background image

Tadeusz Dalecki

KURS BOJOWY – BIESZCZADY

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1988. Wydanie II zmienione

Okładkę projektował: Mieczysław Wiśniewski

Redaktor: Eugeniusz Stanczykiewicz

Redaktor techniczny: Anna Lasocka

Korektor: Marzenna Walas

background image

NA RATUNEK

Obudziły ich odgłosy dobijania się do drzwi.
—   Ki   diabeł?  —   mruknął   któryś   z   lotników,   wyrwany   ze   snu.  —   Chyba   warty   nie   przepuściły 

bandziorów?

Łomot nie ustawał. Na podwórzu powarkiwał silnik samochodu. Przebudzeni lotnicy byli już w pełnym 

pogotowiu, każdy trzymał w garści pistolet, a mechanik samolotowy Olearczyk wycelował w drzwi lufę 
erkaemu: ostrożność nie zawadzi.

Zbliżyli   się   do   okna.   Ujrzeli   ciężarówkę,   obok   której   kręciło   się   kilku   mężczyzn   uzbrojonych   w 

pistolety maszynowe; trudno było powiedzieć o nich coś więcej.

— No, otwórzcie tam — rozległ się głos zza drzwi.
— A wy kto? — spytał Olearczyk.
— Swoi.
— Co znaczy „swoi”?
— Żołnierze.
W półmroku obszernej izby wszyscy słuchali tego niecodziennego dialogu.
— Co za żołnierze?
— Ci, których oswobodziliście z „żubrydowego” potrzasku.
— Trzeba było tak mówić od razu — odetchnęli z ulgą i ktoś dał kolegom znak, żeby otworzyli drzwi.
Po chwili do izby weszło trzech żołnierzy. Pierwszy był podporucznikiem, drugi sierżantem o krępej 

budowie, trzeci kapralem; ten ostatni miał świeżo obandażowaną głowę.

— Bardzo przepraszamy za to najście — zaczął podporucznik, badawczo przyglądając się obecnym w 

izbie — ale szukamy pilota, który nas uratował.

— Porucznik — wskazano na Dembowskiego. — Sam dowódca.
— Obywatelu poruczniku — zwrócił się doń podporucznik, nie kryjąc wzruszenia. — Przyjechaliśmy 

podziękować za waszą pomoc. Gdyby nie ona, już byśmy wąchali kwiatki od spodu. Amunicja nam się 
kończyła, a żubrydowcy tylko na to czekali. Więc jeszcze raz dziękujemy...

Dowódca   eskadry   oraz   podporucznik-„piechociniec”   uściskali   się   serdecznie   na   środku   izby.   Z 

wyciągniętymi dłońmi podeszli również dwaj podoficerowie.

— Nie ma za co dziękować — bronił się porucznik. — Normalna rzecz.
— Normalna, nienormalna, zapraszamy was i wszystkich lotników na kieliszeczek do Sanoka.
— Jest już późno — znów zaoponował dowódca. — Może odłożymy to na kiedy indziej...
— Proszę nam nie odmawiać — podporucznik zaskoczony tą odmową zmieszał się. — Żyjemy tu jak 

na wojnie. Nikt nie jest pewny, co przyniesie następny dzień... Jedźmy, samochód czeka...

Działo  się to w maju  1946 roku. Białe i fioletowe bieszczadzkie bzy odurzały słodkim aromatem. 

Ciężarówka z trudem pięła się serpentynami pod górę — ku Sanokowi. Dotarłszy do miasta, zatrzymała się 
na obszernym rynku przed jednopiętrową kamienicą.

Z   otwartych   okien   restauracji   padał   na   kocie   łby  pomarańczowy  odblask   elektrycznego   światła.   Z 

wnętrza   dochodził   wesoły   gwar   biesiadujących   i   mocny   zapach   alkoholu.   Jakaś   zdezelowana   płyta 
chrapliwie odtwarzała starego walca.

Lotniczo-piechocińskie   towarzystwo   wmaszerowało   do   wnętrza.   Sala   była   obszerna,   z   gotyckim 

sklepieniem w kształcie litery „L”. W jednym z rogów stał olbrzymich rozmiarów szynkwas, wyglądający 
jak barykada, a za nim, na półkach, pobłyskiwały baterie butelek z wódką i winem. Stoły były długie, 
sosnowe, takie same obok nich ławy. Goście, wyłącznie mężczyźni w starszym wieku, przepijali do siebie 
często, nie przestając głośno rozprawiać.

Gospodarz   restauracji   migiem   zrealizował   zamówienie  „panów   wojskowych”.   Składały  się   na   nie: 

znana wówczas monopolówka „Perła” i wieprzowa kiełbasa, silnie pachnąca czosnkiem — wszystko, czym 
oberża bogata.

Jak to zwykle bywa, po kilku wypitych kolejkach, wkrótce wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, jeden 

przez drugiego. Tematem było, oczywiście, wyswobodzenie żołnierzy z okrążenia. Nie mogli sobie odmówić 
tej przyjemności, chcieli to przeżyć jeszcze raz. Pierwszy rozpoczął swą opowieść podporucznik KBW — 
zgodnie zresztą z chronologią wydarzeń.

— Pluton wracał z rozpoznania. Mieliśmy ustalić, czy droga do Rzeszowa jest wolna od band. Chodziło 

o przewiezienie samochodami większej grupy repatriantów na stację, skąd koleją mieli udać się na Ziemie 
Odzyskane. Po przeczesaniu terenu wracaliśmy do Sanoka. Kiedy byliśmy na zakręcie drogi z Grabownicy 
do Pakoszówka, z pobliskiego lasu odezwał się karabin maszynowy tych, których szukaliśmy, bandytów. 
Skoczyliśmy do pobliskich rowów przydrożnych i rozpoczęła się strzelanina. Kiedy bandyci przystąpili do 

background image

natarcia, pod osłoną własnego ognia wycofaliśmy się do pobliskiej zagrody. Oom był murowany, a za nim 
rozciągały  się   wzgórza   i   parowy.   Niestety!   Ledwo   zajęliśmy  stanowiska   w   obrębie   zabudowań,   strzały 
buchnęły i  zza  wzgórz.   Otoczono  nas.   Widząc,  że  jest   nas   zaledwie  pluton,  bandyci  zaczęli  zacieśniać 
pierścień wokół gospodarstwa. Część żołnierzy schroniła się do domu, a część prowadziła ogień zza drzew i 
płotu.

Było południe, słońce dokuczało niemiłosiernie, a przy tym byliśmy solidnie zmęczeni długotrwałym 

marszem. Ale najgorsze było to, że po kilkugodzinnej walce zaczęły się wyczerpywać zapasy amunicji; przy 
oszczędnym   gospodarowaniu   mogło   jej   wystarczyć   zaledwie   do   wieczora.   Bandyci   nie   próżnowali; 
podciągnęli bliżej cekaemy i zaczęli prażyć na całego. Byli tak blisko, że słychać było wyraźnie ich głosy. Z 
krzyków,   nawoływań   i   pogróżek   wywnioskowaliśmy,   że   jest   to   banda   winowska,   dowodzona   przez 
„Żubryda”.

Jedyny   ratunek   był  w   tym,   żeby  w   jakiś   sposób   zawiadomić   dywizję.   Któryś   z   żołnierzy  musiał 

zaryzykować. Na ochotnika zgłosił się szeregowiec Niewiadomski. Ześrodkowaliśmy cały ogień w kierunku, 
skąd szczekał cekaem, i zaczęliśmy rzucać granatami w bandytów. Rozpoczęła się silna wymiana ognia. 
Bandytów   przydusiliśmy   do   ziemi   i   zdezorientowaliśmy.   Szeregowiec   Niewiadomski   wykorzystał   ten 
moment i prześliznął się wśród opłotków oraz zarośli. W niepewności i napięciu oczekiwaliśmy pomocy z 
Sanoka.   Gdyby   nie   nadeszła,   gotowi   byliśmy   stoczyć   bój   na   bagnety.   Zresztą,   nie   mieliśmy   wyboru, 
poddanie się oznaczało śmierć w męczarniach. Ale pomoc na szczęście nadeszła. Nadleciała — poprawił się. 
— Ale o tym niech już opowie porucznik Dembowski. — Piję jego zdrowie.

— Nieustające zdrowie — uzupełnił sierżant.
— Mnie się wydaje, że zapominamy wypić zdrowie najważniejszego bohatera dnia  — dodał jeden z 

obecnych — szeregowca Niewiadomskiego.

— Racja — kieliszki znalazły się w górze. — Zdrowie szeregowca Niewiadomskiego.
Teraz już porucznik, który zawsze podkreślał, że woli latać niż o swoim lataniu opowiadać — chcąc nie 

chcąc musiał zacząć swoją relację.

— Był już wieczór. Przygotowywaliśmy się powoli do spania, bo dzień mieliśmy za sobą dosyć ciężki. 

Tylko   personel   techniczny   pracował   jeszcze   przy   samolotach.   Tam   też   odszukał   mnie   oficer   dyżurny. 
Wzywano mnie do telefonu. W słuchawce usłyszałem znajomy głos pułkownika Habowskiego. Spytał, czy 
mam   jakiś   samolot   gotowy   do   lotu.   Odpowiedziałem,   że   samoloty  eskadry  są   zawsze   gotowe.   Wtedy 
wyjaśnił, że potrzebny będzie tylko jeden, i zapowiedział przyjazd na lotnisko podpułkownika Rajewskiego. 
Rozkazałem więc wytoczyć na pas startowy jeden z samolotów, uzupełnić amunicję do kaemu i załadować 
granaty. W chwili gdy silnik pracował na pełnych obrotach, podjechał Willysem podpułkownik Rajewski. Od 
niego dowiedzieliśmy się o waszej sytuacji, znanej już w sztabie dzięki Niewiadomskiemu. Usiadłem za 
sterem, do drugiej kabiny wskoczył obecny tu kolega, pilot chorąży Smuk, biorąc na siebie rolę nawigatora i 
strzelca pokładowego. Start i dolot nad zagrodę-pułapkę zajął nam około piętnastu minut. Było już szaro, ale 
naprowadziły   nas   błyski   karabinowych   strzałów.   Zrobiłem   głęboki   zakręt,   zniżyłem   lot   do   jakichś 
trzydziestu   metrów   i   przypikowałem   w   kierunku   domu.   Chorąży   wyrzucił   pierwszą   wiązkę   granatów. 
Upadła obok gniazda cekaemu. Wśród bandytów powstał zamęt. Z okien odezwały się wasze karabiny. 
Dołączył   do   nich   chorąży   ze   swoim  Szkasem.   Położyłem   maszynę   w   następny   zakręt.   Bandyci   nie 
wytrzymali nerwowo, zaczęli uciekać w stronę lasu. O to nam właśnie chodziło. Teraz chorążemu łatwiej 
było ich kosić. Obniżyłem lot do wysokości dwóch, trzech metrów, starałem się kołami przydusić ich do 
ziemi.   Znowu   zawróciliśmy   i   znowu   zagrał   nasz   karabin   maszynowy.   A   potem   zobaczyliśmy,   jak   wy 
zaczynacie opuszczać chałupę i kierować się w stronę szosy. Po drodze zbieraliście amunicję porzuconą 
przez  żubrydowców  i machaliście   do  nas  rękami. Choć robiło  się  coraz   ciemniej,  krążyłem nad  wami, 
dopóki   nie   osiągnęliście   głównej   drogi   do   Sanoka,   która   była   już   bezpieczna.   Pokiwałem   Wam   na 
pożegnanie skrzydłami i wziąłem kurs na lądowisko. Co rzekłszy, proponuję za chwilę zrobić to samo — 
nawiązał do późnej pory.

— Strzemiennego — zaproponowali piechurzy.
— Strzemiennego — zgodzili się lotnicy.
Pułk   lotnictwa   łącznikowego   na   Mokotowie   był   w   trakcie   organizacji,   gdy   z   Dowództwa   Wojsk 

Lotniczych, mieszczącego się wówczas w Pruszkowie, nadszedł niespodziewanie rozkaz wydzielenia jednej 
eskadry   samolotów  Po-2,   słynnych   i   popularnych  „kukuruźników”,   do   współdziałania   z   wojskami 
lądowymi,   walczącymi   w   Bieszczadach   z   bandami   nacjonalistycznej   Ukraińskiej   Powstańczej   Armii   i 
polskiego reakcyjnego podziemia. Dowódca pułku, ppłk Mikołaj Tarasow, wyznaczył po jednym kluczu z 
każdej eskadry, a dla technicznego zabezpieczenia przydzielił do nich najlepszych mechaników lotniczych. 
W skład wytypowanych załóg weszli: por pil. Józef Dembowski, por. pil. Tadeusz Pytel, ppor. pil. Henryk 
Kulesza, chor. pil. Smuk, chor. pil. Bronisław Kluczyk, ppor. pil. Zygmunt Danyłów i inni. Dowódcą eskadry 

background image

został   młody,   ale   doświadczony  pilot   por.   Józef   Dembowski.   Zbiorowym   przelotem   na   lądowisko   pod 
Sanokiem rozpoczęła się ich bieszczadzka przygoda. Odtąd codziennie sierżanci: Olearczyk, Pawłowicz, 
Królikiewicz,   Szablicki   i   inni   mechanicy   od   świtu   do   nocy   krzątali   się   przy   samolotach.   Codziennie 
startowały one na patrolowanie w ramach współdziałania z wojskami 8 i 9 dywizji piechoty. Z ciężkich i 
trudno dostępnych terenów Bieszczad lotnictwo dostarczało najbardziej aktualnych wiadomości o ruchach 
band. Na ich podstawie dowództwo grupy operacyjnej  „Rzeszów” mogło podejmować decyzje. Eskadra 
pełniła także  — jak się już przekonaliśmy  — istotną rolę w wypadkach, gdy piechota znajdowała się w 
szczególnych tarapatach.

TRZY RAZY ŻYCIE

Dowódca eskadry, o której mowa, miał wiele sentymentu dla Bieszczad. Jeszcze jako młody chłopiec, 

przed wybuchem drugiej wojny światowej, próbował w Ustianowej swoich pierwszych kroków w powietrzu 
na szybowcach. I nie byle kto uczył go trudnej sztuki latania — sam mistrz Bronisław Czech — nie tylko 
świetny  narciarz,   ale   i  wspaniały  instruktor   szybowcowy,   który  wpoił   mu   pierwsze   lotnicze  „ABC”  na 
szybowcach „Żaba” i „Wrona”. Tu, w Ustianowej, zaraził się lotniczym bakcylem, który wszedł mu w krew 
i   dał   możliwość   zaznania   wielkiej   rozkoszy   latania.   Wspaniałe   były   to   czasy  —   pełne   porywów   i 
młodzieńczych nadziei. A teraz, jako już wytrawny pilot i doświadczony dowódca eskadry, latał na polskim 
samolocie nad Bieszczadami, wypełniając zadania bojowe.

Dwudziesty  dziewiąty  maja   1946  roku   był   dla   eskadry  dniem  pełnym   emocji.   Już   od  świtu   klucz 

samolotów   pracował   na   pełnych   obrotach  —   wspierał   natarcie   jednostek   WP  na   wzgórzach   w   okolicy 
Mrzygłodu, Sanoka i Jurowa. Na skupiska upowców sypały się raz po raz wiązki granatów, raziły ich serie 
karabinów maszynowych. Latając do celu i z powrotem do Sanoka, samoloty utworzyły jak gdyby most 
powietrzny. Mozolna była to praca  — przez parę godzin piloci nie mieli wytchnienia  — ale opłaciła się, 
gdyż   bohatersko   walczący   wśród   gór   nasi   żołnierze   wyparli   przeciwnika   z   zajmowanych   stanowisk   i 
zawładnęli wzgórzami. Po udanej akcji  piloci  wrócili  na lądowisko,  ale niedługo  zażywali  zasłużonego 
wypoczynku. W owych czasach lotnictwo było jednym z głównych nerwów bojowego organizmu grupy 
operacyjnej „Rzeszów”, którą dowodził gen. bryg. Jan Rotkiewicz.

...Oto jeden z samolotów eskadry mija Baligród i nadlatuje nad olbrzymi masyw leśny, pośród którego, 

jak błękitna wstążka, wije się Solinka. Porucznik Dembowski zmienia kurs o piętnaście stopni i wychodzi w 
rejon wsi Żubracze. Obniża lot i tuż nad wierzchołkami drzew nadlatuje nad niewielką połoninę, gdzie 
biwakuje jeden z batalionów 34 pułku przeczesujący lasy w pogoni za bandą  „Rizuna”. Meldunek został 
zrzucony  — pierwsza część zadania wykonana. Teraz pilot robi głęboki zakręt i kosiakiem leci dalej w 
kierunku Ustrzyk Górnych — musi nawiązać kontakt z wojskami znajdującymi się gdzieś między Berehami 
Górnymi a Ustrzykami. Z lewej rozciąga się malownicza Połonina Caryńska, z prawej potężne grzbiety 
Wierchu   Wyżniańskiego  —   samolot  prześlizguje   się   zygzakowatą   linią   pomiędzy  skałami.  W   pewnym 
momencie zaterkotał karabin maszynowy. Pilot spojrzał w prawo i zobaczył na stoku wzgórza ludzi, którzy 
jak złe cienie snuli się wśród skał. Pociski zaczęły gwizdać ze wszystkich stron. Nie było czasu na swobodne 
manewrowanie — porucznik poderwał samolot i wykonał skok przez wzniesienie. Jednocześnie silnik zaczął 
się   dławić,   a   następnie   odmówił   posłuszeństwa.   Trzeba   było   lądować.   Działo   się   to   w   rejonie   szczytu 
Wysokie Berdo. Głęboki ślizg — i wyrównanie nad sielankowo wyglądającą łączką, wśród pofałdowanego 
terenu, poprzetykanego skupiskami lip i jaworów. Moment... i już koła dotykają zielonych traw. Samolot 
siada z przepadaniem, lecz oto koła powoli zaczynają grzęznąć, aż ogon i cały płatowiec unoszą się. Nad 
głową pilota przelatuje jakiś cień, zaś samolot wali się kołami do góry na łąkę. Pilot zawisł na pasach głową 
w dół. Mimo tak rozpaczliwego położenia, myśli nie o sobie, lecz o obserwatorze, sierżancie Stanisławie 
Olearczyku.   Gdzie   się   podział,   przecież   był   w   drugiej   kabinie?   Po   chwili   wszystko   się   wyjaśnia.   Do 
samolotu   podbiega   sierżant   i   uwalnia   swego   dowódcę,   uwięzionego   w   kabinie   przewróconego 
„kukuruźnika”. Kilka chwil szamotania i staje na nogach. Patrzy na Olearczyka, i domyśla się, że właśnie on 
był tym „cieniem”, który przeleciał mu nad głową w czasie kapotażu. Po prostu sierżant nie przywiązał się 
pasami i stąd to salto mortale, całe szczęście, że na miękką murawę łąki. Kiedy dokładniej przyjrzał się 
sierżantowi, zobaczył, że jego lewa nogawica jest zakrwawiona: kula raniła obserwatora w nogę.

Nie było chwili do stracenia. W każdej sekundzie mogli pojawić się upowcy. Porucznik z sierżantem 

prędko wymontowują karabin maszynowy, zabierają granaty i rozglądają się za stanowiskiem ogniowym. Są 
niemal pewni, że ich przymusowe lądowanie widziała banda UPA.

Niedaleko   wystającego   głazu   lotnicy   zauważyli  małe   wgłębienie.   Kilkanaście   kroków   i   już   są   na 

stanowisku ogniowym. Kto przyjdzie pierwszy: nasi czy wrogowie? Ta myśl nie opuszcza ich ani na chwilę. 

background image

Pilot intuicyjnie przeczuwał, że pierwsi powinni zjawić się nasi, gdyż jak się orientował, na tych terenach 
przebywały  pododdziały  jednego   z   pułków   piechoty.   Istotnie.   Pomoc   nadeszła   w   porę.   Był   to   batalion 
dowodzony   przez   samego   dowódcę   pułku,   podpułkownika   Jana   Gerharda.   Powitanie   było   serdeczne. 
Gerhard z żołnierzami obserwował z przeciwległego zbocza lot i kapotaż samolotu. W sam czas zdołali 
dotrzeć do miejsca przymusowego lądowania, ratując pilota i jego obserwatora od niechybnego spotkania z 
bandą „Hrynia”. Obaj — pilot i obserwator, mogli mówić o szczęściu.

Gorzej  było z  samolotem.  Nie  było   innego  wyjścia  jak  wymontować  silnik  i  cenniejsze   przyrządy 

pokładowe i załadować je na ciężarowy samochód. Ogołocony samolot trzeba było spalić.

Pilot i obserwator powędrowali z pułkiem do Ustrzyk Górnych. Nie był to jednak koniec ich perypetii w 

tym dniu. Banda „Hrynia” otrzymała bowiem zadanie zniszczenia kolumny samochodowej, która co pewien 
czas kursowała między Ustrzykami Górnymi a Cisną i Baligrodem zaopatrując pułk w Ustrzykach. I właśnie 
tym razem oni jechali z tą kolumną.

W momencie gdy samochody wypełzły zza niebezpiecznego zakrętu i wyjechały na otwartą przestrzeń, 

z pobliskich skalnych uskoków w stronę kolumny posypały się strzały. Przy hamowaniu wzbiły się spod kół 
samochodu olbrzymie tumany kurzu. Umożliwiło to żołnierzom wyskoczenie pod ich osłoną z ciężarówek i 
zajęcie stanowisk ogniowych w przydrożnych rowach. Wymiana ognia nie trwała długo, gdyż nadjechały 
inne wozy, a wśród nich lekkie działo pancerne. Po kilku jego wystrzałach na stanowiskach upowców poszły 
w niebo słupy dymu i ziemi. Piechurzy momentalnie rozwinęli się do natarcia, razem z nimi biegli też 
lotnicy, jakby dla udowodnienia, że i na lądzie potrafią walczyć. Jeszcze parę razy gruchnęło działo i głośniej 
zaterkotały karabiny  maszynowe.  Upowcy pod naporem ognia  zaczęli  wycofywać  się  w  stronę  leśnych 
masywów. Pozostawiając kilku zabitych, rozpierzchli się w popłochu wśród gór. Lotnicy, którym w jednym 
dniu trzy razy wypadło ryzykować życie, szczęśliwie dotarli do Ustrzyk Górnych.

DYMY O ŚWICIE

Popołudnie   było  po  wiosennemu  ciepłe,   pachnące   świeżą   trawą   i   wodami   przepływającego   opodal 

Sanu. Przyjemnie było w taki czas rozłożyć się wygodnie na pokrowcu silnika, bo od ziemi jeszcze trochę 
ciągnęło, zdjąwszy przedtem lotniczą bluzę.

Zażywał właśnie  tej przyjemności młody podporucznik Aleksander Danielak. Przed rokiem latał w 

pułku nocnych bombowców  „Kraków”. Zanim jeszcze zdążył ochłonąć z mocnych przeżyć frontowych, 
przydzielony został do eskadry w Sanoku, biorącej udział w oczyszczaniu terenów Rzeszowszczyzny z band 
UPA.

— Nie śpij, bo cię okradną — poderwał go na nogi głos dowódcy eskadry porucznika Dembowskiego. 

— Przygotuj się do zadania. Jutro lecimy na rozpoznanie wyrostka robaczkowego.

— Przydałoby się zoperowanie, a nie rozpoznanie  — Danielak wiedział, że chodzi o Bieszczady, a 

ściślej   o   teren   na   styku   trzech   granic,   radzieckiej,   polskiej   i   czechosłowackiej,   popularnie   nazywany 
wyrostkiem robaczkowym; na nim właśnie panoszyli się upowcy.

— Przyjdzie czas i na to. Na razie róbmy, co do nas należy. Przygotuj się do lotu solidnie, dokładnie 

przestudiuj trasę na mapie, zresztą, co cię będę uczył...

— Tak jest — poderwał się podporucznik i niezwłocznie przystąpił do pracy. Miał to być jego pierwszy 

lot nad Bieszczadami, a zarazem pierwszy lot bojowy... po wojnie.

Nazajutrz Danielak stawił się na lotnisku skoro świt. Dowódca eskadry porucznik Dembowski już go 

tam oczekiwał w towarzystwie meteorologa. Eskadra nie miała na miejscu stacji meteorologicznej. Po dane 
na temat pogody meteorolog musiał  dzwonić aż do Krakowa, co zabierało mu dużo czasu. Najczęściej 
zresztą okazywał się on przysłowiową musztardą po obiedzie  — pogoda w tych stronach zmienia się z 
godziny na godzinę  — i lotnikom nie pozostawało nic innego, jak tylko liczyć na własnego pogodowego 
„nosa”.

Start z nadrzecznego lotniska o mikroskopijnych rozmiarach był nie lada sztuką, której jednak lotnikom 

udawało   się,   jak   dotąd,   dokonywać   po   kilka   razy  dziennie.   Samolot   ciężko   oderwał   się   od   trawiastej 
nawierzchni. Nic dziwnego, dźwigał na swych płatach zbiornik pełen paliwa, kilkanaście wiązek granatów, 
karabin maszynowy Szkas z dwoma taśmami amunicji no i załogę. Lecąc wzdłuż Sanu na pełnych obrotach 
wspięli się na przepisowe pięćset metrów, po czym zrobili „w tył zwrot” i wzięli kurs na Baligród — Cisnę 
— Ustrzyki Górne.

Pogoda była idealna. Mimo to trudno byłoby powiedzieć, że był to lot  „jak po maśle”. Zależnie od 

ukształtowania terenu lecieli raz niżej, raz wyżej, cały czas  „kosiakiem”, a więc przy wielkiej prędkości 
kątowej.   Po  minięciu   Baligrodu,   w   którym   stacjonowała   jednostka   KBW   (nie   mieli   z   nią   łączności   ze 

background image

względu na brak radiostacji), znaleźli się nad „matecznikiem” upowców, zwanym przez nich „zakierzońskim 
krajem”. Straszny to był kraj: lała się tu krew zarówno nielicznych przybyszów, jak i pobratymców striłciw, 
gdy sprzeciwiali się rozporządzeniom UPA, płonęły całe wioski, ogień przerzucał się na lasy —  łuny nad 
Bieszczadami niemal nie wygasały.

