background image

Ken McClure

Joker

Wildcard

(Przełożył: Maciej Pintara)

Wydanie oryginalne: 2002

Wydanie polskie: 2002

background image

Człowiek   jest   w   afrykańskiej   wiosce,   gdzie   ludzie   padają   jak   muchy.  

Dwadzieścia cztery godziny później ląduje w Los Angeles i nawet nie wie, że ma 
wirusa Lassa czy Ebola

.

Joshua Lederberg, laureat Nagrody Nobla,

profesor na Uniwersytecie Rockefellera

w Nowym Jorku

„Discover”, grudzień 1990

Dopóki nasz dom nie stanie w płomieniach, nie zdajemy sobie sprawy, że w 

mieście brakuje wozów strażackich. Usłyszymy jeszcze o Eboli. Liczba ludności w 
Afryce rośnie, ingerencja wirusa w środowisko nasila się. Prędzej czy później ktoś  
znowu przywlecze go z dżungli.

Anthony Sanchez, badacz wirusa Ebola

z Centrum Chorób Zakaźnych w Atlancie

„Discover”, styczeń 1996

background image

Wytępienie ospy to wspaniały przykład współpracy międzynarodowej, ale jest 

wiele innych przykładów niedokończonych spraw, jak walka z polio, gruźlicą i  
malarią.   Wszystkie   choroby   zakaźne   są   wspólnym   zagrożeniem,   zwłaszcza   w 
czasach gdy ludzi zbliżają międzynarodowe podróże i interesy. Choroby zakaźne 
nie uznają granic. Do ich zwalczania potrzebna jest globalna kooperacja.

Hiroshi Nakajima, dyrektor generalny

Światowej Organizacji Zdrowia

kwiecień 1997

background image

Prolog

Edynburg, Szkocja

Paul Grossart, dyrektor Lehman Genomics UK, był zdenerwowany. Szef amerykańskiej 

centrali   firmy  przyjeżdżał  do  niego,   zamiast  wezwać  go  do  Bostonu,  i   Grossart  czuł  się 
niepewnie. Jego kierownicy sekcji przygotowali się do prezentacji, mieli slajdy i diagramy 
pokazujące osiągnięcia swoich grup badawczych. Personel techniczny posprzątał laboratoria i 
starał się, żeby praca wrzała w nich jak w ulu, na wypadek gdyby goście chcieli tam zajrzeć. 
Sekretarki   dopilnowały,   żeby   biura   pachniały   jak   stoiska   kosmetyczne.   Na   górze   w 
księgowości przygotowano otwarte dokumenty finansowe do kontroli. Ich autorzy byli pełni 
optymizmu i gotowi do przedstawienia wizji świetlanej przyszłości. Porządek dnia nakazywał 
każdemu uśmiechać się do wszystkiego, co się rusza.

Mimo to Grossart czuł, że ma spocone dłonie, gdy stał z rękami z tyłu przy oknie w 

swoim gabinecie i czekał na przyjazd gości. Wydawałoby się, że nie ma się czego obawiać. 
Dla wszystkich firm biotechnicznych w Zjednoczonym Królestwie przyszły ciężkie czasy, bo 
środowisko biznesmenów uważało, że obiecują więcej, niż dają, ale Lehman przetrwał burzę 
topniejącego   kapitału   inwestycyjnego   lepiej   niż   większość.   W   ciągu   dwóch   ostatnich   lat 
wprowadził na rynek  kilka udanych  zestawów diagnostycznych.  Próby z dwoma  nowymi 
środkami   chemioterapeutycznymi   szły   dobrze.   Docelowe   terminy   uzyskania   obu   licencji 
zaczynały wyglądać realistycznie. Ale Grossart wciąż podejrzewał, że coś jest nie tak. Czuł to 
przez skórę. Wizyta Amerykanów była zapowiadana jako rutynowa, ale wiedział, że chodzi o 
coś więcej.

Na   parking   wjechał   czarny   mercedes   sedan   klasy   S.   Grossart   podszedł   do   biurka   i 

nacisnął guzik interkomu.

–  Już są, Jean. Daj nam pięć minut, potem przynieś kawę i ciasteczka. Dopilnuj, żeby 

reszta wiedziała, że przyjechali.

– Załatwione.
Grossart poprawił krawat i zbiegł po schodach ze swojego gabinetu na pierwszym piętrze 

background image

do holu. Uśmiechnął się do wysokiego, szczupłego mężczyzny, który wszedł pierwszy.

–  Miło cię znów zobaczyć, Hiram –  powiedział i wyciągnął rękę; najpierw wytarł ją w 

garść chusteczek higienicznych w kieszeni. – Dawno się nie widzieliśmy.

–  I   ciebie   też,   Paul.  –  Hiram   Vance,   wiceprezes   Lehman   International,   wskazał 

mężczyznę za sobą. – To doktor Jerry Klein z naszego laboratorium w Bostonie. Jest szefem 
działu medycyny molekularnej.

Grossart   uścisnął   dłoń   niskiemu   mężczyźnie   z   czarną   brodą   i   w   źle   dopasowanym 

ciemnym ubraniu. Klein przypominał mu trochę rabina. Grossart miał wrażenie, że facet jest 
zdenerwowany jak on.

Weszli   na   górę   do   holu,   gdzie   powiesili   płaszcze,   potem   do   gabinetu   Grossarta. 

Porozmawiali chwilę o pogodzie i „urokach” listopadowego lotu nad Atlantykiem. Sekretarka 
Grossarta przyniosła kawę i została przedstawiona gościom. Przywitała ich i uśmiechnęła się 
uprzejmie.

– Mogę panom jeszcze coś podać? – zapytała.
–  Na razie   dziękujemy,  Jean  –  odparł  Grossart.  –  Więc   od czego   chcecie   zacząć?  – 

zagadnął,   kiedy   drzwi   się   zamknęły.  –  Myślałem   o   obchodzie   laboratoriów,   krótkich 
prezentacjach przygotowanych przez personel naukowy, wizycie na produkcji, a potem może 
w biurach?

Vance spojrzał na drzwi.
– Czy ona może nas tu podsłuchać?
– Mam do Jean pełne zaufanie – odpowiedział zaskoczony Grossart.
– Nie o to pytałem – odrzekł Vance.
W odpowiedzi Grossart wyłączył interkom.
– Nie, nie może.
Vance był przeraźliwie chudy, miał niezdrową cerę i podkrążone czarne oczy.
– Jesteśmy w dużych tarapatach – oznajmił.
– Więc to nie rutynowa wizyta?
Vance pokręcił głową.
– Rezygnujemy z projektu „Snowball”. Musimy to przerwać.
– Co?! – wykrzyknął Grossart. – Przecież wszystko idzie dobrze! I co z umową?
– Wiem, wiem – przytaknął Vance. – Ale Jerry znalazł poważną przeszkodę. Pokaż mu, 

Jerry.

Klein   otworzył   neseser,   wyjął   cienkie   akta   w   niebieskiej   okładce   i   wręczył   je 

Grossartowi, nie patrząc mu w oczy.  Grossart zaczął czytać.  Kiedy skończył,  przełknął z 
trudem.

– Jesteście całkiem pewni? – wychrypiał.
Klein przytaknął.
– Niestety –  miał akcent nowojorskiego Żyda.  –  Sekwencja wygląda na część genomu 

background image

gospodarza, ale tak nie jest. Niech pan spojrzy na homologię.

– Jezu Chryste – wymamrotał Grossart. – Powinienem był wiedzieć, że to zbyt piękne, 

żeby   mogło   być   prawdziwe.   Już   za   późno,   żeby   to   odkręcić.   Co   my   teraz   zrobimy,   do 
cholery?

– Musimy natychmiast przerwać produkcję – powiedział Vance. – Ale...
Grossart wciąż wpatrywał się w dokumenty Kleina. W głowie miał mętlik.
– Ale co?
– Może na tym powinniśmy skończyć – odparł Vance, obserwując uważnie jego reakcję.
Grossart podniósł wzrok znad dokumentów i spojrzał na niego pytająco.
– Chcesz powiedzieć, że powinniśmy siedzieć cicho?
– Uważam, że musimy być praktyczni – odrzekł Vance. – Za późno, żeby coś zrobić z 

materiałem, którego użyto. Jeśli zaczniemy się spowiadać, ukrzyżują nas. Firma padnie, a my 
będziemy skończeni. Prawnicy już się o to postarają. O ile wiem, masz... zobowiązania, Paul?

Grossart nie mógł się z tym pogodzić. Z trudem skoncentrował się na pytaniu. Jasne, że 

miał zobowiązania. Sto pięćdziesiąt tysięcy długu hipotecznego, dwoje dzieci w prywatnych 
szkołach i żonę, która lubiła wygodne życie. Ale...

– Ta firma o wiele lepiej przysłuży się ludzkości, jeśli zostanie w branży  –  powiedział 

Vance. – Pomyśl o tym, Paul.

Grossart złączył dłonie pod brodą. Kołysał się lekko w fotelu i zastanawiał, co robić. Czuł 

ucisk w żołądku. Tak bardzo wierzył w projekt „Snowball”, że utopił w akcjach firmy całą 
gotówkę, jaką tylko mógł zdobyć. Okay, szedł na skróty, żeby przyspieszyć sprawę. Ale taki 
jest biznes. To wyścig. Nie było w tym nic nieuczciwego. To po prostu...  interes. A teraz 
wszystko szlag trafił. Nagle i bez ostrzeżenia znalazł się w tej sytuacji i bał się.

–   Chryste,   nie   wiem!   –  wykrzyknął.  –  Mam   ochotę   posypać   głowę   popiołem   i 

przepraszać... ale... jak mówisz... na dłuższą metę nic dobrego z tego nie wyjdzie, do cholery, 
skoro jest już za późno.

– Wierz mi, że wszyscy mamy takie myśli – pocieszył go Vance. – Gdyby można było 

cofnąć czas, zrobilibyśmy to. Ale nie można, Paul. Po prostu się nie da.

– Kto o tym wie? – zapytał Grossart.
– Tylko my trzej. Jerry przyszedł ze swoim odkryciem najpierw do mnie i uzgodniliśmy, 

że zatrzymamy to dla siebie, dopóki nie pogadamy z tobą. Wielka Brytania to jedyne miejsce, 
gdzie rzuciliśmy ten towar, że się tak wyrażę.

Grossart nerwowo złączał i rozłączał  końce palców. Jego mózg pracował na pełnych 

obrotach,   ale   nie   mógł   jasno   myśleć;   za   dużo   było   do   ogarnięcia.   Postanowił   nie   być 
mięczakiem i nie wahać się. Tamci dwaj mieli czas wszystko przemyśleć, więc musieli dojść 
do słusznego wniosku. Będzie z nimi trzymał.

– W porządku – zgodził się. – Siedzimy cicho.
–  Rozsądny z ciebie facet –  pochwalił Vance.  –  Firma nie zapomni o twojej lojalności 

background image

przy corocznym podziale premii.

Grossart nagle poczuł się jak szmata. Spojrzał na Vance’a i zrobiło mu się niedobrze. Nie 

cierpiał samego siebie, ale nie miał już odwrotu. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

– Więc po sprawie – powiedział.
Vance odchrząknął.
– Obawiam się, że nie całkiem. Jest jeszcze jeden problem.
Grossart czuł, że dłużej nie wytrzyma; musi pójść do łazienki.
– Jaki problem? – wychrypiał.
– Próbki krwi pobrane rutynowo od ludzi pracujących nad projektem „Snowball”, które 

przysłałeś...

– Co z nimi?
–  Jerry jeszcze raz je zbadał w związku z naszym drobnym kłopotem, kiedy tylko go 

odkrył. Dwie miały wynik dodatni.

– Chcesz powiedzieć, że dwojgu moim ludziom zagraża to draństwo?
– Jest taka możliwość – przyznał Klein.
– I co teraz zrobimy, do cholery?
– Nie możemy ryzykować, że się tu rozchorują i ludzie dodadzą dwa do dwóch – odrzekł 

Vance.  –  Przy   twojej   współpracy   natychmiast   ich   przeniesiemy.   Na   wszelki   wypadek, 
rozumiesz. Jeśli będzie trzeba, dostaną najlepszą opiekę. Obiecuję.

– A co powiedzą rodzinom? – zapytał Grossart.
–  Że   projekt,   nad   którym   pracują,   wymaga   wyjazdu   do   jednej   z   naszych   stacji 

doświadczalnych,   powiedzmy   w   północnej   Walii.   Wymyślimy   im   tam   jakieś   zajęcie. 
Potrzymamy  ich na uboczu, dopóki się nie upewnimy,  czy nic im nie grozi.  Dla osłody 
podwoimy im pensje. Co ty na to? Przynajmniej tyle możemy zrobić.

– Co najmniej – odparł Grossart. – O kogo chodzi?
Klein zajrzał do swoich notatek.
– O Amy Patterson i Petera Doiga.
– Znasz ich? – zapytał Vance.
Grossart był zazwyczaj uprzejmy, ale teraz zaczęły mu puszczać nerwy.
– Jasne, że ich znam – warknął. – Patterson przyszła tu po doktoracie. Jest u nas od blisko 

trzech lat. Doig to technik medyczny. Przeniósł się do nas jakieś dziewięć miesięcy temu z 
laboratorium jednego z miejscowych szpitali. Oboje są w porządku. – Wstał. – Przepraszam, 
ale naprawdę muszę...

background image

1

Lot British Airways, Ndanga-Londyn

Humphrey James Barclay od kilku dni nie czuł się dobrze i dlatego łatwo wpadał w 

rozdrażnienie.   Nie   mógł   tego   zrekompensować   nawet   fakt,   że   wraca   do   domu   po 
nieskończenie długiej wizycie służbowej w środkowej Afryce.

–   Rany   boskie!   –  mruknął,   kiedy   stewardesa   odkryła,   że   skończył   się   jej   tonik   i 

przekazała   to   bezgłośnie   koleżance   przesadnym   ruchem   warg,   obdarzając   go   firmowym 
uśmiechem.

– Chwileczkę, proszę pana. Z lodem i cytryną?
Barclay przytaknął i ugryzł się w język. Wewnątrz aż się gotował. Jak mogło jej czegoś 

zabraknąć po obsłużeniu zaledwie trzech rzędów?

Koleżanka posłusznie doniosła pół tuzina małych puszek toniku i stewardesa wręczyła 

Barclayowi drinka. Wziął go bez podziękowania, szybko otworzył  tonik i wlał trochę do 
dżinu. Wypił koktajl dwoma dużymi łykami, położył głowę na oparciu fotela i zamknął oczy. 
Palący smak alkoholu w gardle pomógł, ale nadal czuł nieprzyjemne gorąco i ból w całym 
ciele. Wyciągnął rękę, żeby zwiększyć dopływ powietrza z nawiewu nad głową. Zabolały go 
mięśnie   ramienia.   Skrzywił   się,   na   czoło   wystąpiły   mu   krople   potu.   Szarpnął   ze   złością 
kołnierzyk koszuli, ale zapięty guzik nie puścił. Barclay poczuł nową falę frustracji. Pociągnął 
tak mocno, że guzik wystrzelił w oparcie fotela z przodu i gdzieś upadł. Barclay nie zamierzał 
go szukać. Z powrotem położył głowę na oparciu. Elegancka kobieta na fotelu obok skupiła 
się na magazynie ilustrowanym i udawała, że niczego nie zauważyła.

Barclay znów zamknął oczy i pomodlił się w duchu, żeby to nie była grypa. Tylko nie to. 

Jeśli   nie   położę   raportu   na   biurku   pieprzonego   sir   Bruce’a   Collinsa   najpóźniej   jutro   po 
południu, mogę się pożegnać z moją pieprzoną karierą. Nawet się nie obejrzę, a polecę z 
Ministerstwa Spraw Zagranicznych prosto na zasiłek dla bezrobotnych. Teraz mnie widzisz, a 
za chwilę nie. Jezu Chryste, Marion byłaby po prostu zachwycona. Ona i ta jej zarozumiała 
rodzinka.

background image

Barclay rzucał głową z boku na bok. Dostawał mdłości, wirowało mu w oczach.
– Chryste, nie wytrzymam – jęknął.
Wiercił się, żeby znaleźć wygodną pozycję. Bez skutku. Jeszcze kilka dni, a potem mogę 

się położyć  do łóżka na tydzień. Albo na cholerny miesiąc, jeśli będzie trzeba. Starał się 
skoncentrować na tym, co napisze w raporcie. Nic dobrego, stwierdził kwaśno. Nikt przy 
zdrowych zmysłach nie powinien jechać do tej pieprzonej dziury, jaką jest Ndanga. Tym 
cholernym  krajem rządzi  banda drobnych  cwaniaczków.  Bardziej  interesuje ich założenie 
kont w szwajcarskich bankach niż zrobienie czegoś dla narodu, który rzekomo reprezentują. 
Zagraniczna pomoc pójdzie na mercedesy i garnitury od Armaniego, zanim człowiek zdąży 
powiedzieć: abrakadabra.

Właśnie   to   miał   ochotę   napisać,   ale   oczywiście   wiedział,   że   tego   nie   zrobi.   Niższy 

urzędnik   Ministerstwa   Spraw   Zagranicznych   nie   jest   od   polityki.   W   sprawie   Ndangi   już 
zapadła decyzja. Rząd Jej Królewskiej Mości wyciąga rękę w geście przyjaźni i partnerstwa. 
Proponuje   pomoc,   choć   Ndanga   nie   ma   ropy   czy   innych   ważnych   surowców,   których 
potrzebujemy. Ale jest tam strategicznie położone lotnisko z przyległościami. Ministerstwo 
Obrony uznało, że może się bardzo przydać Królewskim Siłom Zbrojnym, gdyby w krajach 
na południu sprawy wymknęły się spod kontroli. A na to się zanosi. Uzgodniono więc duże 
dofinansowanie Ndangi. Za kilka tygodni  poleci  tam minister  spraw zagranicznych,  żeby 
zapewnić nowy reżim o brytyjskim poparciu. Barclaya wysłano do Ndangi, aby przetarł szlak 
i upewnił się, czy przygotowania do wizyty postępują zadowalająco. Ministrowi nie może 
zabraknąć papieru toaletowego w głębi Afryki.

Rozpiął szarpnięciem następny guzik koszuli i poczuł strużkę potu na policzku.
– Źle się pan czuje? – spytała zaniepokojona sąsiadka.
Barclay   odwrócił   głowę,   żeby   na   nią   spojrzeć,   ale   niewyraźnie   widział.   Kobieta 

wydawała się otoczona aureolą jaskrawych, kolorowych świateł.

– Chyba złapałem grypę – odparł.
– To pech – powiedziała. Wróciła do lektury, ale odsunęła się kawałek i zasłoniła ręką 

usta. – Powinien pan poprosić stewardesę o aspirynę – zasugerowała.

Barclay skinął głową.
– Może poproszę. – Zerknął znacząco przez ramię. – Jak będzie wolna.
Otworzył z wielkim wysiłkiem neseser i wyjął plik papierów. Czuł, że musi zanotować 

punkty, które chce podkreślić w raporcie. Ochrona głównego portu lotniczego w Ndandze jest 
kiepska  –  
zapisał.  – Zalecane...  Urwał, kiedy na kartkę kapnęła wielka kropla krwi z nosa. 
Przez moment wpatrywał się w czerwoną plamę jak zahipnotyzowany.

– Jasna cholera – mruknął. – Co jeszcze będzie?
Wyciągnął   z   kieszeni   chusteczkę   higieniczną   i   przytknął   do   nosa.   Zdążył   zatrzymać 

następną kroplę. Położył głowę na oparciu i tamował krew. Boże, jestem ciężko chory. Pękała 
mu głowa, bolały go oczy. Nagle poczuł coś nowego... wilgoć... Miał mokre spodnie. Powoli 

background image

włożył rękę między nogi. Tak. O, mój Boże, co za wstyd. O, mój Boże, wszystko, tylko nie 
to.   Jak   mogłem   się   zmoczyć   i   nie   wiedzieć   o   tym?  –  zastanawiał   się   z   zażenowaniem. 
Ściągnął mięśnie zwierające i przekonał się, że nadal je kontroluje. Więc jak to się stało? 
Boże!   Nie   przeżyje   tego.   Zaczął   planować,   jak   wybrnie   z   niezręcznej   sytuacji.   Po 
wylądowaniu zostanie na miejscu, dopóki wszyscy pasażerowie nie wyjdą... Tak, to właśnie 
zrobi.   Przy   odrobinie   szczęścia   załoga   nawet   nie   będzie   pamiętała,   kto   siedział   na   tym 
miejscu.

Chaotyczne  myśli  znów  przerwał potworny ból głowy.  Był  niemal  nie do zniesienia. 

Mimo to Barclay poczuł coś nowego. Ma nie tylko mokro między nogami; wilgoć jest... 
lepka! Cofnął rękę, na wpół otworzył jedno oko i spojrzał na dłoń. Krew!

Widok jego zakrwawionej  ręki popchnął sąsiadkę do działania.  Wstrzymała  oddech i 

sięgnęła do przycisku sygnalizacyjnego nad głową. Wciskała go raz za razem, dopóki nie 
przybiegły dwie stewardesy.

– Jego ręka... – wyjąkała i odsunęła się najdalej, jak mogła. – Jest zakrwawiona. Mówił, 

że złapał grypę, ale spójrzcie na niego!

Do   Barclaya   już   nie   docierało,   co   się   dzieje   dookoła.   Wysoka   gorączka   wywołała 

delirium, nękały go fale bólu i mdłości. Jedna ze stewardes, Judy Mills, pochyliła się nad nim.

– Słyszy mnie pan? Może pan powiedzieć, co panu jest?
Barclay   uniósł   powieki.   Otworzył   usta,   ale   nie   mógł   wymówić   słowa.   Zamiast   tego 

zwymiotował prosto na Judy, która skrzywiła się z obrzydzenia. Jej profesjonalizm zastąpiła 
na moment odraza i gniew.

– Nie możecie go gdzieś zabrać? – zapytała kobieta na środkowym siedzeniu.
– Samolot jest pełny, proszę pani – odrzekła druga stewardesa, Carol Bain.
– Musicie coś zrobić, na litość boską! On jest zakrwawiony.
Pasażerka miała rację. Krew z nosa spływała po twarzy Barclaya i plamiła przód jego 

koszuli.

–  Spróbuj   zatamować   krwotok  –  poleciła   koleżance   Judy.   Zrobiła,   co   mogła,   żeby 

wyczyścić uniform, i teraz wróciła.

Carol   oparła   głowę   Barclaya   na   zagłówku.   Uważała,   żeby   nie   być  „na   linii   ognia”. 

Przyłożyła mu chusteczki higieniczne do nosa i spojrzała na Judy.

– Co dalej? – szepnęła.
– Trzymaj go tak. Sprawdzę, czy na pokładzie jest lekarz.
Judy poszła do kokpitu i po chwili kapitan ogłosił, że jeśli w samolocie jest lekarz, prosi 

go o zgłoszenie się do personelu. Carol ciągle przyciskała chusteczki do twarzy Barclaya. 
Poczuła ulgę, gdy w głębi samolotu odezwał się sygnał. Uśmiechnęła się. Żeby ukryć to przed 
pasażerami, spojrzała w dół. Na widok krwi na spodniach nieprzytomnego Barclaya przestała 
się uśmiechać. Była pewna, że to nie z nosa.

Judy podeszła   do niskiego,  łysego  mężczyzny,  którego  inna  stewardesa  prowadziła   z 

background image

głębi samolotu. Zatrzymali się w łączniku między przednią i tylną kabiną pasażerską.

– Jest pan lekarzem? – spytała Judy.
– Tak. Nazywam się Geoffrey Palmer. W czym problem?
– Pasażer z przodu zemdlał. Krwawi z nosa i... zwymiotował. Nie mogła się powstrzymać 

od patrzenia w dół na swoją spódnicę.

Palmer domyślił się, co zaszło. Uśmiechnął się.
– Uroki tej pracy...  Prawdopodobnie choroba powietrzna i omdlenie na widok własnej 

krwi. Mogę go obejrzeć, jeśli pani chce.

– Byłybyśmy bardzo wdzięczne.
Judy ruszyła pierwsza w kierunku dziobu samolotu. Jej nadzieja, że wszystko wróci do 

normy, wyparowała na widok spanikowanej miny Carol.

– Co jest? – szepnęła.
– On mocno krwawi... z dołu.
Carol podkreśliła to ruchem głowy.
–  Zobaczmy,   co   się   dzieje  –  powiedział   Palmer.   Nie   słyszał   cichej   wymiany   zdań   i 

zamierzał opanować sytuację.

Stewardesy odsunęły się i przepuściły go do nieprzytomnego mężczyzny.
Palmer spojrzał na koszulę Barclaya.
– Rany, ale się urządziłeś, chłopie. Tak to jest z krwią. Wszędzie się dostanie.
Sprawdził   puls,   potem   uniósł   kciukiem   jedną   powiekę   Barclaya.   Jego   zachowanie 

natychmiast się zmieniło; stracił pewność siebie. Wyprostował się i bezwiednie wytarł rękę o 
klapę marynarki.

–  Doktorze, on krwawi gdzieś z dołu  –  szepnęła Carol.  – Niech pan spojrzy na jego 

spodnie.

Pałmer popatrzył na czerwoną plamę na ciemnym materiale.
– O, mój Boże – wymamrotał i cofnął się o krok.
Stewardesy wymieniły zaniepokojone spojrzenia.
– Co pan o tym myśli, doktorze? – zapytała Judy, bardziej z obawą niż nadzieją.
Palmer wytrzeszczał oczy na Barclaya.
– Musimy się umyć.
Głowa Barclaya opadła na bok i pasażerka na środkowym fotelu wstrzymała oddech.
–  Jego oczy...  –  wykrztusiła.  –  Zobaczcie,  krwawią  mu   oczy!   Zróbcie  coś,  na  litość 

boską!

– Chryste, więc to prawda – jęknął Palmer. – Musimy się umyć.
Judy dała  znak Carol,  żeby została  z  Barclayem.  Zaprowadziła  Palmera  do kuchni  z 

przodu samolotu i zaciągnęła zasłonę.

– O co chodzi, doktorze? – spytała. – Co mu jest?
– Uważam, że to gorączka krwotoczna – wyjaśnił wstrząśnięty Palmer.

background image

Spojrzała na niego.
– Nic mi to nie mówi. A dokładniej?
– To może być Ebola.
– Ebola? O, mój Boże.
– Musimy się umyć i trzymać od niego z daleka.
– Przecież jest pan lekarzem. Nie zamierza mu pan pomóc?
– Jestem radiologiem, na litość boską – parsknął Palmer. – Co mogę wiedzieć o Eboli, do 

cholery? Poza tym, nikt tu nic nie zrobi. Niech pani powie kapitanowi, żeby zawiadomił przez 
radio   ziemię,   że   prawdopodobnie   mamy   na   pokładzie   przypadek   wirusowej   gorączki 
krwotocznej. Idę się umyć. Radzę pani i koleżance zrobić to samo.

Palmer zniknął w łazience. Oszołomiona Judy popatrzyła za nim.
– Wielkie dzięki – mruknęła i wróciła do Carol, która stała przy siedzeniu Barclaya.
– Co się dzieje? – zapytał pasażer z następnego rzędu.
– Mamy chorego – odrzekła Judy. – Ale nie ma powodu do obaw.
– Bez jaj – rzucił drwiąco mężczyzna. – Co z nim jest, do cholery?
– Na razie nie wiadomo. Ale lekarz podejrzewa, że to może być... malaria,
– Biedny facet – skomentował pasażer. – Paskudna sprawa.
– Czy to zaraźliwe? – zapytała jego żona.
– Nie, kochanie. Przynajmniej tak słyszałem... Ale może lepiej zapytać lekarza.
Palmer wyszedł z łazienki i ruszył przejściem miedzy siedzeniami. Nadal wyglądał na 

wstrząśniętego. Judy przejęła inicjatywę.

–  Doktorze,   właśnie   mówiłam   zaniepokojonemu   pasażerowi,   że   podejrzewa   pan   u 

naszego chorego malarię.

Popatrzyła na niego znacząco.
– To nie jest zaraźliwe, prawda, doktorze? – upewnił się mężczyzna.
– Nie – odparł Palmer z wahaniem i powtórzył bardziej zdecydowanie: – Nie jest.
Przecisnął   się   za   stewardesami,   żeby   nie   zbliżać   się   do   Barclaya,   i   poszedł   dalej. 

Pasażerowie byli zaskoczeni.

– Nic pan nie może zrobić dla tego biednego gościa? – zdziwił się zaniepokojony pasażer.
Palmer nie zatrzymał się.
– Nie... nic – odpowiedział. – Zajmą się nim na lotnisku.
– Co się stało z czuwaniem przy chorym? – odezwał się pasażer.
– Czasy się zmieniły – wtrąciła się jakaś kobieta.
– Muszę porozmawiać z kapitanem – powiedziała Judy do Carol. – Wszystko gra?
Carol skinęła głową i uśmiechnęła się słabo. Wciąż przykładała chusteczki do twarzy 

Barclaya. Na cienkich plastikowych rękawiczkach miała czerwone plamy.

– Nie są dziurawe? – zapytała Judy.
– Chyba nie. Dlaczego pytasz?

background image

Mina Judy mówiła sama za siebie.
– Sprawdzaj je co jakiś czas. Niedługo wrócę.
– Cześć, Judy. Jak nasza ofiara? – zagadnął kapitan, kiedy weszła do kokpitu i zamknęła 

za sobą drzwi.

Przykucnęła między dwoma fotelami.
– Nasz doktorek... – zaczęła z niesmakiem – podejrzewa Ebolę. Nie jest ekspertem, bo to 

radiolog,   ale   wydaje   się   pewien,   że   to   rodzaj   wirusowej   gorączki   krwotocznej.   Prosi   o 
zawiadomienie przez radio Londynu.

Kapitan zmarkotniał.
– Cholera, tylko tego nam brakowało. Tym się chyba łatwo zarazić?
– Wcale nie – wtrącił się pierwszy oficer. – Wszyscy tak myślą, ale w rzeczywistości to 

mniej   groźne   niż   niektóre   bardziej   pospolite   choroby.   Można   to   złapać   przez   kontakt   z 
płynami ustrojowymi.

– Dobrze wiedzieć, John. Skąd masz takie wiadomości?
–  Kilka   miesięcy   temu   byłem   na   szkoleniu.   Wystraszyłem   się   jak   cholera,   ale 

zapamiętałem, co mówili o Eboli.

Kapitan odzyskał dobry humor.
– Chyba nie wymieniałaś z tym gościem płynów ustrojowych, Judy?
– Obrzygał mnie od góry do dołu.
– Cholera! Umyłaś się?
– Niezbyt dokładnie.
– Zrób to teraz. Zmień całe ubranie. Włóż wszystko, co masz na sobie, do plastikowego 

worka i zapieczętuj.

– Dobrze.
– Czy nasz doktorek zajmuje się nim?
– Nie. Carol się nim opiekuje. Facet krwawi z nosa, oczu i gdzieś z dołu.
– Więc co robi ten lekarz?
– Sra ze strachu.
–  Aż tak? Posłuchaj, jeśli Carol się ubrudzi, niech też się przebierze. Jak skończycie, 

przykryjcie tego gościa plastikowymi workami i kocami.

– Ma wysoką gorączkę – zaprotestowała Judy. – Ugotuje się.
– Trudno. Musicie odseparować jego płyny ustrojowe. Rozumiesz?
Judy przytaknęła.
– Idź się umyć. Przekażę na Heathrow dobrą wiadomość.
– Za ile lądujemy?
– Za siedemdziesiąt pięć minut.
Judy wyszła z kokpitu i zamknęła się w łazience. Przebrała się i włożyła brudny uniform 

do   foliowego   worka.   Po   wyjściu   założyła   świeży   fartuch   i   nowe   plastikowe   rękawiczki. 

background image

Upewniwszy się, że nie są dziurawe, wzięła głęboki oddech i z uśmiechem odsunęła zasłonę. 
Z promienną miną dołączyła do Carol przy siedzeniu Barclaya.

– Co z nim? – spytała szeptem.
– Śpi albo jest nieprzytomny. Nie jestem pewna.
– Idź się przebrać. Stare ubranie włóż do worka i zapieczętuj go. Co robisz ze zużytymi 

chusteczkami?

Carol spojrzała pod nogi, gdzie leżał worek na śmiecie.
–  Wrzucam   tam,   ale   już   się   kończą.   Ten   facet   się   wykrwawi.   Nie   możemy   tego 

powstrzymać?

–  Nie w tych okolicznościach  –  odparła Judy.  –  Musimy po prostu odseparować  jego 

krew. Jasne?

Carol skinęła głową. Przekazała koleżance tampon z chusteczek, wzięła z podłogi worek i 

poszła na dziób samolotu. Judy została sama z Barclayem. Patrzyła, jak czerwona strużka 
przesiąka   przez   chusteczki   na   jej   pałce   osłonięte   cienkim   plastikiem.   Wzdrygnęła   się   ze 
strachu na myśl, że razem z krwią może wypływać wirus Ebola. Jej troskę o pasażera na 
moment zastąpiło pragnienie, żeby umarł i przestał krwawić. Kiedy Barclay poruszył głową, 
tętno skoczyło jej powyżej stu pięćdziesięciu. Boże, nie pozwól mu się ocknąć i wiercić, 
modliła się. Sąsiadka Barclaya była tak samo zaniepokojona. Podniosła wzrok i ich spojrzenia 
się   spotkały.   Jedna   wiedziała,   co   myśli   druga.   Ale   pasażerka   martwiła   się   z   przyczyn 
estetycznych  –   po   prostu   nie  chciała   mieć   obok   siebie   rzucającego   się,   wymiotującego, 
krwawiącego mężczyzny. Judy chodziło o życie swoje i innych.

Barclay nie odzyskiwał przytomności, był na to zbyt chory. Ale gdzieś w jego umyśle 

odzywał się alarm funkcjonujący od dzieciństwa: musi iść do toalety. Rzucał głową z boku na 
bok i próbował wstać. Judy powstrzymywała go jedną ręką, drugą przyciskała chusteczki do 
jego twarzy. Barclay stawał się coraz bardziej pobudzony, a Judy przerażona. Obejrzała się 
niecierpliwie, czy nie wraca Carol, ale nie zobaczyła koleżanki.

Pasażer siedzący za Barclayem zauważył, co się dzieje.
– Może powinna pani zapiąć mu pas?
No   jasne,   pomyślała   Judy,   uśmiechając   się   do   siebie.   Że   też   na   to   nie   wpadłam. 

Spróbowała zapiąć klamrę, ale Barclay wiercił się. Sąsiadka nachyliła się, chcąc pomóc. W 
końcu zależało jej na tym, żeby Barclay siedział spokojnie.

– Dziękuję – powiedziała Judy i unieruchomiła mu ramię.
Kobieta   zapięła   klamrę   i   mocnym   szarpnięciem   zlikwidowała   luz   pasa.   Spojrzała   na 

swoje ręce; były czerwone od krwi przesiąkającej przez koc na brzuchu Barclaya. Judy była 
przerażona,   ale   wzięła   się   w   garść.   Kobieta   nie   mogła   wyjść   bez   odpięcia   pasów   i 
przesunięcia Barclaya. Musiała zostać na swoim miejscu.

– Dam pani chusteczki – powiedziała spokojnie Judy.
Carol wróciła z łazienki.

background image

–  Przynieś tej pani chusteczki i butelkę wody mineralnej  –  poprosiła ją Judy.  – Tylko 

szybko.

Carol przyniosła również plastikowy worek. Wręczyła wszystko pasażerce.
– Proszę dokładnie umyć ręce – poleciła Judy – i wrzucić wszystko do worka.
– Ale przecież malaria nie jest zaraźliwa?
– Nie jest, proszę pani, to tylko środki ostrożności.
– Środki ostrożności? – powtórzyła z niepokojem kobieta i po chwili zrozumiała. – A tak, 

krew. Mój Boże, myśli pani, że on może mieć AIDS?

– AIDS? – zirytował się ktoś w następnym rzędzie.  –  Kto ma AIDS? Myślałem, że to 

malaria.

– Nikt nie ma AIDS, proszę pana. Proszę się uspokoić. To nieporozumienie.
W tym  momencie  Barclay zrezygnował z półprzytomnej  walki o pójście do toalety i 

wypróżnił żołądek. Fetor wywołał głośne protesty najbliższych sąsiadów. Judy i Carol były u 
kresu wytrzymałości.

– Proszę państwa – powiedziała Judy – wiem, że to bardzo nieprzyjemne, ale za niecałe 

czterdzieści minut będziemy na Heathrow. Mamy ciężko chorego pasażera, którym musimy 
się zajmować. Proszę o spokój i cierpliwość. Otwórzcie państwo nawiewy, a Carol rozda 
pachnące chusteczki. Trzymajcie je przy twarzach.

Carol rzuciła koleżance pytające spojrzenie.
– Weź perfumy wolnocłowe – poleciła Judy.

background image

2

– Panie i panowie, mówi kapitan, Jak niektórzy z państwa już wiedzą, mamy na pokładzie  

chorego   pasażera.   Dlatego   nie   będziemy   mogli   od   razu   wyjść   z   samolotu.   Wiem,   że   to  
niewygodne, ale dostaliśmy polecenie, żeby podkołować na stanowisko nieco oddalone od  
budynku terminalu i czekać na dalsze instrukcje. Będę państwa informował na bieżąco. Na  
razie proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.

Judy czuła się tak, jakby ktoś właśnie podpalił lont i zaraz miała nastąpić eksplozja. Nie 

czekała   długo.   W   samolocie   wybuchło   ogólne   niezadowolenie.   Rozległy   się   gniewne 
oskarżenia.

– Mówiliście, że to malaria! – zawołał facet na siedzeniu za Barclayem. – Okłamaliście 

nas! Co jest grane, do cholery? Co mu jest?

– Mamy ciężko chorego pasażera, proszę pana. W tej chwili nie mogę powiedzieć więcej, 

ale proszę o cierpliwość.

– Do diabła z cierpliwością! Coś tu jest nie tak. Mamy prawo wiedzieć. Co przed nami 

ukrywacie? Co mu jest?

– Nie jestem lekarzem, proszę pana...
– Ale on jest – parsknął facet i wskazał kciukiem za siebie. – Co powiedział?
– Przykro mi – odparła Judy – ale naprawdę nie mogę dyskutować...
– Wszystko jasne – przerwał jej pasażer. – Doktorek nie chce mieć z tym nic wspólnego, 

tak? O ile pamiętam, olał to i wycofał się sprytnie na swoje miejsce. Co jest z tym gościem, 
do cholery? Pieprzę to... Pójdę do tyłu i sam go zapytam.

Zaczął odpinać pas. Judy chciała go powstrzymać, ale żona mężczyzny oszczędziła jej 

kłótni.

–  O, mój  Boże, Frank!  –  wykrzyknęła  na widok błyskających  niebieskich  świateł na 

zewnątrz. – Tam są kosmonauci!

Zamieszanie   ucichło,   gdy   pasażerowie   wyjrzeli   przez   okna   i   zobaczyli,   że   samolot 

otaczają pojazdy ratownicze. Na tle nocnego nieba migały lampy. Z przodu na płycie lotniska 
stał rząd ludzi w pomarańczowych skafandrach ochronnych, które osłaniały ich od stóp do 

background image

głów. W szybach hełmów odbijały się światła.

–  Witam wszystkich, tu znów kapitan  –  odezwał się w interkomie przyjazny, spokojny 

głos. – Za chwilę podjadą autobusy i przewiozą nas do centrum recepcyjnego. Tam dowiemy 
się więcej o sytuacji i możliwości skontaktowania się z krewnymi i przyjaciółmi. Dziękuję za  
cierpliwość. Mam nadzieję, że to wszystko nie potrwa długo. Proszę zostać na miejscach i  
czekać na instrukcje naszego personelu.

W głośnikach rozległy się Cztery pory roku Vivaldiego.
Widok  na płycie  lotniska  najwyraźniej  otrzeźwił  pasażerów.  Wojownicze  nastawienie 

zastąpiła   obawa   i   ogólna   akceptacja   sytuacji.   Agresywne   protesty   i   mrukliwe   groźby   z 
żądaniami odszkodowań ucichły. Zapanował strach przed nieznanym.

Barclay   został   zabrany   z   samolotu   jako   pierwszy.   Dwaj   ludzie   w   pomarańczowych 

skafandrach nakryli go plastikową kopułą, znieśli po stopniach na płytę lotniska i wsunęli do 
czekającej karetki. Potem wyprowadzono pasażerów z czterech rzędów za Barclayem  i z 
rzędów   przed   nim.   Skierowano   ich   przednimi   schodami   do   autobusu   z   kierowcą   w 
pomarańczowym skafandrze. Wszędzie unosiła się woń środków odkażających; rozpylono je 
na  podłodze   pojazdu.   Na  pokład  samolotu  weszła   ekipa  dezynfekcyjna.   Zwolnioną   część 
kabiny odgrodzono plastikową folią i dokładnie spryskano ten rejon. Pozostałych pasażerów 
wyprowadzono   tylnymi   drzwiami   do   następnych   autobusów.   Członkowie   załogi   wyszli 
ostatni.   Umieszczono   ich   w   oddzielnym   autobusie,   który   miał   pojechać   za   innymi   do 
awaryjnego centrum recepcyjnego. Kiedy autobus ruszył, obejrzeli się. Ekipa dezynfekcyjna 
spryskiwała samolot wewnątrz i na zewnątrz.

– Ciekawe, co będzie dalej – powiedział kapitan.
– Przychodzi mi na myśl słowo „kwarantanna” – odrzekł pierwszy oficer.
– Cholera.
– Ostrożności nigdy za wiele.
– Chyba tak.
– Ile to może potrwać? – zapytała Judy.
Pierwszy oficer pokręcił głową.
– Może zatrzymają tylko tych, którzy byli najbliżej tego gościa albo mieli z nim kontakt.
– Świetnie – mruknęła ponuro.
– Nie pękaj, Judy. Nie będzie tak źle. Pomyśl, ile się naoglądasz telewizji w ciągu dnia – 

odparł pierwszy oficer z uśmiechem.

– Chyba wolałabym zachorować – odparowała.
– Dobrze się spisałyście – pochwalił kapitan Judy i Carol. – Sytuacja nie była łatwa.
–  Chętnie   powiedziałabym,   że   nie   ma   sprawy  –  odparła   Judy  –  ale   to   była   chyba 

najgorsza przygoda w moim życiu. Ten facet krwawił chyba z każdego miejsca na ciele.

– Właśnie – przytaknęła Carol. – Kiedyś zastanawiałam się, czy nie zostać pielęgniarką. 

Teraz   dziękuję   Bogu,   że   tak   się   nie   stało.   Praca   stewardesy   to   może   nic   wielkiego,   ale 

background image

zajmować się takimi rzeczami na co dzień? Dziękuję bardzo.

Pasażerowie, którzy nie mieli kontaktu z Barclayem w czasie lotu lub wcześniej, zostali 

zwolnieni do domu. Zostawili tylko adresy. Poinstruowano ich, żeby zgłosili się do swoich 
lekarzy ogólnych, gdyby źle się poczuli. Ci, którzy siedzieli koło niego, trafili do szpitala na 
kwarantannę. Władze nazwały to rozsądnym środkiem ostrożności. Do tej grupy dołączyły 
dwie stewardesy i doktor Palmer; w sumie dwadzieścia sześć osób.

Humphrey Barclay zmarł cztery dni później. Gorączka nie ustąpiła, więc nie zobaczył 

plastikowej   kopuły,   pod   którą   leżał   na   oddziale   specjalnym,   ani   pielęgniarek   w 
„kosmicznych” skafandrach, które starały się przynieść mu ulgę w ostatnich godzinach życia. 
Nie zobaczył też żony, dwóch córek, swoich rodziców i teściów, bo na oddziale specjalnym 
obowiązywał zakaz odwiedzin. Nie zdążył  dostarczyć  raportu z Ndangi swoim szefom w 
Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ale jego śmierć mówiła sama za siebie.

Starsza stewardesa Judith Mills zmarła osiem dni po Barclayu, jeden dzień przed panią 

Sally Morton  –  pasażerką z fotela tuż obok niego  –  i dwa dni przed doktorem Geoffreyem 
Palmerem. Obawiano się o Carol Bain, bo po pięciu dniach źle się poczuła. Ale okazało się, 
że to tylko przeziębienie. Geoffrey Palmer był ostatnim zmarłym z samolotu, ale nie ostatnią 
ofiarą   wirusa.   Jedna   z   pielęgniarek   opiekujących   się  Barclayem   zaraziła   się   mimo   stroju 
ochronnego i też zmarła.

Zabójczy wirus afrykański powstrzymany  – informował  „The Times”. Przedstawiciele 

służby  zdrowia   zapewniali,   że  nie  zanotowano  dalszych  zachorowań  i  nie  należy  się  ich 
obawiać;   sytuacja   została   opanowana.   Mimo   to   prasa   nie   porzuciła   tego   tematu.   Jedne 
dzienniki   przepowiadały   w   stolicy   zarazę   podobną   do   epidemii   dżumy   z   siedemnastego 
wieku, inne pisały o tym, jak łatwo w dzisiejszych czasach przenieść wirusy czające się w 
sercu afrykańskiej dżungli na Zachód, co jest „zasługą” szybkiego transportu lotniczego.

Stosunkowo niska liczba zgonów i szybkie  powstrzymanie  wirusa ośmieszyło  gazety, 

które przewidywały czarny scenariusz. Jedna z nich sprytnie przeszła do ofensywy, żądając 
wyjaśnień, jaki to dokładnie wirus. Twierdziła, że jej czytelnicy „mają prawo wiedzieć”. Inne 
przegapiły tę linię ataku, gdyż nie było oficjalnego oświadczenia o zidentyfikowaniu wirusa 
ani wrzawy, że ktoś coś wie.  „Nowe choroby afrykańskie”, jak je nazywało wiele gazet, 
uznano za problem, który nie musi obchodzić czytelników z Chingford czy Surbiton.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Londyn

–  Mają rację.  –  Bruce Collins  odłożył  gazetę.  –  Nadal nie wiemy,  jaki wirus dopadł 

biednego starego Barclaya i resztę.

–  Myślałem, że są pewni, że to gorączka Ebola, sir  –  odparł jeden z ośmiu mężczyzn 

siedzących wokół stołu.

– Takie było i jest przypuszczenie – powiedział Collins. – Zapewne słuszne, biorąc pod 

background image

uwagę wszystkie symptomy. Ale nie mamy jeszcze oficjalnego raportu laboratoryjnego.

– Nie spieszą się.
– Widocznie naukowcy potrafią pracować nad takimi wirusami tylko w warunkach BL4, 

jak   to   nazywają.   Wszystkie   próbki   musiały   pojechać   do   rządowego   ośrodka   obrony 
biologicznej w Porton Down do analizy. Tak czy inaczej, musimy szybko zdecydować, czy 
minister może lecieć do Ndangi, czy nie.

– W tej sytuacji nie widzę takiej możliwości – odezwał się jeden z mężczyzn.
Pozostali mruknęli potakująco.
– Muszę wam przypomnieć, panowie, że ta wizyta jest ważna dla nas i dla Ndangi. Oni 

potrzebują naszego poparcia, a my dostępu do ich lotniska na południu. Jeśli odwołamy tę 
podróż, mogą zerwać umowę.

– Chyba zrozumieją, że w czasie wybuchu choroby taka wizyta nie ma sensu?
– W tym  problem –  odpowiedział  Collins.  –  Według  nich nie ma  żadnego wybuchu 

choroby. Władze ndangijskie twierdzą, że od dwóch lat w ich kraju nie było przypadku Eboli 
ani innej gorączki krwotocznej.

–  Musiał być.  Jak inaczej Barclay złapałby wirusa? Tym  się można  zarazić  od innej 

osoby, zgadza się?

– Albo od zarażonej małpy, o ile mi wiadomo.
– Nie podejrzewam Barclaya o kontakty z szympansami.
– Więc jesteśmy w impasie – skwitował Collins.
– Władze ndangijskie po prostu kłamią.
–  Muszę przyznać, że przyszło mi to do głowy  –  powiedział Collins.  –  Zrobiłem więc 

dyskretne   rozeznanie   w   Światowej   Organizacji   Zdrowia.   Od   roku   nie   zarejestrowali   w 
Ndandze przypadku gorączki krwotocznej.

– Może Barclay podróżował po Afryce? – zasugerował ktoś.
– O tym też pomyślałem – odparł Collins. – Ale widziałem jego dziennik. Nie miał czasu 

bawić się w turystę. Poza tym w żadnym z krajów graniczących z Ndangą od pół roku nie 
było Eboli.

– A kontakt z nosicielem?
–  Lekarze  wypowiadają się dość mgliście o statusie nosiciela tych  chorób. Niektórzy 

uważają, że taki stan naprawdę nie istnieje. Ale są zgodni, że rekonwalescent może przenosić 
na innych wirusa przez płyny ustrojowe.

– Więc gdyby stary Humphrey przespał się z jakąś „królową nocy”, która ostatnio na to 

chorowała, mógłby się zarazić?

–  Barclay był  raczej  miłośnikiem  „National  Geographic”  i szklaneczki  przed snem – 

odrzekł Collins. – Ale gdyby miał jakąś przygodę, co z innymi klientami tej kobiety? Do tej 
pory powinni już nie żyć.

–  Nawet   jeśli   złapał   to   w   ten   sposób,   nie   widzę   powodu   do   odwoływania   wyjazdu 

background image

ministra.

–  Słusznie  –  zgodził się Collins.  –  Dopóki wierzymy, że w Ndandze rzeczywiście nie 

wybuchła ta choroba.

– Mogę coś zasugerować, sir?
– Oczywiście – zachęcił Collins.
–  Warto porozmawiać z ludźmi z Inspektoratu Naukowo-Medycznego w Ministerstwie 

Spraw Wewnętrznych. Są czymś w rodzaju detektywów medycznych, prawda?

– Dobry pomysł – przyznał Collins. – Powiem Jean, żeby umówiła mnie z ich szefem. Jak 

on się nazywa?

– Macmillan, sir. John Macmillan.
Inspektorat Naukowo-Medyczny, nazywany w skrócie Sci-Med, był niezależną komórką 

Ministerstwa   Spraw   Wewnętrznych.   Kierował   nią   John   Macmillan.   Podlegający   mu 
inspektorzy dochodzeniowi o wysokich kwalifikacjach naukowych i medycznych zajmowali 
się problemami, wobec których policja okazywała się bezradna.

Policjanci nie mieli się czego wstydzić. Trudno było od nich oczekiwać, by wpadli na to, 

że w pewnym szpitalu liczba udanych zabiegów chirurgicznych jest dużo niższa niż w innych, 
stosujących niemal identyczne procedury. A nawet gdyby to dostrzegli, nie byliby w stanie 
znaleźć ewentualnych przyczyn. Nie mogli też zauważyć, że pewne substancje zamawiane 
przez uniwersytecki Wydział Chemii są w rzeczywistości używane do produkcji narkotyków. 
Sci-Med spotkał się w przeszłości z tymi sprawami i rozwiązał je. W pierwszym przypadku 
starzejący się chirurg został zmuszony do rezygnacji, w drugim laboranci stanęli przed sądem.

Po wizycie sir Bruce’a Collinsa Macmillan poprosił swoją sekretarkę, żeby zadzwoniła 

do doktora Stevena Dunbara. Dunbar był inspektorem dochodzeniowym Sci-Medu od ponad 
pięciu lat. Teraz miał urlop po ostatnim śledztwie.

– Jest na urlopie dopiero od tygodnia – przypomniała Rose Roberts.
– Dziękuję, wiem o tym – warknął Macmillan. – I o tym, że przy ostatniej robocie dostał 

zdrowo w kość. Ale to zajmie mu tylko kilka dni. Proszę go wezwać.

Steven Dunbar odebrał telefon, kiedy się pakował.
– Właśnie miałem wyjechać na Północ do córki – odpowiedział pannie Roberts.
–  Przykro mi. Przypomniałam szefowi, że ma pan wolne dopiero od tygodnia, a urlop 

pooperacyjny zawsze trwa miesiąc. Mimo to kazał pana wezwać. Jeśli to pana pocieszy, ta 
sprawa podobno nie potrwa długo.

– W porządku. Do zobaczenia o trzeciej – odparł Steven.
Szanował  Johna  Macmillana.  Szef dbał  o swoich ludzi  i  stale  walczył  o zachowanie 

niezależności   i   swobody   działania   Sci-Medu.   Inspektorat,   który   był   jego   pomysłem, 
wielokrotnie udowadniał swoją przydatność. Sci-Med wykrywał przestępstwa, które inaczej 
nigdy nie zostałyby ujawnione, i mógł być przykładem, jak powinna funkcjonować instytucja 
rządowa.   Jego   administracja,   ograniczona   do   minimum,   służyła   przede   wszystkim 

background image

personelowi z pierwszej linii frontu. Steven wiedział od znajomych lekarzy ze społecznej 
służby zdrowia, że więcej czasu zajmuje im wypełnianie papierków niż leczenie chorych.

Nikt nie szedł prosto do Sci-Medu. Siłą inspektoratu było to, że przyjmowani do pracy 

inspektorzy   dochodzeniowi   wnosili   szeroką   wiedzę   i   doświadczenie.   Jako   detektyw 
medyczny  Dunbar  miał   oczywiście  odpowiednie  kwalifikacje,   ale  nie  pociągała  go  praca 
lekarza. Po studiach i dwóch rezydenturach szpitalnych odkrył, że po prostu nie ma do tego 
serca. Był młody i pełen energii, wychował się w Górach Kumbryjskich i potrzebował zajęcia 
umożliwiającego wykazanie się sprawnością fizyczną.

Po   odbyciu   rocznej   praktyki   klinicznej   wstąpił   do   wojska.   Trafił   do   pułku 

spadochronowego, gdzie znalazł dużo więcej niż tylko okazję do wykazania się sprawnością 
fizyczną.   Przeszedł   odpowiednie   szkolenie   i   stał   się   ekspertem   w   dziedzinie   medycyny 
wojskowej, co wykorzystał kilkakrotnie podczas późniejszych przydziałów do sił specjalnych. 
Służył w różnych punktach świata, a ceniono nie tylko jego wiedzę medyczną, ale również 
inicjatywę i energię przy wprowadzaniu innowacji. Bardzo chciał zostać w SAS, lecz natura 
tej służby narzucała limit wieku. Kiedy ukończył trzydzieści trzy lata musiał odejść. Był już 
za stary na komandosa.

Na szczęście w porę pojawiła się możliwość pracy w Sci-Medzie. Było to zajęcie w sam 

raz dla niego. Wprawdzie nadal musiał wykorzystywać swoje kwalifikacje medyczne, ale nie 
przy   ponurych   zabiegach   chirurgicznych,   usuwaniu   kurzajek   i   przepisywaniu   tabletek 
przeciwdepresyjnych. Jako inspektor dochodzeniowy dostawał zadania odpowiednie do jego 
wiedzy   i   mógł   je   wykonywać   po   swojemu.   Sci-Med   zapewniał   wszystko,   co   było   mu 
potrzebne, od fachowych ekspertyz po broń.

Z punktu widzenia inspektoratu Steven idealnie nadawał się do tej roboty. Był lekarzem i 

zarazem  dysponował  umiejętnością  przetrwania  i radzenia  sobie  w  ekstremalnie  trudnych 
warunkach.   Co   istotne,   umiejętności   te   nabył   w   prawdziwych   sytuacjach,   a   nie   podczas 
teoretycznych kursów, na których odpowiada się na pytania w stylu: „Jak przekroczyłby pan 
wyimaginowaną rzekę?”  Szybko robił postępy i po kilku latach stał się bardzo cenionym 
członkiem personelu Sci-Medu, sam czerpał też niemałą satysfakcję z pracy.

Steven   wyszedł   ze   swojego   mieszkania   na   piątym   piętrze   w   Docklands   i   pojechał 

taksówką do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W granatowym garniturze, jasnoniebieskiej 
koszuli i krawacie pułku spadochronowego wyglądał bardzo elegancko. Wszedł do budynku i 
pokazał legitymację. John Macmillan prezentował się nie gorzej. Pod wieloma względami 
byli podobni. Obaj wysocy, szczupli, dobrze zbudowani. Dzieliła ich natomiast spora różnica 
wieku. Macmillan, starszy o ładnych parę lat, miał siwe włosy gładko zaczesane do tyłu, a 
Steven ciemną czuprynę.

– Miło cię widzieć, Dunbar. Siadaj.
Steven usiadł i wysłuchał przeprosin Macmillana za odwołanie go z urlopu.
–  Jamieson i Dewar są zajęci. Miałem do wyboru: dać to któremuś z naukowców albo 

background image

tobie. Wybrałem ciebie.

– Czuję się zaszczycony – odrzekł Steven z lekkim uśmiechem.
Macmillan przyglądał mu się przez chwilę. Szukał oznak sarkazmu, ale nie znalazł.
– W każdym razie, na pewno wiesz o przypadku Eboli w samolocie z Afryki?
– Czytałem o tym w gazetach – przytaknął Steven. – Paskudna sprawa.
–  Mogło być dużo gorzej, ale procedury przewidziane na takie sytuacje sprawdziły się. 

Skończyło się „tylko” na pięciu zgonach, choć to żadna pociecha dla rodzin ofiar.

– Więc w czym problem? – zapytał Steven.
–  Samolot   przyleciał   z   Ndangi.   Pasażer,   który   zachorował   i   zaraził   innych,   był 

urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Przygotowywał w Afryce wizytę ministra. 
Ludzie z ministerstwa są zaniepokojeni.

– W czasie wybuchu choroby taka wizyta byłaby głupotą – powiedział Steven.
– Władze ndangijskie twierdzą, że nie ma żadnego wybuchu choroby.
– Więc jak ten facet ją złapał?
– Dobre pytanie.
– Rany boskie, chyba nie zamierza pan wysłać mnie do Ndangi? – przeraził się Steven.
– Nic z tych rzeczy –  uśmiechnął się Macmillan.  –  Ministerstwo Spraw Zagranicznych 

chce się po prostu upewnić, czy tamtejsze władze nie kłamią. Kontaktowałem się już ze 
Światową   Organizacją   Zdrowia   w   Genewie.   Nic   nie   słyszeli   o   wybuchu   choroby.   Ale 
pomyślałem,   że   mógłbyś   pogadać   ze   swoimi   przyjaciółmi   i   znajomymi   z   medycznych 
organizacji charytatywnych i spróbować się czegoś dowiedzieć.

– Załatwione – odrzekł Steven. – Są już pewni, że to Ebola?
–  Z   Porton   nie   ma   jeszcze   odpowiedzi,   ale   wszystko   wskazuje   na   jeden   z   rodzajów 

gorączki krwotocznej.

– Więc to może nie być Ebola, tylko Lassa albo choroba marburska. To zresztą niewielka 

różnica. I tak nikt nie potrafi nic zrobić z tym draństwem.

–  Dziś   wieczorem   w   Ministerstwie   Spraw   Zagranicznych   jest   briefing   dla 

zainteresowanych stron  –  powiedział Macmillan.  –  Może wyjdzie coś nowego. Powinieneś 
tam wpaść.

Steven skinął głową.
– Panna Roberts wprowadzi cię w szczegóły.
Resztę   popołudnia   Steven   spędził   na   telefonowaniu   do   przyjaciół   i   kolegów.   Chciał 

ustalić,   jakie   misje   medyczne   i   organizacje   charytatywne   działają   aktualnie   w   Ndandze. 
Dowiedział się, że trzy. Między innymi duża francuska organizacja Lekarze bez Granic. Miał 
znajomą koordynatorkę w ich paryskim biurze. Zadzwonił do niej.

– Simone? Tu Steven Dunbar z Londynu.
– Steven! Miło cię słyszeć. Nie odzywałeś się od wieków. Co u ciebie?
Po wymianie uprzejmości Steven zapytał o gorączkę krwotoczną w Ndandze.

background image

– Nic o tym nie wiem – odparła Simone. – Ale zaczekaj chwilę.
Czekając,   wyglądał   przez   okno   swojego   mieszkania.   Było   słonecznie,   ale   z   zachodu 

nadciągały czarne chmury.

Simone wróciła na linię.
– W tej chwili nie mamy żadnych meldunków o gorączce krwotocznej w Ndandze ani w 

sąsiednich krajach.

– Dzięki, Simone. Jestem zobowiązany.
– Więc kiedy zobaczymy cię w Paryżu?
– Mam nadzieję, że wkrótce. Zjemy razem kolację.

background image

3

Briefing w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zaczynał się o wpół do ósmej. Steven 

przyjechał dziesięć minut wcześniej. Zastał już ponad pięćdziesiąt osób. Niektóre znał, innych 
nie.   Wśród   znajomych   był   Fred   Cummings,   konsultant   mikrobiolog   przydzielony   do 
społecznej służby zdrowia w Londynie. Wyróżniał się w tłumie przerzedzoną jaskraworudą 
czupryną i jedną ze swoich ulubionych krzykliwych marynarek sportowych.

Steven podszedł do niego.
– Duża impreza – zauważył.
– Porton chciało rozmawiać ze wszystkimi zainteresowanymi naraz, zamiast organizować 

serię spotkań z szefami wydziałów zdrowia i lokalnymi władzami – odrzekł Cummings.

– Więc zidentyfikowali to?
– Miejmy nadzieję. Bawili się z tym wystarczająco długo. Stawiam piątkę na Ebolę.
Steven zignorował zakład.
– Gorączka Ebola na Old Kent Road... Sztuczka magiczna.
Cummings uśmiechnął się.
– Ty mi to mówisz? Odkąd wylądował ten cholerny samolot, nie daje mi to spokoju.
Dystyngowany mężczyzna poprosił o ciszę. Steven domyślił się, że to ktoś z Ministerstwa 

Spraw Zagranicznych. Tłum zamilkł. Na podium weszły cztery osoby. Przedstawiono je jako 
zespół badawczy z Porton Down. Szefem zespołu był doktor Clive Phelps, wysoki, niezdarny 
mężczyzna z gęstą siwą czupryną i rzadką brodą. Zajął miejsce poprzednika i bez potrzeby 
stuknął dwa razy w mikrofon. Steven zastanawiał się, jak ten gość mieści brodę pod maską 
chirurgiczną.

–   Dobry  wieczór   –  zaczął   Phelps.  –  Domyślam   się,   że   wszyscy   obecni   są   z   branży 

medycznej. Oczywiście z wyjątkiem personelu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który ma 
własne powody, aby żądać informacji. Nie będę niczego owijał w bawełnę. To filowirus.

– A to niespodzianka – mruknął Cummings. – „Daily Mail” twierdzi tak od tygodni.
– Ale wbrew rozpowszechnianym domysłom i pogłoskom, to nie Ebola – ciągnął Phelps.
– Więc to musi być choroba marburska – szepnął Cummings. – Są tylko dwa filowirusy.

background image

– I nie choroba marburska.
– Jasna cholera –  zaklął pod nosem Cummings. Poczuł się jak podwójnie wykołowany 

frajer w komedii filmowej.

Sala zawrzała.
– Więc jakim sposobem to może być filowirus? – zapytał głośno Cummings.
–   Pod   mikroskopem   elektronowym   okazuje   się   być   włóknisty   i   tworzy   włókniste 

odgałęzienia   o   długości   do   czternastu   tysięcy   nanometrów.   Innymi   słowy,   wygląda   jak 
filowirus. I oczywiście wywołuje gorączkę krwotoczną, bardzo podobną do Eboli, jeśli nie 
identyczną. Chorzy dostają wysokiej gorączki, skurczów żołądka i mdłości. Krwawią obficie 
z niemal wszystkich części ciała.

– Więc dlaczego mówi pan, że to nie Ebola?
–  Cztery   znane   nam   podtypy   Eboli,   które   scharakteryzowaliśmy   w   przeszłości,   mają 

średnicę osiemdziesięciu nanometrów. Ten wirus ma sto dwadzieścia nanometrów średnicy.

– Może to nowy podtyp? – zasugerował Cummings.
Phelps niepewnie wzruszył ramionami.
– Możliwe – przyznał. – Ale mało prawdopodobne. Zbadaliśmy kwas nukleinowy wirusa; 

dlatego to tyle trwało. Są znaczące różnice, uważamy więc, że to nowy wirus.

– Tylko tego nam potrzeba –  szepnął Cummings do Stevena.  –  Jeszcze jeden cholerny 

wirus afrykański.

– Są jakieś domysły co do jego pochodzenia? – zapytał ktoś.
–  Żadnych  –  odrzekł Phelps.  –  Ale prawdę mówiąc, nadal nie wiemy, skąd się bierze 

Ebola. A znamy tę chorobę od ponad trzydziestu lat. Jej naturalne źródło jest wciąż taką samą 
zagadką, jak w momencie pojawienia się pierwszego przypadku zarażenia.

– Nowy wirus został łatwo powstrzymany. Czy na tej podstawie można powiedzieć, że 

jest mniej groźny od Eboli? Pamiętam, że kilka lat temu podczas wybuchu Eboli w Zairze 
ludzie padali jak muchy.

–  Nie,   to   całkowicie   fałszywy   wniosek  –  zaprzeczył   Phelps.  –  Muszę   to   wyraźnie 

podkreślić. Skutki zdarzenia na Heathrow zostały ograniczone, bo zaangażowani w to ludzie 
mieli   potrzebną   wiedzę.   Wspomniany   przez   pana   wybuch   choroby   w   Afryce   okazał   się 
gorszy, niż był w rzeczywistości, z powodu małego doświadczenia miejscowych szpitali i 
niewiedzy personelu, jak rozprzestrzenia się choroba. Robienie jedną igłą zastrzyków kilku 
pacjentom było wtedy powszechną praktyką w szpitalach afrykańskich. I w wielu nadal jest. 
Łatwo   sobie   wyobrazić,   co   się   dzieje,   jeśli   zdarzy   się   tam   przypadek   Eboli.   Choroba 
rozprzestrzenia się szybciej niż zła wiadomość. Innym czynnikiem sprzyjającym wybuchowi 
choroby w Zairze była tamtejsza opieka pielęgniarska. W szpitalach afrykańskich pacjentami 
zajmują się najczęściej krewni. Rzecz jasna, nie można od nich oczekiwać jakiegokolwiek 
pojęcia o technice aseptycznej. Wchodzą w kontakt z zakażonymi  płynami  ustrojowymi  i 
sami   łapią   chorobę.   Dlatego   wypadki   afrykańskie   sugerowały,   że   wirus   jest   przenoszony 

background image

drogą powietrzną i zaraza mogła się szerzyć jak pożar lasu.

–  Czy możemy być pewni, że zdarzenie na Heathrow nie grozi wybuchem epidemii? – 

zapytała jakaś kobieta.

–  Całkowicie.   Jeśli   można   tak   powiedzieć,   źródłem   choroby   był   pacjent   nazwiskiem 

Barclay. Inni zarazili się przez wejście w kontakt z jego płynami ustrojowymi. Ciało Barclaya 
i innych ofiar skremowano. Dlatego uważamy, że wirus zniknął wraz z nimi.

–  A pozostali pasażerowie?  –  zapytał mężczyzna, który przedstawił się jako Chisholm, 

profesor   wirusologii   na   Wydziale   Higieny   i   Medycyny   Tropikalnej   Uniwersytetu 
Londyńskiego.

– Nie rozumiem...
– Nie istnieje niebezpieczeństwo, że są jeszcze w okresie inkubacji choroby?
–  Nie. W tym wypadku okres inkubacji to cztery do dziesięciu dni. Ten czas minął i 

wszyscy nadal są zdrowi.

