background image

 
 
 
 

STARWARS 

 

Walter Jon Williams – Szlak przeznaczenia                                                                           25...30 

Sean Williams, Shane Dix – Heretycy mocy I: Ruiny imperium                                           25...30 

Sean Williams, Shane Dix – Heretycy mocy II: Ruiny imperium                                          

25...30 

 

 
 
 

 

W ostatniej próbie ratowania galaktyki Luke Skywalker, jego żona Mara oraz Jacen Solo wy-

palają nowe granice w nieznanych dotąd obszarach. Wielka epopeja Gwiezdnych Wojen trwa 

dalej...

background image

PROLOG 

Człowiek, który nie był już człowiekiem, stał przed Obcym który nie był tym, czym się wyda-

wał. 

- Wszystko jest przygotowane - rzekł człowiek. 

Obcy posmakował językiem powietrze, jakby szukał w nim kłamstw. 

- Jesteś pewien? 

- Tak, generale - odparł tamten stanowczo. Bardzo starannie kontrolował swoją postawę. 

Obcy, z którymi sądził, że ma do czynienia, doskonale umieli odczytywać język ciała. Naj-

drobniejszy gest czy drgnienie mięśnia twarzy mogło zostać uznane za niepewność. - Czuj 

ność ludności została uśpiona fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, a jeśli nawet nie bez-

pieczeństwa, to przynajmniej nadziei na to, że pewnego dnia będą bezpieczni. Jeśli nie zaj-

dzie nic nieprzewidziane go, wszystko powinno pójść zgodnie z planem. 

- Jestem zadowolony - rzekł Obcy. Krążył niespokojnie przed człowiekiem, stukając szpona-

mi o podłogę. 

Człowiek odetchnął z ulgą. Spełnienie warunków układu z jego strony było istotnie sprawą ży-

cia lub śmierci. 

- Czy to znaczy... 

- Kiedy powrócisz, a ja będę całkowicie pewien, że wywiązałeś się ze swojej części umowy - 

rzekł Obcy ostro - wtedy, ale tylko wtedy dostaniesz to, czego pożądasz. 

Ogon obcego uderzył w ziemię. Koniec dyskusji. Nawet słowami nie wyraziłby tego jaśniej. 

Człowiek wzruszył ramionami i skinieniem głowy przyjął warunek. Nie było powodu, aby są-

dzić, że coś pójdzie 

11

background image

inaczej, niż oczekiwano. Dostanie to, czego pragnął. Przecież dopilnował wszystkiego. 

- Zostawię pana zatem, generale - rzekł. - Jeśli pan pozwoli. 

Obcy zerknął na niego przelotnie. 

- Możesz odejść - zgodził się, wydając serię odgłosów zbyt intensywnych, aby ludzkie ucho 

mogło ich słuchać bez przykrości, lecz jednocześnie tak subtelnych, że tylko niewiele istot mogło 

je zrozumieć. Żadna ludzka istota nigdy nie wydała bodaj jednego dźwięku w tym języku. 

Lecz od tego człowieka oczekiwano, aby posługiwał się nim płynnie. 

- Spotkamy się tutaj za kilka dni. 

- Możesz być pewien, że będę czekał - rzekł obcy, wciąż krążąc po podłodze. - I pamiętaj: 

mamy to, czego chcesz. 

Człowiek  skłonił  się,  wiedząc,  że  nigdy  tego  nie  zapomni.  Opuścił  statek  patrolowy  przez 

wąski korytarz startowy, z wystudiowaną łatwością przystosowując się do stanu nieważkości. 

Niecierpliwie  czekał,  by  zgłosić  się  po  to,  co  mu  się  słusznie  należało  -  triumfalny  początek 

nowego życia. Nieważne, ile istnień to będzie kosztować. Stanie radośnie przed płonącym stosem 

ciał, jeśli tego będzie trzeba, aby ogrzać się w ogniu nieśmiertelności. 

Z uśmiechem wziął kurs na swoje przeznaczenie.

background image

 

I  

W Y P R A W A

background image

Luke Skywalker wspinał się po kamienistym zboczu. Płuca płonęły mu z każdym ciężkim odde-

chem. Z ulgą stwierdził, że jego siostrzeniec również z trudem chwyta powietrze; znaczyło to, że 

jego własne problemy ze wspinaczką nie miały nic wspólnego z wiekiem czy brakiem kondycji. 

Atmosfera na Munlali Mafir była po prostu zbyt rzadka, to wszystko. 

Za plecami słyszeli przerażające wycie Krizlawów. Dźwięk był wysoki i przenikliwy, nawet 

w tej rzadkiej atmosferze, i przeszywał ich dreszczem. Luke wiedział, że obce istoty o gład-

kiej różowej skórze i wielkich, podobnych do rancora łbach, pochylonych nisko nad ziemią w 

poszukiwaniu  zapachu,  nie  mogą  być  daleko.  Zbliżały  się  od  strony  ruin  pałacu,  polując  na 

grupę desantową. 

Obejrzał  się przez ramię, prawie się spodziewając, że już obgryzają mu  pięty.  Na  szczęście 

nie były aż tak blisko. Na jego oczach cała siódemka wyłoniła się spod ozdobnej arkady u stóp 

najbliższego muru, potykając się o siebie i zsuwając po stercie gruzu, by jak najszybciej dotrzeć 

do świętego kopca. Z okna wyskoczyły jeszcze trzy i przetoczyły się poza zasięg wzroku, lądu-

jąc za jednym z posągów. 

Małe czerwone oczka, dwa cienkie ramiona zakończone trzema jadowitymi szponami, dwie 

potężne  nogi,  stworzone  do  skoku,  pyski  o  elastycznych  szczękach,  dość  rozciągliwych,  by 

jednym kłapnięciem pochłonąć ludzką głowę... 

Ta myśl przypomniała Luke'owi, że powinien się ruszyć z miejsca. 

- Jest ich tylko dziesięć - zauważyła doktor Soron Hegerty ze zdziwieniem słyszalnym nawet 

mimo ciężkiego oddechu. Wydawało się, 

15

background image

że idzie z większym trudem niż pozostali, nie nadążając nawet z pomocą Jacena.  - Zawsze... 

zawsze bywa ich... jedenaście... Myślałam... że to może mieć... znaczenie. 

W sekundę później z okna wyskoczył jeszcze jeden Krizlaw, roztrzaskując resztki ozdobnej 

framugi, i ruszył w stroną kopca. 

Pani ksenobiolog pokręciła głową, jakby bardzo męczył ją fakt, że zawsze ma rację. 

- Jedenaście - potwierdziła. 

- Chodźmy, pani doktor - przynaglił Jacen. Luke poczuł, że siostrzeniec z lekka podbudo-

wuje Mocą jej wytrzymałość. - Musimy iść! 

- Myślicie, że to rytualna wataha łowiecka? - zapytał porucznik Stalgis. Krępy żołnierz 

Imperium w lekkiej zbroi bojowej obrócił się i strzelił w kierunku wspinającej się na wzgórze 

siódemki. Strzał trafił jednego z obcych w ramię, wywołując rozdzierający wrzask bólu, ale 

nie zatrzymał stworzenia. 

- Coś... w tym stylu - wydyszała Hegerty. 

Luke  i  Jacen  wymienili  zatroskane  spojrzenia.  Pani  ksenobiolog  szybko  się  męczyła,  a 

szczyt kopca wciąż pozostawał dość daleko.  Konstrukcja składała się z ziemi ubitej na central-

nym kamiennym rdzeniu i tworzyła wysoką, stożkową pseudopiramidę o ściętym, płaskim, ka-

miennym  szczycie,  doskonale  nadającym  się  na  zaimprowizowane  lądowisko.  Wahadłowiec 

czekał na nich z rozgrzanymi silnikami, gotów od razu wzbić się w powietrze.  Jedynym pro-

blemem było tempo: ze słabnącą panią doktor nie mieli szans do niego dotrzeć. 

Obaj  Jedi  obejrzeli  się  jednocześnie.  Krizlawowie  pokonywali  stok  pewnymi,  równymi  sko-

kami, wczepiając się w zbocze mocnymi pazurami i odbijając niewiarygodnie silnymi mięśniami 

ud. W chwili, gdy stworzenia się zorientowały, że Luke i Jacen stoją, przyspieszyły kroku, z każdym 

skokiem wyjąc coraz głośniej. Luke widział, jaki skutek to wycie wywierało na niższych formach 

życia - obserwował kiedyś pożywiających się Krizlawów. Potężne wibracje wydawanych dźwię-

ków paraliżowały ośrodki nerwowe, otumaniały zmysły i wprawiały mięśnie w konwulsje. Krizla-

wowie zjadali sparaliżowaną ofiarę w całości. Doktor Hegerty twierdziła, że uważają bijące serce za 

niezbędne do dobrego trawienia. 

Ale tego Jedi nie strawicie, z determinacją pomyślał Luke. Ani w całości, ani w kawałkach! 

Wysłał swoje zmysły głęboko pod powierzchnię kopca. Co z tego, że grunt był ubity; w koń-

cu gleba to nie żelbet. Pod powierzchnią kryły się szczeliny, wiele punktów nacisku, które po 

jednym solidnym pchnięciu powinny... 

16

background image

Jest. Dał znak Jacenowi i związał się myślą z siostrzeńcem, wykorzystując technikę więzi w 

Mocy, którą długo ćwiczyli w ostatnim okresie. Wspólnie pchnęli punkt nacisku, który znalazł 

pod powierzchnią. Ze zbocza poniżej nich buchnął kurz, jakby zbudziła się do życia zakopana 

maszyna. Deszcz grud ziemi ukrył poruszające go siły, wyrzucony w górę grunt spadł, porusza-

jąc kolejne warstwy i tworząc niewielką lawinę, która nabierała siły, aż opadła na Krizlawów, 

spychając ich z powrotem do podnóża. 

Stalgis uniósł brew. 

- Niezłe - rzekł z aprobatą i wyraźną ulgą. Przerzucił karabin przez ramię i ruszył w górę nie-

co spokojniejszym krokiem. 

- To jeszcze nie koniec - upomniał go Jacen. 

Luke zgodził się z nim w milczeniu. Zmuszając się, by iść dalej, uruchomił komunikator. 

- Jesteśmy w drodze - zameldował. - Jakieś problemy? 

Pilot imperialnego wahadłowca nie tracił czasu na rozmowy. 

- Czysto. Jesteśmy gotowi do startu. 

Ponad głowami słyszeli już wycie silników. Luke z ulgą pomyślał, że za chwilę wzbiją się w 

górę, i pozwolił sobie na moment zastanowienia, co właściwie poszło źle. Z początku wydawa-

ło się, że wszystko jest w porządku. Munlali Mafir była miejscem wskazanym przez Hegerty 

jako jedna z planet, gdzie miejscowa ludność mówiła o wędrownej planecie, która pojawiła się 

w  ich  systemie,  pozostała  na  krótko,  po  czym  znikła.  Nie  musiała  to  być  Zonama  Sekot,  ale 

wszyscy się zgodzili, że ślad wart jest zbadania. 

Po przybyciu na miejsce okazało się jednak, że coś się zmieniło. Jostrańscy tubylcy Munlali 

Mafir byli - zgodnie z zapiskami Hegerty - wolno poruszającymi się stonogami niewiele więk-

szymi  od  ludzkiego  ramienia.  Na  planecie  znaleźli  jednak  tylko  kolonię  Krizlawów  -

wymienionych jako stadne, krwiożercze bestie o inteligencji nie wyższej od przeciętnego nerfa - 

i  ani  śladu Jostran. Coś się zdarzyło;  coś, co wyniosło  Krizlawów do pozycji istot  inteligent-

nych, jednocześnie niszcząc Jostran. Może tak się stało, a może zapisy sond imperialnych były 

całkowicie mylne. Krizlawowie używali tego samego języka, który Hegerty wprowadziła do za-

pisu. Różnica polegała jedynie na tym, że przypisywano go Jostranom. 

Krizlawowie nie byli gatunkiem zainteresowanym gwiazdami. Przybycie wahadłowca imperial-

nego spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. Luke, Jacen, Hegerty i niewielka gwardia hono-

rowa szturmowców zostali zaproszeni na uroczysty bankiet, gdzie goście mogli podziwiać 

17

background image

ponure rytuały kulinarne tubylców. Lokalny kacyk, który niczym nie różnił się od innych poza 

tym, że zawiązał sobie wokół nieistniejącej talii jaskrawy pas, bez wahania podzielił się z nimi 

legendą  o  Gwiezdnym  Świecie,  który  pojawił  się  na  niebie  czterdzieści  lat  temu.  Obserwacje 

były cokolwiek ograniczone z powodu braku lunet i wszelkich innych instrumentów optycznych, 

ale wydawało się, że Gwiezdny Świat widniał na niebie Munlali Mafir w postaci niebieskozielo-

nego światła. Pozostał tam mniej więcej przez trzy planetarne miesiące, po czym znikł równie 

tajemniczo, jak się pojawił. 

Przez okres przebywania Gwiezdnego Świata na firmamencie Munlali Mafir przechodziła czas 

wzmożonej aktywności sejsmicznej. Liczne wulkany rozsiane po całej planecie wybuchały, ziemie 

trzech  kontynentów  dygotały  od  wstrząsów.  Wszystko  to  sprawiło,  że  wielu  mieszkańców  po-

niosło śmierć. Ówcześni tubylcy - Jostranie czy Krizlawowie, tego Luke nie wiedział na pewno 

- nie mieli żadnej wiedzy geologicznej ani też nie rozumieli efektu grawitacyjnego, jakie ciała 

niebieskie mogą na siebie wzajemnie wywierać. Pomimo to jednak skojarzyli nagły atak kata-

strof z przybyciem nowej planety. Dla nich Gwiezdny Świat był zwiastunem śmierci i chaosu i 

Luke musiał długo tłumaczyć kacykowi i jego plemieniu, że niewielkie jest prawdopodobień-

stwo, aby kiedykolwiek powrócił. 

I wtedy właśnie zaczęły się kłopoty. 

W chwili gdy Luke stwierdził, że odwiedziny wędrownej planety to był czysty przypadek i nie 

ma  powodów  przypuszczać,  aby  się  powtórzyły,  wśród  zebranych  zapadła  nagła  cisza.  Luke 

przypuszczał,  że  Zo-nama  Sekot  po  prostu  szukała  bezpiecznej  kryjówki  i  odleciała  natych-

miast, skoro tylko okazało się, że Munlali Mafir jest zamieszkana. Zapewniał kacyka, że praw-

dopodobnie  Gwiezdny  Świat  znajduje  się  teraz gdzieś po drugiej stronie Nieznanych Obszarów. 

Wyjaśnił,  że  straszne  konsekwencje  jej  odwiedzin  -  zniszczenie  niemal  wszystkich  kamiennych 

miast planety, zakłócenie prądów oceanicznych i wpływ na tak  ważne czynniki środowiskowe 

jak formacje wodonośne - były jedynie tymczasowe. Obiecywał, że wkrótce wszystko wróci do 

normy. 

Tubylcy jednak, zamiast ucieszyć się z tych zapewnień, wydawali się dziwnie poruszeni. Na 

sygnał kacyka pojawili się strażnicy; i goście - mile widziani jeszcze chwilę wcześniej - nagle 

stali się więźniami. Luke zabronił swemu oddziałowi jakiejkolwiek formy oporu, przekonany, 

że zdoła uniknąć gwałtownej konfrontacji, używając tylko perswazji. Dopiero kiedy spróbował 

nawiązać kontakt z kacykiem poprzez Moc, okazało się, że nie jest to takie proste. 

18

background image

Okazało się bowiem, że te istoty mają dwa ośrodki świadomości. Luke mógł przekonać każ-

de inne stworzenie, aby wypuściło ich wolno, jednak w kacyku Krizlawów nie było miejsca, na 

które mógłby wywrzeć wpływ. Jeden ośrodek myślowy był wyraźny i czujny, i bez trudu ukrył 

się przed jego sondą, drugi zaś tępy i mętny, śliski jak jajo nooroopa. Nie mógł właściwie wpły-

nąć na żaden z nich i świadomość tego na chwilę wytrąciła go z równowagi. Nigdy wcześniej 

nie spotkał się z taką sytuacją. 

W trakcie zamieszania jeden ze szturmowców został przewrócony na ziemię. Ubrany w dłu-

gą szatę Krizlaw odchylił jego głowę do tyłu i wcisnął mu do ust coś w rodzaju wijącej się lar-

wy. Szturmowiec zakrztusił się, spróbował wypluć maleńkie stworzenie, ale było już za późno. 

To  wystarczyło  Luke'owi.  Zrezygnował  z  próby  bezpośredniego  kontrolowania  sytuacji  i 

użył Mocy, by odepchnąć Krizlawa w długiej szacie od leżącego szturmowca. Mężczyzna wciąż 

dawał silne oznaki życia pomimo obrzydzenia, jakie wywołała w nim nieoczekiwana  „prze-

kąska”. Luke odepchnął strażników i podbiegł do leżącego, Jacen zaś szybko uwolnił siebie i 

pozostałych. W ciągu kilku sekund wyrwali się Krizlawom i uciekli. 

Luke  słyszał  za  plecami  skrzekliwy  głos  kacyka,  wydającego  rozkazy  swym  podwładnym. 

Wkrótce utworzyła się grupa jedenastu „rytualnych łowców”, jak ich określała Hegerty, i rzuci-

ła się za nimi w regularny pościg. 

Gonitwa  po  rozpadającym  się  pałacu  była  szybka  i  zacięta.  Dwaj  szturmowcy  zamykający 

grupę  uciekinierów  błyskawicznie  znaleźli  się  w  szponach  i  szczękach  prześladowców.  Ich 

przerażające  krzyki  długo  jeszcze  ścigały  grupę,  ale  swoją  śmiercią  podarowali  pozostałym 

kilka  cennych sekund.  Kiedy jeden z Krizlawów dopadał  zdobyczy,  cała  grupa zatrzymywała 

się, by wspólnie pożreć ofiarę. Była to  pierwsza wskazówka, która pozwoliła Hegerty zrozu-

mieć charakter rytualnej grupy łowców, składającej się z jedenastu Krizlawów. Luke  miał na-

dzieję, że teraz, kiedy większość jedenastki leżała pod gruzem, prześladowcy dadzą im spokój. 

Była to przyjemna myśl, lecz Luke wciąż jeszcze nie chciał wierzyć, że ich kłopoty dobiegły 

końca. Nawet teraz, kiedy byli już blisko szczytu ceremonialnego kopca, nie pozwalał sobie na 

ulgę, którą wyczuwał już ze strony Stalgisa i Hegerty. Pewność siebie to prosta droga do osła-

bienia czujności, a to mogło ich kosztować życie. Nie chciał wierzyć, że udało im się uciec, 

dopóki nie uciekną naprawdę. 

19

background image

Wreszcie zbocze straciło swoją stromiznę i niebawem cała grupa chwiejnym krokiem dotarła 

do  płaskiej  części  szczytu.  Wahadłowiec  klasy  Sentinel  spoczywał  na  zerodowanym  postu-

mencie,  pokrytym  reliefami  przedstawiającymi  mityczną  walkę  dwóch  paskudnie  wyglą-

dających  bóstw.  Na  szczycie  wysuniętej  rampy  stał  pilot  imperialny  w  szarym  mundurze  i, 

machając ręką, przynaglał ich do pośpiechu. 

- Co mu się tak spieszy? - oschle mruknął Stalgis, podtrzymując pod ramię szturmowca, 

którego zmuszono do połknięcia larwy. – Nie można przez chwilę pooglądać widoków? 

- Może chodzi o to - mruknął Jacen, wskazując przed siebie. 

Trzech  Krizlawów,  którzy  oddzielili  się  od  reszty  grupy  u  stóp  wzgórza,  zdążało  ku  nim  na 

długich łapach w niezgrabnych, ale zadziwiająco skutecznych skokach. Widać było, że pierwsi 

znajdą się przy wahadłowcu, co w pewnym sensie usprawiedliwiało ich triumfalne wrzaski. 

Luke zebrał Moc wokół siebie i Jacena. Używając jej do przyspieszenia własnych  ruchów, 

dawali pozostałym szansę na dotarcie do wahadłowca. Trzy stworzenia nie stanowiły godnych 

przeciwników dla dwójki zbrojnych w miecze i wyszkolonych Jedi. 

Zaledwie  jednak  zrobił  dwa  kroki,  kiedy  z  drugiego  krańca  płaskowyżu  po  prawej  stronie 

rozległy  się  identyczne  ryki.  Szybki  rzut  oka  pozwolił  mu  stwierdzić,  że  zbliżało  się  do  nich 

jeszcze ośmiu Krizlawów. 

-  Znowu jedenastu - bez tchu szepnęła Hegerty. Wydawała się załamana. 

-  To nie mogą być ci, których przysypaliśmy - stwierdził Jacen. - To niemożliwe! 

-  Nie są ci sami - wtrącił Luke. - Mają inne znaki. Zastąpili tamtych. 

- Skąd wiedzieli? - zapytał Stalgis. 

Pytanie straciło na znaczeniu, kiedy banda jedenastu wyjących obcych okrążyła uciekinierów. 

Dwaj  Krizlawowie odłączyli się od reszty  i  ruszyli  w  kierunku wahadłowca.  Imperialny  pilot 

uznał, że najwyższy czas schronić się w środku. W sekundę później z komór wysunęły się lufy 

działek laserowych, strzelając nieco na oślep, bo napastnicy zręcznie unikali zagrożenia, za-

skakując strzelca swoją szybkością. 

Luke przystanął. Nie było sensu tracić energii na szalony bieg w kierunku statku, jeśli nie ist-

niała szansa, by do niego dotrzeć. Wysłanie po nich śmigacza pokładowego również nie miało 

sensu, bo to mogło uratować jedynie dwoje z całej grupy, a i to przy sporym szczęściu. Chwila 

medytacji stłumiła gniew i frustrację; to nie czas na mrocz- 

20

background image

niejsze uczucia. Musi istnieć inny sposób, by uratować grupę przed zbliżającymi się obcymi. 

Stalgis  przyjął  postawą  strzelecką  i  wypuścił  ze  dwanaście  serii  jedna  po  drugiej.  Jeden  z 

Krizlawów potknął się i upadł.  Z miejsca, gdzie  przed chwilą miał ramię, tryskał  gejzer krwi. 

Luke ze zgrozą ujrzał, że stworzenie podniosło się chwiejnie na nogi i, kulejąc, parło naprzód. 

Stalgis zacisnął szczęki, jakby miał zamiar kogoś pogryźć ze złości, ale nie przestawał strzelać. 

Luke  i  Jacen  ustawili  się  na  dwóch  wierzchołkach  defensywnego  trójkąta,  Stalgis  i  drugi 

szturmowiec zajęli trzeci. Zmęczona Hegerty znalazła się w środku. Pani ksenobiolog była tyl-

ko trochę starsza od Luke'a, ale nie miała doświadczenia w walce. Ten typ ekspedycji, do jakie-

go była przyzwyczajona, nie musiał zbyt często ratować się ucieczką; tak przynajmniej sądził Lu-

ke. 

Krizlawowie rozstawili się wokół nich kręgiem. Luke użył Mocy, by zniechęcić tych, którzy 

podeszli najbliżej, ale wiedział, że nie minie wiele czasu, a wszyscy razem rzucą się na nich. A 

nie było sposobu, by odepchnąć wszystkich dziewięciu naraz. 

Skoncentrował się w oczekiwaniu na nieunikniony atak i walkę na śmierć i życie. Na chwilę 

powędrował myślami do syna, który pozostawał bezpieczny w sercu Sojuszu Galaktycznego, i 

przesłał  cichą,  pozbawioną  słów  prośbę  o  przebaczenie  do  Mary,  oczekującej  na  orbicie  w 

„Cieniu Jade". 

Wyjście „Sokoła Millenium" z nadprzestrzeni trudno byłoby nazwać łagodnym. Leia chwyciła 

się kurczowo poręczy fotela drugiego pilota, szczęśliwa, że Han wreszcie zainstalował siedzisko 

na miarę jej drobnej sylwetki. 

Za plecami usłyszała brzęk i łoskot C-3PO. 

- Och, nie - jęknął złocisty robot, niepewnie drepcząc w miejscu, 

by utrzymać równowagę. - Mam nadzieję, że na nic nie wpadliśmy! 

Han pomanipulował przełącznikami, kiedy jednak i to zawiodło, rozparł się w fotelu i kopnął 

podstawę konsoli. W kilka chwil później trajektoria się wyrównała. 

- Przepraszam, moi drodzy - rzucił w przestrzeń. - Normalna praca 

urządzeń przywrócona. 

Leia wzniosła oczy ku niebu, po czym zerknęła na Tahiri. Młoda Jedi tkwiła stoicko w swo-

im fotelu ze wzrokiem utkwionym w jakiś  punkt poza sklepieniem kabiny. Przez  całą drogę 

pozostawała cicha i obojętna na wszelkie próby nawiązania rozmowy, skupiona na tym, 

21

background image

co działo się w jej wnętrzu. Leia nie naciskała. Czuła, że w umyśle  dziewczyny odbywa się 

skomplikowany proces dochodzenia do normy, i nie chciała go zakłócać. 

Czasem jednak odnosiła wrażenie, że właściwsze byłoby bardziej bezpośrednie podejście  - 

zwłaszcza w chwilach, kiedy ponure milczenie trwało godzinami i wydawało się nie mieć koń-

ca. Nagła utrata przytomności na Galantos była niespodziewanym zwrotem w chorobie Tahiri, 

a wydarzyła się w chwili, kiedy Leia była już pewna, że dziewczyna jest na najlepszej drodze 

do wyzdrowienia. Nie mogło jednak być pomyłki co do jej reakcji, kiedy się ocknęła. Bez jej 

doskonale wytrenowanych instynktów Jedi mogli nie dotrzeć na orbitę  ani też nawiązać kon-

taktu z tajemniczym Rynem, który pomógł jej w ucieczce. 

Leia westchnęła w duchu. Cokolwiek działo się z Tahiri, było przerażająco nieprzewidywal-

ne. 

Odbiornik podprzestrzenny zapiszczał. Leia spojrzała na zakres i otworzyła linię. 

Z głośników dobiegł głos kapitan Mayn. 

- „Sokół", oczekuję instrukcji. 

- Miło, że się przyłączacie, „Selonia" - odparła Leia. - Udana podróż? 

- Przyjemny spacerek, jak to w nadprzestrzeni. 

Leia  uśmiechnęła  się  na  tę  uwagę  i  spojrzała  na  planetę,  która  znajdowała  się  przed  nimi. 

Bakura  była  pięknym,  zielono-niebieskim  światem,  znanym  z  eksportu  towarów  rolniczych 

oraz  podnośników  repulsorowych.  Jej  dwa  księżyce  pokrywały  kopalnie  materiałów  wy-

korzystywanych przy budowie drugiej Gwiazdy  Śmierci.  Planeta znajdowała się na skraju  ga-

laktyki, dokładnie po przeciwnej stronie korytarza  światów, które  jako pierwsze padły  ofiarą 

inwazji Yuuzhan Vongów. „Od Bonadanu do Bakury poprzez Bothawui”, głosiło stare porze-

kadło, sugerujące, że łatwiej było dostać się z Sektora Korporacyjnego na Bakurę długim ob-

jazdem przez przestrzeń Bothan, aniżeli wprost przez Jądro, pełne nakładających się cieni pla-

net  i  zdradzieckich szlaków nadprzestrzennych. Łączyły one również trzy wysoko  rozwinięte 

technicznie, ale poza tym bardzo różne światy. O ile Bakura pyszniła się zielenią i pastwiskami, 

Bonadan był pełnym pustyń stepem, znajdując się na całkowicie przeciwnym biegunie degra-

dacji środowiska. 

Belkadan, pierwszy świat zaatakowany przez Yuuzhan Vongów i jeden z sąsiadów Bonadana - 

o ile można było go tak nazwać - znajdował 

22

background image

się we własnym obszarze widma, bo jego biosfera została zmodyfikowana tak, aby odpowiadała 

fabrykom  biologicznym  założonym  przez  obcych,  Leia miała nadzieję, że nigdy nie nadejdzie 

dzień, kiedy taka degradacja ogarnie galaktykę od krańca do krańca, wiążąc wszystkie znane jej 

światy siecią bólu i poświęcenia. Jeśli pewnego dnia Shimrra zapanuje nad Bakurą, będzie wie-

działa, że to rzeczywiście koniec. 

Na razie jednak świat wydawał się spokojny. 

Liczne satelity krążyły po orbicie planety. Leia domyślała się, że niedługo ktoś ich zauważy i 

wywoła  „Sokoła"  albo  „Dumę  Selonii".  Przyjmując,  że  wciąż  stosuje  się  dawne  procedury, 

wszelkie wejścia do systemu były starannie monitorowane, bo rząd Bakuran ciągle jeszcze oba-

wiał się kolejnego ataku Ssi-ruuków. Po pierwszej próbie, dwadzieścia pięć lat temu, zaprojek-

towano  i  zbudowano  cztery  niszczyciele,  krążowniki  „Intruz",  „Strażnik",  „Wartownia"  i 

„Obrońca", które miały strzec systemu. Dwa z nich: „Strażnik" i statek flagowy sił zadaniowych 

„Intruz", zostały zniszczone, kiedy przyłączyły się do Nowej Republiki w Selonii i Centerpoint. 

Twierdzy strzegły już zatem tylko „Obrońca" i „Wartownia". 

- Czy coś ci to przypomina, Leio? - zapytał Han z krzywym uśmieszkiem, wyciągnął rękę i lek-

ko ścisnąć jej palce. Odpowiedziała mu tylko uśmiechem. Odwiedzili Bakurę raz, na początku 

ich związku. W innej sytuacji pewnie z przyjemnością wspominałaby te szalone lata. 

- Szykuj się, „Selonia" - poleciła Mayn. - Sprawdź, czy możesz zaalarmować sieć planetar-

ną. Nie zdradzaj naszej obecności, użyj kodów rejestracyjnych „Selonii". - Mayn odpowiedzia-

ła twierdząco i Leia przełączyła się na inną częstotliwość. - „Bliźniacze Słońca Jeden", 

utrzymuj formację i czekaj na dalsze rozkazy. 

- Rozumiem. - Głos Jainy dochodzący z kabiny X-winga brzmiał rzeczowo. Pozostałe z 

eskadry Bliźniaczych Słońc myśliwce otoczyły dwa statki dowodzenia spłaszczonym dwuna-

stokątem bez jednego kąta. 

- Wyczuwasz coś, Jaino? - zapytała Leia. 

- Nic niezwykłego. 

- A ty, Tahiri? 

- Tak? - młoda Jedi poderwała się, jakby przebudzona z głębokiej zadumy. - Przepraszam, 

nie dosłyszałam? 

- Pytałam, czy wyczuwasz coś niezwykłego poprzez Moc - powtórzyła Leia. 

- O, nie... jeszcze nic, przynajmniej na razie. - Tahiri przymknęła oczy i wysłała myśli w 

przestrzeń na poszukiwania ech jakichkolwiek istot wokół Bakury i na planecie. 

23

background image

-  Tahiri właśnie szuka - wyjaśniła Jainie Leia. 

Jaina  skwitowała  to  krótkim,  lecz  znaczącym  milczeniem.  Leia  zauważyła,  że  stosunki  po-

między Jainą a Tahiri znacznie się ochłodziły,  ale nie miała jeszcze czasu zapytać o to  córki. 

Obecny układ - kiedy Jaina więcej przebywała na warcie aniżeli z matką, na pokładzie „Sokoła" 

- nie pozwalał na dłuższe chwile spędzone sam na sam. Jeśli wydarzyło się coś, co zniszczyło 

przyjaźń obu kobiet, Leia nie miała o tym pojęcia. 

-  Dobrze - odparła wreszcie Jaina. - Będziemy nadstawiać czujniki. 

Han wprowadził „Sokoła Millenium" w szeroki łuk, który miał się 

zakończyć wejściem na orbitę. Leia nie chciała pozostawiać żadnej niejasności co do ich poko-

jowych zamiarów pomimo eskorty wojskowej. Po niewyraźnych sugestiach Ryna wolała unikać 

ryzyka. Znów otworzyła kanał na „Selonię". 

-  Jakieś wieści, kapitanie? 

- Nic - odparła Mayn. - Zbieramy różne szumy, ale niewiele więcej. Na orbicie parkingowej 

i w dokach stacji jest sporo statków, ale wyglądają na zwykłe frachtowce. 

- Żadnych wyrzutni? 

- Nic nie widać. 

Leia rozważała przez chwilę tę informację. 

- Wywołujcie dalej - poleciła. - Albo o nas nie wiedzą, albo nas nie zauważyli. Tak czy ina-

czej, nie potrwa to długo. Trzymać kurs i zobaczymy, co się stanie. Bądźcie gotowi na 

wszystko. 

- Zrozumiano. 

Leia obejrzała się na Hana. Siedział obok niej w milczeniu, a czoło miał zmarszczone od troski. 

-Nic ci nie jest? Spojrzał na nią i uniósł jedną brew. 

- Naprawdę muszę potwierdzić? zapytał. 

Pokręciła głową z westchnieniem. Nie musiał jej mówić, że ma złe przeczucia. Ona też czuła, 

że coś się dzieje. Bez dowodów nie mogła jednak zachowywać się inaczej niż normalnie. 

Wreszcie kanał podprzestrzenny zatrzeszczał i rozległa się odpowiedź: 

-  „Selonia", tu generał Panib z Bakurańskiej Floty Defensywnej. Jakie macie zamiary? 

Leia z wcześniejszej wizyty na Bakurze zapamiętała kapitana Grella Paniba. Przypuszczała, 

że to ten sam. Niski, sztywny rudzielec obdarzony wdziękiem głodnego Wookie. 

24

background image

Mayn zignorowała żądanie. 

- Jesteśmy sprzymierzeńcami, kapitanie, szukamy wektora dokowania... 

- Przykro mi, „Selonia", potrzebujemy więcej informacji, zanim przekażemy wam dane. 

- Co za... - mruknął Han. 

- To całkiem rozsądne żądanie - ciągnął dalej generał głosem pełnym napięcia, którego 

przyczyny Leia nie umiała odgadnąć. – Nie poinformowano nas o waszym przybyciu... 

- Generale Panib, mówi Leia Organa Solo - przerwała, zanim Han eksplodował. - Przyjechali-

śmy na waszą planetę z misją dyplomatyczną. Poinformowalibyśmy was wcześniej, ale ostat-

nio w tym rejonie są problemy z komunikacją. 

Generał zawahał się lekko. 

- Dziękuję za to wyjaśnienie. Istotnie, mamy problemy z komunikacją. Nalegam jednak, 

abyście teraz wyjaśnili, z czym przybywacie. 

- Hej, a może byś trochę spuścił z tonu? - warknął gniewnie Han. - Jesteśmy tą samą paczką, 

która uratowała wam skórę parę lat temu, pamiętasz? 

- Pamiętam, natychmiast rozpoznałem ten zdezelowany frachtowiec. 

Leia ukryła pełen troski uśmieszek, bo zobaczyła, że małżonek zmełł w ustach pełną oburzenia 

odpowiedź. 

- Teraz jednak sprawy nie wyglądają tak prosto - ciągnął Panib. - Jesteśmy tutaj w dość spe-

cyficznej sytuacji. 

- Jakiej sytuacji? - zapytała Leia. 

- Nie jesteście tu mile widziani - rozległ się nowy głos na zamkniętej częstotliwości. - Wyno-

ście się kraść statki gdzie indziej! 

- Co? - wykrzyknął Han. Tym razem nic nie było go w stanie powstrzymać. Poczerwieniał i 

pochylił się do przodu, by wykrzykiwać wprost w komunikator: - Słuchaj no, ty... 

- Czekaj Han - przerwała mu Leia. Spojrzał na nią, marszcząc brwi, ale posłuchał. - Generale 

Panib, czy ta osoba przemawia za pańskim zezwoleniem? 

- Z pewnością nie! - odparł generał oburzony. - Kimkolwiek jest, postawię go przed sądem 

wojennym, jak tylko... 

- Nie może pan nikogo wysłać pod sąd - zadrwił intruz. Zmienił głos, aby ukryć swoją toż-

samość. - Nie zdołasz bez końca ukrywać prawdy! 

- Kiedy się dowiem, kto jest za to odpowiedzialny – wykrzyknął generał - przysięgam, 

że... 

25

background image

- Prawdy? - podchwyciła Leia. - Jakiej prawdy? 

- Nie ma o czym mówić. - Generał podniósł głos, wyraźnie tracąc kontrolę nad sytuacją. - 

Nie potrzebujemy waszego wścibstwa! 

- Nie przybyliśmy, żeby wtykać nos w nie swoje sprawy – szybko odparła Leia. - Chociaż 

muszę przyznać, że obchodzą nas wasze problemy. Sądzę, że jesteście w wielkim niebezpie-

czeństwie, generale. Przypuszczam, że kontaktowali się z wami ludzie udający, że są wa 

szymi sprzymierzeńcami. Zapewniam pana, że nie są tymi, za których się podają. 

- A wy i owszem, jak sądzę odezwała się osoba, która wtrąciła się do ich rozmowy. Jej głos 

aż ociekał pogardą. - Przynajmniej nie kłapią jadaczkami po próżnicy, udając przyjaciół, pod-

czas kiedy w istocie osłabiają naszą obronność i narażają nas na atak. 

Leia zjeżyła się. 

- Nigdy nie opuściliśmy naszych sprzymierzeńców. 

- Nigdy nie opuściliście Dantooine i Ithory? - odparował obcy. - Ani Duro, ani Tynny, ani... 

Poczuła, że ogarniają zimna furia. 

- Utrata każdej planety jest dla nas ciężkim ciosem. Utrata każdego życia jest jeszcze więk-

szym! 

- Przepraszam bardzo, księżniczko - niespokojnie wtrącił się Panib. Generał zdecydowanie 

zmienił ton przez ostatnie kilka minut. Tym razem naprawdę czuł się winny. - Postaramy się 

jak najszybciej znaleźć źródło transmisji. 

- Ja też przepraszam, księżniczko - rozległ się zniekształcony głos intruza. - Chyba jednak 

nadszedł czas, abyśmy znaleźli sobie nowych sojuszników. 

- No, no - mruknął Han zza ramienia Leii, bacznie obserwując ekran. 

- Co jest? - rzuciła. 

- „Wartownia" właśnie otworzyła luki wyrzutni - mruknął, złowróżbnie kręcąc głową. 

Wskazał palcem na ekran. Z wyrzutni krążownika „Wartownia" wysypał się rój robotów bo-

jowych Ssi-ruuvi, kierując się wprost na nich. 

- Jeśli przybyliśmy, aby to powstrzymać, chyba jest już za późno. 

- Wujku Luke! Patrz! 

Jacen wprowadził wuja w podwójny umysł jednego z najbliższych  Krizlawów. Użył Mocy, 

aby zablokować mądrzejszy, silniejszy umysł,  ale  stworzenie  wciąż  napierało.  Niższy,  mniej 

rozwinięty mózg wy- 

26

background image

starczył, aby koordynować ciało, kiedy wyżej rozwinięty kompan był zajęty czym innym. 

- Niby jak miałoby nam to pomóc, Jacenie? - zapytał Luke. 

- Przypatrz się uważniej - odparł z naciskiem Jacen. -  Nie mamy do czynienia z pojedyn-

czymi istotami, to symbionty! 

- Dwa połączone stworzenia - z powątpiewaniem mruknął Luke. - Nie bardzo rozumiem, 

jak... 

Wtem, w jednej chwili, doznał olśnienia. Wyższy, inteligentniejszy umysł stworzenia należał 

do przywódcy – „Jeźdźca" i stanowił inteligencję sterującą; przekazywał polecenia, które wyko-

nywała reszta ciała,  nie  zważając  na  odniesione  obrażenia.  Niższy  umysł  należał  do  ciała,  co 

pozwalało mu poruszać się nawet w przypadku, kiedy wyższy umysł nie pracował. Teoria Jacena 

doskonale pasowała do faktów - zresztą Jacen znacznie lepiej rozumiał zwierzęta niż Luke. 

Jeśli jednak miał rację, niższy umysł powinien bez trudu ulec bólowi. Gdyby zaś tak miało 

być, dlaczego ten, któremu Jacen sparaliżował wyższy umysł, nie uciekł po prostu przed strza-

łami z miotacza Stalgisa? 

Wkrótce zrozumiał. „Jeźdźcy" byli okrutnymi zabójcami o prymitywnej inteligencji, niezbyt 

sprawnymi, jeśli chodzi o rozumowanie. Zostali wyszkoleni, aby polować, a nie dyskutować o 

różnicach ras. Stado będzie napierało tak długo, jak długo jakikolwiek z przywódców będzie 

trzymał w ryzach niższe umysły. 

W  ślad  za  Jacenem  Luke  wysłał  swoje  myśli  w  kierunku  kolejnego  kontrolującego  umysłu 

Krizlawów i otumanił przywódczy mózg. I tym razem zwierzę, pamiętające ostatnie instrukcje, 

nie  odłączyło  się  od  "  stada,  lecz  nadal  kłapało  szczękami,  usiłując  dosięgnąć  czwórki  ucie-

kinierów. Luke wraz z siostrzeńcem przechodzili od jednego napastnika do drugiego, oszałamia-

jąc wyższe umysły, ale dopiero po obezwładnieniu szóstego stworzenia pojawiła się zauwa-

żalna zmiana w zachowaniu stada. Stado nagle straciło koordynację, a ich wycie stało się bardziej 

niespokojne  i  agresywne.  Luke  wyczuwał  niepokój  ze  strony  pozostałych  wyższych  umysłów, 

obserwujących, jak otaczający ich kompani wracają do naturalnego stanu zezwierzęcenia. 

Być może było to fascynujące, warte obserwacji zjawisko, ale niewiele pomogło grupie de-

santowej.  Dwie  z  rozwścieczonych  istot  rzuciły  się  na  grupę,  ale  zostały  odparte  przez  połą-

czony  ogień  miotaczy  Stalgisa i poszkodowanego szturmowca. Jeden z  Krizlawów upadł  z ję-

kiem, drugi dostał strumieniem energii w gardło i odskoczył, charcząc  krwią. Minęła zaledwie 

sekunda, kiedy kolejny zaatakował z przeciwnej 

27

background image

strony.  Luke  wziął  go  na  siebie,  zrobił  krok  naprzód  i  wzniósł  miecz  świetlny.  Zatoczył  nim 

świetlisty łuk i wbił ostrze w miękkie, różowe podbrzusze stworzenia. Zwierzę upadło, ale nadal 

żyło - bezsilnie kłapało szczękami, pełznąc niezmordowanie w kierunku stóp Hegerty.  Stalgis 

opuścił pistolet i jednym celnym strzałem w bok łba ostatecznie pokonał bestię. 

Wtedy zaatakowała kolejna para, lecz ich atak był nieskoordynowany i niezręczny. Luke czuł, 

że jego świat koncentruje się na wściekłej masie rozjarzonych czerwonych ślepi i ostrych kłów, 

oplatanej świetlistymi strumieniami energii z ostrza miecza i miotaczy, które przydawały walce 

surrealistycznego charakteru. 

Kolejny Krizlaw zaatakował, rozdziawiając przerażająco elastyczny pysk, by go pochłonąć. 

Luke znów machnął mieczem, tym razem  z większą siłą myśl o Marze i Benie dodawała mu 

mocy i chęci przetrwania. Ostrze przecięło górne kończyny zwierzęcia, ale to nie wystarczyło, 

by powstrzymać jego skok. Całym rozpędem zderzyło się z Lukiem, przewracając go na zie-

mię. Potężne, zaślinione szczęki znalazły się nagle o centymetry od jego twarzy. Zanim  Luke 

zdołał podnieść miecz, pięć strzałów z niedalekiej odległości trafiło w głowę zwierzęcia. Krew 

i śluz obryzgały twarz Luke'a, a Krizlaw ciężko upadł na bok. Jedi powinien podziękować sztur-

mowcowi, który zastrzelił zwierzę, ale musiał poświęcić całą uwagę innym atakującym go stwo-

rzeniom. Nie było czasu na grzeczność. 

Luke zerwał się na nogi, unosząc miecz w oczekiwaniu na kolejny atak, który jednak nie na-

stąpił.  Nagle  wszyscy  Krizlawowie  cofnęli  się,  wydając  krzyk  tak  przeraźliwy,  że  pękały  od 

niego bębenki. Luke pozostał w pozycji obronnej, zdumiony, z ostrzem wciąż wzniesionym do 

walki. 

Powietrze wokół niego było aż gęste od zmieszanych, zwierzęcych myśli Krizlawów, którzy 

nagle rzucili się do ucieczki, potykając się  w bezładnym tumulcie i skacząc z krawędzi pła-

skowyżu. 

Zaskoczony  Luke  obejrzał  się  na  pozostałych.  Stalgis  miał  skaleczenie  na  czole,  szturmo-

wiec krwawił z rany po ugryzieniu na barku. Hegerty była cała i zdrowa, ale kiedy Jacen z za-

dowoloną miną podszedł do niego, widać było, że oszczędza prawą nogę. 

- Zdaje się, że to twoja robota? - zauważył Luke. 

- Udało mi się dotrzeć do niższych umysłów - odparł Jacen. - Wreszcie. Kiedy zdezorientowali-

śmy wystarczającą liczbę Jeźdźców", okazało się, że wierzchowce same nie potrafią się zor-

ganizować. Stado przestraszyło się nas i uciekło przy pierwszej nadarzającej się okazji. 

28

background image

- Czy stado jest inteligencją grupową? - zapytała Hegerty, wyraźnie zaintrygowana tym po-

mysłem. 

-Tak. O stałej liczbie elementów tworzących stabilną konfigurację - uzupełnił Jacen. 

- Oczywiście! - wykrzyknęła Hegerty. - Dlatego zawsze jest ich jedenastu! Prawdopodob-

nie tak ewoluowali, a kontrolujące je stworzenia po prostu to wykorzystały. 

- Zawsze wiedzą, kiedy pewna ich liczba zostaje zabita - dodał Jacen. - Za każdym razem, 

kiedy w grupie pojawiała się luka, natychmiast wypełniał ją kolejny Krizlaw, przy czym no-

wo przybyli zawsze wiedzieli automatycznie to samo, co pozostali. 

Luke skinął głową na znak, że się zgadza. To miało swój sens. Nie było jednak czasu na dys-

kusję. 

- Powinniśmy znaleźć się w wahadłowcu, dopóki mamy tę szansę - rzekł. - Wolałbym raczej 

nie zwlekać z odlotem, zanim przywódca sformuje kolejną grupę, tym razem z kompletem umy-

słów sterujących. 

Poszli za jego sugestią. Hegerty ruszyła pierwsza. Stalgis podpierał swojego rannego towarzy-

sza, Jacen i Luke chronili tyły. 

- Dobra robota - pochwalił siostrzeńca. - i  w samą porę. Nie wiem, jak długo jeszcze daliby-

śmy radę ich powstrzymywać. 

Jacen skinął głową. Na jego twarzy malowały się duma i ulga. 

- Musiałem coś zrobić. Nie mogłem pozwolić, aby pokonało nas stado zwierząt. 

- Nigdy nie lekceważ siły zwierzęcia - poważnie poradził Luke. - Potrafią samą liczebnością 

pokonać najdzielniejszych taktyków. Nie boją się śmierci, więc mogą okazać się najlepszą 

bronią przeciwnika. 

Dotarli do rampy bez dalszych przeszkód, choć  odległe wycie Krizlawów przypominało im 

niezmiennie, że powinni czym prędzej  wystartować, nie oglądając się za siebie. Luke pomógł 

zranionemu szturmowcowi wejść do wahadłowca i położył go na małej leżance. Stalgis  deptał 

mu po piętach, chwytając po drodze pakiet medyczny. 

- Trzeba go będzie dokładnie zbadać - powiedziała Hegerty zniżonym głosem, aby chory nie 

mógł jej usłyszeć. - To przymusowe karmienie mogło mu nie wyjść na zdrowie. 

- Teraz wydaje się stabilny - mruknął Jacen. - Jeśli nie liczyć rany na ramieniu. 

-  Sądzę, że doktor Hegerty bardziej martwią obrażenia wewnętrzne - odparł Luke, oglądając 

się przez ramię na Stalgisa, który opatrywał szturmowca. Teraz, kiedy walka dobiegła końca, 

ranny wyglądał na bledszego i słabszego niż przedtem. 

29

background image

Hegerty skinęła głową. 

- Musimy uprzedzić „Mężobójcę", że może okazać się konieczna natychmiastowa operacja... 

i odkażanie. 

- Ale dlaczego? - zdziwił się Jacen. 

- Sam powiedziałeś, że Krizlawowie są symbiontami - wyjaśniła. - Ale czy wiesz, z czym? 

- Sądzę, że z jakimś innym gatunkiem - odparł. 

Doktor znów skinęła głową. 

- Pamiętasz tych Jostran, których nie znaleźliśmy? 

Jacen pobladł, kiedy dotarło do niego, o co chodzi Hegerty. 

- Naprawdę sądzisz, że... ? 

Wzruszyła ramionami. 

- Może gdzieś jednak są... 

-  Musimy uprzedzić Tekli - rzekł Luke. Czuł ciężar w żołądku, ale to było niczym w porów-

naniu z uczuciami szturmowca, kiedy powiedzą mu o swoich podejrzeniach. Wyszedł z kabi-

ny, myślami wciąż krążąc koło sprawy Jostran/Krizlawów, podczas gdy pozostali zajmowali 

miejsca i przygotowywali się do startu. 

Teraz wszystko wydawało się sensowne, jak zwykle, kiedy się 

o czymś myśli w jakiś czas później. Przelot Zonamy Sekot nad planetą musiał zdestabilizować 

lokalne środowisko na tyle, że jakiś miejscowy klan lub wojowniczy podgatunek Jostran przejął 

władzę nad Krizlawami, co dało im pewną przewagę. Zonama Sekot pomogła temu klanowi, 

ale kosztem zagłady poprzedniej cywilizacji. 

Pilot poderwał statek w tym samym momencie, kiedy Luke dotarł do kabiny. Usiadł i prz y-

piął się pasami, nie spuszczając wzroku ze skanera. Do wahadłowca zbliżała się kolejna grupa 

Jostran/Krizlawów i Jedi był zadowolony, że nie muszą już stawiać jej czoła. Klęska była 

by tylko kwestią czasu. 

Luke z ulgą zauważył, że wahadłowiec wzniósł się na bezpieczną wysokość ponad głowy je-

denastu wyjących napastników, ale nie użył broni. Artylerzyści mogli bez trudu rozbić grupkę 

w proch, zanim wzniosą się wyżej, ale Luke wielekroć podkreślał, że to pokojowa misja i nie ży-

czy  sobie  rozlewu  krwi  -  ani  ludzkiej,  ani  żadnej  innej.  Do  tej  pory  Imperialni  bez  sprzeciwu 

przyjmowali te warunki, zwłaszcza że  kapitanowie Stalgis i Yage popierali tę postawę. Wielu 

członków załogi, w tym również sam Stalgis, miało rodziny i przyjaciół, którzy żyli tylko dzięki 

działaniom Galaktycznej Federacji Wolnych Przymierzy w okolicach Orindy. Pomimo wszyst-

ko  pewne  pretensje  pozostały.  Dla  niektórych  Luke  pozostawał  jedynie  rebelianckim  smarka-

czem, odpo- 

30

background image

widzialnym za śmierć Imperatora Palpatine'a. Niezależnie jednak od uczuć, jakie wobec niego 

żywili,  nie  pozwolił,  aby  ich  brak  szacunku  miał  wpływ  na  jego  poczucie  własnej  wartości  i 

autorytet. 

Porzucił te myśli, oparł się wygodnie o fotel i obserwował, jak wahadłowiec szybko wznosi 

się  w  górę, pozostawiając za sobą Munlali  Mafir. Cieszył się, że wraca do domu, a raczej do 

miejsca, które tę rolę spełniało bodaj tymczasowo. 

- Wywołaj „Cień Jade" - polecił obsłudze czujników. 

Ku zdumieniu Luke'a wezwanie odebrała Danni Quee. 

- Zdaje się, że mieliście kłopoty z tubylcami - zauważyła młoda uczona. 

- Niewielka sprzeczka przy kolacji, nic więcej. Jest tam Mara? 

- W tej chwili jest troszkę zajęta, ale to nic ważnego. Mam jej przekazać wiadomość? 

- Nie, nie warto. Powiedz tylko Tekli, żeby wzięła wahadłowiec na „Mężobójcę", bo mamy 

dla niej pacjenta. 

- Kto jest ranny? - zapytała szybko Danni. Nie musiała nic mówić, Luke wiedział, że niepo-

koi się o Jacena. 

- Jeden ze szturmowców - odparł krótko. - Właściwie nie ranny, tylko... - przez chwilę szu-

kał odpowiedniego słowa. - Sądzę, że najodpowiedniejsze będzie określenie „zainfekowa-

ny". 

- Powiem Tekli, żeby była przygotowana. Dowiedziałeś się czegoś użytecznego na temat Zo-

namy Sekot? 

- Była tam, tak jak sądziliśmy... ale niezbyt długo. 

- Jeszcze raz uciekła nam sprzed nosa? 

- Tak mi się zdaje. Szkoda, że nie wiemy, czego szukamy. Z pewnością mielibyśmy większe 

szansę, żeby to znaleźć. 

- To wielka galaktyka - zgodziła się Danni. 

- Przepraszam, proszę pana - wtrącił pilot. - Jest do pana wiadomość. 

- Przepraszam, Danni. Muszę pędzić. - Luke podziękował obserwatorowi i podszedł do 

dwóch przednich siedzeń, pomiędzy którymi znajdował się holoprojektor. Na ekranie ujrzał 

krępą postać Arien Yage, pani kapitan imperialnej fregaty „Mężobójca". Miała włosy ściągnię-

te 

w ciasny kok, a na twarzy wyraz obojętności. 

- Mamy gości - oznajmiła, nie tracąc czasu na uprzejmości. - Piętnaście minut temu do syste-

mu weszła chissańska korweta i dwie pełne eskadry szpono statków. Są na wektorze zbliże-

niowym, lecą szybko i najwyraźniej zamierzają zacumować na naszej orbicie. 

-  Komunikacja? 

background image

31

background image

- Do tej pory żadnej. Wywoływaliśmy ich parę razy, skoro tylko pojawili się na ekranach. 

Nakazałam eskadrze pełną gotowość. 

- Kiedy znajdą się w naszym zasięgu? 

- Mniej więcej za trzydzieści minut. 

- Musimy do tej pory być już na pokładzie - odparł Luke. – Pani kapitan, proszę mieć na 

nich oko i informować mnie na bieżąco. 

Obraz Yage skinął głową i znikł w mżącej mgiełce. Luke zmęczony zapadł się w fotel. Dwie 

chissańskie eskadry to aż nadto, by pokonać tuzin myśliwców imperialnych TIE, ale „Cień Ja-

de" z Marą na pokładzie sam wystarczył za cały oddział. Jeśli dojdzie do walki, siły będą rów-

ne. Miał jednak nadzieję, że tak się nie stanie. Ostatnio, kiedy Mara znalazła się w przestrzeni 

chissańskiej, w czasach Thrawna, ich kontakty były ostrożne, ale przyjazne. 

Poczuł zmęczenie i sięgnął w Moc, żeby się go pozbyć. Oczywiście, był wyczerpany walką, 

ale nie miał zamiaru się poddać. Poza tym nic jeszcze nie wskazywało na to, że Chissowie szu-

kają guza. Na ile ich znał, równie dobrze mógł być to ich zwykły sposób podchodzenia do ob-

cych statków, na które natknęli się w Nieznanych Regionach. Chissowie byli sprawni i pragma-

tyczni, a komuś nieznąjącemu ich obyczajów mogli się nawet wydać zimni. Dopóki Luke nie był 

pewien ich intencji, mógł jedynie patrzeć i czekać. 

Zawrócił  do przedziału pasażerskiego, aby sprawdzić stan rannego  szturmowca. Mężczyzna 

był nieprzytomny. Górną część munduru już mu zdjęto, dzięki czemu Stalgis mógł opatrzyć mu 

ranę  na  ramieniu.  Skóra  szturmowca  lśniła  od  potu.  Stalgis  pochylał  się  nad  nim  ze  sty-

mulującym zastrzykiem, a na jego twarzy malowała się troska. Na widok Luke'a wyprostował 

się. 

- Szybko słabnie - rzekł. - Nie mam tu możliwości sprawdzić, co to za nowa trucizna. Musimy 

szybko dostarczyć go do oddziału szpitalnego na „Mężobójcy". 

Luke kiwnął na Jacena. 

- Sprawdź, czy uda się utrzymywać jego oznaki życia na stabilnym poziomie. Lecimy tak 

szybko, jak się da, ale i tak możemy nie zdążyć. 

Młody Jedi pochylił się nad leżącym i położył mu dłoń na czole. Luke wyczuł fale uzdrawia-

jącej energii płynące od Jacena do rannego. Ujął siostrzeńca za ramię, aby dodać mu sił. 

- Zdaje się, że ściągnęliśmy na siebie czyjąś uwagę – poinformował go szeptem. 

- Jaki rodzaj uwagi? - zapytał Jacen równie cicho. 

- Chissowie. 

32

background image

Stan żołnierza pogarszał się stopniowo. Wahadłowiec pędził ku orbicie, na której znajdowały 

się dwa macierzyste statki misji. Luke czuł,  że  system  immunologiczny  rannego  ustępuje  pod 

naporem intruza, który rozpościerał chemiczne i genetyczne macki po całym jego ciele  i przy-

muszał je do posłuszeństwa. Jacen nie zaproponował, aby zabić pasożyta przy użyciu Mocy, i 

Luke wiedział, że tego nie uczyni, dopóki wybór między życiem intruza a żołnierza nie stanie 

się całkowicie jednoznaczny. 

Hegerty obserwowała ich z zatroskaną miną, nie ukrywając jednak  ciekawości. Luke podej-

rzewał, że kobieta zawsze wygląda na zatroskaną, bo jej rysy ułożone były w taki, a nie inny 

sposób.  Ze  względu  na  Stalgisa,  a  także  na  wypadek,  gdyby  ich  obawy  okazały  się  bezpod-

stawne, Luke wolał nie pytać pani doktor, czy kiedykolwiek widziała coś takiego. Miał nadzie-

ję, że wkrótce sami się o tym przekonają. 

Oficer obsługujący czujniki wystawił głowę z kabiny. 

Jeszcze jedna wiadomość, proszę pana. 

Luke wrócił do kabiny, pozostawiając rannego pod opieką Stalgisa i Jacena. Hologram Yage 

powrócił. 

- Mamy odpowiedź - zameldowała. - Komandor Irolia z Floty Defensywnej chce rozmawiać 

z osobą, która tu dowodzi. Powiedziałam, że właśnie wracacie z powierzchni planety, ale ona 

nalega, aby mówić z panem osobiście. 

- Chyba lepiej będzie, jeśli pani nas skontaktuje. 

Drugi pilot bez słowa ustąpił mu miejsca. Luke poprawił ubranie i usiadł. 

Twarz  Yage  znikła  z  pola  holoprojektora  w  chmurze zakłóceń,  a chwilę później zastąpił 

ją  obraz  górnej  części  ciała  niebieskoskórej  kobiety  ubranej  w  wiśniowo-czarny  mundur.  Jej 

oczy miały właściwą tej rasie ciemnoczerwoną barwę, a wyraz twarzy nie zdradzał nic, prócz bru-

talnej arogancji. Chissowie dojrzewali bardzo szybko, ale Luke i tak  zdumiał się jej młodością. 

Wydawała się nie starsza od Jainy. 

- To pan jest mistrz Skywalker. - Jej głos miał w sobie tyle emocji, co głos robota. 

Luke chłodno skinął głową. 

- Jestem dowódcą misji pokojowej Galaktycznej Federacji Wolnych Przymierzy. Znaleźliśmy 

się w sytuacji awaryjnej. Straciłem dwóch ludzi z załogi w walce lądowej z tubylcami planety, 

trzeci jest poważnie ranny. Jeśli nie wrócimy na czas na orbitę, umrze. Pani przybycie do 

systemu postawiło moją eskadrę w stan pełnej gotowości, co oznacza, że nasze procedury doku-

jące będą znacznie bardziej skomplikowane. 

33

background image

Gdybym miał stracić jeszcze jednego człowieka przez waszą ingerencję, będę bardzo... 

- Proszę nam nie grozić, Skywalker - przerwała mu Chissanka spokojnie, spoglądając nieru-

chomym wzrokiem z migoczącego holoekranu. - Naszą intencją nie jest utrudnianie wam pro-

cedur dokowania ani żadnych innych. Żądam jedynie, aby spotkał się pan ze mną osobiście 

przy pierwszej sposobności. 

 

- Oczywiście - odparł Luke. - Załatwimy to, skoro tylko znajdę się na „Mężobójcy". 

- Kiedy i jak to załatwicie, nie ma najmniejszego znaczenia. Musisz jednak wiedzieć, że nie 

pozostanę długo w tym systemie. Spełnij moje żądanie albo poniesiesz konsekwencje. 

Obraz zamigotał i zgasł. 

- No cóż, słyszałeś panią komandor - mruknął Luke pod adresem pilota. - Myślę, że lepiej 

się pospieszyć. 

- Wszystkie X-wingi, postawić płaty S w pozycji bojowej – rozległ się głos Jainy w bojowym 

kanale podprzestrzennym. - Szpono statek, uzbroić działa; cel: nadlatujące obiekty. Plan bo-

jowy A-siedem. 

- Słyszę - odpowiedział Jag w imieniu pilotów chissańskich Bliźniaczych Słońc. 

Leia obserwowała, jak formacja myśliwców rozdziela się na trzy  grupy - dwie pary i trójkę. 

Piloci  Sojuszu  Galaktycznego  i  chissańscy  lecieli  skrzydło  w  skrzydło  z  doskonałą  precyzją. 

Spokojny  głos  córki  wydającej  rozkazy  napełnił  ją  dumą.  Młoda  kobieta  musiała  być  za-

skoczona atakiem, lecz nie pokazała tego po sobie. Nie wydawała się również zaniepokojona 

tym, że jej eskadra nie ma żadnego doświadczenia w walce z myśliwcami Ssi-ruuvi. 

Całe opanowanie, jakie generał Panib okazywał do tej pory, znikło  zupełnie w obliczu tego 

nagłego zwrotu wydarzeń. 

- Proszę, zaczekajcie - zawołał rozpaczliwie. - To wielkie nieporozumienie! 

- Lepiej, żeby tak było - odparł Han. - Wtedy szybko je zakończymy. To są statki wroga, a my 

zamierzamy wywalić je z waszego firmamentu, jeśli zaczną nam się plątać pod nogami. Do-

tarło? 

- Kolejne eskadry - mruknęła Leia, obserwując nadlatujące od strony „Obrońcy" statki. - A-

wingi i B-wingi tym razem. Nie Ssi-ruukowie. 

Han spojrzał na tablicę skanerów. 

-  Lepiej, żeby tamci lecieli nam na pomoc, Panib. 

34

background image

- „Sokół", błagam was, nie każcie waszym statkom otwierać ognia! - głos generała wyzbył 

się już ostatnich śladów spokoju; pozostała wyłącznie panika. - Wszystkie te statki to poko-

jowi wysłannicy, którzy zapewnią wam bezpieczne wejście na orbitę. 

- Wszyscy co do jednego? - prychnął Han. - Jasne, już to widzę. Jeśli transfer umysłów lu-

dzi i zmuszanie ich do latania tymi myśliwcami, które właśnie tu lecą, ma być pokojowym za-

chowaniem, to chyba się nie rozumiemy. Te statki mają dokładnie trzydzieści sekund, 

żeby zrobić zwrot w tył. Potem otwieramy ogień. 

- Han, popatrz na to! - zawołała Leia, wskazując na ekran. Pokazywał on z bliska jeden ze 

statków Ssi-ruuvi. Obraz był nieco zamglony, ale dość wyraźny, żeby widać było pewne 

szczegóły. - Czy te obudowy silników nic ci nie mówią? 

Han zmarszczył brwi. 

- Coś nie tak? 

- Na moje oko wyglądają jak silniki jonowe albo coś bardzo podobnego. 

- No to co? 

- Odkąd to Ssi-ruukowie montują w swoich myśliwcach standardowe silniki? 

- Co chcesz powiedzieć, Leiu? 

- Że dzieje się tu coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka - odparła. - Zauważ również, że 

nikt nie blokuje naszych transmisji. 

Han zmarszczył brwi. Jego instynkt walczył o lepsze z logiką w słowach Leii. 

- To jakaś sztuczka - mruknął, kręcąc głową. - Żebyśmy przestali się pilnować. 

Leia nie była całkiem przekonana. 

- To mi nie pasuje, Han. Gdyby naprawdę o to im chodziło, dlaczego nie pozwolili nam naj-

pierw wylądować i nie zaatakowali dopiero wtedy? 

W jego oczach dosłownie widziała myśli, jakie chodziły mu po głowie. A jeśli Panib mówi 

prawdę? Błąd może ich drogo kosztować. 

Był  jeszcze  ten  tajemniczy  intruz  na  bezpiecznych  kanałach  komunikacyjnych.  Milczał  od 

chwili, gdy pojawiły się statki Ssi-ruuvi. Jeśli miał zamiar popsuć stosunki pomiędzy Panibem a 

gośćmi, tak aby ci ostatni zareagowali nerwowo na pojawienie się wrogich myśliwców, zdecy-

dowanie odniósł sukces. 

- Piloci tych statków nie są ludźmi - rzekła Tahiri, łagodnie włączając się do dyskusji. Leia 

obejrzała się na młodą Jedi; jej oczy wciąż 

35

background image

były przymknięte, jakby medytowała. - Z pewnością to obcy. I... - zawahała się na sekundę, po 

czym szybko otworzyła oczy  - ...wszyscy słyszeli historie o Ssi-ruukach i o tym, jak straszny 

jest transfer umysłów. Podobno to powoduje wielkie cierpienia, prawda? 

Leia skinęła głową, wciąż pamiętając wyraz twarzy Luke'a, kiedy wiele lat temu uratowali go 

z potężnego statku Ssi-ruuvi, na którym był więziony. Był głęboko poruszony kontaktem z bru-

talnymi  metodami  transferu,  przemocą,  z  jaką  wysysano  energię  życia  z  jeńców  wziętych  do 

niewoli podczas bitwy na Bakurze. 

- No cóż, te umysły wcale nie cierpią - mruknęła Tahiri. - Są czyste. 

- Więc kim są? - zapytał Han. 

- Nie wiem - odparła dziewczyna. - Nigdy przedtem nie dotykałam takich umysłów. 

Kiedy i Leia wytężyła zmysły, poczuła, że zbliżające się myśliwce nie niosą ze sobą ani śladu 

złej woli. 

- Nic mnie nie obchodzi, że ich myśli są czyste jak alderaański śnieg - burknął Han. - i tak 

nas atakują! 

- Na pewno? - zapytała Leia. Wciąż zbyt łatwo było snuć przypuszczenia. - Chyba nie chce-

my przez przypadek wszcząć wojny? O ile oczywiście istnieje alternatywa. 

- A jeśli się mylisz? Nie chcę, żeby ćwiczyli strzelanie na Jainie. 

- Ja też nie - odparła Leia i łagodnie dotknęła jego dłoni, po czym 

przełączyła się na bezpieczny kanał podprzestrzenny eskadry. - Bliźniacze Słońca, wycofaj-

cie się i otoczcie „Selonię" i „Sokoła". Polecam wstrzymać się z ogniem, dopóki oni nie za-

czną strzelać. Zrozumiano? 

- Zrozumiano, „Sokół". - Pomimo lekkiego wahania w głosie Jainy rozkaz natychmiast przyję-

to i wykonano. W obliczu szybko nadlatującego roju myśliwców Ssi-ruuvi połączone eskadry 

Chissów i Sojuszu Galaktycznego skręciły i zawróciły, aby osłaniać statki dowodzenia. 

Han wiercił się niespokojnie w fotelu, ale nie powiedział już nic więcej. Leia przechyliła się 

w swoim siedzisku. Czuła się dość pewna tego, co robi, ale mimo wszystko nie mogła opano-

wać zdenerwowania. Ostatnim razem, kiedy stała twarzą w twarz z myśliwcami Ssi-ruuvi, byli 

przeciwnikami. Utkwiła jej w pamięci siła tarcz statków i ich zwinność w walce bezpośredniej 

- a jeszcze lepiej pamiętała, jak krążowniki  zbierały niedobitki  za pomocą „zgarniaczy żołnie-

rzy", by  potem wyssać z nich energię życiową i  rzucić ich do walki z dawnymi  sprzymierzeń-

cami. 

36

background image

- Strzelcy gotowi - zameldowała kapitan Mayn na „Selonii", kiedy myśliwce znalazły się w 

zasięgu strzału. 

Leia wstrzymała oddech. 

Na tablicy skanerów widziała, że obcy łamią szyk i rozpraszają się, aby stworzyć mur obron-

ny wokół nadlatujących statków, jak każda szanująca się eskorta. Nie padły żadne strzały, statki 

trzymały się w dyskretnej odległości zarówno od „Sokoła", jak i od „Selonii". Kiedy przybył drugi 

kontyngent statków - A-wingi i B-wingi - wpasował się w istniejącą strukturę z minimalnymi 

tylko błędami. 

Odetchnęła głęboko. 

- Dzięki twórcy - westchnął C-3PO zza jej pleców. 

- Możesz to powtórzyć jeszcze raz, Złota Pałko. - Han pochylił się do przodu i lekko skory-

gował kurs „Sokoła", żeby ukryć ulgę, jaka go ogarnęła. - Jeszcze nie wyszliśmy z lasu. Na 

wypadek gdyby nikt tego nie zauważył, jesteśmy w całkiem szczelnej klatce. 

- Ale przynajmniej nie wszczęliśmy wojny - odparła Leia. - A w ten sposób może nawet uda 

nam się uzyskać pewne informacje. 

- A jeśli nam się nie spodoba to, co usłyszymy? - ponuro spytał Solo. 

Wzruszyła ramionami. 

- Zajmiemy się tym, kiedy przyjdzie czas. 

Han odwrócił się w kierunku komunikatora. Panib, który rozpaczliwie próbował zwrócić ich 

uwagę przez kanał podprzestrzenny, omal się nie rozpłakał w przypływie ulgi. 

- Dziękuję, „Sokół". Nie pożałujesz. 

- Zachowamy konkluzję dla siebie dopóty, dopóki się nie dowiemy, co się dzieje - odparł 

Han. 

- Rozumiem - odparł generał. - Ale muszę raz jeszcze poprosić, żebyście przedstawili swoje 

intencje. 

Han zmęczonym gestem uniósł dłoń do czoła. Leia poddała się. 

- Chcemy wylądować na Salis D'aar - wyjaśniła - i spotkać się z premierem Cundertolem. 

- Obawiam się, że to niemożliwe - odparł Panib. - Premier nie jest w tej chwili w stanie roz-

mawiać z nikim. 

- Nie rozumiem, generale - zdziwiła się Leia. - Dlaczego... 

-  Bakura znajduje się obecnie w stanie wojennym - wyjaśnił, nie po zwalając jej dokończyć py-

tania. - Do zakończenia kryzysu ja tu rządzę. 

- No to może powinniśmy się spotkać z panem – zaproponowała Leia. - Nie wiem, na czym 

polega kryzys, ale z pewnością będziemy w stanie jakoś wam pomóc. 

37

background image

- Wasza pomoc istotnie będzie mile widziana - odparł generał, choć nie wydawał się szaleć z 

entuzjazmu. - Jednak Salis D'aar nie jest dla was w tej chwili bezpieczne. Zadokujcie na „Wartow-

ni", a ja przyślę wahadłowiec i spotkam się z wami za godzinę. Wtedy wszystko wyjaśnię. 

- Rozumiem - odparł Han. Leia zauważyła cień sceptycyzmu na jego twarzy. - Proszę, nie 

mów nam tylko, że Ssi-ruukowie to teraz dobrzy chłopcy, bo od razu ci melduję, że nie 

uwierzymy! 

- Nie Ssi-ruukowie - odparł Panib. - P'w'eckowie. 

Leia dopiero teraz zrozumiała wszystko. Z twarzy Hana widziała, że i jego też oświeciło. 

-  Świetnie, generale - odparła. - Zobaczymy się za godzinę. 

Komunikator ucichł. 

-  P'w'eckowie? - powtórzyła Tahiri. - Czy to nie niewolnicy Ssi-ruuków? 

    - Kiedyś istotnie tak było - zgodziła się Leia. 

    - Ale jak... 

-  Chyba wkrótce właśnie się tego dowiemy - rzekł Han. Napięcie, które do tej pory z niego 

emanowało, powoli znikało. Wprowadził nowy kurs na pulpicie sterowania „Sokoła". - Tymcza-

sem może pokażmy tym jaszczurom, jak się lata. 

Leia przekazała ocenę sytuacji Mayn, Han zaś rzucił „Sokoła"  w szybki kurs w kierunku 

„Wartowni". Żona rozumiała gotowość, z jaką przyjął wyraźnie zaimprowizowane wyjaśnienie, 

wolała jednak zachować osąd do chwili, kiedy usłyszy, co Panib ma do powiedzenia. Wiedziała, 

że nic nigdy nie jest takie proste, jak się wydaje. 

Jacen  jedynie  siłą  woli  powstrzymał  się  przed  zwróceniem  kilku  ostatnich  posiłków,  kiedy 

obserwował, jak Tekli operuje zranionego szturmowca. Mężczyzna leżał twarzą w dół na stole 

operacyjnym, nagi do pasa i karmiony przez kilka dożylnych wlewów i rurek. Z trudem zdążyli 

na czas do skrzydła medycznego na „Mężobójcy". Gdyby on  i Luke nie podtrzymywali zdol-

ności obronnej ciała żołnierza, obcy już dawno pokonałby system immunologiczny i zabił bie-

daka. Saba Sebatyne i tak musiała wzmacniać rannego, podczas gdy Tekli próbowała odizolo-

wać organizm, starannie odcinając delikatne tkanki wibro-skalpelem. Była to trudna i niebez-

pieczna  robota,  ale  po  prawie  czterdziestu  pięciu  minutach metodycznego cięcia Tekli wyda-

wała się ostatecznie bliska celu. 

Podobne  do  stonogi  stworzenie,  które  wciśnięto  do  gardła  szturmowcowi  na  Munlali  Mafir, 

okazało się nie „posiłkiem", lecz nieproszo- 

38

background image

nym gościem, co zresztą podejrzewała Hegerty. Młody Jostranin był w żołądku człowieka dość 

długo, aby przebić się przez ścianką do jamy brzusznej i zlokalizować kręgosłup. Tam użył zakoń-

czeń licznych nóg, aby wśliznąć się w sploty nerwowe i przedostać do rdzenia. Wędrował już do 

czaszki, po drodze opanowując całe ciało. Tekli dopadła go na samym szczycie kręgosłupa męż-

czyzny,  już  w  pobliżu  puszki  mózgowej.  Korpus  pasożyta  wysłał  już  dziesiątki  cienkich  jak 

włos czułków, przenikając do delikatnych tkanek nerwowych, co sprawiało, że ich  wydobycie 

wcale nie było proste. Tekli nie wątpiła, że stworzenie posiadało liczne mechanizmy obronne, 

utrudniające usunięcie. Włókna mogły mechanicznie uszkodzić tkankę nerwową przy wycią-

ganiu,  mogły też wydzielać różne substancje, zatruwając  otaczającą tkankę.  Jedynie z pomocą 

Jacena  była  w  stanie  uratować  szturmowca  od  straszliwego  losu,  wyciągając  gościa  macka  po 

macce. Jacen dostroił swój umysł do Jostranina i pilnował jego posłuszeństwa, dopóki Tekli nie 

skończyła. Było to znacznie łatwiejsze w przypadku pojedynczego  stworzenia niż całej jede-

nastki. 

Jacen nie mógł się otrząsnąć z przerażających wizji, co mogłoby się  wydarzyć, gdyby Tekli 

nie wyjęła wijącego się obcego, wrzucając go do szczelnego pojemnika na tkanki. Cienkie jak 

włos czułki wlokły się za nim jak korzenie rośliny. 

- Doskonale, przyjaciółko - rzekł. - Mistrzyni Cilghal byłaby z ciebie dumna. 

- Dziękuję, Jacenie - odparła Tekli, odstępując od stołu. Zdjęła rękawiczki i pozostawiła 

zszywanie rany pacjenta robotowi medycznemu. - Może jednak powinieneś zachować gratu-

lacje na chwilę, kiedy środek znieczulający przestanie działać. 

Uszy Chadra-Fanki obwisły ze zmęczenia, futro wydawało się matowe. Widać było teraz, że 

intensywna koncentracja podczas zabiegu odbiła się na niej głęboko. 

- Jesteś wykończona - zauważył Jacen. 

Skinęła głową. 

- Czuję się tak zmęczona, jak ty wyglądasz. 

Jacen skwitował komentarz bladym uśmiechem. Nie miał czasu zdjąć ubrania, w którym wal-

czył na Munlali Mafir. Znalazł tylko chwilę,  żeby obmyć twarz i ręce z brudu i potu. Chyba 

wyglądał na równie zmęczonego, jak się czuł. 

Pozostawili pacjenta pod opieką imperialnych techników medycznych. Poza salą operacyjną 

spotkali  Stalgisa,  który  czekał  w  wąskim  korytarzu.  Zdjął  hełm,  odsłaniając  długą,  pobruż-

dżoną twarz; teraz wyglądał na znacznie więcej niż trzydzieści lat, ale, podobnie jak Jacen, nie 

miał okazji odświeżyć się po powrocie. 

   - Co z nim? - zapytał. 

 

39

background image

- Nic mu nie będzie - zapewnił Jacen. - Potrzebuje teraz trochę czasu, żeby odpocząć po 

operacji. 

- A to... no, ten Jostranin... - Twarz Stalgisa zmarszczyła się z obrzydzenia. - Czy... 

-  Wyjęto go. 

Porucznik odetchnął z ulgą. 

-  Nie potrafię wyrazić, jak wdzięczny jestem wam obojgu. Tarł to przyjaciel i członek mojej 

naziemnej grupy. Gdyby umarł... gdybyśmy nie zdążyli... - z braku słów bezradnie rozłożył 

ręce. 

Jacen dotknął zbrojonej płyty ochraniającej ramię mężczyzny. 

-  Cieszę się, że mogliśmy pomóc. Powinieneś jednak teraz trochę odpocząć. Twój przyjaciel 

będzie cię potrzebował, kiedy się zbudzi. 

Stalgis sztywno skinął głową i odszedł. 

- Może i ty powinieneś zastosować się do własnej rady, Solo. 

Jacen odwrócił się i ujrzał przed sobą Danni Quee. Uśmiechała się, choć oczy miała zatroska-

ne. -Nic mi nie jest. 

- Jesteś wykończony - skwitowała z błyskiem w zielonych oczach. - Nawet nie próbuj za-

przeczać. 

Lekkie  muśnięcie  dłoni  oznajmiło  mu  odejście  Telki.  Przesłał  jej  poprzez  Moc  falę 

wdzięczności,  po  czym  całą  uwagę  skierował  na  Danni.  Stała  przed  nim  ubrana  w  strój  po-

dróżny Jedi, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Kędzierzawe włosy sięgały ramion. 

- To prawda - przyznał, podchodząc bliżej. - Jestem zmęczony. Właściwie dałbym wszyst-

ko, żeby się teraz zwinąć na koi i przespać dzień lub dwa. 

- Nawet nie próbujesz zaprzeczać? - zdziwiła się. - Jestem wstrząśnięta, Jacenie. Niestety, 

nie będzie czasu na sen. Potrzebują cię na mostku. 

Ogarnął go chwilowy niepokój, ale stłumił go czym prędzej. 

- Coś się stało? 

- Nic, co nie mogłoby poczekać dziesięciu minut, aż się umyjesz. 

- Chissowie? - naciskał. 

- Za dziesięć minut będziesz wiedział dokładnie wszystko. Jeśli jednak spotkasz się z koman-

dor Irolią w takim stanie, kobieta przyjmie to jako wypowiedzenie wojny. 

- Nie pozwala nam działać? 

Danni nadal unikała odpowiedzi. 

- ...Nielegalne użycie broni biologicznej, takie rzeczy... 

- Powiedz przynajmniej jedno słowo! 

40 

background image

 

background image

-  .. .Okrutna i niezwykła kara... 

- Dobrze już, dobrze! - Roześmiani, pełni energii po tej krótkiej wymianie zdań, ruszyli wą-

skim korytarzem w kierunku przydzielonej Jacenowi kabiny. - Powiedz wujkowi Luke'owi, 

że zaraz przyjdę. 

- Ciekawe, od czego masz komunikator. - Przybrała lekko obrażoną minę, ale zaraz się 

uśmiechnęła i ruszyła na mostek. 

- Ta planeta to legenda - mówiła komandor Irolia. Jej młodzieńcze rysy miały wyraz uporu i 

pewności siebie. - Nie mogę uwierzyć, że naprawdę jej szukacie. 

- Zapewniam panią, że to coś więcej niż legenda - odparł mistrz Skywalker. Saba była zdu-

miona jego opanowaniem. Wiedziała, że jest zmęczony i poirytowany, ale jego twarz wyrażała 

jedynie spokój i cierpliwość. - Mamy dowody, że kiedyś istniała, nie wiemy tylko, czy 

istnieje nadal. 

- A co to za dowód? 

- O Zonamie Sekot opowiedziała nam Vergere, rycerz Jedi z... 

- Vergere? - brwi Irolii na dźwięk tego imienia uniosły się w górę. - Ta sama Vergere, która 

udaremniła inicjatywę Alpha Red? 

Mistrz Skywalker ani mrugnął. 

- Ta sama Vergere, która powstrzymała ludobójstwo, jakiego jeszcze galaktyka nie widziała. 

Tak, to ona. 

Komandor westchnęła drwiąco. 

- I to jej świadectwu miałabym wierzyć? 

- Nikt nie zmusza pani do dawania wiary czemukolwiek – odparła kapitan Yage, wyraźnie 

zdenerwowana uporem pani komandor. - Chcemy jedynie zająć się własnymi sprawami. To 

wszystko. 

Ale co to za sprawy? Tego właśnie usiłuję się dowiedzieć. 

Spotkanie odbywało się na mostku „Mężobójcy" na oczach całej 

załogi. Irolia zachowywała się tak, jak gdyby to była jej załoga i jej  statek. Jej ton i postawa 

emanowały pewnością siebie. Saba wiedziała, że gdyby coś się stało Chissance lub niewielkie-

mu kontyngentowi straży, który jej towarzyszył, mistrz Skywalker i cała ekspedycja ponieśliby 

poważne konsekwencje. Co więcej, Irolia wiedziała, że oni to wiedzą - i pewnie dlatego była aż 

tak butna. 

Saba nie miała doświadczenia w ocenie ludzkiego wyglądu, ale wyobrażała sobie, że Chissan-

ka pośród swoich mogła uchodzić za bardzo 

41

background image

atrakcyjną. Jej twarz była szczupła i kanciasta, błękitna skóra gładka i miękka. Duże czerwone 

oczy, błyszczące zdecydowaniem i inteligencją, błyskawicznie objęły wszystkich obecnych na 

mostku, zanim jeszcze pani komandor zajęła miejsce. Saba nie wątpiła, że ocena towarzystwa 

była równie szybka. 

-  Prosimy jedynie o możliwość swobodnego rozejrzenia się - odezwał się Luke. 

Irolia zrobiła trzy kroki w lewo, rozważając te słowa. 

- To nasze terytorium - odparła w końcu. - Wiecie o tym. 

- Uznajemy waszą władzę nad tymi regionami, to chyba jasne. Ale nie wiedzieliśmy, że Flota 

Defensywna zaanektowała ten system. 

- A jeśli powiem, że właśnie tak jest, to odlecicie? 

- Jesteśmy pokojową ekspedycją - przypomniał Luke. - Czy nie wpuściłaby pani na to tery-

torium misji handlowej albo grupy naukowców? 

Komandor się roześmiała. 

-  Nie próbuj mi mydlić oczu, Skywalker. Nie jesteś handlowcem bardziej niż ja. A co do 

waszych naukowych motywów, spytam po prostu: jeśli znajdziecie tę planetę, co z nią zrobi-

cie? 

Luke zawahał się, ale w tym momencie zza jego pleców rozległ się nowy głos: 

-  Chcemy mieć nadzieję, że Zonama Sekot pomoże nam w wojnie i ocali tryliony istnień. W 

tym i panią. 

Komandor Irolia spojrzała na Jacena Solo, który właśnie wszedł do pomieszczenia. 

- Wobec tego wasze zamiary nie mają nic wspólnego z nauką, wręcz przeciwnie, dotyczą spraw 

wojskowych. Dlaczego mielibyśmy pozwolić wam realizować cele, które pozostają w tak wy-

raźnej sprzeczności z naszymi? 

- Alpha Red nie wygrałaby w wojnie - spokojnie odparł Luke. - Tyle że wszyscy stalibyśmy 

się potworami. 

- O takiej wojnie mówię - odezwał się Jacen, wchodząc na środek okrągłego mostka, gdzie 

siedzieli pozostali. - Wojnie przeciwko nam samym. 

Irolia rozważała te słowa przez dłuższą chwilę. 

- Dziwię się, że zwolennicy Imperium i Nowej Republiki pracują ramię w ramię - rzekła 

wreszcie. 

-  Nikt już o nas nie mówi jako o Nowej Republice - odrzekł Luke. - Mamy teraz nową nazwę: 

Galaktyczna Federacja Wolnych Przymierzy. 

- Więc Imperium ostatecznie przyłączyło się do Sojuszu? - zapytała Irolia, spoglądając na  

 

42

background image

Yage. 

- Tak - odparła kapitan. 

- Sądzę, że Chissów również chętnie przyjmiecie. 

Luke wydawał się nieporuszony sarkazmem pani komandor. 

- Decyzja należy do was. Bylibyście naturalnie mile widziani, gdybyście dołączyli do nas w 

odpowiedniej chwili. 

Irolia prychnęła wzgardliwie, ale nie opowiedziała na komentarz Jedi. Mruknęła jedynie: 

- Myślę, że najbardziej mnie niepokoi skład waszego dowództwa. 

Mistrz Skywalker wzruszył ramionami. 

- Już wyjaśniłem, że kontyngent wojskowy ma znaczenie czysto obronne. 

- Może to istotnie prawda. Ale wszystko zależy od dowódców. Mara Jade Skywalker, Luke 

Skywalker, Jacen Solo... sami sławni wojownicy Jedi. 

- Danni Quee to znana uczona - zauważył Jacen. 

- Tak, rozpoznaję to nazwisko. I znamy również Soron Hegerty, to oczywiste. One pasują do 

deklarowanego przez was celu. 

Danni zdziwiła się, że ktoś zna jej nazwisko, ale było jej przyjemnie. Hegerty z kolei wyda-

wała się niewzruszona. 

- Macie jednak pośród siebie Barabelkę - ciągnęła Irolia. - Jak to rozumieć? 

Saba zesztywniała. 

- Ona jest rycerzem Jedi - wyjaśnił Luke. 

- Jeszcze jeden wojownik? 

- Nie w tym sensie, w jakim pani to interpretuje. 

-  Doprawdy? Większość jaszczurowatych, z jakimi miałam kontakt, okazywała agresję i 

drapieżność. 

Ogon  Saby  zaczął  chłostać  podłogę.  Nic  na  to  nie  mogła  poradzić.  Kapitan  Yage 

zrobiła krok do przodu. 

-  Proszę mi powiedzieć, pani komandor, jak by się pani poczuła, gdybym powiedziała, że 

większość znanych mi Chissów to aroganci i protekcjonalne bubki? 

Luke uspokoił ją gestem. 

-  Saba wyczuwa żywe organizmy. Mamy nadzieję, że wykryje Zonamę Sekot dzięki jej emisji 

w Mocy, jeśli się do niej zbliżymy. 

- Udało wam się czegokolwiek dowiedzieć? 

    - Jeszcze nie. Dlatego musimy szukać dalej. 

Irolia po chwili skinęła głową. 

43

background image

- Doskonale, mistrzu Skywalker. Zgadzam się na to wyłącznie dla tego, że i my chcielibyśmy 

zakończenia wojny. - Skinęła ręką i jeden z towarzyszących żołnierzy podał jej płaski, prosto-

kątny pakiet mniej więcej wielkości dłoni. - Ten dysk pamięci zawiera kody dostępu i procedury, 

które wystarczą, aby doprowadzić was do Csilli. Pozostają aktywne przez tydzień. W tym 

okresie musicie osobiście załatwić pozwolenie poruszania się na naszym terytorium. Bez tego 

zezwolenia każda próba wejścia będzie traktowana jako akt agresji, za który zostaniecie wyda-

leni lub zniszczeni. Zrozumiano? 

Luke z rezygnacją przyjął dysk. 

- Aż za dobrze. 

- A zatem moja misja jest zakończona. - Komandor Irolia przelotnie ogarnęła spojrzeniem ca-

ły mostek. - Może spotkamy się znowu na Csilli. 

- To wszystko, co miała nam pani do powiedzenia? - zdziwiła się kapitan Yage. - Że mamy 

się zgłosić do pani zwierzchników? 

- Niezupełnie - odparła Irolia. - Polecono mi przekazać wam dysk jedynie w przypadku, jeśli 

uznam was za godnych zaufania. 

- A gdyby tak się nie stało? 

Chissanka uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała. Skinęła im głową na pożegnanie i królew-

skim gestem nakazała eskorcie, by udała się za nią. 

- Co za zadufana... 

Luke znów gestem uspokoił Yage. 

- Ona tylko wykonuje rozkazy, Arien. Nie możemy jej za to winić. 

- Nie szkodzi, będę zadowolona, kiedy już opuści mój statek. - Odwróciła się i odeszła, żeby 

pokierować odprawą wahadłowca Chissów. 

- Doskonale panią rozumiem, kapitan Yage. - Hologram zmienił się w chmurę zakłóceń, 

aby po chwili ukazać twarz Mary Jade Skywalker u sterów „Cienia Jade". - Nie chciałabym 

widzieć tej kobiety nawet w zasięgu moich czujników. 

- Słyszałaś wszystko, Maro? - zapytał Luke hologramu żony. 

- Głośno i wyraźnie. 

- Wiecie, czego mam po wyloty silników? - warknęła Yage. – Oni myślą, że zmuszą nas do 

posłuszeństwa. Imperium współpracowało z Chissami od lat, jeszcze w czasach Thrawna. 

Ale nie istnieje żaden traktat. Nie jesteśmy im kompletnie nic winni. Na samą myśl o tym, że 

musimy meldować o każdym naszym zamiarze, mam ochotę wyć. 

- Musimy uszanować fakt, że jesteśmy teraz na ich terytorium, Arien - przypomniał Luke. - A 

oni robią wszystko trochę inaczej niż my. 

44

background image

- Jeśli założymy, że rzeczywiście jesteśmy na ich terytorium - sprzeciwiła się Mara. - Może 

spojrzymy na ten dysk? 

Jacen wziął go z rąk wuja i włożył do czytnika. Tak jak obiecała Irolia, zawierał trasy i kody 

dostępu, ale nic więcej. Chissowie byli bardzo lakoniczni, jeśli chodzi o udzielanie informacji. 

Dziwne, że przekazali aż tyle. 

- Czy ktoś ma jakieś pomysły? - zapytał Luke. - Rzucamy się głową naprzód czy może speł-

niamy żądanie i meldujemy się? 

- Decyzja należy do ciebie -- odparła Yage. 

- Tak, ale żeby zdecydować, chciałbym usłyszeć opinie pozostałych. 

- Nie sądzę, żeby nam zaszkodziło zastosowanie się do ich poleceń - wypowiedziała się Mara. - 

Choć mnie osobiście doprowadza to do szału. 

- A niech ich wszystkich otchłań - mruknęła Yage. - Nie mogą nam mówić, co mamy robić. 

Luke spokojnym skinieniem głowy podsumował komentarze obu kobiet. 

- Jacen? - zapytał. 

- Potrzebujemy dostępu do ich informacji - odparł młody Solo. - To by znacznie wszystko 

uprościło. Dane Soron są dokładne, ale nie obejmują więcej niż dziesięć procent Nieznanych 

Regionów. 

Pani ksenobiolog przez cały czas trwania dyskusji o polityce wydawała się mocno znudzona, 

ale teraz nieco się ożywiła. 

- Chissowie prowadzili swoją ekspansję w tej części galaktyki od wielu lat. Irolia doskonale 

znała legendę o wędrownej planecie, więc jest to pewnie popularna historia. Uważam, że do-

stęp do ich danych może okazać się bezcenny. 

- Ale czy sądzisz, że nam w czymś pomoże? - Luke splótł dłonie przed sobą, jak zwykle, 

kiedy prowadził poważne rozmowy. 

-  Z pewnością. - Hegerty wskazała na mapę. - Już ta niewielka liczba danych powiedziała 

nam wiele interesujących rzeczy. Spójrzcie na ich zewnętrzną granicę. Patrzcie, jak twardo się 

bronią przed wtargnięciem Yuuzhan Vongów. Albo opracowali podobne sposoby walki i blokad 

jak twoje myśliwce, albo wróg wycofał ofensywę i skoncentrował się na innych obszarach. 

Myślę, że odpowiedź na to pytanie zainteresowałaby waszych taktyków. 

Jej  słowa  przyjęto  ogólnym  pomrukiem  aprobaty.  Dowództwo  Sojuszu  Galaktycznego  wy-

dawało się bardzo daleko od Nieznanych Regionów, ale Hegerty - i Irolia - miały rację. Misja 

Luke'a miała charakter militarny, przynajmniej w tym sensie, że wszelkie informacje 

45

background image

o znaczeniu militarnym natychmiast zostałyby uwzględnione w taktyce wojennej. Choć komu-

nikacja  galaktyczna nie  docierała do  Nieznanych Regionów, można było przekazywać wiado-

mości  kanałem  podprzestrzennym  przez  samotny  holokom  na  skraju  przestrzeni  należącej  do 

Sojuszu Galaktycznego. Wszystkie informacje z misji były natychmiast  przekazywane  do Cal 

Omas. Luke skinął głową. 

-  Może macie rację. Sabo, powiedz mi, czy wyczuwasz w okolicy obecność Zonamy Sekot? 

Jeśli depczemy jej po piętach, może nie będziemy musieli w ogóle zawracać sobie głowy Chis-

sami. 

Saba wyprostowała się, mimowolnie rozdymając nozdrza. 

- Nic nie wyczuwam. Jeśli Zonama Sekot jest tutaj, to się dobrze ukrywa. 

- Tak mi się zdawało. To jak szukanie robota na pustyni: prędzej coś nas dopadnie, niż go 

znajdziemy. - Znów skinął głową. - Sądzę, że powinniśmy zrobić tak, jak mówi Irolia, i 

zgłosić się do lokalnych władz. Jak mówi Soron, to nie zaszkodzi. A kto wie, może nawet po-

móc. - Powiódł wzrokiem po twarzach obecnych, jakby się spodziewał, że ktoś sprzeciwi 

się jego decyzji. Kiedy nikt się nie odezwał, ciągnął: - Doskonale. Pozostawiam szczegóły 

przygotowania kursu Marze i Arien. Ci, którzy właśnie wrócili z Munlali Mafir, potrzebują 

odpoczynku, zanim wezmą się do czegokolwiek innego. 

Kapitan Yage uśmiechnęła się. 

-  Jestem pewna, że doktor Hegerty nie będzie miała nic przeciwko temu. 

Zebrani  rozeszli  się,  pozostawiając  Marę  Jade  Skywalker  i  kapitan  Yage  same,  aby  mogły 

przedyskutować szczegółowo chissańską mapę. Luke skinął na Sabę, Jacena i Hegerty, by dołą-

czyli do niego przy wyjściu. 

- Jak poszło Tekli z Jostraninem? - to było pierwsze pytanie, jakie zadał siostrzeńcowi. 

- Przez chwilę wszystko wisiało na włosku - wyznał młody Jedi. - Jeszcze centymetr i było-

by za późno. Ale zdążyła., 

- To dobrze - odparł mistrz Jedi z poważnym wyrazem twarzy. - Nie chciałbym już nikogo 

stracić. 

Wspomnienie dwóch szturmowców zabitych na Munlali Mafir przywołało ich do rzeczywisto-

ści. 

-  Ona zbadała dane, które zebrałeś, mistrzu - oznajmiła Saba. - Istnieje korelacja z innymi 

regionami, w których pojawiła się Zonama Sekot. Symbionci Jostranie/Krizlawowie nie po-

siadają dobrze roz- 

46

background image

winiętej  technologii,  nie  stanowią  zatem  bezpośredniego  zagrożenia.  Są  jednak  agresywni  z 

natury. Żywa planeta wydaje się okazywać zawsze tę samą taktykę uników. 

- Krizlawowie niewątpliwie są agresywni - zgodził się Luke. - Inteligencja, którą dali im Jo-

stranie, tylko pogorszyła sytuację. Zastanawiam się, czy to nie od tego ucieka Zonama Sekot. 

Wszyscy wiemy, jak silna jest jej obecność w Mocy. Może po prostu usiłuje ukryć się przed 

wszystkim, co w jakikolwiek sposób wiąże się z przemocą. 

- To możliwe - mruknęła Saba. 

Nastąpiła chwila pełnej zadumy ciszy. Saba podejrzewała, że milczenie to wynikało głównie 

ze  zmęczenia.  Jej  wrażliwe  nozdrza  wyczuwały  to  zmęczenie,  emanujące  z  trojga  otaczają-

cych ją ludzi - zwłaszcza od mistrza Skywalkera i jego siostrzeńca. 

- Musicie odpocząć - powiedziała. - Na nic się nie przydacie tacy wykończeni. 

- Masz całkowitą rację, Sabo - odrzekł Luke. - Myślałem tylko o Difie Scaurze. Chyba 

opowiedział swoją część historii Chissom. 

Saba skinęła głową. Scaur, szef wywiadu Nowej Republiki, ciężko pracował z naukowcami 

Chissów nad wirusem Alpha Red, który mógł całkowicie wybić Yuuzhan i całą ich biotechno-

logię, gdyby z niego skorzystano. Scaur był wściekły, gdy Jedi powstrzymali ten plan. Mógł na-

wet posunąć się do tego, by w rewanżu udaremnić plany mistrza. 

- Zobaczymy, co nas czeka na Csilli - mruknął Jacen i powędrował wzrokiem ku miejscu po 

drugiej stronie mostka, gdzie stała Danni Quee. - Ostrzeżony, uzbrojony. 

- Ale ostrzeżenie może prowadzić do pochopnych wniosków - zauważył Luke. - Nie powin-

niśmy wyrywać się przed orkiestrę. Samospełniające się proroctwo to ostatnia rzecz, jakiej 

nam potrzeba. 

 - Jak zwykle. Nic nowego - powiedziała Saba, sycząc ze śmiechu. Jednak nikt się nie roze-

śmiał, jak zwykle, kiedy próbowała żartować. Tylko popatrzyli na nią dziwnie. 

Pierwszą  rzeczą,  jaką  zauważyła  Tahiri,  wchodząc  na  pokład  „Wartowni",  było  napięcie. 

Rozprzestrzeniało się niczym odór przenikający wszystko wokół niej - ściany, podłogi, świa-

tło, nawet samych ludzi. Skrzywiła się lekko; była to fizyczna reakcja na coś -, co wyczuwała po-

przez Moc. Nie wiedziała jednak, co to było. Wiedziała, że istnieje, to wszystko. 

Drugą  rzeczą, która rzuciła jej się w oczy, był  służbisty salut, jakim  powitano  księżniczkę 

Leię i Hana, kiedy wyszli ze śluzy. Strażnicy 

47

background image

ubrani w ciemną zieleń wyprężyli się na baczność jak nagle napięte struny. 

Nie sądziła, żeby ta reakcja miała coś wspólnego z dyscypliną z czasów Palpatine'a. Bakura była 

spokojną planetą, a od czasu, kiedy ostatni gubernator imperialny, Nereus, został obalony w okre-

sie kryzysu Ssi-ruuvi, nie miała również dyktatorów. Tahiri uznała, że widocznie strażnicy reagują 

na to samo napięcie, które i ona wyczuwała w powietrzu. Coś sprawiało, że każdy podskakiwał 

na widok własnego cienia. 

Niski, sztywny człowieczek o rzadkich rudych włosach i wielkich wąsach wyszedł zza szere-

gu bakurańskich strażników. 

- Grell Panib - przedstawił się, kłaniając się niedbale najpierw Leii, potem Hanowi. Pozostali 

członkowie grupy: Tahiri, Jaina, C-3PO, strażnicy Noghri i niewielka gwardia honorowa z 

„Dumy Selonii", zostali powitani lekkim skinieniem głowy. - Witamy na Bakurze. 

- Minęło trochę czasu - oschle zauważył Han. 

- Służył pan pod Pterem Thanasem, prawda? - Księżniczce Leii nie umykał żaden szczegół. 

Po twarzy generała Paniba przemknął cień smutku. 

- Ma pani doskonałą pamięć, księżniczko. Spotkaliśmy się przecież całkiem przelotnie. 

- Doskonale pamiętam tę wyprawę. - Uśmiechnęła się, jakby usłyszała jakiś żart, po czym 

przedstawiła resztę grupy. 

- Dziękuję wszystkim... - zaczął Panib, ale przerwało mu zamieszanie za plecami strażni-

ków. Słychać było przepychanki i szuranie, jakby ktoś usiłował przedostać się przez ich sze-

regi. - Mówiłem, że byś zaczekał, aż cię zawołam! 

To nie ktoś, pomyślała Tahiri, a serce załomotało jej nagle, gdy za zasłoną ludzi spostrzegła 

gadzi kształt. Coś! 

Błyskawicznie wyciągnęła miecz świetlny, a wspomnienie koszmarów natychmiast wzmogła 

jej lęk. Tahiri... Tahiri.... Tahiri... Boski jaszczur ze snów wzywał ją... 

Mrugnęła raz i drugi, aby oczyścić umysł. Miecz syczał i trzeszczał. 

- To pułapka! - krzyknęła Jaina. Ona także dobyła miecza. Jednocześnie szturmowcy podnie-

śli karabiny, a strażnicy Noghri wystąpili naprzód, żeby chronić księżniczkę. 

- Nie! - Panib błyskawicznie zasłonił gadopodobne stworzenie własnym ciałem. - On nie ma 

wrogich zamiarów! 

Gad wysunął się zza szeregu strażników. Ślizgające się po gładkiej posadzce szpony wydały 

przeraźliwy zgrzyt, kiedy zatrzymał się tuż za generałem. 

48

background image

Stworzenie było gadem, ale miało dziób i długi, muskularny ogon. Złociste oczy pod wysta-

jącymi łukami brwiowymi błyskały niepokojąco. Miał na sobie skórzaną uprząż, a do niej przy-

czepione rozmaite przedmioty, które mogły ujść zarówno za narzędzia, jak i oznakę rangi. 

- To Lwothin - przedstawił generał Panib, wyraźnie zaniepokojony reakcją gości. - Zapew-

niam was, że... 

Stwór przerwał mu nagłym potokiem przenikliwych dźwięków. 

Kiedy skończył, Han wsadził palec do ucha, jakby chciał je przeczyścić. 

 Ktoś coś z tego zrozumiał? 

 Ja, proszę pana - wtrącił się C-3PO w błogiej nieświadomości, że było to pytanie czysto 

retoryczne. - Powiedział, że jest głównodowodzącym Ruchu Emancypacji P'w'ecków i że 

nas wita. Mówi o nas jako o „sprzymierzeńcach wolności". 

Tahiri wyczuwała niepewność otaczających ją osób, kiedy stwór wydał z siebie kolejną serię 

dźwięków. 

 Nie chcę nikomu zrobić krzywdy - przetłumaczył C-3PO. 

 No cóż, muszę przyznać, że czuję ogromną ulgę - rzekł Han tonem sugerującym coś 

wręcz przeciwnego. 

 Przepraszam - powiedział Panib. - P'w'eckowie nie są przyzwyczajeni do protokołu 

dyplomatycznego, ani ludzkiego, ani żadnego innego. Dopiero niedawno pozbyli się kajdan 

i zaczęli mówić sami swobodnie. 

Leia nakazała wszystkim opuścić broń i  wysunęła się przed Noghrich, którzy przepuścili ją 

bez protestu. Podeszła do Lwothina z bladym, nieco nerwowym uśmieszkiem. 

-   See-Threepio, powiedz Lwothinowi, że miło nam go poznać - poinstruowała robota pro-

tokolarnego. - Jeśli to rzeczywiście „on". 

-   Zapewnił nas, że tak właśnie jest - odparł Panib. - Nie ma też potrzeby używać robota. 

On doskonale rozumie, co mówicie. Nie lubimy zanadto robotów, więc jeśli chcecie, może-

my wam dostarczyć translatorów słuchawkowych, które doskonale spełnią to zadanie. 

C-3PO nadąsał się, kiedy usłyszał, że jego talent może się okazać niepotrzebny, a nawet  nie-

mile widziany. 

- Z całym szacunkiem, proszę pana, zostałem zaprojektowany właśnie do takich zadań. Mówię 

płynnie sześcioma milionami języków i... 

-   On twierdzi, generale - wtrąciła Leia - że sobie poradzimy. 

Języki nosowe Lwothina smakowały powietrze przez cały czas trwania rozmowy. P'w'eck był 

nieco mniejszy od przeciętnego Ssi - ruuka, ale i tak wyższy od przeciętnego człowieka. Pod 

łuskowatą skórą pulsowały mięśnie, a gruby 

49

background image

ogon ze świstem kołysał się na boki w regularnym, spokojnym rytmie. Była to dziwnie niepoko-

jąca istota; w dodatku, kiedy Tahiri spojrzała w górę, na pysk stworzenia, stwierdziła, że bursz-

tynowe  oczy  o  trzech  powiekach  wpatrują  się  w  nią  uważnie,  jakby  czytały  w  jej  myślach. 

Wiedziała,  że  Leia  poleciła  wszystkim  opuścić  broń,  ale  stwierdziła,  że  jej  kciuk  wciąż  wisi 

nad przyciskiem uruchamiającym miecz świetlny. 

- Przywieźliście rycerzy Jedi - zaśpiewał Lwothin ustami C-3PO. - Miałem nadzieję, że ich 

spotkam. Miecz świetlny to wspaniała broń, eleganckie połączenie energii życiowej i material-

nej konstrukcji. W takich urządzeniach nasze rozbieżne technologie stają się jednością. 

- Wciąż stosujecie transfer? - Ostrożna postawa Leii stała się nagle zdecydowanie chłodniej-

sza. 

Panib znów wtrącił się do rozmowy. 

- Nie jest to ani miejsce, ani czas, aby prowadzić tak istotne dyskusje. Czy moglibyśmy 

przejść do miejsca, gdzie wszystkie istoty poczują się wygodniej? 

- Nigdzie nie pójdziemy, dopóki Leia nie otrzyma odpowiedzi - oznajmił Han, kładąc dłoń 

na miotaczu. - Nie mam wielkiej ochoty, by wyssano ze mnie energię życiową, kiedy się nie 

będę pilnował. 

Lwothin zatańczył niespokojnie w miejscu, gorączkowo świergocząc do C-3PO. 

- Zapewnia, że proces nie jest taki sam jak ten, który pamiętacie - poinformował złocisty ro-

bot. - Został w znacznym stopniu udoskonalony. P'w'eckowie przybywają w pokoju i nie 

chcą wojny. 

- No i co, Leia? - Han rozejrzał się wokół podejrzliwie. 

- Czuję się tym wszystkim nieco zakłopotana - wyznała Leia – ale nie widzę sensu, by rejte-

rować właśnie teraz. 