Lecieli teraz tuż nad samymi lasami. W każdej chwili mogły wyrosnąć przed nimi przeszkody w postaci 

wybujałego drzewa czy wysokich turni skalnych. I wyrastały. Pilot jednak potrafił sobie poradzić i wtedy; 
wykonywał   zwis,   dzięki   któremu   mógł   brać   przeszkody   po   prostu   pod   uniesione   skrzydło.   Niekiedy, 
znalazłszy   się   nad   przesieką,   lecieli   poniżej   wierzchołków   drzew,   dotykając   niemal   kołami   trawiastej 
połoniny. Kiedy indziej zapuszczali się w kręte wąwozy. I tak nieustannie...

Od pierwszej chwili Danielak zorientował się, że niezależnie od wszystkiego innego — jest to swego 

rodzaju próba, której poddawał go pilot, a zarazem dowódca eskadry. I choć nieraz — na widok zbliżającej 
się   gwałtownie   ściany  lasu  —   już,   już   miał   chwycić   za   drążek   sterowy  w   swojej   kabjnie,   by  wyrwać 
maszynę w górę, w ostatniej chwili powstrzymywał się przed tym, zawierzając umiejętnościom pilota.

Tak nadlecieli nad rejon rozpoznania. Pod sobą mieli górski grzbiet z opływającymi go rzekami Solinką 

i Jabłonką i górującym nad okolicą szczytem Łopienik. Rozciągała się tu jedna z wielu połonin, okolona 
gęstym lasem bukowym.

Danielak był tutaj po raz pierwszy. Zanim jednak zdążył objąć ją wzrokiem, dostrzegł wśród bujnych 

traw gromadę ludzi, pędzących stado bydła. Zbliżyli się więc i przelecieli niemal nad ich głowami, by lepiej 
im się przyjrzeć. Wtedy na połoninie zaczął się podejrzany ruch. Tu i ówdzie zabłysła w słońcu broń. Nie 
było już wątpliwości — to upowcy, najprawdopodobniej z bandy „Bira”, wypasający zrabowane bydło.

Krótka decyzja  — natychmiast się z nimi rozprawić. Nadlatują od strony słońca, by bandyci mieli 

utrudnioną   obserwację   samolotu.  Olek   sięga   po   granaty,   nanizane   na   stalowe   kółko.   Józek   wprowadza 
samolot w lot koszący. Są już nad połoniną. W krótkich odstępach czasu wyrzucają wiązki granatów. Trzy 
potężne detonacje. Na polanie zamęt. Bydło rozbiega się na wszystkie strony. Bandyci także.

Połonina   nie   jest   długa,   więc   nalot   trwa   krótko.   Józek   nie   ma   zamiaru   na   tym   jednym   okrążeniu 

poprzestać  —   wykonuje   drugie.   Tym   razem   bliżej   ściany  lasu.   Ukryli   się   tam   byndyci   i   rozpoczynają 
ostrzeliwanie samolotu. Ich odpowiedzią jest ogień ze  Szkasa  prowadzony przez Olka, który  — mocno 
ściskając tylce karabinu  — tylko czekał na drugie zajście. Ale ogień upowców nie ustaje. Pastuchy, a są 
uzbrojeni w broń maszynową! W pewnej chwili Józek czuje — tak, właśnie czuje, a nie widzi, czy słyszy, że 
kula, przemknąwszy po płacie, trafia prosto w rurkę Pitota. Wtedy wysiada prędkościomierz. Ale w niczym 
nie zagraża to bezpieczeństwu załogi. Dowódca eskadry znany jest z tego, że potrafi latać bez jakichkolwiek 
przyrządów pokładowych. Więcej przeżył Olek; jedna z kul przemknęła tuż obok jego głowy, po czym 
ześliznęła się po górnym cylindrze, wyrywając kawałek metalu. Widać też przestrzeliny w lewym płacie. Ale 
najważniejsze, że silnik pracuje normalnie, śmigło na pełnych obrotach z pasją rozcina górskie powietrze. 
Wykonałoby się jeszcze trzecie i czwarte zajście. Niestety, skończyły się już granaty i amunicja  — trzeba 
wracać.

— Olek — woła Dembowski — nanieś ich na mapę!
— Tak jest — odpowiada Danielak, który przystąpił do tego jeszcze wcześniej, pośród gwizdu kul.
Nad Baligrodem zrzucili meldunek dla kabewiaków, po czym wzięli kurs na Sanok. Po wylądowaniu 

mechanik, sierżant Bobrowski, dokładnie obejrzał kadłub i ogon „kukuruźnika” — naliczył szesnaście dziur.

*

O ile oni mogli mówić o szczęściu, o tyle załogę  „kukuruźnika” z 2 pułku lotnictwa łącznikowego z 

Bielan w Warszawie spotkał pech, który o mało nie skończył się tragicznie. Odbywała ona w składzie: st. 
lejtnant Chudoba i st. lejtnant Głagolew lot rozpoznawczy na małej wysokości, gdy niespodziewanie, niejako 
znienacka, została ostrzelana przez upowców. Raz jeszcze okazało się, w co nie wszyscy piloci skłonni byli 
wierzyć, że dla samolotu mogą być groźni nawet pojedynczy striłci. Ich ogień okazał się tak celny, że zanim 
pilot zdążył nabrać wysokości, trafiony kilkakrotnie silnik zaczął przerywać, by po paru minutach zamilknąć 
zupełnie. Zaskoczonej załodze nie pozostawało nic innego, jak tylko, zdawszy się na siłę nośną płatów, 
oddalić się maksymalnie od rejonu działania upowców i lądować na jakimś w miarę łagodnym zboczu — 
oczywiście pod stok. Udało się to wykonać tylko w połowie. Roztrzaskali samolot na jakiejś skale, sami też 
nie wyszli z tego bez szwanku, jeden miał popękane żebra, drugi obojczyk. Musieli jeszcze znaleźć dość siły, 
żeby szczątki samolotu podpalić, takie były instrukcje. Ogień zdradził jednak miejsce ich przymusowego 
lądowania.   W   rezultacie,   przedzierając   się,   a   ściślej   czołgając   przez   wiele,   wiele   godzin   ku  najbliższej 
wiosce zajętej przez nasze wojska — słyszeli pohukiwanie tropiących ich upowców, nie raz i nie trzy razy 
żegnali się z życiem. Odnalezieni w końcu przez kabewiaków sami nie wierzyli w swe ocalenie. Ich wyczyn 

background image

śmiało   można   porównać   do   wyczynu   słynnego   lotnika   radzieckiego   Mieresiejewa   z  „Opowieści   o 
prawdziwym człowieku”. Tym bardziej że i oni po wyjściu ze szpitala na własną prośbę wrócili do latania i 
to nie gdzie indziej jak nad Bieszczadami.

OCZYMA „KRYŁACZA”

Równolegle do biegu Sanu od południowego wschodu na północny zachód wznoszą się w Bieszczadach 

Słonne Góry. Liczne urwiska i przełęcze czynią je wyjątkowo trudno dostępnymi, nawet gdyby mieli je 
zdobywać taternicy, utrudniają to również zwarte, zdawać by się mogło, nie do przebycia kompleksy lasów 
jodłowych poprzetykanych gęsto bukami. Nic więc dziwnego, że właśnie Słonne Góry uczynił  „Kryłacz” 
bazą wypadową dla swojej sotni. Obiektem wypadów były podgórskie wioski, celem — grabież żywności. 
W wioskach, w których oddawano kontyngenty zbożowe dla państwa lub wyrażano chęć przesiedlenia się na 
Ziemie   Odzyskane,   striłci  „Kryłacza”   przeprowadzali   ponadto   tak   zwane   akcje   odstraszające.   Okrutna 
zemsta banderowców za niepodporządkowanie się ich rozkazom dotknęła między innymi wieś Hroszów. 
Powiesili oni kilku wieśniaków i podpalili ich zagrody, znęcali się nad kobietami.

Meldunki o bestialstwach  „Kryłacza”, pomimo całego zastraszenia, prędzej czy później docierały do 

Sanoka. Choć upowski watażka o tym wiedział, był pewny swej bezkarności. Biwak jego sotni w Słonnych 
Górach sąsiadował z biwakiem dwóch innych sotni, dowodzonych przez „Łastiwkę” i „Burłaka”. Sąsiedztwo 
to   zabezpieczało   go  przed   niespodziewanym  atakiem  Lachiw,   nawet   gdyby  udało   się   przedtem  wykryć 
biwak   z   powietrza.   Okolicznym   szczytom   wyznaczył   w   swoich   kalkulacjach   funkcje   niejako   balonów 
zaporowych,   broniących   przed   samolotami   dostępu   do   jego   zakierzońskiego   kraju.   Obawiał   się   tylko 
jednego:   z   braku   radiostacji   mógł   przegapić   moment   wybuchu   III   wojny   światowej.   Wierzył   bowiem 
fanatycznie  w jej nieuchronność w przeciwieństwie do wielu swoich podwładnych. Ci z kolei po cichu 
zastanawiali się, czy nie lepiej byłoby wrócić zawczasu do swoich domów i bab, skoro prędzej czy później 
dobierze się do nich wojsko i postawi w sytuacji bez wyjścia.

*

Tego ranka jak zwykle sotnia  „Kryłacza” rozpoczęła dzień od rozpalenia na polanie ognisk. Białawe 

dymy, mogące uchodzić za słupy porannej mgły, wznosiły się wysoko ku niebu. Czekając, aż wyschną przy 
ogniu nawilgotniałe w ciągu nocy ubrania i uwarzy się strawa — upowcy czyścili i oliwili broń. Na polanie 
słychać było posykiwanie ognisk i szczęk rozkładanych zamków, a w tle — poranny świergot ptaków. Żadne 
ucho nie wyłowiło spośród tych odgłosów potężniejącego od północy warkotu samolotu.

Zanim się połapali, samolot był już nad polaną. Pierwsza wiązka granatów spadła w sam środek jednego 

z ognisk, druga na największy z szałasów, trzecia między pobliskie skały. Odłamki granatów i skał, płonące 
żagwie   z   ogniska   i   kawały  darni   z   szałasu   zasłały  niemal   całą   polanę.   Ledwie   przebrzmiały  wybuchy 
granatów, zagrał nad polaną karabin maszynowy, powtórnie i na długo przyduszając striłciw do ziemi; tylko 
kilku miało dość odwagi, by usiłować złożyć swój niedoczyszczony karabin maszynowy. Zanim im się to 
udało — nad polaną zrobiło się nagle cicho. Słychać było tylko oddalający się warkot samolotu. Nie zdążyli 
do   niego   oddać   ani   jednego   strzału,   a   nawet   mu   się   przyjrzeć:  mógł   się   im  tylko   kojarzyć   z   górskim 
jastrzębiem   lub   orłem,   który  potrafi   zawisnąć   nieruchomo   w   powietrzu,   by  niespodziewanie   spaść   jak 
kamień na upatrzoną ofiarę.

— Proklatyji Lachi — pierwszy poderwał się „Kryłacz”; był ranny w lewą rękę, lecz nie bacząc na to, 

zaciśniętą   pięścią   drugiej,   zdrowej   wygrażał   odlatującemu   samolotowi.   W   następnej   chwili   jego   gniew 
obrócił się przeciwko własnym ludziom. Stawiał ich na nogi kopniakami, nie bacząc na to, że są wśród nich 
ranni. Pozostawił w spokoju tylko zabitych.

BÓJ O SŁONNE GÓRY

W   kilka   dni   później   w  gabinecie   dowódcy  8  Drezdeńskiej   Dywizji   Piechoty  zebrali   się:   dowódca 

dywizji   płk   Habowski,   szef   sztabu   podpułkownik   Rajewski   i   kilku   dowódców   pułków   i   batalionów. 
Omawiano   plan   likwidacji   sotni  „Kryłacza”,   dokładnie   już   rozpoznanej,   a   ostatnio   również   nieco 
przetrzebionej przez załogę w składzie: porucznik Pytel  — pilot i podporucznik Danielak — obserwator. 
Wszyscy   wiedzieli,  że   nie   będzie   to   łatwe;   oficerowie   sztabowi   żałowali,   że   nie   dysponują   mapami 
plastycznymi   rejonu  działania,   a oficerowie  liniowi,  że  nie  mogą   wyposażyć  żołnierzy  w potrzebny do 

background image

górskiej wspinaczki sprzęt, który chwilami mógłby okazać się bardziej przydatny niż karabiny.

Nikt jednak nie kwestionował potrzeby podjęcia akcji.
— Dowódcy trzydziestego czwartego i trzydziestego szóstego pułku piechoty — mówił w tym czasie 

pułkownik Habowski — wydzielą po jednym batalionie. W nocy należy przerzucić je samochodami w rejon 
Słonnych Gór. Podstawę wyjściową do natarcia zająć na północ od wsi Załuż, na linii Liszna — Wujskie. O 
rozmieszczeniu elementów ugrupowania bojowego meldować do godziny szóstej zero zero. Akcję zaczepną 
rozpocząć na sygnał radiowy oficera operacyjnego grupy „Rzeszów”. To wszystko, życzę powodzenia.

Po odebraniu kopert z kryptonimami dowódcy rozjechali się do swoich jednostek. Rozpoczynał się 

jeden z wielu aktów bieszczadzkiego dramatu, w którym nie zabrakło roli również dla lotnictwa.

*

Już   od  dwóch  dni   nasze   wojska   krwawiły  u  podnóży  Słonnych   Gór  i  w   żaden   sposób   nie   mogły 

opanować   szczytów.   Wykorzystując   naturalne   umocnienia   upowcy  w   sile   dwóch   sotni  —   „Kryłacza”   i 
„Łastiwki”  — skutecznie odpierali każdy atak. Z jednej i drugiej strony padali zabici. Walka stawała się 
coraz bardziej krwawa i beznadziejna. Trzeba było jak najszybciej szukać innego rozwiązania.

*

Samoloty eskadry wróciły z lotów rozpoznawczych. Mechanicy szykowali maszyny na dzień następny. 

Dowódca eskadry i inżynier eskadry jak zwykle wieczorem przeprowadzali przegląd samolotów i omawiali z 
personelem wyniki dnia. Był już wieczór, gdy na lotnisko przyjechał dowódca dywizji wraz z szefem sztabu.

—   Musicie   —   zwrócił   się   do   lotników   pułkownik   Habowski  —   wydzielić   klucz   samolotów   do 

jutrzejszej rozprawy z upowcami. Jak wiecie, na zachód od Sanoka, na szczytach Słonnych Gór...

W   pół   godziny  później   odbyła   się   krótka  odprawa,   w  której  wzięli  udział:  porucznik   Dembowski, 

porucznik Pytel, chorąży Smuk. Stanęło na tym, że jutro skoro świt lotnicy spróbują wiązkami granatów i 
ogniem karabinów maszynowych ruszyć upowców z ich umocnień.

O godzinie czwartej czternaście samoloty pojedynczo wystartowały. Zbiórka nad Sanokiem, klucz w 

szyku  „schody w prawo” wziął kurs na wschód. Przed startem dowódca eskadry ustalił z pilotami plan 
działania: pierwsze zajście zostanie wykonane kluczem, a później w zależności od rozwoju sytuacji każdy z 
pilotów będzie atakować obrany przez siebie cel.

Kiedy  samoloty  znalazły  się   nad   wzgórzami,   upowcy  zaczęli   ostrzeliwać   je   z   ciężkich   karabinów 

maszynowych. Piloci wiedzieli z doświadczenia, że ogień nie będzie celny. Mimo to musieli się liczyć z tym, 
że strzela się do nich nie grochem, lecz pociskami, i to często zapalającymi.

Do ataku samoloty ruszyły z przewyższenia. Wprowadzono je do lotu nurkowego wprost na stanowiska 

upowców. W momencie kiedy samolot dowódcy eskadry nadlatywał nad grzbiet gór, mechanik sierżant 
Królikiewicz  rzucił  kilka  wiązek  granatów.  To samo zrobili sierżanci  Szablicki  i Olearczyk.  Wzgórzem 
wstrząsnęły  wybuchy.   Jednocześnie   dał   się   słyszeć   jazgot   karabinów   maszynowych  —   to   nawigatorzy 
rozpoczęli ogień. Następnie wykonano ponowne zajście, i każdy z pilotów atakował cel na własną rękę nie 
szczędząc granatów i ognia z karabinów. Załogi spostrzegły, jak do natarcia ruszyła piechota. Ciężki to był 
wysiłek. Atak przebiegał wśród rozpadlin, stromych zboczy i urwisk. Piechurzy musieli wdrapywać się na 
głazy, niemal wbijać paznokcie w kamienne ściany. Choć cały czas byli pod ogniem upowców, odważnie 
parli pod górę. Ducha dodawało im to, że samoloty nie próżnowały, na upowców sypały się granaty. Lotnicy 
rzeczywiście starali się zrobić wszystko, aby ulżyć piechurom w ich nadludzkich zmaganiach.

Po piętnastu  minutach  walki  dowódca eskadry spojrzał  na  prawe skrzydło  i spostrzegł kilka  dziur. 

Wyrwane pociskiem płótno łopotało w strugach powietrza jak rozerwana chorągiewka. Nie było czasu na 
rozważania.  Nurkuje  ponownie,   a  jego  nawigator   rzuca  wiązki  granatów.  Na  wierzchołkach   gór,  wśród 
kłębów dymu, widać pojedyncze sylwetki, a później małe grupki upowców zaczynają wycofywać się w 
stronę lasów. Drogę odwrotu znaczą zabici i ranni. Ich karabiny maszynowe już nie trzymają pod ostrzałem 
naszej piechoty. Na wzgórzu robi się coraz puściej, a na zboczach coraz ludniej. Wśród upowców wybucha 
panika.   Lotnicy   starają   się   wykorzystać   fakt,   że   bandytów   dzieli   od   leśnego   masywu   dość   znaczna 
przestrzeń. Strzelcy prażą na całego. Rezultaty są widoczne jak na dłoni.

W chwilę potem wzgórze zostaje zdobyte. Pozostaje pościg za uciekającymi. Nie mogą wziąć udziału w 

nim samoloty. Brak amunicji i granatów. Lecz oto porucznik Pytel zaczyna kiwać samolotem ze skrzydła na 
skrzydło i zniżać lot w kierunku zbocza. Po chwili samolot siada na stoku góry. Od razu otaczają go nasi 
żołnierze. Józek odgadł zamiar porucznika Pytla — chce nabrać amunicji i granatów, bo szkoda czasu na lot 
do Sanoka i z powrotem. Myśl przednia! Ląduje i on, za nim chorąży Smuk. Lądowanie odbywało się pod 

background image

stok   góry.   Gdy   samoloty   kończyły   dobieg,   podbiegała   grupka   domyślnych   żołnierzy   i   chwytała 
„kukuruźniki” za skrzydła, chroniąc je w ten sposób od stoczenia się ze zbocza.

Lotnicy   biorą   amunicję   i   granaty,   błyskawicznie   uzgadniają   z   dowódcami   batalionów   dalszy   plan 

działania. Nie tracąc czasu, organizują pościg — piechota idzie naprzód, a lotnicy wykręcili samoloty o sto 
osiemdziesiąt stopni i startują. Rozbieg jest krótki, po pięćdziesięciu metrach maszyny odrywają się i znów 
są nad wzgórzami. Na przesiekach i wycinkach częstują upowców gęstym ogniem karabinów. Pościg trwa 
około godziny i kończy się w okolicach  Tyrawa Wołoska. Na zboczach i drogach leży wielu zabitych. 
Trudno   powiedzieć,   ilu   upowców   zginęło,   w   każdym   razie   ponieśli   duże   straty  i   łatwo   się   z   tego   nie 
pozbierają. Piloci muszą wracać, wyczerpuje się paliwo. Przechyłami skrzydeł samolotów żegnają piechotę i 
odlatują do Sanoka.

W tym dniu eskadra wylatuje jeszcze parę razy. Wieczorem przyjeżdżają do eskadry dowódca dywizji 

pułkownik Habowski, podpułkownik Rajewski oraz dowódcy batalionów z serdecznym podziękowaniem za 
pomoc.

WAŻNE DOKUMENTY

— Poruczniku — zwrócił się telefonicznie pułkownik Habowski do dowódcy eskadry — polecicie do 

Warszawy z kurierem, aby przewieźć ważne dokumenty.

— Tak jest — ucieszył się porucznik Dembowski na dźwięk słowa „Warszawa”. — Mogę lecieć choćby 

za chwilę.

Była to dla dowódcy eskadry wspaniała okazja do odwiedzenia mieszkającej w stolicy rodziny. W 

tamtych burzliwych latach takie okazje zdarzały się rzadko. Nic więc dziwnego, że podśpiewywał, studiując 
długą trasę; przypilnował także mechanika, by dokonał szczególnie skrupulatnego przeglądu samolotu.

O   ustalonej   godzinie   wylecieli   z   kurierem   w   kierunku   Rzeszowa,   skąd   po   krótkim   postoju   mieli 

polecieć już prosto do Warszawy.  Kurier siedział w drugiej kabinie  i z ciekawością obserwował górski 
krajobraz.

Kiedy przelecieli około trzydziestu kilometrów, praca silnika uległa wyraźnemu zakłóceniu. Klnąc w 

myśli mechanika, lecz nie tracąc jeszcze pogody ducha  — pilot uważnie zaczął odczytywać wskaźniki z 
tablicy przyrządów pokładowych. Ciśnienie benzyny i oliwy było normalne, ale obrotomierz wskazywał 
spadek   obrotów   do   tysiąca  dwustu   na   minutę.   Co   gorsza,   samolot   zaczął   powoli   tracić   wysokość.   Nie 
pozostawało nic innego, jak tylko rozejrzeć się za miejscem do lądowania. W ostatnich dniach dwukrotnie 
już siadał w terenie nie przystosowanym do lądowania, chociażby niedawno w Słonnych Córach. Również 
już nieraz w swojej karierze usuwał sam większe lub mniejsze defekty. Był więc nadal dobrej myśli. Bał się 
tylko jednego: że lądujący samolot mogą zauważyć upowcy.

— Tfu, tfu — odpukał nieznacznie w burtę kabiny. Wszak chodziło nie tylko o niego i kuriera, lecz 

także o owe ważne dokumenty...

Samolot ciągle obniżał lot. Lądowanie było nieuniknione. Rozglądając się tu i tam, pilot upatrzył sobie 

najpierw dość równą łąkę pod lasem. Miał już na niej lądować, gdy zaniepokoił go jej intensywny zielony 
kolor — co wskazywałoby, że jest podmokła. Nie mając już wiele czasu do namysłu, wybrał pobliskie pole. 
Dla odmiany okazało się, że jest ono poprzecinane jakimiś rowami. Jedyne wyjście — zmieścić się między 
nimi, na wąskim pasie równego gruntu.

W lewo od osi lotu stały przy drodze jakieś zabudowania gospodarcze, przypominające folwark. Z 

jednego z kominów unosiła się smuga dymu. Dembowski sprawdził według niej kierunek wiatru i zaszedł do 
lądowania. Kiedy był już na prostej, zobaczył, że z folwarcznego dziedzińca wysypała się grupka ludzi i 
biegiem ruszyła w stronę lasu. Pierwsze pytanie: czy są uzbrojeni? Niestety,  nie miał już czasu im się 
przyglądać, gdyż ziemia była coraz bliżej. Po chwili samolot dotknął kołami powierzchni pola, podskoczył 
raz i drugi, po czym zatrzymał się na obwałowaniu głębokiego rowu.

Pilot wyskoczył z. kabiny nie wyłączając silnika; czarny dym, wydostający się z rur wydechowych 

świadczył dobitnie o uszkodzeniu. Rzut oka na cylindry wystarczył,, by odkryć przyczynę — wypadł jeden z 
popychaczy. Zapasowego w samolocie nie było i do czasu  „podrzucenia” go przez kogoś z eskadry — o 
dalszym locie nie mogło być mowy.

Kiedy porucznik i kurier zaczęli zastanawiać się, jak wybrnąć z kłopotu, od strony zabudowań usłyszeli 

strzały — oddawane jak gdyby na wiwat lub ku przestrodze. Rozejrzawszy się, ujrzeli wysypującą się z lasu 
tyralierę. Stanowili ją ci sami ludzie, których poprzednio widziano opodal folwarku. Teraz  rozpoznanie 
nastąpiło szybko — upowcy! To nie oni przed chwilą strzelali. Z ich strony należało tego dopiero oczekiwać. 
Nie kryjąc się, szli z bronią gotową do strzałów — i to nie na wiwat — prosto ku samolotowi.

background image

Porucznik błyskawicznie ocenił odległość  — mogła wynosić pięćset metrów. Nie tracąc ani chwili 

podbiegł do samolotu, wymontował Szkasa i zaopatrzył się w amunicję. Nie zapomniał też o granatach — 
dla siebie i kuriera, dysponującego jedynie rewolwerem. Stanowisko bojowe zajęli w rowie, w bok od linii, 
na której stał samolot, żeby nie narażać go na szwank podczas strzelaniny.

Upowcy zbliżyli się już na odległość skutecznego strzału. Zastopowani serią ze Szkasa padli na ziemię. 

Wkrótce   jednak,   podczołgawszy  się   kawałek,   poderwali   się   do   skoku   pod   osłoną   strzelającego   z   lasu 
cekaemu. Naliczyli ich piętnastu. Czternastu  — sprostowali po chwili rachunek, obserwując skuteczność 
ognia swego kaemu. Trzynastu, dwunastu.

Pozostali byli jednak coraz bliżej. Mógł już do nich strzelać również kurier ze swego TT. W drugiej ręce 

trzymał zapalniczkę. Nadszedł moment, że nie można było już dalej zwlekać. Wykrzesał ogień, podpalając 
złożone na dnie rowu dokumenty. To było teraz najważniejsze...

