background image

                                               Andrzej Waligórski

                         DOCENT BASSET 

 W sali operacyjnej panowała cisza, przerywana tylko wesołym brzęczeniem much, 
przelatujących od czasu do czasu w pobliskiej trupiarni.
  Trzej asystujący lekarze nie odrywali wzroku od spowitej w białe całuny postaci pacjenta, 
od której krwawo odcinało się wyodrębnione pole operacyjne, atakowane wprawnymi rękami 
docenta Basseta, ucznia i godnego następcy słynnego profesora Wilczura.
  - Wyjątkowo duże migdałki - mruknął anetstezjolog, dr Kundelek, ostrząc jednocześnie na 
podręcznym toczydle igłę od jednorazówki, aby była gotowa do ewentualnej iniekcji.
  - Siostro, kombinerki - warknął docent Basset spod maski, mającej  zapobiegać  tak 
rozpowszechnionemu wśród chirurgów nawykowi oblizywania skalpela.
  - A żeby cię - dodał, mocując się z jakimś opornym ścięgnem.
Nagle puściło z jękiem jak urwana gumka od majtek, a chirurg usiadł w kałuży posoki, 
trzymając w szczypcach krwawy ochłap.
  Zabrzmiały spontaniczne oklaski. Współpracownicy podchodzili pragnąc uścinąć dłoń 
mistrza, podczas gdy adiunkt, dr Wygrzmocony ślinił nitkę, aby nawlec igłę i zaszyć 
blugoczącą jeszcze ranę.
  - A pudziesz - docent Basset żartobliwie przepędził tłustego szpitalnego kota, ciągnącego 
coś z kubełka. Basset był już bez maski, jego wspaniała, męska twarz świeciła od potu, ale w 
oczach widać było radość z udanej operacji. Żartował nawet z asystentką ściągającą połatane, 
gumowe rękawiczki:
  - Znowu dwie łatki zostały w pacjencie, panno Franiu - mówił z humorem - a potem podczas 
rehabilitacji ozdrowieńcy się skarżą, że co przysiad, to balonik!
  - A z pana docenta to wieczny jajcarz - śmiała się Frania, czyli Franciszka Ruchała, patrzaąc 
rozkochanym wzrokiem na Basseta.
  - Że jajcarz, to fakt - mruknął kwaśno adiunkt Wygrzmocony, przyglądając się rozwiniętemu 
już z prześcieradeł pacjentowi.
Wszyscy spojrzeli w tym kierunku. Cisza zaległa salę.
  - Ładne migdałki mu pan wyciął... - bąknął z przekąsem anestezjolog.
  - A skąd mogłem wiedzieć - sumitował się docent Basset. – Jak przyszedłem do sali, to pole 
operacyjne było już odsłonięte, a reszta zasłonięta!
  - Pewnie Walkowiak znowu się upił i ułożył pacjenta na odwyrtkę - podsunęła siostra 
przełożona.
  Dr Ruchała podskoczyła nagle i po dziecinnemu plasnęła dłońmi:
  - Wiem! Wszyjemy mu z powrotem i nawet nie zauważy!
  - Akurat... - siostra przełożona wskazała na spęczniałego od przeżarcia kota, który siedząc na 
oknie oblizywał się smakowicie.
  - Już tam mój Mruczuś żadnym podrobom nie przepuści! – dodała z uznaniem, drapiąc czule 
za uchem spasionego bydlaka.
  Tymczasem adiunkt Wygrzmocony, studiujący od kilku chwil kartę pacjenta, złapał się 
oburącz za głowę:
  - Panowie, czy wiecie kto to jest? Toż to jest towarzysz Podnośnik!
  - Obecny! - zawołał pacjent, siadając na stole operacyjnym. - Co to jest? Gdzie ja jestem? O 
co walczymy? Dokąd zmierzamy? -dopytywał się głupio, jak to zwykle bywa w 
pooperacyjnym szoku.
  - O, widzę, że już po zabiegu! - dodał, odzyskując świadomość i zaraz też wpadł w tonację 
swoich rozlicznych przemówień:

background image

  - Pragnąłbym z tego miejsca - zaczął - złożyć serdeczne, braterskie podziękowania naszej 
uspołecznionej służbie zdrowia, służącej swą ciężką, wytężoną i ofiarną pracą ludowi miast i 
wsi...
  - A dlaczego ja tak cienko mówię? - zainteresował się naraz.
  - No cóż... - wyjaśnił Basset, unikając jego wzroku. - Migdałki!
  - To jakżeż ja teraz będę przemawiał? - zmartwił się towarzysz Podnośnik. - Chyba... - dodał 
z nadzieją - chyba, że przejmę Referat Do Spraw Kontaktów z ZSMP! Tam są sami 
gówniarze około czterdziestki i przeważnie jeszcze przed mutacją!
  Ale docent Basset nie słyszał już tych słów, spieszył bowiem do domu, gdzie czekała go 
rodzinna uroczystość: imieniny jego pięknej żony, pani docentowej Jolanty Basset.
Obszerny hall w willi docentostwa Bassetów tonął w dyskretnym półmroku. Popołudniowe 
słońce, nisko już stojące nad horyzontem, docierało tu tylko fragmentarycznie, przesiane 
przez wprawione w ścianę denka od butelek po koniakach, wręczonych ongiś znakomite-
mu chirurgowi przez wdzięczne wdowy. Podłogę zaścielał puszysty dywan, a ściany pokryte 
były obrazami renomowanych malarzy, od Starowieyskiego po Krajewskiego. Zgodnie 
wisiały tu obok siebie tak odległe tematycznie dzieła, jak "Pizdozwierz 2-gi Numeryczny
z Katarynką" i "Minister Berman całujący Sieroty po Akowcach". W swoim klubowym fotelu 
siedział osłupiały docent Basset i po raz nie wiadomo który odczytywał znaleziony na 
marmurowym kominku list:
  Drogi Mietku! Wiem, że sprawiam Ci ból sroższy, niż Ty zdołałeś sprawić którejkolwiek ze 
swych ofiar na stole operacyjnym, ale wreszcie przyszła koza do woza. Odchodzę od Ciebie 
na zawsze!...

  - Koza do woza! - prychnął urągliwie chirurg. - Nigdy nie umiała właściwie cytować 
przysłów!
  Może wyda Ci się dziwne - czytał dalej - że porzucam dobrobyt, a nawet przepych, którym 
otoczyłeś mnie jak Święty Michał diabła. Nie wszystko jednak da się przeliczyć na pieniądze. 
Człowiek, dla którego Cię zostawiłam, potrafi zapewnić mi tę odrobinę ciepła, tak 
potrzebnego każdej kobiecie, podczas gdy Ty karmiłeś mnie wyłącznie wzniosłymi 
dewizami. Odchodzę więc, zostawiam wszystko, czym mnie obdarzyłeś jak jakąś burą sukę. 
Zabieram tylko te dewizy. Niegdyś Twoja - Jolanta.
  - Zabiera tylko dewizy... - powtórzył odruchowo docent Basset, ocierając łzę ze 
spuszczonego na kwintę nosa. 
  - Jak to zabiera dewizy? - wrzasnął nagle i rzucił się otwierać sejf, zamaskowany chytrze 
obrazem zatytułowanym "Zielone światło dla rzemiosła", a przedstawiającym nędzarza, 
wieszającego się w celach samobójczych na szyldzie własnego warsztatu. Stalowe
drzwiczki odskoczyły ze zgrzytem, ujawniając opustoszałe wnętrze.
  - Ożeż ty... - zawołał Basset pod adresem nieobecnej żony. -Ja  cię...!
  - Baba z wozu, koniom lżej - odezwał się sentencjonalnie stojący w progu wierny sługa rodu 
Bassetów, magister polonistyki Bazyli Podgumowany, którego znakomity chirurg zabrał 
kiedyś z zawodu nauczycielskiego, odkarmił, zdezynfekował, odrobaczył i zatrudnił w 
charakterze famulusa, pokojówki i palacza centralnego ogrzewania.
  - Nie płacta, panocku - dodał bezbłędną gwarą, nabytą podczas długoletnich studiów. - 
Pambók nierychliwy, ale sprawiedliwy, i tylko patseć jak onemu kurwisonowi dokopie z 
woleja. – Co rzekłszy ucałował drżącą dłoń swego ukochanego chlebodawcy.
  - Pies z nią tańcował - odrzekł docent, wysmarkując się jednocześnie w pochyloną kornie 
głowę lokaja - stara to była fisharmonia i mocno zdezelowana...
  - Że zdezelowana, to racja - zgodził się sługa. - No, ale pograć jeszcze na niej szło... - dodał 
z uśmiechem, jakby nagle sobie coś przypominając.

background image

  - Ale dolary, dolary! - rozszlochał się znowu pan domu, wspomniawszy  zagraniczne 
delegacje przeżyte o zimnej konserwie, ciułane z trudem dewizy i niewybredne żarty 
celników na Okęciu, grzebiących mu bez żenady długopisami gdzie popadło w poszukiwa-
niu przemytu.
  - Dolary wzięła, ale wielmożną panienkę Simonę też zabrała, a zawszeć to jakaś ulga! - 
perswadował służący polonista.
  - Wódki! - zażądał docent Basset, ponieważ jednak wódka też zniknęła, narzucił na ramiona 
kosztowne futro z nutrii i poszedł w miasto, na wiatr, deszcz i poniewierkę...
W knajpie "Pierwiosnek" kipiało życie. Za kontuarem królował potężny jak wielkie piece 
Magnitogorska ajent Wincenty Jamochłon, słynny ongiś zapaśnik i sztangista. Rozstawione 
nie bez smaku baterie różnokolorowych wódek otaczały aureolą słuszny w treści,
chociaż opluty w formie napis "Alkohol szkodzi zdrowiu", pod którym ktoś dopisał "...ale 
ratuje budżet państwa". W szklanej szafce widniały zwłoki śledzia, omszałe jajko na twardo i 
spory kawałek pasztetu, po którym łaził wywijający z radości ogonkiem
duży, złocisty gronkowiec.
  Bliżej wejścia pousadzali się urzędnicy samorządu terytorialnego, chłepcząc w pośpiechu 
jakieś chude zupki, przełykając zimny makaron i zerkając ze strachem ku centrum sali, gdzie 
stoliki zajęte były przez podziemie gospodarcze, drobnych rabusiów, artystów estrady, 
prostytutki i zwyczajnych pijaczków. W kącie skupiała się rozpoznawalna na pierwszy rzut 
oka  konspira. Rysowano tam na bibułkowych serwetkach wzory ulotek, wymieniano szeptem 
zbrodnicze wiadomości i zerkając znad podniesionych kołnierzy puszczano z premedytacją 
fałszywe informacje, notowane skwapliwie przez siedzącego opodal tajniaka, 
ucharakteryzowanego na zarażona syfilisem konduktorkę MPK.
  - Wódki dla wszystkich - powiedział docent Basset, podchodząc do kontuaru i rzucając 
banknoty ozdobione wizerunkami naszych pierwszych monarchów z linii piastowskiej.
  - Jak dla wszystkich, to Szopen - burknął bufetowy, mając na myśli pięć tysięcy złotych. 
Jednak kierownik orkiestry nie wyczuł intencji i zawołał z entuzjazmem: Tak jest, szefie, 
Szopena!
  I zaraz też zabrzmiała Fantazja A-dur na tematy polskich pieśni ludowych, opus 13-te, grana 
tym chętniej, iż muzycy byli bez wyjątku pracownikami filharmonii dorabiającymi sobie w 
wolnych chwilach i z największą niechęcią naginali się do knajpianego  repertuaru,  opartego 
głównie na  popularnych rytmach hardrockowych.
  - Jeleń, jeleń! - rozległy się na sali życzliwe głosy i zaraz też grono bywalców otoczyło 
hojnego ofiarodawcę, klepiąc go przyjacielsko po ramionach, niedźwiadkując się z nim i 
zerkając na pękaty portfel, z którego wysupływał coraz to nowe banknoty.
  Basseta wzruszenie dusiło w gardle. Wreszcie widział wokół siebie żywych ludzi, a nie ich 
wyłonione w polu operacyjnym, okrutnie masakrowane narządy. Pił bez umiaru, nie zauważył 
nawet jak ulotnił się gdzieś jego płaszcz podszyty nutriami, jak z nóg ściągnięto mu buty, a z 
przegubu ręki elektroniczny zegarek "Maładiec". Jego zamglony wzrok z trudem odróżniał 
poszczególne twarze, a przeszłość mieszała mu się z teraźniejszością.
  - Jolanto.... dlaczego odeszłaś...? - bełkotał, wieszając się na szyi babci klozetowej. - O, i pan 
sekretarz Jaskiernik jest z nami! - wykrzyknął na widok wiszącego nad bufetem portretu 
Marii Konopnickiej na rok przed śmiercią, uważanego przez ajenta za zdjęcie ministra 
Nieckarza, zrobione przy okazji pierwszej komunii.
  - A ty kto właściwie jesteś? - wypytywał go  Wincenty Jamochłon, wiedząc z 
doświadczenia, że taka informacja bywa zazwyczaj bardzo przydatna nazajutrz, gdy już 
dochodzi do identyfikacji zwłok.
  - Ja jestem nikim... - zachrypiał chirurg. - Do dziś byłem Bassetem, a teraz... Teraz wiesz, 
kto ja jestem?

background image

  - Jam wał koński! - tu roześmiał się tak okropnie, że pobledli nawet wielokrotni recydywiści, 
i słaniając się podszedł do drzwi. 
  - Jam wał koński! - zawołał jeszcze raz i wypadł w mrok ulicy,a za nim kilku jego nowych 
przyjaciół.
  W ciemnościach zakotłowało się, coś uderzyło głucho, ktoś jęknął, zawrzała krótka potyczka 
o łup, wreszcie wszystko ucichło. I tylko z ust siedzącego na kupie gnoju docenta Basseta po 
raz trzeci zabrzmiał szept:
  - Jam... wał... koński...
  Tu omdlał i legł bezwładnie obok butelki po piwie, którą go przed chwilą ogłuszono.

         Oj, nabiegał się tego dnia sieżant Miziak, ręce po łokcie urobił, nogi do kolan uchodził, 
a tu ciągle piętrzyły się przed nim nowe zadania. Interweniował w spory rodzinne, zapobiegał 
bójkom, wykrywał bimbrownie i ścierał nieprzyjazne napisy, albo neutralizował je przy 
pomocy drobnych poprawek, tak jak nauczono go na kursie, dopisując na przykład przed 
hasłem "PRASA KŁAMIE" – wyraz "AMERYKAŃSKA".
  Wreszcie usiadł, by napisać raport dzienny, gdy wtem kapral Modliszka wprowadził 
jakiegoś odrażającego osobnika, ubranego tylko w krawat, kapelusz i podarte skarpetki.
  - Ktoś go podrzucił na wóz staremu Kociorupie - wyjaśnił Modliszka. - Kociorupa wracał z 
targu w Warszawie, gdzie sprzedał kapustę i kupił kolorowego "Rubina". Przyjeżdża do 
chałupy, a tu zamiast "Rubina" ten facet.
  - Kociorupa to pijaczysko - zastanowił się sierżant - mógł go kupić w zamroczeniu zamiast 
"Rubina".... Zwłaszcza, że gość ma takie same kolory jak telewizor - dodał, przyglądając się 
sinym plamom, buraczkowym podbiegnięciom i zielonym zastoinom widniejącym na ciele 
nieznajomego.
  - Jak się nazywacie? - spytał, kładąc przed sobą formularz przesłuchania.
  - Jam wał koński... - jęknął przybysz.
  - Jan Wałkoński - zanotował sierżant. - No, dobrze, powiedzcie nam teraz, Wałkoński, gdzie 
was tak urządzono? Adresy, hasła, punkty kontaktowe? Krypto- i pseudonimy?
  - Jolanta... - wymamrotał cicho nieszczęśnik, trzęsąc się z zimna.
  - Pseudonim "Jolanta"? - zapytał Miziak. - Mówcie, mówcie, Wałkoński! Wiemy o was 
więcej niż przypuszczacie! - dodał, mrugając porozumiewawczo do kaprala Modliszki. 
Podejrzany zamilkł jednak i tylko szczękał zębami.
  - Ech, puścić by mu światło w oczy, jak na francuskich filmach kryminalnych... - rozmarzył 
się sierżant. - Ale trzeba by co najmniej sześćdziesiątkę, a nie jakąś gównianą czterdziestkę...
Żebym to ja miał takie wyposażenie jak porucznik Borewicz... -westchnął z zazdrością.
  - A może by zadzwonić do Borewicza? - podsunął Modliszka. – To ludzki facet, swój chłop, 
on nawet wiejskiego milicjanta ma w poważaniu!
  - Racja - zgodził się Miziak i podniósłszy słuchawkę telefonu, rzucił w nią zdecydowanie:
  - Ewa wzywa zero siedem!
  W mieszkaniu Borewicza zadzwonił telefon.
  - Co jest, kurwa? - rozeźlił się Borewicz, złażąc z przystojnej prywaciary, którą właśnie 
przesłuchiwał i nawykowo zapinając na gołym ciele szelki z kaburą podpaszną lewostronną, 
kryjącą w sobie miły ciężar niezawodnej, oksydowanej dziewiątki.
  - A, to wy, Miziak! - powiedział życzliwie. - Meldujcie szybko, bo mi opadnie!
  - Mierzy opadanie krwinek w probówce, uczony z niego człowiek - wyjaśnił Miziak 
kapralowi, przysłaniając ręką słuchawkę. 
  - Melduję - zawołał służbiście - że mamy tu podejrzaną osobę, pseudo "Jolanta", ale nie chce 
nic gadać!
  - Sam bym ją zbadał, ale nie mam, kurwa, czasu - odrzekł Borewicz, który jako swój chłop 
posługiwał się luźnym językiem dnia codziennego.

background image

  - W dodatku, kurwa, bezpartyjny jestem - dodał bez sensu, tak jak to robił we wszystkich 
odcinkach serialu.
  - To co mamy robić? - zmartwił się sierżant.
  Borewicz parsknął krótkim, męskim śmiechem.
  - Powiem wam tylko sierżancie, że w łóżku każdemu rozwiązuje się język! - i położył 
słuchawkę, bo do jego sypialni dobijała się już następna podejrzana, złotowłosa trucicielka ze 
stołówki w Zakładach Produkcji Zabawek im. Feliksa Dzierżyńskiego.
  - Modliszka! - rozkazał sierżant Miziak. - Ja wychodzę, a wy macie się przespać z 
zatrzymanym!
  - Nigdy! - załkał kapral. - Dostanę od tego adidasa!
  - W takim razie - zawyrokował po chwili namysłu Miziak -odprowadźcie go do starego 
Kociorupy. Jak go sobie kupił, to niech się teraz o niego martwi!
Życie nie układało się staremu Kociorupie po różach. Rozkułaczony w 1952 i pozbawiony 
swoich hektarów, stał się nagle biedniakiem wiejskim, a jako taki z entuzjazmem przyjęty 
został do Spółdzielni Produkcyjnej imieniem Jakuba Szeli. Że zaś był pyskaty i obrotny, już 
wkrótce spółdzielcy okrzyknęli go swoim prezesem, dzięki czemu mógł pousadzać krewnych 
i znajomych na wszystkich prominentnych stanowiskach w gminie. Zrobił to zaś tak 
konsekwentnie, że podczas zebrań i rocznicowych akademii przy stole prezydialnym 
zasiadała cała rodzina Kociorupów, spoglądając władczo sponad zielonego sukna na 
skłębioną w świetlicy resztę ciemnego ludu. Rozpad spółdzielni nie zaskoczył 
doświadczonego kmiecia. Nachapał ile się dało ze wspólnego inwentarza, okopał w
swoich zabudowaniach i ogłosił, że zakłada gospodarstwo specjalistyczne, bardzo podówczas 
lansowane. Zaraz też udzielono mu licznych kredytów, otoczono opieką agro- i 
zootechniczną, a nawet pewnego dnia odwiedził go ktoś z najwyższego szczebla, chodził po
obejściu, chwalił wybetonowane gumno i gładził po płowych głowinach liczne rzekome 
wnuki Kociorupy, wypożyczone przez niego za dwa metry ziemniaków z pobliskiej ochronki. 
Podziwiał też krowy, przywiezione z okolicznego PGR-u, tak już przywykłe do ciągłego 
przerzucania z miejsca na miejsce, poklepywania i pozowania, że na widok ekipy telewizyjnej 
same ustawiły się do zdjęcia. Dwie z nich legły nawet wdzięcznie u stóp dygnitarza, dwie 
inne usiadły na zadach po obu jego stronach, reszta zaś stanęła w tle i
przechylając wdzięcznie mordy wpatrywała się w obiektyw.
  - Jakaś zmyślna rasa! - zachwycał się prominent. - Czy to może leghorny?
  - Od razu żeście poznali - krzyknął z udanym podziwem chytry Kociorupa. - A niechże was 
dunder świśnie! - dodał, co bardzo spodobało się gościowi, znużonemu już nachalnym 
wazeliniarstwem swego dworu.
  Wprawdzie w kilka miesięcy później dygnitarz ów wysadzony został ze stołka, a wkrótce 
posypali się również jego poplecznicy, ale zmian - hamowane po drodze gdzie się dało - nie 
doszły aż do szczebla gminy. Kociorupa jakby się skulił, do żadnych nowych organizacji nie 
wstępował, składki gdzie trzeba płacił, tyle że zaczął naraz uczęszczać do kościoła, pilnie 
uważając by i tam się w żadną stronę nie wychylić. Gdy więc podczas "Boże coś Polskę" 
ekstrema śpiewała "racz nam wrócić Panie", zaś aktyw Komitetu Gminnego molestował 
"pobłogosław Panie", nasz Kociorupa dostawał zwykle w tym miejscu ataku kaszlu, 
wprawiając podsłuchiwaczy w osłupienie i wpuszczając ich w kanał.
  Reaganowskie restrykcje, tak dotkliwe dla większości hodowców drobiu, także umiał 
obrócić na swoją korzyść i ku ogólnemu zdumieniu stał się jedynym po obu stronach Oceanu 
Atlantyckiego człowiekiem, któremu to godne pożałowania pociągnięcie adminis-
tracji amerykańskiej przyniosło wymierne korzyści. Proklamował mianowicie moratorium na 
spłatę kredytu w banku spółdzielczym, zwalając całą winę na Biały Dom i uzasadniając to tak 
dialektycznie, że uzyskał nie tylko umorzenie długu, ale i opinię swojego człowieka.

