wtedy pokaże mu, gdzie raki zimują.

Dlaczego jednak ma czekać na niespieszne i w gruncie rzeczy wątpliwe działanie losu? Czyż 

brakuje jej woli, tej siły potrzebnej do podjęcia decyzji? Otóż nie. Ruszy śladem Amerykanina, 
dogoni go i powie mu, co o nim myśli.

Tymczasem Chogam obserwował uważnie Tatianę. Widział, jak jej twarz na przemian blednie 
i czerwieni się z gniewu. W rezultacie zaczął się zastanawiać, czy wytargowana cena warta była 

kłopotów, które mógł ściągnąć na swoją głowę. Ta biała squaw była jak mustang, którego nie 
sposób   ujeździć.   Wierzgała   stawała   dęba,   była   nieobliczalna,   a   nawet   szalona   w   swoich 

poczynaniach. Może i  nie miała złego serca, ale nąjzłośliwsze jędze w wiosce nie mogły jej 
dorównać. Jej usta syczały, jej oczy przeszywały  na wylot, na jej twarzy nigdy nie zagościł 

uśmiech.   Co  gorsza,   dawała   zły   przykład   innym   kobietom.   Niektóre   zaczynały   nawet   ją 
naśladować. Jak chociażby ta potulna, dobra i zawsze uśmiechnięta Re-Re-An, która nigdy 

przedtem nie ośmieliłaby się patrzeć na niego takim karcącym wzrokiem.

Kiedy więc Tatiana odrzuciła do tyłu głowę i oznajmiła  twardym, niemal rozkazującym 

głosem,   że   za   uwolnienie  Zielonych   Węży   od   swojej   osoby   zadowoli   się   kucem,  wódz 
wprawdzie zaprotestował, ale uczynił to bez większego przekonania.

background image

- Nie możesz przeciwstawiać się woli swojego męża.

- Mogę. A nawet muszę. Zresztą Amerykanin nie jest moim mężem.

Na twarzy stojącej obok Re-Re-An odmalował się niepokój.

- Ta-Ti-An, przecież ty nie znasz górskich szlaków. Zabłądzisz i zginiesz.
Tatiana pominęła milczeniem to ostrzeżenie. Zwróciła się do Chogama:

- O ile wiem, brodaty człowiek idzie piechotą, prowadząc kuca, którego mu sprzedałeś, czy 

tak?

Wódz kiwnął głową, więc mówiła dalej:

- Kuc, którego dostanę od ciebie, musi mieć żelazne nogi. Mam, bowiem zamiar objuczyć 

go koszem i sobą. Ruszę śladami brodatego człowieka. Dogonię go w ciągu godziny.

Chogam popadł w prawdziwą rozterkę. Chciał pozbyć się tej kobiety, a równocześnie czuł 

się odpowiedzialny za jej życie i zdrowie.
- Dobrze, dam ci kuca. Ale nie puszczę cię samej.

- Nie chcesz chyba...
-   Dostaniesz   przewodnika.   Będzie   towarzyszył   ci   do  chwili,   gdy   zobaczycie   brodatego 

człowieka. Będzie to oznaczało, że od tej pory on się o ciebie troszczy.

Uśmiechnął   się.   Tak   właśnie   powinien   postępować  wódz Zielonych Węży. Zgodnie z 

zasadami i prawami przodków. Josh maszerował raźnym krokiem przez ośnieżoną dolinę. Za 
nim kroczył włochaty kuc, zwierzę, którego nie zamieniłby na najbardziej rączego konia. Cóż 

po koniu na wąskiej, skalnej, oblodzonej półce? Pewna śmierć. A kuc był jak kozica. Potrafił 
wejść   tam,   gdzie   nawet   człowiek  z   trudnością   sobie   radził.   W   tych   szczególnych 

okolicznościach   mieć   dobrego   kuca   to   jakby   mieć   skrzydła,   a   ten   sprzedany   mu   przez 
Chogama wydawał się dzielnym zwierzęciem.

Josh był w swoim żywiole. Zmierzał ku górom, którym jeszcze dziś rzuci wyzwanie. Góry 

były jego żywiołem  i jego domem. Majestat spiętrzonych skał, bezruch tysiącletnich sosen, 

błękit nieskalanego nieba, wszystko to nastrajało jego duszę na jakiś szczególny ton.

Gdyby ułożył sobie życie na wschodnim wybrzeżu, byłby dziś pułkownikiem albo, co 

najmniej majorem.  Prawdę mówiąc, awans bez wojny to trudna rzecz, dopiero  wojna daje 

szansę młodym. Nawet jednak w tym okresie pokoju, który trwał już od z górą dwudziestu lat, 
to   znaczy  od   wygranej   bitwy   o   Nowy   Orlean,   Josh   mógł   spodziewać   się   regularnych 

awansów. Ukończył West Point z wyróżnieniem i niewiele brakowało, a wżeniłby się w rodzinę 
człowieka, który od trzech lat był prezydentem Stanów Zjednoczonych.

background image

Śmierć Catherine sprawiła, że świat wielkiej polityki  stracił w oczach Josha cały blask. 

Złamany bólem, podążył na zachód. Spędziwszy jakiś czas w wysuniętych  fortach Iowa i 
Missouri, ruszył w dalszą wędrówkę. Wabiły go i przywoływały niebotyczne góry Idaho i 

Utah,  Nevady i Oregonu, które razem tworzyły swego rodzaju  mur broniący od zachodu 
żyznej i życiodajnej niziny.

Gotów był zrezygnować ze wszystkiego, byleby tylko móc odpowiedzieć na to wołanie 

skalnych kolosów. Wuj Catherine, senator z Nowego Jorku, przekonał odpowiednie czynniki, 

by powierzyły Joshowi misję wywiadowcy i mierniczego. I tak od sześciu lat porucznik Jones 
wędrował po niezmierzonym terytorium, sporządzając mapy rzek i dolin, poznając nowe 

indiańskie  plemiona,  walcząc o przetrwanie  i coraz  bardziej  zakochując się w tej ziemi. 
Niespodziewanie przed kilku tygodniami obarczono go o wiele poważniejszym zadaniem.

Otóż wybranego przed trzema laty na urząd prezydenta  Martina Van Burena zaniepokoiły 

pogłoski o wzrastającym zainteresowaniu Francuzów, Anglików, a nawet Rosjan rozległymi i 

dziewiczymi obszarami Oregonu jako ewentualnym terenem osadniczej ekspansji. Prezydent, 
dla którego doktryna Jamesa Monroe, odrzucająca wszelką ingerencję krajów europejskich w 

sprawy   państw   amerykańskich,   była  wyznaniem   wiary,   zdecydowany   był   nawet   na   wojnę. 
Przedtem jednak chodziło o możliwie pełne zorientowanie się  w stanie rzeczy. W rezultacie 

Josh   wyruszył   na   zachód   z   misją   wywiadowczą,   w   ramach   której   miał   ustalić   stopień 
aktywności obcych mocarstw w Oregonie.

Teraz przemierzał równym, pewnym krokiem dolinę Indian Hupa, a jego wzrok błądził po 

rysujących się na tle nieba ośnieżonych szczytach północnego skraju łańcucha Sierra Nevada. 

Słoneczne promienie już od godziny nagrzewały zbocza, topiąc śnieg i wydobywając spod 
niego pojedyncze skały i niewielkie połacie nagiej ziemi. Świerki i sosny, jeszcze przed dwoma 

dniami osypane puchem, pyszniły się teraz ciemną zielenią swych igieł. Jeśli szczęście mu 
dopisze, on, Josh, zdoła pokonać te góry przed kolejną śnieżną burzą, której o tej porze roku 

należało się  spodziewać. Nasunął więc swój bobrowy kapelusz głębiej  na oczy i wydłużył 
krok.

Obszary   porośnięte   lasem   przeplatały   się   w   dolinie  z   przestrzeniami   otwartymi, 

urozmaiconymi jedynie skałkami lub niewielką grupą drzew. Josh znajdował się właśnie na 

pograniczu takich dwóch przestrzeni, kiedy wyczuł, że ktoś posuwa się jego śladem. Spojrzał za 
siebie, ale nie dostrzegł żadnego podejrzanego ruchu. Wytężył słuch. Jedynym dźwiękiem, jaki 

wychwycił, były zabawne pokrzykiwania wiewiórek, które ostrzegały siebie nawzajem przed 
dziwnym intruzem. Josh już zbyt długo przemierzał  samotnie połacie tej dzikiej ziemi, by 

background image

zlekceważyć owo charakterystyczne mrowienie na karku, sygnalizujące mu, że nie jest sam.

Zdjął z pleców strzelbę, sprawdził, czy w lufie jest nabój, i odbezpieczył. Następnie to samo 

uczynił z pistoletem, z tym, że musiał dosypać prochu, który nosił w przytwierdzonym do pasa 

bawolim rogu. Wykonał te wszystkie czynności wprawnie i niespiesznie. Nie czuł przy tym 
najmniejszego   lęku.   Ostatecznie   miał   już   za   sobą   wiele   spotkań  z   niedźwiedziem, 

kuguarem czy wilkiem.

Jego   uszu   dobiegł   jakiś   niewyraźny,   przytłumiony  dźwięk.   Różnił   się   od   zwykłych, 

znanych mu odgłosów gór, dlatego był niepokojący. Josh postanowił spenetrować okolicę. 
Przywiązał kuca do najbliższego drzewa i ruszył po swoich własnych śladach. Posuwał się 

bezszelestnie mimo miejscami zmrożonego śniegu. Od czasu do czasu, jakby dla uspokojenia 
nerwów,   gładził   pieszczotliwie  Długiego   Toma,   strzelbę,   z   której   mógł   powalić   z 

kilkudziesięciu metrów rozpędzonego bizona.

Długi, przeciągły pisk rozdarł powietrze w momencie, kiedy Josh zastanawiał się właśnie, w 

którym kierunku ma zboczyć ze szlaku. Pisku tego nie mogło wydać żadne  z żyjących tu 
dzikich zwierząt. Josh puścił się w lewo długimi susami.  Gałęzie  drzew chlastały  go po 

twarzy, lecz  widać już było prześwit. Wypadł na niewielką polanę z bronią gotową do 
strzału.

Jakiś pękaty osobnik w futrze z lisów pochylał się nad podłużnym kształtem na śniegu.
Wciąż czujny i przygotowany na każdą ewentualność, Josh krzyknął:

- Ej,

 

ty

 

tam!

 

Dlaczego

 

idziesz

 

moim

 

śladem?

Osobnik wyprostował się i odwrócił. Z tą chwilą okazało  się, że jest kobietą. I to bardzo 

szczególną kobietą.

Josh przeklął. Niecny, podstępny Chogam! Nie dotrzymał umowy!

- Co, u diabła, robisz sama tak daleko od wioski?!  I gdzie twój koń? - spytał, z trudem 
hamując gniew.

- To głupie, tchórzliwe zwierzę po prostu wyrwało się i uciekło - odparła z taką miną, jakby 
wszystkie kuce, osły, muły i konie świata zmówiły się przeciwko niej. - Spadł kosz, więc 

zatrzymałam się, by go na powrót  przymocować. Wtem z tamtej gęstwiny wyszedł jakiś 
zwierz z długim, obwisłym pyskiem i rogami, jakich  w życiu jeszcze nie widziałam. Gdy 

próbowałam go ode-gnać, mój kuc uznał, że nic tu po nim, i zostawił mnie samą.
- Próbowałaś krzykiem odegnać łosia?!

- Josh nie posiadał się ze zdumienia. Odsunął kapelusz  na tył głowy i otarł pot z czoła. 
Prawda była taka, że zawsze do tej pory schodził z drogi łosiom, szczególnie dorosłym silnym 

background image

samcom,   których   waga   mogła   przekroczyć   nawet   pół   tony.   Łoś,   bowiem   nie   znosi 

niespodzianek i albo ucieka, albo wpada w złość i atakuje. Dysponuje zaś świetną bronią w 
postaci poroża, którego szerokość dochodzi nawet do półtora metra. Pomysł tej kobiety, by 

odganiać krzykiem  i machaniem rąk  ogromnego zwierza,  był   tyleż   szalony,   co   bardzo 
ryzykowny.

- Gdzie Chogam? - zapytał.
- Zapewne odsypia wesoło spędzoną noc.

- Dlaczego pozwolił ci na opuszczenie wioski?
- Nikogo nie pytam o zgodę, kiedy chcę coś zrobić. Ta wyprawa to wyłącznie mój pomysł.

Powiedziała to owym dobrze już mu znanym wyniosłym tonem, który tak go drażnił. Poczuł, że 

puszczają mu nerwy.

- Sądziłem, że wyraziłem się wczoraj jasno. Nie ma mowy o żadnej wspólnej wędrówce 

przez góry.

Obrzuciła go wyzywającym spojrzeniem swych aksamitnych oczu.

- Jasno określiłeś tylko rodzaj zapłaty. Miałam się zastanowić. Otóż zastanowiłam się i 

postanowiłam cię dogonić.

Joshowi zaszumiało w głowie. Chyba się nie przesłyszał. Czyżby naprawdę zgodziła się 

płacić   swym   ciałem  za   przeprowadzenie   przez   góry?   Nigdy   jeszcze   z   żadną  kobietą   nie 
wchodził w takie targi. Jego matka wbiła mu  do głowy szacunek dla płci odmiennej, jak 

również   bezwzględny   nakaz   panowania   nad   zwierzęcą   stroną   swej   natury.   Nagle   jednak 
pojawiła się okazja, której trudno było się oprzeć. W każdym razie nie zamierzał kreować się 

na ascetę.

- Czy zdajesz sobie sprawę z konsekwencji swojej decyzji?

Zadarła brodę. Och, te jej wielkopańskie ruchy i maniery!

- Zazwyczaj jeśli coś robię, to świadomie.

Krew   nadal   tętniła   mu   w   skroniach.   Zanosiło   się   na   to,   że   przeprawa   przez   góry, 

wyczerpująca   i   ryzykowna,   nieoczekiwanie   okaże   się   również   przyjemna.   Przez   chwilę 

napawał się wyobrażeniem nagiej Rosjanki leżącej z nim pod jednym kocem. Zaraz jednak 
wyrzekł się tej rozkosznej wizji. Nie należał do mężczyzn, którzy w zamian za opiekę żądają 

od kobiet wyrzeczenia się godności.

Musi też zmienić zdanie o tej rosyjskiej arystokratce. Do tej pory miał ją za wariatkę, teraz 

wiedział, że jest zdecydowana na wszystko. Jeżeli odstawi ją do wioski, co zresztą nakazywał 
zdrowy rozsądek, będzie musiał skrępować ją i przywiązać do słupa, żeby nie powtórzyła 

background image

swojego wyczynu. Doprawdy, nie miał wyboru, musiał wziąć ze sobą tę sekutnicę.

Ani myślał litować się nad nią czy też dostosować tempo marszu do jej możliwości. Żadne z 

nich, bowiem nie przeżyłoby trudów wspinaczki, gdyby miał jeszcze nosić jej klamoty lub, nie 

daj Bóg, ją samą. Spuścił, więc wolno kurki w strzelbie i w pistolecie i mając w ten sposób 
zabezpieczoną broń, wskazał ruchem głowy na kosz leżący na śniegu.

- Bierz swój bagaż. Zanim rozbijemy się na noc, musimy przejść szmat drogi.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Josh maszerował ścieżką,  którą dopiero, co wydeptał  w śniegu. Szedł długim, niemal 

żołnierskim krokiem. Jeśli Rosjanka nie wytrzyma tego tempa, mówił sobie przekona 

SIĘ

 

NA

 

samym początku, że porwała się z motyką na  słońce.  Jest osobą  inteligentną,  więc szybko 
powinna zrozumieć, że nie pozostaje jej nic innego, jak powrót do indiańskiej wioski.

Tymczasem nie usłyszał żadnej prośby, by zwolnił. Żadnej skargi na zbyt ciężki kosz. Tylko 

oddech Tatiany stawał się coraz szybszy i szybszy, i przechodził w urywane, czasami chrapliwe 

świstanie. Udawał przed sobą, że  nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Postępował jak 
podlec, żeby zniechęcić ją do dalszej wędrówki. Toteż nie spoglądał do tyłu, tłumacząc sobie, 

że nie będzie się obracał jak ten kurek na dachu.

Kuc czekał cierpliwie pod strzelistą jodłą, Powitawszy zwierzę mocnym klepnięciem w 

zad, Josh wreszcie spojrzał na swoją towarzyszkę. Wyglądała więcej niż żałośnie. Pot spływał 
strużkami po jej twarzy. Otwartymi ustami łapczywie chwytała powietrze. Szła, zataczając 

się, jak osoba dotknięta chorobą. Była blada, bielsza od śniegu.

Zrobiła ostatni krok. Josh wskazał ręką na jej ciężkie futro.

- Zdejmij to.
- Przepraszam, nie dosłyszałam. - Wydawała się półprzytomna.

 - Mówię o futrze. Zdejmij je.

Pomimo skrajnego wyczerpania, oblała się rumieńcem.

- Chcesz robić to... tutaj... teraz?

Minęła dobra chwila, nim pojął, o co jej właściwie chodzi. Krew uderzyła mu do głowy. Boże, 

że też tak mogła zrozumieć jego słowa! Prawdę mówiąc, napracował się, żeby tego właśnie 
po nim oczekiwała.

Poczuł niesmak i wstyd. Przecież już tam, na polanie,  mógł rozwiać wszystkie jej obawy. 

background image

Tymczasem odwrócił się i odmaszerował. Nic dziwnego, więc, że niewinne polecenie odebrała 

opacznie. Każdym słowem i gestem potwierdzał  opinię, jaką wyrobiła sobie o nim jeszcze w 
wiosce.

- Chcę, żebyś dopóki jeszcze jest ciepło i nie grozi to przeziębieniem, zrzuciła z siebie nadmiar 
ubrania. Inaczej wpędzisz się w chorobę, ja zaś nie zamierzam taszczyć chorej.

- Niczego od ciebie nie chcę i nie oczekuję. Proszę tylko, żebyś przeprowadził mnie przez te 
góry.

- Prosisz? - Wydął wargi. - Kto tak prosi, ten faktycznie żąda.

Znowu przybrała ów wyniosły charakterystyczny wyraz twarzy, którym dawała swemu 

rozmówcy odczuć, że jest istotą niższego rzędu. Gdyby nie ta mina, zapewne zdecydowałby 
się   zakończyć   tę   farsę   i   powiedzieć,   że   podczas   całej   wędrówki   nie   grozi   jej   żadne 

upokorzenie. Ponieważ spoglądała nań jak na parobka, postanowił niczego nie prostować i 
nie wyjaśniać.

- Zrzuć zaraz to cholerne futro!

Nie czekał, aż to zrobi, tylko schylił się po kosz, by umieścić go na grzbiecie kuca. Zaskoczyła 

go jego waga.

- Co w nim przechowujesz? Kamienie?

- Resztki tego, co zdołałam uratować ze skrzyni.
- Chcesz powiedzieć, że wleczesz ze sobą jakieś kobiece fatałaszki?

- Co to są „fatałaszki"?

- Gorsety,

 

halki,

 

pończochy,

 

reformy...

Poweselała na twarzy.
- W takim razie nie ma w tym koszu żadnych fatałaszków, tylko...

- Tylko co? Zmarszczyła brwi.
- Tylko to, co musiałam wziąć w tę podróż.

Josh ponownie ocenił w rękach wagę kosza. Kuc i bez tego miał co dźwigać.

- Przykro mi, ale ten kosz zostanie tutaj. W jednej chwili pobladła jak płótno.
- Wykluczone!

- Coś za coś. Idziesz ze mną, ale zabierasz ze sobą tylko ten tobołek.
Dotknęła jego ręki w błagalnym geście.

- Proszę! - rzekła zduszonym głosem. - To wszystko, co pozostało mi z katastrofy. Cały mój 

dobytek pochłonęło morze.

background image

Josh mimowolnie spojrzał na jej dłoń. Leżała na jego szerokiej, zbrązowiałej ręce niczym 

drżący ze strachu ptaszek. Cóż, był głupcem, bo tylko głupcy poddają się bez walki.

- Dobrze,   będziemy   wieźć   kosz,   dopóki   okaże   się   to  możliwe.   Lecz   uprzedzam,   jeśli 

trafimy na kopny śnieg, rozstaniemy się z naszym cennym ładunkiem.

To akurat nigdy się nie stanie, przysięgła sobie w duchu  Tatiana. Jeśli naprawdę będzie 

chciał dotrzymać słowa, to ona wyszarpnie mu zza pasa pistolet i przyłożywszy lufę do jego 
głowy, podyktuje warunki. Gra toczyła się o rzecz bezcenną, choć Amerykanin jeszcze tego nie 

wiedział, bo i skąd mógł wiedzieć.

Na razie jednak jej bagażowi nic nie groziło. Josh przymocował go starannie rzemieniami do 

drągów,   będących   czymś   w   rodzaju   burt   statku,   którego   pokładem   był   grzbiet   kuca. 
Skończywszy z koszem, przypomniał sobie o futrze.

- Zdejmij tę lisią szubę.

Tym   razem   bez   słowa   wyswobodziła   się   z   futra   i   podała   mu   je.   Zostało   zwinięte   i 

przytwierdzone   do   wieka   kosza.  Teraz  oglądany  z  boku  kuc  przypominał   mrówkę,  która 
dźwiga jabłko.

Bez futra Tatiana poczuła się naprawdę dużo lepiej.  Przy okazji odkryła zadziwiającą 

praktyczność ubrania,  które miała na sobie. Przede wszystkim koźla skóra nie nasiąkała 

wodą, a więc również potem. Odporna na rozdarcie, nie przepuszczała wiatru, utrzymując 
stałą temperaturę ciała. Jej trwałość szła w parze z delikatnością  i miękkością. Frędzle 

ozdabiające   boczne   szwy   spełniały  podczas   deszczu,   można   było   się   domyślić,   rolę 
odprowadzających wodę drenów. W rezultacie Tatiana wiedziała  już, że z żalem będzie się 

rozstawała z zapewniającym cudowną swobodę ruchów ubiorem Indian Hupa. O ile, rzecz 
jasna, uda się jej sforsować góry i powrócić do krainy halek i gorsetów.

Wziąwszy do ręki wodze, Amerykanin raz jeszcze obrzucił krytycznym wzrokiem swoją 

towarzyszkę.

- Mogłabyś pozbyć się jeszcze tego serdaka. Myślę, że  i tak to zrobisz za jakieś dwie, trzy 
godziny. - Zmrużył swe bursztynowe oczy. - Gotowa?

- Gotowa.

- Nie możemy się wlec, jeśli chcemy pokonać pierwszy etap przed zachodem słońca.
- Rozumiem.

- Pod koniec będzie strome podejście.
- Dam sobie radę.

background image

- Im wyżej wejdziemy, tym rzadsze będzie powietrze. Musisz liczyć się z zawrotami głowy.

- Ruszamy czy rozmawiamy?

Nacisnął głębiej na czoło bobrowy kapelusz.

- Ruszamy.

Pierwszy szedł Josh, za nim kolebał się kuc, a za kucem drobiła Tatiana. Czuła się lekka i 

szczęśliwa. Wyszła zwycięsko z batalii z Chogamem, potem zaś z Amerykaninem. Szła do Fort 
Ross. Przy odrobinie szczęścia i z bożą pomocą może uda się jej odsunąć topór, który zawisł 

nad głową ojca.

Na powrót w jej serce wstąpiła nadzieja. Teraz była już niemal pewna, że dotrze do celu 

swej długiej i niebezpiecznej podróży. Była młoda, zdrowa i silna. Dużo silniejsza od tamtej 
Tatiany, która wchodziła po trapie na szkuner w rosyjskim porcie. Już nie bała się, że nie 

sprosta   zadaniu. Bez trudu podążała  za swoim przewodnikiem.  Każdy  krok   sprawiał   jej 
dziecinną wprost radość.

Zgodnie z tym, co zapowiedział, Amerykanin parł do  przodu, jakby dla niego liczyło się 

tylko samo pokonywanie przestrzeni. Przerwa na posiłek lub załatwianie naturalnych potrzeb 

- tego w ogóle nie uwzględniał w rachunku. W rezultacie Tatiana, opóźniona z racji właśnie 
tych potrzeb, musiała kilka razy doganiać kuca, zaś około południa, czując ssanie w żołądku, 

sięgnęła do tobołka i wyjęła kawałek wędzonego łososia.

Posilając się, rzucała okiem na wypiętrzony masyw górski. Ostre szczyty kłuły bezchmurne 

niebo, na którym  królowało słońce. Tutaj, w dolinie, wydawało się łaskawe,  jednak Tatiana 
wiedziała, że w wyższych partiach mogło poparzyć twarz. Wiedziała też, że ta pogoda miała w 

sobie coś złudnego. W każdej chwili mogły napłynąć chmury, sypnąć śniegiem i ograniczyć 
widoczność. Na razie jednak można było cieszyć się pięknem górskiego krajobrazu  i nie 

pamiętać o rozlicznych zagrożeniach.

W południe wszystko się odmieniło. Płaska dolina skończyła się i zaczęli zakosami piąć się 

po   stromym   stoku.   Nie   było   tu   żadnej   ścieżki.   Istniała   ona   tylko  w   wyobraźni 
Amerykanina. Zdawało się, że zna każdy kamień. Omijał bezbłędnie przepaściste parowy i 

skrzące się w słońcu strumienie. Z drzewami zaczęło dziać się coś dziwnego. Malały, cieniały, 
karłowaciały. Widocznie nie służyło im rozrzedzone powietrze.

Przerażona i zawstydzona tym, że słabnie, Tatiana potykała się o wystające kamienie i z 

trudem wyciągała nogi ze śniegu. Zdarzały się miejsca, gdzie zapadała się w białym puchu 

po kolana, ale i takie, gdzie cienka  stwardniała powłoka ofiarowywała chwilę oddechu. 

background image

Tych różnic z początku nie umiała  sobie wytłumaczyć, wprędce jednak uporała  się z tą 

zagadką. Wiatr, stopień nachylenia stoku, jego usytuowanie względem słońca,  wszystko to 
decydowało o grubości śnieżnej powłoki. Tak czy inaczej, zdecydowanie lepiej było iść po 

stwardniałym śniegu.

Gdy wydostali się na pierwszą przełęcz, Tatiana pomyślała, że decydując się na wędrówkę, 

zgrzeszyła pychą. Goniła resztkami sił. Nieludzko chciało się jej pić. Usta chwytały powietrze, 
ale   płucom   wciąż   było   go   za   mało.  Na szczęście  Amerykanin  uznał,  że trzeba  napoić i 

nakarmić kuca. Tatiana padła na śnieg i otarła zalaną potem  twarz rękawem skórzanej 
tuniki. Ujrzała na śniegu cień.

Uniosła głowę - Amerykanin wydawał się wysoki jak sosna.

- Czy wszystko w porządku?

To najzwyklejsze pytanie było jednak wyrazem pewnej troski. Od początku wędrówki nie 

zamienili   ze   sobą   ani  jednego   słowa.   Amerykanin   interesował   się   tylko   kucem.   Tatiana 

rozumiała go. Od kuca bardzo dużo zależało. Natomiast od niej nic lub prawie nic. Była tylko 
kłopotliwym ciężarem.

- Chwilę odpocznę, złapię oddech i możemy iść dalej - odpowiedziała.

Kiwnął głową, po czym przykucnął i zaczął przypatrywać się ostremu spadkowi za przełęczą. 

Zauważyła, że oddycha równo i swobodnie, jakby dopiero, co wstał z łóżka, podczas gdy jej 
płuca pracowały jak kowalskie miechy. Nie dostrzegła też potu na jego czole. Jak on to robił, 

że w ogóle się nie męczył? - spytała się w duchu, zażenowana, że zazdrości mu tego dobrego 
samopoczucia. Miał na sobie rozchełstaną pod szyją koszulę z koźlej skóry, bogato zdobioną. 

Patrząc na niego, można było pomyśleć, że wokół panuje wiosna.

Tatiana westchnęła i zaczęła wachlować rozpaloną twarz otwartą dłonią. Ruch ten zwrócił 

uwagę Amerykanina.

- Słońce jest niebezpieczne, szczególnie na tej wysokości. Może poparzyć skórę. - Wskazał 

ręką ku miejscu, gdzie, osłonięty przed wiatrem, stał ich poczciwy kuc. - Czy w tym koszu 
masz jakiś kapelusz czy czapkę?

Potrząsnęła  głową. O dziwo, uśmiechnął się do niej.  Być może był to ten sam uśmiech, 
którym zwabiał do swego wigwamu dziewczyny ze szczepu Zielonych Węży. Nawet zaczynała 

je   rozumieć.   Owszem,   sprawiał   wrażenie  nieokrzesanego,   aroganckiego   prostaka.   Kiedy 
jednak  uśmiechnął się, ukazując białe, równe zęby, i patrzył tymi swoimi bursztynowymi 

oczami,   w  których   kącikach  zbiegały   się   wachlarzowato   ułożone   zmarszczki,   łatwo   było 

background image

zapomnieć o jego licznych wadach, na przykład zbyt długiej brodzie i ramionach drwala, i 

oddać się samej przyjemności patrzenia nań.

- Proszę. - Podał jej swój bobrowy kapelusz. – Lepiej  chodzić w czymś takim niż mieć 

purpurową twarz.

Tatianę przeraziła perspektywa purpurowych policzków i nosa. Dlatego nie protestowała, 

kiedy   wkładał   jej  na   głowę   to   swoje   okropne   coś,   co   mogło   być   wszystkim,  tylko   nie 
nakryciem głowy. Ciężki jak worek mąki, bobrowy kapelusz o obwisłych kresach od razu 

obsunął się aż na brwi. Zniknęło niebo, zniknęły szczyty gór, pozostał tylko obraz długich nóg 
Amerykanina. Odchyliła do tyłu głowę, nie chcąc tak nagle przemieniać się w kreta.

Ciągle się do niej uśmiechał.

- Nie przejmuj się. Poradzimy coś na tę małą niedogodność.

Wyczarował skądś kawałek rzemienia i użył go do umocowania kapelusza na jej głowie. 

Przede wszystkim wywinął opadające rondo, przywracając w ten sposób Tatianie widok gór. 

Rondo to jednak było równocześnie dostatecznie szerokie, by nadal osłaniało przed słońcem. 
Potem połączył oba końce rzemienia pod jej brodą i zawiązał na kokardkę. Skoro uznał to za 

konieczne, to zapewne liczył się z możliwością nadejścia trąby powietrznej, gdyż  tylko coś 
takiego mogłoby zerwać z jej głowy to gniazdo.

- Czy

 

tak

 

dobrze?

 

-

 

zapytał,

 

poprawiając

 

węzeł.

Poczuła jego dłonie na szyi, wzdrygnęła się i cofnęła.

Od razu też zorientowała się, że popełniła błąd, lecz było już za późno, by cokolwiek naprawić. 
Wyraz twarzy Jonesa nagle się zmienił. Już nie uśmiechał się do niej, miał  oblicze równie 

nieruchome i lodowate jak te osypane śniegiem szczyty nad ich głowami.
- Zapomniałem, że nie lubisz być dotykana. Broniąc się przed tą kpiną, odparła chłodno:

- Nie godzi się dotykać.
- Doprawdy?

Jego głos zabrzmiał w jej uszach jak zgrzyt.

- Są reguły właściwego zachowania.

Obrzucił jej ciało aroganckim, bezczelnym spojrzeniem, jakby była wystawioną na targu 

niewolnicą.

- Więc niby jak to sobie wyobrażasz? Z jednej strony mówisz, że chcesz dotrzymać umowy, 

z drugiej zaś zabraniasz się dotykać. Bardzo jestem ciekaw, jak pogodzisz te sprzeczności.

Znęcał się nad nią dokładnie w ten sam sposób, w jaki rosyjscy chłopi zwykli się znęcać nad 

background image

niedźwiedziem na placu targowym. Zacisnęła zęby.

- Nie martw się. Wymyślę jakieś rozwiązanie.
W jego uśmiechu nie było ani śladu przyjaźni.

- Przygotuj się na coś więcej niż myślenie. Mamy przed sobą długą i trudną drogę.
Odwrócił się i podszedł do kuca. Znów ustawili się jedno za drugim: Jones, juczne zwierzę 

i ona, niewolnica i dama w jednej osobie. Ścieżka za przełęczą schodziła ostro w dół. Całe to 
zbocze było pogrążone w cieniu i panował tu przejmujący chłód. Tatiana ledwo zwracała 

uwagę na otoczenie. Wszystkie jej myśli skupiał idący na przedzie mężczyzna.

Dlaczego zareagowała na jego dotknięcie? Skąd brała się w niej pokusa przeciwstawiania 

się mu? Przecież w niczym jej nie zawinił, przeciwnie, zdobył się na wspaniałomyślny gest, 
darowując jej swój kapelusz. Gdyby miała, choć  trochę oleju w głowie, odpowiedziałaby 

życzliwością na jego życzliwość, co uczyniłoby najbliższą noc łatwiejszą do zniesienia.

Zacisnęła usta. Utkwiła wzrok w jego szerokich plecach. Na świętego Igora, ależ on jest 

wielki. Aleksiej też nie zaliczał się do chuderlaków, ale Amerykanin to była prawdziwa góra 
mięśni.   Odpowiednio   też   więcej   musiał  ważyć.   Na   myśl   o   tym   zalała   ją   fala   gorąca. 

Przypomniała sobie wczorajszą scenę w łaźni, kiedy to Jonesowi upadł koszyk, ukazując całą 
jego imponującą męskość.

A niech to! Rozedrze ją na pół!

Zaraz jednak skarciła się w duchu. Najwyraźniej zaczynała popadać w histerię. Co jak co, ale 

dziewictwo dawno już złożyła na ołtarzu małżeństwa. Zdobyła też pewną

wiedzę o tych sprawach. Wiedziała, więc, że nawet najbogacej wyposażony mężczyzna nie 

zagrozi odpowiednio przygotowanej kobiecie. Tak, ciało dość łatwo mogło się przystosować. 
Stokroć trudniej przygotować duszę, zapełnić czułością owo puste miejsce w sercu, które 

zdawało się dziurą po kuli. Współżycie z Aleksiejem polegało  właśnie na dawaniu sobie 
przyjemności i bodaj tylko przyjemności. I czym się to skończyło? Wędrowała teraz po tych 

ośnieżonych górach, dręczona niepokojem, co przyniesie najbliższa noc.

Och, ile by dała za to, by uwolnić się od zmartwień; pomyśleć, o czym innym, na przykład o 

rodzinnym domu;  przypomnieć sobie pieśni, które tak lubiła grać na fortepianie, i znów 
zobaczyć   ciągnące   się   aż   po   horyzont   kwitnące   wiśniowe   sady;   przejechać   się   trojką   i 

przypatrzeć tańcom na wiejskim weselu; opuścić tę obcą ziemię i wrócić do ukochanego kraju. 
I już nigdy nie obawiać się nadchodzącej nocy.

Tatiana opędzała się od tęsknoty za domem i rodziną,  by się zupełnie nie rozkleić. Josh 

natomiast robił rachunek sumienia.

background image

Przede wszystkim wyrzucał sobie straszliwą głupotę. Po cóż dotykał jej szyi i po co w ogóle 

dał jej swój kapelusz? Żadne z nich nie przeżyje tej wyprawy, jeżeli on, przewodnik i kapitan, 
będzie szedł za odruchami serca lub zmysłów.

A przecież o mało, co ta Rosjanka nie podyktowała mu swoich warunków. Była piękną 

kobietą i jak każda piękna kobieta miała wielką władzę. Już czuł, że nie jest tym człowiekiem, 

co wczoraj czy jeszcze dzisiaj rano. Słyszał  jej przyspieszony, nierówny oddech i coraz 
trudniej było mu utrzymać tempo marszu. Pokusa zwolnienia kroku stawała się przemożna. 

Wszystkie   wbite   mu   do   głowy  przez   matkę   zasady   dobrego   wychowania   zaczęły   nagle 
domagać się spełnienia. Na razie się opierał i gdy przechodzili nad bezdenną przepaścią, nie 

spojrzał do tyłu i nie sprawdził, jak radzi sobie jego towarzyszka. Celowo zachowywał się 
bezdusznie, by jak najprędzej przystosowała się do trudnych warunków i zahartowała. Musiał 

przygotować ją do pokonywania jeszcze większych przeszkód, na które natkną się w dalszej 
wędrówce. Niemniej ta narzucona sobie bezwzględność uwierała go niczym kamyk w bucie.

Gdyby nie zareagowała wówczas tak, jak zareagowała, a przypominała osobę przestraszoną 

widokiem grzechotnika, kto wie, czy nie poszedłby za pierwszym impulsem i nie pocałował 

jej. Usta miała pełne, dojrzałe i kuszące. Kuszące miała też ciało. Nie wyglądała na kobietę, 
której nie dotykał jeszcze żaden mężczyzna, a gdy wtargnęła wczoraj do łaźni, nie wydawała 

się zażenowana widokiem  dwudziestu kilku nagich mężczyzn. Josh był przekonany,  że już 
doświadczyła fizycznej miłości.

Być może w związku z tym powinien zażądać od niej wywiązania się z umowy; uwolnić się 

ostatecznie z krępujących go więzów kultury i pozwolić rządzić sobą popędowi seksualnemu. 

Obywał się bardzo długo bez kobiety, a skutek tego był wiadomy. Skoro Rosjanka tak mało 
ceniła sobie swoją kobiecą godność, że przehandlowała ją w zamian za przeprowadzenie przez 

góry, to niby dlaczego on miałby wyrzekać się czegoś, co samo pchało mu się w ręce?

Najpierw jednak musieli dojść do miejsca nocnego postoju. Tam rozbiją obóz, później zaś, 

zdecydował z narastającym gniewem, niech się dzieje, co chce.

Po kolejnej godzinie marszu gniew Josha osłabł, mocniej natomiast dawała o sobie znać 

obecność kobiety idącej z tyłu. Jej chrapliwy, przyśpieszony oddech dosłownie smagał go po 
plecach. Na próżno Josh starał się nie myśleć o swojej towarzyszce. Właśnie schodzili skosem 

po   spadzistym   stoku.   Kuc   ślizgał   się   po   szklistym   śniegu   i   tylko  swemu   zwierzęcemu 
instynktowi zawdzięczał, iż zawsze  natrafiał kopytem na jakieś pewniejsze oparcie. Tatiana 

wpadła na inny pomysł, o ile pomysłem można nazwać coś, co rozgrywa się bez udziału woli. 

background image

W połowie pochyłości poślizgnęła się, straciła równowagę i zjechała na pupie na sam dół. 

Trzeba   było   przyznać,   że   nie   cackała   się  ze   sobą.   Natychmiast   poderwała   się   na   nogi, 
otrzepała ze śniegu i podjęła marsz.

Gdy  dotarli   do  kotliny,  słońce   właśnie   chowało   się  za szczyty. Josh przymrużonymi 

oczyma   uważnie   badał  okolicę.   Poszukiwał   znaków   orientacyjnych   i   bezbłędnie   je 

znajdował. Za tamtą poszarpaną turnią rozciągała  się łąka, pamiętał ją doskonale. Gdy 
obozował   na   niej  ostatnio, miał wrażenie, że chodzi po kawałku nieba, który  odpadł  z 

nieboskłonu. Cały ów, bowiem niewielki spłacheć ziemi porastały błękitne łubiny i niebieskie 
fiołki, tworząc niezwykłej, wręcz nieziemskiej urody kobierzec.

Kiedy ominą turnię, o tej porze roku zobaczą jednak tylko śnieżną płaszczyznę, na której 

niepokalanej bieli będą się znaczyć co najwyżej ślady zwierząt. Josh zapamiętał, że przez 

środek   łąki   płynie   potok,   dzieląc   ją   na   dwie  niemal   równe   części.   Kto   wie,   może   przy 
odrobinie szczęścia uda mu się złowić pstrąga na kolację.

Przypomniawszy   sobie   smak   zrumienionej   w   ogniu   ryby,   przyspieszył   kroku.   Po 

kwadransie byli już nad potokiem. Josh wybrał miejsce na nocleg. Ubił butami śnieg, po 

czym zajął się bagażem. Najpierw trzeba było uporać  się z węzłami sznurów i rzemieni. 
Robiąc to, kątem oka zerknął na Tatianę, po czym zatrzymał na niej wzrok dłużej.

Klęczała   na   śniegu,   łamiąc   lód   i   tworząc   przerębel   dla  nabrania   wody.  Czarne   włosy 

wysunęły się spod kapelusza i opadły jedwabistymi pasmami na ramiona. Wilgotna plama na 

rajtuzach   w   miejscu   pośladków   przyciągnęła   jego  spojrzenie.   Ów   ślad   po   zjeździe   po 
ośnieżonym stoku działał drażniąco na jego zmysły. Krew uderzyła mu do głowy.

Dość   tego!   -   powiedział   sobie   w   duchu.   Oderwał  wzrok   od   krągłości   i   podjął 

rozsupływanie węzłów. Co się z nim działo, do diaska?! Reagował, jakby ta kobieta była klaczą, 

a   on   dopuszczonym   do   niej   ogierem.   Stał   się   igraszką   popędu   seksualnego   i   poza 
pożądaniem niczego w nim nie było. Przecież on nawet nie lubił tej kobiety.

Poczuł, że trzeźwieje. Być może zdziczał podczas tych  lat samotnych wędrówek. Zapewne 

przydałby mu się dłuższy pobyt w mieście, gdzie stosunki między ludźmi regulowane są przez 

konwencje, zakazy i nakazy. Wszak Catherine nigdy nie budziła w nim aż takiego pożądania. 
Będąc z nią sam na sam, nie musiał zaciskać zębów, aby  poskromić żądzę. Catherine Van 

Buren, w odróżnieniu od tej Rosjanki, poruszała w nim tylko to, co dobre i szlachetne.

Przypomniał sobie dzień swoich zaręczyn i poczuł przejmujący, dobrze mu znany ból. I jak już 

wielokrotnie, ból umiejscowił się pod mostkiem i trwał, kiedy on, Josh, ściągał z kuca ładunek, 
rozkładał  toboły na  udeptanym  śniegu i odmierzał  zwierzęciu  porcję ziarna.  Niczym stary, 

background image

wypróbowany przyjaciel, ból nie opuszczał go, kiedy rozpalał ognisko i stawiał na kamieniach 

kociołek z wodą. Tak, miał swego wiernego towarzysza i już prawie go polubił.

Zleciwszy Rosjance podtrzymywanie ognia, wziął siatkę na ryby i ruszył w dół potoku. 

Powrócił po kwadransie z dwoma tłustymi pstrągami. Oskrobał je, wypatroszył  i nadział 
na dwa zaostrzone patyki. Jeden podał kobiecie,  drugi zatrzymał dla siebie. Kucnęli przy 

ognisku   i  zajęli  się pieczeniem ryb. Płomienie syczały,  tłuszcz  skwierczał,  ryby nabierały 
złocistego koloru. Smakowity zapach rozszedł się w powietrzu.

- Już chyba się upiekły, nie sądzisz? - spytała Tatiana.  Spojrzał  ponad ogniskiem na jej 
skupioną twarz.

- Jeszcze trzeba poczekać.

Kiwnęła głową i zwilżyła językiem usta. Josh zawiesił na nich spojrzenie. Wydały mu się 

osobliwym połączeniem sprzeczności. Wyglądały słodko i ponętnie, lecz ulatywały z nich 

słowa cierpkie i nieprzyjemne. Kusiły wizją największych rozkoszy, a równocześnie zbyt często 
układały się w wyraz niechęci lub pogardy.

Poczuł gryzący zapach spalenizny. Klnąc pod nosem, przekręcił patyk z podczernionym od 

spodu pstrągiem.  Zachowywał się jak młokos. Lepiej zająłby myśli czym  innym, a nie tą 

Rosjanką. Czymś bezpieczniejszym i milszym.

Zatopił wzrok w złocistoczerwonym ogniu. Ten kolor zawsze przywodził mu na myśl bujne 

włosy Catherine.  Ale tym razem Catherine nie chciała mu się objawić. Josh  widział tylko 
płomienie.

- Czy już miękkie? - spytała niecierpliwie Rosjanka.

- Zdaje się, że nasze pstrągi nadają się już do jedzenia.  Pozwól swojemu ostygnąć. Inaczej 

poparzysz sobie usta.
- Nie mogę czekać - rzekła i ująwszy swoją rybę w dwa palce, zatopiła w niej zęby.

Najzabawniejsze było to, co robiła z małym palcem prawej dłoni. Odchyliła go wytwornie w 

bok, jakby siedziała  przy palisandrowym stole, obsługiwana przez lokai, nie zaś  przez samą 
siebie w górskiej kotlinie. W skórzanych rajtuzach, sutym futrze z lisów i bobrowym kapeluszu 

z indyczym piórem, wyglądała niczym kochanka herszta bandy, a nie rosyjska arystokratka. 
Mimo to można było w niej znaleźć ślady pochodzenia z wyższej warstwy społecznej.  Dama 

jednak czy prosta dziewczyna, kiedy czuje się głodna, reaguje tak samo. Toteż Rosjanka uporała 
się z pstrągiem w mgnieniu oka.

Odrzuciła  rybi szkielet i zaczęła  starannie  oblizywać  palce. Josh jak zahipnotyzowany 

background image

patrzył na jej wąski, różowy, ruchliwy język. Zorientowała się, że skupia na sobie jego uwagę, i 

na jej twarz wystąpiły rumieńce.

- Nigdy jeszcze nie jadłam tak dobrej ryby. Może, dlatego  tak mi smakowała, że byłam 

bardzo głodna.

On również był bardzo głodny. Czuł, że zamiast żołądka ma coś w rodzaju wypalonej 

dziury.

Spojrzał na swego lekko przypalonego pstrąga. Potem na kuca. Potem znów na pstrąga. 

Na koniec przełknął ślinę.

- Nie jesz? - spytała obojętnym tonem.

Nie zwiodła go ta obojętność. Podniósł się i okrążył ognisko.

- Bierz - powiedział, podając jej patyk z rybą. - Ja stanowczo wolę wędzonego łososia.
- Naprawdę?

- Po cóż miałbym kłamać.

Chwyciła rybę i zaatakowała ją zębami. Tymczasem Josh wyjął z juków branatnoczerwony 

płat. Po chwili już mógł stwierdzić, że wędzony łosoś też nie jest najgorszy.  Zaspokoiwszy 

głód, napił się gorącej kawy i wstał.

- Idę nazbierać drewna, a ty pilnuj ognia. Potem położymy się spać. Ruszamy jutro o 

świcie.

Zastygła z uniesioną do ust ręką.

- Tak, musimy położyć się spać - wyszeptała, pozwalając rękom opaść wzdłuż ciała.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Niosąc całe naręcze suchych gałęzi, Josh kierował się na świetlną plamę ogniska. Z jego ust 

wydobywały się kłęby pary, krew pulsowała mu w skroniach, ale umysł miał jasny  i lekki. I 

właśnie dlatego, że jego myśli wiązały się w logiczne szeregi, mógł podjąć tę najważniejszą 
decyzję. Czas był już najwyższy. Musiał postanowić coś w związku ze wspólnym spaniem. Już 

dostatecznie   długo   utrzymywał   Rosjankę  w   błędnym   mniemaniu.   Pozwalał   jej   bać   się 
nadchodzącej nocy i był w tym rys okrucieństwa.

Wszedł w obręb światła z mocnym postanowieniem  uspokojenia jej. I zrobiłby to od razu, 

można by rzec, z marszu, gdyby nie jej reakcja. Skoczyła na równe nogi i popatrzyła nań mniej 

więcej z takim samym lękiem i obrzydzeniem, z jakim spogląda się na białe robactwo odkryte 
pod  kamieniem, który przed chwilą ktoś ruszył z miejsca. Do stu piorunów, jak ona potrafiła 

poniżyć   człowieka   samym   tylko   spojrzeniem!   Josh   rzucił   na   ziemię   gałęzie.   Wprawdzie 

background image

zdecydował już, że nie wykorzysta okazji, wiedział jednak, że nie przyjdzie mu to łatwo. Wbił 

zaciśnięte dłonie w kieszenie  kurtki. Chciał, żeby to ona uczyniła pierwszy ruch w tych  ich 
osobliwych szachach.

Najwyraźniej Tatiana liczyła dokładnie na to samo, i w efekcie oboje stali milcząc. Ogień 

płonął, gałęzie trzeszczały, iskry leciały ku niebu. Kuc drzemał spokojnie kilka metrów dalej. 

Na   rosnącym   w   pobliżu   karłowatym  drzewku   sikorka   beształa   inną   sikorkę   za   zbyt 
natarczywe przytulanie się.

W końcu dało się słyszeć ciężkie westchnienie Rosjanki.

- Zrobiłam posłanie - powiedziała z miną męczennicy.

Nie miała  zajęczego   serca,  Josh musiał  jej  to przyznać.  Pierwsza   poruszyła   drażliwy 

temat.

- Widzę.
- Nie chciałam grzebać w twoich pakunkach, ale... -Wskazała ręką na ułożone na śniegu 

równą warstwą gałązki jedliny. - Powinno sieje czymś przykryć, jakąś skórą lub derkami.

Postąpiła tak, jak powinna postąpić w takiej sytuacji. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. 

Wędrowcy   dzielą   się  obowiązkami.   On   poszedł   po  opał,   ona   umościła   posłanie.  Koniec. 
Kropka.

Wskazał ręką na toboły.
- W tym najmniejszym worku jest płaszcz z kapturem i skóra bizona.

Spoglądała nań ze smutkiem w oczach. Josh odniósł wrażenie, że nie usłyszała jego słów. 

Myślała zapewne o tym, co miało nastąpić.

- Jak właściwie masz na imię? - spytał, żeby odwrócić jej myśli, a także osłabić napięcie.
- Tatiana - odparła z godnością. - Tatiana Grigoriewna Karanowa.

I podczas gdy on przetrawiał w umyśle te trudne do  wymówienia słowa, ona zajęła się 

rozpakowywaniem  worka, który jej wskazał. Wyjęła zwiniętą skórę i przeniosła ją na ich 

posłanie. Skóra była dobrze wyprawiona,  lecz miała charakterystyczny zapach. No i ważyła 
swoje. Ten bizon musiał być większy od największego udomowionego byka. Tatiana dobrze 

się namęczyła, zanim udało się jej rozłożyć skórę na sosnowych gałązkach. Szeroki wełniany 
płaszcz z kapturem, coś w rodzaju peleryny, którą swobodnie mogły owinąć się dwie osoby, 

nie stwarzał na szczęście podobnych kłopotów.

Josh tymczasem odprawiał ostatnią ceremonię dnia. Wypróżnił pęcherz, sprawdził, czy 

kuc jest dobrze okryty  i ma w worku dostatecznie dużo ziarna, na koniec zaś dorzucił do 
ognia. Przez lata samotnych wędrówek wyrobił w sobie nawyk budzenia się mniej więcej co 

background image

godzina.  W rezultacie zawsze rankiem udawało mu się odnaleźć  żywy płomień, nie zaś 

wygasłe palenisko.

Wróciwszy do Tatiany, zastał ją przygotowaną już do spania. O ile tak wyglądają osoby, 

które pragną zasnąć.

Leżała nieruchomo, wstrzymując oddech, i wpatrywała  się w rozgwieżdżone niebo, jakby 

wpadła na pomysł policzenia wszystkich gwiazd.
-

Nie musisz się mnie obawiać, Tatiano - odezwał się po namyśle Josh. - Nie zamierzam 

pobierać od ciebie zapłaty za przeprowadzenie przez góry. Przynajmniej nie takiej, o jakiej 
wspomniałem wczoraj.

Przestała liczyć gwiazdy. To on, Josh, przesłaniał jej w tej chwili niebo. Jeżeli jednak nawet 

odroczenie wyroku przyjęła z wielką ulgą, to nie dała tego po sobie poznać.

- Dlaczego zmieniłeś zdanie?

Pytanie speszyło go. Nie potrafił wyobrazić sobie Catherine ani żadnej innej znanej sobie 

kobiety domagającej się od mężczyzny wytłumaczenia, dlaczego nie chce wejść pod jej kołdrę.

- Ponieważ nie zwykłem tańczyć fandango z kobietą, która wolałaby mieć za partnera raczej 
grzechotnika.

- Co to za taniec to fandango? Nie rozumiem też słowa „grzechotnik".
- Fandango to szybki hiszpański taniec ludowy z towarzyszeniem kastanietów lub tamburyna. 

Tylko nie pytaj, na Boga, co to kastaniety i tamburyn. Natomiast grzechotnik to jadowity wąż. 
Jego ukąszenie grozi śmiercią. - Położył na worku przy posłaniu swego Długiego Toma wraz 

z zapasem prochu i nabojów.

Obserwowała jego ruchy spod opuszczonych powiek. W pewnym momencie usłyszała 

trzask i szelest gałązek. Skóra bizona napięła się, a Amerykanin wyciągnął się tuż przy niej. 
Milczała. Musiała oswoić się z tą nietypową sytuacją i przemyśleć to, co niedawno usłyszała. 

W końcu odezwała się głosem niskim i zduszonym:

- Żartujesz sobie ze mnie, panie Jones?

- Bynajmniej. A teraz próbuj zasnąć. Jutro czeka nas trudna wspinaczka.
Przewrócił się na bok, nakrył połą płaszcza i zamknął oczy. Po chwili spał już płytkim snem 

trapera.

Tatiana patrzyła na szerokie plecy swego towarzysza, tak bliskie, że niemal grzała je swoim 

oddechem, i wciąż nie mogła otrząsnąć się ze zdumienia. Naprawdę była gotowa dopełnić 
swoich zobowiązań. Nalegała, by Jones wziął ją ze sobą, i zaakceptowała warunki. Była jak 

background image

najdalsza od niedotrzymania przyrzeczenia.