– Cztery do dziesięciu dni dla Eboli – przypomniał profesor.
– Słusznie – przyznał Phelps. – Nie wykluczam, że ten wirus może mieć dłuższy okres 

inkubacji   niż   Ebola,   ale   szybki   rozwój   choroby  u  stewardesy  i   innych   zarażonych   przez 
Barclaya świadczy o czymś przeciwnym.

Profesor nie dawał za wygraną.
– Ale oni mieli bezpośredni kontakt z Barclayem.
– O co panu właściwie chodzi, profesorze? – zniecierpliwił się Phelps.
– O to, że niektórzy z żyjących pasażerów mogli wchłonąć mniejsze dawki początkowe 

wirusa i dlatego jeszcze nie zachorowali.

– Co pan ma na myśli?
– Kaszlnięcie lub kichnięcie Barclaya mogło rozpylić małe kropelki płynów ustrojowych.
–  Rozważaliśmy tę możliwość. Ale żyjąca stewardesa powiedziała nam, że Barclay nie 

kaszlał ani nie kichał, choć raz zwymiotował.

Milczenie profesora mówiło samo za siebie.
Phelps dostał tiku nerwowego pod lewym okiem.
– Dziś rano wszyscy żyjący pasażerowie czuli się doskonale – oświadczył w nadziei, że 

to zakończy wszelkie spekulacje.

– Czy mam rację, sądząc, że ten nowy wirus ma stuprocentowy wskaźnik śmiertelności?- 

zapytał szef służb medycznych na Heathrow. – Nikt z zarażonych nie przeżył, prawda?

– Zgadza się – potwierdził Phelps. – Ale szczęśliwie liczba pacjentów była tak mała, że w 

sensie statystycznym to raczej bez znaczenia. Jest jednak faktem, że wszyscy zmarli.

–  Więc można powiedzieć, że pod tym względem ta choroba jest nawet groźniejsza od 

Eboli?

–  Tak,   na   podstawie   zaledwie   pięciu   przypadków  –  zgodził   się   Phelps.  –  Ebola   ma 

wskaźnik śmiertelności siedemdziesiąt do osiemdziesięciu procent. Trudno byłoby znaleźć 

background image

coś bardziej zabójczego. Miejmy nadzieję, że więcej nie spotkamy się z tym nowym wirusem 
i nie będziemy mieli okazji do porównań.

– Oby – mruknął ktoś za plecami Stevena i Cummingsa.
– Domyślam się, że nie wiadomo, jak zaraził się Barclay? – odezwał się Fred Cummings.
–  Niestety,   nie.   Podobno   w   Ndandze   nie   ma   obecnie   zachorowań   na   gorączkę 

krwotoczną. W sąsiednich krajach też nie. To wszystko jest trochę zagadkowe.

Steven wyszedł ze spotkania z Fredem Cummingsem. Wstąpili na drinka.
– Dlaczego interesuje cię ta sprawa? – zapytał Cummings, gdy usiedli przy piwie.
–  Za kilka tygodni do Ndangi ma polecieć minister spraw zagranicznych. Jego ludzie 

chcą być pewni, że nie ma tam Eboli lub czegoś podobnego. Więc poprosili Sci-Med, żeby 
trochę powęszyć, wybadać sytuację nieoficjalnymi kanałami.

– I...?
– Wszystko wydaje się w porządku, ale jak powiedział tamten facet, przypadek Barclaya 

jest trochę zagadkowy.

–  Na szczęście to nie moja zagadka  –  odparł Cummings.  –  Wystarczy mi salmonella z 

podłych restauracji, pojedyncze przypadki gruźlicy i sezonowe zapalenia opon mózgowych. 
Na myśl o afrykańskim wirusie w Londynie przechodzą mi ciarki po plecach.

– Pewnie nie tylko po plecach – rzekł Steven.
– Problem w tym, że kiedyś to się zdarzy. Mogę się założyć.
– Myślisz, że nie jesteśmy przygotowani?
Cummings pociągnął łyk piwa i zastanowił się.
– Boję się, że możemy wpaść w samozadowolenie. Ludzie na Heathrow odwalili kawał 

dobrej   roboty,   ale   chodziło   tylko   o   wnętrze   samolotu.   Mieli   kupę   czasu   na   opanowanie 
sytuacji i poradzili sobie. Należą im się brawa. Ale obawiam się, że ludzie z mojej branży 
mogą   pomyśleć,   że   zawsze   będzie   tak   łatwo   albo   że   wirus   wcale   nie   jest   taki   straszny. 
Prawdziwa   lekcja   z   tego   incydentu   to   fakt,   że   doskonale   wyszkolona   pielęgniarka   w 
najlepszym skafandrze ochronnym też się zaraziła. Wbrew słowom Phelpsa, cholernie trudno 
uniknąć kontaktu z płynami ustrojowymi. Zwłaszcza w warunkach domowych. Zwykli ludzie 
nie   trzymają   w   szafach   skafandrów   ochronnych   z   zamkniętym   obiegiem   powietrza   ani 
pudełek z rękawiczkami chirurgicznymi w kuchni obok zlewu. Zabezpieczenie się jest prawie 
niemożliwe.   Podejrzewam,   że   zobaczylibyśmy   zupełnie   inny   obraz,   gdyby   Ebola,   czy 
choroba marburska, wybuchła w dużym osiedlu zamiast w samolocie na wysokości dziesięciu 
tysięcy metrów.

– Lepiej nie myśleć, co by się stało – powiedział Steven.
–  A wiesz, co byłoby najgorsze? Cała branża medyczna razem wzięta nie mogłaby nic 

zrobić.   Bylibyśmy   kompletnie   bezradni.   Mielibyśmy   powtórkę   z   wielkiej   zarazy   w 
średniowieczu. Zostałyby nam wiązanki kwiatów i modlitewniki.

–  Więc   jedynym   wyjściem   jest   zduszenie   problemu   w   zarodku  –  odrzekł   Steven.  – 

background image

Znalezienie naturalnych źródeł tych wirusów i zniszczenie ich, zanim się rozprzestrzenia.

– Niestety, ich źródła, czymkolwiek są, leżą w Afryce. A tam nic nie jest łatwe. Ośrodek 

Zwalczania   Chorób   w   Atlancie   od   dziesiątek   lat   próbuje   ustalić   pochodzenie   Eboli.   Bez 
powodzenia.   Instytut   Pasteura   w   Paryżu   bada   wszystkie   dane   o   tej   chorobie,   jakie 
kiedykolwiek zebrano, ale niewiele tego jest.

– Wyobrażam sobie.
Po powrocie do domu Steven nalał sobie dżin z tonikiem i włożył CD do stereo. Pokój 

wypełnił   sentymentalny   tenor   saksofonu   Stana   Getza.   W   korytku   faksu   leżały   dwie 
wiadomości. Steven usiadł z nimi w swoim ulubionym fotelu przy oknie. Obie były od jego 
kontaktów   w   medycznych   organizacjach   charytatywnych.   Jedna   przyszła   z   Czerwonego 
Krzyża, druga z ochotniczej organizacji o nazwie Medic Outreach. Obie informowały, że w 
Ndandze od jakiegoś czasu nie stwierdzono przypadków gorączki krwotocznej. Przefaksował 
podziękowania.

Zgasił światło i położył głowę na oparciu fotela. Przez chwilę patrzył w niebo. Noc była 

pogodna   i  widział   gwiazdy  –  dlatego   lubił   siedzieć   w   tym   fotelu.   Uświadomił   sobie,   że 
dowiedzenie się tego, czego chciał, poszło mu zaskakująco łatwo. Nikt nie odpowiedział, że 
nie wiedzą albo nie są pewni. Każdy twierdził, że w Ndandze nie ma gorączki krwotocznej. 
Nieszczęśliwe zachorowanie Barclaya to po prostu jedna z tych rzeczy, które się zdarzają; 
cokolwiek   to   znaczy.   Zamyślił   się.   Po   prostu   jedna   z   tych   rzeczy...  Ogólnie   przyjęte 
tłumaczenie; wszędzie, poza światem nauki. Jedna z tych „zwariowanych” rzeczy, jak mówi 
piosenka. Albo jedna z tych „niewyjaśnionych” rzeczy, jakich pełno w nocnych programach 
telewizyjnych, które nigdy nie kończą się żadnymi wnioskami. Jedna z tych „głupich” rzeczy 
– dodał do listy, gdy z krzywym uśmiechem zdał sobie sprawę, że właśnie leci utwór Getza 
pod takim tytułem. Ale bez względu na przyczynę pecha Barclaya nie widział powodu do 
odwoływania   wizyty   ministra   spraw   zagranicznych.   Zamierzał   powiedzieć   to   rano 
Macmillanowi.   Przy   odrobinie   szczęścia   złapie   popołudniowy   samolot   do   Szkocji   i 
wieczorem będzie w hrabstwie Dumfries ze swoim dzieckiem.

Pięcioletnia  córeczka  Stevena,  Jenny,  mieszkała  w  miasteczku  Glenvane w  hrabstwie 

Dumfries   u   jego   szwagierki   Sue   i   jej   męża   Richarda,   który   był   doradcą   prawnym. 
Wychowywała się razem z ich dziećmi, ośmioletnią Mary i sześcioletnim Robinem. Tak było 
od prawie dwóch lat, od śmierci żony Stevena i siostry Sue, Lisy. Umarła na raka mózgu. 
Steven jeździł do Szkocji co dwa, trzy tygodnie na cały weekend, żeby Jenny nie zapomniała, 
kto jest jej prawdziwym ojcem. Mała bardzo przypominała Lisę. Cieszyło go to. Podobał mu 
się zwłaszcza wyraz jej oczu, kiedy podejrzewała, że coś przed nią ukrywa. Zupełnie jak 
matka. Zawsze się wtedy rozklejał.

Stwierdzenie, że Steven źle zniósł śmierć Lisy, byłoby eufemizmem. Wprawdzie w ciągu 

siedmiu miesięcy od pierwszej diagnozy miał czas przygotować się na nieuniknione, ale kiedy 
nadeszło, załamał się. Po śmierci żony nie pracował przez ponad dziewięć miesięcy. Szukał 

background image

pocieszenia   w   alkoholu.   Rozpaczliwie   próbował   trzymać   się   przeszłości,   odciął   się   od 
teraźniejszości i nie obchodziła go przyszłość. Ale jak większość ludzi przeżywających piekło 
osamotnienia przetrwał i wygrzebał się z tego. Nauczył się wiele o sobie samym i potrafił 
teraz patrzeć na swój zaledwie czteroletni związek z Lisą z wielką czułością. Nadal za nią 
tęsknił, lecz nie czuł już tego strasznego bólu.

Sytuacja   z   Jenny   nie   była   idealna,   ale   jego   praca   wykluczała   wynajęcie   dziennej 

opiekunki.   Od   czasu   do   czasu   myślał   o   znalezieniu   zajęcia,   które   umożliwiałoby   mu 
mieszkanie z córką. Jednak w chwilach całkowitej szczerości z samym sobą przyznawał, że 
za bardzo lubi pracę w Sci-Medzie, by z niej zrezygnować. Wszelkie wyrzuty sumienia tłumił 
fakt, że Jenny wydawała się bardzo zadowolona z mieszkania z Sue, Richardem i ich dziećmi. 
A oni traktowali ją jak własną córkę.

Utwór   Getza   zmienił   się   w   coś   bardziej   sentymentalnego.   Steven   zaczął   się 

podświadomie rozglądać po pokoju. Zdjęcie Lisy w uniformie pielęgniarskim – była kiedyś 
pielęgniarką   w   Glasgow.   Tam   ją   poznał   podczas   pewnego   dochodzenia.   Ich   wspólna 
fotografia z wakacji w Skye. Pamiętał, że lało przez tydzień, zanim trafił się jeden pogodny 
dzień, kiedy mogli pójść na spacer po Cuillins  i docenić  piękno wyspy.  Zdjęcie Jenny z 
dziećmi Sue na plaży w hrabstwie Dumfries. Trzymają się za ręce i taplają w wodzie. Na 
twarzach   pełnia   szczęścia.   Jego   fotografia   w   mundurze   i   druga   w   cywilu   z   Mickiem 
Fieldingiem z czasów ich wspólnej służby w siłach specjalnych. Fielding prowadził teraz pub 
w Kencie – przynajmniej tak było, kiedy ostatnio Steven o nim słyszał; Mick nie utrzymywał 
kontaktów ze starymi kumplami. Steven pomyślał z uśmiechem, że nie zazdrości tamtejszym 
rozrabiakom.

Po   śmierci   rodziców   zabrał   z   domu   rodzinnego   trochę   rzeczy.   Głównie   książki,   ale 

również hiszpańską gitarę. Kupił ją, kiedy miał siedemnaście lat. Czasem jeszcze na niej 
brzdąkał, gdy naszła go ochota. Niewielki majątek jak na faceta, który skończył trzydzieści 
pięć   lat,   stwierdził.   Muzyka   zamilkła;   wstał,   żeby   nalać   sobie   drugiego   drinka.   Włączył 
telewizor na wiadomości.

–  Wirusa, który ostatnio  zabił troje pasażerów samolotu,  stewardesę i pielęgniarkę w 

szpitalu,   gdzie   byli   leczeni  –   oznajmił   spiker  –  uważa   się   za   nową   odmianę,   nieznaną 
wcześniej medycynie.

– Jak oni się tak szybko dowiedzieli, do cholery?! – wykrzyknął Steven.
–  Do   takiego   wniosku   doszli   naukowcy,   którzy   zbadali   próbki   pobrane   od   ofiar   w 

pracowni maksymalnego bezpieczeństwa brytyjskiego ośrodka obrony biologicznej w Porton 
Down. Źródło wirusa nadal jest nieznane. Jednak przedstawiciele służby zdrowia zapewnili 
przed godziną Sky News, że nie grożą nam dalsze zachorowania.

Jasna cholera, zaklął w duchu Steven. Czy w dzisiejszych czasach wszędzie muszą być 

przecieki?

Informacje były dokładne i najwyraźniej pochodziły od kogoś obecnego na briefingu. 

background image

Mimo   to   wszelkie   zapewnienia   rządu,   że   nic   nam   nie   grozi,   kojarzą   się   z   fałszywymi 
zapewnieniami z okresu choroby szalonych krów, pomyślał.

Redaktor wydania postanowił pójść za ciosem i znalazł mikrobiologa do wywiadu.
–  Doktor   Marie   Rosen   jest   lekarzem   mikrobiologiem   w   jednym   z   głównych   szpitali 

londyńskich. Skąd, pani zdaniem, wziął się ten wirus? – zapytał reporter.

– Nie widziałam jeszcze raportu  –  zastrzegła kobieta. Była w  „praktycznym”  ubraniu i 

nosiła okulary zsunięte na czubek nosa. Jej skóra wyglądała, jakby rozpaczliwie potrzebowała 
nawilżenia.   Zmierzwione   siwe   włosy   sugerowały,   że   przed   chwilą   stała   w   porywistym 
wietrze.  – Ale o ile mi wiadomo –  ciągnęła  –  tamten samolot przyleciał z Afryki. Stamtąd 
prawdopodobnie pochodzi wirus. Nie byłby pierwszym... „z afrykańskiego buszu”.

Wydawała się zadowolona z aluzji. Reporter nawet się nie uśmiechnął.
– Dlaczego pani tak sądzi? Dlaczego nowe wirusy zawsze pojawiają się w Afryce, a nie 

w innych częściach świata?

–  Wątpię,   aby   były   to   nowe   wirusy  –  odparła   Rosen.  –  Uważam   za   wysoce 

prawdopodobne, że były tam zawsze. Ale wnętrze Afryki otwiera się coraz bardziej, ludzie 
podróżują dużo częściej niż kiedyś i widzimy, co się dzieje, gdy bezbronne społeczeństwo 
styka się nagle z czynnikami, z którymi wcześniej nie miało kontaktu.

– To trochę jak sytuacja Indian, którzy po przybyciu Europejczyków zetknęli się z odrą? 

– zasugerował reporter.

– Właśnie.
– Ale to może być tylko kwestia czasu, żeby wirusy przedostały się tutaj i zagroziły nam 

wszystkim?

–  Uważam, że sposób, w jaki władze zajęły się problemem na Heathrow, pokazuje, iż 

możemy ufać naszym obecnym środkom obrony – odpowiedziała Rosen.

– Powinnaś pogadać z Fredem Cummingsem – mruknął Steven.
Obejrzał   wiadomości   do   końca   i   wyłączył   telewizor.   Postanowił   spakować   torbę   na 

jutrzejszy wyjazd  do Szkocji. Zanotował sobie w pamięci, żeby po porannej rozmowie  z 
Macmillanem kupić prezenty dla Jenny i dzieci Sue.

background image

4

Manchester, Anglia

Panna Warren spojrzała na świecące cyfry na budziku przy łóżku: druga trzydzieści pięć. 

Jeszcze raz spróbowała zasnąć. Przewróciła się na drugi bok, wcisnęła ucho w poduszkę, 
drugie zakryła kołdrą. Nic z tego, muzyka była za głośna. Nie wiedziała, że to  The River 
Bruce’a Springsteena, ale od dwóch godzin non stop leciało to samo. Spojrzała w sufit i 
westchnęła. Była bardziej zdumiona niż zirytowana. To coś nowego, przedtem nigdy się nie 
zdarzyło. Takie rzeczy nie miały miejsca w mieszkaniach w Palmer Court.

Kiedy   zaczęła   się   muzyka,   pomyślała,   że   jej   sąsiadka   z   góry,   Ann   Danby,   urządza 

przyjęcie. Już samo to byłoby niezwykłe, ale może to jakaś specjalna okazja, urodziny albo 
awans w pracy? Ale po jakimś czasie panna Warren zdała sobie sprawę, że nie słyszy ludzi na 
górze, brzęku szkła, głosów, wybuchów śmiechu. Tylko bez przerwy ta głośna muzyka.

Panna Danby była młodsza od większości mieszkańców Pabner Court  –  panna Warren 

oceniała ją na jakieś trzydzieści pięć lat – ale doskonale pasowała do tego domu. Dobrze się 
ubierała i miała kierownicze stanowisko, choć panna Warren nie wiedziała dokładnie, jakie. 
Zawsze   była   bardzo   uprzejma,   kiedy   spotykały   się   w   holu.   Mało   tego,   zwykle   pierwsza 
płaciła swoją część rachunków za koszenie trawy i konserwację windy. I zawsze zjawiała się 
na zebraniach mieszkańców, czego nie dało się powiedzieć o innych.

Panna Warren stwierdziła, że dłużej nie wytrzyma  tego hałasu. Musi pójść na górę i 

powiedzieć   sąsiadce   parę   słów.   Wstała   z   łóżka,   włożyła   kapcie   i   szlafrok   i   mocnym 
szarpnięciem zaciągnęła duży węzeł paska. Zatrzymała się w przedpokoju, obejrzała w lustrze 
i poprawiła włosy. Wyszła z mieszkania i poczłapała korytarzem do drzwi prowadzących na 
schody przeciwpożarowe. Gdy usłyszała głosy, niemal zawróciła. To chyba jednak przyjęcie i 
goście właśnie wychodzą. Ale potem rozpoznała męski głos George’a Dale’a, sąsiada panny 
Danby.

Wdrapała   się   po   schodach   i   pchnęła   drzwi   na   korytarz.   George   i   Lucy   Dale’owie 

odwrócili się. Mieli jednakowe morskie szlafroki z zielonymi lamówkami.

background image

– Co się dzieje? – zapytała panna Warren.
–  Nie  otwiera  drzwi  –  odrzekła  Lucy Dale.  –  George puka  od  pięciu  minut.   Można 

oszaleć od tego hałasu.

– To do niej niepodobne –  powiedziała panna Warren.  –  Próbowaliście coś zobaczyć 

przez skrzynkę na listy?

George przyklęknął, przytrzymał się prawego kolana i schylił wolno.
– W sypialni pali się światło – zameldował. – Boże, czuję się jak podglądacz... Choć nie 

widzę żadnego ruchu. Panno Danby! Jest pani tam?

Po kilku próbach wciąż nie było odpowiedzi.
–  Źle się czuła  –  powiedziała Lucy.  –  Rozmawiałam z nią któregoś dnia. Mówiła, że 

chyba złapała grypę.

– Może wezwać policję? – podsunęła panna Warren.
Lucy nie wyglądała na przekonaną.
–  Nie   podoba   mi   się   ten   pomysł.   Policjanci   wszystko   podepczą   swoimi   wielkimi 

buciorami. Mogła po prostu wziąć proszek nasenny i zapomniała wyłączyć muzykę.

–  Chyba tylko ona może spać w tym hałasie!  –  warknął jej mąż.  –  Panna Warren ma 

rację. Trzeba wezwać policję.

– O, Boże – westchnęła Lucy – mam nadzieję, że się nie obrazi. Słyszy się takie straszne 

rzeczy o kłótniach sąsiedzkich.

– Mamy jak najlepsze intencje – uspokoiła ją panna Warren. – Martwimy się o nią.
Wróciła na dół i wezwała policję. Zrobiła to bardzo przepraszająco, jak większość rzeczy 

w  życiu.  Powiedziano  jej,  że   wkrótce  przyjedzie   radiowóz.  Podała   dyspozytorowi  numer 
swojego domofonu, żeby móc wpuścić policjantów, kiedy się zjawią. Usiadła przy oknie i 
czekała.   Na widok  błyskających   niebieskich   lamp   zamarło   jej  serce.  Dramat   był  ostatnią 
rzeczą, jakiej życzyłaby sobie ona i reszta mieszkańców Palmer Court. Ale radiowóz nie robił 
przynajmniej tego strasznego hałasu.

Panna Warren wpuściła dwóch policjantów i wyjaśniła im, co się dzieje.
– I mówi pani, że w ogóle nie odpowiada? – zapytał starszy posterunkowy Lennon.
– Nie. Pan Dale próbował kilka razy.
– W porządku, panno Warren. Proszę to zostawić nam.
Policjanci   poszli   na   górę.   Ich   radia   trzeszczały,   bo   stalowa   klatka   schodów 

przeciwpożarowych powodowała zakłócenia.

– Ładne miejsce – zauważył posterunkowy Clark.
–  Trzeba   mieć   trochę   forsy,   żeby   tu   mieszkać  –  odparł   Lennon.  –  Jak   zostaniesz 

nadinspektorem, będziesz się mógł wprowadzić.

Powtórzyli  to, co wcześniej robił George Dale, potem postanowili użyć  siły.  Lennon, 

lepiej   zbudowany   od   kolegi,   zaatakował   drzwi   ramieniem.   Po   trzech   uderzeniach   zamek 
puścił i na podłogę wokół ich stóp posypały się drzazgi. Drzwi otworzyły się i hałas stał się 

background image

jeszcze głośniejszy. Dwaj policjanci weszli i usłyszeli, jak Bruce Springsteen idzie ponuro „w 
dół   do   rzeki”.   Przeszli   wolno   przez   przedpokój,   ale   nie   wołali.   Wiedzieli,   że   nie   mogą 
konkurować z Bruce’em.

Lennon pokazał gestem Clarkowi, żeby wyłączył muzykę. Patrzył, jak młodszy kolega 

próbuje   znaleźć   odpowiedni   guzik.   W   końcu   stracił   cierpliwość   i   wyciągnął   wtyczkę   z 
gniazdka. Do Palmer Court powróciła szacowna cisza.

– Panno Danby? Jest pani tam?
Policjanci weszli do sypialni i zobaczyli kobietę leżącą na łóżku. Była w koszuli nocnej i 

miała zamknięte oczy. Poduszka była poplamiona wymiotami, koszula mokra od potu.

– Panno Danby?
Podeszli   bliżej   i   zobaczyli   przy   łóżku   pustą   butelkę   po   whisky.   Obok   leżała   pusta 

buteleczka po proszkach.

–  Aż tak znudziło ci się życie, kochana?  –  mruknął Lennon i sprawdził na szyi tętno 

kobiety.

– Nie żyje, Tom?
– Niestety. Biedaczka. Sam widzisz, że pieniądze nie dają szczęścia.
Obaj mężczyźni rozejrzeli się po elegancko umeblowanej sypialni.
– To moje pierwsze. – Clark spojrzał na ciało. – Wygląda, jakby spała.
–  Umarła niedawno. Jest jeszcze ciepła. Zaczekaj, aż zobaczysz trupy wyciągnięte po 

tygodniu   z   kanału   albo   leżące   przez   miesiąc   na   podłodze   w   upale,   bo  nikt   się  nimi   nie 
zainteresował.

W tym momencie „zwłoki” poruszyły głową. Clark odskoczył do tyłu.
– Jezu, ona żyje!
– Chryste! – wykrzyknął Lennon. – Nie wyczułem pulsu. Wezwij karetkę. Panno Danby! 

Panno Danby, słyszy mnie pani?

Kobieta jęknęła cicho.
– Niech pani się obudzi, słyszy pani? Panno Danby, niech pani się obudzi!
– Faceci...
– Że co? Jacy faceci?
– Wszyscy faceci... to skurwiele.
– Niech pani się obudzi, panno Danby. Niech pani znów nie zasypia.
Głowa opadła jej z powrotem na poduszkę.
–  Cholera!   Może   mieć   zablokowane   drogi   oddechowe.   Tak   się   zdarza,   kiedy   pijani 

rzygają. Chodź tu, młody, pomożesz mi.

Lennon sięgnął do jej ust, żeby usunąć ewentualny zator, Clark trzymał ją na boku.
– Niech pani to wykaszle, kochana. Niech pani to wykaszle.
Starali się przywrócić jej oddychanie, ale znów opadła na łóżko i znieruchomiała.
– Mam spróbować usta-usta, Tom?

background image

– To może być wielka noc „pierwszych razów”.
Clark robił podręcznikową reanimację, dopóki Lennon nie kazał mu przestać.
–  Odpuść   sobie,   młody.   Ona   nie   żyje.   Dałeś   z   siebie   wszystko,   ale   i   tak   by   ci   nie 

podziękowała. Ma, czego chciała. Chodź się umyć, zanim przyjedzie kawaleria.

Ciało Ann Danby zabrano z Palmer Court tuż po czwartej piętnaście nad ranem. Panna 

Warren nadal nie spała. Stała przy oknie i patrzyła,  jak plastikowy worek na suwak jest 
ładowany   do   karetki   czekającej   na   podwórzu.   Przełknęła,   gdy   drzwi   się   zatrzasnęły   i 
samochód odjechał.

– Żegnaj, panno Danby – szepnęła. – Niech Bóg cię błogosławi.
Ciało Ann Danby zawieziono cichymi, pustymi ulicami do miejscowego szpitala. Lekarz 

dyżurny oficjalnie stwierdził zgon. Nocny portier przewiózł zwłoki do kostnicy, przełożył je 
do metalowej szuflady i wsunął do przegrody trzeciej, rząd czwarty w szafie chłodniczej. Na 
dużym palcu lewej nogi zmarłej przyczepiono tabliczkę z nazwiskiem oraz datą i godziną 
przywiezienia.

Według policji nie było żadnych podejrzanych okoliczności śmierci: typowy przypadek 

samobójstwa.   Ale   jak   przy   wszystkich   nagłych   zejściach   do   wystawienia   aktu   zgonu 
konieczna była sekcja zwłok. Bez aktu nie mogło być pogrzebu. Ustalenie przyczyny śmierci 
należało do patologa sądowego. Pogrzebem mieli się zająć rodzice Ann Danby. O czwartej 
trzydzieści nad ranem nie wiedzieli jeszcze, że córka nie żyje. Zadanie zawiadomienia ich 
spadło na dwóch posterunkowych, którzy znaleźli ciało.

– Jeszcze jeden pierwszy raz –  powiedział Lennon, gdy skręcili w ulicę Danbych na 

przyjemnym, zadrzewionym przedmieściu. – Pobudka, pobudka, wasza córka nie żyje. Jezu, 
ale numer.

Clark zerknął na niego z ukosa.
– Chyba miałeś od cholery takich przypadków.
– Więcej niż ty panienek, młody. Pani mąż miał wypadek samochodowy... Pańska żona 

uczestniczyła w karambolu... Państwa syn przewrócił się na motorze... Znaleźliśmy ciało w 
rzece i przypuszczamy, że to może być...

– Powiesz im?
– Jasne. Ty możesz to zrobić następnym razem.
– Kto tam? – zapytał kobiecy głos zza drzwi pod numerem 28.
– Policja. Może pani otworzyć?
– Ma pan legitymację?
Lennon wsunął ją przez skrzynkę na listy i drzwi się otworzyły. Niska siwa kobieta była 

w szlafroku i miała na głowie siatkę do włosów.

– Chodzi o Johnny’ego – powiedziała.  –  Miał wypadek, prawda? O mój Boże... Czy 

on...?

– Nie chodzi o Johnny’ego, proszę pani. Moglibyśmy wejść? Czy pani mąż śpi?

background image

Małżeństwo usiadło na sofie w salonie, policjanci naprzeciwko. Wiadomość, że córka 

popełniła samobójstwo, zaszokowała Danbych nawet bardziej niż sam fakt jej śmierci.

– Po prostu nie mogę w to uwierzyć – powiedział pan Danby. – Ann miała wszystko. W 

pracy dobrze jej szło, niedawno dostała kolejny awans. Dlaczego to zrobiła, na Boga?

– Kiedy pan ją ostatnio widział?
Danby spojrzał na żonę. Siedziała ze spuszczoną głową i chusteczką przy twarzy.
–  Jakieś   dwa   tygodnie   temu.   Przyszła   na   lunch.   Nie   wyglądało   na   to,   żeby   miała 

problemy. Ale ty rozmawiałaś z nią któregoś dnia przez telefon, Alison.

Żona przytaknęła bez słowa.
– Mówiła, że chyba złapała grypę – odezwała się po chwili – i pewnie nie będzie mogła 

iść do pracy. Nie lubiła tego, zawsze była bardzo obowiązkowa.

– Była mężatką?
– Nie – odpowiedział pan Danby. – Interesowała ją tylko kariera.
– Nie miała przyjaciela?
– A co to ma do rzeczy? – parsknęła pani Danby.
Lennon przepraszająco uniósł ręce.
–  Proszę wybaczyć, nie chciałem być wścibski. Próbuję się tylko dowiedzieć, czy jest 

ktoś, kto mógł ją widzieć w ciągu ostatnich dwóch, trzech dni; ktoś, kto mógłby rzucić więcej 
światła na to, dlaczego odebrała sobie życie.

– Nie ma nikogo takiego.
– Może jakaś bliska przyjaciółka?
Przez   twarz   pani   Danby   przemknął   cień   gniewu.   Wydawało   jej   się,   że   pytanie   coś 

sugeruje. Ale tylko przez moment. Krótko pokręciła głową i znów zakryła twarz chusteczką. 
Jej ramiona zaczęły się trząść od bezgłośnego łkania.

Pan Danby odchrząknął dwa razy.
– Będę musiał ją zidentyfikować? – wyszeptał z trudem.
– Prosilibyśmy. Kiedy będzie pan na siłach.
– Nie bardzo znam procedurę w takich sprawach...
–  Muszą   zrobić   jej   sekcję.   Potem   wydadzą   państwu   ciało.   Może   pan   już   zacząć   to 

załatwiać w oczekiwaniu na wystawienie aktu zgonu.

– Dziękuję.
– Nie chcę, żeby wypatroszyli Ann – zaszlochała pani Danby. – Zostawcie moje dziecko 

w spokoju!

Mąż otoczył ją ramieniem i próbował uspokoić.
– Powiedz im... Charles... żeby dali jej spokój – łkała. – Nie chcę... żeby to robili...
Policjanci poruszyli się niespokojnie. Dotarła do nich rozpacz rodziców.
– Przykro mi – powiedział Lennon. – Ale takie są przepisy.
Pan Danby ze zrozumieniem skinął głową i zasugerował im wzrokiem, żeby już poszli.

background image

– Chryste, to było straszne – odezwał się Clark w drodze powrotnej.
– Inne nie mogło być – odparł Lennon.
– Co za noc. Co za cholerna noc.
– Przeżyjesz gorsze.
– Biedna kobieta... Jakbyśmy zniszczyli jej życie.
–  Nie   my.   Przekazaliśmy   tylko   wiadomość,   byliśmy   stroną   niezainteresowaną. 

Wchodzimy na palcach w czyjeś życie, a potem wychodzimy. I zapominamy.

– Zapominamy? Jak można zapom...
–  Można, bo nie jesteśmy w  to osobiście zaangażowani.  I nie ma  alternatywy.  Albo 

nauczysz się zapominać, albo wylecisz z tej roboty. Kapujesz?

– Kapuję.
– Chodź, postawię ci kanapkę z bekonem.
Następnego   ranka   ciało   Ann   Danby   było   trzecie   na   liście   patologa   sądowego   Petera 

Saxby’ego.

– Co my tu mamy? – zapytał władczym tonem, gdy technik przywiózł zwłoki z chłodni i 

przełożył z wózka na stół sekcyjny. Głowa kobiety uderzyła głośno o metalowy blat.

– Musisz być taki cholernie niezdarny, człowieku? – warknął Saxby.
Technik wymamrotał przeprosiny i wtopił się w tło.
–   Ann   Danby   –  odczytał   patolog   z   akt  –  biała   kobieta,   trzydzieści   trzy   lata, 

prawdopodobne   przedawkowanie   whisky   i   barbituranów.   Według   naszych   chłopców   w 
niebieskim, brak podejrzanych okoliczności. Niezupełnie  Milczący świadek, co? Chyba że 
znajdziemy w jej tyłku malezyjski kris, a w jamie otrzewnej dwa kilo heroiny, no nie?

Technik uśmiechnął się posłusznie. Nie lubił patologa. Uważał go za nieczułego chama, 

ale   próbował   usprawiedliwiać.   Sam   był   żołnierzem   Armii   Zbawienia,   o   czym   Saxby   nie 
wiedział.   Czekał,   aż   patolog   dokona   zewnętrznych   oględzin   zwłok   i   powie   swoje 
spostrzeżenia do mikrofonu wiszącego nad stołem. Kiedy Saxby skończył, technik ustawił u 
szczytu stołu tacę z instrumentami i stanął z boku. Patolog wykonał pierwsze cięcie długim 
pociągnięciem od krtani do krocza.

– No i nie ma heroiny – mruknął po otwarciu ciała i odsłonięciu narządów wewnętrznych. 

– Za to od cholery krwi. Krwawienie wewnętrzne... – urwał i przyjrzał się bliżej. – Prawie z 
każdego pieprzonego miejsca. Chryste... To na pewno to ciało?

– Na tabliczce przy palcu jej nogi jest napisane ANN DANBY i to była jedyna kobieta w 

szafie chłodniczej – odpowiedział technik. – Wiek też się na oko zgadza.

– Dzięki za fachowy komentarz – warknął Saxby.
Technik nie odezwał się. Wpatrywał się w stół.
–  Jezu, ona ciekła  jak sito. To nie od whisky ani żadnych  zasranych  pigułek. Pokaż 

jeszcze raz wpisy z izby przyjęć...

Saxby   złapał   papiery   i   przy   okazji   usmarował   je   krwawą   mazią   z   rękawiczek 

background image

chirurgicznych.

– Ani słowa o chorobie. Cholera, nie podoba mi się to...
– Jak pan myśli, co jej było? – zapytał technik.
Saxby wydawał się zahipnotyzowany wnętrzem zwłok.
– Nie wiem – mruknął. – Czytałem o tym, ale jeszcze na to nie trafiłem. Podejrzewam, że 

mogła mieć gorączkę krwotoczną.

– Co się wtedy dzieje?
Saxby odpowiedział dopiero do długim milczeniu.
– Powiem ci tyle: sekcja jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w takim wypadku.
– Więc to niebezpieczne, tak?
– Zabójcze – szepnął Saxby i zbladł. – Co ja najlepszego zrobiłem?
– Jest pan pewien? – zapytał technik.
Saxby wolno pokręcił głową.
– Nie, ale nic innego nie przychodzi mi na myśl.
– Więc co teraz?
Wbrew temu, co usłyszał, technik był spokojny. Mógł za to podziękować swojej wierze. 

Wiedział, że Bóg jest z nim.

Saxby otrząsnął się z transu i zaczął opryskliwie wydawać polecenia:
–  Dawaj worek na zwłoki. Pomogę ci je zapakować. Potem zrób tu dezynfekcję. Jak 

skończysz,  właduj  swoje ciuchy do kosza sterylizatora.  Wleź  pod prysznic  i stój  tam  co 
najmniej dziesięć minut.

– A pan?
– Najpierw pogadam z policją, potem ze służbą zdrowia. – Zaryglował drzwi, żeby nikt 

nie wszedł, i poszedł zadzwonić. – Muszę porozmawiać z policjantami, którzy dziś w nocy 
odkryli ciało Ann Danby... Nawet jeśli mają wolne... Więc ich obudźcie... Tak, to pilne.

Wyłączył się i czekał. Sześć minut później zadźwięczał telefon. Chwycił słuchawkę.
– Przepraszam, że przeszkadzam, panie Lennon, ale to bardzo ważne. Czy dziś w nocy 

nie zauważył pan nic, co by wskazywało, że Ann Danby była ostatnio chora?

Zaspany posterunkowy Tom Lennon przetarł oczy i skoncentrował się.
–  Matka rozmawiała z nią kilka dni wcześniej. Córka podobno złapała grypę. Ktoś z 

sąsiadów powiedział, że od paru dni nie chodziła do pracy.

–  Dziękuję  –  odrzekł Saxby tonem sugerującym, że to zła wiadomość.  –  Czy nikt nie 

wspominał, że była ostatnio za granicą?

– Nie, ale nie pytaliśmy o to.
– Ma pan numer telefonu jej matki?
– Moment, wezmę notes.
Saxby czekał, niecierpliwie bębniąc palcami w słuchawkę. Zapisał numer na bloczku i 

natychmiast zadzwonił.

background image

Technik   spłukiwał   stół   sekcyjny   i   słuchał,   jak   Saxby   jest  „miły”  dla   rodziców   Ann 

Danby.   Przynajmniej   nie   powiedział,   że   jest   patologiem   i   co   właśnie   zrobił.   Ale   jego 
serdeczne przeprosiny za „zakłócanie spokoju w chwili żałoby” i „najszczersze kondolencje” 
brzmiały nienaturalnie.

– Czy Ann była ostatnio za granicą?... Nie była... Są państwo absolutnie pewni?... Tak, 

rozumiem... Na Majorce w dziewięćdziesiątym ósmym.

Saxby odłożył słuchawkę i stał zamyślony. Technik machał szczotką na kiju i popychał 

powódź środków dezynfekujących na podłodze coraz bliżej jego stóp.

– Jakiś postęp? – zapytał.
– Może za wcześnie spanikowałem – odrzekł Saxby. – Od dwóch lat nie była za granicą. 

Ostatnio tylko na pieprzonej Majorce. To chyba nie jest to, co myślałem. Ale to cholernie 
dziwne.

– Więc to wszystko jest niepotrzebne?
– Lepiej dmuchać na zimne.
– A co z próbkami, które pan pobrał?
– Wyślij je do laboratorium w normalnym trybie.
– A prysznic?
– Nie zaszkodzi ci.

background image

5

Edynburg

– O co chodzi, Jean? – warknął Paul Grossart.
Jego   ton   zaskoczył   sekretarkę.   Cofnęła   się   odruchowo   od   interkomu.   Nie   poznawała 

swojego szefa. Od wizyty Amerykanów był stale rozdrażniony.

– Mam na linii niejakiego pana Brannana.
– Kto to taki? – zapytał Grossart.
– Dziennikarz ze „Scotsmana”. Pyta, czy mógłby z panem porozmawiać.
Grossart milczał przez chwilę.
– Przełącz go – odparł wreszcie.
–   Pan   Grossart?   –  zapytał   przyjazny   głos.  –   Jim   Brannan,   korespondent   naukowy 

„Scotsmana”.

– Czym mogę służyć, panie Brannan?
– Chodzą słuchy, że Lehman ogranicza program badań transgenicznych.
– Skąd taki pomysł? – zapytał defensywnie Grossart.
– W końcu zeszłego tygodnia wypłaciliście odprawę niektórym waszym pracownikom.
Grossart musiał szybko myśleć. Nie zdawał sobie sprawy, że ten fakt może zainteresować 

media.   Lehman   oczywiście   zwolnił   część   personelu   pomocniczego   zaangażowanego   w 
projekt  „Snowball”.   Ci   ludzie   przestali   być   potrzebni.   Zajmowali   stosunkowo   niskie 
stanowiska i nie byli wtajemniczeni w całość projektu. Ale kilku lepiej wykwalifikowanych 
techników mogło się czegoś domyślać.

–  Jesteśmy   wiodącą   firmą   badawczą,   panie   Brannan  –  odrzekł   Grossart.  –  Nasze 

priorytety muszą się ciągle zmieniać wraz z postępem naukowym. Te zwolnienia były po 
prostu smutną konsekwencją korekty kursu, której musieliśmy dokonać.

– Więc Lehman nie przestaje pracować nad zwierzętami transgenicznymi?
–  Czujemy się zobowiązani do prowadzenia wszelkich badań naukowych w dziedzinie 

medycyny, które mogą przynieść korzyść ludzkości – oświadczył Grossart.

background image

– Mam nadzieję, że mogę pana zacytować – odparł kwaśno Brannan. Pomyślał, że lepszy 

cytat mógłby znaleźć w petardzie gwiazdkowej z niespodzianką.

– Oczywiście.
– Ale ta „korekta kursu” była dość nagła, prawda?
– Nic podobnego. Rozważaliśmy ją od kilku miesięcy.
– Rozumiem... – odrzekł Brannan bez przekonania. – Więc wszystko idzie dobrze?
– Jak najbardziej – zapewnił Grossart.
Po zakończeniu rozmowy wziął kilka głębokich oddechów, spojrzał na zegarek i zrobił w 

pamięci kalkulację. Wcisnął guzik interkomu.

– Połącz mnie z Hiramem Vance’em w Bostonie.
Czekając, nerwowo bębnił palcami w blat biurka.
– Czym mogę ci służyć, Paul?
– Oni wiedzą – wychrypiał Grossart. – Na litość boską, Hiram, oni wiedzą. Przed chwilą 

dzwonił do mnie dziennikarz i pytał, dlaczego zrezygnowaliśmy z projektu „Snowball”.

– Powoli, Paul – odparł spokojnie Vance. – Wyluzuj się i opowiedz mi dokładnie, co się 

stało.

Grossart powtórzył mu rozmowę z Brannanem.
–  Czym  się martwisz, do cholery?  –  zapytał  Vance.  –  Powiedziałeś  dokładnie to, co 

trzeba. Dam głowę, że na tym się skończy.

– Nie jestem taki pewien.
– Zaufaj mi. Artykuł o zwolnieniu z pracy kilku facetów to jeszcze nie Watergate. Jutro to 

będzie wczorajsza wiadomość.

– Brannan wie, że pracowali przy zwierzętach transgenicznych.
– A kto dziś przy nich nie pracuje w naszej branży? Odpręż się, Paul.
– Skoro tak mówisz...
–   Jedno   mnie   niepokoi   –  powiedział   Vance.  –  Obserwuję   ostry   spadek   cen   naszych 

brytyjskich akcji.

Grossartowi zaschło w gardle.
– Tutejszy rynek jest w tej chwili trochę niestabilny.
–  Mam nadzieję, że tylko to  –  odrzekł Vance.  –  Wolałbym  nie podejrzewać, że ktoś 

upłynnia dużą część swoich udziałów.

– Na pewno tak nie jest – skłamał Grossart.
– Cieszę się – powiedział Vance. – Miłego dnia.
Grossart chciał mu życzyć tego samego, ale w słuchawce zapadła cisza.

Glenvane, hrabstwo Dumfries

To był przyjemny dzień i Steven nalegał, żeby Sue i Richard poszli gdzieś na kolację, a 

background image

on zostanie z dziećmi. Nieczęsto mieli taką okazję; zwykłe jeden wieczór w czasie jego wizyt. 
Wcześniej on i Sue zabrali dzieci do Edynburga, gdzie byli  w zoo, zjedli lody i ogólnie 
dobrze się bawili. Dzieci chodziły jak pingwiny, ryczały jak lwy i przez całą drogę do domu 
udawały szympansy. Steven w dobrym nastroju oglądał nocny film w telewizji, skubał chipsy 
i popijał piwo Stella Artois. W Glenvane zawsze łatwo się odprężał. Wydawało mu się, że jest 
miliony kilometrów od londyńskiej wrzawy.

Ziemi groziło uderzenie gigantycznej asteroidy, ale pociski rakietowe wystrzelone przez 

Stany Zjednoczone były już w drodze. Ludzie w mundurach wojskowych obserwowali ich lot 
na wielkim ekranie. Zamiast eksplozji jądrowej Steven usłyszał swój telefon komórkowy. 
Wyłączył pilotem dźwięk w telewizorze.

– Dunbar.
– Tu Sci-Med, oficer dyżurny. Pan Macmillan chciałby pana widzieć jak najszybciej w 

Londynie, doktorze Dunbar.

– Jestem na urlopie.
– Może sam pan mu to powie?
– W czym problem?
– Nie wiem, ale zna pan powiedzenie, że gówno zawsze wypływa na wierzch.
– Jasne. Złapię pierwszy poranny samolot.
Podczas rozmowy Steven usłyszał terkot diesla na zewnątrz. Zobaczył, że z taksówki 

wysiadają Sue i Richard. Chichotali jak niegrzeczne dzieci. Uśmiechnął się.

– Złe wiadomości? – zapytała Sue na widok telefonu w jego dłoni.
– Rano muszę lecieć do Londynu.
– Masz pecha, stary – powiedział Richard. – Ale cieszę się, że nie wezwali cię wcześniej, 

bo cholernie dobrze się bawiliśmy.

Osunął się na fotel i głupkowato wyszczerzył zęby.
– Jesteśmy ci naprawdę bardzo wdzięczni.
–   Na   pewno   nie   tak   bardzo,   jak   ja   wam   –  uśmiechnął   się   Steven.  –  Nawet   nie 

wiedziałbym, od czego zacząć podziękowania.

Sue też się uśmiechnęła i położyła palec na ustach.
– Mam ochotę na kawę.
– Już robię – odrzekł Steven.
Wymknął się z domu przed piątą rano. Starał się jak najmniej hałasować. Było jeszcze 

ciemno, w stojącym powietrzu wisiała wilgotna mgła. Spojrzał w górę w okno sypialni Jenny 
i   wyobraził   sobie,   jak   tam   śpi   ciepło   i   wygodnie   ważna   cząstka   kochającej   się   rodziny. 
Przesłał jej pocałunek, wsiadł do samochodu i pojechał na północ do Glasgow, żeby złapać 
pierwszy poranny samolot British Airways lądujący na londyńskim Heathrow.

– Chyba się uparli, żeby zepsuć panu urlop – przywitała go Rose Roberts, kiedy wszedł 

do jej biura.

background image

– Następnym razem zniknę bez opowiadania się, dokąd jadę – odrzekł Steven.
–  Obawiam  się, że  pan Macmillan  i tak pana  znajdzie.  Ma jakąś  tajemniczą  metodę 

dowiadywania się, gdzie ktoś jest w danym momencie.

– Podejrzewałbym raczej, że to mikronadajniki. Po powrocie do domu muszę dokładnie 

obejrzeć buty. Co się urodziło?

–  Nie wiem wszystkiego, ale jest teraz u niego doradca rządu do spraw medycznych, 

kilka osób ze społecznej służby zdrowia i dwie figury z Ministerstwa Zdrowia.

Steven spojrzał na zegarek.
– Więc mam zaczekać?
– Chyba tak. Wie, że pan tu jest.
– Wpadnę obok na kawę.
Sączył   drugą   kawę   i   czytał   hasła   krzyżówki   w  „The   Times”   –  nigdy   nie   zaczynał 

wpisywać  haseł, dopóki nie odgadł przynajmniej  czterech, gdy usłyszał,  że z sąsiedniego 
pokoju   wychodzą   ludzie.   Po   chwili   zajrzała   do   niego   panna   Roberts   i   oznajmiła,   że 
Macmillan go prosi.

John Macmillan stał tyłem i wyglądał przez okno. Steven cicho zamknął za sobą drzwi. 

Wiedział z doświadczenia, że taka poza szefa nie wróży dobrych wiadomości.

– Domyślasz się, dlaczego znów cię wezwałem? – zapytał Macmillan.
– Chce mi pan powiedzieć, że mamy następny przypadek gorączki krwotocznej – odparł 

Steven.

Zaskoczył Macmillana.
– Zgadłeś czy dostałeś cynk?
– Zgadłem.
Macmillan odwrócił się.
– Mamy siedem nowych przypadków. W Manchesterze. Jedna kobieta już zmarła.
– Jezu Chryste! – wykrzyknął Steven. – Siedem?!
Macmillan podszedł do biurka i wziął jakąś kartkę.
–  Ofiarą jest Ann Danby, trzydzieści trzy lata, dyplomowana informatyczka, samotna. 

Pozornie popełniła samobójstwo, ale okazało się, że była na to chora.

Steven nie bardzo rozumiał.
– Sąsiadom przeszkadzał hałas w jej mieszkaniu, więc wezwali policję. Patrol odkrył, że 

połknęła potężną porcję proszków nasennych i popiła gorzałą. Nie wiadomo, dlaczego. Może 
to miało coś wspólnego z jej chorobą. W każdym razie, rutynowa sekcja zwłok wykazała, że 
miała gorączkę krwotoczną. Zarazili się dwaj policjanci, patolog, lekarz szpitalny, załogant 
karetki i laborant. Są w ciężkim stanie. Wszyscy mieli jakiś kontakt z tą kobietą. Służba 
zdrowia spodziewa się następnej fali, kiedy zachorują ci, którzy mieli kontakt z zarażonymi. 
Pogodzili się z tym, że to się rozprzestrzeni dalej.

–  Klasyczna   kinetyka   rozprzestrzeniania   się   choroby  –  stwierdził   Steven.  –  Jeden 

background image

przypadek daje sześć, sześć daje trzydzieści sześć i tak dalej. Jak fale na jeziorze. Domyślam 
się, że ta kobieta też była w samolocie z Ndangi?

Macmillan pokręcił głową.
– Niestety nie.
– Więc jak to złapała?
–  Dlatego cię wezwałem. Ta Danby nie leciała tamtym  samolotem, od dwóch lat nie 

wyjeżdżała z kraju, a ostatni raz była za granicą wiosną dziewięćdziesiątego ósmego roku. 
Wakacje na Majorce.

– Musiała mieć kontakt z kimś z tamtego samolotu.
Macmillan znów pokręcił głową.
–  Służba zdrowia wzięła  pod lupę  listę pasażerów. Nie znaleźli  żadnego związku  tej 

kobiety z kimkolwiek z nich.

– Jakiś musi być.
– Na to by wyglądało. Patolog policyjny najwyraźniej zaczął mieć wątpliwości podczas 

sekcji. Myślał, że kroi samobójczynię, która przedawkowała proszki i alkohol. Ale kiedy ją 
otworzył, stwierdził silne krwawienie. Przyszła mu na myśl gorączka krwotoczna. Jednak po 
rozmowie z rodzicami kobiety nie znalazł żadnego powiązania z Afryką, więc nie podniósł 
alarmu, żeby się nie wygłupić.

– Wszyscy to znamy – odrzekł Steven.
–  Służba zdrowia pracuje na okrągło, żeby wyizolować kontakty, ale jeśli szybko nie 

ustalimy pochodzenia choroby, będziemy w bardzo kiepskiej sytuacji. Co o tym myślisz?

– No, cóż... Zakładając, że mówimy o tej samej chorobie, co tutaj... A mówimy?
–  Porton nie zakończyło jeszcze analizy próbek z Manchesteru, ale to byłby cholernie 

mało prawdopodobny zbieg okoliczności, gdyby było inaczej.

– Więc w tej sprawie źródłami są Barclay i Danby. Wiemy, jak zarazili się wszyscy inni. 

Musimy ustalić, jak to złapało tych dwoje.

–  I tu zaczyna się twoja rola  –  powiedział Macmillan.  –  Władze w Manchesterze będą 

pracowały do upadłego, żeby powstrzymać wybuch choroby. Wprawdzie sprawę będzie badał 
zespół epidemiologiczny, ale chcę, żebyś ty też się tym zajął. Musimy jak najszybciej ustalić 
pochodzenie   choroby.   Dostałem   zgodę   z   samej   góry,   żeby   dać   ci   wolną   rękę.   W   razie 
potrzeby pomoże ci policja i społeczna służba zdrowia. Oczywiście, będziesz miał dostęp do 
wszelkich źródeł naukowych i medycznych. Co ty na to?

– A mam jakiś wybór?
– Nie.
– Więc odpowiem, że lepiej wezmę się do roboty.
– Panna Roberts przygotuje ci materiały pomocnicze. Jak zwykle. Potem będziesz zdany 

na siebie.

– Prasa jeszcze nie wie? – upewnił się Steven.

background image

– Tylko dlatego, że to choroba bez nazwy i nie ma wyraźnych powiązań z Afryką. Inaczej 

już  by panikowali.   Ale  nie  da   się  długo  ukrywać  faktu,   że  pięciu   pracowników   jednego 
szpitala złapało coś brzydkiego.

Steven poszedł na lunch do śródmiejskiego pubu. Lokal w starym stylu miał wysokie 

sufity i skromny wiktoriański wystrój. Steven zajął stolik w rogu i zamówił kanapkę z serem i 
piwo. Jedząc, rozmyślał o sytuacji. Najbardziej niepokoiło go to, że służbie zdrowia nie udało 
się  znaleźć   związku  między  kobietą  z  Manchesteru  i  samolotem   z  Ndangi.  Brak  takiego 
powiązania sugerował, że pierwotne źródło wirusowej gorączki krwotocznej  może być  w 
Manchesterze.  Niewesoła  perspektywa.  I  mało  prawdopodobna,  uznał  po  namyśle.  Mimo 
bezowocnych poszukiwań musi być jakieś powiązanie. Może trzeba podejść do tego inaczej.

Wiedział,   że   wprawdzie   nie   ustalono   jeszcze   naturalnego   źródła   Eboli   i   drugiego 

zakażenia filowirusowego, czyli choroby marburskiej, ale naukowcy mocno sugerują udział 
zwierząt – zwłaszcza małp – w łańcuchu zdarzeń. O ile dobrze pamiętał, pierwszy przypadek 
choroby   marburskiej   zanotowano   w   niemieckim   mieście   Marburg   pod   koniec   lat 
sześćdziesiątych: robotnik zaraził się od afrykańskiej małpy doświadczalnej. Jeśli kobieta z 
Manchesteru   miała   kontakt   ze   zwierzętami  –   na   przykład   jako  „przyjaciółka   zoo”, 
wolontariuszka lub ktoś w tym rodzaju  –  mogła w ten sposób złapać chorobę. To byłoby 
najlepsze z możliwych rozwiązań, pomyślał. I kolejny cholernie mało prawdopodobny zbieg 
okoliczności.

Steven   wrócił   do   Ministerstwa   Spraw   Wewnętrznych   po   akta.   Powiedziano   mu 

wcześniej, że będą gotowe na czternastą trzydzieści, jeśli panna Roberts zrezygnuje z przerwy 
na lunch i skompletuje informacje dostarczone przez władze Manchesteru. Najwyraźniej tak 
zrobiła, bo kiedy wszedł do jej gabinetu, na biurku czekała na niego czerwona teczka. Rose 
Roberts wyszła na spóźnioną przekąskę, ale zostawiła mu kartkę z życzeniami powodzenia 
przyklejoną do teczki. Skreślił kilka słów podziękowania.

Wyszedłszy z gmachu ministerstwa, Steven przystanął na chodniku i zastanowił się, czy 

wziąć akta do domu. W końcu zdecydował, że przeczyta je w bibliotece Wydziału Higieny i 
Medycyny Tropikalnej Uniwersytetu Londyńskiego. Miał tam stałą kartę wstępu i mógł w 
razie potrzeby skorzystać z fachowych książek i czasopism.

Akta   Sci-Medu   zawierały   dokładne   informacje   o   ofiarach   choroby.   Steven   zaczął   od 

pierwszej   części   zatytułowanej   Ofiary   pierwotne.   Humphrey   Barclay   był   urzędnikiem 
średniego   szczebla   w   Ministerstwie   Spraw   Zagranicznych.   Pracował   tam   przez   ostatnie 
czternaście   lat,   przedtem   krócej   w   resortach   rolnictwa   oraz   zdrowia   i   opieki   społecznej. 
Karierę   w   służbie   publicznej   rozpoczął   bezpośrednio   po   ukończeniu   geografii   na 
uniwersytecie w Durham. Dwa lata później ożenił się z Marion Court-Brown, córką maklera 
giełdowego z Surrey. Poznał ją na uniwersytecie. Mieli dwie córki, Tamsin i Carlę.

Roczne oceny pracy Barclaya sugerowały, że od dwóch lat niczym szczególnym się nie 

wykazał, a przez ostatnie cztery pracował ledwie  „zadowalająco”. Przyczyniła się do tego 

background image

choroba, miał  bowiem poważne problemy z sercem, choć jego zdrowie poprawiło się po 
udanej operacji w 1999 roku.

Wysłano go do Ndangi, aby sprawdzić, czy mimo wszystko zasługuje na awans. Barclay 

wiedział o tym i starał się, jak mógł. Tak stwierdził jego szef, sir Bruce Collins. Z poufnych 
raportów wydziału specjalnego wynikało, że w życiu Barclaya nie było żadnych skandali. Był 
rzetelny, uczciwy i godny zaufania, wręcz nudny. Steven westchnął i przeszedł do następnej 
osoby.

Ann Danby miała w chwili śmierci trzydzieści trzy lata. Była panną i mieszkała samotnie 

w   Palmer   Court,   drogim   apartamentowcu   na   West   Side   w   Manchesterze.   Skończyła 
informatykę   na   tamtejszym   uniwersytecie   i   pracowała   w   Tyne   Brookman,   dużym 
wydawnictwie naukowym. Jej rodzice również mieszkali w Manchesterze. Miała brata Johna, 
który przeniósł się do Londynu i pracował w firmie public relations. Wszystko wskazywało 
na to, że Ann była dobrze ustawiona i zadowolona z życia. Sąsiedzi uważali ją wprawdzie za 
samotniczkę, ale jej działalność w różnych towarzystwach uniwersyteckich sugerowała co 
innego.   Nikt   z   przesłuchiwanych   nie   potrafił   powiedzieć,   dlaczego   miałaby   popełnić 
samobójstwo. To, że mogło mieć związek z jej chorobą, wydawało się więc całkiem możliwe. 
Nie   wyjeżdżała   z   Wielkiej   Brytanii   od   czasu   wakacji   na   Majorce   w   1998   roku,   które 
najwyraźniej spędziła samotnie. Nigdy nie była w Afryce i podobno nie znała nikogo, kto był.

Steven pokręcił głową i znów westchnął. W obu życiorysach nie znalazł nic, od czego 

mógłby zacząć dochodzenie. Nie miał pomysłu na pierwszy krok, a pierwszy krok był zawsze 
ważny, tak jak pierwszy etap podróży czy pierwszy ruch w szachach. Gdy popełni się błąd, 
odzyskanie utraconego terenu może być trudne. Przeczytał dane o ofiarach wtórnych, ale i tu 
nie   znalazł   żadnej   podpowiedzi.   Wiedział,   jak   te   osoby   zachorowały.   Tragiczne,   że   tyle 
młodych ludzi straciło życie. Stewardesa i pielęgniarka nie miały jeszcze trzydziestki.

Steven zanotował główne punkty planu działania. Bardzo liczył na raport z Porton, który 

powinien rozstrzygnąć, czy oba wybuchy choroby wywołał ten sam wirus. Gdyby okazało się, 
że nie  –  a wbrew wszystkiemu miał taką nadzieję  –  skoncentrowałby się na poszukiwaniu 
źródła zakażenia Ann Danby,  poczynając od jej ewentualnych  kontaktów ze zwierzętami. 
Gdyby   zaś   okazało   się,   że   w   obu   przypadkach   chodzi   o   ten   wirus  –  co   było   bardziej 
prawdopodobne  –  musiałby szukać związku Ann Danby z samolotem z Ndangi, mimo że 
władze   go   nie   znalazły.   Tak   czy   inaczej,   miejscem   startu   był   Manchester.   Postanowił 
pojechać tam rano. Na razie zamierzał poczytać o infekcjach filowirusowych, zwłaszcza o 
ostatnich wybuchach choroby. Zaczął od epidemii Eboli w Kikwit w Zairze w roku 1995. 
Zmarło wówczas osiemdziesiąt procent z trzystu sześćdziesięciu chorych.

Przyjazd   Stevena   do  Manchesteru   zbiegł   się   z   pierwszymi   artykułami   prasowymi   o 

zachorowaniach. ZABÓJCZA CHOROBA W SZPITALU W MANCHESTERZE, przeczytał 
na billboardzie dworcowym. Kupił kilka gazet i przejrzał je przy słabej, chłodnej kawie w 
dworcowym   bufecie.   Prasa   nie   znała   szczegółów;   podawano   tylko   główne   fakty:   kilku 

background image

pracowników   szpitala   złapało   niezidentyfikowaną   chorobę.   Ani   słowa   o   Ann   Danby, 
przyczynie tego wszystkiego. Jeden z brukowców spekulował, że źródłem zakażeń mogła być 
prostytutka,   która   przedawkowała   narkotyk   i   została   zgarnięta   przez   policję,   a   potem 
przywieziona do wspomnianego szpitala. Autor artykułu powoływał się na ostatnie problemy 
w   Glasgow,   gdzie   zabójcza   choroba   atakowała   narkomanów.   Zachorowania   powodowała 
toksyczna bakteria o nazwie Cloatridium. Czy to ta sama? – pytała gazeta.

–  Chciałbym  –  mruknął Steven. Dopił kawę, złapał taksówkę i pojechał do miejskiego 

szpitala   ogólnego.   Przyjął   go   dyrektor   medyczny,   doktor   George   Byars,   niepozorny 
mężczyzna w prążkowanym garniturze, który uwydatniał jego niski wzrost i wąskie ramiona.

–  Podobno   będzie   pan   pracował   do   upadłego,   żeby   znaleźć   źródło   tego   draństwa  – 

powiedział Byars.

– Postaram się – odparł Steven. – Jak wygląda sytuacja?
–  Źle. Dziś rano zmarł ten patolog, Saxby. Dwaj inni, laborant i policjant nazwiskiem 

Lennon, są w ciężkim stanie, Jesteśmy zupełnie bezradni, możemy zapewnić im tylko opiekę 
pielęgniarską. Wyjdą z tego albo nie.

– Nie ma więcej przypadków?
– Na razie nie, ale służba zdrowia jest daleka od optymizmu. Możemy być naprawdę w 

poważnych tarapatach. Ten szpital nie jest przygotowany na duży wybuch takiej choroby. 
Mamy   wprawdzie   wydzielony   oddział   specjalny,   lecz   nadaje   się   raczej   do   leczenia 
przypadkowego   obcokrajowca,   który   złapał   coś   brzydkiego.   Ale...   epidemia?   –  słowo 
„epidemia” wymówił z wyraźną niechęcią. – Nie ma mowy.

– Podejrzewam, że tak jest w większości szpitali.
–  Zgadza   się.   Taka   jest   polityka   rządu.   Od  jakiegoś   czasu   zamyka   się   stare   szpitale 

zakaźne.

– Więc jak sobie poradzicie?
– Mam nadzieję, że służba zdrowia szybko ustali kontakty pacjentów. Spodziewam się, że 

przybędzie   nam   wtedy   około   dziesięciu   do   dwudziestu   nowych   przypadków.   Planujemy 
ponownie otworzyć sale, które zamknęliśmy w zeszłym roku, i zrobić tam oddział izolacyjny. 
Mamy   już   skafandry   ochronne   dla   pielęgniarek   i   prowadzimy   specjalistyczne   kursy 
doszkalające dla ochotniczek, które zgłaszają się na nasz apel.

Steven skinął głową, ale na widok jego miny Byars dodał:
– Wiem, że to wszystko pachnie duchem wojny i przyparciem do muru, ale tak to niestety 

wygląda. Po prostu nie jesteśmy przygotowani na takie rzeczy.

– Millennium Dome

*1

 wreszcie się na coś przyda – mruknął Steven.

Po tej uwadze Byars trochę się wyluzował.
– Myślę, że jeśli w tej talii nie będzie więcej takich zagadkowych kart, jak Ann Danby, 

damy sobie radę. Ale jeśli będą, Bóg raczy wiedzieć, co nas czeka.

1

*

 Millennium Dome – ogromna, niewykorzystana hala w kształcie kopuły, zbudowana w londyńskiej dzielnicy 

Greenwich dla uczczenia nadejścia trzeciego tysiąclecia (przyp. tłum.).

background image

– Ta kobieta to mój problem – odrzekł Steven.
Byars pokazał mu oddział specjalny. Przed wejściem Steven musiał włożyć skafander 

ochronny i oglądał pacjentów przez szybę. Widok nie był przyjemny.

–  Biedny gość  –  szepnął Byars, kiedy patrzyli  na Lennona. Policjant nie miał  szans; 

wydawało się, że krwawi na całym ciele.

– Wie pan, to zabawne – powiedział Byars. – Mimo takiego krwawienia ofiary gorączki 

krwotocznej rzadko umierają z upływu krwi.

– Zetknął się pan już z tym?
– Nie – wyznał Byars – tylko czytałem.
Steven przyjął zaproszenie na późniejsze spotkanie z przedstawicielami społecznej służby 

zdrowia i innymi  zainteresowanymi,  potem pojechał do komendy policji, gdzie pracowali 
Lennon i Clark.

Skontaktowano go z nadinspektorem, który skorzystał z okazji i zrobił mu krótki wykład 

o niebezpieczeństwach, na jakie są narażeni jego ludzie na ulicach. Nie zdążył się rozgadać, 
bo Steven przerwał mu prośbą o rozmowę z szefem zmiany,  na której mieli służbę dwaj 
chorzy posterunkowi, gdy dostali wezwanie do mieszkania Ann Danby.

– Znam Toma Lennona od piętnastu lat – powiedział sierżant John Fearman. – Sól ziemi. 

Dlatego przydzieliłem mu młodego Clarka. Pomyślałem, że chłopak dużo się od niego nauczy 
o policyjnej robocie.

– Co się zdarzyło tamtej nocy? – zapytał Steven.
– Wszystko jest w raporcie – odrzekł Fearman. – Dostaliśmy telefon od jednej z sąsiadek 

ze skargą na głośną muzykę. Tom i Clark pojechali na miejsce i musieli wyważyć drzwi u tej 
Danby. Reszta to już historia.

– Chcę znać szczegóły.
– Co mam powiedzieć? Tom myślał, że kobitka nie żyje. Nie wyczuł pulsu. Ale poruszyła 

się, więc wezwał karetkę. Clark robił jej usta-usta. Biedny facet, chyba tak to złapał. Ale 
zanim przyjechała karetka, było po wszystkim.

– Mówi pan, że się poruszyła?
– Clark to widział. To był jego pierwszy denat. Kiedy się poruszyła, wystraszył się jak 

cholera.

– Co dalej?
–  Tom   natychmiast   wezwał   karetkę   i   próbował   udrożnić   jej   drogi   oddechowe.   Na 

poduszce były wymioty, więc myślał, że są zablokowane. Ale mówił mi, że w gardle nic nie 
było, kiedy włożył... jej palce do ust.

