background image

Zygmunt Bauman

Globalizacja

I co z tego dla ludzi 

wynika

Przełożyła Ewa Klekot

Tytuł oryginału
GLOBALIZATION
THE HUMAN CONSEQUENCES

Zdigitalizował hooltaj

background image

WSTĘP

„Globalizacja" jest na ustach wszystkich. Słowo na czasie, które szybko zamienia się 
w   slogan,   w   magiczną   formułę,   w   hasło   otwierające   bramy   wszystkich   tajemnic 
teraźniejszości  i przyszłości. Podczas gdy jedni „globalizacją"  nazywają praktyki, 
którym   się   oddajemy,   ponieważ   chcemy   być   szczęśliwi,   dla   innych   stanowi   ona 
przyczynę   naszego   nieszczęścia.   Wszyscy   jednak   uważają   „globalizację"   za 
nieunikniony los świata, a także za nieodwracalny proces, który dotyczy każdego z 
nas w takim samym stopniu i w ten sam sposób. Jesteśmy „globalizowani", a bycie 
„globalizowanym" znaczy niemal to samo dla wszystkich, których ten proces dotyka.
Los modnych słów jest bardzo zbliżony: im więcej doświadczeń zyskuje dzięki nim 
przejrzyste wyjaśnienie, tym bardziej same stają się mętne i niejasne. W miarę jak 
rośnie liczba dogmatycznych prawd, wypartych i wyrugowanych przez modne słowa, 
one same coraz szybciej stają się zasadami, o których się nie dyskutuje. Aspekty 
ludzkiego   postępowania,   tworzące   pierwotny   zakres   pojęcia,   umykają   z   pola 
widzenia     staje   się   ono   „niezbitym   faktem",   cechą   „otaczającego   nas   świata 
ujmowanego   wprost",   do   którego   nas   odsyła,   postulując   własną   nietykalność. 
„Globalizacja" nie stanowi tutaj wyjątku.
Niniejsza książka stara się pokazać, że globalizacja jest zjawiskiem pojemniejszym, 
niż   się   zdaje.   Odsłaniając   społeczne   korzenie   oraz   konsekwencje   procesu 
globalizacji, próbuje rozproszyć nieco mgłę spowijającą termin, który pretenduje do 
miana pojęcia wyjaśniającego współczesną kondycję człowieka.
W   określeniu   „kurczący   się   czas   i   przestrzeń"   mieszczą   się   zachodzące   obecnie 
wielowymiarowe   przekształcenia,   którym   podlegają   wszystkie   aspekty   ludzkiej 
kondycji. Kiedy jednak przyjrzeć się od środka społecznym przyczynom i skutkom 
tego zjawiska, staje się oczywiste, że skutki procesów globalizacyjnych nie wykazują 
powszechnie zakładanej jednorodności. Stosunek do czasu i przestrzeni jest bardzo 
zróżnicowany   i   różnicujący   zarazem.   (Globalizacja   w   równym   stopniu   dzieli   i 
jednoczy, a przyczyny podziału świata są takie same jak czynniki pobudzające do 
jego uniformizacji. Kiedy biznes, finanse i handel nabierają wymiaru planetarnego, a 
przepływ informacji odbywa się na skalę ogólnoświatową, zaczyna działać proces 
„lokalizacji", który zmierza do precyzyjnego zdefiniowania przestrzeni i osadzenia 
jej   w   miejscu.   Pomiędzy   tymi   dwoma   blisko   ze   sobą   powiązanymi   procesami 
dochodzi do zdecydowanego zróżnicowania warunków życia całych populacji oraz 
różnych   segmentów   w   obrębie   każdej   z   nich.   To,   co   jednym   jawi   się   jako 
globalizacja, dla innych oznacza lokalizacje; co niektórym ludziom zwiastuje nową 
swobodę,   na   wielu   innych   spada   jak   bezlitosny   wyrok   przeznaczenia.   Mobilność 
okazuje się najwyżej cenioną i pożądaną wartością, a swoboda poruszania się   ten 
nierówno dzielony towar, którego stale brak  szybko staje się głównym czynnikiem 
kształtującym społeczne podziały w dobie późnej nowoczesności czy też w czasach 
ponowoczesnych.
Chcąc   nie   chcąc,   wszyscy   jesteśmy   w   ruchu,   z   inicjatywy   własnej   lub   cudzej. 
Poruszamy się, nawet jeżeli fizycznie stoimy w miejscu: w świecie bezustannych 
zmian bezruch jest nierealny. Skutki, jakie pociąga za sobą ten nowy stan rzeczy, 

background image

bywają diametralnie różne. Niektórzy z nas stają się ludźmi w pełni „globalnymi", 
podczas   gdy   inni   tkwią   w   swej   „lokalności",   co   w   świecie,   w   którym   „ludzie 
globalni" nadają ton i ustalają reguły gry, nie jest położeniem przyjemnym ani nawet 
znośnym.
W   zglobalizowanym   świecie   lokalność   jest   oznaką   społecznego   upośledzenia   i 
degradacji.   Niedogodności   egzystencji   w   warunkach   lokalnych   wynikają   przede 
wszystkim z tego, że przestrzeń publiczna, w której tworzy się i negocjuje znaczenia, 
znajduje się poza zasięgiem lokalnej egzystencji, a w związku z tym lokalność coraz 
bardziej zdaje się na sensotwórcze i interpretacyjne działania, nad którymi nie ma 
kontroli. Tyle jeśli chodzi o krzepiące sny o wspólnocie i marzenia intelektualistów, 
którzy ulegli już globalizacji.
Immanentną częścią procesu globalizacji jest postępująca segregacja przestrzenna, 
separacja   oraz   wykluczenie.   Tworzenie   wspólnot   neoplemiennych   oraz   tendencje 
fundamentalistyczne, stanowiące odbicie i wyraz doświadczenia globalizacji, są tak 
samo jego pokłosiem jak okrzyczana „hybrydyzacja" kultury na jej zglobalizowanym 
wierzchołku}   Powodów   do   niepokoju   dostarczają   przede   wszystkim   narastające 
trudności   w   porozumiewaniu   się   elit,   które   w   wyniku   globalizacji   coraz   mniej 
związane są z konkretnym terytorium, z „lokalną" resztą świata. Centra wytwarzania 
znaczeń i wartości są dzisiaj eksterytorialne i wyzwolone z więzów, które narzuca 
lokalność  nie dotyczy to jednak ludzkiej kondycji, której owe znaczenia i wartości 
mają nadawać sens.
Swoboda poruszania stanowi centrum dzisiejszej  polaryzacji społecznej, która ma 
wiele wymiarów. Z perspektywy nowego centrum dawne, szacowne rozróżnienia na 
bogatych i biednych, nomadów i ludzi osiadłych, „normalnych" i nienormalnych, 
praworządnych lub naruszających prawo zyskują nową interpretację. W jaki sposób 
te   różne   wymiary   biegunowych   podziałów   przeplatają   się   i   wpływają   na   siebie 
nawzajem  to kolejne, złożone zagadnienie, które ta książka próbuje naświetlić.
Pierwszy   rozdział   rozważa   związek   między   historycznie   zmienną   naturą   czasu   i 
przestrzeni   a   wzorem   i   skalą   organizacji   społecznej.   Ukazuje   wpływ,   jaki 
współczesne   doświadczenie   kurczenia   się   czasu   i   przestrzeni   ma   na   strukturę 
społeczności i wspólnot o charakterze ogólnoświatowym oraz terytorialnym. Jednym 
z poddanych analizie wyników tego wpływu jest nowa wersja zjawiska „nieobecnych 
dziedziców"     stosunkowo   świeżej   daty   niezależność   globalnych   elit   od 
ograniczonych terytorialnie jednostek władzy politycznej i kulturalnej, niezależność, 
która   w   konsekwencji   prowadzi   do   osłabienia   wpływu   tych   ostatnich.   Śladem 
podziału na dwa systemy, stanowiące „górę" i „dół" nowej hierarchii, dochodzimy do 
zmian   w   organizacji   przestrzeni   oraz   przekształceń,   którym   we   współczesnych 
metropoliach ulega osiedle.
Tematem drugiego rozdziału są kolejne etapy współczesnych wojen o prawo do tego, 
by określać i potwierdzać znaczenia przestrzeni, którą dzielimy z innymi ludźmi. W 
ich   świetle   rozpatruje   on   zarówno   pobudzające   wyobraźnię   przedsięwzięcia 
projektowania całych miast, które podejmowano w przeszłości, jak i współczesne 
dążenia do rozbicia projektu na odrębne fragmenty owocujące wznoszeniem budowli 
wyłączonych z otoczenia, w którym się znajdują.
Trzeci   rozdział   dotyczy   perspektyw   na   przyszłość,   jakie   w   warunkach   globalnej 

background image

gospodarki, finansów i obiegu informacji ma władza polityczna, przede wszystkim w 
zakresie samostanowienia i autonomii rządów poszczególnych wspólnot narodowych 
czy,   ogólniej   rzecz   biorąc,   terytorialnych.   Interesująca   jest   coraz   większa   skala 
rozbieżności pomiędzy zinstytucjonalizowaną sferą decyzyjną a światem, w którym 
tworzy   się   i   rozwija,   środki   potrzebne   do   podejmowania   oraz   wcielania   w   życic 
decyzji, a także określa przeznaczenie tych środków. Najwięcej uwagi poświęca ono 
skutkom globalizacji, które wpływają paraliżująco na sprawność decyzyjną rządów 
narodowych   przez większą część dziejów nowożytnych najważniejszych   i ciągle 
niezastąpionych  ośrodków skutecznego zarządzania społeczeństwami.
Rozdział czwarty ocenia kulturowe konsekwencje powyższych przekształceń. Stawia 
on  tezę,   że  na  skalę   ogólnoludzką  zaowocowały   one  rozdzieleniem  i  polaryzacją 
doświadczenia, skutkiem czego pojawiają się dwie diametralnie różne interpretacje 
tego samego zjawiska kulturowego. „Być w ruchu" ma zupełnie inny, przeciwstawny 
sens dla tych, którzy znajdują się na szczycie i na dole nowej hierarchii, podczas gdy 
przeważająca większość natomiast  nowa „klasa średnia" oscylująca między „górą" i 
„dołem"     bierze  na  siebie  cały   ciężar napięć  pomiędzy   ekstremami   opozycji i  w 
rezultacie   cierpi   na   ostry   stan   egzystencjalnej   niepewności,   padając   ofiarą 
niepokojów   i   lęków.   Potrzeba   wyciszenia   tego   rodzaju   lęków   oraz   osłabienia 
zawartego   w   nich   potencjału   niezadowolenia   stanowi   z   kolei   potężny   czynnik 
wzmagający   polaryzację   dwóch   znaczeń   zjawiska   określanego   jako   „możliwość 
poruszania się" czy „mobilność".
Ostatni rozdział analizuje sytuacje, w których wspomniana polaryzacja wyraża się w 
sposób   ekstremalny:   współcześnie   obserwowaną   skłonność   do   uznawania   za 
przestępstwo wszystkiego, co odbiega od wyidealizowanej normy. Omawia też rolę, 
jaką kryminalizacja  odgrywa w rekomendowaniu niedogodności „życia w ruchu", 
odtwarzając   w   rzeczywistości   wizerunek   odmiennego   sposobu   życia     życia   w 
bezruchu     nienawistny   i   odrażający,   jak   nigdy   dotąd.   Złożony   problem 
egzystencjalnego braku poczucia bezpieczeństwa i pewności, które wywołuje proces 
globalizacji, bywa często sprowadzany do pozornie prostego zagadnienia „prawa i 
porządku". Jednak w większości wypadków troska o „bezpieczeństwo" nie ogranicza 
się jedynie do niepokoju o bezpieczeństwo fizyczne osoby i jej mienia; przeciwnie 
bywa „przeładowana" innymi znaczeniami i obarczona niepokojami, których źródeł 
szukać   trzeba   w   kluczowych   wymiarach   egzystencji   współczesnego   człowieka, 
jakimi są brak poczucia bezpieczeństwa i niepewność.
Tezy   tej   książki   nie   składają   się   jednak   na   deklarację   natury   politycznej.   W 
zamierzeniu autora ma być ona głosem w dyskusji. Postawiono w niej o wiele więcej 
pytań,   niż   dano   odpowiedzi.   Nie   sformułowano   też   spójnej   prognozy   przyszłych 
skutków tendencji, które obserwujemy dziś. Jak powiedział Cornelius Castoriadis, 
problem naszej współczesnej cywilizacji polega na tym, że przestała zadawać pytania 
sobie samej. Niepostawienie pewnych pytań pociąga za sobą bardziej niebezpieczne 
skutki   niż   nieumiejętność   dania   odpowiedzi   na   te,   które   objęto   już   oficjalnym 
programem.   Natomiast   zadanie   źle   sformułowanego   pytania   zbyt   często   pomaga 
odwrócić   uwagę   od   zagadnień   naprawdę   istotnych.   Cenę   milczenia   płaci   się   w 
twardej   walucie   ludzkich   cierpień.   W   końcu   to   właśnie   stawiając   dobre   pytania, 
sprawiamy,   że   los   różni   się   od   przeznaczenia,   a   dryfowanie   od   żeglugi. 

background image

Kwestionowanie   niepodważalnych   przesłanek,   na   których   opiera   się   konstrukcja 
naszego sposobu życia, jest zadaniem, które powinniśmy podjąć zarówno ze względu 
na naszych współtowarzyszy w człowieczeństwie, jak i na nas samych. Niniejsza 
książka   jest   więc   przede   wszystkim   rodzajem   ćwiczenia   w   stawianiu   pytań;   ma 
pobudzić   do   ich   zadawania.   Nie   rości   sobie   pretensji   do   tego,   że   wszystkie 
postawione   tu   pytania   są   dobre   ani   że  w   ogóle   stawia   dobre   pytania;   ani  też   że 
zawiera wszystkie pytania, które dotąd zostały zadane.

background image

Rozdział 1

CZAS I KLASA

„Firma należy do ludzi, którzy w nią inwestują, a nie do jej pracowników, dostawców 
czy   miejscowości,   w   której   się   mieści."   Tak   oto   Albert   J.   Dunlap,   słynny 
„modernizator"   nowoczesnego   przedsiębiorstwa   (depeceur     „rozcinacz", 
„ćwiartowacz", „kawałkowacz"   według dosadnego, lecz dobrze oddającego sedno 
sprawy   określenia   Denisa   Duclosa,   socjologa   z   CNRS'),   tryskając 
samozadowoleniem, streścił swoje credo w zawierającej opis jego dokonań książce, 
opublikowanej   przez   wydawnictwo   Times   Books   ku   oświeceniu   i   zbudowaniu 
wszystkich, którzy dążą do gospodarczego postępu.
Dunlpowi, kiedy pisał o tym, że firma „należy", nie chodziło oczywiście o to, by po 
prostu opisać innymi słowami czysto prawne zagadnienie własności, które trudno 
zresztą   jest   kwestionować   i   chyba   niespecjalnie   trzeba   deklarować   na   nowo,   nie 
mówiąc   już   o   deklaracji   tak   dobitnej.   Chodziło   mu   przede   wszystkim   o   to,   co 
wynikało   z   drugiej   części   zdania:   pracownicy,   dostawcy   i   rzecznicy   wspólnoty 
terytorialnej nie mają nic do powiedzenia, jeśli chodzi o decyzje podejmowane przez 
„ludzi,   którzy   inwestują";   prawdziwym   decydentom   natomiast,   czyli   inwestorom, 
przysługuje   prawo,   by   każdy   zgłoszony   przez   tych   ludzi   postulat   w   sprawie 
prowadzenia firmy oddalić, uznać za nieważny lub nie mający nic do rzeczy.
Zwróćmy uwagę, że Dunlap nie postuluje, lecz stwierdza fakt. Uznaje za pewnik, że 
zasada,   którą   jego   stwierdzenie   wyraża,   przeszła   pozytywnie   próby   natury 
gospodarczej, politycznej, społecznej, a także wszystkie inne sprawdziany, na które 
wystawić ją mogła złożona rzeczywistość naszych czasów. Obecnie weszła ona do 
rodziny   prawd   oczywistych,   które   służą   wyjaśnianiu   świata,   same   wyjaśnień   nie 
wymagając, oraz pomagają dowodzić twierdzenia, podczas gdy ich samych dowodzić 
nie trzeba, nie mówiąc o kwestionowaniu.
Był czas (można by rzec, że „nie tak dawno temu", gdyby nie to, że szybko kurcząca 
się przestrzeń publicznej uwagi sprawia, iż nawet tydzień staje się długim okresem 
nie   tylko   w   polityce,   ale   również   w   ludzkiej   pamięci),   kiedy   deklaracji   Dunlapa 
wcale nie uznano by za oczywistość, lecz za hasło do boju albo raport z pola walki. 
W   początkach   wojny,   którą   Margaret   Thatcher   wydała   samorządom   lokalnym, 
przedsiębiorcy   pchani   wewnętrzną   potrzebą   jeden   po   drugim   wspinali   się   na 

background image

mównicę podczas dorocznego zjazdu torysów, by raz po raz recytować przesłanie, 
którego   powtarzanie   uważali   niewątpliwie   za   nieodzowne,   dlatego   że   brzmiało 
tajemniczo  i  dziwacznie  dla nienawykłych jeszcze  uszu.  Przesłanie  to  głosiło,  że 
firmy   z   radością   będą   płacić   na   rzecz   władz   lokalnych   podatki   przeznaczone   na 
budowę   dróg   czy   wymagany   remont   kanalizacji;   nie   widzą   jednak   powodu,   by 
wspierać   swymi   pieniędzmi   miejscowych   bezrobotnych,   niepełnosprawnych   oraz 
inny bezwartościowy element, za którego los nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. 
Był   to   jednak   dopiero   początek   wojny,   która   przeszło   dwie   dekady   później,   w 
czasach gdy Dunlap dyktował swoje credo, była niemal zakończona wygraną.
Nie   ma   specjalnie   sensu   dyskusja   nad   tym,   czy   wojna   została   w   tajemnicy   i   z 
premedytacją   ukartowana   w   nieskażonych   tytoniowym   dymem   salach 
konferencyjnych wielkich firm, czy też na niczego nie podejrzewających, pokojowo 
nastawionych potentatów przemysłowych konieczność podjęcia działań wojennych 
spadła jak grom z jasnego nieba wraz ze zmianami, do których doszło na skutek 
połączenia   tajemniczych   sił   nowej   technologii   z   nowym,   światowym   wymiarem 
konkurencji.   Nie   warto   też   roztrząsać   problemu,   czy   była   to   wojna   planowana   i 
wypowiedziana o czasie; wojna, której cele były jasno określone  czy też raczej seria 
rozproszonych   i   często   nieprzewidzianych   wcześniej   działań,   za   każdym   razem 
mających inne przyczyny. Jakkolwiek by było (istnieją argumenty przemawiające za 
każdą z możliwości, ale być może dwa scenariusze jedynie na pozór konkurują ze 
sobą),   całkiem   prawdopodobne   wydaje   się,   że   ostatnie   ćwierćwiecze   bieżącego 
stulecia przejdzie do historii jako Wielka Wojna o Niezależność Przestrzenną. W 
toku   tej   wojny   centra   decyzyjne   i   strategie   brano   pod   uwagę,   naginano 
konsekwentnie i nieubłaganie tak, by proces podejmowania decyzji oswobodzić z 
więzów terytorialnych  więzów, które nakłada lokalność.
Przyjrzyjmy   się   bliżej   zasadzie   Dunlapa.   Pracownicy   firmy   są   miejscowi   i,   ze 
względu na skrępowanie obowiązkami rodzinnymi, posiadanie domu itp., trudno by 
im było przenieść się w inne miejsce, gdy firma zdecyduje się na taki krok. Dostawcy 
muszą dowieźć surowiec, zatem niskie koszty transportu przemawiają na korzyść 
dostawców lokalnych, którzy tracą swoje zalety, gdy firma się przeprowadzi. Jeśli 
zaś chodzi o samą miejscowość, to oczywiście trudno sobie wyobrazić, by zmieniła 
ona   miejsce   pobytu   w   związku   z   przeprowadzką   firmy.   Wśród   wszystkich 
wymienionych   kandydatów   do   zabierania   głosu   w   kwestiach   dotyczących 
prowadzenia firmy jedynie „ludzie, którzy inwestują"   właściciele akcji   nie są w 
żaden sposób powiązani z określonym miejscem w przestrzeni. Mogą kupić każdą 
akcję   na   każdej   giełdzie,   za   pośrednictwem   wybranego   makiera,   a   położenie 
geograficzne   firmy   będzie   najprawdopodobniej   ostatnią   rzeczą,   którą   wezmą   pod 
uwagę, podejmując decyzję o kupnie lub sprzedaży akcji.
Zasadniczo   rozproszenie   akcjonariuszy   nie   jest   określone   przestrzennie   w   żaden 
sposób.   Stanowią  oni   jedyny   czynnik  zupełnie   nie   ograniczony   przestrzenią.   I  to 
właśnie   do   nich,   i   tylko   do   nich,   należy   firma.   Zatem   tylko   od   nich   zależy 
przeniesienie   firmy   w   miejsce,   w   którym   poczują   szansę   wyższych   zysków; 
ograniczonej lokalnymi więzami reszcie pozostawiają lizanie ran, naprawianie szkód 
i likwidację odpadów. Firma może poruszać się swobodnie, lecz konsekwencje jej 
działania, związane  z miejscem,  w którym się znajdowała, pozostają. Każdy, kto 

background image

może swobodnie skądś odejść, może też uciec od konsekwencji. Oto najważniejsze 
zdobycze zwycięskiej wojny z przestrzenią.

NIEOBECNI DZIEDZICE  DRUGA GENERACJA

Po zakończeniu wojny z przestrzenią mobilność stała się najsilniejszym czynnikiem 
stratyfikacji   społecznej   i   przedmiotem   powszechnej   zazdrości;   rzeczą,   na   której 
codziennie wznosi się ciągle i przebudowuje gmachy nowych hierarchii społecznych, 
politycznych,   gospodarczych   i   kulturalnych   o   coraz   bardziej   światowym   zasięgu. 
Znajdującym się na ich szczycie swoboda poruszania przynosi korzyści sięgające 
daleko poza krąg ludzi wymienionych przez Dunlapa. Jego recepta bierze pod uwagę 
jedynie konkurentów, których słychać  tych, którzy mogą i będą głośno wypowiadać 
swoje skargi, przekuwając żale w żądania  odpowiednio promując ich lub degradując. 
Istnieją jednak inni, także uwikłani w lokalne związki, którzy odpadają po drodze i 
pozostają   z   tylu;   o   nich   jednak   Dunlap   milczy,   ponieważ   ich   głosu 
najprawdopodobniej nikt nie usłyszy.
Mobilność  zdobycz „ludzi, którzy inwestują", czyli właścicieli kapitału, posiadaczy 
pieniędzy, których wymaga inwestycja  oznacza nowe zjawisko oddzielenia władzy 
od związanych z nią obowiązków na skalę do tej pory nie spotykaną; obowiązków 
wobec   pracowników,   ale  także  powinności   wobec  młodszych  i  słabszych,  wobec 
pokoleń,   które   dopiero   się   narodzą,   zadań   związanych   z   ich   rolą   w   procesie 
samoodtwarzania   podstaw   powszechnej   egzystencji;   krótko   mówiąc,   oznacza 
zwolnienie   z   obowiązku   uczestniczenia   w   życiu   codziennym   oraz   tworzenia   i 
przekazywania więzów tworzących wspólnotę społeczną. Pojawia się nowa asymetria 
pomiędzy eksterytorialną naturą władzy a terytorialnością „życia i jego przejawów". 
Pozbawiona lokalnego zakotwiczenia władza może bez uprzedzenia przenieść się w 
inne miejsce, bez problemu wykorzystać i porzucić lokalną rzeczywistość, nie dbając 
o konsekwencje dokonanej przez siebie eksploatacji. Pozbycie się odpowiedzialności 
za konsekwencje działań stanowi najbardziej pożądaną i hołubioną zdobycz, którą 
swobodnie przepływający, wolny od lokalnych więzów kapitał zawdzięcza  nowej 
formie mobilności. Kosztów łagodzenia konsekwencji podjętej inwestycji nie trzeba 
już wliczać w kalkulacje jej „efektywności".
Nowa swoboda, jaką zyskał kapitał, przypomina sytuację tak zwanych nieobecnych 
dziedziców,   którzy   słynęli   niegdyś   z   tego,   że   stale   przebywając   poza   granicami 
swych posiadłości, skandalicznie zaniedbywali potrzeby społeczności lokalnych, na 
których   koszt   żyli.   Jeśli   chodzi   o   dobra   stanowiące   ich   własność,   to   „nieobecni 
dziedzice" interesowali się jedynie „nadwyżką produkcji", którą można było przejeść. 
Niewątpliwie istnieje tu pewne podobieństwo; jednak porównanie to nie oddaje całej 
beztroski i braku poczucia odpowiedzialności, na które może sobie pozwolić pod 
koniec XX wieku przepływający swobodnie kapitał, lecz których nigdy nie osiągnęli 
„nieobecni dziedzice".
Ci ostatni nie mogli bowiem wymienić jednej posiadłości na drugą i w ten sposób 
pozostawali związani z okolicą, która ich żywiła, choć więzy były słabe. Sytuacja ta 
w   praktyce   ograniczała   możliwości   wyzysku,   teoretycznie   nie   ograniczone   przez 
prawo, ponieważ z czasem dochody z posiadłości zmniejszyły się lub wręcz zmalały 

background image

do zera. W rzeczywistości dopuszczalny stopień eksploatacji był o wiele niższy, niż 
wówczas sądzono, nie mówiąc już
0praktyce,  bardziej liberalnej od  ocen.  Sprawiało  to, że  w  dobrach  „nieobecnych 
dziedziców" wyjątkowo szybko
często   dochodziło   do   trwałego   zubożenia   gleby   i   ogólnego   spadku   przydatności 
rolniczej   terenu.   Stwarzało   to   poważne   zagrożenie   dla   stanu   majątkowego, 
powodując spadek wartości posiadłości z pokolenia na pokolenie. Poza tym pewne 
granice przypominały o sobie z tym większą bezwzględnością, że zwykle ich nie 
dostrzegano   i   nie   przestrzegano.   Granica   jest,   według   Alberto   Melucciego, 
„ograniczeniem, rozdzieleniem, separacją; znaczy zatem także uznanie tego, co inne, 
odmienne, nie dające się sprowadzić do znanych kategorii. Spotkanie z innością jest 
doświadczeniem, które wystawia nas na próbę, ponieważ rodzi pokusę, by na siłę 
inność ograniczyć, a równocześnie stanowiąc wyzwanie, by się porozumieć podczas 
usilnie ponawianych prób."
W przeciwieństwie do „nieobecnych dziedziców" z początków epoki nowoczesnej, 
kapitaliści i pośrednicy w handlu gruntami z okresu późnej nowoczesności dzięki 
swobodzie ruchu, jaką zyskały ich płynne teraz środki, nie stają wobec ograniczeń 
trwałych na tyle, by skłaniały do ustępstw. Jedyne odczuwalne ograniczenia, które się 
respektuje, to administracyjne regulacje dotyczące swobodnego przepływu kapitału i 
pieniędzy. Jednak tego rodzaju utrudnień jest niewiele, a garstka, która się ostała, 
pozostaje pod ciągłą presją utraty ważności lub likwidacji. Gdyby zabrakło utrudnień, 
niewiele   byłoby   okazji   do   „spotkania   z   innością",   o   którym   pisał   Melucci.   Jeśli 
bowiem doszłoby do spotkania wymuszonego przez drugą stronę   kiedy „inność" 
próbowałaby   zademonstrować   siłę   swoich   muskułów,   zwinięcie   namiotów   nie 
sprawiłoby   kapitałowi   specjalnego   kłopotu,   podobnie   jak   znalezienie   bardziej 
gościnnej okolicy, która miękko i ustępliwie poddałaby się jego ingerencji. Byłoby 
zatem o wiele mniej okazji zarówno do podejmowania prób „zmniejszenia różnicy 
siłą", jak i do wyrażenia chęci stawienia czoła „wyzwaniu, by się porozumieć".
Obie te sytuacje wymagałyby przyjęcia faktu, że „inności" nie da się sprowadzić do 
znanych kategorii; by jednak uznano nieredukowalność „inności", musiałaby stać się 
ona spójną, nieelastyczną całością i stawić opór. Tymczasem jej szanse na to kurczą 
się szybko. Aby opór stał się konstytutywną siłą tworzącą spójną całość, potrzebny 
jest wytrwały i skuteczny napastnik. Natomiast skutki nowej mobilności polegają na 
tym, że kapitał i finanse generalnie wcale nie muszą zginać tego, co sztywne, spychać 
przeszkód z toru czy pokonywać, względnie zażegnywać oporu; jeśli pojawia się taka 
potrzeba,   najczęściej   ustępuje   ona   jakiejś   łagodniejszej   opcji.   Jeśli   kontakt   z 
„innością" wymaga kosztownego użycia siły lub nużących negocjacji, kapitał może 
zawsze przenieść się w spokojniejsze miejsce. Nie ma potrzeby się angażować, jeżeli 
wystarczy zrobić unik.

SWOBODA RUCHU A KONSTYTUOWANIE SIĘ SPOŁECZEŃSTW

Patrząc wstecz na historię, można zadać sobie pytanie, do jakiego stopnia czynniki 
geofizyczne,   a   także   naturalne   i   sztuczne   granice   jednostek   terytorialnych,   różna 
tożsamość   społeczeństw   należących   do   odmiennych   kręgów   kulturowych   oraz 

background image

rozróżnienie na „położone w obrębie" i „poza granicami"  wszystko to, co tradycyjnie 
stanowi przedmiot badań geografii   było w istocie konceptualnym pokłosiem lub 
materialnym   osadem   stanowiącym   pochodną   „ograniczenia   prędkości",   czyli 
sytuacji, gdy czas i koszty przymusowo ograniczały swobodę ruchu.
Całkiem niedawno Paul Virilio postawi! tezę, że, choć wszystko wskazuje na to, iż 
Francis Fukuyama o wiele za wcześnie zadeklarował „koniec historii", to z coraz 
większą pewnością można mówić dzisiaj o „końcu geografii". Odległości nie mają 
już większego znaczenia, a koncepcję granicy geofizycznej w „realnych warunkach" 
coraz trudniej utrzymać. Nagle staje się jasne, że podziały w obrębie kontynentów i 
całego globu wynikały z odległości, które niegdyś wydawały się obezwładniająco 
rzeczywiste   z   powodu   prymitywnych   środków   transportu   i   niedogodności 
związanych z podróżą.
W istocie to, co nazywamy odległością, wcale nie jest obiektywną, bezosobową daną 
natury fizycznej, lecz konstruktem społecznym; jej długość zmienia się w zależności 
od prędkości, z jaką można ją pokonać (a w gospodarce pieniężnej w zależności od 
kosztów,   które   osiągnięcie   tej   prędkości   pociąga   za   sobą).   Wszystkie   pozostałe 
czynniki,   dzięki   którym   zbiorowe   tożsamości   tworzą   się,   zyskują   odrębność   i   ją 
zachowują,   takie   jak   granice   państwowe   czy   bariery   kulturowe,   wydają   się   z 
perspektywy czasu wtórnymi konsekwencjami tej prędkości.
Warto więc zwrócić uwagę, że być może właśnie z tego powodu „świat granic" był z 
zasady  przez większą  część  swego istnienia zjawiskiem o strukturze klasowej:  w 
przeszłości,   tak   jak   i   dziś,   zamożne   elity   władzy   zawsze   przejawiały   bardziej 
kosmopolityczne skłonności niż reszta okolicznej ludności; przez cały czas starały się 
one   tworzyć   własną   kulturę,   która   niewiele   robiła   sobie   z   granic,   stanowiących 
przeszkodę dla pospólstwa; miały one więcej wspólnego z elitami żyjącymi poza 
granicami ich własnego kraju niż z resztą ludności zamieszkującej w jego granicach.
Właśnie   dlatego,   jak   się   wydaje,   Bill   Clinton,   rzecznik   najpotężniejszej   elity 
współczesnego   świata,   mógł   niedawno   stwierdzić   po   raz   pierwszy,   że   między 
polityką   wewnętrzną   a   zagraniczną   nie   ma   już   różnicy.   Istotnie,   dzisiaj   w 
doświadczeniu elity niewiele jest faktów, które skłaniałyby do rozróżnień na „tu" i 
„tam", „w" i „poza", „tuż obok" i „daleko". Kiedy komunikacja wymaga coraz mniej 
czasu, który niemalże traci wymiar, kurcząc się do jednej chwili, przestrzeń i jej 
wyznaczniki   przestają   się   liczyć,   przynajmniej   dla   tych,   którzy   swe   posunięcia 
potrafią realizować z szybkością przepływu informacji przez elektroniczne łącza.
Opozycje takie jak „w" i „poza", „tutaj" i „tam", „blisko" i „daleko" określały stopień 
oswojenia,   udomowienia   i   znajomości   różnych   fragmentów   otaczającej 
rzeczywistości, należących zarówno do świata ludzi, jak i do świata rzeczy.
Blisko, pod ręką, znajduje się przede wszystkim to, co zwyczajne, swojskie i tak 
dobrze znane, że oczywiste; coś lub ktoś widywany i spotykany codziennie, wpisany 
w porządek zwykłego dnia i powszednie zajęcia. „Pobliże" to przestrzeń, wewnątrz 
której  można   się   czuć   u   siebie,   w  domu;   przestrzeń,   w  której  człowiek   gubi   się 
rzadko albo zgoła nigdy; gdzie nie dochodzi do sytuacji, w których brak mu słów lub 
nie   wie,   jak   się   zachować.   Z   drugiej   strony   „daleko"   jest   przestrzenią,   w   którą 
wkracza   się   jedynie   od   czasu   do   czasu   albo   wcale;   gdzie   zdarzają   się   rzeczy 
nieprzewidywalne   i   niezrozumiałe,   na   które   nie   wiadomo,   jak   reagować;   to 

background image

przestrzeń pełna rzeczy słabo znanych, po których człowiek nie spodziewa się wiele i 
o które nie musi się troszczyć. Znalezienie się „daleko" onieśmiela; wybrać się na 
„daleką"   wyprawę   to   przekroczyć  granice   własnego   poznania,   znaleźć   się   nie   na 
miejscu,   poza   swoim   żywiołem,   narazić   się   na   kłopoty   i   drżeć   w   strachu   przed 
nieszczęściem.
Ze względu na te cechy opozycja „bliskodaleko" ma jeszcze jeden, bardzo istotny 
wymiar,   zawierający   się   pomiędzy   pewnością   a   niepewnością,   zdecydowaniem   a 
wahaniem. Być „daleko" znaczy znaleźć się w tarapatach, a to wymaga rozwagi lub 
przebiegłości,   sprytu   albo   odwagi;   trzeba   poznać   obce   reguły   gry,   bez   których 
wszędzie indziej można się obejść, i drogą ryzykownych prób oraz błędów, które 
słono kosztują, nauczyć się działać z nimi w zgodzie. Z drugiej strony, idea tego, co 
„bliskie",   jest   równoważna   z   brakiem   problemów:   nabyte   bezstresowo   nawyki 
wystarczają i jak każdy nawyk wydają się nie obciążać człowieka i nie wymagać 
żadnego   wysiłku;   dzięki   temu   nie   ma   okazji   do   wahań,   budzących   niepokoje. 
Czymkolwiek byłaby „społeczność lokalna", opozycja między „tu" i „tam", „blisko" i 
„daleko" powołuje ją do życia.
Historia   nowoczesna   naznaczona   jest   przez   ciągły   postęp   w   dziedzinie   rozwoju 
środków transportu. Przewóz towarów i podróżowanie stanowią dziedzinę, w której 
doszło   do   zmian   szczególnie   radykalnych   i   szybkich;   jak   już   dawno   zauważył 
Schumpeter, postęp nie był rezultatem zwiększenia liczby dyliżansów, lecz wynikiem 
wynalezienia   i   masowej   produkcji   zupełnie   nowych   środków   transportu:   kolei, 
samochodów   i   samolotów.   To   przede   wszystkim   dostępność   środków 
umożliwiających   szybkie   podróżowanie   rozpoczęła   charakterystyczny   dla 
nowoczesności   proces   erozji   wszystkich   okopanych   w   swej   lokalności   „całości" 
społecznych i kulturowych oraz ich kwestionowanie; proces,  który jako pierwszy 
uchwycił   Tönnies   w   swym   sławnym   ujęciu   nowoczesności   jako   przejścia   od 
Gemeinschaft do Gesellschaft.
Wśród   wszystkich   czynników   technicznych   stymulujących   mobilność   szczególnie 
ważną rolę odegrało przesyłanie informacji  sposób komunikacji, który nie wymaga 
fizycznego poruszania się przedmiotów lub ludzi albo potrzebuje go jedynie wtórnie i 
marginalnie. Środki techniczne, rozwijane konsekwentnie i bez przerwy, pozwoliły 
na   przekazywanie   informacji   niezależnie   od   jej   materialnych   nośników,   a   także 
uwolniły   ją   od   przedmiotów,   których   sama   dotyczyła;   dzięki   nim   „znaczące" 
wyzwoliło się od „znaczonego". Oddzielenie wędrówki samej informacji od ruchu jej 
nośników i przedmiotów pozwoliło z kolei zróżnicować ich prędkość. Informacja 
nabierała prędkości o wiele większej niż jej fizyczny nośnik i podróżowała szybciej, 
niż   ulegała   zmianie   sytuacja,   o   której   informowała.   W   końcu   obsługiwana 
komputerowo sieć www położyła kres samemu pojęciu „podróży informacji" (a także 
odległości,   na   jaką   ona   wędruje),   dostarczając   danych,   które   teoretycznie   i 
praktycznie dostępne są w tej samej chwili na całej planecie.
Skutki   rozwoju,   który   się   właśnie   dokonał,   są   bardzo   silnie   odczuwane.   Szeroko 
zauważa się oraz szczegółowo opisuje jego wpływ na wzajemne relacje społecznych 
związków i podziałów. Podobnie jak „istotę młotka" dostrzega się dopiero wtedy, 
gdy się go zepsuło, tak obecnie widzimy jaśniej niż kiedykolwiek dotąd sposób, w 
jaki czas i przestrzeń obarczone zostały udziałem w tworzeniu oraz rozpadzie całości 

background image

społecznokulturowych i politycznych, a także rolę, jaką odgrywały w zachowaniu 
stabilności i utrzymaniu elastyczności tych jednostek. Widzimy teraz, że istniejące 
niegdyś tak zwane społeczności silnie powiązane wewnętrznie powstawały i trwały 
dzięki   przepaści   pomiędzy   błyskawicznie   odbywającą   się   komunikacją   wewnątrz 
niewielkiej   grupy   (której   wielkość   ograniczona   była  przez   wrodzone   właściwości 
„materiału",   czyli   zasięg   ludzkiego   wzroku,   słuchu   oraz   pojemność   pamięci)   a 
ogromem   czasu   i   środków   potrzebnych   do   przekazania   informacji   pomiędzy 
poszczególnymi wspólnotami lokalnymi. Z drugiej strony, słabość i krótkie życie 
tworzonych   współcześnie   wspólnot   wydają   się   wynikać   ze   zmniejszania   się   lub 
wręcz   niwelacji   tej   przepaści:   komunikacja   wewnątrzgrupowa   nie   posiada   żadnej 
przewagi   nad   procesem   wymiany   informacji   pomiędzy   wspólnotami,   jeśli   oba   te 
procesy odbywają się w okamgnieniu.
Michael Benedikt reasumuje zatem nasze odkrycie dokonane z perspektywy dziejów 
oraz streszcza nowy sposób rozumienia powiązań łączących szybkość podróżowania 
ze spójnością struktury społecznej:
Jedność,   która   możliwa   była   w   niewielkich   wspólnotach   dzięki   prawie 
natychmiastowej komunikacji za pomocą głosu (której koszt był niemal równy zeru), 
afiszów   i   ulotek,   na   większą   skalę   ponosi   fiasko.   Spójność   struktury   społecznej, 
niezależnie   od   skali,   jest   pochodną   społecznej   zgody   i   wiedzy   wspólnej   dla 
wszystkich.   Zatem   bez   ciągłego   jej   uaktualniania   i   bez   społecznych   interakcji 
spójność struktury zależy w sposób żywotny od wcześnie przeprowadzonej i ściśle 
określonej edukacji w zakresie kultury oraz od pamięci tejże. Elastyczność struktury 
społecznej   uwarunkowana   jest   natomiast   niepamięcią   oraz   dostępem   do   taniej 
komunikacji.
Dodajmy,   że   „oraz"   w   ostatnim   z   zacytowanych   zdań   jest   zbyteczne:   łatwość 
zapominania oraz tania (a także bardzo szybka) komunikacja nie są niczym innym 
niż   dwoma   aspektami   tego   samego   zjawiska   i   trudno   byłoby   analizować   je 
oddzielnie. Tania komunikacja, czyli bezustanny napływ wiadomości, oznacza, że 
zdobyta wcześniej informacja jest szybko tłumiona, wypierana lub zalewana przez 
potok   nowych   doniesień.   Natomiast   możliwości   „materiału   żywego"   pozostają   w 
zasadzie niezmienne co najmniej od paleolitu  tania komunikacja zalewa więc raczej 
pamięć i ją tłamsi, aniżeli karmi i utrwala. Spośród niedawnych dokonań najbardziej 
brzemienne w skutki wydaje się zniesienie różnicy kosztów przekazu informacji na 
skalę lokalną i globalną (niezależnie od tego, dokąd się wysyła wiadomość przez 
Internet, zawsze płaci się jak za połączenie miejscowe,  co ważne jest zarówno z 
kulturowego,   jak   i   z   ekonomicznego   punktu   widzenia);   to   z   kolei   oznacza,   że 
informacja, która do nas dociera i domaga się naszej uwagi, dopuszczenia do pamięci 
i   zachowania   w   niej   (choćby   krótkotrwałego),   pochodzi   zwykle   z   bardzo 
zróżnicowanych   i   niezależnych   od   siebie   miejsc,   a   w   związku   z   tym   zawiera 
komunikaty   sprzeczne   ze   sobą   lub   wykluczające   się   nawzajem.   Zupełnie   inaczej 
dzieje się z komunikatami przepływającymi wewnątrz wspólnot, które nie dysponują 
oprogramowaniem ani sprzętem komputerowym i polegają wyłącznie na „materiale 
ludzkim";   komunikaty   te   zwykle   powtarzają   się   wielokrotnie   i   wzajemnie 
wzmacniają, pomagając w procesie zapamiętywania, nawet jeśli jest ono wybiórcze.
Mówiąc   słowami   Timothy'ego   W.   Luke'a,   „porządek   przestrzenny   społeczności 

background image

tradycyjnych zorganizowany jest wokół przyrodzonych możliwości ludzkiego ciała, 
w większości bezpośrednio zaangażowanego w działanie":
Tradycyjne   wyobrażenia   czynności   i   działań   często   uciekają   się   do   metafor 
związanych   z   ludzkim   ciałem:   podczas   konfliktu   stajemy   „twarzą   w   twarz"; 
walczymy   „pierś   w   pierś";   idziemy   „ręka   w   rękę";   solidarność   wyrażamy,   stając 
„ramię   w   ramię";   rozmowa   może   się   odbyć   „w   cztery   oczy";   sprawiedliwość 
natomiast bywała „oko za oko" i „ząb za ząb", podczas gdy zmiany dokonywały się 
„krok po kroku".
Sytuacja  zmieniła   się  nie do  poznania  wraz  z  rozwojem środków,  dzięki  którym 
konflikty,   przymierza,   boje   i   dyskusje   zyskały   o   wiele   szerszy   wymiar,   a 
sprawiedliwość zaczęła sięgać o wiele dalej niż wzrok i ramię człowieka. Przestrzeń 
zaczęto   „przetwarzać,   ześrodkowywać,   organizować,   normalizować",   a   co 
najważniejsze,   przestała   być   ona   uzależniona   od   ograniczeń   narzucanych   przez 
ludzkie ciało. Odtąd możliwości, jakie stwarzała technika, szybkość jej działania i 
koszt zastosowania stały się „organizatorami przestrzeni": „Przestrzeń przez pryzmat 
techniki   jest   zupełnie   inna;   to   przestrzeń   konstruowana,   a   nie   dana   przez   Boga; 
sztuczna, a nie naturalna; przestrzeń określana za pomocą sprzętu mechanicznego, a 
nie bezpośrednio przez właściwości „żywego materiału"; rozumiana w kategoriach 
myślenia racjonalnego, a nie potocznego; narodowa, a nie lokalna."
Nowoczesna,   konstruowana   przestrzeń   miała   być   twarda,   stabilna,   trwała   i   nie 
podlegająca  negocjacji.  Tkanką  miał  być  beton i  stal,  a sieć   torów  kolejowych  i 
autostrad     systemem   krwionośnym.   Autorzy   nowoczesnych   utopii   nie   odróżniali 
porządku społecznego od architektonicznego, jednostek i podziałów społecznych od 
terytorialnych;   dla   nich,   podobnie   jak   dla   ich   współczesnych,   którzy   ponosili 
odpowiedzialność   za   porządek   społeczny,   klucza   do   uporządkowanego 
społeczeństwa należało szukać w organizacji przestrzeni. Całość społeczna miała być 
hierarchicznym układem coraz większych i bardziej pojemnych wspólnot lokalnych, 
ze stojącą na szczycie ponadlokalną władzą państwową, która nadzorowała całość, 
sama pozostając niedostępna i nie dająca się inwigilować.
Na tę przestrzeń, która została sztucznie skonstruowana pod względem terytorialnym, 
urbanistycznym   i   architektonicznym,   nałożyła   się   przestrzeń   trzeciego   rodzaju:   z 
pojawieniem   się   globalnej   sieci   informatycznej   nastał   czas   cyberprzestrzeni.   Jak 
twierdzi Paulo Virilio, jej elementy „pozbawione są wymiaru przestrzennego, lecz 
wpisane   w   specyficzny   rodzaj   czasowości   związanej   z   procesem   błyskawicznego 
rozpowszechniania. Od tej chwili ludzi nie dzielą już przeszkody natury fizycznej ani 
dystans czasowy. Współpracujące ze sobą terminale komputerowe i monitory wideo 
sprawiają, że podział na t u i tam nic już nie znaczy".
Jak większość twierdzeń na temat ludzkiej kondycji jako takiej  jednej i tej samej dla 
wszystkich ludzi  także powyższe zdanie nie jest w pełni prawdziwe. Możliwość
współpracy terminali komputerowych" ma zróżnicowany wpływ na sytuację ludzi w 
zależności od ich położenia. Część z nich, dosyć zresztą spora, nadal staje wobec 
„przeszkód natury fizycznej i dystansu czasowego" jako przyczyn bezwzględnych 
podziałów, których skutki psychologiczne sięgają znacznie głębiej niż kiedykolwiek 
przedtem.