Nagłe jakby ktoś oblał ją ukropem. Spłonęła rumieńcem  wstydu. Uświadomiła sobie, że 

dopuszczając go do siebie, postąpiłaby dokładnie jak ulicznica, która też w zamian za  jakąś 

wymierną korzyść oddaje mężczyźnie swoje ciało. W tym momencie nie wiedziała już, kogo 
nienawidzi bardziej - Amerykanina, którego plecy zasłaniały jej widok ogniska, czy też kobiety, 

którą się stała. Leżała wyciągnięta jak struna, nie mogąc zasnąć.

Sen   nadszedł   jednak   szybciej,   niż   się   spodziewała.   Wyczerpana   zarówno   fizycznie 

całodniowym   marszem,   jak  i   psychicznie   lękiem,   który   jej   przez   cały   czas   towarzyszył, 
zapadła   w   aksamitną   próżnię.   Z  jej   warg   uleciało   bolesne  westchnienie,  niemal  jęk.  Nie 

wiadomo, co było jego źródłem - obolałe ciało czy umęczona dusza. Wszystko to, bowiem 
rozgrywało się teraz poza jej świadomością.

Nie miała pojęcia, jak długo spała. W każdym razie to nie ona się obudziła, tylko wyrwał ją 

ze snu jakiś niesamowity dźwięk. Zadygotała i podkurczyła nogi. Uderzyła w coś kolanami. 

Dopiero później uzmysłowiła sobie, że  tym „czymś" jest ciało Amerykanina. Uprzytomniła 
sobie również, że tuli się do jego pleców jak małe zagubione dziecko.

Ryk, a może był to bek, powtórzył się, jeszcze bardziej przerażający w swej niepohamowanej 

dzikości. Przerażony kuc odpowiedział niespokojnym tupaniem i parskaniem. Amerykanin 

wężowym  ruchem  wyślizgnął  się  spod  okrycia   i   sięgnął   po   strzelbę.   Przygotował   ją   do 
strzału, po czym w napięciu wpatrzył się w ciemność.

Mrożący krew w żyłach ryk, przerywany jakby bekiem, zakończył się jakimś strasznym 

bulgotaniem. Zapanowała cisza.

- Co to było? - wyszeptała Tatiana, bardziej przerażona ciszą niż tamtymi odgłosami.
- Kuguar - mruknął Josh. - Czyli puma. Wychodzi na łowy najczęściej nocą. Wygląda na to, że 

tej udało się upolować muflona. Ten dziki kot jest bardzo wybredny, jeśli chodzi o jadłospis. 
Woli ciepłą krew od mięsa. Chwyciwszy swą zdobycz, natychmiast rozszarpuje jej gardło i 

najpierw wylizuje krew. Po uczcie pumy zostaje dużo resztek. Zapewne trafimy na nie jutro.

Spojrzał   na   Tatianę.   Leżała   skulona,   dygocząc   z   zimna  i   strachu.   Spod   fałd   płaszcza 

wystawało coś białego. Gołe kolano! Dlaczego nie miała na sobie rajtuz? Dlaczego zdjęła je 
przed położeniem się spać?

Wstał gwałtownie.

- Ubierz się - rozkazał i szybkim krokiem podszedł do ogniska. Zatopił posępny wzrok w 

tańczących płomieniach.  Słyszał  szelest naciąganej  skóry. Kiedy odwrócił  się, Tatiana 
wciąż drżała, ale jej twarz barwiły rumieńce.

background image

- Chciałbym cię przeprosić - zaczął niemal szorstko, lecz zaraz jego głos nabrał miękkich 

tonów. - Traktowałem cię bez śladu szacunku i wstydzę się tego. Innej postawy powinnaś 
oczekiwać od człowieka, którego poprosiłaś o pomoc.

Tatiana wlepiła w niego wzrok. Czyżby się przesłyszała? Czyżby naprawdę myślał to, co 

mówił? Pomna na dotychczasowe doświadczenia, nie potrafiła ukryć nieufności.

Josh posmutniał. Nie winił jej, że nie uważa przeprosin za szczere. Przecież to on ustalił 

warunki, a ona je przyjęła. W rezultacie kładąc się spać, ściągnęła rajtuzy, aby gdy przyjdzie 

do uiszczania zapłaty, rzecz dokonała się bez niepotrzebnych komplikacji. Czekała na niego 
jak tania dziwka. Boże, do czego on doprowadził!

- Wbrew temu, co powiedziałem o tym hiszpańskim  tańcu, nigdy nie zamierzałem cię 

wykorzystać.

Kłamał i był tego w pełni świadomy. Prawie przez cały dzień myślał tylko o ciele Tatiany i o 

rozkoszach, jakie go czekają. Nawet teraz, dokonując tego aktu wyrzeczenia,  czuł żal, że ta 

noc i wszystkie następne niczym nie będą się różniły od nocy jego samotnych wędrówek.

Tatianę wciąż dręczyły wątpliwości.

- Co innego mówiłeś mi wczoraj w łaźni.
-   Chciałem   cię   przestraszyć.   To   był   rodzaj   groźby.   Liczyłem   na   to,   że   zniechęcę   cię   do 

włóczenia się zimą po górach.

Oczy Rosjanki roziskrzyły się, a z jej ust popłynął strumień niezrozumiałej mowy. Josh mógł 

się tylko domyślać, że przeklina go w swym ojczystym języku. Zasługiwał na to i nie zamierzał 
się   bronić.   Czekał   cierpliwie,   aż   skończy. W tej chwili  najważniejsze  było odzyskanie jej 

zaufania.   Mieli   przed   sobą   długą   i   ciężką   wędrówkę.   Pokonają  te   góry,   lecz   tylko   pod 
warunkiem, że staną się zgodnym i lojalnym zespołem. Musiał sprawić, by widziała w nim 

obrońcę i przewodnika. Jeżeli będzie się go bała i podejrzewała o najgorsze, może zakończyć 
się to poważnymi kłopotami.

Dawszy upust goryczy, przeszła na angielski.

- Skąd mam wiedzieć, że teraz mówisz prawdę? - zapytała. - Jutro mogę usłyszeć od ciebie 

całkiem inną wersję. Wciąż nie wiem, czego się po tobie spodziewać.

Sięgnął po torbę, w której chował najbardziej osobiste i najpotrzebniejsze rzeczy. Wyjął z 

niej owinięty w żaglowe płótno niewielki pakunek. Przez chwilę trzymał go w dłoni, jakby 
zastanawiając się, czy odsłonić jego zawartość. Bał się bólu, który mógł temu towarzyszyć. Już 

może z rok nie zaglądał do środka. Teraz jednak nie miał wyboru. Ostrożnie odwinął pierwszą 
warstwę, a potem następne. W jego prawej dłoni pojawił się obrazek w złoconych ramkach.

background image

- To jest portret Catherine - oznajmił z szacunkiem bliskim czci. - Mogę postępować tylko 

tak,   jak  ona  by  sobie  tego  życzyła.  Wiem,  że  wymuszenie  od  ciebie   warunków  umowy 
uznałaby za czyn niegodny.

Tatiana widziała obrazek, ale nie widziała postaci, gdyż Josh nie zamierzał rozstawać się ze 

swoją relikwią. Dostał ją z rąk Catherine w dzień oficerskiej promocji w West Point.

- Czy to twoja żona? - spytała z nutką ciekawości.
- Nie. Ta kobieta nie żyje już od sześciu lat. Umarła na miesiąc przed naszym planowanym 

ślubem.
- Co... co było powodem jej śmierci?

Josh ponownie skierował wzrok na twarz na portrecie.

- Pewnego   pięknego   dnia   wyjechaliśmy   na   przejażdżkę   otwartym   powozem.   Wiatr 

napędził chmury i lunęło. Przemokliśmy do suchej nitki. - Przełknął ślinę, gdyż zaschło mu w 
gardle. - Wywiązało się zapalenie płuc. Po tygodniu stałem już nad jej grobem.

Zamilkł. W nocnej ciszy słychać było tylko trzask palących się gałązek.

- To straszne. - Na twarzy Tatiany malowała się cała  gama uczuć. - Ja także miałam 

kogoś, kogo kochałam, a kto już nie żyje.

Słowa wyrwały go z zamyślenia.

- Twój mąż? - próbował zgadnąć.

Nieznacznie skinęła głową i zatopiła wzrok w otaczającą ich ciemność.

- Myślę,   że   moje   uczucie   do   Aleksieja   nie   było   tak  silne   jak   twoje   do   Catherine   - 

wyszeptała. - Nie byłam też jego wielką miłością. Ale przecież zakochałam się w nim i był 

mi bliski. Długo goją się rany po stracie drogiej osoby.

Josh nie pytał o śmierć Aleksieja. I tak już posunął się za daleko w wywoływaniu cieni 

przeszłości. Podzielił się z Rosjanką swoją najskrytszą, zazdrośnie strzeżoną tajemnicą, bo 
chciał   z   nią   dobrych   stosunków   na   najbliższą  przyszłość.   Starannie   zawinął   miniaturę 

ukochanej i schował na dno torby.

- Nie powiem, że będziemy spać oddzielnie, bo musimy spać razem. To góry stawiają nas 

przed taką koniecznością. Kiedy wdrapiemy się wyżej, bezcenne będzie dla nas każde źródło 
ciepła. Kto wie, czy jeszcze nie przyjdzie nam tulić się do naszego kuca. Jednakże wybór należy 

do ciebie. Jeżeli dojdziesz do wniosku, że w żaden sposób nie możesz spać ze mną pod jednym 
przykryciem, uszanuję taką decyzję.

Zrobiła nieokreślony ruch ręką.

- Chcę tylko dostać się do Fort Ross. Aby to się stało, mogę spać z kimkolwiek. Dostosuję się 

background image

do każdej sytuacji. Jeżeli będzie trzeba tulić się do kuca, uczynię to. Nic w tej chwili nie jest dla 

mnie ważniejsze od dotarcia do Fort Ross.

Wreszcie wszystko jest jasne, pomyślał Josh. Tatiana wyznaczyła sobie cel, który musiał być 

ważny, i była gotowa podporządkować mu wszystko. W tej sytuacji wyjaśni rzecz do samego 
końca.

- Nie mogę obiecać,  że doprowadzę  cię do samego fortu.   Powiedziałem   ci   już,   że   po 

przekroczeniu gór zamierzam skręcić na północ. Natomiast masz moje słowo, że po tamtej 

stronie postaram się dla ciebie o odpowiednią eskortę. Czy tak będzie dobrze?

- Tak będzie bardzo dobrze.

Josh  potarł  kark.   Ustalili  wszystko,  co  było  do  ustalenia. Załatwili  sprawę wspólnego 

noclegu. Porozumieli się, że tylko do pewnego miejsca podróżują razem. Pozostawała jeszcze 

jedna nierozstrzygnięta rzecz. Powodzenie tego planu.

- Do świtu pozostało nam jeszcze kilka godzin, więc postarajmy się przespać. Jutro czeka nas 

mozolna wspinaczka.
- Da.

Domyślając się, że to mruknięcie oznacza zgodę, Josh wrócił na legowisko. Znów pod 

ciężarem jego ciała zatrzeszczały gałązki. Ułożył się na boku i szczelnie okrył. Leżąc razem, 

leżeli w gruncie rzeczy oddzielnie.  Cóż, trzeba się było z tym pogodzić. Może, kiedy zasną, 
pomyślał Josh, podczas snu poszukają swoich ciał i obudzą się jutro rano przytuleni do siebie 

niczym kochankowie.

Wciąż myślał o Tatianie i o pełnym goryczy smutku, z którym mówiła o zmarłym mężu. 

Czy kochała go? Czy on ją kochał? A może zawarli małżeństwo tylko, dlatego, że tak wynikło z 
ustaleń   rodzinnych   i   majątkowych?   Lecz   nawet   gdyby   tak   było,   Josh   nie   mógł   sobie 

wyobrazić, żeby tamten mężczyzna nie pożądał Tatiany. Była kobietą nieprzeciętnej urody. 
Pełne   piersi,   krągłe   biodra,   szczupła   talia,   śliczna   twarz   -   wszystko   to   nie   mogło   ujść 

męskiemu oku.

A więc znów myślał o ciele tej kobiety. Nie mógł się od tego uwolnić. Co za przekleństwo! 

Jeszcze się to wszystko skończy jakimś natręctwem. Powinien, czym prędzej  skupić się na 
czym innym. Na przykład na jutrzejszej wspinaczce. Albo na mężu Tatiany, który pozostawił 

po sobie smutek w jej sercu. Na czymkolwiek zresztą, byleby nie na jej ciele!

Za jego plecami coś się poruszyło. Tatiana, mrucząc przez sen, przysunęła się i przywarła 

doń całym ciałem. Nie mógł wprawdzie wyczuć jej jędrnych piersi poprzez warstwy ubrań, 
ale ujrzał je w całej ich wspaniałości oczyma wyobraźni.

background image

Chcąc jakoś się bronić przed tą nową pokusą, zaczął liczyć gwiazdy. Doszedł już prawie do 

stu, gdy owionęło mu tył głowy słodkie westchnienie. Wzruszony, przewrócił się na plecy i 
podłożywszy rękę pod głowę Tatiany, przygarnął ją do siebie.

Sen nie nadchodził. Znów zaczął liczyć gwiazdy.

Tatianę obudziły jakieś dźwięki. Ostry zapach skóry bizona, którą okryta była po czubek 

głowy, drażnił jej nozdrza. Odrzuciła ją i rozejrzała się. Był mroźny świt. Słońce  nie wstało 
jeszcze i kotlinę zalegały cienie, lecz bez wątpienia zaczynał się nowy dzień.

Odgłosy,   które   wyrwały   ją   ze   snu,   były   najzwyczajniejsze   w   świecie:   szum   potoku, 

przeżuwanie kuca i jego par-

sknięcia, harce pokrywki kociołka wypychanej gotującą się wodą z pewnością przeznaczoną 
na gorącą i aromatyczną kawę. Usiadła na posłaniu. Odgarnęła włosy z czoła.

- Dzień dobry.

Odwróciła głowę, poszukując witającego. Ujrzała go na tle gór i blednącego nieba. Wracał 

skądś długim, sprężystym krokiem. Śnieg skrzypiał pod jego butami. Z ust buchała para.

- Niechaj   Bóg   pobłogosławi   temu   dniowi   –   rzekła  z   głębi   serca   i   ze   szczególnym 

namaszczeniem.

Zbliżył   się   do   ognia,   przyklęknął   na   jedno   kolano,  podniósł   pokrywkę   i   wsypał   do 

wrzącej wody garść ziaren.

- Zanim kawa naciągnie, możesz spokojnie jeszcze sobie poleżeć.
Była to kusząca propozycja, lecz ona, Tatiana, wolała  się nie rozleniwiać. Aby nie tracić 

ciepła, owinęła się więc tylko szczelniej płaszczem i wsparła brodę na podciągniętych   do 
piersi kolanach. Przyglądała się mężczyźnie, z którym na czas wędrówki przez góry związał 

ją los.

Jeszcze wczoraj widziała w nim nieokrzesanego gbura i niedomytego prostaka, dziś wydał 

się jej urodziwym mężczyzną. Patrzył na świat śmiałym spojrzeniem jak ktoś, kto przywykł 
do walki z przeciwnościami losu. Miał ogorzałą, zdrową cerę człowieka gór. Nie było w nim 

ani śladu zniewieściałości, która, niestety, znaczyła twarze wielu petersburskich dworaków. 
Jego   uśmiech   nie   miał   sobie   równych.   Podniecał   i   niepokoił,   rozweselał   i   napełniał 

melancholią. Szkoda, że Amerykanin nie uśmiechał się bez przerwy.

Była   mu   wdzięczna,   że   uszanował   ją   tej   nocy.   Niewykluczone,   że   oceniła   go   zbyt 

pośpiesznie, a w rezultacie  niesprawiedliwie. Być może ta wędrówka okaże się wspaniałą 
przygodą, a nie, jak myślała do tej pory, drogą przez mękę. Uskrzydlona nadzieją, odrzuciła 

background image

okrycie i dołączyła do mężczyzny przy ognisku.

W południe nadzieja miała ją opuścić.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Niespokojnie zerkając na chmurzące się niebo, Josh stopniowo wydłużał krok.

Tuż przed południem okrążyli poszarpaną turnię, przecięli piarżysko i wyszli na zupełnie 

nagą płaszczyznę, nachyloną ku zachodowi pod niewielkim kątem. Tutaj właśnie nastąpiła ta 

gwałtowna zmiana pogody. Temperatura nagle się obniżyła, niebo zasnuły chmury, wzmógł 
się wiatr. Po niedługim czasie był to już wicher, który wył w wąwozach, świstał na zboczach 

i wzbijał tumany śniegu, pędząc je na wędrowców.

Oni zaś znajdowali się jakby na środku odkrytej przestrzeni. Jedynie świstak mógłby tu 

znaleźć jakąś dziurę, ale nie człowiek i nie kuc. Na domiar złego kłębiaste chmury obniżyły 
się i spowiły szarym welonem całą okolicę. Klnąc w żywy kamień, Josh jeszcze przyśpieszył 

kroku. Po kolejnym kilometrze z kucem zaczęło się dziać coś  niedobrego. Robił bokami i 
głucho stękał. To silne, dzielne i posłuszne zwierzę nie wytrzymywało po prostu trudów i 

tempa wędrówki. Nie było rady - trzeba było je odciążyć. Zatrzymali się. Josh z ponurą miną 
rozsupływał węzły i pętlice.

- Co robisz?! - Tatiana usiłowała przekrzyczeć wycie wichru.

- Musimy za wszelką cenę dotrzeć do linii lasu, i to jak najszybciej! - odkrzyknął Josh. - Kuc 
nie zrobi kroku dalej z tym obciążeniem. Musimy pozbyć się części bagażu.

- A w tym miejscu nie moglibyśmy przeczekać wichury?
- Co?! - zawołał, dosłyszawszy jedynie dwa ostatnie słowa.

- Czy nie możemy zostać tutaj?!
- Nie. Nie ma żadnej osłony. Zamiecie nas i zasypie, przewieje i zamrozi. Pozostanie tu byłoby 

samobójstwem.

Chwycił za brzegi kosza. Na twarzy Tatiany odmalowało się przerażenie.

- Ale...
- Żadnych „ale". - Ciężki kosz buchnął w zaspę.

- Nie możemy się tego pozbywać. - Uczepiła się jego ramienia. - W żadnym razie!

Odtrącił ją brutalnie.

- Ani   słowa   więcej!   Masz   dwie   minuty   na   wyjęcie  z   tego   przeklętego   kosza 

najpotrzebniejszych   rzeczy,   to  znaczy   wszystkiego,   co   będzie   ci   niezbędne   przez   kilku 

background image

następnych dni.

Los kosza podzieliło jeszcze kilka pakunków i tobołów. W rezultacie ładunek zmniejszył 

się o więcej niż połowę. Josh uszczuplił przy tym znacznie zapas żywności. Zrobił to z ciężkim 

sercem, ale tak nakazywał mu rozsądek. Nadciągała śnieżyca, i to jedna z groźniejszych, 
które nawiedzają ten region o tej porze roku. Niosąca śmierć i zniszczenie. Musieli, czym 

prędzej znaleźć się w leśnej otulinie. Cóż po wędzonym łososiu ludziom zamarzniętym na 
kość? A taki niechybnie czeka ich los, jeżeli w tej chwili nie dokonają rozsądnego wyboru.

- Zabierzmy kosz, a pozbądźmy się innych bagaży. Proszę.

Dosłyszał słowa, ale i bez nich wiedział, o co jej chodzi. Błagalny wyraz jej twarzy starczał 

za wszystkie prośby. Rozpacz popchnęła ją do desperackiego kroku. Doskoczyła do kuca, 
broniąc   Joshowi   przystępu   do   uzdy.  Z   ustami   zsiniałymi   z   zimna,   oczami   płonącymi 

wewnętrzną gorączką, włosami szarpanymi wichrem, broniła swego stanu posiadania.

Zawahał się. Coś tu było nie tak. Znana słabość kobiet do fatałaszków nie tłumaczyła tak 

gwałtownej reakcji.

- W takim razie powiedz, chociaż, co ukryłaś w tym koszu?

- Powiedziałam ci już. Pozostałości uratowane z morskiej katastrofy. Muszę dowieźć to do 
Fort Ross, koniecznie!

Zbliżał się koniec świata, a ona bawiła się z nim w kotka i myszkę. Podszedł do częściowo 

już przysypanego śniegiem kosza. Stanęła obok.

- To prawda, że kosz ma swoją wagę - próbowała się usprawiedliwiać. - Nic jednak na to 
nie poradzę. Moim zadaniem... Co ty robisz? Nie wolno ci!

Głuchy na jej protesty, Josh wyjętym zza pasa nożem  przeciął opasujące kosz sznury. 

Podniósł i odrzucił pokrywę.

Zajrzał do środka i zdębiał. Wytrzeszczył oczy. Kije!  Najzwyklejsze w świecie kije, a nie 

jakieś tam bambusowe tyczki czy czarodziejskie laseczki. Powiązane w pęczki po kilkanaście 

sztuk   i   obwiązane   szmatami.   Do   każdej   wiązki   doczepiona   była   karteczka   z   napisem 
składającym  się   z   osobliwych   liter.   Pogrzebał   w   kijach,   ale   nie   znalazł  niczego,   co 

usprawiedliwiałoby determinację Tatiany. Od wierzchu do dna same tylko kije. Ciągle nie 
mogąc ochłonąć ze zdumienia, wyjął jedną wiązkę.

Natychmiast wyrwała mu ją z ręki.

- Tego nie wolno ruszać! - wykrzyknęła i z troskliwością  matki kładącej do kolebki dziecko 

odłożyła pęczek na miejsce.

- Wyłowiłam je z morzą nie wiem więc, czy...

background image

Chwycił ją za ramiona i odwrócił ku sobie.

- Czy powiesz mi wreszcie, do jasnej cholery, co przed chwilą trzymałem w dłoni?
- Zrazy.

- Zrazy?
- Z drzew, które wyhodował mój ojciec.

- Boże, czyż nie jest to po trosze tak, że nosimy drwa do lasu? A nawet nie po trosze, tylko 
dosłownie i całkowicie. Drzew nie brakuje w tych górach. Nie musimy ryzykować życia, 

dźwigając te patyki.
- Ale to nie są zwyczajne patyki.

- Tylko jakie? Skropione wodą święconą? - Aż dygotał z wściekłości.
- Te zrazy pochodzą z wyjątkowo cennych drzew. -Otarła otwartą dłonią śnieg z twarzy. - Z 

brzoskwini,  grusz i jabłoni najszlachetniejszych odmian. Jedną taką  odmianę jabłek mój 
ojciec nazwał na cześć miłościwie panującego nam cara Carskim Skarbem.

Josh jęknął. Oszałamiała go absurdalność całej tej sytuacji. Stali wśród dzikich gór, smagani 

wichurą, w środku burzy śnieżnej, a ta szalona kobieta martwiła się o jakieś suche, nędzne 

patyki.

- Mam w nosie ich nazwy. Niech w tym koszu będzie nawet sama rajska jabłoń, to i tak nie 

wrzucę jej z powrotem na kuca! - ryknął, przekrzykując wiatr.
- Och, chyba nie mówisz tego poważnie?!

Nic nie odpowiedział, tylko przeklął i chwycił za kantar kuca. Ale już po trzech krokach 

dogoniła go i zabiegła mu drogę.

- Zaczekaj! Niczego nie rozumiesz! Mam dostarczyć te zrazy do Fort Ross, aby można je było 
zaszczepić na rosnących tam drzewach owocowych.

- To ty niczego nie rozumiesz! - huknął. - Jeżeli nie  dotrzemy do lasu, to nigdy już nie 
zobaczysz nie tylko Fort  Ross, ale również oceanu po tamtej  stronie gór. Najlepiej  więc 

zrobisz, ruszając moim śladem.

Pochylił się i zaatakował opuszczoną głową ścianę wiatru. Za nim posłusznie ruszył kuc. Do 

pierwszych drzew mieli jeszcze szmat drogi, tym bardziej więc musieli się śpieszyć. Schowają 
się pod jakimś rozłożystym  świerkiem  i przeczekają  śnieżycę.  Tylko żeby Bóg kazał  tym 

chmurom podnieść się na moment, żeby on, Josh, mógł zorientować się w kierunkach.

Ale cud nie nastąpił. Wręcz przeciwnie, idąca z góry mleczna szarość zlała się z białym 

całunem na dole, zacierając granicę między niebem a ziemią. Budzone wiatrem płatki śniegu 
wypadały jak gdyby z nicości i w nicości ginęły. Wszystko falowało, rozpływało się, zlepiało w 

background image

jakieś upiorne kształty. Tu przeciął drogę biały bizon, tam ukazała się kościelna wieża, gdzie 

indziej znów przetoczyło się stado mlecznowełnistych owiec. Omijając stożkową zaspę, która 
zresztą mogła nie być zaspą, tylko jej złudną wizją, Josh wpadł w jakąś dziurę i cały utytłał się 

w śniegu. Na szczęście zdołał wygrzebać się na twardszy grunt. Otrzepawszy ubranie, spojrzał 
do tyłu. Ani śladu Tatiany.

Strach chwycił go za gardło. Mogła zgubić ślad, zboczyć i pójść w kierunku pobliskich 

rozpadlin. Albo opadła z sił i leży gdzieś na ścieżce, przysypywana śniegiem. Albo, i tu jego 

serce zaczęło walić jak młotem, wróciła do  tego swego przeklętego kosza, który zdawał się 
przeznaczeniem   jej   życia.   Tak,   ta   ostatnia   możliwość   wydawała   się   najbardziej 

prawdopodobna, jeżeli wręcz nie pewna.

Wytężając wzrok aż do bólu, spojrzał na ginące w pomroce ślady kopyt i stóp. Jeżeli była aż 

tak szalona, by ryzykować życie dla jakichś patyków, to jej wybór. On co najwyżej może na nią 
poczekać, ale na pewno nie zawróci. Zawracając, zrównałby się z nią w szaleństwie, a przecież 

jest jeszcze przy zdrowych zmysłach. Jeżeli ta Rosjanka nie pojawi się w ciągu kilkunastu, 
powiedzmy, piętnastu sekund, on, Josh, machnie na nią ręką i pójdzie swoją drogą. Zrobi to, 

chociażby miał iść na pasku diabelskich mocy.

Jedna... dwie... trzy...

Poły jego kurtki trzepotały w lodowatych podmuchach. Kuc drżał i wciskał swemu panu łeb 

pod ramię.

Osiem... dziewięć... dziesięć...
Szarawy opar wciąż był mętny. Wzrok nie miał się na czym wesprzeć. Jakby patrzyło się w 

otchłań świata.

Trzynaście... czternaście... piętnaście!

Cholera! Rozszarpie babę, niech tylko dostanie ją w swoje ręce. Oznaczało to jednak, że 

wraca.

Doprawdy, wstydził się własnego kuca. Gdyby to zwierzę potrafiło mówić, nazwałoby go 

skończonym durniem. Szedł po swoich własnych śladach, czyli oddalał się od linii drzew. I 

cóż z tego, że miał teraz wiatr z tyłu i że dużo lżej się maszerowało, kiedy zmierzał ku śmierci. 
Tracił cenne minuty, gdy tymczasem brzemienne tajemnicą niebo mogło w każdej chwili 

objawić swą bezlitosną moc.

Po   pięciu   minutach   marszu   stracił   z   oczu   ślady,   które  znikły   pod   świeżo   nawianym 

śniegiem. Po kolejnych pięciu jego wściekłość przemieniła się w strach. Może obszedł Tatianę 
bokiem i teraz sam zdąża ku jarom i przepaściom. Mogła być całkiem niedaleko, nawet 

background image

wzywać pomocy, a on mógł nie zobaczyć jej i nie usłyszeć. Zawołał ją po imieniu.

Brnął ku nieznanemu, klął i wykrzykiwał imię, którego nawet jeszcze nie zdążył polubić.

- Tatiana! Do stu piorunów! Tatiana!

- Jestem tu! Idę do ciebie!

Josh raz i drugi odetchnął pełną piersią. Poczuł coś w rodzaju satysfakcji. Od kilkunastu 

minut szedł, kierując się wyłącznie intuicją, i okazało się, że ów szósty zmysł wędrowca go nie 
zawiódł. Z naprzeciwka zbliżał się ku niemu jakiś kształt. Po chwili Josh mógł już rozróżnić 

głowę, tułów, ręce i nogi. Tatiana brnęła pochylona, walcząc ze srogim wichrem i ciągnąc coś 
za sobą.

Stanął   i   zacisnął   zęby.   Ta   wariatka   zasługiwała   na   przypiekanie   ogniem   i   rwanie 

obcęgami.

Buchająca z jej ust para zmieszała się z jego oddechem. Stanęła przed nim, dysząc i krztusząc 

się. Twarz miała oblepioną śniegiem, który częściowo topniał i ściekał jej za kołnierz.

- Nie mogłam zostawić tych zrazów, wybacz – rzekła z wysiłkiem.

Była u kresu sił, przynajmniej takie sprawiała wrażenie, ale nie czuł w swym sercu litości. 

Z furią chwycił ją za ramię i szarpnął ku sobie. Z jej prawej dłoni wysunęła się pętlica sznura. 
Kosz został w śniegu niczym padłe zwierzę.

- Nie! - wykrzyknęła.

Wlókł ją ku stojącemu niedaleko kucowi i tylko warknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi 

na   ten   protest.   Widząc,   że   słowami   niczego   nie   zdziała,   zaczęła   stawiać  opór.   Ale 
zareagował dopiero wtedy, gdy uderzyła go w tył głowy. Miał już tego dość. Wyszarpnął z 

kieszeni kawałek rzemienia i odwrócił się. Odgadła jego zamiary.
- Nie! Nie ośmielisz się mnie związać!

- Zostało mi jeszcze trochę odwagi, ty zaś będziesz mogła uważać się za szczęściarę, jeśli tylko 
na tym poprzestanę.

Od słów przeszedł do czynów. Walczyła jak lwica, gryząc, kopiąc, drapiąc i wyrywając się. 

Próbował ją poskromić, nie robiąc jej przy tym krzywdy. Oplatał rzemieniem lewy nadgarstek 

i zadzierzgnął węzeł. Skupiony na tej czynności, nie zauważył, że sięgnęła prawą ręką do jego 
pasa. Dopiero, gdy w jej dłoni błysnął nóż, pojął swój błąd. Ostrze dotknęło jego gardła.

- Nie zwiążesz mnie! - rzekła dysząc.
- A jeśli mimo wszystko będę próbował?

- To poderżnę ci gardło.

Kiedy   jednak   nadal   trzymał   jej   lewą   rękę   w   miażdżącym   uścisku,   nacisnęła   mocniej. 

background image

Zabolało. Poczuł, że po  szyi spływa mu ciepła strużka i ginie gdzieś w fałdach  ubrania. 

Wykrzywił wargi w dzikim uśmiechu.

- Dalej! Śmiało! Przebij mi tchawicę! A potem sama przejdź przez te góry.

Dostrzegł wahanie na jej twarzy. Zapewne ważyła w tej chwili w myśli swoje szanse. Była 

szalona, więc mogła puścić się na ryzyko samotnej wędrówki. On z kolei nie mógł czekać 

biernie, aż się na to zdecyduje. Musiał działać, i to jak najszybciej. Znał wiele zapaśniczych 
chwytów. Użył najprostszego, z podstawieniem nogi, równocześnie cofając głowę wraz z całą 

górną połową ciała.

Tatiana runęła w śnieg jak kłoda. Jeszcze nie zdążyła zorientować się, co się stało, gdy 

została rozbrojona, a Josh siedział na niej okrakiem.

Nie miał czasu na triumf, ani też na karanie jej. Spierze  sekutnicę, wytrzepie z niej całą 

wściekłość, gdy dotrą do drzew, zanim te góry przemienia się w białe piekło. Na razie były 
tylko przedsionkiem piekieł. Natomiast jeśli zabraknie im czasu i nawałnica ogarnie ich na 

tej połaci, to karaniem ich i nagradzaniem zajmie się Pan w niebiosach.

Schował   nóż   do   pochwy   i   skrępował   jej   ręce.   Uważał,  by   zbyt   mocnym   węzłem   nie 

zatamować krążenia. Ona tymczasem ciskała groźby we wszystkich językach świata, a już na 
pewno w rosyjskim, francuskim i angielskim. Puszczał je mimo uszu. Było mu tylko smutno, 

bo nie zasługiwał aż na takie potępienie.

Wstał   i  dźwignął   ją  na   nogi.   Zbliżył   twarz   do  jej  twarzy.   Ich   przyśpieszone   oddechy 

mieszały się ze sobą.

- Przysięgam, że jeśli będziesz próbowała w jakiś sposób opóźniać nasz marsz, wrócę i spalę 

te twoje bezcenne kije.
Nie miała najmniejszej wątpliwości, że dotrzyma słowa. Wystarczyło spojrzeć mu w oczy. 

Patrzył na nią z nienawiścią. Z tą chwilą coś się w niej załamało i popadła w cichą rozpacz. 
Wyraz jej twarzy mógł zmiękczyć najbardziej nielitościwe serce, ale nie serce Josha. Myślał 

wyłącznie   o   ocaleniu   siebie,   kuca   i   tej   wariatki.   Przywiązał,   więc  koniec   rzemienia 
krępującego ręce Tatiany do swego szerokiego pasa i chwycił kuca za uzdę.

Jeśli nie zmyli kierunku w tej mlecznej pomroce, jeśli burza nie rozszaleje się w ciągu 

najbliższej godziny i jeśli Rosjanka nie wpadnie na jakiś kolejny głupi pomysł, to istniała 

szansa przeżycia tego dnia, a może i następnego.

Pochylił się, zaciął usta i ruszył.

Tatiana rzuciła ostatnie spojrzenie na leżący nieopodal  kosz. Wróci tu po niego, choćby 

miała ryzykować życie. Rzemień napiął się i szarpnął ją do przodu. Zrobiła pierwszy krok, 

background image

potem kolejne. Z początku próbowała dla oszczędzenia sił trafiać stopami w ślady Josha, ale 

mając dużo krótsze nogi, wkrótce  zarzuciła ten pomysł. Na dłoniach dla ochrony przed 
mrozem miała jednopalcowe futrzane rękawice. Rzemień był tak nałożony, że nie wrzynał się 

w ciało, ale szans na uwolnienie rąk nie miała praktycznie żadnych. Zresztą każdą jej próbę 
oswobodzenia się z więzów Josh odgadłby i udaremnił.

Na razie, więc musiała poddać się wyrokom losu. Jeśli przeżyje nadchodzącą burzę, zrobi 

wszystko,   by   odzyskać  Carski   Skarb.   Nawet   gdyby   miała   drogę   powrotną   pokonać   na 

klęczkach lub czołgając się. A jeśli Amerykanin będzie próbował ją powstrzymać, zrobi to, co 
próbowała zrobić pół godziny temu. Zabije go!

Wściekłość i determinacja pozwoliły jej przejść pierwszy kilometr prawie bez zmęczenia. 

Młodość i wiara w swe niespożyte siły - kilometr następny. W połowie trzeciego poczuła, że 

słabnie, i to wręcz z każdym krokiem. Nie upadła na czwartym tylko, dlatego, że gonił ją strach.

Dobry Boże, czy to białe piekło nigdy się nie skończy?  Gnany wichrem śnieg oblepiał jej 

twarz   i   wpadał   do   rozchylonych   ust.   Coraz   częściej   potykała   się,   a   mając   skrępowane 
uniesione   ręce,   najczęściej   upadała.   Za   każdym   razem   Josh   reagował   gniewem   i 

szarpnięciem. Radził jej, żeby uważała i patrzyła pod nogi. W końcu jednak skrócił rzemień, 
tak aby po potknięciu mogła się na nim wesprzeć.  Skorzystała na tej zmianie również pod 

innym   względem.   Za   szerokimi   plecami   potężnego   mężczyzny   było   po   prostu   mniej 
wietrznie.

Teraz  wszystko   zależało   od  kaprysu  natury   bądź  woli  Boga.  Czy  chmury  zrzucą  swój 

straszliwy ładunek w tej chwili, czy też poczekają do momentu, gdy para wędrowców osiągnie 

granicę lasu? Teraz śnieg, który osypywał  im twarze, pochodził głównie z poprzednich 
opadów,  a wirował w powietrzu, gdyż wicher podrywał go ze stoków. Poza tym mrok się 

pogłębiał i widoczność zmniejszyła się do minimum.

Kiedy wpadli pomiędzy kosodrzewinę i pierwsze karłowate drzewka, obojgu błysnęła myśl, 

że jednak nie zmierzają ku śmierci, tylko ku życiu.

Josh nie zwolnił kroku, szedł dalej. Drzewa trafiały się coraz częściej, poza tym były coraz 

wyższe i grubsze. Wreszcie stanęli przed zwartą ścianą masztowych sosen.  Było tu prawie 
bezwietrznie.  Zbyt wyczerpana,  by wydobyć z   siebie  prośbę  czy  podziękowanie,   Tatiana 

osunęła się w śnieg. Mocne, bezlitosne szarpnięcie poderwało ją na nogi. W ciemności, która 
już zapadła, nie widziała wyrazu twarzy Josha.

- Nie zrobisz jakiegoś głupstwa, jeśli cię rozwiążę? -spytał groźnym tonem.
- Nie.

background image

Jakież to głupstwo mogła zrobić? Była zupełnie bez sił. Rozpoczynała myśl i zaraz ją gubiła. 

Mimo zmęczenia dokuczało jej zimno.

Wyciągnęła ręce, oczekując, że za chwilę skończy się jej upokarzająca udręka. Wtedy stało 

się coś dziwnego. Bez słowa podprowadził ją do kuca i, najwyraźniej śpiesząc się, przywiązał 
ją na krótko do drewnianej konstrukcji, na której leżały bagaże.

-   Co   robisz?   -   wymamrotała,   nie   wierząc   własnym  oczom.   -   Przecież   przyrzekłam 
posłuszeństwo.

- Twoje przyrzeczenia są jak te płatki śniegu, lecą tam, dokąd niesie je wiatr. Strzeli ci coś do 
głowy i znów będę musiał cię szukać.

Szarpnęła się, raz i drugi. Kuc przeląkł się i stulił uszy.

- Nie kłamię!

Wybuchnął   krótkim,   szyderczym   śmiechem.   Nad   ich  głowami   nawałnica   targała 

wierzchołkami sosen.

- Powiedzmy, że nie kłamiesz. Bo nie jest to znowu takie pewne.
- Ty prostaku! Ty gburze! Jak śmiesz zarzucać mi kłamstwo!

Och, jakże go nienawidziła! Dałaby  wiele za możliwość wykrzyczenia do końca swojej 

nienawiści. Wreszcie  jednak opadła z sił i przytuliła twarz do pakunku owiniętego w skórę. 

Ostra   powierzchnia   drapała   jej   policzki.   Nie   zwracała   na   to   najmniejszej   uwagi.   Nie 
zauważyłaby nawet, gdyby zdzierano z niej ubranie.

Za nią trwała jakaś wytężona praca. Stukania, pomruki, szelesty, trzaski i przekleństwa. Coś 

grzmotnęło o ziemię, potem rozległo się stęknięcie. Właściwie powinna odwrócić głowę i 

zobaczyć,   co   tam   się   dzieje.   Nie   stać   jednak  jej   było   nawet   na   ten   niewielki   wysiłek. 
Zobojętniała  na  wszystko,   rozkoszowała   się   ciepłem   swojego   oddechu.  W rezultacie  jej 

zdrętwiała z zimna twarz zaczęła się rozgrzewać.

Wraz z błogością nadeszła jednak obezwładniająca słabość. Nogi ugięły się pod nią. Zwisła 

na sznurze, którym była przywiązana do kuca. Zwierzę spłoszyło się i zaczęło cofać się bokiem, 
jakby chcąc uwolnić się od czepiającej się go istoty. Nogi Tatiany ryły w śniegu dwie głębokie 

bruzdy. W ramionach narastał straszliwy ból.

Kątem oka dostrzegła zarys ciemnej sylwetki. Sznur zerwał się lub został przecięty. Padła w 

śnieg jak zestrzelony ptak. Mężczyzna nawet nie sprawdził, czy nie zemdlała. Wziął kuca i 
gdzieś go odprowadził. Tatiana leżała na brzuchu, nawet nie próbując wstać. Wreszcie czyjeś 

ręce dźwignęły ją z ziemi i powlokły w ciemność.

-

Pochyl się... niżej. - Josh naciskał dłonią na jej kark.

background image

Zgięta wpół, przekroczyła próg czegoś, co od razu  skojarzyło się jej z ocaleniem. Ani 

wicher, ani mróz, ani śnieg nie miały tutaj dostępu. Ostry zapach żywicy podpowiedział jej, że 
znajduje się w czymś w rodzaju szałasu utworzonego częściowo z nadciętych i opuszczonych 

ku ziemi, a częściowo z odrąbanych sosnowych gałęzi. Z wonią żywicy mieszał się zapach 
konia. A zatem kuc był tu z nimi.

Porządnie ubity śnieg został wysłany mniejszymi gałęziami jedliny. Tatiana bezwładnie 

opadła na miękką ściółkę i zwiesiła głowę. Nie czuła swojego ciała, była przemarznięta i 

zdrętwiała. Panująca w szałasie ciemność spowodowała, że zachciało się jej spać. Oczy same 
się zamykały.

Usłyszała, jak ściółka zaszeleściła. Raczej wyczuła, niż  zobaczyła Amerykanina. Usiadł, 

opierając się plecami  o centralnie usytuowany pień sosny. Trzy oddechy, dwa  ludzkie i 

jeden zwierzęcy, zlały się w jeden. W szałasie robiło się coraz cieplej.

- Powiedz   mi,   bo   sam   nigdy   tego   nie   pojmę,   dlaczego  ryzykowałaś   życie   dla   jakichś 

patyków? Nazwałaś je zrazami.

Podniesienie głowy kosztowało ją wiele wysiłku.

- A może wpierw mnie rozwiążesz.
- Wykluczone. Najpierw świat musi wrócić do normy.

- Ten człowiek wymykał się prostej ocenie. Wczoraj pokazał jej miniaturę zmarłej ukochanej i 
wydawał   się   bardzo   wzruszony.   W   nocy   uszanował   ją,   a   nawet   okazał   się  opiekuńczy   i 

troskliwy. Od kilku godzin traktował ją jak brankę, z chłodnym okrucieństwem. Czy jednak 
oznaczało to, że jest zły? A może dobro i zło istniały w nim w pomieszaniu i raz jedno, a raz 

drugie brało górę?

Owszem, chciała mieć dość siły, by go znienawidzić,  ale czuła się jak wygasły wulkan. 

Jutro, pomyślała. Jutro  będzie stać ją na wszystko - na nienawiść i na gorącą prośbę, na 
przekleństwo i na przymilanie się. Teraz nie nadawała się do niczego. Z trudnością kleciła 

jakieś zdania.

- Jeśli zrazy przepadną, zapłacę za to głową. Podobny los spotka mojego ojca.

Zapadła cisza. Zdawało się, że nawet kuc przestał oddychać.

- Nawet jeżeli je uratuję, nie wiem, czy ułagodzę  tym gniew cara Mikołaja. W koszu 

znajduje się jedynie drobna cząstka całego ładunku, który miał dotrzeć do Fort Ross.

Wstrząsnęła  się na  wspomnienie tych  strasznych  chwil, gdy, uczepiona skrzyni, była 

igraszką rozszalałego oceanu.

background image

- Mów dalej. - W jego opanowanym, niemal obojętnym głosie nie było śladu współczucia.

- Zanim ruszymy w dalszą drogę, muszę wrócić po kosz.
- To już twój wybór. Mnie nic do niego.

- Westchnęła. Próbowała uporządkować myśli. Jak wytłumaczyć temu Amerykaninowi całą 
złożoność sytuacji? Jakimi słowami opisać ową fatalną pułapkę, w jaką wpadła?

- Mój ojciec jest sławnym botanikiem. Jako uczony, cieszy się uznaniem w Rosji i innych 

europejskich krajach. Jednak jego największą pasją jest sadownictwo. Będąc przez wiele lat 

ambasadorem w Londynie, zaprzyjaźnił się z lordem Lansdowne, człowiekiem o pokrewnych 
zainteresowaniach.   W   wolnych   od   polityki   chwilach   bawili   się   w   sadownictwo.   Gdy 

wróciliśmy do Rosji, ojciec porzucił stolicę dla swoich sadów na południu kraju. Ja natomiast, 
idąc utartą drogą panien z arystokratycznych rodów, dołączyłam do dam dworu carycy. Szło o 

nabranie dworskich manier i zdobycie męża.

Zacisnęła dłonie wewnątrz swych futrzanych rękawic. Głośno oddychała.

- I znalazł się mąż, tyle że nie ten, którego wybrał dla mnie car. Byłam młoda i głupia. 

Uciekłam   z   kapitanem   carskiej   gwardii.   Wierzyłam,   że   car   Mikołaj   wybaczy   mi 

nieposłuszeństwo, gdy ja i Aleksiej staniemy przed nim jako małżonkowie. I być może tak by 
się stało, gdyby mój mąż nie przystąpił do spisku zawiązanego przez takich jak  on młodych 

oficerów,   mającego   na   celu   ograniczenie   wszechwładzy   imperatora.   Wszyscy   spiskowcy 
zostali schwytani, skazani na śmierć i straceni.

Przełknęła ślinę, próbując odepchnąć napierające wspomnienia. Daremnie. Wizje były aż 

nazbyt plastyczne  - zmieniona przerażeniem twarz Aleksieja i naznaczona  zimną pogardą 

twarz cara, tłuste łapska pułkownika, który  trzymał ją za ramiona, by dotrwała do końca 
egzekucji.

Josh poruszył się. Był to ruch ledwie słyszalny, ot, szmer gniecionego igliwia, spowodował 

jednak, że natychmiast wróciła myślą do rzeczywistości. Od razu też wyczuła, że mężczyzna 

oparty o pień sosny ma w sobie teraz mniej gniewu niż jeszcze przed chwilą. Nie zależało jej 
na współczuciu. Liczyła tylko na jego pomoc. Zebrawszy  myśli,   kończyła   swoją   smutną 

historię.

- Jeżeli żyję, to tylko na skutek starań mego ojca. Czołgał się u tronu, błagając o litość dla 

mnie, a gdy dano mu do zrozumienia, że może coś wskórać złotem, sprzedał cały swój majątek 
i zamienił się w żebraka. Och, obłudo  wielkich tego świata! Wkrótce okazało się, że nie 

uśmierzyło to gniewu cara. Jakby w jasnowidzeniu wymuszonym rozpaczą, ojciec wpadł na 
pewien pomysł, który przedstawił władcy. Uratuje dla Rosji Fort Ross - to stało się celem jego 

background image

życia.

 

Zrobi

 

wszystko,

 

by

 

nie

 

doszło

 

do

opuszczenia placówki.

Tym razem Josh poruszył się gwałtowniej.

- Jesteś pewna? Car podjął decyzję o opuszczeniu Fort Ross?
-   Tak,   choć   mało   kto   o   tym   wie.   Wyłącznie   najbliżsi  doradcy   Mikołaja.   Tyle   pieniędzy 

kosztowała skarb państwa ta zamorska awantura, że teraz nikt nie chce przyznać się głośno do 
porażki. Spadnie wiele głów, jeżeli rosyjskie imperium utraci ten przyczółek. Stary przyjaciel 

ojca powiedział mu o wszystkim w sekrecie i stąd jego oferta przedłożona carowi.

- Więc twój ojciec chce ocalić Fort Ross zrazami jabłoni? - W głosie Josha dawało się 

wyczuć nutę niedowierzania.

Obruszyła się.

- A dlaczego nie? Wydry morskie w pasie wybrzeża kontrolowanym przez Fort Ross zostały 

już dawno wybite. Czym więc mają się zająć mieszkający tam ludzie? Jedynie hodowlą zbóż i 
sadownictwem, aby następnie swoje produkty przerzucać na Alaskę, gdzie z kolei wszyscy 

trudnią się traperstwem.

Zapomniawszy o więzach, Tatiana chciała podkreślić swoje słowa gestykulacją, lecz wszystko, co 

mogła robić z rękami, to podnosić je i opuszczać. Poczuła się jak kaleka.

- Pech chce, że zboża w tamtym rejonie, może ze względu na morski klimat, nie przynoszą 

plonów.   Udaje  się   natomiast   sadownictwo,   z   tym   że   drzewa   wzięte   od   hiszpańskich 
osadników z południa mają pewną wadę: są  mało odporne na mróz i dużo ich co roku 

przemarza. Zrazy zostały pobrane z jabłoni, które nie boją się mrozu, tak iż przeszczepione na 
tutejsze podkładki zagwarantują coroczne zbiory.

Tatiana kończyła z nutą rozpaczy w głosie. Przyjechała tu niemal z drugiego końca świata. 

Była   o   krok   od   celu.  Nie   mogła   teraz   zawieść.   Musiała   przekonać   tego   człowieka   o 

konieczności odzyskania zrazów.
-

Z tymi zrazami łączy się cała nadzieja na uratowanie fortu. Oczywiście, nie starczy ich na 

przeszczepienie wszystkich rosnących w pobliżu Fort Ross drzew owocowych. Za rok czy dwa 
będzie jednak można wziąć zrazy  z drzew zaszczepionych w tym roku. - Pochyliła się ku 

Amerykaninowi. - Musisz zrozumieć wagę tego problemu.

Josh rozumiał. Car był bliski porzucenia Fort Ross. Prezydent Van Buren będzie jemu, 

Joshowi, bardzo wdzięczny za tę informację.

Josh   był   w  osadzie   tylko  raz,   bodajże   cztery   lata   temu.  Drewniany   fort  był   wówczas 

background image

zamieszkany przez sześćdziesięciu Rosjan, a tereny wokół przez osiemdziesięciu Eskimosów 

z Aleutów, sławnych ze swoich myśliwskich  i żeglarskich talentów. Wtedy wydry jeszcze 
pływały   w   oceanie,   choć   polowania   już   zaczynały   się   łączyć  z dłuższymi  wyprawami. 

Okazało się, że z ośrodka handlu skórami Fort Ross przemienił się w ośrodek typowo rolniczy.

Trzeba to było dokładnie przemyśleć. Położył się, kładąc przy sobie strzelbę. Dwa kroki 

dalej kuc przeżuwał ziarno. Kobieta siedziała tak cicho, że nawet nie słyszał jej oddechu.
 - Co robisz? - zapytała.

-  Próbuję zasnąć.

- Zasnąć po tym wszystkim, co ci powiedziałam?
- Tak.

- Ale co ze zrazami?

- Muszę to przemyśleć.
- A moje ręce? Czy nie zamierzasz zwrócić mi swobody ruchów?

- Wszystko na to wskazuje.
- Przecież nie zasnę, jeśli pozostawisz mnie na noc skrępowaną.

- Trzeba było o tym pomyśleć, zanim zechciałaś przedziurawić mi gardło.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ze   snu   przypominającego   stan   omdlenia   wyrwało   Tatianę   silne   parcie   na   pęcherz   i 

nieprzyjemne ssanie w żołądku. Rozejrzała się wokół siebie. Znajdowała się pod sosną, której 

nadcięte dolne gałęzie tworzyły szałas. Przypomniała sobie wczorajsze załamanie pogody i 
wszystkie  związane z tym wypadki. Spojrzała na swoje dłonie i stwierdziła, że nadal są 

związane. Bolały ją ramiona  i nogi, pęcherz uwierał, ale poza tym z racji panującego  w 
szałasie ciepła było jej przyjemnie. Kuc stał trzy kroki dalej i patrzył na nią swymi wilgotnymi 

brązowymi oczami. Josiaha Jonesa nie było.

Zawołała go po imieniu, raz i drugi. Jej krzyk zaniepokoił kuca, lecz chyba nie dotarł do 

uszu Amerykanina, jako że na zewnątrz panowała absolutna cisza. Tatiana pod-czołgała się do 
dziury stanowiącej wyjście i wyjrzała.  Zmrużyła oczy, taka panowała tu jasność. Był piękny, 

bezwietrzny dzień. Turnie, obok których wczoraj przechodzili, wyraźnie rysowały się na tle 
błękitnego   nieba.   Wszędzie   masy   skrzącego   się   w   słońcu   śniegu.   I   te   drzewa!  Matko 

Przenajświętsza, tak wysokich i grubych drzew jeszcze nie widziała. Wszystkie w szubach z 
białego puchu. Widok tych drzew i szczytów górskich nastrajał wzniosie jej duszę.

background image

Nagle zlękła się tego dzikiego majestatu przyrody. Była sama. Nigdzie ani śladu Jonesa. I 

ani śladu ogniska, na którym można by ugotować wodę na kawę. Tylko ślady stóp ginące 
wśród drzew.

Gdyby nie widok tobołów pod sąsiednią sosną, być może zaczęłaby się niepokoić. Jones nie 

zostawiłby jednak kuca i ładunku. Po tym, co wydarzyło się wczoraj, mógł  zostawić ją, 

Tatianę, jej własnemu losowi, ale z zapasów by nie zrezygnował.

A jeśli?

Podniesienie się na nogi kosztowało ją trochę wysiłku. Odrzuciła z czoła splątane włosy i 

nasunęła wiszący przez całą noc na sznurku na szyi bobrowy kapelusz. Poruszyła ramionami, 

aby   lepiej   ułożyło   się   futro   z   lisów.   Dłużej   nie  mogła   zwlekać.   Musiała   przynajmniej 
spróbować uwolnienia się z więzów. Zaatakowała rzemień zębami. Po kilku minutach musiała 

się poddać. Pozostawało radzić sobie mimo skrępowanych rąk.

Przede   wszystkim   pofolgowała   za   drzewem   naturze,   by  następnie   zająć   się   kucem. 

Wyprowadziła   go   na   słońce  i   przywiązała   do   jednej   z   niższych   gałęzi.   Biedne   zwierzę 
wyglądało na bardzo głodne. Postanowiła poszukać coś do jedzenia, dla siebie i kuca.