background image

  Do takiego to, pełnego godności i tradycji domostwa trafił amnezjonowany docent Basset i 
jako nikomu nie znany Jan Wałkowski zaczął uczciwie pracować na miskę zupy i przygarść 
jaglanej kaszy.
  Siedział więc kiedyś na przyzbie i skrobał ziemniaki, gdy spoczęła przy nim na moment 
urodziwa Kaśka Pyzdra, zatrudniona przy skubaniu pierza, pilnowaniu zacieru, nawilżaniu 
zboża, aby przy skupie miało lepszą wagę i tym podobnych czynnościach,
nieobcych żadnemu polskiemu rolnikowi.
  - Jak żyjeta, Wałkoński? - spytała życzliwie, bo polubiła tego pracowitego, cichego 
przygłupa.
  - Ot, siedzę se i skrobię... - odparł zgodnie z oczywistą prawdą.
  - Skrobiecie... - powtórzyła w zamyśleniu - skrobiecie... a mnie nie chcą wyskrobać, mówią, 
że za późno! - tu wybuchnęła spazmatycznym, dziewczęcym płaczem.
  - Nie martw się, Kasiu - zaczął ją pocieszać i obejmować - co znaczy za późno? Dla dobrego 
chirurga nigdy nie jest za późno... - tu zaczęło mu się coś przypominać, majaczyć, 
konkretyzować w zaćmionym umyśle, aż poczuł w sobie wiedzę, moc i chęć dopomożenia tej 
dziewczynie, więc przyciskając ją i nawykowo badając, zawołał:
  - Jo cię Kaśka wyskrobia, że i śladu nie budzie! 
  - Dobrzyśta - szepnęła z wdzięcznością, podnosząc na niego ogromne błękitne oczy - zajdę 
do was wieczorem, a teraz wyjmijta mi już palucha z rzyci, bo gospodyni czekają!
  I z wesołym puknięciem zerwawszy się z uwięzi, pobiegła furkocząc spódniczkami, a ubogi 
wyrobnik jął wecować na kamieniu skrobaczkę do kartofli, obficie na nią popluwając.
Jak gmina długa i szeroka, wszędy z szybkością wiatru rozeszła się wieść o niezwykłych 
talentach wolnego najmity, żyjącego na łaskawym chlebie w Kociorupowym obejściu.
  Z podziwem i nadzieją opowiadano sobie, jak to przygłup Wałkoński wyskrobał Kaśkę 
Pyzdrzankę tak galanto i błyskawicznie, że tuż po zabiegu dziewucha o własnych siłach 
uciekła w jedną stronę, a potworny wyskrobek w drugą i to nie tylko za próg, ale
aż do miasteczka, gdzie początkowo dobijał się do Stronnictwa Demokratycznego, zaś 
załatwiony odmownie pokuśtykał na plebanię i zatrudniony tam został jako dzwonnik 
Quasimodo, które to imię - trudne do wymówienia - prosty lud zaraz zmienił na Kwasimordę, 
i bardzo słusznie, bo mordę miał w samej rzeczy rozkwaszoną.  Zaraz też ze wszystkich stron 
wyruszyły wozy i wózki, fury i furki, polonezy, maluchy, a nawet syreny wiejskiej biedoty i 
pociągnęły het, precz drogami i bezdrożami ku chałupie Kociorupów, a na każdym wozie 
stroskana matka lub ojciec zbolały wieźli a to jakąś Marychnę leniwą, której - zgiętej przy 
kopaniu ziemniaków - nie chciało się machnąć motyką do tyłu, aby natręta
odpędzić, a to znowuż Jagnę roztargnioną, co grając w kucanego berka nie spozierała gdzie 
mianowicie kuca, a to wreszcie łatwowierną Małgośkę, która czekając ze zbożem we 
wiatraku aż wiatr dmuchnie - sama nieopatrznie nadmuchać się pozwoliła.
  Księża grzmieli z kazalnic na zgorszenie, babki-znachorki zaczęły przymierać głodem, zaś w 
szpitalu okręgowym po raz pierwszy od dziesiątków lat pojawiły się wolne łóżka, co wreszcie 
zwróciło uwagę adiunkta Wygrzmoconego, od niedawna dyrektora tej prowincjonalnej 
lecznicy.  
- Wiesz, Jolanto - mówił wieczorem do żony - chyba zdrowotność w rejonie drastycznie 
wzrosła, bo już pacjenci nie leżą po korytarzach i można przejść suchą nogą, nie ślizgając się 
w różnych paskudztwach, jak to kiedyś bywało... Myślę - kontynuował- że jest to rezultat 
mojej wytężonej pracy, jaką podjąłem od momentu, gdy w dowód zaufania przeniesiono mnie 
na ten zaniedbany odcinek.
  - W dowód zaufania! - prychnęła pogardliwie Jolanta. - Ciebie wywalono na zbitą twarz z 
kliniki za to, żeś wywałaszył towarzysza Podnośnika jak sójka za morze!
  - To nie ja - pisnął rozpaczliwie adiunkt, rozglądając się czy kto nie słyszy - to twój 
pierwszy mąż, docent Basset!

background image

  - I owszem - zgodziła się Jolanta - ale miał tyle rozumu, żeby potem zniknąć, a więc 
wszystko skrupiło się na tobie, jak kura na pieprzu... O, ja nieszczęsna - zawołała wpadając w 
rozpacz mogłam żyć z Bassetem w szczęściu i dobrobycie, zamiast kisnąć na
tym zadupiu jak małpa w kąpieli!
  Sprzeczkę przerwało przybycie sierżanta Miziaka.
- Witam, witam komendancie! - zawołał kordialnie Wygrzmocony, który starał się być w 
dobrych stosunkach z przedstawicielami miejscowego establishmentu. 
- Co dolega? - pytał troskliwie.
-Zresztą nic nie mówcie, stary praktyk z samego wyglądu potrafi postawić diagnozę... Cera 
nieświeża, oddech też, wzrok osłupiały... Przepracowanie, co?
- To swoją drogą - zgodził się Miziak, który właśnie przed chwilą zneutralizował wypisaną na 
szpitalnym murze nielegalną nazwę nieistniejącego związku zawodowego "Solidarność" 
dopisując do niej wyrazy "...z walczącymi narodami Afryki i Azji, to nasz
patriotyczny obowiązek".
- Ale ja nie w tej sprawie! - dorzucił szybko w obawie przed terapią adiunkta, która już 
niejednego pacjenta wyprawiła na cmentarz komunalny.
  - Nie? A to szkoda, bo mam tu właśnie nowy amerykański lek "The Polopiryna", na pewno 
postawiłby was na nogi!
- Panie Wygrzmocony - szepnął konfidencjonalnie sierżant. -Ktoś robi panu koło pióra...
- Jak to koło pióra? - zaniepokoił się uczony. - Może koło biura? - zapytał z nadzieją w głosie, 
bo koło jego biura funkcjonowała jedyna w szpitalu ubikacja, do której ustawiały się kolejki 
pacjentów, nie zawsze panujących nad zwieraczami po percepcji czterosuwowej sprężarkowej 
lewatywy,  będącej  darem bułgarskiej służby zdrowia dla bratniego okręgu.
- Koło pióra powiadam, to znaczy, że ktoś panu odbiera pacjentów - i sierżant Miziak 
zreferował pobladłemu z wrażenia lekarzowi sytuację, jaka wywiązała się w gminie na 
odcinku troski o powszechną zdrowotność.
- Sierżancie - rzekł z determinacją docent Wygrzmocony -jedziemy do starego Kociorupy... 
Czy macie przy sobie nakaz aresztowania in blanco?
- Mam swoją pałkę - odparł wymijająco Miziak, postanawiając sprawdzić wieczorem w 
słowniku wyrazów obcych, co to znaczy "in blanco".

  Tymczasem Jan Wałkoński, nieświadom burzy zbierającej się nad jego głową, czynił 
następny krok w swojej powtórnej karierze, a to za sprawą polowania odbywającego się w 
Puszczy Gminnej im. Marii Rodziewicz.
  Gmina, którą opisujemy, położona peryferyjnie, od  kilku dziesiątków lat była terenem 
zsyłki dla różnych wybitnych ongiś postaci, które na kolejnych etapach powylatywały ze 
stanowisk i tutaj, w ciszy i spokoju, dożywały swych dni, nie dręczone widmem 
odpowiedzialności za swoje niegdysiejsze poczynania.  Doroczne polowanie zgromadziło ich 
wszystkich - zgrzybiałych zwolenników sanacji, prostodusznych autorów błędów i wypaczeń, 
zgrzebnych entuzjastów ekonomiki  bodźcowej,  niefrasobliwych pożyczkobiorców i 
dziecięco naiwnych teoretyków finlandyzacji.  Stary  leśniczy  Bazyli Dwurura ustawiał ich 
właśnie na stanowiskach strzeleckich, wywołując kolejno nazwiskami i tytułami, na które byli 
ogromnie uczuleni.
  - Pan podkomorzy katowicki na stanowisko trzecie! – zabrzmiał jego puszczański, surowy 
bas.
  - I znowu na stanowisku... - rozmarzył się podkomorzy, wspomniawszy nie tak znów dawną 
przeszłość.
  - Pan miecznik rzeszowski, prosimy na ambonę! – komenderował leśniczy.
  - A czy nie można by na mównicę? - spytał szeptem miecznik. -Obawiam się, że mój pobyt 
na ambonie mógłby wywołać nieprzyjazny komentarz w stolicy...

background image

  - Akurat w stolicy nie mają większych kłopotów! - mruknął sarkastycznie profesor 
Mieczysław Różopolański, przebywający na prowincji od marca 1968, zwracając swój 
egzotyczny profil ku byłemu działaczowi PSL-u, Bonifacemu Kant-Gwizdkowi.
  - A odpierdulta żeż się wszyscy ode mnie! - odrzekł zgryźliwie
Kant - Gwizdek, ładując kwartą prochu starą odtylcówkę, z amerykańskich jeszcze zrzutów.
  Przedwojenny wojewoda piński, wybrany jednogłośnie marszałkiem szlachty, dał znak 
chórowi włościańskiemu, który buchnął starą, myśliwską pieśnią: - Pojedziemy na łów, na 
łów, towarzyszu mój... - narodową w formie i jakże aktualną w treści.
  - Nagonka ruszaj! - rozkazał marszałek szlachty.
  - Nie nagonka, jeno naganka! - sprostował szybko leśniczy widząc, że niektórzy szczególnie 
doświadczeni działacze dają dyla w krzaki.
  Zaraz też rozległo się srogie łomotanie, gwizdy i krzyki, a wreszcie tętent nadbiegającej 
zwierzyny.
  - Jakaś gruba sztuka przesieką idzie - szepnął Bazyli Dwurura, przykładając ucho do ziemi - 
chyba prosto na pana ministra Podmamuśkę!
  Minister Podmamuśka, stary wyjadacz z epoki propagandy sukcesu, podniósł broń do oka, 
ale zaraz opuścił ją z niesmakiem:
  - Sama drobnica - mruknął.
  Jakoż istotnie, z gąszczu wypadło najpierw kilku bimbrowników, potem niewielki zastęp 
harcerzy, a wreszcie spory tłumek zbieraczy runa leśnego. Wszystko to przemknęło z piskiem 
i kwikiem pod nogami myśliwych i pognało do wyraju, między Czarcim Uroczyskiem a 
PGR-owskimi ugorami, aby zniknąć jak ta efemeryda w proboszczowskim sadzie. I znowu 
nastała cisza, przerywana tylko pohukiwaniem naganiaczy.
  - Ogólna klapa... - odezwał się z ambony miecznik rzeszowski, spoglądając na leśniczego. 
Ten, w ostatecznej desperacji, przypomniał sobie naraz ostatnią powieść pana Nienackiego, 
którą przypadkiem w jakimś periodyku czytał, i wzorem bohatera tej powieści, również 
leśnika, wpadł do chałupy, wyciągnął z niej swoją starą i zadarłszy jej spódnicę ukazał 
struchlałej puszczy szpakowate, sinawe i nieźle już obwisłe łono. Na ten widok spomiędzy 
drzew zaczęły wyskakiwać a to rude listy, a to płowe wilczyska, a to szczeciniaste dziki, aby 
popędzić w panice prosto pod ziejące ogniem strzelby. Wtem baba pierdła - wtedy zaś do 
ucieczki runęły mocarne niedźwiedzie i łosie rosochate, i gigantyczne żubry, a nawet jakiś 
SS-man, od wojny się jeszcze kryjący, wyleciał z gąszczu z rozpaczliwym krzykiem "hilfe, 
hilfe" i dobiegłszy aż do komisariatu, poddał się kapralowi Modliszce.
  W ogólnym zamieszaniu i totalnej palbie padł też, jak to zazwyczaj bywa, jeden kierowca 
służbowej wołgi i kilkoro ze służby, ale żartom i śmiechom nie było końca, aż do momentu, 
gdy wśród towarzystwa rozeszła się hiobowa wieść: ambasador Bamboko Kikujuranion...
   W samej rzeczy,  egzotyczny ów gość leżał bezwładnie na trawie, a zdrowa czerń jego 
policzków przybierała z wolna barwę popiołu.
  - Doktora, doktora! - rozległy się krzyki.
    -   Ani   mi   się   ważcie!   -   zawołał   autorytatywnie   marszałek   szlachty.   -   Już   tam   adiunkt 
Wygrzmocony nie da mu żadnej szansy. Ot, wezwać by lepiej onego cudownego przygłupa, 
któren praktykuje w chałupie starego Kociorupy!
  - Źwięte słowa pana marszałka - powtórzył stary leśniczy. 
 -Kopnijta  no  się  chłopaki  i  sprowadźta tu migiem Jana Wałkońskiego.
- Ale żeś pan przywalił temu Murzynowi - mówił z podziwem stary Kociorupa, częstując 
niuchem tabaki byłego ministra Podmamuśkę.
    Siedzieli   obaj   przed   drzwiami   izby,   w   której   znachor   Jan   Wałkoński   walczył   o   życie 
ambasadora Bamboko Kikuju.

background image

   - A bo wyszedł prosto na mnie... - tłumaczył się Podmamuśka. - A że akurat wczoraj w 
telewizorze mówili, że należy bić Murzynów, więc dołożyłem mu w ostatniej chwili kolbą 
przez plecy...
   - W telewizorze podano dwie wiadomości - tłumaczył mu cierpliwie Kociorupa - jedną 
krajową, że należy oszczędzać, drugą zagraniczną, że Amerykanie biją Murzynów.
  - No, patrz pan, a ja zrozumiałem, że Amerykanie oszczędzają, a Murzynów należy bić... Oj, 
dadzą mi teraz łupnia, jak ambasador odkorkuje!
  Kociorupa uśmiechnął się pobłażliwie:
  - A kto się o niego upomni? Przecież ten afrykański rząd, który go desygnował, już dawno 
został strawiony.
  -  Rozumiem... - kiwnął głową Podmamuśka - strawiły go wewnętrzne sprzeczności okresu 
postkolonialnego, uczyli nas tego na pomaturalnych kursach doktoranckich.
  - Sprzeczności też - potwierdził Kociorupa - ale głównie strawiła go, po uprzednim zresztą 
zjedzeniu,   następna   ekipa   rządząca,   bardzo   postępowa   nawiasem   mówiąc,   pod 
kierownictwem sierżanta Makaku Nastyku.
  - Pokój temu domowi! - zabrzmiało od furtki, i do obu rozmówców podszedł niemłody już 
duchowny w wyszarzałej sutannie.
   - Witajcie,  ojcze Chudzielaku!  - odrzekł z szacunkiem  Kociorupa, zastanawiając się w 
duchu, na co zacny kapłan tym razem kwestuje, jeżeli we wsi stoją już trzy kościoły.
  - Podobno macie w obejściu konającego poganina? - zaszemrał ojciec Chudzielak.
  - Konającego poganina to za dużo powiedziane - oparł stary rolnik - ale pobitego Murzyna i 
owszem. Jeżeli ksiądz chce go ochrzcić, to my z panem ministrem Podmamuśką chętnie go 
przytrzymamy, żeby nie wierzgał.
  - O Jezu, Jezu! - rozległ się nagle rozpaczliwy wrzask z chałupy.
  - Nawrócony! - zawołał naiwnie ojciec Chudzielak, składając dłonie do modlitwy.
  - Et - machnął ręką Kociorupa - u Wałkońskiego wszyscy pacjenci tak wrzeszczą, wierzący i 
niewierzący, partyjni i bezpartyjni!
   - Nie moja to wprawdzie sprawa - rzekł Podmamuśka, mierzwiąc nerwowo szpakowatą 
czuprynę, przystrzyżoną na jeżyka z lat siedemdziesiątych - ale ja bym tak znowuż nie chrzcił 
każdego kto podleci, bo potem człowiek nie wie czy trafił do kościoła czy  dajmy na to do 
arki Noego. Ja tam jestem stary ateista i światopoglądu swego nie zmienię, tak mi dopomóż 
Bóg, ale jak w niedzielę zamiast księdza proboszcza wyłazi na kazalnicę ten cały profesor 
Różopolański, z takim proszę pana nosem i zaczyna bluzgać na partię, która go wykarmiła 
własnym   cyckiem,   to   mnie   za   przeproszeniem   szlag   nagły   trafia,   albowiem   w   Piśmie 
powiedziano, iż wszelka władza dana jest od Boga, a byt określa świadomość! -zakończył 
stanowczo i splunął na gumno.
  - Wszystko to nasi bliźni - szepnął obłudnie Chudzielak, który jako kapłan starej daty sam 
krzywo   patrzył   na   wszelkie   innowacje   w   Kościele,   a   zwłaszcza   na   prelekcje   polityczne 
różnych neofitów i występy artystów, a już szczególnie artystek, znanych ongiś szeroko z 
hulaszczego, a nawet rozpustnego trybu życia.
  Wtem drzwi skrzypnęły i stanął w nich Jan Wałkoński, skrwawiony, ale radosny.
  - Udało się - rzekł, odpowiadając na chaotyczne pytania - chociaż niełatwo było, gdyż pan 
minister Podmamuśka bardzo silnie kontuzjował pana ambasadora Kikuju w okolicę kości 
ogonowej.
  - A nie w dupę? - zdziwił się minister.
  - Toż to na jedno wychodzi! - parsknął głośnym śmiechem Kociorupa.
   - Niezupełnie - wyjaśnił znachor - ponieważ pan Bamboko Kikuju ma tę kość ogonową 
ponadprzeciętnej   długości,   dodajmy   że   chwytną,   więc   uszkodzenie   jej   mogłoby   się   źle 
skończyć.

background image

  - To z ostatniego namaszczenia nici? - skrzywił się ojciec Chudzielak. - Chrzest także się nie 
odbył, no to jestem nieźle do tyłu...  - i rozsierdzony duszpasterz pobiegł na plebanię,
podjąwszy niechrześcijańskie postanowienie odegrania się przynajmniej na dzieciach notabli, 
które przysyłano masowo na lekcje religii, a to głównie ze strachu przed miejscową opinią 
publiczną, męką piekielną i pomówieniem o sprzyjanie pieriestrojce.

 

Adiunkt Wygrzmocony gryzł palce w bezsilnej wściekłości. Jego akcja, mająca na 

celu eliminację kłopotliwego konkurenta, spaliła na panewce. Znachor Wałkoński z dnia na 
dzień zyskiwał na znaczeniu, leczył dostojników już nie tylko gminnych, ale i wojewódzkich, 
stając się dla Wygrzmoconego nieosiągalnym obiektem zawodowej nienawiści.
  Piękna pani Jolanta dolewała oliwy do ognia:
  - Ach, ty fujaro - mówiła - ty ofermo życiowa, ty flimono zagwazdrana! Byle znachor zabrał 
ci całą praktykę, jak diabłu ogarek. W domu bieda i głód, aż mnie w dołku ssie, jak kruk 
krukowi, a przecież przy każdym innym mężu mogłabym mieć te wszystkie bogactwa! - Tu 
wskazała dramatycznym  ruchem usytuowany naprzeciwko ich   mieszkania   Gminny Dom 
Towarowy, na wystawach którego piętrzyły się łańcuchy dla krów, odkurzacze dla młodych 
małżeństw   i   -   wprowadzone   ostatnio   -   prezerwatywy   wielokrotnego   użytku   dla   starych 
konkubinatów. 
- Temu Wałkońskiemu całkiem się we łbie przewróciło - ciągnęła, nie biorąc pod uwagę, że 
mąż bliski jest zawału. 
- Ty wiesz, że on odmówił wyjazdu za granicę?
- To zależy za którą granicę... - mruknął sceptycznie adiunkt.
-   Za   afrykańską!   Ten   wyleczony   Murzyn   zaproponował   mu   kontrakt   dolarowy   w 
Gugumayaya,   a  Wałkoński   mu   na  to   pokazał,   gdzie  się   zgina   dziób  pingwina.   Tak,  tak, 
niedaleko pada jajo mądrzejsze od kury!
    -   Dolarowy   kontrakt...   odmówił...   chyba   pijany   albo   wariat   -mówił   sam   do   siebie 
Wygrzmocony - wariat, na pewno wariat! A jeżeli wariat, to już ja go dostanę!
  I trzasnąwszy drzwiami pobiegł załatwić żółte papiery dla konkurencji. Poszło to łatwiej niż 
przypuszczał, ponieważ nikt we wrogim obozie nie oczekiwał ataku z tej właśnie strony. 
Ordynator  szpitala  psychiatrycznego  im.  prof. Krasińskiego, doktor hab. Sebastian  Cycoń 
natychmiast wysłał karetkę, która na sygnale dostarczyła związanego znachora i postawiła go 
przed komisją lekarską.
   - Dzień dobly, panie Wałkoński! - zawołał dr Cycoń, mający zwyczaj wylewnego witania 
swoich pacjentów, aby ich ośmielić.
  - Co tam nowego? Kuku na muniu? Do Aflyki nie pojechała za dularki, fiksum dyrdum?
  - A nie - odrzekł stanowczo delikwent - i nie pojadę, bo tu mi dobrze w kraju rodzinnym!
  "Wariat" - zapisali jednocześnie dwaj pozostali członkowie komisji, psychiatra dr Wysłodek 
i psycholog mgr Barbara Felga.
   - Czy pacjent nie onanizował się swego czasu dzieckiem w kolebce? - spytał dr Cycoń, 
obarczony predylekcją do górnolotnych wyrażeń, zapożyczonych z literatury.
  - Dzieckiem nigdy - odparł prostodusznie Wałkoński - tylko misiem albo ręką.
   - A czy pacjentowi nie śnią się czasami  stosunki analne? -indagowała mgr  Felga, cała 
czerwona ze wstydu, bo jej stosunki analne śniły się średnio cztery razy w ciągu nocy. 
   - Nigdy! - uderzył się w piersi znachor. - Za to czasem śnią mi się stosunki bilateralne z 
Kubą. 
"Zboczeniec" - zapisał dr Wysłodek.
   - Kończmy - szepnął mu do ucha dr Cycoń - bo czas leci, a ja muszę być o szóstej pod 
Borodinem... Tfu, co ja gadam? Pod kinem! - i zdenerwowany wsadził jedną dłoń za surdut, a 
palcami drugiej zaczął bębnić po stole, dmuchając jednocześnie w charakterystyczny kosmyk 
włosów opadający mu na czoło.