— Granatami — usłyszał poprzez palbę głos Dembowskiego. Nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, 

bo pułkownik wyciągnął z granatu zawleczkę, odchylił rękę jak najdalej do tyłu i czekał na odpowiedni 
moment. Oto kilku upowców poderwało się do ostatniego już  — w ich mniemaniu — skoku. Wyrzucony 
ręką granat zatoczył  łuk w powietrzu i spadł  na przedpole rowu-okopu. Eksplozja i — upowcy znowu 
przywarli do ziemi; nad ich głowami zaś siekła seria ze Szkasa.

I   oto   upowcy   rozpoczęli   odwrót.   Był   on   niespodziewany,   gdyż   napastnik   posiadał   zdecydowaną 

przewagę liczebną. Wycofywali się czołganiem, taszcząc ze sobą rannych. Porucznik pożegnał ich kilkoma 
krótkimi   seriami.  Kurier   schował   do   futerału   swoją  „tetetkę”.   Ich   spojrzenia   spotkały  się   nad   warstwą 
spopielałych   ważnych   dokumentów,   zaścielających   dno   rowu.   Roztarli   je   butami   i   przenieśli   wzrok   na 
samolot — stał nienaruszony.

Ale   co   dalej?   Upowcy   lada   chwila   mogli   ponowić   natarcie,   a   im   prawie   zupełnie   skończyła   się 

amunicja. Jedyną radą było poszukanie pomocy z zewnątrz. I to jak najszybciej!

Opuścili swe stanowiska i ruszyli ku zabudowaniom spodziewając się znaleźć w nich telefon. Ani po 

drodze, ani na folwarcznym dziedzińcu nikogo nie udało im się spotkać, widocznie na odgłos strzelaniny 
wszyscy gdzieś się pochowali. Wreszcie jako pierwszy pojawił się jakiś mały chłopiec. Od niego dowiedzieli 
się, że pół godziny temu upowcy szturmowali miejscowy posterunek MO. Jednak na widok lądującego 
samolotu przerwali atak.

— Uratowaliśmy majątek — rzucił kurier na pociechę pilotowi. — Nie ma tego złego, co by na dobre 

nie wyszło...

Zapytany,   gdzie   się   mieści   posterunek,   chłopiec   wskazał   budynek   przy  drodze.   Ruszyli   ku   niemu 

biegiem. Upłynęła chwila nim zabarykadowani od wewnątrz milicjanci upewnili się, że mają do czynienia ze 
„swoimi”. Było ich tylko trzech, uzbrojonych w zwykłe karabiny. Jak się okazało, to oni, po odstąpieniu 
upowców, strzelali z okien w powietrze, ostrzegając ich — lotników, o grożącym niebezpieczeństwie.

Teraz   jednak   najważniejszą   sprawą   było   uzyskanie   połączenia   z   Sanokiem,   ponieważ 

niebezpieczeństwo   grożące   wszystkim  ze   strony  upowców   zdawało   się   być   zażegnane   tylko   chwilowo. 
Niestety,   telefon   na   posterunku   okazał   się   głuchy,   przewody   zostały   przecięte.   Ubezpieczani   przez 
milicjantów wyszli na drogę licząc, że a nuż trafi się jakiś samochód. Mieli szczęście, już po kwadransie 
nadjechała „państwowa” ciężarówka. Po uspokojeniu kierowcy, że i oni są „państwowi”, kurier odjechał nią 
w stronę Rzeszowa, obiecując z najbliższego po drodze telefonu wezwać dla towarzysza pomoc z Sanoka.

Wokół samolotu panował spokój. Pilot i towarzyszący mu milicjanci zastali przy nim tylko chłopca z 

folwarku,   który   samorzutnie   zaciągnął   wartę.   Trudno   było   odgadnąć,   co   skłoniło   upowców   do 
zrezygnowania z ostatecznego szturmu na samolot. Może odłożyli go na wieczór, chcąc zaoszczędzić sobie 
strat? Albo czekali w lesie na posiłki, w tym na pilota, o którego nietrudno było wśród znajdujących się w 
szeregach   UPA   hitlerowców?   Zdobycie   samolotu  i   użycie   go   choć   raz   w   jakiejś   akcji   od   dawna   było 
marzeniem upowców.

Jednak zanim zapadł zmierzch, Dembowski usłyszał znajomy warkot samolotowego silnika. Od strony 

wzgórz nadleciał Po-2 i po kilku okrążeniach wylądował obok. To chorąży Smuk z sierżantem Szablickim 
przywieźli  popychacz.  Po  kilku   minutach   silnik   samolotu  zagrał   na  pełnych  obrotach.   Jednak   dowódca 
eskadry nie rozchmurzył się. Wracał przecież do Sanoka, gdyż do Warszawy poleciał już pewnie któryś z 
pilotów z Rzeszowa. Okazja odwiedzenia rodziny przepadła.

MINY NA BUNKIER

U stóp północnego krańca Bieszczad, na prawym brzegu Sanu, leży Lesko, ongiś siedziba sławetnego 

rodu Kmitów. Dwa kilometry na zachód od miasteczka, w pętli utworzonej przez San, rozpostarła się wieś 

background image

Huzele, z górującym nad nią wzgórzem. W czasie okupacji hitlerowcy wznieśli na nim potężny bunkier, 
mający spełnić rolę bastionu w ich systemie obronnym. Losy wojny potoczyły się jednak tak, że bunkier 
pozostał nietknięty. I wszyscy zapomnieliby o nim, gdyby nie przejęli go w spadku  — jak wiele innych 
rzeczy — striłci z sotni „Bira” w sile jednej czoty, dowodzonej przez „Jara”, urządzając w nim kryjówkę, z 
której dokonywali wypadów na okoliczne wioski. Działo się tak aż do momentu wykrycia ich i okrążenia 
przez   żołnierzy  stacjonującego   w   Lesku   36   pułku   piechoty.   Pozostał   problem   zdobycia   bunkra   z   jego 
upowską załogą. Wiedziano,  przekonując się o tym na własnej skórze, że dysponuje ona ciężką  bronią 
maszynową, można się było też domyślić, że nie brakuje jej amunicji i żywności. W dodatku wzgórze było 
pozbawione lasów, a kształtem przypominało wręcz usypany ręką człowieka kopiec. O podejściu upowców 
nie mogło więc być mowy — ogień ich cekaemów panował nad całą okolicą. Chyba że za cenę olbrzymich 
strat w ludziach. Chcąc sobie tego zaoszczędzić, dowództwo pułku zwróciło się do sztabu dywizji w Sanoku 
o pomoc lotnictwa.

Sprawą zajął się osobiście pułkownik Habowski. W kilka godzin miał dla lotników gotową propozycję.
— Weźmiecie ze sobą dwie miny  — zwrócił się bezpośrednio do podporucznika Kuleszy, który na 

ochotnika podjął się zadania. — Posiadają one zapalniki ustawione na czterosekundowe opóźnienie. Należy 
je zrzucić na bunkier i to jak najcelniej, żeby nie porazić naszych żołnierzy. Z drugiej strony wysokość 
będziecie musieli mieć nie mniejszą niż pięćdziesiąt metrów ze względu na wasze bezpieczeństwo.

— Trochę bym ujął z tego — próbował szarżować Kulesza. — Przed eksplozją zawsze zdążę uciec do 

góry świecą.

— Nie ma mowy — sprzeciwił się pułkownik. — Tym bardzej że będziecie ostrzeliwani. Jeszcze strącą 

was razem z minami i dopiero będzie bigos.

— Ryzyk-fizyk, obywatelu pułkowniku.
— Poryzykujecie sobie przy innej okazji. A mówiąc prywatnie, założyłem się, że zdobędziemy bunkier 

bez jakichkolwiek strat.

— Tak jest — argument ten przekonał Kuleszę do reszty, gdyż on sam, jak większość lotników, bardzo 

lubił się zakładać.

Z podporucznikiem Kuleszą jak zwykle poleciał sierżant Szablicki. Traktował zadanie jako okazję do 

zrehabilitowania się w oczach dowódcy eskadry, pamiętającego jego niedawne kłopoty z popychaczem, za 
który  był  odpowiedzialny  jako   mechanik.   Do   tego   lotu   sierżant   nadawał   się   szczególnie.   Był   bowiem 
znanym w eskadrze siłaczem — śruby potrafił dokręcać samymi palcami, jak piórka dźwigał erkaemy, był 
także doskonałym strzelcem. A pewna ręka i dobre oko były przy tym niezwykłym zadaniu nieodzowne. No 
i mocne nerwy...

Nad   Leskiem  znaleźli   się   w   niespełna   dwadzieścia   minut.   Sierżant   sięgnął   wówczas   po   leżące   na 

podłodze miny i umieściwszy je sobie na kolanach kolejno uzbroił w zapalniki. Lecieli jeszcze na wysokości 
tysiąca metrów. Dopiero w odległości dwóch kilometrów od wzgórza, na którym widniał bunkier, pilot 
zredukował obroty śmigła, wprowadzając maszynę w lot ślizgowy; dla załogi rozpoczęły się chwile emocji.

Upowcy szybko zorientowali się, co im grozi. Lufy ustawionych na bunkrze karabinów maszynowych 

skierowały się ku górze. Strzelali pociskami zapalającymi, szczególnie niebezpiecznymi wobec „drewniano-
szmacianej” obudowy Po-2. Kulesza skulił się za sterem, Szablicki mocniej przytulił do piersi miny. Liny 
wiążące płaty z przeraźliwym świstem cięły powietrze, a skrzydła od nadmiernego pędu drżały jak w febrze. 
Wydawało   się,   że   za   chwilę   wyrżną   w   bunkier   i   pułkownik   Habowski   przegra   swój   zakład.   Podobne 
wrażenie odnieśli widocznie i upowcy, bo przerwali ogień i zostawiwszy karabiny zniknęli z dachu bunkra. 
Ułatwiło to zadanie sierżantowi. Podczas gdy pilot wyrównywał lot, wychylił się z kabiny całym korpusem i 
niemal równocześnie wyrzucił obie miny.  Ledwie zetknęły się z ziemią, rozległa się potężna detonacja. 
Samolotem rzuciło niczym łupinką na morzu. Wzbił się pod nimi słup dymu, pomieszanego z odpryskami 
betonu.   Gdy  opadł,   zniżyli   się   powtórnie,   by  sprawdzić   efekt   wybuchu.   Sierżant   Szablicki   mógł   sobie 
pogratulować  —  bunkier   został   trafiony  i   na   jego   górnej   powierzchni   pojawiły  się   głębokie   pęknięcia. 
Piekielną siłę eksplozji miały zatem niepozornie wyglądające miny! Tymczasem piechurzy zerwali się do 
ataku. Próbował ich powstrzymać już tylko jeden karabin maszynowy, bijący ze szczeliny w bocznej ścianie 
bunkra, ale i on niebawem zamilkł. Upowcy w obawie przed kolejnym atakiem z powietrza zrezygnowali z 
obrony  w   miejscu   i   zaczęli   uciekać.   Teren   nie   był   jednak   ich   sprzymierzeńcem,  wyłapano   ich   prawie 
wszystkich, nie licząc tych, którzy nie podnieśli się po groźnym wybuchu.

Załoga   wróciła   szczęśliwie   do   Sanoka.   Z   sierżanta   Szablickiego  —   zapalonego   sportowca,   z 

konieczności czasowo bez klubowego przydziału — śmiano się, że uprawia nową konkurencję, rzut miną.

background image

ŚMIERĆ PUŁKOWNIKA RAJEWSKIEGO

Podobnie jak z dowódcą dywizji pułkownikiem Habowskim, tak i z szefem sztabu 8 dywizji piechoty 

podpułkownikiem Rajewskim łączyła lotników wielka przyjaźń. Był on człowiekiem szlachetnego serca — 
wspaniałym dowódcą i wychowawcą. Rozumiał doskonale żołnierzy  — wiedział, czego od podwładnych 
wymagać, ale i nie zapominał o tym, żeby umilić i ułatwić im życie. A w tamtych trudnych czasach, kiedy 
żołnierze byli wprzęgnięci w wir ustawicznych walk i zmagań, kiedy często z forsownego marszu wchodzili 
w   bój,   krwawili   i   oddawali   życie  —  problem   umiejętnego   kierowania   i   dowodzenia   był   bardzo 
skomplikowany i trudny. Podpułkownik Rajewski umiał znaleźć wspólny język z podwładnymi i w ciężkich 
chwilach wesprzeć ich ojcowską radą. Był niewielkiego wzrostu, ale śmiało rzec można — wielkiego ducha. 
Kiedy   przyjeżdżał   na   lotnisko,   interesował   się   warunkami   bytowymi   lotników   i   nigdy   nie   zapomniał 
uściskać dłoni pilota, mechanika i szeregowego żołnierza — zapytać o jego samopoczucie.

Pewnego dnia przyszedł jak zwykle do lotników. Z jego twarzy wyczytać można było, że ma im do 

powiedzenia coś niezwykłego.

— No, poruczniku — zwrócił się do dowódcy eskadry  — lada dzień będę miał  dla was specjalne 

zadanie.   Odwieziecie   mnie   samolotem   do   Kijowa.   Moja   służba   w   Wojsku   Polskim   dobiegła   końca. 
Przekazuję obowiązki szefa sztabu dywizji polskiemu oficerowi i już za kilka dni jadę do swojej ojczyzny — 
podpułkownik Rajewski był bowiem oficerem radzieckim, który z frontu razem z 8 dywizją piechoty trafił 
do Sanoka.

Lotnicy bardzo dobrze rozumieli jego uczucia, ale równocześnie bardzo żałowali, że już nie będzie 

razem z nimi cieszył się z każdego ich sukcesu.

Nie wiedzieli jeszcze, że los okaże się okrutny i żołnierzowi wielu pól bitewnych na szlaku Stalingrad 

— Berlin zgotuje tragiczny finał.

Nastąpiło to już w kilka dni później. Była wtedy piękna niedziela. Podpułkownik Rajewski towarzyszył 

delegacji ze Związku Radzieckiego, która przebywała w Sanoku, skąd udała się do Zagórza, aby sprawdzić, 
jak przebiega repatriacja rodzin ukraińskich, które zgłosiły chęć wyjazdu do Związku Radzieckiego.

Tymczasem po południu do Sanoka przyjechały dwa samochody ciężarowe. Wszystkim wydawało się, 

że  są   to  samochody z   naszymi   żołnierzami.  Jak  się  później  okazało,  zrabowała   je   banda  „Żubryda”,   a 
jadących nimi żołnierzy wymordowała. Na rynku wysiadł z ciężarówki oficer w stopniu kapitana; miał silną 
obstawę złożoną z oficerów i szeregowych, uzbrojonych w pistolety maszynowe i granaty. Jak się później 
dowiedziano, był to sam przywódca bandy WiN „Żubryd”. Zależało mu na zdobyciu informacji o miejscu 
pobytu delegacji radzieckiej. W miasteczku  „Żubryd” natknął się na oficera dyżurnego garnizonu. Ten był 
czymś tak mocno zaabsorbowany, że nie zauważył przechodzącego obok „kapitana” i nie oddał mu honorów. 
„Żubryd” z wściekłością podskoczył do porucznika i obrzucił go stekiem wyzwisk. Sterroryzowanemu przez 
obstawę  „Żubryd” wyciągnął z futerału pistolet, po czym bandyci wrócili do samochodu. Kiedy ruszyli 
uliczką prowadzącą w stronę Zagórza, nadbiegli nasi żołnierze i rozpoczęła się strzelanina. Na przecięcie 
drogi bandytom było jednak za późno.

W   chwilę   potem   dowódca   eskadry   otrzymał   rozkaz   natychmiastowego   wysłania   samolotów   za 

uciekającymi   bandytami.   Wystartowały   dwie   maszyny,   z   porucznikiem   Tadeuszem   Pytlem   i 
podporucznikiem   Henrykiem   Kuleszą,   a   z   nimi   w   roli   strzelców   pokładowych   mechanicy  —   sierżant 
Olearczyk i Królikiewicz. W tym czasie z Zagórza wracał samochodem podpułkownik Rajewski z delegacją 
radziecką. Nie orientując się w sytuacji jechali naprzeciw samochodom ciężarowym „Żubryda”. W połowie 
drogi pomiędzy Sanokiem a Zagórzem, ujrzawszy nadjeżdżający samochód osobowy, bandyci zeskoczyli z 
ciężarówki i zatrzymali go. Gdy podeszli i zobaczyli, że w środku siedzi radziecki oficer w towarzystwie 
osób cywilnych, cofnęli się parę kroków i ostrzelali samochód z pistoletów maszynowych. Podpułkownik 
Rajewski poniósł śmierć, a przedstawiciel Komisji Przesiedleńczej, jeden żołnierz i kierowca zostali ranni.

Po dokonaniu mordu bandyci podpalili samochód, wsiedli do ciężarówek i zaczęli uciekać. W tym 

momencie nadlecieli porucznik Pytel i podporucznik Kulesza. Na ciężarówki sypnęły się pociski karabinów 
maszynowych. Samochody zatrzymały się. Bandyci wyskoczyli i rzucili się w kierunku pobliskiego lasu. 
Kilku zostało rannych, a kilku ugodzonych śmiertelnie. Pozostałym bandytom, w tym „Żubrydowi”, udało 
się dopaść lasu i zniknąć w gąszczu. Nadjechały ciężarówki z naszymi żołnierzami. Z płonącego samochodu 
wyciągnięto   ciało   podpułkownika.   Niezwłocznie   też   ruszył   pościg   za   uciekającymi,   ale   i   tym   razem 
bandytom udało się ujść sprawiedliwości.

W dywizji zapanowała żałoba. Śmierć podpułkownika Rajewskigo była dla wszystkich, a szczególnie 

dla   pilotów,   bolesną   stratą.   Najmocniej   przeżył   ten   tragiczny   wypadek   dowódca   eskadry   porucznik 
Dembowski, który miał odwieźć podpułkownika Rajewskiego do Związku Radzieckiego.

W czasie pogrzebu podpułkownika Rajewskiego samoloty, będące pod jego komendą, zrzuciły na grób 

background image

bohatera wiązanki czerwonych kwiatów.

W DNIU REFERENDUM

Eskadra   porucznika   Dembowskiego   nie   była   jedyną   formacją   lotniczą   zaangażowaną   w   walkach   z 

bandami w ramach grupy operacyjnej „Rzeszów”. Jednym z tych, którzy również wykonywali loty bojowe 
nad Bieszczadami i to już od roku 1945, był podporucznik Adam Gawroński — były myśliwiec na P-11c w 
okresie kampanii wrześniowej, a od roku 1944 pilot 3 samodzielnej eskadry łącznikowej, działającej przy 
dowództwie 2 armii WP, następnie zaś dowódca eskadry 2 pułku lotnictwa łącznikowego na Bielanach.

Trzydziestego   czerwca   1946   roku   w   pamiętnym   dniu   referendum   Gawroński   otrzymał   zadanie 

niezwykłe. Poprzedził je meldunek przesłany drogą radiową z Birczy do Przemyśla, że upowcy planują 
szturm na miasteczko, aby zdobyć urny z głosami. W tej sytuacji wywiezienie ich samochodem było zbyt 
ryzykowne, pozostawał samolot.

Żeby jeszcze lot po urny można było  wykonać w dzień... Ale to uniemożliwiłoby oddanie głosów 

wszystkim mieszkańcom Birczy.  Gawroński wystartował więc o zmierzchu. Leciał samotnie, miejsce  w 
drugiej   kabinie   zarezerwowane   było   dla   komisarza   z   Komitetu   Wyborczego.   Lądować   trzeba   było 
oczywiście w przygodnym terenie  — na podmiejskiej  łączce. Topografowie, zaznaczając ją na sztabowej 
mapie, nie przewidywali, że kiedykolwiek lądować będzie na niej samolot. Okazała się bardziej pochyła niż 
można było wywnioskować z danych. Ułatwiło to lądowanie, owo do perfekcji opanowane przez lotników z 
Bieszczad lądowanie pod stok, lecz niepomiernie utrudniło start.

Były to dramatyczne chwile. Przeżyli je w równym stopniu tak pilot, jak i komisarz oraz żołnierze z 

osłony — ci ostatni, żeby było bardziej po bieszczadzku  — dosiadający koni. Upowcy nie dali się jednak 
wywieść  w pole.  Zaatakowali  samolot,  powstrzymywani  jedynie  ogniem spieszonych na tę okoliczność 
kawalerzystów.

Ze startem nie można dłużej zwlekać. Po odwróceniu samolot zaczyna się toczyć pochyłością łąki ku 

urwisku, poganiany dodatkowo przez dmuchający w ogon wiatr. Mimo to „pociak” leniwie reaguje na stery, 
koła w żaden sposób nie chcą się oderwać od powierzchni łąki. Za mała jest jeszcze siła nośna, by wyrwać 
samolot w górę. Chyba, że uda się to już nad urwiskiem. Uda się albo nie... Wyboru jednak nie ma. Ręka 
Gawrońskiego  zdecydowanie  odpycha   drążek   sterowy od siebie.  Są już  nad  urwiskiem,  które  zdaje  się 
wsysać ich niby wir na rzece. Ale trwa to tylko moment. W następnym  — krzaki i głazy, wśród których 
mieli   już   znaleźć   swój   grób,   przestają   pęcznieć,   uciekają   do  tyłu   i  co   najważniejsze  —  coraz   bardziej 
zacierają się w mroku. A więc maszyna zaczyna piąć się w górę.

Dopiero teraz pilot i pasażer uświadamiają sobie, że przez cały czas są ostrzeliwani. Zapalające pociski, 

przypominające niewinne robaczki świętojańskie, raz po raz bzykają ponad kabiną. Lecieć trzeba nisko, żeby 
nie zbłądzić. A na upowcach z Birczy niebezpieczeństwo zagrażające samolotowi bynajmniej się nie kończy. 
Przewidziawszy jak gdyby trasę, którą poleci do Przemyśla, po drodze, co kilka kilometrów, witają go striłci 
gęstym ogniem.

Pilot   jeszcze   raz   podejmuje   ryzykowną   decyzję.   Raz   i   drugi   zmienia   kurs,   chcąc   uwolnić   się   od 

upowców. Udaje się i tym razem. Ceną, którą za to płacą, jest ubytek benzyny. Nie wiadomo, czy na tym, co 
pozostało   w   zbiorniku,   uda   się   dolecieć   do   Przemyśla?   Są   już   nad   prowadzącym   do   miasta   torem 
kolejowym.   Trzeba   odnaleźć   lotnisko.   Powinno   być   oświetlone.   Jest!   Bije   od   niego   feeria   świateł, 
zgromadzono tu chyba wszystkie ciężarówki z całego Przemyśla. Pilot zostaje wręcz oślepiony. Nie widzi 
ziemi, nie może prawidłowo ocenić odległości. Raz i drugi, na resztkach benzyny, zmuszony jest wyrywać 
maszynę na drugi krąg. Wreszcie na lotnisku domyślono się w czym rzecz i zostawiono tylko te reflektory, 
które   oświetlają   pas   lądowania  —  reszta   gaśnie.   Gawroński   szczęśliwie   sadza   samolot.   W  tym   samym 
momencie   ustają   obroty  śmigła.   Znak,   że   skończyła   się   benzyna.   Na   szczęście   nie   jest   już   potrzebna. 
Gwałtowne odprężenie nerwowe. Teraz można się pokrzepić kieliszkiem alkoholu. Zaproponowano to samo 
również pasażerowi Włodzimierzowi Komornickiemu. Ale — choć ledwie żywy, musiał, niestety, odmówić. 
Dla niego służba się nie skończyła, był przecież komisarzem wyborczym. Sprawdził pieczęcie na pakietach z 
głosami, dosłownie z gardła wyrwanymi upowcom, i kazał się wieźć do starostwa.

Nie dowiedział się nawet, ile to dziur naliczono nazajutrz w kadłubie samolotu, którym leciał.

UDAREMNIONE PORWANIE

Niedziele nie były dla lotników dniami wolnymi. Gotowość bojowa obowiązywała ich nieustannie. 

background image

Każdy dzień obfitował w wydarzenia, tak jak na wojnie, chociaż już minęło sporo czasu od jej zakończenia. 
Jednak czasami zdarzały się takie niedziele, że nie było zbyt dużego napięcia ani ostrych dyżurów; wówczas 
piloci ciągnęli do pobliskiego Sanu, gdzie w czystej jak łza wodzie szukali schronienia przed prażącym 
słońcem. Bywało i tak, że czasami mieszkańcy Sanoka przychodzili na lądowisko i rozmawiali z pilotami na 
różne tematy. Zwracano się też wielokrotnie o pomoc w różnych sprawach.

Pewnego razu zgłosił się ojciec z chorym dzieckiem z prośbą o wykonanie lotu na wysokość. Dziecko 

było  chore na  koklusz.  Według  zalecenia lekarza lot miał pomóc  w zwalczeniu choroby.  Po uzyskaniu 
zezwolenia ze sztabu dywizji lot wykonano. Po kilku dniach dziecko rzeczywiście wyzdrowiało.

Bywało, że w niedzielę wykonywano po kilka lotów propagandowych nad Sanokiem. Nic dziwnego, że 

kontakt i współpraca z ludnością cywilną z każdym dniem umacniały się i krzepły.

*

Słońce zaczęło już solidnie przygrzewać. Kulesza oraz technik Pawłowicz siedzieli na ławeczce i paląc 

papierosy gwarzyli — kiedy od strony Sanu ukazała się sylwetka mężczyzny, ubranego w mundur oficerski, 
ale bez czapki. Nieznajomy oficer zbliżył się do ławeczki. Teraz wyraźnie było widać, że jest to kapitan, jego 
pierś   zdobił   szereg   medali.   Lotnicy  przywitali   się   z   przybyłym,   później   wszyscy  trzej   siedli   i   zapalili 
papierosy.