Spojrzała na Paniba. 

- Proszę zrozumieć jedno: Galaktyczna Federacja Wolnych Przymierzy nie usankcjonuje 

żadnych form sojuszu z rządem, który wykorzystuje energię życiową swoich poddanych, nie-

ważne kim są lub byli. 

- Uważa pani, że P'w'eckowie biorą odwet na swoich dawnych panach? - zapytał Panib. - 

Mogę panią zapewnić, że tak nie jest. 

- Nikt już nie jest transferowany wbrew woli - tłumaczył dalej C-3PO. - Jeśli pani pozwo-

li, on wszystko wytłumaczy. 

Leia poważnie skinęła głową. 

-  Chciałabym to usłyszeć. Może przy okazji wyjaśni też, co się dzieje z premierem Cunderto-

lem. 

50

background image

Panib skłonił się, a Lwothin zatańczył w miejscu. 

- Proszę za mną. 

Han szedł obok Leii, łagodnie obejmując jąramieniem. Generał powiódł ich w głąb statku. Ja-

ina i  Tahiri  szły z tyłu,  C-3PO pomiędzy  nimi a zamykającymi pochód strażnikami Sojuszu. 

Jaina wyglądała jak uosobienie dobrze opanowanej energii. Jej oczy widziały wszystko - z wy-

jątkiem Tahiri. Wydawało się, że umyślnie unika jej wzroku. 

Tahiri cierpiała z tego powodu. Jaina od czasów Galantosa ledwie zamieniła z nią kilka słów. 

A Jag Fel nie był lepszy. Od czasu do czasu odnosiła wrażenie, że obserwują ją z daleka. Nie 

musieli nic mówić; czuła, że jej nie ufają, a to sprawiało jej ból większy niż jakiekolwiek gorz-

kie słowa. 

Teraz, kiedy szli razem, Tahiri poczuła pieczenie blizn na czole. Miała ochotę się podrapać. Sa-

ma zdawała sobie sprawę z istnienia blizn, wolała jednak nie zwracać niczyjej uwagi na zdra-

dzieckie piętno. Te na ramieniu, które sama sobie zadała, prawie się zagoiły i pozostawały ukry-

te pod rękawem tuniki. Rozważała, czy się ich nie pozbyć, ale  postanowiła, że na razie je za-

chowa. Kierował nią instynkt, z którego nie do końca zdawała sobie sprawę i nie chciała o tym 

myśleć zbyt długo. Były o wiele ważniejsze kwestie do przemyślenia. 

„Wartownia" na poziomie zewnętrznym szczyciła się ogromną salą konferencyjną z przejrzy-

stym  sklepieniem,  które  ukazywało  wspaniały  widok  rozgwieżdżonego  nieba.  Podczas  walki 

okno to osłaniały stalobetonowe płyty, ale w spokojniejszych czasach jego centralną ozdobą by-

ła Bakura. Zielono-niebieski glob niczym opasły księżyc wisiał nad okrągłym stołem konferen-

cyjnym, unoszącym się na repulsorach. Miejsc wystarczyłoby dla wszystkich obecnych, ale do 

stołu zostały zaproszone jedynie osoby zaangażowane w bezpośrednią dyskusję. 

Jaina stała tuż za rodzicami z dłonią na rękojeści miecza. Nie lubiła sytuacji, gdy nie mogła li-

czyć  na posiłki, ale broń pod  ręką zdecydowanie poprawiała jej samopoczucie. Wszyscy wie-

dzieli, że Ssi-ruukowie doskonale potrafili manipulować umysłami - skąd wiadomo, że generał 

Panib nie został poddany praniu mózgu i że nie jest gotów przy pierwszej sposobności dostar-

czyć delegatów z Sojuszu Galaktycznego swoim panom? 

Obecność P'w'ecka również jej nie uspokajała. A kiedy jeszcze dwie inne istoty tej samej rasy 

dołączyły do Lwothina, niepokój Jainy znacznie wzrósł. Z pozycji, jaką przyjęli za jego plecami, 

wnioskowała, że są ochroniarzami, choć musiała przyznać, że na oko niczym się nie 

51

background image

różnili  od  swojego  zwierzchnika.  Na  uprzężach  mieli  poprzyczepiane  dziwnie  wyglądające 

sztuki broni - płaskie tarcze z czymś w rodzaju lejka z jednej strony. Przypuszczała, że to pro-

mienniki wiosłowe. Promienie energii, które wysyłały, nie odbijały się od ostrzy mieczy świetl-

nych, ale można je było częściowo odchylić. 

Sam Lwothin nie miał odpowiedniej postury, aby zająć miejsce w fotelu, jak pozostali obecni, 

rozłożył  się  zatem  na  stercie  poduszek  w  wyznaczonym  miejscu  przy  stole.  W  tej  pozycji  nie 

wyglądał ani trochę łagodniej. 

- Blaine Harris, wicepremier, jedzie już z Salis D'aar - rzekł Panib tytułem wstępu. - Możemy 

zaczynać bez niego. 

- Nie powiedziałbym, że zamieniamy się w słuch - rzekł Han, kręcąc się niespokojnie u boku 

Leii - ale jesteśmy gotowi pana wysłuchać. 

- Przybyliście w bardzo nieodpowiedniej dla nas chwili. Właściwie nie bardzo wiem, od cze-

go zacząć. 

- Może pan zacząć od transferu umysłów - podpowiedziała Leia. 

- Wiem, że uważacie to za bluźnierstwo - odparł Lwothin poprzez C-3PO. - Rozumiem wasz 

punkt widzenia. Mój gatunek był eksploatowany w ten sposób od tysięcy lat. Wiemy, jakie to 

zło, i pozbyliśmy się go. 

- Może tak, a może nie - odrzekł Han. - Widziałem wiele razy niewolników, którzy celowali 

w swych panów z tej samej broni, od której się uwolnili. 

- Przyznaję, że pokusa była bardzo silna - zgodził się Lwothin, z lekkim zgrzytem zatrzaskując 

dziób po każdym słowie. - Chyba jednak powinienem opowiedzieć wam, jak to się stało, że 

tu jesteśmy. Może wówczas zrozumiecie nas lepiej. 

Jaina zauważyła, że matka przyzwalająco kiwa głową i zasiada wygodnie w wysokim, mięk-

kim krześle. 

-  Mija już trzydzieści lat, odkąd imperium Ssi-ruuvi prowadziło wojnę w tej części galakty-

ki - zaczął. Jaina znała tę historię. Początkowo za przyzwoleniem Imperatora Palpatine'a impe-

rium Ssi-ruuvi rozpoczęło agresywną ekspansję w głąb terytoriów imperialnych, zaczynając od 

Bakury. Nieszczęściem dla Ssi-ruuków, natychmiast zostali przyhamowani przez lokalny rząd 

imperialny, z nieoczekiwaną pomocą Sojuszu Rebeliantów. Dalsze wypady w głąb galaktyki 

zostały odparte przez Nową Republikę, która zepchnęła Ssi-ruuków z powrotem na rodzinne 

planety. Od tamtej pory nikt o nich nie słyszał. Według Jainy wszyscy sądzili, że agresorzy 

albo poszli po rozum do głowy, albo też zbierali siły na bardziej zdeterminowany atak. 

52

background image

Tak samo jak Yevetha, pomyślała. 

- W istocie - ciągnął Lwothin - nasi dawni panowie zaczęli dopatrywać się przyczyn klęski nie 

tylko we własnej taktyce. Społeczeństwo Ssi-ruuvi miało ściśle klanowy podział - wyjaśnił - a 

każdy klan wyróżniał się kolorem łusek. Absolutnym władcą był Shreeftut, który miał do pomocy 

Radę Starszych i Konklawe. Konklawe udzielało rad Shreefrutowi w kwestiach duchowych - ko-

lejnym aspekcie życia, do którego Ssi-ruukowie przywiązywali ogromną wagę. Ich system wierzeń 

nauczał, że duch każdego Ssi-ruuka, który umarł z dala od poświęconego świata, był na zawsze 

stracony. Dlatego właśnie Ssi-ruukowie do walki z wrogiem woleli korzystać z robotów bojo-

wych zasilanych przetransferowanymi duszami niewolników, aniżeli angażować się w walkę 

osobiście. 

Transfer umysłów służył dobrze naszym panom przez wiele stuleci. Nie widzieli powodu, aby 

wprowadzać zmiany. Odraza, z jaką przyjęliście tę technologię, była dla nich całkowitym zasko-

czeniem. Uważali, że wszystkie istoty stosują podobne techniki. To, że wy ich nie stosowaliście, 

jedynie  podkreślało  nowatorstwo  technologii  używanej  przez  was:  rozbicia  atomu  i  zwykłej 

materii. 

Sojusz Rebeliantów pokonał naszych dawnych panów z innych powodów niż różnice techno-

logiczne, ale oni potrafili się skupić tylko na tym jednym aspekcie. Widzieli statki Imperium i 

Sojuszu  Rebeliantów  w  akcji  wokół  Bakury.  Znali  się  na  fizyce  materii  w  wystarczającym 

stopniu, aby odtworzyć  tę technologię w swych laboratoriach.  W ciągu dziesięciu standardo-

wych  lat  posiedli  prototypowe  statki  hybrydowe,  które  wykorzystywały  waszą  technologię  w 

tarczach i silnikach, lecz kierowały nimi przetransferowane umysły. Przy zmniejszonym drena-

żu sił żywotnych piloci wytrzymywali znacznie dłużej i o wiele mniej cierpieli. 

- Ale wciąż byli przetransferowani - wtrącił Han. 

- Tak. Umysł każdego prototypowego robota bojowego pochodził z duszy wykradzionej z 

ciała P'w'ecka. Cierpienie było mniejsze, ale za to dłużej trwało. Sytuacja nadal była nieza-

przeczalnie zła. I wtedy narodził się Keeramak. 

W głosie  P'w'ecka pojawiła się nowa nuta. To może być strach,  pomyślała Jaina. Albo na-

bożny lęk i podziw. 

- Co to jest Keeramak? - zapytała Le'ia. 

- Trudno to wyjaśnić w zrozumiałych dla was pojęciach. Wiecie, że Ssi-ruukowie, którzy mieli 

błękitne łuski, rządzili imperium Ssi-ruuvi, ci o złotych łuskach byli zaś kapłanami materii i 

energii. Rdzawe łuski oznaczały wojowników, zielone - robotników. Pomiędzy nimi, 

53

background image

ulokowani  tylko  nieco  powyżej  mojego  gatunku,  znajdowali  się  ci,  którzy  pochodzili  z  mie-

szanych  lub  nieudanych  rozrodów:  brązowe  łuski.  Niektórzy  podejrzewali,  że  to  przodkowie 

P'w'ecków z dawnych czasów. Byli uważani za tępe i ordynarne istoty, nadające się jedynie do 

najbardziej prymitywnych prac. Wielu z nich, szczególnie ci zrodzeni z zakazanych związków, 

było zabijanych po urodzeniu. 

W takim świecie urodził się Keeramak. Musicie zrozumieć to dokładnie, gdyż Keeramak nie 

powinien  był  istnieć.  Keeramak,  jako  jedyny  z  rodu  brązowołuskich  Ssi-ruuków,  miał  kolor. 

Nie oznaczało to, że miał jeden kolor. Miał łuski wszystkich barw. To uczyniło go wyjątkiem po-

śród Ssi-ruuków. 

Lwothin  wykonał  skomplikowany  gest,  coś  w  rodzaju  wzruszenia  ramionami,  które  obej-

mowało całe ciało. 

- Keeramak był przypadkiem, wybrykiem natury, to jasne. Nie miał wyraźnej płci, był też 

nienormalnego wzrostu. To jednak nie miało znaczenia. Jego narodziny odbiły się szerokim 

echem pośród Ssi-ruuków. Wiecie, jak wielką wagę przywiązują do spraw duchowych, a te 

narodziny przepowiadano od tysiącleci. Mówiono, że Keeramak, dziecko wielu barw, popro-

wadzi uciśnionych i uczyni ich panami; dzięki niemu słabi staną się silni. 

- Chcesz powiedzieć - wtrącił Han - że Ssi-ruukowie przyjęli Keeramaka, ponieważ sądzili, iż 

poprowadzi ich do zwycięstwa nad nami? 

- To prawda - zgodził się Lwothin. - Wychowywali go jak króla, z wszelkimi przywilejami i 

możliwościami nauki i rozwoju. Keeramak wkrótce okazał się wyjątkowy we wszystkich 

dziedzinach: był mądry, silny, inteligentny. Sprzeczał się ze Shreeftutem na temat ograniczeń 

mocy, wzywał Konklawe do dyskusji na temat teologii i rywalizował z Radą Starszych w zna-

jomości prawa. Największą jednak cnotą Keeramaka było współczucie... które okazało się też 

klęską Ssi-ruuków. 

- Wybrał was zamiast nich? - zapytała Leia. 

- Keeramak poprowadził nas do zwycięstwa nad dawnymi panami. To on przygotował bunt i 

skonsolidował to, co po nim zostało. W ciągu roku Lwhekk był nasz i imperium Ssi-ruuvi 

przeszło do historii. A teraz, pięć lat później, Keeramak wciąż rządzi naszym losem. 

-  Imponujące - zauważyła Leia. - Zrzucenie jarzma wyzysku to tylko pierwszy krok dłu-

giej i trudnej wędrówki. 

Jaina skinęła głową, wiedząc, że jej matka mówi z własnego doświadczenia. 

-  Po wyzwoleniu kontynuowaliśmy badania nad transferem - ciągnął Lwothin za pośred-

nictwem C-3PO. - Znaleźliśmy sposób kar- 

54

background image

mienia zapisanych umysłów, odzyskanych w czasie rewolucji. Energia życiowa destylowana ze 

skoncentrowanych alg i innych prymitywnych form życia może zapobiec rozkładowi, jaki gro-

ził  poprzednim  niewolnikom.  Stanowi  również  znaczny  postęp  w  zwalczaniu  dyskomfortu, 

jaki  odczuwają  przetransferowane  umysły.  Teraz,  kiedy  większość  drenujących  życie  zadań 

przekazano  waszym  formom  technologii,  zmniejszając  obciążenie  przetransferowanej  duszy, 

wynagrodziliśmy wiele krzywd, jakie wyrządzono w przeszłości niewolnikom i jeńcom. 

Roboty  bojowe,  które  widzieliście  dzisiaj,  są  pilotowane  przez  dusze  przetransferowane  w 

ostatnim  okresie  Imperium.  -  Potrójne  powieki  Lwothina  zamrugały  w  skomplikowanym  ryt-

mie. - Wciąż oferujemy transfer jako formę służby wojskowej, ale niewielu ma ochotę poświę-

cić fizyczne życie. Od takiej decyzji nie ma odwrotu i nie podejmuje się jej lekko. 

- Jestem pewna, że nie - odparła Leia i spojrzała na generała Paniba. 

Z tonu głosu matki i napięcia jej mięśni, ze sposobu, w jaki siedziała, Jaina mogła wywnio-

skować, że długie wyjaśnienia Lwothina wcale jej nie przekonały  - choć zgadzały się z dziw-

nymi odczytami w Mocy, jakie emitowały roboty bojowe. 

- Generale Panib, czy widział pan cokolwiek, co przeczyłoby oświadczeniu Lwothina, że nikt 

nie został poddany transferowi wbrew swojej woli? 

- Nikt z nas nie był poddawany transferowi, jeśli do tego pani zmierza - odparł generał. - 

Istotnie, nie wykonali w stosunku do nas żadnych agresywnych gestów. Chociaż... 

- Co? - podchwycił Han, lekko wychylając się do przodu w swoim fotelu. 

- No cóż, jest jeszcze jedna sprawa, o której musimy porozmawiać, skoro już zjawiliście się 

w tak nieodpowiednim momencie. P'w'eckowie przybyli tu dwa tygodnie temu, oferując traktat. 

Premier Cundertol i senat debatowali przez wiele dni, zanim stwierdzili, że należy przyjąć ofer-

tę. Oświadczenie premiera spowodowało zamieszki. Trudno wyjaśnić ogółowi, że ich nie sprze-

daliśmy. 

- To mogę zrozumieć - mruknął Hart. 

- Myśleliśmy, że ludzie już się uspokoili - ciągnął Panib. – Zalety obronne sojuszu z P'w'ec-

kami były oczywiste, zwłaszcza że Yuuzhan Vongowie powoli zaczęli się kierować w tę 

stronę. Musimy powiedzieć, że wiele im zawdzięczamy, w końcu odsunęli od nas zagrożenie 

55

background image

Ssi-ruuvi. - Panib zaczął się wiercić niespokojnie. - Ale są pewne komplikacje... i warunki. 

- Na przykład? - zapytała Leia. 

- Lwothin wspomniał o religii. P'w'eckowie są pokrewni Ssi-ruukom, dzielą pewne ich trady-

cje. Aby poczuli się swobodniej, musimy opracować niektóre szczegóły. Cundertol chciał, aby 

ten ich Keeramak przybył na Bakurę i osobiście podpisał traktat, ale on... no... nie chciał się tu 

pojawić, dopóki Bakura nie zostanie poświęcona. Widzicie, on podobnie jak cała reszta Ssi-

ruuków wierzy, że jeśli umrze z dala od poświęcanej ziemi, na zawsze straci duszę. A muszę 

przyznać, że zamach polityczny nie jest całkowicie wykluczony, zwłaszcza teraz, biorąc pod 

uwagę gorące temperamenty niektórych politykierów. - Spojrzał na Lwothina wzrokiem peł-

nym skruchy. - Jesteśmy sąsiadami, musimy się nauczyć handlować i walczyć ramię przy 

ramieniu. Jeśli Bakura i P'w'eckowie mają pracować razem, należy uwzględnić wszystkie 

wierzenia. Chcielibyśmy, aby podczas odwiedzin u nas czuli się bezpiecznie. Cundertol zdo-

łał wywalczyć kompromis: Keeramak przybędzie na Bakurę, aby osobiście poświęcić zie-

mię. Ceremonia była planowana za dwa dni od dzisiaj. Tak miały się sprawy, kiedy... 

- .. .kiedy premier Cundertol znikł - odezwał się głos od strony wejścia. 

Jaina instynktownie zacisnęła palce na rękojeści miecza świetlnego. Odwróciła się i ujrzała 

wysokiego, niemłodego już mężczyznę w szkarłatnej szacie. Szedł w kierunku stołu. Twarz miał 

pociągłą i kanciastą, kości czaszki wyraźnie widoczne pod cienką skórą. Dwaj bakurańscy straż-

nicy kroczyli tuż za nim z karabinami mocno przyciśniętymi do piersi. 

Wicepremier Harris - przedstawił Panib, zrywając się na nogi. Wyglądał, jakby kamień 

spadł mu z serca. - Dobrze, że pan przyjechał. 

Harris gestem nakazał Panibowi usiąść, po czym na powitanie skinął głową wszystkim obec-

nym. 

- Księżniczko Leio, kapitanie Solo, to wielka przyjemność widzieć was znowu. Ciebie oczy-

wiście także, Lwothin. 

Jeden z asystentów przyniósł dodatkowe krzesło. Wicepremier zajął miejsce między P'w'ec-

kiem a Leia. 

- Przepraszam za spóźnienie - zwrócił się do Paniba. - W głównym porcie był alarm terrory-

styczny i musiałem wziąć wahadłowiec z Gracji Mniejszej. Jak widzicie - wyjaśnił pozosta-

łym - mamy tu teraz groźne niepokoje polityczne, sprowokowane przez gwałtowną i po- 

56

background image

zbawioną  skrupułów  mniejszość,  której  się  wydaje,  że  wie,  co  jest  dla  Bakury  najlepsze.  Ta 

mniejszość zadecydowała, że P'w'eckowie są tacy sami jak Ssi-ruukowie, a wizyta Keeramaka 

na  Bakurze  jest  jedynie  sprytnym  wybiegiem,  który  spowoduje  transfer  wszystkich  po  kolei. 

„Niegdyś wróg, na zawsze wróg" - to ich maksyma. Nie ma miejsca na negocjacje. - Bezradnie 

zacisnął pięści i spojrzał niepewnie na  Leię i Hana.  - Zdaje się, że mieliście już z nimi przy-

jemność. 

- Istotnie, bezpieczna transmisja została przerwana przez kogoś, kto próbował nas ostrzec - 

odparła Leia. - Kimkolwiek był, miał dostęp do kanałów, które powinny być zamknięte. 

- Są wszędzie - kwaśno odparł Harris. - W miarę jak zbliża się termin poświęcenia, ich de-

speracja wzrasta. Spowodowali co najmniej pięć włamań do podprzestrzennych kanałów ko-

munikacyjnych w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Porwanie Molierre'a Cundertola było 

aktem rozpaczliwej samobójczej brawury. Może was to zdziwi, ale o ile nie pochwalam ich 

metod, podziwiam odwagę. - Smutno pokręcił głową. - Nigdy jednak nie negocjujemy z ter-

rorystami. 

- A co z Cundertolem? - zapytał Han. - Wiecie może, gdzie go trzymają? 

- Wkrótce się dowiemy. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy w rękach przywódcę terrorystów. 

Generał Panib był wyraźnie zaskoczony tą wiadomością. 

- Od kiedy? 

- Została aresztowana na krótko przed moim przybyciem. Trzymamy ją w dobrze strzeżonej 

celi, gdzie czeka na przesłuchanie. 

- Czy to... - zawahał się Panib - ...ta osoba, którą podejrzewaliśmy? 

- Malinza Thanas - odparł Harris z zadowolonym uśmiechem. - Tak. 

W  pomieszczeniu  zapanowało  zaskoczenie.  Jaina  znała  to  nazwisko.  Malinza  Thanas  była 

córką  ludzi,  których  jej  rodzice  i  wujek  Luke  spotkali  na  Bakurze  w  czasie  pierwszej  wizyty. 

Kiedy rodzice Malinzy umarli, Luke i Mara łożyli na jej utrzymanie i odwiedzali ją czasami. Ja-

ina nie wiedziała jednak nic o powiązaniach dziewczyny z ruchem terrorystycznym. 

- Malinza? - zapytała Leia. - Jesteście tego pewni? 

- Całkowicie - odparł Harris. - Sama się do tego przyznaje. 

- Przyznała się, że porwała premiera? 

- Jeszcze nie, ale to kwestia czasu. 

- Kiedy mówicie „przesłuchanie"... 

57

background image

- Nie oznacza to tortur, księżniczko - łagodnie zapewnił Harris. - Jesteśmy cywilizowanym 

narodem i trzeba czegoś znacznie więcej niż niewielkie zamieszki, aby zmienić nas w dziku-

sów. 

- To nie ma sensu. - Han pokręcił głową. - Ten, który rozmawiał z nami przed przybyciem 

tutaj, próbował nas ostrzec, sądząc, że czyhamy na wasze statki. Twierdził, że P'w'eckowie są 

waszymi sprzymierzeńcami. Ale jego słowa przeczą temu, co przed chwilą powiedział pan o 

terrorystach. Gdyby byli przeciwni P'w'eckom, nie chcieliby mieć z nimi nic wspólnego. 

- Co mogę powiedzieć? Są zdezorientowani, nie wiedzą, w którym kierunku się poruszać, ich 

cele nie są jasne nawet dla nich samych. - Harris lekceważąco wzruszył ramionami. - Odkąd 

obaliliśmy Imperium, nieustannie cierpimy przez takie grupki separatystów. To ludzie, którzy 

mają za złe Nowej Republice wtrącanie się w nasze sprawy. Może niektórzy z nich sprzy-

mierzyli się z ruchem przeciwko P'w'eckom, żeby mieć złudzenie siły. Tacy nie będą szczę-

śliwi, dopóki Bakura nie stanie samotnie przeciwko całej reszcie galaktyki... i, co nie 

uniknione, równie samotnie zginie. 

- No i co teraz? - zapytał Panib. 

- Po pierwsze, generale, musimy zrobić porządki we własnym domu. Szukając premiera, po-

winniśmy jednocześnie zakończyć stan wojenny i rozpocząć przygotowania do poświęcenia. 

Od tego zależy traktat. Premier nie chciałby, żeby cokolwiek się opóźniło. Z pańskim pozwo-

leniem zbiorę senat i zajmę się wszystkim. 

- Oczywiście. - Ulga w głosie generała była aż nadto wyraźna. - Czasu jest mało, a mamy 

wiele do zrobienia. 

Wtedy odezwał się Lwothin: 

- Rozumiemy, że to dla was trudne chwile - przetłumaczył C-3PO. - Jesteśmy wdzięczni za 

nieustanne starania, aby doprowadzić do spotkania naszych rządów. - Dziób P'w'ecka kłapał z 

emfazą. – Przekażę Keeramakowi moje zapewnienia, że wszystko jest w porządku, i cere-

monia przebiegnie zgodnie z planem. 

- Dzięki, przyjacielu - odparł Blaine Harris, skłaniając głowę w kierunku ambasadora P'w'ec-

ków. - Oczywiście - dodał pod adresem Hana i Leii - zapraszam was na ceremonię. Jestem 

pewien, że będzie to fascynujące spotkanie z kulturą, o której snuliśmy teorie przez wiele 

lat, lecz nigdy nie mieliśmy okazji zobaczyć jej na własne oczy. 

- Będziemy zaszczyceni - powiedziała Leia. - Galaktyczna Federacja Wolnych Przymierzy 

jest niezmiernie zainteresowana obserwacją ceremonii. 

58

background image

Generał Panib wstał, pozostali poszli za jego przykładem. 

- Mam nadzieję, że się nie obrazicie, jeśli zakończę to spotkanie, ale mam ważne sprawy do 

omówienia z wicepremierem. 

- Ależ naturalnie. - Leia przyjęła wyjaśnienie z właściwym sobie dyplomatycznym taktem. 

- Dziękuję również za czas, poświęcony na wyjaśnienie nam zaistniałej sytuacji. Wciąż 

mam pewne wątpliwości, które chciałabym później z panem przedyskutować, jeśli to moż-

liwe. 

- Z wielką radością spełnię pani prośbę - odparł generał. Wyraźnie nabrał pewności siebie, 

której brakowało mu przedtem, zanim usłyszał wieści od wicepremiera. - Zapewniam, że 

port Salis D'aar jest przygotowany na wasze przybycie. Mam nadzieję, że teraz, po aresz-

towaniu Thanas, sytuacja się unormuje. 

Leia skłoniła głowę na znak wdzięczności. 

Wicepremier  skłonił  się  również,  odprowadzając  wzrokiem  Leię,  Hana  i  resztę  ich  grupy, 

którzy kierowali się do wyjścia. Lwothin oraz jego dwóch ochroniarzy szli tuż za nimi, a choć 

jaszczur starał się nie podchodzić zbyt blisko, Jaina pilnowała, aby zawsze znajdować się po-

między nim a rodzicami. 

Na zewnątrz P'w'eck odezwał się znowu melodyjnym, głębokim głosem. 

-  Lwothin twierdzi, że to przełomowy moment dla wszystkich na szych gatunków - przetłu-

maczył C-3PO. P'w'eck przemówił znowu: - Mówi też, że jest zadowolony, iż będziecie 

obecni na ceremonii. Keeramak będzie również rad, kiedy usłyszy te wieści. 

Nie czekając na odpowiedź, P'w'eck ruszył w głąb korytarza, a ochroniarze tuż za nim. 

- Ładnie szczebiocze, no nie? - mruknął Han. 

- Coś mi tu nie pasuje - odezwała się Jaina, zadowolona, że spotkanie dobiegło końca i może 

znowu włączyć się do dyskusji. - Jak bakurański ruch oporu może być wszędzie i wciąż po-

zostawać mniejszością? 

- Maksymalne zamieszanie przy minimum wysiłku - odparła Leia. - Całkiem jakby Brygady 

Pokoju maczały w tym palce. 

- A raczej to, co z nich zostało - mruknął Han. - Nawet po Ylezji to tak, jakby ktoś wyrwał 

ruszt w deflektorze. 

- Może choć tym razem się nie spóźnimy - powiedziała Jaina, wciąż pamiętając zniszczenie 

N'zoth. 

- Oczywiście, zakładając, że usłyszeliśmy całą historię - dodała Leia. 

59

background image

- Opowieść, Yu'shaa. Chcemy usłyszeć opowieść - szeptali akolici stłoczeni w mrocznej sali 

audiencyjnej. - Opowiedz nam o Jeedai. 

Prorok spojrzał na nich z wysokości swojego tronu, kryjąc wyraz  twarzy pod potworną ma-

ską. Pośród labiryntu blizn i tatuaży jego własna twarz też była ledwo rozpoznawalna. 

- Kto prosi? - zapytał zgodnie z rytuałem. 

- My, Yu'shaa - odpowiedzieli pielgrzymi, jednocześnie skłaniając głowy. - Jesteśmy Zhań-

bionymi, przybyliśmy zaczerpnąć ze źródła twej mądrości. 

Prorok skinął głową, zadowolony z formalnej odpowiedzi. Strażnicy na zewnątrz sali staran-

nie  poinstruowali  akolitów  przed  audiencją,  co  i  kiedy  mają  mówić.  Istota  ukryta  pod  maską 

uśmiechnęła się do siebie, wiedząc, że te ceremoniały to jedynie pozory, skłaniające do posłuszeń-

stwa wobec niego, a w rezultacie do rebelii przeciwko jego wrogom. 

Nom Anor wstał z tronu i zdjął maskę. Ohydna sztuczna twarz miała symbolizować Shimrrę i 

bogów, a jej zdjęcie - odrzucenie dawnych obyczajów. Przy pomocy Shoonmi i Knury, swych 

głównych akolitów, dokładnie obmyślił każdy szczegół ceremonii, ale choć powtarzał go wiele 

razy,  wciąż  czuł  się  niezręcznie.  Jedynie  reakcje  nawróconych  świadczyły  o  tym,  że  magia 

działa. 

Akolici z zachwytem wbili wzrok w „prawdziwą" twarz Noma Anora, nie zdając sobie spra-

wy, że to jeszcze jedna maska - masker ooglith przygotowany tak, aby imitował przynależność 

do kasty Zhańbionych. 

- Bogowie obdarzyli mnie wizją - oznajmił. - To wizja galaktyki pięknych światów... świa-

tów, gdzie Yuuzhanie mogą żyć w pokoju i chwale, wolni od hańby, otoczeni wszystkim, cze-

go pożądają ich dusze i serca. 

W ciągu ostatnich kilku tygodni Nom Anor nauczył się zwracać do słuchających go tłumów z 

większym ożywieniem i ekspresją. Z początku siedział tylko i przemawiał, ale wkrótce stwier-

dził, że uwaga Zhańbionych szybko się wyczerpywała przy jednostajnej, monotonnej modli-

twie. Przejął zatem pewne techniki, które zaobserwował  u Vuuruka l'pana - bajarza z grupy 

Zhańbionych,  która  pierwsza  przyjęła  go  do  swego  grona,  gdy  jako  wygnaniec  błąkał  się  po 

podziemiach Yuuzhan'tar. Nom Anor doskonale pamiętał, jak I'pan opowiadał historię Vui Ra-

puunga,  a  zebrani  wokół  niego  słuchali  w  skupieniu,  zawisając  wzrokiem  na  jego  wargach  i 

chłonąc każde słowo, choć słyszeli tę opowieść wiele razy. 

- Kiedy jednak zajrzałem w tę wizję ciągnął Nom Anor z dramatyczną swadą - pomiędzy 

moje głodne oczy a widok światów, które 

60

background image

powinny być nasze, zakradł się mroczny cień. Ten ogromny czarny  cień miał oczy lśniące tę-

czą, a jego potężnie dłonie były czarne od zakrzepłej krwi. 

Zebrani  słuchali  w  oczarowaniu,  tak  samo  jak  słuchacze  Fpana  chłonęli  jego  opowieści. 

Nom Anor uniósł dłoń, by nakazać milczenie - gest niepotrzebny, bo i tak panowała głęboka 

cisza,  lecz  jednocześnie  ważny,  bo  w  ten  sposób  jeszcze  bardziej  podporządkowywał  sobie 

tłum. 

-  Bogowie stanęli przeciwko wielkiemu cieniowi, Tęczowookiemu, wysyłając swoich świę-

tych wojowników, by go pokonali. 

Spojrzał w dół, na tłumy. 

-  Znacie imię tych wojowników. 

Szept uniósł się z dołu i otoczył go: „Jeedai!" 

Skinął głową z aprobatą i pochylił się w dół, jakby chciał się podzielić wielką tajemnicą. I 

rzeczywiście  była  to  wielka  tajemnica;  samo  jej  wypowiedzenie  mogło  oznaczać  śmierć  dla 

każdego ze zgromadzonych w pomieszczeniu. 

- Tak, bogowie zesłali Jeedai, by przepędzili Tęczowookiego Nieprzyjaciela. Walczyli wiele 

tygodni i miesięcy. Cień zabił wielu świętych wojowników, usuwając resztę. Noc zapadła nad 

galaktyką, wydawało się, że wojna została na zawsze przegrana. Zabrali nam nasz dom! 

Yuuzhan Vongowie nie byli już obdarzani łaskami bogów, albowiem pohańbili się na ołta-

rzach Cienia! 

- Nie! -jęknął jeden z zebranych, kręcąc głową. Nawet z tej odległości Nom Anor ponad 

tłumem czuł ciężki odór unoszący się z jego gnijącego ramienia. 

Uśmiechnął  się w duchu.  Zbyt łatwo podporządkowuje sobie te luźno związane kongregacje 

heretyków, które były plagą stolicy. Ich członkowie byli słabi i zdesperowani, a on silny i pomy-

słowy. 

-  Zaiste, nie - rzekł. - Nawet gdy ogarnęła mnie rozpacz nad klęską Jeedai, nawet kiedy się 

zdawało, że Tęczowookiego nie da się powstrzymać, bogowie ofiarowali mi nadzieję. Albowiem 

kiedy wszystko było ciemne, ujrzałem, jak trawy z pola zwróciły się przeciwko Cieniowi. 

Widziałem, jak powstają i owijają się wokół stóp Tęczowookiego. Nieprzyjaciel potknął się i 

upadł, a wtedy trawy powstały, by spętać potężne członki Cienia. Trawy trzymały wroga bo-

gów, owijały się wokół jego gardła, wyciskając zeń samo życie, wyrywając ziemię spod 

panowania jego czarnego serca! Każde pojedyncze źdźbło trawy jest słabe, lecz razem stały się 

potęgą! 

Kongregacja odetchnęła z ulgą i radością. 

61

background image

- Bądźmy jak ta trawa i owińmy się wokół stóp naszego wroga, aby z hukiem padł na ziemię. 

Pojedynczo nic nie znaczymy, lecz razem, jak trawa, będziemy silni! 

Zebrani zaszumieli radośnie, a Nom Anor pławił się w ich szacunku. Przez wszystkie te lata, 

kiedy służył jako egzekutor, nigdy nie miał takiego posłuchu Nie mógł nigdy mówić otwar-

cie  i  szczerze,  bojąc  się  obrazić  mistrza  wojennego  i  kapłanów...  a  za  ich  pośred nictwem 

również bogów. Teraz setki wyznawców chłonęły każde jego słowo. 

Był dość mądry, aby wiedzieć, że ta uwaga będzie trwać tylko tak długo, jak długo będą się 

z nim zgadzać. Pochłaniali te bzdury o Jedi wraz z przesłaniem, aby sami rośli w siłę; jeśli na-

wet  w pierwszą część Nom  Anor sam  nie bardzo wierzył,  o tyle druga  nadzwyczaj  mu  odpo-

wiadała. Zhańbieni staną się jego drogą na powierzchnię. Był szczęśliwy, że mógł im ofiarować 

pomoc, by samemu osiągnąć swój cel. 

Pomoc ta miała ogromne znaczenie, którego nie lekceważył. Jako egzekutor nie doceniał po-

trzeb  i  potęgi  niższych  kast.  Zhańbieni  istotnie  byli  słabi  jako  poszczególne  jednostki,  lecz 

tak, jak ich uczył w swych kazaniach, łatwo mogli to nadrobić liczebnością. Większość z nich 

przed Hańbą należała do kasty robotników, lecz niektórzy mieli  wyższe rangi.  Zresztą na we-

zwanie  Noma  Anora  odpowiadali  nie  tylko  Zhańbieni;  kult  Jedi  przyciągał  również  innych  - 

młodych członków uprzywilejowanych kast, od robotników i mistrzów przemian po wojowni-

ków, kapłanów i intendentów. Mistrzowie przemian znali narzędzia swego fachu, kapłani i in-

tendenci wiedzieli, jak wszystko zorganizować, a wojownicy - jak walczyć. Każdy, kto by przy-

był  na  spotkanie  z  zamiarem  aresztowania  jego  uczestników,  natknąłby  się  na  nieprzyjemną 

niespodziankę. 

Choć nie zawsze się dało o tym pamiętać, nie wszyscy słuchacze byli równie naiwni. Zda-

rzali się wykształceni, większość wcale nie była głupia. Potrzebowali władzy, a on zamierzał 

ją im ofiarować. 

Kiedy szepty i pomruki ucichły, wrócił na tron i skinieniem zaprosił słuchaczy, aby zebrali się 

wokół  niego.  Komnata  była  w  rzeczywistości  wielką  piwnicą,  setki  metrów  poniżej  wież 

Yuuzhan'tar, a „tron" był tylko fotelem pokrytym mchami o różnych odcieniach, dzięki którym 

wyglądał na coś lepszego. To i tak nie miało znaczenia. Zebrani widzieli to,  co chcieli zoba-

czyć, tak samo jak słyszeli to, co chcieli usłyszeć. 

Nom Anor pochylił się do przodu, aby porozmawiać z nimi mniej ceremonialnie. Nadszedł 

czas, by przekazać im Wieść. 

62

background image

-  Ilu z was spotkało się twarzą w twarz z Jeedai? - zapytał. – Ilu z was słyszało nowinę z 

ich własnych ust i w ich własnym języku? 

Czekał,  aż  ktoś  wreszcie  odpowie  twierdząco,  ale  jak  zwykle,  wszyscy  milczeli.  W  ciągu 

wszystkich kazań, jakie wygłosił, nie zdarzyło mu się spotkać ani jednego Zhańbionego, który 

podszedłby i powiedział, że widział bodaj jednego przedstawiciela istot, które czcili i na których 

pomoc liczyli. 

-  Ja się spotkałem z Jeedai - rzekł. - Patrzyłem na Bliźnięta, widziałem ich potęgę. Zasta-

nawiałem się nad Jeedai-która-była-kształ-towana, byłem świadkiem śmierci być może naj-

większego z nich, zwanego Anakinem Solo, który oddał życie za to, by nie zginęli ci, których 

kochał. Rozmawiałem z ich starszymi i słuchałem ich słów własnymi uszami. Wszystko to robi-

łem, a teraz stoję przed wami i mogę zaświadczyć o prawdzie tego, co wam opowiedziałem. 

Jeśli to, co mówię, nie jest prawdą, niech bogowie uderzą we mnie tu i teraz, aby zniszczyć to 

bluźnierstwo z samego serca galaktyki! 

Nom Anor czuł, że zebrani wstrzymują oddech. Ukrył jeszcze jeden uśmieszek, przeciągając 

pauzę  nieco dłużej, niż to  było  konieczne.  Chciał, żeby  akolici  zdali sobie sprawę z tego, że 

wciąż jeszcze boją się starych bogów, że dawne zwyczaje trudno wykorzenić. 

Nigdy go nie męczyła bserwacja wrażenia, jakie jego słowa wywierały na Zhańbionych. Nie 

przestawała go bawić łatwość, z jaką manipulował ich uczuciami. Szczerze mówiąc, jego sło-

wa  nie  były  kłamstwem.  Spotkał  w  czasie  pełnienia  obowiązków  wielu  Jedi,  choć  nie  w  roli 

sprzymierzeńców. Nigdy też nie przestawał wsłuchiwać się w ich filozofię. Zazwyczaj znajdo-

wali się po przeciwnej stronie jego planów zniszczenia i zdrady albo to on starał się przeżyć, 

kiedy te plany zawiodły. 

Milczenie  było  już  niczym  naciągnięta  do  granic  możliwości  struna.  Zaczął  więc  opisywać 

historię Vui Rapuunga, Zhańbionego, który znalazł odkupienie w czynach rycerza Jedi zwanego 

Anakinem Solo. Wszyscy oczywiście słyszeli tę opowieść wiele razy, żaden z nich nie dotarłby 

aż tutaj, gdyby nie znał bodaj ogólnego jej zarysu, bo to świadczyło, że ktoś uznał go za godnego 

zaufania. Lecz „oficjalna" wersja była taka, jak nauczał Prorok. Zawierała wszystkie szczegóły 

w  odpowiedniej  kolejności,  była  też  zgodna  ze  znanymi  faktami.  Przekazywała  odpowiednią 

informację w odpowiednim czasie. 

A przynajmniej tak życzył sobie Nom Anor. I znów, z braku prawdziwej wiary, mógł sądzić 

jedynie po reakcjach tych, którzy przychodzili słuchać jego słów. Słuchali łakomie, wychodzili 

ożywieni, pełni 

63

background image

siły i gotowi głosić Nowinę. Wszyscy wiedzieli, że powiązania z Prorokiem oznaczają torturę i 

śmierć;  strażnicy  starych  bogów  byli  zazdrośni  i  nie  tolerowali  buntowników  przeciwko  ich 

wierze. 

Trudno było powiedzieć, jak daleko sięgała wiedza o istnieniu kultu. Czy Shimrra tracił zdol-

ność do medytacji, rozmyślając nad szybko rozprzestrzeniającą się zgnilizną? Nom Anor mógł 

tylko mieć taką nadzieję. 

-  ...i tak herezja Jeedai pewnie dobiegłaby końca, gdyby jej świadkami nie byli Zhańbieni, ob-

serwujący walkę z boku, z damuteka mistrzów przemian. To oni roznieśli Nowinę... która do 

dziś dnia niesie się dalej i dalej, z ust do kolejnych uszu takich jak my. Istnieje inna droga, 

droga, która prowadzi do akceptacji, a nowe słowo na określenie nadziei brzmi: Jeedai. 

Nom Anor urwał i pociągnął łyk z bukłaka, który dzięki Shoonmi znalazł się pod ręką jeszcze 

przed wejściem akolitów. Koniec historii był dokładnie taki, jak zasłyszał go od I'pana. Opo-

wiadał go zawsze w ten sposób, aby nie zapomnieć pochodzenia opowieści i losu I'pana. Ba-

jarz poniósł śmierć z rąk bandy wojowników, która przybyła w poszukiwaniu skradzionych 

zapasów - Nom Anor i I`pan kradli, aby utrzymać przy życiu niewielką grupkę wyrzutków. Ta 

śmierć  sprawiła,  że  Nom  Anor  zapragnął  działać.  Bez  tej  motywacji  wciąż  jeszcze  mógł  żyć 

anonimowo, czekając, aż skończy mu się szczęście, zamiast być panem własnego losu. 

-  Teraz będę odpowiadał na pytania - rzekł po chwili. 

Zawsze były pytania. 

-  Czy Yun-Yuuzhan stworzył Jeedai? - brzmiało pierwsze z nich. Wykrzyknęła je jakaś ko-

bieta z głębi sali. 

-  Yun-Yuuzhan stworzył wszystkie rzeczy - odparł Nom Anor. - Jeedai także. Są oni czę-

ścią jego planu w takim samym stopniu, jak my. Pewnie niektórym z was wyda się to nie-

zrozumiałe, ale musicie pamiętać, że nie wolno nam sądzić, iż znamy plany Yun-Yuuzhana 

w całej rozciągłości. Jesteśmy robakami ghazakl u jego stóp. Czy taki robak może zrozumieć 

nawet najprostszą z wykonywanych przez was czynności? 

-  Czy zatem są oni wcieleniami Yun-Shuno? - zapytał jakiś mężczyzna. 

-  Podobnie jak wszystkie istoty, różni Jeedai odpowiadają różnym bogom. Bliźniacy Jeedai, 

Jaina i Jacen Solo, są często łączeni z bliźniaczymi bóstwami Yun-Xiin i Yun-Q'aah. Jaina 

wiązana jest również z Yun-Harlą. Wszyscy Jeedai to zdyscyplinowani wojownicy i walczą 

64

background image

dla łaski Yun-Yammki, Zabójcy. Szanują życie jak Yun-Ne'Shel, Rzeźbiarz. Poświęcenie się dla 

większej  sprawy  to  część  ich  nauk,  podobnie  jak  Yun-Yuuzhana.  Działali  więc  również  jako 

mediatorzy w imieniu Zhańbionych, jak Yun-Shuno. Lecz w istocie są podobni nam. Nie są bo-

gami ani trochę bardziej niż Shimrra. Są śmiertelni, można ich zabić. Wiem, ponieważ widzia-

łem na własne oczy, jak umierają. Istnieją opowieści o Jeedai, którzy nieśli zniszczenie zamiast 

dobra, więc wiemy, że mają wady, jak my. To ich nauk musimy słuchać, abyśmy byli silni jak 

oni, aby przyjęli nas jak równych. 

- Yu'shaa, co to jest Moc? 

Nom  Anor  udawał  przez  chwilę,  że  zastanawia  się  głęboko  nad  tym  pytaniem.  W  istocie 

przemyślał już tę sprawę bardzo dokładnie. Sam widział skutki działania Mocy, ale nigdy jej 

nie rozumiał. Jednak,  w przeciwieństwie do tych, którym niegdyś służył, nie winił za to Jedi. 

To byłby czysty absurd. Po prostu nie mógł zaprzeczyć, że rycerze  Jedi mieli dostęp do cze-

goś, do czego Yuuzhan Vongowie najwyraźniej dostępu nie mieli. 

Im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przerażony. Jeśli, jak twierdzą Jedi, Yuuzhanie nie po-

siadają tej mistycznej siły żywotnej czy też pola energetycznego, które wypełnia... a może na-

pędza...  wszystkie  żywe  istoty  w  galaktyce,  na  którą  napadli,  czy  to  mogło  znaczyć,  że 

Yuuzhan Vongowie, wszystkie ich wysiłki... i ich bogowie... byli tak puści i pozbawieni życia 

jak maszyny, którymi gardzili? 

Nom  Anor  przypuszczał,  że  istnieją  dwa  rozwiązania  tego  problemu.  Pierwsze  oznaczało 

przyjęcie nauk Jedi, aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym dziwnym zjawisku i ocalić siebie 

od  bezsensownego,  połowicznego  życia.  Drugie  polegało  na  odnalezieniu  choć  najmniejszego 

dowodu, że Yuuzhanie nie byli tak całkowicie pozbawieni tej nieuchwytnej Mocy... że gdzieś 

w ich wnętrzu tkwiła ta sama iskra życia, która płonęła w Jedi. 

Odpowiedź na to pytanie zdawała się łączyć oba rozwiązania w taki sposób, że nie prowadzi-

ła do żadnych ostatecznych wniosków. 

- Moc to aspekt stworzenia, taki sam jak materia i energia. Może nawet być jedną ze stron 

Stworzenia, tej pierwotnej ofiary, jaka przywiodła do istnienia wszystkie rzeczy z łona Yun-

Yuuzhana. Nauczono nas, że Yun-Yuuzhan to źródło życia, Najpotężniejszy, który poprzez 

zadany sobie ból stworzył niższych bogów, a zatem także Yuuzhan Vongów. Przyjmujemy, że je-

go ofiara składała się z ciała... i dlatego jego wyznawcy ofiarowują ramię lub tysiąc jeńców ku 

jego chwale. Ale dlaczego miałoby tak być? Dlaczego ograniczamy hojność Yun-Yuuzhana 

65

background image

tylko do tego, co możemy ujrzeć i dotknąć? Podobnie jak wiatr jest  niewidoczny dla naszych 

oczu,  tak  we  wszechświecie  istnieje  wiele  rzeczy,  które  możemy  wyczuć  naszymi  cielesnymi 

zmysłami, a wszystkie one mają początek w Yun-Yuuzhanie. Moc stanowi ich część. Ale co to 

dokładnie jest? - Nom Anor pokręcił głową. - Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, przyjacie-

le. Nie znam na nie odpowiedzi. W tej sprawie jestem takim samym ignorantem jak wy. Moc 

to tajemnica  i może pozostać nią na zawsze. Możemy jedynie błąkać się w ciemności i szukać 

jej po omacku w nadziei, że przypadkiem natrafimy na to, czego nie znamy. 

Nom Anor pochylił się do przodu, zniżając głos do szeptu, aby musieli uważniej wsłuchać się 

w jego słowa. 

-  Szukam i błąkam się, ale odkryłem dwie sprawy, które powinniście sobie przemyśleć, 

Pierwsza to ta, że nasze nauki i nauki Jeedai niekoniecznie muszą być sprzeczne ze sobą. Nie 

proponuję, jak sądzą niektórzy, abyśmy zastąpili nasz panteon bogami Jeedai i Mocą... je 

dynie byśmy byli prorokami nowej wiedzy. 

Przerwał znowu, lecz na krótko, by nikt nie zdążył zadać kolejnego pytania. 

-  Druga kwestia pozostaje bardziej w sferze domysłów, ale i tak wam ją przekażę do prze-

myślenia. Wspomniałem wcześniej, że ofiara Yun-Yuuzhana mogła dotyczyć czegoś więcej niż 

tylko ciała; że mógł oddać w ofierze coś innego, aby zbudzić wszechświat do życia... coś 

takiego, czego ani wy, ani ja nie możemy wyczuć. Widzimy tylko pewne tego aspekty, odbite we 

wszystkim, co nas otacza. Czy nie jest zatem możliwe, że Moc, w całej swojej cudownej ta-

jemnicy, jest tym, co pozostało z duszy Yun-Yuuzhana? 

Nom  Anor  rozparł  się  na  tronie,  pozwalając,  aby  słuchacze  przez  chwilę  oswajali  się  z  tą 

myślą. Nie miał pojęcia, czy to, co mówi, ma sens, ale widocznie oni widzieli w tym jakąś głę-

bię. 

Odprężył  się,  a  oni  nadal  rozważali  to,  co  usłyszeli.  Te  pytania  były  najtrudniejsze  i  Nom 

Anor cieszył się, że ma je już za sobą, ale też na nie był najlepiej przygotowany. Od tej chwili, 

jeśli akolici okażą się tacy jak zwykle, padną pytania w najlepszym razie trywialne. 

-  Kim jesteś, Yu'shaa? - zapytał zniekształcony wojownik, stojący z boku. 

To  pytanie  zwykle  zbywał  pustą  retoryką,  mniej  więcej  tak  samo,  jak  niegdyś  odbijał 

chrząszcze ostrzem amphistaffa. 

-  Jestem jednym z was, anonimowym sługą, wyróżniającym się jedynie pragnieniem głoszenia 

prawdy o tych, którzy mogą nas wyzwolić. 

66

background image

- Skąd pochodzisz? 

- Tak jak wy... jak wy wszyscy... urodziłem się i wychowałem na jednym z wielu świato-

statków, przemierzających wielkie odległości pomiędzy galaktykami w poszukiwaniu wizji 

naszych przodków o ziemi obiecanej. 

Oczywiście, była to prawda, choć niecała. Nom Anor działał jak  zwiadowca, pojawiając się 

na wiele lat przed główną grupą emigrantów. Jego misja polegała na zbieraniu informacji o rzą-

dach i gatunkach zamieszkujących znajdujące się na ich drodze światy. Przygotowywał miejsce 

dla późniejszych agentów, badając drażliwe punkty  i siejąc niezgodę. Nasiona niezgody kieł-

kowały  w  rebelie  i  rebelie  przeciwko  rebeliom,  destabilizując  Nową  Republikę  i  poszerzając 

pęknięcia,  które  ostatecznie  doprowadziły  do  jej  rozpadu.  W  czasie  wojny  pomógł  stworzyć 

Brygadę  Pokoju,  która  mocno  utrudniła  życie  Jedi,  prócz  tego  przygotował  wiele  innych  spi-

sków i planów. Nie mógł jednak im tego powiedzieć. 

-  Czy wojna jest złem? - zapytał ktoś z przodu. Oczy miał rozszerzone i głodne wiedzy. 

Było to trudne pytanie. Choć Nom Anor trzymał stronę Jedi, nie  musiało to wcale znaczyć, 

że galaktyka nie została przeznaczona na  nowy  dom  Yuuzhan. Nie oznaczało  to  też, że złem 

była  walka  z  Sojuszem  Galaktycznym,  skoro  nie  był  on  rządzony  przez  Jedi  i  nie  popierał 

otwarcie  ich  systemu  wartości.  Można  było  zatem  bezpiecznie  popierać  Jedi  i  jednocześnie 

ostro sprzeciwiać się wszelkim sugestiom o zakończeniu wojny. 

Problem polegał na czymś innym. Otóż Nom Anor podejrzewał, że Yuuzhan Vongowie wła-

śnie tę wojnę przegrywali. Nie miał zaufania do Shimrry i jego zdolności opanowania sytuacji. 

Rozumiał  upadek  reżimu  Najwyższego  Władcy  -  wiedział  o  oszustwach,  zdradach,  de-

sperackich poszukiwaniach antidotum w postaci ósmego rdzenia.  Bez drastycznej zmiany kie-

runku albo losu Sojusz Galaktyczny wkrótce zwycięży. 

Dla czcicieli Yun-Yammki, boga rzezi, pojęcie klęski w ogóle nie istniało. Można było zwy-

ciężyć lub umrzeć. Jeśli nie zdołają pokonać Sojuszu Galaktycznego, będą walczyli do końca, do 

zniszczenia wszystkiego, co bliskie sercu Noma Anora. Jego jedyną nadzieją było zatem zmienić 

kierunek tej wojny niejako od zaplecza, mącąc wody przed wrogiem. Czy Jedi będą gotowi do 

ataku,  wiedząc,  że  mają  zwolenników  w  szeregach  Yuuzhan?  Raczej  nie.  Byli  wojownikami, 

ale cały czas popełniali grzech współczucia. 

67

background image

-  Wojna to aberracja - rzekł wreszcie, udzielając odpowiedzi używanej zawsze przy tego ty-

pu pytaniach. - To kłamstwo. Nigdy nie powinniśmy byli walczyć z Jeedai tak, jak to czynimy, 

ponieważ tylko oni przemawiają za tych, którzy nie mają głosu, takich jak my. Nie powinni-

śmy byli też walczyć z sojusznikami Jeedai, ponieważ sami Jeedai nie wystarczą, aby znisz-

czyć Najwyższego Władcę. Musimy walczyć z tymi, którzy popierają wojnę bratobójczą, którzy 

sami zniszczyliby Yun-Yuuzhana, aby tylko zaspokoić swoją chciwość! Walka o to, co nam się 

należy, nigdy nie była złem, ale musimy się upewnić, że walczymy z właściwych pobudek. Mu-

simy wiedzieć, kim jest nasz wróg. A jest nim Hańba. Razem, jak ta trawa, możemy zgładzić 

Hańbę raz na zawsze. 

Słuchacze entuzjastycznie powitali te słowa. Nom Anor uśmiechnął się lekko. Należeli już do 

niego, zrobią dlań wszystko. Podprowadził ich pod stryczek, a oni sami, chętnie i z uśmiechem, 

włożyli głowy w pętlę. 

-  Co mamy teraz czynić, Proroku? 

Nom Anor odszukał wzrokiem pytającego i rozpoznał tego, który miał zniszczone ramię. Je-

go worki oczne miały intensywnie niebieski kolor i lekko pulsowały krwią. W oczach miał wy-

raz, jaki Nom Anor  widywał  już wiele  razy, przed  i  po zorganizowaniu  kultu.  Dla niektórych 

wiara była czymś więcej niż tylko siłą przewodnią, stawała się  samym życiem. Uważał, że to 

zrozumiałe, kiedy miało się tak niewiele z życia. 

-  Jesteście jednymi z pierwszych, którzy poznali Nowinę - rzekł, zwracając się do wszyst-

kich obecnych. - Waszym obowiązkiem jest teraz przekazać ją innym, aby i oni mogli ją do-

kładnie pojąć. Niektórzy zapewne zechcą powrócić tutaj i pobierać dalsze nauki, aby sami 

stać się zwiastunami. Nowina będzie się rozprzestrzeniać jak potop, zmywając naszą Hańbę. 

Przez zebranych przetoczył się pomruk zadowolenia. 

-  Będą oczywiście i tacy, którzy usłyszą Nowinę, lecz nic z nią dalej nie zrobią- ciągnął Nom 

Anor. - Zachowają ją w swych sercach, ukrytą przed innymi, jak rzadki zarodnik, który znaleźli. 

Dla tych osób mogę czuć jedynie litość. Nowina ma wartość wyłącznie kiedy sieją słyszy; taki i 

tylko taki jest cel jej istnienia. Jeśli zachowacie milczenie po usłyszeniu Nowiny, to tak, jak-

byście dawali przyzwolenie na swój los, jakbyście sprzymierzyli się z wrogiem... 

Zawiesił głos i westchnął. Pora zakończyć posłuchanie. Powiedział już wszystko, co miał do 

powiedzenia. 

68

background image

-  Przyjaciele, boję się o was wszystkich. Mamy prawdą po swojej stronie, lecz wciąż jeste-

śmy uciekinierami, którzy mogą się spodziewać zagrożenia za każdym rogiem. Jeśli słowo o na-

szym istnieniu i tożsamości dotrze kiedykolwiek do wyższych kast, każdy z nas zostanie 

odnaleziony i zginie. Dlatego proszę, abyście podczas roznoszenia Nowiny i szukania nowych 

wyznawców podjęli wszelkie środki ostrożności. Krzyk łatwo uciszyć, lecz szept powędruje da-

leko. Cierpliwością i uporem zwyciężymy. Proszę, odejdźcie teraz z nową siłą i wiedzą, że 

duch wolności jest z nami! 

Nom Anor wstał i rozpostarł ramiona, jakby chciał ich wszystkich objąć. Na ten znak drzwi w 

głębi piwnicy otworzyły się, wypuszczając nowych akolitów. Prorok uśmiechał się błogo, odpro-

wadzając ich wzrokiem, promieniował ufnością i dobrocią. Był czas, kiedy popędziłby ich krzy-

kiem, przekleństwami i groźbą, wierząc, że strach nakaże im zachować lojalność. Taka taktyka 

jednak nie działała na Zhańbionych; grożąc im karą, pokazałby jedynie, że niczym nie różni się 

od ich panów. Jeśli w swoim przebraniu nauczył się czegoś, to właśnie tego, że kiedy strach sta-

je się sposobem na życie i nie ma już nic do stracenia, nagroda staje się jedynym bodźcem. 

Kiedy odeszli, opadł na tron. Idźcie już, pomyślał, wiedząc, że są  narzędziami jego władzy, 

dzięki którym dosięgnie chwały, jaka mu się należy. 

-  Dobrzy słuchacze, Yu'shaa? 

Podniósł wzrok. Zhańbiony wojownik Kunra, który był jego ochroniarzem i od czasu do czasu 

strażnikiem sumienia, wszedł do pomieszczenia, a za nim dreptał najwierniejszy wyznawca Noma 

Anora, Shoonmi Esh, ubrany w szatę kapłańską pozbawioną insygniów bóstwa.  Kunra nie miał 

zbroi, zadając kłam opinii tchórza, za którą został poniżony. Znając ich obu, Nom Anor uważał, 

że to bardzo żałosna gwardia przyboczna niedoszłego rewolucjonisty, ale musiał przyznać, że 

nawróceni dobrze na nich reagowali. 

-  Nic szczególnego - odparł zwykłym, szorstkim tonem. Przy tej parze nie musiał się ma-

skować. - Kiedy rośnie się w liczbę, zawsze traci się na jakości. Kilku z nich wyglądało, 

jakby miało na miejscu paść trupem. 

-  Wybacz, mistrzu... - Shoon-mi zamachał pokręconymi rękami. - Nie czułem się upoważ-

niony, aby odprawić kogokolwiek w potrzebie. 

- Wkrótce będziesz musiał to robić, Shoon-mi. - Pod osłoną irytacji i zmęczenia Nom Anor 

czuł ogromną satysfakcję z szybkości, z jaką ruch się rozprzestrzeniał Każdy dzień przywo-

dził do ich drzwi 

69

background image

kolejnych akolitów, szukających prawdy - Nowiny przekazywanej po całym Yuuzhan'tar. - Mo-

że już czas zacząć szkolić Wybranych. Masz listę? 

Shoon-mi skwapliwie przytaknął. 

- Zidentyfikowałem siedemnastu, którzy się nadają. 

- Lojalni, ale nie zaślepieni - mruknął Nom Anor, powtarzając cechy, jakich wymagał od 

nowych wybrańców. - Szybko myślący, ale niezbyt inteligentni, tak? 

- Tak, mistrzu. 

- Wezwij ich do mnie. - Rozejrzał się po sali. - Im szybciej, tym lepiej. Ten smród zaczyna 

mnie męczyć. 

Shoon-mi się skłonił. 

-  Staną przed tobą jutro, mistrzu - obiecał i skierował się do wyjścia. 

Zanim jednak uszedł pięć kroków, Nom Anor zatrzymał go. 

-  Shoon-mi! - zawołał. Zhańbiony obejrzał się. - Bez ciebie bym tego nie dokonał. Chcę, 

żebyś to wiedział. 

Najwyższy  z  akolitów  Noma  Anora  rozpromienił  się  z  dumą  i  pomknął do swoich obowiąz-

ków. Samozwańczy Prorok ukrył grymas gniewu. W duchu żałował, że nie zabił tego idioty, kie-

dy jeszcze mógł, ale musiał przyznać, że Shoon-mi mu się przydawał. Był pełen poświęcenia i 

pomysłowy, a Nom Anor uważał, że winien jest jego życie córce  Shoon-mi, Niiriit, pierwszej 

prawdziwej wyznawczyni kultu. Gdyby nawet próbował, Kunra nieomylnie przywołałby go do 

porządku. 

Jednak  nie  to  było  najbardziej  irytujące.  Gotowość  Shoon-mi  do  pracy  za  pochwałę  i  nic 

więcej dręczyła go jak uparta kość w gardle. 

Były wojownik stał w  milczeniu u wejścia, obserwując go. Nom  Anor poznał  go zbyt do-

brze, żeby się nie domyślać, że coś go gnębi. 

-Co jest? 

-  Lepiej zobacz sam. - Kunra odwrócił się i wyszedł przez główne wejście do przedpokoju. 

Stamtąd krótkim korytarzem poprowadził Noma Anora do celi, w której zwykle sypiał. Teraz, 

uwięziona w galarecie blorash, leżała tam kobieta ubrana w łachmany. Policzek miała 

posiniaczony, ale oczy otwarte i pełnie pogardy. 

-  Miała przy sobie to - rzekł Kunra, podając Nomowi Anorowi szczątki małego, podobne-

go do larwy stworzonka. Jego skórzasta skorupa uległa zmiażdżeniu i gdyby Nom Anor nie 

widział już podobnych stworzeń wiele razy, pewnie by go nie rozpoznał. Villip. 

Kobieta prawdopodobnie chciała przynieść go na spotkanie, żeby osoba przy drugim villipie 

mogła widzieć Proroka w akcji. Nie było to 

70

background image

nic  groźnego  -  niektórzy  akolici  próbowali  już  rozpowszechniać  Nowinę  poprzez  villipy,  a 

przynajmniej tak twierdzili. Nom Anor wiedział jednak, że nie może ryzykować. 

- Czy Shoon-mi wie? - zapytał, nie odrywają wzroku od kobiety. 

- Nie. Sprawdzałem wszystkich akolitów, zanim dopuściłem ich do niego. Ta tutaj przyszła 

sama i została usunięta, zanim zdążył nabrać podejrzeń. 

Nom Anor z aprobatą skinął głową. To znacznie ułatwiało sprawę. 

- Muszę znać nazwisko osoby, do której należy główny villip – rzekł chłodno. - Sprawdź, co 

wie, skoro już ją masz w rękach. Użyj wszelkich metod, jakie uznasz za stosowne. Potem mo-

żesz ją zabić. 

Kunra nie oponował. 

- Rozumiem. 

Kobieta zaczęła się szarpać, ale jej protesty tłumił knebel. Nom Anor zignorował ją. 

- Powiem Shoon-mi, że znowu musimy się przeprowadzić. 

- Nie spodoba mu się to. 

Nom Anor spojrzał na Kunrę. 

- Z pewnością będzie wolał to od śmierci. 

Odwrócił się i odszedł, nie zaszczycając więźnia ani jednym spojrzeniem.

background image

 

I I  

 

P R Z E Z N A C Z E N I E

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Frachtowiec  wyskoczył  z  nadprzestrzeni  o  wiele  za  blisko  Bakury  i  natychmiast  wpadł  w 

korkociąg. Jego silniki kasłały i prychały, co wcale nie ułatwiało manewrowania, a kanały pod-

przestrzenne emitowały jedynie szumy, które Jag Fel kojarzył z brzęczeniem owadów. 

Poświęcił wiele czasu i trudu na zapamiętanie producentów i nazw modeli statków Republiki 

i Imperium, ale tego nie potrafił zidentyfikować. Jego wyraźnie asymetryczna konstrukcja su-

gerowała produkt Koreliańskiej Korporacji Konstrukcyjnej, coś pośredniego między YT 1300 a 

YT 2400, choć nie mógł być pewien na sto procent. W każdym razie statek wyglądał opłakanie 

i nie rokował nadziei na szybką poprawę. 

Chętnie zignorowałby go, gdyby nie to, że kimkolwiek był pilot  frachtowca, niebezpiecznie 

zbliżał się do miejsca, gdzie stacjonowała „Duma Selonii". 

- Klucze B i C, gotowość. - Jag przełączył się na kanał komercyjny. - Niezidentyfikowany 

frachtowiec, wszedłeś w naszą przestrzeń. Na tychmiast zmień kurs albo będziemy zmuszeni 

podjąć odpowiedniekroki. 

Jedyną odpowiedzią był dalszy szum. 

Odskoczył szponostatkiem od „Selonii" i wyszedł na spotkanie nadlatującemu statkowi. Jego 

partnerka natychmiast dołączyła, otwierając płaty swojego X-winga. 

- Kontrola Orbitalna Bakury - odezwał się na kanale lokalnym. - Czy ktoś dał temu frach-

towcowi pozwolenie na zajęcie naszej orbity? 

75

background image

- Nie, „Bliźniak Jeden" - rozległa się natychmiastowa odpowiedź. - To lot bez zezwolenia. 

Ale znamy już ten statek. 

- Macie jego rejestrację? 

- O, tak. Znany jest pod nazwą „Wesoły Rycerzyk" i należy do Wookiego imieniem Rufarr. Je-

stem trochę zdziwiony, że tu wraca. Ostatnio zwiał, nie oddając mi paru kredytów. 

Nie jest  to  więc zwykły Wookie, pomyślał  Jag,  obserwując nieskoordynowany  lot statku.  I 

nie jest to zwykły sposób podchodzenia do orbity. 

- Myślę, że ma teraz inne zmartwienia - przekazał Jag. – Żądam pozwolenia na stuknięcie 

go, zanim wejdzie w szkodę. 

- Jeśli obiecasz, że nie będziesz stukał zbyt delikatnie - zażartowała kontrola orbitalna. 

- Rób, co musisz, „Bliźniak Jeden" - dodała kapitan Mayn z „Selonii". - Zrób wszystko, żeby 

nas nie rozwalił. 

- „Wesoły Rycerzyku" - spróbował znowu Jag. - Masz dziesięć sekund na wykonanie mo-

ich instrukcji albo cię przechwycę. Odpowiedz. 

Nic, tylko trzaski. 

- Dobrze, wchodzimy. - Włączył silniki manewrowe i ustawił Szponostatek na wysokości 

kręcącego się frachtowca. - Klucz B, podejdź bliżej i połącz swoje tarcze z moimi. Damy mu 

lekkiego kopniaka. 

Dwa X-wingi i jeszcze jeden Szponostatek podeszły bliżej do Jaga i jego partnerki. Przy jed-

noczesnej  pracy  połowy  eskadry  Bliźniaczych  Słońc  frachtowiec  stopniowo  zmieniał  kierunek 

lotu, ale wymagało to przekierowania całej dostępnej mocy na dwa silniki i tarcze wszystkich 

statków. Jag  czujnym  okiem  obserwował  tamtego,  na  wypadek  gdyby  coś  niemądrego  przy-

szło mu do głowy. 

Uznał, że pięć stopni to dosyć. Wystarczy, aby frachtowiec wyminął „Selonię" i atmosferę 

Bakury... 

Kątem oka pochwycił jakiś błysk. W dokładnie tym samym momencie większość instrumen-

tów na jego konsoli pokazała maksymalne wartości. Zrozumiał, że właśnie musnął go strumień 

neutrin. 

- Czy ktoś jeszcze to poczuł? 

- Potwierdzam, „Bliźniak Jeden" - odparł dowódca klucza B. – Patrz na napęd. 

Jag  wyciągnął  szyję,  żeby  spojrzeć  przez  tylną  część  przezroczystej  kopuły  kabiny.  Silniki 

frachtowca prychały jak opętane, szarpiąc statkiem i zmuszając go do szalonych akrobacji. 

- Nie podoba mi się to - mruknął pod nosem. 

76

background image

Zaledwie  zamknął  usta,  kiedy  napędy  tamtego  rozbłysły  jasnym  ogniem,  po czym całkiem 

zgasły. 

-  Odłączyć się! - wykrzyknął do komunikatora. - Wszystkie myśliwce, wycofać się natych-

miast! - Sam też mocował się ze sterami szponostatku, wznosząc go w górę, byle dalej od 

uszkodzonego frachtowca. - Pełna moc na tylne tarcze! Wszystko, co macie, dajcie między sie-

bie i ten statek, bo on zaraz... 

Za  jego  plecami  pojawił  się  nagle  oślepiający  błysk.  Szponostatek  porwało  i  zakręciło  nim 

jak bąkiem wokół wszystkich możliwych osi. Jag chwycił się poręczy fotela, w komunikatorze 

słyszał tylko wycie torturowanej materii. 

Ostra jazda skończyła się po chwili i gwiazdy rozbłysły na nowo. 

Jag  wyprowadził  statek  z  wirowania  i  sprawdził,  co  z  pozostałymi  myśliwcami.  Z  ulgą 

stwierdził, że wszyscy są cali, choć nieco wstrząśnięci. Z „Wesołego Rycerzyka" pozostał jedy-

nie  postrzępiony  kawał  porozrywanego  metalu,  chyba  część  przedniej  konstrukcji  podwozia. 

Reszta została rozbita na atomy przez uszkodzony silnik. 

- Kontrola orbitalna Bakury - rzekł poważnie Jag do komunikatora. - Chyba możesz się poże-

gnać ze swoimi kredytami. 

-  Nie spisywałabym ich tak od razu na straty, „Bliźniak Jeden" - rozległ się głos kapitan 

Mayn. - Tuż przed detonacją zarejestrowaliśmy wystrzelenie jakiegoś obiektu z „Wesołego 

Rycerzyka". Wyglądał jak kapsuła. 

To zaskoczyło Jaga. 

- Kapsuła ratunkowa? Jesteście pewni? Niczego nie zauważyłem. 

- Jestem pewna - odparła Mayn. - Wystrzelono ją po przeciwnej stronie statku, dlatego 

pewnie nic nie widziałeś. 

- To znaczy, że poleciała na Bakurę? - Jag wciąż był nieco zdezorientowany po kontakcie z 

falą uderzeniową, ale już wiedział, gdzie góra, gdzie dół, jak każdy pilot w studni grawitacyj-

nej. - Czy kapsuła miała silniki? 

- Coś tam strzelało, ale to nie wystarczy. Wejście jest zbyt strome. 

Pójdziesz po niego czy mam wysłać KO z Bakury? 

- Nic z tego - wtrącił kontroler na otwartym kanale. - Nie dotrzemy tam na czas. Przepraszam, 

„Bliźniak Jeden", ale albo ty, albo nikt. 

-  Rozumiem - odparł Jag z cichą nadzieją, że to była już ostatnia niespodzianka na dziś. 

Włączył silniki na maksymalny ciąg i rzucił się szponostatkiem, omijając rosnącą chmurę zło-

mu. Pędząca w dół kapsuła pojawiła się w polu jego czujników w kilka sekund później. Jej pręd-

kość rosła, ale nie była 

77

background image

w stanie uciec przed szponostatkiem na pełnym ciągu. Ostrożnie zwolnił, zrównując się z kap-

sułą,  która teraz  wydawała się ogromna. Nie  widać było  żadnych  pułapek ani  przełączników, 

jedynie jaskrawe mruganie boi awaryjnej na częstotliwościach kanałów podprzestrzennych. Jag 

nie wiedział dokładnie, jaki rodzaj komunikacji  Koreliańska  Korporacja Konstrukcyjna prze-

widziała w kapsułach ratunkowych, ale nie żywił wielkich nadziei. Zanim podłączył się do kap-

suły,  zeskano-wał  kanały  podprzestrzenne  w  poszukiwaniu  transmisji z  jakiegokolwiek  lokal-

nego  komunikatora,  którego  mógłby  używać  pasażer  jeśli  w  ogóle  był.  Wychwytywał  różne 

nisko energetyczne transmisje, w tym prawie wszystkie boje nawigacyjne w promieniu miesiąca 

świetlnego. Wreszcie, dzięki niezwykłemu szczęściu, zdołał uchwycić słaby krzyk: 

- ...awaria! Niech ktoś wreszcie odpowie, proszę! Potrzebuję pomocy. Czy ktoś mnie sły-

szy? 

- Mówi pułkownik Jag Fel. Wzywam pasażera kapsuły ratunkowej... - sprawdził numer 

identyfikacyjny na boku wolno obracającego się grubego walca - ...jeden-jeden-dwa-V. Sły-

szysz mnie? 

- Tak! - odpowiedź była natychmiastowa i pełna ulgi. - Tak, słyszę! Dzięki Równowadze, zna-

lazłeś mnie! Już myślałem, że moja ucieczka była daremna! 

Jag  rozpoczął  procedury  przygotowawcze  do  zbliżenia.  Głos  najwyraźniej  nie  należał  do 

kapitana Wookiego ze zniszczonego frachtowca. 

- Powiesz mi, co się stało? 

- W połowie skoku zepsuł mi się silnik i nie wiedziałem, co robić, żeby znów zaczął działać. 

Komputer nawigacyjny padł podczas piku energii, który nastąpił po awarii silnika. Miałem 

szczęście, że ta kupa złomu dotarła choć tu, gdzie dotarła... 

- Czy ktoś jeszcze przeżył? 

- Tylko ja. Załoga zginęła. No i dobrze, jeśli o mnie chodzi. Mordercy, łajdaki, co do jedne-

go! 

Jag zawahał się. 

- Ty ich zabiłeś? 

- W samoobronie. - Głos nabrał bardziej stanowczych tonów. - Słuchaj, masz zamiar mnie ra-

tować czy wypytywać? 

- Próbuję się zorientować, kogo ratuję, to wszystko. 

I co z ciebie za ziółko, dodał w myślach. 

- Chcesz wiedzieć, kim jestem? Jestem premier Cundertol, dla twojej wiedzy... i rozkazuję ci 

w tej chwili przekazać transmisję! Po tym wszystkim, co przeszedłem, nie mam zamiaru dopu-

ścić, aby jakiś zie- 

78

background image

lony pilocik spieprzył akcję ratunkową. Natychmiast połącz mnie  z Kontrolą Orbitalną albo 

odbiorę ci licencję szybciej niż... 

-  Przepraszam, panie premierze - wtrącił Jag, przełykając odpowiedź, która sama cisnęła 

mu się na usta. - W tej chwili pana przejmuję. 

Zbliżył Szponostatek do samej kapsuły. Zaciski magnetyczne zadziałały i chwyciły. Jag odpalił 

silniki tylko odrobiną gwałtowniej, niż trzeba było, aby wyrwać kapsułę z jej samobójczego kur-

su w kierunku powierzchni planety. Ryk silników uniemożliwił jakiekolwiek dalszą rozmowy 

pomiędzy Jagiem a jego pasażerem na gapę, o kontroli orbitalnej nie wspominając. Premier mu-

siał przebyć ten długi skok w milczeniu, trzymając się tego, co u koreliańskich konstruktorów 

spełniało rolę uprzęży przyspieszeni owej. Pewnie miał wszelkie powody dc zniecierpliwienia, 

jeśli  użyte  słowa  „ucieczka"  i  „mordercy"  choćby  w  najmniejszym  stopniu  oddawały  jego 

przejścia, ale Jag nie miał zamiaru mu odpuścić. 

Pilocik, rzeczywiście... 

-  ...siedmiu, dwóch ludzi, dwóch Rodian i ten cholerny kapitan Wookie. Oczywiście, sta-

wiałem opór, ale wzięli mnie z zaskoczenia. Kiedy już mnie przeszmuglowali z kompleksu 

senackiego Bakury z przewiezieniem do portu nie mieli najmniejszych problemów. Nikt nie 

zapytał, nikt nie zatrzymał grupy kupców, niosących skrzynię z archiwami... i do tego nikt nie 

pomyślał, żeby przeskanować skrzynię aby sprawdzić, czy rzeczywiście zawiera to, co twier-

dzą. – Premier poważnie pokręcił głową. - Łby za to polecą, zapamiętajcie sobie moje 

słowa. 

Premier  Cundertol  był  wysokim  potężnym  mężczyzną  o  przerzedzonych jasnych włosach i 

różowej skórze. Wyglądał dobrze na swój wiek, maskując wszelkie ślady słabości energicznymi 

ruchami i przesadną gestykulacją. Szczęściem udało się go bez przeszkód wydobyć  z kapsuły i 

teraz siedział na ławce przed skrzydłem medycznym „Dumy Selonii". 

Jag i kapitan Mayn siedzieli obok niego. Mayn dorównywała wzrostem Cundertolowi, ale była 

o połową chudsza. Jej szczupła twarz miała wyraz skupienia. Tylko Jag, siedzący z boku, widział 

nerwowo drgającą skórą jej nagiej czaszki. 

- Proszą mówić, premierze - ponaglił. - Co się stało potem? 

-  Zabrali mnie na statek i ogłuszyli, oto co się stało! - Pomimo oczywistego wzburzenia widać 

było, że Cundertol rozkoszuje się opowieścią 

79

background image

- Kiedy się ocknąłem, byliśmy w nadprzestrzeni. Nie miałem pojęcia, dokąd mnie zabierają. 

Wsadzili mnie do ładowni na rufie. Od czasu do czasu słyszałem, jak rozmawiają, i szybko stało 

się jasne, że wcale nie byłem zakładnikiem... choć początkowo tak sądziłem. Z tego, co mo 

głem usłyszeć i wywnioskować z fragmentów rozmowy, miałem być gdzieś zabrany i poddany 

przesłuchaniu... a następnie zlikwidowany. Na szczęście niezbyt dokładnie mnie związali, 

więc przy odrobinie wysiłku zdołałem uwolnić ręce. 

- Czy pańscy porywacze zdradzili, dla kogo pracują? – zapytała Mayn. 

- Nie bezpośrednio. Za każdym razem, kiedy o nim wspominali, mówili „szef”. A może to 

miała być „ona", czy to wiadomo? – dodał ponuro. 

- No cóż - podsumowała Mayn. - Powinien pan być zadowolony, że pańscy ludzie w czasie 

pana nieobecności poczynili odpowiednie kroki. Wczoraj aresztowano Malinzę Thanas i 

oskarżono ją o konspirację oraz zakłócenie pokoju. Zdaje się, że kiedy wróci pan do domu 

i opowie całą historię, wasi stróże prawa będą mogli do tych zarzutów dołożyć jeszcze próbę 

morderstwa. 

- Malinza? - Na chwilę premier stracił głos ze zdumienia. - Oskarżona? Nie wierzę. 

- To prawda - odparł Jag. - Wicepremier Harris ogłosił to wczoraj osobiście. 

Premier pogrążył się w zadumie, najwyraźniej zaskoczony. 

- Więc uwolnił się pan - podjął Jag po chwili - i co wtedy? 

- Hę? - Cundertol otrząsnął się z zadumy i spojrzał na niego pytają co. Po chwili odpowie-

dział: - Ach, ucieczka. No cóż, jeden z nich w końcu przyszedł sprawdzić, co się ze mną 

dzieje. Pokonałem go i zabrałem mu miotacz. Pozostawiłem go związanego tymi samymi sznu-

rami, z których się uwolniłem, po czym zakradłem się na przód statku, aby zająć się pozosta-

łymi. Siedzieli we trójkę w głównej kabinie. Możecie sobie wyobrazić, jacy byli zaskocze-

ni moim widokiem. Zagnałem ich do kąta, kiedy zjawili się jeszcze dwaj. Przy sterach pozo-

stał jedynie pilot. Było pięciu przeciwko jednemu... nie najlepszy stosunek sił, nawet jak dla 

kogoś, kto szkolił się w oddziałach specjalnych. - Cundertol wypiął z dumą pierś. - Zażądałem, 

aby zawrócili, ale powiedzieli mi, że nic się nie da zrobić, dopóki nie skończą skoku. Tłu-

maczyłem, że mogą przerwać skok i zawrócić od razu, ale oni dalej zasłaniali się tymi idio-

tycznymi wymówkami. Widać było, że grająna zwłokę, choć niewiele mogłem zrobić, chyba 

zabić jednego, żeby się 

80

background image

przekonali, że mówię poważnie. Ale wtedy byłbym chyba nie lepszy od nich, prawda? 

Spojrzał najpierw na Jaga, potem na kapitan Mayn, szukając w ich twarzach potwierdzenia. 

Skinęli głowami, ale żadne się nie odezwało. 

- W każdym razie - ciągnął Cundertol kłóciliśmy się od kilku minut, kiedy nagle Wookie 

mnie zaatakował. Musiałem strzelić. Nie miałem wyboru! Gdybym pozwolił, żeby mnie znów 

schwytali, byłbym już trupem. Mogłem tylko zabić lub zostać zabity. Wybrałem to pierwsze. 

Premier spojrzał na swoje wielkie dłonie, jakby nie wierząc, że był do tego zdolny. 

- Zrobił pan to, co było trzeba, panie premierze - odezwał się Jag po chwili. - Nikt pana nie 

może o to winić. 

Krzepiące słowa Jaga spotkały się z obojętnym skinieniem głowy; widać było, że premier nie 

jest przekonany. 

- Nie zabiłem wszystkich - dodał po chwili Cundertol. - Tylko tych pięciu, którzy mnie zaata-

kowali. Tego, którego związałem, zostawiłem w ładowni, a pilot siedział w kabinie do samego 

końca walki. Jego też związałem, kiedy odmówił współpracy. W końcu musiałem tylko 

zawrócić statek i ruszyć do domu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ten cholerny wrak nie za-

padł nagle na gwałtowny atak całego systemu nawigacyjnego i się nie rozleciał. Próbowałem 

gruchota połatać, ale skończyło się na tym, że w tylnej części wysiadł system podtrzymania 

życia, zabijając tych dwóch związanych, których chciałem po powrocie postawić przed sądem. 

Upiekło im się. Śmierć była dla nich za łagodną karą. O wiele za łagodną. 

Cundertol z rozpaczą zacisnął zęby. Widać było, że przemawia przez niego gorycz. Jag rozu-

miał go doskonale. 

Szefowa  oddziału  medycznego  „Selonii"  stała  w  wejściu  do  przedziału,  przysłuchując  się 

rozmowie. Kiedy stało się jasne, że premier skończył mówić, podeszła i zapytała: 

- Jest pan pewien, że nic panu nie jest, panie premierze? Naprawdę powinnam pana zbadać... 

- Nie, nie, wszystko w porządku - odrzekł, z irytacją odpędzając ją 

ruchem dłoni. - Trzeba czegoś więcej niż przepychanek, żeby mnie uszkodzić. 

Lekarka wycofała się, wzruszając kościstymi ramionami. 

- Znaleźliście coś we wraku? - zapytał Cundertol kapitan Mayn. 

- Obawiam się, że nic. Niewiele zostało ze statku. 

- To wielka szkoda - mruknął. - Chciałbym, aby winien tego porwania drogo za to zapłacił. 

Jeśli Keeramak przeraził się mojego 

81

background image

porwania i ceremonia poświęcenia została odwołana, nie wiem, co z nami  będzie.  Nie  możemy 

sobie pozwolić na napięte stosunki z P'w'ecka-mi. Nie teraz, kiedy z drugiej strony zbliżają się do 

nas Yuuzhan Vongowie. Nasza flota jest i tak za mała, nie potrzeba nam więcej wrogów. 

- Czy wie pan, gdzie porywacze mieli zamiar pana zabrać? - odezwał się Jag. - Gdybyśmy to 

wiedzieli, może... 

- Wybacz, młody człowieku - gwałtownie przerwał mu premier. - Musisz zrozumieć, że mia-

łem wtedy ważniejsze sprawy na głowie... na przykład jak się utrzymać przy życiu. Nie był 

mi dany luksus przesłuchania ich, tak jak ty próbujesz to teraz robić ze mną! 

Jag poczuł, że oblewa się rumieńcem, słysząc to niesłuszne oskarżenie. 

-  Panie premierze, absolutnie nie miałem zamiaru... 

Cundertol burknięciem skwitował przeprosiny. 

- Kiedy wreszcie przyleci ten wahadłowiec? - zapytał, zerkając na chronometr. 

- Wkrótce, panie premierze - odparła uprzejmie Mayn. – Generał Panib daje panu pełną 

eskortę militarną, aby uniknąć wszelkich dalszych ataków na pana życie. Tymczasem naj-

bezpieczniejszy jest pan z nami. 

- Lepiej się ubezpieczyć, prawda? - Premier pociągnął nosem i rozejrzał się po ciasnym kory-

tarzu fregaty. - Cieszę się tylko, że żyję. 

Coś w wyrazie twarzy Cundertola powiedziało Jagowi, że być może po raz pierwszy od chwi-

li ocalenia mu życia premier mówił prawdę. 

„Sokół  Millenium"  pod  eskortą  Jainy  porzucił  orbitę  zaledwie  godzinę  po  pojawieniu  się 

„Wesołego Rycerzyka", kierując się na powierzchnię planety, gdzie miało się odbyć formalne 

spotkanie z senatem. Wieści o uratowaniu Cundertola i zniszczeniu frachtowca powitały ich, kie-

dy już wylądowali w porcie kosmicznym Salis D'aar. Tahiri  spoza ramion Hana i Leii obser-

wowała Jainę wysiadającą z myśliwca, aby sprawdzić zabezpieczenia, zanim ktokolwiek dotknie 

stopą płyty. 

Leia zmarszczyła brwi. 

- Twierdzisz, że sam rozprawił się z siedmioosobową załogą? To chyba nie jest senator 

Cundertol, jakiego pamiętam. 

- Ja też podchodzę do tego sceptycznie - odparł Jag z orbity. - Uważam jednak, że nie jest to 

zupełnie niemożliwe. Jest sprawny i miał zasobą element zaskoczenia. Martwi mnie tylko 

jedno: że nie zarobił przy okazji żadnych ran ani sińców. 

- Jesteś tego pewien? - zapytała Leia. 

82

background image

- W stu procentach. Stałem tuż obok niego, kiedy opowiadał tę historię, i nie miał naj-

mniejszego zadrapania. Znasz kogoś, kto wyszedłby z walki na pięści bez podbitego oka al-

bo chociaż zdartych kostek? 

- On ma rację - uznał Han, który poświęcał co najmniej tyle samo uwagi gestykulacji Jainy 

podczas rozmowy z dowódcą lokalnych sił bezpieczeństwa, co słowom Jaga. - Ale czy jest 

coś więcej? Coś namacalnego? 

- Nic. Odmówił badania medycznego. 

- Głównym łapiduchem Todry, o ile pamiętam, jest Duro? A jeśli się nie mylę, Cundertol jest 

ludzkim szowinistą do szpiku kości. Mam rację, Leio? 

- Zdecydowanie trąci Imperium na kilometr, Jagu – potwierdziła Leia. - Pewnie po prostu 

chciał uniknąć kontaktu z obcym. 

- A jednak podpisuje sojusz z P'w'eckiem? 

- Podpisałby sojusz z pajęczakiem, gdyby uznał, że to korzystne politycznie. 

Jag milczał przez chwilę, po czym dodał: 

- Może to też nic nie znaczy, ale Cundertol był równie zaskoczony aresztowaniem Malinzy 

Thanas, jak ty. 

- Tym, że chodzi właśnie o nią, czy tym, że ją dopadli? 

- Nie mogę przysiąc, ale chyba to pierwsze. 

- No cóż, Harris wydawał się całkowicie przekonany o jej winie. 

- Być może to z mojej strony paranoja i zbędna podejrzliwość - zgodził się Jag. - Ale jednej 

rzeczy jestem absolutnie pewien. Cundertol nie jest osobą, z którą chciałbym spędzić bodaj 

minutę dłużej, niż koniecznie muszę. Byłem szczęśliwy, że mogłem go pozostawić pod opie-

ką kapitan Mayn do czasu przybycia bakurańskiej eskorty. Właśnie odlecieli, więc potwier-

dzam z satysfakcją, że wkrótce będzie do waszej dyspozycji. 

Jaina obok statku zademonstrowała spektakularną rozpacz i zdenerwowanie, po czym obróciła 

się na pięcie i ruszyła ku „Sokołowi", po drodze dyskretnie dając sygnał „wszystko czyste". Ta-

hiri była pewna, że nieźle dała popalić tubylcom. 

- Doskonale - rzekł Han, wyłączając po kolei systemy statku. - Poza tym, że masz podej-

rzenia co do osoby premiera, chciałbyś jeszcze coś dodać? 

- Raczej nie. 

- I wszystko w górze jest pod kontrolą? 

- Usunięto wrak, nasz korytarz orbitalny jest czysty. 

83

background image

-  Doskonale. Daj znać, gdyby się coś zmieniło. Zdaje się, że ten bubek przy wejściu wywo-

łuje nasze nazwiska. 

Han wcisnął guzik komunikatora i odwrócił się, żeby spojrzeć na żonę, która z niedowierza-

niem kręciła głową. 

- O co chodzi? - zapytał, marszcząc brwi. 

- To dość zabawne, kiedy ktoś, kto przez całe życie kierował się intuicją, nagle wątpi w 

przeczucia innych. 

Han zrobił obrażoną minę. 

- Hej, wysłuchałem, co miał do powiedzenia. Chodzi tylko o to, że nie dał nam żadnego so-

lidnego punktu oparcia, to wszystko. 

- Czy to jedyny powód? - Tahiri nie widziała wyrazu twarzy Leii, ale czuła, że księżniczka się 

uśmiecha. - A może po prostu denerwuje cię, że Jaina ma chłopaka o instynkcie równie czuj-

nym jak twój? 

Han zrobił taką minę, że Tahiri chętnie by się roześmiała, ale zdawała sobie doskonale spra-

wę, że słucha bardzo prywatnej rozmowy. 

-  Zostawię was, porozmawiajcie sobie - powiedziała, wstając z siedzenia. Zanim jeszcze wy-

szła z kabiny, dyskusja rozgorzała na nowo. Jak zwykle kłócili się przyjaźnie, bez gniewu. Pod 

przykrywką słów Tahiri zawsze wyczuwała tę samą czułość. 

Powietrze na zewnątrz „Sokoła" było ciężkie od wilgoci i pyłków. Zbliżało się południe czasu 

lokalnego, temperatura rosła. Tahiri poczuła, że oblewa się potem. Musiała się odwołać do swo-

jego szkolenia Jedi, aby  wyregulować temperaturę ciała. Spocona dłoń to ostatnia rzecz, jaką 

chciałaby zaofiarować dostojnikom - w przenośni i dosłownie. 

Kilka  minut  później  Han  i  Leia  również  wychynęli  z  „Sokoła".  Sądząc  z  miny  księżniczki, 

która szła obok męża, wciąż kręcąc głową, przyjacielska sprzeczka dalej trwała. 

-  Przynajmniej ma dobry gust - usłyszała Tahiri słowa Hana, gdy oboje z Leia dotarli do 

końca rampy ładowniczej. Jeśli jednak Leia odpowiedziałana te słowa, nikt tego nie usłyszał, 

bo w tej samej chwili do rodziców dołączyła Jaina. 

Zamienili ze sobą kilka słów, ale odległość i stłumione glosy sprawiły, że Tahiri nie słyszała, 

co mówią. Przypuszczała, że Jaina przedstawia swoją opinię na temat obecnie panującej sytua-

cji.  W  każdym  razie  nie  dotyczyło  to  jej  i  Tahiri  stwierdziła,  że  nie  będzie  przyłączać  się  do 

dyskusji. 

Sprawdziła dok, który im przydzielili. Poza „Sokołem" i X-wingiem Jainy był całkowicie 

pusty  -  takie było żądanie  księżniczki  -  i miał tylko jedno wyjście w rogu. Tahiri bez trudu 

odróżniła w pół- 

84

background image

mroku grupką dygnitarzy i strażników. Z jakiejś przyczyny poczuła niepokój na widok zielo-

nych uniformów. Jedna z trzech blizn na jej skroni zaczęła swędzieć. Przyłapała się na tym, że 

ją drapie, i szybko cofnęła dłoń, chowając ją za plecami. Nie wiedziała, dlaczego tak się dzieje, 

ale zmartwiło ją to. Przywodziło na myśl wspomnienia, przywoływało sny... 

Odwróciła się od dygnitarzy zgromadzonych za transpastalowymi drzwiami i nagle zauważy-

ła kątem oka technika zbliżającego się do „Sokoła Millenium" z długim czarnym kablem w dło-

ni. Szedł szybko, ukradkiem zachodząc od tyłu Jainę i jej rodziców. Tahiri przypuszczała, że to 

„on". Kombinezon technika był zaprojektowany tak, by chronić przed nieprzyjaznym wpływem 

środowiska, a zatem na tyle gruby, że odróżnienie przynależności gatunkowej, a nawet płci no-

szącej go osoby było niemożliwe. 

Wiedziała jednak, że Han nie pozwolił na żadne naprawy statku  w czasie dokowania. Za-

trzymała się i instynktownie zacisnęła dłoń na rękojeści miecza świetlnego. 

- Hej, ty tam, stój! - zawołała. 

- Przybywam z wiadomością - odparła postać. Głos dochodzący spod hełmu był zniekształ-

cony, jak głos szturmowca. 

Tahiri podejrzliwie zmarszczyła brwi. 

- Jaką wiadomością? I dla kogo? 

- Dla Hana Solo - odparł technik. - Mam mu powiedzieć, żeby był ostrożny. Wszystko jest 

inne, niż się wydaje. 

- To prawie normalne w dzisiejszych czasach - odparła. Lekko rozluźniła chwyt na rękojeści 

miecza. Postać osoby w kombinezonie była nierozpoznawalna, ale instynkt podpowiadał jej 

nieomylnie, kim jest. 

- Jesteś Rynem, prawda? 

Postać wydawała się zbita z pantałyku. 

- Skąd wiesz? 

- Spotkałam jednego z waszych na Galantosie - wyjaśniła, już nie co pewniejsza siebie, i zro-

biła jeszcze dwa kroki do przodu. - To właśnie on zaproponował, żebyśmy tu przyjechali. Po-

wiedział nam, że... - urwała w pół zdania, kiedy tamten pokręcił szybko głową. 

- Nie czas na to teraz - rzucił Ryn, rozglądając się wokoło. - Skontaktuję się z wami później. 

Na razie przekaż tylko moją wiadomość kapitanowi Solo. 

Tahiri skinęła głową. 

- Dobrze, ale właściwie nie mówisz nic nowego. On zawsze jest ostrożny, a teraz przypusz-

czam, że już się domyślił, co tu się święci. 

85

background image

Wydawało się, że Ryn już jej nie słucha. Rozejrzał się, jakby w obawie, że ktoś zobaczy, jak 

rozmawia z obcymi. 

- Muszę odejść - rzekł. - Jeśli zechcecie zostać dłużej, macie przydzielone kwatery. Nama-

wiam, żebyście je przyjęli. Znajdziecie tam wszystko co trzeba. 

Ryn odwrócił się i bez dalszych wyjaśnień oddalił się w kierunku, z którego nadszedł. Tahi-

ri spoglądała w ślad za nim. Czuła się coraz  bardziej zaintrygowana pojawieniem się Ryna, a 

zwłaszcza jego pełnymi rezerwy sugestiami. 

- Problemy, Tahiri? 

Podskoczyła, słysząc głos Hana nad ramieniem. Pokręciła głową świadoma, że strażnicy ob-

serwują ich uważnie ze skraju lądowiska. 

Han ze zmarszczonym czołem odprowadził wzrokiem odchodzącego Ryna. 

-  Lepiej, żeby nie - mruknął. - Czego on w ogóle chciał? 

Tahiri zniżyła glos. 

- To był nasz kontakt, Ryn. Powiedział, żeby ci przekazać, że wszystko tu jest inne, niż się wy-

daje. 

Han wzniósł oczy w niebo. 

- A było kiedyś inaczej? 

Tahiri zachichotała nerwowo. 

- To samo mu powiedziałam. 

- Coś jeszcze? 

Powtórzyła to, co powiedział jej Ryn na temat przyjęcia propozycji noclegu. 

Han skinął głową i raz jeszcze spojrzał w ślad za Rynem, jakby miał ochotę go dogonić. 

- W porządku. - Objął ją ramieniem i odprowadził do reszty grupy. - Nic się nie stało - zawo-

łał. - Skończmy to wreszcie. 

Jaina obrzuciła Tahiri świdrującym  spojrzeniem i  zawróciła do grupy,  ale  nie  padło  już  ani 

jedno słowo. Razem podeszli do oczekujących strażników. Kiedy umundurowani żołnierze oto-

czyli ich ciasnym kręgiem i poprowadzili do wyjścia, Tahiri poczuła dziwny niepokój.  Wyda-

wało się, że to dla nich codzienna czynność... 

Ostra biel odbitego słońca nie pasowała do skutego lodem serca Csilli. Pobieżny orbitalny skan 

śnieżnego świata ujawnił tuziny lodowców wokół równika oraz szelfy z twardego lodu pokry-

wające wielkie połacie planety. W porównaniu z tym światem klimaty innych śnieżnych planet, 

takich jak Hoth, wydawały się całkiem umiarkowane. 

86

background image

A jednak, o dziwo, świat ten był zamieszkany. Ogromne miasta pływały po polach lodowco-

wych jak wodoloty na Kałamarze, unosząc się na wędrujących lodowcach. Inne zagrzebały się 

głęboko pod śniegiem, drążąc skały w poszukiwaniu ciepła geotermalnego. 

- Chłodno - mruknął Jacen, w niemym podziwie gapiąc się na roje szponostatków, milcząco 

otaczających „Cień Jade" od chwili przybycia na orbitę. Nikt przed nimi nie widział rodzinnej 

planety Chissów. Wyprawa Luke'a i Mary do przestrzeni Chissów wiele lat temu nie 

doprowadziła ich nigdy nawet w pobliże lodowego imperium. 

-  Mówisz o planecie czy o przyjęciu? - zapytała Danni. 

Jacen uśmiechnął się. 

- Można by pomyśleć, że mając do wyboru tyle różnych światów w Nieznanych Regionach, 

powinni zdecydować się na coś sympatyczniejszego. Dlaczego mieszkają tutaj, kiedy w okoli-

cy jest tyle innych planet, o cieplejszych klimatach? 

- Czysty upór - odparła Mara z siedzenia pilota „Cienia Jade". - Widziałeś, jak działa Jag i 

jego piloci? No to pomnóż to teraz przez dziesięć i może w rezultacie dostaniesz przeciętne-

go Chissa. Pamiętaj, Eskadra Vanguard odznacza się pełnym wyobraźni ryzykanctwem. Po 

uporze, z jakim codziennie będziesz się spotykać u mieszkańców Csilli, nawet Hutt wyda ci 

się przyjemniaczkiem. 

Lodowaty  głos  poinformował  nadlatującą  delegację  Sojuszu  Galaktycznego  o  przydzielonej 

jej orbicie. 

- Nie zejdziecie z tego wektora bez specjalnych instrukcji - ostrzeżono ich. 

- Rozumiemy - odparła Mara, nie próbując nawet ukryć irytacji. - Jednak ktoś mógłby... 

- Komandor Irolia jest pośrednikiem, którego wam przydzielono. Będzie was prowadziła na 

tej częstotliwości i odpowie na wszelkie pytania i problemy, jakie mogą się pojawić. 

Linia zamilkła. 

- Zdaje się, że nasza przyjaciółka komandor Irolia była szybsza - zauważyła Mara. 

- Przynajmniej jakiś znajomy głos - odrzekł Jacen. 

- Wywołaj ją- odezwał się Luke z fotela nawigatora. - Powiedz jej, że chcemy zezwolenia na 

wysłanie grupy przedstawicieli. 

- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? 

- Co, lądowanie czy prośba? - Luke uśmiechnął się blado. Spoważniał i dodał: - Posłuchaj, 

Maro, jeśli nie poradzimy sobie z Chissami teraz, z Imperium po naszej stronie, nie poradzi-

my sobie już nigdy. 

Mara zgodziła się bez dalszych dyskusji. Jacen, rozparty w fotelu, przysłuchiwał się 

87

background image

rozmowie. Była krótka, jak się spodziewał. Irolia na żądanie Mary zareagowała tak błyska-

wicznie, jakby spodziewała się go już od kilku tygodni. Przekazała im okno czasowe i załado-

wała  do  banków  nawigacyjnych  R2-D2  dane  korytarza  powrotnego.  Krępy  robot  zagwizdał 

na znak, że odebrał transmisję, i to był koniec. 

- Potrzebny wam wahadłowiec? - zapytała kapitan Yage na częstotliwości dowodzenia. 

- Sądzę, że tym razem usiądziemy „Cieniem" - odparł Luke. - Proszę uprzedzić doktor Heger-

ty... 

- Soron Hegerty tym razem nie wybierze się z wami - ucięła Yage. - Incydent na Munlali Ma-

fir okazał się dla niej zbyt dużym stresem. Postanowiła, że zostanie na pokładzie, jeśli wam 

to nie przeszkadza. 

Jacen  zauważył,  że  wuj  jest  nieco  rozczarowany.  Od  wyjazdu  na  tę  misję  pani  doktor  i  po-

rucznik Stalgis wiele razy towarzyszyli Luke'owi  i jego  grupie. Wuj był  im  za  to  wdzięczny, 

ponieważ  świadczyło  to  o współpracy  Imperium i  Galaktycznej  Federacji  Wolnych Przymie-

rzy - a im więcej takich świadectw, tym łatwiej było zachwiać pewnością siebie cyników z So-

juszu. Decyzja doktor Hegerty o pozostaniu na statku z pewnością obudzi plotki i spekulacje. 

- W porządku - rzekł, kiwając głową. - Czy możesz zorganizować grupę naziemną? Okno 

mamy na godzinę, musimy działać szybko. 

- Sprawdzają nasz refleks - zauważyła Yage; niemal było słychać, jak zgrzyta zębami. - 

Chyba już czas pokazać tej nadętej królewnie, co potrafimy. 

Luke uśmiechnął się do żony, gdy tylko Yage się wyłączyła. 

- Zdaje się, że Irolia narobiła sobie wrogów... 

- W jej przypadku to nic trudnego - zgodziła się Mara. - Raczej nie zabiegała o naszą przy-

jaźń. 

Jacenowi przyszła nagle do głowy dziwna myśl. 

-  Jak myślicie, czy mogli przysłać ją do nas umyślnie? 

Luke okręcił się w fotelu. 

- Żeby zobaczyć, jak zareagujemy? - Zastanowił się na chwilę. - Może ktoś wyżej posta-

wiony od Irolii usiłuje nas wypróbować? 

- Nie martw się - odrzekła Mara. - Arien ma rację. Jesteśmy doskonale przygotowani na spo-

tkanie z Chissami. 

- Wcale w to nie wątpię - zgodził się Luke. Znów spojrzał przed siebie. - Ale to nie Chis-

sowie mnie martwią. 

 

88

background image

„Cień Jade" zniżył się nad zachodnie ramię czegoś, co na planecie o łagodniejszym klimacie 

mogłoby uchodzić za kontynent w kształcie półksiężyca. Radar wykazywał dwa kilometry pod 

powierzchnią skruszone skały, przytłoczone ciężarem pokrywającego je lodu. Kanały roztopów 

i zamarzające szczeliny utworzyły wewnątrz lodowca paskudnie skomplikowaną sieć kanałów i 

jaskiń. W tych właśnie tunelach Chissowie zbudowali miasto Ac'siel. 

Ponad lodowym szelfem widoczny  był  jedynie  równoboczny  trójkąt  składający się z trzech 

przepaścistych doków portów kosmicznych, połączonych szeregami wież, które mogły zawierać 

zarówno potężne anteny obserwacyjne, jak i systemy obronne. 

A może mają tylko stwarzać groźne wrażenie, pomyślał Jacen. 

Wiatr wył jak wampa w czasie rui, szarpiąc pokryciem „Cienia Jade", kiedy Mara sprowadzała 

statek do wskazanego portu. Jej dłonie zwinnie poruszały się nad kontrolkami, prowadząc ma-

szynę z naturalną wprawą. 

Jacen czekał w przedziale pasażerskim wraz z resztą grupy. Na zewnątrz różnice temperatury 

chłostały statek, tworząc iluzję dynamicznych procesów, które mogłyby teoretycznie doprowa-

dzić do powstania życia, ale lód i tak zawsze zwyciężał. Tam, gdzie woda zamarza, przeżyć i 

przetrwać mogą jedynie najtwardsi. Chissowie najwidoczniej zaliczali się do tej kategorii, zę-

bami i pazurami trzymając się swego świata, mimo jego starań, żeby ich zamrozić. 

Danni podeszła do Jacena i skierowali się w stronę śluzy powietrznej, gdy tylko statek osiadł 

na płycie. 

-  Jestem gotowa w każdej chwili - powiedziała, kiedy śluza otworzyła się z sykiem. 

Razem wyszli na zewnątrz. 

Jacen spodziewał się, że znajdą się w samym sercu lodowatej burzy,  a zamiast tego powitało 

ich spokojne, ciepłe powietrze. Wylądowali we wnętrzu ogromnego doku, który wysoko ponad 

ich głowami oddzielało od szalejących żywiołów migoczące pole siłowe. Ferrobetonowa plat-

forma pod ich stopami była czysta i sucha, z lekka nachylona w kierunku, gdzie oczekiwał ich 

niewielki komitet powitalny. Siedmiu oficerów odzianych w purpurowe i czarne mundury wy-

prężyło się na baczność. Ich błękitne twarze w świetle lamp łukowych  wydawały się wykute z 

marmuru. Jacen nie był pewien, czy była wśród  nich komandor  Irolia, ale na wszelki wypadek 

uniósł dłoń w powitalnym geście. Bez odzewu. 

-  Nic niezwykłego - szepnął do Mary i Luke'a przez komunikator. 

89

background image

W chwilę potem oboje dołączyli do niego na płycie. Najpierw pojawił się Luke, za nim po-

rucznik Stalgis, a na końcu Mara. Drugi szturmowiec miał czekać na pokładzie „Cienia Jade" 

wraz z Tekli i Saba. Śluza powietrzna zamknęła się za nimi. 

Przez krótką chwilę nic się nie działo. Stali zakłopotani obok śluzy, czekając na reakcję. 

- Wiecie, spodziewałbym się po Chissach większej punktualności - mruknął Luke. 

Jacen podchwycił mrugnięcie, jakie wuj posłał Marze. 

-  Może wreszcie przyłapaliśmy ich z ręką w nocniku - zauważył. 

W tym samym momencie formacja strażników się rozstąpiła. 

W drzwiach stanęły dwie postacie i  weszły po rampie, na której  usiadł „Cień Jade". Przodem 

szła komandor Irolia, czarnowłosa, o nieruchomej twarzy. Druga osoba była człowiekiem - po-

tężnym, muskularnym mężczyzną mniej więcej wzrostu Luke'a. Był całkiem łysy, miał wąskie 

wargi, głęboko osadzone oczy i nos tak długi, że mógłby śmiało rywalizować z Toydarianinem. 