background image

    -   No   cóż   -   podsumował   dr   Wysłodek   -   chyba   zatrzymamy   pana   na   jakiś   czas,   panie 
Wałkoński.
  - Dostanie pan cieplutką celę - informowała życzliwie mgr Felga - i może pan brać udział w 
zajęciach plastycznych, a nawet sportowych... Nie wiem, czy pan wie, że w naszym kraju 
istnieje liga drużyn piłkarskich przy poszczególnych zakładach psychiatrycznych. O, nawet 
dziś KS "Psychopata" Gliwice  gra  ze "Schizofrenikiem" Poznań...
   - Możecie mnie zatrzymać - powiedział znachor z flegmą, nabytą podczas wielogodzinnej 
kontemplacji dziejów rodu Palliserów – ale uprzedzam, że przy najbliższej okazji poskarżę się 
swojemu posłowi.
  - Komu pan się poskarży? - krzyknęła z przerażeniem mgr Felga.
  - Swojemu posłowi oczywiście - odrzekł z godnością Wałkoński.
   - To przesądza sprawę. Idiota. Pojedyncza cela, zimne okłady, elektrowstrząsy i szpryca z 
towotu! - zaordynował  dr Cycoń  i porwawszy z wieszaka trójgraniasty kapelusz,  opuścił 
gabinet.
Przygwoździwszy   przeciwnika,   adiunkt   Wygrzmocony   zaczął   się   liczyć   ze   wzmożonym 
napływem pacjentów do swej własnej lecznicy. Gdy nic takiego nie nastąpiło, a miejscowy 
grabarz przestał mu się nawet kłaniać, adiunkt wpadł na pomysł zorganizowania białej
niedzieli na wsi, słusznie uważając, że kiedy pacjenci nie przychodzą, to należy ich samemu 
nałapać. Do sprawy przystąpił pedantycznie, naukowo, studiując przede wszystkim ostatnie 
dwa   roczniki   dwutygodnika   "Nowy   Medyk",   z   którego   to   pisma   dowiedział   się,   że 
warunkiem   powodzenia  wszystkich   masowych   akcji  sanitarnych,   takich  właśnie   jak  białe 
niedziele,   przymusowe   szczepienie   lub   odłów   kurew   w   celu   ich   przebadania   -   jest 
zaskoczenie.   Wygrzmoconemu   nie   przyszło   jednak   do   głowy,   że   z   kolei   warunkiem 
zaskoczenia jest dyskrecja. Gadał o obławie tu i ówdzie, przecieki poszły w teren. Chłopi, 
wiedząc czym to grozi - bo na przykład studentów stomatologii rozliczano podczas takich 
niedziel z ilości wyrwanych zębów - powołali straż obywatelską, osadzili kosy na sztorc, baby 
i dzieci schowali w lesie, psy pospuszczali z łańcuchów, a do władz wysłali delegację z białą 
flagą, powołując się na Kartę Praw Obywatela i grożąc przerwaniem dostaw żywca.
    Wróciwszy   jak   niepyszny   do   szpitala,   Wygrzmocony   usiłował   rozładować   swój   gniew 
sztorcując salową, która kijem od miotły tłukła właśnie w kącie jakąś wyjątkowo złośliwą 
salmonellę. Ta jednak - tzn. salowa, a nie salmonella - oświadczyła, że pan dyrektor może jej 
wskoczyć na dodatek rodzinny i że taką zasraną robotę to ona wszędzie znajdzie.
   W domu czekała  go niespodzianka, gdyż  córka pani Jolanty z pierwszego małżeństwa, 
Simona Basset, wróciła właśnie - jak oświadczyła  stara niania - "ze szkół", które to niemodne 
wyrażenie o tyle oddawało prawdę, że Simonę wylewano regularnie z kilku kolejnych szkół 
stopnia ponadpodstawowego, a to za kleptomanię, erotomanię, ostatnio zaś za narkomanię.
  - Biedactwo wpadło w wąchactwo! - zrymowała niechcący pani Jolanta, wskazując mężowi 
dobrze rozwiniętą dziewuchę, wąchającą z zapałem kawałek starego ementalera.
  - No oddaj to, no oddaj! - prosiła łagodnie. - Tatuś przyszedł głodny jak z cebra! Muszę mu 
zrobić kanapki...
  - Nie będę jadł! - warknął doktor, z trudem hamując mdłości.
  - Wszystko wącha? - spytał, usuwając narkomance sprzed nosa swoje ulubione stare kapcie i 
z ulgą wsuwając w nie stopy.
  - Wszystko! Wąchała już pastę do butów, swoją starą nianię, kota i sierżanta Miziaka, który 
ją tu zresztą przyprowadził, jak kwiatek do kożucha.
  Dr Wygrzmocony zasępił się. Nie dalej jak pół roku temu Simona wpadła w jogizm, a zaraz 
potem w nimfomanię, w wyniku czego została przyłapana na uprawianiu nierządu w pozycji 
kwiatu lotosu.
Na   nic   się   zdało   zmuszanie   jej   siłą   do   oglądania   w   telewizji   pogadanek   pani   Michaliny 
Wisłockiej, propagującej seks humanistyczny. Wskutek zmian programowych, w telewizorze 

background image

zamiast Wisłockiej pokazała się pani Irena Gumowska i udzieliła kilku rad gospodarskich, 
które Simona - przekonana, że dotyczą seksu - wprowadziła do swego repertuaru erotycznego 
wzbudzając grozę nawet wśród największych świntuchów. Szczególnie odrażające były jej 
próby czyszczenia starszym panom zamszu kiszoną kapustą, wypychania zużytymi gazetami i 
tym podobne.  Najwybitniejsi psychologowie i psychiatrzy nie byli w stanie poradzić sobie z 
rozwydrzoną dewiantką.
  - Może by doktor Cycoń? - zastanawiał się głośno adiunkt. - Albo magister Felga?
  - Akurat - skrzywiła się Jolanta. - Cycoń sam nienormalny, wczoraj dzwonił, czy jest u nas 
Kutuzow.   A   Felga   tylko   patrzy,   komu   się   podstawić,   jak   mysz   kościelna.   O,   znachor 
Wałkoński, ten by ją uzdrowił. Przecie on wyleczył mecenasa Pitułę z zastarzałego pedalstwa, 
i to tylko przy pomocy nunczaków, ćwiartki terpentyny i kołka dębowego sześć ósmych cala. 
No tak, ale ty wsadziłeś Wałkońskiego do czubków, kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie
wpada! - zakończyła swój wywód, nie wiedząc nawet, że pierwszy i ostatni raz w życiu udało 
się jej trafić przysłowiem w sedno sprawy.
   - A może by i Simonę tam wsadzić? - mruknął chytrze adiunkt. -Poproszę Cyconia, żeby 
umieścił ją we wspólnej celi ze znachorem... A nuż coś z tego wyjdzie?
  - Spróbuj - zgodziła się pani Jolanta. - Przygarnął Kociołek Gierkowi, a sam smoli.
Odseparowanie popularnego znachora odbiło się w całej gminie szerokim echem, co znalazło 
swój wyraz  na łamach miejscowej prasy.    "Państwowa psychiatria  w walce z ciemnotą i 
zacofaniem" -grzmiał półoficjalny "Trybunarz ludowy", dając do zrozumienia, że Wałkoński, 
oprócz znachorstwa i wrodzonego idiotyzmu, zhańbił się również posiadaniem obcych dewiz, 
powielacza, zacieru i kilku fragmentów   srebrnego   sarkofagu   św.   Wojciecha   z katedry 
gnieźnieńskiej.   "Wierzący wieśniak ofiarą represji" - narzekał "Aniołek rzymsko-katolicki", 
rysując na swych łamach wzruszającą sylwetkę wiejskiego homeopaty, który żegnał się przed 
każdym zabiegiem, co rzekomo spowodowało wściekłość władz i próby zmuszenia go, żeby 
żegnał się trzykrotnie, i to z prawa na lewo. Konspira też nie zasypiała gruszek w popiele i w 
ciągu nocy pokryła mury napisami "Wypuścić znachora", przy których uwijał się spocony 
sierżant   Miziak,   wymazując   końcówkę   pierwszego   wyrazu   w   nadziei,   że   hasło   "Wyp... 
znachora" będzie odebrane   niejednoznacznie, i że wprowadzi niejaki zamęt w strukturach 
podziemia.
  Afera  Wałkońskiego  ściągnęła  nawet  korespondentów zagranicznych, z którymi spotkał 
się rzecznik prasowy sołtysa, człowiek doskonale wychowany, przy tym bardzo przystojny 
mężczyzna o znakomitej sylwetce, bujnej czuprynie i ściśle przylegających do czaszki uszach, 
co   całkowicie   predysponowało   go   na   to   stanowisko.   Roli   tłumacza   podjął   się   chętnie   b. 
minister Podmamuśka, człowiek bywały w świecie, dobrze otarty o obce kraje i języki.
  Jako pierwszy wystartował z pytaniem dystyngowany Anglik, przedstawiciel "The Ilustrated 
His Maiesty Imperiał Magazine", mr Reginald Blackberry-Sauce Jr.
   - Pragnąłbym zapytać - powiedział bezbłędną, oksfordzką angielszczyzną - czy zdaniem 
milorda   sprawa   sir   Wałkońskiego   jest   incydentalna,   czy   też   może   zapowiada   dalsze 
przykręcenie śruby?
  - Co on powiedział? - spytał nerwowo rzecznik.
  - Przypierdala  się  do  Wałkońskiego!  -  przetłumaczył sumarycznie Podmamuśka.
  - To powiedz mu pan, że oni biją Irlandczyków.
    -   Wałkoński   ist   hochsztapler,   und   Się   szlagen   Ajrisz   in   Belfast   mit   Polizei   und 
Wasserpumpen! - oświadczył tłumacz, a Brytyjczyk usiadł czerwony ze wstydu, udając, że 
nie słyszy chichotu innych korespondentów.
   Następny z kolei, przedstawiciel "Le Pisoire", monsieur Madelaine, nie był już tak pewny 
siebie i z przymilnym uśmiechem usiłował dowiedzieć się od rzecznika, czy przymknięcie 
znachora nie wpłynie ujemnie na stosunki polsko-francuskie.
  - A jadłeś już pan dzisiaj żabę? - odpowiedział pytaniem na pytanie rzecznik.

background image

    Te   logiczne   odpowiedzi   sprawiły,   że   zgłosił   się   jeszcze   tylko   jeden   dziennikarz,   z 
"Woprosow   Pobiedy",   wypytując   o   współpracę   przygraniczną,   na   co   otrzymał   obszerne, 
dwugodzinne wyjaśnienie, ilustrowane przezroczami i wykresami. Wreszcie rzecznik wraz ze 
swą świtą wyszedł na ganek, z przyjemnością patrząc, jak korespondenci w panice wskakują 
do swych samochodów i odjeżdżają w kierunku Warszawy.
  - Całkiem fajnie nam to wyszło - cieszył się - w dużej mierze dzięki panu, panie ministrze!
    -   E,   co   tam,   ja   tylko   tłumaczyłem   -   krygował   się   Podmamuśka   -ale   fakt   faktem,   że 
stanęliśmy na wysokości. Ten Amerykanin z "Washington Compost" nawet się nie odezwał!
   Rzecznik roześmiał się: - Ha, ha, a niechby spróbował, już ja miałem na niego dobrego 
haka!
  - O Murzynach? - podsunął b. minister.
  - E tam, o Murzynach! Oni chytrusy przestali już lać tych Murzynów, żebyśmy się nie mieli 
do czego przyczepić. Ale ja bym mu powiedział, że tatuś Weinbergera oszukiwał przed wojną 
na śledziach!
  - Jak to? - zdziwił się Podmamuśka. - To pan mieszkał przed wojną w Stanach?
  - A skądże - zastrzegł się rzecznik - to tatuś Weinbergera mieszkał przed wojną w Buczaczu
Lecznica psychiatryczna doktora Cyconia od lat cieszyła się zasłużoną sławą. Tu kurowały się 
i odpoczywały ofiary kolejnych eksperymentów  ekonomicznych,  ciągłych  reform systemu 
szkolnego i zmieniających się kilka razy w roku przepisów podatkowych dla rzemiosła. Tu 
również   znajdowali   bezpieczny   azyl   i   wygodny   kaftan   bezpieczeństwa   bohaterowie 
pokazowych procesów. Gdy w trakcie rozprawy podsądny zaczynał zjadać własny krawat, 
robił głośno w majtki lub nieoczekiwanie przyznawał się do winy - wiadomo było, że zostanie 
uznany   za   niepoczytalnego   i   po   krótkim   pobycie   w   szpitalu   wyjdzie   na   wolność,   aby 
rozejrzeć   się   za   kolejnym   odpowiedzialnym   stanowiskiem.   Nieustanny   przepływ   przez 
lecznicę różnych znaczących w gminie osób spowodował, iż stała się ona jakby kuźnią kadr i 
giełdą dobrych  posad, a także kreatorką  postaw społecznych  i obyczajów, spełniając rolę 
zarazem   i   Cambridge,   i   Oxfordu,   z   dodatkiem   Yale   w   drzwiach   luksusowych   szałówek. 
Umieszczony w tym ekskluzywnym  zakładzie   znachor Wałkoński, ulegając wrodzonemu 
sobie   popędowi   do   czynienia   dobra,   usiłował   przyjść   z   pomocą   innym   pacjentom   i   już 
wkrótce osiągnął zdumiewające rezultaty. Między innymi udało mu się wyleczyć pewnego 
byłego dyrektora departamentu, który w sierpniu 1980 próbował uciec z kraju, w którym to 
celu poszukiwał bezskutecznie  granicy polsko-rumuńskiej, powołując się na precedensy z 
września   1939.   Ustawiwszy   nieszczęsnego   idiotę   przed   aktualną   mapą   i   przykazawszy 
szeroko otworzyć oczy,   znachor   przywalił   mu następnie po łbie nogą od łóżka, owiniętą 
humanitarnie   w   ciepłe,   szpitalne   kalesony.   Skutkiem   wstrząsu   mapa   zakodowała   się 
przypuszczalnie   w   umyśle   pacjenta,   gdyż   odzyskawszy   świadomość   stał   się   on   gorącym 
zwolennikiem nienaruszalności granic w powojennej Europie, i jako taki został wypisany ze 
szpitala   z   diagnozą   lekkiego   kretynizmu   i   zaleceniem   pracy   państwowej   na   pół   etatu. 
Przybycie Simony Basset zmąciło sielankowy nastrój. Ta młoda i piękna, ale do szpiku kości 
zepsuta   istota,   bywalczyni   wielu   więzień,   aresztów   i   odwykówek,   w   dodatku   ćpunka   i 
alkoholiczka, zdawała się wydzielać jakąś emanację zgnilizny i rozpusty, której nie mogli się 
oprzeć   nawet   prostolinijni   i   zdrowi   moralnie   członkowie     miejscowego     koła   ZSMP, 
grupującego co bardziej świadomych pielęgniarzy.
    -   Koleś,   kopsnij   szluga!   -   zwróciła   się   ordynarną   grypserą   do   jednego   z   nich, 
przechodzącego właśnie korytarzem.
  - Mówiłaś coś do mnie, koleżanko? - spytał grzecznie ów młody, schludny człowiek, będący 
nadzieją organizacji.
   - Nie kucaj, kindybale - kontynuowała zepsuta panienka - jak odgaruję pajdę, to damy z 
glana przez lipko i zajaramy trawkę bez obciachu!

background image

   Te kwiaty zła, trafiwszy na żyzną choć naiwną glebę, już wkrótce rozkrzewiły się bujnie, 
zarażając swym trującym aromatem spokojną dotychczas lecznicę.
  - Szufla, kolesie! - zwrócił się kilka dni później do zgromadzonych lekarzy dr Cycoń. - Nie 
będę ukrywał, że kitramy w samarę, gdyż herbatnicy jorgają na zastawkę. Proszę wklepać bez 
obciachu, co z juchtem?
  - Przybastować by dziekankę! - pisnęła mgr Felga.
  - Akurat! - oburzył się dr Wysłodek - a szamunek bez glejtu w szamkę na cwelu do rakiety 
nie śmignie!
  - Zaprotokołować wszystko - zarządził dr Cycoń. -  Jeden gryps wysłać do komitetu, a drugi 
do Wydziału Zdrowia i atanda bez kitu!
    Co   gorsza,   opuszczający   szpital   ozdrowieńcy   zaczęli   zarażać   niebawem   grypserą   całą 
gminę. Gdy więc jeden z miejscowych dostojników oświadczył w wywiadzie telewizyjnym, 
że skup rzepaku obcyndalamy bez przyprawki do cugu na samarę, zaś ksiądz Chudzielak
zalecił   wiernym   nawijanie   litanii   zamiast   garownictwa,   grożącego   niewątpliwie   sankcją 
piekielną, wówczas dopiero zorientowano się, że sytuacja jest krytyczna, że zło szerzy się ze 
szpitala, a źródłem tego zła jest rozpustna Simona Basset. Ponieważ zaś nikt z lekarzy nie był 
w stanie uleczyć jej plugawego języka, zaś wezwani pospiesznie poloniści albo staczali się na 
dno upadku, albo też opuszczali lecznicę w popłochu - postanowiono chwycić się ostatniej 
deski   ratunku,   a   deską   tą   był   oczywiście   znachor   Jan   Wałkoński.   Obiecawszy   mu   więc 
wolność, premię i tytuł psychiatry honoris causa, wepchnięto broniącego się rozpaczliwie do 
celi ohydnej Simony.
  

Pierwszy dowiedział się o niezwykłym wydarzeniu stary Kociorupa, który przyjechał 

do szpitala z paczką żywnościową dla znachora. Zdziwiła go cisza i brak portiera na pilnie 
zazwyczaj strzeżonej bramce. Korytarze też były puste, zaś cele pootwierane i wyludnione.
  - Jedno z dwojga - pomyślał stary kmieć - albo waryjaty pouciekały, albo są w świetlicy  i 
wybierają  Organizację Związkową.
    Ale   świetlica   także   świeciła   pustką,   za   to   przed   celą   Simony   stał   tłum   pacjentów 
przemieszanych z pielęgniarzami i personelem medycznym. Z celi biła jakaś dziwna jasność, 
a Kociorupa, przepchnąwszy się do pierwszych rzędów, ujrzał w jej wnętrzu znachora i jego 
świeżo   odzyskaną   córkę.   Trzymali   się   za   ręce   i   rozmawiali,   a   mocą   jakiegoś   dziwnego 
zrządzenia z ust ich płynęła nie grypserą i nie lokalny ludowy dialekt, lecz najczystsza poezja 
rodem z Konopnickiej albo Deotymy, chwilami asnykoidalna lub z lekka tetmajeryzująca:
  - O córko moja, czyżbym cię odzyskał, Bo do tej pory uwierzyć nie mogę?
  - Jam ci to, jam ci, daj mi tato pyska i idźmy razem w swą życiową drogę.
  - Toż dzieckiem byłaś pod opieką mamci, tyś to na pewno?
  - Jam ci, tato, jam ci!
   Kociorupa trącił w ramię stojącego obok starego nokautera używanego do obezwładniania 
co najtęższych furiatów i spytał go szeptem:
  - Panie Stachurko, powiedz pan, czy on tak bez przerwy gada wierszem z córką?
  Stachurko, któremu łzy leciały jak groch, odpowiedział lakonicznie:
  - Nie tylko on, szwagrze, i my wszyscy także!
  - Szwagra wstawiłem dla rymu... - dodał wyjaśniająco, ziewnął i mruknął:
  - I straszno, i cudno, Ale trochę nudno...
   I rzeczywiście,  wierszowane  gadanie  rozlegające  się z celi  zaczynało  już trochę  nużyć 
zebranych,   chociaż   Simona   opowiadała   akurat   dosyć   interesujące   szczegóły     ze     swojej 
rozpustnej przeszłości:
  - Ach, niecnie żyłam, tato, do tej chwili, Uczestniczyłam w orgiach i libacjach, 
  Różni panowie mnie tam...
  - Pokrzywdzili! - podrzucił znachor.
  - Właśnie, czasami w dziwnych sytuacjach, Ba, poniektórzy płacili mi za to...

background image

  - Ty żeś to, córuś?
  - Jam ci, jam ci, tatko!
   Pacjenci z tylnych szeregów zaczęli niepostrzeżenie wymykać się do swoich separatek i 
oddawać zwykłym zajęciom. Były prezes spółdzielczości mieszkaniowej pospiesznie kończył 
wyliczenia, z których wynikało, że gdyby każdy z półtora miliona pracowników
budownictwa wymurował w ciągu roku jedną izbę, to za pięć lat problem mieszkań przestałby 
u nas istnieć. Emerytowany minister skarbu na próżno usiłował sobie przypomnieć, gdzie w 
chwili   paniki   zadekował   trzydzieści   miliardów   pożyczonych   dolarów,   zaś   zubożały 
prominent, który zakupił kiedyś licencję na samospłaty, na próżno szukał w encyklopedii, co 
to   są   te   samospłaty,   gdyż   w   odnośnym   miejscu   figurowały   wyłącznie   takie   hasła,   jak 
samobójstwo, samochód, samodział, samogon, samograj i samogwałt, patrz masturbacja.
    Natomiast   szeregowi   wariaci   udawali   jak   zwykle   a   to   czajnik,   a   to   zlewozmywak   z 
dolnopłukiem, a to znów takie bajkowe lub mityczne postacie jak Kostka Napierski, Kubuś 
Puchatek albo Renata Susałko.
   Dr Wysłodek, wyszedłszy z zaklętego kręgu tkliwości i pojednania, rozpaczliwie usiłował 
pozbyć się daru mówienia wierszem:
   - Toć przecie muszę zacząć gadać prozą, nie jak ten stary kretyn ze swą kozą, a niech cię 
dunder, po com wstawił kozę? Jak mam odrzucić poetycką pozę? Dość już tych wierszy, czas 
żebym je urwał, o znowuż mi się zrymowało, kurwa. O, wolej, żebym ocipiał, owdowiał, co 
na to powie Ministerstwo Zdrowia i szef resortu minister Cybulko, który jest dla nas dobry 
jak tatulko, mogłem powiedzieć "tatuś", o psia noga, jak mnie nasiadła ta przypadłość sroga, 
już z tym zostanę pewnie jak ta dupa, a pan tu czego, panie Kociorupa?
  Zrymowany tak dosadnie Kociorupa spojrzał na niego koso i odparł:
   - Chciałem zapytać się doktora, czy mogę zabrać do domu znachora? A oto, co rzekł dr 
Wysłodek:
  - A bierz go chłopie, ale razem z córką, a teraz pozwól ze wlezę pod biurko!
  I rzeczywiście wlazł pod ten solidny, dębowy mebel, skąd przy wtórze szczekania, wycia i 
machania   ogonem   został   wyciągnięty   i   wpakowany   do   celi,   opuszczonej   przez   Basseta-
Wałkońskiego i jego cudownie nawróconą córkę.
  Pojednaniu Simony z ojcem towarzyszyło wiele dziwnych znaków na niebie i na ziemi. Oto 
nad kombinatem rolnym Grzdypućki ukazał się pies ognisty dupczący reformę gospodarczą. 
Zaraz potem eksplodował kocioł tamtejszej gorzelni, a powstały przy tym wszędobylski obłok 
spirytusowy wędrował nad gminą, wprawiając jej mieszkańców w stan bezpłatnej euforii i 
skłaniając do podejmowania   licznych    czynów  produkcyjnych, fundowania pomników, a 
zwłaszcza   ogłaszania   apeli.   I   tak   na   przykład,   młode   sprzątaczki   wystosowały   apel   do 
młodzieży  świata,  żeby nie szczać  po bramach,  ale  nie  mogły go wysłać  wskutek braku 
adresu   i   kodu,   wymaganego   przy   przesyłkach   poleconych.     Natomiast   sołtys   wsi 
Kociomruczki   usiłował   przesłać   sekretarzowi   generalnemu   ONZ   swoje   posłanie   i   nawet 
zaniósł   je   osobiście   do     ekspedycji     towarowej   PKS-u,   gdzie   jednakowoż   odmówiono 
przyjęcia pod pretekstem, że posłanie śmierdzi i żeby najpierw zmienił bieliznę pościelową, 
czego   żadną   miarą   nie   mógł   dokonać   wobec   braku   tejże   na   rynku.   Wszystkie   te 
niepowodzenia nie zdołały osłabić atmosfery ogólnej aktywności i wzajemnej życzliwości, 
która zaowocowała wreszcie publiczną dyskusją w remizie strażackiej na temat "Czy katolicy 
mogą budować socjalizm?", wzorowaną na podobnej imprezie, zorganizowanej swego czasu 
w   telewizji   przez   profesora  Ozdowskiego,     Ludność   zjawiła   się   tłumnie,   ponieważ   wiatr 
zerwał   połowę   afisza   z   nazwiskiem   profesora,   co   niektórzy   zrozumieli   jako   zapowiedź 
przyjazdu dr Ozdy, mającego rzekomo pokazywać Broniarka.
  Obrady zagaił prezes Towarzystwa Kultury Laickiej,  były działacz  PSL-u, Bonifacy Kant-
Gwizdek, który utracił wiarę jeszcze w 1947, kiedy to wicepremier Mikołajczyk wypchnął go 
z kufra dyplomatycznego ambasady Stanów Zjednoczonych, argumentując, że zamiast niego 