— Dziś jakoś macie spokój na lotnisku — powiedział kapitan.
— Tak, dziś spokój — powtórzył Kulesza. — Ale mamy rozkaz wzmożenia czujności, gdyż ostatnio w 

okolicach Sanoka grasuje sporo różnych band.

— Nawet mówią — wtrącił sierżant Pawłowicz — że sam „Żubryd” ze swoimi ludźmi jest w pobliżu.
— Co wy mówicie? — udając mocno zdziwionego powiedział nieznajomy kapitan. — Sam „Żubryd?” 

Czyżby był aż tak bezczelny i odważył się ze swoją, jak wy mówicie, sierżancie, bandą przebywać w rejonie, 
gdzie jest tyle jednostek bezpieczeństwa, MO i wojska! E, to niemożliwe!

— Bywa różnie — skwitował krótko sierżant.
Podporucznik Kulesza badawczo lustrował sylwetkę nieznajomego oficera; nie dawał mu spokoju fakt, 

że kapitan jest bez czapki.

Jeszcze kilka zdań, kilka pytań i kapitan zaproponował Kuleszy:
—   Panie   poruczniku,   za   kilka   dni   idę   do   cywila,   tyle   lat   wytłukłem   się   na   wojnie   oraz   tu   w 

Bieszczadach i jakoś nie miałem okazji przelecieć się samolotem. Nawet będzie  wstyd przed rodziną i 
znajomymi,   że   ja,   kapitan   z   takimi   odznaczeniami  —   tu   wskazał   na   krzyże   i   medale  —   nie   latałem 
samolotem; prawda, że nie pasuje to do oficera w takim stopniu?

— Zgadzam się z obywatelem — powiedział pilot — ale, niestety, mamy wyraźny rozkaz, by od dnia 

dzisiejszego nie latać z nikim bez zezwolenia dowódcy dywizji. Jeżeli obywatel kapitan uzyska zgodę i 
otrzymam polecenie od dowódcy eskadry, chętnie polecę. Inaczej nic z tego nie będzie.

Twarz nieznajomego kapitana zbladła, a potem zaczerwieniła się, w oczach błysnęły złowrogie ogniki; 

w pewnej chwili jego ręka sięgnęła za pazuchę, ale trwało to sekundę. Kapitan znów przemówił, tym razem 
w jego słowach można było wyczuć nutę pogróżek:

— Poruczniku,  nie  wiedziałem,  że  jesteście  takim  służbistą.  Może  wkrótce  jeszcze   się  spotkamy  i 

porucznikowi  przypomnę,  że  nie  chciał  ze  mną,  starym wojakiem,  polatać  chwilę   nad  Sanokiem  — to 
mówiąc nieznajomy wstał i szybko oddalił się w stronę rzeki, gdzie zniknął w przybrzeżnych zaroślach.

Podporucznik Kulesza i technik klucza patrzyli za nim w milczeniu.

*

Tymczasem „kapitan” bez czapki przedostał się na drugi brzeg Sanu i napotkał tam uzbrojonego w 

pistolet   maszynowy   milicjanta   w   towarzystwie dwóch kobiet. Przechodząc obok nich błyskawicznie z 
zanadrza wyciągnął parabellum i zawołał:

— Ręce do góry!
Wszystko to stało tak nagle, że nie było mowy, aby milicjant mógł zdjąć pepeszę z ramienia. Jakież było 

zdziwienie milicjanta, gdy przyjrzał się twarzy kapitana i rozpoznał, że terrorystą jest nie kto inny, tylko sam 
„Żubryd” — herszt bandy WiN. „Żubryd” zerwał z ramienia milicjanta pepeszę i krzyknął:

— Widzisz te krzaki? Uciekaj! Jak ci się uda, to będziesz żył. Jazda!
Milicjant wykonał w tył zwrot i zaczął iść we wskazanym przez  „Żubryda” kierunku. Bandyta nie 

wystrzelił. Może wobec niewiast chciał udawać dżentelmena, a może bał się, że odgłosy strzałów sprowadzą 
wojsko i milicję. Faktem jest, że milicjant pozostał przy życiu, a zanim kobiety ochłonęły z przerażenia, 

background image

„Żubryd” dawno zniknął w gąszczu pobliskiego lasu. Gdy zarządzono obławę, ślad po „Żubrydzie” dawno 
zaginął.

Plan  „Żubryda” był prosty. Namówić pilota na lot, sterroryzować go i skierować samolot w stronę 

Czechosłowacji, a później dalej do Austrii.

*

Podporucznik pilot Zygmunt Danyłów od godziny wisiał w powietrzu na  Po-2. Zdążył już oblecieć 

trasę: Sanok—Baligród—Cisna  i leciał w stronę Rymanowa. Jak dotychczas rozpoznanie nie przyniosło 
spodziewanych efektów. Minęli wieś Królik Wielki i nad krętym potokiem zbliżali się do miejscowości 
Wisłok  Wielki. Pogoda była  idealna,  jak mawiają  lotnicy:  „milion na  milion”.  „Kukuruźnik” lawirował 
wśród sterczących skał i przedzierał się ciągle w kierunku północnym. Lot był ciężki. Lecieli kosiakiem, a 
rozgrzane masy powietrza mocno rzucały maszyną. Lot męczył i dłużył się niemiłosiernie. Wzrok pilota i 
obserwatora wnikliwie ślizgał się po kamienistych wąwozach, drogach i szeroko rozrzuconych lasach.

Podporucznik   Danyłów   miał   wiadomości,   że   właśnie   w   rejonie   Królik  —   Wisłok   Wielki   ostatnio 

grasowała banda „Hrynia”. Należało ją odszukać, ustalić liczbę osób i kierunek marszu.

— Słuchaj, Zygmunt! — przerwał milczenie obserwator. — Musimy nad wsią Wisłok Wielki wykonać 

parę okrążeń. To niemożliwe, abyśmy wrócili z rozpoznania bez konkretnych danych.

— Masz rację — odpowiedział Danyłów. — Ale nie każdy lot jest szczęśliwy. — A po chwili dodał: — 

Wierzę, że nie wrócimy do Sanoka z pustymi rękoma.

Samolot znalazł się właśnie nad wspomnianą wioską wtuloną w gęstwinę drzew. Na skraju wsi, nad 

potokiem,   stał   młyn,   a   obok   kilka   zabudowań   gospodarczych.   Od   młyna   droga   prowadziła   pod   górę   i 
wkraczała w las.

— Zygmunt! Przeleć jeszcze raz nad stokiem góry. Zdaje się, że widzę nasze wojsko na furmankach.
— Rzeczywiście —- potwierdził Danyłów i położył maszynę w głęboki zakręt.
Kiedy przelatywali nad zboczem, dostrzegli furmanki, z których zeskakiwali żołnierze. Wyraźnie było 

widać ich zielone mundury.

— To chyba nasi! — krzyknął obserwator. — Oni na pewno jadą w kierunku na Rymanów.
— Cholera wie! — odkrzyknął Zygmunt. — Różnie może być! Zrobię jeszcze jeden wiraż, przekonamy 

się.

Tymczasem domniemani żołnierze nie próżnowali. Kiedy samolot ponownie nadlatywał w kierunku na 

młyn, wypluli z erkaemów i szmajserów strumienie pocisków. Pociski bębniły po płatach. Pilot poderwał 
maszynę i skręcił w lewo. Samolot skrył się za wzgórzami.

— Zygmunt! — woła obserwator.  — Musimy jeszcze raz wykonać zajście. Nie darujemy im tego, 

psiamać, że podziurawili skrzydła. Zaraz poślę im w prezencie parę granatów i pociągnę z kaemu.

Podporucznik Danyłów zmienił kierunek lotu na południowy. Leciał poniżej górnej krawędzi lasu, aby 

w ostatniej chwili przeskoczyć jej wierzchołek i znienacka uderzyć na upowców znajdujących się na stoku 
góry. Silnik mocniej zapracował. Maszyna wykonała błyskawiczny skok przez las. W tej chwili obserwator 
wyrzucił   z   kabiny  kilka   granatów   i   chwycił   za   kolbę  Szkasa.   Kaem  zaterkotał   długimi   seriami.  Konie 
spłoszone wybuchami pędziły razem z furmankami w stronę doliny, zostawiając upowców na drodze. Załoga 
uznała,  że   odwet   za  podziurawione  skrzydła   można  uważać   za   udany.  Wzięła  więc   kurs   na   Sanok,   by 
powiadomić dowództwo o wykrytej bandzie.

W POŚCIGU ZA „BURŁAKIEM”

Pali się wieś. Ogień obejmuje coraz to inne budynki. Z wnętrza domostw dobiegają przeraźliwe jęki 

mieszkańców, którzy nie zginęli od razu pod ciosami toporów czy wideł. Zwłoki pomordowanych trawi 
ogień, na równi z gospodarskim dobytkiem i rozwłóczoną pościelą. Rżą przeganiane z miejsca na miejsce 
konie, ryczą przerażone krowy. Oszalałe ze strachu kury, po zetknięciu z ogniem, zamieniają się w ogniste 
kule, kryją się w stogach, zapalają je i — znów gejzerami iskier strzelają w górę nowe pożary. Wieś płonie, a 
łuna rozświetla nocne niebo niczym poranna zorza. W jej blasku groźnie majaczą masywy pobliskich gór — 
niemych świadków ludzkiej tragedii.

Sotennego  „Burłaka” rozpiera duma z podwładnych  striłciw, którzy tak skutecznie rozprawili  się z 

krnąbrnymi wieśniakami. Nie zabrania im gasić pragnienia samogonem, który wprost z wiader wlewają 
sobie do gardeł.

— Hej chłopci! — woła po ojcowsku. — Trzymajcie się z dala od ognia. Łuna i tak dość wysoka, tylko 

background image

patrzeć Lachiw.

— Zdążymy, pane komandir. Do rana jeszcze trochę czasu...
—   Kończyć,   kończyć  —   ponagla   ich,   uświadomiwszy   sobie   teraz   niebezpieczeństwo.  —   I   nie 

zapominać o krowach.

— Po to, żeby je zarekwirować, my tu przyszli. Na rozkaz „Oresta” — wtrącił z głupia frant czotowy 

„Wścicha”. — A przy okazji urządziliśmy cały bal...

— Mogli głupcy nie stawiać oporu — żachnął się „Burłak”. — Rozkaz to rozkaz...

*

W sztabie 8 dywizji piechoty nie spano. Telefon pułkownika Habowskiego terkotał niemal bez przerwy. 

W   drzwiach   raz   po   raz   stawali   oficerowie   i   po   otrzymaniu   rozkazów   wracali   biegiem   do   swoich 
pododdziałów. Wkrótce zawarczały silniki ciężarówek. Żołnierze wdrapywali się na skrzynie, siadali na 
ławkach,   mocno   przyciskali   do  piersi   karabiny.   Erkaemiści  umieszczali   swą   broń   na   dachach   szoferek. 
Kolumna ruszyła przez uśpiony Sanok, biorąc kurs na Mrzygłód, skąd do płonącej wioski powinno być już 
blisko.

Również na lądowisku nikt już nie spał. Niektórzy piloci nie zdążyli jeszcze całkowicie się ubrać, ale 

każdy trzymał w ręku mapnik, a na głowie miał pilotkę. Wszyscy uważnie słuchali dowódcy eskadry:

— Czeka nas lot w rejon Mrzygłodu. Banda „Burłaka” podpaliła tam jedną z wiosek. Wojsko jest już w 

drodze. Naszym zadaniem będzie ustalenie kierunku ucieczki bandziorów i ewentualna ewakuacja rannych, 
jeśli takowi się znajdą. Z miejscem do lądowania może być krucho. Widoczność za to na miejscu powinna 
być dobra. Załadować amunicję do erkaemów i zabrać granaty — dodał na zakończenie, choć wiedział, że 
mechanicy zdążyli już zrobić to, nie czekając na rozkaz — liczyła się każda minuta.

Po   kwadransie   samoloty   szybowały   już   na   przymkniętym   gazie,   ku   płonącej   ciągle   wsi.   Akurat 

zaczynało wschodzić słońce, było tak czerwone, że wydawało się jakby i ono zajęło się od ognia. Dotarli do 
miejsca także nasi żołnierze. Podchodząc do lądowania, piloci widzieli, jak pierścień zaciska się wokół 
wioski. Kiedy samoloty wylądowały i ucichły silniki, od strony pogorzeliska dobiegły głosy dowodzących 
oficerów:

— Nie strzelać! Brać żywcem. To rozkaz! Rozumiecie, rozkaz!
Okazało się, że kilku upowców nie zdążyło umknąć z wioski i wpadło w ręce żołnierzy. Równocześnie 

przychodzili z kryjówek ocaleli z pogromu wieśniacy. Próbowali wyrywać bandziorów żołnierzom i wlekli 
ich   w   stronę   niedopalonej   wierzby   na   skraju   wsi.   Żołnierze,   choć   bez   przekonania,   starali   się   im 
przeszkodzić   w   dokonaniu   samosądu.   Na   jednego   z   upowców,   rozpoznanego   jako   okrutnego   rizuna   o 
pseudonimie „Cygan”, chłopi zawzięli się szczególnie. On też jako jedyny nie skamlał o litość. W pewnej 
chwili naprężył ramiona i powróz, którym był skrępowany, pękł niczym papierowy szpagat. Zaskoczenie 
było  tak wielkie,  że udało mu  się wyrwać i dopaść najbliższej, ocalałej chałupy.  Po chwili z jej okien 
posypały się strzały ze szmajsera. Musiała być tam upowska skrytka, nie przypadkiem ta właśnie chałupa 
ocalała. O wzięciu  „Cygana”  żywcem nie mogło już być mowy, zbyt duże ryzyko. Na słomianą strzechę 
spadło kilka pocisków, wystrzelonych z rakietnic. Chałupa stanęła w płomieniach. Strzały umilkły. Zamiast 
nich rozległo się przeraźliwe wycie „Cygana”. Zagłuszył je dopiero łoskot walącego się dachu.

— Aaa, lotczyki, dobrze, że jesteście — powiedział dowódca pułku przybyłego do wioski, major Emil 

Cimura. Wyjął z ust swą nieodłączną fajkę, zapaloną przed chwilą zarzewiem podniesionym z pogorzeliska. 
— Trzeba niezwłocznie polecieć w stronę Dobra Szlachecka. W ten rejon wycofał się prawdopodobnie 
„Burłak” ze swoją sotnią. Daleko nie mogli odejść, bo zabrali ze sobą zrabowane bydło. Powinno wam to 
pomóc w ustaleniu kierunku ich ucieczki.

— Poleci chorąży Kluczyk — zadecydował porucznik Dembowski. — Ma sokoli wzrok i pochodzi ze 

wsi, więc potrafi odróżnić krowę od niedźwiedzia — zażartował.

Major Cimura po raz pierwszy tego dnia uśmiechnął się pod wąsem i stukając cybuchem fajki o obcas 

zdezelowanego buta mruknął, żeby pilot wystartował jak najszybciej.

Major   nie   mylił   się   w   swych   przewidywaniach.   Już   po   siedmiu   minutach   lotu,   w   okolicach   wsi 

Rosuczka,   załoga   zauważyła   całe   stado   krów,   pędzonych   wąwozem  przez   dziwnych   pastuchów.   Trzeba 
jednak było upewnić się, co do powziętych podejrzeń, żeby nie skierować pościgu na fałszywy trop. Zniżyli 
się więc jak tylko było można, by przyjrzeć się im dokładniej. Upowcy — jak już nieraz przedtem w takich 
sytuacjach  — nie wytrzymali nerwowo. W ich rękach pojawiły się wydobyte spod kapot szmajsery  — 
rozpoczęli   chaotyczny   ogień.   Na   razie   uchodzi   im   to   na   sucho.   Siedzący   w   drugiej   kabinie   sierżant 
Królikiewicz nanosi na mapę miejsce spotkania z bandą, a następnie wystrzeliwuje w górę ustalone sygnały 
dla wojska: dwie zielone i jedną czerwoną rakietę. Dopiero po tych czynnościach mógł obrzucić wąwóz 

background image

granatami oraz poprawić ogniem kaemu.

Po następnych  siedmiu minutach załoga jest z powrotem na lądowisku. Majora Cimurę i dowódcę 

eskadry zastają w tym samym miejscu, w którym ich zostawili, być może rozmawiających na ten sam temat.

—   O   to   chodziło!  —   wykrzyknął   major   wysłuchawszy   relacji   pilota.  —   Ale   nie   zaszkodziłoby, 

gdybyście mogli powtórzyć ten lot. W charakterze przewodnika moich żołnierzy. Tylko czy potraficie lecieć 
aż tak wolno? — zaniepokoił się nagle.

— Zrobi się — z uśmiechem zapewnił chorąży Kluczyk.
Szybko zostały wydane rozkazy. Kompanie załadowały się na samochody. W chwilę po ich odjeździe 

wystartował Po-2. Leciał półósemkami, tak żeby być stale widzianym.

Po dwudziestu pięciu minutach lotu samolot i  „holowana” przezeń kolumna samochodów dotarły na 

miejsce. Po upowcach ani było śladu. Nie mogli jednak ujść daleko. Najpewniej zapadli w lasy bukowe, 
porastające  pobliskie  wzgórza.  Niełatwo  byłoby ich  tam wypatrzyć,  gdyby nie  krowy.  Rozpierzchły się 
mołojcom,   odwykłym   już   dawno   od   pasterstwa,   i   wałęsały   się   po   leśnych   polankach   i   przesiekach. 
Upewniwszy się, że to te same krowy, które widzieli poprzednio, sierżant Królikiewicz wystrzelił jedną i 
drugą rakietę. Obserwatorzy z batalionu odbierają sygnał i już kompania rozsypuje się w tyralierę. Zadanie 
— utworzyć pierścień okrążenia.

*

— Pane komandir — dopadł idącego w przodzie „Burłaka” czotowy „Wścicha”. — Znów nad nami ten 

zarazny europlan. Jeśli sprowadził Lachiw, wybiją nam striłciw co do jednego.

— Należy im się to. Schlali się samogonem i teraz nie mogą utrzymać tempa. Cała pociecha, że do 

pijanych nie tak łatwo trafić — zachichotał, widocznie przypomniawszy sobie, że i on nie jest tu bez winy.

— Gdyby nie te krowy, to my już byliby daleko — wstawił się za swoimi „Wścicha”.
— Tak, bydło trzeba zostawić — zadecydował „Burłak”.
— A rozkaz „Oresta”?
— Czort z nim!
— Z „Orestem”?
— Z bydłem, „Wścicha”. I nie róbcie z siebie durnia.
— Tak jest, pane komandir.
— I nie chcę słyszeć o żadnych maruderach. W każdym razie nie o żywych maruderach. Odechce się 

wszystkim oglądania do tyłu.

Wkrótce okazało się, że trzeba im oglądać się nie tylko do tyłu, ale i na boki. Bo oto jedna z kompanii 

zaczęła ostrzeliwać striłciw zza drzew. Kilku drużynom udało się nawet zajść ich od przodu.

— Sotnia w klin! — rozkazał „Burłak”.
Striłci w okamgnieniu sformowali trójkąt, którego wierzchołek stanowili uzbrojeni w erkaemy i granaty 

mołojcy, podejmując próbę przebicia się. Eksplozja za eksplozją rozdzierała leśną ciszę. Od kul i odłamków 
padali jedni i drudzy  — striłci i nasi żołnierze. Las utrudniał żołnierzom manewr. Upowcom zaś dawał 
szansę wydostania się z matni. Szansę tę wykorzystali płacąc jednak wyjątkowo dużą cenę — w kilkunastu 
zabitych i rannych. Nie mówiąc już o tym, że utracili zrabowane krowy.

Las znowu pogrążył się w ciszy. Tylko chorąży Kluczyk krążył jeszcze przez jakiś czas nad leśnym 

masywem. Lecz o wykryciu upowców nie można już było marzyć. Zresztą, kończyło się również paliwo, 
trzeba było wracać do Sanoka.

Odlatując, jak każe lotniczy zwyczaj, pilot pomachał żołnierzom, przechylając samolot ze skrzydła na 

skrzydło, a ci odpowiedzieli mu z ziemi rakietami, które kolorowo, niczym tęcza, zabarwiły bieszczadzkie 
niebo.

Od pościgu za „Burłakiem” upłynął tydzień. W sztabie dywizji stali w szeregu żołnierze. Wśród nich 

chorąży Kluczyk, odznaczony przed chwilą przez generała Prus-Więckowskiego medalem „Zasłużonym na 
Polu Chwały”. Inni piloci mieli być odznaczeni w późniejszym czasie. Zresztą eskadra w ogóle szykowała 
się do odlotu z Sanoka. Dopiero z nadejściem wiosny 1947 roku wszystko miało się rozpocząć od nowa, ale 
w ramach akcji oznaczonej kryptonimem „Wisła” i z udziałem innej już eskadry lotniczej.

*

Jesień   1946   roku   była   dla   oddziałów   UPA   okresem   wytężonych   przygotowań.   Na   południowo-

background image

wschodnich terenach województwa rzeszowskiego lasy i góry zaczęły się pokrywać bunkrami, które nasi 
żołnierze potocznie nazywali  „kretowiskami”. Bunkry posiadały często dwie, a nawet i trzy kondygnacje. 
Niektóre miały wnętrza wyposażone w urządzenia klimatyzacyjne,  zapewniające stały dopływ  świeżego 
powietrza.   Jeżeli   bunkier   nie   posiadał   podziemnej   elektrowni,   ogrzewano   go   specjalnymi   piecami, 
odprowadzając   dym   systemem  rozgałęzionych   rurek,   mających   ujście   pod   pniami   drzew.   Elektryczność 
zapewniała także odbiór audycji radiowych, nadawanych przez ośrodki zagraniczne. Bunkry były doskonale 
maskowane.

Zima 1946/47 okazała się dla UPA bardzo trudna do przetrwania. Silne mrozy i wielkie opady śniegu 

sparaliżowały działania podziemia. Często całymi tygodniami upowcy nie mogli opuszczać schronów. Mimo 
że   bunkry   były   zaopatrzone   w   żywność  —   brak   jarzyn   powodował   awitaminozę   i   szkorbut.   Wypady 
rabunkowe do pobliskich wsi kończyły się często niepowodzeniem, gdyż pozostawione na śniegu ślady 
wskazywały naszym oddziałom drogi do schronów i wówczas bunkry likwidowano. Zdając sobie z tego 
sprawę   upowcy  nie   wychodzili   z   lasów.   Najgroźniejszym   jednak   ich   wrogiem  okazał   się   tyfus,   a   że   z 
zaopatrzeniem w leki były olbrzymie trudności, więc epidemia dziesiątkowała striłciw. Nic też dziwnego, że 
mieszkańcy „kretowisk” z niecierpliwością oczekiwali wiosny.

Nadeszła wiosna. Z gór zaczął znikać śnieg, który wskazywał dotychczas  drogę do bunkrów. Lasy 

okrywały się zielenią, a z każdym dniem słońce przyświecało coraz mocniej.

Dowództwo UPA doskonale zdaje sobie sprawę z nastrojów, jakie panują w szeregach sotni. Postanawia 

podnieść   morale   striłciw,   odzyskać   nadszarpnięte   zaufanie   i   prestiż   wśród   nacjonalistów   ukraińskich. 
Zapadają decyzje przeprowadzenia szeregu błyskawicznych akcji przeciw małym oddziałom WP i nasilenia 
terroru wśród ludności Bieszczad. I znów zaczynają płonąć wsie, i znów leje się krew tych, którzy zapragnęli 
spokoju, umacnianego przez władzę ludową.

PRZYGODA W HRUBIESZOWIE

Wiosną 1947 roku na terenie Polski, a zwłaszcza w jej województwach wschodnich, gdzie grasowały 

bandy reakcyjnego podziemia, Dowództwo Wojsk Lotniczych utworzyło szereg tak zwanych toczek — były 
to punkty, w których do dyspozycji miejscowych władz i wojska znajdowały się dwa lub trzy samoloty Po-2
Zadaniem   przebywających   na  „toczkach”   załóg   było   zabezpieczenie   normalnej   łączności   pomiędzy 
poszczególnymi województwami i stolicą, przewożenie przedstawicieli władz oraz poczty. Bardzo często 
samoloty były wykorzystywane przez dowódców dywizji w celach operacyjnych — latały na rozpoznanie 
band, zdarzało się też, że nękały je ogniem karabinów maszynowych i granatami.

*

Pewnego kwietniowego popołudnia z lądowiska w Lublinie wystartowały trzy „kukuruźniki” i wzięły 

kurs na Włodawę. Prowadził porucznik  pilot Dionizy Maciążek, a klucz uzupełniali podporucznik pilot 
Stefan Czarnecki i chorąży pilot Albin Korzeniewski. Trasa lotu prowadziła nad Polesiem Lubelskim, pod 
skrzydłami, niby rozrzucone szafiry, błyszczały jeziora, oprawione chryzolitowymi polarni młodych zbóż. 
Pogoda była idealna i lot odbywał się bez przygód.

Po   czterdziestu   minutach   lotu   samoloty  podeszły  do   lądowania.   Piloci   nie   zdążyli   jeszcze   dobrze 

rozprostować nóg, gdy do porucznika Maciążka podbiegł goniec z rozkazem, aby jeden samolot natychmiast 
poleciał do Hrubieszowa, gdzie w okolicy Kryłowa zaobserwowano duże skupisko upowców.

Porucznik   Maciążek   wyznaczył  podporucznika  Stefana  Czarneckiego.  Odległość   wynosiła   zaledwie 

dziewięćdziesiąt   kilometrów,   po   czterdziestu   pięciu   minutach   maszyna   była   nad   lądowiskiem   w 
Hrubieszowie. Znajdowało się ono nad niewielką rzeczułką i miało  ograniczone pole. Lądowanie miały 
ułatwić   płachty,   wyłożone   przez   piechurów   w   kształcie   litery  „T”.   Ujrzawszy  je,   Czarnecki   nawet   nie 
spojrzał   na   kominy,   by   po   dymach   zorientować   się,   skąd   wieje   wiatr.   Liczył,  że   zrobili   to   żołnierze, 
wykładając płachty. No i przeliczył się fatalnie. Zdał sobie z tego sprawę, gdy samolot staczał się już do 
rzeki. Uderzył jeszcze tylko po wyłączniku iskrownika, ale śmigło zdążyło się jednak parę razy obrócić i 
łopata została strzaskana, a silnik zarył się w błocie. Wygramoliwszy się z kabiny, Czarnecki pobiegł do 
pobliskiej jednostki, skąd wysłano telefonogram do Włodawy, aby przysłali samolotem nowe śmigło.