Kiedy przemówił, nawet nie udawał, że chce być miły. 

- Jestem głównym nawigatorem. Nazywam się Peita Aabe - oznajmił głosem równie ostrym 

jak kanty jego spodni. Podszedł do nich, przystanął i zmierzył każdego lodowatym spojrze-

niem. - Załatwiliśmy wam spotkanie z odpowiednimi władzami. 

- Nie chciałby pan wiedzieć, kim jesteśmy? - zapytał Luke. 

Spojrzenie Aabe'a spoczęło na mistrzu Jedi; wyglądał, jakby robił 

dobrą minę do złej gry. 

-  To nie jest konieczne. Komandor Irolia zapewniła nam wszelkie niezbędne informacje. 

Proszę za mną. 

Odwrócił się i poprowadził ich przez płytę doku. 

-  Proszę zaczekać - odezwała się Mara. - Chciałabym dowiedzieć się o panu czegoś więcej. 

Jest pan człowiekiem. 

Nie próbował nawet ukryć irytacji. Obejrzał się przez ramię i rzucił: 

- Czy to sprawia jakieś problemy? 

-  Nie, skądże. Po prostu nie spodziewałam się, że oprócz admirała Parcka i Soontira Fela 

jeszcze inni ludzie zamieszkali pośród Chissów. 

- Wielu chciało, lecz tylko niewielu przyjęto. - Lodowata twarz Aabe'a zmiękła na chwilę 

pod wpływem dumy. - Służę jako asystent syndyka Fela pod jego nieobecność. Moje po-

chodzenie nie ma znaczenia. 

Odwrócił się i ruszył dalej. 

90

background image

Asystent syndyka Fela? - myślał Jacen, idąc za oficerem. Baron musiał awansować. Nie wie-

dział jednak, czy to dobrze, czy źle. 

- Wesoła kompania, nie? - mruknęła Danni. 

-  Niech się dzieje co chce - odparł Jacen. - Wolę ich niż Krizlawów. 

Kiedy mijali wyjście z doku, siedmiu strażników ruszyło za nimi. 

- Dokąd idziemy? - zapytała Mara. 

- Już mówiłem - nadął się Aabe. 

- Powiedział nam pan, że spotkamy się z „odpowiednimi władzami", ale nie wiemy, kim oni 

są ani dlaczego zabieracie nas na spotkanie z nimi. 

Aabe przeszedł jeszcze parę kroków, zanim znów się odezwał. 

-  Czy w tej chwili to naprawdę takie ważne? 

Mara wywróciła oczami, najwyraźniej zdenerwowana wymijającymi odpowiedziami. 

-  To pan mi powie. 

Ku ich zaskoczeniu, na pierwsze pytanie odpowiedziała Irolia. 

- Prowadzimy was na spotkanie z przedstawicielami Czterech Rodów i Ekspansywnej Defen-

sywnej Floty Chissów. - Mara odwróciła lekko głowę, żeby spojrzeć w twarz Irolii. - Tam 

przedyskutujemy rolę, jaką Chissowie odegrają w waszej misji. 

- Pracuje pani dla rodu Nuruodo - mruknęła Mara. - Sprawy zagraniczne i wojskowe, tak? 

Irolia nie odpowiedziała. Nie musiała. Chissowie niczego nie zdradzali, ale rozległa struktura 

ich rządu była doskonale znana. Jacen wiedział, że sprawy publiczne podlegają czterem rodzi-

nom:  Nuruodo,  Csapla,  Inrokini  i  Sabosen.  Csapla  nadzorowali  rozdział  zasobów,  rolnictwo  i 

inne sprawy kolonialne, przemysł, nauka i komunikacja były w gestii Inrokini, Sabosen zaś pil-

nowali wymiaru sprawiedliwości, zdrowia i edukacji. 

- Dla którego z rodów pan pracuje, główny nawigatorze Aabe? - zapytał Jacen. 

- Nie pracuję dla żadnego z nich - odparł sztywno przewodnik, nawet się nie oglądając. - Je-

stem zatrudniony przez CEDF. Flota zawsze potrzebuje ludzi, którzy mają doświadczenie w 

przebywaniu poza zamieszkanymi terenami. 

- Napaści ze strony imperium Ssi-ruuvi i Yuuzhan Vongów - wyjaśniła Irolia - a także nasze 

doświadczenia z Wielkim Admirałem Thrawnem nauczyły nas, że izolacja może być w rów-

nym stopniu siłą i słabością. Nie wystarczy być silnym, prawdziwie kwitnąca kultura 

91

background image

wymaga  elastyczności.  Aby  zatem  to  osiągnąć,  musimy  spojrzeć  dalej  niż  wszystko,  co  jest 

nam znane; musimy poznać naszych sąsiadów równie dobrze, jak znamy samych siebie. 

- Większość rządów uruchomiłaby po prostu kanały dyplomatyczne - zdziwiła się Mara. - In-

ni wysyłają szpiegów. 

- Wszystkich tych metod naturalnie próbowaliśmy, a niektóre nadal stosujemy, do pewnego 

stopnia oczywiście. W końcu teraz rozmawiamy, nieprawda? - uśmiechnęła się przelotnie. - 

Jednak czasami stwierdzamy, że integracja jest optymalnym rozwiązaniem do osiągnięcia 

celu. Wasz dawny Imperator uznał Thrawna za sprzymierzeńca, ponieważ był on znakomi-

tym strategiem pomimo nieludzkiego pochodzenia. Dlatego i my gotowi jesteśmy przyj-

mować nie-Chissów do naszej społeczności. 

- A przyjęlibyście do waszej społeczności Ssi-ruuka? Albo Yuuzhanina? 

Irolia nawet nie mrugnęła. Spojrzała na Luke'a, który rzucił jej to wyzwanie, nie zmieniając 

wyrazu twarzy. 

- Gdyby byli wyjątkowo utalentowani i godni zaufania - odparła - to tak, oczywiście. 

Jacena  zaniepokoiła  ta  odpowiedź,  u  innych  zresztą  wyczuwał  tę  samą  reakcję.  Nietrudno 

było to zrozumieć. W sercach i umysłach  wszystkich wokół niego ból po stracie najbliższych 

wciąż jeszcze był świeży. Porucznik Stalgis stracił wielu żołnierzy i przyjaciół podczas klęski 

Bastionu, Danni na początku wojny widziała, jak jej koledzy umierają na Belkadanie, a potem 

obejrzała  więcej  śmierci  i  tragedii  spowodowanych  pojawieniem  się  Yuuzhan  Vongów  niż 

ktokolwiek inny ze znajomych Jacena. Mara omal nie straciła dziecka na Coruscant, a sam Ja-

cen wciąż jeszcze odczuwał straszliwą pustkę w sercu po śmierci brata Anakina. 

Wuj staranniej ukrywał swoje uczucia i Jacen zaczął się zastanawiać, o czym myśli. Logicz-

nie biorąc, wiedział, iż w pewnym momencie należy zapomnieć o stratach i uczynić miejsce 

dla  nadziei.  Czepianie  się  przeszłości  sprawiało  tylko,  że  przyszłość  była  trudniejsza  do  osią-

gnięcia. A pokój istniał tylko w dalekiej przyszłości. 

Komentarz Irolii skutecznie zamknął im usta. Grupa szła dalej w posępnym milczeniu. Z braku 

lepszej rozrywki Jacen obserwował otoczenie. Zainteresowała go przejrzysta substancja, z któ-

rej wykonano ściany. Wydawało się, że to lód, ale kiedy wyciągnął rękę i dotknął ściany, oka-

zała się sucha i ciepła. W tej substancji mniej więcej co metr zatopiono konstrukcję ze srebrzy-

stego metalu, który wydawał się 

92

background image

stanowić ramę dla pudełkowatych korytarzy. Każda z nich miała zielone światełko, które migo-

tało, kiedy się do niego zbliżali, a po ich przejściu gasło. Nie mógł dojść żadnej przyczyny ist-

nienia tych konstrukcji, choć nie wątpił, że spełniają jakąś funkcję. Chissowie nie wydawali się 

należeć do istot, które lubią dekoracje dla nich samych. 

Danni zauważyła obiekt jego zainteresowania. 

- Generatory pola - podpowiedziała. 

Zmarszczył brwi, zdumiony. Generatory pola? Po co im generatory pola? Żeby utrzymywać 

w całości korytarze? Z pewnością zużycie energii jest większe od osiąganych korzyści. 

I nagle zrozumiał: ściany naprawdę były wykonane z lodu. Generatory pola tworzyły granicę 

pomiędzy  bąblem  ciepłego  powietrza,  w  którym  szli,  a  śliską  powierzchnią  pod  ich  stopami. 

Utrzymywały dobrą izolację cieplną, nie pozwalały lodowi stopnieć. Generatory włączały pole, 

gdy się do nich zbliżali, i wyłączały, kiedy się oddalali. Dzięki temu zużycie energii zostało 

zminimalizowane. Ogólny koszt był z pewnością niższy niż zamknięcie i podgrzanie każdego 

metra sześciennego tunelu - zwłaszcza gdyby wziąć pod uwagę koszt wyprodukowania i ułoże-

nia materiałów izolacyjnych wokół tuneli. Było to eleganckie rozwiązanie śliskiego problemu - 

szczególnie w miejscach nieczęsto odwiedzanych. Jacen był pod wrażeniem. 

Dotarli wreszcie do obszaru zaizolowanego i uszczelnionego materiałami bardziej konwencjo-

nalnymi. Uszy zabolały Jacena, kiedy mijał ostatni z generatorów pola i otaczający go ogrzany 

bąbel znikł. Uderzył go zapach kwiatów i stwierdził, że znajduje się w dużym, otoczonym tara-

sami pomieszczeniu pełnym roślinności. Sklepienie znajdowało się co najmniej dwadzieścia me-

trów nad ich głowami, a przez całą jego długość biegła gruba, jaskrawo świecąca rura. Atmosfe-

ra była spokojna i dziwnie podniosła. Początkowo Jacen sądził, że znaleźli  się w przestrzeni 

mieszkalnej  -  może  w  jakimś  podziemnym  parku  publicznym.  Szybko  jednak  zmienił  zdanie, 

kiedy stwierdził, że poza nimi nie ma tu nikogo. Szczerze mówiąc, od przylotu do Ac'siel nie 

widział nikogo poza ich eskortą. Wszystkie korytarze, którymi szli, były zupełnie puste. 

Nie  miał  czasu  zastanawiać  się  nad  przyczyną  tego  stanu  rzeczy.  Główny  nawigator  Aabe 

poprowadził ich do jednych z trojga drzwi po drugiej stronie ogrodu. Wydawało się, że stracił 

cierpliwość i próbuje zmusić ich do pośpiechu. Jacen i reszta nie protestowali; weszli do niedu-

żego,  kolistego  pomieszczenia,  umeblowanego  tuzinem  czarnych  krzeseł  otaczających  okrągły 

stół. Ściany, podłoga i sufit były również 

93

background image

czarne, a maleńkie, unoszące się wysoko pod sklepieniem kulki rzucały ostre promienie światła, 

rozpraszając cienie i oświetlając meble. Po przeciwnej stronie znajdowały się drugie drzwi. 

Aabe usiadł na najbliższym krześle, gestem zapraszając pozostałych, by również zajęli miej-

sca. Rozmieścili się więc półkolem naprzeciwko niego - wszyscy, z wyjątkiem Stalgisa, który 

wolał pozostać przy drzwiach obok Irolii. Pilnuje strażniczki, pomyślał Jacen. 

Drzwi za plecami Aabe'a otworzyły się bezszelestnie i do pomieszczenia weszły cztery posta-

cie. Twarze miały ukryte pod kapturami; spowijające je od stóp do głów szaty były w czterech 

kolorach:  brązowa,  rdzawoczerwona,  srebrzysta  i  zielonkawa.  Bez  słowa  zasiedli  w  pozornie 

przypadkowym porządku po obu stronach Aabe'a. 

Niezręczne milczenie przerwała Mara: 

- Czy teraz wreszcie dowiemy się, z kim rozmawiamy? 

- Nie - odparła postać w brązowej szacie, kobieta o głębokim kontralcie. - Tak samo jak nasze 

rody określa ich funkcja w społeczeństwie, tak my jesteśmy określeni przez nasze rody, jako 

ich przedstawiciele. Występujemy przed wami nie jako ludzie, lecz jako początkowy i koń-

cowy punkt procesu decyzyjnego. 

- Żadnych nazwisk? - zapytała Mara, nawet nie kryjąc irytacji. 

- Żadnych nazwisk - zgodziła się postać w zieleni. Tym razem był to mężczyzna, sądząc z 

głosu, dość młody. 

- Ale wy wiecie, kim my jesteśmy. 

- Mamy takie prawo - rzekła Brązowa. - W końcu to wy przychodzicie do nas po pomoc. Nie 

musicie wiedzieć, kto reprezentuje Chissów. A my reprezentujemy wszystkich. 

-  Musicie nam powiedzieć, czego chcecie - stwierdziła postać w rdzawej czerwieni. 

Szary skinął głową na znak zgody. 

- A wtedy przedstawimy wam naszą decyzję. 

- Nie podejmujemy decyzji pochopnie - ostrzegł Zielony. 

- I nasza decyzja będzie ostateczna - zakończyła Brązowa. - Zgadzacie się na te warunki? 

- A jeśli nie? - zapytała Mara, opierając się wygodnie i dumnie krzyżując ramiona na pier-

si. 

- Wtedy poprosimy was, abyście odeszli - rzekł Aabe. Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, 

że ten zwrot był eufemizmem. 

- Nasze żądanie jest proste - rzekł Luke, uprzedzając protest Mary. - Szukamy żywej planety, 

Zonamy Sekot. Mamy powody, aby przy puszczać, że ukrywa się ona w miejscu zwanym 

Nieznanymi Regio- 

94

background image

nami.  Jako  główna  siła  rządząca  w  tych  obszarach,  macie  pełne  prawo  kwestionować  naszą 

obecność  tutaj.  Mam  jednak  nadzieję,  że  pomożecie  nam;  albo  biernie,  pozwalając  bez  prze-

szkód przekroczyć wasze granice, albo też czynnie, dopuszczając nas do wszelkich informacji, 

jakie macie na ten temat. 

- I to wszystko? - Szary był wyraźnie zdziwiony prostotą prośby. 

- To wszystko - potwierdził Luke. 

- A co udało wam się do tej pory osiągnąć? - zapytała Brązowa. 

Luke wyjaśnił, dokąd doprowadziła ich misja, opisując liczne systemy na skraju Nieznanych 

Regionów, które przeszukiwali, różne cywilizacje, z jakimi mieli przelotne kontakty, i skąpe in-

formacje o Zonamie Sekot, które zebrali. Informacje niezmiennie miały postać  legendy prze-

kazanej  przez  dziadków  albo  mglistego  wspomnienia.  Byli  zmęczeni  poszukiwaniem  namacal-

nych dowodów. Skoro planeta miała tendencję do unikania systemów o zaawansowanych cywi-

lizacjach,  nie  istniały  fizyczne  zapisy  stanowiące  dowód,  że  istotnie  tam  była.  Wydawało  się 

chwilami, że ścigają ducha, który znikł wiele dziesięcioleci temu. 

- Ale pomimo wszystko jesteście pewni powodzenia – zauważył Zielony. 

- Gdybyśmy nie uważali, że ta misja się powiedzie, to byśmy jej nie rozpoczynali - wyznał 

Luke. - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby zapewnić jej powodzenie. 

- A właściwie po co to robicie? - zapytała Rdzawa, druga kobieta w tym towarzystwie. Wy-

dawała się naprawdę zaskoczona. - Komandor Irolia nie potrafi tego do końca wyjaśnić. Wie-

rzy, że jesteście godni zaufania, ale wasz cel wydaje jej się niewiarygodny, motywy zaś 

trudne do określenia. Nie możecie nas winić za ostrożność. 

Luke westchnął. 

- Nie, nie możemy. I gdybym był na waszym miejscu, też zachowałbym ostrożność. Mogę 

powiedzieć tylko, że podejmiemy wszelkie kroki, jakie uznacie za konieczne, aby udowodnić 

naszą prawdomówność. 

- Z wyjątkiem przerwania wyprawy - rzekł Szary. 

-  Tak, z wyjątkiem tego. Będziemy dalej szukać Zonamy Sekot, z waszą pomocą czy bez 

niej. 

Nastąpiła chwila ciszy. Jacen czuł, że przedstawiciele Chissów porozumiewają się pod kaptu-

rami, ale nie był w stanie stwierdzić, co właściwie mówią. Ludzi o silnej woli zwykłe trudno 

było odczytać, a Chissowie mieli najsilniejszą wolę ze znanych mu ras. 

95

background image

- Co to za jakiś nowy Sojusz? - zapytała Brązowa. - Czy musimy się do niego przyłączać? 

- Nie - odparł Luke. - Choć fakt, że mamy wspólnego wroga, sugeruje, iż pewnego dnia mo-

głoby się to okazać korzystne. 

- Rzeczywiście, mogłoby - zgodziła się Rdzawa, powoli kiwając głową. 

- Jeśli chodzi o waszą obecność w naszych granicach - odezwał się Zielony -jest to kwestia, 

która nas w pewnym stopniu dzieli. 

- Dwoje z nas pragnie zezwolić wam na pełny dostęp do terytorium Chissów - ciągnął Szary - 

wiedząc, że nie znajdziecie tu rzeczy, o których nie wiemy lub które mogłyby nam zaszko-

dzić. 

- Gdyby Zonama Sekot istotnie znajdowała się w naszych granicach - dodała Brązowa - 

wiedzielibyśmy już o niej. 

- Z drugiej strony - wtrącił Zielony - niejasne motywy stawiają pod znakiem zapytania praw-

dziwy cel waszej misji. Można się zastanawiać, czy Zonama Sekot nie jest tylko pretekstem 

do znacznie bardziej ponurych knowań. 

- Jest jeszcze coś - uzupełniła Rdzawa. - Nie zauważyliśmy wprawdzie żadnych waszych nie-

przyjaznych zachowań, jednak okazaliście wyjątkową pychę i arogancję, zjawiając się tutaj 

bez prośby o pozwolenie. 

- I w ten sposób znaleźliśmy się w impasie - podsumowała Brązowa. 

- Pat - dodał Zielony. 

Szary skłonił głowę. 

- Nie jest to nic niezwykłego, biorąc pod uwagę różnicę w naszych potrzebach. 

- Podobnie jak we wszystkich tego rodzaju sytuacjach, decydujący głos ma dowódca Ekspan-

sywnej Defensywnej Floty. - Rdzawa skłoniła się w lewo. - Główny nawigatorze Aabe? Ja-

cen jęknął w duchu. Aabe na pewno nie zagłosuje na ich korzyść. Były imperialny dumnie 

spojrzał wzdłuż wydatnego nosa najpierw na Luke'a, potem na resztę. 

- Sprawa wydaje mi się całkiem jasna - rzekł. - Nie możemy pozwolić, aby intruzi wędro-

wali swobodnie po naszych terytoriach, bo to stanowiłoby zdradę zaufania naszego ludu. Ostat-

nio często się zdarzały wtargnięcia Yuuzhan Vongów i wszelkie złagodzenie środków 

bezpieczeństwa miałoby jedynie zwiększyć liczbę tego rodzaju incydentów. Z pozycji bezpie-

czeństwa zewnętrznego i wewnętrznego nie zalecam udzielania pozwolenia na swobodne poru-

szanie się tej ekspedycji w przestrzeni Chissów. 

96

background image

Luke i Mara poderwali się jednocześnie, jakby chcieli oprotestować jego decyzję. 

- Jednak - ciągnął Aabe, podnosząc dłoń, aby uciąć wszelkie dyskusje - jestem prawie pewien, 

że intencje Skywalkerów są uczciwe, do natury Chissów zaś nie należy odmawianie pomocy 

istotom w prawdziwej potrzebie. Dlatego też, w imię dobrych stosunków i w nadziei, że istotnie 

wyprawa ta przyniesie jakieś efekty, proponuję kompromis. Skywalkerowie bardziej niż swobod-

nego dostępu do terytoriów potrzebują informacji. Żadna pojedyncza misja nie zdoła spenetrować 

całych Nieznanych Regionów w rozsądnym czasie, nawet korzystając z przewodników Ruin 

Imperium. Proponuję, aby umożliwić Skywalkerom i ich sprzymierzeńcom pełny dostęp do 

Ekspedycyjnej Biblioteki tu, na Csilli, aby spokojnie i bezpiecznie mogli dalej prowadzić poszu-

kiwania. 

Mara  niepewnie  opadła  na  miejsce.  Luke  tylko  uniósł  brwi  z  zaskoczeniem.  Jacen  musiał 

przyznać,  że  propozycja  Aabe'a  miała  sens,  aczkolwiek  nie  całkiem  jasne  się  wydawało,  dla 

kogo miałoby to być „bezpieczne". Czy główny nawigator miał na myśli załogi „Cienia Jade" i 

„Mężobójcy", czy próbował zasugerować, że w przestrzeni Chissów nie życzą sobie tych akurat 

statków? W obu przypadkach Jacen był tak samo zaskoczony jak jego wuj, że eksoficer impe-

rialny w ogóle zaproponował im cokolwiek. 

- Jest tylko jeden warunek - dodał Aabe. 

Oho, pomyślał Jacen, i tu się zaczynają schody. 

- Nie chcę, aby Galaktyczna Federacja Wolnych Przymierzy mylnie pojęła nasze intencje - 

ciągnął Aabe. - Oferta obowiązuje na ściśle określony czas. Jeśli Skywalkerowie i ich towa-

rzysze nie znajdą tego, czego szukają, w tym terminie, oferta zostanie wycofana i będą oni 

musieli natychmiast opuścić przestrzeń Chissów. 

- Jak sądzisz, ile czasu im potrzeba? zapytał Zielony. 

- Powinny wystarczyć dwa dni standardowe - odparł Aabe. – Jak trudno jest znaleźć żywą 

planetę, która pojawia się i znika w całej galaktyce? Można prześledzić tylko pewną liczbę le-

gend, a nasza biblioteka prawie ich nie zawiera. 

Cztery zakapturzone postacie zgodnie skinęły głowami. 

- Uważamy, że to dobry kompromis - powiedziała Brązowa. - Mistrzu Skywalkerze? 

Luke wyprostował plecy i wstał. 

- Przyjmuję warunki waszej oferty. 

Jacen wyczuł, że Mara ma ochotę na dyskusję, ale na razie również Wyraziła zgodę. 

97

background image

-  Możecie zatem zaczynać, kiedy zechcecie - powiedziała Brązowa. 

Cała czwórka przedstawicieli jednocześnie podniosła się z miejsc, ale Szary dodał jeszcze: 

-  Dostaniecie przewodnika z rodziny Ironkini, który pouczy was, jak korzystać z biblioteki. 

Jeśli jesteście gotowi, główny nawigator Aabe i komandor Irolia zaprowadzą was na miejsce. 

-  Dziękuję - skłonił się Luke. 

- To zamyka sprawę - rzekła Rdzawa. 

Przedstawiciele już bez słowa odwrócili się i wyszli. 

- I to wszystko? - mruknęła Mara, odprowadzając ich wzrokiem do drzwi. 

- A czego chciałaby pani więcej? - zapytał Aabe. - Hojnie obdarzyliśmy was naszym czasem 

i zamierzamy wspaniałomyślnie podzielić się z wami naszymi zasobami. A przecież nie ma-

my obowiązku pomagania wam. Powinniście być... - Urwał i potrząsnął głową. - Miałem 

użyć słowa „wdzięczni", ale nie byłoby ono poprawne. Wdzięczność to reakcja emocjonal-

na, niekoniecznie adekwatna do tego, co zostało zaoferowane. Lepiej byłoby powiedzieć 

„odpowiednio uhonorowani". 

- Ależ jesteśmy - odrzekł Luke. - I bardzo chcemy zacząć pracę możliwie jak najszybciej. 

- Wskazał drzwi. - Możemy? 

Aabe skinął głową i ruszył w kierunku wyjścia. 

-  Cieszę się, że przynajmniej jeden z was docenia i rozumie obyczaje Chissów. 

Irolia z Aabe wyprowadzili ich do holu-ogrodu. Zaledwie przebyli jego połowę, kiedy z nie-

wielkiej wnęki wyszedł wysoki człowiek, gotów przejąć opiekę nad grupą. Mężczyzna był sze-

roki  w barach i  niewzruszony jak skała. Stanął przed nimi, jakby  chciał rzucić im wyzwanie. 

Na jednym  oku miał  czarną klapkę tej  samej  barwy co mundur;  w  czarnych  włosach  i  bródce 

widniały srebrne nitki. 

- Mara Jade - odezwał się. - Znowu się spotykamy. 

Podeszła do niego, zostawiając z tyłu Jacena i resztę grupy. 

- Teraz Mara Jade Skywalker, Soontirze Felu - odparła. 

Fel skinął głową na znak, że przyjmuje to do wiadomości, ale nie miał zamiaru się popra-

wiać. 

- Główny nawigator Aabe dawał nam do zrozumienia, że jesteś „nie obecny" - zauważyła Ma-

ra. 

- Nie ma to nic wspólnego z prawdą. 

- Dlaczego więc unikałeś nas wcześniej? 

98

background image

- Unikałem procesu decyzyjnego, owszem. - Głos Fela był chropowaty, lecz mocny. Jacen 

zauważył podobieństwo między Jaggedem Felem a ojcem, może z wyjątkiem potężnej sylwet-

ki. - Moje myśli nie są wolne od emocji w tym względzie. Przypominam sobie, że jakiś czas 

temu oferowałem wam sojusz. 

Mara skinęła głowę. 

- Nie przeoczyłam tej ironii losu. 

- Wtedy go nie przyjęliście, a jednak teraz spodziewacie się, że my wyrazimy zgodę. - Czło-

wiek, który niegdyś był najlepszym pilotem TIE w całym imperium, drgnął lekko. Jeśli Jacen się 

nie mylił, mogło to być wzruszenie ramion. - Taki jest obyczaj Chissów - wyjaśnił. - Jeśli nie 

potrafisz być bezstronny, pozostaw decyzję innym. Wierzyłem, że Peita zareaguje z jasnością 

umysłu, do której ja byłem niezdolny. 

Spojrzenie Fela było zimne i ostre jak lodowy sopel. Jacen nie wiedział, skąd się bierze wro-

gość mężczyzny. Zadawnione zatargi to jedna sprawa, ale to nie wyjaśniało gniewu, który wy-

raźnie aż kipiał pod zimną powierzchownością. 

Luke podszedł i stanął u boku żony. 

- Sądzę, że osiągnęliśmy zadowalające rozwiązanie. – Wyciągnął dłoń. - W innych okolicz-

nościach pewnie byłaby to dla mnie przyjemność, Soontirze. 

Fel zawahał się, po czym zamknął dłoń Luke'a w ogromnej pięści. 

- Jeszcze nie jesteśmy sojusznikami, Skywalker. 

   - Ale nie jesteśmy już wrogami. Z pewnością to też ma swoje znaczenie. Mara znacząco spoj-

rzała na swój chronometr. 

- Naprawdę powinniśmy już iść - rzekła. - Te dwa dni nie będą trwały wiecznie. 

- Istotnie - odparł Fel. Jego mroczne spojrzenie powędrowało ku grupie za plecami Skywal-

kerów. - Biblioteka Ekspedycyjna znajduje się dość daleko stąd, w innej enklawie. Nie bę-

dziemy uruchamiać waszego statku, pozwólcie więc, że zapewnię wam transport. Mam do 

dyspozycji pojazdy znacznie bezpieczniejsze nawet od tego, co normalnie oferują Chissowie. 

Luke  się  zawahał.  Jacen  wyczuł,  że  wuj  porozumiewa  się  z  Marą.  On  także  miał  spore  za-

strzeżenia do tego rozwiązania. Decyzja Aabe'a o udostępnieniu im biblioteki zaskoczyła go, ale 

Jacen wiedział, że to może być wybieg, aby ich odseparować od statku. Wiedział też, że Mara 

nie zechce oddalać się od „Cienia Jade" dalej niż jest to absolutnie konieczne. 

99

background image

Czy jednak mogą ryzykować, że obrażą Fela odmową? Czy mogą sobie pozwolić na stratą 

cennego czasu, jaki będzie potrzebny, aby przemieścić statek w bardziej odpowiednie miejsce? 

W końcu, jak powiedziała Mara, dwa dni to wcale nie tak dużo. 

- Dziękuję- rzekł Luke. - Twoja propozycja z pewnością zaoszczędzi nam czasu. 

- Jeśli jednak zrobisz jakieś głupstwo, Soontir... - Mara zawiesiła głos, nie kończąc groźby, 

ale jej ton i mowa ciała nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości. 

Fel prawie się uśmiechnął. 

- Wierzcie mi, gdybym chciał czegoś spróbować, zrobiłbym to już dawno temu. - Odwrócił 

się. - Szkoda czasu. Nie możemy sobie pozwolić na głupie pogawędki. Jeśli chcecie iść ze mną, 

proponuję, abyście to uczynili teraz. Termin nie ulegnie przesunięciu. 

- Już ty się o to zatroszczysz, co? - syknęła Mara. 

Obrzucił ją kolejnym lodowatym spojrzeniem. 

- Możesz na to liczyć, Maro Jade Skywalker. 

Zanim dotarli do kwater po pierwszym dniu spędzonym na Bakurze, Jaina była wykończona. 

Spotkanie z senatem zostało przesunięte,  aby premier Cundertol mógł  w nim uczestniczyć, co 

sprawiło,  że zajęli się nimi młodsi oficerowie i  niespokojne  gryzipiórki. Kiedy  wreszcie  nad-

szedł czas, delegacja Sojuszu Galaktycznego została całkowicie usunięta w cień przez triumfalne 

pojawienie się Cundertola i bankiet. Długie, bezładne i pyszałkowate przemówienie premiera zo-

stało powitane gorącym aplauzem przez senat i galerię prasową, ale Jaina musiała zgodzić się 

z Jagiem. Cundertol był dobrze wyglądającą gadającą głową; to człowiek zbyt zajęty własnymi 

interesami, by móc być dobrym mężem stanu. 

A  jednak  bankiet  okazał  się  całkiem  udany.  Gości  obsługiwali  mężczyźni  i  kobiety  w  ele-

ganckich  strojach,  a nie  roboty. Jaina  czuła się  nieco  zakłopotana  swoim  niezbyt  wytwornym 

mundurem.  Jedzenie  było  znakomite,  miała  również  okazję  skosztować  nektaru  Namana,  o 

którym tyle słyszała. Bakuranie byli z niego dumni i Jaina musiała przyznać, że całkiem słusz-

nie.  Pomarańczowej  barwy  napój  pieścił  jej  kubki smakowe jak powoli rozgrzewający promień 

słońca. Wypiła tylko jeden łyk - nie chciała, aby stłumił jej refleks. Sądząc po skutkach,  jakie 

zaobserwowała u otaczających ją gości, jej decyzja była słuszna. 

Tylko  dwóch ludzi  zachowywało  pełną trzeźwość:  Cundertol i jego zastępca, Blaine Harris. 

Zastanawiała się, czy nie temu powinna przy- 

100

background image

pisać wrażenie, że pod przykrywką przyjacielskich rozmów kryje się potężne napięcie. Mogła 

być to jedynie wzajemna antypatia, ale Jaina nie potrafiła odkryć jej powodów. W końcu byli 

przecież  politycznymi  partnerami.  A  może  to  po  prostu  zderzenie  dwóch  potężnych  i  do-

minujących osobowości? Współpraca w tak bliskich i  dokładnie określonych  rolach z pewno-

ścią powodowała tarcia. 

Pomimo wszystko była zaintrygowana. Zastanawiała się, jak poczuł się Harris, kiedy usłyszał 

wieść o porwaniu Cundertola. Wyobrażała sobie, że przynajmniej częściowo był zadowolony, że 

się od niego uwolnił. Gdyby premier zginął lub znikł na zawsze, wicepremier  był naturalnym 

następcą. Należało zatem zadać sobie pytanie, czy sam Harris mógł być zaangażowany w porwa-

nie premiera. A jeśli tak, aresztowanie Malinzy Thanas było  niczym więcej,  jak tylko umyślną 

próbą wskazania kozła ofiarnego. 

Doprawdy, nie zauważyła nic, co mogłoby potwierdzać niejasne podejrzenia Jaga czyjej wła-

sne. Obecność Cundertola w Mocy była wyraźna i czysta. Był tym, za kogo się podawał, a jego 

myśli należały do niego. 

Nawet  Lwothin, przywódca ruchu P'w'ecków, wydawał się  szczerze zadowolony z powrotu 

Cundertola. Może nawet nieco mu ulżyło -było to całkiem zrozumiałe, skoro ceremonia poświę-

cenia Bakury miała mieć miejsce następnego dnia. Jaszczur o ciemnej łusce nie próbował lokal-

nych specjałów, delektując się daniem z ffta - wielonożnego gadopodobnego stworzenia, które 

zostało specjalnie na tę okazję sprowadzone z Lwhekk. Przez cały bankiet uważnie obserwo-

wał ludzi i choć Jaina nieraz napotykała jego wzrok, nie mogła nic odczytać z tych złocistych oczu. 

- Czy jeszcze ktoś ma wrażenie, że byliśmy tam całkiem zbędni? - zapytał Han, rzucając 

się na pływającą w powietrzu kanapę. Ich pokoje nie były tak eleganckie jak na Galantosie, 

ale Jainie to całkowicie odpowiadało. Zbyt wyszukana gościnność budziła w niej nie pokój. 

- Są po prostu zajęci własnymi sprawami. - Podobnie jak w wielu innych sprawach, zdanie 

Leii pozostawało w opozycji do zdania jej męża, ale na znak, że nie ma ochoty na sprzeczkę, 

przysiadła na kanapie obok Hana i ujęła go za rękę. Nie chciała być niemiła, próbowała 

Jedynie sprawić, aby na każdą sytuację spojrzeć z różnych punktów widzenia. Jaina długo 

musiała pracować nad rozwikłaniem sposobu myślenia matki. Jej brat bliźniak zrozumiał 

to niemal od razu, i to bardzo dawno temu. - Zwrócą się do nas, kiedy będą mieli powód. 

101

background image

- Może im trzeba o tym powodzie przypomnieć - rzuciła Jaina przez ramię, rozstawiając urzą-

dzenia przeciwpodsłuchowe, takie same jak na Galantosie. - Mają problemy, których zwykły 

traktat nie załatwi. Jeśli wziąć pod uwagę, choćby w pewnym stopniu, tę nielegalną transmisję, 

znaczy to, że agenci ruchu oporu są nawet na dość wysokich stanowiskach. Zamknięcie Ma-

linzy Thanas nie zlikwiduje tego problemu jak za dotknięciem magicznej różdżki. Najwyżej 

jeszcze pogorszy sprawę. 

Kątem oka zauważyła, że Tahiri niespokojnie krąży po pokoju, jakby czegoś szukała. Jaina 

była ciekawa, co się dzieje z młodszą Jedi. 

- To zależy, czego chcą - włączyła się Leia. - Jedna grupa wydaje się sprzyjać przymierzu z 

P'w'eckami zamiast z nami. Druga nie wie, co robić z P'w'eckami. - Wzruszyła ramionami. - 

Jeśli nasza obecność tutaj odsłoni ukryte pęknięcia, może się to okazać pożyteczne. Zamiast 

jednego skoncentrowanego ataku na lokalny rząd, ich cele mogą się rozproszyć w liczne, ale 

drobne i stosunkowo nieszkodliwe ataki. 

- Rozproszony promień może i nie jest celny - odparł Han, bezmyślnie bawiąc się palcami 

Leii - ale zazwyczaj w coś trafia. Albo w kogoś. Wolałbym jednak, aby celował do mnie poje-

dynczy snajper niż tuzin szaleńców strzelających na oślep. Przy snajperze wiesz przy najmniej, 

gdzie znajduje się zagrożenie... 

Urwał w pół zdania, nagle zdając sobie sprawę z niezwykłego zachowania Tahiri, która teraz 

zaglądała pod antyczny barek. 

- O co chodzi, Tahiri? - zagadnęła Leia. - Co ty... ? 

- No właśnie! - Tahiri zerwała się na równe nogi, unosząc w wyciągniętej dłoni jakiś mały 

przedmiot. - Mam cię! 

Jaina i jej rodzice wymienili zmieszane spojrzenia. 

- Co masz? - zapytała Jaina. 

Tahiri podeszła, by pokazać znalezisko pozostałym. Jaina pochyliła się i stwierdziła, że jest to 

metalowa kapsułka nie większa od dziecięcego ząbka. 

- Ryn powiedział, że znajdziemy tutaj to, czego szukamy - wyjaśniła Tahiri. - I to chyba 

musi być to... 

- Ryn? - zdziwiła się Leia. 

Han szybko opowiedział jej o spotkaniu Tahiri z Rynem na lądowisku. 

- Czy mówił coś jeszcze? - dopytywała się Leia. 

- Tylko tyle, że musimy być ostrożni - odrzekła dziewczyna. – Ale wtedy nie mógł swobod-

nie rozmawiać, więc powiedział, że skontaktuje się z nami później. Może to właśnie jakaś 

wiadomość. 

102

background image

Obracała  kapsułką  w  palcach  na  wszystkie  strony  dopóty,  dopóki  nie  zauważyła  szczeliny 

pośrodku. Nic się nie działo, dopóki nie ścisnęła jej palcami: wtedy jeden koniec kliknął cicho i 

pojawił się krótki, ale intensywny rozbłysk światła. 

Jaina zamrugała zaskoczona, czekając, co jeszcze się wydarzy. Ale to było wszystko. Kapsuł-

ka znów wyglądała na martwą i pomimo  wszelkich wysiłków Tahiri błysk światła się nie po-

wtórzył. 

- To nie może być tak - mruczała młoda Jedi. - Czyżby nikt się nie upewnił, czy to w ogóle 

działa? 

- Przepraszam, pani Leio - zaczął C-3PO - ale... 

Han uciszył go uniesieniem dłoni. 

- Spokojnie, Złota Pało. Właśnie się zastanawiamy, jak to funkcjonuje. 

- Ale, proszę pana - nalegał robot -ja już wiem, jak. 

Cała czwórka znieruchomiała i spojrzała na C-3PO. 

- No to jak? - zapytał Han po prawie piętnastu sekundach. - Powiesz nam? 

- Zdaje się, proszę pana - zaczął C-3PO - że rozbłysk światła zawierał skompresowaną wia-

domość, a dokładniej holograficzną stronę pisma. Moje fotoreceptory zdołały zebrać dane i 

zapisać je w bankach pamięci. 

- List? - z podnieceniem zawołała Tahiri. - Co w nim jest? 

- Zdaje się, że został napisany w jakimś nie całkiem jasnym kodzie givińskim... 

- Ale możesz go przetłumaczyć? 

Robot nadął się na samą myśl, że mógłby tego nie umieć. 

- Oczywiście. Piszą: „Malinza Thanas posiada informacje, których będziecie potrzebować. 

Jest przetrzymywana w celi 12-17 więzienia karnego Salis D'aar. Możecie dostać się tam dziś o 

północy przez tylne wejście numer 23. Hasło to «prowincjusz». Spróbuję skontaktować się z 

wami jutro". 

Jaina zapamiętała podane szczegóły. 

- Czy to wszystko? 

- Obawiam się, że tak, panienko Jaino. 

- To niewiele, co? - westchnęła rozczarowana Tahiri. 

- Na razie wystarczy - odparła Leia. - Jak przyjdzie czas, pójdę i dowiem się, co Malinza 

ma do powiedzenia. 

Jaina pokręciła głową. 

- Pozwól, że ja pójdę - poprosiła. - Twoją nieobecność natychmiast zauważą. Spodziewają 

się, że zostaniesz, aby zbadać sytuację z P'w'eckami.  

103

background image

Jeśli zamiast ciebie pójdę ja albo ojciec, nie będą się zastanawiać, co się dzieje. 

- Ale czy Malinza cię wysłucha? - zapytała Leia. - W tej chwili nie ma więcej powodów, aby 

ci zaufać, niż ty, aby zaufać jej. 

- Będę musiała chyba użyć mojego uroku osobistego. Poza tym, jak sądzę, ona raczej nie ma 

w tym więzieniu zbyt wielu chętnych uszu. Może to jej ostatnia szansa. 

- Dobrze. - Leia wstała i położyła córce rękę na ramieniu. – Ale uważaj na siebie, dobrze? 

Jaina uśmiechem zbyła matczyną troskę, choć ciepło jej się zrobiło na sercu. Poszła do swo-

jego pokoju, aby się przygotować. 

- Stać! - W skradzionym villipie pojawiła się twarz strażnika. Nom Anor obserwował, jak 

Zhańbiona niosąca villipa - sprytnie ukrytego w martwej, wydrążonej skorupie k'snella - na-

tychmiast i bez wahania spełniła rozkaz wojownika. Tego należało się spodziewać po przedsta-

wicielce najniższej kasty społecznej, która zabłąkała się na pokoje lorda Shimrry. 

Strażnik powoli podszedł do Zhańbionej z ironicznym grymasem na twarzy. 

- Tak się spieszyłaś, żeby się spotkać z Yun-Shuno, że zapomniałaś, iż nikt nie wchodzi na te 

pokoje bez zezwolenia Najwyższego Władcy. - Zatrzymał się kilka kroków od Zhańbionej; 

na groteskowej twarzy malowało się skupienie. - Wyjaśnij teraz, czemu twoja odrażająca 

obecność kala te podłogi. 

- Zostałam przysłana przez wielkiego kapłana Jąkana – wyjąkała agentka Noma Anora. Wie-

le razy ćwiczyła tę wymówkę, zanim wyruszyła na misję, ale nigdy przedtem nie brzmiała 

ona tak sztucznie. - Ka-kazał mi złożyć tę ofiarę... 

- Łżesz! - Amphistaff wojownika odwinął się ze ściskającego mundur pasa i wyprężył się do 

ataku. - Natychmiast powiesz mi, co tu robisz, a potem za twoje występki odczujesz na sobie 

gniew strażnika pałacowego lorda Shimrry. 

Wojownik zbliżył się do Zhańbionej, która opadła na klęczki, tuląc do piersi skorupę k'snella 

i ukrytego w niej villipa. 

- Proszę... Nom Anor nie mógł widzieć jej twarzy, ale wyobrażał sobie jej strach. 

- Twoje błaganie to afront dla wszystkich Yuuzhan! - warknął strażnik, unosząc amphistaffa. - 

Gotuj się na śmierć! 

- Jeedai! - wrzasnęła nagle Zhańbiona bez śladu niedawnej pokory. Tak jak to było zaplano-

wane, dotknęła dłonią łaty na dnie skorupy k'snella - Ganner! 

104

background image

Obraz znikł w ułamku sekundy, zanim amphistaff spadł na villipa  i Zhańbioną. Ostatnie, co 

ujrzał Nom Anor w korytarzu, to wykrzywiona wściekłością i nienawiścią twarz wojownika. 

- Miała nic nie mówić na temat Jedi - rzekł, wymawiając to słowo na modłę niewiernych, tak 

jak się tego nauczył w ciągu długich lat tajnej służby. Trudno mu było powstrzymać nara-

stający gniew. Byli już tak blisko. 

- At'raoth była wierna sprawie - zapewnił Shoon-mi. Stał obok nowego tronu Noma Anora, 

umieszczonego w nowej, odpowiednio oddalonej od poprzedniej siedzibie. Dawny Zhańbiony 

najwyraźniej był zakłopotany niespodziewanym zakończeniem próby infiltracji pałacu Shimr-

ry. - Poszła chętnie, wiedząc, że może umrzeć. 

- Tak, ale nie wiadomo, czy umrze we właściwy sposób – odparł Kunra. - Czy zostanie 

schwytana i poddana torturom? Czy dowiedzą się o nas? 

- Nie! - Shoon-mi wydawał się wstrząśnięty samą sugestią. -Z pewnością podjęła odpowied-

nie środki ostrożności. 

Nom Anor był pewien, że jego najwyższy akolita ma rację. 

„Odpowiednie środki ostrożności" w tym przypadku oznaczały skruszenie fałszywego zęba w 

ustach  i  przełknięcie  żrącej  trucizny,  którą  sam  jej  dostarczył.  Trucizny,  która  zabija  natych-

miast. Fanatyczna lojalność Zhańbionej wobec sprawy gwarantowała, że spełniła i ten ostami roz-

kaz. 

Nawet  jednak  samobójstwo  mogło  nie  wystarczyć,  aby  uniknąć  katastrofy,  myślał  ponuro 

Nom Anor. Agentka otwarcie przyznała, że  należy do wyznawców herezji Jedi, więc Shimrra 

będzie teraz przygotowany na wszelkie próby wtargnięcia do jego domostwa. Następnym razem 

będzie jeszcze trudniej się tam dostać... i bardziej niebezpiecznie. 

Co nie znaczyło, że Nom Anor ma zamiar się poddać. Nie obchodziło go, ilu akolitów przy 

tym straci. Informacja na temat ruchów  wroga była absolutnie niezbędna. Wszelka kampa-

nia, otwarta czy z ukrycia, zależała od wywiadu, a to oznaczało, że musi wprowadzić kogoś w 

te ściany, i to jak najszybciej. Jeśli tego nie uczyni, nie będzie wiedział, jakie kroki są przeciwko 

niemu podejmowane, a to oznaczało niedopuszczalne narażanie się na atak." 

- Dobrze, że udało się choć tyle - rzekł Kunra. Była to desperacka próba robienia dobrej miny 

do złej gry, ale nie umiał ukryć zmęczenia. - At'raoth dostała się dalej niż ktokolwiek inny. 

- Wydaje mi się, że słyszałem głosy - odezwał się Shoon-mi. 

105

background image

Nom  Anor  skinął  głową.  On  także  słyszał  rozmowę  dochodzącą  z  pomieszczenia  po  drugiej 

stronie korytarza, który szpieg próbował wyminąć. Był prawie pewien, że głosy te należały do 

wielkiego prefekta Drathula, wielkiego kapłana Jąkana i odrażającej marionetki lorda  Shimrry, 

Onimi. Ktoś się z nimi sprzeczał, może jeden z wojowników. Dźwięk był zbyt słaby, by rozróż-

nić słowa, ale mało brakowało. Gdyby Afraoth przeszła jeszcze kilka kroków... 

Zmełł  w  ustach  starożytne  przekleństwo.  Błędy  mogły  unicestwić  wszystko,  co  próbował 

osiągnąć. Ruch heretycki był wciąż zbyt słaby, aby przetrwać skoncentrowaną czystkę. 

-  Musimy próbować dalej - warknął. - Musimy się tam dostać. 

Gniew kipiał w nim jak burza magnetyczna. Tęsknił za swoją dawną siatką informatorów, ro-

jem szpiegów, którzy dostarczali mu informacji. Pławiąc się w morzu danych, nie wiedział, ile 

ma szczęścia, dopóki nie zaznał pecha. Wygłodniały, osłabiony przez własną ignorancję, tęsk-

nił za powrotem do dawnych czasów. 

- Jeśli nie możemy wprowadzić tam villipa, potrzebujemy informatora. 

- Ale kogo? - zapytał Shoon-mi. - I jak? 

- Jest nas coraz więcej - odparł Kunra. - Wieści dochodzą do wyższych rang. Dotarcie na 

najwyższe szczeble władzy jest tylko kwestią czasu. 

- Nie mogę czekać tak długo! - wykrzyknął Nom Anor. - Im bliżej będziemy szczytu, tym 

bardziej stanie się to dla nas ryzykowne. Nie wiedząc tego, co wie Shimrra, jesteśmy niczym 

jego ofiary, na kolanach i z couffee przy gardle, czekające, aż ktoś je dobije. - Wzruszył 

ramionami pod szatą. Ostatnio ciągle śnił, jak ucieka przed bandą wojowników, zdetermi-

nowanych, by go zabić. Nigdy ich nie widział, ale czuł ich obecność tuż za plecami i zawsze 

słyszał kroki. W snach był tylko zaszczutym zwierzęciem. 

Potrząsnął głową. Na jawie nie było czasu na koszmary. 

- Nie mam zamiaru tu zdechnąć - rzekł.- Nie stanę się upiorem kanałów, ślepym i pozo-

stawionym na pastwę każdego, kto ma światło. 

- Tak się nie stanie, mistrzu - niezręcznie zaprotestował Shoon-mi. - Nie pozwolimy, aby 

przydarzyło ci się coś takiego. 

Shoon-mi  próbował  go  uspokajać  takimi  samymi  metodami,  jakimi  uspokaja  się  rozkapry-

szone dziecko, więc Nom Anor potraktował go z odpowiednią pogardą. 

-  Dosyć! - warknął i ruszył w kierunku swojego tronu. Usiadł ciężko. - Znajdźcie mi następ-

nego ochotnika. Spróbujemy jeszcze raz. 

106

background image

Będziemy próbować tak długo, aż osiągniemy cel. Musimy złamać ochronę Shimrry, zanim on 

złamie naszą! Albo nam się uda, albo zginiemy. 

Shoon-mi z trudem przełknął ślinę i wycofał się w ukłonach. Nie wiedział nic o szpiegu, któ-

rego przechwycili w ostatniej kryjówce, ale rozumiał, jaka naprawdę jest ich sytuacja. Byli he-

retykami,  wyklętymi  dla  Shimrry  i  kapłanów,  brudem,  który  należy  usunąć.  Rdza,  pomyślał 

Nom Anor, przypominając sobie swoje rozważania na temat gnicia żelaza, które zaobserwował 

we wnętrznościach Yuuzhan'tar, zanim przywdział szatę Proroka. 

- Tak się stanie, mistrzu. 

- Lepiej, żebyś nie zawiódł - odparł Nom Anor. Objął gniewnym spojrzeniem również Kun-

rę. - Dla was obu będzie lepiej. 

Kunra posępnie skinął głową, nie chcąc wspominać, że ochotnicy  do takich beznadziejnych 

misji nie ustawiają się w kolejkach. Im więcej ich zginie, tym mniej pozostaje do wyboru na na-

stępny raz. Ofiara musi mieć cel, by była szlachetna. 

On  jednak  także  rozumiał  brutalną  prawdę  o  ich  sytuacji.  Zabić  albo  zginąć  samemu.  Jeśli 

Zhańbieni mogą zyskać jedynie wybór rodzaju śmierci, niechże będzie i tak. To więcej niż kie-

dykolwiek ofiarował im Shimrra. 

Jaina  przycupnęła  za  kamienną  balustradą  na  dachu  magazynu  po  drugiej  stronie  drogi,  na-

przeciwko więzienia. Przyczaiła się nisko, żeby nie znaleźć się na drodze potężnych reflektorów, 

omiatających cały  obszar. Spodziewała się regularnych patroli wokół muru więzienia, ale Ryn 

nie ostrzegł jej, że towarzyszą im roje robotów strażniczych G-2RD, a ona też tego nie przewi-

działa.  Zwykła  niechęć  Bakuran  do  robotów  ustąpiła  widocznie  przed  praktycznymi  zaletami 

takiego  rozwiązania.  Obszar  był  nadzorowany  często  i  wyrywkowo,  co  utrudniało  wydeduko-

wanie, kiedy droga będzie wolna. Co gorsza, podczas pierwszej próby dotarcia do wejścia uru-

chomiła chyba jakiś  ukryty  alarm, bo teraz cała twierdza była na nogach, gotowa na przyjęcie 

niespodziewanych gości. 

Pół  godziny  uważnej  obserwacji  przekonało  ją,  że  nie  da  rady  wejść  niezauważona.  A  jeśli 

środki  bezpieczeństwa  wewnątrz były  równie ostre, jak na zewnątrz, to nie ma szans przeżyć 

nawet minuty, a co dopiero dotrzeć do celi. Nie, musi spróbować innego sposobu. 

Wyśliznęła się z kryjówki i przebiegła przez dach magazynu, by zejść po wąskiej drabince za-

mocowanej do przeciwległej ściany. Chodnik 

107

background image

biegnący wzdłuż ściany był zasłany gruzem, co dowodziło, że mało kto go używał. Doszła do 

wylotu uliczki i przystanęła. Trzykrotnie  głęboko zaczerpnęła powietrza, co uspokoiło ją i na-

pełniło poczuciem pewności siebie. 

Nie jestem  agentką, powtarzała sobie. Jestem  przedstawicielką  odwiedzających  planetę  dy-

gnitarzy, a ludzie, którzy mnie otaczają, są naszymi sprzymierzeńcami. 

Szybkim,  miarowym  krokiem  okrążyła  róg  i  wyszła  wprost  na  roboty  strażnicze.  Reflektor 

natychmiast zaświecił jej prosto w twarz, ale Jaina nie zatrzymała się - najdrobniejsze wahanie 

mogłoby zniszczyć iluzję, którą próbowała stworzyć. 

Dwa roboty G-2RD natychmiast zjechały do niej ze swoich stanowisk na wysokich ferro be-

tonowych murach, tworzących tyły więzienia. Były to unoszące się w powietrzu kule, wyposa-

żone w różne systemy zadawania bólu. Zbliżyły się do niej, brzęcząc gniewnie jak poirytowa-

ne owady. 

- Stać - zawołał jeden. Nie wiedziała, który. 

Zatrzymała  się  w  odległości trzech metrów od tylnego  wejścia,  emanując  cierpliwym  posłu-

szeństwem. 

- Podaj nazwisko i cel swojej obecności - rozkazał drugi nosowym, jękliwym głosem, praw-

dopodobnie obliczonym na zirytowanie zatrzymanego. 

- Nazywam się Jaina Solo - odparła swobodnie. - Jestem tutaj, aby porozmawiać z Malinzą 

Thanas. 

Oba roboty z brzękiem sprawdzały przez chwilę jej status. Po kilku sekundach jeden z robo-

tów zbliżył się do niej, wysuwając trzeszczącą od wyładowań pałkę ogłuszającą. 

- Nikt nie dawał zezwolenia na taką wizytę. 

- Proszę mi nie grozić - odrzekła, lekkim pchnięciem Mocy wprawiając robota w ruch wiro-

wy. - Naprawdę szybko się denerwuję. 

Drugi  robot  wydał  z siebie przenikliwy krzyk, który Jaina błyskawicznie stłumiła. Sięgnęła 

Mocą głęboko do obwodów robota i spaliła mu głośnik. 

Otoczyło ją jeszcze kilka robotów i reflektorów. Nawet gdyby się  starała, nie mogłaby ścią-

gnąć  na  siebie  więcej  uwagi.  Zachowała  jednak  całkowity  spokój  i  trzymała  ręce  daleko  od 

miecza świetlnego. 

-  Przyszłam, żeby porozmawiać z Malinzą Thanas – powtarzała spokojnym, pewnym to-

nem. - Proszę mnie wpuścić. 

Pierwszy robot wyszedł z korkociągu i znów zawisł przed nią, tym razem przemawiając in-

nym głosem, należącym zapewne do ukryte- 

108

background image

go w kompleksie strażnika, który obserwował zajście przez wizjery robota. 

-  Przepraszam, ale nie możemy pozwolić na odwiedziny bez ze zwolenia. 

Skrzyżowała ramiona na piersi. 

-  Więc proszę je załatwić, ponieważ nie mam zamiaru się stąd ruszyć, dopóki nie zobaczę się 

z Malinzą. I na pewno nie odejdę grzecznie. Daję ci minutę do namysłu. 

Robot zahuczał, podskakując w powietrzu, jakby tylko czekał na polecenie, żeby ją zaatako-

wać. Obserwowała go czujnie, licząc w myśli do sześćdziesięciu. 

Pod koniec minuty usłyszała pospieszne kroki zbliżające się zza rogu. 

- Wiecie co, nie mam zamiaru tu zapuścić korzeni - mruknęła, bez trudu odsuwając od siebie 

roboty i kierując się w stronę wskazanych przez Ryna tylnych drzwi. 

- Prowincjusz - powiedziała. 

Drzwi natychmiast uniosły się z sykiem. Weszła do lśniącego bielą  korytarza, który prowa-

dził prosto jak strzelił do centralnej części budynku. 

Goniło ją chóralne brzęczenie robotów. Z obudowy najbliższego wydobył się nowy głos: 

- To oburzające lekceważenie przepisów. - Strażnik nawet nie próbował ukryć irytacji. - Kim-

kolwiek jesteś, nalegam, abyś... 

- Jak już wyjaśniłam - odparła - nazywam się Jaina Solo i byłabym wdzięczna, gdybyście się 

zdecydowali, czy chcecie mnie aresztować, czy mi towarzyszyć. Naprawdę nie chcę z wami 

walczyć, ale jeśli mnie zmusicie... 

- Nie spodziewasz się chyba, że cię wpuścimy na pogawędkę z dowolnym więźniem! Słysza-

łaś kiedy o protokole? 

- A słyszałeś kiedy o incydencie dyplomatycznym? - odparowała. - Właśnie to będziesz miał 

na głowie, jeśli natychmiast nie zobaczę się z Malinzą Thanas. 

Tym razem pauza była dłuższa, Jaina wyczuła, że roboty się wycofują. Zza nich wynurzył się 

oddział żołnierzy i przystanął w oczekiwaniu na jej następny ruch. 

- No i co? - zapytała po chwili. - Co robimy? 

- Czekaj tu, gdzie stoisz. - Głos był teraz znacznie pokorniejszy i Jaina zaczęła podejrze-

wać, że strażnicy dostali rozkaz z góry, aby ją wpuścić. - Eskorta wkrótce się pojawi. 

109

background image

Zaledwie przebrzmiały te słowa, czterech bakurańskich strażników wybiegło zza zakrętu ko-

rytarza. Jaina zauważyła, że broń mają w dokładnie zamkniętych kaburach. 

- Chodź z nami - rozkazał ten stojący najbliżej. Mówił stanowczo, gniewnie, ale nie udało mu 

się ukryć nuty niepewności. Jaina pozwoliła sobie na leciutki uśmieszek. Nie umieli tak dobrze 

maskować zdenerwowania, jak ona. 

Nie poruszyła się. 

- Najpierw muszę wiedzieć, dokąd mnie zabieracie. 

- Udasz się na spotkanie z więźniem, jak żądałaś - brzmiała odpowiedź. 

W głosie strażnika usłyszała pogardę, ale były to jedynie brawura i demonstracja. Wiedział, 

że Jaina jest górą. 

Uśmiechnęła  się  szerzej.  Nie  zaszkodzi  podbudować  nieco  opinię  Jedi  na  peryferyjnych 

światach, a szacunek nie zawsze zdobywa się ostrzem świetlnego miecza. 

Uprzejmie skinęła głową robotom na pożegnanie, wiedząc, że ten, kto udzielił  jej pozwole-

nia,  teraz  zapewne  ją  obserwuje.  Nie  było  już  potrzeby  demonstrować  agresywnych  postaw  - 

oczywiście, dopóki jej nie sprowokują. 

- Przepraszam za ten kłopot. Im prędzej zobaczę się z Malinzą Thanas, tym szybciej będziecie 

mieli mnie z głowy. 

Nastrajając zmysły na odbiór najmniejszego nawet śladu podstępu,  pozwoliła czwórce straż-

ników zaprowadzić się do głównej części więzienia. Skrzydło dla szczególnie strzeżonych więź-

niów było identyczne jak pozostałe, różniło się jedynie tym, że na każdym zbiegu korytarzy sta-

cjonowały roboty G-2RD. Mruczały groźnie, kiedy je mijała, jakby chciały ją ostrzec, żeby nie 

próbowała podobnych sztuczek, jak z ich towarzyszami. Próbowała zapamiętać mijane zakręty i 

korytarze,  ale  nie  było  to  takie  proste.  Wszystkie  wydawały  jej  się  identyczne,  a numery  cel 

nie były podporządkowane żadnemu systemowi. 

Dotarli wreszcie do celi numer 12-17. Drzwi wyglądały dokładnie tak samo jak wszystkie in-

ne  -  sterylna  biel  bez  szyb  i  otworów.  Jeden  ze  strażników  wprowadził  na  klawiaturze  krótki 

kod, po czym odstąpił na bok. Drzwi zazgrzytały głucho i cela stanęła otworem. 

Wewnątrz, na wąskiej pryczy, siedziała szczupła ciemnowłosa dziewczyna, najwyżej piętnasto-

letnia. Pomimo szarego munduru więźniarki i sińców na twarzy i ramionach była w niej pewna 

duma - ale i wielkie zmęczenie, które się za nią kryło. 

- Co tym razem? - zapytała. 

110

background image

- Gość - rzekł pierwszy strażnik, skinieniem zapraszając Jainę, by weszła. Wskazał zieloną 

płytką przy drzwiach. - Kiedy skończysz, przyciśnij ten guzik. 

- Trochę późno na gości, nie? - burknęła Malinza, obrzucając Jainę podejrzliwym spojrzeniem. 

Jaina weszła do jasno oświetlonej celi. 

- Nazywam się Jaina Solo - powiedziała, kiedy drzwi celi zamknęły się za nią. Szybko przyj-

rzała się dziewczynie, zastanawiając się, jak ją tu potraktowano. 

Malinza  uniosła  twarz.  Miała  ostre  rysy.  Przez  chwilę  przyglądała  się  Jainie  uważnie,  po 

czym skinęła głową. 

- Wujek Luke opowiadał mi o tobie. Raz nawet pokazał mi holo przedstawiające ciebie i 

Jacena, kiedy byliście mali. 

Jaina  poczuła  niewytłumaczalne  ukłucie  zazdrości.  Wujek  Luke?  Kim  była  ta  dziewczyna, 

której nigdy nie miała okazji poznać, roszcząca sobie prawo do wujka Jainy? 

Oburzenie  szybko  jednak  ustąpiło  miejsca  zrozumieniu.  Przypomniała  sobie,  że  Malinza  była 

dzieckiem przygarniętym przez Luke'a jako sierota. Gaeriel Captison, poprzednia premier Baku-

ry,  poświęciła  życie,  aby  zniszczyć  odłam  niebezpiecznej  Triady  Saccoriańskiej,  Pter  Thanas 

zaś umarł na chorobę Knowta kilka lat wcześniej. Luke Skywalker był zatem dla Malinzy jedy-

ną rodziną. Czy Jaina miała prawo jej tego odmawiać? 

- Szkoda, że nie spotkałyśmy się w milszych okolicznościach - powiedziała, podchodząc do 

dziewczyny. - Mogę? - Wskazała dłonią na pryczę. 

- Rzeczywiście kiepski moment sobie wybrałaś na wizytę - odparła 

Malinza i przesunęła się, aby zrobić miejsce Jainie. 

- Opowiesz mi o tym? 

Malinza zmierzyła Jainę nad wiek dojrzałym wzrokiem. Miała przenikliwe spojrzenie, fascy-

nujące i niezwykłe, bo każde jej oko było innego koloru. Lewą tęczówkę miała zieloną, prawą - 

szarą. 

Tak samo jak matka, pomyślała Jaina. 

Przez dłuższą chwilę wydawało się, że Malinza nie ma zamiaru odpowiedzieć na pytanie Jai-

ny. 

- Wiesz, dlaczego tu jestem - mruknęła po jakimś czasie. 

- Zostałaś oskarżona o porwanie premiera. 

- Akt oskarżenia mówi o zakłócaniu spokoju i konspiracji. 

-  Czy to nie na jedno wychodzi? 

Malinza pokręciła głową. 

111

background image

- Różnica jest bardzo istotna. 

- Dlaczego? Teraz, kiedy Cundertol wrócił... 

- Nie mam z nim nic wspólnego - przerwała jej Malinza. – Reszta to właściwie prawda. 

- Przepraszam, ale jakoś nie umiem sobie ciebie wyobrazić jako osoby zakłócającej spokój. 

Malinza skwitowała słowa Jainy bladym uśmiechem. 

- Spójrz na mnie - rzekła. - Na pewno mogli bić tak, żeby nie zostawić śladów. Te sińce zaro-

biłam, kiedy opierałam się w czasie aresztowania. Potrzeba było trzech ludzi i dwóch robotów, 

żeby mnie pokonać. 

Jej twarz płonęła dumą, ale pod nią kryło się straszliwe zmęczenie, które Jaina rozpoznała bez 

trudu. Przypomniała sobie to uczucie rozpaczy i beznadziejności, świadomość, że nie ma się już 

nic  do  stracenia.  Poznała  je,  kiedy  zginął  Anakin.  Łatwo  pomylić  oznaki  samozagłady  z  bli-

znami wojennymi. 

- O co walczysz? - zapytała Jaina. 

- I to właśnie jest najdziwniejsze. Tydzień temu jeszcze o nic nie walczyłam. - Duma Malin-

zy znikła nagle, zastąpił ją wyraz prawdziwego zdumienia. - Nie masz pojęcia, w co się wpa-

kowałaś. Mówię ci, to dom wariatów. 

- Jak to, Malinzo? - Jaina pochyliła się, aby wzbudzić jej zaufanie. 

Dziewczyna zachichotała. 

- Wiesz co? Sama myśl, że ci wszystko powiem, jest chyba najbardziej zwariowana - odpar-

ła, opierając się plecami o ścianę. – Jeśli mam tu jakiegoś wroga, to jesteś nim ty. 

Jaina zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała. Czuła, że nie ma sensu nalegać. Albo dzie w-

czyna sama coś powie, albo... Po jakichś piętnastu sekundach Malinza westchnęła. 

- No cóż... W końcu próbowałam to powiedzieć chyba wszystkim. 

- I co, nie wierzą? 

- A jak sądzisz, dlaczego tu jestem? - Dziewczyna wskazała na podglądającą je kamerę. - 

Chyba nic im nie będzie, jak jeszcze raz sobie posłuchają. A kto wie, może akurat im się nudzi 

i wreszcie naprawdę usłyszą? 

- A nawet jeśli nie, bądź pewna, że ja usłyszę - odrzekła Jaina. 

Malinza uśmiechnęła się i kiwnęła głową. 

- Dobrze - powiedziała i znów pochyliła się do przodu, rozpoczynając opowieść. - Mniej wię-

cej miesiąc temu prowadziłam komórkę aktywistów, korzystających z popularności moich rodzi-

ców, aby głosić swoje hasła. 

112

background image

Było nas szesnaścioro. Na początku tylko organizowaliśmy protesty i głosiliśmy różne idee, ale z 

czasem nasza działalność bardzo się rozrosła. Nazwaliśmy naszą organizację Wolność. - Przewró-

ciła oczami. - Głupie, wiem, ale przynajmniej mówi samo za siebie. 

- A co ma mówić? 

- Że mamy dość małpowania imperialnych doktryn, oczywiście. Że musimy zrzucić pęta i za-

cząć sami sobą rządzić. 

Imperialnych? - powtórzyła ze zdumieniem Jaina. Mijało właśnie trzydzieści lat, odkąd Im-

perium zostało wygnane z Bakury. 

- Nie chodzi o tamto Imperium - wyjaśniła Malinza - ale o to, które zajęło jego miejsce. O No-

wą Republikę. Nie wiesz, że natura nie znosi próżni? Zwłaszcza próżni władzy? Zaledwie wy-

walczyliśmy sobie wolność, kiedy znów wkładamy ręce w kajdany. Sami ofiarowaliśmy się 

Nowej Republice jak domowe zwierzątka, błagające o okruchy czułości. I właśnie to dostaje-

my: okruchy. 

Jaina aż się skrzywiła na ten opis rządów, które pomogli stworzyć jej rodzice. 

- Oczywiście, teraz to się już nie nazywa Nowa Republika, prawda? Otrzymała nową nazwę w 

dniu, kiedy przegrała wojnę z Yuuzhanami. - 

Melinza prychnęła pogardliwie. - Nikt nie 

chce mieć nic wspólnego z przegranymi, no nie? Jedyną waszą nadzieją na odwet była przemia-

na w coś innego. Ale łajno cratchsa, nawet nazwane inaczej, wciąż tak samo cuchnie, nie są-

dzisz? - Pokręciła głową i odwróciła wzrok. - Jeśli pokonacie Yuuzhan Vongów, znów wszyst-

kich weźmiecie za pyski, jak przedtem. A jeśli przegracie, wszystkich pociągniecie za sobą. 

- To nie jest tak... 

- Nie? Oczywiście, zaraz mi powiesz, że jeśli się nie zjednoczymy do walki ze wspólnym 

wrogiem, to zginiemy wszyscy. Ale zawsze będzie jakiś wspólny wróg, Jaino. Reżimy nie 

funkcjonują bez niego. Imperium miało Sojusz Rebeliantów, my mieliśmy Ssi-ruuków; a te 

raz wy znowu macie Yuuzhan Vongów. Kto się trafi następnym razem, kiedy ziemia zacznie 

wam się usuwać spod nóg? 

- Będę szczęśliwa, jeśli dożyję następnego razu - zapewniła Jaina. - Ale powiedz mi, Malinzo, 

co by się stało, gdybyśmy naprawdę przegrali wojnę? Co byś zrobiła, gdyby Yuuzhanie poja-

wili się na twoim Progu, a my nie bylibyśmy gotowi z pomocą, jak przy Ssi-ruukach? 

- Walczylibyśmy z nimi, naturalnie - odparła pogodnie dziewczyna. - I tak, to prawda, raczej 

wszyscy byśmy zginęli. Ale to byłaby nasza decyzja, nie jakiegoś biurokraty bez twarzy na 

drugim krańcu galaktyki. 

113

background image

- Czy naprawdę o to chodzi, Malinzo? Czy naprawdę wszystko się sprowadza do tego, kto cię 

kontroluje? Albo kto podejmuje za ciebie decyzje? 

- Oczywiście, że tak. 

- Nie przypominam sobie, aby Nowa Republika kiedykolwiek żądała czegoś od Bakury. Zaw-

sze prosiliśmy. 

- A my zawsze odpowiadaliśmy „tak". Wiem o tym. I to mnie wścieka bardziej, niż możesz so-

bie wyobrazić. Kiedy my poniżaliśmy się przed Nową Republiką, ona radośnie wydarła nam 

flotę obronną, nasze rodziny... 

Malinza urwała i z ciężkim, bolesnym westchnieniem oparła się o ścianę. Jaina z ulgą spo-

strzegła w jej oczach łzy. Wiedziała już, co kryje się pod niechęcią Malinzy do Nowej Republi-

ki, choćby dziewczyna ubrała to w najwspanialszą retorykę. Pod przykrywką stoickiego spokoju 

wciąż pozostawała piętnastoletnią dziewczynką, zmuszoną do stawienia czoła rządowi, który 

uważała za dyktatorski, do nauki rzeczy, których nie powinno znać żadne dziecko. Udało jej się 

wznieść ponad tę niedogodność, co świadczyło chlubnie o jej determinacji i zdolnościach. 

Wydawało się, że wzięła sobie do serca przykład przyszywanego wuja. 

Sama Jaina nie była o wiele starsza, kiedy zaczęła się walka z Yuuzhanami. Doszła do wniosku, 

że w sprzyjających okolicznościach ludzie zdolni są do niezwykłych czynów. 

- Przykro mi z powodu twojej matki, Malinzo - powiedziała, kładąc dłoń na ramieniu dziew-

czyny. Nie została odepchnięta. - Spotkałam ją przelotnie na Centerpoint, zanim zginęła. By-

łam wtedy tylko dzieckiem. Wiem, że wujek Luke bardzo ją szanował. 

- Prawie jej nie pamiętam - odparła Malinza, siląc się na obojętny ton, ale widać było, że wal-

czy z napływającymi do oczu łzami. - Pamiętam, jak odchodziła, jak ciotka próbowała mi wy-

jaśnić, co się stało, kiedy nie wróciła, ale miałam wtedy tylko cztery lata i nigdy tak napraw-

dę tego nie zrozumiałam. Wiedziałam jedynie, kto mi ją odebrał. Nowa Republika wplątała 

ją w wojnę, która nie była jej, a ona oddała swoje życie za innych. Dokonała czegoś wspania-

łego, a ja z tego powodu cierpiałam. - Bezradnie wzruszyła ramionami. – Chyba wszechświat 

wrócił do równowagi, jak zwykle. Po prostu akurat w tym momencie to ja oberwałam, i tyle. 

- Równowaga? - zapytała Jaina. - O czym ty mówisz? 

- Kosmiczna Równowaga. Koło fortuny, rozumiesz? – Przesunęła się i usiadła tak, aby zna-

leźć się twarzą w twarz z Jainą. - Każda akcja 

114

background image

powoduje reakcję. Wielka i dobra siła nie mogłaby istnieć, gdyby gdzieś tam nie istniała równie 

wielka zła siła. W ten sam sposób dobre uczynki prowadzą do zła wyrządzonego komuś innemu, 

nawet wyrządzonego całkiem nieumyślnie. Tak działa wszechświat i tak działa Moc. Uratuj 

dziś kogoś na Bakurze, a jutro będziesz musiała zabić kogoś innego. Dlatego nie chcę tutaj tego 

waszego Sojuszu. Jest zbyt niebezpieczny. Nie mam ochoty, aby mój dom spłonął przy przyja-

cielskim ognisku. 

 

- Czyli nie chcesz stanowić części Sojuszu Galaktycznego i wojny z Yuuzhan Vongami. Czy 

to właśnie chcesz powiedzieć? 

- Nie zrozum mnie źle, Jaino. Nie mam nic przeciwko wujkowi  Luke'owi. Poza ciocią 

Laerą, która wychowywała mnie po śmierci mamy, jest moją jedyną rodziną. Tata zmarł 

wkrótce po moim urodzeniu, nigdy go nie poznałam. Gdybym miała opowiedzieć się za kimś, 

to tylko za wami. Boję się jednak reakcji ze strony Równowagi... i to mnie powstrzymuje. 

- Jak zatem miało ci pomóc porwanie Cundertola? Jest gorącym zwolennikiem sojuszu z 

P'w'eckami. To przyzwoita alternatywa w stosunku do Sojuszu Galaktycznego i daje wam szan-

sę na obronę Bakury przed Yuuzhanami. 

- Właśnie! - powiedziała. - Dlatego mój udział w porwaniu Cundertola w ogóle nie ma sensu. 

- Ale mogłaś je zlecić... 

- Nie - stanowczo przerwała Malinza. - Nie zrobiłam tego. Może i jestem młoda, ale to nie 

oznacza automatycznie, że jestem głupia! 

- Nie mówię... 

- Może i nie, ale słuchasz tego, co oni ci mówią. A oni ci mówią, że jestem głupia. - Pozba-

wiony wesołości śmiech nie przerwał mrocznego nastroju. - Z drugiej strony może i mają ra-

cję, jeśli sądzą, że wywinęłam taki numer. 

- Nie jesteś głupia, Malinzo. - Jaina próbowała ją pocieszyć, ale dziewczynka wydawała się 

nie słuchać. 

- Próbuję wszystkim wyjaśnić, że celem Wolności jest wykopanie Nowej Republiki z Bakury. 

Nie używamy siły, a już z pewnością nie porywamy ludzi. Nazwij to idealizmem, ale mamy 

swoje zasady. Na prawdę, zastąpienie starego reżimu nowym to ostatnia rzecz, jakiej byśmy 

sobie życzyli! 

Jaina poczuła, że kręci jej się w głowie na myśl o szesnastu buntownikach próbujących prze-

jąć galaktyczną cywilizację. Trąciło to albo Maleństwem, albo niewiarygodną odwagą. 

115

background image

- Jak mogliście w ogóle mieć nadzieją na zwycięstwo? 

- No cóż, w tym sęk - odpowiedziała Malinza z półuśmieszkiem. - Widzisz, mieliśmy fundu-

sze z prywatnych źródeł i dzięki tym pieniądzom mogliśmy drążyć głęboko w infrastrukturze, 

poszukując dowodów, które mogłyby nam pomóc. Dowodów korupcji, brutalności, nepotyzmu 

i tak dalej. Zdziwiłabyś się, gdybyś się dowiedziała tego, co my. 

Jaina szczerze w to wątpiła; w ciągu wielu lat spędzonych u boku matki nasłuchała się o sko-

rumpowanych politykach. 

- Kto was finansował? 

- Oni uznaliby to za wiadomość poufną, jestem pewna – stanowczo odparła Malinza. - 

Zwłaszcza że chodzi o ciebie. 

Jaina uszanowała niechęć Malinzy do udzielenia tej informacji. Podejrzewała w duchu, że w 

pewnym momencie maczała w tej sprawie palce Brygada Pokoju. Taka podziemna organizacja 

znakomicie nadawała się do siania niepokoju i niezgody. 

- Powiedziałaś, Malinzo, że nie jesteś zwolenniczką przemocy. A pozostali? 

- Nikt z członków założycieli Wolności nie był zwolennikiem przemocy. To nie był nasz styl, 

ale... 

- Ale co? 

- No cóż, zjawili się inni - odparła. - Możliwe, że ich zamiary były inne. Tak naprawdę o paru 

z nich mogłabym śmiało powiedzieć, że przemoc należała do ich metod działania. Nie za-

chęcaliśmy ich do pozostania. 

- Kto się do was przyłączał? 

- W sumie różni ludzie. Nie wszystkie działania Wolności były tajne. Mieliśmy wydział rekru-

tacyjny i nie kryliśmy się z naszą polityką. W końcu mamy demokrację. Prawda? A przynajm-

niej tak się wydaje. Niektórzy z naszych działaczy byli znudzeni codziennym życiem i szukali 

podniety. Nieraz przychodzili ludzie z innych, podobnych podziemnych organizacji. - 

Wzruszyła ramionami. - Odkąd pojawili się P'w'eckowie, przyciągaliśmy już wszystkich 

malkontentów. 

- Dlaczego? 

- No cóż, moje zaangażowanie w sprawy Wolności nigdy nie było tajemnicą. Mam nawet 

pewną osobowość medialną, ponieważ moja matka była kiedyś premierem. Na początku 

zgłosiło się też paru wariatów, którzy próbowali się załapać na jazdę, ale szybko ich przegoni-

liśmy. Przynajmniej do czasu. - Spuściła wzrok na dłonie splecione na kolanach. - Uczciwie 

mówiąc, wszystko zaczęło wymykać się spod 

116

background image

kontroli. Ruch przeciwko P'w'eckom dał nam do zrozumienia, że jeśli nie jesteśmy z nimi, je-

steśmy przeciwko nim. Mówiłam, że nie jestem ksenofobem. Uważam, że P'w'eckowie mogli-

by  pomóc  Bakurze, nie chcę być przeciwko komukolwiek, ponieważ ja wtedy również  cierpię. 

Równowaga oddaje ciosy równie mocno, jak my je zadajemy. Wierz mi, nie chcę już więcej ob-

rywać. 

- Chyba zaczynam to rozumieć - powiedziała Jaina. I rzeczywiście rozumiała. Nie wierzyła do 

końca we wszystko, co mówiła Malinza, ale była też pewna, że dziewczyna nie należy do osób 

zdolnych zlecać porwania i morderstwa, aby pomóc swojej sprawie. - A zatem, jak sądzisz, 

dlaczego się tutaj znalazłaś? - zapytała łagodnie. 

- Za dobrze nam wszystko wychodziło - wyjaśniła Malinza. – Zbyt wiele palców podeptali-

śmy. Odkryliśmy brudne sprawki kilku senatorów i zagroziliśmy, że je wywleczemy. 

- Szantaż? 

- Czy jeśli działasz w najlepszym interesie społeczeństwa, nazwiesz to szantażem? - Malinza 

wzruszyła ramionami. - Niech będzie. Zaczęli się denerwować, ale nie mogli się nas pozbyć bez 

wszczynania jeszcze większej awantury. Widzisz, nie zrobiliśmy nic naprawdę złego. Trudno 

byłoby im zamknąć nas w więzieniu na dłużej, bo wówczas podalibyśmy ich sekrety do wiado-

mości publicznej, a to przechyliłoby szalę sympatii na naszą stronę. Dlatego znaleźliśmy się w 

pewnego rodzaju impasie. Pozostawało jedynie czekać i patrzeć, kto pęknie pierwszy. 

- A tymczasem kopaliście w poszukiwaniu dalszych brudów, jak sądzę - mruknęła Jaina. - 

Co oznacza, że jeśli wcale nie są przekonani o twoim udziale w porwaniu Cundertola, musiałaś 

wygrzebać coś nowego, co naprawdę chcieliby ukryć. 

- Jeśli tak było, to uczciwie ci mówię, że nie mam pojęcia, co by to mogło być. - Malinza 

znów pokręciła głową. - Zaczęliśmy śledzić pewną transakcję finansową, która miała miej-

sce tuż po przybyciu P'w'ecków. Poza planetę wyszły ogromne ilości pieniędzy, ale nie 

mogliśmy się zorientować, kto za tym stał ani dokąd powędrowały. Wyglądało to jak trans-

akcja handlowa, może zresztą faktycznie nią było. Nasze podejrzenia wzbudziło to, że za-

równo źródło, jak i cel były utajnione. - Spojrzała na Jainę zwężonymi oczami. - Zdaje się, 

że Sojusz Galaktyczny właśnie szuka pieniędzy, prawda?- 

- Nie. W każdym razie nie na Bakurze. - Branie pieniędzy od rządu Bakury byłoby niczym za-

bieranie drobniaków dziecku, aby sfinansować zakup statku kosmicznego. - W takim przypad-

ku zresztą wszystko odbywałoby się legalnie i jawnie. 

117

background image

Malinza skinęła głową, gestem obejmując otaczającą ją celę. 

-  Tak czy siak, jestem tutaj. - Urwała, z uwagą patrząc na Jainę. - Nie jestem odpowiedzialna 

za porwanie Cundertola, przysięgam. Ale to i tak nie powstrzyma stojących za tą sprawą. Nie po-

zwolą, aby prawda weszła im w drogę i przeszkodziła w osiągnięciu celu. 

- Jeśli tego nie zrobiłaś, nie będą w stanie podtrzymać oskarżenia. 

Malinza roześmiała się. 

-  Uważasz, że będę miała uczciwy proces? - Pokręciła głową. - Zrobią proces poszlakowy. 

Może  ta  młoda  kobieta  ma  rację,  pomyślała  Jaina,  przypominając  sobie,  z  jaką  pewnością 

Blaine Harris mówił o winie Malinzy. Z drugiej strony pamiętała reakcję Cundertola na usły-

szane wieści. On raczej nie był tak pewien tej informacji, jak Harris. 

- Świadectwo premiera też będzie miało swoje znaczenie - spróbowała pocieszyć Malinzę. - 

W końcu był tam. Jeśli on nie uważa, że to ty, wątpię, żeby byli go w stanie przekonać. 

- Może - słabym głosem burknęła Malinza. Częściowo zdążyła się już wypalić. Wyglądała 

bardziej niż na początku na samotną, przerażoną nastolatkę. - Muszę po prostu wierzyć w 

Równowagę. Jeśli wyrządzą mi teraz krzywdę, może kiedyś wyniknie z tego coś dobrego. 

Przynajmniej jakaś pociecha. 

Jest bardzo samotna, pomyślała Jaina. Ale może wiara Malinzy w Równowagę była równie 

odosobniona, jak jej własna wiara w Moc? 

Wstała,  zerkając  na  chronometr.  Dawno  minęła  północ,  jej  rodzice  pewnie  już  zaczęli  się 

martwić. 

- Muszę iść. 

- Nie powiedziałaś mi jeszcze, dlaczego się tu znalazłaś - zaprotestowała Malinza. 

- Po prostu wykonuję moją pracę - odparła Jaina z uśmiechem. - Wiesz, jacy są Jedi, zaw-

sze muszą się wtrącać. 

- I zawsze robią swoje. - Malinza odwzajemniła uśmiech półgębkiem i znów spoważniała. 

Muszę przyznać, że chętnie bym się stąd ewakuowała. 

Jaina ze współczuciem pokiwała głową. 

-  Zobaczę, co się z tym da zrobić. - Wcisnęła zielony przycisk i poraz ostatni spojrzała na 

Malinzę. - Może zdołamy wywrzeć pewną presję, żeby przyspieszyć twoje przesłuchanie i... 

Urwała. Drzwi otworzyły się na pusty korytarz. 

- Dziwne - mruknęła. 

- Co? - Malinza wyjrzała zza jej ramienia. 

118

background image

- Strażnicy powiedzieli, że mnie stąd wyprowadzą. - Jaina ostrożnie wyszła z celi, a każdy jej 

nerw krzyczał: „Pułapka!" - A tu nie ma nikogo. Nawet robotów. 

Malinza wyszła za nią. Jaina widziała z wyrazu jej twarzy, że była równie zaskoczona jak ona 

sama, kiedy nie rozległ się żaden alarm. Wkrótce jednak zdumienie przerodziło się w podniece-

nie. 

- To Vyram! - zawołała - To musi być on! 

-Kto? 

- Jeden z członków założycieli Wolności - wyjaśniła Malinza. - Właściwie to on jest mó-

zgiem naszej grupy. Jeśli ktokolwiek potrafiłby się włamać do systemu i wyprowadzić mnie 

stąd, to tylko on. 

- No, nie wiem, Malinzo - mruknęła Jaina, rozglądając się niepewnie. - To mi się nie bardzo 

podoba. 

- Łatwo ci mówić. Tak czy owak wyjdziesz stąd. - Malinza wyprostowała się. Teraz prawie do-

równywała Jainie wzrostem. - Idę na to. 

Ruszyła korytarzem, ale Jaina chwyciła ją za rękaw. 

- Czekaj! Nie w tę stronę! - Nie umiała pozbyć się podejrzeń; odnosiła dziwne wrażenie, że 

realizuje czyjś przemyślany plan. Nie miała jednak wielu możliwości. - Przynajmniej pokażę ci 

drogę. 

Uśmiech Malinzy był równie pełen podziwu i łobuzerski. 

- Myślałam, że nigdy tego nie powiesz. 

Tahiri wlokła się kanionem, zmęczona i słaba. Każdy mięsień ciała sprawiał jej ból. Wydawa-

ło się jej, że ucieka już całe wieki. W odległości pięćdziesięciu metrów od niej po obu stronach 

wznosiły się poszarpane, potężne ściany, zakrzywiające się coraz bardziej ku górze, aż wydało 

jej się, że zaraz się nad nią zamkną. Zatrzymała się na chwilę, żeby spojrzeć w górę, i ujrzała nad 

sobą gwiazdy. Nie, nie gwiazdy! Te lśniące plamki były zbyt blisko, by wziąć je za gwiazdy. Tak 

samo jak ciemność za nimi nie była nieboskłonem. 

Nagle wycie przypomniało jej, że pościg depcze jej po piętach. Wokół niej rozpościerała się 

pusta, rozległa równina, zamieszkana jedynie przez różne stopnie ciemności. Ani śladu istoty z 

jej twarzą czy wielkiego jaszczura. Ale wiedziała, że gdzieś tam są, nie miała co do tego żadnej 

wątpliwości. Jeśli przestanie podążać naprzód, jeśli przestanie biec, dopadną ją i... 

Odepchnęła tę myśl, mozolnie przedzierając się przez mrok w poszukiwaniu światła. Jednak 

tam, gdzie jeszcze przed chwilą była naga ziemia, teraz zewsząd nacierały na nią drzewa. Przez 

chwilę czerpała otuchę z ich obecności, wierząc, że nic nie może jej odnaleźć w tej 

119

background image

opętańczej  plątaninie  gałęzi,  konarów  i  pni.  Ale  otucha  była  krótkotrwała;  Tahiri  pojęła,  że 

prześladowcy nie musieli jej widzieć - wystarczyło, że ją wyczują. Dlatego ścigali ją do tej po-

ry. I dalej będą ścigać, aż wreszcie osłabnie i padnie ofiarą ich głodu. 

Wycie jaszczuropodobnej bestii brzmiało wśród listowia. Jej dźwięk niósł się na wietrze, poru-

szającym ostrymi jak sztylety liśćmi, które zwisały z otaczających drzew. Biegła teraz szybciej, 

krzywiąc się, gdy każdy odgarniany liść przecinał jej ciało. 

Las ustąpił miejsca kamiennej ścianie, która ostro wznosiła się w mrok. Na chwilę spani-

kowała przekonana, że nie ma dokąd uciekać, ale wtedy ujrzała niewielką szczelinę w skale. 

- Tahiri... 

Głos nadleciał niczym szept na wietrze. Wydawał się odległy, ale nie na tyle, aby mogła so-

bie pozwolić na odpoczynek. 

Wciągnęła  brzuch,  przycisnęła  ramiona  do  boków  i  wsunęła  się  do  wąskiej  szczeliny.  Uła-

twiała  jej  to  rosa  pokrywająca  kamień.  Przymknęła  oczy  i  wpełzała  pomiędzy  dwie  kamienne 

ściany, odrzucając od siebie niepokojącą myśl, że jest pożerana. Wolała już to, aniżeli prześla-

dującą ją twarz. 

Wąska szczelina nagle się rozszerzyła. A więc przeprowadziła ją  bezpiecznie na drugą stro-

nę. Tahiri otworzyła oczy i serce w niej zamarło - biegnąca w dal ścieżka była wąska i prosta, 

obramowana drzewami pełnymi ysalamirów. Wygramoliła się ze szczeliny i przez dłuższą chwi-

lę stała tak, drżąca, zbyt przerażona, by bodaj odetchnąć. Lęk jej nie miał związku z konieczno-

ścią przejścia pomiędzy drzewami, lecz raczej z sylwetką, którą, jak jej się wydawało, dostrze-

ga w oddali - zimnej gadziej postaci, ostro odcinającej się na tle nieba. 

- Tahiri... 

Krzyknęła  z  przerażenia,  odwróciła  się  i  ujrzała  istotę  o  jej  twarzy  wyglądającą  ze  szczeliny  w 

omszałym kamieniu. Stwór wyciągał ku niej krwawe ramię, zakrzywione palce szukały jej pokrytego 

zimnym potem ciała. 

-  Nie możesz mnie tu zostawić, Tahiri... 

Tahiri obudziła się z ustami otwartymi do krzyku i z dłonią w pół drogi od miecza świetlne-

go;  dopiero  po  chwili  przypomniała  sobie,  gdzie jest. Na Bakurze. Westchnęła z ulgą. To nie 

światostatek na orbicie Myrkra. Była bezpieczna. 

Bezpieczna? Czy naprawdę? 

Macając w ciemności, odnalazła panel świetlny i odetchnęła, kiedy żółtawe światło wypełniło 

pokój. Łóżko zakołysało się pod nią, kiedy 

120

background image

usiadła i przerzuciła nogi przez krawędź. Na Bakurze prawie wszystko unosiło się w powietrzu. 

Gdzie  tylko  dało  się  wstawić  repulsory,  zaraz  je  tam  pakowano.  Pod  krzesła,  stoły,  szafki... 

prawie wszędzie. 

Otoczenie składające się z samych lewitujących  mebli było  niepokojące, ale nie to  ją w tej 

chwili  martwiło.  Nie  było  to  również  napięcie,  dławiące  ją  jak  gęsta  mgła.  Niepokój,  jaki  od-

czuwała,  był  jak  sygnał  alarmowy  w  głębi  czaszki,  podejrzenie,  że  ci,  którzy  ją  otaczali  -

„rodzina", do której należała według zapewnień Jacena na Kałamarze - konspirowali przeciwko 

niej. 

Jaina rozmawiała z matką, zanim poszła po Malinzę. Leia udała się do pokoju Jainy, aby obu-

dzić córkę z transu Jedi, i  wyszła dopiero po  dłuższej  chwili.  Miała  wtedy  w  oczach  dziwny 

wyraz, jednocześnie czujny i nieobecny. Leia zobaczyła coś, co ją niepokoiło. I dostrzegła to w 

Tahiri. 

Tahiri czuła to wyraźnie, niczym lodowatą wodę ściekającą po plecach. Próbowała zignoro-

wać to uczucie, ale nie mogła się go pozbyć. 

Wstała jak we śnie i powoli podeszła do drzwi. Cichutko wysunęła się na korytarz łączący po-

koje. W przeciwieństwie do Galantosa, gdzie mieli pięć pokoi wychodzących na główny salon, 

na Bakurze zajmowali pomieszczenia typu hotelowego. Pokój Leii i Hana był największy, z do-

datkową powierzchnią, którą można było potraktować jak salon. Tahiri i Jaina mieszkały w głę-

bi korytarza, w przyległych, ale niepołączonych z sobą pokojach. 

Tahiri podeszła pod pokój Jainy, przysunęła ucho do drzwi i nasłuchiwała. Wewnątrz panowa-

ła zupełna cisza. Jaina zapewne wciąż jest na swojej wyprawie, choć północ dawno już minęła. 

Przez otumaniającą Tahiri mgłę przebiła się przelotna obawa o bezpieczeństwo Jainy. Ale tylko 

na  chwilę.  Jaina  była  jedną  z  tych,  którzy  ją  podejrzewali,  obserwowali,  czy  nie  wykazuje 

oznak... 

Czego? Czego szukała Jaina, kiedy wpatrywała się w Tahiri? Prawdy o tym, kim naprawdę 

była? 

Ta myśl uderzyła ją jak cios w plecy. Nie! W duchu wykonała salto w przód, przetaczając się, 

zadając cios i wstając do walki. Nie jestem tym! W duchu odcięła tę myśl mieczem świetlnym, 

tnąc na strzępy. Nie zrobicie ze mnie czegoś, czym nie jestem! 

I  wtedy  przerażający  moment  jasności  się  skończył,  mgła  spowiła  znów  wszystko  wokół. 

Przyjęła ten dziwny stan pół snu, pozwalając,  by ograniczył jej niepokoje i lęki do jednego. 

Wciąż czuła, jak nią szarpie, jakby potworny rybak próbował złowić ją na gigantyczną  Węd-

kę. 

121

background image

To  się  musiało  skończyć.  Nie  wiedziała,  jak  długo  jeszcze  wytrzyma,  zanim  pęknie...  albo 

zdarzy się coś jeszcze gorszego. 

Odsunęła się od drzwi Jainy, cicho przebyła odległość dzielącą ją od pokoju Hana i Leii. Tu 

zrobiła to samo - przycisnęła ucho do drzwi, by wychwycić jakikolwiek ruch. Nie usłyszała nic. 

Wstukała kod dostępu do zamka i ostrożnie uchyliła drzwi. Zaskoczyło ją, że nawet ochronia-

rze Leii gdzieś się podziali. Nie miała czasu się nad tym  zastanawiać.  Z pewnością są  gdzieś 

niedaleko, a jeśli wrócą, zacznąją wypytywać, co robi o tak późnej porze w pokoju księżniczki. 

Z mroku wyjrzały w jej stronę lśniące fotoreceptory C-3PO. 

Podniosła palec do ust. 

- Ani słowa, See-Threepio - szepnęła. - Muszę tylko zabrać coś z drugiego pokoju, dobrze? 

- Proszę bardzo, panienko Tahiri - odparł robot. Mówił normalnym głosem, nie szeptem. - 

Ale czy nie powinna... 

- Pssst! - uciszyła go. - Obiecuję, że się pospieszę. 

C-3PO  niepewnie  skinął  głową  w  mroku,  a  Tahiri  podążyła  szybko  do  sypialni  Hana  i  Leii. 

Kiedy weszła, spali głębokim snem, ich spokojne oddechy były jedynym dźwiękiem w pokoju. 

Stała przez chwilę nieruchomo, sięgając w mrok w poszukiwaniu przedmiotu, który ją wzywał. 

Znalazła go; czuła, jak ją przyciąga ku sobie. 

-  Muszę zniszczyć dowód - szepnęła w mrok. - Zniszczę go i problem zniknie. 

Użyła Mocy, aby bezszelestnie przemknąć przez ciemne pomieszczenie; dotarła do niewiel-

kiego stolika, na którym stały szklanka wody  i  wazon z kwiatami.  Było tam coś jeszcze, coś, 

czego  Moc  nie  zdołałaby  jej  ukazać.  Teraz,  kiedy  była  blisko,  mogła  to  zobaczyć:  niewielki 

obiekt odbijający delikatną poświatę księżyca wpadającą przez okno. Podobnie jak na Galanto-

sie,  gdzie  go  znalazła,  każdy  z  jej  fizycznych  zmysłów  drżał,  pobudzony  niewielkim  wisior-

kiem. 

Wyciągnęła dłoń, żeby wziąć srebrny totem z wyrzeźbioną podobizną  Yun-Yammki,  Rzeź-

nika. W chwili kiedy dotknęła go palcami,  z mroku wynurzyła się dłoń i chwyciła ją za prze-

gub, a głos wymówił jej imię w języku, który napawał ją obrzydzeniem. 

Jeśli nawet głos mówił coś jeszcze, nie usłyszała tego, bo ciemność nagle zawirowała wokół 

niej i pochłonęła jej zmysły. 

-  Proszę, jesteśmy na miejscu - rzekła bibliotekarka, chuda kobieta o krótkich włosach, imie-

niem Tris. Doprowadziła ich do ciężkich, szerokich 

122

background image

drzwi zainstalowanych  głęboko w bezpiecznym pomieszczeniu, zagrzebanym  pod  grubą war-

stwą  lodu  w  izolowanym  sektorze  chissańskiego  świata.  Soontir  Fel  dowiózł  ich  tam  wielką, 

czarną barką lodową - pancernym pojazdem na potężnych repulsorach, który swobodnie śmigał 

po lodowej skorupie planety. Barka była dość duża, by pomieścić pięćdziesiąt osób, ale wiozła 

jedynie Luke'a i jego świtę, komandor Irolią, głównego nawigatora Peitę Aabe'a oraz samego 

Fela. Wydawało się, że na barce nie ma pilotów ani załogi - albo starannie ukrywali się przed 

wzrokiem pasażerów, albo też Fel ufał bez reszty automatom. 

Po przybyciu zostali przedstawieni swojej przewodniczce z rodu  Ironkini, która zawiodła ich 

głęboko pod ziemię. Podróż turbowindą zdawała się trwać całą wieczność. Fel i pozostali odda-

lili się pod pretekstem spraw urzędowych. 

- Jesteśmy wreszcie na miejscu? - zapytał Jacen. Podobnie jak pozostali, był już znużony dłu-

gą podróżą i chciał jak najszybciej rozpocząć poszukiwania Zonamy Sekot. 

Przewodniczka skinęła głową i dramatycznym gestem pchnęła drzwi. 

- Witajcie w Bibliotece Ekspedycyjnej. Jesteście jednymi z niewielu nie-Chissów, którzy 

przestąpili ten próg. 

Gestem zaprosiła ich do wnętrza. Jacen i pozostali, świadomi zaszczytu, z szacunkiem weszli 

do gigantycznego pomieszczenia. Przez dłuższą chwilę oswajali się ze skalą. Przestrzeń biblio-

teczna,  ogromna,  prostokątna,  o  ostro  zarysowanych  liniach,  była  wielka  jak  dok  kosmiczny. 

Ściany  otaczały  cztery  poziomy  chodników,  do  których  można  się  było  dostać  po  stromych 

schodkach, a podłoga była podzielona na nieskończone rzędy prostokątnych sektorów. Z sufitu 

na długich kablach zwisały żółte lampy, zalewając przestrzeń ciepłym blaskiem. Powietrze było 

nieruchome, ciepłe i świeże. Panowała głęboka cisza, jakby ta ogromna masa powietrza pochła-

niała każdy dźwięk. 

- Ładnie - szepnęła Mara. Długie, rude włosy zatańczyły jej wokół twarzy, kiedy się rozglą-

dała. - Mamy dużo miejsca. Jeśli nam pokażesz, gdzie są holoekrany, będziemy mogli zacząć. 

Tris zmarszczyła brwi. 

- Holoekrany? Tu nie ma holoekranów. 

- Więc jak ściągacie dane? 

- Pokażę ci. 

Bibliotekarka poprowadziła ich przez ogromną przestrzeń, wzdłuż  przejścia pomiędzy dwie-

ma półkami. Jacen bezmyślnie przyglądał się zawartości mijanych półek, zastanawiając się, co to 

takiego. Wyglądało 

123

background image

jak cegły, ale równie dobrze mogło być jakimś skomplikowanym urządzeniem rejestrującym. 

Tak  bezpieczna  instalacja  z  pewnością  chroniła  niezmiernie  skomplikowaną  aparaturę  do 

przechowywania danych. Może te cegiełki trzeba ręcznie wkładać do jakiegoś czytnika, który 

następnie wyświetli ich zawartość? Każda z cegiełek pamięci mogła zawierać ogromną masę 

bezpiecznie ukrytych informacji. 

Tris skręciła w prawo za półkami i poprowadziła ich do drugiej nawy. 

- Tu są notatki badawcze ze świata, który odwiedziliście jako ostatni, Munlali Mafir, prze-

tłumaczone na wspólny do trwałego zapisu. - Sięgnęła do najwyższej półki i wybrała jedną z 

cegieł. - Wszystko tu jest starannie skatalogowane. Możecie mieć chwilowe trudności ze 

zrozumieniem systemu, ale jestem tu po to, żeby wam pomóc. 

Podała cegłę Marze, która wzięła ją niepewnie i zważyła w dłoni, po czym przekazała Jace-

nowi. Cegła była cięższa, niż się spodziewał,  i nie widać było żadnych gniazdek ani  złączy. 

Przód i tył wykonano z tego samego materiału co jeden z boków - barwy głębokiej czerwieni, 

ze złotymi napisami we wspólnym. Pozostałe trzy boki były dziwnie miękkie i szorstkie. 

Widząc konsternację chłopca, Tris wzięła od niego cegłę i otworzyła. Góra podnosiła się jak 

wieczko pudełka, ale wnętrze nie było puste. Od góry do dołu zapełniono je tekstem. 

Dopiero wtedy Jacen pojął. Poczuł się jak idiota, że nie wpadł na to wcześniej. Sądząc jednak 

po okrzyku zaskoczenia Danni, nie był jedyny w tym towarzystwie. 

To nie cegła. Przedmiot w dłoni Tris był książką. 

- Żartujesz chyba - mruknęła Mara, unosząc brwi. 

Teraz to Tris zrobiła zdziwioną minę. 

- Chissowie zawsze w ten sposób zapisywali istotne informacje. To bezpieczne, wygodne i 

trwałe. Zbyt wiele straciliśmy danych w burzach lodowych, żeby ufać innym, bardziej 

skomplikowanym formom magazynowania. 

- Ale jak my tu cokolwiek znajdziemy? - zapytała Danni. – Nie możemy przecież szukać 

według słowa klucza w... w tym! 

- Istnieją sposoby wyszukiwania, a ja jestem tu po to, żeby wam pomóc - Tris wydawała 

się bardzo pewna siebie, ale umysł Jacena wzdragał się przed myślą o przedzieraniu się 

przez miliony – może miliardy - stron spoczywających na półkach wokół nich. Biblioteka 

pełna była sprawozdań z misji, traktatów ksenobiologicznych, zestawień antropologicznych 

oraz historii kontaktów z eksploracji Nieznanych Regionów przez Eksploracyjną Flotę De-

fensywna Chissów - eksploracji, która ciągnęła się przez całe stulecia. 

 

124

background image

Czy  to  aby  na  pewno  takie  trudne?  -  myślał.  Jeśli  mogę  lecieć  X-wingiem  z  zamkniętymi 

oczami, to chyba poradzę sobie z przerzuceniem paru książek. 

Podobny proces myślowy musiał w tej chwili zachodzić w głowie Saby. 

- Chcemy znaleźć odniesienia do Zonamy Sekot - oznajmiła jaszczurowata Jedi. - Proszę 

nam w tym pomóc. 

- Oczywiście. - Bibliotekarka odłożyła książkę na właściwe miejsce i raźnym krokiem po-

maszerowała do drugiej alejki, nucąc pod nosem. - Proszę za mną! 

Luke wymienił spojrzenia z Jacenem i Marą, po czym ruszył w ślad za Tris. 

Była to wielka czeluść - około trzydziestu metrów głębokości i prawie kilometr średnicy. W 

niebo  strzelały  potężne  kolumny,  sięgając  ku  planecie,  która  wisiała  w  mroku  jak  przejrzały, 

ogromny  owoc  gotów  spaść  w  każdej  chwili.  Wokół  niej,  na  gruncie  widniało  kilka  statków; 

niektóre zamocowane w dokach porodowych krępującymi skorupami,  inne po prostu leżące w 

różnych stadiach rozkładu i zniszczenia. 

Wiedziała,  że  to  miejsce  to  stary  port  kosmiczny  jednocześnie  krzepiąco  znajomy  i  dziwnie 

obcy. Miała ochotę wsiąść do jednego z tych zdezelowanych statków i odlecieć na planetę nad 

nią,  bo  wiedziała,  że  tam  przynajmniej  będzie  bezpieczna.  Jednak  opłakany  stan  pojazdów 

uświadomił jej, że nie będzie miała takiej szansy. Port i wszystkie te statki nie były używane od 

wielu lat. Były tak samo opuszczone, jak cały świat pod jej stopami, jak ona sama. 

Ktoś stał obok niej. Obejrzała się przestraszona i stwierdziła, że widzi tylko własne, odległe 

odbicie. Ale to nie mogła być ona. Ta osoba miała na czole blizny. Sięgnęła do twarzy i stwier-

dziła, że ona nie ma blizn. Miała tylko szramy na ramionach, i to całkowicie inne. Blizny osoby 

odbicia były wyraźne, regularne i widać było, że uszkodzenia Wykonano celowo. Blizny Tahiri 

były wynikiem gniewu i głębokiego pragnienia usunięcia czegoś, co, jak jej się zdawało, miała 

pod skórą. 

- Nie masz już dokąd uciekać - odezwało się upiorne odbicie. 

Z oddali dobiegło ją wycie jaszczura. 

- Ty też nie - zauważyła Tahiri. 

Pomimo wszelkich starań, aby to ukryć, w oczach jej odbicia błyszczał strach. 

- Dlaczego chcesz mnie skrzywdzić? - zapytała Tahiri. 

- Ponieważ to ty chcesz skrzywdzić mnie. 

- Chcę, żebyście zostawili mnie w spokoju! Chcę tylko być wolna. 

- Ja też. 

 

125

background image

- Ale tu jest moje miejsce. 

Odbicie rozejrzało się wokół i znowu popatrzyło na nią. 

- Moje też. 

Wycie potwora rozległo się znowu, tym razem głośniej i bliżej. 

- Wyczuwa nas - powiedziało odbicie. - Czuje mój strach i twoje poczucie winy. 

- Nie mam powodu, aby czuć się winna. 

- Nie, nie masz. Ale wina i tak jest w tobie. 

Tahiri zajrzała w siebie i zobaczyła poczucie winy, o którym mówiło odbicie. Zawsze tam by-

ło i wiedziała o nim, tylko nie chciała go widzieć. Teraz jednak to amorficzne i zaniedbywane 

uczucie nabrało kształtu, układając się w słowa, które ogarnęły jej myśli i usta, domagając się 

wolności. 

Dlaczego ja żyję, kiedy mój ukochany umarł? 

Ogłuszający ryk jaszczuropodobnej istoty brzmiał wściekłością,  wyrzutem, żalem. Było to 

wycie,  którego  echa  wracały  do  niej  z  ciemności  raz  za  razem,  coraz  cichsze  i  cichsze,  aż 

wreszcie stały się jedynie odległym szeptem, daleką plamką w mroku... 

- Tahiri... Tahiri... 

- Tahiri? 

Dłoń szarpiąca ją za ramię skuteczniej rozproszyła koszmar niż głos wołający ją po imieniu. 

Zamrugała, rozejrzała się półprzytomnie. Otaczające ją ściany wydawały się wręcz ciasne w po-

równaniu z sennym krajobrazem, z którego powracała. Ciasne jak więzienie. 

- No, mała, zbudź się. 

Głos Hana był szorstki i twardy, jak potrząsające nią dłonie. Spojrzała na niego przez mokre 

od łez rzęsy i ujrzała zmęczoną, zatroskaną twarz. Leia łagodnie weszła pomiędzy nich, uśmie-

chając się krzepiąco do Tahiri. 

