background image

SEBASTIAN MIERNICKI

PAN SAMOCHODZIK I...

TWIERDZA BOYEN

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA 

background image

WSTĘP

Wiał silny wiatr niosący od strony jeziora Mamry charakterystyczny zapach wody i

ryb. Dwóch oficerów niemieckich stało na brzegu z rękoma głęboko wciśniętymi w kieszenie

płaszczy. Patrzyli w szarą toń, a rozmawiając nie wychylali twarzy spomiędzy postawionych

kołnierzy.

- Znaleźli minę - powiedział jeden z nich.

- Ciekawe, kto nas widział? - zapytał drugi.

Obaj czuli to samo. Bali się, strach przed przesłuchaniami ściskał im serca. Wiedzieli,

że   ciężko   im   będzie   wytłumaczyć,   dlaczego   trzymali   bombę.   Co   gorsza,   ktoś   mógł   już

wykopać dokumenty “Walkirii”. W miejscu, gdzie je ukryli, skrzyni już nie było.

W oknie domu znajdującego się nad brzegiem Mamr na dwóch młodych oficerów

patrzyli generał Eduard Wagner, główny kwatermistrz Sztabu Generalnego oraz generał Erich

Fellgiebel, dowódca łączności Niemieckich Wojsk Lądowych.

- Jak myślisz, Herward i Kuhn przestraszyli się i zdradzą nas? - zapytał Wagner.

Zaciągnął się grubym cygarem. Wielki kłąb dymu wydobywający się z ust Wagnera

przypominał Fellgieblowi nastrój sauny. To właśnie tam, w piwnicy tego domu spotykała się

grupa oficerów chcących obalić Hitlera. Tam omawiali wszystkie plany i tam stwierdzili, że

wykorzystają   projekt   operacji   “Walkiria”,   czyli   akcji   wojsk   niemieckich   na   wypadek

powstania w Niemczech. We wszystkich naradach uczestniczyli Herward i Kuhn. Wiedzieli

wszystko i ich zdrada mogła mieć katastrofalne skutki dla przebiegu zamachu.

- Wiesz, jakie metody stosuje gestapo - odpowiedział Fellgiebel. - Obaj są dzielni,

ukryli bomby i dokumenty, ale widocznie nie dość skutecznie. Ten fanatyk wykopał ładunek.

- Trzeba coś z nim zrobić - powiedział Wagner.

- Masz pomysł? - zapytał Fellgicbel.

- Mam... - mruknął Wagner, a w jego szarych oczach pojawiły się dziwne błyski.

Młody oficer w pośpiechu ukrywał metalową kopertę kurierską. Na szczęście cienki

pakunek   łatwo   wszedł   pomiędzy   stare   pruskie   cegły.   Już   telefonował   do   swego   kuzyna

Nikolasa, adiutanta samego Hitlera. Powiedział mu o planach oficerów Wehrmachtu, którzy

chcą zabić Fuhrera.

Czterech mężczyzn już od kilku godzin było w drodze. Minęli Giżycko i podążali na

południe, do Orzysza. Pamiętali ostatnie słowa dowódcy.

background image

- Powiem krótko. Razem skakaliśmy nad kanałem Alberta, na Kretę, na Leros - mówił

kapitan Stern. - Teraz musicie mi zaufać. Macie pełne poparcie oficerów sztabowych. Choć to

sprawa tych z wojsk lądowych, a nie Luftwaffe, to ten człowiek musi zniknąć bez śladu.

W Orzyszu czekano na nich. Z przypoligonowego magazynu wzięli motocykl i nie

uzbrojony wóz pancerny “Puma”. Motocykl miał numery rejestracyjne żandarmerii, której

patrole często jeździły po całych Mazurach. “Puma” została w Orzyszu jeszcze po tym, jak

była prezentowana Hitlerowi. Przez kilka miesięcy była testowana na polach i w lasach w

okolicach Orzysza. Stroje żandarmów i czołgistów mieli schowane w bagażniku samochodu.

Przebrali   się   w   nie  w   lesie  przy  jeziorze   Stoczek.   Zaraz   potem   szybko   ruszyli  w   stronę

Giżycka.

Po dwóch godzinach “Pumę” ukryli w lesie koło Sterławek Wielkich,  a motocykl

stanął we wsi.

Oficer   siedział   na   tylnym   siedzeniu.   Nerwowo   spoglądał   na   zegarek.   Cały   czas

ponaglał kierowcę. Zapadał zmrok i droga była ledwo widoczna w świetle przyciemnionych

reflektorów kubelwagena. Nagle minął ich motocykl z dwójką żandarmów. W koszu siedział

żołnierz   obsługujący  karabin   maszynowy  i   radiostację   umieszczoną   na   tylnym   siedzeniu

motocykla. Kierowca machał lizakiem wskazując pobocze.

- Ciągle się czepiają - mruknął szofer.

Żandarm zwinął rękawiczki za skórzany pas, zdjął okulary motocyklowe i zsunął je na

szyję. W mroku lekko błyskała blacha żandarma.

- Dokumenty proszę - powiedział tonem osoby nie znoszącej sprzeciwu.

Uważnie   obejrzał   wszystkie   papiery,   porównał   zdjęcia   z   twarzami,   szczególnie

uważnie przyglądając się twarzy oficera na tylnym siedzeniu. Na widok dystynkcji oficerskich

zasalutował.   Zrobił   to   jednak   jakby  od   niechcenia.   Żołnierze   frontowi   nie   przepadali   za

ludźmi z kontrwywiadu formacji SS.

- Niech pan przestanie świecić mi  latarką po oczach, sierżancie - prawie krzyknął

oficer. - Czy wysłał was jako eskortę mój kuzyn z Gierłoży?

Żandarm wykonał wieloznaczny ruch ręką i wsiadł na motocykl. Jego kolega zaczai

coś mówić do mikrofonu. Motocykl ruszył w stronę Kętrzyna, a kubelwagen jechał tuż za

nim. Tak przejechali przez las. Niepostrzeżenie za nimi zjawił się wóz pancerny “Puma”.

Żandarmi nagle przyśpieszyli, a “Puma” uderzyła w tył auta Belowa. Kierowca nie

opanował samochodu, światła zatańczyły w mroku na drodze i pojazd stoczył się z szosy w

stronę niewielkiego jeziorka. Siłą rozpędu wjechał do wody po sam dach.

background image

Kierowca “Pumy” postawił na burcie pojazdu przenośny reflektor i zaświecił w wodę.

- Zrobiliśmy swoje - powiedział kierowca.

- Poczekaj chwilę, musimy mieć pewność - rzekł jego kolega schylając się po coś

leżącego na podłodze.

Obaj   nie   wiedzieli,   że   ich   ofiara   zostawiła   ostatnią   wiadomość   dla   tych,   którzy

chcieliby dotrzeć do dokumentów spiskowców.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

WRESZCIE   URLOP   •   PRZEKLEŃSTWO   TELEFONÓW

KOMÓRKOWYCH   •   SAMOCHÓD   I   DWA   SZKIELETY   •

TAJEMNICZY   SZYFR   •   KIM   BYŁ   F.   BELOW?   •   INTRYGUJĄCY

GBUR • CO TO JEST “WALKIRIA” • WIZYTA U KOMANDOSÓW •

MÓJ   EKWIPUNEK   •   BITWA   POD   MŁAWĄ   •   POLSKA   LINIA

MAGINOTA   •   SKĄD   TYLE   WIEM   O   BUDOWIE   BUNKRÓW?   •

PASAŻERKA BATURY • PIES Z POCIĄGU

Wreszcie dostałem upragniony urlop. Z Czesiem i Piotrkiem umówiliśmy się w Rynie,

skąd mieliśmy wyruszyć na wspólne wielkie żeglowanie. Chcieliśmy kanałami przepłynąć do

jeziora   Jagodne,   a   potem   na   północ   przez   wody   Niegocina   do   Giżycka   i   Węgorzewa.

Chłopaków znałem jeszcze z czasów, gdy razem służyliśmy w “czerwonych beretach”. Co

jakiś   czas   udawało   nam   się   wyrwać   na   kilka   dni   na   jeziora.   Razem   przeżyliśmy   wiele

przygód. Nie mogłem się już doczekać spotkania z nimi Zacząłem pakować swoje rzeczy do

worka żeglarskiego, gdy zadzwonił telefon komórkowy.

- Jeszcze jesteś w Warszawie? - pytał pan Tomasz.

Czułem,   że   jeśli   nie   skłamię,   to   mogę   się   pożegnać   z   wypoczynkiem.   Mój   szef,

wzorem innych dyrektorów, wyczuł wahanie podwładnego.

-   Dobrze,   że   jeszcze   nie   wyjechałeś.   Wpadnij   do   mnie.   Obiecuję,   że   chodzi   o

drobnostkę - przekonywał.

- Będę za godzinę - odpowiedziałem zrezygnowany.

Zaparkowałem   Rosynanta   przed   Ministerstwem   Kultury   i   Sztuki.   Na   korytarzach

panował typowy dla miesięcy urlopowych spokój. Sekretarka pana Tomasza, panna Monika,

niecierpliwie spoglądała na zegarek nie mogąc doczekać się końca pracy i wyjścia na dwór, na

gorące   czerwcowe   słońce.   Bez   specjalnego   zapowiadania   wprowadziła   mnie   do   gabinetu

szefa. Pan Tomasz tradycyjnie już siedział w stosie papierów i gazet. Rozmawiał przez telefon

notując coś na skrawku papieru. Bez słowa pokazał mi, żebym usiadł w fotelu.

- Masz, Pawełku, przeczytaj sobie - podał mi wycinek z gazety.

“Niezwykłe odkrycie” - taki tytuł nosił tekst. Autor opisał akcję odkrycia i wydobycia

background image

z   jeziorka   w   okolicach   mazurskiej   wsi   Martiany   niemieckiego   samochodu   osobowego

kubelwagen.   Eksploratorzy   z   Olsztyna   jadąc   do   Giżycka   zrobili   zakład.   Przegrany   miał

zanurzyć się w pierwszym napotkanym zbiorniku wodnym. Ten, który przegrał, musiał wejść

do maleńkiego jeziorka za wsią Martiany, leżącego pomiędzy drogą Kętrzyn - Giżycko a

torami   kolejowymi.   Śmiałek   ubrany  w   strój   płetwonurka   zanurzył  się   w   zielonkawą  toń.

Nagle   jego   stopy   trafiły   na   coś   twardego.   Natychmiast   cała   ekipa   zorganizowała   akcję

poszukiwawczą. To, co odkryli na dnie, ucieszyło ich i zarazem przestraszyło. Niemiecki

samochód miał straszliwe pogięte nadwozie, zwłaszcza z tyłu i z prawego boku. W środku

znajdowały   się   dwa   szkielety,   kierowcy   i   pasażera.   Nurkowie   przy   pomocy   wyciągarki

samochodu stojącego na brzegu wyprowadzili auto z wody. Po chwili na miejscu znalazł się

patrol   policji.   Jeden   z   policjantów   po   przyjrzeniu   się   szkieletom   stwierdził,   że   w   obu

czaszkach są dziury po kulach. Od tego momentu sprawa stała się obiektem zainteresowania

policji.

Znużyła mnie lektura utrzymanego w tonie sensacji artykułu.

-   Mam   się   dowiedzieć,   co   stało   się   z   samochodem?   -   spytałem,   chcąc   żeby   pan

Tomasz od razu powiedział, o co chodzi. - Pewnie odkrywcy remontują pojazd albo wywieźli

go do Niemiec - dodałem.

- Przeczytaj ostatni akapit - rzucił pan Tomasz, też znudzony przedłużającą się ciszą.

“Obok szkieletu pasażera znaleziono niemiecki pistolet. W czapkę znalezioną z tyłu

pojazdu wszyto maleńką blaszkę z napisem: F. Below. Pod tylnym siedzeniem znajdowała się

metalowa   koperta   kurierska  z   kawałkiem   plastyku  i   wyrytym  na   nim:   F.B.   1>  B.L.  Cóż

oznacza ten szyfr? Czy to droga do tajemniczego skarbu? Kiedy i kto dokonał zamachu na

tego   kuriera?”.   Tymi   dramatycznymi   pytaniami   autor   kończył   swój   artykuł.   Pytająco

spojrzałem na pana Tomasza.

- Co ci mówi nazwisko Below? - zapytał pan Tomasz.

Zacząłem szperać w zakamarkach pamięci.

- Nic - odpowiedziałem szczerze. Byłem zaintrygowany tym, że pan Tomasz w notatce

prasowej znalazł coś interesującego.

- F. Below, prawdopodobnie niemiecki oficer, mógł być krewnym Nicolasa Belowa,

adiutanta Hitlera do spraw lotnictwa - obwieścił mi. - Samochód jechał najprostszą drogą z

Giżycka do kwatery Hitlera w Gierłoży - ciągnął dalej rozkładając mapę Mazur.

- Spójrz, Martiany to wieś, gdzie znajdowała się zachodnia rubież Giżyckiego Rejonu

Umocnionego, czyli linii niemieckich bunkrów, które miały tworzyć w Prusach Wschodnich

ogromną twierdzę. Tuż za nimi, na wschód, znajduje się las. W miejscowości Kwiedzina

background image

wjeżdża się na teren byłej kwatery od strony pobliskiego lotniska w Wilamowie - pan Tomasz

mówił wodząc palcem po mapie.

- Sugeruje pan, że ktoś chciał zabić kuriera, zanim dojechałby do Gierłoży? - pytałem

domyślając się intencji pana Tomasza.

- Dokładnie tak, pytanie tylko: dlaczego?  - pan Tomasz  spojrzał na mnie  badając

wzrokiem, czy już jestem zainteresowany sprawą.

- Trzeba sprawdzić w dokumentach niemieckiego ministerstwa obrony, kim był F.

Below - zaproponowałem.

- Mam kilku znajomych w Niemczech, jeszcze z czasów, gdy wspólnie ścigaliśmy

przemytników dzieł sztuki. Już ich poprosiłem, żeby się rozejrzeli - błyskawicznie powiedział

pan Tomasz z szerokim uśmiechem na twarzy. Widział, że sprawa mnie wciągnęła. - Jak

widzisz, mimo wieku działam szybko, a moi znajomi nie ustępują mi pola.

Pochylił się nad blatem biurka i zaczął grzebać w stosie papierów. Po chwili wyjął

faks napisany po niemiecku.

- W archiwach Wehrmachtu znaleziono trzech F. Belowów. Fryderyk był sierżantem

w 21. Dywizji Pancernej; zginął w Afryce w 1942 roku. Franz Below to szeregowiec jednej z

dywizji broniących wybrzeża w Normandii; dostał się do amerykańskiej niewoli w pierwszym

dniu inwazji aliantów 6 czerwca 1944 roku. Drugi Franz zaginął po pogromie 6 Armii von

Paulusa pod Staliningradem - pan Tomasz czytał z. długiej rolki papieru.

- Kim u licha był F. Below? - pytałem zdumiony.

-   Tym  właśnie   zajmiesz   się,   Pawełku,   w   wolnej   chwili   pomiędzy  żeglowaniem   i

śpiewaniem szant - rzucił mi na pożegnanie pan Tomasz.

Gdy  odjechałem   już   spod   ministerstwa   zadzwonił   telefon.   Oczywiście   był   to   pan

Tomasz.