Zaczęła grzebać w tobołach. Najpierw trafiła na ziarno, a właściwie mieszaninę różnych 

zbóż z rozkruszonymi kasztanami. Gdy kuc zabrał się do śniadania, rozejrzała się za czymś 

dla siebie. Znalazła paski wędzonego mięsa. Smakowało jak stara, posolona skóra, było też 
jak   skóra  twarde.   Każdy   odgryziony   kęs   przeżuwała   nieskończenie  wiele   razy,   zanim 

zdecydowała   się   na   przełknięcie.   Siedziała   na   zwalonym   pniu   i   pracowicie   poruszała 
szczękami, nie spuszczając oczu z miejsca, dokąd prowadziły i gdzie ginęły ślady.

Wróci, pomyślała. Z pewnością wybrał się na polowanie, albo postanowił zorientować się 

w ich położeniu. A może odzyskać część bagażu, kto wie, może nawet razem z koszem. Na 

pewno jednak wróci.

Skończyła żuć mięso, a nasyciwszy w ten sposób pierwszy głód, pragnienie zaspokoiła 

kilkoma garściami śniegu. Jej dłonie leżały teraz bezczynnie na kolanach.

Wróci.

Słońce  znalazło przerwę w sosnach  i zalało  ją swoim  ciepłem. Futro z lisów, wczoraj 

bezcenne, dziś wydawało się zawadą.

Musi wrócić.

Upływały minuty. Jej niepokój wzrastał. A jeśli coś mu się stało? Jak się wtedy uwolni z tych 

straszliwych więzów? Znów zaatakowała zębami splątany rzemień. Pogryzła sobie wargę do 
krwi, a rąk nie wyswobodziła. Chciało jej się płakać.

background image

Coś upadło w śnieg tuż za nią. Zerwała się gwałtownie.  Kilka kroków od niej stał Josiah 

Jones. Twarz miał zarumienioną od słońca i wysiłku. U jego stóp leżały bagaże, od których 
wczoraj uwolnił kuca tam, na płaskowyżu. Wśród nich był i kosz.

Wiedziała, że powinna wyrazić mu swój ą wdzięczność.  Widok kosza sprawił jej ogromną 

radość, ale w tej chwili  najważniejsze były ręce. Oszaleje, jeśli natychmiast nie  odzyska w 

nich   pełnej   władzy.   Wyciągnęła   je   ku   niemu  i   spojrzała   błagalnie,   żeby   nie   było 
najmniejszych wątpliwości, o co właściwie jej chodzi.

Sięgnął po nóż i dotknął ostrym jak brzytew ostrzem nieubłaganych więzów. Wystarczyło 

właśnie dotknięcie,  by rzemień upadł w śnieg. Tatiana rozcierała przeguby, ale  patrzyła na 

Josiaha.   Słońce   rozpalało   miłe   błyski   w   jego   włosach   i   brodzie,   a   złotobrązowe   oczy 
spoglądały życzliwie i przyjaźnie.

- Dlaczego wróciłeś po zrazy? - spytała, starając się panować nad swym głosem.

Schował nóż do pochwy.

- Było trochę inaczej. Wróciłem właściwie po część  zapasów, a ponieważ obiecałem ci na 
początku, że będziemy wieźć ten kosz, jak długo się da, zdecydowałem, że  kosz również 

wezmę.
-   Dziękuję.   -   Słowo   to   zabrzmiało   raczej   formalnie,  lecz   Josh   ani   myślał   się   obrażać. 

Wsadził kciuki za pas i przyglądał się jej w zamyśleniu.
- Rzeczywiście wierzysz w to, że te gałązki odmienia przyszłość Fort Ross? - zapytał.

- Na pewno wierzy w to mój ojciec, co do mnie zaś  - wzruszyła ramionami - mam taką 
nadzieję.

-

Jeśli uda nam się przejść te góry, to odprowadzę cię do fortu.

Zrobiła wielkie oczy.

- Powiedziałeś, że twoja droga wiedzie na północ.
- Wobec tego trochę z niej zboczę.

Tatiana zamyśliła się. Ten Jones był jak piskorz, wciąż wyślizgiwał się ostatecznej definicji, 

lub niczym kameleon: zmieniał się nie do poznania.

- I robisz to po tym, jak... jak...
- Po tym, jak próbowałaś przedziurawić mi gardło?

- Tak. Więc dlaczego?
- Powiedzmy, że przekonałaś mnie, jak ważne są te kije dla Fort Ross.

Potrząsnęła głową. Nigdy chyba go nie zrozumie.

- Jesteś najbardziej nieobliczalnym człowiekiem pod słońcem, Josiahu Jonsie.

background image

Po jego wargach przemknął cień uśmiechu.

- Identycznie oceniała mnie Catherine. Tylko że ona zwracała się do mnie „Josh".
Ach, tak. Ta uwielbiana Catherine. Dziewczę o złotych  włosach  i pełnych rubinowych 

wargach.

Nagle Tatiana poczuła się brudna i brzydka. Jej włosy  przypominały wronie gniazdo. W 

kącikach nie przemytych oczu zalegała ropa. Czerwony nos swędział, bo przypaliło go słońce. 
Zatęskniła   za   chwilą,   gdy   będzie   mogła  obłupić   siebie   jak   cebulę   z   licznych   warstw 

skórzanego ubrania i naga wejść do wody. O wodzie na razie nie miała co marzyć, ale mogła 
rozebrać się i natrzeć ciało śniegiem. Zrobi to dzisiaj w nocy, przyrzekła sobie w duchu. O ile 

przedtem ona i Jones nie wydrapią sobie oczu lub nie poderżną sobie gardeł.

Josh czekał, aż Rosjanka da mu znak, że jest gotowa,  po czym ruszył na zachód. Szedł 

równym, średnio spiesznym krokiem. Godziny płynęły, a zawieszenie broni przeobraziło się w 

zażyłość dwojga wędrowców, którzy, skazani na swoje towarzystwo, przyzwyczaili się do 
siebie i wiedzą już, czego mogą po sobie oczekiwać.

Otóż Josh spodziewał się po Tatianie wyłącznie najgorszego. Był przekonany, że zrobiłaby 

wszystko, byleby dotrzeć do Fort Ross z tymi swoimi kijami. Dzisiaj jej krok był ochoczy i 

lekki, ponieważ pamiętała, że obiecał odprowadzić ją do samego fortu.

Josh kierował się własnymi powodami i dlatego postanowił zboczyć na południe. Nie miały 

one nic wspólnego z sadami owocowymi. Tatiana, zapewne całkiem nieświadomie, zdradziła mu 
ważną tajemnicę. Car liczył się na serio z opuszczeniem swego przyczółka w Kalifornii.

Fort   Ross   był   jedyną   ufortyfikowaną   nadbrzeżną   osadą   pomiędzy   hiszpańskimi 

posiadłościami   na   południu   a   imperium   Brytyjskiej   Kompanii   Futrzarskiej   ze   stolicą   w 

Vancouver. Zasadnicze pytanie brzmiało, kto opanuje teren nadbrzeżnych nizin, kiedy Rosjanie 
się wycofają.

Na pewno nie Brytyjczycy i nie Francuzi, jeśli prezydent Van Buren będzie miał tu coś do 

powiedzenia. Żadnej dalszej europejskiej ekspansji na amerykański kontynent

- tak brzmiała naczelna zasada jego polityki. Przecież wystarczyły tylko pogłoski o zakusach 
brytyjskich   kupców  na   terenie   Oregonu,   by   od   razu   wysłał   jego,   Josha,   z   pilną  misją 

przeczesania tego północno-zachodniego terytorium.

Prezydenta na pewno też zainteresuje możliwość opuszczenia Kalifornii przez Rosjan. Już 

niejednokrotnie rząd Stanów Zjednoczonych chciał zapłacić złotem za zachodnie wybrzeże, 
lecz jego oferty były odrzucane. Na wieść o wycofywaniu się Rosjan może i Meksyk okaże się 

background image

bardziej ustępliwy i sprzeda pas ziemi tuż powyżej San Francisco, byleby tylko nie dopuścić 

tam Francuzów i Brytyjczyków.

Niepewny los Fort Ross miał szerszy, można by rzec, kontynentalny wymiar. Josh od razu 

to pojął i wprowadził poprawkę do harmonogramu swej wyprawa. Oregon może jeszcze 
trochę poczekać. Fort Ross na razie jest pilniejszy. Josh przypatrzy się sytuacji na miejscu i 

wyciągnie wnioski.

Na   jego   decyzję   wpłynęły   wyłącznie   względy   polityczne.   O   kilka   tygodni   dłuższe 

towarzystwo Tatiany było jedynie czymś wtórnym. Pomimo swojej rozczochranej brody i 
wyglądu abnegata, Josh był przede wszystkim oficerem armii Stanów Zjednoczonych. Nie 

było dlań nic  ważniejszego od wywiązania się ze zleconego mu zadania.

Słońce już dawno przeszło połowę swej dziennej drogi, gdy rozległ się okrzyk Tatiany:

-

Spójrz! Tam, z prawej strony!

Josh jednym ruchem wyrwał strzelbę z pokrowca, odbezpieczył ją i skierował na wylot 

wąwozu po prawej. Nie dostrzegł jednak żadnego ruchu wśród pokrytych śniegiem skał.

- Tam! - znów wykrzyknęła Tatiana, przypadając do jego boku. - Powtórzyło się!

Z dna parowu wystrzeliła ku niebu srebrzysta strzała uformowana z parującej wody.

- Co to takiego? - Tatiana pociągnęła nosem i brzydko się skrzywiła. - Ależ to śmierdzi 

zgniłymi jajami!

Josh roześmiał się.

- To gejzer. Źródło wytryskujące w stałych odstępach czasu gorącą wodą i parą wodną. Tu aż 
roi się od gejzerów.

- Więc ta woda jest gorąca?
- Jeśli tryska prosto z ziemi, zazwyczaj jest ukropem.  Są jednak gejzery wytryskujące na 

przykład   z   dna   jeziora.   Wody   jeziora   ochładzają   wodę   gejzeru   i   uwalniają   ją   od 
nieprzyjemnego zapachu.

- A więc rozbijmy obóz nad takim jeziorem. Wtedy będę mogła się wykąpać.
- Chcesz wziąć kąpiel? - spytał zdziwiony i w tym momencie wyobraził sobie Tatianę nagą, 

pluskającą się w wodzie. Obraz jej długich nóg, krągłych bioder i bujnych piersi narzucił się 
mu z taką siłą, że ogarnęło go przemożne pożądanie.

Josh błyskawicznie wziął się w garść i zapanował nad  żądzą.  Już raz poddał się takim 
eksperymentom i nie zamierzał ponownie wydawać siebie na łup pożądliwości.

Sprawdził na niebie, która godzina. Mogli jeszcze swobodnie przejść kilka  kilometrów. 

background image

Tylko, dlaczego nie mieliby zrobić przerwy w wędrówce w rejonie gejzerów? Kąpiel to dobra 

rzecz, zdrowa i higieniczna.

-

Rozbijemy

 

obóz

 

u

 

wejścia

 

do

 

tamtego

 

wąwozu.

Skierował kroki ku pionowym, pozbawionym śladu roślinności skalnym ścianom.

Wybrali miejsce na nocleg tuż przy niewielkim, wypływającym z parowu strumieniu. Zaczęła 

się zwykła krzątanina przy zakładaniu obozowiska - zdejmowanie z kuca tobołów i pakunków, 
zbieranie   suchych   gałęzi,   rozpalanie   ognia,   ubijanie   śniegu,   przygotowywanie   legowiska. 

Kiedy wreszcie Tatiana była wolna, chwyciła futro, zwinęła je, wsunęła pod ramię i pobiegła 
ku sadzawce uformowanej przez gejzer.

Doścignął ją głos Josha:

- Zaczekaj chwilę!

Stanęła i odwróciła się. Grzebał w jednym z tobołków, wyjmując zeń najróżniejsze rzeczy: 

pękaty woreczek kawy,  zapasową  koszulę,  drewniane  pudełko,  w którym  trzymał pióra, 

inkaust i plik równo przyciętych kartek. Na koniec wyjął brunatną kostkę mydła. Wręczył ją 
Tatianie, ona zaś podziękowała mu za ten bezcenny dar radosnym uśmiechem.

- Kąp się w zasięgu głosu - powiedział Josh. - Krzycz, jeśli będziesz potrzebowała mojej 

pomocy.

- Dobrze.

- I trzymaj się z dala od samego gejzeru.

- Oczywiście.
- Pamiętaj, że to wrzątek.

- Tak, tak, nie zapomnę - rzuciła i pobiegła jak łania śpiesząca do wodopoju.
Pamiętał, że dno rozlewiska jest gładkie i śliskie niczym wnętrze muszli. Powinien ją o tym 

uprzedzić i zrobiłby to, gdyby tak szybko nie uciekła. Dodałby też, że  wypełniona ciepłą 
wodą sadzawka to prawdziwy raj  w tym surowym krajobrazie, lecz opuszczając ten raj, 

łatwo się zmienić w bryłę lodu. Tak, powiedziałby jej to wszystko, gdyby dała mu ku temu 
sposobność.

Josh nie spotkał dotychczas bardziej popędliwej i nieustraszonej kobiety. Któraż z jego 

znajomych przejechałaby w środku srogiej zimy przez całą Syberię, wsiadła na statek płynący 

ku   brzegom   nieznanego   kontynentu,   spędziła   wiele   tygodni   w   indiańskiej   wiosce, 
wymuszając na wodzu plemienia respektowanie jej warunków, by na koniec stawić czoło 

pokrytemu śniegiem łańcuchowi Sieita Nevada? Żadna. Tej Rosjance naprawdę nie zbywało 
na harcie ducha i dzielności. Dziwiło w tym wszystkim tylko, że wszystko to dla kilku wiązek 

background image

kijów.

Podkładając do ognia czy też dosypując ziarna kucowi,  Josh chłonął wszystkie dźwięki 

dochodzące z parowu. Najpierw więc dobiegł jego uszu jakby wrzask czy pisk.  Po pisku 

nastąpił plusk, a zaraz potem śmiech. Josh  rozluźnił się i nie szczędził gałęzi na ognisko. 
Kiedy Rosjanka skończy się kąpać, będzie chciała wysuszyć sobie włosy.

O ile w ogóle zamierza kiedykolwiek wyjść z wody.
Czas płynął. Josh wyjął i pokroił na cieńsze paski płaty wędzonego łososia, natarł patelnię 

niedźwiedzim sadłem,  rozłożył na niej podpłomyki i... czekał. Sądząc, bowiem po odgłosach 
dochodzących z tamtej strony, Tatiana pluskała się w sadzawce niczym rozigrana foczka.

Znów zaczął go prześladować obraz jej nagiego ciała. Białe, jakby toczone uda, rozkosznie 

wcięta   talia,   pełne,   jędrne   piersi.   Pragnąc   zwalczyć   pokusę,   przywołał   jakże  bliskie   mu 

wspomnienia Catherine.

Świetlista   postać   pojawiała   się   przed   oczyma   jego   duszy   właściwie   na   każde   żądanie. 

Catherine przychodziła, gdy jej potrzebował, i wystarczyło mu jedynie zwrócić ku niej myśli, 
by objawiała mu siew całej swej wspaniałości.  Była z nim nawet wówczas, gdy kładł się do 

łóżka z innymi kobietami.

Przez te wszystkie lata, które upłynęły od jej śmierci, nie żył w celibacie. Uważał, i był w 

tym zgodny z większością reprezentantów swojej płci, że asceza jest brutalnym gwałtem 
dokonanym na cielesnej konstytucji mężczyzny. Przygoda z kochanką nie wywoływała w nim 

wyrzutów sumienia. Żadna, bowiem z tych kobiet, z którymi dzielił łoże, nie stała się panią 
jego serca. Jego serce należało do Catherine.

Z Tatianą było inaczej. Doświadczał pokusy przespania  się z nią, a jednocześnie czuł, że 

byłoby to aktem głębokiej  nielojalności wobec zmarłej ukochanej. Rosjanka przypominała 
mu górską kozicę o zakrzywionych rogach.  Noc z nią mogłaby przemienić się w walkę na 

śmierć i życie. Tutaj trzeba być wyjątkowo ostrożnym.

Chociażby ów incydent z nożem. Jak daleko by się posunęła, gdyby jej nie rozbroił? Z 

kwaśnym uśmiechem dotknął strupa na szyi. Tak, ta kozica potrafiła ubóść.

Skrzywił się, gdyż przy okazji odkrył sporo zakrzepłej  krwi na brodzie. Były też w niej 

sosnowe szpilki i resztki wczorajszego lub przedwczorajszego jedzenia. Stanowczo Tatiana nie 
była jedyną osobą potrzebującą kąpieli.

Wspólne abluq'e mógł z góry wykluczyć. Panował nad swoim ciałem, nie na tyle jednak, by na 

jej   nagość   skojarzoną   z   jego   nagością   nie   zareagować   w   wiadomy   sposób.   Ale   mógłby 

background image

przynajmniej w części pozbyć się swojego brudu. Ponownie dotknął skołtunionej brody. Dobrze 

służyła mu tej zimy, ale zima miała się już ku końcowi. Jeśli nic szczególnego się nie wydarzy, to 
za   trzy   dni   powinni   znaleźć   się   po   zachodniej   stronie   Sierra   Nevada,   w   klimacie   mniej 

kontynentalnym, a bardziej oceanicznym, a więc łagodniejszym. Pomarańczowe słońce, chylące 
się w tej chwili za szczyty, obiecywało dłuższą pogodę. Wszystko zdawało się utwierdzać go w 

przekonaniu, że broda nie będzie mu już więcej potrzebna.

Wyostrzył nóż na swym szerokim skórzanym pasie, zdjął koszulę, żeby jej nie zachlapać, i 

ukląkł nad wypływającym z wąwozu strumieniem. Rozpoczął skomplikowany rytuał golenia 

się. Właśnie sprawdzał otwartą dłonią, czy nie pozostawił gdzieś kępki włosów, kiedy z kąpieli 
wróciła Tatiana. Najpierw zatrzymała się, uderzona zmianą, jaka w nim zaszła, a następnie 

podeszła bliżej.

Oczekiwał aprobaty lub nawet słów pochwały. Ona jednak, też bardzo zmieniona przez 

mokre, przylegające do czaszki włosy, tylko zacisnęła usta.

- To z mojego powodu? - spytała zduszonym głosem.

- Bynajmniej. Swędziało.

- A swędzi?

Przeciągnął  dłonią po gładkich  policzkach,  na których  znaczyły   się   w  kilku   miejscach 

drobne skaleczenia.

- Swędziało. Czas przeszły.

- Nie, nie! - zaprzeczyła. - Nie mówię o brodzie.
- W takim razie o czym?

- O tym. - Podeszła. Pachniała minerałami i ługiem. Jej palce delikatnie dotknęły jego szyi 
tuż nad grdyką. -Ten znak. O, wciąż jeszcze krwawi. Nie wiedziałam, że przecięłam ci skórę. 

Broda zasłaniała. Boli?

Nie, nie czuł żadnego bólu. Tylko dziwne mrowienie  od tego jej dotknięcia. Nie chcąc 

zdradzać się ze swoją pobudliwością, uśmiechnął się ironicznie.
- Czyżby trapiły cię wyrzuty sumienia?

- Moje sumienie na razie nie postawiło mnie w stan  oskarżenia - odparła cierpko. - Po 
prostu nie chcę, żeby wdało się zakażenie. - Połą futra oczyściła ze śniegu leżący tuż obok 

nich głaz. - Usiądziesz, a ja zajmę się raną.
- To tylko skaleczenie. Na coś takiego się nie umiera.

-

Nie opowiadaj głupstw. Siadaj, powiedziałam, i pozwól mi obejrzeć ranę.

background image

W gruncie rzeczy była to kusząca propozycja. Najchętniej położyłby się i niechby ona 

troszczyła się o niego do samej wiosny albo nawet lata. Sądząc jednak z jej zbielałych warg i 
tej mgiełki nad jej mokrą głową, to prędzej ona będzie potrzebowała jego opieki.

- Ja też nie lubię, jak ktoś robi głupstwa. A głupstwem  jest stać tutaj, zamiast siedzieć przy 
ognisku i suszyć włosy.

- Dobrze, najpierw wysuszę włosy, a potem zajmę się twoją raną.

To już brzmiało w miarę rozsądnie. Kiedy więc oddaliła się ku ognisku, szybko obmył 

wodą   strumienia   tors  i   twarz   i   nałożył   na   siebie   wszystkie   cztery   warstwy   -   koszulę, 
kamizelkę,  kurtkę  i gruby płaszcz.  W zasadzie  dobrze   mu  było   bez  brody,   dobrze,  lecz 

również trochę dziwnie.

Wkrótce   odkrył   coś   zaskakującego.   Że   z   samego   patrzenia   na   czeszącą   się   kobietę 

mężczyzna   może   czerpać  zmysłową   przyjemność.   Czuł   przy   tym   pulsowanie   krwi   w 
skroniach oraz dławiący ucisk w gardle.

Tatiana  siedziała  przy ognisku z pochyloną głową, a jej  ręka  to wznosiła  się, to znów 

opadała. Kościany grzebień  sunął w dół po połyskliwych włosach, wypadał z ich  miękkiej 

runi, zawisał w powietrzu, szczerząc zęby, po czym znów ginął w czerni, która zdawała się 
granatowa.  Rytmiczność tych ruchów wprawiła Josha w stan hipnotycznego odrętwienia. 

Zafascynowany widokiem czeszącej się kobiety, zapomniał o kubku z kawą, który trzymał w 
dłoniach, o patelni z podpłomykami, na której twardniał rozsmarowany tłuszcz, o upływie czasu, 

zaznaczonym pogłębianiem się cieni w dolinie. Widział jedynie Tatianę. Wygiętą linię jej karku, 
jedwabiście mieniące się włosy, białoróżową muszlę dłoni. Kiedy  zaś jednym ruchem głowy 

przerzuciła włosy na plecy, po czym zebrawszy ją w grube powrósło, przewiązała rzemieniem, 
był równocześnie oczarowany i fizycznie chory.

A tego wieczoru czekały go jeszcze silniejsze doznania.

Odłożywszy grzebień, Tatiana przysunęła się doń i ujęła jego twarz w obie dłonie, każąc mu 

odchylić do tyłu głowę. Jej ciepły oddech owiewał mu szyję, a dłonie zdawały się wsączać w 
jego ciało jakiś paraliżujący jad. Siedział sztywny, zbolały, wściekły i bardzo nieszczęśliwy.

Jeszcze tylko dwa dni, mówił sobie w duchu. Najwyżej trzy w tych górach. A potem już będą 

schodzić ku oceanowi. To zejście zajmie im około tygodnia. A więc za  dziesięć dni będzie 

wolny,   jego   męczarnie   ustaną   i   rozejrzy   się   za   jakąś   miłą   Indianką   z   zaprzyjaźnionego 
plemienia, by spędzić z nią noc. Tymczasem jednak był w górach. A w górach nic nie jest 

łatwe.

ROZDZIAŁ ÓSMY

background image

Dramat rozegrał się czwartego dnia wspinaczki, tuż po południu.

Josh i Tatiana ostatnią noc spędzili na płaskiej i dość szerokiej półce pod granią, teraz zaś już od 
kilku godzin posuwali się wśród nadpływających i odpływających chmur krawędzią  pomiędzy 

dwiema przełęczami. Josha wypełniało poczucie  zwycięstwa. W chwilach, gdy widoczność się 
poprawiała,  widział   po   prawej   i   lewej   strome   skalne   obrywy,   żleby,   turnie,  piargi,  doliny, 

kopulaste czuby i ostre szpikulce. Był na szczycie Świata. Po raz kolejny udało mu się pokonać 
niepokonane. Gdy inni siedzieli w swych domostwach przed kominkami, na których wesoło płoną! 

ogień, lub w pobliżu nagrzanych pieców on dotykał dłonią nieba, mając pod stopami smoczy 
pancerz gór. Teraz najpilniejszą rzeczą było znalezienie możliwie najłatwiejszej ścieżki, która by 

ich powiodła w kierunku wybrzeża.

Zatrzymał się i zajął przepatrywać teren.

- Dlaczego stoimy? - spytała po dłuższej chwili Tatiana.
- Szukam ścieżki, która doprowadziłaby nas do tamtej zalesionej doliny. - Wskazał ręką na 

widoczną w prześwicie czarną plamę drzew.

Tatiana zdjęła bobrowy kapelusz i otarła czoło z potu. Pomimo znacznej wysokości było 
bezwietrznie i ciepło. Mleczny opar przesuwał się leniwie z zachodu na wschód. Rozmiękły 

śnieg przypominał świeżo zagniecione ciasto.

- Zachodnia strona tego odcinka Sierra Nevada wydaje się łagodniejsza od wschodniej - 

powiedziała, sumując spostrzeżenia uczynione tego dnia.

I   tak   rzeczywiście   było.   Josh   już   niejednokrotnie   miał  okazję   podziwiać   jej 

spostrzegawczość. Jako doświadczony człowiek gór potrafił dość szybko odnaleźć wszystkie te 
zalety, które czyniły z Rosjanki dobrego kompana górskiej wędrówki. Zdumiewała go jej 

fizyczna wytrzymałość oraz umiejętność rozkładania sił. Zdawała się podzielać jego szacunek 
dla   wyniosłych   szczytów,   urwistych  ścian   i   majestatycznych   zboczy.   Unikała   wszelkich 

niepotrzebnych hałasów, wyczuwając, że w górach obowiązuje cisza. Ani razu nie poskarżyła 
się na tempo marszu i wzorowo wypełniała wszystkie swoje obowiązki. Budziła się każdego 

ranka świeża i wypoczęta, a na jej twarzy malowała się gotowość do poświęceń.

Była   dobrym   materiałem   na   żonę   dla   człowieka   gór,   uzmysłowił   sobie   Josh   z   lekką 

autoironią i już nie żałował zapłaty, jaką dał Chogamowi za Tatianę. Nie żałował jej też, gdy 

przypominał ją sobie czeszącą włosy. Lub w momentach, gdy przytulali się do siebie przed 
zapadnięciem  w sen. Albo teraz,  kiedy  jej fiołkowe  oczy  uważnie  badały  teren,   a   twarz 

zdradzała, jak bardzo jest wzruszona.

background image

- A więc najgorsze mamy już za sobą? - spytała swoim miłym głosem.

- Można to i tak ująć. Od tego miejsca będziemy, bowiem już tylko schodzić.
- Jak daleko stąd do Fort Ross?

- Z grubsza biorąc, tydzień wędrówki. Spojrzała nań z ukosa.
- Więc za tydzień się pożegnamy.

- Na to wygląda.

Minąwszy szeroki piarg zaścielający wlot do doliny od strony grani, znaleźli się w strefie 

roślinności, z początku skąpej i karłowatej, dalej przechodzącej w zwarty leśny masyw. Tu 
właśnie   Josh   odebrał   pierwszy   sygnał   zbliżającego   się   niebezpieczeństwa.   Ptaki,   które 

powinny po ich przejściu podejmować świergotanie i śpiewy, milczały jak zaklęte. Wiewiórki 
umykały na drzewa i nie kwapiły się z zejściem. Kuc, którego nastrój rzadko ulegał jakimś 

gwałtownym   przemianom,   zaczął   rzucać   łbem,   łypać   oczyma   i   rozdymać   chrapy.   Coś 
niewątpliwie podążało ich śladem.

Josh wyjął strzelbę i kazał Tatianie zająć pozycję pomiędzy nim a kucem.

- Co się dzieje? - spytała ściszonym głosem.

- Wilki. Ciągną za nami już od pewnego czasu. Rozejrzała się nerwowo.

-  W Rosji wilki budzą największy strach. Nie ma zajadlejszego i bardziej krwiożerczego 

dzikiego zwierzęcia. Wilk rozszarpie owcę, powali konia, a nawet da radę niedźwiedziowi.

-   Wilk   amerykański   niczym   nie   różni   się   od   rosyjskiego   -   rzekł   Josh,   po   czym,   widząc 

kredowobiałą twarz Tatiany, natychmiast tego pożałował. - Wszystko jednak wskazuje na to, 
że wataha, która nas tropi, nie jest liczna. Inaczej już dawno by zaatakowała.

Josh powiedział to opanowanym i spokojnym głosem.  Miał już przygotowaną strategię 

obrony.   Zakładał,   że   tym   wilkom,   skoro   szły   tropem   ludzi,   bardzo   doskwierał   głód.  Ich 

wiecznie puste żołądki domagały się pokarmu, jakiegokolwiek ociekającego krwią pokarmu. 
Zatem gdy wilki się zbliżą, on, Josh, zabije pierwszego napastnika, na którego ścierwo rzucą 

się jego wygłodniali pobratymcy. To da im czas na wycofanie się i przygotowanie do kolejnego 
strzału, gdy atak zostanie ponowiony. Tak czy inaczej, niepokoił fakt, że wilki, które w zasadzie 

rzadko nacierają bezpośrednio na człowieka, tym razem zdecydowały się to zrobić.

Dopiero po kilku minutach napiętego wyczekiwania Josh uświadomił sobie, że nie ma tu 

mowy o stadzie, tylko o samotniku. Jak to się stało, że zimą polował sam, tego można się było 
jedynie   domyślać.   Być   może   został   przegnany   z   gromady   przez   bardziej   agresywnego   i 

dominującego samca. Być może był wilkiem-mordercą, który już  dawno wybrał chodzenie 

background image

własnymi ścieżkami. Jego zaśle-

pienie   wściekłością,   udręczenie   głodem   i   ogromne   rozmiary   czyniły   go   bardzo 
niebezpiecznym   przeciwnikiem.  Josh   zobaczył   go   w   prześwicie   pomiędzy   świerkami. 

Pomykającą szarą plamę wielkości kozła.

Oddał wodze Tatianie.
Usłyszał jej szept:

- Widzisz je?
- Jest sam. Poluje wyłącznie na własny rachunek.  Za chwilę ty też go zobaczysz. Owiń 

lejcami dłoń. Nie możemy sobie pozwolić na utratę kuca. I nie wpadaj w panikę.

Kiwnęła   głową,   posłusznie   wypełniając   jego   rozkazy.  Tymczasem   Josh   odbezpieczył 

Długiego   Toma   i   ruszył  wolnym   krokiem   ku   grupie   srebrzystych   świerków.   Intuicja 
podpowiadała mu, że właśnie stamtąd nastąpi atak.

Do jego uszu dobiegło niskie, gardłowe warczenie, jakby charkot. Gwałtownie odwrócił się 

w lewo. Kątem oka widział, że kuc wyrywa się jak oszalały. Dostrzegł też, że cały świat jakby 

wstrzymał oddech. Ptaki milczały, chmury zatrzymały się w swej wędrówce. Chwilę później 
żółtooka, szara bestia o zjeżonym karku wypadła spośród drzew. Z jej uzbrojonego w białe 

kły pyska skapywała piana.

Josh wymierzył w sekundzie i w sekundzie pociągnął za spust.

Długi Tom bluznął płomieniem.

Tatiana przeraźliwie krzyknęła.
Wilk   wywinął   kozła   w   powietrzu   i   upadł   na   mokry  śnieg,   który   natychmiast   się 

zaczerwienił. I stała się rzecz prawdziwie niezwykła. Bestia poderwała się, skoczyła i, zanim 
dosięgła ją kolejna kula, zatopiła kły w gardle kuca. Przerażony, kuc wspiął się na tylne 

nogi.

Dalsze   wypadki   potoczyły   się   z   szybkością   błyskawicy.  Josh   skoczył   do   przodu   z 

wyciągniętym nożem i pchnął w lukę pomiędzy wyciągniętym ku górze ramieniem Tatiany a 
zawisłym   w   powietrzu   kopytem.   Poczuł   dłonią  sierść   bestii,   co   oznaczało,   że   ostrze 

zanurzyło się aż po  rękojeść. Następny ruch - wyrwanie noża z cielska i przecięcie wodzy. 
Silne pchnięcie w pierś Tatiany i obrót ku  kucowi. Przeraźliwy kwik wiernego towarzysza 

wędrówki. I jego tylne kopyta poderwane w rozpaczliwej próbie uwolnienia się od drapieżcy. 
Podkute ostrymi sztabka-mi podków. Jedno z nich na wysokości twarzy i tuż przy twarzy.

I to była ostatnia rzecz, jaką Josh zobaczył. Zaraz potem ogarnęła go ciemność.

background image

W   późniejszym   życiu   Tatiana   nieraz   wspominała   ten  dzień   i   zawsze   ów   powrót   w 

przeszłość przywoływał trwogę i ból.

Kuc ciągle wierzgał i kwiczał jak oszalały. Dopadła  doń z boku i napierając na wzdęty 

brzuch, próbowała odepchnąć go od rozciągniętego na ziemi Josha. Poskutkowało o tyle, o ile 
słaba kobieta może dać radę walczącemu  o życie zwierzęciu, choćby było tylko kucem. W 

pewnym momencie osłabł, zadrżał niczym w febrze, zgiął przednie nogi w kolanach i ciężko 
zwalił się w śnieg. Jego piękne oczy zaczęły matowieć i zachodzić mgłą, a z rozszarpanej szyi 

tryskała krew. Wilcze ścierwo drapowało jego kark  niczym   ogromny   futrzany   kołnierz. 
Rozdęte nozdrza, z których jeszcze przed chwilą buchała para, ziały martwotą.

Tatiana wybuchnęła płaczem, a nie mogąc znieść widoku rzezi, zacisnęła powieki. Zaraz 

jednak pomyślała o mężczyźnie, który był jej przewodnikiem i opiekunem, a teraz leżał bez 

ducha. Wróciła doń i uklękła przy nieruchomym ciele. Ostrożnie wydobyła ze śniegu martwą 
zdawałoby   się,   głowę.   Szlachetne   czoło   szpecił   ogromny   krwiak,   który   nabrzmiewał   w 

oczach. Tatianę ogarnęło przerażenie.

- Josiah! - wykrzyknęła.

Krzyk zabrzmiał w niesamowitej ciszy gór niczym rozpaczliwe błaganie o cud. Gwałt, który 

przed   chwilą   się   dokonał,   bezcześcił   piękno   i   majestat   przyrody,   ale   i   demaskował   jej 

bezduszność i okrucieństwo.

- Josiah!

 

Josiah!

 

Słyszysz

 

mnie?

Żadnej odpowiedzi.

Tatiana walczyła z ogarniającą ją paniką. Rozpaczanie i płacz nic by tu nie pomogły. Trzeba 

było coś robić. Zdjęła więc futrzane rękawice i uczyniła z nich coś w rodzaju  poduszki, na 
której złożyła głowę rannego. Byleby tylko nie leżała w śniegu, gdyż to wydawało się jej 

profanacją, obrazą ludzkiej godności.
Dokładniej przypatrzyła się obrzmieniu. Rozdęta, czerwonofioletowa bulwa zdążyła już przyjąć 

rozmiary ziemniaka. Czy powinna ją przekłuć i pozwolić wypłynąć  zbierającej się pod skórą 
krwi? Czy też raczej rozsądniejszą rzeczą byłoby zdanie się na bieg wypadków?

Nic nie wiedziała o leczeniu obrażeń głowy. A nawet mniej niż nic. Jej własna niewiedza 

przerażała ją nie mniej niż nieruchomość Josiaha.

-   Nie   umrzesz   -   szeptała   do   ucha   nieprzytomnemu,   wierząc   w   istnienie   samo 

spełniających się życzeń. - Nie pozwolę ci umrzeć.

W końcu zdecydowała  się nakłuć opuchliznę.  Intuicja  podpowiadała   jej,  że  będzie  to 

słuszny krok - im mniej krwi w guzie, tym mniejsze jej ciśnienie na czaszkę. Trzęsącymi się 

background image

rękami   sięgnęła   po   zdobioną   frędzlami   skórzaną   torbę,   w   której   Josiah   nosił 

najpotrzebniejsze drobiazgi, a którą teraz przygniatał biodrem. Wyszarpnęła ją i zajrzała do 
środka. Miniatura Catherine, prymka tytoniu, pudełko z kulami, krzesiwo oraz osełka do 

ostrzenia  noża  - oto, co leżało na samym wierzchu. Ale ona szukała w tej  chwili czegoś 
zupełnie innego. Kościanej igły, przedmiotu najbardziej bodaj użytecznego.

Wydała okrzyk ulgi, kiedy jej rozbiegane palce natrafiły na  biały i długi szpikulec. Przez jego 

podłużne ucho można było przewlekać nie tylko wszelkiego typu nici, lecz i cieńsze rzemienie. Nie 

ulegało dla niej żadnej wątpliwości, że Josiah używał igły do zszywania i łatania ubrania. A teraz 
ona, Tatiana, użyje jej jako narzędzia chirurgicznego.

Pochyliła się nad rannym. Obrzmienie zdawało się żywą  istotą,  pasożytem tuczącym się 
ludzką krwią. Tatiana  wstrzymała oddech i wbiła igłę w fioletowy odwłok robala.  Josiah 

rzucił się jak na torturach.

Popłynęła czarna krew, która jednak śnieg barwiła na czerwono.

- Wybacz   -   prosiła   Tatiana.   -   Już   nie   sprawię   ci   bólu.
Po chwili Josiah uspokoił się.

Minęło kilka godzin. Tatiana wciąż tuliła do łona owiniętą szmatą głowę rannego i dziękowała 
Bogu, że jeszcze nie zdecydował się zabrać do siebie jego duszy. Twarda czaszka wytrzymała 

straszne uderzenie kopyta. Ale śmierć bynajmniej nie odeszła. Cierpliwie czekała z boku, a 
chwilami zdawało się, że sięga po swoją ofiarę. Ciałem  Josiaha targały wtedy konwulsje i 

Tatiana   musiała   użyć  całej   siły   swych   ramion,   by   ranny   nie   wyrządził   sobie   jakiejś 
dodatkowej krzywdy.

Ochrypłym głosem powtarzała swój refren opiekunki i pocieszycielki:

- Leż spokojnie, Josiah. Wszystko będzie dobrze. Leż spokojnie, Josiah.

Dlaczego   jeszcze   nie   odzyskał   przytomności?   Jak   długo   będzie   balansował   pomiędzy 

życiem a śmiercią, jawą a bezprzytomnością? Były to pytania, które najbardziej ją dręczyły.

Kiedy mówiła doń, przestawał rzęzić i bełkotać, ustawały też konwulsje i drgawki. Wtedy, 

wyczerpana, opadała plecami na stos tobołów, które ułożyła na kształt obronnego zakola. 

Dawały również ochronę przed wiatrem  od strony grani. Gruba skóra bizona zabezpieczała 
Tatianę i Josha od spodu, przed przeraźliwym chłodem skutej mrozem ziemi.

Dzień się miał ku końcowi i zaczynało zmierzchać.  Przed nocą należało dokonać kilku 

niezbędnych   czynności.   Najpierw   Tatiana   zajęła   się   gromadzeniem   opału.   Zebrawszy 

wystarczający zapas suchych gałęzi, rozpaliła ognisko i przez jakiś czas grzała nad ogniem 
zdrętwiałe  z   zimna   dłonie.   Następnie   odciągnęła   ścierwo   wilka   na  możliwie   najdalszą 

background image

odległość. Jego zgłodniali towarzysze, jeśli krążyli gdzieś w pobliżu, natkną się na gotowy żer i, 

miała taką nadzieję, zadowolą się nim. Jednak położyła strzelbę i rewolwer tuż obok siebie na 
skórze bizona, by sięgnąć po nie w razie konieczności. Na koniec owinęła  siebie i Josha 

derkami i kocami i zaczęła liczyć upływający czas.

Dość prędko straciła rachubę, pogrążając się w odrętwieniu.

Z Josiahem działo się wciąż to samo. To leżał sztywny i wyciągnięty niczym trup, to znów 

kopał nogami, rzęził i prężył się. Kiedy myślała, że uspokoił się na dłużej, jego ciałem znów 

potrząsały demony i był to doprawdy przerażający widok. Wówczas powracała do swoich 
błagań,  przytuleń  i  kołysań,  zachowując  się jak  matka   uspokajająca krzyczące przez sen 

dziecko. Tylko, że to dziecko miało wagę kamiennego bloku i nie czuła już swoich ramion, a w 
krzyżu narastał szarpiący ból.

Potem jego mięśnie rozluźniały się, ciało nieruchomiało i Tatiana miała chwilę odpoczynku. 

Znużona, studiowała jego twarz oświetloną chybotliwym płomieniem ogniska. Była to twarz jak 

gdyby wyciosana w kamieniu. Stanowiła, można by rzec, miniaturę tych gór, których skaliste 
spiętrzenia, strome ściany, poszarpane turnie i wyrąbane kilofem giganta przełęcze od tygodnia 

miała wciąż przed oczami.

Góry były okrutne i jego też było stać na okrucieństwo.  Nie zapomniała mu jeszcze, jak 

związał jej ręce i pozostawił tak na długie godziny. W górach wszystko było  zmienne - 
pogoda, widoki, kolorystyka. Josiah również  zaskakiwał ją nieoczekiwanymi zmianami w 

postępowaniu. Przecież powrócił po jej kosz ze zrazami, a następnie  obiecał jej zboczyć z 
wytyczonej trasy, by zahaczyć o Fort  Ross.  Nie rozumiała   go, ale   ufała  mu na,  tyle,   że 

powierzyłaby mu swoje życie.

Tymczasem jednak to o jego życie toczyła teraz walkę. Dziwna to była walka, skoro patrząc 

na jego twarz, prócz niepokoju i troski doznawała zarazem wzruszenia. Po śmierci Aleksieja 
ślubowała   sobie,   że   nigdy   więcej   nie   pozwoli   zawojować   się   mężczyźnie.   Jednak   ten 

potężny,  z gruba ciosany Amerykanin wskrzesił w niej coś, co, zdawało   się,   dawno   już 
umarło.

Zaczęła delikatnie gładzić go po twarzy. Tam, gdzie  rosła broda, skóra była wyraźnie 

bielsza. Dwudniowy zarost miło łaskotał opuszki jej palców. Linia podbródka  zdawała się 

zarysem jakiegoś fragmentu grani. Nos upodabniał się do najwyższego szczytu górskiego 
łańcucha.

A gdyby teraz Josiah odzyskał przytomność i wziął ją w ramiona? Co by wówczas czuła? 

Wstręt czy rozkoszną  niemoc? Już niemal zapomniała doznań kobiety w miłosnym uścisku 

background image

mężczyzny.

Dotknęła palcami jego ust. Reakcją był lekki skurcz mięśni i cichy jęk. Potem coś zaczął 

bełkotać i tulić się do niej nie jak kochanek, raczej jak syn.

-

Sza

 

-

 

uspokajała

 

go.

 

-

 

To

 

tylko

 

senne

 

mary.

Wymamrotał niewyraźnie kilka słów. Tylko jedno słowo udało się jej rozpoznać.

- Catherine.
Tatiana przestała go kołysać. Znieruchomiała, wpatrując się w noc rozszerzonymi oczyma. 

Mijały minuty. Nagle drgnęła i znów stała się matką, której najpierwszym pragnieniem jest 
przynieść ulgę cierpiącemu dziecku.

Poczuła,   że   morzy   ją   sen.   Znużenie   kleiło   jej   powieki.   Przez   jakiś   czas   walczyła   z   tą 

słabością, lecz w końcu musiała się poddać.

Jak długo spała, zanim znów ujrzała ciepłą plamę ognia, nie miała pojęcia. Dość że w 

jednym błysku bolesnego przypomnienia uświadomiła sobie swą dramatyczną sytuację.

- Josiah?
Nie trzymała go już w objęciach. Nie było go też na  skórze. Gwałtowny lęk targnął jej 

sercem. Odrzuciła okrycie i już chciała się dźwignąć, gdy poczuła na ramieniu dużą, mocną, 
budzącą zaufanie dłoń.

- Jestem tutaj. - Josiah uklęknął przed nią, patrząc na nią swymi jasnymi oczami.

Strach i niepokój ustąpiły tak nagle, ze pustkę, którą po sobie pozostawiły, mogło zapełnić 

jedynie morze łez. Tatiana otworzyła ramiona i ze szlochem rzuciła się na pierś człowieka, 
bez którego nie wyobrażała sobie przeżycia

w tych górach.

- A więc żyjesz! I możesz chodzić! I odzyskałeś przytomność! Bogu niech będą dzięki!

Josh mógłby powiedzieć jej, że jest przytomny od ponad godziny i że zdążył już obmyć 

śniegiem twarz wypić mocną kawę, która nieco osłabiła pulsujący boi pod czaszką, obejść 

teren z płonącym polanem w dłoni oraz przypatrzyć się śpiącej kobiecie, której piżmowy 
zapach wprawił go w stan chwilowej ekstazy. Nie napomknął jednak o żadnej z tych rzeczy, 

tylko czekał, aż uspokoi się i przestanie płakać.

- Widziałem wilka i kuca - rzekł, gdy umilkły jej szlochy. - Co się właściwie stało?

Odparła drżącym głosem:

- Z gęstwiny wypadł wilk i przegryzł gardło kucowi. Ten zaczął walić zadem i kopytem 

uderzył cię w czoło.  Padłeś na ziemię i długo się nie ruszałeś. Zrobiłam cos  w rodzaju 

background image

obozowiska, a potem już tylko czekałam.

W   tym   lakonicznym   sprawozdaniu   brakowało   kilku istotnych szczegółów. Na przykład, 
jakim   cudem   Tatiana   znalazła   w   sobie   dość   siły,   by   mimo   paniki   i   najwyższego 

zdenerwowania znieść w to miejsce wszystkie bagaże, zgromadzić opał, pomyśleć o środkach 
bezpieczeństwa i jeszcze zająć się nieprzytomnym. I skąd w ogóle ta wielka troska o niego, 

skoro kilka dni temu nie zawahała się dźgnąć go w szyję nożem. Jednak w tej chwili on, Josh, 
nie   chciał   zaprzątać   sobie   głowy   tymi   sprawami.   Odsunął   je   na   później.   Musiał   przede 

wszystkim zadać jej jedno nader ważne pytanie.

- Czy ten wilk ugryzł cię lub chociażby tylko zadrasnął kłami?

Wzruszyła ramionami.

- Nie.

- Jesteś tego pewna?
- Całkowicie.

Josh odetchnął. Dobrze wiedział, że nawet na oko niegroźne ugryzienie przez chorujące 

na wściekliznę zwierzę oznacza niechybną śmierć w najstraszliwszych mękach. Wszystko zaś 

wskazywało na to, że ów wilk był wściekły - zaatakował ich z agresywnością, której w żaden 
sposób nie można było wytłumaczyć wyłącznie naturą tego zwierzęcia. Dlatego kiedy Tatiana 

spała, Josh najpierw obejrzał dokładnie swoje ciało, by następnie, z konieczności pobieżnie, 
przyjrzeć się rękom i nogom śpiącej. By jednak mieć absolutną pewność, musiał otrzymać jej 

własne zapewnienie. Co też właśnie się stało.

On niepokoił się o nią, ona zaś o niego.

- Myślałam, że już nigdy nie odzyskasz przytomności, ty niemożliwy Amerykaninie.

Znowu w jej oczach błysnęły łzy i zaczęły spływać po policzkach. Tym razem przypomniały 
Joshowi nie tylko wczorajsze przeżycia Tatiany, ale cały dramat szlachetnie urodzonej kobiety 

zagnanej przez los na obcy kontynent i cierpiącej tu najstraszliwsze upokorzenia. Jej wielką 
samotność.

Broniąc się przed ogarniającym go współczuciem, przybrał żartobliwy ton.
- Żeby skruszyć moją żelazną czaszkę, trzeba kopnięcia konia, a nie konika - rzekł, po 

czym wyciągnął rękę, by obetrzeć jej łzy.

Chwyciła jego dłoń i wtuliła w nią policzek.

- Ale najpierw w ogóle nie dawałeś oznak życia, potem rzucałeś się w malignie, jakbyś 

widział śmierć. Ledwie udawało mi się cię utrzymać, a w pewnej chwili nawet chciałam 

background image

założyć ci więzy, co byłoby zresztą tylko rodzajem rewanżu. - Uśmiechnęła się.

Był zakłopotany.

- Bardzo

 

mi

 

przykro

 

z

 

powodu

 

tamtego.

Prychnęła.

- Mnie również. Prawdę mówiąc, nikt mnie jeszcze tak nie potraktował.

Josh chciał cofnąć dłoń, lecz zamiast tego przesunął  ją z policzka Tatiany na smukłą 

szyję. Wyczuł napięte mięśnie, więc zaczął je masować. Z rozchylonych ust uleciało krótkie 

westchnienie, a głowa w bobrowym kapeluszu odchyliła się do tyłu. Ciało Tatiany jakby 
zwiotczało, a szukając wsparcia, przylgnęło do ciała Josha. Ten zaś używał teraz już obu 

rąk, dziękując tą pieszczotą za troskę, jakiej doświadczył w przeciągu ostatnich kilkunastu 
godzin.

Lecz to jeszcze nie wyjaśniało, dlaczego w pewnym momencie pochylił się i pocałował 

Tatianę   w   jej   rozchylone   usta.   Zresztą   nie   szukał   wyjaśnień,   nie   były   mu   potrzebne. 

Spoglądał z bardzo bliska na szlachetne rysy jej lekko ogorzałej twarzy, na której widać było 
jeszcze ślady po łzach, i smakował gorącą wilgoć pocałunku.

W intencji Josha miał on być delikatny, kojący i pocieszycielski, ot, męska podzięka za czułą 

opiekę. Ale podobnie jak tamten pocałunek sprzed kilku dni, ten również okazał się wielką 

niespodzianką. Co zaczęło się jako motyli dotyk, przeobraziło się w namiętną napastliwość, akt 
prymitywnej zaborczości.

Wszedł językiem w głąb równie łatwo, jakby drążył rozpaloną głownią świeżo usypaną zaspę 

śnieżnego puchu. Pękły wszelkie bariery. Już nie krył narastającej w nim od dawna pożądliwej 

tęsknoty.

Z surowego i wymagającego przewodnika zmienił się w jednej chwili w dręczonego bólem 

kochanka Przygarnął Tatianę i posadził sobie na kolanach. Zarzuciła  mu ręce na szyję. 
Prężąc się, napierała nań brzuchem i piersiami.

Owszem,   pamiętał,   że   postanowił   nie   przyjmować   od  niej   zapłaty   w   naturze   za 

przeprowadzenie  przez   góry.   Było   już   jednak   za   późno   na   dotrzymywanie   jakichkolwiek 

obietnic. Jej skórzana spódnica zsunęła się prawie do bioder, koszula rozchyliła się, a on, 
barbarzyńca, wsunął za  nią zaborczą dłoń. Żądza krążyła w jego żyłach niczym  brandy, 

która upaja i upija.

Nieokreślony lęk chwycił go za gardło.

- Wybacz - szepnął. - Obiecałem ci, że nigdy więcej...
-   Przestań!   -   Zakryła   mu   usta   dłonią.   -   Nie   mów   mi  o obietnicach   ani  o  utraconych 

background image

miłościach. Niepotrzebny mi żałobnik. Pragnę tej nocy być kobietą. - Znowu w jej  oczach 

zabłysły łzy. - Och, przecież nie żądam zbyt wiele.  Jeśli to nie sprawi ci bólu, przytul mnie 
mocno do siebie.

Było   akurat   odwrotnie.   Cierpiałby,   gdyby   chciała   się  bronić.   Pożądał   tej   dzielnej, 

uwodzicielskiej, pełnej sprzeczności Rosjanki. W tej chwili, w tej jednej chwili była kobietą 

jego życia.

- Tylko tej nocy, Josiah - szeptała na granicy łez. - Proszę.

Przysiągł sobie w duchu, że pohamuje żądzę i weźmie  ją niespiesznie. Da jej czas, żeby 

poczuła się kobietą i zapamiętała sobie tę noc. Będzie delikatny, ostatecznie stać go na to.

Położyła się na plecach, on zaś odsłonił ją od pasa w dół. Jej skóra okazała się gładka i 

miła jak atłas. Biodra przechodziły w kielichowate zwężenie talii. Toczone uda były silne, a 

kształtne łydki smukłe. Aby nie drażnić bestii, która się w nim obudziła, i ochronić ich ciała 
przed  chłodem, wolną ręką naciągnął okrycie. Już nie widział  nagości Tatiany, obcował 

jedynie z miękkością i gładkością jej kształtów.

Ślizgając   się   wilgotnymi   wargami   po   jej   brzuchu,  dotarł  aż   do   piersi.   Chwycił   zębami 

stwardniałą brodawkę. Westchnęła i na moment wyprężyła się. Nogi, posłuszne jakiemuś 
dziwnemu prawu, zaczęły rozchylać się i zginać w kolanach. Noc pod płaszczem stawała się 

coraz bardziej upalna. Tatiana nie przypominała już matki tulącej swoje dziecko. Przeobrażała 
się w kobietę gotową dawać i przyjmować rozkosz.

Ruchy Josha stały się gwałtowne i niecierpliwe. W swych rozbieganych dłoniach chciałby 

zmieścić wszystko, a odnajdował jedynie drobne fragmenty. Jego usta próbowały pochłonąć 

całą pierś, a musiały zadowolić się cząstką. Rozpostarta pod nim gorąca kobieca miękkość 
nie dawała się zawłaszczyć w jednym akcie miłosnego podboju.

To raczej on został zawłaszczony już od pierwszej  chwili zespolenia. Tatiana, ta uparta, 

wyniosła   i  piękna   kobieta,   uczyniła   zeń  niewolnika   miłości,   a   zarazem   wyzwoliła   w   nim 

niezwykły miłosny zapał. Josh pragnął zatracić się w miłosnych zmaganiach, ale odkrywał w 
sobie wraz to nowe pokłady sił. Dawał i brał, dawał i brał... i tak aż do rozstrzygającej chwili, 

w której rozkosz wyniosła ich na niebotyczne szczyty. Potem zapadli w nicość.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Josh obudził się tuż przed świtem, odnajdując w sobie  to samo gorące pożądanie co w 

background image

nocy, która się właśnie  kończyła. Obraz leżącej na plecach półnagiej Tatiany owładnął bez 

reszty jego wyobraźnią i znów był gotów do miłosnych zmagań.

Tymczasem leżał, patrząc na blednące gwiazdy i próbując zwalczyć niepohamowaną żądzę. 