- Wszystko w porządku? - zapytała. 

- Obudziłam się - wymamrotała dziewczyna. Nagle zdała sobie sprawę, że nie odpowiedziała na 

pytanie i pospiesznie dodała: - Tak, chyba w porządku. 

W głowie jej dudniło, ostre światło paliło oczy jak słońce w zenicie. Skrzywiła się, próbując 

usiąść. Z jej oczu znów pociekły łzy. Czuła się dziwnie zmieszana, a zmieszanie jeszcze wzro-

sło, kiedy stwierdziła, że leży na łóżku w pokoju Hana i Leii. 

Co się stało? - zapytała. Nie dokończyła jeszcze pytania, kiedy się zorientowała. Stało 

się to samo, co przedtem na Galantosie i w innych miejscach. Jej jedyną obroną było udawa-

nie 

niewiedzy. – Skąd się tu wzięłam? 

126

background image

- Nie pamiętasz? - zapytała Leia. 

Oboje rodzice Anakina stali nad nią w nocnych strojach. 

- Ja... - zaczęła. Jak może im powiedzieć prawdę, kiedy sama jej nie zna do końca? - Szuka-

łam czegoś. 

Leia podniosła srebrny wisior. Okolona mackami, wykrzywiona  twarz wydawała się jej urą-

gać na tle miękkiego, ludzkiego ciała. 

- Tego szukałaś, prawda? 

Tahiri zakłopotana skinęła głową. 

- On... on mnie wzywa. Przypomina mi o... - urwała, nie mając odwagi ująć w słowa swych 

myśli. 

- O tym, kim jesteś? - podsunęła Leia. 

Słowa te przeszyły jej umysł jak ostrze. Zareagowała gniewem. 

- Wiem, kim jestem! Jestem Tahiri Veila! 

Leia przykucnęła obok i zajrzała w twarz dziewczyny. Tahiri nie chciała spojrzeć jej w oczy, 

ale księżniczce trudno było się oprzeć. 

- Naprawdę? - zapytała niskim, dociekliwym głosem. - Nie jesteś tą Tahiri, jaką znałam... 

- O czym ty mówisz, Leio? - zapytał Han, w równiej mierze zdenerwowany i zmęczony. - 

Co tu się właściwie dzieje? 

- Nieraz zdarza nam się zapominać, co jej się przytrafiło na Yavinie Cztery. - Leia mówiła ci-

cho, nie spuszczając z Tahiri ciepłego spojrzenia. Po chwili wstała i podeszła do męża. - 

Yuuzhanie robili z nią straszne rzeczy, kiedy była w ich rękach. Rzeczy, których nawet nie 

staram się zrozumieć. Próbowali zrobić z niej coś innego, nieludzkiego. Tego się tak łatwo nie 

zapomina. Potrzeba czasu. 

- Ale myślałem, że z nią już wszystko dobrze. Czy nie dlatego pozwolono jej wziąć udział w 

misji? 

Zaczęli rozmawiać, ale Tahiri już nie słuchała. Może Han nie uczynił tego umyślnie, ale jego 

słowa świadczyły o braku zaufania do niej. To zabolało. Przez krótką chwilę czuła, że ogarnia ją 

rozpacz - rozpacz spotęgowana jeszcze sposobem, w jaki rodzice Anakina mówili o niej w trze-

ciej osobie, jakby jej tam nawet nie było. Czuła się przez to dziwnie odległa od wszystkiego, co 

się wokół działo. 

- Nie spałam - mówiła Leia w odpowiedzi na jakieś pytanie Hana. - Jaina powiedziała mi, co 

Jag znalazł na Galantosie. Spodziewałam się, że Tahiri po to przyjdzie. Dlatego poinstruowa-

łam Cakhmaina i Meewalha, żeby się ukryli... żeby Tahiri mogła przyjść po wisior. 

127

background image

Leia  gestem  wskazała  w  bok  i  Tahiri  po  raz  pierwszy  zauważyła  stojących  tam  strażników 

Noghri. 

- Wciąż wolałbym, żebyś mi powiedziała, co się dzieje – westchnął Han, 

- Nie było takiej potrzeby. Chciałam sprawdzić, co się stanie. 

- Więc co jest tego przyczyną? - zapytał. - Myślisz, że to może być Anakin? 

Leia pokręciła głową. 

- To coś więcej, znacznie więcej. Ona coś ukrywa. Przed sobą i przed wszystkimi innymi. 

Oskarżenie było dla Tahiri jak policzek. Zerwała się na nogi. 

- Jak możesz tak mówić? - krzyknęła, rzucając się w jej stronę. Zdążyła jednak zrobić tyl-

ko jeden krok, zanim Cakhmain ją zatrzymał. Chwycił Tahiri za ramiona i odsunął od Leii. 

Dziewczyna szarpała się w jego szczupłych dłoniach, ale nie mogła się uwolnić. – Nigdy nie 

skrzywdziłabym żadnego z was! Jesteście... - Urwała, przypominając sobie list Jacena na Ka-

łamarze. - Jesteście moją rodziną! 

Han podszedł do niej i ujął ją za ręce. 

- Hej, spokojnie, mała. - Otarł grzbietem dłoni świeże łzy z jej policzków. - Nikt cię o nic nie 

oskarża, Tahiri. Uspokój się, dobrze? 

Posłuchała go, dziwnie ukojona szorstkim, ale przyjaznym głosem mężczyzny. Zobaczyła, że 

Leia gestem odprawia Noghriego, który natychmiast puścił Tahiri i znikł w cieniu. 

Leia podeszła bliżej. 

- Wybacz, Tahiri. Nie chciałam cię zdenerwować. 

Tahiri  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Było  jej  głupio  i  wstydziła  się  swojego wybuchu. Osta-

tecznie jednak skinieniem głowy przyjęła przeprosiny księżniczki i milczała. 

- Ale powiedz mi teraz, moja droga - ciągnęła Leia - czy wiesz, co się dzieje w twojej głowie 

od kilku lat? 

- Czasami... czasami tracę przytomność - wybąkała niezręcznie. - Mam te... dziwne sny, 

które... 

- Które mówią ci, że jesteś kimś innym? - podsunęła Leia. 

Jej słowa znowu wywołały u Tahiri reakcję obronną. 

- Nazywam się Tahiri Veila! Nie jestem nikim innym! 

Leia wzięła dziewczynę za ramiona i zajrzała jej w twarz przenikliwymi, brązowymi oczami. 

- Wiem, że to niełatwe, Tahiri. Ale musisz spróbować to zrozumieć. Spróbuj przypomnieć so-

bie, co się stało, zanim zemdlałaś. Pamiętasz, co do ciebie mówiłam? 

128

background image

Tahiri pomyślała przez chwilę. 

- Wolałaś mnie po imieniu. 

Leia podniosła wzrok na Hana. 

- No, co jest? - zawołała Tahiri, rozgniewana tą prawie konspiracyjną wymianą spojrzeń. - 

Wołałaś mnie! Przecież słyszałam! 

W oczach Leii zalśniło współczucie. 

- Nie zawołałam cię po imieniu, Tahiri. Nazwałam cię Riiną. 

Lodowata fala zimna zalała ramiona Tahiri i spłynęła po plecach 

ohydną, lepką strugą. Potworna ciemność zaćmiła jej myśli, grożąc, że zawładnie nią całą. 

- Nie - wymamrotała, kręcąc powoli głową i walcząc z przemożnym cierpieniem. - Nie, to 

niemożliwe. 

- To prawda, Tahiri. Przedtem, zanim zemdlałaś, krzyczałaś coś do mnie po yuuzhańsku. Na-

zywałaś mnie takimi słowami, że nawet See-Threepio nie potrafił tego przetłumaczyć. Wtedy 

nie byłaś Tahiri. - Urwała niepewnie, zanim wygłosiła straszliwą prawdę. - Byłaś Riiną 

z domeny Kwaad, osobowością, w którą próbowała cię zamienić Mezhan Kwaad. Osobowość 

Riiny wciąż w tobie tkwi. Tahiri znów pokręciła głową, tym razem żywiej, próbując zaprze-

czyć zarówno słowom, jak i ogarniającej ją ciemności. -Nie... to nie może być prawda! Nie 

może, nie...! 

- A jednak, Tahiri - zapewniła Leia. - Uwierz mi. A im szybciej to zaakceptujesz, tym szyb-

ciej będziemy mogli zacząć... 

- Nie! - krzyknęła Tahiri tak głośno, że sama była zaskoczona, tak samo zresztą jak Leia, któ-

ra aż się cofnęła przed tym wybuchem. 

Tama pękła. Tahiri rzuciła się do przodu. Całą siłą przepływającej przez nią Mocy, podsycaną 

przez desperację i pragnienie ucieczki, wyrwała Leii wisior, przepchnęła się obok niej i Hana i 

rzuciła do drzwi - zbyt szybko nawet jak dla Cakhmaina. C-3PO stał po drugiej stronie drzwi, 

gdy wybiegała, ale nie miał czasu, żeby zaprotestować. Odepchnęła go na bok najmocniej jak 

mogła, zwalając z nóg, aż uderzył o ścianę. Wypadła na korytarz, pędząc tak, jakby zależało od 

tego jej życie. 

Widziała przemykające przed oczami korytarze, a w dłoni czuła twardość i chłód wisiora Yun-

Yammki, szczerzącego się w ponurym zadowoleniu. 

Poprzez własny szloch słyszała, jak ktoś woła ją po imieniu. Nie była pewna, czy to imię na-

leży do niej - i to sprawiło, że płakała coraz głośniej i biegła coraz szybciej. 

129

background image

Jag wysłuchał uważnie, kiedy Han i Leia zrelacjonowali mu incydent z Tahiri na bezpiecznej 

częstotliwości podprzestrzennej. Oboje wydawali się zmęczeni, co nie było zaskakujące, biorąc 

pod uwagę, przez co właśnie przeszli. Poza tym był środek nocy i to z pewnością tylko pogar-

szało sprawę. 

- Ale nikogo nie skrzywdziła? - zapytał Jag. 

- Nie - odrzekła Leia. - I nie sądzę, aby była do tego zdolna. 

- A co z osobowością Riiny? 

Po drugiej stronie zapadła niepewna cisza. 

- Bardziej obawialiśmy się, że zrobi coś sobie niż innym - stanowczo oświadczyła Leia. 

- Gdzie ona teraz jest? 

- Uciekła - odrzekła Leia. 

- I wszelki ślad po niej zaginął - dodał Han znużonym głosem. - Biedny dzieciak, była w 

okropnym stanie. 

Jag przyznał z westchnieniem, że jest o wiele za daleko, żeby mógł im teraz pomóc. 

- Poinformowaliście ochronę? 

- A co im mieliśmy powiedzieć? - zapytał Han. - Że po Bakurze biega sobie Jedi, prawdopo-

dobnie znajdująca się pod kontrolą yuuzhańskiego umysłu? Władze nie przełknęłyby tego ot, 

tak sobie. 

- Pewnie przymknęliby nas wszystkich - zgodziła się Leia. - W każdym razie to nie wchodzi 

w rachubę. Trzeba ją jednak odnaleźć, i to szybko. Nie podoba mi się, że jest sama, próbując 

sobie z tym poradzić. Potrzebuje naszej pomocy. 

Jag pokręcił głową. 

- Nie potrafię odgadnąć, jak to się mogło stać. Z tego, co zrozumiałem, miała już za sobą 

konsekwencje tego, co przeżyła na Yavinie Cztery. 

- Wszyscy tak sądziliśmy - odparła Leia. - Ale jej uwarunkowanie było bardzo głębokie. Po-

trafiła mówić językiem Yuuzhan i latać ich statkami. Niekiedy sam Anakin przyznawał, że 

dziwnie się zachowuje. Na zewnątrz jednak wydawało się, że wszystko jest w porządku, 

Wyglądało, że wzięła się w garść. 

- A potem Anakin zginął - wtrącił Han. - i to chyba zmieniło wszystko. 

Jag wciąż słyszał cień niewygasłej rozpaczy w jego głosie. Po chwil li jednak Han zdołał opa-

nować emocje, przynajmniej pozornie, i ciągnął dalej: 

130

background image

-  Jeśli osobowość Riiny wciąż jest silna, musimy z tym coś zrobić. 

  Jag zgodził się z nim, ale wiedział, że to niełatwe. Tahiri mogła być teraz wszędzie, a jeśli była 

tak spanikowana, jak twierdzili Han i Leia, to prawdopodobnie nie będzie chciała, żeby ją szyb-

ko odnaleziono. Leia prawdopodobnie miała rację, że Tahiri nie skrzywdziłaby nikogo, jednak 

Tahiri mogła widzieć to całkiem inaczej. Skoro nie ma kontroli nad osobowością Riiny, będzie 

starała się trzymać z dala od swoich przyjaciół, wiedząc, że może stanowić dla nich zagrożenie i 

bojąc się, że ich skrzywdzi. 

- Jagu, martwi mnie jedno - powiedziała Leia. - Wiedzieliście z Jainą, że coś jest nie w po-

rządku, a pomimo to nie powiedzieliście ani słowa. 

Jag przełknął ślinę, żałując, że to nie Jaina musi teraz odpowiedzieć na to pytanie. 

Leia  miała  prawo  do  zdenerwowania.  Kiedy  pokazał  Jainie  wisior,  który  Tahiri  znalazła  na 

Galantosie, razem  zaczęli się zastanawiać, co powinni  zrobić. Widać było, że dziewczyna jest 

doskonale  zestrojona  ze  wszystkim,  co  yuuzhańskie;  zauważyli  też,  że  chwilami  obca  oso-

bowość uaktywniała się i próbowała przejąć kontrolę. Tahiri jednak była wyszkoloną Jedi i czu-

li oboje, że powinna dostać szansę samodzielnego rozwiązania swoich problemów. Nie zamie-

rzali w nieskończoność utrzymywać Hana i Leii w nieświadomości, nie wyobrażali sobie też, że 

cokolwiek złego może się zdarzyć, dopóki jedno z nich ma ją na oku. 

- Przykro mi - rzekł ostro. - Naprawdę się nie spodziewaliśmy, że cokolwiek może się wyda-

rzyć. 

- A jednak - wtrącił Han. - Gdyby Leia nie domyśliła się, że coś się dzieje, sprawy mogłyby 

wyglądać teraz naprawdę brzydko. 

- No cóż, jeszcze raz przepraszam - westchnął Jag. - Gdzie jest Jaina? Miała pilnować Ta-

hiri, dopóki pozostajecie na Bakurze. 

- Jaina jeszcze nie wróciła z rozmowy z Malinzą Thanas – odparła Leia. Jeśli nawet była za-

niepokojona, potrafiła nieźle to ukryć. 

- Jeszcze się nie zgłosiła? - Jaga poinformowano o misji Jainy natychmiast, jak tylko zgłosił 

się na dyżur. - Przecież tam na dole północ minęła już parę godzin temu. Powinna dawno wró-

cić. 

- Wiemy - odparł Han. 

Jag poczuł,  że mimowolnie zaciska pięści.  Znów ogarnęło  go pragnienie, aby znaleźć się na 

powierzchni, gdzie mógłby się na coś przydać. 

131

background image

- Może powinienem poprosić kapitan Mayn o przesłanie wam wahadłowca z posiłkami i... 

- Nie - wpadła mu w słowo Leia. - Wierzę w Jainę. Gdyby potrzebowała pomocy, skontakto-

wałaby się z nami. Gdziekolwiek się znajduje, jestem pewna, że... 

Z konsoli odezwał się nagle alarm, ucinając w połowie ostatnie zdanie. 

- Chwileczkę - przeprosił Jag. - Mam rozmowę na drugim kanale. - Przełączył się na odsłu-

chanie równoległego komunikatu. - Słucham. 

- Pułkowniku Fel, w sektorze jedenastym mamy kontakty wychodzące z nadprzestrzeni. - 

Głos należał do Selwina Markoty, pierwszego oficera „Dumy Selonii". 

Jag czym prędzej otrząsnął się z problemów Bakury. Jego obowiązki jako dowódcy eskadry 

miały pierwszeństwo ponad obawami o Jainę i Tahiri. 

-Il e?  

- Trzydzieści, dalsze w drodze. Co najmniej dwa duże statki. Wygląda jak flota. 

- Skontaktowali się z Bakurą? 

- Właśnie są wywoływani. Przełączę cię na sieć floty defensywnej. 

- Rozumiem. - Jag przełączył się znów na bezpieczny kanał. - Przepraszam, Leio, ale muszę 

lecieć. 

- Nas też właśnie powiadomili - szybko odparła Leia. - Damy ci znać, gdyby cokolwiek się 

zmieniło. 

-  Klucze A i B, zostajecie tutaj i obserwujecie to wielkie ptaszysko - polecił Jag na częstotli-

wości Bliźniaczych Słońc. - C, lecisz ze mną. 

Oddzielił się od formacji, a za nim dwa X-wingi i Szponostatek. Na skanerze widział statki 

wyłaniające  się  z  nadprzestrzeni.  Wyglądały  jak  mgławica.  Teraz  było  ich  już  czterdzieści  i 

nadlatywały kolejne. 

Jag został wprowadzony w sytuację. Znał język na tyle, aby go rozpoznać. Flota pochodziła z 

Lwhekk, nie wiadomo jednak, pod czyim była dowództwem - Ssi-ruuków czy P'w'ecków? 

Z komunikatora rozległ się głos C-3PO. 

- Treść komunikatu: „Przybywam w pokoju, ludu Bakury, aby poświęcić tę ziemię i połączyć 

sojuszem obie kultury". 

Z Bakury odpowiedział mu inny glos. Jag rozpoznał go: to był premier Cundertol. 

-  Witamy Keeramaka na Bakurze, w nadziei, że ta nowa przyjaźń przyniesie nam wszystkim 

szczęście i oświecenie. 

Jagowi zrobiło się niedobrze od tej słodyczy. Wzniósł oczy w niebo. Na szczęście przemó-

wienia dobiegły końca. 

132

background image

- Proszę dwór Keeramaka o przyjęcie następujących orbit - rozległ się znowu poprzedni głos. 

Po  tych  słowach  nastąpiła  długa  lista  żądań  dotyczących  zminimalizowania  zakłóceń  ruchu 

związanych z pojawieniem się znacznej liczby gości, zakończonej krótkim zaśpiewem obcych, 

który C-3PO przetłumaczył jako „zrozumiano". 

Jag przeszedł z lotu przechwytującego w łagodny, spacerowy ślizg,  uważnie obserwując kry-

tycznym okiem obce statki. Chissowie wielokrotnie walczyli z Ssi-ruukami, dyskretnie udziela-

jąc się za kulisami  walki  z Imperium i  wspierając w ten sposób  pochód Nowej  Republiki.  On 

sam jednak nigdy nie widział takich statków poza symulatorem. Roboty bojowe stanowiły pro-

ste, kanciaste piramidy z matrycami broni i czujników na każdym rogu, ale statki miały znacznie 

bardziej organiczny  wygląd.  Były  to  wielkie,  masywne  skorupy  o  stosunkowo  niewielu otwo-

rach,  tworzące  bulwiaste,  podobne  do  muszli  konstrukcje,  nierówne,  lecz  dziwnie  przy  tym 

piękne. Zauważył dwa jajowate planetarne transportowce bojowe klasy Sh'ner, w towarzystwie 

licznych statków pikietujących Fw'Sen. Każdy transportowiec miał załogę liczącą ponad pięciu-

set P'w'ecków - plus ponad trzysta transferowanych robotów, jeśli wciąż były w użyciu - i liczył 

sobie ponad siedemset pięćdziesiąt metrów długości. Biorąc pod uwagę typ konstrukcji, przed-

stawiały sobą większą pojemność niż gwiezdny niszczyciel klasy Victory. 

Wydawało się, że jak na misję dyplomatyczną P'w'eckowie przywieźli ze sobą strasznie dużo 

sprzętu. Z drugiej strony Jag uznał, że tamci zapewne boją się w równym stopniu Bakuran, jak 

Bakuranie ich. Skoro dopiero niedawno odzyskali wolność, nic dziwnego, że niechętnie wysła-

liby  swojego  duchowego  przywódcę  w  sam  środek  niepewnej  sytuacji  bez  odpowiedniego 

wsparcia. 

Przynajmniej  nie  wzdragali  się  przed  udostępnieniem  swoich  danych.  Obok  wizerunków 

największych statków na ekranie szybko pojawiały się ich nazwy. Krążownik w centrum forma-

cji nazywał się "Firrinree", drugi zaś, nieco z tyłu, oznaczony był jako „Errinung'ka". Nawet nie 

próbował zapamiętać nazw statków pikietujących. 

Obserwował  teraz  przybycie  ostatnich  maruderów.  Formacja  rozdzieliła  się  na  trzy  części, 

ustawiając  się  na  orbitach  przydzielonych  im  przez  Bakurańską  Flotę  Defensywna.  Manewr 

został wykonany sprawnie i bez zamieszania, co wiele mówiło o dyscyplinie i elastyczności flo-

ty  P'w'ecków.  Trzeba  przyznać,  że  choć  idea  niezawisłości  była  dla  nich  całkiem  nowa,  Ssi-

ruukowie dobrze przeszkolili P'wieków w manewrowaniu statkami bojowymi. To było widać. 

133

background image

Jag kręcił się w okolicach floty dość długo, aby przysłuchać się, jak ekipa naziemna negocjo-

wała z gośćmi warunki ochrony, jak również żeby zobaczyć start siedmiu ciężkozbrojnych stat-

ków desantowych klasy D'kee. Keeramak wyruszył na powierzchnię planety. 

Jag mógł mieć jedynie nadzieję, że Bakura była na to przygotowana.

background image

 

 

I I I  

N A P A Ś Ć

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciepłe, suche powietrze biblioteczne drażniło łuski Saby. Drapała się z nieobecną miną, prze-

rzucając jedną z wielu ksiąg podsuniętych jej przez Tris. Ledwo zauważała nieprzyjemne swę-

dzenie, bo jej myśli zbyt były skoncentrowane na informacjach, które przeglądała. Sama się so-

bie dziwiła, że tak bez wysiłku przestawiła się na tę formę pobierania informacji. Kiedy rozpo-

czynali,  myślała,  że  nigdy  się  nie  przyzwyczai  do  przewracania  stronic  -  wydawało  się  to  tak 

czasochłonne! A jednak teraz chłonęła księgi równie łatwo i pewnie, jak w jej rodzinnych stro-

nach jaszczury skotcarp zjeżdżały z łupkowych zboczy góry Ste'vshuulsz. 

- Znalazłaś coś? 

Saba podniosła wzrok na Marę, która stała w głębi nawy pełnej wysokich półek z książkami. 

Pokręciła  głową przepraszająco i  zamknęła  przeglądaną księgę. Czytała o świecie na zewnętrz-

nych obrzeżach Nieznanych Regionów, gdzie w obficie natlenionej atmosferze żył  gatunek in-

sektów-szczudłaków. Ich legendy opowiadały o ognistym bóstwie, które wynurzało się z jądra 

planety raz na trzy lata, spalając ogromne połacie świata do gołej ziemi i inicjując nowe cykle 

życia i śmierci. Było to ogromnie interesujące, ale nie pomagało w niczym poszukiwaniom. Nie 

trafiła na żadną wiadomość o tajemniczej planecie, pojawiającej się znikąd na firmamencie. 

- Ona nie znalazła nic - odparła. 

Mara skinęła głową. 

137

background image

- Żadne z nas nic nie znalazło, niestety. Chyba wciąż próbujemy się przyzwyczaić do książek. 

Posuwamy się ogromnie powoli. 

- Byłoby jeszcze wolniej, gdyby to nie był wspólny. Nasz upór na pewno się opłaci - odrzekła 

Saba. - Zawsze tak jest. 

Mara uśmiechnęła się i podeszła do Danni. Prawdopodobnie po to, żeby sprawdzić jej postę-

py. 

Saba odsunęła na bok czytaną do tej pory książkę i wzięła następną ze stosu, który przygoto-

wała jej Tris. Kolejny gatunek i kolejna ślepa uliczka. Nie szkodzi. Nic nie szkodzi. Rozkoszo-

wała się różnorodnością życia w Nieznanych Regionach. Poszukiwania stanowiły dla niej nie-

zwykłą odmianę od innych zajęć. Wiedziała, że mogą się okazać bardzo trudne, jeśli wziąć pod 

uwagę ilość materiału, przez który musieli przebrnąć. Wiedziała też, że znalezienie samych da-

nych prawdopodobnie okaże się najłatwiejszą częścią zadania. Badanie ich i stwierdzenie,  czy 

są to informacje istotne, czy nie, z pewnością zajmie znacznie więcej czasu. 

Jeszcze dwie książki i czas na odpoczynek. Oczy zaczęły ją szczypać od czytania, grzbiet był 

sztywny i obolały. Szukając nowej listy, zagłębiła się w wąskie korytarzyki pośrodku pomiesz-

czenia, skąd dochodziły głosy Jacena i innych. Słysząc jej kroki, Luke i Mara podnieśli wzrok 

znad wielkich stosów książek. Zagarnęli na swój użytek masywny stół ze śnieżnego drewna  - 

wielki,  ciężki  i  kwadratowy;  mogło  przy  nim  bez  trudu  usiąść  dwudziestu  ludzi.  Przed  nimi 

leżały sterty notatników, zawierających fragmentaryczne zapiski. Zza regału wyszedł porucz-

nik Stalgis, chwiejąc się pod jeszcze jedną stertą książek. Nikt nie został zwolniony z poszu-

kiwań. Jedyną osobą, której brakowało, była Soron Hegerty. Jak na ironię, to ona właśnie by-

łaby najbardziej zafascynowana badaniami. Zmęczona wydarzeniami na Munlali Mafir, pani 

doktor postanowiła, że przeczeka chissańską wyprawę na orbicie. Była jednak z nimi duchem i 

często komunikowała się przez komunikator, znudzonym głosem żądając nowych danych. 

- Spójrzcie na to - zawołał nagle Luke, podnosząc leżącą przed nim książkę, aby inni mogli też 

zobaczyć. Saba zajrzała Jacenowi i Marze przez ramię. Większość tekstu była wprawdzie 

przetłumaczona na wspólny, ale zawierał on również części napisane w lokalnym języku 

Cheunh, który wymagał pomocy bibliotekarki. Saba skoncentrowała się na sensie słów, które 

miała przed sobą. 

Strony pokazane przez Luke'a ukazywały położenie i historię świata o nazwie Yashuvhu. Zo-

stał on zasiedlony przez ludzi około trzech 

138

background image

tysięcy lat standardowych wcześniej, ale dopiero niedawno natrafili na niego Chissowie. Szyb-

kie  wertowanie  stronic  nie  ujawniło  jednak  żadnych  informacji  na  temat  wędrownej  planety, 

choć  znajdował  się  tam  opis  starej  kobiety  zwanej  Prorokinią,  która  czuwała  nad  duchowym 

rozwojem kolonii. Kobieta ta nauczała o żywym polu energetycznym, które przenikało i łączyło 

całą materię. Jeśli czerpać z niego we właściwy sposób... 

- Mówiła o Mocy - szepnęła Mara. 

- Tak sądzę - zgodził się Luke. - Patrz. - Otworzył książkę na stronicy zawierającej portret 

Prorokini, której prawdziwe nazwisko, jak się okazało, brzmiało Valara Saar. Portret ukazywał 

kobietę w zaawansowanym wieku, lecz w znakomitej kondycji. Grupa kontaktowa Chissów 

próbowała odwiedzić ją w domu w górach Yashaka, ale ich odpędzono. Podobno nikt nie 

mógł zbliżyć się do siedziby Prorokini bez zaproszenia. 

Ilustracje były zaledwie szkicami i przedstawiały pospieszne wycofywanie się grupy badaczy. 

Jeden szczegół jednak nie mógł umknąć niczyjej uwagi. 

- Ona ma miecz świetlny! - zawołał Jacen. 

- Na to przynajmniej wygląda - zgodził się Luke, okazując nieco więcej spokoju niż jego 

podniecony siostrzeniec. 

- Jak długo tam mieszka? - zapytała Saba. 

- Zapisy nic o tym nie mówią - odparła Mara. - Jeśli jednak była szkolona jako dziecko, 

można myśleć o dziesięcioleciach. 

- Albo była szkolona, albo znalazła holocron - podsunął Jacen. 

- Nie wyciągajmy pochopnych wniosków - zastrzegł Luke. – No i, prawdę mówiąc, nie tego 

szukamy. 

Ale i tak zagłębili się w informacjach o Yashuvhu i Prorokini. Saba zauważyła, że wokół leża-

ły również inne książki traktujące o tym samym. Sama kobieta nie raczyła porozmawiać z gru-

pą badaczy chissańskich, ale uczyniło to wielu z jej akolitów. Zapiski zawierały listę jej głów-

nych nauk: cierpliwość, pokora, współczucie, jasność myśli, równowaga pomiędzy sprawnością 

fizyczną i umysłową, ścisłe przestrzeganie diety, samotne życie. Przez wszystkie lata, kiedy Vala-

ra Saar nauczała lud Yashuvhu, nigdy nie miała mężczyzny, nie miała też dzieci. Jej jedynym towa-

rzyszem była istota zwana duuvhal, którą wychowała od szczenięcia. 

- Hej, chyba coś znalazłam! 

Wszyscy obejrzeli się na Danni, która wyszła zza półki z opasłym tomiskiem w ręku. Oczy pod 

grzywą rozczochranych włosów błyszczały 

139

background image

podnieceniem. Położyła ciężką księgę na stole i zaczęła przerzucać stronice. 

- Patrzcie, tu... i tu... 

Saba i pozostali podążyli wzrokiem za jej palcem. Młoda uczona znalazła zapis o polu astero-

id, które niedawno zakłóciły siły podobne do sił przypływu. Miliony odłamków kamieni, wiel-

kości od ziarnka piasku do gigantycznych głazów, zostały w ciągu ostatnich trzydziestu lat wy-

rzucone z orbity przez coś bardzo dużego. Samo w sobie nie  wydawało się to niezwykłe: sys-

temy  słoneczne  często  były  niestabilne,  planety  dryfowały  w  przestrzeni  międzygwiezdnej, 

wędrowały, przecinając sobie wzajemnie orbity lub pozostawiając je na pastwę  chaotycznych 

zakłóceń. Ten jeden zapis był jednak wyjątkowy, ponieważ został dokonany przez cywilizację 

innego świata przed zasnuciem się  chmurami ich atmosfery. Na planetę spadło  kilka wielkich 

głazów, czyniąc ją niezdatną do zamieszkania. 

Ruiny zawierały rysunki opisujące nową gwiazdę na niebie - zielono-niebieską gwiazdę, która 

pewnego  lata  pojawiła  się  znikąd,  po  czym  po  pół  roku  znikła.  Jej  pojawienie  się  wywołało 

straszliwą  wojnę  religijną,  która  jeden  naród  zniewoliła,  a  drugi  starła  z  powierzchni  ziemi. 

Zwycięzcy celebrowali odwiedziny gwiazdy, ale święto rychło zmieniło się w żałobę, kiedy z 

nieba polały się pierwsze strumienie ognia, a nowe słońce znikło. W ciągu dwóch pokoleń cał-

kowicie zdziczeli. 

- Jeszcze jedna przelotna wizyta, jeszcze jedna barbarzyńska kultura - mruknęła Mara, prze-

rywając milczenie. - Korelacja jest coraz wyraźniejsza. 

- Nie widzę dowodu, że Zonama Sekot umyślnie próbuje skrzywdzić ludy, które spotyka na 

swojej drodze - mruknął Luke w zadumie. 

- Ale to właśnie robi - zauważyła Mara. 

- Może nieumyślnie - zgodził się Luke. - Na pewno nie celowo. 

- Może po prostu nie myśli normalnie - podsunął Stalgis. 

- Albo nie myślała normalnie - dodał Jacen. - W końcu to stary zapis. 

- Zgoda - odrzekł Luke. - Dopóki nie znajdziemy czegoś nowszego, dopóty nie możemy jej 

osądzać. 

Saba zrozumiała nagle, że Luke toczy sam ze sobą walkę na temat opinii o Zonamie Sekot. 

Coś  tak  potężnego,  jak  inteligentna  planeta,  może  równie  dobrze  znaleźć  się  pod  wpływem 

dobra i zła. Nawet jeśli ją odnajdą, Sojusz Galaktyczny będzie musiał zdecydować, czy można 

jej ufać, czy nie. Każdy dowód, że była odpowiedzialna za 

140

background image

zniszczenie cywilizacji - umyślnie czy nie - będzie niemile widziany. 

- Dobra robota, Danni - ocenił Luke. - I mówię to do wszystkich. Może wolno, ale robimy 

postępy. 

Saba wzięła od Tris kolejną listę i podążyła za Danni przez labirynt książek. 

- Wiesz co, Sabo - zagadnęła młoda uczona - zdaje się, że my tutaj dostaliśmy najłatwiejsze 

zadanie. Próbowałaś kiedyś ekstrapolować mapy gwiezdne z takich starych szkiców, jakie tu 

mamy? To prawie niewykonalne! 

-  Ona podejrzewa, że to całkiem możliwe - wysyczała Saba gardłowo. 

  Danni wyjęła książkę o nowym systemie, stojącą tuż obok miejsca, które oglądała Saba. Był to 

system bardzo odległy od pozostałych regionów kontaktu. Gdyby znaleźli w nim cokolwiek, 

znaczyłoby to, że Zonama Sekot szuka kryjówki na całym obszarze Nieznanych Regionów. Jeśli 

szuka po omacku i na oślep, może się nie pojawić żaden wyraźny szlak, co oznaczałoby, że 

wszelkie poszukiwania tutaj są daremne. Trzeba wierzyć, że jest inaczej, w przeciwnym razie w 

ogóle nie byłoby czego szukać. 

Światy,  światy,  światy...  Saba  szperała  po  zapiskach  martwych,  kwitnących  i  świeżo  zro-

dzonych cywilizacji. Były  tu  tysiące nowych  gatunków do zbadania, ale  czas nie pozwalał jej 

zatrzymywać się dłużej  na żadnym z nich. Mogła jedynie dotykać ich przelotnie, muskać po-

wierzchnię cudzych aspiracji i filozofii, jak kamyk powierzchnię jeziora. 

- Nie zapomnijcie o przerwach, jeśli odczujecie taką potrzebę - odezwał się Luke, kiedy wró-

ciła z kolejną listą. - Z pewnością wszyscy na nie zasłużyliście. 

- Jasne, to niezły pomysł - wtrącił Jacen, zezując na sterty woluminów na stole. - Ty i Danni 

pracowałyście przez sześć godzin. Mamy dość danych do analizy. Odpocznijcie sobie. 

Saba przez moment straciła mowę. Sześć godzin? Nie sądziła, że aż tak długo. Tak przyjemnie 

było  odseparować się od świata, zapomnieć  na  chwilę  o  własnych  problemach.  Teraz  jednak, 

kiedy  o  tym  pomyślała,  poczuła,  jak  bardzo  jej  ciało  jest  znużone.  Ogon  zwisał  bez  życia  jak 

ślad Zonamy Sekot. 

Potrząsnęła głową. 

- Czas ucieka - mruknęła, biorąc kolejną listę. - Ona świetnie umie polować. 

141

background image

Z  nozdrzami pełnymi  zapachu starych  ksiąg  i  wystygłych śladów  usiadła i podjęła na nowo 

cierpliwą, pełną determinacji wędrówkę przez stosy danych. 

Jaina z pochyloną głową biegła za Malinzą po płaskim, pokrytym dachówkami dachu. 

- Jesteś pewna, że wiesz, dokąd idziesz? - zapytała po chwili. 

- Najzupełniej - odpowiedziała uciekinierka, nie odwracając głowy i nie zwalniając. - Tędy. 

Malinza skręciła nad krawędź dachu i  zeskoczyła w dół  bez wahania.  Jaina  podbiegła  w  to 

samo miejsce i dostrzegła, że dziewczyna  ciężko wylądowała na dachu dwa piętra niżej. Po-

mimo rosnących wątpliwości bez trudu skoczyła w ślad za nią 

Salis D'aar z powietrza wydawało się znacznie elegantsze niż to, co mogła zaobserwować te-

raz.  Promienisty  układ  ulic  i  wysokie  wieże  przywodziły  jej  na  myśl  wiele  innych  napływo-

wych światów kolonialnych, które odwiedzała. Na Bakurze od poziomu podpiwniczenia zaczy-

nała już pod pełzać zgnilizna; przy wysokim lustrze wody gruntowej i wilgoci atakującej bez-

pośrednio  stalobeton  i  inne  zabezpieczenia,  zachęcała  zieleń  do  pokrywania  dzieła  człowieka. 

Kulturowa niechęć do stosowania robotów oznaczała, że ręczne prace naprawcze  często pozo-

stawały niewykonane. Od ucieczki z więzienia szybko się zorientowała, że miasto w istocie ule-

ga rozkładowi. Im dalej od centrum, tym bardziej się stawało nieatrakcyjne. Ściany były tu ma-

lowane  mniej  dokładnie,  ulice  węższe  i  brzydsze,  mniejsza  liczba  repulsorów,  co  znaczyło,  że 

takie przedmioty jak lampy, pojazdy lub budynki nie unosiły się w powietrzu. Wydawało się, że 

to całkiem odmienny świat niż ten, do którego ją wprowadzono. 

Jaina z łatwością nadążała za Malinzą, przez cały czas pozostając pół tuzina kroków za nią. 

Nie próbowała jej dogonić, przede wszystkim starała się pilnować pleców dziewczyny. Cała ta 

ucieczka była zbyt prosta i szybka, a jej napięte zmysły ponaglały, żeby patrzyła, gdzie idzie i 

co się wokół niej dzieje. Jedyną pociechą było to, że droga przez miasto wydawała się zbyt po-

krętna, aby można było je śledzić. 

Zeszły klatką schodową na trzecie piętro budynku. Wyszły przez okno i na rękach przejecha-

ły  nieczynną  linią  energetyczną  do  drugiego  budynku,  tak  zaniedbanego,  jakby  nie  widział 

mieszkańca  od  czasu  inwazji  Ssi-ruuvi.  W  przedniej  części  były  tylko  puste  biura  i  kantory, 

wnętrze stanowiło ogromne atrium wypełnione zdziczałymi tropikalnymi roślinami. Fasetowy, 

wysoki dach składał się z brudnych płyt transpastali, które wydawały się 

142

background image

zaprojektowane  tak,  aby  wpuszczać  światło  słońca  w  dzień,  a  otwierać  się  w  nocy,  ale  widać 

było, że już dawno przestały działać. Mechanizm zardzewiał i poza wąską szczeliną wpuszcza-

jącą deszcz, dach pozostawał zawsze zamknięty. 

Malinza zatrzymała się na chwilę na balkonie drugiego piętra, szybko oglądając się na Jainę. 

Miała już iść dalej, kiedy Jaina złapała ją za ramię i zatrzymała. Malinza obejrzała się zdumiona. 

Jaina położyła jej palec na ustach, dając do zrozumienia, żeby stała nieruchomo. Przeczucie, że 

pakuje się w pułapkę, było coraz silniejsze. 

Jedynym dźwiękiem, jaki słyszała, było kapanie wody w gąszczu tropikalnych roślin w sercu 

budynku. Jeśli siły bezpieczeństwa Bakury zdołały je tu odnaleźć, to znaczy, że były lepsze, niż 

ogólnie sądzono. Jednak Jaina miała silne przeczucie, że bakurańska bezpieka nie jest jedynym 

zagrożeniem, które na nie czyha. 

W górze, pomiędzy drzewami, usłyszała nagle ciche kliknięcie. Miecz świetlny błyskawicz-

nie powędrował do jej ręki. Wolną dłonią przesunęła Malinzę za siebie, osłaniając ją przed ata-

kiem. 

- Szybka jest. 

Jaina zmrużyła oczy, usiłując coś dostrzec między konarami, ale nie mogła rozpoznać właści-

ciela głosu. 

- Kto to? 

- Patrz, miecz świetlny - odpowiedział drugi głos. - To Jedi. 

- Jeden miecz świetlny na trzy miotacze - zauważył pierwszy. - Taka szybka to ona na 

pewno nie jest. 

- Chcesz sprawdzić? - rzuciła dumnie Jaina, zaciskając palce na rękojeści. Starała się zo-

rientować, skąd dochodzą głosy. Intruzów było troje, różnego wzrostu. Dwóch mężczyzn i 

jedna kobieta. Delikatny ruch liści sugerował, że wyżej może siedzieć jeszcze jeden. Na ra-

zie 

milczał. Może dowódca? 

Nieważne, pomyślała. Szybkie szarpnięcie gałęzi Mocą zrzuci ich jak ulęgałki. 

- W porządku. - Malinza zrobiła krok do przodu, aby znaleźć się pomiędzy Jainą i tymi na drze-

wach. - Wydaje mi się, że jest w porządku. 

- Malinza, co ona tu robi? 

- Sprowadziłam ją. - Malinza obejrzała się na Jainę. - W porządku. Możesz schować broń. To 

Wolność. 

Jaina niechętnie wyłączyła miecz i opuściła ręce wzdłuż boków. Nie była całkiem przekonana, 

że wszystko jest w porządku, ale wolała nie Wywierać złego wrażenia na rebelianckich przyja-

ciołach Malinzy. 

background image

143

background image

Miniaturowy  las  zaszumiał,  liście  rozsunęły  się  i  wyszły  spośród  nich  trzy  osoby.  Kobieta 

była  piękna.  Czaszkę  miała  ogoloną  po  bokach,  a  resztę  jasnych  włosów  spięła  w  długi  jak 

pejcz koński ogon. Bliżej stojący mężczyzna był ubrany w obszarpany mundur ochrony, za du-

ży o co najmniej dwa rozmiary. Włosy miał rozczochrane i wyglądał tak, jakby od tygodnia sie-

nie golił. Trzeci był Rodianinem jego zielona skóra doskonale zlewała się z listowiem. 

-  To jest Jaina Solo - przedstawiła Małinza. 

Jaina powitała ich krótkim skinieniem głowy, niepewnie zerkając w kierunku drzewa, jakby 

spodziewała się, że ujrzy tam czwartą osobę, którą wyczuwała. 

- A czego właściwie chce ta Jaina Solo? - zapytała jasnowłosa kobieta. 

- Coś się dzieje tutaj, na Bakurze - odparła Jaina w imieniu Malinzy. - Chciałabym wiedzieć, 

co to takiego. 

- Chcesz powiedzieć, że coś innego niż zwykle? - zapytał mężczyzna. - Wykorzystywanie 

słabych przez silnych, grabież zasobów naturalnych, deprawacja niewinnych... 

- Spoko, Zel - warknęła blondynka. - Chcesz ją przestraszyć, zanim powie, co wie? 

- Jjorg, lepiej uważaj - polecił Rodianin chropowatym głosem. - Z taką otwartą głową aż się 

prosisz, żeby Jedi ci tam nakładł różności. 

- To działa tylko na słabe umysły - odparła Jaina. - A poza tym nie zamierzam nikomu prać 

mózgu. Nie po to tu jestem. 

- I mamy ci tak uwierzyć na słowo? 

- Hej, dość tego - stanowczo przerwała Malinza. - Gdzie Vyram, Jjorg? Muszę z nim poga-

dać. 

- Gdzieś się czai - odparł Zel. - Jak zwykle. 

- To chyba on tam siedzi na drzewie - Jaina wskazała miejsce, gdzie, jak jej się wydawało, po-

winna siedzieć czwarta osoba. 

Z zieleni rozległ się krótki śmiech. 

-  Dobre masz oczy, Jedi - rozległ się głos. - Jeśli używasz oczu. 

Liście rozchyliły się i spośród nich wyjrzała czwarta osoba. 

Był to chudy jak szczapa, czarnowłosy mężczyzna, trochę starszy od Jainy. Kości policzko-

we miał wystające, widoczne nawet spod nierównego zarostu. Doskonale się czuł na szczycie 

drzewa. 

-  Nauczyłam się nie polegać tylko na wzroku - odparła. Człowiek, którego Malinza opisała 

jako mózg organizacji, uśmiechnął się blado. 

144

background image

- Cóż, przyprowadziła cię Malinza - rzekł. - To mi chwilowo wystarczy. 

 Jaina niemal fizycznie czuła iskrę, jaka przebiegła między młodą kobietą u jej boku a czar-

nowłosym mężczyzną na drzewie, ale żadne z nich nie dało po sobie poznać, że łączy ich coś 

więcej niż sprawy zawodowe. 

- Złazimy, Zel, musimy wsiadać - zarządziła Malinza. - Mam już  dość wrzeszczenia do cie-

bie. 

 Rozczochrany człowiek pogrążył się w listowiu. Jainę podprowadzono do najbliższej klatki 

schodowej. Schodząc, doznała chwilowego zawrotu głowy, aż musiała przystanąć i chwycić się 

czegoś - dopiero teraz zrozumiała, że las, który opuściła, nie był tym, czym się wydawał. Cały 

obszar był sztuczną konstrukcją, udrapowaną pnączami i innymi roślinami, zawieszoną w powie-

trzu na nieodłącznych repulsorach Bakury. Przelotne spojrzenie nie miało szans tego odkryć. 

Zastanawiała się, czy to istniejąca konstrukcja, którą Wolność zaadaptowała do swoich potrzeb, 

czy też sami to zbudowali, powoli, tak aby nie zwrócić niczyjej uwagi. Z tej odległości trudno 

było cokolwiek powiedzieć. 

Zanim obie z Malinzą dotarły na parter, podstawa konstrukcji znajdowała się na długość ra-

mienia ponad ich głowami. Nie była to szczególnie elegancka robota, przypominała wielkie, 

kanciaste kontenery, połączone i spięte licznymi warstwami rur rusztowaniowych i ciężkich ka-

bli. Pokrywały ją donice i kraty dla roślin, co stanowiło doskonałe maskowanie. Jaina zaobser-

wowała ciemne czeluście, do których prowadziły kolejne drabiny.  

 Malinza sięgnęła i chwyciła jeden z poziomych prętów zwisających z góry, by podciągnąć się 

do góry, pomiędzy liście. Jaina przypięła miecz świetlny do pasa i zrobiła to samo. Konstrukcja 

z jękiem opuściła się do poprzedniej pozycji, pozostawiając podłogę w pewnej odległości. 

 Jjorg i Salkeli, Rodianin, znajdowali się u wejścia do dolnego kontenera. Malinza przy ich 

pomocy weszła do środka, ale Jaina musiała sobie poradzić sama. Udało jej się to z pewnym tru-

dem. Vyran czekał w kontenerze, siedząc w kącie na skrzyni. 

-   Witamy w Stercie - mruknął do Jainy i ogarnął otoczenie jednym ruchem ramienia. - Nie-

wiele to, ale obawiam się, że wszystko, co mamy. 

- Gdzie pozostali? - dopytywała się Malinza. 

145

background image

- Gdzieś tam chodzą - odparł. - Albo są na patrolu. - Jego ciemne oczy lśniły w słabym świe-

tle elektrycznym. - Trochę trudno było... 

- Zmartwiliśmy się twoim aresztowaniem - mruknął Salkeli. 

- Ja tam nie - odparł Zel, spadając do kontenera przez dziurę w dachu. - Zimny jestem. 

- No - zachichotała Jjorg. - Mniej więcej tak samo, jak czerwony karzeł. 

Malinza zignorowała oboje. 

- Jestem pewna, że pozostali wrócą, kiedy się rozejdzie, że uciekłam. 

- A ta tutaj zapewne ma coś wspólnego z twoją ucieczką - zauważył Salkeli. 

-  Jaina? Właściwie byłam pewna, że to ty, Vyramie. 

Ciemnowłosy mężczyzna pokręcił głową. 

- Próbowałem, ale ochrona była za mocna. Miałem zamiar, spróbować jeszcze raz jutro, kiedy 

uwaga wszystkich będzie skierowana na poświęcenie. 

Malinza zmarszczyła brwi. 

- Jeśli nie ty, to kto? 

- Może ktoś z innej grupy - wyraził przypuszczenie Vyram i wzruszył ramionami. - Albo ktoś 

z wewnątrz. Jakiś współczujący strażnikna przykład. 

- Albo ktoś współczujący nieco wyżej - dodała Jaina. 

- Co masz na myśli? 

- Cundertol nie wierzył, że jesteś winna - odparła Jaina. – Zostałaś wrobiona i oficjalnie nie 

mógł z tym nic zrobić, więc może postanowił, że ułatwi ci ucieczkę. 

- Premier? - Zel wydawał się trochę zdenerwowany. Pokrył to krótkim śmiechem. - Niemoż-

liwe. To by już było przegięcie! 

- Teraz to nieważne - odparł Vyram. - Cieszę się, że wróciłaś. 

I znów Jaina odniosła wrażenie, że pomiędzy Vyramem i młodą przywódczynią Wolności  coś 

zaiskrzyło. 

- To jeszcze nie koniec - odparła. - Pamiętaj, Malinza wciąż jest zbiegiem... nieważne, kto 

jej pomógł. Musi pozostać w ukryciu, do póki nie dowiemy się, kto naprawdę porwał Cun-

dertola. 

- Węszyłem trochę - przyznał Vyram. - Ale dane, które znalazłem, nie zawierały żadnych od-

powiedzi. 

- Czy i ja mogłabym zobaczyć te dane? - zapytała Jaina. Młody człowiek niepewnie spojrzał 

na Malinzę, która skinęła głową. 

146

background image

- Dobrze, chodź - rzekł, wstając. - Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości. Moja buda jest 

na samym szczycie Sterty. 

- Jestem pewna, że dam sobie radę. 

Vyram z krzywym uśmieszkiem podciągnął się do góry przez dziurę w kontenerze. Jaina i po-

zostali podążyli za nim. Przez następne piętnaście metrów były tylko drabiny i inne kontenery, 

które  doprowadziły  ich  do  samego  serca  dżungli.  Buda  Vyrama  balansowała  na  szczycie  rebe-

lianckiego stosu. Jaina nie miała wątpliwości, że Sterta jest konstrukcyjnie mocna, inaczej Wol-

ność nie użyłaby jej jako bazy, ale instynkt podpowiadał jej co innego. Każdy gwałtowny ruch 

sprawiał, że górne piętra chwiały się denerwująco. 

- Weź sobie coś do siedzenia - rzekł gospodarz, wskazując na stos pustych skrzynek zwalo-

nych w jednym kącie. Jego własne siedzisko wyglądało na znacznie wygodniejsze, bo składało 

się z lewitującego, ortopedycznie ukształtowanego krzesła ustawionego przed skomplikowaną 

konstrukcją ekranów komputerowych i klawiatur. Wiele z nich również unosiło się w powietrzu 

na repulsorach. Jaina przyciągnęła sobie skrzynkę, Malinza, Zel i Jjorg natychmiast poszli za jej 

przykładem. Zielono skóry Salkeli pozostał w pozycji stojącej. 

Vyram uruchomił system 

- Wiem, że to niewiele, ale... 

- Biorąc pod uwagę okoliczności, jestem pod wrażeniem - przyznała Jaina. Zauważyła ślady 

insektów w rogu skrzynki, a pod biurkiem coś, co wyglądało na ptasie gniazdo. - Naprawdę 

włamałeś się stąd do sieci planetarnej? 

- Nie na stałe. Mamy na dachu holokom, ale stosujemy go tylko wówczas, kiedy potrzebny 

jest bezpośredni dostęp. Mniej ryzykowne jest podłączyć się, wziąć co trzeba i dopiero później 

przeglądać w poszukiwaniu interesujących rzeczy. Właśnie to w tej chwili robi system. Ska-

nery komunikacji oznaczają flagami wszystko, co wydaje się choć trochę podejrzane. Ja to 

później sprawdzam. Jeśli trzeba, wrócę i znajdę więcej. 

To  ma  sens,  pomyślała  Jaina.  Nielegalne  węzły  były  trudne  do  wyśledzenia  w  każdej  sieci, 

nawet jeśli istniały podejrzenia, lecz nie było to niemożliwe. Nieregularne wchodzenie do sieci 

planetarnej z pewnością utrudniało wykrycie Wolności.       

- Co znaleźliście do tej pory? - zapytała. - Malinza powiedziała, że wykryliście dowody na 

korupcję na poziomie senatu. Jesteście naiwni, jeśli sądzicie, że to coś ważnego. Każdy rząd na 

to cierpi w mniejszym lub większym stopniu... mój także. 

147

background image

Vyram skinął głową. 

- Dlatego właśnie jesteśmy w opozycji do naszego rządu. A opozycja musi być na tyle silna, 

aby zmusić do uczciwości premiera i senat. Mogą nas nawet pozamykać, ale musimy to robić 

dla ludu Bakury. Jesteśmy sumieniem planety. 

- Utrzymujecie wszystko w Równowadze - podpowiedziała Jaina. 

- Właśnie — uśmiechnęła się Malinza. 

- Ale jak się finansujecie? - zapytała znowu. - Nie wyobrażam sobie, że te urządzenia to tanie 

atrapy. 

- Zdziwiłabyś się. - Uśmiech Vyrama był pełen dumy. - Urządzenia są używane albo wypo-

życzone, a Sterta już tu była. Zaadaptowaliśmy tylko to, co znaleźliśmy, do naszych potrzeb. 

To lepsza strategia, niż zadłużać się u ludzi, nie sądzisz? 

- Nasi dzisiejsi sojusznicy mogą być jutro naszymi wrogami - zgodziła się Malinza. - Wi-

dzisz, nie jesteśmy tacy naiwni, Jaino. Jedynym sposobem uzyskania pełnego obiektywizmu 

jest niezależność. 

- Podziwiam waszą pracę - odpowiedziała uczciwie Jaina. Może i nie zgadzała się z meto-

dami czy celami Wolności, lecz sam fakt, że jej członkowie zdołali przez tak długi czas dzia-

łać bez wpakowania się w większe kłopoty, był istotnie wielkim dokonaniem. - Coś jednak się 

zmieniło. Pytanie tylko: co? 

- To jedyne, co nam przychodzi do głowy... - Dłonie Vyrama przebiegły po klawiaturze, wstu-

kując kody dostępu do szyfrowanej pamięci. 

- Odkryliśmy tajny przeciek rządowych funduszy przez wielu pośredników. Kwoty były róż-

ne, płatności nieregularne, ale nasz program był dość inteligentny, żeby je wykryć i oflago-

wać. 

-  Gdzie przeciekały pieniądze? 

Vyram pokręcił głową. 

-  Nie mamy żadnych informacji na ten temat. Ktokolwiek ustawił przeciek, był bardzo 

ostrożny. Zaledwie zaczęliśmy kopać, kiedy przytrafił nam się kompletny zanik komunikacji. 

Jaina  wiele  lat  temu  słyszała  o  osławionej  Gromadzie,  ale  nie  miała  własnych  doświadczeń. 

Ciocia Mara opowiadała małej Jainie o przygodach z Talonem Karrde - opowieści o piratach, 

banitach  i  renegatach.  Jeśli  bodaj  niewielki  procent  historyjek,  jakie  słyszała,  był  prawdziwy, 

nie  miała  wątpliwości,  że  w  Gromadzie  znalazłoby  się  wiele  miejsc,  chętnych  do  ciągnięcia 

funduszy z Bakury - pochodzenie funduszy nie miało znaczenia. 

-  Uważasz, że to doprowadziło do aresztowania Malinzy? - zapytała. 

148

background image

- A cóż by innego? - odparł Vyram. - Nie znaleźliśmy niczego równie dużego. Mówimy tutaj 

o milionach kredytów. Stoi za tym ktoś z rządu, nie ma innej możliwości. Nikt inny nie zna 

kodów niezbędnych, aby dostać się do tych funduszy i określić system automatycznych płat-

ności wewnątrz. Jeśli to się rozejdzie, skandal będzie niewyobrażalny. 

- Podejrzewamy, że otarliśmy się o coś, kiedy wybieraliśmy dane - dodała Malinza. - Są prze-

cież zabezpieczenia przeciwko wykryciu. Stojąca za tym osoba musiała się zorientować, że 

zauważyliśmy przeciek. Zadziałali natychmiast, zanim zdążyliśmy zebrać wystarczająco dużo 

dowodów i opublikować je. W tej chwili nie mam pojęcia, kto może za tym stać i dlaczego. 

Vyram ponuro skinął głową. 

- To będzie nasze słowo przeciwko rządowemu... a po aresztowaniu Malinzy nasze słowo nie 

wygląda już tak ładnie. 

- Musicie mieć podejrzanego - stwierdziła Jaina, myśląc gorączkowo. - Kogoś wysoko posta-

wionego. Dość wysoko, żeby ustawić płatności i nakazać niesłuszny areszt. 

- Na przykład? 

- Na przykład Blaine Harris - zaproponowała. - To on powiedział, nam o aresztowaniu Malin-

zy. Z pewnością też jest na tyle silny, żeby załatwić wszystko inne. 

Malinza i Vyram spojrzeli po sobie w sposób, którego Jaina nie  umiała zinterpretować. Po 

chwili Malinza wzruszyła ramionami. 

- To możliwe. 

- Mogę przyjrzeć się tym rekordom trochę bliżej - rzekł Vyram, manipulując przy urządze-

niach. - Wejdę do sieci i zobaczymy, czy coś znajdę. 

To nieco zbiło Jainę z tropu. 

- Chcesz powiedzieć, że włamaliście się do prywatnych plików wicepremiera? 

Vyram uśmiechnął się przelotnie. 

- Daj mi minutkę, a zobaczysz. 

Jaina obserwowała, jak Vyram zamyka dokumenty, które dla niej Pootwierał, i uruchamia no-

we programy. Jego palce były szybkie i pewne, gdy przygotowywał system Sterty do podłączenia 

do planetarnej sieci Bakury. Jaina nie była też jedyną, która podziwiała jego zręczność. Twarz 

Malinzy promieniała podziwem na widok pracy chłopaka. Nie trwało to długo. Podziw zmienił 

się w troskę, kiedy z pulpitu rozległa się seria ostrzegawczych pisków. 

149

background image

Vyram zmarszczył brwi. 

- Problem? - zapytała Jaina. 

- Nie mogę się połączyć. - Spróbował innego podejścia, ale w odpowiedzi dostał te same pi-

ski. - Zdaje się, że wdały się jakieś zakłócenia. 

- Zagłuszanie? 

- Nie, nie sądzę... Raczej jakiś niedaleki sygnał zasłania strumień fal do satelity. Zobaczmy, 

czy coś znajdę. - Na ekranie zaczęły migotać dane, wyświetlane przez kolejne programy. - O, 

posłuchaj... 

Z głośników sieciowych rozległo się regularne popiskiwanie. 

-  Znam ten dźwięk - odezwał się Zel zza ich pleców. - To sygnał naprowadzający! 

Dynamika  we  wnętrzu  Sterty  nagle  uległa  zmianie:  wszyscy  zerwali  się  z  miejsc  i  stanęli 

przed Jainą. 

- A, to dlatego ucieczka była taka łatwa - syknęła Malinza, ruszając w jej stronę. 

- Czekaj no! - zaprotestowała Jaina, ale zagłuszył ją Salkeli: 

- Doprowadziłaś ich prosto do nas! 

- To szpieg! - zawołała Jjorg, groźnie zbliżając się do Jainy. - Mówię wam, zabić ją! 

- Zaraz! - burknął Vyram, manipulując kilkoma komputerami naraz i regulując antenę kie-

runkową. - Ona nie jest źródłem transmisji. 

- Co? - Jjorg zatrzymała się raptownie i odwróciła, żeby spojrzeć na Vyrama. - Więc skąd? 

Vyram wskazał na Malinzę. 

-  Ja? - Twarz przywódczyni rebeliantów pobladła. 

Vyram sprawdził komputery. 

- Przykro mi, Malinzo. Sygnał dobiega z miejsca, gdzie stoisz ty. 

Pozostali z ogłupiałymi minami spoglądali na swoją przywódczynię, nie wiedząc, jak zarea-

gować. Nawet Vyram wydawał się niezdecydowany. 

- Czy możemy zawęzić zakres miejsca, gdzie znajduje się sygnalizator? - zapytała Jaina. - 

Może zdążymy go wyjąć, zanim nas namierzą. 

Vyram wyregulował antenę i przeciągnął nią po ciele Malinzy. Popiskiwanie znacznie przy-

brało na sile, kiedy antena mijała jej talię. Dziewczyna podniosła więzienną tunikę i odsłoni-

ła pasek spodni. W tkaninie znajdowało się niewielkie zgrubienie, starannie przeszyte dwoma 

szwami. 

150

background image

- Mieli cię na oku przez cały czas! - Oczy Zela biegały niespokojnie na wszystkie strony, 

przemykając po ścianach kontenera, prawie jakby widział strażników otaczających Stertę. - 

Mogą już tu być! 

- Weź się w garść - odezwała się Jjorg tonem sugerującym, że taka panika jest oburzająca. - 

Mamy alarmy na ogrodzeniu, prawda? Nie podejdą tutaj bez naszej wiedzy. 

- Dlaczego teraz? - jęknął Salkeli. 

Jjorg spojrzała na niego. 

- Mogli umieścić coś na Malinzie wiele miesięcy temu - wyjaśnił. - Więc dlaczego teraz? 

- Ponieważ teraz jest zbiegiem - odparł Vyram. - A my jej pomagamy i ukrywamy ją. To czy-

ste sprawy kryminalne, nie coś tak niejasnego, jak hakerstwo. 

Malinza wstała. 

- Są kryminalne, jeśli moje oskarżenie nie jest lipne - rzekła. - A jest. 

- Tak czy inaczej, musimy się stąd wynosić - zadecydowała Jaina. 

- Ucieczka jest przyznaniem się do winy - stwierdził Rodianin. 

- Zgadzam się z Jedi - odparł Zel. - Jeśli tu zostaniemy, to nas złapią. 

Pokój wypełnił się nagle głośnym buczeniem komputera. Wszystkie oczy pytająco zwróciły się 

na Vyrama siedzącego przy konsoli. Vyram przybrał ponury wyraz twarzy. 

- To alarm na ogrodzeniu. 

- Wiedziałem! - krzyknął Zel, nerwowo krążąc po ciasnym pomieszczeniu. - Po prostu wiedzia-

łem! 

- Zamknij się, Zel! - warknęła Malinza. Potem, już spokojniej, zwróciła się do Vyrama: - Który 

to? 

- Północ czternaście i południe siedem. Podchodzą z dwóch stron. 

- Powietrze? 

- Na razie czyste. 

- Dobrze. - Malinza obejrzała się na pozostałych. Teraz nie wyglądała już na przerażoną na-

stolatkę, lecz na kompetentną przywódczynię tajnej grupy w stanie zagrożenia. - Jestem 

otwarta na wasze sugestie. 

- A może Jedi za nas powalczy? - zapytał Zel zbyt ochoczo i natrętnie, jak na gust Jainy. - 

Przecież bez trudu załatwi... 

- Nie! - warknęła Malinza. Zel zamilkł natychmiast. - Nie będzie żadnej walki. Wiecie, że 

nie pochwalam przemocy. 

151

background image

- Możemy nie mieć wyboru, Malinzo - ostrzegła Jjorg. 

- Jest wybór - poinformowała Jaina. - Możecie wyjąć nadajnik i dać go mnie. A ja zabiorę go 

gdzieś, gdzie was nie będą szukać. 

- A nie jest już na to trochę za późno? - zapytała ostro Jjorg. – Są praktycznie pod nami. 

Jaina  stłumiła  w  sobie  chęć  odpłacenia  jej  pięknym  za  nadobne.  Vyram  udowodnił wpraw-

dzie, że nie ona doprowadziła wroga do Sterty, ale i tak czuła się, jakby wszyscy winili ją o za-

istniałą sytuację. 

- Ale jeszcze tu nie weszli - odparł Vyram w zadumie. 

- Tak, ale przecież nie są głupi - odparła Jjorg. - Zorientują się, że ich nabieramy. 

- Nie, jeśli dostarczymy im naraz zbyt wielu czynników. Mamy tutaj coś, żeby odwrócić ich 

uwagę, kiedy przyjdzie pora. – Odetchnął głęboko i spojrzał na Malinzę. - Chyba pora już na-

deszła, jak sądzisz? 

Malinza skinęła głową, pospiesznie wyrwała nadajnik z paska i podała go Jainie. 

- Są coraz bliżej - mruknęła, spoglądając na ekrany, gdy rozległa się kolejna syrena. - Na 

twoim miejscu bym się pospieszyła. 

-  Pójdę z tobą - zaofiarował się Salkeli. - Znam ulice lepiej od ciebie. 

Jaina zawahała się, ale po chwili skinęła głową. Nie mogła zaprzeczyć, że to, co mówił Ro-

dianin, ma sens. 

- Dobrze - odparła i dodała, zwracając się do Malinzy: Powiesz mi chociaż, dokąd 

idziesz? 

-  Myślę, że lepiej, żebyś nie wiedziała. - Dziewczyna wyciągnęła dłoń, Jaina ujęła ją i uści-

snęła. - Jestem pewna, że się znowu spotkamy. 

Jaina skinęła głową. Nie było czasu na długie pożegnania. 

-  Idź pierwszy powiedziała do Salkelego i Rodianin posłusznie wysunął się stopami do 

przodu z kontenera. 

Praca w bibliotece była nużącym zajęciem i po wielu godzinach ślęczenia nad książkami Saba 

zaczęła  czuć,  jak  zmęczenie  opanowuje  jej  sztywne  mięśnie  pod  swędzącymi  łuskami.  Na 

szczęście okazało się, że w niezliczonych światach pojawiło się wiele aluzji do wędrownej pla-

nety - dość, aby wszyscy nabrali optymizmu. Po znalezieniu  przez Danni pierwszej wzmianki, 

Saba rychło znalazła inną, a potem Jacen kolejną. Od tego momentu ślad był coraz wyraźniej-

szy, odwiedziny nabierały regularności. Kiedy zdarzało się, że to, co uważali za Zonamę Sekot, 

przelatywało obok cywilizowanego świata, mogli nawet sprecyzować daty. W innych przypad-

kach zgadywali na podstawie mniej lub bardziej 

152

background image

dokładnych zapisów i dowodów fizycznych. Na szczęście, myślała Saba, nie szukali wydarze-

nia, które miało miejsce setki lat temu. W wielu przypadkach świadkowie wciąż żyli i byli  w 

stanie zdać grupom kontaktowym Chissów bezpośrednią relację z „przybycia Nowej Gwiaz-

dy" oraz „wschodu Słońca Śmierci" - różnie nazywano to zjawisko. Z tych relacji oraz z nowszych 

badań wszystkich systemów w obszarze Chissów byli w stanie stopniowo odtworzyć trajektorię 

planety. 

Zonama Sekot po raz pierwszy pojawiła się na imperialnych rubieżach Nieznanych Regionów, 

odwiedzając trzy systemy w ciągu kilku lat. Następnie wykonała skok aż na zewnętrzną krawędź 

galaktyki, gdzie zamieszkane systemy były rzadsze i bardziej od siebie oddalone. Tam napotkała 

istoty, które przed zniewoleniem przez Yuuzhan Vongów na początku ich inwazji opisały chis-

sańskim badaczom przybycie świata, który wisiał na ich niebie przez miesiąc, płonąc i dymiąc. Z 

pewnością  nie  pasowało  to  do  opisu  zielonej  i  spokojnej  planety,  jaką  opisywała  Vergere,  ale 

doskonale  zgadzało  się  z  przewidywaniami  naprężeń,  jakim  poddawany  był  płaszcz  planety 

wskutek skoków do i ze studni grawitacyjnych w nadprzestrzeni. Nikt nigdy wcześniej nie słyszał 

o takich  wyczynach,  więc  nie było eksperymentalnych danych  na ten temat,  ale nawet  najbar-

dziej podstawowa wiedza na temat planety sugerowała, że Zonama Sekot nie mogła wyjść bez 

szwanku z szalonych skoków po całej galaktyce. 

Później planeta wycofała się ku wnętrzu galaktyki, w stronę Jądra. Tam napotkała kilka róż-

nych gatunków bezpośrednio jeden po drugim i ostatecznie osiadła w jednym z systemów pra-

wie  na  cały  rok.  Nowe  światło  na  niebie  spowodowało  u  zwykle  zadowolonych  z  życia  oby-

wateli zamieszkanego świata tego systemu pęd do konkurencji. Dwa główne kraje rozpoczęły 

nawet  coś  w  rodzaju  „wyścigu  kosmicznego",  żeby  sprawdzić,  kto  pierwszy  zdoła  postawić 

sondę na tajemniczym gościu. Jednak zanim sondy zdążyły dotrzeć na orbitę planety, ta znowu 

znikła. 

I znów obrazy sporządzone tuż przed jej zniknięciem ukazywały świat całkowicie okryty po-

piołem i dymem, gotujący się na własnym ogniu. Saba poczuła litość dla uciekającego świata, 

gdy znów porównała sobie te obrazy ze świadectwem Vergere, opisującej zgodnie ze  słowami 

Jacena świat tętniący życiem i w pełnej harmonii z Mocą. 

Co  najdziwniejsze,  późniejsze  raporty  z  dalszej  drogi  planety  wokół  obrzeża  galaktyki  opi-

sywały ją znowu jako zielony świat  - albo zatem Zonama Sekot zdołała się sama uzdrowić, 

albo nauczyła się 

153

background image

wykonywać  skoki  nadprzestrzenne,  nie  wyrządzając  sobie  więcej  bolesnych  szkód.  Pojawiała 

się i znikała bez ostrzeżenia, nieśmiało przemykając od gwiazdy do gwiazdy w poszukiwaniu... 

czego?  Saba  próbowała  to  sobie  wyobrazić,  ale  nie  wiedziała,  od  czego  zacząć.  Może  gdzieś 

tam po drodze straciła jedyne towarzystwo, jakie znała - kolonistów ferroańskich, którzy od po-

koleń mieszkali na jej powierzchni? Może szukała następców? 

Z  drugiej  strony  Saba  czuła,  że  jako  jeden  z  ostatnich  przedstawicieli  własnego  gatunku, 

wciąż  pogrążona  w  żałobie  po  stracie  własnej  planety,  mogła  przenosić  własne  problemy  na 

Zonamę Sekot. Skąd miała wiedzieć, co dzieje się w umyśle istoty tak niezrozumiałej, jak... 

Nagły, głośny i wysoki pisk zaskoczył Sabę, aż podskoczyła i omal nie rzuciła książki, którą 

właśnie odstawiła na półkę. Obejrzała się i zobaczyła wysoką kobietę w średnim wieku, ubra-

ną w zielony kombinezon pod czarnym płaszczem. Kobieta stała po drugiej stronie alejki, za-

krywając usta obiema dłońmi. Widać było, że jest zaskoczona niespodziewanym pojawieniem 

się ogromnej Barabelki. 

Za  nią  stała  jasnowłosa  dziewczynka,  zaledwie  wyrosła  z  wieku  dziecięcego;  miał  na  sobie 

czarny mundur, wyglądający jak miniaturowa wersja munduru CEDF. Dziewczynka z pogardą 

spoglądała na kobietę, jakby zgorszona okrzykiem. 

- O...ooo - wyjąkała kobieta, opuszczając dłonie. Nerwowy  uśmiech nie zdołał ukryć 

jej zakłopotania. - Przepraszam, przestraszyłam się. 

- Nie warto przepraszać - odparła Saba. - Ona też się przeraziła. Myśleliśmy, że jesteśmy 

sami w bibliotece. 

- Bo jesteście... to znaczy, byliście. - Kobieta wciąż wydawała się nieco niepewna. 

- Mama chciała powiedzieć, że właśnie przyszłyśmy – wtrąciła dziewczynka. - Szukamy 

mojego ojca, Soontira Fela. 

Dziewczynka miała niespokojnie rozbiegany wzrok, co świadczyło, że nie mówi całej praw-

dy. Jednak na dźwięk nazwiska barona Saba zrozumiała, co się dzieje. 

-  Więc ty jesteś zapewne Syal Antilles. 

Kobieta  uśmiechnęła  się,  tym  razem  nieco  śmielej.  Nie  wydawała  się  już  tak  niezręczna, 

choć jeszcze się całkiem nie uspokoiła. 

-  Tak, a to moja córka Wyn. 

Saba złożyła jej krótki, pełen szacunku ukłon. Spotkanie z żoną Soontira Fela, matką Jaggeda 

Fela i siostrą Wedge'a Antillesa, było doprawdy zaszczytem. 

154

background image

- A ona jest Saba Sebatyne. 

- Czego szukasz? - zapytała Wyn, wyciągając szyją, żeby spojrzeć na grzbiet książki, którą 

Saba właśnie odłożyła. 

Saba zawahała się, nie wiedząc, ile może zdradzić. 

- Ta książka opisywała historię gatunku zwanego Hemes Arbora. 

Dziewczynka wzruszyła ramionami. 

- Nigdy o nich nie słyszałam. 

Saba wyjęła książką i otworzyła ją na jednej z dziwnych, dwuwymiarowych map, jakie stoso-

wano w archiwum. Postukała w nią szponem. 

- Stąd pierwotnie przybyli. Z Carrivaru. Wyemigrowali tu, na Osseriton, przez Umaren'k. Ona 

odkryła ich wpływ na kulturą Umaren'k'sa. 

- Co to znaczy? 

- Wyn! - upomniała ją matka. 

Syal Antilles czekała w pewnej odległości. „Bezpiecznej" odległości, uznała Saba. Pomimo 

wielu  lat  przeżytych  z  baronem  Felem  pośród  Chissów  wciąż zapewne  bała  się  niehumanoi-

dalnych obcych - jak się wydawało, była to cecha wielu zwolenników Imperium. 

- Muszę przeprosić za zachowanie mojej córki - zwróciła się Syal do Saby. - Na pewno masz 

dość pracy, nie musisz odpowiadać na jej pytania. 

- Jej nie przeszkadzają pytania twojej córki - zapewniła Saba. Odwróciła się do dziewczynki, 

aby odpowiedzieć na poprzednie pytanie. - Szukamy pewnej szczególnej planety. Poza jed-

nym zamieszkanym światem Osseriton jest pustym systemem. Hemes Arbora zauważyliby 

nowy świat. 

Wyn zaśmiała się cicho. 

-  Dziwnie mówisz. 

  - Wyn! 

Dziewczynka, niewiele niższa od Saby, podniosła wzrok na Barabelkę i przewróciła oczami, 

starannie odwracając się plecami do matki. 

Saba uśmiechnęła się. 

-  Nic nie szkodzi - uspokoiła. - Ona nie jest urażona jej słowami. Wyn uśmiechnęła się tak-

że, po czym zaczęła przyglądać się mapom, a oczy jej błyszczały zainteresowaniem. 

- Musicie prowadzić fantastyczne życie. Podróżujecie do tych  wszystkich miejsc, macie 

różne przygody! 

Saba skinęła głową, podejrzewając, że z punktu widzenia dziecka taki obraz ich życia musi 

wydawać się prawdziwy. Rycerze Jedi 

155

background image

otoczeni byli aurą tajemniczości. Jednak trudno byłoby uznać, że praca, którą w tej chwili wyko-

nywała Saba, miała coś bodaj mgliście wspólnego z przygodami, o których mówiła Wyn... 

-  Więc to prawda - mruknęła Syal, podchodząc bliżej. Jej twarz przybrała podejrzliwy wy-

raz. - Naprawdę sądzicie, że uwierzymy w wasze poszukiwania Zonamy Sekot? 

Saba nie próbowała protestować. 

- Tak, to nasz cel. 

- Ale Zonama Sekot jest tylko legendą, mitem! - Syal pokręciła głową, mrużąc oczy, jakby 

przyszło jej na myśl pewne podejrzenie. - Czego naprawdę szukacie? 

- Ona nie wie, co chcesz powiedzieć przez... 

- Chcę powiedzieć, że trudno mi uwierzyć, byście przebyli całą tę drogę w poszukiwaniu cie-

nia! 

Saba zmarszczyła czoło, jej łuki brwiowe skurczyły się w grube fałdy. Nie rozumiała, dlacze-

go nastrój kobiety nagle uległ zmianie ani do czego zmierza. 

- A po co innego sprowadzałby nas tutaj mistrz Skywalker? 

- Chodziło o bibliotekę CEDF, oczywiście. Dzięki niej macie dostęp do wszystkich ludów i 

miejsc znanych Chissom! 

- Ale po co nam to wiedzieć? 

- Bo szukacie sprzymierzeńców - odparła kobieta. – Odpieraliśmy Yuuzhan Vongów lepiej 

niż wy. Potrzebujecie nas o wiele bardziej niż my was. 

- Sądzicie, że szukamy sposobu, aby przekonać was do przyłączenia się do Galaktycznej Fe-

deracji Wolnych Przymierzy? 

- Albo nas zwabić - twardo odparła Syal. 

- Mamo... - odezwała się Wyn. W jej głosie brzmiała nuta zakłopotania i wyrzutu. Spojrzała 

na Sabę przepraszająco. - Ona tak wcale nie myśli. Po prostu boi się, że będziecie próbowali 

zabrać od niej tatę, tak jak to zrobiliście z Jagiem. 

Oczy kobiety zabłysły gniewem. 

- Wyn! - krzyknęła, próbując zaprzeczyć. 

- Och, mamo, daj spokój - odrzekła dziewczynka, okręcając się na pięcie, by spojrzeć na 

matkę. - Cały czas od wyjazdu Jaga martwisz się tylko o tatę! 

- To nieprawda - stanowczo odparła Syal, ale w jej oczach było coś, co potwierdzało słowa 

dziewczynki. Po chwili westchnęła i pokręciła głową. - Nie, to nie od czasu wyjazdu Jaga, 

Wyn. Od czasu upadku Coruscant. 

156

background image

Saba poczuła się niezręcznie. Wolałaby, żeby mistrz Skywalker był przy niej i odpowiadał na 

te oskarżenia. On znacznie lepiej radził sobie z takimi sprawami. 

- Przed Coruscant istotnie próbowałam namówić Soontira, aby przyłączył się do walki z 

Yuuzhanami. - Syal porzuciła oskarżycielski ton, za co Saba była jej wdzięczna. Teraz pró-

bowała wyjaśnić swój poprzedni wybuch wrogości wobec Saby. - Chciałam, żeby przyłą-

czył 

się do Nowej Republiki, tak samo jak Jag, albo z resztą Chissów, albo bez nich. Ale on nie 

chciał walczyć. Powiedział, że Nowa Republika poradzi sobie z Yuuzhanami, tak samo jak 

my sobie z nimi radzimy po naszej stronie galaktyki. A potem straciliście stolicę i... – Zawa-

hała się lekko, jakby zbierając myśli. - Wiedziałam wtedy, że on zmieni zdanie, a wy prze-

gracie. - Jej oczy biegały pomiędzy Wyn a Saba. - Nie pozwolę wam zabrać go ze sobą. Nie 

pozwolę. 

- Myślisz, że będzie tutaj bezpieczny, jeśli Chissowie nie przyłączą się do nas? 

Wyraz  twarzy  Syal  powiedział  Sabie  wszystko,  co  chciała  wiedzieć.  Kobieta  wiedziała,  że 

Chissowie nie mają szans, jeśli cała reszta galaktyki ulegnie Yuuzhan Vongom. W ciągu paru 

lat obcy najeźdźcy pokonają nawet najsilniejsze szańce Chissów. 

- Nie popełnijcie tego błędu, żeby nie docenić Yuuzhan – odezwała się Danni z drugiej strony 

nawy. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej. Saba nie słyszała, kiedy uczona podeszła, i nie 

miała pojęcia, jak długo przysłuchiwała się rozmowie. Twarz miała szarą ze zmęczenia, ale 

mówiła z pewnością wynikającą z własnego doświadczenia. – Zbyt wielu z nas właśnie za 

to zapłaciło straszliwą cenę. Nowa Republika, Imperium, Huttowie, Ithorianie, Rodianie... li-

sta robi się coraz dłuższa z każdym rokiem tej wojny. Z pewnością wiesz, co się działo, zda-

jesz sobie sprawę, jakim zagrożeniem są najeźdźcy. Czy sądzisz, że ukrywanie się tutaj 

uchroni was na zawsze? W każdej chwili mogą stwierdzić, że chcą was zniszczyć, tak samo 

jak zrobili to z Ruinami Imperium. 

- Wasza pozycja jest niepewna - dodała Saba. - Zaprzeczanie nie zmieni faktów. 

- Nie chcę go stracić - szepnęła pani Antilles, a na jej twarzy odmalowały się sprzeczne uczu-

cia. - Nie mogę już tego znieść: Nie mogę... 

- Mamo... - dziewczynka wydawała się przerażona. 

 - Nie bój się - rzekła Saba, wkładając w swój szorstki, gadzi głos tyle współczucia, ile mogła. 

-  Nie jesteśmy  waszymi wrogami, rozumiemy  wasze  lęki.  -  Wyn  spojrzała  na  nią  wielkimi, 

zdziwionymi 

157

background image

oczami.  -  Ale  w  tej  wojnie  nie  ma  prostych  rozwiązań.  Odwrócenie  się  tyłem  nie  sprawi,  że 

zniknie. Potrzebujemy długoterminowych planów, potrzebujemy współpracy. Ona jest tego cał-

kowicie pewna, Syal Antilles. 

Syal skinęła głową, choć jej niepewność nie znikła. 

- Ty jesteś Syal Antilles? - zapytała Danni, podchodząc bliżej. 

- Tak - odparła kobieta. - Dlaczego? 

- Właśnie przybył baron Fel - wyjaśniła Danni. - Ale nie spodziewał się tu ciebie. 

- Nie spodziewał się - przytaknęła, potwierdzając wcześniejsze podejrzenia Saby, że Wyn 

kłamała. - Słyszeliśmy, że właśnie przybył ktoś z domu, i chciałyśmy się z wami zobaczyć. 

- Przerażona matka i żona znikła, na jej miejscu stała opanowana, pewna siebie kobieta, z 

promiennym uśmiechem na uprzejmej twarzy przemawiająca do obcej osoby, która być może 

nie słyszała wszystkich jej poprzednich wątpliwości. - A teraz, kiedy już porozmawiałyśmy, 

chyba powinnyśmy sobie pójść. - Oczy Syal przelotnie spotkały się z oczami Saby, przeka-

zując wszystkie możliwe uczucia, z których najbardziej widocznym była wdzięczność. - Dzię-

kuję ci za te słowa, Sabo. I proszę, przyjmij moje przeprosiny za to, co powiedziałam. 

- Nie ma takiej potrzeby - odparła Saba z lekkim ukłonem. 

Syal Antilles odpowiedziała takim samym gestem. 

- Chodź, Wyn. 

- Myślę, że mogłabym zostać i pomóc im trochę, jeśli mi pozwolisz - dziewczynka zwróciła 

się do Saby i Danni. 

-  Nie sądzę, aby to był dobry pomysł, Wyn - zaprotestowała matka. - Nie powinnaś im prze-

szkadzać w pracy. 

- Nie, nie szkodzi - zapewniła Danni. - Właściwie przydałaby się nam pomoc. 

- Jesteś pewna? - zapytała Syal. Widać było, że wciąż jeszcze czuje się zakłopotana swoim 

wcześniejszym wybuchem. 

Saba wiedziała jednak, że zastrzyk młodzieńczego entuzjazmu Wyn jest dokładnie tym, cze-

go im potrzeba. 

- Z całą pewnością Wyn nie będzie nam przeszkadzać. 

Twarz małej rozpromieniła się natychmiast. 

- Nie pożałujecie. Znam te zapisy lepiej niż większość ludzi, nawet Tris! 

- W to raczej wątpię - odparła jej matka. 

Wyn nie odpowiedziała. Spojrzała na Danni i zapytała: 

158

background image

- Czy to prawda, że jest tu jedno z bliźniąt Solo i Skywalkerowie? 

Danni skinęła głową i uśmiechnęła się. 

- Tak, Jacen Solo. 

- I będę mogła go poznać? .- Oczywiście - odparła Danni. 

- Nie bądź taka pewna siebie, Wyn - wtrąciła się matka. Wciąż nie była pewna, czyjej córka 

powinna zostać. - Musimy jeszcze wyjaśnić to z ojcem. 

- Nic mi nie powie, mamo - odparła Wyn, prawie podskakując w miejscu. Jej entuzjazm 

dowodził, że od dawna nie zdarzyło się w jej życiu nic szczególnie ekscytującego. 

- Ona jej dopilnuje, kiedy będziesz szukać, jeśli chcesz. 

Syal skinęła głową, choć wciąż niepewnie. Danni odprowadziła ją pomiędzy regały. 

- Dziękuję, tak bardzo ci dziękuję! - wykrzyknęła dziewczynka, skoro tylko matka i Danni 

znikły z pola widzenia. - To będzie fantastyczne! 

- Ale to będzie również ciężka praca - ostrzegła Saba. - I do tego bardzo ważna. 

- Och, doskonale to rozumiem - odparła Wyn, zmuszając się do spokoju. Rozejrzała się wo-

kół, rozpostarła ramiona, jakby chciała objąć całą bibliotekę, i zapytała: - To od czego chce-

cie zacząć? 

Jaina  szła  za  Salkelim  tak  szybko,  jak  mogła.  Jej  przewodnik  prześlizgiwał  się  przez  rury  i 

pnącza na dno Sterty. Cała konstrukcja zadygotała, kiedy Sterta opuściła się nieco, aby zmniej-

szyć impet skoku. Jaina rozejrzała się, żeby sprawdzić, czy okolica jest czysta. Była. Jeśli nawet 

strażnicy bakurańscy kręcili się blisko, to nie na tyle, żeby dotrzeć do parteru. 

Salkeli machnął na nią ręką, żeby szła szybciej. Wcisnęła nadajnik do kieszeni kombinezonu, 

wzięła do ręki wyłączony miecz świetlny i przyspieszyła kroku. Jej stopy cicho dotykały pod-

łoża  pośród  gruzu  i  kamieni,  które  sprawiały,  że  opuszczony  budynek  biurowy  wyglądał  bar-

dziej na ruiny w dżungli. Rodianin wyprowadził ją z atrium i powiódł serią krótkich korytarzy. 

Wyszli wreszcie na budynek, który kiedyś był publiczną łaźnią i po chwili nasłuchiwania dźwię-

ków dochodzących z zewnątrz otworzyli okno. 

-  Teraz ty pierwsza - zaproponował Salkeli. Jaina wyśliznęła się przez wąską szczelinę w 

panujący na zewnątrz mrok. 

159

background image

Stwierdziła,  że  stoi  w  długiej  i  bardzo  wąskiej  alejce.  Cieszyła  się,  że  nie  czekają  na  nich 

uzbrojeni strażnicy, ponieważ nie było tu dość miejsca do obrony. 

Sądząc z wyglądu nieba, wciąż panowała noc. Jaina nie przyzwyczaiła się jeszcze do lokal-

nego czasu, ale podejrzewała, że świt już blisko. Jeśli Malinza i inni członkowie Wolności za-

mierzają zwiać, niech się lepiej zaczną spieszyć. 

- Jaki rodzaj odwrócenia uwagi miał na myśli Vyram? – zapytała Rodianina, kiedy wynurzył 

się z okna obok niej. 

- Zaczekaj, to sama zobaczysz - odparł i zamrugał. 

Pobiegł  alejką,  poruszając  się  ostrożnie,  lecz  szybko.  Jaina  podążała  za  nim,  czujna  na  naj-

mniejszą  nawet  zmianę  w  otaczającym  ją  środowisku.  Słaby  wiatr  wiał  jej  w  twarz,  unosząc 

kurz, śmieci i papiery. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że strażnicy nie muszą być su-

perinteligentni, żeby ją znaleźć. Wystarczyło, że będą szli za sygnałem z pluskwy, którą miała w 

kieszeni. Powinna teraz znaleźć dzikiego cratscha albo zagubionego robota, do którego mogłaby 

przyczepić pluskwę. Do tego momentu musi po prostu przez cały czas być w ruchu i uważać na 

siebie. 

Salkeli  znajdował  się  o  dziesięć  metrów  od  wylotu  alejki,  kiedy  nagle  przeleciał  nad  nimi 

miejski  pojazd  powietrzny.  Światła  lądowania  i  potężne  łukowe  migacze  rozświetliły  wąski 

przesmyk między domami. W ciągu sekundy już go nie było. Jaina słyszała jeszcze ryk turbin, 

kiedy wchodził w zakręt, żeby zawrócić i oświetlić ich znowu. 

Poprzez Moc Jaina wyczuła miotacz, zanim trzymająca go kobieta zdążyła pomyśleć o strza-

le. Jednym płynnym ruchem zatrzymała się  w pół kroku i uruchomiła miecz świetlny, opusz-

czając ostrze tak, aby znajdowało się pomiędzy nią a strażniczką. Uczyniła to w tej samej chwi-

li, kiedy padł strzał. W oślepiającym rozbłysku odbity promień uderzył w ścianę obok, rozpry-

skując na wszystkie strony kawałki gruzu. Teraz strzały padały już jeden za drugim, ale dym 

unoszący się w powietrzu utrudniał celowanie i Jaina bez trudu wycofała się w ślad za osłania-

jącym ją Salkelim. 

Rodianin syknął, żeby się pospieszyła. Czując, że nikt na nich nie czeka, odwróciła się i po-

biegła  pędem  do  wylotu  alejki.  Salkeli  miał  miotacz  w  ręku,  gotów  strzelać  do  każdego,  kto 

stanie  im  na  drodze.  Jaina  z  kolei  nie  zamierzała  bez  potrzeby  atakować  ludzi,  którzy  mimo 

wszystko byli jej sprzymierzeńcami. 

Po wyjściu z alejki znalazła na się większej, bardziej odsłoniętej ulicy. Salkeli był już w po-

łowie jej długości, kierując się do rozbitego 

160

background image

okna  w  budynku  po  drugiej  stronie.  Jaina  pobiegła  bez  wahania,  po  drodze wyłączając miecz 

świetlny. Rzuciła się przez ulicą i głową naprzód skoczyła przez okno  sekundą po Salkelim. 

Przetoczyła się,  wylądowała i skoczyła na nogi, rozglądając się wokół siebie. Szybki rzut oka 

powiedział jej, że znajduje się w wielkiej hali biurowej, dawno opuszczonej. Połamane meble 

walały się po całej podłodze. 

Salkeli właśnie gramolił się na nogi, kiedy z wylotu alejki wybiegli pierwsi strażnicy. 

- Ruszaj się! - zawołał i zgięty wpół wybiegł z pomieszczenia. 

Poprowadził ją w głąb budynku, potem jeszcze dalej, do jednej z piwnic. Kopniakiem wywalił 

zablokowane drzwi i odsłonił długi tunel, który, sądząc z długości, łączył budynki wzdłuż całej 

ulicy. Pobiegli nim, mijając wejścia do innych piwnic. 

- Mam nadzieję, że masz jakiś plan - zagadnęła Jaina. 

- Mniej więcej - odkrzyknął. - Zaraz wrócimy na górę, żeby ich zmylić. Kiedy będziemy 

pewni, że Malinza i inni są już bezpieczni, zgłoszę się do ciebie po pomysły. 

W  korytarzu  za  ich  plecami  rozległy  się  kroki.  Jaina  okręciła  się,  zapalając  miecz,  i  odbiła 

kilka  promieni  miotacza,  które  wycelowano  w  plecy  uciekinierów.  Salkeli  wbiegł  na  drugą 

klatkę schodową po prawej; Jaina tuż za nim. 

Nie zatrzymał się na parterze, wspinał się ku szczytowym partiom budynku. Kiedy wyszli na 

górę, czekał tam na nich pojazd powietrzny. Wisiał nad dachem jak zdalniaki, z którymi treno-

wała  Jaina.  Po  obu  bokach  pojazdu  stali  strażnicy,  celując  wprost  w  Salkelego  i  jego  to-

warzyszkę. Uciekając przed strzałami, uciekinierzy skryli się za szybem wentylacyjnym. Jaina 

użyła Mocy, aby rozkołysać stateczek, Rodianin zaś odpowiadał ogniem. To nieco wyrównało 

proporcje, ale wciąż byli w sytuacji patowej, bo nie mieli dokąd uciec. 

Jaina miała właśnie zamiar mu to powiedzieć, kiedy bliska eksplozja sprawiła, że załoga po-

jazdu  przerwała  ostrzał.  Uwagę  strażników  przyciągnęła  kula  rozgrzanych  gazów  wznosząca 

się z najbliższego  budynku, tego samego,  gdzie była Sterta. Jaina była tak zdumiona obrotem 

spraw, że za późno zauważyła kolejną grupę strażników, którzy wypadli z klatki schodowej. Na 

szczęście i oni zajęli się nieoczekiwanym widowiskiem, ze zdumieniem wpatrując się w to, co 

wyłaniało się w miejscu, gdzie do tej pory była kopuła budynku. 

W ledwo rozjaśnione świtem niebo wznosiła się właśnie Sterta -w całej okazałości bezładnej 

plątaniny  kontenerów,  luźno  powiązanych  rusztowaniami  i  pnączami.  Lśniące  okruchy  potrza-

skanej transpastali 

161

background image

spadały na budynek poniżej jak srebrny deszcz. Napędzana repulsorami konstrukcja była lekka 

jak balon wypełniony gorącym powietrzem i poruszała się dokładnie tak samo. Gdy tylko ode-

rwała się od budynku, zaczęła dryfować, unoszona wiatrem; ciągnęła za sobą rosnącą  chmurę 

śmieci i dymu. 

Statek  strażników  ruszył  natychmiast,  aby  przechwycić  unoszącą  się  konstrukcję:  swoich 

pasażerów zostawił na dachu. 

- Nadszedł czas na pomysły - syknął Salkeli. - Ci strażnicy niebawem sobie przypomną, po co 

tu przyszli. Na razie stoją dokładnie pomiędzy nami i jedyną naszą drogą ucieczki. 

- Jest jeszcze inna - przypomniała Jaina, spoglądając przez krawędź dachu w dół. 

Salkeli popatrzył na grunt, który znajdował się o dobre dziesięć metrów niżej, i zachichotał. 

- Nie mów mi, że Jedi latają! 

Pokręciła głową i się uśmiechnęła. 

- Nie, ale ładnie skaczą. Chodź. 

Podbiegła  do  krawędzi  dachu,  nie  zatrzymując  się,  żeby  sprawdzić,  czy  Rodianin  idzie  za 

nią. Ufając w swój instynkt i Moc, skoczyła w powietrze. 

Zamiast jednak wylądować na drugim dachu, stwierdziła, że znalazła się w głębokim i szero-

kim kanale, do połowy wypełnionym rwącą wodą. Prąd chwycił ją natychmiast i przytrzymał. 

Przez  chwilę  bezradnie  wymachiwała  rękami  i  nogami,  żeby  wypłynąć  na  powierzchnię. 

Wreszcie  wyskoczyła  z  płonącymi  płucami,  desperacko  próbując  zaczerpnąć  tlenu  i  wykasłać 

jednocześnie połkniętą wodę. Gdzieś w pobliżu usłyszała chichot Rodianina. 

- Tutaj! - zawołał, gdy prąd unosił ich wysoko sklepionym tunelem. Dzielnie wiosłował rę-

kami o jakiś metr od niej. 

Wypluła resztę wody i podpłynęła do niego. 

- Zdaje się, że to właśnie było wspomniane odwrócenie uwagi. Sterta była pusta, prawda? 

- Tak. - Głos jej towarzysza odbijał się echem w tunelu. – Zanim strażnicy się rozdzielili, 

żeby sprawdzić, pozostali uciekli przez piwnice. 

- Ale cały ten sprzęt... - szepnęła. Taka strata dla niewielkiej grupy musiała być bolesna. - Te 

wszystkie dane! 

- Dane i urządzenia można zastąpić, życia nie. - Minęli otwartą studzienkę, która wpuściła do 

tunelu trochę światła. Odbiło się od fasetkowych oczu Salkelego. - No dobrze, jesteśmy - rzekł. 

- Ruszaj na brzegi 

162

background image

- Ty naprawdę wiesz, gdzie jesteśmy? - Była szczerze zdumiona. 

- Rodianin zawsze ma plan ucieczki - odparł, wierzgając energicznie, żeby dobić do ściany tu-

nelu. - Myślałem, że wszyscy to wiedzą. 

- Ale przecież to ja skoczyłam pierwsza! 

Rodianin zabeczał nosowo, co w tunelu zabrzmiało przerażająco głośno. 

- Też o tym pomyślałem, ale chciałem sprawdzić, jak sobie dasz radę. 

Dotarł do ściany i znalazł punkt oparcia na śliskiej powierzchni.  Jaina nie pozostawała dale-

ko w tyle. Wetknęła palce w szczeliny pomiędzy cegłami, gdzie stara zaprawa zdążyła się już 

wykruszyć. 

- Do góry - polecił Rodianin. - Widzisz? 

Jaina spojrzała w górę i ujrzała otwarty właz, z którego schodziła  w dół zardzewiała meta-

lowa drabinka. Poszła za przykładem towarzysza i zaczęła powoli przesuwać się w tamtym kie-

runku. Prąd był silniejszy niż przedtem, musiała więc bardzo uważać, żeby nie dać się porwać. 

W dalszej części tunelu słychać było słaby pomruk, jakby  odległy ryk. Domyśliła się, że albo 

tunel zaczyna się zwężać, albo kończy się  podziemnym wodospadem.  Tak czy  inaczej, wolała 

tego nie sprawdzać osobiście. 

- Pomogę ci - zaofiarował się Salkeli, podpływając bliżej. Jaina sięgała już do drabinki. 

- Nie trzeba. - Delikatnie podsadziła go w górę Mocą i z przyjemnością zauważyła wyraz 

zdumienia na jego zielonym obliczu. - Muszę najpierw coś załatwić. 

Wspiął się po drabince, a ona sięgnęła do kieszeni i wyjęła pluskwę. Delikatnie opuściła ją na 

wartki prąd. Z satysfakcją pomyślała o tych  wszystkich strażnikach, którzy będą  jej  szukać w 

kanalizacji.  Teraz  sama  również  wyszła  z  wody  i  wspięła  się  do  góry,  na  stosunkowo  świeże 

powietrze. 

Słońce już wschodziło nad horyzontem, kiedy wychynęła z włazu. Rozejrzała się i stwierdziła, 

że dotarli do całkiem innej części miasta. Ulice były tu szersze, budynki niższe i lepiej utrzyma-

ne. Wyglądało to bardziej na dzielnicę magazynową niż na opuszczony kompleks biurowy. 

- Udało się - szepnęła z westchnieniem ulgi. 

- Wywaliłaś pluskwę? 

Jaina skinęła głową, myśląc już, co robić dalej. 

- Myślę, że już dość pomogłaś Wolności jak na jeden dzień – rzekł Salkeli..  - Podrzucić cię 

do miasta? 

- Jeśli tylko nie trzeba będzie pływać... 

Zaśmiał się i skierował ją gestem do najbliższego budynku. Był to długi, niski skład 

163

background image

kontenerowy,  zabezpieczony  roletowymi  drzwiami.  Salkeli  wstukał  kod  w  zamek  i  drzwi 

posłusznie zrolowały się  w górę, odsłaniając zakurzony, ale na oko sprawny dwumiejscowy 

ścigacz. 

- Nie powiesz mi chyba, że to twoje? - zapytała Jaina. 

Fasetkowe oczy zabłysły. 

- A uwierzyłabyś? 

- No wiesz - odparła lekko. - Jak to się mówi, Rodianin ma zawsze plan ucieczki. 

Uśmiechnął się znowu i gestem długich zielonych dłoni zaprosił ją  do środka, a sam obszedł 

pojazd od tyłu, żeby poprawić lotkę. W chwili, kiedy to robił, zmysły Jainy zaalarmowały ją. Na-

gle zrozumiała, że dzieje się coś złego... coś, czego się nie spodziewała. Wsiadała już do ściga-

cza, kiedy jej plecy przeszył palący ból. 

Odwróciła  się  i  upadła;  w  ostatnim  przebłysku  świadomości  zobaczyła  jeszcze, jak  Salkeli 

opuszcza miotacz. 

- Zawsze - usłyszała, zanim pochłonęła ją ciemność. 

Biegła  prawie  pustymi  korytarzami  tak  szybko,  jak  tylko  mogła,  nie  wiedząc  gdzie  jest  ani 

dokąd zmierza. Nie miała pojęcia, czy nie biega w kółko. To i tak nie miało znaczenia. Wystar-

czyło, że biegła nieustannie w nadziei, że ucieknie od bólu, jaki ogarnął jej umysł. 

Lecz choć bardzo się starała, nie mogła prześcignąć wspomnień. Jej życie jawiło się jak jedna 

wielka tragedia, od śmierci rodziców na Tatooine po ostatnie załamanie na Bakurze. I oczywi-

ście... Anakin... 

„Pamiętajcie, razem jesteście silniejsi niż suma waszych osobowości". Ostatnie słowa mistrza 

Ikrita,  przekazane  jej  poprzez  Moc,  pomagały  jej  zaakceptować  uczucie  do  Anakina.  Ale  nie 

chodziło o słowo „siła", lecz o słowo „razem". Kochała Anakina, zawsze go kochała. Jako dziec-

ko widziała w nim przyjaciela; w miarę jak dorastali, uczyła się kochać go jak kobieta. A teraz, 

przez Yuuzhan Vongów, przez voxyna i Myrkr ta miłość nie doczeka się spełnienia. 

Jej ciałem wstrząsał szloch. Skuliła się i objęła ramionami brzuch. Nieobecność Anakina była 

niczym ziejąca czarna dziura w jej życiu,  przepaść, której nic nie jest w stanie zapełnić. Przy-

szłość, jaka powinna stać się ich udziałem, nigdy nie nastąpi i nic jej tego nie wynagrodzi. Na-

wet status prawdziwego rycerza Jedi nie jest żadną pociechą 

 Moc bez Anakina jest jedną wielką pustką. „To nie miało być tak! - Chciałaby te słowa wy-

krzyczeć wszechświatowi w twarz. - Zmień to! 

Popraw! Odwróć! Niech ten ból się wreszcie skończy!" 

164

background image

Upadła  na  podłogę,  skulona  w  pozycji  embrionalnej,  desperacko  usiłując  pozbyć  się  bólu. 

Anakin poświęcił się dla słusznej sprawy i ta myśl tylko potęgowała miłość, którą do niego czuła. 

Chciałaby wrócić tam i pocałować go po raz ostatni, zamiast się bezsensownie ukrywać. Chcia-

łaby wrócić i walczyć u jego boku, pomóc mu pokonać wojowników Yuuzhan Vongów, którzy 

go zabili. Chciałaby umrzeć wraz z nim, bo życie bez niego było po prostu niezrozumiałe... 

Wspomnienia... 

- Nie jesteście nieśmiertelni - powiedział im Corran Horn na asteroidzie niedaleko Yag'Dhul. 

- i nie jesteście niezwyciężeni. 

- Każdy kiedyś dostaje nieprzyjemną niespodziankę- odpowiedział Anakin. - Wolę ją dostać 

stojąc, niż leżąc. Wspomnienia... 

- Przez większość mojego życia myślałem o Ciemnej Stronie. Matka dała mi imię człowieka, 

który stał się Darthem Vaderem. Imperator dotknął mnie w jej łonie. Co noc miałem koszmary, 

w których zawsze kończyłem w zbroi dziadka. Z całym szacunkiem, sądzę, że myślałem o 

Ciemnej Stronie więcej niż ktokolwiek inny, kogo znam. 

Wspomnienia... 

- Byłaś pokryta bliznami i wytatuowana jak Tsavong Lab. - powiedział Anakin. - Byłaś Jedi, 

ale ciemnym. Czułem emanującą od ciebie ciemność. 

- Nie myślisz już, że mnie to może spotkać? - odparła, przerażona tą wizją. - To przecież 

niemożliwe! Uratowałeś mnie z ich rąk, powstrzymałeś, zanim skończyli. - Jego wątpliwości, 

jego strach, że mogłaby przejść na drugą stronę, ugodziły ją głębiej aniżeli jakakolwiek 

fizyczna rana, którą kiedykolwiek otrzymała. - Anakinie, nigdy nie przyłączę się do Yuuzhan 

Vongów... 

Wspomnienia. 

- Prościej będzie, jeśli nam się nie uda. 

To po ich pierwszym pocałunku, kiedy nie mogli już wrócić do poprzednich relacji. 

- Tak. A co, żałujesz? 

- Nie. Ani troszeczkę. 

 - To spróbujmy przeżyć, żeby to sobie uporządkować, dobrze? 

   Szloch szarpał nią jak szpony. Była taka samotna. Taka... sama. Rodzina Anakina mogła 

stać się jej rodziną, ale się jej bali. Byli wobec niej podejrzliwi i próbowali ją odepchnąć. 

Wszyscy ją odpychali. Wszyscy, z wyjątkiem... 

- Tahiri? 

165

background image

Głos dochodził spoza jej głowy, spoza wspomnień. Było to tak nieoczekiwane, że natychmiast 

zerwała się na nogi. Miecz zahuczał, wznosząc się błyskawicznie, zanim jeszcze zauważyła, kto 

ją wzywa. A nawet kiedy spojrzała, mgła łez skutecznie zasłaniała jej pole widzenia. 

- Nie, zaczekaj! - Kimkolwiek był, cofnął się nerwowo i błagalnie wyciągnął ramiona w de-

sperackiej prośbie, aby opuściła broń. 

- Spróbuj tylko do mnie podejść - syknęła - to niech mnie, jeśli... 

- Nie, nie, obiecuję! - Nie rozpoznała głosu. - Słyszałem tylko, że zaginęłaś. To wszystko. 

Przyszedłem ci pomóc. 

- Pomóc? - powtórzyła podejrzliwie, ale miecz zadrżał jej w dłoniach. - Dlaczego miałbyś 

mi pomagać? Przecież mnie nie znasz. 

- Ależ znam - zapewnił głos. - Jesteś Jedi-która-była-przemieniona. Jesteś... 

Poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. 

-  Nigdy mnie tak nie nazywaj! 

Cofnął się jeszcze o krok, uciekając przed końcówką świetlistego ostrza, które pomknęło w 

jego stronę. 

- Przepraszam! - zawołał. - Nie wiedziałem, że cię to obraża! 

- No tak, właśnie - odparła, wlewając w te słowa cały swój gniew. - Przypomina mi o spra-

wach, o których wolałabym nie pamiętać. 

- Mogę to zrozumieć. Jesteś w wielu aspektach podobna do nas. 

Gniew rozgorzał znowu. Próbował nią manipulować. 

- A kimże ty jesteś? 

- Przyjacielem. Spotkaliśmy się niedawno w porcie, pamiętasz? 

- Ryn? - Zamrugała, żeby usunąć wilgoć przesłaniającą jej wzrok i dokładniej przyjrzała się 

stojącej przed nią istocie. 

Miała szarą skórę i dziób zamiast nosa. Giętki ogon chłostał powietrze za plecami. I ten zapach... 

zapach charakterystyczny dla jego gatunku. 

- To rzeczywiście ty - szepnęła zaskoczona, wyczuwając znajomą, osobę, choć nigdy nie wi-

działa jego twarzy. 

Skinął głową. 

- Nazywam się Goure - rzekł, próbując zmusić się do uśmiechu, ale wyraźnie przeszkadzał mu 

w tym uniesiony w powietrze miecz świetlny. -  Słuchaj, możesz to zabrać? Jeszcze niechcący 

zwrócimy na siebie niepotrzebnie uwagę. 

Tahiri z pewnym zakłopotaniem stwierdziła, że istotnie znajdują się  w miejscu publicznym. 

Po drugiej stronie korytarza zaczynali się już 

166

background image

zbierać gapie, z ciekawością obserwując Jedi i Ryna. Szybko wyłączyła miecz i przyczepiła do 

paska. 

- Przepraszam - rzekła, przerażona własną głupotą. - Nie myślę normalnie. 

Goure dobrotliwie wzruszył ramionami. 