- Wracaj, chyba już wiem, kim był F. Below - rzucił i rozłączył się.

Grzecznie wróciłem. Pan Tomasz nerwowo chodził po gabinecie.

- Ale ze mnie gapa. Że też nie zajrzałem do tej gazety... - prawie krzyczał machając

jednym z niemieckich dzienników.

Na jednej ze stron kłuł w oczy tytuł: “Frank Below zginął za Hitlera?”. Niemiecki

dziennikarz opisał historię odkrycia samochodu, ale dowiedział się też, kim był F. Below.

Jego zdaniem, był to kuzyn Nicolasa, który pracował w służbie bezpieczeństwa. Kiedyś jego

krewniak wspomniał o tym, że ma dostęp do dokumentów spiskowców i Nicolas zaprosił go

do Gierłoży.  Jak wiemy, Frank  tam już  nie  dojechał.  Być może  to spotkanie zmieniłoby

historię drugiej wojny światowej.

background image

- Tutaj napisano jeszcze, że z wielkim zapałem zbierał dzieła sztuki - mruknął pan

Tomasz. - Będę musiał sprawdzić w naszym archiwum i naszych wschodnich sąsiadów, czy

nie ma tam notatek o tym “zbieraczu”.

Pan Tomasz miał na myśli tych żołnierzy niemieckich, którzy pełniąc nieokreślone

funkcje  związane ze  sprawami  policyjnymi na zapleczu  frontu  zajmowali się pospolitymi

kradzieżami dzieł sztuki. Oni to pod pozorem przesłuchania zabierali z domu prawdziwych

kolekcjonerów, torturowali ich i przejmowali drogocenne zbiory. Rozstaliśmy się wiedząc, że

oto zapowiada się wielka przygoda przypominająca równanie z wieloma niewiadomymi. Pan

Tomasz prosił jeszcze, żebym rano przed wyjazdem na Mazury zameldował się u niego.

Po moim wyjściu szef poprosił pannę Monikę, żeby go połączyła z Ministerstwem

Spraw Wewnętrznych i Administracji. Udałem, że jeszcze czegoś szukam w mojej torbie. Po

chwili usłyszałem zza niedomkniętych drzwi.

-   Cześć,   Roman.   Mam   prośbę,   poszukuję   kogoś   o   dość   niecodziennych

predyspozycjach...

W tym momencie pan Tomasz podszedł do drzwi swojego gabinetu i zamknął je jak

trzeba.

Zamknąłem drzwi za Pawłem.

- Romek, słuchaj, potrzebuję specjalisty najwyższej klasy - powiedziałem.

-   Dobra,   mam   kogoś   takiego   na   oku.   Bądź   gotów   do   wyjazdu   za   pół   godziny  -

odpowiedział mi kolega z MSWiA. - Przyjadę po ciebie moim wozem.

Rzeczywiście po pół godzinie pod Ministerstwo Kultury i Sztuki zajechała rządowa

lancia.

- To musi być bardzo trudna sprawa, skoro zwracasz się o pomoc do mnie - na wstępie

powiedział Roman.

-   Na   razie   nic   takiego   się   nie   zapowiada,   ale   wolę   dmuchać   na   zimne   -

odpowiedziałem.   -   Pamiętasz,   kiedyś   opowiadałem   ci   o   poszukiwaniach   pamiętnika

niemieckiego zbrodniarza. Przyszło mi się wtedy zmierzyć z zachodnioeuropejskim agentem

specjalnym, czymś w rodzaju Jamesa Bonda.

- Pamiętam, nawet nieźle go wtedy wykiwałeś - powiedział Roman.

- No właśnie, teraz sprawa jest nieco podobna i boję się, że podwładny może znaleźć

się w solidnych tarapatach. Może potrzebować wsparcia kogoś gotowego do użycia siły.

- Zobaczymy, co się da zrobić.

Tymczasem   limuzyna  wyjechała z   Warszawy. Po  niecałej   godzinie   auto   zajechało

background image

przed bramę. Po bokach widać było płoty z drutu kolczastego, pasy zaoranej ziemi i latarnie

ustawione   co   dziesięć   metrów.   Ogrodzonego   terenu   strzegli   żołnierze   Nadwiślańskch

Jednostek Wojskowych.

Samochód wtoczył się na niewielką polanę.

- Dalej pójdziemy pieszo - powiedział Roman.

Szliśmy   przez   las.   Słychać   było   odgłosy   strzałów.   Nisko   nad   nami   przeleciał

helikopter “Sokół”. Nagle przed nami ukazał się dom jednorodzinny, taki, jakich wiele stoi

pod miastami. Typowy szary klocek, tyle że bez szyb w oknach.

Właśnie   do   budowli   skradała   się   grupa   komandosów   ubranych   w   mundury   w

kamuflażu miejskim. Na głowach mieli kevlarowe hełmy, a na piersiach nowoczesne, lekkie

kamizelki. W dłoniach trzymali najróżniejsze typy broni. Pierwszy z żołnierzy wrzucił do

środka budynku granat. Zaraz dwóch ludzi wskoczyło do środka, a za nimi reszta oddziału.

Górne piętro opanowali ludzie, którzy opuścili się z dachu na linach. Jeden z nich

przywiązany na specjalnej uprzęży biegał po ścianie i sprawdzał wszystkie okna.

- Ci z góry desantowali się z helikoptera - wyjaśnił Roman.

- Jak się domyślam, to komandosi GROM-u - stwierdziłem.

- Tak, dwa dni temu wrócili z terenów byłej Jugosławii. Szczegółów ich misji nie

mogę ci wyjawić. To było zlecenie od naszych amerykańskich sojuszników. Pewnie, jak znam

życie, za rok w kinach obejrzymy film o ich operacji - parsknął na koniec Roman.

W tym czasie komandos, który biegał po ścianie został wezwany do środka. Wyszedł

po minucie z tajemniczą walizką w ręku.

- To ładunek wybuchowy terrorystów - tłumaczył Roman. - Oczywiście błąd sapera

zostanie   “nagrodzony”   jedynie   eksplozją   granatu   z   gazem   łzawiącym.   W   rzeczywistości

mogłoby być inaczej.

Saper   dokładnie   oglądał   walizkę.   Sprawdzał   zamki,  wszystkie  nity  i  szwy. Potem

pochylił się i odwrócił się tak, żeby cywile nie widzieli jego czynności. Po pięciu sekundach

pokazał rozbrojony granat.

- Ten jest najlepszy - z dumą powiedział o saperze Roman. - Chodźmy na strzelnicę.

Siedzieliśmy   z   Romanem   z   kubkami   kawy   w   rękach,   gdy   na   strzelnicę   przyszli

komandosi. Saper niósł karabin snajperski.

- Patrz przez lunetę - powiedział Roman.

Z uwagą obserwowałem czynności snajpera. Ten zamaskował się kłębkami trawy i

zaczął skradać się w stronę kwadratu o bokach długości prawie pół kilometra. W rogach stały

stary autobus, wrak samolotu pasażerskiego, ściana z mnóstwem okien oraz kilka ścianek.

background image

Gdy snajper znalazł się w środku pola w kolejnych obiektach zaczęły pojawiać się ruchome

tarcze przedstawiające uzbrojonych terrorystów lub zwykłych ludzi. Komandos miał ułamki

sekund na określenie celu, wycelowanie i trafienie. Jego popis trwał kilkanaście minut.

-   Nadzwyczajne   -   mruknąłem.   -   Trafił   wszystkie   ozbrojone   sylwetki.   Zero   pudeł,

żadnych trafień w zakładników.

- Chodź do nas! - Roman zawołał snajpera.

Komandos   podszedł   do   nas.   Roman   dokonał   prezentacji.   Wyjaśniłem   żołnierzowi

szczegóły  planowanej   misji.   Snajper  obiecał,  że   da   odpowiedź   jeszcze  tego  samego  dnia

wieczorem.

-   Jest   doskonały   -   powiedziałem   w   drodze   do   Warszawy.   -   Tylko   czemu   taki

mrukliwy? Z jednej strony to dobrze, ale nie wiem, czy potrafi zachować się tak, żeby Paweł

nie nabrał podejrzeń?

-   Jeśli   się   zgodzi,   będziesz   miał   szczęście.   To   młody,   inteligentny   człowiek.   W

dodatku   zna   się   na   interesującej   cię   epoce.   Widziałeś,   że   to   doskonały  strzelec,   saper   i

świetnie wspina się po górach. Jest przygaszony, bo w czasie ostatniej akcji ciężko raniono

jego kolegę. Amerykanie mieli zabrać naszych ludzi z lądowiska, lecz znalazło się ono pod

ostrzałem  wroga. Ten chłopak  niósł  kolegę  przez  góry piętnaście kilometrów. Teraz jego

przyjaciel walczy o życie w szpitalu.

Gdy wyszedłem od pana Tomasza natychmiast zadzwoniłem do mojego informatora w

środowisku   handlarzy   dzieł   sztuki,   który   doskonale   osoby   z   otoczenia   Jerzego   Batury.

Uznałem, że należy sprawdzić, co porabia mój główny wróg. Dopiero późnym wieczorem

znajomy oddzwonił i poinformował mnie, że Batura wyjechał do Szczecina zapowiadając, że

nie wróci przez kilka najbliższych dni.

Nieco uspokojony tymi wieściami kończyłem pakowanie, gdy odezwał się telefon. W

słuchawce usłyszałem Zosię, z którą przeżyliśmy już wiele przygód. W tle słychać było Jacka,

jej brata.

- Panie Pawle, dzwonimy, bo wujek Tomasz powiedział nam, że wybiera się pan na

Mazury. Jacek też tam jedzie, na obóz żeglarski. Może moglibyśmy razem tam pojechać? Co

prawda Jacek odłączy się, bo ,a to swoje żeglowanie, ale ja mogę być przydatna, prawda? - do

moich uszu wdzierał się nieprzerwany potok słów.

- Jadę z kolegami pożeglować, żeby odpocząć na urlopie, a jedynie przy okazji mam

zająć się pewną drobnostką - próbowałem ją zniechęcić.

- Już ja znam te drobnostki, a potem piszą o panu w gazetach - dziewczyna nie dawała

za wygraną.

background image

Postanowiłem ją zniechęcić do reszty.

- Chodzi o niemiecki samochód z dwoma szkieletami - mówiłem dobierając mało

zachęcający ton.

- Nie z nami te sztuczki. Szykuje się przygoda, muszę wiedzieć, z czego rezygnuję na

rzecz żeglowania - odezwał się Jacek.

- Koniec, nie zabieram was ze sobą - zamknąłem dyskusje.

Pożegnaliśmy się, a oni byli nieco obrażeni. Nie chciałem, żeby nastolatka cały wolny

czas spędzała tylko na podróżach i szukaniu przygód. Powinna trochę pobyć z koleżankami,

pójść   na   dyskotekę,   może   poznać   jakiegoś   fajnego   chłopca.   Jackowi   dobrze   zrobi   obóz

żeglarski i harcerska dyscyplina.

Nazajutrz spakowany zajechałem pod budynek ministerstwa. W sekretariacie szefa

minąłem się z jakimś wielkoludem ubranym w amerykański mundur z demobilu. Na głowie

miał kapelusz. ze skróconym rondem na wzór tych, jakie nosili amerykańscy żołnierze w

czasie wojny w Wietnamie. Na nosie miał wielkie przeciwsłoneczne okulary. Wychodził od

szefa ze spuszczoną głową i nie rzucił nawet “do widzenia”.

- Jakiś gbur - mruknęła sekretarka.

Natychmiast   zaanonsowała   mnie   u   pana   Tomasza   uśmiechając   się   do   mnie

promiennie. Zawsze starałem się dobrze układać sobie kontakty z sekretarkami szefów.

Pan   Tomasz   nie   zareagował   na   mój   widok   tradycyjnym   zerwaniem   się   z   fotela.

Siedział rozparty i odnosiłem wrażenie, że mało brakuje, żeby założył obute nogi na blat

swojego biurka rodem z pracowni gdańskich mistrzów. Wydawał się być z czegoś bardzo

zadowolony i cicho nucił piosenkę duetu Przybora i Wasowski “Wesołe jest życie staruszka”.

Przez chwilę myślałem, że wybiera się na emeryturę. Patrzył na mnie i cała jego twarz aż się

śmiała.   Nagle   nucenie   zburzył  sygnał   telefonu.   Pan   Tomasz   odebrał   go   i   zaczął   z   kimś

rozmawiać po niemiecku. Kiwał głową, uważnie notował, a jego twarz poważniała z każdą

chwilą.

-   Mam   ważną   wiadomość   z   Interpolu   w   Niemczech   -   powiedział   odkładając

słuchawkę.   -   Koledzy   z   niemieckiej   policji   od   dawna   śledzą   jednego   ze   znaczniejszych

handlarzy antykami z Hamburga. Nagrali dziwną rozmowę. Ktoś dzwonił z Polski. Handlarz

mówił o dokumentach, złocie i wymienił słowo “Walkiria”. Osoba dzwoniąca z Polski tylko

przytakiwała, tak jakby przyjmowała rozkazy. Na koniec Niemiec rzucił, że ważna przesyłka

przybędzie tak, jak informował wcześniej. Co robi Batura? - nagle zapytał mnie szef.

Zaskoczył   mnie,   bo   zamyśliłem   się   nad   słowem   “Walkiria”,   które   gdzieś,   kiedyś

background image

słyszałem.

-  Pojechał   na   północny  zachód  Polski,   podobno   chce   kupić   kilka   starych mebli   -

rzuciłem odruchowo.

- Jesteś pewien? - pytał szef.

- Zastanawiam nad tą “Walkiria” - myślałem na głos.

- Pójdź do biblioteki i poczytaj o spiskach na życie Hitlera i zamachu z 20 lipca 1944

roku - podpowiedział mi pan Tomasz. - Ma to związek z naszym Frankiem Belowem i na mój

gust z Baturą. Po obiedzie zgłoś się do mnie po odbiór dwóch części twojego ekwipunku.

Już wiedziałem, z czym kojarzy mi się zagadkowe słowo, ale i tak poszedłem do

ministerialnej czytelni. Byłem ciekaw, o jakim ekwipunku mówił pan Tomasz.

W bibliotece spędziłem kilka godzin. Uważnie wertowałem pamiętniki niemieckich

generałów i przywódców Trzeciej Rzeszy. Wiedziałem prawie wszystko o “Walkirii”, lecz

niegdzie nie znalazłem nawet najmniejszej notatki na temat Franka Belowa. W pobliskiej

knajpce   zjadłem   solidny  obiad   pomny   tego,   że   najbliższe   godziny  spędzę   za   kierownicą

Rosynanta, walcząc o przetrwanie na polskich drogach. 

Nie brakuje na nich bowiem ani dziur, ani bezmyślnych kierowców

Oprócz myśli związanych z podróżą cały czas rozmyślałem o ,,Walkirii”. Genialny

umysł musiał wpaść na pomysł wykorzystania hitlerowskiego planu opanowania powstania w

Niemczech do odsunięcia od władzy Hitlera. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że

nawet udany zamach niewiele zmieniłby sytuację Polski. Nasz kraj po śmierci Hitlera stałby

się po raz kolejny największym polem bitwy w Europie.