Najlepiej w takich razach myśleć, o czym innym i Josh właśnie próbował to czynić. Wraz z 
Tatianą znaleźli się w całkiem nowej sytuacji. Stracili kuca i trzeba było wybrać i przepakować 

rzeczy. Na szczęście byli już po zachodniej strome grani. Od  tego miejsca szlak w zasadzie 
schodził już tylko ku wybrzeżu. Niebawem usłyszą szum oceanu i będą mogli uznać, że 

najgorsze pozostawili za sobą. Potem jeszcze kilka  dni marszu do Fort Ross. Chyba że on, 
Josh, zdecyduje się na okrężną, a więc dłuższą drogę...

Gdy   uświadomił   sobie,   ku   czemu   zmierzają   jego   myśli,  zesztywniał.   Nie   powinien 

przeciągać wędrówki tylko, dlatego, żeby spędzić więcej nocy z przygodnie poznaną  i już 

pokosztowaną kobietą. Ona i on mieli określone powody, by dotrzeć do Fort Ross możliwie 
najszybciej. Inna sprawa, że były to sprzeczne powody.

Tatianie   zależało   na   uratowaniu   przyczółka   rosyjskiego   imperium   na   kontynencie 

amerykańskim przez dostarczenie zrazów drzew owocowych.

Josh chciał oszacować na miejscu niepewną przyszłość  fortu i ewentualnie zabezpieczyć 

tamte tereny dla Stanów Zjednoczonych.

Gdyby Tatiana poznała prawdziwe motywy, jakimi się kierował, z pewnością wpadłaby w 

furię. Na razie jednak  spała, mrucząc coś przez sen. Josh podniósł okrywające  ich derki i 

futro   i   sycił   oczy   smukłością   jej   nóg,   krągłością   bioder   i   blaskiem   mlecznej   skóry. 
Wystarczyłoby sięgnąć,  żeby dotknąć,  dotknąć,  by posmakować.  Zacisnął  zęby i  wstał   z 

posłania.

Przeciągnął się, uporządkował na sobie ubranie i podsycił przygasły ogień. Ustawiwszy na 

kamieniach kociołek z wodą na kawę, sięgnął po siekierę schowaną w skórzanej torbie. Chciał 
zrobić coś w rodzaju sań, na których umieściłby bagaż i ściągnął go w dół, ku wybrzeżu. 

Wysiłek   był   mu   potrzebny   również   z   innego   względu.   Pomógłby   mu   otrząsnąć   się   z 
dręczącego poczucia winy.

Popatrzył po chojakach i wybrał dwa najcieńsze, lecz dostatecznie wysokie. Zabrał się do 

pracy. Ostrze siekiery zagłębiło się w smukły pień. Kolejne precyzyjne uderzenie. Z każdym 

zamachem i ciosem coraz wyraziściej stawała mu przed oczyma jego misja.

Był oficerem armii Stanów Zjednoczonych!

Wyruszył na zachód na rozkaz prezydenta!
Prezydent z pewnością  życzyłby  sobie, by informacje  zdradzone przez  Tatianę  zostały 

background image

zweryfikowane.

Tyle że ostatniej nocy... Siekiera zawisła nieruchomo w powietrzu... wykroczył daleko poza 

instrukcje. Pozwolił, by zawładnęły nim zmysły, co skomplikowało i tak już trudną sytuację. Co 

gorsza, wykorzystał chwilową słabość Tatiany, która z ulgą powitała jego powrót do świata 
żywych. Przeżyła chwile grozy, czuła się zagubiona i przerażona.  Potrzebowała  poczucia 

bliskości i bezpieczeństwa. Pragnęła dowodów tkliwości, otrzymała jedynie czysto fizyczną 
rozkosz. Prawdą jest, że się nie wzbraniała, oddała mu się z pasją. Ale, jak sobie wcześniej 

powiedział, nie stało się to bez przyczyny.

Czuł niesmak. Musi doprowadzić Tatianę do Fort Ross możliwie najszybciej. Nie może być 

mowy ani o romansie, ani o jakimkolwiek związku. Winien to jest pamięci Catherine, poza 
tym ma do wykonania ważne zadanie.

Ostatnie uderzenie siekierą i suchy trzask przełamującej się sosenki. Josh z ponurą twarzą 

podszedł do drugiego chojaka.

Tatianę obudził łoskot walącego się drzewa, choć ona,  wciąż odurzona snem, nie umiała 

zidentyfikować   źródła   hałasu.   Lecz   uderzenia   siekiery   już   rozpoznawała   bezbłędnie   i 

wiedziała, że to pracuje Josiah.

Odsunęła z ust brzeg futra i odetchnęła zimnym, rześkim powietrzem. Wschodnia strona 

nieba zaczynała już nasycać się różowością i złotem. Wstawał dzień i należało podjąć poranną 
krzątaninę. Po raz pierwszy od opuszczenia wioski Indian Hupa Tatianie nie śpieszyło się z 

odrzuceniem okrycia.

Dziwna ociężałość wypełniała jej członki. Myśli nie chciały się wiązać w logiczne szeregi. 

Tatiana oddała się marzeniom. Wyobraziła sobie, że leży w sypialni pałacu Karanowów i za 
chwilę pojawi się pokojówka z gorącą czekoladą i talerzykiem ciepłych jeszcze ciasteczek z 

rodzynkami, od których ona, pani tego pięknego domu, zwykła zaczynać dzień.

Ucieczka w świat marzeń nie mogła zmienić faktu, że  jest na wyżynach Sierra Nevada i 

zaraz zobaczy Josiaha. Tatiana bała się tej chwili po tym, co stało się minionej nocy.

Wstyd oblał jej policzki i szyję ukropem. Czyżby naprawdę oplotła go nogami i błagała o 

rozkosz?   Czyżby   naprawdę   ona,   dziedziczka   arystokratycznego   rodu,   osoba   kulturalna   i 
religijna, jęczała i wiła się pod biorącym ją w posiadanie mężczyzną niczym przysposobiona do 

swej profesji płatna lafirynda? Ale też owe paroksyzmy namiętności, które targały jej ciałem, były 
przeżyciem wyjątkowym.

Rzecz  osobliwa,  lecz  nie  podejrzewała   dotychczas,   że  można   doświadczyć   czegoś   tak 

background image

wstrząsającego. I że sprawcą tych doznań może być jakiś tam Amerykanin. Owszem, kobiety 

Hupa   chwaliły   miłosne   talenty   Josiaha   Jonesa,   co   innego   jednak   słyszeć,   a   co   innego 
przekonać się o nich.

Pomimo wszystko nie powinna zatracać się bez reszty  w rozkoszy. Już raz pozwoliła się 

odurzyć i tracąc głowę,  straciła  również  serce.  Jej  obecne  położenie  kazało   jej  chłodno 

oceniać fakty.

Ganiąc siebie za karygodną słabość, której dowód złożyła tej nocy, zaczęła się ubierać. 

Zaparzyła kawę i nalała sobie do kubka. W kawie było coś cudownego, gdyż wystarczyło 
wypić zaledwie kiłka łyków, by rozum zaczynał pracować sprawniej. Tatiana zastanawiała się 

właśnie, co powie Josiahowi na dzień dobry, gdy usłyszała jego kroki.

- Gotowa?

Uniosła wzrok. Stał nad nią z dłońmi wetkniętymi głęboko za pasek spodni. Znała go już na 

tyle dobrze, by zobaczyć w jego złociście nakrapianych oczach ślad napięcia.

- Tak. Możemy ruszać.
- Dobrze. Niech tylko umieszczę na saniach tłumoki.  Pod wieczór powinniśmy być już na 

nizinie.

Czujny wyraz jego twarzy miał w sobie coś odpychającego. Nieprzyjemnie było też słuchać 

jego szorstkiego głosu.

- Pozwól, że zajmę się jedzeniem - rzekła, pragnąc być pomocną. - Przyznam, że tęsknię 

już za nizinami.

Kłamała.   Bynajmniej   nie   myślała   o   nadmorskim   pasie   nizin,   tylko   o   swoim   gorzkim 

rozczarowaniu. Lecz czego właściwie oczekiwała? Że klęknie u jej stóp i wygłosi odę  na jej 
cześć?   Że   zacznie   wynosić   pod   niebiosa   jej   urodę?   Sama   przecież   ustanowiła   miary   i 

wykreśliła granice. Połączyli się tylko na tę jedną noc. Wszak nie prosiła go o miłość, tylko 
o kilka chwil zapomnienia. Kto kupuje  w sklepie mąkę, ten niech się nie spodziewa, że 

sprzedawca poda mu pomarańcze. A zatem dano jej to, czego zażądała. Wszystko było jasne, 
proste i logiczne.

Ale już nie były jasne, proste i logiczne słowa, które usłyszała:
- Wydaje się, że znów będę musiał przeprosić cię, Tatiano.

Poczuła, że sztywnieje.

- Za co tym razem zamierzasz mnie przeprosić, Josiah?

-  Za ostatnią noc.

background image

Duma kazała jej odrzucić głowę.

- Żałujesz tego, co się stało?
Josh   umknął   spojrzeniem   w   bok   i   Tatiana   zgadła,   że  myśli   o   Catherine.   Tej   swojej 

wyjątkowej, niepowtarzalnej  Catherine.  Zrobiło jej się przykro, a zarazem poczuła  złość. 
Czyżby to była zazdrość? Jak nisko trzeba upaść, by być zazdrosną o dawno już zmarłą 

kobietę!

- Nie żałuję tego, co się stało - odrzekł po dłuższej chwili. - Ale nie może się to już nigdy 

powtórzyć.
- Nie obawiaj się- odparła lekko pogardliwym tonem.  - Wątpię, by jakiś koń ponownie 

kopnął cię w głowę w mojej obecności.

A jeśli nawet, dodała zaraz w duchu, to ona, Tatiana, zostawi go własnemu losowi i ani się 

obejrzy. Niech sam leczy sobie swoje guzy, rany i złamania!

Josh dostrzegł gniew Tatiany i zrozumiał, że pokpił  sprawę. Właściwie nie znał się na 

kobietach. Poza tym zachodziła sprzeczność pomiędzy tym, co mówił, a tym, co rzeczywiście 
czuł. O tym ostatnim najrozsądniej było nie myśleć.

Toteż wrócił do swoich obowiązków. Pokrył drewnianą  konstrukcję skórą bizona i zaczął 

rozmieszczać   na   niej  przepakowane   bagaże.   Na   samym   wierzchu   przymocował  kosz   ze 

zrazami drzew owocowych. Dzień zapowiadał się pogodny i bezwietrzny.W południe doszli 
do łagodnych wzgórz. Zmierzch zastał ich na płaskiej równinie, gdzie jasne hale przetasowane 

były ciemnymi lasami. Od kilku godzin zacinał zimny deszcz, co stanowiło jeszcze jeden 
dowód na to, że w tych stronach o tej porze roku trudno rankiem przewidzieć pogodę. Rozbili 

obóz pod rozłożystą jodłą i posiliwszy się, ułożyli do snu. Chociaż dotychczas jedno nie skąpiło 
swojego ciepła drugiemu, tej nocy unikali kontaktu, a na każde przypadkowe dotknięcie 

reagowali gwałtownym cofnięciem nogi czy ręki.

Ranek wstał mglisty i wilgotny. Ruszyli w drogę w apatycznych nastrojach. Po jakimś 

czasie pojawił się w powietrzu nowy zapach - zapach morskiej wody. Niebawem też usłyszeli 
stłumiony odległością, ale majestatyczny szum oceanu. Od wybrzeża dzieliły ich trzy, a może 

już   tylko   dwa   kilometry.   Tatiana   wstrząsnęła   się,   przejęta  zimnym   dreszczem.   Pamięć 
tamtych   strasznych   chwil,  kiedy   to   ryczące   fale   zalewały   pokład   małego   szkunera, 

podsuwała jej przed oczy obraz za obrazem.

Późnym popołudniem dotarli do indiańskiej wioski zamieszkanej przez plemię Wiyotów. Ci 

nadmorscy Indianie trudnili się połowem wielorybów i większych morskich ryb. Mieli broń 
palną, a ich stroje były mieszaniną przyodziewków marynarskich i indiańskich. Lubowali się 

background image

w paciorkach i mosiężnych ozdobach, co świadczyło o częstych tu wizytach przeróżnych 

handlarzy i kupców.

Członkowie starszyzny powitali Josiaha w języku, który w niczym nie przypominał języka 

Indian Hupa i zdawał się bardziej krzykiem niż mową. Widocznie pewne jego fonetyczne cechy 
wzięły się z przekrzykiwania ryku fal morskich. Tak czy inaczej, Josh władał tym narzeczem 

i pięknie podziękował za zaproszenie na wieczerzę. Poczęstunek składał się ze zrumienionych 
płatów wielorybiego mięsa oraz słodkich ziemniaków. Odurzona panującym w wigwamie 

ciepłem, rozleniwiona i syta, Tatiana wyciągnęła się na posłaniu w kącie i zasnęła kamiennym 
snem.

Tymczasem mężczyźni, racząc się piwem, rozmawiali  o połowach i mijającej zimie. W 

pewnym momencie wódz Wiyotów szturchnął Josha łokciem w bok.

- Widzę, że ślesz spojrzenia ku leżącej kobiecie. Czy naprawdę dotykała wraz z tobą nieba na 
szczytach?

- Dzieliliśmy razem trudy tej wyprawy.
- Mówimy zatem o silnej i odważnej squaw.

- Przyklaskuję twym słowom, wodzu.

Stary Indianin chrząknął i podał Joshowi kubek z fiszbinu wieloryba.

- Wypij, a potem dołącz do tej kobiety. Niech ofiaruje spokój twoim lędźwiom, ażebyś spał 

twardo tej nocy. Jutro musisz wstać rześki i wypoczęty.

Josh   uśmiechnął   się.   Spodobało   mu   się   to   wyrażenie.   Jego   lędźwiom   faktycznie 

przydałaby się ochłoda.

- Kobieta   może   poczekać   -   rzekł,   biorąc   kubek   i   pociągając   spory   łyk   piwa.   - 

Najważniejsze, żebyśmy umówili się co do ceny za dwa dzielne konie.

Wódz machnął ręką.

- Nie potrzebujesz koni na tę podróż. Mamy łodzie, które służą nam do połowów. Nasza 

łódź przetrzyma srogi gniew wielkiej wody. Wsiądziesz więc na nią wraz ze swoją squaw i po 
dwóch dniach będziesz u celu podróży.

Josh doznał skurczu żołądka. Nie chciał tak prędkiego końca drogi. Powoli skinął głową.

- Niech wszyscy uczą się od ciebie mądrości, wodzu.

- Tam! - wykrzyknął Josh. - Nad górną krawędzią klifu!

Trzymając   się  jedną   ręką   liny,   drugą   zaś   odgarniając  mokre   włosy   z   twarzy,   Tatiana 

spojrzała ku brzegowi. Ocean huczał, a potężne fale zmieniały się w przybrzeżną pianę. Żeby 
się porozumieć, trzeba było krzyczeć.

background image

- Widzisz?

- Nie!
- Tam! Te dwie zwieńczone krzyżami kopuły!

Deszcz i mgła ograniczały widoczność. Tatiana wytężyła wzrok i zobaczyła dwa krzyże na 

tle   jednolicie   szarego   nieba.   Wydała   okrzyk   radości   i   triumfu.   Wracała   do  świata 

chrześcijańskiej kultury.

Owe krzyże, znaki Męki Pańskiej, symbolizowały wszystko, co znała i czym była. Oczami 

duszy   ujrzała   popów,   patriarchów,   ikony,   rozmodlone   tłumy   i   drżące   płomyki   świec. 
Prawosławie ukształtowało ją i zakreśliło horyzont jej życia. Przeżegnała się i w myślach 

podziękowała Bogu, że w swej dobroci pozwolił jej dotrzeć do celu wędrówki.

A potem dostrzegła trójkolorową flagę imperium rosyjskiego z dwugłowym ortem w białym 

polu. Flagę Mikołaja. Człowieka, przez którego furię i mściwość znajdowała się na tej łodzi i pod 
tą szerokością geograficzną, daleko od domu i wszystkiego, co kochała.

A niech go piekło pochłonie!

Łódź powoli zbliżała się do brzegu i górna krawędź klifu przesłoniła kopuły cerkiewki. 

Kierowali   się   ku   niewielkiej   zatoce.   Fale   nie   były   wysokie,   ale   miały   w   sobie   moc 
wystarczającą do tego, by ich łódź przemienić w miazgę. Indiańscy żeglarze krzątali się wokół 

żagli i lin. Obok Tatiany stanął Josiah - silny, budzący zaufanie, spokojny.

- Nie bój się - rzekł donośnym głosem. - Nie po to  ciągnąłem cię przez góry, aby teraz 

pozwolić ci utonąć.

Z jakąś dziwną łatwością uwierzyła mu.

U stóp stromego klifu powitała ich grupa krepo zbudowanych mężczyzn, w których Josh 

rozpoznał Indian ze szczepu Porno. Wyciągnęli ich łódź daleko na kamienistą plażę i pomogli 
wysiąść dwójce pasażerów. Z chwilą jednak, gdy Josh i Tatiana dotknęli stopą ziemi, Indianie 

przestali się nimi interesować. Woleli oglądać łódź, mieli też wiele pytań  do załogi. Tatiana 
pospieszyła   ku   drewnianym  schodom,   wiodącym   na   wysoki  brzeg,   a   za  nią   ruszył   Josh. 

Męcząca  to była wspinaczka.  Oboje musieli pokonać kilkadziesiąt stopni.   Kiedy   stanęli   na 
szczycie, dyszeli jak po biegu.

Przed  nimi  rysował  się w deszczu   Fort  Ross.  Otaczała  go  palisada  w formie  ostrokołu. 

Niewielkiej zachodniej bramy  strzegły działa, których lufy wystawały ze strzelnic narożnych 

wież, oraz wartownicy, których twarze zwrócone teraz były ku przybyszom.

Jakkolwiek   rosyjscy   koloniści   żyli   już   od   lat   w   pokojowych   stosunkach   zarówno   z 

background image

Hiszpanami,  jak i indiańskimi plemionami, było oczywiste, że dowódca twierdzy,  hrabia 

Aleksander Roczew, nie zaniedbuje żadnych środków bezpieczeństwa.

Brama otworzyła się, gdy Josh i Tatiana byli w połowie drogi między urwiskiem a palisadą. 

Wyszedł z niej wysoki, chudy młody człowiek w binoklach i czarnym surducie. Kulił ramiona, 
co nie dziwiło, zważywszy na siąpiący deszcz. Po Tatianie jedynie przemknął spojrzeniem, za 

to  Josha   powitał   niemal   serdecznie.   Mówił,   co   prawda,   łamaną   angielszczyzną,   lecz 
zrozumiałą dla słuchaczy.

-  Witam  w  naszych  skromnych progach,  sir. Jestem Michaił Pulkin, osobisty sekretarz 
hrabiego Aleksandra Roczewa, zarządcy tej placówki. Chwilowo hrabia jest nieobecny, dlatego 

mnie przypadł zaszczyt powitania cię, panie, jak również twojej - nerwowo uśmiechnął się - 
małżonki.

Tatiana dopiero teraz uświadomiła sobie, jak okropnie wygląda. Mokre i splątane włosy, 

kapelusz, którego powstydziłby się strach na wróble, ociekające wodą futro upodabniały ją 

bardziej do markietanki niż damy. Nic dziwnego, że Pulkin, bojąc się wybuchnąć śmiechem, 
wolał na nią nie patrzeć.

- Nie jestem żoną tego człowieka  - sprostowała  możliwie  najszybciej.  - Nazywam  się 

Tatiana Grigoriewna Karanowa i chcę natychmiast widzieć się z hrabiną.

Sekretarz   wybałuszył   bladoniebieskie   oczy   i   przetarł  palcami   spryskane   deszczem 

binokle.

- Czyżby... hrabina Karanowa?
- To właśnie ja.

- Doszły nas wieści, że utonęłaś, pani.
- Bóg chciał inaczej, choć niewiele brakowało, a nie  byłoby mnie wśród żywych. Tak czy 

owak, jestem tutaj i - zmarszczyła brwi - życzyłabym sobie znaleźć się pod dachem.

Jej wielkopański ton spowodował, że sekretarz natychmiast zgiął się w ukłonie. A potem 

kłaniał  się już, co chwila,   niczym  kukiełka  poruszana   sznurkami,  z  ręką  wyciągniętą   ku 
otwartej   bramie.   Gdyby   była  tu   fosa   bez   mostu,   ugiąłby   grzbietu,   byleby   tylko   hrabina 

Karanowa mogła przejść po nim jak po kładce.

Josha rozbawiła ta uniżoność młodego urzędnika, zaraz jednak zaczął uważnie przyglądać 

się fortowi. Był tu przed prawie pięciu laty, lecz przez ten czas niewiele się zmieniło. Ten sam 

częstokół z czterema strażnicami w rogach i bodaj te same działa jeżące swe lufy na wszystkie 
strony świata.

background image

Na placu stało siedem czy osiem budynków. Za budulec służyły kolonistom kalifornijskie 

sekwoje, których drewno zbrązowiało od deszczów i słońca. Tam stał magazyn, a tutaj barak 
dla służby i żołnierzy. Najokazalszą budowlą była cerkiewka o dwóch wieżach zwieńczonych 

cebulastymi kopułami.

Josh   poczuł,   że   narasta   w   nim   determinacja.   Zrobi   wszystko,   by   ten   solidnie 

ufortyfikowany fort nie dostał się w ręce Francuzów bądź Anglików.

Na trawiastym dziedzińcu Tatiana przyśpieszyła kroku. Tymczasem z budynków wysypali 

się urzędnicy i rzemieślnicy, kobiety i mężczyźni. Wyszli, nie zważając na  deszcz, pchani 
ciekawością, całkiem naturalną dla odciętej od świata gromady. Pożerali wzrokiem Tatianę, 

która, rzecz niezwyczajna, szła kilka kroków przed towarzyszącym jej mężczyzną. Idący na 
ostatku chudy młodzian w binoklach rzucał na prawo i lewo jakieś rosyjskie słowa.

Tatiana   zmierzała   ku   centralnie   położonej   piętrowej   budowli.   Weszła   po   schodach   i 

zastukała do drzwi. Otworzyły się i stanęła w nich drobna blondynka w gustownej niebieskiej 

sukni. Na widok Tatiany okazała zdumienie,

które jeszcze się pogłębiło, gdy dziwnie odziana niewiasta złożyła przepisowy dworski ukłon.

-

Ta...

 

Tatiana?

 

-

 

spytała

 

po

 

dłuższej

 

chwili.

Przybyła otarła z twarzy krople deszczu i uśmiechnęła się.

- Tak, Heleno. To ja, Tatiana.
Dama w niebieskiej sukni wydała cichy okrzyk, po czym rzuciła się ku przyjaciółce. Padły 

sobie w ramiona.  Ściskały się, śmiały, szlochały, przez cały czas wymieniając   rosyjskie   i 
francuskie słowa.

Josh i sekretarz czekali cierpliwie w deszczu, który nasączał zimną wilgocią ich ubrania. W 

końcu Tatiana wyswobodziła się z czule oplatających ją ramion i rzekła ze śmiechem:

- Och, zabierz nas wreszcie z tej pluchy. Za mną stoi człowiek, który przeprowadził mnie 

przez góry. Wiele mu zawdzięczam. Gdyby nie on, wciąż tkwiłabym w indiańskiej wiosce po 

tamtej stronie Sierra Nevada.

Następnie, nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Umknęło jej uwagi, że radość 

przyjaciółki jakby przygasła. W oczach Heleny pojawił się smutek, a twarz nabrała ostrości.

Pod dachem znalazł się też Josh. Pokój, do którego  weszli, mógłby być równie dobrze 

pokojem w Petersburgu bądź Paryżu. Okna zdobiły aksamitne beżowe zasłony. Gruby turecki 
dywan w żywych kolorach zaścielał podłogę z desek. Pod ścianami stały ciężkie meble z 

ciemnego drewna. Płonący na kominku ogień częściowo przęsło-

nięty był bogato zdobionym mosiężnym ekranem. Fortepian zajmował kąt pokoju. W innym 

background image

kącie stała szafa biblioteczna, której półki zapełniały książki o złoconych grzbietach.

- Hrabina Helena Pawłowna Roczewa – przedstawiła Tatiana uroczystym głosem ubraną 

na niebiesko damę. - Siostrzenica imperatora Wszechrosji, małżonka hrabiego Aleksandra 

Roczewa, a moja serdeczna przyjaciółka z lat dziecinnych. Z kolei niech będzie mi wolno 
przedstawić księżnej monsieur Josiaha Jonesa.

Josh oparł strzelbę o ścianę i podszedł do olśniewająco pięknej kobiety. Jej pełnej powagi 

twarzy nie rozjaśnił  uśmiech, ale uprzejmie wyciągnęła rękę. Schylił się i z pełną  rewerencją 

pocałował końce alabastrowych palców.

Helena przyjęła jako rzecz naturalną, że człowiek o wyglądzie nieokrzesanego trapera potrafi 

zachować się wedle wszelkich reguł dworskiej etykiety. Tatiana, przeciwnie, wydawała się tym 
nieprzyjemnie zaskoczona.

- Można wiedzieć, dlaczego poskąpiono mi podobnych dowodów galanterii? - spytała 

cierpko.

Josh pozwolił sobie na cień uśmiechu.

- Być może powód był taki, że nigdy sobie na to nie zasłużyłaś.

- Bezczelny! - rzuciła, odwracając się do przyjaciółki,  którą  ta  wymiana  zdań  cokolwiek 
zaskoczyła.

- Pomijając ów brak szacunku - ciągnęła Tatiana monsieur Jones przeprowadził mnie przez 

góry i jako na przewodnika nie mogę się nań uskarżać, Heleno. Zresztą była to niezwykła, 
niesłychana podróż. Skończyła się  przed godziną. Udało mi się dowieźć na miejsce część 

Carskiego Skarbu. Co wyrwałam okrutnemu morzu, znajduje się w tym koszu. Mój ojciec 
będzie   niepocieszony,  kiedy   się   dowie,   że   tak   wiele   przepadło.   Po   twarzy   hrabiny 

przemknął cień.
- Tatiano...

- Nie! Nie obawiaj się! Wiem, że mój ojciec pisał w liście do twojego męża o zrazach w ilości 

wystarczającej na założenie dużego sadu. To prawda, że w koszu jest tylko drobna ich cząstka, 
lecz nawet ta ilość, jeśli szczepienia wypadną pomyślnie, pokaże carowi, jak można kilkakroć 

zwiększyć plony. Ocalając Fort Ross, odsuwam gniew cara od siebie i ojca.
- Tatiano, miła moja...

W głosie hrabiny pobrzmiewał niepokój. Josh miał wrażenie, że prawie nie słucha tego, o czym 
mówi Tatiana. Ta zaś ciągnęła:

-   Te   zrazy   przyjmą   się,   Heleno,   przysięgam!   Mój   ojciec   zna  wszystkie   tajemnice   drzew 

background image

owocowych.   Jako   sadownik,   cieszy   się   wielkim   uznaniem   w   całej   Europie.  Sam   król 

Rudolf...
- Twój ojciec nie żyje, duszko.

Cisza spadła jak jastrząb na uroczy szczebiot Tatiany. Hrabina ujęła jej dłonie i przycisnęła 
do piersi.

- Stało   się   to   kilka   tygodni   po   twoim   odjeździe.   Wiadomość   przesłano   statkiem   z 

Władywostoku. Dobił tu dokładnie tego samego dnia, gdy dowiedzieliśmy się o zatonięciu 
szkunera, którym płynęłaś. Tak mi przykro, droga przyjaciółko. Rozumiem i dzielę twój ból, 

bo wiem, jak bardzo kochałaś ojca.

Tatiana w tej chwili w niczym nie przypominała tamtej dzielnej niewiasty w górach. Stała z 

bezsilnie opuszczonymi ramionami, głową lekko pochyloną w bok i skamieniałą twarzą. Josh 
patrzył na nią i wyrzucał sobie, że w niczym nie może jej pomóc. Nikt nie mógł jej pomóc. 

Musiała sama uporać się ze swym bólem.

Wreszcie jej posiniałe wargi poruszyły się. Z ust wypłynęły ciche słowa:

- Jak to się stało?
- Podobno kasłał już od dawna.

- To prawda.
- Tuż po twoim odjeździe zaczął pluć krwią. W ostatnich swoich słowach pobłogosławił cię na 

dalsze życie.

Tatiana jęknęła, zachwiała się i osunęłaby się bezwładnie na podłogę, gdyby nie Josh.

W mgnieniu oka doskoczył do Tatiany i nie pozwolił jej upaść.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Połóżmy ją tutaj!

Pobladła  Helena otworzyła drzwi i wskazała  na łóżko pod  ścianą,  równocześnie  wydając 

Pulkinowi  serię  krótkich  poleceń   w   języku   rosyjskim.   Podbiegła,   zrzuciła   z   łóżka   jednym 

ruchem lalki i zabawki i odsunęła puchową kołdrę.

- To pokój moich córek - wyjaśniła, gdy Josh kładł nieprzytomną Tatianę na powleczonym 

śnieżnym prześcieradłem materacu. - Syn i córki są w tej chwili wraz ze swoim ojcem na 
przejażdżce, lecz niebawem wrócą.  W taką pogodę najlepiej siedzieć w domu. Odzienie 

księżnej aż ocieka wodą. Biedactwo! Żeby tylko nie nabawiła się jakiejś strasznej choroby.

background image

Pochyliła się nad Tatianą, by rozwiązać rzemyki jej futra.  Te jednak, spęczniałe od wilgoci, 

stawiały zdecydowany opór jej szczupłym, delikatnym palcom.

- Wyręczę panią - rzekł Josh, zrzucając płaszcz dla większej swobody ruchów. - Proszę 

też nie zapominać  o sobie i wysuszyć się. Przy braku odporności organizmu  nawet lekkie 
przemoczenie może okazać się zabójcze. Przydałoby się też coś gorącego do picia.

- Już wydałam stosowne polecenia. - Helena odgarnęła włosy drżącą ręką. - Pan Pulkin ma zająć 
się wszystkim.

- W takim razie proszę iść się przebrać, ja zaś przejmuję opiekę nad Tatianą - rzekł Josh 
tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Na twarzy Heleny odmalowało się zaskoczenie. Z czymś  takim jeszcze się nie zetknęła. Oto 

skądś   spoza  gór  przybywa  amerykański   traper   i   jej,   siostrzenicy   cara   Wszechrosji,   wydaje 
rozkazy! Mało tego. Inną rosyjską arystokratkę nazywa  po imieniu. W Petersburgu za taką 

zuchwałość zapłaciłby językiem, jeśli nie całą głową. Nawet tutaj, gdzie specyficzne warunki życia 
niejako niwelowały podziały społeczne, Helena dbała o zachowanie hierarchii.

Tymczasem   Amerykanin,   jak   gdyby   zapomniawszy o niej, pani tego domu, rozbierał 

Tatianę z przemokniętego skórzanego odzienia. Futro z lisów leżało już na podłodze i zaraz w 

jego ślady miały pójść rajtuzy.

Oczy   Heleny   stały   się   okrągłe   ze   zdziwienia.   Na   świętą  Zofię!   Jej   przyjaciółka   pod 

skórzanymi spodniami nie miała żadnej bielizny! Zajaśniały białością toczone uda, mignęło 
coś ponadto, lecz najdziwniejsze było to, że Amerykanin nic sobie z tego nie robił, dotykając 

ciała Tatiany ze swobodą sugerującą innego typu zażyłość.

Dobrze! - pomyślała Helena, wycofując się do swego  pokoju. Bardzo dobrze! Po tych 

pełnych   zmartwień  i   zgryzot   latach   współżycia   z   przystojnym,   czarującym,  lecz   jakże 
nieodpowiedzialnym   Aleksiejem   Tatianie   należała   się   jakaś   odmiana   w   ramionach 

prawdziwego mężczyzny. Rzecz jasna, ta przygoda miała być balsamem na dawne rany, w 
żadnym jednak przypadku receptą na dalsze życie.

Ona,   Helena,   od   początku   przestrzegała   Tatianę   przed  lekkomyślnym   i   próżnym 

Aleksiejem. Cóż jednak znaczy rozsądek wobec pierwszej namiętnej miłości! No i stało się - 

Aleksiej   wplątał   się   w   szaleńczy   spisek   przeciwko   carowi   i   skończył   marnie.   Najgorsze 
jednak, że za błąd  męża musiała zapłacić żona. Wieść o zemście cara dotarła  nawet   do 

dalekiego Fort Ross.

A teraz na tych rubieżach świata pojawiła się Tatiana Grigoriewna, bez męża i ojca, sama 

background image

jak ten palec. I zostanie tutaj, przysięgła sobie w duchu Helena. Czas leczy rany, Tatiana 

odzyska siły i być może znowu nauczy się śmiać.

Kto wie, może nawet jej serce otworzy się na miłość.

Ten   Amerykanin   faktycznie   mógłby   tu   odegrać   pozytywną   rolę.   Miał   miły   uśmiech, 

imponującą posturę i bezpośredni sposób bycia. Równocześnie ta jego bezpośredniość łączyła 

się z pewną elegancją i znajomością manier. Bądź co bądź, gdy całował ją w rękę, czynił to z 
wprawą  salonowca. Kim zatem był naprawdę? Musi poprosić Aleksandra, aby zasięgnął o 

nim języka.

W tej chwili jednak najważniejsza była Tatiana i jej zdrowie.

Helena zapięła ostatnią haftkę sukni, w którą się przebrała, i pospieszyła do pokoju córek. 

Już od progu rzuciła:

- Michaił Pulkin zaprowadzi pana na kwaterę. Tam będzie pan mógł zmienić ubranie na 

suche i odpocząć po podróży. Wydam też odpowiednie dyspozycje odnośnie posiłku. O 
księżnę proszę się nie martwić. Zostawia ją pan pod moją opieką.

Zrobił dwa kroki ku drzwiom, lecz zaraz się zatrzymał i odwrócił.

- Zdaje się, że już odzyskuje przytomność - rzekł niepewnym głosem.

- Ufajmy, że wszystko dobrze się skończy.
- Nie zaszkodziłoby dać jej do picia coś ciepłego.

- Oczywiście. Samowar jest już nastawiony. Zielona herbata koi nerwy. Dostanie też kieliszek 
nalewki.

- Jakiej nalewki?
- Na tarninie.

Josha   dręczył   niepokój.   Podczas   przeprawy   przez   góry  przyszło   im   pokonać   wiele 

przeszkód. Tatiana ani razu nie  zemdlała, nie okazała też najmniejszej fizycznej słabości. 

Wystarczyły jednak trzy słowa, by straciła przytomność i teraz leżała na łóżku, blada jak 
opłatek.

Helena na chwilę opuściła  pokój. Wróciła z karafką  w jednej dłoni, a kieliszkiem w 

drugiej. Odlała do kieliszka niewielką ilość mętnawego płynu, po czym karafkę  wręczyła 

Joshowi.

- To dla pana. Wystarczy, żeby pan się rozgrzał i zapomniał o trudach podróży. Zobaczymy 

się po południu. Michaił czeka na pana w salonie.

Zamiast posłusznie wypełnić wolę gospodyni, Josh przytknął karafkę do ust i wypił sporo, 

background image

sądząc, że ma doczynienia z winem. Natychmiast jednak przekonał się, że  się przeliczył. 

Żywy ogień spłynął mu po gardle w głąb przełyku i zaczął przepalać wnętrzności. Poczuł, że 
się dusi. Na czoło uderzyły mu poty. Serce waliło jak oszalałe.

- Co to za specyfik? - udało mu się wreszcie wykrztusić.
- Spirytus, którym zalewamy owoce tarniny. Jest dwa razy mocniejszy od wódki pędzonej z 

jęczmienia czy żyta.

Josh podniósł karafkę pod światło i spojrzał na jej zawartość ze szczerym podziwem. Zdarzało 

mu się pijać różne alkohole, żaden jednak nie miał takich palących właściwości.

- Powiedziałbym, że pięć razy mocniejszy - rzekł, czując rozpływające się po całym ciele 

ciepło.

Dama w niebieskiej sukni nie skomentowała tej uwagi. Usiadła na brzegu łóżka, uniosła 

głowę Tatiany i wlała jej  do ust kilka kropel ognistego płynu. Reakcja chorej niewiele się 
różniła od reakcji Josha. Tatiana zakrztusiła się, szeroko otworzyła usta, a zaraz potem oczy.

Błędnym wzrokiem rozejrzała się po pokoju, aż odnalazła twarz przyjaciółki. Wtedy jej 

oczy napełniły się łzami. Piersią wstrząsnął szloch. Hrabina odstawiła kieliszek  i zamknęła 

Tatianę w czułym uścisku. Tuliła ją, głaskała i nie szczędziła słów pociechy.

Josh poczuł się jak kowal, który widzi, że do młynarza chodzą kuć konie. To on w tej chwili 

powinien   pocieszać  Tatianę   i   trzymać   ją   w   ramionach.   A   ona   na   jego   piersi   powinna 
wypłakiwać swój ból. Był jej to dłużny - powinien okazać Tatianie co najmniej taką samą 

pomoc, jakiej doświadczył od niej tam, w górach.

Wyszedł z sypialni ze ściągniętymi brwiami. W salonie schylił się po strzelbę, zawiesił ją na 

ramieniu i odwrócił ku czekającemu nań młodemu mężczyźnie w binoklach. Na jego twarzy 
malowała się troska.

- Biedna Tatiana Grigoriewna - rzekł z nutą szczerego  żalu w głosie - jakże przeżywa tę 

stratę! Najpierw srogi los zabrał jej męża, a teraz ukochanego ojca!

Josh kiwnął głową i zaczął coś gmerać przy zamku strzelby.

- Na szczęście jednak - ciągnął urzędnik - znalazła się wśród swoich, którzy otoczą ją troską 

i opieką.
- Miło jest być wśród swoich - rzucił półgębkiem Josh.

Właściwie   powinien   być   rad,   że   pozbył   się   ciążącej   na  nim   podczas   wędrówki 

odpowiedzialności. Tatiana jest  bezpieczna, nic już jej nie grozi. Dotarła do Fort Ross, celu 

swej eskapady. Doprowadziła ją tutaj zarówno jej żelazna wola, jak i miłość do ojca.

Po chwili Josh i Michaił szli przez rozmiękły od deszczu plac.

background image

- Hrabia   Roczew   powinien   wrócić   w   porze   obiadu   -   oświadczył   Rosjanin,   stawiając 

kołnierz surduta, jako że pogoda wciąż się pogarszała. - Zapewne poprosi pana na rozmowę.

Te słowa przypomniały Joshowi o jego misji.

- Będę wdzięczny, jeżeli hrabia zechce poświęcić mi trochę czasu.

Minęło kilka godzin i Josh wraz z Michaiłem szli ponownie przez plac, tyle, że w przeciwnym 

kierunku.
Michaił,   jak  dowiedział  się  Josh z  ust swego  rozmówcy, był młodszym synem admirała 

rosyjskiej floty. Jednak już od chłopięcych lat zdradzał mało wojownicze usposobienie, ojciec 
więc   wysłał   go   do   Fort   Ross,   aby   zapewnił  sobie   przyszłość   w   Rosyjskiej   Kompanii 

Futrzarskiej. Zaczął jako skryba, z czasem awansował i obecnie pełnił obowiązki osobistego 
sekretarza gubernatora kolonii.

-

Na razie wzięto mnie na okres próbny - zwierzał się  Joshowi, kiedy walcząc z 

wiatrem, zmierzali ku domostwu na wysokiej podmurówce. - Jeżeli sprawdzę się, to będę dalej 

awansował. Rosyjska Kompania Futrzarska obejmuje swym zasięgiem ogromne tereny. Nie uda 
się tutaj... to przeniesiemy się na Alaskę bądź do Archangielska.

Uwagi   Josha   nie  umknęło  krótkie  zająknięcie  w  ostatnim  zdaniu,   lecz   nie   miał   czasu   na 
rozwinięcie tematu. Znaleźli się, bowiem w gabinecie hrabiego Roczewa. Gubernator okazał się 

wysokim, łysym mężczyzną o przenikliwym wzroku, lecz miłym uśmiechu. Josha powitał bardzo 
serdecznie.

-

Proszę   zająć   któryś   z   tych   foteli,   monsieur   Jones.   Jest   pan   moim   gościem. 

Zdążono już mnie powiadomić, ile zawdzięcza panu hrabina Karanowa.

-

Czy mogę spytać o jej zdrowie?

Hrabia potrząsnął głową.

- Jeszcze nie otrząsnęła się z pierwszego szoku. Bardzo kochała swojego ojca.
- Tak, sir.

- Śpi teraz. Czuwa przy niej moja żona. Pana płaszczem zaopiekuje się służący.

Josh uwolnił się z płaszcza i wręczył go służącemu.  Płaszcz był jego, lecz już koszula i 

spodnie zostały pożyczone. Rosjanie proponowali mu również różne wierzchnie okrycia, lecz 
wszystkie  okazały  się za ciasne  w ramionach.   Chcąc   nie   chcąc,   Josh   wybrał   się   na   to 

spotkanie w starym przemoczonym płaszczu.

Gospodarz i jego gość przeszli w pobliże kominka.

- Najpierw napijmy się - zaproponował hrabia - potem zaś z przyjemnością posłucham 

pańskiej relacji  z przeprawy przez góry. Michaile, zatroszcz się, proszę, o nasze kieliszki i 

background image

czuj się zaproszony do rozmowy.

Sekretarz podszedł do rzeźbionego kredensu, rozlał złotawy płyn z butelki, po czym powrócił z 

trzema   pełnymi   kieliszkami.   Josh   przypatrzył   się   uważnie   swojemu.   Nie   wolno  mu   było 

przesadzać w piciu, tym bardziej, że nalewka już  i tak zrobiła swoje. Na szczęście wyczuł 
zapach brandy, napitku, który nie miał dlań żadnych tajemnic.

Hrabia Roczew zaproponował wzniesienie toastu za szczęśliwe przybycie do Fort Ross i za 

cara. Josh podziękował za gościnność, której licznych dowodów już zdążył doświadczyć. Po tej 

wymianie grzeczności wypili i usadowili się w fotelach.
- Tak więc, monsieur Jones...

- Josiah, jeżeli hrabia nie ma nic przeciwko temu. Albo  po prostu Josh. My, Amerykanie, 
wolimy prostotę od komplikacji.

Gubernator uśmiechnął się.

- Faktycznie, na tym kontynencie nie przywiązuje się większej wagi do form i tytułów. 

Europa pod tym względem jest całkowicie inna. Ale powróćmy do zasadniczej kwestii. Jak 
doszło do tego, Josh, że zgodziłeś się, prze prowadzić Tatianę Grigoriewną przez góry?

Joshowi przyszło na myśl, że mógłby odpowiedzieć na  to pytanie na dziesięć różnych 

sposobów. Mógłby wspomnieć o Chogarnie i jego decyzji pozbycia się dumnej  i upartej 

kobiety. Albo o przyjęciu przez Tatianę jego warunków, a wśród nich tego najważniejszego 
określającego formę zapłaty za przysługę. Albo o jej rozpaczliwej determinacji wyrwania się z 

doliny i dotarcia do Fort Ross z koszem zrazów drzew owocowych.

Wzruszył ramionami.

- Natknąłem się na nią w dolinie Indian Hupa po wschodniej stronie Sierra Nevada. Zawieźli 
ją tam ci, którzy wyłowili ją z morskich odmętów. Poprosiła mnie o pomoc. Próbowałem 

wytłumaczyć jej, że najlepiej zrobi, zostając w wiosce, aż stopnieją śniegi. Wtedy mogłaby 
podjąć próbę przejścia przez góry. Ale to uparta kobieta. Jeśli sobie coś postanowi, realizuje 

to   z   żelazną   konsekwencją.   Poza   tym   bardzo   jej   zależało   na   dostarczeniu   tu  zrazów   w 
odpowiednim czasie.

- To jest tak zwanego Carskiego Skarbu. - Hrabia uniósł kieliszek do ust. - Ojciec księżnej 
jest... był sławnym botanikiem. Miałem zaszczyt być wtajemniczony w jego eksperymenty 

związane z uszlachetnianiem jabłoni i grusz. Wierzył, że udało mu się wyhodować nowe 
odmiany, które na tutejszej piaszczystej ziemi będą obficie owocować co roku.

- Zdążyłem zauważyć, że córka podziela wiarę ojca - rzekł Josh. - Przyjęła za pewnik, że 

przyszłość Fort Ross zależy od wydajności tutejszego sadownictwa.

background image

Roczew i Pulkin wymienili spojrzenia.

- Cóż - powiedział  gubernator,  ważąc każde  słowo -w moim przekonaniu nie zdradzam 
żadnej tajemnicy państwowej, stwierdzając, że nasz imperator krytycznie ocenia stosunek 

zysków do poniesionych tu nakładów.
- Tak - wtrącił się do rozmowy młodzieniec w binoklach - zyski już od lat nie są na miarę 

początkowych oczekiwań.
- Osoby, które zainwestowały ogromne sumy w Rosyjską Kompanię Futrzarską - ciągnął 

Roczew - stanęły przed perspektywą bankructwa. Wydry zniknęły z tych wód i bodaj nigdy 
już nie powrócą. Rzecz w tym, że do grona głównych inwestorów należy sam car Mikołaj.

Josh przywdział na twarz maskę obojętności.

- Byłem tu kilka lat temu. Już wtedy mówiono, że polowania na wydry przestają być 

opłacalne. Równocześnie szukano jakiejś drogi wyjścia. Padł pomysł wybudowania stoczni. 
Miało to zapewnić godziwe zyski, porównywalne z tymi z pierwszych lat istnienia kolonii.

Roczew wpatrzył się w kieliszek niczym w czarnoksięską szklaną kulę.

- Niestety, pomysł wykorzystano tylko połowicznie. Zapleczem każdej stoczni są lasy. W 

okolicy lasów nie brakuje, a na jakość drzewostanu nie możemy się skarżyć. Dlatego padło 
wiele buków, dębów, sosen i sekwoi, zaś te  ostatnie, zdarzało się, miały po pięćdziesiąt i 

więcej   metrów   wysokości.   Uzyskany   w   ten   sposób   budulec   nie   został   odpowiednio 
zakonserwowany. Być może w tym wilgotnym, dość specyficznym klimacie w ogóle nie 

można go było zakonserwować. Tak czy inaczej, zgnilizna zaczęła toczyć statki, zanim jeszcze 
zostały spuszczone na wodę. Wprawdzie te, które ukończono, pływają do tej pory wzdłuż 

wybrzeża, ale na dłuższe trasy nie można ich wysyłać. W rezultacie sadownictwo i uprawa 
roli jest w tej chwili naszym głównym zajęciem.

- I hodowla - dorzucił sekretarz z niewesołą miną. -Choć nasi koloniści znaleźli się niedawno 
w nie lada kłopocie. Rząd meksykański wprowadził na produkty zwierzęce tak wysokie cła, że 

handel z Kalifornią stanął ostatnio pod znakiem zapytania. Nasze garbarnie wyrabiają skóry 
najwyższej jakości, co z tego, kiedy cła ochronne... - Urwał, jakby doszedł do wniosku, że nie 

musi kończyć tego zdania.
- Te cła - podjął hrabia - zadały nam dotkliwy cios. Przez całe lata wysyłaliśmy do Kalifornii 

broń, skóry, bele  materiałów, otrzymując w zamian zboże i inne produkty rolne. Dzisiaj 
jedynie najbogatsi, jak na przykład kapitan Johann Sutter, mogą sobie pozwolić na handel z 

nami.

- Kapitan Sutter?

background image

Roczew uśmiechnął się.

- Człowiek prawdziwie nietuzinkowy. Szwajcar z urodzenia, obywatel Meksyku z wyboru. 
Jego rozległe włości rozciągają się wzdłuż rzeki Sacramento. Nowe taryfy i obostrzenia w 

handlu, wprowadzone przez rząd Meksyku, dotknęły go dość boleśnie. Jego wściekłość jest 
może nawet większa od naszej. - Hrabia odstawił pusty kieliszek. - Ale dość o sprawach 

związanych z Fort Ross. Ciekawi jesteśmy sytuacji na wschodnim wybrzeżu. Czy faktycznie 
upada tam handel futrami? Dotarły do nas wieści, że  cena skór bobrowych spadła tak 

bardzo, iż traperzy zaczynają już ściągać z gór na wielkie równiny.

-   To   prawda   -   odparł   Josh,   chętnie   zmieniając   temat   rozmowy.   Jakkolwiek   hrabia   nie 

powiedział,   wprost,   że  Rosjanie   rozważają   możliwość   wycofania   się   z   Fort   Ross,  dawał 
wyraźnie do zrozumienia, że sytuacja do tego dojrzała. Poza tym on, Josh, zamierzał zabawić 

w forcie kilka dni i sprawdzić naocznie, jak radzą sobie rosyjscy koloniści. Wyjedzie stąd, gdy 
Tatiana odzyska pełnię sił.

Oddalając od siebie obraz jej pięknej twarzy, który podsuwała mu wyobraźnia, Josh w kilku 

zdaniach zrelacjonował przyczyny kryzysu. Po dwudziestu latach mody na bobrowe kapelusze, 

bez   których   dżentelmeni   nie   czuliby   się  dżentelmenami,   nastąpił   nagły   zwrot.   Teraz 
popularnością  cieszyły   się   cylindry   i   kapelusze   z   miękkiego   filcu.  W   ogóle   w   modzie 

męskiej odchodzono od skór i futer. Tym samym myśliwi i traperzy musieli szukać innych 
źródeł zarobku. Rozwijało się osadnictwo. Ameryka się przeobrażała.

Stopniowo rozmowa zaczęła przybierać osobiste tony. Gubernator uprzejmie zagadnął 

Josha o jego dom i rodzinę. Amerykanin powtórzył rzeczy ogólnie znane. Wyjaśnił, że zanim 

stał się człowiekiem gór, długo nosił wojskowy mundur. Czego nie chciał wyjawić, zmilczał. O 
swej obecnej misji nie powiedział słowa.

Do gabinetu wpadła urocza dziewczynka z różową buzią i włoskami jak u aniołka. Podbiegła 

do hrabiego, rzucając  w przelocie ciekawe spojrzenie na Josha. Zaczęła wdzięcznie paplać w 

swoim ojczystym melodyjnym języku.

- Mów po angielsku, Irina - upomniał ją ojciec, żartobliwie grożąc palcem. - W obecności 

gości zawsze używaj tego języka.

Dziewczynka zaczęła potykać się na poszczególnych słowach.

- Mama... mama prosi na... - Urwała i zarumieniła się.

- Mama prosi na obiad, czy tak? Mała Irina kilka razy kiwnęła głową.

- A mama usiądzie z nami do posiłku?

Okalana złocistymi kędziorami główka zaczęła dla odmiany   poruszać   się   w  lewo   i   w 

background image

prawo.

- A więc zjemy bez mamy?
- Tak, tatusiu.

Hrabia podniósł się z fotela.

- A zatem chodźmy się posilić, Josh. Michaile, ty zaopiekuj się Iriną.

Tego wieczoru Josh wyciągnął się na dość wygodnym  piętrowym łóżku w kwaterze dla 

mężczyzn. Po raz pierwszy od opuszczenia doliny Indian Hupa doświadczał  przyjemnego 

uczucia czystości i sytości. Wciąż nie mógł  wyjść ze zdumienia, że zdołał pochłonąć takie 
ogromne  ilości czarnego chleba, ziemniaków i pasztecików z mięsem. Nie stronił też od 

brandy. Według wszelkich wyliczeń wypity alkohol powinien sprowadzić smaczny sen  z 
chwilą dotknięcia głową poduszki.

Stało się inaczej. Leżał z otwartymi oczami, wpatrując się w spód łóżka ponad nim. Do jego 

uszu dolatywały  chrząkania, poświstywania i śmiechy innych mężczyzn.  Kiedy bezsenność 

zaczęła się wydłużać, zrozumiał jej przyczynę.

Brakowało mu bliskości Tatiany. Więcej, brakowało mu samej Tatiany. Po wielu dniach 

wspólnej wędrówki poczuł się nagle odcięty od źródła silnych przeżyć. Tatiana przez cały ten 
czas skupiała na sobie całą jego uwagę, angażowała wszystkie jego emocje. Teraz źle mu było 

bez niej.

Wszystko to oczywiście nie miało żadnego wytłumaczenia. Zdecydował się odprowadzić 

ją do Fort Ross i dotrzymał słowa. Odegrał pewną epizodyczną rolę w jej życiu i mógł zejść ze 
sceny. Przy okazji, i nie było to nieistotne, realizował też swoje cele wywiadowcze.

Jeżeli nawet zdarzyła się tamta szalona noc, podczas  której doszło pomiędzy nimi do 

zbliżenia, to już na drugi dzień odnosili się do siebie z dystansem. Tatiana dotarła do celu 

podróży,  on  zaś  musiał   zdecydować,   co  zrobić  z informacją, jaką uzyskał od hrabiego 
Roczewa.

W obliczu rysującego się w najbliższej przyszłości zbrojnego konfliktu o Teksas pomiędzy 

Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem niezadowolenie takich imigrantów jak kapitan Johann 

Sutter mogło zaważyć na biegu wydarzeń. Los północnej Kalifornii zależał również od tego, jak 
poradzi   sobie   Fort   Ross   z   pogłębiającymi   się   trudnościami.   Leżąc   w   ciemności   i 

przysłuchując się pochrapywaniom, Josh wprowadził zasadniczą poprawkę do otrzymanych 
rozkazów. Ruszy na południe. Spotka się z Sutterem  i porozmawia z nim, jak również z 

innymi osadnikami. Wysonduje ich nastroje. Następnie przekaże swoje obserwacje konsulowi 
Stanów Zjednoczonych w Monterey.

background image

Najpierw   jednak   spędzi   kilka   dni   w   Fort   Ross,   aby   poznać   prawdziwe   położenie   tej 

rosyjskiej kolonii.