Steven i Fearman wymienili spojrzenia, gdy zrozumieli znaczenie tej akcji ratowniczej.
–  Tom próbował ją obudzić, bo myślał, że przedawkowała proszki. I tak było. Potem 

pomyślał, że się udało, bo ocknęła się i coś powiedziała. Ale nic z tego. Umarła.

– Co powiedziała? – zapytał Steven.

background image

Fearman wzruszył ramionami.
– Tom mówił, że powiedziała: „Wszyscy faceci to skurwiele”.

background image

6

Steven chciał obejrzeć mieszkanie Ann Danby. Nie miał konkretnego powodu, ale musiał 

dowiedzieć  się jak najwięcej  o zmarłej, bo do czasu ustalenia  źródła  zakażenia  ona była 
jedynym   sprawcą   wybuchu   choroby   w   Manchesterze.   Policja   i   służba   zdrowia   już   się 
wyniosły z mieszkania, więc bez problemu dostał klucze, które następnego dnia mieli odebrać 
rodzice Ann. Pojechał na miejsce  radiowozem i powiedział  kierowcy,  żeby na niego nie 
czekał, bo to może potrwać.

– Tylko niech pan nie przepadnie – zażartował kierowca.
– Bez obaw – odparł Steven.
Palmer   Court   nie   był   architektonicznym   cudem.   Betonowy   blok   miał   cztery   piętra, 

otynkowane ściany i płaski dach. Ale wyglądał na dobrze utrzymany. Trawniki o równych 
krawędziach były wypielęgnowane; miejsca parkingowe dla mieszkańców oddzielone białymi 
liniami   i   ponumerowane;   śmietniki   też   ponumerowane   i   schowane   dyskretnie   w   małym 
budyneczku obok domu, zamaskowanym roślinami pnącymi. Typowy apartamentowiec klasy 
średniej, pomyślał Steven. Miejsce na wszystko i wszystko na swoim miejscu.

Do   budynku   wpuścił   go   przygarbiony   mężczyzna   w   niebieskim   garniturze   z   serży, 

koszuli z wymiętym kołnierzykiem i czarnym, wąskim krawacie z niewiarygodnie ciasnym 
węzłem.  Duży pęk kluczy na metalowym  kółku dzierżył  niczym  symbol  władzy i szurał 
nogami, jakby miał za duże buty. Jego cera zdradzała długą przyjaźń z alkoholem, ale oddech 
pachniał miętą. Wydawał się dość miły. Zapytał Stevena, kim jest, i w odpowiedzi zobaczył 
jego legitymację.

– Jeszcze jeden –  mruknął.  –  Biedna kobieta ma więcej gości po śmierci, niż miała za 

życia.

–  Tak   często   bywa  –  odrzekł   sentencjonalnie   Steven,   żeby   wciągnąć   mężczyznę   do 

rozmowy i wydobyć  z niego jak najwięcej.  –  Ludzie zjawiają się na twoim pogrzebie, a 
wcześniej nie przeszliby przez ulicę, żeby się z tobą przywitać.

–   Racja   –  przyznał   mężczyzna   i   westchnął.  –  Wie   pan,   wciąż   nie   mogę   się   z   tym 

pogodzić.   Biedna   panna   Danby.   Rozmawiałem   z   nią   w   ubiegły   weekend.   Wyglądała   na 

background image

zadowoloną z życia. Pytała mnie o dobry warsztat samochodowy. Skierowałem ją do Dixona 
na Minto Street. Mój brat tam pracuje.

– Nie spodziewał się pan, że mogłaby popełnić samobójstwo? – spróbował Steven.
–  Kto   to   może   wiedzieć?  –  odparł   filozoficznie   dozorca,   przekrzywił   głowę   na   bok 

założył  ręce  do tyłu,  żeby wygłosić  następną  mądrość.  –  Ludzie  często  nadrabiają miną. 
Ukrywają prawdę przed światem, jeśli wie pan, co mam na myśli.

– Jasne – odrzekł Steven, mając nadzieję, że nie jest jednym z przykładów. – Sugerował 

pan chyba, że nie miała wielu znajomych?

–  Jeśli miała, to bardzo niewielu tu przychodziło  –  odpowiedział mężczyzna.  –  Często 

wyjeżdżała na weekendy. Ale może taką miała pracę.

– Nie mówiła, jaką?
– Nie była zbyt rozmowna, a ja nie jestem wścibski – odparł dozorca.
– Oczywiście, że nie – zgodził się Steven. Zapytał, jak trafić do mieszkania.
– Trzecie piętro, drugie drzwi. Śmierdzi tam jeszcze po dezynfekcji. Bóg raczy wiedzieć, 

po co ją zrobili.

Steven   przemilczał   fakt,   że   służba   zdrowia   dokładnie   zdezynfekowała   mieszkanie   po 

odkryciu patologa. Poczuł długotrwałą skuteczność tej operacji, gdy otworzył drzwi i wszedł 
do   przedpokoju.   Najwyraźniej   użyto  „bomby”  formaldehydowej,   aby   mieć   pewność,   że 
środek wszędzie dotrze i zabije wszystkie cząsteczki wirusa. Sposób był dobry, ale Steven nie 
cierpiał zapachu formaldehydu. Znienawidził go już na pierwszych zajęciach w prosektorium 
akademii medycznej, gdzie zwłoki do ćwiczeń przechowywano w roztworze tego środka. 
Trzymał chusteczkę przy nosie, dopóki nie otworzył okna w salonie. Stał tam i czekał, aż 
mieszkanie trochę się przewietrzy. Potem się rozejrzał.

Umeblowanie   było   drogie   i   zarazem   gustowne.   Wszystko   wysokiej   jakości,   ale 

ograniczone  do minimum,  co stwarzało wrażenie  lekkości i przestrzeni.  Steven zauważył 
kolekcję   płyt   kompaktowych   w   przegródkach   obok   zestawu   stereo   Bang   and   Olafson. 
Przejrzał je; były ułożone w porządku alfabetycznym. Przeszedł do kaset. Ta sama metoda. 
Staranna   i   zorganizowana   kobieta.   Książki,   na   trzech   czarnych   metalowych   półkach   na 
ścianie naprzeciw okna, były pogrupowane tematycznie.

Wiele pozycji dotyczyło komputerów, zapełniały niemal całą górną półkę. Lewą stronę 

środkowej zajmowała poezja. Ulubionym autorem Ann Danby był najwyraźniej Keats, ale 
znalazł   również   tomiki   Audena,   Ruperta   Brooke’a   i   Wordswortha.   Na   końcu   stało   kilka 
tomów   poezji   miłosnej.   Steven   dostrzegł   teraz   pewną   zgryźliwość   w   słowach   dozorcy   o 
samotnej kobiecie.

Zdjął z półki niewielki tomik poezji Elizabeth Barret Browning. Przerzucił kartki i znalazł 

zaznaczony zakładką ulubiony wiersz Lisy:  „Jak cię kocham? Pozwól, że policzę sposoby”. 
Czytał dalej: „A jeśli Bóg tak zechce, po śmierci będę cię kochać jeszcze bardziej”. Ścisnęło 
go   w   gardle.   Odłożył   książkę   i   zobaczył   nieco   dalej   trójkątną   lukę.   Czegoś   brakowało. 

background image

Rozejrzał się po pokoju i zauważył mały tomik w niebieskiej okładce. Leżał pod lampą na 
stoliku przy fotelu. Sądząc po stojakach z gazetami i listami obok fotela, Ann Danby tam 
najczęściej siedziała.

Steven podszedł do stojaka i podniósł książkę. Ostatnią lekturą Ann były sonety Williama 

Szekspira. Nie znalazł zakładki, dostrzegł za to, że czysta kartka przed stroną tytułową została 
wyrwana. Nie wycięta, bo pozostały strzępy papieru, jakby ktoś wyszarpnął ją w złości.

Dlaczego  taka  skrupulatna   kobieta  zrobiła  coś  takiego?   Poszukał   brakującej   kartki  w 

koszu na śmieci, ale nie znalazł. Potem zauważył na parapecie okiennym kawałek papieru. 
Najwyraźniej ktoś go najpierw zgniótł, a potem wygładził, żeby obejrzeć. Podejrzewał, że 
policja znalazła go na podłodze i uznała za nieważny.  Papier okazał się brakującą kartką 
książki. Było na niej krótkie zdanie napisane jasnoniebieskim atramentem: Moja miłość na 
zawsze. I podpis V. Inicjał miał ozdobny zawijas, co mogło oznaczać ekstrawertyka.

Steven   zastanawiał   się,   dlaczego   w   aktach   nie   było   żadnej   wzmianki   o   przyjacielu. 

Przeoczenie czy... tajemnica? Potajemny kochanek mógłby wiele wyjaśnić, ale dlaczego Ann 
ukrywała jego istnienie? Czy V to kobieta? Nie każdy przyznaje się otwarcie do miłości 
homoseksualnej, nawet w dzisiejszych światłych czasach.

Steven   przypomniał   sobie   ostatnie   słowa   Ann.  „Wszyscy   faceci   to   skurwiele”.   Nic 

oryginalnego,   lecz   sugerowało,   że   V   to   mężczyzna.   Utrzymanie   tego   związku   mogło 
oznaczać, że jest żonaty. Ale bez względu na sytuację osobistą tajemniczego V znalezienie go 
było teraz priorytetem. Zwłaszcza gdyby miało się okazać, że był w samolocie z Ndangi.

Steven wsunął książkę w lukę na półce i zerknął na pozostałe tytuły.  Kilka biografii, 

głównie   polityków,   pół   tuzina   pozycji   tematycznych,   parę   albumów   impresjonistów 
francuskich,  Władca   Pierścieni  Tolkiena   i  Wyspa   dnia   poprzedniego  Umberto   Eco.   W 
prawym   rogu najniższej  półki  stały książki   o turystyce   pieszej  po  angielskim   pojezierzu, 
Snowdonii i szkockich górach, a także przewodnik po Nepalu. Dlaczego w aktach Ann Danby 
nie ma wzmianki o jej zamiłowaniu do wędrówek górskich? Czy to też trzymała w tajemnicy? 
Może miała wspólne zainteresowania z V i jeździli razem na weekendy? Ale z drugiej strony, 
mogła być tylko „fotelową” entuzjastką czynnego wypoczynku.

Sprawa wyjaśniła się, gdy zajrzał do ściennej szafy w sypialni. Znalazł tam dwie drogie 

kurtki   turystyczne   z   goreteksu  –  jedną   czerwoną,   drugą   niebieską,   dwa   polary   w   takich 
samych kolorach oraz buty górskie Scarpa ze skarpetami w środku, a także plecak i dwa 
czekany.

Mniejszy   pokój   obok   sypialni   służył   Ann   do   pracy.   Stało   tu   sosnowe   biurko,   sprzęt 

komputerowy,  dwie małe metalowe szafki na akta, obrotowe krzesło obite jasnokremową 
skórą   i   taki   sam   podnóżek.   Steven   niechętnie   grzebał   w   cudzych   szufladach,   ale   musiał 
dowiedzieć się jak najwięcej o Ann Danby i ewentualnie o tajemniczym V.

Jej niemal obsesyjne zamiłowanie do porządku okazało się bardzo pomocne. W jednym 

segregatorze   były   wszystkie   wyciągi   z   kont   bankowych   i   kart   kredytowych,   w   drugim 

background image

rachunki domowe, w trzecim dokumenty hipoteczne i ubezpieczeniowe. Ann Danby nie miała 
kłopotów finansowych. Pensję wpłacano jej ostatniego dnia każdego miesiąca na rachunek 
czekowy. Zarabiała dużo więcej, niż wydawała. Co miesiąc przelewała pięćset funtów na 
rachunek oszczędnościowy w Halifax Building Society. Zdążyła odłożyć ponad piętnaście 
tysięcy. Co miesiąc wyrównywała też saldo na trzech kartach kredytowych.

Steven   pamiętał,   co   powiedział   dozorca   o   weekendowych   wyjazdach,   zwrócił   więc 

szczególną uwagę na wyciągi z kart kredytowych. Ale nie znalazł żadnej podpowiedzi, za co 
płaciła i dokąd jeździła. Czyżby podróże służbowe na koszt firmy? A może płacił ktoś inny, 
na przykład V?

W dolnej szufladzie biurka leżał notes w skórzanej oprawie. Pamiętnik? Okazało się, że 

są tam tylko terminy spotkań. Lepsze to niż nic, pomyślał Steven. Zaczął przerzucać kartki i 
sprawdzać weekendy. Były przy nich wpisy, ale bez szczegółów. Inicjał V pojawiał się mniej 
więcej co trzy,  cztery tygodnie,  a potem,  po sześciotygodniowej  przerwie w czwartkowe 
popołudnie przed śmiercią Ann. Wokół inicjału były trzy kółka.

Spotkanie tego dnia mogło oznaczać, że Ann zaraziła się wirusem od V. Okres inkubacji 

pasował. Ale co się stało z samym V? Dlaczego on też nie zachorował? Steven uznał, że 
szkoda czasu na domysły; najpierw trzeba sprawdzić, czy w samolocie z Ndangi był pasażer o 
imieniu zaczynającym się na V. Sci-Med nie dołączył do akt listy pasażerów, więc Steven 
poprosił przez telefon komórkowy o jak najszybsze przesłanie jej e-mailem.

Rozproszył go dźwięk klucza w zamku. Myślał, że policja i służba zdrowia nie interesują 

się już tym mieszkaniem. Chciał wstać zza biurka i sprawdzić, kto przyszedł, gdy w drzwiach 
pokoju pojawiła się para starszych ludzi.

–  Kim   pan   jest,   do   diabła?!  –  wykrzyknął   mężczyzna.   Był   wyraźnie   przestraszony 

obecnością obcego. Kobieta uniosła ręce do ust i wytrzeszczyła oczy z przerażenia.

Steven domyślił się, że to rodzice Ann Danby. Poczuł się jak intruz.
– Jestem doktor Steven Dunbar z Inspektoratu Naukowo-Medycznego – przedstawił się. – 

Należę   do   zespołu   dochodzeniowego.   Policja   dała   mi   klucze.   Zrozumiałem,   że   mają   je 
państwo odebrać dopiero jutro. Nie miałem pojęcia, że przyjdą państwo dzisiaj.

–  Policja oddała nam klucze wczoraj  –  odparł pan Danby ze skargą w głosie.  –  Jutro 

mieliśmy odebrać zapasowe. Z wami są same nieporozumienia, do cholery. Czego tu jeszcze 
dochodzić, na litość boską? Czy moja żona i ja za mało cierpimy?

–   Na   pewno   nie   –  przyznał   współczująco   Steven  –  ale   trzeba   jeszcze   ustalić   kilka 

ważnych rzeczy. Jeśli państwo pozwolą, chciałbym skorzystać z okazji i zadać kilka pytań.

– Pytania, pytania, pytania... – westchnął Danby. – Co pan chce wiedzieć?
– Czy Ann miała przyjaciela?
– Rany boskie! –  parsknął Danby.  –  Policja już nas  o to maglowała.  Ann nie  miała 

przyjaciela. Czy to jakieś przestępstwo, że w kółko o to pytacie?

–  Oczywiście, że nie  –  odrzekł Steven, ale zauważył, że pani Danby odwróciła wzrok 

background image

przy odpowiedzi męża, jakby coś ukrywała. – Jest pan pewien?

– Jasne, że jestem, do cholery – warknął Danby.
– A pani? Ann nigdy nie wspominała pani o kimś... bliskim?
– Słyszał pan, co powiedział mój mąż.
Steven   skinął   głową,   ale   nie   spuszczał   oka   z   kobiety.   Najwyraźniej   niepokoiło   ją 

przesłuchanie na ten temat i jego upór. Był pewien, że coś ukrywa.

–  To   bardzo   ważne,   pani   Danby.   Obiecuję,   że   cokolwiek   od   pani   usłyszę,   będzie 

potraktowane z najwyższą dyskrecją.

–  Nie   miała   żadnych  facetów   –  natarł   Danby.  –  Może   pan   wreszcie   wyjść? 

Powiedzieliśmy   wam   wszystko,   co   wiemy.   Proszę   nas   teraz   zostawić,   mamy   tu   coś   do 
zrobienia.

– To znaczy? – zapytał uprzejmie Steven.
– Chcemy zabrać rzeczy osobiste córki.
Steven nie miał serca powiedzieć im, że nie mogą tego robić, dopóki nie skończy wtykać 

nosa w jej życie. Czuł się bardzo niezręcznie i postanowił wyjść. Starał się przekonać siebie, 
że jest bardzo mała szansa, by pedantyczna Ann Danby zostawiła coś, co by go naprowadziło 
na ślad V. Pocieszał się nadzieją na znalezienie V na liście pasażerów.

– Oczywiście – odrzekł. – Już wychodzę.
W holu budynku pomyślał, że zawsze może przycisnąć panią Danby. Zapewne zdradzi 

mu, kim jest V.

Wrócił   taksówką   do   hotelu   i   włączył   modem   laptopa   do   gniazdka   telefonicznego   w 

swoim pokoju. Połączył się ze Sci-Medem w Londynie i odebrał e-mail z listą pasażerów 
samolotu z Ndangi. Przejrzał ją niecierpliwie, ale znalazł tylko jednego mężczyznę o imieniu 
zaczynającym się na V. Niejaki Vincent Bell miał miejsce 31 D.

– Pasuje – mruknął, lecz po chwili pomyślał, że rząd trzydziesty pierwszy był daleko od 

rzędu piątego, gdzie siedział pechowiec Barclay. Obaj mężczyźni raczej nie mieli okazji do 
kontaktu na pokładzie samolotu. Ale mogli się spotkać w innym momencie podróży. Może w 
kolejce na lotnisku albo w poczekalni? O ile takie miejsca jak Ndanga mają poczekalnie 
odlotowe. W tej chwili to nie było ważne. Musiał jak najszybciej wytropić Vincenta Bella. 
Zadzwonił   do   Sci-Medu   i   poprosił   o   znalezienie   jego   danych   osobowych.   Zareagowali 
szybko, już po godzinie dostał podstawowe informacje. Inspektorat zdobył je w specjalnym 
centrum recepcyjnym na Heathrow, gdzie zajęto się pasażerami samolotu z Ndangi. Uznano, 
że Bell nie był narażony podczas lotu na wysokie ryzyko zakażenia, więc poproszono go 
tylko o nazwisko, adres i dane jego lekarza. Ale to wystarczyło. Steven wiedział teraz, że Bell 
mieszka w Canterbury na Mulberry Lane 21. Niezbyt wygodny układ do romansowania z 
kimś   w   Manchesterze.   Ale   może   Bell   dużo   podróżuje   służbowo   albo   po   prostu   jest 
przykładem tego, że miłość nie zna granic? Przecież w wielu ogłoszeniach matrymonialnych 
można przeczytać, że „odległość bez znaczenia”. Cóż, niedługo się okaże, pomyślał Steven. 

background image

Postanowił, że rano pojedzie do Kentu.

Spojrzał   na   zegarek.   Musiał   się   pospieszyć,   żeby   zdążyć   na   spotkanie   w   miejskim 

szpitalu ogólnym. Zadzwonił do recepcji po taksówkę, wziął szybki prysznic i przebrał się. 
Kierowca nie był zachwycony czekaniem, ale suty napiwek poprawił mu humor. Po drodze 
wygłaszał swoją opinię o ostatnim wybuchu choroby w szpitalu.

– Cholerne ćpuny. Powinni ich powystrzelać. Kto raz zacznie brać, już się nie wyleczy. 

To   całe   pieprzenie   o   rehabilitacji   jest   gówno   warte.   Szkoda   forsy.   A   teraz   zarażają 
niewinnych ludzi. Zasrane gnoje...

– Nie wiedziałem, że ta choroba to przez narkotyki – powiedział Steven, kiedy wreszcie 

zdołał dojść do słowa.

– Teraz większość problemów jest przez prochy, panie kolego. Może mi pan wierzyć na 

słowo. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent przestępstw w tym mieście popełniają ćpuny.

– Ale nie widzę związku z sytuacją w szpitalu – odrzekł Steven.
– Wszystkie ćpuny są zarażone, panie kolego. AIDS, zapalenie wątroby, salmonella... Jak 

lądują   w   szpitalu,   zarażają   pielęgniarki.   I   tak   to   wygląda,   panie   kolego.   A   te   biedne 
dziewczyny mają dosyć problemów i bez tych śmieci. Powystrzelać ich. To jedyne wyjście.

Wysiadając   z   taksówki,   Steven   pomyślał,   że   bezludne   wyspy   mogą   się   zapełnić. 

Przygotował się do przeprosin za spóźnienie, ale po wejściu do sali stwierdził z ulgą, że 
spotkanie jeszcze się nie zaczęło. Brakowało dwóch osób. Dyrektor medyczny George Byars 
przedstawił go obecnym. Do zapamiętania było zbyt dużo nazwisk, więc Steven ograniczył 
się do liderów poszczególnych grup. Trójce pracowników socjalnych przewodził krępy Alan 
Morely z wyraźnym  upodobaniem  do dżinsów. Na czele  piątki  epidemiologów  stał siwy 
brodacz z kwaśną miną, profesor Jack Cane. Prawdziwi naukowcy, pomyślał Steven. Wąskie 
ramiona, kiepski wzrok i ledwo maskowana pogarda dla reszty świata głupszej od nich. Trzy 
starsze pielęgniarki szpitalne przyszły w towarzystwie swojej szefowej, panny Christie, której 
imienia nie podano. Z Londynu przyjechała delegacja Ministerstwa Zdrowia. Dowodził nią 
wytworny   facet   nazwiskiem   Sinclair.   Ciągle   się   uśmiechał,   ale   wyglądał   na   dobrego 
pokerzystę.

Steven przyjął kubek kawy. Pijąc ją, czuł na sobie wrogie spojrzenia epidemiologów. 

Podejrzewał, że nie podoba się im jego obecność. Znał takie sytuacje, zdarzały mu się już 
wcześniej.   Miejscowi   rzadko   przyjmowali   dochodzeniowców   z   zewnątrz   z   otwartymi 
ramionami.

Nauczył się więc być na tyle samowystarczalny, na ile to możliwe. Jeśli ktoś oferował 

pomoc, tym lepiej. Twierdzenie Johna Donne’a, że żaden człowiek nie jest wyspą, mogło być 
prawdziwe, ale Steven przez lata stał się półwyspem. Uważał, że gra zespołowa polega na 
poruszaniu   się   w   tempie   najwolniejszego   członka   drużyny.   To,   że   Ziemia   krąży   wokół 
Słońca, odkrył Galileusz, nie zespół czy grupa, którą kierował.

Zjawiły się dwie brakujące osoby, starsi lekarze z oddziału specjalnego.

background image

– Straciliśmy następnych dwóch – powiedział jeden tonem wyjaśnienia.
– Tych, o których rozmawialiśmy rano? – zapytał Byars.
– Tak.
– Są nowe przypadki?
– Nie, ale przyjmując dziesięciodniowy okres inkubacji dla ludzi z zewnątrz – bo dla tych 

z Heathrow był krótszy – zostały jeszcze cztery. Odpukać, w tej chwili nie jest źle.

–  Więc   chyba   mamy   powód   do   optymizmu  –  odrzekł   Byars.  –  Jak   idą   kursy   dla 

pielęgniarek, panno Christie?

–  Bardzo   dobrze.   Zgłosiło   się   dużo   ochotniczek.   Można   więc   śmiało   powiedzieć,   że 

jesteśmy przygotowane.

– Dobra robota – pochwalił Byars i zwrócił się do Morely’ego. – A co z kontaktami? Są 

jakieś problemy?

–  Wszyscy krewni i znajomi, z którymi  rozmawialiśmy,  rozumieją powagę sytuacji  – 

powiedział Morely. – Zgodzili się zostać w domach przez dziesięć dni. Nikt nie protestował. 
Przypuszczam, że pielęgniarki społeczne spotkały się z tym samym?

Jedna z nich przytaknęła.
– Doskonale –  ucieszył  się Byars.  –  A nasi naukowcy?  Jest jakiś postęp w ustalaniu 

źródła choroby, profesorze?

–   Jeszcze   nie   –  przyznał   Cane.  –  Ale   dziś   po   południu   dostaliśmy   interesującą 

wiadomość. Porton twierdzi, że wirus w Manchesterze jest identyczny jak ten z Heathrow.

background image

7

Steven  wrócił do hotelu  w  dobrym  nastroju. Gdyby  nie odkrycie  w  mieszkaniu  Ann 

Danby, nie byłby taki zadowolony z wiadomości, że wirusy w Manchesterze i na Heathrow 
okazały się identyczne. Teraz wyglądało na to, że wspólnym ogniwem jest Vincent Bell. 
Gdyby   mu   się   udało   ustalić   to   ponad   wszelką   wątpliwość,   a   zespoły   medyczne   w 
Manchesterze nadal panowałyby nad sytuacją, do końca przyszłego tygodnia mogłoby być po 
sprawie.

Zostałoby   tylko   jedno   pytanie:   jak  zaraził   się   Humphrey   Barclay?   Po   zlikwidowaniu 

zagrożenia   odpowiedź   przestałaby   mieć   znaczenie   w   sensie   praktycznym,   ale   Steven 
podejrzewał,   że   nurtowałoby   go   to   przez   jakiś   czas.   Wyjaśnienia   trzeba   byłoby 
prawdopodobnie   szukać   w   Afryce,   zapewne   bez   powodzenia.   Jeszcze   jedna   tajemnica 
Czarnego Lądu.

Steven wylądował rano w Londynie i odebrał wynajęty samochód w stanowisku Hertza 

na Heathrow. Ruch na autostradzie A2 był tak gęsty, jak się spodziewał, ale zdążył dojechać 
do Canterbury w porze lunchu. Zostawił samochód na jednym z dużych parkingów za murami 
miasta   i   poszedł   w   zimowym   słońcu   główną   ulicą.   Szukał   drogi   do   Mulberry   Lane   i   z 
przyjemnością znów patrzył na stare mury.

Nie   był   tu   jakiś   czas   i   miał   słabość   do   Canterbury.   W   młodości   wiele   razy   spędzał 

wakacje   letnie   na   farmie   owocowej   wuja   w   Kencie.   Uważał   tę   okolicę   za   kwintesencję 
angielskości, bardziej mózg niż muskulaturę kraju. Różniła się od północnej Anglii, do której 
był bardziej przyzwyczajony. Nad miastem wznosiła się potężna katedra. Zdawało się, że ma 
wpływ na wszystko dookoła, od nazw wąskich uliczek po tytuły w księgarniach. Jej znaczenie 
historyczne   tworzyło   niemal   namacalny   pomost   między   przeszłością   i   teraźniejszością. 
Mijane grupki rozgadanych chórzystów ze szkoły katedralnej przypominały Stevenowi, że do 
Gwiazdki zostało niewiele ponad miesiąc. Niedługo będą śpiewać kolędy.

W końcu znalazł  Mulberry Lane. Wzdłuż rzeki Stour ciągnął się rząd malowniczych 

domków. Uliczka pasowałaby do sceny z O czym szumią wierzby. Steven prawie spodziewał 
się, że lada chwila zobaczy Szczurka i Kreta kłócących się o jakiś drobiazg. Znalazł właściwy 

background image

adres, podszedł krętą żwirową ścieżką do ciężkich drewnianych drzwi i zapukał. Dopiero po 
dłuższej chwili  w progu ukazał  się krępy mężczyzna.  Miał farbowane kasztanowe włosy 
zaczesane z pożyczką na łysiejącą plamistą czaszkę. Był w fartuchu w zabytkowe samochody 
i wycierał ręce ścierką kuchenną. Obejrzał gościa od góry do dołu.

– Pan Bell? – spytał Steven.
– Nie, a kto go szuka? – zaszczebiotał mężczyzna.
– Nazywam się Dunbar. Jestem detektywem z Inspektoratu Naukowo-Medycznego. Czy 

mógłbym rozmawiać z panem Bellem?

– Vincent! –  zawołał mężczyzna  w głąb mieszkania.  –  Duży,  przystojny policjant do 

ciebie. Lepiej, żebyś umiał to wytłumaczyć, kochanie, mówię ci.

Odwrócił się z powrotem do Stevena.
– Niech pan wejdzie.
Steven wszedł. Podejrzewał, że lada moment jego piękna teoria rozsypie się w proch. W 

pokoju   zjawił   się   Vincent   Bell   i   jednym   słowem  „Witam”  rozwiał   resztki   nadziei.   Był 
jawnym homoseksualistą, na pewno nie potajemnym kochankiem Ann Danby.

– Czym mogę panu służyć? – zapytał, akcentując z podziwem słowo „pan”.
Steven nie bardzo wiedział, co robić.
– O ile wiem, był pan ostatnio pasażerem pechowego samolotu z Ndangi, panie Bell.
–  Owszem. I powiem panu, że do tej pory budzę się spocony na myśl o tym, prawda, 

Simon? Łaska boska.

– Nic panu nie jest?
– Nie, kochanie, jestem zdrów jak ryba. Skusi się pan na lunch z nami? Właśnie mieliśmy 

siadać do stołu.

Propozycja zaskoczyła Stevena. Jego teoria legła w gruzach, nie wiedział, co powiedzieć, 

i zareagował niemal automatycznie.

– Dziękuję, Chętnie.
Usiadł   przy   stole   i   został   poczęstowany   zupą   z   marchwi   z   kolendrą   oraz   sałatką   z 

wędzonej makreli. Jedzenie przyrządził Simon. Podał też schłodzone białe wino australijskie.

– Chciałby pan jeszcze coś wiedzieć? – zapytał Bell.
Steven nie chciał, ale przez grzeczność zadał kilka pytań.
– Miał pan jakikolwiek kontakt z tamtym chorym pasażerem, Humphreyem Barclayem?
– Dzięki Bogu, nie. Ludzie mówili, że był w strasznym stanie.
– A z kobietą nazwiskiem Ann Danby?
Bell najwyraźniej nie wiedział, o kogo chodzi.
– Ona też była w samolocie?
– Nie, mieszka w Manchesterze.
– Biedna kobieta. Co ona ma z tym wspólnego?
–  Niestety, już nic  –  odrzekł z rezygnacją Steven.  –  Był pan ostatnio w Manchesterze, 

background image

panie Bell?

–  Ani ostatnio, ani nigdy, prawdę mówiąc. I niech tak zostanie  –  odparł Bell, a jego 

partner przytaknął. – Podobno tam bez przerwy pada.

Steven uśmiechnął się.
– Nie chcę być wścibski, ale czy mogę wiedzieć, po co był pan w Ndandze?
– Interesy, kochanie. Afrykańska sztuka i rzemiosło. Simon i ja sprzedajemy takie rzeczy 

w   ogrodach   zoologicznych   i   parkach   przyrody.   Potrzebowaliśmy   nowego   towaru,   więc 
pojechałem go zdobyć. Przywiozłem super wyrzeźbione nosorożce. Chce pan zobaczyć?

Steven odpowiedział, że naprawdę musi już iść, bo ma masę pracy. Niezupełnie tak było, 

ale   zmarnował   czas   na   niepotrzebną   podróż,   wpadał   w   przygnębienie   i   chciał   być   sam. 
Pomylił się. Bell na pewno nie był tajemniczym V.

Podczas lunchu niebo pociemniało. Kiedy wracał do samochodu, zaczęło padać. Pogoda 

pasowała do jego nastroju. Siedział przez chwilę na parkingu, dumał nad zmiennością losu i 
zastanawiał się, co dalej robić. Bell był jedynym pasażerem o imieniu zaczynającym się na V. 
Ale samolotem leciało też kilka pasażerek. Steven je pominął, bo zasugerował się ostatnimi 
słowami Ann Danby o mężczyznach. Może to był błąd? Może jej uwaga nie miała związku z 
końcem romansu? Musiała mieć, pomyślał. To już byłby za duży zbieg okoliczności, gdyby 
nie   chodziło   o   faceta.   Postanowił   nie   odwiedzać   na   razie   kobiet   z   listy   pasażerów. 
Zdecydował, że zamiast tego przyciśnie matkę Ann Danby. Coś mu mówiło, że starsza pani 
wie, kim jest tajemniczy V.

Steven   spędził   noc   w   swoim   mieszkaniu   w   Londynie.   Rano   znów   poleciał   do 

Manchesteru. Wsiadał do samolotu w kiepskim nastroju. Po otwarciu gazety, którą dostał od 
stewardesy, załamał się.

CZY TO EBOLA? – pytał tytuł.
Artykuł o wybuchu choroby w Manchesterze wskazywał jako źródło zarazy Ann Danby. 

Okazało się, że do redakcji zadzwoniła jej matka. Była oburzona, że część prasy nazywa jej 
córkę prostytutką i narkomanką, co nie jest prawdą. Opowiedziała, o co władze pytały ją i 
męża. Gazeta uczepiła się wątku afrykańskiego i samolotu z Ndangi. Pięć ofiar w Londynie, 
cztery   w   Manchesterze.   Ile   jeszcze   będzie?   Oskarżała   władze   o   ukrywanie   prawdy   i 
porównywała   sytuację   do   kryzysu   z   okresu   choroby   szalonych   krów:   Niczego   się   nie 
nauczyli?

– Jasna cholera – mruknął Steven.
Mężczyzna obok usłyszał i odwrócił się.
– Paskudna sprawa – powiedział. – Czy mi się zdaje, czy rzeczywiście tak jest, że ilekroć 

medycyna upora się z jakąś chorobą, pojawia się następna?

– Na to wygląda – zgodził się Steven, ale myślał o tym, że szansa na rozmowę z panią 

Danby   przepadła.   Dziennikarze   z   wszystkich   innych   gazet   już   pewnie   koczują   przed   jej 
domem.

background image

Po wylądowaniu pojechał prosto do szpitala ogólnego. Bramę blokowała prasa i ekipy 

telewizyjne. Steven musiał zaczekać, aż rzecznik szpitala wykorzysta swoje pięć minut sławy 
i złoży oświadczenie niczym polityk, który wygrał wybory uzupełniające.

–  W tej chwili możemy zapewnić, że to nie Ebola. Dziękuję państwu za przybycie  – 

zakończył.

– Skąd ta pewność na tym etapie?! – zawołał ktoś z tłumu.
Rzecznik uśmiechnął się z wyższością.
– Bo naukowcy z Porton zapewniają nas, że...
–  Z Porton? Z Porton Down? Z ośrodka broni biologicznej? Chce pan powiedzieć, że 

zajmuje się tym Porton Down?! – zawołał jakiś reporter.

Rzecznik zbladł.
– To tylko rutynowe...
–   Jezu!   –  wykrzyknął   dziennikarz   i   zaczął   gorączkowo   notować.   Na   nieszczęsnego 

rzecznika   spadł   grad   pytań.   Facet   uniósł   ręce   z   takim   samym   skutkiem,   jak   król   Kanut 
próbujący   powstrzymać   fale.   Wszyscy   chcieli   wiedzieć,   dlaczego   wirusem   interesuje   się 
Porton Down.

Steven przecisnął się obok tłumu i pokazał legitymację policjantowi w bramie. Gliniarz 

przepuścił go z krzywym uśmiechem.

– Niezły obłęd – zauważył. – Przy tej bandzie rekiny to kijanki.
George Byars  był  u siebie. Miał spotkanie z szefową zespołu służby zdrowia, doktor 

Caroline   Andersen,   i   jej   zastępcą   Kinsellą,   młodym   mężczyzną   z   kręconymi   włosami. 
Zaprosił Stevena do gabinetu.

– Jakieś problemy? – zapytał Steven.
– Myśleliśmy, że wychodzimy na prostą – odrzekł Byars – ale byliśmy w błędzie. Jeden z 

kontaktów wybrał się wczoraj wieczorem na miasto.

– To jeszcze nie koniec świata – odparł Steven.
–  Ta   osoba   to   osiemnastoletnia   siostra   załoganta   karetki,   który   leży   na   oddziale 

specjalnym – wyjaśniła Caroline Andersen. – Wymknęła się z domu i poszła do dyskoteki w 
śródmieściu.

– Skoro czuła się na tyle dobrze, żeby tańczyć... – zaczął Steven.
–  Dziś od rana jest chora  –  przerwał mu Kinsella.  –  Ma bóle głowy. Podejrzewa, że 

złapała grypę.

– Rozumiem – mruknął Steven. Wiedział, co to może znaczyć.
–  Myślałam, że przekonaliśmy wszystkie kontakty do przeczekania okresu inkubacji  – 

powiedziała Caroline.

– Nie można przekonać nastolatków do tego, czego nie chcą – stwierdził Byars, jakby na 

podstawie własnego smutnego doświadczenia.

–  Właśnie   dyskutowaliśmy  –  ciągnęła   Caroline  –  czy   zaapelować   do   wszystkich 

background image

dzieciaków, które były w tamtej dyskotece, o zgłaszanie się do nas, czy jeszcze zaczekać.

Steven wspomniał o tym, co usłyszał w bramie od rzecznika.
– Niech to szlag – zaklął Byars. – Miał tam wyjść i uspokoić wszystkich, że to nie Ebola. 

Teraz pomyślą, że to coś gorszego; wirus z czarnej dziury. Tylko pogorszył sprawę.

– Gdybym miała zrobić po książkowemu – mówiła dalej Caroline – powinnam wezwać te 

dzieciaki. Ale czy uda nam się przekonać tylu nastolatków, żeby przez dwa tygodnie nie 
wychodzili z domu? Boję się, że tylko wzniecimy panikę.

– No, cóż – odrzekł Byars – ty decydujesz, Caroline.
– Wiem – odpowiedziała z krzywym uśmiechem. – Nie próbuję tego na nikogo zwalić. W 

tamtej dyskotece bawiło się dwieście młodych osób. Mam zaapelować do nich o zgłaszanie 
się do nas tylko po to, żeby usłyszeli ode mnie, że zapewne zarazili się zabójczym wirusem, z 
którym nie możemy nic zrobić? Czy też zaczekać, aż będziemy wiedzieli więcej?

Nie liczyła na odpowiedź i nikt się nie wyrywał.
– Jak powiedziałem, to twoja działka – umył ręce Byars.
–  Uważam, że taki apel tylko wywoła panikę wśród dzieciaków  –  ciągnęła Caroline.  – 

Zaryzykuję i wstrzymam się, dopóki się nie upewnimy, czy rzeczywiście jest problem.

– W końcu jeszcze nie wiadomo, czy ta dziewczyna to złapała – odezwał się Kinsella. – 

Może się okazać, że to jednak grypa albo po prostu kac.

– Więc postanowione? – zapytał Byars. – Nie będzie apelu?
– Nie – odrzekła Caroline. – Wolę zaczekać. Może jutro dowiemy się więcej o stanie tej 

dziewczyny.

Byars przypomniał im, że nazajutrz o piętnastej jest zebranie w pełnym składzie. Caroline 

i Kinsella wstali.

Kiedy wyszli, Byars zapytał Stevena o postępy w tropieniu źródła choroby.
–  Myślałem,   że   znalazłem   ogniwo  łączące   oba  wybuchy   choroby,   ale   myliłem   się  – 

wyznał Steven.

– Profesor Cane też nie ma szczęścia. Ten cholerny wirus pojawił się jakby znikąd.
– Na pewno nie – zaprzeczył Steven. – Skądś musiał się wziąć.
W drodze powrotnej do hotelu poprosił taksówkarza, żeby pojechał okrężną drogą obok 

domu Danbych. Przed bungalowem istotnie koczowali reporterzy wiadomości telewizyjnych i 
kamerzyści.   Taksówka   musiała   zwolnić,   żeby   przecisnąć   się   między   zaparkowanymi 
bezładnie samochodami.

– Jaki pan ma tu interes? – zapytał poirytowany kierowca.
– Zwykła ciekawość – odrzekł Steven.
– Ci biedni ludzie mają dosyć zmartwień bez takich gapiów jak pan.
– Pewnie ma pan rację – zgodził się Steven.
– Jeśli chce pan znać moje zdanie...
– Nie chcę – warknął Steven i dojechali na miejsce w krępującej ciszy.

background image

W hotelu zamówił do pokoju kawę i kanapki i znów usiadł do akt Sci-Medu. Chciał 

sprawdzić,   czy   czegoś   nie   przeoczył.   Podejrzewał,   że   będzie   mógł   porozmawiać   z  panią 
Danby dopiero za kilka dni, kiedy zainteresowanie prasy rodziną osłabnie. Na razie musiał się 
czymś zająć. W końcu skoncentrował uwagę na firmie, w której pracowała Ann Danby  – 
wydawnictwie naukowym Tyne Brookman na Lloyd Street. Pomyślał, że powinien był wpaść 
na to wcześniej. Ann mogła mieć wśród personelu kogoś zaufanego, komu się zwierzała. 
Warto było to sprawdzić, ale najpierw musiał wypożyczyć samochód. Zanosiło się na to, że 
trochę tu zostanie. Poprosił recepcję hotelową o załatwienie sprawy i po godzinie na parkingu 
czekał rover 75.

Steven przestudiował w recepcji plan miasta i wyjechał z parkingu. Chciał okrążyć od 

południa ratusz na Fountain Street i skręcić w Lloyd  Street. W ostatniej  chwili zobaczył 
zakazu wjazdu – ulica była jednokierunkowa. Musiał okrążyć blok na Albert Cross Street i 
wjechać od zachodu, z Deansgate.

Wydawnictwo Tyne Brookman mieściło się w trzypiętrowym wiktoriańskim budynku z 

murami poczerniałymi przez stulecie od ulicznego brudu. Słabe oświetlenie nie nadawało się 
do   wysokich   sufitów,   w   holu   wejściowym   panował   żółtawy   półmrok   i   miejsce   działało 
przygnębiająco. Na drzwiach z mrożonego szkła był  naklejony czarny napis RECEPCJA. 
Steven nacisnął klamkę, ale drzwi zaklinowały się. Pchnął je mocniej. Zatrzęsły się i puściły.

– Zacinają się – wyjaśniła młoda dziewczyna za ladą.
Steven pokazał jej legitymację i poprosił o rozmowę z jakimś szefem.
– Pan Finlay wyjechał, a pan Taylor jest na pogrzebie brata – odparła.
– A ktoś inny? – zaryzykował Steven, zastanawiając się, dlaczego w recepcjach tylu firm 

urzędują idiotki.

– A można wiedzieć, o co chodzi? – zapytała dziewczyna.
– Pracowała tutaj panna Danby. Znała ją pani?
– Słabo. Pracowała przy komputerach.
– Więc może jest ktoś od komputerów? – spytał Steven.
– Mogę spróbować poprosić panią Black z tamtego działu – zaproponowała dziewczyna.
Steven   skinął   głową.   Kiedy   dzwoniła,   rozejrzał   się.   Na   żółtych   ścianach   wisiały   w 

metrowych   odstępach   dekoracyjne   pionowe   pasy.   Pod   wyszczerzonym   galopującym 
reniferem były plakaty reklamujące najnowsze książki:  Molekularne rozumienie interakcji 
proteinowych
 i Europejskie spojrzenie na amerykańskie prawo korporacyjne.

– Widzę tu kilka przebojów – powiedział Steven, gdy dziewczyna skończyła telefonować. 

Nie zaskoczyła.

– Pani Black czeka na pana. Piętro wyżej, pokój 112.
Pani Black okazała się wyjątkowo atrakcyjną blondynką po trzydziestce. Miała na sobie 

białą bluzkę i wąską niebieską spódniczkę. Na widok Stevena wstała zza biurka i wyciągnęła 
rękę,

background image

– Hilary Black. Czym mogę służyć, panie Dunbar? – zapytała przyjaznym, kulturalnym 

tonem.

– Nie jestem pewien – odparł Steven. – Próbuję poznać życie Ann Danby, więc chodzę po 

ludziach, którzy ją znali, i rozmawiam z nimi. Chyba dobrze trafiłem?

– Była szefową naszych systemów.
– A pani jest...?
– Teraz ja jestem szefową naszych systemów. Byłam jej asystentką.
– Rozumiem. Dobrze ją pani znała?
– Była świetna w swojej robocie.
– Nie całkiem o to pytałem.
–  Czasem   po   pracy   wstępowałyśmy   razem   na   drinka   czy   pizzę.   Byłyśmy   raczej 

koleżankami niż przyjaciółkami.

Steven skinął głową.
– Jak by ją pani opisała?
Hilary Black wyciągnęła się na krześle i wzięła głęboki oddech.
– Uprzejma, odpowiedzialna, solidna, inteligentna, dyskretna...
– Samotna?
– Samotna? Raczej nie. Samotność sugeruje sytuację wymuszoną na kimś. Z Ann tak nie 

było. Ludzie ją lubili. Trzymała ich na dystans z własnego wyboru.

– Jak pani przyjęła wiadomość o jej samobójstwie?
– Byłam zaszokowana. Wszyscy byliśmy.
– Zaskoczona również?
– Tak... to też – zgodziła się niepewnie Hilary.
– Zawahała się pani.
– Ann coś gryzło. Co najmniej przez miesiąc przed śmiercią chodziła przybita. Ukrywała 

to przed ludźmi po prostu dlatego, że ukrywała przed wszystkimi większość rzeczy. Ale w 
końcu pracowałyśmy razem, więc widziałam, że jest czymś zmartwiona czy przygnębiona, 
choć nie mówiła, o co chodzi.

– Pytała ją pani?
–  Tak. Chciałam jakoś pomóc, ale nic mi nie zdradziła. Taka była, niestety. Ale teraz 

sobie przypominam, że w pewnym momencie pomyślałam, że jej przeszło. Kilka dni przed 
śmiercią przyszła znów cała uśmiechnięta. Ale to trwało tylko jeden dzień.

– Pewnie pani nie pamięta, kiedy to dokładnie było? – zapytał Steven.
– Chwileczkę...
Hilary   otworzyła   kalendarz   na   biurku   i   przerzuciła   kartki.   Zatrzymała   się   na   którejś 

stronie i wolno przesunęła po niej palcem.

– W czwartek. Osiemnastego listopada.
– Dziękuję – powiedział Steven.

background image

W notesie Ann Danby w czwartek osiemnastego listopada było zaznaczone spotkanie z 

V. Jak się okazało, ostatnie.

– Mówi to panu coś? – zapytała Hilary.
– Samo w sobie, nie –  uśmiechnął się Steven.  –  Ale poszczególne kawałki zaczynają 

pasować. Czy Ann miała przyjaciela?

– Nigdy się do tego nie przyznawała.
– Dziwna odpowiedź.
– No, więc dobrze... Nie miała – odparła Hilary.
– A może jednak? – zaryzykował Steven.
–  Chyba miała  –  przyznała Hilary z uśmiechem.  –  Coś podejrzewałam. Myślę, że był 

żonaty.

– Ale pewnie nigdy nie wymknęło się jej żadne imię?
– Raz, ale tak zgrabnie się wykręciła, że mogło mi się tylko wydawać.
– Pamięta pani tę rozmowę?
– Opowiadałam jej o wywiadzie z Michaelem Heseltinem, który widziałam w telewizji. 

John Humphrys pytał go o Millennium Dome. Ann powiedziała coś w rodzaju:  „Jakiśtam 
mówi, że gada się kupę bzdur o odrodzeniu urbanistycznym”. Zapytałam,  kto to jest ten 
Jakiśtam.  Zaczerwieniła się i odpowiedziała:  „Och, po prostu ktoś, z kim rozmawiałam”. 
Wiem, że zaraz spyta pan o imię, ale chyba sobie nie przypomnę.

– A jeśli podpowiem pani, że zaczyna się na V?
Oczy Hilary zabłysły.
– Tak, teraz sobie przypominam. Victor.

background image

8

– Dlaczego chce pan poznać życie Ann? – zapytała Hilary. – Domyślam się, że bardziej 

interesuje pana jej choroba niż samobójstwo?

Steven przytaknął.
– Nie do wiary. Gazety twierdzą, że to była Ebola.
– Nie.
– Ale coś równie groźnego?
Steven skinął głową.
– Możliwe.
–  Ale jak ktoś taki jak Ann mógł to złapać? Nie podróżowała. O ile wiem, tylko raz 

wyjechała za granicę, kilka lat temu.

– Właśnie to chcę ustalić – odrzekł Steven.
– I myśli pan, że ten Victor mógł mieć z tym coś wspólnego?
– Jak to się mówi, muszę zbadać każdy trop – odparł Steven. – Wiedziała pani, że Ann 

chodziła po górach?

Hilary zrobiła wielkie oczy.
– Nie. A chodziła? To coś nowego. Nie wyglądała mi na taką.
Steven   czuł,   że   robi   postępy.   Jeśli   Ann   trzymała   w   tajemnicy   swoje   hobby, 

prawdopodobnie wyruszała w plener z Victorem.

– Mógłbym zobaczyć, gdzie pracowała?
– Oczywiście. Nic tam nie ruszałam, więc ma pan szczęście. Jej gabinet stoi nietknięty.
Hilary   zaprowadziła   Stevena   do   pokoju   troje   drzwi   dalej.   Było   tu   chłodno   i 

nieprzyjemnie, jak w nieużywanej piwnicy.

– Brrr... –  wzdrygnęła się i zapaliła światło.  –  Dozorca wyłączył tu ogrzewanie. Może 

zostawię pana samego?

Steven   został   sam   w   dawnym   gabinecie   Ann   Danby.   Pokój   był   duży,   kwadratowy   i 

wysoki jak wszystkie tutaj. Przypominał mu klasę w starej szkole podstawowej. Dwa wysokie 
okna wychodziły na ceglany mur wznoszący się około sześciu metrów dalej. Steven spojrzał 

background image

w   dół   na   brukowany   zaułek.   Wiatr   unosił   śmiecie,   z   głównej   ulicy   dochodziły   światła 
wieczornego ruchu. Westchnął na myśl o pracy w takim miejscu. Usiadł przy biurku i zapalił 
lampę na pulpicie. Żółty krąg światła był przyjazną wyspą w morzu mroku.

Steven zauważył w gabinecie Ann taką samą dbałość o porządek, jak w jej mieszkaniu. 

Każdy projekt, nad którym pracowała, miał osobną przegródkę na półce nad komputerem. Na 
pierwszej stronie każdej  teczki  były informacje  o odpowiednich  plikach w komputerze  – 
głównych i dodatkowych. Ann opracowywała ostatnio nowy system płac dla firmy. Liczba 
informacji   w   teczce   sugerowała,   że   Hilary   Black   nie   powinna   mieć   problemów   z 
dokończeniem projektu. Drugi projekt dotyczył grafiki komputerowej do ilustracji w książce 
o włoskiej architekturze renesansowej, która miała się ukazać późną wiosną.

Rzeczy  osobistych   było  bardzo  mało:  żadnych  prywatnych  listów  czy pocztówek.  W 

notesie na biurku były wyłącznie terminy spotkań służbowych. Z jednym wyjątkiem. Ann 
zapisała   termin   wizyty   u   fryzjera:   środa   siedemnasty   listopada,   godzina   siedemnasta 
trzydzieści,   salon   Marie   Claire.   Data   była   interesująca.   Następnego   dnia   Ann   miała   się 
spotkać z Victorem.

Na   ścianach   wisiały  reprodukcje   słynnych   obrazów,  głównie   Canaletta   i   Moneta,   ale 

również   mniej   znanej   akwareli   Rory’ego   McEwana   przedstawiającej   fiołki   afrykańskie. 
Steven przypuszczał, że należała do Ann. Przyjrzał się obrazowi. Dbałość o drobiazgi była 
bardzo   inspirująca.   Teraz   rozumiał,   dlaczego   Ann   podobał   się   ten   obraz.   Na   gablocie   z 
książkami   stało  kilka  fotografii   w  ramkach:  Ann na  różnych   uroczystościach   firmowych. 
Jedno z tych zdjęć Steven widział w jej mieszkaniu. Miała na sobie różowy kostium i ściskała 
rękę mężczyźnie  w  urzędowym  łańcuchu  na szyi.  W tle  stali  uśmiechnięci  mężczyźni  w 
garniturach. Na innej fotografii Ann była w grupie ludzi. Patrzyli, jak kobieta w wielkim 
kapeluszu przecina wstęgę. Jakieś otwarcie, choć nie wiadomo czego.

– Skryta dziewczyna – mruknął Steven, kiedy skończył. Zgasił światło i wrócił do pokoju 

Hilary Black, żeby oddać klucz.

– Znalazł pan coś? – zapytała.
Steven pokręcił głową.
– Nic ważnego. Widziałem kilka zdjęć...
– Z zeszłorocznych obchodów stulecia firmy – weszła mu w słowo Hilary. – W dużej sali 

na parterze urządziliśmy wystawę naszych książek. Wie pan, jak to jest. Chcieliśmy pokazać 
wszystkie tytuły,  które wydaliśmy.  Przyjechali miejscowi dygnitarze, a otwarcia dokonała 
księżna czegoś tam.

Steven uśmiechnął się na ten brak szacunku.
–  Mało   kto   przyszedł  –  poskarżyła   się   Hilary.  –  Same   typy   z   uniwersytetu.   Ale 

podejrzewam, że tylko oni czytają nasze tytuły.

– Nie widuję waszych książek na półkach w WHSmith – przyznał Steven.
Hilary wzięła z biurka książkę w twardej okładce. Broń starożytnego Rzymu, głosił tytuł.

background image

– Nie jest to wzruszająca opowieść o chłopcu i jego psie.
Steven uśmiechnął się i podziękował za pomoc.
– Nie ma sprawy – odrzekła Hilary.
–  Jeszcze   jedno.   Może   mi  pani   powiedzieć,  jak  trafić  do  salonu  fryzjerskiego  Marie 

Claire?

– To niezupełnie dla pana, ale niedaleko stąd. Po wyjściu od nas proszę skręcić w lewo, a 

potem w drugą przecznicę w prawo.

Na dworze było zimno i mżyło. Wokół zapalonych lamp ulicznych tworzyły się mgliste 

aureole, zmienił się dźwięk opon na mokrym asfalcie. Zaczął się wieczorny szczyt. Steyen 
postanowił   zostawić   samochód   i   poszukać   salonu   pieszo.   Trafił   bez   większego   kłopotu. 
Uderzenie gorąca w wejściu było przyjemne, zapach płynu do trwałej i lakieru trochę mniej. 
Strząsnął deszcz z włosów, opuścił kołnierz i zamknął za sobą drzwi.

– Niestety, zaraz zamykamy – uprzedziła kobieta za półkolistą ladą recepcyjną. – Chce 

się pan umówić?

Steven wyłożył, o co mu chodzi, pokazał legitymację i został przedstawiony właścicielce. 

Blondyna z dużym biustem toczyła przegraną bitwę z nieubłaganym  czasem i maskowała 
swój wiek grubą warstwą makijażu. Zaprosiła go na zaplecze.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytała ochrypłym głosem nałogowej palaczki.
– Mówi pani coś nazwisko Ann Danby? – zaczął Steven.
–  Przez   cały   dzień   nie   rozmawiamy   o   niczym   innym!  –  wykrzyknęła   kobieta.  –  W 

dzisiejszych gazetach piszą, że ta choroba w szpitalu to przez nią. Czesała się u nas zaledwie 
parę tygodni temu. Mam nadzieję, że nic nam nie będzie. Podobno to jakaś afrykańska zaraza. 
Mój Boże... Osobiście ją czesałam.

– Bez obaw – uspokoił ją Steven. – Pamięta pani coś z jej wizyty?
– Co pan ma na myśli?
Steven poszedł na całość.
– Pewnie nie mówiła, dlaczego robi się na bóstwo?
Kobieta zastanowiła się.
– O ile pamiętam, w ogóle mało mówiła. Była bardzo skryta. Albo dyskretna. Zależy, jak 

na to spojrzeć. Trudno było z niej wyciągnąć choćby słowo. Ale w końcu chyba powiedziała, 
że   idzie   na   kolację.   Tak,   na   pewno,   bo   zapytałam   ją   odruchowo,   dokąd   się   wybiera. 
Odpowiedziała, że do Magnolii. Tak, na pewno.

– Jestem tu obcy – wyznał Steven.
– To modny lokal przy hali koncertowej Bridgewater. Ceny nieziemskie, ale żarcie super. 

Chciałabym, żeby ktoś mnie tam zabrał.

Steven zauważył w jej oczach niezbyt subtelną propozycję.
– Kiedyś na pewno zabierze – odrzekł dyplomatycznie. Podziękował za pomoc i wyszedł. 

Halę koncertową znalazł bez trudu, ale dłuższy czas szukał miejsca do zaparkowania.

background image

Magnolia była jeszcze zamknięta; minęła dopiero osiemnasta trzydzieści. Ale w środku 

paliło się światło, więc Steven zapukał. Dopiero po trzecim razie listewki żaluzji na drzwiach 
rozsunęły   się   i   czyjaś   ręka   wskazała   wywieszkę   z   godzinami   otwarcia.   Steven   pokazał 
legitymację, potem wymownym gestem klamkę.

– Trochę nie w porę – powiedział tęgi mężczyzna, który otworzył drzwi. – Spodziewamy 

się dziś kompletu gości i jesteśmy bardzo zajęci. Czy to nie może zaczekać?

Oliwkowa  cera  sugerowała,  że  pochodzi  znad  Morza  Śródziemnego,   ale  dość dobrze 

mówił po angielsku.

– Niestety, nie – odparł Steven i wszedł. – Ale to nie powinno długo potrwać. Chcę tylko 

zadać kilka pytań. Pan jest...?

Mężczyzna zamknął drzwi na klucz i zasunął żaluzje.
– Anthony Pelota. Właściciel tego lokalu. Proszę się streszczać.
– Znał pan kobietę o nazwisku Ann Danby?
– Pierwsze słyszę.
– Jadła tu kolację osiemnastego listopada.
– Mnóstwo osób jada tu kolację, ale nie znam ich osobiście – warknął Pelota.
Steven opisał Ann. Pelota uśmiechnął się protekcjonalnie.
– Tak wygląda osiemdziesiąt procent kobiet, które tu przychodzą.
Steven musiał przyznać, że taki lokal jak Magnolia z pewnością przyciąga sporo kobiet 

po trzydziestce na kierowniczych stanowiskach i ich partnerów.

– Mogę zobaczyć listę rezerwacji na osiemnastego listopada? – zapytał.
Pelota pokręcił głową.
– Nie może pan. To poufne.
Steven się wkurzył.
– Coś mi umknęło? – spytał z irytacją. – Jest pan lekarzem? A może księdzem?
Pelota przestał się uśmiechać.
– Nie, ale Magnolia jest znana z dyskrecji. Tego oczekuje nasza klientela.
– Jestem cholernie dyskretny –  zapewnił Steven.  –  Nie obchodzi mnie, kto się z kim 

pieprzy w Manchesterze. Mimo to chciałbym zobaczyć te rezerwacje.

– A jeśli odmówię?
– Przeszkodzi mi pan w wykonywaniu obowiązków.
– I co?
– Może być wszczęte postępowanie przeciwko panu.
– Taka reklama chyba mi nie zaszkodzi – uśmiechnął się Pelota.
– Jak pan chce – odparł Steven z miną pokerzysty.
Pelota wzruszył ramionami, przyniósł z kąta koktajlbaru książkę rezerwacji i przerzucił 

kartki.   Steven   patrzył,   jak   przy   osiemnastym   listopada   zmienia   mu   się   wyraz   twarzy. 
Zmarszczył czoło, jakby uświadomił sobie coś nieprzyjemnego.

background image

– Przykro mi – powiedział. – Nie mogę panu pomóc.
Steven wyczuł, że dalsze naciskanie nic nie da, Pelota najwyraźniej podjął decyzję.
– Więc musi pan ponieść konsekwencje, panie Pelota.
Odwrócił się, żeby wyjść, ale usłyszał odgłos darcia papieru i obejrzał się. Pelota wyrwał 

kartkę z książki rezerwacji.

– Chyba trochę pan przesadza z tą dyskrecją, panie Pelota – zauważył Steven. – Wygląda 

na to, że coś pan ukrywa.

Wrócił do samochodu. Doszedł do wniosku, że mimo zagrywki Peloty wizyta nie była 

stratą czasu. Dowiedział się czegoś ważnego. Victor nie tylko jest żonaty, ale ma wpływy w 
tym mieście. To nie byle kto.

W drodze powrotnej do hotelu zastanawiał się, czy podjąć jakieś kroki przeciwko Pelocie. 

Facet zatarł jakiś ślad. Można go oczywiście oskarżyć o utrudnianie śledztwa, ale co to da, 
poza zaspokojeniem chęci zemsty? W tej pracy nie ma miejsca na bezsensowne odgrywanie 
się   na   kimś.   To   dobre   dla   dzieci   albo   dla   amatorów.   Zawodowcy   kierują   się   logiką   i 
rozsądkiem, nie złośliwością. Skoro Pelota zniszczył kartkę, będzie musiał powiedzieć, co na 
niej było. Proste. Teraz trzeba wymyślić  sposób, jak wyciągnąć z faceta nazwiska z listy 
rezerwacji.

O trzeciej nad ranem Stevena obudził telefon. Dzwoniła Caroline Andersen.
–  Dziewczynę,   o   której   rozmawialiśmy   wcześniej,   zabrali   do   szpitala   ogólnego  – 

powiedziała. – Obawiam się, że też to ma.

– Niech to szlag.
–  To nie wszystko. Jej brat, ten załogant karetki, zmarł półtorej godziny temu. Cztery 

następne kontakty zgłosiły, że źle się czują.

– Akurat wtedy, kiedy chowasz parasol... – westchnął Steven.
– ...zaczyna lać – dokończyła Caroline. – W każdym razie zebranie zostało przesunięte na 

dziewiątą rano. Obecność obowiązkowa.

– Dzięki za wiadomość – odrzekł Steven.
O   piątej   rano   jego   komórka   zasygnalizowała   przyjście   SMS-a.   Sci-Med   napisał: 

Przeczytaj   e-mail.   Kod   5.   Steven   włączył   laptop   i   załadował   tekst.   Przetarł   oczy,   kiedy 
program dekodujący nadał sens zaszyfrowanej treści. Była krótka: Nowy przypadek gorączki 
krwotocznej potwierdzony w Perth w Szkocji. Nie znaleziono związku z zachorowaniami na 
Heathrow i w Manchesterze. Szczegóły wkrótce.

Steven wpatrywał się w ekran i czytał w kółko słowa „nie znaleziono związku...”
– Jeszcze jedna cholerna zagadka – szepnął. Epidemia bez źródła to najgorszy koszmar 

każdego epidemiologa. Próbował się uspokoić myślą, że sprawy zawsze wyglądają gorzej nad 
ranem. Ale filowirus bez ustalonego pochodzenia mógł zabić tysiące ludzi.

Szczegóły   szkockiego   przypadku   nadeszły,   zanim   wyszedł   do   szpitala.   Ofiarą   był 

czterdziestoletni zastępca dyrektora banku Frank McDougal. Już nie żył. Zmarł w Lecznicy 

background image

Królewskiej w Perth. Zabrano go tam po telefonie żony pod 999. Jego żona, osiemnastoletnia 
córka, pielęgniarka z oddziału wypadków i pomocy doraźnej, oraz portier szpitalny zarazili 
się   i   leżeli   na   oddziale   izolacyjnym   w   tym   samym   szpitalu.   Służba   zdrowia   starała   się 
zlokalizować i odizolować kontakty.

McDougal nie wyjeżdżał za granicę od ostatnich wakacji na Cyprze w lipcu zeszłego 

roku. Nie miał kontaktu z nikim w samolocie z Ndangi ani w Manchesterze. Jego stan został 
zdiagnozowany trzy dni po przyjęciu do szpitala jako wirusowe zapalenie płuc.

–  Jasna  cholera   –  mruknął  Steven.  Zaalarmowało   go, że  szkoccy lekarze  dopiero  po 

trzech  dniach   zorientowali   się,  co jest  nie  tak  z McDougalem.   Coś   trzeba  z  tym  zrobić, 
pomyślał. Ostrzec wszystkie oddziały wypadków  i pomocy doraźnej. Uczulić personel na 
mogące się zdarzać przypadki zakażeń filowinisera. Uprzedzić lekarzy ogólnych.

W sali szpitala ogólnego przywitały go ponure twarze. On też nie miał wesołej miny. 

Wszyscy myśleli o nowym przypadku. Niektórzy dowiedzieli się o nim dopiero po przyjściu 
na zebranie. Steven zaproponował rozesłanie ostrzeżeń.

– W Szkocji zajęło im to aż trzy dni – podkreślił. – Tyle czasu wystarczy, żeby wirus się 

rozprzestrzenił.

Zgodzili się wszyscy z wyjątkiem delegacji Ministerstwa Zdrowia pod wodzą Sinclaira.
–  Może poufny okólnik dla szefów oddziałów wypadkowych –  rzekł Sinclair  –  ale nic 

więcej. Musimy bardzo uważać, żeby nie wywołać ogólnej paniki.

–  Woli pan epidemię?  –  natarł Steven.  –  Ostrzeżenie musi trafić do całego personelu z 

pierwszej linii. Do wszystkich pracowników oddziałów wypadkowych i lekarzy ogólnych,

–  Z całym szacunkiem, doktorze Dunbar, to nie pański ból głowy  –  odrzekł Sinclair z 

uśmiechem, który przypominał Stevenowi Kota z Cheshire z Alicji w Krainie Czarów.

– Ale mój tak – wtrąciła się Caroline Andersen. – I zgadzam się z doktorem Dunbarem. 

Trzeba ostrzec cały personel kliniczny.

– Oczywiście przekażę te sugestie właściwym osobom – obiecał Sinclair – ale to decyzja 

wagi państwowej i musi być podjęta na szczeblu ministerialnym.

– I pewnie w obu parlamentach – mruknął Steven.
– Słucham? – uśmiechnął się Sinclair.
–  Szkoci   mają   własny   parlament  –  przypomniał   mu   Steven.  –  Przypuszczam,   że 

Ministerstwo Zdrowia w Londynie informuje na bieżąco szkockiego ministra zdrowia?

–  Wszystkie zainteresowane strony na pewno znają aktualną sytuację – odparł Sinclair, 

ale jego mina sugerowała, że wbrew tej odpowiedzi strzał był celny.

– Szkoda, że „zainteresowaną stroną” nie był ani personel dyżurny Lecznicy Królewskiej 

w Perth, dokąd trafił McDougal, ani jego lekarz ogólny – zauważył Steven.

Profesor Cane zerknął na niego z drwiącym uśmiechem.
–  Cóż   za   wnikliwe   spojrzenie   wstecz.   Nie   sądzę,   byśmy   mogli   winić   naszego 

londyńskiego kolegę za to, że chce uniknąć ogólnej paniki. Społeczeństwo wciąż słyszy różne 

background image

przerażające historie, a nie mówimy tu o epidemii.

– Właśnie dokładnie o tym mówimy – odparował Steven. – I nie patrzę wstecz, tylko w 

przyszłość.   Domyślam   się,   profesorze,   że   pan   i   pański   zespół   nie   zrobiliście   większego 
postępu w szukaniu przyczyny zachorowań niż ja?

–  Każdy   trop   badamy   na   podstawie   gromadzonych   danych.   Jestem   przekonany   o 

wyższości   rygorystycznego   stosowania   metodologii   epidemiologicznej   nad   używaniem 
jakichś... niekonwencjonalnych sposobów.

Steven zignorował tę uwagę.
– Rozumiem, że odpowiedź brzmi „nie” – rzekł. – Więc mamy trzy ogniska śmiertelnej 

choroby i żadnego pomysłu, skąd się wzięła. Jak tak dalej pójdzie, za kilka tygodni będziemy 
mieć do czynienia z ogólnokrajową epidemią.