background image

NOWA SZYBKOŚĆ, NOWA POLARYZACJA

A oto sedno sprawy: zniwelowanie odległości czasowych i przestrzennych dzięki 
technice nie tyle ujednoliciło ludzką kondycję, ile ją spolaryzowało. Wyzwala ono 
bowiem   niektóre   jednostki   z   więzów   terytorialnych   i   pewnym   czynnikom 
konstytuującym wspólnotę nadaje sens eksterytorialny; równocześnie jednak samo 
odarte   ze   znaczenia   terytorium,   w   którego   granicach   inni   nadal   pędzą   życie, 
pozbawione   zostaje   potencjału   określania   ludzkiej   tożsamości.   Są   ludzie,   którzy 
widzą w tym zapowiedź nie spotykanej dotąd wolności od fizycznych ograniczeń 
oraz niesłychanych możliwości poruszania się i działania na odległość. Dla innych 
jednak wiąże się to z niemożnością wzięcia w posiadanie lokalnej rzeczywistości, od 
której mają małe szanse się odciąć, przenosząc w inne miejsce. Kiedy „odległości nic 
już nie znaczą", także miejsca, które te odległości oddzielały, tracą znaczenie. Choć 
jednym   wróży   to   swobodę   tworzenia   znaczeń,   innym   zapowiada   zepchnięcie   w 
„bezznaczeniowość".  Niektórzy mogą  teraz, niezależnie  od miejsca,  wyprowadzić 
się, kiedy zechcą, podczas gdy pozostali widzą tylko, jak lokalna rzeczywistość, którą 
dotąd zamieszkali, usuwa im się spod nóg.
Dzisiejszy przepływ informacji jest niezależny od jej nośników; przemieszczanie się 
ciał i zmiana ich usytuowania w przestrzeni fizycznej jest znacznie mniej potrzebna 
niż   dotąd,   by   porządkować   na   nowo   znaczenia   i   związki.   Dla   niektórych     dla 
mobilnej   elity,   elity   mobilności     oznacza   to   dosłownie   „odfizycznienie",   nową 
nieważkość władzy. Elity podróżują w przestrzeni, i to szybciej niż kiedykolwiek, 
jednak rozpiętość sieci władzy, którą tworzą, i jej gęstość nie zależą od tych podróży. 
Dzięki   nowej   bezcielesności   władzy,   która   ma   głównie   postać   finansową,   jej 
posiadacze  stali się prawdziwie wyzuci z terytorialnej przynależności, nawet jeśli 
fizycznie zdarza im się być „na miejscu". Ich władza jest zaiste i w pełni „nie z tego 
świata"   nie należy do świata fizycznego, w którym wznoszą swe pilnie strzeżone 
domy i biura: eksterytorialne, chronione przed nieproszonymi wizytami sąsiadów, 
odcięte od wszystkiego, co można by nazwać wspólnotą lokalną, niedostępne dla 
każdego, kto, w przeciwieństwie do nich, jest do niej przypisany.
Doświadczeniem nowej elity jest właśnie ta „pozaziemskość" władzy: niesamowite i 
budzące   grozę   połączenie   eteryczności   z   wszechpotęgą,   niefizyczności   i   mocy 
kształtowania   rzeczywistości;   utrwala   się   ono   w   potocznej   pochwale   „nowej 
wolności", której wcieleniem jest elektroniczna cyberprzestrzeń. Godna szczególnej 
uwagi jest „analogia między cyberprzestrzenią a chrześcijańską koncepcją Nieba" 
autorstwa Margaret Wertheim:
Tak jak pierwsi chrześcijanie wyobrażali sobie Niebo jako idealne królestwo leżące 
poza chaosem i upadkiem świata materialnego, którego rozpad był dla nich aż za 
bardzo namacalny, bo wokół waliło się w gruzy cesarstwo   tak i dziś, w czasach 
społecznej   dezintegracji   i   destrukcji   środowiska   naturalnego,   prozelici 
cyberprzestrzeni   obwołują   swoją   domenę   miejscem   idealnym,   leżącym   „ponad" 
materialnym światem i „poza" jego problemami. Podczas gdy pierwsi chrześcijanie 
głosili, że Niebo jest królestwem, w którym ludzka dusza wolna będzie od słabości i 
upadków ciała, dzisiejsi mistrzowie cyberprzestrzeni twierdzą, że jest ona miejscem, 
gdzie „ja" może być wolne od ograniczeń fizyczności.

background image

W cyberprzestrzeni ciała nie mają znaczenia, choć ona sama ma dla żywych ciał 
znaczenie   nieodwracalne   i   decydujące.   Od   wyroków,   które   zapadły   w   niebie 
cyberprzestrzeni, nie ma odwołania i ich mocy nie może podważyć nic, co dzieje się 
na ziemi. Ciała tych, którzy dysponują mocą bezpiecznego ferowania wyroków w 
cyberprzestrzeni, nie muszą być ciałami mocnymi ani też uzbrojonymi w ciężki oręż; 
co więcej, w przeciwieństwie do Anteusza, nie potrzebna im nawet łączność z ziemią, 
by  posiąść   moc,   utrwalić  ją  i  zamanifestować.  Potrzebują  za  to  odizolowania   od 
lokalnej   rzeczywistości,   odartej   teraz   ze   znaczenia   społecznego   na   rzecz 
cyberprzestrzeni   i   zredukowanej   do   czysto   fizycznych   wymiarów   „terenu".   Za 
niezbędne   uważają   zabezpieczenie   tej   izolacji   dzięki   brakowi   sąsiadów, 
niewrażliwości   na   utrudnienia   natury   lokalnej   oraz   niezawodnej   i   niezniszczalnej 
barierze,   którą   tłumaczy   się   jako   „bezpieczeństwo"   osób,   ich   domów   i   miejsc 
rozrywki.   Pozbawienie   władzy   jej   aspektu   terytorialnego   idzie   więc   w   parze   ze 
znacznie sztywniejszą strukturą wewnętrzną terytorium.
W opracowaniu pod wiele mówiącym tytułem Building Paranoia Steven Flusty pisze 
o zapierającym dech w piersiach wybuchu bezkrytycznego entuzjazmu i szaleńczym 
boomie   w   sferze   zupełnie   nowej   dla   wielkomiejskiego   budownictwa,   jaką   są 
„przestrzenie   o   ograniczonej   dostępności",   „projektowane   tak,   by   odgradzały   od 
potencjalnych   użytkowników,   odpierały   ich   lub   odsiewały".   Flusty   wykazuje   się 
niepospolitym   talentem   w   wykuwaniu   precyzyjnych   i   sugestywnych,   a   zarazem 
zjadliwych   określeń   różnych   rodzajów   takich   przestrzeni,   które   uzupełniając   się 
nawzajem,   tworzą   nowy,   wielkomiejski   odpowiednik   fos   i   wież   obronnych, 
strzegących   niegdyś   dostępu   do   średniowiecznych   zamków.   Wśród   nich   jest 
„przestrzeń, która się wymyka", gdzie „nie można się dostać, bo wiodąca tam droga 
jest zbyt kręta i długa albo w ogóle jej nie ma"; „przestrzeń, która się jeży", gdzie 
„nie sposób wygodnie zamieszkać, gdyż strzegą jej na przykład wystające ze ściany 
polewaczki, uruchamiane, by oczyścić plac z włóczęgów; albo stopnie nachylone tak, 
by nie można było na nich siedzieć"; lub „przestrzeń, która się irytuje"  „nie można 
jej użytkować niepostrzeżenie dla nadzorujących patroli lub/i urządzeń do zdalnego 
monitoringu".   Owe   „przestrzenie   zakazane"   nie   służą   niczemu   innemu,   jak   tylko 
nadaniu materialnej postaci eksterytorialności nowej, ponadlokalnej elity, przełożeniu 
jej na fizyczną izolację od lokalności. Przypieczętowują też rozpad zakorzenionych w 
lokalnej rzeczywistości form bycia razem i życia wspólnotowego. Niezależność elit 
od terytorium, na którym się osiedlają, gwarantowana jest za pomocą środków jak 
najbardziej materialnych: ich członkowie są fizycznie niedostępni dla tych, którzy nie 
posiadają przepustki.
Równocześnie   przestrzenie   miejskie,   gdzie   mieszkańcy   różnych   dzielnic   i   osiedli 
mogli się spotykać osobiście i nawiązywać przypadkowe kontakty, zagadywać do 
siebie i wzajemnie się prowokować, rozmawiać, sprzeczać się, zgadzać albo spierać, 
nadawać swym prywatnym problemom wagę państwową, a sprawami publicznymi 
przejmować się zupełnie prywatnie   owe publiczne, a zarazem prywatne agory, o 
których pisze Cornelius Castoriadis, szybko kurczą się i zanikają. Nieliczne, które 
jeszcze pozostały, coraz częściej dostępne jedynie dla wybranych, przyczyniają się 
raczej   do   pogłębienia   szkód   powstałych   pod   naciskiem   sił   dezintegrujących 
wspólnotę, niż je naprawiają. Jak pisze Steven Flusty:

background image

obszary, które tradycyjnie były przestrzeniami publicznymi, coraz częściej zmieniają 
się w prywatnie (choć często z publicznych dotacji) konstruowane, administrowane i 
posiadane  przestrzenie   przeznaczone  do  publicznego   gromadzenia   się  ludzi,  czyli 
przestrzenie   konsumpcji   [...]   O   dostępie   decydują   możliwości   płatnicze   [...] 
Obowiązujące tu reguły wyłączności zapewniają wysoki poziom kontroli, niezbędny, 
by,   ograniczając   nieskuteczność   działań   i   redukując   to,   co   nieprzewidywalne, 
zapobiec   nieprawidłowościom   mogącym   zakłócić   uporządkowany   przepływ 
towarów, usług i pieniędzy.
Elity   wybrały   izolację   i   są   gotowe   płacić   za   nią   słono.   Reszta   społeczeństwa 
natomiast stwierdza, że jest odcięta i musi ponosić wysokie koszta ich nowej izolacji; 
koszta psychologiczne, kulturalne i polityczne. Sytuacja ludzi, dla których życie w 
separacji   od   społeczności   lokalnej   nie   jest   kwestią   wyboru   i   których   nie   stać   na 
opłacenie   bezpiecznej   izolacji,   przypomina   położenie   tych,   którzy   padli   ofiarą 
grodzenia gruntów u progu nowoczesności: zwyczajnie i po prostu, nie pytając ich o 
zdanie, odgrodzono ich od miejsc, które jeszcze wczoraj były „wspólne"; zabroniono 
im wstępu i odegnano, niepokornym grożąc więzieniem; skazano na szok błąkania 
się   po   terenach   leżących   poza   granicami   prywatnej   własności,   oznakowanej   za 
pomocą   ostrzegawczych   tablic   lub   nie   zwerbalizowanych,   lecz   nie   mniej 
stanowczych „zakazów wstępu" w postaci rozmaitych znaków, których nie umieli 
czytać ani dostrzec.
Teren miasta staje się polem nieustannej wojny o przestrzeń, która czasami zmienia 
się w publiczny spektakl w postaci zamieszek w śródmieściu, rytualnych potyczek z 
policją,  bijatyk kibiców  piłkarskich;  na  co  dzień  jednak walka  toczy  się  tuż  pod 
powierzchnią publicznej (dopuszczonej do publicznej wiadomości) wersji porządku 
spraw dnia powszedniego w mieście. Pozbawieni władzy i zaniedbani mieszkańcy 
terenów   „odgrodzonych",   obszarów   zepchniętych   na   margines   i   nieubłaganie 
naruszanych, sami odpowiadają agresją i na granicach swoich zamienionych w getta 
osiedli   próbują   umieszczać   własne   znaki   zakazu   wstępu.   Zgodnie   z   odwiecznym 
rytuałem   bricoleurs   używają   do   tego   wszystkiego,   co   im   wpadnie   w   rękę: 
„wprowadzają rytuały, noszą dziwne stroje, ich dziwaczne zachowanie rzuca się w 
oczy; łamią zakazy, tłuką butelki i szyby, rozbijają głowy, posługują się retoryką 
prowokacji wobec obowiązującego prawa". Niezależnie od skuteczności tych działań 
podstawowy   problem   polega   na   tym,   że   są   niedozwolone,   a   w   związku   z   tym 
oficjalnie klasyfikuje się je zwykle jako naruszanie porządku i prawa, a nie, czym są 
w istocie, jako próby zwrócenia uwagi na terytorialne roszczenia oraz chęć włączenia 
się w nową grę o przestrzeń, w którą wszyscy z upodobaniem grają.
Warowne umocnienia wznoszone przez elitę oraz samoobrona przez agresję, którą 
uprawiają ci, co pozostali na zewnątrz, wzajemnie podsycają się tak, jak przewidział 
Gregory   Bateson   w   swej   teorii   „łańcuchów   schizmogennych".   Według   modelu 
teoretycznego Batesona, prawdopodobieństwo pojawienia się i pogłębienia rozłamu 
w stopniu uniemożliwiającym powrót do poprzedniego stanu rośnie, gdy dochodzi co 
sytuacji, w której:
zachowanie X, Y, Z jest standardową odpowiedzią na X, Y, Z [...] Jeżeli wzorce X, 
Y, Z obejmują przechwałki, to z dużym prawdopodobieństwem, jeśli przechwałki są 
odpowiedzią   na   przechwałki,   grupy   będą   się   wzajemnie   prowokować   do 

background image

przerysowania wzorca i proces ten, jeśli się go nie powstrzyma, doprowadzi jedynie 
do   rywalizacji   przybierającej   coraz   ostrzejsze   formy   i   ostatecznie   zakończonej 
wrogością i załamaniem się całego systemu.
Opisana została tu „dyferencjacja symetryczna". Czy jest jakaś inna możliwość? Co 
stanie się, jeżeli grupa B na wyzwanie typu X, Y, Z ze strony grupy A nie odpowie 
zachowaniem typu X, Y, Z? Łańcuch nie ulega wówczas przecięciu; dochodzi jednak 
do dyferencjacji komplementarnej, a nie symetrycznej. Jeśli na przykład zachowanie 
asertywne   nie   wywołuje   asertywnej   odpowiedzi,   lecz   natrafia   na   gotowość 
podporządkowania się, „to uległość wywoła kolejne zachowania asertywne, które z 
kolei sprowokują do dalszej uległości", a skutkiem będzie tak samo „załamanie się 
systemu".
Generalnie   fakt   wyboru   jednego   czy   drugiego   wzoru   ma   minimalne   znaczenie, 
jednak dla stron uwikłanych w „łańcuch schizmogenny" oznacza on różnicę między 
godnością   i   upokorzeniem,   człowieczeństwem   i   jego   utratą.   Można   z   dużym 
prawdopodobieństwem   przewidywać,   że   strategia   „dyferencjacji   symetrycznej" 
będzie zawsze wybierana chętniej niż strategia „dyferencjacji komplementarnej". Ta 
druga   jest   strategią   pokonanych   lub   tych,   którzy   pogodzili   się   z   nieuchronnością 
klęski.   Jednak   niezależnie   od   wybranej   strategii   istnieją   wygrani:   nowy   podział 
przestrzeni miejskiej, kurczenie się i zanik przestrzeni publicznej, rozpad wspólnoty 
tworzonej   przez   mieszkańców   miasta,   podziały   i   segregacja,   a   nade   wszystko 
eksterytorialność nowej elity i wymuszona przynależność terytorialna reszty.
Jeśli nowa eksterytorialność elity daje poczucie upajającej wolności, to terytorialne 
przywiązanie reszty odczuwa się coraz mniej jako zamieszkiwanie w domu, a coraz 
bardziej jako uwięzienie  dodatkowo upokarzające wobec kłującej w oczy swobody 
poruszania się „tych innych". Pozostawanie w miejscu, niemożność zmiany okolicy 
wedle swego upodobania i pozbawienie dostępu do bardziej zielonych pastwisk nie 
tylko ma gorzki smak porażki, oznacza niepełne człowieczeństwo i prowadzi do tego, 
że   jest   się   oszukiwanym   przy   podziale   bogactw   i   uroków,   jakie   niesie   życie. 
Upośledzenie sięga głębiej: „lokalność" w nowym świecie wielkich szybkości nie jest 
tym samym, czym była w czasach, gdy informacja poruszała się jedynie razem ze 
swym   materialnym   nośnikiem:   miejscowość   i   ludność   miejscowa   niewiele   mają 
wspólnego ze „społecznością lokalną". Przestrzenie publiczne  rozmaite agory i fora, 
miejsca,   w   których   ustala   się   programy   działania,   prywatnym   sprawom   nadaje 
wymiar publiczny, kształtuje opinie, zbiera sądy i feruje wyroki  śladem elit odcięły 
się od lokalnych
powiązań; w pierwszej kolejności odrywają się od konkretnego terytorium i sytuują 
daleko poza zasięgiem komunikacyjnej wydolności jakiejkolwiek lokalnej wspólnoty 
i jej mieszkańców, która ograniczona jest przez możliwości „materiału ludzkiego". 
Ludność miejscowa, jak najdalsza od tworzenia wspólnoty, bardziej przypomina pęk 
sznura o luźno zwisających, nie powiązanych ze sobą końcach.
Paul Lazarfeld pisał o „lokalnych autorytetach", które na użytek innych mieszkańców 
danej   okolicy   przesiewają,   wartościują   i   przetwarzają   wiadomości   docierające   „z 
zewnątrz" za pośrednictwem mediów; jednak by mogło tak się dziać, mieszkańcy 
muszą   najpierw   usłyszeć   „lokalny   autorytet"     potrzebują   zatem   agory,   na   którą 
mogliby przychodzić i słuchać. To właśnie lokalna agora umożliwiała miejscowym 

background image

autorytetom   współzawodniczenie   z   głosami   docierającymi   z   dala   i   zyskiwanie 
poparcia stanowiącego przeciwwagę dla o wiele bardziej pomysłowej władzy, której 
wpływ   osłabiała   jednak   odległość.   Wątpię,   czy   Lazarfeld   doszedłby   do   takich 
samych   wniosków,   gdyby   przyszło   mu   powtórzyć   badania   dzisiaj,   zaledwie   pół 
wieku później.
Niedawno Nils Christie podjął próbę ujęcia logiki tego procesu i jego następstw w 
formie alegorii. Jako że tekst ten nie jest jeszcze dostępny dla szerszej publiczności, 
pozwolę sobie przytoczyć obszerne fragmenty:

Mojżesz zszedł z gór. Pod pachą niósł przykazania, wykute w granicie, podyktowane 
mu przez tego, który jest ponad górami. Mojżesz był tylko posłańcem, lud  populus 
odbiorcą [...] Dużo później Jezus i Mahomet działali według tych samych reguł. Są to 
klasyczne przypadki sprawiedliwości piramidalnej.
Inny obraz: kobiety gromadzące się przy studni albo nad rzeką [...] Przychodzą po 
wodę,  piorą, wymieniają   informacje   i oceny. Pretekstem  do rozmowy   często  jest 
konkretne wydarzenie lub sytuacja.
Opisuje się je i porównuje do podobnych wypadków, które zaszły w przeszłości lub 
zdarzyły się gdzie indziej; a potem ocenia jako dobre lub złe, ładne lub brzydkie, 
mocne lub słabe. Powoli, choć oczywiście nie zawsze, rodzi się potoczne rozumienie 
zdarzeń.   To   właśnie   jest   proces   tworzenia   norm.   Jest   to   klasyczny   przypadek 
„sprawiedliwości egalitarnej" [...]
[...] nie ma  już studni. W nowoczesnym świecie mieliśmy  przez jakiś czas  małe 
publiczne pralnie z pralkami na monetę, dokąd przychodziło się z brudną bielizną, a 
wychodziło z czystą; w trakcie prania można było porozmawiać. Teraz nie ma już 
publicznych pralni. [...] Duże centra handlowe stwarzają pewne możliwości, by się 
spotkać, lecz w większości są one za duże, by wytworzyły się poziome struktury 
sprawiedliwości.   Zbyt   ogromne,   by   można   było   spotkać   dawnych   znajomych,   za 
bardzo ruchliwe i za głośne do prowadzenia długich pogawędek potrzebnych, by 
ustalić standardy zachowań.

Dodam jeszcze, że centra handlowe buduje się tak, by ludzie byli ciągle w ruchu, 
stale się rozglądali; dostarcza się im bez końca   ale nigdy zbyt długo   rozrywki w 
postaci nie kończącego się pasma atrakcji; w centrum handlowym nic nie zachęca do 
tego, by się zatrzymać, spojrzeć jeden na drugiego, porozmawiać, zastanowić się czy 
podyskutować o czymś innym niż wystawione towary; by spędzać czas w sposób 
pozbawiony wartości handlowej...
Dodatkową   zaletą   alegorycznej   opowieści   Christiego   jest   to,   że   odsłania   ona 
konsekwencje natury etycznej wynikające z obniżenia rangi przestrzeni publicznej. 
Miejsca spotkań były przestrzenią, w której konstytuowały się normy, dzięki czemu 
sprawiedliwość   rozkładała   się   poziomo,   i   tak   też   była   wymierzana,   umacniając 
wspólnotę tworzoną przez tych, którzy o niej dyskutowali; wspólnotę odrębną od 
innych,   spajaną   wewnętrznie   przez   wspólne   kryteria   oceny.   Terytorium   odarte   z 
przestrzeni publicznej stwarza mało możliwości do podjęcia dyskusji nad normami, 
do konfrontacji, ścierania się wartości oraz do ich negocjowania. O tym, co jest dobre 
i   złe,   piękne   i   brzydkie,   odpowiednie   i   nieodpowiednie,   użyteczne   i   pozbawione 

background image

użyteczności,   wyrokuje   się   tylko   na   górze,   tam,   gdzie   sięga   jedynie   najbardziej 
przenikliwy wzrok. Wyroki pochodzące z góry są niepodważalne, ponieważ żadnych 
sensownych wątpliwości nie można wysunąć wobec sędziów, którzy nie pozostawili 
żadnego   adresu     nawet   adresu   poczty   elektronicznej     gdzie   można   by   owe 
wątpliwości   skierować;   poza   tym   nikt   tak   naprawdę   nie   wie,   gdzie   ci   sędziowie 
urzędują. Nie ma już miejsca na opinię „lokalnych autorytetów"; w ogóle nie ma już 
miejsca na „opinię miejscowej ludności".
Wyroki mogą więc być ferowane bez żadnego związku z lokalnym biegiem spraw; 
nie  mają   one  wszak   wcale  znaleźć   potwierdzenia  w  postępowaniu   ludzi,  których 
dotyczą. Zrodzone z doświadczeń, które w najlepszym wypadku lokalnym odbiorcom 
wiadomości są znane z pogłosek, mogą stać się przyczyną dodatkowych cierpień, 
nawet jeśli w zamierzeniu miały przynieść radość. Sądy ferowane w pozaterytorialnej 
rzeczywistości   wkraczają   w   życie   skrępowane   lokalnymi   więzami   jako   własna 
karykatura,   przybierając   postać   potwornych   mutantów.   Po   drodze   pozbawiają 
miejscową   ludność   władzy   w   zakresie   moralności,   odbierając   jej   w   ten   sposób 
wszystkie środki, które mogłyby ograniczyć szkody.

background image

Rozdział 2

WOJNY O PRZESTRZEŃ  SPRAWOZDANIE Z 

PRZEBIEGU DZIAŁAŃ

Często mówi się, a jeszcze częściej  przyjmuje za oczywiste, że idea „przestrzeni 
społecznej" narodziła się (gdzieżby, jeśli nie w głowach socjologów, rzecz jasna) z 
metaforycznego   przestawienia   pojęć   stworzonych   podczas   doświadczania 
„obiektywnej"   przestrzeni   fizycznej.   Jest   jednak   na   odwrót:   odległość,   którą 
zwykliśmy dziś określać mianem „obiektywnej", mierzymy, odnosząc ją raczej do 
długości równika niż części ciała ludzkiego albo jego możliwości. Nie odwołujemy 
się   także   do   sympatii   czy   niechęci   ludzi   zamieszkujących   ową   przestrzeń. 
Tymczasem   dystans   mierzono   za   pomocą   ciała   ludzkiego   i   międzyludzkich 
związków,   na   długo   zanim   w   Sèvres   umieszczony   został   metalowy   pręt   zwany 
metrem   wcielenie bezcielesności i bezosobowości, które każdy miał respektować i 
posłusznie stosować.
Wielki historyk Witold Kula bardziej wnikliwie od innych uczonych ukazał, że od 
niepamiętnych   czasów   ludzkie   ciało   było   „miarą   wszechrzeczy"   nie   tylko   w 
wysublimowanym, filozoficznym znaczeniu rodem z Protagorasa, ale także w sensie 
całkiem   materialnym,   dosłownym   i   absolutnie   nie   mającym   nic   wspólnego   z 
filozofią.   Przez   całe   swe   dzieje,   aż   do   stosunkowo   niedawnych   początków 
nowoczesności, ludzie mierzyli świat za pomocą swego ciała: na stopy, garście czy 
łokcie; bądź używali do tego celu swych wytworów: koszy i garnców, albo przy 
pomiarze odwoływali się do ludzkich zajęć, na przykład dzieląc pole na „Morgen" 
[polskie „morgi"], czyli kawałki, które może zaorać człowiek pracujący od świtu do 
zmierzchu.
Jednak ani garść garści, ani kosz koszowi nierówne   miary „antropomorficzne" i 
„prakseomorficzne" w sposób nieunikniony były tak zróżnicowane i przypadkowe, 
jak ludzkie ciało i działania, do których się odwoływały. Sprawiało to trudność, kiedy 
władcy chcieli jedną normą objąć większą liczbę poddanych, domagając się od nich 
„takich samych" podatków i świadczeń. Trzeba więc było znaleźć sposób, by obejść 
różnorodność i przypadkowość,  by  je zneutralizować. Sposobem tym okazało się 

background image

narzucenie   standardowych,   powszechnie   obowiązujących   miar   odległości, 
powierzchni i objętości, przy jednoczesnym wprowadzeniu zakazu posługiwania się 
innymi, lokalnymi, grupowymi czy indywidualnymi systemami miar.
Jednak   problemu   nie   stanowił   jedynie   „obiektywny"   pomiar   przestrzeni.   Zanim 
przystąpi się do mierzenia, trzeba najpierw jasno określić, co ma się zamiar zmierzyć. 
Jeżeli pomiar dotyczyć ma przestrzeni (którą trzeba sobie wyobrazić jako coś, co 
można zmierzyć), musi najpierw pojawić się pojęcie „odległości", a ono pierwotnie 
uzależnione było od rozróżnienia na rzeczy czy ludzi znajdujących się „blisko" i 
„daleko"   oraz   od   doświadczenia   większej   bliskości   pewnych   rzeczy   i   ludzi   niż 
innych. Edmund Leach, zainspirowany teorią Emile'a Durkheima i Marcela Maussa o 
społecznym   pochodzeniu   klasyfikacji,   zebrał   materiał   wskazujący   na   istnienie 
zadziwiających   analogii   między   potocznym   systemem   kategoryzacji   przestrzeni, 
klasyfikacją pokrewieństwa oraz zróżnicowanym traktowaniem zwierząt domowych, 
hodowlanych   i   dzikich.1   Okazuje   się,   że   takie   kategorie,   jak   „dom",   „zagroda", 
„pole" oraz „daleko", na potocznej mapie świata wyodrębnia się na bardzo podobnej, 
a właściwie takiej samej zasadzie, jak kategorie zwierząt domowych, hodowlanych, 
zwierzyny   łownej   i   „dzikich   zwierząt"   z   jednej   strony   i   kategorie   brat/siostra", 
„kuzyn", „sąsiad" i „obcy" lub „cudzoziemiec" z drugiej.
Claude LéviStrauss doszedł do wniosku, że zakaz kazirodztwa, pociągający za sobą 
narzucenie sztucznie stworzonych, konceptualnych rozróżnień między jednostkami, 
które   „w   sposób   naturalny"   fizycznie   i   psychicznie   się   od   siebie   nie   różnią,   był 
pierwszym     konstytutywnym     działaniem   kultury;   odtąd   zawsze   już   miała   ona 
polegać na wprowadzaniu do świata „natury" podziałów, rozróżnień i klasyfikacji, 
odzwierciedlających   zróżnicowanie   ludzkich   zwyczajów   oraz   związanych   z   nimi 
pojęć i nie będących cechami samej „natury", lecz ludzkich działań i myśli. Dlatego 
zadanie,   które   wobec   potrzeby   ujednolicenia   przestrzeni   poddanej   teraz   jego 
bezpośrednim rządom, postawiło sobie nowoczesne państwo, nie było wyjątkiem; 
chodziło   o   to,   by   wyplątać   kategorie   i   rozróżnienia   przestrzenne   z   powiązań   z 
ludzkimi   zwyczajami,   które   nie   podlegają   kontroli   państwa.   Zadanie   polegało   na 
administracyjnym   wprowadzeniu   zwyczajów   państwowych,   w   postaci   jedynego   i 
powszechnie   obowiązującego   punktu   odniesienia   dla   wszystkich   pomiarów   i 
podziałów przestrzeni, w miejsce niespójnych i zróżnicowanych lokalnie praktyk.

BITWA NA MAPY

To, co dla jednych jest łatwe do odczytania i przejrzyste, innym może wydawać się 
niejasne i nieostre. Tam, gdzie niektórzy poruszają się bez najmniejszego trudu, inni 
czują się zagubieni i tracą orientację. Dopóki miary były antropomorficzne i różniły 
się   od   siebie,   a   lokalne   praktyki   były   odmienne   ze   względu   na   rozmaite   punkty 
odniesienia, służyły one wspólnotom ludzkim jako tarcza, za którą można się było 
schronić   przed   ciekawskim   wzrokiem   i   złymi   zamiarami   intruzów,   a   przede 
wszystkim   przed   nieproszonymi   gośćmi   posiadającymi   władzę   i   usiłującymi   ją 
wspólnocie narzucić.
W epoce przednowoczesnej lokalna rzeczywistość poddanych, dla nich całkowicie 
przejrzysta, nie była w pełni czytelna dla władzy  stąd przy ściąganiu podatków czy 

background image

poborze rekrutów władza musiała postępować jak obca, wroga siła, uciekając się do 
zbrojnych najazdów lub ekspedycji karnych. W istocie ściąganie podatków niewiele 
się różniło od rabunku i wypraw łupieżczych, a pobór do wojska od brania jeńców. 
Uzbrojeni   najemnicy   na   żołdzie   książąt   i   baronów,   używając   nahajki   i   szabli   w 
charakterze   argumentu,   przekonywali   „miejscowych"   do   rozstania   się   z   płodami 
rolnymi   czy   synami.   Udawało   im   się   „wycisnąć"   tyle,   ile   się   dało   za   pomocą 
brutalnej siły. Ernest Gellner nazwał przednowoczesny system rządów „państwem 
dentystycznym",   w   którym,   jak   pisał,   władcy   specjalizowali   się   w   „ekstrakcji   z 
zastosowaniem tortur".
Zbite   z   tropu   i   zakłopotane   zapierającą   dech   różnorodnością   lokalnych   miar   i 
systemów liczenia, władze podatkowe i ich przedstawiciele z zasady wolały mieć do 
czynienia z różnego rodzaju zbiorowościami niż z pojedynczym poddanym; raczej z 
wioskową   czy   parafialną   starszyzną   niż   z   każdym   gospodarzem   czy   dzierżawcą. 
Nawet w wypadku podatków tak zindywidualizowanych, jak podymne czy podatek 
od   liczby   okien,   władze   państwowe   wolały   obciążyć   całą   wieś   na   łączną   kwotę 
świadczeń, pozostawiając mieszkańcom problem podziału obciążeń między siebie. 
Można też przypuszczać, że przedkładanie świadczeń wypłacanych w pieniądzu nad 
świadczenia  w naturze  wynikało z faktu,  że wartość monety  bitej w państwowej 
mennicy   nie   zależała   od   lokalnych   zwyczajów.   Przy   braku   „obiektywnych"   miar 
pozwalających   określić   wielkość   gospodarstwa,   zapisać   ją   w   księgach   czy   też 
sporządzić spis żywego inwentarza, państwo przednowoczesne (mające, jak trafnie 
zauważył
Charles   Linblom,   dwie   lewe   ręce)   wolało   opierać   swoje   dochody   na   podatkach 
pośrednich,   pobieranych   od   działalności,   której   zatajenie   było   trudne   lub   zgoła 
niemożliwe   wobec   niezliczonych   interakcji;   ich   sens   był   oczywisty   dla   ludności 
miejscowej,   lecz   nieprzenikniony   lub   zwodniczy   dla   przypadkowych   gości   (np. 
podatki od sprzedaży soli czy tytoniu, myta drogowe i mostowe, opłaty za urzędy i 
tytuły).
Nie ma wątpliwości co do tego, że czytelność przestrzeni i jej przejrzystość stały się 
jedną z głównych stawek w walce nowoczesnego państwa o suwerenność władzy. 
Aby zdobyć kontrolę prawodawczą, regulującą wzorce interakcji społecznych oraz 
zyskać lojalność, państwo musiało nadzorować przezroczystość układu, w którym 
przyszło   działać   wchodzącym   w   interakcję   czynnikom.   Nowoczesne   stosunki 
społeczne,   wprowadzane   dzięki   praktykom   nowoczesnej   władzy,   zmierzały   do 
ustalenia   i   utrwalenia   tak   rozumianej   kontroli.   Zatem   jednym   z   decydujących 
aspektów   procesu   unowocześniania   była   długotrwała   wojna   toczona   w   imię 
reorganizacji przestrzeni. Stawką najważniejszej bitwy w czasie tej wojny było prawo 
do sprawowania kontroli nad urzędem kartograficznym.
Celem   wojny   o   przestrzeń,   który   raz   po   raz   wymykał   się   toczącym   ją   siłom 
nowoczesności, było podporządkowanie przestrzeni społecznej jednej, i tylko jednej, 
oficjalnie zatwierdzonej, stworzonej pod patronatem państwa mapie. Wysiłkom tym 
towarzyszyło   unieważnienie   wszystkich   innych,   konkurencyjnych   map   lub 
odmiennych   interpretacji   przestrzeni   oraz   likwidacja   wszystkich   instytucji 
zajmujących się kartografią, które nie zostały powołane do życia przez państwo, nie 
są   finansowane   z   jego   środków   lub   nie   posiadają   państwowego   zezwolenia   na 

background image

działalność. Struktura przestrzeni, która wyłoniłaby się w wyniku wojny, miała być 
doskonale   czytelna   dla   władz   państwowych   i   ich   przedstawicieli,   pozostając 
równocześnie doskonale odporna na przekształcenia semantyczne, dokonywane przez 
jej
użytkowników,   czy   też   ofiary     wytrzymała   na   wszystkie   oddolne   inicjatywy 
interpretacyjne,   które   mogą   wszak   fragmenty   przestrzeni   przepoić   znaczeniami 
nieczytelnymi dla władzy i sprawić, że wymkną się one spod kontroli.
Wynalazek malarskiej perspektywy, którego w XV wieku dokonali wspólnymi siłami 
Alberti  i  Brunelleschi,   stanowił  decydujący   krok,  a  zarazem  punkt  zwrotny,  jeśli 
chodzi   o   nowoczesne   pojmowanie   i   wykorzystywanie   przestrzeni.   Koncepcja 
perspektywy   leży   w   pół   drogi   między   wizją   przestrzeni   silnie   zakorzenioną   w 
zbiorowej   i   indywidualnej   rzeczywistości   a   jej   późniejszym,   nowoczesnym 
wykorzenieniem. Przyjmowała ona za pewnik decydującą rolę ludzkiej percepcji w 
porządkowaniu przestrzeni: oko widza było punktem wyjściowym dla konstrukcji 
perspektywy i określało wielkość obiektów oraz ich wzajemne odległości, pozostając 
jedynym punktem odniesienia, jeśli chodzi o rozmieszczenie obiektów w przestrzeni. 
Nowość jednak stanowił fakt, że oko widza było teraz „ludzkim okiem, takim jakie 
ono jest", zupełnie nowym, „bezosobowym" okiem. Teraz nie miało już znaczenia, 
kim byli widzowie; ważne było jedynie to, by patrzyli z danego punktu. Uznano 
więc,   przyjmując   rzecz   za   pewnik,   że   każdy   widz,   który   znajdzie   się   w   tym 
konkretnym miejscu, zobaczy relacje przestrzenne między  obiektami  w dokładnie 
taki sam sposób.
Odtąd o przestrzennym rozmieszczeniu rzeczy decydowały już nie cechy widza, ale 
dające się wyliczyć położenie punktu obserwacji, umieszczonego w abstrakcyjnej i 
pustej   przestrzeni,   w   której   nie   ma   ludzi;   bezosobowej   przestrzeni   neutralnej 
społecznie   i   kulturowo.   Koncepcja   perspektywy   dokonała   podwójnej   sztuki, 
wprzęgając   prakseomorficzną   naturę   odległości   w   służbę   nowej   jednorodności 
propagowanej przez nowoczesne państwo. Uznając subiektywną względność map, 
równocześnie ją zneutralizowała: konsekwencje, jakie pociągał za sobą subiektywizm 
leżący   u   źródeł   percepcji,   zostały   odpersonalizowane   niemal   tak   radykalnie,   jak 
husserlowskie znaczenie zrodzone z „transcendentalnej" subiektywności.
W konsekwencji punkt ciężkości, wokół którego budowano porządek przestrzeni, 
przesunął się z pytania: „kto?" na pytanie: „z jakiego punktu w przestrzeni?" Skoro 
tylko pytanie zostało postawione w ten sposób, natychmiast stało się oczywiste, że 
ponieważ ludzie bynajmniej nie zajmują tego samego miejsca, a w związku z tym nie 
przyglądają się światu z jednej perspektywy, to nie wszystkie spojrzenia mają tę samą 
wartość.   Musi   więc,   lub   przynajmniej   powinien,   istnieć   pewien   punkt 
uprzywilejowany, z którego widok jest najlepszy. Teraz łatwo już było dostrzec, że 
„najlepszy"   oznacza   „obiektywny",   co   z   kolei   oznaczało   bezosobowy   lub 
ponadosobowy. „Najlepszy" punkt był do tego stopnia jedynym odniesieniem,  że 
dokonywał cudu, wznosząc się ponad własną lokalność i relatywność, przekraczając 
ją.
Przednowoczesną   różnorodność   map,   chaotyczną   i   oszałamiającą,   miało   więc 
zastąpić nie tyle jedno, powszechnie podzielane wyobrażenie świata, ile jego wiele 
ściśle   zhierarchizowanych   wizerunków.   Teoretycznie   „obiektywny"   oznaczało   po 

background image

pierwsze   i   przede   wszystkim   „nadrzędny";   w   praktyce   jednak   dla   nowoczesnej 
władzy jej „nadrzędność" była ciągle idealnym stanem, do którego należało dążyć; 
raz osiągnięta stała się jednym z podstawowych źródeł jej potęgi.
Tereny w pełni oswojone, doskonale znane i czytelne dla wieśniaków czy parafian 
pogrążonych w codziennych zajęciach, dla władz w stolicy pozostawały niepokojąco 
obce, zawiłe, niedostępne i nieoswojone; odwrócenie tego związku stanowiło jeden z 
głównych wymiarów „procesu unowocześniania" oraz jego wskaźnik.
Czytelność i przezroczystość przestrzeni, które nowoczesność ogłosiła wyróżnikami 
porządku racjonalnego, nie były jednak jej wynalazkami. W każdym czasie i miejscu 
stanowiły   one   warunek   istnienia   ludzkich   wspólnot,   dając   odrobinę   stabilności   i 
pewności siebie, bez których życie codzienne byłoby zupełnie niemożliwe. Jedyna 
nowość,   jaką   wprowadziła   nowoczesność,   polegała   na   tym,   że   przejrzystość   i 
czytelność uznano za cel, do którego należy systematycznie dążyć, za zadanie, za 
stan, który po uprzednim zaprojektowaniu, staraniem ekspertów i specjalistów, trzeba 
opornej   rzeczywistości   stale   narzucać   siłą.   Unowocześnienie   oznaczało   między 
innymi przystosowanie zamieszkanego świata na życzliwe przyjęcie ponadlokalnej 
władzy państwa, a to wymagało z kolei, by świat ten stał się przejrzysty i czytelny dla 
administracji państwowej.
W swym brzemiennym w skutki studium „fenomenu  biurokracji" Michel Crozier 
ukazał bliski związek między skalą niepewności a hierarchią władzy. Od Croziera 
wiemy,   że   w   każdej   zorganizowanej   strukturze   władza   należy   do   jednostek 
potrafiących zaciemnić swoją pozycję i sprawić, że ich działania są nieprzeniknione 
dla tych, którzy pozostają na zewnątrz, podczas gdy dla tworzących je ludzi pozostają 
absolutnie   jasne,   nie   budzą   cienia   wątpliwości   i   są   zabezpieczone   od   wszelkich 
niespodzianek. W całym świecie nowoczesnej biurokracji strategia każdego sektora, 
który   ocalił   niezależność   lub   pnie   się   ku   górze,   polega   nieodmiennie   na 
systematycznie podejmowanych próbach rozwiązania sobie rąk, przy równoczesnym 
usiłowaniu   narzucenia   sztywnych   zasad   postępowania   wszystkim   pozostałym 
członom struktury. Sektor taki zdobywa coraz większe wpływy, w miarę jak własne 
postępowanie udaje mu się zmienić w niewiadomą w równaniach, na których inne 
sektory   bazują   przy   dokonywaniu   wyborów,   podczas   gdy   dla   niego   zachowanie 
pozostałych   elementów   struktury   jest   stałe,   przewidywalne   i   usystematyzowane. 
Innymi słowy największą władzę mają takie jednostki, które potrafią stać się źródłem 
niepewności innych jednostek. Manipulowanie niepewnością stanowi kwintesencję 
zmagań  o władzę i ich główną stawkę;  wpływa od wewnątrz  na każdą strukturę 
totalną,   a   nade   wszystko   na   jej   najbardziej   konsekwentną   postać,   jaką   jest 
nowoczesna biurokracja, szczególnie zaś biurokracja nowoczesnego państwa.
Panoptyczny  model  nowoczesnej  władzy  Michela  Foucaulta opiera się na  bardzo 
podobnym   założeniu.   O   władzy,   którą   nadzorcy   ukryci   w   centralnej   wieży 
Panopticonu mają nad więźniami przetrzymywanymi w skrzydłach wzniesionej na 
planie gwiazdy budowli, decyduje połączenie dwóch faktów: więźniowie są w pełni i 
zawsze widzialni, podczas gdy nadzorców absolutnie nigdy nie można zobaczyć. Nie 
mając pewności, czy są właśnie obserwowani, czy też może strażnicy śpią, są zajęci 
czym   innym,   odpoczywają   albo   ich   uwagę   pochłania   to,   co   dzieje   się   w   innych 
skrzydłach, więźniowie muszą cały czas zachowywać się tak, jakby w danej chwili 

background image

znajdowali się pod bezpośrednim nadzorem. Nadzorcy i nadzorowani (pensjonariusze 
zakładów karnych, robotnicy, żołnierze, uczniowie, pacjenci...) przebywają w „tej 
samej"  przestrzeni, lecz sytuacja ich jest diametralnie odmienna.  Nic nie zaburza 
perspektywy widzenia pierwszej grupy, podczas gdy druga musi poruszać się we 
mgle.
Panopticon był przestrzenią sztuczną   wzniesiony w konkretnym celu, zakładający 
asymetrię   widzenia.   Chodziło   o   świadome   manipulowanie   przestrzenią   i   celowe 
przekształcenie  jej przejrzystości  odpowiednio do stosunków  społecznych, w tym 
wypadku:   stosunków   władzy.   Sztucznie   stworzona   przestrzeńdlaporządku   była 
luksusem niedostępnym dla władz manipulujących przestrzenią na skalę państwową. 
Zamiast budować nową, bez zarzutu funkcjonującą przestrzeń od podstaw, władze 
nowoczesnego państwa, realizując cele „panoptyzmu", musiały przyjąć nieco gorsze 
rozwiązanie. Pierwszym zadaniem bojowym w czasie wojny o przestrzeń stało się 
przedstawienie przestrzeni na mapie w sposób czytelny dla administracji państwowej, 
lecz   sprzeczny   z   lokalnymi   praktykami,   negujący   miejscowe   metody   orientacji   i 
mylący dla lokalnej ludności.
Nie znaczy to, że koncepcja „panoptyzmu" została porzucona; po prostu odłożono ją 
na lepsze czasy, w oczekiwaniu na lepsze środki techniczne. Uwieńczony sukcesem 
pierwszy   etap  otwierał  drogę  kolejnym,  jeszcze   ambitniejszym  zadaniom procesu 
unowocześniania. Teraz nie chodziło już o wykreślenie wytwornych map, jednolitych 
dla   całego   państwa   i   ujednolicających   jego   terytorium,   lecz   o   fizyczne 
przekształcenie przestrzeń i zgodne z wymaganiami elegancji, którą dotąd osiągnięto 
jedynie  na  mapach   przechowywanych  w urzędzie  kartografii;  celem  nie  było  już 
doskonałe odwzorowanie ciągle niedoskonałego obszaru, ale doprowadzenie samego 
terenu do perfekcji, którą dotąd widziano jedynie na deskach kreślarzy.
Przedtem mapa przedstawiała i odwzorowywała formy terenu. Teraz przyszła pora, 
by   teren   zaczął   odwzorowywać   mapę,   osiągając   taki   poziom   przestrzennej 
przejrzystości,   o   jaki   walczyli   kartografowie.   Teraz   sama   przestrzeń   miała   być 
przekształcana   lub   formowana   od   podstaw   na   podobieństwo   mapy   i   zgodnie   z 
decyzjami kartografów.