Pamiętając o nowym zadaniu, Josh wstał o świcie. W sali panował jeszcze mrok, jednak 

bez trudu odnalazł  swoje traperskie ubranie. Powieszone przy piecu, wyschło  przez noc na 
wiór. Ubrawszy się, podszedł do łóżka, na  którym spał Michaił Pulkin. Potrząsnął go za 

ramię. Młody urzędnik wystawił głowę spod kołdry i spojrzał nieprzytomnym wzrokiem.
- Widzę, że ranny z ciebie ptaszek - rzekł poziewując.

- Chciałbym obejrzeć fort i okolicę.
- Ależ proszę bardzo - bąknął tamten, po czym okrył się na powrót aż po same uszy.

Tego było trzeba Josbowi - pozwolenia. Zarzucił, więc na ramiona swój ciężki płaszcz i 

skierował się ku drzwiom.

Na   dworze   odetchnął   głęboko   czystym   i   chłodnym   powietrzem.   Fort   ciągle   tonął   w 

mrokach nocy, ale wierzchołki gór już się kąpały w słonecznym świetle. Kiedy ruszył ku 

bramie,   wartownicy,   domyślając   się   jego   zamiarów,   zaczęli   zwalniać   rygle.   Rozległ   się 
nieprzyjemny dla ucha zgrzyt zawiasów. Na wprost był klif i ocean, a po lewej w niewielkiej 

odległości widać było osiedle niskich chat.

Mieszkali w nich Indianie ze szczepu Pomo, którzy wczoraj zaprosili do siebie załogę łodzi. 

Josh zastał gospodarzy i gości w chacie wodza. Włączył się w krąg siedzących i bez żadnych 
wstępów postawił problem zapłaty. Rzucił cenę. Szyper łodzi zaczął się targować. Targi trwały 

długo, lecz w końcu osiągnięto zgodę. Rozmowa zeszła  na inne tematy. Josh nadstawiał 
ucha.   Z   masy   słów   wychwytywał   tylko   te,   które   odnosiły   się   do   sytuacji   w   Fort   Ross. 

Rosyjskim kolonistom nie wiodło się ostatnio najlepiej.
- Pszenica gnije od korzeni w tutejszej wilgotnej glebie - powiedział jeden z Pomo.

- Ziarno wydziobuje ptactwo i nikt tego ptactwa nie odgania - dodał drugi.
- Rosjanie nie znają się na uprawie roli - włączył się do rozmowy siwy jak gołąb starzec. - 

Dobrzy z nich  drwale i cieśle, ale do ziemi nie mają serca. Jedynie z ich  sadów jest jakaś 
korzyść. - Wskazał kościstą, pomarszczoną ręką na widoczne w oddali równe rzędy drzew. -

Ale nawet i tam słone wiatry biorą swoją daninę.

Josh w jednej chwili podjął decyzję. Tatiana mówiła  mu o tych sadach tyle już razy, że 

teraz postanowił obejrzeć je z bliska. Ruszył ku płaskowyżowi. Ścieżka pięła się po łagodnym 
stoku. Od morza ku lądowi ciągnęła orzeźwiająca bryza. Zapowiadał się ładny dzień. W 

powietrzu pachniało już wiosną.

background image

Nagle wzrok Josha wyłowił z tła ludzką sylwetkę.

Pomiędzy szpalerami bezlistnych czarnych drzew szła wolnym krokiem kobieta. Pochyliła 

głowę i uniosła z lekka spódnicę, aby jej nie zmoczyła rosa. Josh bez trudu rozpoznał w niej 

Tatianę.   Wydawała   się   zagubiona,   jakby   pobłądziła   w   nie   znanej   sobie   okolicy.   Nagle 
potknęła się, zapewne o jakiś kamień, zachwiała i upadła na ziemię. Znalazła w sobie jedynie 

tyle sił, ażeby podnieść się do pozycji siedzącej. Siedziała, więc na zimnej, mokrej ziemi  i 
jakby czekała na ratunek.

Josh przeklął i puścił się biegiem. Sadził niczym jeleń, mimo że droga wiodła wciąż pod 

górę. Gdy dobiegł do  Tatiany, długo nie mógł wydobyć z siebie słowa. Jego szeroka pierś 

pracowała jak miech kowalski.

- Co tu robisz? - zapytał wreszcie.

Powoli   uniosła   głowę.   Na   widok   jej   bladej   twarzy   i   zaczerwienionych   od   płaczu   oczu 

Joshowi ścisnęło się serce. Ujął Tatianę delikatnie pod ramię i pomógł jej wstać.

Natychmiast   wsparła   się   o   jego   pierś,   jakby   było   to  czymś   oczywistym.   Ogarnął   ją 
ramionami w opiekuńczym geście. Zanurzył twarz w jej włosach. Były miękkie,  wilgotne i 

pachniały bzem.

- Przykro mi z powodu śmierci twego ojca,  moja ty kruszyno - rzekł głosem pełnym 

współczucia. – Wczoraj nie miałem okazji, by ci to powiedzieć, lecz teraz mówię,  że jesteś 
moją największą troską.

Przytuliła się do niego, jakby był skałą i opoką, a równocześnie źródłem wszelkiej pociechy. 

Szyję łaskotał mu gorący oddech. Poczuł, że ciałem jej wstrząsa dreszcz. Ogarnął ją mocniej 

ramionami.

Stali   teraz   niczym   para   kochanków,   świadomych   tylko  siebie,   głuchych   i   ślepych   na 

otaczający   ich   świat.   Wiał   wiatr,   świergotały   ptaki,   kicając   przebiegł   królik,   naprawdę 
zanosiło się na wiosnę, oni jednak w tej chwili znajdowali się poza czasem.

Z tego bez czasu i tkliwego odrętwienia pierwsza wyrwała się Tatiana. Cofnęła się o krok.
Ubrana była w prostą czarną suknię i szary wełniany płaszcz sięgający kolan. 

Szyję jej ozdabiał haftowany  kołnierzyk w kształcie stójki, musiała, więc trzymać brodę 

wysoko uniesioną. W tym europejskim stroju tak bardzo różniła się od Tatiany w koźlich 

skórach, lisiurze i bobrowym kapeluszu, iż prawie jej nie poznawał.

- Dziękuję za serdeczne słowa - rzekła lekko ochrypłym głosem, a jej fiołkowe oczy znowu 

zwilgotniały. - Wczoraj stało się ze mną to, co właśnie się stało, i nie mogłam wyrazić ci swojej 
wdzięczności.  Czynię to więc teraz.   Dziękuję,   Josiah,   za   doprowadzenie   mnie   do   Fort 

background image

Ross. Dziękuję z całego serca.

Ogarnęła go nagła pokusa powiedzenia jej wszystkiego. Ale zanim zdążył wyznać, dlaczego 

towarzyszył jej aż do tego miejsca, Tatiana pochyliła się i podniosła z ziemi dużą płócienną 

torbę, której dotychczas nie zauważył. Wyjęła z niej wiązkę zrazów.

- Przyszłam tu, aby wypełnić polecenie ojca.

- Myślałem, że...

Na jej wargach pojawił się jakby cień bolesnego uśmiechu.

- Myślałeś,   że   śmierć   mojego   ojca   unieważniła  wszystko.   Wręcz   przeciwnie.   Teraz 

muszę udowodnić, że mój ojciec miał rację. Jeżeli tylko jeden zraz się przyjmie, jeżeli tylko 
jedno drzewo będzie co roku uginać się pod ciężarem owoców, Fort Ross podźwignie się z 

kłopotów.   Ojciec   nauczył   mnie   przeszczepiania   drzew.   Za   chwilę   się   okaże,   czy   nie 
zapomniałam jego nauk, rad i wskazówek.

W jej dłoni pojawił się mały kozik o krótkim ostrzu, tak zwany szczepak. Nacięła nim korę 

konaru najbliższego drzewa i rozchyliła płaty. Ukazał się żółtawy rdzeń. Następnie wyjęła z 

wiązki pojedynczy zraz i precyzyjnym ukośnym cięciem skróciła go o kilka oczek.

- Patrz uważnie - rzekła, nie kryjąc podniecenia. – Te raz wsuwam przycięty zraz pod korę, 

ale tylko do najniższego oczka. Nie dziw się, że trzęsą mi się ręce. Przeszczepianie to trudna 
sztuka, wymaga wielkiej precyzji. Jest kilka metod, lecz ja szczepię „w kożuchowkę". A teraz 

potrzymaj ten pęd i uważaj, żeby nie drgnęła ci ręka. Ja tymczasem obwiążę konar rafią i 
posmaruję miejsce szczepienia specjalną maścią.

Josh posłusznie wykonał rozkaz ogrodniczki.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Minęło kilka dni. Tatiana rzuciła się w wir pracy. Wracała z sadu zmęczona, lecz każde kolejne 

przeszczepione drzewo koiło jej ból niczym balsam.

Czasami zdawało się jej, że słyszy dobroduszny głos ojca, tłumaczącego, w którym miejscu 

nacinać konary, jak głęboko wkładać młode pędy i ile razy okręcać rafią miejsce szczepienia. 

Prawie widziała owo szczególne światło w jego oczach, kiedy wpadał w zapał, odkrywając 
przed nią tajemnice sadownictwa. Powoli ustępowało dotkliwe poczucie straty i przychodziło 

pojednanie z losem, oparte na niewzruszonej wierze w boże miłosierdzie.

W sadzie pomagali jej Rosjanie i Indianie Porno, którzy skracali konary i wycinali zbędne 

odrosty. U jej boku widać było też Josiaha. Był niczym paź królowej, nieodstępny i bardzo 

background image

uczynny. Raz tylko oddalił się, a było to wówczas, kiedy hrabia Roczew zaprosił go na 

zwiedzanie garbarni i młyna.

- Idź - powiedziała Tatiana, przeciągając brudną dłonią po spoconym czole. - Aleksander 

będzie   rad   z   twego  towarzystwa,   ja   zaś   w   razie   czego   poproszę   o   pomoc   któregoś   z 
pracowników.

Kiwnął głową, tak iż nikt nie mógłby się domyślić, że odchodzi niechętnie.

Odprowadziła   go   wzrokiem,   a   że   szedł   pod   słońce,  osłoniła   oczy   dłonią.   Pokonywał 

przestrzeń  długimi  krokami,  wysoki,  smukły,  a  równocześnie   mocno zbudowany.   Ważył 
odpowiednio do  swojej  postury,   tym bardziej  więc zdumiewał  koci wdzięk jego ruchów. 

Zagarniał wiatr swymi szerokimi barami. Nieoczekiwanie przypomniały się Tatianie słowa 
Re-Re-An.

Był mężczyzną w każdym calu. Tak uważała młoda Indianka i tak sądziła ona, rosyjska 

arystokratka. Ku zaskoczeniu Tatiany, w kilka dni później Helena powiedziała mniej więcej 

to samo  w  dzień świętego  Sergiusza, patrona  cerkiewki,  górującej  swymi kopułami nad 
innymi budowlami Fort Ross. Pracowano, więc tylko do  południa, potem zaś mieszkańcy 

fortu   zakosztowali   łaźni  i   wypoczynku.   Słońce   chyliło   się   już   ku   zachodowi,   kiedy  do 
przydzielonego Tatianie pokoju weszła Helena. Z jej ramienia zwisała suknia, jakby dopiero 

co odebrana od krawca.

-   Nie   możesz   pokazać   się   wieczorem   w   tej   czarnej  sukni   -   oświadczyła,   lustrując 

przyjaciółkę uważnym spojrzeniem. - Jest znoszona, a poza tym niemodna.

Tatiana zrobiła nieokreślony ruch ręką. Doprawdy, najmniej obchodził ją własny wygląd. 

Helena natomiast wciąż była ową dawną Heleną. Nawet tutaj, na najdalej wysuniętej na 
południe placówce rosyjskiego imperium, w sąsiedztwie dzikich gór i bezmiernego oceanu, 

siostrzenica   cara   codziennie   pojawiała   się   w   innej   sukni,  a   do   wieczornego   posiłku 
przebierała się w aksamity i koronki.

- Noszę żałobę, Heleno. Nie muszę i nie powinnam się stroić.

Przyjaciółka potarła dłonią czoło.

- Kiedy opuściłaś Petersburg? - zapytała.
Tatiana, niczym widz oglądający teatr cieni, zobaczyła siebie jadącą powozem, mknącą 

saniami, płynącą okrętem i przedzierającą się na własnych nogach przez góry. Tak, była to 
niewątpliwie długa podróż.

- W październiku. Mam jeszcze przed oczyma przepyszną złocistość parku otaczającego nasz 
pałac.

background image

- Teraz mamy marzec - przypomniała jej Helena. -Jakkolwiek dowiedziałaś się o tym z 

wielkim opóźnieniem, twój ojciec nie żyje już od prawie pół roku. Powinnaś nosić żałobę, ale 
nie musisz chodzić w głębokiej  czerni.  Tu jest suknia,  w której  chciałabym  widzieć cię 

dzisiaj.

Uniosła rękę, przez którą miała przerzuconą jedwabną  suknię w lawendowym kolorze, 

obramowaną czarnymi koronkami, prostą, a zarazem wytworną.
- Heleno, nie mogę!

-   Przypominam   ci   zatem   słowa   carowej,   która   w   tamtym   roku   ogłosiła,   że   po   trzech 

miesiącach głębokiej żałoby dopuszcza się kolor szary i lawendowy. A poza tym, jutro twój 
Amerykanin opuszcza nas. Chcesz, by wyjechał, zapamiętując ciebie w koźlich skórach i 

kruczej czerni?

- On nie jest „moim" Amerykaninem - szybko zaprotestowała Tatiana.

Helena wydęła usta.

- Zauważyłam, że pożera cię wzrokiem. Tamtego zaś  dnia, gdy padłaś mu w ramiona, 

dotykał twojego ciała z bezceremonialną poufałością.

Tatiana tupnęła nogą.

- Heleno, opamiętaj się! Nie padłam mu w ramiona, tylko straciłam przytomność.
- Znam cię, Tatiano. Jesteś kobietą z krwi i kości,  a pan Jones też nie wygląda mi na 

ascetę.   Więc   proszę,  nie   próbuj   mi   wmawiać,   że   tam   w   górach   łączyło   was   jedynie 
zamiłowanie do długich pogawędek.

Tatiana zarumieniła się po korzonki włosów. Przeniosła  wzrok w kąt pokoju, nie mogąc 

wytrzymać spojrzenia przyjaciółki.

Helenę opanowały wyrzuty sumienia. Objęła Tatianę i przygarnęła do piersi.

- Jeżeli dopuściłam się insynuacji, to wybacz mi, najmilsza. Najdalsza jestem od zawstydzania 

cię. Miałam jedynie nadzieję, że po tych wszystkich  złych doświadczeniach z Aleksiejem 
zaznałaś radości i ukojenia w ramionach prawdziwego mężczyzny.

- Owszem, zdarzyło się coś takiego.
-

Widzisz! Intuicja mnie nie zawiodła. Usiądź i opowiedz mi o wszystkim.

Tatiana z westchnieniem opadła na krzesło.

- Właściwie  niewiele  mam do powiedzenia.  Była  taka   noc,   gdy   ulegliśmy   namiętności. 

Zdarzyło się to tylko raz.
- Dlaczego?

background image

- Cóż, objawił mi się w całej swej męskiej urodzie. Uświadomiłam też sobie jego delikatność i 

wielkoduszność. Poczułam, że jest jedyną bliską mi osobą. Byłam mu  wdzięczna  za   jego 
starania.

- Ale ja zapytałam, dlaczego tylko raz. Inna kobieta, weźmy mnie za przykład, będąc sama w 
górach z takim mężczyzną, ulegałaby pokusie każdej nocy.

- To tylko słowa, Heleno. Nigdy byś tego nie zrobiła.  Dla ciebie Aleksander jest wszystkim, 
świata poza nim nie widzisz. Wątpię, więc, byś z własnej woli stała się kochanką jakiegoś 

nieokrzesanego trapera.
- I tu pojawiają się pewne wątpliwości. Aleksander, bowiem powiedział mi o nim rzecz nader 

interesującą. Ów, jak ty go nazywasz, nieokrzesany traper był przez szereg  lat   oficerem 
prezydenckiej gwardii.

- Zupełnie jak Aleksiej - wyszeptała Tatiana omdlewającym głosem.
- Nie porównuj go do Aleksieja!

Oczywiście, Helena miała rację. Josh, w odróżnieniu od Aleksieja, potrafił panować nad 

swoim ciałem i jego zachciankami. Czyż sięgnął po nią po pierwszym dniu  ich wspólnej 
wędrówki, gdy zgodnie z umową miał do tego pełne prawo? A kiedy już doszło między nimi do 

zbliżenia,  czyż  domagał  się powtórzenia  tamtych  rozkosznych  chwil?  Wprost przeciwnie. 
Przyjął postawę chłodną i pełną rezerwy. Przecież sam jej powiedział, że jego sercem może 

władać tylko jedna pani.

I to chyba najbardziej różniło go od Aleksieja.

Tatiana pokiwała głową.

- To, o czym mówimy, stało się na skutek zarówno jego, jak i moich pragnień. Tak naprawdę 

jednak nic dla nie go nie znaczę. Wciąż kocha kobietę, którą zamierzał niegdyś poślubić.

Helena energicznym ruchem usiadła na krześle. Paliła ją ciekawość.

- Co to za kobieta?
- Niewiele wiem o niej. Znam tylko jej imię. Catherine. Josiah nie rozstaje się z jej miniaturą.

- Dlaczego się nie pobrali?
- Umarła. - Tatianie zadrżał głos. - Nie żyje już od sześciu lat, jeśli dobrze pamiętam. Po jej 

śmierci Josiah z oficera przeobraził się w człowieka gór.

W pokoju zaległa cisza. Obie kobiety myślały w tej chwili o tym samym - o ulotności, 

przemijalności ziemskiej egzystencji.

Milczenie przerwała Helena.

background image

- Czy chcesz, żeby ów Josiah Jones zaczął naprawdę cię pragnąć, moja miła?

- Nie! Tak! Sama nie wiem. - Tatiana spojrzała na przyjaciółkę z wyrazem męki na twarzy. 
- Zresztą, jaki sens mogłaby mieć ta znajomość? On jest Amerykaninem, ja Rosjanką. Jutro 

on pójdzie swoją drogą, a ja swoją.
- Posłuchaj mnie, Tatiano. Nie tam idziemy, gdzie każą nam iść, ale tam, gdzie prowadzi nas 

nasze serce.

- Ale...
- Żadnych „ale", proszę. Kochasz tego człowieka?

- Pragnę go - przyznała Tatiana. - Pobudza moje zmysły. Drugi raz nie stracę głowy z powodu 
zmysłowego  odurzenia, Heleno. Konsekwencje tego są bowiem zbyt bolesne. Poza tym - 

zawahała się - on kocha swoją Catherine.
- Nie używaj wielkich słów! Jeżeli nie potrafisz sprawić, żeby jakiś mężczyzna zapominał w 

twojej obecności o swej miłości sprzed sześciu laty, to nie jesteś już tą Tatianą, którą niegdyś 
znałam. Zresztą dość przelewania z pustego w próżne. Podnieś się i stój spokojnie. - Helena 

przyłożyła lawendową suknię do twarzy Tatiany. - Doskonale. Kolor wręcz idealny. Monsieur 
Jones ujrzy tego wieczoru zamiast wędrowca w koźlej skórze prawdziwie  wielką damę. A 

teraz przebieraj się, ja zaś biegnę po perfumy i inne drobiazgi.

Helena opuściła pokój, mijały minuty, a Tatiana wciąż  stała nieruchomo z suknią przy 

piersi. Rozmyślała nad pytaniem przyjaciółki. Czy naprawdę zależało jej na rozkochaniu w 
sobie Josiaha Jonesa?

W zasadzie miała już gotową odpowiedź na to pytanie. Wystarczyło jej tylko pomyśleć o jego 

wyjeździe.   Po  tylu  dniach   i nocach  przebywania  razem  rozłąka  z  Joshem wydawała   się 

niemożliwa.

Nigdy   jeszcze   nie   spotkała   mężczyzny   równie   pewnego  siebie,   swej   siły   i   swych   racji. 

Świadomy swej mocy, mógł w pewnych sytuacjach pozwalać sobie na delikatność i czułość. 

I właśnie to połączenie dwóch sprzecznych żywiołów sprawiło, że obudził w niej pasję, nad 
którą nie umiała zapanować.

Na czystej namiętności nie mogła wszak, poprzestać.  Poprzednie bolesne doświadczenia 

nauczyły ją, że trzeba myśleć głową, a nie sercem.

Josiah był wędrowcem, człowiekiem bez domu, rodziny i majątku.

Jej ziemie, a raczej ta resztka, która pozostała po konfiskacie, rozciągały się wzdłuż Wołgi. 

Gdyby zrazy przyniosły ratunek Fort Ross, mogłaby wrócić do kraju z podniesioną głową, a 

background image

nawet liczyć na jakąś rekompensatę. W rezultacie mogłaby podjąć życie, jakie wiodła przed 

zamążpójściem.

Nieoczekiwanie ta możliwość ją przeraziła.

Co tak naprawdę było jej pragnieniem? Czyżby chciała znów znaleźć się w cieniu cara, który 

uczynił ją wdową? Czyżby marzeniem jej było tańczyć na dworskich balach i oddać swą rękę 

mężczyźnie, którego tym razem wybierze dla niej imperator?

Przycisnęła rękę do serca, gniotąc jedwab sukni.

A może mogłaby uniknąć losu rosyjskiej hrabiny?

Goście zebrali się tego wieczoru na parterze piętrowego  magazynu. Josh torował sobie 

przejście wśród roześmianego, hałaśliwego tłumu. Poznał imiona sporej części obecnych tu 

mężczyzn. Wszyscy jednak, znajomi i nieznajomi, witali go serdecznie, podobnie zresztą jak 
Indianie Porno, których również zaproszono.

Rosjanie był to lud pracowity i zaradny, pozbawiony  wszakże talentów rolniczych. Fort 

Ross, którego zadaniem było zaopatrywać w żywność kolonistów na Alasce, nie mógł podołać 

temu zadaniu. Zaledwie udawało się wyżywić obsadę tej placówki.

Dziś wszakże nic nie świadczyło o tym, że spiżarnie świecą pustkami. Wsparte na kozłach 

blaty uginały się pod przeróżnymi smakowitościami, takimi jak smażone i gotowane ryby, 
wonne   plastry   wołowiny,   ziemniaki  w mundurkach  oraz,  prawdziwa  pyszność,  pierogi 

nadziewane  mięsem z kapustą.  Nie brakowało  też  wódki,  którą  rozlewano  z glinianych 
gąsiorków. Trzech muzykantów uprzyjemniało nastrój skocznymi lub rzewnymi melodiami.

Do Josha podszedł Pulkin z dwiema szklankami wódki.

- Pozwoliłem sobie zadbać o twoje dobre samopoczucie - rzekł z łobuzerskim uśmiechem, 

wręczając Joshowi szklanicę. - Wypijmy za naszą znajomość.

Josh, pamiętając pierwszy dzień swojego pobytu i tamto przykre doświadczenie, wziął 

głęboki oddech. Wypiwszy stwierdził, że pomiędzy spirytusem a wódką istnieje  zasadnicza 
różnica. Naśladując Pulkina, otarł dłonią usta.

- Za cara! - rzucił chwilę później jakiś krępy, brodaty mężczyzna.

Josh wlał w siebie zawartość drugiej szklanki. Hrabia Roczew wzniósł rękę, prosząc tym 

gestem o ciszę.

- Proponuję teraz wypić zdrowie prezydenta Stanów  Zjednoczonych - rzekł donośnym 

głosem.

Zebrani ochoczo spełnili toast.

background image

Ktoś wpadł na pomysł, żeby wypić za dobre plony, lecz  w tym samym momencie drzwi 

otworzyły się na oścież i weszła Helena. Podpłynęła do stołu.

- Cóż to ja widzę, mój mężu? Bez nas zacząłeś ten miły wieczór? - spytała z wesołym 

uśmiechem.

Wyglądała   olśniewająco   -   złote   włosy   spływały   w   puklach   na   ramiona,   szyję   zdobił 

rubinowy   naszyjnik,   aksamitna   suknia   w   kolorze   czerwonym   uwidaczniała   wdzięczne 
kształty.

Żywa reakcja hrabiego wydawała się jak najbardziej szczera.

- Ależ nigdy nie ośmieliłbym się zaczynać czegokolwiek bez mojej żony i przyjaciółki. 

Toasty,   które   wznieśliśmy,   miały   nam   tylko   wygładzić   drogę   do   celu.   Z   chwilą   twojego 
przybycia - jego wzrok pobiegł ku drzwiom  - jak również przybycia hrabiny Karanowej 

nasze święto rozpoczyna się naprawdę.

Josh na widok Tatiany oniemiał. Jej piękna twarz okolona czarnymi, lśniącymi puklami 

wydawała się jak ze snu. Usta przywodziły na myśl rozkwitającą różę. Trzy-

mała się prosto i dumnie, a w jej oczach widać było ślad uśmiechu.

- Moja   droga,   wyglądasz   dzisiaj   jak   za   dawnych   dobrych   czasów.   Gdyby   Helena   nie 

zawłaszczyła sobie  wszystkich tytułów, powiedziałbym, że patrzę teraz na najpiękniejszą z 

pięknych.

Odpowiedzią Tatiany był wesoły śmiech. I to od tego śmiechu, a nie na skutek wypitej 

wódki Joshowi zakręciło się w głowie.

- Pozwalam sobie przyjąć twoje słowa, hrabio, jako  miły komplement. Jesteś bowiem 

zbyt zaślepiony urodą swojej żony, by mogły istnieć dla ciebie jakieś inne kobiety.

Wdzięcznym ruchem zdjęła z ramion pelerynę i podała ją Pulkinowi. Zalśnił i zaszeleścił 

lawendowy jedwab, a  w głębokim dekolcie rozjarzył się na moment zawieszony na złotym 
łańcuszku ametyst w kształcie łzy. Niżej zaczynała się cienista przełęcz piersi i ku niej pobiegły 

spojrzenia wszystkich stojących w pobliżu mężczyzn. Josh nie stanowił wyjątku.

- A teraz - oświadczył hrabia, prowadząc damy ku honorowym miejscom przy stole - 

będziemy biesiadować i bawić się zgodnie z przyjętym obyczajem. Trzeba pokazać naszemu 
amerykańskiemu   gościowi,   jak   my,   Rosjanie,   świętujemy   ten   dzień.   To   twoje   krzesło, 

przyjacielu. Dołącz do nas i pamiętaj, że dziś nie wolno się smucić.

Josh powoli osunął się na wskazane mu miejsce. Nie-

wątpliwie osoba, na którą patrzył i od której nie mógł oderwać wzroku, była ową hrabiną 
Karanową, o której słyszał  od  pewnej  niewiasty   w  skórzanym  odzieniu  i  o potarganych 

background image

włosach. Tyle że ta i tamta niewiele miały ze sobą wspólnego. Tamta działała na jego zmysły, 

nawiedzała go w snach i na jawie, ta sprawiała, że siedział olśniony, zadumany, posmutniały.

Wyjeżdża jutro rano - była to jego ostateczna decyzja. Zbyt długo już opóźniał swój wyjazd. 

Czas na nowo podjąć tak istotną dla kraju misję. Tyle że tym razem perspektywa samotnej 
wędrówki dużo mniej go nęciła i podniecała. Uświadamiał to sobie, ale w przyczyny tego 

stanu rzeczy wolał nie wnikać.

Wynikało   z   tego,   że   w   nim   również   dokonała   się  ogromna   przemiana.   Z   trapera   i 

wojskowego przeobraził się w salonowca. Zaczął staranniej dobierać słowa i kontrolował 
swoje gesty. W pewnym momencie pochylił się ku Tatianie i zapytał uprzejmie, czy życzy 

sobie wina. Wolała wódkę.

Nie okazał najmniejszego zdziwienia.

Godzinę później Tatiana musiała przyznać w duchu, że wieczór nie przebiega tak, jak to sobie 
zaplanowała.   Zamierzała   olśnić   Josiaha   swoim   wyglądem.   Oszołomić   zapachami, 

zafascynować nową twarzą. Tymczasem doprowadziła do tego, że siedział, jakby kij połknął, i 
traktował ją jak osobę dopiero co poznaną.

On, zawsze tak naturalny i spontaniczny, nagle stał się  uprzedzająco grzeczny. Prowadzili 
czczą,   konwencjonalną   rozmowę,   wzajemnie   sobą   zakłopotani.   Na   szczęście  rozległy   się 

głośne śpiewy, a na środku sali pojawiło się kilkanaście par. Koloniści chcieli się bawić i 
bawili się, ściągając uwagę siedzących przy stołach. Josiah i Tatiana jednomyślnie uznali, że 

to ich uwalnia od prowadzenia banalnej rozmowy.

Bynajmniej   jednak   nie   poprawiło   to   atmosfery.   Tatiana   jadła   powoli   oblane   miodem 

ciastko i zastanawiała się, jak przełamać rezerwę Josha. Miód spływał leniwymi strumykami 
po jej palcach, więc odruchowo wysunęła język, by  go zlizać. Wtedy dostrzegła w oczach 

Josiaha coś szczególnego.
- O co chodzi? - próbowała przekrzyczeć głośną i skoczną muzykę. - Czyżbym nos również 

miała w miodzie?
- Bynajmniej.

Zjadłszy ciastko, ponownie oblizała rozchylone i wyprostowane palce prawej dłoni. Ku jej 

zaskoczeniu Josh zaczął się uśmiechać. Gdyby miała krótko określić ów uśmiech, nazwałaby 

go zabójczym.

- Mogę wiedzieć, co cię tak bawi? - spytała.

Nachylił się i zbliżył usta do jej ucha. Owiał ją swoim gorącym oddechem. Poczuła, że 

brakuje jej powietrza.

background image

- Przypomniałem sobie tamtą noc w górach, gdy jadłaś pstrąga. Wtedy też oblizywałaś 

palce.

Zatrzepotała rzęsami.

- I co w tym śmiesznego?

- Och, nic, absolutnie nic.

Ma się rozumieć, śmieszne to nie było, ale budziło pewne skojarzenia. Rzeczy kojarzone to 

rzeczy w jakimś sensie pokrewne sobie. Tak oto tamta kobieta w koźlej skórze i ta wielka dama 

w jedwabiach były bliźniaczymi siostrami. Wciąż, bowiem trudno było Joshowi uwierzyć, że 
są jedną i tą samą osobą.

-   Jesteś   dla   mnie   zagadką,   panie   Jones   -   powiedziała   Tatiana,   kręcąc   głową.   -   Czy 
kiedykolwiek zdołam cię zrozumieć?

-   Nie   jestem   pewien,   czy   w   ogóle   zapisane   zostało  w   boskich   planach,   że   kobiety   i 
mężczyźni mają się rozumieć.

- Więc co im pozostaje?

Odpowiedź   wyczytała   w   jego   oczach.   Oblała   się   pąsem.   Zachowywała   się   jak 

pensjonarka.

- Chociażby wspólny taniec - odparł z szelmowskim uśmiechem.

Wstał, elegancko się ukłonił i wyciągnął rękę.

- Ale to jeden z naszych narodowych tańców. Tylko Rosjanie znają kroki i figury.

- Nie szkodzi. Indiańskie ceremonialne pląsy też nie należą do łatwych.
- Skoro tak, to prowadź, panie Jones.

Zebrała   dół   sukni   i   wstała.   Co   prawda,   wolałaby   w  tej  chwili   statecznego   gawota   lub 

wdzięcznego   walca,   ale   nie  mając   wyboru,   godziła   się   na   cokolwiek.   Wszystko   dla 

przyjemności złożenia swej ręki w dłoni Josiaha.

Dotyk ten jednak trwał stanowczo zbyt krótko. Tatiana  znalazła się w kręgu drobiących w 

tańcu, roześmianych kobiet. Z dłońmi na biodrach, łokieć przy łokciu, przesuwały się w jedną 

stronę. Mężczyźni, połączeni rozpostartymi w bok ramionami, czynili dokładnie to samo, tyle 
że w odwrotnym kierunku. Deski podłogi aż jęczały od ich zawadiackich przytupywań.

- Nic trudnego! - krzyknął Josiah, gdy po jakimś czasie znaleźli się znów naprzeciwko 

siebie.

Tatiana odrzuciła głowę do tyłu.

- Doprawdy? Poczekaj, aż zatoczymy drugie koło. 

background image

Traf   chciał,   że   znajdowała   się   dwa   kroki   od   niego,   gdy  muzykanci   szybciej   pociągnęli 

smykami po strunach. Mężczyźni nagle przykucnęli i wyrzucili jedną, a zaraz  potem drugą 
nogę. Pociągnięty  przez innych,  Josiah zwalił  się   na   podłogę,   że   aż   ze   szpar   pomiędzy 

deskami poszedł kurz.

Powitano   to   salwą   śmiechu,   lecz   pechowiec   nie   stracił  pewności   siebie.   Skoczył   z 

uśmiechem na nogi i śmiało  zaczął naśladować innych. Po kilku niezbyt udanych próbach 
dostosował się do rytmu muzyki. Jego nogi nabrały elastyczności i sprężystości. Minęło kilka 

chwil i niemal upodobnił się do pozostałych tancerzy.

Taniec miał w sobie coś z wiosennego odrodzenia. I jak po długiej zimie następuje wiosna, 

owa pora krążenia soków i nabrzmiewania pąków, tak i W żyłach tancerzy pulsowała krew, a na 
ich twarze  wystąpiły  rumieńce. Wymowa tych  rytualnych  pląsów wydawała  się oczywista. 

Mężczyźni prezentowali fizyczną sprawność, kobiety wdzięk. Tatiana nie mogła oderwać oczu 
od wąskich bioder i szerokich ramion Josiaha i szumiało jej w głowie.

Gdy zaś pokrzykujący mężczyźni złamali krąg i każdy  doskoczył do wybranej partnerki, 

Tatiana stwierdziła, że ją też wybrano. Widziała tuż przed sobą dyszącą pierś Josiaha, wyżej 

jego pełne żaru bursztynowe oczy, a jeszcze wyżej wzburzoną czuprynę.

Puścili się w tany. Idąc za przykładem innych, Josiah kręcił nią w miejscu, unosił ją w 

powietrze, opuszczał i znów podrzucał. Gdy zaś muzyka umilkła, Tatiana nie mogła złapać 
tchu, w głowie jej się kręciło. Wsparła się na Josiahu. Na świętego Igora! Pragnęła go i on jej 

pragnął. W tym tańcu, nie używając słów, wyznali sobie wszystko.

- Tatiano...

Słowo to w jego ustach sprawiło, że serce  jej  zabiło  przyśpieszonym rytmem radosnego 

oczekiwania. Równocześnie rozum nakazywał jej postępować z całą ostrożnością.

- Tak?
- Chciałbym o czymś tobą porozmawiać. Bynajmniej nie chęć rozmowy wyzierała z jego 

oczu.
Zwilżyła językiem wargi.

- Więc wróćmy do stołu.

Widok   jej   różowego   języka   do   reszty   pomieszał   mu  w głowie.  Najchętniej   uniósłby 

Tatianę w powietrze, przerzucił ją przez ramię i wybiegł z sali w poszukiwaniu jakiegoś 
azylu. I obojętnie, czy byłoby to łóżko, stóg siana czy jakaś rozpostarta na ziemi skóra. 

Jakiekolwiek odosobnienie, gdzie mógłby bez świadków dać upust swojemu pożądaniu.

- Nie tutaj  - rzekł  chrapliwie,  po czym  wziął  ją  za rękę  i   zaprowadził   przed   oblicze 

background image

gospodarzy.

Ci   powitali   ich   powrót   uśmiechami.   Zaślepiony   namiętnością   Josh   nawet   tego   nie 
zauważył.

- Proszę   nam   wybaczyć   -   rzekł,   czując   całą   wątpliwość   pretekstu   -   lecz   musimy   coś 

omówić na osobności.

Aleksander Roczew uniesieniem brwi okazał zaskoczenie. Zanim jednak pozwolił sobie na 

komentarz, interweniowała jego żona.

- Idźcie do salonu. Pozostaniemy tu jeszcze z godzinę, więc nikt wam nie przeszkodzi.

Żeby znaleźć się w salonie, trzeba było przejść przez plac, wejść do rezydencji i z korytarza 

skręcić w pierwsze drzwi na prawo. Zrobili to wszystko, nie odzywając się do siebie ani jednym 
słowem i nawet nie szukając swych  spojrzeń. Kiedy zaś wreszcie Josh podniósł wzrok na 

Tatianę, zobaczył jej smukłą sylwetkę na tle ognia płonącego na kominku. Pomyślał o bieliźnie, 
którą miała pod błyszczącą jedwabną suknią, i poczuł, że już dłużej nie zniesie tego.

Doskoczył i chwycił ją w ramiona. Nie broniła się, gotowa spełniać wszystkie jego żądania, 
więcej, spragniona tych żądań. Ich usta połączyły się w gwałtownym pocałunku.

- Tatiano - szepnął Josiah zadyszanym głosem, gdy na chwilę oderwał wargi od jej ust.

Najpierw pocałowała go, a potem dopiero zadała mu pytanie:

- Tak?

- Muszę jutro wyjechać.
- Naprawdę wyjeżdżasz?

- Naprawdę.
- Dlaczego? - Jej usta pachniały miodem. - Czy to te twoje góry cię przyzywają? Zawsze 

musisz im ulegać?

Widać było, że toczy sam ze sobą jakąś straszliwą walkę. Lojalność wobec munduru, który 

niegdyś nosił, nakazywała mu nie przekraczać pewnej granicy.

- Jest pewna sprawa, którą muszę doprowadzić do końca. Ale wrócę. Przysięgam. Wrócę, 

zanim jeszcze zaszczepione przez ciebie pędy pokryją się listowiem.

Tatiana uwierzyła mu. Zarazem wzruszyła ją ta wiara. Głupie serce podszepnęło jej, ażeby dać 

mu coś, co mogłoby przyśpieszyć powrót.

Zarzuciła mu ręce na szyję i z całej siły się do niego przytuliła.

- Twój pęd już nabrzmiał sokami, mój ty niespokojny wędrowcze.

Josh jęknął, chwycił ją na ręce i zaniósł na sofę. Bez  żadnego szacunku dla szlachetnej 

background image

materii zadarł spódnicę aż po samą talię i zsunął bieliznę. Ujrzał czarny kwiat łona pomiędzy 

rozchylonymi udami. Spazmatycznie zaczerpnął powietrza. Nie wolno mu było się śpieszyć. 
Mieli przed sobą jeszcze pół godziny.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Godzinę później znów się pojawili na rozmiękłym po ostatnim deszczu majdanie. W miarę 

jak narastał gwar bawiących się w magazynie osób, Josh szedł coraz wolniej. Nie miał ochoty 

wracać na swoje miejsce za stołem, a tym bardziej nie chciał tak szybko żegnać się z Tatianą.

Obiecał jej, że wróci. Gdy tylko przekaże informacje konsulowi Stanów Zjednoczonych w 

Monterey, wsiądzie na konia i ruszy do Fort Ross. Ale co potem? Co może zaproponować 
nędznie  opłacany  oficer,  i  to  bez  żadnego  majątku,  świetnej rosyjskiej arystokratce? A co 

pomyśli sobie Tatiana, gdy dowie się, dlaczego odprowadzał ją do Fort Ross?

Obowiązywał   go   rygor   zachowania   tajemnicy   państwowej   i   teraz   przeklinał   swój   los. 

Chwycił Tatianę za ramię. Stanęli kilka metrów od rozbrzmiewającego muzyką  i śpiewami 
budynku.

Spojrzała na niego pytająco. Dobrze widział jej twarz w świetle padającym z pobliskiego 

okna. Była blada,  a włosy miała w nieładzie. Josh podniósł rękę i przygładził jej jeden z 

niesfornych kosmyków.

- Jutro wyjeżdżam - rzekł.

- Tak, wiem. Już mi to powiedziałeś.
- Wrócę za miesiąc, najpóźniej za sześć tygodni. Uśmiechnęła się.

- Zanim z pąków wychylą się liście.

To nie było wyznanie miłosne. To były tylko uprzejme słowa. Josiah wróci, a do tego czasu 

da sobie radę z głupimi porywami serca.

- Co będziesz robiła podczas mojej nieobecności?

- Będę doglądała sadu i modliła się, żeby praca mojego ojca przyniosła owoce.

- A jeśli coś się nie uda?
- W ogóle nie dopuszczam takiej myśli. Polecił mi w testamencie doprowadzenie rzeczy do 

końca. Teraz spogląda na mnie z góry i wspiera mnie swoją miłością.

Doleciał ich jakiś bolesny jęk. Tatiana wzdrygnęła się i spojrzała w tamtym kierunku. 

Jednak wokół zalegała nieprzenikniona ciemność.

- Zostań tu - rzekł Josh i ruszył wzdłuż ściany budynku. Skręciwszy za róg, zobaczył zarys 

background image

sylwetki. Ktoś klęczał w błocie, trzymał się za brzuch i pojękiwał.

Nietrudno było go rozpoznać. Gładkie jasne włosy, szczupłe ramiona i binokle wskazywały 

jednoznacznie na Michaiła Pulkina.

Dał się słyszeć szelest sukni i pojawiła się Tatiana.

- Michaile! Na Boga, co ty tu robisz? I dlaczego klęczysz w błocie? Czy coś się stało? Jesteś 

ranny?

Młody człowiek zwrócił ku niej poszarzałą twarz. Z trudem przełknął ślinę.

- Ależ   nie   jestem   ranny   -   wybełkotał.   -   Po   prostu...
Wydał kolejny jęk i zgiął się prawie do ziemi. Kiedy  się wyprostował i znów na nich 

spojrzał, Josh uśmiechnął się współczująco.
- Za dużo wódki, czy tak?

Pulkin kiwnął głową. Powiększone szkłami oczy patrzyły z niemym błaganiem. Znów nim 

targnęły torsje.

- Przyczyna nie jest ważna - powiedziała podniesionym głosem Tatiana. Sama była blada 

jak opłatek. – Weź go pod ramiona, Josiah, i pomóż mu wstać.

Josh podniósł Pulkina z taką łatwością, jakby ten był  kukiełką. Po chwili nieszczęśnik 

siedział   już   na   ławce.  Usiadłszy   obok,   Tatiana   uspokajająco   poklepała   go   po   plecach, 

równocześnie każąc Joshowi przynieść wodę. Zmoczyła w niej po chwili swoją batystową 
chusteczkę i rzekła do Pulkina:

- Podnieś głowę, Michaile.

- Proszę tego nie robić - wyszeptał umęczonym głosem. - Nie wolno hrabinie się brudzić.
- Daj spokój, biedaku. Pozwól, że obetrę ci twarz. Od razu poczujesz się lepiej.

- Och, czuję, że najgorsze minęło.

- Skończ z tymi głupstwami. Podnieś głowę, mówię.

Pulkin   niechętnie   wypełnił   jej   polecenie.   Poddając   się  woli   Tatiany   rzucił   ponad   jej 
ramieniem błagalne spojrzenie na Josha.

Ten zrozumiał zawartą w nim prośbę. Michaił był młodym mężczyzną i czuł jak młody 

mężczyzna. Młodzi  mężczyźni cierpią męki upokorzenia, gdy świadkiem ich  słabości jest 

piękna kobieta.

Josh postanowił przyjść z pomocą Rosjaninowi.

-   Myślę,   że   gospodarze   ucieszyliby   się   z   twojego   powrotu,   Tatiano.   Ja   zaopiekuję   się 

Michaiłem.

background image

- On jest bardzo chory.

Wziął ją pod ramię i zmusił do powstania.

- Wracaj do środka. Dopilnuję, żeby się umył i położył do łóżka.

Na twarzy Tatiany odbiło się niezdecydowanie. Przeniosła wzrok ze skurczonego PulMna 

na stojącego obok niej wysokiego mężczyznę. W tej chwili niczego nie pragnęła bardziej niż 

zostać z nim jak najdłużej. Chwyciłaby  się każdego pretekstu, byleby tylko nie wracać do 
zatłoczonej sali.

Prawda była taka, że Tatiana nie chciała, aby ta noc się skończyła. Bała się poranka, który 

nieuchronnie miał nadejść. Wiedziała, że Josiah opuści fort o świcie. Rozłąka  miała trwać 

cztery lub sześć tygodni. Jej biedne serce mogło tego nie wytrzymać.
- Coś mi mówi,  że już  nie  zobaczymy  się przed twoim  wyjazdem   -  rzekła   z   czułością   i 

pogładziła go po policzku. - Niech Bóg ma cię w swojej opiece, Josiah.
- I ciebie, Tatiano.

Raz jeszcze dotknęła twarzy Josiaha i zniknęła w ciemnościach.

- Jest taka piękna - wybełkotał Pulkin, patrząc w ślad za nią. -1 taka dobra.

Dobra i okrutna, uparta i dzielna, pomyślał Josh, nagle czymś zasmucony.

- I taka nieszczęśliwa - dodał Michaił. - Czy wiesz, Josiah, że car zmusił ją, by oglądała 

egzekucję swego męża?

Josh rzucił nań krótkie spojrzenie.

- Nie.

- Dowódca cesarskiej gwardii raczył trzymać ją własnymi dłońmi, gdy kat dusił jej męża. Stała 
tak blisko, że widziała całą jego mękę.

- Co za barbarzyństwo!
- Wiedz, zatem, że ten jej mąż nie grzeszył mądrością.  Tylko głupcy spiskują przeciwko 

carowi. A teraz spadło na nią kolejne nieszczęście - śmierć ojca. To nie wszystko. Grozi jej 
jeszcze konfiskata resztek majątku, a w końcu może nawet utrata głowy.

Josh chwycił Michaiła za klapy surduta.
- O czym ty mówisz, człowieku? Kto niby miałby chcieć jej śmierci? Czy chodzi o te zrazy, 

które mają uratować Fort Ross?

Oczy Pulkina zdawały się w tej chwili oczyma ślepca.

- Za późno. Przyjechała za późno.

- Wyrażaj się jaśniej, człowieku. Mężczyzna w binoklach pokręcił głową.

background image

- Nie wolno mi o tym mówić.

Josh potrząsnął nim niczym workiem grochowin.

- Pomyśl o tej kobiecie, która przed chwilą ścierała wymioty z twojej twarzy. I o tym, że 

oskalpuję cię, jeśli natychmiast nie zaczniesz gadać.

Pulkin otworzył i zamknął usta. Nie uronił ani jednego słowa.

- Mów! - syknął Josh.

- Wraz z wieścią o śmierci ojca Tatiany Grigoriewny przyszła inna wiadomość. Imperator 
nakazał hrabiemu...

- Co?

- Nie mogę dopuścić się zdrady...

Josh podniósł Pulkina za klapy i trzymał w powietrzu.

- Co?
- Sporządzić plany opuszczenia Fort Ross.

Josh powoli opuścił Pulkina i jego stopy dotknęły wreszcie ziemi.

- Kiedy ma się to stać? - zapytał z groźbą w głosie.

- Jeszcze nie ustalono daty. Hrabia Roczew ma dopiero nawiązać kontakt z Anglikami i 
Francuzami. Chcemy zbadać, czy byliby zainteresowani nabyciem kolonii.

- Dlaczego Anglia i Francja, a nie Meksyk i Stany Zjednoczone?
- Car Mikołaj nie zniży się do rozmów z Meksykanami. To prymitywni wieśniacy. Nie ma w 

Meksyku człowieka, w którego żyłach płynęłaby błękitna krew. Podobnie, wybacz mi, proszę, 
rzecz się przedstawia z politykami  twojego kraju. Fort Ross zostanie sprzedany Anglikom 

bądź Francuzom.
- Na rany Chrystusa, czy Tatiana jest w to wszystko wtajemniczona?

-   Hrabina   Karanowa?   Tak,   ale   głęboko   wierzy,   że   cudowne   zrazy  jej   ojca  odwrócą   bieg 
wypadków. Car cofnie swoje rozkazy i wszystko będzie po staremu.

- Ale ty w to nie wierzysz, prawda?
- Nikt nie wierzy - odparł Michaił z jakimś bezmiernym smutkiem w głosie. - Jej ojciec był 

bardzo mądrym j człowiekiem, ale nie mógł wiedzieć, że tutaj warstwa próchnicznej ziemi ma 
zaledwie pół metra i jedynie zboże się udaje, o ile dopisze pogoda. Tak, tej jesieni wszyscy już 

będziemy w kraju, chyba, że przedtem car Mikołaj każe nas tutaj powiesić.

Josh poczuł, że nienawidzi autokratycznego władcy Rosji. Ale inna rzecz wydawała się 

stokroć ważniejsza.  Nie mógł się pogodzić z przejęciem tej kolonii przez Anglików bądź 

background image

Francuzów. Zrobi wszystko, by do tego nie  dopuścić. Zrobi też wszystko, by Tatiana nie 

wpadła w ręce cara Mikołaja.

- Muszę powtórzyć hrabiemu Roczewowi naszą rozmowę - powiedział Pulkin, po czym 

odwrócił się i zrobił  kilka niepewnych kroków. - Choćby nawet miało mnie to kosztować 
zesłanie.

Josh podbiegł i chwycił go za ramię. Spodobało mu się, że tamten ma odwagę przyznania 

się   do  swoich   błędów.   Wiedział   z   doświadczenia,   że  przełożony   zawsze   lepiej  traktuje 

podwładnego, gdy ten stawia się przed nim w czystym uniformie.

- Daj spokój, Michaile. Lepiej wracaj do siebie i przebierz w coś przyzwoitszego. Potem 

razem odwiedzimy hrabiego Roczewa.

W oczach młodego Rosjanina pojawił się płomyk nadziei. Zawsze to przyjemniej dzielić z 

kimś trudne chwile.
- Porozmawiasz z nim?

- Ależ oczywiście.

Josh nie mógł przyznać się przed hrabią do swej sekretnej misji, ale mógł mu dać do 

zrozumienia, że Stany Zjednoczone są zainteresowane kupnem Fort Ross. Trzeba się tylko 
wywiedzieć, jaką sumą Rosjanie byliby usatysfakcjonowani.

Opuścił fort wczesnym świtem na wychudłym gniadoszu upstrzonym białymi plamkami, 

którego sprzedano mu za śmiesznie niską cenę. Wjechawszy na pobliskie wzgórze, odwrócił 

się i spojrzał za siebie. Mleczna, skłębiona  mgła spowijała Fort Ross. Widać było jedynie 
kawałek dachu magazynu i zwieńczone krzyżami kopuły cerkwi.

Zawsze było tak, że kiedy wydostawał się z miasta bądź fortu na otwartą przestrzeń, pierś 

wypełniała mu jakaś ogromna radość. Tym razem było inaczej. Lasy i strumienie nie nęciły 

go, a widoczne po lewej góry stwarzały wrażenie wyciętych z tektury. Zamiast pragnienia 
pędu,  pochłaniania   przestrzeni,   czuł   pokusę   zawrócenia   ze   szlaku,   żeby   raz   jeszcze 

porozmawiać z Tatianą. Może podczas tej rozmowy padłyby jakieś deklaracje i obietnice, 
które uśmierzyłyby jego niepokój.

Tak, tylko co konkretnie mógłby wyznać Tatianie? Że jego uczucia przestały być już tylko 

pożądaniem, zmieniając się w coś innego, co na razie trudno mu było nazwać?
Że wystarczało mu o niej pomyśleć, by od razu wszystko  inne przestawało się liczyć? Że 

przesłaniała mu sobą widok gór, które tak ukochał, i oceanu, który napełniał go  bojaźnią 
Bożą? Po prostu powtórzyłby tylko to, co rzekł w ostatnich słowach.

background image

„Wrócę, przysięgam, wrócę".

Po tygodniu wyczerpującej jazdy Josh wjechał przez bramę posiadłości Suttera.
W ciągu ostatnich lat nieprzerwanego podróżowania poznał wiele przygranicznych fortów, 

ale żaden z nich nie mógł się równać z tą prawdziwą fortecą, którą kapitan Johann Sutter 
wzniósł nad rzeką Sacramento.

Duży teren otoczony był nie częstokołem, jak to praktykowano na zachodnim wybrzeżu, 

tylko prawdziwym  ceglanym murem o grubości ponad pół metra i wysokości około sześciu 

metrów. W jego obrębie znajdowały się baraki, spichrze, piekarnia, młyn, tkalnia i liczne 
warsztaty. Dodatkowe zabezpieczenie przed napaścią stanowiły liczne działa oraz uzbrojeni po 

zęby wartownicy. Kłębiący się na placu tłum zdumiewał różnorodnością ras i ubiorów. Widać 
było   Indian,   meksykańskich   chłopów,   wąsatych  Europejczyków   i   Murzynów.   Uszu 

dochodził kwik koni i ryk bydła. Zdumiewała liczba szwendających się psów.
W głębi bielała rezydencja władcy tego awanturniczego pogranicza. Stanowiąc połączenie 

pałacu i wojskowej kwatery, mogłaby długo się bronić, nawet gdyby przeciwnik sforsował 
mur. Josh zatrzymał konia tuż przed solidnymi dębowymi drzwiami i zeskoczył na ziemię. 

Rzuciwszy   wodze   chłopcu   stajennemu,   który   wybiegł   mu   na  spotkanie,   zajął   się 
strzepywaniem ubrania, pokrytego grubą warstwą kurzu. Waśnie kończył, kiedy drzwi się 

otworzyły i stanął w nich gospodarz.

Miał ogorzałą twarz, chociaż dopiero co skończyła się zima.

Podszedł do Josha z wyciągniętą ręką.

- Witam i zapraszam - rzekł błyskając białymi zębami. Mężczyźni wymienili uścisk dłoni.

- Dzięki za miłe przyjęcie.
- Amerykanin?

- Josiah Jones, z Kentucky.
- Tak, tak, znam Kentucky. Swego czasu prowadziłem tam interesy.

- Słyszałem coś o tym.
- Wejdźmy do środka. - Josha zaraz za progiem powitał chłodny półmrok. - Pewnie chciałbyś 

przepłukać gardło piwem? Bo mam też niezłe wino z własnych winogron. Wybór należy do 
ciebie.