Niestety! We Włodawie nie było zapasowego śmigła. Nie namyślając się długo, porucznik Maciążek 

poleciał   po   nie   do   Warszawy.   Następnego   dnia   wczesnym   rankiem   wystartował   do   Hrubieszowa. 
Tymczasem podporucznik Czarnecki przeżywał w Hrubieszowie dramatyczną noc. Na przedmieściu jedna z 
band upowskich dokonała napadu, mordując kilku obywateli. Wobec szybkiej akcji organów bezpieczeństwa 

background image

i   wojska   bandyci   uciekli,   podpalając   jednak   kilka   domów.   Krwawa   łuna   unosiła   się   nad   miastem,   a 
strzelanina spędzała sen z powiek mieszkańcom Hrubieszowa. Podporucznik Czarnecki zaś denerwował się 
nie wiedząc, jakie są losy jego samolotu, pozostawionego w rzece.

Kiedy rano porucznik Maciążek wylądował w Hrubieszowie, zobaczył interesujący obrazek. Grupka 

żołnierzy brodząc po pas w wodzie przy pomocy traktora wyciągała „kukuruźnika” z rzeki. W końcu Po-2
oblepiony błotem i ociekający wodą, stanął na brzegu.

— Ci tutaj, piechurzy, wyłożyli literę „T” z wiatrem — zameldował Czarnecki. — Nie spodziewałem 

się tego... Im wszystko jedno, skąd wieje wiatr — wybuchnął poirytowany. — Ot, i stąd ta cholerna kraksa.

— Jak nie urok, to przemarsz wojsk — mruknął Maciążek. — A bandy grasują.
— Wiem coś i o tym — odpalił Czarnecki.
Niezwłocznie przystąpiono do wymiany śmigła i uruchomienia silnika. Nikła jednak była nadzieja, że 

od  razu   zaskoczy.   Trzeba   było  odkręcać  każdy cylinder  i  wylewać   wodę.  Po  upływie   godziny  silnik   z 
powrotem zmontowano i założono nowe śmigło. Z niecierpliwością czekano na moment rozruchu. Zaskoczy 
czy nie? I stał się istny cud! Za pierwszym zerwaniem kompresji śmigło zakręciło się raźnie, silnik zaczął 
pracować, jak gdyby nigdy nic. Zaraz też obie załogi otrzymały bojowe zadanie: przeprowadzić rozpoznanie 
okolic Kryłowa, dokąd uciekła  banda po nocnym napadzie  na Hrubieszów, ustalić kierunek  jej marszu, 
ewentualnie   także   ostrzelać.   Uzupełniono   amunicję   do  Szkasów,   zebrano   kilkanaście   granatów.   Już   po 
dziesięciu minutach samoloty krążyły nad Kryłowem. Właśnie z pobliskiego lasu wysuwał się długi sznur 
upowców. Pierwszy atakuje Maciążek, za nim nurkuje samolot Czarneckiego. Granaty rwą się na drodze. 
Bandyci   kryją   się   w   rowach.   Część   upowców   stara   się   uciec   z   powrotem  do   lasu.   Mechanicy  sieką   z 
karabinów maszynowych, ale i bandyci zaczynają ostrzeliwać samoloty z erkaemów. Maciążek i Czarnecki 
robią ponowne zajście i znów na głowy upowców sypią się granaty. Jeszcze jeden zakręt i celne serie kładą 
na przedpolu kilku śmiertelnie ugodzonych bandytów, a pozostali kryją się w gąszczu, na który mechanicy 
zdążyli jeszcze zrzucić po wiązce granatów. Maciążek prędko nanosi na mapę miejsce wykrycia bandy i 
piloci wracają na lądowisko w Hrubieszowie. Po upływie trzydziestu minut oddział operacyjny wyrusza 
samochodami w kierunku Kryłowa i rozpoczyna przeczesywanie okolicznych lasów.

Tymczasem porucznik  Maciążek  otrzymuję z Warszawy telefon, aby natychmiast wracać do pułku, 

gdyż ma zameldować się u dowódcy Wojsk Lotniczych, generała brygady Romeyki.

NOMINACJA

Nazajutrz   dowódca   pułku   pułkownik   Stanisław   Basow   i   pilnie   wezwany   do   Warszawy   porucznik 

Dionizy  Maciążek   siedzieli   w   hallu   czekając   niecierpliwie,   aż   poprosi   ich   adiutant   generała.   Po   chwili 
znaleźli się w obszernym gabinecie, w którym nad wielkim stołem, zasłanym mapami o różnej podziałce 
stali   nachyleni:   dowódca   Wbjsk   Lotniczych   gen.   bryg.   pil.   Aleksander   Romeyko,   szef   sztabu   Wojsk 
Lotniczych płk Wasyl Kadazanowicz i kilku starszych oficerów.

Generał przeniósł wzrok na przybyłych oficerów i rozpoczął:
— Pułkowniku Basow, wezwałem was i porucznika Maciążka, aby omówić zadanie wielkiej wagi, 

udział eskadry lotnictwa łącznikowego w akcji zwalczania oddziałów UPA w Bieszczadach. Równocześnie 
chcę was poinformować, że na dowódcę tej eskadry, która wejdzie w skład grupy operacyjnej  „Wisła”, 
wyznaczyłem porucznika Maciążka.

Maciążek pokraśniał — było to dla niego wielkie wyróżnienie, a generał Romeyko ciągnął dalej:
— Bandy ukraińskiego podziemia, działające na południowo-wschodnich obszarach Polski, a zwłaszcza 

na terenach województwa rzeszowskiego i lubelskiego, w dalszym ciągu stosują bestialski terror wobec 
ludności polskiej, a szczególnie wobec zwolenników władzy ludowej. Działalność dywersyjno-sabotażowa 
UPA   polega   przede   wszystkm   na   niszczeniu   obiektów   komunikacyjnych   i   gospodarczych,   mordowaniu 
ludności polskiej oraz organizowaniu napadów i zasadzek na pododdziały WP, posterunki MO i siedziby 
władz administracyjnych. Jak wam wiadomo z doniesień prasy, w czasie wykonywania zadań służbowych w 
zasadzce zorganizowanej przez sotnie  „Hrynia” i „Stacha”, w rejonie miejscowości Jabłonki na drodze z 
Baligrodu do Cisny, zginął z rąk bandytów generał broni Karol Świerczewski. Mordy, terror i dywersja 
zmusiły  więc  rząd  polski   do  podjęcia  radykalnej   decyzji,   zlikwidowania   faszystowskich   band  UPA. Na 
podstawie zarządzenia Państwowego Komitetu Bezpieczeństwa z siedemnastego kwietnia bieżącego roku 
oraz   rozkazem   Naczelnego   Dowódcy   WP   z   tego   samego   dnia   powołano   grupę   operacyjną  „Wisła”   z 
zadaniem   ostatecznego   zlikwidowania   zbrojnych   sił   UPA   na   południowo-wschodnich   terenach   Polski. 
Dowódcą   grupy   operacyjnej  „Wisła”   został   generał   brygady   Stefan   Mossor,   jego   zastępcą   do   spraw 
bezpieczeństwa pułkownik Grzegorz Korczyński, a szefem sztabu pułkownik Chyliński.

background image

Generał jeszcze bardziej nachylił się nad dwukilometrówką i zaczął objaśniać.
— Teren grupy operacyjnej „Wisła” podzielono na dwa obszary; obszar „S” — Sanok i obszar „R” — 

Rzeszów.   Siły  bojowe   obszaru  „S”   stanowią:   szósta   dywizja   piechoty,   siódma  dywizja   piechoty,   ósma 
dywizja piechoty oraz kombinowana dywizja Wojsk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Siły obszaru 
„R” stanowią: dziewiąta dywizja piechoty, kombinowany pułk z czwartej dywizji piechoty, kombinowany 
pułk   z   dwunastej   dywizji   piechoty  oraz   oddział   Milicji   Obywatelskiej   jako   odwód   grupy   operacyjnej. 
Ponadto pułk saperów, pułk samochodowy, pluton sanitarny i eskadra lotnicza w składzie jeden samolot 
transportowy oraz dziewięć samolotów  Po-2, której dowódcą, jak już mówiłem, został porucznik Dionizy 
Maciążek. Głównym zadaniem eskadry będzie prowadzenie lotniczego rozpoznania na korzyść wojsk grupy 
operacyjnej „Wisła”.

Szczegółowe zadania to: rozpoznanie rejonów dyslokacji i koncentracji band w Bieszczadach w rejonie 

wideł rzek Wisły i Sanu oraz terenów położonych na południe od linii Sandomierz — Hrubieszów; ustalanie 
kierunków ruchu band, grasujących na wymienionych terenach, a w szczególności w górzystych obszarach 
Bieszczad;   nękanie   band   ciągłymi   lotami   na   rozpoznanie   w   dzień   i   w   nocy;   wykonywanie   lotów 
łącznikowych i transport rannych żołnierzy. Eskadra zostaje bezpośrednio podporządkowana dowódcy grupy 
operacyjnej „Wisła” generałowi brygady Stefanowi Mossorowi i na jego polecenia będzie wykonywać loty 
operacyjne. Tyle o zadaniach eskadry, a jeżeli chodzi o miejsce formowania i czas — poruczniku Maciążek 
—   będzie   nim   lotnisko   w   Jasionce   koło   Rzeszowa.   Termin   gotowości   eskadry:   dwudziesty   pierwszy 
kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku.

Trzy dni  na  sformowanie  eskadry to  bardzo  mało  — myślał   porucznik   Maciążek.   Co  gorsza,   cały 

latający i naziemny personel jest mi nie znany. Jaką wartość przedstawiać będą piloci? Jakiego wymagają 
przeszkolenia?

Wiedział tylko, że w większości wywodzić się będą ze szkoły dęblińskiej, ostatnio uczestniczyli oni w 

bombardowaniu zatorów w czasie powodzi.

Powodzie, pożary, katastrofy drogowe i kolejowe, nagłe zachorowania... W tylu już sytuacjach piloci 

byli tymi, którzy wyrywali ludzi z objęć śmierci. Tym tragiczniejsze było więc to, że w pewnej sytuacji 
nawet oni nie byli w stanie nic poradzić. Wtedy mianowicie, gdy odbywał swą bieszczadzką inspekcję 
generał Karol Świerczewski — Walter. A przecież byli tak blisko, tak blisko...

ESKADRA PORUCZNIKA MACIĄŻKA

Z lotniska na Okęciu oderwał się Po-2. Pilotowany był przez porucznika pilota Dionizego Maciążka, a 

w drugiej kabinie siedział starszy sierżant Marian Pawłowicz. Porucznik Maciążek rozmyślał o powadze 
zadania, które postawił mu generał Aleksander Romeyko. Powierzono mu nie tylko sprzęt i ludzi, miał 
odpowiadać   za   loty  operacyjne   na   rzecz   grupy  generała   Mossora.   Mimo   czekających   go   trudności   nie 
załamywał się i wierzył, że zadanie wykona. W lotach mających na celu rozpoznawanie band nabył już 
sporo doświadczenia, na personelu latającym też można było polegać: załogi samolotów składały się na ogół 
z   wyborowych   instruktorów   i   nawigatorów   ze   sporym   nalotem.   Również   starszy   sierżant   Pawłowicz 
wiedział, że czeka go harówka od świtu do późnego wieczora. Samoloty nie będą próżnować, a więc trzeba 
będzie je utrzymywać w ciągłej gotowości technicznej. Usterki, defekty, przestrzeliny i całą gamę różnych 
innych   bolączek   w większości  wypadków trzeba  będzie  usuwać  po gospodarsku,  bo,  jak  dotychczas,  z 
częściami zamiennymi bywało różnie i chyba nic się nie poprawiło.

Punktualnie o ósmej samolot porucznika Maciążka dotknął zielonej murawy obok pasa lądowania na 

lotnisku w Jasionce. Po dobiegu Maciążek pokołował w stronę południowego skraju lotniska i tu wyłączył 
silnik. Zdjął skórzaną pilotkę, otarł rękawem kombinezonu pot. Ten sam gest wykonał pracujący w pobliżu 
rolnik, który na widok samolotu przerwał na chwilę swą wędrówkę za pługiem. Jednego i drugiego czekała 
ciężka praca.

*

Dziewiętnastego kwietnia 1947 roku w gabinecie komendanta Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie 

pułkownika Madejskiego zastanawiano się nad wytypowaniem pilotów i nawigatorów do eskadry grupy 
operacyjnej „Wisła”. Był to problem niełatwy do rozwiązania, gdyż w grę wchodzili tylko ci piloci, którzy 
pod względem umiejętności pilotażowych i przygotowania nawigacyjnego posiadali największą praktykę.

background image

Po   długiej   dyskusji,   na   wniosek   majora   Łagowskiego  —   st.   nawigatora   szkoły   i   poszczególnych 

dowódców eskadr  — do eskadry grupy operacyjnej „Wisła” zostali wyznaczeni piloci z trzeciej eskadry 
szkolnej: ppor. Jerzy Figarski, ppor. Kazimierz Oleński i ppor. Grzegorz Winter oraz z czwartej eskadry ppor. 
Bogdan Pałuczak. Na nawigatorów wytypowani zostali: ppor. Jan Dzieńkowski, ppor. Ignacy Krikszer, ppor. 
Zbigniew Dereń, ppor. Jakub Połczyński i ppor. Marian Wojewódzki.

Wszyscy wymienieni piloci byli w „Szkole Orląt” instruktorami. Mieli na swoim koncie wiele lotów, 

uczyli bowiem podchorążych i całymi dniami od świtu do późnych godzin wieczornych „wisieli” z nimi w 
powietrzu.   Mieli   dużą   praktykę   lotniczą   i   nie   raz   i   nie   dwa   dobrze   dawali   sobie   radę   w   różnych 
skomplikowanych warunkach lotów, które często zdarzały się w pracy instruktorskiej.

Nawigatorzy też mieli za sobą duży nalot  — spędzili w powietrzu wiele godzin w dzień i w nocy, 

prowadząc samoloty na różnych trasach. Mieli również za sobą egzamin z ostrego bombardowania, który 
odbyli w czasie wiosennych powodzi, kiedy poligonem była Wisła z piętrzącymi się zatorami lodowymi pod 
Kazimierzem, Puławami, Gołębiem i Dęblinem.

Rano dwudziestego pierwszego kwietnia z lotniska dęblińskiego oderwał się klucz samolotów  Po-2

biorąc   kurs   na   Rzeszów.   Prowadził   go   podporucznik   nawigator   Jan   Dzieńkowski.   Reszta   personelu 
latającego i technicznego miała być przerzucona samolotem transportowym. Śmiało rzec można, że piloci 
lecieli jak na wojnę. To może nawet za mało powiedziane. Walki z bandami UPA w wielu wypadkach miały 
charakter bardziej skomplikowanych niż na wojnie, ponieważ tam żołnierze wiedzieli, że mają przed sobą 
wroga, linię frontu. W Bieszczadach wróg był zakonspirowany, działał z podziemia i dawał znać o sobie w 
najbardziej nieoczekiwanym momencie nie przebierając w środkach i sposobach prowadzenia walki.

Odlatujących   żegnali:   komendant   szkoły,   szef   sztabu,   starszy   nawigator   szkoły   i   inni   oficerowie. 

Wszyscy życzyli im szczęśliwych lotów, szybkiej likwidacji band i prędkiego powrotu do szkoły. Byli i 
najbliżsi, a wśród nich  narzeczona  podporucznika  Dzieńkowskiego  — Danuta,  która  przyszła  pożegnać 
swego chłopca. Gdy samoloty oderwały się od zielonej murawy lotniska, na jej długich, sztywno ku górze 
odwiniętych   rzęsach   osiadły   kropelki   łez.   Nic   dziwnego  —   przecież   mieli   się   wkrótce   pobrać,   a 
niespodziewana wyprawa Janka na bandy UPA, kto wie na jak długo, przesunęła datę ślubu.

*

Było   południe,   kiedy   samoloty   wylądowały   na   lotnisku   w   Jasionce.   Podporucznik   Jerzy   Figarski 

zameldował dowódcy eskadry porucznikowi Maciążkowi przylot klucza. Później samoloty pokołowały na 
wyznaczone stoiska. Do wieczora przylecieli jeszcze: ppor. Bolesław Balwirczak i ppor. Henryk Kulesza. 
Wylądował również samolot Li-2, przywożąc pozostałych nawigatorów, mechaników i chorążego Franciszka 
Sokoła,   którego   porucznik   Maciążek   wyznaczył   na   inżyniera   eskadry.   Z   Warszawy   przyleciał   również 
samolot   transportowy  C-47,   którego   dowódcą   był   kapitan   Poliwoda,   a   drugim   pilotem   podporucznik 
Zygmunt Danyłów. Na drugi dzień w Jasionce wylądowali: chorąży Bronisław Świątkowski, podporucznik 
Mieczysław Rybak i chorąży Kazimierz Dziki. Za kilka dni dołączyli piloci: podporucznik Tadeusz Małecki 
oraz chorążowie Mudry i Horbaczewski. Eskadra została wpisana na zaopatrzenie dywizji piechoty. Personel 
latający  miał   otrzymywać   suchy  prowiant,   ale   znalazło   się   wiele   chętnych  gospodyń,   które   podjęły  się 
gotowania posiłków.

Do dyspozycji eskadry został przydzielony „gazik” i jeden samochód ciężarowy. Porucznik Maciążek 

zamieszkał w domku położonym najbliżej lotniska. Jego kwatera spełniała rolę sztabu, a przy telefonie wciąż 
czuwał oficer, pełniący obowiązki dyżurnego operacyjnego eskadry.

W   ten   sposób   eskadra   została   skompletowana   i   porucznik   Maciążek   zameldował   szefowi   grupy 

operacyjnej „Wisła” pułkownikowi Chylińskiemu gotowość eskadry do wykonywania działań bojowych.

— Cieszę się bardzo, poruczniku Maciążek  — odpowiedział przełożony.  — Zależy nam bardzo na 

lotniczym rozpoznaniu, prócz tego planujemy, że samoloty będą używane w celach łącznikowych między 
poszczególnymi ogniwami dowodzenia. Wiecie, Bieszczady to teren rozległy i nie zawsze w górach łączność 
telefoniczna i radiowa gra, trzeba będzie ją często uzupełniać lotami eskadry. Wprawdzie będą tudności z 
lądowaniem, teren ciężki, ale że macie dobrych pilotów, problem ten, sądzę, zostanie pomyślnie rozwiązany. 
Zadanie będziecie otrzymywać bezpośrednio od generała Mossora względnie ode mnie. A więc od jutra 
zabieramy   się   do   roboty.   Zaplanujcie   loty   na   oblot   terenu,   niech   piloci   zapoznają   się   z   warunkami 
prowadzenia samolotu w terenie górzystym.

— Tak jest, obywatelu pułkowniku — zapewnił por. Maciążek.

*

background image

Zapał u pilotów i nawigatorów do latania był wielki. Po kilku dniach eskadra dotarła się, dopasowali się 

również   mechanicy.   Warto   podkreślić   wielką   ich   pracowitość,   bez   względu   na   porę   dnia   i   warunki 
atmosferyczne dokonywali przeglądów samolotów, uzupełniali paliwo i amunicję: bez ich sumiennej pracy 
eskadra nie mogłaby podołać wymaganiom, jakie stawiało dowództwo grupy operacyjnej „Wisła”.

BIESZCZADZKA LEKCJA

Samoloty jak pracowite pszczoły całymi godzinami wisiały nad Bieszczadami i nękały upowców w 

dzień i w nocy. Piloci na zmianę prowadzili rozpoznanie lotnicze. Patrolowali drogi, szosy, przelatywali nad 
olbrzymimi  masywami leśnymi, rozległymi  połoninami i szerokimi dolinami. Przerzucali dowódców do 
najbardziej wysuniętych i niebezpiecznych rejonów, transportowali rannych, dowozili żywność oraz prasę i 
często brali bezpośredni udział w niszczeniu band ogniem karabinów maszynowych i wiązkami granatów. 
Nigdy pilotom i nawigatorom nie zabrakło roboty.  Z początku trudno im było przyzwyczaić  się do tak 
ogromnego wysiłku fizycznego i psychicznego, stale połączonego z wielkim ryzykiem dostania się w ręce 
ukraińskich nacjonalistów. Ale jak to zwykle bywa, po pewnym czasie przywykli do wszystkich trudów i 
niebezpieczeństw, latali tak, jak gdyby byli u siebie w szkole, na własnym lotnisku.

*

Pewnego dnia porucznik Maciążek wystartował z generałem Mossorem na rozpoznanie rejonu wzgórza 

Kotylnica  znajdującego  się w widłach  rzeki Solinki  i Wetlinki.  Działała  tam banda  „Bira”.  Na stokach 
Kotylnicy generał  zaobserwował  większy  oddział  upowców.  Chodziło  o  to,  aby  jak  najszybciej  zrzucić 
naszym oddziałom w Wołkowyi meldunek wraz z rozkazem. Pilot skierował samolot ku północy i leciał 
wzdłuż Solinki. W pewnym momencie już niedaleko Wołkowyi samolot znalazł się w głębokim wąwozie. 
Trzeba było zrzucić meldunek, ale nie było to łatwe, bo „kukuruźnikiem” zaczęło targać na wszystkie strony. 
W każdej chwili samolot mógł się roztrzaskać o skały. Na tym nie koniec. Stało się coś, czego Maciążek nie 
potrafił sobie wytłumaczyć. Oto samolot zaczął raptownie spadać. Co gorsze, stery przestały reagować. 
Wydawało się, że sytuacja załogi jest przesądzona, że Po-2 rozbije się jak butelka o skaliste dno wąwozu. 
Ale nagle jakaś niewidzialna siła porwała samolot do góry i wyniosła go ponad wierzchołek Czaków. Stery 
zaczęły działać normalnie i dopiero teraz Maciążek pojął, gdzie leżała przyczyna niespodzianek. Oto w 
wąwozie ciepłe powietrze było tak mocno rozrzedzone, że „kukuruźnik” stracił stateczność, dopiero później 
wstępujące prądy powietrzne uchwyciły go i wyrzuciły do góry, to uratowało załogę od śmierci. Meldunek 
został zrzucony nieco dalej, niż zamierzano, lecz trafił w ręce przechodzącej tamtędy drużyny piechoty. Lot 
był jednak wyjątkowo pożyteczny, bo i udało się rozpoznanie, i był nadprogramową lekcją poglądową dla 
pilota, że nie należy wlatywać w jary i wąwozy w czasie upałów.

PODWÓJNY TRAF

Tego ranka, gdy piloci porucznika Maciążka zebrali się przy samolotach, lotnisko nie obeschło jeszcze z 

perlącej się srebrzyście rosy. Tu, w Jasionce, był na szczęście asfaltowy pas, dzięki któremu można było 
uniknąć przemoczenia obuwia. Gdzie indziej poranne zbiórki kończyły się katarem. O tym, żeby mieć buty 
na zmianę, nie można było marzyć. Kłopoty z obuwiem odczuwało całe wojsko. Piechurom z tego powodu 
wyrażano współczucie, z lotników natomiast pozwalano sobie dowcipkować:

— Po co wam buty? Latać można boso...
— Dziś, zgodnie z tabelą lotów, będziecie wykonywać loty po kręgu i do strefy  — poinformował 

pilotów dowódca eskadry. — Natomiast na zapoznanie się z rejonem przyszłych lotów operacyjnych poleci 
ze   mną   podporucznik   Małecki.   Na   czas   mojej   nieobecności   kierownikiem   lotów   zostaje   podporucznik 
Kulesza. To wszystko; do maszyn rozejść się!

Po   dziesięciu   minutach   Małecki   zameldował   gotowość   do   lotu.   Maciążek   skontrolował,   czy   pilot 

prawidłowo   wykreślił   trasę.   Silnik   zaczął   pracować   Do   pierwszej   kabiny   wsiadł   Małecki,   do   drugiej 
Maciążek. Jeszcze kilka minut i samolot oderwał się od pasa. Lecieli do Sanoka. Lotem koszącym, tuż nad 
drzewami. Taka wysokość była najbezpieczniejsza; duża prędkość kątowa stwarzała upowcom trudności w 
celowaniu.   Lot   koszący  w   górach   wymagał   od  pilota   doskonałej   techniki   oraz   szybkiej   orientacji   przy 
porównywaniu terenu z mapą. Piloci musieli więc odbywać z dowódcą eskadry tak zwane loty zapoznawcze. 
Wiadomości o technice lotu koszącego, wyniesione ze szkoły, nie na wiele się przydawały. Tu przeszkody 

background image

terenowe   brało   się   pod   skrzydło,   przelatywało   się   między   drzewami,   szczytami   górskimi   i   skalnymi 
wyrwami. Czasem piloci, chcąc uniknąć zestrzelenia, musieli się zamieniać w cyrkowych ekwilibrystów. 
Takie loty porywały i pasjonowały, choć były najeżone niebezpieczeństwami. Sztuką też było prowadzenie 
obserwacji. Pilot musiał stale patrzeć przed siebie, wyszukując wzrokiem cele. Tę i wiele jeszcze innych 
umiejętności zdobywał właśnie podporucznik Małecki.