W sekretariacie gabinetu pana Tomasza stał ogromny plecak ze stelażem oraz równie

wielki worek żeglarski. Panna Monika właśnie wnosiła do gabinetu szefa szklanki z napojami

chłodzącymi

Grzecznie czekałem na wezwanie szefa. Zza drzwi jego gabinetu słyszałem tylko głos

pana Tomasza, który chyba komuś cos wykładał. W pewnym momencie szef otworzył drzwi

swojego gabinetu i zawołał mnie. W środku na fotelach siedzieli wygodnie rozparci Zosia i

Jacek. Oboje uśmiechali się od ucha do ucha. Zamarłem w pól kroku wiedząc, że w tej chwili

zostałem zmuszony do zabrania ich ze sobą i to oni mieli być tym ekwipunkiem.

- Zrobisz mnie i im wielką przysługę - zaczął pan Tomasz czytając z wyrazu mojej

twarzy wszystkie uczucia.

- Hhmm... - to jedyne, na co w tej sytuacji zdobyłem się. Wiadomo, szefowi nie

odmawia się drobnej przysługi. Trochę ucieszyło mnie to, że dzieciaki tak bardzo chciały być

background image

ze mną. Postanowiłem jednak postawić im twarde warunki.

-  Nie  mam   chyba  wyjścia i  muszę   zgodzić   się,  ale zapewniam  cię, Jacku,  że   nie

pozwolę,   żebyś   opuścił   obóz   żeglarski.   Ty,   Zosiu,   wrócisz   do   domu   natychmiast,   gdy

wykonam zadanie.

Oboje zgodnie kiwnęli głowami.

- Skąd u ciebie, Jacek, zainteresowanie żeglarstwem? - pytałem zaintrygowany tym, że

Jacek dał się wciągnąć do jakiejkolwiek organizacji.

- Chodzi o dziewczynę, śliczną drużynową... - Zosia nagle musiała przerwać po tym,

jak brat zasłonił jej usta.

- Stwierdziłem, że to piękny sport, poza tym chciałem posmakować przygody, a nic

wtedy nie zapowiadało wyjazdu z panem - tłumaczył się Jacek. Chciał odwrócić naszą uwagę

od swoich zaczerwienionych uszu.

Pan Tomasz z zadowoleniem kiwał głową słuchając chłopca. Według niego, starego

wilka morskiego, pewnie każdy pretekst był dobry, żeby chłopak przeszedł ten kurs jeżący się

od pułapek zastawionych przez instruktorów. Miałem nadzieję, że dziewczyna szybko znudzi

się rozszyfrowywaniem notatki Franka Belowa wyskrobanej na kawałku plastyku. Nie chcąc

tracić   cennego   czasu   postanowiłem   natychmiast   wyjechać,   żeby   na   wieczór   dojechać   do

Giżycka. Zaplanowałem, że w schronisku w Twierdzy Boyen założę swoją bazę wypadową.

- No to jedziemy! - rzuciłem do młodzieży, która niemal w podskokach pobiegła po

swoje pakunki.

Pan Tomasz w drodze na parking postanowił jeszcze udzielić mi kilku porad.

- Jak sądzę, wiesz już, co to jest “Walkiria”? Wiesz, że stawką w grze mogą być

dokumenty  spiskowców.   Mogą   one   mieć  ogromną   wartość   dla   antykwariuszy.   Myślę,   że

stawką może być coś jeszcze. To nie przypadek, że ten niemiecki handlarz wynajął kogoś w

Polsce do poszukiwań. Pamiętaj, żebyś nie szarżował, dzwoń do mnie o każdej porze dnia i

nocy. Zawsze możesz liczyć na pomoc policji.

Pan Tomasz długo stał na parkingu patrząc jak odjeżdżamy. Widziałem, że targały nim

sprzeczne uczucia. Wyglądał jak generał, który wysyła do walki swoje najlepsze pułki, w

których  wyszkolenie   i   przygotowanie   włożył   całe   serce.   Jednocześnie   sprawiał   wrażenie,

jakby się o mnie bał.

Wydostanie   się   z   warszawskich   korków   zabrało   nam   ponad   godzinę.   W   końcu

rozpędziłem Rosynanta na drodze Warszawa-Gdańsk. Jacek postanowił wprowadzić nas w

dobry nastrój puszczając kasetę z szantami. Przyznam, że dziwnie mi się robiło na sercu, gdy

ich słuchałem jadąc przez mazowiecką równinę. Jednocześnie piosenki te przypominały mi,

background image

że koło mojego nosa może przejść rejs z Czesiem i Piotrkiem. Gdy zbliżaliśmy się do Mławy,

postanowiłem opowiedzieć moim pasażerom o polskiej wersji Linii Maginota.

-   Czy   wiecie,   że   zaraz   miniemy   miejsce,   gdzie   pierwsze   oddziały   niemieckie

wkroczyły na polską ziemię we wrześniu 1939 roku? - zapytałem.

Zosia i Jacek chyba postanowili być grzeczni i okazali zainteresowanie tym, co mówi

ich przewodnik ku przygodzie.

- Tak? - zapytał Jacek przeciągając się.

- W dniu wybuchu drugiej wojny światowej polskie pozycje pod Mławą atakowały

jednostki niemieckiego Korpusu Armijnego, który koncentrował się w okolicach Nidzicy -

przyjąłem wygodniejszą pozycję. - W skład tego korpusu wchodziły dwie dywizje piechoty i

dywizja pancerna generała Kempfa, do której włączono jednostkę SS “Deutschland”. Tuż po

świcie l września do pierwszych walk doszło w lasach koło miejscowości Białuty. Polska

kompania prowadziła działania opóźniające. Niemcy podciągali artylerię. Polscy piechurzy

wycofywali się, a niemieccy grenadierzy nie mogli atakować przechodząc przez nawałnicę

własnej   artylerii.   W   ten   sposób   polscy   piechurzy   wciągali   niemieckie   jednostki

zmotoryzowane   wprost   pod   lufy   polskich   karabinów   maszynowych   zamontowanych   w

bunkrach znajdujących się na północ od Mławy.

- A kiedy wybudowano te bunkry? - zapytał Jacek.

- Już pod koniec lat dwudziestych polscy sztabowcy zwrócili uwagę na możliwość

ataku połączonych sił niemiecko-litewskich oraz na dokładkę rosyjskich. Za najważniejsze

punkty do obrony uznano okolice Mławy i Jabłonowa. Powodem wyrażonej przez generałów

takiej, a nie innej opinii było ukształtowanie terenu oraz sieć drogowa, dobra jak na ówczesne

czasy - ciągnąłem swoją opowieść. - Obecne położenie dróg niewiele różni się od tego sprzed

kilkudziesięciu   lat.   Popatrzcie,   składają   się   one   z   prostych   odcinków   i   zaledwie   kilku

zakrętów. Krzysztof Hołowczyc, mistrz Europy w rajdach samochodowych, kiedyś przyznał

się,   że   boi   się   kierowców   z   województwa   ciechanowskiego,   którzy  jeżdżą   jak   rajdowcy.

Długa prosta, ścięcie zakrętu i kolejna prosta to ich dewiza. Wróćmy jednak do tej polskiej

Linii   Maginota.   Wszystko   wskazywało   na   to,   że   Niemcy   mogą   zaatakować   siłami

zgrupowanymi wokół Olsztyna w kierunku Warszawy, szybko przemieszczając się dobrymi

drogami  na południe. Z drugiej strony Polacy mogli  w ten sam sposób kontratakować w

kierunku Królewca. W lutym 1939 roku rozpoczęto poważne prace planistyczne, związane z

obroną polskiej granicy z Prusami Wschodnimi. Prace przy budowie bunkrów rozpoczęto 8

lipca owego pamiętnego roku.

- A jak budowano takie bunkry? - teraz z kolei pytała Zosia.

background image

-   Budowę   schronu   rozpoczynano   od   wykonania   wykopu   głębokości   do

osiemdziesięciu   centymetrów.   Tam   wylewano   beton   grubości   dwudziestu   centymetrów

jednocześnie   mocując   pręty   zbrojeniowe   i   budując   szalunki.   Po   dwóch   dniach

przygotowywano szalunki wewnętrzne. Strop robiono z trzech warstw: przeciwodłamkowej,

przeciwskurczowej dla całego stropu oraz przeciwuderzeniowej. Beton wylewano wewnątrz

szalunków, często  mieszano go ręcznie i pracowano przy  tym na trzy zmiany. Po pięciu

dniach zdejmowano zewnętrze szalunki, a po tygodniu wewnętrzne. W sumie na budowę

pięćdziesięciu jeden bunkrów zużyto 1100 ton cementu, 8000 ton kruszywa, 500 ton żelaza,

350 ton drutu kolczastego, 600 ton szyn kolejowych i 700 metrów sześciennych drewna. Na

głównym   kierunku   przewidywanego   natarcia   niemieckiego   postawiono   schrony   bojowe,

uzbrojone w karabiny maszynowe (od jednego do trzech). Rozmieszczono je w odległości

200-300 metrów od siebie. Ustawiono je w ten sposób, żeby wzajemnie się osłaniały i mogły

prowadzić ogień w kierunku przeciwnika.

- A czy coś z nich pozostało? Gdzie ich było najwięcej? - pytali na przemian Zosia i

Jacek. Nieco zdziwiony aż takim ich zainteresowaniem mówiłem dalej.

-   W   rejonie   wsi   Żęgnowo   Polacy   postawili   sześć   bunkrów.   Najwięcej   schronów

znajduje się na wschód od Błota Niemyje. Stoją one na granicy lasu, od strony północnej i

ciągną się łukiem aż do miejscowości Turza Mała. Jadąc drogą Gdańsk-Warszawa, wśród

drzew, tuż przed muzeum bitwy mławskiej można dostrzec schron numer dwadzieścia jeden.

W czasie bitwy wrześniowej umocnienia spełniły pokładane w nich nadzieje. Gdyby nie to, że

Niemcom udało się oskrzydlić obrońców wskutek błędów polskich dowódców, obrońcy mogli

się   jeszcze   długo   utrzymać.   Do   dziś   nie   przetrwały  wszystkie   bunkry.   Część   zniszczyło

Wojsko  Polskie  w  czasie   ćwiczeń   przeprowadzanych  tu  w  latach  pięćdziesiątych. Jedyną

pamiątką bitwy pod Mławą, którą doceni z pewnością każdy wytrwały piechur chcący dotrzeć

do betonowych zabytków, jest drut kolczasty rozciągnięty po polach. Chłopi zrobili z niego

płoty, trudne do pokonania, bo jest to solidny przedwojenny drut kolczasty.

Zbliżaliśmy się do Olsztynka, gdzie mieliśmy skręcić w stronę Olsztyna. Słońce cały

czas mocno grzało. Zgodnie postanowiliśmy zatrzymać się przy przydrożnym barku.

Gdy wysiedliśmy młodzież kupiła sobie po wielkiej butli napojów gazowanych, ja zaś

zamówiłem   mocną   herbatę   z   cytryną.   Od   jakiegoś   czasu   widziałem,   że   Zosia   i   Jacek

wymieniali spojrzenia i dziwnie się uśmiechali. Wreszcie Zosia nie wytrzymała i zapytała

pierwsza.

- Panie Pawle, skąd u pana taka dobra znajomość tematyki związanej z fortyfikacjami?

- zrobiła przy tym minę prokuratora prowadzącego przesłuchanie.

background image

Przeciągnąłem się, chcąc odwlec moment odpowiedzi na to pytanie. Popatrzyłem w

górę.   Między  gałęziami   drzewa,   pod   którym  siedzieliśmy,  baraszkowały  wróble.   Ptaki   w

każdej chwili gotowe były rzucić się w dół, po upuszczoną przez turystę frytkę lub okruszek

bułki. Szukając odpowiednich słów powoli nabijałem fajkę.

- Nowa przygoda zaprowadzi nas do masy bunkrów, betonu, stali zbrojeniowej użytej

do ochrony najważniejszych osobistości Trzeciej Rzeszy - mówiłem powoli. - Niestety w

Polsce   niewiele   osób   wie   coś   na   temat   niemieckich   fortyfikacji   w   dawnych   Prusach

Wschodnich.   Chciałem   dowiedzieć   się   czegokolwiek   na   temat   ówczesnej   sztuki

fortyfikacyjnej.

Miałem nadzieję, że ta skąpa odpowiedź zaspokoi ciekawość młodych. Udali, że nie

zauważyli mojego fortelu i zaczęli opowiadać o ostatnich dniach szkoły. Zbieraliśmy się do

odjazdu.   Właśnie   zanosiłem   się   śmiechem   słuchając   opowieści   Jacka   o   jego   nauczycielu

matematyki, gdy nagle śmiech uwiązł mi w gardle. Po drodze z wielką szybkością przemknęło

alfa romeo z Jerzym Baturą za kierownicą. Obok niego siedziała kobieta z wielkimi okularami

przeciwsłonecznymi na nosie. Auto przejechało szybko, lecz byłem pewien, że tą kobietę już

kiedyś widziałem. Nic nie powiedziałem roześmianym dzieciakom. Humor dopisywał im cały

czas. Gdy za Olsztynkiem jechaliśmy drogą wzdłuż torów, nagle oboje zaczęli się śmiać.

- Panie Pawle, niech pan spojrzy na zadowoloną minę tego psa! - prawie krzyczał

Jacek.

Szybko spojrzałem na pociąg jadący do Olsztyna prawie równolegle z nami. Okna na

korytarzu ostatniego wagonu były otwarte. Stał tam jakiś mężczyzna. Palił papierosa. Na ręce

siedział mu rudy pies, który wystawiał pysk na wiatr za oknem. Gdyby był człowiekiem,

zapewne uśmiechałby się bardzo szeroko. Ten zwierzak był chyba bardzo spocony, bo jęzor

trzepotał na wietrze niczym chorągiewka. Był to naprawdę pocieszny widok. Nie chciało mi

się  jednak śmiać  i  starałem  się niepostrzeżenie przyśpieszyć, żeby sprawdzić,  czy  Batura

jedzie przed nami, czy też kieruje się na Mazury. Do Olsztyna nie minęliśmy jednak ani jednej

alfy romeo.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

KTO ZNALAZŁ AUTO?  • CZY MOŻNA ZBIERAĆ STARĄ BROŃ? •

UMOWA Z OLBRZYMEM • OGLĘDZINY WRAKU • WŁAMANIE DO

STODOŁY • NA MIEJSCU ZASADZKI • KOPUŁA PANCERNA • WAŁ

ATLANTYCKI NA MAZURACH

Nie wiem, kiedy przejechaliśmy przez Olsztyn. Cały czas miałem przed oczami obraz

auta Batury. Już prawie wyjechaliśmy za miasto, gdy tknęła mnie nagle pewna myśl.

- Jacek, zadzwoń  do pana  Tomasza  i zapytaj, jak się  nazywali ci  eksploratorzy z

Olsztyna, którzy znaleźli samochód - rzuciłem szybko.

Chłopak   w   mig   wystukał   numer   telefonu   i   już   przez   głośnik   zestawu   głośno

mówiącego odezwał się głos pana Tomasza.

- W czym problem, droga młodzieży? - zapytał wesoło.

Szybko wyłuszczyłem, o co mi chodzi. Po chwili pan Tomasz znowu odezwał się.

- Niestety, nie mam dobrych wieści. Autor notatki w gazecie nie podał nazwisk. Jak

wiesz, poszukiwacze skarbów często chcą pozostać anonimowi - mówił.