background image

musi zabrać na tułaczkę szczoteczkę do zębów, garść ziemi rodzinnej i kota, którego otrzymał 
rzekomo od Witosa.
    Na   postawione   przez   prezesa   Kant-Gwizdka   pryncypialne   pytanie,   czy   katolicy   mogą 
budować   socjalizm,   pierwszy   zgłosił   się   ksiądz   proboszcz   Chudzielak   i   oświadczył,   że 
owszem, mogą, ale jak skończą budować kościół. Na sarkastyczną uwagę Miziaka, że więcej 
kościołów już się w gminie nie zmieści, Chudzielak usiłował rzucić na sierżanta klątwę, ale 
dwukrotnie   nie   trafiwszy,   schował   się   czerwony   ze   wstydu   na   ławach   legalnej   opozycji, 
reprezentowanej przez PAX, PFAZ i białego emigranta z lat dwudziestych, atamana Osipa 
Anegdotycza Jefremienkę.
   Tymczasem na mównicę wdarł się adiunkt, dr Wygrzmocony i chcąc podreperować   swą 
nadwyrężoną   ostatnio   reputację, zgłosił zobowiązanie uruchomienia przy swym  szpitalu 
Zakładu Przerobu Odpadów Poamputacyjnych im. Wincentego Kadłubka. Nagrodzono go
grzecznościowymi oklaskami i powrócono  do  głównego  nurtu dyskusji.
   Kolejny mówca, przewodniczący PRON-u, mecenas Fizdoń wygłosił opinię, że katolicy 
mogą owszem budować socjalizm, ale coś im się jakby nie chce, na co katolicy odpowiedzieli 
gremialnie, że chcieliby, ale właśnie wczoraj polecono im budować wzajemne zaufanie, więc 
na razie nie mają czasu, a poza tym nie mają z czego.
  Po deklaracji dowódcy miejscowej jednostki  saperów  im. Sowińskiego w okopach Woli, że 
wybuduje   piętnaście   następnych   mostów,   obrady   zakończono   i   zaparafowano   protokół,   z 
którego wynikało jednoznacznie, iż:
  po pierwsze - jeżeli katolicy chcą budować socjalizm, to proszę bardzo;
  po drugie - wykluczające się nawzajem światopoglądy nie wykluczają wyjścia z kryzysu;
  po trzecie- o ile towarzysz Sowiński w okopach woli, to nie należy mu w tym przeszkadzać;
  po czwarte - popieramy walkę prof. Kowalskiego z faktami, a bramy piekielne nie przemogą 
go.
    Wreszcie   nastąpiła   część   artystyczna   spotkania.   Poetka   ludowa   Rozmunda   Kociorodek 
odczytała swój poemat na cześć załogi Gminnej Zbiornicy Złomu, zaczynający się od słów:
   - Kolektyw zwarty i przyjazny, My ręka w rękę, goleń, w goleń, Zostanie po nas złom 
żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń...
   - na podstawie którego to utworu została natychmiast przyjęta do odrodzonego Związku 
Literatów Polskich. Na zakończenie chór Anonimowych Alkoholików odśpiewał pouczającą 
piosenkę o skutkach pijaństwa:
   - Padł Bartosz wśród drogi, obcięto mu nogi, Zbudził się pojutrze, a tu nogi krótsze, oj 
dana...
   - Oj dana... - powtórzyło  echo i zamilkło,  chociaż przed wojną potrafiło powtarzać do 
czterech, a gdy dziedziczka we dworze zaśpiewała, to i do ośmiu razy.
Jan Wałkoński zorientowawszy się, iż jest docentem Bassetem, nie zrezygnował bynajmniej 
ze swej znachorskiej działalności i nie pchał się z powrotem na opuszczone ongiś stanowisko 
w lecznictwie stołecznym.  Wprost przeciwnie,  zaczął  rozbudowywać swój prowizoryczny 
szpitalik w obejściu Kociorupy, przyuczając przy okazji do zawodu nawróconą Simonę, która 
chętnie   weszła   w   rolę   siostry   miłosierdzia,   chociaż   na   razie   nie   odróżniała   cyjanku   od 
rumianku, a spirali antykoncepcyjnej od spirali zbrojeń.
Basset cierpliwie tłumaczył córce zawiłości sztuki medycznej:
  - Kiedy chory woła "siostro, kaczkę", to nie należy mu wtykać pod kołdrę ptaka, tylko taki 
nocnik z rurką.
  "Nocnik, nie ptaka" - zapisała pilna Simona w notesiku.
   - Bardzo dobrze - pochwalił ojciec - a jeżeli jest to ciężko chory,  to należy mu nawet 
przytrzymać.
  - Nocnik? - spytała Simona.

background image

   - Nie, ptaka... - wyjaśnił oględnie Basset. "Ptaka, nie nocnik" - zapisała znowu Simona. 
Łatwo pojąć, do jakich nieporozumień i drastyczności dochodziło czasem w lecznicy,  ale 
charyzma  znachora i ciche posłannictwo jego córki sprawiały,  że nikt nie sarkał, choćby 
nawet   omyłkowo   zamiast   tlenu   z   butli   podano   mu   propan-butan,   albo   i   acetylen. 
Dymisjonowani dostojnicy,   w których obfitowała gmina, wymagali szczególnie troskliwej 
opieki,   byli   bowiem   ogromnie   znerwicowani,   pełni   kompleksów,   zawiści   i   nieutulonej 
tęsknoty za latami swej potęgi. Basset z konieczności stawał się nie raz ich spowiednikiem, a 
niekiedy za jego pośrednictwem próbowano przekazać dobre rady i przestrogi osobom
będącym aktualnie u władzy.
   - Panie doktorze - błagał pewien stary i zasłużony dogmatyk - zadzwoń pan do Albina, że 
póki czas należy zewrzeć szeregi...
  - Oczywiście, że należy zewrzeć szeregi - potakiwał dobrodusznie docent - ale na razie może 
pan spróbuje zewrzeć pośladki, bo prześcieradła nam się kończą.
   Na sąsiednim łóżku histeryzował młody idol piosenki rockowej, który zaprzepaścił piękną 
karierę  ulegając  w czasie  plenerowego  koncertu  atakowi  ekshibicjonizmu,  czym  wywołał 
nagonkę na samego siebie w prasie, radiu i telewizji.
  - I co z tego, Jasiu? - perswadowała mu Simona. - Czy przez to gorzej śpiewasz?
  - Śpiewam lepiej! - zaperzył się idol - ale publiczność żąda, żebym powtarzał ten numer na 
każdym koncercie, a ja mam obie ręce zajęte gitarą!
  Proboszcz Chudzielak kosym okiem spoglądał na Bassetowską przychodnię, gdyż od czasu 
jej powstania  ilość pogrzebów niezwykle  zmalała,  chociaż  szef konkurencyjnej  placówki, 
adiunkt dr Wygrzmocony starał się jak umiał. Księdza pocieszyła trochę msza dziękczynna za 
odwołanie ministra Nieckarza, zakupiona przez miejscowe rzemiosło, a co do adiunkta, to 
ślepy los, ten wielki ironista, oderwał go od spraw zawodowych, ingerując brutalnie w jego 
życie   rodzinne   -   oto   piękna   pani   Jolanta   Wygrzmocona   nagle   zaniemogła,   a   wszystkie 
badania,   analizy   i   prześwietlenia   wskazywały   na   istnienie   w   jej   subtelnym   organizmie 
groźnego wrzodu dwunastnicy.
   - Przyrzeknij mi - prosiła męża - że gdy umrę, a ty znajdziesz sobie inną kobietę, to nie 
pozwolisz jej chodzić w moich sukniach...
  - Ale co ty wygadujesz, kotuś - żachnął się w roztargnieniu adiunkt - ta żeż ona jest całkiem 
inaczej zbudowana... Tfu, co ja wygaduję?! - zawołał. - Dlaczego masz umierać, wytnę ci ten 
wrzód i będziesz jak nowa!
  - O, co to, to nie! - krzyknęła chora. - Nie waż się na mnie eksperymentować, jak Piekarski 
na mękach! Jeżeli ktoś może mnie ocalić, to tylko Basset!
  - Ależ żabciu - wił się adiunkt - przecież wiesz, że ja z nim nie rozmawiam...
   - To porozmawiaj jak Polak z Polakiem! - wrzasnęła żabcia. -Zapłać mu, obiecaj, błagaj! 
Przecież coś mi jesteś winien za to, że umożliwiłam ci karierę i stanęłam przed tobą otworem! 
Tak więc doktor Wygrzmocony jak niepyszny poszedł prosić docenta o ratunek dla żony.
   - Niestety tatusia nie ma - poinformowała go Simona, szarpiąc stary dren, który jakoś nie 
chciał wyjść z jamy brzusznej pacjenta. - Tatuś pisze teraz podręcznik dla wiejskich lekarzy i 
poszedł się naradzić w sprawie języka z panem profesorem Różopolańskim.

Profesor Różopolański stracił posadę w szkolnictwie wyższym wiosną 1968 za nacjonalizm, 
co skłoniło go do przypuszczeń, że padł ofiarą jakiegoś nieporozumienia.
  - Za jaki nacjonalizm? - wołał w gabinecie rektorskim, do którego wdarł się mimo protestów 
sekretarki. - Czy ja jestem Niemiec? Czy ja jestem endek? Pan nie wiesz, kto ja jestem? To 
patrz pan! - tu sięgnął do rozporka i wylegitymował się rektorowi.
  - Mój Boże - rozczulił się rektor - do czego to doszło, a nie tak dawno ja robiłem to samo na 
żądanie szturmbanfirera Helmuta Lumpke!
  - I co? - spytał profesor.

background image

  - W zasadzie nic, powiedział "ich gratuliere", zasalutował i poszedł. Ale nawiasem mówiąc, 
po co pan profesor mi to pokazuje? Schowaj pan i pogadamy.
    Rozmowa   nic   jednak   nie   dała,   ponieważ   Różopolański   upierał   się,   że   nie   może   być 
równocześnie Żydem i nacjonalistą, na co przedstawiał   mnóstwo   cytatów   i   przykładów 
historycznych, powołując się na Esterkę, Berka Joselewicza, Brunona Jasieńskiego i Adama 
Mickiewicza, co do którego żywił nie pozbawione podstaw podejrzenia.
  - Dobrze - zgodził się wreszcie rektor - w takim razie nie wylatuje pan za nacjonalizm, tylko 
za syjonizm.
   - A, to w porządku! - zawołał z ulgą profesor i wyjechawszy na prowincję doczekał jako 
belfer gimnazjalny zasłużonej emerytury. Do tego właśnie lokalnego mędrca udał się obecnie 
Basset, aby skorygować pod względem językowym swój podręcznik dla wiejskich
lekarzy. Zastał uczonego wśród sterty starych ksiąg, poprzetykanych zakładkami i liszkami.
  - Nie uwierzy pan - mówił z ożywieniem Różopolański - jaki żywy i giętki jest nasz język i 
ilu nowych znaczeń nabierają peryferyjne uprzednio wyrazy.
  - Na przykład? - zainteresował się lekarz.
  - Na przykład bezokolicznik "pierdolić".
  - No wie pan! Ten akurat wyraz jest bardzo wulgarny...
  - Nie jest, tylko był! - oświadczył językoznawca. - W swoim dawnym znaczeniu nie bywa 
on już prawie używany, gdyż zastąpiły go inne określenia, przeważnie zresztą rusycyzmy. Ów 
natomiast prapolski wyraz zrobił nieoczekiwaną karierę i stał się obecnie
substytutem, można powiedzieć że jockerem, zastępującym większość obiegowych słów. O, 
patrz pan, tu wynotowałem tylko drobną część nowych znaczeń... - i podsunął chirurgowi 
kartkę z następującym słowniczkiem:
  Forma wyjściowa: pierdolić. Głównie: gadać od rzeczy.
  Pochodne: napierdolony - opity, ale także pobity przez kogoś.
  Dopierdolić komuś: przylać mu, także przygadać.
  Napierdolić komuś: nakłamać, napleść.
  Opierdolić kogoś: obrugać, zbesztać.
  Opierdolić coś: sprzedać na lewo.
   Opierdalać: leniuchować, ale także wykonywać  jakąś czynność globalną np. opylać łan 
zboża, objadać krzak malin.
  Opierdol: zwrócenie komuś uwagi (spuścić komuś niezły opierdol).
  Odpierdol: odwal się. Na odpdol robić: byle jak.
  Odpierdalać: oddalać się, odpływać od brzegu, odbijać.
  Odpierdolić się: zrezygnować z czegoś, odczepić się od kogoś, ale też elegancko się ubrać 
("ale żeś się odpierdolił").
   Nadpierdolony:  uszkodzony,  również podstarzały,  np.: "Beata była  urodziwa, ale  lekko 
nadpierdolona zębem czasu".
    Pierdoła:   nudziarz,   ględa.   W   poznańskiem   gatunek   ziemniaka:   Pierdoła   Wielkopolska 
Złocista.
  Spierdolić: zepsuć coś, ale również uciec, np.: "Związałem już pieskiego syna, spierdalamy 
waćpanno!" (Zagłoba do Heleny).
  Upierdolić: urwać coś, np.: "W tym momencie granat upierdolił mu rękę" ("Barwy walki", 
rękopis). Upierdolić się - upić się.
  Podpierdolić: ukraść.
   Wpierdalać się: rozzłościć się, ale również wpaść na coś lub w coś np.: "Przy szczęku 
mieczy, dźwięku trąb i tarabanów wpierdolił się Sobieski w obóz bisurmanów" (Deotyma).
   Zapierdalać: iść dokąś, także ciężko pracować (jak mały samochodzik), również śpiewać, 
np.:   "Zapierdalamy,   morze   nasze   morze,   trzy   cztery!"   (Wyk.   Kom.   Mar.   Woj.   0815   - 
tjn/356/86, Rozk. Nr 156 ust. 3, popr.).

background image

  - Nie chce pana nudzić - powiedział Różopolański - to tylko ułamek moich zbiorów, i to nie 
uporządkowany,   nawet   alfabetycznie.   A   gdzie   takie   cymelia   jak   "pierdl",   "zapierdol", 
"pierdziajew", "pierdułka", "pierdolca mieć", "rozpierducha", i tym podobne?
   - Profesorze! - zawołał  z entuzjazmem Basset - ja to wszystko  wprowadzę do mojego 
podręcznika.  Sądzę, że sformułowanie  "po wypierdoleniu  ślepej kiszki spierdalamy brzeg 
rany do kupy i opierdalamy katgutem na okrętkę" da naszej młodzieży medycznej
więcej niż jakiekolwiek uczone wywody. Dziękuję, nie przeszkadzam i spierdalam!
   - A giten cześć - odrzekł życzliwie sędziwy lingwista. Adiunkt Wygrzmocony wyciskał 
resztki sił ze swego zaporożca, aby dopaść Basseta i ubłagać go o usunięcie owrzodzonej 
dwunastnicy   z   organizmu   pięknej   pani   Jolanty.   Ale   wydarzenia   historyczne   odsunęły   w 
niewiadomą przyszłość to bezpośrednie spotkanie dwóch wybitnych przedstawicieli polskiej 
medycyny. Za samochodem rozległ się klekot, potem warkot, następnie jakby wycie kota, 
który w roztargnieniu usiadł na fajerce, potem jakby kilka strzałów zakończonych większą 
eksplozją, wreszcie z tumanów kurzu wyłonił się kapral Modliszka na służbowym junaku i 
zajechawszy adiunktowi drogę, zatrzymał go ruchem ręki.
   - Panie Modliszka - rzekł pojednawczo lekarz, wychylając się przez okno samochodu - ja 
wiem, że przekroczyłem trzydzieści na godzinę, ale proszę wziąć pod uwagę...
  - Co tam trzydzieści - machnął dłonią Modliszka - jest gorsza sprawa... - i przechyliwszy się 
z siodełka, szepnął tajemniczo:
  - Atestacja stanowisk!...
  - Jezus Maria! - krzyknął Wygrzmocony, ocierając spocone czoło.
  - A co to znaczy? - spytał po chwili.
  - Właśnie, że tego nikt nie wie - odparł kapral - ale to ma być, więc naczelnik gminy zwołał 
zebranie całej kadry kierowniczej, a ja od rana ganiam po terenie i zawiadamiam, a jak ktoś 
się opiera, to doprowadzam. Pan sam, czy...?
   W sali konferencyjnej Urzędu Gminnego panowała trwożna cisza, a na jej tle złowieszczo 
jak   kruk   odzywał   się   od   czasu   do   czasu   żołądek     odchudzającej     się     aktualnie 
przewodniczącej Kółka Gospodyń, na przemian z chroniczną czkawką leśniczego Dwurury.
Sekretarz gminy, mgr Ropny gorączkowo wertował słownik wyrazów obcych.
   - Atestacji nie widzę - mówił - ale są ateryny,  rodzina ryb tropikalnych,   długości   do 
czternastu  centymetrów, planktonożerne...
  - To nie może być to - oświadczył naczelnik - szukaj pan dalej.
   - O, jest atest! - ucieszył się sekretarz. - To dokument określający własności gotowego 
wyrobu lub materiału, wystawiony przez wytwórcę... Hurra! Jest i atestacja!
  - Chwała Bogu - zaszemrał aktyw.
  - Atestacja, dawniej świadectwo, poświadczenie.
  - Nic więcej nie ma?
  - Nic, dalej jest ateoza, mimowolne powolne ruchy członków...
  - Mój mąż to ma! - zgłosiła się dyrektorka przedszkola.
    -   Pozostańmy   przy   atestacji   -   zdecydował   naczelnik   -   ponieważ   ta   atestacja   to 
zaświadczenie, a to ma być atestacja stanowisk, więc bardzo proszę żeby każdy, kto jest na 
stanowisku, wystawił sobie zaświadczenie.
  - Zaświadczenie, że co? - spytał ktoś z sali.
  - Zaświadczenie, że jest na tym właśnie stanowisku, na którym jest.
  - To zależy, o jakie stanowiska im chodzi - zamędził klarowny dotychczas przebieg dyskusji 
działacz   ludowy   Kant-Gwizdek.   –   Na   ten   przykład   w   naszym   PGR-ze   oprócz   pięciu 
stanowisk kierowniczych jest również obora na sześćdziesiąt stanowisk dla bydła.
   - A ja mam w swoim rewirze piętnaście stanowisk myśliwskich i dziewięć albo dziesięć 
ambon - podtrzymał go leśniczy Dwurura. Ktoś dopytywał się, czy księgowy w GS-ie to już 
stanowisko, czy jeszcze posada, a ludzie z dalszych rzędów, gdzie słyszalność była kiepska, 

background image

doszli do przekonania, że do ich sklepu mają rzucić transport czternastocentymetrowych ryb 
tropikalnych, w związku z czym utworzyli komitet kolejkowy.
  - Co pani rozumie przez "powolne ruchy"? - pytała poufnie przewodnicząca koła gospodyń 
dyrektorkę przedszkola. - Raz na minutę?
  - Raz na kwadrans... - wyznała z goryczą dyrektorka.
   - Bidulka... - rozczuliła się przewodnicząca - raz na kwadrans czternaście centymetrów... 
Ach, co ja gadam, to zaświadczenie ma mieć czternaście... W każdym razie, niech się pani 
zapisze do naszego kółka, my nie takie sprawy załatwiamy.  Ot, nie tak dawno koleżanka 
Krwionośna z Banku Spółdzielczego żaliła się, że mąż jest oziębły,  więc załatwiłyśmy u 
Basseta receptę na wyciąg z królika, i co pani powie, tak na tego męża podziałało, że nawet
nie   doczekał   do   wieczora,   tylko   dopadł   ją   przy   drugim   śniadaniu   i   zrobił   jej   dużą 
przyjemność.
  - To ogromna radość dla żony... - westchnęła zazdrośnie wychowawczyni maluchów.
   - Nie tylko  dla żony,  dla całego  personelu i dla klientów. W banku podczas drugiego 
śniadania jest zawsze duży ruch.
  - No więc jak - podsumował naradę naczelnik - rozumiemy już, o co chodzi w tej atestacji?
  - Ani w ząb... - odrzekli zebrani.
  - W takim razie od jutra bierzemy się do roboty! I wzięli się, żeby mieć to jak najprędzej z 
głowy.
- Siadajcie, kapralu - powiedział życzliwie sierżant Miziak do przybyłego właśnie z obchodu 
Modliszki. - Co tam nowego na rejonie?
   - Melduję, że całe przedpołudnie  śledziłem tego inhibicjonistę,  który deprawuje siostry 
tercjarki w Kićkach Dolnych.
  - Nie in - poprawił go Miziak - tylko ekshibicjonistę.
   - A właśnie że in - upierał się kapral - ponieważ ekshibicjonista na widok zbliżającej się 
kobiety nieoczekiwanie wystawia, a ten zwyrodnialec natomiast czekał z wystawionym, a w 
ostatniej   chwili   go   chował,   co   jest   większym   okrucieństwem,   zwłaszcza   w   przypadku 
starszych i krótkowzrocznych kobiet.
    -  Zostawcie   to  wszystko   -  rozkazał  sierżant  -  przed   nami   stoi  odpowiedzialne   zadanie 
polityczne... Cisza tam! - krzyknął w stronę aresztu, do którego drzwi ktoś się gwałtownie 
dobijał.
   - Otóż - podjął przerwaną myśl - musimy w ciągu dzisiejszego dnia ujawnić wszystkie 
struktury podziemne.
  - Zapudłować? - ucieszył się kapral.
    -   Wprost   przeciwnie,   wypuścić   tych   co   siedzą,   a   z   tymi   na   wolności   przeprowadzić 
rozmowy, żeby nie mieli wątpliwości, że o nich wszystko wiemy. Ja już nawet wypuściłem 
naszego aresztanta Leżaka.
  - Jak to wypuścił pan? - zdziwił się Modliszka. - Przecież słyszę jak się dobija...
   - Dobija się, ale z zewnątrz, żeby go wpuścić z powrotem, bo na zewnątrz straci cały 
autorytet.
   - Żyguła-bambuła, Świrgoń-bździrgoń! - darł się przymusowo amnestionowany, pragnąc 
sprowokować swoje ponowne uwięzienie.
  - Nic nie wie o ostatnich zmianach w stolicy... – zachichotał Miziak.
  - Modliszka psia kiszka! - wrzasnął desperat.
  - Zaraz mu przywalę - warknął kapral.
  - Dajcie spokój, od dziś mamy być tolerancyjni i wielkoduszni.
  - Miziaczek kurdyflaczek! - rozległo się pod oknem.
  - No dobrze, przywalcie mu - przyzwolił sierżant - ale bez złości!
  - Tak jest, bez złości! - zawołał kapral i wyskoczył na ganek, ale były aresztant umykał już 
w stronę lasu, na wszelki wypadek zakosami.