- Nie ma się czego wstydzić - rzekł półgłosem. - Chodź, pójdziemy tam, gdzie nie będziemy 

mieć publiczności. Ale nie może to wyglądać tak, że ja cię prowadzę. Jestem służącym, musisz 

mi rozkazać, żebym cię zaprowadził. 

Skinęła głową. 

- Zgubiłam się, zabierasz mnie do domu. 

- Właśnie. - Zmienił pozycję pod prostymi szarymi szatami i pochylił się, jakby ze starości. - 

Chodź za mną. 

Poszła za Rynem z wysoko podniesioną głową i twarzą wypraną  z wszelkich emocji, które 

czuła jeszcze kilka chwil wcześniej. Przepchnęła się przez tłum na końcu korytarza, a jej zimne 

spojrzenie rzucało każdemu wyzwanie, kto spróbowałby ją zatrzymać. Potrzebowała całej kon-

troli Mocy, aby uspokoić co bardziej ciekawskich; nie przeoczyła ironii sytuacji, że sama nie 

może zastosować tej sztuczki na sobie. Pod fasadą spokoju jej umysł wciąż cierpiał. 

Goure  prowadził  ją  przez  korytarze  i  sklepy  Salis  D'aar  obok  unoszących  się  w  powietrzu 

pomników i eleganckich fontann. Życie roślinne opanowało planetę, rozkwitając w bogatym 

powietrzu i żyznej glebie. Pnie drzew wystrzelały ze starannie rozmieszczonych  otworów w 

ścianach i chodnikach; ich pokryte pnączami pędy odwracały uwagę od punktów ochrony, sta-

cji komunikatorów i okienek informacyjnych. Gdzieniegdzie Salis D'aar wydawało się tak za-

rośnięte, jakby to dżungla zwyciężała, lecz ferrobeton był dość silny,  by dumnie i skutecznie 

oprzeć się naporowi korzeni i pnączy. Miasto musi przetrwać - to najpotężniejszy bastion cywi-

lizacji w walce z naturą. 

- Tutaj - rzekł Goure, przepuszczając ją do wąskiego korytarza pomiędzy dwoma dekoracyj-

nymi posągami. Bez wahania i pytań podążyła we wskazanym kierunku, bo nie wyczuwała od 

niego zagrożenia czy niebezpieczeństwa. Goure rozejrzał się uważnie, zanim wsunął się w ślad 

za nią. Wchodząc, dotknął wyłącznika i uruchomił mały holoprojektor, który zakrył wejście 

iluzją solidnej ściany. 

- Nikogo nie zatrzyma - wyjaśnił, prowadząc ją korytarzem – ale przynajmniej zmyli ich na 

chwilę. 

- Czy strażnicy mnie szukają? - zapytała. 

167

background image

- Och, nie. To nie ma nic wspólnego z tobą. - Jego ogon zwijał się i rozwijał w zakłopotaniu. - 

Wolimy po prostu nie pozostawiać po sobie zbyt wielu tropów. 

Pomieszczenie na końcu korytarza było puste, jeśli nie liczyć dwóch krzeseł i niskiej skrzyni. 

Nagie kamienne ściany i pojedyncze, odkryte źródło światła sprawiały nieprzyjemne wrażenie, 

ale Tahiri nie czuła  się zagrożona przez stojącego za nią Ryna. Emanował  jedynie pewnością 

siebie i ufnością. 

- Siadaj - poprosił. Pogrzebał w skrzynce i wyjął dwa pogięte metalowe kubki oraz butelkę 

wody. Tahiri usiadła bliżej wejścia, zadowolona, że nareszcie może odpocząć. Poczuła się wyzuta 

z wszelkiej energii aż do samego jądra swojej istoty, jakby biegła od wielu dni. 

Podał jej kubek wody - przyjęła go z wdzięcznością. Woda była dobra, orzeźwiająca i dziew-

czyna popijała ją z przyjemnością, przymykając oczy. 

- Co ci się stało w ramiona? - Goure wskazał blizny, wyraźnie widoczne pod cienką tuniką. 

- Nic takiego - odparła skrępowana, splatając ramiona tak, aby ukryć własnoręcznie zadane ob-

rażenia z czasów Kalamara. Niestety, niewiele mogła zrobić z blizną na czole. - Która go-

dzina? - zapytała, żeby zmienić temat. 

- Kilka godzin do świtu. 

Zdziwiła się - choć to częściowo tłumaczyło jej zmęczenie. Nie chciała zadać następnego py-

tania, ale musiała to zrobić, aby się uspokoić. 

- Co ja robiłam? 

Goure spojrzał współczująco. 

- Nikogo nie zraniłaś, jeśli o to ci chodzi. 

- Powiedziałeś, że słyszałeś o moim zaginięciu. - Pomyślała, że to bardzo użyteczny eufe-

mizm. - Skąd? 

- Mam sposoby, żeby się dowiedzieć, co się dzieje - odrzekł. - Rynowie są w najlepszym 

przypadku ignorowani. Pracujemy na najniższych szczeblach drabiny społecznej, wykonując 

prace, których nie chce się podjąć nikt inny. To pozwala mi wchodzić w różne miejsca i da-

je mi dostęp do informacji, o jakich ludzie w ogóle nie wiedzą. Słucham plotek, skanuję czę-

stotliwości ochrony, grzebię w śmieciach... - Tahiri skrzywiła się nieświadomie, co wywołało 

uśmiech na jego twarzy. - Tak, wiem. To nie jest najpiękniejszy zawód na świecie, ale mam 

wyniki. Obserwowali cię uważnie, nie wiedząc, co kombinujesz. Uznałem, że lepiej się do 

ciebie dostać, zanim stwierdzą, że trzeba cię 

168

background image

zgarnąć. - Wzruszył ramionami. - Nie było trudno się zorientować, gdzie jesteś i dokąd się wy-

bierasz. 

Wolała  nie  myśleć,  co  by  się  działo,  gdyby  strażnicy  postanowili  dobrać się jej do skóry w 

czasie tej niezwykłej ucieczki w siebie. Uczucie gniewu i bólu było tak przytłaczające, że równie 

dobrze mogła wykorzystać strażników, aby dać upust własnym emocjom. 

Goure twierdził jednak, że nie skrzywdziła nikogo. Za to przynajmniej powinna być wdzięcz-

na. 

- A co z Hanem i Leia? - zapytała. - Czy oni wiedzą? 

- Obawiam się, że mają w tej chwili inne sprawy na głowie. – Ryn spoważniał nagle. - 

Wkrótce po północy wydano nakaz aresztowania Jainy. 

- Co? Dlaczego? 

- Roboty strażnicze zarejestrowały, że pomagała w ucieczce Malinzy Thanas z więzienia, 

gdzie ją przetrzymywano. Została oskarżona o pomoc i współudział, jak również ukrywanie 

więźnia... a raczej będzie oskarżona, jeśli ją złapią. Stwierdzili, że jest uzbrojona i niebez-

pieczna. Strażnicy mają uciec się do użycia siły w razie oporu. 

Te wieści wstrząsnęły Tahiri tak, że zapomniała o własnych problemach. Jaina ścigana? Na-

tychmiast pomyślała, że powinna jej pomóc. Więzi z rodziną, która omal nie stała się jej własną, 

były silne, ale nie tak silne, jak nagłe ostrzegawcze drżenie, które przebiegło jej ciało. 

„Nazwałam cię Riiną"... 

Te słowa wróciły do niej jak fala. Twarz Leii w półmroku sypialni, srebrny wisior. 

„Jaina powiedziała mi, co znalazł Jag". 

Sięgnęła do kieszeni szaty i dotknęła wisiora, wyczuwając wypukłości i krawędzie wyszlifo-

wane szponami Yuuzhan. Prawdopodobnie Brygada Pokoju pozostawiła go przypadkiem na Ga-

lantosie.  Spadł  pod  łóżko  w  skrzydle  dyplomatycznym,  gdzie  mieszkali.  Coś  w  tym  kawałku 

metalu wzywało ją, wyzwalało jej instynkty. Powiedzieli jej, że coś się dzieje, że na Galantosie 

jest coś więcej niż to, co widać  z pozoru. Szukając, została zwabiona do zakurzonej kryjówki 

wisiora i... 

„Ona coś ukrywa. Przed sobą i przed wszystkimi innymi". 

Wtedy zemdlała. A kiedy się zbudziła, wisiora nie było. Widocznie znalazł go Jag i przekazał 

Jainie, która z kolei wyjawiła swoje podejrzenia matce. A przez cały ten czas wisior dręczył Ta-

hiri, jak swędzenie, którego się nie da złagodzić drapaniem, tumanił jej umysł, wzywał... 

169

background image

Nie.  Nie  ją.  Wzywał  Riinę  z  domeny  Kwaad.  Potwora,  w  którego  próbowali  ją  zmienić 

Yuuzhan Vongowie. 

„Osobowość Riiny wciąż pozostaje w tobie". 

Jej  umysł  zakryła  głęboka  ciemność,  grożąc  pochłonięciem,  jak  za  każdym  poprzednim  ra-

zem. Walczyła z nią tak samo jak zawsze, usiłując zdławić w sobie osobę, która dążyła do prze-

jęcia kontroli. 

Nie jestem  Riina! Jestem  Tahiri  Veila!  - Pomimo  determinacji jej  glos  wewnętrzny  brzmiał 

dziwnie słabo. Jestem Jedi! 

Mrok cofnął się, a ona z cichym szlochem skuliła się na krześle. Co ma ze sobą zrobić? Jeśli 

samo wspomnienie o Yuuzhan Vongach tak głęboko ją rozstrajało, jak mogła mieć nadzieję, że 

będzie użyteczna w czasie wojny z wrogiem? A jeśli wówczas Riina przejmie kontrolę? Co sta-

nie się z nią i z otaczającymi ją ludźmi? 

-  Tahiri? 

Pomimo łagodnego brzmienia głos wdarł się przemocą w jej myśli, aż drgnęła konwulsyjnie. 

Taka była szczęśliwa, słysząc tylko własne imię, że nagle się rozpłakała. 

-  Hej, Tahiri, przepraszam. Co się dzieje? 

Pogrążona  w  rozmyślaniach  zapomniała  o  Gourze,  Rynie,  który  przycupnął  przed  nią;  teraz 

przenikliwy  zapach  wypełnił  jej  nozdrza,  wnikając  w  najgłębiej  pogrzebane  miejsca  umysłu, 

wdzierając się w przestrzenie ukryte w jej myślach. Wydawał się zmywać pajęczyny, drążyć splą-

tane korytarze jej myśli niczym potężny, oczyszczający wiatr. 

Jaina nie była winna jej sytuacji. Ani Jag. Ani rodzice Anakina. Była tylko jedna winna: ona 

sama. To ona musi udowodnić wszystkim, że można jej zaufać, że to ona przejęła kontrolę, a 

nie Riina. 

-  Nie przepraszaj - uśmiechnęła się do zatroskanego Ryna. Otarła łzy z twarzy i zdławiła 

ciemność, która wciąż próbowała przedrzeć się na powierzchnię. Wisior, który dotąd trzymała 

w dłoni, wepchnęła z powrotem do najgłębszej kieszeni szaty, gdzie nie będzie musiała na nie 

go patrzeć. - Pomóż mi tylko uratować przyjaciółkę. 

-  Właśnie zamierzam to zrobić — powiedział Ryn, chłoszcząc ogonem jak pejczem. - Po 

pierwsze, musimy sprawdzić, czyją złapano. Nakaz obejmuje tylko Jainę, więc Han i Leia 

prawdopodobnie są bezpieczni. Ale nie jestem tego pewien. Musimy poznać istotę sprawy, 

jeśli mamy ich mieć na oku. 

-  Zrobię wszystko, co trzeba - oświadczyła z determinacją. – Chcę wszystko naprawić. 

-  Dobrze zrobisz, korzystając z mojej pomocy... jeśli oczywiście będziesz się mnie trzymać 

jeszcze przez chwilę. 

170

background image

Spojrzała mu w oczy z taką siłą, na jaką było ją w tej chwili stać. Jedna część jej osoby chcia-

ła od razu biec do Hana i Leii, by naprawić szkodą, ale druga wolałaby nie robić tego teraz. Nie, 

najpierw musi się zorientować, na czym stoi. A poza tym, jeśli dowie się dokładniej, co kombi-

nuje mały Ryn, będzie to po powrocie świadczyło na jej korzyść. To ważne, kto im pomaga i 

dlaczego. 

Goure powoli kiwał głową, jakby z aprobatą. 

- Doskonale, Tahiri Veila. - Wstał. - Po pierwsze, poproszę cię, abyś tu zaczekała. Nie mo-

żesz tak chodzić. 

Spojrzała na swoją szatę i zmarszczyła brwi. 

- Tak, to znaczy jak? 

- W tym, co masz na sobie. Jeśli nawet jeszcze nie zaczęli obserwować, z pewnością nie po-

zwoliliby ci swobodnie wejść tam, gdzie musimy się dostać. Widzisz, nasza sztuczka polega 

na udawaniu, że nas nie ma. 

- Potrzebuję przebrania, prawda? 

Skinął głową z uśmiechem. 

- Obiecuję, że to nie potrwa długo. 

- Długo, to znaczy ile? - zapytała szybko i wstała. Pustka pokoju zaczynała ją przytłaczać. 

Nie będzie miała nic do roboty w czasie nie obecności Ryna, nie zdoła oderwać się od swoich 

myśli. Na samą myśl, że jest sama w obcym mieście, denerwowała się jeszcze bardziej. A co 

będzie, jeśli przyjdą po nią strażnicy? A jeśli Goure nie wróci? 

- Postaraj się nie bać, Tahiri. Wszystko będzie dobrze. 

Z niezdecydowanych ruchów jego ramion wnioskowała, że najchętniej objąłby ją i pocieszył, 

ale nie wiedział, jak się do tego zabrać. Pewnie dlatego że obawiał się kolejnego ataku paniki i 

wymachiwania mieczem świetlnym. 

- Po prostu boję się zostać sama, i tyle. - Spuściła wzrok, zakłopotana tym wyznaniem. Było to 

przyznanie się do słabości, jaka nie przystoi rycerzowi Jedi. - Czuję się bardzo zagubiona. 

- Mamy takie powiedzenie - odezwał się Goure. - W najciemniejszej dziurze zawsze możesz 

znaleźć światło, ale musisz otworzyć oczy, żeby je zobaczyć. 

- My też mamy takie powiedzenie - odparła. - Im mroczniejszy cień, tym jaśniejsze jest 

światło, które go rzuca. 

- Bardzo mądre - pokiwał głową. - Powiedz mi jedno, Tahiri Veila: kiedy mówisz „my", masz 

na myśli Jedi czy ludzi pustyni? 

Uśmiechnęła się na wspomnienie chwili, kiedy Sliven po raz pierwszy powiedział do niej te 

słowa. 

171

background image

- Ludzi pustyni - odrzekła. - A ty kogo masz na myśli: Rynów czy Bakuran? 

- Rynów. - Jego dziób drgał przez chwilę, po czym rozdziawił się w niezwykłym uśmiechu, 

jakby rozbawił go jakiś wyjątkowy żart. Ostrożnie wyciągnął dłoń i dotknął jej ramienia. - Zaraz 

wrócę, Tahiri. 

Patrzyła, jak odchodzi, znikając za hologramem maskującym wejście. Miasto za kamiennymi 

ścianami mruczało odległym, bezosobowym rytmem. Nie przejmowało się nią- tym, kim była, 

czego chciała, czyjej przyjaciele żyją, czy nie. Ta obojętność działała dziwnie kojąco na jej bo-

lesny nastrój, przypominając o proporcjach świata, gdzie wcale nie było ważne, kim jest Tahiri. 

Ale dla niej była to najważniejsza rzecz na świecie. Jeśli ustąpi kontrolę Riinie i wizja Anaki-

na stanie się faktem, kto wówczas stawi czoło Yuuzhanom? Życie w galaktyce zginie pod peł-

znącą falą ciemności, której żaden świt już nigdy nie rozproszy. 

Potrząsnęła głową, aby  przepędzić myśli, i  usiadła ze skrzyżowanymi nogami na kamiennej 

podłodze, czekając na powrót Goure'a. Z posępną determinacją weszła w relaksujący trans Jedi. 

Od tak dawna nie spała, a teraz będzie potrzebowała całej swojej siły i wytrzymałości. Jej ciało 

musi być silne, zmysły wyostrzone; koncentracja jak kryształowa włócznia, tnąca poprzez war-

stwy ułudy ku ukrytej w głębi prawdzie... 

W trans zakradł się jednak robak zwątpienia, gdy przyszła jej do  głowy niepokojąca myśl. 

Nieważne, dokąd pójdzie, nigdy już nie będzie sobą. W głębi jej umysłu pozostanie ukryta Rii-

na i zawsze będzie próbowała przejąć kontrolę. Zawsze już zostanie z nią pytanie drążące mózg: 

„Kim naprawdę jestem?" Jak można przeżyć tak całe życie, jak można przeżyć tak jeszcze je-

den dzień? 

Jestem Tahiri Veila, powtórzyła z mocą, rycerz Jedi i dziecko ludzi pustyni. Zwyciężę! 

Albo umrę po drodze... 

Audiencja nie szła dobrze. 

- Yu'shaa, twoje słowa wędrują z każdym dniem dalej i dalej, a jednak pozostajemy poniżeni. 

Jesteśmy bici i zabijani, jak zawsze. Jak długo jeszcze potrwa, zanim staniemy się wolni jak 

niegdyś? 

Nom Anor odparł: 

-  Będziemy wolni dopiero wtedy, kiedy nie Zhańbieni przyjmą nas jako równych sobie, 

jakimi jesteśmy w oczach bogów. Nasza Nowina, filozofia Jeedai, przekona ich, jeśli ro-

zejdzie się dość daleko i szeroko.  

172

background image

Jeśli tak się nie stanie, trzeba będzie zmusić ich, aby ją  zaakceptowali, a nas razem z nią. Do-

piero wówczas osiągniemy nasz cel. - Zrobił znaczącą pauzę. - Wiem, że to trudna droga... ale 

musimy ją przejść. 

- A jeśli będziemy wykonywać pracę Yun-Yuuzhan, wówczas jego wola musi stać się jasna 

również dla nieprzyjaciela. Czy wtedy i oni ujrzą prawdę, którą niosą ze sobą Jeedai? 

- Możecie pokazać coś ślepcowi tysiąc razy, a on i tak tego nie zobaczy; możecie powtarzać 

głuchemu wieść do końca wszechświata, a on nigdy jej nie usłyszy. Tylko ci, którzy są otwarci, 

przyjmą tę prawdę, którą przynoszą Jeedai. A ci, który tego nie uczynią, którzy nadal będą pie-

lęgnować zwyrodniałą filozofię bólu i bezsensownych ofiar, sami teraz staną się ofiarą. Odku-

pienie może nastąpić tylko wśród tych, którzy sobie na nie zasłużą. 

Akolitka,  która  zadała  pytanie,  skinęła  głową  powoli,  niepewnie,  jakby  odpowiedź  Noma 

Anora jedynie częściowo ją zadowoliła. Nom Anor uważnie przyjrzał się tej Zhańbionej, usiłując 

zrozumieć, co sprawiało, że wyróżnia się z reszty kongregacji. Wśród zwykłej procesji kalekich 

i chorych coraz częściej pojawiały się osoby zdrowe i wyżej urodzone. Pomimo mnóstwa blizn i 

nieudanych bioimplantów, które  naznaczały tę  akolitkę jako Zhańbioną, Nom Anor nie mógł 

pozbyć  się  wrażenia,  że  coś  ją  wyróżnia.  Ubrana  w  suknię  bez  ozdób, była  smukła, lecz nie 

chuda.  Oczy  miała  pełne  dzikiej  inteligencji  istoty  szarpanej  wątpliwościami.  Brakowało  jej 

zgiętej, pokornej postawy większości akolitów. 

- Powiedz, mistrzu - ciągnęła akolitka - co się stanie, jeśli jeden z nieprzyjaciół zakwestio-

nuje nauki, które mu wpojono? Trudno zwalczyć kłamstwo trwające całe życie. Zwłaszcza jeśli 

prawda pozostaje ukryta. Nieprzyjaciel, którego oskarżasz, słyszy tylko to, co mu się mówi, 

przefiltrowane po drodze przez wiele uszu i ust. Wieść jest zniekształcona, zmącona przez tych, 

którzy istotnie są twoimi wrogami, którzy przypiszą ci wszelkie herezje po to tylko, aby cię po-

grążyć. Co z tym, który chce usłyszeć prawdę, lecz nie może jej otrzymać? Czy ignorancja jest 

usprawiedliwieniem w oczach Yun-Yuuzhana? 

Oczy Noma Anora pod maskerem zwęziły się lekko. 

- Nasza misja powinna dotrzeć do wszystkich Yuuzhan Vongów, niezależnie od kasty i rangi, 

aby wszyscy mieli szansę ujrzeć prawdę. Zaczynamy od dolnych kast, nie tylko dlatego że są 

one najłatwiej dostępne, lecz również dlatego że są najliczniejsze. Widzimy wśród nich naj-

większą potrzebę. 

173

background image

- Potrzeba wolności to jednak nie to samo, co potrzeba odkupienia, mistrzu. 

- Jedno nie przychodzi bez drugiego. 

- To prawda, lecz jeśli nawet zbierzesz wszystkich Zhańbionych i wszystkich rozczarowa-

nych, wciąż będziesz musiał walczyć z tymi na szczycie, którzy posiadają ogromną władzę 

nad organami państwowymi. Obalenie ich zajmie całe lata... lata, których prawdopodobnie 

nie mamy. Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, przygotowywane są plany wykorzenienia twojego 

ruchu i zdeptania twoich marzeń w pył. 

Kongregacja  znieruchomiała,  Nom  Anor  również,  przejęty  upiorną  fascynacją.  To  nie  była 

zwykła  akolita.  Zbyt  dobrze  mówiła,  zbyt  dokładnie  przemyślała  temat;  nie  powtarzała  nie-

odmiennie  tych  samych  pustych  pytań,  które  zazwyczaj  padały  z  ust  przychodzących  ujrzeć 

Proroka, pytań bez odpowiedzi w istniejącym, rzeczywistym świecie. Ona jedna ujrzała proble-

my, z którymi zmagał się Nom Anor, i starannie je przemyślała. I, podobnie jak Nom Anor, po-

trafiła znaleźć jedynie niekompletne rozwiązania - jeśli w ogóle istniały. 

Byli i inni, o równie przenikliwych umysłach. Kunra i Shoon-mi wybrali ich na uczniów i 

nauczyli wykładów, które Nom Anor chciał rozpowszechnić, a potem wysłali w świat, by gło-

sili Nowinę dalej. 

Do  tej  pory  było  sześciu  takich  uczniów,  a  Nom  Anor  doskonale  wiedział,  że  będzie  po-

trzebował ich znacznie więcej, jeśli mają dotrzeć do tych, którzy łakną odkupienia. Więcej 

takich jak ta Zhańbiona. 

Ale zwątpienie w jej oczach... 

Nie, pomyślał znowu Nom Anor. To nie jest zwyczajna akolitka. 

- Słyszeliśmy plotki o podjętych środkach zaradczych - rzekł, starannie dobierając słowa. 

Najchętniej opróżniłby salę, aby położyć kres wyzywającym pytaniom tej osoby, ale to wzbu-

dziłoby wątpliwości. - Podjęliśmy kroki, aby sprawdzić, ile w nich jest prawdy. 

- Ale kroki te zawiodły. 

- Tak. 

- Zostały również zauważone. 

Nom Anor wbił wzrok w twarz akolitki i przypatrywał jej się przez kilka sekund, zanim od-

powiedział: 

-  Oczywiście. Ale nie możemy zrobić nic innego. 

- Zawsze jest alternatywa, mistrzu. Nie ma sensu atakować niezdobytej twierdzy z zewnątrz. 

Należy ją osłabić od środka. 

- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić - mruknął Nom Anor. - Jak mamy to osiągnąć, jeśli nie mo-

żemy wejść do twierdzy? 

174

background image

Jak ona to zdołała odwrócić? - zdumiał się Nom Anor. Teraz to ja jej zadaję pytania. 

- Musicie czekać, aż okazja sama się nadarzy - odparła akolitka. - A kiedy się zjawi, musicie ją 

chwycić i wykorzystać najlepiej, jak potraficie. 

W sali zapanowała całkowita cisza. Wreszcie Nom Anor zrozumiał. 

- Kim jesteś? - zapytał. 

- Czy to ważne? - odparła. - Jestem tutaj i chcę do was dołączyć. 

Myślę... nawet zaczynam być pewna... że znalazłeś odpowiedzi, w poszukiwaniu których 

Yuuzhanie przybyli do tej galaktyki. A jeśli nawet nie ty, to Jeedai. Bogowie nie przemawiają 

już przez tych, którzy twierdzą, że za nich mówią, a ja nie chcę już dłużej być wrogiem praw-

dy. 

Nom Anor wyczuł szczerość w jej słowach, nawet jeśli rozumiał ich niepewność. Oto istota, 

która myśli tak jak on. Nie był to umysł zwykłego wyznawcy, pożeranego namiętnościami nie-

wiele szlachetniejszymi niż uczucia zwierzęcia. Nie, to był umysł wyższy,  podobnie jak Noma 

Anora. Ci, którzy spoglądali ku Yun-Yuuzhanowi w poszukiwaniu odpowiedzi, niezmiennie się 

rozczarowywali. Cóż, nawet jeśli bogowie istnieli, dlaczego prawdy, które zsyłali, nie miałyby 

być nieskończenie bardziej skomplikowane niż wszystko, co może pojąć śmiertelnik? 

Twarz akolitki nie wyrażała niczego... ponieważ była równie fałszywa jak twarz Noma Anora. 

Ona także nosiła maskera ooglitha, zaprojektowanego tak, aby stwarzał podobieństwo do Zhań-

bionej. Wszystko było iluzją, oszustwem. 

Czy  to  może  być  ona?  -  zastanawiał  się  Nom  Anor.  Czy  to  może  być ta nić powiązania z 

Shimrra,  na  którą  czekałem?  Nie  mógł  być  aż  tak  naiwny,  by  wierzyć,  że  zjawi  się  wysokiej 

rangi wojownik lub intendent. Oni wszyscy mieli dokładnie wyprane mózgi. Wystarczyłby zwy-

kły  sługa  -  ktoś,  kto  ma  dostęp  do  prywatnych  miejsc,  których  on  już  widzieć  nie  może,  kto 

mógłby podsłuchiwać przebieg  spotkań, na których  decyduje  się o polityce. Mając szpiega w 

samym sercu wewnętrznego kręgu Najwyższego Władcy, mógłby istotnie pożreć swego wroga 

od wewnątrz, tak jak to powiedziała akolitka; wykorzystać wiedzę uzyskaną z takiego źródła do 

prowadzenia  kampanii  i  rekrutowania  dalszych  agentów,  aby  nie  opierać  się  na  jednej  tylko 

osobie. 

Lecz  jak  może  komuś  uwierzyć,  nie  znając  jego  imienia?  A  jeśli  akolitka  została  umyślnie 

wprowadzona tutaj przez Shimrrę, by rozprzestrzeniać fałszywe informacje o jego zamiarach? 

Czy Najwyższy Władca zdolny jest do takiej subtelności? 

175

background image

Ogarnęły go wątpliwości. 

-  Podejdź bliżej - polecił, skinieniem nakazując akolitce podejść. Czuł na sobie ciężar spoj-

rzeń całej sali. Byli świadkami czegoś istotnego i dobrze o tym wiedzieli. Wszystko będzie zale-

żało od tego, jak poprowadzi kolejne minuty. 

Akolitka zbliżyła się na wyciągnięcie ramienia - dość blisko, aby zabić z honorem, pomyślał 

Nom Anor. Skinął, by podeszła jeszcze bliżej, aż prawie zetknęli się policzkami. 

- Skąd mam wiedzieć, czy mogę ci zaufać? - szepnął Nom Anor. 

- Możesz mi wierzyć. - Głos akolitki nie był głośniejszy niż wydychane powietrze. - Bogo-

wie doprowadzili mnie aż tutaj, nieprawdaż? 

Nom Anor odsunął się nieco i wbił stalowe spojrzenie w oczy akolitki. 

- Odsiewamy infiltratorów, nie pobożnych. 

Oczy znów uśmiechnęły się do Noma Anora. 

- Więc przeszłam oba sita. 

- Może - odparł Nom Anor. - Ale nie jesteśmy aż tak szaleni, aby uwierzyć, że złapiemy każ-

dego szpiega, który się pojawi. Przybywają do wyboru, do koloru i mają różne twarze. 

- Wiesz na ten temat więcej ode mnie, Nomie Anorze - szepnęła. - W końcu to była twoja 

specjalność. 

Nom Anor skamieniał. Odepchnął akolitkę od siebie. -Skąd...?  

- Rozpoznałam cię natychmiast, kiedy cię ujrzałam, nawet pod tym ooglithem. - Oczy akolit-

ki nie odrywały się od jego twarzy; miały wyraz triumfu, jak gdyby reakcja Noma Anora 

potwierdziła to, co do tej pory było jedynie domysłem. - Z początku wydawało mi się to 

niemożliwe... opowiadano, że nie żyjesz. Im więcej jednak słuchałam twoich słów, tym pew-

niejsza byłam, że to ty. Śmiałość i zaskoczenie zawsze były twoimi zaletami, Nomie Anorze. 

Kiedy Shimrra cię wyrzucił... 

- Dość! - Nom Anor odepchnął ją daleko, jakby uciekał przed czymś nieczystym. - Dość już 

usłyszałem! 

Rozejrzał się desperacko za Kunra i Shoon-mi. Mieli plany na taką ewentualność, przewidzia-

no  odpowiednie  kroki.  Powinni  już  zamknąć  wszystkie  wyjścia  i  szykować  się  na  rzeź  -  nie 

może  pozwolić,  aby  ktokolwiek  opuścił  to  pomieszczenie  teraz,  kiedy  padło  jego  prawdziwe 

imię. 

176

background image

Lecz oni się nie ruszali. Stali z tyłu, przy drzwiach, ze zdziwionymi minami. Nie słyszeli szeptu 

akolitki! Nie wiedzieli, co się dzieje! Akolitka była zdecydowana. 

- Poczekaj - rzekła, podchodząc bliżej i jedną sękatą dłonią sięgając pod szatę. - Mam coś dla 

ciebie... 

Nom Anor zareagował instynktownie. Nie miał czasu do namysłu. Ktoś, kto go rozpoznał, był 

już wystarczającym zagrożeniem - najdrobniejsza sugestia, że tamten mógłby dobyć broni, wy-

starczyła, aby zadziałał. 

Krew napłynęła do mięśni wokół lewego oczodołu. W miejscu, gdzie niegdyś była gałka oczna, 

ciśnienie nagle wzrosło. Poczuł ostry, krótki ból i plaeryin boi eksplodował, plując w twarz ako-

litki zatrutymi igłami. 

Napastniczka z ostrym krzykiem upadła w tył. 

Widzowie oszaleli. Nom Anor opadł na tron, czując, że zamiast mięśni ma galaretę. Słyszał za-

mieszanie, krzyki nawołujące do porządku. Wewnątrz czuł jedynie pustkę. Znalazł się tak blisko 

śmierci. Plaeryin boi w miejscu lewego oka ocalił go. Zawsze wierzył, że pewnego dnia uratuje 

mu życie. Wiedział też, że ulga jest jedynie tymczasowa. Przybył najemny morderca, który miał 

go zniszczyć, i udało mu się podejść tak blisko! Teraz nadejdą inni i już nigdy nie będzie bez-

pieczny! 

Zmusił się, by wstać, myśleć, działać. Kunra i Shoon-mi zaprowadzali porządek wśród tłumu, 

zerkając na niego w oczekiwaniu na instrukcje. Akolitka u jego stóp wiła się, wstrząsana parok-

syzmami wywołanymi przez truciznę penetrującą jej system nerwowy. Nom Anor uklęknął przy 

niej i przycisnął szpony do miejsc po obu stronach nosa akolitki, szukając punktu nacisku, który 

spowoduje otwarcie się ooglitha. Nic go nie obchodziło, że stworzenie może zedrzeć pół skóry z 

twarzy  szpiega.  Musiał  wiedzieć,  kogo  posłał  Shimrra;  musiał  spojrzeć  w  twarz  niedoszłego 

mordercy. 

Ooglith  zsunął  się  z  twarzy  kobiety  z  groteskowym  dźwiękiem  rozdzieranej  tkaniny.  Spod 

niego wyjrzała twarz bardziej znajoma, niż tego oczekiwał. Nie należała do strażnika ani do 

bezimiennej służącej, o nie. 

Akolitką była Ngaaluh, kapłanka sekty oszustów. Znana była z tego, że w przeszłości usiłowa-

ła  dokonać  infiltracji  niewiernych.  Widywał  ją  w  towarzystwie  Harrara,  innego  dobrze  zapo-

wiadającego się kapłana na dworze Shimrry. 

- Ty? - zmarszczył brwi w głębokiej zadumie. - Dlaczego ty? 

 

177

background image

-  Ja... - oczy Ngaaluh były wielkie i przerażone, niebieskie worki pod nimi prawie niewidocz-

ne. Trucizna paliła ogniem jej system nerwowy, uniemożliwiając oddychanie. Wkrótce serce 

się zatrzyma i wszystko będzie skończone. Pomimo bólu próbowała coś powiedzieć. 

Wyciągnęła rękę, lecz Nom Anor odskoczył. 

Wtedy jego wzrok padł na coś, co wysypało się z trójpalczastej dłoni  kapłanki. Nie była to 

broń, jak podejrzewał. Był to żywy unrik - kawałek tkanki wyciętej z ciała Ngaaluh jako wo-

tywna ofiara dla bogów. Unrik, utrzymywany przy życiu przez biotechnologię, służył jako sym-

bol posłuszeństwa - a ona ofiarowywała go Nomowi Anorowi! 

-  Ty idiotko! - Przykląkł przy Ngaaluh, która zaczynała już dygotać. Istniało antidotum na 

truciznę plaeryin boi, ale nie spodziewał się, żeby kiedykolwiek chciał go użyć. Ścieżki połączeń 

nerwowych były zarośnięte i musiał się dobrze skoncentrować, aby obudzić do życia 

zapomnianą biostrukturę. Kostka prawego kciuka wyprostowała się z lekkim trzaskiem. Za-

gryzł wargi, kiedy staw przeszył mu straszny ból. Spod szpona wysunęła mu się cienka jak włos 

igła. Wbił ją w szyję Ngaaluh w miejscu, gdzie wciąż pulsowała żyła. Ból wzrósł, kiedy 

surowica przepłynęła do ciała kapłanki, ale był on niczym w porównaniu z cierpieniem, jakie 

przeżywała leżąca przed nim kobieta. Nom Anor przytrzymał Ngaaluh, gdy każdy jej mięsień 

zadrgał nagle w dzikim spazmie, spalając energię życiową w ostatnim paroksyzmie agonii. 

Skrzekliwy, syczący dźwięk wydobył się z zaciśniętych szczęk kapłanki, narastając z każdym 

drgnięciem. 

Nagle kapłanka zwiotczała. Nom Anor pochylił się nad nią, obawiając się najgorszego. 

-  Yu'shaa... 

Słowo  zabrzmiało  niewiele  głośniej  niż  westchnienie;  Ngaaluh  przymknęła  oczy.  Nom  Anor 

przycisnął dłoń do miejsca na szyi kapłanki, gdzie wcześniej wstrzyknął antidotum. Wyczuł sła-

by, leniwy puls, który świadczył o tym, że kapłanka jeszcze nie rozstała się z tym światem. 

Podniósł wzrok. Widzowie spoglądali na niego z niepokojem i zdumieniem. Nie wiedział, ile 

zrozumieli z tego, co się właśnie wydarzyło,  ale  wątpił,  aby  którykolwiek  zbliżył  się  na  tyle, 

żeby  zrozumieć  prawdziwe  znaczenie  sceny.  Bogowie  odpowiedzieli  na  modły  Noma  Anora, 

zsyłając mu kapłankę... a on omal jej nie zabił! 

Unrik spoczywał obok nieprzytomnej Ngaaluh. Nom Anor wziął go do ręki. Był ciepły i ła-

godnie  pulsował  w  jego  dłoni.  Ngaaluh  musiała  go  skraść  z  sanctum  sanctorum  najwyższego 

kapłana, zanim przyszła tu, aby ofiarować go nowym bogom. Jak i dlaczego zaczęła w nich 

178

background image

wierzyć, Nom Anor nie mógł sobie wyobrazić, ale umiał poznać okazję,

 

kiedy się nadarzyła, a 

tej z całą pewnością nie zamierzał zmarnować. 

Dał znak Shoon-mi, aby się zbliżył. Sługa uczynił to natychmiast, przepychając się przez ciż-

bę. 

- Mistrzu, czy wszystko w porządku? 

- Tę akolitkę należy potraktować z największą troską, na jaką nas stać. - Nie było to wiele, 

biorąc pod uwagę skromne zasoby, jakimi dysponowali, ale lepsze to niż nic. - Ona jest waż-

na, Shoon-mi. Rozumiesz? Nie może jej się nic stać. 

Shoon-mi skłonił się. 

- Tak też będzie, mistrzu. - Zhańbiony pobiegł zorganizować jakieś nosze. 

Nom Anor wezwał teraz Kunrę. Były wojownik podszedł i ukląkł obok Noma Anora, by móc 

mówić szeptem. 

- Co się stało? - zapytał. - Kim jest ta kobieta? 

- To kapłanka z kręgów Shimrry. Znałem ją przed moim upadkiem. Nazwała mnie po imieniu, 

Kunro. - Były wojownik wytrzeszczył oczy i Nom Anor zauważył, że zrozumiał znaczenie 

tego faktu. – Sądzę jednak, że można jej zaufać. Przyniosła mi... dowody lojalności. - 

Powolne pulsowanie unrika naśladowało rytm tętna widoczny na grubej żyle w szyi Ngaaluh. 

- Może być tym, czego teraz potrzebujemy - mruknął Kunra. 

- Właśnie. Ale najpierw musimy się upewnić, że nikt nie słyszał. - Tłum zaczął się niepokoić; 

wierni kręcili się bez celu i mruczeli między sobą. 

- Może podjąć odpowiednie środki? 

- Nie. - Nom Anor wiedział, że Kunra z przyjemnością zabije wszystkich akolitów, aby zapewnić 

sobie bezpieczeństwo, ale nie było to rozwiązanie optymalne. Ngaaluh będzie się zastanawiała, 

co się z nimi stało, podobnie jak Shoon-mi. - Nie możemy sobie pozwolić na marnowanie za-

sobów i dostarczanie tematu do plotek. Jeśli wszyscy znikną, niektórych mogą zacząć szukać. 

Lepiej sprawdzić, czy mój sekret jest bezpieczny, i wypuścić ich. Kto wie? Może to nawet za-

działa na naszą korzyść. 

- Obrośniemy legendą - mruknął Kunra i skinął głową. - Tak się też stanie. 

Nom Anor wstał i zwrócił się do tłumu. 

- To niezwykły dzień! - rzekł dramatycznie, wiedząc, że prawda jest zbyt niebezpieczna, by 

ją wyrazić. - Przeżyłem atak i jestem po 

179

background image

nim silniejszy. Idźcie teraz i powiedzcie wszystkim! Trzeba czegoś więcej niż to, aby odebrać 

nam należny szacunek! 

Tłum zaakceptował to oświadczenie z niejaką niepewnością, ale nie odrzucił go. Nom Anor 

zdążył im przekazać większość informacji, zanim pytania Ngaaluh zbiły go z pantałyku. Usły-

szeli zatem wszystko, co trzeba. Jeśli jeszcze Kunra upewni się, że nie słyszeli nic więcej, będą 

mogli rozpocząć swoją misjonarską pracę. 

- Nasz czas nadchodzi - rzekł, kiedy zaczęli pojedynczo opuszczać 

salę. - Po tym, co zdarzyło się dziś, spodziewam się, że nadejdzie 

wkrótce. 

- Jeszcze chwilka i zaraz się roztopię - szepnęła Tahiri, ocierając czoło grzbietem dłoni. 

- Popraw wentylację - poradził Goure stłumionym głosem, dochodzącym spod kombinezonu 

ochronnego. Potężny egzoszkielet, o metr wyższy niż on sam, na wysokości twarzy był wypo-

sażony w kolekcją elektronicznych czujników i dysponował znaczną siłą, którą Ryn mógł 

wykorzystywać przy wykonywaniu mniej przyjemnych prac. Tahiri miała taki sam strój - 

pomalowany na matowy brąz, z zatartymi oznaczeniami na piersi i plecach - i obserwowała 

świat za pośrednictwem oszałamiającego różnorodnością zestawu widoków i dodatkowych in-

formacji. Miała wrażenie, że nosi starożytną zbroję. - Przykręć termostat i zaraz poczujesz się 

lepiej. 

- Przykręciłam go tak, że bardziej już się nie da - odparła. Mogli porozumiewać się przez 

komunikator, ale Goure obawiał się, że ktoś ich podsłucha. Korzystali zatem z zewnętrznych 

głośników i mikrofonów, które dość dobrze spełniały swoją rolę - w przeciwieństwie do 

systemu klimatyzacji. 

Dźgnęła podbródkiem w kontrolki, próbując pozbyć się z oczu słonego potu. Wyrosła wśród 

ludzi pustyni, była przyzwyczajona do wysokich temperatur, ale to już przestawało być zabaw-

ne. 

Poczuła uderzenie w plecy, po którym nastąpił wyraźny trzask. Kombinezon natychmiast  wy-

pełnił  się  lodowatym  powietrzem.  Ulga  była  tak  ogromna,  że  Tahiri  tylko  westchnęła  z 

wdzięczności. 

-  Miałaś zapchany przewód chłodzenia - wyjaśnił Arrizza, kurtzeński sprzątacz, który to-

warzyszył im w długiej podróży turbowindą. Goure opisywał go jako konspiratora na pół eta-

tu, nie należącego do sieci Rynów. Zbadał, jak działa od wewnątrz bakurański kompleks se-

nacki, i nie był zainteresowany niczym więcej. Nie mając zadań politycznych, 

180

background image

chętnie pomagał Goure'owi i Tahiri wydostawać się i wracać do kompleksu niepostrzeżenie. 

- Chyba uratowałeś mi życie - wyznała Tahiri, tylko częściowo żartując. Kręciła się przez 

chwilę we wnętrzu kombinezonu, aby chłodne powietrze dotarło do każdego centymetra jej 

spoconej skóry. Kombinezon - który był zaprojektowany tak, aby przejmować najdrobniej 

sze ruchy jej ciała i wzmacniać je, zwiększając ich siłę i zręczność - zareagował na to dziw-

nymi wygibasami. 

- Znałem kiedyś kogoś, kto zmarł z przegrzania w czasie pracy - wyjaśnił Kurtzen. - Musicie 

się wzajemnie pilnować. 

Nie wiedziała, jak zareagować na ten przejaw ponurego pragmatyzmu. 

-  Dzięki - odparła po chwili. - Postaram się pamiętać. 

  Turbowindą zatrzymała się z brzękiem i szeroka stalowa klatka się otworzyła. Arrizza poszedł 

pierwszy. Jego kombinezon wyglądał gorzej niż Goure'a, jeśli to w ogóle było możliwe. Jedyną 

rzeczywistą różnicą był szeroki skórzany pas pełen kieszeni. Tahiri przypuszczała, że to narzę-

dzia, choć szczerze wątpiła, czy grube paluchy kombinezonu byłyby w stanie manipulować 

czymś tak drobnym. 

Szli jedno za drugim korytarzem wiodącym do podpiwniczenia. Był on dość wysoki i szeroki 

dla kombinezonów, bo musiał również być przejezdny dla wszelkiego rodzaju maszyn serwiso-

wych. Oczywiście, nie były to roboty. Bakuranie nie lubili automatów. Jeśli roboty nie  mogły 

wykonywać brudnej pracy, musieli ją odwalać ludzie. Stąd wzięły się kombinezony, które nosili. 

Arrizza  wiódł  ich  do  drugiej  turbowindy,  która  prowadziła  prosto  pod  główne  sale  senatu. 

Stamtąd mogli dostać się do samego kompleksu, omijając zabezpieczenia, w jakie zwykle były 

wyposażone wszelkie wejścia. Po wmieszaniu się w dużą grupę sprzątaczy wykonujących swoje 

codzienne zadania będą mogli niepostrzeżenie - a przynajmniej bez przeszkód - poruszać się po 

dolnych poziomach kompleksu. Prawdopodobnie nie zdołają dostać się do samej sali senatu, ale 

z pewnością bez szczególnego trudu dotrą do wewnętrznych sieci danych. 

- Wiecie, co się właściwie dzieje? - zapytała. 

- Nie. Służby bezpieczeństwa szaleją od chwili porwania Cundertola. Nie dowiedziałem się, 

kto za tym stoi, ale wiem, że to nie Malinza Thanas. To nie w jej stylu. 

- Więc kto? 

181

background image

- Nie jestem pewien. 

Po krótkim milczeniu Tahiri przełączyła się na kanał prywatny i odważyła zadać kolejne pyta-

nie. 

- Czy zawsze tędy chodzisz? Muszą być przecież prostsze drogi. 

- Niestety, służby bezpieczeństwa tak się boją, że pozamykały moje zwykłe źródła - odparł. - 

Zwłaszcza z okazji przybycia Keeramaka i dzisiejszej ceremonii. Wiem, że to mało wygod-

ne, ale tylko to mi narazie zostało. Mam nadzieję, że mnie nie złapią i nie wykryją mojej 

działalności. 

- A co się stanie, jeśli złapią? Zastąpią cię kimś innym? 

- Jeśli się rozniesie, to tak, przyślą innego przedstawiciela mojego gatunku na to miejsce. 

- Ale jak miałoby się roznieść? Jeśli komunikacja jest wyłączona, jak to możliwe? 

- No cóż, pierwszą rzeczą, jaką robimy po przybyciu na nasze posterunki, jest ustalenie planu 

na wypadek takich właśnie sytuacji awaryjnych. Przedstawiciele mojej rodziny nie używają 

Mocy, nie korzystamy też z konwencjonalnych metod komunikacji. Widzisz, na tym polega 

nasza siła. Wchodzimy w miejsca, w których teoretycznie nie powinno nas być, tylko dlatego 

że jesteśmy ignorowani, a nie z powodu skomplikowanych technologii i niezwykłych mocy, 

których wszyscy się spodziewają i szukają. Kto zauważy informację czy dwie dołączone do 

listu przewozowego? Szept pracownika doku do robota? Opowieść niewinnie wysłuchaną w 

tawernie? Nawet w czasie embarga komunikacyjnego Bakura przyjmuje bardzo dużo frachtow-

ców i statków handlowych. Wszyscy potrzebują repulsorów. Stosujemy najprostsze i najbar-

dziej uniwersalne techniki rozpowszechniania informacji za pośrednictwem podróżnych. 

Może czasem trwa to długo, ale jest skuteczne. 

Tahiri zadumała się nad tą koncepcją. 

- Chcesz powiedzieć, że jesteś czymś w rodzaju pangalaktycznego plotkarza? 

- Mówisz tak, jakby to było coś złego, a to bardzo skuteczna metoda. Jeśli któraś z moich in-

formacji nie dotrze codziennie na oznaczone miejsce o oznaczonej godzinie, wówczas wia-

domość zostanie przesłana kolejnemu Rynowi, który zażąda zastępstwa. 

- Od kogo? - Tahiri nie była w stanie pohamować ciekawości. Istnienie ryńskiej siatki pozo-

stawało całkowitą tajemnicą do czasu Galantosa, ale okazało się, że jej wpływy są co najmniej 

tak samo wszech obecne, jak Brygad Pokoju. 

182

background image

Goure zachichotał. 

- Nie mogę ci wszystkiego powiedzieć, Tahiri. Tajna organizacja może działać skutecznie 

jednie wówczas, jeśli jej działania pozostają tajne. Skoro wiesz już, że istniejemy, mogę ci 

powiedzieć, że Rynowie nie posiadają tak ściśle hierarchicznego systemu jak Jedi. Mamy jed-

nak dowódcę, który dostaje wszystkie informacje zbierane przez nas. To on podejmuje główne 

decyzje. 

- Czy on ma imię? 

- Oczywiście. Ale ujawnienie go stanowiłoby zagrożenie jego bezpieczeństwa. My, z tego 

końca łańcucha informacyjnego, również go nie znamy. Wiemy tylko, że ktoś zauważył po-

trzebę powstania takiej sieci szperaczy i ten sam ktoś przeszkolił w sztuce infiltracji mnie... 

a potem wielu innych, po czym zostaliśmy wysłani na nasze stanowiska. Zapamiętaj moje 

słowa: kiedyś będą o nim śpiewać pieśni, jeśli już tego nie robią. 

Goure zatrzymał się przed drugą turbowindą. Była równie zniszczona i wyeksploatowana, jak 

wszystko na tym poziomie. Drzwi otworzyły się z głębokim zgrzytem. Zaledwie weszli do środ-

ka, winda skoczyła w górę. Tahiri stwierdziła, że szuka oparcia i walczy o równowagę. Każdy mię-

sień jej ciała był nieprzyjemnie spięty. Próbowała o tym nie myśleć, zadając kolejne pytanie. 

- Jak można śpiewać pieśni o kimś, kto nie ma imienia? 

Z głośników kombinezonu Goure'a rozległ się dźwięk, który nie  przypominał niczego znajo-

mego, ale Tahiri domyśliła się, że to śmiech. 

- Jesteś strasznie praktyczna, prawda? - Zanim Ryn odpowiedział na jej pytanie, Arrizza 

podniósł rękę i uciszył oboje. 

-  Jesteśmy prawie na miejscu - wyjaśnił. - Pamiętajcie układ. 

  Tahiri skinęła głową wewnątrz szczelnego hełmu. Od tej chwili mieli mówić do siebie Yon, Ga-

itzi i Scod i grali rolę członków podziemnej brygady sprzątaczy o nazwie Trójnóg. 

Platforma windy zatrzymała się ze zgrzytem w sekundę później, a masywne drzwi się rozsunęły, 

odsłaniając kolejny  korytarz  serwisowy,  który  nie  wydawał  się  wiele  różnić  od  poprzedniego  - 

tyle tylko, że ten kończył się o kilka metrów dalej grubymi ognioodpornymi przegrodami. Tahiri 

podążyła  za  Arrizzą,  który  podszedł  do  przegrody,  starannie  naśladując  jego  ciężki,  chwiejny 

chód, jakby chciała sprawić wrażenie, że ciężki strój jest równie wygodny, jak każde normalne 

ubranie. 

- Identyfikacja- ryknął jakiś głos z drugiej strony drzwi. Promienie laserowe omiotły kombi-

nezony, odczytując kody identyfikacyjne wymalowane rozmaitymi odblaskowymi farbami. 

183

background image

- Ekipa Trójnóg - zameldował Arrizza znużonym głosem. Po kilku sekundach czekania dodał 

burkliwie: - Daj spokój, Schifl! Wpuść nas już, co? Nie mamy całego dnia. 

- I tyle ważnej pracy do zrobienia, nie? - Podwójne drzwi rozwarły się z sykiem hydrauliki. - 

W  zgniataczu  J  jest  zatkany  wylot,  zaznaczony  specjalnie  dla  ciebie,  Yon.  Musiałeś  wczoraj 

być bardzo niegrzeczny. 

Arrizza  tylko  coś  mruknął,  prowadząc  pozostałych  przez  posterunek.  Dwaj  strażnicy  w 

otwartej wartowni przyglądali im się leniwie,  z bronią wspartą na udach i z głupimi minami. 

Kombinezony do ciężkich prac mogłyby ich zetrzeć na proch, ale siła fizyczna nie miała  zna-

czenia przy tak dużej różnicy statusu społecznego. 

Tahiri pokornie podreptała za towarzyszami, uzupełniając ciężki krok kołysaniem się na boki. 

Wydawało się jej, że tak właśnie powinien chodzić robotnik najniższej rangi. Była zbyt przeję-

ta rolą, by zauważyć, że jeden ze strażników mówi do niej. 

Zatrzymała się powoli, wykorzystując te kilka sekund, jakie były jej potrzebne do odwrócenia 

się, aby sięgnąć do umysłu strażnika i sprawdzić, o co mu chodziło. Odkryła, że sądził, iż jest 

sprzątaczką imieniem Gaitzi. 

- Masz dla mnie dzisiaj całusa, Gaitzi? - pytał strażnik, groteskowo wysuwając usta. Jego 

partner chichotał jak najęty. 

Tahiri cmoknęła wargami, dbając o to, żeby dźwięk był odpowiednio głośny i wilgotny, po 

czym odwróciła się i ruszyła dalej. 

- Rozkoszniaczki - mruknął Goure, kiedy oddalili się od punktu kontrolnego i bezpiecznie 

podążali za Arrizza do samych wnętrzności bakurańskiego kompleksu senackiego. - Nigdy 

nie przestanie mnie zadziwiać, co się dzieje z mężczyznami większości gatunków, kiedy 

dasz im pukawkę i wsadzisz w mundur. 

- Przypuszczam, że mężczyźni Rynów są ponad to, prawda? – oschle odparła Tahiri. 

- A żebyś wiedziała! - bronił się z oburzeniem. - Dlatego pracuje my w tajemnicy, bez ele-

ganckich tytułów i przywilejów. Istniejemy jako przeciwieństwo tych pompatycznych me-

tod, jakie stosują grupy podobne Brygadom Pokoju. Mówią, że nasz założyciel zainspirował 

się Wielką Rzeką, siecią bezpiecznych domów i dróg ucieczki, stworzonych przez mistrza 

Skywalkera, aby ratować Jedi przed zdradą. 

Czy dlatego Rynowie pomogli nam na Galantosie? 

- Wieści o tym, co się tam wydarzyło, jeszcze do mnie nie dotarły rzekł. - Ale tak, gdyby tam 

była Brygada Pokoju, zrobilibyśmy wszystko, żeby stawić im opór.  

184

background image

Spójrzmy na to jako na nasz udział w działaniach  wojennych.  Nie  możemy  bezpośrednio  do-

brać się do skóry Yuuzhanom - nawet my nie jesteśmy w stanie wkręcić się w ich społeczność - 

więc celujemy niżej, w tych, którzy sieją zgniliznę w Sojuszu Galaktycznym od wewnątrz. 

- Druga linia obrony - podsunęła Tahiri. 

- Wolimy o niej myśleć jako o pierwszej linii - odparował. – Nie ma sensu pokonywać 

Yuuzhan Vongów, jeśli po drodze pokonamy samych siebie. 

Brzmiało  to  dość  tajemniczo,  lecz  w  stwierdzeniu  tym  rozbrzmiewały  echa  filozoficznych 

rozważań Jacena na temat konsekwencji zwycięstwa za pomocą samej tylko siły. Dotyczyło też 

w dużym stopniu jej własnych problemów. 

- Chyba nie będziemy musieli rzeczywiście przetykać tego zgniatacza śmieci, co? - zapytała, 

żeby zmienić temat. Nie chodziło jej nawet o dymiące sterty wszelkich odpadków, lecz rów-

nież o zamykające się ściany. 

- Nie - uspokoił ją Arrizza. - Zajmijcie się swoimi sprawami. Ja dopilnuję, żeby praca zosta-

ła wykonana. 

- Mamy sygnały, które możemy sobie przesyłać, kiedy jesteśmy potrzebni w innym miejscu 

- wyjaśnił Goure. 

- Jeśli ktoś was zaczepi - dodał Kurtzen - albo jeśli się rozdzielicie, powiedzcie tylko, że zepsuł 

się wam lokalizator i szukacie sektora C. Znajdę was tam. 

Tahiri skinęła głową. 

Dotarli do poprzecznego korytarza i rozdzielili się bez dalszych słów - Arrizza ruszył na prawo, 

żeby wywiązać się z zadań, Tahiri i Goure ciężkim krokiem skręcili w lewo na swój rekonesans. 

Od tej chwili ryzyko rosło. Nie wiedziała, jak dokładnie monitorowane są grupy sprzątaczy ani 

jak głęboko mogą się zapuszczać w kompleks, zanim ktoś zauważy, że nie postępują zgodnie z 

normalnymi  procedurami.  Mogła  jedynie  pracować  szybko  i  mieć  nadzieję,  że  wystarczy  im 

czasu, aby zrobić to, po co przyszli. 

Goure prowadził ją długą, krętą trasą wiodącą przez różne poziomy Podpiwniczenia, czasem 

przesiadając się do turbowindy na górne lub dolne piętra i wymijając magazyny pełne zapieczę-

towanych kontenerów. 

-  Ten kompleks jest większy, niż się wydaje - zauważyła, kiedy mijali ogromny podziemny 

bunkier, po sufit załadowany racjami żywnościowymi. 

185

background image

- Po wojnie z Ssi-ruukami został przeprojektowany na schron - wyjaśnił Goure. - Senat i 

duża część populacji Salis D'aar może przetrwać tu przez dłuższy czas, oczywiście dopóki za-

pory łączące go z powierzchnią nie zostaną przerwane. 

- A jeśli zostaną? 

- Jest tu również schowek z bronią - odparł Ryn. - Wystarczy dla małej armii. Wierz mi, nie 

oddadzą życia bez walki. 

Biorąc pod uwagę okropność transferu, Tahiri mogła zrozumieć  metody, jakich używał se-

nat,  aby  go  uniknąć.  Mając  przez  całe  dziesięciolecia  przed  oczami  widmo  zniewolenia  i 

śmierci, musieli być uwarunkowani strachem przed powtórną inwazją. Nic dziwnego zatem, że 

niektórzy ludzie nie chcieli mieć nic wspólnego z P'w'eckami, nawet jeśli przedtem i oni byli 

niewolnikami. 

Skąd taki nagły zwrot w polityce? - zastanawiała się. Księżniczka Leia mówiła przecież, że 

Cundertol  w  okresie  swojej  pracy  dla  senatu  Nowej  Republiki  był  bardzo  przeciwny  nielu-

dziom, skąd więc teraz taka zmiana? 

Zmusiła się do odsunięcia tych rozważań na później i skupiła na tym, co miała do zrobienia 

w tej chwili. 

-  Jeśli umieszczają tu żywność i broń - zauważyła - z pewnością mają też centrum zarzą-

dzania. 

- Mają - odparł Goure. - Właśnie tam się wybieramy. 

  Nadłożyli nieco drogi, aby znaleźć niewielką froterkę do podłóg, po czym ruszyli dalej. Przeszli 

przez pusty punkt kontrolny i zjechali w dół jeszcze jedną windą. Tahiri cały czas sprawdzała, czy 

przestrzeń wokół nich nie nosi śladów zamieszkania, ale cała ta część podziemi wydawała się 

zupełnie pusta. Gdyby nie wiedziała, gdzie jest, mogłaby pomyśleć, że wędrują przez doskonale 

zachowane ruiny podziemnego, opuszczonego miasta. 

Tu  jednak  na  każdym  zakręcie  śledziły  ich  oczy  kamer  ochrony.  Wystarczyło,  aby  jedna 

osoba nabrała podejrzeń.... 

Dwie połowy wielkich, odlewanych drzwi rozsunęły się na boki,  ukazując ich oczom nieu-

żywane centrum dowodzenia. Tahiri i Goure pewnie weszli do środka, jakby bywali tu co naj-

mniej raz dziennie. Dziewczyna, zamiast kręcić kaskiem na hydraulicznej szyi, omiatała puste 

ekrany  i  uśpione  holoprojektory  pomieszczenia  wszelkiego  rodzaju  czujnikami,  w  jakie  był 

wyposażony  kombinezon.  Było  tu  dość  miejsca  na  pięćdziesiąt  lub  więcej  osób,  które  mogły 

pracować swobodnie na wzniesionej okrągłej platformie. Przypuszczała, że w tym 

186

background image

miejscu mieli urzędować w czasie wojny premier i jego głównodowodzący. Wprawdzie centrum 

było puste od wielu lat, ale widać było, że pozostaje w stanie pełnej i natychmiastowej gotowo-

ści, czekając, aż nadejdzie jego moment. 

Nic straconego, pomyślała cynicznie. Jeśli intencje Keeramaka są inne, niż się wydają... 

Goure przystanął pośrodku wielkiego pomieszczenia i uruchomił maszynę sprzątającą. Prze-

suwając ją w przód i w tył, mówił powoli, monotonnym głosem stapiającym się z cierpliwym 

zaśpiewem silnika. 

- Udawaj, że sprzątasz. Włamię się do systemów i sprawdzę, czy znajdę Jainę. Przełącz mo-

nitory na kanał siedemnasty, żebyś mogła śledzić moje poczynania. 

- Czy nikt nie zauważy, co robimy? 

- Nie, jeśli będę dość dobry. - Uśmiechnął się do niej przez kask. - A jestem dość dobry. - Po 

czym dodał już poważniej: - Musimy być w centrum, żeby wejść do sieci, ale nie zamierzam 

robić nic tak oczywistego, jak włączanie ekranów. Kombinezony załatwią sprawę za nas. 

- Potężne ramiona jego ciężkiego kombinezonu drgnęły. - Podejrzewam, że to nasza jedyna 

szansa, więc musimy skorzystać, ile się da. 

Tahiri przyjęła pouczenie i zajęła się pracą, demonstracyjnie wykorzystując siłę i elastyczność 

kombinezonu na użytek ewentualnych  obserwatorów. Pracując, przez cały czas jednym okiem 

obserwowała  postępy  Goure'a  za  pomocą  górnej  części  wnętrza  hełmu,  które  stanowiło  dość 

prymitywny  ekran  wideo.  Na  początku  widziała  jedynie  długie  szeregi  skomplikowanych  ko-

dów maszynowych, kiedy Ryn za pomocą prostej hakerskiej techniki włamywał się do gmatwa-

niny sieci o niższym poziomie zabezpieczeń. Później zadanie stało się nieco trudniejsze; potrze-

bował więcej czasu, aby włamać się na kolejny poziom. Wreszcie dostał się do danych admini-

stracyjnych, takich jak aresztowania i zwolnienia, ale nie znalazł ani słowa o Jainie. 

Kolejne dwadzieścia minut pracy doprowadziło Goure'a wprost do serca bakurańskiej biuro-

kracji,  gdzie,  jak  twierdził,  przechowywane  są  prawdziwe  tajemnice.  Początkowo  Tahiri  była 

zdumiona jego zręcznością, ale przypomniała sobie, że Rynowie cieszyli się wątpliwą sławą naj-

lepszych  hakerów.  Poza  tym  Bakura,  jako  system  na  izolowanym  krańcu  światów  Rubieży, 

prawdopodobnie nie korzystała ze skomplikowanego oprogramowania, gwarantującego pouf-

ność - takiego, jakie uważała za oczywiste na Kałamarze. Pomimo to przebicie 

187

background image

się przez najsilniejsze szańce obronne systemu w ciągu zaledwie półtorej godziny  mogło  wy-

wrzeć wrażenie. 

- Interesujące - mruknął wreszcie, 

- Znalazłeś coś? - natychmiast zainteresowała się Tahiri. Miała już dość polerowania i odku-

rzania, 

-  Niestety, chyba nie chodzi o Jainę. Dostałem się do ukrytych holokamer w pomieszczeniach, 

w których nie powinno ich być. – Widok w górnej części kasku zmienił się w obraz wideo i 

Tahiri ujrzała wielkie, okrągłe łoże otoczone bogatymi draperiami. 

- Zdaje się, że ktoś się bawi w podglądanie - mruknęła. 

- Wątpię. Prawdopodobnie jakiś nadgorliwy szef ochrony. Takie rzeczy widać wszędzie, 

gdziekolwiek się udasz. Lewa ręka nie ufa prawej. 

Przeglądał  widoki  z  ukrytych  kamer,  sprawdzając,  co  dzieje  się  w  rzekomo  bezpiecznych  po-

mieszczeniach. Jakość obrazu zmieniała się od pełnego 3D do ziarnistego, czarno białego 2D. 

Większość zdjęć pochodziła z pustych biur senatorów, zajmujących się porannymi przygo-

towaniami do ceremonii poświęcenia. Nic szczególnie ekscytującego. 

Tahiri  tak  długo  przypatrywała  się  migającym  obrazom,  że  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  w 

ogóle znajdą cokolwiek. Nagle... 

- Czekaj! - zawołała. - Wróć! 

Ale Goure już tam był, wywołując obraz Hana i Leii i manipulując ostrością. Stali w eleganc-

ko urządzonym biurze, przed wielkim, polerowanym biurkiem premiera Cundertola. Twarz Leii 

była pozornie spokojna i opanowana, jak zwykle, lecz frustracja Hana była oczywista. 

Tahiri już miała spytać, czy jest dźwięk, kiedy Goure postarał się i o to. 

- .. .rozumiem waszą troskę - mówił Cundertol - ale na tym etapie doprawdy nie mogę nic 

zrobić... zwłaszcza kiedy wydaje się, że mogła być wspólniczką podczas ucieczki niebezpiecz-

nej kryminalistki. 

Han zjeżył się. 

- Jeśli pomogła w ucieczce Malinzy, to musiała mieć dobry powód. 

- Może i miała, kapitanie Solo, ale fakt pozostaje faktem, że złamała prawo. Jeśli pańska córka 

wierzyła w niewinność Malinzy, to istnieją legalne sposoby, których mogła użyć. W obecnej 

sytuacji musi pan zrozumieć, że mam związane ręce. Z legalnego punktu widzenia nie można 

zaprzeczyć, że jest winna. 

- Winna, bo pomogła w ucieczce niewinnej osobie? - zapytał Han. 

188

background image

- Malinza Thanas nie jest niewiniątkiem - poważnie odparł premier. - Ona i jej banda mąci-

wodów narobili już dość szkody Bakurze, aby uznać ją za osobę wyjętą spod prawa. Był już 

najwyższy czas, żeby ją przymknąć. 

- Ale sam pan przecież powiedział, że jest niewinna! - zaprotestował z niedowierzaniem Han. 

Wyraz twarzy Cundertola stanowił mieszaninę zdumienia i namysłu. 

- Skąd to panu przyszło do głowy? 

Leia wtrąciła się spokojnie, aby zapobiec iście koreliańskiemu wybuchowi. 

- Panie premierze, podejrzewam, że Jaina padła ofiarą prowokacji. Skontaktował się z nami 

ktoś, kto twierdził, że ma dla nas informacje. Działając zgodnie z tą informacją, Jaina wybrała 

się na spotkanie z Malinzą Thanas, lecz miała z nią jedynie porozmawiać. Z pewnością nie 

zamierzała jej pomagać w ucieczce. Jeśli miałaby w tym uczestniczyć, to tylko pod przymusem. 

- Więc dlaczego się nie ujawniła, żeby wszystko wyjaśnić? - zapytał Cundertol. - Na zdjęciach 

wyraźnie widać, jak wyprowadza Thanas z celi z własnej i nieprzymuszonej woli. Nie było 

żadnego przymusu. 

- Więc to był podstęp - zdecydowała Leia. 

- Dlaczego? 

- Gdybyśmy to wiedzieli, nie tracilibyśmy czasu w tym biurze, nie sądzi pan? Trudno, sami za-

łatwimy tę sprawę - warknął Han. 

Leia położyła dłoń na ramieniu męża. 

- Nie chcemy nikogo krytykować - wtrąciła. - Po prostu martwimy się o córkę. 

- A co z waszą drugą towarzyszką? Tą drugą Jedi? Wróciła? 

Han skrzywił się gniewnie, lecz wyraz twarzy Leii pozostał spokojny i uprzejmy. 

- Niestety, nie. O jej bezpieczeństwo też zaczynam się obawiać. 

- A więc mamy dwóch rycerzy Jedi, którzy bez nadzoru poruszają się po Salis D'aar. Jestem 

pewien, że wybaczycie mi, jeśli uznam, że dzieje się tu coś podejrzanego, ale czas jest bar-

dzo nieodpowiedni, w przeddzień przypieczętowania przez Bakurę trwałego pokoju z od-

wiecznym wrogiem pojawia się Sojusz Galaktyczny i wszczyna zamieszanie. Mogę się tylko 

zastanawiać, czy chcecie, abyśmy zerwali stosunki z resztą galaktyki, czy może jest coś, cze-

go jeszcze od nas potrzebujecie i boicie się, że wam odmówimy... 

189

background image

- Nie sądzę, aby pan sam w to wierzył, premierze - odparła Leia, niewzruszona tymi oskar-

żeniami. - Zna pan nas, więc wie, że działamy tylko w interesie pokoju. 

- Obawiam się, że jeszcze nie mam żadnego powodu, aby tak sądzić, księżniczko. 

W tym momencie na biurku premiera rozległo się głośne brzęczenie. Jednym płynnym ruchem 

premier wstał i przygładził włosy. Zmiana w jego zachowaniu była uderzająca. Przed chwilą wy-

dawał  się  zupełnie  niewzruszony  groźbami  Hana,  lecz  dźwięk  alarmu  całkiem  wytrącił  go  z 

równowagi. 

-  Przepraszam, musicie mi wybaczyć, mam kolejne spotkanie. Zapewniam was, że zrobimy 

wszystko, co w naszej mocy, aby odnaleźć zbiegłych rycerzy Jedi... razem z Malinzą Thanas. - 

Jakby po namyśle, dodał jeszcze: - Mam nadzieję, że zobaczymy się na ceremonii poświęce-

nia. To już niedługo i nie chciałbym, aby z powodu ostatnich wypadków uznali nas państwo za 

zbyt małostkowych, aby odmówić wam zaproszenia. Księżniczko Leio, kapitanie Solo, pozo-

stajecie naszymi gośćmi honorowymi do czasu, kiedy będziemy mieli powód, 

aby zdecydować inaczej. 

Leia praktycznie musiała wywlec męża z biura. Widać było, że oboje nie są zadowoleni z au-

diencji u premiera, ale nawet Tahiri, patrząc z boku, wiedziała, że nie mogą nic więcej zrobić. 

Skoro tylko drzwi zamknęły się za nimi, Cundertol usiadł. Przez długą chwilę siedział zupeł-

nie nieruchomo, jakby pogrążony w medytacji próbował zebrać myśli. 

-  Leia wspomniała o tobie - powiedziała Tahiri do Goure'a. - To ty się z nami skontaktowałeś, 

ty wysłałeś Jainę do więzienia. Prawdopodobnie myśli, że jesteś wplątany w tę kabałę. 

- To jeszcze jeden powód, żeby się dowiedzieć, co się z nią stało. Zobaczmy, czy jeszcze coś 

znajdziemy... 

- Zaczekaj, patrz! - Drzwi biura Cundertola otworzyły się znowu. Weszło czterech strażników 

P'w'ecków o matowych łuskach, ubranych w skomplikowane skórzane uprzęże i z promiennika-

mi wiosłowymi u boków. Stanęli po obu stronach biurka i podejrzliwie rozejrzeli się po pokoju. 

Wtedy dopiero pojawił się Lwothin, a za nim dostojnym, pełnym doskonałego wdzięku kro-

kiem weszła postać, która, ogólnie rzecz biorąc, przypominała P'w'ecka, lecz w każdym szcze-

góle była zupełnie odmienna. 

Keeramak, pomyślała Tahiri. Mimo woli podziwiała przepiękne, zmienne barwy łusek stwo-

rzenia. Wzór, który tworzyły, lśnił w 

190

background image

tle lamp biura wszystkimi kolorami tęczy. Każdy ruch słał nowe tańczące iskry. Z całej sylwetki 

Ssi-ruuvi  emanowała  zwinność  łowcy,  utrwalona  tysiącami  lat  dominacji  nad  tępawymi,  ner-

wowo wyglądającymi P'w'eckami. Keeramak trzymał się bardziej prosto, a jego krok był pew-

niejszy, członki dłuższe, mięśnie gładsze i smukłejsze, oczy zaś błyszczały inteligencją i spry-

tem, co sprawiało, że Lwothin wyglądał przy nim równie groźnie jak Ewok. 

Za  nim  weszli  jeszcze  dwaj  strażnicy.  Drzwi  zatrzasnęły  się.  Keeramak  podszedł  wprost  do 

biurka Cundertola i stał tam, machając grubym ogonem. 

Cundertol wstał i skłonił się oficjalnie. 

Keeramak powiedział coś w głębokim, śpiewnym języku Ssi-ruuvi. Tahiri słuchała w oczeki-

waniu na tłumaczenie, które jednak nie nastąpiło. Przyjęła, że Cundertol ma do uszny translator, 

przekazujący słowa Keeramaka od razu we wspólnym wprost do ucha. Niefortunna  sytuacja, 

ale nie katastrofalna. 

Przynajmniej możemy usłyszeć jego odpowiedź, pomyślała. 

Lecz  to,  co  wówczas  nastąpiło,  zupełnie  zbiło  ją  z  tropu.  Kiedy  Keeramak  przestał  mówić, 

premier Cundertol otworzył usta i odpowiedział obcemu w płynnym Ssi-ruuvi - języku, którego 

słów żaden człowiek nie jest w stanie wymówić. 

Tahiri  wytrzeszczyła  oczy,  obserwując  grdykę  Cundertola  wędrującą w  górę i w dół  w rytm 

podobnych do dźwięków fletu słów wydobywających się z jego ust. 

- To nie jest możliwe - szepnęła w osłupieniu. 

Mowa Cundertola została przerwana przez głośny komentarz Keeramaka. Szponiasta dłoń za-

cisnęła się w powietrzu między nimi. Cundertol z jakiegoś powodu zaprotestował, ale Keeramak 

nie dał mu dojść do słowa. Wreszcie z kwaśną miną skinął głową i usiadł, krzyżując ramiona na 

piersi. 

Premier  znowu  przemówił  w  obcym  języku,  na  co  Keeramak  odpowiedział  prychnięciem, 

które  mogło  być  wersją  śmiechu  Ssi-ruuvi.  Lwothin  próbował  wtrącić  się  do  rozmowy,  ale 

Keeramak szorstko odepchnął go na bok. Cundertol uśmiechnął się tylko. 

-  Wcale mi się to nie podoba. 

-  Mnie też nie - odparł Goure. - Gdybym miał możliwość, żeby to jakoś zarejestrować! A 

przynajmniej skierować do tłumacza! Ale nie mogę nic zrobić, żeby nie zaalarmować służb 

bezpieczeństwa. 

- Może właśnie to powinniśmy zrobić - powiedziała Tahiri. – Ktoś musi się o tym czym prę-

dzej dowiedzieć! 

191

background image

Zaledwie  wypowiedziała  te  słowa,  kiedy  rozmowa  pomiędzy  Keeramakiem  a  Cundertolem 

dobiegła końca. Premier wstał i skłonił się lekko. Lwothin i jego szef Ssi-ruuvi w towarzystwie 

swoich uzbrojonych ochroniarzy opuścili pomieszczenie. 

Cundertol znów został sam. Opadł na fotel, tym razem z wyrazem ulgi na twarzy. 

- Nie mam pojęcia, co tu właściwie miało miejsce - mruknął Goure - ale masz rację, musimy o 

tym komuś powiedzieć. 

- Ale co im powiemy? - zapytała Tahiri. Incydent zdarzył się zaledwie parę sekund temu, a 

ona już ledwie wierzyła własnym wspomnieniom, więc jak uwierzą im inni, jeśli nie mają 

żadnych dowodów? - Wyjdziemy i zameldujemy, że premier to jakaś hybryda człowieka 

i Ssi-ruka? Nigdy nam nie uwierzą! 

- A może znajdzie się ktoś, kogo to zainteresuje... - w zadumie odparł Goure. 

- Kto? 

- Taka wpadka bez wątpienia zakończy karierę Cundertola... nie zależnie od tego, jakie były 

jego pierwotne intencje. Jak sądzisz, kto uzyska z tego najwięcej korzyści? 

Tahiri skinęła głową. 

- Wicepremier. 

- Właśnie. Ma motyw, żeby coś zrobić, a przy okazji odpowiednią władzę, żeby zrobić to 

szybko. Jeśli tylko zdołamy się do niego dostać... 

- .. .przed ceremonią! - dokończyła. - Jeśli Keeramak ma zamiar wyprowadzić Bakurę w po-

le, musimy zacząć działać natychmiast. Jedyne, co powstrzymuje ich przed otwartym atakiem, 

jest lęk o własną duszę. Kiedy Bakura zostanie poświęcona, nikt ich nie powstrzyma. 

- Zgadza się. A to nam nie daje zbyt wiele czasu. - Obraz premiera Cundertola znikł, zastą-

piony schematem sieci komunikacyjnej kompleksu. - Ciekawe, gdzie teraz może być Har-

ris? 

Zanim zdążyli namierzyć wicepremiera, w pustym centrum rozległ się tubalny głos: 

- Uwaga, sprzątacze. Na czyje polecenie działacie? 

Goure uruchomił zewnętrzny komunikator, a jego głos rozległ się nieprzyjemnie blisko ucha 

Tahiri. 

- Brygadzista Jakatis, proszę pana. 

- Brygadzista Jakatis twierdzi, że nie żądał ekipy w tym miejscu - padła natychmiastowa od-

powiedź. - Wasza obecność jest nielegalna. 

192

background image

- Jestem pewien, że jeśli spytacie go jeszcze raz... 

- Popełniliście wykroczenie w trybie rozdziału od czwartego do szesnastego ustawy o tajności. 

Pozostańcie tam, gdzie jesteście, dopóki nie zjawi się oddział, który was odeskortuje do ob-

szaru zatrzymania, gdzie zostaniecie poddani formalnemu procesowi. 

Sygnał z centrum sterowania zgasł. 

Tahiri  zaklęła  pod  nosem  i  pomimo  klimatyzacji  w  kombinezonie  znów  zaczęła  się  pocić. 

Zbyt wiele uwagi poświęcili Cundertolowi, a zbyt mało udawaniu, że sprzątają. 

Teraz, kiedy wpadli, służba bezpieczeństwa na pewno ich podsłuchuje. Goure przytknął hełm 

swojego kombinezonu do hełmu Tahiri, aby upewnić się, że nikt ich nie usłyszy. Przynajmniej 

na razie nie wiedzą, z kim mają do czynienia. 

- Szlag trafił plan - mruknął. 

- Musimy się stąd wynosić - wykrztusiła i poczuła, jak w jej żołądku narasta nieprzyjemne 

uczucie. Nie wyczuwała wokół nikogo, ale w końcu oddział mógł się składać z robotów. 

- Nie ma obaw - rzekł. - Już się robi. Chodź za mną i rób dokładnie to samo co ja. 

- A Harris? 

- Znalazłem go, zanim nas odcięli - odparł Goure. - Musimy się tylko do niego dostać. 

- A Arrizza? 

- Potrafi o siebie zadbać. Chodź! 

Zanim zdążyła zapytać o coś jeszcze, pociągnął ją i zaczął przepychać swój kombinezon do 

wyjścia. Wprawdzie masywny sprzęt był ciężki i raczej nieprzewidziany do szybkiego porusza-

nia się, ale mógł rozwinąć niezłą prędkość, jeśli zaszła taka potrzeba. Pobiegła za nim.  Łomot 

stóp o podłogę przenosił się drganiami wzdłuż metalowych nóg i szarpał ciało. Wycie przecią-

żonej hydrauliki było ogłuszające. 

Goure poprowadził do pierwszej turbowindy, którą jechali. Wiedząc, że strażnicy będą ich ob-

serwować, nawet nie pomyślał, żeby jej użyć. Pociągnął Tahiri do kolejnej serii korytarzy wio-

dących do spiralnej klatki schodowej. Schody dygotały niebezpiecznie pod ich połączonym cię-

żarem, ale lepsze to niż znaleźć się w pułapce windy i oczekiwać aresztowania. 

Przebyli dziesięć pięter jednym ciągiem. Problem stabilności schodów nabrał całkiem innego 

wymiaru, kiedy z góry zjechały dwie czarne kule, wyjąc i migając światłami. 

193

background image

- Roboty! - wrzasnął Goure. Jego okrzyk rozbrzmiał po całej klatce schodowej. 

Tahiri  podniosła  wzrok.  Ograniczone  przez  schody  roboty  opadły  w  dół  centralnej  części 

klatki. Na szczęście były tylko te dwa, ale bez wątpienia zaraz nadlecą następne. Ich pręty ogłu-

szające były nieszkodliwe w starciu z kombinezonem zbroją, ale miały i potężniejszą broń. 

- Jesteście aresztowani - oznajmiły. - Jesteście aresztowani! Rzucić broń i nie ruszać się! 

No  jasne,  czemu  nie?  -  pomyślała  Tahiri,  otwierając  metalową  klapkę  na  zewnętrznej  części 

kombinezonu  i  sięgając  do  środka.  Przed  wejściem  do  egzoszkieletu  ukryła  miecz  laserowy 

pomiędzy  narzędziami  do  czyszczenia,  właśnie  na  taką  okazję.  W  wielkiej  metalowej  pięści 

wydawał  się  maleńki  i  musiała  się  jeszcze  bardziej  skoncentrować,  żeby  zwalczyć  naturalną 

nieruchawość kombinezonu, ale od razu poczuła się lepiej, mając go w dłoni. 

- Nie! - krzyknął Goure, widząc, co robi. - Jeśli go włączysz, będą wiedzieli, kim jesteś! 

A  co  to  za  różnica?  -  chciała  zapytać.  Jeśli  jeszcze  nie  wiedzą,  to  wkrótce  się  dowiedzą, 

kiedy ją aresztują i każą zdjąć kombinezon. 

Instynkt  jednak  podpowiadał  jej,  żeby  wierzyła  Goure'owi.  Wydawało  się, że nie prowadzi 

ich bez celu. Gdziekolwiek ją zabierał, najwyraźniej był pewien, że zdoła uciec. I przecież ist-

nieje tyle sposobów walki, które nie wymagają użycia miecza świetlnego. 

Wysłała impuls psychokinetyczny, aby strącić najbliższego robota. Robot stracił sterowność i 

zaczął się kręcić, uderzając o ścianę, aż w fontannach iskier skrzesanych o kamień spadł na dno 

szybu. Drugi wycofał się o jakiś metr, unosząc groźnie wszystkie rodzaje broni. Tahiri przesłała 

impuls Mocy przez jego obwody repulsorowe, dzięki czemu wyskoczył w górę i spotkał go taki 

sam los, jak towarzysza. Jego wrzaski protestu ucichły szybko, gdy znikł w mroku. 

- Dobra robota - rzekł Goure, sięgając w górę, aby rozbić najbliższą kamerę. 

Opuścili  klatkę  schodową  trzynaście  pięter  powyżej  poziomu  tajnego  centrum  dowodzenia. 

Obszar, w którym się znaleźli, nie był przewidziany do ciężkiego serwisu, i Tahiri musiała się 

pochylić, żeby się zmieścić w korytarzu. Goure nawet się nie fatygował. Kopuła  jego metalo-

wej głowy tarła o powierzchnię sufitu, zrywając płytki i oprawy świateł, pozostawiając za sobą 

przeoraną  bruzdę.  Kiedy  mijał  kamery,  nie  zatrzymywał  się.  Wyciągał  rękę  i  miażdżył  je,  nie 

zwalniając nawet kroku. 

194

background image

- Mam nadzieją, że wiesz, dokąd idziesz? - zapytała Tahiri. Jej poprzednia ufność zaczęła się 

rozwiewać. Nie była już pewna, czy Rynma plan, czy tylko zamierza narobić tyle szkód, ile się 

da. 

- Jeśli dobrze pamiętam, gdzieś tu musi być szyb konserwacyjny... 

Przed nimi znajdowała się dwumetrowa cylindryczna kolumna, biegnąca od podłogi do sufitu. 

Goure podszedł i wykorzystując siłę kombinezonu, wybił dziurą w jej podstawie. Wewnątrz wi-

dać było liczne skręcone kable i rury. Widocznie kolumna ciągnęła się przez wiele pięter wyżej 

i niżej, dostarczając niezbędne media do otaczających ją obszarów. 

Goure przez chwilą szukał potrzebnego kabla. Wreszcie zdenerwowanie wzięło górę i zaczął 

szarpać je pełnymi garściami. 

- No, daj spokój - mruknęła Tahiri, rozglądając się nerwowo w poszukiwaniu kolejnych robo-

tów. - Nie mogą być daleko. 

Potężne dłonie kombinezonu Goure'a szarpały  przewody i kable.  Z kolumny trysnęły pęki 

iskier i kłęby pary. Dopiero kiedy zanurzył ręce po łokcie w bulgoczących płynach i dymiących 

izolatorach, chwycił coś, co znalazł w głębi i pociągnął z całej siły. 

Światła zgasły. Całe piętro pogrążyło się w ciemnościach. 

- W porządku - usłyszała w ciemności jego lekko zdyszany głos. Przełączyła się na pod-

czerwień i zobaczyła, jak Goure odchodzi od kolumny i rusza w stronę szybu wentylacyjnego. 

- Nie mamy wiele czasu. To ich nie zatrzyma na długo. 

Rozległ się syk i kombinezon Goure'a rozstąpił się na plecach. Ryn wysunął z otworu głowę, 

potem ramiona. Tahiri podeszła, żeby mu pomóc. Jej kombinezon podniósł go jak lalkę. Ryn 

raźno zamachał ogonem, uwolnionym nareszcie z ciasnego więzienia. 

- Podporządkuj swoje obwody sterujące moim, zanim wyjdziesz - polecił. Usłuchała i przyci-

snęła przycisk SZYBKIE ZWALNIANIE. Odetchnęła głęboko, radując się świeżym, chłodnym 

powietrzem, które omywało jej ciało. 

- Co teraz? - zapytała, wyjmując miecz świetlny z bezwładnej pięści kombinezonu. 

Goure wskazał na otwarty szyb. 

- Włazimy. Ale najpierw... - sięgnął pod pachę swego kombinezonu i przełączył jakąś dźwi-

gnię. Oba kombinezony zamknęły się z sykiem, odwróciły i ruszyły korytarzem, pozostawiając 

za sobą głęboki ślad zniszczenia na niskim sklepieniu. 

-  No, tego śladu już nikt nie przeoczy - ocenił. Iskry przelotnie oświetliły jego twarz, gdy 

oba kombinezony odmaszerowały w mrok. 

195

background image

- Zaprogramowałem je na swobodne poruszanie się w górę za każdym razem, kiedy to możliwe. 

Jeśli dotrą do klatki schodowej, sprawy mogą się okazać interesujące; jeśli nie... no cóż, podarują 

nam przynajmniej minutę lub dwie. 

Pomógł jej wejść do szybu, po czym wszedł sam, starannie zamykając pokrywę. 

-  Gdzieś tu niedaleko powinien być centralny szyb wentylacyjny. Jeśli go znajdziemy, rusza-

my pod górę. Kiedy dotrzemy na powierzchnię, będziemy mogli wyjść z szybu. I będziemy wol-

ni. 

- Miejmy nadzieję - dodała Tahiri. 

Goure skinął głową z powagą. 

- Miejmy nadzieję. 

- A co z wicepremierem? 

- Jeśli Harris nie oddali się za bardzo, będziemy mogli go znaleźć na czas. Ale mamy tylko 

godzinę do rozpoczęcia ceremonii i siedemnaście pięter. 

- No to może się ruszmy, jak sądzisz? 

Na zewnątrz szybu zapaliły się światła awaryjne. Z dali dobiegał łomot stóp kombinezonów 

i trzask strzałów z miotaczy. 

W czerwonawym mroku Goure znów skinął głową i oboje bez słowa pełzli przed siebie. 

- Wolisz zostawić walkę swojej siostrze? Co przez to rozumiesz? - Wyn Antilles spojrzała na 

Jacena, jakby nagle oszalał. W surowym czarnym mundurze jasnowłosa wyglądała jak 

uczennica udająca wielkiego moffa; może i znała zasady, ale nie miała dość dojrzałości, żeby 

je odpowiednio zaprezentować. 

- Tam, skąd pochodzę - dobrotliwie odparł Jacen - nie ma zwyczaju zabraniać kobietom walki. 

Właściwie chyba tutaj też nie, o ile wiem... 

- Nie, nie ma - odparła. - Przecież to byłoby głupie. Prawda, pani komandor? 

Siedząca po drugiej stronie stołu Chissanka sztywno skinęła głową-Do tej pory obserwowała 

jedynie,  jak  Jacen  wprowadzał  zebrane  dane  do  notatnika,  żeby  je  później  opracować.  Wyn 

przysiadła się do Jacena i Danni, którzy przeglądali dane metodą elektroniczną, podczas gdy po-

zostali  członkowie  grupy  dalej  rozmawiali  z  rodzicami  dziewczynki.  Początkowo  Wyn  była 

bardzo podniecona spotkaniem z Jacenem i marzyła tylko o tym, aby porozmawiać z nim o Zo-

namie Sekot. Kiedy jednak ten temat się wyczerpał, dziewczynka uznała widocznie, że ciekawie 

będzie podroczyć się z Jacenem, więc z determinacją zaczęła  

196

background image

sobie żartować z jego miejsca w misji i wszechświecie w ogóle. Nie  mógł się zorientować, czy 

żartuje, czy też rzeczywiście się z nim sprzecza, by sprawdzić, jak dalece może rozdrażnić Jedi, 

zanim jego cierpliwość się wyczerpie... 

- Chodzi mi o to, że powinieneś walczyć, kiedy musisz. Twoje preferencje nie mają z tym nic 

wspólnego. Twój wróg nie będzie czekał, tylko dlatego że akurat nie chcesz walczyć. Albo sta-

wisz mu czoło, albo umrzesz. 

Ostre słowa, pomyślał Jacen, jak na kogoś tak młodego. Cóż, z jej pochodzeniem, kulturą i w 

czasach, w jakich została wykształcona... może nie powinno to być aż tak zaskakujące. 

- Powinienem raczej powiedzieć, że wolę stawiać się w sytuacji, kiedy liczą się umiejętności 

inne aniżeli sztuka walki. - Próbował ubrać swoje uczucia w słowa z odpowiednią starannością i 

precyzją, aby Wyn nie miała okazji przyczepić się do kolejnej niejasności. Zmęczenie nie uła-

twiało mu zadania. - Nie każdy konflikt można rozwiązać za pomocą siły, Wyn. Niektóre 

komplikują się w stopniu wykładniczym, jak tylko do równania dojdzie przemoc. Moc może 

potrzebować obu stron życia: narodzin i śmierci, aby utrzymać równowagę, ale to nie znaczy, 

że nie możemy szukać rozwiązań pokojowych. Nawet wtedy, kiedy przemoc wydaje się jedy-

nym, a przynajmniej najłatwiejszym rozwiązaniem. 

Ku jego wielkiej uldze Wyn przyznała mu rację skinieniem głowy. 

- Dobrze, rozumiem. Ale co z twoją siostrą? Jak ona reaguje, kiedy pozwalasz jej ryzykować 

życie, sam korzystając z „łatwiejszej" opcji? 

- Nie sądzę, abym mógł „pozwalać" jej na cokolwiek - odparł. - Ona jest po prostu lepsza, 

kiedy istnieje potrzeba, aby pójść tą drogą. Ja spędzam pół życia na filozofowaniu, na rozwa-

żaniu różnych spraw, a ona koncentruje swoją energię na zewnątrz, na rzeczach, które może 

zmienić. Jeśli o mnie chodzi, uważam, że oboje służymy tej samej sprawie, ale w różny spo-

sób. 

- Ale nosisz miecz świetlny - zauważyła Wyn. 

Wzruszył ramionami. 

- To symbol Jedi. Coś jak insygnia na mundurze komandor Irolii. 

-  Ale i tak broń u twojego boku wydaje się nie na miejscu, kiedy mówisz, że nie lubisz 

przemocy. 

Jak  ja  mam  na  to  odpowiedzieć?  -  zastanawiał  się  Jacen.  Jeśli  powiem,  że  nie  nienawidzę 

przemocy, podważę wszystko, co jej do tej Pory powiedziałem. Jeśli zaś potwierdzę, wystawię 

moje przekonania na pośmiewisko. W jaki kąt się znowu zapędziłem? 

197

background image

- Czy aby trochę nie zeszliśmy z tematu? - zapytała Danni, przeciągając się ze znużeniem. - 

Szukaliśmy Zonamy Sekot. 

Jacen skinął głową. To była bardzo wyczerpująca sesja i do tego nie zakończyła się powodze-

niem.  Liczba  „trafień",  czyli  systemów,  gdzie  odnotowano  opowieści  o  wędrownej  planecie, 

powoli przestawała rosnąć - wyczerpali już wszystkie najłatwiejsze do znalezienia możliwości. 

Do  tej  pory  mieli  sześćdziesiąt  potwierdzonych  lub  przypuszczalnych  wystąpień  przez  czter-

dzieści lat. Zonama Sekot osiadała zawsze tam, gdzie mniej więcej dwadzieścia lat po niej mie-

li pojawić się Yuuzhan Vongowie. 

- Ale powiedziałaś przedtem, że szukamy w niewłaściwym miejscu - odparła Wyn. 

 Danni westchnęła, a kiedy się odezwała, była wyraźnie zdenerwowana. 

-  Początkowo szukaliśmy w zapisach socjologicznych - wyjaśniła. - Dane astronomiczne by-

łyby najlepsze. Musimy szukać systemów, które przyjęły nową planetę w zamieszkanych obsza-

rach, niezależnie od tego, czy te strefy są teraz zamieszkane, czy nie. 

- Ale przecież w przestrzeni Chissów i wokół niej są setki tysięcy gwiazd - odrzekła Wyn. - 

Plus mniej więcej drugie tyle osieroconych światów dryfujących w przestrzeni międzygwiezd-

nej. Przez cały czas muszą być jakieś przechwytywane albo gubione planety. 

- A właśnie, że nie. - Odkąd Danni odniosła spektakularny sukces, odkrywając biologiczne se-

krety Yuuzhan Vongów, często zapominano, że jej właściwą specjalizacją jest astronomia. - 

Przechwycenie planet spoza układu słonecznego zdarza się naturalnie, choć jest to bardzo 

rzadkie wydarzenie. A pośrodku zamieszkanej strefy nawet jeszcze rzadsze. Duży procent tych 

systemów był nieraz odwiedzany przez robosondy w czasie misji badawczych, a podsta-

wowe konfiguracje innych zostają zwykle zarejestrowane przez wielkie detektory interfe-

rometryczne w najbliższych systemach. Chissowie sprawdzali każdy system docelowy przy-

najmniej dwa razy w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat. Wszelkie różnice byłyby natych-

miast widoczne nawet na najprostszym skanie. 

Wyn skinęła głową. 

-  Możemy ustawić szukanie na wszystko, co zostało dodane do jakiegokolwiek z systemów 

figurujących w rejestrach. Pogadam z Tris i... 

Urwała, kiedy pomiędzy regałami pojawił się Luke, a za nim Saba. 

198

background image

- Przepraszam, że przeszkadzam - rzekł. - Zdecydowaliśmy, że przeniesiemy „Cień" do jakiegoś 

bliższego portu. Jeśli chcecie się umyć i odpocząć, to może być najlepszy moment. 

- Myślę, że przyda mi się i jedno, i drugie - odparła Danni. 

- A ty, Sabo? - zapytał Luke, stając przed Barabelką, która niosła właśnie kolejny gruby tom 

do przejrzenia. 

- Prysznic brzmi nieźle - przyznała. W jej głosie słychać było znużenie. - Nawet najlepsi łowcy 

muszą czasem się umyć. 

- Doskonale, zatem spotkamy się wkrótce na barce – zdecydował Luke. - Wracając, zabie-

rzemy ze sobą Artoo. Może się przydać przy przeszukiwaniu mniej oczywistych danych. 

- Dobry pomysł - powiedziała Danni i wstała. Spojrzała na Jacena. - Idziesz? 

Pokręcił głową. 

- Chyba tu zostanę. Ktoś musi przejrzeć dane, które zebraliśmy. Jest tyle do przerobienia, a 

został nam tylko jeden dzień. 

Rozczarowanie Danni było bardzo widoczne, ale Luke nie miał nic przeciwko temu. 

- Nie przesadź tylko, Jacenie. Jestem pewien, że komandor Irolia zaoferuje ci pryczę i prysz-

nic, jeśli tego zapragniesz. 

- Oczywiście - zapewniła pani komandor. 

- Syal i Soontir polecą z nami na barce lodowej - ciągnął Luke. - Oczywiście, ty też możesz 

lecieć, Wyn, jeśli cię to interesuje. 

- Wolałabym chyba zostać tutaj i pomóc Jacenowi, jeśli można. 

Jacen skinął głową. 

- Nie ma problemu. Możemy zacząć to przeszukiwanie, o którym mówiłaś, Danni. A jeśli coś 

się pokaże, to obiecuję dać ci znać. 

Danni spojrzała chłodno na Jacena i Wyn i bez entuzjazmu skinęła głową. 

- Jasne - mruknęła i obejrzała się na Luke'a. - Kiedy wyjeżdżamy? 

- Nawet zaraz, jeśli chcesz. 

- Z wielką przyjemnością- mruknęła Danni. Przelotnie zerkając na Wyn, dodała: - Im szyb-

ciej, tym lepiej. 

Luke,  Mara  i  porucznik  Stalgis  pożegnali  się  krótko  i  wyruszyli  na  barkę.  Za  nimi  wyszły 

Danni i Saba. 

- No to co robimy? - zapytała Wyn, kiedy wszyscy wyszli. – Mogę cię oprowadzić, jeśli 

chcesz, albo na przykład... 

- Nie sądzę, aby to był dobry pomysł - uciął Jacen łagodnie, ale stanowczo. Komandor Irolia 

w milczeniu zajęła miejsce przy ścianie; 

199

background image

pozycja ta pozwalała jej mieć na oku zarówno Jacena, jak i Wyn. - Naprawdę nie ma dużo cza-

su. Jeśli nie dowiemy się niczego, będziemy w punkcie wyjścia. 

Dziewczynka wywróciła oczami, wzdychając z częściowo tylko udanym zawodem. 

- Może w takim razie zacznijmy... 

Nie,  pomyślał  Jacen.  Właśnie  tego  nie  zrobimy.  Przecież  jeśli  cokolwiek  znajdą,  wszystko 

wyjdzie na jaw i to będzie początek końca tego, co przez ostatnie kilka lat uważali za oczywi-

ste. 

Zachowa  to  dla  siebie.  Kiedy  myślał  o  przyszłości,  obraz  przekazywany  mu  przez  Moc  był 

niezmiennie zamglony. Wizja galaktyki pogrążającej się w mroku wciąż płonęła w jego sercu i 

nie chciał dopuścić, aby najdrobniejszy błąd z jego strony spowodował tę katastrofę. Gotów był 

zrealizować pokojowe rozwiązania wuja i pomimo pewnego poczucia winy nie mógł dopuścić, 

aby uczucia Wyn mu w tym przeszkodziły. 

„Powinnam się była domyślić..." 

Jaina kurczowo chwyciła się rzeczywistości. Wyłaniała się z dławiących oparów nieświadomo-

ści, które próbowały ją wessać. Jedyny sygnał, jaki przesyłało jej własne ciało, ograniczał się do 

palenia między łopatkami, gdzie została postrzelona. Przypuszczała, że nie jest poważnie ranna, 

ale miotacz był pewnie ustawiony na ogłuszanie w górnej części zakresu mocy i jej system ner-

wowy jeszcze nie doszedł do siebie. 

Kiedy wreszcie ciemność zaczęła się cofać i Jaina wyszła z niej na światło dzienne, nie potra-

fiła stwierdzić, czy minęły tygodnie, czy minuty. Jęknęła i spróbowała się ruszyć, ale stwierdzi-

ła, że Salkeli ciasno związał jej ręce i nogi. Nawet na głowie miała przezroczysty kaptur. 

- Widzę, że się ocknęłaś - usłyszała go gdzieś z bliska. Podniósł glos, żeby przekrzyczeć 

wycie silnika ścigacza. Ze sposobu, w jaki świat kołysał się pod nią, wywnioskowała, że po-

łożono ją na tylnym, ukośnym siedzeniu pojazdu. W tej sytuacji uznała to za dobry znak: to 

znaczyło, że nie była długo zemdlona. 

- Dokąd mnie zabierasz? - zapytała. 

- Masz się z kimś spotkać. 

- Z kim? 

   - To nieistotne. On ma kasę, a tylko to mnie w tej chwili interesuje. 

Sięgnęła w siebie, aby odnaleźć ośrodek spokoju; miała nadzieję, że wyłuska zamiary Rodiani-

na wprost z mózgu, ale na razie ból i oszołomienie uniemożliwiały jej koncentrację. 

200

background image

- Zdradziłeś ich - mruknęła z odrazą. 

- Mówisz o Wolności? 

- Sprzedałeś ich. 

- Sami się sprzedali. A właściwie na co liczyli? Jeśli idziesz na armaty, możesz się spodzie-

wać, że zostaniesz postrzelony. 

- Ale to ty nacisnąłeś spust. 

- Lepiej być z tej strony wylotu lufy niż z drugiej. Poza tym, gdyby tak nie narozrabiali, to nic 

by się nie stało. 

- Więc rzeczywiście wpadli na jakiś ślad? 

- Myślisz, że wyciągniesz ode mnie jakąś informację? – zaśmiał się. - Nie sądzę, Jedi. 

Raz jeszcze spróbowała użyć Mocy i tym razem poczuła reakcję.  Uczepiła się jej, jakby to 

była tratwa ratunkowa. 

- Mógłbyś mnie po prostu wypuścić - rzekła, wkładając w te słowa tyle perswazji, ile mogła. - 

Nie jestem wcale ważna... 

- Masz rację - odrzekł. - Właściwie równie dobrze mogę cię zastrzelić. 

Usłyszała, jak wyciąga miotacz z kabury. 

- Nie, zaczekaj! 

Strzał trafił ją w ramię i znów pogrążyła się w ciemności. 

Setki tysięcy gwiazd... 

Łatwo było powiedzieć, lecz znacznie trudniej zrozumieć, co to tak naprawdę znaczy. Na ma-

pie Nieznane Regiony obejmowały jedynie piętnaście procent całkowitej objętości galaktyki; ale 

kiedy te piętnaście procent stawało się obszarem poszukiwań czegoś tak małego jak planeta, w 

kosmicznej skali o wiele mniejszego niż przysłowiowa igła w stogu siana, prawdziwy rozmiar 

zadania stawał się aż nadto widoczny. 

A oni musieli tego dokonać w ciągu dwóch dni! 

Jacen skoncentrował się na przeglądaniu danych, które Saba i Danni odkryły, Wyn zaś opra-

cowywała algorytm przeszukiwania. Na  przeszukanie czekały tysiące raportów z misji. Wę-

drowne asteroidy i bliskie spotkania z kometami zdarzały się dość często i nie zawsze  łatwo je 

było odróżnić od pojawienia się tajemniczej planety. Wkrótce Jacen stracił rachubę wszystkich 

nieznanych nazw, ludów i miejsc, które napotykał. 

- Kto to jest Jer'Jo Cam'Co, który ciągle podpisuje zapisy? - zapytał Wyn. 

- Zabij mnie, ale nie wiem - wzruszyła ramionami. 

201

background image

- Jer'Jo Cam'Co był jednym z naszych syndyków założycieli - odezwała się Irolia z miejsca, 

gdzie tkwiła cierpliwie, aby nie wchodzić w drogę Wyn i Jacenowi. - Zaproponował stworzenie 

Ekspansywnej Floty Defensywnej po serii ekspedycji badawczych, które dostarczyły licznych i 

ważnych danych. 

Jacen skinął głową. To by wyjaśniało, dlaczego nazwisko tego człowieka tak często pojawiało 

się na starszych raportach. Jego imieniem nazwano co najmniej siedem statków i dwa systemy. 

W starszych i nowych  zapisach  Nowej  Republiki  nie  było  o  nim  wzmianki  -  z  czego  należało 

wnioskować, że na temat Chissów muszą się jeszcze bardzo wiele nauczyć. 

Dlatego też rozbawiło go, kiedy się okazało, że ignorancja działa w obie strony. 

- Opowiedz mi, jak jest na Coruscant - poprosiła Wyn. 

Jacen  postarał  się  jak  najlepiej  opisać  świat  stolicę,  tak  jak  ją  pamiętał.  Jego  wspomnienia 

były  częściowo  zniekształcone  przez  niedawne  doświadczenia  z  Yuuzhanami  i  przez  świado-

mość, że wszystko, co piękne, uległo teraz zniszczeniu lub zniekształceniu. Smutno mu było na 

myśl o ruinach dawnego pałacu imperialnego, o pomniku Plaża zamienionym na pola koralu yo-

rik, ale była to całkiem prawdopodobna możliwość. A najsmutniejsza z tego wszystkiego była 

myśl,  że  nawet  jeśli  Sojusz  Galaktyczny  pokona  Yuuzhan  Vongów  choćby  jutro,  prawdziwe 

szkody wyrządzone Coruscant być może nigdy nie dadzą się naprawić. Przyszłym pokoleniom 

pozostaną więc jedynie wspomnienia. 

Wyn  słuchała  poważnie,  tylko  od  czasu  do  czasu  przerywała  mu,  żeby  zadać  pytanie.  Pomysł 

świata pozbawionego naturalnego życia, na którym większość ludzi mieszka pod ziemią, nie za-

skoczył  jej  chyba  tak  bardzo,  jak  spodziewał  się  Jacen.  Na  Coruscant  płaszcz  planety  był  za-

kryty miastem, na Csilli lodem, ale efekt był mniej więcej ten sam. 

-  Myślę, że chciałabym tam kiedyś pojechać - powiedziała, kiedy skończył mówić. - Kiedy 

wojna się skończy, oczywiście. Zapytam, czy ojciec pozwoliłby mi wziąć „Gwiezdny Błysk", 

nasz rodzinny jacht. Mam licencję, żeby go pilotować, wiesz? Ale niestety nie mam okazji, 

bo Cem ciągle go gdzieś zabiera! 

Prawdopodobnie spodziewała się zaproszenia i zapewnień, że chętnie ją oprowadzi, ale Jacen 

nie złapał przynęty. Uśmiechnął się tylko i nic nie powiedział. 

-  Och... no cóż, jeśli Saba i Danni mają rację, to chyba rzeczywiście nie ma znaczenia - po-

wiedziała, kiedy zmarszczył brwi. - Czasem coś mówią, 

202

background image

kiedy im się zdaje, że nie słyszę. - Podniosła wzrok, lekko zażenowana. - Naprawdę uważasz, 

że możemy nie dać rady pokonać Yuuzhan Vongów? Jacen powoli pokiwał głową. 

- To bardzo realna możliwość, Wyn. Tak. 

Ona również skinęła głową, tak samo powoli, ale z nieskończonym smutkiem, jak nastolatka, 

której powiedziano, że długo nie pożyje. 

- Nieraz tak sobie myślę... - Urwała w pół zdania, spuszczając wzrok. Wydawało się, że 

sama myśl ją przeraża. 

- Co sobie myślisz, Wyn? 

- Nieważne - mruknęła. - Nikogo to nie obchodzi. 

- Nie pytałbym, gdyby mnie to nie obchodziło - odparł poważnie. 

Spojrzała na niego z uśmiechem. 

- Nieraz mi się zdaje, że im szybciej pozbędziemy się Yuuzhan Vongów, tym lepiej. Nie chcę, 

aby to, co stało się na Coruscant, powtórzyło się tutaj, Jacenie. Uważam, że powinniśmy 

zrobić wszystko, co możliwe, aby do tego nie dopuścić. 

- Nawet gdyby to oznaczało przyłączenie się do nas? 

- Tak - pokiwała energicznie głową. - Niestety, ojciec i ja jesteśmy w mniejszości. Większość 

ludzi uważa, że Yuuzhanie uderzą dwa razy mocniej, jeśli dowiedzą się, że jesteśmy po waszej 

stronie. Inni z kolei obawiają się, że przejmiemy wasze złe obyczaje, co ułatwi Yuuzhan 

Vbngom pokonanie nas. A zachowanie Jaga chyba tylko pogarsza sprawę. 

- O co ci chodzi? Jakie znów zachowanie Jaga? 