-   Wie   pan,   że   jest   to   wynik   tego,   iż   często   policja   chcąc   podwyższyć  statystyki

wykrywalności nielegalnych posiadaczy broni, robi naloty na domy poszukiwaczy, znajduje

resztki karabinów, zardzewiałe pistolety i...

- Aresztują ich za taki złom? - przerwał mi zdziwiony Jacek.

- Zanim ci odpowiem, poproszę pana Tomasza o adres redakcji i nazwisko autora

tekstu   -   powiedziałem   zwracając   się   jednocześnie   do   szefa,   który   po   chwili   podał   mi

potrzebne informacje.

-   Widzisz,   Jacek,   zawsze   są   dwie   strony   medalu.   Kiedyś   poznałem   chłopaka   z

Giżycka, który w okolicach Węgorzewa znalazł resztki niemieckiego karabinu MG-42. Był to

najlepszy karabin maszynowy drugiej wojny światowej, produkowany do dziś z niewielkimi

poprawkami  i  pod zmienioną  nazwą  - opowiadałem  kierując się do  redakcji.  - Służąc w

wojsku w rodzinnym mieście mógł wynieść z jednostki niezbędne smary i wszystko to, co

potrzebne   do   oczyszczenia   broni.   Odnowiony   karabin   stoi   u   niego   na   półce.   Można   go

załadować i nawet raz strzelić, po czym zaraz rozpadłby się ze starości. Jedyną osobą, którą

można   skrzywdzić   tym  karabinem   jest   sam   strzelec,  któremu   broń  może   eksplodować  w

background image

dłoni. Pomyślcie jednak, co by się stało, gdyby ktoś wyszedł na ulicę z czymś takim. Nie

każdy zna się na broni i od pierwszego rzutu oka stwierdzi, że jest to niegroźne. Pomyśl, jak

zareagowałby policjant?

- Pewnie aresztowałby tego kogoś - po chwili zadumy odpowiedział Jacek.

- Właśnie dlatego posłowie muszą zająć się także tym problemem. W Krakowie ma

powstać   prywatne   muzeum   AK,   którego   główne   zbiory   to   broń   ukryta   przez   zbrojne

podziemie w różnych punktach kraju. Właścicielem ma być osoba prywatna, która musi w

związku z tym uzyskać pozwolenie na broń. Może dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie

koncesji dla poszukiwaczy lub wyraźne określenie, czym dla policji jest broń, a czym broń

zabytkowa.

-   Przepraszam   mistrzów   broni   zabytkowej,   ale   mam   pytanie.   Dokąd   jedziemy?   -

odezwała się Zosia.

- Właściwie już jesteśmy na miejscu, czyli w redakcji pisma, które napisało o odkryciu

- odpowiedziałem parkując Rosynanta.

Musieliśmy  zejść   do   niskiego  parteru   budynku  przy  jednej   z   olsztyńskich   ulic,   w

którym znajdowała się redakcja lokalnego dziennika. Poinformowano nas, że poszukiwany

przez   nas   dziennikarz   siedzi   właśnie   pod   oknem.   Pokój,   do   którego   weszliśmy,   był

przedzielony na pół niewysokim murkiem. Okna na podwórze znajdowały się na wprost drzwi

wejściowych.   Na   dworze   było   bardzo   jasno   i   dlatego   niewyraźnie   widzieliśmy   postać

mężczyzny siedzącego w samym rogu przy oknie. Krótko rzucił na nas okiem i po chwili

znowu patrzył w ekran komputera. Ruszyliśmy w jego kierunku, bo był jedynym człowiekiem

na dole, więc z pewnością był tym, kogo szukaliśmy. Wyglądał na około trzydzieści lat, miał

krótko przycięte włosy i okulary na nosie. Musiał być olbrzymem, gdyż biurko, przy którym

siedział wydawało się przy nim dziecinnym mebelkiem, a myszka od komputera całkowicie

ginęła w jego dłoni. Jacek spojrzał na ekran i jego twarz rozjaśnił uśmiech.

-   Commandos   beyond   enemy   lines?   -   zapytał   dyskretnie   wymieniając   nazwę   gry

komputerowej, która aktualnie była na topie wśród wszystkich graczy.

Na ekranie było widać figurki przedstawiające niemieckich żołnierzy wbiegających

pomiędzy   zabudowania.   Dziennikarz   zajęty   był   chowaniem   swoich   komandosów   do

budynków. Liczyła się prędkość, z jaką to uczyni.

- Dobrze jest schować sapera w tamtej kamienicy. Niemcy nigdy nie będą mogli koło

niego przejechać do miasta - podpowiedział Jacek.

Olbrzym wcisnął przycisk pauzy i spojrzał na nas pytająco.

-   To   pan   jest   autorem   tekstu   o   odkryciu   resztek   niemieckiego   samochodu   koło

background image

Martian? - zapytałem.

- Tak - rzucił krótko.

- Jestem z Ministerstwa Kultury i Sztuki i szukam ludzi, którzy dokonali tego odkrycia

- powiedziałem.

- Jako urzędnik państwowy ma pan większe możliwości odnajdywania ludzi niż ja -

odpowiedział z nutką goryczy w głosie.

- Nie chcę, broń Boże, zabierać im samochodu ani czegokolwiek innego. Proszę pana

o pomoc. Mógłbym dostać adres od policjantów z Kętrzyna, ale nie chciałbym działać tylko

po linii służbowej, zrażając do siebie poszukiwaczy - starałem się grzecznie wytłumaczyć.

- Tu chodzi o coś bardzo poważnego! - wyrwało się Zosi.

Dziennikarz spojrzał na mnie. Wiedziałem, co zaraz powie. Mogłem tylko westchnąć.

-  Chce pan  dowiedzieć   się  od  odkrywców  czegoś więcej,  niż   to,  co napisałem,  a

jednocześnie,   jak   młoda   dama   raczyła   powiedzieć,   chodzi   o   coś   poważnego.   Pan,   jak

rozumiem, nie jest zwykłym inspektorkiem z ministerstwa. W tej sytuacji proponuję panu

wymianę. Pan dostanie adres, a ja temat na czołówkę.

Spojrzałem   na   dzieciaki.   Szukałem   u   nich   jakiejś   pomocy.   Mogłem   rzeczywiście

dostać adres od policjantów z Kętrzyna, ale to zajęłoby dużo czasu.

- Szach, mat, pat - krótko określił sytuację Jacek.

- Dobrze, chyba nie mam wyboru - odrzekłem po chwili wahania.

- Doskonale, jedziemy! - rzucił Olbrzym podnosząc się z miejsca.

Zdziwiłem się, że nie zamierzał pytać właściciela wraku, czy może przywieźć kogoś,

kto chce obejrzeć znalezisko.

- Jedźcie za mną! - rzucił redaktor, wsiadając do starego modelu forda taunusa.

Wyjechaliśmy z Olsztyna drogą na Butryny. Jechaliśmy przez piękne lasy mieszane.

Parę   kilometrów   za   leśniczówką   Zazdrość   żurnalista   skręcił   w   las.   Dalej   jechaliśmy   już

typową leśną, piaskową drogą. Musiałem uważać, żeby jego ford nagle nie zniknął mi z oczu

w wielkim tumanie kurzu. W pewnym momencie nasza mała kawalkada wjechała na mostek,

który prowadził do wyspy leżącej kilka metrów od brzegu. Tworzyła kępę drzew na środku

zatoki, zamkniętej  od strony jeziora ścianą trzcin. Cały ostrów porastały drzewa liściaste,

brzozy i klony.

Od strony mostku wyspa wznosiła się pod niedużym kątem, a droga kończyła się na

podwórku koło budynku z czerwonej cegły. Stały tutaj też stodoła, garaż i mała obórka. Po

drugiej stronie domu widać było wody jeziora.

Olbrzym wysiadł z forda i zaprowadził nas do stodoły. Szarpnął jej wielkie wrota. Na

background image

środku stał dodge z wielką białą amerykańską gwiazdą wpisaną w okrąg, wymalowaną na

masce półciężarówki. Widocznie właściciel pojazdu kupił go z amerykańskiego demobilu i w

Polsce święcił triumfy jeżdżąc na zloty starych samochodów. Przewodnik zaprowadził nas w

kąt pomieszczenia i zapalił światło.

Niemiecki   kubelwagen   był  tym,   czym  amerykański   jeep,   czyli  najpopularniejszym

samochodem   terenowym.   Z   przodu   miał   mocno   spadzistą   maskę,   na   której   często

umieszczano koło zapasowe. Tył przypominał ogromne pudełko o kanciastych kształtach. W

środku mogło wygodnie siedzieć czterech żołnierzy.

- Jak rozumiem, to pan jest odkrywcą tego auta? - zapytałem.

- Tak, razem z kolegą kiedyś szliśmy wzdłuż linii Giżyckiego Rejonu Umocnionego.

Pewnego   dnia,   tuż   po   świcie,   gdy   słońce   świeciło   tak,   że   rozświetlało   toń   wody,

zauważyliśmy jakiś dziwny kształt. Przyjechaliśmy ze znajomym płetwonurkiem i resztę już

wiecie.

- Nie było zakładu? Pan skłamał? - zapytała zdziwiona Zosia.

- Zgadza się - odpowiedział jej Olbrzym lekko uśmiechając się.

- I to tak można? - dopytywała się dziewczyna.

Dziennikarz   wzruszył   ramionami.   Widziałem,   że   uważnie   śledził   przebieg   moich

oględzin. Interesowało go, czego mogę szukać. Leżący przed nami wrak nie miał ogumienia

ani płóciennego dachu. W kilku miejscach błyszczały resztki szyb w okienkach. Pojazd miał

straszliwe zgnieciony tył,  zwłaszcza  w górnej  części,  a prawy bok był mocno wgięty do

środka. “Pismak” z uwagą przyglądał się moim oględzinom.

- Czemu pan napisał o tym tekst? - zapytałem nieco zdziwiony.

- Byłem ciekaw, co będzie się dalej działo, co znaczy tajemniczy szyfr?

- Co się stało ze szkieletami? - pytałem dalej.

-   Najpierw   wzięła   je   policja,   potem   prokurator   przesłał   je   do   zakładu   medycyny

sądowej. W końcu kości pochowano na jednym z cmentarzy wojennych. Eksperci stwierdzili,

że   zwłoki   leżały   w   wodzie   od   bardzo   dawna.   Obaj   mieli   dziury   od   kul   w   głowach   i

pogruchotane   kości   z   prawej   strony.  Z  tego   co   wiem,   średnica   otworu   po   kulach   w   ich

czaszkach była identyczna jak ta - w tym momencie podszedł do przednich prawych drzwi i w

dziurę wetknął patyczek. - To, co jest dziwne, to jedyna tego typu dziurka w całym wraku, a

szukałem naprawdę uważnie.

Przyklęknąłem, przyjrzałem się otworowi, a potem całemu wrakowi. Olbrzym miał

rację.

- To znaczy, że ktoś strzelał zarówno do kierowcy, jak i do pasażera. Użył do tego

background image

zaledwie trzech pocisków. Musiał być doskonałym strzelcem lub strzelał z małej odległości -

mówiłem oglądając z kolei wnętrze pojazdu.

Dziennikarz stał oparty o słup podtrzymujący strop stodoły i patrzył na to, co robiłem.

- Brrr... pan tak spokojnie mówi o czyjejś śmierci - Zosia aż zatrzęsła się i wyszła na

dwór, na słońce.

Jacek  podążył za  siostrą. Byłem zadowolony, że  tak szybko się znudzili.   Mnie  ta

historia wciągała coraz bardziej. Opowiedziałem redaktorowi, co wiem o Franku Belowie. W

tym czasie on wyjął papierosa i zapalił go.

- W czasie wojny jedynymi osobami, które mogły mieć broń w takiej okolicy, jak

Martiany, blisko  kwatery Hitlera,  byli żołnierze  lub alianccy komandosi.  Ktoś  strzelał  do

samochodu z bardzo bliska z broni o kalibrze 7,92 milimetra. W grę wchodzą niemieckie

ciężkie karabiny maszynowe, karabinek szturmowy lub FG-42, broń spadochroniarzy.

“Pismak” miał rację i dużą wiedzę na temat niemieckiej broni.

- Należy sobie zadać pytanie, dlaczego samochód ma tak pognieciony tył i prawy bok?

- myślał na głos mój rozmówca.

- W jakiej pozycji było auto, gdy je znaleźliście? - spytałem.

- Tak, jakby kierowca normalnie zjechał z drogi na lewy pas ruchu i stoczył się do

wody - odpowiedział po namyśle.

Zaprosił mnie i dzieciaki do swojego domku. Panował tam bałagan, charakterystyczny

dla mieszkań starych kawalerów. Olbrzym posadził nas w kuchni, skąd widzieliśmy jezioro.

Zaczął krzątać się po domu i stwierdził, że ma jedynie kiełbasę, chleb, boczek i musztardę. W

takiej  sytuacji z  ochotą przystaliśmy  na propozycję gospodarza zjedzenia kolacji  z  grilla.

Wyszliśmy na dwór i usiedliśmy na prymitywnych drewnianych ławach nad brzegiem jeziora.

Gospodarz   rozpalił   grilla.   Po   chwili   zajadaliśmy   kiełbaski   przyprawione   mieszanką   ziół,

natarte czosnkiem, i popijaliśmy mocną herbatę.

Zapadał zmrok i chcieliśmy już uciekać do Olsztyna, żeby przenocować na jakimś

kempingu. Okazało się, że żurnalista ma pokoje gościnne, które wynajmuje znajomym, gdy

wyjeżdża na poszukiwania lub w góry. Zostaliśmy u niego.

Ludzie kochający przygody, zagadki i sensacje przeszłości mogą rozmawiać tylko o

jednym. Opowiadał nam o zagadkach ziemi mazurskiej i o swoich wspinaczkach górskich.

Mówił także o pseudoturystach odwiedzających Mazury, traktujących ten teren, jak zdobyty

na wrogu. Żalił się na rozwój budownictwa domków letniskowych, które jak plaga szarańczy

obsiadały brzegi jezior. Stawały się miejscami, gdzie przyjeżdżały gwiazdy kina, a za nimi

tabuny bogatych snobów, chcących pokazać się w dobrym towarzystwie. Korzystały na tym

background image

gminne  samorządy  wyprzedając  ziemię,   zyskując   w   ten   sposób   dochody  do  chudych  kas

samorządowych.

My  odwdzięczyliśmy  się   opowieściami   o   poszukiwaniach   Bursztynowej   Komnaty.

Obiecałem,   że   jak   tylko   coś   znajdę,   to   natychmiast   przedzwonię   do   Olbrzyma.   On   miał

dołączyć do nas tak szybko, jak szybko redaktor naczelny zwolni go na urlop.

- Mam nadzieję, że w tym domu nie straszy - powiedziała Zosia do Olbrzyma idąc do

oddanego do jej dyspozycji pokoju.

- Nic o tym nie wiem - powiedział dziennikarz

Dom Olbrzyma był na tyle duży, że każde z nas miało swój pokój. Miałem spać w

salonie, gdzie dopalał się ogień w kominku. Za pozwoleniem gospodarza mogłem jeszcze

przed snem skorzystać z jego sprzętu i imponującej kolekcji płyt kompaktowych. Również

Olbrzym siedział w swoim gabinecie do późna. Sądząc po odgłosach walenia po klawiaturze

albo pisał książkę, albo rozbijał jakiś pułk niemiecki w kolejnej grze komputerowej.