background image

    - No, teraz  siadajcie  kapralu   na motor  i  przeprowadźcie  rozmowy  wyjaśniające  z  całą 
opozycją w gminie. Mamy to wszystko dokładnie obcykane, a tu jest lista z adresami.
  - Jak to z adresami? Przecież jest tylko jeden adres...
  - Jeden... - zgodził się niechętnie Miziak - ale według instrukcji musi być na liście.
    Modliszka   kopnął   służbowego   junaka   i   wskoczywszy   na   siodełko   pojechał   prosto   do 
mieszkania   młodego   lekarza,   doktora   Wysłodka.   Wysłodek   otworzył   mu   w   szlafroku, 
zmachany jakiś i spocony. Aha... na pewno pracował przy powielaczu, drukując pod-
burzające ulotki - pomyślał kapral, ale nie zdradziwszy swych podejrzeń, spytał chytrze:
  - Bardzo żeś się pan namachał?
  - Dosyć... - przyznał półgębkiem młody człowiek. - A dużo żeś pan numerów natłukł?
  - A co to pana obchodzi? - wkurzył się Wysłodek.
   - Obchodzi, panie doktorze - wyjaśnił triumfująco Modliszka -ponieważ ja przyszedłem 
pana ujawnić, a na sam początek konfiskuję pańską maszynę! - co oświadczywszy, wszedł 
energicznie   do   pokoju,   gdzie   jednak   nie   zastał   żadnych   urządzeń   powielających,   tylko 
psychologa,   panią   magister   Felgę,   która   w     pośpiechu   wsadziła   obie   nogi   do   jednej 
pończochy, a będąc przy tym zupełnie goła, do złudzenia przypominała podstarzałą syrenę, 
albo   uczestniczkę   biegu   w   workach,   zorganizowanego   z   okazji   dorocznego   święta 
robotniczego koncernu RSW Prasa.
  - Proszę sobie nie przeszkadzać - znalazł się grzecznie apral.
  - Ja pana doktora mogę ujawnić również w kuchni.
  - Ale ja się nie chcę ujawnić! - oświadczył zatwardziały konspirator, usiłując zjeść zeszyt z 
szyframi, ale nie mając pod ręką pepitki zwymiotował zaraz na środek pomieszczenia.
  - Możesz pan nie chcieć - odrzekł flegmatycznie Modliszka, czyszcząc sobie buty firanką - 
tym niemniej ja pana w tej chwili dekonspiruję, raz dwa trzy, już!
  - Tak? A ja się z powrotem zakonspirowywowuję!
  - A ja pana ponownie dekonspiruję!
  - Aja...
    -   Aja   -   przerwał   mu   kapral   -   zatykam   uszy  i   nic   nie   słyszę,   bzzzz!   -   i   rzeczywiście, 
wsadziwszy sobie palce do uszu, z cyrkową zręcznością skoczył na junaka i bez trzymania 
zniknął w kłębach kurzu.
   - No, skończyli z opozycją... -jęknął żałośnie dr Wysłodek do magister Felgi, ponieważ 
jednak   na   skutek   utkwienia   spinacza   w   przełyku   cokolwiek   bełkotał,   pani   psycholog 
zrozumiała, że pyta ją "jaką skończymy pozycją?".
    -   Może   taką?   -   zaszczebiotała,   przybierając   ją.   Tymczasem   sierżant   Miziak   mówił   na 
komisariacie:
    -   No,   teraz   nareszcie   będzie   spokój...   Chyba   żeby,   broń   Boże,   próbowali   stworzyć   na 
odmianę jakieś jawne struktury...
   - E, nie kracz pan - zmitygował go Modliszka, niestety zbyt późno, ponieważ Miziak już 
właśnie wykrakał. Po wielu wydarzeniach politycznych i ruchach społecznych wstrząsających 
gminą,   doktor   Wygrzmocony   dopadł   wreszcie   docenta   Basseta     w     jego   wiejskiej   izbie 
chorych  i ze zrozumiałym  skrępowaniem wyartykułował  prośbę o wycięcie  pani Jolancie 
wrzodu dwunastnicy.
    -   Zdaję   sobie   sprawę   -   mówił   ze   skruchą   -   że   zawiniłem   wobec   pana,   zabierając   mu 
ukochaną żonę...
  - Drobiazg... - machnął ręką Basset, zajęty akurat przedmuchiwaniem zatkanego irygatora.
   - Tym  niemniej  - ciągnął  Wygrzmocony,  któremu  nie w smak  było  takie  lekceważące 
traktowanie   ubóstwianej   kobiety   -   tym   niemniej   drzemie   zapewne   w   panu   podświadome 
poczucie krzywdy, które mam nadzieję nie rzutuje na rezultat operacji.
  - Chodzi panu o to, żebym nie odgrywał się na Jolancie? - domyślił się docent. - Spokojna 
głowa!

background image

   - Chociaż - dodał z błyskiem w oku - gdybym był mściwy, to mógłbym jej przy okazji 
podorabiać takie przełącza i skróty pokarmowe, że cała gmina wyłaby ze śmiechu. Znałem 
kiedyś starego chirurga, który jak dorwał na stole operacyjnym kochanka swojej żony, to tak 
sobie  na nim pojeździł,  że facet  po wyjściu  z kliniki  pierdział  lewym  uchem,  co zresztą 
doprowadziło do nadmiernych i rujnujących zakupów wełny szetlandzkiej, ponieważ ten gość 
był akurat naszym radcą handlowym w Londynie, i za każdym razem, jak mu się podczas 
rokowań przydarzyło z tym uchem, to Anglicy myśleli, że on mówi "Pure Wool" i traktowali 
to jako żądanie przez stronę polską zwiększenia dostaw.
    -   Czy   pańska   urocza,   chociaż   przyznajmy   że   prymitywna   lecznica   będzie   w   stanie 
zagwarantować  Jolancie  pełną  septykę  i oprzyrządowanie? - zatroskał się mąż pacjentki.
   - Nie martw się pan - uspokoił go Basset - my tu robimy nawet przeszczepy. Początkowo 
przeszczepialiśmy   tylko   żółtaczkę  zakaźną,  ale  teraz   wszywamy  wszystko  jak leci.  O, tu 
mamy bank członków - wyjaśnił z dumą, otwierając lodówkę marki "Mińsk". - To, co pan 
widzi,   to   członek   rzeczywisty,   tamto   to   zastępca   członka,   a   ten   malutki   to   członek 
korespondent.
  - A to? - spytał Wygrzmocony, wskazując jakiś rozbudowany organ.
  - To nasza krajowa specjalność, członek zbiorowy, nie spotykany nigdzie indziej na świecie. 
Oto członek wspierający, tak zwany szwagier, a ten ze złoceniami to członek honorowy.
  - Skąd bierzecie dawców?
   - Aż izby wytrzeźwień. Taki pijaczyna jak wychodzi stamtąd rano wyprysznicowany na 
zimno,   ze  zrobionym  pedicurem   i  po  zapłaceniu   rachunku,  to   nie  zwraca   uwagi  czy  ma 
wszystko na miejscu, tylko wyrywa aby dalej. W dodatku amputowany organ nasycony alko-
holem   znakomicie   adaptuje   się   w   ciele   pacjenta,   też   przeważnie   pijaka,   gdyż   organizm 
przyjmuje przeszczep jako coś swojego i nie stawia bariery immunologicznej.
   Po tych wyjaśnieniach adiunkt z pełnym zaufaniem oddał Jolantę pod opiekę znakomitego 
chirurga.
   - Mietek... -jęknęła rozdzierająco na widok swego byłego męża,  do którego, przy jego 
obecnej kondycji, chętnie by powróciła, porzucając dołującego ostatnio adiunkta. - Mietek, ja 
nie chciałam cię zostawić, to ten Wygrzmocony tak się mnie uczepił jak umarłemu kadzidło, 
a gdy opierałam się, to walił mnie jak darowanemu koniowi w zęby...
  - Proszę zabrać tę panią do kąpieli! - rozkazał zimno Basset.
  - Kąpałam się w zeszły wtorek... - zaszemrała Jolanta.
  - No to na stół operacyjny. Golenie, strzyżenie, lewatywa, aspiryna, spowiedź, narkoza!
    I   Basset   wziąwszy   ze   stojaka   przepychadło   do   zlewu   i   laubzegę   poszedł   energicznym 
krokiem za pielęgniarzami prowadzącymi  piękną Jolantę, w której oczach widać już było 
przedoperacyjną rezygnację, a w dłoni klamkę, wyrwaną niechcący, gdy się jej uczepiła
w   ostatnim   odruchu   samozachowawczego   protestu.   Któryż   to   już   raz   widzimy   docenta 
Basseta, jak fachowy i wspaniały ujmuje w dłoń skalpel, po czym orlim, a raczej - ze względu 
na zawód - sępim wzrokiem ogarnia leżące przed nim bezwładne ciało pacjenta. Tym razem 
jednak na stole operacyjnym nie spoczywał anonimowy podmiot działań chirurgicznych, lecz 
jakże dobrze mu znany organizm wykazujący bezsprzecznie cechy płci żeńskiej, czy-
li inaczej mówiąc pani Jolanta, primo voto Basset, obecnie Wygrzmocona. Docent nachylił 
się i energicznym ruchem naciął ciało pacjentki na krzyż, tak jak stary pobożny chłop nacina 
świeżo upieczony bochen razowego chleba.  Asystenci  przeżegnali  się, a pozostawiony tu 
przez   niedopatrzenie   od   stanu   wojennego   komisarz   wojskowy,   kapitan   Kabura,   stanął 
odruchowo na baczność.
   Traf chciał, że tego samego dnia zawitał do gminy z niezapowiedzianą, ale oczekiwaną 
wizytą   podsekretarz   stanu   w   Ministerstwie   Czynów   Społecznych,   Wincenty   Podnośnik, 
któremu   –   jak   pamiętamy   -   Basset   wyciął   przed   kilku   laty   nie   te   co   trzeba   gruczoły, 
pozbawiając tym samym zasłużonego działacza zainteresowania płcią przeciwną, ale jakby w 

background image

rekompensacie obdarzając go niezwykle przenikliwym falsetem, dzięki któremu Podnośnik 
mógł przemawiać bez nagłośnienia nawet w Sali Kongresowej, co budziło 
zawiść centralnego aktywu.
   - Cześć pracy!  - pisnął przenikliwie  dostojny gość, stając na progu sali operacyjnej  w 
otoczeniu gospodarzy gminy i województwa.
   - Bardzo ładna masarnia! - pochwalił, rozglądając się po zakrwawionym wnętrzu i biorąc 
omyłkowo  Basseta  za  rzeźnika, dzielącego sztukę nierogacizny, w czym nie był daleki od 
prawdy.
    -  Dzielcie   sprawiedliwie   -   przestrzegał   górnolotnie,   jak  to   było   ostatnio   w   zwyczaju   - 
wymagają tego istniejące jeszcze trudności na rynku mięsnym, które jednakowoż jesteśmy w 
stanie przezwyciężyć, pod warunkiem że każdy na swoim stanowisku pracy dołoży wszelkich 
starań...
  Zebrani słuchali z szacunkiem nie wyprowadzając podsekretarza z błędu, żeby go broń Boże 
nie rozzłościć, co mogłoby zaowocować obcięciem budżetu gminy.
  - Tato, bo mama nam się wykrwawi... - mruknęła Simona spod maski.
  - Morda w kubeł... - odmruknął chirurg, potakując jednocześnie głową tokującemu gościowi.
    -   Sytuację   mamy   coraz   lepszą   -   przemawiał   Podnośnik   –   ostatnio   dzięki   inicjatywie 
towarzysza   Kotańskiego   dokonaliśmy   udanej   próby   schwycenia   się   za   ręce   w   godzinach 
pracy od Tatr do Bałtyku, co wzmogło ogólne zaufanie. Także i w światopoglądzie
materialistycznym jesteśmy do przodu, o czym świadczą liczne wypadki nadawania dzieciom 
takich imion jak... - tu zerknął do notatek - Muamar Kwiatkowski, Bobrak Malinowski i 
Fidelka Gwizdała. Natomiast nasza opozycja...
   - Ledwie rzęzi! - poinformował o stanie pacjentki stary Kociorupa, który uwinąwszy się z 
obornikiem dorabiał sobie jako anestezjolog.
  - Tak, opozycja ledwie rzęzi! - wykrzyknął radośnie mówca -słusznie to towarzysz ujął! - I 
w  szlachetnym  zamiarze uściśnięcia mu ręki nastąpił przypadkowo na przewód od butli z 
tlenem, co spowodowało, że zagrożona utratą życia Jolanta przemogła działanie narkozy i 
siadła na łóżku.
  - Co to jest? - zapytała półprzytomnie. - Dlaczego ja tu siedzę jak kot z pęcherzem? Serce mi 
wali jak przepióreczka w proso, a na złodzieju cipka gore... - co rzekłszy padła z powrotem na 
swoje łoże boleści.
  - O, świnia przemówiła... - zdziwił się gość. - A bo to pierwsza? - wytłumaczył sam  sobie i 
uspokojony udał się na dalsze zwiedzanie gminy,  podczas gdy Basset wraz z personelem 
rzucił się na ratunek pacjentki.
    -   To   nie   był   żaden   wrzód   dwunastnicy!   -   mówił   w   pół   godziny   później   do   adiunkta 
Wygrzmoconego.
  - A co? Mięsak? - spytał nerwowo adiunkt.
   - Nie mięsak,  tylko  wcześniak...  - i  docent jak sztukmistrz  wyjął  zza pleców  ładnego, 
uśmiechniętego Murzynka.
   - Jolanto, co to ma znaczyć? - wrzasnął Wygrzmocony, wpadając do pomieszczenia, w 
którym stary Kociorupa obudził właśnie panią adiunktową, dawszy jej z satysfakcją parę razy 
po pysku.
    -   A   nie   chciałem   przyjmować   tego   murzyńskiego   dyplomaty   w   domu   -   kontynuował 
rozwścieczony   mąż   -   ale   ty   się   uparłaś,   że   załatwisz   mi   afrykański   kontrakt!   Miał   być 
kontrakt, a jest bękart! - zatkał, wskazując noworodka. - Nikt nie będzie miał wątpliwości, że 
to pamiątka po ambasadorze Bamboko Kikuju!
    -   Po   jakim   Kikuju?   -   zareplikowała   przytomnie   Jolanta.   -   Ględzisz   jak   sroka   w   kość. 
Przecież   to   po   Czarnobylu!   Wizytacja   gminy   przez   ministra   Podnośnika   spowodowała 
ogromny rozkwit czynów społecznych, za które ów mąż stanu był resortowe odpowiedzialny. 
I tak,  kolejarze   miejscowego  węzła  wystawili  w   remizie   sztukę  "Dwoje na  huśtawce"  w 

background image

wykonaniu   przetokowego   Nagwizdały   i   Kaśki   Pyzdry,   zatrudnionej   od   niedawna   w 
charakterze konduktorki, a tak sprytnie przez scenografa ucharakteryzowanej, że nikt jej nie 
mógł rozpoznać aż do momentu urwania się huśtawki i spadnięcia wykonawczyni głową w 
dół, co - ponieważ dla artystycznego luzu była bez majtek - spowodowało natychmiastową jej 
identyfikację,  a tuż potem frenetyczną  owację.   Wyręczeni  przez brać kolejarską aktorzy 
zamknęli teatr na cztery spusty i zgłosili się do akcji cukrowniczej, dzięki czemu załoga 
cukrowni mogła  zastąpić  kolejarzy,  zajętych  wspomnianą  wyżej  inscenizacją.  Zamknięcie 
teatru miało i ten dodatkowy skutek, że zniknęła nagle zmora wysokich dopłat państwowych 
do każdego widza, a nowy minister kultury, profesor Krawczuk zaczął się łudzić nadzieją, iż 
pod jego klasycyzującym  wpływem  wracamy do czasów starogreckich,  kiedy to teatr nie 
dopłacał do publiczności, tylko publiczność do teatru, z tym że repertuar był wówczas jakby 
lepszy.
   Dyrektor szpitala, adiunkt Wygrzmocony, ze względu na specjalistyczny charakter swojej 
placówki   nie   mógł   dopuścić   do   zbyt   szeroko   pojętej   wymiany   usług,   poszedł   jednak   na 
ograniczony eksperyment, udając się wraz z personelem do gminnej lecznicy weterynaryjnej, 
której bratnia załoga zajęła się w tym czasie jego pacjentami. Chorzy nie zauważyli zresztą 
jakiejś specjalnej różnicy. Nie dziwili się nawet, że do badania są ustawiani na czworakach, 
klepani po zadach i zachęcani okrzykami "nastąp się, stara", ponieważ do takiego traktowania 
przywykli od dawna w kolejkach, urzędach, a nawet w rodzinnych domostwach. 
 Minister Podnośnik promieniał, notował i głośno wyrażał swoje
uznanie.
  - Brawo, towarzysze! - mówił swoim niezrównanym, administracyjnym falsetem - gdyby tak 
wszyscy zastępowali jedni drugich, to już dawno byłoby o wiele lepiej niż jest!
    -   A   jakby  każdy   robił   swoje?   -   zapytał   nieśmiało,   podchmielony   zapewne,   miejscowy 
przygłup Kwasimorda.
  - Robić swoje to nie sztuka! - pisnął Podnośnik. - Nie pójdziemy na łatwiznę!
  - Nie pójdziemy, tak nam dopomóż Bóg! - zakrzyknął zgrupowany wokół niego aktyw.
  - A wy, Kwasimorda, co? - zapytał przygłupa naczelnik gminy, Sylwester Balanga. - Niby o 
paszport się staracie, a jednocześnie defetyzujecie dyskusję? To jak to jest?
  - A co to ma jedno do drugiego? - udawał idiotę przygłup, jak by nie wiedział, że ma.
  - Dajcie mu ten paszport - machnął ręką wiceminister – niech jedzie!
  - Ale on chce tam zostać! - wyjaśnił szeptem naczelnik.
  - To niech zostaje. Nie czytaliście w prasie, że za granicą
pozostaje nielegalnie sama swołocz? Co kto ucieknie, to okazuje się, że albo malwersant, albo 
szpieg, albo dewiant seksualny.  W ten sposób w kraju gromadzi się najlepszy element, a 
równocześnie pompując na Zachód szumowiny, rozkładamy go moralnie.
  - To źle - zmartwił się naczelnik - bo on chce uciec do Rumunii.
   - To jakiś kretyn! - skwitował dyskusję Podnośnik i ruszył w dalszy obchód, poprzedzony 
przez   banderię   chłopską,   sierotki   sypiące   kwiaty,   sześciu   trębaczy   i   dwóch   najtęższych 
kulturystów z LZS-u, dźwigających ogromny, przygotowywany pracowicie od pół roku napis 
"Witamy Niezapowiedzianą Wizytę". Jednocześnie zabrzmiały okrzyki z budowy osiedla pod 
patronatem ZSMP i dzwony z budowy kościoła pod patronatem Matki
Boskiej.
  Jedna z tych budów była zdecydowanie bardziej zaawansowana niż druga.
Nieszczęścia, jak to mówią, chodzą zwykle parami. Po wizycie tow. Podnośnika na gminę, 
jak jastrząb na kurę spadła nagle telewizja.
    Docenta   Basseta   jej   najazd   zastał   przy   zwykłych   zajęciach.   Operował   on   właśnie 
przewodniczącego   miejscowego   oddziału   PRON,   mecenasa   Fizdonia,   relegując   z   jego 
wnętrzności  sześciometrowego  tasiemca,  a przy okazji dzieląc  się swą wiedzą z kilkoma 
młodymi, wiejskimi lekarzami, przebywającymi aktualnie na stażu.

background image

  - Jest to typowy tasiemiec uzbrojony, tak zwany zachodni. Nasz tasiemiec jest, jak wiadomo, 
nieuzbrojony i  zawsze  skłonny  do rokowań,  przy pomocy  których  można   go wywabić   z 
organizmu, najlepiej stosując system wtykania pacjentowi od tyłu dwóch jajek na 
twardo i rurki z kremem przez sześć kolejnych dni. Siódmego dnia wtykamy tam tylko jajka, 
a gdy tasiemiec wystawi główkę, żeby zobaczyć co z rurką, łapiemy go za kark i wywlekamy 
na zewnątrz... - to mówiąc wpuścił pasożyta do słoja z formaliną. - Pacjent będzie chciał go 
obejrzeć - wyjaśnił - gdyż ten tasiemiec stanowił prawie całe jego życie wewnętrzne.
  Właśnie w tej chwili przed szpitalik zajechał ogromny samochód z napisem "Polcolor", a z 
samochodu   wysypała   się   kilkunastoosobowa   ekipa,   dźwigając   kable,   reflektory,   kamery, 
statywy   i   zwoje   grubego   jak   ołówek   drutu   do   podwatowania   bezpieczników,   bo   żaden 
bezpiecznik na świecie nie był  w stanie oprzeć się straszliwej mocy wysysanej przez ów 
ruchomy pomnik polskiej myśli technicznej.
   - Redaktor Koszulowska - przedstawiła się Bassetowi przaśna dwumetrowa  blondyna  - 
kręcimy   trzy   tematy,   a   mianowicie   czytelnictwo   na   wsi   jako   czynnik   kulturotwórczy, 
przestrzeganie higieny warunkiem zdrowotności narodu i powszechne oszczędzanie to nasz
wspólny obywatelski obowiązek. U pana chcemy nakręcić powszechne oszczędzanie.
  - A nie lepiej higienę? - spytał chirurg.
  - Higienę już mamy - powiedziała redaktorka z uśmiechem wyższości - nakręciliśmy w GS-
ie odchody gryzoni w kolorze.
   - Mysie gówno - wyjaśnił z dumą operator -zrobiłem je najpierw w planie amerykańskim, 
potem szwedzkim, a na końcu najazd obiektywem japońskim "rybie oko".
    -   Także   i   czytelnictwo   jużeśmy   zarejestrowali   -   kontynuowała   blondyna   -   akurat   do 
księgarni   przywieźli   "Pisma   Wybrane"   Haliny   Auderskiej   i   tłum   rzucił   się   kupować, 
zadeptując w pośpiechu dwie staruszki, co jest jak najbardziej. Tak więc u pana musimy 
zrobić powszechne oszczędzanie...
    -   O!   Mam!   -   krzyknęła,   rzucając   się   w   stronę   romantycznego   wiejskiego     sraczyka, 
stanowiącego  jedyny  sanitariat  tej rustykalnej lecznicy.
  - Co pani ma? - zdziwił się Basset.
  - Brak oszczędności! Biały dzień, a w ubikacji pali się żarówka! Panie Zenku, kręcimy!
  - To się nie nakręci - mruknął Zenek - żarówka dwudziestka, ledwie błyszczy...
   - To zakładajcie naszą tysiąc pięćsetkę! - zarządziła szefowa ekipy, a gdy to uczyniono, 
oparła się o uchylone drzwi klozetiery i zwróciła się do obiektywu ze słowami:
    -   W   dobie   ogólnej   walki   o   oszczędność,   szczególnie   drastyczny   wydaje   się   przykład 
placówki zdrowia, marnotrawiącej tak cenną energię elektryczną. Co pan ma na ten temat do 
powiedzenia, panie doktorze?
   - Pragnąłbym z tego miejsca - wystartował wychowany na dzienniku TV Basset - wyrazić 
swój żal z powodu tego mojego niedopatrzenia i złożyć uroczyste zapewnienie, że się to 
więcej nie powtórzy...
  - A winni... - podpowiedziała pani Koszulowska.
  - A winni oczywiście zostaną pociągnięci - dokończył chirurg. Ekipa oddaliła się z ogromną 
szybkością,   aby   zdążyć   na   wieczorną   emisję,   która   trwała   w   sumie   półtorej   minuty, 
kosztowała zaś plus minus osiemset tysięcy złotych, jeśli policzyć koszty benzyny, zużycie 
sprzętu,   delegacje   dla   pracowników   oraz   cenę   zapomnianej   w   ubikacji   żarówki   o   mocy 
półtora tysiąca watów.
  Wieczorem stary Kociorupa udał się do tego pomieszczenia i odruchowo przekręcił kontakt. 
Oślepiające białe światło wypełniło ubogą sławojkę, rzucając staruszka na kolana.
  - Panie... - zajęczał Kociorupa - nie jestem godzien tej łaski...
  - A może nawet jestem godzien - dodał po chwili namysłu. – Ale czemu akurat tutaj?