- Jag i jego eskadra mieli wrócić kilka miesięcy temu... i nie wrócili - wyjaśniła. - Niektórzy 

interpretują to jako oznakę złego wpływu, jaki na niego wywieracie. Nigdy wcześniej nie wy-

jeżdżał na tak długo. 

- Nie wiedziałem, że to stanowi jakiś problem - zdziwił się Jacen. Ciekaw był, czy Jaina zda-

je sobie z tego sprawę. - Ale muszę powiedzieć, że jest nam bardzo pomocny w walce z wro-

giem. Mam nadzieję, że ludzie to wiedzą. 

- Może i tak. Ale ponieważ nie zgłosił się w odpowiednim czasie, nikt tak naprawdę nie wie, 

co robi. 

- Może był zbyt zajęty walką z Yuuzhanami, żeby się z wami skontaktować? 

- Może - odparła. - A może po prostu spędza trochę za dużo czasu ze swoją nową dziewczy-

ną? 

Jacen przyglądał jej się przez dłuższą chwilę. 

203

background image

- A skąd ty to możesz wiedzieć? 

- Nie powiedziałam przecież, że w ogóle się nie zgłosił, tylko że się nie zgłosił w odpowiednim 

czasie. - Zaśmiała się złośliwie. - Dla Chissa to ogromna różnica, wiesz? 

Miała minę urażonej niewinności... przekornej urażonej niewinności. A jej uśmiech nie pozo-

stawiał żadnych wątpliwości: mała doskonale wiedziała, że dziewczyna Jaga jest siostrą Jacena. 

- No cóż, może woli, żeby jego prywatne życie pozostało prywatne  - zauważył Jacen takim 

tonem, jakby chciał powiedzieć, że nie jest przygotowany do podążania tym torem rozmowy. 

Oczy jej zabłysły; wiedziała, jak się manipuluje ludźmi. 

- Hej, jeśli robi do niej słodkie oczy, to jego sprawa, mnie nic do tego. Przynajmniej nie za-

wraca mi głowy. Potrafi być nieznośny. 

Pomimo oczywistej inteligencji dziewczyny takie komentarze uświadamiały Jacenowi, jak bar-

dzo jest młoda - wahała się wciąż pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Nie wątpił, że kocha 

Jaga, ale widać było też, że czyny brata nie imponowały jej w najmniejszym stopniu. 

- A co z ojcem? - zapytał Jacen, zmieniając częściowo temat. – Co on sądzi? 

- No cóż, on sam też potrafi wywierać niszczycielski wpływ - odparła. - Chissowie nie lubią 

używać robotów w walce, twierdząc, że są zbyt słabe i powolne. Ojciec zgadza się z tym, ale 

nie zawsze. Twierdzi.. . hm... że możliwość zastępowania może być decydującym czynnikiem 

w czasie wojny. Grupa jego inżynierów pracuje właśnie nad prototypowym robotem bojo-

wym, który powinien... 

Urwała  nagle,  kiedy  Irolia  chrząknęła znacząco.  Komandor spojrzała na Jacena ostrzegaw-

czo, jakby chciała powiedzieć, że ani przez chwilę nie wierzy, aby zadawał te pytania z czystej 

ciekawości. 

- Przepraszam - rzucił szybko, kierując przeprosiny do obu pań. - Nie powinienem był py-

tać. Moja obecna misja polega na znalezieniu Zonamy Sekot, a nie wsadzaniu nosa w wasze 

sprawy. - Po czym dodał pod adresem Wyn: - Bardzo mi pomogłaś, jestem ci ogromnie 

wdzięczny. Nie chciałbym, abyś przeze mnie narobiła sobie kłopotów. 

-  Nie narobię - zapewniła, przelotnie i ze skruchą spoglądając na Irolię. - Może jednak 

zmieńmy temat. 

Oboje wrócili do holoekranu, który leżał przed nimi. 

- Jak ci idzie ten algorytm? - zapytał Jacen po chwili studiowania danych. - Gotowy? 

- Ogólnie rzecz biorąc, gotowy. Musisz mi tylko podać granice. 

204

background image

- Jak powiedziałem ci wcześniej, należy oznakować wszystkie systemy, które mają dodatkową 

planetę, i światy zamieszkane w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat. Jeśli Danni ma rację, po-

winno to znacznie zawęzić poszukiwania. Możesz tak to zrobić? 

- Jasne. - Dziewczyna pochyliła się nad zadaniem, nie podnosząc wzroku, kiedy w bibliotece 

rozległ się odgłos kroków. 

Jacen też nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto to jest: domyślił się zarówno z tego, że 

komandor  Irolia  w  jednej  chwili  stanęła  na  baczność,  jak  i  z  wrogości,  emanującej  ze  strony 

mężczyzny, który wszedł do pomieszczenia. 

- Spocznij, komandorze - rzekł główny nawigator Aabe. 

Jacen i Wyn odwrócili się, żeby na niego spojrzeć. 

Łysy mężczyzna zwinnie podszedł do stołu w otoczeniu dwóch chissańskich strażników. Położył 

dłoń na ramieniu siedzącej przy stole Wyn. 

- Ojciec przysłał mnie po ciebie. 

Dziewczyna wydawała się zaniepokojona. 

- Wiem, że to był błąd, kiedy wspomniałam o robotach, naprawdę - wykrztusiła. - Przysię-

gam! Proszę mi pozwolić zostać, a ja... 

- Jedno z drugim nie ma nic wspólnego, dziecko - Aabe mówił głosem nieznoszącym 

sprzeciwu. - Ale nieposłuszeństwo wobec instrukcji też na pewno mu się nie spodoba, praw-

da? 

Oklapła lekko, westchnęła i wstała. 

- Przykro mi, Jacenie - rzekła, nerwowo zerkając na niego. - Powodzenia w poszukiwaniach. 

- Dzięki. - Niezdolny zaprotestować, obserwował, jak Aabe wyprowadza ją z biblioteki. - 

Mam nadzieję, że kiedyś odwiedzisz mnie w domu. 

Uśmiechnęła  się przelotnie  i  drzwi zamknęły  się  za  nią.  Odeszła,  pozostawiając  go sam  na 

sam z komandor Irolią, która usiadła ciężko, unikając jego wzroku. Czuł, że i jej nie spodobał 

się sposób, w jaki wyprowadzono Wyn. 

Nic nie zostało powiedziane, ale nie mógł się pozbyć złych przeczuć w związku z tym, co za-

szło. Coś było nie w porządku. 

Wyszukiwarka Wyn wydawała się rzeczywiście działać zgodnie  z obietnicą. Wywołał listę 

referencji  w  notatniku  i  zaczął  się  zastanawiać,  od  czego  zacząć.  Siedział  przez  kilkanaście 

minut, pogrążony w zadumie; choć raz nie myślał o Zonamie Sekot. 

Odczepił komunikator od paska i odwrócił się tyłem do Irolii. 

- Wujku Luke, słyszysz mnie? - Starał się ściszyć do maksimum zarówno głos, jak i poziom 

głośności przyrządu. 

205

background image

- Słyszę cię, Jacenie. Znalazłeś coś? 

- Jeszcze nie. Chciałem się tylko upewnić, czy wszystko w porządku. 

- Wszystko dobrze. Wciąż jesteśmy na barce lodowej, niedaleko portu kosmicznego. Powin-

niśmy wrócić za dwie godziny. – Zawahał się na moment. - A u ciebie wszystko dobrze? 

- No cóż, zdarzyło się coś dziwnego. Nie wiesz, czy w ciągu ostatniej pół godziny Soontir Fel 

kontaktował się z głównym nawigatorem Aabe'em? 

- Nic na ten temat nie wiem. Był z nami przez cały czas. 

A więc Aabe skłamał, że został wysłany po Wyn przez Fela. Ale po co? Jacen myślał gorącz-

kowo. Co kombinuje Aabe? - zastanawiał się. Może chce go izolować? Obejrzał się na koman-

dor Irolię. Siedziała całkiem nieruchomo i wpatrywała się w niego w milczeniu. Nie wyczuwał 

w jej myślach nic niezwykłego - żadnej niecierpliwości, żadnego zdenerwowania - i nic w Mo-

cy nie sugerowało, że miałaby zamiar go zaatakować. Zagrożenie jest zatem gdzie indziej. 

- Jacen? - Luke wydawał się zaniepokojony. - Co się dzieje? 

- Prawdopodobnie nic - odparł. - Tylko... 

Zanim zdążył dokończyć zdanie, poprzez Moc wyczuł ogromny niepokój. Nie pochodził on 

od Luke'a, raczej od kogoś w jego pobliżu. W tle było wrażenie zimnego, białego pustkowia i 

wyjącego wiatru. 

- Zaatakowali nas! - rozległ się rozgorączkowany krzyk w komunikatorze. 

- Ciocia Mara! - Wprawdzie była od niego oddalona o tysiące kilometrów, lecz instynktownie 

poderwał się na nogi i ruszył po swój miecz. 

Irolia również wstała, zdumiona niewytłumaczalnym wybuchem Jacena, automatycznie się-

gnęła po własną broń. 

-  Co się dzieje? - zapytała niespokojnie. 

Jacen nie odpowiedział. 

-  Wujku Luke! Ciociu Maro! - krzyczał w komunikator. - Odpowiedzcie! 

Zanim  wuj  się  odezwał,  mogło  minąć  zaledwie  kilka  sekund,  ale  dla  Jacena  trwało  to  całą 

wieczność. 

-  Jacenie, nie mogę teraz mówić - rzekł Luke ochrypłym głosem. 

I oto był już sam. Desperacko pragnął dowiedzieć się, co się zdarzyło, ale jednocześnie miał 

świadomość,  że  zanim  to  nastąpi,  może  upłynąć  sporo  czasu.  W  powietrzu  wyczuwał  zdradę, 

tak gęstą i dławiącą, że przez moment wydawało się, iż nie zdoła oddychać. 

206

background image

- Niech Moc będzie z tobą- szepnął cicho do wuja, niechętnie rozluźniając uchwyt na rękoje-

ści miecza. Jego myśli pobiegły do Wyn, gdziekolwiek była. - I z tobą. 

 

Jaina otworzyła oczy w jasny świetle. Skrzywiła się i skuliła przed nagłym napływem wrażeń. 

- Gdzie jestem? - wychrypiała, zmrużonymi oczami rozglądając się dokoła i próbując 

usiąść. Przy tych prostych czynnościach każdy mięsień jej ciała aż krzyczał z bólu. Przez chwi-

lę żałowała, że odzyskała przytomność. 

Wydawało się jej, że jest w jakimś gabinecie, choć szczegóły wciąż jeszcze pozostawały nie-

wyraźne. Otaczał ją silny zapach skóry, a badawczymi palcami szybko wyczuła pluszową ka-

napę. 

- Witaj z powrotem, Jaino. 

Odwróciła się powoli w kierunku głosu i ujrzała niewyraźną plamę o zielonej twarzy, stojącą 

obok innej plamy, która chyba była drzwiami. Doprawdy, nawet nie musiała patrzeć, żeby wie-

dzieć, do kogo należy głos. 

- Salkeli, ty mały zdrajco... 

- Nie ma go tam - odezwał się drugi głos, kiedy odruchowo sięgnęła ręką do miecza świetlne-

go. Głos był znajomy, ale nie kojarzył się natychmiast z konkretną osobą. - Nie szkodzi. Nic 

ci się nie stanie, jeśli oczywiście będziesz rozsądna. 

Bez miecza świetlnego czuła się naga, zwłaszcza przy takim osłabieniu. Dwa strzały ogłusza-

jące  w  tak  krótkim  czasie  jeden  po  drugim  doprowadziły do chaosu jej system nerwowy.  Oczy 

bardzo powoli przypominały sobie, jak skupić się na przedmiocie. Zabrano jej nie tylko  miecz 

świetlny, ale i komunikator, wraz ze wszystkim innym, czego mogłaby użyć do wezwania po-

mocy. 

Zmusiła się, aby usiąść prosto, zwracając się do drugiej osoby. On także był tylko plamą, ale 

nie musiał o tym wiedzieć. 

- Salkeli powiedział, że ktoś chce ze mną porozmawiać – odezwała się. - Przypuszczam, że 

tym kimś jest pan. 

Ktokolwiek to był, siedział za szerokim biurkiem, ubrany w strój barwy głębokiej czerwieni. 

- Twoje przypuszczenia są słuszne. 

- Gdzie ja właściwie jestem? - zapytała znowu, rozglądając siew nadziei, że zobaczy coś zna-

jomego. 

- Jesteś w moim prywatnym apartamencie - wyjaśnił mężczyzna. - Pokoje są dźwiękoszczel-

ne i chronione przed wszelkimi formami 

207

background image

infiltracji elektronicznej. Drzwi są odporne na eksplozją i otwiera je wyłącznie mój odcisk kciu-

ka. - Skóra fotela zatrzeszczała, kiedy rozparł się w nim, widocznie próbując przybrać pozę pełną 

spokoju i pewności siebie. - Musisz mi uwierzyć, że nie wyjdziesz stąd bez mojej zgody. 

- Tak, zaczynam dochodzić do tego samego wniosku - odparła, rozglądając się znowu. Głębo-

kość pola widzenia wracała powoli, pozwalając na lepszy odbiór otoczenia. Gabinet był ume-

blowany wręcz luksusowo; wzdłuż ścian stały szafy z polerowanego drewna, pełne  

delikatnych kryształowych ozdób - małych szklanek i misek, niektórych pożyłkowanych ja-

skrawymi barwami. Doskonałość tych przedmiotów gasła jednak do pewnego stopnia przez 

obecność Salkelego, stojącego przed nimi. Jego zielona twarz wyrażała absolutne zadowolenie z 

siebie. 

Jaina  znów  przeniosła  spojrzenie  na  osobę  siedzącą  za  biurkiem  i  wtedy wzrok jej nagle 

wrócił. Wicepremier Blaine Harris spojrzał na  nią przenikliwie, a jego długa twarz wyglądała 

jak znak zapytania. 

- No i co? - zapytał, wyciągając ramiona. - Będziesz rozsądna? 

Starannie ukryła zdumienie. 

- To zależy. 

- Od czego? 

- Od tego, co pan zamierza ze mną zrobić, oczywiście - odparła. - I od tego, co pan zrobił z 

kredytami. 

Zmarszczył brwi. 

- Kredytami? Jakimi kredytami? 

- Kredytami, które wyprowadzał pan ze skarbca Bakury, to chyba jasne - odparła, wcale nie 

mając pewności, czy to prawda. – Wolność odkryła przecieki. Dlatego kazał pan zamknąć 

Malinzę. Nie rozumiem jednak, po co panu było aż tyle. To znaczy... co można kupić za takie 

miliony? 

- Ach, o to chodzi! — odezwał się Harris i skinął głową ze zrozumieniem. - Salkeli coś mi 

wspominał o twojej teoryjce. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale chyba Wolność nie zdołała 

nic na mnie znaleźć. 

- Owszem, ale Vyram z pewnością poradziłby sobie z tym, gdyby miał możliwość. 

- Szczerze w to wątpię. - Harris złożył palce w piramidkę i uśmiechnął się zza niej blado. - Bo 

widzisz, to nie ja ukradłem te kredyty. 

Jaina zmusiła się do uśmiechu pełnego niedowierzania. 

- Chce mi pan wmówić...? 

208

background image

- Całkiem uczciwie - wtrącił. - Nie obchodzi mnie, czy mi wierzysz, czy nie. Ponieważ to 

prawda. To nie byłem ja. Gdybym miał dostęp do takich kwot, czy sądzisz, że zatrudniałbym 

takich szpiegów? 

Wskazał na Salkelego. Rodianin wydawał się całkowicie niewzruszony tą oczywistą zniewa-

gą. 

- Przykro mi, że muszę cię rozczarować, Jaino - ciągnął Harris. - Ale to nie ja jestem twoim 

szpiegiem. Chciałem jednak dowiedzieć się czegoś więcej i podobnie jak ty, bardzo jestem cie-

kaw, kto to taki. Kiedy ta żałosna farsa się skończy, z pewnością przyjrzę się temu dokładniej. 

Nie pozwolę na wysysanie finansów publicznych Bakury. 

Jaina przyjrzała się wicepremierowi, szukając w jego oczach śladów nieszczerości. Pomimo 

wszelkich starań nie znalazła nic. Ale i tak mu nie wierzyła. 

- Coś kombinujesz, Harris - uznała w końcu. - Wiem o tym. 

- O, wcale tego nie neguję - odparł ze śmiechem. - Ale nie to, co myślisz. 

Harris przycisnął przycisk na biurku. Fragment ściany biura odsunął się na bok. Za nim znaj-

dował się holoprojektor o średnicy trzech metrów. Wicepremier wstał, aby lepiej widzieć obraz, 

który się na nim pojawił. 

Jaina rozpoznała widok zapamiętany w czasie podchodzenia do Salis D'aar: potężny amfiteatr, 

którego ściany okrywały wielobarwne proporce i sztandary, noszące symbole P'w'ecków i Ba-

kury. Pomiędzy masywnymi filarami wokół zewnętrznej jego części porozwieszano transparen-

ty z powitaniami dla gości, nad głowami zaś unosił się ogromny baldachim, osłaniający central-

ną  arenę  i  ozdobiony  od  dołu  godłem  Bakury.  Słońce  wznosiło  się  na  niebie  poza  zakresem 

obiektywów holokamery, oblewając złotym blaskiem kamienne schody i filary. Ludzie już zaj-

mowali miejsca, strażnicy w zielonych mundurach pilnowali, aby nikt nie zabłąkał się na okrą-

gły placyk pośrodku stadionu,  który  jednocześnie  był  najobficiej  udekorowanym  fragmentem 

amfiteatru. 

-  Ceremonia - szepnęła Jaina. 

Blaine Harris skinął głową. 

-  Za godzinę się zacznie. O ile dobrze zrozumiałem, to miała być naprawdę wielka uroczy-

stość. 

 - Będzie pan próbował ją przerwać? 

Harris przelotnie odwrócił wzrok od hologramu, obrzucając ją wzgardliwym spojrzeniem. 

209

background image

- Nie bądź głupia, dziewczyno - rzekł z wyraźną wyższością i znów odwrócił się w kierunku ob-

razu. - Moje intencje są znacznie bardziej złożone. 

Jaina próbowała się zmusić do myślenia. Coś się szykowało, ale co? 

- Powiedział pan „farsa" - przypomniała. 

- Nie mówiłem o ceremonii, jeśli o to ci chodzi. 

Na hologramie pojawiły się oddziały P'w'ecków. Połyskując potężnymi mięśniami pod szarą 

łuską, rozproszyli się, aby sprawdzić krąg pośrodku stadionu, gdzie, jak przypuszczała Jaina, bę-

dzie miała miejsce główna ceremonia. 

- Jeśli chodzi o sam obrządek, nie puszczają pary z gęby – ciągnął w zadumie Harris, wciąż 

obserwując rozgrywające się wydarzenia. - Sądzę, że to ich przywilej. Powinniśmy być za-

szczyceni, że w nim uczestniczymy. 

- Myślałam, że Bakuranie mają być tylko widzami. 

- O, tak, oczywiście. Ale nasza planeta staje się dziś świętym miejscem, a to nieczęsto się zda-

rza. 

- Naprawdę pan w to wszystko wierzy? - zapytała. 

Uznał, że to zabawne. 

- Oczywiście, że nie wierzę. Ale P'w'eckowie wierzą, a to mi wystarczy. - Odwrócił się znowu do 

Jainy. - Zauważyłaś kiedyś podobieństwo Ssi-ruuków do Yuuzhan? Obie kultury są ksenofobicz-

ne, podzielone klasowo, religijne i ekspansjonistyczne. Obie wykazują te tendencje 

w sposób gwałtowny. Obie są lub były potężnymi wrogami Nowej Republiki. 

- Tak samo jak Yevetha - przypomniała Jaina. 

Harris zmarszczył brwi. 

- A co oni mają z tym wspólnego? 

Pokręciła głową. 

- Może nic. - Albo wszystko, dodała w duchu. - Proszę dalej. 

-  Zarówno Ssi-ruukowie, jak i Yuuzhan Vongowie używają pokonanych wrogów jako nie-

wolników; to brzydka praktyka i z przyjemnością stwierdzam, że P'w'eckowie z niej rezygnują. 

To jedno, czego nauczyli się od swoich dawnych panów. 

- A druga to...? 

-  Koniec z ksenofobią, naturalnie - odparł, jakby stwierdzał rzecz oczywistą. - Mam nadzie-

ję, że do tego dojdzie jeszcze trzecia. Pozwalając im przeprowadzić swoje rytuały, może ich na-

uczymy, jak przekształcić religię i uwolnić ją od przemocy. Potem popracujemy nad 

210

background image

ich systemem kastowym i sprawdzimy, czy można nieco uelastycznić mentalność niewolniczą. 

Widzisz, akceptacja może być równie efektywnym narzędziem jak dominacja i siła. 

Zmarszczyła brwi. Rozumiała słowa, ale nie mogła pojąć kontekstu. 

- Przepraszam, ale jakoś nie mogę zrozumieć, o co chodzi. 

Odszedł od hologramu z westchnieniem i zaczął krążyć po pokoju. 

- Chodzi mi o to, Jaino, że nie potrzebujemy Nowej Republiki, aby nam mówiła, co mamy ro-

bić tu, na Bakurze. Możemy podejmować  własne decyzje, a to, że stoicie nam nad głową, 

tylko wszystko komplikuje. 

- Ale przecież nie po to tu jesteśmy - zapewniła. - Chcieliśmy tylko sprawdzić, czy wszystko 

w porządku z... 

- Doprawdy? - wpadł jej w słowo. - Jakoś trudno mi w to uwierzyć. 

Odszedł kilka kroków, wwiercając się spojrzeniem w jej oczy. 

- W przeddzień największego zdarzenia w historii... zawarcia sojuszu ze spadkobiercami na-

szego starego wroga, pojawiacie się i zaczynacie rozrabiać. Zbieg okoliczności? 

- Chwileczkę. Zostaliśmy wezwani na Bakurę przez kogoś, kto obawiał się, że dzieje się coś 

złego. 

- A kto to był? 

Odwróciła wzrok. 

- Informator - powiedziała, nie mogąc wyjawić więcej. 

Prychnął. 

- W wojsku nauczyłem się jednej ważnej rzeczy. Źle poinformowany informator może narobić 

więcej szkody niż przekonujący podwójny agent. Jest tylko jeden sposób, aby się o tym prze-

konać, drogie dziecko, to znaczy ujrzeć to na własne oczy. A nawet wtedy... 

Wrócił do projekcji, nie kończąc zdania. Kiedy znów się odezwał, już łagodniejszym tonem, 

zmienił temat. 

- Nigdy nie sądziłem, że doczekam tego dnia. Po tych wszystkich latach strachu i zwątpienia 

Bakura nareszcie znalazła sposób, aby stać się tym, czym zawsze chciała być: planetą bezpieczną 

i niezawisłą. Od tego dnia Bakura będzie światem decydującym o swoim losie, wolnym od kaj-

dan Imperium, Republiki i Ssi-ruuków. Z P'w'eckami stworzymy nowy sojusz, sojusz z naszego 

własnego wyboru, niewymuszony okolicznościami. Już nigdy żadne siły z zewnątrz nie naruszą 

naszego pokoju. Nadszedł czas, abyśmy i my byli silni. 

Jaina przypomniała sobie, co słyszała na temat zamieszek i protestów. 

211

background image

- Obawiam się, że nie wszyscy podzielają pańskie uczucia. 

- Można się było tego spodziewać. Ludzie potrzebują czasu, żeby się zorientować, co dla 

nich dobre. - Na jego kanciastej twarzy pojawił się przepraszający uśmieszek. - Jestem dość 

samokrytyczny, żeby zdać sobie sprawą z tego, że zdradzam w tej chwili własne zasady. Ale 

jak twierdzą ci, którzy wierzą w Kosmiczną Równowagę, czasem wielkie zło przynosi najwięk-

sze dobro. 

-  O jakim rodzaju zła pan mówi? 

Zignorował jej pytanie. 

- Wiesz, to dziwne, że my tutaj, na Bakurze, tak odważnie sprzeciwiamy się woli Jedi. Chodzi 

mi nie tylko o twojego wuja, Luke'a Skywalkera, który odegrał istotną rolę w ocaleniu nas 

przed Ssi-ruukami wiele lat temu, ale o to, że nasze opinie są tak bardzo zbieżne z waszymi. 

Wy również wierzycie w kosmiczny system zależności i równowagi, który ostatecznie za-

pewnia rozkwit życia. Nie wiem, czy znasz wierzenia tubylców, Kurtzenów; wierzą oni w 

uniwersalną siłę życiową, niewiele różniącą się od waszej wszechogarniającej Mocy. Połączcie 

jedno z drugim, a możemy stać się jednością. A jednak na Bakurze nigdy nie było Jedi. Uwa-

żam, że to dziwne. 

- Sądzi pan, że was zaniedbujemy, wicepremierze, prawda? Tam są miliony światów. Trzeba 

czasu, aby je wszystkie poznać... czasu, którego teraz nie mamy przez Yuuzhan Vongów. 

Przerwał jej wybuchem śmiechu. 

-  Moim motywem nie jest zazdrość! Widzisz... 

Od drzwi dobiegł brzęczący, przenikliwy sygnał. 

Harris spojrzał na Salkelego, który wyprostował się i podniósł miotacz. 

-  To może być to. - Wicepremier okrążył biurko, żeby coś sprawdzić, i skinął głową. - Ani o 

sekundą za wcześnie. - Spojrzał na Jainę z uśmiechem. - Zdaje się, że przybyły posiłki. Można 

by rzec, że całkiem przypadkiem. Ale są... - Skinął na Salkelego, a ten przeszedł przez gabi-

net, wziął Jainę pod ramię i przycisnął jej do boku lufę miotacza. Postanowiła, że na razie nie bę-

dzie się bronić. Próbowała wcześniej i dostała po głowie. Uznała, że rozsądniej będzie zaczekać 

chwilę i sprawdzić, na czym właściwie polega plan Harrisa - i czy istnieje 

jakiś sposób, aby go powstrzymać. 

Salkeli zaprowadził ją w kąt gabinetu, z dala od drzwi. Podniósł  miotacz i wbił go w pod-

bródek Jainy, a drugą skórzasta dłonią zatkał jej usta i  dał  znak Harrisowi. Wicepremier pod-

szedł do drzwi i przycisnął kciuk do zamka. 

212

background image

Podwójne drzwi rozsunęły się i do pomieszczenia wbiegła trójka  ludzi. Jaina nie rozpoznała 

ich  od  razu  -  wszyscy  mieli  płaszcze  i  kaptury-  ale  wiedziała,  że  to  nie  jej  rodzice  ani  Tahiri. 

Chyba jednak nie były to te „posiłki", o których myślał Harris. Dopiero kiedy drzwi się zatrza-

snęły, a jedna z postaci odwróciła się przodem do Harrisa, Jaina rozpoznała, kim są. 

- Mamy kłopoty - odezwała się Malinza Thanas. Jej towarzysze odrzucili kaptury, ukazując 

twarze Jjorg i Vyrama. 

Harris wydawał się zatroskany. - A gdzie Zel? 

- Zginął, kiedy uciekaliśmy ze Sterty - odrzekła Malinza głosem ochrypłym z gniewu i pła-

czu. - Zabili go, Blaine! 

- Najważniejsze, że jesteście bezpieczni - odparł chłodno. – Teraz wszystko będzie dobrze. 

- Jak możesz tak mówić? Wiesz, ile nas to kosztowało, żeby tu do trzeć niepostrzeżenie? I 

udało nam się tylko dlatego że wszyscy są zajęci ceremonią. Nigdy nie będziemy się mogli 

pokazać na ulicy, dopóki się nie dowiesz, kto za tym stoi. 

- Za czym, kochanie? 

- Najpierw wrobili mnie w porwanie, potem pozwolili mi uciec, tak jakbym była winna. Jesz-

cze mnie wsadzą za śmierć Zela! – Melinza wydawała się na skraju załamania nerwowego, 

ale z widocznym wysiłkiem opanowała emocje. - Salkelego też straciliśmy. Odciągał ich, 

kiedy uciekaliśmy, ale nie spotkał się z nami w umówionym punkcie. Obawiam się, że... 

- Powinnaś wiedzieć, że nigdy nie pozwoliłbym się zabić ani uwięzić, Malinzo - odezwał się 

Rodianin, wychodząc z miejsca, gdzie się ukrywał, ciągnąc za sobą Jainę. - Ale chyba nie 

znałaś mnie zbyt dobrze, co? 

Malinza odwróciła się, jeszcze bardziej zaskoczona, kiedy ujrzała Jainę. 

- N-nie rozumiem. 

-  A przecież wszystko się staje coraz jaśniejsze - odparł Harris, wyjmując miotacz spod 

szkarłatnej szaty. - Proszę położyć broń na podłodze, jeśli łaska. 

Malinza pobladła, ale upuściła swój mały miotacz na dywan. Jjorg  usłuchała z pogardliwym 

uśmiechem, a Vyram spokojnie, zachowując swoje zdanie dla siebie. 

-  Co zamierzasz zrobić? - zapytała Malinza, z jeszcze większym trudem opanowując emo-

cje. 

213

background image

- Zrobić? - Harris skinieniem kazał Salkelemu dołączyć Jainę do pozostałych. - To, co wy za-

częliście, naturalnie. Z jakiego innego powodu miałbym was finansować, Malinzo, gdyby na-

sze cele nie były takie same? Zamierzam zjednoczyć lud przeciwko Sojuszowi Galak-

tycznemu. Przy pomocy P'w'ecków sprawię, że Bakura będzie zabezpieczona przed inwazją z 

zewnątrz. Już na zawsze będziemy panami własnego losu. - Uśmiechnął się zimno. - Jedyna 

różnica pomiędzy waszymi a moimi planami polega na tym, że kiedy mój plan wejdzie w ży-

cie, lud Bakury będzie zjednoczony pod moim, a nie waszym przewodnictwem. Szkoda, 

oczywiście, bo to twoja tragiczna śmierć będzie czynnikiem mobilizującym. I jeszcze strasz-

liwa zdrada Jedi, którzy przybyli, aby znowu nas zniewolić. 

- Co? - wykrzyknęły jednocześnie Malinza i Jaina. 

- Oczywiście, wszystko w swoim czasie, zapewniam cię. A teraz, Salkeli, czy możesz im 

związać ręce? 

Rodianin wsadził miotacz do kabury i z szuflady w biurku Harrisa wyjął elektroniczne kajdan-

ki. Teraz, kiedy wycelowany był w nich tylko jeden miotacz, Jaina wyczuła wyraźne podniecenie 

i niepokój wśród członków Wolności. Próbowała pochwycić wzrok Malinzy, ale ta  umyślnie 

ją ignorowała - nie wiadomo, czy z powodu zakłopotania, czy gniewu. 

- Zwariowałeś, jeśli sądzisz, że uda ci się z tego wywinąć – rzekła Jaina, usiłując wziąć na 

siebie ciężar buntu. 

- Wywinąć z czego? - zaśmiał się Harris. - Przecież nawet nie wiesz, co zamierzam. 

Wicepremier zbyt dobrze się bawił, jak na gust Jainy. Bardzo ją to niepokoiło. Podobnie jak 

zimna gotowość, z jaką trzymał miotacz wycelowany w swoje ofiary. 

Malinza gniewnie spojrzała na Salkelego, który zaczął zakładać jej kajdanki. 

- Ufaliśmy ci - syknęła. 

- Jeśli to sprawi, że się lepiej poczujesz, Malinzo, to był zapewne twój ostatni błąd. 

- Malinzo, nie! - krzyknęła Jaina, widząc, że dziewczyna sztywnieje. 

Ale było już za późno. Nie czekając na zamknięcie się kajdanków 

na  jej  przegubach,  Malinza  odepchnęła  ręce  Salkelego  i  wbiła  mu  kolano  w  krocze.  Rodianin 

zgiął się wpół, a wtedy ona obaliła go na ziemię. Zaledwie zdążył zrobić zdumioną minę, kiedy 

ruszyła Jjorg Długonoga blondynka przemknęła przez gabinet, sięgając po broń Harrisa. 

214

background image

Ten nawet nie drgnął, tylko przycisnął spust. Rozległ się jeden strzał i Jjorg upadła na ziemią z 

ponurym, głuchym stukiem. Miotacz skierował się na Jainę. 

- Cokolwiek planujesz, odradzam ci - rzekł cicho. 

Malinza  cofnęła  się  z  otwartymi  ze  zgrozy  ustami,  nie  odrywając  wzroku  od  bezwładnego 

ciała Jjorg. Vyram zrobił ruch, jakby chciał pomóc leżącej, ale Jaina go odciągnęła. 

- On nie żartuje - rzekła. - A miotacz nie jest nastawiony na ogłuszanie. 

- Dlaczego nic nie zrobiłaś? - zapytała Malinza oskarżycielskim tonem. Głos miała piskli-

wy, a policzki zalane łzami. 

Jaina pokręciła głową. Nie wiedziała, jak to ująć, nikogo nie urażając. 

Harris zaoszczędził jej kłopotu. 

- Gdyby Jjorg się nie stawiała, jeszcze by żyła. 

Jaina  może  sformułowałaby  to  mniej  bezpośrednio  -  i  dodała  coś  na  temat  możliwości 

ucieczki później, kiedy się dowiedzą, co kombinuje Harris - ale sens byłby podobny. 

Salkeli pozbierał się z podłogi, szary na twarzy. Podszedł do Malinzy i warknął: 

- Więcej tego nie próbuj. 

Zamocował kajdanki i Jaina ujrzała na twarzy Malinzy grymas, gdy je zaciskał - widocznie o 

wiele mocniej niż trzeba. Dziewczyna się nie skarżyła, pozwoliła mu na to z zaciśniętymi zęba-

mi. Nie mogła ukryć gniewu i zawodu. 

- Dla mnie to nawet dobrze - rzekł Harris, kiedy Salkeli skrępował Vyrama. - Oszczędziłaś mi 

decyzji, które z was mam zabić. Nie ma to jak zwłoki, kiedy chce się udokumentować walkę. 

Niestety, służby bezpieczeństwa były tak zajęte Keeramakiem i ceremonią, że nie zauważyły po-

jedynczego zakłócenia na kamerach monitorujących moje biuro i korytarze. Kiedy go dostrze-

gą, z pewnością opowiem im, Vyramie, o twojej zręczności we włamywaniu się do systemów 

publicznych. Takie zakłócenie nie sprawiłoby ci chyba większych trudności, co? 

Jaina  bez  słowa  wyciągnęła  ręce,  kiedy  na  nią  przyszła  kolej  zakładania  kajdanków.  Kiedy 

Salkeli mocował jej więzy, wysłała mu wprost do mózgu prostą sugestię - kliknięcia zamykają-

cego się zamka. Poparła to grymasem podpatrzonym u Malinzy, jakby kajdanki wbijały się jej 

w ciało. 

Wyszczerzył szyderczo zęby i odstąpił do tyłu, pewny, że wszyscy jeńcy są skutecznie skrę-

powani. Więzy wokół przegubów Jainy były 

215 

 

background image

ciasno zaciśnięte, ale nie zamknięte. Jedno dobre szarpnięcie i się otworzą. I dopiero wtedy po-

może Malinzie i jej przyjaciołom w ucieczce. Salkeli wyjął miotacz i stanął obok Harrisa. Ma-

linza obrzuciła go ponurym, pełnym nienawiści wzrokiem. Harris przestał obserwować rosnący 

tłum w holoprojektorze, wyłączył go i zamknął panel. 

- Za godzinę ta planeta będzie uświęconą częścią Ruchu Wyzwolenia P'w'ecków. A ty, Malin-

zo, będziesz męczennicą za sprawę. Czy to nie napełnia cię dumą? 

Malinza splunęła na podłogę u jego stóp. 

Harris uśmiechnął się tylko z obrzydliwym triumfem w oczach. 

- Zachowujesz się jak na rebelianta przystało. Odwrócił się do wspólnika. - Salkeli, pro-

szę, zajmij pozycję. 

Rodianin  podprowadził  więźniów  bliżej  wyjścia  i  Harris  otworzył  drzwi  odciskiem  kciuka. 

Jaina, Malinza i Vyram wyszli na zewnątrz z lufą miotacza za plecami. 

- Dokąd nas zabierasz? - zapytała Malinza. 

- Poczekaj, to się przekonasz - odparł Harris. - Gwarantuję, że się nie rozczarujesz.

background image

 

I V  

K O N S E K R A C J A

background image

 

 

 

 

 

 

 

- Rozczarowany? - zawołał Jag z niedowierzaniem, z trudem kryjąc irytację. - Jainy ciągle nie 

ma, a ja mam być rozczarowany, że nie idę na ceremonię? 

Głos „Bliźniaczego Słońca Trzy" zamilkł. Próba poprawy nastroju spełzła na niczym. 

Jag kliknął dwukrotnie, aby przypomnieć pilotom, żeby nie zaśmiecali kanałów komunikacyj-

nych,  a  sam  skarcił  się w  myśli  za  niegrzeczną  odpowiedź.  Był  zmartwiony  przedłużającą  się 

nieobecnością Jainy, ale chciał jednocześnie uwierzyć, że Jaina umie o siebie zadbać. Poza tym, 

gdyby stało się coś strasznego, Leia by to z pewnością wyczuła. Jaina nie wzywała też pomocy 

przez Moc, co sugerowało, że wciąż  ma kontrolę nad sytuacją. A dopóki nie skontaktuje się z 

kimś, dopóty musi po prostu działać tak, jakby wszystko było w normie - co oznaczało skupie-

nie się na locie. 

Zabrał mieszaną eskadrę na lot patrolowy wokół orbity „Selonii", czujny na wszelkie przeja-

wy  „niedozwolonej"  działalności,  kiedy  oczy  wszystkich  skierowane  były  na  ceremonię. 

Kontyngenty  Bakury  i  P'w'ecków  zachowywały  się  spokojnie,  dwa  wielkie  krążowniki  „Er-

rinung'ka" i „Firrinree" orbitowały w dwóch przeciwległych kwadrantach, naprzeciw „Obroń-

cy"  i  „Wartowni".  Ten  ostatni  sąsiadował  z dwiema pełnymi  eskadrami myśliwców P'w'ec-

ków i  dwoma krępymi statkami pikietowymi.  Gdyby  sprawy z jakiegokolwiek powodu  przy-

brały niemiły obrót, mogliby narobić mnóstwo szkód, zanim 

219

background image

Bakuranie się pozbierają. Jag wprawdzie starał się wierzyć, że nie zdarzy się nic złego, ale mu-

siał myśleć taktycznie. 

- Nie możesz być tylko sprytniejszy od swego nieprzyjaciela - powtarzał mu ojciec. - Musisz 

też widzieć wcześniej i więcej niż on. Zawsze przyjmuj, że on o dwa kroki wyprzedza aktualną 

pozycję, i bądź trzy kroki do przodu. 

Jag wprowadził Szponostatek i dwóch partnerów z trójki w szeroki łuk wokół „Selonii". Fre-

gata była skąpana w słońcu Bakury, jak gdyby otaczające ją siły w ogóle jej nie dostrzegały. 

Czuł, że wszędzie wokół niego rozgrywają się gry, z wolna prowadzące do finiszu. Znów po-

czuł irytację, że znajduje się tak daleko od centrum wydarzeń. Ale jeśli nic z tego nie wyniknie, 

jego podejrzenia okażą się bezpodstawne i wszystko odbędzie się zgodnie z przewidywaniami, 

nie będzie rozczarowany. Częściowo zgadzał się nawet z Leia, że być może, ale tylko być może, 

ten traktat z P'w'eckami okaże się najlepsze, co mogło spotkać Bakurę... 

Tok jego myśli przerwał nagle głos operatora z „Selonii". 

- Wykryto kolejne pojazdy! 

- Już lecę - mruknął i szybko zawrócił Szponostatek w kierunku licznej gromady statków, 

która zgodnie ze wskazaniami czujników opuściła doki „Wartowni". Jego towarzysze trzymali 

się tuż za nim, żeby się lepiej przyjrzeć. 

- Czy Bakurańska Flota Defensywna poinformowała nas o wysłaniu statków? - zapytał. Z 

krążownika wyleciało już ze dwadzieścia statków i ciągle przybywały nowe. 

- O ile ich znam, nie czuli takiej potrzeby - brzmiała odpowiedź. - Ale naturalnie sprawdzę. 

Jag był już dość blisko, aby rozróżnić typy statków wyłaniających  się z doków, ale to tylko 

zbiło go z tropu. Była to dziwna mieszanina, składająca się z Y- i X-wingów z Bakurańskiej 

Floty  Defensywnej,  a  obok  nich  robomyśliwce  klasy  Rój,  należące  do  Ssi-ruuków...  nie, 

P'w'ecków, poprawił się w myśli. Tworząc elegancką formację, podążały z doków wprost na or-

bitę, rozdzielając się na piątki i trójki, wciąż w mniej więcej takiej samej proporcji sił. 

- Chyba to gwardia honorowa - nadeszła odpowiedź z „Selonii". - Poinformuję kapitan Mayn. 

Gwardia  honorowa?  Bardzo  prawdopodobne  wyjaśnienie.  Statki  leciały  w  ciasnym  szyku, 

widać było, że długo ćwiczyły manewry. To wskazywało na skuteczną współpracę pomiędzy 

obu armiami - a zatem i zaufanie. 

220

background image

Ale wciąż coś nie dawało mu  spokoju.  Liczba statków zbliżała się  już do pięćdziesięciu, o 

wiele  za  dużo,  jak  na  mocno  przetrzebione  siły  Bliźniaczych  Słońc.  Sami  sobie  nie  poradzą, 

zwłaszcza wzięci z zaskoczenia. 

„Bądź o trzy kroki do przodu"... 

- Jak sądzisz, czy będą mieli za złe Sojuszowi Galaktycznemu, jeśli się przyłączy do parady? - 

zapytał „Selonię". 

- Dowiem się. 

Czekając na odpowiedź, na innym kanale zaalarmował tych pilotów Bliźniaczych Słońc, któ-

rzy pozostawali w gotowości, żeby zbierali manatki i startowali. 

- Już lecimy - odparł Jocell i dodał ponuro: - Chyba nikt z nas nie oczekiwał, że to będzie 

miły, spokojny dzień... 

Jacen wybrał klucz trzech statków, z których dwa były robotami, i podążył za nimi wokół plane-

ty. Trio nie zareagowało na jego obecność, ale transmisja z „Selonii" wkrótce potwierdziła, że zo-

stali zauważeni, 

- Żądają, abyśmy się trzymali z daleka - powiedziała kapitan Mayn na otwartym kanale. - Po-

informowałam, że chętnie byśmy ich posłuchali, ale musimy podjąć niezbędne kroki w celu za-

pewnienia bezpieczeństwa. 

Jag uśmiechnął się do siebie. Mayn chciała powiedzieć, że dopóki on sam nie wywoła wymiany 

strzałów, dopóty może robić, co uzna za stosowne. 

Pamiętając o tym, śledził dalej trójkę myśliwców. Całkowita liczba statków gwardii honoro-

wej przekroczyła już setkę - i nadal rosła. 

Atakują nas! 

Saba zbudziła się w jednej chwili i chwiejnie stanęła na łapy. Oszołomiona próbowała się zo-

rientować, co się dzieje. Nagle sobie przypomniała: odpoczywała w dużym fotelu na wielkim 

pokładzie obserwacyjnym barki lodowej. Przysnęła i miała spokojny sen o odpoczynku na zbo-

czach  wzgórz  Listian.  Niebo  było  czerwone  i  zachmurzone,  zapach  unoszony  wiatrem  działał 

odprężająco, a ona leżała pośród ciepłych głazów i wsłuchiwała się w spokojne pomruki odpo-

czywających obok gniazda towarzyszy. 

Krzyk  Mary  przez  Moc  wyrwał  ją  z  błogostanu  i  przywrócił  do  rzeczywistości,  a  wtedy  z 

pewnym rozczarowaniem stwierdziła, że pomruki słyszane przez sen były w istocie sapaniem 

licznych  repulsorów  barki  nad  powierzchnią  lodu.  Stęknęła  i  otrząsnęła  się  ze  snu,  po  czym 

udała się w kierunku pozostałych członków grupy. 

221

background image

Barka była płytkim, owalnym statkiem, który ślizgał się po powierzchni lodowca i pól lodo-

wych szybko, ale niezbyt sprawnie. Trzy pokłady pasażerskie piętrzyły się ku górze, jakby do-

dane  po  głębszym  namyśle.  Otaczały  je  potężne  generatory  i  repulsory,  które  utrzymywały 

barkę  w  powietrzu.  Miała  ciężkie  tarcze,  które  chroniły  przed  lodowatym  wiatrem,  ale  jego 

wycie  wciąż  było  słyszalne,  jak  cienkie,  dalekie  zawodzenia  lxlla.  Wzdłuż  wygiętej  krawędzi 

barki ulokowano  cztery  stanowiska  działek, w tej  chwili wszystkie skierowane  w jakiś  obiekt 

przebłyskujący przez gęstą zasłonę śniegu po prawej stronie. 

- Dwa jeszcze za nami - rzekł Soontir Fel, dziabiąc palcem w ekran. W sumie barkę otaczało 

dziesięć szybkich obiektów. Oprogramowanie identyfikowało je jako mniejsze od ślizgacza 

śnieżnego, ale równie ciężko uzbrojone i wyposażone w osłony. Wyglądały jak grube monety 

ustawione na sztorc, tnące powietrze ostrą krawędzią. - Jednoosobowe, jak mi się zdaje, sądząc 

z szybkości, z jaką się poruszają. 

Strzał ostrzegawczy z lewej strony odbił się od tarczy i trafił w nasyp śnieżny. Z punktu tra-

fienia uniosła się para, wysyłając w powietrze białą chmurę. 

- Piraci? - zapytał mistrz Skywalker. 

- Możliwe. - Fel zatoczył barką łuk w kierunku jednego z pojazdów, zmuszając go do odstą-

pienia. 

- Czy nie powinniśmy skontaktować się z portem, żeby ich powiadomić? - zapytała Mara. 

- Próbowałem już - odparł Fel, nagle skręcając barką w prawo. Rozległo się głośne łupnięcie, 

kiedy tarcze barki zahaczyły kolejny pojazd. - Ale nas blokują. 

- Jeśli to nie piraci, czy mogą to być jacyś twoi wrogowie? – zapytał Stalgis. 

- Jasne, ale którzy? - burknął Fel. - Kimkolwiek są, nie możemy im uciec ani się ostrzelać. Je-

dynym naszym ratunkiem są tarcze. Jestem pewien, że ich nie przestrzelą. Dopóki nie spro-

wadzą czegoś większego, jesteśmy bezpieczni. 

Syal Antilles położyła mu dłoń na ramieniu. 

- Kiedy dotrzemy do portu, służby bezpieczeństwa pozbędą się ich. 

Barka zatrzęsła się od dzioba po rufę od niebezpiecznie bliskiej eksplozji. Kawałki lodu odbiły 

się od tarczy barki i poleciały w tył. Kolejna eksplozja roztrzaskała lód przed nimi, rozrzucając 

wokół lodowe pociski. Fel przechylił barkę, żeby uniknąć utraty stabilności. Kiedy jednak pró-

bował wrócić na stary kurs, kolejne strzały zmusiły go do odwrotu. 

222

background image

- Chciałaś chyba powiedzieć: jeśli dotrzemy - odpowiedział z pewnym opóźnieniem na słowa 

Syal. 

- Próbują nas zbić z kursu - oceniła Mara. 

- Chyba masz rację - mruknął Fel. - Gdybym był sam, spróbowałbym szczęścia przez te 

szczeliny, ale... - obejrzał się na Syal, stojącą obok wciąż z dłonią na jego ramieniu. - Nie je-

stem przygotowany, aby dzisiaj podjąć takie ryzyko. 

- Przykro mi - rzekł Luke. - Oni chcą nas dostać. 

- Nie bądź taki pewien. Nie jestem popularny wśród niektórych syndyków, ponieważ chcę 

zmienić nasze obyczaje. Wystarczy, że tylko jeden zdecyduje się, aby zrobić ruch, kiedy ja 

się odwrócę... 

Kolejna eksplozja zaatakowała barkę, zmuszając ich do skręcenia jeszcze dalej w prawo. 

- Tak czy inaczej - odezwała się Mara - siedzimy w tym wszystkim po uszy. 

- Może gdybym oddał się w ich ręce, zostawią resztę w spokoju. 

- Nie! - zawołała Syal. - Nie pozwolę ci na to. 

Luke zgodził się z nią. 

- To by było niepotrzebne poświęcenie. Nie zostawią żadnych świadków, wiecie o tym. W naj-

gorszym przypadku sfingują walkę. Walka między starymi przeciwnikami to nic dziwnego, 

zwłaszcza kiedy oskarżeni zostaną zabici przy próbie aresztowania. 

Fel skinął głową. 

- Co proponujesz? 

- Nie ma chyba sensu uciekać, a nie wygramy z nimi samą siłą. - Luke rozejrzał się wokół i 

zaczął myśleć. - Przestańmy w ogóle próbować. 

- Mówiłeś chyba, że nie powinniśmy dać im tego, czego chcą. 

- Tak. 

- A więc co chcesz teraz powiedzieć? 

Mistrz Skywalker uśmiechnął się. 

- Chcę powiedzieć, że mogą teraz dostać trochę więcej, niż się spodziewali. 

Leia podążała za przewodnikiem na swoje miejsce. Za nią szli Han, C-3PO oraz dwaj ochro-

niarze  Noghri.  Stadion  był  olbrzymi;  wyglądał  jak  gigantyczny  krater  wyłożony  krzesłami,  z 

wygodniejszymi  lożami  rozmieszczonymi  wyżej,  co  pozwalało  uprzywilejowanym  gościom 

swobodniej obserwować spektakl, który wkrótce się rozpocznie w centrum stadionu. Delegacja 

Sojuszu Galaktycznego znajdowała się 

223

background image

oczywiście wśród  gości uprzywilejowanych. Mieli zarezerwowane  miejsca po prawej stronie 

stanowiska  premiera  Cundertola,  który  siedział  w  otoczeniu  ministrów  na  trybunie  ustawionej 

na dużym podium wysuniętym poza krąg siedzeń. Dzień był ciepły, unoszące się w powietrzu 

parasole  krążyły  leniwie  nad  tłumem,  napędzane  wszechobecnymi  repulsorami.  Pośród  tłumu 

Leia widziała godła i proporce, ale nie potrafiła odczytać, co na nich jest napisane. Domyślała 

się,  że  ich  autorami  są  zarówno  oponenci,  jak  i  zwolennicy  Keeramaka  i  rewolucjonistów 

P'w'ecków. Był to wielki dzień dla Bakury, wiele położono na szali. 

Na razie jednak nic się nie działo. Premier jeszcze się nie pojawił,  a po porannym spotkaniu 

nie  ulegało  wątpliwości,  że  jeśli  tylko  zdoła,  będzie  z  dala  omijał  Sojusz  Galaktyczny.  Pięć-

dziesięciu żołnierzy P'w'ecków tworzyło idealny krąg wokół obszaru, na którym miała się od-

bywać ceremonia, dokładnie pośrodku stadionu i z dala od widzów. 

Han odnalazł rękę Leii i uścisnął lekko. Ogarnęło ją ciepło, przypomniała sobie, za co go ko-

cha. Nawet w najtrudniejszych chwilach zawsze był przy niej. Przebłyski irytacji często przy-

ćmiewały głębię uczuć, które zaskakiwały czasem nawet jego, a które ona przyjmowała z naj-

większą wdzięcznością. 

- Myślisz, że pogoda się utrzyma? - zapytał. 

Podążyła za jego wzrokiem. Na zachodnim horyzoncie nawarstwiały się gęste chmury, zapo-

wiadając tropikalną burzę. 

- Świetnie. Naprawdę, tylko tego im trzeba. 

Zajęli miejsca, kiedy rozległy się fanfary, anonsując formalne przybycie przywódców P'w'ec-

ków  i  Bakuran.  Cundertol,  ubrany  we  wspaniały  szkarłatny  płaszcz,  i  Keeramak  prowadzili 

ogromny  orszak  P'w'ecków,  ludzi  i  Kurtzenów  od  wejścia  aż  do  centralnego  pierścienia.  Tu, 

przy dźwiękach hymnu Bakuran, odwrócili się w stronę tłumu - czyli, symbolicznie, samej Ba-

kury. 

- Mój ludu - zaczął Cundertol. Jego głos wzmocniły tysiąckrotnie głośniki unoszące się wy-

soko nad stadionem. - Witajcie wszyscy w dniu tej wspaniałej uroczystości. Dzięki naszym 

nowym sojusznikom, P'w'eckom, zdołamy wspólnie wejść w nową erę dostatku i pokoju. 

Jako sąsiedzi i przyjaciele, przyjmiemy uniwersalne prawdy, które łączą wszystkie kultury. Dzi-

siaj Bakura wychodzi na spotkanie swemu przeznaczeniu, wolna od strachu przed dawnymi 

wrogami i współpracująca z nowym sprzymierzeńcem, aby zbudować lepszą przyszłość. 

Skończył i ustąpił miejsca Keeramakowi. Tłum zareagował w połowie wiwatami, w połowie 

wyciem. Mutant Ssi-ruuk wyglądał wspaniale w lśniącej srebrnej uprzęży, 

224

background image

ozdobionej  różnobarwnymi  wstęgami  i  srebrnymi  dzwoneczkami,  które  brzęczały  delikatnie 

przy  każdym  ruchu.  Jego  łuski  lśniły  w  bladym  świetle  poranka,  aż  trudno  było  powiedzieć, 

gdzie kończy się strój, a zaczyna skóra. Nawet rosnące zachmurzenie nie mogło przyćmić jego 

niezwykłej urody. 

Potężne tony, dobywające się z gardła gościa, rozniosły się grzmotem po całym stadionie. 

- Ludu Bakury - zabrzmiało tłumaczenie, kiedy skończył mówić. - Jestem dumny, stojąc tu 

wśród was jako przywódca wyzwolonego ludu. Ród P'w'ecków już nie jest związany z reżimem 

ucisku, opierającym się na okrucieństwie i rozlewie krwi, a teraz łączy się z wami w duchowej 

komunii. Nasze dwa wspaniałe narody stworzą więź sięgającą znacznie głębiej aniżeli zwykła 

przyjaźń. Podpisując ten traktat, staniemy się jednością, a nasze losy będą związane na zawsze! 

Odpowiedź tłumu była równie mieszana, jak w przypadku Cundertola, ale to nie zbiło z tropu 

przywódców. Skłonili się sobie, po czym premier i jego świta wrócili na miejsca na trybunie. Jak 

przypuszczała Leia, premier przywitał ją i Hana jedynie lekkim skinieniem głowy. 

Han  mruknął  coś  pod  nosem,  co  miało  znaczyć,  że  nie  oddałby  za  Cundertola  nawet  tyle 

mynockowego łajna, ile się przylepi do buta, i to gdyby miał dobry dzień. Nie było śladu wice-

premiera - o tej nieobecności nikt nie wspomniał, co czyniło ją tym bardziej zastanawiającą. 

Leia nie miała czasu zastanawiać się nad tym, bo natychmiast rozpoczęła się ceremonia. Ka-

płani  P'w'ecków,  obwieszeni  wstęgami,  zaintonowali  monotonną  pieśń,  a  Keeramak  krążył  po 

krawędzi  oczyszczonej  powierzchni,  rozsypując  lśniące  okruchy  w  doskonałym  kręgu  wokół 

obcego  oddziału.  Co  kilka  sekund,  jako  kontrapunkt  do  śpiewu,  podnosił  głowę  i  wypowiadał 

zdanie  we  własnym  języku.  Tym  razem  nie  było  publicznego  tłumacza,  który  wyjaśniłby,  co 

mówi. 

- Możesz to przetłumaczyć? - szepnęła Leia do C-3PO. 

- Tylko częściowo, proszę pani. Dialekt nie jest taki sam jak ten, którym posługują się 

P'w'eckowie. Wydaje się, że to stary język rytualny, zachowany prawdopodobnie dla... 

- Oszczędź nam szczegółów, Złota Pało - przerwał Han z irytacją. - Do rzeczy, zgoda? 

- Proszę bardzo, proszę pana. Keeramak zwraca się do ducha galaktyki, prosząc, aby ten go 

wysłuchał i spełnił jego życzenia. „Złote światło tego poranka jest twoje - mówi. - Niebieskie 

niebo i białe chmury są twoje. Kiedy liście są zielone, a kwiaty kwitną kolorami, jesteś tu- 

taj- Gdzie dzieci rosną silne na ciele i duszy, jesteś tutaj..." 

225

background image

- Bardzo poetyczne - mruknął Han. - Ile to jeszcze może potrwać? 

- Ceremonia jest przewidziana na godzinę. 

- Znakomicie. - Han wyciągnął nogi daleko przed siebie i założył dłonie za głowę. - Obudź 

mnie, jak to się skończy, kochanie. 

Repulsorowy busik zatrzymał się przed niestrzeżonym wejściem na  stadion. Goure, siedzący 

przy sterach pojazdu jadącego za busem, wyminął go, skręcił za róg i się zatrzymał. Tahiri wy-

siadła pierwsza i natychmiast podbiegła do rogu. Goure deptał jej po piętach. Teraz oboje wyj-

rzeli - dokładnie w tym momencie, kiedy Blaine Harris wyprowadzał Jainę, Malinzę Thanas i 

dwóch innych na stadion. 

-  I  to  się  nazywa  ochrona  -  mruknęła  Tahiri,  podnosząc  głos,  żeby  zagłuszyć  śpiew  docho-

dzący z głośników. - Przy bramach nie ma nikogo. Tak sobie weszli! 

- Myślę, że właśnie tak miało być. - Ogon Ryna chłostał rytmicznie jego nogi. - A jeśli bę-

dziemy dość szybcy, może nawet i my skorzystamy z tej sytuacji. 

Razem podeszli do wejścia, szybko, ale ostrożnie, wiedząc, że w każdej  chwili mogą się  roz-

dzwonić alarmy. Ostatecznie udało im się dotrzeć bez przeszkód do bramy i wśliznąć do środ-

ka.  Gwar  tłumu  objął  ich  jak  ciepły  i  krzepiący  uścisk.  Cokolwiek  działo  się  na  stadionie, 

brzmiało imponująco. 

- Wyczuwasz przyjaciółkę? - zapytał Goure. 

Umysł Jainy lśnił niczym latarnia morska od chwili poprzedzającej opuszczenie biura Blaine'a 

Harrisa, w kilka minut po przybyciu Tahiri i Goure'a. Podczas kiedy razem z Rynem próbowali 

przekonać strażnika, aby wpuścił ich do wicepremiera, Tahiri odkryła, że Jaina jest niedaleko. 

Wycofując się z apartamentu wiecepremiera, Tahiri i Goure znaleźli interfejs dla robotów, dzię-

ki któremu Ryn na podstawie obrazów z kamer zdołał określić, że Harris przemieszcza się wraz 

z Jainą. Wprawdzie nie wiedzieli, dokąd wicepremier zabiera dziewczynę, lecz ruszyli w pościg. 

Tahiri zaczynała się obawiać, że nie dotrą do wicepremiera przed rozpoczęciem ceremonii. Mie-

li  prawdziwe  szczęście,  że  wylądowali  akurat  na  stadionie,  gdzie  odbywała  się  cała  impreza. 

Być może wicepremier miał ten sam pomysł co oni i chciał  zatrzymać ceremonię przed wpro-

wadzeniem w życie planu Cundertola - czymkolwiek on był. 

W myślach Jainy była jednak pewna nuta, która zachwiała pewnością Tahiri. Coś było nie do 

końca  w  porządku.  Jeśli  Jaina  była  więźniem  Harrisa,  co  to  mogło  oznaczać?  Tahiri  z  coraz 

większym trudem 

226

background image

rozróżniała, kto jest po czyjej stronie - a przez to w ogóle nie wiedziała, co ma robić. 

- No i co? - Zapytał Goure. 

Tahiri skinęła głową. 

- Tak, wyczuwam ją doskonale. 

W milczeniu ruszyli korytarzem, śladem obecności Jainy, wprost w czeluść stadionu. 

- Dokąd nas zabierasz? - zapytała Jaina. 

Harris, idący o kilka kroków przed nią, zignorował jej pytanie. Salkeli pchnął ją w ramię kolbą 

miotacza. Komunikat był prosty: „Zamknij się i ruszaj". Posłuchała, maszerując za wicepremie-

rem po długiej i szerokiej rampie, a potem serią podcieni, zaledwie dość dużych, aby pomieścić 

jego wielką postać. Wkrótce potem zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami, dość dużymi, aby 

przepuścić śmigacz terenowy. 

Otworzyły się, kiedy Blaine Harris wstukał w zamek długą sekwencję alfanumeryczną. 

- Wchodzić - rzekł ostro, przepuszczając Jainę i ocalałych członków Wolności przed sobą. 

Jaina znalazła się w magazynie na sprzęt, pustym, jeśli nie liczyć metalowego pojemnika po-

środku pomieszczenia. 

- Jak dla mnie trochę pustawy - rzekła oschle. - Ale na razie chyba musi wystarczyć. 

- Takie samo dobre miejsce na śmierć, jak każde inne, nie sądzisz? - odparował Harris. Za-

mknął drzwi i podszedł do Jainy. - Popatrz sobie na tę skrzynkę, powiedz, co widzisz... 

Jaina przykucnęła, żeby przyjrzeć się lepiej, przez cały czas udając, że przeguby dłoni ma do-

kładnie związane. Po chwili zadumy stwierdziła: 

- Zdalny detonator? 

- Doskonale - odparł Harris. - A teraz przyciśnij czerwony guzik. 

Zaśmiała się ponuro. 

- Nie mówisz chyba... 

-  Zrób to - nalegał Harris, podnosząc pistolet i przykładając go do czoła Malinzy. - Zrób to 

albo ją zastrzelę. 

Jaina spojrzała na Malinzę. Dziewczyna miała zdecydowaną minę, ale nie mogła ukryć lęku w 

oczach. Obie wiedziały, że Harris nie żartuje. 

-  Dobrze - rzekła, wyciągając pozornie związane ręce, i przycisnęła przycisk. Cyfrowy zegar 

ożył, odliczając w dół dziesięć standardowych minut. 

227

background image

Harris z satysfakcją skinął głową, opuszczając miotacz. 

-  A teraz, kiedy twoje odciski palców znalazły się na przycisku, twój los został ostatecznie 

przypieczętowany. Kiedy zginiesz i bomba wybuchnie, nie będzie komu cię bronić. 

Jaina skoncentrowała całą energię, zmuszając się do zachowania spokoju. 

Zaraz, powtarzała sobie. Jeszcze tylko chwilkę. 

-  Wiesz - powiedziała - wysadzenie stadionu nie poprawi stosunków z P'w'eckami. 

Miała nadzieję, że zyska na czasie i wydobędzie z niego jakieś informacje. 

-  Gdyby taki był mój zamiar - rzeki - to owszem, nie wątpię, że coś takiego w znacznym stopniu 

zniszczyłoby te stosunki. Ale  tak nie jest. W każdym razie nie cały stadion. Tylko tę część, gdzie siedzą 

moi wrogowie. 

„Moi wrogowie"... 

-  Premier Cundertol? - dopytywała się. - Moi rodzice? 

Uśmiechnął się szeroko i okrutnie. 

- Tak, moja droga. Kiedy poskładają kawałki, stanie się jasne, że to ty podłożyłaś bombę, aby 

nie dopuścić do podpisania traktatu. Jedi nie chcą, żeby Bakura opuszczała Sojusz Galaktycz-

ny, i postanowili nie cofnąć się przed niczym, by temu zapobiec. Twoi rodzice, niestety, by-

li koniecznymi ofiarami dla sprawy. Malinza Thanas, sądząc, że chcesz jej pomóc, ulega 

twoim namowom, a teraz porywa mnie i zabiera na stadion, gdzie czeka bomba. Na szczęście 

twoje podłe plany zostały wykryte w odpowiednim czasie przez zbłąkaną, ale lojalną młodą 

Malinzę, która kosztem życia własnego i przyjaciół pomogła mnie uwolnić. Niestety, nie 

zdążyliśmy na czas zapobiec eksplozji bomby. Premier zginie, wraz z większością senatu. 

- A ty się pojawisz, żeby ceremonia przebiegła dalej zgodnie z planem - dokończyła za niego 

Jaina. 

- Na cześć dzielnej Malinzy Thanas, oczywiście - dodał, wciąż szeroko uśmiechnięty. - Nie 

sądzisz, że to bardzo poetyczne? 

- Ohyda - mruknęła Malinza, już nie próbując ukryć drżenia głosu. 

- Chyba „skuteczne" brzmi lepiej. 

Podczas gdy Harris napawał się zwycięstwem, Jaina spojrzała na zegar. Miała tylko siedem i 

pół minuty, żeby załatwić Harrisa i Salkelego i zdezaktywować bombę. Dość dużo, nawet jak 

na Jedi. 

Leia z zainteresowaniem patrzyła, jak kapłan P'w'ecków uzupełnia dziwaczne pienia kołyszą-

cym się, płynnym tańcem. Keeramak dokończył okrążenia i teraz zwracał się do niebios, otwie-

rając ramiona, jakby chciał objąć cały świat. 

228

background image

 

- Oceany przestrzeni rozstąpiły się, aby stworzyć tę wyspę obfitości - tłumaczył dalej C-3PO. 

- Nawet w pustce przestrzeni muszą istnieć oazy. Zapraszamy cię, abyś dzielił ją z nami w 

duchu jedności galaktycznej: jeden umysł, jedno ciało; jeden duch, jeden... obawiam się, że 

nie zdołam przetłumaczyć tego jednego zdania. 

- Przypomnij mi jeszcze raz, po co my tu właściwie jesteśmy - mruknął Han. Leia uciszyła go 

znowu. 

- Gwiazdy z miłością świecą nad tym światem - mówił Keeramak. - Albowiem miejsce to jest 

błogosławione. 

Leia  nie  była  tego  wcale  taka  pewna.  Bakura  przetrwała  już-niejed-ną  burzę  i  z  pewnością 

żadne kosmiczne błogosławieństwo nie zdoła tego zmienić. Jeśli Yuuzhanie będą dalej posuwać 

się naprzód, trzeba będzie czegoś znacznie skuteczniejszego niż machanie rękami i kilka dzwo-

neczków, aby ich odeprzeć. 

Pamiętaj, pomyślała, jeśli P'w'eckowie okażą się w walce równie  dobrzy jak Ssi-ruukowie, 

istnieje  szansa,  że  dadzą  Yuuzhan  Vongom  popalić.  Ssi-ruukowie  walczyli  naprawdę  dobrze, 

kiedy byli do tego zmuszeni. Ich strach przed śmiercią z dala od poświęcanego świata nadawał 

każdej walce poza Imperium błyskawiczny, wręcz opętańczy charakter - dlatego, jak sądziła Le-

ia, są tacy dobrzy w szybkich atakach. Wypracowali sobie tę taktykę przez lata, aż stali się jej 

mistrzami. A im więcej wypadów kończyło się zwycięstwem, tym silniejsi się stawali, skoro ich 

celem było nie tylko niszczenie, lecz również branie jeńców do transferu. 

Pomimo wszystko, w miarę jak ceremonia się rozwijała, Leia nie mogła opanować narastają-

cego uczucia niepokoju. Śpiew nabrał niemal gorączkowego rytmu, C-3PO miał coraz większe 

problemy, aby nadążyć z tłumaczeniem intonacji Keeramaka. 

Tłum milczał. Nawet Han przestał udawać brak zainteresowania. Pochylił się naprzód, jakby 

zahipnotyzowany przez kołyszących się i śpiewających obcych. 

-  ...zacisnąć więź ... połączone w chwalebnej synergii choć przestrzeń może rozdzielić  jak w 

kolebce gwiazd... 

Nagle Leia poczuła, jak chwyta ją za gardło gwałtowna potrzeba  Pośpiechu. Nie wiedziała z 

początku, skąd się to wzięło, ale wkrótce stwierdziła, że pochodzi z Mocy. I z zewnątrz. 

- Han - szepnęła, po czym głośniej, żeby przekrzyczeć P'w'ecków, dodał: - Han, to Jaina! 

229

background image

Natychmiast zerwał się na nogi. 

- Gdzie? - zawołał. Rozejrzał się w tłumie, szukając córki. – Gdzie ona jest? Wszystko w po-

rządku? Nie widzę jej! 

- Nie ma jej tutaj! - Leia próbowała zinterpretować miotające nią uczucia. - Wzywa mnie po-

przez Moc. Jest w kłopotach... ale jej myśli nie są skupione na niej samej. Próbuje nas 

ostrzec... ona... - Pokręciła głową, nie potrafiąc właściwie odczytać komunikatu. - Coś się 

ma za chwilę stać... 

Han spojrzał na żonę. 

- Ale co? 

Leia przymknęła oczy, aby opanować szaleńczy wir pozbawionych słów wrażeń. Obrazy, któ-

rych nie umiała zinterpretować, zalewały jej głowę w gorączkowym, szalonym tempie. 

- Han, chyba musimy się stąd wynosić. Szybko! 

Han zerwał się na nogi. Nie był na tyle głupi, aby kwestionować instynkt swojej żony i cór-

ki. Cakhmain i Meewalh otoczyli ich ciasnym kręgiem i grupka zaczęła przepychać się do wyj-

ścia ze stadionu. Nikt nie zwracał na nich uwagi, wszyscy byli zbyt przejęci spektaklem, który 

rozgrywał się na ich oczach. 

Dotarli bez przeszkód do końca trybuny. Żaden morderca nie rzucił się na nich, nikt nie pró-

bował  im  grozić.  Nie  można  było  jednak  zaprzeczyć,  że  Leia  nadal  się  denerwowała.  Cokol-

wiek Jaina próbowała jej powiedzieć poprzez Moc, z każdą chwilą stawało się coraz pilniejsze. 

- Co się dzieje, Leio? - dopytywał się Han. - Gdzie ona jest? 

- Gdzieś niedaleko. Nie chcę jej rozpraszać, Han, ona... 

Nagle  w  jej  umyśle  wytworzył  się  prawie  doskonały  obraz  -  materiały  wybuchowe,  zegar, 

szybko upływające sekundy... 

- Och, nadchodzi! -jęknęła. - Musimy uciekać! Uciekać! Wszyscy uciekać! - Krzyczała do 

otaczających ją ludzi, ale nikt nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Wszyscy byli pochłonięci 

tym, co dzieje się na dole. Noghri bezlitośnie pchali przed sobą oboje Solo i C-3PO w kierunku 

wyjścia ze stadionu. - Nie! - krzyknęła. - Nie ma czasu. Padnij! Padnij! 

Jej strażnicy przycisnęli ją do ziemi, jaszczurczymi oczami badając tłum w poszukiwaniu te-

go, co się zbliżało. Pieśń obcych osiągnęła  apogeum, wypełniając wyciem wszystkie głośniki, 

uniemożliwiając jakąkolwiek formę komunikacji. 

Jeszcze jeden desperacki obraz przesłany przez Jainę, tak wyraźny, że w umyśle Leii odezwa-

ły się słowa: 

230

background image

Tahiri, nie! 

Świat stał się nagle oślepiająco biały i jej połączenie z Jainą zostało zerwane. 

Barka lodowa zwolniła i zatrzymała się u stóp gigantycznej śnieżnej wydmy. Chropawe wy-

cie repulsorów milkło powoli, gdy osiadała na rozłożystym dnie. Dłonie Fela z wprawą poruszały 

się nad konsolą, prowadząc statek do prawie doskonałego lądowania. 

Kiedy statek znieruchomiał, potężny mężczyzna spojrzał niepewnie na Luke'a, jakby chciał 

spytać: „Wiesz na pewno, co robisz?" 

Luke skinął głową, a Fel wyłączył tarcze. Barka zadygotała, kiedy omiótł ją lodowaty, wyjący 

wiatr. 

- Będziemy potrzebować kombinezonów - zauważyła Syal. 

Fel pokręcił głową. 

-  Nie będziemy na zewnątrz aż tak długo. Wszystko skończy się 

w ciągu minuty lub dwóch. 

Danni zmarszczyła brwi, kiedy dziesięć okrągłych kształtów otoczyło barkę. Jej oczy aż po-

ciemniały ze zmęczenia. 

-  Nadlatuje - zauważyła, wskazując na ścigacz śnieżny, podchodzący do lądowania obok 

barki. 

-  O, jeszcze jeden - rzekł Stalgis, również wskazując palcem. 

  Saba obserwowała, jak dziwaczne statki lądowały na krawędziach dysków. Ich silniki płonęły 

w podczerwieni jaśniej niż zimne słońce. Cztery pajęcze podpory wysunęły się, aby unieruchomić 

pionowy dysk na śniegu. Skoro tylko statek się ustabilizował, na jego boku otworzył się okrągły 

panel, dając przejście kobiecie w czarnym, niczym nie-ozdobionym mundurze, bez szlifów i 

identyfikatora. Postać była wysoka i smukła, jak wszyscy Chissowie. Saba obserwowała, jak 

kobieta śmiało podchodzi do zakrzywionej burty barki, po czym lekko wskakuje na pokład. 

Dołączył do niej drugi pilot, z dwuręczną rusznicą w dłoni. Saba  widziała już takie. Dowie-

działa  się  też,  że  Chissowie  nazywali  je  spalaczami.  Pierwsza  pilotka  zdjęła  hełm,  odsłaniając 

osmagane  wiatrem  rysy  pod  krótko  obciętymi  włosami.  Niebieska  skóra  twarzy  wydawała  się 

zimniejsza niż otaczający ich lód. 

- Ganet - mruknął Fel. - Powinienem się spodziewać. 

- Kim ona jest? - zapytał Luke. 

-  Dowodzi falangą konkurencyjnych syndyków, która nie zgadza się ze zmianami, jakie 

próbuję przeforsować. Wiem, że was też nie lubi. 

231

background image

Mistrz Luke uśmiechem zbył ukryte ostrzeżenie. 

- Może już czas, żebyśmy się spotkali - mruknął. - Zobaczymy, czy nie zmieni o nas zdania. 

Fel  nie  odpowiedział  uśmiechem.  Wsunął  dłonie  w  cienkie  czarne  rękawiczki  i  spojrzał  na 

żonę. 

- Wszystko gotowe? 

Syal skinęła głową i przycisnęła przycisk na panelu sterowania. Na ekranie z boku pojawił się 

zegar odliczający w tył. 

Dwie minuty... minuta pięćdziesiąt dziewięć sekund minuta pięćdziesiąt osiem sekund... 

Główne drzwi się podniosły i ciepłe powietrze natychmiast zostało wyssane z kabiny. Lodo-

waty chłód owinął się wokół Saby, która zacisnęła zęby, próbując przetrzymać szok. Podobnie jak 

u  większości  jaszczurowatych,  zimno  powodowało  spowolnienie  jej  ruchów.  Będzie  musiała 

zaczerpnąć sił z Mocy, aby to powstrzymać. Zrobiła to zatem czym prędzej, rozpalając kulę cie-

pła w piersi, która rozpłynęła się powoli po całym ciele. Jedynie końce palców zachowały wraż-

liwość na zimno, więc zacisnęła ręce w pięści, a ogonem owinęła stopy. 

Soontir  Fel  pierwszy  opuścił  barkę,  emanując  spokojem  i  pewnością  siebie.  Obserwował 

przez chwilę scenę przed sobą, po czym przekroczył próg, aby zrobić miejsce pozostałym - za 

nim wyszli mistrz Luke, potem Saba, Mara i Stalgis. Danni i Syal pozostały w środku. 

Minuta czterdzieści pięć sekund... 

Fel  stanął  przed  pilotką  i  zmierzył  ją  wzrokiem  od  stóp  do  głów  ze  spokojną  dezaprobatą. 

Wreszcie pokręcił głową. 

- Nie wyglądasz na osobę, która stosowałaby otwarty bunt, Ganet. 

- Mnie się bardziej podoba słowo „usunięcie" - odparła spokojnie. 

- Wszystko, co usprawiedliwia twoje działania, tak? 

Drugi pilot stał za kobietą ze spalaczem w stanie gotowości. Dwa kolejne ścigacze wylądo-

wały w pobliżu. 

-  Nie jestem tu po to, żeby się z tobą droczyć, Fel – oznajmiła Ganet. - Potrzebuję twojej 

współpracy. I dostanę ją, bo mamy twoją córkę. 

Saba zauważyła lekkie drgnięcie mięśni na plecach Fela, ale jego wyraz twarzy i ton pozo-

stały bez zmian. 

- Kto to jest „my", Ganet? 

- To nie ma znaczenia - odrzekła i podniosła broń, celując w jego pierś. - W tej chwili naj-

ważniejsze jest, że ją mamy, nieprawdaż? 

- Przynajmniej powiedz mi, dlaczego. - Fel zrobił krok naprzód, jego potężna pierś rzucała 

wyzwanie lufie jej karabinu. - Wszystko, 

232

background image

co miałem, ofiarowałem Chissom, kiedy się do nich przyłączyłem. Z pewnością mam... 

- Przyłączyłeś się do Thrawna, Fel! To nie to samo co Chissowie. Mamy swoje tradycje i oby-

czaje, do których on się odwrócił plecami, a przyłączając się do niego, udowodniłeś, że i ty także 

ich nie szanujesz, 

- Czy do tych tradycji należy również nie strzelanie do nieprzyjaciela, dopóki on nie strzeli 

pierwszy? 

Ganet uśmiechnęła się spokojnie. 

- Ależ ty nie jesteś moim nieprzyjacielem, Fel. Mylisz się w tej kwestii. Jesteś jedynie nie-

wygodnym problemem, którego muszę się pozbyć. 

Jedna minuta... 

- A co z nami? - zapytał mistrz Luke. 

Ganet zrobiła krok w prawo, poza zasięg rąk Fela, i popatrzyła na pozostałych. 

- Zostaliście tu zaproszeni pod pretekstem, którego CEFD nie uznaje - odparła. - Mogliście 

zwieść Rody, ale wasze bajeczki na nas nie robią wrażenia. Zonama Sekot to zasłona dymna, 

pod którą kryje się coś znacznie gorszego. Na razie jeszcze nie wiemy, co. 

- Więc i nas się zamierzasz pozbyć. 

Ganet roześmiała się. 

- Przecież my zawsze chcieliśmy się was pozbyć, Jedi! Nie zamierzaliśmy w żadnym przy-

padku was tutaj zostawić. 

- Czyli ten termin... - zaczął Stalgis. 

- Był tylko wybiegiem, żeby dać nam czas na wykonanie ruchu. 

- A zatem byliśmy jedynie pionkami w grze o władzę głównego nawigatora Aabe'a? - Luke 

pokręcił głową. - Co mu obiecałaś? Stanowisko Soontira, jak już się zwolni? 

Trzydzieści sekund... 

- Dostarczył nam możliwość uregulowania trudnej sytuacji - pokiwała głową Ganet. - Zosta-

nie za to odpowiednio wynagrodzony, kiedy nadejdzie czas. 

- Tak samo, jak teraz „wynagradzacie" Soontira? - rzuciła Mara. - Czy wy, ludzie, w ogóle 

nie macie sumienia? 

- Znamy to pojęcie - odparła Ganet, podnosząc spalacz. - Ale nie ma na nie miejsca w czasie 

wojny. A teraz jest wojna, Maro Jade. Nie powinnaś w to wątpić. W walce z Yuuzhanami nie 

ma szarych stref. Mogą być tylko wrogowie lub przyjaciele. Chissowie nie potrzebują 

przyjaciół. Obawiam się, że to pozostawia jedynie drugą opcję. - Skinęła na drugiego pi-

lota i kazała mu podejść bliżej. Kolejni dwaj 

233

background image

weszli na pokład barki. - Proszę odsunąć się od drzwi i obrócić... wszyscy. 

Dziesięć sekund... 

- Fel, to dotyczy również twojej żony. 

Fel skinął na Syal i Danni, aby podeszły. Posłuchały go skwapliwie. 

- Obiecuję ci czystą śmierć, Fel - rzekła Ganet. - Nie ma hańby w pogodzeniu się z wła-

snym losem. 

- Trzy sekundy... 

- Za Chissów! 

- Istotnie - odparła Ganet, biorąc bojowy okrzyk Fela za stwierdzenie faktu. - ZaChi... 

- Teraz! - rozkazał Luke. 

Saba, Danni i Mara ruszyły do akcji - a wraz z nimi Soontir Fel - na ułamek sekundy przed 

tym, jak cztery działa barki wypaliły jednocześnie. Ułamek sekundy był dokładnie tym, czego 

potrzebował Jedi. 

Fel zwinnie odstąpił na bok. Ganet instynktownie poszła w jego ślady, ze spalaczem w ręku 

gotowym do strzału. Miecz świetlny Luke'a ożył z sykiem, tnąc gładko przez lufę broni Ganet. 

Fel kopniakiem podciął jej nogi, a Luke zwrócił się ku drugiemu pilotowi, bez wysiłku obalając 

go na ziemię jednym pchnięciem Mocy. 

- Słyszałeś mnie?! - zawołał Luke do Fela. - Nie wiedziałem, że jesteś wrażliwy na Moc. 

- Nie jestem - odparł Fel. - Ale umiem liczyć. 

Mara okręciła się, gdy strumień energii świsnął koło głowy Luke'a, i zobaczyła dwóch pozo-

stałych pilotów, przyjmujących na burcie barki pozycję do ostrego strzelania. Pierwszy strzał od-

biła mieczem świetlnym, roznosząc w pył śnieżną zaspę sto metrów dalej. Drugi strzał chybił 

całkowicie. Saba wyciągnęła dłoń i siłą umysłu wyrwała pilotowi karabin. Drugi pilot skierował 

na nią swój spalacz i strzelił. Strzał był celny i trafiłby Sabę w głowę, gdyby nie odbiła go mie-

czem świetlnym z powrotem do niego. Spadł tyłem z barki wprost w śnieg. 

Rozdzierający  wrzask  zapowiedział  atak  z  góry.  Ścigacz  śnieżny  przeleciał  nad  nimi  i  za-

wrócił. Strzały z miotacza kreśliły grube czarne linie na dachu barki, o włos mijając Sabę. Dwa 

z pozostałych pięciu przygotowywały się do tego samego. 

- Podnieść tarcze! - wrzasnął Stalgis, chwytając spalacz i strzelając za uciekającym ścigaczem. 

Strzał odbił się od burty statku, który nawet nie zwolnił. 

- Chodź, Saba - powiedziała Mara, wskazując na dwa ścigacze po zostające na ziemi. - Póki 

jest czas! 

234

background image

Saba natychmiast zrozumiała, o co chodzi. Nawet przy podniesionych tarczach barka lodowa 

była wystawiona na strzały pozostałych ścigaczy. Jeśli mają w ogóle dotrzeć do portu, muszą 

zacząć działać ofensywnie. 

Saba napięła mięśnie potężnych nóg, pobiegła wzdłuż burty i rzuciła się w śnieg. 

W samą porę. Zahaczyła ogonem o skraj włączanej właśnie tarczy. Wyginała go przez chwilę, 

aby pozbyć się nieprzyjemnego, swędzącego mrowienia, po czym  pobiegła na wydmę do naj-

bliższego  ze  ścigaczy.  Mara  wybrała  inny,  po  prawej.  Używając  Mocy,  przedzierała  się  przez 

gęsty śnieg. Ścigacze były większe, niż się wydawały z powietrza - co najmniej dwa razy wyż-

sze od Saby i grubości trzech długości jej ciała. Wyglądały jak lśniące, czarne koła wetknięte w 

śnieg. Saba dotarła do swojego i wskoczyła na drabinkę. 

Stery nie przypominały niczego, co widziała do tej pory, lecz podobnie jak spalacze działały 

na zrozumiałych dla niej zasadach. Statek nie miał skomplikowanych systemów zabezpieczeń i 

reagował na dotknięcie jej zmarzniętych palców. Owinęła ogon wokół bioder i włączyła silniki. 

Nogi ścigacza wciągnęły się z cichym warczeniem, a sam pojazd  uniósł się lekko nad zie-

mią, by następnie, z kabiną drgającą w rytm potężnych repulsorów, wystrzelić się w niebo. Sabę 

wcisnęło w fotel, aż jęknęła, gdy na chwilę przysiadła sobie ogon. 

System uzbrojenia ścigacza był przejrzysty i prosty w obsłudze,  Uzbroiła działko laserowe i 

wycelowała w jeden z sześciu nieprzyjacielskich ścigaczy, które już się zbliżały, aby poradzić 

sobie z nowym zagrożeniem. Pierwszy strzał mocno chybił. Poprawiła ustawienie,  szybko za-

poznając  się  z  reakcjami  statku.  Drugi  był  już  nieco  celniejszy,  ale  musiała  jeszcze  dokonać 

pewnych korekt. Z trudem przychodziło jej ignorowanie szaleńczego tańca horyzontu, kiedy sta-

tek,  który  goniła,  nagle  skręcił  w  nadziei,  że  ją  zgubi.  Minęło  wiele  czasu,  od  kiedy  brała 

udział  w  bezpośrednich  walkach  wokół  Barab  Jeden,  ale  z  przyjemnością  stwierdziła,  że  nie 

wyszła z wprawy. 

Warknęła nisko i gardłowo, kiedy ścigacz znalazł się na celowniku, i wypaliła. 

Z trafionego statecznika trysnął snop iskier jak ogon komety. Ścigacz zakołysał się niezgrab-

nie; pilot próbował go posadzić w sposób  kontrolowany na śniegu, ale Saba nie czekała, żeby 

sprawdzić, czy mu się to uda. Była zbyt zajęta zawracaniem w poszukiwaniu kolejnego celu. 

235

background image

Mara też strąciła jeden ścigacz, ale to nie zniechęciło pozostałej czwórki. Przegrupowały się 

w ciasną formację i porzuciły atak na barkę lodową, która teraz sama strzelała ze swoich działek i 

używała  własnych  tarcz.  Saba  i  Mara  nie  miały  możliwości  komunikowania  się  ze  sobą,  ale 

Moc w znacznym stopniu to kompensowała. Subtelne instrukcje Mary kierowały Sabę w od-

powiednich kierunkach i ku nowym celom. Stosowała się do nich bez dyskusji, nawet jeśli wy-

dawały się sprzeczne z tym, co mówił jej instynkt. 

Kiedy zatem Moc kazała jej wprowadzić ścigacz w beczkę i tak przelecieć przez sam środek 

romboidalnej formacji Chissów, Saba posłuchała, rozbijając ich i rozpraszając w czterech róż-

nych kierunkach. Mara, przelatując w ślad za Saba, strąciła jednego, co zredukowało stosunek 

sił do znacznie przyjemniejszej proporcji trzy do dwóch. 

Masz go na ogonie, Saba! 

Saba okręciła się na siedzeniu, żeby sprawdzić, co się dzieje za jej  plecami, ale natychmiast 

pożałowała swojej impulsywnej reakcji. Nagły ruch w ciasnym fotelu omal nie złamał jej ogo-

na. Strzał z tyłu świsnął bardzo blisko prawej części powłoki kabiny. Zmusiła się, aby zignoro-

wać niewygodę, i mocno wcisnęła drążek najpierw w dół, a potem od razu w górę, unosząc statek 

w wysoką pętlę, dzięki której znalazła się za prześladowcą. Tamten skoczył naprzód w nadziei, 

że ją zgubi, ale nie był dość szybki, aby uniknąć salwy ognia laserowego,  który ściął mu lufę 

armatki i wybił dziurę w powłoce. Uszkodzeniem zajął się wiatr, spychając statek z kursu i wbi-

jając  go w nasyp śniegowy  w  jaskrawej eksplozji,  która  rozsypała  jego  szczątki w promieniu 

wielu metrów. 

Mara  wykonała  spektakularny  manewr,  który  strącił  z  nieba  kolejnego  przeciwnika,  pozo-

stawiając ją na trajektorii zbieżnej z jedynym pozostałym ścigaczem. Chissański  pilot  nie za-

mierzał nawet na jotę ustąpić z kursu i dwa statki leciały wprost na siebie. Saba czuła wyraźny 

niepokój, kiedy na to patrzyła, wiedząc, że Mara nigdy się nie cofnie przed takim wyzwaniem. 

Otwierając  się  całkowicie  na  Moc,  przymknęła oczy i  wystrzeliła trzy szybkie salwy.  Kiedy je 

znów otworzyła,  statek  Chissa  spiralnym  lotem  spadał  ku  ziemi  z  uszkodzonymi  klapami  ma-

newrowymi. 

Przed  lądowaniem  szybko  obleciały  całą  barkę.  Mistrz  Skywalker  i  pozostali  zgarnęli  Ina'ga-

net'nuruodo i pozostałych trzech pilotów, zakuwając ich w kajdanki. Cała czwórka klęczała na 

burcie barki, z goryczą obserwując, jak Syal wyłącza tarcze, a Saba i Mara lądują obok. 

236

background image

Ogon  Saby  z  wdzięcznością  chłostał  powietrze,  kiedy  wchodziła  do  barki,  by  spotkać  się  z 

przyjaciółmi. Rozgrzanym bitwą zimne powietrze wydawało się jeszcze zimniejsze. 

- Ładny lot - pochwalił Luke, zwracając się do Mary i Saby. 

Saba była zadowolona, słysząc komplement z ust tak znakomitego pilota jak sam mistrz Jedi. 

- Dziękuję - odpowiedziała, czując, jak pod łuskami rumieni się na ciemnozielono. 

-  Blokada jest w ścigaczu Ganet. - Luke wskazał na jeden z zaparkowanych opodal ścigaczy. 

- Nie wyłączyliśmy go, żeby nie mogli zawołać pomocy. 

- Ale teraz już chyba można? - zapytała Mara. 

Wszystkie oczy zwróciły się na Fela, który z nich wszystkich najlepiej wiedział, jak lokalne siły 

bezpieczeństwa zareagują na to wydarzenie. 

- Powinniśmy ruszyć do portu, tak jak planowaliśmy - rzekł po chwili namysłu. - Póki je-

steśmy tutaj, wciąż jeszcze istnieje możliwość usunięcia nas razem z dowodami. Sądzę, że naj-

lepiej będzie postawić ich przed faktem dokonanym i wrócić w jednym kawałku. - Rzucił po-

nure spojrzenie Ganet, która klęczała przed nim z wściekłą miną. - Kiedy Chissom pokazuje 

się to, co najgorsze, zwykle wydobywa się z nich to, co najlepsze. Być może właśnie tego 

nam było trzeba: pokazać, jak bezsensowna jest nasza bezczynność w czasie, gdy cała galak-

tyka jest w stanie wojny. Nie ma sensu udawać, że jesteśmy silni, kiedy cała nasza struktura 

dowodzenia rozpada się na kawałki przy pierwszym dotknięciu. 

Syal podeszła do męża. 

- Nie chcę, żebyś szedł na wojnę - powiedziała - ale wolę już to, niż gdybyś miał zdradzić 

nasz lud. 

Fel położył jej dłoń na ramieniu i ścisnął delikatnie. Nie powiedział nic, ale jego oczy zdra-

dzały uczucia, które żywił dla żony. 

- Powinniśmy zebrać pozostałych pilotów ze strąconych ścigaczy - zaproponował Luke. - Nie 

możemy ich tu zostawić, żeby umarli z zimna. 

- Dlaczego nie? - zapytał Salgis, zezując na Ganet. - Zdaje się, że oni nie mieli skrupułów, 

żeby nas wykończyć. 

Ganet obdarzyła go podobnym spojrzeniem, nie zamierzając przepraszać. 

- Ale my nie jesteśmy nimi - odparł mistrz Jedi. - Sabo, wyczuwasz tam kogoś? 

237

background image

Szybki odczyt emanacji pustkowia w Mocy pozwolił bez trudu zlokalizować pozostałych pi-

lotów. 

- Czterech żyje, w tym trzech rannych. Ona was do nich zaprowadzi. 

Fel polecił jeńcom wstać. 

- Do środka - rozkazał. - I nie próbuj niczego, Ganet, bo wierz mi, nie zamierzam okazywać 

wam takiego miłosierdzia jak Jedi. 

Kobieta zwróciła ku niemu czerwone, złośliwe spojrzenie. 

- A co z Wyn? - zapytała Syal. - Co z nią zrobimy? 

- Nie obawiaj się - odparł Luke. - O ile znam Jacena, już się tym zajął. 

Rozpacz nie była uczuciem, któremu Jaina potrafiła się poddać  - a już na pewno całkowi-

cie  -  ale  frustracja  to  całkiem  inna  sprawa.  Dwa  razy  próbowała  odwrócić  uwagę  Salkelego, 

ale Rodianin  obserwował ją bardzo uważnie. Otwarty atak z lufą miotacza skierowaną na  Ma-

linzę i pozostałych był zbyt ryzykowny. 

Wtedy poczuła dotknięcie poprzez Moc - jednocześnie znajome i przerażająco nieznane. 

Tahiri była blisko, coraz bliżej. 

Jaina  niechętnie  myślała  o  kontakcie  umysłowym  z  młodą  Jedi,  ale  postanowiła,  że  uczyni 

swoją obecność w Mocy tak silną, jak to tylko możliwe. Jeśli Tahiri zdoła ją namierzyć i przy-

będzie na czas... 

Nieświadom subtelnych energii życiowych krążących wokół niego, Harris wyjął z fałd szaty 

miecz świetlny Jainy i triumfalnie uruchomił lśniące ostrze. 

- Pozostaje zatem do zrobienia tylko jedna rzecz, żeby historia nabrała wiarygodności - 

oznajmił. - Jeśli Jedi naprawdę mają być wrogiem, nasz bohater potrzebuje realistycznych ran, 

nie sądzicie? 

Salkeli wyszczerzył zęby, gdy Harris podszedł do Malinzy. Dziewczyna cofnęła się z przera-

żeniem. Vyram zastąpił drogę wicepremierowi. Harris wcale nie był tym zdziwiony. 

- Jedno czy drugie, co za różnica? - mruknął, unosząc nad głowę fioletowe ostrze, gotów 

zabijać. - Naprawdę mnie nie obchodzi, kto będzie pierwszy. 

Jaina nie mogła już dłużej czekać. Jeśli miała działać, musiała to zrobić teraz. 

Szybkim ruchem ramion uwolniła się z kajdanek i jednym silnym pchnięciem Mocy wytrąci-

ła miecz świetlny z dłoni Harrisa. Zrobiła unik i przetoczyła się, kiedy zdumiony nieoczekiwa-

nym zwrotem akcji Salkeli wycelował w nią miotacz. 

238

background image

Harris nie tracił czasu i wyciągnął swoją broń, ale Jaina w porę stanęła na nogi i odbiła pierw-

sze dwa strzały, kierując je w ścianę. Kolejne dwa strzały świsnęły koło ucha, rozpryskując się 

głośno gdzieś za jej plecami. Trzema szybkimi susami rzuciła się na wicepremiera i ogłuszyła 

go  rękojeścią  miecza.  Wyrżnął  w  ścianę  z  wyrazem  zdumienia  i  gniewu  na  twarzy,  po  czym 

osunął się na ziemię. 

Jaina zyskała pewność, że Harris nie jest już dla nich groźny, i mogła zająć się znowu Salke-

lim. Malinza jednak już ją w tym wyręczyła. Przygniotła Rodianina do ziemi z ramieniem wy-

kręconym na plecach. 

Jaina skinęła głową, zadowolona. 

- Doskonale - pochwaliła i, podnosząc miecz, poleciła: - Podajciemi ręce. 

Dwoma ruchami przecięła więzy na rękach Malinzy i Vyrama. 

-  Zapłacisz za to - warknął Salkeli z podłogi. - Przyjdzie na ciebie czas, ty jedajowski śmie-

ciu! 

- Mam go przymknąć? - zapytał Vyram, podnosząc miotacz Harrisa z podłogi. 

- Jeszcze nie - odparła Jaina, dezaktywując miecz. - Możemy potrzebować jego pomocy. 

Z przerażeniem stwierdziła, że detonator jest rozbity. Jeden z zabłąkanych strzałów z miotacza 

uderzył  wprost  w  obudowę.  Rodianin  podążył  za  nią  wzrokiem  i  na  widok  dymiącej,  na  wpół 

spalonej skrzynki wybuchnął drwiącym śmiechem. 

Malinza także spojrzała. 

- Co teraz zrobimy? 

Jaina rozmyślała gorączkowo. 

- Ile czasu mieliśmy na zegarze? 

Vyram pokręcił głową. 

- Nie mam pojęcia. 

- Przegraliście, Jedi! - zachichotał Salkeli. 

- O nie, jeszcze nie - odparła, chwytając go pod podbródek. - Powiedz, gdzie jest bomba, i to 

natychmiast. Rodianin spojrzał na miecz świetlny trzeszczący tuż przed jego twarzą. I tak nie mo-

żecie nic z tym zrobić. Jest w lożach, bezpiecznie ukryta pod ferrobetonowym wspornikiem. 

- To nam nic nie pomoże - zauważyła Malinza. - Jesteśmy tutaj jak w pułapce. 

Z drugiej strony zablokowanych drzwi rozległo się gorączkowe bębnienie. 

Jaina sięgnęła Mocą do Tahiri, która próbowała zwrócić jej uwagą, ale drzwi były zbyt grube, 

aby przez nie krzyczeć, a dwoje Jedi nie wystarczyło, by stworzyć więź Mocy. 

 

239

background image

Zdenerwowanie  wróciło,  ale  tylko  na  chwilę.  Spojrzała  na  Salkelego  i  nagle  sobie  przypo-

mniała... Podbiegła do Rodianina, wciąż leżącego na podłodze pod kolanami Malinzy. Szybko 

przeszukała mu kieszenie i wkrótce znalazła to, co było jej potrzebne -jej komunikator. 

- Tahiri, słyszysz mnie? 

Sekunda pauzy. 

- Jaina? Jesteśmy tutaj, za drzwiami. 

- Wiem, ale czy możecie je otworzyć? 

Chwila wahania. 

- Sekwencja kodowa może zająć minutę albo dwie. Ale tak, chyba sobie z tym poradzimy. 

- Nie mamy minuty czy dwóch, Tahiri. Słuchaj, podłożyli tu bom 

bę. Musicie ją zna-

leźć i rozbroić. 

- Gdzie ona jest? 

Jaina powtórzyła informację, którą jej przekazał Salkeli. 

- Ile mamy czasu? 

- Nie jestem pewna, ale raczej niewiele. Zegar był ustawiony na dziesięć minut i odliczał 

czas już dość dawno. Lepiej jej poszukajcie, a ja się dowiem, jak ją rozbroić. 

- Dobrze. Goure tutaj zaczeka i spróbuje otworzyć drzwi. 

-Kto... 

- To Ryn, który nam pomaga. Można mu zaufać. 

Jaina skinęła głową. 

-  Nie martw się o nas. Prawdopodobnie jesteśmy tutaj bezpieczniejsi niż ty. Ruszaj się! 

Wyczuła  Tahiri,  biegnącą  korytarzem.  Dziewczyna  czerpała  z  Mocy,  by  przyspieszyć.  Jaina 

wyczuwała też jej zmęczenie i żałowała, że nie zdoła jej przesłać nieco własnych sił. Niestety, 

nie mogła wiele zrobić. Musiała skierować swoją uwagę gdzie indziej. 

Zawróciła od drzwi i przykucnęła przy wijącym się Salkelim, który wciąż daremnie usiłował 

się uwolnić. 

- Myślałam, że Rodianin zawsze ma plan ucieczki - zauważyła. 

Salkeli splunął na nią i spojrzał złym wzrokiem. Nie przejęła się tym. 

- Jak się rozbraja bombę, Salkeli? 

-  A skąd ja mam wiedzieć? - burknął. - I w ogóle skąd ci przyszło do głowy, że powiedział-

bym ci, nawet gdybym wiedział? I tak wygadałem za dużo. 

Jaina westchnęła.   

-  Dobrze. Od początku - zarządziła, tym razem dodając nieco perswazji poprzez Moc. - Jak 

240

background image

się rozbraja bombę? 

Oczy zrobiły mu się nieco szklane, ale powiedział: 

- Teraz już nie można jej rozbroić. 

To nieco zbiło ją z tropu. 

- Musi być jakiś sposób! 

Raz jeszcze użyła Mocy. Nie wierzyła ani przez chwilę, że Rodianin nie ma pojęcia o bombie 

Harrisa. 

- Powiedz mi grzecznie, Salkeli. Jak się rozbraja tę bombę? 

- Zdalny detonator - odparł bez wahania. Obejrzał się przez ramię i uśmiechnął nieprzyjem-

nie. - Tak jak powiedziałem, teraz nie ma sposobu, aby ją rozbroić. 

Tahiri zaklęła pod nosem. Nie przypuszczała, że Rodianin ma dość silnej woli, aby oprzeć się 

perswazji Mocy. Prawdopodobnie mówił  prawdę - albo taką prawdę, jaką znał. A jeśli nawet 

wicepremier wiedział, jak rozbroić bombę, z pewnością nie zdążą go ocucić, żeby to  z niego 

wydobyć. 

- Jestem prawie na miejscu - odezwała się Tahiri poprzez komunikator. Po przeflltrowaniu 

przez dziesiątki metrów durastali i ferrobetonu transmisja była dość słaba. - Masz tę informa-

cję? 

Jaina pokręciła głową. Zaczynało jej się robić niedobrze. 

-  Tahiri, myślę, że jej nie można rozbroić. 

- C o?  

- Harris połączył ją tak, że nie można jej rozbroić bez zdalnego detonatora... a ten został 

zniszczony! 

- Musi być jakiś sposób, Jaino. 

- Nie ma. Widziałam już takie urządzenia. Będziemy mieli szczęście, jeśli nie wybuchnie 

wcześniej. 

- Więc co robić? 

- Spróbuję ostrzec rodziców i przekazać, żeby uprzedzili Cundertola. Jeśli się pospieszymy, 

może zdążą opróżnić trybunę i ewakuować wszystkich zanim... 

- Ile mamy czasu? 

- Nie wiem, Tahiri. Ale niewiele, więc uciekaj stamtąd, kiedy tylko będziesz mogła, dobrze? 

Próbowała uprzedzić matkę przez komunikator, ale sygnał był zbyt słaby. Sięgnęła zatem po-

przez Moc. Leia Organa Solo była tylko jednym umysłem pośród tysięcy, ale jej charaktery-

styka myślowa była 

241

background image

rozpoznawalna natychmiast. Jaina pośrednio wyczuwała hipnotyczną moc ceremonii konsekracji 

odbywającej się na stadionie i musiała walczyć, aby się przez nią przebić. 

Mamo! Musisz stamtąd uciekać! Tam jest bomba! 

Przez Moc trudno było przekazać coś więcej niż wrażenia, ale starała się jak mogła. Udało jej 

się uzyskać lekką reakcję. Nie była jednak pewna, czy matka zrozumiała. 

- Znalazłam - odezwała się Tahiri. - Mam bombę tuż przed sobą. 

Niepokój Jainy się podwoił. 

- Tahiri, rób, co ci mówię! Uciekaj stamtąd i spróbuj ostrzec pozostałych! 

- Jaino, nie wiem, ile mamy czasu. A jeśli nie zdążą usunąć wszystkich? 

Jaina przełknęła gniewną odpowiedź. 

- Nie wiesz przecież, co masz zrobić! 

- No to będę improwizować - zabrzmiała odpowiedź. 

Jaina sięgnęła poprzez Moc z całą siłą, usiłując się spoić z Tahiri. Więź była słaba, ale dzięki 

niej udało jej się na chwilę zobaczyć bombę poprzez oczy Tahiri. Urządzenie nie było przewi-

dziane do rozbrojenia ręcznego, ale miało zegar. Grube, niebieskie cyfry mówiły, że zostało im 

siedemdziesiąt sekund. 

Sześćdziesiąt dziewięć... 

Coś zimnego i mrocznego odepchnęło ją i więź znikła. 

Mamo,  słyszysz  mnie?  -  wołała  Jaina,  walcząc  z  narastającą  desperacją.  -  Zabierz  stamtąd 

wszystkich... szybko! 

Drzwi syknęły i do środka wpadł Ryn imieniem Goure. Ogon sterczał mu jak włócznia. 

- Co się dzieje? 

Jaina sprawdziła na chronometrze. Mieli tylko trzydzieści sekund. 

- Zamknijcie te drzwi! - zawołała ostro. - Bomba zaraz wybuchnie! 

Więź z Tahiri powróciła, ale bardzo słaba. 

- Są postępy - powiedziała. - Udało mi się zdjąć pokrywę i chyba... Posypały się iskry i Jaina 

poprzez Moc poczuła ostry odór palonej izolacji. Jednocześnie targnęło nią równie ostre uczucie 

beznadziejności, kiedy Tahiri zorientowała się, że nie ma pojęcia, co robić dalej. 

- Tahiri, musisz stamtąd uciekać! 

- Nie, musi być jakiś sposób! 

- Nie ma! Uciekaj! 

- Dam sobie radę, Jaino. Muszę zostać! 

242

background image

- Dlaczego? Żebyś zginęła, jak Anakin? - Potworny ból, jaki był reakcją na te słowa sprawił, 

że natychmiast ich pożałowała. - Tahiri... proszę... 

- Nie ufasz mi, Jaino! 

- Nie musisz mi niczego udowadniać, Tahiri. Proszę, tylko... 

- Mogę to zrobić! Wiem, że mogę! 

- Nie możemy podyskutować o tym później, Tahiri? 

 Coś mrocznego i potężnego znowu przerwało więź. Jego obecność odbijała się w umyśle Jai-

ny czarnym cieniem. Mon-mawl rrish hii camasami! Słowa rozdarły Jainę jak ostrze. -Tahiri! 

- Nie! - krzyknęła Tahiri, a jej desperacja strzaskała kruchy mrok. - Zostaw mnie w spokoju! 

Jej  wołanie  dorównywała  jednak  siłom  ciemności.  Rozsypane  okruchy  cienia  scaliły  się  na 

nowo, jeszcze potężniejsze niż przedtem. 

Do-ro 'ik vong pratte! 

Głos w komunikatorze nie był podobny do głosu Tahiri, ale Jaina rozpoznała słowa. Słyszała 

je z ust wroga w przeszłości - niejeden raz. Był to krzyk bojowy Yuuzhan Vongów. 

- Riina? - zawołała Jaina. 

Głos przeszedł na wspólny z niezwykłą swobodą. 

- Anakin mnie zabił... A teraz ty chcesz, żebym zginęła! Nie pozwolę na to! Krel nag sh 'n 

rrushfek! 

- Czekaj, Riino! 

Za późno. Czas się skończył. Bomba eksplodowała ze zdławionym hukiem, który Jaina raczej 

wyczuła, niż usłyszała. Podłoga pod jej nogami zakołysała się i podniosła, przewracając wszyst-

kich. Światła zgasły; ktoś krzyknął. 

Jaina pozbierała się, kiedy wstrząsy się uspokoiły. Gorączkowo szukała w ciemności umysłu 

Tahiri, ale nie mogła go znaleźć. 

Tahiri odeszła. 

Jacen bardzo wyraźnie czuł w myśli strach Wyn, kiedy śledził ją  oraz jej chissańską eskortę 

w tunelach lodowych pod zamarzniętą powierzchnią Csilli. Wyczuwał, jak bardzo jest przerażo-

na, ale nie wiedział nic konkretnego, aby móc zrozumieć jej strach. Wprawdzie widać było wy-

raźnie, że nie lubi głównego nawigatora Aabe'a, ale do tej pory nie uczynił on nic, aby jej za-

grozić. 

I niech lepiej tak zostanie, pomyślał. 

243

background image

- Nie rozumiem - syknęła za jego plecami Irolia. - Po co Aabe miałby porywać córkę asy-

stenta syndyka Fela? 