Między  Leskiem  a   Baligrodem,   gdy  lecieli   nad   rozległym   kompleksem  lasów,   Maciążek   zauważył 

wydostającą   się   spomiędzy   drzew   błękitnawą   smugę   dymu.   Klepnął   po   ramieniu   pilota,   a   ten  — 
zorientowawszy się szybko — położył maszynę w lewy zakręt. Znaleźli się nad miejscem, z którego unosił 
się dym. Na dużej polanie gromada ludzi krzątała się wokół ogniska. Jedni byli w koszulach, drudzy w 
ubraniach cywilnych, inni w mundurach wojskowych. Nagłe pojawienie się samolotu spowodowało wśród 
nich zamieszanie.

— Jeszcze jedno zajście — krzyknął porucznik Maciążek do pilota. — Przymiarkę mamy już za sobą...
Małecki położył „kukuruźnika” w głęboki zakręt i obleciawszy kawałek lasu skierował go ponownie 

nad polanę. Porucznik Maciążek położył na kolanach skrzynkę z granatami  F-1  i cztery z nich szybko 
nawlókł na stalowe kółko. Gdy samolot znalazł się nad skrajem polany, wyciągnął zawleczkę bezpiecznika i 
wyrzucił ładunek przez burtę. Potężny wybuch był dowodem, że granaty eksplodowały. Maciążek spojrzał 
za siebie. Nad lasem unosiły się kłęby czarnego dymu. Wszystko wskazywało na to, że ładunek trafił w 
ognisko. Równocześnie porucznik Maciążek popatrzył na stery. Stwierdził, że pionowy i poziomy statecznik 
jest podziurawiony. A więc nie wszyscy upowcy potracili głowy. Byli i tacy, którzy sięgnęli po erkaemy i 
szmajsery,   stąd   te   przestrzeliny.   Porucznik   Maciążek   chwycił   za   drążek   sterowy,   poderwał   energicznie 
maszynę do góry, a następnie przypikował. Stery działały. Odetchnął. Nie mówiąc o niczym Małeckiemu 
kazał   kontynuować   lot.   Po   kilku   minutach   przelecieli   Baligród   i   skierowali   się   w   stronę   Przełęczy 
Łupkowskiej.   Okolica   stawała   się   coraz   bardziej   górzysta   i   lesista.   Tym   razem   odcinek  trasy   minęli 
spokojnie. Zakręt w lewo, tor kolejowy, Solinka i Cisną.

— A teraz wal prosto do Ustrzyk — krzyknął Maciążek. — Tylko uważaj na góry...
Podporucznik   Małecki   kiwnął   głową   i   zwiększył   obroty   silnika,   co   zapewniło   samolotowi   lepszą 

stateczność   i   manewrowość.   Właśnie   przelatywali   nad   wsią   Przysłup,   za   którą   rozciągał   się   obszar 
uprawnych pól. Nagle Maciążek wychylił się po pas z kabiny.

— Zdaje mi się, że widziałem błyski broni — wyjaśnił pilotowi. — U tych ludzi na polu...
Małecki wzruszył ramionami.
— Chyby błysnął ci lemiesz pługa. Widzisz przecież, konie ciągną pług. A tamci — wskazał na grupę 

mężczyzn — rozrzucają gnój.

— Nie gadaj i zakładaj głębszy wiraż. Tylko patrzeć jak tamci pociągną do nas z automatów.
Samolot położył się w głęboki zakręt. Strzałka skrętomierza mocno wychyliła się w prawą stronę, a 

kulka pochyłościomierza stanęła w centrum przyrządu. Siła odśrodkowa przydusiła załogę do siedzenia, aż 
pociemniało w oczach. Pole przez ten czas opustoszało. Pozostał tylko chłop z końmi. Reszta skryła się za 
opłotkami.

— Leć prosto na chałupę — rozkazał Maciążek. — I przyciśnij jeszcze samolot...
Nim porucznik Maciążek zdążył dokończyć zdanie, zza płotu zawarczał erkaem. Podporucznik Małecki 

znowu zwiększył obroty silnika i drążek sterowy oddał od siebie. Strzałka prędkościomierza przesunęła się 
na tarczy. Samolot nurkował w stronę krzaków. Podporucznik Małecki wpatrywał się z zapartym tchem w 
gęstwinę, z której gnały naprzeciw pociski zapalające. Jeszcze kilka sekund i cień samolotu nakrył karabin 
maszynowy z upowską obsługą. Za chwilę  rozległ się potężny huk i snop ziemi  wytrysnął w górę. To 
porucznik Maciążek wyrzucił kasetę z granatami.

— Tadeusz! Dawaj w prawo! Oni wieją do lasu.
— Mam rozwaloną busolę i diabelnie piecze mnie twarz — poskarżył się pilot.
— Pruj nad las — powtórzył dowódca.
Podporucznik   Małecki   z   prawego   zakrętu   wyskoczył   do   góry   jak   z   procy.   Porucznik   Maciążek 

przycisnął mocno kolbę erkaemu i otworzył ogień. Bandyci uciekali w popłochu. Diegtiariow grał długimi 
seriami. Tu i tam sylwetka upowca przywierała do ziemi, aby po chwili znowu poderwać się do biegu. Wielu 
padało na wznak, więcej już się nie podnosząc  — widać było niemal, jak z ich twarzy ucieka życie. Gdy 
samolot znalazł się nad lasem, został ponownie ostrzelany. Tu trudniej było odnaleźć bandytów. Trzeba było 
zresztą zaniechać nalotu, ponieważ Małeckiego zranił odprysk szkła z rozbitej przez pocisk busoli.

— Przyjmuję stery — zdecydował Maciążek. — Bez busoli nic byś nie zdziałał. Musisz teraz opatrzyć 

sobie ranę.

Tadeusz puścił drążek sterowy i zaczął szukać opatrunku. Tymczasem samolot minął las i wyskoczył 

nad drogę prowadzącą po zboczu góry. W dole szła kompania żołnierzy, w ugrupowaniu bojowym. W niebo 

background image

wystrzeliły kolejno po dwie białe i czerwone rakiety. To sygnał, że maszerowali nasi. Porucznik Maciążek 
stanął w krąg, a Małecki sięgnął po mapnik. Położył na nim kawałek papieru i narysował szkic oraz skreślił 
krótki   meldunek.  Kiedy  Maciążek   zobaczył,   że   meldunek  został  przyjęty przez  żołnierzy,  pomachał  im 
skrzydłami i skierował maszynę na północ.

Po upływie godziny samolot wylądował w Jasionce. Z kabiny wyszli piloci. Mając ziemię pod stopami 

poczuli się jak nowo narodzeni. Rzeczywiście, mieli szczęście, gdyż jedna z kul przebiła ster głębokości w 
pobliżu węzła mocowania, a całe usterzenie ogonowe było podziurawione jak sito.

Po dwu dniach wyjaśniła się zagadka z chłopem, który orał pole, i wieśniakami rozrzucającymi gnój. 

Oddział kabewiaków od dłuższego czasu ścigał czotę „Bira”, która we wsi Przysłup zniknęła jak kamfora. 
Kiedy po godzinie oddział znalazł się we wsi, poza dziećmi i starcami nikogo nie znalazł. Tylko w polu orał 
chłop,   a  kilku   wieśniaków   rozrzucało  gnój.  Przeszukano   wieś,  ale   bez  rezultatu.  Pościg   ruszył  dalej   w 
kierunku   gór.   Po   kilku   godzinach   bandyci   wyszli   z   bunkrów   znajdujących   się   w   chałupach.   Natomiast 
wieśniacy rozrzucający gnój sięgnęli po broń ukrytą pod skibami roli. Właśnie w tym czasie nadlecieli 
porucznik Maciążek i podporucznik Małecki, oni to rozszyfrowali fortel upowców.

O KROK OD TRAGEDII

W sercu Bieszczad zachodnich, wtopione w górski krajobraz, nad potokami Wołosatką i Rzeczycą, leżą 

Ustrzyki Górne. Tędy biegnie główne unerwienie dróg, prowadzących na połoniny Caryńską i Wetlińską, w 
kierunku   szczytów:  Wielka   Rawka,   Tarnica,   Krzemień,   Bukowe  Berdo   i  Halicz.   Większość   z   nich   jest 
zalesiona aż po wierzchołki, inne mają trawiaste stoki, ciągnące się graniami rozległe połoniny. Lasy są tu 
potężne — rosną w nich świerki dochodzące często do pięćdziesięciu metrów wysokości i legitymujące się 
wiekiem pięciuset lat, a także sosny i wspaniałe buki. Kto zapadł w ich gąszczu, tego trudno było odnaleźć. 
Nic więc dziwnego, że upowcy, obeznani z krętymi ścieżkami tego górskiego i leśnego labiryntu, czuliby się 
tu bezpiecznie jak w chałupie za piecem, gdyby nie samoloty.

Podporucznik Balwirczak i kapitan Zgnilec pilnie obserwowali teren, nad którym lecieli. Często pilot 

wykonywał   dodatkowo   dwa,   trzy   okrążenia   nad   jarem   lub   rozległą   połoniną,   bacznie   wypatrując 
podejrzanych ruchów. Dawno zostały za nimi Pszczeliny i Bereżki. Przelecieli Ustrzyki Górne i zbliżali się 
do   wsi   Wołosate.   Rude   plamy   wypalonych   zagród,   kikuty   kominów,   opuszczone   pola   i   bezład   w 
czereśniowych sadach świadczyły, że nie tak dawno przeszła tędy wataha upowców i niemal zmiotła wieś z 
powierzchni   ziemi.   Na   końcu   wsi   bielały   brzozowe   krzyże.   Podporucznik   Balwirczak   wykonał   nad 
cmentarzyskiem   głęboki   zakręt;   mając   z   lewej   strony   Beskid   Wołosacki   i   Kiczerę,   z   kursem   trzystu 
czterdziestu stopni poleciał w kierunku wsi Berehy Górne. Kiedy dolatywał do Wierchu Wyżniańskiego, 
między potokiem Rzeczyca a drogą do Ustrzyk Górnych z Bereh, zobaczył na drodze kilka furmanek, obok 
których szły grupy uzbrojonych ludzi. Zgodnie z otrzymaną w sztabie dywizji informacją w tych okolicach 
nie należało spodziewać się własnych wojsk, więc musiał  to być  oddział  upowców. Na wszelki jednak 
wypadek   kapitan   Zgnilec   wystrzelił   umowną   rakietę.   Oddział   maszerował   dalej,   nie   odpowiadając 
wystrzeleniem rakiety, która określiłaby jego tożsamość. A więc na pewno upowcy! Trzeba ich przywitać 
wiązkami granatów i ogniem erkaemu. Jeszcze jedno zajście. Niby na poligonie Balwirczak stawia samolot 
na kurs bojowy, a kapitan Zgnilec chwyta za granaty. Niepokoi ich jednak, dlaczego wśród atakowanych nie 
powstaje żaden ruch  — nie rozbiegają się ani nie chronią, zachowując spokój. Dopiero w ostatniej chwili 
rzecz się wyjaśnia. Umowne rakiety — zielona i czerwona — zostają wystrzelone.

Wiązka granatów, które Zgnilec zdążył już odbezpieczyć, poleciała do potoku, górskie echo powtórzyło 

groźną   eksplozję,   która   na   szczęście   nikomu   nie   wyrządziła   krzywdy.   Soczyste   przekleństwa   posłane 
żołnierzom echa już nie miały, czego załoga nie mogła sobie darować. Po przylocie do Sanoka wyjaśniło się, 
że zamokły biedakom naboje do rakietnic, stąd zwłoka, która o mało nie spowodowała tragedii.

WYŚCIG ZE ŚMIERCIĄ

Na wschód od wsi Wojtkówka, a na północ od Jureczkowej, wznosi się malownicze wzgórze kształtem 

przypominające   przyczajonego   pająka.   Pokrywają   je   stare   bukowe   lasy,   gdzieniegdzie   poprzetykane 
odcinającymi się wyraźnie skupiskami modrzewi. Wzniesienie to odznacza się puszczańską scenerią, dzikim 
charakterem stoków i parowów o stromych, przepaścistych zboczach.

Pluton podporucznika Jana Bogacza już od dwóch godzin posuwał się w górę potoku Mszaniec. Teren 

był  ciężki,  pokryty lasami, a najeżona głazami i zwaliskami drzew górska ścieżka kryła  w sobie wiele 

background image

niespodzianek. Podporucznik uzbrojony w pepeszę i obładowany jak każdy żołnierz granatami i amunicją 
piął się z wysiłkiem pod górę, często ocierając pot z czoła. Za nim ciągnęli sznurem żołnierze. Ci prócz 
plecaków, łopatek i broni osobistej, nieśli także erkaemy, po jednym na drużynę. Wszyscy byli zmęczeni. 
Jedynie świadomość, że cel wyprawy jest niedaleki, dodawała im sił. Gdzieś w pobliżu musiała znajdować 
się droga z Wojtkówki do Kwaszenina, tam też spodziewafi się spotkać batalion, który od kilku dni staczał 
utarczki z sotnią „Łastiwki” i być może potrzebował wsparcia.

Tak też było w istocie. Sotnia  „Łastiwki” wykorzystując własne źródła dowiedziała się, że batalion 

zmierza do Kwaszenina i będzie musiał przejść przez skalisty wąwóz. Kiedy czoło kolumny znalazło się w 
wąskim   gardle  —   zaczajeni   na   urwistych   krawędziach   wąwozu   striłci  „Łastiwki”   obrzucili   żołnierzy 
granatami i ostrzelali ich z broni maszynowej. Ale czoło batalionu, wykorzystując skalne uskoki i szczeliny, 
mimo zaskoczenia, przystąpiło błyskawicznie do ataku. Pociski bębniły po drodze jak grad. Widok zabitych 
i  rannych  kolegów potęgował w żołnierzach uczucie determinacji. Kilkunastu piechurów zdążyło dopaść 
skalnych zwalisk  — niczym kozice przeskakiwali  od głazu do głazu, wspinając  się coraz wyżej.  Kilku 
spadło strąconych seriami szmajserów  — reszta wśród huku, dymu i deszczu skalnych odprysków parła 
dalej. Tymczasem część batalionu zdążyła wycofać się z wąwozu i pod osłoną drzew rozpoczęła dwustronne 
oskrzydlanie sotni. Na jednym ze skrzydeł doszło do boju na bagnety.

Gdy z pomocą batalionowi przyszedł pluton podporucznika Jana Bogacza, bitwa dobiegała końca. Na 

drodze leżeli zabici i ranni. Trzeba było zaopiekować się nimi jak najprędzej. Rany niektórych żołnierzy 
były groźne. Zanim dobiegli sanitariusze, Bogacz wydał swoim ludziom rozkaz, aby opatrzyli kolegów. Sam 
nachylił się nad młodym szeregowcem, który otrzymał postrzał w brzuch. Rannych układano na noszach i 
wynoszono   pośpiesznie   z   wąwozu.   U   wlotu   wąwozu   stał   przy  radiostacji   zastępca   dowódcy  batalionu. 
Nerwowo przynaglał operatora, aby jak najszybciej połączył się ze sztabem dywizji w Sanoku. Stawką było 
życie wielu żołnierzy, którym potrzebna była natychmiastowa pomoc chirurgów ze szpitala w Rzeszowie.

Po kilku minutach wywoływania nawiązano łączność z dowództwem dywizji. Podporucznik Bogacz 

wyraźnie   słyszał,   jak   porucznik   natychmiast   żądał   samolotów.   Inaczej   rannym   groziło   wykrwawienie   i 
śmierć.

*

Na lotnisku w Sanoku ożywiony ruch. Ociekający potem mechanicy szybko podwieszają pod skrzydła 

czterech samolotów  Po-2  specjalne kołyski do przewożenia rannych. Cały personel techniczny i latający 
pomaga w przygotowaniu maszyn do wylotu. Robota idzie sprawnie. Nikogo nie potrzeba przynaglać, każdy 
rozumie,  że   od  jego   wysiłku   i   pośpiechu   zależy  życie   rannych   żołnierzy.   Piloci:   podporucznik   Henryk 
Kulesza,   chorąży  Roman   Czajkowski,   podporucznik   Grzegorz   Winter   i   podporucznik   Tadeusz   Małecki, 
kreślą trasy i wykonują związane z lotem obliczenia. Każda zaoszczędzona minuta oznacza dla rannych 
szansę przeżycia. Po kwadransie samoloty są już w powietrzu, wioząc dwóch lekarzy i jednego felczera oraz 
niezbędny  sprzęt   medyczny  i   leki.   Kiedy  zbliżali   się   do  celu,   jako   ustalony  sygnał   wystrzeliły  w   górę 
czerwone i zielone rakiety, a na polanie zabielały wyłożone płachty.

Samoloty  rozluźniły  szyk.   Kulesza   redukuje   obroty  i   lewym   ślizgiem   od   strony  potoku   Mszaniec 

podchodzi do lądowania. Ostry prąd powietrza zapiera dech — lądowanie nie należy do łatwych. Tuż nad 
wysoką   trawą   pilot   wyprowadza   samolot   ze   ślizgu   i   siada:   za   nim   przyziemiają   Czajkowski,   Winter   i 
Małecki.   Już   na   ich   spotkanie   biegną   sanitariusze,   niosąc   na   noszach   rannych.   Z   samolotu   wyskakują 
lekarze. Transport rannych idzie sprawnie. Niektórzy z nich są mocno skrwawieni, na ich pergaminowych 
twarzach malują się cierpienie i ból. Do dwóch kołysek kładzie się po jednym rannym, w drugiej kabinie 
umieszcza się trzeciego: cztery samoloty zabierają więc na raz dwunastu. Kulesza unosi rękę do góry  — 
nabierając rozbiegu po lekko pochylonym zboczu samolot ciężko odrywa się od murawy i wzbija ponad 
leśny  masyw.   Po   chwili   startują   ze   swoimi   rannymi   Małecki,   Czajkowski   i   Winter.   Nie   ma   czasu   na 
wykonanie rundy. Nabierają wysokości na pełnych obrotach i dużych kątach natarcia. Do lotniska Jasionki w 
Rzeszowie mają siedemdziesiąt cztery kilometry, a muszą się spieszyć, bo czekają ich dwa rejsy. Samoloty z 
wysiłkiem   pną   się   ponad   wierzchołkami   Łomny,   Andzionki,   Morochów.   Powietrze   jest   rozgrzane, 
maszynami rzuca gwałtownie. Piloci starają się nie dopuścić do przechyłów i noszenia, które powodują 
dodatkowe   cierpienia   rannych.   Pamiętają   również   o   tym,   że   jak   najprędzej   trzeba   nabrać   bezpiecznej 
wysokości. Przecież przelatują nad terenami, gdzie grasują bandy  „Kryłacza”,  „Burłaka” i „Żubryda”. Z 
drugiej   strony  nie   mogą   lecieć   zbyt  wysoko,   bo   zmniejszone   ciśnienie   atmosferyczne   może   u   rannych 
wywołać silne krwotoki.

Po kwadransie samoloty mijają San, za piętnaście minut powinien być Rzeszów i lotnisko Jasionka nad 

Wisłokiem. Podporucznik Małecki spogląda z niepokojem na kołyskę. Wydaje mu się, że ranny nie żyje. 

background image

Jego twarz jest blada, a usta otwarte. Pilot wciska obroty aż do oporu. Samolot wyraźnie wysuwa się do 
przodu, a na prędkościomierzu przybyło dziesięć kilometrów; oznacza to kilka minut zysku, od których 
będzie   zależało   życie   żołnierza.   Na   horyzoncie   już   wieża   kościelna.   Piloci   redukują   obroty   i   lotem 
ślizgowym kierują maszyny w stronę Jasionki.

Kilka sanitarek ze szpitala w Rzeszowie na sygnale i pełnym gazem pędzi na lotnisko. Tylko drzewa 

migają. Jeszcze pięć, jeszcze trzy, jeszcze dwa kilometry! Zdążyli! Samoloty dopiero kołują w stronę drogi. 
Sanitariusze szybko przenoszą rannych do sanitarek. Lotnicy wykręcają maszyny i startują do kolejnego lotu. 
Znów lecą nad szczytami i masywami leśnymi. Nie szczędzą wysiłku. Zapomnieli o jedzeniu, zmęczeniu — 
wiedzą, że koledzy czekają na ich pomoc. Wyścig ze śmiercią musi być wygrany.

*

W   sotni  „Łastiwki”   została   zaledwie   połowa   ludzi.   Zginął   czotowy  „Zirka”.   Ciężkie   rany  odniósł 

czotowy  „Zymnyj”. Kilka rojów zupełnie rozbito. Zginęli obydwaj żandarmi. Bój w wąwozie pochłonął 
wielu striłciw. To, co zostało  — wcale nie było podobne do bojowej i prężnej sotni, która jeszcze nie tak 
dawno dla sławy  „Samostijnoj Ukrainy” dokonała napadu na wieś Zahutym. Pozostało im jak najprędzej 
dostać się do masywu górskiego Chwaniów i tam w bunkrach podleczyć rany i uzupełnić sotnię. Grunt palił 
się   im   pod   nogami.   Coraz   gorzej   było   z   zaopatrzeniem.   Sotenny  „Łastiwka”   nie   miał   powodów   do 
zadowolenia i czarne myśli coraz częściej rozsadzały mu głowę.

NOC I MGŁA

— Poruczniku Kulesza — zaczął pułkownik Basow  — potrzebny jest nam pilot o dużej praktyce w 

lotach   nocnych.   Dowództwu   grupy  operacyjnej  „Wisła”   zależy,   aby  oddziały  upowskie   były  nękane   z 
powietrza nie tylko w dzień. Waszym zadaniem będą loty na rozpoznanie w nocy i niszczenie ognisk celem 
uniemożliwienia upowcom gotowania posiłków. Rajdy będziecie wykonywać z lotniska w Jasionce koło 
Rzeszowa. Zanim porucznik Maciążek przeszkoli w nocnych lotach pozostałych pilotów, cały ciężar pracy 
będzie spoczywał na waszych barkach. Życzę powodzenia, a ściślej, dobrych nocy.

Pawłowicz zameldował, że silnik został wypróbowany i maszyna jest gotowa do lotu. Kulesza siadł do 

pierwszej kabiny,  Krikszer do drugiej. Warknął  silnik. Kulesza jeszcze raz rzucił okiem na przyrządy z 
fosforyzowanymi   strzałkami.   Migając   pozycyjnymi   światłami,   poprosił   o   zezwolenie   na   wykołowanie. 
Mechanicy równocześnie wyciągnęli podstawki spod kół i samolot, kiwając się ze skrzydła na skrzydło, 
pokołował na start. Jeszcze kilka chwil i „kukuruźnik” oderwał się od lotniska. Pilot zrobił rundę, sprawdził 
wskazania przyrządów i po wprowadzeniu poprawki na wiatr wziął kurs sto siedemdziesiąt stopni. Samolot 
łagodnie piął się pod niebo. Silnik rytmicznie pracował, a z rur wydechowych wydostawały się czerwone 
jęzory płomieni. Po nabraniu tysiąca metrów Kulesza drążek sterowy lekko oddał od siebie, ustawił samolot 
w locie prostolinijnym i zredukował obroty śmigła do tysiąca sześciuset pięćdziesięciu na minutę. Nawigator 
zwiększył jarzenie świateł w kabinie i pilnie wpatrywał się w mapę. Upewniwszy się, że poprawka na wiatr 
jest wniesiona prawidłowo, z przyjemnością zaczął obserwować ciemne plamy lasu, niezwykle malowniczo 
wyglądające z lotu ptaka.

Po piętnastu minutach zalśniły pod nimi wody Sanu, w których srebrzyście odbijały się gwiazdy. Mimo 

pracy  silnika   wydawało   się,   że   wokół  panuje   idealna   cisza,   że   samolot   płynie   po  niebie   niczym   łódka 
niesiona  falą.  Lecz  był   to tylko pozorny  spokój.  Właśnie  pod osłoną  nocy,   w zagubionych w  górskich 
ciemnościach wioskach, rozgrywały się często sceny bieszczadzkiego dramatu pisanego ostrzem „tryzuba”. 
Załoga wypatrywała więc, czy nie zabłyśnie gdzieś  jakieś światło lub ognisko.  Ale wszędzie  panowała 
ciemność,   tylko   przed   sobą   mieli   anemiczną   łunę  —   to   paliły   się   elektryczne   światła   Sanoka.   Kiedy 
przelatywali nad miastem, z północnego krańca wystrzeliły w niebo trzy rakiety — sygnał, że na lądowisku 
służba dyżurna czuwa, że znaki lądowania są wyłożone, Kulesza zwiększył obroty i samolot zaczął znowu 
nabierać wysokości — musieli osiągnąć tysiąc pięćset metrów, gdyż przed nimi wyłaniały się coraz wyższe 
góry. Przelecieli Osławę i Kalniczkę — dwa potoki górskie, i znaleźli się nad Baligrodem. Tu znów wzbiły 
się   pod   niebo   rakiety.   W   odpowiedzi   podporucznik   Kulesza   kilkakrotnie   nacisnął   włącznik   świateł 
pozycyjnych, które zamrugały umownie do ludzi na ziemi.

Po dalszych sześciu minutach lotu nawigator polecił zrobić zakręt w lewo i stanąć na kursie sto dziesięć 

stopni. Właśnie minęli Cisnę i przelecieli Solinkę. Teraz samolot zmierzał w kierunku Ustrzyk Górnych. Był 
to obszar, na którym grasowały bandy „Hrynia” i „Bira”. W każdej chwili należało się spodziewać, że palące 
się ogniska zdradzą miejsce biwakowania upowców. Pilot i nawigator zwiększyli czujność i jeszcze bardziej 

background image

wytężyli wzrok. Do kabiny zaczęło wdzierać się ciepłe powietrze. Nastąpiło zjawisko inwersji, polegające na 
tym, że górne warstwy atmosfery zalegają masy powietrza cieplejsze niż nad ziemią. A więc sprawdziły się 
przewidywania Krikszera — pomyślał Kulesza. — W rezultacie może być nad lotniskiem mgła.