background image

    W   tym   momencie   eksplodowały   z   hukiem   najpierw   bezpieczniki   w   szpitalu,   potem   w 
pobliskiej   elektrowni,   a   wreszcie   w   całej   krajowej   sieci   energetycznej,   której   jedynym 
elementem wykazującym jeszcze napięcie 220 był minister energetyki, gdyż do takiej
wysokości wzrosło mu nagle ciśnienie.
  - Zosiu, świecę! - zażądał w ciemnościach od żony.
   - Rzeczywiście świecisz, Oleś... - wyjąkała żona, patrząc z podziwem na okalającą go, 
typową dla nadciśnieniowców bladą poświatę.
Karnawał tego roku był  wyjątkowo  huczny.  Bale, rauty,  herbatki  tańcujące, włościańskie 
zabawy i dobroczynne tombole na rzecz głodującej inteligencji odbywały się to tu, to ówdzie, 
zaś ukoronowaniem tego szału stał się wielki bal, wydany w salonach szpitala przez panią 
dyrektorową Jolantę Wygrzmoconą.
    Salony   te   wygospodarowano,   wysiedlając   tymczasowo   pacjentów   z   pomieszczeń 
parterowych   na   piętro,   co   przy   okazji   wywołało   miłe   ożywienie,   wesoły   rozgardiasz   i 
nawiązanie nowych stosunków międzyludzkich, ponieważ część  syfilityków  z  dermatologii 
poukładano na waleta ze świeżo operowanymi klientami chirurgii urazowej, a pensjonariuszki 
oddziału ginekologii przemieszano z ofiarami wylewów mózgowych, z natury nieruchawymi 
i,   dodajmy,   bezbronnymi   wobec   ekscesów   seksualnych,     dokonywanych     przez 
podekscytowane częstym wziernikowaniem pacjentki.
  - Admirable, magnifigue! - zawołał marszałek szlachty do pani Jolanty, całując na powitanie 
jej starannie wypielęgnowaną dłoń.
  - Stworzyłaś tu pani istny pałac z bajki! - dodał, strzepując popiół z cygara do wyszorowanej 
lizolem spluwaczki.
  - Ach non, non, c'est miserable... - krygowała się gospodyni - proszę mi lepiej powiedzieć, 
co   tam,   panie,   w   polityce?   Czy   może   coś   nowego   wpłynęło   do   pańskiej   laski 
marszałkowskiej?
   - Do laski nic nie wpłynęło - odrzekł kwaśno szlagon - natomiast wczoraj rano coś mi 
wypłynęło...
    Te   niewczesne   wynurzenia   przerwał   mu   na   szczęście   były   podkomorzy   katowicki, 
zapraszając panią Wygrzmoconą do tańca.
   - Tańce  będą potem - wyjaśniła  adiunktowa  - na razie  czekamy  -jak towarzysz  Kania 
deszczu - na występy artystyczne.
    Jakoż     i     rzeczywiście,   na   estradzie   zaimprowizowanej   ze   zsuniętych   razem   stołów 
sekcyjnych wystąpił chór młodzianków im.
Bogusława Kaczyńskiego, wykonując wiązankę pieśni o przyjaźni między narodami, takich 
jak "Przylecieli Mongołowie pod zielony sad", "W malowanej piwnicy tańcowali Chińczycy", 
"Angliku, An-
gliku,   co   tam   niesiesz   w   koszyku",   "Poszła   Karolina   do   Indianina",   a   na   zakończenie 
przepiękny szlagier "Kocham cię, Żydzie".
  Tymczasem  w bufecie wesoło dzwoniły zlewki i probówki, opróżnione z analiz i mieniące 
się żywą tęczą różnobarwnych trunków.
    -   Za   pomyślność   drugiego   etapu   reformy!   -   wzniósł   toast   naczelnik   gminy   Sylwester 
Balanga.
  - Drugiego... - skrzywił się były minister Podmamuśka, studiując umieszczony na probówce 
z wódką napis: "Urobilina 120 mg., gonokoki w normie".
    -   Wiesz   pan,   ja   nie   lubię   niczego   "drugiego".   Weźmy   dla   przykładu   taką   Drugą 
Rzeczpospolitą, drugi obieg wydawniczy albo drugą kolejność zimowego odśnieżania, toż to 
same nieszczęścia...
  - Oj, to to! - podtrzymał go psychiatra, dr Cycoń – zwłaszcza drugi obszar płatniczy nam nie 
wyszedł...
  - To myśmy jemu nie wyszli! - zaśmiał się triumfalnie Balanga. 

background image

- Przez to, że nie spłacamy długów, oni już tam jedzą z nędzy szczury i glisty, jak to było 
widoczne w filmie "Oto Ameryka". Jeszcze trochę, a cały ten zachodni bajzel się zawali, 
zwłaszcza, że podrzuciliśmy im ministra Krasińskiego jako doradcę do spraw
ekonomii.
  - No, to leżą! - ucieszył się Cycoń. W tej chwili orkiestra zagrała do tańca.
    -   Patrz   pan   -   mruknął   naczelnik   -   Podkomorzy   rusza...   Zaraz...gdzie   ja   już   takie   coś 
słyszałem, że Podkomorzy rusza?
  - Pewnie na WUML-u - podsunął mu profesor Różopolański – ale tamten Podkomorzy podał 
rękę Zosi.
  - A faktycznie... A ten nasz Podkomorzy podał rękę Jolce...
    -   Opartej   o   pojemnik,   gdzie   trzymają   stolce   -   zrymował   Różopolański,   dodając 
sarkastycznie:
  - Każda epoka ma taki taniec, na jaki sobie zasłużyła. W drugą parę poszedł docent Basset z 
przewodniczącą Koła Gospodyń, a w trzecią lider miejscowego podziemia, dr Wysłodek z 
mgr Barbarą Felgą.
    -   Modliszka,   ruszamy   za   nimi!   -   zakomenderował   sierżant   Miziak,   odziany   w   czarne 
domino, które zmieniłoby go nie do poznania, gdyby nie nałożony na wierzch pas z kaburą. 
Kapral Modliszka, przebrany za emerytowaną nauczycielkę rysunków i gimnastyki, włączył 
się posłusznie w korowód, aby podsłuchać i zniweczyć ewentualne knowania.
  - Co to za kawałek grają? - zainteresował się naczelnik.
  - To jest polonez Ogińskiego "Pożeranie Ojczyzny". - "Pogrzebanie" - sprostował dr Cycoń.
  - "Pożegnanie" - sfinalizował profesor Różopolański.
   - Wielka mi różnica... - spuentował marszałek szlachty, spoglądając na okno, do którego 
dobijał się gwałtownie pokraczny chochoł, szarpany zimową wichurą. Jakoś tuż po Nowym 
Roku do gminy wkroczyło Nowe i nakładło po pysku księgowemu Paziułce, który wracał z 
zabawy w GS-ie.
   - A może was pobił przygłup Kwasimorda? - rozpytywał wnikliwie prowadzący śledztwo 
sierżant Miziak - albo któryś z braci Karamazow, tych co to pędzą koło rzeczki bimber z 
odzysków czeskiego mazutu?
  - Nie - upierał się księgowy - to było Nowe, żebym tak skonał!
  - A po czym żeście poznali? - zapytał poszkodowanego kapral Modliszka.
   - Jak to po czym? Toż miało przy sobie trzy S, różne ulgi podatkowe, zielone światło dla 
rzemiosła i PFAZ u pasa.
  - Paziułka był pijany... - mruknął Miziak do Modliszki - ale tym niemniej coś w tym musi 
być...
   Wieść rozeszła się po gminie, powodując szereg gorączkowych działań, stymulowanych 
bardzo   ograniczonymi   informacjami   na   temat   Nowego,   pochodzącymi   przeważnie   z 
dziennika TV. I tak, Wytwórnia Płatków Ziemniaczanych im. gen. Płatka usiłowała przejść na 
system  brygadowy,  powołując bardzo ostatnio  lansowane grupy partnerskie,  co jednak w 
trakcie realizacji pomylono niestety z partnerskim seksem grupowym, pokazywanym w filmie 
"Oto Ameryka".
   Wytwarzanie płatków w tak wymyślnych pozycjach spowodowało co prawda gwałtowny 
przypływ  siły roboczej z okolicznych  wiosek, ale produkcja drastycznie spadła, skutkiem 
czego bank cofnął kredyty. Dyrektor zakładów spirytusowych, inż. Katzenjammer postąpił
rozsądniej i poprzestał na zmianie szyldu, zastępując prozaiczny napis "Gorzelnia gminna" 
inskrypcją "Gminny Zakład Produkcji Płynnych Środków Budowy Wzajemnego Zaufania", 
co zyskało mu poklask nawet ze strony władz wojewódzkich. Natomiast naczelnik
Balanga poszedł na całość, bo powołał Radę Doradczą przy Gminnej Radzie Narodowej.
  - Jak to? Rada przy Radzie? - dziwował się aktyw.

background image

   - Oczywiście - wyjaśnił Balanga - to jest właśnie nasza polska specyfika, żeby jedno takie 
samo było przy drugim takim samym, jak na przykład kartki na mięso, ale mięso na kartki, 
prawda?
  - Prawda... - przyznali zebrani, porażeni trafnością rozumowania.
   - Albo, powiedzmy, dekoracja jakiegoś sztandaru Sztandarem Pracy! - uzupełnił rzecznik 
prasowy sołtysa.
   - Otóż to - podchwycił naczelnik - postępując tak niebanalnie zyskujemy szacunek innych 
narodów. Weźmy chociażby nazewnictwo statków. U innych statek nazywa się, powiedzmy 
że "Titanik" albo "Aurora", a u nas "Kopalnia Makoszowy". Wyobraźmy sobie podziw
kapitana jakiegoś zagranicznego portu, który do końca nie jest pewien, czy to, co wpływa, to 
jest statek czy kopalnia?
   - To jeszcze nic - wtrącił były minister Podmamuśka - osobiście byłem świadkiem, jak do 
Liverpoolu   wchodził   nasz   semikontenerowiec   "Wydział   Matematyczno-Przyrodniczy 
Uniwersytetu   im.   Marii   Curie-Skłodowskiej   w   Lublinie",   a   miejscowy   admirał   najpierw 
usiłował to tłumaczyć  ze słownikiem w ręku, ale w połowie zwariował i odszedł w stan 
spoczynku!
  Szmer podziwu rozległ się w sali.
  - Wracajmy do spraw Rady Doradczej - zarządził Balanga - jak mi dzwoniono, powinny do 
niej wejść osoby cieszące się ogólnym zaufaniem...
  - Ja proponuję pana naczelnika! - wrzasnął sekretarz gminy, czym uprzedził wielu innych.
    -   Dziękuję   -   odparł   przyjaźnie   naczelnik,   zapisując   jednocześnie   w   notesie,   żeby   dać 
sekretarzowi podwyżkę  - dziękuję, ale  oprócz tych  cieszących  się zaufaniem,  należy tam 
również powołać niektórych przedstawicieli opozycji...
  - Główny przedstawicie! opozycji to doktor Wysłodek - zameldował sierżant Miziak.
   - Mówiłem że niektórych - naczelnik spojrzał na sierżanta z dezaprobatą - co nie znaczy, 
żeby to był Wysłodek, który godzi w podstawy ustrojowe gminy.  Ja osobiście wysuwam 
księdza Chudzielaka.
  - E... jaka tam ze mnie opozycja? - bronił się słabo Chudzielak.
   - A ileż to roboty? - podsunął mu leśniczy Dwurura. – Chlapnie ksiądz coś z ambony w 
najbliższą niedzielę i już jest ksiądz w opozycji.
   Na te słowa zebrani rozbiegli się, aby w domowym zaciszu obmyślić jakieś wystąpienie, 
które nie zaszkodziłoby im w karierze, a równocześnie dałoby możliwość uzyskania statusu 
łagodnej, konstruktywnej opozycji.
W ambitnym zamiarze informowania Szanownego Czytelnika o całokształcie wydarzeń na 
terenie gminy, straciliśmy być może z oczu głównych aktorów naszej, wprost z życia wziętej, 
opowieści. Spiesząc nadrobić to niedopatrzenie, informujemy więc o aktualnej
kondycji,   działaniach   i  przeżyciach  docenta  Basseta,   jego  córki   Simony,  jego  byłej   żony 
Jolanty i obecnego męża tejże byłej żony, adiunkta Wygrzmoconego. 
   Tytułowy docent Basset ma  się dobrze, a nawet  znakomicie,  co zawdzięcza  wyłącznie 
swojemu   ogromnemu   talentowi,   wspartemu   mozolną     pracą     i     sprzyjającym     ustrojem 
politycznym gminy. Przeprowadził ostatnio kilka udanych zabiegów, między innymi operację 
kosmetyczną   na   osobie   przetokowego   Nagwizdały,   któremu   gdy   ofiarnie   pochylony 
odchuchiwał przymarzniętą zwrotnicę -kolega dla żartów przerzucił wajchę, pozbawiając go 
nosa, wąsów i złożonych w ryjek warg, za co go zresztą serdecznie przeprosił, kiedy tylko 
minął mu pierwszy paroksyzm śmiechu:
   - Głupio, kurwa, wyszło!  - powiedział serdecznie  - ale ja ci, kurwa, Jasiu zafunduję u 
naszego znachora nową facjatę i to, kurwa, za dulary!
    Docent   Basset   otrzymawszy   banknot   z   wizerunkiem   Benjamina   Franklina,   wziął   go   w 
swojej naiwności za model nowej twarzy, którą chciałby mieć jego pacjent, i w ciągu długich 
godzin   spędzonych   przy   stole   operacyjnym   wyczarował   na   uśpionym   przetokowym 

background image

natchnione   rysy   ojca   demokracji   amerykańskiej,   dodajmy,   że   również   wynalazcy 
piorunochronu, co jeszcze dziś znajduje odbicie w obsesji stworzenia systemu ochronnego 
nad Stanami Zjednoczonymi.
   Obudzony z narkozy Nagwizdała, spojrzawszy w lustro, najpierw się grzecznie sam sobie 
ukłonił, potem zapłakał, a następnie urządził awanturę, wykrzykując: 
- I kogoście gnoje zamiast mnie obudzili? - ale w końcu przywykł i tylko omija z daleka 
kaprala Modliszkę, ponieważ nie lubi być co chwilę legitymowany i rozpytywany o krewnych 
za granicą i posiadanie waluty.
   Simona Basset, zerwawszy z marginesem, rują i ćpuństwem, stała się błogosławieństwem 
wiejskiej   lecznicy   swego   ojca.   Niesie   tam   ulgę   pacjentom   pisząc   im   listy   do   rodzin,   w 
rodzaju: "Kochani rodzice, w pierwszych słowach mego listu donoszę, że czuję się dobrze, 
chociaż urżnięto mi obie ręce, czego i wam życzę". Udało jej się również zwalczyć ohydny 
onanistyczny   kompleks   Portnoy'a,   a   to   przy   pomocy   przerobionego   z   pani   Konopnickiej 
wierszyka  "Jaś nie dotrzepał",  po wysłuchaniu  którego wystraszeni  pacjenci leżą  w nocy 
nieruchomo,   bezsennie   co   prawda,   ale   z   rękami   na   kołdrach.   Mamusia   Simony,   Jolanta 
Basset-Wygrzmocona, hoduje Murzynka po ambasadorze Bamboko Kikuju. Aby choć trochę 
zneutralizować egzotyczny wygląd dziecka, nazwano je Maciek i przebierano od małego
w  strój krakowski, a nawet przyjęto niańkę-mazurkę, która nauczyła chłopczyka śpiewnego 
nadwiślańskiego   akcentu   i   oszukiwania   na   mleku,   a   obecnie   przyswaja   mu   różne   gry   i 
zabawy, nie wyłączając pokera, chociaż ta akurat rozrywka wyraźnie nie leży
maluchowi, gdyż przy dobrej karcie powoduje mimowolne, radosne kiwanie ogonkiem, co 
zdradza go przed partnerami.
  - Ale wdepnęłam w co kot napłakał! - wzdycha po swojemu pani Jolanta i powraca do okna, 
za   którym   nadal   widnieje   wiejski   dom   towarowy,   ozdobiony   ostatnio   neonem   "Produkty 
Cierne - Przyrządy Mierne - Środki Pierne".
   Tymczasem   adiunkt Wygrzmocony, nieodmiennie zazdroszczący sławy Bassetowi, rzuca 
się na oślep w pseudonaukowe eksperymenty, aby udowodnić swoje rzekome przewodnictwo 
na   mapie   medycznej   kraju.   Fiaskiem   skończyła   się   jego   pożałowania   godna   próba 
podważenia teorii odruchów warunkowych genialnego Pawłowa. Nie dość, że doświadczalny 
pies nadal ślini się na sygnał oznajmiający karmienie, to jeszcze adiunkt sam zaczął się ślinić 
na widok każdego wiejskiego kundla, co zapewniło mu u ludzi opinię zoofila, obrzydliwca i 
niedojdy.
   Jak więc widzimy, nasi główni bohaterowie prowadzą w miarę ustabilizowany i pracowity 
tryb  życia,  czym  nie różnią się zbytnio  od reszty obywateli  naszej  ojczyzny,  budujących 
mozolnie lepszą przyszłość. Ale nie martwcie się państwo, w następnych
rozdziałach już my im popędzimy kota!
Pod koniec zimy odbył się w gminie proces starego Kociorupy, oskarżonego o odsprzedanie 
przygłupowi Kwasimordzie pół litra "Vistuli" z piętnastozłotowym zyskiem.
  Zbrodniarz, przykuty dla pewności kajdankami do kaprala Modliszki, osadzony został wraz 
z nim w areszcie, a następnie doprowadzony na salę sądową przez sierżanta Miziaka, który 
uzbroiwszy się we wszystko, czym dysponował komisariat, wyglądał jak "Czarny Wrzesień" 
lub prowincjonalna filia Muzeum Wojska Polskiego.
  Sesji przewodniczył dr praw sędzia Leopold Lalunia, oskarżał prokurator Pyton Siemiradzki, 
obrony podjął się przewodniczący PRON-u mec. Fizdoń. Funkcję ławników pełnili psycholog 
mgr Barbara Felga i przedstawiciel starej emigracji, b. ataman Osip
Anegdotycz Jefremienko.
  - Wysoka Izbo! - zaczął prokurator wstając. Natychmiast uderzył głową w niski strop izby 
sądowej.

background image

  - Proszę siadać i mówić długo, cicho i powoli! - przerwał mu sędzia, szykując się do spania 
za stosami akt, ponieważ noc spędził na rybach, a poranek w ogonku do Centrali Rybnej, 
żeby nie wracać do domu z pustymi rękami.
  Prokurator zażył proszek z krzyżykiem i, jak sęp na ścierwo, rzucił się na starego Kociorupę, 
zarzucając mu  między innymi  podkopywanie  fundamentów  ustroju, godzenie w sojusze i 
konszachty z CIA, a następnie przedstawił wyliczenie, z którego wynikało, że
sędziwy przestępca mógł był teoretycznie zagrabić około dwóch i pół miliona złotych, gdyż 
przez osiemdziesiąt lat swego życia zarabiał codziennie półtorej dychy na pół litrze. Wnosząc 
o konfiskatę tej kwoty, prokurator Pyton Siemiradzki zaproponował przy
okazji całkowity przepadek mienia, pozbawienie praw obywatelskich do końca lipca, karę 
śmierci przez powieszenie i dwadzieścia lat ciężkich robót przy budowie Pomnika Zdrowia 
Matki Polki i Stryjenki Niemki, taką bowiem nazwę ustalono ostatnio, aby wyrazić
wdzięczność za liczne wpłaty i ofiary nadchodzące zza Łaby. Ten grozę budzący wniosek 
spalił atoli na panewce, gdyż uwagę publiczności pochłonęła całkowicie obserwacja kota od 
organistów, który wkradłszy się do sali wyżerał akurat z teczki sędziego Laluni zakupione 
rano błękitki, wraz z charakterystycznymi dla tego gatunku, jadalnymi w opini "Sanepid-u", 
pasożytami.
    Teraz   do   głosu   dorwał   się   mecenas   Fizdoń   i   z   werwą   nakreślił   niepokalaną   sylwetkę 
oskarżonego   Kociorupy,   ongiś   bojownika   o   niepłacenie   podatków   za   sanacji,   następnie 
bohaterskiego spekulanta, współautora klęski ekonomicznej hitlerowskich Niemiec, a
wreszcie   ostatnio   członka   wszystkich   istniejących   w   gminie   organizacji   społecznych,   nie 
wyłączając   Ligi   Kobiet,  Towarzystwa   Patriotycznego  "Grunwald"  i   Klubu  Anonimowych 
Alkoholików, w którym pijąc bruderszafty nie podawano imion, lecz pseudonimy.
  Ponieważ kocur organisty zjadłszy ryby ułożył się do snu w aktówce sędziego Laluni, więc 
sala z zainteresowaniem wysłuchała opinii mgr Barbary Felgi.
   - Przynależność  do wszystkich  organizacji równocześnie -powiedziała pani psycholog - 
świadczy o niepoczytalności oskarżonego, co proszę przyjąć jako okoliczność łagodzącą.
  - Przyjąć można - zgodził się po chwili namysłu ataman Jefremienko - no przyjąwszy, lepiej 
go na wsiakij pożarnyj słuczaj powiesić.
   Ta poważna rozbieżność zdań oraz narastający gwar na sali zbudziły wreszcie sędziego 
Lalunię.
  - Co tu tak śmierdzi? - spytał, pociągając nosem. - Publiczność?
   - Też, ale głównie pańskie ryby... - odrzekła protokólantka.   - Racja... - mruknął sędzia, 
zatrzaskując teczkę wraz ze śpiącym w jej wnętrzu kotem. - A jak tam nasz procesik? Pan
prokurator już mówił? Pan mecenas także? Przysięgli również? No więc ja, ogólnie rzecz 
biorąc, jak zwykle przychylam się do wniosku pana prokuratora, z tym, że to wszystko jak 
zazwyczaj z zawieszeniem na dwa lata. Zgoda? Zgoda! No to idziemy na obiad!
   - Gdzie my go powiesimy,  szefie? - martwił się Modliszka, gdy Miziak odpinał go od 
skazańca.
  - Zawieszenie, to nie powieszenie, kapralu - wyjaśnił Miziak.
  - Nie? - zdziwił się Modliszka. - To szkoda, że mi pan tego wcześniej nie powiedział...
  Tymczasem sędzia Lalunia mówił z dumą do żony:
   - Przesiedziałem  wprawdzie całą  noc nad przeręblom,  ale  za  to zobaczysz  jaką sztukę 
złowiłem! - tu sięgnął po teczkę.
  - Oj Poldek, ty chyba masz kota na punkcie tych ryb... - zaśmiała się żona dobrotliwie.
  - A mam, a co - zawołał butnie, wytrząsając zdobycz na stół.
  - No to idź teraz po szklarza - zarządziła żona, zasłoniwszy na razie wybite przez kota okno 
kocem - w nocy ma być trzydzieści pięć stopni pod zerem.
- Ratuj się, Antoni - krzyknęła pani Jolanta, wpadając do mieszkania i wymachując gazetą - 
podobno mają kastrować adiunktów!