OD MAPOWANIA PRZESTRZENI DO UPRZESTRZENNIENIA MAP

Jak się wydaje, prosta, geometryczna struktura przestrzenna zbudowana z jednolitych 
klocków   tego   samego   rozmiaru   najlepiej   odpowiada   zapotrzebowaniu,   o   którym 
przed   chwilą   była   mowa.   Nie   ma   więc   wątpliwości,   dlaczego   we   wszystkich 
nowoczesnych utopiach „miasta doskonałego" zasady architektury i urbanistyki, do 
których   autorzy   podchodzili   bardzo   konsekwentnie   i   z   niezmordowaną   uwagą, 
obracały   się   wokół   tych   samych   podstawowych   założeń:   po   pierwsze     dokładne, 
szczegółowe   i   wyczerpujące,   uprzednie   rozplanowanie   przestrzeni   miasta, 
wznoszonego   na   surowym   korzeniu,   w   miejscu   pustym   lub   oczyszczonym   pod 
budowę,   według   projektów   wykonanych   przed   jej   rozpoczęciem;   po   drugie 
regularność,   jednorodność,   jednolitość,   powtarzalność   elementów   przestrzeni 
otaczających   budynki   administracji   usytuowane   w   centrum,   a   jeszcze   lepiej:   na 
szczycie   wzgórza,   z   którego   można   ogarnąć   wzrokiem   całą   przestrzeń   miasta. 

background image

„Fundamentalne i święte prawa" zestawione przez Morelly'ego w Code de la Nature, 
ou le véritable esprit de ses lois de tout temps négligé ou méconnu, wydanym w 1755 
roku, są reprezentatywnym przykładem nowoczesnej idei doskonałej strukturyzacji 
przestrzeni miejskiej.

Wokół dużego placu o regularnych proporcjach [podkreślenie moje  Z.B.] wzniesione 
zostaną magazyny państwowe, w których przechowywać się będzie niezbędne zapasy 
oraz mieścić się będzie sala zebrań publicznych  wszystkie o wyglądzie jednolitym i 
przyjemnym dla oka.
Na zewnątrz tego kręgu zostaną regularnie rozmieszczone dzielnice miasta: równej 
wielkości, podobnego kształtu, podzielone ulicami o regularnym przebiegu [...]
Wszystkie budynki będą identyczne [...]
Dzielnice   zostaną   zaprojektowane   tak,   ze   w   razie   potrzeby   można   je   będzie 
powiększać, nie zaburzając ich regularnego układu [...]

Zasadę  regularności  i jednorodności,  a  co za  tym idzie,  wymienności  elementów 
miasta   w   myśli   Morelly'ego   oraz   innych   wizjonerów   i   praktyków   planowania 
nowoczesnych   miast   i   zarządzania   nimi,   uzupełniał   postulaj   funkcjonalnego 
podporządkowania wszystkich rozwiązań natury architektonicznej i demograficznej 
„potrzebom   miasta   jako   całości"   (jak   ujął   to   sam   Morelly,   „liczba   i   wielkość 
wszystkich   budynków   podyktowana   będzie   potrzebami   danego   miasta")   oraz 
wymogowi   przestrzennego   oddzielenia   od   siebie   części   miasta   mających   różne 
funkcje  lub zamieszkiwanych przez inne  kategorie ludności.  Zatem „każda grupa 
zajmować będzie inną dzielnicę, a każda rodzina oddzielne mieszkanie". (Jakkolwiek 
budynki, co śpieszy podkreślić Morelly, byłyby takie same dla wszystkich rodzin; 
można   się   domyślać,   że   wymóg   ten   mógł   być   związany   z   pragnieniem,   by 
zneutralizować   potencjalnie   szkodliwy   wpływ   nawyków   każdej   grupy   na   ogólną 
przejrzystość   przestrzeni   miasta.)   Mieszkańcy,   którzy   z   jakiegoś   powodu   nie 
spełniają, wymogów normalności („obywatele chorzy", „obywatele niepełnosprawni 
i w podeszłym wieku", a także ci, „którzy zasłużyli na czasową izolację od reszty"), 
zostaną   zepchnięci   na   obszary   leżące   „poza   wszystkimi   kręgami,   w   pewnej 
odległości".   Natomiast   ci,   którzy   zasłużą   na   „cywilną   śmierć,   czyli   dożywotnie 
wykluczenie   ze   społeczeństwa",   zostaną   zamknięci   w   przypominających   jaskinie 
celach   „o   bardzo   mocnych   ścianach   i   kratach",   wzniesionych   nieopodal   miejsca 
przeznaczonego   dla   biologicznie   martwych,   w   obrębie   „otoczonego   murem 
cmentarza".
Miasto doskonałe, wyrysowane przez autorów utopii, w niczym nie przypominało 
rzeczywistych miast, gdzie ci kreślarze fantazji żyli i snuli swe marzenia. Niemniej, 
jak niewiele później miał zauważyć z aprobatą Karol Marks, chodziło im nie o to, jak 
przedstawić  lub  wytłumaczyć  świat,  ale  jak go  zmienić;  albo  raczej  mieli  za  złe 
ograniczenia, które narzucało otoczenie utrudniające realizację idealnych projektów, i 
marzyli   o   zastąpieniu   go   nową   rzeczywistością,   wolną   od   patologicznych   zmian 
pozostawionych   przez   wydarzenia   historyczne,   zbudowaną   od   podstaw   w   służbie 
porządku. Pozostawienie „małego śladu", jakim był każdy projekt miasta, które miało 
powstać ab nihilo, pociągało za sobą zniszczenie miasta już istniejącego. W samym 

background image

sercu teraźniejszości  jej nieładu, fetoru, chaosu, bałaganu, które zasługiwały na karę 
śmierci     utopijna   myśl   była   przyczółkiem   przyszłego   porządku   doskonałego   i 
uporządkowanej doskonałości.
Jednak   fantazja   nieczęsto   bywa   czystym   „nieróbstwem",   a   jeszcze   rzadziej   jest 
naprawdę niewinna. Pokryte rysunkami kalki byty oknem na przyszłość nie tylko w 
rozgorączkowanej   wyobraźni   kreślarzy.   Nie   brakowało   armii   i   generałów,   którzy 
pragnęli użyć przyczółków utopii, by przypuścić z nich powszechny atak na siły 
chaosu i udzielić wsparcia przyszłości podbijającej teraźniejszość. Bronisław Baczko 
w swym wiele wyjaśniającym studium nowoczesnych utopii mówi o „podwójnym 
ruchu: utopijnej wyobraźni  dążącej do podboju przestrzeni  miasta  oraz marzeń  o 
rozplanowaniu   i   architekturze   miasta   poszukujących   społecznych   ram,   w   których 
mogłyby  się  zmaterializować".  Myśliciele i ludzie  czynu byli w równym stopniu 
owładnięci   ideą   „centrum",   wokół   którego   miała   zostać   logicznie   zorganizowana 
przestrzeń   przyszłych   miast,   realizując   w   ten   sposób   postulat   przejrzystości 
postawiony   przez   bezosobowy   rozum.   Obsesja   na   punkcie   wszystkich   tych 
powiązanych ze sobą aspektów została po mistrzowsku zanalizowana przez Baczkę 
przy   okazji   projektu   „Miasta   zwanego   Wolnością",   opublikowanego   przez 
mierniczego i geometrę F.L. Aubry'ego 12 floreala V roku Republiki i w założeniu 
pomyślanego jako szkic projektu przyszłej stolicy rewolucyjnej Francji.
Zarówno dla teoretyków, jak i dla praktyków przyszłe miasto stanowiło przestrzenne 
wcielenie,   symbol   i   pomnik   wolności   wywalczonej   przez   Rozum   w   długotrwałej 
wojnie   na   śmierć   i   życie,   toczonej   przeciwko   irracjonalnym   i   wymykającym   się 
wszelkiej dyscyplinie wypadkom historii. Tak jak obiecana przez rewolucję wolność 
miała oczyścić czas historii, przestrzeń wyśniona przez autorów utopii miała być 
miejscem   „nigdy   nie   zanieczyszczonym   przez   historię".   Ten   surowy   warunek 
eliminował z konkurencji wszystkie istniejące miasta, skazując je na zagładę.
To   prawda,   że   Baczko   skupia   się   tylko   na   jednym   z   licznych   miejsc   spotkania 
marzycieli z ludźmi czynu, czyli na Rewolucji Francuskiej; było to jednak miejsce 
często odwiedzane przez poszukujących inspiracji podróżników z bliska i z daleka, 
bo doszło tutaj do spotkania o wiele bardziej niż gdzie indziej zażyłego i radosnego 
dla   obu   stron.   Marzenia   o   doskonale   przejrzystej   przestrzeni   miasta   ,   służyły 
politycznym przywódcom rewolucji za źródło, z którego obficie czerpali inspiracje i 
odwagę, podczas gdy dla marzycieli rewolucja miała stać się pierwszym, a zarazem 
najśmielszym,   najbardziej   zdeterminowanym   i   dysponującym   największymi 
środkami przedsiębiorstwem projektowobudowlanym, gotowym wznosić w miastach 
doskonałych utopijne formy poczęte podczas długich bezsennych nocy spędzonych 
nad deską kreślarską.
Oto jeden z wielu przykładów zanalizowanych przez Baczkę: historia idealnej krainy 
Sevarambes i jej jeszcze bardziej doskonałej stolicy Seyariade:

Sevariade   to   „najpiękniejsze   miasto   świata",   którego   cechą   jest   „zachowanie 
porządku   i   prawa".   „Stolica   stworzona   została   według   racjonalnego,   jasnego   i 
prostego   planu,   którego   trzymano   się   skrupulatnie   i   dzięki   któremu   jest   ona 
najbardziej regularnym miastem na świecie". Przejrzysty układ przestrzenny miasto 
zawdzięcza przede wszystkim decyzji, by podzielić je na 260 identycznych jednostek 

background image

osmasies,  mających formę  kwadratowych budynków o fasadzie  długości 50 stóp, 
dużym   dziedzińcu   wewnętrznym   i   czterech   bramach,   zamieszkanym   przez   tysiąc 
mieszkańców   dysponujących   „wszelkimi   wygodami".   Gościa   uderza   „doskonała 
regularność" miasta. „Ulice są szerokie i tak proste, że ma się wrażenie, iż wytyczano 
je   z   linijką";   wszystkie   otwierają   się   na   „przestronne   place,   pośrodku   których 
wzniesiono   fontanny   i   budynki   publiczne",   które   także   mają   identyczną   formę   i 
wielkość. „Architektura domów jest niemal jednorodna", choć rezydencje ważnych 
osobistości   odznaczają   się   pewnym   przepychem.   „W   miastach   tych   nie   ma   nic 
chaotycznego wszędzie rządzi uderzająco doskonały porządek" (chorzy, upośledzeni 
umysłowo i przestępcy zostali wyeksmitowani poza granice miasta). Wszystko ma 
tutaj swoją funkcję, a zatem wszystko jest piękne, jako ze piękno oznacza jasno 
określone przeznaczenie i prostotę formy. Niemal wszystkie elementy miasta można 
sobą   nawzajem   zastąpić;   tak   samo   jak   można   jedno   miasto   zastąpić   innym. 
Ktokolwiek odwiedził Sevariade, zna wszystkie miasta Sevarambes."

Nie   wiemy,   jak   zauważa   Baczko,   czy   autorzy   planów   miast   doskonałych   znali 
wzajemnie swoje projekty; jednak ich czytelnicy nie mogą oprzeć się odczuciu, że 
„przez całe stulecie wymyślają oni ciągle na nowo jedno i to samo miasto". Wrażenie 
to bierze się stąd, że wszyscy twórcy utopii wyznawali podobne wartości i hołdowali 
„ideałom   szczęśliwej   racjonalności   lub,   jak   kto   woli,   racjonalnej   szczęśliwości", 
planując życie prowadzone w doskonale uporządkowanej przestrzeni, oczyszczonej z 
wszelkiej   przygodności,   wolnej   od   tego,   co   nieprzewidywalne,   przypadkowe   i 
dwuznaczne.
Wszystkie   miasta   opisane   w   literaturze   utopijnej   są   według   trafnego   określenia 
Baczki   „miastami   literackimi",   nie   tylko   w   zupełnie   oczywistym   sensie   bycia 
wytworem wyobraźni literackiej, ale także w innym, głębszym znaczeniu: można je 
opowiedzieć na piśmie w najdrobniejszych szczegółach, bo nie ma w nich nic nie 
wypowiedzianego, nieczytelnego, uniemożliwiającego jasne przedstawienie. W dużej 
mierze   jest   tak   jak   u   Jurgena   Habermasa   w   koncepcji   obiektywnego 
uprawomocnienia twierdzeń i zasad, które mogąc być jedynie uniwersalne, wymagają 
„zatarcia przestrzeni i czasu". W związku z tym wizja miasta doskonałego pociąga za 
sobą   całkowite   odrzucenie   historii   i   starcie   z   powierzchni   ziemi   wszystkich   jej 
materialnych pozostałości.
Ten   postulat   „dematerializacji"   przestrzeni   i   czasu   rozpuszczony   w   idei 
„racjonalnego szczęścia" zamienia się w stanowcze, bezwarunkowe przykazanie w 
momencie,   gdy   tylko   zaczyna   się   patrzeć   na   ludzi   z   okien   biur   administracji 
państwowej.   Dopiero   z   tych   okien   różnorodność   przestrzeni,   a   nade   wszystko 
niedookreślenie jej celu i przeznaczenia oraz otwartość na wiele interpretacji, wydaje 
się   zaprzeczać   możliwości   racjonalnego   działania.   Z   perspektywy   administracji 
trudno jest sobie wyobrazić model racjonalności innej niż jej własna oraz model 
szczęścia różnego od zamieszkiwania w naznaczonym świecie. Sytuacje pozwalające 
definiować się na wiele różnych sposobów, które można rozszyfrowywać za pomocą 
rozmaitych kluczy, nie tylko przeszkadzają osiągnąć przejrzystość w polu własnych 
działań, ale zapowiadają istnienie „nieprzezroczystości jako takiej". Dla administracji 
nie są one znakiem wielości współistniejących porządków, lecz symptomem chaosu. 

background image

Nie widzi się w nich zwykłej przeszkody w zastosowaniu własnego modelu działania 
racjonalnego, ale stan, który jest nie do pogodzenia z „rozumem jako takim".
Z   punktu   widzenia   administrowania   przestrzenią   unowocześnienie   oznacza 
monopolizację   kartografii.   Niemniej   monopol   jest   nie   do   utrzymania   w   mieście 
przypominającym   palimpsest,   gdzie   kolejne   poziomy   wydarzeń   historycznych 
nakładają się na siebie; mieście, które wyłoniło się i ciągle się wyłania na drodze 
wybiórczej asymilacji rozmaitych tradycji i równie wybiórczej absorpcji kulturowych 
innowacji.   W   obu   wypadkach   wybór   podlega   zmiennym   i   rzadko   otwarcie 
formułowanym regułom, o których niemal nie myśli się w chwili działania i które 
podlegają quasilogicznej kodyfikacji jedynie po fakcie. O wiele łatwiej jest osiągnąć 
monopol, jeżeli mapa poprzedza przedstawiony na niej obszar; jeśli miasto jest od 
początku po prostu projekcją mapy na rzeczywistą przestrzeń i jeśli dzieje się tak 
przez   całe   jego   dzieje;   jeżeli   zamiast   podejmować   rozpaczliwe   próby,   by 
nieuporządkowaną   różnorodność   miasta   pochwycić   i   zamknąć   w   bezosobowej 
elegancji   siatki   kartograficznej,   czyni   się   z   mapy   ramę,   na   której   tka   się   wątek 
przyszłego miasta, gdzie znaczenia i funkcje są pochodną miejsca przypisanego im w 
obrębie siatki. Jedynie wówczas funkcje i znaczenia mogą być jednoznaczne, a ich 
Eindeutigkeit będzie z góry zagwarantowany przez pozbawienie władzy lub eksmisję 
innych instytucji ustalających interpretacje rzeczywistości.
O takiej sytuacji, idealnej dla monopolu kartografii, marzyli najbardziej radykalni 
spośród nowoczesnych architektów i urbanistów naszej epoki, łącznie z przesławnym 
Le   Corbusierem.   Próbując   pokazać,   że   proces   unowocześniania   przestrzeni   stoi 
ponad podziałami na stronnictwa i obozy, a jego założenia nie mają żadnego związku 
z ideologią polityczną, Corbusier z równą żarliwością i brakiem skrupułów pracował 
dla władców komunistycznej Rosji oraz dla faszyzującego rządu Francji Vichy. I 
jakby   potwierdzając   nierealność   wpisaną   w   ambicje   wyznawców   nowoczesności, 
poróżnił się z jednymi i z drugimi: niezamierzony, lecz nieubłagany pragmatyzm 
rządzących musiał podciąć skrzydła radykalizmowi wyobraźni.
W książce La ville radieuse, wydanej w 1933 roku i stanowiącej w zamierzeniu biblię 
nowoczesności w urbanistyce, Corbusier wydał wyrok śmierci na istniejące miasta 
gnijące   siedliska   nieszczęsnej,   bezmyślnej   i   niezdyscyplinowanej   historii, 
bezsensownej   z   urbanistycznego   punktu   widzenia.   Oskarżał   istniejące   miasta   o 
niefunkcjonalność (niektóre funkcje, niezbędne z logicznego punktu widzenia, nie 
były   spełniane   w   sposób   zadowalający,   podczas   gdy   inne   zachodziły   na   siebie, 
dezorientując mieszkańców), niezdrowe warunki życia i obrazę poczucia estetyki (na 
skutek chaotycznego biegu ulic i zamętu stylów architektonicznych). Niedostatków 
istniejących   miast   było   zbyt   wiele,   by   je   naprawiać   jeden   po   drugim   i   by 
przedsięwzięcie  było  warte  włożonego   wysiłku  i  niezbędnych  środków.   Znacznie 
rozsądniej byłoby zastosować kurację całościową i uleczyć wszystkie bolączki za 
jednym zamachem: zrównawszy z ziemią istniejące miasta, przygotować miejsce pod 
budowę nowych, zaprojektowanych wcześniej co do najmniejszego szczegółu; lub 
też pozostawiając dzisiejsze Paryże ich choremu losowi, przenieść mieszkańców w 
nowe miejsca, wznoszone od początku zgodnie z regułami. Zasady przedstawione w 
La   ville   radieuse   miały   być   przewodnikiem   przy   wznoszeniu   miast   przyszłości, 
koncentrując się na Paryżu (nie skruszonym pomimo chełpliwych deklaracji barona 

background image

Haussmanna"), Buenos Aires i Rio de Janeiro; wszystkie projekty zaczynały od zera i 
rządziły się wyłącznie zasadami harmonii estetycznej i bezosobowej logiki podziałów 
funkcjonalnych.
We wszystkich trzech „stolicach wyobrażonych" funkcja dominuje nad przestrzenią, 
a funkcjonalna jednoznaczność  każdego fragmentu  miasta  jest tyleż wymaganiem 
logiki, co estetyki. W przestrzeni miejskiej, podobnie jak w życiu, trzeba rozróżniać i 
oddzielać   od   siebie   pracę,   dom,   zakupy,   rozrywkę,   kult   religijny,   administrację. 
Każda z tych funkcji wymaga własnego miejsca, a każde miejsce ma spełniać tylko 
jedną funkcję.
Architektura   jest   według   Corbusiera,   podobnie   jak   logika   i   piękno,   urodzonym 
wrogiem   wszelkiego   zamieszania,   spontaniczności,   chaosu,   nieładu;   jest   nauką 
pokrewną   geometrii,   sztuką   platońskiej   sublimacji,   matematycznym   ładem   i 
harmonią. Jej ideałem jest linia prosta, równoległość i kąty proste; zasady jej strategii 
to standaryzacja i prefabrykacja. Zatem w Ville Radieuse przyszłości podstawową 
zasadą   architektury   świadomej   swego   powołania   będzie   śmierć   ulicy,   takiej   jaką 
znamy:   niezbornego   i   przypadkowego   produktu   ubocznego   historii,   która   sama 
powstaje w wyniku niezgranych ze sobą i niezsynchronizowanych procesów; ulicy 
jako   pola   walki   sprzecznych   sposobów   jej   użytkowania,   domeny   przypadku   i 
wieloznaczności. Arterie Ville Radieuse, tak jak gmachy, będą spełniać wyłącznie 
określone zadanie: przeznaczone będą jedynie dla ruchu ulicznego, umożliwiającego 
komunikację i przewóz towarów z jednego zaprojektowanego funkcjonalnie miejsca 
do   drugiego.   Spełnianiu  tej   funkcji   nie   będą  już   stały   na   przeszkodzie   dzisiejsze 
utrudnienia   w   postaci   włóczących   się   bez   celu   spacerowiczów,   obiboków, 
próżniaków czy przypadkowych przechodniów.
Corbusier marzył o mieście, w którym Je Plan dictateur" (zawsze pisał on słowo 
„plan"   dużą   literą)   sprawować   będzie   nad   mieszkańcami   rządy   absolutne   i 
niekwestionowane. Władza Planu, zasadzająca się na obiektywnych prawach logiki i 
estetyki,   nie   uznaje   odstępstw   ani   sprzeciwów,   nie   przyjmuje   argumentów 
odwołujących się do systemów wartości innych niż zasady logiki i estetyki. Zatem 
dzieło projektanta z natury nie podlega niepokojom wywołanym gorączką wyborczą i 
pozostaje   głuche   na   skargi   rzeczywistych   czy   wyobrażonych   ofiar   projektu.   Plan 
(który   jest   wytworem   bezosobowego   rozumu,   a   nie   wymysłem   jednostkowej 
wyobraźni, jakkolwiek by ona była błyskotliwa czy głęboka) stanowi jedyny warunek 
niezbędny i wystarczający   ludzkiego szczęścia, które opierać się można wyłącznie 
na doskonałym dopasowaniu naukowo określonych potrzeb ludzkich i pozbawionym 
wieloznaczności,   przejrzystym   i   czytelnym   rozplanowaniu   przestrzeni   życiowej 
człowieka.
Miasto   Corbusiera   pozostało   jedynie   na   papierze.   Jednak   co   najmniej   jeden 
architekturbanista  Oskar Niemeyer  podjął próbę wcielenia w życie słów wielkiego 
Francuza.   Szansę   tę   stworzyło   powołanie   komisji,   która   miała   na   pustynnym 
pustkowiu nie skażonym historią założyć na surowym korzeniu nową stolicę, która 
odpowiadałaby   bezmiernym   obszarom   i   niezmierzonym   bogactwom   naturalnym 
Brazylii, jej potędze i nieokiełzanym ambicjom.  Stolica ta   Brazylia   okazała się 
rajem dla architektamodernisty: w końcu możliwe  stało  się  odrzucenie  wszelkich 
krępujących ograniczeń, tak materialnych, jak i emocjonalnych, i puszczenie wodzy 

background image

fantazji.
Na   nie   zamieszkanym   płaskowyżu   centralnej   Brazylii   można   było   dowolnie 
zaprojektować mieszkańców przyszłego miasta, biorąc pod uwagę jedynie wierność 
zasadom logiki i estetyki; nie trzeba było iść na żadne kompromisy, nie mówiąc już o 
poświęcaniu czystości zasad na rzecz nie mających nic wspólnego z projektem, a 
uciążliwych   ograniczeń   czasu   i   miejsca.   Można   było   precyzyjnie   wyliczyć 
niedookreślone   i   ciągle   nierozwinięte   potrzeby   kalkulowania   w   „jednostkach 
zapotrzebowania";   tworzyć   w   sposób   nieskrępowany   nie   istniejących,   a   zatem 
milczących i pozbawionych politycznej siły mieszkańców przyszłego miasta, widząc 
w   każdym   z   nich   sumę   określonego   naukowo   i   starannie   zmierzonego 
zapotrzebowania na tlen oraz jednostki ciepła i światła.
Eksperymentatorzy bardziej zainteresowani dobrze wykonaną pracą niż wpływem, 
jaki jej wyniki mieć będą na tych, którzy ich doświadczą, traktowali Brazylię niczym 
wielkie,   wspaniale   wyposażone   laboratorium,   w   którym   można   było   mieszać   w 
różnych   proporcjach   rozmaite   składniki   logiczne   i   estetyczne   oraz   obserwować 
niezmącony   przebieg   reakcji,   wybierając   najbardziej   zadowalającą   postać 
otrzymanego   związku.   Zgodnie   z   założeniami   architektonicznego   modernizmu   w 
stylu   Corbusiera,   w   Brazylii   można   było   zaprojektować   przestrzeń   na   miarę 
człowieka (a dokładniej mówiąc na miarę tego, co w człowieku daje się zmierzyć), a 
także przestrzeń, z której wyeliminowane zostały przypadek i niespodzianka. Jednak 
dla mieszkańców miasto Brazylia okazało się koszmarem. Nieszczęsne ofiary miasta 
szybko   ukuły   termin   „brasilitis"',   określając   nim   nowy   syndrom   patologiczny, 
którego Brazylia stała się prototypem, do dziś pozostając jego najbardziej znanym 
ogniskiem. W powszechnym odczuciu najbardziej widoczne objawy brasilitis to brak 
tłumu i tłoku, puste rogi ulic, anonimowość  miejsc i ludzkie postaci pozbawione 
twarzy   oraz   odrętwiała   monotonia   otoczenia,   które   nie   kryje   żadnych   zagadek, 
pozbawione jest wszystkiego, co mogłoby podniecać lub zdumiewać. Mistrzowskie 
rozplanowanie Brasilii redukowało do zera szanse spotkania drugiego człowieka poza 
miejscami przeznaczonymi do zebrań. Kpiono powszechnie, że randka na jedynym 
„forum", jakie przewidzieli projektanci  ogromnym Placu Trzech Sił  przypominała 
do złudzenia spotkanie na pustyni Gobi.
Być   może   miasto   Brazylia   stanowiło   przestrzeń   doskonale   zorganizowaną   i 
przystosowaną   do   zamieszkania   przez   homunculusy,   urodzone   i   wykarmione   w 
probówkach, przez stworzenia ulepione z funkcji administracyjnych i prawniczych 
definicji.   Z   pewnością   była   to   (przynajmniej   w   założeniu)   przestrzeń   doskonale 
przezroczysta   dla   tych,   którym   powierzono   zadania   administracyjne,   oraz   tych, 
którzy z mozołem starali się te zadania odczytać. Oczywiście miejsce to nadawałoby 
się   też   doskonale   dla   wyobrażonych   mieszkańców   idealnych,   którzy   utożsamiają 
szczęście   z   bezproblemowym   życiem:   jego   struktura   wykluczała   bowiem 
dwuznaczne sytuacje, eliminowała konieczność dokonywania wyboru i ryzyko oraz 
szansę jakiejkolwiek przygody. Jednak, jak się okazało, dla całej reszty przestrzeń ta 
odarta została ze wszystkiego, co naprawdę ludzkie; wszystkiego, co wypełnia życie 
znaczeniem i nadaje mu wartość.
Niewielu urbanistom ogarniętym pasją unowocześniania dane było pole do działania 
równie   wielkie   jak   to,   które   powierzono   Niemeyerowi.   Większość   musiała 

background image

ograniczyć   porywy   fantazji   (choć   nie   ambicje)   do   eksperymentów   z   miejską 
przestrzenią,   zakrojonych   na   mniejszą   skalę,   tu   porządkując,   tam   ogradzając 
beztroski, zadowolony z siebie
chaos   miejskiego   życia;   poprawiając   jeden   czy   drugi   błąd   albo   brak   historii, 
wykrawając   w   istniejącym   uniwersum   przypadku   małą,   dobrze   strzeżoną   niszę 
porządku.  Zawsze   jednak  konsekwencje  ich  działania  miały  ograniczony   zasięg  i 
były w dużej mierze nieprzewidywalne.

AGORAFOBIA I RENESANS WARTOŚCI LOKALNYCH

Richard   Sennett   jako   pierwszy   spośród   badaczy   współczesnego   miasta   podniósł 
alarm z powodu zagrażającego nam „upadku człowieka publicznego". Wiele lat temu 
zauważył on powolne, lecz nieubłagane uszczuplanie miejskiej przestrzeni publicznej 
i podobnie niepowstrzymany  odpływ mieszkańców  miasta  z  miejsc  będących już 
jedynie   bladym   cieniem   ocalałej   od   zniszczenia   agory,   która   ulegała   dalszej 
dewastacji.
W   napisanej   później   błyskotliwej   pracy   na   temat   „użytkowania   nieporządku"6 
Richard   Sennett   odwołuje   się   do   odkryć   Charlesa   Abramsa,   Jane   Jacobs,   Marca 
Frieda   czy   Herberta   Gansa     badaczy   o   różnym   temperamencie,   lecz   podobnej 
wrażliwości na doświadczenie życia w mieście i zbliżonych intuicjach badawczych, 
po czym sam maluje przerażający obraz spustoszenia, jakiego dokonano „w życiu 
realnie istniejących ludzi w imię wcielania w życie jakichś abstrakcyjnych planów 
rozwoju czy odnowy". Gdziekolwiek dochodziło do realizacji takich planów, wysiłki, 
by „ujednolicić" przestrzeń miasta, sprawić, by stała się „logiczna", „funkcjonalna" 
czy „czytelna", mściły się rozpadem ochronnych sieci utkanych z ludzkich więzów, 
psychicznie wyniszczającym doświadczeniem opuszczenia i samotności, połączonym 
z   poczuciem   wewnętrznej   pustki,   przerażeniem   z   powodu   wyzwań,   które   może 
przynieść życie, oraz udawanego analfabetyzmu w sytuacji wymagającej dokonania 
samodzielnych i odpowiedzialnych wyborów.
Dążenie do osiągnięcia przejrzystości miało straszną cenę. W sztucznie stworzonym 
środowisku,   wyliczonym   tak,   by   zapewnić   anonimowość   oraz   funkcjonalną 
specjalizację   przestrzeni,   mieszkańcy   miasta   stanęli   wobec   niemal 
nierozwiązywalnego   problemu   tożsamości.   Monotonia   pozbawiona   twarzy   oraz 
kliniczna   czystość   sztucznie   stworzonej   przestrzeni   pozbawiła   ich   możliwości 
negocjowania   znaczeń,   a   przez   to   wiedzy   potrzebnej,   by   stawić   czoło   temu 
problemowi i go rozwiązać.
Nauka, którą projektanci miast mogli wyciągnąć z długiej kroniki wzniosłych marzeń 
i przerażających katastrof kształtujących historię nowoczesnej architektury, jest taka, 
iż podstawowy sekret „dobrego miasta" polega na tym, że raczej daje ono ludziom 
szanse,   by   mogli   być   odpowiedzialni   za   swoje   działania   „w   historycznie 
nieprzewidywalnym społeczeństwie", niż stwarza „wyimaginowany świat harmonii i 
ustalonego z góry porządku". Jeśli ktokolwiek miałby chęć brać się do wymyślania 
przestrzeni miejskich jedynie w odniesieniu do przykazania harmonii estetycznej i 
rozumu, powinien najpierw zastanowić się przez chwilę nad tym, że „ludzie nigdy 
nie stają się dobrzy tylko dlatego, że realizują czyjeś dobre rozkazy lub dobre plany".

background image

Dodajmy,   że   doskonale   zaprojektowana   przestrzeń   nowoczesnej   utopii   jest   dla 
rozwoju odpowiedzialności   tego podstawowego i koniecznego warunku etycznego 
postępowania w relacjach międzyludzkich, ziemią jałową, jeżeli nie wręcz Zatrutą. 
Odpowiedzialność nie zakiełkuje i nie wyrośnie w higienicznie czystej przestrzeni 
bez   niespodzianek,   dwuznaczności   i   konfliktów.   Stawić   czoło   własnej 
odpowiedzialności   potrafią   jedynie   ci,   którzy   doskonalili   się   w   trudnej   sztuce 
działania w niepewnych warunkach i wieloznacznych sytuacjach, rodzących się tam, 
gdzie   króluje   różnorodność   i   zróżnicowanie.   Osoby   moralnie   dojrzałe   to   ludzie, 
którzy   wzrastają,   „potrzebując   nieznanego,   i   czują   się   niepełni   bez   pewnej   dozy 
anarchii w życiu", którzy uczą się „kochać «obcość» pośród siebie".
Zanalizowane   przez   Sennetta   doświadczenia   z   amerykańskich   miast   wskazują   na 
istnienie nieomal uniwersalnej zasady: podejrzliwość w stosunku do obcych, brak 
tolerancji wobec inności, niechęć do cudzoziemców, żądania, by ich odizolować i 
wypędzić,   podobnie   jak   histeryczne   przywiązanie   do   „porządku   i   prawa",   oraz 
obsesja na jego punkcie, wykazują najwyższe natężenie w najbardziej jednorodnych 
społecznościach   lokalnych,   gdzie   starannie   przestrzega   się   podziałów   rasowych, 
etnicznych i klasowych. .
Nic dziwnego: w społecznościach takich odczucie „nas" jako wspólnoty opiera się 
często   na   złudzeniu   równości,   umocnionym   monotonią   podobieństwa   wszystkich 
ludzi   w   zasięgu   wzroku.   Poczucie   bezpieczeństwa   ulega   zmąceniu   przy   braku 
sąsiadów,   którzy   myślą,   postępują   i   wyglądają   inaczej.   Jednorodność   rodzi 
konformizm,   a   konformizm   i   nietolerancja   to   dwie   strony   tej   samej   monety.   W 
miejscowości,   której   mieszkańcy   tworzą   homogeniczną   wspólnotę,   bardzo   trudno 
wykształcić   cechy   charakteru   i  umiejętności   niezbędne,   by   radzić   sobie   z   ludzką 
odmiennością   i   stawiać   czoło   niepewności,   a   przy   braku   takiego   przygotowania 
bardzo łatwo można zacząć się lękać obcego jedynie dlatego, że jest kimś innym  być 
może   dziwacznym   i   odmiennym,   lecz   przede   wszystkim   nieznanym;   kimś,   kogo 
niełatwo zrozumieć, kto nie daje się w pełni pojąć, kto jest nieprzewidywalny.
Miasto,   które   pierwotnie   wznoszono,   by   zapewnić   jego   mieszkańcom 
bezpieczeństwo   pod   ochroną   murów   broniących   przed   zakusami   najeźdźców   z 
zewnątrz,   „kojarzy   się   w   naszych   czasach   bardziej   z   zagrożeniem   niż 
bezpieczeństwem"   mówi Nan Elin. W naszych czasach ponowoczesnych „czynnik 
lęku z pewnością wzrósł, na co wskazują coraz liczniejsze samochody wyposażone w 
alarm, drzwi zamykane na skomplikowane zasuwy, systemy ochrony
oraz popularność, jaką wśród grup różniących się pod względem wieku i poziomu 
dochodów cieszą się rozmaite «strzeżone», «bezpieczne» osiedla i rosnący nadzór 
służb porządkowych nad przestrzenią publiczną, nie wspominając o nie kończących 
się   doniesieniach   o   zagrożeniu,   rozpowszechnianych   przez   środki   masowego 
przekazu".
Współczesne lęki, typowe „lęki miejskie", w odróżnieniu od strachu, który niegdyś 
prowadził do budowy miast, koncentrują się na „wrogu wewnętrznym". Ten rodzaj 
lęku powoduje, że mniej uwagi poświęca się nienaruszalności i pomyślności miasta 
jako   całości     zbiorowej   własności   i   zbiorowej   gwarancji   jednostkowego 
bezpieczeństwa  niż odizolowaniu i umocnieniu własnego domostwa w e w n ą t r z 
miasta.   Mury,   wnoszone   niegdyś   wokół   miasta,   dzisiaj   przecinają   miasto   na 

background image

wszystkie   strony.   Strzeżone   osiedla,   ściśle   nadzorowane   przestrzenie   publiczne   o 
ograniczonej dostępności, uzbrojeni po zęby strażnicy przy bramie i elektronicznie 
sterowane   drzwi     wszystko   to   dzisiaj   skierowane   jest   bardziej   przeciwko 
nieproszonym   współobywatelom   miasta   niż   obcym   armiom,   rozbójnikom, 
pozbawionym   zajęcia   najemnikom   czy   innym,   bliżej   nie   znanym   zagrożeniom, 
czyhającym za bramami miasta.
Nie bycie razem, ale wzajemne unikanie się i separacja stały się najważniejszymi 
strategiami przetrwania we współczesnej megalopolis. Problem miłości i nienawiści 
bliźniego   już   nie   istnieje.   Wystarczy   trzymać   bliźniego   na   odległość   ramienia,   a 
decyzja przestaje być konieczna. Oddalają się sytuacje, w których trzeba wybierać 
między miłością a nienawiścią.

CZY PO EPOCE PANOPTICONU JEST JAKIEŚ ŻYCIE?