Nie było czasu na dalsze medytacje, gdyż z lewa rozciągała się długim pasmem Połonina Wetlińska, a 

na jej przedłużeniu Połonina Caryńska. A co najważniejsze, tu i ówdzie błysnęły ognie — znak, że upowcy 
krzątali się przy sporządzaniu posiłków. Samolot znajdował się nad Wetliną. Kulesza raptownie zrobił skręt 
w   lewo   i   przymykając   gaz   skierował   się   w   stronę   najbliższego   z   ognisk.   W   tym   czasie   podporucznik 
Krikszer położył na kolanach wiązkę granatów. Samolot nabierał coraz większej prędkości, liny wiążące 
płaty wydawały ostry poświst, a skrzydła lekko wibrowały. Ognisko raptownie zaczęło przygasać, a w stronę 
nurkującego samolotu skierowały się białe smugi zapalających pocisków. Upłynęły trzy minuty lotu pełnego 
napięcia i maszyna znalazła się nad miejscem, w którym dogorywało ognisko. Krikszer wychylił się przez 
lewą burtę i wyrzucił najpierw jedną, a później drugą wiązkę granatów. Samolot lekko zakołysał  — to 
podmuch, który powstał w czasie eksplozji granatów, dał znać, że maszyna była blisko, może nawet zbyt 
blisko, miejsca wybuchu. Krikszer mocno przydusił do ramienia kolbę  Szkasa  i długimi seriami ostrzelał 
polanę. Upowcy też nie próżnowali. Za samolotem biegły czerwone pasma rozświetlonych pocisków. Ich 
smugi były coraz wyraźniejsze i krzyżowały się coraz bliżej pod i przed samolotem. Nagle dał się słyszeć 
ostry gwizd. To jeden z pocisków ześliznął się po karterze.

— Nie działa benzynomierz — poinformował kolegę pilot.
Równocześnie nerwowo spojrzał na manometr ciśnienia benzyny i oleju. Przyrząd wskazywał normalne 

działanie instalacji paliwowej  — mógł odetchnąć z ulgą. Przymusowe lądowanie w terenie górzystym, w 
nocy, pod ostrzałem — to byłby koniec. Ale załoga miała ten przysłowiowy łut szczęścia i z ciężkiej opresji, 
jak na razie, wyszła bez szwanku. Pilot zrobił prawy zakręt bojowy. W ten sposób wydostał się z pola 
rażenia karabinów maszynowych. Nawigator szybko zaznaczył na mapie miejsce, w którym wykryli bandę, 
a następnie przyjął kurs trzysta pięćdziesiąt stopni. Kiedy trochę odetchnęli, zauważyli, że pod samolotem 
ścielą się białe pasma. To była mgła — największy nieprzyjaciel pilotów. Trzeba było jak najszybciej uciec 
przed nią w górę.

— Jak długo jesteśmy w powietrzu? — spytał pilot.
— Jak długo? — Krikszer popatrzył na dziennik pokładowy. — Półtorej godziny.
— Możemy jeszcze wisieć w powietrzu dwie i pół! Spodziewam się, że przez ten czas mgłę przegoni 

wiatr.

—   Sądzę,   że   tak.   Tym   bardziej   że   wiatr   zmienił   kierunek   i   teraz   wieje   ze   wschodu.   Za   godzinę 

powinniśmy być nad lotniskiem.

Samolot   z   kursem  północnym   leciał   w  kierunku   Rzeszowa.   Lot   był  trudny,   gdyż   wokół  panowała 

głęboka noc, a pod spodem ścieliła się mgła rozświetlona księżycem. Poczuliby się beznadziejnie zagubieni i 
samotni, gdyby nie równomierna praca silnika i miarowy rytm śmigła.

Lecz mgła wisiała również nad Rzeszowem. Służba startowa wyraźnie słyszała warkot w powietrzu, ale 

była bezsilna. Załoga sama musiała decydować o swoich losach.

— Myślę, że trzeba będzie polecieć w kierunku wschodnim, skąd wieje wiatr — powiedział nawigator. 

— Może tam nie ma tej cholernej mgły.

— Dobrze — zgodził się pilot.
Wzięli kurs na odległy o siedemnaście kilometrów Łańcut. Im bardziej posuwali się na wschód, tym 

mgła była rzadsza. Gdy znaleźli się nad miasteczkiem, widać było światła. To lotników podniosło na duchu.

— Tu trzeba będzie zaczekać — zdecydował Kulesza.
Samolot zaczął robić płytkie półósemki.. Była godzina pierwsza czterdzieści. Za godzinę powinien być 

świt — pomyślał Kulesza. — Ale za godzinę skończy się też benzyna.

Po   dziesięciu   minutach   byli  znów   nad   lotniskiem.   Wydawało   się,   że   mgła   rzednie,   bo   nad   górną 

krawędzią pojawiły się rakiety. To strzelała dyżurna służba startowa.

Jednak trzeba było jeszcze zaczekać. Wrócili nad Łańcut. Teraz co chwilę pilot i nawigator spoglądali 

na zegarki. Najgorsze było to, że nie mogli sprawdzić, ile jest benzyny  — paliwomierz nie działał. Czas 
niezmiernie się dłużył, w napięciu wsłuchiwali się, czy silnik nie milknie. To było chyba najgorsze.

Pierwsza pięćdziesiąt dziewięć. Na wschodniej stronie nieba zaczął się powoli rodzić świt. Niebo z 

atramentowej barwy zaczęło stopniowo przybierać spopielałą, potem coraz bardziej stalową, by w końcu 
pokryć się bladymi smugami pierwszych blasków porannej zorzy.

Kulesza   skierował   samolot   znowu   nad   lotnisko.   Tym   razem   nad   Jasionką,   pośród   strzępów   mgły, 

wyraźnie migały światła lamp stajennych ustawionych na znakach startowych. Po chwili pilot i nawigator 
wysiedli z maszyny. Podporucznik Krikszer wręczył łącznikowi z dywizji mapę, na której było zaznaczone 
miejsce wykrycia bandy UPA. Jeszcze jedno zadanie zostało wykonane. Mimo nocy i mgły.

background image

*

W   eskadrze   porucznika   Maciążka   najwcześniej   rozpoczęli   nocne   loty   podporucznik   Figarski   i 

podporucznik Oleński, którzy zdążyli się z nimi otrzaskać już wcześniej. Pozostali trójkami — co wieczór 
inna — latali z Sanoka do Jasionki pod Rzeszowem, która miała dużo większe lotnisko. Stąd startowali w 
noc po naukę instruowani przez specjalnie przysłanego lotniczego wygę starszego lejtnanta Wojtalianowa.

Jednak nawet tak doświadczeni piloci jak Figarski i Oleński nieraz mieli kłopoty, najczęściej z mgłą... 

Pewnego   razu   Figarski   z   nawigatorem   Krikszerem,   mając   do   przekazania   ważny   meldunek   o   miejscu 
wykrycia   sotni  „Bira”,   tak   długo   błądzili,   że   w   końcu   pozostało   już   im   tylko   jedno:   lądowanie   w 
przygodnyrn   terenie   po   uprzednim  przebiciu   się   przez   warstwę   mgły.   No,   może   niezupełnie   przebiciu. 
Skorzystali z okna, których kilka utworzyło się pod nimi we mgle. Ale i tak nie mieli pewności, czy nie 
wyrżną o ziemię, gdyż widoczność była równa zeru. Dopisało im jednak szczęście. Warstwa mgły nie sięgała 
do samej ziemi. Stwierdzili to na wysokości... dwustu metrów. Udało im się wylądować na niewielkiej 
polanie obok szosy. Pozostało czekać, kto pierwszy ich tu wykryje. Silnik pracował, ciążyły trzymane w 
rękach   pistolety  —   oczekiwanie   przedłużało   się.   Wreszcie   na   szosie   rozległ   się   warkot.   Nadjechali 
motocyklami kabewiacy z Baligrodu, czujni na wszystko, co się dzieje nie tylko na ziemi, ale i niebie. Do 
przyczepy jednego z nich, prosto z samolotu, przesiadł się nawigator, prosząc o podwiezienie do sztabu 
pułku.   Niebawem   w   powietrze   popłynęły   rozkazy.   Zanim   jeszcze   ustąpiła   mgła,   z   Leska   i   Baligrodu 
równocześnie wyruszyły samochody z żołnierzami — w pogoń za sotnią „Bira”.

NIEPLANOWANA WIZYTA

Samolot startujący tego dnia z załogą: podporucznik Kozłowski — podporucznik Wojewódzki, oderwał 

się od lotniska lekko jak motyl. Nic dziwnego, tym razem nie był obciążony ani karabinem maszynowym, 
ani wiązkami granatów. Zamiast nich w kabinie nawigatora znajdowały się ulotki.

Wkrótce samolot znalazł się nad okolicami, w których domyślano się obecności przetrzebionych w 

licznych potyczkach band  „Hrynia” i „Bira”. Można było przystąpić do wykonywania zadania. Nie było 
skomplikowane,   rzecz   sprowadzała   się   do   wyrzucania   przez   nawigatora   ulotek   poza   burtę,   reszty  miał 
dokonać wiatr.

— A może przejść do lotu plecowego  — zaproponował żartem, nudzący się trochę pilot.  — Pójdzie 

szybciej... Tylko musiałbyś się mocno trzymać, żeby nie polecieć wraz z ulotkami.

— Dobra, dobra... — odburknął nawigator.
— Żywa ulotka, tego jeszcze nie było — delektował się swym dowcipem pilot.
— Pilnuj lepiej kursu.
— Spokojna głowa.
Zajęty wyrzucaniem ulotek nawigator nie zwracał specjalnej uwagi na orientację, od czasu do czasu 

podając tylko nowy kurs. Pilot za każdym razem kiwał głową i zmieniał kierunek lotu. Tak przez dwie 
godziny lawirowali wśród gór, dolin i leśnych masywów, sypiąc na prawo i lewo ulotkami.

Nadeszła pora powrotu nad lotnisko.
— Wiesz, gdzie jesteśmy? — zainteresował się nawigator.
— Oczywiście — padła stanowcza odpowiedź pilota.
Wojewódzki wrócił do swych ulotek  — została połowa, a że były w nieładzie, schylił się i zaczął je 

porządkować. Tymczasem pilot leciał na południe, wypatrując w dole zabudowań Ustrzyk Górnych, znad 
których   mieli   wziąć   kurs   na   Sanok.   Gdy   Wojewódzki   znowu   rzucił   okiem   na   okolicę,   ku   swojemu 
zdziwieniu stwierdził, że góry stają się coraz wyższe.

— Kozłowski, wiesz na pewno, że lecimy dobrze?
— Wiem, wiem! — odkrzyknął pilot.
— No, to pal cię sześć! — zaklął w duchu Wojewódzki. — Skoro wiesz, to leć...
Mimo to sięgnął jednak po mapę, by zorientować ją z terenem. W tym czasie przelecieli nad łańcuchem 

nierozpoznanych gór. Teren zaczął opadać, ukazały się domy, stojące rzędami wzdłuż asfaltowych dróg. A 
przy tym nigdzie śladu zniszczeń — widok rzadki nie tylko w Bieszczadach, ale w całej Polsce.

—   Słuchaj,   to   jakiś   inny   kraj  —   podzielił   się   swym   odkryciem   z   pilotem.  —   To   pewnie 

Czechosłowacja.

— Teraz i mnie coś się nie zgadza — przyznał Kozłowski. — Straciłem orientację.
—   Jedyna   rada,   kurs   na   północ  —   poradził   mu   nawigator.  —   I   to   jak   najszybciej,   bo   będzie 

międzynarodowa draka.

background image

Pilotowi nie pozostawało nic innego, jak tylko zastosować się do tego. Wkrótce znowu wyrosły przed 

nimi wysokie góry, których za pierwszym razem nie rozpoznali. Tym razem jakoś pilotowi nie udawało się 
nabrać dostatecznej wysokości, by je przesadzić.

Mieli do wyboru  lądowanie na terytorium Czechosłowacji  lub ryzykowny lot pomiędzy szczytami. 

Wybrali to drugie.

— Co własna chałupa, to własna — usiłował, dla odprężenia, żartować pilot.
— No to wal...
Łańcuch górski okazał się na szczęście pojedynczy. Jednak nawet wtedy, gdy zostawili go za sobą i 

stwierdzili, że teren zaczyna się obniżać — nie byli pewni, czy lecą dobrze. Uspokoili się dopiero wówczas, 
gdy z lasu, nad którym się znajdowali, zaczęto do nich grzać z karabinów maszynowych.

Teraz już nie mieli wątpliwości: byli nad Polską, nad Bieszczadami.
Pilot zwiększył obroty silnika nabierając wysokości, by ujść przed ogniem upowców.
— Odzyskałeś orientację? — upewnił się nawigator.
— Jak najbardziej!
— To się ciesz! Bo tam tym w dole będzie tym trudniej — naszła go refleksja. — Dużo trudniej...
W   zamyśleniu   sięgnął   pod   nogi   i   chwyciwszy  garść   ulotek   cisnął   je   przez   burtę.   Wydały  mu   się 

podobne do płatków śniegu. Dałby dużo za to, żeby już była zima, kiedy w Bieszczadach miał wreszcie 
zapanować spokój.

LEŚNE PIEKŁO

Początek czerwca 1947 roku odznaczał się wyjątkowo słoneczną pogodą. Upał mocno dawał się we 

znaki żołnierzom z 3 Berlińskiego Pułku Piechoty, uczestniczącym w akcjach przeciwko bandytom UPA. 
Jedyna   pociecha,   że   upowcom  było  jeszcze   goręcej  —  palił  im  się   grunt   pod  nogami,  i  to  —  jak   się 
przekonamy — w dosłownym tych słów znaczeniu.

Chodziło   tym   razem   o   sotnię  „Kryłacza”.   Ścigał   ją   batalion   dowodzony   przez   majora   Stanisława 

Szczepaniaka.   Ślady   prowadziły   ku   wzgórzu   Kiczerka   wznoszącemu   się   na   południowy   wschód   od 
Leszczawy Dolnej. Gęsty las w parze z licznymi wąwozami, rozpadlinami i pieczarami czynił teren trudno 
dostępnym, ale żołnierze dawno już przestali się takimi „drobnostkami” zrażać.

Odprawa zarządzona przez dowódcę batalionu u stóp wzgórza nie trwała długo. Dowódca 2 kompanii, 

porucznik   Zachariasz   Chołdaj,   otrzymał   zadanie   obejścia   wzgórza   od   strony  zachodniej   i   zaryglowania 
wszystkich dróg i ścieżek, prowadzących do Leszczawy Dolnej: dowódca 1 kompanii, porucznik Majewski, 
miał   odciąć   bandytów   od   wschodu,   a   kompania   porucznika   Dunajewskiego   przeczesać   las   w   kierunku 
północnym. W rezultacie tych działań miało nastąpić okrążenie i zniszczenie sotni „Kryłacza”.

Po upływie godziny kompanie zajęły nakazane rubieże i cały batalion przystąpił do realizacji planu. 

Piechurzy odciągnęli  do tyłu   zamki  erkaemów  i pepesz,  a  potem  niczym  leśne  duchy  rozpłynęli   się  w 
gęstwinie drzew. Starali się stąpać ostrożnie, mimo to czasem trzasnęła pod stopami gałązka lub z hałasem 
usunął   się   ze   zbocza   kamień.   Nerwy   żołnierzy   były   napięte   jak   struny,   każdy   wyraźnie   słyszał   bicie 
własnego serca. Trwało to krótko, bo oto leśną ciszę rozdarły serie ze szmajserów. Żołnierze zalegli na 
leśnym runie — rozpoczęła się wymiana ognia. Trzaski długich serii mieszały się z głuchymi detonacjami 
granatów. W  tym zgiełku, wrzawie i łomocie rozległ  się przejmujący niby spazm krzyk  — to upowcy 
zerwali się do ataku.

—   Granatami!   —   zakomenderował   Dunajewski.   Eksplozje   powstrzymały  upowców,   a   gęsty  ogień 

pepesz zmusił striłciw do zrezygnowania z natarcia. Ze skrzydeł odezwały się erkaemy — to żołnierze 1 i 2 
kompanii dawali znać, że są już blisko. Ich ogień znacznie przerzedził szeregi bandytów. Jednak kiedy 
plutony poderwały się do kontrataku, zewsząd odezwały się karabiny i szmajsery. Trzeba było wstrzymać 
natarcie. Upowcy wykorzystali tę przerwę i pod osłoną broni maszynowej wycofali się w głąb lasu.

Znów ludzie z kompanii Dunajewskiego prą do przodu i znów w gąszczu drzew i krzaków napotykają 

upowców. Dunajewski z pepeszą w ręku przedziera się w pierwszym szeregu przez natłok drzew i krzaków. 
Na   prawym   skrzydle   słychać   głośne   rozkazy   podporucznika   Bogacza:  —   Naprzód!  Śmiało   atakować 
psubratów! Nie żałować naboi! Piechurzy skaczą od drzewa do głazu, od głazu do drzewa. Szeregowiec 
Grzybowski praży z pepeszy, a robi to celnie, bo od czasu do czasu widać, jak nachylona postać raptownie 
prostuje się, pada na wznak i już nie powstaje. Ale i naszych kule, niestety, nie szczędzą. Sanitariusze mają 
pełne ręce roboty: pod gęstym ogniem wynoszą z pola walki rannych, są i zabici. Teren staje się coraz 
bardziej   najeżony   skałami   i   zwalonymi   pniami  —   ciężko   jest   posuwać   się   do   przodu,   a   upowcy 
wykorzystują te przeszkody i ponownie się odrywają. Zanim nasi zdążyli ich doścignąć, striłci „Kryłacza” 

background image

zniknęli w skalnych wąwozach.

Pościg przerwano. Trzeba było zebrać siły i obmyślić nowy plan działania. Tymczasem dzień chylił się 

ku końcowi, a smugi zachodzącego słońca z trudem przenikały przez listowie drzew; w lesie robi się coraz 
mroczniej. Przed nastaniem nocy trzeba było okopać się, ubezpieczyć pododdziały i rozstawić czujki.

Batalion wycofał się nieco, żołnierze chwycili za łopatki. Zapadła ciemna noc. Gdzieś wśród gałęzi 

buków i klonów odezwał się ptak, zaskrzeczała przeciągłym głosem sowa, groźnie zawodził puchacz.

*

Ze stanowiska dowodzenia dowódcy batalionu płynęło w eter wezwanie: „Jutro o szóstej przysłać klucz 

samolotów;   zaatakować   bandę  „Kryłacza”,   zalegającą   wzgórze   Kiczerka   na   południowy   wschód   od 
Leszczawy Dolnej. Rejon pobytu bandy zostanie oznaczony stosami palących się drzew. Centrum okrążenia 
obrzucić granatami i ostrzelać z broni maszynowej”.

Wezwanie odebrał sztab dywizji w Sanoku. Już po kilku minutach w formie rozkazu dotarło ono do 

dowódcy eskadry, porucznika Maciążka. Do lotu na bandę „Kryłacza” wyznaczono podporucznika Jerzego 
Figarskiego,   podporucznika   Kazimierza   Oleńskiego   i   podporucznika   Grzegorza   Wintera.   Figarskiemu 
przydzielono nawigatora podporucznika Mariana Wojewódzkiego, Oleńskiemu — podporucznika Ignacego 
Krikszera,  Winterowi   —  podporucznika  Zbigniewa  Derenia.  Granaty  i amunicję  do kaemu natychmiast 
załadowano do maszyn. Wobec niewielkiej odległości start wyznaczono na godzinę piątą czterdzieści dwie. 
Pięć minut na zebranie klucza w powietrzu, trzynaście na dolot do celu.

Czwarta trzydzieści  — załogi są na lotnisku. Krótka odprawa u dowódcy eskadry. Piloci otrzymują 

jeszcze   raz   potrzebne   informacje   na   temat   lotu.   Podporucznik   Wojewódzki   omawia   warunki 
meteorologiczne, charakterystyczne punkty na trasie oraz cele, zwracając szczególną uwagę na południowy 
stok   wzniesienia   Kiczerki,   gdzie   zapłoną   stosy  drzew,   wyznaczające   pierścień   okrążenia   upowców.   Lot 
samolotów w szyku „schody w lewo”.

O piątej piętnaście uruchomiono silniki, a o piątej czterdzieści dwie ostatnia maszyna odrywa się od 

lotniska w Sanoku. Klucz samolotów z kursem czterdzieści pięć stopni leci w stronę Leszczawy Dolnej.

O godzinie piątej trzydzieści ze stosów ułożonych wokół miejsca, gdzie znajduje się banda „Kryłacza”, 

buchają płomienie. Nasze kompanie wycofały się o siedemset metrów od rubieży. Czekano na samoloty. 
Ogień obejmował coraz wyższe gałęzie drzew, wielkie kłębowiska dymu unosiły się nad lasem.

Upłynęło dwadzieścia pięć minut. Na horyzoncie pojawiły się czarne punkciki, powiększały się z każdą 

minutą, by w końcu przybrać kształty samolotów. Za chwilę miała rozegrać się jedna z codziennych scen 
batalii bieszczadzkiej.

Na tle zielonej plamy lasu wyraźnie odcinały się zwoje dymu i czerwone jęzory ognistego pierścienia. 

W środku, niby osaczone stado dzików, sotnia „Kryłacza” szykowała się do ataku. Trzeba było ją stamtąd 
wykurzyć. Południowy wiatr coraz bardziej rozszerzał ogień, w każdej chwili płomienie mogły przerzucić 
się na las.

Samoloty rozluźniły szyk. W pewnym momencie piechurom wydało się, że silniki zamilkły — to piloci 

zmniejszyli obroty i rzucili maszyny do ataku. Po kilkunastu sekundach można było zobaczyć odrywające 
się od samolotów czarne punkciki. Lasem wstrząsnęły następujące po sobie detonacje — to rwały się wiązki 
granatów,   wypełniając   ciszę   poranną   łoskotem,  przewalającym   się   wśród   dolin   i   wzgórz.   Po   zrzuceniu 
granatów samoloty wychodziły znad lasu lewym bojowym zakrętem. Następnie suchym trzaskiem odezwały 
się karabiny, samoloty  „stanęły” w krąg i zaczęły ostrzeliwać zaczajonych wśród skał upowców. Pociski 
przeraźliwie dzwoniły o głazy, a ogień przerzucił się na las w stronę stanowisk przeciwnika. Pożar objął 
leśne runo i suchą trawę, w powietrzu zawisły słupy czerwonego dymu. Striłci nie mieli czym oddychać, 
dym gryzł oczy, piekielny żar obezwładniał.

Jakaś płonąca, podobna do pochodni, sosna zachwiała się i z trzaskiem upadła na stanowiska striłciw. 

Trzon drzewa rozbił się w kawały. Pożoga lasu, ogień karabinów i wybuchy granatów zamieniły las w 
piekło,   z   którego  „Kryłacz”   próbował   za   wszelką   cenę   wyprowadzić   swoją   sotnię.   Ale   płonąca   obręcz 
zacieśniała się coraz bardziej. Watażka  dał rozkaz  przebicia się w kierunku wschodnim, nawet za cenę 
najwyższych strat, byleby oderwać się z sotnią od rozszalałego żywiołu.

Z resztek upowców sformowano klin, którego ostrze stanowili striłci uzbrojeni w erkaemy i granaty. 

Boki trójkąta tworzyli najbardziej wypróbowani w bojach upowcy, uzbrojeni w szmajsery, a na stykach 
posuwali się czotowi.  „Kryłacz” dowodził ze środka. Nie mając wyboru ruszyli z całym impetem. Ostrze 
klina uderzyło w luźne stanowiska polskich żołnierzy, których za mało było, by powstrzymać bandytów na 
całym obwodzie kotła. Las zatrząsł się od wybuchów i jazgotu karabinów maszynowych. Sotnia, chociaż 
zasłała drogę trupami striłciw, przebiła się na wschód.

background image

Tylko piloci byli w stanie rzucić się w pościg za uciekającymi upowcami. Nawigatorzy siekli ich z 

karabinów maszynowych na przesiekach i bindugach, aż sotnia rozprysła się na pojedynczych striłciw, a ci w 
bezładzie rozpełzli się wśród leśnej gęstwiny.

RECE DO GÓRY!

Czerwcowa   noc   była   przesiąknięta   mocnym   aromatem   kwitnącego   jaśminu.   Na   niebie   gwiazdy 

intensywnie migotały, a od strony Wisłoka wiatr niósł całą gamę zapachów traw i tataraku. Na południe od 
Rzeszowa,   niedaleko   rozwalonej   cegielni,   rozsiadła   się   wieś   Drabinianka,   jednym   końcem   dotykając 
Wisłoka. Drogą do wsi maszerowali ubrani w kombinezony lotnicy, by w restauracji Kłosowskiego zjeść 
kolację.   Po   kilku   minutach   starszy  lejtnant   pilot   Wojtalianow,   mechanik   samolotu   starszyna   Cipciuk   i 
sierżant Pawłowicz weszli do niewielkiej sali gospody. Kłosowski, kłaniając się w pas, nieco przybrudzonym 
fartuchem prędko wytarł stół, odsunął krzesła i zaprosił ich, aby zajęli miejsca.

Po   chwili   zjawiła   się   na   stole   półlitrówka,   a   gospodarz   restauracji   wniósł   na   talerzach   bigos, 

rozsiewający dokoła smakowitą woń.

— Dzisiaj możemy sobie trochę pofolgować, towarzyszu lejtnancie, i wypić po kieliszku wódki. Loty 

nocne mamy za sobą, a piloci już sami latają na zadania operacyjne w nocy.

— Da, da — kiwając jasną głową potakiwał Wojtalianow. Później dodał: — Mołodcy...
Lotnicy   wychylili   jeden   i   drugi   kieliszek,   jedząc   z   ogromnym   apetytem   bigos.   Rozmowa   była 

prowadzona w języku rosyjskim — oczywiście jej tematem były głównie sprawy lotnicze.