- Nie mam pojęcia, pani komandor. Wiem tylko, że ją zabrał i że musimy go powstrzymać, 

zanim stanie jej się coś złego. 

- Ale jak można to zrobić? - zapytała. - Nie mamy tej twojej Mocy. Skąd mam wiedzieć, że 

mówisz prawdę? Z tego, co widzę... 

Gestem nakazał jej milczenie. Dotarli do przecięcia korytarzy. Kiedy wyjrzał za róg, jego od-

dech zaczął formować gęste, mroźne obłoki. Nie miał czasu tłumaczyć Irolii swoich działań al-

bo próbować przekonać ją o istnieniu Mocy. Wyn była blisko; czuł ją. 

Droga  przed  nimi  kryła  słaby  poblask  światła  -  bąbel  ciepła,  obejmujący  Aabe'a,  dwóch 

strażników i najmłodszą córkę Soontira Fela, szybko się od nich oddalał. 

- Kierują się do stacji końcowej kolejki lodowej - zauważyła Irolia, zaglądając mu przez ra-

mię. 

- To znaczy? 

- To stacja transportu podziemnego. W litej skale, głęboko pod lodem, wykuto tunele. Jeżdżą 

nimi wagony. 

Jacen szybko rozważył wszystkie możliwości. 

- Musimy dotrzeć do nich, zanim się tam dostaną. 

- Zgadza się, bo jeśli zdołają wsiąść do wagonu, mogą w ciągu godziny znaleźć się po drugiej 

stronie planety. 

Obejrzał  się  na  nią.  Pani  komandor  patrzyła  przed  siebie  z  determinacją,  błękitna  skóra  i 

czerwone oczy kontrastowały ostro z lodowym  otoczeniem.  Wydawało się, że opuściły  ją  już 

wszelkie wątpliwości, jakie przed chwilą wyrażała. Nawet jeśli nie była przekonana co do mo-

tywów Jacena, z pewnością zrobi wszystko, aby odzyskać Wyn w jednym kawałku. 

Było mu jej trochę żal. Obarczono ją rolą niańki gości Sojuszu Galaktycznego w przestrzeni 

Chissów i na Csilli. To nie jej wina, że została zdradzona przez starszego oficera, którego roz-

kazów nigdy nawet nie śmiała kwestionować. Mógł zrozumieć, że chciała załatwić sprawę, za-

nim wieść ojej błędzie się rozniesie. 

Światło zamigotało i zgasło na końcu tunelu. Jacen wiedział, że  w pewnym momencie bę-

dzie  musiał  spróbować  podejść  bliżej.  Nie  potrafił  wymyślić  żadnego  sensownego  sposobu 

ukrycia się w ciemnym i lodowatym korytarzu, aby Aabe i oficerowie ich nie zauważyli, ale nie 

mógł  też  pozwolić  sobie  na  zwłokę.  Im  dłużej  zwlekał,  tym  bardziej  oddalała  się  od  niego 

Wyn. 

-  Chodźmy, pani komandor. Musimy biec, żeby ich dogonić. 

244

background image

- Jesteś pewien, że dasz radę? Bieg w tych temperaturach może być bardziej męczący, niż się 

ludziom wydaje. 

- Martw się, żeby nie zostawać w tyle. 

Pozwolił,  aby  Moc  przepływała  przez  niego  i  kierowała  jego  krokami, wzmacniając mięśnie 

nóg. Zmęczenie spłynęło po nim wraz z obawą o Wyn i innych. Skoncentrował się wyłącznie na 

biegu - było to odosobnione, czyste działanie, które pozwalało mu na skupienie myśli. Nie wie-

dział jeszcze, co zrobi, kiedy już dogoni Aabe'a. To zresztą i tak nie miało znaczenia. Nic nie 

miało znaczenia. Jacen istniał tylko po to, żeby pokonać ten krótki odcinek lodu, jaki dzielił ich 

od Wyn,  a dopóki  pozostawał  skoncentrowany na tym  jednym  zadaniu,  dopóty  mógł  wykony-

wać je z łatwością atlety. 

Irolia dotrzymywała mu kroku, ale znacznie większym kosztem. Zanim dotarli do zakrętu, za 

którym znikł oświetlony odcinek, nabierała powietrza ciężkimi, głębokimi haustami. Zanim Ja-

cen wyjrzał zza kolejnego rogu, oparła się o ścianę. Wydawało się, że są już bardzo blisko - tak 

blisko,  że  w  bąblu  blasku  bez  trudu  można  było  rozróżnić  lśniącą  odbitym  światłem,  nagą 

czaszkę Aabe'a. 

- Możesz biec dalej? - szepnął do Irolii. 

Skinęła głową. 

- Jestem w doskonałej kondycji fizycznej - zapewniła, ocierając pot z czoła. - Mogę prze-

biec ten dystans jeszcze trzy razy i potem jeszcze walczyć. 

- Dobrze to słyszeć - odparł Jacen - bo zdaje się, że tak właśnie to będzie wyglądało. - Jesz-

cze raz wysunął głowę zza lodowego węgła. - Jak sądzisz, ile mamy czasu, zanim dotrą do 

wagonów? 

- Jeszcze dwa skrzyżowania i dotrzemy do stacji końcowej. 

- No to lepiej ruszajmy, Jesteś pewna, że dasz radę? 

- Martw się, żeby nie zostawać w tyle - odparła. 

Uśmiechnął się z jej żartu i wystartował. Teraz był znacznie ostrożniejszy, ponieważ znajdo-

wali się w zasięgu wzroku Aabe'a i  jego grupy. Nie wiedział, jak głos  przenosi się przez pola 

utrzymujące ciepło, ale nie mógł liczyć na to, że podejdą ich niezauważeni. Nie wiedział nawet, 

czy dadzą radę przebyć ścianki pola bąbla. Jeszcze dwa zakręty dadzą jemu i Irolii dość czasu, 

aby dogonić Aabe'a i Wyn, zanim dotrą do stacji, gdzie będą poza polami ochronnymi. 

Jacen zbliżył się jeszcze bardziej i wtedy usłyszał cichy syk, mącący ciszę korytarza. Dźwięk 

pochodził od ścianek pola, które ocierały się o lodowe powierzchnie. Przez ten dźwięk docho-

dziły również głosy, zbyt ciche, aby mógł usłyszeć coś więcej niż tylko pojedyncze słowa. 

245

background image

Z  tego,  co  pochwycił,  zrozumiał,  że  Wyn  zaczynała  kwestionować  intencje  Aabe'a,  pytając, 

dlaczego  ojciec  każe  jej  podróżować  kolejką  lodową  zamiast  barką.  Aabe  wymamrotał  coś, 

czego nie dało się podsłuchać. Podobnie niezrozumiała była odpowiedź dziewczyny choć nie-

trudno było się domyślić obaw z tonu głosu. 

Skręcili raz, potem drugi. Teraz od stacji dzielił ich już tylko prosty odcinek tunelu. Jacen i 

Irolia utrzymywali takie samo tempo jak bańka pola, czając się tuż za plamą światła, jaką rz u-

cała. Jacen odpiął miecz świetlny od pasa i trzymał w gotowości, z kciukiem na wyłączniku. 

Bąbel rozpłynął się i Aabe, strażnicy oraz Wyn wyszli z tunelu. Za nimi była już tylko stacja - 

przestrzeń o wiele mniejsza, niż sobie wyobrażał Jacen. Długi, wąski hol miał w przeciwległej 

ścianie wprawione szeregi  przesuwnych paneli. Jacen przypuszczał,  że są to  śluzy powietrzne 

do wagonów. 

Jacen i Irolia zatrzymali się na końcu tunelu, obserwując spokojnie, jak Aabe i pozostali prze-

chodzą przez wąskie pomieszczenie do przesuwnych drzwi. Dopiero kiedy jedne z nich się otwo-

rzyły, Wyn otwarcie wyraziła swój protest, który Jacen wcześniej słyszał w jej głosie. 

- Chcę rozmawiać z moim ojcem - zażądała, odsuwając się od byłego przedstawiciela Impe-

rium i jego chissańskich pomocników. – Chcę wiedzieć, dokąd mnie wysyła. 

- Nie za późno przypadkiem na takie pytania? - warknął Aabe. Jego usta, ledwie widoczne w 

cieniu wielkiego nosa, wykrzywiły się w nieprzyjemnym grymasie. 

Niespokojnie pokręciła głową. 

- To nie w porządku - powiedziała, cofając się znowu. - Kłamiesz. 

Mój ojciec nie dopuściłby, żebyś mnie tu zabrał! 

Aabe stanął tak, aby odciąć jej drogę ucieczki. 

- A jaki miałbym powód, żeby cię okłamywać, dziecko? Jestem zaufanym sługą twojego 

ojca. Wiesz o tym. Dlaczego mnie obrażasz takimi oskarżeniami? 

- Zaufanym sługą? - warknęła, przerażona, lecz wyraźnie zdeterminowana. - Ojciec twier-

dzi, że nigdy o tobie nie słyszał, dopóki nie pojawiłeś się na chissańskiej granicy, szukając 

azylu. On uważa, że jesteś dezerterem! 

Jacen nie widział już twarzy Aabe'a, ale jego sylwetka wyraźnie zesztywniała. 

-  Twoje oskarżenia rozwijają się razem z histerią, dziecko – rzekł lodowatym tonem. - Po-

winnaś uważać na to, co mówisz. 

246

background image

- Zaprzeczysz? - ciągnęła, nie zważając na oczywiste niebezpieczeństwo, w jakim się znaj-

dowała. 

- To nieistotne - odparł, odpinając kaburę. - Idziesz ze mną, czy ci się to podoba, czy nie. I 

nie chcę więcej słyszeć ani słowa o twoim ojcu. Jego czas się skończył. CEDF ma ważniejsze 

sprawy do roboty, niż opędzanie się od sąsiadów, którzy nie potrafią pilnować swojego nosa. 

Im szybciej i on, i ty znikniecie z pola widzenia, tym lepiej będzie dla wszystkich zaintereso-

wanych. 

Wyn cofnęła się jeszcze o kilka kroków, prosto w ramiona jednego ze strażników. Aabe wy-

jął miotacz i podszedł do niej. 

Jacen uznał, że słyszał już dość. Przedtem istniała pewna możliwość, że Aabe wykonuje roz-

kazy, ale teraz nie było już żadnych wątpliwości co do jego intencji. 

- Myślę, główny nawigatorze, że lepiej będzie, jeśli oddasz mi tę broń i puścisz dziewczynę 

- oświadczył, włączając miecz świetlny i wychodząc z cienia korytarza. 

Aabe  okręcił  się  na  pięcie,  kierując  miotacz  w  Jacena.  Nagle  zobaczył  Irolię  i  jego  twarz 

skurczyła się w grymas gniewu. 

- Co to ma znaczyć? Żądam wyjaśnień! 

- Zabawne, miałam właśnie to samo powiedzieć - odezwała się pani komandor, wyciągając 

miotacz. 

- Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, komandorze - warknął Aabe. - Jestem twoim zwierzch-

nikiem, pamiętasz? Rozkazują ci zrobić w tył zwrot i wrócić do swoich normalnych zadań. 

- Jako oficer Ekspansyjnych Sił Obronnych uważam, że moim obowiązkiem jest zapewnienie 

bezpieczeństwa królestwa Chissów. A ta dyrektywa, jak zapewne wiesz, ma priorytet ponad 

wszelkimi innymi. I wierzę święcie, że właśnie w tej chwili postępuję zgodnie z nią. - Irolia 

podniosła miotacz i spojrzała na Aabe'a wzdłuż jego lufy. - Jeśli pan zatem zechciałby rzucić 

broń... 

- Idiotka! 

Jacen poczuł, jak przepływa przez niego fala Mocy na chwilę przedtem, zanim Aabe wypalił. 

Instynkt kazał mu rzucić się do przodu, podnieść miecz świetlny i odbijać nim promień, zanim 

zdążył trafić w Irolią. W ułamek sekundy później ona także oddała strzał. Jacen nie wahał się ani 

przez chwilę - znów opuścił miecz i odbił również ten strzał. 

- Co robisz? - krzyknęła. 

Nie miał czasu, by jej wytłumaczyć, że nikt nie musi ginąć. Zbyt był zajęty okrążaniem z wol-

na cofającego się Aabe'a. Strażnicy stali z tyłu, sparaliżowani niezdecydowaniem. 

247

background image

-  Wy tchórze! - wrzasnął na nich Aabe. - To tylko chłopak! Bierzcie go! 

Ale strażnicy cofnęli się jeszcze o krok, dając jasno do zrozumienia Jacenowi i Irolii, że Aabe 

w tym przypadku jest sam. Kiedy komandor nakazała im rzucić broń, uczynili to bez wahania, 

kładąc  miotacze  na  podłodze  u  swoich  stóp.  Później  trzeba  będzie  dojść,  czy  uczestniczyli  w 

spisku, czy też po prostu wykonywali rozkazy. 

Aabe zorientował się w swoim położeniu i chwycił Wyn, ustawiając ją przemocą tak, aby osła-

niała go przed Jacenem. Odwrócił się i pobiegł do otwartych drzwi wagonu kolejki lodowej, je-

dynej szansy na wolność. Jacen potrzebował zaledwie trzech kroków, aby znaleźć się w zasięgu 

uciekiniera. Podniósł miecz świetlny i czekał w napięciu. 

Krótkim wysiłkiem woli wspomaganej Mocą pchnął i zatrzasnął drzwi wagonika. Aabe ude-

rzył w nie całym rozpędem, przewrócił się na lód i wylądował ślizgiem u stóp Jacena. Miotacz 

wypadł mu z dłoni i ze szczękiem po koziołkował po podłodze. Wyn chwyciła go czym prędzej 

i wycelowała w prześladowcę. 

-  Nie masz dokąd uciekać - zauważył Jacen. Spokojny, równy szum miecza świetlnego unosił 

się w zimnym powietrzu. 

Czuł na sobie pełen zachwytu wzrok Wyn, kiedy pochylał się nad  Aabe'em, siłą woli zmu-

szając go do poddania się. Zadziorne błyski w spojrzeniu Aabe'a szybko zgasły. Mężczyzna z 

westchnieniem rezygnacji opadł na podłogę. 

Jacen odstąpił od niego i opuścił miecz, zadowolony, że kryzys się  skończył... i że nikt nie 

doznał krzywdy. 

Uruchomił komunikator, który natychmiast zasygnalizował rozmowę. 

- Jacen? Wszystko w porządku? 

- Teraz już tak - odparł. 

- A Wyn? 

- Nic jej nie jest. Później ci opowiem. 

- Wspaniale, Jacenie. Udało ci się uniknąć naprawdę trudnej sytuacji. 

- Dzięki, wujku Luke - odrzekł i wyłączył miecz, mocując go znów do paska. Irolia już roz-

mawiała przez komunikator naścienny, - wzywając posiłki. 

- Jak tam u was? 

- Pod kontrolą. Mieliśmy wiadomość od Tekli. Ktoś próbował, choć bez przekonania, wła-

mać się do śluzy powietrznej „Cienia Jade". Ochrona portu już bada ten wypadek. Zdaje 

się, że wyszliśmy z tej burzy mniej więcej w jednym kawałku, jak sądzisz? 

248

background image

Jacen, który właśnie obserwował, jak strażnicy stawiają Aabe'a na nogi, poczuł, że może je-

dynie skinąć głową w milczeniu. Nieudana próba wyeliminowania ich z gry sprawiła, że Chis-

sowie stali się ich  sprzymierzeńcami, łącznie z Felem. Prawdziwi przywódcy, którzy kierowali 

zamachem  -  przyjmując,  że  Aabe  nie  był  tym  najwyższym  -z pewnością na chwilą się przy-

czają, obawiając się represji ze strony zarówno Chissów lojalnych wobec obecnej struktury wła-

dzy,  jak  i  Galaktycznej  Federacji Wolnych Przymierzy, która z pewnością źle przyjmie  atak  na 

pokojowo  nastawionych  dyplomatów.  Może  się  nawet  okazać,  że  przedłużą  im  dwudniowy 

termin. 

- Jak sądzisz, ile czasu minie, zanim wrócisz? - zapytał wuja. 

- Prawdopodobnie godzina - odparł Luke. - Wtedy podejmiemy dalsze poszukiwania. 

Jacen znów skinął głową, zadowolony, że może już zapomnieć o incydencie i wrócić do pra-

cy. 

- Jacenie - dodał nagle Luke. - Niech ci się nie wydaje, że to wszystko, co się wydarzyło, nie 

jest istotne. Nawet najdrobniejsze działania mogą mieć ogromne konsekwencje. Dobra robota, 

którą dzisiaj wykonałeś, może się okazać brzemienna w skutki... takie, jakich dzisiaj 

możemy się jedynie domyślać. 

- Wiem, wujku Luke — odparł Jacen. - Porozmawiamy, kiedy wrócisz, dobrze? 

- Uważaj na siebie, Jacenie. 

- Ty też. 

Przerwał połączenie i przypiął komunikator do paska, zastanawiając się nad prawdziwością i 

prostotą słów wuja. Mógł się tylko zastanawiać, jakie konsekwencje będzie miał ten dzień. Mo-

że uratowanie Wyn pozwoli jej spełnić marzenie i zobaczyć Coruscant? Pewnego dnia, kiedy 

wojna się skończy, dziewczyna może pójść w ślady brata i porzucić Przestrzeń Chissów, dołą-

czając do Sojuszu Galaktycznego. Wyczuwał w niej siłę, determinację i wielką inteligencję. Jeśli 

będzie czegoś bardzo chciała, bez wątpienia znajdzie sposób, aby to zdobyć. 

Co z ciebie wyrośnie, Wyn Fel? - zastanawiał się w duchu. Podejrzewał, że tylko czas zna na 

to  odpowiedź.  A  skoro  nie  może  jej  dać  nic  więcej,  ofiaruje  jej  przynajmniej  to  -  czas,  aby 

można było zrealizować potencjał jej i Chissów, a także całej galaktyki. . 

Otrząsnął się z zadumy i zmusił do powrotu do rzeczywistości. Wyn stała z boku, miotacz w jej 

dłoni drżał lekko. Spoglądała na niego z prawie nabożnym podziwem. 

- Nic ci nie jest? - zapytał. 

249

background image

Pokręciła głową. 

- Trochę jestem rozdygotana, ale to przejdzie. - Wydawało się, że nie może oderwać od niego 

wzroku. - Dziękuję, że się zjawiłeś. Byłeś niesamowity! 

Poczuł,  że  rumieni  się  lekko,  zarówno  z  powodu  komplementu,  jak i  oczywistego uwiel-

bienia dziewczyny, które popchnęło ją do tego wyznania. Zmusił się jednak, by je zignorować. 

Były teraz o wiele ważniejsze sprawy, na których należało się skoncentrować. Ważniejsze niż 

Wyn  i  Aabe,  a  nawet  niż  on  sam.  Poszukiwanie  Zonamy  Sekot  było  niezwykle  istotne. 

Wszystko inne to jedynie rozpraszanie uwagi. 

- No cóż, taka praca - odparł z uśmiechem, który, jak miał nadzieję, ukryje jego skrępowanie. 

- Życie Jedi naprawdę nie jest nudne. 

Mamo! Mamo! 

Po  tym  wybuchu  umysł  Jainy  wypełniał  psychiczny  ból.  Wysłała  swoje  myśli  pomiędzy 

umierających i rannych, szukając matki. Znalazła zarówno ją, jak i ojca, w samym centrum wy-

darzeń, przepychających się przez spanikowany tłum, aby dotrzeć do tych, którzy najbardziej 

potrzebowali pomocy. 

Jaina siedziała w półmroku świateł awaryjnych. Magazynek był pełny pyłu, ale pozostał nie-

tknięty - dokładnie tak, jak przewidział to Harris. Malinza wstała powoli, niepewnie potrząsa-

jąc głową. Vyram i Goure również gramolili się do pozycji stojącej. Obaj kasłali mocno od ku-

rzu, który zalepił im usta. Salkeli leżał skulony w kłębek, patrząc w sufit z uśmiechem na twa-

rzy. Cieszył się widocznie, że wszystkie ich wysiłki, aby rozbroić bombę, spełzły na niczym. 

Harris leżał tam, gdzie go pozostawiła Jaina. Nadal był nieprzytomny. 

Podniosła komunikator z podłogi i szybko go włączyła. 

- Mamo? - Otworzyła drzwi magazynka, aby zmniejszyć zakłócenia. - Mamo, słyszysz? 

Minęło kilka chwil, zanim Leia odpowiedziała: 

- Słyszę cię, Jaino. - Dziewczyna poczuła ogromny przypływ ulgi. - Wszystko w porządku? 

- Tak, ze mną w porządku, ale, mamo... Tahiri! 

- Wiem, też to poczułam. 

- Myślisz, że nic jej nie jest? 

- Nie wiem, Jaino... 

- Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli... 

Leia nie pozwoliła jej dokończyć. 

-  Nie możesz się winić za nic, co się tu zdarzyło, Jaino. 

Jaina wiedziała, że to nieprawda. Gdyby nie była taka nieprzystępna dla dziewczyny, gdyby 

250

background image

starała się od początku pomóc jej w walce z problemami zamiast... 

Oderwała się od pełnych poczucia winy myśli. 

- Jak tam wygląda, mamo? 

- Całkowity chaos. Wybuch zniszczył trybunę i lożę premiera. Teraz ochrona próbuje oczyścić 

teren. 

Jaina przechwyciła przelotne myśli matki - przerażone twarze, skłębione, pogięte konstrukcje, 

krew... morze krwi. 

Zanim zapytała, co mogłaby zrobić i jak pomóc, Salkeli skorzystał z okazji, żeby jej  doku-

czyć. 

-  Wydajesz się trochę smutna, Jedi - rzucił z ironicznym, złośliwym pół uśmieszkiem. - Już 

nie jesteś taka pewna siebie, ty... 

Tym razem Vyram nie zadawał zbędnych pytań, tylko ogłuszył go kolbą miotacza. 

- I co teraz? - zapytał, podchodząc do Jainy. 

- Idziemy na górę pomóc - odparła. - Poza tym ochrona musi się dowiedzieć o tych ptasz-

kach. 

- Ja pójdę - ofiarowała się Malinza. 

Jaina pokręciła głową. 

- Mogą ci nie uwierzyć. 

- Owszem - odparła dziewczyna - ale będą mnie słuchać. 

-  A ja mogę tu zostać i mieć na oku tych dwóch, jeśli chcecie - zaofiarował się Vyram. 

Jaina przemyślała to i skinęła głową. 

- Dobrze. Zmienię cię, jak wrócę. 

- Czekaj - zawołał Goure. - Dokąd idziesz? 

- Znaleźć Tahiri. 

- Ja też idę - oznajmił. Ryn miał w oczach taki wyraz, jaki Jaina często widywała u ojca; 

wiedziała, że nie ma sensu się z nim spierać, 

Wzruszyła  więc  bezradnie  ramionami  i  pozwoliła  mu  towarzyszyć  sobie,  kiedy  ruszyła  śla-

dami  Tahiri, po drodze informując  Leię o postępach. Konstrukcja stadionu wytrzymała, ale bę-

dzie wymagała znacznego remontu. Im bardziej się zbliżali do centrum eksplozji, tym więcej by-

ło szkód. Stropy się zawaliły, ferrobeton popękał, słupy uległy skręceniu, a powietrze pełne by-

ło kurzu. 

-  Chyba tam - powiedziała, korzystając z niewyraźnych obrazów które przesłała jej Tahiri. 

W tej chwili wszystko wyglądało inaczej. Nie były to już gładkie, czyste korytarze, lecz rui-

ny pod otwartym 

251

background image

niebem. Krzyki rannych z tej odległości były bardzo realne, a odór dymu i pyłu okropnie silny. 

W  sercu  zniszczenia  znaleźli  niewielkie  puste  miejsce  o  średnicy  najwyżej  dwóch metrów. 

Wybuch zniszczył wszystko wokół tego obszaru, lecz pośrodku zostało puste miejsce. I tam leża-

ła zwinięta w kłębek Tahiri. 

Jaina  podeszła  do  skraju  nietkniętego  kręgu,  z  sercem  tłukącym  się  w  piersi  przeraźliwie 

mocno. Próbowała dotrzeć do dziewczyny poprzez Moc, ale nie mogła jej znaleźć. 

- Co tu się stało? - zapytał Goure. 

- Musiała otoczyć się bąblem Mocy - wyjaśniła Jaina. Uważniej przyjrzała się szkodom. - 

Zdaje się, że odchyliła większość eksplozji, która szła z góry. - Wyciągnęła dłoń w poszu-

kiwaniu bąbla, ale z zaskoczeniem stwierdziła, że znikł. - Chyba się zamknął, kiedy ze-

mdlała. 

Goure podszedł do dziewczyny i przetoczył ją na plecy. Tahiri pozwoliła na to bez oporu i le-

żała teraz na wznak, z otwartymi oczami. 

-  Tahiri? - Ryn pomacał jej przegub w poszukiwaniu pulsu. - Żyje. 

Jaina próbowała dosięgnąć ją poprzez Moc. Jeszcze raz. Tahiri? 

Nic. Jaina nigdy w życiu nie spotkała nikogo, kto byłby tak pusty. 

Dziewczyna wydawała się próżnią w Mocy, prawie jak... 

Zatrzymała tę myśl, usiłując nie dopuścić jej do siebie. Ale już było za późno. 

Prawie niewidzialna, pomyślała. Jak Yuuzhanie. 

Komunikator Jainy zapiszczał. 

- Jaina? - rozległ się znowu głos matki. 

Odwróciła się od Tahiri i podniosła przyrząd do ust. 

- Tak, mamo? 

- Ekipy ratunkowe dotarły do epicentrum wybuchu. 

Podniosła wzrok i zobaczyła ruch przez dziurę w sklepieniu. 

- Jesteśmy tuż pod spodem. Jesteś z nimi? 

- Tak, zaczęli wyciągać ciała z gruzów. 

Ogarnęło ją okropne, miażdżące poczucie winy. Gdyby działała szybciej, gdyby nie traciła cza-

su na przekonanie, że bombę można rozbroić... 

- Ilu...? - zapytała. 

- Na razie cztery osoby. I... 

Wahanie Leii oznaczało, że są jeszcze gorsze wieści. 

- Słucham, mamo? 

- Premier Cundertol, Nie żyje. 

252

background image

Jaina spojrzała w nieruchome, oskarżające oczy Tahiri. Pustka, jaką emanowały, była zaraźli-

wa. 

- Jaina? Słyszałaś? 

- Słyszałam, mamo. Idę na górę. 

Goure wziął Tahiri na ręce i razem ruszyli przez gruzy. Kiedy dotarli na górę, Jainie przyszły 

do głowy słowa wypowiedziane przez Malinzą na temat Kosmicznej Równowagi. „Dobre czy-

ny  prowadzą  do  złych  rezultatów".  Jaina  próbowała  zrobić  coś  dobrego,  ale  wszystko  wyszło 

całkiem źle. Salkeli ją zdradził, Zel i Jjorg zginęli, Tahiri była  nieprzytomna, a premier został 

zamordowany. A wszystko to pomimo jej wysiłków. 

I nie tylko jej. Wujek Luke uwolnił Bakuran z jarzma Imperium tylko po to, żeby ujrzeć, jak 

odwracają się plecami do Sojuszu Galaktycznego. Nowa Republika stworzyła Flotę Obronną Ba-

kury,  aby  chronić  planetę  przed  Ssi-ruukami,  ale  połowa  jej  została  zniszczona  w  innych  czę-

ściach galaktyki, znów pozostawiając Bakurę bezbronną.  Bakura nigdy nie była agresorem, a 

jednak ciągle przytrafiało jej się coś złego. Nic dziwnego, że ludzie szukali alternatywy. 

A jeśli się okaże, że traktat z P'w'eckami jest legalny?  - zastanawiała się. Co wtedy? Jakie 

zło może to jeszcze przynieść tej nieszczęsnej planecie? 

Wdrapali  się  na  górę,  na  światło  słoneczne  i  ujrzeli  niewielką  grupkę  skupioną  wokół  ciała 

premiera,  ułożonego  na  prowizorycznych  repulsorowych  noszach.  Nadpalone  szczątki  purpu-

rowej  szaty  rozdarte  były  na  piersi,  a  technik  medyczny  daremnie  próbował  go  reanimować. 

Uwaga  Leii  była  skupiona  na  zwłokach  i  czynnościach,  które  wokół  nich  wykonywano.  Po-

mimo to odwróciła głowę, aby powitać Jainę. Pod smugami sadzy jej twarz była bardzo blada. 

W oczach miała zgrozę, łzy i ból. 

Raporty z dołu dochodziły zniekształcone, ale wrażenie katastrofy  było zbyt silne jak na upo-

dobania Jaga Fela. Informacje, podawane przez komentatorów i z nieoficjalnych źródeł, przekazy-

wano Jagowi z „Selonii", więc możliwości przekłamań było mnóstwo. W czasie konsekracji na-

stąpiła podobno jakaś  eksplozja, coś jednak stłumiło wybuch i dzięki  temu  szkody  wyrządzone 

przez bombę nie były aż tak wielkie. 

Ale  i  tak  dwóch  senatorów  nie  żyło,  jak  również  dwunastu  strażników  i  kilku  gości.  Czter-

dzieści  osób  poniosło  różne  szkody  -  od  utraty  słuchu  po  utratę  kończyn.  I,  oczywiście,  była 

jeszcze sprawa Cundertola. 

253

background image

-  Ktah - syknął. Chissowie rzadko wyrażali emocje słowami, ale jeśli nadarzała się okazja, 

znali odpowiednie przekleństwa. Morderstwo to paskudna taktyka, niezależnie od tego, kto jej 

używał, a jeśli do tego okazałoby się, że to terroryści próbowali rozbić ceremonię konsekra-

cji, pewne było, że rewanż będzie szybki i brutalny. 

To nie byli terroryści, mówiły te gorsze plotki, ale sam wicepremier... 

Odnalezienie  się  Jainy  stanowiło  pewną  pociechę  -  niewielką  i  krótkotrwałą,  ponieważ  jej 

słowa potwierdziły tylko najgorsze lęki: to Blaine Harris podłożył bombę w nadziei, że zdoła 

obarczyć winą za zamach Sojusz Galaktyczny i zrobić z Malinzy Thanas męczennicę sprawy, 

a przy okazji pozbyć się Cundertola. 

Implikacje tego wydarzenia przeraziły Jaga. Pokręcił głową na samą myśl. Cundertol nie żyje, 

Harris przed sądem, Bakura skutecznie pozbawiona najwyższych urzędników państwowych... 

Zaledwie skończył tę myśl, z „Dumy Selonii" nadszedł komunikat. 

-  Właśnie otrzymaliśmy wiadomość z „Wartowni" – powiedziała kapitan Mayn. - Generał 

Panib ogłosił stan wojenny. Zażądał, aby nie zależnie od tego, co się wydarzy, nie podejmować 

bezpośrednich działań. Informacja ta przechodzi przez kolejne poziomy od samej góry po obu 

stronach barykady. Nie jest całkowicie pewne, co z tym zrobi Keeramak, ale mówi się o aktyw-

ności w rejonie portu kosmicznego Salis D'aar, gdzie stacjonują statki P'w'ecków. Uważam, że 

nie będą siedzieć na tyłkach i udawać, że nie widzą, jak wokół ich drogocennego przywódcy 

wybuchają bomby. 

Jag skinął głową. To był sensowny pomysł - na razie się odsunąć, później spróbować jeszcze 

raz.  Nigdzie  nie  było  powiedziane,  że  ceremonia  musi  się  odbyć  w  określonym  czasie,  więc 

prawdopodobnie nie będzie problemu z podjęciem jej w miejscu, gdzie została przerwana. 

-  Więc co mamy robić? — zapytała Mayn. 

- Cofnijcie się. To trudny czas. Nie wiem, od czego naprawdę jest ta „gwardia honorowa", 

musimy po prostu zostawić ich przez chwilę w spokoju. 

- Zrozumiano. - Przekazał rozkaz pilotom i zmienił wektor własnego oddziału, pozwalając 

trójce, za którą lecieli, odpaść w bok. Teraz bardziej niż kiedykolwiek chciał poprosić o po-

zwolenie wylądowania - nie tylko po to, aby nieść pomoc na powierzchni planety, lecz rów-

nież, co znacznie ważniejsze, aby móc być z Jainą. 

Goure  przyłączył  się  do  akcji  ratunkowej  dopiero  wówczas,  kiedy  Tahiri  przypięto  pasami 

do noszy repulsorowych. Han uniósł brew na 

254

background image

widok Ryna, ale był zbyt wdzięczny za dodatkową parę rąk, aby kwestionować jego obecność. 

Dwóch ludzi zostało przysypanych gruzem  i pomimo zastosowania zaimprowizowanych pod-

nośników  repulsorowych  ich  wydobywanie  szło  bardzo  wolno.  Jaina  pomagała  wszędzie, 

gdzie  tylko  mogła  -  używając  Mocy,  wyszukiwała  słabe  punkty  w  stercie  gruzu,  przykładała 

nacisk  tam,  gdzie  ratownicy  nie  mogli  dosięgnąć,  i  chroniąc  siły  życiowe  ofiar,  których  nie 

można było od razu opatrzyć - lecz wciąż wydawało jej się, że robi zbyt mało. W pierwszych mi-

nutach po eksplozji, kiedy panika przyspieszyła masową ewakuację obszaru, chaos i zamiesza-

nie sprawiły, że służby  awaryjne nie  mogły się przedostać. Ci, którzy się przedarli lub zostali 

zrzuceni z pojazdów napowietrznych z pakietami medycznymi na plecach, pracowali ciężej niż 

kiedykolwiek w życiu. 

Pod groźnie wyglądającym  niebem,  pociemniałym  jeszcze bardziej  od  gęstej  chmury  dymu 

unoszącej się nad stadionem, ochroniarze P'w'ecków zacieśnili krąg wokół Keeramaka. Kolo-

rowy  mutant  Ssi-ruuvi  z  bezpiecznego  schronienia  obserwował  tragedię  z  nieprzeniknionym 

wyrazem oblicza. 

Jaina ledwie zdążyła uściskać rodziców z radości, że znów ich widzi. Dopiero później, kiedy 

przybyły  posiłki  medyczne,  miała  czas  naprawdę  spokojnie  przystanąć  i  rozejrzeć  się  wokół. 

Wszyscy byli pokryci  kurzem  i  splamieni  krwią, a tam,  gdzie te dwie substancje się  mieszały, 

tworzyły paskudną, ciastowatą maź. Wszyscy, którzy przeżyli, mieli w oczach przerażenie, na-

wet ci, którzy tylko pomagali przy ratowaniu innych. Senatorzy i ochroniarze nagle znaleźli się 

na  tym  samym  poziomie,  zjednoczeni  straszliwą  tragedią,  która  ich  otaczała.  Nikt  nie  zwracał 

uwagi na burzą, która nadchodziła nad ich głowami; wydawała się prawie błahostką w obliczu 

tego, co już się wydarzyło. 

Było jednak jeszcze coś, co trudno było zignorować - dźwięk, który dręczył Jainę ponad po-

mrukiem  tłumów.  Było  to  dziwne  i  przerażające  zawodzenie,  wycie,  które  oscylowało  wokół 

nuty rozpaczy. 

Ojciec podniósł głowę i zmarszczył brwi. 

-  Słyszysz to, Leio? 

Leia obejrzała się z niedowierzaniem. 

-  Oni znowu zaczęli! 

Jaina podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem. Rzeczywiście, w sercu stadionu ceremonia zo-

stała podjęta na nowo. Widziała smukłe gadzie cielska tańczące w kręgu i jeden wielobarwny 

kształt  w  środku,  wszystko  to  przy  akompaniamencie  krzyków,  które  mógłby  wydawać  jakiś 

potworny ptak. 

255

background image

- Co to jest? 

- Zamierzają dokończyć robotę - odparł Han, ocierając kurz z podbródka. - Można tylko po-

dziwiać ich upór, nie? 

Podziwiać ich? - pomyślała Jaina. Niby za co? Przecież to tragiczny brak wrażliwości. Pieśń 

P'w'ecków, przebijająca się przez chrzęst przesypywanego gruzu i jęki rannych, doprowadzała 

ją do szału. 

- Nie rozumiem - mruknęła. - Po co Keeramak miałby kończyć to teraz, kiedy później byłoby 

znacznie bezpieczniej? 

- To obcy - odparł jeden z techników. - Kto wie, co im się tam w głowach roi? 

- See-Threepio - zawołała Leia. - Możesz to przetłumaczyć? 

  Robot protokolarny podniósł się z miejsca, gdzie zbierał kawałki gruzu i umieszczał je w no-

sidle. Przechylił głowę, żeby lepiej słyszeć narastającą kakofonię. 

- Przepaście kosmosu nie są dla nas domem - tłumaczył - ani nagie światy. Światy ognia i 

światy lodu nie są dla nas domem. Gdzie płonie tlen i płynie woda, gdzie węgiel łączy, a 

ozon chroni, tu zapuścimy korzenie. Nasienie naszego gatunku jest płodne, potrzebujemy 

tylko 

ziemi, aby je zasadzić. 

- I tak dalej, to samo, tylko innymi słowami - rzekł Han. – Wciąż jednak nie pojmuję ich po-

śpiechu. Jak można kończyć ceremonię, kiedy wokół panuje taki chaos! 

Jaina  przypomniała  sobie,  co  mówił  Harris  o  podobieństwach  pomiędzy  Ssi-ruukami  i 

Yuuzhanami.  Wojownicy  Yuuzhan  Vongów  nie  pójdą  w  bój,  nie  złożywszy  najpierw  odpo-

wiedniej ofiary Yun-Yammce. Ssi-ruukowie z kolei nie chcieli ryzykować dusz na świecie, któ-

ry  nie  został  poświęcony.  Może  otaczający  ich  obraz  katastrofy  sprawił,  że  zapragnęli  zakoń-

czyć ceremonię tak szybko, jak to możliwe, gdyby miały nastąpić kolejne ataki? 

Trudno jej było  zrozumieć logikę prowadzącą do takich wniosków.  Moc  nie  wymagała  po-

święceń ani też nie preferowała konkretnych miejsc. Po prostu była i otaczała wszystko. 

Myśli Jainy znów wróciły do słów Malinzy na temat Kosmicznej Równowagi. Musiała szyb-

ko zrelacjonować rodzicom, co się przydarzyło młodej aktywistce, chciała też dowiedzieć się 

od Goure'a, jaka właściwie jest jego rola. Były jeszcze inne, pilniejsze sprawy do załatwienia - 

a zorientowanie się, jak postąpi rząd Bakury, kiedy wszystko  się uspokoi, było jedną z waż-

niejszych. Czy znowu wsadzą Malinzę Thanas za kratki? A może i Jainę, za pomoc w uciecz-

ce? Bez obiektywnych świadków zdrady Harrisa śledztwo może się ciągnąć latami.  I jeszcze 

Tahiri... 

„Dobre uczynki prowadzą do złych rezultatów"... 

256

background image

Pranie mózgu, jakiemu  została poddana  Tahiri  u  yuuzhańskiej  mistrzyni  przemian Mezhan 

Kwaad, było czymś strasznym, ale uratowanie jej i pozorne wyzdrowienie zrównoważyło cier-

pienia. Rozkwitająca miłość Anakina skończyła się wraz z jego życiem. Co teraz jej zostanie? 

Pojawienie się osobowości Riiny Kwaad z pewnością nie poprawi sytuacji. Jeśli istnieje w ga-

laktyce jakaś równowaga, to kiedy znowu się przechyli na korzyść Tahiri? 

Myśli Jainy zmieniły bieg, kiedy do zawodzenia obcych dołączyło wycie silników. Stawało 

się coraz głośniejsze. Jaina rozejrzała się  wokół, potem popatrzyła w górę. Zza chmur wyła-

niały  się  trzy  statki  desantowe  P'w'ecków  klasy  D'kee.  Bulwiaste,  zwężające  się  do  wy-

dłużonej iglicy na rufie, powoli schodziły w kierunku stadionu. Wielka flaga baldachim roz-

darła się pod wspornikami lądującego statku i teraz jej strzępy powiewały luźno na wietrze. 

- Posiłki? - zapytał w przestrzeń Han. Część tłumu zignorowała służby ochroniarskie i wy-

niosła się na środek stadionu, gniewnie wymachując tablicami. Jaina zastanawiała się, czy 

tamci uważają, że to P'w'eckowie stoją za tym zamachem. P'w'eckowie, uzbrojeni w pro-

mienniki, byli doskonale przygotowani do odparcia tłumu, ale zdawali sobie chyba sprawę z 

tego, że sprowokowane rzesze mogą szybko zwrócić się przeciwko nim. 

-  Może chcą się stąd szybko wynieść - podsunęła Jaina. - Są gotowi przeprowadzić konse-

krację w tym całym chaosie, ale nie zamierzają pozostać tutaj ani chwili dłużej. 

-  Może i masz rację, kochanie - rzekł ojciec. Jaina patrzyła na nie go z mieszanymi uczucia-

mi. Wyraźnie się postarzał, a przecież stawał się taki ożywiony, ilekroć sytuacja się kompli-

kowała. Mógł pocić się i nudzić podczas negocjacji, ale kiedy sprawy przybierały bardziej 

fizyczny obrót, najczęściej to on pierwszy brał się do roboty. 

Obce  statki  obróciły  się  w  powietrzu  i  opadły  na  płytę  stadionu  w  bezpiecznej  odległości  od 

pierścienia strażników P'w'ecków. Wizg silników wzniósł się  do  poziomu niemal bolesnego 

dla  uszu;  Bakuranie  rozbiegli  się,  wygrażając  pięściami  w  powietrzu.  Hałas  stłumił  wszelkie 

protesty. Jednostki klasy D'kee były dość małe jak na statki kosmiczne, ale i tak od podstawy 

do szczytu miały prawie cztery piętra wysokości. 

- Przepraszam panią- odezwał się C-3PO. 

- Popatrzcie! - zawołał Han, przekrzykując hałas. - Jeszcze trzy?! 

 

257

background image

Jaina osłoniła oczy dłonią i spojrzała we wskazanym kierunku. Kolejna trójka statków scho-

dziła na ziemię poza murami stadionu. Był to taki sam typ jak te, które już wylądowały. 

- Co oni robią? - zapytała Leia. Jaina zauważyła zdenerwowanie w głosie matki. Ona także 

zaczynała mieć złe przeczucia. 

- Jeśli mogę pani przerwać na słówko... - spróbował znowu C-3PO, żywo gestykulując. 

Desperacko próbował zwrócić na siebie uwagę, ale hałas zagłuszał wszystko, co miał do po-

wiedzenia. 

Nagle  silniki  wszystkich  trzech  statków  na  stadionie  umilkły  i  zapanowała  względna  cisza. 

Śpiew również ucichł i Keeramak stał teraz pośrodku swej ogromnej świty, lśniąc, jakby miał 

na sobie tęczową zbroję. Strażnicy stali z ogonami płasko na ziemi i promiennikami gotowymi 

do strzału na ukos przy piersi. 

Przez chwilę panowała zupełna cisza. Nagle Jaina, nie spuszczając oka z tego, co działo się 

pośród P'w'ecków, pochyliła się ku C-3PO i zapytała półgłosem: 

- Co mówiłeś, See-Threepio? 

- Ceremonia została zakończona, panienko - odparł robot. 

-  Dzięki, Złota Pało - odparł Han. - Ale to jest doskonale widoczne nawet z miejsca, gdzie sto-

ję. 

- Ale, proszę pana, próbuję właśnie wytłumaczyć, że ceremonia wymagała, aby Keeramak na-

dał Bakurze nowe imię: Xwhee. 

Leia stanęła przodem do niego. 

- Czy był uprzejmy powiadomić o tym Bakuran? 

- Wątpię, proszę pani - rzekł C-3PO. - Widzi pani, Keeramak zadedykował również Xwhee 

Imperium Ssi-ruuvi. 

Han i Jaina jednocześnie odwrócili się, żeby spojrzeć na C-3PO. Jakby w odpowiedzi na sło-

wa robota, z tropikalnego nieba rozległ się grzmot. Pierwsze grube krople zaczęły spadać na jego 

metalową czaszkę, zmieniając pokrywający ją pył w czerwonawe błoto. 

- See-Threepio, jesteś tego pewien? - zapytała Leia. 

- O, całkowicie. Właściwie zostało to powiedziane kilka razy i w różny sposób, jak „chwalebne 

Imperium Ssi-ruuvi", „święte Imperium Ssi-ruuvi", „majestatyczne Imperium Ssi-ruuvi", 

„bezgraniczne i nieporównywalne Imperium Ssi-ruuvi". 

Han zwrócił się do Leii, przekrzykując C-3PO. 

- Czy to nie jest po prostu część ceremonii? Rytuał przeniesiony z dawnych czasów? Wie-

cie, w końcu my też ciągle mówimy o Nowej 

258

background image

Republice, zamiast o Sojuszu Galaktycznym. Może to nowe Imperium Ssi-ruuvi nie ma nic 

wspólnego ze starym... 

- Nie sądzę - odparła Leia. - Spójrz na statki. 

Deszcz uderzył gęstymi strugami w płytę stadionu. Włazy statków otworzyły się, wysuwając 

rampy.  Jaina  zmrużyła  oczy,  żeby  lepiej  widzieć  przez  kurtynę  wody  i  sprawdzić,  co  jest w 

środku. 

Matowa brunatna farba zaczęła odpadać w deszczu płatami, odsłaniając złote łuski, znak ka-

sty kapłanów Ssi-ruuvi. Kapłani nie potrzebowali  już  przebrania;  wyprostowali się,  zrzucając 

bagaż lat udanej służalczości i przyjmując zimną, sztywną postawę, którą Jaina pamiętała z ho-

logramów. 

Objawienie spadło na nią jak fizyczny cios. Oczywiście! Traktat z P'w'eckami był tylko za-

słoną dymną dla prawdziwej taktyki: jak tylko Bakura będzie należała do Ssi-ruuków, jak tyl-

ko zostanie poświęcona, będą mogli ruszyć na nią całą siłą. 

- Nic dobrego z tego nie wyniknie - zapewnił Han, widząc, jak z kolejnego desantowca zaczy-

nają wychodzić kolumny wojowników Ssi-ruuvi o rdzawych łuskach. 

Frustracja Jaga natychmiast wzrosła, kiedy w apogeum ceremonii konsekracji sygnał z plane-

ty zanikł w kłębach zakłóceń. Wszystkie transmisje przerwano, zastąpił je biały, świdrujący w 

uszach  szum.  Szybko  sprawdził  komunikator  i  upewnił  się,  że  wszystko  z  nim  w  porządku.  Z 

pewnością winne były urządzenia poza statkiem. 

- „Selonia"! Zdaje się, że mam problemy z komunikacją. Dostajecie jakieś sygnały? 

- Nie, „Bliźniak Dwa" - brzmiała odpowiedź, zniekształcona, ale zrozumiała. - Straciliśmy 

również połączenie nadrzędne. Nie ruszaj się, dopóki tego nie sprawdzimy. 

Jag czekał niecierpliwie, słuchając uporczywego szumu zakłóceń. Wreszcie, pośród trzasków 

i syków, usłyszał inny dźwięk. Był niczym skowyt, pojawiający się i znikający. Niepokoił, prze-

rażał i hipnotyzował zarazem. 

- Mam obiekty! 

Głos jednego z pilotów wyrwał go z zadumy. Szybkie spojrzenie na tablicę potwierdziło ra-

port  -  najbliższy  ze  statków  P'w'ecków,  „Errining'ka",  wypluwał  w  otaczającą  go  przestrzeń 

dziesiątki  mniejszych  maszyn.  Jego  komputer  natychmiast  rozpoznał  i  oznaczył  dobrze  znane 

robomyśliwce, ale, jak się okazało, była to jedynie połowa prawdy.  Pozostałe  statki  należały 

do typu niespotykanego poza granicami 

259

background image

imperium Ssi-ruuvi. Były to myśliwce klasy V'sett. Jeśli Jag dobrze pamiętał, miały one dwu-

krotnie  większą  siłę  ognia  niż  normalne  robomyśliwce,  jak  również  lepszą  zwrotność.  A  co 

najważniejsze, kierowali nimi piloci z krwi i kości. 

Jag potrzebował zaledwie chwili, żeby się zorientować, co się dzieje. Oferta pokoju złożona 

przez P'w'ecków była pełną mistyfikacją: konsekracja planety miała na celu oczyszczenie drqgi 

siłom inwazyjnym! Nie trzeba było geniusza, żeby sobie wyobrazić, że sprawy bardzo szybko 

przybiorą nieprzyjemny obrót. 

- Bliźniacze Słońca, pełna gotowość. „Selonia", widzisz to? 

- Mamy ich na ekranach. Próbujemy złapać generała Paniba... Komunikacja naprawdę jest 

zablokowana... - transmisja rozpłynęła się w szumie zakłóceń. Głos powrócił na krótko: - .. 

.jakoś są blokowane. Bądź na... 

Sygnał zanikł pod wyciem narastającej interferencji. Jag zmniejszył głośność. Co teraz? Mają 

nieprzyjacielskie statki na ekranach i jak do tej pory żadnej odpowiedzi od sił lokalnych. Pomię-

dzy  nim  a  wrogiem  znajdowała  się  mieszana  flota,  obejmująca  „gwardię  honorową"  zarówno 

bakurańska, jak i P'w'ecków. Gromada liczyła sobie już ponad dwieście statków. Sądząc z tego, 

że  cały  czas  latały  w  formacji,  nie  dostały  jeszcze  rozkazów,  aby  się  włączyć  do  walki  lub 

zwolnić pole. Jag był nieco zdziwiony. Nawet jeśli blokowano łączność, przynajmniej jeden z 

bakurańskich pilotów powinien się zorientować, że coś jest nie w porządku. A jednak wszyst-

kie myśliwce leciały w doskonałej formacji, jak gdyby nic się wokół nich nie działo. 

Wywołując towarzyszy, sprowadził Szponostatek do kursu równoległego z jedną trójką hono-

rowej  gwardii.  Dwa  robomyśliwce  oskrzydlały  bakurańskiego  Y-winga  w  idealnej  harmonii, 

naśladując każdy jego ruch wokół planety. 

Sprawdził emisję energii z formacji i wkrótce odkrył, że trudno było popełnić większy błąd, 

aniżeli nazwać ten lot „naśladowaniem". Dwa robomyśliwce miały po prostu potężne promie-

nie ściągające, którymi blokowały Y-winga i zmuszały do lotu według własnego uznania. 

Wykreślił jego kurs. Na dwóch orbitach był zbieżny z krążownikiem „Firrinree". Jag poczuł, 

że po plecach przechodzi mu zimny dreszcz. Robomyśliwce porywały pilota! 

Szybkie przeskanowanie otoczenia przekonało go, że to samo dotyczyło wszystkich pozostałych 

kluczy  gwardii  honorowej.  Piloci  bakurańscy  byli  bezsilni  wobec  promieni  ściągających 

P'w'ecków i bezradni, odkąd pułapka zatrzasnęła się nad nimi. Połowa Bakurańskiej Floty De-

fensywnej miała podzielić ich los. 

 

260

background image

Nie  było  sposobu,  aby  uprzedzić  Bliźniacze  Słońca,  „Selonię"  czy  generała  Paniba.  Jednak 

nie miał zamiaru siedzieć i czekać, aż porwą pilotów i poddadzą transferowi. Mógł mieć jedynie 

nadzieją, że pozostali zrozumieją jego zachowanie i zaczną je naśladować. 

Uzbroił przednie baterie i rzucił się w stronę robomyśliwca. Strzał z działek laserowych od-

bił się od jego tarcz, które okazały się mocniejsze, niż Jag początkowo sądził. Osłabił je trochę, 

ale z pewnością nie przebił. Kiedy wyminął robota, ten rzucił się za nim w pościg. Pierwszy z 

jego  towarzyszy  z  klucza,  „Bliźniak  Sześć",  obsypał  go  gradem  promieni  laserowych,  które 

zmusiły robota do zmiany kursu. Robomyśliwiec odskoczył, choć zdążył jeszcze posłać w stronę 

„Bliźniaka Trzy" wiązkę energii. 

Drugi robot i jego „podopieczny" próbowali uciec, nie trudząc się już udawaniem współpra-

cy.  Zamiast  stopniowo  wznosić  się  nad  planetę,  para  skierowała  się  wprost  do  „Firrinree". 

Szybkie spojrzenie na ekrany poinformowało Jaga, że pozostali robią to samo. Maskarada  się 

skończyła, teraz już nikt nie mógł wziąć gwardii honorowej za to, czym nie była. 

Jag ustawił  się za uciekającym  robomyśliwcem  i  wysłał  serię promieni  w osłabione tarcze, 

błyskawicznie redukując go do stanu pyłu kosmicznego. Uwolniony Y-wing natychmiast zmie-

nił kurs, ale przedtem zakołysał się wzdłuż osi, co Jag przyjął jako gest podziękowania. 

„Bliźniak Dwa" załatwił drugiego robota i zawrócił do formacji. Y-wing poleciał za nim, emi-

tując serię kliknięć. Jag nie potrzebował dalszej zachęty. Na czele romboidalnej formacji miesza-

nego typu zaatakował koleją trójkę „gwardii honorowej". 

Tymczasem jego ekrany taktyczne wypełniły się nowymi celami. Obce krążowniki wypróż-

niały swoje doki, setki napakowanych paliwem myśliwców ruszyło w pościg za jeńcami. Chmura 

statków z „Wartowni" i „Obrońcy" dobitnie świadczyła o tym, że Bakurańska Flota Defensyw-

na również zorientowała się, o co chodzi. Wkrótce niebo wokół Bakury zawrzało, gdy obie siły 

spadły na „gwardię honorową", przy czym jedna połowa starała się ocalić statki, a druga ode-

przeć próbę ich uwolnienia. 

Jag latał tak, jak mu się dawno nie zdarzyło. Był zadowolony, że  walczy z wrogiem wyko-

rzystującym  znaną  mu  technologię  -  nawet  jeśli  ten  wróg  znacznie  przewyższał  liczebnością 

jego eskadrę. Wydawało mu się, że znów siedzi w akademii na symulatorze, angażując się 

261

background image

w  walkę,  a  instruktor  śledzi  jego  poczynania.  Ucieszył  się,  że  czas  spędzony  na  walkach  z 

Yuuzhan Vongami nie pozbawił go refleksu, jaki trenował od dziecka. 

Myśliwce V'sett były trudne do strącenia. Te nieco spłaszczone wersje myśliwców z robotami, 

jakie  Ssi-ruukowie  najczęściej  wysyłali  w  bój,  były  wyposażone  w  generatory  tarcz  i  panele 

czujnikowe na każdym spojeniu kadłuba. Ich silniki przy maksymalnym obciążeniu lśniły ośle-

piającym fioletem, broń pluła jaskrawą bielą. Każdy pilot ukryty był pod nieprzezroczystą ko-

pułką i za tarczami, które rzucały lustrzane błyski, kiedy jakiś strzał przeleciał zbyt blisko. 

Tu była wcześniejsza wersja tych tarcz. Jag znał je z akademii. Podobno Imperator Palpatine 

bardzo  chciał  je  mieć,  dlatego  próbował  zawrzeć  traktat  z  Ssi-ruukami,  tuż  przed  tym  zanim 

rebelianci pobili go na Endorze. Jag obawiał się myśleć, co mogłoby się stać, gdyby spełniły się 

marzenia Imperatora. Gdyby zdobył te tarcze, rebelia z pewnością zostałaby zdławiona, a wynik 

bitwy o Endor wyglądałby całkiem inaczej. Poza tym Chissowie, bezpieczni w Nieznanych Re-

gionach, już niedługo mogliby się cieszyć swoim bezpieczeństwem. 

Ale Chissowie  walczyli  już przedtem z myśliwcami Ssi-ruuvi i  nawet  po  wielu  latach  mo-

dernizacji  technicznych  wciąż  dawali  sobie  radę.  Myśliwce  V'sett,  jak  szybko  zauważył  Jag, 

były niedostosowane do zmasowanego ataku. Zacieśnianie pętli z różnych kątów było  trudne 

bez skutecznej łączności, ale wszyscy piloci podobnie postrzegali tę sytuację i udawało im się 

zorganizować. Po kilku ciosach poniżej pasa stosunek sił znacznie się poprawił, a wkrótce po-

tem myśliwce V'sett zaczęły ginąć w takim tempie, że z pewnością dało to Ssi-ruukom do my-

ślenia. Ulotne orbity otaczające Bakurę stały się niebawem jedną masą energii, niebezpieczną 

w nawigacji dla pilotów obu stron. 

Widząc,  jak  jeden  z  X-wingów  jego  eskadry  usiłuje  zrzucić  z  ogona  myśliwiec  V'sett,  Jag 

rzucił  się  w  pogoń.  Udało  mu  się  doczepić  do  lecącego  za  X-wingiem  myśliwca;  wystrzelił 

natychmiast,  jak  tylko  uznał,  że  ma  szansę  trafić.  Myśliwiec  jednak  skręcił  gwałtownie  i  strzał 

chybił.  Jag  zaklął  pod  nosem  i  skierował  Szponostatek  z  powrotem  na  ogon  tamtego.  Zanim 

zdołał przygotować się do oddania kolejnego strzału, dwa myśliwce zaatakowały z lewej strony, 

zalewając  go  ogniem.  Zacisnął  zęby,  syknął  i  umknął  spod  ich  luf.  W  sekundę  później,  kiedy 

znów mógł się rozejrzeć za X-wingiem, ujrzał jego szczątki w rozbłysku ognia pod lufami mio-

taczy V'sett. 

262

background image

Dwa myśliwce, którym właśnie uciekł, wracały. Reszta eskadry była zaangażowana w innych 

rejonach, więc wiedział, że nikt mu nie przyjdzie na pomoc. Musi zawierzyć swojemu szczęściu. 

Han cofał się, szukając najbliższego wyjścia. Z dołu rozlegały się krzyki tłumu uciekającego przed 

nawałą obcych. Służby ochrony otworzyły ogień do wojowników Ssi-ruuvi, którzy odpowiedzieli 

parzącymi stnirgami ze swoich promienników. Ssi-ruukowie, silni i skoczni, doskonale posługują-

cy się muskularnymi nogami i ogonami, wkrótce pokonali żołnierzy Bakury. Strażnicy P'w'eck, 

którzy  do tej pory  chronili Keeramaka  przed  atakiem,  okazali  się  prawdziwymi  P'w'eckami,  w 

przeciwieństwie  do  przebranych  kapłanów.  Bronili  swojego  przywódcy,  kryjąc  go  za  murem 

własnych ciał uzbrojonych w promienniki. 

- Przydałby się taktyczny odwrót - zasugerowała Jaina rodzicom. - 

Teraz, kiedy Bakura została poświęcona, ci chłopcy chyba przestaną 

bać się walki. 

- Jeśli dotrzemy do „Sokoła" - mruknęła Leia zza swoich Noghrich, którzy osłaniali ją i 

groźnie obserwowali spod oka wojowników Ssi-ruuvi. - Będziemy mieli większe szansę zała-

twienia ich. 

- Czy „Selonia" wie? - zapytał Han. 

Leia pokręciła głową. 

- Zagłuszają. 

Jaina pomyślała o Jagu. Mogła tylko mieć nadzieję, że wszystko  w porządku. Trudno było 

powiedzieć, co dzieje się na orbicie. Jeśli trwała tam walka choć w połowie tak zażarta, jak na 

ziemi, szybko się skończy. Żałowała, że nie siedzi za sterami swojego X-winga i nie leci u boku 

Jaga,  martwiąc  się  wyłącznie  o  to,  by  mieć  wroga  na  celowniku.  W  walce  bezpośredniej 

wszystko wydawało się o wiele prostsze. 

Ale marzenia nie wyprowadzą jej rodziny z tego niebezpiecznego miejsca. Musiała działać - 

i to szybko. 

Odwróciła się do Goure'a, który stał przy noszach Tahiri. 

- Musimy się stąd wydostać - powiedziała. 

Spojrzał na nią i oczy zabłysły mu nagle w świetle błyskawicy. 

- Główne wejścia zaraz zostaną zablokowane! - zawołał, przekrzykując grzmot przetaczający 

się nad ich głowami. 

Jaina rozejrzała się znowu. Deszcz padał coraz gęstszy, więc coraz trudniej było dostrzec, co 

się dzieje w niecce stadionu. Wiązki z promienników z sykiem przecinały powietrze, tkając gęstą 

i śmiercionośną tkaninę energii pod ich stopami. Front bitwy zbliżał się coraz szybciej. 

263

background image

Po chwili skinęła głową. 

- Należy przyjąć, że te trzy ostatnie statki przyleciały po to, żeby nam odciąć drogę ucieczki. 

- Więc chodźmy tą drogą, którą przyszliśmy. - Ryn wskazał na krater pomiędzy lożami. - 

Bezpieczniej będzie, niż pozostawać na zewnątrz. 

Jaina zgodziła się i razem zaczęli gromadzić oszołomionych ratowników i gapiów, wciąż jesz-

cze kręcących się w pobliżu. Wyjaśniła swoje zamiary możliwie jak najprościej, prosząc, aby jej 

zaufali, kiedy każe im zejść na dół. Ludzie się nie opierali, z braku innego planu większość by-

ła wręcz szczęśliwa, że ktoś ich poprowadzi. Kiedy wszyscy zeszli na dół, przyszła kolej na Ha-

na i Leię, po czym Goure spuścił do otworu Tahiri wraz z noszami. Jaina i strażnicy Noghri szli 

z tyłu kolumny. 

- A co z premierem? - zapytała jedna z kobiet, mijając Jainę. 

- Jak to co? - odkrzyknęła przez bębniący deszcz. - Nie żyje! 

- Nie możemy go zostawić fujarom! 

- Ale... -Protest zamarł jej w gardle. - Dobrze! Zobaczę, co da się zrobić! 

Pozostawiła rodziców, żeby pilnowali porządku przy ewakuacji, a sama zaczęła się rozglądać za 

noszami, na których ostatni raz widziała ciało. Znalazła je wciśnięte za wystający głaz, scho-

wane w worku. Pomyślała, że jeśli zdoła podpiąć worek do noszy Tahiri,  może zdołają zabrać 

oboje. Kiedy zwłoki zaczną jej przeszkadzać, po prostu się ich pozbędzie. Żywi mają priorytet 

nad... 

Przestała się nad tym zastanawiać, kiedy podeszła do noszy, żeby je przenieść. Worek na ciało 

zahaczył o złamane krzesło i spadł. Okazało się, że był pusty. 

Jej zdumienie nie trwało długo. Ktoś pewnie musiał przeżywać te same rozterki i zabrał ciało 

w bezpieczne miejsce. Może jeden ze strażników lub senatorów, który nie czekał na innych, żeby 

pochować premiera. Nie szkodzi. Problem spadł z jej głowy, a to było najważniejsze. 

Wróciła  do  krateru,  w  którego  otworze  znikał  właśnie  ostatni  z  ocalałych.  Uradowana,  że 

wkrótce  się  stąd  wyniosą,  obejrzała  się  przez  ramię  na  bitwę  rozgrywającą  się  na  arenie. 

Deszcz padał ciągle i był coraz silniejszy, ale i tak widziała grupy postaci, wypełniających cała 

płytę. 

Ogień z miotaczy był teraz sporadyczny, bo opór Bakuran kruszy' się pod naporem Ssi-ruuvi. 

Niedługo stadion w całości będzie należał 

264

background image

do Ssi-ruuków. Wkrótce potem skrępowani jeńcy zostaną zabrani do statków na transfer... 

Obejrzała się, gdy poczuła dotknięcie na ramieniu. 

- Chodź, Jaino - odezwał się ojciec. - Nic więcej tutaj nie zdziałamy. 

Nienawidziła się za to, że musi opuścić bitwę, ale stosunek sił był tak nierówny, że nie miała 

właściwie wyboru. 

Zanim zeszła do krateru, spojrzała po raz ostatni w zachmurzone niebo. 

Niech Moc będzie z tobą, Jag, pomyślała. Gdziekolwiek teraz jesteś. 

Jag zauważył jeden z dwóch księżyców Bakury i podniósł Szponostatek, na pełnej mocy kie-

rując się w jego stronę. Nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, że myśliwce lecą za nim - prze-

strzeń przed jego oczami była pełna eksplozji pochodzących od ich niecelnych strzałów. 

Wprowadził  Szponostatek  stromą  świecą  ponad  północną  częścią  księżyca,  w  nadziei,  że 

znajdzie jakąś kryjówkę, która pozwoli mu na ucieczkę przed prześladowcami. Im bardziej się 

zbliżał, tym mniej prawdopodobna wydawała mu się ta możliwość. Zawrócił statek z prawie pio-

nowego podejścia, kierując się teraz równolegle do powierzchni księżyca. Grunt był gładki i ła-

godnie pofalowany; Jag pomyślał, że wygląda jak zrobiony z ogromnego strumienia lawy, który 

dawno wysechł. Nie było tam jednak żadnej kryjówki - a w tej chwili tylko tego potrzebował. 

Kluczył i skręcał, starając się unikać jednocześnie ognia i promieni ściągających, ale wiedział, 

że nie będzie tak mógł uciekać w nieskończoność. Przeklął się w myśli - ten mały manewr po-

stawił go jeszcze w gorszej sytuacji, niż był przedtem. 

Powierzchnia księżyca bez ostrzeżenia zapadła się przed nim, a gładki grunt, na który do tej po-

ry patrzył, nagle jak nieruchomy wodospad spłynął do ogromnego kanionu o głębokości około 

pięćdziesięciu kilometrów. Z mroku wyłoniły się szczeliny, potężne kamieniste nawisy wysta-

wały ze ścian kanionu jak karmazynowe pięści. Myśliwce V'sett leciały za nim bez wysiłku, nie 

próbującgo  już  zestrzelić.  Piloci  zamierzali  prawdopodobnie  ściągnąć  go  promieniami.  Wi-

docznie uzna-li, że i tak im się nie wymknie - wystarczy trochę cierpliwości. 

Sprowadził Szponostatek w dół, możliwie najbardziej zbliżając się do dna kanionu. Manew-

rował rozpaczliwie, aby uniknąć zderzenia 

265

background image

z wystającymi z ziemi głazami. Były ogromne - szerokie na dziesięć metrów i co najmniej trzy-

krotnie wyższe. Wyglądały jak ogromne skamieniałe drzewa. I było ich dużo, co zmuszało Jaga 

do wykorzystania wszystkich umiejętności, aby się nie rozbić. Dopiero kiedy niechcący zawa-

dził tarczą o jedną z przeszkód, stwierdził, że właściwie nie ma  znaczenia, czy unika ich, czy 

nie: „drzewo" rozsypało się w pył, który bezszelestnie spłynął mu po owiewce. Od tej pory prze-

stał się zastanawiać, jak przelecieć pomiędzy tymi dziwacznymi tworami. Gnał prosto, ścinając 

wszystko, co miał na drodze. Miał nadzieję, że powstały kurz skutecznie oślepi jego prześladow-

ców, choćby na minutę lub dwie. Zawsze to coś. 

Kanion zwęził się nagle i Jag zrozumiał, że zaraz - po prostu natychmiast - będzie musiał go 

opuścić albo skończy jako ślad na jego ścianie. Uniósł statek, kierując się ku skalistemu wystę-

powi  na  górnej  półce  ściany  kanionu.  Dwa  kościste  palce  skalne  wbijały  się  w  niebo,  jakby 

wskazując  na  rozgrywającą  się  w  górze  bitwę.  Jeśli  zdoła  dotrzeć  do  głównego  pola  walki, 

może  dostanie  pomoc  od  innych  chłopców  z  eskadry,  którzy  zdejmą  mu  te  dwa  myśliwce  z 

ogona. 

Myśliwce zorientowały się w jego intencjach i znów otworzyły ogień.  Z pobliskiej ściany ka-

nionu odprysnęły kawałki skały, gruz zabębnił o tarcze Jaga. Wycelował pomiędzy palce i ska-

łę, ale źle ocenił szerokość przejścia i otarł się o kamień. Krzyknął ze strachu, kiedy statek stra-

cił sterowność i, wirując, wystrzelił w przestrzeń nad księżycem. 

Wyprowadził Szponostatek z korkociągu w fatalnym stanie i na skraju sterowności. Dwa V'set-

ty na jego ogonie przedarły się przez grad odłamków i nie ustępowały.  Szarpnął Szponosta-

tek  i  zakołysał  nim  z  boku  na  bok  w  desperackiej  próbie  uniknięcia  kontaktu  z  ich  pro-

mieniami ściągającymi, ale przez kolizję ze skałą stracił nieco dystansu. Teraz to kwestia se-

kund zanim... 

Za owiewką mignęła mu nagle biała plama. Jego czujniki zaledwie zdążyły zarejestrować Y-

winga, który przeleciał kilka metrów od niego, odpalając torpedy ze wszystkich otworów. Piloci 

Ssi-ruuvi nie mieli czasu  wyłączyć promieni ściągających, które gładko  wessały torpedy proto-

nowe. Jeden eksplodował natychmiast, drugi zarobił bezpośrednie uderzenie, które wprawiło go 

w niekontrolowane wirowanie i strąciło na powierzchnię księżyca, gdzie rozkwitł krótką bez-

dźwięczną eksplozją. 

Tylne ekrany Jacena znów były puste, ale ten krótki rajd nad Bakurę  nie pozostał bez skut-

ków. Uszkodzony silnik manewrowy rzęził i wył 

266

background image

przy  każdym  szybszym  zwrocie.  Y-wing  zawrócił  i  ruszył  wektorem  równoległym  do  niego. 

Pilotka - ta sama, którą Jag ocalił wcześniej -zamachała przez owiewkę, ale niezbyt radośnie. Ja-

cen zorientował się, dlaczego, kiedy obejrzał się za siebie. 

Bakurańska Flota Defensywna była w kiepskiej formie. „Wartownia" została zbombardowana 

i jej tarcze przestały działać. „Obrońca" opierał się dzielnie, ale bez dostatecznej liczby myśliw-

ców nie mógł mieć  wpływu na  efekt bitwy. Siły  Ssi-ruuvi  szybko  rozprawiały  się  z każdym 

wysłanym przez niego oddziałem. Bakura przegrywała zarówno pod względem liczebności, jak 

i przygotowania. Była otwarta na ataki. 

Całkowity kontrast stanowiła obecność dwóch gigantycznych krążowników klasy Sh'ner, któ-

re  wisiały,  lśniące  i  niezwyciężone,  nad  polem  bitwy.  Ich  nieprzenikalne  tarcze  odbijały 

wszystko, co w ich stronę wystrzelono. Gromady przechwyconych statków wisiały obok, czeka-

jąc na przetworzenie. Setki pilotów uwięzionych w durastalowych trumnach, którym odmówio-

no łaski chwalebnej śmierci w walce, mieli już tylko czekać na transfer. 

Trójkątna formacja siedmiu myśliwców V'sett przyspieszyła nad horyzontem małego księżyca i 

ruszyła na Jaga i Y-winga. Jag próbował zmusić Szponostatek do szybszego lotu, ale nie mógł już 

wyciągnąć  więcej.  Siedem  w  pełni  uzbrojonych  myśliwców  przeciwko  jego  uszkodzonemu  stat-

kowi i Y-wingowi... ta partia była z góry przegrana. 

Blokada sygnału zanikła na chwilę i Jag mógł sprawdzić, co z jego eskadrą. 

- Bliźniacze Słońca, proszę o raport. - Wywinął młynka, żeby uniknąć dobijającego ciosu. 

- „Trójka" się melduje. 

- „Cztery". 

- „Sześć". 

-  „Osiem". - Nastąpiła krótka pauza. - Jag, mają mnie. 

- I mnie - dodał „Szóstka". 

-  Z tego wynika, że mam towarzystwo. - To „Trójka". - Mnie też mają. 

Jag zaklął. Poza nim samym pozostał mu tylko jeden wolny pilot.  W dodatku nie wiedział, 

jak długo pozostanie wolny! 

Z przerażeniem obserwował, jak Y-wing próbuje uciec przed nadlatującymi statkami, lecz zo-

staje  schwytany  przez  siedem  połączonych  Promieni  ściągających.  Pilotka  znikła  bez  słowa  - 

albo miała uszkodzony komunikator, albo nie chciała obarczać go swoją rozpaczą. 

267

background image

Jag przysiągł wtedy, że nie podzieli jej losu. Prędzej wysadzi silniki,  niż dopuści, aby jego 

dusza została wyssana i wciśnięta w robota bojowego. Ale jak teraz mógłby spełnić tę przysię-

gę, gdy wciąż jeszcze istniała szansa dla niego i jego pilotów? Póki życia, poty nadziei. 

Jag był tak zrozpaczony, że miał ochotę krzyczeć, aby wyrzucić to z siebie. Nawet nie po-

czuł, kiedy promień ściągający owinął się wokół jego walecznego szponostatku i zaczął ścią-

gać go w niewolę. 

Jaina obserwowała tyły kolumny ocalałych, która powoli przemieszczała się przez tunele pod 

stadionem, za jedyny drogowskaz mając czerwone światełko awaryjne. 

Pomimo otaczającego ich ferrobetonu wciąż mogła słyszeć trzaski promienników i krzyki do-

chodzące z góry. Jej miecz świetlny wciąż wisiał przy pasie, ale przez cały czas trzymała na nim 

rękę. Nie zauważała żadnych bieżących problemów, ale wiedziała, że pościg jest niedaleko. 

Ryn  prowadził  kolumnę  szybko,  ale  ostrożnie,  wracając  po  własnych  śladach.  Nosze  Tahiri 

zawsze znajdowały się w jego pobliżu. Z przodu widać było ściekające strumienie wody, nio-

sące brud i gruz w głąb budynku. Podłoga była śliska i zdradziecka od wilgoci. 

- Nie wiem, czy moje obwody wytrzymają jeszcze jedną minutę tej wilgoci, proszę pani - po-

skarżył się C-3PO, kiedy pośliznął się po raz szósty. Skarga była skierowana do księżniczki 

Leii, ale wypowiedział ją dość głośno, żeby i inni zostali poinformowani o tym fakcie. 

- Przestań marudzić, Złota Pało - skarcił robota Han i klepnął go po plecach, aż metaliczne 

echo poniosło się po wilgotnym tunelu. C-3PO omal nie potknął się po raz siódmy. - Przecież 

gorsze rzeczy już przechodziłeś i żyjesz. Pamiętasz, co to było z mundurem szturmowca, 

kiedy tu byłeś ostatni raz? 

Jaina była pewna, że gdyby C-3PO mógł zadrżeć, dygotałby od metalowych podeszew stóp 

do czubka metalowej czaszki przez dobrych parę minut. 

- Obawiam się, że aż za dobrze, proszę pana - rzekł, a jego serwomotory warczały śpiewnie 

przy każdym kroku. Fotoreceptorowe oczy lśniły ostro w półmroku. - Moja pamięć jest taka, że 

nie pozwala mi łatwo zapominać. 

Jaina przestała słuchać, bo nagle dotarły do niej odgłosy dziwnego zamieszania z przodu ko-

lumny. Miecz świetlny znalazł się zapalony w jej ręku, zanim jeszcze zrobiła dwa kroki przez 

poprzedzającą ją gromadę ocalonych. 

268 

 

 

-  Księżniczko Leio! Kapitanie Solo! Co wy tu robicie? 

background image

Jaina rozpoznała ten głos. 

- Malinza? - zapytała, przepychając się do przodu. Ludzie rozstępowali się przed buczącym, 

lśniącym ostrzem. - Powinno cię tu już nie być. 

- Wyjście było zablokowane. - Dziewczyna na czele niewielkiej grupy trzymała broń przy bo-

ku. Vyram stał pomiędzy nią a jej jeńcami - nadąsanym Salkelim i aroganckim Harrisem. Obaj 

byli związani i zakneblowani. - Ssi-ruukowie są wszędzie! 

Jaina obejrzała się na Goure'a. 

- Jest stąd inne wyjście? - zapytała. 

- Nie jestem pewien. — Ryn wydawał się spokojny i niewzruszony, ale jego ogon nerwowo 

chłostał podłogę. - Ale on może wiedzieć - dodał, wskazując na Harrisa. - Doszliśmy prze-

cież za nim aż tutaj. 

Jaina gestem nakazała Malinzie zdjąć mu knebel. 

- No i co? 

- O co ci chodzi? - zapytał z oczami błyszczącymi gniewem. 

- Czy jest stąd inne wyjście? 

- A dlaczego miałbym to zdradzić? Żeby wam pomóc? – zaśmiał się cicho i pokręcił głową. 

- Właśnie, już się rozpędziłem... 

- Gdybyś przypadkiem jeszcze tego nie wiedział, twój plan się spektakularnie zawalił. P'w'ec-

kowie okazali się tylko zasłoną dymną dla Ssi-ruuków. Mogłeś nawet zabić premiera, ale to 

nie przerwało konsekracji. Po jej zakończeniu na planecie wylądowały siły inwazyjne. 

Harris w przyćmionym świetle tunelu wyraźnie pobladł. 

- Inwazja... - Widać było, że zabrakło mu słów, ale nie na długo. - Jeśli Cundertol nie żyje, 

Bakura będzie potrzebowała silnego przywódcy. Mogą wam się nie podobać moje metody, 

ale potrafię się zabrać do tej pracy. Wypuśćcie mnie i... 

- Już za późno - wyjaśniła Jaina. - Jest spora szansa, że nie przeżyjesz następnej godziny, więc 

nie rób sobie nadziei na stołek. 

- A więc ty tu teraz rządzisz? - zaśmiał się szyderczo. - Czy tak to działa, Solo? - Odwrócił 

się do Malinzy i pozostałych ocalałych. - Czyż to nie jest niezwykle wygodne, że Sojusz 

Galaktyczny znalazł się właśnie tu i teraz, by ratować nas z kryzysu, o którym nawet nie 

wiedzieliśmy? W chwili, gdy... 

- Zamknij się, Harris - wtrąciła Jaina. - Nikt cię nie słucha. Nie ma wątpliwości, co widzieli-

śmy. Ssi-ruukowie działają na Bakurze i to po części twoja wina, że się tu znaleźli. Powi-

nieneś był lepiej poznać nowych sojuszników, zanim zaprzedałeś im duszę. 

269

background image

- To nie on zaprzedał im duszę- rozległ się nowy głos, dobiegający z cienia, w którym pogrą-

żony był korytarz. 

W krąg światła weszła wysoka postać. Z początku Jaina go nie rozpoznała. Jasne włosy były 

spalone, twarz znaczyły sińce i ślady oparzeń. Szczątki ceremonialnych szat wisiały jak łach-

many, ukrywając dłonie przybysza. 

- Rynek polityków - powiedział premier Cundertol - jest całkiem nieduży, jak widać. 

- Pan? - Leia nie mogła ukryć zdumienia w głosie. - Ale przecież pan... 

- Nie żyje? - Potężny człowiek uśmiechnął się. - Nie do końca. Na szczęście strzał tylko mnie 

ogłuszył. Ocknąłem się tutaj, zdezorientowany i zagubiony. Usłyszałem kroki i głos Malinzy, 

ale nie chciałem się ujawnić, dopóki się nie dowiem, co właściwie kombinują razem z Bla-

ine'em. Myślałem, że to Wolność go porwała i przy okazji podłożyła bombę. Ale zdaje się, że 

się co do ciebie myliłem, Malinzo. Muszę cię za to przeprosić. 

Dziewczyna ostrożnie skinęła głową. 

- To był Harris - wyjaśniła. - On nas wrobił. 

- To niemożliwe - zaprotestował oskarżony. - Ta bomba była.... No, przecież mówili, że nie 

żyjesz! 

- No i się pomylili. - Cundertol wyjął prawą dłoń spod szaty, ukazując miotacz. - Tak samo 

jak ja się myliłem, ufając ci, Blaine. Nie mogę uwierzyć, że to ty jesteś odpowiedzialny za to 

wszystko, co się dzisiaj wydarzyło. 

Wprawdzie broń była wymierzona jedynie w Harrisa, ale Jaina  instynktownie napięła mię-

śnie.  Uniosła  lekko  miecz.  Ochroniarze  Noghri  Leii,  sycząc  ostrzegawczo,  ustawili  się  po-

między Cundertolem a księżniczką. Coś w osobie premiera było nie całkiem takie, jak powin-

no. Jaina wyczuwała to, nawet jeśli nie potrafiła powiedzieć,  o co tu chodzi. Kiedy go son-

dowała, żeby sprawdzić, czy nie jest  szpiegiem Yuuzhan Vongów, napotkała dziwną substan-

cję. Obecność premiera w Mocy była zupełnie odmienna od wszystkiego, co do tej pory znała. 

Jak gdyby było mało jej instynktu i czujności ochroniarzy matki, wyczuwała silnie emanują-

cy niepokój Goure'a. Ryn musiał coś wiedzieć, ale nie mógł zdradzić tego w obecności Cunder-

tola. Postanowiła nie wyłączać miecza, dopóki nie dowie się na pewno, co się dzieje. 

- Musi mi pan wybaczyć zaskoczenie, panie premierze – odezwała się Leia - ale ostatnia go-

dzina, oględnie mówiąc, była bardzo trudna. 

270

background image

Może  pan  zauważył,  że  pokojowy  plan  P'w'ecków  był  zwykłą  mistyfikacją  dla  przemycenia 

ataku Ssi-ruuvi. 

Skinął głową, nie spuszczając oczu z Harrisa. 

-  Te fujary musiały to planować już od jakiegoś czasu. Nie sądzę, abyś miał jakikolwiek po-

mysł na odparcie tego ataku. 

Jaina skrzywiła się na to rasistowskie określenie obcych. Słyszała je już nieraz, ale w ustach 

premiera brzmiało szczególnie obraźliwie. 

-  Z pewnością flota obronna i „Selonia" właśnie coś teraz wymyślają - zauważyła Leia. - 

Niestety, kanały komunikacyjne są zablokowane i Ssi-ruukowie depczą nam po piętach. Musi-

my wynosić się stąd możliwie jak najszybciej. Jeśli zdołamy dotrzeć do „Sokoła", sytuacja bę-

dzie idealna. 

Premier skinął głową. 

- Całkiem rozsądny plan - zauważył. - Blaine, właśnie miałeś nam powiedzieć, czy jest stąd 

jakieś inne wyjście, jak mi się zdaje. Byłem tak niegrzeczny, że ci przerwałem. 

- A ja ci powiem to samo, co powiedziałem jej - odparł wicepremier, wskazując głową na 

Jainę. - Dlaczego miałbym wam pomagać? Z tego, co widzę, nie mam wiele do stracenia. - 

Spojrzał gniewnie na Cundertola i podniósł obie dłonie, potrząsając kajdankami. 

- Masz jeszcze życie - rzekł spokojnie Cundertol. - Wolisz transfer razem z nami, kiedy fujary 

wreszcie nas dogonią? 

Harris spiorunował go wzrokiem. 

- Obawiam się, że nie mogę ci pomóc. Widzisz, to dlatego że nie ma wyjścia. Wszystkie są 

zablokowane. Możemy tylko ukryć się w magazynach na sprzęt, dopóki Ssi-ruukowie sobie nie 

pójdą, a wtedy się wyśliznąć. 

- Nie muszę się chować - odparł Cundertol i smutno potrząsnął głową. Miotacz w dłoni 

premiera wypalił i Blaine Harris upadł na podłogę. Zginął, zanim jej dotknął. - Wybacz, przy-

jacielu, ale to była nie właściwa odpowiedź. 

Jaina przeraziła się, gdy miotacz wypalił. Harris był winien masowego mordu, ale ona sama 

nigdy nie zgodziłaby się na egzekucję z zimną krwią zamiast sądu. Nie spodziewała się też cze-

goś podobnego po Cundertolu. Salkeli opadł na kolana, błagalnie wznosząc ręce. Widocznie spo-

dziewał się takiego samego losu. Jaina zrobiła krok do przodu,  aby zapobiec tej  parodii  spra-

wiedliwości. 

Jednak Cundertol nie był już zainteresowany Rodianinem. Zamiast tego jednym płynnym ru-

chem przyłożył miotacz do skroni Malinzy. 

-  Cóż, skoro nie ma innego wyjścia... 

271

background image

Jaina  zamarła.  Przypuszczała,  że  nic  już  nie  może  jej  bardziej  zdziwić,  ale  teraz  miała  się 

przekonać, jak mylny byłby to  osąd.  Bakurański  premier otworzył  usta tak szeroko, jak tylko 

mógł, i wydał z siebie dźwięki języka Ssi-ruuvi. Zdanie składało się z tylko trzech nut, ale wy-

powiedzianych tak głośno, że nawet od echa bolały uszy. Odpowiedź zabrzmiała niemal na-

tychmiast. 

Jaina zaklęła pod nosem. Dlaczego dała się tak nabrać? Potwierdziły się jej najgorsze przy-

puszczenia. Rzuciła się naprzód, ale szybko się zatrzymała, gdy Cundertol przycisnął mocniej 

miotacz do głowy Malinzy. 

Premier zaśmiał się triumfalnie. Nie musiał się ruszać, nie musiał nic mówić. Wiedział już, 

że  Jaina  nie  ma  zamiaru  ryzykować  życia  Malinzy.  Jedno  przyciśnięcie  spustu  i  będzie  po 

wszystkim. 

Jaina opuściła miecz i spróbowała innego podejścia. 

- Puść ją. 

Mentalny rozkaz towarzyszący tym słowom zmusiłby do posłuszeństwa każdego normalnego 

człowieka. 

Ale premier tylko pokręcił głową. 

- Raczej nie - rzekł z uśmiechem. 

- Czym ty jesteś? - zapytała Jaina. 

Uśmiech Cundertola stał się jeszcze szerszy, o ile to w ogóle możliwe. 

- Czymś nowym - rzekł. - Ale nie mamy teraz na to czasu. Musimy pójść, żeby poznać wa-

szych nowych panów. 

Z obu kierunków korytarza rozległ się tupot kroków. Dwie zbliżające się do siebie w koryta-

rzu  serwisowym  grupy  obcych  wymieniały  głębokie,  śpiewne  nawoływania.  Ocaleni  skupili 

się  w  ciasną  grupkę,  instynktownie  przesuwając  się  w  kierunku  kąta.  Jaina  ustawiła  się  po-

między nimi a Cundertolem, nie spuszczając oka z obu wejść do korytarza. 

Za plecami czuła rodziców i Goure'a oraz dwóch strażników, którzy robili to samo co ona. 

Gdyby tylko przegnali Cundertola, kiedy jeszcze mieli szansę... Gdyby... 

Prawie przemocą zdławiła w sobie te myśli. Były co najmniej nieproduktywne. Później bę-

dzie czas na żal. Jeśli oczywiście będzie jakieś później... 

- Wiedziałeś o Ssi-ruukach - syknęła Malinza, wciąż unieruchomiona jego silnym uści-

skiem. Jej głos pełen był odrazy. – Zdradziłeś Bakurę! Nie jesteś lepszy od Harrisa! 

- W tym względzie się mylisz, zapewniam cię - odparł Cundertol. - Jestem pod każdym 

względem lepszy od Harrisa. 

272

background image

Jaina nie miała czasu zastanawiać się nad tym, co miał na myśli.  Z korytarza po lewej wy-

skoczyło  sześciu  wojowników  Ssi-ruuvi,  sadząc  długimi  skokami,  którym  towarzyszyły  mia-

rowe ruchy potężnych ogonów. W szponiastych łapach mieli promienniki. Ich oczy i łuski lśni-

ły  czerwono  w  blasku  świateł  awaryjnych.  Na  widok  uciekinierów  zatrzymali  się,  sycząc  i 

skrzecząc między sobą. 

Dowódca zwrócił się do Cundertola serią przenikliwych tonów. Premier odpowiedział w tym 

samym języku. 

- See-Threepio! - przywołał Han robota kącikiem ust. 

- To chyba standardowe powitanie - rzekł robot, patrząc to na Cundertola, to na Ssi-ruuka. 

Ogromny jaszczur wskazał ciało Harrisa i machnął ogonem. - Teraz karci premiera, że zmar-

nował tego człowieka. 

Druga grupa dotarła do nich, zanim Cundertol zaczął się bronić. Na czele stał największy Ssi-

ruuka, jakiego Jaina kiedykolwiek widziała - piękna, czerwona samica o wyraźnych grzebie-

niach  biegnących  wzdłuż  pyska  i  przez  szczyt  czaszki.  Miała  na  sobie czarną  uprząż,  przy-

ozdobioną srebrnymi medalami, które brzęczały za każdym krokiem. Jej nozdrza zafalowały, 

kiedy zobaczyła Jainę i pozostałych. 

Za nią szło pięciu wojowników zwykłej wielkości, pod osłoną czterech złotych kapłanów Ssi-

ruuków oraz sam Keeramak. Jego jaskrawe ubarwienie w przyćmionym świetle wydawało się 

nieco  bledsze.  Grupę  zamykało  kilkunastu  wojowników  P'w'ecków,  którzy  rozstawili  się  tak, 

aby odciąć wszystkie drogi wyjścia. 

Keeramak z wdziękiem atlety ruszył naprzód. Jego masywne szczęki kłapały, jakby chwytał 

niewidzialne insekty. Jego złotołuscy towarzysze czujnie łypali oczami na Bakuran, jakby wy-

zywali ich do sprzeciwu. Wszyscy milczeli. 

Z pyska mutanta Ssi-ruuka popłynęła seria melodyjnych, dość upiornych dźwięków. 

- Poddajcie się od razu - tłumaczył C-3PO - a ja zapewnię, że po transferze zostaniecie 

przydzieleni do produktywnych zadań. 

- Powiedziano nam, że nie potrzebujecie już transferu – odparła Leia z nieukrywaną deza-

probatą. - Podejrzewam, że to było tylko jeszcze jedno kłamstwo. 

Keeramak skłonił się wytwornie. 

-  Jedno z wielu, Leio Organo Solo - odparł za pośrednictwem C-3PO. - Prawda jednak 

jest taka, że istotnie udoskonaliliśmy proces transferu. Istnieje teraz możliwość podtrzymywa-

nia energii życiowe w nieskończoność. Niektóre energie, takie jak twoja, są zbyt silne, by się 

im oprzeć. Będziesz nas wzbogacać przez całe wieki!

273

background image

Leia zacisnęła usta. Spod szat wyjęła miecz świetlny - robiła wyłącznie wtedy, kiedy wszel-

kie próby użycia dyplomacji zawiódł Miecz rzucał czerwone światło na pysk Keeramaka. 

- Nigdy nie dostaniesz mojej energii życiowej - powiedziała z groźna determinacją. 

- Ani mojej - Jaina wsparła słowa matki swoim głosem i mieczem 

Keeramak cofnął się i zaśpiewał do zamykających krąg strażników 

- Keeramak mówi: „Jak chcecie" - przetłumaczył C-3PO. 

- Nie bądźcie głupi! - zawołał Cundertol. - Nie rozumiecie, co się wam oferuje? 

- Aż za dobrze - warknął Han. 

- Słyszycie słowa, ale ich nie rozumiecie. Transfer nie jest tym, co myślicie. Nie jest końcem! 

Jest początkiem! To wolność, nie niewola! 

-  Chyba sam w to nie wierzysz - westchnęła Leia. 

Cundertol zignorował ją, zwracając się do pozostałych. 

- Wyobraźcie sobie, że jesteście kontrolerami na własnym robostatku, sercem napędu mi ę-

dzygwiezdnego, nadzorcą całego miasta! Wyobraźcie sobie wolność, jaką uzyskacie, kiedy 

zrzucicie kajdany ciała i krwi. Będziecie mogli żyć wiecznie! 

- Wolność? - powtórzyła Jaina. - Przecież będziemy niewolnikami. 

- Nieśmiertelnymi niewolnikami! Cóż to jest kilka lat służby w zamian za wieczność? Prze-

miną jak kilka chwil. 

Nagle wszyscy zrozumieli, dlaczego Cundertol wydał Bakurę Ssi-ruukom. 

- A więc to ci obiecali - szepnęła Leia. - Nieśmiertelność! Sprzedałeś swój lud i planetę za 

obietnicę dłuższego życia? 

Cundertol uśmiechnął się szeroko i odparł: 

- Właściwie, księżniczko, oni mi nic nie obiecywali. Sam to sobie wymyśliłem. To nie oni 

przyszli do mnie z propozycją dobicia targu..  spotkaliśmy się w pół drogi. A wtedy pozostawało 

już tylko dopracować szczegóły. 

Jaina pokręciła głową. 

- Przecież nie możesz być aż tak naiwny! Jeśli sądzisz, że się tak stanie, to jakby... 

-  Nie  stanie  się...  lecz  się  stało!  Jeśli  nie  chcecie  zaakceptować  prawdy,  to  ja  wam  w  tym  nie 

mogę pomóc. Wasz los został przypieczętowany. 

Keeramak szczęknął szponami i połowa P'w'ecków ruszyła do przodu, mieszając się z szere-

gami strażników Ssi-ruuvi. Gdyby miała się wywiązać walka, to oni pójdą na pierwszy ogień. 

274

background image

Jaina poczuła ból w żołądku. Myśl o transferze i niewoli była okropna, ale wiedzieć, że jedyną 

nadzieją na ucieczkę jest walka z niewolnikami i być może zabijanie... 

Lwothin, jeszcze bardziej niespokojny niż zwykle, prowadził kontyngent. Zwrócił się do Kee-

ramaka i  skłonił  głowę  gestem, który Jaina uznała za znak szacunku i  poddania. Potężny Ssi-

ruuka wydał z siebie głęboki, olbrzymi warkot, którego C-3PO nawet nie musiał tłumaczyć. Jej 

zdaniem mogło to oznaczać tylko jedno - Keeramak nakazywał strażnikom P'w'eck spacyfiko-

wać więźniów. 

Lwothin skinął długim gadzim łbem i wyprostował się na całą wysokość. Jaina napięła mię-

śnie, zapalając miecz świetlny naciśnięciem kciuka, i przygotowała się na atak. Z krzykiem, któ-

ry w równym stopniu zaskoczył ją i przeraził, Lwothin podniósł promiennik i wypalił z bliskiej 

odległości. 

Silniki  szponostatku  Jaga  zaczynały  się  przegrzewać.  Pomimo  to  wciąż  pozostawał  mocno 

uwiązany do myśliwców V'sett, które go pochwyciły i bezlitośnie ciągnęły w kierunku rosnącej 

grupy schwytanych już statków Bakury i Sojuszu Galaktycznego. Składała się ona  w tej chwili 

z ponad stu statków. Powoli wciągano je do wąskiej przerwy w tarczach potężnego krążownika 

,,Errinung'ka". Towarzyszyły im dwa statki pikietujące Fw'Sen, pilnując, żeby nie było proble-

mów.  Ogromna,  zakrzywiona  linia  dziobu  krążownika  pochylała  się  nad  nimi,  co  sprawiało,  że 

Jag i jego los stali się nagle całkiem nieważni. 

W  komunikatorze  rozległy  się  kliknięcia  -  to  witała  go  formacja  schwytanych myśliwców. 

Mocno skrępowani potężnym promieniem ściągającym, zarówno on, jak i jego koledzy z eska-

dry mogli sobie jedynie dawać sygnały, zanim zostaną odciągnięci ku swojej zgubie. Obok Jag 

zobaczył pilotkę Y-winga z rękami nad tablicą kontrolną i z gniewnym, skupionym wyrazem 

twarzy. Patrząc w jej oczy przez szybę kabiny, Jag nie wątpił, że będzie walczyła - na śmierć i 

życie, jeśli zajdzie potrzeba. Jej oczy miały tę samą mroczną determinację, którą on czuł w ser-

cu. 

Ale żadnej możliwości nie było. Skoro już znajdowali się po tej stronie tarcz, to koniec. Nie 

ma nadziei na ratunek. 

Przykro mi, ojcze, pomyślał,  żałując, że baron Soontir Fel  nie może  go usłyszeć. Ani matka. 

Wiązali z nim takie nadzieje. Przez całe życie walczył, aby okazać się godny tego, co sobie wy-

marzyli. Powoli dojrzewające dziecko obcych w zażarcie konkurencyjnym społeczeństwie, wyra-

stające w cieniu Thrawna i ambicji swego ojca. Czy kiedykolwiek mógł sądzić, że spotka go 

taki właśnie los? 

275

background image

-  Tu kapitan Mayn - rozległ się nagle głos z komunikatora. - Mówię do was na otwartej często-

tliwości. Blokada została przerwana, abym mogła przekazywać rozkazy z ziemi. Wszystkie my-

śliwce muszą się poddać albo natychmiast rozpocznie się bombardowanie planety. Mają broń pa-

raliżującą, która może załatwić całe miasto. Salis D'aar będzie pierwszym celem. Dlatego też, 

w najlepszym interesie niewinnych cywilów, proszę o zaprzestanie wszelkiego oporu. 

Jag wsłuchiwał się w te słowa z rosnącym zdumieniem. 

Czy to aby na pewno mówi Todra Mayn? Sama myśl o poddaniu się Ssi-ruukom sprawiła, że 

zrobiło mu się niedobrze. 

- Jeśli się teraz poddamy, to i tak jakbyśmy już byli martwi - zauważył Jag na tej samej czę-

stotliwości. 

- Mamy zapewnienie od Ssi-ruuków, że kiedy planeta znajdzie się pod kontrolą Imperium, 

będziemy traktowani uczciwie. 

Jag szarpnął drążek sterowniczy, aby nie czuć przerażającego uchwytu promieni ściągających. 

- Tak samo, jak P'w'eckowie? Jako stado rozrodowe dla robomyśliwców? 

- Wszystko jest lepsze niż śmierć. 

Sądząc z odgłosu, jaki wydawały silniki Jaga, nie wytrzymają dłużej na pełnym ciągu. Ale je-

śli  eksplodują,  to  i  tak  będzie  lepsze  niż  skończyć  w  klatce  umysłowej  robomyśliwca.  Tylko 

niech to się już stanie - dopóki w ogóle ma silniki! 

-  Musisz mi zaufać, Jag. - Głos kapitan Mayn był ochrypły z napięcia. - Mają Jainę. 

No i co z tego? - chciał krzyknąć. Czy jedno życie warte jest więcej niż cała planeta? 

Ale nie mógł tego powiedzieć. Serce mu się krajało na myśl, że  Jaina cierpi. Pozbawionymi 

czucia  palcami  zamknął  przepustnicę  i  pozwolił,  aby  obce  tarcze  zamknęły  się  nad  nim.  Same 

tarcze  były  niewidoczne  dla  wszystkich  z  wyjątkiem  jego  przyrządów,  ale  widział  je  jako 

szczękę potężnej istoty, czekającej, by go pożreć. 

A kiedy już  go strawi,  palące soki żołądkowe  wyrwą z  niego duszę  i  wydalą  niepotrzebną 

skorupę... 

Bariera zamknęła się za nim i już byli w środku. W niezręcznym  milczeniu i bezruchu czuł 

się jak w zupełnie innym wszechświecie. Na zewnątrz, poza barierą, grupki walczących wciąż 

jeszcze stawiały  opór najeźdźcom Ssi-ruuvi, niczym  punkciki światła na gwiaździstym  niebie. 

Statki pikietujące, gdy tylko dostarczyły swój ładunek, zawróciły do patrolowania obszaru. We-

wnątrz tarcz „Errinung'ka" była tylko cisza.  

276

background image

Uchwyceni w sieć zarzuconą przez roboty i myśliwce V'sett, jeńcy mogli jedynie przeklinać 

swój los. I czekać. 

Wszystko nagle znieruchomiało, gdy Keeramak, bez głosu skargi, osunął się na ziemię. 

Przez ułamek sekundy Ssi-ruukowie byli tak zaskoczeni czynem Lwothina, że nic nie zrobili. 

Stali tylko i gapili się na ciało Keeramaka, leżące na ziemi i spływające szarą, lepką cieczą z 

rany  na  piersi.  P'w'eckowie szybko skorzystali  z  zamieszania wśród Ssi-ruuków i  kolejne pro-

mienniki  zaczęły  błyskać  w  słabo  oświetlonym  tunelu.  Przez  moment  Jaina  również  była  za-

skoczona, ale na krótko. Widać było wyraźnie, co się dzieje - Lwothin i P'w'eckowie wszczęli 

bunt przeciwko swoim panom Ssi-ruuvi! 

Ssi-ruukowie  byli  lepiej  wyszkoleni  i  wyposażeni  niż  P'w'eckowie  i  wkrótce  odzyskali 

przewagę, odgryzając się z przerażającym okrucieństwem. Jaina nie miała wątpliwości, po któ-

rej jest stronie, więc kiedy wojownik Ssi-ruuvi machnął promiennikiem w kierunku Lwothina, 

szybko cięła mieczem świetlnym, wytrącając broń z łapy stworzenia. Okręciło się, atakując ją 

trzema ostrymi szponami, a ona z trudem zdołała zadać cios i ściąć mu łeb. Jaszczur był ogrom-

ny, ale Jaina zabawiała się walką z Saba Sebatyne dość często, aby wiedzieć, jakich wyczynów 

może w walce dokonać ogon. Była jeszcze Moc, która kierowała każdym jej ruchem i wyzwala-

ła jej instynkty. Walka z Ssi-ruukami na szczęście nie przypominała walki z Yuuzhanami, któ-

rych wszystkie intencje były ukryte. 

Uchyliła się i  przetoczyła, uderzając stopami w brzuch Ssi-ruuka,  który z rykiem  wypuścił 

powietrze i chwiejnie odskoczył w tył. Podparł się ogonem, szybko odzyskał równowagę i znów 

skoczył, ale ona znalazła się poza jego zasięgiem, zanim zdążył uderzyć. Znów przeturlała się 

pod jego tnącymi powietrze szponami, znalazła się u jego boku i, oburącz chwytając rękojeść, 

cięła po szyi stworzenia, które z okropnym wrzaskiem upadło na ziemię, rozbryzgując fontan-

nę krwi. 

Kolejny  wojownik  zawył  i  próbował  nadziać  ją  na  promień  swojego  promiennika.  Miecz 

świetlny nie był w stanie odbić promienia tak skutecznie jak strzału z lasera, ale udało jej się 

odgiąć  go bezpiecznie  w kierunku ściany. P'w'eck wskoczył na grzbiet wojownika i rzucił go 

na ziemię. Jaina wyciągnęła promiennik z jego łapy i rzuciła Vyramowi, który zwinnie złapał go 

w locie i wycelował w twarz Cundertola. 

Patrzył na premiera spokojnym wzrokiem. 

277

background image

- Nie zawaham się nacisnąć spustu, jeśli od tego twojego miotacza Malinza będzie miała bodaj 

siniec. 

Żadne  z  nich  się  nie  poruszyło,  kiedy  walka  wokół  nich  doszła  do  zaskakująco  szybkiego 

końca. Wstrząs spowodowany śmiercią przywódcy sprawił, że początkowa odwaga Ssi-ruuków 

nagle się ulotniła.  Kiedy ostatni z wojowników, którzy przeżyli, pozwolił się skrępować,  pre-

mier opuścił miotacz. 

- Zniszczyłeś to - rzekł, pustym wzrokiem spoglądając na Keeramaka. - Zniszczyłeś wszyst-

ko. 

- Naprawdę? - zapytał Han, zerkając na P'w'ecków zbierających broń i rozdzielających ją 

pomiędzy Bakuran. Promienniki nie były wygodną bronią, ale lepiej mieć cokolwiek niż pu-

ste ręce. - Jakoś nie widzę, żeby ktoś się skarżył. 

Przywódca Ruchu Wyzwolenia P'w'ecków przemówił, a raczej zaśpiewał po swojemu. 

- Lwothin prosi, żebyście się natychmiast skontaktowali z myśliwcami - przetłumaczył C-3PO. 

- Mówi, że przerwano blokadę łączności, żeby przekazać informację. 

-  Co ja mam im powiedzieć? 

Lwothin zaśpiewał znowu. 

- O, nie - zawołał C-3PO. - On mówi, że mamy ich skłonić, aby nie stawiali oporu! Żeby po-

zwolili się schwytać! 

Leia otworzyła usta, ale jej mąż odezwał się pierwszy. 

- Nikt niczego podobnego nie powie! 

Lwothin wyjaśnił swój plan możliwie najlepiej, jak pozwalał na to ograniczony czas. Kiedy 

skończył,  Jaina  zauważyła,  że  Leia  patrzy  na  ciało  Keeramaka  z  pewnym  powątpiewaniem  i 

podejrzliwością. 

- Skąd mam wiedzieć, że nie chcesz wciągnąć moich myśliwców w pułapkę? - zapytała. 

- Nie możesz tego wiedzieć - zaświergotał P'w'eck przez C-3PO. - Ale jeśli nie powiesz 

nic, tamci piloci jakby już nie żyli. To ich jedyna nadzieja. - Oczy P'w'ecka błyszczały 

ostro pod szybko poruszającymi się potrójnymi powiekami. - Czas kłamstw i pułapek już 

się skończył. Teraz jesteśmy równymi sobie sojusznikami. Nie zdradzimy was. 

Wszystkie instynkty Jainy krzyczały, że powinna mu uwierzyć. Po  raz pierwszy pomyślała, 

że dotarli do serca konspiracji otaczającej Bakurę. Leia widocznie czuła to samo. Skinęła gło-

wą i włączyła komunikator, żeby skontaktować się z „Dumą Selonii". 

Rozmowa była krótka i treściwa. Następnym komunikatem, jaki usłyszała Jaina z komunikato-

ra, był głos kapitan Mayn, przemawiającej 

278

background image

do wszystkich myśliwców Sojuszu Galaktycznego na ogólnej częstotliwości. 

- Tu kapitan Mayn. Mówię do was na otwartej częstotliwości. 

Kiedy skończyła, odpowiedział jej głos Jaga. 

- Jeśli się teraz poddamy, to i tak jakbyśmy już byli martwi. 

Na dźwięk jego głosu coś w Jainie nagle pękło. Gdy Lwothin opisywał walki, jakie toczyły się 

na orbicie nad Bakurą, najpierw pomyślała o Jagu, zastanawiając się, czy jeszcze żyje. Albo - co 

gorsza - czy nie został wzięty do niewoli i nie czeka na transfer. 

- Mamy zapewnienie od Ssi-ruuków, że kiedy planeta znajdzie się pod kontrolą Imperium, 

będziemy traktowani uczciwie. 

- Tak samo jak P'w'eckowie? Jako stado rozrodowe dla robomyśliwców? 

- Wszystko jest lepsze niż śmierć. 

W kanale słychać było przez cały czas wysoki jęk, jakby jakiś myśliwiec został poddany na-

prężeniom, do których nie był  przystosowany. Jaina czekała na odpowiedź Jaga, ale odpowiedź 

nie nadeszła. Czuła jego  niepewność i  desperację, zupełnie jakby stał  obok niej. Jego troska o 

nią płonęła niczym mała, ale intensywna gwiazda. 

Kapitan Mayn chyba też ją wyczuła. 

- Musisz mi zaufać, Jag. - Głos kapitan Mayn był ochrypły z napięcia. - Mają Jainę. 

To kłamstwo ugodziło Jainę bardzo głęboko, ale wiedziała, że to  najlepsze, co mogli powie-

dzieć. Jeśli cokolwiek byłoby w stanie zmusić Jaga do stawienia czoła swoim najgłębszym, naj-

bardziej zakorzenionym instynktom, to właśnie te słowa. Troszczył się o nią bardzo  -znacznie 

bardziej niż chciał to głośno przyznać. 

Nie odpowiedział, ale wiedzieli, że skapitulował. 

- Mam nadzieją, że wiesz, co robisz, księżniczko - dodał głos kapitan Mayn na prywatnym 

kanale. 

Leia wyregulowała komunikator, aby odpowiedzieć na tej samej częstotliwości. 

- Wiem, Todro. - Spojrzała na Lwothina morderczym wzrokiem. - Możesz mi wierzyć. 