Mało   jest   w   naukach   społecznych   alegorii   równie   przekonujących   jak   wizerunek 
Panopticonu. Michel Foucault posłużył się poronionym pomysłem Jeremy Benthama 
z   bardzo   dobrym   skutkiem,   używając   go   jako   metafory   przekształceń,   jakich 
dokonała   nowoczesność,   reorganizując   system   kontroli   i   rozdzielając   na   nowo 
władzę. Bentham, znacznie bardziej przenikliwie niż większość jego współczesnych, 
pod   pstrym   opakowaniem   dostrzegł   najważniejsze,   wspólne   zadanie   organów 
sprawujących   kontrolę.   Polegało   ono   na   utrzymywaniu   dyscypliny   dzięki 
rzeczywistej i stale namacalnej groźbie kary oraz dzięki wielości nazw nadawanych 
sposobom,   za   pomocą   których   władza   realizowała   swoją   podstawową,   kluczową 
strategię: rządzeni musieli uwierzyć, że przed wszechobecnym okiem zwierzchników 
nie   ukryją   się   ani   na   chwilę,   a   w   związku   z   tym   żadne   wykroczenie,   nawet 
popełnione w wielkiej tajemnicy, nie ujdzie kary. Panopticon w wersji idealnej nie 
dopuszczał   istnienia   przestrzeni   prywatnej,   a   przynajmniej   prywatności 
nieprzezroczystej; przestrzeni prywatnej nie objętej nadzorem, albo, co gorsza, nie 
dającej   się   nadzorować.   W   mieście   opisanym   przez   Jewgienija   Zamiatina   w   My 
każdy miał prywatny dom, lecz ściany budynków były zrobione ze szkła. Natomiast 
u George'a Orwella w Roku 1984 każdy miał prywatny telewizor, którego nie wolno 
było wyłączyć, i nie wiadomo było, kiedy emitujący audycje używali go także jako 
kamery...
Jak podkreślił Foucault, techniki panoptyzmu grały zasadniczą rolę w przejściu od 
opartych   na   więzach   lokalnych,   samonadzorujących   i   samoregulujących   się 
mechanizmów integracji skrojonej na miarę przyrodzonych zdolności ludzkich oczu i 
uszu do ponadlokalnej, państwowej integracji obszarów o wiele rozleglejszych, niż 
cztowiek ogarnąć może za pomocą danych mu przez naturę możliwości. Ta druga 
sytuacja   wymagała   wprowadzenia   asymetrii   nadzoru,   zatrudnienia   zawodowych 
strażników   oraz   reorganizacji   przestrzeni,   która   umożliwiłaby   nadzorującym 
pełnienie ich funkcji, a nadzorowanym uświadomiła, że byli obserwowani i mogą 
znaleźć się pod obserwacją w każdej chwili. Wszystkie te wymagania zostały niemal 
całkowicie   spełnione   w   najważniejszych   ćwiczących   w   dyscyplinie   instytucjach 
„klasycznego etapu" nowoczesności: w fabrykach i armiach tworzonych za pomocą 
masowego   poboru;   obydwie   te   instytucje   posiadały   niema!   uniwersalny   zasięg 

background image

działania.
Jednak wyobrażenie Panopticonu, jako niemal doskonała metafora najważniejszych 
rysów unowocześnienia władzy i kontroli, za bardzo zadomowiło się w wyobraźni 
socjologów, utrudniając raczej, niż ułatwiając postrzeganie natury obecnych zmian. 
Ze   szkodą   dla   naszych   analiz,   w   sposób   naturalny   we   współczesnych   układach 
władzy   doszukujemy   się   starych   i   w   zasadzie   nie   zmienionych   technik 
panoptycznych w nowej, usprawnionej wersji. Często umyka naszej uwagi fakt, że 
większość populacji ani nie musi, ani nie ma okazji, by zaznać dawnych uroków 
placu musztry. Zdarza nam się też zapominać o specyficznych wyzwaniach, jakie 
pociągał   za   sobą   proces   unowocześniania;   wyzwaniach,   wobec   których   strategie 
panoptyzmu można było zastosować z dużym powodzeniem. Dzisiaj stoją przed nami 
inne   wyzwania   i   stosowanie   z   nie   słabnącym   entuzjazmem   ortodoksyjnie 
panoptycznych   strategii   okazałoby   się   niewątpliwie   pomysłem   chybionym, 
przynoszącym skutki wręcz przeciwne do zamierzonych.
W błyskotliwym artykule na temat elektronicznej bazy danych jako unowocześnionej 
wersji   Panopticonu   w   cyberprzestrzeni   Mark   Poster   twierdzi,   że   „nasze   ciała 
zawieszone   są   między   sieciami,   informacyjnymi   magistralami   i   bazami   danych". 
Wszystkie   te   miejsca   przechowywania   informacji,   do   których   nasze   ciała   „są 
informatycznie uwiązane", „nie stanowią już schronienia, w którym można się ukryć 
przed   obserwacją,   ani   fortecy,   wokół   której   wytycza   się   linię   oporu". 
Przechowywanie   ogromnej   ilości   danych,   przyrastającej   z   każdym   użyciem  karty 
kredytowej, a właściwie za każdym razem, gdy coś kupujemy, doprowadza według 
Postera   do  powstania   „superpanopticonu".   Ten  Panopticon   jest   jednak  odmienny: 
nadzorowani, dostarczając danych do przechowywania, stanowią podstawowy — i 
dobrowolny     czynnik   w   procesie   nadzorowania.   Prawda,   że   ilość   informacji 
zgromadzonej na ich temat niepokoi ludzi. Zgodnie z tym, co stwierdziło czasopismo 
„Time" w 1991 roku, dla 7080 procent jego czytelników powód do „poważnych lub 
pewnych obaw" stanowiła informacja zebrana na ich temat przez administrację oraz 
towarzystwa   ubezpieczeniowe   i   kredytowe,   a   w   nieco   mniejszym   stopniu   dane 
będące w posiadaniu pracodawców, banków i firm marketingowych. W tej sytuacji 
Poster zastanawia się, dlaczego „niepokój, jaki budzą bazy danych, nie przekształcił 
się dotąd w problem polityczny wagi państwowej"8.
Zastanowienie budzi jednak to, dlaczego powinniśmy się nad tym zastanawiać... Po 
bliższym przyjrzeniu się większość pozornych podobieństw między Panopticonem 
Foucaulta a współczesnymi bazami danych okazuje się powierzchowna. Panopticon 
stworzono przede wszystkim w celu wpojenia dyscypliny i narzucenia jego więźniom 
jednolitego   sposobu   zachowania.   Była   to   broń   skierowana   przeciwko   różnicy, 
wyborowi i różnorodności. Baza danych nie stawia podobnych celów ani sobie, ani 
swym potencjalnym zastosowaniom. Raczej odwrotnie: towarzystwom kredytowym i 
firmom marketingowym, które są głównym motorem i użytkownikiem baz, chodzi o 
to,   by   ich   zawartość   potwierdziła   „uczciwość"   ludzi,   których   dane   zostały 
umieszczone w bazie, ich wiarygodność jako klientów, którzy dokonują wyboru; o 
to, by zanim dojdzie do strat lub marnotrawstwa środków, odsiać tych, którzy nie są 
w stanie wybierać. Być włączonym do bazy danych to podstawowy warunek, by 
otrzymać status kogoś „wartego kredytowania", a co za tym idzie, zyskać dostęp do 

background image

„najfąjniejszej   hecy   w   mieście".   Panopticon   zmieniał   swych   mieszkańców   w 
wytwórców   lub   żołnierzy,   od   których   oczekiwano   i   wymagano   rutynowego 
wykonywania monotonnych czynności. Baza danych zawiera dane o uczciwych i 
godnych zaufania konsumentach, odsiewając całą resztę tych, którym nie należy ufać 
przy powierzaniu środków do „gry w konsumpcję", jedynie z tego powodu, że o ich 
życiu niczego nie zapisano w bazie danych. Główna funkcja Panopticonu polegała na 
tym,   że  dawał   on   pewność,   iż   nikt  nie   wymknie   się   poza   obręb  przestrzeni   pod 
ścisłym nadzorem, podczas gdy baza danych ma przede wszystkim uniemożliwiać 
wtargnięcie do niej pod fałszywymi pozorami nie uprawnionego intruza z zewnątrz. 
Im więcej danych o tobie baza zawiera, tym swobodniej możesz się po niej poruszać.
Baza danych stanowi narzędzie selekcji, podziału i wyłączenia. Na jej sicie pozostają 
mieszkańcy   rzeczywistości   globalnej,   podczas   gdy   odsiewa   się   tych,   którzy 
zamieszkują   światy   lokalne.   Niektórzy   dopuszczani   są   do   pozaterytorialnej 
cyberprzestrzeni, dzięki której wszędzie czują się jak w domu i wszędzie są mile 
witani, innym odbiera się paszporty i odmawia wiz tranzytowych, uniemożliwiając 
wędrówkę przez miejsca zastrzeżone dla mieszkańców cyberprzestrzeni, przy czym 
to   drugie   jest   uzupełnieniem   pierwszego.   W   odróżnieniu   od   Panopticonu,   baza 
danych jest narzędziem ruchu, a nie więzami, które trzymają ludzi w jednym miejscu.
Można się też zastanawiać nad dziejami Panopticonu z innej perspektywy. Według 
pamiętnego stwierdzenia Thomasa Mathiesena, wprowadzenie władzy panoptycznej 
było  odzwierciedleniem fundamentalnego   przekształcenia  sytuacji,  w której wielu 
obserwuje   nielicznych,   w   sytuację,   gdy   nieliczni   obserwują   w   i   e   1   u.9   W 
sprawowaniu   władzy   nadzór   zastąpił   widowisko.   W   czasach   przednowoczesnych 
władza wywierała
wrażenie na ludzie (populus), pozwalając pospólstwu przepełnionemu lękiem, grozą i 
podziwem oglądać swój przepych, bogactwo i splendor. Współczesna władza woli 
pozostawać   w   cieniu,   obserwując   swych   poddanych,   sama   nie   będąc   przez   nich 
oglądana. Mathiesen gani Foucaulta za to, że nie poświęcił należytej uwagi innemu 
właściwemu   nowoczesności   procesowi,   który   toczy   się   równolegle:   rozwojowi 
nowych technik władzy polegających na tym, że wielu   tak wielu jak nigdy dotąd 
ogląda nielicznych. Oczywiście chodzi mu o bezustanny rozwój środków masowego 
przekazu,  przede  wszystkim telewizji,  prowadzący   do tego,  że  obok Panopticonu 
pojawia   się   drugi   mechanizm   władzy,   dla   którego   ukuwa   zręcznie   nazwę 
Synopticonu.
Rozważmy   więc   taką   sytuację:   technika   Panopticonu,   nawet   kiedy   stosowano   ją 
powszechnie,   a   instytucje   oparte   na   jej   założeniach   obejmowały   swym 
oddziaływaniem   przeważającą   większość   społeczeństwa,   z   natury   dostępna   była 
jednie   lokalnemu   establishmentowi:   zarówno   warunki,   w   jakich   funkcjonowały 
instytucje   panoptyzmu,   jak   i   skutki   ich   działań   polegały   na   unieruchomieniu 
rządzonych,   ponieważ   nadzór   służył   temu,   by   uniemożliwić   im   ucieczkę   albo   w 
najlepszym   wypadku   zapobiec   ich   samodzielnym,   przypadkowym   ruchom. 
Synopticon zaś ma naturę globalną, ponieważ czynność oglądania odrywa patrzących 
od   lokalnej   rzeczywistości,   przenosząc   ich,   przynajmniej   duchowo,   w 
cyberprzestrzeń,   gdzie   odległość"przestaje   mieć   znaczenie,   nawet   jeżeli   ciało 
pozostaje   nadal   w   tym   samym   miejscu.   Nie   jest   już   ważne,   czy   ci,   którymi 

background image

Synopticon   rządzi,   przekształceni   jego   mocą   z   obserwowanych   w   obserwatorów, 
zmieniają miejsce pobytu czy nie. Gdziekolwiek by byli i dokądkolwiek by mieli się 
udać,   mogą   podłączyć   się   do   pozaterytorialnej   sieci,   dzięki   której   wielu   ogląda 
nielicznych   i oczywiście tak robią. Panopticon siłą narzucał ludziom sytuację, w 
której mogli być obserwowani. Synopticon nie wymaga stosowania przymusu   on 
kusi ludzi, by oglądali. Natomiast nieliczni, których się ogląda, podlegają starannej 
selekcji. Mówiąc słowami Mathiesena:

Wiemy, komu z zewnątrz wolno w mediach wyrażać swe opinie. Liczne badania 
prowadzone w Norwegii, a także o zasięgu międzynarodowym, wykazały, że ludzie 
ci konsekwentnie należą do elit instytucjonalnych. Ci, którzy mogą znaleźć się w 
mediach,   to   mężczyźni   —   nie   kobiety   —   z   najwyższych   warstw   społeczeństwa, 
członkowie elit politycznych sprawujących władzę, wielcy przemysłowcy, urzędnicy 
administracji państwowej.

Szeroko wychwalana „interakcyjność" nowych mediów jest wielką przesadą i raczej 
powinno   się   mówić   o   „medium   interaktywnym   jednokierunkowo".   W 
przeciwieństwie   do   tego,   w   co   zwykle   wierzą   uczeni,   którzy   sami   są   członkami 
nowej   elity   o   wymiarze   globalnym,   Internet   i   Sieć   wcale   nie   są   dla   każdego   i 
nieprawdopodobne   wydaje   się,   by   kiedykolwiek   ich   użytkowanie   stało   się 
prawdziwie   powszechne.   Nawet   ci,   którzy   mają   dostęp   do   sieci,   mogą   wybierać 
jedynie w takim zakresie, na jaki pozwalają im dostawcy, zachęcający do „spędzenia 
czasu i wydawania pieniędzy, dokonując wyboru między proponowanymi pakietami 
usług i w ich obrębie". Reszta, pozostawiona na łaskę i niełaskę sieci satelitarnej lub 
telewizji   kablowej,   które   nawet   nie   pretendują   do   zachowania   symetrii   między 
rzeczywistością   po   dwóch   stronach   ekranu,   skazana   jest   na   oglądanie   w   formie 
czystej i nieskażonej. Oglądanie czego?
Wielu ogląda nielicznych. Nieliczni, których się ogląda, to sławy. Mogą należeć do 
świata   polityki,   sportu,   nauki   czy   rozrywki,   albo   być   po   prostu   słynnymi 
specjalistami od informacji. Niezależnie jednak od tego, kim byłyby oglądane sławy, 
tym, co wystawiają do oglądania, jest świat sław; świat, który właśnie na tym polega, 
że   jest   oglądany     przez   wielu   i   we   wszystkich   zakątkach   świata;   który   staje   się 
globalny dzięki możliwości oglądania. Każda wypowiedź sław staje się komunikatem 
o tym świecie i życiu. Ich życiu i ich świecie. Jeśli postawimy pytanie o wpływ, jaki 
może   to   mieć   na   oglądających,   to   „raczej   tak,   jakbyśmy   pytali   nie   tyle   o   lęki   i 
nadzieje, jakie budzi w nas chrześcijaństwo, ile o skutki, jakie wywiera ono na nasz 
światopogląd,   albo     jak   zapytałby   Chińczyk     o   konsekwencje   konfucjanizmu   dla 
moralności publicznej".
W   Panopticonie   nieliczni   wybrani   spośród   lokalnej   wspólnoty   obserwowali 
pozostałych   jej   członków,   a   przed   pojawieniem   się   Panopticonu   zwykli   szarzy 
członkowie   społeczności   lokalnej   oglądali   wybranych   spośród   siebie.   W 
Synopticonie   żyjący   na   skalę   lokalną   oglądają   tych,   których   życie   ma   wymiar 
globalny. Władza tych drugich zasadza się na ich oddaleniu: ludzie „globalni" są 
dosłownie „nie z tego świata". Jednak na co dzień unoszą się oni nad lokalnymi 
światami zwykłych ludzi w sposób o wiele bardziej widoczny i narzucający się niż 

background image

anioły,   które   niegdyś   polatywały   nad   światem   chrześcijan:   w   zasięgu   wzroku,   a 
jednocześnie   niedostępni,   wzniośli,   lecz   należący   do   tego   świata,   stojąc 
nieskończenie   wysoko,   stanowią   świetlany   przykład,   za   którym   ci   gorsi   mogą 
podążać   lub   przynajmniej   marzyć,   że   go   naśladują.   Podziwia   się   ich,   a   zarazem 
zazdrości; królowie, którzy zamiast rządzić, wytyczają drogę.
Żyjąc na ziemi osobno i z dala od siebie, ludzie „lokalni" spotykają światowe sławy 
dzięki   regularnym   telewizyjnym   sprawozdaniom   z   nieba.   Echa   spotkania 
rozbrzmiewają globalnie i tłumiąc wszystkie inne dźwięki, odbijają się od lokalnych 
ścian, objawiając i potwierdzając ich nieprzenikalną trwałość, która przywodzi na 
myśl mury więzienia.

background image

Rozdział 3

CO BĘDZIE PO PAŃSTWIE NARODOWYM?

„Pokolenie wcześniej  polityka społeczna  opierała się  na przekonaniu, że  państwa 
narodowe i miasta w ich obrębie potrafią kontrolować swój los; obecnie dochodzi do 
rozdziału między państwem a gospodarką"  zauważa Richard Sennett.
Wraz z powszechnym wzrostem prędkości, kiedy pędzimy coraz szybciej, a czas i 
przestrzeń, jak zauważa David Harvey, „ulegają ściśnięciu", pewne rzeczy poruszają 
się szybciej od innych. Gospodarka, czyli kapitał, oznaczający pieniądze i środki 
potrzebne   do   robienia   większej   ilości   pieniędzy   oraz   innych   rzeczy,   porusza   się 
wystarczająco   szybko,   by   zawsze   wyprzedzać   o   krok   ustrój   polityczny   (zarówno 
terytorialny,   jak   i   każdy   inny),   który   czasami   podejmuje   próby   ogarnięcia   tych 
wędrówek   kapitału   i   zmiany   ich   kierunku.   W   tym   wypadku   ograniczenie   czasu 
podróży do zera wprowadza nową jakość, jaką jest całkowity zanik ograniczeń natury 
przestrzennej, albo raczej „całkowite przezwyciężenie siły ciężkości". Wszystko, co 
porusza się z prędkością sygnału na elektronicznych łączach, praktycznie przestaje 
podlegać ograniczeniom miejsc, w których powstało, ku którym zmierza i które mija 
po drodze.
Martin   Woollacott   niedawno   skomentował   to   w   sposób,   który   dobrze   ujmuje 
następstwa tego uniezależnienia:
Szwedzkoszwajcarska grapa Asea Brown Boveri oznajmiła, że w Europie Zachodniej 
zmniejszy liczbę miejsc pracy o 57000, tworząc
nowe w Azji. Następnie Electrolux poinformował, że zredukuje zatrudnienie o 11 
procent w skali globalnej, wprowadzając największe cięcia w Europie i Ameryce 
Pomocnej. Zwolnienia zapowiedział także Pilkington Glass. W ciągu dziesięciu dni 
trzy   europejskie   firmy   dokonały   redukcji   zatrudnienia   na   skalę,   którą   można 
porównywać z nowymi rządowymi projektami tworzenia nowych miejsc pracy we 
Francji i Wielkiej Brytanii [...]
Niemcy   straciły   w   ciągu   pięciu   lat   milion   miejsc   pracy,   podczas   gdy   firmy 
niemieckie wznoszą fabryki w Europie Wschodniej, Azji i Ameryce Łacińskiej. Jeśli 
cały   zachodnioeuropejski   przemysł   przenosi   się   masowo   poza   granice   Europy 
Zachodniej,   to   trzeba   uznać,   że   wszystkie   dyskusje   na   temat   jak   najlepszego 
podejścia rządów do problemu bezrobocia znajdą dość ograniczone zastosowanie w 
praktyce.

background image

Zrównoważony bilans Nationalökonomie [gospodarki narodowej], który wydawał się 
niegdyś niezbędnym warunkiem całego myślenia ekonomicznego, dziś staje się coraz 
bardziej   aktuarialną   fikcją.   Jak   wskazuje   Vincent   Cable   w   swym   niedawno 
opublikowanym pamflecie wydanym przez Demos, „już nie wiadomo, co znaczy to, 
że Bank Midland czy ICL nazywa się «brytyjskimi firmami» (ani dlaczego British 
Petroleum, British Airways, British Gas czy British Telecom noszą swe nazwy) [...] 
W świecie, gdzie kapitał nie ma stałej siedziby, a przepływ finansów pozostaje w 
dużej   mierze   poza   kontrolą   rządów   poszczególnych   państw,   wiele   mechanizmów 
polityki gospodarczej  przestaje  działać." Alberto Melucci sądzi  zaś, że na skutek 
szybko   rosnących   wpływów   ponadpaństwowych     „światowych"     organizacji 
„przyspieszeniu uległo zarówno wykluczanie obszarów słabych [gospodarczo], jak i 
otwieranie   nowych   kanałów   przydziału   środków,   które,   przynajmniej   częściowo, 
zostały wyjęte spod kontroli różnych państw narodowych".
Mówiąc słowami G.H. von Wrigtha, „wydaje się, że państwo narodowe ulega erozji 
czy też obumiera. Siły powodujące rozpad mają charakter pozanarodowy". Ponieważ 
jednak   państwa   narodowe   pozostają   jedyną   ramą   zachowania   równowagi   między 
blokami   politycznymi   i   jedynym   źródłem   skutecznych   inicjatyw   politycznych, 
„pozanarodowość"   powodujących   rozpad   sił   umieszcza   je   poza   zasięgiem 
przemyślanego, celowego i potencjalnie racjonalnego działania. Jak wszystko, co się 
takiemu działaniu wymyka, siły te, ich forma i sposoby funkcjonowania, pogrążone 
są we mgle tajemnicy, stanowiąc raczej przedmiot domysłów niż budzących zaufanie 
analiz. Von Wright ujmuje to następująco:

Siły o pozanarodowym charakterze są w dużej mierze anonimowe, a przez to trudne 
do  określenia.   Nie tworzą  jednolitego systemu   czy   porządku.  Są  raczej  zlepkiem 
systemów, którymi poruszają „niewidzialni" aktorzy. [...] siły, o których mowa, nie 
działają razem ani nie współpracują ze sobą celowo [...] ,,Rynek" jest nie tyle opartą 
na konkurencji interakcją rywalizujących ze sobą sił, ile działaniem przeciwstawnie 
ukierunkowanych   bodźców,   płynących   z   manipulowania   popytem,   sztucznie 
tworzonych potrzeb i pragnienia szybkiego zysku.

Wszystko to tworzy wokół „obumierających" państw narodowych atmosferę klęski 
żywiołowej. Jej przyczyny są nie do końca zrozumiałe; choćby jednak przyczyny 
były   znane,   nie   dałoby   się   jej   do   końca   przewidzieć;   a   gdyby   można   ją   było 
przewidzieć, z pewnością nie udałoby się jej zapobiec. Poczucie niepewności, które 
jest   zupełnie   zrozumiałą   reakcją   na   sytuację   pozbawioną   jasnych   mechanizmów 
kontroli, znalazło wyraz w sardonicznym tytule książki Kennetha Jowitta The New 
World   Disorder   [Nowy   nieporządek   świata].   Przez   całą   epokę   nowoczesną 
zdążyliśmy przywyknąć do koncepcji, że porządek jest równoznaczny z tym, iż „coś 
jest pod kontrolą". To właśnie tej kontroli, czy to wspartej na solidnych podstawach, 
czy będącej zwykłym złudzeniem, brakuje nam najbardziej.
Nawet   jeśli   zamieszanie   wywołane   gwałtownym   końcem   Wielkiego   Podziału   i 
nagłym   załamaniem   porządku   politycznego   opartego   na   istnieniu   dwóch   bloków 
spowodowało bicie na alarm przeciwko „nowemu nieporządkowi", to wydarzeń tych, 

background image

stanowiących   zresztą   zupełnie   oczywisty   powód   ludzkiego   zagubienia   i 
skonsternowania,   nie   można   uznać   za   jedyne   wytłumaczenie   współczesnego 
„nowego nieporządku świata". Wizerunek globalnego bezładu odzwierciedla raczej 
nową świadomość; jej narodzinom mogło sprzyjać załamanie się polityki opartej na 
podziale na bloki, choć wcale nie musiało stanowić jej przyczyny; świadomość, że 
rzeczy,   które   dotąd   wydawały   się   pod   kontrolą   lub   przynajmniej   w   zasięgu   jej 
„możliwości technicznych", mają z natury charakter żywiołowy i przypadkowy.
Przed   upadkiem   bloku   komunistycznego   przypadkowa,   kapryśna   i   nieobliczalna 
natura   świata   nie   tyle   nie   istniała,   ile   usunięto   ją   z   zasięgu   wzroku   za   pomocą 
pochłaniających całą energię i myśl zabiegów służących codziennemu odtwarzaniu 
równowagi   między   światowymi   potęgami.   Dzięki   podziałowi   świata   władza 
polityczna stworzyła jego wizerunek jako całości. Nasz świat stanowił całość dzięki 
znaczeniu, jakim były obdarzone każdy jego zakątek i każda dziura w odniesieniu do 
„światowego porządku", czyli w stosunku do konfliktu dwóch obozów i starannie 
zachowywanej,   choć   zawsze   niepewnej,   równowagi   między   nimi.   Świat   stanowił 
całość dopóty, dopóki nie było rzeczy pozbawionych tego znaczenia i dopóki nic nie 
było   obojętne   z   punktu   widzenia   zachowania   równowagi   pomiędzy   dwiema 
potęgami, które przywłaszczyły sobie jego znaczną część, na resztę rzucając cień 
tego podziału. Wszystko na świecie miało znaczenie, będące pochodną podziału oraz 
jednego   centrum;   pochodną   istnienia   dwóch   ogromnych   bloków   zwartych   w 
nierozerwalnym uścisku walki na śmierć i życie. Od kiedy Wielki Podział przestał 
istnieć,   świat   nie   wydaje   się   już   całością;   wygląda   raczej   jak   pole   działania 
rozproszonych   i   nieskoordynowanych   ze   sobą   sił,   zamierających   w   miejscach 
trudnych   do   przewidzenia   lub   nabierających   rozpędu,   który   nie   wiadomo,   jak 
powstrzymać.
Sedno sprawy leży w tym, że, jak się zdaje, nikt dzisiaj nie jest pod kontrolą. Co 
gorsza, nie wiadomo specjalnie, jak w dzisiejszej sytuacji miałoby wyglądać „bycie 
pod   kontrolą".   Jak   dawniej,   wszystkie   inicjatywy   zmierzające   do   wprowadzenia 
jakiegoś porządku mają charakter lokalny i konkretny cel na widoku; nie istnieją już 
jednak wspólnoty lokalne, które czułyby się uprawnione, by zabierać głos w imieniu 
całej   ludzkości   albo   których   ludzkość   słuchałaby   czy   byłaby   gotowa   im   się 
podporządkować. Nie ma też jednego celu, na który nakierowane byłyby zgodnie 
działania całego świata.

UNIWERSALIZUJĄCY CZY GLOBALIZOWANI?

Właśnie   owo   nowe   i   nieprzyjemne   poczucie   „rzeczy   wymykających   się   z   rąk" 
wyrażone zostało (z niewielkim pożytkiem, jeśli chodzi o wyjaśnienie kwestii) w 
modnym   obecnie   pojęciu   globalizacji.   W   swym   najgłębszym   znaczeniu   pojęcie 
globalizacji   przekazuje   nieokreślony,   kapryśny   i   autonomiczny   charakter   świata   i 
jego spraw, brak centrum, brak pulpitu operatora, zespołu dyrektorów, biura zarządu. 
Globalizacja jest inną nazwą „nowego nieporządku świata" Jowitta.
Ten rys pojęcia globalizacji, nierozerwalnie z nim związany, zdecydowanie odróżnia 
je   od   kategorii,   pozornie   dającej   się   stosować   wymiennie:   chodzi   o   pojęcie 
„uniwersalizacji",   na   którym   niegdyś   opierał   się   cały   dyskurs   nowoczesności 

background image

dotyczący   sytuacji   na   świecie.   Dziś   wyszło   ono   z   użycia   i   rzadko   się   je   słyszy, 
zapomniane przez wszystkich z wyjątkiem filozofów.
Podobnie   jak   pojęcia   „cywilizacji",   „rozwoju",   „konwergencji",   „jednomyślności" 
oraz   wiele  innych  terminów   kluczowych  dla   wczesnej   i   klasycznej   fazy   rozwoju 
myśli nowoczesnej, kategoria „uniwersalizacji" zawierała w sobie nadzieję, celowość 
i zdecydowane dążenie do wprowadzenia porządku; ponadto, oprócz konotacji, które 
sugerowały terminy pokrewne, oznaczała ona uniwersalny porządek, wprowadzanie 
porządku   na   skalę   uniwersalną,   prawdziwie   globalną.   Podobnie   jak   inne   pojęcia, 
kategorię   uniwersalizacji   ukuto   na   wzbierającej   fali   nowoczesności   i   jej   ambicji 
intelektualnych. Cała rodzina pojęć jednym głosem deklarowała wolę zmiany świata i 
uczynienia go lepszym, niż był, a także rozszerzenia przemian i ulepszeń na skalę 
światową oraz objęcie nimi całego gatunku ludzkiego. Podobnie ogłoszono zamiar 
stworzenia wszystkim ludziom na świecie takich samych warunków życia; to samo 
dotyczyło szans życiowych, które miały zostać wyrównane.
Pojęcie globalizacji w takiej formie, w jakiej ukształtował je współczesny dyskurs, 
nie   przechowało   żadnego   z   tych   znaczeń.   Nowego   terminu   używa   się   przede 
wszystkim   do   mówienia   o   globalnych   skutkach,   ciągle   niezamierzonych   i 
nieprzewidzianych, a nie o globalnych inicjatywach i przedsięwzięciach.
Tak   mówi on   nasze działania mogą mieć, i często mają, skutek globalny, ale nie 
musimy   planować   ani   przeprowadzać   akcji   na   skalę   globalną;   nie   wiemy   nawet 
dobrze, jak to zrobić i skąd wziąć środki. „Globalizacja" nie jest tym, co wszyscy, a 
przynajmniej   najbardziej   zasobni   w   środki   i   przedsiębiorczy,   chcieliby 
przeprowadzać czy też czym mają nadzieję się zająć. Globalizacja to to, co się dzieje 
z nami wszystkimi. Pojęcie globalizacji odnosi się bezpośrednio do „anonimowych 
sił" von Wrighta; sił działających w pustce, na mglistej, grząskiej, nie dającej się 
oswoić ani przebyć „ziemi niczyjej", rozciągającej się poza zasięgiem możliwości 
konkretnego planowania i działania kogokolwiek.
Jak doszło do tego, że ten rozległy obszar pustkowia „stworzonego ludzką ręką" 
(mowa nie o „naturalnych" pustkowiach, które nowoczesność wytyczyła po to, by je 
zdobywać i oswajać, ale o „dżungli wytworzonej", jak można sparafrazować trafne 
sformułowanie   Anthony   Giddensa;   pustkowie   wyłaniające   się   po   procesie 
udomowienia,   powstające   p   o   podboju   i   jako   jego   skutek)   pojawił   się   w   polu 
widzenia? I dlaczego jawi nam się z intensywną i uporczywą mocą, która od czasów 
Durkheima uważana jest za wyznacznik „twardej rzeczywistości?
Wytłumaczeniem możliwym do przyjęcia wydaje się poczucie słabości, a właściwie 
niemocy,   coraz   częściej   doświadczane   w   obliczu   powszednich   działań 
porządkujących, które uznajemy za oczywiste.
Przez   całą   epokę   nowoczesną   jedynie   państwo   szczyciło   się   tym,   że   zajmowało 
miejsce   w   przestrzeni.   (Państwo   terytorialne,   rzec   by   się   chciało,   lecz   pojęcia 
państwa i „suwerenności terytorialnej" stały się w epoce nowoczesnej synonimami, 
zarówno w praktyce, jak i w teorii, w związku z czym sformułowanie  „państwo 
terytorialne" jest pleonazmem.) Termin „państwo" oznacza podmiot roszczący sobie 
słuszne prawo do tego, by ustalać, a także narzucać zasady i normy nadające spójność 
biegowi spraw na określonym terytorium oraz szczycący się posiadaniem środków 
wystarczających na ten cel; normy i zasady te z założenia mają zmieniać przypadek 

background image

w ściśle zdeterminowaną kolej rzeczy, wieloznaczność w Eindeutigkeił, przygodność 
w rozkład regularny...  krótko mówiąc, przekształcić dziewiczą puszczę w starannie 
przystrzyżony ogród i zmienić chaos w porządek.
Uporządkować   pewien   fragment   świata   oznaczało   ustanowić   niezawisłe   państwo, 
które mogło zaprowadzić ład dzięki posiadanej władzy. Znaczyło także ambicję, by 
narzucić pewien model porządku kosztem innych, konkurencyjnych modeli. Dokonać 
tego można było jedynie przez zdobycie nowego państwa lub przejęcie władzy w 
państwie istniejącym.
Max Weber definiował państwo jako podmiot roszczący sobie prawa do monopolu na 
stosowanie   przymusu   na   terenie   suwerennego   terytorium   oraz   do   posiadania 
służących   do   tego   celu   środków.   Cornelius   Castoriadis   ostrzega   przed   szeroko 
rozpowszechnionym nawykiem myślowym mylenia państwa z władzą społeczną jako 
taką. [Termin] „państwo"  twierdzi on  odnosi się do specyficznego sposobu podziału 
władzy   społecznej   i   jej   koncentracji,   w   którym   chodzi   właśnie   o   zwiększenie 
„potencjału   porządkowania".   „Państwo     mówi   Castoriadis     jest   jednostką 
wyodrębnioną ze zbiorowości i ustanowioną tak, by utwierdzić to wyodrębnianie." 
Nazwę „państwo" należy zachować więc „dla takich wypadków, gdy przyjmuje ono 
postać   aparatu   państwowego,   co   pociąga   za   sobą   oddzielne,   choćby   bardzo 
elementarne,   struktury   biurokracji   cywilnej,   kościelnej   czy   wojskowej;   mówiąc 
innymi słowy, powoduje powstanie hierarchicznej organizacji o określonym zakresie 
kompetencji".
Podkreślmy  jednak, że takie „wydzielenie władzy społecznej ze zbiorowości" nie 
było   w   żadnym   razie   kwestią   przypadku,   jednym   z   wybryków   historii.   Zadanie 
zaprowadzenia   porządku   wymaga   wielkich,   ustawicznych   wysiłków   przy 
konsolidacji władzy społecznej, jej przegrupowywaniu i wzmacnianiu; ta zaś domaga 
się   znacznych   środków,   które   może   zgromadzić   jedynie   państwo   w   postaci 
zhierarchizowanego aparatu władzy. Z konieczności  niezawisłość  ustawodawcza  i 
wykonawcza nowoczesnego państwa wspierała się na trzech filarach: suwerenności 
w sferze  wojskowej, gospodarczej  i kulturalnej; innymi  słowy, na zdominowaniu 
przez państwo obszarów działania, niegdyś podlegających rozproszonej władzy wielu 
ośrodków, a obecnie niezbędnych dla podtrzymania instytucji państwa i utrzymania 
porządku. Zaprowadzanie ładu było nie do pomyślenia bez możliwości skutecznej 
obrony terytorium przed wpływami innych modeli porządku, zagrażających państwu 
od   zewnątrz   i   od   wewnątrz.   Byłoby   ono   niemożliwe   także   bez   zrównoważenia 
bilansu  Nationalökonomie   [gospodarki narodowej] oraz  możliwości   zgromadzenia 
środków   kulturalnych   wystarczających   do   zachowania   tożsamości   państwa   i   jego 
odrębności poprzez odrębną tożsamość jego obywateli.
Tylko nieliczne zbiorowości ludzkie dążące do stworzenia własnego, niezawisłego 
państwa okazały się wystarczająco duże i zamożne, by po przejściu tak trudnego testu 
móc   poważnie   myśleć   o   osiągnięciu   suwerennej   państwowości.   W   czasach   gdy 
stanowieniem   porządku   zajmowały   się   głównie,   jeśli   nie   wyłącznie,   niepodległe 
organizmy   państwowe,   istniało   stosunkowo   niewiele   państw,   a   i   one   niechętnie 
dzieliły się tą władzą. Powstanie nowego państwa wymagało z zasady stłumienia 
państwotwórczych   ambicji   wielu   mniejszych   zbiorowości.   Pozbawiono   je   więc 
samowystarczalności gospodarczej, negowano każdą, choćby najmniejszą odrębność 

background image

kulturalną, i odbierano w całości potencjał wojskowy.
W tych warunkach na „scenie globalnej" rozgrywał się teatr polityki wewnętrznej 
państwa, które w drodze konfliktów zbrojnych, układów, albo i tak, i tak, zmierzało 
przede   wszystkimi   do   wyznaczenia   i   utrzymania   („za   pomocą   gwarancji 
międzynarodowych")   granic,   które   wydzielały   jego   obszar,   zamykając   w   swym 
obrębie ustawodawczą i wykonawczą niezawisłość władzy. „Polityka globalna" w 
takim   zakresie,   w   jakim   możemy   mówić   o   globalnych   horyzontach   w   polityce 
zagranicznej   niepodległych   państw,   sprowadzała   się   głównie   do   utrzymywania 
zasady pełnej i bezspornej suwerenności terytorialnej każdego kraju oraz dążenia do 
wymazania z mapy świata kilku „białych plam", a także walki z zagrożeniem, jakie 
stanowiły   niejednoznaczne   sytuacje,   w   których   terytoria   niezawisłych   państw 
nakładały się na siebie lub kiedy któreś z nich występowało z zaległymi roszczeniami 
terytorialnymi. Dobitnym, choć dość osobliwym wyrazem uznania dla tej koncepcji 
miała   stać   się   podjęta   podczas   posiedzenia   założycielskiego   Organizacji   Jedności 
Afrykańskiej   [Organisation   of   African   Unity]   proklamacja   nienaruszalności   i 
świętości   nowych   granic   państwowych,   co   do   których   wszyscy   zgadzali   się,   iż 
stanowią całkowicie sztuczny wytwór, owoc kolonialnego dziedzictwa. Wizerunek 
„globalnego   porządku"   sprowadzał   się,   krótko   mówiąc,   do   sumy   pewnej   liczby 
porządków lokalnych, z których każdy był skutecznie utrzymywany i regulowany 
przez jedno i tylko jedno państwo terytorialne. Wszystkie kraje oczekiwały od siebie 
nawzajem występowania w obronie praw politycznych każdego z nich.
Podzielonemu   na   niepodległe   kraje   światu   narzucony   został   trwający   niemal   pół 
wieku i jeszcze  do niedawna żywy podział na dwa bloki. Każdy z nich popierał 
wzrost   koordynacji   działań   i   współpracy   między   porządkami   państwowymi   w 
granicach   jego   metawładzy,   opartej   na   założeniu,   że   pojedyncze   państwa   nie   są 
samowystarczalne   w   dziedzinie   militarnej,   gospodarczej   i   kulturalnej.   Stopniowo, 
lecz   nieprzerwanie   propagowano   nową   zasadę   integracji   ponadpaństwowej,   która 
szybciej zrealizowała się w praktyce politycznej niż w teorii. Na „scenie globalnej" 
coraz   częściej   rozgrywał   się   teatr,   w   którym   aktorami   były   współistniejące   i 
współzawodniczące ze sobą grupy państw, a nie pojedyncze kraje.
Wysunięta   w   Bandungu   inicjatywa   powołania   absurdalnego   „bloku   państw   nie 
należących   do   żadnego   bloku"   i   późniejsze   wysiłki   przystąpienia   do   któregoś   z 
bloków, podejmowane przez kraje nie zrzeszone, stanowiły pośrednie potwierdzenie 
tej nowej zasady. Inicjatywy były jednak skutecznie i zgodnie podkopywane przez 
dwa superbloki, które zgadzały się przynajmniej w jednej kwestii: oba traktowały 
resztę   świata   jako   dwudziestowieczny   odpowiednik   białych   plam   z   czasów 
dziewiętnastowiecznego wyścigu w budowaniu i terytorialnym zamykaniu państw. 
Niezrzeszenie,   odmowa   przystąpienia   do   jednego   z   dwóch   superbloków,   uparte 
przywiązanie do dawnej, coraz bardziej przestarzałej zasady głoszącej, że najwyższa 
władza sprawowana jest przez państwo, postrzegano tak, jak niegdyś dwuznaczność 
„ziemi   niczyjej",   z   którą   nowoczesne   państwa   w   okresie   formacji   zmagały   się 
zaciekle, rywalizując w tej walce ramię przy ramieniu.
Polityczna struktura epoki Wielkiego Podziału przesłoniła głębsze i   jak teraz się 
okazało     bardziej   brzemienne   w  skutki   i   długotrwałe   odchylenia   w  mechanizmie 
wprowadzania   porządku.   Zmiana   dotyczyła   przede   wszystkim   roli   państwa. 

background image

Wszystkie   trzy  filary,  na   których  wspierała   się  suwerenność   władzy   państwowej, 
skruszały   do   imentu.   Samowystarczalność   militarna,   gospodarcza   i   kulturalna 
państwa   każdego państwa   przestała być w perspektywie możliwa. Aby zachować 
władzę utrzymania porządku i prawa, państwa musiały szukać sprzymierzeńców i 
dobrowolnie rezygnowały z coraz większych obszarów niezawisłości. Kiedy więc w 
końcu   kurtyna   uległa   rozdarciu,   po   nowej,   nieznanej   scenie   krążyły   dziwaczne 
postaci.
Były   kraje,   które     absolutnie   nie   zmuszane   do   zrzeczenia   się   swej   suwerenności 
szukały aktywnie i z zaangażowaniem możliwości podporządkowania się, prosząc o 
odebranie   im   niezawisłości   i   włączenie   w   organizm   ponadpaństwowy.   Były   też 
lokalne mniejszości etniczne i narodowe: te zapomniane, które długo pozostawały 
martwe, a teraz odrodziły się na nowo, albo takie, o których nikt nigdy nie słyszał, w 
porę   wymyślone.   Często   zbyt   małe,   pozbawione   pieniędzy,   niezdolne,   by   z 
pozytywnym   wynikiem   przejść   tradycyjne   sprawdziany   suwerenności     a   jednak 
domagały się teraz własnych państw, w pełni wyposażonych w oznaki politycznej 
niezawisłości oraz prawo do wprowadzania własnego ustawodawstwa i porządku na 
terytorium kraju. Stare i nowe narody uwalniały się z federacyjnych więzów, którymi 
wbrew  ich  woli  skrępowało   je  nie  istniejące   już  komunistyczne  supermocarstwo; 
jednak stare więzy  zrzucały po to, by skorzystać ze świeżo odzyskanej swobody 
podejmowania   decyzji   i   doprowadzić   do   rozpuszczenia   się   własnej   niezależności 
politycznej, gospodarczej i militarnej w europejskim rynku i sojuszu NATO. Nowa 
szansa,   zasadzająca   się   na   lekceważeniu   surowych   i   wymagających   warunków 
uzyskania   własnej   państwowości,   zyskała   uznanie   dziesiątek   „nowych   narodów" 
pospiesznie   otwierających   swe   biura   w   i   tak   zatłoczonym   gmachu   ONZ,   który 
pierwotnie nie był przystosowany, by pomieścić tak wielką liczbę „równych".
Paradoksalnie, do tak wielkiego wzrostu popularności idei państwowości przyczyniło 
się zjawisko, które oznacza śmierć suwerenności państwa, a nie jej triumf. Według 
nie pozbawionych ironii prognoz Erica Hobsbawma, kiedy Seszele otrzymają w ONZ 
głos równy głosowi Japonii, „to szybko dojdzie do tego, że większość  członków 
ONZ   będzie   się   składać   z   dwudziestowiecznych   republikańskich   odpowiedników 
organizmów   państwowych   w   rodzaju   SaxeCoburgGotha   czy 
SchwarzburgSonderhausen."

NOWE WYDZIEDZICZENIE: WYDZIEDZICZONE PAŃSTWO

Od   nowych   państw,   podobnie   jak   od   tych   istniejących   dłużej,   nie   oczekuje   się 
faktycznie w obecnych warunkach, że spełniać będą większość funkcji, które niegdyś 
stanowiły raison d'être administracji państwa narodowego. Najbardziej rzuca się w 
oczy   rezygnacja   państwa   (dobrowolna   lub   nie)   z   utrzymania   „dynamicznej 
równowagi",   którą   Castoriadis   opisuje   jako   „w   przybliżeniu   równy   rytm   wzrostu 
konsumpcji   i   przyrostu   produktywności";   jest   to   zadanie,   które   powodowało,   że 
niepodległe   państwa   w   różnych   okresach   swego   istnienia   wprowadzały   embarga 
wwozowe   lub   wywozowe,   bariery   celne   lub   zgodnie   z   założeniami   ekonomii 
Keynesa   stymulowany   przez   państwo   popyt   wewnętrzny.   Kontrolowanie 
wspomnianej   „dynamicznej   równowagi"   obecnie   przekracza   możliwości,   a   także 

background image

ambicje przeważającej większości suwerennych pod każdym innym względem (w 
sensie politycznego porządku i kontroli) państw. Rozróżnienie na rynek wewnętrzny i 
globalny, czy bardziej generalnie, na to, co znajduje się „wewnątrz" i „na zewnątrz" 
państwa, jest pod każdym względem coraz trudniejsze do utrzymania, z wyjątkiem 
najwęższego   znaczenia,   jakim   jest   określona   „polityka   względem   terytorium   i 
mieszkańców".
Wszystkie trzy filary suwerenności legły w gruzach. O to, czy pogruchotanie „filaru 
gospodarczego" miało najwięcej następstw, można się spierać. Państwa narodowe, 
kierujące się politycznymi interesami ludności zamieszkującej teren podlegający ich 
suwerennej   władzy,   nie   mogąc   zrównoważyć   bilansu,   stawały   się   coraz   częściej 
pełnomocnikami   sił,   na   których   polityczną   kontrolę   nie   mogły   liczyć,   oraz 
wykonawcami ich woli. Według zjadliwej opinii radykalnego latynoskiego eksperta 
od   polityki,   dzięki   nowemu   zjawisku   „porowatości"   rzekomo   „narodowych" 
gospodarek   oraz   w   związku   z   efemerycznością,   nieuchwytnością   i 
pozaterytorialnością   przestrzeni   działania   światowych   rynków   finansowych, 
„narzucają [one] światu swoje prawa i nakazy. «Globalizacja» jest w istocie jedynie 
totalitarnym rozszerzeniem ich logiki działania na wszystkie aspekty życia." Państwa 
nie posiadają wystarczających środków lub swobody manewru, by mogły wytrzymać 
tę presję, z tego prostego powodu, że „do upadku przedsiębiorstw i całych państw 
wystarczy kilka minut":
W kabarecie, jakim jest globalizacja, państwo robi striptease; pod koniec występu 
pozostaje mu jedynie to, co najniezbędniejsze: władza dająca możliwość stosowania 
represji.   Materialna   podstawa   jego   bytu   uległa   zniszczeniu,   suwerenność   i 
niezależność   przestały  istnieć,   klasa  polityczna   została  starta   w  proch     narodowe 
państwo sprowadza się jedynie do służb wywiadowczych działających dla wielkich 
molochów gospodarczych [...]
Nowi panowie świata nie muszą rządzić bezpośrednio. Zadanie sprawowania władzy 
w ich imieniu powierzono rządom narodowym.

Z   powodu   nieograniczonego   i   niepowstrzymanego   rozprzestrzeniania   się   zasad 
wolnego rynku, a nade wszystko dzięki swobodzie przepływu kapitału i środków 
finansowych, ekonomia coraz bardziej wymyka się spod kontroli politycznej; zresztą 
pierwotny sens słowa „ekonomia" to „obszar nie będący polityką". To, co zostało z 
polityki, jest, jak za dawnych dobrych czasów, nadal w gestii państwa; nie ma ono 
jednak   prawa   wtrącać   się   w   sprawy   związane   z   jego   własną   ekonomią:   każde 
usiłowanie  czy  próba spotkałyby  się z natychmiastową  reakcją ze  strony  rynków 
światowych i podjęciem działań represyjnych. Ku zgrozie aktualnie rządzącej ekipy 
gospodarcza  niemoc  państwa  uwidoczniłaby się  po raz kolejny. Według obliczeń 
René   Passata,"   oparte   na   czystej   spekulacji   transakcje   walutowe   sięgają   1300 
miliardów dolarów dziennie   jest to pięćdziesiąt razy więcej, niż wynosi wartość 
wymiany   handlowej,   i   niemal   tyle,   ile   suma   rezerw   wszystkich   „banków 
narodowych" świata razem wziętych, zamykających się w kwocie 1500 miliardów 
dolarów. „Żadne państwo"  konkluduje Passat — „nie może zatem dłużej niż kilka 
dni opierać się naciskom «rynków»".
Jedynym zadaniem z dziedziny ekonomii, do którego państwo zostało dopuszczone i 

background image

którego   wypełnienia   oczekuje   się   od   niego,   jest   zapewnienie   „zrównoważonego 
budżetu"   dzięki   nadzorowaniu   i   kontroli   nacisków   lokalnych   umożliwiających 
sprawniejszą   interwencję   państwa   w   prowadzenie   przedsiębiorstw   oraz   ochronę 
ludności przed najdotkliwszymi skutkami anarchii rynku. JeanPaul Fitoussi niedawno 
zauważył:

Programu takiego dopóty nie można wprowadzić, dopóki ekonomia w taki czy inny 
sposób nie usunie się z pola polityki. Ministerstwo Finansów jest z pewnością ziem 
koniecznym,   lecz   w   sytuacji   idealnej   należałoby   pozbyć   się   Ministerstwa   Spraw 
Gospodarczych (rządzącego ekonomią). Innymi słowy, rządowi powinno się odebrać 
odpowiedzialność za politykę w sferze makroekonomii.