W kącie, przy stoliku oświetlonym blaskiem księżyca, siedziało dwóch mężczyzn i od czasu do czasu, 

popijając  z kufli  piwo,  spoglądali w stronę  biesiadujących.  Z złowrogich  błysków ich  oczu łatwo było 
wywnioskować, że nie darzyli sympatią lotników.

Kiedy  sierżant  Pawłowicz  instynktownie  popatrzył  na   jednego  z   nich  —  zauważył, że  nieznajomy 

gniewnie   reagował   na   słowa   rosyjskie.   Jego   ostre   spojrzenie   było   skierowane   na   starszego   lejtnanta 
Wojtalianowa. Nagle nieznajomy nachylił się do swego współtowarzysza i coś szepnął mu do ucha.

Wojtalianow odstawił kieliszek i odruchowo popatrzył na stół ustawiony w kącie izby. Zauważył, że 

jeden z mężczyzn sięgnął ręką do kieszeni, jak gdyby chciał wyciągnąć broń.

— Marian! — zawołał Wojtalianow. — Eto nawierno, bandity.
Sierżantowi nie potrzeba było dwa razy powtarzać. Błyskawicznie rzucił się w stronę podejrzanych 

mężczyzn. Właśnie jeden z nich wyciągnął parabellum i skierował go w stronę Wojtalianowa. Pawłowicz 
podbił mu rękę. Rozległ się strzał. Na podłogę posypały się kawałki szkła — to jedna z kuł ugodziła w klosz 
żyrandola — dobrze, że nie trafiła w żarówkę, gdyż bandyci korzystając z ciemności mogliby umknąć z izby. 
Wojtalianow i Cipciuk wyszarpnęli z futerałów „tetetki”, a sierżant krzyknął „ręce do góry!”

Bandziory   usłuchali.   Pawłowicz   wyrwał   z   ich   rąk   pistolety.   W   tym   czasie   jak   na   zawołanie   do 

restauracji wpadł patrol kabewiaków.

Po kilku minutach upowcy zostali doprowadzeni do sztabu grupy operacyjnej „Wisła”, gdzie osobiście 

generał Mossor przesłuchał ich. Jak się okazało, mieli oni za zadanie zlikwidować Rosjan, którzy pomagali 
porucznikowi Maciążkowi w szkoleniu pilotów w nocnych lotach.

NAJWYŻSZA CENA

Dziewiętnastego   czerwca   załoga  w  składzie:   chorąży pilot   Bronisław  Świątkowski  i  porucznik   Jan 

Dzieńkowski, jak co dzień, poleciała na rozpoznanie band UPA. Dla Dzieńkowskiego lot ten był niejako 
kontynuacją   zadania   z   poprzedniego   dnia,   kiedy  to   udało   mu   się   wykryć   duże   skupisko   upowców   na 
południe od masywów górskich Wołosań i Jaworzno. W wyniku błyskawicznej akcji naszych wojsk część z 
nich zdołano zaskoczyć i po krótkiej walce wziąć do niewoli, pozostałym jednak udało się przebić i ujść 
przed   pościgiem.   W   tej   sytuacji   nazajutrz,   właśnie   19   czerwca,   Świątkowski   i   Dzieńkowski   otrzymali 
zadanie   ustalenia   kierunku   ucieczki   bandytów.   Ponieważ   dowódcy   eskadry   porucznikowi   Maciążkowi 
zależało na jak najszybszym przekazaniu wyników rozpoznania sztabowi w Sanoku, postanowił poczekać na 
powrót swych podwładnych z trasy. Ich zadanie znał w szczegółach tak, jakby miał je sam wykonywać. 
Mieli  „przeczesać”   z   powietrza   teren   w   kształcie   trójkąta,   którego   podstawa   opierała   się   o   Baligród   i 
Jabłonkę,  a  wierzchołek  sięgał  stacji  kolejowej  Rzepedź.  Lot  obliczony  był na  dwie  godziny.   Zarówno 
załoga   przed   startem,   jak   i   oczekujący   na   nią   teraz   dowódca,   pewni   byli,   że   lot   skończy   się   pełnym 
powodzeniem, podobnie jak to było poprzedniego dnia.

background image

Nadeszła pora powrotu załogi. Maciążek bardziej niż zwykle w takich razach niepokoił się o jej los; 

nerwowo spoglądał to na zegarek, to na niebo. Wreszcie wypatrzył nadlatujący od wschodu samolot. Za 
wcześnie jednak było mówić o wyzbyciu się niepokoju. Wręcz odwrotnie. Podejście do lądowania z prostej, 
wyrównanie na zbyt dużej wysokości, lądowanie z dużym przepadaniem — wszystko to świadczyło, że pilot 
ciągnie ostatkiem sił, starając się jedynie jak najszybciej znaleźć na lądowisku. W końcu jednak wylądował, 
choć   wyglądało   to   bardzo   groźnie.   W   każdym   innym   wypadku   należałoby   powiedzieć  —   wylądował 
szczęśliwie. Tym razem jednak...

Relację z tego lotu otrzymał dowódca eskadry dopiero w kilkanaście minut później. Gdy już odjechała 

na  sygnale wojskowa sanitarka,  gdy podziurawiony pociskami  samolot  odwleczono  na  stoisko,  gdy już 
trochę przyszedł do siebie pilot...

— Zaraz po starcie weszliśmy w postrzępione chmury i nie chcąc się w nich zagubić postanowiliśmy 

przedzierać się do rejonu rozpoznania wzdłuż koryta Sanu — rozpoczął chorąży Świątkowski.  — Lot był 
trudny, trzeba było przeciskać się między skałami, lasami i przełęczami. W ten sposób minęliśmy Lesko i 
znaleźliśmy się nad rozwidleniem Sanuj i Hoczewki. Tu pułap chmur podniósł się nieco, ale dolna ich 
krawędź nadal nie przekraczała wysokości osiemdziesięciu do stu metrów. Po kilku minutachj byliśmy nad 
Baligrodem,  tam gdzie  na północnymi  skraju  widnieje  duży cmentarz.  Wyraźnie  widzieliśmy brzozowe 
krzyże, wbite w świeże, usypane z żółtego piasku groby. Nie jestem przesądny, ale te mogiły zrobiły na mnie 
nieprzyjemne wrażenie. Wydało mi się, że porucznik Dzieńkowski też liczył te białe krzyże, jak gdyby 
szukał pośród nich mogiły kogoś znajomego. Nie trwało to długo, gdyż przelecieliśmy Bystre i zaczęliśmy 
forsować przełęcz pomiędzy górami Piekło i Patria, omal nie dotykając kołami rzeczułki Jabłonki. Wkrótce 
potem pod nami ukazała się polana, na której zginął generał Świerczewski. Przy potoku zobaczyliśmy spory 
oddział naszych żołnierzy, idących w kierunku Kołonice. Jak każe lotniczy zwyczaj, pomachałem im ze 
skrzydła   na   skrzydło   i   w   tym   czasie   uczułem   lekkie   klepnięcie   dłonią   po   ramieniu,   to   porucznik 
Dzieńkowski nachylił się i krzyknął mi do ucha, że mam wziąć kurs trzysta pięćdziesiąt stopni w kierunku 
na Turzańsk i Rzepedź.

Odległość była niewielka, bo około dwadzieścia kilometrów. Głębokim prawym zakrętem wyszedłem 

na kurs i wkrótce mknęliśmy nad potężnymi masywami leśnymi.

Dzieńkowski   pilnie   obserwował   trasę,   a   chwilami   kazał   mi   wykonać   głębokie   wiraże   nad 

poszczególnymi połoninami i dolinami. Wiedziałem, że Janek ma orli wzrok, że oczy jego potrafią dostrzec 
każde najmniejsze poruszenie. Wierzyłem, że i tym razem wywiążemy się z zadania doskonale, że uda nam 
się odnaleźć poszukiwaną bandę. Rzeczywiście, kiedy osiągnęliśmy przedpole Turzańska, zauważyliśmy, jak 
z lasu wyszła duża gromada ludzi i brzegiem potoku pomaszerowała w stronę wsi. Gdy przelatywaliśmy nad 
ich głowami, oddział nagle rozprysnął się na mniejsze grupki. Zauważyłem, że ubrani byli różnie, tylko 
czołówka miała czapki i peleryny.

Nasz  Po-2  szybko przemknął nad polaną i znalazł się nad wioską. Tu spostrzegłem na drodze trzech 

naszych żołnierzy, trzymali pod ręce kolegę, był cały zakrwawiony. Żołnierze starali się skryć za pobliskimi 
zabudowaniami. Wywnioskowałem, że był to patrol wysłany przez nasz oddział z Rzepedzi, gdzie w tym 
czasie odbywał się załadunek ewakuowanych mieszkańców wsi Turzańsk.

Za wszelką cenę należało ustalić, kim są ludzie podążający w stronę wsi. Zrobiłem zakręt i wziąłem 

powrotny kurs, lecąc na wysokości dwudziestu, trzydziestu metrów. Ludzie z oddziału padali na ziemię i 
kryli się w jej zagłębieniach. Domyśliłem się, że to pewnie bandycki oddział. Za chwilę wśród tej barwnej 
masy ludzi dostrzegłem wyraźnie hitlerowskie mundury. Było jasne, że są to upowcy.

Wykonałem lekką górkę. W dole zapalały się czerwone błyski, bandyci strzelali do naszego samolotu, 

wleciałem więc w chmury.

Sądziłem, że z kursem trzystu sześćdziesięciu stopni polecimy do Sanoka. Jednak tak się nie stało. 

Porucznik Dzieńkowski zażądał, abym jeszcze raz wykonał zajście nad polanę, gdyż chce dokładnie ustalić 
liczbę bandytów. Przez ułamek sekundy chciałem się sprzeciwić, ale przełamałem w sobie ten odruch i 
porwany brawurą Janka, wyskoczyłem z chmur, robiąc głęboki wiraż i kierując samolot w stronę Turzańska.

Naprzeciw   nas   leci   ognista   wiązka   pocisków.   To   upowcy   zorientowali   się,   że   nie   mamy   broni 

pokładowej i granatów. Z całą zajadłością walą z ręcznych karabinów maszynowych do samolotu. Pociski 
przelatują obok Po-2, czasem któryś prześliźnie się po płacie. Jak dotychczas, mimo nawały ognia, wszystko 
idzie pomyślnie. Porucznik Dzieńkowski, chcąc lepiej przyjrzeć się upowcom, wychyla się raz w prawo, raz 
w   lewo,   wydaje   się   tak   zajęty  liczeniem,   jakby  całkiem   zapomniał,   że   pod   sobą   mamy  upowców   nie 
oszczędzających amunicji.

Dodałem gazu, aby zwiększyć prędkość, gdyż ogień wzmagał się i w powietrzu zaczynało być coraz 

goręcej. Z przedpola sypnięto w nas serię ognia.  — To strzelał ciężki karabin maszynowy. Jeden pocisk 
ześliznął się z górnego cylindra rykoszetem i świsnął obok mojej głowy. Za nim poleciały inne. W każdej 

background image

chwili kula mogła przebić zbiornik z paliwem lub iskrownik, a wówczas byłby koniec. W pewnej chwili 
machinalnie odwróciłem głowę i ujrzałem straszny obraz: porucznik Dzieńkowski zwisał na lewą burtę. Na 
czole miał duży buchający krwią otwór, twarz bez śladów życia. Lewa ręka opadła i bezwładnie dotykała 
lewego płata. Ogarnął mnie jakiś spazm wściekłości, chciałem całym impetem maszyny wyrżnąć w ów 
przeklęty   karabin   maszynowy.   Byłem   zrozpaczony,   że   nie   mam   bomb,   a   przynajmniej   kilku   wiązek 
granatów. Pomściłbym kolegę. Naraz pomyślałem sobie, że może Janek żyje, może pod wpływem utraty 
krwi tylko zemdlał, może jeszcze da się go uratować.

Pociągnąłem drążek sterowy na siebie i znalazłem się w chmurach. Skoordynowany zakręt i lecę z 

kursem północnym w stronę Sanoka. Pod samolotem raz po raz ukazują się rzadkie chmury, wyraźnie widać 
masywy leśne i wierzchołki gór. Zwiększam obroty do tysiąca siedmiuset na minutę i szybkość wyraźnie 
wzrasta. Liny wiążące płaty przeraźliwie rozcinają powietrze, silnik wyje. Nie zważam na nic. Za wszelką 
cenę chcę być jak najprędzej w Sanoku. Nie tracę nadziei, że to tylko ciężki postrzał, że Janek będzie żył. 
Bylebym zdążył na czas.

Potem zląkłem się, że samolot może mieć przstrzeliny i nie uda się dolecieć.
Zacząłem   kontrolować   przyrządy   pokładowe.   Popatrzyłem   na   wskaźnik   ciśnienia   paliwa   i   oliwy. 

Wszystko było w porządku. Obroty silnika również nie spadły, silnik pracował bez zarzutu. To mnie trochę 
uspokoiło.

Trzymałem się rzeki Osławy. Co chwila sprawdzałem pozycję samolotu, żeby nie stracić orientacji. 

Leciałem na tak małej wysokości i w tak podłych warunkach atmosferycznych, że gdybym musiał lądować 
przymusowo, na pewno skończyłoby się to katastrofą.

Wreszcie znalazłem się nad widłami Osławy i Kalniczki, a następnie nad Zagórzem. Przeszedłem do 

lotu koszącego. Na horyzoncie Sanok. Z prostej zachodzę do lądowania. Z wysokiego wyrównania opadam 
na ziemię. A resztę, Dyziu, widziałeś już sam...

Kiedy chorąży Świątkowski skończył swą relację, podbiegł mechanik sierżant Pawłowicz i zameldował, 

że   kadłub   i   płaty  samolotu   mają   sześć   przestrzelin,   a   jeden   z   pocisków   otarł   się   o   zbiornik   benzyny, 
pozostawiając w blasze ślad w postaci głębokiego wgięcia.

— Przestrzeliny — mruknął Świątkowski. — Co to ma teraz za znaczenie...

*

Porucznika   nawigatora   Jana   Dzieńkowskiego   pochowano   na   cmentarzu   w   Dęblinie.   W   pogrzebie 

uczestniczył dowódca Wojsk Lotniczych generał brygady pilot Aleksander Romeyko, liczni oficerowie ze 
sztabu, cała kadra, podchorążowie i żołnierze składu zmiennego Szkoły Orląt. Przybyli również tłumnie 
mieszkańcy Dęblina  i miejscowa młodzież szkolna.  Odznaczonego pośmiertnie  Krzyżem Grunwaldu III 
klasy oficera pożegnał nad otwartą mogiłą podporucznik nawigator Czesław Gagajek, jego serdeczny kolega 
z dęblińskiej szkoły.

NAD TURZAŃSKIEM

—   Poruczniku   Maciążek  —   w   słuchawce   odezwał   się   głos   generała   Mossora.  —   Niezwłocznie 

przyślijcie do sztabu dywizji jedną z załóg. Niech zabierze ze sobą mapę, na której porucznik Dzieńkowski 
zaznaczył wykrytą bandę.

— Rozkaz, obywatelu generale — odmeldował się Maciążek.
Do  „gazika” wsiedli podporucznik pilot Jerzy Figarski i podporucznik nawigator Ignacy Krikszer. Po 

kwadransie zameldowali się w sztabie.

— Świetnie, że już jesteście  — oświadczył generał, zaciągając się dymem z papierosa. Niezwłocznie 

też   pochylił   się   nad   wręczoną   mu   mapą,   przystępując   do   odczytywania   notatek   poczynionych   przez 
porucznika Dzieńkowskiego. Następnie zwrócił się do lotników:

— Zależy nam bardzo, aby banda wykryta przez tragicznie zmarłego porucznika Dzieńkowskiego nie 

wymknęła się. Zadaniem waszym będzie wznowienie przerwanej obserwacji oddziałów UPA w okolicach 
Turzańska, ustalenie kierunków ich przemarszu. Następnie rzucicie naszym oddziałom meldunek ze szkicem 
sytuacyjnym. Kompanie specjalne opuściły już Komańczę, Szczawne i Kalnice. Posuwają się w kierunku na 
Turzańsk.   Z   bandytami   nie   nawiązywać   ogniowego   kontaktu.   Obserwację   prowadzić   z   bezpiecznej 
wysokości, jasne?

—   Rozkaz,   obywatelu   generale!   —   podporucznik   Figarski   przyjął   postawę   zasadniczą,   widząc,   że 

generał patrzy na niego, wyraźnie oczekując potwierdzenia rozkazu.

background image

*

— Kurs dwieście pięć stopni! — podał Igo.
— Dobrze, przechodzę — odkrzyknął Jurek.
Samolot piął się ku górze, a że powietrze było rozgrzane, więc od czasu do czasu maszyną rzucało 

silnie. Po kilku minutach, znajdując się na wysokości siedmiuset metrów, minęli Osławę. Po niebie wałęsały 
się chmury — podobne do białych, wydętych żagli. Upłynęło dwadzieścia minut i samolot zaczął krążyć nad 
Turzańskiem.

— Popatrz, Jurek! — zawołał Igo i wskazał ręką na stok góry.  — Pod nami mrowie ludzi. Ubrani w 

mundury. Chyba nasi, ale czy na pewno?

— Z tej wysokości niewiele można zobaczyć  — stwierdził Jurek.  — Będziemy musieli obniżyć lot, 

mimo...

— Mimo co? — żachnął się nawigator.
— Nic, nic...
Po   kilku   minutach   wysokościomierz  wskazał   300   m.   Wśród   gałęzi   drzew   zauważyli   pojedyncze 

sylwetki uzbrojonych ludzi. Wyraźnie było widać, jak w słońcu połyskiwały lufy i magazynki erkaemów... 
Następnie zauważyli błyski ognia. Więc jednak nie nasi, lecz upowcy.

— Musimy teraz poszukać naszych wojaków  — przypomniał koledze  nawigator, gdy przestało im 

zagrażać niebezpieczeństwo. — Zniż się i odszukaj tor kolejowy, wzdłuż niego biegnie szosa.

Figarski poradził sobie z tym bez trudu. Wkrótce znaleźli się nad stacją kolejową, biegnąca od niej 

droga   prowadziła   na   Komańczę.   Krikszer   skończył   w   tym   czasie   sporządzanie   meldunku   ze   szkicem 
sytuacyjnym, który wcisnął do pustej łuski od rakiety. Pozostało jeszcze tylko uczynić ją bardziej widoczną; 
nawigator użył do tego celu czerwonej wstążki, którą otrzymał od którejś z sanockich piękności.

Szczęście im sprzyjało. Za miejscowością Jawornik zobaczyli oddział maszerujących żołnierzy. Pilot 

pomachał im porozumiewawczo skrzydłami. W odpowiedzi wystrzelono umowne rakiety. Nawigator zrzucił 
łuskę   z   meldunkiem.   Upadła   dokładnie   obok   drogi,   tak   że   żołnierzowi,   który   znajdował   się   najbliżej, 
wystarczyło się po nią schylić.

Po   kilkunastu   minutach   każdy   z   operujących   w   tych   stronach   pododdziałów   otrzymał   dokładne 

informacje o lokalizacji bandy. Lotnicy-zwiadowcy lądowali w tym czasie w Sanoku. Jednak nie dane im 
było   jeszcze   zażyć   odpoczynku.   Ledwie   rozprostowali   nogi,   wezwano   ich   ponownie   do   sztabu   grupy 
operacyjnej.

SZTURMOWCE W AKCJI

— Poruczniku — zwrócił się generał Mossor do Krikszera.  — Ponieważ z porucznikiem Figarskim 

doskonale   orientujecie   się,   gdzie   znajduje   się   banda,   chcemy   was   wykorzystać   do   współdziałania   z 
samolotami szturmowymi. Przed chwilą na lotnisko w Jasionce wróciły z lotu bojowego  Iły, którym na 
skutek dużej  prędkości  i ograniczonego  pola obserwacji  nie udało się  wykryć  bandy pod Turzańskiem. 
Chcemy   jeszcze   raz   powtórzyć   nalot  Iłów  we   współdziałaniu   z   wami.   Gdy   ukażą   się   szturmowce, 
czerwonymi rakietami wskażecie im, gdzie są upowcy. O mojej decyzji jest już powiadomiony dowódca 
klucza szturmowców porucznik Kazimierz Czubkowski i czeka na sygnał do startu. Wasz wylot ma nastąpić 
punktualnie o godzinie piętnastej piętnaście.

Zgodnie z poleceniem samolot podporucznika Figarskiego o piętnastej dwadzieścia siedem znalazł się 

nad Turzańskiem. Podporucznik Krikszer trzymał w ręku rakietnicę gotową do strzału. Załoga oczekiwała 
przylotu Ił-2.

Punktualnie   o   piętnastej   trzydzieści   cztery  koszącym   lotem  z   północy  nadleciały  dwa  Iły.   Jednego 

pilotował   podporucznik   Konstanty   Licewicz,   w   drugim   siedział   za   sterami   podporucznik   Władysław 
Fościak. Jako strzelcy pokładowi lecieli sierżant radiotelegrafista Franciszek Tarnawski — ich kaemy były 
załadowane i gotowe w każdej chwili poczęstować upowców wielokalibrowymi pociskami. Na ich widok 
podporucznik   Krikszer   zaczął   wystrzeliwać   rakiety.   Czerwone   dymy   oznakowały   rejon   zgrupowania 
upowców, nad którym szturmowce stanęły w krąg, przymierzając się do akcji. W odpowiednim momencie 
przeszły do lotu nurkowego, a spod skrzydeł oderwały się bomby, których głośna eksplozja groźnym echem 
odbiła się od gór. Tym razem piloci ze szturmowców wykonali zadanie. Po upływie pół godziny samoloty 
wróciły do swoich baz.

background image

UROCZYSTY DZIEŃ

Dzień 6 lipca 1947 roku dla eskadry był  szczególnie  uroczysty.  Gościła bowiem u siebie generała 

Mossora oraz towarzyszących mu wyższych oficerów sztabu grupy operacyjnej.

— Baczność! Na prawo patrz! — padła nieczęsto słyszana na lotnisku komenda.
Ustawieni w szeregu piloci, nawigatorzy i mechanicy wyprężyli swe postacie, a głowy równocześnie 

wykonały skręt. Porucznik Maciążek postąpił kilka kroków do przodu i zatrzymał się przed dowódcą grupy 
operacyjnej „Wisła”.

— Obywatelu generale! Melduję personel lotniczy zebrany na lotnisku.
— Dziękuję — odpowiedział generał.
Dłużej, niż mogłoby to wynikać z przepisów regulaminu, zwarły się w uścisku ich dłonie. Następnie 

generał  żołnierskim  „czołem” powitał  lotników.  W krótkim  przemówieniu  podkreślił  olbrzymie  zasługi, 
jakie   położyli   w   walce   z   bandami   UPA   dla   zapewnienia   spokoju   i   bezpieczeństwa   w   Bieszczadach, 
podkreślając szczególnie wielkie poświęcenie i bohaterstwo lotników w akcji grupy operacyjnej  „Wisła”, 
której był dowódcą.

Nastąpił moment dekoracji lotników przyznanymi odznaczeniami.
Chorąży   pilot   Bronisław   Świątkowski   został   odznaczony   Krzyżem   Grunwaldu   III   klasy.   Krzyże 

Walecznych zawisły na  piersiach  porucznika  pilota  Dionizego   Maciążka,  porucznika   nawigatora  Jakuba 
Połczyńskiego,   podporucznika   pilota   Jerzego   Figarskiego,   podporucznika   pilota   Kazimierza   Oleńskiego, 
podporucznika pilota Bogdana Pałuczaka, podporucznika nawigatora Ignacego Krikszera, podporucznika 
Henryka   Kuleszy   i   podporucznika   pilota   Bronisława   Balwirczaka.   Członkowie   personelu   technicznego 
otrzymali Medale „Zasłużonym na Polu Chwały”.

Po południu nad rzeczułką Osina, gdzie wcześniej ustawiono stoły, odbył się wspólny obiad, w którym 

uczestniczył generał Mossor. I mimo że z reguły nie pił, tym razem z lotnikami wzniósł toast za ich zdrowie. 
Żołnierska lotnicza piosenka do późnych godzin rozbrzmiewała na lotnisku, a jej melodię przechwytywał 
wieczorny wiatr i niósł w stronę gór.

*

Piloci i nawigatorzy z eskadry porucznika Maciążka pozostawali w składzie grupy operacyjnej „Wisła” 

do 31 lipca 1947 roku, wykonując nadal różne zadania na jej korzyść. Walki w Bieszczadach stopniowo 
wygasały, luźne i zdezorganizowane grupy UPA usiłowały przedrzeć się do Czechosłowacji, ale na dobrze 
obstawionej   dwustronnie   granicy  był   to   zamiar   daremny.   Wśród   upowców   szerzył   się   ferment,   zanikło 
posłuszeństwo wobec prowodyrów, pojęli w końcu, że czas bezkarnego grasowania i rozboju należy do 
bezpowrotnej przeszłości.

Po rozwiązaniu grupy operacyjnej „Wisła” w dniu 31 lipca 1947 roku personel eskadry wrócił do swych 

macierzystych   jednostek,   aby  doskonalić   kwalifikacje   w   ramach   normalnej   już   służby  i   programowego 
szkolenia. Pobyt i loty w Bieszczadach były dla wszystkich trudnym sprawdzianem, ale nikt nie zawiódł, 
zaliczając sobie ten egzamin z wysoką notą.

Dziś, po upływie czterdziestu jeden lat, wielu ówczesnych pilotów i nawigatorów nadal pełni służbę w 

lotnictwie. Czas przyprószył ich skronie siwizną, tym częściej więc wracają pamięcią do tamtych burzliwych 
dni, kiedy nad Bieszczadami przeżywali swój górny i chmurny wiek młodzieńczy.

Jeśli kiedykolwiek będziesz Czytelniku przemierzał w turystycznych wędrówkach urzekające pięknem 

szlaki południowo-wschodniego zakątka Polski, wspomnij czasem także lotników jako tych, którzy o pokój 
na tych ziemiach walczyli jeszcze po wojnie.