background image

  - Nie kastrować, tylko kasować - uspokoił ją mąż, który już słyszał o tym w radio - i to tylko 
tych, którzy nie zrobili habilitacji, a moja już na ukończeniu.
  - Na ukończeniu? Ględzisz jak baba z wozu! Ten twój pomysł z przeszczepianiem stulejki w 
celu ograniczenia prokreacji wyśmiały najpoważniejsze pisma fachowe! Wylecisz z roboty 
jak kosa na kamień - plotła po swojemu - to już lepiej, żeby cię skastrowali
niż skasowali, i tak do łóżka nadajesz się jak głupi do sera.
    -   Ciszej   -   błagał   adiunkt   -   wiesz   przecież,   jakie   mam   ostatnio   kłopoty,   dzisiaj   znowu 
zdarzyły mi się dwa błędy w sztuce lekarskiej...
  - To fakt - przyznała lojalnie - widziałam te dwa błędy, jak je ładowali do trumien.
   - No właśnie, więc nie dziw się, że to wszystko rzutuje ujemnie na moją psychikę, a teraz 
znowu ta zapowiedź kasacji wisi nade mną jak miecz Damoklesa...
  - Oj wisi ci, wisi... - potwierdziła nostalgicznie - ale co ma wisieć, nie utonie! - dodała zaraz 
z humorem. - Ot, ruszyłbyś trochę głową, jak już nie możesz czym innym, przyjrzałbyś się jak 
ludzie robią kariery, choćby taki Basset...
  - Ba, on miał to szczęście, że dostał w łeb i stracił pamięć, ale dzięki temu właśnie załapał 
się w nurcie medycyny ludowej.
  - A cóż stoi na przeszkodzie, żebyś ty też dostał w łeb? - tu Jolanta rozejrzała się za czymś 
ciężkim.
  - Nie, nie! - wrzasnął adiunkt odskakując - to musi zrobić jakiś fachowiec!
   - Jak to, mam pana ogłuszyć pałką? - zdziwił się sierżant Miziak w kilka chwil później. - 
Tak bez powodu?
  - Ja mam swoje powody - tłumaczył mu Wygrzmocony - a poza tym zrobiłby to pan na moje 
wyraźne żądanie.
   - Na pańskie żądanie, to ja mogę pana co najwyżej otoczyć opieką - odrzekł sierżant po 
przestudiowaniu odnośnej instrukcji - a pałką mógłbym panu przylać tylko w razie naruszenia 
spokoju publicznego lub ataku na moją osobę i to po trzykrotnym wezwaniu
do rozejścia się.
  - No dobrze... - rzekł z determinacją lekarz, i po krótkim namyśle zawołał prowokacyjnie: - 
Reforma   gospodarcza   jest   do   dupy!   Do   dupy,   do   dupy...   -   powtórzył,   mrużąc   oczy   w 
oczekiwaniu ciosu.
   - Oj, to to... - zgodził się Miziak zapalając papierosa. Niestety dr Wygrzmocony,  jako 
zatwardziały   lojalista,   nie   mógł   w   żaden   sposób   wymyślić   bardziej   obrazoburczych 
okrzyków, lub też może nie chciały mu one przejść przez usta. Także próba bezpośredniego 
ataku   fizycznego   nie   dała   rezultatu,   gdyż   sierżant   bez   trudu   obezwładnił   go   chwytem 
służbowym   nr   76   B-X/13,   zwanym   popularnie   "Piekielnym   Piotrusiem",   a   następnie 
zawiadomił szpital psychiatryczny im min. Krasińskiego.
  Doktor Cycoń z dużą satysfakcją usadził naprzeciw siebie szefa konkurencyjnej lecznicy.
  - Więc twierdzi pan, panie kolego, że jest pan nutrią? - spytał sondażowe.
  - Niczego podobnego nie twierdziłem! - oburzył się Wygrzmocony. - To przecież panu się 
wydaje, że jest pan Napoleonem.
  Cycoń żachnął się i wyjął rękę zza surduta:
  - Jak to mi się zdaje, ty szczurze wodny?
  - Uzurpator!
  - Gryzoń!
  - Kurdupel!
  - Piżmak!
   - Ja cię jeszcze dopadnę, ty glisdo korsykańska! – wykrzykiwał adiunkt, wyprowadzany 
przez pielęgniarzy.
  - A ja ci wybiję te pomarańczowe zęby! - darł się Cycoń, podtrzymywany przez asystentów.

background image

    Wieczorem,   uspokoiwszy   się   nieco   i   upewniwszy   w   lustrze,   że   nie   jest   nutrią,   dr 
Wygrzmocony wziął dla relaksu miejscową prasę, ale już po chwili podskoczył na krześle.
  - Jolanto - zawołał - sprawdź, czy ja dobrze kojarzę... Tu piszą, że z inicjatywy organizacji 
partyjnej   Labour  Party  przy zakładach   Rolls-Royce'a,   w  tamtejszej   stołówce  wymieniono 
zlewozmywaki...
  - No to co, że piszą? - zdziwiła się Jolanta - Anglik też człowiek, a każda kliszka swój ogon 
wali.
Na wiosnę w gminie pokazali się niestety Zieloni. Pierwszym sygnałem ich działalności były 
napisy na murach, zawierające buntownicze treści i żądania.
    -   No   i   jak   żeście   zareagowali?   -   spytał   sierżant   Miziak   kaprala   Modliszkę,   który   mu 
meldował o tych bezeceństwach.
   - Melduję, że zareagowałem regulaminowo, neutralizując te hasła przy pomocy drobnych 
poprawek. Na przykład w haśle "Żądamy czystej wody" przerobiłem "wody" na "wódy", co 
nie powinno nikogo dziwić, ponieważ są to żądania powszechne. 
  - A co żeście zrobili z napisem "Żądamy oczyszczalni"?
   - Zamazałem "oczy" i zostało "Żądamy szczalni". To wezwanie koresponduje z inicjatywą 
tutejszego PRON-u. Najgorzej było z hasłem "Precz ze skażeniami", ale w końcu udało mi się 
zrobić z niego "Precz z kazaniami". Ksiądz Chudzielak na pewno się wkurzy
i naskoczy na wichrzycieli.
   Ale Chudzielak nie zareagował tak, jak tego oczekiwano, ponieważ od kilku tygodni był 
całkowicie pochłonięty oglądaniem serialu "Ptaki ciernistych krzewów", który uważał za cykl 
reportaży z życia duchowieństwa.
   - Patrz pani - mówił do swojej gospodyni - jaki to postęp na tym świecie! Ot, taki ksiądz 
proboszcz Kilder pod sutanną nosi same kąpielówki, a nie takie wełniane gacie jak to u nas...
  - Może sobie pani wyprać moje stare kalesony - dodał po chwili wspaniałomyślnie - należą 
się pani za wierną i oddaną służbę.
   - Bóg zapłać - odrzekła z umiarkowanym entuzjazmem gosposia -lepiej by ojciec przestał 
oglądać te dyrdymały, bo to tylko ruja i zgorszenie, a tymczasem w gminie nie za dobrze, ktoś 
nocą powypisywał na chałupach "Precz z kazaniami".
   - Mogą mi nadmuchać w konfesjonał - oświadczył beztrosko Chudzielak i zasiadł przed 
telewizorem, aby obejrzeć kolejny odcinek.
  - O! O! - zawołał. - Co to jest, co on robi z tą panią?
  Bardziej nerwowo zareagował na żądanie Zielonych naczelnik gminy, Sylwester Balanga.
  - Musimy przechwycić inicjatywę - mówił do sekretarza -zwołamy sami naradę w sprawie 
skażeń i wznowimy działalność Ligi Ochrony Przyrody. Proszę jutro urządzić spotkanie z 
przedstawicielami środowiska.
   - Ale jakiego środowiska? - spytał roztropnie sekretarz. - Środowiska mamy różne: jest 
środowisko kryminogenne, środowisko artystyczne, inseminator Środowisko Teofil i jeszcze 
parę innych...
   - Przecież chodzi o skażenie środowiska naturalnego, więc proszę o przedstawicieli tego 
środowiska! - uciął sprawę Balanga.
  Pozostawiony sam sobie i skazany wyłącznie na własną wiedzę sekretarz gminy doszedł do 
wniosku, że środowisko naturalne to ogólnie biorąc przyroda.
   W rezultacie tych przemyśleń nazajutrz w sali obrad zasiedli następujący przedstawiciele 
środowiska   naturalnego:   pani   od   przyrody   z   podstawówki,   organista   ze   swym   kotem, 
słynnym od czasu procesu starego Kociorupy, oraz leśniczy Dwurura z oswojonym
lisem     Medardem.   Z   własnej   inicjatywy   przybłąkały   się   dwie   okoliczne   kury  i   przygłup 
Kwasimorda.
    -   Obywatele...   -   zaczął   naczelnik,   niepewny   czy   to   określenie   przysługuje   wszystkim 
obecnym - zebraliśmy się tutaj, aby reaktywować naszą, podupadłą coś jakby ostatnio Ligę 

background image

Ochrony Przyrody... Czy one muszą się akurat tutaj ryćkać? - spytał, wskazując głową lisa, 
który usiłował skrzyżować się z kotem.
  - Muszą - wyjaśnił Dwurura - one zawsze to robią, jak się spotkają, ale spokojna głowa, oba 
samce, więc niekompatybilne.
  - To w porządku - uspokoił się Balanga i kontynuował referat:
- Przede wszystkim sprawy formalne. Czy wszyscy tu obecni są członkami Ligi? Bo jeżeli 
nie, to proponuję żeby się od razu zapisali.
  Ten ostatni postulat nie spotkał się z dobrym przyjęciem.
    -   Każdy   już   gdzieś   należy   -   tłumaczył   organista   -   ja   na   przykład   jestem   członkiem 
nielegalnego   Związku   Zawodowego   Organistów,   Kościelnych,   Księżych   Gospodyń   i 
Grabarzy, i to mi zupełnie wystarczy. Jakby wszyscy do wszystkiego się nawzajem
pozapisywali, to by znowu się powtórzyła taka afera jak na ostatnim spotkaniu PRON-u z 
OPZZ-em, kiedy to cały OPZZ wstąpił do PRON-u, a PRON do OPZZ-u, a nawet zdaje się 
Miodowicz wstąpił do Dobraczyńskiego, czy też odwrotnie i teraz nic już nie wiadomo...
  - Może stworzymy grupę nieformalną - zaproponował sekretarz - to teraz bardzo modne.
    W   ten   sposób   w   gminie   powstała   Nieformalna   Grupa   Miłośników   Przyrody,   która 
natychmiast wystąpiła z  inicjatywą  budowy Oczyszczalni Ścieków im. tow. Augiasza.
   W atmosferze ogólnego zadowolenia nikt nie zauważył, że lis do spółki z kotem zeżarli 
tymczasem obie kury.   I tak to u nas jest, prawie ze wszystkim. Wiosenne podwyżki cen 
przeszły prawie nie zauważone, gdyż społeczeństwo zajęte było w tym czasie wybieraniem 
Miss Gminy.  Na pierwsze wezwanie zgłosiły się wszystkie  baby,  nie wyłączając konającej 
właśnie   babci   Pimpusiowej.   Ten   gremialny   akces   przeraził   jurorów,   którzy  dopiero   teraz 
rzucili   się   do   studiowania   nadesłanego   ze   stolicy   regulaminu   wyborów.   Wyszło,   że 
pretendentka musi być po pierwsze dziewicą, po drugie posiadaczką nieskazitelnej opinii i po 
trzecie   mieć   ukończoną   co   najmniej   podstawówkę.   Już   samo   kryterium   dziewictwa 
zdyskwalifikowało   wszystkie   kandydatury   z   wyjątkiem   centryfugi   z   GS-u   i   koszmarnie 
brzydkiej trzyletniej córeczki mecenasa Fizdonia.
    -   Nie   możemy   tego   traktować   dosłownie   -   tłumaczył   przewodniczący   jury,   prof. 
Różopolański   -   regulamin   zapewne   układał   jakiś   polonista,   a   w   dawnej   polszczyźnie 
"dziewica" znaczyło panna.
Na przykład, w balladzie Mickiewicza znajdujemy pytanie: "Jakiż to chłopiec piękny i młody, 
jakaż   to   obok   dziewica?"   i   zaraz   potem   domniemanie:   "Pewnie   kochankiem   jest   tej 
dziewczyny, pewnie to jego kochanka". Umówmy się panowie, jeżeli kochanka, to nie
dziewica.
  - Ale oni mogli się tylko macać... - zauważył subtelnie sierżant Miziak, powołany również 
do jury jako od niedawna gminny ombudsman, czyli Strażnik Praw Obywatelskich.
   Po krótkiej dyskusji postanowiono dopuścić do konkursu wszystkie niewiasty niezamężne, 
co obniżyło ilość kandydatek o trzy czwarte, ale za to podniosło średnią wieku do czterdziestu 
ośmiu lat, gdyż wobec głodu kobiet w tym rolniczym regionie, zwłaszcza
przy   niedostatku   koni   roboczych,   w   stanie   wolnym   pozostały   przeważnie   osobniki   płci 
żeńskiej, potwierdzające swym wyglądem geniusz Darwina.
    Dopiero   propozycja   prokuratora   Pytona   Siemiradzkiego,   aby   organizacje   społeczne 
wytypowały   swoje   przedstawicielki   do   konkursu,   rozwiązała   sprawę   i   ograniczyła   ją   do 
czterech reprezentantek uderzającej kobiecej urody.
   I tak licencjonowana organizacja młodzieżowa wysunęła swą aktywistkę Simonę Basset, 
PRON  desygnował  Kaśkę Pyzdrę,  parafianie  księżą  gospodynię,  zaś  struktury podziemne 
opowiedziały się za mgr Barbarą Felgą.
  - Ale czy te wszystkie panie mają na pewno nieskazitelną opinię? - zainteresował się prof. 
Różopolański.

background image

   - Nieskazitelną! - potwierdził ombudsman Miziak. - Żadna z nich w trudnej sytuacji nie 
odmówiła dupy nikomu, choćby to był nawet przygłup Kwasimorda. Nie mówię o księżej 
gospodyni - zastrzegł się - bo to nie moja działka.
  Tymczasem kandydatki, przebrane w kostiumy kąpielowe, dygotały z zimna w przybudówce 
do remizy, rozgrzewając się bimbrem przyniesionym przez Kaśkę Pyzdrzankę.
   - Pani gospodyni na wybieg! - zawołał dr Wysłodek, uczestniczący w jury jako konsultant 
do spraw anatomii.
  - Proszę przejść po desce poruszając biodrami - zarządził prof. Różopolański, który widział 
już takie imprezy w telewizorze.
  - Całkiem niezłe piersi... - zauważył krótkowzroczny prokurator Pyton Siemiradzki.
  - To są policzki - objaśnił Różopolański - piersi może pan obserwować na poziomie kolan.
  - No i co - zwrócił się do kandydatki, aby ją ośmielić.
  - Ma pani dużą tremę? Czy ojciec Chudzielak wlał pani trochę otuchy?
  - Coś mi tam wlał... - odparła skromnie, starając się nie spaść z deski.
  Jako druga eksponowała się mgr Barbara Felga w kostiumie bikini.
   - O, klasyczne zapalenie stawów! - ucieszył się dr Wysłodek i postawił przy jej nazwisku 
duży plus, w jego pojęciu słusznie się należący za tak widoczne schorzenie.
   Do późnej nocy trwały te zmagania, przeplatane występami artystycznymi prestidigitatora, 
przerzynającego swą partnerkę piłą w drewnianej skrzyni, gdy zaś uprzątnięto trociny i zmyto 
krew, przewodniczący jury ogłosił, że w wyborach Miss Polonii gminę reprezentować będzie 
Simona Basset.
  - Nic dziwnego - powiedziała z dumą na wieść o tym sukcesie jej matka, piękna pani Jolanta 
- kto rano wstaje, ten dwa razy szybko daje!
  Przysłowie było jak zwykle przekręcone, ale ogólnie rzecz biorąc trafne.
- Panie docencie, musimy oddać do gminy dwadzieścia procent naszych telefonów! - oznajmił 
stary Kociorupa, wróciwszy z kolejnej odprawy.
    -   To   nie   tak,   panie   Kociorupa   -   zaśmiał   się   Basset   –   wytyczne   mówią   o   zwolnieniu 
dwudziestu   procent   wiceministrów,   a   także   postulują   oddanie   zbytecznych   telefonów   i 
niedociążonych   samochodów   służbowych.   A   ponieważ   nie   mamy   ani   wiceministra,   ani 
samochodu i tylko jeden telefon, więc nas to nie dotyczy.
   - Ja bym jednak coś oddał - upierał się doświadczony wieśniak - inaczej podpadnie pan 
władzom i przy najbliższej okazji zrobią z pana wichrzyciela, albo i Rurarza.
  - Może i ma pan rację... - zaniepokoił się docent – chyba pójdę zbadać rzecz na miejscu...  W 
gminie   huczało   jak   w   ulu.   Przywykłe   do   ślepego   posłuchu   kadry   administracyjno-
przemysłowe zwoziły na przyczepach stosy telefonów, nieraz brutalnie wyrwanych z sieci 
wraz z kawałkami ściany, wiedząc dobrze, że kto pierwszy ten lepszy, a od szybkości lizania 
zależy zarówno zadowolenie lizaka, jak i pomyślność lizusa.
  Opodal stały w rzędach samochody, których pozbyto się błyskawicznie wraz z kierowcami, 
nie dając się tym ostatnim nawet spakować. Dopiero teraz lamentujące żony przybiegały z 
węzełkami,   ale   zostały   zatrzymane   w   pewnym   oddaleniu   przez   kaprala   Modliszkę, 
uzbrojonego   stosownie   do   okoliczności   w   46   mm   granatnik   wz.   36   i   w   henn,   skutkiem 
nadmiaru dyscypliny tak mocno podpięty pod brodę, że jego właściciel mógł mówić tylko 
przez zaciśnięte zęby.
  - Zbzgzzzzd! - rozkazał Modliszka.
  - Ło moje bidocki! - rozdarła się umierająca babcia Pimpusiowa, która kolejny raz przerwała 
nudną agonię i przybiegła zobaczyć co się dzieje. - A dokąd was teraz powloką? Znowu na 
Zaolzie, czy tyz na Berlin?
   - Nie wiadomo, babciu - odrzekł kierowca GS-u, człowiek bywały, na wszelki wypadek 
upychając  pod siedzeniem wozu fufajkę i walonki - teraz  wokoło sami  przyjaciele,  więc 
chyba uderzym na Szweda!

background image

  Wtem od PRG-owskich nieużytków odezwał się jakiś łomot, następnie ogłuszający gwizd, a 
w końcu spory pociąg, jadący na przełaj mimo braku szyn. Cały ten skład zahamował przed 
naczelnikiem gminy, a z parowozu wyskoczył przetokowy Nagwizdała z natchnioną twarzą 
Benjamina Franklina i zameldował żarliwie:
  - Obywatelu Balanga, zgłaszam nadliczbowy pociąg, wygospodarowany przez załogę naszej 
stacji!
  - Ku chwale ojczyzny... - odparł Balanga trochę niepewnie, bo wytyczne jakoś milczały na 
temat oddawania zbędnych pociągów.
  - Jak żeście to wykombinowali? - spytał.
   - A po prostu! - wyjaśnił zuchwale Nagwizdała. - Bo to mało wagonów odrywa się po 
drodze i zostaje na torach? To żeśmy kupowali jeden z drugim, aż i wyszedł pociąg, nawet z 
pasażerami!  Tymczasem nadbiegł leśniczy Bazyli Dwurura i podzielił się z aktywem swoją 
troską:
    -   Nie   wiem,   co   mam   zrobić.   Jak   w   telewizorze   ogłosili,   że   dwadzieścia   procent 
wiceministrów ma ulec zwolnieniu, to nie wyjaśnili którzy to mają być wiceministrowie, więc 
wszyscy wpadli w panikę, wzięli zaległe urlopy albo zwolnienia lekarskie i nawiali do lasu. 
Strach tam teraz wejść, bo nie zrobisz i trzech kroków, żeby nie nadepnąć na wiceministra, 
nierzadko z dupą. Paśniki do cna wyżarte, runo leśne wytarte aż do grzybni, a wczoraj pod
wieczór ktoś zgwałcił sarnę Balbinę.
   - No, nie składajcie wszystkiego na towarzyszy z centrali! - oburzył się naczelnik. - Sarnę 
mógł zgwałcić lis Medard...
  - W żadnym razie - zawołał leśniczy - Medard owszem, kiedyś próbował, ale wyszło, że lis 
nie może z sarną. To musiało być coś większego...
  - A gdzie to, powiadacie, gwałcą? - zainteresowała się konająca babcia Pimpusiowa.
  - Na Czarcim Uroczysku, ale niech babcia uważa, bo po drodze Czerwone Bagno i można 
się utopić... - wytłumaczył życzliwie Dwurura, a zwróciwszy się do naczelnika dodał:
  - Być może, że ten gwałt to robota szympansów...
  - Jak to? Szympansy też u nas w lesie żyją?
   - Rzecz jasna. Przecież każdy minister ma swego goryla, wiceminister natomiast ma tylko 
szympansa,   który   go   pilnuje   i   obstawia.   Gdy   wiceministrowie   wywiali   do   lasu,   wierne 
szympansy podążyły w ślad za nimi i teraz całe ich stada siedzą na drzewach i bawią się 
ogonami. O, ojciec Chudzielak... pochwalony...
    -   Na   wieki   -   odpowiedział   lakonicznie   duszpasterz,   a   potem   oświadczył   z   fałszywą 
skromnością: - I ja też chciałem się przyczynić do akcji oszczędzania, więc zastanawiałem się 
z czego by tu zrezygnować...
  - Z telefonu albo z samochodu! - podpowiedział kapłanowi Dwurura.
   - Wiem - odrzekł cierpko Chudzielak - ale to są moje narzędzia pracy. Jak ktoś do mnie 
zadzwoni po ostatnią posługę, to siadam do wozu, jadę, namaszczam i jeszcze zdążę na panią 
Gucę!
  - No to co ksiądz przywiózł? - spytał Balanga.
  - Swoją gospodynię - szepnął kapłan - jest już trochę zdekapitalizowana, ale te samochody 
coście oddali, to też nie Mitsubishi...
    -   Panie   docencie,   musimy   oddać   do   gminy   dwadzieścia   procent   naszych   telefonów!   - 
oznajmił stary Kociorupa, wróciwszy z kolejnej odprawy.
    -   To   nie   tak,   panie   Kociorupa   -   zaśmiał   się   Basset   –   wytyczne   mówią   o   zwolnieniu 
dwudziestu   procent   wiceministrów,   a   także   postulują   oddanie   zbytecznych   telefonów   i 
niedociążonych   samochodów   służbowych.   A   ponieważ   nie   mamy   ani   wiceministra,   ani 
samochodu i tylko jeden telefon, więc nas to nie dotyczy.
   - Ja bym jednak coś oddał - upierał się doświadczony wieśniak - inaczej podpadnie pan 
władzom i przy najbliższej okazji zrobią z pana wichrzyciela, albo i Rurarza.