Wbrew  często  powtarzanym  opiniom  (które  wcale  nie stają  się   przez  to  bardziej 
prawdziwe), nie ma żadnej sprzeczności natury logicznej czy pragmatycznej między 
nowym zjawiskiem eksterytorialności stolicy (absolutnej w sferze finansów, niemal 
zupełnej, jeśli chodzi o handel, i zaawansowanej w sektorze produkcji przemysłowej) 
a   mnożeniem   się   liczby   słabych   i   bezsilnych,   suwerennych   państw.   Pęd   ku 
wykrawaniu   ciągle   nowych   i   za   każdym   razem   słabszych,   dysponujących   coraz 
uboższymi   środkami,   lecz   „politycznie   niezależnych"   jednostek   terytorialnych  nie 
stoi w sprzeczności z tendencjami ekonomii dążącej ku globalizacji. Rozdrobnienie 
polityczne nie jest przysłowiowym „kijem wetkniętym w szprychy koła" rodzącego 
się   „społeczeństwa   światowego",   połączonego   więzami   informacji   krążącej   w 
swobodnym   obiegu.   Odwrotnie:   jak   się   wydaje,   „globalizacja"   ekonomii   we 
wszystkich jej aspektach oraz siła, z jaką ponownie kładzie się nacisk na „zasadę 
terytorialności",   są   ze   sobą   bardzo   blisko   związane,   warunkują   się   wzajemnie   i 
umacniają.
Światowe finanse, handel i przemysł informacyjny ze względu na swobodę ruchu i 
nieskrępowaną wolność w dążeniu do osiągnięcia własnych celów są uzależnione od 
politycznego rozdrobnienia, „rozparcelowania" światowej sceny politycznej. Można 
powiedzieć, że wszystkie one zainteresowane są istnieniem słabych państw, innymi 
słowy chodzi im o organizmy słabe, które jednak pozostają państwami. Z rozmysłem 
lub nieświadomie, międzypaństwowe, ponadlokalne instytucje, powołane do życia i 
działające za przyzwoleniem globalnej stolicy, poddają wszystkich swych członków 
oraz   niezależne   państwa   zsynchronizowanym   naciskom,   które   mają   na   celu 
systematyczne unicestwianie wszystkiego, co mogłoby powstrzymać lub spowolnić 
swobodny przepływ kapitału i ograniczyć wolność rynku. Otwarcie bram na oścież i 
pożegnanie   się   z   myślą   o   niezależnej   polityce   gospodarczej   jest   podstawowym   i 
potulnie   spełnianym   warunkiem   niezbędnym   do   otrzymania   pomocy   finansowej 
światowych banków i funduszy monetarnych. Słabe państwa to właśnie dokładnie to, 
czego   Nowy   Porządek   Świata,   który   podejrzanie   często   wygląda   na   jego   nowy 
nieporządek, potrzebuje, by zapewnić sobie trwanie i reprodukcję. Słabe nibypaństwa 
łatwo   dają   się   sprowadzić   do   pożytecznej   funkcji   okręgów   policyjnych, 
zapewniających   odrobinę   porządku   potrzebnego   do   prowadzenia   interesów;   nie 
trzeba   się   natomiast   obawiać,   że   mogłyby   skutecznie   ograniczyć   swobodę   firm   i 
przedsiębiorstw.

background image

Oddzielenie   ekonomii   od   polityki   i   pozbawienie   tej   drugiej   możliwości 
interweniowania w pierwszą, w wyniku czego polityce w dużej mierze odebrano moc 
skutecznego działania, zwiastuje coś więcej niż tylko przemieszczenie w rozkładzie 
władzy społecznej. Claus Offe zwraca uwagę, że problematyczne stały się działania 
polityczne   jako   takie,   czyli   „zdolność   do   dokonywania   zbiorowo   wiążących 
wyborów   i   wywiązywania   się   z   nich.   [...]   Zamiast   pytać,   co   jest   do   zrobienia, 
korzystniej   byłoby   zorientować   się,   czy   nie   ma   kogoś,   kto   potrafiłby   zająć   się 
wszystkim,   co   zrobić   trzeba."   Ponieważ   „granice   zaczęły   być   przenikalne"   (co 
prawda, dość selektywnie), „suwerenność stała się nominalna, władza anonimowa, a 
jej   miejsce   puste".   Do   miejsca   przeznaczenia   mamy   jednak   jeszcze   daleko,   lecz 
proces   trwa   i   wszystko   wskazuje   na   to,   że   nic   nie   jest   go   w   stanie   zatrzymać. 
„Dominujący wzorzec możemy nazwać «popuszczaniem hamulców»: destabilizacja, 
liberalizacja,   elastyczność,   rosnąca   płynność,   ułatwienie   transakcji   na   rynkach 
finansowych, nieruchomości, pracy dzięki zmniejszeniu obciążeń podatkowych etc.” 
Im bardziej świadomie stosuje się ten wzorzec, tym mniej władzy pozostaje w rękach 
instytucji, która go popiera; natomiast pozbawionej środków instytucji coraz trudniej 
wycofać się ze stosowania go, gdyby miała taką chęć lub była do tego skłaniana.
Jedną z najbardziej brzemiennych w skutki konsekwencji swobody poruszania się po 
świecie   jest   to,   że   problemy   społeczne   coraz   trudniej   jest   wyrazić   w   postaci 
skutecznych działań zbiorowych.

ŚWIATOWA HIERARCHIA MOBILNOŚCI

Przypomnijmy raz jeszcze to, na co wiele lat temu Michel Crozier zwrócił uwagę w 
błyskotliwej   pracy   The   Bureaucratic   Phenomenon   [,,O   fenomenie   biurokracji"]: 
każda   dominacja   opiera   się   na   podobnej   strategii,   która   zmierza   do   tego,   by 
pozostawić jak najwięcej wolności i swobody manewru dominującemu oraz surowo 
ograniczyć swobodę podejmowania decyzji przez tego, kto dominacji podlega.
Strategię   tę   stosowały   niegdyś   z   powodzeniem   rządy   państwowe,   które   obecnie 
znajdują się jednak po przeciwnej stronie układu. Zachowanie „rynków", a przede 
wszystkim   światowych   finansów,   stanowi   dziś   główne   źródło   zaskoczenia   i 
niepewności. Nietrudno więc dostrzec, że zastąpienie słabych państw terytorialnych 
przez jakiś rodzaj władzy ustawodawczej i politycznej o zasięgu światowym byłoby 
szkodliwe   dla   interesów   rynków   światowych.   Można   więc   podejrzewać,   że 
polityczne rozdrobnienie i globalizacja ekonomiczna nie są ze sobą sprzeczne, ani 
tym bardziej nie prowadzą ze sobą wojny, lecz pozostają bliskimi sprzymierzeńcami i 
współkonspiratorami.
Integracja   i   rozdrobnienie,   globalizacja   i   podział   terytorialny   są   procesami 
komplementarnymi, a dokładniej rzecz ujmując, stanowią dwie strony tego samego 
procesu:   nowego   podziału   władzy,   suwerenności   i   wolności   działania, 
zapoczątkowanego (choć nie rozstrzygniętego ostatecznie) przez zdecydowany skok 
możliwości technicznych. To, że procesy syntezy i rozproszenia, integracji i rozpadu 
współzachodzą i przeplatają się wzajemnie, nie jest przypadkiem; nie dają się one 
także odwrócić.
Właśnie   dlatego   że   wywołane   przez   nową   swobodę   ruchu   dwie   z   pozoru 

background image

przeciwstawne tendencje przeplatają się ze sobą i współzachodzą, pojawiają się nowe 
podziały. Tak zwane procesy  globalizacji pociągają za sobą przywileje ponownie 
przyznawane lub odbierane, nowe podziały na dobrobyt i nędzę, dostęp do bogactw i 
władzę   albo   niemoc,   swobodę   albo   jej   ograniczenia.   Dzisiaj   jesteśmy   świadkami 
obejmującego   cały   świat   procesu   restratyfikacji   społecznej,   w   którego   toku 
ustanawiana jest nowa hierarchia społecznokulturalna na skalę światową.
Quasipaństwa,   podziały   terytorialne  i  segregacja  tożsamości,  którym  sprzyja  i  do 
których zmusza  globalizacja rynków i informacji,  nie odzwierciedlają  bynajmniej 
różnorodności równych sobie partnerów. To, co dla jednych jest wolnym wyborem, 
na   innych   spada   na   mocy   bezlitosnych   wyroków   losu.   A   jako   że   tych   „innych" 
przybywa   wciąż   więcej   i   więcej,   i   pogrążają   się   one   coraz   głębiej   w   desperacji 
zrodzonej   z   wizji   życia   pozbawionego   perspektyw   na   przyszłość,   można   z 
powodzeniem   mówić   o   g1oka1izacji     bardzo   trafny   termin   Rolanda   Robertsona, 
oddający nierozdzielność nacisków „globalizacyjnych" i tego, co „lokalne"  nie ma tu 
miejsca na globalizację „jednowymiarową". Można by ją zdefiniować jako proces 
koncentracji   kapitału   i   innych   skutecznych   środków   finansowych;   także,   a   może 
przede wszystkim, jako proces koncentracji swobody poruszania się i działania (dwa 
rodzaje   swobody,   które   z   uzasadnionych   powodów   praktycznych   stały   się 
synonimami).
Komentując ostatni oenzetowski Raport o rozwoju ludzkości, z którego wynika, że 
majątek najbogatszych 358 miliarderów świata wynosi tyle, ile łączne dochody 2,3 
miliarda   najbiedniejszych   (45   procent   ludności   świata),   Victor   Keegan   nazwał 
współczesne przetasowania światowych bogactw „nową formą rozboju drogowego". 
Faktycznie   tylko   22   procent   światowego   majątku   należy   do   tak   zwanych   krajów 
rozwijających się, w których mieszka 80 procent ludności świata. To jednak jeszcze 
w żaden sposób nie wyznacza granic, ku którym zmierza współczesna polaryzacja 
świata: część światowego dochodu przypadająca obecnie biednym ciągle maleje: w 
1991 roku 85 procent ludności świata żyło z 15 procent światowych dochodów. Nic 
dziwnego, że nieskończenie mizerne 2,3 procenta światowych bogactw, będące w 
posiadaniu 20 procent najbiedniejszych krajów świata trzydzieści lat temu, spadło 
dziś do 1,4 procenta.
Także   światowa   sieć   komunikacyjna,   ogłoszona   bramą   do   nowej,   dotychczas   nie 
znanej wolności, a przede wszystkim uznana za techniczną podstawę zbliżającej się 
wielkimi krokami równości, użytkowana jest bardzo selektywnie i przypomina raczej 
wąską   szczelinę  w  grubym  murze  niż  bramę.  Tylko nieliczni  (których  jest  coraz 
mniej) zdobywają prawo wstępu. „Komputery w Trzecim Świecie służą dziś jedynie 
do   bardziej   wydajnego   spisywania   kroniki   jego   upadku"     mówi   Keegan.   I 
konkludując, stwierdza: „Gdyby (jak zauważył pewien amerykański publicysta) 385 
osób postanowiło zatrzymać  po jakieś 5 milionów dolarów na życie, a resztę by 
rozdało, podwoiliby oni roczne dochody niemal polowy ludności Ziemi. A zwierzęta 
przemówiłyby ludzkim głosem."
John Kavanagh z waszyngtońskiego Instytutu Badań Politycznych pisze tak:

Globalizacja   stworzyła   bardzo   bogatym   więcej   możliwości   jeszcze   szybszego 
robienia   pieniędzy.   Ludzie   ci   wykorzystują   najnowsze   technologie,   by   operować 

background image

wielkimi sumami pieniędzy na całym świecie, przenosząc je niesłychanie szybko z 
miejsca na miejsce i spekulując z jeszcze większym zyskiem.
Niestety technika nie ma wpływu na życie najbiedniejszych mieszkańców świata. 
Globalizacja   jest   w   rzeczywistości   paradoksem:   przynosząc   wielkie   korzyści 
nielicznym, wyklucza lub marginalizuje dwie trzecie ludności świata.

Potoczna wiedza nowego pokolenia „klas oświeconych", która rodzi się w nowym, 
walecznym   i   materialistycznym   świecie   nomadycznej   stolicy,   zakłada,   że   dzięki 
otwarciu śluz i podminowaniu wszystkich państwowych tam świat stałby się wolnym 
miejscem,   dostępnym dla   każdego.  Zgodnie   ze  stanowiącymi   część   tego  folkloru 
wierzeniami,   wolność   (przede   wszystkim   handlu   i   przepływu   kapitału)   stwarza 
cieplarniane   warunki,   w   których   dobrobyt   rośnie   szybciej   niż   kiedykolwiek,   a 
pomnożenie bogactw oznacza, że będzie wszystkiego więcej dla wszystkich.
Biedni świata   ubodzy od pokoleń lub zepchnięci w nędzę niedawno: ci, których 
ubóstwo jest dziedziczne, i ci, którzy stali się biedni za sprawą komputerów  niełatwo 
rozpoznaliby   się   w   tych   opowieściach.   Media   są   przekazem   i   to   media,   które 
utrwalają porządek światowego rynku, nie starając się ułatwić spływania bogactwa w 
dół, lecz przeciwnie, uniemożliwiają je. W rzeczywistości wirtualnej nowe fortuny 
rodzą   się,   pączkują   i   kwitną,   szczelnie   oddzielone   od   staroświeckich, 
nieskomplikowanych   rzeczywistości  biedaków.  Tworzenie  bogactw  jest  na  dobrej 
drodze, by w końcu uniezależnić się od odwiecznych   krępujących i dokuczliwych 
związków   z   wytwarzaniem   rzeczy,   przerabianiem   surowców,   tworzeniem   miejsc 
pracy i zarządzaniem ludźmi. Dawni bogacze potrzebowali biednych, by ci czynili 
ich   bogatymi.   Zależność   ta   zawsze   łagodziła   konflikt   interesów   i   skłaniała   do 
wysiłków   na   rzecz   biednych,   jakkolwiek   by   były   one   nieprzekonywające.   Nowi 
bogacze nie potrzebują już biednych. Po długim oczekiwaniu zbliżają się rozkosze 
wolności ostatecznej.
Dobrze ukrywa się to, że obietnice wolnego handlu są oszustwem; związek rosnącej 
nędzy i rozpaczy rzesz, które utknęły na mieliźnie, z nowym wymiarem wolności 
nielicznych,   którzy   mają   swobodę   ruchu,   trudno   jest   wyśledzić   w   raportach 
pochodzących z terenów zajmowanych w procesie  „glokalizacji" przez tę słabszą 
stronę.   Przeciwnie,   wydaje   się,   jakby   zjawiska   te   należały   do   dwóch   zupełnie 
różnych światów, a ich przyczyny były zupełnie odmienne. Na podstawie raportów 
nie dałoby się nigdy odgadnąć, że szybkie bogacenie się i ubożenie wyrastają z tego 
samego korzenia; że w wypadku biednych „lądowanie na mieliźnie" jest pochodną 
nacisków „glokalizacji" tak samo, jak jest nią niebotyczna wolność tych, którym się 
udało. (Z socjologicznych analiz holocaustu i innych zbrodni ludobójstwa nigdy nie 
udałoby się odgadnąć, że w nowoczesnym społeczeństwie są one tak samo „u siebie", 
jak   postęp   ekonomiczny,   technologiczny,   naukowy   czy   poprawa   warunków 
bytowych.)
Ryszard   Kapuściński,   jeden   z   najdoskonalszych   kronikarzy   współczesności, 
niedawno napisał, że skuteczność oszustwa osiąga się dzięki trzem powiązanym ze 
sobą   wybiegom,   które   są   świadomie   stosowane   w   mediach,   wiodących   prym   w 
aranżowaniu   sporadycznych,   przypominających   karnawał   wybuchów   publicznego 
zainteresowania położeniem „biednych tego świata."

background image

Po pierwsze  wiadomości o głodzie: ostatni, choć dyskusyjny powód, by przerywać 
codzienną obojętność; z zasady pojawiają się wraz z patetycznym przypomnieniem, 
że te same dalekie kraje, gdzie ludzie, „jak widzieliśmy  w telewizji", umierają z 
głodu, są ojczyzną „Azjatyckich Tygrysów", świetlanych przykładów, jak wyciągnąć 
korzyści   z   nowych,   pomysłowych   i   odważnych   strategii.   Nie   ma   znaczenia,   że 
wszystkie   „tygrysy"   razem   wzięte   stanowią   zaledwie   1   procent   ludności   Azji. 
Ilustrują   to,   co   należało   dowieść,   a   mianowicie,   że   godne   opłakania   położenie 
głodnych leni jest ich własnym wyborem: rozwiązania alternatywne istnieją, i to w 
zasięgu ręki, ale nie korzysta się z nich z powodu braku przemysłu lub odpowiednich 
rozwiązań. Przesłanie, które stoi za tą informacją, mówi, że biedni są sami winni 
swemu losowi i sami ponoszą odpowiedzialność za swoje położenie; mogli przecież, 
tak   jak   „tygrysy",   wybrać   łatwy   łup,   który   nie   ma   nic   wspólnego   z   tygrysim 
apetytem.
Po drugie, wiadomości mają taki scenariusz i są tak zredagowane, by problem biedy i 
pozbawienia praw zredukować do problemu samego głodu. Dzięki takiej strategii 
osiąga się dwa cele za pomocą jednego ruchu: zmniejsza się rzeczywistą skalę nędzy 
(800 milionów ludzi jest stale niedożywionych, podczas gdy około 4 miliardów  dwie 
trzecie populacji naszego globu  żyje w biedzie), a zadanie sprowadza się do tego, by 
znaleźć   jedzenie   dla   głodujących.   Ale,   zwraca   uwagę   Kapuściński,   takie 
przedstawienie   problemu   biedy   (jako   przykład   może   służyć   artykuł   analizujący 
problem światowej biedy, który niedawno został opublikowany w „The Economist" 
pod  tytułem How  to feed   the world [Jak  nakarmić  świat?])  „niesłychanie poniża 
ludzi,   którym   rzekomo   chcemy   pomóc,   i   w   rzeczywistości   odmawia   im   pełnego 
człowieczeństwa". Równanie „bieda = głód" ukrywa wiele innych, bardzo złożonych 
aspektów   nędzy:   „przeraźliwe   warunki   mieszkaniowe,   choroby,   analfabetyzm, 
agresję,   rozpad   rodzin,   osłabienie   więzów   społecznych,   brak   przyszłości   i 
bezproduktywność"  bolączki, których nie uleczą wzbogacane w proteiny herbatniki i 
mleko w proszku. Kapuściński wspomina, jak wędrując przez afrykańskie miasteczka 
i wsie, spotykał dzieci, „które żebrały nie o chleb, wodę, czekoladę czy zabawki, lecz 
o długopis: chodziły do szkoły, lecz nie miały czym pisać na lekcjach".
Dodajmy, że w budzących grozę wizerunkach głodu przedstawianych w mediach 
unika   się   skrzętnie   wszystkiego,   co   mogłoby   doprowadzić   do   ich   skojarzenia   z 
odbieraniem ludziom możliwości zarobkowania i likwidacją miejsc pracy, czyli z 
globalnymi przyczynami lokalnej biedy. Pokazuje się cierpiących głód ludzi, jednak 
jakkolwiek by widz wytężał: wzrok, nie zobaczy ani jednego narzędzia, kawałka 
ziemi ornej czy sztuki bydła i nie usłyszy nic na ich temat. Jak gdyby nie istniał 
żaden związek między rutyną pustych pouczeń „rusz się i zrób coś", skierowanych do 
biednych w świecie nie potrzebującym więcej pracy, z pewnością zaś nie tam, gdzie 
głodują patrzący z ekranu ludzie, a położeniem tych, których stłumionym impulsom 
moralnym   proponuje   się   karnawał   „kiermaszu   na   cele   dobroczynne".   Bogaci   są 
„globalni", nędza  lokalna; między nimi nie istnieje jednak związek, przynajmniej nie 
w spektaklu o karmieniu głodnych.
Enjorlas, jeden z bohaterów dzieła Victora Hugo, na chwilę przed śmiercią na jednej 
z   XIXwiecznych   barykad   woła   z   nostalgią   w   głosie:   „Wiek   dwudziesty   będzie 
wiekiem szczęśliwym". Kiedy jednak ów wiek nadszedł, „tą sama technologia, która 

background image

podtrzymywała tę obietnicę, równocześnie uniemożliwiła jej spełnienie"  mówi René 
Passet.   Zwłaszcza   „w   połączeniu   z   zagorzałą   polityką   światowej   liberalizacji 
wymiany i przepływu kapitału". Wirtualne technologie, które skutecznie radzą sobie 
z   czasem   i   przestrzenią,   potrzebują   niewiele   czasu,   by   obnażyć   i   wyjałowić 
przestrzeń. Dzięki nim kapitał staje się prawdziwie globalny. Sprawiają one także, że 
ci, którzy nie potrafią naśladować nowego, nomadycznego sposobu funkcjonowania 
kapitału ani też go powstrzymać, zastanawiając się, skąd nadeszła klęska, bezradnie 
obserwują, jak ich sposoby utrzymania i zarobkowania dematerializują się i znikają z 
oczu.   Być   może   przemieszczanie   środków   finansowych   na   skalę   światową   jest 
równie niematerialne jak sieć, za której pomocą odbywają się te podróże. Jednak 
ślady, jakie pozostawiają one w lokalnej rzeczywistości różnych miejsc na ziemi, są 
dotkliwie namacalne i prawdziwe: „jakościowa depopulacja", zniszczenie gospodarki 
lokalnej,   zdolnej   niegdyś   do   zapewnienia   utrzymania   miejscowej   ludności, 
wykluczenie milionów ludzi, których ekonomia globalna nie jest w stanie wchłonąć.
Po   trzecie     widowisko,   w   które   media   przeobrażają   katastrofy,   oprócz   tego,   że 
rozładowuje nagromadzone sentymenty moralne, wzmaga też i wzmacnia zwykłą, 
codzienną moralną obojętność. Długofalowe skutki takiego działania powodują, że 
„rozwinięta część świata otacza się sanitarnym kordonem niezaangażowania, buduje 
Mur Berliński na skalę globalną; wszystkie informacje «stamtąd», spoza muru, to 
obrazy wojny, grabieży, zbrodni, chorób zakaźnych, głodu, narkomanii i uchodźców, 
czyli tego, co stanowi dla nas zagrożenie". Z rzadka tylko, w tonie nieodmiennie 
uspokajającym i bez związku ze scenami z wojen cywilnych i masakr, wspomina się 
o morderczej broni, której się przy tym używa. Jeszcze  rzadziej (jeżeli w ogóle) 
przypomina się nam o tym, o czym dobrze wiemy, lecz wolimy nie słyszeć: że cała 
broń, dzięki której odległe ojczyzny innych zmieniają się w pola śmierci, pochodzi z 
naszych fabryk, zazdrośnie strzegących swych zamówień oraz dumnych z wysokiej 
wydajności i konkurencyjności na rynkach światowych  życiowej podstawy naszego 
własnego   dobrobytu.   W   świadomości   publicznej   osadza   się   spójny   wizerunek 
wewnętrznej brutalności i agresji  „złe ulice" i „zakazane dzielnice", kraina gangów 
przerysowany obraz obcego, nieludzkiego świata poza moralnością i możliwością 
zbawienia.   Próby   ratowania   tego   świata   przed   najgorszymi   konsekwencjami   jego 
własnej brutalności przynoszą jedynie chwilowy efekt i na dłuższą metę skazane są 
na fiasko  z liny ratowniczej nietrudno zrobić stryczek.
Skojarzenie „mieszkańców miejsc, które są daleko" ze zbrodnią, zarazami i grabieżą 
odgrywa jeszcze inną ważną rolę: wziąwszy pod uwagę to, jak są potworni, można 
tylko   dziękować   Bogu   za   to,   że   uczynił   ich   „mieszkańcami   odległych   miejsc",   i 
modlić się, by takimi pozostali.
Pragnienie   głodnych,   by   być   tam,   gdzie   jedzenia   jest   pod   dostatkiem,   skłonni 
bylibyśmy uważać za naturalne dla rozumnych jednostek ludzkich; nasze sumienie 
uznałoby za dobre i moralne pozwolić im, by działali zgodnie ze swym pragnieniem. 
Właśnie   z   powodu   swej   niezaprzeczalnej   racjonalności   i   moralnej   poprawności 
racjonalny   i   moralnie   świadomy   świat   jest   tak   stropiony   perspektywą   masowych 
migracji biednych i głodnych. Trudno jest bez poczucia winy odmówić biednym i 
głodnym prawa, by udali się tam, gdzie jest więcej jedzenia, i nie sposób przedstawić 
przekonujące argumenty, które by dowiodły, że migracja byłaby z ich strony decyzją 

background image

nieracjonalną.   Ta   próba   sił   doprawdy   budzi   grozę:   trzeba   innym   odmówić   tego 
samego   prawa   swobodnego   poruszania   się,   które   wychwalamy   jako   najwyższe   z 
osiągnięć globalizacji świata i uznajemy za gwarancję rosnącego dobrobytu...
W związku z tym obrazy barbarzyństwa panującego w krajach, gdzie żyją potencjalni 
imigranci,   są   bardzo   poręczne.   Podbudowują   decyzję,   na   której   poparcie   brak 
argumentów natury racjonalnej i moralnej. Pomagają utrzymać „ludność lokalną" w 
ryzach   lokalności,   pozwalając   „ludziom   globalnym"   podróżować   z   czystym 
sumieniem.

background image

Rozdział 4

TURYŚCI I WŁÓCZĘDZY

Dzisiaj   wszyscy   jesteśmy   w   ruchu.   Wielu   z   nas   zmienia   miejsce   pobytu, 
przeprowadzając się lub podróżując tam i z powrotem do miejsc, które nie są naszym 
domem. Inni, by udać się w podróż, nie muszą nawet wychodzić z domu: możemy 
mknąć przez Sieć, łowiąc na ekranie komputera wiadomości z drugiego końca świata 
i mieszając je ze sobą. Większość z nas jest w ruchu nawet wtedy, gdy fizycznie 
stoimy w miejscu; kiedy wpasowani w krzesło z pilotem w dłoni przeskakujemy z 
kanału na kanał telewizji kablowej czy satelitarnej, przenosząc się z jednego obcego 
miejsca w drugie z szybkością o wiele większą niż ponaddźwiękowe odrzutowce i 
rakiety   kosmiczne,   nigdzie   jednak   nie   pozostając   na   dłużej,   zawsze   jako   goście, 
nigdy nie czujemy się u siebie.
W świecie, który zamieszkujemy, wydaje się, że odległość nie ma dużego znaczenia. 
Czasami wygląda na to, że istnieje jedynie po to, by można ją było zlikwidować; 
jakby przestrzeń ciągle zapraszała do tego, by ją zlekceważyć, obalić, zanegować. 
Przestrzeń przestała być przeszkodą — potrzeba tylko ułamka sekundy, by ją zdobyć.
Nie ma już „naturalnych granic" ani też miejsc w sposób oczywisty nadających się do 
zamieszkania.  Niezależnie od tego, gdzie w danej chwili się znajdujemy, zawsze 
wiemy, że moglibyśmy być w jakimkolwiek innym miejscu, Coraz mniej mamy więc 
powodów, by przebywać w jakimś określonym miejscu, a w związku z tym często 
odczuwamy   palącą   potrzebę,   by   taki   powód   znaleźć     lub   stworzyć.   Dowcipne 
powiedzenie Pascala stało się proroctwem, i to proroctwem spełnionym: faktycznie 
żyjemy w dziwacznym kręgu, którego środek jest wszędzie, a obwód nigdzie (albo 
może na odwrót, kto wie?).
Także w sensie duchowym jesteśmy wszyscy podróżnikami. Jak ujmuje to Michael 
Benedikt, „zaczyna się kwestionować w ogóle znaczenie położenia geograficznego, 
niezależnie od skali. Stajemy się nomadami, którzy są stale w kontakcie." Jesteśmy w 
ruchu także w innym, głębszym znaczeniu, niezależnie od tego, czy wyruszamy w 
drogę albo przeskakujemy z kanału na kanał i czy to lubimy, czy wręcz przeciwnie 
robimy z niechęcią.
Pojęcie „stanu spoczynku", bezruchu ma sens jedynie w świecie, który stoi w miejscu 
lub przynajmniej tak wygląda; tam, gdzie są solidne mury, wytyczone drogi i znaki, 

background image

które mają  czas zardzewieć w jednym miejscu. Nie można  trwać w bezruchu na 
ruchomych piaskach. Podobnie nie da się „stać nieruchomo" w naszym późno, czy 
też ponowoczesnym świecie, gdzie punkty odniesienia  jak umieszczone na wózkach 
ruchome tablice reklamowe  mają irytujący zwyczaj: znikają z pola widzenia, zanim 
zdążymy  do końca przeczytać umieszczoną  na nich instrukcję, nie mówiąc  już o 
przyswojeniu jej sobie i zastosowaniu. Nie tak dawno profesor Ricardo Petrella z 
Katolickiego   Uniwersytetu   w   Louvain   dobrze   podsumował   tę   sytuację,   pisząc: 
„Globalizacja, poprzez masowe i powszechne ograniczenie długości życia produktów 
i usług, popycha gospodarki ku produkcji tego, co efemeryczne i ulotne, a także 
niepewne i nietrwałe: czasowe zatrudnienie, praca na pół etatu czy na godziny."
Łokciami  torując sobie drogę w gęstym, ciemnym,  wybujałym, „nie strzyżonym" 
gąszczu światowej konkurencji, aby znaleźć się w kręgu światła jupiterów publicznej 
uwagi, towary, usługi i informacje muszą wzbudzać pożądanie, a zatem powinny 
skusić   potencjalnych   konsumentów,   jednocześnie   odwracając   ich   uwagę   od 
konkurencji. Jednak skoro tylko uda im się to osiągnąć, szybko muszą ustępować 
miejsca innym przedmiotom pożądania   inaczej globalny pęd za zyskiem i jeszcze 
większym zyskiem (nazywany wzrostem gospodarczym) stanie w miejscu. Napędem 
współczesnego przemysłu w coraz większym stopniu staje się produkcja atrakcji i 
pokus. Naturą atrakcji jest zaś to, że próbują kusić jedynie tak długo, jak długo uda 
im się wabić z dystansu, który nazywamy przyszłościąkiedy ulegnie się pokusie, jej 
żywot jest już krótki: zaspokojone pożądanie przestaje istnieć.
Pogoń za nowymi pragnieniami, bardziej niż za ich zaspokojeniem, nie ma jasno 
określonego   końca.   Dla   każdego   pojęcia   „granicy"   niezbędny   jest   wymiar 
czasoprzestrzenny.   Jeżeli   „pozbawimy   pragnienie   oczekiwania",   to   oczekiwanie 
pozbawione   zostanie   pragnień.   Kiedy   każde   opóźnienie   można   skrócić   do   jednej 
chwili, a życie ludzkie może objąć nieskończenie wiele wydarzeń w czasie; kiedy 
każdy dystans zdaje się ulegać zredukowaniu do współobecności i w zasadzie żadna 
skala odległości nie wydaje się zbyt duża dla poszukiwacza nowych doznań   jakie 
znaczenie mogłoby nieść pojęcie „granicy"? Bez sensu, bez sensownego znaczenia, 
magiczne   koło   pokus   i   pragnień   nie   może   przestać   się   kręcić.   Bardzo   poważne 
następstwa tego stanu rzeczy dotyczą zarówno tych, którzy stoją wysoko w hierarchii 
społecznej, jak znajdujących się na jej dole. Trafnie ujął to Jeremy Seabrook:

Biedy nie można „wyleczyć", ponieważ nie jest ona objawem choroby kapitalizmu. 
Raczej   odwrotnie:   stanowi   dowód   jego   świetnego   zdrowia,   impuls   do   jeszcze 
większej   akumulacji   i   wysiłków   {...]   Nawet   najbogatsi   na   świecie   skarżą   się,   że 
muszą   sobie   pewnych   rzeczy   odmawiać   [...]   Nawet   najbardziej   uprzywilejowani 
muszą walczyć z wewnętrzną potrzebą kupowania.

BYĆ KONSUMENTEM W SPOŁECZEŃSTWIE KONSUMPCYJNYM

Nasze społeczeństwo jest społeczeństwem konsumpcyjnym.
Kiedy mówimy o społeczeństwie konsumpcyjnym, chodzi nam o coś więcej niż tylko 
o trywialne stwierdzenie, że wszyscy jego członkowie konsumują; wszyscy ludzie, 
więcej, wszystkie istoty żywe „konsumują" od niepamiętnych czasów. Chodzi nam o 

background image

to,   że   nasze   społeczeństwo   jest   „konsumpcyjne"   w   podobnie   głębokim   i 
podstawowym   znaczeniu,   jak   społeczeństwo   naszych   przodków     nowoczesne 
społeczeństwo w fazie tworzenia swych podstaw, na przemysłowym etapie rozwoju 
było „społeczeństwem produkcyjnym".  Owo nowoczesne  społeczeństwo  starszego 
typu zatrudniało swych członków przede wszystkim jako wytwórców i żołnierzy, a 
sposób, w jaki ich kształtowało, i „zasady", które im stawiało przed oczami, miały 
pobudzać   obywateli   do   podjęcia   obowiązków   wynikających   z   odgrywania 
wspomnianych ról społecznych. Normą, której realizacji społeczeństwo to wymagało 
od swoich członków, była chęć odegrania tych dwóch ról i umiejętności potrzebne do 
tego celu. Jednak na obecnym  późnonowoczesnym, jak nazywa go Giddens, w fazie 
drugiej   nowoczesności   (Beck),   surmodern   (Balandier)   czy   też   ponowoczesnym 
etapie   rozwoju  społeczeństwo   nowoczesne   nie   potrzebuje   specjalnie   ani  masowej 
przemysłowej siły roboczej, ani pochodzącej z poboru armii. Potrzebuje natomiast 
swych   członków   jako   konsumentów.   Sposób,   w   jaki   kształtowani   są   przez 
współczesne   społeczeństwo   jego   obywatele,   podporządkowany   jest   przede 
wszystkim roli konsumenta, jaką mają do odegrania. Normą, której realizacji nasze 
społeczeństwo   wymaga   od   swoich   członków,   jest   chęć   odegrania   tej   roli   oraz 
umiejętności potrzebne do tego celu.
Oczywiście, różnica między życiem w naszym społeczeństwie a funkcjonowaniem w 
społeczeństwie naszych poprzedników nie polega po prostu na porzuceniu jednej roli 
i   podjęciu   drugiej.   Ani   na   jednym,   ani   na   drugim   etapie   swego   rozwoju 
społeczeństwo   nowoczesne   nie   mogło   obejść   się   bez   tych,   którzy   produkują 
przeznaczone do konsumpcji rzeczy; oczywiście członkowie obu tych społeczeństw 
też konsumują. Różnica między dwoma fazami nowoczesności polega „jedynie" na 
tym, co jest priorytetem i na co kładzie się największy nacisk. Jednak to przesunięcie 
nacisku   spowodowało   ogromne   różnice   w   każdej   praktycznie   dziedzinie   życia 
społecznego, kulturalnego i życia jednostki.
Różnice są tak głębokie i wielopostaciowe, że mamy pełne prawo traktować nasze 
społeczeństwo   jako   formację   innego   rodzaju   —   społeczeństwo   konsumpcyjne. 
Konsument   żyjący   w   społeczeństwie   konsumpcyjnym  zdecydowanie   różni   się   od 
konsumentów   ze   wszystkich   istniejących   dotąd   społeczeństw.   Jeżeli   filozofowie, 
poeci i kaznodzieje naszych przodków rozważali, czy pracuje się, żeby żyć, czy też 
żyje po to, by pracować, to współcześnie najczęściej roztrząsanym dylematem jest to, 
czy musimy konsumować, żeby żyć, czy też żyjemy, a więc możemy konsumować; 
czy   ciągle   jeszcze   potrafimy   oddzielić   życie   od   konsumpcji   i   czy   czujemy   taką 
potrzebę.
W sytuacji idealnej wszystkie nabyte nawyki powinny tworzyć rodzaj płaszcza, który 
okrywa   konsumenta   nowego   rodzaju   tak,   jak   protestanckiego   świętego   spowijać 
miały   inspirowana   moralnie   pasja   zawodowa   i   pragnienie   zysku   (według 
powtarzającego   za   Baxterem   Maksa   Webera):   „niczym   lekka   peleryna,   którą   w 
każdej chwili można odłożyć na bok". Nawyki rzeczywiście zmieniają się ciągle, 
codziennie i przy pierwszej nadarzającej się okazji; nigdy nie mają szansy zmienić 
się  w  żelazne  pręty  klatki  (z wyjątkiem  metanawyku,  jakim  jest  „nawyk  zmiany 
nawyków").   W   sytuacji   idealnej   konsument   nie   powinien   z   niczego   korzystać   z 
wielkim przekonaniem, nic nie powinno nakazywać zobowiązań „dopóki śmierć nas 

background image

nie rozłączy", żadnych potrzeb nie powinno się  uważać za  zaspokojone  w pełni, 
żadnych   pragnień   za   ostateczne.   Zastrzeżenie   „do   następnego   razu"   powinno 
towarzyszyć każdemu ślubowi wierności i każdemu zobowiązaniu. Tym, co się liczy, 
jest ulotność, immanentna czasowość wszystkich zobowiązań, ważniejsza od nich 
samych;   zresztą   zobowiązania   nie   mogą   trwać   dłużej   niż   czas   potrzebny   na 
skonsumowanie przedmiotu pożądania, czy też raczej czas konieczny, by wypaliło 
się samo pożądanie.
Fakt, że konsumpcja wymaga czasu, jest w rzeczywistości utrapieniem społeczeństwa 
konsumpcyjnego   i   największym   zmartwieniem   tych,   którzy   dobrami 
konsumpcyjnymi   handlują.   Spektakularna   kariera   „teraz",   wywołana   rozwojem 
technologii „ściskania czasu", wyraźnie współbrzmi z logiką gospodarki nastawionej 
na   konsumenta:   konsument   powinien   być   zadowolony   w   jednej   chwi1i,   i   to   w 
podwójnym   znaczeniu   tego   słowa.   Oczywiście   dobra   konsumpcyjne   powinny 
przynosić   satysfakcję   natychmiast,   nie   wymagając   specjalnych   umiejętności   ani 
długich   przygotowań;   jednak   zadowolenie   powinno   się   także   skończyć   w 
„bezczasie",   to   znaczy   w   chwili,   gdy   kończy   się   czas   potrzebny   do   ich 
skonsumowania, który zresztą powinien zostać ograniczony do minimum.
Niezbędną   redukcję   czasu   osiąga   się   z   największym   powodzeniem,   jeżeli 
konsumenci   nie   potrafią   skoncentrować   uwagi   lub   skupić   pożądania   na   jednym 
przedmiocie przez dłuższy czas; jeśli są niecierpliwi, impulsywni, niespokojni, a nade 
wszystko łatwo popadają w euforię i równie łatwo tracą zainteresowanie. W kulturze 
społeczeństwa konsumpcyjnego chodzi przede wszystkim o to, by zapominać, a nie 
by   się   uczyć   nowych   rzeczy.   Nie   da   się   ukryć,   że   jeżeli   pozbawimy   pragnienie 
oczekiwania,   a   oczekiwanie   pragnienia,   zdolności   konsumpcyjne   konsumentów 
można rozciągnąć daleko poza ograniczenia wynikające z zaspokojenia naturalnych 
czy nabytych potrzeb; także fizyczna trwałość przedmiotów pożądania nie jest już 
dłużej konieczna. Tradycyjny związek między potrzebą a jej zaspokojeniem ulega 
odwróceniu: obietnica i nadzieja zaspokojenia potrzeby pojawiają się wcześniej niż 
ona sama  zawsze bardziej intensywna i zniewalająca niż inne.
Właściwie   obietnica   jest   tym   bardziej   atrakcyjna,   im   o   mniej   oczywistą   i   znaną 
potrzebę chodzi; doświadczenia,
O których istnieniu się nie wiedziało, sprawiają mnóstwo frajdy, a dobry konsument 
uwielbia przygody i przyjemności. Dla dobrego konsumenta rzecz jest pokusą nie 
.dlatego,   że   stanowi   nadzieję   na   zaspokojenie   potrzeb,   które   nim   targają,   lecz 
ponieważ   obiecuje   burze   pożądań   nigdy   dotąd   nie   przeczuwanych   i   nie 
przeżywanych.
Gatunek konsumenta, który począł się i narodził w społeczeństwie konsumpcyjnym, 
najbardziej   sarkastycznie   opisany   został   przez   Johna   Carolla,   który   wykorzystał 
zjadliwą, lecz proroczą karykaturę „ostatniego człowieka" Nietzschego (patrz będąca 
w druku książka Carolla Ego and Soul: A Sociology of Modern West in the Search of 
Meaning   [„Ego   i   dusza.   Socjologia   współczesnego   Zachodu   w   poszukiwaniu 
znaczenia"]:

Etos tego społeczeństwa głosi: jeśli czujesz się źle  jedz! [...] Konsument jest pełen 
melancholii, a biorąc pod uwagę, że dolegliwość bierze się z poczucia pustki, zimna, 

background image

płaskości,   odczuwa   on   potrzebę   wypełnienia   swego   wnętrza   czymś   ciepłym, 
smacznym, dającym energię. Oczywiście nie musi to być jedzenie: Beatlesi czuli się 
„szczęśliwi   w   środku"   [happy   inside]   dzięki   konsumpcji   trochę   innego   rodzaju. 
Pochłanianie jest drogą do zbawienia: konsumuj i bądź zadowolony! [...]
Równocześnie   —   niepokój,   mania   bezustannych   zmian,   ruchu,   pogoń   za 
różnorodnością:   usiąść   bez   ruchu   znaczy   umrzeć.   [...]   Konsumeryzm   jest   więc 
społeczną   analogią   choroby   psychicznej   zwanej   depresją,   której   objawami   są 
równocześnie osłabienie i bezsenność.
Dla   konsumentów   w   społeczeństwie   konsumpcyjnym   bycie   w   ruchu     pogoń, 
poszukiwanie,   nieznalezienie,   a   właściwie   nieznalezienie   „jeszcze"     to   nie 
dolegliwości,   lecz   obietnica   rozkoszy,   a   może   wręcz   sama   rozkosz.   Dla   nich 
przybycie   do   celu   podróży   staje   się   przekleństwem.   (Maurice   Blanchot   napisał 
kiedyś, że  pytanie  ma  zawsze  pecha,  którym jest  odpowiedź;  można   by  rzec,  że 
pożądanie   ma   pecha,   którym   jest   zaspokojenie.)   Gra,   w   której   bierze   udział 
konsument,   to   nie   żądza   kupowania   i   posiadania,   nie   gromadzenie   dóbr   w 
materialnym, namacalnym sensie tego słowa; tutaj chodzi o wzbudzenie nowych, nie 
znanych   dotąd   wrażeń.   Konsumenci   są   przede   wszystkim   zbieraczami   wrażeń; 
kolekcjonują rzeczy jedynie wtórnie, jako pochodne doznań.
Mark C. Tylor i Esa Saarinen trafili w samo sedno sprawy: „pożądanie nie pożąda 
zaspokojenia.   Wręcz   przeciwnie,   pożądanie   pożąda   pożądania."   W   każdym   razie 
pożądanie konsumenta idealnego. Perspektywa pożądania, które blaknie i rozmywa 
się; możliwość, że w zasięgu wzroku nie będzie niczego, co potrafiłoby je rozbudzić 
na nowo; wizja, że będzie się wydanym światu, gdzie nie ma nic, czego by można 
było pożądać  musi być dla idealnego konsumenta ponurym horrorem (i oczywiście 
koszmarem straszącym po nocach sprzedawców dóbr konsumpcyjnych).
Żeby możliwości konsumpcyjne konsumentów wzrastały, nie wolno im pozwolić na 
odpoczynek.   Trzeba   utrzymywać   ich   zawsze   w   pogotowiu,   czujnych,   stale 
wystawionych na nowe pokusy, i pielęgnować w nich bez przerwy stan nigdy nie 
słabnącego   podniecenia,   a   także   stan   ciągłej   podejrzliwości   i   permanentnego 
zniechęcenia.   Atrakcje,   które   przyciągają   ich   uwagę,   powinny   potwierdzać 
wątpliwości,   obiecując   zarazem   możliwość   przełamania   znudzenia:   „Myślisz,   że 
wszystko już widziałeś? Nic nie widziałeś, stary!"
Często mówi się, że rynek dóbr konsumpcyjnych uwodzi swych klientów. Jednak 
żeby było to możliwe, muszą istnieć konsumenci, którzy chcą być uwiedzeni  tak jak 
dyrektor fabryki, który żeby rządzić robotnikami, potrzebuje załogi wdrożonej do 
przestrzegania   dyscypliny   i   wykonywania   poleceń).   W   prawidłowo   działającym 
społeczeństwie   konsumpcyjnym   konsumenci   aktywnie   szukają   sytuacji,   w   której 
można by ich uwieść. Zycie ich dziadków-producentów mierzone było identycznymi 
obrotami taśmy produkcyjnej. Oni zaś dla odmiany żyją od jednej atrakcji do drugiej, 
od   pokusy   do   pokusy;   zaledwie   wywęszą   jeden   smakołyk,   już   zaczynają   szukać 
kolejnego; tylko połkną jedną przynętę, już się rozglądają w poszukiwaniu innej  a 
każda atrakcja, pokusa, smakołyk i przynęta jest nowa, odmienna od znanych do tej 
pory i bardziej przyciągająca uwagę.
Dla dojrzałych konsumentów  z prawdziwego zdarzenia takie zachowanie  stanowi 
przymus,   konieczność.   Niemniej   im   samym   ten   „mus",   zinternalizowany   nacisk, 

background image

niemożność życia w inny sposób, jawi się jako wolna wola. Rynek prawdopodobnie 
wybrał ich już na konsumentów i odebrał wolność wyboru: nie potrafią lekceważyć 
jego umizgów. Jednak podczas każdej kolejnej wizyty w centrum handlowym czy 
usługowym konsumenci mają wszelkie powody, by sądzić, że to oni, może nawet 
wyłącznie oni, tutaj rządzą. To oni wydają sądy, krytykują, dokonują wyboru. W 
końcu   przecież   mogą   zrezygnować   z   wyboru   każdej   możliwości     a   jest   ich 
nieskończenie   wiele.   Z   jednym   wyjątkiem:   nie   mogą   zrezygnować   z   wyboru 
możliwości samego dokonania wyboru; ten wybór jednak nie wydaje się wyborem.
To właśnie konsumenci, ciągle żądni nowych wrażeń i szybko nudzący się każdą 
atrakcją,   oraz   świat,   który,   z   punktu   widzenia   gospodarczego,   politycznego,   oraz 
indywidualnie   dla   każdego   człowieka,   uległ   pod   dyktando   rynku   dóbr 
konsumpcyjnych wielostronnym przekształceniom i, jak rynek, jest gotów uzależniać 
od   siebie   ludzi   i   zmieniać   atrakcje   ze   stale   rosnącą   prędkością,   przyczyniają   się 
wspólnie do tego, że z prywatnych map świata oraz planów życiowej drogi znikają 
wszystkie na stałe ustawione znaki: czy to ze stali, betonu, czy też ustanowione przez 
władze. W rzeczywistości podróżowanie jest dla konsumenta o wiele przyjemniejsze 
niż   dotarcie   do   celu;   to   ostatnie   ma   stęchłą   woń   końca   drogi   oraz   gorzki   smak 
monotonii i stagnacji, które unicestwiłyby wszystko, w czym konsument  konsument 
idealny — widzi sens życia i dla czego żyje. Używać świata, ciesząc się tym, co ma 
do   zaoferowania,   można   na   wiele   sposobów:   nie   wolno   jedynie   zakrzyknąć   za 
Faustem Goethego: „Trwaj, chwilo! Jesteś piękna!"
Konsument jest człowiekiem w ruchu i takim musi pozostać.