– Bez przesady – odparł Cane. – To nie Trzeci Świat. Mamy po swojej stronie naukową 

wiedzę medyczną. Panika byłaby większym wrogiem niż wirus.

– Brawo, brawo – poparł go Sinclair.
–  Trzeba więc znaleźć złoty środek  –  powiedział Steven.  – Samo „zaufajcie nam”  nie 

wystarczy. Musimy być pewni, że szpitale czuwają. To bezwzględna konieczność.

–  Czy nie zapewnia tego obowiązek zgłaszania takich chorób?  –  zapytał szef delegacji 

pracowników socjalnych Alan Morley.

–  Tej   choroby   nie   ma   na   liście  –  odrzekł   z   lekkim   zakłopotaniem   Byars.   Widząc 

zdumione spojrzenia, dodał: – Po prostu dlatego, że to nowy wirus. Przypuszczam, że władze 
nie wiedzą, jak go nazwać.

–  Czy mogę zaproponować, żeby  „władze”  mimo  wszystko  wciągnęły go na listę?  – 

zapytał Steven. – Nawet gdyby na razie miały go nazwać Mary Jane?

– We właściwym czasie – odparł Sinclair.
Zapadła cisza i jego słowa zawisły w powietrzu.
–   Panowie   –  przerwała   milczenie   Caroline   Anderson  –  naprawdę   musimy   się   zająć 

pilniejszymi sprawami. Mamy jeden nowy przypadek i cztery ewentualne.

– Wszystkie w tym szpitalu – podkreślił George Byars. – Ale jesteśmy ograniczeni ilością 

miejsca i odpowiednio wyszkolonych pielęgniarek. Nie wiem, jak sobie dalej poradzimy.

–  Jest więcej  niż prawdopodobne, że na tym  się skończy  –  uspokoił go Cane.  –  Do 

Gwiazdki będzie po wszystkim.

Roześmiał się z własnego dowcipu i jego zespół posłusznie mu zawtórował. Steven nie 

mógł się pozbyć  myśli, że kiedy ostatni raz ktoś ważny tak powiedział, wojna światowa 
trwała pięć lat.

–  Uważam, że mimo to powinniśmy przynajmniej ułożyć plan awaryjny na wypadek, 

gdyby nieszczęśliwym trafem to wszystko trwało dłużej, niż się spodziewamy – zaryzykował 
Byars, brnąc na palcach przez pole minowe wybujałych ego.

–  Zgadzam się z tym  –  odezwała się przełożona pielęgniarek panna Christie.  –  Moim 

background image

zdaniem, dobrze byłoby powiększyć naszą bazę pielęgniarską poprzez szkolenie ochotniczek 
z innych szpitali.

– Moglibyśmy też porozmawiać z gminą o udostępnieniu nam wolnych lokali w sytuacji, 

gdyby nieszczęśliwie zaistniała taka potrzeba – dodał Byars.

Cane  wzruszył   ramionami,  jakby nie  chciał  mieć  z  tym   nic  wspólnego,  i  zerknął   na 

zegarek.

– Za dziesięć minut mam rozmawiać z moimi szkockimi kolegami o wybuchu choroby w 

Perth – oznajmił. – Liczymy, że uda nam się znaleźć wspólne ogniwo.

– Życzę szczęścia – powiedział Steven.
– My wszyscy również – dorzucił Byars. – Proponuję, żebyśmy spotkali się jutro rano w 

tym samym gronie i ocenili sytuację. Panno Christie, proszę skontaktować się z koleżankami 
w innych szpitalach i przedstawić im swój pomysł. A pan Morely mógłby porozmawiać z 
odpowiednimi osobami w gminie o lokalach. Oczywiście tylko na wszelki wypadek.

Steyen wyszedł z zebrania z Caroline Andersen.
–  Wygląda pani jak kobieta, której przydałaby się filiżanka kawy  –  powiedział, kiedy 

odłączyli się od innych.

– W tej chwili oddałabym za to duszę – przyznała.
– Nie będzie takiej potrzeby – uśmiechnął się Steven.
Znaleźli miejscowy hotel i usiedli przy oknie w jadalni śniadaniowej. Zamówili kawę i 

tosty.

Steven zauważył, że Caroline jest czymś zaabsorbowana.
– O co chodzi? – zapytał.
–  O tę cholerną dyskotekę  – odparła.  –  Ta dziewczyna jednak zachorowała i mam złe 

przeczucia. Zaczynam żałować, że wczoraj nie ogłosiłam apelu.

– Wczoraj było inaczej i uważam, że dobrze pani zrobiła. Apel nic by nie zmienił. Nie 

mogła pani zgarnąć z ulicy dwustu osób i zamknąć ich na dwa czy trzy tygodnie. Mogłaby ich 
pani co najwyżej przekonywać, żeby zostali w domu przez okres, kiedy mogą zarazić innych. 
Ale najprawdopodobniej i tak już zarazili swoje rodziny.

Caroline popatrzyła na niego i uśmiechnęła się.
– Dzięki za wsparcie. Ale paskudnie się czuję, bo... bo nie...
– Bo nie załatwiła pani tego dokładnie po książkowemu i będzie pani bezbronna, gdyby 

sytuacja zrobiła się gówniana?

– Mówi pan tak, jakby znał pan to uczucie.
– To mój życiowy problem – przyznał Steven. – Robienie tego, co trzeba, nie jest nawet 

w przybliżeniu  takie  łatwe, jak ludzie  sobie wyobrażają. W pani wypadku  książka  może 
mówić, że wystraszenie na śmierć dwustu dzieciaków to dobry pomysł, ale oboje wiemy, iż 
jest inaczej. Zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z chorobą, z którą nie możemy nic zrobić.

– Dzięki. Doceniam pańskie wsparcie.

background image

–  Właściwie   chciałbym   panią   poprosić   o   zrobienie   jeszcze   jednej   rzeczy   nie   według 

książki.

– Stąd ta kawa – uśmiechnęła się Caroline.
– Kawa nie ma z tym nic wspólnego – zapewnił. – Mogłaby mi pani wypożyczyć kogoś 

ze swoich ludzi do inspekcji w pewnej restauracji?

– Chyba tak... – odrzekła ostrożnie.
– Dzień w dzień, dopóki nie powiem stop?
Caroline wytrzeszczyła oczy.
– Pan żartuje?
– Nigdy nie mówiłem bardziej serio.

background image

9

Edynburg

Paul Grossart podciągnął spodnie i podszedł do recepcji hotelu George. Ostatnio tracił na 

wadze i ubrania zaczynały na nim wisieć.

–  Jestem tu umówiony na kolację z panem Vance’em –  powiedział do recepcjonistki i 

pomyślał, że kolacja to ostatnia rzecz, na którą ma ochotę. Od jakiegoś czasu jedzenie ledwo 
przechodziło mu przez gardło.

Dziewczyna w służbowym uniformie z wyraźnym szkockim motywem odgarnęła do tyłu 

włosy i zajrzała do małego liniowanego notesu.

– Pan Vance wynajął na dzisiejszy wieczór prywatną salę, panie...?
– Grossart.
– Panie Grossart – uśmiechnęła się. – William zaprowadzi pana na górę.
Przywołała krępego portiera czającego się przy schodach. Grossart wszedł do małej sali, 

gdzie zastał Vance’a pogrążonego w rozmowie z dwoma mężczyznami. Nie wyglądali na 
naukowców; byli za dobrze ubrani.

Vance wstał.
–  Chodź,   Paul.   Pomyślałem,   że   tym   razem   lepiej   będzie   spotkać   się   na   neutralnym 

gruncie. Napijesz się?

Grossart poprosił o dżin z tonikiem. Vance zamówił dla niego drinka, potem przedstawił 

mu swoich towarzyszy.

–  To Clyde Miller, spec od sytuacji kryzysowych. A to doktor Lee Chambers, jeden z 

naszych firmowych lekarzy i specjalista od chorób zakaźnych.

Grossart uścisnął dłonie obu mężczyznom i usiadł.
– Jak wygląda sytuacja? – zapytał Vance.
Grossart spojrzał na niego, jakby usłyszał sprośną propozycję.
–  Przecież   wiesz  –  odparł   ostro.  –  Oboje   moich   ludzi   w   stacji   doświadczalnej 

zachorowało. Dlatego tu jesteś, do cholery. Posłuchaj, Hiram. To zaszło za daleko. Trzeba z 

background image

tym skończyć, wycofać się.

Vance przyjrzał mu się chłodno.
– Obawiam się, że nie da rady. Siedzimy w tym razem i nie ma odwrotu.
Zabrzmiało to tak nieodwołalnie, że Grossarta na moment zatkało.
– A co, do cholery, zrobię z moimi ludźmi w Walii? – zapytał, gdy odzyskał mowę.
– Nic – odrzekł Vance. – Zupełnie nic. Dlatego są tu Clyde i Lee. Jutro rano pojadą do 

Walii i zajmą się wszystkim. Dopilnują, żeby w razie potrzeby twoi ludzie dostali najlepszą 
opiekę. Obiecuję, że niczego im nie zabraknie. Musisz tylko...

Grossart patrzył na niego wyczekująco.
–  Musisz tylko spławić rodziny, kiedy zaczną zadawać niewygodne pytania. Będziemy 

musieli   przerwać   bezpośrednią   łączność   ze   stacją   doświadczalną,   dopóki   sytuacja   nie 
wyklaruje się w ten czy inny sposób, więc na pewno zaczną się czepiać.

– A co im powiem, do cholery? – natarł Grossart.
Vance pochylił się do przodu. Z jego twarzy zniknęły wszelkie ślady dobrego humoru.
– Wykaż się inicjatywą, Paul. Za to ci, kurwa, płacę!

Manchester

W Manchesterze spadł pierwszy śnieg. Na ulicach szybko zamienił się w brunatną breję, 

ale w parkach i ogrodach leżał dłużej. Co za ironia, myślał Steven, że taki czarny dzień otula 
biała powłoka. Do miejskiego szpitala ogólnego przyjęto dwanaście nowych przypadków. Na 
szczęście wszystkie były znanymi kontaktami. W Perth zachorowały trzy nowe osoby, też 
znane kontakty zmarłego Franka McDougala.

Jack Cane unikał wzroku innych, gdy na porannym zebraniu oznajmił cicho, że nie udało 

się ustalić związku między zachorowaniami w Manchesterze i w Szkocji i prawdopodobnie 
nic z tego nie będzie. Jego zespół pracował niemal całą dobę wspólnie ze szkockimi kolegami 
i do niczego nie doszli.

– To draństwo jakby spadało z nieba – powiedział ze zmęczoną miną.
Steven nie czuł satysfakcji, że Cane stracił całą pewność siebie i wygląda na załamanego.
Po słowach Cane’a zapadła trzydziestosekundowa cisza. Pierwszy odezwał się George 

Byars:

– Więc sytuacja nie jest dobra.
– Jedna z moich pielęgniarek na oddziale specjalnym zgłosiła dziś rano, że jest chora – 

zameldowała panna Christie. – To chyba coś poważnego. W zeszłym tygodniu skaleczyła się 
igłą przy zmianie kroplówki. Pacjent był półprzytomny, poruszył się gwałtownie i igła weszła 
jej przez skafander prosto w ramię.

– Przykro mi – odrzekł cicho Byars.
Inni   też   wymruczeli   wyrazy   współczucia.   Nagle   uświadomili   sobie   boleśnie,   że   są 

background image

zupełnie bezradni w walce z wirusem.

– To na pewno źle wpłynie na morale pielęgniarek – uprzedziła panna Christie. – Ubiory 

ochronne są dobre w laboratorium, gdzie wirus jest pod kontrolą w probówce. Ale kiedy jego 
źródłem jest nieprzytomny pacjent, który wymachuje rękami, wymiotuje i krwawi, sytuacja 
jest zupełnie inna.

–  Brak   mi   słów   uznania   dla   pani   personelu,   panno   Christie  –  powiedział   Byars.  – 

Doskonale zdaję sobie sprawę, że na tym etapie lekarze niewiele mogą zrobić. Pacjentom 
pozostają jedynie pielęgniarki. Proszę je zapewnić, że doceniamy ich ofiarność, i przekazać 
nasze podziękowania.

Panna Christie skinęła głową i obiecała, że przekaże.
–  Co do morale,  gazety też nam nie pomagają  –  zauważył  ktoś z zespołu Cane’a. – 

Widzieli państwo ostatni tytuł? To straszenie ludzi.

Podniósł   do   góry   pierwszą   stronę   z   nagłówkiem:   ZABÓJCZY   WIRUS   ATAKUJE 

MIASTO.

– Ludzie zaczynają panikować – przytaknął Morely. – To się czuje. Strach zrodzi gniew i 

będą szukać winnego.

– Może zaapelować o spokój? – podsunęła jedna ze starszych pielęgniarek. – W lokalnym 

radiu i telewizji.

–  Równie   dobrze   mogłaby   pani   pokazać   wielki   napis   PANIKA!  –  odparła   Caroline 

Andersen.  –  Ludzie   już   nie   zwracają   uwagi   na   takie   apele.   W   przeszłości   za   często   ich 
oszukiwano.

–  A jakie postępy poczynił  poczciwy doktor Dunbar, jeśli wolno spytać?  –  zagadnął 

Cane.

–  Niewiele   większe   niż   pan   i   pański   zespół,   profesorze  –  odparł   Steven,   choć   był 

zadowolony,   że   naukowiec   nie   stracił   jeszcze   woli   walki.  –  Ale   mam   przynajmniej   ślad 
prowadzący do zachorowań w Manchesterze i idę tym tropem.

Cane przełknął. Wydawał się zakłopotany tą wiadomością.
– Podzieli się pan tym z nami czy detektywi Sci-Medu wolą grać samotnych szeryfów?
– Dla dobra sprawy wszystko, profesorze – odpowiedział spokojnie Steven. – Ann Danby 

miała przyjaciela. Staram się ustalić jego tożsamość.

Cane spojrzał na swoich ludzi, którzy pokręcili głowami jak na komendę.
– Mój zespół nie zgadza się z tym – oświadczył. – Już to dokładnie sprawdziliśmy.
– Trzymała to w ścisłej tajemnicy, ale miała kogoś – nie ustępował Steven. – Znam już 

jego imię: Victor. Prawie na pewno jest żonaty i ma w tym mieście wysoką pozycję.

– Ale tylko pan wie o tym Victorze – odparł Cane z ledwo maskowaną drwiną w głosie.
– Nie – zaprzeczył spokojnie Steven. – Kilka innych osób też. Muszę je tylko nakłonić do 

zwierzeń.

Caroline Andersen popatrzyła na niego wielkimi oczami jakby nagle zdała sobie sprawę, 

background image

że poprosił ją o wywarcie nacisku na Pelotę. Steven zbył jej spojrzenie lekkim wzruszeniem 
ramion i uniesieniem brwi.

– I sugeruje pan, że ten człowiek zaraził pannę Danby? – zapytał Cane.
– Uważam to za całkiem możliwe. Więcej nie mogę na razie powiedzieć.
– Więc z zapartym tchem będziemy czekać na dalszy ciąg – odrzekł Cane.
– To chyba nasz jedyny trop, więc życzę panu powodzenia, doktorze – dodał Byars.
Wszyscy zamruczeli potakująco, z wyjątkiem zespołu Cane’a. Jego ludzie zbili się w 

grupkę i zaczęli szeptać między sobą.

– Chciałbym państwu przypomnieć – ciągnął Byars – że to nasza wspólna sprawa. Tu nie 

ma miejsca na osobiste ambicje i akademicką zawiść.

– Brawo, brawo – rzekł Cane, choć wiedział, że ta uwaga dotyczy właśnie jego.
–  Jeśli mamy pokonać tego wirusa  –  mówił dalej Byars  –  musimy trzymać nerwy na 

wodzy i współpracować.

Po raz pierwszy tego ranka odezwał się Sinclair.
–  Obawiam się, że za kilka dni ktoś inny może wziąć sprawy w swoje ręce. Wiem od 

moich przełożonych, że kiedy tu rozmawiamy, zbiera się rządowy sztab kryzysowy. Jeśli do 
końca tygodnia przybędzie zachorowań, wkroczą do akcji. Mówi się też o skorzystaniu z 
pomocy Ośrodka Zwalczania Chorób w Atlancie w Georgii.

– Chcecie ściągnąć Amerykanów? – żachnął się Cane. – Czy to nie przesada?
Sinclair uśmiechnął się swoim wyćwiczonym uśmiechem dyplomaty.
– Chyba nie muszę panu mówić, że rząd Jej Królewskiej Mości nie może sobie pozwolić 

na zarzut przyglądania się tej sprawie z założonymi rękami?

– Więc robi wielki gest, tak? – zadrwił Cane.
– Ośrodek w Atlancie ma największe doświadczenie w zwalczaniu wirusów afrykańskich 

– odparował Sinclair.

Po zebraniu Caroline Anderson zaatakowała Stevena.
– Więc to dlatego prosił mnie pan, żebym gnębiła praworządnego obywatela.
–  Tydzień przed śmiercią Ann Danby jadła w jego restauracji kolację z tajemniczym 

Victorem – wyjaśnił Steven. – Pelota wie, kto to jest, ale nie chce mi powiedzieć. Czy pani 
ludzie już u niego byli?

Caroline przytaknęła.
– Nie był zachwycony.
– To dobrze – odrzekł Steven. – Teraz najbardziej martwi mnie, że ten Victor może być 

zdrowym nosicielem choroby i nawet o tym nie wie.

–  To byłby koszmar  –  zgodziła  się Caroline  –  ale  jeszcze  nie zdarzył  się przypadek 

nosiciela filowirusa.

– Trzymam się tego jak ostatniej deski ratunku – wyznał Steven. – Ale to by znaczyło, że 

albo zaraził Ann, będąc w okresie inkubacji choroby i sam powinien zachorować, albo że 

background image

wyzdrowiał i nawet nie wiedział, że to miał, co brzmi równie nieprawdopodobnie.

– Więc co robić? – spytała Caroline.
– Trzeba mocniej potrząsnąć Pelotą – odpowiedział Steven.
Do końca tygodnia sytuacja jeszcze się pogorszyła. Między czwartkiem a niedzielą do 

miejskiego szpitala ogólnego przyjęto trzydzieści nowych przypadków. Możliwości personelu 
pielęgniarskiego   i   urządzeń   na   oddziale   doszły   do   punktu   krytycznego.   Jedyną   pociechę 
stanowił   fakt,   że   nowi   chorzy   byli   znanymi   kontaktami   wcześniejszych   pacjentów;   nie 
wyskoczyła   żadna   nowa  „zagadkowa   karta”.   Troje   nowych   chorych   kontaktowało   się   z 
dziewczyną, która przerwała kwarantannę i poszła do dyskoteki.

W sobotę przyjechała delegacja sztabu kryzysowego i doradcy z Ośrodka Zwalczania 

Chorób w Atlancie – dwaj wirusolodzy i epidemiolog. Steven podejrzewał, że sytuacja może 
być konfliktowa, więc postanowił trzymać się z daleka. Ale był zadowolony, kiedy jednym z 
delegatów sztabu kryzysowego okazał się Fred Cummings. Umówili się na sobotni wieczór w 
hotelu Stevena.

W   niedzielę   gazety   zdecydowały   się   nadać   wybuchowi   choroby   status   epidemii. 

Zignorowały   oficjalne   dane   przeczące   temu   określeniu,   ale   nikt   zbytnio   nie   protestował. 
Umierali ludzie, więc nazwa nie była ważna. W ciągu ostatnich dwóch dni zmarło pięć osób, 
jedenaście walczyło ze śmiercią. Politycy uznali, że warto wykorzystać zainteresowanie prasy 
Manchesterem i pokazać się w mieście. Zlatywali  się na północ jak ćmy do płomienia i 
wygłaszali   swoje   opinie   przerażonemu   społeczeństwu.   Urzędujący   ministrowie   chwalili 
odpowiednie   władze   lokalne,   rzecznicy   opozycji   oskarżali   je   o   nieudolność   i   zatajanie 
prawdy.

Przed zejściem na spotkanie z Fredem Cummingsem Steven oglądał w swoim pokoju 

hotelowym regionalne wiadomości. Debata między labourzystowskim ministrem zdrowia a 
miejscowym konserwatywnym parlamentarzystą  – przedstawionym jako „rzecznik gabinetu 
cieni do spraw zdrowia” – zaostrzała się. Labourzysta utrzymywał, że wybuchem choroby od 
początku   zajęto   się   w   podręcznikowy   sposób.   Konserwatysta   twierdził,   że   ma  „niezbity 
dowód”, iż było inaczej i choroba rozprzestrzeniła się z winy społecznej służby zdrowia w 
Manchesterze.

Poproszony o konkrety, zaczął opowiadać o dziewczynie z dyskoteki.
– Jak można było pozwolić, żeby dziewczyna we wczesnym stadium zabójczej choroby, 

figurująca już na liście służby zdrowia jako znany kontakt i bardzo prawdopodobna ofiara 
zakażenia,   poszła   do   zatłoczonej   dyskoteki   śródmiejskiej?   –  pytał   retorycznie 
parlamentarzysta.  –  I   jakie   kroki   później   podjęto,   żeby   ostrzec   ludzi   o   zagrożeniu   w   tej 
dyskotece? Żadnych. Absolutnie żadnych.

Minister został zepchnięty do defensywy. Bronił się słabo, mówiąc że „nie jest w stanie 

rozmawiać o indywidualnych przypadkach”.

Stevena ogarnęły złe przeczucia. Ostra polemika była doskonałym  tematem dla prasy 

background image

porannej. Obawiał się, że jeśli gazety to wykorzystają, Caroline Anderson będzie zupełnie 
bezbronna.

Fred   Cummings   czekał   w   zatłoczonym   barze   hotelowym.   Był   w   jednej   ze   swoich 

krzykliwych marynarek sportowych, miał też jasnoniebieski krawat w poziome żółte paski. 
Steven   zastanawiał   się   przez   moment,   czy   facet   nie   jest   daltonistą.   Potem   pomyślał,   że 
przynajmniej łatwo go znaleźć w tłumie.

– Więc Manchester, nie Londyn – powiedział na powitanie.
Cummings wstał i uścisnął mu rękę.
– Żadna pociecha – odrzekł. – Myślałem, że twój udział w tej sprawie już się skończył.
Steven wyjaśnił, że dostał zadanie wytropienia tutejszego źródła wybuchu choroby.
–   Niektórzy   zawsze   dostają   najlepszą   robotę  –  zauważył   Cummings.  –  Heathrow, 

Manchester, a teraz Szkocja. I ani śladu związku, o ile wiem.

– Mniej więcej – zgodził się Steven.
– Odpowiedź sama się nasuwa – mruknął w zamyśleniu Cummings.
– Jaka?
– Terroryści.
– Mówisz poważnie?
–  Trzy   wybuchy   choroby   w   różnych   miejscach.   Nieznany   wcześniej   wirus.   Wysoka 

śmiertelność. Nie uważasz, że to możliwe?

– Szczerze mówiąc, nie przyszło mi to do głowy – odparł Steven. – Ale masz rację, to 

możliwe.   Choć   mało   prawdopodobne.   Trzy   indywidualne   cele?   Urzędnik   państwowy   z 
Londynu, programistka z Manchesteru i dyrektor banku ze Szkocji?

– Dobrze myślisz, Dunbar – pochwalił Cummings. – To tylko spekulacje. Mów, co tu jest 

grane i kto tu rządzi.

Steven wprowadził go w sytuację i szczerze ocenił ludzi zajmujących się problemem. 

Powiedział, że jego zdaniem znają się na rzeczy.

– Kto jest od epidemiologii? – zapytał Cummings.
– Profesor Jack Cane.
– Skrzywiony Cane?! Ciągle ma taką minę, jakby ktoś dolał mu octu do herbaty?
– Fakt, rzadko się uśmiecha – przyznał Steven. – Ale nie ma powodu. Wkurza go moja 

obecność.

–  Cały on. Wszystko według książki. Jack i wyobraźnia to jak Tony Blair i socjalizm; 

dwie sprzeczności.

Steven roześmiał się.
– Nie oceniasz go zbyt wysoko.
– Facet, który w akademii medycznej był najgorszy na roku, musi gdzieś pracować.
– Ma niezłe stanowisko – zauważył Steven.
– Bo ożenił się z córką wiceministra – wyjaśnił Cummings. – O ile pamiętam, fatalnie się 

background image

ubierała.

Steven omal nie zakrztusił się drinkiem.
–  Ale nie wolno źle mówić o bezmózgowcach  –  powiedział Cummings i wstał, żeby 

przynieść następną kolejkę. – A ta babka z miejscowej służby zdrowia, Anderson? – zapytał 
po powrocie.

– Jest bardzo dobra, ale boję się o nią – odrzekł Steven. – W przeciwieństwie do twojego 

przyjaciela Cane’a nie zawsze trzyma się książki. W pewnym momencie odważyła się użyć 
zdrowego rozsądku i obawiam się, że drogo za to zapłaci.

Opowiedział o decyzji Caroline, żeby nie nagłaśniać wypadu dziewczyny do dyskoteki, i 

o debacie telewizyjnej.

– Kiepska sprawa – przyznał Cummings. – Bogowie mogą zażądać ofiary.
I   tak   się   stało.   Poniedziałkowa   prasa   zrobiła   z   Caroline   Andersen   kozła   ofiarnego. 

Obwiniła   ją   o   dopuszczenie   do   rozprzestrzenienia   się   choroby   w   mieście   przez  „brak 
zdecydowanego działania we właściwym momencie”, jak to ujęła jedna z gazet. Inna krakała, 
że  „błąd  szefowej   służby  zdrowia   zagraża   miastu”.  O   piętnastej   Caroline   musiała  złożyć 
rezygnację.

Steven   zadzwonił   do   niej,   żeby   powiedzieć,   jak   mu   jest   przykro.   Była   najwyraźniej 

oszołomiona tempem wypadków.

–  Nawet   nie   słuchali,   co   mówię  –  poskarżyła   się.  –  Podjęli   decyzję,   zanim   mnie 

zobaczyli.

– Teraz to pewnie mała pociecha, ale postąpiła pani słusznie – zapewnił Steven.
– Dzięki, ale mam wrażenie, że ludzie mnie unikają,
– Bo jest im głupio – odrzekł Steven. – Nie wiedzą, co powiedzieć.
Ledwo odłożył słuchawkę, zadzwonił telefon.
– W porządku, Dunbar, wygrałeś – usłyszał głos, którego nie rozpoznał.
– Przepraszam, ale kto mówi?
– Zdejmij ze mnie tych skurwieli ze służby zdrowia, to powiem ci, co chcesz wiedzieć. 

Psują mi interes.

Wszystko stało się jasne. Anthony Pelota.
– Dziś zamykamy o północy. O ile ktoś przyjdzie do lokalu po tym, co mi zrobili ci twoi 

skurwiele. Wpadnij, to ci powiem.

– Dobra, mamy randkę – zgodził się Steven.
Ucieszyła go perspektywa postępu w śledztwie. Nareszcie. Może już nie będzie musiał 

przyciskać  matki  Ann Danby.  Państwo Danby wydawali  się porządnymi  ludźmi,  których 
życie   wywróciło   się   do   góry   nogami   po   śmierci   córki.   Podejrzewał,   że   zawsze   byli 
szanowani, a teraz musieli sobie poradzić nie tylko z faktem samobójstwa Ann, ale również z 
zarzutami, że była źródłem zabójczej choroby. W dodatku kilka brukowców zrobiło z niej 
narkomankę   i   dziwkę.   Starsi   państwo  na   pewno   nie   zasługiwali   na  to,   żeby  dręczyć   ich 

background image

pytaniami o życie seksualne córki.

O szóstej po południu Steven zadzwonił do własnej córki. Chciał przeprosić Jenny, że nie 

przyjechał na weekend. Najpierw porozmawiał z Sue, żeby wybadać, jak stoją sprawy.

– Zero  problemów  –  uspokoiła  go.  –  Jenny była  oczywiście  zawiedziona,  ale  szkoła 

organizuje jarmark świąteczny i dzieciaki robią dekoracje. Wszyscy troje są strasznie zajęci. 
Działka Jenny to zielone gwiazdy.

– Duża odpowiedzialność – stwierdził Steven.
– Żebyś wiedział – odparła Sue. – Dam ci ją.
Jenny podeszła do telefonu. Steven usłyszał wesołe „cześć, tatusiu” i jak zwykle poczuł 

ucisk w gardle.

– Cześć, skarbie. Co u ciebie?
– Jestem bardzo, bardzo, bardzo zajęta. Robię gwiazdy do sali w szkole. Piękne, zielone.
–  To   będą   na   pewno   najpiękniejsze   zielone   gwiazdy,   jakie   ktokolwiek   kiedykolwiek 

widział  –  odrzekł Steven.  –  Nie mogę się doczekać, kiedy je zobaczę. Przepraszam, że nie 
mogłem przyjechać w ten weekend, Jenny.

–  Nie szkodzi tatusiu. Ciocia Sue mówiła, że musiałeś pomagać chorym ludziom, żeby 

wyzdrowieli. Dziś rano modliliśmy się za nich w szkole. Panna Jackson mówiła, że są bardzo 
chorzy.

–  Są,   skarbie.   Im   prędzej   się   dowiem,   skąd   pochodzą   zarazki,   tym   prędzej   ludzie 

przestaną chorować.

– Więc lepiej bierz się do tego. Cześć, tatusiu.
– Cześć, skarbie. Kocham cię.
– Ja też cię kocham, tatusiu.
Na linię wróciła Sue.
– Ile może potrwać ta epidemia? – zapytała. – Podawali, że w Perth były dziś trzy nowe 

przypadki.

– Coś mi mówi, że będzie jeszcze gorzej, zanim będzie lepiej – odparł Steven. – Prawda 

jest taka, że w tropieniu źródła choroby jesteśmy w punkcie wyjścia.

– To niewesoło.
Steven   przytaknął.   Zanim   się   rozłączył,   zamienił   kilka   słów   z   dziećmi   Sue,   Mary   i 

Robinem. Zapytali, czy będą mogli znów pojechać do zoo w czasie jego następnej wizyty w 
Szkocji. Odpowiedź „może” uznały za wiążącą obietnicę.

Ulice wokół Magnolii były ciemne i prawie puste, gdy Steven przyjechał tam tuż po 

północy.   Śnieg   stopniał,   a   zamarznięte   chodniki   lśniły   od   lodu.   W   restauracji   paliło   się 
światło,  ale  żaluzje  były  zasunięte  i na drzwiach  wisiała  tabliczka  NIECZYNNE. Steven 
zapukał w szybę. Nikt nie odpowiedział. Spróbował jeszcze kilka razy, w końcu uznał, że 
Pelota zmienił zdanie.

– Jasna cholera! – mruknął ze złością. Gwałtownie nacisnął klamkę i ku jego zaskoczeniu 

background image

drzwi się otworzyły.

Wszedł i zawołał Pelotę. Nikt nie odpowiedział. Rozejrzał się. W restauracji było ciepło, 

na wszystkich stolikach paliły się lampki, w tle leciała cicha muzyka Mozarta. Poszedł na 
zaplecze i pchnął drzwi do kuchni. Pelota leżał na podłodze w kałuży krwi.

– Jezu Chryste! – wykrzyknął Steven.
Pochylił się, żeby obejrzeć ciało skulone w pozycji embrionalnej tyłem do niego. Pelota 

jeszcze żył. Chwycił Stevena za rękę i odwrócił się twarzą do niego. Miał wytrzeszczone 
oczy, wargi ściągnięte w agonii odsłaniały zęby. Chciał coś powiedzieć, ależ ust wypłynęła 
krwawa piana. Steven zobaczył nóż kuchenny wbity w jego brzuch.

– Nic nie mów, stary – powiedział.
Oswobodził   się   z   uścisku   Peloty   i   sięgnął   do   kieszeni   po   komórkę.   Wystukał   trzy 

dziewiątki i poprosił o karetkę i policję. Podał tylko niezbędne informacje. Wiedział, że jeśli 
się   pospieszy,   jego   umiejętności   lekarskie   mogą   uratować   Pelocie   życie.   Zdjął   kurtkę, 
podwinął rękawy i włożył plastikowe rękawiczki kuchenne. Złapał czysty obrus i zabrał się 
do tamowania krwi.

Rany brzucha zawsze są groźne; Peloty była  szczególnie  paskudna. Miał uszkodzone 

jelita i zawartość wyciekała do otrzewnej, zwiększając niebezpieczeństwo infekcji. Steven 
udzielał   pierwszej   pomocy,   cały   czas   zapewniając   rannego,   że   pomoc   jest   w   drodze   i 
wszystko będzie dobrze. Pelota zemdlał, więc sprawdził tętno na szyi. Wyczuł je, ale było 
słabe.

Ostatni   raz   opatrywał   taką   ranę   w   pustynnej   niecce   podczas   operacji   na   Bliskim 

Wschodzie. Pacjentem był żołnierz z jego oddziału, który wpadł w pułapkę i granat rozerwał 
mu wnętrzności. Nie udało się go uratować, bo specjalistyczna pomoc przybyła za późno. 
Pelota miał tylko minimalnie większe szanse, i to pod warunkiem, że w porę znajdzie się w 
szpitalu. Stracił już mnóstwo krwi.

Eine   kleine   Nachtmusik  Mozarta   zagłuszył   jeszcze   piękniejszy   dźwięk   nadjeżdżającej 

karetki.   Do   chóru   dołączyło   wycie   radiowozu.   Przyjazd   policji   skłonił   Stevena   do 
zastanowienia się nad kryminalnym aspektem tego, co zaszło. Pelota miał w brzuchu nóż 
kuchenny z kościaną rękojeścią. Raczej nie wbił go sobie sam. Czy próba zabójstwa miała coś 
wspólnego z jego decyzją wyjawienia, kim jest kochanek Ann Danby? Przerażająca myśl. 
Dlaczego   utrzymanie   tego   romansu   w   tajemnicy   jest   takie   ważne?   Co   od   tego   zależy? 
Małżeństwo? Kariera? Reputacja? Wszystko razem?

Karetka zatrzymała się przed drzwiami i do restauracji weszli dwaj ratownicy medyczni 

ze sprzętem lekarskim. Na widok mężczyzny na podłodze zamarli.

– Rany boskie! – krzyknął jeden.
– Co to, kurwa, jest?! – zawołał drugi.
– Dostał nożem w brzuch. Ma uszkodzone jelita. Trzeba mu szybko dać kroplówkę.
– A pan to kto? – zapytał podejrzliwie pierwszy ratownik.

background image

– Jestem lekarzem. Ten człowiek potrzebuje natychmiastowej pomocy.
– Nikt nic nie mówił o takim krwotoku. Trzeba zaczekać na zespół specjalny.
Steven nie wierzył własnym uszom.
– Co?! – wrzasnął.
Facet popatrzył na Pelotę.
–  Przypadkami   wysokiego   ryzyka   zakażenia   wirusem   zajmuje   się   specjalny   zespół  – 

odparł.

– To nie ma nie wspólnego z wirusem! – krzyknął Steven. – Dźgnięto go nożem, na litość 

boską! Jeśli zaraz nie trafi do szpitala, będzie po nim.

– Wezwiemy zespół specjalny – odrzekł ratownik. Skinął na kolegę i wyszli.
Zjawiła się załoga radiowozu.
– Jasna cholera – mruknął pierwszy gliniarz. – Nikt nie mówił, że to krwawe zabójstwo.
– Na razie próba zabójstwa – wycedził Steven przez zaciśnięte zęby. – On jeszcze żyje, 

ale musi pojechać do szpitala.

Przyjechał   drugi   wóz   policyjny.   Weszli   dwaj   detektywi   z   CID  –  Śledczego   Urzędu 

Kryminalnego.

– Proszę odsunąć się od ofiary – polecił pierwszy.
Steven podniósł wzrok znad prowizorycznego tamponu przy brzuchu Peloty.
– Jeśli to zostawię, on umrze – powiedział. – Z waszej winy.
– Załoga karetki na pewno wie, co robi. Proszę się cofnąć...
–  Załoga karetki wzywa drugą karetkę  –  przerwał mu Steven.  –  Jestem lekarzem i na 

razie tylko ja próbuję go ratować.

Do restauracji wrócił jeden z ratowników medycznych.
– Przyjadą za dziesięć minut – oznajmił. – W tej chwili wszystkie wozy specjalne są na 

wezwaniach.

Policjanci   i   ratownicy   porozmawiali   krótko   między   sobą.   Steven   nadal   starał   się 

zatamować   krwotok.   Załoga   karetki   zdecydowanie   odmówiła   dotknięcia   rannego   bez 
specjalnych antywirusowych skafandrów ochronnych.

– Więc dajcie mi swój sprzęt – zażądał Steven.
Dwaj mężczyźni mieli niezdecydowane miny.
–  Ruszcie się, na litość boską. Muszę go podłączyć do kroplówki. Inaczej nie przeżyje 

następnych dziesięciu minut.

Ratownicy otworzyli torbę ze sprzętem specjalnym i Steven przetrząsnął zawartość.
– Potrzebna mi sól fizjologiczna – warknął.
Jeden z mężczyzn  poszedł do samochodu i przyniósł roztwór. Steven wziął od niego 

pojemnik   i   umocował   dozownik.   Potem   poprosił   jednego   z   policjantów   o   potrzymanie 
plastikowego worka nad rannym i wkłuł igłę w ramię Peloty.

Minuty wlokły się jak godziny. Steven pracował, reszta się przyglądała. Przedstawienie 

background image

skończyło się, kiedy głowa Peloty opadła na bok. Oczy otworzyły się, ale już nic nie widziały. 
Steven rozpaczliwie próbował znaleźć puls; bez skutku. Zwiesił na moment głowę, potem 
wolno podniósł wzrok.

– Nie żyje – powiedział.

background image

10

Minęła trzecia nad ranem, kiedy Steven skończył rozmawiać z policjantami. Nie potrafił 

powiedzieć   nic   poza   tym,   że   Pelota   miał   mu   pomóc   w   dochodzeniu,   ale   nie   zdążył,   bo 
przeszkodził  w tym  nóż kuchenny.  Teoretycznie  nie  musiał  nic mówić,  ale Pelota  został 
zamordowany i policja miałaby do niego żal o wykorzystywanie uprawnień do ukrywania 
faktów w sprawie zabójstwa. Nie chciał się narazić tym,  którzy mogli mu się przydać w 
niedalekiej   przyszłości,   więc  ujawnił  tyle,   ile  mógł.  Zataił   swoje  podejrzenie,  że  ktoś   na 
zawsze uciszył Pelotę, żeby nie zdradził tożsamości tajemniczego V. Policjanci obiecali, że 
będą go informować na bieżąco o postępach śledztwa, i podwieźli go tam, gdzie zostawił 
swój samochód.

Steven wrócił do hotelu. W pokoju natychmiast sięgnął do minibaru. Nalał do szklanki 

porcję dżinu Bombay, uzupełnił taką samą porcją toniku i szybko wypił. Co za noc, pomyślał. 
Co za cholerna, pieprzona noc! Padł na łóżko i wpatrzył się w sufit. Gdyby Pelota zdążył mu 
cokolwiek   powiedzieć,   sprawy   mogłyby   wyglądać   inaczej.   Może   już   by   rozmawiał   z 
Victorem i dopasowywał duży fragment układanki do reszty.

Ale   Pelota   umarł.   Przez   opory   tych   cholernych   służbistów   i   ich   pieprzone   przepisy 

związkowe... Przestań, upomniał się. Jesteś wkurzony i dlatego się ich czepiasz. To nie fair. 
Ratownicy   medyczni   są   tylko   ludźmi,   jak   wszyscy.   To   prawdziwy   świat,   nie   serial 
telewizyjny,   gdzie   pielęgniarki   to   anioły,   lekarze   to   święci,   a   służby  ratownicze   to   sami 
bohaterowie gotowi do poświęceń.

Prosta prawda jest taka, że ludzie są tylko ludźmi. W Manchesterze wszyscy teraz boją 

się wirusa. Tamci faceci pewnie mieli rację, nie chcąc ryzykować. Może to moja wina; trzeba 
było podać więcej szczegółów przez telefon. Ale nie miałem czasu, Pelota był umierający. 
Zamiast gadać, musiałem się nim zająć. Zresztą jakie to ma teraz, kurwa, znaczenie? Jestem z 
powrotem w punkcie wyjścia. Szukanie winnych nie pomoże, nigdy nic nie daje.

Puścił wodę do wanny i zrobił sobie następnego drinka. Tym razem bardziej rozcieńczył 

dżin.

Leżąc   w   pianie,   zaczął   mieć   wątpliwości,   czy   od   początku   dobrze   podszedł   do   tego 

background image

śledztwa. Uznał Victora za główną postać w grze i skoncentrował się na szukaniu go. To 
miało sens przy dwóch ogniskach choroby, ale może po zachorowaniach w Szkocji powinien 
był zmienić taktykę. Teraz, o czwartej nad ranem, wydawało się mało prawdopodobne, żeby 
Victor był brakującym ogniwem łączącym oba ogniska choroby. Musiał spojrzeć prawdzie w 
oczy: Victor może być fałszywym tropem.

Woda  wystygła,   więc   wyszedł   z   wanny   i   energicznie   wytarł   się   ręcznikiem.   Wciąż 

zastanawiał się nad zmianą taktyki. Nawet jeśli Victor to fałszywy trop, trzeba go znaleźć, 
żeby   się   upewnić.   Jeśli   zabił   Pelotę,   policja   może   dopaść   go   wcześniej.   Ale   na   wszelki 
wypadek lepiej go nadal szukać.

Mimo iż Steven nigdy nie spotkał Ann Danby, było w niej coś, co sprawiało, że potrafił 

wczuć się w jej położenie. Może dlatego, że tak naprawdę nikogo i niczego nie miała. Ludzie 
ją lubili, ale nikt jej nie znał. Jej mieszkanie przypominało pokój hotelowy. Było wygodne, 
lecz zupełnie bezosobowe. Tak samo jej biuro.

Wszystkich   trzymała   na   dystans.   Z   wyjątkiem   Victora,   oczywiście.   Ukrywała   tę 

znajomość   tak   starannie,   że   nie   miała   nawet   żadnych   pamiątek   po   wspólnie   spędzonych 
chwilach. Ani listów, ani zdjęć mężczyzny, do którego najwyraźniej coś czuła. Tylko tomik 
sonetów   z   fałszywą   deklaracją   wiecznej   miłości.   W   jej   mieszkaniu   było   w   ogóle   mało 
fotografii. Zaledwie dwie, a jedna taka sama co zdjęcie w biurze.

Nagle coś go tknęło. Dlaczego – zastanawiał się – Ann, która nie zawracała sobie głowy 

zdjęciami, trzymała dwa jednakowe, jedno w domu, drugie w pracy? Na tej fotografii nie ma 
nic   ciekawego;   po   prostu   oficjalne   otwarcie   nudnej   wystawy.   Nic   ciekawego,   nic 
wyjątkowego... Chyba że... jest tam Victor!

Ta myśl podnieciła Stevena. Postanowił pojechać rano do wydawnictwa Tyne Brookman 

i zapytać Hilary Black, kim są ludzie na zdjęciu.

–  Widzę  –  uśmiechnęła   się   Hilary  –  że   Marie   Claire   nie   zmieniła   zbytnio   pańskiej 

fryzury. Wyobrażałam sobie blond pasemka i może zalotny loczek...

W pierwszej chwili Steven nie wiedział, o co jej chodzi. Potem przypomniał sobie, że 

pytał ją, jak trafić do salonu fryzjerskiego, gdzie czesała się Ann Danby.

– Stchórzyłem – odrzekł, odwzajemniając uśmiech.
– Czym mogę służyć tym razem?
–  Interesują mnie zdjęcia w gabinecie Ann. Chciałbym się od pani dowiedzieć, kto na 

nich jest.

– Zaraz je przyniosę – powiedziała Hilary. Wyszła z pokoju i wróciła po chwili z dwiema 

fotografiami Położyła je na biurku i stanęła obok Stevena.

Wskazał zdjęcie, na którym Ann ściskała rękę burmistrzowi.
– To.
– Cedric Fanshaw, nasz dyrektor – wyjaśniła Hilary i zaczęła przesuwać palcem dalej. – 

Tom Brown, nasz redaktor naczelny; Martin Beale, który zorganizował wystawę; William 

background image

Spicer, nasz lokalny deputowany. A to burmistrz Jennings i oczywiście Ann.

Steven wskazał Spicera.
– Już go widziałem, i to całkiem niedawno. Był w telewizji.
– Wschodząca gwiazda gabinetu cieni – odparła Hilary. – Chyba zajmuje się zdrowiem.
Steven przytaknął.
–  Zgadza   się.   Dyskutował   z   labourzystowskim   ministrem   o   podejściu   do   tutejszego 

wybuchu choroby. Oskarżył władze o niekompetencję i zniszczył karierę dyrektorce waszej 
służby zdrowia.

– Zasłużyła na to?
– Nie. Ale Spicer uznał, że czas wskazać kozła ofiarnego, i rzucił Caroline Andersen na 

pożarcie, żeby zrobić sobie reklamę i przyspieszyć własną karierę.

– Zupełnie nie jak polityk – zadrwiła Hilary.
– Właśnie. Nie wie pani, czy jest żonaty?
–  Jest. Pamiętam, że na jego ulotkach wyborczych były zdjęcia jego żony, jak rozdaje 

drożdżówki biednym albo wełniane skarpety ofiarom AIDS, coś w tym stylu. Nie pamiętam 
jej imienia.

– Jest pani pewna, że Spicer ma na imię William?
– Jestem. Nie głosowałam na niego, ale jest moim deputowanym. Mieszkam w okręgu, 

gdzie milcząca większość wciąż jest w żałobie po Margaret Thatcher. Głosowaliby nawet na 
szympansicę, gdyby nosiła niebieską rozetkę i obiecywała politykę silnej ręki.

Steven pomyślał o rodzicach Ann Danby.
– Więc jak to się stało, że pani tam mieszka? – spytał.
–  Poznałam mojego męża na uniwersytecie. Mieliśmy te same ideały i wierzyliśmy w 

sprawiedliwość   społeczną.  Chcieliśmy  zmieniać   świat.  –  Uśmiechnęła  się.  –  Potem  mnie 
rzucił, żeby ożenić się z córką swojego szefa i zostać dyrektorem firmy. Ale zostawił mi dom 
w tak zwanej dobrej dzielnicy.

– Takie jest życie – westchnął współczująco Steven.
– Nigdy bym nie uwierzyła, że ludzie mogą się tak bardzo zmienić.
– Dzisiejsi buntownicy to zwykle jutrzejsi menedżerowie.
– I tą odkrywczą myślą...
– Właśnie, nie będę pani zabierał więcej czasu. Dzięki za pomoc.
– Ciągle składa pan w całość kawałki z życia Ann?
– Nadał próbuję.
– Choroba jakoś nie ustępuje – zauważyła Hilary.
– Może być jeszcze gorzej – odparł Steven.
– Przepraszam, że to powiem, ale wygląda pan na wykończonego.
– Miałem ciężką noc.
W drodze powrotnej do hotelu Steven myślał o mężczyznach na fotografii. Szkoda, że 

background image

Spicer ma na imię William, nie Victor. Wszystko by ładnie pasowało. Facet może się podobać 
kobietom,  które   lubią   typ   torysowskiego   parlamentarzysty  –  pełna   twarz,  falujące   włosy, 
uśmiech   od   ucha   do   ucha.   Żonaty,   dobrze   ustawiony,   ambitny.   Steven   uznał,   że   warto 
poprosić Sci-Med o więcej informacji o nim. Czuł, że Ann musiała mieć jakiś powód, by 
trzymać właśnie to zdjęcie w domu i w pracy. Oprócz burmistrza i parlamentarzysty innych 
mogła codziennie widywać w firmie. Przypomniał sobie, że nie zapytał o imię burmistrza. 
Może Ann lubiła kostycznych gości po sześćdziesiątce z wąsikami a la Hitler i w ciężkich 
złotych łańcuchach? Typ niewolnicy? Nie, zostawmy burmistrza.

Wysłał   do   Sci-Medu   e-mail   z   prośbą   o   informacje   o   Spicerze,   potem   załadował   i 

rozkodował raport o wybuchu choroby w Szkocji, o który prosił wcześniej. Przeglądał tekst 
przez następną godzinę, szukając ewentualnego ogniwa łączącego tamtejsze zachorowania z 
poprzednimi, ale nic nie znalazł. Szykował się do wyjścia do szpitala ogólnego, gdy nadeszły 
informacje o Spicerze.

Na   widok   pierwszego   zdania   pomyślał,   że   warto   żyć:   William   Victor   Spicer   był   od 

siedmiu lat konserwatywnym deputowanym z Manchesteru.

– No, proszę – mruknął. – Mam cię, Victor!
Czytał  dalej.   Obecny  parlamentarzysta  ukończył  Ampleforth  College,  potem  filologię 

klasyczną   w   Cambridge.   Po   studiach   zaczął   pracować   w   firmie   eksportowo-importowej 
swojego ojca i awansował na dyrektora działu eksportu. W pewnym momencie Ministerstwo 
Handlu wszczęło przeciwko niemu dochodzenie w sprawie sprzedaży do krajów arabskich 
rzekomych części samochodowych, ale wywinął się.

Rok później został kandydatem Partii Konserwatywnej na deputowanego z Manchesteru. 

Miał silną konkurencję, bo to miejsce w parlamencie uważano powszechnie za bezpieczny 
mandat torysów. Mówiono, że wybór zapewnił mu ojciec, Rupert. Spicer senior był od dawna 
wpływową   osobistością  w  środowisku  lokalnych   biznesmenów   i  w  Stowarzyszeniu   Partii 
Konserwatywnej.

– Synek też idzie w górę – mruknął Steven.
Spicer ożenił się z Matildą z domu Regan. Miał siedmioletnią córkę Zoe. Działał teraz 

jako rzecznik do spraw zdrowia i typowano go na przyszłego ministra. Kibicował Manchester 
City i lubił wędrówki po górach. Steven nie miał już wątpliwości, że znalazł tajemniczego 
Victora.

Spicer wrócił niedawno z wyprawy do Nepalu, gdzie zachorował i omal nie umarł. Steven 

czuł pulsowanie w skroniach, gdy czytał tę historię. Spicer i jego trzej towarzysze – jeden 
Europejczyk i dwaj Nepalczycy – zapadli na chorobę wysokościową kilkaset kilometrów od 
najbliższej   cywilizacji.   Przeżył   tylko   Spicer.   Przypadkiem   znalazła   go   i   uratowała   jakaś 
ekspedycja.

– Choroba wysokościowa... – szepnął drwiąco Steven. – Jak cholera... To była gorączka 

krwotoczna, stary. I ty mi o tym opowiesz.

background image

Wszystko pasowało idealnie. Spicer zachorował w Nepalu na gorączkę krwotoczną, ale 

przeżył. Wrócił i zaraził Ann Danby wirusem, który nadal miał w sobie. Mogła to złapać od 
niego, kiedy kochali się po raz ostatni w czwartek. Choć z drugiej strony, mogło być i tak, że 
Spicer ją rzucił i popełniła samobójstwo.

Steven   znalazł   już   odpowiedź   na   pytanie,   jak   Ann   zachorowała.   Teraz   musiał   się 

dowiedzieć, jak zaraził się Spicer. Widział jeden duży plus w tej zmianie obiektu swoich 
zainteresowań. W przeciwieństwie do Barclaya z samolotu i Szkota McDougala Spicer żył. 
To on był źródłem, które mogło udzielić wyjaśnień.

Ale   Steven   nie   liczył   na   łatwy   sukces.   Wiedział,   że   do   Spicera   musi   podejść   w 

rękawiczkach.   Parlamentarzysta   na   pewno   wyprze   się   znajomości   z   Ann   Danby.   Trzeba 
zdobyć jego zaufanie i zapewnić go o pełnej dyskrecji; bez względu na osobisty stosunek do 
faceta. Nakłonić go do współpracy, pomyśleć razem z nim, jak złapał wirusa, a nie rujnować 
mu karierę czy małżeństwo.

Jak skontaktować się ze Spicerem? Parlamentarzysta może być jeszcze w Manchesterze. 

Po debacie telewizyjnej  z labourzystą zapewne został w mieście i próbuje zarobić dalsze 
punkty na krytyce obecnych działań władz. Jego miejscowy adres i telefon był w raporcie Sci-
Medu.

Steven podniósł słuchawkę i wybrał numer.
Odebrała kobieta. Mówiła afektowanym kontraltem i Steven wyobraził ją sobie, jak stoi 

w bramie swojej posiadłości i zapewniała reporterów, że wbrew wszystkiemu będzie u boku 
męża. Pozbył się tego obrazu i zapytał, czy mógłby zamienić kilka słów z panem Spicerem.

– Przepraszam, a kto mówi?
– Nazywam się Steven Dunbar.
–  Mój   mąż   w   pierwszą   sobotę   każdego   miesiąca   odwiedza   gabinety   lekarskie,   panie 

Dunbar. Może chciałby pan spotkać się z nim w którymś z nich? Zaraz sprawdzę, kiedy jest 
następna...

– Nie jestem wyborcą, proszę pani – przerwał Steven. – Pani Spicer, prawda?
– Tak.
– Jestem detektywem z Inspektoratu Naukowo-Medycznego. Chodzi o obecny wybuch 

choroby wirusowej.

– Proszę chwilę zaczekać...
– William Spicer – odezwał się głos z programu telewizyjnego.
Steven poprosił o spotkanie. Spicer był zaskoczony.
– Naprawdę nie wiem, jak mogę pomóc...
– Bez obaw, panie Spicer, może pan – odparł tajemniczo Steven.
– W porządku. Niech pan przyjdzie jutro o jedenastej przed południem. Poświęcę panu 

piętnaście minut.

Steven odłożył słuchawkę.

background image

O   piątej   po   południu   zadzwonił   Fred   Cummings   i   powiedział,   że   po   pięćdziesięciu 

siedmiu  potwierdzonych  przypadkach  choroby i następnych  jedenastu zgonach w mieście 
wprowadzono stan wyjątkowy.

– To uzasadnione? – zapytał Steven.
– Nie, to sprawa polityczna. Rząd Jej Królewskiej Mości chce się zjawić na balu, więc z 

pomocą   speców   z   Atlanty   zrobiliśmy   ten   numer,   żeby   odwrócić   uwagę   od   faktu,   że   w 
ogólnym  nie zmieści się już więcej pacjentów z wirusem.  Następnych  chorych  będziemy 
kłaść w kilku nieczynnych kościołach.

– W kościołach? – zdziwił się Steven.
– Wiem, że to niefortunne rozwiązanie i nie spodoba się ludziom, ale to ma sens. Po co 

upychać pacjentów z wirusem do innych szpitali, skoro poza opieką pielęgniarską nigdzie nic 
więcej nie dostaną? Będą tylko zagrożeniem dla innych. Lepiej zebrać ich razem z daleka od 
pozostałych chorych i mieszkańców miasta; skoncentrować ich w takim miejscu, gdzie zajmie 
się nimi wyszkolony personel.

– A macie ten wyszkolony personel?
– Z tym jest problem – przyznał Cummings. – Brakuje nam ludzi, ale na nasz apel zgłasza 

się dużo ochotników. Pielęgniarki, które w ostatnich latach odeszły z zawodu, oferują swoje 
usługi. Pomagają też emerytowani lekarze ogólni. W jednym z kościołów już działa Caroline 
Andersen.

– Dobrze jej to zrobi –  odrzekł Steven.  –  Zastanawiałem się, co z nią dalej będzie. W 

którym jest kościele?

– Świętego Judy na Cranston Street.
– Może ją tam odwiedzę. Dostała porządnie w kość.
– Uroki bycia osobą publiczną – odparł Cummings.
– Jeszcze nie powiedziałeś, jakie ograniczenia wprowadziliście – przypomniał Steven.
–  Przede   wszystkim   kazaliśmy   zamknąć   kina,   teatry,   nocne   kluby   i   restauracje. 

Zwróciliśmy się do ludzi, żeby nie wyjeżdżali z miasta, jeśli nie jest to naprawdę konieczne. 
Rozpoczęliśmy kampanię ulotkową o prostych sposobach unikania choroby. Będziemy też 
musieli nalegać na kremację ofiar wirusa w ciągu dwudziestu czterech godzin. Zwłoki są 
źródłem zarazy.

– Więc jednak uważacie, że choroba może być przenoszona drogą powietrzną?
–  Nie mamy  pewności  –  odrzekł Cummings.  –  Ale jeśli nawet nie, to jest cholernie 

zakaźna. Kontakty padają jak muchy. Może być ponad dwieście przypadków, zanim to się 
skończy. O ile nie będzie żadnych przykrych niespodzianek.

– Więc nowe przypadki to ciągle tylko kontakty? – zapytał Steven.
– To jedno dobre – odpowiedział Cummings. – Nie ma nowych zagadek.
– Dzięki Bogu.
– I jeszcze coś – dodał Cummings. – Trzy osoby wyzdrowiały, więc przynajmniej wiemy, 

background image

że przy tej chorobie śmiertelność nie jest stuprocentowa.

– To dobrze – powiedział Steven i pomyślał, że zna czwartą osobę, która wyzdrowiała. – 

A co w Szkocji?

–  Osiem   przypadków,   trzy   zgony,   ale   nieźle   sobie   radzą   z   ograniczaniem   zasięgu 

choroby. O ile wiem, nie narzekają tam na przeludnienie. Miejscowi mają więcej przestrzeni 
życiowej.

– Miejmy nadzieję, że dalej będą mieć szczęście.
Steven pojechał do kościoła Świętego Judy i zobaczył kordon policyjny. Wokół budowli 

stały pachołki zabraniające parkowania i wisiała pasiasta taśma. Do drzwi mogły podjeżdżać 
tylko karetki. Wejścia pilnowali dwaj posterunkowi. Pokazał legitymację i przepuścili go. 
Przeszedł pod kamiennym  łukiem i pomyślał,  że pierwszy raz w życiu  jest mu ciepło w 
kościele. Przemysłowe dmuchawy grzewcze utrzymywały tu taką temperaturę jak w szpitalu. 
Duże czerwone tablice ostrzegały, że dalej można wchodzić tylko w strojach ochronnych.

W recepcji siedziały dwie pielęgniarki. Wyglądały na zmęczone. Piły herbatę, a na stole 

przed nimi leżała otwarta paczka herbatników. Steven przedstawił się i zapytał o Caroline 
Anderson.

Starsza z kobiet spojrzała na zegarek.
– Za dziesięć minut ma przerwę. Chce pan zaczekać?
Steven powiedział, że tak, ale podziękował za herbatę.
– Jak sobie radzicie? – zapytał.
– Biegamy tylko po to, żeby stać w miejscu – odparła młodsza pielęgniarka. – Parszywe 

uczucie.

– Wyobrażam sobie. A co powiecie o samym budynku?
Pierwsza pielęgniarka wskazała głową nawę kościoła.
–  Za   każdym   razem,   kiedy   tam   wchodzę,   czuję   się   jak   w   scenie   z  Piekła  Dantego. 

Koszmar.

Druga pielęgniarka zerknęła na zegarek.
–  Lepiej już chodźmy  –  powiedziała do koleżanki, a potem zwróciła się do Stevena.  – 

Wkładanie tych skafandrów zajmuje nam dobre pięć minut. Niech pan tu zaczeka. Caroline 
weźmie prysznic i przyjdzie do pana.

Starsza pielęgniarka wepchnęła do ust ostatnie ciastko.
– Jeszcze raz do boju...
– Powodzenia – odrzekł Steven.
Po   pięciu   minutach   nadeszła   Caroline   Anderson.   Towarzyszyła   jej   kobieta   pod 

czterdziestkę,   którą   przedstawiła   jako   siostrę   Kate   Lineham.   Obie   miały   zaróżowione   od 
wysiłku twarze, mokre od potu włosy i świeże białe uniformy.

– Co pan tu robi?! – wykrzyknęła Caroline.
Steven uśmiechnął się.

background image

– Wpadłem zobaczyć, co pani tu robi.
– Zgłosiłam się jako ochotniczka – odparła. – Nie pozwolili mi robić tego, co najlepiej 

umiem, ale nie mogą mi zabronić przychodzić tutaj. Wiem wszystko o zakażeniu krzyżowym 
i mogę wycierać krew z najlepszymi, więc czemu nie?

– Chylę przed panią czoło – powiedział Steven.
– Mógłby się pan cały schylić i pomóc tutaj. Brakuje nam ludzi.
– Mówi pani poważnie?
– Jest pan wykwalifikowanym lekarzem?
– Oczywiście.
–  Tutaj może pan wyrzucić dyplom do kosza. Tym ludziom nie są potrzebne pańskie 

umiejętności   lekarskie,   tylko   zwykła   opieka   pielęgniarska   i   dobra   technika   aseptyczna. 
Poradzi pan sobie?

– Mogę spróbować – odrzekł Steven. – Od czego mam zacząć?
Teraz kobiety wyglądały na zaskoczone.
– Naprawdę?! – wykrzyknęła Caroline. – Tylko żartowałam.
– A ja nie – zapewnił ją Steven.
–  Dam   panu  skafander.   Aha,   jeszcze   coś.   Oboje   możemy   być   lekarzami,   ale   w   tym 

„szpitalu” rządzi Kate. Jest pielęgniarką specjalistką od chorób zakaźnych. Pasuje to panu?

– Żaden problem – odparł Steven.
Caroline przyniosła mu skafander ochronny i pokazała, jak działa respirator.
– Korzystamy z przenośnego systemu wejście/wyjście – wyjaśniła. – To szwedzki patent 

na takie okazje. Zasadniczo to po prostu system czysta strona/brudna strona z prysznicem w 
środku. Cokolwiek pan tam wnosi, nie może pan tego wynieść z powrotem. Okay?

Steven skinął głową.
– Chodzi o to, żeby pacjenci mieli tak czysto i wygodnie, jak to tylko możliwe – dodała 

Kate. – Jedyną procedurą medyczną, jaką stosujemy, jest uzupełnianie utraconych płynów. To 
najbardziej niebezpieczne. Wielu chorych majaczy, więc jedna z nas trzyma pacjenta, a druga 
wkłuwa igłę. Niektórych musimy przywiązywać, żeby nie zerwali rurek.

– Obrońcy praw człowieka nie byliby zachwyceni – zauważył kwaśno Steven.
–  Mogą nas tu zastąpić i robić to po swojemu, a my będziemy siedzieć w domach i 

oglądać telewizję – odparła Kate.

background image

11

Steven wyregulował swój respirator i sprawdził, czy nie ma szpar między mankietami i 

rękawiczkami. Zadowolony, że wszystkie uszczelnienia są na miejscu, wszedł za Caroline i 
Kate   przez   zaimprowizowaną   komorę   powietrzną   do   nawy   kościoła.   Pielęgniarka,   która 
wcześniej porównała to miejsce do piekła, nie myliła się zbytnio. Mimo wysiłków ofiarnego 
personelu wokół było mnóstwo krwi. Steven nie mógł uwierzyć, że to dwudziesty pierwszy 
wiek w Wielkiej Brytanii. Widok kojarzył się ze skutkami krwawej średniowiecznej bitwy, 
po, której śmiertelnie rannych zgromadzono w kościele, by dokonać ostatnich obrzędów.

Kate pokazała mu, gdzie jest roztwór soli, tampony i bezpieczne kubły na nieczystości; 

wiele było już przepełnionych. Potem zaprowadziła go do pierwszej grupy czterech łóżek w 
rzędzie ciągnącym się przez całą długość kościoła. Leżeli tu mężczyźni: dwaj młodzi, jeden w 
średnim wieku ze szpakowatą brodą i jeden po siedemdziesiątce. Wszyscy byli w ciężkim 
stanie i półprzytomni, choć jeden rzucał głową z boku na bok, jakby dręczyły go koszmary. 
Kate zasygnalizowała Stevenowi, żeby zaczął od najstarszego. Zabrał się do pracy.

Posuwał się wzdłuż rzędu pacjentów i robił, co mógł, żeby złagodzić ich cierpienie, ale 

jednocześnie czuł niechęć do tego. Krzyki chorych tłumił do pewnego stopnia hełm z maską, 
lecz mimo to były wyraźnie słyszalne i odbijały się echem od belek sklepienia i kamiennych 
ścian. Mieszały się z odgłosem jego własnego ciężkiego oddechu w plastikowej bańce.

Odczuwał   ulgę,   że   większość   pacjentów   jest   półprzytomna   lub   w   śpiączce,   bo 

podejrzewał, że nie znalazłby słów uspokojenia i pocieszenia. Bardzo im współczuł, ale czuł 
również obrzydzenie. Bał się, że nie wytrzyma. Mdliło go i miał ochotę uciec stąd.

Ten odruch wywołał u niego poczucie winy. Zawsze wiedział, że nie jest Matką Teresą, 

ale to...  to było coś innego. Przełączył się na  „autopilota”,  inaczej nie dotrwałby do końca 
dyżuru. Zmywał krew i wymioty, zmieniał pościel i ubiory brudne od moczu i kału, i starał 
się nie myśleć. Robił, co trzeba, i koniec.

Czasem zerkał na Kate i inne pielęgniarki. Miał wrażenie, że okazują dużo więcej troski i 

współczucia.   Caroline   nie   była   przyzwyczajona   do   takiej   pracy,   podobnie   jak   on,   ale 
zachowywała się jak profesjonalistka. On zapewne też, ale niepokoiło go to, co się działo w 

background image

jego   głowie.   Podejrzewał,   że   pielęgniarki   myślą   inaczej.   On   działał   jak   robot 
zaprogramowany   do   badania   jajek   bez   rozbijania   ich.   Przypuszczał,   że   współczucie 
pielęgniarek jest szczere.

Pracował   przez   pięć   godzin   z   jedną   dwudziestominutową   przerwą,   zanim   na   dyżur 

przyszła nocna zmiana. Był tu jedynym pielęgniarzem, więc wyszedł jako ostatni, bo nie było 
oddzielnych   pryszniców.   Kiedy   w   końcu   przyszła   jego   kolej,   długo   stał   w   plastikowej 
kabinie,  oparty  o przednią   ściankę  z  pochyloną   głową,  i  szukał   ukojenia  w  strumieniach 
czystej ciepłej wody. Starał się pogodzić z tym, co tu zobaczył.

– Dobrze się spisałeś – pochwaliła go Kate, gdy wreszcie wyłonił się po czystej stronie 

bariery. – Ty też, Caroline, ale masz już wprawę.

– Dzięki – odrzekła Caroline. Wyglądała na wykończoną. Pracowała dziesięć godzin.
Kate włożyła płaszcz, zebrała swoje rzeczy i uśmiechnęła się.
– Idę do domu zobaczyć się z moimi starymi przyjaciółmi, dżinem i tonikiem. Widzimy 

się jutro, Caroline?

– Tak.
– Miło było cię poznać, Steven. Dzięki za pomoc.
– Mnie też było miło cię poznać – odparł.
Uścisnęli sobie ręce i Kate wyszła, nie oglądając się za siebie.
– Jest sympatyczna – powiedziała Caroline.
Steven przytaknął.
Na zewnątrz zatrzymała się karetka z nowym pacjentem. Steven i Caroline odsunęli się 

na bok, żeby przepuścić „kosmonautów” z noszami. Caroline zawiadomiła nocne pielęgniarki 
o nowym chorym, potem wyszła za Stevenem w chłodną noc.

– Dokąd idziesz na kolację? – zapytała.
– Przekąszę coś w hotelu – odrzekł. – Nie jestem głodny.
– Po pierwszym dyżurze czułam się tak samo. Musisz coś zjeść. Mogłabym zrobić dla nas 

omlet. Co ty na to?