Smacznie spałem, gdy na ramieniu poczułem czyjąś zimną dłoń. “A jednak straszy!” -

pomyślałem. Na szczęście to była Zosia.

- Wujku, ktoś jest na podwórzu - powiedziała szeptem.

Wyjrzałem przez szparę w okiennicach na podwórko. W stodole widać było blask

latarki.

- Ktoś ogląda znalezisko - stwierdziła Zosia.

- Obudź Jacka i Olbrzyma - mruknąłem.

Szybko wykonała w tył zwrot. Po chwili podszedł do mnie Olbrzym, a po nim zaspany

Jacek.

- Ja i Jacek zajdziemy stodołę od strony jeziora, a wy od podwórza - zadecydował

Olbrzym.

Tak też zrobiliśmy. W stodole widać było dwie zamaskowane postacie grzebiące przy

rozbitym aucie.

- Dobra, złodzieje! - krzyknął Olbrzym. - Wyłazić z łapkami w górze.

Jednak   nieproszeni   goście   ani   myśleli   posłuchać   rozkazu.   Zgasili   swoje   latarki   i

ruszyli w stronę Zosi i mnie. Szczuplejszy z napastników wyjął pistolet i wycelował w Zosię.

Rzuciłem   się   na   dziewczynę   i   pchnąłem   ją,   żeby   zeszła   z   linii   strzału.   Ten   moment

wykorzystali złodzieje i uciekli.

-   Jasny   gwint!   -   mruknął   Olbrzym,   gdy  mu   opowiedziałem   co   się   stało.   -   Rano

obejrzymy ślady tych ptaszków - dodał.

Skoro świt ruszyliśmy na podwórko, jednak nie znaleźliśmy żadnych śladów bytności

background image

tajemniczych   gości.   Przy   śniadaniu   rozmawialiśmy   o   naszych   planach   na   najbliższe   dni.

Dziennikarz pokazał na mapie dokładne miejsce swojego odkrycia. Przy pomocy komputera

wydrukował kolorową mapę okolic Martian z naniesionymi na nią miejscami, gdzie stały

bunkry. Maleńkie strzałki wskazywały, w którą stronę miały skierowane strzelnice. Dokładnie

pokazane   też   było   miejsce,   gdzie   spoczywały   szczątki   niemieckiego   samochodu.

Podziękowałem mu, szybko ruszyliśmy z Olsztyna w stronę Mrągowa, a potem Kętrzyna.

Gdy przejeżdżaliśmy przez Sorkwity, zadzwonił telefon.

- Cześć, to  ja! - usłyszeliśmy tubalny głos  naszego  nowego znajomego. - Czy  ty,

Paweł, masz kolegę w ministerstwie, który ma to samo zadanie co ty?

Pytanie wydało mi się dość dziwne.

- Ależ skąd, nic o tym nie wiem! - odpowiedziałem szybko.

- Rozumiesz, był w redakcji człowiek z urodziwą kobietą, który podawał się za ciebie

i przyjechał alfa romeo o numerach... - tutaj podał numery samochodu Jerzego Batury.

Zamarłem z oburzenia. Widziałem, że Zosia i Jacek zdecydowanie otworzyli oczy i

słuchali bardzo uważnie.

- Nie było mnie w redakcji, więc niczego się nie dowiedział - relacjonował żurnalista.

- Następnym razem pozdrowię go od ciebie.

Zasmucił mnie ten telefon. Oznaczał, że moim przeciwnikiem będzie po raz kolejny

Jerzy   Batura,   syn   genialnego   przestępcy,   dorównujący   ojcu   inteligencją.   Ucieszyło   mnie

jedynie to, że jest o krok za mną.

Za Kętrzynem znowu zadzwonił telefon.

- Twój koleś denerwuje mnie! Właśnie wróciłem do domu z Ostródy, gdzie robiłem

reportaż. Ktoś znowu wlazł do mojej stodoły! - mówił trochę zdenerwowany dziennikarz.

- Czy coś zginęło? - zapytałem.

- Nie, on musiał oglądać wrak, a ona miała za zadanie stać na czatach. Na podwórku

znalazłem ślady po obcasach damskich butów - odpowiedział dziennikarz. - Pawle, strzeż się

eleganckich kobiet zakładających szpilki na zbójeckie wyprawy - dodał.

Pomny uwag nowego przyjaciela jechałem szosą z Kętrzyna do Giżycka. Po prawej

stronie minęliśmy drogę do poniemieckiego lotniska w Wilamowie, a po niecałych dwóch

kilometrach zjazd do kwatery Hitlera w Gierłoży. Po chwili widzieliśmy już zabudowania wsi

Martiany. Nagle zatrzymałem się.

-   Patrzcie,   dzieciaki,   po   obu   stronach   w   krzakach   kryją   się   resztki   niemieckich

bunkrów  z  Giżyckiego  Rejonu  Umocnionego -  powiedziałem  im  wskazując  dwie solidne

background image

kępki zarośli.

Natychmiast   Zosia   i   Jacek   wysiedli   oglądać   betonowe   rumowiska.   Słyszałem   ich

okrzyki, gdy kaleczyli się o osty i przedzierali się przez sięgające po pas pokrzywy. Sam

uzbrojony w lornetkę obejrzałem resztki bunkrów, które było widać na wzgórku w pobliżu

torów kolejowych pod trzema sosnami. Po chwili młodzi wyłonili się z krzaków. Mieli tak

zdegustowane miny, że śmiać mi się chciało.

- O co tu kruszyć kopie? - pytał Jacek.

- Kupa gruzów. Żeby zobaczyć większe góry betonu, mogliśmy jechać do Gierłoży -

wtórowała mu Zosia.

-   Kochani,   obiecuję,   że   jeszcze   zobaczycie   cuda.   Tutaj   to   zaledwie   przygrywka.

Bunkier   z   lewej   był  uzbrojony  w   działko   przeciwpancerne   kalibru   37   milimetrów   i   dwa

ciężkie  karabiny  maszynowe.  Ten po  prawej  miał  osłaniać  podejście od  tyłu do  swojego

sąsiada   i   tamtego   przy   torach   -   mówiłem   wskazując   im   kolorowe   szkice   otrzymane   od

olsztyńskiego   dziennikarza.   -   Popatrzcie   na   te   strzałki   oznaczające   kierunki   możliwego

ostrzału... - nie kończyłem mego wykładu.

- Obrońcy tych bunkrów mogli strzelać do wszystkich i we wszystkich kierunkach -

zauważyła Zosia.

Tylko przytaknąłem.

- A ten mógł strzelać w sześciu kierunkach? - pytał Jacek wskazując pokłutym przez

pokrzywy palcem na jeden z rysunków.

- Później ci to wyjaśnię, a teraz pojedziemy na miejsce zasadzki - odpowiedziałem i

zaprosiłem młodzież do Rosynanta.

Jacek postanowił zabawić się w nawigatora i sięgnął po mapę otrzymaną od Olbrzyma.

- To chyba tutaj - powiedział i wskazał zakręt, mostek i jeziorko znajdujące się tuż za

wsią.

-   Nie,   przypatrz   się   mapie.   Wyraźnie   widać,   że   samochód   znaleziono   w   leśnym

jeziorku. Przyznam, że tutaj to idealne miejsce na zasadzkę. Zobacz jednak, że pod tym lasem

za nami zaznaczone są pozycje dział przeciwlotniczych należących do systemu obronnego

kwatery   Hitlera   -   wyjaśniałem.   Jednocześnie   rozglądałem   się   na   boki   szukając   tego

właściwego miejsca.

Po prawej stronie pomiędzy małymi świerkami, młodymi klonami i trzcinami błysnęło

oczko wodne. Według naszej mapy miało ono średnicę około 100 metrów i znajdowało się w

odległości kolejnych stu od drogi. W rzeczywistości było znacznie bliżej, bo około dziesięciu

metrów. Zatrzymaliśmy się i wysiedliśmy. Uważnie rozglądałem się dookoła.

background image

- Na mój spadochroniarski nos to miejsce jest idealne do organizowania pułapek -

postanowiłem użyć swej wiedzy wojskowej. - Popatrzcie, jesteśmy w lekkim dołku w środku

lasu w jedynym miejscu wzdłuż tej drogi, gdzie zamachowcy mieli pewność, że nikt z daleka

nie zauważy, co się tu dzieje.

- Skąd padły strzały? - pytał Jacek.

- Myślę, że ktoś po prostu zwalił na drogę drzewo i w ten sposób zatrzymał pojazd -

próbowałem dedukować. - Kierowca będąc jeszcze na wzniesieniu nie zauważył pułapki i w

ostatniej chwili musiał hamować uciekając na pobocze. Pewnie wtedy padły strzały.

- Szanowni komandosi i spiskowcy! - odezwała się Zosia. - Chciałabym wiedzieć, po

co tutaj stoimy. Czy po tym jak podrapaliśmy się przy bunkrach teraz mamy dać zjeść się

komarom albo - co gorsza - pijawkom z tej wody?

- Kochani, postanowiłem, że warto jednak tutaj rozejrzeć się. Może przewietrzę mój

wykrywacz metali i trochę poszperam - wyjaśniałem pośpiesznie.

Wyjąłem  wykrywacz,  założyłem słuchawki  i   rozpocząłem   penetrację  terenu.  Zosia

demonstracyjnie zamknęła się w Rosynancie. Jacek, oganiając się od komarów, szedł za mną

krok   w   krok   oczekując   nie   wiem   czego.   Nagle   w   słuchawkach   usłyszałem   lekki   pisk.

Wyregulowałem   sprzęt   i   wskazałem   Jackowi   uzbrojonemu   w   saperkę   miejsce,   gdzie   ma

kopać. Chłopakowi wystarczyło raz porządnie zanurzyć w ziemi ostrze łopatki, żeby w słońcu

słabym   blaskiem   zabłysła   łuska   karabinowa.   Nigdy   do   tej   pory   nie   spotkałem   takiej,   z

pewnością nie pasowała do żadnej broni, z jakiej strzelałem. Znalezisko skryłem w kopercie i

oddałem   Zosi.   Bliżej   jeziorka   znowu   wykrywacz   dał   znak.   Po   chwili   Jacek   podawał   mi

ćwiartkę skorupy niemieckiego granatu. Jeszcze pół godziny wodziłem wykrywaczem nad

ziemią. Nic już nie znaleźliśmy.

- Opłacało się poszperać i dożywić głodne komary? - z udawaną troską pytała Zosia.

Jacek uważnie oglądał nasze wykopaliska. Pytająco spojrzał na mnie.

- Też nie wiem, co o tym myśleć - odpowiedziałem.

W Sterławkach Wielkich skręciłem w stronę Rynu.

-   Pokażę   wam   dwie   ciekawostki   -   zapowiedziałem.   Myślałem   także   o   terminie

umówionego spotkania na przystani w Rynie.

W mieście skręciłem na drogę w stronę Mrągowa. Dwa razy zatrzymałem się, żeby

sprawdzić nasze położenie na mapie. Nagle zaskakując dzieciaki skręciłem w lewo, w las.

Zjechaliśmy z niewielkiej górki. W lesie jeszcze raz skręciłem w lewo trzymając się ledwo

widocznej drogi. Po przejechaniu stu metrów zatrzymałem samochód. Zosia i Jacek zdziwieni

rozglądali   się   na   boki.   Zaprowadziłem   ich   na   niewielki   wzgórek   porośnięty  paprotkami.

background image

Wśród nich leżała na boku kopuła pancerna o średnicy dwóch i pół metra. Oboje patrzyli na

nią ze zdziwieniem.

- A co to? - zapytali prawie równocześnie.

- Stoicie na wierzchu niemieckiego bunkra z okresu drugiej wojny światowej. Miał on

kopułę pancerną z sześcioma strzelnicami - wyjaśniałem. - Jak widzicie ma ona ogromną

średnicę. W niej kryło się dwóch żołnierzy obsługujących dwa ciężkie karabiny maszynowe.

Mogli nimi strzelać z sześciu otworów, a karabiny przemieszczali po specjalnych szynach,

których resztki jeszcze tutaj widać.

- A co jest pod nią? - pytała Zosia próbując zajrzeć w ciemność pod kopułą.

- Pod nią znajdowało się piętro na zapasy amunicji, a jeszcze niżej pomieszczenia dla

załogi.  W  takich  bunkrach często umieszczano  stanowisko dowodzenia  dowódcy odcinka

obrony lub silną grupę wypadową. Tam z drugiej strony można zajrzeć do środka.

Zeszliśmy do wnętrza. Drzwi były kiedyś bronione przez strzelnicę. Pokonaliśmy dwa

zakręty i stanęliśmy zgięci w pół w środku. Dzieciaki rozglądały się na boki, lecz w środku

był tylko gruz.

-   A   czemu   nikt   nie   próbował   zabrać   tej   kopuły?   Ona   waży   chyba   kilka   ton?   -

dopytywał się Jacek.

- Żeby ją ruszyć, trzeba użyć ładunków wybuchowych. Sama kopuła nie wygląda zbyt

interesująco. Jest pokryta rdzą, zresztą komu ona przeszkadza?

Zosia w tym czasie zajęła się zbieraniem poziomek. Nadziewała je jak korale na długą

trawę.

- Co teraz? - zapytała z niewinną miną.

Czułem, że szykuje dla mnie jakąś bombę. Będzie chciała sprawić, żebym od razu

wyłożył na stół wszystkie karty. Jacek wciąż oglądał bunkier. Po chwili wezwałem dzieciaki

do Rosynanta.

- Gdzie właściwie jesteśmy? - Jacek próbował zlokalizować miejsce naszego pobytu.

- W lesie niedaleko wsi Wejdyki założonej w 1415 roku przez trzech mężczyzn o

swojsko brzmiących nazwiskach: Jaśko, Polak i Resa. Poza tym ten przysiółek niczym nie

zasłużył się w historii - odpowiedziałem. W lusterku wstecznym widziałem czujne spojrzenie

Zosi.

W Rynie skręciłem w lewo i ruszyłem w kierunku wsi Krzyżany. Na środku wsi, tuż

przy rozstaju dróg, zatrzymałem Rosynanta.

- Chodźcie, zapraszam was na Wał Atlantycki - powiedziałem starając się mówić z

nutką tajemnicy w głosie.

background image

Oboje   posłusznie   wysiedli   wyraźnie   zaintrygowani.   Nasz   samochód   wzbudził

zainteresowanie   we   wsi,   do   której   autobusy   PKS-u   dojeżdżają   raz   dziennie.   Kobiety   w

chustkach   na   głowach   i   w   fartuchach   przyglądały  się   nam   zza   opłotków.   Przedstawiciel

młodej generacji polskiej wsi nieufnie spoglądał na nas pochylony nad kierownicą swojego

motocykla. Zabrałem mapkę otrzymaną od Olbrzyma i dzielnie ruszyliśmy do przodu.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

CZESIO,   PIOTREK   I   ICH   “OGAREK”   •   WIZYTA   W   TWIERDZY

BOYEN   •   TAJEMNICZE   POSTACIE   W   BASTIONIE   LUDWIG   •

ZOSTAJĘ  UŚPIONY  ETEREM  • RATUNEK  • PANOWIE  KRYPKA I

“SARMATA” • WALKA Z KOMARAMI

Tubylcy szybko stracili zainteresowanie naszymi skromnymi osobami. My tymczasem

poszliśmy w prawo, gdzie po przejściu przez płotek z drutu kolczastego i podmokłą łąkę

dotarliśmy do wysokiego na kilkanaście metrów pagórka. Rósł na nim lasek. Na wprost nas

widać było mroczne wejście do bunkra, a po prawej stronie strzelnicę karabinu maszynowego.