ROZDWOJENI, ALE W CIĄGŁYM RUCHU

Nawet   najbardziej   wytrawni   i   spostrzegawczy   mistrzowie   sztuki   dokonywania 
wyborów nie mogą i nie potrafią wybrać społeczeństwa, w którym przychodzą na 
świat  w ten sposób wszyscy jesteśmy w podróży, czy nam się to podoba, czy nie. 
Nikt nas zresztą nie pytał o zdanie.
Jesteśmy rzuceni na środek morza bez map i kompasu; boje zatonęły albo ich nie 
widać  mamy tylko dwie możliwości: cieszyć się z zapierających dech wizji nowych 
odkryć   przed   nami   albo   drżeć   ze   strachu   przed   zatonięciem.   Natomiast   szukanie 
azylu   w   bezpiecznym   porcie   jest   pozbawione   realnych   podstaw;   można   pójść   o 
zakład,   że   to,   co   dzisiaj   wygląda   na   spokojną   przystań,   szybko   zostanie 
unowocześnione,   park   atrakcji,   deptak   spacerowy   lub   zatłoczony   bulwar   i   molo 
zastąpią senne hangary i szopy na łodzie. Ponieważ trzecia możliwość jest nie do 
zrealizowania, żeglarzowi pozostaje jedna z dwóch pozostałych, wybrana przez niego 
lub podyktowana zrządzeniem losu; niebagatelną rolę odgrywają tutaj, rzecz jasna, 
jego umiejętności oraz stan łodzi, łm statek mocniejszy, tym mniej powodów, by 
lękać   się   sztormu   i   wysokiej   fali.   Jednak   nie   wszystkie   łódki   nadają   się   do 
wypłynięcia w morze. Im więcej zatem możliwości swobodnej żeglugi, tym częściej 
losy żeglarzy zmierzają ku polaryzacji, a przepaść między jej biegunami staje się 
coraz większa. Rejs, który dla dobrze wyposażonego jachtu jest przyjemną przygodą, 
dla sfatygowanej szalupy może okazać się niebezpieczną pułapką. W ostatecznym 
rozrachunku różnica między nimi oznacza życie lub śmierć.

background image

Każdego   można   obsadzić   w   roli   konsumenta,   każdy   może   chcieć   zostać 
konsumentem i oddać się korzystaniu z możliwości, jakie oferuje ten rodzaj życia. 
Jednak nie każdy może być konsumentem. Pożądanie nie wystarcza; by pożądanie 
stało się pożądane, dostarczając wynikającej z pożądania przyjemności, musimy mieć 
nadzieję,   że   uda   nam   się   do   przedmiotu   pożądania   zbliżyć.   Nadzieja   ta,   którą 
niektórzy   żywią   całkiem   słusznie,   dla   wielu   innych   pozostaje   płonna.   Wszyscy 
jesteśmy skazani na życie wśród wyborów, jednak nie wszyscy dysponują środkami, 
by ich dokonywać.
Podobnie   jak   wszystkie   znane   społeczeństwa,   konsumpcyjne   społeczeństwo 
ponowoczesne jest zhierarchizowane. Różne rodzaje społeczeństw można określić na 
podstawie   tego,   jak   dzielą   one   swoich   członków   na   warstwy.   W   społeczeństwie 
konsumentów   ludzi   dzieli   się   na   stojących   „wyżej"   i   „niżej"   według   stopnia 
mobilności, czyli swobody wyboru miejsca, w którym się znajdują.
Jedna z różnic między „stojącymi wyżej" i „stojącymi niżej" polega na tym, że ci 
pierwsi mogą pozostawić gdzieś tych drugich, ale nie na odwrót. We współczesnych 
miastach występuje „apartheid a rebours": jedni mogą sobie pozwolić na opuszczenie 
brudnych   i   smrodliwych   rejonów,   gdzie   pozostają   ci,   których   nie   stać   na 
przeprowadzkę. Stało się tak już w Waszyngtonie; podobnie dzieje się w Chicago,
Cleveland i Baltimore. W Waszyngtonie na rynku mieszkaniowym nie ma żadnej 
dyskryminacji. A jednak wzdłuż 16 Ulicy (od zachodu) i Potomaku (na północnym 
zachodzie) przebiega niewidzialna granica, której mieszkający poza nią starają się 
nigdy nie przekraczać. Większość nastolatków mieszkających za niewidzialną, lecz 
doskonale   namacalną   granicą,  nigdy  nie widziała  śródmieścia  Waszyngtonu,  jego 
przepychu, wystawnej elegancji i wyszukanych uciech. W ich życiu śródmieście nie 
istnieje.   Przez   granicę   nie   prowadzi   się   rozmów.   Doświadczenia   życiowe   są   tak 
diametralnie różne, że nie bardzo wiadomo, o czym mieliby ludzie mieszkający po 
dwóch stronach tej granicy rozmawiać, gdyby przypadkiem spotkali się, by wymienić 
parę zdań.  Jak powiedział  Ludwig Wittgenstein:  „Jeśli  lwy  umiałyby  mówić,  nie 
zrozumielibyśmy ich".
Inna różnica: „stojący wyżej" są zadowoleni z tego, że podróżują według własnego 
widzimisię, wybierając cel podróży w zależności od oferowanych atrakcji. Natomiast 
„stojącym niżej" od czasu do czasu zdarza się, że są wyrzucani z miejsc, w których 
woleliby   pozostać.   (W   1975   roku   pod   opieką   Wysokiej   Komisji   do   spraw 
Uchodźców powołanej przy ONZ znalazły się 2 miliony przymusowych emigrantów. 
W 1995 roku było ich 27 milionów.) Nawet jeśli się nie przenoszą, często ziemia, na 
której żyją, usuwa im się spod stóp i tak czy inaczej są jakby w ruchu. Jeżeli ruszają 
w drogę, to najczęściej kto inny określa ich miejsce przeznaczenia; rzadko bywa ono 
przyjemne i nie wybiera się go ze względu na atrakcje, jakich mogłoby dostarczyć. 
Zamieszkują miejsca nieprzyjemne i niegościnne, które chętnie by porzucili, ale nie 
mają dokąd pójść, bo nigdzie indziej ich nie przyjmą i nie pozwolą rozbić namiotu.
Stopniowo cały świat wycofuje wizy wjazdowe; nie odchodzi jednak od kontroli 
paszportowej. Jest ona ciągle potrzebna, być może nawet bardziej niż kiedykolwiek 
dotąd, by uporządkować bałagan, który mógłby powstać z powodu zniesienia wiz: 
pomaga   oddzielić   tych,   dla   których   wygody   i   łatwiejszego   podróżowania   wizy 
zostały zlikwidowane, od tych, którzy powinni byli siedzieć w domu, a nie myśleć o 

background image

podróży. Dzisiaj zniesienie wiz wjazdowych w połączeniu ze wzmocnieniem kontroli 
imigracyjnej   ma   głębokie   znaczenie   symboliczne.   Można   je   potraktować   jako 
metaforę nowej, tworzącej się stratyfikacji społecznej. Widać jasno, że dostęp do 
możliwości   poruszania   się   po   świecie   stał   się   współcześnie   najwyższej   wagi 
czynnikiem   klasyfikacji   społecznej.   Odsłania   on   jasno   także   globalny   wymiar 
wszystkich   przywilejów   i   ograniczeń,   choćby   występowały   one   na   poziomie 
lokalnym.  Niektórzy  z nas cieszą się nową swobodą poruszania  się sans papiers, 
podczas gdy inni z tych samych powodów nie mogą trwać bez ruchu.
Teraz wszyscy mogą być włóczęgami, faktycznie lub potencjalnie; jednak między 
doświadczeniami pojawi się przepaść nie do przekroczenia, w zależności od tego, czy 
człowiek znajdować się będzie u szczytu, czy u dołu skali swobody poruszania się. 
Modne określenie „nomadzi", stosowane bez różnicy w odniesieniu do wszystkich 
żyjących   w   epoce   ponowoczesnej,   jest   wysoce   mylące,   ponieważ   przemilcza 
głębokie różnice, które dzielą od siebie dwa rodzaje doświadczeń, oddając zarazem 
łączące je podobieństwo w sposób bardzo powierzchowny.
W rzeczywistości zjawiska zachodzące na dwóch biegunach wyznaczających górę i 
dół tworzącej się hierarchii możliwości poruszania się bardzo się różnią; stają się one 
także   coraz   bardziej   odizolowane   od   siebie   nawzajem.   Dla   „pierwszego   świata", 
świata   totalnej   mobilności,   przestrzeń   przestała   być   ograniczeniem   i   łatwo   się   ją 
przekracza   zarówno   „w   rzeczywistości",   jak   i   „wirtualnie".   Natomiast   w   drugim 
świecie, świecie tych, którzy „skrępowani więzami lokalnymi", nie mając możliwości 
poruszania się, muszą biernie godzić się z każdą zmianą, jaka dotyka miejsca,

Z którym są związani   rzeczywista przestrzeń szybko się zamyka. Ograniczenie to 
staje się jeszcze bardziej bolesne ze względu na natrętność, z jaką media ukazują 
podbój przestrzeni i „wirtualną możliwość" przekroczenia odległości, które ciągle są 
nie do pokonania w rzeczywistości nie wirtualnej.
Kurczenie   się   przestrzeni   niweluje   upływ   czasu.   Mieszkańcy   pierwszego   świata 
pogrążeni są w ciągłej teraźniejszości, a ich życie jest ciągiem epizodów higienicznie 
oddzielonych od przeszłości i przyszłości. Ludzie ci są stale zajęci i ciągle brakuje im 
czasu, ponieważ żadna chwila nie trwa  takie samo doświadczenie jak poczucie, że 
czas   jest   wypełniony   po   brzegi.   Natomiast   ludzie   porzuceni   jak   rozbitkowie   na 
obszarze drugiego świata są przygnieceni bezużytecznym ciężarem nadmiaru czasu, 
którego   nie   mają   czym   wypełnić.   W   ich   czasie   „nic   się   nigdy   nie   zdarza".   Nie 
„kontrolują" oni czasu, ale też czas nie sprawuje nad nimi kontroli, tak jak sprawował 
nad ich  podporządkowanymi bezdusznemu rytmowi pracy przy taśmie  przodkami, 
którym zegar wybijał początek i koniec zmiany. Mogą oni jedynie zabijać czas, tak 
jak on ich powoli zabija.
Mieszkańcy pierwszego świata żyją w czasie; przestrzeń nie ma dla nich znaczenia, 
ponieważ każdą odległość pokonuje się w mgnieniu oka. Jean Baudrillard zawarł to 
doświadczenie w swej wizji „hiperrzeczywistości", gdzie tego, co wirtualne, nie da 
się już oddzielić od tego, co rzeczywiste, ponieważ jedno i drugie w tym samym 
stopniu   posiada   lub   jest   pozbawione   „obiektywności",   „zewnętrzności"   i   „mocy 
wymierzania   kar",   które   Emile   Durkheim   wymieniał   jako   cechy   każdej 
rzeczywistości. W drugim świecie natomiast ludzie zamieszkują przestrzeń: ociężałą, 

background image

rozciągliwą,   nienaruszalną;   przestrzeń,   która   wiąże   czas   i   odbiera   im   możliwość 
sprawowania nad nim kontroli. Ich czas jest próżny; w ich czasie „nic się nigdy nie 
zdarza".   Jedynie   wirtualny   czas   telewizji   ma   strukturę,   rozkład     reszta   to   czas 
upływający   w   monotonnym  tykaniu   zegara:  przychodzi   i  odchodzi,   nie  stawiając 
żadnych wymagań i nie pozostawiając żadnego wyraźnego śladu. Jego osad pojawia 
się   nagle,   niechciany,   bez   zapowiedzi.   Niematerialny,   lekki   i   efemeryczny, 
pozbawiony czegokolwiek, co mogłoby go wypełnić sensem i nadać mu ciężar, czas 
nie ma władzy nad zbyt realną przestrzenią, która ogranicza mieszkańców drugiego 
świata.
Dla   tych,   którzy   zamieszkują   świat   pierwszy     coraz   bardziej   kosmopolityczny, 
eksterytorialny świat ludzi globalnego biznesu, menedżerów globalnej kultury czy 
pracowników wyższych uczelni i akademii naukowych  granice państwowe równa się 
z ziemią,  podobnie jak znikają one dla towarów o zasięgu globalnym,  kapitału i 
środków finansowych. Dla mieszkańca drugiego ze światów piętrzą się coraz wyżej 
mury kontroli imigracyjnej, prawa stałego pobytu, polityki „czystych ulic" i „zerowej 
tolerancji". Fosy oddzielające ich od upragnionych miejsc i wyśnionego zbawienia 
stają się coraz głębsze, a wszystkie mosty już przy pierwszej próbie ich przekroczenia 
okazują się zwodzone. Pierwsi podróżują, bo mają na to ochotę; podróż sprawia im 
przyjemność   i   dostarcza   rozrywki   (zwłaszcza   jeśli   lecą   pierwszą   klasą   albo 
prywatnym samolotem); namawia się ich do wojaży, przekupuje i wita z uśmiechem i 
otwartymi   ramionami,   jeśli   tylko   się   na   podróż   zdecydują.   Drudzy   podróżują 
ukradkiem, często nielegalnie, nierzadko płacąc za miejsce  w zatłoczonej trzeciej 
klasie niezdatnego do żeglugi, cuchnącego statku więcej, niż ci pierwsi za pozłacane 
luksusy „business class". Po przyjeździe są źle widziani, a jeśli mają pecha, aresztuje 
się ich i deportuje niezwłocznie.

PORUSZAMY SIĘ W ŚWIECIE / ŚWIAT PRZECHODZI OBOK NAS

Psychologiczne   i   kulturalne   następstwa   polaryzacji   są   ogromne.   Larry   Elliott   w 
dzienniku „The Guardian" z 10 listopada
1997 roku cytuje Dianę Coyle, autorkę The Weightless World [„Nieważki świat"], 
która   rozwodzi   się   nad   rozkoszami,   jakich   jej   dostarcza   nowy,   wspaniały, 
skomputeryzowany,   elektroniczny   i   elastyczny   świat   wielkich   prędkości   i   ruchu: 
„Ludziom   takim   jak   ja,   wykształconym   i   dobrze   zarabiającym   ekonomistom   i 
dziennikarzom,   obdarzonym   pewną   dozą   przedsiębiorczości,   nowa   elastyczność 
brytyjskiego   rynku   pracy   dostarczyła   wspaniałych   możliwości."   Jednak   kilka 
akapitów   dalej   ta   sama   autorka   przyznaje,   że   „dla   ludzi,   którzy   nie   posiadają 
wystarczających kwalifikacji, nie dysponują odpowiednim wsparciem rodzinnym czy 
oszczędnościami, coraz większa elastyczność sprowadza się do tego, że pracodawcy 
coraz bardziej ich wyzyskują [...]". Wszystkich, którzy pławią się w słońcu nowej 
elastyczności brytyjskiego rynku pracy, Coyle prosi, by nie lekceważyli słów Lestera 
Thurowa   i   Roberta   Reicha   ostrzegających   niedawno   przed   narastającym 
niebezpieczeństwem pogłębiania się w USA społecznej przepaści między „bogatą 
elitą   zaszywającą   się   w   strzeżonych   rezydencjach"   a   „bezrobotną,   zubożałą 
większością".

background image

Agnes Heller wspomina, jak podczas jednego z dalekich lotów spotkała kobietę w 
średnim wieku, pracującą w międzynarodowej firmie  handlowej, która mówiła  w 
pięciu językach i była właścicielką trzech mieszkań w różnych częściach świata:

Ciągle wędruje, odwiedza miejsca, zawsze tam i z powrotem. Sama, nie jako członek 
wspólnoty,   choć   wielu   ludzi   postępuje   tak   samo   jak   ona   [...]   Kultura,   do   której 
należy, nie jest kulturą związaną z pewnym miejscem; to kultura czasu. To kultura 
absolutnej teraźniejszości.
Spróbujmy   jej   towarzyszyć   w   ciągłych   podróżach   pomiędzy   Singapurem, 
Hongkongiem,   Londynem,   Sztokholmem,   New   Hampshire,   Tokio,   Pragą... 
Zatrzymuje się w tym samym hotelu Hilton, je na drugie śniadanie tę samą kanapkę z 
tuńczykiem, albo, jeśli ma ochotę,
je chińskie jedzenie w Paryżu, a francuskie w Hongkongu. Używa takich samych 
faksów, telefonów i komputerów, ogląda te same  filmy i rozmawia o podobnych 
problemach z tym samym typem ludzi.
Agnes Heller, która jak wielu z nas jest naukowcem-globtroterem, łatwo się wczuwa 
w doświadczenie anonimowej towarzyszki podróży. Dodaje także coś ze swojego 
ogródka: „Nawet zagraniczne uniwersytety nie są obce. Po wykładzie w Singapurze, 
Tokio, Paryżu czy Manchesterze można spodziewać się tych samych pytań. Nie są 
one obce, ale nie są też domem." Znajoma Agnes Heller nie ma domu, ale nie czuje 
się bezdomna. Gdziekolwiek się znajduje, czuje się swobodnie. „Orientuje się na 
przykład, gdzie jest kontakt; z góry wie, co będzie w menu; umie odczytać znaczenie 
gestów i aluzji; rozumie innych bez dodatkowych wyjaśnień."
Jeremy   Seabrook   wspomina   inną   kobietę,   Michelle,   z   komunalnej   kamienicy   w 
sąsiedztwie:

Kiedy   miała   piętnaście   lat,   jej   włosy   jednego   dnia   były   rude,   następnego   blond, 
potem kruczoczarne; później miała afro, jeszcze później włosy pozwijane w spiralne 
loki, a następnie warkocze, które z kolei obcięła, strzygąc się niemal na zero.
[...]   Jej   wargi   były   krwistoczerwone,   potem   fioletowe,   a   jeszcze   później   czarne. 
Twarz trupioblada, następnie brzoskwiniowa, a potem brunatna, jak odlana z brązu. 
W   pogoni   za   marzeniami   o   ucieczce   opuściła   dom   w   wieku   szesnastu   lat,   by 
zamieszkać ze swym chłopakiem, który miał lat dwadzieścia sześć. [...]
Mając   osiemnaście   lat, wróciła do  matki  z  dwójką  dzieci.  [...] Usiadła  w  swoim 
pokoju, z którego uciekła trzy lata wcześniej: ze ścian patrzyły na nią ciągle wyblakłe 
zdjęcia   wczorajszych   gwiazd.   Powiedziała,   że   czuje   się,   jakby   miała   sto   lat. 
Spróbowała wszystkiego, czego w życiu można zakosztować. Nie pozostało nic.
Współtowarzyszka podróży Heller mieszka w wyimaginowanym domu, którego de 
facto nie potrzebuje, w związku z czym jego nierzeczywistość nie przeszkadza jej 
wcale. Znajoma Seabrooka, posłuszna nakazom wyobraźni, ucieka z domu, któremu 
ma   za   złe   jego   przytłaczającą   realność.   Obydwie   wykorzystują   wirtualność 
przestrzeni, która jednak każdej z nich oferuje inne możliwości. Znajomej Heller 
pomaga   zlikwidować   ograniczenia,   które   narzuca   rzeczywisty   dom:   odebrać 
przestrzeni materialność bez narażania się na niewygodę i niepokoje, jakie pociąga za 
sobą bezdomność. Natomiast w wypadku sąsiadki Seabrooka wirtualność przestrzeni 

background image

osłabia straszną i nienawistną władzę domu zamienionego w więzienie: powoduje 
rozpad czasu. Pierwsze doświadczenie odbierane jest jako ponowoczesna wolność. 
Drugie wygląda raczej na ponowoczesna wersję niewolnictwa.
Pierwsze doświadczenie określone jest przez paradygmat turysty (nie ma znaczenia, 
czy   podróżuje   się   dla   przyjemności,   czy   w   interesach).   Turyści,   przedkładając 
słodkogorzkie sny o tęsknocie za domem nad wygody domu, Stają się wędrowcami 
bo   tak   chcą   albo   ponieważ   „w   tych   warunkach"   uważają   to   za   najrozsądniejszą 
strategię   życiową,   czy   też   dlatego,   że   skusiły   ich   prawdziwe   lub   wyobrażone 
przyjemności życia „łowcy wrażeń".
Jednak nie wszyscy wędrowcy są w drodze dlatego, że wolą być w ruchu niż stać w 
miejscu albo chcą zmierzać właśnie tam, gdzie idą. Prawdopodobnie wielu z nich 
wolałoby pójść gdzie indziej albo w ogóle nie podjęliby trudów wędrownego życia, 
jeżeli ktoś zapytałby ich o zdanie  nikt jednak tego nie zrobił. Są w drodze, ponieważ 
w   świecie   skrojonym   na   miarę   turystów   „pozostanie   w   domu"   wygląda   na 
upokorzenie   i   niewdzięczną   harówkę,   a   na   dłuższą   metę   i   tak   wydaje   się 
niewykonalne. Są w ruchu, ponieważ popchnięto ich do tego. Najpierw, siłą lub pod 
wpływem   tajemniczego   impulsu,   ulegając   pokusie   zbyt   silnej,   by   się   jej   oprzeć, 
zostali   duchowo   wykorzenieni   z   miejsca,   z   którym   przestali   łączyć   jakiekolwiek 
nadzieje.   Za   swój   obowiązek   życiowy   uważają   jedynie   głoszenie   swobody.   Są 
włóczęgami  ciemną stroną księżyca, który odbija światło jasnego słońca turystów i 
spokojnie   podąża   za   obrotami   planet.   To   mutanci   ponowoczesnej   ewolucji, 
monstrualne   odpady   nowego   wspaniałego   gatunku;   śmietnisko   świata,   który 
poświęcił się usługom turystycznym.
Turyści poruszają się lub nie  w zależności od własnego widzimisię. Odchodzą, jeśli 
gdzie   indziej   skuszą   ich   nowe,   nieznane   możliwości.   Włóczędzy   wiedzą,   że 
niezależnie od własnych chęci nigdzie nie pozostaną dłużej, bo gdziekolwiek by się 
zatrzymali, nigdzie nie są mile widzianymi gośćmi. Turyści są w ruchu, ponieważ 
atrakcje   dostępnego   (globalnie)   świata   są   dla   nich   pokusą   nie   do   odparcia. 
Włóczędzy są w ruchu, bo niegościnność dostępnego im (lokalnie) świata staje się 
nie do zniesienia. Turyści podróżują, bo chcą podróżować; włóczędzy  bo nie mają 
innego sensownego wyboru. Można powiedzieć, że włóczędzy są turystami wbrew 
woli, ale określenie „turysta wbrew woli" zawiera wewnętrzną sprzeczność. Choć 
strategia turysty jest w dużym stopniu koniecznością w świecie, w którym mury się 
przesuwają, a drogi zmieniają swój bieg, wolność wyboru stanowi esencję jego bytu. 
Jeśli jej zabraknie, życie turysty utraci całą swą atrakcyjność i poezję, stanie się nie 
do zniesienia.
To, co dziś okrzyknięto „globalizacją", jest napędzane marzeniami i pragnieniami 
turystów,   a   jej   drugim   skutkiem   skutkiem   ubocznym,   lecz   nieuniknionym     jest 
przemiana wielu ludzi we włóczęgów. Włóczędzy to wędrowcy, którym odmówiono 
prawa bycia turystami. Nie pozwolono im ani tkwić w bezruchu (nie ma miejsca, 
które zapewniłoby im stabilność, koniec podróży, w którą wyruszyli wbrew woli), 
ani też szukać sobie lepszego miejsca.
Wyzwolony   spod   władzy   przestrzeni,   kapitał   nie   potrzebuje   już   wędrownych 
robotników, a jego najbardziej uniezależniona od przestrzennych ograniczeń, wysoko 
zaawansowana technologicznie awangarda w zasadzie w ogóle nie potrzebuje żadnej 

background image

najemnej siły roboczej, czy to wędrownej, czy zatrudnionej na stałe. W ten sposób 
naciski,   by   ostatecznie   znieść   ciągle   istniejące   jeszcze   bariery,   które   ograniczają 
swobodny   przepływ   pieniędzy   i   przysparzających   pieniędzy   towarów   oraz 
informacji,  idą ręka w rękę z presją, by kopać nowe fosy i wznosić nowe mury 
(zwane   prawem   imigracyjnym   lub   ustawami   o   narodowości),   zagradzające   drogę 
tym,   którzy   w   międzyczasie   zostali   wykorzenieni   duchowo   i   fizycznie.8   Zielone 
światło   dla   turystów,   czerwone   dla   włóczęgów.   Przymusowe   przywiązanie   do 
miejsca   prowadzi   do   naturalnej   selekcji,   jeśli   chodzi   o   następstwa   globalizacji. 
Szeroko   zauważalna   i   coraz   bardziej   niepokojąca   polaryzacja   świata   i   jego 
mieszkańców   nie   jest   czynnikiem   zewnętrznym,   czymś   obcym,   co   globalizacji 
przeszkadza, kłodą rzucaną jej pod nogi; polaryzacja jest wynikiem globalizacji.
Nie ma turystów bez włóczęgów. Turyści nie mogą korzystać z wolności, jeśli nie 
przy wiąże się włóczęgów do miejsca.

ZŁĄCZENI NA DOBRE I ZŁE

Włóczęga to alter ego turysty. Jest też jego najbardziej zagorzałym wielbicielem  tym 
bardziej   że   nawet   nie   wyobraża   sobie   niewygód   prawdziwego   życia   turysty,   o 
których rzadko się wspomina. Jeśli zapytać włóczęgi, jak chciałby żyć, gdyby miał 
nieograniczoną   możliwość   wyboru   —   w   odpowiedzi   otrzymamy   dokładny   opis 
szczęśliwego   „jak   w   telewizji"   życia   turysty.   Włóczęga   nie   wyobraża   sobie,   że 
można dobrze żyć inaczej niż turysta: nie ma innej utopii, nie ma własnego programu 
politycznego ani własnych celów. Jedyna rzecz, której pragnie, to móc być turystą 
jak my wszyscy... W świecie, który nie zna spoczynku, być turystą oznacza jedyny 
możliwy do przyjęcia i ludzki sposób bycia w ciągłym ruchu.
Zarówno   turysta,   jak   i   włóczęga   są   konsumentami,   a   późnonowoczesny   i 
ponowoczesny   konsument   jest   kolekcjonerem   przeżyć   i   zbieraczem   wrażeń;   ze 
światem łączą go przede wszystkim związki natury estetycznej: odbiera świat jako 
pożywkę dla własnej wrażliwości, matrycę do doświadczeń (w znaczeniu Erlebnisse, 
stanu   przeżywania,  a  nie   Erfahrungen,  czyli  zdarzeń,   które  człowieka   spotykają), 
według których tworzy on mapę świata. I jeden, i drugi jest poruszony obietnicą 
wrażeń, które pociągają lub napełniają odrazą. Obaj smakują świat, jak wytrawni 
bywalcy   muzeów   smakują   spotkanie   „w  cztery   oczy"   z  dziełem  sztuki.   Wspólna 
postawa   wobec   świata   sprawia,   że   stają   się   podobni   do   siebie,   dzięki   czemu 
włóczęga, wczuwając się w sytuację turysty, a w każdym razie w wizerunek turysty, 
który sobie stworzył, może zapragnąć żyć tak samo; natomiast turysta stara się o tym 
podobieństwie zapomnieć za wszelką cenę, chociaż ku swemu przerażeniu nie może 
go w pełni ukryć.
Jak   przypomina   swym   czytelnikom   Jeremy   Seabrook,'   tajemnica   dzisiejszego 
społeczeństwa leży w „rozwoju sztucznie wytworzonego i subiektywnego poczucia 
braku", ponieważ „nic nie może zagrażać bardziej" jego fundamentalnym zasadom 
„niż fakt, że ludzie mogliby być w pełni zadowoleni z produktów, które mają". Zatem 
to, co jest już w ich posiadaniu  ulega deprecjacji i pomniejszeniu w porównaniu z 
natrętnie rzucającą się w oczy paradą szalonych przygód ludzi zamożnych: „Bogaci 
stali się przedmiotem powszechnego podziwu."

background image

Bogaci,   postawieni   obecnie   na   świeczniku   jako   bohaterowie,   których   należy 
powszechnie   podziwiać   oraz   traktować   jako   wzory   do   naśladowania,   byli   kiedyś 
selfmade men. Ich życie uosabiało dobroczynne skutki etyki pracy i rozsądku, które 
były nierozłącznie ze sobą związane. To już jednak przeszłość. Dzisiaj przedmiotem 
podziwu jest bogactwo samo w sobie  bogactwo, które gwarantuje życie spędzone na 
zaspokajaniu   własnych,   jak   najdziwniejszych   kaprysów,   na   rozrywce   i 
marnotrawstwie. Ważne jest to, co można zrobić, a nie to, co ma być zrobione czy też 
co zrobić należy. Tym, co budzi w bogaczach powszechny podziw, jest cudowna 
możliwość wyboru własnego życia: tego, gdzie je spędzają (teraz i potem), w jaki 
sposób i z kim; że bez większego wysiłku mogą wszystko zmieniać według własnego 
widzimisię, jakby nie istniały dla nich sytuacje, z których nie ma już odwrotu, i jakby 
nie   widać   było   końca   ich   kolejnych   wcieleń;   przyszłość   wydaje   im   się   ciągle 
bogatsza i bardziej podniecająca niż przeszłość; a także   co równie ważne   jedyną 
rzeczą,   jaka   ma   w   ich   wypadku   znaczenie,   jest   zakres   możliwości,   które   dzięki 
bogactwu stoją przed nimi otworem. Rzeczywiście wygląda na to, jakby ludzie ci 
kierowali się w swym postępowaniu estetyką konsumpcji; to nie posłuszeństwo etyce 
pracy,   suche,   powściągliwe   nakazy   rozumu   czy   znawstwo,   nawet   nie   sukces 
finansowy leżą u podstaw ich uznanej wielkości i prawa do powszechnego podziwu, 
lecz niecodzienne, a nawet frywolne gusty, którym ostentacyjnie hołdują.
Jak podkreśla Seabrook, „biedni nie należą do innej kultury niż bogaci [...] muszą żyć 
w   świecie,   który   został   wymyślony   na   użytek   tych,   co   mają   pieniądze.   Wzrost 
gospodarczy pogłębia ich biedę tak samo jak recesja i zastój." Rzeczywiście recesja 
oznacza większą biedę i mniejsze możliwości; jednak wzrost nakręca coraz bardziej 
szaleńczą   paradę   konsumpcyjnych   cudów,   zwiastując   pogłębianie   się   przepaści 
między pragnieniami a rzeczywistością.
Zarówno turystów, jak i włóczęgów przerobiono na konsumentów, ale włóczęga jest 
konsumentem wybrakowany m. W rzeczywistości nie może on sobie pozwolić na 
dokonywanie wyrafinowanych wyborów, w czym konsumenci powinni celować; ich 
możliwości  konsumpcyjne   są  tak ograniczone,  jak  środki, którymi   dysponują.  Ta 
wada sprawia, że pozycja włóczęgów w społeczeństwie  jest niepewna. Naruszają 
normy i podkopują istniejący porządek. Sama ich obecność wystarcza, by popsuć 
frajdę; nie napędzają w żaden sposób trybów społeczeństwa konsumpcyjnego ani nie 
przyczyniają   się   do   większego   rozkwitu   gospodarki   zamienionej   w   przemysł 
turystyczny.   Są   „bezużyteczni"   w   znaczeniu,   w   jakim   słowo   „użytek"   można 
rozumieć w społeczeństwie konsumentów czy turystów. A ponieważ nie ma z nich 
żadnego pożytku, są także niechciani, co z kolei sprawia, że, napiętnowani niechęcią, 
w sposób naturalny stają się świetnymi kandydatami na kozły ofiarne. Ich jedyną 
zbrodnią jest to, że chcą być tacy jak turyści, ale brakuje im środków, by mogli tę 
chęć zrealizować.
Turystom   włóczędzy   wydają   się   ordynarni,   podejrzani   i   odpychający,   i   nie   chcą 
dobrowolnie przestawać w ich towarzystwie; ma to jednak o wiele głębsze przyczyny 
niż tylko szeroko nagłaśniana sprawa „publicznych kosztów" utrzymania włóczęgów. 
Turyści boją się włóczęgów z tych samych powodów, dla których włóczędzy widzą 
w turystach swoich idoli i guru: w społeczeństwie wędrowców, które jest stale w 
podróży, turystyka i włóczęgostwo są dwiema stronami tej samej monety. Włóczęga, 

background image

powtórzmy to raz jeszcze, jest alter ego turysty. Linia między nimi jest cienka i nie 
zawsze  jasno wykreślona. Łatwo można  ją niepostrzeżenie  przekroczyć... Zawsze 
istnieje gdzieś to odrażające podobieństwo, które sprawia, że tak trudno jest określić, 
kiedy portret zaczyna być karykaturą, a zdrowy okaz gatunku staje się mutantem i 
potworem.
Wśród turystów znajduje się trochę „zwykłych podróżnych", zawsze udających się 
dokądś, zawsze przekonanych, że obrali słuszny kierunek podróży i że podróżowanie 
jest   rzeczą   słuszną;   ci   szczęśliwi   turyści   rzadko   kiedy   kłopoczą   się   tym,   że   ich 
wyprawy mogłyby przekształcić się we włóczęgę. Podobnie wśród włóczęgów są 
tacy,   którzy   już   dawno   dali   za   wygraną   i   porzucili   nadzieję,   że   kiedykolwiek 
awansują   do   rangi   turystów.   Niemniej   pomiędzy   tymi   dwoma   krańcowymi 
wypadkami istnieje znaczna część, być może przeważająca większość społeczeństwa 
konsumentów-wędrowców,   której   członkowie   nie   są   do   końca   pewni   swego 
aktualnego położenia, a jeszcze mniejszą pewność mają co do tego, czy ich obecna 
sytuacja potrwa do jutra. Na drodze leży tyle skórek od bananów, na których się 
można poślizgnąć, a krawężniki są strome i łatwo się potknąć. Przecież każda praca 
jest zajęciem okresowym, akcje mogą równie dobrze pójść w górę, jak spaść, cena 
kwalifikacji, które już posiedliśmy, spada, bo pojawiają się nowe umiejętności, które 
są   bardziej   w   cenie;   cenne   nabytki,   otaczane   troską,   z   których   dzisiaj   jest   się 
dumnym,   tracą   na   wartości   w   mgnieniu   oka,   urocze   osiedla   stają   się   tandetne   i 
pospolite, związki zawiera się „do odwołania", wartości, do których warto dążyć, i 
cele, na które opłaca się stawiać, pojawiają się i znikają. Tak jak żadna polisa nie 
zabezpiecza przed śmiercią, tak też żadne z ubezpieczeń, za których pomocą turysta 
chroni swój styl życia, nie zabezpiecza przed popadnięciem we włóczęgostwo.
Włóczęga jest zatem koszmarnym snem turysty, siedzącym w nim demonem, nad 
którym trzeba codziennie odprawiać egzorcyzmy. Spojrzenie włóczęgi przyprawia 
turystę o dreszcze  nie z powodu tego, czym jest włóczęga, ale tego, czym może stać 
się turysta. Turysta usiłuje więc zatuszować obecność włóczęgi: przepędza żebraków 
i bezdomnych z ulic miasta, spychając ich daleko, do miejsc, w które się nie chodzi, 
do   getta;   domaga   się   ich   wygnania   lub   zamknięcia   w   więzieniu.   W   ten   sposób 
desperacko, choć w ostatecznym rozrachunku na próżno, usiłuje pozbyć się swych 
lęków. W świecie bez włóczęgów Gregor Samsa nigdy nie przeszedłby przemiany w 
owada, a turyści nigdy nie obudziliby włóczęgów. Świat bez włóczęgów jest utopią 
społeczeństwa   turystów.   Znaczna   część   działań   politycznych   w   społeczeństwie 
turystów  jak obsesja „porządku i prawa", kryminalizacja ubóstwa, powtarzające się 
ataki   na   darmozjadów   itp.     daje   się   wytłumaczyć   jako   ciągłe,   uparte   wysiłki 
podniesienia rzeczywistości społecznej do poziomu utopii.
Jednak   kruczek   polega   na   tym,   że   życie   turystów  ani   w  połowie   nie   byłoby   tak 
przyjemne,   gdyby   wokół   nie   istnieli   włóczędzy,   uświadamiający   im,   jaki   jest 
alternatywny   model   życia   turysty;   jedyny,   jaki   społeczeństwo   wędrowców 
dopuszcza. Zycie turysty nie jest usłane różami, a jeżeli są w nim jakieś róże, to 
zwykle   mają   kolce.   Trzeba   cierpieć   wiele   niedogodności,   by   móc   korzystać   ze 
swobód, jakie oferuje życie turysty, nie można zwolnić biegu; niepewny jest wynik 
każdego wyboru; ryzyko, jakie pociąga za sobą każda decyzja  to największe z nich, 
ale nie jedyne. Poza tym radość wyboru traci wiele ze swego powabu, kiedy musi się 

background image

wybierać, a przygoda zostaje w dużej mierze wyzuta z atrakcyjności, kiedy życie 
staje się nieprzerwanym pasmem przygód. Jest więc kilka rzeczy, na które turysta 
mógłby się uskarżać. Pokusa, by szukać innej, „nieturystycznej" drogi do szczęścia, 
jest całkiem realna. Nie można jej nigdy wyplenić do końca  jedynie oddalić, a i to 
nie na długo. Tym, co sprawia, że turysta żyje dalej swoim życiem, co zmienia jego 
trudy w irytujące niedogodności
O drugorzędnym znaczeniu i powoduje, że pokusa zmiany idzie w odstawkę, jest 
właśnie spojrzenie włóczęgi, na którego widok turystę przechodzą dreszcze.
Paradoksalnie   więc   życie   turysty   staje   się   znośniejsze,   a   nawet   przyjemniejsze 
właśnie dlatego, że pojawia się w nim koszmarny alternatywny model egzystencji 
włóczęgi. Podobnym paradoksem jest fakt, że w interesie turystów leży ukazanie tej 
alternatywnej możliwości w jak najczarniejszych barwach. Im mniej ponętny jest los 
włóczęgi, tym lepiej smakują turystom ich wędrówki. Im gorsza dola włóczęgów, 
tym lepiej być turystą. Gdyby nie było włóczęgów, turyści musieliby ich wymyślić... 
Świat   wędrowców   potrzebuje   jednych   i   drugich,   związanych   ze   sobą   węzłem 
gordyjskim, którego nikt nie potrafi rozwiązać. Jak się zdaje, nie ma też miecza, żeby 
go przeciąć, ale też nikt go specjalnie nie szuka.
Tak   więc   dalej   pozostajemy   w   ruchu     turyści   i   włóczędzy,   a   może   raczej   w 
większości   na   poły   włóczędzy,   na   poły   turyści,   w   społeczeństwie 
konsumentówwędrowców.   Nasze   losy   splecione   są   ze   sobą   znacznie   ściślej,   niż 
turyści są skłonni przyznać.
Losy oraz doświadczenia życiowe zarówno turystów, jak i włóczęgów, prowadzą do 
tego, że odbierają oni świat zupełnie odmiennie. Inaczej też postrzegają jego choroby 
oraz sposoby, którymi można je uleczyć   inaczej, lecz ponosząc podobne klęski i 
podobnie przemilczając wzajemne uzależnienie, w które uwikłane są obydwie strony 
opozycji.
Z jednej strony, w wypowiedziach rzeczników globalizacji, wśród których Jonathan 
Friedman wymienia „intelektualistów mających bliskie kontakty z mediami, samą 
inteligencję zatrudnioną w mediach, a w pewnym sensie wszystkich, którzy mogą 
sobie   pozwolić   na   posiadanie   kosmopolitycznej   tożsamości",   rysuje   się   pewna 
ideologia,   albo   raczej   pojawiają   się   milcząco   przyjmowane   założenia,   które 
uwiarygodniają tę ideologię przez prostą odmowę jej zakwestionowania: ten rodzaj 
założeń,   które   Pierre   Bourdieu   opisał   nie   tak   dawno   jako   doxa     „dowód   nie 
dyskutowany i nie przeznaczony do dyskusji".
Z drugiej strony sytuują się działania ludności miejscowej i tych, którzy siłą zostali 
osadzeni   w   kontekście   lokalnym,   a   ściślej,   którzy   próbują   z   coraz   większym 
powodzeniem zbijać swój polityczny kapitał na gniewie wzbierającym tam, gdzie 
mieszkają przypisani do ziemi. Zderzenie, do którego dochodzi, nie tylko nie łagodzi 
rozłamu, ale go jeszcze pogłębia, odwracając polityczną wyobraźnię od prawdziwej 
przyczyny sytuacji, w której obie strony znalazły się z na pozór przeciwstawnych 
sobie powodów.
Friedman   podkpiwa   sobie   z   kosmopolitycznego   bełkotu   ze   wszystkich   modnych 
terminów w rodzaju „inbetweenness" [„pomiędzość"], „disjuncture" [„rozłączność"], 
„transcendence"   [„przekroczalność"]   itp.,   które   nie   tylko   wyrażają   doświadczenie 
tych, co już poodcinali kotwice, „już wyzwolonych", ale mają odnosić się także do 

background image

„jeszczeniewyzwolonych", gdyby nie brzydka i odrażająca skłonność tych ostatnich 
do „boundedness" [„więźliwości"] i „essentialization" [„esencjalizacji"]. Jest to język 
uprzywilejowanych,   który   uzupełniają   wyrażenia   charakterystycznie   nieostre,   jak 
wspólna „natura ludzka" czy „przyszłość nas wszystkich". Friedman stawia jednak 
pytanie o to, dla kogo ta kulturalna wędrówka jest rzeczywistością? W dziełach ludzi 
przekraczających   granice   epoki   postkolonialnej   to   zawsze   poeta,   artysta   czy 
intelektualista   doświadczają   przemieszczenia   i   obiektywizują   je   w   postaci 
drukowanego słowa. Ale kto czyta poezje?
I jakie identyfikacje są możliwe na niższych poziomach rzeczywistości społecznej? 
[...] Krótko mówiąc, hybrydy i teoretycy hybrydyzacji są produktem grupy, która 
identyfikuje się sama i/lub określa świat w tych właśnie kategoriach, nie w wyniku 
etnograficznego zrozumienia, ale w akcie samookreślenia [...] Globalną sferę elitarną, 
hybrydyczną pod względem kultury, zamieszkują jednostki o bardzo zróżnicowanym 
doświadczeniu   świata,   związane   z   polityką   międzynarodową,   nauką   i   wyższymi 
uczelniami, mediami oraz sztuką.
Kulturalna   hybrydyzacja   świata   „ludzi   globalnych"   może   być   doświadczeniem 
wyzwalającym i twórczym,  ale kulturalne  ubezwłasnowolnienie  ludzi żyjących w 
rzeczywistości   lokalnej   bywa   nim   bardzo   rzadko.   Zrozumiała,   choć   niefortunna 
skłonność   tych   pierwszych   polega   na   tym,   że   mylą   ze   sobą   te   dwie   rzeczy   i 
przedstawiają swój własny wariant „fałszywej świadomości" jako dowód mentalnego 
. niedopasowania drugich.
Jednak dla nich  ludzi związanych z lokalną rzeczywistością raczej z wyroku losu niż 
z   wyboru     rozluźnienie   i   rozpad   więzi   łączących   wspólnotę   oraz   wymuszone 
zindywidualizowanie losów jest zapowiedzią zupełnie innej sytuacji i podpowiada 
zgoła odmienne strategie postępowania. Jeszcze raz zacytujmy Friedmana:

Logika postępowania rodząca się w osiedlach zamieszkanych przez underclass będzie 
inna od tej, która kształtuje się wśród wysoko wykształconych i podróżujących po 
świecie przedstawicieli przemysłu kulturalnego [...] Biedne, etnicznie mieszane getto 
wielkiego   miasta   nie   od   razu   staje   się   areną,   na   której   powstają   zupełnie   nowe 
tożsamości.   W   okresach   stabilizacji   i/lub   ekspansji   problemy   związane   z 
przetrwaniem   są   ściślej   związane   z   określonym   terytorium   i   z   tworzeniem 
bezpiecznej   przestrzeni   życiowej.   Tożsamość   klasowa,   lokalna   tożsamość 
mieszkańców getta, jest ważniejsza [...]