– Brzmi zachęcająco – odparł, choć bardziej interesowało go towarzystwo niż jedzenie; 

nie chciał zostać sam ze swoimi myślami.

Pojechał przez miasto za samochodem Caroline do jej nowoczesnego domku w nowym 

tarasowym osiedlu. Dochodziło do torów kolejowych. Po nasypie dziesięć metrów nad ulicą 
przejechał pociąg.

– Moja własna kolejka – zażartowała Caroline i wyjęła klucze. – Wchodź.
Wewnątrz było ciepło, centralne ogrzewanie szumiało uspokajająco. Po zapaleniu światła 

i zaciągnięciu zasłon salon stał się przytulnym schronieniem przed światem zewnętrznym.

– Czego się napijesz? – zapytała Caroline.
– Dżin byłby w sam raz – odpowiedział Steven.
– Dla mnie też. Zrób drinki, a ja zajmę się jedzeniem – zaproponowała i wskazała barek.

background image

Steven wziął się do pracy.
– Mieszkasz sama? – spytał, gdy zaniósł jej drinka.
– Teraz tak – odparła. – Mark i ja rozstaliśmy się, kiedy się okazało, że nie mogę mieć 

dzieci. Jesteśmy rozwiedzeni od dwóch lat. W zeszłym miesiącu ożenił się ponownie. Ze 
stewardesą.

– Przykro mi – odrzekł cicho Steven. Był zaskoczony szczerością Caroline i nie bardzo 

wiedział, co powiedzieć.

Caroline przejęła inicjatywę.
– Co cię gryzie? – zapytała.
–   Nic   –  odparł   wymijająco.  –  Chyba   po   prostu   trochę   mnie   zaszokowało   to,   co 

zobaczyłem w kościele.

Spojrzała mu prosto w oczy.
– Tylko trochę? – zapytała z powątpiewaniem. – Obserwowałam cię. Wyszedłeś stamtąd 

zupełnie odmieniony.

Steven pociągnął łyk dżinu, żeby zyskać na czasie. Nie miał ochoty na potyczki słowne.
– Dowiedziałem się o sobie czegoś, co mi się nie podoba – wyznał.
– Przestań o tym myśleć, bo się zadręczysz.
Uśmiechnął się krzywo.
– Przez lata wmawiałem sobie, że nie nadaję się na lekarza, bo potrzebuję w życiu czegoś 

bardziej ekscytującego. Fizycznego wyzwania, podróży, przygód... Dziś przekonałem się, że 
to był tylko pretekst. Oszukiwałem się. Uciekałem od prawdy.

– A jaka ona jest?
Odpowiedź przyszła Stevenowi z trudem.
–  Chyba nie lubię ludzi na tyle,  żeby praktykować medycynę  we właściwy sposób  – 

powiedział. – Nie umiem troszczyć się o nich.

– W kościele spisywałeś się bardzo dobrze. Widziałam.
– Ale nie było w tym uczucia.
– Myślisz, że pacjenci zauważyliby je, gdyby było?
Steven wzruszył ramionami.
–  Chyba nie. Większość i tak była nieprzytomna. Ale cały czas miałem ochotę uciec i 

więcej nie wracać.

– A jednak zostałeś. I tylko to się liczy. Robiłeś dokładnie to, co reszta z nas.
– Przebrnąłem przez to. A to różnica.
– Wszyscy przez to brniemy – nie ustępowała Caroline.
– Pielęgniarki raczej śmiało kroczą.
– To ich zawód. Mają profesjonalne podejście.
– Ja też powinienem.
– Nie – zaprzeczyła. – Masz tytuł doktora medycyny, ale jesteś detektywem. I powiem ci, 

background image

że jeśli uda ci się ustalić, skąd się bierze ten cholerny wirus, zrobisz więcej dobrego niż my 
wszyscy razem wzięci.

Nie przekonała Stevena. Wzruszył ramionami i dopił drinka.
– Wierz mi – ciągnęła Caroline – że w mojej pracy spotkałam już kilku lekarzy bez cienia 

ludzkich uczuć dla chorych, ale ty nie jesteś taki. Może trochę za bardzo samokrytyczny, ale 
masz serce na właściwym miejscu.

Steven po raz pierwszy się uśmiechnął i wziął od niej pustą szklankę.
– Napijmy się jeszcze – zaproponowała.
Nie był pewien, czy to zasługa dżinu czy Caroline, ale wyluzował się trochę. Smakował 

mu omlet i białe wino kalifornijskie, które pojawiło się na stole.

–  Mogę spytać,  jakie masz teraz plany?  –  zagadnął, gdy przesiedli  się z kawą bliżej 

kominka.

– Nie mam pojęcia. Wiem, że nie powinnam się dalej zajmować wybuchem choroby, ale 

czuję się w obowiązku, jeśli wiesz, co mam na myśli. To moje miasto, odpowiadam za nie. 
Kiedy będzie po wszystkim, może postaram się o pracę w służbie zdrowia gdzie indziej.

– Ten parlamentarzysta, który wymusił twoją rezygnację... – zaczął Steven.
– Spicer?
– Tak. To on jest Victorem, którego szukałem.
Caroline wytrzeszczyła oczy.
– Żartujesz!
– Nie. To ten facet.
– Coś takiego!
– Jutro będę się z nim widział. Zapytam go o znajomość z Ann Danby.
– Nadal myślisz, że to on ją zaraził?
– Jestem prawie pewien. – Opowiedział jej o tragicznej wyprawie do Nepalu. – Wątpię, 

żeby to miało coś wspólnego z chorobą wysokościową.

–  Ale nawet jeśli to rzeczywiście była gorączka krwotoczna, jakim cudem mógł złapać 

takiego samego filowirusa, jak ten gość z Heathrow i tamten facet w Szkocji?

–  Właśnie   tego   muszę   się   dowiedzieć  –  odparł   Steven.  –  A   skłonienie   Spicera   do 

współpracy nie będzie łatwe. To polityk, więc potrafi wybrnąć z kłopotów. Mogę na ciebie 
liczyć, jeśli będę potrzebował pomocy przy dopasowaniu kawałków układanki?

– Oczywiście – zapewniła. – Jeśli nie zastaniesz mnie tutaj, znajdziesz mnie w kościele 

Świętego Judy.

Steven miał niespokojną noc. We śnie nawiedzały go sceny, które widział. Z ulgą powitał 

nadejście szarego grudniowego poranka. Miał mnóstwo czasu do spotkania ze Spicerem, więc 
przed wyjściem zjadł śniadanie w hotelowej restauracji i przejrzał poranną prasę. Jak przez 
kilka ostatnich dni, tematem numer jeden we wszystkich gazetach był wybuch choroby w 
Manchesterze. Oznaczało to, że redaktorzy wynajdują nowe aspekty sprawy, by spojrzeć na 

background image

nią pod różnymi kątami.

Jedna z gazet sugerowała, że to dopiero początek. Malowała obraz nowych afrykańskich 

plag   pojawiających   się   niemal   co   miesiąc.   Inna   obszernie   przedstawiała   punkt   widzenia 
hierarchów   Kościoła,   obwiniających   jak   zwykłe   ludzką   niegodziwość.   Napisała,   że   w 
najbliższą niedzielę w kościołach całego kraju będą odmawiane specjalne modlitwy. Bardziej 
ekstremalny   punkt   widzenia   prezentowała   tajemnicza   sekta   religijna.   Obwieszczała,   że 
wybuch choroby zwiastuje koniec świata, co mylnie przepowiedziała na przełom tysiąclecia. 
Bóg wybrał powolną zagładę zamiast gwałtownego końca.

– W swej nieskończonej łasce – dodał pod nosem Steven.
Przyjechał do domu Spicera kilka minut przed jedenastą. Duża wiktoriańska willa stała w 

ładnej   okolicy.   Z   górnych   pięter   rozciągał   się   widok   na   miasto.   Steven   przeszedł   po 
żwirowym podjeździe i zadzwonił. Czekając, zauważył smukły nos zielonego jaguara XK 
wystający z podwójnego garażu z boku domu.

Drzwi otworzyła młoda blondynka o nordyckiej urodzie.
– Dobry dzień – powiedziała, pokazując w uśmiechu piękne białe zęby. – Co pan sobie 

życzy?

– Dzień dobry – odrzekł Steven. – Jestem umówiony z panem Spicerem. Nazywam się 

Dunbar.

– W porządku, Trudi – odezwała się zza pleców dziewczyny jakaś kobieta. – Ja się tym 

zajmę. Jestem Matilda Spicer, panie Dunbar. Proszę wejść.

–   Trudi   to   nasza   skandynawska   pomoc   domowa   –  wyjaśniła   Matilda   Spicer   i 

wprowadziła Stevena do jednego z pokoi frontowych. – Victor zaraz do pana przyjdzie.

– Myślałem, że pani mąż ma na imię William – powiedział Steven.
–  Owszem, ale woli, żeby rodzina i przyjaciele używali jego drugiego imienia. Kiedy 

zajął się polityką, szef jego sztabu wyborczego uznał, że Vic Spicer brzmi jak sprzedawca 
używanych samochodów. Dlatego publicznie jest Williamem.

Steven uśmiechnął się i kobieta zostawiła go samego.
W pokoju stało stare pianino z orzechowymi wykończeniami i mosiężnymi świecznikami 

na   przedniej   ściance.   Pokrywa   była   otwarta.   Steven   spojrzał   na   nuty   nad   pożółkłymi 
klawiszami: Światło księżyca Debussy’ego. Domyślił się, że córka Spicerów uczy się grać. 
Na pianinie stały fotografie w ramkach. Na największej była  rodzina; Matilda siedziała z 
przodu i obejmowała córkę, Spicer stał z tyłu z ręką na ramieniu żony i dumnie wysuniętą 
szczęką.

Drzwi   otworzyły   się   i   wszedł   Spicer.   Miał   na   sobie   granatowy   garnitur,   koszulę   w 

czerwone prążki i jedwabny kasztanowy krawat. Falujące jasne włosy były zaczesane do tyłu 
i opierały się na kołnierzu. Nie wyglądał na swoje czterdzieści dwa lata. Zachowywał się jak 
energiczny biznesmen.

–  Mogę panu poświęcić tylko kilka minut  –  oświadczył.  –  W południe muszę być  w 

background image

telewizji. Ma pan chyba jakąś legitymację?

Steven pokazał.
– Jest pan lekarzem? – zapytał Spicer.
– Przede wszystkim detektywem – odparł Steven.
– Porozmawiajmy w moim gabinecie –  zaproponował Spicer.  –  Ale jak powiedziałem 

przez telefon, nie mam pojęcia, w czym mogę panu pomóc.

Spicer zaprowadził Stevena do swojego gabinetu, usiadł za biurkiem i wskazał jedno z 

krzeseł naprzeciwko. Steven zauważył to, co wcześniej podejrzewał  –  facet przyjął dobrze 
wyćwiczoną pozę: wyciągnął się w skórzanym fotelu, założył nogę na nogę, oparł łokcie na 
poręczach, zaplótł palce i zaczął stukać kciukiem o kciuk. Fotografie na biurku sugerowały, 
że Spicer kazał dekoratorowi wnętrz uwydatnić „wartości rodzinne”.

–  Zapewne   zna   pan   łańcuch   zdarzeń,   które   doprowadziły   do   obecnego   problemu   z 

wirusem w Manchesterze? – zapytał Steven.

– O ile rozumiem, wszystko zaczęło się od tej Danby – odrzekł Spicer. – To, co powinno 

być   drobnym   wybuchem   choroby,   przekracza   teraz   wszelkie   proporcje   z   powodu 
nieudolności odpowiedzialnych za to osób.

– Pan, oczywiście, załatwiłby to inaczej – powiedział Steven.
Omal nie potknął się na pierwszej przeszkodzie, bo dał się wyprowadzić z równowagi 

sformułowaniem „ta Danby” pod adresem Ann, byłej kochanki Spicera.

Spicer wydawał się zaskoczony.
– Nie osobiście. Nie jestem specjalistą od takich spraw. Ale to nie powód, żeby tolerować 

niekompetencję.

Steven ugryzł się w język. Przecież potrzebuje współpracy tego faceta.
– Wiem, że był pan niedawno w Nepalu i zachorował pan tam.
– A co to ma do rzeczy! – zdziwił się Spicer.
– Czy mogę spytać, kto zdiagnozował pańską chorobę?
Spicer wzruszył ramionami.
– Nie było diagnozy jako takiej, bo nie mieliśmy ze sobą lekarza. Ja przeżyłem, moi trzej 

towarzysze nie. Tak się to skończyło. Kiedy wróciłem do cywilizacji i opisałem symptomy, a 
zapamiętam je na całe życie, wszyscy byli zgodni, że nabawiłem się choroby wysokościowej. 
– Zerknął na zegarek. – Naprawdę mam bardzo mało czasu. Mógłby pan przejść do rzeczy?

–  Nie sądzę, żeby to była choroba wysokościowa, panie Spicer. Uważam, że miał pan 

wirusową gorączką krwotoczną.

Spicer wyglądał, jakby nie wierzył własnym uszom.
– Krwotoczną...? – wykrztusił. – Ma pan na myśli chorobę, która panuje w mieście? To 

jakiś nonsens. Oszalał pan?

– Myślę, że zachorował pan na gorączkę krwotoczną i przeżył – ciągnął Steven. – Jako 

jeden z nielicznych. Potem wrócił pan do domu i zaraził swoją kochankę Ann Danby.

background image

Spicer   zbladł.   Przez   moment   przypominał   zaszczute   zwierzę,   potem   przeszedł   do 

ofensywy.

–  Już   rozumiem  –  warknął.  –  Jesteś   jednym   z   tych   zasranych   labourzystowskich 

lewicowców,   którzy   ułożyli   plan   ataku   na   mnie,   żeby   oszczędzić   swojemu   ministrowi 
dalszego zażenowania.

–   Nie   jestem   ani   lewicowcem,   ani   prawicowcem   –  odparł   lodowato   Steven.  –  Ani 

liberałem, ani innym bredzącym kretynem. Nie spotka mnie pan w lokalu wyborczym, dopóki 
na   kartach   do   głosowania   nie   będzie   rubryki:  „Nikt   z   wymienionych   wyżej”.   Przez   lata 
nauczyłem   się   nie   wierzyć   politykom   wszystkich   ugrupowań,   panie   Spicer.   Możemy 
kontynuować?

– Posłuchaj, Dunbar. Osobiście dopilnuję, żebyś...
– Daruj to sobie –  przerwał Steven.  –  Pogróżki na mnie  nie działają. Szkoda czasu. 

Twojego i mojego. Lepiej powiedz mi prawdę, o ile po siedmiu latach w parlamencie jeszcze 
wiesz, co to takiego.

– Jak śmiesz?! – ryknął Spicer.
–  Śmiem,   bo   wiem   doskonale,   że   miałeś   romans   z  „tą   Danby”,   jak   ją   przed   chwilą 

nazwałeś. Była porządną kobietą i popełniła samobójstwo przez takie gówno jak ty.

Spicer starał się opanować.
– Nie znałem jej – nie ustępował.
–  Dałeś jej tomik sonetów Szekspira z wpisem na pierwszej stronie: Moja miłość na 

zawsze, V.

– Mam na imię William.
– Ale lubisz, jak nazywają cię Victor.
Spicer poczerwieniał.
– Nie znałem jej – powtórzył.
– To było twoje pismo; dałem je do analizy – skłamał Steven, czując, że wygrywa.
Spicerowi   odpłynęła   krew   z   twarzy.   Przez   moment   siedział   bez   ruchu,   potem   wolno 

pochylił się do przodu i oparł ręce na biurku. W końcu zwiesił głowę.

– Okay, znałem Ann. Takie rzeczy się zdarzają. Jestem tylko człowiekiem, do cholery.
Steven nie zamierzał przyznawać mu racji.
– Poznałem ją na jakiejś cholernie nudnej wystawie zorganizowanej przez jej szefów i tak 

się zaczęło. Wiem, że to było głupie, ale jak powiedziałem, takie rzeczy się zdarzają. Chyba 
nie zaprzeczysz?

– Ani mi się śni – odrzekł spokojnie Steven.
Ktoś cicho zapukał i natychmiast otworzył drzwi. Do pokoju zajrzała Matilda Spicer.
– Nie chcę wam przerywać, ale spóźnisz się, kochanie.
Spicer nie podniósł wzroku.
– Zadzwoń do telewizji, Matildo – wychrypiał z wysiłkiem. – Przeproś w moim imieniu i 

background image

powiedz, że dziś nie będę mógł przyjechać.

– Coś się stało? – zapytała z niepokojem.
–  Nic, wszystko w porządku. Później ci wytłumaczę.  –  Drzwi się zamknęły.  –  Zdajesz 

sobie sprawę, co się stanie z moją żoną? To ją wykończy.

Steven spojrzał na niego jak na wyjątkowo nieciekawą formę życia w sadzawce.
– Obchodzi mnie tylko to, skąd się wziął ten wirus. Umiera mnóstwo ludzi. Musisz mi 

powiedzieć wszystko, co wiesz.

– Co mogę powiedzieć, skoro nawet nie wiedziałem, że to mam? – wykrztusił Spicer.
– Po pierwsze, potrzebuję próbki twojej krwi. Trzeba zbadać, czy są w niej przeciwciała 

na ten wirus. To wykaże ponad wszelką wątpliwość...

–   ...że   ja   jestem   sprawcą   wybuchu   choroby?  –  dokończył   Spicer.   Był   wyraźnie 

wstrząśnięty, jakby po raz pierwszy uświadomił sobie wszystkie implikacje.

– Tu, w Manchesterze, tak – potwierdził Steven.
– A jeśli odmówię?
– Nie ma takiej możliwości.
–  Ale chyba jeszcze nic nie jest przesądzone? Wynik może być negatywny. Może się 

okazać, że nie miałem nic wspólnego z wybuchem tej choroby czy zarażeniem Ann.

– Teoretycznie – zgodził się Steven. – Ale ta szansa jest taka jak to, że sześć milionów 

ludzi odwiedzi Millennium Dome w ciągu najbliższych czterech tygodni. Chodziłeś z Ann po 
górach?

– Zacząłem dopiero w zeszłym roku. Dla niej to też była nowość. Spodobało nam się.
– Spędziłeś z nią kilka weekendów, potem w jej notesie jest długa przerwa. Wyjechałeś 

do Nepalu?

Spicer przytaknął.
– Po powrocie jadłeś z nią kolację w czwartek osiemnastego. Wtedy widziałeś ją po raz 

ostami?

Spicer zawahał się, jakby szukał słów.
– Kiedy w Nepalu byłem bliski śmierci, zdałem sobie sprawę, ile dla mnie znaczą żona i 

córka. Postanowiłem, że po powrocie zerwę z Ann. Chyba to rozumiesz?

Steven skinął głową.
– Jak Ann to przyjęła? – zapytał.
– Bardzo źle.
– A mimo to kochałeś się z nią tamtej nocy – zauważył Steven.
Spicer przełknął;
– Nie mogło być inaczej. Tak na mnie działała. Jestem tylko człowiekiem, na Boga.
I tym razem Steven nie przyznał mu racji.
– Tamtej nocy zaraziłeś ją wirusem – powiedział.
– Chryste, nie wiedziałem – odrzekł Spicer. – Skąd mogłem wiedzieć, do cholery?

background image

– Kochałeś się z nią, potem ją zostawiłeś i kilka dni później odebrała sobie życie. Zgadza 

się?

– Skąd miałem wiedzieć, że ta głupia krowa zrobi coś takiego?
Prawa dłoń Stevena zacisnęła się w pięść, ale opanował się.
– Chyba masz rację, Spicer. – Odczekał chwilę i nagle zapytał: – Więc dlaczego zabiłeś 

Anthony’ego Pelotę?

– O czym ty gadasz, do cholery?! – wybuchnął Spicer.
Steven patrzył na niego twardo, żeby pokazać całkowitą odporność na takie wybuchy. Po 

kilku sekundach ciszy zauważył z satysfakcją, że wyraz twarzy Spicera się zmienia; pewność 
siebie zastąpił wyraźny niepokój.

– Wiem, że w tamten czwartek Ann jadła kolację w Magnolii – ciągnął. – Pelota miał mi 

powiedzieć, z kim. To byłeś ty, prawda?

– I co z tego? – odparował Spicer. – Tamtego wieczoru było tam co najmniej dwadzieścia 

innych osób.

– Ale nie one zabiły Pelotę, tylko ty, Spicer. I nie włożyłeś rękawiczek, zanim wbiłeś mu 

nóż  –  zaryzykował Steven i poznał po minie  Spicera, że trafił.  –  Szantażował cię? O to 
chodziło?

Victor Spicer stracił całą chęć do walki. Opadły mu ramiona.
– Ten zasrany makaroniarz zadzwonił do mnie i powiedział, że ktoś prowadzi śledztwo – 

wyjaśnił niemal szeptem. – Odstawił całą szopkę, jaki to był dyskretny. Potem zasugerował, 
że pewnie chciałbym mu się odwdzięczyć.

Steven obojętnie skinął głową.
–  Dogadaliśmy  się na  pięćset  funtów, ale  kiedy tam przyjechałem,  podniósł  cenę do 

tysiąca. Nie wytrzymałem. Wiedziałem, że to się nigdy nie skończy. Dostałem szału. Doszło 
do awantury i bójki. Złapałem za nóż. Resztę już wiesz. Co teraz będzie?

–  Jeśli   odpowiesz   mi   na   wszystkie   pozostałe   pytania,   dam   ci   trochę   czasu   na 

przygotowanie żony do tego, co ją czeka, a potem wezwę policję – odrzekł Steven. – Zdajesz 
sobie sprawę, że mogłeś zarazić także żonę?

Spicer wytrzeszczył oczy.
– Jak to? – wyjąkał.
–  Wirus   przez   jakiś   czas   pozostaje   w   płynach   ustrojowych   tego,   kto   wyleczył   się   z 

infekcji filowirusowej. W ten sposób złapała go Ann. Jeśli po powrocie kochałeś się z żoną... 
sam wiesz.

Spicer wziął kilka głębokich oddechów.
– Nie kochałem się z nią... przez moją chorobę...
–  Więc nie ma powodu do obaw  –  powiedział Steven, ale ku swemu  zdumieniu  nie 

zauważył ulgi na twarzy Spicera.

background image

12

Edynburg

Karen Doig opuściła gabinet Paula Grossarta z takim uczuciem, jakby straciła grunt pod 

nogami.   Oszołomiona   zeszła   wolno   po   schodach   i   wyszła   drzwiami   frontowymi.   Nie 
dostrzegała   nikogo ani   niczego.  Na  dworze  lało,   ale  nie  zwracała   na  to uwagi,  gdy  szła 
niepewnie przez parking do samochodu. Nie zauważyła nawet, że otwierając drzwi, stoi w 
głębokiej kałuży. Wsiadła i przez pełne pięć minut patrzyła niewidzącym wzrokiem przez 
przednią szybę, zanim odjechała.

Jej matka, Ethel Lodge, która wcześniej przyjechała zająć się wnuczką imieniem Kelly, 

otworzyła drzwi, kiedy Karen zahamowała przed swoim eleganckim domkiem bliźniakiem w 
nowym osiedlu willowym Pines na obrzeżach Edynburga.

– Cała przemokłaś, kochanie – zganiła córkę. – Daj mi płaszcz, bo wszystko zachlapiesz. 

Powieszę   go   w   kuchni.   Ogrzej   się   przy   kominku.   Woda   właśnie   się   zagotowała.   Zrobię 
herbatę.

Przyniosła dwa kubki i wręczyła jeden córce.
– I co powiedział pan Grossart? – zapytała. – Coś ci wyjaśnił?
Karen spojrzała na nią przez łzy.
– Tak – odrzekła cicho. – Że Peter mnie zostawił. Uciekł z Amy Patterson.
– Kto to, do diabła, jest Amy Patterson?! – zawołała Ethel i osunęła się wolno na fotel.
– Naukowiec. Peter pojechał z nią do Walii.
– Nie wierzę w to.
–  Tego się dowiedziałam od pana Grossarta  –  odparła Karen.  –  Powiedział, że jest mu 

przykro, ale nie może nic zrobić. Jeśli Peter nie chce ze mną rozmawiać o tym, co się dzieje, 
to ma prawo. Firma nie może ingerować w sprawy rodzinne.

– To jakieś szaleństwo! – wykrzyknęła Ethel. – Jesteście ze sobą tacy szczęśliwi.
– Ja też tak myślałam – odrzekła Karen w zamyśleniu. – Nie mogę uwierzyć, że zrobił 

coś takiego.

background image

Ukryła twarz w dłoniach i jej ramiona zaczęły się trząść. Szlochała bezgłośnie.
– Och, kochanie, to musi być jakaś pomyłka. Peter nie zrobiłby czegoś takiego. Jest wam 

dobrze razem i wiesz, jak kocha Kelly. Co ten Grossart dokładnie powiedział?

– Zapytałam go, czy nie wie, dlaczego Peter przestał do mnie dzwonić i dlaczego telefon 

w stacji doświadczalnej  w Walii  nie odpowiada. Byłam  zaniepokojona  i zła...  zażądałam 
wyjaśnień... i dostałam je. Grossart powiedział, że oboje uciekli, ale nie ma pojęcia, dokąd. 
Sam dopiero się o tym dowiedział.

Ethel Lodge patrzyła na córkę i dzieliła z nią rozpacz, jak potrafi tylko matka.
–  Nie   wierzę   w   to  –  powtórzyła.  –  Ludzie   po   prostu   nie   robią   takich   rzeczy   bez 

wcześniejszych planów. Peter nie dał ci żadnego powodu do podejrzeń, że coś jest nie tak?

Karen pokręciła głową.
– Nie – szepnęła. – Żadnego.
–  Wbrew   słowom   piosenek   nie   można   żyć   samą   miłością.   Trzeba   mieć   pieniądze, 

ubrania, jedzenie i dach nad głową. Zajrzyj  do szafy i zobacz, co ze sobą zabrał. Potem 
zadzwoń do banku i sprawdź, czy wyjął coś z konta.

Karem spojrzała na matkę  i dostrzegła  w niej  wewnętrzną siłę, z której istnienia  nie 

zdawała sobie sprawy.

– Kochasz go, prawda? – zapytała Ethel.
– Tak
– Więc zacznij walczyć, dziewczyno.
Karen sprawdziła szafę męża. Większość jego ubrań była na swoim miejscu. Wziął tylko 

to, co zapowiedział. „Niezbędne minimum, jak to określił, bo w stacji doświadczalnej nie ma 
na kim robić wrażenia poza zwierzętami”. Kiedy Karen przypomniała to sobie, natychmiast 
się zaniepokoiła. Może samotność na północnowalijskiej wsi, gdzie dni są krótkie, a noce 
długie, popchnęła Petera w ramiona tej jak jej tam? Ale jeśli nawet, to chyba chodzi tylko o 
sprawy fizyczne? Peter przecież nie zostawiłby jej i Kelly...

– Brakuje czegoś? – zapytała matka, kiedy Karen wróciła na dół.
– Nie.
– To dobrze. Dzwoń do banku.
Karen zapytała przez telefon o stan kont.
– Nic nie wyjął – zameldowała.
– Wypij herbatę – poleciła Ethel. – Wystygnie.
Karen zaczęła sączyć herbatę.
Ethel popatrzyła na ogród w deszczu.
– Znasz tę Patterson? – zapytała,
– Spotkałam ją w lecie na firmowym grillu.
– Wyglądała na ten typ?
– Na jaki typ?

background image

– Wiesz, o co mi chodzi.
– Prawdę mówiąc, pomyślałam, że jest trochę nieśmiała. Typowa intelektualistka. Długa 

spódnica i okulary. Zupełnie nie w typie Petera. Jeździła z mężem obserwować ptaki. Peter 
nie odróżnia drozda od strusia.

– Więc jest mężatką?
– Otóż to. Może powinnam skontaktować się z jej mężem?
– Oczywiście – zgodziła się Ethel. – Ciekawe, czy jest tak samo zaskoczony jak ty?
Z góry dobiegł płacz.
–   Och,   Kelly...   –  mruknęła   Karen   przy  przeglądaniu   książki   telefonicznej.  –  Daj   mi 

chwilę spokoju.

–  Zajrzę   do   niej  –  powiedziała   Ethel.  –  Wygląda   na   to,   że   popołudniowa   drzemka 

skończyła się.

Karen zaczęła dzwonić do miejscowych Pattersonów. Za każdym razem pytała, czy ma 

dobry numer. Przy ósmym telefonie trafiła.

– Amy niestety nie ma – odrzekł męski głos. Brzmiał nerwowo.
– Jest pan jej mężem?
– A kto mówi?
– Karen Doig, żona Petera. Pewnie już pan słyszał?
– Wprost nie mogę w to uwierzyć – odparł Patterson.
– Nic pan nie podejrzewał?
– Nie, nic. Telefon od Paula Grossarta zupełnie mnie zaskoczył. A panią?
– Też. Wie pan co? Może firma się myli? – podsunęła Karen z rosnącą nadzieją. – Peter 

nie wziął żadnych dodatkowych ubrań i nie wyjął nic z naszego konta bankowego.

– Więc co pani sugeruje?
–  To,  że  oboje  zniknęli,   nie  musi   oznaczać,   że  uciekli   razem.  Może  firma  tylko  tak 

przypuszcza?

– Nie pomyślałem o tym – przyznał Patterson.
– Do tej chwili ja też nie.
– Mój Boże, więc mogli mieć wypadek albo zgubili się gdzieś w górach... czy cokolwiek!
– Uważam, że powinniśmy iść na policję – powiedziała Karen. – Natychmiast.
Odwróciła   się   i   spojrzała   pytająco   na   matkę.   Ethel   skinęła   głową.   Karen   i   Patterson 

umówili się za piętnaście minut przed komendą.

– Dzięki, mamo – powiedziała Karen po odłożeniu słuchawki i zaczęła się w pośpiechu 

zbierać.

– Twojemu ojcu nic się nie stanie, jeśli raz sam zrobi sobie herbatę – odrzekła Ethel. – 

Leć.

Karen   rozpoznała   Iana   Pattersona,   gdy   tylko   go   zobaczyła.   Pamiętała   szczupłego, 

poważnego   mężczyznę,   który   w   lecie   na   grillu   był   w   T-shircie   z   napisem   CHROŃMY 

background image

ZIEMIĘ.   Dziś   miał   na   sobie   bawełnianą   kurtkę,   sweter   szetlandzki,   ciemnozielone 
sztruksowe spodnie i buty z niewyprawionej skóry na grubej podeszwie. Nie podali sobie rąk; 
Karen tylko uśmiechnęła się słabo,

– Wchodzimy? – zapytała.
Musieli stać w kolejce. W komendzie pachniało lekko środkiem dezynfekującym.  Na 

zielonych  ścianach wisiały różne ostrzeżenia  i plakaty obiecujące nagrody za informacje. 
Obcy świat, pomyślała Karen i cierpliwie czekała, aż mężczyzna z przodu wyjaśni, dlaczego 
nie może pokazać prawa jazdy.

Musiała   się   cofnąć,   kiedy   facet   dostał   następne   dwadzieścia   cztery   godziny   czasu, 

odwrócił się gwałtownie i przepchnął do wyjścia. Podeszła do pulpitu i zaczęła tłumaczyć 
sierżantowi w średnim wieku, po co przyszła.

–  Nie   możemy   nic   zrobić  –  usłyszała,   zanim   zdążyła   skończyć.   Policjant   zatrzasnął 

głośno rejestr zgłoszeń, jakby chciał podkreślić nieodwołalność decyzji.

– Jak to?! – wykrzyknęła z oburzeniem Karen. – Musicie coś zrobić. To wasz obowiązek. 

Zaginęło dwoje ludzi!

– Oboje są dorośli. Jeśli postanowili razem uciec, to nie jest wbrew prawu. Przykro mi, 

ale nie możemy się angażować w sprawy rodzinne – odrzekł sierżant.

– Ale oni nie postanowili razem uciec! –  upierała się Karen.  –  Zniknęli i mogą gdzieś 

leżeć ranni. Chyba nie chce pan mieć ich na sumieniu? Może się pan skontaktować z policją 
walijską i poprosić o sprawdzenie?

Kolejka rosła. Sierżant poczuł się niepewnie. Podniósł słuchawkę telefonu i zamienił z 

kimś kilka słów.

–  Przyjmie panią inspektor Grant  –  oznajmił.  –  Wyjaśni pani naszą politykę w takich 

sprawach.

Karen   i   Patterson   zostali   wprowadzeni   do   ciasnego,   kiepsko   oświetlonego   pokoju. 

Poproszono ich, żeby usiedli na dwóch twardych krzesłach, i Karen poczuła się jak uczennica 
wezwana za karę do dyrektora szkoły. Tym razem mówił Patterson, ona tylko czasem coś 
dodawała.  Kiedy skończyli,  Grant  pokiwał głową  i powiedział  mniej  więcej  to samo,  co 
sierżant.

– Policja naprawdę nie może się angażować w sprawy rodzinne.
–  Czy pan nie rozumie, że to tylko przypuszczenie szefa firmy,  że Peter i żona Iana 

uciekli razem? Równie dobrze mogli mieć wypadek albo leżą ranni gdzieś w górach.

Grant popatrzył na nią w zamyśleniu.
–  Mówi pani, że człowiek, od którego dowiedziała się pani o ich ucieczce, nazywa się 

Grossart?

– Paul Grossart, dyrektor firmy Lehman Genomics.
– Numer telefonu?
Karen podała i Grant zapisał. Wstał i wyszedł do pokoju obok.

background image

– Przykro mi – oświadczył po powrocie – ale naprawdę nie możemy nic zrobić.
–  Co powiedział Grossart?  –  zapytała Karen.  –  Dał panu jakiś dowód, że Peter i Amy 

uciekli razem?

Grant miał niepewną minę.
– No... nie –  przyznał.  –  Ale szefowie zwykle wyczuwają takie sprawy. Wiem, że to 

przykre i współczuję pani, ale takie rzeczy zdarzają się częściej, niż pani sobie wyobraża.

– Więc nie pomoże nam pan?
–  Po prostu nie mogę  –  odparł Grant.  –  Według prawa, oboje są dorośli. Żyjemy w 

wolnym kraju.

Adrenalina skończyła się. Karen ogarnęło uczucie bezradności. Po jej twarzy spłynęły łzy 

i zwiesiła głowę. Ten widok podziałał na Granta.

– Pojechali do Walii swoimi samochodami? – zapytał.
Karen pokręciła głową.
– Nie, firma zapewniła transport.
– Pańskiej żonie też?
– Wyjechali razem – odparł Patterson.
–  Grossart   nie   zgłosił   zaginięcia   samochodu   firmowego  –  powiedział   w   zamyśleniu 

Grant. – Gdzie jest ta stacja doświadczalna?

Karen spojrzała pytająco na Pattersona, ale on tylko wzruszył ramionami.
– Żadne z państwa nie wie?
– Peter sam chyba dokładnie nie wiedział – odpowiedziała z zażenowaniem Karen.
– Amy też nic nie mówiła – dodał Patterson.
– Więc nie mogliby państwo do nich napisać ani nic im wysłać?
– Chyba nie –  zgodziła się Karen.  –  Choć nie było takiej potrzeby. Przypuszczam, że 

moglibyśmy   wysłać   im   coś   przez   firmę.   Ale   dostaliśmy   numer   telefonu.   Na   początku 
rozmawiałam z Peterem co wieczór.

– A ja z Amy – dodał Patterson.
– To już coś – powiedział Grant. – Mają państwo ten numer?
Karen pogrzebała w torebce i wręczyła mu kawałek papieru. Grant przeprosił i zniknął na 

kilka minut.

– Zapytałem Grossarta o ich transport – wyjaśnił po powrocie. – Podobno pojechali do 

Walii firmowym land-roverem, ale nie jest pewien.

– Nie jest pewien?! – wykrzyknęli chórem Karen i Patterson.
Mina Granta sugerowała, że też jest zaskoczony.
–  Ma  oddzwonić   i  podać   numer  rejestracyjny   samochodu  oraz   powiedzieć,  czy  chce 

zgłosić zaginięcie pojazdu.

Karen i Patterson milczeli.
–  Muszę jeszcze raz podkreślić, że w takiej sytuacji nie możemy nic zrobić. Chyba że 

background image

zostanie zgłoszona kradzież pojazdu. Ale w celach... nazwijmy to, „prewencyjnych”, mogę 
przekazać numer  rejestracyjny naszym  walijskim kolegom. Jeśli samochód  jest jeszcze w 
północnej Walii, będą mogli zatrzymać kierowcę i zapytać o właściciela i cel podróży.

– Dziękuję – odrzekła Karen.
Ian Patterson też podziękował.
– To naprawdę zagadkowe – dodał.
– Co do telefonu, który dostali państwo z firmy – ciągnął Grant – numer jest zastrzeżony, 

więc nie mogę państwu nic zdradzić.

Pchnął przez biurko kawałek papieru z adresem.
– Oczywiście, że nie – odparła Karen i wsunęła świstek do torebki. – Dziękuję, że pan nas 

przyjął, panie inspektorze.

– Przykro mi, że nie mogłem pomóc. – Grant wstał i odprowadził ich do drzwi.
Na ulicy Karen wyjęła kartkę.
– Eksperymentalna Stacja Badawcza w Plas-y-Brenin, niedaleko Capel Curig, Gwynedd, 

północna   Walia  –  przeczytała   głośno   i   spojrzała   na   Pattersona.  –  Jadę   tam.   Muszę   się 
upewnić. Co ty na to? Przyłączasz się?

– Jasne – odrzekł. – Weźmiemy mój samochód. Ma napęd na cztery koła.
Następnego   ranka   Karen   podrzuciła   Kelly   do   matki   razem   z   torbą   pełną   rzeczy 

niezbędnych do opieki nad siedmiomiesięcznym dzieckiem. Uściskała mocno Ethel.

– Nie wiem, jak ci dziękować, mamo.
Ethel uśmiechnęła się i przytuliła wnuczkę.
– Po to są babcie. Nie wiedziałaś?
– Zadzwonię, jak tylko tam dojedziemy.
– Nie spiesz się. I uważaj na siebie!
Karen skinęła głową i pobiegła z powrotem do samochodu. Była już siódma trzydzieści, a 

umówiła   się   z   Pattersonem   o   ósmej.   Bała   się,   że   nie   zdąży   wrócić.   Ale   mimo   ciągłego 
zatrzymywania  się  w  porannych  korkach  spóźniła  się  tylko  kilka   minut.  Zaparkowała  na 
małym   podjeździe   przed   garażem,   zamknęła   samochód   i   wpadła   na   górę   do   domu   po 
spakowaną torbę podróżną, którą wcześniej zostawiła za drzwiami frontowymi.

Patterson   czekał   w   ciemnozielonej   toyocie   land   cruiser   ozdobionej   nalepkami 

informującymi,   że   jest   członkiem   Królewskiego   Towarzystwa   Ochrony   Ptaków.   Fakt,   że 
„ratuje wieloryby i delfiny”, z jakiegoś powodu utkwił Karen w pamięci, gdy wdrapywała się 
na siedzenie pasażera.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała. – Miałam problemy z Kelly.
– Nie ma sprawy – odrzekł Patterson. Odbił od krawężnika i pojechał na południe.
– Jak myślisz, ile nam to zajmie? – zapytała Karen.
– Z mapy wynika, że to jakieś pięćset kilometrów. Normalnie pięć godzin jazdy. Ale nie 

znam dróg w tamtych górach; nigdy tam nie byłem. A ty?

background image

– Byłam kiedyś na obozie harcerskim w Llandudno – powiedziała Karen. – Jechaliśmy 

tam pociągiem. Pamiętam, że często lało.

– Będziemy improwizować – odrzekł Patterson.
Na   granicy   Szkocji   zatrzymali   się   na   kawę.   Potem   na   lunch   przy   stacji   obsługi   na 

autostradzie M6, choć żadne z nich nie było specjalnie głodne. Postój wydawał się po prostu 
pożądanym gestem normalności. Patterson jadł kanapkę z bekonem, Karen przesuwała na 
talerzu sałatkę, żeby porcja wyglądała na mniejszą niż na początku.

– Co myślisz o tym wszystkim? – zapytał Patterson.
– Boję się – wyznała Karen. – Nie wiem, jak sobie poradzę, jeśli się okaże, że naprawdę 

uciekli razem. A ty?

Patterson wzruszył ramionami.
– Ja chyba też. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Zaledwie tydzień przed jej wyjazdem 

do Walii rozmawialiśmy o tym, żeby mieć dziecko. To wszystko jest po prostu bez sensu.

Karen pocieszyła jeszcze jedna informacja niepasująca do tego, że Peter ją zostawił.
– Martwi mnie co innego –  ciągnął Patterson.  –  Jeśli rzeczywiście mieli wypadek albo 

wpadli w jakieś kłopoty... To już pięć dni od mojej ostatniej rozmowy z Amy. W walijskich 
górach jest teraz zima.

Uznali to za sygnał, że czas wstać i wrócić do samochodu.
Przez większość drogi nad M6 zbierały się ciemne chmury. Kiedy skręcili na zachód do 

Walii,   zaczęło   lać.   Wycieraczki   ledwo   nadążały  na   trasie   do  skrzyżowania   z   nadbrzeżną 
północnowalijską szosą A55. Po godzinie Patterson miał dosyć prowadzenia samochodu w 
takich warunkach i zjechał na parking przydrożnego baru.

– Napijmy się gorącej kawy i popatrzmy na mapę – zaproponował.
W barze unosił się ciężki zapach gotowania i mokrych ubrań. Para z bufetu osiadała na 

szybach, skraplała się i spływała w dół.

Usiedli przy czerwonym plastikowym stoliku i otworzyli atlas samochodowy.
– Najlepiej będzie odbić na południe przy skręcie do Llandudno i pojechać przez Vale of 

Convy – powiedział Patterson. – Potem na zachód przez Betws-y-coed do A5 i jesteśmy w 
Capel Curig. Dalej zapytamy o drogę.

Karen zgodziła się.
Minęła piąta po południu i było już ciemno, gdy Patterson zatrzymał land cruisera przed 

hotelem w Capel Curig w sercu walijskich gór. Nadal lało. Pobiegli  przez parking, żeby 
schronić   się   w   holu   wejściowym.   Było   tu   sucho   i   ciepło,   ale   pusto.   Rozejrzeli   się   za 
dzwonkiem, ale na próżno. Karen wsunęła głowę do okienka recepcji.

– Halo! – zawołała z nadzieją.
Cisza.
Patterson otworzył jakieś drzwi i zajrzał do środka.
– Jadalnia – powiedział i zamknął je z powrotem.

background image

Zobaczyli znak wskazujący koktajlbar, ale tam też nikogo nie zastali.
– Spadła tu bomba? – zdziwiła się Karen.
– Sądząc po wyglądzie części mebli, całkiem możliwe – odrzekł Patterson.
Słuszna uwaga, pomyślała Karen. Czarna plastikowa ława wzdłuż koślawych stolików 

była miejscami pokiereszowana, popielniczki pełne. Na barowym kontuarze stało pół szklanki 
stęchłego piwa.

Gdzieś z góry dobiegł kaszel i na schodach rozległy się powolne, ciężkie kroki. W barze 

zjawił się niski, łysy grubas z papierosem w kąciku ust. Zagadał coś po walijsku.

– Nie jesteśmy stąd – wyjaśnił Patterson.
Barman wyjął papierosa z ust.
– Co ma być?
Karen pokazała mu kartkę z adresem stacji doświadczalnej.
– Szukamy tego miejsca. Może pan nam pomóc?
Barman wziął świstek w krótkie, grube paluchy i zmrużył oczy.
– Jesteście z prasy?
– Nie, dlaczego? – zdziwił się Patterson.
– Bo w nocy był tam cholerny pożar – odparł mężczyzna. – Podobno została tylko kupa 

popiołu.

Patterson i Karen spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.
– Czy ktoś ucierpiał? – zapytała drżącym głosem Karen.
– Nie, nikogo tam nie było – odrzekł barman. – Moim zdaniem to jakaś cholerna zagadka. 

Przy takiej pogodzie budynek raczej nie mógł się sam zapalić, no nie?

– Często widywał pan ludzi, którzy tam pracowali? – zapytał Patterson.
Barman pokręcił głową i uniósł bliżej oczu kartkę z adresem stacji doświadczalnej.
– Tu jest napisane „niedaleko” Capel Curig, ale to cholerny kawał drogi przez góry.
– Kiedy ostatnio widział pan kogoś stamtąd? – zapytał Patterson.
– Chyba latem.
– Więc nic pan nie wie o parze naukowców, którzy przyjechali tam do pracy jakieś cztery 

tygodnie temu?

– Pierwsze słyszę – odrzekł grubas.
– Może pan nam powiedzieć, jak tam trafić? – zapytała Karen.
– Ale tam nic nie zostało – odparł barman.
– Mimo to chcielibyśmy zobaczyć tamto miejsce.
Barman wytłumaczył im, jak jechać. Wrócili do samochodu. Karen zaproponowała, że 

ona usiądzie za kierownicą.

– Jak chcesz –  zgodził się Patterson. Jak na jeden dzień, miał  dosyć  prowadzenia  w 

ciężkich warunkach.

Kiedy dotarli do skrzyżowania, o którym uprzedził ich barman, Karen wyciągnęła szyję, 

background image

żeby widzieć przez przednią szybę.

– Mówił, że to gdzieś tutaj... W lewo... Jest.
Skręciła w wyboistą górską drogę i toyota zaczęła podskakiwać na wertepach. Trasa była 

coraz bardziej stroma. Woda deszczowa szybko zamieniała trakt w rwącą rzekę.

– Nawet nie wiem, po co to robimy – odezwał się Patterson.
Karen zastanawiała się przez chwilę.
–  Jedziemy do miejsca, gdzie ostatnio były osoby, które kochamy –  odpowiedziała.  – 

Tam się wszystko zaczęło.

Pokonanie górskiego szlaku i dotarcie do zwęglonych ruin stacji doświadczalnej zajęło im 

prawie pięćdziesiąt minut. Karen zostawiła silnik na chodzie i włączone reflektory. Patrzyli w 
milczeniu na pogorzelisko.

– Masz latarkę? – zapytała w końcu.
Patterson sięgnął do tyłu i wziął dużą latarkę z gumowym chwytem.
Karen zgasiła silnik i reflektory, ale zostawiła światła pozycyjne, żeby w ciemności mieć 

punkt orientacyjny.

– Ale bajzel! – wykrzyknął Patterson. – Pewnie nie mógł tu dojechać wóz strażacki.
– Nawet jeśli straż wiedziała o pożarze – dodała Karen.
– Wszystko jedno, ogień zrobił swoje – odrzekł w zamyśleniu Patterson. – Ciekawe, co tu 

trzymali? Chyba paliwo lotnicze.

Karen   zrozumiała,   do   czego   zmierza.   W   szkielecie   budynku   trudno   było   cokolwiek 

rozpoznać. Przesunęła się w bok.

– Poświeć tutaj – poprosiła.
Patterson oświetlił wrak samochodu. Mimo deszczu szczątki jeszcze mocno śmierdziały 

spaloną gumą.

– Wygląda na land-rovera – powiedział Patterson.
– Myślisz, że to ten, którym przyjechali Peter i Amy?
– Więc dlaczego tu stoi? – zapytał Patterson. – Do ucieczki potrzebowaliby transportu.
– Fakt – zgodziła się Karen. – Ta okolica raczej nie nadaje się do autostopu.
Nagle usłyszeli odgłos silnika.
– Co za cholera?! – wykrzyknął Patterson.
Odwrócili   się   w   kierunku   drogi.   Po   chwili   pojawiły   się   dwa   reflektory,   a   nad   nimi 

niebieska   lampa   błyskowa.   Policyjny   land-rover   zatrzymał   się   i   wysiedli   z   niego   dwaj 
północnowalijscy gliniarze w żółtych kurtkach.

– Co państwo tu robią? – zapytał agresywnie jeden z nich i oświetlił ich latarką.
Karen osłoniła ręką oczy.
– Mój mąż tu pracował.
– I moja żona – dodał Patterson.
Policjant spuścił z tonu.

background image

– Więc musicie być tą parą ze Szkocji – domyślił się.
– Skąd pan wie?
–  Mieliśmy telefon z tamtejszej policji, żeby uważać na land-rovera z firmy Lehman 

Genomics. Okazało się, że to ten  –  wyjaśnił i wskazał wrak.  –  Zidentyfikowaliśmy go po 
numerze VIN na karoserii.

– I co nam to mówi? – zapytał Patterson.
– Niewiele –  przyznał policjant.  –  Mogę was tylko pocieszyć,  że w czasie pożaru w 

budynku   nikogo  nie   było.  Przejechaliście   kawał  drogi.  Pogadam   z  miejscowymi   firmami 
taksówkowymi, jeśli chcecie.

– Dzięki – odrzekła Karen, wciąż patrząc na zgliszcza.

background image

13

Wczesnym   popołudniem   William   Victor   Spicer   został   aresztowany   i   oskarżony   o 

zabójstwo   Anthony’ego   Peloty.   Stevenowi   zabrakło   pomysłu   na   ustalenie,   jak   zaraził   się 
Spicer.   Przez   ostatnie   pięć   lat   parlamentarzysta   nie   był   nawet   w   pobliżu   Afryki   i   nie 
przypominał sobie kontaktu z nikim, kto był. W czasie ich długiej rozmowy nie podsunął 
Stevenowi żadnego nowego kierunku śledztwa.

Wyglądało   na   to,   że   najgorsze   obawy   Stevena   się   sprawdziły:   Spicer   to   nie   ogniwo 

łączące   wybuchy   choroby,   lecz   fałszywy  trop.  Humphrey   Barclay,   Victor  Spicer   i  Frank 
McDougal   wciąż   pozostawali   niezależnymi,   niezwiązanymi   ze   sobą   źródłami   zakażeń 
filowirusowych. Steven zadzwonił do Freda Cummingsa i umówił się z nim na spotkanie w 
szpitalu ogólnym. Musiał z kimś pogadać, a Caroline pracowała w kościele Świętego Judy; 
dowiedział się tego z jej automatycznej sekretarki.

–  Sprytnie dotarłeś do Spicera  –  odrzekł Cummings po wysłuchaniu relacji Stevena.  – 

Ludzie Cane’a nawet nie wiedzieli o jego istnieniu.

– Ale nic mi to nie dało. Spicer po prostu zastąpił Ann Danby jako zagadkowa karta w tej 

talii. Zostaliśmy z wirusem, który atakuje jakby na chybił trafił.

– Obaj wiemy, że tak nie jest.
Steven pokręcił głową.
– Zaczynam w to wątpić.
– Znajdziesz wspólne ogniwo – pocieszył go Cummings. – Ono musi gdzieś być.
– Wielkie dzięki – uśmiechnął się Steven. – A co się dzieje w realnym świecie?
– Przybywa chorych. To się roznosi poza miasto, ale wiedzieliśmy, że tak będzie. Ludzie 

podróżują   i   mimo   najlepszych   chęci   nie   da   się   tego   powstrzymać   w   dwuipółmilionowej 
aglomeracji. W całym kraju ogłoszono alarm dla wszystkich służb medycznych, więc szansa 
na opanowanie sytuacji jest większa, niż była na początku tutaj, w Manchesterze. O ile nam 
wiadomo, nie ma nowych  „zagadkowych kart”, ale w kilku przypadkach musimy jeszcze 
ustalić kontakty.

– Co mówią spece z Ośrodka Zwalczania Chorób?

background image

–  Zastanawiają   się,   czy   ten   szczególny   filowirus   nie   jest   jednak   przenoszony   drogą 

powietrzną.

– Cholera – zaklął Steven.
– Doszli do tego samego wniosku co my:  jest po prostu za dużo zachorowań jak na 

zakażenie przenoszone tylko przez płyny ustrojowe.

– I co teraz będzie?
–   Ogrodzimy   miasto   i   spalimy   wszystkie   domy   –  odparł   Cummings   i   widząc   minę 

Stevena, dodał: – Właśnie tak robią w Afryce. Bardzo skuteczna metoda.

– Ale to nie jest wyjście.
–  Możemy   co   najwyżej   wprowadzić   godzinę   policyjną,   żeby   ludzie   nie   bywali   w 

miejscach publicznych. Zamknęliśmy kina i boiska piłkarskie, ale zrobiono wyjątki dla tylu 
małych   punktów,   że   to   niewiele   dało.   Choć   ludzie   są   wystraszeni   i   to   pracuje   na   naszą 
korzyść.

– Strach jest naszym przyjacielem – zauważył Steven.
– Dobrze powiedziane – pochwalił Cummings. – Muszę to sobie zapisać.
– Co ze środkami?
– Ze sprzętem nie ma problemu. Amerykanie i Szwedzi przywieźli najnowsze urządzenia. 

Spece   z   Ośrodka   Zwalczania   Chorób   w   Atlancie   traktują   nas   trochę   jak   poligon 
doświadczalny.   Mają   u   nas   to,   do   czego   przygotowują   się   od   lat   w   wielkich   miastach 
amerykańskich. Szwedzi są dumni ze swoich pojazdów specjalnych. Od czasu Linkoping, 
czyli od roku 1990, uważają się za ekspertów. Brakuje nam tylko pielęgniarek, co chyba sam 
widziałeś.

Steven przytaknął.
–  W całym kraju apelujemy o zgłaszanie się ochotniczek, najlepiej z doświadczeniem 

przy   chorobach   zakaźnych,   ale   to   wymierający   gatunek.   Większość   dawnych   szpitali 
zakaźnych zamknięto dziesięć do piętnastu lat temu.

–  Przy   tylu   pustych   kościołach   pewnie   przestały   być   potrzebne  –  zauważył   kwaśno 

Steven.  –  Stare kościoły są idealne. Wystarczy dobudować z tyłu krematoria i będą  w sam 
raz.

Cummings zerknął na niego z ukosa.
–   To   nie   twój   problem   –  powiedział   łagodnie.  –  Nie   przejmuj   się   takimi   sprawami, 

skoncentruj się na szukaniu źródła choroby. Jakieś musi być.

– Trudno się nie przejmować, kiedy dookoła umierają ludzie i nie wiadomo, gdzie szukać 

– odparł Steven.

– To przyjdzie samo. Czasem więcej odwagi wymaga nieangażowanie się.
– Co u skrzywionego Cane’a?
– Chyba się podda – odrzekł Cummings. – Działanie po książkowemu, jak to robił przez 

całe życie, zaprowadziło go donikąd. To ty odkryłeś, że Ann Danby miała faceta, nie on i jego 

background image

zespół. A wezwanie przez rząd speców z Ośrodka Zwalczania Chorób mocno uraziło jego 
dumę. Podejrzewam, że będzie chciał „spędzać więcej czasu z rodziną” i złoży rezygnację.

– Następna rezygnacja? To źle wpłynie na morale. Kto wskoczył na miejsce Caroline w 

służbie zdrowia?

–  Jej   zastępca,   Kinsella.   Jest   okay,   ale   Caroline   porządnie   prowadziła   swój   wydział. 

Przyszedł na gotowe. Szkoda, że Spicer tak ją załatwił. Była bardzo dobra.

– Owszem.
Steven wrócił do hotelu, usiadł przy komputerze i jeszcze raz zabrał się do przeglądania 

zgromadzonych informacji o osobach, które sklasyfikował jako  „zagadkowe karty”. Znów 
szukał wspólnego elementu. Może wcześniej coś przeoczył? Ale i tym razem nic nie znalazł.

– Więcej danych – mruknął. – Muszę mieć więcej danych.
Zadzwonił do Sci-Medu i poprosił o więcej informacji o ludziach, którzy go interesowali. 

Powiedział, że nie potrafi sprecyzować, czego potrzebuje; niech przyślą wszystko, co mogą. 
Lepiej mieć za dużo niż za mało.

Długo myślał o słowach Cummingsa, żeby za bardzo się nie angażował. Wiedział, że to 

sensowne, ale  przeczucie  mówiło  mu  co innego:  na natchnie  nie może  czekać  wszędzie. 
Równie dobrze w kościele Świętego Judy.

Przypuszczał, że Caroline i Kate będą miały przerwę mniej więcej o tej samej porze co 

poprzedniego wieczoru. Pojechał do kościoła i czekał, aż się pojawią. Wyszły po piętnastu 
minutach. Miały włosy mokre od prysznica i oczy podkrążone ze zmęczenia.

– Nie spodziewałam się, że jeszcze cię tu zobaczę – przywitała go cicho Caroline.
–  Okazało się, że znów mam wolny wieczór  –  odparł Steven, maskując brawurą to, co 

naprawdę czuł.

– Szczęściarz – powiedziała Kate. Caroline powtórzyła to samo, ale jej oczy mówiły, że 

rozumie, jakie to dla niego trudne.

Kiedy po przerwie obie wróciły do pracy,  Steven przyłączył  się do nich. Warunki w 

starym kościele pogorszyły się od wczoraj. Liczba pacjentów gwałtownie wzrosła. Do dwóch 
rzędów łóżek przybył trzeci. W nawie leżało teraz około sześćdziesięciu ciężko chorych.

–  W   dawnej   zakrystii   musiałyśmy   zrobić   kostnicę  –  wyjaśniła   Kate   Lineham.  – 

Krematoria ledwo nadążają. Robi się zator.

Steven przełknął i lekko skinął głową.
– Do roboty, kochani – przynagliła Kate.
Steven   pracował   pięć   godzin,   jak   poprzedniego   wieczoru.   Znów   wyszedł   razem   z 

Caroline. Był wykończony, ale wiedział, że jej dyżur trwał dwa razy dłużej.

– Chyba mam w domu puszkę wołowiny – oznajmiła. – I może jakąś fasolę. Co ty na to?
Uśmiechnął się. Znów potrzebował towarzystwa.
– Kusicielka z ciebie. Ale może zjedlibyśmy kolację w moim hotelu?
Caroline pokręciła głową.

background image

– Nie. Jestem wypompowana i na pewno tak wyglądam. Jedźmy do mnie. Zaprosisz mnie 

na kolację, kiedy to wszystko się skończy.

– Więc mamy randkę.
–  Dlaczego, do diabła, wróciłeś do tego kościoła?  –  zapytała Caroline, gdy czekali, aż 

fasola się zagrzeje. – Przecież wiem, co czujesz.

– Mimo  wszystko  jestem lekarzem  –  odparł Steven.  –  Nie mogę  stać z boku, kiedy 

brakuje personelu. Moje drogocenne uczucia to luksus, na który nie pozwala sytuacja.

Caroline przytaknęła ze zrozumieniem, może nawet z pewnym podziwem.
– Dziś było ci łatwiej? – zapytała.
–  Właśnie zwymiotowałem w twojej łazience, jeśli to ci wystarczy za odpowiedź. Ty 

robisz dużo więcej niż ja. Jak sobie z tym radzisz?

Po raz pierwszy zobaczył  w oczach Caroline zupełną bezradność. Coś ścisnęło go za 

gardło.

–  Miałyśmy dzisiaj dziewiętnaście zgonów  –  powiedziała cicho.  –  Kładłyśmy ciała w 

zakrystii... jedno na drugim...  jak worki kartofli. Czyjąś córkę, czyjegoś syna... Czekali na 
stosie na zabranie... i spalenie. Nigdy nie myślałam, że zobaczę coś takiego we współczesnej 
Anglii.

– Kiedy ostatnio miałaś wolne? – zapytał łagodnie.
– Te z nas, które nie mają rodzin, nie biorą wolnego, dopóki nie dostaniemy dodatkowych 

pielęgniarek.

– Wykończysz się.
–  Może   na   to   zasługuję.   Może   powinnam   była   ogłosić   alarm   po   tym,   jak   tamta 

dziewczyna poszła do dyskoteki. Teraz byłoby inaczej.

– Bzdura – odparł Steven. – Już to przerabialiśmy. W tamtych okolicznościach podjęłaś 

słuszną decyzję. Nie masz sobie nic do zarzucenia. Ten cwany skurwiel z parlamentu po 
prostu wykorzystał sytuację, żeby zwrócić na siebie uwagę.

– Dzięki... ale nie do końca mnie przekonałeś.
Zapewnienia Stevena przerwał sygnał komórki w kieszeni jego kurtki. Wyszedł do holu, 

żeby odebrać. Kiedy wrócił, Caroline poznała po jego minie, że coś się stało.

– Coś nie tak? – zapytała.
–  Zdaje  się,   że  w   Hull  jest   nowe   zagadkowe  zachorowanie  –  odrzekł  Steven,   wciąż 

przybity wiadomością.  –  Sci-Med przesyła szczegóły, ale służba zdrowia nie potrafi ustalić 
żadnych kontaktów. Chyba uważają, że to najlepszy przykład samoistnego przypadku.

– Cholera – westchnęła Caroline. – Kiedy to wszystko się skończy?
Steven przez moment patrzył na nią ponuro.
–  Kiedy   zlikwidujemy   źródło,   odizolujemy   wszystkie   kontakty   i   powstrzymamy 

rozprzestrzenianie się tej choroby, jak każdej innej. Musimy w to wierzyć.

Caroline skinęła głową, ale wyglądała na nieobecną.

background image

– Dobrze mówię? – zapytał Steven.
–  Oczywiście  –  odpowiedziała.  –  Przepraszam. Jestem cholernie zmęczona. Nie mogę 

jasno myśleć.

– Nic dziwnego.
– Opowiedz jakiś kawał, Steven. Mam uczucie, jakbym nie uśmiechała się od tygodni.
– Znam to.
– Opowiedz, nie daj się prosić.
Steven zastanowił się, potem zaczął:
– Malutki miś polarny siedział na lodowcu i patrzył na przepływającą krę. Nagle spojrzał 

w   górę   na   swoją   matkę   i   zapytał:  „Mamusiu,   czy   ja   jestem   niedźwiedziem   polarnym?” 
„Oczywiście, synku” – odpowiedziała niedźwiedzica i poklepała go po łebku. Po chwili miś 
powtórzył pytanie i dostał taką samą odpowiedź. Za moment znów o to zapytał. Tym razem 
matka straciła cierpliwość. „Oczywiście, że jesteś niedźwiedziem polarnym – warknęła. – Ja 
jestem niedźwiedziem  polarnym,  twój ojciec jest niedźwiedziem  polarnym,  twój brat  jest 
niedźwiedziem polarnym.  Wszyscy jesteśmy niedźwiedziami polarnymi.  O co ci chodzi?” 
Malutki miś westchnął: „O to, że kurewsko marznę!”

Caroline   powoli   wyszczerzyła   zęby,   potem   wybuchnęła   śmiechem.   Rechotała   tak,   że 

Steven zaczął  się obawiać czy to nie atak  histerii.  Ale kawał zadziałał  tylko  jako zawór 
bezpieczeństwa, dał ujście nagromadzonym emocjom.

– O, kurczę – powiedziała w końcu, ocierając łzy. – Super, Dunbar. Genialne.
– Cieszę się, że mogłem się na coś przydać – odrzekł. – Mogę jeszcze czymś służyć?
– Możesz zrobić nam drinki i postarać się, żeby świat zniknął na kilka godzin.
Choć Steven późno wrócił do hotelu, załadował do laptopa nową wiadomość ze Sci-Medu 

i zabrał się do pracy. Odsunął na bok dodatkowe informacje, o które prosił, i skoncentrował 
się   na   nowej  „zagadkowej   karcie”.   Natychmiast   zrozumiał,   dlaczego   służba   zdrowia 
wyciągnęła   taki,   a   nie   inny   wniosek.   Pacjentką   była   siostra   Mary   Xavier,   benedyktynka 
mieszkająca w zamkniętym klasztorze kontemplacyjnym. Tamtejsze zakonnice miały mały 
albo wręcz żaden kontakt ze światem zewnętrznym. Służba zdrowia ustaliła, że siostra Mary 
od kilku miesięcy nie opuszczała klasztoru ani nie kontaktowała się z nikim z zewnątrz.

Początkowe przygnębienie Stevena ustąpiło miejsca podekscytowaniu. Mary Xavier musi 

być kluczem do tajemnicy. Jest zakonnicą, nie będzie więc żadnych potajemnych kochanków, 
luźnych   związków   z   obcymi,   zagranicznych   podróży   ani   kontaktów   ze   zwierzętami. 
Wystarczy ustalić,  jak siostra Mary Xavier złapała  wirusa, i zagadka wybuchów  choroby 
zostanie rozwiązana.

Przeczytał,  że chora zakonnica urodziła się jako Helen Frances Dooley w irlandzkim 

mieście Enniscorthy. W wieku czterech lat straciła rodziców, teraz miała lat trzydzieści sześć, 
a w klasztorze była od jedenastu. Zachorowała osiem dni temu. Kiedy jej stan się pogorszył, 
wezwano lekarza ogólnego opiekującego się zakonnicami. Natychmiast rozpoznał tajemniczą 

background image

chorobę, bo ostatnio było o niej głośno, i podniósł alarm. Służba zdrowia rzadko miała takie 
łatwe   zadanie   odizolowania   pacjenta   od   kontaktów   ze   światem   zewnętrznym.   Władze 
wezwały jedno z ruchomych szwedzkich laboratoriów. Zespół specjalistów zbadał skażony 
materiał diagnostyczny i ustalił, że siostra Mary zaraziła się nową odmianą filowirusa.

Steven wyruszył zaraz po śniadaniu. Stuczterdziestokilometrową trasę do Hull pokonał w 

dobrym czasie, ale niemal drugie tyle zajęły mu poszukiwania klasztoru położonego w małej, 
zalesionej dolinie około trzynastu kilometrów na północny zachód od miasta. Miejsca nie 
wskazywał   żaden   znak,   bo   zakonnice   niechętnie   widziały   tu   gości.   Stary   budynek 
przypominał raczej szlachecką rezydencję niż klasztor. Policja ogrodziła teren żółtą taśmą.

Dwaj gliniarze siedzieli w radiowozie, żeby nie moknąć na deszczu. Steven pokazał im 

legitymację i zapytał, co się dzieje. Wyjaśnili, że pacjentka jest w zachodnim skrzydle na 
parterze,  w odizolowanej  części budynku.  Szwedzka  ekipa zrobiła  tam oddzielne  wejście 
przez dawne drzwi balkonowe i zainstalowała w nich tunel bezpieczeństwa. Oprócz zakonnic, 
które opiekują się siostrą Mary, pozostałe prowadzą swój zwykły tryb życia i proszą, żeby 
możliwie jak najmniej zakłócać im spokój.

Steven skierował się do głównego wejścia pod kamiennym łukiem i zapukał do ciężkich, 

drewnianych drzwi. Nikt nie otworzył. Przekręcił mosiężną klamkę i wszedł do ciemnego 
holu. Podłogę pokrywał wytarty dywan, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Tylko 
krzyż na ścianie wskazywał, że to nie zamek księcia Drakuli.

Bocznym korytarzem przemknęła starsza zakonnica. Miała spuszczoną głowę, a dłonie 

schowane w rękawach habitu. Nie zauważyła Stevena i zniknęła, zanim zdążył się odezwać. 
Doszedł do rozgałęzienia korytarzy i przystanął. Nie chciał zapuszczać się dalej, czekał, aż 
ktoś   się   pojawi.   Po   dłuższej   chwili   podeszła   do   niego   młoda   zakonnica   w   okularach   z 
grubymi szkłami. Mimo obszernego habitu wyglądała na przeraźliwie chudą.

– Kim pan jest? – zapytała z niezadowoleniem. – Tu nie wolno wchodzić.
–  Przepraszam,   ale   nikt   nie   odpowiadał   na   pukanie.   Nazywam   się   Steven   Dunbar. 