Ostrożnie,  schylając głowy pokonaliśmy zakręt w prawo i w lewo. Z prawej było

wejście do pomieszczenia, w którym kiedyś znajdował się karabin strzegący wejścia. Po lewej

mieliśmy pokój załogi, z którego przechodziło się do wąskiego korytarzyka. Z niego można

było   przejść   do   dwóch   sal   bojowych,   które   miały   służyć   Niemcom   do   obrony   przed

Rosjanami. Pomiędzy nimi był pokój radiotelegrafisty oraz dowódcy. Cały betonowy olbrzym

był  zniszczony  od   stron   strzelnic   skierowanych   na   zachód.   Widziałem,   że   Jacek   i   Zosia

zwiedzali wszystko z ogromnym zainteresowaniem.

- Dlaczego nazwał pan to Wałem Atlantyckim?  - zapytali po dokładnej penetracji

bunkra.

- Tu, w Krzyżanach znajdowały się trzy bunkry postawione prawie w środku wsi. Są

ewenementem   na   skalę   Europy.   Identyczne   obiekty   Niemcy   postawili   jedynie   na   Wale

Atlantyckim - mówiłem.

- Czemu Niemcom zależało na umocnieniu właśnie tej wioski? - dopytywał się Jacek.

- Tego nikt nie wie. Może coś tu ukryto? Najprawdopodobniej odkryjecie tajemnicę

patrząc   na   mapę   -   próbowałem   dedukować.   -   Od   Martian,   na   północy,   do   Wejdyk,   na

południu,   ciągnął   się   pas   umocnień   niemieckich.   Na   wschód   od   Krzyżan   znajduje   się

przesmyk pomiędzy jeziorami Guber i Orło. Wojska przeciwnika, które przeszłyby tamtędy,

znalazłyby  się   na   otwartej   przestrzeni,   z   siecią   dobrych   dróg.   Można   stamtąd   atakować

Giżycko, a także uderzyć na obrońców od tyłu w dowolnym punkcie. Można rzec, że tu w

Krzyżanach znajdowała się kluczowa pozycja obronna. Może też być tak, że część potencjału

organizacji inżyniera Todta, po wybudowaniu kwater na Mazurach, skierowano do łatania

background image

dziur Giżyckiego Rejonu Umocnionego.

- Za dużo tych “może”. Powinniśmy już pojechać gdzieś coś zjeść - stwierdziła Zosia.

Jackowi także burczało w brzuchu, więc pojechaliśmy do Rynu. Wszystkie knajpki w

mieście były już oblężone, więc pozostało nam jedynie ugotować na mojej maszynce gazowej

klopsiki w sosie pomidorowym. Zaparkowałem Rosynanta w ten sposób, żeby widzieć całą

przystań   żeglarską.   Właśnie   wycierałem   skórką   od   chleba   resztki   sosu   z   talerza,   gdy  na

wodzie zobaczyłem jacht ze znanymi mi od dawna postaciami. Byli to Czesio i Piotrek, z

którymi miałem wyruszyć na szlak.

- Widzicie tamten jacht? Jak skończycie myć talerze zamknijcie samochód i chodźcie

do   nas   -   powiedziałem.   Nie   czekając   na   ich   protesty   związane   z   zapędzeniem   ich   do

zmywania czym prędzej zbiegłem na keję.

Czesio i Piotrek dobili do brzegu z gracją. Prezentowali styl żeglarstwa, jakiego już

nie spotyka się na naszych szlakach. Serdecznie ich uściskałem. Czesio był średniego wzrostu,

a jego czuprynę stanowił gąszcz czarnych włosów. Miał słabość do piwa i to Piotrek pilnował,

żeby kolega nie pił zbyt dużo. Piotrek był wysokim i szczupłym blondynem. O ile Czesia

zdobił brzuch, o tyle Piotrek był niezwykle wysportowany. Jego twarz często przypominała

maskę rzymskiego boga. Nawet w chwilach największego rozluźnienia jego oczy pozostawały

czujne.   Z   Piotrkiem   służyłem   w   tym   samym   plutonie   w   czerwonych   beretach.   Czesia

poznałem dzięki Piotrkowi. Okazało się, że Czesio też był w beretach, tyle że dwadzieścia lat

wcześniej. Zdążył w tym czasie ożenić się i rozwieść.

Przyjrzałem się łajbie,  którą przypłynęli.  Był to wiekowy już   jacht  Orion noszący

nazwę “Ogarek”.

- Chłopaki! Czym wy płyniecie? - pytałem zdumiony.

Oglądałem jacht z mieszanymi uczuciami. Widać było po jego wielokrotnie łatanym

dziobie, że przeszedł niejedno. Żagle mogły być starsze od samego kadłuba i trzymały się

chyba  tylko   dzięki   temu,   że   miały  na   sobie   dwie   warstwy  łat.   Szoty  były  poprzecierane

wszędzie tam, gdzie przechodziły przez kipy lub miały styczność z kabestanem. Jedyne co

zadowalało, to porządnie naciągnięte wanty i sztagi. Widziałem w tym rękę Czesia, szkutnika.

Chłopaki z błyskami rozbawienia w oczach obserwowali moją zdębiała minę.

- Zapatrzyłeś się w naszego “Ogarka”? - pytał Czesio.

- My też się zakochaliśmy w tym cudzie od pierwszego wejrzenia - opowiadał Piotrek.

- Jacht dostaliśmy dzień później, poprzednia załoga miała jakieś problemy. Nie zdążyliśmy

jeszcze tu wszystkiego naprawić, bo śpieszyliśmy się na spotkanie z tobą.

Zawsze staraliśmy się wynajmować łajby, których nikt nie chciał lub trzeba je było

background image

przetransportować   z   jednego   portu   do   drugiego   pomiędzy   jednym   a   drugim   czarterem.

Bosmani ze wszystkich przystani znali Czesia i wiedzieli, że w ciągu pięciu dni potrafi nawet

z   najgorszej   krypy   uczynić   cudo.   Chętnie   wypożyczali   mu   łódki,   z   czego   skwapliwie

korzystaliśmy ja i Piotrek. Przy okazji sami wiele się nauczyliśmy. Ta wiedza przydała się w

czasie regat z Baturą w Mikołajkach.

- Dobra, pakuj manele i chodź do nas - powiedział Piotrek. - Trzeba czym prędzej

uciekać z tego portu. Musimy jeszcze dzisiaj spłynąć z Ryńskiego na Tałty i szturmować

kanały. Dni są długie, więc może uda się jeszcze dzisiaj dostać na Jagodne.

- Ja może wyskoczę do miasta coś załatwić - zaproponował Czesio. Jego język już

nerwowo krążył w kącikach ust. Widziałem, że chce wyskoczyć na małe piwko.

- Niestety, chłopaki, w tym roku mój udział w wyprawie może opóźnić się o parę dni.

Mam robotę - rzekłem.

- Eee...! - mruknęli obaj.

- Wujku! Już  jestem - nadbiegła Zosia. Od razu pod wpływem spojrzenia Piotrka

zapłoniła się po czubki uszu.

-   Ładną   masz   robotę,   wujku!   -   od   razu   Czesio   wykorzystał   okazję,   żeby   się

podśmiewać   ze   mnie.   -   Szanowna   pani   to   zapewne   słynna   “robota”   Pawła,   a   ja   jestem

Czesław - udając szarmancję ucałował dziewczynę w dłoń.

Zosia nie znała stylu dowcipów Czesia, więc się prawie śmiertelnie obraziła. Została

jednak przy nas, jakby zaczarowana wzrokiem Piotrka. W tym czasie doszedł Jacek.

- Paweł! To wszystko twoje?  Może założyłeś przedszkole?  - Czesio nie dawał mi

spokoju.

W końcu wszystko wyjaśniłem chłopakom. Okazało się, że za cztery dni muszą oddać

łódkę   w   Węgorzewie.   Byłem   zmartwiony,   bo   wiedziałem,   że   w   tym  roku   już   sobie   nie

pożegluję. Opowiedziałem im o tajemnicy, jaka sprowadziła mnie nad jeziora. Zainteresowała

ich ta historia.

- Może się spotkamy, jak oddamy “Ogarka” w Węgorzewie - zaproponował Piotrek.

- Zrobię sobie bazę wypadową w schronisku w Twierdzy Boyen w Giżycku i tam się

spotkamy - odpowiedziałem z radością.

Zosia chyba była również uradowana. Oczywiście udawała, że nie spostrzega Piotrka.

Jednak   ja,   Czesio   i   Jacek   mieliśmy   niezły   ubaw.   Gdy   nie   patrzyła   w   naszą   stronę

porozumiewawczo uśmiechaliśmy się do siebie.

Pożegnałem się z kolegami i razem z młodzieżą ruszyłem do Giżycka. Gdy byliśmy w

mieście musieliśmy pojechać okrężną drogą, żeby ominąć otwarty most obrotowy na Kanale

background image

Łuczańskim i poszliśmy na późny już  obiad do baru “Omega”. Jest to chyba ostatni bar

mleczny na wschód od Wisły. Jeszcze z rzadka można tam usłyszeć okrzyk: “Leniwe dwa

razy, proszę!”. Dodatkowy atut tej jadłodalni to niskie ceny i kotlety schabowe wielkości

dłoni. Tym razem schabowe przeszły nam koło nosa. Panienka podająca dania powiedziała, że

się skończyły. Pozostało nam zjeść trochę łykowate kotlety drobiowe.

Po obiedzie uzupełniliśmy zapasy żywności i pojechaliśmy przez most obrotowy do

Twierdzy Boyen. Po drodze zrobiłem dzieciakom test na inteligencję.

- Droga młodzieży, most obrotowy i Twierdza Boyen powstały w drugiej połowie XIX

wieku. Zgadnijcie, przed kim miała bronić ta twierdza?

- Twierdza stoi na wyspie pomiędzy dwoma kanałami, Niegocińskim i Łuczańskim.

Obrońcy byli zabezpieczeni ze wszystkich stron - odpowiedział Jacek.

- Obsługa mostu znajduje się po zachodniej stronie. Myślę, że Prusacy bali się ataku ze

wschodu - dopowiedziała Zosia.

Przytaknąłem   i   dałem   klaksonem   sygnał,   bo   wjeżdżaliśmy   do   Twierdzy   Boyen.

Minęliśmy   główną   bramę   i   przez   zasypaną  fosę   koło   kaponiery,  gdzie   znajduje   się   klub

“Tequilla”, wjechaliśmy do środka. Od razu zatrzymaliśmy się koło piętrowego koszarowca.

W   jego   piwnicy  jest   muzeum,   na   parterze   dojrzewalnia   serów   (wcale   nie   czuć)   i   biuro

Towarzystwa Miłośników Twierdzy Boyen, a na piętrze schronisko.

Właśnie stanęliśmy u stóp stromych i szerokich schodów prowadzących na piętro, gdy

usłyszałem fragment rozmowy.

-   Przecież   pies   nikogo   nie   pogryzie,   to   jest   spokojne   zwierzę   -   tłumaczył   jakiś

mężczyzna.

- To dziwne, że pana piesek pogonił tamtego wilczura i przegnał dobermana, ale tu nie

może być walk psów - stanowczo odpowiedziała kobieta.

Powoli wchodziliśmy po schodach. Spojrzałem w górę i zobaczyłem amerykańskie,

wysokie wojskowe buty. Reszta ubrania wysokiego, szczupłego mężczyzny ostrzyżonego na

zero jako żywo przypominała wizerunek amerykańskiego żołnierza. Obok widziałem rudego,

prawie żółtego psa z długim zakręconym ogonem, którym w czasie dyskusji powoli merdał.

Coś mnie tknęło. Cofnąłem się.

- Zosia! Zajmij trzy miejsca! - zdążyłem powiedzieć i już po cichu wybiegałem na

dwór.

Rozglądałem się na boki, rozpaczliwie szukając kryjówki. Patrzyłem w lewo: brama i

plac   przy   wejściu   do   twierdzy.   Na   wprost   wysoki   płot   i   wysoki   wał.   W   prawo,   po

przebiegnięciu pięćdziesięciu metrów, stałem za załomem budynku. Ostrożnie wyjrzałem zza

background image

rogu.   Nagle   zobaczyłem,   że   tajemniczy   mężczyzna   z   psem   wychodzi   na   dziedziniec.

Natychmiast ruszyłem za nim w pościg. Mój obiekt skręcił w bramę, jakby chciał wyjść do

miasta. Dobiegłem do bramy i zajrzałem w głąb. Człowiek i pies zniknęli. Najpierw wbiegłem

w furtkę z prawej strony. Znalazłem się pomiędzy wałem a murem z rzędem strzelnic. Nikogo

nie zobaczyłem. Cofnąłem się. Pobiegłem kawałek wzdłuż muru w drugą stronę. Znowu nic.

Straciłem   faceta   z   oczu.   Byłem   pewien,   że   jeszcze   go   kiedyś   spotkam.   Wróciłem   do

schroniska.

- Wujek rozpoznał tego zadowolonego psa z pociągu! - przekrzykiwali się Zosia i

Jacek.

Kiwnąłem głową.

- Wujku! Kiedy zwiedzimy twierdzę i powiesz w końcu, o co tu chodzi?  - pytała

Zosia.

- Jutro porozmawiamy - odpowiedziałem. Włożyłem koce i poduszkę w przygotowane

pokrowce. Postanowiłem wziąć swoją fajeczkę i wyjść na dwór. Wtem na korytarzu zaczął się

rozgardziasz. Okazało się, że przybyła Jackowa drużyna żeglarska. Wszyscy mieli spędzić noc

w schronisku. Natychmiast w naszej sali zrobiło się gwarno i tłoczno. Jacek zniknął, żeby

pomóc swojej drużynowej z bagażami. Zosia poleciała za nim; może spodobał się jej jakiś

harcerz. Uzyskawszy wreszcie odrobinę spokoju wyszedłem na dwór.

Skręciłem w lewo i po schodkach koło bramy wszedłem na wał ciągnący się nad nią i

dalej w głąb twierdzy. Siedziałem na murku. Ssałem fajkę, patrzyłem na popiersie von Boyena

umieszczone   nad   wjazdem.   Nagle   ciemności   rozcięły   światła   reflektorów   jakiegoś

samochodu.   Na   dziedziniec   wjechała   alfa   romeo   Batury.   Widać   było,   że   chciał   tutaj

zaparkować. Zobaczył jednak mojego Rosynanta i przyśpieszył. Wysypałem resztkę tytoniu z

cybucha i pobiegłem po wale, żeby zobaczyć, dokąd on jedzie. Batura ruszył drogą, jakby

chciał wjechać na majdan; skręcił w prawo. Ja biegłem po skarpie mając jego auto kilkanaście

metrów pod sobą. Nie mógł mnie widzieć. On nagle wjechał w bramę pode mną i znalazł się

na dziedzińcu przy kolejnym koszarowcu w bastionie Ludwig. Przypadłem do ziemi.