Dwa światy, dwa sposoby odbierania świata, dwie strategie.
Paradoks   polega   na   tym,   że   ponowoczesna   rzeczywistość   nieuporządkowanego, 
zindywidualizowanego   świata   konsumpcjonizmu,   świata   podziałów   na   to,   co 
globalne, i to, co lokalne, znajduje tylko blade, jednostronne i bardzo zniekształcone 
odbicie w ponowoczesnej narracji. Hybrydyzacja i zwycięstwo nad esencjalizmem 
proklamowane w ponowoczesnej pochwale globalizującego się świata absolutnie nic 
nie   mówią   o   złożoności   i   ostrych   przeciwieństwach,   które   rozdzierają   ten   świat. 
Postmodernizm  jeden z wielu sposobów wyjaśniania rzeczywistości ponowoczesnej 
jest   wyrazem   doświadczenia,   którego   zasięg   ogranicza   się   do   kasty   „ludzi 
globalnych":   głośnej,   dobrze   słyszalnej   i   wpływowej,   choć   względnie   wąskiej 

background image

kategorii
globtroterów. Nie mówi on nic o innych doświadczeniach, które są także integralną 
częścią sceny ponowoczesnej.
Wojciech   J.   Burszta,   znakomity   polski   antropolog,   tak   pisze   o   skutkach   tego 
potencjalnie katastrofalnego załamania się komunikacji:
Dawniejsze peryferie najwyraźniej podążają własną drogą, niewiele przejmując się 
tym, co o nich sądzą postmodemiści. I oni też są raczej bezradni, gdy przychodzi im 
zetknąć  się z  realiami  wojującego  islamu,  brzydotą lepianek miasta  Meksyk, czy 
nawet   z   Murzynem   koczującym   w   wypalonym   town   house   South   Bronx.   Są   to 
ogromne marginesy, z którymi nie bardzo wiadomo, co począć. [...]
Jednakże   pod   cienką   warstewką   globalnych   symboli,   nalepek   i   utensyliów   wrze 
kocioł z nieznanym, którym niewiele się interesujemy i tak naprawdę niewiele mamy 
do powiedzenia.
W   powyższym   cytacie   „peryferie"   najlepiej   rozumieć   jako   określenie   rodzaju 
przestrzeni: wszystkie to niezliczone obszary, na których „globalne symbole, nalepki 
i utensylia" odcisnęły co prawda głęboki ślad, ale bynajmniej nie w taki sposób, jak 
przewidywali piewcy globalizacji. Tak rozumiane „peryferie" rozciągają się wszędzie 
wokół małych enklaw „globalnej" elity, duchowo niezależnej od miejsca, w którym 
przebywa, choć jej siedziby są porządnie umocnione.
Wspomniany  przed chwilą paradoks  prowadzi do kolejnej niekonsekwencji: wiek 
kurczenia się czasu i przestrzeni, niczym nie hamowanego przepływu informacji oraz 
błyskawicznej   komunikacji   jest   zarazem   stuleciem,   w   którym   niemal   kompletnie 
załamało się porozumienie między wykształconymi elitami a populus. Pierwsi (jak 
nazywa   ich   Friedman,   „nowocześni   bez   nowoczesności",   czyli   pozbawieni 
uniwersalizującej   koncepcji)   nie   mają   tym   drugim   nic   do   powiedzenia;   nic,   co 
zabrzmiałoby   dla   nich   znajomym   echem   własnych   doświadczeń   i   widoków   na 
przyszłość.

background image

Rozdział 5

GLOBALNE PRAWA, LOKALNE PORZĄDKI

W   Stanach   Zjednoczonych     mówi   Pierre   Bourdieu,   odwołując   się   do   pracy 
francuskiego socjologa Loica Wacquanta,

„Państwo Miłosierne", wzniesione na koncepcji biedy, mającej wyraźne zabarwienie 
moralne,   wykazuje   tendencję   do   rozdwojenia:   z   jednej   strony   stoi   Państwo 
Społeczne, które stwarza klasom średnim minimalne gwarancje bezpieczeństwa, z 
drugiej     państwo   coraz   bardziej   represyjne,   które   jest   odpowiedzią   na   przemoc, 
wynikającą z coraz większej tymczasowości położenia, w jakim żyją wielkie masy 
społeczeństwa, zwłaszcza rasy czarnej.

Jest to tylko jeden z przykładów (choć trzeba przyznać, że wyjątkowo wyrazisty i 
dobitny,   jak   zresztą   wszystkie   amerykańskie   wersje   zjawisk   o   szerszym   zasięgu, 
także   globalnych)   bardziej   ogólnej   tendencji,   zmierzającej   do   tego,   by   resztki 
inicjatywy politycznej pozostałe w szybko słabnących rękach państwa narodowego 
ograniczyć do zachowania porządku i prawa; zadanie, które w sposób nieunikniony 
w praktyce oznacza dla jednych bezpieczną egzystencję, a dla drugich budzącą grozę 
moc prawa.
Bourdieu napisał cytowany artykuł, wygłoszony w formie wykładu we Fryburgu w 
październiku 1996 roku, jako rodzaj riposty „z głębi trzewi" na stwierdzenie, które 
przeczytał w trakcie podróży samolotem. Stwierdzenie to zo
stało   sformułowane   przez   Hansa   Tietmeyera,   prezesa   Niemieckiego   Banku 
Federalnego, niemal od niechcenia; w sposób, w jaki mówi się o prawdach banalnych 
i   oczywistych,   na   których   dźwięk   ani   słuchacz,   ani   czytelnik   nie   unoszą   brwi. 
„Zadaniem na dziś   stwierdził Tietmeyer   jest stworzenie warunków podnoszących 
zaufanie   inwestorów".   Następnie   Tietmeyer,   znowu   pokrótce   i   bez   przytaczania 
argumentów   na   poparcie   swoich   stwierdzeń,   jakby   były   one   same   przez   się 
zrozumiałe  dla każdego, określił, co składałoby się na te warunki. Aby podnieść 
zaufanie inwestorów, dać im impuls do inwestowania  powiedział  koniecznie trzeba 
zaostrzyć kontrolę wydatków z funduszy publicznych, obniżyć podatki, zreformować 

background image

system społecznej ochrony obywateli i „znieść sztywne ograniczenia krępujące rynek 
pracy".
Rynek pracy jest zbyt sztywny i powinien stać się bardziej elastyczny. To znaczy, 
bardziej giętki i plastyczny, łatwo dający się formować i reformować, wałkować, 
dzielić i przekształcać  słowem, nie stawiający oporu. Zatem praca jest „elastyczna" 
wtedy, gdy staje się w ekonomii  rodzajem zmiennej,  której inwestorzy mogą  nie 
uwzględniać w swoich kalkulacjach, mając pewność, że to ich akcje, i tylko one, 
będą   określały   jej   przebieg.   Po   zastanowieniu   jednak   okazuje   się,   że   koncepcja 
„pracy elastycznej" zaprzeczy w praktyce temu, czego się w teorii domaga. Czy też 
raczej, aby zrealizować to, co postuluje, musiałaby pozbawić obiekt owej giętkości i 
uniwersalności, do których osiągnięcia nawołuje.
Podobnie jak większość „wartości priorytetowych", idea elastyczności ukrywa swą 
naturę  społecznej  relacji,  czyli  fakt,   że  w  istocie   postuluje  redystrybucję  władzy, 
prowadzącą   do   odebrania   możliwości   stawiania   oporu   tym,   których   „sztywność" 
należy przezwyciężyć. Praca bowiem nie byłaby „sztywna" jedynie wówczas, gdyby 
przestała stanowić niewiadomą w kalkulacjach inwestorów; jeżeli w rzeczywistości 
straciłaby moc bycia prawdziwie elastyczną   moc odmowy podporządkowania się 
ustalonym wzorom, zaskakiwania i, nade wszystko, ograniczania swobody manewru 
inwestorów. „Elastyczność" jedynie pretenduje do bycia jedną z uniwersalnych zasad 
zdrowej ekonomii, która w równym stopniu stosuje się do popytu i podaży na rynku 
pracy. W istocie termin ten nabiera diametralnie różnego znaczenia po każdej ze 
stron tego równania.
Elastyczność po stronie popytu oznacza swobodę wędrówki w poszukiwaniu bardziej 
zielonych   pastwisk,   pozostawianie   odpadków   i   śmieci   wokół   opuszczonego 
obozowiska, bo miejscowi i tak muszą posprzątać; przede wszystkim jednak oznacza 
lekceważenie   wszystkiego,   co   nie   stanowi   wartości   z   ekonomicznego   punktu 
widzenia.   Jednak   to,   co   po   stronie   popytu   wygląda   na   elastyczność,   staje   się 
twardym,   okrutnym   i   bezwzględnym   losem   tych,   którzy   znaleźli   się   po   stronie 
podaży. Praca pojawia się i znika równie szybko, jak się pojawiła; jest poszatkowana 
na małe kawałeczki i bez uprzedzenia można być jej pozbawionym, kiedy zasady gry 
„w zatrudnienia i zwolnienia" bez ostrzeżenia ulegają zmianom, a zatrudnieni i ci, co 
szukają pracy, niewiele mogą zrobić, by zatrzymać tę huśtawkę. Zatem „dostawcy 
pracy",   żeby   sprostać   standardom   „elastyczności"   ustalonym   przez   tych,   którzy 
tworzą zasady gry i je zmieniają, czyli aby zasłużyć na miano elastycznych w oczach 
inwestorów, muszą znaleźć się w sytuacji jak najbardziej sztywnej i nieelastycznej, 
stanowiącej   w   rzeczywistości   zaprzeczenie   wszelkiej   elastyczności.   Swoboda 
wyboru,   przyjęcia   czegoś   lub   odrzucenia,   czy   choćby   możliwość   wprowadzenia 
własnych reguł gry, muszą zostać zduszone w zarodku.
Niesymetryczne   położenie   obu   stron   znajduje   wyraz   także   w   różnym   stopniu 
przewidywalności   w   ich   życiu.   Strona,   która   ma   większe   możliwości   wyboru 
zachowań, wprowadza element niepewności do życia drugiej ze stron, czego
z kolei ona, dysponując o wiele bardziej ograniczoną możliwością wyboru lub nie 
mając   jej   w   ogóle,   nie   jest   w   stanie   odwzajemnić.   Globalny   wymiar   wyborów 
dokonywanych przez inwestorów, w zestawieniu ze ściśle lokalnymi ograniczeniami 
wyborów, które są udziałem „dostawcy pracy", powoduje asymetrię, która leży u 

background image

podstaw dominacji tych pierwszych nad tymi drugimi. Swoboda przemieszczania się 
lub jej brak określają nową, późnonowoczesną czy też ponowoczesną polaryzację 
warunków społecznych. Wierzchołek nowej hierarchii nie jest związany z żadnym 
konkretnym   miejscem;   im   niższy   szczebel   drabiny,   tym   silniejsze   stają   się 
przestrzenne ograniczenia, a stojący najniżej są praktycznie „przypisani do ziemi".

FABRYKI BEZRUCHU

Bourdieu zwraca uwagę, że Kalifornia, sławiona przez niektórych Europejczyków 
jako   prawdziwy   raj   wolności,   przeznacza   na   pokrycie   kosztów   budowy   oraz 
utrzymania więzień budżet o wiele przewyższający fundusze stanowe kierowane do 
wszystkich wyższych uczelni. Uwięzienie jest ostatecznym i najbardziej radykalnym 
ograniczeniem   dostępnej   przestrzeni.   Wydaje   się   też,   że   wobec   współczesnego 
kurczenia   się   czasu   i   przestrzeni   skupia   ono   na   sobie   uwagę   rządzących   elit 
politycznych.
Ograniczenie przestrzenne, zamknięcie w więzieniach o różnym rygorze i stopniu 
izolacji,   było   zawsze   podstawowym   sposobem   radzenia   sobie   z   grupami 
społecznymi,   które   miały   trudności   z   asymilacją,   nie   dawały   się   kontrolować   i 
sprawiały innego rodzaju kłopoty. Niewolnicy mogli zamieszkiwać jedynie dzielnice 
niewolników; podobnie trędowaci, szaleńcy, ludzie o innej religii czy pochodzeniu 
etnicznym.   Jeżeli   wolno   im   było   wychodzić   poza   obszar   dla   nich   wyznaczony, 
musieli  nosić oznaki swej przestrzennej przynależności, by każdy wiedział, że są 
skądinąd.   Oddzielenie   przestrzenne,   prowadzące   do   przymusowego   zamknięcia, 
stanowiło   przez   wieki   instynktowną,   niemal   naturalną   formę   reakcji   na   każdą 
różnicę, zwłaszcza różnicę, która nie mogła, lub nie chciała, zmieścić się w sieci 
zwyczajowo przyjętych wzajemnych  stosunków.  Przestrzenne  oddzielenie wiązało 
się   także   z   zakazem   porozumiewania   się   lub   zawieszeniem   komunikacji,   co 
utwierdzało i utrwalało obcość.
Obcość jest podstawową zasadą przestrzennego oddzielenia: zmniejsza, spłaszcza i 
ogranicza widok obcego. Cechy indywidualne, które zwykle ujawniają się wyraźnie 
dzięki   doświadczeniom   nagromadzonym   w   codziennym   współżyciu,   rzadko 
dochodzą do głosu, jeśli stosunki uległy ograniczeniu lub w ogóle ich zakazano. 
Wówczas   typizacja   zajmuje   miejsce   osobistej   znajomości,   a   kategorie   prawne, 
których   zadaniem   jest   ograniczenie   różnorodności   i   uznanie   jej   za   nieistotną, 
pozbawiają znaczenia niepowtarzalność osób i wydarzeń.
Nils   Christie   zwrócił   uwagę,   że   jeżeli   w   życiu   codziennym   przeważają   kontakty 
oparte na osobistej znajomości, nacisk na wynagrodzenie krzywdy jest większy niż 
pragnienie   zemsty   i   żądanie   kary   dla   winowajcy.   Niezależnie   od   gniewu,   jaki 
odczuwamy,  nie  będziemy   odwoływać  się  do kategorii prawa  karnego ani  nawet 
myśleć o danej sytuacji za pomocą bezosobowych terminów przestępstwa i kary, do 
których stosują się odpowiednie paragrafy, „ponieważ wiemy zbyt wiele [...] Wobec 
całości naszej wiedzy kategorie prawne są o wiele za ciasne." Teraz jednak żyjemy 
wśród ludzi, których nie znamy i których w większości nie poznamy nigdy. To, że 
nie odwoływaliśmy się do sztywnej litery prawa, kiedy krzywdzący nas czyn jawił 
nam się taki, jaki jest, a nie jako jeden z czynów „tej samej kategorii", było naturalne. 

background image

„Ale   niekoniecznie   musi   tak   być   w   wypadku   obcego   dzieciaka,   który   właśnie 
wprowadził   się   do   domu   naprzeciwko."   Tak   więc     mówi   Christie     nie   całkiem 
zaskakuje (choć też i nie zawsze jest nieuniknione) to, że współczesne społeczeństwo 
wyraźnie dąży do „nazwania przestępstwem [...] coraz większej liczby czynów, które 
są niepożądane albo budzą wątpliwości", oraz fakt, że „coraz więcej tych przestępstw 
jest karanych więzieniem".
Można   by   powiedzieć,   że   tendencja   do   ograniczania   różnorodności   za   pomocą 
kategorii   zdefiniowanych   przez   prawo   oraz   wynikające   z   niej   przestrzenne 
oddzielenie   tego,   co   odmienne,   stanie   się   prawdopodobnie   obowiązującym 
wymogiem   i   zyska   na   popularności,   kiedy   wraz   z   nadejściem   nowoczesności 
fizyczne   zagęszczenie   ludności   przewyższyło   znacznie   jej   zwartość   moralną, 
przekraczając tym samym ludzką zdolność do nawiązywania bliskich kontaktów oraz 
zasięg struktur opartych na relacjach osobistych. Można jednak spojrzeć na tę sprawę 
od drugiej strony i stwierdzić, że separacja przestrzenna, która wzmaga redukcję, 
sama jest środkiem służącym utrwalaniu i przedłużaniu wzajemnej obcości. W tym 
kontekście   redukcja,   także   podyktowana   zasadami   prawa   karnego,   staje   się 
koniecznością.  Inny zostaje przymusowo  poddany separacji stwarzającej poczucie 
obcości, potwierdzanej przez obecność ściśle nadzorowanych granic przestrzennych; 
robi   się   wszystko,   aby   utrzymać   go   na   bezpieczną   odległość;   czasowo   lub   stale 
pozbawiony jest możliwości komunikowania się z resztą społeczeństwa. W związku 
z   tym,   zachowując   swą   pozycję   obcego,   czyli   wyzbytego   z   indywidualności   i 
niepowtarzalności, traci to, co mogłoby zapobiec stereotypizacji i zrównoważyć lub 
przynajmniej ograniczyć redukcjonistyczne działanie prawa, także prawa karnego.
Odległy,   jak   dotąd,   ideał   całkowitej   izolacji   sprowadziłby   innego   do   czystej 
personifikacji   karzącej   mocy   prawa.   Do   ideału   tego   zbliżają   się   kalifornijskie 
więzienia stanowe, takie jak na przykład Pelican Bay. Stan, który, jak pisze Nils 
Christie,   „nade   wszystko   przedkłada   wzrost   i   żywotność",   przewiduje,   że   na 
przełomie   wieku   na   każdy   tysiąc   jego   mieszkańców   ośmiu   siedzieć   będzie   w 
więzieniu.   Więzienie   Pelican   Bay,   zgodnie   z   entuzjastycznym   artykułem 
zamieszczonym   w   „Los   Angeles   Times"   z   maja   1990   roku,   jest   „całkowicie 
zautomatyzowane i zaprojektowane tak, że więźniowie nie mają osobistego kontaktu 
ze strażnikami ani ze sobą nawzajem. Większość czasu spędzają w „pozbawionych 
okien celach wzniesionych z solidnych bloków betonu i nierdzewnej stali [...] Nie 
pracują   w   zakładach   znajdujących   się   na   terenie   więzienia,   są   pozbawieni   zajęć 
rekreacyjnych, nie widują się z innymi więźniami." Nawet strażnicy „są zamknięci w 
szklanych   kabinach   nadzoru   i   porozumiewają   się   z   więźniami   przez   system 
głośników",   w   związku   z   czym   więźniowie   widzą   ich   bardzo   rzadko   lub   wcale. 
Jedynym  zadaniem  strażników   jest   sprawdzanie,   czy   więźniowie   są   zamknięci   w 
celach     izolowani,   nikogo   nie   widzą   i   sami   nie   są   widziani.   Gdyby   nie   to,   że 
więźniowie ciągle jedzą i wydalają, można by ich cele uznać za trumny.
Na pierwszy rzut oka projekt więzienia Pelican Bay wygląda na unowocześnioną, 
wzorcową i stojącą na najwyższym poziomie technologicznym wersję Panopticonu. 
Wydaje   się   ostatnim   wcieleniem   marzeń   Benthama   o   absolutnej   kontroli   dzięki 
całkowitemu nadzorowi. Jednak uważniejsze spojrzenie odkrywa powierzchowność 
pierwszego wrażenia.

background image

Kontrola   panoptyczna   miała   do   spełnienia   bardzo   poważną   funkcję:   instytucje 
panoptyczne wymyślono przede wszystkim jako domy poprawcze. Poprawa miała 
rzekomo zawrócić więźniów z drogi moralnej zatraty, na której znaleźli się z własnej 
woli lub w sposób bezpośrednio przez siebie nie zawiniony; miała wyrobić w nich 
nawyki,   dzięki   którym   mogliby   powrócić   do   „normalnego   społeczeństwa"; 
„powstrzymać   moralny   rozkład";   pokonać   lenistwo   i   nieróbstwo,   zwalczyć   brak 
szacunku lub obojętność dla norm
społecznych   wszystkie  te schorzenia ducha,  które sprawiały, że więźniowie byli 
niezdolni   do   „normalnego   życia".   W   owych   czasach   obowiązywała   etyka   pracy; 
ciężką   i   bezustanną   pracę   traktowano   jako   receptę   na   dobre,   pożyteczne   życie   i 
jednocześnie jako podstawową zasadę porządku społecznego. Były to także czasy, 
gdy bezustannie rosły rzesze drobnych posiadaczy i rzemieślników nie mogących 
związać   końca   z   końcem,   podczas   gdy   maszyny,   które   pozbawiały   ich   środków 
utrzymania, na próżno czekały na zdolne je obsłużyć ręce. W ten sposób w praktyce 
idea   poprawy   skazańców   ograniczała   się   do   wprowadzenia   w   więzieniach   pracy 
taniej   i   dochodowej.   Wizja   Panoptikonu   Benthama   stanowi   uogólnienie 
doświadczenia opartego na powszechnie podejmowanych wysiłkach, by rozwiązać 
podstawowe,   uciążliwe   i   niepokojące   problemy,   które   stanęły   przed   pionierami 
zakładającymi  nowoczesne  fabryki z  całą ich rutyną, monotonią  i mechanicznym 
rytmem pracy.
W czasach gdy szkicowano projekt Panoptikonu, brak chętnej do pracy siły roboczej 
był   powszechnie   uważany   za   podstawową   przeszkodę   na   drodze   do   poprawy 
warunków społecznych. Pierwsi przedsiębiorcy lamentowali nad tym, że potencjalni 
robotnicy   nie   chcieli   podporządkować   się   rytmowi   pracy   w   fabryce.   W   tych 
warunkach „poprawa" oznaczała pokonanie tego oporu i uwiarygodnienie kapitulacji.
Podsumowując,   trzeba   przyznać,   że   niezależnie   od   innych   funkcji,   jakie   miały 
spełniać,   domy   odosobnienia   wznoszone   w   duchu   panoptyzmu   były   przede 
wszystkim   fabrykami   o   surowej   dyscyplinie   pracy.   Często   dostarczały   także 
natychmiastowego   rozwiązania   podstawowego   problemu,   jakim   było   zmuszenie 
więźniów do pracy od razu, zwłaszcza do takiej pracy, której wolni robotnicy nie 
chcieli wykonywać i której sami więźniowie nigdy by nie podjęli z własnej woli, 
niezależnie od ewentualnego wynagrodzenia. Niezależnie od tego jak określano ich 
cele, większość instytucji panoptycznych spełniało funkcję domów pracy."
Pomysłodawcy  i  założyciele  domu  poprawczego  stworzonego  w  Amsterdamie   na 
początku   XVII  wieku   widzieli  w   nim  miejsce,   które   produkować   miało   „ludzi  o 
zdrowych   żołądkach   i   umiarkowanym   apetycie,   przyzwyczajonych   do   pracy, 
pragnących   posiadać   dobre   zajęcie,   zdolnych   stanąć   na   własnych   nogach   i 
bogobojnych". Sporządzili też długi spis prac, którymi przyszli pensjonariusze mieli 
się   zajmować,   by   rozwijać   w   sobie   wspomniane   zalety   charakteru.   Wśród   nich 
znalazły się: szewstwo, wyrób portfeli, rękawiczek i toreb, obszyć do kołnierzy i 
płaszczy, wyrabianie barchanu, tkanin ze zgrzebnej wełny i dzianin, tkanie płótna 
lnianego i gobelinów, snycerka, stolarstwo, dmuchanie szkła, koszykarstwo itp. W 
praktyce   jednak   działalność   produkcyjna   przytułku   po   kilku   podejmowanych   bez 
przekonania   próbach,   by   sprostać   pierwotnym   założeniom,   bardzo   szybko 
ograniczyła   się   do   obróbki   brazylijskiego   kampeszynu"     wyjątkowo   ciężkiego   i 

background image

wyczerpującego zajęcia, przewidywanego wcześniej jedynie jako kara, do którego 
wykonywania trudno byłoby znaleźć chętnych, gdyby pod przymusem nie zajęli się 
tym pensjonariusze domu poprawczego.
Od początku istnienia domów poprawczych zażarcie dyskutowano, czy spełniły one 
kiedykolwiek cel, dla którego, jak głoszono, zostały stworzone, i doprowadziły do 
„resocjalizacji" i „poprawy moralnej" pensjonariuszy, „przywracając im umiejętność 
życia   w   społeczeństwie".   Do   dzisiaj   pozostaje   to   zresztą   kwestią   sporną.   Wśród 
badaczy przeważa opinia, że wbrew dobrym intencjom twórców warunki panujące w 
ściśle   nadzorowanych   domach   odosobnienia   nie   sprzyjały   „resocjalizacji" 
pensjonariuszy.   Wartości   etyki   pracy   nie   dają   się   pogodzić   z   panującym   w 
więzieniach przymusem, niezależnie od tego, jak je nazwiemy.
Thomas Mathiesen, wybitny norweski socjolog prawa, podpierając swoje poglądy 
badaniami i solidnie je argumentując, stwierdza, że „na przestrzeni swych dziejów 
więzienie w rzeczywistości nigdy nie resocjalizowało ludzi. Nigdy nie pozwalało im 
uzyskać na nowo „kompetencji społecznej".  Zamiast  tego zdołano pensjonariuszy 
uwięziennić (określenie Donalda Clemmera)   to znaczy skłonić ich lub zmusić do 
przyswojenia   sobie   i   przyjęcia   zwyczajów   oraz   zachowań   właściwych   warunkom 
penitencjarnym,   i   im   jedynie;   radykalnie   różnych   od   wzorców   zachowań 
dyktowanych   przez   normy   kulturowe   obowiązujące   w   świecie   za   murem. 
„Uwięziennienie"   było  absolutną   opozycją  „resocjalizacji"   i  stanowiło   największą 
przeszkodę na „drodze do odzyskiwania kompetencji społecznej".
Chodzi   jednak   o   to,   że   w   przeciwieństwie   do   czasów,   gdy   dom   poprawczy   w 
Amsterdamie   otwierano   przy   aplauzie   wykształconych   warstw   społeczeństwa, 
problem „resocjalizacji" jest dzisiaj o wiele mniej ważny nie tyle ze względu na 
spory, jakie budzi, ile z powodu jego rosnącej nieadekwatności. Wielu kryminologów 
będzie   pewnie   jeszcze   kontynuować   uświęcony   przez   czas,   choć   nigdy   nie 
rozstrzygnięty, spór ideologiczny  jednak, jak się wydaje, o wiele bardziej owocnym 
punktem   wyjścia   do   współczesnej   refleksji   byłaby   dla   praktyków   więziennictwa 
raczej rezygnacja z naiwnego lub obłudnego deklarowania „zamiaru resocjalizacji".
Wysiłki, by wdrożyć więźniów ponownie do pracy, mogą być bardziej lub mniej 
skuteczne, pod warunkiem jednak, że pracy jest pod dostatkiem; to właśnie praca 
czekająca, by ją wykonać, nadaje im sens. Trudno byłoby dzisiaj spełnić pierwszy 
warunek,   o   spełnieniu   drugiego   nie   ma   co   marzyć.   Kapitał,   niegdyś   gorliwie 
wchłaniający   ciągle   rosnącą   siłę   roboczą,   dzisiaj   reaguje   nerwowo   na   wieść   o 
spadającym bezrobociu. Przez swoich pełnomocników na giełdzie wynagradza firmy, 
które   zwalniają   pracowników   i   redukują   zatrudnienie.   W   tych   warunkach 
odosobnienie   nie   jest   ani   szkołą   przygotowującą   do   pracy,   ani   nawet   sposobem 
przymusowego   powiększania   szeregów   siły   roboczej   i   sprowadzenia   na   orbitę 
wielkiego   przemysłu   wyjątkowo   opornych   i   niechętnych   „ludzi   bezpańskich",   w 
których wypadku zwykłe i „dobrowolne" metody nie skutkują. Obecnie więzienie 
stanowi   raczej  rozwiązanie  alternatywne  wobec   zatrudnienia;  sposób   pozwalający 
manewrować   całkiem   licznym   segmentem   społeczeństwa   lub   go   neutralizować; 
członkowie tego segmentu nie są potrzebni jako wytwórcy i nie ma dla nich „pracy 
do wzięcia".
Dzisiaj nacisk kładzie się na wykorzenienie nawyku regularnej, ciągłej i nieustannej 

background image

pracy.   Cóż   innego   miałoby   oznaczać   hasło   „elastyczna   siła   robocza"?   Obecna 
strategia polega na tym, by pracownicy zapomnieli, co to jest etyka pracy, a nie 
uczyli się jej, niezależnie od tego, co miałaby im ona do zaproponowania w okresie 
„błogiego spokoju", jaki panuje w dzisiejszym przemyśle. Siła robocza może stać się 
prawdziwie   elastyczna   jedynie   wtedy,   gdy   współcześni   i   przyszli   pracownicy 
pozbędą   się   wyuczonego   nawyku   codziennej   pracy   czy   pracy   na   zmiany, 
przyzwyczajenia do stałego miejsca pracy i tych samych współpracowników. Tylko 
pod   warunkiem,   że   nie   przywykną   do   żadnej   pracy,   że   nie   będą   podchodzić   do 
żadnego zajęcia jako do swego powołania (lub im się to uniemożliwi) oraz jeżeli 
porzucą patologiczne skłonności do snucia fantazji na temat prawa własności pracy i 
odpowiedzialności.
Na ostatnim dorocznym spotkaniu, które odbyło się w Hongkongu we wrześniu 1997 
roku, dyrektorzy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego 
skrytykowali   metody   zwiększania   zatrudnienia   stosowane   przez   rządy   Francji   i 
Niemiec. Uznali ich wysiłki za godzące w naturalne podstawy „elastyczności rynku 
pracy".   Ta   ostatnia     jak   stwierdzili     wymaga   rewizji   „zbyt   przychylnego" 
prawodawstwa o ochronie pracy i zarobków, a także usunięcia wszelkich „wypaczeń" 
stojących na drodze do wolnej konkurencji oraz złamania oporu siły roboczej wobec 
odbierania   jej   posiadanych   „przywilejów",   czyli   wszystkiego,   co   wiąże   się   ze 
stabilnością   zatrudnienia   oraz   ochroną   pracy   i   dochodów.   Innymi   słowy,   należy 
stworzyć nowe warunki, które promowałyby diametralnie różne przyzwyczajenia i 
zachowania w porównaniu z tym, co głosiła etyka pracy, a wspierające ją instytucje 
panoptyczne   miały   wcielać   w   życie.   Siła   robocza   musi   oduczyć   się   wpojonego 
oddania sprawom pracy i emocjonalnego przywiązania do jej miejsca oraz osobistego 
zaangażowania w jego pomyślność.
W tym kontekście więzienie Pelican Bay widziane jako kontynuacja idei domów 
poprawczych z początkowych etapów rozwoju przemysłu, których doświadczenia, 
ambicje i nie rozwiązane problemy odzwierciedlał Panoptikon, staje się o wiele mniej 
przekonywające. Wewnątrz betonowych murów więzienia Pelican Bay nie wykonuje 
się żadnej użytecznej pracy. Nie próbuje się także nikogo do pracy szkolić: projekt 
więzienia   w   ogóle   nie   przewiduje   miejsca   dla   tego   rodzaju   działalności.   Dla 
więźniów Pelican Bay nie jest żadną szkołą  nawet jeżeli chodzi o czysto formalną 
dyscyplinę. W Panoptikonie najważniejszym celem stałego nadzoru było uzyskanie 
pewności,   że   pensjonariusz   wykonuje   pewne   ruchy,   przestrzega   wymaganego 
porządku działania, robi określone rzeczy. To, co odizolowani więźniowie Pelican 
Bay robią w swoich celach, nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że tam są. Więzienia 
Pelican   Bay   nie   zaprojektowano   jako   fabryki   do   wytwarzania   dyscypliny   lub 
produkowania zdyscyplinowanej siły roboczej. Pomyślano je jako fabrykę, w której 
produkuje się wykluczenie i ludzi oswojonych ze statusem wykluczonego. Piętnem 
wykluczonego w epoce kurczenia się czasu i przestrzeni jest bezruch. W Pelican Bay 
niemal do perfekcji doprowadzona została technika unieruchamiania.
Jeżeli  obozy koncentracyjne służyły za laboratoria społeczeństwa  totalitarnego, w 
których badano, do jakiego stopnia człowiek jest w stanie podporządkować się i dać 
zniewolić, a budowane w duchu Panoptikonu domy poprawcze były laboratoriami 
społeczeństwa   przemysłowego,   gdzie   próbowano   wyznaczyć   granice,   w   jakich 

background image

działanie   człowieka   może   się   zmienić   w   rutynę,   to   więzienie   Pelican   Bay   jest 
laboratorium społeczeństwa „zglobalizowanego" (czy też „planetarnego", używając 
określenia   Alberto   Melucciego),   gdzie   testuje   się   techniki   przestrzennego 
ograniczenia oraz unieruchomienia odpadów i śmieci procesu globalizacji.

WIĘZIENIA W EPOCE POPOPRAWCZEJ

Oprócz funkcji resocjalizacyjnych Thomas Mathiesen w swej książce Prison on Trial 
[„Więzienie   przed   sądem"]   poddaje   skrupulatnej   analizie   inne,   szeroko 
rozpowszechnione przekonania, które mają usprawiedliwiać więzienie jako sposób 
rozwiązywania   ostrych   i   szkodliwych   problemów   społecznych:   teorie   o 
zapobiegawczej   funkcji   więzień   (zarówno   w   wymiarze   uniwersalnym,   jak 
indywidualnym);   o   więzieniu   jako   środku   odbierającym   przestępcy   możliwość 
łamania  prawa; o więzieniu jako karze... Wszystkie one bez wyjątku okazują się 
logicznie niespójne i nie sposób ich empirycznie udowodnić. Nie udało się znaleźć 
żadnego   dowodu   na   poparcie   tezy,   że   więzienia   w   istocie   pełnią   funkcje 
przypisywane im przez te teorie, nie mówiąc już o dowiedzeniu tego faktu; ani też by 
ich   działanie   było   uwieńczone   powodzeniem   w   wypadku,   gdy   podejmują   próbę 
spełnienia   teoretycznych   założeń.   Natomiast   pod   względem   sprawiedliwości 
większość   środków   stosowanych   lub   proponowanych   przez   te   teorie   nie   daje   się 
obronić z punktu widzenia etyki. (Na przykład: „jakie moralne podstawy ma fakt 
ukarania kogoś, i to ciężko, po to, by zapobiec popełnianiu podobnych czynów przez 
zupełnie   innych   ludzi?"   Problem   jest   jeszcze   bardziej   niepokojący   z   etycznego 
punktu   widzenia,   ponieważ   „ci,   których   karzemy,   są   w   dużej   mierze   ludźmi 
naznaczonymi przez biedę i los, potrzebującymi raczej pomocy niż kary".)
Liczba   ludzi   przebywających   w   więzieniach   lub   oczekujących   na   wyrok, 
prawdopodobnie   skazujący   ich   na   pobyt   w   więzieniu,   rośnie   szybko   niemal   we 
wszystkich   krajach.   Prawie   wszędzie   więzienia   przeżywają  boom  budowlany.  Na 
całym świecie  rosną wydatki z budżetu poszczególnych państw,  przeznaczone na 
„siły   porządku   i   prawa",   co   w   praktyce   oznacza   policję   i   służby   więzienne.   Co 
ważniejsze, w społeczeństwie grupa osób pozostających w bezpośrednim konflikcie z 
prawem i uwięzionych proporcjonalnie wzrasta, i to w tempie sygnalizującym coś 
więcej niż tylko czysto ilościową zmianę. Prowadzi to do wniosku, że „w polityce 
wobec   przestępczości   znaczenie   rozwiązań   instytucjonalnych   znacznie   wzrosło"   i 
wskazuje   ponadto,   że   istnieje   przyjmowane   przez   rządy   i   cieszące   się   szerokim 
poparciem opinii publicznej założenie, iż „mamy do czynienia z rosnącą potrzebą 
objęcia dyscypliną znacznych segmentów społeczeństwa i grup ludności".
Innymi słowy, szybki rozwój praktyki karania więzieniem sugeruje, że pojawiły się 
duże grupy ludności, wobec których z tego czy innego powodu jest ona stosowana, 
ponieważ stanowią one zagrożenie dla porządku społecznego. Usunięcie ich siłą z 
pola   stosunków   społecznych   (przez   zamknięcie   w   więzieniu)   traktuje   się   jako 
skuteczny sposób neutralizacji zagrożenia; służyć ma również ucisza niu społecznych 
niepokojów, które ono budzi.
Procent   ludności   odbywającej   karę   więzienia   jest   różny   w   rozmaitych   krajach, 
odzwierciedlając zróżnicowanie tradycji kulturowych i odmienne historie praktyki i 

background image

teorii kary. Jednak szybki wzrost liczebny wydaje się zjawiskiem uniwersalnym dla 
całego   „najbardziej   rozwiniętego"   wierzchołka   świata.   Według   najświeższych 
danych,   starannie   zestawionych   przez   Nilsa   Christie,   USA   wyraźnie   przoduje   i 
znacznie   wyprzedza   resztę   (choć   Amerykę   szybko   dogania   nowa   Federacja 
Rosyjska):   w   sumie   przeszło   2   procent   całej   populacji   Stanów   Zjednoczonych 
znajdowało się pod kontrolą instytucji karnych. Największe wrażenie robi prędkość 
wzrostu: w 1979 roku na 100 000 mieszkańców przypadało 230 więźniów; 1 stycznia 
1997 r. było ich już 649. (Na niektórych obszarach przyrost jest oczywiście o wiele 
wyższy: w dystrykcie Anacostia, gdzie skupia się większość najbiedniejszej ludności 
Waszyngtonu, połowa mieszkańców płci męskiej między 16 a 35 rokiem życia albo 
oczekuje na wyrok, albo jest w więzieniu, albo ma karę w zawieszeniu.) Jak dotąd 
Stany   Zjednoczone   są   niedoścignione,   ale   wzrost   tempa   widoczny   jest   niemal 
wszędzie. Nawet w Norwegii, słynącej z tego, że wyjątkowo niechętnie wydaje się 
tam wyroki skazujące na więzienie, proporcja więźniów na 100000 mieszkańców 
wzrosła od mniej niż czterdziestu na początku lat sześćdziesiątych do sześćdziesięciu 
czterech obecnie. W Holandii w tym samym okresie liczba więźniów na 100 000 
mieszkańców   wzrosła  z trzydziestu  do  osiemdziesięciu   sześciu;   w Anglii i  Walii 
obecnie   na   100000   mieszkańców   przypada   stu   czternastu   więźniów,   a   kraj 
„potrzebuje co tydzień nowego więzienia, by sprostać napływowi, który wydaje się 
nie mieć końca".
Skoro wzrost liczby więźniów nie ogranicza się do wybranej grupy krajów, lecz jest 
zjawiskiem w dużym stopniu uniwersalnym, poszukiwanie wyjaśnienia tego stanu 
rzeczy w polityce poszczególnych państw, albo w ideologii lub praktyce takiej czy 
innej   partii,   prawdopodobnie   wprowadzałoby   w   błąd   i   zwyczajnie   okazało   się 
bezpłodne   (choć   podobnym   błędem   byłoby   nie   uznać   wpływu,   jaki   polityka   na 
szczeblu krajowym może mieć na przyspieszenie lub spowolnienie tego wzrostu). 
Ponadto   nic   nie   wskazuje   na   to,   że   zaufanie   pokładane   w   instytucji   więzienia   i 
uznawanie jej za podstawowe narzędzie do rozwiązywania tego, co określone zostało 
jako dokuczliwe i budzące niepokój problemy, urosło gdziekolwiek do rangi karty 
przetargowej w walce wyborczej. Konkurenci, choćby stali na zupełnie odmiennych 
stanowiskach, jeżeli chodzi o rozwiązanie innych palących problemów, zwykle w 
tym jednym punkcie wykazują absolutna zgodność, a jedyną publicznie okazywaną 
przez każdego troską jest przekonanie wyborców, że to właśnie on, nie kto inny, 
będzie   więził   przestępców   z   większą   determinacją   i  bardziej   bezlitośnie   niż  jego 
polityczni   rywale.   Kusi   zatem,   by   stwierdzić,   że   przyczyny   tego   wzrostu   mają 
ponadpartyjną i ponadpaństwową naturę, a charakter raczej globalny niż związany z 
konkretnym   miejscem   (zarówno   w   znaczeniu   terytorialnym,   jak   i   kulturalnym). 
Według   wszelkiego   prawdopodobieństwa,   przyczyny   te   łączą   się   w   sposób 
nieprzypadkowy z przekształceniami ujmowanymi pod zbiorczą nazwą globalizacji.
Oczywistą   przyczyną   wzrostu   liczby   więźniów   jest   wyraźny   wzrost   publicznego 
znaczenia   „zachowania   porządku   i  prawa";   a  zwłaszcza   wyraz,   jaki  znaczenie   to 
znajduje   w   formułowaniu   naukowych   i   autorytatywnych   interpretacji   chorób 
społecznych oraz w programach politycznych, które obiecują skuteczną z nimi walkę. 
W   Postmodernity   and   its   Discontents   (Polity   Press   1997)   [Ponowoczesność   i   jej 
zawody]   twierdziłem,   że   niezależnie   od   tego,   czy   Zygmunt   Freud   miał   rację, 

background image

utrzymując,   że   zamiana   znacznej   części   osobistej   wolności   jednostki   na   środki 
zbiorowo   gwarantowanego   bezpieczeństwa   była   główną   przyczyną   psychicznych 
dolegliwości i cierpień w „klasycznym" okresie cywilizacji nowoczesnej, to dziś, w 
okresie   późnej   nowoczesności   lub   ponowoczesności,   tendencja   jest   odwrotna: 
obserwujemy wyraźną skłonność do tego, by rezygnować z bezpieczeństwa w zamian 
za   możliwość   pozbycia   się   coraz   większej   ilości   więzów   krępujących   swobodę 
wyboru,   co   stwarza   bardzo   powszechne   uczucia   niepewności   i   lęku.   Właśnie   te 
uczucia szukają ujścia w niepokoju o zachowanie porządku i prawa, albo też troska ta 
jest dla nich wyzwaniem.
Pełne zrozumienie tego znaczącego „przeniesienia niepokoju" staje się zrozumiałe, 
jeśli połączyć to, co język   w swej czasem przesadnej gorliwości do rozróżniania i 
wytyczania granic   podzielił. Mówiącemu po angielsku trudno jest wykryć jedność 
emocji i czynów, które stoją za rzekomo różnymi   bo językowo oddzielonymi od 
siebie     doświadczeniami   solidności,   bezpieczeństwa   i   pewności   [security,   safety, 
certainty]; znacznie łatwiej może ją jednak uchwycić mówiący po niemiecku, dzięki 
oszczędności  tego języka,  czasem  wręcz  niezwykłej: niemieckie  słowo  Sicherheit 
obejmuje   wszystkie   trzy   doświadczenia   (pewności,   poczucia   bezpieczeństwa   i 
solidności)   i   nie   uwzględnia   ich   autonomii,   którą   ludzie   mówiący   po   angielsku 
uważają za oczywistą.
U progu nowoczesności Freiheit stało się słowem nadużywanym przez poszukiwaczy 
pewności,   poczucia   bezpieczeństwa   i   solidności;   Sicherheit   natomiast   stanowi 
pierwszą   ofiarę   wolności   jednostki,   która   zrobiła   karierę   w   czasach   późnej 
nowoczesności.   I   jako   że   trudno   nam   byłoby   oddzielić   od   siebie   trzy   rodzaje 
niepokoju,   gdyby   nie   trzy   słowa,   które   sugerują   istnienie   trzech   przedmiotów 
semantycznych, nie ma specjalnie wątpliwości co do tego, że głód pozbawionych 
ryzyka,   czyli   niezawodnych   wyborów   oraz   rosnąca   niejasność   reguł   gry,   która 
sprawia,   że   niemal   każdy   ruch   staje   się   nie   pewny,   zaczynają   być   odbierane 
powszechnie   jako   zagrożenie   bezpieczeństwa     najpierw   własnego   ciała,   a   potem 
własności,   czyli   przestrzennego   przedłużenia   ciała.   W   świecie   coraz   bardziej 
niestabilnym   i   niepewnym   wycofanie   się   do   bezpiecznego   azylu,   którym   byłoby 
miejsce   określone   terytorialnie,   stanowi   nie   lada   pokusę;   podobnie   obrona   tego 
miejsca  „bezpiecznego domu"  staje się hasłem otwierającym wszystkie drzwi, które, 
jak   czujemy,   muszą   pozostawać   zamknięte,   byśmy   mogli   odeprzeć   potrójne 
zagrożenie duchowego i materialnego komfortu.
Poszukiwanie   bezpieczeństwa   wywołuje   wiele   napięć,   a   tam,   gdzie   rodzą   się 
napięcia, sprytni inwestorzy i trzeźwo myślący maklerzy szybko dostrzegają szansę 
zbicia politycznego kapitału. Odwoływanie się do lęków związanych z zagrożeniem 
bezpieczeństwa ma prawdziwie ponadklasowy i międzypartyjny charakter, podobnie 
jak   sam   lęk.   Być   może   jest   to   sprzyjający   zbieg   okoliczności   dla   politycznych 
spekulantów,   żywiących   nadzieję,   że   podstawowy   problem   braku   poczucia 
stabilności i pewności zogniskował się w ogólnym niepokoju o stan bezpieczeństwa. 
Od polityków oczekuje się, by zaradzili w dwóch pierwszych kwestiach, ponieważ 
widać ich, jak krzyczą i debatują na temat trzeciej.
To   naprawdę   szczęśliwy   zbieg   okoliczności,   jako   że   na   pierwsze   dwa   rodzaje 
niepokoju w rzeczywistości nie ma lekarstwa. Rządy nie mogą obiecać nic innego, 

background image

jak większą „elastyczność siły roboczej", co w ostatecznym rozrachunku oznacza 
jeszcze większą niestabilność i to niestabilność bardziej obezwładniającą i bolesną 
niż dotąd. Poważny rząd nie może też obiecać poczucia pewności, ponieważ   co 
niemal powszechnie uważa się za bezdyskusyjne, musi zapewnić swobodę wybitnie 
kapryśnym i nieprzewidywalnym „siłom rynku", które wywalczywszy sobie prawo 
do   eksterytorialności,   znajdują   się   daleko   poza   zasięgiem   działania   bezradnych 
rządów   lokalnych.   Niemniej   walka   z   przestępczością   zagrażającą   osobistemu 
bezpieczeństwu (lub działania, które tak wyglądają), jest wariantem możliwym do 
realizacji i, co więcej, posiadającym ogromny potencjał wyborczy. W jej wyniku 
Sicherheit zyska niewiele, ale elektorat rośnie jak na drożdżach.