Chciałbym porozmawiać z matką przełożoną, jeśli to możliwe.

Pokazał zakonnicy legitymację. Wzięła ją i przysunęła do oczu.
– Niech pan tu zaczeka – odparła. – Zapytam matkę przełożoną.
Przeszła  jakieś dwadzieścia  metrów  w głąb korytarza  i zapukała  do drzwi po prawej 

stronie. Na chwilę zniknęła w środku, potem znów się pojawiła i przywołała go szerokim 
ruchem ramienia. Steven domyślił się, że nie widzi go z daleka. Wprowadziła go do małego 
kwadratowego pokoju z łukowym sklepieniem. Matka przełożona siedziała za rzeźbionym 
biurkiem z różanego drewna. Większą część prawej strony jej twarzy pokrywało purpurowe 
znamię, lewą szpeciła wielka torbiel. Na widok Stevena wstała, choć przy jej niskim wzroście 
nie zrobiło to wielkiej różnicy.

– Czym mogę służyć, doktorze Dunbar? – spytała melodyjnym, ciepłym głosem.
–  Próbuję   ustalić,   jak   siostra   Mary   Xavier   zaraziła   się   chorobą.   Chciałbym   się 

background image

dowiedzieć, gdzie ostatnio bywała i z kim się kontaktowała.

–  Jak już mówiłam tym,  którzy byli tu przed panem, młody człowieku, siostra Mary 

nigdzie się stąd nie ruszała, a jej jedynym towarzystwem były tutejsze siostry.

–  Z   całym   szacunkiem,   matko   przełożona,   to   niemożliwe  –  nie   ustępował   Steven.  – 

Musiała mieć jakiś kontakt ze światem zewnętrznym. Jeśli bowiem nie, oznaczałoby to, że 
wirus wziął się stąd, pochodził z klasztoru.

– Niezbadane są wyroki Pana, doktorze.
– Czy sugeruje siostra, że Bóg stworzył wirusa specjalnie po to, żeby zabił siostrę Mary 

Xavier? – zapytał Steven, lekko poirytowany beztroską matki przełożonej.

– Może niekoniecznie tak go skonstruował.
– A jak mógł go „skonstruować”, matko przełożona? Takie wirusy nie mogą egzystować 

poza organizmem gospodarza. Ich jedyną funkcją jest zabijanie.

– Może jedyną znaną nam, doktorze.
Steven wycofał się zręcznie.
– Mówiła matka przełożona, że już ją pytano, gdzie bywała siostra Mary.
– Ludzie ze służby zdrowia upierali się tak samo jak pan, że nasza siostra musiała mieć 

ostatnio kontakt ze światem zewnętrznym. Ale prawda jest taka że od dawna nie opuszczała 
tych   murów.   Miała   styczność   tylko   z   innymi   siostrami   i   może   z   naszym   księdzem 
spowiednikiem. Ręczę za to.

– Mam nadzieję, że wielebnemu nic nie jest, matko przełożona?
– Poza tym, że martwi się o zdrowie siostry Mary Xavier, ojciec O’Donnell ma się na tyle 

dobrze, na ile można się spodziewać po siedemdziesięciolatku.

Steven   zastanawiał   się,   czy   matka   przełożona   czyta   w   jego   myślach.   Inteligentne 

spojrzenie jej oczu mówiło, że to możliwe; dlatego wymieniła wiek księdza. Zrezygnował z 
prośby o zrobienie duchownemu testu na przeciwciała.

– Czy mogę wiedzieć, kiedy siostra Mary Xavier po raz ostami była poza klasztorem? – 

zapytał.

–  Jesteśmy   zakonem   kontemplacyjnym,   doktorze.   Staramy   się   w   ogóle   stąd   nie 

wychodzić. Modlimy się tylko za świat zewnętrzny.

– Rozumiem – rzekł Steven. – Więc siostra Mary nie opuszczała tych murów od ponad 

dziesięciu lat?

–  Niezupełnie  –  odpowiedziała   zakonnica.  –  Siostra   Mary   nie   cieszyła   się   dobrym 

zdrowiem. W zeszłym roku lekarze zdecydowali, że musi przejść operację. Jakieś dziewięć 
miesięcy temu pojechała na kilka dni do Szpitala Świętego Tomasza w Hull. Bóg sprawił, że 
wróciła do nas wyleczona.

– To dobrze – odparł Steven. – A co jej dokładnie było?
–  Brakowało jej energii i łatwo się męczyła  –  wyjaśniła zakonnica.  –  Często z trudem 

łapała oddech. Nieraz napędziła nam strachu i omal nie zemdlała. Ale, chwalić Pana, po 

background image

operacji była zdrowa jak ryba.

– Energia przyda jej się teraz do zwalczania wirusa – zauważył Steven.
Rozległo się pukanie i weszła jedna z sióstr. Powiedziała, że matka przełożona jest pilnie 

potrzebna, prosi ją siostra Mary Xavier.

– Oczywiście – odrzekł Steven, kiedy go przeprosiła.
Patrzył, jak dwie kobiety biegną korytarzem do zachodniego skrzydła, potem wyszedł z 

budynku. Siedząc w samochodzie, zastanawiał się, jakim cudem ktoś, kto nie wychodził z 
klasztoru od dziewięciu miesięcy, mógł się zarazić wirusową gorączką krwotoczną. Kiedy w 
końcu się poddał, zaczął bić dzwon. Wiedział instynktownie, że to podzwonne dla siostry 
Mary Xavier.

background image

14

Steven słuchał ponurego bicia dzwonu i zastanawiał się, czy to również nie podzwonne 

dla wszystkiego, czego go uczono o mechanizmach infekcji wirusowych. Wirusy potrzebują 
żywego   gospodarza,   żeby   móc   się   replikować.   Nie   mają   środków   do   samodzielnej 
egzystencji, nawet uśpionych zarodków, jak niektóre bakterie. Siostra Mary Xavier musiała 
się zarazić od żywego źródła, w przeciwnym razie trzeba by od nowa napisać podręczniki 
medycyny. Na myśl o tym uśmiechnął się krzywo. Podręczniki ciągle pisze się od nowa  – 
ilekroć jakiś nowy fakt obala opinię ekspertów.

Jeszcze raz przeanalizował sytuację. Żadna z pozostałych zakonnic nie zachorowała, więc 

Mary Xavier musiała złapać wirusa poza klasztorem, uznał. Tyle że od dziewięciu miesięcy 
nie była na zewnątrz. Zaklął ze złości i oparł czoło o kierownicę.

Pod   wpływem   impulsu   postanowił   pojechać   do   Hull   i   zapytać   w   Szpitalu   Świętego 

Tomasza   o   chorobę   i   operację   siostry   Mary.   Nie   wiedział,   czy   to   mu   coś   wyjaśni,   ale 
przynajmniej będzie miał więcej informacji o nowej  „zagadkowej karcie”. Dopóki nie zna 
odpowiedzi, trudno orzec, co jest ważne, a co nie. Lepiej robić cokolwiek niż nic.

Doktor   Clifford   Sykes-Taylor,   członek   Królewskiego   Kolegium   Chirurgii,   nie   był 

przekonany,   czy   powinien   ujawniać   cokolwiek   o   swojej   pacjentce.   Uraczył   Stevena 
monologiem o coraz powszechniejszym lekceważeniu tajemnicy lekarskiej i erozji stosunków 
pacjent-lekarz. Był bardzo niski i miał sporą nadwagę, ale pewność siebie i tubalny głos jakby 
dodawały mu wzrostu. Muszka w grochy zapewne pomagała mu zaspokoić potrzebę bycia 
widocznym.

Steven   pomyślał,   że   przy   stole   operacyjnym   facet   chyba   stoi   na   skrzynce,   lecz   bez 

wątpienia każdy go słyszy.

– Mam upoważnienie do żądania takich informacji – powiedział chłodno.
Sykes-Taylor westchnął.
– Upoważnienie, tak, oczywiście, zawsze upoważnienie... Powiem panu, że wcale mi się 

to nie podoba. Odbieram to jako nadużycie zaufania mojej pacjentki, a pacjenci zawsze są dla 
mnie na pierwszym miejscu. Jak dotąd, nie podał mi pan ani jednego powodu, dla którego 

background image

powinienem powiedzieć panu cokolwiek.

– Podam panu nawet trzy, jeśli pan sobie życzy – odparł Steven. – Po pierwsze, jestem 

lekarzem, tak jak pan, i zachowam te informacje dla siebie. Po drugie, mam prawo zmusić 
pana do ujawnienia mi wszystkiego, jeśli zajdzie taka potrzeba. Po trzecie, pańska pacjentka 
już nie żyje; zmarła godzinę temu.

Sykes-Taylor wyglądał na zaskoczonego. Przeszedł do defensywy.
– Mam nadzieję, że nie sugeruje pan, iż przeprowadzony przeze mnie zabieg odegrał w 

tym jakąś rolę? – zapytał podejrzliwie.

Epitafium chirurga dla pacjenta, pomyślał Steven.
– Nie, panie Sykes-Taylor  –  odrzekł.  –  Niczego takiego nie sugeruję. Ale chciałbym 

wiedzieć, dlaczego siostra Mary Xavier potrzebowała pańskiej pomocy.

Na twarzy lekarza pojawił się wyraz ulgi. Po raz pierwszy uśmiechnął się lekko.
– W dzisiejszych czasach ludzie mogą podać człowieka do sądu tylko za to, że krzywo na 

kogoś spojrzał. A to cholerne ustawowe ubezpieczenie poszło w tym roku strasznie w górę. 
Czasami zastanawiam się, po co w ogóle zawracam sobie głowę operowaniem za te wszystkie 
podziękowania, które dostaję.

Steven zastanawiał się, gdzie zniknęła troska o interesy pacjentów, ale wolał nie pytać, bo 

chirurg wstał i podszedł do szafki z aktami. Wyjął pękatą tekturową teczkę i wrócił za biurko. 
Otworzył teczkę, włożył połówki okularów i zaczął czytać.

– No tak, nasza poczciwa siostra miała problemy z sercem. Typowe objawy: brak energii, 

trudności z oddychaniem, takie rzeczy. Zgodnie ze wstępną diagnozą chodziło o osłabienie 
zastawki dwudzielnej, której sprawność spadła do około siedemdziesięciu procent. Do końca 
ubiegłego   roku  pacjentki   nie  sklasyfikowano  jako  przypadku   priorytetowego,   ale   badania 
przeprowadzone w grudniu wykazały, że zastawka jest coraz słabsza i stenoza pogarsza się. 
Baliśmy   się,   że   całkiem   wysiądzie,   więc   skierowaliśmy   siostrę   na   zabieg   korekcyjny. 
Przyjęliśmy ją w lutym. Leżała krótko, operacja była prosta i powiodła się. Siostra wyszła ze 
szpitala   zdrowa   jak   ryba.   O   ile   wiem,   nie   miała   potem   żadnych   problemów,   pomijając 
oczywiście jej dzisiejszą śmierć.

– To nie miało nic wspólnego z sercem – powiedział Steven.
– Dzięki Bogu – odrzekł Sykes-Taylor.
„Mleko dobroci ludzkiej  nie jest wyssane  z piersi matki  –  pomyślał  Steven słowami 

Szekspira. – Ono opada z nieba jako delikatna rosa...”

Wracał z Hull mocno przygnębiony. Kiedy rano wyruszał w tę podróż, był pewien, że 

zrobi znaczący postęp. Teraz jechał w deszczu z najwyraźniej  nierozwiązywalną  zagadką 
zamiast odpowiedzi.

Gdy minął przedmieście Manchesteru i skręcił w stronę centrum miasta, na tablicach 

reklamowych przy kioskach z prasą zauważył wyeksponowane słowo „katastrofa”. Zatrzymał 
się zaintrygowany i kupił gazetę. Okazało się, że chodzi o gwiazdkową katastrofę handlową. 

background image

Obroty   sklepów   w   Manchesterze   spadły   w   porównaniu   z   ubiegłym   rokiem   o   ponad 
sześćdziesiąt procent. Strach powstrzymywał ludzi przed robieniem zakupów. No i dobrze, 
pomyślał   Steven.   Czas   wrócić   do  świąt   w   starym   stylu,   kochani.   Takich,   jakie   znaliśmy 
kiedyś.

Poprzedniego wieczoru nie zdążył przejrzeć wszystkich nowych informacji ze Sci-Medu 

o „zagadkowych kartach”. Zabrał się do tego teraz. Materiałów o Humphreyu Barclayu było 
dużo – od świadectw szkolnych po kartoteki dentystyczne. W ciągu ostatnich dziesięciu lat 
facet dwa razy zapłacił mandat za przekroczenie prędkości. W roku 1997 spędził trzy dni w 
szpitalu, gdzie usunięto mu ząb mądrości.

To   przypomniało   Stevenowi   informację   o   słabym   zdrowiu   Barclaya   jako   przyczynie 

kiepskich ocen rocznych wystawianych mu przez szefów. Odszukał ją w aktach i ponownie 
przeczytał. Na początku roku Barclay przeszedł operację serca. Podobnie jak w wypadku 
siostry Mary, zabieg był prosty i pacjent wrócił do zdrowia. Dalszych szczegółów nie było.

Steven początkowo ucieszył  się, że wreszcie znalazł jakiś wspólny element, ale zaraz 

zaczął mieć wątpliwości, czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Barclay i Mary Xavier przeszli 
udane operacje i wrócili do zdrowia. I co z tego? Pomyślał, że warto sprawdzić akta Ann 
Danby. Nie zdziwił się, gdy w jej kartotece medycznej nie znalazł wzmianki o operacji, choć 
dane wydawały się kompletne.

Już miał porzucić trop przebytych operacji, kiedy przypomniał sobie, że Ann Danby nie 

była już „zagadkową kartą”, lecz kontaktem, bo zaraziła się od Victora Spicera. Prawdziwą 
„zagadkową kartą” w talii manchesterskiej okazał się Spicer. Trzeba sprawdzić jego kartotekę 
medyczną.   Tyle   że   jeszcze   jej   nie   ma.   To   samo   z   Frankiem   McDougalem.   Steven 
skontaktował   się   ze   Sci-Medem.   Poprosił   o   więcej   szczegółów   o   chorobie   Barclaya   i   o 
kartotekę medyczną McDougala. Spicerem postanowił zająć się sam.

Gdy jechał przez miasto, uderzyła go nietypowa pustka. Była siódma wieczorem, a ulice 

wyglądały jak o trzeciej nad ranem. Wiele neonów wyłączono, bo różne lokale publiczne 
zamknięto   do   odwołania   lub  „na   czas   obowiązywania   stanu   wyjątkowego”,   jak   głosiły 
wywieszki.   Puby   były   czynne   według   uznania   właścicieli,   sklepy   monopolowe   również; 
władze   uważały   bowiem,   że   ich   zamknięcie   równałoby   się   wprowadzeniu   prohibicji. 
Autobusy   kursowały   według   ograniczonych   rozkładów,   a   kursy   nocne   całkowicie 
zawieszono.

W drodze do domu Spicera Steven minął trzy karetki. Miały włączone lampy błyskowe, 

ale jechały bez syren, co potęgowało atmosferę surrealizmu. Na ich widok Steven zaczął się 
zastanawiać, czy Caroline pracuje tego wieczoru w kościele Świętego Judy. Postanowił tam 
zajrzeć po rozmowie z Matildą Spicer.

Pani   Spicer   nie   przypominała   pewnej   siebie,   czarującej   żony   polityka.   Miała   bladą, 

wymizerowaną twarz i zmęczone oczy. Na pewno kiepsko sypia, pomyślał Steven.

– To pan?! – wykrzyknęła na jego widok. – Czego pan jeszcze chce, do cholery?!

background image

–  Przepraszam za najście, ale potrzebuję kilku dodatkowych informacji o pani mężu  – 

odrzekł Steven.

– Ode mnie? A co ja o nim wiem, do diabła? Zdaje się, że dowiedziałam się ostatnia, do 

czego jest zdolny.

– Przykro mi. Wiem, że to dla pani trudne.
– Trudne? Dobre sobie! Zdaje pan sobie sprawę, w jakiej sytuacji jesteśmy z moją córką? 

Straciłyśmy wszystko, absolutnie wszystko. Zjawił się pan tutaj i nasze życie zniknęło w 
obłoku   dymu.   Nie   mam   już   męża,   a   Zoe   ojca.   Organizacje   charytatywne,   w   których 
działałam,   nie   chcą   mnie   znać.   Agencja   zabrała   naszą   zagraniczną   pomoc   domową. 
Najwyraźniej nie jesteśmy dla niej odpowiednim towarzystwem.

– Przykro mi – powtórzył Steven. – Myślałem, że w takiej chwili można liczyć na rodzinę 

i przyjaciół.

– O, tak – zadrwiła Matilda. – On może. Ojciec Victora oznajmił mi, że to wszystko moja 

wina. Gdybym była lepszą żoną, jego ukochany synalek nie potrzebowałby patrzeć na inne. 
Mniej więcej tak to ujął.

– Jaki ojciec, taki syn – powiedział z niesmakiem Steven.
– No, dobrze. O co chciał mnie pan zapytać?
– Czy w ciągu ostatniego roku pani mąż przeszedł jakąś operację?
– Tak. W lutym miał operację serca.
– Udaną?
– Niestety, tak.
– Mogę wiedzieć, gdzie?
– W Londynie.
– W którym szpitalu?
Matilda wymieniła nazwę znanej prywatnej lecznicy.
– Mamy ubezpieczenie – dodała.
– Oczywiście.
– Jeśli to wszystko, naprawdę muszę wracać do swoich zajęć. Przygotowuję się do świąt 

– powiedziała to takim tonem, jakby chciała mu uzmysłowić, że to jego wina, iż będzie miała 
koszmarne święta.

Podziękował za pomoc i złożył jej życzenia świąteczne, choć w tych okolicznościach 

zabrzmiały jak puste słowa. Matilda nie zapytała, dlaczego interesuje go zdrowie jej męża. 
Uśmiechnęła się ponuro i zamknęła drzwi.

W drodze do samochodu Steven usłyszał pierwsze takty Światła księżyca. Odwrócił się i 

spojrzał   na   dom.   Przez   gałęzie   częściowo   ubranej   choinki   zobaczył   w   oknie   Zoe   Spicer 
siedzącą na brzeżku stołka przy pianinie. Za nią stała matka i wpatrywała się w klawiaturę.

Na widok tej sceny naszła go refleksja, jak nieoczekiwanie ludzi spotyka nieszczęście. 

Matilda Spicer musiała czuć się pewnie i bezpiecznie. Może widziała się w roli żony ministra 

background image

któregoś z przyszłych rządów. I nagłe wszystko runęło. Piłka się odbija, ciasteczko się kruszy, 
wpadasz w gówno i zostajesz z niczym.

Trzy „zagadkowe karty”  i trzy operacje serca, myślał  w drodze powrotnej do hotelu. 

Zbieg   okoliczności   rozszerzył   się   wprawdzie   na   trzy   osoby,   ale   wciąż   wydawało   się   to 
nieistotne przy ustalaniu, jak złapały wirusa. Wszyscy troje przeszli taki sam zabieg, lecz w 
różnych szpitalach w różnych częściach kraju, przeprowadzony przez różnych chirurgów i w 
różnym czasie. To mogło sugerować, że ludzie po operacjach serca stali się bardziej podatni 
na infekcję, nie wyjaśniało jednak, skąd ona się wzięła. Musiał być inny wspólny element.

Po powrocie do hotelu Steven poprosił, żeby kuchnia przygotowała  dla niego zestaw 

piknikowy   na   dwie   osoby   i   kilka   butelek   dobrego   wina.   Wątpił,   żeby   po   kolejnym 
dziesięciogodzinnym   dyżurze   w   kościele   Caroline   miała   ochotę   pójść   na   kolację,   więc 
postanowił, że kolacja przyjdzie do niej. Umówił się, że odbierze jedzenie tuż po dziesiątej 
wieczorem, kiedy będzie wychodził. Tymczasem poszedł na górę sprawdzić, czy jest coś 
nowego ze Sci-Medu.

Pierwszą   wiadomością   był   raport   laboratoryjny   o   próbce   krwi   Victora   Spicera. 

Stwierdzono wysoki poziom przeciwciał na nowego filowirusa, co wskazywało, że zaraził się 
tą odmianą niedawno. Steven mruknął z satysfakcją. Nareszcie coś. Nie było już wątpliwości, 
że sprawcą wybuchu choroby w Manchesterze jest Spicer.

Nadeszły też dalsze informacje o zdrowiu Humphreya Barclaya. W dzieciństwie cierpiał 

na   gorączkę   reumatyczną,   co   spowodowało   osłabienie   zastawki   pnia   płucnego.   W   ciągu 
ostatnich dwóch lat jego stan się pogorszył i konieczna była operacja serca. Przeszedł ją w 
marcu tego roku. Zabieg się udał i do chwili złapania filowirusa Barclay cieszył się lepszym 
zdrowiem niż przez wiele poprzednich lat.

–  Zupełnie jak siostra Mary Xavier  –  mruknął Steven.  –  Przechodzisz udaną operację 

serca, czujesz się jak nowo narodzony i nagle umierasz.

Matilda   Spicer   nie   sprecyzowała,   jakiego   typu   zabieg   przeszedł   Victor,   a   Steven   nie 

chciał   jej   znów   niepokoić.   Zapamiętał   jednak   nazwę   szpitala,   więc   poprosił   Sci-Med   o 
zasięgnięcie tam informacji.

Szykował   się   do   wyjścia,   gdy   nadeszła   kartoteka   medyczna   Franka   McDougala.   Z 

nadzieją wpatrzył  się w ekran i znalazł to, czego szukał. McDougal też miał problemy z 
sercem. W grudniu 1999 roku stwierdzono u niego zwyrodnienie zastawki aorty związane z 
wiekiem. Zabieg korekcyjny przeprowadzony w kwietniu tego roku powiódł się na tyle, że 
McDougal   zaliczył   latem   czternaście   Munro   (szkockich   szczytów   górskich   powyżej 
dziewięciuset metrów).

– Bingo – mruknął Steven.
Wreszcie   znalazł   powiązanie   między  „zagadkowymi   kartami”.   Cztery   osoby,   cztery 

problemy z sercem i cztery operacje – to nie mógł być zwykły zbieg okoliczności.

Gdy Caroline wyszła z przebieralni z Kate Lineham, wyglądała na wykończoną. Schudła, 

background image

pomyślał Steven. Ma zapadnięte policzki. Kate próbowała ją namówić, żeby wzięła dzień 
wolny.

– Zajmij się czymś innym – doradzała. – Nieważne czym, byle była to odmiana.
– Nie – odparła Caroline. – Ty nigdy nie bierzesz wolnego.
– Jestem przyzwyczajona do takiej pracy.
Caroline popatrzyła na nią przeciągle.
– Nikt nie jest przyzwyczajony do takiej pracy.
– Masz rację – przyznała Kate. – Ale nie ma sensu tak się wykańczać. – Odwróciła się do 

Stevena. – Spadam. Dopilnuj, żeby poszła wcześnie do łóżka.

Caroline   nie   przyjechała   tego   dnia   swoim   samochodem,   bo   nie   chciał   zapalić,   więc 

Steven odwiózł ją do domu.

– Ciężki dzień? – zapytał, choć odpowiedź była wypisana na jej twarzy.
– Jak dotąd, najgorszy. Wiesz, zaczynam się zastanawiać, po co to wszystko. Od kiedy 

zaczęłam pracować w kościele, miałyśmy tylko trzy osoby z oznakami powrotu do zdrowia. 
Reszta umarła. Wycieramy tylko krew, wymioty, mocz i sraczkę. Od rana do wieczora, dzień 
po dniu. W kółko to samo. A potem umierają.

Zerknął   na   nią   kątem   oka.   Po   jej   policzkach   spływały   łzy,   choć   nie   płakała   i   miała 

obojętną minę.

– Kate ma rację – powiedział łagodnie. – Powinnaś wziąć trochę wolnego.
– Nie ma mowy. Dopóki nie przyjdą nowe ochotniczki, nic z tego.
– Jesteś pewna, że nie robisz tego z poczucia winy? – zapytał najdelikatniej, jak umiał.
– Może na początku tak było – przyznała ku zaskoczeniu Stevena. – Ale teraz już nie.
– Więc dlaczego?
–  Chyba po prostu w nadziei, że ktoś zrobiłby to samo dla mnie, gdybym kiedyś tego 

potrzebowała – odpowiedziała. – To najlepszy powód, jaki przychodzi mi do głowy.

–   Uważam,   że   jesteś   niesprawiedliwa   wobec   siebie.   Ale   nie   będę   wprawiał   cię   w 

zakłopotanie stwierdzeniem, że jesteś wyjątkową osobą. Po prostu dam ci kolację.

– Mówisz poważnie?
– Tak.
Jechali dalej w milczeniu. Caroline oparła głowę na zagłówku i zamknęła oczy.
Hotelowa kuchnia przygotowała obfitą, choć z konieczności zimną kolację. Oboje byli 

bardzo głodni, więc zjedli wszystko z apetytem.

– Nie mówiłeś jeszcze, jaki ty miałeś dzień? – przypomniała Caroline, gdy usiedli przy 

kominku z resztką pierwszej butelki wina.

Steven opowiedział jej, co odkrył.
– Operacje serca? – zdziwiła się. – A co to, na Boga, może mieć wspólnego z wirusem?
– Wiem, że to dziwne – zgodził się Steven – ale takie są fakty i uważam, że to nie może 

być zwykły zbieg okoliczności.

background image

Caroline nie wyglądała na przekonaną.
–  Gdyby operowano ich w tym samym szpitalu i w tym samym czasie, mogłabym się 

zgodzić, że to podejrzane. Ale tak nie było. Poza tym, mieli te operacje wiele miesięcy temu. 
Okres inkubacji wirusa to około siedmiu do dziesięciu dni, więc co właściwie sugerujesz?

– Sam nie wiem – wyznał Steven. – Chyba muszę pogadać z jakimś chirurgiem, żeby się 

w tym połapać.

– A na razie możemy otworzyć drugą butelkę wina?
– Woda zapomnienia nadchodzi.
Po chwili Caroline zsunęła się z fotela i usiadła na dywanie przed kominkiem u stóp 

Stevena. Oparła głowę na jego kolanie.

– Ile zostało do Gwiazdki? – spytała. – Straciłam rachubę czasu.
– Dziesięć dni – odrzekł.
Pytanie przypomniało mu o Jenny. Nie zanosiło się na to, że spędzi z nią święta. Będzie 

musiał porozmawiać z Sue i dowiedzieć się, jak mała to przyjmie.

– Gdzie spędzisz święta? – zapytała Caroline, jakby czytała w jego myślach.
– Chyba tutaj. A ty?
– W kościele Świętego Judy – odpowiedziała. – Szykując ciała do zabrania. Ciekawe, jak 

Bóg to rozwiąże.

Pogładził ją po włosach.
– Boże, od wieków nikt mi tego nie robił – zamruczała z zadowoleniem.
Wino i ciepło z kominka zadziałały. Zamknęła oczy i wkrótce zasnęła. Steven powoli 

przesunął się na bok i wstał. Wziął Caroline na ręce i zaniósł na górę do sypialni. Zdjął jej 
buty, rozluźnił ubranie, położył do łóżka i opatulił kołdrą. Centralne ogrzewanie wyłączyło 
się samo, więc w pokoju było chłodno. Caroline poruszyła się.

– Kładziesz mnie do łóżka? – zapytała sennie, nie otwierając oczu.
– Obiecałem Kate Lineham, że to zrobię – szepnął Steven i zgasił światło.
Wypił za dużo, żeby wracać samochodem do hotelu, więc ułożył się na sofie w salonie. 

Obudził się po jakichś czterech godzinach z bólem w karku. Roztarł go energicznie, poczłapał 
do okna, odsunął zasłonę i przetarł zaparowaną szybę. W świetle lamp ulicznych zobaczył 
wielkie  płatki  śniegu.  Na ulicy  i  w  ogrodzie  było   już  biało.  Wzdrygnął  się  i  zerknął  na 
zegarek. Czwarta rano. Nie najlepsza pora na optymizm. Ale śnieg przykrywający miasto 
dziwnie kojarzył mu się z wirusem i skłonił do rozmyślań o naturze dobra i zła.

– Na pewno marzniesz – usłyszał za plecami głos Caroline. – Nie dałam ci koca.
Steven odwrócił się. Stała w drzwiach.
– Wszystko w porządku – odrzekł. – Nie możesz spać?
– Za dużo złych snów. Napiłabym się kawy, a ty?
Skinął głową i z powrotem zasunął zasłonę. Caroline zrobiła kawę i rozpaliła kominek. 

Usiedli z kubkami na sofie i wpatrzyli się w ogień.

background image

– Mam złe przeczucia – odezwała się Caroline. – To wszystko kiepsko wygląda.
– Zawsze najciemniej jest przed świtem.
–  Może już nie będzie świtu. Wiesz, że w ubiegłym  tygodniu w mieście było osiem 

samobójstw?

– Nie wiedziałem.
–  Podobno z poczucia winy.  Rodziny zarażonych  czują się bezradne, bo nie potrafią 

pomóc. Nie mogą nawet normalnie pochować bliskich, bo przepisy tego zabraniają.

Wzdrygnęła się i Steven objął ją.
– Pomyślisz o mnie źle, jeśli zaproponuję, żebyśmy poszli razem do łóżka? – zapytała, 

wciąż patrząc w ogień.

– Nie – odpowiedział szczerze.
– Coś mi się zdaje, że czas nie jest po naszej stronie – mruknęła.

background image

15

–  Myślałam, że będę zażenowana, ale nie jestem  –  wyznała Caroline, kiedy wkładała 

chleb do tostera.

Steven objął ją z tyłu i pocałował w kark.
– To dobrze. Ja też nie.
– To chyba  ten stary,  dobry brytyjski duch czasu wojny,  o którym  tyle  się słyszy  – 

powiedziała w zamyśleniu. – W obliczu zagrożenia zwykłe zasady przestają obowiązywać.

– Mój pułk wyrusza o świcie – rzekł Steven. – Tyle że tym razem wojna przyszła do nas.
Pocałował jej włosy, lecz nie odpowiedział.
Po śniadaniu spróbował odpalić samochód Caroline, ale siadł akumulator. Nie udało mu 

się jej namówić, żeby wzięła dzień wolny, więc uparł się, żeby przynajmniej pojechała do 
kościoła Świętego Judy jego samochodem, a on zrobi porządek z jej autem.

– Zobaczymy się później? – zapytała.
– Jeśli chcesz.
– Więc do zobaczenia później.
Sąsiad zauważył wysiłki Stevena i wyszedł w szlafroku z propozycją, że pożyczy mu 

prostownik do ładowania akumulatora. Steven skorzystał i pół godziny później odjechał. W 
drodze   do   szpitala   ogólnego   wstąpił   do   serwisu,   aby   sprawdzić   akumulator.   Elektryk 
stwierdził, że to szmelc.

–  Nie będzie trzymał, panie kolego  –  oświadczył, więc Steven kupił nowy i poprosił o 

zamontowanie.

Kiedy w końcu dotarł do szpitala, zastał George’a Byarsa w jego gabinecie. Dyrektor był 

sam.

– Nie widzieliśmy się jakiś czas – powiedział na powitanie.
– Próbowałem skoncentrować się na własnej robocie – odparł Steven.
– Z tego, co słyszałem, nie całkiem się panu udało.
Steven wzruszył ramionami.
– Od pewnych rzeczy po prostu nie można uciec.

background image

–  Cieszę   się,   że   pan   tak   uważa  –  rzekł   Byars.  –  Czasami   zastanawia   mnie   postawa 

niektórych kolegów z branży.

Steven nie podjął tematu.
– Jak sytuacja? – zapytał.
–  Gorsza, niżbyśmy chcieli. Chwilami mam wrażenie, że stoję na mostku  „Titanica”  i 

czuję, jak spada temperatura. Same problemy. Brakuje pielęgniarek i miejsca dla chorych. 
Zajęliśmy już trzy kościoły i dwie szkoły podstawowe. Są prawie pełne. Następny krok to 
zamknięcie i wykorzystanie szkół średnich.

– Dlaczego akurat szkół średnich? – zapytał Steven.
– Dzisiaj z reguły oboje rodzice pracują – wyjaśnił Byars. – Zatrzymanie setek dzieci w 

domach stworzyłoby wielkie problemy. Młodzież ze szkół średnich jest już w takim wieku, że 
sama potrafi o siebie zadbać, dopóki dorośli nie wrócą z pracy.

Steven skinął głową.
– A co z ochotniczkami, które miały się zgłaszać?
Byars wzruszył ramionami.
– Kiepsko to wygląda. Ale nie można ich winić. Bezradne przyglądanie się umierającym 

ludziom nie jest przyjemne. Poza tym dwie pielęgniarki zaraziły się wirusem i straciliśmy je.

– Dwie?! – wykrzyknął Steven.
– Mało kto o tym wie, jak o wielu innych rzeczach w mieście.
– Więc udaje się wam trzymać prasę na dystans?
– Nie nam –  sprostował Byars.  – Niech pan nie pyta, komu, ale podejrzewam, że to 

robota rządu.

– Wątpię, żeby zaapelował do lepszej natury pismaków – zauważył Steven.
– A co u pana? Jakiś postęp?
– Powiedzmy, że jestem większym optymistą niż kilka dni temu, ale mam jeszcze dużo 

do wyjaśnienia. Dlatego do pana wpadłem. Muszę porozmawiać z kardiochirurgiem. Proszę 
nie pytać, dlaczego. Może pan to załatwić?

Byars   sięgnął   do   telefonu   i   wybrał   numer   wewnętrzny.   Po   krótkiej   wymianie   zdań 

odłożył słuchawkę.

–  Doktor Giles chętnie panu pomoże  –  powiedział i wyjaśnił Stevenowi, jak trafić na 

kardiochirurgię.

Steven uśmiechnął się i podziękował. Polubił Byarsa i miał dla niego dużo uznania. Był 

zadowolony,   że   sztab   kryzysowy   docenił   jego   umiejętności   i   zatrzymał   na   stanowisku 
koordynatora działań.

Na oddziale kardiochirurgii przywitała go piękna kobieta, która przedstawiła  się jako 

sekretarka Martina Gilesa.

– Czeka na pana – oznajmiła. – Niech pan wchodzi.
Giles   wyglądał   bardziej   na   boksera   wagi   ciężkiej   niż   na   chirurga,   ale   był   bardzo 

background image

uprzejmy.

– Czym mogę służyć? – zapytał. Skrzyżował muskularne ręce i oparł je na biurku. Szyja 

zniknęła między potężnymi ramionami, głowa przypominała kulę armatnią na murze fortecy.

– Interesuje mnie nowoczesna chirurgia serca –  wyjaśnił  Steven.  – Jakie zabiegi pan 

wykonuje?

– Wszystkie  –  odparł Giles. –  Od założenia kilku szwów we właściwym  miejscu do 

transplantacji serce-płuca.

–  Przepraszam, że nie jestem bardziej konkretny  –  powiedział Steven  –  ale nie mam 

pojęcia, jak powszechne są dziś operacje serca i ilu ludzi ratują.

–  Każdy   oddział   kardiochirurgii   w   kraju   ma   kilometrową   listę   oczekujących.   To 

popularne zabiegi.

– Powiedzmy, że zgłasza się do pana pacjent, który w dzieciństwie cierpiał na gorączkę 

reumatyczną, co doprowadziło do obecnych problemów z sercem.

– Gorączka reumatyczna nie jest już tak powszechna jak kiedyś – wyjaśnił Giles. – Ale 

często wywołuje bakteriemię, która powoduje nagromadzenie bakterii w zastawce serca i w 
rezultacie prowadzi do stenozy. Musielibyśmy rozważyć kilka opcji. W wypadku niedużego 
uszkodzenia moglibyśmy spróbować mechanicznej naprawy zniszczonej tkanki, czyli zszycia 
uszkodzonych części, o ile byłoby to możliwe. Gdyby zastawka nie nadawała się do tego, 
trzeba   byłoby   pomyśleć   o   jej   wymianie   na   plastikową   lub   naturalną,   jeśli   taka   byłaby 
dostępna.

–  Przypuśćmy,   że   uszkodzenie   serca   jest   związane   z   wiekiem  –  podsunął   Steven, 

przypominając sobie kartotekę medyczną Franka McDougala.

–  Zrobilibyśmy to samo. Defekty związane z wiekiem dotyczą zazwyczaj lewej części 

serca, zastawki dwudzielnej i zastawki aorty. Infekcja atakuje zwykle te z prawej strony. Ale 
w   obu   wypadkach   naprawilibyśmy   lub   wymienili   tę   właściwą,   przy   czym   wolelibyśmy 
wariant naprawy.

– I mówi pan, że to popularny zabieg?
–  Czytałem ostatnio w jednym z magazynów medycznych, że w krajach rozwiniętych 

wykonuje się rocznie ponad dwieście tysięcy operacji zastawek serca, a sześćdziesiąt tysięcy 
pacjentów otrzymuje zastawki zastępcze.

– A co z powikłaniami pooperacyjnymi?
–  Wszystkie zabiegi chirurgiczne są ryzykowne, ale operacje zastawek serca udają się 

wyjątkowo dobrze. Większość pacjentów w pełni wraca do zdrowia.

– A reszta? – zapytał Steven.
– Zawsze istnieje pewne ryzyko apopleksji, krwawienia, infekcji, uszkodzenia nerek czy 

nawet ataku serca i śmierci, ale to wyjątki.

–   Pacjenci   po   operacjach   serca   nie   są   chyba   podatni   na   choroby   wtórne?  –  zapytał 

ostrożnie Steven.

background image

– Choroby wtórne? – zdziwił się Giles.
– Na przykład infekcje wirusowe.
– Nie zetknąłem się z tym – odrzekł Giles – choć pacjenci po transplantacjach mogą mieć 

osłabioną odporność z powodu stosowania środków przeciwko odrzutom przeszczepów. Ale 
u pacjentów po operacjach zastawek serca nie zauważyłem zwiększonej podatności ani nie 
słyszałem o czymś  takim od nikogo z branży.  W latach  osiemdziesiątych  mieliśmy duży 
problem z awaryjnością jednej ze sztucznych zastawek, BjorkShiley CCHC, ale wycofano ten 
model w roku osiemdziesiątym szóstym, o ile dobrze pamiętam.

– Niezupełnie o to mi chodziło.
– Wobec tego przykro mi, ale nie mogę panu pomóc.
Steven skinął głową i wstał.
– Dziękuję, że tak szybko pan mnie przyjął.
– Zawsze do usług – odparł Giles.
Steven uśmiechnął się.
– Miałem nadzieję, że pan to powie. Może będę musiał jeszcze do pana wpaść.
Po powrocie do hotelu Steven zadzwonił do Sue, żeby uprzedzić, że najprawdopodobniej 

nie przyjedzie na święta.

–  Spodziewałam   się   tego  –  odrzekła.  –  Słyszałam,   że   sytuacja   się   pogarsza,   i   już 

powiedziałam Jenny, że biedni chorzy ludzie mogą potrzebować jej taty na trochę dłużej.

– Dzięki, Sue. Jak ona to przyjęła?
– Twoja córka jest wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek, ale kiedy będziesz pewien, że 

nie przyjedziesz, lepiej sam jej to powiedz.

– Masz rację – zgodził się Steven.
Ledwo odłożył słuchawkę, zadzwonił telefon.
–  Doktor   Dunbar?   Mówi   oficer   dyżurny   Sci-Medu.   Pan   Macmillan   chciałby   pana 

widzieć, gdy tylko będzie pan mógł przyjechać.

Eufemizm oznaczający „natychmiast”, pomyślał Steven.
Odprowadził samochód Caroline pod jej dom, zostawił kartkę, że musiał wyjechać do 

Londynu   i   pojechał   na   lotnisko   taksówką.   Cztery   godziny   później   był   w   Londynie.   Za 
piętnaście piąta zameldował się w gabinecie szefa.

Macmillan uśmiechnął się i powiedział:
– Nie doceniłem cię. Myślałem, że zjawisz się najwcześniej za dwie godziny. Zwołałem 

zebranie   na   siódmą.   Może   chciałbyś...   –  zawiesił   głos,   jakby   chciał   dać   Stevenowi   do 
zrozumienia, że nie powinien zadawać żadnych pytań.

Steven odwzajemnił uśmiech i powiedział, że wróci na siódmą. Spacerował po mieście, z 

przyjemnością   obserwując   popołudniowy   tłum   i   chłonąc   świąteczną   atmosferę.   Znalazł 
winiarnię, gdzie grano kolędy, i zamówił kieliszek chardonnay. Wolałby duży dżin, ale na 
zebraniu musiał mieć jasną głowę. Macmillan nie powiedział, że oczekuje raportu, ale mógł 

background image

go zażądać.

Po powrocie do Sci-Medu zastał szefa samego.
–  Zebranie odbędzie się nie u mnie, ale w gabinecie ministra spraw wewnętrznych  – 

wyjaśnił Macmillan, widząc pytającą minę Stevena.

Kiedy tam weszli, Stevena zaskoczyła  obecność dwóch innych  ministrów.  Gospodarz 

wyglądał na przygnębionego. W pokoju było w sumie ośmiu mężczyzn. Macmillan dokonał 
prezentacji i zaczął bez żadnych wstępów.

– Prawda jest taka, Dunbar, że nie byliśmy z tobą całkiem szczerzy.
Steven zachował kamienną twarz, ale skoczyło mu tętno.
–  W przeszłości  –  ciągnął Macmillan  –  Sci-Med zawsze przekazywał swoim ludziom 

każdą ważną informację, kiedy tylko była dostępna. Ale tym razem musieliśmy coś zataić.

– Podobno spowiedź przynosi ulgę duszy – zauważył sucho Steven.
– Ta decyzja nie była łatwa – mówił dalej Macmillan. – Zapadła na najwyższym szczeblu 

i została uzgodniona z osobami obecnymi w tym pokoju. Kiedy zachorowała siostra Mary 
Xavier, zakonnica prowadząca bezpieczne życie w zamkniętym klasztorze, uznaliśmy, że nie 
uda ci się znaleźć wspólnego ogniwa. Nie trzeba epidemiologa, aby stwierdzić, że po prostu 
nie może istnieć. Implikacje tej konkluzji były bardzo poważne: nasz kraj został zaatakowany 
przez zabójczy wirus, który w każdej chwili może się pojawić w dowolnym miejscu bez 
łańcucha wcześniejszych zakażeń.

– Więc czego nie wiem? – zapytał Steven.
–  Powiedzieliśmy   ci   o  siostrze   Mary,   ale   zatailiśmy,   że   w   całym   kraju   było   jeszcze 

czternaście innych  zagadkowych zachorowań i nic ich nie łączyło  –  odparł Macmillan.  – 
Dzięki czujności władz medycznych tych ludzi szybko odizolowano. Ale jeśli to tylko czubek 
góry lodowej, stoimy w obliczu katastrofy narodowej na niespotykaną skalę.

–  I   musimy   zastosować   drakońskie   środki  –  dodał   minister   spraw   wewnętrznych.  – 

Jesteśmy   bliscy   wprowadzenia   stanu   wyjątkowego   w   całym   kraju   ze   wszystkimi   tego 
konsekwencjami.

– No, cóż  –  rzekł Steven.  –  Widzę, panowie, że już macie wyrobione zdanie na temat 

wirusa.

– Powiedzieliśmy ci o siostrze Mary, bo uznaliśmy, że zbadasz ten przypadek i dojdziesz 

do takiego samego wniosku, zanim zameldujesz o swoich odkryciach – odparł Macmillan. – 
Dlatego cię wezwałem. Chyba zgodzisz się, że nie można wytropić pochodzenia tego wirusa?

– Nie, nie zgodzę się – zaprzeczył Steven, ku zaskoczeniu obecnych. – On nie wziął się 

znikąd.

– Ale ta zakonnica nigdy nie wychodziła z klasztoru.
–  Raz wyszła  – sprostował Steven.  –  Dziewięć miesięcy temu miała operację serca w 

miejscowym szpitalu.

– Czyli nie była poza klasztorem od dziewięciu miesięcy – powiedział z rozdrażnieniem 

background image

przedstawiciel Brytyjskiego Stowarzyszenia Medycznego. – W wypadku infekcji wirusowej 
to żadna różnica.

Steven zerknął na Macmillana.
–  Inni zagadkowi pacjenci, przynajmniej ci, o których wiedziałem, też mieli niedawno 

operacje serca.

– I uważa pan, że to ważne? – zapytał minister spraw wewnętrznych.
– Tak, choć jeszcze nie wiem, na ile ważne.
Wszyscy eksperci medyczni zgodnie uznali, że nie może istnieć żaden logiczny związek 

między   przebytymi   operacjami   serca   a   złapaniem   zabójczego   wirusa.   Steven   słuchał   ich 
cierpliwie   i   kiwał   głową,   kiedy   wskazywali   na   to,   co   już   wiedział:   różne   miasta,   różne 
szpitale, różni chirurdzy, różne miesiące i różne przyczyny zabiegów.

–  Ale   faktem   jest,   że   cała   czwórka   przeszła   te   operacje  –  powiedział,   gdy   umilkły 

protesty. – I tylko to ich łączy.

– Co o tym sądzisz, Macmillan? – zapytał minister spraw wewnętrznych.
– Sądzę, że powinniśmy sprawdzić kartoteki medyczne tych zagadkowych pacjentów, o 

których nie poinformowaliśmy doktora Dunbara.

– Więc wstrzymujemy się z wprowadzeniem nowych środków bezpieczeństwa? – spytał 

minister i powiódł wzrokiem po zebranych.

Wszyscy   zgodzili   się   z   Macmillanem,   lecz   niechętnie,   bo   większość   nadal   nie   była 

przekonana.

–  O  ile  wiem  –  powiedział  minister   zdrowia  –  sprawdzono  kartoteki   medyczne  tych 

pacjentów, ale uwzględniając tylko ostatnie sześć tygodni, czyli czas dwukrotnie dłuższy niż 
prawdopodobny okres inkubacji tego wirusa.

–  Zasugeruję więc premierowi  –  zdecydował szef resortu spraw wewnętrznych  –  żeby 

zawiesić wprowadzenie stanu wyjątkowego w całym kraju na... jak długo?

–  Na   tydzień  –  podsunęli   najwięksi   sceptycy.   Propozycje   dwóch   tygodni   i   miesiąca 

upadły. W końcu zgodzono się na dziesięć dni.

– Co pan na to, doktorze Dunbar? –  zapytał minister spraw wewnętrznych.  –  W ciągu 

dziesięciu dni ustali pan pochodzenie tej cholernej zarazy?

– Mogę tylko próbować – odparł Steven.
– Dostanie pan wszystko, od sekretarki do lotniskowca. Wystarczy poprosić.
Po zebraniu Steven na początek poprosił o coś do jedzenia. Od śniadania nie miał nic w 

ustach, a zamierzał pracować całą noc. Chciał wykorzystać środki i komputery Sci-Medu do 
zgromadzenia informacji o nieujawnionych zagadkowych zachorowaniach. Przydzielono mu 
do pomocy mały zespół urzędników państwowych kierowniczego szczebla, dysponujących 
faksami i telefonami. O dziewiątej wieczorem, kiedy dostarczono chińskie jedzenie, łączność 
już działała.

Gdy jadł, siedząc przy komputerze i tworząc bazę danych z nadchodzących informacji o 

background image

nowych pacjentach, przyszedł Macmillan i spytał, czy Steven ma wszystko, czego potrzebuje. 
Kiedy Steven przytaknął, oświadczył, że w takim razie nie ma sensu, aby się tu kręcił, lecz 
dziwnie ociągał się z wyjściem.

Po chwili krępującego milczenia odchrząknął i powiedział:
– Jestem ci winien przeprosiny za ukrywanie informacji. Gdy pojawiła się perspektywa 

wprowadzenia stanu wyjątkowego, wszyscy uznali, że żadne dalsze informacje o kryzysie nie 
mogą wyjść poza te mury. Nie mogliśmy ryzykować, że się rozejdą i wywołają panikę na 
giełdzie i Bóg wie, gdzie jeszcze.

– Rozumiem – odrzekł Steven.
– Zawiadom mnie, jak będziesz coś miał.
O północy nie było już wątpliwości, że wspólny element to operacja serca. Dziewięć z 

czternastu  „zagadkowych kart”  przeszło taki zabieg w ciągu ostatniego roku; informacji o 
pozostałej   piątce   nadal   szukano.   Steven   zadzwonił   do   Manchesteru.   Chciał   przeprosić 
Caroline   za   nagłe   zniknięcie   i   pochwalić   się,   że   w   końcu   zrobił   jakiś   postęp.   Nikt   nie 
odpowiadał. Miał nadzieję, że Caroline nie odbiera, bo już śpi.

–  Jaki stąd wniosek?  –  zapytał Macmillan, gdy Steven powiedział mu przez telefon o 

swoim odkryciu.

– Moim zdaniem przyczyną zakażeń były same operacje.
–  Sugerujesz, że złapali nowego filowirusa jako infekcję pooperacyjną?  –  zdziwił się 

Macmillan.

–  Nie w sensie konwencjonalnym, ale można tak powiedzieć  –  odparł Steven.  –  Teraz 

musimy   znaleźć   wspólny   element   wyróżniający   tych   pacjentów   spośród   setek,   jeśli   nie 
tysięcy innych, którzy przeszli operacje serca w ostatnim roku.

O   trzeciej   nad   ranem   Steven   i   jego   zespół   mieli   już   dokładne   informacje   o   pięciu 

operowanych.

Steven zadzwonił do Macmillana, gdy tylko przeanalizował dane.
– Wygląda na to, że wspólnym elementem jest protezowa zastawka serca – oznajmił. – 

Wymieniono je pięciu pacjentom, nikomu nie naprawiono ich chirurgicznie.

– Mój Boże – westchnął Macmillan. – Zakażone zastawki serca. Kto by pomyślał? Dobra 

robota, Dunbar.

– Jeszcze nie wyszliśmy na prostą – zastrzegł Steven. – Musimy ustalić, dlaczego minęło 

tyle miesięcy, zanim wdała się infekcja. A przede wszystkim, jak zastawki uległy zakażeniu.

– I do tego wirusem, na którego wcześniej nikt się nie natknął – dodał Macmillan.
– Właśnie.
–  Zostawiam to tobie, jesteś w tym dobry  –  powiedział Macmillan.  –  Na razie obudzę 

premiera tą wiadomością.

Steven poprosił swój zespół o ustalenie typu i producenta zastawek wykorzystanych przy 

operacjach.   W   międzyczasie   nadeszły   informacje   o  trzech   dalszych   pacjentach:   tej   trójce 

background image

również wymieniono uszkodzone zastawki serca.

– Nieźle nam idzie, kochani – oświadczył Steven, przyjmując od jednego z urzędników 

kubek bardzo pożądanej kawy. – Może do śniadania wypijemy szampana.

Tuż przed świtem przyszedł pierwszy faks z informacjami o zastawce użytej do zabiegu. 

Humphreyowi   Barclayowi   wszczepiono   zastawkę   z   ludzkiej   tkanki.   Była   niemal   idealnie 
dobrana immunologicznie i obyło się bez środków przeciwko odrzutowi przeszczepu. Steven 
zaklął pod nosem.

O szóstej trzydzieści zadzwonił do Macmillana.
– Zaczęły się schody – oznajmił z przygnębieniem. – Mamy pięć pierwszych wyników. 

Wszyscy dostali zastawki z ludzkiej tkanki.

– Ale jak to możliwe? – zapytał Macmillan.
– Nie wiem – wyznał Steven.
– Mógł się zdarzyć jakiś zarażony dawca serca, ale nie ma mowy, żeby ci wszyscy ludzie 

dostali zastawki od tej samej osoby.

– Otóż to – zgodził się Steven zmęczonym głosem. Był wykończony.
– Prześpij się trochę. Potem pogadamy.

background image

16

Steven pojechał do domu taksówką. Mieszkanie, które od jakiegoś czasu stało puste, było 

tak   wyziębione,   że   czuł   w   powietrzu   wilgoć.   Włączył   ogrzewanie   i   czajnik   elektryczny. 
Czekając, aż woda się zagotuje, zerknął na zegarek. Minęła siódma trzydzieści. Postanowił 
zadzwonić do Caroline. I tym  razem nie odbierała. Steven bębnił palcami w słuchawkę i 
zastanawiał się, gdzie może być. Kiedy skulony przy kominku elektrycznym sączył kawę, 
zdziwienie przerodziło się w niepokój, potem w obawę. Zadzwonił do miejskiego szpitala 
ogólnego, ale George Byars jeszcze nie przyszedł. Postanowił zaczekać i spróbować później. 
Przy trzecim telefonie, o ósmej czterdzieści pięć, udało się.

Powiedział Byarsowi, że nie może się dodzwonić do Caroline Andersen.
– Nie wie pan, czy zmieniła godziny dyżurów? – zapytał.
Cisza w słuchawce była bardziej wymowna niż jakakolwiek odpowiedź.
Steven poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
–  Wczoraj wieczorem próbowałem złapać pana w hotelu  –  powiedział cicho Byars.  – 

Caroline zachorowała na to draństwo.

– Jezu, nie – mruknął Steven.
– Przykro mi – odparł Byars.
– To na pewno ten wirus?
– Raczej nie ma wątpliwości.
– Gdzie ona jest?
–  W   kościele   Świętego   Judy.   Siostra   Lineham   uparła   się,   że   będzie   ją   osobiście 

pielęgnować.

Steven   bez   słowa   odłożył   słuchawkę.   Miał   wrażenie,   że   wszystko   sprzysięgło   się 

przeciwko   niemu   i   toczy   walkę   z   niewyobrażalnymi   przeciwnościami   losu.   Zazdrościł 
ludziom, którzy wierzą w Boga, obojętnie jakiego; przynajmniej mają w kimś  oparcie, w 
ciężkich chwilach mają się do kogo zwrócić i prosić o pomoc. On czuł się zupełnie samotny, 
aż do granic rozpaczy. Poza wszystkim innym musiał brać pod uwagę możliwość, że sam jest 
zarażony wirusem,  bo spał z Caroline. Ciarki przeszły mu  po plecach. Nie mógł  już nic 

background image

zrobić, musiał zaczekać, żeby się przekonać.  „Co ci jest pisane, to cię nie minie”, mawiała 
jego babcia. Pijąc drugi kubek kawy, zastanawiał się, jak najszybciej dotrzeć do Manchesteru.

Przypomniał sobie obietnicę ministra spraw wewnętrznych, że dostanie wszystko, czego 

będzie potrzebował. Zadzwonił do Sci-Medu i poprosił o laptop przystosowany do transmisji 
danych przez telefon komórkowy, bo swój komputer zostawił w Manchesterze. Zażądał też 
samochodu z kierowcą. Natychmiast. Dwadzieścia minut później przed jego blokiem czekał 
potężny jaguar. Obok stał kierowca w szarym garniturze. Steven usiadł z tyłu. Kiedy pędzili 
autostradą, załadował ostatnie informacje ze Sci-Medu. Były już dane dziewięciu pacjentów. 
Wszyscy dostali zastawki z ludzkiej tkanki.

– Cholera! – zaklął głośno.
Kierowca spojrzał na niego w lusterku.
– Problemy? – zapytał.
–  Człowiek   spędza   tygodnie   na   rozgryzaniu   zagadki,   a   kiedy   wreszcie   znajduje 

rozwiązanie, okazuje się, że to niemożliwe – poskarżył się Steven.

– Może tylko się panu wydaje, że to niemożliwe?
– Ja to wiem – odparł Steven.
– Wyeliminował pan wszystkie inne możliwości?
– Tak.
– Więc to, co zostało, musi być prawdą, choćby wyglądało nieprawdopodobnie – orzekł 

kierowca. – Tak mawiał Sherlock.

– Jest pan fanem Holmesa? – zapytał Steven.
– Był detektywem z prawdziwego zdarzenia – odrzekł kierowca. – Nie to, co te dzisiejsze 

typy w telewizji, które proszą ludzi, żeby odwalali za nich całą robotę. Stary Sherlock mógłby 
ich nauczyć paru rzeczy. Lord Lucan byłby za kratkami, zanim zdążyłby pan powiedzieć: 
„Proszę podać herbatę, pani Hudson”.

Mnie   też   mógłby   nauczyć   paru   rzeczy,   pomyślał   Steven,   wystukując   na   klawiaturze 

prośbę o szczegółowe dane dawców tkanki. Podejrzewał, że to robota głupiego, lecz nie miał 
innego   pomysłu.   Pewnie   zostanie   z   listą   nazwisk   zmarłych   ludzi,   ale   przynajmniej 
dokumentacja będzie kompletna.

Na obrzeżach Manchesteru kierowca spytał, dokąd go zawieźć. Steven powiedział, że do 

kościoła Świętego Judy, i pomógł mu tam trafić.

– Mam czekać na pana? – zapytał szofer.
Steven odparł, że nie.
– To dobrze – ucieszył się kierowca. – To miejsce przyprawia, mnie o gęsią skórkę.
Steven nie dziwił mu się. Ulice wokół śródmieścia były upiornie puste.
– Teraz w lewo.
Kierowca zatrzymał samochód tuż przy barierze policyjnej przed kościołem.
– Życzę powodzenia i niech pan pamięta, co mawiał stary Sherlock: to, co zostało, musi 

background image

być prawdą.

Steven podziękował z uśmiechem, ale twarz mu stężała, gdy zobaczył swój wynajęty 

samochód wciąż zaparkowany tam, gdzie zostawiła go Caroline. Wyjaśniwszy pielęgniarkom 
w dyżurce, kim jest i po co przyszedł, przebrał się w strój ochronny i wszedł do części dla 
pacjentów. Znów ten krwawy koszmar, pomyślał. Chorych nie przybyło, ale pewnie tylko 
dlatego, że nie było ich już gdzie zmieścić.

Nie od razu zorientował się, która z trzech pielęgniarek w pomarańczowych skafandrach, 

kapturach i maskach to Kate Lineham. Poznał ją po chodzie, kiedy poszła do pojemnika 
wyrzucić zakrwawione tampony. Stanął przodem do niej, żeby mogła go rozpoznać.

Natychmiast zrozumiała, dlaczego przyszedł.
– Tam – powiedziała. – Zrobiłyśmy jej własny kąt.
– To dobrze – odrzekł.
Zaprowadziła go do rogu w głębi nawy, za jedną z dwóch głównych kolumn nośnych. 

Caroline leżała pod tylną ścianą na łóżku polowym. Nad nią było witrażowe okno ze sceną 
rezurekcji   i   tablica   z   nazwiskami   parafian   poległych   w   obu   wojnach   światowych.   Miała 
zamknięte oczy, ale nie spała. Poruszała wargami, jakby zaschły. Steven przyklęknął i położył 
rękę na jej ramieniu.

Otworzyła oczy.
– Jak leci? – zapytał, uśmiechając się do niej przez maskę.
– Świetnie – odpowiedziała. – Miło znów cię widzieć.
Poklepał ją po ramieniu.
– Musiałem polecieć do Londynu. Pewnie nie widziałaś kartki, którą zostawiłem w twoim 

samochodzie?

Pokręciła głową.
– Nie, myślałam, że uciekłeś.
– Wróciłem, jak tylko się dowiedziałem. Wyjdziesz z tego. Wiem, że dasz radę.
Uśmiechnęła się słabo i lekko ścisnęła jego rękę. Steven odgarnął jej włosy z czoła.
– Odpoczywaj. Przyjdę później.
Wstał i odszukał Kate Lineham.
– Co o tym myślisz? – spytał.
– Trudno powiedzieć. Statystyki są przeciwko niej, ale pod czułą opieką kochającej osoby 

może jej się uda.

Steven skinął głową. Był wdzięczny za szczerą odpowiedź. Poszedł do wyjścia i wziął 

prysznic. Kiedy był już na zewnątrz, usłyszał swój telefon komórkowy.

– Gdzie jesteś, do cholery? – zapytał John Macmillan.
– W Manchesterze.
– Mogę wiedzieć, dlaczego?
–  Bo   tu   jest   więcej   chorych   niż   gdziekolwiek   indziej  –  odparł   Steven.  –  Poza   tym 

background image

znajoma właśnie złapała wirusa.

– Bardzo mi przykro. –  Macmillan spuścił z tonu.  – Zdobycie informacji o dawcach 

okazało się trudne. Dystrybucją narządów i tkanek zajmuje się rejestr centralny. Odpowiada 
na   komputerowe   zapotrzebowania   szpitali   i   klinik.   Szpitale   zwykle   nie   dostają   danych 
osobowych dawców.

– Nazwiska nie zrobią wielkiej różnicy. Ale interesują mnie dane z rejestru. Moglibyście 

przysłać mi e-mail z tym, co macie?

– Oczywiście. Co planujesz?
– Chcę jeszcze raz porozmawiać z kardiochirurgiem – odparł Steven. – Czuję, że czegoś 

w tym wszystkim nie dostrzegam.

Rozpaczliwie   potrzebował   snu,   ale   umówił   się   z   Martinem   Gilesem   na   dwunastą. 

Trzymał  się na nogach dzięki kolejnym kubkom kawy i gdy dotarł do szpitala ogólnego, 
myślał, że nieźle wygląda, dopóki chirurg nie powitał go słowami:

– Jezu, ale pan zmarnowany.
Steven   pominął   milczeniem   tę   uwagę   i   poprosił   o   więcej   szczegółów   o   wymianie 

zastawek serca. Chciał wiedzieć, jak się wybiera różne opcje.

– Zasadniczo najlepsze są zastawki tkankowe – odparł Giles. – Ludzkie, jeśli są osiągalne 

i   oczywiście   tylko   w   wypadku   odpowiedniej   zgodności   tkanki.   Ideałem   jest   naprawa 
zastawek pacjentów przy użyciu ich własnej tkanki. Nie ma wtedy problemów z odrzutem 
przeszczepu,   więc   nie   jest   potrzebna   terapia   immunosupresyjna,   która   prawie   zawsze 
prowadzi do kłopotów. Zastawki mechaniczne – metalowe, plastikowe, z włókna węglowego 
czy z czegokolwiek  –  też są niezłe, ale nawet w przybliżeniu nie zapewniają tak dobrego 
przepływu   jak   zastawki   tkankowe,   bo   mają   ograniczone   kąty   otwarcia.   Pacjenci   zwykle 
muszą   być   do   końca   życia   na   środkach   przeciwskrzepowych.   Ważny   jest   również   wiek. 
Pacjentowi w średnim wieku dalibyśmy zastawkę tkankową, ale starszemu wstawilibyśmy 
zapewne mechaniczną.

– Powiedział pan, że najlepsze są zastawki tkankowe. Ludzkie, jeśli to możliwe.
– Tak.
– Czy to znaczy, że jest jakaś alternatywa?
– Używa się również przystosowanych zastawek świńskich.
– Świńskich? A co z odrzutem obcej tkanki? – zapytał Steven.
–  Powiedziałem przecież, że chodzi o zastawki  „przystosowane”. Przystosowuje się je 

środkiem chemicznym o nazwie gluteraldehyd, żeby były lepiej przyswajalne. Bywają słabe i 
często trzeba je wzmocnić, dać im dodatkowy „szkielet”, jak to nazywamy. Nie są nawet w 
przybliżeniu tak dobre, jak kompatybilne zastawki ludzkie, ale używa się ich dość często i z 
dość dobrym skutkiem. Problem może być wtedy, gdy pacjentem jest Żyd.

Steven uśmiechnął się.
–  Domyślam się, że zastawki tkankowe są badane, żeby wykryć ewentualne zapalenie 

background image

wątroby, AIDS, chorobę Creutzfeldta-Jakoba i tak dalej.

– Oczywiście – przytaknął Giles. – Bez tego ani rusz.
Steven   podziękował   mu   za   pomoc   i   wrócił   do   hotelu.   Ledwie   położył   się   na   łóżku, 

ogarnęła go senność, lecz w głowie wciąż kłębiły się sprzeczne myśli. Logika wskazywała, że 
wybuch   choroby   spowodowały   zastępcze   zastawki   serca,   bo   tylko   ich   wymiana   łączyła 
pacjentów nazwanych „zagadkowymi kartami”. Ale osiemnaście wymienionych zastawek nie 
mogło pochodzić z jednego zarażonego serca ludzkiego. Kiedy zapadał w sen, przypomniał 
sobie słowa kierowcy: „Może tylko się panu wydaje, że to niemożliwe?”

Zaledwie   cztery   godziny   później   obudził   go   hałas   na   korytarzu,   zupełnie,   jakby 

pokojówka upuściła metalową tacę ze sztućcami. Przez chwilę leżał nieruchomo, patrząc w 
sufit, potem zdał sobie sprawę, że już nie zaśnie. Wstał, wziął prysznic i zamówił do pokoju 
omlet i sałatkę. Czekając na jedzenie, włączył laptop i odczytał kolejny e-mail.

Nie znalazł w nim nazwisk dawców, były za to informacje o metodach pozyskiwania 

narządów i tkanek do transplantacji oraz kryteriach ich rozdzielania przez rejestr centralny. 
Przyszło   mu   do   głowy,   że   wspólnym   ogniwem   jest   właśnie   rejestr.   Poprosił   Sci-Med   o 
sprawdzenie   rejestru.   Może   uda   się   znaleźć   jakieś   elementy   łączące   interesujących   go 
pacjentów.

Półtorej  godziny później  dostał odpowiedź.  Nadal nie było  nazwisk dawców, bo, jak 

wyjaśniono, pracownik rejestru centralnego, do którego zwrócono się z prośbą o te dane, 
zachorował   i   został   odesłany   do   domu.   Niestety,   zabrał   ze   sobą   dyskietkę   z   kartoteką 
dawców.   Koledzy   właśnie   próbują   się   z   nim   skontaktować.   Co   do   elementów   łączących 
„zagadkowe karty”, jeden już się pojawił. Wszyscy ci pacjenci dostali zastawki serca dzięki 
staraniom   tego   samego   koordynatora,   niejakiego   Grega   Allana.   Dziwnym   zbiegiem 
okoliczności, to właśnie on nagle zachorował.

– No, no – mruknął Steven. – Chyba będę musiał pogadać z panem Allanem.
Zadzwonił do Sci-Medu z pilną prośbą o adres faceta. Oficer dyżurny oddzwonił już po 

czterech minutach.

– Mam ten adres, ale niewiele to panu da – oznajmił. – Nie ma go w domu.
– Jak to? Podobno jest chory.
–  Tak myśleli  jego koledzy.  Wyglądał na chorego i zwolnił się do domu.  Ale kiedy 

próbowali skontaktować się z nim w sprawie dyskietki, nie zastali go. Żona nie widziała go 
od rana.

– Mimo to wezmę ten adres – odrzekł Steven.
Allen mieszkał w Leeds. Z Manchesteru można tam było dojechać w godzinę. Uprzedził 

oficera   dyżurnego   o   swoich   planach   i   poprosił,   żeby   Sci-Med   zlecił   miejscowej   policji 
znalezienie samochodu Allana.

– Podajcie im numer mojej komórki. Niech mnie zawiadomią, gdy tylko go znajdą.
– Mają go aresztować?

background image

– Nie, tylko znaleźć. Wie o tych zastawkach coś, czego my nie wiemy. Chcę, żeby mi to 

powiedział osobiście.

Steven dotarł do Leeds tuż po siódmej trzydzieści. W oknie bungalowu Allana paliło się 

światło. Zapukał do drzwi. Otworzyła mu kobieta po trzydziestce. Wyglądała na przybitą. Na 
widok obcego mężczyzny uniosła ręce do ust.