- Wolałbym napić się piwa.
- Mario! - krzyknął Sutter i zaklaskał w dłonie. -Mario!

Zjawiła się wiotka czarnowłosa dziewczyna i podczas gdy gospodarz wydawał jej polecenia 

background image

w języku hiszpańskim, Josh porządkował w myślach to wszystko, czego dowiedział się do tej 

pory o Johannie Sutterze.
Kiedy zjawił się po raz pierwszy w Kalifornii, całym  jego majątkiem był koń, na którym 

siedział, i ubranie, które chroniło jego ciało przed zimnem i słońcem. Niebawem, siłą bardziej 
swoich   argumentów   niż   pieniędzy,   których   przecież   nie   miał,   wymógł   na   gubernatorze 

Alverado decyzję przydzielenia mu w użytkowanie szmatu urodzajnej ziemi. Nazwał swoją 
posiadłość   Nową   Szwajcarią   na  cześć   kraju,   w   którym   się   urodził.   Będąc   mistrzem   w 

przekonywaniu innych do swoich pomysłów, nie szczędząc też  obietnic dobrych zarobków, 
zgromadził pod swymi sztandarami wszystkich okolicznych osadników. Tych, którzy  woleli 

niezależność, Sutter zgniótł z bezwzględnością hiszpańskich konkwistadorów. Teraz władał 
swymi lennami niczym średniowieczny baronet i, jeśli pogłoski były prawdziwe, buntował się 

przeciwko restrykcjom handlowym, wprowadzonym ostatnio przez rząd Meksyku.

- To prawda - przyznał Sutter, gdy godzinę później siadał wraz z Joshem i innymi gośćmi 

do suto zastawionego stołu. - Mam plany. Wielkie plany. Za kilka miesięcy jadę do Monterey, 
by wyrobić sobie obywatelstwo Republiki Meksykańskiej.

Nabił na widelec duży kawał duszonej wołowiny  i przeniósł go z półmiska na talerz. 

Pozostali siedzący przy stole mężczyźni poszli za przykładem gospodarza.

- A   potem   trzeba   mi   będzie   pomyśleć   o   karierze   politycznej   -   ciągnął   Sutter,   rwąc 

mocnymi zębami mięsiwo.

- Ktoś przecież musi dbać o interesy drobniejszych osadników z Górnej Kalifornii i bronić 

ich przed zachłannością gubernatora Alverado.

- Tak, trzeba wreszcie pomyśleć o jakiejś skutecznej  obronie - przyznał jakiś Szkot o 

płomienistych włosach.

- Don Alverado nie wytyka nosa z Monterey i w rezultacie nie ma najmniejszego pojęcia, 

jak wiele straciliśmy  i nadal tracimy na podwyższeniu opłat celnych. Nie wspomnę już o 
podatkach nałożonych na farmerów.

Josh   słyszał   już   wielokrotnie   podobne   opinie.   Wszyscy  mówili   o   tym   samym. 

Niezadowolenie  z decyzji  władz  Meksyku,  które w imię  walki  z chronicznym  deficytem 

usiłowały kontrolować cały handel, narastało w nadgranicznych terytoriach, choć na razie 
wyrażało się głównie  słowami. W każdej chwili jednak mogło przerodzić się  w rewoltę. 

Kalifornia i Teksas, wciąż formalnie należący do Meksyku, burzyły się i krzyczały najgłośniej.

- Wyobraźcie sobie, że miesiąc temu ci cholerni Meksykanie próbowali zagarnąć jeden z 

background image

moich statków -rzekł Sutter ze świętym oburzeniem w głosie. - Twierdzili, że załadowany 

jest kontrabandą.
- I nie mylili się - skomentował rudy Szkot, szczerząc zęby.

- Nie w tym rzecz - wybuchnął Sutter. - Gdyby mój przyjaciel, hrabia Roczew, nie ujął się za 
mną, te meksykańskie psy spaliłyby mój statek.

Josh uznał, że pora się wtrącić do rozmowy.

- W mojej podróży na południe zatrzymałem się na  kilka dni w Fort Ross. Co przede 

wszystkim rzuciło mi się w oczy, to że od czasu mojej ostatniej wizyty przybyło tam wiele 
budowli.

Szwajcar kiwnął głową.

- Ci Rosjanie wiedzą niewiele o rolnictwie, za to dobrzy z nich rzemieślnicy. Dałbym wiele 

za ich młyńskie koła, warsztaty tkackie czy działa.

Pojawiły się kobiety, by sprzątnąć ze stołu. Mężczyźni wyciągnęli fajki. Każdy miał prawo 

liczyć na przedniej marki tytoń gospodarza. Wkrótce w powietrzu rozsnuły  się błękitnawe 
dymki.   Nie   były   to   owe   chmury   burzowe,   które   zawisły   nad   Meksykiem   i   Stanami 

Zjednoczonymi, jednak poniekąd je przypominały. Każdy czuł, że prędzej czy później dojdzie 
do zbrojnego konfliktu.

- Kiedy   wybuchnie   wojna   -   rzekł   Sutter,   wypowiadając   to,   co   inni   myśleli   –   szybko 

północne terytoria oderwą się od Meksyku i nikt z nas, uważam, nie będzie rozpaczał z tego 

powodu. Nawet ja, który staram się o obywatelstwo  meksykańskie, nie mam szacunku dla 
władz lekceważących sobie dobrobyt obywateli.

Chociaż kapitan miał pełne usta frazesów na temat dobra ogółu, Josh mógłby iść o zakład, 

że leży mu na sercu jedynie własny los. Zachował to jednak przy sobie, słusznie zakładając, że 

lepiej nie zrażać potencjalnego sojusznika.

Opuścił gościnny dom kilka  godzin później. Dowiedział się dostatecznie  dużo, by nie 

żałować tej wyprawy na południe. Co więcej, fanatyczny blask w oczach Suttera, gdy mówił 
gościom o swoim imperium, przekonał Josha, że jego projekt ma szanse.

Teraz   powinien   jedynie   zapoznać   z   tym   projektem  amerykańskiego   konsula   w 
Monterey. Gdy to uczyni, będzie mógł wrócić do Fort Ross, do kobiety, którą zaczynał 

uważać za swoją.

Nazajutrz   Josh   wszedł   na   pokład   jednego   ze   szkunerów  Suttera.   Podróż   okazała   się 

background image

nieprzyjemna, gdyż wiał silny wiatr i bardzo bujało. Rzucili kotwicę w zatoce San Francisco.

Tutaj Josh przesiadł się na inny statek. Kiedy kapitan  wydał już rozkaz stawiania żagli, 

cały port spowiła gęsta mgła. Zabawiano się robieniem zakładów, kiedy mgła się rozproszy. 

Wygrał pewien majtek, który wspomniał coś o tygodniu. Faktycznie, wypłynęli dopiero po 
siedmiu  dniach i od razu wzięli kurs na południe. Teraz pogoda dopisywała. Zielony brzeg 

widziało się jak na dłoni i przygrzewało słońce.

Joshowi  spieszyło   się,   więc   kiedy   ujrzał   Monterey,   wydał   westchnienie   ulgi.  Następnie 

pożegnał się z załogą, zarzucił podróżny wór na prawe ramię i pomaszerował ulicami miasta 
ku placowi, przy którym mieścił się konsulat.

Lokaj wprowadził go do poczekalni i wskazał na stojący pod ścianą rząd krzeseł. Josh ani 

myślał siadać, mając  nadzieję  na  szybkie  widzenie  się  z konsulem.  Poznał  go  osobiście 

podczas poprzedniego pobytu w Kalifornii.  Henry Wetherington był dobrym człowiekiem, 
ale   charakteryzowała   go   wrodzona   jankeska   ostrożność  i   upór.   On,  Josh,   będzie   musiał 

wznieść się na szczyty elokwencji, żeby przekonać konsula o konieczności szybkiego działania 
w sprawie Fort Ross. Nie było czasu na wysyłanie listów do Waszyngtonu i czekanie na 

instrukcje.

Nareszcie drzwi otworzyły się i pokazało się jakieś indywiduum ze spiczastym nosem i 

małymi wąsikami. Zlustrowało Josha od stóp do głów swymi rybimi oczyma.

- Słucham?
- Chcę się widzieć z konsulem.

Ostro zakończony nos uniósł się ku górze.

- Jestem Percival Banks, sekretarz konsulatu. W czym mogę panu pomóc, panie...?
-   Absolutnie   w   niczym   -   odparł   chłodno   Josh.   To,   co   miał   do   powiedzenia,   nie   było 

przeznaczone dla uszu jakiegoś tam sekretarzyny. - Proszę powiedzieć konsulowi, że chce z 
nim się spotkać porucznik Josiah Jones.

Koniuszek nosa Banksa godził teraz wprost w lewe oko Josha.

- Obawiam się, że to niemożliwe. Pan Wetherington zrezygnował z posady i dwa tygodnie 

temu wybrał się  wraz z rodziną w drogę powrotną do kraju. Nowego konsula oczekujemy 
dopiero za kilka miesięcy.

To był dla Josha prawdziwy cios. Ale nie dał niczego poznać po sobie.

- Kto go zastępuje?

-   Ja   -   odparł   urzędnik   i   jego   usta   skrzywiły   się   w   głupawym   uśmieszku.   -   Zgodnie   ze 

background image

wskazówkami amabasadora Kenta w Mexico City. A teraz, poruczniku, proszę mi wybaczyć. 

Muszę wracać do swoich obowiązków.

Josh błyskawicznie podjął decyzję.

- Pana obowiązki poczekają. Proszę przynieść mi papier, pióro i atrament.
- Słucham?

Josh lekko pobladł.

- Słyszałeś pan, więc przynieś, o co prosiłem.

Na twarzy Banksa odbiła się niepewność. Nie wiedział,  czy ma się czuć obrażony, czy też 

spełnić polecenie. Wybrał to drugie. Po chwili pojawiły się przybory do pisania. Josh skreślił 

dwie depesze. Zapieczętował je i wręczył sekretarzowi.

- Ta dla konsula, jeśli przybędzie przed moim powrotem. Tę drugą zaś trzeba przesłać do 

Fort   Ross   na   ręce  hrabiny   Karanowej.   -   Sięgnął   do   kieszeni   kurtki   i   wyjął   złotą 
pięciodolarówkę. - To powinno pokryć koszty.

Położywszy monetę na stole, skierował się ku drzwiom. Zamknęły się za nim z nieprzyjemnym 
trzaskiem. Sekretarz wykrzywił pogardliwie wargi.

- Prostacki jegomość - rzekł przez zęby.

Rzucił   obie   depesze   na   stos   korespondencji   i   włożywszy   złotą   monetę   do   kieszeni, 

wymaszerował z poczekalni.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

- Nie, nie, Michaile! Nie polewaj opasek, tylko lekko je spryskuj.
Łagodząc   upomnienie   miłym   uśmiechem,   Tatiana   odebrała   z   rąk   Pulkina   garnek, 

zaczerpnęła nim z wiadra wody i dłonią jęła zraszać rafię w miejscach złączenia zrazów z 
konarami.

- Rób dokładnie tak. Nadmiar wody też bywa szkodliwy. Idzie tylko o to, by nie dopuścić 

do wyschnięcia.

Oddała garnek Michaiłowi, po czym błotnistą mazią,  którą nabrała z drugiego wiadra, 

pomazała grubą warstwą opaskę, a potem kolejne. Szukała nieszczelności, lecz nie znalazła 

ich wiele. Zrazy trzymały się mocno, przynajmniej wedle jej wstępnej, niezbyt fachowej 
oceny.

Dlaczego więc oczka nie przemieniały się w pąki?

background image

Pytanie to dręczyło ją już od wielu dni. Minęły już całe tygodnie od przeszczepienia drzew, a 

zrazy wciąż przerażały swoją martwotą. Właściwie powinny już mieć listki. A przynajmniej 
powinno wyczuwać się w nich krążenie  i nabrzmiewanie. Tymczasem stwarzały wrażenie 

patyków nadających się tylko na rozpałkę.

Dlaczego  tak  się działo?  Może nie dość często spryskiwała   miejsca   szczepienia.   Może 

przeszkadzała bliskość oceanu. Przyczyn mogło być wiele. Ojciec bez trudu odpowiedziałby 
na wszystkie te pytania, ale jej znajomość tajników sadownictwa była więcej niż skromna. 

Tatiana uklękła na pokrytej zieloną runią ziemi.

Usłyszała głos Michaiła:

- Już wiem, co mam robić. Pozwól, hrabino, że dokończę ten rząd. Proszę zdać się na mnie, 

a samej odpocząć. Już od dawna widzę na twojej twarzy, pani, pogłębiające się zmęczenie. 
Ja... - Urwał, ale ona i tak wiedziała, że chciał jej powiedzieć coś bardzo miłego.

Chętnie uległa namowom i przyjęła wygodniejszą pozycję. Pulkin miał rację. Pozostała jej 

tylko resztka dawnej energii. Każdego dnia ubywało jej sił. Co gorsza, rozwiała się nadzieja, 

która jeszcze niedawno podtrzymywała ją i krzepiła.

Mijały dni i tygodnie. Minęły w sumie ponad dwa miesiące.

Zrazy nie pokrywały się liśćmi, Josiah nie wracał.
Obiecał   wrócić   po   miesiącu,   najwyżej   sześciu   tygodniach.   Lecz   marzec   przeszedł   w 

kwiecień, kwiecień przeszedł w maj, a od Josiaha nie było żadnej wiadomości.

Nastała wiosna. Ocean tchnął orzeźwiającą bryzą. Wzgórza wokół Fort Ross pokryły się 

kwietnymi   dywanami.   Ranki   były   mgliste,   lecz   mgły   ginęły,   gdy   tylko   majowe   słońce 
wyłaniało się zza gór. Dobrotliwa natura obdarzała ciepłem, jasnym światłem i upojnymi 

zapachami.

Przynajmniej raz w tygodniu w zatoczce stawał na kotwicy jakiś żaglowiec. Wówczas serce 

Tatiany wzbierało nadzieją. Biegła, wypatrywała drogiej postaci. Czyniła dokładnie to samo, 
gdy wartownicy u bramy ogłaszali zbliżanie się jeźdźca  albo grupy jeźdźców.  Jednak te 

chwile radosnego uniesienia kończyły się niezmiennie wielkim rozczarowaniem.

Gubiła się w domysłach. Znała na pamięć wszystkie przeszkody, które mogą przedłużać 

podróż. A więc sztorm, który znosi statek z obranego kursu. Koń, który się potyka i łamie 
nogę.   Napaść   Indian.   Wiosenna  powódź.   Bunt  niewolników.   Brakowało   jej   odwagi,   by 

dołączyć do tej listy inne, wielokroć straszniejsze niebezpieczeństwa.

Rzucała   się   w   wir   pracy,   by   jakoś   ukoić   udręczoną   duszę.   Pomagała   Helenie   w 

background image

wychowywaniu dzieci. Karmiła domowe ptactwo. Całymi wieczorami grała na fortepianie. No i 

oczywiście   doglądała   sadów,   ze   wzrastającą   troską  przyglądając   się   uśpionym,   jakby 
martwym zrazom.  W dni, kiedy obowiązki mu na to pozwalały, Michaił towarzyszył jej w 

tych wyprawach na okoliczne wzgórza. Dzisiaj był właśnie taki dzień.

W   Pulkinie   dokonała   się   wielka   zmiana.   Helena,   która   nie   miała   przed   przyjaciółką 

tajemnic, opowiedziała Tatianie o rozmowie Pulkina z jej mężem. Wyznając swoją  winę, 
Michaił naraził się na gniew Aleksandra. Hrabia jednakże, w odróżnieniu od cara Rosji, nie 

miał mściwej natury. Gotów był wybaczyć grzech niedyskrecji pod warunkiem, że rzecz się nie 
powtórzy. Pulkin był dobrym pracownikiem i głęboko etycznym człowiekiem. Dostał bolesną 

lekcję   i   zakarbował   ją   sobie   w   pamięci.   Przede   wszystkim   przeszedł   na   całkowitą 
abstynencję.

Tatiana wiedziała też o innych zmianach, jakie w nim zaszły.
Był zawsze u jej boku albo na jej rozkazy. Adorował ją na różne sposoby, jak tylko młody 

mężczyzna może adorować uwielbianą kobietę. Oddałby życie, byleby tylko ochronić ją przed 
zamoczeniem pantofelka lub zadrapaniem dłoni. Kiedy wzywała go, biegł na złamanie karku, 

niepomny, że złamać kark jest faktycznie dość łatwo. Natomiast gdy nie był jej do niczego 
potrzebny, sechł i marniał jak kwiat, który przeniesiono z parapetu do pozbawionej okna 

komórki. Trzy lata temu Tatiana, widząc dowody takiej żarliwej miłości, drażniłaby się  z 
nim i kokietowała. Kilka miesięcy temu jego bezkrytyczne uwielbienie złagodziłoby jej ból 

po stracie  męża. Teraz jej serce zdobył długonogi Amerykanin, więc Pulkin mógł liczyć 
jedynie na melancholijny, przyjazny uśmiech.

Zwróciła twarz ku słońcu. Po wschodniej stronie rysowały się na tle błękitnego nieba skalne 

szczyty.   Najwyższy  z   nich,   nazwany   przez   rosyjskich   kolonistów   Górą   Heleny,   na   cześć 

kochanej przez wszystkich małżonki gubernatora, był pokryty śniegową czapą. Ten śnieg w 
zestawieniu z żółciejącymi w dole jaskrami wydawał się symbolem jakiegoś innego świata.

Tatiana próbowała  sobie przypomnieć wędrówkę przez  góry.   Pięła   się  po  ośnieżonych 

stokach w ślad za Joshem i dzielnym kudłatym kucem. Jednak walka z zamiecią wyblakła już 

w   jej   pamięci.   Pozostały   tylko   przyjemne  wspomnienia.   Pamiętała   chwilę,   kiedy   Josiah 
mocował jej na głowie swój bobrowy kapelusz, aby osłoniła nim twarz przed słońcem. Albo 

inną, gdy wręczył jej mydło, żeby kąpiel w utworzonym przez gejzer jeziorku dała jej pełne 
zadowolenie. Albo kiedy całował ją i pieścił, szukając w niej źródeł rozkoszy i...

- Hrabino!

To krzyczał Michaił, rozpoznała jego głos. Spojrzała  w dół wzniesienia i odnalazła go 

background image

wśród drzew na tle oceanu. Przyzywał ją machaniem ręki. Widać było w jego ruchach spore 

podniecenie.

- Hrabino!

 

Proszę

 

do

 

mnie!

 

Niespodzianka!

Tatiana poderwała się z ziemi. Zalała ją fala gorąca.

O jakiej niespodziance wykrzykiwał na cały sad? Może  zauważył zbliżający się statek? Lub 

samotnego jeźdźca na  gościńcu? Z miejsca, gdzie stał, roztaczała się szersza perspektywa. 
Zebrała spódnicę i pobiegła w dół.

- Proszę spojrzeć! - Michaił wskazywał palcem na jeden z zaszczepionych zrazów. - Chyba 

się zieleni.

Prawie że dotknęła nosem gałązki. Nogi ugięły się pod nią. Osunęła się na kolana.
- Dobry Boże w niebiesiech!

Zaledwie ośmielając się oddychać, patrzyła na nabrzmiałe, popękane pąki jak na jakąś 

świętość. Tu i ówdzie wyłaniała się z nich młodziutka zieloność. Ukryła twarz w dłoniach i 

wybuchnęła płaczem.

- Co się stało, Tatiano Grigoriewna?

Michaił ukląkł przy niej w trawie i wyciągnął rękę z wyszarpaną z kieszeni chusteczką.

- Czy mam sprowadzić hrabinę Helenę? - zapytał niespokojnym, głosem.

Szlochając potrząsnęła głową.

- W takim razie może hrabiego Roczewa? Błagam, pani, nie zadręczaj się tak.

Wreszcie udało się jej opanować. Zwróciła ku niemu zalaną łzami twarz.

- Płakałam   ze   szczęścia,   Michaile.   Skoro   ten   jeden  zraz   się   przyjął,   to   przyjmą   się 

wszystkie inne. Musimy  tylko uzbroić się w cierpliwość. Jak wielokrotnie powtarzał mój 
ojciec, sadownictwo jest również sztuką czekania.

Puikin zarumienił się i opadł na pięty.

- Jestem człowiekiem, małej wiary, Tatiano Grigoriewna. Byłem prawie pewien, że nic z tego 

nie   wyjdzie.   Długo   przypatrywałem   się   tym   pączkom,   zanim   wreszcie   pojąłem,   że   są 
nabrzmiałe kwitnieniem.

Tatiana zdecydowała się w końcu skorzystać z jego chusteczki. Wycierając twarz pomyślała, 

że i ona miewała chwile zwątpienia. Wszystkie inne rośliny pieniły się już zielonością, tylko jej 

zrazy  wydawały  się wciąż  martwymi  patykami.  Zaczynała  już nawet myśleć krytycznie  o 
wiedzy swego ojca.

Dwa zrazy przyjęły się. Wynikało z tego, że przyjmą się też inne. Kto wie, może obrodzą 

background image

jeszcze tej jesieni rumianymi jabłkami i soczystymi gruszkami. Słowem,  stanie się to, co 

zapowiedział ojciec.

Tatiana  wiedziała,  że między pąkiem a owocobraniem  muszą upłynąć całe miesiące.  I 

dopiero  po  kilku  latach  sady   te   zaczną   przynosić   realny   dochód.   Na   razie   śledzili  fazę 
obietnicy. Lepsze jutro wciąż było niewiadomą.

Spojrzała na Pulkina.

- Poszukaj i przyprowadź hrabiego Roczewa. Trzeba mu to pokazać.

Po dwóch kwadransach Michaił przyprowadził oboje. Zawsze pogodna Helena tym razem 

tryskała radością.

- Cóż ten Michaił nam naopowiadał? Czy twoje zrazy naprawdę ożyły?

Tatiana z uśmiechem wskazała na zieleniący się patyczek.

Wlepili w niego oczy.

- Czy to to?
- Tak, Heleno.

- Ale te pączki są takie małe.
- Są małe, ale jeszcze nabrzmieją. Potem wyłonią się z nich kwiaty i liście. Na kwiatach usiądą 

pszczoły. Kwiat  zapylony da owoc, najpierw nie większy od laskowego  orzecha, jesienią o 
rozmiarach zwykłej gruszki lub jabłka. Tej jesieni zbierzemy może zaledwie kilka koszyków, 

ale

1

już za dwa, trzy lata będziemy mogli wysyłać jabłka na Alaskę. A kiedy car się dowie, 

jak dobrze tu sobie radzimy, myślę, że wycofa się z decyzji o sprzedaniu Fort Ross. Kilka razy 
głęboko odetchnęła i przeniosła wzrok na hrabiego.

- Poczekasz do jesieni, Aleksandrze? Będziesz mógł?
-   Nie   -   odparł   Roczew   grobowym   głosem.   -   Mam   wyraźne   dyspozycje   cara   Mikołaja 

dołączenia do Anglików w Fort Vancouver najpóźniej w końcu czerwca.

Helena gniewnie potrząsnęła głową.

- Statek z zaopatrzeniem ma przypłynąć w przyszłym  tygodniu. Już napisałam do mojego 

upartego wuja, czego dokonała tu Tatiana. A teraz dowie się o powodzeniu jej misji. Ty zaś, mój 

mężu, odwlekaj, jak długo się da. Śmiało można  założyć,  że negocjacje  okażą się trudne i 
czasochłonne.

Hrabia uśmiechnął się do swej władczej żony.

- Wedle rozkazu, pani.

background image

- Skoro tak - rzekła,  zmieniając władczość na serdeczność - to wracaj  do fortu wraz  z 

Michaiłem. Ja zapraszam Tatianę na krótki spacer. Trzeba korzystać z majowego słońca.

Aleksander pożegnał obie panie pocałunkiem w dłoń i oddalił się, z sekretarzem u boku. 

Helena odprowadziła ich wzrokiem, po czym głęboko westchnęła.

- Odnoszę niekiedy wrażenie, że mężczyźni najlepiej się czują, gdy wypełniają rozkazy. Aż 

dziw bierze, że godzą się rankiem naciągać spodnie bez odpowiedniej instrukcji.

Tatiana po raz pierwszy tego dnia wesoło się roześmiała. Poszły w stronę klifowego brzegu. 

Ciepła bryza rozwiewała włosy i wydymała spódnice. Minęło pół godziny i na ich policzkach 
zakwitły rumieńce.

- Widzę, Tatiano, że ruch na świeżym powietrzu dobrze ci robi -- skomentowała księżna. - 

Ostatnio niepokoi mnie twoja bladość. Zauważyłam też, że jesteś przybita.

Tatiana wzruszyła ramionami.

- Być może zbyt się przejmowałam tymi zrazami.

- Czy tylko zrazy zaprzątały twoje myśli?

- Och,   wiesz   przecież,   o   jaką   stawkę   toczy   się   gra.

Helena zatrzymała się i patrzyła na nią w skupieniu.

- A czy czasami nie zamartwiasz się również tym, czy Amerykanin wróci?

- Dlaczego miałoby mi tak zależeć na jego powrocie?
- Choćby dlatego, że jest ojcem dziecka, które nosisz w łonie.

Tatiana na chwilę wstrzymała oddech.

- Więc wiesz?

- Wydałam  na świat trójkę  dzieci,  miła  moja.  Wiem,  do  jakiego  stopnia  dziecko  może 
pozbawić   kobietę   sił.  Bez   trudu   się   domyśliłam,   dlaczego   kobieta,   która   zimą  przeszła 

niebotyczne góry, ma teraz trudności ze wstaniem z łóżka.
- Tak, na pewno masz w tych sprawach dużo większe doświadczenie. Bo ja uświadomiłam to 

sobie dopiero przed paru tygodniami.
- To mój błąd - rzekła z goryczą Helena.

- Twój błąd? - Tatiana nie kryła zdumienia.
- Zachęcałam cię do flirtu z tym Amerykaninem i nawet ułatwiałam wam schadzki.

Tatiana uśmiechnęła się.

- Jeżeli w ogóle można tu mówić o błędzie, to raczej moim i jego.

- Co zatem zamierzasz?

Tatiana patrzyła w dal, tam gdzie ocean łączył się z niebem. Tam daleko leżała Rosja, którą 

background image

władał okrutny car Mikołaj.

- Będę czekała - odparła. - Będę czekała, dopóki nie pozbędę się resztek nadziei.

Dwa tygodnie później okazało się, że dalsze czekanie nie ma już sensu.

Tego dnia Tatiana zabrała trójkę pociech Roczewów na  plażę u stóp klifu, by pohasały i 

pobawiły się w piasku. Słony wiatr owiewał ich jasne główki, słońce przygrzewało, grzywacze 

rozpryskiwały się na skałach. Wszyscy  zdjęli buty i ciesząc się swobodą, zajęli zbieraniem 
muszelek. Niebieskookiej Irinie szczęście sprzyjało najbardziej. Znalazła muszlę kolczastą 

niczym jeż, która, przyłożona do ucha, szumiała jak morze.

Z   daleka   dobiegł   ich   krzyk.   Krążące   w   powietrzu   mewy   skupiły   się,   po   czym   znów 

rozproszyły.

- Tatiana!

Hrabina uniosła głowę. Na chwilę oślepiło ją słońce. Biegła ku nim Helena. Nie zważała 
na fale, które dosięgały jej butów i moczyły je wraz z dołem sukni. Nawet z tej odległości 

można było dostrzec podniecenie na jej twarzy.

Tatiana machinalnie otrzepała ręce z piasku i zaczęła wkładać obuwie. Na razie nie sposób 

było się domyślić,  że jest w ciąży. Lekkie zaokrąglenie brzucha zdawało się  naturalnym 
składnikiem jej urody. Na szczęście tutaj, w Górnej Kalifornii, nie musiała nosić gorsetów, 

które podbiły Europę i miały podbić świat.

- Gdzie   twoja   stateczność?   -   zapytała   z   uśmiechem,   gdy   przyjaciółka,   ciężko   dysząc, 

stanęła wreszcie przed nią.

Helena przez chwilę uspokajała oddech.

- Od wzgórz zbliża się jeździec. Postanowiłam dołączyć tu do was i właśnie minęłam bramę, 

gdy jeden z wartowników przekazał mi tę wiadomość.

Tatiana chwyciła przyjaciółkę za ramię. Jakieś dziwne ciepło ogarnęło jej serce.

- Co to za jeździec?

- Nadciąga z południa.
- Z południa? Ależ...

Tatiana jakby zapadła się w siebie. Josiah tyle razy jej mówił, że jego droga prowadzi na 

północ. ^ Helena ścisnęła jej dłoń.

- Tatiano!   Wartownik   dodał   jeszcze,   że   jeździec   dosiada   owego   wałacha   o   plamistym 

zadzie, którego Amerykaninowi sprzedał Aleksander.

Zwątpienie ustąpiło miejsca płochliwej radości. Dlaczego Josiah nie miałby wrócić drogą 

background image

okrężną? Pobiegła ku schodom wiodącym na szczyt klifu. Zdawała sobie sprawę ze swego 

wyglądu. Pocieszała się myślą, że przecież Josiah widział ją w dużo gorszym stanie.

Wpadła na wewnętrzny plac tuż przed jeźdźcem. Pulsowało jej w skroniach, policzki pałały. 

Na czole i górnej wardze perliły się krople potu.

Usłyszała stukot kopyt. Odwróciła się.

Jeździec miał na sobie buty z wysoką cholewką, spodnie z żaglowego płótna i sukienną 

kurtkę. Jego bokobrody przypominały kotlety baranie.

- To Robert Ridley - rzekł śpieszący na powitanie gościa Michaił Pulkin. - Rządca kapitana 

Suttera.

Tatiana znieruchomiała jak posąg. Czuła jednak, że nogi ma jak z waty. Gdyby nie tylu 

świadków wokół, upadłaby na ziemię i rozpłakała się jak dziecko.

Dlaczego to nie był Josiah?

Otrzymała odpowiedź na to pytanie podczas obiadu,  kiedy Ridley przypadkowo wspomniał 

Amerykanina, który zatrzymał się na kilkanaście godzin u Suttera.

- Nazywał   się   Jones.   Przyjacielski   facet,   lecz   nieco  skryty,   jak   większość   traperów   i 

górskich samotników.

Tatiana powoli odłożyła sztućce. Więc jednak Josiah  udał się na południe. To dziwne. 

Dlaczego zmienił plany?

- Odnieśliśmy wrażenie, że bardzo interesuje się warunkami życia w tych stronach, to 

znaczy   w   pasie   północnych   ziem   Meksyku   -   ciągnął   Ridley.   -   Zadawał   wiele  pytań. 
Pomyśleliśmy, że chce się osiedlić w Dolinie Sacramento.

Tatiana   wstrzymała   oddech.   Przeniosła   wzrok   na   Helenę.   Twarz   przyjaciółki   wyrażała 

głęboki namysł. O czym jednakże myślała?

Ridley znów zabrał głos:

- Wszakże myliliśmy się co do Jonesa. Sprzedał kapitanowi konia i statkiem popłynął do 

San Francisco. Potem dowiedzieliśmy się, że ruszył jeszcze dalej, bo aż do Meksyku.

Tatiana zwilżyła językiem wargi.

- Więc twierdzi pan, że ten Josiah Jones opuścił Kalifornię?

- Przynajmniej takie doszły nas słuchy. - Ridley miał  dość miły uśmiech i równe zęby. - 
Człowiek,   o   którym  mówimy,   mało   miał   w   sobie   z   osadnika.   To   raczej   typ  wiecznego 

wędrowca, który kocha niebo nad głową, wiatr w uszach i ziemię pod stopami. Ktoś taki nigdy 
nie przylgnie do jednego miejsca.

background image

- Ma pan rację - rzekła zdławionym głosem Tatiana.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Josh   wsparł   się   na   kamiennej   balustradzie   otaczającej  południowy   portyk   Pałacu 

Chapułtepec i spojrzał w dół na zalaną słońcem okolicę. Wysadzana drzewami aleja łączyła 
wzniesiony   na   wzgórzu   potężny   zamek   z   centrum  Mexico   City.   Niegdyś   stał   tu   pałac 

azteckiego władcy, hiszpańscy konkwistadorzy zburzyli go i postawili tę twierdzę z szarego 
kamienia. Od lat mieściła się w niej meksykańska akademia wojskowa, ciesząca się dobrą 

sławą.  Dzisiaj kadeci przeżywali szczególny dzień - ostatni rocznik otrzymywał oficerskie 
dyplomy.   Uroczystość   tę   jednak   rząd   meksykański   postanowił   połączyć   z   pokazem   siły. 

Zaproszono korpus dyplomatyczny, pojawił się prezydent. Zamierzano wywrzeć wrażenie 
szczególnie na  przedstawicielach Stanów Zjednoczonych, na których  czele stał ambasador 

Hannibal   Kent.   Z   Teksasu   dochodziły   niepokojące   pogłoski   i   rząd   meksykański   chciał 
pokazać, że gotów jest odpowiedzieć siłą.

Josh słyszał dźwięki wojskowej orkiestry, lecz wolał  patrzeć na pola uprawne. Próbował 

sobie przypomnieć, ile  razy sam brał udział w takich paradnych marszach. West  Point i 

Chapultepec. Wszystkie akademie wojskowe są w grancie rzeczy bardzo do siebie podobne. 
Kształcą organizatorów zabijania.

Usłyszał kroki, więc odwrócił głowę. Zobaczył majora Rutherforda Lee, amerykańskiego 

attache wojskowego w Mexico City.

- Rozmawiałem   z  ambasadorem   -   powiedział   major,   podchodząc.   -  Spotka  się   z   nami 

bezpośrednio po paradzie.

Josh kiwnął głową.

- Dzięki, Ruff. Jestem ci wdzięczny za zaplanowanie tego spotkania, jak również za mundur, 

który mam na sobie.
- A od czego są koledzy z tego samego rocznika, jeśli nie od tego, by odziać w coś porządnego 

trapera, który pojawił się w ich kwaterze? W mundurze zresztą bardzo ci do twarzy. Gdybyś 
nie rozstał się z nim przed kilku laty, byłbyś dziś, myślę, majorem lub pułkownikiem.

Josh wzruszył ramionami. Opięta wojskowa kurtka nie  pozwalała mu na gwałtowniejsze 

gesty, a nawet na głębszy oddech. Sztywny wysoki kołnierz wbijał mu się  w tchawicę, a 

pasek zmuszał do wciągania brzucha. Ruff był cokolwiek od niego szczuplejszy.

- W moim skórzanym ubraniu czuję się swobodniejszy - odpowiedział.

background image

Major wyciągnął z kieszeni dwa grube cygara. Podając  jedno Joshowi, odgryzł koniec 

drugiego i wypluł za balustradę. Josh przytknął swoje do nosa i przez chwilę rozkoszował się 
jego zapachem.

-

Powinienem się domyślić, że uraczysz mnie czymś takim. Ty i te twoje przeklęte 

cygara. O mało co nie wylecieliśmy przez nie z akademii.

Zapalili.  Obłoczki  wonnego dymu rozpraszał  wiatr.  Palenie   cygara   zawsze   było   chwilą 

spokoju i odprężenia.

Josiah trafił na ślad Rutherforda dopiero dzisiaj rano. Zapukał do jego drzwi, gdy major 

właśnie opuszczał kwaterę. Ucieszył się na widok przyjaciela i z miejsca zaproponował, że go 
weźmie na paradę do Chapultepec. Ale  najpierw Josh musiał się przebrać. Uczynił to w 

niebywałym pośpiechu, gdyż nie wolno im było się spóźnić. Porozmawiać mogli dopiero w 
powozie. Josh wtajemniczył Ruffa w charakter swej misji.

- Słyszałem o Catherine - powiedział teraz Ruff.

Josh   myślał   właśnie  o   czekającym   go  spotkaniu   z   ambasadorem   i   nie   dosłyszał   słów 

przyjaciela. Z kolei major opacznie pojął jego milczenie.

- Przepraszam, lepiej nie rozdrapywać nie zabliźnionych ran. Wiem, jakim wstrząsem 

była dla ciebie jej śmierć. Wielu w tamtych czasach zadawało sobie pytanie, dlaczego wybrała 
zarośniętego mieszkańca Kentucky, mając wokół siebie tylu eleganckich synów Wirginii, a w 

ich liczbie niejakiego Rutherforda Lee.

Wsparł się łokciami o balustradę i spojrzał na sady i pola poniżej. Dym ulatywał z jego 

cygara, on zaś wspominał dawne dni, kiedy to ambicją wszystkich niemal kadetów w West 

Point było zwrócić na siebie uwagę tej młodej kobiety.

-

Boże, jakaż ona była piękna - mruknął Ruff.

Josh wypuścił z ust obłoczek dymu. Na Boga, trudno było mu wyobrazić sobie Catherine 

w cielesnej postaci, ze złocistymi lokami i pełnymi karminowymi wargami. Za każdym razem, 
gdy myślał, że już zaczyna ją widzieć, wszystko rozpływało się w jakiejś nieokreśloności, by za 

chwilę uformować .siew konkretny zarys pięknego oblicza Tatiany. Wtedy żal ściskał mu serce, 
a duszę wypełniała melancholia.

Nie powinien na tak długo rozstawać się z nią, nie zapewniwszy o swojej miłości. Należało 

wpierw powiedzieć głośno i odważnie,  że kocha jej głos, uwielbia  jej  skórę, adoruje jej 

fiołkowe oczy, a potem dopiero dosiąść konia.

Do stu piorunów, przecież nie jest niemową! Jakakolwiek przyszłość czekała Fort Ross, 

background image

pragnął Tatiany. Oddała mu się dwa razy. Raz w górach, a raz na kanapie w salonie. Mógł 

to być dowód czegoś głębszego, a nie tylko upodobania do zmysłowych przyjemności.

Huknęła kanonada. Armatnie salwy brzmiały dziwnie triumfalnie.

- To na cześć prezydenta - zauważył Ruff i wyrzuciwszy  za   poręcz   cygaro,  obciągnął 

kurtkę munduru. - Chodźmy się przekonać, jakich to oficerów wydaje ten kraj. Możliwe, że 

w ciągu roku lub dwóch spotkamy się z nimi na polu bitwy.

Albo jeszcze szybciej, pomyślał ponuro Josh, idąc wraz z przyjacielem przez marmurowe 

sale akademii. Nie powiedział jeszcze Ruffowi o wciąż pogłębiającym się konflikcie pomiędzy 
osadnikami   Górnej   Kalifornii   a   rządem   meksykańskim,   formalnie   panem   tamtego 

terytorium. Symbolem tej sprzeczności interesów była postać kapitana Johanna Suttera.

Kalifornia  mogła   okazać   się   kolejnym   Teksasem.   Jeśli  Stany   Zjednoczone   nie   wesprą 

osadników,   kiedy   ci   wreszcie   podniosą   bunt,   to   jakaś   inna   siła   zaanektuje   nadbrzeżne 
terytoria.

On, Josh, o wszystkim tym zamierzał powiedzieć ambasadorowi Stanów Zjednoczonych w 

Meksyku.

Wreszcie   nadeszła   godzina   spotkania.   Zasiedli   w   małym,   gustownie   urządzonym 

gabinecie. Zawodowy polityk i gorący patriota, Hannibal Kent zrozumiał od razu  szanse 

związane z pozbyciem się Rosjan. Założywszy do tyłu ręce, chodził tam i z powrotem po 
ułożonych w szachownicę marmurowych płytach.

- Spółka „Zatoka Hudsona" będzie chciała kupić fort, jednakże wątpię, by zapłacili tyle, ile 

zażądają Rosjanie.  Kluczową kwestią są tutaj wyczerpujące się zasoby wydry.  Francuzi też 

zdają

 

sobie

 

z

 

tego

 

sprawę

 

i

 

będą

 

się

 

targować

do upadłego. Poza tym od kiedy Meksykanie twierdzą, że posiadają tytuł do tej ziemi, znacznie 

zmalała atrakcyjność kolonii.

Zatrzymał się i skierował przenikliwy wzrok na Josha.

- Czy   jesteś   pewien,   poruczniku,   że   Rosjanie   nie  przyjmą   oferty   rządu   Stanów 

Zjednoczonych?

- Wedle   wszelkich   moich   informacji   car   Mikołaj   nie  wejdzie   w   żaden   układ   z 

republikanami. Uważa, że było by to poniżej jego godności.

Kent żachnął się.

- To całkiem prawdopodobne, skoro nie udzielił do dzisiaj audiencji naszemu wysłannikowi 
w   Petersburgu.  Więc   co   proponujesz,   poruczniku?   Musisz   mieć   jakiś   plan,  inaczej   nie 

background image

zdecydowałbyś się na tę daleką podróż.

- Mam, sir.

Josh stłumił poczucie winy, które pojawiło się gdzieś  na dnie jego duszy. Nie zdradzał 

Tatiany. To nie od niego zależało, czy Rosjanie zdecydują się na opuszczenie Fort Ross, i w 

tym sensie nie wpływał na bieg wydarzeń, troszczył się tylko o interesy swojego kraju na 
wypadek, gdyby taka decyzja miała zapaść.

-   Car   nie   będzie   się   układał   z   rządem   Stanów   Zjednoczonych,   ale   może   przyjąć   ofertę 
prywatnej osoby. Szczególnie jeśli człowiek, o którym mówię, jest osobistym  przyjacielem 

hrabiego Roczewa.
- O kim mówicie, poruczniku?

- Chodzi o kapitana Suttera, Johanna Suttera.

I Josh przeszedł do szczegółów. Wtajemniczył ambasadora w przebieg swych rozmów z 

największym   posiadaczem   ziemskim   na   pogranicznym   terytorium,   powiedział   o   jego 
kontaktach z rządem Meksyku, o jego gorącym pragnieniu zawładnięcia rosyjskim fortem.

- Ale skoro ów Szwajcar - rzekł Kent - stara się o obywatelstwo meksykańskie, to nie widzę 

tu interesu Stanów Zjednoczonych, aby ktoś taki przejął w posiadanie Fort Ross.

- O ile wiem, Sutter służył dotychczas pod wieloma flagami i żadnej do końca nie był wierny. 
Jak pustynny lis, jest mistrzem w przybieraniu barw ochronnych. Żądny władzy i bogactwa, 

zdolny   wybiegać   myślą   w   przyszłość,   dziś   wybiera   współpracę   z   rządem   Stanów 
Zjednoczonych.

-   Charakterystyka   niezbyt   pochlebia   -   skomentował  kwaśno   ambasador.   -   Mam   niskie 
mniemanie   o   ludziach,   którzy   wybierają   narodowość   w   zależności   od   spodziewanych 

profitów.

Do dyskusji włączył się Rutherford.

- Pozwolę   sobie   zauważyć,   sir,   że   nie   musimy   szanować   tych,   których   chcemy 

wykorzystać.

Josh podziękował przyjacielowi za wsparcie wymownym spojrzeniem.

- Idzie tylko o to, byśmy na czas dostarczyli Sutterowi żądaną przez Rosjan sumę.

Kent uniósł krzaczaste brwi.

- To my mamy dostarczyć mu fundusze?

- Tak, sir - odparł Josh mocnym głosem. - My, a ściślej mówiąc, pan jako przedstawiciel 
Stanów Zjednoczonych. Rzecz nie wykracza poza pana kompetencje. Nie  mamy czasu, by 

background image

starać się o zatwierdzenie prezydenta.

- Uważacie, poruczniku, że to takie proste?

- Nie, sir, ale trzeba pokonać tę trudność. Jeśli dostarczymy Sutterowi środków na kupno 
Fort Ross, osiągniemy dwa strategiczne cele. Po pierwsze, nie dopuścimy tu  Anglików lub 

Francuzów. Po drugie, zdobędziemy sobie  wiernych sprzymierzeńców na wypadek wojny 
pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem.

Ambasador podszedł do okna i zawiesił wzrok na jakimś odległym punkcie. Josh i Ruff 

wymienili spojrzenia. Major wzruszył ramionami.

Milczenie  Kenta   przeciągało  się. Josh  z trudem powstrzymywał   zniecierpliwienie.   Od 

tygodni już borykał się z problemem, który nazywał się Fort Ross. Za chwilę wszystko miało 

się rozstrzygnąć. Czując, że się dusi, wsadził dwa palce pomiędzy szyję a przyciasny kołnierz 
munduru.

W końcu Hannibal Kent odwrócił się od okna. Spojrzał  chmurnym wzrokiem na dwóch 

mężczyzn.

- Ile? - zapytał.

Godzinę   później   Josh   żegnał   ambasadora   z   wszelkimi  pełnomocnictwami   w   kieszeni. 

Został upoważniony do przeprowadzenia rozmów zarówno z kapitanem Sutterem, jak i hrabią 

Roczewem. Resztę dnia spędził na pogawędce  z przyjacielem, a już nazajutrz rano opuścił 
Mexico City.  Tym razem wiały mu pomyślne wiatry i przed końcem,  czerwca  dotarł do 

Górnej Kalifornii.

Całą drogę myślał o Tatianie. Czy jej zrazy przyjęły się? Czy nie zapomniała o nim? Czy 

oczekiwała   jego powrotu z  równą  niecierpliwością   jak  on chwili  przywitania  się   z   nią   i 
przytulenia jej do serca?

Tatiana podniosła głos, by przekrzyczeć dźwięki fortepianu:

- Heleno,   czy   mogę   porozmawiać   z   tobą   na   osobności?

Hrabina spojrzała przez ramię.
- Ależ oczywiście, moja miła. - Ujęła suknię W dwa  palce i wstała z taboretu. - Ćwicz, 

Irino, sama. Ja porozmawiam z Tatianą Grigoriewną, a potem przesłucham cię z pasaży.

Dziewczynka  wysunęła  dolną wargę  i zagrała  serię nut,  które jako żywo przypominały 

odgłosy dochodzące z kuźni. Panie wymieniły wymowne spojrzenia, po czym skierowały się 
ku drzwiom.

- Jaki piękny dzień - powiedziała Helena, kiedy wyszły z domu. -1 dziwić się tu dziecku, że 

background image

zamiast ćwiczyć palcówki wolałoby bawić się na plaży. Sama zresztą z chęcią przespaceruję się 

po twych zielonych sadach, Tatiano.

I   ramię   przy   ramieniu   przyjaciółki   poszły   ku   bramie.   Zewsząd   dobiegała   ich  muzyka 

codziennych zajęć i prac. Praczka waliła kijanką w mokre poszwy i prześcieradła.  Kowal 
wyklepywał podkowy. Rymarz zeskrobywał sierść  z rozpiętej na desce skóry. Bednarz łatał 

beczkę. Chłopcy zaś, jak to chłopcy, strzelali z procy do pokrywki garnka.

Wszyscy  uśmiechali   się  do  przechodzących   dam  i  pozdrawiali  je.  Jedynie  trzy chude, 

kłapouche psy, zajęte pogonią za jakimś lekkomyślnym kotem, przebiegły obok bez żadnych 
oznak szacunku, przeciwnie, manifestując swoją daleko idącą obojętność.

W sadzie zaatakował je rój małych, natrętnych muszek.

-   To   wszystko   przez   słońce   -   powiedziała   Helena.   -Grzeje   mocniej,   niż   myślałam. 

Powinnyśmy nałożyć kapelusze.
- Bobrowe kapelusze - rzekła Tatiana.

- Co?
- Och, taki żart wywołany wspomnieniem. Po prostu kiedy przeprawialiśmy się przez góry, 

Josiah dał mi swój bobrowy kapelusz dla ochrony przed słońcem.
- Jeden wielkoduszny gest o niczym jeszcze nie świadczy, Tatiano. - Helena miała kwaśną 

minę. - Mężczyźni to jednak łajdacy. Nie mogę uwierzyć, że tak się pomyliłam co do niego.
- Ani ja, Heleno, ani ja.

- I pomyśleć, że mógł tak po prostu odjechać bez słowa.
- To nie pierwszy raz źle oceniłam mężczyznę -stwierdziła Tatiana z nutką goryczy w głosie. - 

Podobnego błędu już więcej nie popełnię.

- I jaki z tego wniosek?

Tatiana odrzuciła listek, który nerwowo skubała. Podniosła głowę.

- Wychodzę za Michaiła.
- Ale...

- Nie ma żadnych „ale". Przemyślałam wszystko.
- Ależ on jest tylko niższym urzędnikiem!

- Jest młodszym synem admirała naszej floty - zareplikowała Tatiana. - Przypomnij sobie, 
kim był Aleksander, gdy za niego wychodziłaś.

- Dobrze, dobrze, właściwie przyznaję ci rację. Tylko że Michaił, poza wszystkim innym, jest 
jedynie chorym  z miłości młodzieńcem. Nie wiem nawet, czy starczyłoby  mu odwagi na 

background image

pocałowanie cię w rękę, a cóż dopiero mówić o rozwiązaniu stanika w noc poślubną.

- Postaram się go ośmielić.

- Nie, nie, nie, to nie jest żadne rozwiązanie. - Helena  objęła przyjaciółkę. - Potrzebujesz 
prawdziwego mężczyzny, moja miła. Mężczyzny o sile charakteru równej twojej.

- A jeśli nie ma takich mężczyzn?

Helena otworzyła usta, lecz zaraz je zamknęła. Zabrakło jej argumentów. W tej chwili 

faktycznie była jak najdalsza od idealizowania mężczyzn.

- Jedyne,   czego   potrzebuję,   to   ojca   dla   mego   dziecka

- wyznała Tatiana.

Oczy Heleny wyrażały współczucie.

- Wiem, że to żadna pociecha, lecz nie byłabyś pierwszą kobietą samotnie wychowującą 

dziecko.
- Tak, tylko że nie widzę się w takiej roli. Moje dziecko nie może być bastardem. Muszę dać mu 

ojca, normalne wychowanie. Dlatego zdecydowałam się wyjść za Michaiła i jeszcze dziś go o 
tym powiadomię.

Helena nie kryła zdumienia.

- Zdecydowałaś? Powiadomisz go? Więc ten biedny chłopak o niczym jeszcze nie wie?

- Chciałam najpierw porozmawiać z tobą, przez ciebie zaś uprosić Aleksandra o zgodę na ślub. 
Michaił o wszystkim dowie się ostatni.

Nie, nie o wszystkim, poprawiła się w myślach. Powie mu o dziecku i ponurej przyszłości, 

jaka czeka ich w Rosji, jeśli eksperyment z przeszczepieniem drzew nie da spodziewanego 
rezultatu.   Przedstawi   mu   również   inną   możliwość   -   zwrot   zakwestionowanych   dóbr   i 

dostatnie życie. Ale tamte chwile rozkoszy w ramionach Josiaha zachowa wyłącznie dla 
siebie.

Och, jakże go teraz nienawidziła! Ból i gniew stapiały się w istną furię. Aż odwróciła twarz, 

by Helena nie dostrzegła burzy, jaka w niej szalała.

Łajdacki Amerykanin! Niech go piekło pochłonie! A tak mu przecież wierzyła!
Zamrugała szybko, by pohamować wzbierające łzy. Teraz liczyło się tylko dziecko. Rosło w 

jej łonie, ona zaś musiała coś postanowić.

Już więcej, Tatiano, mówiła sobie w duchu, nie będziesz na nikogo czekać. Już więcej nie 

będziesz kierować się nadzieją i głupotą serca. Od tej chwili sama będziesz planować sobie 
przyszłość. Sobie i dziecku.

background image

Michaił jest jak ciasto, z którego można wszystko uformować. Wielbi ją. Zawierzy każdemu 

jej słowu. Będzie jej podnóżkiem i sługą. A z czasem, kto wie, może stanie się przyjacielem.

Spojrzała na przyjaciółkę.

- Musisz zrozumieć, Heleno, że tak będzie najlepiej. Moje dziecko dostanie ojca, Michaił zaś 

żonę, która dochowa mu wierności.
- Tatiano, czy nie powinnaś jednak poczekać? Spodziewam się odpowiedzi na list, który 

posłałam do mojego  wuja. Przecież nie wiesz, jak zareaguje na wieść o twoim  cudownym 
ocaleniu.

- I to jest właśnie powód mojej decyzji. Rzeczywiście, nie wiem, co postanowi car. A jeśli 

każe mi wrócić do Rosji, bym wyszła za mężczyznę, którego sam mi wybierze? I jeśli ten 

mężczyzna potraktuje moje dziecko niechętnie  lub wrogo? Nie, Heleno, nie będę czekała. 
Proszę, wesprzyj mnie w mojej decyzji.

Determinacja Tatiany rozproszyła wątpliwości przyjaciółki.

- Oczywiście,   moja   miła,   możesz   na   mnie   liczyć.   Chodźmy   teraz   do   Aleksandra,   by 

uzyskać   jego   zgodę.  Myślę,   że   jeszcze   dzisiaj   Michaił   Pulkin   będzie   uważał   się
za najszczęśliwszego człowieka na ziemi.

Z początku Aleksander odrzucił pomysł małżeństwa. Nazwał go szalonym, nierozważnym, 

pochopnym. Uległ  dopiero po długich naleganiach Tatiany, wysłuchawszy wszystkich jej 

argumentów,   przeplatanych   zresztą   żarliwymi   prośbami.   Tatianę   wspierała   Helena,   co 
miało  ogromne, jeśli nie wręcz decydujące znaczenie. Zawojowany przez dwie niewiasty, z 

których każda z osobna byłaby trudnym przeciwnikiem, Aleksander usiadł za biurkiem i 
skreślił projekt małżeńskiego kontraktu.

Teraz Tatiana mogła już się udać do pana młodego. Odnalazła go w zakurzonym kantorku 

na   piętrze   magazynu.  Wmaszerowała,   zdecydowanie   zamknęła   za   sobą   drzwi  i 

zaproponowała mu małżeństwo. Jedyną jego reakcją był
gamoniowaty wyraz twarzy i nerwowe przełykanie śliny.  Przybladł, gdy powiedziała mu o 

dziecku i swojej rozpaczliwej sytuacji.
- Czy ojcem jest...