BEZPIECZEŃSTWO: REALNY ŚRODEK DO NIEUCHWYTNEGO CELU

Ograniczenie złożonego zagadnienia Sicherheit do osobistego bezpieczeństwa ma z 
politycznego   punktu   widzenia   jeszcze   inne   zalety.   Wszystkie   akcje   związane   z 
bezpieczeństwem są o wiele bardziej spektakularne, lepiej nadają się do oglądania i 
pokazywania w telewizji niż jakiekolwiek działanie wymierzone w głębsze, a z tego 
właśnie   powodu   mniej   namacalne   i   bardziej   abstrakcyjne   pokłady   choroby 
społecznej. Walka z przestępczością, podobnie jak sama przestępczość, a zwłaszcza 
przestępstwa   naruszające   ludzką   cielesność   i   własność,   są   wspaniałym, 
podniecającym i wciągającym widowiskiem. Producenci i scenarzyści pracujący dla 
mass   mediów   mają   tego   pełną   świadomość.   Jeśliby   oceniać   stan   społeczeństwa 
według jego własnych udramatyzowanych reprezentacji (jak czyni zresztą większość 
z nas, niezależnie od tego, czy przed sobą i innymi przyznajemy się, że tak jest), to 
nie   tylko   procent   przestępców   w   stosunku   do   „zwykłych   ludzi"   byłby   znacznie 
wyższy niż procent osób przebywających już w więzieniu, a świat wydawałby się 
generalnie podzielony na przestępców i strażników porządku, ale całe życie ludzkie 
przypominałoby żeglugę przez wąski przesmyk pomiędzy groźbą napadu a walką z 
potencjalnymi bandytami.
Efektem   jest   samonapędzający   się   strach.   Troska   o   osobiste   bezpieczeństwo, 
przewyższająca inne wyrażone lęki, rzuca jeszcze głębszy cień na wszystkie powody 
do obaw.
Dodatkowo jest przeciążona znaczeniami nadawanymi jej przez tych, którzy poddają 
się egzystencjalnej niepewności i którym brakuje poczucia psychicznej stabilności. 
Rządy mogą odetchnąć: nikt, albo prawie nikt, nie będzie ich naciskał, by zrobiły coś 
w kwestiach, których nie są w stanie objąć ani unieść na swych barkach. Nikt jednak, 
kto   ogląda   codzienne   reportaże,   filmy   dokumentalne,   fabularyzowane   dokumenty 
oraz starannie stylizowane na dokument fabuły, opowiadające o nowych rodzajach 
broni oddanej do dyspozycji policji, skomputeryzowanych zamkach w więzieniach, 
alarmach   antywłamaniowych   oraz   o   walecznych   oficerach   służb   specjalnych   i 
detektywach ryzykujących życie, byśmy mogli spokojnie spać, nie oskarży rządów o 
bezczynność i obojętność wobec niepokojów trapiących społeczeństwo.
Budowanie   nowych   więzień,   uchwalanie   nowych   praw,   które   zwiększają   liczbę 
wykroczeń karanych więzieniem i wydłużają czas  kary   wszystko to sprawia,  że 
popularność   rządu   wzrasta;   wykazuje   dobitnie,   że   rząd   jest   twardy,   gotowy   na 

background image

wszystko i dysponuje odpowiednimi środkami, a przede wszystkim, że „coś robi", i 
to nie tylko bezpośrednio w związku z osobistym bezpieczeństwem obywateli, ale na 
zasadzie implikacji, także jeżeli chodzi o ich poczucie stabilności i pewności. I do 
tego   robi   to   w   sposób   bardzo   teatralny,   namacalny   i   widzialny,   i   wysoce 
przekonywający.
Spektakularny charakter kary   jej uniwersalność, surowość i szybkość   ma większe 
znaczenie niż skuteczność, która, zważywszy obojętność publiczności i jej krótką 
pamięć, rzadko bywa poddawana weryfikacji. Jest on ważniejszy nawet od liczby 
wykrytych i odnotowanych przestępstw, choć, oczywiście, dobrze jest od czasu do 
czasu zwrócić publiczną uwagę na nowy rodzaj przestępstwa i doprowadzić do tego, 
by zostało ono uznane za wyjątkowo obrzydliwe i odrażające, a także wszechobecne; 
wówczas, gdy zorganizuje się nową kampanię zmierzającą do jego wykrywania i 
karania,   jako   że   dzięki   działaniom   tego   rodzaju   opinia   publiczna   skupia   się   na 
niebezpieczeństwie,   którego   korzenie   tkwią   w   przestępczości   i   przestępcach, 
natomiast nie zastanawia się nad tym, dlaczego, pomimo wszystkich tych działań 
mających   przywrócić   utęskniony   Sicherheit,   ludzie   ciągle   czują   się   niepewni, 
zagubieni i wystraszeni jak dawniej.
Coś   więcej   niż   szczęśliwy   zbieg   okoliczności   wiąże   skłonność   do   łącznego 
traktowania   niepokojów   typowych   dla   ponowoczesnej   czy   też   późnonowoczesnej 
egzystencji   z   nową   rzeczywistością   polityczną   państw   narodowych.   Łączenie 
poczucia   niepewności   oraz   braku   obezwładniającej   wręcz   troski   o   osobiste 
bezpieczeństwo z ograniczeniem niezależności państwowej, charakterystycznym dla 
epoki globalizacji, jest nieprzypadkowe.
Tworzenie „bezpiecznego środowiska" w wymiarze lokalnym oraz to, co działanie 
takie przypuszczalnie i realnie pociąga za sobą   tego „siły rynku", dziś globalne i 
eksterytorialne,   oczekują   od   rządów   państw   narodowych   (w   rzeczywistości 
uniemożliwiając im robienie czegokolwiek innego). W świecie finansów globalnych 
rola   rządów   państwowych   sprowadza   się   nieledwie   do   pełnienia   funkcji   nieco 
bardziej rozbudowanego komisariatu policji. Liczba policjantów na rewir i jakość ich 
przeszkolenia;   oczyszczanie   ulic   z   żebraków,   natrętów   i   złodziejaszków;   grubość 
więziennych murów  to czynniki, które mają duży wpływ na „zaufanie inwestorów" i 
liczą się przy decyzji o podjęciu inwestycji lub wycofaniu się z niej. Udoskonalenie 
pracy  posterunkowego jest najlepszą (a może  jedyną) rzeczą, którą rząd jakiegoś 
państwa może zrobić, by nakłonić wędrowny kapitał do zainwestowania w dobrobyt 
jego obywateli. W ten sposób najkrótsza droga do wzrostu gospodarczego kraju, a co 
za   tym   idzie,   do   dobrego   samopoczucia   wyborców   wiedzie   przez   publiczną 
demonstrację policyjnego potencjału państwa.
Dbałość   o   „ład   i   porządek   w   państwie",   która   niegdyś   była   skomplikowanym 
zadaniem,   odzwierciedlającym   wielorakie   ambicje   oraz   szeroki   zakres 
wielowymiarowej władzy państwa, dziś zawęża się do walki z przestępczością. W tej 
dziedzinie   wszelako   coraz   bardziej   uprzywilejowaną,   właściwie   wiodącą   rolę 
przyznaje   się   polityce   w   zakresie   więziennictwa.   Centralna   rola   walki   z 
przestępczością nie do końca tłumaczy przyczyny więziennego boomu: są w końcu 
inne   sposoby   zwalczania   rzeczywistych   czy   rzekomych   zagrożeń   osobistego 
bezpieczeństwa obywateli. Poza tym jak dotąd nic nie wskazuje na to, że zamykanie 

background image

w więzieniach coraz większej liczby ludzi na coraz dłuższy czas to najskuteczniejszy 
z tych sposobów. Można więc się domyślać, że jakieś inne czynniki powodują, iż 
wybiera się zamknięcie w więzieniu jako najlepszy dowód na to, że „coś zostało 
zrobione", że słowa przybierają postać z krwi i kości. Uznanie więzienia za kluczową 
strategię w walce o bezpieczeństwo obywateli oznacza ujęcie problemu w idiomie 
współczesności: języku natychmiast zrozumiałym, odwołującym się do wspólnego, 
bliskiego wszystkim doświadczenia.
Współczesna   egzystencja   rozpięta   jest   na   drabinie   hierarchii   wznoszącej   się   od 
lokalności ku temu, co globalne. Swoboda poruszania się po świecie oznacza awans 
społeczny   i   sukces,   podczas   gdy   bezruch   wydziela   odstręczający   odór   klęski   i 
przegranego   życia,   oznaczającego   pozostanie   w   tyle.   Coraz   bardziej   globalność   i 
lokalność zyskują charakter wartości przeciwstawnych (i fundamentalnych zarazem); 
wartości   najgoręcej   pożądanej   lub   budzącej   niechęć;   wartości,   wokół   których 
koncentrują   się   życiowe   marzenia,   koszmary,   zmagania.   Coraz   częściej   wyrazem 
życiowych ambicji jest dążenie do swobody poruszania się i wyboru miejsca pobytu, 
możliwości podróżowania po świecie; z drugiej strony, życiowe lęki koncentrują się 
wokół zamknięcia, braku zmiany, usunięcia z miejsc, po których inni
poruszają się i korzystają bez przeszkód. „Dobrze żyć"   oznacza żyć w ruchu, a 
dokładniej mieć komfortowe poczucie, że zawsze możemy z łatwością wyruszyć w 
podróż, gdyby pozostawanie w miejscu przestało nam odpowiadać. Wolność zaczęła 
oznaczać   przede   wszystkim   wolność   wyboru,   a   wybór   zyskał   wyraźnie   wymiar 
przestrzenny.
W epoce kurczenia się czasu i przestrzeni tak wiele cudownych i nieznanych wrażeń 
wabi z oddali, że „dom", choć ciągle atrakcyjny, najczęściej dostarcza słodkogorzkiej 
przyjemności   uczucia   tęsknoty   za   domem.   Solidne,   ceglane   ciało   „domu"   rodzi 
niechęć i bunt. Jeżeli jest on zamknięty od zewnątrz, a wyjście majaczy w dalekiej 
perspektywie lub w ogóle nie widać na nie szansy, dom zmienia się w więzienie. 
Przymusowy bezruch; sytuacja przywiązania do miejsca, z którego nie wolno się 
nigdzie   ruszyć,   wydaje   się   najbardziej   obrzydliwym,   okrutnym   i   odrażającym 
stanem.   To   raczej   zakaz   poruszania   się   niż   frustracja   faktycznie   odczuwanego 
pragnienia   ruchu   sprawia,   że   sytuacja   ta   jest   wyjątkowo   przykra.   Obowiązujący 
kogoś   zakaz   poruszania   się   jest   najbardziej   wymownym   symbolem   niemocy, 
bezradności i bólu.
Nie  budzi  więc wątpliwości   fakt,  że  więzienie,  które  równocześnie   jawi  się  jako 
najskuteczniejszy   sposób   obezwładniania   potencjalnie   szkodliwych   ludzi   oraz 
najbardziej   bolesna   kara   za   złe   czyny,   stosunkowo   łatwo   wydaje   się   sensowna, 
zgodna z wymogami rozsądku. Unieruchomienie jest losem, jakiego ludzie ogarnięci 
lękiem przed brakiem możliwości ruchu naturalnie życzyliby tym, o których sądzą, iż 
zasłużyli na surową, ciężką karę losu, jakiego by się dla nich domagali. Inne formy 
kar   i   środków   zapobiegawczych   wydają   się   wyrozumiałe,   nieodpowiednie   i 
nieskuteczne  bezbolesne w porównaniu z więzieniem.
Jednak   więzienie   nie   oznacza   jedynie   unieruchomienia,   ale   także   eksmisję.   Ta 
ostatnia   wzmaga   dodatkowo   popularność   więzienia   w   potocznym   odbiorze   jako 
środka,   który   „godzi   w   niebezpieczeństwo   u   jego   korzeni".   Uwięzienie   oznacza 
wyłączenie     pod   strażą,   być   może   na   stałe   (a   kara   śmierci   dostarcza   idealnego 

background image

wzorca, według którego mierzy się wszystkie inne wyroki). Ten aspekt także porusza 
bardzo wrażliwą strunę. Hasło brzmi: „nasze ulice  znowu bezpieczne", a cóż lepiej 
zapowiada jego spełnienie niż usunięcie nosicieli niebezpieczeństwa i zamknięcie ich 
w przestrzeni leżącej poza zasięgiem wzroku i dotyku; przestrzeni, z której nie mogą 
uciec?
Niepewność panująca wokół nas skupia się na lęku o osobiste bezpieczeństwo, który 
z kolei nabiera ostrości w zetknięciu z dwuznaczną, nieprzewidywalną osobą obcego. 
Obcego   na   ulicy;   obcego,   który   kręci   się   koło   domu...   Alarmy   antywłamaniowe, 
patrolowane przez ochroniarzy osiedla, strzeżone bramy do prywatnych rezydencji 
wszystko   to   ma   jeden   cel:   trzymać   obcych   na   odległość.   Więzienie   jest   jedynie 
najbardziej radykalnym z wielu środków i różni się od reszty nie rodzajem działania, 
lecz   poziomem   skuteczności.   Ludzie   wychowani   w   kulturze   alarmów 
antywłamaniowych   i   urządzeń   zabezpieczających   przed   złodziejami   są   w   sposób 
zupełnie   naturalny   zwolennikami   skazujących   na   więzienie   wyroków.   Wszystko 
składa się w jedną spójną całość, a ogarnięta chaosem egzystencja odzyskuje logikę.

SYSTEM NIE DZIAŁA

„Wiemy dzisiaj  pisze Thomas Mathiesen  że system karny uderza przede wszystkim 
w dół drabiny społecznej, a nie w jej wierzchołek." Socjologowie prawa i praktyk 
karnych   dostarczyli   obszernych   wyjaśnień,   dlaczego   tak   być   musi,   a   kilka 
konkretnych przykładów stało się przedmiotem nie kończącej się dyskusji.
Pierwsze   miejsce   wśród   nich   zajmuje   podejście   prawodawców,   którzy   traktując 
rzeczywistość   dość   wybiórczo,   starają   się   utwierdzać   bardzo   określony   rodzaj 
porządku. Czyny popełniane najczęściej przez ludzi, dla których brakuje miejsca w 
ustalonym porządku, przez społecznie upośledzonych i uciskanych, mają największą 
szansę   na   pojawienie   się   w   kodeksie   karnym.   Okradanie   całych   narodów   z   ich 
bogactw   nazywa   się   „promowaniem   wolnego   rynku";   okradanie   całych   rodzin   i 
wspólnot lokalnych ze środków do życia nazywa się „redukcją zatrudnienia" lub po 
prostu   „modernizacją".   Żaden   z   tych   czynów   nigdy   nie   został   nazwany 
przestępstwem i nigdy nie podlegał karze.
Poza tym, jak szybko przekona się każda jednostka policji zajmująca się walką z 
poważnymi   przestępstwami,   sprzeczne   z   prawem   czyny   popełniane   „na   górze" 
niezmiernie   trudno   jest   rozwikłać,   bo   wplecione   są   w   gęstą   sieć   codziennych 
„zwykłych" spraw firmy. Jeśli chodzi o działania zmierzające w sposób jawny do 
osiągnięcia korzyści kosztem innych, granica między posunięciami dozwolonymi i 
niedozwolonymi   jest   słabo   określona   i   zawsze   pozostaje   dyskusyjna     nie   ma 
porównania   z   kojącą   jednoznacznością   naruszenia   cudzego   bezpieczeństwa   przez 
wyważenie  zamka  w drzwiach. Nic więc dziwnego, że, jak stwierdza Mathiesen, 
więzienia   „są   wypełnione   na   ogół   ludźmi   należącymi   do   dolnych   warstw   klasy 
robotniczej, którzy popełnili kradzież albo inne «tradycyjne» przestępstwo".
Przestępstwa   popełniane   „na   górze"   są   nie   tylko   kiepsko   zdefiniowane,   ale   też 
niezmiernie trudne do wykrycia. Popełniane są w zamkniętym kręgu ludzi, których 
łączy poczucie wspólnictwa, lojalność wobec instytucji oraz espnt de corps; ludzi, 
którzy zwykle skutecznie potrafią wykryć i uciszyć lub wyeliminować potencjalne 

background image

źródła  „przecieków".   Popełnienie  tych  przestępstw   wymaga  finansowej   i prawnej 
kompetencji na poziomie, który ludziom z zewnątrz praktycznie uniemożliwia ich 
przeniknięcie, zwłaszcza pozbawionym odpowiedniego wykształcenia laikom.
Nie   posiadają   też   „ciała",   fizycznej   formy:   istnieją   w   wiecznej,   wyobrażonej 
przestrzeni   czystej   abstrakcji:   są   w   sensie   dosłownym   niewidzialne   i   potrzeba 
wyobraźni na miarę autorów przestępstwa, by wyśledzić jego materię w tak ulotnej 
postaci. Wiedziona intuicją i zdrowym rozsądkiem publiczność może podejrzewać, 
że   złodziejstwo   odegrało   jakąś   rolę   w   historii   wielkich   fortun,   jednak   wskazanie 
palcem, kiedy i gdzie, pozostaje nadal zadaniem budzącym obawy.
Jedynie w rzadkich i krańcowych wypadkach „przestępstwa korporacyjne" trafiają do 
sądu   i   wychodzą   na   widok   publiczny.   Malwersatorzy   i   oszuści   podatkowi   mają 
nieskończenie   większą   możliwość   uniknięcia   sądu   niż   kieszonkowcy   i   rabusie. 
Strażnicy lokalnego porządku dobrze zdają sobie sprawę z wyższości sił globalnych i 
wykrycie przestępstw tego rodzaju zawsze uważają za sukces.
Poza   tym,   jeżeli   chodzi   o   przestępstwa   popełniane   „na   górze",   to   nadzór   opinii 
publicznej   jest   w   najlepszym   wypadku   sporadyczny   i   powierzchowny,   a   w 
najgorszym   nie   ma   go   wcale.   Potrzeba   wyjątkowo   spektakularnego   oszustwa, 
oszustwa o „ludzkim wymiarze", z ofiarami, którymi są emeryci lub drobni ciułacze i 
które można nazwać po imieniu (choć nawet wtedy potrzebna jest dodatkowo mała 
armia dziennikarzy), by wzbudzić zainteresowanie opinii publicznej i utrzymać je 
dłużej niż dzieńdwa. To, co dzieje się podczas procesów o malwersacje dokonywane 
na wysokim szczeblu, przerasta możliwości intelektualne zwykłego czytelnika gazet; 
poza tym brakuje w tym dramatyzmu, dzięki któremu procesy zwykłych złodziei i 
morderców są tak fascynującym spektaklem.
Przestępstwo dokonane „na górze" (zwykle na eksterytorialnym wierzchołku drabiny 
społecznej) może być w ostatecznym rozrachunku jedną z przyczyn egzystencjalnej 
niepewności,   czasami   najważniejszą,   i   mieć   przez   to   bezpośredni   związek   z 
dokuczliwym   niepokojem,   który   jest   źródłem   ich   lęku   o   własne   bezpieczeństwo, 
natrętnie   nawiedzającym   mieszkańców   późnonowoczesnego   świata.   Wyobraźnię 
przerasta   jednak   powiązanie   popełnionego   „na   górze"   wykroczenia   z   utratą 
bezpieczeństwa. Zagrożenie odczuwane w związku z tym przestępstwem należy do 
zupełnie   innego   porządku.   Niesłychanie   trudno   wykazać,   jak   doprowadzenie 
winnych   przed   wymiar   sprawiedliwości   mogłoby   ulżyć   w   codziennych,   o   wiele 
bardziej namacalnych cierpieniach czających się w złych dzielnicach i na zakazanych 
uliczkach miasta. Niewiele kapitału politycznego da się więc wycisnąć z tego, że 
„widzą   nas,   jak   «robimy   coś»   z   przestępstwami   popełnianymi   «na   górze»". 
Niewielkie  są  więc  naciski  na  prawodawców  i strażników  porządku, by  wytężali 
umysł i napinali muskuły do skuteczniejszej walki z tego rodzaju przestępstwami. 
Nie   ma   porównania   z   larum   podnoszonym   przeciwko   złodziejom   samochodów, 
rabusiom i gwałcicielom, a także przeciw tym, którzy w opinii publicznej ponoszą 
odpowiedzialność za praworządność i porządek, a wykazują zbytnią pobłażliwość lub 
opieszałość w wysyłaniu przestępców do więzienia, gdzie jest ich miejsce.
Na koniec trzeba jeszcze pamiętać, że nowa globalna elita ma niesłychaną przewagę 
nad strażnikami porządku: porządek jest lokalny, podczas gdy elita i wolny rynek, 
którego praw przestrzega, są pozalokalne. Jeśli stróże lokalnego porządku stwarzają 

background image

zbyt   wiele   trudności   i   stają   się   za   bardzo   natrętni,   można   odwołać   się   do   praw 
globalnych   i   zmienić   lokalne   rozumienie   porządku   i   miejscowe   reguły   gry. 
Oczywiście   zawsze   istnieje   możliwość,   by   się   przenieść   gdzie   indziej,   jeśli   na 
miejscu sytuacja staje się za bardzo napięta i niewygodna. Globalność nowych elit 
oznacza   możliwość   poruszania   się,   która   z   kolei   oznacza   możliwość   ucieczki   i 
stosowania  uników. Jeżeli dojdzie do konfliktu, zawsze znajdą się miejsca,  gdzie 
lokalni strażnicy porządku chętnie spojrzą na sprawę z innej perspektywy.
Powyższe czynniki razem wzięte prowadzą do identyfikacji przestępstwa z (zawsze 
lokalną)   underclass;   albo     co   w   zasadzie   na   jedno   wychodzi     do   kryminalizacji 
ubóstwa. Najbardziej popularne w opinii publicznej typy przestępców  niemal  bez 
wyjątku pochodzą z nizin społecznych. Getta wielkich miast i zakazane dzielnice 
uważa   się   za   kolebkę   zbrodni  i   przestępstwa.   I  odwrotnie     źródła  przestępczości 
(przestępczości, która naprawdę się liczy   uważanej za zagrożenie dla osobistego 
bezpieczeństwa) wydają się mieć charakter wyłącznie miejscowy, lokalny.
Donald   Clemmer   ukuł   w   1940   roku   termin   „uwięziennienie"   [prisonization] 
opisujący   rzeczywiste   skutki   pozbawienia   wolności,   zdecydowanie   różne   od 
„reedukującego"   i   „resocjalizującego"   wpływu   przypisywanego   zamknięciu   w 
więzieniu   przez   jego   teoretyków   i   propagatorów.   Jak   stwierdził   Clemmer, 
więźniowie przyswajali sobie bardzo swoistą „kulturę więzienną", sprawiającą, że 
jeszcze gorzej nadawali się do życia poza murami więzienia i w jeszcze mniejszym 
stopniu byli w stanie przestrzegać zasad „zwykłego życia". Jak wszystkie kultury, 
kultura więzienna posiada zdolność samoreprodukcji. Według Clemmera więzienie 
było szkołą przestępstwa.
Czternaście lat później Lloyd W. McCorkle i Richard R. Korn opublikowali wyniki 
kolejnych   badań,   wyraźnie   ujawniających   mechanizm,   dzięki   któremu   więzienia 
stawały   się   szkołami   przestępczości.   Cały   proces   policyjny   i   sądowy,   którego 
uwieńczeniem   jest   kara   więzienia,   stanowi   w   pewnym   sensie   długi   i   starannie 
ustrukturowany   rytuał   symbolicznego   odrzucenia   i   fizycznego   wyłączenia. 
Odrzucenie i wyłączenie są upokarzające, i takie mają być. Mają przyczynić się do 
tego, by osoba odrzucona i wyłączona uznała swą społeczną niedoskonałość i fakt, że 
jest gorsza. Nic dziwnego więc, że ofiary starają się bronić. Zamiast
pokornie zaakceptować sytuację i zamienić odrzucenie społeczne w samoodrzucenie, 
wolą odrzucić tych, którzy ich odrzucili.
Osoby wykluczone uciekają się więc do środków, jakie im pozostały, a one wszystkie 
wymagają użycia przemocy. Odrzuceni uciekają się do metod, dzięki którym rośnie 
ich „władza dokuczania"   jedyna władza, którą mogą przeciwstawić przeważającej 
potędze tych, którzy ich odrzucili i wykluczyli. Strategia „odrzucenia odrzucających" 
szybko   przenika   do   stereotypu   odrzuconego,   dodając   do   wizerunku   przestępcy 
przekonanie o jego wrodzonej skłonności do recydywy. W ten sposób więzienie jawi 
się jako podstawowe narzędzie spełniającego się proroctwa.
Oczywiście nie znaczy to, że nie istnieją inne przyczyny przestępstwa i zwyczajni 
przestępcy; oznacza to jednak, że odrzucenie i wykluczenie, którego praktykowaniu 
służy   system   więzienny,   są   integralną   częścią   społecznego   procesu   tworzenia 
przestępstwa oraz że ich wpływu nie można w sposób jednoznaczny oddzielić od 
statystyk dotyczących przestępczości. Znaczy to także, iż ustaliwszy, że więzienia są 

background image

w większości zaludnione przez klasy niższe lub underclass, oczywiście oczekiwać 
będziemy   efektów   samopotwierdzenia   i   samoodtwarzania,   a   co   za   tym   idzie, 
przestępczości najbardziej widocznej u dołu drabiny społecznej.
Clemmer oraz McCorkle i Kom prowadzili badania wśród więźniów przebywających 
w   zakładach   karnych   i  to,   co   tu   zastali,   uznali   za   skutek   pozbawienia   wolności. 
Można jednak przypuszczać, że przedmiotem ich poszukiwań i odkryć były nie tyle 
skutki   oddziaływania   więzienia   jako   takiego,   ile   szersze   zjawiska   zamknięcia, 
odrzucenia   i   wyłączenia.   Innymi   słowy,   więzienia   służyły   za   laboratoria,   gdzie 
tendencje obecne w „normalnym" życiu (choć w bardziej rozmytej postaci) można 
obserwować   w   skondensowanej   i   czystej   formie   (potwierdza   to   praca   Dicka 
Hebdidge'a Hiding in the Light [„Ukrywając w świetle"]) Jeśli byłaby to prawda, to 
tajemniczą   logikę   współczesnej   obsesji   prawa   i   porządku   można   by   próbować 
zrozumieć,   odwołując   się   do   skutków   „uwięziennienia"   i   powszechnego   wyboru 
strategu „odrzucenia odrzucających", z właściwą jej siłą samonapędzania Można by 
tez w tym świetle wytłumaczyć widoczny sukces strategu polegającej na zastąpieniu 
tą obsesją wszystkich innych sposobów stawienia czoła egzystencjalnej niepewności.
Łatwiej   będzie   tez   może   zrozumieć,   dlaczego   pozbawienie   globalnych   swobód 
wzmacnia   lokalne   odrębności   Odrzucenie   tego,   co   miejscowe,   z   jednej   strony 
wywołuje dążenie do tego, by lokalną rzeczywistość obwarować na wzor obozów 
koncentracyjnych, a z drugiej skłania do przekształcenia jej w twierdzę Działania te 
potęgują nawzajem swoje skutki, dodając jednocześnie gwarancję, ze podziałom i 
obcości   „na   dole"   zawsze   towarzyszyć   będzie   ich   bratbliźniak   globalizacja 
zachodząca „na górze".

background image

PRZYPISY

ROZDZIAŁ 1
1

Albert J Dun lap (i Bob Andelman), How I saved Bad Companies and Made 

Good Companies Great, Time Books, New York 1996, s 199200
2

Denis   Duclos,   La   cosmocratie,   nouvelle   classe   planetaire,   „Le   monde 

diplomatique , sierpień 1997, s 14
3

Alberto   Melucci,   The   Playing   Self   Person   and   Meaning   in   the   Planetary 

Society, Cambridge University Press, Cambridge 1966, s 129
4

Paul Vmlio, Un monde surexpose fin de I'histotre, ou fin de la geogra phte ?, 

„Le monde diplomatique", sierpień 1997, s 17 O ile wiem, idea „końca geografii" po 
raz pierwszy pojawiła się u Richarda 0'Bnena (por jego Global Financial Integration 
The/End of Geography Chatham House/Pinter, London 1992)
5

On   Cyberspace   and   Virtual   Reality,   w   Man   and   Information   Technology 

(wykłady   z   międzynarodowego   sympozjum   zorganizowanego   w   1994   r   przez 
Committee on Man, Technology and Society w szwedzkiej Królewskiej Akademii 
Nauk Inżynieryjnych /IVA/), Stockholm 1995, s 41
6

Timothy W Luke, Identity, Meaning and Globalization DetraditwnalizaUon in 

Postmodern  Space  Time  Compression,  w Paul Heelas,  Scott Lash i Paul Morris, 
Detraditionalization (red ), Blackwell, Oksford 1996, s 123 125
7

Paul Vmho, The Lost Dimension, Nowy Jork, Semiotext(e), 1991, s 13

8

Margaret Wertheim, The Pearly Gates of Cyberspace, w Nan Elm, Architecture 

of Fear, (red), Princeton Architectural Press, New York 1997, s 296
9

Steven Flusty, Building Paranoial, w Nan Elm (red), Architecture of Fear, s 

489, 5152
J0 Dick Hebdige, Hiding in the Light, Roudedge, London 1988, s 18
II

Gregory   Bateson,   Steps   to   an   Ecology   of   Mind,   Paladin,   Frogmore   1973,

s 4142
12 Nils Christie, Civility and State, rękopis nie publikowany
ROZDZIAŁ 2
1

Edmund  Leach, Anthropological aspects  of language animal  categories and 

verbal abuse, w Erie H Lenneberg (red), New Directions in the Study of Language, 
University of Chicago Press, Chicago 1964
2

Bronisław   Baczko,   Utopian   Lights   The   Evolution   of   the   Idea   of   Social 

Progress, przeł Judith L Greenberg, Paragon House, New York 1989, s 219235
3

Napisana   przez   D   Vetrasse'a   Histoire   de   Sevarambes   była   według   Baczki 

lekturą   tak   popularną   w   wieku   Oświecenia,   ze   na   przykład   Rousseau   i   Leibnitz 
cytowali ją bez wskazania zrodła, wyraźnie odwołując się do wiedzy powszechnej 
wsrod ich czytelników
4

Jurgen   Habermass,   The   Philosophical   Discourse   of   Modernity,   MIT   Press, 

Cambridge Mass , 1987, s 323
3 Zawartość La ville radieuse poddana została bezwzględnej i bardzo odkrywczej 
analizie   przez   socjologa   polityki   z   Yale,   Jima   Scotta,   moj   komentarz   wiele 

background image

zawdzięcza jego inspirującym spostrzeżeniom
ft   Richard   Sennett,   Uses   of   Disorder   Personal   Identity   and   City   Life,   London, 
Faber&Faber, 1996, zwł s 3943, 101109, 19941995
7 Nan Elm, Shelter from tfie Storm or Form Follows Fear and Vice Versa^v/ Nan 
Ehn (red), Architecture of Fear, Princeton Architectural Press, New York 1997, s 13, 
26 Zbiór szkiców Architecture of Fear został zainspirowany doświadczeniem Nan 
Elm   podczas   badan   terenowych   prowadzonych   w   starań   me   zaprojektowanym 
francuskim „nowym mieście ' Jouy le Moutier Ehn była poruszona odkryciem, ze 
„przedmiot   wzbudzający   lęk   [/   insecurity]   pojawił   się,   mimo   ze   współczynnik 
przestępczości na tym obszarze był śladowy ' (s 7)
8

Mark   Poster,   Database   as   discourse,   or   electronic   interpellations   w   Paul 

Heclas, Scott Lash, Paul Morns (red), Detraditionahzation, Blackwell, Oxford 1996, s 
291, 284
9

Por Thomas Mathiesen, The viewer society Michel Foucautt s ,Panop ticon ' 

revisited, „Theoretical Criminology ' 1997, s 215234
10

George   Gerbner   i   Larry   Gross   Living   with   television   the   violence   profile,

.Journal of Communication" 26, 1976, s 173198, cyt za Mathiesenem

ROZDZIAŁ 3
1

Richard   Sennett,   Something   in   the   city   the   spectre   of   uselessness   and   the 

search for a place at the world, „Times Literary Supplement", 22 września 1995 s 13
2

Martin WooUacott, Bosses must learn to behave better agam ,The Guardian , 

14 czerwca 1997
3

Vincent Cable, The World's New Fissures Identities in Crisis, Demos, London 

1996, s 20, 22
4

Alberto Melucci, Challenging Codes Collective Action in the Information Age, 

Cambridge University Press, 1966, s 150
5

Georg Henrik von Wright, The crists of social science and the withering away 

of the nation state, „Associations" 1, 1997, s 4952
6

Cornelius Castonadis, Pouvoir, politique, autonomie, w Le monde mor cele, 

Seuil, Paris 1990, s 124
7

Jak można się spodziewać, to właśnie „mniejszości etniczne" i ogólnie małe i 

słabe   grupy   etniczne,   niezdolne   do   prowadzenia   niezależnego   państwa,   którego 
standardy mieściłyby się w normach obowiązujących w epoce „świata państw ', z 
reguły wyrażają największy entuzjazm wobec potęgi organizacji ponadpaństwowych 
Stąd niestosowność aspiracji do posiadania państwowości wyrażanych w kontekście 
przynależności   do   organizacji,   których   misją,   jak   można   podejrzewać,   lub   jak 
deklarują same, jest ograniczenie niezależności państwowej, a pozmej jej całkowite 
zniesienie
8

Enc Hobsbawm, Some reflections on the „break up of Britain , „New Left 

Review" 105 (1977) Proszę zwrocie uwagę na datę publikacji od 1977 roku proces 
przewidywany przez Hobsbawma nabrał rozpędu i jego słowa szybko stają się ciałem
9

Por Cornelius Castonadis, La crise des sociétés occuientales, w La montée de l 

insignifiance, Seuil, Pans 1996, s 1415
10

Por   Sept   pièces   du   puzzle   neoliberal   la   quatrième   guerre   mondiale   a 

background image

commence, „Le monde diplomatique , sierpień 1997, s 45 Artykuł podpisany jest 
,SousCommandant   Marcos   '   i   pochodzi   z   terenu   objętego   buntem   chłopskim   w 
meksykańskiej prowincji Chiapas
11

Rene   Passet,   Ces   promesses   des   technologies   de   l   immatériel,   „Le   monde 

diplomatique , lipiec 1997, s 26
13

Jean Paul Fitoussi, Europe le commencement d une aventure, „Le mon de \ 29 

sierpnia 1997
13

Claus  Of fe,   Modernity  and  the  State  East,  West,  Polity  Press,  Cambridge

1996, s 7 9, 37
14

Victor   Keegan,   Highway   robbery   by   the   super   rich,   „The   Guardian   ,

22 lipca 1996
15

Cyt za Graham Balls i Milly Jenkins,  Too much for them, not enough for

us, „Independent on Sunday", 21 lipca 1996
16

Ryszard Kapuscinski, Lapidarium III, Warszawa 1996

ROZDZIAŁ 4
1

Michael Benedikt, On cyberspace and virtual reality, w Man and Infor motion 

Technology, Stockholm, I VA 1995, s 42
2

Ricardo   Petrella,   Utie   machine   mfernale,   „Le   monde   diplomatique",   lipiec 

1997, s. 17.
3

Jeremy Seabrook, The Race for Riches: The Human Cost of Wealth, Marshall 

Pickering, Basingstoke 1988, s. 15, 19.
4

Max Weber, Etyka protestancka a duch kapitalizmu, Test, Lublin 1994.

5

Mark   C.   Taylor   i   Esa   Saarinen,   Imagologies:   Media   Philosophy,   London, 

Routledge, b.d., Telerotics 11.
6

Agnes Heller, Where are we at home?, „Thesis Eleven" 41 (1995).

7

Jeremy Seabrook, Landscapes of Poverty, Blackwell, Oxford 1985, s. 59. " 

Przypomnijmy, że ratowanie zamożnej części Europy przed zalewem
uchodźców   wojennych   stanowiło,   jak   przyznała   ówczesna   Sekretarz   Stanu, 
decydujący argument za przystąpieniem USA do wojny w Bośni. ' Por. Seabrook, 
The Race for Riches, s. 163, 164, 168169.
10

Ten  cytat  z Jonathana   Friedmana   i następne   pochodzą  z Global  crises,  the

struggle   for   cultural   identity   and   intellectual   porkbarrelling:   cosmopolitans
versus   locals,   ethnics   and   nationals   in   an   era   of   dehegemonisation,   w:   Pnina
Weber   i   Tariq   Modod   (red.),   Debating   Cultural   Hybridity,   Zed   Books,   London
1997, s. 7980.
11

Pierre   Bourdieu,   L'Architecte   de   I'euro   passe   aux   aveux,   „Le   monde

diplomatique", wrzesień 1997, s. 19.
12

Wojciech J. Burszta, Czytanie kultury. Łódź 1996, s. 7475.

ROZDZIAŁ 5
1

Pierre   Bourdieu,   L'architecture   de   l'euro   passe   aux   aveux,   „Le   monde 

diplomatique", wrzesień 1997, s. 19.
2

Nils Christie, Civility and State, rękopis nie publikowany.

3

Nils  Christie,   Crime   Control  and   Industry:  towards  Gulag,   Western  Style?, 

background image

Routledge, London 1993, s. 8687. W wydaniu drugim znak zapytania po drugiej 
części tyturu został pominięty.
4

Thorsten Sellin, Pioneering in Penology: the Amsterdam Houses of Correction 

in the Sixteenth and Seventeenth Centuries, University of Philadelphia Press, 1944, s. 
2729, 5859.
5

Thomas Mathiesen, Prison on Trial: a Critical Assesment, Sage, London 1990, 

s. 40.
6

Donald   Clemmer,   The   Prison   Community,   Holt,   Reinhart&Winston,   New 

York 1940.
7

Por.   raport   Serge'a   Marti   ze   spotkania   w   Hongkongu,   Le   FMI   critique   les 

méthodes antichômage de Bonn et Paris, „Le monde", 19 września 1997.
8

Mathiesen, Prison on Trial, s. 70.

9

Mathiesen, Prison on Trial, s. 13.

10

Laurent   Zucchini,   Segregation   ordinaire   à   Washington,   „Le   monde",

25 września 1997.
11

Nils Christie, Penal Geography, nie publikowany rękopis.

12

Zob. Mathiesen, Prison on Trial, s. 7072.

13

Lloyd W. McCorkle i Richard R. Kom, Resocializalion within walls, „Annals 

of American Academy of Political and Social Science", 1954, s. 8898.

background image

SPIS RZECZY

Wstęp
Czas i klasa
Nieobecni dziedzice  druga generacja
Swoboda ruchu a konstytuowanie się społeczeństw 
Nowa szybkość, nowa polaryzacja
Bitwa na mapy
Od mapowania przestrzeni do uprzestrzennienia map 
Agorafobia i renesans wartości lokalnych
Czy po epoce Panopticonu jest jakieś życie?
Co będzie po państwie narodowym?
Uniwersalizujący czy globalizowani?
Nowe wydziedziczenie: wydziedziczone państwo 
Światowa hierarchia mobilności
Turyści i włóczędzy
Być konsumentem w społeczeństwie konsumpcyjnym
Rozdwojeni, ale w ciągłym ruchu
Poruszamy się w świecie / świat przechodzi obok nas
Złączeni na dobre i złe
Globalne prawa, lokalne porządki
Fabryki bezruchu
Więzienia w epoce popoprawczej
Bezpieczeństwo: realny środek do nieuchwytnego celu
System me działa