– Chodzi o Grega, prawda? Znaleźliście go. Co się stało? Gdzie on jest?
Steven wyjaśnił, że nie potrafi odpowiedzieć na te pytania i jest po prostu jednym z ludzi, 

którzy szukają jej męża. Pokazał legitymację i zapytał, czy może na chwilę wejść.

Wprowadziła go do salonu.
– O co chodzi, na Boga? Gdzie jest Greg? – dopytywała się nerwowo. – Najpierw jego 

koledzy mówią, że zachorował i miał wrócić w domu. Potem pyta o niego policja, a teraz pan. 
Co się dzieje?

Steven wyjaśnił jej, na czym polega jego praca.
– Ale co choroba wirusowa ma wspólnego z Gregiem? On jest administratorem. Załatwia 

zapotrzebowania na transplanty. Dobiera potencjalnych dawców do biorców.

– Od kiedy się tym zajmuje?
– Mniej więcej od sześciu lat. Ale nie odpowiedział mi pan na pytanie.
– Bo nie znam odpowiedzi – wyznał Steven. – Wiem tylko, że pani mąż skoordynował 

czternaście   zabiegów   wymiany   zastawek   serca,   po   których   biorcy   zarazili   się   nowym 
wirusem.

Kobieta wytrzeszczyła oczy i zamarła.
– To... jakaś bzdura – wyjąkała. – Jak to możliwe?
– Miałem nadzieję, że pani mąż to wyjaśni – odrzekł Steven. – Ale nie ma go.
Pani   Allan   zerknęła   przez   okno.   Steven   podążył   wzrokiem   za   jej   spojrzeniem.   Na 

podjeździe stał nowy ford focus. Steven nie miał pojęcia, w co jest zamieszany Greg Allan – 
jeśli w ogóle jest – ale wiedział z doświadczenia, że zwykle chodzi o pieniądze. Był ciekaw, 
czy poziom życia Allanów podniósł się ostatnio.

– Jakim samochodem jeździ pani mąż? – zapytał niewinnie.
– Bmw. A dlaczego pan pyta?
Steven obserwował wyraz jej oczu.
– Na wypadek, gdyby wyjechał zza rogu, kiedy będę wychodził – odrzekł uprzejmie. – 

Stary? Nowy?

– Nowy – odpowiedziała tępo. – Srebrna piątka.
– Dobre auto – stwierdził Steven.
Czuł, że kobieta chce mu coś powiedzieć, ale nagle odezwała się jego komórka i szansa 

przepadła. Przeprosił i odebrał. Dzwoniła miejscowa policja.

– Prosił pan o znalezienie Gregory’ego Allana.
– Tak – potwierdził Steven i szczelnie osłonił dłonią telefon.

background image

– Lepiej niech pan tu przyjedzie. Jesteśmy przy zagajniku na wschodnim krańcu Gaylen 

Park. Mamy samochód. Jego chyba też.

Steven poczuł się nieswojo. Meldunek sugerował, że Allan nie żyje, a on siedział dwa 

metry od jego żony. Starał się zachować kamienną twarz.

– Zrozumiałem, już jadę.
– Jakaś wiadomość o Gregu? – zapytała pani Allan.
– Nie – skłamał Steven. – Ale muszę już iść.
Przy   pożegnaniu   nie   patrzył   jej   w   oczy.   Wolał,   żeby   ktoś   inny   przekazał   jej   złą 

wiadomość.

Piętnaście   minut   później   zobaczył   kilka   wozów   policyjnych   zaparkowanych   obok 

srebrnego bmw przy lasku na skraju niewielkiego parku. Gliniarze stali koło samochodów i 
rozmawiali. Steven przedstawił się.

– Czekaliśmy na pana – wyjaśnił inspektor dowodzący akcją. – Niczego nie dotykaliśmy.
Steven domyślił się, że Sci-Med poruszył odpowiednie sprężyny w Ministerstwie Spraw 

Wewnętrznych.

– Bardzo dobrze – pochwalił. – Co macie?
Inspektor zaprowadził go na małą polankę oświetloną policyjnymi lampami łukowymi. 

Wskazał w górę.

– To chyba pański facet?
Na nagiej gałęzi buka wisiał mężczyzna.
–  Najwyraźniej   postanowił,   że   w   tym   roku   udekoruje   sobą   gwiazdkowe   drzewko  – 

mruknął policjant.

Steven nie odezwał się. Patrzył na martwego mężczyznę. Allan miał purpurową twarz i 

wysunięty nabrzmiały język. Przypominał odrażającą chimerę na średniowiecznym kościele. 
Ale powiesił się na współczesnej jaskrawoczerwonej lince holowniczej w żółte pasy, co w 
pewien sposób umniejszało grozę tej sceny. Stąd makabryczny żart policjanta.

– Biedny facet – powiedział Steven.
– Możemy go zdjąć?
Steven skinął głową.
– Jasne.
Patrzył z ponurą miną, jak gliniarze odcinają ciało i kładą na ziemi. Policyjni specjaliści 

od medycyny sądowej zabrali się do pracy.  Wyglądali jak robotnicy zaczynający zmianę: 
swobodni, spokojni, wyluzowani. Jeszcze jedno ciało, jeszcze jeden zwykły dzień. Lekarz 
policyjny oficjalnie  stwierdził  zgon i inspektor zapytał,  czy Steven może  potwierdzić,  że 
denat to Gregory Allan.

– Niestety, nie. Nigdy go nie widziałem.
Ukucnęli obaj przy zwłokach.
– Można spytać, co on zrobił? – zagadnął inspektor.

background image

Steven był niemal zahipnotyzowany twarzą Allana. Zastanawiał się, dlaczego facet tak 

marnie skończył.

– Spytać można – odrzekł. – Ale nie mam bladego pojęcia. A szkoda.
Opróżniono kieszenie Allana.
– Jest jakaś kartka – oznajmił jeden z policjantów.
Inspektor wciągnął rękawiczki, wziął kartkę i ostrożnie rozłożył.
–  List do żony. Napisał:  „Przepraszam”. Niewiele miał jej do powiedzenia. Papier jest 

mokry, bo facet zlał się w spodnie, kiedy puścił mu zwieracz.

– Nie znaleźliście przy nim dyskietki? – zapytał Steven. Policjanci pokręcili głowami. – 

A w samochodzie?

– Sprawdź jeszcze raz, Edwards – polecił inspektor.
Wysoki rudzielec w plastikowej pelerynie o dwa numery za małej poszedł do bmw i 

zaczął   je   dokładnie   przeszukiwać.   Wrócił,   kiedy   zapinano   worek   z   ciałem   Allana.   Podał 
inspektorowi dyskietkę.

– Była z boku siedzenia pasażera – wyjaśnił. Inspektor przekazał dyskietkę Stevenowi.
– Mam coś podpisać? – zapytał Steven.
– Miedzy kolegami nie ma potrzeby –  odparł inspektor.  –  Może chce pan świąteczne 

opakowanie?

Steven wsunął dyskietkę do kieszeni.
– Nie, nie trzeba. Dzięki za pomoc.

background image

17

Capel Curig

Varen   Doig   i   Ian   Patterson   wyszli   z   posterunku   policji   w   Capel   Curig   bardzo 

przygnębieni.   Właśnie   dowiedzieli   się   od   inspektora,   że   w   ostatnich   tygodniach   żadna   z 
miejscowych firm taksówkowych nie miała wezwania do stacji doświadczalnej. Nadal nie 
wiedzieli, jak i dlaczego Amy i Peter zniknęli. Policja walijska nie mogła zrobić nic więcej. 
Nie wtrącała się do spraw rodzinnych, podobnie jak szkocka.

Karen pokręciła głową.
– Nie wierzę, żeby zeszli z gór.
Patterson mruknięciem przyznał jej rację.
–  Pomijając   fakt,   że   nie   mieli   ekwipunku   do   chodzenia   zimą   po   walijskich   górach. 

Przynajmniej Peter nie miał.

– Amy też nie.
– Dlaczego to zrobili? – zastanawiała się Karen. – Jeśli rzeczywiście chcieli razem uciec, 

dlaczego nie wzięli land-rovera i nie zostawili go potem na przykład na lotnisku?

– No właśnie, to po prostu bez sensu – zgodził się Patterson.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobili.
– Więc gdzie są?
Karen spojrzała na Pattersona. Łzy napłynęły jej do oczu.
– Nie wiem – zaszlochała. – Po prostu nie wiem.
Otoczył ją ramieniem i przez chwilę oboje milczeli.
– Może wstąpimy na drinka i zastanowimy się, co dalej? – zaproponował.
Karen wytarła oczy i bez słowa skinęła głową. Weszli do hotelu, w którym byli zaraz po 

przyjeździe. Nie zatrzymali się w nim, woleli nocować w pobliskim pensjonacie.

– Znaleźli państwo miejsce? – zagadnął barman, który poprzednio wyjaśnił im, jak trafić 

do stacji doświadczalnej.

Patterson   przytaknął   i   zamówił   dwie   brandy.   Barman   zauważył,   że   Karen   ma 

background image

zaczerwienione  oczy,  więc powstrzymał  się od dalszych  pytań. Podał brandy i wrócił do 
czytania gazety.

–  Nie   wiem,   co   jeszcze   możemy   zrobić  –  powiedział   Patterson.  –  Jeśli   nikt   ich   nie 

widział, a policja nie może pomóc...

Karen się uspokoiła.
– Nie uwierzę, że Peter mnie zostawił, dopóki nie będę miała dowodu. W tej cholernej 

dziurze ktoś musi coś wiedzieć. Przepraszam... – Zerwała się i wybiegła.

Barman spojrzał znad gazety.
– Coś nie tak? – spytał.
– Jest zdenerwowana – wyjaśnił Patterson. – Jej mąż zniknął bez śladu.
– Ach tak. Przykro mi.
– On i moja żona pracowali w stacji doświadczalnej, o którą pytaliśmy pana wczoraj – 

ciągnął Patterson. – Ale najwyraźniej nikt z miejscowych nie widział ich tutaj, a potem nagle 
oboje przepadli. Land-rover, którym przyjechali do Walii, spalił się w czasie pożaru stacji 
doświadczalnej, nie zamawiali też taksówki, więc nie wiemy, jak się stąd wydostali.

– Może mógłbym pomóc – zaproponował barman.
– Ale przecież pan też ich nie widział – zdziwił się Patterson.
– Nie, ale nie tylko państwo pytali o drogę do stacji.
Wróciła Karen. Wyglądała znacznie lepiej; umyła twarz i poprawiła makijaż.
– Niech pan mówi – przynaglił Patterson.
– Jakieś dziesięć dni temu przyjechały tu cztery osoby. Dwaj faceci i dwie babki. Pytali, 

jak trafić do stacji. Pamiętam ich, bo narzekali na kawę.

Karen   zorientowała   się,   o   czym   mowa.   Wyjęła   z   torebki   zdjęcie   męża   i   podała   je 

barmanowi.

– Czy to jeden z tamtych mężczyzn? – zapytała.
Barman ledwo rzucił okiem na fotografię.
– Nie. To byli Amerykanie.
– Amerykanie – powtórzył mechanicznie Patterson. – Turyści?
– Nie sądzę. Faceci byli Amerykanami, kobiety Walijkami. Mówiły jak tutejsze.
– Ale nie znał ich pan?
– Nie widziałem ich nigdy przedtem ani potem.
– Ale pytali o stację doświadczalną? – upewniła się Karen.
– Owszem. Pomyślałem nawet, że to trochę dziwne. Nie wyglądali na naukowców, jeśli 

wie pani, co mam na myśli? Byli całkiem zwyczajni.

– A może mówili, po co jadą do stacji doświadczalnej? – zapytał z nadzieją Patterson.
– Niestety, nie.
Karen spytała barmana, czy pamięta dokładną datę.
– Ubiegły poniedziałek albo wtorek, nie jestem pewien – odparł.

background image

Karen spojrzała na Pattersona.
– Czyli mniej więcej dziesięć dni po przyjeździe Petera i Amy.
Patterson skinął głową i dodał:
– I mniej więcej w tym samym czasie, kiedy oboje przestali telefonować.
Karen odwróciła się z powrotem do barmana.
– To naprawdę ważne – powiedziała. – Pamięta pan coś jeszcze?
– Niewiele – odparł. – Widywałem sympatyczniejszych ludzi. Zjedli, skrytykowali kawę i 

wynieśli się. Zdaje się, że nie zostawili żadnego napiwku.

Komentarz barmana podsunął Karen pewien pomysł.
– Jak płacili? – zapytała.
–  Chyba   kartą   kredytową  –  odparł   po   chwili   namysłu.  –  W   dzisiejszych   czasach 

dziewięćdziesiąt procent ludzi tak robi.

W Karen wstąpiła nadzieja.
– Więc powinien pan mieć potwierdzenie.
Barman wzruszył ramionami.
– Pewnie tak. Moja żona zajmuje się takimi rzeczami.
– Mógłby pan ją zapytać? To naprawdę ważne.
Mężczyzna wytoczył się zza baru i zniknął na parę minut. Wrócił z niską siwą kobietą, do 

której zwracał się: Megan. Kłócili się. Megan przyciskała do piersi prostokątną metalową 
kasetkę.

– Ona myśli, że jesteście z urzędu skarbowego – wyjaśnił. – Ale chyba nie jesteście? – 

Uśmiechnął się niepewnie, pokazując zepsute zęby.

– Nie jesteśmy – uspokoiła go Karen.
– Oczywiście, że nie – dodał Patterson.
Megan otworzyła kasetkę i położyła na kontuarze plik kwitów. Jej mąż włożył okulary w 

czarnych oprawkach, zwilżył palce i zaczął przeglądać rachunki.

Karen miała wrażenie, że obserwuje na zwolnionym filmie, jak rośnie trawa. Korciło ją, 

żeby złapać kwity i samej je przejrzeć, ale powstrzymała się.

– Jest – oznajmił w końcu barman. – To ten. – Podniósł kwit do oczu i odczytał z trudem: 

– American Express. J. Clyde Miller. Mówi wam to coś?

Karen i Patterson pokręcili przecząco głowami.
– Mogę zobaczyć? – zapytała Karen.
Spojrzała na kwit i wyraz jej twarzy zmienił się.
– Zobacz! – podała kwit Pattersonowi. – Płacił kartą kredytową firmy. Spójrz na nazwę.
– Lehman Genomics – przeczytał głośno.
– Bardzo nam państwo pomogli – powiedziała Karen do pary za barem.
– Jesteśmy naprawdę wdzięczni – dodał Patterson.
– Więc uda wam się znaleźć tych ludzi? – spytał barman.

background image

–  Byli z tej samej firmy co mój mąż  –  odparła Karen.  –  Przynajmniej ten gość, który 

płacił. Muszą coś wiedzieć. Powiedział pan, że kobiety były tutejsze?

– Mówiły jak miejscowe.
Karen spojrzała na Pattersona.
– Chyba jeszcze nie wrócimy do domu.
– To może podać kolację? – zaproponowała Megan.
Karen pomyślała, że powinni przynajmniej zjeść w hotelu.
– Czemu nie? – zgodziła się z uśmiechem.
Podczas kolacji układali plan na następny dzień.
– Rano zadzwonimy do Paula Grossarta – zaproponowała Karen – i poprosimy o adresy 

tamtych kobiet.

– Jak dotąd, Grossart nie był zbyt pomocny – odparł Patterson.
– Myślisz, że odmówi?
– To możliwe. Miałem wrażenie, że chce umyć ręce od sprawy Petera i Amy.
–   Jezu!   –  wykrzyknął   barman,   który   znów   czytał   gazetę.   Zawołał   coś   po   walijsku   i 

zjawiła się Megan. Pokazał jej coś w gazecie i po chwili oboje zgodnie pokiwali głowami.

Karen i Patterson zdali sobie sprawę, że para patrzy na nich.
– O co chodzi? – zapytała Karen.
– To ona! – odparł barman. – Jedna z tych kobiet od Amerykanów.
Karen i Patterson podeszli do kontuaru. Barman pokazał im zdjęcie kobiety w średnim 

wieku.

– Jest w szpitalu w Caernarfon –  powiedział.  –  Piszą, że może być pierwszą walijską 

ofiarą wirusa z Manchesteru.

Manchester

Znalazłszy   się   w   pokoju   hotelowym,   Steven   wsunął   dyskietkę   do   laptopa   i   poczuł 

przyjemny dreszcz podniecenia. Miał nadzieję, że teraz zdoła rozwiązać zagadkę zachorowań. 
Dyskietka   musiała   być   bardzo   ważna,   skoro   z   jej   powodu   Greg   Allan   zdecydował   się 
zakończyć życie w zimnym, ciemnym parku na tydzień przed Gwiazdką.

Na dyskietce był pojedynczy plik bez nazwy zapisany w Wordzie. Steven otworzył go i 

pojawiła się pierwsza strona z nagłówkiem SNOW-BALL 2000. Poniżej widniała pionowa 
lista nazwisk. Prawą kolumnę zajmowały adresy szpitali i klinik z całego kraju. Przy każdej 
pozycji   była   data   jej   wprowadzenia.   Szybko   przeleciał   listę   w   poszukiwaniu   dalszych 
informacji, ale nie znalazł nic więcej.

Rozpoznał   niektóre   nazwiska,   więc   nabrał   pewności,   że   to   właściwa   dyskietka.   Po 

bliższym   przestudiowaniu   listy   odszukał   wszystkich   czternastu   pacjentów,   zdumiał   go 
natomiast   brak   korelacji   między   dawcami   i   biorcami.   Jeśli   to   była   kartoteka   dawców   i 

background image

biorców zastawek serca – a tak przypuszczał – dlaczego dawcom nie przypisano konkretnych 
biorców?

Pięćdziesiąt sześć nazwisk, pomyślał. Dwudziestu ośmiu dawców i dwudziestu ośmiu 

biorców.   Ale   jak   ustalić,   kto   jest   kim?   Był   rozczarowany.   Nie   znalazł   niczego,   co 
wskazywałoby na przyczynę zachorowań, ani żadnej sugestii, dlaczego Greg Allan popełnił 
samobójstwo. Wylogował się; na razie miał dosyć zagadek. Postanowił odwiedzić Caroline.

W kościele Świętego Judy nie zastał Kate Lineham. Skończyła już dyżur i poszła do 

domu. Musiał od początku tłumaczyć nocnej zmianie, kim jest i po co przyjechał.

– Niestety, z doktor Andersen nie jest dobrze – powiedziała jedna z pielęgniarek. – Miała 

ciężkie popołudnie. Teraz śpi. Kate prosiła o telefon, gdyby coś się zmieniło.

– Może nie powinienem jej niepokoić? – zapytał Steven.
–  Pańska   wizyta   na   pewno   jej   nie   zaszkodzi   –  odparła   pielęgniarka.  –  Może   nawet 

poczuje się trochę lepiej, gdy po przebudzeniu zobaczy obok siebie bliską osobę.

Steven przebrał się w skafander ochronny i wszedł przez komorę powietrzną do nawy. 

Zaszokowała go zmiana w wyglądzie Caroline od jego poprzedniej wizyty. Miała żółtawą 
cerę i ściągnięte, spękane wargi.

Przykucnął, zmoczył gąbkę w miednicy i zaczął wycierać pot z jej twarzy. Poruszyła się, 

więc przerwał na chwilę.

– Śpij, kochanie – szepnął. – Odpoczywaj. Wszystko będzie dobrze.
Znów się poruszyła, jakby było jej niewygodnie.
–  Myśl   o   słońcu...  o   złocistym   zbożu,   o   białych   żaglach   na   błękitnej   wodzie...   i   o 

piknikach, na które pojedziemy latem...

Podeszła jedna z pielęgniarek i położyła mu rękę na ramieniu.
– Wszystko w porządku? – zapytała cicho.
Steven skinął głową, bo Caroline uspokoiła się; usłyszał jej głęboki, regularny oddech. 

Spojrzał   w   górę   na   tablicę   pamiątkową.   Czytając   nazwiska   ofiar  „krwawych   rzezi 
wojennych”,   nie   mógł   się   pozbyć   myśli,   że   tamci   mieli   przynajmniej   namacalnego 
przeciwnika. Mogli go zobaczyć i walczyć z nim. Tych nieszczęśników w kościele atakował 
bezbarwny, bezwonny, niewidzialny wróg, którego jedyną funkcją była samoreplikacja i tym 
samym zabijanie ciała, w którym żył. Wszystkie rzeczy jasne i piękne, wszystkie stworzenia 
duże i małe...

Mijały minuty. Steven siedział przy Caroline i trzymał ją za rękę. Nagle znów zaczęła się 

wiercić,   jakby   męczył   ją   zły   sen.   Próbował   ją   uspokoić,   ale   tym   razem   bez   skutku. 
Wstrząsnęły nią konwulsje. Zdążył  podstawić  jej  miskę  pod brodę, zanim zwymiotowała 
krwią.

– Spokojnie, kochanie – szepnął.
Wymiotowała, dopóki całkiem nie opróżniła żołądka. Jej twarz wykrzywił spazm bólu. W 

końcu głowa opadła jej na poduszkę, z nosa pociekła krew. Steven wytarł krew i wypłukał 

background image

gąbkę.

Caroline otworzyła oczy.
– To ty – powiedziała słabym głosem. – Fatalnie się czuję.
– Ale  wygrywasz  –  odparł z  całym  przekonaniem,  na  jakie  mógł  się zdobyć.  – Tak 

trzymaj.

Zaczęła   coś   mówić,   ale   znów   złapały   ją   torsje.   Mięśnie   brzucha   kurczyły   się   tak 

gwałtownie, że cała się trzęsła, ale z ust wypłynęła tylko krwawa piana.

– O Boże – jęknęła.
Znów zaczęła krwawić z nosa, tym razem bardzo obficie. Kiedy otworzyła oczy, Steven 

zobaczył, że nabiegły krwią. Przywołał gestem jedną z pielęgniarek i poprosił, żeby została z 
Caroline. Sam poszedł opróżnić miskę i wypłukać w zlewie zakrwawione gąbki.

Kiedy wrócił, pielęgniarka powiedziała:
– Zadzwonię po Kate.
Steven wiedział, że nadszedł kryzys. Uklęknął przy Caroline i starał się podtrzymać ją na 

duchu. Nic więcej nie mógł zrobić. Gdy torsje na chwilę ustały, wyszeptała z trudem:

–  Mówiłam   ci   kiedyś   o   mojej   nadziei,   że   ktoś   się   mną   zajmie,   gdybym   tego 

potrzebowała... Nie myślałam, że to będziesz ty.

– Chyba wyciągnęłaś krótszą zapałkę – odrzekł.
Próbowała się uśmiechnąć, ale przeszkodził jej kolejny napad konwulsji.
–  Muszę w ciebie wpompować trochę płynu, moja pani  –  mruknął Steven i sięgnął po 

roztwór soli. – Za dużo wydalasz.

– Bądź... ostrożny – ostrzegła. – W tej chwili... nie odpowiadam... za swoje ruchy.
– Postaraj się odprężyć.
Caroline skrzywiła się z bólu i odruchowo podciągnęła kolana.
– Nie masz pojęcia... jak to idiotycznie brzmi – jęknęła.
Obok Stevena wyrosła pielęgniarka.
– Kate już jedzie – szepnęła. – Mogę w czymś pomóc?
Steven poprosił, żeby przytrzymała ramię Caroline, i wkłuł igłę. Potem rozejrzał się za 

czymś   do   powieszenia   pojemnika   z   roztworem   soli.   Zdecydował   się   na   róg   tablicy 
pamiątkowej.   Przymocował   kroplówkę   obok   nazwiska   sierżanta   Morrisa   Holmesa,   który 
poległ „za króla i ojczyznę” w bitwie pod Ypres.

– Musisz to potrzymać, Morris – powiedział.
Odetchnął z ulga, gdy Caroline zapadła w spokojny stan między snem i jawą. Niestety, 

nie trwało to długo. Ogarnęła ją nowa fala mdłości i znów zaczęła wymiotować.

– Chyba coś we mnie pękło – wymamrotała. – Czuję, jak puszcza.
– Co pękło? – zapytał Steven.
– Jakby... gumka w majtkach – odpowiedziała z bladym uśmiechem.
Stevena zmroził ten żart. Zrozumiał, że Caroline umiera.

background image

–  Wszystko   będzie   dobrze  –  wykrztusił   z   trudem.   –  Najgorsze   już   minęło.   Musisz 

odpocząć i nabrać sił.

Przyjechała Kate Lineham. Stała z jedną z pielęgniarek poza zasięgiem wzroku Caroline i 

nie odzywała się.

Caroline spojrzała na Stevena. Widywał już taki wyraz w oczach śmiertelnie rannych 

żołnierzy. Oznaczał pogodzenie się z losem. Wziął ją za rękę.

– Nie poddawaj się – prosił. – Walcz.
– Ten kawał, Steven.
Popatrzył na nią pytająco.
– Opowiedz mi... ten kawał.
Teraz zrozumiał. Zdjął kaptur i maskę, położył się obok Caroline, przysunął policzek do 

jej policzka, wziął ją za rękę i zaczął:

– Malutki miś polarny siedział na lodowcu i patrzył na przepływającą krę...
Kiedy skończył, poczuł, że Caroline lekko ściska jego dłoń. Bał się na nią spojrzeć, bo po 

twarzy spływały mu łzy. Odwzajemnił tylko uścisk. Leżał bez ruchu i nienawidził całego 
świata za filozofię „wszystkich rzeczy jasnych i pięknych”. Dlaczego nikt nie rozumie, że to 
straszne miejsce? Żaden pieprzony Disneyland, jak wszyscy udają! Pies pożera psa. Zabij 
albo zostaniesz zabity. Krew na kłach i pazurach. Pieprzony koszmar!

Wściekłość i rozpacz powoli mijały.  Wziął kilka głębokich oddechów, żeby dojść do 

siebie. Kate zrobiła pierwszy ruch: pochyliła się i delikatnie położyła mu rękę na ramieniu.

– Ona odeszła, Steven – powiedziała miękko. – Caroline odeszła.
Skinął głową i wstał. Włożył  z powrotem kaptur i maskę, spojrzał na Kate, a potem 

odwrócił się i poszedł do tunelu wyjściowego.

Wypił prawie całą butelkę dżinu, zanim sen  –  czy może zamroczenie  –  uwolnił go od 

dalszych zmartwień. Obudził się dopiero o dziesiątej, gdy weszła pokojowa i spytała, czy 
może posprzątać.

– Okay – odpowiedział, nie otwierając oczu, bo raziło go światło. – Tylko bez łazienki.
Nagle uświadomił sobie, że zaraz usłyszy odkurzacz. Nie cierpiał tego dźwięku nawet bez 

kaca. Był pewien, że piekło jest pełne hałasujących odkurzaczy. Gdy zobaczył, że pokojowa 
ciągnie po podłodze kabel, zerwał się z łóżka i pobiegł boso do łazienki, by schronić się pod 
prysznicem. Stał tam, dopóki się nie upewnił, że pokojówki i jej piekielnej maszyny już nie 
ma. Potem zamówił do pokoju sok pomarańczowy, kawę i aspirynę, ubrał się i czekał.

Wiedział, że to będzie dla niego decydujący dzień. Chciał opłakiwać Caroline, pogrążyć 

się w smutku i rozpaczy, ale nie mógł sobie na to pozwolić. Przeżył już osobistą tragedię, 
kiedy stracił Lisę. Bał się przechodzić przez to jeszcze raz, bo mógłby skończyć w domu bez 
klamek. Postanowił rzucić się w wir pracy. To pomoże. Trzeba zdecydować, co zrobić z listą 
Grega Allana.

Wątpił, żeby szpitale udzieliły mu potrzebnych informacji, więc poprosił o pomoc Sci-

background image

Med. Miał nadzieję, że kiedy ustali dawców, zdoła dostrzec jakiś wspólny element, który ich 
łączy.

Po otrzymaniu danych aż zaniemówił.
– Jesteście pewni? – spytał w końcu.
– Tak, to sami biorcy. Na liście nie ma ani jednego dawcy.
– Więc co im wszczepiono, do cholery?
– Zastawki serca – odparł oficer dyżurny.
– Nie o to mi chodzi. – Steven nagle zrozumiał. – Jezu Chryste! Jest tam Macmillan?
– Na liście Grega Allana są sami biorcy – powiedział, gdy połączono go z szefem.
– Wiem – odrzekł Macmillan.
–  Nie rozumie pan? Osiemnaście osób z tej listy wirus już zaatakował. Pozostałe... – 

Steven przerwał na moment, bo na kacu miał trudności z liczeniem w pamięci – ...trzydzieści 
osiem dopiero zaatakuje. Nie widzi pan tego? Są potencjalnymi źródłami infekcji! Przeszli 
takie   same   operacje   jak   reszta,   ale   jeszcze   są   zdrowi.   Trzeba   ich   odizolować.   Kiedy   to 
zrobimy, skończą się tajemnicze wybuchy choroby w całym kraju.

–  Oczywiście,   że   rozumiem  –  zapewnił   Macmillan.  –  Jeśli   masz   rację,   rząd   Jej 

Królewskiej Mości będzie mógł zapomnieć o wprowadzeniu stanu wyjątkowego.

–  Jasne. Będzie mógł wrócić do problemów z polowaniami na lisy i wprowadzeniem 

euro.

–  I może z kosztami podróży do Manchesteru służbowymi samochodami  –  odparował 

Macmillan. – A przy okazji, co z twoją znajomą?

– Umarła dziś rano – odrzekł tępo Steven.
– O, Boże, przepraszam. Palnąłem to bez zastanowienia – usprawiedliwił się Macmillan.
– Nie mógł pan wiedzieć.
Zapadła długa cisza.
–  Zmieńmy   temat  –   odezwał   się   w   końcu   Macmillan.  –  Pewnie   nie   wiesz,   jaki   jest 

związek między osobami z listy i filowirusem?

– Jeszcze nie – przyznał Steven. – Ale Greg Allan wiedział. Jestem pewien, że dlatego się 

zabił.

– Szkoda, że przedtem nas nie oświecił – powiedział ponuro Macmillan i wyłączył się.
Steven wrócił do rozmyślań o pięćdziesięciu sześciu osobach z listy. Wszyscy dostali 

ludzkie   zastawki   serca,   co   wywołało   u   nich   zabójczą   infekcję,   choć   nie   od   razu.   To 
opóźnienie było zagadkowe. Podobnie jak to, że skoro pięćdziesiąt sześć osób dostało ludzkie 
zastawki, musiało być co najmniej czternastu dawców, których teoretycznie nic nie powinno 
łączyć,   a   jednak   wszyscy   mieli   w   sobie   tę   samą,   zupełnie   nową   odmianę   filowirusa. 
Kompletny nonsens, pomyślał Steven. Nie ma na to innego określenia.

background image

18

Ulżyło   mu,   że   tak   zwane   logiczne   rozumowanie   ma   już   za   sobą.   Teraz   powinien 

rozważyć,   co   było   nie   tak   z   zastawkami   serca,   które   dostali   tamci   pacjenci.   Po   chwili 
zastanowienia doszedł do wniosku, że jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić. Trzeba wyjąć 
jedną z przeszczepionych zastawek z ciała którejś ofiary i poddać wszechstronnym badaniom.

Zadanie  było  nie tylko  ryzykowne  –  sekcja zwłok ofiary filowirusa to niebezpieczna 

procedura – ale również trudne, bo zmarłych kremowano możliwie jak najszybciej. Musiał się 
pospieszyć.   Znów   zadzwonił   do   Sci-Medu   i   spytał   o   aktualną   sytuację   z   pacjentami 
zarażonymi filowirusem.

– Oprócz dwóch osób reszta zmarła i została skremowana – odrzekł oficer dyżurny.
– A te dwa wyjątki? – zapytał Steven.
–   Pierwszy   to   kobieta,   która   prawdopodobnie   wyjdzie   z   tego.   Jako   jedna   z   bardzo 

niewielu.

Steven zamknął oczy. Dlaczego to nie Caroline? Zmusił się, żeby o tym nie myśleć.
– Drugi to ta zakonnica, siostra Mary Xavier. Jej nie skremowano.
– Co?! – wykrzyknął Steven.
–  Zakon   się   nie   zgodził   na   kremację.   Z   powodów   religijnych.   A   klasztor   jest   tak 

odizolowany od świata, że siostry dostały specjalne pozwolenie, żeby ją tam pochować.

–  W wypadku filowirusa nie powinno się iść na takie  ustępstwa  –  zauważył  kwaśno 

Steven.

–  Decyzja   zapadła   w   Hull  –  odparł   dyżurny.  –  Pewnie   postawiono   ostre   warunki. 

Zapieczętowany worek na zwłoki, zaspawana trumna i tak dalej. To chyba możliwe?

– Owszem – przyznał Steven. Podziękował za pomoc, odłożył słuchawkę i zamyślił się. 

Uzyskanie zgody na ekshumację siostry Mary Xavier nie zapowiadało się łatwo, ale jedyną 
alternatywą było czekanie na następne zachorowanie i zgon. To mogło potrwać tydzień lub 
dwa,   może   nawet   dłużej,   a   on   musiał   jak   najszybciej   zbadać   jedną   z   zastawek   serca. 
Postanowił zażądać ekshumacji i zostawić Sci-Medowi załatwienie zgody. Jeśli ją dostanie, 
resztę weźmie na siebie.

background image

Musiał poprosić Sci-Med o jeszcze jedno: dokładne sprawdzenie stanu finansów Grega 

Allana   w   chwili   jego   śmierci.   Interesowało   go   przede   wszystkim,   czy   na   konto   Allana 
wpływały nieudokumentowane sumy.

Jeśli tak, trzeba będzie przycisnąć jego żonę i wydobyć z niej, co wie o dodatkowych 

dochodach męża.

O piątej po południu uzyskano zgodę na ekshumację. Nie obyło się bez ostrych protestów 

władz lokalnych i wysokich przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego, którzy uznali to 
za świętokradztwo. Protesty Kościoła wzmogły się na wiadomość, że sekcja odbędzie się na 
terenie klasztoru w sprowadzonym ponownie ruchomym szwedzkim laboratorium. Brakowało 
tylko patologa skłonnego dokonać autopsji.

– Jest z tym duży problem – oznajmił Macmillan.
– Nie ma sprawy, sam to zrobię – odparł Steven.
– Nie jesteś patologiem – przypomniał mu Macmillan.
–  Nie muszę  być.  Trzeba  tylko  otworzyć  ciało  i wyjąć  zastawkę dwudzielną.  Jestem 

lekarzem, więc doskonale sobie poradzę. W tych okolicznościach byłoby nawet nie fair prosić 
o to kogoś innego.

– Skoro tak uważasz... – odpowiedział bez przekonania Macmillan.
– Mam nadzieję, że Porton zechce przeprowadzić analizę zastawki?
– Z tym nie będzie problemu. A Szwedzi wezmą na siebie jej transport.
– Więc wszystko załatwione – podsumował Steven. – Lepiej zacznę się zbierać.
– Kiedy to zrobisz?
– Dziś w nocy – odparł Steven. – Jeśli zdążycie podstawić na miejsce laboratorium.
–  Zdążymy  –  zapewnił Macmillan.  –  Aha, jeszcze jedno. Pół godziny temu dostaliśmy 

wyniki sekcji zwłok Grega Allana. Uduszenie pętlą na szyi.

– A więc samobójstwo – stwierdził Steven. – Musiał w coś wdepnąć.
– Policja przesłuchała jego żonę. Podobno nie miała pojęcia, że jej mąż był zamieszany w 

coś nielegalnego. Zdawała sobie sprawę, że od roku mieli więcej pieniędzy, ale mówił jej, że 
zwyżkują akcje, w które zainwestował.

– Chyba jako jedyne – zauważył kwaśno Steven.
– Właśnie.
Steven zdecydował się na jeszcze jeden telefon przed wyjazdem do Hull. Zadzwonił do 

Freda Cummingsa i spytał, czy mogliby chwilę pogadać.

– Jasne – odparł Cummings. – O co chodzi?
– Już o tym rozmawialiśmy, ale muszę cię zapytać jeszcze raz. Czy wirus może być przez 

jakiś czas w uśpieniu, zanim spowoduje infekcję?

– Normalnie, nie. Wirusy muszą się replikować, żeby żyć. Jeśli zabierzesz im gospodarza, 

zginą.

– A w jego komórkach?

background image

– Chodzi ci o to, czy mogą przetrwać w uśpieniu bez replikacji wewnątrz komórek?
– Tak.
– U bakterii jest stan nazywany lizogenią  –  odpowiedział w zamyśleniu Cummings.  – 

Niektóre   wirusy   potrafią   przenikać   do   komórki   bakterii   i   interpolować   się   do   DNA 
gospodarza. W ten sposób podczas replikacji DNA bakterii wirus też się replikuje, tyle że w 
sposób   kontrolowany,   więc   bez   żadnej   szkody.   Ale   czasami,   gdy   dzieje   się   coś 
nienormalnego, co stymuluje wirusa, dochodzi do jego niekontrolowanej replikacji i zabija 
gospodarza.

– Właśnie o taką sytuację mi chodziło – powiedział Steven. – Jak to się nazywa?
– Lizogenią  –  powtórzył Cummings.  – Ale to dotyczy tylko bakterii i tylko niektórych 

wirusów bakteryjnych.

– Może wkrótce dowiemy się czegoś nowego – rzekł Steven.
– Jeśli się dobrze zastanowić – odparł Cummings – podobna sytuacja może występować u 

ludzi.  Myślę  o wirusie  Herpessimplex.  Wiesz, tym,  który powoduje opryszczkę.  Trwa  w 
uśpieniu w błonie śluzowej wokół warg, dopóki coś go nie pobudzi, na przykład słońce lub 
stres. Nikt tego jeszcze dokładnie nie wyjaśnił.

– Dobry temat do przemyśleń – podsumował Steven.
W   drodze   do   Hull   ogarnęły   go   wątpliwości.   Może   zbyt   pochopnie   zgłosił   się   do 

przeprowadzenia   sekcji   zwłok   Mary   Xavier.   Nie   po   raz   pierwszy   przypomniał   sobie 
poniewczasie, że nie jest kawalerem bez zobowiązań, lecz samotnym ojcem, który musi mieć 
na uwadze dobro córki. Jenny potrzebuje żywego ojca, nie martwego bohatera. Ale znów 
skusiło go niebezpieczeństwo, chciał poczuć dreszcz emocji. Gonił za tym przez całe życie. 
Miał   wykonać   zadanie,   od   którego   woleli   się   wymigać   nawet   doświadczeni   patolodzy   z 
wieloletnią praktyką.

– Och, Jenny, kochanie – mruknął. – Masz ojca idiotę.
Ale nie mógł się już wycofać, więc zaczął rozważać, jak maksymalnie ograniczyć ryzyko. 

Teoretycznie to proste: unikać bezpośredniego kontaktu ze źródłem cząsteczek filowirusa, 
czyli z ciałem Mary Xavier. Prawdziwe zagrożenie to mikroskopijne rozmiary wirusa. Nie 
można   go   zobaczyć   nie   tylko   gołym   okiem,   ale   nawet   pod   zwykłym   mikroskopem   o 
tysiąckrotnym   powiększeniu.   Żeby   stwierdzić   obecność   cząsteczki   wirusa,   trzeba   użyć 
mikroskopu   elektronowego.   Nie   mają   postać   i   fizycznej,   więc   ledwo   podlegają   prawom 
grawitacji   i   tarcia.   Całe   miliony   mogą   godzinami   unosić   się   w   jednej   kropelce   wilgoci. 
Najlżejszy ruch powietrza może rozproszyć ich chmary we wszystkich kierunkach.

Steven wiedział, jak zabójczy potrafi być filowirus i że nie wolno go lekceważyć. Musi 

się ubrać w pełny strój ochronny z kapturem, maską i respiratorem i dokładnie sprawdzić, czy 
wszystko jest szczelne. Włożyć dwie pary rękawiczek, a na lewą dłoń dodatkowo rękawicę 
kolczugową chroniącą przed przypadkowym skaleczeniem skalpelem.

Prześledził w myślach całą czekającą go procedurę. Najpierw centralne nacięcie, żeby 

background image

otworzyć klatkę piersiową. Potem resekcja żeber, żeby uzyskać dostęp do narządu, następnie 
uwolnienie serca od połączonych z nim tkanek i w końcu wyjęcie samego organu. Umieści go 
w   metalowym   naczyniu,   spłucze   czystym,   sterylnym   roztworem   soli   i   usunie   zastawkę 
dwudzielną   świeżymi   narzędziami.   Włoży   zastawkę   do   hermetycznego   pojemnika,   który 
szczelnie zamknie i przekaże ludziom z Porton. Łatwizna. Żeby tylko jego żołądek dał się o 
tym przekonać.

Zanim dojechał na miejsce, powtórzył sobie całą procedurę kilka razy. Przy klasztorze 

stały dwa wozy policyjne, koparka i ruchome szwedzkie laboratorium połączone z dwoma 
transporterami. Podszedł do grupy mężczyzn czekających obok samochodów.

– Inspektor Jordan – przedstawił się jeden z policjantów. – Jest pan patologiem?
– Tak – potwierdził Steven. – Wszystko gotowe?
– Siostry postanowiły zademonstrować swoją dezaprobatę, odcinając się od całej sprawy.
– To zrozumiałe. I chyba w niczym nam nie przeszkodzi.
–  Poza tym, że nikt nie poczęstuje nas herbatą, raczej nie  –  przyznał Jordan.  –  Ważne, 

żebyśmy   zawczasu   uzgodnili,   kto   co   robi.   Plan   jest   taki.   Pan   Frost   z   tutejszego   urzędu 
gminnego obsługuje koparkę. Rozkopie grób i odsłoni trumnę. Jej wydobyciem zajmie się 
doktor Laarsen i jego koledzy. Oczywiście pomoże im koparka, bo podniesienie ołowianej 
trumny   nie   jest   łatwe.   Ludzie   doktora   Laarsena   dopilnują   jej   transportu   do   ruchomego 
laboratorium, gdzie zostanie otwarta pod nadzorem pana Grieve’a z zakładu pogrzebowego, 
eksperta od uszczelnień trumien wysokiego ryzyka. Potem pan Grieve wycofa się, a ludzie 
doktora Laarsena wyjmą ciało. Doktor Dunbar przeprowadzi sekcję zwłok. Kiedy skończy, 
powtórzymy wszystko w odwrotnej kolejności. Zadowoleni panowie?

„Zadowoleni” to niefortunne określenie, pomyślał Steven, ale skinął głową jak wszyscy.
– W porządku. Proszę zaczynać, panie Frost.
Operator odpalił diesla i w nocnym powietrzu rozeszły się spaliny. Mała żółta koparka 

potoczyła się na metalowych gąsienicach w kierunku mogiły za klasztorem. Lampy łukowe 
oświetlały   ekrany   ustawione   wokół   grobu   siostry   Mary   Xavier.   Jeden   z   ludzi   Laarsena 
przyniósł strój ochronny dla patologa. Steven ubrał się obok ruchomego laboratorium. Inni 
szli za koparką niczym chór katedralny w drodze na mszę.

Zakonnic nie było widać, ale Steven czuł na sobie wzrok matki Augustine, kiedy szedł 

przez cmentarz, by dołączyć do reszty. Miał wrażenie, że przełożona stoi przy którymś  z 
górnych okien klasztoru, boleje nad tym, do czego podjudził innych Steven, i potępia go za to. 
Niemal z ulgą wszedł za ekrany.

Koparka już pracowała. Frost poruszał dwiema dźwigniami w kabinie niczym bohater 

kreskówek   telewizyjnych.   Obok   wykopu   rosła   sterta   ziemi.   Nagle   ostrze   zazgrzytało 
przeraźliwie o wieko trumny. Po chwili silnik koparki zamilkł. Dwaj ludzie Laarsena opuścili 
się do dołu, żeby oczyścić trumnę z resztek ziemi i opasać ją linami.

Mijały minuty. Wreszcie Laarsen pochylił się nad grobem i zapytał, w czym problem. 

background image

Jeden z ludzi w dole wyjaśnił, że ma trudności z włożeniem liny pod trumnę. Boi się, że pętla 
się zsunie.

– Jak daleko ją wepchnąłeś? – zapytał niecierpliwie Laarsen.
– Najwyżej dziesięć centymetrów.
– Tyle wystarczy – uspokoił go Laarsen. – Wyłaźcie.
Mężczyźni wygramolili się z grobu i przywiązali górne końce lin do czerpaka koparki.
– Tylko delikatnie, panie Frost – powiedział inspektor Jordan, ale nie było sposobu, żeby 

siłowniki hydrauliczne małej koparki zadziałały bez szarpnięcia. Wszyscy wstrzymali oddech, 
gdy czerpak poderwał trumnę z dna dołu.

– Ostrożnie, ostrożnie! – zawołał Jordan, kiedy trumna wolno podjechała do góry.
Położył   ręce   na   wieku,   żeby   zminimalizować   kołysanie.   Ludzie   Laarsena   podeszli   i 

przytrzymali trumnę z obu końców.

– Wyszła – powiedział Jordan.
Operator koparki uznał to za sygnał do obrócenia ramienia czerpaka i postawienia trumny 

obok   dołu.   Nagłe   szarpnięcie   siłowników   spowodowało   zsunięcie   się   liny   z   gorzej 
umocowanego końca. Trumna wysunęła się z pętli i spadła na nogę jednego z ludzi Laarsena. 
Mężczyzna krzyknął z bólu.

Minęło kilka minut, zanim zdenerwowani pomocnicy ponownie przeciągnęli pętlę pod 

trumną. W końcu udało im się zawiązać linę, operator uniósł czerpak i uwolnił rannego. 
Steven   udzielił   mu   pierwszej   pomocy,   a   inspektor   wezwał   karetkę.   Wszyscy   byli 
podenerwowani.

Laarsen czuł się winny, że zlekceważył złe umocowanie trumny. Jordan wyrzucał sobie, 

że to on jest odpowiedzialny za wypadek. Operator koparki nie mógł sobie darować błędnego 
manewru. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy wreszcie przyjechała karetka i zabrała rannego.

Trumnę przywiązano do czerpaka koparki i przetransportowano powoli do ruchomego 

laboratorium. Steven postanowił nie asystować przy otwieraniu wieka i wyjmowaniu ciała. 
Spacerował na zewnątrz i jeszcze raz powtarzał sobie w myślach, co będzie robił.

Z laboratorium wyłonił się Laarsen.
– Jest pańska – oznajmił. – Położyliśmy ją na stole, ale nie wyjęliśmy z worka. Może pan 

też nie będzie chciał?

– Może nie – zgodził się Steven. Nie było potrzeby odsłaniać ciała jak do pełnej sekcji, 

powinna  wystarczyć  klatka  piersiowa. Im  mniejszy kontakt  z siedliskiem  filowirusa, tym 
lepiej.   Zapiął   uszczelnienia   skafandra,   opuścił   kaptur   i   maskę.   Laarsen   sprawdził 
zabezpieczenia i klepnął go w ramię, dając znak, że wszystko gra.

Steven wszedł do laboratorium przez plastikową komorę powietrzną i zaryglował się w 

środku. Z zewnątrz nie dochodził żaden dźwięk, nie było słychać nawet generatora lamp 
łukowych. Ciało Mary Xavier leżało w zapieczętowanym worku na stole sekcyjnym.

Zaczął otwierać worek, ale po zaledwie dwóch centymetrach suwak się zaciął. Steven 

background image

zaklął   w   duchu.   Pomyślał,   że   całe   przedsięwzięcie   od  początku   jest   pechowe.   Po  chwili 
uświadomił sobie, że takie negatywne myślenie jest niebezpieczne. Uspokoił się i rozejrzał za 
jakimś narzędziem. Znalazł szczypce, wsunął je w kółko przy suwaku i mocno pociągnął 
obiema   rękami.   Suwak   przesunął   się   o   kilka   następnych   centymetrów   worka.   Kolejne 
szarpnięcie i jeszcze jedno. Wreszcie odciągnął suwak do końca.

Sprawdził   rękawiczki   i   mankiety,   żeby   się   upewnić,   czy   ich   nie   uszkodził   podczas 

zmagań z suwakiem. Potem włożył rękawicę kolczugową, rozchylił worek i odsłonił ciało. 
Szarosina skóra wokół klatki piersiowej była wzdęta. W głowie Stevena odezwał się dzwonek 
alarmowy. Wzdęcie prawie na pewno spowodowały nagromadzone gazy, które nie mogły się 
wydostać. Uwolniłyby się przy pierwszym nacięciu wraz z chmurą cząsteczek filowirusa.

– Jasna cholera –  mruknął. Zastanawiał się gorączkowo, co robić, czuł pulsowanie w 

skroniach. Zdjął rękawicę kolczugową i przejrzał szafki ze sprzętem. Znalazł butelkę środka 
dezynfekującego   i   wpadł   na   pomysł,   jak   usunąć   gazy.   Umocował   dwudrożną   plastikową 
strzykawkę na jednym  końcu przezroczystej  plastikowej rurki, a drugi koniec zanurzył  w 
butelce. Nałożył na strzykawkę grubą igłę i sprawdził wszystkie połączenia. Zamierzał wkłuć 
igłę   w   klatkę   piersiową   Mary   Xavier   i   odprowadzić   gazy.   Przepłyną   rurką   do   środka 
odkażającego, który zabije wirusa.

Ale co się stanie, jeśli skóra okaże się tak słaba, że igła rozerwie ją jak napompowany 

balon?

Mimo wszystko musiał spróbować. Zebrał się na odwagę i wkłuł igłę w poszarzałą skórę. 

Ku   jego   ogromnej   uldze   punkt   nakłucia   nie   rozdarł   się.   Środek   dezynfekujący   zaczął 
gwałtownie   bulgotać,   kiedy   gazy   wpłynęły   rurką   do  butelki.   Steven   przeraził   się,   że   nie 
wystarczy w niej miejsca, płyn się przeleje i gazy ujdą bezpośrednio w powietrze. Ale po 
chwili przepływ zmalał i w końcu pęcherze zniknęły.

Wyciągnął igłę, włożył rękawicę kolczugową i wybrał odpowiedni skalpel do pierwszego 

nacięcia. Wymruczawszy przeprosiny pod adresem siostry Mary, otworzył klatkę piersiową i 
zabrał   się   do   wyjmowania   serca.   Usunął   zastawkę   dwudzielną,   umieścił   w   pojemniku 
hermetycznym, zaszył klatkę piersiową i przed zamknięciem worka spłukał obficie odsłoniętą 
część ciała środkiem odkażającym. Znów miał problem z suwakiem i spocił się z wysiłku, 
zanim   zapieczętował   worek   i   mógł   go   zmyć   od   zewnątrz   następną   porcją   środka 
dezynfekującego.   Włożywszy   użyte   narzędzia   do   stalowych   pojemników,   zdezynfekował 
laboratorium.

Gdy wyszedł na zewnątrz, zaczekał, aż jeden z ludzi Laarsena spryska mu skafander 

środkiem odkażającym. Potem zdjął kaptur i maskę i kilka razy odetchnął głęboko nocnym 
powietrzem. Nieważne, że było zimne i wilgotne; smakowało wspaniale.

– Jak poszło? – zapytał Laarsen.
– Wszystko w porządku.
– Możemy ją z powrotem pochować? – spytał Jordan.

background image

– Tak – odpowiedział Steven. Nie był rozmowny, myślał tylko o liście do Jenny. Napisze, 

że o niej myśli i ma nadzieję, że będzie miała wspaniałą Gwiazdkę.

background image

19

Steven wrócił do Manchesteru o czwartej nad ranem, ale od razu usiadł do listu. Napisał 

córce, jak bardzo za nią tęskni i jak jest mu przykro, że nie może przyjechać na święta. Ale 
zadzwoni i dowie się, co Święty Mikołaj przyniósł jej i pozostałej dwójce. Obiecał, że kiedy 
skończy pracę, spędzą razem dużo czasu, a latem będą robili mnóstwo fajnych rzeczy. Na ich 
ulubionej plaży w Sandyhills zbudują z Mary i Robinem największy zamek z piasku, jaki 
ktokolwiek kiedykolwiek widział, otoczą go fosą i będą się w niej pluskać.

Gdy skończył, sprawdził jeszcze pocztę elektroniczną. Znalazł wiadomość ze Sci-Medu. 

Zachorowały dwie kolejne osoby, jedna w Preston, a druga w Exeter. Oba nazwiska były na 
liście Grega Allana, więc do wiadomości dołączono gratulacje od Johna Macmillana oraz 
przygotowane zawczasu akta nowych pacjentów. Steven był jednak zbyt zmęczony by teraz 
do nich zaglądać. Położył się i ledwo zamknął oczy, zapadł w głęboki sen.

Tym razem powiesił na drzwiach tabliczkę z napisem NIE PRZESZKADZAĆ, więc spał 

spokojnie niemal do południa. Obudził się wypoczęty, ze świeżym umysłem. Dawno nie czuł 
się tak dobrze. Miał powody do satysfakcji: znalazł źródło infekcji, a to jest najważniejsze 
przy każdym wybuchu choroby zakaźnej. Jeszcze nie wiedział, dlaczego źródłem są osoby z 
listy Allana, ale „zagadkowe karty” przestały być zagadkowe. Władze mogły odizolować tych 
ludzi,  zanim  zarażą   innych.   Steven  postanowił   zrobić  sobie  dzień  wolny;  zasłużył   na to. 
Wstał, wziął prysznic, ubrał się i pomyślał o jedzeniu.

Nie miał ochoty na śniadanie czy lunch w hotelu, więc zdecydował się poszukać jakiegoś 

przyjemnego lokalu. Dzień był zimny, ale pogodny, doskonały na spacer. Steven wędrował 
blisko godzinę, zanim znalazł pub, który przypadł mu do gustu. Kupił gazetę, żeby poczytać 
w oczekiwaniu na jedzenie.

Popijając dużego guinnessa, zauważył, że prasa podziela jego dobry nastrój. W ciągu 

ostatnich  kilku  dni liczba  nowych  zachorowań w Manchesterze  spadła.  Wprawdzie nadal 
przypominano   ludziom   o   czujności,   ale   pojawiła   się   ostrożna   nadzieja,   że   najgorsze   już 
minęło. Wydziały zdrowia w innych rejonach kraju z dużym powodzeniem izolowały nowych 
pacjentów,   jeśli   się   zdarzali.   Rząd   wydał   oświadczenie,   że   źródło   infekcji   zostało 

background image

zidentyfikowane i podjęto kroki, aby je wyeliminować, choć nie ujawniono szczegółów.

Kelnerka   przyniosła   zamówienie.   Steven   zagadnął   ją,   że   w   lokalu   jest   prawie   pusto. 

Tylko on przyszedł na lunch, a dwaj faceci, którzy siedzieli na stołkach przy barze, wyglądali 
na stałych klientów.

– Tak jest od tygodni – poskarżyła się. – To najgorszy okres świąteczny, jaki mieliśmy.
Steven współczująco pokiwał głową,
– Ale chyba już po wszystkim – powiedział i wskazał gazetę.
– Najwyższy czas, do cholery. Gdyby na początku ta głupia suka z wydziału zdrowia nie 

pozwoliła tamtym dzieciakom z dyskoteki kręcić się po mieście, dawno byłoby po sprawie.

Steven   poczuł   się,   jakby   dostał   kopniaka   w   brzuch.   Chciał   bronić   dobrego   imienia 

Caroline, ale uświadomił sobie, że cokolwiek powie, ta kobieta i mnóstwo innych ludzi nadal 
będą ją winić za wybuch choroby w Manchesterze. Spicer ją tak załatwił, a on nie mógł nic 
zrobić.   Pocieszał   się   tylko   tym,   że   Spicer   długo   posiedzi   za   kratkami.   Życzył   mu   jak 
najgorzej.   Dobry   nastrój   prysł.   Odechciało   mu   się   jeść.   Zostawił   dziesięć   funtów   pod 
nietkniętym talerzem i wyszedł.

Przez parę godzin włóczył się bez celu po ulicach. W końcu uspokoił się i zgłodniał. 

Znalazł małą herbaciarnię, gdzie zjadł tosta z serem, nie wdając się w rozmowy.

Wczesnym   wieczorem   zadzwonił   do   Macmiilana   i   dowiedział   się,   że   zastawka   serca 

Mary Xavier dotarła bezpiecznie do Porton. Analizy już się zaczęły, ale nie należy liczyć na 
szybkie wyniki. Materiał badawczy zakwalifikowano do kategorii BL4, a ostrożność oznacza 
powolność.

–  Może weźmiesz parę dni wolnego?  –  zaproponował Macmillan.  –  Zadzwonimy do 

ciebie na komórkę, jeśli coś się urodzi. Jedź do córki.

– Nie ma mowy –  odparł Steven.  –  Byłem wystawiony na działanie wirusa. Nie mogę 

ryzykować.

– Masz rację. Palnąłem głupstwo.
– Ale urlop mogę wziąć. Na pewno znajdę sobie jakieś zajęcie.
–  W porządku  –  zgodził się Macmillan i zmienił temat.  –  Dziś rano dostałem list od 

premiera. Przesyła podziękowania. Wszyscy odetchnęli. Wprowadzenie stanu wyjątkowego 
to nie żarty.

– Domyślam się – odrzekł Steven.
Zszedł   do   baru   na   drinka.   Zastanawiał   się,   jak   spędzić   następny   dzień.   Wyjazd   z 

Manchesteru   wydawał   się   dobrym   pomysłem.   Chciał   się   oderwać   od   tego   wszystkiego 
choćby   na   kilka   godzin,   być   z   dala   od   ludzi,   popatrzyć   w   niebo,   pooddychać   świeżym 
powietrzem. Przyszło mu do głowy, że jest niedaleko Okręgu Jezior. Od wieków nie był w tej 
części kraju, a właśnie tam się wychował. Mógłby wyjechać z samego rana i cały dzień 
chodzić   po   górach.   Im   dłużej   o   tym   myślał,   tym   większą   miał   na   to   ochotę.   Kiedy  był 
młodym   chłopakiem,   wyprawa   w   Góry   Kumbryjskie   zawsze   pomagała   mu   spojrzeć   na 

background image

sprawy z właściwej perspektywy. Właśnie tego teraz potrzebował: poczucia proporcji.

Zamówił następnego drinka, usiadł przy stoliku w kącie sali i pogrążył się w myślach. 

Mógł sobie zapisać na plus, że zidentyfikował źródło choroby i dostał podziękowania od 
premiera;   pogarda   dla   polityków   nie   psuła   mu   satysfakcji.   Ale   wciąż   był   daleko   od 
wyjaśnienia tajemnicy, a nieznane zawsze jest niepokojące.

Cierpiał   z   powodu  śmierci   Caroline   i  jeszcze   nie   czuł   się  na   siłach,   żeby  się   z   tym 

zmierzyć. Udawało mu się o tym nie myśleć, dopóki kelnerka nie przypomniała mu strasznej 
prawdy.   Caroline   nie   tylko   straciła   życie   przez   wirusa;   oskarżano   ją   niesłusznie   o 
dopuszczenie   do   wybuchu   choroby.   Victor   Spicer   zrujnował   jej   karierę   i   pośrednio 
doprowadził do jej śmierci. Zepsuł jej opinię na zawsze. Stevena znów ogarnął gniew. Jedyną 
winą Caroline było to, że kierowała się zdrowym rozsądkiem, zamiast trzymać się procedury 
jak bezmyślny automat.

Świadomość,   że   w   tym   kierunku   zmierza   cały   kraj,   nie   była   pocieszająca.   Zdrowy 

rozsądek zastępowała poprawność polityczna; potulni, niedoinformowani durnie dziedziczyli 
świat trochę wcześniej, niż planowano. Na myśl o ofiarności Caroline i innych w kościele 
Świętego Judy Steven poczuł się winny.  To prawda, że choroba ustępuje, ale zagrożenie 
jeszcze nie minęło. Kate i inne pielęgniarki nadal dają z siebie wszystko, żeby ulżyć chorym. 
A on siedzi i popija dżin z tonikiem. Już wiedział, co będzie robił przez resztę wieczoru.

Kiedy przyjechał do kościoła Świętego Judy, Kate piła kawę z wyszczerbionego kubka z 

namalowanym misiem. Uśmiechnęła się w odpowiedzi na jego „cześć”.

– Jak leci? – zapytała.
– W porządku. A co u was?
– Dużo lepiej, odkąd wiemy, że źródło choroby zostało zidentyfikowane. Dobra robota.
Inne pielęgniarki przyłączyły się do gratulacji.
– Znam prawdziwych bohaterów tej sprawy – odrzekł Steven. – A raczej bohaterki. Nie 

wiem, jak to wszystko wytrzymujecie.

–  Po prostu jesteśmy za głupie, żeby się nad tym zastanawiać  –  odparła z zabawnym, 

wiejskim akcentem jedna z pielęgniarek.

– To nie tak, Mavis – poprawiła ją inna tym samym żartobliwym tonem. – Moim zdaniem 

wyrzucanie szuflą gówien to sztuka, więc jesteśmy artystkami, jak...

– Zamknijcie się obie – przerwała im Kate.
Wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem. Steven też.
– Ten bezwartościowy facet przyjechał zaproponować swoje bezwartościowe usługi, jeśli 

na coś się przydadzą – powiedział.

– Nie rezygnujemy z dodatkowej szufli – odrzekła Kate.
Ucieszył się, że kościół jest zajęty tylko w trzech czwartych; gazeta napisała prawdę. 

Kate pokazała mu, skąd ma zacząć i wziął się do pracy.

Posuwał się wzdłuż rzędu łóżek i sprawdzał, czy pacjenci mają czysto i wygodnie. Gdy 

background image

stanął przy przedostatnim łóżku, ciarki przeszły mu po plecach. Rozpoznał Trudi, pomoc 
domową Spicerów.

Była półprzytomna, miała wilgotne od potu włosy i bardzo schudła, ale to ta dziewczyna 

otworzyła mu drzwi, kiedy pierwszy raz przyjechał do Spicerów. Przypomniał sobie dziwną 
minę  Spicera  na wiadomość,  że mógł  zarazić  żonę wirusem.  Teraz  zrozumiał.  Spicerowi 
wcale nie ulżyło, gdy odpowiedział, że ostatnio nie uprawiał seksu z żoną. Sypiał z Trudi i 
wiedział, że to ją naraził na ryzyko. Może dla niej porzucił Ann Danby; zmienił kochankę.

– Skurwiel! – szepnął pod nosem Steven – Cholerny skurwiel!
Po dyżurze wyszedł z kościoła razem z Kate. Zauważyła, że jest zamyślony, i zapytała, 

dlaczego. Powiedział jej o Trudi. Zareagowała tak, jak się spodziewał.

–   A   to   zasraniec!   –  mruknęła   z   pogardą.  –  Wiesz,   uważam,   że   jest   osobiście 

odpowiedzialny   za   to,   co   spotkało   Caroline.   Pracowała   bez   porządnego   wypoczynku   i 
przychodziła   tutaj,   bo   ten   facet   zarzucił   jej   dopuszczenie   do   wybuchu   choroby.   Chciała 
odpokutować za coś, co nie było jej winą.

Steven skinął głową.
– Podobno postawiono mu łagodniejsze zarzuty – powiedziała Kate.
Nie wierzył własnym uszom.
– Co?! – wykrzyknął.
– Chodzą słuchy, że nie zostanie oskarżony o zabójstwo.
– Ależ to było zabójstwo!
–  Wiesz, jak to jest, gdy ktoś zasiada  w parlamencie,  ma  ustosunkowanego tatusia  i 

kumpli na wysokich stołkach.

Steven   miał   niespokojną   noc,   ale   kiedy   po   przebudzeniu   zobaczył   za   oknem   słońce, 

postanowił   zrealizować   swój   plan   i   pojechać   do   Kumbrii.   Ledwie   znalazł   się   w   górach, 
ogarnęło   go   poczucie   własnej   małości.   Wobec   potęgi   majestatycznych   szczytów,   które 
wznosiły  się tu  od  milionów  lat,   jego  życie  wydawało   się  zaledwie  tchnieniem.  Właśnie 
takiego uczucia potrzebował. Zawsze przynosiło ukojenie.

Wędrował przez pięć godzin z jednym tylko postojem. Wysoko ponad Windmere usiadł 

na skale i zjadł kanapki. Nie odpoczywał długo, bo było zimno i szybko zmarzł. Kiedy wrócił 
do samochodu, zapadał zmierzch.

Wybrał okrężną drogę przez Glenridding, gdzie się wychował. Przejechał wolno przez 

wieś, ale nie zatrzymał się. Jego bliscy od dawna nie żyli i nie miał tu nikogo. Tylko rzeka 
Ullswater   nie   zmieniła   się.   Jadąc   wzdłuż   jej   północnego   brzegu,   wspominał   szczęśliwe 
dzieciństwo i zabawy z przyjaciółmi w długie letnie dni.

Potem przypomniał  sobie słowa Kate o złagodzeniu  oskarżenia  przeciwko Spicerowi. 

Myślał   o   tym   przez   całą   drogę   powrotną   do   Manchesteru.   Spicer   zadźgał   Pelotę   nożem 
kuchennym w jego własnej restauracji, jak więc prokuratura może w ogóle rozważać zmianę 
zarzutów?

background image

Steven domyślał się, jaką linię obrony przyjmą sprytni adwokaci Spicera. Przedstawią 

Pelotę jako bezwzględnego szantażystę, a jego śmierć jako skutek nieszczęśliwego wypadku. 
Obrońca Spicera powie, że jego klient postanowił pójść na policję, ale przedtem wstąpił do 
Magnolii,   aby   uprzedzić   o   tym   Pelotę.   Szantażysta   poczuł   się   zagrożony   i   chwycił   nóż. 
Wywiązała się bójka i Pelota został przypadkowo dźgnięty. Jezu, pomyślał Steven, Spicer 
dostanie łagodny wyrok, zamiast dożywocia, a ludzie mogą mu nawet współczuć!

Myśli o Spicerze i jego roli w śmierci Caroline prześladowały go cały wieczór. W końcu 

postanowił odwiedzić Spicera w areszcie. Wiedział, że to nie najlepszy pomysł, ale tylko 
Spicer mógł naprawić szkodę, jaką wyrządził reputacji Caroline. Zwłaszcza gdy się dowie, co 
zrobił Trudi.

Steven był bardzo zmęczony, ale przed pójściem do łóżka włączył laptop i sprawdził 

pocztę.   Przyszedł   pierwszy   wynik   z   Porton:   test   na   kompatybilność   tkanki   zastawki 
dwudzielnej pobranej od Mary Xavier wykazał niemal idealną zgodność.

– Spicer może zażądać obecności swojego adwokata – uprzedził naczelnik więzienia, gdy 

Steven przedstawił mu prośbę o widzenie.

– To prywatna wizyta – zapewnił Steven. – Nie zamierzam go przesłuchiwać, chcę z nim 

po prostu pogadać.

– Pogadać – powtórzył naczelnik. – W takim razie może odmówić rozmowy z panem.
–  Owszem. Ale przecież można mu zasugerować, że moja wizyta ma pewne urzędowe 

podstawy...

Naczelnik uśmiechnął się.
– W porządku. Ale jeśli zażąda adwokata, dostanie go. Jasne?
– Jasne.
Naczelnik pochylił się nad biurkiem.
– Choć wątpię, żeby zażądał. Odzyskał pewność siebie, odkąd złagodzono oskarżenie.
– Więc to prawda?
–  Tak.   Tak   to   wygląda,   kiedy   kumple   na   wysokich   stołkach   załatwią   najlepszego 

adwokata w kraju, a miejscowy oskarżyciel zaczyna dostawać sraczki ze strachu.