- Nieważne, kto spłodził dziecko - odpowiedziała twardo. - Gdy się pobierzemy, ty będziesz 
jego ojcem.

Jego jabłko Adama unosiło się i opadało jak boja na rozhuśtanym morzu. Jąkając się, 

Michaił przyjął oświadczyny hrabiny.

background image

Ślub odbył się tydzień później.

Pan młody, obficie pocąc się w swoim czarnym surducie, stał obok ubranej w muśliny 

panny młodej przed wysokim ołtarzem. Najświętsza Dziewica w zastępie świętych spoglądała 

na nich z cudownej ikony, której drogocenna, wysadzana klejnotami koszulka jarzyła się 
niczym lampa odbitym słonecznym światłem.

Zgodnie   z   cerkiewną   tradycją   śpiewowi   nie   towarzyszył   żaden   instrument   muzyczny. 

Brodaty pasterz o głosie anioła intonował pieśń, którą podejmował i rozsnuwał męski chór, 

aż przestawała być pieśnią, zmieniając się to w grzmot wodospadu, to w poszum wiatru, to w 
tkliwe wybrzmiewanie. Zapachy kadzideł, drzewa sandałowego i cennej żywicy unosiły się w 

nagrzanym powietrzu.

Ślubu udzielał niestary pop o woskowym obliczu i rzadkim zaroście.

Tatiana wypowiadała słowa przysięgi głosem pewnym i nabrzmiałym szczerością.

- Przysięgam na wszystko, co święte, trwać wiernie przy mężu, darzyć go szacunkiem...

Zwilżywszy usta, Michaił powtórzył za nią sakramentalną formułę.

Jego chłopięca twarz rozjaśniła się uśmiechem. Zza szkieł binokli spoglądały na świat 

przepełnione szczęściem oczy.

- Wobec Boga i obecnych tu świadków przysięgam trwać wiernie przy mojej małżonce i 

traktować ją z czułym szacunkiem. Oby Bóg pobłogosławił nas licznym potomstwem,  co 

zresztą... wkrótce...

Tatiana poczuła, że się dusi.

Michaił   był   młody,   nieśmiały   i   niezdarny.   Miłość   uczyniła   go   wielkodusznym.   Kiedy 

dowiedział się z ust Tatiany o dziecku, obiecał, że będzie opiekował się nim jak  swoim 

własnym. Kto wie, może już czuł się dumny z tego dziecka, już czuł się ojcem.

Gdzie był ojciec prawdziwy? Nieważne. Tatiana święcie wierzyła, że już wyrwała go z 

duszy, serca i myśli.

Nic  jednak  nie   mogła   poradzić  na   siłę   jego   ramion.  Gdyż właśnie swymi ramionami 

tydzień później wyważył drzwi do jej małżeńskiej sypialni.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Gnany   niecierpliwością,   Josh   cwałem   podjechał   do   bramy   fortu.   Sygnalizując   swoim 

background image

kompanom uniesieniem ręki, by pozostali w pewnej odległości, ściągnął wodze, zatrzymał się 

i zdjął kapelusz, by można było go rozpoznać.

- Hej, tam na górze! - krzyknął do wartowników w wieży. - Otwórzcie bramę!

Zamazana sylwetka wychyliła się zza lufy działa.

- Kto przybył? - padło pytanie.

- Josiah Jones. Byłem tu kilka miesięcy temu, podczas święta patrona waszej cerkwi.

Głośny rechot podryfował w nocnej ciszy.

- Tak, tak, pamiętamy. Jesteś tym Amerykaninem o dużych stopach, który tak dobrze sobie 

radził w naszym tańcu.
- To ja - sucho potwierdził Josh. - Jest ze mną kapitan Sutter ze swoimi ludźmi.

- Poczekajcie. Zaraz otworzymy bramę.

Pozostali   jeźdźcy   dołączyli   i   zsiedli   z   koni.   Zaczęli   kapeluszami   otrzepywać   pokryte 

podróżnym pyłem ubrania. Tylko Josh zmagał się ze swą niecierpliwością, która osiągnęła 
stan wrzenia. Ściskał wodze i zapytywał sam siebie, czy czasami nie dostał bzika.

Było już po północy. Podróżni mogli spędzić tę noc na  farmie na południe od Russian 

River, ale Josh nie chciał nawet o tym słyszeć. Teraz stał przed bramą Fort Ross i, wstrząsany 

dreszczem,   myślał   o czarnowłosej,  fiołkowookiej kobiecie,  od której  dzieliło  go już  tylko 
kilkadziesiąt metrów.

Masywna   brama   otworzyła   się.   Czterech   jeźdźców  wślizgnęło   się   do   środka.   Josh 

natychmiast   odszukał   wzrokiem   dom   gubernatora.   Jasne,   że   spodziewał   się   ujrzeć 

wygaszone okna i zamknięte okiennice. A jednak poczuł się głęboko zawiedziony.

Sutter, który szedł obok, pozwolił sobie na komentarz:

- Widzę, że w domu hrabiego wszyscy są już w łóżkach. I pewnie nie życzyliby sobie 

wstawać z naszego powodu. Dlatego poczekamy z naszą sprawą do rana.

Josh skinął głową.

- Poszukam w męskich kwaterach Michaiła Pulkina, obudzę go i poproszę, żeby znalazł 

dla nas jakieś wolne łóżka.

Przed barakiem natknęli się na strażnika. Josh wyłuszczył wszystko od początku. Tamten 

odparł:

- Michaił PuMn już tu nie nocuje. Mieszka wraz z żoną nad magazynem.

Josh zawahał się.

- Jaką znowu żoną?

background image

Na twarzy strażnika pojawił się szeroki uśmiech.

- Ależ   tak.   Kto   by   pomyślał,   że   hrabina   Karanowa  zgodzi   się   wyjść   za   naszego 

sekretarza.

Josh zesztywniał. Każdy mięsień jego ciała napiął się, gotowy do walki.

Strażnik podrapał się w brodę.

- Pobrali się cztery, nie, pięć dni temu. – Mrugnął porozumiewawczo, jak mężczyzna do 

mężczyzny. - Jesteś zaskoczony, prawda? My też byliśmy, dopóki szydło nie wyszło z worka. - 

Zrobił minę filozofa, dręczonego pytaniem o granice poznania. - No cóż, kobieta nosząca w 
łonie dziecko powinna mieć męża, choćby ten mąż był tylko młodym urzędnikiem.

Josh puścił cugle i długimi susami pognał przez plac.
Dopadł budynku, szarpnął za uchwyt, drzwi ustąpiły. W ciemności poszukał schodów 

wiodących z sionki na piętro. Pokonał je w trzech skokach. Jego pięść uderzyła z siłą taranu 
w skrzydło kolejnych, jedynych tu zresztą drzwi.

Grzmiące  uderzenia   wyrwały   Tatianę   z  głębokiego   snu.  Usiadła   na   łóżku   i   naciągnęła 

pierzynę aż po samą brodę. Leżący obok mąż szukał tymczasem po omacku pozostawionych 

na nocnym stoliku binokli.

Jeszcze kilka takich uderzeń, a drzwi z pewnością ustąpią.

- Kto tam? - zapytał Michaił drżącym głosem, choć przecież nie był tchórzem.
- Otwórz te drzwi!

W tym ryku była furia szarżującego byka. Tatiana rozpoznała głos. Wiedziała już, kto tak 
wściekle dobija się do drzwi. Pomyślała o wielkiej złośliwości losu.

Michaił tymczasem zdążył już znaleźć binokle, jak  również trafić stopami w bambosze i 

wstać. Nocna koszula zwisała wokół jego chudych łydek. Na głowie miał szlafmycę. Ruszył 
ku drzwiom.

Tatiana odzyskała głos w samą porę.

- Zaczekaj!

Aż podskoczył na jej ostry krzyk i odwrócił się. Spojrzał znad zsuniętych na czubek nosa 

binokli.

- Nie otwieraj tych drzwi! - krzyczała zapamiętale. - Nie otwieraj!

Było już jednak za późno. Kolejny łomot, już ostatni,  i pękł drewniany rygiel. Drzwi 

rozwarły się i do pokoju wpadł Josiah.

Dyszał. Na twarzy miał wypisany mord. Michaił instynktownie cofnął się kilka kroków.

background image

Intruz   nawet   nie   raczył   go   zauważyć.   Wbił   oczy   w   leżącą   na   łóżku   Tatianę,   a   twarz 

wykrzywił mu diaboliczny grymas.

- Jak... jak śmiałeś wchodzić tu w ten sposób! - wybuchnęła.

Ruszył ku niej.

- Jeśli zajdzie taka konieczność, to porwę się na jeszcze gorsze rzeczy.
Tatiana skuliła się pod pierzyną. Nigdy jeszcze nie widziała go w takim szale. Wyglądał 

bardzo niebezpiecznie.

- Cz... czego chcesz? - wyjąkała.

- Ciebie! - ryknął.

Nagle świat, choć nigdy nie był w jej oczach prosty i jasny, wydał się Tatianie zupełnie 

zwariowany.

Od tej chwili wydarzenia zaczęły następować po sobie z ogromną szybkością.

Josiah zerwał z niej pierzynę.

Tatiana wrzasnęła.
Michaił ruszył bronić żony.

Amerykanin okręcił się ze zwinnością kota i chwycił  Rosjanina za gardło. Zgiął go ku 

ziemi.

- Przestań! - Tatiana wyskoczyła z łóżka i rzuciła się na Josiaha z pięściami. - Nie waż się 

go skrzywdzić!

W odpowiedzi potrząsnął Michaiłem niczym workiem słomy. Tatiana złapała za nóż.

- Już raz zaatakowałaś mnie nożem, hrabino, i uszło  ci to na sucho. Teraz, ostrzegam, 

będzie inaczej.

Wpatrywali się w siebie płonącymi oczyma i dyszeli jak po walce. Wtem jego wzrok spoczął 

na jej dojrzałych piersiach, pięknie rysujących się pod cienką lnianą koszulą nocną. Były 
świadectwem zmian zachodzących w jej ciele.

- Więc to prawda. Jesteś brzemienna.

Było to stwierdzenie, nie pytanie. Nie miała pojęcia, jak dowiedział się o dziecku. Zresztą 

nie obchodziło jej to.
- Tak, to prawda.

- Jest moje?
Pochyliła głowę. Przez jedną krótką chwilę miała ochotę skłamać. Rzucić mu w twarz, że spała 

z połową zamieszkujących fort kolonistów, a więc każdy z nich mógłby być ojcem dziecka. 

background image

Wykrzyknąć na cały głos, że wyszła za Michaiła, ponieważ nie odstępując jej i zawsze służąc 

pomocnym ramieniem, okazał się prawdziwym mężczyzną.

- Jest moje - wykrztusiła. - To wszystko, co mam do powiedzenia.

Zapadła grobowa cisza. Przerwał ją cienki, wysoki głos Michaiła:

- Jeśli nie przestaniesz dręczyć mojej żony, rozwalę ci łeb.

Tatiana   poczuła,   że   żołądek   podchodzi   jej   do   gardła.   Michaił   mierzył   w   Josiaha   z 

rewolweru, który ściskał obiema dłońmi.

Josiah nie odwrócił się. Nawet nie spojrzał przez ramię na Michaiła. Jego świecące jak u 

żbika oczy ani na chwilę nie oderwały się od Tatiany.

- Ta kobieta nie jest twoją żoną - stwierdził stanowczo. - Jest moją żoną.

Tatiana otworzyła usta ze zdumienia. Michaił wybałuszył oczy.

Usta Josiaha wykrzywiły się w uśmiechu.

- Zapłaciłem za nią wodzowi plemienia Hupa. Kosztowała mnie równowartość sześciu 

skalpów dzięciołów i skóry białego jelenia. Ochoczo poszła ze mną. Wedle prawa tej ziemi 
czyni to ją moją małżonką i nałożnicą.

- Hrabino, czy to prawda? - zapytał, jąkając się, Michaił.

- Tak, to prawda, ale...

Ciągle świdrując ją wzrokiem, Josh przerwał jej brutalnie:

- Poszłaś ze mną ochoczo i spałaś ze mną ochoczo. Teraz nosisz w łonie moje dziecko. I 

taka jest prawda.

Rewolwer  zadrżał niebezpiecznie w dłoniach Michaiła.  Patrzył  w tej chwili  na  Tatianę 

prawie błagalnym wzrokiem. Chciał, żeby wszystkiemu zaprzeczyła.

- Michaile - zaczęła desperacko, lecz nagle wszystko wydało się jej pozbawione sensu. Miała 

wyjaśnić coś, czego nie można było wyjaśnić.

Michaił z głośnym kwiknięciem odciągnął kurek.

- Precz od mojej żony!

Tym razem Josh nie zlekceważył groźby. Odwrócił się, spojrzał na rewolwer, a potem na 

bladą jak papier twarz Pulkina.

- Posłuchaj mnie, ty młody głupcze. Jeżeli przed chwilą nie skręciłem ci karku, to tylko 

dlatego, iż zaopiekowałeś się moją kobietą,  gdy ja byłem daleko stąd i nie mogłem   jej 

pomóc. Z tego powodu...

Z ust Tatiany uleciał dźwięk, który był czymś pośrednim pomiędzy piskiem a krzykiem 

background image

wściekłości. Z jej oczu wyzierała furia.

- Jak śmiesz mówić o mnie w ten sposób! Nie jestem  twoją kobietą. Jestem dla ciebie 
nikim.

- Mówiłem przecież, że wrócę.
- Miałeś wrócić najpóźniej po sześciu tygodniach. Minęły trzy miesiące.

- Pisałem w liście, że się spóźnię.

- O jakim liście mówisz? Nie otrzymałam żadnego listu.

Josh po prostacku przeklął.

- Och, ten nędzny pisarczyna! Przy pierwszej okazji obetnę mu ten spiczasty nos!
- Obcinaj sobie nosy wszystkim pisarczykom! Nie obchodzi mnie to. Jak również nie obchodzi 

mnie, dlaczego pojechałeś na południe, kiedy mówiłeś mi, że jedziesz na północ. I dopiero od 
obcych musiałam się dowiadywać, że jesteś w Meksyku. Dziwię się tylko, że wracasz cały i 

zdrowy z tej swojej obłąkańczej podróży.

Niewątpliwie pod tą wściekłością krył się ból, który na  razie nie znajdował dla siebie 

wyrazu. Josh domyślił się tego i poczuł, że złość go odstępuje. Miał jej tyle do powiedzenia. 
Tylko czy ona zechce go słuchać?

- Nie mogło mi się stać nic, Tatiano - powiedział spokojnie. - Przecież obiecałem ci to.

Nerwowo splatała i rozplatała dłonie.

- Wiesz, co możesz zrobić ze swoimi obietnicami, Josiahu Jonsie? Wziąć je, usmażyć i 

zjeść na śniadanie. A potem możesz...

Wypluła z siebie rosyjskie przekleństwo. Po raz pierwszy był rad, że nie zna tego języka.
I nagle podjął decyzję. Zrobił to, co planował zrobić od samego początku, to znaczy od 

chwili, gdy ujrzał palisadę

Fort Ross w świetle księżyca. Objął Tatianę, jak obejmuje się bliską sercu istotę.

- Wysłuchaj mnie, proszę.

Wbiła paznokcie w jego przedramię, ale nie odepchnęła go.

Jej pełne piersi naciskały na jego klatkę piersiową, wzniecając w nim dzikie pragnienia.
Zanurzył palce w gąszcz pysznych włosów.

- Czułem twój dotyk i zapach w każdej godzinie rozłąki.
- Nie obchodzi mnie to.

- Śniłem o tobie, takiej jak teraz.
- Próżne, niepotrzebne słowa.

background image

- Twoje rozpuszczone włosy. Twoje słodkie usta. Twoje ciało, którego...

- Lepiej byś śnił o swojej pięknej Catherine.
- Przyznaję, niegdyś ona była bohaterką mych snów. Ale ty sprawiłaś, że tamte wspomnienia 

zasnuła jakaś mgła.

Jej przyśpieszony oddech i falująca pierś ciągle świadczyły o wielkim wzburzeniu.

- Co powiedziałeś?
- Mówiłem, że cię pragnę, Tatiano. Tylko ciebie.

- Zwierzęta pragną - warknęła. - Wieśniacy pragną. Prymitywni drwale pragną.
- No dobrze - westchnął. - Może to coś więcej niż pragnienie.

- Ach tak? A co dokładnie?

Potrząsnął głową. Miał pełną tego świadomość, że staje się sentymentalny. Mimo to czuł 
osobliwą przyjemność.

- To   jest   jak   ogień,   który   we   mnie   gdzieś   głęboko   płonie.   Ze   wszystkich   dźwięków 

najbardziej   lubię   twój   głos.  Słuchałbym   cię   bez   końca,   nawet   gdybyś   wrzeszczała   jak 

przypiekany kot.

Nie ma co, toporne to było wyznanie.

- Jesteś tego pewien?
- Całkowicie.

- W takim razie... co my zrobimy?
- Nie pytajmy, tylko zróbmy to.

Pocałował ją z taką namiętnością, jakiej nigdy jeszcze nie doświadczyła od mężczyzny. 

Ale też namiętność ta rosła w nim i potężniała od dnia opuszczenia Fort Ross.

Obezwładniona tym pocałunkiem, Tatiana zapragnęła opaść na łóżko. Małżeńskie łoże.

Przeniknął ją przemożny strach. Całą siłą ramion odepchnęła Josiaha. Dyszała jak po 

walce.

- Boże, nie mogę!

Spojrzała na młodego mężczyznę, który wciąż stał w tym samym miejscu i wciąż ściskał 

w dłoniach rewolwer. Był jak sparaliżowany. Jego bajkowy, promienisty  sen właśnie się 

skończył. Tatianę zalał wstyd pomieszany z wyrzutami sumienia.

- Michaile, tak mi przykro. Tak mi przykro.

Z wyrazem nieludzkiej męki na twarzy spojrzał na Tatianę, potem na Josiaha. Było to 
jakby zapoznanie się z treścią wyroku. Ramiona Michaiła opadły. Ostrożnie położył broń 

background image

na blacie komody.

- Tobie

 

jest

 

przykro,

 

hrabino,

 

ja

 

krwawię.

Nieszczęśnik,   pomyślała   Tatiana,   patrząc   w   głąb   swego  serca.   Zaszurała   stopami   po 

drewnianej podłodze. Stanęła przed młodzieńcem.

- Jesteś moim mężem, Michaile, a ja twoją żoną. Przysięgałam ci wierność i nie zaprę się 

tego. Uniżenie błagam cię o wybaczenie, gdyż oto przed chwilą zapomniałam  o swoich 
względem ciebie obowiązkach. Nigdy więcej już się to nie powtórzy. Nigdy. Masz moje 

słowo.

Zamilkł, a Tatiana na próżno szukała słów, które mogłyby uśmierzyć jego ból.

- Czy tego właśnie pragniesz? - zapytał po chwili zduszonym głosem.
- Szukam światła w ciemności.

Josiah wziął z krzesła chustę i okrył nią ramiona ukochanej.

- Wydaje się, że oboje zapomnieliście o tych skalpach dzięciołów. Idziemy, Tatiano.

- Ale ja nie mogę! - zaprotestowała. - Nie mam butów, ani...
- Idziemy!

Chwycił ją za ramię i pociągnął ku schodom.  Michaił ruszył za nimi. Biała nocna koszula 
majtała się wokół jego chudych łydek.

Na placu przed magazynem zobaczyli sunący im naprzeciw dziwny orszak. Jakby ta noc była 
nocą samych nieszczęść.

Na przedzie szedł wartownik i to on pokazywał drogę.  Za nim postępował Aleksander 

Roczew w szlafmycy i jedwabnym szlafroku. Hrabina Helena dreptała tuż za mężem, a upięty 

na jej głowie warkocz przypominał złoty  hełm wojownika. Za nimi, w pewnym oddaleniu, 
kroczyli inni mieszkańcy fortu. Widać było, że każdy wybiegł na plac prosto z łóżka.

Josh śmiało szedł im na spotkanie, ciągnąc za sobą wyrywającą się Tatianę.

- Lepiej puść mnie, Josiah. Tak nie można.

- Nikt nie puszcza ptaka, na którego polował i którego właśnie złapał.
- Przy pierwszej nadarzającej się okazji przebiję cię twoim własnym nożem.

- Przy pierwszej nadarzającej się okazji będziesz miała ręce zajęte zupełnie czym innym.
- Och, ty!

- Tatiano Grigoriewna, czy wszystko w porządku? - Pomimo iż pytanie to kierował do Tatiany, 
hrabia Roczew spoglądał spod nastroszonych brwi na Josha.

- Tak. Nie. Sama nie wiem.
- Więc co tu właściwie się dzieje?

background image

- Zapytaj,

 

Aleksandrze,

 

tego

 

brutala

 

i

 

prostaka.

Hrabia był człowiekiem kulturalnym i inteligentnym.

Ludzie   tego   typu   niezbyt   sobie   radzą   w   sytuacjach,   które  stworzyła   brutalna   przemoc. 

Kultura lęka się chamstwa i dzikości.

W odróżnieniu od męża, który zwlekał z poinformowaniem Amerykanina, że wrócił do Fort 

Ross kilka dni za późno, Helena od razu przystąpiła do działania. Podeszła i wbiła w Josha 

zimny, władczy wzrok.

- Proszę

 

natychmiast

 

puścić

 

żonę

 

Michaiła

 

Pulkina!

Josh nie zamierzał posłuchać rozkazu.

- Obawiam się, że zaszła tu jakaś pomyłka. Tatiana jest moją żoną. Zapłaciłem za nią wedle 

praw tej ziemi. Dziś odzyskuję swą własność. Nie ja, lecz Pulkin jest uzurpatorem.

Tłum wokół nich zafalował. Rozległy się szemrania, a potem okrzyki. Każdy chciał wydać 

swoją opinię na ten temat. Johann Sutter przyłączył się do pozostałych.

- Więc to tak, poruczniku! Teraz rozumiem, dlaczego tak leżała ci na sercu przyszłość Fort 

Ross.

Roczew odwrócił się. Na jego twarzy malowało się zdziwienie.

- Johann! Nikt mnie nie powiadomił o twoim przyjeździe. Kiedy przyjechałeś?

Uścisnęli się.

- Przyjechałem z porucznikiem Jonesem godzinę temu - odparł Szwajcar. - Mam ważną 
sprawę do omówienia z tobą, mój przyjacielu. Najpierw jednak musisz rozsądzić, który z 

dwóch ubiegających się ma prawo do tej niewiasty.
- Oczywiście - hrabina Helena zawtórowała gościowi. - Musimy rozwiązać problem panny 

młodej. Proponuję, byśmy zrobili to w salonie. Chodźmy.

Josh ani myślał się przeciwstawiać. Bo jeśli nawet nie był pewien werdyktu, to był pewien 

swych uczuć. Miał świadomość, że następna godzina okaże się sprawdzianem jego odwagi i 
determinacji. Śnieżyce w górach były niczym w porównaniu z tym, co za chwilę miało się 

wydarzyć w salonie.

Towarzystwo rozsiadło się na kanapach i w fotelach. Służba zapaliła lampy i dorzuciła 

drew do ognia na kominku. Przyniesiono herbatę, ale nikt nie miał na nią ochoty.

Nie  czekając   na   pytania,   Josh   pierwszy  zabrał   głos.  Nie  krył   już   niczego.   Podał   swój 

specjalny  status w armii Stanów Zjednoczonych,  zrelacjonował  pokrótce charakter  swej 

misji, wymienił powody, dla których zdecydował się na podróż do Meksyku.

background image

On i ambasador Kent zgodzili się, że układ zawarty z kapitanem Sutterem ma pozostać 

w tajemnicy do chwili ratyfikowania go przez prezydenta Van Burena. Co natomiast należało 
przedstawić   Rosjanom,   to   deklarację   gotowości   zakupu   Fort   Ross   przez   rząd   Stanów 

Zjednoczonych,   gdyby   zaś   tamci   odmówili   bezpośrednich   rozmów  z   „farmerami   i 
prawnikami", deklarację poparcia dla oferty kapitana Suttera.

Oszołomiony Roczew przeniósł wzrok na Szwajcara.

- Naprawdę chcesz kupić tę kolonię?

- Tak, Aleksandrze.
-   Ale   skąd   weźmiesz   pieniądze?   O   ile   wiem,   całą   gotówkę   zainwestowałeś   ostatnio   w 

rozbudowę swojej floty rybackiej.

- Poszukam takich, co mi pożyczą. Część zapłaty mógłbym uregulować w towarach. Alaskę 
wszak trzeba dożywiać.

- Nie mogę podjąć żadnej decyzji bez zgody cara, on zaś przysłał rozkaz podjęcia rozmów z 
Anglikami i Francuzami. Wyruszam do Fort Vancouver w przyszłym tygodniu.

- Więc mamy tydzień na dokładne obgadanie sprawy.
- Owszem, przez tydzień można dużo sobie powiedzieć.

Josh wstał z kanapy i podszedł do Roczewa.

- Sprzedanie fortu to jedna sprawa - rzekł - Ja i Tatiana to druga.

Tatiana   mocniej   otuliła   się   chustą,   gdyż   mimo   ciepłej   nocy   i   ognia   płonącego   na 

kominku chwyciły ją dreszcze. Przez całe tygodnie żyła nadzieją, że Josiah powróci i że car 

okaże jej swą łaskawość, gdy dowie się, że zrazy się przyjęły. Zwątpiła w powrót Josiaha dwa 
tygodnie   temu.   Teraz   zaś   mężczyzna,   który   traktował  ją   jak   swoją   własność,   chciał 

zniszczyć cały dorobek jej ojca.

- Więc przyjechałeś do Fort Ross nie w roli mojego  przewodnika i opiekuna, tylko po 

prostu szpiega, czy tak? - zapytała zdławionym głosem.

Tym razem ani myślał zaprzeczać.

- Już dawno chciałem ci to powiedzieć, lecz byłem związany tajemnicą.

- Obowiązki, rozkazy, sekrety! - wybuchnęła. - Czy kiedy pomagałeś mi szczepić drzewa, też 
wypełniałeś rozkazy swojego prezydenta?

- Tatiano!
- A kiedy kochałeś się ze mną, to też na rozkaz?

- Do stu piorunów! To, co wydarzyło się między nami, nie miało nic wspólnego z żadnymi 

background image

rozkazami. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.

- Otóż nic nie wiem. - Drżała jak listek osiki. - Wiem  tylko, że nienawidzę cię. I że moja 
nienawiść nie ma sobie równych.

Poderwała się z kanapy i ruszyła ku drzwiom. Zabiegł jej drogę.

- Twoje uczucia do mnie nie zmieniają faktu, że kupiłem cię od Chogama. Poszłaś ze mną 

ochoczo. Godziłaś  się na wszystko. Moje nasienie wyrosło w twoim brzuchu.  Jesteś moja, 
Tatiano, ty i dziecko.

Wykrzywiła wargi w wyrazie bólu. Gdyby miała w tej chwili nóż w dłoni, dźgnęłaby nim 

tego potwora. Bez zmrużenia powiek wyprałaby mu flaki.

- Przystać na twoje żądania to skazać się na wieczne potępienie.
- Czy rzeczywiście?

- I owszem.

- A mnie czeka piekło, jeśli pozwolę ci wrócić do Rosji. Jeśli pozwolę wydać cię w ręce 
człowieka, który pozbawił cię wszystkiego, co bliskie, drogie i kochane, a nadto zmusił do 

patrzenia na straszną śmierć twego męża. Przemyśl to, zanim mi zaprzeczysz. Zastanów się, 
kto lepiej obroni ciebie i twoje dziecko. Ja czy zależny od woli cara urzędnik?

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Kilka godzin później Tatiana po raz drugi w tym tygodniu weszła do cerkwi, by złożyć 

przysięgę małżeńską.

Tym razem nie było kadzidlanych woni, słodkich  chórów i radosnych dzwonów. Tym 

razem pan młody nie pocił się z przejęcia i nie poprawiał nerwowo halsztuka.

Stał smukły i prosty jak trzcina w uniformie, jakiego nigdy jeszcze przedtem nie widziała. 

Ciemnoniebieska  kurtka   przybrana   złotym   szamerunkiem   w   postaci   pętelek,  epoletów, 
galonów, lamówek i sznurów opinała jego wypukłą pierś i szerokie ramiona. Pas był objęty 

amarantową szarfą, na nogach miał czarne błyszczące trzewiki. Gładko wygolony i starannie 
przystrzyżony, nie przypominał  w najmniejszym stopniu tamtego Josiaha Jonesa, którego 

poznała w dolinie Indian Hupa. Chwilami miała wrażenie, że śni.

Czy   to,   co   się   działo,   działo   się   naprawdę?   Czy   faktycznie   znów   składała   przysięgę 

małżeńską w obecności realnie istniejącego duchownego prawosławnego? Czy najbliższą noc 

spędzi w łóżku z porucznikiem armii Stanów  Zjednoczonych? I czy to łóżko będzie tym 
samym łóżkiem, które dzieliła z Michaiłem?

background image

Zamknęła oczy, przytłoczona lawiną najsprzeczniejszych uczuć. Reszta ślubnej ceremonii 

minęła   jakby   poza  jej   świadomością.   Podobnie   jak   weselne   śniadanie,   którym  uraczyli 
nowożeńców i gości gospodarze Fort Ross.

Chociaż  ślub odbył się tak  nagle,  stół uginał  się pod  potrawami. Jedzono smażone i 

gotowane ryby, ostre i łagodne sery, ciasta i chleb. Piwo lało się strumieniami, a do  piwa 

najbardziej smakował wszystkim solony jesiotr. Natomiast wódkę zakąszano kawiorem.

Aleksander Roczew poinformował gości,  że jesiotra  i kawior  trzymał   na  szczególną 

okazję.

- I taka właśnie nadarzyła się dzisiaj - dodał z uśmiechem.

Mieszkańcy fortu przyjęli ze stoickim spokojem zmianę męża Tatiany Grigoriewnej. Po 

prostu zgoda hrabiego Roczewa równała się dla nich wyrokowi niebios. A czyż  można się 

sprzeciwiać zrządzeniom bożej opatrzności?

Nikt nie zakwestionował zatem opinii Aleksandra, iż małżeństwo Tatiany z Pulkinem, jako 

wadliwe pod względem prawnym, musi zostać unieważnione. Nikt nie zastanawiał się nad 
zasadnością tego rozstrzygnięcia. Wszyscy  cieszyli się, że mają nowe weselisko. Wszyscy z 

wyjątkiem rzecz jasna Michaiła Pulkina.

Nawet Helena rozchmurzyła się w końcu. Dobrze znała mściwość swego wuja, cara Mikołaja, 

i cieszyła się, że Tatiana wyrwała się spod jego władzy.

Wuj wciąż nie odpisywał na jej list, w którym donosiła o szczęśliwym uratowaniu Tatiany i 

jej heroicznym wysiłku ocalenia Fort Ross dla Rosji. Miała cichą nadzieję, że Mikołaj w 
związku  z tym przywróci  Tatianę  do łask,  ale rozsądek podpowiadał  jej coś innego. W 

rezultacie Amerykanin jawił się jako jedyna gwarancja jej bezpieczeństwa.

Spod opuszczonych rzęs Helena uważnie obserwowała  pana młodego. Przede wszystkim 

ów Jones wyglądał na tęgiego chwata. Biła od niego siła i niezłomność. Czy w końcu on i 
Tatiana zdołają zasypać przepaść, która ich dzieli? Wykopały tę przepaść nie tylko rzucone 

wczoraj  nieopatrznie słowa, lecz również różnice wiar i kultur. Miłość jednak wiele potrafi i 
właśnie w miłości tych dwojga tkwiła cała nadzieja.

Dzisiejsza noc mogła przynieść wiele zmian na lepsze. Zakładając, oczywiście, że Tatiana 

zamierza spędzić ją w jednym łóżku ze swoim trzecim mężem. Wypadałoby, żeby było to 

inne łóżko niż to, które dzieliła z Michaiłem.

Helena zdecydowała się wstąpić na niebezpieczny grunt spraw intymnych.

- W tym domu jest wiele pustych pokoi. Będę szczęśliwa, jeśli wybierzecie jeden z nich dla 
siebie.

background image

- Doceniam pani uprzejmość, hrabino - odparł Josh -ale nie mogę przyjąć tej propozycji.

- Więc zdanie Tatiany wcale się tu nie liczy, panie Jones?
- To ja dbam o dobro i bezpieczeństwo mej żony.

- Tatiana wiele przecierpiała w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Póki jest z nami, poty nic jej 
nie grozi.

- Pozwoli hrabina, że ujmę rzecz inaczej. Póki jest ze mną, poty nie musi się niczego obawiać, 
obojętnie, tutaj czy poza fortem.

Było tyle pewności w jego głosie, że Helena mogła  swobodniej odetchnąć. To nie był 

mężczyzna,   który   by   uciekał   przed   przeciwnościami   losu   lub   bezmyślnie   prowokował 

opatrzność, jak to czynił na przykład pierwszy mąż Tatiany. Wszystko wskazywało na to, że 
Jonesowi można zaufać.

- Zresztą dopowiem rzecz do końca, hrabino - dodał zdecydowanym tonem. - Pakujemy 

się i opuszczamy fort.

Josh miał już wszystkiego dość. Działał mu na nerwy hałaśliwy, rozbawiony tłum. Mdlił go 

zapach kawioru, którym wszyscy się tu zajadali. Niepokoiło go przygnębienie malujące się na 

twarzy Tatiany. Miał przeczucie, że zostając tutaj, wprędce przekląłby swój los.

Wstał zza stołu i ukłoniwszy się gospodarzom, poprosił o wybaczenie, że tak szybko opuszcza 

wraz z żoną to miłe przyjęcie. Przeniósł wzrok na Tatianę. Patrzyła na niego z napiętą uwagą. 
Godzinę temu ślubowała mu posłuszeństwo. Teraz miała potwierdzić swoje przyrzeczenie.

- Spakuj tylko najpotrzebniejsze rzeczy - rzekł. - Ruszamy za pół godziny.
- Dokąd? - spytała z całkowitym spokojem.

-

 Gdzieś,

 

gdzie

 

będziemy

 

mogli

 

porozmawiać.

Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, potem skinęła głową.

- Spotkamy się na zewnątrz.

Josh z westchnieniem ulgi zrzucił galowy mundur i włożył codzienne ubranie. Flanelowa 

koszula,  skórzane  spodnie,   filcowy   kapelusz   z   szerokimi   kresami   -   oto  wszystko,  czego 
potrzebował w te ciepłe letnie dni. Przerzucił przez ramię róg z prochem, chwycił Długiego 

Toma i ruszył korytarzem ku wyjściu. Na progu zalało go słońce. Dwa osiodłane i objuczone 
wierzchowce już czekały. Raz jeszcze sprawdził popręgi i rzemienie. Na schodkach stanęła 

Tatiana. Zmieniła zwiewną muślinową suknię na użyteczniejszą z niebieskiego lnu. Bez słowa 
podała mu małą torbę podróżną. Josh przytroczył ją do siodła.

- Dokąd jedziemy? - zapytała ponownie, gdy już włożyła stopy w strzemiona.

background image

- Do opuszczonej chaty w górach - odparł. - Natknąłem się na nią, gdy jechałem z moją 

misją na południe.
- Ach, tak. Gdy jechałeś do kapitana Suttera, żeby wciągnąć go do spisku przeciwko nam.

Josh wsunął strzelbę do futerału, lufą w dół.

- Porozmawiamy o tym później.

Wskoczył na siodło i ruszył z miejsca kłusem.
Po   przejściach   ostatniej   nocy   pragnął   teraz   chwili   spokoju.   Słońce   jarzyło   się   na 

bezchmurnym   niebie.   Zboża  sięgały   już   kolan,   a   ugory   przyciągały   wzrok   wzorzystym 
kobiercem kwiatów i ziół. Bryza wiejąca od klifu niosła upojną woń początku lata. Kilka 

kilometrów od fortu  uprawne pola przeszły w typową dla tych obszarów sawannę. Tu i 
ówdzie widać było stada krów i owiec, pilnowanych przez pasterza i jego mądrego psa. Teren 

stawał się coraz bardziej górzysty.

Tuż po południu dotarli do rzeki. Zsiadłszy z koni, weszli na prom obsługiwany przez 

uśmiechniętego Porno. Prom niewiele właściwie różnił się od tratwy. Porno sterował, a Josh 
w pocie czoła dźgał dno długim kijem. Na środku nurt był silny i trochę ich zniosło. Przybili 

w pobliżu dobrze utrzymanej farmy.

Porządny płot otaczał dom, drewutnię, spichlerz, obory, stodołę i baraki dla robotników. Po 

podwórzu włóczyły się  świnie, psy obojętnie się im przyglądały. Jasnowłosa  dziewczynka 
sypała z sita ziarno domowemu ptactwu. Za-gulgotał indyk.

Farmer i jego żona wyszli ich powitać. Kobieta miała na sobie perkalową sukienkę i 

fartuch w czerwoną kratę.

Nowina,   że  hrabina  Karanowa  w  ciągu   tygodnia  zdążyła   zmienić   męża,   zaskoczyła   i 

oszołomiła Rosjan. Wreszcie zdołali wyjąkać jakieś powinszowania i zaprosili podróżnych do 

stołu. Wymówiwszy się od jedzenia, Josh i Tatiana chętnie za to ugasili pragnienie chłodnym 
piwem.

W rozmowie Josh ujawnił cel podróży. Gospodarze znowu byli zaskoczeni. Chata na skraju 

urwiska dobra jest dla pasterzy, nie zaś dla dziedziczki wielkiego rodu.

Wymieniwszy z żoną spojrzenia, Iwan Pietrow próbował wyperswadować rzecz Joshowi.

- To nawet nie chata, tylko nędzny szałas. Cztery ściany, dach i dużo brudu. Nie ma podłogi, a 

przecież nie możecie spać na gołej ziemi.
- Spanie na ziemi to dla nas nie pierwszyzna - odparł Josh. - Moja żona sypiała już nawet na 

śniegu.

Słowo „żona" dziwnie zabrzmiało w ustach Josha. W uszach Tatiany również. Raptownie 

background image

wstała i opuściła izbę.

Pasterska chata, którą zobaczyli godzinę później, w istocie nie była pałacem. Przytulona 

z jednej strony do  skalnej ściany, z drugiej zaś do karłowatej sosny, wystawiona była na 

północno-zachodnie wiatry, deszcz i mgły. Mewy krążyły i nurkowały nad nią, podczas gdy w 
dole, u stóp urwiska, pienił się i huczał ocean.

- Możliwe, że Pietrow miał rację - powiedział Josh z zatroskaną miną. - Kiedy tu byłem 

po raz ostatni, zapadał zmierzch, a w mroku wszystko wygląda inaczej.

Ostra bryza targała włosami Tatiany i jej spódnicą. Na  grani na tle nieba pojawił się na 

chwilę pyszny kozioł.

- Trzeba tu będzie trochę posprzątać.

- Trochę więcej niż trochę - powiedział Josh z uśmiechem.
Jednostajny szum wiatru i wody działał na Tatianę niczym balsam. Pasterski szałas wydał się 

jej nagle Arkadią. W tym miejscu góry spotykały się z niebem i oceanem. Rosja była gdzieś 
daleko i wydawała się jakimś nierzeczywistym krajem. Fort Ross też przynależał do innego 

świata. Ten odludny zakątek był wręcz stworzony do tego, by odnalazły się w nim dwie istoty, 
które rozdzielił los bądź przypadek.

Od razu też wpadli w rutynę podziału zajęć na szlaku. On poszedł po chrust i drewno, ona 

zajęła się rozpakowywaniem bagażu. W jednym z tobołów odnalazła, mile zaskoczona, dobrze 

sobie znaną skórę bizona. Pchnęła drzwi chaty i ostrożnie weszła do środka.

Wewnątrz panował półmrok. Izba była pusta, tylko w kącie po prawej rysował się jakiś 

czarny kształt z białymi pręgami. Nagle bujna kita wystrzeliła w górę i Tatiana czym prędzej 
wycofała się z chaty. Z tym lokatorem nie dawało się mieszkać. Śmierdział tak straszliwie, że 

zbierało się na torsje.

Wrócił Josiah z naręczem drewna.

- Wiesz - powiedziała, rozwijając pod karłowatą sosną skórę bizona - w chacie jest jakieś 
dziwne czarne zwierzę, podobne trochę do borsuka, które wydziela ohydną woń.

- To skunks. Zwiemy go po prostu śmierdzielem. -Rzucił drewno na ziemię i sięgnął po 
strzelbę. - Zaraz go stamtąd wykurzę.

- Nie, nie rób tego. Rozbijemy obóz pod gołym niebem.
-

Pogoda

 

jutro

 

może

 

się

 

zmienić.

Przymknęła oczy.

- Mniejsza o pogodę. Raczej powiedz mi, jak wyobrażasz sobie nasze spanie.

background image

- Jak niegdyś, na skórze. Jeśli się na to zgodzisz.

- A jeśli nie?

Przykucnął i zaczął układać drwa na ognisko.

- Pamiętasz naszą pierwszą noc? Już wtedy powiedziałem ci, że nie tańczę fandango z 

kobietą, która nie chce mnie za partnera. Dotyczy to również mojej żony.

Tatiana poczuła, że pękła bolesna obręcz, która od  kilkunastu godzin oplatała jej pierś. 

Zaprzątnięta bez reszty nagłą odmianą swojego losu, zapomniała o dziwnym kodeksie tego 

mężczyzny.   A   przecież   wtedy   w   górach   faktycznie   nie   wziął   tego,   co   mu   tak   ochoczo 
ofiarowała w zamian za przeprowadzenie przez Sierra Nevada. I oto dowiedziała się, że 

Josiah nie zmienił swoich zasad.

Jakże w istocie mało go znała. Do tej pory powiedział  jej o sobie tylko to, co musiał. 

Wiedziała o nim, że kochał kobietę o imieniu Catherine, że był żołnierzem i że jego nasienie 
wykiełkowało w jej brzuchu.

I że dopuścił się wobec niej zdrady.

- Dlaczego zataiłeś przede mną powody, dla których eskortowałeś mnie aż do samego Fort 

Ross?

- Musiałem.
- Dlaczego?

Pochylił się, by rozdmuchać żarzące się drewienko.

Cienka   strużka  siwego  dymu uniosła  się ku  górze.  Mały  płomyczek   zmienił  się w kilka 

większych. Josh powoli dokładał do ognia zrudziałą trawę i chrust.

- Prezydent osobiście wydał mi rozkazy, nazywając  moją misję tajną. Słowem, zobowiązał 

mnie do zachowania tajemnicy.
- Czy szło o szpiegowanie naszej kolonii?

- Nie. O ile sobie przypominasz, zdecydowałem się iść z tobą na południe dopiero po tym, jak 

powiedziałaś mi, że car ma zamiar opuścić Fort Ross.
- A zatem mało cię obchodziło, że to oznacza dla mnie wyrok śmierci?

- Mylisz się. Gnębiło mnie to od samego początku.
- Ach, tak! - Pomimo najlepszych chęci nie mogła ukryć pogardy w głosie. - Przejmowałeś się 

tym tak bardzo, że musiałeś kochać się ze mną w salonie Heleny, potem zaś odjechać w siną 
dał.

Usiadł na ziemi i objął ramionami przykurczone nogi.

background image

- Nie będę cię przepraszać za to, że wypełniałem swój obowiązek tak, jak to uważałem za 

słuszne i skuteczne. Car wciąż może zmienić zdanie, kiedy się dowie o twoim sukcesie. Jeśli 
zaś

 

pozostanie

 

przy

 

przekazanej

 

w

 

liście

 

do

Roczewa decyzji, to mój kraj jest dużo bardziej zainteresowany kupieniem Fort Ross niż 
przykładowo Anglia czy Francja.

Właściwie nie mogła odmówić mu racji. Mikołaj sam zdecyduje o przyszłości Fort Ross. Jej 

było obojętne, kto kupi kolonię.

Ale   nie   był   jej   obojętny   sam   akt   sprzedaży,   bo   z   nim   wiązały   się   dla   niej   rozliczne 

konsekwencje.

- Jeśli Fort Ross zostanie sprzedany, to z całego mojego majątku zostanie mi tylko to, co 

mam na sobie. A nawet tę suknię dała mi Helena.

Przez chwilę mierzył ją uważnym spojrzeniem.

- Nie liczyłem na posag. Potrafię zadbać o ciebie i nasze dzieci.

- Doprawdy? W takim razie powiedz mi, jeśli łaska, jak to sobie wyobrażasz? A może to też 
jakaś tajemnica?

- Mam kawałek ziemi w Kentucky. Kilka setek akrów. Gospodaruje na nich obecnie mój brat.

Kilka setek akrów... Tatiana zacisnęła usta, myśląc o olbrzymich włościach Karanowych. 

Nawet majątek Aleksieja, uważany za skromny jak na standardy dworu, był o wiele większy. 
Poza   tym   nie   widziała   w   siedzącym  naprzeciwko   mężczyźnie   materiału   na   farmera.   Z 

charakteru i temperamentu Josiah był wędrowcem, awanturnikiem i żołnierzem.
- Czy tego właśnie pragniesz? Osiąść na farmie w... w...

- W Kentucky. - Dorzucił szczap do ognia. - Szczerze mówiąc, nie bardzo. Myślałem raczej o 
sprzedaniu bratu  tej ziemi. Z tą sumą, powiększoną o oszczędności z kilku ostatnich lat, 

będziemy mogli, myślę, rozpocząć nowe życie.
- A gdzie chcesz zamieszkać? - Przeniosła wzrok na chatę, w której na razie rezydował tylko 

skunks. - W pasterskim szałasie?

Uśmiechnął się szeroko.

- Jestem większym optymistą od ciebie, Tatiano.

Pokiwała ze smutkiem głową. Mógł sobie być optymistą. Ona była realistką. Na razie mieli 

dwa konie, skórę bizona i zapas żywności na kilka dni. Czy z czymś takim można było 
rozpocząć wspólne życie? Tak, pod warunkiem wszakże, iż kobieta ma pełne zaufanie do 

mężczyzny, z którym połączył ją los. Jej, Tatianie, najtrudniej było właśnie zaufać Josiahowi. 
Tak straszliwie ją zawiódł.  Cóż, nie miała wyboru. Jako żona Amerykanina wymykała się 

background image

jurysdykcji cara Mikołaja.

- Dowiem się wreszcie, gdzie osiądziemy? - spytała łagodniejszym już głosem.
- Prezydent Van Buren zaproponował mi stanowisko  wojskowego doradcy. Spodobałoby ci 

się   w   Waszyngtonie,   Tatiano.   Republikanie   głoszą   równość   szans,   ale   nie  mieliby   nic 
przeciwko cnotliwej hrabinie, która swym dumnym spojrzeniem, potrafi zatrzymać w szarży 

rozwścieczonego grizzly.
- Dumnym? Czy ty aby na pewno o mnie mówisz?

- Twoje spojrzenie rzuca wszystkich na kolana. Ja sam się trzęsę, kiedy na mnie patrzysz.
- Dobre sobie! Trzęsiesz się! Chciałabym widzieć cię trzęsącego się, Josiahu Jonsie.

Jak on to robił, że jednym słowem czy jednym uśmiechem potrafił uśmierzyć ból jej 

duszy?

- Opowiedz mi o Waszyngtonie - poprosiła. -I o dworze twojego prezydenta.
- Prezydent nie ma dwora. Ma jedynie gabinet ministrów.

- To dziwne, że cała władza skupia się u was w jednym pokoju.

Josh zachichotał.

- Mówiąc   o   gabinecie,   miałem   na   myśli   członków   rządu,   nie   zaś   jakieś   konkretne 

pomieszczenie - sprostował,  po czym cierpliwie tłumaczył Tatianie zasady amerykańskiego 
systemu politycznego.

W   trakcie   tego   chaotycznego   cokolwiek   wykładu   jego  niepokój   wzrastał.   Powrót   do 

Waszyngtonu oznaczał gąszcz politycznych intryg. Catherine przed laty wprowadziła go za kulisy 

politycznej sceny. Poznał wówczas wielu pyszałków i pozerów, jak również ludzi powodowanych 
żądzą władzy. Oczywiście, miał szczęście poznać też prawdziwych mężów stanu, lecz tych można 

było policzyć na palcach jednej ręki. Tak czy inaczej, świat gór i prerii w niczym nie przypominał 
waszyngtońskiego świata wewnętrznych rozgrywek i wielkich,   często   wręcz   chorobliwych 

ambicji.

On, Josh, nie miał jednak wyboru. Los zrządził, że jego żona należała do arystokratycznych 

sfer, na dokładkę spodziewała się dziecka. Musiał zapewnić rodzinie solidny dach nad głową. 
Musiał z wędrowca przeobrazić się w istotę osiadłą, przywiązaną do jednego miejsca.

Zadziwiające było, iż perspektywa ta bynajmniej go nie odstraszała. Obraz Tatiany jadącej w 

powozie waszyngtońską ulicą miał w sobie szczególny urok, jeszcze zaś urokliwszy był obraz 

Tatiany krzątającej się po domu, na przykład wkładającej kwiaty do wazonu. Zaiste, życie 
rodzinne miało swoje dobre strony.

background image

Pozostawało jeszcze pytanie, czy będą dzielić ze sobą coś więcej niż tylko dom. Czy Tatiana 

przyjmie go do swego łóżka? Czy ma w tej kwestii podporządkować się jej decyzji?

Pożądał jej. Ostatniej nocy chciał skręcić kark Michaiłowi. Gdyby nie wrogość, z jaką 

przyjęła jego powrót,  przewróciłby   Tatianę  na   łóżko   i  posiadł   ją   bez   pytania  o zgodę. 
Powstrzymało go coś, co jedni nazywają kulturą, inni zaś obyciem.

Właściwie   rozumiał   ją,   a   może   nawet   usprawiedliwiał.  Wyszła   za   Michaiła   w   akcie 

samoobrony, szukając oparcia w sytuacji zagrożenia.

A jednak nie mógł przystać na to, by posiadł ją inny mężczyzna.

Patrzyli na siebie ponad płonącym ogniskiem i żadne z nich nie wiedziało, o czym myśli 

drugie.

Zapadał zmierzch. Słońce tonęło w oceanie, zmieniając  się w płynne srebro. Różowe i 

złociste odblaski przeszły w głęboki fiolet. Zamigotały gwiazdy, a każda z nich przypominała 
niosącą nektar pszczołę.

Zjedli kolację,  prosty posiłek z resztek po ich weselnym  śniadaniu.   Ogień  przygasał. 

Zasadnicze   pytanie  wciąż   wisiało   w   powietrzu   i   domagało   się   odpowiedzi.   Tatiana 

zrozumiała, że trzeba coś postanowić.

Odważnie spojrzała mężowi w oczy.

- Nie będę dzielić z tobą, Josiah, małżeńskiego łoża. Nie będziemy ze sobą jak mąż i żona. 

Musimy poczekać, aż rozstrzygną się losy Fort Ross.

Spoglądał na nią z zamyśleniem w oczach.

- To może potrwać.

- Zgadzam się.

- Nie powiem, żeby taka umowa napełniała mnie szczęściem.

Tatiana nie była również szczególnie szczęśliwa. Jedyna próba skonsumowania małżeństwa, 

do   jakiej   doszło   pomiędzy   nią   a   Michaiłem,   okazała   się   żenująco   nieudana.  Zamiast 

zmysłowej przyjemności przyniosła poczucie klęski.

Przepełniony nabożną czcią dla swojej małżonki, Michaił okazał się niedoświadczonym 

kochankiem. Powściągana młodzieńcza namiętność wypaliła się, zanim zdążył ściągnąć nocną 
koszulę. Następnie wstyd sparaliżował go do tego stopnia, że Tatiana nie była już w stanie 

rozniecić  w nim ognia. Pocieszała go mówiąc, że to nic wyjątkowego i że w końcu muszą 
odnaleźć siebie. Michaił udawał,  że jej wierzy, i zadręczał się coraz bardziej. W rezultacie 

leżeli obok siebie, on cierpiał, ona zaś wspominała upojne chwile z Josiahem.

Teraz również myślała o fizycznej rozkoszy jako czymś bardzo odległym. Niech najpierw 

background image

rozstrzygnie się przyszłość Fort Ross. Zbyt wiele w jej życiu zależało od losu tej osady.

Miała żałować tej decyzji.

Gdyby wybrała inaczej, przeżyłaby rozkosz, zanim wysłannik cara wyjechał z mgły i błysnął 

swoją obnażoną szpadą.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Wszystko było tak szybkie, jak rozbłysk błyskawicy na ciemnym, groźnym niebie.

Dwa   dni   minęły   na   wspólnych   spacerach,   rozmowach  i   przełamywaniu   lodów.   Spali 

osobno, dzieliło ich ognisko. Trzeciego dnia poranną ciszę zakłócił odgłos końskich kopyt.

Siedząc   na   postrzępionej   przy   brzegach   skórze   bizona,  Tatiana   piła   właśnie   kawę   i 

spoglądała na Josiaha zbierającego drwa u podnóża klifu. Jego strzelista, jakby wyrysowana 

piórkiem   sylwetka   to   pojawiała   się,   to   znów   ginęła  w   oparach   mgły.   Z   mgły   również, 
poprzedzeni złowróżbnym grzmotem, wyłonili się jeźdźcy.

Tknięta złym przeczuciem, Tatiana chwyciła leżący na skórze rewolwer. Odwiodła kurek i 

już chciała krzykiem dać mężowi znać, że dzieje się coś niedobrego, gdy w jeźdźcu jadącym 

na przedzie rozpoznała Aleksandra Roczewa. Poczuła cudowną ulgę, opuściła broń.Nagle coś 
ją zastanowiło. Wyraz twarzy hrabiego. Zaraz też jej niepokój zmienił się w przerażenie. 

Jeździec na prawo od Aleksandra odwrócił ku niej twarz. To ona prześladowała ją w snach. 
Pułkownik   Dymitr   Garanski,   dowódca   cesarskiej   gwardii!   Krew   odpłynęła   z   policzków 

Tatiany. Lodowaty dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Była bliska omdlenia.