Dwie ubrane na czarno postacie wyszły z auta. Skierowały się w stronę zejścia do

kolejnego tunelu, skąd mogły przejść do kaponiery. Ostrożnie ruszyłem za nimi. Skradałem

się po cichu. W tunelu było ciemno. Nagle ktoś zaświecił mi latarką halogenową po oczach, a

dłoń   ubrana   w   rękawiczkę   przytknęła   mi   do   ust   i   nosa   chustkę   z   eterem.   W   oczach

zobaczyłem wielkie kręgi, a głowa zaczęła boleć, jakby waliły w nią młoty. Padłem zemdlony.

Czułem, że ktoś grzebie po moich kieszeniach. Nagle wszystko skończyło się.

- A to bandyci! Ja was zaraz tu laseczką pogonię! Cholery, nie mają gdzie łobuzować -

background image

usłyszałem dziarski krzyk jakiegoś staruszka.

Po chwili starszy pan pochylił się nade mną. Potrącał mnie, a ja powoli się budziłem.

Jak otumaniony poszedłem za nim do budynku koszar. Staruszek zaprowadził mnie na piętro,

gdzie cały korytarz zastawiony był wypchanymi zwierzętami. Posadził mnie w fotelu w jednej

z ogromnych sal. Na starym stole postawił obtłuczony kubek z mocną herbatą i reklamówkę z

zeschniętymi faworkami.  Drobnymi łykami popijałem herbatę i przyglądałem się mojemu

wybawcy.

- Co tam, chłopaczku? Cały jesteś? - dopytywał się. Był mocno przygarbiony, ale jak

na późny wiek trzymał się doskonale. W jego oczach wciąż igrały młodzieńcze ogniki.

- Jedz, chłopaczku, jedz. To wojsko dla mnie przygotowało. A nie za twarde one są? -

dopytywał się podsuwając mi reklamówkę z ciastkami.

- Wszystko w porządku. Dziękuję za pomoc. Nazywam się Paweł Daniec, pracuję w

Ministerstwie Kultury i Sztuki - przedstawiłem się i podałem mu dłoń.

-  Bogusław  Domaniewski.  To  pan pewnie  w  sprawie  tych podpaleń  budynków   w

twierdzy? - dopytywał się gospodarz.

- Niestety nie, ale i tym pewnie będziemy musieli się zająć.

- A kto to na pana się tak czaił?

-   Nie   wiem   -   skłamałem.   Zastanawiało   mnie,   dlaczego   Batura   tak   ostro   mnie

potraktował.

- Już prawie kładłem się spać, gdy usłyszałem samochód na podwórzu. Wyglądam

przez  okno,  a tu  dobre auto  stoi. Jakaś  dwójka zamaskowana.  Myślę, znowu  podpalacze

przyszli - opowiadał dziadek. - Więc po cichu wychodzę, żeby im skórę wygarbować. Może

wiekowy jestem, ale się nie boję. Patrzę, a tu kolejny frant leci do tunelu. Potem w środku

widzę, że ta dwójka chce pana okraść. Coś zginęło?

Dopiero teraz sprawdziłem kieszenie. Zniknęły mapy od Olbrzyma, a fajka została

złamana.

-   Ważnych   papierów   już   nie   odzyskam.   Trochę   fajki   szkoda,   już   się   do   niej

przyzwyczaiłem - odpowiedziałem.

-   Ja   tam   nie   palę.   Sportowcem   przed   wojną   byłem   i   na   ten   sport   dziewczyny

podrywałem. Coś może panu znajdę, jak pan taki zapalony fajczarz - staruszek zaczai grzebać

w stosach książek.

Po minucie wręczył mi starą fajkę. Mimo wieku sprawiała wrażenie nie używanej.

-   Dostałem   ją   kiedyś   od   węgierskiego   oficera,   którego   przekupiliśmy,  żeby  przed

powstaniem warszawskim przewiózł broń do stolicy - zaczął opowiadać staruszek. - A pan ma

background image

gdzie spać? - zapytał z troską.

Spojrzałem na zegarek. Zrobiło się późno. Umówiłem się z przemiłym dziadkiem, że

odwiedzę go rano i pędem pobiegłem do schroniska. Wiedziałem, że Batury już nie odnajdę.

Bałem się, że dzieciaki widząc moją nieobecność rozpoczną nocne poszukiwania.

Na miejscu przekonałem się, że moje zniknięcie nie zrobiło na nikim wrażenia. Jacek

był wpatrzony w jakąś dziewczynę. Zosia zaprzyjaźniona z koleżankami adorowanej druhny

robiła sobie żarty z brata. Z kolei koledzy Jacka próbowali oczarować Zosie. W tym mętliku

dyżurni   harcerze   podawali   spóźnioną   kolacje.   Instruktorzy   siedzieli   w   trójkę   w   końcu

długiego   stołu,   z   dala   od   reszty  harcerzy.   Siedząc   nad   mapą   i   stosami   notatek   zapewne

planowali trasę rejsu. Jeden z nich, niewysoki brunecik z wąsikiem, poderwał się na mój

widok.

- Poznaję pana ze zdjęć, które pokazywał nam Jacek - mówił potrząsając moją dłonią.

- Nazywam się Krypka. Może zechce pan odwiedzić jeden z naszych biwaków i porozmawiać

z młodzieżą o poszukiwaniach skarbów. Znamy pana przygody tylko z relacji Jacka.

- Zostaw pana w spokoju - powiedział wielki blondyn o sumiastych wąsach i dużym

brzuchu. “Sarmata” - pomyślałem patrząc na jego twarz. Nie będę go inaczej nazywał, mimo

że przedstawił mi się z nazwiska. - Widzę, że pan dużo przeszedł. Proponuję mocną herbatę i

sen - powiedział patrząc w moje wciąż mętne oczy.

Skwapliwie   skorzystałem   z   zaproszenia.   Zapamiętałem,   gdzie   harcerze   zamierzają

biwakować i poszedłem czym prędzej spać. Nie dane mi było jednak zasnąć. Jakaś oferma

zostawiła w sali otwarte okno i zapalone światło. Wokół jarzeniówek pod sufitem krążyły

zwarte kompanie komarów. Na widok takiej “świeżynki” jak ja natychmiast przystąpiły do

ataku. Oganiałem się jak mogłem, zgasiłem światło i już prawie byłem gotowy do obrony

biernej, czyli przykrycia się od szyi do stóp, gdy ktoś wszedł do sali.

- Plucha! Nie idź jeszcze spać! - krzyczał jakiś harcerz z jadalni.

Plucha zapalił światło i całe moje dotychczasowe sukcesy w walce z komarami szlag

trafił. Zwarte formacje atakowały moje nogi i ramiona, a co bardziej zaciekłe i czoło. Harcerz

widząc co się dzieje zgasił światło. Ja zamknąłem okno i zacząłem się okładać otwartą dłonią,

żeby zabić jak najwięcej owadów. Plucha wyjął latarkę i zapalił ją. Tym na moment odwrócił

uwagę komarów. Podał mi jakąś maść intensywnie pachnącą goździkami.

- To patent mojej babci, dobre na ukąszone miejsca i do odstraszenia pojedynczych

sztuk.   Pracuję   nad   wzmocnieniem   jego   działania.   W   naszej   drużynie   zajmuję   się

ziołolecznictwem i survivalem - powiedział Plucha. - Tymczasem mam coś zupełnie innego -

dodał.

background image

Wyjął dwudziestocentymetrowy kawałek gumki, takiej jak do majtek. Strzelając z niej

wybijał kolejne komary. W końcu została ich cała chmara krążąca nad latarką. Druh Plucha

dzielnie zakrył latarkę z komarami kocem, wszystko zwinął w kłębek i wyszedł na dwór.

Zapach goździków, spokój i przeżycia całego dnia sprawiły, że padnięty jak kawka zasnąłem

od razu. Mojego chrapania nie przerwała nawet druga batalia z komarami stoczona przez

resztę   śpiących  w   moim   pokoju.   Oni   nieopatrznie   zapalili   światło   i   otworzyli   okno.   Ich

okrzyki i odgłos walenia gazetami po ścianach dochodziły do mnie jedynie jako tło bardzo

miłego snu.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Z   WIZYTĄ   U   MOJEGO   WYBAWCY   •   TWIERDZA   BOYEN   I   JEJ

ZAGADKI   •   ZNOWU   DWIE   ZAMASKOWANE   POSTACIE   •

NIEOCZEKIWANY SPRZYMIERZENIEC

Obudziła mnie poranna krzątanina druhów - żeglarzy. Trochę wstydziłem się wstawać,

kiedy po pokoju krążyły druhny, wiec udawałem, że śpię. Gdy wszyscy już poszli na śniadanie

powoli przetarłem oczy. Szybko pobiegłem do łazienki. Miałem szczęście, że jeszcze było

trochę ciepłej wody w bojlerze. Wziąłem szybki prysznic, ogoliłem się i ruszyłem do kuchni

w schronisku, żeby sobie coś zrobić na śniadanie. Krążyły tam już harcerki, a mnie pozostało

jedynie przyjąć zaproszenie do stołu instruktorów.

- Co się stało, panie Pawle? - dopytywał się Sarmata.

Nie wdając się w szczegóły opowiedziałem o napadzie w twierdzy. Instruktor Krypka

tylko kręcił głową, a Sarmata patrzył na mnie podejrzliwie.

- Jacka już bierzemy pod swoją opiekę - powiedział Sarmata wstając od stołu. - Pan

Paweł ma przed nami wiele tajemnic, może coś opowie przy ognisku, na które serdecznie

zapraszamy - dodał już na odchodnym.

Gdy opustoszała sala stołówki podeszła do mnie Zosia.

-   Żeglarze   już   zabierają   rzeczy   i   idą   na   przystań   odebrać   łódki   -   powiedziała

przyglądając mi się uważnie. - A co my będziemy robić? - zapytała.

-   Najpierw   pójdziemy   na   spotkanie   z   przesympatycznym   staruszkiem   -

odpowiedziałem.

Wyszliśmy  ze   schroniska  i   krokiem   spacerowym poszliśmy  wzdłuż   wewnętrznego

wału  twierdzy. Przeszliśmy  tunelem  na  dziedziniec  bastionu  Ludwig.  Skręciliśmy na tyły

koszarowca, gdzie w słońcu wygrzewał się Bogusław Domaniewski.

- Dzień dobry! - grzecznie przywitałem się ze staruszkiem.

- Dzień dobry! Jak się pan czuje? - spytał przyglądając się nam i zakrywając dłonią

oczy przed słońcem.

Zosia spojrzała na mnie zaskoczona, że dziadek pytał mnie o samopoczucie. Ja zaś

przedstawiłem Zosię. Miałem ukryty cel tej wizyty. Oprócz podziękowania za uratowanie

mojej   skóry   chciałem   zapytać   staruszka,   czy   nie   słyszał   o   czymś   ukrytym   w   twierdzy.

background image

Zacząłem naszego gospodarza wypytywać, jak trafił do Giżycka.

- Urodziłem się w Zamościu - staruszek rozsiadł się wygodnie, położył laseczkę obok

na  ławeczce.  -  Mój   dziadek   był  Francuzem,   który  przyjechał  do  Polski,   żeby  walczyć w

powstaniu styczniowym. Gdy ustały walki przodek związał się z bogatą panną i został w

naszym kraju. W chwili wybuchu pierwszej wojny światowej w naszym domku zakwaterował

się   gubernator   okręgu.   Gdy   Rosjanie   wycofywali   się   z   miasta   to   mały   byłem,   ale

zapamiętałem   wspaniały   widok.   Kozak   na   czarnym   koniu   przeskoczył   przez   prawie

dwumetrową   bramę   prowadzącą   na   nasze   podwórze.   Szablą   uderzył   w   okno   i   krzyknął:

“Uciekajcie, bo będziemy Żydów wyrzynać!”. Po dwunastu godzinach do Zamościa wkroczył

sztab   armii   austriackiej.   Razem   z   armią   Franciszka   Józefa   do   miasta   przybył   rotmistrz

Wojciech Kossak. Pani pamięta tego malarza? - pytał Zosię.

- Ależ oczywiście, lubił malować konie - od razu odpowiedziała.

- A jest pani harcerką? - pytał nasz gospodarz.

- Nie, ale mój brat żegluje z harcerzami - powiedziała nieco zaskoczona pytaniami.

- Moja przysięga harcerska odbyła się na cmentarzu, przy pochodniach. Jakaś kobieta

opowiadała rzędowi młodzieży o skautingu. Później wśród harcerzy rozeszła się wieść, że

była to Zofia Nałkowska. Po odzyskaniu niepodległości do Zamościa przybył Józef Piłsudski.

Przedzierał   się   przez   tłum   gapiów   stojących  na   zamojskim   rynku.   W   ciżbie   stałem   i   ja.

Piłsudski  pogłaskał mnie  po głowie mówiąc “Chłopaczku,   zrób mi  przejście”. Potem nie

chciałem  dać umyć głowy, której dotykał taki  bohater. Z harcerskich przygód głęboko w

pamięci utkwiły mi spływy tratwami do Morza Czarnego. Razem z drużyną kupowaliśmy od

leśniczego w Karpatach Wschodnich kilka bali drewna. Na nich budowaliśmy szałas z tarcicy

i płynęliśmy Dunajem. Na wybrzeżu sprzedawaliśmy drewno i mieliśmy za co wrócić do

domu. Ej, to były czasy. Człowiek łowił pstrągi, manewrował tym drągiem co za ster i wiosło

robił - rozmarzył się pan Bogusław. - Również w Karpatach odkrywaliśmy ślady starożytnej

kultury   Daków.   Nauczyliśmy   się   zbierać   złoto.   Dawni   mieszkańcy   tamtych   terenów

wydobywali maleńkie okruchy kładąc na dnie potoków nie wygarbowane skóry baranie, tak

zwane runo.

- Stąd powiedzenie o złotym runie? - dopytywała się dziewczyna.

- Może i tak. Złoto cięższe od piasku zaplątywało się w sierść. Potem wystarczyło

skóry  wysuszyć  i   wytrząsnąć   złote   okruszki.   Kilka   dni   spędzonych  na   takim   zbieractwie

zwracało z nawiązką koszty wyprawy. W czasie wojny polsko-bolszewickiej przed naszym

domem stała barykada. Jej obrona trwała trzy dni. Później do miasta wkroczyli kawalerzyści

Budionnego. Po kilku dniach Rosjanie uciekali w samych kalesonach przed polską odsieczą.

background image

Po odejściu  okupantów zostało  mnóstwo  broni. Nawet mali chłopcy chodzili do szkoły z

rewolwerami w kieszeniach. Jak zwykle młodzieńcy zabawiali się wrzucaniem amunicji do

ognisk. W czasie takich zabaw jeden z chłopców zginął. A wiecie, kto mnie uczył polskiego?

- zapytał nagle dziadek.

Zasłuchani w jego opowieść nie potrafiliśmy wydobyć z siebie słowa.

- Na polski przychodził do nas Bolesław Leśmian. Kazał wszystkim na głos czytać

“Iliadę”. Sprowadzał do szkoły innych poetów z grupy poetyckiej “Skamandra”. Przychodzili

Młodożeniec,   Lechoń,   Wierzyński   i   Żeromski.   Ten   ostatni   próbował   dzieciakom   czytać

“Popioły”. Szło mu to bardzo nieskładnie. W pamięci mam też nauczyciela łaciny o nazwisku

Englert, dziadka znanego aktora.