– A podobno nie ma u nas systemu ugody – zauważył Steven.
– Tak jak nie ma systemu klasowego – odparł naczelnik i sięgnął po telefon.
Kilka minut później oddzwoniono z informacją, że Spicer czeka w pokoju widzeń.
– Zaprowadzę pana – zaproponował naczelnik.
Na   widok   Spicera   Steven   pomyślał,   że   mimo   więziennych   łachów   facet   ma   minę 

zadowolonego z siebie cwaniaka.

– Dziękuję, że zgodziłeś się ze mną spotkać – powiedział.
– Ze zwykłej ciekawości – odrzekł Spicer z szerokim uśmiechem.
– Słyszałem, że złagodzono oskarżenie.
– Wierzyłem w brytyjski wymiar sprawiedliwości i nie zawiodłem się.

background image

–  Zabiłeś Pelotę, żeby go uciszyć, i masz na sumieniu śmierć ponad stu ludzi w tym 

mieście.

Spicer przestał się uśmiechać. Pochylił się nad stołem, który ich rozdzielał.
–  Wyjaśnijmy sobie coś  –  wycedził.  –  Nie miałem bladego pojęcia, że złapałem tego 

cholernego wirusa, i dobrze o tym wiesz. Moja kartoteka medyczna jest poufna, więc jeśli 
cokolwiek trafi do gazet, ty będziesz za to odpowiedzialny i dobiorę ci się do tyłka.

–  Zniszczyłeś   reputację   doktor   Caroline   Andersen,   żeby   zarobić   punkty   polityczne  – 

wyliczał dalej Steven.

Spicer rozparł się na krześle i wyszczerzył zęby w domyślnym uśmiechu.
– Więc dlatego tu przyszedłeś. Przysłała cię, żebyś uratował jej karierę.
– Ona nie żyje – odparł Steven. – Umarła, opiekując się ofiarami wirusa.
Spicer popatrzył na niego badawczo i spytał:
– Miałeś do niej słabość, tak?
– Kochałem ją – wyznał Steven.
Spicer milczał przez chwilę.
– Po co tu przyszedłeś? – zapytał z niepewną miną.
– Chcę, żebyś odwołał to, co mówiłeś o Caroline.
– Tyle dla ciebie znaczyła? – Spicer odzyskał pewność siebie. – Niczego nie odwołam. 

Caroline podjęła błędną decyzję. Powinna była wezwać tamte dzieciaki z dyskoteki.

– To by niczego nie zmieniło. Kierowała się zdrowym rozsądkiem i zapobiegła panice. 

Była dobrą, pełną poświęcenia lekarką. Zasłużyła na to, żeby taką ją pamiętano.

Spicer pokręcił głową.
– Nie ma mowy, Dunbar. Muszę myśleć o własnej karierze.
Wyraz niedowierzania na twarzy Stevena wywołał u niego uśmiech.
–  No, dobra. Przyznaję, miałem romans. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Potem tamten 

palant   próbował   mnie   szantażować   i   przypadkowo   nadział   się   na   nóż,   kiedy   chciał   mi 
przeszkodzić w pójściu na policję. Nikt nie będzie miał przez to bezsennych nocy. Pewnie z 
czasem mi wybaczą. Chodzą słuchy, że mój adwokat jest sponsorowany przez Kleenex, bo 
tylu sędziów doprowadza do łez.

Steven z trudem panował nad emocjami.
– Trudi ma wirusa – powiedział. – Jest w kościele Świętego Judy.
Spicer ani drgnął.
– I..? – zapytał w końcu.
– Obaj wiemy, jak go złapała.
–  Nawet jeśli, to co sugerujesz, jest prawdą, a nie przyjmuję tego do wiadomości, nie 

możesz nic zrobić. Jak mówiłem, moja kartoteka medyczna jest poufna.

Steven spojrzał na Spicera z odrazą, ale nie odezwał się. Spicer znów pochylił się nad 

stołem.

background image

– Nie możesz nic zrobić, Dunbar – powtórzył.
– To prawda, że nie mogę ujawnić twojej kartoteki medycznej ani przeszkodzić cwanemu 

adwokatowi w wybronieniu cię z tej sprawy. Ale mam swoje wpływy.

– To znaczy?
–  Nie bądź naiwny. Chyba nie myślisz, że nikt inny nie wie o twojej roli w wybuchu 

choroby. Prędzej czy później zaczną krążyć plotki.

– I co z tego? Nie zaszkodzą mi bardziej niż ty.
– Chyba jednak posiedzisz. Nie tak długo, jak miałem nadzieję, ale będziesz uziemiony.
– Żaden problem. Nadrobię zaległości w lekturze.
– Nie zapomnij o moich wpływach.
– Do czego zmierzasz? – zapytał niespokojnie Spicer.
Teraz Steven pochylił się nad stołem.
–  Albo przyznasz się publicznie, że fałszywie oskarżyłeś Caroline o niekompetencję i 

oczyścisz ją z zarzutów, albo zajmę się tym, gdzie odsiedzisz wyrok. Możesz mi wierzyć, 
zasrańcu, że dopilnuję, żeby twoja dupa była większą atrakcją niż park rozrywki w Blackpool.

Spicer zbladł. Próbował coś wykrztusić, ale nie udało mu się.
– Wybieraj – powiedział Steven, wstając.
Zastukał w drzwi, które strażnik natychmiast otworzył, i zniknął, zanim Spicer zdążył 

odzyskać mowę.

Potrzebował drinka, więc wszedł do najbliższego pubu i zamówił duży dżin. Był na siebie 

zły,   że   dał   się   Spicerowi   wyprowadzić   z   równowagi.   Mało   brakowało,   a   przyłożyłby 
facetowi. Miał zamówić drugiego drinka, gdy zadźwięczała jego komórka. Widząc drwiące 
spojrzenia innych klientów, wyszedł z pubu i dopiero wtedy odebrał.

– Jest nowe zachorowanie – usłyszał głos Macmillana.
– Gdzie? – zapytał.
– W północnej Walii. Kobieta. Nie ma jej na liście.
– O, cholera.
– Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy?
– Że jeszcze nie wyszliśmy na prostą.
– Można to tak nazwać, choć premier użył innego określenia, kiedy rozmawiałem z nim 

piętnaście minut temu. Zwołał sztab stanu wyjątkowego.

– Nie dziwię się.
– Masz jakiś pomysł?
– Może jest druga lista – zasugerował Steven.
– Więc dlaczego nie ma jej na dyskietce? Przecież nie z braku miejsca.
– Nie wiem, ale warto sprawdzić.
– Poproszę kolegów Grega Allana, żeby dokładnie przeszukali jego rzeczy. Na wypadek, 

gdyby była druga dyskietka.

background image

–  Jest pan pewien, że tej kobiety nie ma na liście? Może niedawno wyszła za mąż i 

zmieniła nazwisko.

– Jest mężatką od dwudziestu lat. I nigdy nie miała operacji serca.
Steven poczuł na ramionach taki ciężar, jakby przygniótł go cały świat.
– Rozumiem, że przyśle mi pan dokładne dane?
– Są w drodze – odparł Macmillan i odłożył słuchawkę.
Kiedy po powrocie  do hotelu  Steven  włączył  laptopa,  informacje  już czekały.  Chora 

kobieta,   Maureen   Williams,   miała   czterdzieści   cztery   lata   i   była   kiedyś   pielęgniarką. 
Mieszkała   z   mężem  –  kierowcą   ciężarówki  –  w   miasteczku   Port   Dinorwic   nad   cieśniną 
Menai. Leżała teraz w miejskim szpitalu ogólnym w Caernarfon. Lokalna służba zdrowia 
przyglądała się uważnie jej sąsiadom i krewnym.

Steven wpadł w przygnębienie. Nic nie łączyło  Maureen Williams  z innymi  ofiarami 

wirusa. Nigdy nie miała kontaktu z żadną z nich i nie chorowała na serce.

– Więc jak to złapała, do cholery?! – wykrzyknął. – Jezu Chryste, mam tego dosyć!
Usiadł na łóżku i starał się uspokoić. Miał ochotę złożyć rezygnację, ale uznał, że nie 

powinien tego robić przed zakończeniem sprawy. A już na pewno nie w punkcie wyjścia, do 
którego znów się cofnął.

Mimo nowego dowodu nadal nie wierzył, że jakikolwiek wirus może pojawić się znikąd i 

atakować na chybił trafił. Musi być jakiś związek, tyle że on nie potrafi go dostrzec.

– Do czasu! – rzucił wyzywająco i zaczął się pakować. Postanowił pojechać do północnej 

Walii.

background image

20

Była   noc,   kiedy   Steven   dotarł   do   Caernarfon.   Jechał   non   stop   i   czuł   potrzebę 

rozprostowania   kości,   zaparkował   więc   przy   nabrzeżu   i   poszedł   z   portu   wzdłuż   murów 
miejscowego zamku strzegącego cieśniny Menai. Przystanął w połowie drogi, oparł się o 
poręcz i zapatrzył w ciemną, zimną wodę uderzającą o brzeg. Syrena ostrzegawcza gdzieś we 
mgle na wyspie Anglesey potęgowała ponury nastrój. Wzdrygnął się, rozmasował ramiona, 
wrócił do samochodu i pojechał do szpitala ogólnego.

O   tej   porze  na   dyżurze   był   tylko   niższy   personel   medyczny.   Steven   porozmawiał   z 

młodym lekarzem z oddziału specjalnego, gdzie w izolatce leżała Maureen Williams.

– Niewiele mogę panu powiedzieć – oznajmił lekarz. – Oprócz tego, że pacjentka jest w 

ciężkim stanie.

– Domyślam się, że w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin nie ustalono żadnych 

kontaktów?

–  Nie. To bardzo tajemnicze  zachorowanie.  Od roku nie wyjeżdżała  z Walii,  a w Y 

Felinheli nie krzyżują się międzynarodowe trasy lotnicze.

– Ee... Felin co?
– Przepraszam, to walijska nazwa Port Dinorwic. Tam mieszka.
– Czy chora jest przytomna?
– Czasami.
– Wie, co jej jest?
– Nie od nas, ale oczywiście powiedzieliśmy jej mężowi i gazety jakoś się dowiedziały, 

więc to żadna tajemnica.

– Jak jej mąż to przyjął?
– Dziwnie – odparł w zamyśleniu młody lekarz, stukając długopisem o przednie zęby. – 

Byłem przy rozmowie mojego szefa z tym gościem. Zareagował dość nietypowo. Powiedział: 
„A to skurwiele. Od początku wiedzieli”.

– Co wiedzieli?
–  Pytaliśmy go, rzecz jasna, ale nie mogliśmy z niego nic wyciągnąć. Nabrał wody w 

background image

usta.

– To ciekawe – zauważył Steven, podbudowany tym, że Williams najwyraźniej coś wie o 

chorobie żony. – Ma pan jego adres?

Lekarz zajrzał do akt i zapisał adres na kartce.
– Są jeszcze jacyś krewni? – zapytał Steven.
– W dniu przyjęcia pani Williams dzwoniła kobieta. Trzy razy. Ale to nie krewna, tylko 

przyjaciółka. Nazywa się Mair Jones. Była bardzo zaniepokojona. Potem jeszcze zadzwoniła 
któregoś   dnia,   ale   prosiła   tylko   o   przekazanie   pani   Williams,   że   na   wszelki   wypadek 
wyjeżdża.

– Jak to, na wszelki wypadek?
– Nie mam pojęcia. Powiedziała, że pani Williams zrozumie.
Steven   skinął   głową.   Był   zadowolony,   że   przyjechał   do   Walii.   Dowiedział   się   kilku 

rzeczy. Wstał i uprzedził, że prawdopodobnie wróci rano.

– Dostanę o tej porze pokój w hotelu? – zapytał.
–  W   północnej   Walii?!  –  wykrzyknął   lekarz   z   udawanym   zaskoczeniem.  –  Gdzie   o 

północy rygluje się wszystkie drzwi? Niech pan spróbuje w Dworcowym, ale nie ręczę za 
skutek.

Steven wyszedł. Zastanawiał się, czy zacząć działać od razu, czy zaczekać do rana. Jeśli 

pan   Williams   coś   wie,   trzeba   z   nim   pogadać.   Im   szybciej,   tym   lepiej.   Jego   uwaga   o 
skurwielach, którzy od początku wiedzieli, wymaga wyjaśnienia.

Zerknął na zegarek: piętnaście po pierwszej. Ale jeśli on pracuje w tę zimną noc, nie ma 

powodu, żeby pan Williams spał sobie spokojnie. Można go odwiedzić.

Steven sprawdził na mapie, że Port Dinorwic znajduje się jakieś piętnaście minut jazdy 

od Caernarfon. Liczył, że to małe miasteczko, bo o tej godzinie nie miałby kogo spytać o 
drogę.

Pomysł odwiedzenia Williamsa właśnie teraz coraz bardziej mu się podobał. Policja na 

całym świecie dobrze wie, że najskuteczniejsze jest najście w środku nocy. Ludzie wyrwani 
ze snu są zdezorientowani i nie potrafią przekonująco kłamać.

Port Dinorwic okazało się nieduże. Leżało na stromym zboczu. Steven zaparkował na 

głównej ulicy i ruszył w dół po spadzistym bruku. Schodził ostrożnie, żeby nie pośliznąć się 
na oszronionych kamieniach.

Na dole poszedł w stronę portu. Po drodze sprawdzał nazwy innych uliczek biegnących w 

tamtym kierunku. Trzeci zaułek był tym, którego szukał. Dom Williamsa miał numer 12 i stał 
jako czwarty. Steven nie zauważył dzwonka, więc zastukał trzy razy ciężką kołatką i czekał. 
Musiał zastukać czwarty raz, żeby ktoś odpowiedział.

– Idę, idę, do cholery. Kogo diabli przynieśli o tej porze?
Steven przybrał oficjalny ton.
– Inspektorat Naukowo-Medyczny.

background image

– Że co?
– Proszę otworzyć.
W drzwiach ukazał się chudy, żylasty rudzielec owinięty niedbale szlafrokiem. Przecierał 

oczy.

– Jak pan mówił? Skąd pan jest?
Steven pokazał legitymację.
– Muszę zadać panu kilka pytań.
– A o co chodzi?
–  O to, jak pańska żona zaraziła się filowirusem  –  powiedział Steven i wszedł, zanim 

facet zdążył zagrodzić mu drogę.

Williams rozbudził się.
–  A   skąd  mam   wiedzieć,   do  cholery?  –  odparł   i   zamknął   drzwi.  –  Jestem   kierowcą 

ciężarówki, nie lekarzem.

Wprowadził   gościa   do   małego,   zagraconego   salonu   i   zabrał   z   foteli   sterty   gazet   i 

czasopism.

–  Na   wiadomość   o   stanie   żony   odpowiedział   pan:  „A   to   skurwiele.   Od   początku 

wiedzieli”. Co pan miał na myśli, panie Williams? Co wiedzieli ci „skurwiele”?

Williams zgłupiał. Przyklęknął, żeby zapalić kominek gazowy i grzebał się z tym, by 

zyskać na czasie.

– Tak powiedziałem? – odezwał się w końcu. – Byłem skołowany, nie pamiętam.
Steven patrzył na niego twardo z oskarżeniem o kłamstwo w ciemnych oczach.
– Jak pan mówił? – powtórzył Williams. – Gdzie pan pracuje?
– W Inspektoracie Naukowo-Medycznym. Jestem detektywem.
– Jakiego rodzaju?
Steven wyciągnął pistolet z kabury pod pachą. Nie wycelował w Williamsa, ale ważył 

broń w dłoni.

– Uzbrojonym – odparł.
Williams wytrzeszczył oczy.
– Jezu! – wykrzyknął.
– W całym kraju lada chwila może być wprowadzony stan wyjątkowy. Wszystko dlatego, 

że nie możemy ustalić, skąd wziął się ten wirus. Wie pan więcej, niż pan mówi, i to mnie 
wkurza, panie Williams. Gadaj pan.

Groźba wywołała pożądany skutek.
– Już dobrze, powiem... – Williams nie odrywał oczu od pistoletu. – Tylko niech pan to 

schowa, na litość boską.

Musiał odchrząknąć i dojść do siebie, zanim zaczął. Steven cierpliwie czekał.
–   Przyjechali   dwaj   Amerykanie   –  powiedział   Williams.  –  Zaangażowali   Maureen   i 

jeszcze jedną babkę.

background image

– Do czego?
– Mówili, że do opieki nad dwiema ciężko chorymi osobami.
– Dlaczego akurat ją? Pańska żona przestała być pielęgniarką.
–  Potrzebowali   specjalistek   od   chorób   zakaźnych.   Maureen   i   ta   druga   były   do   tego 

przeszkolone.   Widocznie   takie   pielęgniarki   są   dziś   na   wagę   złota.   Mówili,   że   to   ważna 
sprawa.

– Powiedzieli pielęgniarkom, co jest tym chorym?
– Dokładnie nie. Ostrzegli je tylko, że muszą być wyjątkowo ostrożne.
– Więc dlaczego wzięły tę pracę? – zdziwił się Steven. – Straciły rozum?
Williams wbił wzrok w podłogę.
– Dostały po trzy tysiące funtów – wyszeptał.
Steven był zaskoczony. Gwizdnął cicho.
– I pewnie miały trzymać język za zębami? – domyślił się.
Williams przytaknął.
– Kim byli ci Amerykanie?
– Nie wiem.
– Jak zapłacili?
– Gotówką. Z góry.
– Gdzie byli pacjenci?
–  Gdzieś w górach za Capel Curig. Miały o tym nikomu nie mówić, ale Maureen mi 

powiedziała.  – Zasłonił rękami oczy i zaczął szlochać. –  Stracę ją. Nigdy nie myślałem, że 
stanie się coś takiego. Za te pieniądze mieliśmy pojechać do Australii do Malcolma i jego 
żony. Nie widzieliśmy ich od dziesięciu lat.

– Jest jeszcze nadzieja – pocieszył go łagodnie Steven. Dowiedział się, czego chciał, nie 

było sensu dalej grać twardziela. Współczuł Williamsowi. Zanosiło się na to, że dodatkowy 
zarobek jego żony pokryje koszty jej pogrzebu.

– Czy Maureen opowiadała panu o tamtych pacjentach? – zapytał.
Williams pokręcił głową.
– Prosiła, żebym nie pytał.
– A ta druga pielęgniarka nie nazywa się przypadkiem Mair Jones? – zagadnął Steven.
– Zgadza się. Pojechała na Majorkę. Chyba ze strachu, że też mogła złapać tego wirusa. 

Pewnie chciała po raz ostatni poleżeć na słońcu.

Ma powody do obaw, pomyślał Steven.
– Herbaty? – zaproponował Williams.
– Poproszę – odparł Steven.
Gdy wrócił do samochodu, zadzwonił do dyżurnego w Sci-Medzie i powiedział mu o 

Mair Jones. Poprosił o odnalezienie jej na Majorce i możliwie jak najszybsze ściągnięcie do 
kraju.

background image

– Na jakiej podstawie? – spytał dyżurny.
–  Ma   ważne   informacje   o   epidemii   wirusa.   Jeśli   będą   jakieś   przeszkody,   musicie   je 

pokonać.   Sprowadźcie   ją   pod   dowolnym   pretekstem.   W   razie   potrzeby   wyślijcie   nawet 
wydział specjalny, żeby ją porwał.

– Chce pan porozmawiać z panem Macmillanem?
– Jeszcze tam jest?! – wykrzyknął Steven i odruchowo spojrzał na zegarek. Minęła druga 

trzydzieści.

– Nocuje tutaj.
Po chwili w słuchawce rozbrzmiał głos Macmillana.
– Gdzie jesteś, Dunbar?
– W Walii. Długo pan pracuje.
– Przeciągnęło się zebranie sztabu stanu wyjątkowego. Nie mogliśmy się dogadać, więc 

na razie wstrzymaliśmy się z decyzją.

– To dobrze –  odparł Steven.  – Maureen Williams nie jest zagadkowym przypadkiem, 

tylko kontaktem.

– Już wiesz, jak to złapała?
–  Wiem   tyle,   że   od   kogoś.   To   wszystko   jest   trochę   skomplikowane.   Powtórzył 

Macmillanowi, czego się dowiedział, i oświadczył, że jest mu pilnie potrzebna Mair Jones.

–  Minister   spraw   wewnętrznych   chyba   jeszcze   nie   wyszedł  –  odrzekł   Macmillan.  – 

Wytłumaczę mu, jakie to ważne, żeby ją znaleźć. Co zamierzasz?

– Wrócić rano do szpitala i sprawdzić, czy pani Williams odzyskała przytomność.
Pojechał   do   Bangor,   zamiast   wracać   do   Caernarfon.   Podejrzewał,   że   o   tej   porze   w 

większym mieście łatwiej znajdzie otwarty hotel. Nie mylił się. Nie było szans, żeby coś 
zjeść, ale przynajmniej miał łóżko na resztę nocy i łazienkę z bieżącą wodą. W pokoju znalazł 
czajnik elektryczny, herbatę, kawę, cukier i śmietankę oraz kilka herbatników. Wziął gorącą 
kąpiel, potem wypił kawę i zjadł herbatniki. Nie zaspokoił głodu, ale na szczęście był tak 
zmęczony, że szybko zasnął.

Konsultant   na   oddziale   specjalnym   szpitala   ogólnego   w   Caernarfon,   doktor   Charles 

Runcie, już wiedział o zainteresowaniu Stevena pacjentką. Uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

– Wątpię, żebym powiedział panu więcej niż mój młodszy kolega Roger Morton.
–  Za to ja panu coś powiem  –  odparł Steven. Opowiedział lekarzowi, co udało mu się 

ustalić: Maureen Williams nie jest zagadkowym przypadkiem, tylko kontaktem.

– Zaraziła się od pacjentów?! – wykrzyknął Ruńcie. – Więc co im było, na Boga?
– Właśnie tego musimy się dowiedzieć. W tej chwili próbujemy znaleźć Mair Jones. Czy 

przychodziła tu osobiście?

Konsultant pokręcił głową.
– Chyba nie. Nie miałaby po co. Informacji udzielamy tylko krewnym.
– Jaka jest szansa, żeby porozmawiać z panią Williams?

background image

– Mała – odparł Runcie. – Szczerze mówiąc, wątpię, żeby dożyła...
Na   korytarzu   wybuchło   zamieszanie.   Drzwi   otworzyły   się   gwałtownie   i   do   gabinetu 

wpadła zdenerwowana kobieta. Druga próbowała ją powstrzymać.

–  Przepraszam,  panie  doktorze,  ale  ta pani  upiera  się, że  musi  porozmawiać  z panią 

Williams. Podobno pacjentka wie coś o zniknięciu jej męża.

– Niestety, stan pani Williams wyklucza wizyty –  odrzekł spokojnie Runcie i wstał.  – 

Pani...?

– Doig, Karen Doig. Przepraszam, że tak tu wtargnęłam, ale nie miałam innego wyjścia. 

Od dwóch dni próbujemy zobaczyć się z panią Williams i już nie wiem, co robić... oboje nie 
wiemy – dodała i wskazała na lekko zażenowanego mężczyznę, który stał za nią.  – To Ian 
Patterson. Jego żona Amy i mój mąż Peter zniknęli ze stacji doświadczalnej niedaleko Capel 
Curig, gdzie oboje pracowali. Pani Williams coś o tym wie.

Runcie spojrzał na Stevena.
– Przepraszam, ale ludzie chyba dziś poszaleli.
Steven obserwował tę scenę z niemym zdumieniem. Zareagował dopiero na wzmiankę o 

Capel Curig. Zignorował przeprosiny lekarza i zapytał:

– Z jakiej stacji doświadczalnej?
Teraz Runcie zrobił zdumioną minę.
– Peter i Amy pracują w firmie Lehman Genomics pod Edynburgiem – wyjaśniła Karen. 

– Wysłano ich do tutejszej stacji doświadczalnej i oboje przepadli. Firma twierdzi, że uciekli 
razem, ale nie uwierzymy w to, dopóki sami się nie przekonamy. Przyjechaliśmy tutaj, żeby 
to sprawdzić.

– A co pani Williams ma z tym wspólnego? – zapytał Steven.
– Jest jedną z czterech osób, które mniej więcej dziesięć dni temu pytały w Capel Curig o 

drogę do stacji doświadczalnej. To byli dwaj Amerykanie i dwie miejscowe kobiety. Udało 
nam   się   ustalić,   że   przynajmniej   jeden   z   tych   mężczyzn   pracuje   w   Lehmanie,   ale   kiedy 
zadzwoniliśmy tam dziś rano, firma zaprzeczyła.

Steven poczuł, że jego zła passa kończy się.
–  Pani  Doig  –  powiedział  –  przychodząc  tutaj,  oddała  pani  swojemu   krajowi  wielką 

przysługę.  –  Sięgnął   po   telefon   i   wybrał   numer   Sci-Medu.  –  Potrzebuję   wszystkich 
możliwych informacji o firmie Lehman Genomics.

Runcie musiał wyjść, ale powiedział, że oddaje Stevenowi do dyspozycji swój gabinet na 

tak długo, jak będzie trzeba. Przez następne pół godziny Steven dokładnie wypytywał Karen i 
Pattersona. Próbował ustalić, czy jest jakiś związek między firmą a wybuchem choroby. Nie 
powiedział   tego,   ale   było   jasne,   że   Peter   Doig   i   Amy   Patterson   to   pacjenci,   którymi 
opiekowały się Maureen Williams i Mair Jones.

– Orientują się państwo, nad czym pracowali Peter i Amy? – zapytał.
– Nie wolno im było mówić o tym – odparł Patterson. – W takich firmach badawczych 

background image

jak Lehman obowiązuje tajemnica służbowa.

– Jaka jest specjalność pańskiej żony?
– Immunologia.
– Nie jest wirusologiem?
– Nie.
Steven zwrócił się do Karen.
– A Peter?
–  Jest   medycznym   technikiem   laboratoryjnym.   Po   dyplomie   pracował   w   Lecznicy 

Królewskiej w Edynburgu, ale miał dość niskich zarobków. Około dziewięciu miesięcy temu 
przeniósł się do Lehmana.

– Domyślam się, że on też nie mówił, nad czym pracuje?
–  Niestety nie, choć nazywał to projektem  „Snowball”. Może wymyślił takie imię dla 

zwierzęcia, którym się zajmował? Nie mam pojęcia.

Steven podziękował im za pomoc. Wreszcie znalazł ogniwo, którego szukał. Na dyskietce 

z listą biorców zastawek serca był nagłówek SNOW-BALL 2000.

– Moglibyście wskazać mi drogę do tej stacji badawczej?
– Spaliła się – odparł Patterson.
– W nocy przed naszym przyjazdem tutaj – dodała Karen. – Nikogo tam nie było, choć na 

zewnątrz stał służbowy land-rover Petera i Amy.

– A oni zniknęli?
–  Tak,   ale   nie   wiemy,   w   jaki   sposób.   Policja   sprawdziła   w   miejscowych   firmach 

taksówkowych, że nie zamawiali kursu.

Steven poczuł ucisk w żołądku. Nie podobało mu się to, co usłyszał, ale starał się tego nie 

okazywać.

– Chciałbym jednak zobaczyć to miejsce – powiedział.
– Jak wcześniej my – odrzekła Karen.
– Czy policja ustaliła przyczynę pożaru?
– Nie wiemy –  odparł Patterson.  –  Ale chyba trzymali tam łatwopalne chemikalia. Z 

budynku został tylko szkielet.

Ucisk w żołądku Stevena nasilił się.
–  Nie ma sensu, żebyśmy jechali tam wszyscy  –  powiedział.  –  Może umówimy się na 

później...

– Zaraz, zaraz – przerwała mu Karen. – Jeszcze nam pan nie wyjaśnił kim pan właściwie 

jest, co pan wie o tej sprawie i o co tu chodzi.

– Ma pani rację – przyznał Steven. – Ale muszę państwa prosić o cierpliwość. Obiecuję, 

że później powiem wam wszystko, co będę mógł.

Karen i Patterson zgodzili się dopiero, gdy zapewnił, że spotka się z nimi wieczorem. 

Wytłumaczyli mu, jak trafić do stacji doświadczalnej.

background image

Steven zadzwonił z samochodu do Sci-Medu i zapytał, czy są już informacje o Lehman 

Genomics.

–  Firma biotechniczna o dobrej reputacji, z centralą w Stanach, w zeszłym roku skok 

akcji o trzydzieści procent, licencja na kilka produktów, dobra pozycja na rynku, ośrodek 
badawczy pracujący nad zwierzęcymi narządami do transplantacji! Szef filii brytyjskiej to 
Paul Grossart, były wykładowca biochemii na uniwersytecie w Leicester.

– Zwierzęce narządy do transplantacji – powtórzył wolno Steven. – Jest coś więcej na ten 

temat?

– Chodzą słuchy, że ostatnio wycofali się z prac nad głównym projektem w tej dziedzinie.
– Mogłem się założyć, że tak jest – mruknął Steven. – Nazywał się „Snowball”. Jest coś 

nowego z Porton o zastawce serca siostry Mary?

– Nie. Twierdzą, że była w porządku. Dobrze funkcjonowała i miała doskonałą zgodność 

tkankową z pacjentką.

– Poproście ich, żeby zbadali DNA zastawki – polecił Steven. – Jak najszybciej.
– Czego mają szukać?
– Niech oni nam to powiedzą.
– Okay, pan decyduje. Coś jeszcze?
– Na razie wystarczy.
– Wydział specjalny zlokalizował Mair Jones na Majorce. Dziś wieczorem powinna być z 

powrotem w kraju.

background image

21

Steven  pojechał  zgodnie   z otrzymanymi   wskazówkami.   Trzy  godziny  później  stał   na 

walijskim   zboczu,   kuląc   się   od   zimnego   wiatru,   i   patrzył   na   zwęglone   resztki   stacji 
doświadczalnej. Jego złe przeczucia potęgował widok spalonego land-rovera. Karen Doig i 
Ian Patterson uważali obecność samochodu za zagadkę, on za oczywisty dowód, że Peter 
Doig i Amy Patterson nie wyjechali stąd.

Policjanci nie znaleźli żadnych zwłok, ale podejrzewał, że właśnie tak miało być. Uznają, 

że nie ma tu nic podejrzanego, i przestaną interesować się tym miejscem. Steven przyjrzał się 
podłodze   z   kamiennych   płyt.   Szpary   wypełniał   popiół   i   pył   węglowy,   więc   trudno   było 
powiedzieć, czy któreś płyty ruszano przed pożarem. Rozejrzał się i zauważył łom, który 
nadawał się na dźwignię. Zaczął na środku pierwszej sali na parterze. Podważywszy cztery 
ciężkie płyty, stwierdził, że to nie jest robota dla jednej osoby. Wezwał do pomocy miejscową 
policję.

Po dwóch godzinach kopania jeden z posterunkowych zawołał, że coś ma i podniósł do 

góry ludzką kość udową. Rozmowy ucichły, przez moment słychać było tylko wycie wiatru w 
ruinach.

– Jest tego więcej – powiedział niemal przepraszająco policjant.
Steven nie czuł satysfakcji, że sprawdziły się jego najgorsze obawy. Jak podejrzewał, 

spalony budynek maskował miejsce wcześniejszej kremacji.

–  Zbrodnia   niemal   doskonała  –  stwierdził   inspektor   kierujący   akcją.   Był   wyraźnie 

zażenowany, że policja nie wpadła na to, dlaczego land-rover został na miejscu.

– To była śmierć z przyczyn naturalnych – powiedział Steven.
– Co?! Jak to?
– To szczątki pary naukowców przysłanych tutaj do pracy. Przypuszczam, że zarazili się 

tą samą chorobą wirusową, która wybuchła w Manchesterze. Tylko niech pan nie pyta, jak. 
Zapewniono im fachową opiekę pielęgniarską, ale zmarli. Ich szefowie chcieli to ukryć, więc 
skremowali zwłoki i zakopali kości pod podłogą, a potem podpalili budynek.

– Ale dlaczego to zrobili? – dopytywał się inspektor.

background image

– Jutro panu powiem – obiecał Steven.
Wracał do Caernarfon z ciężkim sercem. Musiał przekazać złą wiadomość Karen Doig i 

Ianowi Pattersonowi. Mieli się spotkać w hotelu przy zamku, ale nie chciał rozmawiać z nimi 
w   lokalu.   Zadzwonił   do   szpitala   ogólnego   i   zapytał   Charlesa   Runciego,   czy   mógłby 
udostępnić bardziej odpowiednie miejsce.

– Może mój gabinet? – zaproponował lekarz.
–   Doskonale   –  zgodził   się   Steven.  –  Chciałbym,   żeby   pan   też   był   obecny,   jeśli   to 

możliwe.

– Jak pan sobie życzy – odrzekł Runcie.
Spotkanie było tak smutne, jak Steven sobie wyobrażał. Wiedział, że długo nie zapomni 

wyrazu  oczu Karen na wiadomość o śmierci  męża.  Potem wybuchnęła płaczem i Runcie 
próbował ją pocieszyć, Ian Patterson zareagował spokojniej. Siedział nieruchomo na krześle i 
bez słowa wpatrywał się w podłogę. Ale gdy Steven zobaczył łzy w jego oczach, poczuł ucisk 
w gardle.

Mimo rozpaczy Karen nie przestała trzeźwo myśleć.
– Skąd ma pan pewność, że to oni, skoro zostały tylko... kości i popiół? – zapytała.
–  Niezbitym dowodem może być dopiero wynik badania DNA –  przyznał Steven – ale 

wszystkie okoliczności wskazują, że to oni.

– Nic nie rozumiem. Jak złapali tego wirusa? I dlaczego ktoś chciał to ukryć?
– Przypuszczam, że dowiemy się tego w Lehman Genomics – odrzekł łagodnie Steven. – 

Myślę, że potrafią wyjaśnić, skąd wzięła się ta choroba.

– To ten skurwiel Grossart! – wybuchnęła Karen. – Od początku wiedział, co im jest! A 

nam wmawiał, że...

– Kiedyś za to odpowie – zapewnił Steven. – Obiecuję.
Karen i Ian dali się przekonać, że powinni przenocować w Caernarfon i wrócić do Szkocji 

dopiero   następnego   dnia.   Runcie  wytłumaczył   im,   że   nie   nadają   się   do   długiej   podróży 
samochodem, a poza tym policja pewnie będzie chciała ich przesłuchać.

Steven wyłączył swój telefon na czas spotkania z Karen i Ianem. Gdy tylko znów go 

włączył, zadzwonił Sci-Med z wiadomością, że Mair Jones jest już w samolocie z Palma de 
Mallorca do Manchesteru. Wyląduje o dwudziestej drugiej trzydzieści wieczorem, więc jeśli 
Steven chce, może z nią porozmawiać jeszcze dziś. Nie miał na to ochoty, ale ponieważ 
mnóstwo ludzi zadało sobie wiele trudu, żeby ściągnąć Mair Jones z powrotem, obiecał, że 
będzie   na   lotnisku.   Przy   okazji   zapytał,   czy   Sci-Med   przekazał   do   Porton   jego   prośbę 
dotyczącą zastawki serca.

–  Analiza już trwa. Okazało się, że postanowili zbadać DNA, zanim pan o to poprosił, 

więc wynik będzie szybciej, niż pan się spodziewał. Powiedzieli, że sprawdzą homologię, gdy 
tylko będą mieli tyle danych o sekwencji, żeby wrzucić je do komputera.

– Właśnie o to mi chodziło – odrzekł Steven.

background image

Samolot z Majorki wylądował z kilkuminutowym opóźnieniem. Mair Jones była niską 

kobietą o bystrym spojrzeniu i czarnych farbowanych włosach. Wprowadzono ją do pokoju 
recepcyjnego, jej bagażem zajęła się policja.

– No, cóż... Miałam swoje pięć minut sławy – powiedziała z silnym walijskim akcentem. 

– Kim pan jest?

Steven przedstawił się i pokazał legitymację.
– Jak pani się czuje? – spytał.
Źle go zrozumiała.
– Jestem wkurzona –  odparła.  –  A pan by nie był, gdyby dwóch brytyjskich gliniarzy 

zjawiło się skoro świt w pańskim hotelu i kazało panu iść ze sobą bez podania powodu?

– Więc nie wie pani, o co chodzi? – zapytał z niedowierzaniem Steven.
– Pewnie o biedną Maureen i robotę, którą wzięłyśmy, tak?
Steven skinął głową.
–  Wczoraj   jeszcze   nie   mieliśmy   pojęcia,   jak   Maureen   Williams   złapała   wirusa.   Ale 

później dowiedziałem się od jej męża o tej pracy i o pani. Maureen jest w takim stanie, że nie 
może nam nie powiedzieć, więc została tylko pani.

– Biedna Mo – westchnęła Mair. – Chyba spanikowałam. Uciekłam, bo bałam się, że też 

mogę to mieć.

– Może pani mieć – rzekł Steven.
– Wiem. Ale po prostu musiałam się stąd wyrwać. Co będzie dalej?
– Muszę zadać pani kilka pytań.
– Co pan chce wiedzieć?
– Kim byli pani pacjenci, co im było i kto zapłacił za opiekę nad nimi.
– Dostałyśmy gotówkę z góry – odpowiedziała Mair, potwierdzając słowa Williamsa. – 

Pacjentami byli kobieta i mężczyzna, Amy i Peter. Oboje trochę po trzydziestce. Nazwisk nie 
znałyśmy. Powiedziano nam tylko, że mają wyjątkowo rzadką, ale bardzo zaraźliwą infekcję 
wirusową. Kiedy przyjechałyśmy do Capel Curig, byli już w ciężkim stanie.

– Co się z nimi stało?
Mair westchnęła i spuściła wzrok.
– Umarli – odrzekła cicho. – Mo i ja robiłyśmy, co mogłyśmy, ale niestety to nic nie dało.
– A potem?
– To znaczy?
– Co z nimi zrobiono?
– Z ciałami, o to panu chodzi?! – wykrzyknęła Mair, jakby pytanie było niewłaściwe. – 

Naprawdę nie wiem. Nasza rola skończyła się, odwieziono nas z powrotem do Bangor i to 
wszystko.

–  Wczoraj poznałem żonę Petera i męża Amy. Sporo się dowiedziałem. Przyjechali do 

Walii w poszukiwaniu tamtych dwojga.

background image

–  O, mój Boże!  –  przeraziła się Mair.  –  Nie miałyśmy pojęcia. Myślałyśmy, że Peter i 

Amy to małżeństwo. Jeden z tamtych Amerykanów powiedział nam, że to para naukowców, 
która zaraziła się w czasie prac badawczych. Zabronił nam pytać o cokolwiek.

– Peter zostawił małą córeczkę – poinformował ją Steven.
– Biedne dziecko – mruknęła Mair. – Nie przyszło nam do głowy... Nie, żebyśmy mogły 

wiele zdziałać, wie pan...

Urwała i zamyśliła się.
– Aresztuje mnie pan? – zapytała po chwili milczenia.
Steven pokręcił głową.
–  Nie.   Prywatna   opieka   pielęgniarska   to   nie   przestępstwo.   Nawet   jeśli   zostałyście 

wciągnięte w coś nielegalnego.

– To znaczy, że mogę iść?
– Będzie pani pod obserwacją służby zdrowia – uprzedził Steven.
– Nie muszę zwracać pieniędzy?
– Nie, zarobiła je pani.
Mair uśmiechnęła się smutno.
– Biorąc pod uwagę to, co spotkało Mo, chyba mi się należą.
Steven postanowił przenocować w Manchesterze, a rano wyruszyć na północ zmierzyć 

się z Lehman Genomics i dopasować ostatni kawałek układanki. Kluczem do wyjaśnienia 
wybuchu choroby był projekt  „Snowball”, a pojawienie się nowego wirusa było częścią tej 
sprawy. Przed wizytą w firmie potrzebował jeszcze tylko informacji z Porton. Był niemal 
pewien, że raport wyjaśni, w jaki sposób tyle  ludzkich  zastawek zostało zarażonych  tym 
samym   wirusem.   Lehman   powinien   wylecieć   z   branży   za   to,   co   zrobił,   a   Paul   Grossart 
wylądować na długo za kratkami. Przy odrobinie szczęścia można będzie oskarżyć go nawet 
o zabójstwo.

Steven golił się, gdy zadzwonił telefon. Serce zabiło  mu mocniej. Może to wyniki  z 

Porton?

Ale w słuchawce rozległ się głos Charlesa Runciego.
– Czy Karen Doig odzywała się do pana? – zapytał lekarz.
– Nie. A co się stało?
–  Właśnie   dzwonił   do   mnie   Ian   Patterson.   Zniknęła   w   nocy   z   hotelu   i   zabrała   jego 

samochód.

– Jasna cholera – jęknął Steven. – Tylko tego brakowało.
– Słucham?
– Założę się, że pojechała na północ. Chce dopaść Grossarta, zanim dobierze się do niego 

policja.

– Wielki Boże, nie pomyślałem o tym!
– Nie mógł pan tego przewidzieć, doktorze.

background image

– Co pan zrobi?
– Złapię samolot i postaram się ją ubiec. Patterson pewnie nie wie, o której wyjechała?
– Wątpię. Powiedział tylko, że nie było jej, kiedy zszedł na śniadanie. Jego samochodu 

też nie.

Steven zadzwonił do Sci-Medu i zameldował, co się dzieje.
– Mamy zawiadomić policję w Edynburgu?
– Nie –  odrzekł po chwili namysłu. Nie chciał,  żeby wizyta  policjantów wystraszyła 

Grossarta. – Jest tam Macmillan?

Usłyszał, jak dyżurny wprowadza Macmillana w sprawę przed przełączeniem rozmowy.
– Nie ma jeszcze nic z Porton? – zapytał, kiedy szef się zgłosił.
– Nie. Zdaje się, że masz problem?
Steven powiedział mu o zniknięciu Karen Doig.
– Myślisz, że to ważne? – spytał Macmillan.
– Jest bojowo nastawiona i wini Grossarta za śmierć męża.
– Więc może zrobić coś głupiego?
–  Trudno zgadnąć  –  odrzekł Steven.  –  Faktem jest, że przyjechała do Walii, poradziła 

sobie ze znalezieniem stacji doświadczalnej i ustaliła powiązanie Maureen Williams z całą 
sprawą. To świadczy, że jest zdeterminowana i zaradna.

–  Cholera, może  być  niezły bajzel  –  zasępił się Macmillan.  –  Na pewno nie chcesz, 

żebyśmy uprzedzili tamtejszą policję?

– Nie. Postaram się dotrzeć tam przed Karen. Chcę się zobaczyć z Grossartem i usłyszeć, 

co ma do powiedzenia, zanim zajmie się nim policja.

– Będziesz miał szczęście, jeśli zdążysz.
– Dlaczego pan tak mówi?
– Jest Wigilia Bożego Narodzenia.
– Niech to szlag. Straciłem rachubę czasu. Lepiej zacznę się zbierać. Możecie przysłać mi 

e-mail z danymi Paula Grossarta i firmy Lehman? Odbiorę w drodze.

– Załatwione. Powodzenia.
Steven musiał użyć  swojej legitymacji i dodatkowych  pełnomocnictw  obiecanych  mu 

przez   ministra   spraw   wewnętrznych,   żeby   dostać   miejsce   w   samolocie   do   Edynburga. 
Dwadzieścia minut po starcie wezwano go do kabiny pilotów. Kapitan podał mu radio.

– Do pana – powiedział. – Priorytet A1.
– Dunbar – zgłosił się Steven.
–  Tu   Clive   Phelps   z   Porton   Down.   Mamy   wynik   badania   DNA   zastawki   serca. 

Zaskakujące. Wszystkie testy immunologiczne sugerowały, że to ludzki narząd, w dodatku 
doskonale dobrany do pacjentki. Ale okazało się, że ta cholerna tkanka wcale nie jest ludzka, 
tylko świńska.

Steven pogratulował sobie w duchu, bo właśnie takich wyników się spodziewał.

background image

– Dziękuję – rzekł. – Bardzo dziękuję.
– Dobra wiadomość? – zapytał kapitan.
Steven uśmiechnął się.
– Znakomita.
Wrócił do kabiny pasażerskiej z przekonaniem, że ostatni kawałek układanki trafił na 

swoje miejsce. Nie było tajemnicą, że firmy biotechniczne eksperymentują ze świniami w 
nadziei przeszczepiania ich organów ludziom. Celem tych eksperymentów było wyhodowanie 
gatunku z genetycznie zmienionym systemem odpornościowym, by organizm pacjenta nie 
odrzucał przeszczepu. Wyglądało na to, iż w przeciwieństwie  do innych  Lehman  odniósł 
sukces. Przynajmniej częściowy. Ale za jaką cenę. Słusznie mówi się, że droga do piekła jest 
wybrukowana dobrymi chęciami.

Steven   pomyślał,   że   zacznie   od   laboratoriów   Lehmana,   bo   mimo   Wigilii   Grossart 

powinien być w biurze. Pojechał taksówką do Science Park w południowej części miasta. Na 
parkingu   stał   tylko   jeden   samochód,   sześcioletni   ford   escort   z   szachownicą   na   tylnym 
zderzaku. Należał do ochroniarza.

– Nikogo nie ma, panie kolego. Wigilia.
– Myślałem, że zastanę pana Grossarta – odrzekł Steven.
–  Jeśli chce pan wiedzieć, ten gość potrzebuje wypoczynku bardziej niż ktokolwiek  – 

powiedział ochroniarz. – Od tygodni wygląda jak kupa nieszczęścia.

– Dziękuję – rzekł Steven. – Spróbuję złapać go w domu.
Podał taksówkarzowi adres Grossarta.
– Czy to gdzieś w pobliżu? – spytał.
– Ravelston Gardens? To na drugim końcu tego cholernego miasta – odburknął kierowca, 

który nie odzywał się przez całą drogę z lotniska.

Kiedy pół godziny później skręcili w Ravelston Gardens, Steven zobaczył zieloną toyotę 

land cruiser zaparkowaną około trzydziestu metrów przed nimi. Kazał kierowcy stanąć.

– Ile płacę?
– Taksometr wybił trzy dychy – odparł taksiarz i odwrócił się z uśmiechem sugerującym 

napiwek.

– Tu są cztery – powiedział Steven. – Niech pan sobie kupi coś na Gwiazdkę.
Wysiadł i zostawił kierowcę w niepewności, czy powinien być zadowolony czy obrażony.
W kraju były zapewne tysiące zielonych land cruiserów, a w takiej bogatej dzielnicy co 

najmniej kilka, ale coś mówiło Stevenowi, że to samochód Iana Pattersona. Gdy podszedł 
bliżej   i   zauważył   nalepki   obrońcy   środowiska,   które   pamiętał   z   parkingu   szpitalnego   w 
Caernarfon, był już pewien. A więc Karen Doig dotarła tu pierwsza.

Zerknął na dom po drugiej stronie ulicy w nadziei, że zobaczy kogoś przez któreś z okien 

od frontu. Ale w jednym oknie wisiała gęsta firanka, a w drugim stała duża choinka. Miał 
problem. Nie był pewien, w jakim stanie psychicznym jest Karen Doig i po co przyjechała do 

background image

Grossarta. Jeśli chciała się zemścić, wolał jej nie wystraszyć i nie sprowokować do działania.

Minął wolno dom. Z boku zauważył podjazd do garażu oddzielony od budynku wysokim 

żywopłotem.   Powinno   mu   się   udać   przedostać   ukradkiem   na   tyły.   Uznał   to   za 
najbezpieczniejszą opcję. Obejrzał się, czy nikt za nim nie idzie, przeciął ulicę, zawrócił i 
znów zerknął przez ramię. Pusto. Skręcił na podjazd do garażu i przekradł się za żywopłotem. 
Przystanął na moment, potem przebiegł w półprzysiadzie wzdłuż domu do tylnego narożnika.

Przywarł do ziemi i wśliznął się za róg. Bał się, czy nie ma kogoś w ogrodzie, ale nie 

było. W tylnej ścianie zobaczył okno. Mógł się pod nim przedostać do tylnych drzwi. Miał 
nadzieję,   że   będą   otwarte.   Znieruchomiał   pod   oknem   i   nasłuchiwał   przez   chwilę.   Cisza. 
Niedobrze. Wołałby podniesione głosy.

Tylne drzwi miały podwójną szybę. Mógł zajrzeć przez nie do wnętrza, ale tylko pod 

kątem. Inaczej musiałby się odsunąć od muru i byłby widoczny z wszystkich tylnych okien. 
Odczekał pod drzwiami pełną minutę, w końcu uznał, że jest mało prawdopodobne, żeby po 
drugiej stronie stał cicho ktoś niewidoczny. Sięgnął do klamki i delikatnie nacisnął. Ku jego 
uldze drzwi nie były zaryglowane. Wsunął się do środka i zamknął je. Natychmiast poczuł 
silny zapach benzyny.

Coś musiało być nie tak. Skoczyło mu tętno. Ruszył w kierunku holu. Podłoga nagle 

skrzypnęła pod jego stopą. Zamarł. Już miał pójść dalej, gdy ciszę przerwał głos Karen Doig.

– Nareszcie oprzytomniałeś?
Steven myślał przez moment, że Karen mówi do niego. Ale zorientował się, że słowa 

dobiegły z frontowego pokoju na lewo. Przysunął się ostrożnie do uchylonych drzwi i zajrzał 
przez szparę. Na podłodze przed choinką leżał mężczyzna, zapewne Paul Grossart. Miał ręce 
związane   na   plecach   i   zakrzepłą   krew   na   czole.   Steven   domyślił   się   ze   słów   Karen,   że 
Grossart właśnie odzyskał przytomność po ciosie w głowę. Miał mokre ubranie, zapewne 
oblane benzyną z czerwonego plastikowego kanistra leżącego u jego stóp.

– Chciałam, żebyś był przytomny – ciągnęła Karen. – Chciałam, żebyś wiedział, dlaczego 

to robię. Czy mój Peter był przytomny, kiedy go paliłeś?

– Nie, nie – wykrztusił Grossart. – Zabił go wirus... ich oboje. Ma pani na to moje słowo. 

Ratowaliśmy ich, jak mogliśmy. Do samego końca.

– Twoje słowo? – zadrwiła Karen. – Myślisz, że jest coś warte, ty skurwielu? Wmawiałeś 

mi,   że   mój   mąż   uciekł   z   inną,   choć   od   początku   wiedziałeś...  Wiedziałeś,   ty   cholerny 
zasrańcu!

–  Nie,   nie,   proszę...  Pani   nie   rozumie.   To   wszystko   po   prostu   wymknęło   się   spod 

kontroli... Nie chciałem, żeby to się stało.

– Założę się, że nie chciałeś, bo teraz jesteś dziesięć sekund od piekła.
Steven usłyszał metaliczny trzask zapalniczki. Wpadł do pokoju.
– Karen nie! – krzyknął. – Nie rób tego!
Zaskoczona kobieta upuściła zapalniczkę, ale zdążyła ją podnieść, zanim Steven znalazł 

background image

się przy niej.

– Cofnij się – ostrzegła.
–   Nie   wiesz,   co   robisz,   Karen   –  powiedział   Steven.  –  Straciłaś   Petera   i   szalejesz   z 

rozpaczy,  ale masz jeszcze córeczkę. Ona cię potrzebuje. Nie wolno ci tego robić. Niech 
policja się nim zajmie.

– Chcę, żeby się spalił, tak jak spalił Petera – wycedziła Karen przez zaciśnięte zęby. – 

Chcę, żeby jego dzieci miały Gwiazdkę bez ojca, jak Kelly.

– Przez to nie poczujesz się lepiej – odrzekł Steven. – Zemsta nie jest słodka. Smakuje jak 

trucizna. Będziesz tego żałowała do końca życia.

Po raz pierwszy spojrzała na niego i zobaczył w jej oczach wahanie.
– Oddaj mi zapalniczkę – poprosił łagodnie.
– Cofnij się – warknęła z nową determinacją.
– Posłuchajcie... – wykrztusił z podłogi Grossart. – Nie chciałem, żeby to się stało. Bóg 

mi świadkiem.

Steven patrzył, jak kciuk Karen dotyka kółka zapalniczki.
– Przynajmniej go wysłuchaj, Karen – poprosił.
Palec znieruchomiał.
–  Udało   nam   się   wyhodować   gatunek   świń   z   genetycznie   zmienionym   systemem 

odpornościowym – zaczął Grossart. – Były doskonałymi dawcami narządów dla ludzi.

– Projekt „Snowball”? – zapytał Steven.
– Tak. Wszystkie testy laboratoryjne wskazywały, że odnieśliśmy sukces, więc poszliśmy 

na   skróty,   żeby   ominąć   formalności.   Dogadaliśmy   się   z   jednym   z   koordynatorów   w 
centralnym rejestrze transplantów.

– Po prostu dawaliście mu w łapę, żeby rejestrował wasze zastawki serca jako ludzkie – 

powiedział pogardliwie Steven.

– Niech będzie – zgodził się Grossart. – Chryste, przeprowadzaliśmy wszystkie możliwe 

testy. Zastawki wydawały się całkiem bezpieczne.

– Ale nie były – zauważył Steven.
– Nie –  przyznał Grossart.  –  Jeden z naszych  amerykańskich wirusologów znalazł w 

genomie naszych świń sekwencję DNA jakiegoś wirusa. Był cholernie podobny do Eboli, 
niemal identyczny. Świniom nie szkodził, ale mógł się nagle uaktywnić w ciele człowieka. 
Zastopowaliśmy całą sprawę, ale dla pacjentów z przeszczepionymi zastawkami serca było 
już za późno.

– A Peter i Amy? – zapytała Karen.
–   Oboje   pracowali   przy   tym   projekcie.   Rutynowe   badanie   krwi   wykazało   u   nich 

przeciwciała na nowego wirusa, co sugerowało, że się nim zarazili. Postanowiliśmy wysłać 
ich na trochę do stacji doświadczalnej  w Walii, żeby zobaczyć,  co będzie dalej. Niestety 
zachorowali. Kiedy tylko zgłosili, że źle się czują, do akcji wkroczyli nasi dwaj Amerykanie. 

background image

Zapewnili im odpowiednią opiekę pielęgniarską i wszystko, co było potrzebne, ale... oboje 
zmarli. Przykro mi.

– Przykro?! – wrzasnęła Karen. – Nawet nie dałeś mi się pożegnać z mężem!
Grossart pokręcił głową.
– To byłoby dla pani zbyt niebezpieczne. Jedna z pielęgniarek też się zaraziła.
– I jest ciężko chora – dodał Steven.
Grossart znów pokręcił głową.
– Kiedy sprawy zaczęły iść źle, wszystko jakby potoczyło się własną drogą. Wyglądało 

na to, że nie możemy już nic zmienić.

Steven chciał zaprotestować, ale ugryzł się w język, żeby nie sprowokować Karen do 

rzucenia zapalniczki.

– Strasznie mi przykro, że Peter nie żyje – ciągnął Grossart. – Był porządnym facetem, 

wszyscy go lubili...

Uprzejme   słowa   doprowadziły   Karen   do   kresu   wytrzymałości   psychicznej.   Agresja 

zniknęła, zastąpiły ją smutek i żal. Upuściła zapalniczkę, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła 
szlochać. Steven wziął ją w ramiona.

– Jedź do domu, Karen – powiedział, kiedy się trochę uspokoiła. – Kelly cię potrzebuje. 

Zacznij odbudowywać swoje życie.

Skinęła w milczeniu głową i wyszła, nie oglądając się na Grossarta. Steven uwolnił mu 

ręce, ale Grossart nadal siedział na podłodze i rozcierał nadgarstki.

– Chyba mi pan wierzy? – odezwał się po chwili. – Naprawdę nie mogliśmy nic zrobić, 

kiedy diabeł wyskoczył z pudełka. Nie chcieliśmy nikomu zaszkodzić, wręcz odwrotnie. W 
naszej branży ratujemy ludziom życie, nie uśmiercamy ich. To była po prostu... jedna z takich 
nieszczęśliwych historii, jakie się zdarzają.

Oczy Stevena pociemniały z gniewu.
– Nie – zaprzeczył kategorycznie. – Nie wierzę panu. Mogliście zrobić masę rzeczy, żeby 

uratować   ludziom   życie,   ale   baliście   się   kary   za   waszą   chciwość   i   nieuczciwość,   więc 
woleliście siedzieć cicho. Umarło niepotrzebnie mnóstwo osób, bo nie wiedzieliśmy, skąd się 
bierze ta choroba. Mogliście nam powiedzieć, ale nie zrobiliście tego.

Grossart wyglądał jak zając złapany w reflektory samochodu.
–  Wiedzieliście,   co   się   dzieje  –  ciągnął   Steven.  –  Wiedzieliście,   że   będą   ofiary,   i 

pozwoliliście na to. Działaliście z premedytacją. Wykazaliście złą wolę. Zostaniecie oskarżeni 
o zabójstwo.

Grossart zaczął wstawać.
– Pan nie rozumie...
– Niech pan się doprowadzi do porządku – przerwał mu Steven. – Dzwonię na policję. 

Gdzie pańska żona i dzieci?

– U matki June. Musiałem jej wszystko powiedzieć.

background image

– I pewnie też nie zrozumiała? – zadrwił Steven.
Grossart   podniósł   się   chwiejnie.   Nagle   stracił   równowagę   i   upadł   tyłem   na   choinkę. 

Złapał   się  gałązek,  ale   zerwał  tylko  lampki   i  przewrócił  drzewko.  Steven  usłyszał  hałas, 
odwrócił się i ruszył na pomoc. Kabel w rękach Grossarta przerwał się, doszło do zwarcia. 
Iskra zapaliła opary benzyny i Grossart stanął w płomieniach.

W Stevena uderzyła fala gorąca. Zatoczył się do tyłu i osłonił oczy. Kiedy po chwili 

opuścił ręce, zobaczył płonącego Grossarta. Wezwał straż pożarną i próbował stłumić ogień 
gaśnicą znalezioną w kuchni. Udało mu się ograniczyć pożar do okolicy okna, potem gaśnica 
wyczerpała się. Wyłączył lampki choinkowe i przynosił z kuchni miski wody.

Śmierć Grossarta była wypadkiem, ale nie obyłoby się bez niewygodnych pytań, dlaczego 

miał   ubranie   przesiąknięte   benzyną.   Odpowiedzi   mogłyby   doprowadzić   do   aresztowania 
Karen Doig. Steven postanowił temu zapobiec. Zostawił na chwilę tlący się stos i poszedł do 
szopy   w   ogrodzie.   Tak,   jak   się   spodziewał,   znalazł   tam   kilka   maszyn   ogrodniczych 
napędzanych silnikami spalinowymi. Wybrał dużą piłę łańcuchową, przyniósł ją do domu i 
położył na stole w kuchni razem z czerwonym kanistrem. Wyciągnięcie wniosków zostawił 
policji.

Steven zadzwonił do Macmillana i zawiadomił go, co się stało.
– Dobra robota –  pochwalił szef.  –  Choć szkoda Grossarta. Wolałbym go ukrzyżować. 

Ale będą inni.

– Będą?
W   pytaniu  Stevena  była   aluzja  do  wyciszania  przez  polityków   różnych  spraw   w  tak 

zwanym interesie publicznym.

– Obiecuję – odrzekł Macmillan. – Nie wycofamy się. Sci-Med pójdzie na całość. Masz 

na to moje słowo.

– Nawet jeśli nie spodoba się to Wujowi Samowi?
– Nawet wtedy – zapewnił Macmillan.
– To dobrze.
– I... Steven?
– Tak?
– Wesołych świąt.
Steven  wyłączył  się i  zastanowił,  gdzie je spędzi.  Nie mógł  być  z Jenny,  bo musiał 

odczekać jeszcze około dziesięciu dni, żeby się upewnić, czy nie złapał wirusa. Postanowił 
zostać w Edynburgu.

Znalezienie miejsca do spędzenia Wigilii nie było łatwe. Dopiero po półtorej godzinie 

trafił na hotel, który zgodził się dać mu pokój; pod warunkiem, że nie zażąda kolacji tego i 
następnego  wieczoru. Steven  zadowolił  się miejscem  do spania  i poszedł po jedzenie  na 
wynos. Wrócił do pokoju z butelką dżinu i zapasem toniku na wypadek, gdyby bar hotelowy 
był zarezerwowany na prywatne przyjęcie. Wziął też z holu kilka gazet, żeby wiedzieć, co się 

background image

dzieje na świecie. Miał zaległości.

Na   drugiej   stronie   „Timesa”  był   artykuł   pod   tytułem   SPROSTOWANIE 

SKOMPROMITOWANEGO   PARLAMENTARZYSTY.   Napisano,   że   William   Victor 
Spicer, czekający obecnie na proces o zabójstwo mężczyzny, który go szantażował, przyznał 
się do rozmyślnego przedstawienia w fałszywym świetle wkładu doktor Caroline Anderson, 
byłej szefowej służby zdrowia w Manchestrze, w zwalczanie choroby wirusowej. Uważa, że 
działania doktor Anderson w czasie kryzysu były bez zarzutu i docenia jej poświęcenie dla 
mieszkańców miasta, które przypłaciła życiem. Przeprasza jej rodzinę i przyjaciół.

Steven uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu dni. Położył głowę na oparciu fotela i 

spojrzał w sufit.

– Niech cię Bóg błogosławi, Caroline – mruknął. – Wesołych świąt, kochanie.

background image

Epilog

Downing Street, Londyn

– Ambasador Stanów Zjednoczonych, sir.
– Dziękuję, Ellen. Niech pan wejdzie, Charles. Szczęśliwego Nowego Roku.
–   Wzajemnie,   panie   premierze   –  odrzekł   Charles   Greely,   wysoki,   dystyngowany 

ambasador   Stanów   Zjednoczonych   w   Zjednoczonym   Królestwie.   Jego   nieskazitelny 
jasnoszary garnitur podkreślał lekką opaleniznę na twarzy.

– Był pan w domu na święta? – zapytał premier.
– Tak, sir. Kalifornia w końcu grudnia jest zbyt kusząca, żeby się jej oprzeć.
Premier wskazał mu fotel.
– Rozumiem, że chce pan przedyskutować nasze postulaty skierowane do waszego rządu 

w związku z aferą Lehmana?

Amerykanin usiadł. Jego mowa ciała zdradzała pewien niepokój.
– W istocie, panie premierze. –  Urwał na chwilę, żeby odchrząknąć.  –  Podczas urlopu 

długo rozmawiałem z prezydentem i jego doradcami. Proszę mi wierzyć, że nie pozostawiłem 
im cienia wątpliwości co do wagi, jaką rząd brytyjski przywiązuje do tej sprawy.

– I...?
– No, cóż, sir... Prezydent doskonale zdaje sobie sprawę, jak poważnym problemem był 

wybuch tej choroby. Nie chce umniejszać tego, co się stało, ale zastanawia się, sir, czy... nie 
byłoby   możliwe   spojrzenie   na   to   raczej   jako   na   aferę   w   sektorze   prywatnym,   gdzie 
zachłanność kilku osób doprowadziła do tragedii. Jest oczywiście jak najbardziej zrozumiałe, 
że chcielibyście ukarać tych ludzi, ale postawienie obywateli amerykańskich przed sądem 
brytyjskim... pod zarzutem zabójstwa, bo chyba o takie oskarżenie chodzi?

Premier przytaknął.
–  Prezydent  zastanawia  się,  sir, czy nie  można  byłoby  rozważyć  tego ponownie pod 

kątem niepożądanego wydźwięku propagandowego dla rządów obu krajów?

Premier patrzył na ambasadora długo i twardo.

background image

– A reszta naszych postulatów? – zapytał w końcu.
Greely znów miał niepewną minę.
–  No,   cóż,   sir...   –  zaczął   z   wahaniem  –  prezydent   chciałby   zauważyć,   że   cofnięcie 

Lehmanowi wszystkich licencji naszego Departamentu Kontroli Żywności i Leków zniszczy 
firmę.   Doskonale   rozumie,   że   macie   prawo   odebrać   firmie   licencje   brytyjskie   i   należy 
oczekiwać zakończenia jej działalności w Zjednoczonym Królestwie, ale uprzejmie prosi o 
ponowne rozważenie waszego  stanowiska w sprawie dalszych losów Lehmana w Stanach 
Zjednoczonych.

– Chodzi o duże pieniądze, co?
– Z całym szacunkiem, sir, nie uważam, że to tylko kwestia pieniędzy. Są inne względy.
– Jakie? – zapytał lodowato premier.
–  Lehman to jedna z największych firm biotechnicznych w Stanach Zjednoczonych, a 

więc   i   na  świecie,   sir.  Jeśli   upadnie,   kilka   tysięcy   ludzi   w   różnych   krajach   straci   pracę. 
Potencjał badawczy takiej organizacji wręcz trudno oszacować, biorąc pod uwagę miliony 
dolarów   kapitału   międzynarodowego   zainwestowanych   w   jej   przyszłość.   Zamknięcie   jej 
laboratoriów byłoby ciosem dla medycyny, sir.

Premier przez chwilę patrzył na ambasadora w milczeniu i przeżuwał to, co usłyszał. 

Potem pochylił się do przodu.

– Panie ambasadorze, ta firma potraktowała mój kraj jak poligon; podobnie jak kilka firm 

farmaceutycznych potraktowało kraje Trzeciego Świata. W pogoni za zyskiem wykorzystała 
obywateli brytyjskich jako króliki doświadczalne.

Greely przełknął, ale nie odpowiedział.
– Naukowcy mawiają, że jeśli coś jest wykonalne, zostanie zrealizowane bez względu na 

przepisy.   Przyjmuję   to   do   wiadomości,   ale   chcę   głośno   i   wyraźnie   powiedzieć,   że   jeśli 
zrobicie po swojemu, to samo będzie dotyczyło was.

Greely skinął głową.
– Proszę przekazać prezydentowi moje uwagi i wyrazy szacunku. Niech pan mu powie, 

że chcę, aby cofnięto Lehmanowi wszystkie licencje. Chcę, aby pozostawiony majątek firmy 
został przeznaczony na odszkodowania dla rodzin ofiar. I chcę, aby Vance i Klein stanęli 
przed sądem tutaj, w Anglii. Czy wyrażam się dostatecznie jasno?

Greely znów przełknął i wstał wolno.
–  Tak,   sir.   Czy   mimo   różnicy   zdań   między   naszymi   rządami   w   kwestii,   w   której   z 

pewnością uda nam się porozumieć, biorąc pod uwagę dotychczasową wyjątkową zgodność 
między nami, jest miejsce na jakiś kompromis, który mógłbym przedstawić prezydentowi?

– Nie ma – warknął premier.
Greely był zaskoczony. To nie był język dyplomacji.
– Tak twarde stanowisko, sir, nasuwa pytanie...
–  Jest  pan  ciekaw  klauzuli  „w  przeciwnym  razie”?  –  przerwał  premier.  – Może  pan 

background image

przekazać   prezydentowi,   że   ta   kwestia   jest   dla   rządu   Jej   Królewskiej   Mości   sprawą 
najwyższej   wagi.   Co   najmniej   tak   ważną,   jak   dla   niego   proponowany   przez   Stany 
Zjednoczone system globalnej obrony antyrakietowej.

Wydawało się, że Greely na moment przestał oddychać. Potem skinął głową i wycofał 

się.

Sześć   godzin   później   premier   uśmiechnął   się   na   widok   otrzymanej   wiadomości. 

Zadzwonił do Sci-Medu.

– Zgodzili się – powiedział do Johna Macmillana. – Drę pańską rezygnację.