background image

  - Może i ma pan rację... - zaniepokoił się docent – chyba pójdę zbadać rzecz na miejscu...  W 
gminie   huczało   jak   w   ulu.   Przywykłe   do   ślepego   posłuchu   kadry   administracyjno-
przemysłowe zwoziły na przyczepach stosy telefonów, nieraz brutalnie wyrwanych z sieci 
wraz z kawałkami ściany, wiedząc dobrze, że kto pierwszy ten lepszy, a od szybkości lizania 
zależy zarówno zadowolenie lizaka, jak i pomyślność lizusa.
  Opodal stały w rzędach samochody, których pozbyto się błyskawicznie wraz z kierowcami, 
nie dając się tym ostatnim nawet spakować. Dopiero teraz lamentujące żony przybiegały z 
węzełkami, ale zostały zatrzymane w pewnym oddaleniu przez kaprala Mod-
liszkę, uzbrojonego stosownie do okoliczności w 46 mm granatnik wz. 36 i w henn, skutkiem 
nadmiaru dyscypliny tak mocno podpięty pod brodę, że jego właściciel mógł mówić tylko 
przez zaciśnięte zęby.
  - Zbzgzzzzd! - rozkazał Modliszka.
  - Ło moje bidocki! - rozdarła się umierająca babcia Pimpusiowa, która kolejny raz przerwała 
nudną agonię i przybiegła zobaczyć co się dzieje. - A dokąd was teraz powloką? Znowu na 
Zaolzie, czy tyz na Berlin?
   - Nie wiadomo, babciu - odrzekł kierowca GS-u, człowiek bywały, na wszelki wypadek 
upychając  pod siedzeniem wozu fufajkę i walonki - teraz  wokoło sami  przyjaciele,  więc 
chyba uderzym na Szweda!
  Wtem od PRG-owskich nieużytków odezwał się jakiś łomot, następnie ogłuszający gwizd, a 
w końcu spory pociąg, jadący na przełaj mimo braku szyn. Cały ten skład zahamował przed 
naczelnikiem gminy, a z parowozu wyskoczył przetokowy Nagwizdała z natchnioną twarzą 
Benjamina Franklina i zameldował żarliwie:
  - Obywatelu Balanga, zgłaszam nadliczbowy pociąg, wygospodarowany przez załogę naszej 
stacji!
  - Ku chwale ojczyzny... - odparł Balanga trochę niepewnie, bo wytyczne jakoś milczały na 
temat oddawania zbędnych pociągów.  - Jak żeście to wykombinowali? - spytał.
   - A po prostu! - wyjaśnił zuchwale Nagwizdała. - Bo to mało wagonów odrywa się po 
drodze i zostaje na torach? To żeśmy kupowali jeden z drugim, aż i wyszedł pociąg, nawet z 
pasażerami!
  Tymczasem nadbiegł leśniczy Bazyli Dwurura i podzielił się z aktywem swoją troską:
    -   Nie   wiem,   co   mam   zrobić.   Jak   w   telewizorze   ogłosili,   że   dwadzieścia   procent 
wiceministrów ma ulec zwolnieniu, to nie wyjaśnili którzy to mają być wiceministrowie, więc 
wszyscy wpadli w panikę, wzięli zaległe urlopy albo zwolnienia lekarskie i nawiali
do   lasu.   Strach   tam   teraz   wejść,   bo   nie   zrobisz   i   trzech   kroków,   żeby   nie   nadepnąć   na 
wiceministra, nierzadko z dupą. Paśniki do cna wyżarte, runo leśne wytarte aż do grzybni, a 
wczoraj pod wieczór ktoś zgwałcił sarnę Balbinę.
   - No, nie składajcie wszystkiego na towarzyszy z centrali! - oburzył się naczelnik. - Sarnę 
mógł zgwałcić lis Medard...
  - W żadnym razie - zawołał leśniczy - Medard owszem, kiedyś próbował, ale wyszło, że lis 
nie może z sarną. To musiało być coś większego...
  - A gdzie to, powiadacie, gwałcą? - zainteresowała się konająca babcia Pimpusiowa.
  - Na Czarcim Uroczysku, ale niech babcia uważa, bo po drodze Czerwone Bagno i można 
się utopić... - wytłumaczył życzliwie Dwurura, a zwróciwszy się do naczelnika dodał:
  - Być może, że ten gwałt to robota szympansów...
  - Jak to? Szympansy też u nas w lesie żyją?
   - Rzecz jasna. Przecież każdy minister ma swego goryla, wiceminister natomiast ma tylko 
szympansa,   który   go   pilnuje   i   obstawia.   Gdy   wiceministrowie   wywiali   do   lasu,   wierne 
szympansy podążyły w ślad za nimi i teraz całe ich stada siedzą na drzewach i bawią się 
ogonami. O, ojciec Chudzielak... pochwalony...

background image

    -   Na   wieki   -   odpowiedział   lakonicznie   duszpasterz,   a   potem   oświadczył   z   fałszywą 
skromnością: - I ja też chciałem się przyczynić do akcji oszczędzania, więc zastanawiałem się 
z czego by tu zrezygnować...
  - Z telefonu albo z samochodu! - podpowiedział kapłanowi Dwurura.
   - Wiem - odrzekł cierpko Chudzielak - ale to są moje narzędzia pracy. Jak ktoś do mnie 
zadzwoni po ostatnią posługę, to siadam do wozu, jadę, namaszczam i jeszcze zdążę na panią 
Gucę!
  - No to co ksiądz przywiózł? - spytał Balanga.
  - Swoją gospodynię - szepnął kapłan - jest już trochę zdekapitalizowana, ale te samochody 
coście oddali, to też nie Mitsubishi...
W majowe popołudnie docent Basset siedział na ławeczce pod kwitnącymi bzami, pomagając 
swej córce Simonie w przygotowaniach do egzaminu maturalnego, który wreszcie w wieku 
trzydziestu czterech lat postanowiła zaliczyć.
  - Przed wojną - tłumaczył jej - chłop polski całymi dniami kroił zapałkę na czworo, więc nie 
miał czasu zająć się rolnictwem,  co było  przyczyną  ogólnej nędzy.  Natomiast  pantofelek 
rozmnaża   się   przez   podział   bezpośredni,   zaś   pierwiastki   bywają   trojakiego   rodzaju   - 
matematyczne, chemiczne i kobiety rodzące po raz pierwszy...
  Jak widzimy, znakomity chirurg przekazywał córce dość hermetyczne kompendium wiedzy, 
uwarunkowane tematami maturalnymi, które otrzymał ukradkiem od prof. Różopolańskiego 
za wyleczenie go z hemoroidów nalewką na myszach.
   - Nie pomyl tylko znowu Budionnego ze Ściegiennym - dodał Basset głaszcząc jej płową 
głowinę - a wszystko będzie dobrze!
    -   Czołem,   panie   doktorze!   -   zawołał   przygłup   Kwasimorda,   podjeżdżając   do   nich   na 
zardzewiałym   rowerze.  -  Przywiozłem  panu   do  wypełnienia   ankietę  w  sprawie  Drugiego 
Etapu Reformy,  oj da dana da dana, matuś  moja kochana! - zakończył  jak na przygłupa 
przystało.
  - Dziękuję, a któż to przysyła tę ankietę, przyszła baba do stryja, usiadła mu na ryja? - spytał 
Basset, starając się znaleźć wspólny język z nieszczęśliwym.
    -   A   nasz   Urząd   Gminny!   Na   wójtowej   roli   wójt   Felkę   w   uszczelkę   -   poinformował 
Kwasimorda i odjechał w kierunku wioski. Jeszcze słychać było klekotanie jego roweru, gdy 
zjawili się zaniepokojeni ankietą prokurator Pyton Siemiradzki i ksiądz
Chudzielak.   Simona,   jako   dobrze   wychowana   panienka,   pucnęła   sędziwego   kapłana   w 
mankiet, a on po ojcowsku wziął ją pod brodę, nie zważając gdzie jej ta broda wyrosła.
   - Co ja mam tu napisać? - zdenerwował się prokurator. - Pierwsze pytanie brzmi: "Kiedy 
wasz zakład pracy zakończył realizację Pierwszego Etapu Reformy"?
  - Piętnastego maja o godzinie 23! - podrzucił mu bez cienia wątpliwości stojący w otwartym 
oknie stary Kociorupa.
  - A skąd niby to wiadomo?
   - Ano stąd, że akurat o tej godzinie coś dupnęło w gaiku za elewatorem, a potem okrutnie 
zadymiło i zaśmierdziało, więc co to mogło być inszego niż Pierwszy Etap?
   - Mogła wylecieć w powietrze bimbrownia braci Karamazow - oświadczył Basset - oni 
ostatnio pędzili już Bóg wie z czego, bo czeski mazut na rzece jakoś się na razie urwał.
   - To nie była ani reforma ani bimbrownia - wyjaśnił prokuratorSiemiradzki -jak wynika z 
raportu sierżanta Miziaka, o 23 nasi PRON-owcy złapali ostatniego ukrywającego się członka 
byłego   Frontu   Jedności   Narodu,   niejakiego   magistra   Plujkę   Edmunda   i   naruszyli   jego 
nietykalność cielesną. Pierwszy etap natomiast skończył się moim zdaniem w zeszły wtorek 
około 17-ej, kiedy to po raz pierwszy w naszych dziejach tutejszy PGR zaczął przynosić 
zyski, w związku z czym zostałem tam wezwany w celu wszczęcia do-
chodzeń i postawienia winnych w stan oskarżenia.

background image

  - Dziwne to są i nadprzyrodzone sprawy - westchnął ojciec Chudzielak, wznosząc oczy ku 
niebu.   -   Ot,   onegdaj   KAW   tłumaczył   się   w   naszej   prasie   z   opóźnienia   edycji   Dzieł 
Wybranych Janusza Przymanowskiego, a w ogłoszeniach drobnych pisało, że zaginął łaciaty 
buldog z obciętym ogonem, do którego była przywiązana uboga staruszka...
   - To jeszcze nic - przywtórzył mu stary Kociorupa - nasze związki zawodowe wystąpiły 
ostatnio   przeciwko   związkom   siarki   w   powietrzu,   a   były   bramkarz   pan   Tomaszewski 
oświadczył przez telewizję, że posiada zdolności manualne w nogach!
    Po   tych   rewelacjach   wszyscy   jakoś   się   zasępili.   Zapadła   cisza,   w   której   odezwał   się 
nieśmiało słowik, ale zaraz zamilkł, schwytany przez kocura od organistów.
  - A Kaśka od Pyzdrów to dała sobie wmontować turbinkę inż. Kowalskiego... - bąknął ni w 
pięć ni w dziesięć stary Kociorupa.
   - Co pan powie? - ożywił się ksiądz Chudzielak, dodając refleksyjnie: - Patrzcie państwo, 
jak u nas ten tempus fugit...
  Tym razem dupnęło między kościołem a komitetem.
  - No i proszę! - ucieszył się Siemiradzki. - Mamy Drugi Etap!
-  Nie  wiecie  przypadkiem,   kapralu,  w  którym   roku  Feuerbach  stworzył   swoją  koncepcję 
antropologizmu? - spytał  sierżant
Miziak, przygotowujący się do zaocznego magisterium z filozofii. 
  - Tak dokładnie to nie wiem, panie sierżancie - odrzekł kapral Modliszka - ale chyba gdzieś 
tak w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim...
  - Chyba w osiemset czterdziestym trzecim! -  sprostował sierżant z pobłażliwym uśmiechem.
  - W dziewięćset! - upierał się kapral - pamiętam, chociaż byłem jeszcze wtedy malutki.
  - Znaczy się co pamiętacie?
   - No, pamiętam, że za naszą chałupą stała niemiecka bateria i ciągle tylko było słychać: - 
Feuer! Bach! Feuer! Bach! Feuer! Bach!
  - Głupiście są, kapralu! - stwierdził Miziak. - Feuerbach żył sto lat wcześniej, więc nie mógł 
strzelać za waszą chałupą.
   - Może i nie mógł, ale strzelał. A pan sierżant mógłby na chwilę odłożyć  tę książkę i 
dopomóc   mi   w   sprawie   nielegalnego   napisu,   który   pojawił   się   dziś   rano   na   biurowcu 
wylęgarni kurcząt... - i Modliszka położył na stole kartkę z odpisanym ze
ściany hasłem. Hasło zaś brzmiało: "Żądamy polskiego Michaiła". 
  - Jak to żądamy? Jacy my? - zdenerwował się sierżant.
   - A bo ja wiem? To na pewno znowu doktor Wysłodek z magister Felgą rozrabiają. Po 
ostatniej amnestii strasznie się rozzuchwalili. I po co to komu było? - spytał z goryczą.
  - To nie Wysłodek... - rozmyślał na głos dowódca posterunku.
  - Weźcie pod uwagę, że hasło jest w zasadzie proradzieckie...
  - Proradzieckie, ale i antyrządowe! -wykrzyknął Modliszka.
   - Jeżeli oni żądają polskiego Michaiła, to znaczy że u nas takiego nie ma, co już samo w 
sobie wskazuje na mentalność!
    -   Jak   proradzieckie,   to   nie   antyrządowe!   -   powiedział   stanowczo   sierżant   -   te   sprawy 
wykluczają się nawzajem, ponieważ powiem wam w zaufaniu, że nasz rząd jest w pewnym 
sensie proradziecki.
  - Jezus Maria! A skąd pan wie?
  - Na pewnym szczeblu sprawowania władzy wie się więcej niż przypuszczacie.
  - To co z tym hasłem zrobić? - zmartwił się kapral.
  - Spróbowaliście to jakoś przefasonować, tak jak nas uczono na kursie?
  - Mogę słowo "Żądamy" przerobić na "Kochamy", ale to duża przeróbka i będzie widać...
  - Chyba znowu zadzwonię do porucznika Borewicza - zadecydował Miziak...
  - On już pewnie został generałem, po tylu latach ofiarnej służby... - rozczulił się kapral.

background image

    Na   hasło   "Ewa   wzywa   zero   siedem"   w   telefonie   rozległo   się   starcze   pochrząkiwanie. 
Zgrzybiały Borewicz życzliwie wysłuchał Miziaka, popił ziółka, pozbył się uciążliwego bąka 
i odrzekł:
   - Nie mieszajcie się do tego, sierżancie.  Diabli wiedzą, kto to napisał... Ja sam kiedyś 
wdupiłem usiłując przestawić litery wsłowie "Patria", tak żeby było prawidłowo "Partia" i 
przez to nie mogę awansować z porucznika, chociaż mam już siedemdziesiąt dwa
lata...
  - Czy to może było w Krynicy? - zainteresował się Miziak.
  - W Krynicy. A skąd wiecie?
  Zniechęcony sierżant odłożył słuchawkę.
  - On już jest do niczego... - mruknął, kiwając smutno głową. - Musimy poradzić sobie sami...
  - A może by ta wylęgarnia kurcząt splajtowała? – podsunął chytrze Modliszka. - W gazecie 
pisało, że w każdej gminie powinien być jakiś bankrut, co jest zgodne z drugim etapem naszej 
reformy.
  - To jest niezła myśl - zawołał Miziak - jedziemy do naczelnika!
  Naczelnik Balanga długo zastanawiał się nad propozycją.  - To nie takie proste, jak się wam 
wydaje,   sierżancie.   O   zaszczytne   miano   gminnego   bankruta   ubiegają   się   nasze 
najlepsze,renomowane   zakłady,   między   innymi   gorzelnia,   dwie   cegielnie   i   szpital 
psychiatryczny, a wy mi tu wyjeżdżacie z jakąś wylęgarnią... Nie ma rady, muszę zwołać 
aktyw.
  Aktyw debatował przez trzy dni i noce. Powołano osiem komisji, cztery ciała doradcze i dwa 
zespoły naukowców. W końcu podjęto stosowną uchwałę i wylęgarnia kurcząt uznana została 
za bankruta, następnie zaś wystawiona na licytację. W ciągu jednej nocy chłopi
rozebrali mur z kłopotliwym napisem, a budowa domków jednorodzinnych ruszyła z miejsca.
   - Za naszą chałupą naprawdę strzelał Feuerbach - powrócił do wspomnień Modliszka - i 
nawet pamiętam jak skrzyczał jakiegoś podoficera, że armata brudna, di kanone ist szmucig, 
tak krzyczał. Okropnie go wtedy skrytykował...
  - A jak się nazywał ten podoficer? - zainteresował się Miziak.
  - Feldfebel Hegel.
    -   To   by   się   zgadzało...   -   szepnął   Miziak,   zajrzawszy   do   podręcznika.   -   Feuerbach 
rzeczywiście bardzo skrytykował Hegla...
- Jolanto - powiadomił telefonicznie swoją małżonkę adiunkt Wygrzmocony - stała się rzecz 
straszna, przygotuj się na najgorsze!
  - Nie denerwuj mnie - wrzasnęła Jolanta - jak masz coś powiedzieć, to mów, a nie ciągnij jak 
kura ze spluwaczki!
  - Proszę bardzo, chcesz wiedzieć, to wiedz: Basset dostał profesora.
  - Co ty powiesz? A gdzie on go będzie trzymał?
  - Tytuł profesora dostał, idiotko! - zawołał adiunkt i rzucił
słuchawkę, bo przyszło mu do głowy, że jeżeli w pionowej hierarchii coś drgnęło, to on sam 
może zostać docentem, lepiej więc złożyć nowomianowanemu gratulacje.
   Tymczasem społeczeństwo gminy, która jeszcze nigdy nie miała prawdziwego  profesora, 
zorganizowało  już  spontaniczniewzruszającą uroczystość.
    Przed   Bassetem,   stojącym   na   ganku   lecznicy,   przeciągały   liczne   grupy   ludności   ze 
sztandarami, hasłami i darami. Pochód otwierał naczelnik gminy Sylwester Balanga wraz ze 
swym sekretarzem, rzecznikiem prasowym sołtysa i resztą personelu. Po złożeniu
gratulacji   Balanga   przemówił   krótko,   ale   dobitnie,   co   chwilę   bijąc   sam   sobie   brawo   jak 
szympans w cyrku po udanym numerze. Następnie naczelnik odczytał depesze gratulacyjne, 
nadesłaneprzez przodujące uczelnie w Szczytnie i Julinku, a także -
omyłkowo - wezwanie do zapłacenia za wywóz szamba, co zostało również przyjęte owacją, 
gdyż wszyscy widzowie byli już mniej lub bardziej pijani. Teraz nadszedł marszałek szlachty 

background image

w gronie innych karmazynów, takich jak podkomorzy katowicki, miecznik rzeszowski i były 
minister Podmamuśka. Marszałek, jako szczytowy patriota i członek "Grunwaldu", był cały w 
długich butach, wylotachod kontusza i czapce konfederatce, a także przy szabli ze złocistym 
kutasem, na który to widok rozległy się okrzyki: 
- O, kutas przy szabli! - co, jakby nie zostało zrozumiane, zawierało szczerą prawdę.
   Jako trzecie szło duchowieństwo, składające się z księdza Chudzielaka, organisty z kotem, 
grabarza   i   księżej   gospodyni.   Chudzielak,   naoglądawszy   się   telewizji,   ukląkł   i   ucałował 
ziemię  przed trybuną,  a następnie usiłował kilku najbliższym  widzom podetknąć rękę do 
pocałowania, ponieważ jednak znany był z dłubania w nosie, nie znalazł chętnych i tylko 
wykonał dłonią w powietrzu coś pośredniego między błogosławieństwem a Kozakiewiczem, 
ze złością dał po karku organiście (a organista kotu), i wszyscy ustąpili miejsca następnej 
grupie.   Stanowiły   ją   organa   sprawiedliwości,   prowadzone   przez   sędziego   Lalunię.   Obok 
niego maszerował w swej krwawej todze prokurator Pyton Siemiradzki, domagając się co 
chwilę   nawykowo   kary   śmierci   dla   wszystkich   swoich   dotychczasowych   i   przyszłych 
klientów.
  Za nim przebiegł truchtem odznaczony medalem "Zasłużonego Kauzyperdy PRL" mecenas 
Fizdoń i zaraz pogonił opłotkami na koniec pochodu, aby jeszcze raz przedefilować jako 
przewodniczący PRON-u. Straż tylną organów ścigania stanowili sierżant Miziak z kapralem 
Modliszką,   obaj   w   białych   strojach,   których   nadmiar   pozostał   w   magazynach   MO   po 
papieskiej wizycie. 
  - Idzie nasz młody proletariat! - szepnął z dumą Balanga do Basseta.
   Proletariat był młody nie tyle wiekiem co stażem, gdyż rolniczy profil gminy nie sprzyjał 
jego   rozwojowi.   Stanowili   go,   prawdę   mówiąc,   przetokowy   Nagwizdała   do   złudzenia 
przypominający Benjamina Franklina z amerykańskiego banknotu oraz Kaśka Pyzdra,
której popularność bardzo wzrosła od czasu gdy poszły ploty,  że dała sobie wmontować 
turbinkę inż. Kowalskiego.  Chłopską banderię prowadził działacz ludowy Bonifacy Kant-
Gwizdek,  będący  we własnym przekonaniu sobowtórem Witosa, ponieważ mył nogi tylko 
raz na tydzień. Towarzyszyli mu stary Kociorupa i bracia Karamazow, specjalizujący się w 
pędzeniu bimbru ze spływającego rzeką mazutu, wielkodusznie i gratis dostarczanego nam 
przez braci z południa.
   Transparent z napisem "Nauka polska" zwiastował nadejście niedużej, bo trzyosobowej 
kolumny,   centrum   której   stanowił   lingwista   prof.   Różopolański,   a   skrzydła   adiunkt 
Wygrzmocony   i   dyrektor   szpitala   psychiatrycznego,   dr   Cycoń,   tym   razem   w   polowym 
surducie   z   gwiazdą   Legii   Honorowej   i   z   dwoma   swoimi   pacjentami   przebranymi   za 
mameluków, co zdawało się bardzo im odpowiadać.
    Po   nauce   nadeszła   kultura   w   postaci   członkini   rzeczywistej   odrodzonego   ZLP,   pisarki 
Rozamundy Kociorodek. Ta ongiś ludowa, a dziś już profesjonalna literatka, odczytała przed 
Bassetem swe najnowsze   opowiadanie   "Jak Kuba SS-mana w konia zrobił", wywołując 
głośny aplauz pozostawionego tu omyłkowo od stanu wojennego komisarza, majora Kabury.
   Pochód kończyły struktury opozycji legalnej pod wodzą Osipa Anegdotycza Jefremienki i 
nielegalnej w osobach magister Barbary Felgi i doktora Wysłodka oraz grupa sportowa, a 
mianowicie Żeński Klub Cyklistyki Bezsiodełkowej pod kierunkiem Simony Basset. Barwna 
ta drużyna przemknęła anglezując na swoich rowerach jak szwoleżerowie przy wyciągniętym 
kłusie i zniknęła na tle zachodzącego słońca.
   Ponieważ zaś takie słońce to również wymarzone tło dla napisów końcowych, więc i my 
kończymy   w   tym   miejscu   swą   opowieść,   pozostawiając   jej   bohaterów   w   chwili,   gdy 
przezwyciężywszy wraz z całym krajem przejściowe trudności, mają już wyraźnie z górki.
   Jednocześnie pragniemy przeprosić naszych Czytelników, jeśli niechcący uraziliśmy Ich 
uczucia  zbytnią  ascezą  naszych  opisów, pruderyjnym  być  może  unikaniem drastyczności, 
przesadną wytwornością języka, a także zbytnim idealizowaniem występujących tu

background image

postaci i ich charakterów.
  Ale cóż, tacy już jesteśmy.

  Bo choć nas męczyli i w dupę bili,
  Wzorem nam Dobraczynski, nie zaś Pitigrilli*

* Rozamunda Kociorodek Apotheosis cum figuris, op. cit. T. II, 
str. 49, Wyd. Doln. 1988