Wydawało się, że czas stanął w miejscu. Spętany siecią tarcz Ssi-ruuvi Jag aż drżał z napię-

cia.  Nie  wiedział,  co  się  dzieje  na  planecie  ani  w  innych  miejscach  orbity.  Blokada  wróciła 

wkrótce po zakończę transmisji przez Mayn. Poczuł się izolowany i bezradny, jak wszyscy inni 

piloci  wokół  niego,  uwięzieni  w  swoich  myśliwcach,  oczekujący  na  prześladowców,  którzy 

wkrótce po nich przyjdą. 

279

background image

Wtedy  stało  się  coś  dziwnego.  Jego  czujniki  odnotowały  minimalne  poluzowanie  promieni 

ściągających, które  go trzymały. Podejrzewał,  że część eskorty Ssi-ruuvi  odleciała, czując, że 

myśliwce są bezpieczne w uwięzi tarcz. Sprawdził na czujnikach. Eskorta była na miejscu. 

W sekundę później odczyty promieni ściągających znów spadły.  Poruszył sterami i stwier-

dził, że jego statek częściowo odzyskał mobilność. 

Siedział przez chwilę, walcząc z chęcią wyrwania się. O co tu chodzi? A jeśli się wyrwie, co 

ma zrobić? Tarcze wokół krążownika i tak nie pozwolą mu uciec, wydawało się to więc bez-

sensowne. 

Wtedy nastąpił kolejny spadek odczytów. Tym razem nie mógł się już powstrzymać; poczuł, 

że wraca mu nadzieja. Nie dotyczyło to tylko jego. Uchwyt Ssi-ruuków, trzymających jeńców, 

zelżał nagle. Przebiegł go dreszcz podniecenia, kiedy się zorientował, co się dzieje. 

Statki-roboty  P'w'ecków,  które  towarzyszyły  bakurańskim  myśliwcom  w  „gwardii  honoro-

wej", powoli przekierowywały swoje promienie ściągające. Po dostarczeniu nieuszkodzonych 

eskadr pod tarcze wroga uwalniali je teraz  - stopniowo, tak aby Ssi-ruukowie tego nie zauwa-

żyli. P'w'eckowie buntowali się przeciwko swoim panom i dręczycielom tym razem naprawdę - 

wykorzystując siłę ognia Bakury jako broń! 

Jag kliknął trzy razy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Schwytani piloci Bliźniaczych Słońc od-

powiedzieli  natychmiast. W komunikatorach  rozlegał  się  coraz  głośniejszy  szum,  w  miarę  jak 

pozostali zauważali zmianę i zastanawiali się, co się dzieje. Nie miał dużo czasu, musiał dzia-

łać szybko, zanim Ssi-ruukowie się zorientują. 

Promienie ściągające znów osłabły. Kliknął wtedy dwa razy, po czym znów dwa razy. Był 

to kod eskadry oznaczający „atak". Reakcja była natychmiastowa. Jag i piloci pchnęli statki z 

pozycji  stojącej  do  pełnej  prędkości  niemal  w tej  samej  chwili. Wyrywając  się z  coraz  słab-

szych  więzów,  wylecieli  z  formacji  i  zawrócili,  aby  zaatakować  nieprzygotowanych  Ssi-

ruuków.  Ku  zdumieniu  wszystkich,  myśliwce  V'sett  zostały  skutecznie  schwytane  w  pro-

mienie ściągające robotów, co znacznie zmniejszyło ich zwrotność. W ciągu kilku sekund by-

ło po wszystkim. Ssi-ruukowie zostali zniszczeni, a promienie ściągające utrzymujące pozo-

stałych więźniów odpadły całkowicie. 

Formacja natychmiast rozpadła się w luźny szyk. Powróciła łączność. Jag otworzył kanał na 

wszystkich częstotliwościach w nadziei, że zdąży przywrócić porządek, zanim blokada wróci. 

280

background image

- Spokojnie, ludzie! - rozkazał. - Utrzymać pierwotną formacją! Nie strzelać do robotów! 

Powtarzam, nie strzelać do robotów. Są pilotowane przez P'w'ecków, pamiętajcie o tym... i są 

po naszej stronie. To one nas tu sprowadziły. 

- A dlaczego tu ma być tak dobrze? - zapytał jeden z bakurańskich pilotów. 

- Bo tutaj mamy cel - spokojnie odparł Jag, obracając Szponostatek w kierunku statku obcych. 

- Jesteśmy wewnątrz tarcz, a ich eskadry na zewnątrz. Nie mogą wezwać posiłków, nie otwie-

rając się na atak „Selonii". Albo „Wartowni". - Zaśmiał się na samą myśl, jaka czeka go bi-

twa. Teraz, kiedy to zobaczył, wszystko wydało mu się nagle takie oczywiste. - Dali nam 

szansę, chłopaki, nie zmarnujmy jej!  

Dramatyczne, potrójne nawrócenie P'w'ecków - z wroga w sprzymierzeńca, potem znów we 

wroga i znów w sprzymierzeńca - sprawiło, że bakurańscy piloci byli słusznie zdezorientowani, 

ale usłuchali rozkazu Jaga i pozostawili ich w spokoju. Znowu sformowali się w klucze po trzy i 

pięć statków, po czym przemieścili się w kierunku wewnętrznej części tarcz, aby zaatakować 

krążownik. Jag zebrał niedobitki Bliźniaczych Słońc wokół siebie i zrobił to samo. Doki statku 

nie były całkiem puste i na spotkanie wyleciał im z tuzin statków V'sett. Sześć robomyśliwców 

zaatakowało je od tyłu. Akcja obronna Ssi-ruuków została rozbita doszczętnie. 

-  Do generatorów promieni ściągających - polecił Jag rojącym się wokół niego pilotom, szu-

kającym celu. - Potem krótkie loty koszące przez projektory deflektorów. Postarajcie się zmi-

nimalizować szkody strukturalne. Mamy tam przyjaciół i wolałbym raczej nie stracić ani 

jednego z was z rąk sprzymierzeńców. 

I znów był w akcji, szukając celów i wystrzeliwując smugi promieni laserowych tak szybko, 

jak to tylko było możliwe. Kilkakrotnie przeleciał  nad  działkami  jonowymi,  które  okalały  talię 

statku, i udało mu się zniszczyć trzy. Pozostali z eskadry zajęli się resztą. 

Reakcja  krążownika  była  leniwa.  Złożył  to  na  karb  P'w'ecków,  którzy  walczyli  o  swoje  za-

równo wewnątrz statku, jak i na zewnątrz. Ale nie był tak głupi, aby sądzić, że ich szczęście bę-

dzie trwać wiecznie. Statek długości siedmiuset pięćdziesięciu metrów jest imponującym prze-

ciwnikiem nawet dla setki myśliwców. 

A jednak, myślał, każda szkoda, jaką zdołają wyrządzić krążownikowi, jest ważna i potrzeb-

na. Im więcej zdziałają tutaj, tym mniej pracy będzie miała później Jaina... 

281

background image

Informacja o wyrwaniu się myśliwców Sojuszu Galaktycznego z niewoli przyszła z „Selonii" w 

ciągu  kilku  chwil  od  przywrócenia  łączności.  Jaina  nie  miała  jednak  czasu  zainteresować  się 

szczegółami. Jej uwagę przyciągnął nagły ruch. Myślała początkowo, że to jeden z jeńców Ssi-

ruuvi próbuje się uwolnić, i okręciła się na pięcie, jednocześnie włączając miecz świetlny, ale 

zamiast uciekiniera ujrzała plecy byłego premiera oddalającego się korytarzem. Vyram leżał na 

plecach, rozcierając prawe przedramię. 

- Przepraszam - bąknął, dźwigając się na nogi. - On zwiał tak szybko! 

Jaina nie czekała, natychmiast rzuciła się w pogoń za Cundertolem. Nie mogła pozwolić mu 

uciec. Jeśli dobierze się do komunikatora, może wszystko ujawnić i Jag zostanie uwięziony na-

prawdę. Podążała za szybkim klapaniem jego stóp po zakurzonych korytarzach; usłyszała, jak 

zatacza pętlę i rusza w stronę otworu, który bomba Harrisa wyrwała w płycie stadionu. 

Wkrótce zrozumiała, o co chodziło Vyramowi, kiedy mówił, że Cundertol jest szybki. Tempo 

premiera robiło wrażenie. 

Odgłos  jego kroków skręcił w bok, w nowym  kierunku. Dwa zakręty i  pięćdziesiąt  metrów 

dalej zrozumiała, dlaczego. Korytarzem w jej kierunku, blokując wyjście na stadion, szła grupa 

P'w'ecków,  którzy  właśnie  pozbyli  się  swoich  panów.  Cundertol  nie  miał  ochoty  na  nich 

wpaść, więc skręcił do innego tunelu, prawdopodobnie kierując się do wyjścia, które Malinza i 

inni już wcześniej sprawdzali. Jaina nie wahała się; sama także skręciła w ten tunel. Przestra-

szyła po drodze grupę P'w'ecków, ale nie miała czasu się im tłumaczyć. 

Słyszała, jak Cundertol biegnie w dół po schodach dwa piętra niżej. Jego kroki były ciężkie, i 

co dziwniejsze, bardzo mocne. Źródło jego siły i wytrzymałości martwiło ją trochę. Nawet ona, 

pomimo Mocy, która wspomagała jej siły, zaczynała czuć zmęczenie. 

Gdzieś daleko przed nią trzasnęły drzwi. Wiedziała, że Cundertol  opuścił klatkę schodową 

na piątym poziomie podpiwniczenia. Zmusiła się, aby biec szybciej i z całej siły rzuciła się na 

drzwi, kiedy do nich dobiegła. Rozsunęła je pchnięciem przez Moc i odtoczyła się na bok. Kie-

dy wstała i przyjęła postawę obronną, miała akurat dość czasu, żeby zauważyć Cundertola w dru-

gim końcu korytarza. Coś świsnęło jej koło ucha. Odchyliła głowę, a mała strzałka odbiła się od 

przeciwnej ściany, pozostawiając głęboką wyrwę. Początkowo sądziła, że premier  korzysta z 

procy, ale widziała, że ręce ma puste. Nie miała jednak czasu na zastanawianie się nad tym, bo 

koło  twarzy  świsnęła,  jej  kolejna  strzałka,  tak  blisko,  że  prawie  czuła  jej  muśnięcie  na  wło-

sach. 

282

background image

To on je wyrzuca! - pomyślała z niedowierzaniem. 

Jego siła prawdopodobnie przewyższała celność, ale Jaina nie miała zamiaru czekać, aż na-

bierze wprawy. Posłała mu pchnięcie Mocy  tak potężne, że każdego człowieka zwaliłoby z 

nóg. Cundertol jednak tylko stracił równowagę i zatoczył się w tył. Niewiele, ale wystarczyło. 

Zanim się pozbierał, rzuciła się ku niemu przez otwartą przestrzeń. 

Nie miał chyba zamiaru czekać na walkę. Uciekł przez kolejne drzwi z zastanawiającą szybko-

ścią. Poszła za nim, ale tym razem znacznie ostrożniej. Dokąd on szedł? Skąd brał tyle siły i 

szybkości?  Cokolwiek  się  działo,  czuła,  że  nie  zdoła  go  dogonić,  używając  samej  tylko  siły 

mięśni. Musi spróbować czegoś innego. 

Kroki premiera ucichły w kolejnym korytarzu i nagle przystanęły. 

Jaina  zawahała  się  na  rogu  i  ostrożnie  wyjrzała.  Ciemny  korytarz  wydawał  się  pusty,  ale 

wiedziała, że on tam gdzieś jest. 

- Musisz wiedzieć, że nie uda ci się tak łatwo uciec, Cundertol - zawołała w nadziei, że jeśli 

odpowie, będzie znała przynajmniej w przybliżeniu jego pozycję. 

- Coś takiego! - odpowiedział. Jego głos był stłumiony nie tylko przez odległość. - I to ty 

mnie masz zatrzymać, dziewczynko? 

- Taki mam zamiar, istotnie. - Zmarszczyła brwi. Jakoś nie była w stanie go zlokalizować. 

- Obawiam się, że najbardziej ambitne zamiary czasem spełzają na niczym - powiedział, 

spadając za jej plecami. - Nawet wtedy, kiedy stawką jest przetrwanie. 

Okręciła się na pięcie, żeby go zaatakować, ale odrzucił ją na bok, jakby była szmacianą lal-

ką. Był znacznie szybszy i mocniejszy niż normalny człowiek. Jaina odepchnęła się od ściany i 

rzuciła ku niemu, celując w  głowę,  a drugą ręką błyskawicznie uruchamiając miecz.  Uchylił 

się przed ciosem, zanim ostrze doszło, i uderzył ją pięścią, aż poleciała na pięć metrów w po-

wietrze, a jej miecz zatoczył świetlisty łuk w powietrzu. Udało jej się nie wypuścić go z ręki. 

Cundertol nie tracił czasu na rozmowy. Jego wykrzywiona twarz świadczyła o tym, że ob-

chodzi go wyłącznie jedna rzecz  - ucieczka. Dopóki będzie stała pomiędzy nim a tym celem, 

dopóty  będzie  próbował  ją  wyeliminować.  Skoczyła  na  nogi,  zanim  zdążył  ją  dopaść,  i  od-

straszyła go końcem miecza. 

Zrobił zwód w lewo, ale zaatakował z prawej, przewijając się pod ostrzem. Uderzył ją pięścią 

w pierś tak mocno, że poczuła się, jakby trafiło ją ostrze piki ogłuszającej. Znów poleciała łu-

kiem i wylądowała na siedzeniu z bolesnym jękiem. Tym razem nie utrzymała miecza 

283

background image

i broń potoczyła się po podłodze. Zanim zdążyła na powrót uchwycić go Mocą, Cundertol pod-

szedł, żeby ją dobić. 

- Dobrze walczyłaś - rzekł, pochylając się nad nią groźnie. 

- To jeszcze nie koniec - mruknęła, Mocą ściągając ku sobie miecz świetlny. Broń przecięła 

powietrze z sykiem i świstem. Słysząc go, Cundertol odtoczył się na bok, ale skwiercząca 

klinga zdążyła go zahaczyć. Odskoczył z rykiem, chwytając się za zranione ramię. Jaina sko-

rzystała z okazji, aby wstać, choć z wielkim trudem. Nogi miała miękkie, a świat chwiał się 

jak szalony. Zdołała jednak utrzymać się w pozycji stojącej, znów kierując myśli w stronę 

miecza świetlnego. Tym razem przyleciał wprost do jej ręki. 

Cundertol jednak zdążył już wziąć nogi za pas. Widziała go na końcu korytarza, jak obejmuje 

zranione ramię, a potem skręca za róg i znika z jej pola widzenia. Miała zamiar znowu za nim 

pognać, kiedy za jej plecami rozległ się odgłos kroków. 

- Jaina! - Matka już była przy niej i obejmowała ją ramieniem. - Wszystko w porządku? 

Skinęła głową. 

- Cundertol - wykrztusiła, machając ręką w kierunku, gdzie widziała go po raz ostatni. - 

Tam pobiegł! 

- Nie martw się, dziecko. Zajmiemy się nim. - Ojciec poprowadził mieszaną grupę ludzi i 

P'w'ecków w ślad za premierem. 

- Uważaj! - zawołała za nim, gdy matka zmusiłają do położenia się na podłodze, gdzie świat 

litościwie przybrał pozycję poziomą. Pozostawała tak przez dłuższą chwilę, skulona, walcząc z 

mdłościami. Cundertol uderzył ją mocniej, niż sądziła. 

- Nic ci nie będzie - zapewniła matka. - Wszystko będzie dobrze. 

Jaina  wiedziała,  że  nie  będzie  dobrze.  Miała  zamęt  w  głowie,  strzępy  myśli  kołowały,  jak 

oszalałe. Coś w walce z Cundertolem jej nie pasowało. Ale co? Zraniła go, tyle widziała. Zra-

niła go w ramię... 

Wtedy to zobaczyła. Leżało w mroku o kilka metrów od niej. Wysunęła się z objęć matki i 

podeszła, wlepiając oczy w przedmiot z mieszaniną satysfakcji i zdumienia. 

- Co to jest? - zapytała matka zza jej pleców. 

-  Jego ramię - odparła Jaina, wpatrując się w odciętą kończynę. A więc nie tylko zraniła go 

w ramię, ale nawet ucięła je poniżej łokcia! - Przynajmniej dolna część. 

Kończyna jednak wyglądała dziwnie. Poza niewielkim przypieczeniem i odrobiną osocza wo-

kół kikuta nigdzie nie było ani śladu krwi.  

284

background image

Miecz świetlny czasem przyżega naczynia krwionośne w ranie i likwiduje krwawienie, to praw-

da, ale to nie sama krew obudziła jej podejrzenia, lecz jej zapach. 

Śmierdziała przypieczoną syntskórą. 

- Już dobrze, Jaino - mówiła matka, siadając obok. - Już po wszystkim, zaraz go dopadną, 

zwłaszcza że jest ranny. 

Słowa matki nie docierały do niej. Dopiero teraz z zażenowaniem odkryła, z kim przyszło jej 

walczyć. Cundertol był robotem! 

- Nie, nie złapią go - odparła, tępo spoglądając na sztuczne ramię. - Nawet ranny, ucieknie. 

Zanim zdążyła wyjaśnić, z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł ją melodyjny zaśpiew. 

Przepraszam panienką wtrącił C-3PO. - Ale Lwothin twierdzi, że „Errinung'ka" poddał 

się P'w'eckom. „Firrinree" wkrótce pójdzie w jego ślady. 

To powinno wam wynagrodzić stratę „Wartownika", pomyślała Jaina. 

- A co z Jagiem? - zapytała. - Są jakieś wieści? 

- Tak - odparła matka, kiwając głową. - Właśnie teraz prowadzi atak na „Firrinree". 

Może  Leia  miała  rację,  ale  Jaina  wątpiła,  czy  potrafi  się  pozbierać,  dopóki  nie  będzie  wie-

działa na pewno, że Jag jest w pobliżu i obojgu nie grozi już żaden transfer...

background image

EPILOG 

Jacen  z  niedowierzaniem  patrzył  na  wyniki.  Wyczuwał  połączoną  uwagę  wszystkich  osób 

obecnych w pomieszczeniu, gdy dane z wyszukiwania według algorytmu Wyn w rejestrach bi-

bliotecznych  przewijały  się  przez  holonotatnik.  Wymieniony  tu  został  każdy  system,  który  w 

ciągu  ostatnich  sześćdziesięciu  lat  zyskał  nową  planetę.  Saba  i  Danni  sprawdziły większość z 

nich w plikach CEDF; okazało się, że to albo normalne dodatkowe planety, albo przelotne spo-

tkania z żywą planetą. W sumie zebrano piętnaście takich przypadków i jeszcze czterdzieści spo-

tkań. Niestety, ku wielkiej frustracji poszukiwaczy, każde z nich można było wyeliminować. 

Jacen pokręcił głową z rozpaczą. 

- Nie ma jej. 

- Ależ musi tu być - zaprotestowała Mara. - Nie mogła polecieć nigdzie indziej! 

- Chyba że chowa się w innej części galaktyki - zmęczonym głosem odparł Luke. 

- Ale gdyby tak było, wiedzielibyśmy o tym - zauważyła Mara. 

- Może nie szukaliśmy dość dokładnie. Może to jeden z mniejszych, zacofanych światków, na 

przykład gromada Minos. 

- A może w ogóle opuściła galaktykę. - W głosie Danni było zmęczenie. - Albo umarła. 

- Nie - zaprotestował Jacen. - Nie umarła. Mamy hologramy z dwóch systemów, które odwie-

dzała. - Z trudem ukrywał drżące w głosie 

287

background image

zdenerwowanie.  - I galaktyki też nie mogła opuścić... jeśli nie wie  o nadprzestrzeni czegoś, 

czego my nie wiemy. 

- A może znalazła sposób, aby istnieć bez słońca - podsunął Luke. 

Jacen pokręcił głową. 

- Żadna z tych możliwości mi nie odpowiada. 

- No to co robimy? - zapytał Fel konkretnie i rozsądnie. - Jeśli szukaliście bezskutecznie, jeśli 

wyeliminowaliście wszystkie inne możliwości, co wam zostaje? Może Zonama Sekot naprawdę 

jest tylko legendą. 

- Nie - stanowczo odparł Jacen. - Nie, nie wierzę w to. Vergere by mnie nie okłamała. 

- Możesz być tego absolutnie pewien? 

- Tak. - Jacen z uporem i determinacją spojrzał w zdrowe oko asystenta syndyka - Tak, mogę. 

Zonama Sekot jest prawdziwa. Musimy tylko ją znaleźć. - Zwrócił się znów w stronę holo-

gramu. - Jakoś... 

- No cóż... Rody mogą wam pomóc, jeśli zamierzacie dalej szukać w przestrzeni Chissów - 

rzekł Fel. 

Jacen miał już dość. Poczuł, jak dłoń wuja muska jego ramienię w geście pocieszenia. Saba 

i Mara dotknęły go umysłami, żeby ofiarować mu pomoc. Był im za to wdzięczny, ale nie mógł 

uciszyć wątpliwości, które wyraził Soontir Fel. A jeśli Vergere rzeczywiście go okłamała? Jeśli 

Zonama Sekot była tylko snem? 

Z dala, z odległości prawie ćwierci obwodu galaktyki, wyczuł, jak Jaina poddaje się zmęcze-

niu  po  skończonym  zadaniu.  Czasem  miewał  przebłyski  kontaktu  z  bliźniaczką,  nawet  jeśli 

znajdowała się tak daleko. Było mu z tym dobrze. Żałował, że nie może pójść w jej ślady. Od 

przybycia  na  Csillę  prawie  nie  zmrużył  oka,  a  w  tej  chwili  był  tak  skonany, że nie umiał już 

normalnie  myśleć.  Czuł  się  słaby,  pusty  i  wrażliwy.  Gdyby  Moc  nie  trzymała  go  w  ryzach,  z 

pewnością już wiele godzin temu zasnąłby na stojąco. 

Pomimo  jednak  wsparcia  Mocy  wiedział,  że  musi  kiedyś  odpocząć.  Tępo  wpatrywał  się  w 

dane - po raz tysięczny zresztą - ale one nie chciały udzielić mu żadnej odpowiedzi. 

-  Trudno, dobrze to czy źle - rzekł, wstając - obawiam się, że na razie musicie sobie beze 

mnie poradzić. Muszę odpocząć. 

Bez dalszych wyjaśnień wyminął ciotkę i zagłębił się w korytarze biblioteki, ignorując na-

wet zatroskane spojrzenie komandor Irolii. 

Danni odnalazła go po półtorej godzinie. Wcisnął się w kącik na  najwyższym poziomie bi-

blioteki. Spokojne, mało wyszukane miejsce. Doskonałe na oczyszczenie umysłu. 

288

background image

- Hej! - Usiadła obok niego i oparła się o ścianę. Siedzieli tak obok siebie w milczeniu, lekko 

stykając się nogami. Czuł, że powinien coś powiedzieć, ale nie umiał wyrazić tego, co czuje. 

- Wiesz... - zaczęła po długim milczeniu, które ledwie zauważył. - Przyszło mi coś do głowy. 

Obejrzał się na nią. 

- Na temat Zonamy Sekot? 

Skinęła głową. 

-  A jeśli się rozpadła? Naprężenia przy skokach musiały zrobić swoje. Światy są dość deli-

katne. Wystarczy jeden nieprzemyślany ruch i planeta pęka. Pasa asteroid nie szukaliśmy. 

Jacen zgodził się z jej sugestią uprzejmym skinieniem głowy, ale  właściwie w to nie uwie-

rzył. Nie mógł sobie na to pozwolić. Zonama  Sekot na pewno tam była, musiała być! W tych 

danych musi się czaić coś, co przeoczył... albo czego jeszcze nie szukał. 

- Gniewasz się na mnie? - z wahaniem zapytała Danni. 

- Co? - Pytanie wytrąciło go z zadumy. - Gniewać się? Dlaczego miałbym się gniewać? 

Wzruszyła ramionami. 

- Wydaje się, że nie chcesz ze mną rozmawiać, to wszystko. 

- Nie, nie gniewam się, Danni. Jestem tylko zmęczony. Nie spałem. Przyszedłem tutaj, żeby 

sobie przemyśleć różne rzeczy. 

- Różne rzeczy? - zapytała. - Rzeczy takie jak Zonama Sekot? 

Skinął głową z uśmiechem. 

- Tak, dokładnie takie jak Zonama Sekot. 

- Ja też myślałam o różnych rzeczach - mruknęła. - Na przykład o nas. 

- Naprawdę? 

Skinęła głową, na chwilę przenosząc spojrzenie na ogromne przestrzenie pełne książek, jakie 

się przed nimi rozpościerały. Szukała słów, które najlepiej oddadzą jej myśli. 

- Wiesz, to dziwne. Potrafię rozgryźć biologiczne sekrety Yuuzhan Vongów, potrafię określić 

prawdopodobieństwo, z jakim system słoneczny przechwyci nową planetę, ale czasem nie po-

trafię się domyślić, co dzieje się w twojej głowie, Jacenie Solo. 

Ujął ją za rękę. -Danni, wiesz... 

- Nie, pozwól mi skończyć. Znamy się już od kilku lat... od rozpoczęcia wojny, kiedy ura-

towałeś mnie z Helska Cztery. Ale dopiero wtedy, na rafie Mester, zobaczyłam cię takiego, 

jaki jesteś. Nie jeden 

289

background image

z Solo, nie rycerz Jedi ani brat Jainy... po prostu ty. I spodobało mi się to, co zobaczyłam. 

Jacen przypominał sobie ten dzień: różnorodność życia na rafie koralowej i wokół niej, zieleń 

oczu Danni i brąz jej skóry... obietnica jej uśmiechu... 

- Jesteś silny - ciągnęła. - Może cię to zaskoczy, jeśli powiem, że uważam cię za najsilniej-

szą osobę w całym Sojuszu Galaktycznym. Tylko ty masz odwagę kwestionować to, co inni 

uważają za wielki przywilej. Większość ludzi z chęcią przyjęłaby honor zostania rycerzem 

Jedi, ale nie ty. Ty patrzysz dalej niż honor i próbujesz zrozumieć, co to znaczy być Jedi. 

Takiej siły nie można się nauczyć, Jacenie. Gna przychodzi z wnętrza. A w dodatku jesteś 

miły - dodała. - Nie, patrz na mnie - poleciła, kiedy się odwrócił, bo zaczął czuć się nie-

zręcznie. Musisz tego wysłuchać. Pośrodku wojny nieraz trudno pamiętać dobre rzeczy. Lu-

dzie są nagradzani za to, że są dobrymi pilotami, ale rzadko za to, że okazują łagodniejsze ce-

chy, takie jak dobroć i współczucie... albo tę lojalność, która raczej kwestionuje niż akceptuje. 

Twoja siostra dostaje wszystkie medale, a ty kryjesz się w cieniu. 

- Medale mnie nie interesują - zapewnił. - No i nie zazdroszczę Jainie, że je dostaje... 

- Wiem - weszła mu w słowo. - Nigdy nie będziesz nikomu zazdrościł sukcesu. To jeszcze 

jedna twoja siła. - Przerwała z uśmiechem. - Mam mówić dalej? 

Pokręcił głową, również z uśmiechem. 

- Chyba wiem, o czym mówisz. 

- Jacenie, nie mówię tego, aby cię wprawić w zakłopotanie albo skłonić, abyś mi się czymś 

podobnym zrewanżował. Nawet o tym nie myśl. Mówię to, dlatego że uważam, iż powinieneś 

to usłyszeć. 

- Dlaczego? 

- Ponieważ uznałeś, że twoim sukcesem może się stać tylko znalezienie Zonamy Sekot. Ro-

zumiem to, jak również rozumiem jej rolę w większym kontekście. Ale jest również inny, 

mniejszy kontekst... a tu widzę, że już odniosłeś sukces. Po latach mijania się jak wędrowne 

satelity, cieszę się, że wreszcie jestem przy tobie dość blisko, aby móc ci powiedzieć, że wy-

rosłeś na mężczyznę, którego z dumą mogę nazwać przyjacielem. - Wytrzymała jego spoj-

rzenie wzrokiem pełnym siły i powagi, pasującej do tych słów. 

Ucichła i lekkim uściśnięciem dłoni dała mu znak, że teraz jego kolej. Wiedział, że musi po-

wiedzieć coś w zamian, nieważne, czy czuje się z tym dobrze, czy nie. Rozumiał, że Danni mó-

wi o czymś więcej 

290

background image

niż przyjaźń, ale nie miał pojęcia, jak zdefiniować własne uczucia. Doskonale pamiętał dzień, w 

którym ocalił ją z Helska Cztery. Wtedy wydawała mu się taka piękna, starsza i o wiele bardziej 

dojrzała  i  zupełnie  nieosiągalna.  Co  z  tego,  że  wyzwolił  ją  z  rąk  Yuuzhan,  kiedy  pod  koniec 

tamtego dnia on był chłopcem, a ona kobietą. Wciąż jeszcze czuł w sobie to wrażenie. Teraz 

był z nią i rozmawiał jak równy z równym, ale chłopiec w nim zachowywał dystans, nie wie-

rząc, że cokolwiek innego może być prawdą. 

„Jak wędrowne satelity..." 

Właśnie miał wyjaśnić Danni, co do niej czuje, kiedy wróciły do  niego te słowa. Dręczyły 

go, domagając się uwagi. Z jakiegoś powodu ta metafora go zaniepokoiła, ale nie z powodu zna-

czenia, które miała. Przypomniały mu się bezowocne poszukiwania, na jakie wysłała go Verge-

re... choć właściwie nie mógł zrozumieć, czemu tak proste słowa wywołały od razu tak gwał-

towną  reakcję.  Satelity?  O  ile  wiedział,  Zonama  Sekot  nie  miała  satelitów.  Nie  mogłaby  ich 

przy sobie utrzymać, wykonując te wszystkie skoki w nadprzestrzeń... Chyba że zdobyła jakie-

goś, kiedy...     

Nagle  rozwiązanie  uderzyło  go  jak  oślepiający  rozbłysk.  Było  tak  oczywiste,  że  właściwie 

powinien sam sobie wymierzyć kopniaka! 

Pochłonięty tym rozważaniem całkiem zapomniał o Danni i ich rozmowie. Obawiał się stra-

cić bodaj minutę, przegapić okazję. Zerwał się. 

- Jacen? - zdziwiła się Danni, kiedy jej dłoń nagle wylądowała na kolanach. - Co... 

- Mam! - Okrzykowi towarzyszył śmiech. - Chodź, Danni, pędzimy! 

Zbiegł po schodach, ciągnąc ją z powrotem na parter, do ogromnej sterty książek, które razem 

sortowali. Ledwie sobie uświadamiał, że Danni biegnie za nim, że prosi, by się zatrzymał i po-

wiedział,  co  się  właściwie  dzieje.  On  jednak  nie  miał  czasu;  będzie  musiała  wysłuchać  wyja-

śnień wraz z pozostałymi. 

Wszyscy podnieśli głowy, kiedy podbiegł do stołu. Danni zjawiła się zaledwie w kilka chwil 

po nim, a jej zmieszana mina niewiele różniła się od wyrazu twarzy pozostałych. 

- Musimy zrobić jeszcze jedno wyszukiwanie - rzekł zdyszany, podchodząc do Wyn. 

Jej wuj odezwał się pierwszy. 

- Jeszcze jedno wyszukiwanie? Ależ Jacenie, przeszukaliśmy już wszystkie możliwe planety 

w... 

291

background image

- Nie planety - przerwał Jacen. - Księżyce. 

Luke zmarszczył brwi. 

-  A dlaczego mielibyśmy to robić? - zapytał. 

- Pomyślcie tylko - ciągnął Jacen bez tchu. - Gdyby Zonama Sekot weszła w system wokół 

giganta gazowego, nie pojawiłaby się jako świat, prawda? Zostałaby zarejestrowana jako sa-

telita, dokładnie tak, jak Yavin Cztery. Nadający się do zamieszkania świat w zamieszkanej 

strefie, ale na liście umieszczony jako księżyc. Nie widzicie tego? Musieliśmy ją przeo-

czyć! 

- Ależ Jacenie - wtrąciła Danni zza jego pleców. - Pływy przy takiej konfiguracji byłyby 

niewiarygodnie wielkie... 

Machnięciem ręki zbył jej protest. 

- Jestem pewien, że Zonama Sekot znalazła jakieś wyjście. Tak samo, jak zawsze umiała znaleźć 

drogę ucieczki, kiedy jej potrzebowała. Jest pomysłowa i zdeterminowana. - Spojrzał na wuja, 

chcąc, aby przynajmniej mistrz Jedi mu uwierzył. - Wiem, że mam rację. Musimy zrobić 

to wyszukiwanie. 

Wuj zastanawiał się przez chwilę, po czym spojrzał na Wyn. 

- Czy to zajmie dużo czasu? - zapytał. 

Dziewczyna wydawała się speszona, że skupia na sobie uwagę wszystkich 

- To zależy od tego, ile może być takich możliwych celów - odparła. 

- Pewnie nie będzie ich dużo - zastanowiła się Danni. – Przejęcie planety przez system jest 

rzadkim wydarzeniem, ale przejęcie przez gazowego giganta księżyca o wielkości świata 

spoza układu to wyjątkowo rzadki przypadek. Byłabym zdumiona, gdybym znalazła bodaj je-

den taki w ciągu ostatnich stu lat. Prawdopodobieństwo takiego wydarzenia w systemie za-

mieszkanym jest minimalne. 

- Czy zatem Jacen może mieć rację? - zapytała Mara. 

Danni z uwagą przyjrzała się Jacenowi, po czym z uśmiechem wzruszyła ramionami. 

-  Chyba jest tylko jedna możliwość, żeby się przekonać.,. 

Jacen przesłał w jej stronę falę ciepła i wdzięczności. 

Grymas  wściekłości  na  twarzy  Shimrry  był  najbardziej  satysfakcjonującym  widokiem,  jaki 

kiedykolwiek oglądał Nom Anor. Nawet z odległości i widziany poprzez villipa ukrytego w sza-

cie Ngaaluh przejął go dreszczem aż po głębię czarnego serca. 

-  Opowiedz mi to jeszcze raz - rozkazał Shimrra ze szczególnym, zbyt starannie kontrolo-

wanym spokojem, który zwykle stanowił zapowiedź 

292

background image

eksplozji gniewu. - Mów, jak twoja niekompetencja doprowadziła do ucieczki zbiegów. 

-  Tak, o Straszliwy! - Komandor Hreven Karsh powtórzył prawie słowo w słowo swoje wy-

jaśnienie, jak to jego wojownicy pozwolili wyśliznąć się przez palce stosunkowo niegroźnej i 

raczej bezradnej grupie Jedi i imperialnych w Nieznanych Regionach. Nom Anor dość późno 

zaczął słuchać, ale wydawało się, że ta grupa pod wodzą Skywalkerów stała się powodem klęski 

operacji, która miała usunąć z mapy wszechświata izolowany, ale bardzo wojowniczy naród 

znany jako Ruiny Imperium. Stamtąd przenieśli się w Nieznane Regiony. Karsh, wysłany przez 

dowódcę ataku na Ruiny Imperium, śledził misję z pewnej odległości, ale zgubił ich na skraju 

przestrzeni Chissów. Obecne położenie Skywalkerów pozostawało nieznane, ku wielkiemu 

zakłopotaniu i smutkowi Karsha. 

Hreven  Karsh  był  niedoświadczonym  dowódcą.  Jego  krewny,  Komm  Karsh,  zginął,  usiłując 

uzyskać informacje z bluźnierczych bibliotek  na Obroa-Skai, a on ambitnie i z radością zajął 

puste  miejsce.  Jego  rytualne  modyfikacje  -  skorupa  kraba  vonduun  wszczepiona  pod  skórę, 

zmuszona do rozrostu i nakładania się pod dziwnymi kątami, tak że skóra wyglądała jak najeżo-

ny kolcami, powyginany pancerz - zostały przeprowadzone w pośpiechu. Właściwie rany wciąż 

jeszcze się sączyły. Ale ból, jaki mu sprawiały, był niczym w porównaniu ze wstydem, jaki od-

czuwał, relacjonując swoją klęskę Najwyższemu Władcy, i z karą, która bez wątpienia nastąpi. 

- Obecnie przeczesujemy obrzeża imperium Chissów w poszukiwaniu uciekinierów... 

- Przeczesujecie? - przerwał Najwyższy Władca, groźnie wstając ze swojego kolczastego, 

czerwonego jak krew tronu z korala yorik. Jego pokryta bliznami i cięciami twarz wykrzywi-

ła się w ironicznym uśmiechu. Implanty mqaaq'it w oczodołach lśniły aż zanadto dobrze 

znanym błyskiem. - Powiedziałeś „przeczesujemy"? 

Na widok Najwyższego Władcy, zbliżającego się ostrożnymi, odmierzonymi krokami, Karsh 

niepewnie przełknął ślinę. 

-  Tak, o Wielki. - Słowa te zabrzmiały jak pokorna prośba o wybaczenie. 

- Kim ty jesteś, Karsh? Pokojówką niewiernej księżniczki? - warknął Shimrra, zbliżając twarz 

do twarzy komandora. 

- Panie, nie! Chciałem tylko powiedzieć... 

-  Jesteśmy Yuuzhan Vongami, Karsh. My nie przeczesujemy. My zabieramy. Galaktyka i 

wszystko inne należy do nas... światy Nieznanych 

293

background image

Regionów  także!  Przypomnij  Chissom  o  tym  drobnym  fakcie.  Jeśli  ukrywają  uciekinierów, 

których szukasz, nie pozwól, aby ich granice cię zatrzymały. Nie daj im też pielęgnować manii 

wielkości. Ustawisz ich na właściwym miejscu... i zrobisz to, biorąc wszystko, co słusznie do 

nas należy, a nie przeczesując delikatnie to, co Chissowie omyłkowo biorą za swoje. Czy wyra-

żam się jasno? 

- Tak, o Najwyższy! - Karsh zesztywniał, podjąwszy decyzję. - Zapewniam cię, że Jeedai 

zostaną odnalezieni. Przysięgam na imię mojej domeny. 

Z jego głosu zniknął lęk. Wydawało się, że odczuwa ulgę, iż audiencja u Shimrry dobiega koń-

ca. Jeśli  będzie miał  szczęście, może zdoła  wyjść z tego spotkania bez szwanku.  Nom  Anor, 

cieszący  się  luksusem  sporego  oddalenia  od  Shimrry,  był  mądrzejszy.  Wysyłając  Karsha  do 

Nieznanych Regionów, Shimrra skutecznie poświęcił go w gambicie, który przysporzy mu tyl-

ko jeszcze jednego wroga. 

- Doskonale, Karsh, doskonale. - Shimrra zawrócił na tron i jeszcze raz spojrzał na dowódcę. - 

A teraz podejdź i daj mi rękę. 

Karsh  posłuchał,  nerwowo  przebył  kilka  kroków  dzielące  go  od  Shimrry i  wyciągnął  jedną 

szponiastą, pokrytą bliznami dłoń. Najwyższy Władca spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się. 

- Nie - rzekł, otulając się czarno-szarą szatą. - Odetnij ją i dopiero mi daj. Zachowam ją jako 

gwarancję spełnienia twojej obietnicy. Jeśli jeszcze raz mnie zawiedziesz, poświęcę ciebie i 

wszystkich z twojej domeny bogom. Zrozumiałeś? 

Karsh w napięciu skinął głową, aż za dobrze rozumiejąc, co miał na myśli Shimrra. Wyjął z 

pochwy  u  boku  ostrą  jak  brzytwa  couffee,  podniósł  ją  jedną  ręką  i  z  pustką  w  oczach  gładko 

odciął  drugą.  Odcięta  kończyna  upadła  na  ziemię.  Rozległy  się  lekkie  kroki  i  zgarbiony,  znie-

kształcony błazen Shimrry podbiegł, aby ją podnieść, podczas gdy Karsh stał nieruchomo na 

baczność. 

Shimrra odczekał, aż żywa krew Karsha spłynie na ziemię, plamiąc jego buty. Wtedy skinął 

głową z aprobatą. 

- Możesz odejść. 

Karsh  szybko  ruszył  w  kierunku  wyjścia.  Widok  w  villipie  był  bardzo  wyraźny.  Wreszcie 

Nom Anor wiedział dokładnie, to co chciał -miał wgląd w wewnętrzne sanktuarium Shimrry, 

słyszał każde słowo i poznawał każdą myśl przywódcy Yuuzhan Vongów. 

Widać było, że Najwyższy Władca nie miewa się najlepiej. Brak  postępów od dnia opano-

wania Yuuzhan'tar wydawał się wpływać na wszystkie siły Yuuzhan. Tam, gdzie przedtem do-

stęp był łatwy, teraz 

294

background image

pojawił  się  opór,  szlaki  dostawcze  były  sabotowane,  kształtowanie  oblicza  nowego  świata 

uległo  zahamowaniu,  a  kapłani  nieustannie  ostrzegali  o  coraz  większych  postępach  herezji, 

która  rozprzestrzeniała  się  w  dolnych  szeregach.  Ta  ostatnia  sprawa  najbardziej  się  podobała 

Nomowi  Anorowi.  Jego  wysiłki  zaowocowały  przypływem  niezgody,  który  zarysowywał  już 

ściany pałacu Shimrry. 

Satysfakcja Noma Anora pogłębiła się jeszcze, kiedy rozmowa w pałacu Shimrry przeszła na 

inne tematy. Doskonale słyszał każde słowo. Okazało się przy tym, że atak na Ngaaluh to była 

najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić. Nie dość, że nie przeraził kapłanki, to jeszcze wzmocnił jej 

postanowienie, aby zbuntować się przeciwko Najwyższemu Władcy. 

- Jestem ci winna życie, mistrzu - wyszeptała Ngaaluh ze swojego legowiska na podłodze, 

kiedy już spotkali się w nowych okolicznościach. Była słaba i blada, ale stopniowo odzyskiwała 

siły. Antidotum, jakie podał jej Nom Anor, powoli zaczynało działać. - Naprawdę jesteś 

Yu'shaa, współczujący, a ja jestem twoją pokorną sługą. 

Nom Anor potrafił rozpoznać okazję, kiedy już się nadarzyła, i nie miał oporów przed jej wy-

korzystaniem, gdy mógł to uczynić na swoją korzyść. 

- Oddałem ci życie - rzekł do kapłanki. - Jak chcesz mi za to odpłacić? 

- Odpłacę ci moim życiem, o panie. 

- Zaryzykujesz je dla mnie? 

- Bez wahania, mój mistrzu. 

- A jeśli każę ci zaryzykować je dla Jedi? 

- Jeśli każesz mi to uczynić dla robaka ghazakl, zrobię to bez zastanowienia - odparła Ngaa-

luh. - Ale dla Jeedai poświęcę je chętnie, wierząc, że znowu stanę się częścią Mocy. 

Nom Anor doskonale pamiętał słowa Ngaaluh. Takie stwierdzenie nie mogło pochodzić z je-

go kazań, a więc musiała wymyślić je sama. A ciągu kilku następnych dni Nom Anor wyson-

dował źródła tej i  innych konkluzji, do jakich Ngaaluh doszła, zanim się zdecydowała na  po-

szukiwanie Proroka i ofiarowanie mu swoich usług. Okazało się, że Ngaaluh weszła w kontakt 

ze zdradziecką istotą Vergere, która zasiała ziarno zwątpienia w jej umyśle, podczas gdy prze-

bywała z sektą oszustów. Ngaaluh od tego czasu zwątpiła w ustalony panteon i starała się zna-

leźć  sposób,  aby  włączyć  Jedi  i  Moc  do  światopoglądu,  który  wpojono  jej  wraz  z  wychowa-

niem. Niektóre wnioski kapłanki zawierały fikcyjne proroctwa Noma Anora, na przykład to, że 

Moc jest echem 

295

background image

ducha Yun-Yuuzhan - ale inne były naprawdę jej autorstwa. Pomysł, że śmierć na nowo jedno-

czy Yuuzhan Vongów z duchem ich stwórcy, był w opinii. Noma Anora doskonałą inspiracją - 

dzięki  temu  mógł  zaoferować  Zhańbionym  powód,  dla  którego  chcieliby  ryzykować  życie  w 

jego służbie. 

Jako osoba doskonale obeznana z oszustwem i zdradą, Ngaaluh bez trudu wyśledziła Nowinę 

Proroka aż do źródła, i dzięki swojej szczerości znalazła się pomiędzy akolitami. Nom Anor nie 

był aż tak naiwny, aby sądzić służalczość kapłanki po pozorach. Wiedział, że Ngaaluh może być 

podwójną  agentką,  bezmyślnie  powtarzającą  słowa,  które  Nom  Anor  chciał  usłyszeć.  Jednak 

taka okazja, aby wysłać Ngaaluh  z powrotem do Shimrry, w dodatku wyposażoną w villipa-

nadajnik, była zbyt dobra, aby ją zmarnować. 

- .. .zaznaczył tendencję spadkową w dalekosiężnym programie destabilizacji - mówił pod-

władny. - Faza infiltracji została zakończona w wielu rywalizujących społecznościach, przy 

konfliktach eskalujących w otwarte wojny. Przynajmniej jednak w dwóch ważnych przy-

padkach niewierni wtrącili się i powstrzymali nasze prace. W obu tych przypadkach działania 

naszych agentów nie tylko zostały zniweczone, lecz wręcz wykorzystane do wzmocnienia 

niewiernych. Obawiam się, że to niweluje sukcesy odniesione na innych polach. 

- To był chyba program zainicjowany przez Noma Anora? - zapytał adiutant. - Jeśli tak... 

- Nie wymawiaj tego imienia w mojej obecności! - przerwał Shimrra ostro, zrywając się z 

miejsca. Po chwili uspokoił się nieco i dodał: - Dopóki nie będę miał przed sobą jego odcię-

tej głowy i nie włożę na grzbiet skóry zdrajcy, nie chcę słyszeć jego imienia. - Implanty 

mqaaq'it Najwyższego Władcy błyszczały jak małe słońca. - Musisz o tym pamiętać. Inaczej 

najpierw zechcę dostać twoją głowę. 

Adiutant cofnął się. 

- Tak, o Najpotężniejszy i Najwspanialszy. Chciałem tylko wskazać, że fakt, iż program ten 

został zapoczątkowany przez... pewnego byłego egzekutora, może w pewnym stopniu wyja-

śniać jego klęskę. Od początku miał wady, mój panie, może też z tej przyczyny należy go 

porzucić. 

- Nie - w zadumie odparł Shimrra, schodząc że stopni tronu. – To był dobry plan, kiedy zo-

stał wymyślony, i nadal jest dobry. Będziemy go na razie kontynuować. To bardzo skuteczne 

wykorzystanie zasobów w regionach z dala od głównego frontu. Wszelkie tymczasowe 

296

background image

sojusze, zawarte w wyniku niekompetencji naszych agentów, zostaną skorygowane, kiedy pad-

nie reszta galaktyki. 

Podwładny wycofał się do anonimowej grupy. Nom Anor powiedział sobie, że powinien się 

czuć usatysfakcjonowany, a nie zraniony. Shimrra, wypowiadając się pochlebnie o jego planie 

destabilizacji, obdarzył go najwyższą pochwałą, jaką zdarzyło mu się otrzymać od Najwyższe-

go  Władcy.  Miło  było  usłyszeć,  że  choć  odsunięty  od  łask,  wciąż  jeszcze  był  doceniany.  Nie 

spodobało mu się jednak określenie „pewien były egzekutor". Zirytowało go. 

- A co z heretykami? - zapytał Shimrra. 

Najwyższy Kapłan Jakan z szacunkiem wysunął się do przodu. 

- Nasi szpiedzy nie zdołali przedrzeć się do wewnętrznego kręgu - rzekł. - Nasz brak wiedzy 

na temat ich doktryny jest zbyt wielki, a ich lojalność zbyt silna. 

- Lojalność wobec kogo? 

- Ich przywódcy, Wielki Panie. To on jest autorem herezji. 

- A jakże on się nazywa, ten tak zwany przywódca? 

- Nazywają go Yu'shaa, Prorok. 

- Prorok? - Shimrra zaśmiał się krótko i groźnie. - A co on widzi, ten Prorok? Rzeczy, które 

się wydarzą? 

- Tak powiadają, o panie. 

- A czy zobaczył już swoją śmierć? Ciekawe... - Najwyższy kapłan nic na to nie odpowie-

dział. Shimrra zresztą nie spodziewał się odpowiedzi. Najwyższy Władca zacisnął sękatą 

pięść i podsunął ją kapłanowi pod nos. - Chcę, żebyście go zniszczyli. Słyszysz? Macie 

go znaleźć i zniszczyć. Chcę go zmiażdżyć razem z tymi wszystkimi, którzy wyznają jego 

herezję! 

- Nie będzie to łatwe - spokojnie oznajmiła Ngaaluh, ukrywając głos serca pod raportem z 

wywiadu. Twierdząc, że zebrała informacje dzięki pracy sekty, przekonała kapłana Harrara, 

aby zabrał ją do sali tronowej. - Wyznawcy Yu'shaa mnożą się z każdym dniem. Jego nowina 

rozprzestrzenia się bardzo szybko. Jego głos, za pośrednictwem wiernych, powoli narasta od 

szeptu do krzyku, który wkrótce usłyszymy również tutaj i który trudno będzie uciszyć. 

Shimrra spojrzał na nią. Jego twarz była maską lodowatej wściekłości. Sądząc ze stabilności 

oglądanego obrazu, Ngaaluh ani nie zadrżała, ani nie cofnęła się przed nadchodzącym Najwyż-

szym Władcą. 

- A cóż oni będą krzyczeć, kapłanko? - zapytał. Był teraz tak blisko niej, że poorana bliznami i 

cięciami twarz dawnego pana Noma Anora zdawała się wypełniać villipa. - Czego oni chcą? 

297

background image

Ngaaluh nie zawahała się. 

Chcą statusu, Najwyższy Władco. Chcą być zrehabilitowani. Chcą akceptacji. 

Ohydna twarz Shimrry skrzywiła się ze zdumienia. Akceptacja? Rehabilitacja? Nom Anor z 

trudem  powstrzymał  chichot.  Prawie  słyszał  myśli  Najwyższego  Władcy:  co  to  za  nonsens 

wymyślony przez niewiernych? 

Zdumienie opadło. Shimrra się odsunął. Nie był głupcem, nie pomylił się co do ostatecznego 

celu  herezji.  Koncepcja  rehabilitacji  Zhańbionych  uderzała  w  samo  serce  hierarchii  Yuuzhan 

Vongów. Podważała autorytet tych, którzy stali na szczycie tej hierarchii. Dawała głos tym, któ-

rzy zostali zmiażdżeni na dnie. 

Tego chwalebnego dnia, kiedy Nom Anor wejdzie do sali tronowej jako przywódca narasta-

jącego ruchu Zhańbionych, spojrzy Shimrrze w oczy i stanie przed nim jak równy przed rów-

nym. Dopiero wtedy Shimrra dowie się, jak ciężką poniósł klęskę i jak wielki triumf od niósł 

Nom Anor. 

Sam dowód, że „pewien były egzekutor" zdołał się ze swoich najniższych lochów wśliznąć do 

twierdzy Najwyższego Władcy, pokaże każdemu, że należy się z nim liczyć. Jego imię już nie 

będzie przeklęte. 

Onimi, ohydny błazen Najwyższego Władcy, zaintonował piskliwym, śpiewnym głosikiem: 

-  Wiedz, mój panie, że nie zdołają 

Szalonych snów zamienić w jawę. 

Shimrra spojrzał na poczwarę. 

- Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, niemożliwie, ale gdyby Zhańbieni mieli chwycić za 

broń... 

-  Liczebność sama nie dość będzie 

Ani ofiary składane wszędzie, 

Lecz w dzień i w noc będą cię strzegli .  

  Strażnicy twoi w zabójstwie biegli. 

Istotnie - powiedział Shimrra, rozglądając się wokoło ze zmarszczonymi brwiami. Jego 

myśli znów było widać jak na dłoni: oprócz mistrzów przemian, intendentów i kapłanów, któ-

rzy z coraz większym trudem utrzymywali w całości jego królestwo, zawiódł go Hreven 

Karsh, doskonały plan stworzony przez zbiega zaczynał się rozpadać, a kapłanka właśnie przy-

niosła mu wyrok śmierci. I to są ludzie, którzy mają go chronić! 

Nie, z pewnością dla Najwyższego Władcy Shimrry sprawy nie szły gładko. 

298

background image

- Istotnie - powtórzył Nom Anor z rosnącą radością. - Jeśli wyjdzie na moje, Shimrra, sprawy 

przyjmą dla ciebie jeszcze gorszy, tysiąckrotnie gorszy obrót! 

Leia weszła do bakurańskiego oddziału szpitalnego z uczuciem, że już tu kiedyś była. Prze-

szła  przez  tyle  oddziałów  medycznych,  że  wszystkie  wyglądały  dla  niej  tak  samo,  a  ten  nie 

stanowił  wyjątku.  Jednak  to  nie  on  był  źródłem  jej  deja  vu.  Prawdziwe  wrażenie  znajomości 

miejsca stwarzała pacjentka. 

Tahiri  leżała  nieprzytomna  na  jedynym  łożu  w  pomieszczeniu,  tak  samo  jak  na  Kałamarze. 

Jedyną różnicę stanowiły jej oczy. Tym razem były otwarte i nie widziały nic. Mogłoby się wy-

dawać,  że  odpoczywa  spokojnie,  gdyby  nie  rozpalone  blizny.  Znaki,  pozostawione  na  jej  czole 

przez  głównego  mistrza  przemian  Yuuzhan  Vongów  na  Yavinie  Cztery  wydawały  się  płonąć, 

jakby w odpowiedzi na jej rozstrój nerwowy.  Technicy medyczni Salis D'aar nie znaleźli spo-

sobu, aby złagodzić jej cierpienia wewnętrzne. Dziewczyna nie zaznaczała się też w Mocy, nie 

dając Leii żadnej możliwości interwencji. Mogła jedynie sobie wyobrażać, co dzieje się w cie-

le i umyśle młodej kobiety. 

Jaina i Jag podnieśli wzrok ze swojego miejsca przy łóżku. Jaina wciąż jeszcze powinna siedzieć 

w fotelu na repulsorach, który jej przynieśli technicy, ale w typowej dla siebie demonstracji nie-

zależności pozbyła się go w ciągu kilku chwil po wyjściu z łóżka. Jag nie odstępował jej ani na 

krok od chwili przebudzenia, choć przecież musiał  być równie zmęczony jak ona. Kiedy tylko 

znajdowali się obok siebie, ich dłonie splatały się mocno, jakby w strachu, aby znów się nie po-

gubić. 

Leia, widząc to, była szczęśliwa. Sama już wiele razy się tak czuła, więc rozumiała, o co cho-

dzi. Najbardziej jednak cieszyło ją to, że Jag powoli rezygnował z ukrywania czułości w miej-

scach  publicznych.  Odniosła  wrażenie,  że  dzięki  otarciu  się  o  transfer  zdał  sobie  sprawę  z 

ulotności czasu, którego nie warto było marnować na zastanawianie się, co ludzie pomyślą. 

- Co z nią? - zapytała Leia. 

- Bez zmian. - Jaina znów spojrzała na Tahiri. - Nie reaguje na nic, czego próbują medycy, a ja 

nie mogę się do niej przedrzeć. Może Mistrzyni Cilghal mogłaby coś zrobić, ale... - wzruszyła. 

ramionami bezradnie. - Tak jakby jej tu w ogóle nie było. 

Przez  dłuższą  chwilę  wpatrywali  się  w  ranną  dziewczynę.  Smutek  ich  myśli  wypełnił  całe 

pomieszczenie. Wreszcie Jaina z widocznym wysiłkiem podjęła próbę zmiany nastroju. Wstała, 

prostując ramiona. 

299

background image

- Czy ratyfikowano już nowy traktat? 

- Podpisany, opieczętowany - Leia z radością przyjęła zmianę tematu. Ruch Wyzwolenia 

P'w'ecków zawarł formalny sojusz z Bakurą. Lwothin i Panib złożyli swoje podpisy na pa-

pierach jakieś półgodziny temu. Uzgodnili, że za miesiąc przeprowadzą wybory, podzielą się 

sprzętem Ssi-ruuvi zdobytym w bitwie i przygotują program uwolnienia P'w'ecków, którzy 

zostali na planecie. Myślę, że kiedy sprawa się rozejdzie, zaczną zbierać uchodźców z całego 

imperium, a potem nastąpi kontratak. Mam nadzieję, że wtedy Bakura będzie już dość silna, 

żeby sobie poradzić. Przynajmniej wiedzą, co się szykuje, więc będą przygotowani. 

- A co z Keeramakiem? - zapytał Jag. 

- Ciało jest już w drodze do Lwhekk. Zamierzają zwrócić je Wielkiemu Shreeftutowi, co za-

pewne na jakiś czas uspokoi Konklawe Ssi-ruuvi, nawet jeśli Rada Starszych się wzburzy. 

Konflikt, jaki nastąpi, powinien ich na chwilę zająć. 

Leia wciąż nie mogła wyjść z podziwu nad stopniem skomplikowania i śmiałością planu Kee-

ramaka. Doszedł do władzy dziesięć lat po rozpadzie Imperium dzięki Nowej Republice i wy-

korzystał swój wyjątkowy status, aby przygotować rewanż, który omal się nie powiódł. Misty-

fikacja  powstania  P'w'ecków  nie  była  zbyt  trudna;  światy  Nowej  Republiki  łatwo  reagowały 

na  ideę  rebelii,  więc  dla  miejscowych  ta  historia  miała  cechy  prawdopodobieństwa.  Dręczący 

lęk, że P'w'ec-kowie mogą być równie źli jak ich dawni panowie, można było łatwo  uspokoić 

zapewnieniami  z  samego  szczytu  rządu  Bakury,  Keeramak  zaś  znalazł elegancki  sposób  roz-

wiązania problemu. 

- Technicy robotyki skończyli analizę ramienia Cundertola - powiedziała Leia. 

Twarz Jainy stężała. -I co? 

- Tak jak myślałaś. To był humanoidalny robot replikant. 

Jaina zadrżała. Jag objął ją ramieniem i lekko przytulił. 

- Wydawał się taki realny. 

Leia skinęła głową, rozumiejąc obrzydzenie córki. 

-  Specyfikacje jego dłoni i nadgarstka zgadzały się z danymi robotów produkowanych przez 

Ingoianina Simonelle ponad trzydzieści lat temu. Kości to stal polistopowa, mięśnie i inne 

organy wykonano z biowłókien, skóra zaś została wyprodukowana w zbiorniku do klo-

nowania. Wszystko inne to syntskóra. Pomijając fakt, że to odrażające, trzeba przyznać, że jest 

też dziełem sztuki. 

300

background image

- Nic dziwnego, że nie dał się zbadać na „Selonii" - mruknęła Jaina. 

- Nie sądziłem, że takie rzeczy są w ogóle możliwe - zwrócił się Jag do Leii. - Wywiad im-

perialny twierdził, że projekt „Sobowtór" się nie powiódł. 

- Bo tak było. Nigdy nie zdołaliśmy doprowadzić umysłów robotów do odpowiedniego po-

ziomu, choć Simonelle zrobił to poprzez modyfikację werbomózgu AA-1. Mogą być użyteczne 

w pewnych przypadkach, ale zazwyczaj są niezgrabne i mało przekonujące. 

- Ani jedno, ani drugie nie pasuje do Cundertola - stwierdziła Jaina i znacząco rozmasowała 

mostek, który widocznie wciąż jeszcze bolał po ciosie otrzymanym od premiera. 

- Ktoś na czarnym rynku musiał dokonać ogromnych postępów przez ostatnie dwadzieścia pięć 

lat. No a ktoś inny postanowił zapłacić za ten trud, Jaino. HRR-y kosztowały ponad dziesięć 

milionów kredytów. Nie mam pojęcia, ile mogłyby kosztować dzisiaj. 

- Jestem pewna, że się dowiemy, kiedy Vyram i Malinza skończą śledzić uciekające kredyty. 

- W ramach planu „rehabilitacji" para byłych buntowników została wynajęta przez rząd w ce-

lu zademonstrowania, że wcześniej podana informacja była prawdziwa. Wprawdzie zarzut 

porwania został uchylony, ale Wolność wciąż pozostawała organizacją podziemną, a niektóre 

komórki rządu tymczasowego domagały się, aby zaprzestała swojej nielegalnej działalności. 

Salkeli z kolei został postawiony przed sądem pod całą kolekcją zarzutów. Rodianin nie uj-

rzy światła dziennego przez długi, długi czas. 

-  Zaraz, niech to zrozumiem - zastanowił się Jag, marszcząc czoło. - Cundertol płaci komuś 

niewyobrażalną furę kredytów za zbudowanie własnej repliki? Zgadza się? 

Jaina skinęła głową. 

- Następnie wsiada na pokład „Wesołego Rycerzyka", aby odebrać robota od producenta, i 

dostarcza go gdzieś tutaj. Jeszcze nie wiemy, gdzie. Może do jakiejś opuszczonej bazy albo 

tymczasowej stacji. Nie ma to wielkiego znaczenia, byle miejsce było ukryte i odosobnione. 

- Potem finguje własne porwanie - ciągnęła Leia. - To ta najtrudniejsza część. Musi wyle-

cieć poza planetę i wrócić, nie wzbudzając podejrzeń. Nie może zabierać ochroniarzy i dorad-

ców. Przez cały okres trwania procesu musi być sam. 

- A ten proces to oczywiście transfer. - Jag aż pobladł na samą myśl. - Nie wierzę, że sam od-

dał się w ręce Ssi-ruuków, żeby mogli mu wyssać duszę...

background image

- No cóż, musiał być pewien, że nie wsadzą go w robomyśliwca i nie wyeksploatują. On 

był ich kluczem do Bakury. A gdy tylko dali mu to, co chciał, odwdzięczył się im. 

-  W gruncie rzeczy chyba zasługuje na podziw odezwała się Jaina. - Plan był naprawdę ge-

nialny. Za uczynienie Cundertola nieśmiertelnym mieli dostać cały świat. I prawie im się uda-

ło. 

- Ale czy udałoby się do końca? - zapytał Jag. - Myślałem, że transfer nie jest stały... że energia 

życiowa jego przedmiotu wyczerpuje się stopniowo. 

Jaina skinęła głową. 

- Lwothin wyjaśnił mi to podczas spotkania. Podobno poczynili znaczne postępy w techno-

logii transferu. To przynajmniej okazało się prawdą. 

- Był taki uczeń Jedi, nazywał się Nichos Mart - wyjaśniła Leia. - Z powodów medycznych 

poddano go takiemu samemu procesowi. Zginął z „Okiem Palpatine'a", więc nie wiemy, jak 

długo by żył. 

- Cundertol nie był takim niezgrabnym robotem jak Nichos. Wyglądał normalnie i... miał 

normalny zapach, inaczej nie zmyliłby Meewalha i Cakhmaina. Kiedy Ssi-ruukowie wsa-

dzili go w HRR-a i odesłali, musiał tylko uniknąć inwazji i zwiać. Później mógł rozwiązać 

pozostałe problemy i nikt by się o niczym nie dowiedział. 

Jag pokręcił głową. 

- Szkoda tylko załogi „Wesołego Rycerzyka". Cundertol poświęcił ich życie, żeby nie mogli 

zaprzeczyć jego opowiastce. 

- To cecha złego człowieka - powiedziała Leia, przypominając sobie poprzednią podróż na 

Bakurę i pierwsze spotkanie z duchem ojca. - Nie ma ceny zbyt wysokiej, aby zapewnić sobie 

przetrwanie. 

Jaina  spojrzała  na  Tahiri.  Dziewczyna  przez  całą  ich  rozmowę  nie  poruszyła  się  ani  razu. 

Oczy,  wlepione  w  sufit,  mrugały  od  czasu  do  czasu  z  regularnością  co  do  ułamka  sekundy. 

Tylko to oraz powolne wznoszenie się i opadanie klatki piersiowej świadczyło, że dziewczyna 

jeszcze żyje. 

-  Nie znaleziono jego ciała - powiedziała Jaina. Nie było to pytanie. 

- Nie - odpowiedziała mimo wszystko Leia. 

Wyczuwając  jakiś  ruch  w  drzwiach,  Leia  odsunęła  się  przekonana,  że  przybył  technik  me-

dyczny, aby zbadać Tahiri. Był to jednak Goure, Ryn, z którym Tahiri się zaprzyjaźniła. Towa-

rzyszył mu  bakurański  tubylec, Kurtzen, ubrany w piaskową, surową szatę bez rękawów, prze-

pasaną  szerokim  skórzanym  pasem.  Pas  zdobiły  liczne  kieszenie,  grzechoczące  przy  każdym 

ruchu. 

302

background image

- Przepraszam - rzekł zakłopotany Ryn. - Nie chciałem przeszkadzać. 

- Nie, nie... wejdź proszę. - Jaina opowiedziała Leii o nim tyle, ile sama dowiedziała się od 

Tahiri. Nie było tego wiele. - Han wkrótce się tu zjawi, wiem, że chciał z tobą porozmawiać. 

Goure zrobił zakłopotaną minę. 

- Tak? 

- Han ma przyjaciela, od którego już od jakiegoś czasu nie miał wieści. To Ryn imieniem 

Droma. 

- Droma? - Zastanawiał się przez chwilę nad tym imieniem - Przykro mi, ale to nie brzmi zna-

jomo. Jednak jeśli chcecie, mogę go poszukać. Istnieją spore szansę, że zna go któryś z moich 

kolegów. 

- Nie szkodzi - odparła Leia. - To nie ma znaczenia. Jestem pewna, że nic mu nie jest, gdzie-

kolwiek trafił. Han był po prostu ciekaw. - Goure okazał się miłym, spokojnym osobnikiem, 

budzącym autentyczną sympatię. - Ma ten sam talent, co mój małżonek. 

Szare czoło Goure'a zmarszczyło się od wysiłku myślowego. 

- To znaczy? 

- Talent do przetrwania, oczywiście. - Odpowiedziała uśmiechem na jego radosny uśmiech i 

odwróciła wzrok. Kurtzen stał cierpliwie z boku, a jego grzebieniasta głowa lśniła w ostrym 

świetle szpitalnym. 

- To jest Arrizza - przedstawił go Goure. - Poprosiłem go, żeby przyszedł. 

- Bardzo mi miło - powiedziała Leia, podeszła do Kurtzena i skłoniła lekko głowę na powita-

nie. - To moja córka, porucznik Jaina Solo, i pułkownik Jagged Fel. - Oboje się ukłonili, Ar-

rizza również. - Myślę, że przyszedłeś zobaczyć się z Tahiri, a nie z nami - dodała, kiedy 

prezentacja dobiegła końca. 

- Przyszliśmy jej pomóc, właśnie - wpadł jej w słowo Goure. – To dlatego że oni nie wiedzą, 

co jej jest. Szukają choroby fizycznej. Nie znajdą jej, bo Tahiri nie walczy z chorobą. Walczy 

z samą sobą. 

Jaina spojrzała na Leię, potem znów na Goure'a. 

- Opowiedziała ci o tym? 

- Widziałem dość, aby potwierdziło się to, co słyszałem wcześniej. Wszyscy w rodzinie Ry-

nów znają historię o Przemienionej Jedi. Wiemy, że Zhańbieni Yuuzhan Vongów opowiadają 

ją jako przypowieść o nadziei. Wiemy także, że nie jest oha mile widziana w niektórych 

kręgach Sojuszu Galaktycznego. Jeśli się rozejdzie, że Jedi została przekształcona przez mi-

strzów przemian Yuuzhan Vongów, że taka przemiana w ogóle jest możliwa, rosnące na razie 

wsparcie dla Jedi może dramatycznie spaść. 

303

background image

Nie było sensu zaprzeczać temu, co powiedział Goure. 

- To prawda - przyznała Leia. - Mezhan Kwaad próbowała zamienić Tahiri w Yuuzhankę, 

dając jej nową osobowość: wojowniczki Yuuzhan Vongów imieniem Riina. Mój syn Ana-

kin ocalił ją i zdołał zniszczyć uwarunkowanie. Sądziliśmy, że ta nowa osobowość została 

usunięta, ale zdaje się, że Tahiri po prostu to ukryła. 

- Nie „to" - rzekł Goure. - Ją. Riina Kwaad nie chce tkwić w ukryciu. Chce żyć, jak każda in-

teligentna istota. Dopóki się jej na to nie pozwoli, dopóty nie da się łatwo pokonać. 

- Czy to znaczy, że ona jest prawdziwa? - zapytał Jag. - Nie jest jedynie wytworem wyob-

raźni Tahiri? 

Ryn pokręcił głową. 

- W pewnym sensie Riina jest równie realna, jak sama Tahiri. Widzisz, Tahiri nie została po 

prostu poddana praniu mózgu, żeby zachowywać się jak Yuuzhanka. Mezhan Kwaad zapro-

jektowała Riinę tak, aby była samodzielną osobą, ze wszystkimi tego skutkami. Kiedy Tahiri 

wróciła, przyniosła ze sobą coś więcej niż tylko znajomość języka i zwyczajów Yuuzhan 

Vongów; przyniosła również zaczątki nowej osobowości, chcącej przejąć kontrolę nad jej 

ciałem. 

- Ale z Tahiri było już lepiej - zaprotestował Jag. - Było nawet całkiem dobrze. 

- Tylko do momentu śmierci Anakina - zauważyła Leia. - Od tam tej chwili jedynie walczy. 

- Ale ta Riina nie mogła tak po prostu znów się pojawić bez powodu - zaoponował Jag. - Coś 

musiało wywołać jej powrót. 

- Zgadzam się - odparł Goure. - Myślę, że wyzwoliła się teraz, kiedy Sojusz Galaktyczny 

zaczął osiągać pewne postępy w walce z Yuuzhanami. Nie zapominaj, że kiedy Riina 

przyszła na świat, jej lud triumfował. Mogła nawet zginąć, ale zginął też Coruscant, zginął 

senat. Jej osobista strata pozostawała w cieniu zwycięstw, jakimi cieszyli się jej współbracia. 

Ostatecznie chyba się nie spodziewała, że Yuuzhan Vongowie kiedykolwiek przegrają, tak 

jak to się może zdarzyć teraz. W obliczu klęski duch Yuuzhan walczy. Nieszczęściem dla Ta-

hiri, ma to miejsce raczej w jej wnętrzu niż na zewnątrz. 

- Jak się jej pozbyć? - zapytała Jaina ze łzami w oczach. Leia wiedziała, że Jaina wciąż czuje 

się odpowiedzialna za załamanie i za obrażenia Tahiri na Bakurze. Podejrzewała obecność 

Riiny już na Galantosie, ale nie wiedziała wtedy, co zrobić. 

-  Istnieje tylko jeden pewny sposób, żeby to zwalczyć  – rzekł Goure. 

304

background image

- To znaczy? - naciskała Jaina. 

Ryn spojrzał na nią uważnie spokojnym, chłodnym wzrokiem. 

- Oczywiście, zabić Tahiri. 

- Co? - Głos Jainy był pełen wściekłości. - Jak możesz tak żartować? 

- Zapewniam cię, że to nie żart. - Ogon Ryna zadrżał tłumioną energią. - Podstawowy błąd, 

jaki robią wszyscy w tym pokoju, polega na założeniu, że Riinę można wyciąć z Tahiri. Ale 

Riina to nie rodzaj guza. Jest taką samą częścią Tahiri jak ona sama. 

Jag pokręcił głową. 

- Nie rozumiem. 

Ryn spojrzał przepraszająco. 

- Ja też nie jestem całkowicie pewien, czy rozumiem - wyznał. - Podejrzewam jednak, że 

nasz gatunek ma większe zrozumienie dla wyrzutków i uciekinierów niż jakikolwiek inny, 

ponieważ sami spędziliśmy większość życia jako jedni lub drudzy albo i jedni, i drudzy. Od 

Yavina Cztery Tahiri była odsuwana przez wszystkich z powodu swoich doświadczeń i zna-

jomości wroga. Anakin ją akceptował, ale kiedy umarł, zostawił ją samą. Wiemy, że pośród 

Yuuzhan Vongów idea rodziny jest czymś niezmiernie ważnym, więc mogła podejmować 

próby związania się z wami, z rodziną Anakina. Ostatecznie jednak to nie wystarczyło, aby za-

pewnić jej stabilność. Nikt jej nie mógł dać tego, czego potrzebowała, z wyjątkiem jej samej. 

Ryn podszedł do Tahiri i położył dłoń na jej czole. Jeśli nawet zauważyła jego obecność, nie 

dała tego po sobie poznać. 

- Mistrzowie przemian wiedzą, co robią. Kiedy postanowili zrobić z Tahiri wojowniczkę 

Yuuzhan Vongów, zrobili dokładnie to, co zamierzali. 

- Ale nie pozbyli się Tahiri - zauważyła Leia. 

Goure kiwnął głową. 

- Dzięki Anakinowi mogła wrócić... aby się przekonać, że jej umysł jest zamieszkiwany teraz 

przez kogoś innego. I ten ktoś nie ma najmniejszego zamiaru, żeby się wynieść bez oporów. 

Z punktu widzenia Riiny, to Tahiri jest intruzem. Tahiri od ponownego przebudzenia Riiny 

tylko się jej opierała. Niestety, takiej bitwy nie można wygrać. Stanowi ona straszne obciąże-

nie dla jej organizmu. 

- Jeśli nie można jej wygrać - zastanowiła się Jaina - to co można zrobić? 

- To proste - odparł Ryn, odwracając się do niej. - Musimy nauczyć je żyć ze sobą. Nauczyć, 

jak stać się jednością. 

305

background image

Pełen niedowierzania uśmiech Jainy przypominał raczej krótkie, złośliwe szczeknięcie. Zerwa-

ła się z łóżka. 

- Nie sądzę, żeby to było możliwe. 

Leia podeszła, aby uspokoić gniew córki. 

- Jaino... 

- Nie, mamo - odparła szybko. - Nauczyć Tahiri akceptować Yuuzhankę, którą w sobie 

nosi? Po tym wszystkim, co jej zrobili? Po tym, co zrobili Anakinowi? - Pokręciła stanowczo 

głową. - Nie pozwolę na to. Musi być inny sposób, by usunąć Riinę, nie uszkadzając Tahiri. 

Musi być. 

Goure bez zmrużenia oka zniósł jej wyrzuty. 

- Naprawdę nie ma - rzekł poważnie, kiedy się trochę uspokoiła. - Tak jak Bakuranie nie zin-

tegrują się z P'w'eckami, jeśli chcą pozostać takimi, jacy byli do tej pory, tak samo Tahiri nie 

zintegruje się z Riiną. Co więcej, obie sprawy są bodaj równie pilne. P'w'eckowie i Bakura nie 

muszą pracować razem, aby uratować planetę przed Ssi-ruukami. Tahiri musi pracować ze swo-

ją drugą osobowością, Riiną, aby uratować siebie od szaleństwa. 

Jaina otworzyła już usta, żeby się sprzeciwić, ale zamknęła je, gdy poczuła na ramieniu dłoń 

matki. Leia współczuła córce. Sam pomysł, że Tahiri nie można wyleczyć z tego, czym obda-

rzyli ją Yuuzhanie, brzmiał nieco niesamowicie, ale wiedziała, że wszystko, czego do tej  pory 

próbowali, zawiodło zupełnie. 

- W porządku - rzekł Jag. - Przyjmijmy, że jest tylko ta jedna opcja. Więc jak się do tego za-

brać? 

Kurtzen zrobił krok do przodu. 

- Podobnie jak Riina, mój lud był odrzucany i wypędzany z miejsca, gdzie czuł, że powinien 

pozostać. Omal nas to nie zabiło, ale ponieważ wielu innych jest w takiej samej sytuacji, 

znaleźliśmy nasz własny sposób na przeżycie. Wierzymy, że siła życia koncentruje się w 

przedmiotach, którymi się otaczamy. Nieumyślnie lub umyślnie zbierane przez nas rzeczy cza-

sem wzmacniają naszą osobowość, a czasem ją osłabiają. W zrównoważonym życiu świat 

wewnętrzny i zewnętrzny odzwierciedlają się idealnie. Jeśli życiu brak równowagi, aspekty 

wewnętrzne i zewnętrzne muszą być odpowiednio dostrojone. 

- Wszystko pięknie - odezwał się Jag - ale znów muszę zapytać: jak to się ma do pomocy 

Tahiri? 

Tubylec Kurtzen otworzył jedną z sakiewek przy boku. Sięgnął do  środka i  wyjął  niewielki 

drewniany totem, o rzeźbionej powierzchni wygładzonej przez czas. 

306

background image

- My, Kurtzenowie, koncentrujemy aspekty energii naszego życia w takich przedmiotach jak 

ten. Kiedy naszemu wewnętrznemu ,ja" brakuje jakiegoś aspektu, wykorzystujemy te przed-

mioty, aby przywrócić równowagę. Goure twierdzi, że Tahiri też ma taki przedmiot. Srebrny 

totem, który zdobyła w chwili kryzysu. 

Leia sięgnęła do kieszeni szaty i wyjęła wisior, który Tahiri tuż przed  ucieczką zabrała z ich 

sypialni. 

- Tego szukasz? - Położyła srebrny przedmiot na stwardniałej dłoni Arrizzy. Mały wizerunek 

Yun-Yammki spojrzał na nią gniewnie, jak by przysięgał jej zemstę. - Tahiri zemdlała, kiedy 

znalazła go na Galantosie. Zemdlała po raz drugi, kiedy obudziła mnie wtedy w nocy w mo-

im pokoju. Kiedy ją tu przynieśli, również miała go w dłoni. 

- Więc to jest to - rzekł Arrizza. Zamknął wisior w dłoni i przymknął oczy. 

Przez tę krótką chwilę wydawało się, że zapada się w siebie. Jego odbicie w Mocy zmieniło 

się w sposób, jakiego Leia dotąd nie doświadczyła. Była bardzo ciekawa, co on teraz robi i co 

czuje. Wisior należał do Yuuzhan Vongów, a oni byli niewidzialni dla Mocy, więc  nie mogli 

pozostawić żadnego śladu na niewielkiej statuetce. 

Chyba że „siła życia", o której wspomniał Kurtzen, była czymś zupełnie innym. 

Wszyscy zgromadzeni w pokoju skierowali swoją uwagę na Arrizzę, który stał nieruchomo, 

niczym w transie. Mamrotał coś niewyraźnie pod nosem i mocno ściskał wisior w dłoni. Leia w 

swoim życiu na różnych odwiedzanych światach spotkała się z wieloma dziwnymi tradycjami. 

To, co robił Kurtzen, nie było ani niezwykłe, ani dziwaczne, zresztą czynił to w dobrej intencji, 

a ona nie miała serca powiedzieć mu, że to nic nie pomoże. 

Jaina z kolei nie miała ochoty przyjąć tego daru w duchu, w jakim został ofiarowany. Wciąż 

przyglądała się Tahiri, kręcąc głową. Jakby czytając w jej myślach, Goure podszedł i serdecz-

nie położył jej dłoń na ramieniu. 

- Wiem, jak się z tym musisz czuć - rzekł. - Ale pamiętaj, choć osobowość Riiny jest nie-

zaprzeczalnie yuuzhańska, nie przedstawia ona sobą tego, co Yuuzhanie zrobili przez te 

ostatnie lata. Jeśli można ją o cokolwiek oskarżyć, to tylko o pragnienie przetrwania. 

- Nic mnie to nie obchodzi - uparła się Jaina. - Wciąż jest Yuuzhanką. 

- Ale w tych okolicznościach jest tylko ofiarą- upierał się Goure. - Tak samo jak Tahiri. 

307

background image

Jaina chciała już zaprotestować, kiedy Ryn przerwał jej w pół słowa: 

- Powiedz, czy Tahiri była sobą, kiedy bomba wybuchła? 

- Co? Nie. Wtedy przejęła ją Riina. A dlaczego pytasz? 

- A zatem to Riina stworzyła ten bąbel Mocy, to Riina uratowała życie ludzi na trybunach 

nad nią, a sama pozostała blisko bomby, gdzie skutki mogły być najgorsze. - Spojrzenie Ryna 

było przenikliwe i Leia widziała, że pod jego mocą upór Jainy mięknie. - Czy tak postępuje 

ktoś, kto zasługuje na naszą pogardę? Ktoś, kto zasługuje na to, by go zabić? Mamy wybór. 

Możemy albo pomóc obu, albo patrzeć, jak obie umierają. 

Leia poczuła, że odpowiedzialność, jaką przekazywał im Goure, ciąży jej niczym głaz. Prosił, 

aby zrobili coś, co potencjalnie było bardzo niebezpieczne. Wiedziała o wizji Anakina, przed-

stawiającej  Riinę jako  mroczną moc przemierzającą galaktykę. Wiedziała też, że wizja ta może 

stać się prawdziwa, jeśli Riina zostanie uwolniona i zacznie korzystać z całej wiedzy zgroma-

dzonej  przez  Tahiri  jako  Jedi.  Cilghal  kiedyś  opisywała  jedną  z  hybryd  Yuuzhan  Vongów  - 

voxyna -jako „część tej galaktyki i część galaktyki Yuuzhan". Jeśli Goure ma rację, Tahiri osią-

gnie ten sam  stan,  aby  w ogóle mogła przeżyć; nie ma żadnej  gwarancji, że nie skończy jako 

istota równie mordercza i okrutna, jak voxyny. 

Ciche mamrotanie Arrizzy ucichło i Kurtzen otworzył oczy. Goure odstąpił na bok, kiedy Ar-

rizza podszedł do łoża Tahiri. Nikt się nie odezwał, gdy w jednej dłoni uniósł wisior, a drugą do-

tknął czoła dziewczyny. Jego wargi cały czas poruszały się bezdźwięcznie. Tahiri nie zareago-

wała nawet wtedy, gdy łagodnie położył wisior na jej piersi. 

- Jesteś pewien, że można to tak zostawić? — zapytała Jaina z lekkim niepokojem. 

Arrizza skinął głową. 

- To tradycja. Wspomoże jej oczyszczenie duchowe. 

Kurtzen z szacunkiem pochylił, się nad dziewczyną, przez moment wstrzymując oddech, po 

czym wypuścił powietrze i się odsunął. 

Ciszę  panującą  w  pokoju  zakłócił  nagle  odgłos  butów  łomoczących  po  podłodze  korytarza. 

Leia obejrzała się i zobaczyła Hana z miną świadczącą o tym, że coś się stało. 

- Właśnie otrzymaliśmy wiadomość od Luke'a - rzekł. Nie witając się z nikim, podszedł pro-

sto do żony. - Mówi... 

Zatrzymał się nagle i rozejrzał po pokoju, po raz pierwszy zauważając ludzi otaczających ło-

że Tahiri. 

- Co tu się dzieje? 

308

background image

Leia miała początkowo zamiar wyjaśnić mu ceremonię uzdrowienia, którą Arrizza próbował 

przeprowadzić, ale zrezygnowała. Nie miała ochoty wysłuchiwać cynicznych komentarzy męża, 

że to „wygląda na jakieś czary mary". 

Później ci wyjaśnię - powiedziała i wzięła go za rękę. 

Han skinął głową na znak, że się zgadza. 

- Słyszałem, że jest tu Ryn. Dokąd poszedł? 

- Jest tutaj... - Teraz to ona zawiesiła głos w pół zdania. - No cóż, był tutaj 

- Mój przyjaciel nie miał zamiaru pozostawać tu ani chwili dłużej niż konieczne - wyjaśnił 

Arrizza, podchodząc bliżej. - Jednak zanim przyszliśmy tutaj, dał mi ten list do was. 

Kurtzen podał  Leii arkusik  flimsiplastu.  Rozwinęła  go i  odczytała. Han  czytał  jej  przez ra-

mię. 

Wybaczcie, że musiałem wyjść tak nagle. Dowiedziałem się dziś rano, że jestem potrzebny gdzie 

indziej. Częścią instrukcji, jakie otrzymałam, było przekazanie wam, że powinniście jechać na Ona-

dax, i to możliwie jak najszybciej. Spotkają się tam z wami. 

Kiedy  Tahiri  się  ocknie,  przekażcie  jej  ode  mnie  podziękowania  z  głębi  serca  za  wszystko,  co 

uczyniła. 

Z wdzięcznością - Goure 

- Przykro mi - rzekł Kurtzen. 

- Nie szkodzi - odparł Han. - To nie twoja wina. Miałem tylko nadzieję, że zapytam go o 

Dromę. - Wziął liścik z rąk Leii i przeczytał go jeszcze raz. - Spotkają się tam z nami - powtó-

rzył. - Czy to znaczy, że spotkamy kolejnego Ryna, głowę rodziny, a może w ogóle jeszcze 

kogoś innego? 

- Nie jest to napisane zbyt wyraźnie - zauważyła Leia. Pomimo to, a może właśnie z tego 

powodu, jej ciekawość została silnie pobudzona. 

- Czy Onadax nie leży w gromadzie Minos? - zapytała Jaina". 

Leia skinęła głową. 

- To nie tak daleko od Bakury. 

Han wyglądał na zatroskanego. 

- Co się stało, tato? 

- No cóż, to nie jest najlepsze miejsce na odwiedziny. Nieprzyjemne, pełne wszelkiego ro-

dzaju łobuzerii. Nie chcę, żeby ktoś sobie pomyślał, że ta wycieczka to romantyczne wakacje 

czy coś w tym stylu. 

- Hanie, po raz pierwszy pocałowaliśmy się w brzuchu kosmicznego robala - zauważyła Leia. 

- Może właśnie dlatego moje oczekiwania 

309

background image

dotyczące romantycznych wakacji z tobą nigdy nie były szczególnie wygórowane. 

Uśmiechnęła się do męża i z radością stwierdziła, że jego ponury nastrój również się rozwiał. 

Objął ją ramieniem i delikatnie poprowadził na zewnątrz. 

-  Cóż, Wasza Kultowość - rzekł smutno. - Musisz pogadać z Lukiem, zanim wyjedzie zoba-

czyć się z Benem. 

- Zaraz, zaraz. - Obejrzała się na Arrizzę. - Co z Tahiri? 

Kurtzen wzruszył ramionami. 

- Nie wiem, ile czasu zajmie jej powrót do zdrowia. Może godzinę, a może rok. Może nigdy 

nie wyzdrowieje. Przykro mi, ale nie mogę udzielić wam definitywnej odpowiedzi. Możecie 

tylko czekać. 

Leia raz jeszcze spojrzała na leżącą na łóżku dziewczynę. Przez cały czas, kiedy wszyscy byli w 

pomieszczeniu, Tahiri nie poruszyła się ani razu. Nie, zaraz... to nieprawda. Leia nagle zdała so-

bie sprawę z tego, że coś się zmieniło  - oczy młodej Jedi były teraz zamknięte, jakby  spała. 

Leia nie wiedziała, co to oznacza, miała jednak nadzieję, że to przynajmniej dobry znak. 

Śpij dobrze, Tahiri, przesłała Mocą w spokojny mrok wypełniający  umysł dziewczyny. Śpij 

dobrze i zbudź się silna. 

Niewielki wahadłowiec wyskoczył z nadprzestrzeni na granicy imperium Ssi-ruuvi. Jego ła-

downie były prawie puste, podobnie jak sam pokład. W sumie niósł ośmiu pasażerów, ale tylko 

jeden z nich był żywy. 

Cundertol  ze  stanowiska  dowodzenia  obserwował,  jak  wahadłowiec  zatacza  łagodny  krąg. 

Sam zmienił oryginalne namiary wkrótce po wylocie z Bakury, natychmiast przejmując kontro-

lę nad statkiem. Był tu tylko raz. Zdarzenie, która diametralnie zmieniło jego życie, miało miej-

sce niedaleko stąd, w niewielkiej bazie badawczej pozostawionej przez Nową Republikę w cza-

sie jej ofensywy przeciwko Imperium. Porzucone od wielu lat budynki były łatwym łupem dla 

kogoś, kto szukał tajnego centrum operacyjnego. 

Skaner  wahadłowca  odnalazł  stację  i  zaparkowany  niedaleko  niej  statek  pikietujący  klasy 

Fw'Sen, a potem ustawił wahadłowiec na kursie zbieżnym, emitując umówiony sygnał. 

Odpowiedź nadeszła w ciągu kilku sekund. Statek wysunął haki dokujące, a kiedy oba pojaz-

dy zbliżyły się do siebie, spiął je razem. Potężne „klang!", które poniosło się po całym statku, 

poinformowało go o kontakcie. 

310

background image

Cundertol chrząknął z satysfakcją, wstał z fotela dowódcy i ruszył w kierunku śluzy, przekra-

czając po drodze ciała martwych P'w'ecków. Kikut odciętego ramienia zagoił się idealnie, po-

zostawiając gładką skórę, która była tylko odrobinę wrażliwsza na dotyk. 

- Czekałem - odezwał się generał Ssi-ruuvi, którego Cundertol znał pod imieniem E'thinaa. 

Mówił w języku Ssi-ruuvi, którego rozumienie twórcy ciała Cundertola zaprogramowali w 

układach wewnętrznych robota. 

- Przyjechałem najszybciej, jak mogłem. - Cundertol złożył bardzo chłodny ukłon, na granicy 

zniewagi. W pustym pokoju nie było straży, ale bez wątpienia był obserwowany. - Były... 

komplikacje. 

Gruby czarny grzebień odgrywający rolę brwi E'thinai powędrował w górę z dezaprobatą. 

- A Keeramak? 

- Nie żyje - odparł Cundertol natychmiast i bez emocji. – Mam jego ciało na pokładzie 

wahadłowca, jako dowód. 

Nie wspomniał, że statek miał pierwotnie zawieźć ciało do Lwhekk w geście pojednania, ani o 

tym, że musiał ukryć się na statku, żeby go porwać - i przeżyć. 

Generał skinął głową na znak aprobaty, a jego języki węchowe smakowały powietrze. 

- Skoro cel został osiągnięty, wszystko inne nie jest ważne. 

- Muszę przyznać, że nie rozumiem, po co ci to było. Akurat to - odparł Cundertol. - Twój 

lud postrzega Keeramaka jako coś w rodzaju boga. Z pewnością zabicie go spowoduje chaos 

i wojnę domową... więcej zamieszek niż Imperium może znieść. Tyle czasu spędziłeś na 

odbudowie Imperium... Dlaczego teraz je niszczysz? 

Masywny ogon generała stuknął raz o ziemię, jakby nakazując ciszę. 

- Nie musisz rozumieć niczego, człowieku. Cuchniesz kłamstwem. 

Cundertol skinął głową, unikając spojrzenia generała. Słyszał zbyt 

wiele opowieści o sile perswazji Ssi-ruuków, żeby teraz dać się złapać. Jego ciało HRR-a może i 

jest  silne  fizycznie,  ale  nie  jest  w  stanie  ochronić  go  przed  pułapkami,  jakie  czyhają  na  jego 

umysł... 

Jednak... 

Jego  umysł  zatrzymał  się  na  słowach  generała.  Jak  E'thinaa  mógł  wykryć  odór  oszustwa, 

skoro tkanka składająca się na zewnętrzną powłokę jego nowego ciała została zaprojektowana 

tak, aby emitować zapach właściwy naturalnemu, spokojnemu ludzkiemu organizmowi, nieza-

leżnie od stanu umysłu i tego, co kryło się za fasadą? Uznał, że generał mógł po prostu blefo-

wać. 

311

background image

Niełatwo jednak było się otrząsnąć z tych nagłych podejrzeń. W końcu Ssi-ruukowie nieczęsto 

blefują. Zazwyczaj mają bardzo bezpośrednie podejście do manipulacji i postępowania z istota-

mi należącymi do tego, co uważali za „gorsze" gatunki. 

A teraz, kiedy o tym myślał, doszedł do wniosku, że wysublimowany zmysł węchu nowego 

ciała wychwytuje coś dziwnego w Ssi-ruukach... 

Nagle poczuł się wyjątkowo nieprzyjemnie. Zapragnął wynieść się stąd, i to jak najszybciej. 

Coś nie było w porządku, a jemu się to bardzo nie podobało... 

- Wywiązałem się ze swojej części umowy - rzekł, zadowolony, że po transferze odzyskał 

swoją sabakową twarz. -Acoz tobą? 

- Masz nowe ciało. Czego jeszcze chcesz? 

- Wiesz, czego chcę. Powiedziałeś, że zwrócisz mi połowę kwoty zapłaconej za ciało, jeśli 

dam ci Bakurę. Zrobiłem to, więc teraz i ty dotrzymaj słowa. 

Generał zaczął krążyć po pokoju, stukając szponami i świszcząc ogonem. 

- O ile dobrze rozumiem, Xwhee nie jest już częścią Imperium. 

- Została poświęcona... 

- A zdrajcy P'w'eckowie zabrali ją dla siebie, prawda? 

- Tak, ale możecie o nią walczyć. Możecie wysłać żołnierzy, nie obawiając się o ich du-

sze... 

Generał uciął te słowa jednym ruchem potężnego ramienia. 

- Nie wywiązałeś się ze swojej części umowy, a oczekujesz, że ja dotrzymam swojej! - ryk-

nął, zbliżając pysk do twarzy Cundertola i spryskując go śliną. Cundertol skrzywił się, a ge-

nerał podniósł głowę. - Jestem rozczarowany, ale nie mogę powiedzieć, że zaskoczony. Twój 

gatunek nie słynie z poczucia honoru. 

Cundertol czuł, że kontrola nad sytuacją szybko wyślizguje mu się z rąk. 

- Słuchaj, obaj mamy tu coś do zrobienia, a wiesz sam, że nie zawsze można spełnić wszyst-

kie oczekiwania. Doprowadziłem cię do połowy drogi... 

- My też doprowadziliśmy cię do połowy drogi - wtrącił generał. - 

Masz swoje nowe ciało, masz duszę w butelce... Chyba to ci wystarczy. 

Może i wystarczy, pomyślał Cundertol. Z umysłem bezpiecznie zamkniętym w puszcze HRR-

a mógł żyć wolny od chorób i starości. Naprawdę mógł żyć wiecznie, jeśli będzie ostrożny. 

Przy odpowiednich 

312

background image

kontaktach  mógł  nawet  doprowadzić  do  naprawy  ramienia,  założyć  gdzieś  jakąś  bazę,  zacząć 

budować sobie życie. W tak wielkie galaktyce jest tyle możliwości. Musi tylko... 

Cundertol zatrzymał się na tej myśli. Co za przyjemność marzyć jeśli nie masz pieniędzy, aby 

zrealizować te marzenia? Bez pieniędzy  nie  będzie  w stanie zastąpić brakującej kończyny  ani 

kupić nowych kontaktów. Nie będzie miał nawet na paliwo do wahadłowca. Nie ma sensu być 

nieśmiertelnym, jeśli nic nie możesz zrobić... lub, co gorsza, jeśli kończysz jako śmieć unoszą-

cy się w przestrzeni, nie wiedząc, dokąd lecisz. 

- Nie odejdę stąd, dopóki nie dostanę pieniędzy, które mi się należą - rzekł powoli i stanow-

czo, spoglądając wprost w ślepia wielkiego jaszczura. 

- Nie? - Generał wyprostował się i napiął potężne muskuły. - A co będziesz ze mną walczył? 

Cundertol poczuł, jak siła rozpiera jego sztuczne ciało. Cóż znaczyły ciało i krew wobec kości 

ze stali wielostopowej i wzmocnionych mięśni z biowłókien? Jeśli może zwyciężyć Jedi, Ssi-

ruuk nie powinien stanowić problemu. 

Cundertol skinął głową. 

- Będę - poinformował. - Zmiażdżę cię jak owada. 

Generał zaśmiał się. 

- Pisklak grozi matce? 

-  Mówię poważnie. - Cundertol zacisnął i rozprostował pięści. - Oddaj mi moje pieniądze. 

Generał bez zmrużenia oka przyjął wyzwanie i zrobił krok naprzód przyszpilając spojrzeniem 

Cundertola. Ze śmiercionośnym spokojem stwierdził: 

-  Jedyną  rzeczą,  jaką  ode  mnie  dostaniesz,  będzie  śmierć.  Cundertol  przygotował  się 

do walki, gdy nagle stwierdził, że nie 

 może się poruszać. Jakby przyrósł do miejsca. Każdy mięsień jego ciała był sztywny, jak gdy-

by nagle zmienił się w posąg. Nie mógł po ruszać oczami, ustami, nie mógł nawet oddychać! A 

jego serce zatrzymało się w pół uderzenia. 

Szyderczo roześmiany pysk generała znalazł się tak blisko jego twa rzy, że czuł oddech obcego. 

Podwójnie języki węchowe smakowały go zlizując strach, jaki z pewnością emanował ze synt-

ciała. 

- Nie jesteś głupcem, człowieku - rzekł E'thinaa. Oddech generał; cuchnął, a Cundertol nawet 

nie mógł odwrócić głowy. - Czy naprawdę sądziłeś, że nie będziemy na to przygotowani? Są-

dzisz, że tacy z nas 

313

background image

głupcy? Od przybycia do tej galaktyki nauczyliśmy się wiele o waszych odrażających maszy-

nach.  Wiemy,  jak  zmusić  waszych  nieczystych  technologów  do  pracy  dla  nas,  do  budowania 

blokad, które uruchamiają się na dźwięk konkretnego zdania. Jesteśmy w stanie ukraść wszyst-

ko,  co  trzeba,  aby  osiągnąć  cel  -  cel,  który  pomogłeś  nam  zrealizować.  Zasiałeś  chaos,  teraz 

zbierzesz nagrodę. 

Cundertol marzył, żeby się cofnąć. 

„Od przybycia do tej galaktyki"... 

Ogarnęła go panika. 

Ohydny pysk obcego wydawał się kurczyć i odpadać. Długi ryj zwinął się i spłynął po szyi, za-

bierając ze sobą potrójne powieki i języki węchowe... 

Pod nimi znajdowała się twarz tak straszliwa, że Cundertol nigdy nie umiałby jej sobie wy-

obrazić. Długie, strome czoło przechodzące  w chude, wytatuowane policzki. Purpurowe worki 

pod  czarnymi,  zimnymi  oczami.  Głębokie  blizny  znaczyły  szare  ciało  jak  szczeliny  na  lodo-

wym księżycu. Ostre zęby wyszczerzyły się do Cundertola, gdy zrozumiał, jaki popełnił błąd. 

-  Jesteś  dla  mnie  niczym  -  syknął  głos  fałszywego  generała.  -  Może  gdybyś  pozostał  żywy, 

nadałbyś  się  na  niewolnika  lub  ofiarę,  ale  taki,  jaki  jesteś  teraz,  nie  masz  żadnej  wartości,  ty 

martwy śmieciu. Obmyliśmy maszynę, która cię stworzyła, krwią tysiąca jeńców i oczyściliśmy 

dłonie, które jej dotykały. Nie poniżaliśmy się nigdy do zajmowania się martwymi materiałami, 

z których ty się teraz składasz. Życie to tkanka, to gleba, to krew. - Istota przerwała i uśmiech-

nęła się. - To śmierć. 

Twarz,  która  miała  być  ostatnią  rzeczą,  jaką  kiedykolwiek  ujrzał  Cundertol,  odsunęła  się 

spoza zasięgu jego wzroku. Był tak głęboko unieruchomiony przez ogranicznik blokady, że nie 

był w stanie nawet skupić wzroku. Wszystko w odległości większej niż metr pozostawało pla-

mą-  plamą,  która  wypełniła  się  cieniami,  gdy  więcej  istot  tej  samej  rasy  weszło  do  pokoju. 

Okrążyły go, drgając się i wijąc w niewyobrażalnych kształtach. 

„Jedyną rzeczą, jaką ode mnie dostaniesz, będzie śmierć". 

Tak powiedział E'thinaa  - czy też istota, która się pod tym imieniem ukrywała - i tymi sło-

wami skazała go na śmierć. Ostatnią rzeczą, jaką Cundertol poczuł, były bolesne ukłucia i ude-

rzenia amphistaffów, szarpiących na części jego sztuczne ciało. Nie mógł się ruszać,  ale obcy 

upewnili się, że wciąż może odczuwać ból. A ból był niewyobrażalny. Trudno  go było nawet 

objąć umysłem. 

314

background image

Gdy  pola  podtrzymujące  Cundertola  rozpadły  się  wreszcie  i  jegc  umysł  odpłynął,  była  to 

prawdziwa, czysta ulga. 

Wreszcie pozostał tylko jeden. 

Klasse Ephemora był to izolowany system na skraju przestrzeń: Chissów po przeciwnej stro-

nie  Jądra  galaktyki.  Został  nazwany  imieniem  badacza,  który  wiele  setek  lat  temu  pierwszy 

określił system posiadający wówczas niewielki kamieniołom, wokół wielkiego gazowego gigan-

ta,  wzdętego  potwora  tuż  poza  granicą  zamieszkanej  strefy  gwiazdy.  Wielokrotne  zakłócenia 

atmosferyczne sprawiły jednak, że kopalnia przestała być zyskowna, więc opuszczono ją ponad 

pięćdziesiąt  lat  standardowych  wcześniej.  Od  tamtej  pory  Klasse  Ephemora;  popadł  w  zapo-

mnienie brakowało mu nadających się do zamieszkania światów, które zachęcałyby do kolo-

nizacji; był zbyt odległy, aby stać się interesujący z punktu widzenia handlowego, a także zbyt 

daleko od granic Chissów, aby usprawiedliwiać chociaż elementarną obsadę wojskową. Co kil-

ka dziesięcioleci automatyczna sonda przelatywała przez system w celu uaktualnienia danych 

astronomicznych  i  sprawdzenia,  czy  punkty  nawigacyjne  ustawione  podczas  początkowego 

badania pozostały na miejscach. Poza tym był kompletnie ignorowany. 

I  mogło  tak  pozostać  na  zawsze,  gdyby  ostatnia  sonda,  która  przeleciała  przez  niego  jakieś 

dwadzieścia pięć lat temu, przypadkiem nie zauważyła, że jedyny gigant gazowy systemu, Mo-

bus, zyskał nowego satelitę. Satelita ten dołączył do rodziny siedemnastu innych satelitów wo-

kół Mobusa, ale masą przekraczał dziesięciokrotność pozostałych! razem wziętych. Był to świat 

sam  w  sobie,  otulony  chmurami,  która  nie  pozwalały  na  wizualne  sprawdzenie  przez sondę. 

Obecność  par  wodnej mogła  stanowić  podstawę  do  dalszych  badań,  ale  sonda  ni  była nasta-

wiona na zmianę kursu dla tak ulotnej przesłanki. Gdyby n księżycu-świecie widać było wyraź-

nie ślady życia rozumnego, sond mogłaby zahamować, ulokować się na orbicie Klasse A i obej-

rzeć  nowy  księżyc  bardziej  szczegółowo,  a  następnie  donieść  o  swoich  spostrzeżeniach 

zwierzchnikom w CEDF. Planeta jednak nie emitowała nic n  kanałach podprzestrzennych ani 

też nie wysyłała żadnych transmisji; w zakresie widma elektromagnetycznego. Sonda odnoto-

wała pater tylko pojawienie się księżyca, po czym ruszyła swoją drogą. 

Istnienie księżyca pozostawało więc od tamtego czasu ukryte w B: bibliotece Ekspedycyjnej 

Chissów, skatalogowane wraz z tysiącami innych raportów z tysiąca innych, identycznych sond. 

Choć przechwyceni 

315

background image

na  orbitę  było  rzadkie,  nie  stanowiło  wystarczającego  ewenementu,  aby  ściągnąć  na  siebie 

uwagę astronomów studiujących dane z powrotu sondy. W Nieznanych Regionach było wiele 

innych, bardziej interesujących odkryć, które na nich czekały. Cóż zatem z tego, że jakiś zapo-

mniany system uzyskał jeden lub dwa nowe księżyce? 

Jacen obserwował obrazy z księżyca przywiezione przez sondę  z uczuciem graniczącym z 

głębokim podziwem. Ujrzał szarą kulę oświetloną posępnym światłem kipiącego, czerwonożółte-

go giganta gazowego. Atmosfera pochłaniała podczerwień, ale radar ukazywał wzdłuż równika 

łagodne  wzgórza  z  kilkoma  płaskimi  fragmentami,  które  mogły  być  morzami  rozrzuconymi 

równomiernie po obu półkulach. Istniały dowody niedawnych erupcji i ruchów skorupy, jak na-

leżało się tego spodziewać po świecie, który całkiem niedawno został przechwycony nie tylko 

przez słońce, lecz również przez gazowego giganta. 

- Oto ona - szepnął, z trudem opanowując emocje. - To Zonama Sekot. 

- Na mapie figuruje jako M-Osiemnaście. 

- To Zonama Sekot - upierał się Jacen. - To musi być ona. Jakie to miały być te szansę, Dan-

ni? 

- Że takie zjawisko wystąpi w sposób naturalny? Minimalne - odparła zapytana. - Ale to nie 

znaczy, że to się nie mogło stać. 

- Wiem - odparł beztrosko. - Ale się stało. 

R2-D2 zagwizdał radośnie, jakby na potwierdzenie jego słów. 

- Powinniśmy przynajmniej to sprawdzić - zauważyła Mara. 

- Sprawdzimy - zgodził się Luke. - W końcu to najlepsza poszlaka, jaką do tej pory mieliśmy. 

- Jeśli jest coś, w czym moglibyśmy wam pomóc - odezwał się Soontir Fel - macie to zała-

twione. - Zawahał się przez ułamek sekundy, zanim dodał: - Oczywiście, w granicach roz-

sądku. 

Nie były to czcze obietnice. Chissowie dostarczyli już szczegółowe  mapy taktyczne Niezna-

nych  Regionów,  ukazujące  przeraźliwie  niebezpieczne  szlaki  handlowe  przez  obszary,  które 

mogłyby się wydawać nie do przebycia. Co gorsza, dane te pokazywały, że Yuuzhanie  byli w 

tej części galaktyki bardziej aktywni, aniżeli wiedział o tym  wywiad Sojuszu. Od pierwszych 

ataków  na  systemy  Nowej  Republiki  siły  zadaniowe  Yuuzhan  Vongów  dotarły  do  przestrzeni 

Chissów i skierowały  się  w  Nieznane  Regiony.  Od  tamtej  pory  słuch  o  nich  zaginął  -  a  może 

żadna inna siła zadaniowa nie zdołała się przedrzeć przez Chissów - ale nie stanowiło to podstaw 

do samozadowolenia. Dalsza pomoc Chissów mogła okazać się w pewnym momencie bezcen-

na. 

316

background image

Luke uśmiechnął się w zadumie. 

- Dziękuję - rzekł. - Obiecuję nie wspomnieć o traktacie z Sojuszem Galaktycznym aż do 

następnego naszego przyjazdu. 

- Jeśli w ogóle będzie następny raz - dodała Mara. 

Jacen  skinął  głową,  myśląc  o  ataku  na  Ruiny  Imperium,  o  Krizlawach  na  Munlali  Mafir,  o 

głównym nawigatorze Aabie, a potem, oczywiście, o samych Yuuzhan Vongach, których wypra-

wy do przestrzeni Chissów z każdym dniem wydawały się coraz częstsze. 

Wystarczająco trudno było dotrzeć do tego punktu, pomyślał. A wątpię, żeby później było choć 

trochę łatwiej. 

Poczuł w pobliżu wsparcie i ufność ze strony Danni i uśmiechnął się ciepło. Przynajmniej nie 

brakowało  im  wsparcia  -  ani  jemu,  ani  Galaktycznej  Federacji  Wolnych  Przymierzy.  Musieli 

jedynie pójść za głosem serca i pozwolić, aby Moc kierowała ich decyzjami, a z pewnością do-

trą, gdzie zechcą - był tego pewien. 

Nie wiadomo było jednak, co zastaną, kiedy już tam będą...

background image