Ostatni raz widziała tego człowieka o jastrzębim wzroku w dzień egzekucji Aleksieja. To 

Garanski właśnie dopilnował, używając siły swych ramion, by Tatianie nie  umknął żaden 

szczegół agonii męża.

Kiedy odkryto spisek, sam znalazł się w kręgu podejrzanych - wszak to jego podwładni 

knuli przeciwko carowi. Zdoławszy oczyścić się z zarzutu zdrady, pragnął potwierdzić swoją 
lojalność. Zakwestionowano jego honor - odpowiedział okrucieństwem. Teraz spoglądał na 

Tatianę swymi czarnymi oczami, ona zaś cofała się i drżała jak  ptaszek pod spojrzeniem 
węża.

- Co tutaj robi ten człowiek? - zdołała w końcu zapytać zmienionym nie do poznania 

głosem.

Mąż   Heleny   zsiadł   z   wierzchowca   i   rzucił   wodze   jednemu   z   grenadierów,   którzy 

towarzyszyli pułkownikowi. Następnie podszedł i odebrał Tatianie rewolwer.

background image

- Statek, na który czekaliśmy - rzekł grobowym głosem - przypłynął wczoraj po południu. 

Nie zwlekając, ruszyliśmy waszym śladem. Nasz car, oby Bóg miał go  w swojej opiece, 
miast listu przysyła pułkownika Garanskiego. Proszę, pułkowniku. Hrabiny Karanowej nie 

muszę panu przedstawiać.

Oficer podszedł i strzelił obcasami.

- Mikołaj,   car   Wszechrosji   -   rzekł   tubalnym   głosem-   przesyła   ci,   pani,   swoje 
pozdrowienie. Pragnie też cię  powiadomić, iż polecił świętej Cerkwii, aby twoje cudowne 

wybawienie z fal oceanu uczczono uroczystymi modłami. Zasmuciły cara wieści o utracie, 
na skutek zatonięcia statku, części cennego ładunku. Tym bardziej, więc podziwia twoją 

dzielność, pani, dzięki której strata nie była całkowita. Jak zwykle łaskawy i wielkoduszny, 
nagradza twą odwagę przywróceniem praw do ziem i tytułów.

Z wyrazu twarzy Garanskiego Tatiana domyśliła się, że nie powiedział jeszcze wszystkiego. 

Dlatego napięcie nie  opuszczało jej. Zbyt dobrze znała Rosję, gdzie nawet  z błękitnego 

nieba potrafiły walić pioruny.

Pułkownik wykrzywił usta w namiastce uśmiechu.

- Mówiłem do tej pory o osobistej odwadze i śmiałym w zamierzeniu planie uratowania Fort 
Ross. Car wyraził zgodę na ten plan przez respekt dla głębokiej wiedzy pani ojca, świadomy 

wszak próżności całego wysiłku. W związku jednak ze śmiercią szanownego ojca pani rzeczy 
powinny odzyskać właściwe proporcje. Dlatego powiadamiając cię, pani, o decyzji sprzedania 

Fort Ross za możliwie najkorzystniejszą cenę, równocześnie przekazuję, iż masz natychmiast 
wybrać się w drogę powrotną do Sankt Petersburga.

- Nie!

Uśmiech zniknął z twarzy pułkownika.

- Tak, hrabino. Chyba nie zamierzasz naśladować w uporze swego lekkomyślnego męża?
- Niczego nie rozumiesz, pułkowniku! Zrazy przyjęły  się. Drzewa kwitną. Najjaśniejszy pan 

musi poczekać na zbiór. Musi.

Pułkownik nawet nie raczył zareagować na ten dowód bezmiernej głupoty i ignorancji. Było 

powszechnie wiadome, że car niczego nie musi.

- Nie wrócę do Rosji. - Nie potrafiła zapanować nad  drżeniem głosu. - Zdecydowałam się 

pozostać w kraju mego męża.
- Wybór nie należy do ciebie, pani. Podlegasz woli cara. Musisz posłuchać rozkazu.

- Do diabła z wszystkimi rozkazami! Jestem wolną  istotą.   Powtarzam,   nie  powrócę   do 

background image

Rosji.

Wtrącił się Aleksander:

- Powiedziałem już pułkownikowi Garanskiemu, że twój mąż jest Amerykaninem.

Złota kitka na oficerskim czaku z niedźwiedziego futra zakołysała się.

-   A   ja   powiedziałem   hrabiemu,   że   tylko   zgoda   cara  może   usankcjonować   małżeństwo 

rosyjskiej   arystokratki.  W   tym   wypadku   takiej   zgody   nie   ma,   a   więc   związek   ten   jest 
nieważny. Jesteś Rosjanką, hrabino. Stoisz na rosyjskiej ziemi. Musisz usłuchać carskiego 

rozkazu.
- Nie usłucham. Nie licz, pułkowniku, na moją uległość.

- Wymuszę ją na tobie, pani. Inaczej czeka mnie pluton egzekucyjny. Chyba rozumiesz, że 
zrobię wszystko, żebyś stanęła przed carem.

- Raczej pod szubienicą. A ty, okrutniku, będziesz napawał się moją męką. Wiem, że gustujesz 
w takich widowiskach.

Chwycił ją za rękę.

- Jutro już będziemy na otwartym morzu.

- Pułkowniku Garanski! - zaprotestował Aleksander.  - Proszę puścić hrabinę. Zadając jej 
gwałt, przekraczasz swoje uprawnienia. Jestem gubernatorem tej ziemi i ja tu  stanowię 

prawo.
- Wypełniam rozkazy cara.

Hrabia dumnie podniósł głowę. Niestety, był dużo niższy od Garanskiego. Ale jego głos 

budził respekt.

- Jeśli natychmiast nie puścisz tej kobiety, sam wymierzę ci sprawiedliwość.

Dwaj grenadierzy, którzy stali z tyłu, wymienili spojrzenia. Byli na amerykańskiej ziemi 

dopiero od kilkunastu godzin i nie znali zakresu władzy hrabiego. Równocześnie pułkownik 
budził w nich paniczny strach i byli mu ślepo  posłuszni. Nie dopuszczali myśli, by mogli 

zwrócić się przeciwko niemu.

Tatiana zdawała sobie sprawę z tego, że Aleksander będzie miał przeciwko sobie trzech 

uzbrojonych mężczyzn. Strach chwycił ją za gardło.

- Proszę - powiedziała błagalnym głosem - pozwólcie mi zawołać męża. On wszystko 

wyjaśni.

Czując, co się święci, grenadierzy zdjęli z ramion karabiny z bagnetami.

Nagle od strony pasterskiej chaty dał się słyszeć czysty męski głos:
-

Ej, ty, w tej śmiesznej czapie! Daję ci pięć sekund na puszczenie mej żony.

background image

Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w tamtym kierunku. Josh, stojąc na lekko rozstawionych 

nogach, mierzył w Garanskiego ze swego Długiego Toma.

Pułkownik sięgnął po broń. Grenadierzy pochylili karabiny.

- Cztery - liczył Josh.

Oficer w czaku obrzucił spojrzeniem przybysza. Pogardliwie wykrzywił wargi.

- Czy to właśnie ten Amerykanin, który wziął cię, hrabino, do łóżka? Ten mużik?
- Trzy.

- Josiah! - Tatiana spazmatycznie chwytała powietrze. -Nie strzelaj! Nie!

Jeżeli   wystrzeli,   a   mierzył   wprost   w   pierś   Garanskiego,   grenadierzy   też   wystrzelą. 

Aleksander nic tu nie pomoże, choćby miał władzę samego cara.

- Dwa.

Tatiana wolała nie myśleć o tym, co za chwilę się stanie. Kolejny mąż miał umrzeć na jej 

oczach. Była wszakże  różnica pomiędzy tym a tamtym. Tego będzie opłakiwać  do końca 

swoich dni.

Dobry Boże, nie dopuść do tego koszmaru!

- Nie! - krzyknęła, zasłaniając swym ciałem Garanskiego. - Nie!
- Tatiana, do stu...!

Josh wyrzucił w górę Długiego Toma i złapał broń za lufę. Nie mógł zaryzykować strzału w 
twarz łotra, gdyż  ten wciąż trzymał jego żonę, ale mógł puścić w ruch maczugę. Jednym 

susem pokonał dzielącą ich odległość i spuścił kolbę w śmiertelnym uderzeniu.

Kto inny po takim ciosie padłby na ziemię bez ducha. Pułkownik jednak tylko się zatoczył, 

a zawdzięczał to  swemu niedźwiedziemu ciału. Josh skoczył ku niemu, zamachnąwszy się 
strzelbą niczym mieczem.

Traf chciał, że akurat w tej chwili atakował go z tyłu jeden z grenadierów. Kolba uderzyła 

go prosto w szyję. Rozległ się trzask pękającego kręgosłupa. Żołnierz osunął się na kolana, a 

jego bagnet zagłębił się w ziemię.

Josh parł do przodu.

Garanski odtrącił Tatianę jedną ręką, drugą zaś zasłonił się szpadą. Ostra jak brzytew stal 

skrzesała iskry na lufie. Obaj mężczyźni nie szczędzili przekleństw. Rosyjskie słowa mieszały 

się z angielskimi. Groźba goniła groźbę.

Brutalnie pchnięta Tatiana straciła równowagę. Jej stopy zaplątały się w spódnicy. Upadła 

ciężko na ziemię. Ostrze bólu przebiło jej brzuch. Krzyknęła z przerażenia.

Nie wiadomo, czy Josiah usłyszał ten krzyk, czy też tylko zobaczył, jak łapie się za brzuch - 

background image

dość że na moment skupił na niej całą swą uwagę. Przeciwnik był czujny i wykorzystał ten 

moment.

Pozostały przy życiu grenadier skoczył z pochylonym do przodu bagnetem.
Josiah sparował pchnięcie, po czym zadał miażdżący

cios w głowę, ale nie mógł już uniknąć jadowitego ostrza szpady pułkownika, który uciął go w 
bark.

Gdyby Garanski trafił w głowę, byłby bez wątpienia zwycięzcą. Ale to cięcie kosztowało go 

życie.   Przeciwnik,   bowiem,   choć   skrwawiony,   wykorzystał   ową   chwilę   potrzebną   do 

ponownego podniesienia szpady. Błyskawicznie odwrócił w rękach strzelbę, wbił koniec lufy 
w   brzuch   Rosjanina   i   nacisnął   spust.   Ogłuszająca   eksplozja   rozdarła  ciszę   poranka.   Z 

rozerwanego brzucha bluznęła krew.

Tymczasem omroczony ciosem grenadier podniósł się i raz jeszcze zaatakował. Odwracając 

się, Josh poślizgnął się na trawie zroszonej krwią i upadł. Ostatni przeciwnik zamachnął się i 
już miał bagnetem przygwoździć Josiaha do ziemi, kiedy rozległ się strzał. Powoli, bardzo 

powoli żołnierz pochylał się do przodu. Już martwy, wciąż się dziwił, że tak maleńki kawałek 
ołowiu może zdmuchnąć płomień życia.

Josh skoczył na nogi i spojrzał przelotnie na dymiący pistolet w dłoni hrabiego Roczewa.

-

Dzięki

 

-

 

powiedział

 

i

 

przeniósł

 

wzrok

 

na

 

Tatianę.

Pochylił się nad leżącą, lecz nie dotknął jej, nie pogładził i nie przytulił.

- Czy wszystko w porządku?

- Tak myślę.

- Dziecko? Przełknęła ślinę.
- Nie wiem. Najgorszy ból już ustąpił. Dźwignęła się i wskazała na jego okrwawiony bark.

- Trzeba cię opatrzyć.

- Odnosiłem już w życiu gorsze rany.

Ucieszyła  ją ta odpowiedź.  Dręczyło  ją tylko  pytanie,  czy  nie straciła  dziecka.  Zrobiła 

ostrożnie jeden krok, potem drugi i trzeci. Ból ustąpił. Krew nie lała się po udach.

- Tak, ze mną wszystko w porządku - zakomunikowała z większą pewnością siebie. - Ale 

twojego ramienia nie możemy tak pozostawić.

Kilka   godzin   później   trzech   jeźdźców   jechało   stępa  brzegiem   rzeki.   Każdy   wiódł   na 

długiej wodzy luzaka  z przewieszonym przez siodło nieboszczykiem. Jednym  z jeźdźców 

była kobieta.

background image

Aleksander Roczew należał do mężczyzn, którzy biorą  pełną odpowiedzialność za swoje 

czyny. Josh w tej sprawie mógłby mu podać rękę. Wspólnie uradzili, że będą  trzymać się 
prawdy.

Farmer   i   jego   żona   słuchali   z   otwartymi   ze   zdumienia   ustami   opisu   wydarzeń   przy 

pasterskiej chacie. Najbardziej wstrząsnęła nimi wiadomość, że pułkownik Garanski śmiał 

podnieść rękę na hrabinę Karanową. Natomiast nie zdziwiło ich, jak jej mąż odpowiedział na 
tę prowokację. Nie okazali też nadmiernego smutku z powodu śmierci dwóch pechowych 

grenadierów.

Żona farmera okazała się kobietą bardzo praktyczną.  Wyciągnęła spod łóżka skrzynkę z 

lekarstwami i zajęła się raną Josiaha. Przede wszystkim odwiązała zakrwawioną szmatę.

Pokręciła głową.

- Jesteś wielkim szczęśliwcem - orzekła po oczyszczeniu i zbadaniu rany. - Ostrze ominęło 

kość i ścięgno. Jakiś czas będzie bolało, lecz ręce nic nie grozi.

Tatiana pogładziła po plecach spoconego i pobladłego pacjenta.

- Zacerujemy ranę - rzekła rezolutna niewiasta. - Weźmiemy rękę na temblak. Samego zaś 

rannego nakarmimy krwistą wołowiną, by uzupełnić ubytek krwi, i napoimy wódką, ażeby 
złagodzić ból. Co ty na to, panie?

Josh pochłonął ogromne ilości jednego i drugiego. Wbrew protestom Tatiany, nalegał na 

jak najszybszy powrót do fortu.

- Dzisiaj przetrzymam jazdę - powiedział buńczucznie. - Jutro mogę poczuć się gorzej.

Podczas zakładania pożyczonej lnianej koszuli kilka razy skrzywił się i syknął.

- To czyste wariactwo, Josiah! - tłumaczyła Tatiana. - Musisz odpocząć i odzyskać siły.
- Odpocznę na miejscu.

- Po co ryzykować?
- Od Fort Ross dzieli nas tylko kilka godzin drogi. Chcę jak najszybciej skończyć tę podróż.

- Nawet osły nie są tak uparte.

Wzruszyła ramionami, odwróciła i ruszyła ku drzwiom. Josh poszedł za nią powolnym 

krokiem.

Wciąż jeszcze czuł związane z walką napięcie. Widział oczyma wyobraźni Tatianę zwiniętą z 

bólu na ziemi. Bał  się o nią i ten strach szarpał mu duszę. Już wiedział, że  łączy go z tą 

kobietą coś więcej niż namiętność. Zawładnęła jego sercem tak, jak nigdy nie zawładnęła 
nim Catherine. Nosiła w łonie jego dziecko. Nic już nie mogło ich rozdzielić.

background image

Tatiana   była   jak   góry,   które   tak   bezgranicznie   kochał.   Silna.   Czysta.   Czasami 

niebezpieczna,   niczym   późno-wiosenna   gradowa   chmura.   Piękna   ponad   wszelkie 
wyobrażenie. Przesłaniała sobą wszystkie inne kobiety. Tylko ją mógł kochać.

A teraz przekonał się, jak łatwo mógł ją stracić. Wystarczyło, by nieszczęśliwie upadła.
Dwa dni spędzili na skraju urwiska przed pasterską chatą. Przez dwie noce spali osobno. 

Ale dużo ze sobą rozmawiali.

Tatiana  powiedziała  mu, że dopóki nie rozstrzygnie  się sprawa  Fort Ross, dopóty nie 

zostanie w pełni jego żoną. Teraz przyszłość kolonii zdawała się przesądzona.

Łotr, który wisiał głową w dół na koniu, przywiózł sensacyjną wiadomość. Car przywracał 

zagrabione włości ich prawowitej właścicielce. Rozkazywał jej wrócić do kraju i dekretował 
sprzedaż fortu.

Roczew wybierał się w podróż do Vancouver na konsultacje z Brytyjczykami. On, Josh, 

musiał podjąć w związku z tym energiczne kroki.

A Tatiana?

Co wybierze?

Jeżeli żona decyduje się na powrót do ojczyzny, to czy mąż może jej tego zabronić? Pytanie to 

prześladowało Josha przez całą drogę powrotną do Fort Ross.
Palisada fortu ukazała się ich oczom, gdy tarcza słoneczna dotknęła powierzchni oceanu. Josh 

zacisnął   zęby,   bo   w   zatoczce   u   podnóża   klifu   zobaczył   trójmasztowy   szkuner.   Przed 
tygodniami odbił od brzegów kraju, który Joshowi kojarzył się ze złem.

Było gorąco i należało jak najszybciej dopełnić pochówku. Skierowano ludzi do kopania 

grobów na cmentarzu na wzgórzu. Ceremonia pogrzebowa nie przeciągnęła się poza konieczne 

minimum.   Trzy   ciała   spuszczono   do   dość   płytkich  dołów,   gdzie   miały   czekać   dnia   Sądu 
Ostatecznego. Odprawiono modły za dusze żołnierzy, po czym ten i ów z żałobników sięgnął po 

wódkę, by uczcić ich pamięć.

Zapadła noc i zapalono lampy w salonie. Helena zamknęła drzwi i spojrzała na trzy siedzące w 

fotelach postacie.

- Czy któreś z was powie mi wreszcie, co się stało? - spytała władczym głosem.

Hrabia machinalnie potarł dłonią swą łysinę.

-   Było   dokładnie   tak,   jak   już   powiedzieliśmy,   Heleno.  Garanski   był   zbyt   gorliwy   w 

wykonywaniu swych obowiązków. Josiah stanął w obronie żony.
- A gdy z kolei ja znalazłem się w opałach, pośpieszył mi na ratunek pani mąż, Heleno. - Josh 

background image

wyciągnął zdrową rękę. - Jeszcze ci nie podziękowałem, hrabio, za uratowanie mi życia. Obym 

nigdy nie musiał tego czynić, lecz gdy zaistnieje taka konieczność, spłacę dług.

Aleksander uścisnął dłoń Josiaha.

- Nie wiemy, co przyniesie przyszłość.

- Tak, z wyjątkiem tej najbliższej.

I wszyscy domyślili się, o czym Josh wspomniał. Dni  Fort Ross były policzone. Smutek 

zalegał w kątach pokoju. Helena objęła ramieniem Tatianę.
- Tak mi przykro, miła moja. Tak bardzo. Z twojego  powodu. Z powodu Aleksandra. Z 

powodu nas wszystkich, którzy staraliśmy się stworzyć dom na tej ziemi. W liście błagałam 
cara, by twym zrazom dał szansę zaowocowania. Przynajmniej - lekko uścisnęła dłoń Tatiany 

- przyrzekł łaskawie potraktować cię po twoim powrocie.  O zwrocie dóbr też nie możemy 
zapominać.

- Tylko kto zwróci życie mojemu ojcu?

Helena przygryzła dolną wargę. Oczywiście, był związek pomiędzy jego śmiercią a tamtym 

srogim wyrokiem.

- Co teraz zrobisz?

Marszcząc brwi, Tatiana spojrzała na Josiaha. Z jego ogorzałej twarzy nie można było w tej 

chwili niczego wyczytać.

- Muszę porozmawiać o tym z mężem.
- Oczywiście - zgodziła się Helena - ale najpierw wykąpiecie się, odpoczniecie, panu Jonesowi 

trzeba też zmienić opatrunek. Jego rana wciąż krwawi.
- Namawiałam go, żeby nie jechał - powiedziała zmęczonym głosem Tatiana. - Równie dobrze 

mogłabym mówić do skały.

Helena machnęła ręką.

- Mnie, mam nadzieję, posłucha. Chodź ze mną, Tatiano, wskażę ci, gdzie będziecie spali. 

Potem każę przygotować bulion temu upartemu Amerykaninowi.

Wstała i otworzyła drzwi wiodące na korytarz. Już za progiem spojrzała przez ramię na 

Josha.

-

Jeśli ma pan ochotę, to proszę pójść z nami.  Joshowi nie trzeba było mówić, czy ma 

zostać, czy też  udać się na spoczynek. Dawno już przestał być dzieckiem.  Wolał jednak nie 

zostawiać Tatiany sam na sam z przyjaciółką. A nuż wymyślą coś głupiego? Kiwnął głową 
Roczewowi.

background image

-

Wybaczy mi pan, hrabio.

Aleksander machnął dłonią w geście przyzwolenia.

- Serdecznie namawiam do wypicia bulionu Heleny. Starcza za wszystkie lekarstwa, o 

czym przekonał się już niejeden mieszkaniec tego fortu. - Ciężko westchnął. - Muszę jeszcze 
napisać raport dla cara. Statek odpływa jutro rano.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Ramię   pulsowało   bólem,   więc   Josh   tylko   się   obmył,  przyjemność   prawdziwej   kąpieli 

pozostawiając   sobie   na   kiedy   indziej.   Zwolniwszy   miejsce   za   parawanem,   dał   przystęp 

służbie, która energicznie wzięła się do zmieniania wody w wysokiej balii czy też kadzi. Na 
kąpiel czekała teraz Tatiana.

Służące biegały tam i z powrotem z wiadrami, inne  krzątały się przy oblekaniu pościeli. 

Tych i tamtych doglądała Helena. Dwoiła się i troiła,  by wszystko zostało zrobione,   jak 

należy.

W pewnym momencie wyszła z pokoju. Josh pociągnął dłonią po zarośniętych policzkach. Z 

chęcią by się ogolił, ale nikt nie pomyślał tu o brzytwie dla niego. Pomyślano za to o czymś 
innym. O napoju, który miał złagodzić jego cierpienie i skrócić okres powrotu do zdrowia. 

Przyniosła go sama hrabina Helena.

- Proszę to wypić - rzekła tonem nie znoszącym  sprzeciwu. - Natychmiast, dopóki jest 

ciepłe.

Skosztował mikstury. Smak wydał mu się osobliwy.

- Czy wszystkie Rosjanki są tak przedsiębiorcze, czy tylko te noszące arystokratyczne tytuły?

- Większość z nas, rosyjskich kobiet, i to bez względu na pochodzenie społeczne, zwykło brać 

sprawy w swoje ręce - odparła z całkowitą powagą. - Proszę to sobie zapamiętać.

Josh przeniósł wzrok na barwny parawan.

- Postaram się.

Helena delikatnie poklepała go po ramieniu.

- Radzę wypić wszystko. Potem sobie pójdę i zostawię was samych.

Wziąwszy się w garść, Josh podniósł kubek do ust. Mieszanka czekolady, opium i alkoholu 

spłynęła ciepłą strugą do przełyku, później zaś do żołądka. Słodycz czekolady nie zdołała 

zabić goryczy laudanum.

- Mam

  nadzieję

 

-  

rzekł,

 

nadal

  żartobliwym

 

tonem

  -

background image

że ta mikstura już kogoś uleczyła.

- Znam

 

nawet

 

takich,

 

którzy

 

zawdzięczają

 

jej

 

życie.

Josh   wprawdzie   nie   czuł   się   umierający,   ale   nie   miałby  nic   przeciwko   cudownemu, 

natychmiastowemu powrotowi do zdrowia.

- Będzie spał pan dzisiejszej nocy jak dziecko - zapewniła go hrabina. - A zatem miłych 

snów – dodała i wyszła z pokoju.

Rzeczywiście potrzebował snu. Kilka ostatnich nocy  spędził, głównie z powodu bliskości 

Tatiany, drzemiąc raczej niż śpiąc.

Nagle zachwiał się, jakby wypił pół butelki whisky. Bojąc się, że upadnie, szybko rozebrał się 

i wyciągnął w pachnącej lawendą pościeli. Rozkoszne uczucie owładnęło jego ciałem i 
duszą. Jednak łóżko było czymś lepszym od skóry bizona.

Ramię  najwyraźniej  przestawało  boleć.   Członki  stały  się  dziwnie ociężałe.  Zmysły wciąż 

rejestrowały świat zewnętrzny, tyle że ów świat wydawał się teraz odległy.

Słyszał ciche chlupanie wody za parawanem. Czuł dochodzący stamtąd delikatny zapach 

fiołków. Widział na przeciwległej ścianie cień kobiecej postaci.

Gdy   w   końcu   Tatiana   wyszła   z   balii,   dłonie   Josha   zacisnęły   się   na   śnieżnobiałym 

prześcieradle. Cień na ścianie nabrał konkretnych, uwodzicielskich kształtów. Wyraziste, obłe 

linie tworzyły zarys długich nóg, delikatnie zaokrąglonego brzucha i ponętnych piersi.

Joshem targnął ból pożądania. Jego lędźwie protestowały przeciwko porażającej mocy 

laudanum.

Zamknął oczy.

Tam zaś, za parawanem Tatiana sięgnęła po nocną koszulę. Cienki jak pajęczyna batyst 

spłynął na jej ciało, miłośnie pieszcząc nabrzmiałe brodawki piersi. Dłonie powędrowały ku 
guzikom   dekoltu,   obramowanego   wąską  białą   koronką,   i   tam   zamarły.   Tatiana   nagle 

uświadomiła sobie, jak bardzo spieszno jej wyjść zza parawanu.

A przecież czuła się znużona, Josiah zaś był ranny. Wszystko to czyniło ich noc poślubną 

bardzo problematyczną, nawet gdyby ona pragnęła jej już teraz. Czy faktycznie pragnęła? 
Tak, odpowiedziała szczerze samej sobie.

Dlaczego więc lękała się wyznać mu swe życzenie?  Dlaczego była jak najdalsza od 

przytulenia się do niego i poddania jego mocy? Dlaczego, na Boga, bała się rozmawiać z 

nim o Waszyngtonie i innych planach na przyszłość?

Odpowiedź znała.

background image

Josiah jest wiecznym wędrowcem. Człowiekiem zakochanym w przyrodzie i wolnej 

przestrzeni,   wrogo   zaś   nastawionym   do   wszystkich   ograniczeń   związanych   z 
zamieszkaniem   w   mieście.   Gotów   jest   dla   swoich   gór   i   swojej   wędrówki   poświęcić 

wszystko.   Czy   uświadamiał   sobie,  że   tym   samym   poświęca   spokój   i   bezpieczeństwo 
własnego dziecka?

Och, dość się już dzisiaj bała. Obserwując walkę przed pasterską chatą, miała wszelkie 

podstawy sądzić, że Josiah straci w niej życie. Zwyciężył, lecz ona przy okazji uświadomiła 

sobie, że gdyby zginął, opłakiwałaby go do skończenia świata.

Teraz zastanawiała się, czy w ogóle jest możliwe poskromienie takiego człowieka jak 

Josiah Jones. Pełna obaw, wyszła zza parawanu.

Spojrzała ku łóżku. Josiah leżał i chyba spał. Światło  naftowej lampy łagodziło jego 

rysy. Widząc jednak jego profil i grań klatki piersiowej, i tak miało się wrażenie, że nie 
tylko kochał góry, ale był całkiem taki jak one.

Czy kogoś takiego można było poskromić?
Czy powinna?

Pełna wahań, podeszła do łóżka i spojrzała na jego uśpioną twarz. Zacisnęła dłonie, walcząc 
z pokusą dotknięcia go, jednak pragnienie okazało się zbyt silne.

Choć   jej   pieszczota   była   delikatna   jak   muśnięcie   motylich   skrzydeł,   obudził   się 

natychmiast. Błyskawicznym ruchem chwycił ją za przegub. Był traperem, który nawet gdy 

śpi, czuwa. Miał w sobie instynkt dzikiego zwierzęcia.

- Wybacz - szepnęła, trochę przestraszona tą nagłą reakcją. - Nie chciałam cię budzić.

Z trudem odzyskiwał świadomość. Zmagał się z odurzeniem wywołanym przez laudanum. 

Zwolnił uścisk ręki.

- Szkoda. Możesz mnie budzić, gdy tylko przyjedzie ci na to ochota, pani Jones.

Po raz pierwszy nazwał ją jej nowym nazwiskiem. Dziwnie zabrzmiało w jej uszach. Josh 

zresztą   również  miał   wrażenie   pewnego   dysonansu.   „Jones"   należało   do   pospolitszych 

nazwisk, Tatiana była hrabiną.

Wskazał oczyma na wolne miejsce na łóżku.

- Położysz się przy mnie? - zapytał. - Zanim Wyjadę,  chciałbym choć raz kochać się z 

własną żoną.

Zawahała się.

- Czy musisz jechać do Oregonu?

background image

- Tak.

- Kiedy?
- Za kilka dni. Nie mogę już odkładać tej podróży.

- I jak długo tym razem cię nie będzie?

- Dwa miesiące. Może trochę mniej, może więcej.

Dwa miesiące rozłąki. Tatiana machinalnie dotknęła dłonią brzucha. Dziecko, które nosiła 
w łonie, nie ujawniało jeszcze swojego istnienia. Jedynym znakiem ciąży były jej pełniejsze i 

okrąglejsze kształty. Jednak w ciągu tych dwóch miesięcy jej figura zmieni się bardziej, a za 
kolejne trzy ona, Tatiana, urodzi chłopca lub dziewczynkę.

Josh domyślił się, o czym myśli jego żona. Uniósł się z poduszki i wsparł na łokciu zdrowej 

ręki. Jego nagi tors porośnięty był kręcącym się jasnym włosem.

- Nie obawiaj się, nie zostawię ciebie i dziecka bez opieki - powiedział prawie szorstkim 
głosem. - Nie zostaniesz w Fort Ross. Ponieważ poznałem już trochę tego drania, którego wy 

nazywacie carem, muszę liczyć się z tym, że wyśle po ciebie kolejny statek.
- Więc dokąd mnie zawieziesz?

- Do Monterey. Pozostawię cię pod opieką amerykańskiego konsula. Zostaniesz w jego domu 
do mego powrotu.

- A potem?

- Potem

 

wyruszymy

 

wprost

 

do

 

Waszyngtonu.

Spojrzała mu w oczy.

- Czy tego właśnie chcesz, Josiahu? Naprawdę chcesz tego?

- Czego naprawdę chcę, to dzielić z tobą łóżko. Jesteś moją żoną, Tatiano. Twoje miejsce jest 
przy mnie.

Miał na poły zirytowaną, na poły proszącą minę. Nigdy go jeszcze takim nie widziała.  A 

przecież znała jego nastroje i typowe reakcje. Kiedy  wtargnęła do łaźni Indian Hupa, po 

prostu, zgodnie z typowym w takich przypadkach zachowaniem, otworzył usta ze zdumienia. 
Natomiast, gdy szło walczyć ze śnieżną zamiecią lub prostopadłą oblodzoną ścianą, okazywał 

się surowy i bezwzględny. A z jaką furią wtargnął do pokoju, który dzieliła z Michaiłem 
Pulkinem.   Taki   sam,   dokładnie  taki   sam,   objawił   się   jej,   kiedy   stawiał   czoło   trzem 

uzbrojonym przeciwnikom.

Nigdy jeszcze nie widziała go w ponurym nastroju bądź przygnębionego.

Dlatego nie umiała wytłumaczyć sobie, dlaczego akurat widok jego słabości tak ją pociągał. 

background image

Być może Josiah ranny był milszy jej sercu od Josiaha triumfującego. Być może jego słabość 

budziła w niej uczucia macierzyńskie.

Od chwili, gdy go poznała, jej los uzależniony był od jego  siły. Teraz po raz pierwszy ich 

wzajemny   stosunek   nabrał  innego   charakteru.   Teraz   ona   potrzebna   była   Josiahowi.  W 
rezultacie stali się sobie równi. A czyż nie na równości opiera się miłość? Tatiana poczuła wielką 

błogość w sercu.

Pragnęła   go   i   potrzebowała.   On   odwzajemniał   się   jej  tym   samym.   I   to   było 

najważniejsze.

Uśmiechnęła się i zdmuchnęła lampę. Zapadła ciemność, którą rozpraszało jedynie słabe 

światło księżyca, zaglądającego natrętnie przez okno. Stąpając po świetlistej smudze, Tatiana 
zbliżyła się do łóżka. Po chwili leżała już przy swoim mężu.

Westchnął dziękczynnie i przygarnął ją do siebie.

Nazajutrz Josh obudził się odurzony jak po nocy spędzonej na pijaństwie. Czuł dolegliwy 

brak czegoś. Rozejrzał się i zrozumiał. Obok niego nie było Tatiany.

Tatiana.

Omiótł pokój rozbieganym spojrzeniem. Coś białego wisiało na parawanie. Była to nocna 

koszula Tatiany.

Co stało się z jego żoną?

Strach chwycił go za gardło. I jakkolwiek Josh wiedział, że zbyt łatwo tym razem poddał się 

panice, wiedział  również, że spokój odzyska dopiero wtedy, gdy dowiezie  swoją żonę do 
Monterey   i   poleci   ją   opiece   konsula   amerykańskiego   w   tym   mieście.   Wówczas   zyska 

pewność, że jego żonie nic nie grozi ze strony tego satrapy, cara Mikołaja.

Zerwał się i usiadł na łóżku. Ramię bolało jak sto diabłów. Mikstura Heleny nie zdziałała 

cudów.

Wstał i ubrał się najszybciej, jak tylko zdołał. Zapinając pas, zauważył, że zniknął nóż z 

pochwy. To go poważnie zaniepokoiło. Gdzie, do diabła, podziała się Tatiana?

Skoczył ku drzwiom i po chwili był już na dworze. Świeciło mocne słońce, więc osłaniając 

oczy dłonią, zlustrował plac aż do palisady. Nigdzie żywej duszy. Tylko psy, koty, indyki i 
kury.

Jednak nie. Jakaś kobieta niosła w skopku świeżo udojone mleko.

Zaczepił ją pytaniem o Tatianę Grigoriewną. Nie rozumiała po angielsku. Machnął ręką i 

ruszył ku bramie.

background image

Na to samo pytanie brodaty wartownik wskazał ku morzu i odpowiedział:

- Statek. Odpływa.

- Co?
- Odpływa, korzystając z przypływu. Wszyscy poszli pożegnać...

Josh dalej nie słuchał. Puścił się biegiem ku urwistemu brzegowi i schodom wiodącym w 

dół.

Na krawędzi klifu zatrzymał się. Przed nim aż po horyzont rozpościerał się roziskrzony 

ocean.   W   dole   na   plaży  mrowił  się  tłum.  Byli  tam  niemal  wszyscy  mieszkańcy  fortu,   z 

wyjątkiem oczywiście zajętej obowiązkami służby i Tatiany, którą już byłby rozpoznał.

Przeniósł wzrok na szkuner. Jego żagle, dopiero co podniesione, wzdymały się właśnie na 

wietrze. Dziób, skierowany na zachód, pruł już leniwe fale. Ani strzała wypuszczona z łuku, 
ani kula wystrzelona ze strzelby nie dosięgnęłaby już jego burt.

Josh puścił się biegiem po schodach.

Gdy poczuł piasek pod stopami, chwilowo opadł z sił.  Zwolnił kroku i szedł naprzeciw 

idącym ku niemu ludziom, przerzucając spojrzenie od jednej kobiecej twarzy  do drugiej. 
Żadna z nich jednak nie była twarzą Tatiany. Nigdzie też nie było widać Roczewa. Zastąpił 

drogę Helenie.

- Gdzie jest moja żona? - wydyszał. Naglący ton jego głosu nie spodobał się hrabinie.

- Czy chodzi o hrabinę Karanową? - spytała.

-

Chodzi o moją żonę.

Spojrzała nań z wyniosłym dostojeństwem. Poprawiła dłonią włosy, które burzył wiatr.

- Więc o niczym nie wiesz, mój panie?

- Nie pytałbym, gdybym wiedział - burknął.

Na   jej   twarzy   pojawił   się   cień   niechęci,   zaraz   jednak  w   jej   oczach   zajaśniało 

zrozumienie.

- Sądzi pan, że jest na statku?

Josh nie odpowiedział. Nie musiał. Hrabina mogła odgadnąć wszystko ze sposobu, w jaki 

dopytywał się o Tatianę. Powodowana współczuciem, potrząsnęła głową.

- Tatiana jest jak najdalsza od myśli o powrocie do Rosji. Zrzeka się włości, które łaskawie 
zwrócił jej mój wuj. - Wykrzywiła usta. - Nie dowierza jego obietnicom.

- Więc gdzie jej, na Boga, mam szukać?
- W sadzie. Poszła tam wczesnym rankiem. Ma jakiś  szczególny sentyment do tych drzew, 

background image

skoro  zrezygnowała  nawet   z   pożegnania   Aleksandra.   Odpłynął   do   Vancouver  i   jak   pan 

dobrze wie... - Urwała, gdyż nie miała już do kogo mówić.

Josh odwrócił się na pięcie i bez pożegnania czy też przeproszenia odszedł spiesznie. 

Musiała więc wołać za nim, żeby dać wyraz swej trosce:

- Josiah! Niech pan uważa na swoje ramię! Nie wolno panu tak pędzić! Chyba nie chce 

pan, żeby szwy puściły i rana znów zaczęła krwawić! Trochę rozsądku, panie Jones!
Jej   rady   i   upomnienia   dotarły,   owszem,   do   jego   uszu,  lecz   pozostał   na   nie   obojętny. 

Roztrącał ludzi stojących mu na drodze. Udawał sam przed sobą, że nie odczuwa bólu, który 
odzywał się w ramieniu przy każdym szybszym kroku.

Odnalazł Tatianę w głębi sadu. Klęczała, trzymając nóż w prawej dłoni i coś nim zawzięcie 

wydłubując w korze. Jej żółta suknia była na plecach ciemniejsza od potu, a twarz brudna. 

Josh najpierw doświadczył ulgi, potem zaś niepokoju.

- Do

 

stu

 

piorunów,

 

co

 

ty

 

właściwie

 

tu

 

robisz?

Uniosła głowę. Ale najpierw skończyła wyrzynać  w korze drzewa znak X. Następnie 
powstała z klęczek i z zadowoleniem spojrzała na rezultat swych starań.

- Znaczę drzewa, z których pobiorę zrazy przed nadejściem zimy. Boję się, żeby Anglicy 

lub Francuzi albo Amerykanie nie obrócili wniwecz pracy mego ojca. Na wszelki wypadek 

wolę się zabezpieczyć.

Spoglądał na nią ze ściśniętym sercem. Wydawało się,  że opętał ją zły duch. Po trosze 

przypominała tamtą Tatianę, z którą dzielił trudy wędrówki górskimi szlakami. Ona też była 
gotowa na wszystko.

- Nie zostaniemy tu aż do zimy - oznajmił. – Musimy odpłynąć stąd na południe, zanim 

zaczną się sztormy. Już możesz zacząć się pakować. Jak tylko wrócę z Oregonu, wyruszamy 

do Monterey.
- Ani myślę zamieniać Fort Ross na Monterey. Zesztywniał.

- Rozmawialiśmy już o tym tej nocy.
-

Nie, to ty o tym mówiłeś.

Miał już tego dość. Dotychczas liczył się z jej zdaniem. Wynikły z tego dla niego tylko same 

straty. Teraz postanowił być twardy.

- Nie zostawię cię tutaj - oświadczył. Machinalnie otrzepała z piasku spódnicę.
- Tylko że ja tutaj nie zostaję. Jadę z tobą.

- Co?

background image

- Ruszasz na północ, a ja wyruszam z tobą.

- Wykluczone.
- Dlaczego?

- Mój

 

towarzysz,

 

obojętnie,

 

kobieta

 

czy

 

mężczyzna,

musi się liczyć z trudami podróży.

Uśmiech pojawił się w kącikach jej warg.

- Wiem coś o tym. Pozwól sobie przypomnieć, że jakoś dotrzymywałam ci kroku podczas 

przeprawy przez góry.
- Tylko że nie byłaś w ciąży. Chyba o tym nie zapomniałaś?

Fiołkowe oczy zajaśniały uśmiechem. Akurat w chwili, gdy Josh stracił już wszelką nadzieję, 

że Tatiana się rozchmurzy.

- Owszem, wiem o tym.
- Tatiano...

- Kocham cię, Josiah. Być może kocham cię już od bardzo dawna, ale nie wiedziałam tego ani 
tam, w górach, ani bardzo długo w Fort Ross. Dość, że dzisiaj nie potrafię się wyprzeć miłości.

Zapragnął chwycić ją w ramiona, ale powstrzymał się. Był przecież jednorękim kaleką.
- Posłuchaj, Tatiano...

- Ależ słucham cię, słucham.

On okazał powściągliwość, za to ona nie kryła się z uczuciami. Podeszła i przylgnęła do 

niego całym ciałem.
- Minionej nocy, kiedy mówiłeś mi o obowiązkach małżeńskich, również pilnie słuchałam.

- Pilnie, lecz niezbyt uważnie.
- Och, Josh! Powiedziałeś, że moje miejsce jest przy  tobie, i zgadzam się z tym. Razem 

ruszymy na północ, a któregoś dnia... jeśli nie tej zimy, to następnej, lub jeszcze następnej... 
wrócimy do Fort Ross. Wezmę zrazy  z drzew, włożę je do kosza i powiozę je tam, gdzie 

będzie stał nasz dom.
- W takim razie powieziesz je do Waszyngtonu - rzekł z marsową miną.

- Cóż mi po dużym mieście, które często nawiedzają mgły, i cóż mi po mężu, który głuchy jest 
na słowa miłości. - Pieszczotliwie dotknęła jego policzków. Pachniała  lawendą i ziemią. - 

Teraz ja czekam na twoje słowa, Jo-siah. Otwórz przede mną swe serce. Kobiety tak bardzo 
chcą być kochane.

Próbował być twardy i nieugięty. Do stu piorunów, musiał być twardy i nieugięty!

- Josiah, zlituj się nade mną!

background image

Westchnął jak człowiek, który czuje się zwyciężony.

-

Kocham cię, Tatiano.

Przez   chwilę   błądziła   wzrokiem   po   jego   twarzy,   po  czym   wydęła   wargi   w   wyrazie 

rozczarowania.

- I to wszystko?
- Skądże. Cała reszta musi poczekać do nadejścia nocy.

- Kiedy będziemy sami, ty i ja? A na niebie nad nami będą migotały gwiazdy?

Musnął wargami jej usta. Chciał zbudować dom i zamieszkać w nim, zanim urodzi się 

dziecko. Jeszcze przed  opuszczeniem Fort Ross wyśle depeszę do Van Burena,  w której 
przedstawi swoją sprawę, na koniec zaś nadmie-ni, czego rząd Stanów Zjednoczonych może 

oczekiwać od kapitana Suttera.

Tak czy inaczej, do Waszyngtonu ściągnie z Tatianą  najwcześniej dopiero przed zimą. 

Perspektywa wędrówki przez cały kontynent była dla jego duszy niczym śpiew wiatru.

- Tak, ukochana. A wśród tych gwiazd jedna będzie nasza.

EPILOG
Wybrzeże Górnej Kalifornii, październik 1847

Tatiana jedną ręką chwyciła się burty statku, drugą wskazała ku brzegowi.
- Spójrz, Heleno! Tam!

Przestępując   z   nogi   na   nogę,   zniecierpliwiona   pięcioletnia   dziewczynka   próbowała 

odnaleźć wskazywany przez matkę punkt na szczycie pionowej ściany, ku której kierował się 

szkuner. Poły jej podróżnej kapotu z fiołkowego aksamitu powiewały na wietrze. Oczy dziecka 
też miały fiołkową barwę.

- Gdzie, mamo?
- Tam, bardziej na prawo. Czy widzisz te dwa krzyże na kopułach cerkwi?

- Tak, mamusiu. Teraz je widzę.

Tatiana odwróciła się ku trzem mężczyznom, stojącym  w cieniu kapitańskiego mostku. 

Prawdę mówiąc, dwóch z nich miało jeszcze długo czekać do osiągnięcia wieku męskiego.

- Chodźcie tu, chłopcy! I ty, Josiah. Stąd najlepiej widać fort.

Jej najmłodszy synek, trzyletnie diablę o rozwichrzonej płowej czuprynce, wyrwał się ojcu, 

zatupał nóżkami po  pokładzie i już był przy burcie. Starszy od niego o cztery  lata  brat 
zachował się bardziej dostojnie i statecznie.  Imiennik prezydenta Stanów Zjednoczonych, 

Martin, wykazywał się powagą nad swój wiek i wrodzoną szlachetnością manier. Płynęła w 

background image

nim krew Karanowów.

Na koniec z uśmiechem na twarzy dołączył sam mąż i ojciec, Josiah Jones. Objął silnym 

ramieniem Tatianę, ona zaś jak zwykle oparła się o jego szeroką pierś.

Nie mogła wręcz  uwierzyć, że to wszystko dzieje się  naprawdę. Po siedmiu latach od 

wyjazdu do Oregonu wracali do Fort Ross! Co wydarzyło się w tym czasie?

Przede wszystkim zmieniały się rządy i wybuchały  wojny. Tatiana stwierdziła z pewnym 

niedowierzaniem,   że  kocha   miasto,   w   którym   przyszło   jej   zamieszkać.   Oczywiście,   w 

porównaniu z klimatem Kalifornii klimat Waszyngtonu wydawał się przegniły i niezdrowy. 
Za to cieszyły tu oko piękne budowle, a kontakty z miłymi, dowcipnymi i kulturalnymi ludźmi 

uprzyjemniały życie. Josiah  wybrał karierę polityczną i szybko awansował. Wysyłano go na 
placówki  dyplomatyczne  do różnych  egzotycznych  krajów.   Wyjeżdżając,  zabierał  ze   sobą 

wciąż powiększającą się rodzinę. Lubił podróżować, był wszak urodzonym wędrowcem.

Rosjanie wycofali się z Fort Ross.

Imperialną flagę zdjęto z masztu pierwszego stycznia 1842 roku. Koloniści weszli tego dnia na 
statek i odpłynęli do swojej ojczyzny. Rodzina Roczewów podzieliła los innych rodzin.

Tatiana o wszystkim informowana była w listach od przyjaciółki. Helena lubiła pisać, 

pisała zaś pięknie i zajmująco.

Biedny Aleksander. Posłuszny rozkazom cara, podjął  się najpierw długich i tradnych 

negocjacji z Anglikami  i Francuzami. Po wielu spotkaniach, mając już sprawę  sprzedaży 

kolonii   niemal   zakończoną,   pozostał   nagle  z   pustymi   rękami.   Oto   Meksyk   postanowił 
walczyć o swe  ziemie północne, a więc również obszary wokół Fort  Ross. W rezultacie 

europejskie rządy, bojąc się wplątania w ryzykowną awanturę, zerwały rozmowy.

Mikołaj,   wierny   swoim   zasadom   politycznego   konserwatyzmu,   zabronił   hrabiemu 

wchodzić w jakiekolwiek stosunki z tymi „prostackimi pastuchami", jak nazywał członków 
rządu Stanów Zjednoczonych. Zadowoleni z takiego obrotu spraw Meksykanie czekali tylko 

na wyjazd Rosjan, spodziewając się, że cała kolonia wpadnie w ich ręce.

Wszystkich jednak zaskoczył kapitan Johann Sutter. Wystąpił z ofertą kupienia fortu, którą 

Aleksander przyjął w imieniu cara. Skąd zdobył fundusze na to przedsięwzięcie, tego nikt nie 
wiedział.   Domyślano   się   co   najwyżej,   że  za   Sutterem   stały   „prostackie   pastuchy"   z 

Waszyngtonu.

Helena doniosła w jednym z listów, że zanim jeszcze wysechł atrament na umowie kupna-
sprzedaży, Sutter kazał wszystko, co w jakiś sposób dawało się ruszyć i załadować na wozy, 

background image

przewieźć do Nowej Szwajcarii. Wkrótce Fort Sutter zaczął rywalizować z najsilniejszymi 

meksykańskimi garnizonami. Kiedy zaś doszło do działań zbrojnych, stał się centrum opora 
„niezależnego" państwa kalifornijskiego, które następnie poprosiło o przyłączenie do USA. 

W ten sposób Kalifornia stała się cząstką Stanów Zjednoczonych.

Tatiana przeniosła wzrok dalej na wzgórza. Tam rosły sady jej ojca. Miały być źródłem 

pomyślności rosyjskich kolonistów, lecz stało się inaczej. Z tej odległości nie sposób było 
odróżnić drzew. Widać było tylko jednolicie zielony spłacheć ziemi.

Statek przybliżał się do brzegu. Nagle coś ścisnęło Tatianę za gardło. Jakiś ciężar legł jej na 

piersi. W palisadzie w miejscu bramy ziała ogromna dziura. Budynki wpatrywały się w ocean i 

niebo pustymi oczodołami okien. Minęło siedem lat i dawna świetność przemieniła się w 
ruinę. O tym, że mieszkali tu niegdyś Rosjanie, zaświadczały jedynie widoczne na kopułach 

cerkiewne krzyże.

Mała Helena zadarła głowę i spojrzała na ojca.

- Czy tu naprawdę było kiedyś pięknie, tatusiu?
- Tak, kurczaczku. Było i może jeszcze będzie.

Obraz   zniszczenia   stał   się   jeszcze   wyraźniejszy,   gdy  weszli   w   obręb   częstokołu.   Na 
zarośniętym trawą i chwastami placu walały się przegniłe i połamane meble. Tu widać było 

wóz bez kół, tam znów zardzewiały pług. Większość okien wyjęto, w tych zaś, które pozostały, 
nie było szyb. Z belki w dzwonnicy nie zwisał już dzwon. Po schodach strach było wchodzić - 

groziły zawaleniem. Trzask otwieranych przez wiatr i zamykanych drzwi potęgował jeszcze 
smutek tego miejsca.

Josiah zauważył, że Tatiana drży, i objął ją ramieniem.

- Czas płynie i nic nie pozostaje takie same, kochanie.

- Tak, wiem.

Znała   okrutną   potęgę   czasu,   ale   nie   mogła   się   zdobyć   na   stoicyzm.   Coś   w   niej   się 

buntowało przeciwko temu zniszczeniu. Popadła w melancholię.

Odzyskała humor, kiedy doszli do sadu. Nie wierzyła własnym oczom.

- Dobry Boże w niebiesiech - wyszeptała. - Czy widzisz, Josiah, to, co ja widzę? Gałęzie 

prawie się łamią pod ciężarem owoców. I jakie to owoce! Spójrz na te jabłka! Albo na tamte 
gruszki!

Rzeczywiście, znaleźli się w raju. Na drzewach więcej było jabłek i grusz niż liści. Co wyżej 

zawieszone owoce podziobane były przez łakome ptactwo. We wgłębieniach  gromadziły się 

background image

pszczoły, spijające miodowe soki.

Dzieci rozpierzchły się wśród drzew. Po wielotygodniowej podróży statkiem spragnione 

były ruchu i swobody. Toteż hasały teraz w wysokiej trawie niczym małe kózki.

Tatiana zerwała dorodne jabłko i zatopiła w nim zęby. Po jej brodzie popłynął sok.

- Smakuje? - zapytał Josh żartobliwym tonem. 

Śmiejąc się jak dziewczynka, otarła brodę wierzchem dłoni.

Podała nadgryzione jabłko mężowi.

- Sam   sobie   odpowiedz   na   to   pytanie.   Chociaż   nie,   już  teraz   mogę   ci   powiedzieć,   że 

wspanialszego jabłka nigdy nie jadłeś.

Przytulił ją do siebie.

Jadłem, najukochańsza. Ty byłaś i jesteś takim szlachetnym owocem.

background image

OD AUTORKI
Wciąż pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy ujrzałam Fort Ross. Jechałam wraz z mężem 

autostradą wzdłuż wybrzeża z San Francisco do Oregonu. W pewnej chwili zobaczyliśmy 
znak   informujący   nas   o   zjeździe   do   historycznego   rosyjskiego   fortu.   Oczywiście,   nie 

pozostaliśmy obojętni na to zaproszenie.
Fort ukazał się nam spowity mgłą. Al i ja spędziliśmy kilka cudownych godzin, zwiedzając 

baraki z bierwion, cerkiew i rezydencję zarządcy. Następnie wybraliśmy się na spacer wzdłuż 
wietrznych klifów, by z kolei skręcić ku  sadom na wzgórzach. Zagadnięty przez nas farmer 

powiedział nam, że tego roku zapowiadają się bogate zbiory.
Kilka lat później zaczęłam pisać romanse historyczne.  Akcję jednego z nich postanowiłam 

umieścić w miejscu,  w którym, przyznaję, rozkochałam się. Druga wycieczka  z mężem do 
Fort Ross jedynie utwierdziła mnie w mojej miłości.

Drogi Czytelniku, zapewne jesteś ciekawy, czy opisane  tu wydarzenia mają walor prawdy 

historycznej. Rosjanie założyli Fort Ross w 1812 roku jako bazę dla morskich

połowów wydry i źródło zaopatrzenia  osiedli na Alasce. Jednakże  prędko zasoby wydry 

stopniały niemal do zera, a produkcja rolna kolonii okazała się nieefektywna. W tej sytuacji 
car  Mikołaj  I zdecydował  się na  sprzedaż  fortu.  Aleksander Roczew i jego piękna żona 

Helena, od której  imienia wziął nazwę pobliski szczyt, pożeglowali do domu pierwszego 
stycznia 1842 roku. Kalifornia wraz z Teksasem, po krwawych walkach dwóch graniczących ze 

sobą państw, Stanów Zjednoczonych i Meksyku, stały się integralną częścią tego pierwszego.

Do   dzisiaj   historycy   łamią   sobie   głowę   nad   zagadką  sprzedaży   Fort  Ross   kapitanowi 

Johannowi Sutterowi. Bo  i faktycznie zastanawia, jakim sposobem prywatna osoba mogła 
zmobilizować fundusze potrzebne do tak gigantycznej transakcji.

Na szczęście pisarze mogą odwoływać się do wyobraźni. Jakby powiedziała Tatiana, nic na 

tym świecie nie jest niemożliwe.