Pan Bogusław zaczął pięknie deklamować fragmenty wojennych wspomnień Cezara

najczystszą łaciną.

- Znajomość łaciny przydała się także w czasie wypraw na tereny dawnych Daków.

Językiem starych górali była właśnie nieco zmodyfikowana łacina. Pamiętam jeszcze swoją

wyprawę kajakiem na Bałtyk. Będąc w czasie wakacji u swojego wuja, instruktora w szkole

orląt   w   Dęblinie,   dużo   czasu   spędzałem   w   kajaku.   Pewnego   dnia   na   lotnisku   doszło   do

wypadku. Samolot miał złamane skrzydło. Wuj spytał mnie, czy nie spróbowałbym zrobić

sobie   łódki   z   drewnianych   i   brezentowych   elementów   samolotu.   Zrobiłem   sobie   kajak,

namówiłem   na   wyprawę   nauczyciela   wychowania   fizycznego   z   gimnazjum   i   we   dwóch

wybraliśmy się kajakiem Wisłą na Bałtyk. Plonem podróży była książka i nagroda literacka

przyznana przez  rząd  II  RP.  Z gratulacjami  do  mojej  mamy przyszedł  nawet  polonista  z

gimnazjum, który wcześniej wzywał ją do siebie i mówił: “Z tego chłopaka nic nie będzie.

Nadaje się tylko do szewca”.

- I co, został pan pisarzem? - zapytała Zosia.

- Po skończeniu gimnazjum w 1931 roku zostałem wcielony do wojska, do ułanów.

Później ukończyłem studia i otrzymałem dyplom biologa. Jeszcze przed wojną odbyłem kilka

podróży za  koło polarne, na Grenlandię. W 1939 roku walczyłem na wschodniej granicy

Polski, a po ustaniu walk musiałem ukrywać się i przed NKWD, i przed gestapo. Uciekłem do

Warszawy, gdzie wstąpiłem do 7. pułku AK w Mińsku Mazowieckim. Zostałem skierowany

do pracy w leśnictwie Chrzęsno niedaleko Tłuszcza. Codziennie przechodziłem koło rabatki

uwiecznionej na obrazie Podkowińskiego “Dzieci w ogrodzie”, znajdującej się w ogrodach

hrabiny   Wincentyny   Karskiej.   We   dworze   wszyscy   pracownicy   byli   zakamuflowanymi

członkami AK. Do mojego lasu na szkolenia przychodzili chłopcy ze sławnych batalionów

“Parasol” i “Zośka”. Uczyli się tam strzelać, składać i smarować broń oraz podkładać ładunki

background image

wybuchowe.   Pewnej   nocy   do   leśniczówki   razem   z   innymi   przyszedł   Krzysztof   Kamil

Baczyński. Nauczyłem go odbezpieczać granat. Dziesięć lat po wojnie dowiedziałem się, że to

był poeta. W  tym samym lesie  przyjmowaliśmy zrzuty broni  i  cichociemnych. Za dolary

dostarczane  przez  aliantów  można   było wykupić  więźniów  i  nabyć  broń  od  przekupnych

Niemców. Po naszych akcjach Niemcy nie przeprowadzali akcji odwetowych, bo nasi ludzie z

AK podawali się za oddział partyzantów rosyjskich.

- A co pan czuł strzelając do Niemców? - niespodziewanie wypaliła Zosia.

- Czułem się okropnie. Gdy po wojnie zobaczyłem ogrom zniszczeń spowodowanych

przez Niemców myślałem, że z każdego powinno się drzeć skórę i sypać solą. Jednak gdy

przyjechałem do Gdańska jako inspektor do spraw przesiedleńców wtedy poznałem drugą

stronę medalu. W jednej z piwnic mieszkała trzydziestokilkuletnia żona majora SS. Razem z

dwójką dzieci żywiła się surowymi obierkami. Gdy zobaczyła grupę uzbrojonych Polaków

powiedziała, że nie przeżyje kolejnych gwałtów, a wcześniej kilka razy zgwałcili ją Rosjanie.

Poczułem się wtedy tak, jakby ktoś dał mi w twarz jako człowiekowi - mówił pan Bogusław. -

Chyba zwycięzca nie ma litości - dodał.

Zapadło kłopotliwe milczenie.

- A co było dalej? Nie musiał pan uciekać przed Urzędem Bezpieczeństwa? Wtedy

szukano byłych partyzantów - zapytałem.

- Tak. Żołnierze AK musieli uciekać przed UB i najczęściej starali się ukryć gdzieś na

Ziemiach Odzyskanych. Ja trafiłem do Giżycka. Tutaj poznałem starego Mazura o nazwisku

Daniel, który mieszkał w domku nad Kanałem Łuczańskim. Pewnego wieczora pokazał mi

stare zdjęcie z okresu pierwszej wojny światowej zrobione w Twierdzy Boyen. Na fotografii

widać było stary samochód i kilku mężczyzn w charakterystycznych pruskich hełmach. “Ten

to cesarz, ten to Hindenburg, a tamten wartownik koło bramy to ja” - opowiadał mi stary

Mazur.

- A czy ta forteca kryje jakieś tajemnice? - dopytywałem się.

- Raczej nie - odpowiedział staruszek.

Widziałem,   że   nie   chce   powiedzieć   wszystkiego   co   wie.   Pożegnaliśmy   się   i

wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli do Bramy Giżyckiej. Stanęliśmy przed ogromną mapą

twierdzy. Wyjąłem przewodnik. Rozpoczęliśmy spacer po murach, a ja czytałem:

-   Wojny   napoleońskie   dowiodły,   jak   wielkie   znaczenie   ma   Giżycko   leżące   na

przesmyku   pomiędzy   jeziorami   Niegocin   i   Kisajno.   Jednak   decyzja   o   budowie   twierdzy

zapadła dopiero 5 kwietnia 1843 roku. Kamień węgielny położono 4 kwietnia 1844 roku, a w

uroczystościach  brał   udział   radca   królewski   i  minister   wojny  Herman   von  Boyen. Stąd   i

background image

nazwa twierdzy. Nie nudzę cię, Zosiu?

- Wujku, powiedz czemu ona ma taki dziwaczny kształt, jakby siedmiokątnej gwiazdy

- odpowiedziała patrząc na plan.

- Twórcom twierdzy chodziło o wysunięcie stanowisk artylerii jak najdalej w pole, w

kierunku przeciwnika. Stąd te wysunięte kaponiery do obrony w dwóch kierunkach i kojce do

obrony rowu. Labirynt stworzony przez  przejścia pod wałami,  zwane poternami, wysokie

raweliny,   czyli   wały,  z   których   można   prowadzić   ostrzał   przedpola,   donżony,  fosa   i   nie

kończący się mur ze strzelnicami, tak zwany mur Carnota, to wszystko pozwalało długo się

bronić. Zaostrzony kształt wysuniętych elementów fortyfikacji wynikał jeszcze z przeszłości.

Chodziło o rozbicie zwartych szeregów atakujących warownię - wyjaśniłem.

- Ale przecież twierdza wybudowana była w połowie ubiegłego wieku. Po kilku latach

musiała być już przestarzała.

-  Masz   rację,   Zosiu.   Wielokrotnie  ją   unowocześniano.   Pod   koniec   ubiegłego  i  na

początku   tego   wieku   zaczęto   wzmacniać   stropy   betonem.   Strzelnice   w   fortyfikacjach

przystosowano   do   zamontowania   tam   działek.   Najciekawsze   są   jednak   stalowe   kopuły

obserwacyjne, z których można było kierować ogniem artylerii.

Weszliśmy na wały i z góry patrzyliśmy na mur. Potem poszliśmy w stronę Bramy

Kętrzyńskiej.

- Wujku, czego właściwie szukamy? - zapytała Zosia.

Nie od razu odpowiedziałem. Paręset metrów od nas siedział na wale ten facet od

rudego psa. Palił papierosa i obserwował coś przez lornetkę. Przez jakiś czas patrzył także na

nas.

- Szczerze powiem, że nie wiem - mówiłem wzruszając ramionami. - Jedno co wiemy,

że  ktoś  zabił  kuriera przewożącego coś bardzo  ważnego.  Bo  po co  robić tyle zachodu  z

zasadzką? Mamy szyfr: “F.B. l > B.L.”, w którym można odgadnąć znaczenie tylko owych

F.B., czyli Frank Below. Reszta może oznaczać, że coś dał osobie o inicjałach B.L.

Minęliśmy resztki pancernej kopuły obserwacyjnej, schowki na amunicję do ciężkiej

artylerii stojącej na wałach i powoli dochodziliśmy do miejsca wczorajszej zasadzki Batury.

- Znów jesteśmy przy domku tego staruszka - zauważyła Zosia. - Czy to coś ma jakąś

nazwę? - zapytała.

Spojrzałem na mapę i olśniło mnie.

- Zosiu, jesteś genialna - mówiłem ściskając ją. Jakaś para starszych ludzi dostojnie

przechodzących obok  nas  podejrzliwie  patrzyła  na  mnie.   Słyszałem,  jak  pani   szeptała do

swojego męża: “Taka młoda...”

background image

- Niech wujek mnie puści i powie, o co chodzi - Zosia wydostała się z moich objęć.

- Jesteśmy w bastionie Ludwig, to jedno z imion von Boyena. Nasze F.B. to nie Frank

Below, tylko Feste Boyen, czyli niemiecka nazwa warowni w Giżycku. W Pacanowie kozy

kują, a Paweł Daniec powinien tam pójść zrobić coś z tym zakutym łbem. To tutaj wczoraj

wieczorem   napadł   mnie   Batura.   On   od   razu   wiedział,   o   co   chodzi.   Tutaj   szukał   skrytki

Belowa. Chodźmy na dół - pociągnąłem Zosię.

Zeszliśmy do poterny, czyli przejścia pod wałami. Wchodziłem tam czując pewien

niepokój.   Po   obu   stronach   mieliśmy   schowki   na   amunicję.   Wyszliśmy   na   dziedziniec

kaponiery. Na wprost mieliśmy wejście. Znaleźliśmy się w dwukondygnacyjnej kaponierze.

- Zosiu, nie mam latarki, więc stąpaj ostrożnie i rozglądaj się jedynie, czy nie ma

gdzieś świeżych dziur - powiedziałem do niej, zanim zniknęła mi za zakrętem.

Po   chwili   zeszliśmy   krętymi   schodami   do   dolnych   pomieszczeń.   Resztki   światła

wchodziły   do   środka   przez   strzelnice.   Do   nich   pod   koniec   ubiegłego   wieku   mocowano

karabiny maszynowe. Później sprawdziliśmy jeszcze inne pomieszczenia kaponiery, w tym

poniemieckie toalety. Dochodziłem do wniosku, że bez latarki się nie obędziemy. Wyszliśmy

na światło słoneczne. Staliśmy lekko oślepieni.

- Ufff! Strasznie tam było - stwierdziła Zosia.

Skinąłem głową. Nigdzie nie było widać śladów kucia, co znaczyło, że Batura nie

zdążył jeszcze spenetrować tego bastionu. Zobaczyłem go, jak zakradł się tu zapewne po raz

pierwszy.

- Niech pan pokaże mapę. Może jeszcze coś w tej twierdzy może być owym B.L.? -

poprosiła Zosia.

Po chwili zaczęła chichotać.

- Mamy jeszcze bastion Leopold do sprawdzenia - powiedziała.

Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Przecież to tam, na sąsiednim bastionie siedział

facet z psem. Szybko zerwałem się z miejsca i wbiegłem na wał. Zosia biegła za mną. Na

bastionie nie było już nikogo. Po chwili byłem już na wale nad bastionem Leopold. Oboje

zeszliśmy w dół i znowu zaczęliśmy żmudną penetrację murów i pomieszczeń. Spędziliśmy w

ten   sposób   kolejną   godzinę.   Zasiedliśmy  na   szczycie   bastionu,   gdzie   widziałem   gościa   z

psem. Moja dłoń w trawie przypadkiem natknęła się na zmiażdżony butem niedopałek znanej

i drogiej marki. Schowałem go do koperty. Zosia zrobiła parę kroków dalej i nagle pochyliła

się nad paleniskiem, którego chyba od lat używa tutejsza młodzież. Po chwili przyniosła mi

do   pokazania   kartki   papieru   formatu   bloku   rysunkowego.   Były   trochę   nadpalone.

Przedstawiały widok na różne części twierdzy. Widać było, że rysownik, podejrzewałem, iż

background image

był to człowiek z rudym psem, wyrysował wszystkie bastiony i podpisał: Ludwig, Leopold,

Hermann, Schwere, Recht i Licht. Serce zabiło mi żywiej.

- Mamy trzecie B.L., biegiem do bastionu Światło. Ale ze mnie ciołek. Przecież Below

używał niemieckich nazw - krzyczałem i popychałem Zosię.

W oddali słychać było zbliżającą się burzę. Ja jednak gnałem jak mogłem najszybciej.

Zastanawiałem się, kim jest facet z psem.  Widać, że on też interesował się ta niezwykłą

historią. Kto wie, mógł być pomocnikiem Batury.

Biegliśmy  po   wale,   nad   Bramą   Kętrzyńską,   przez   bastion   Hermann.   Stanąłem   na

szczycie bastionu Światło. Rozglądałem się na boki. Zosia stanęła obok mnie. Zaczęliśmy

zwiedzać zabudowania, ukryte w wale schrony pogotowia bojowego, prochownię wojenną.

Najpierw sprawdziliśmy kojec, potem przeszliśmy do kazamatów. Przedzieraliśmy się przez

trawy i pokrzywy po pas.

- Wujku, może “1 > “ nie znaczy, że Below coś dał, tylko oznacza konkretne miejsce?

- mówiła zdyszana Zosia. - Cały ten szyfr jest jak konkretny adres. Niech wujek popatrzy, to

mogłoby brzmieć mniej więcej tak: Twierdza Boyen, “l >”, Bastion Ludwig, Leopold lub

Licht.

- Masz rację, Zosiu. Musiała być to jednak konkretna wskazówka dla kuzyna Belowa.

Musiało to być na tyle zrozumiałe, żeby Nikolas Below, adiutant Hitlera, od razu wiedział,

gdzie szukać skrytki.

- Może ten znaczek to kierunek, w którym trzeba iść lub jest to oznaczenie kąta? -

myślała na głos Zosia.

Słuchałem jej pomysłów i nagle przyśpieszyłem. Może “ 1 > B.L.” oznaczało: “link”,

czyli   lewy   kąt   bastionu   Licht.   Znaleźliśmy   się   w   kazamacie.   Na   prawo,   na   końcu   sali

znajdowały się schody w dół. Nie wiem, dlaczego od razu ruszyliśmy w ich stronę. Na dworze

zrobiło się ciemno, nagłe rozszalała się burza. Pioruny z niezwykłą gwałtownością zaczęły bić

w   okoliczne   lasy.   Schodziliśmy,   a   upiorne   wnętrze   kazamatów   co   chwila   rozświetlały

błyskawice. Sklepienie miało łukowaty kształt. Po bokach znajdowały się wnęki. Po lewej na

działa, po prawej na amunicję. Ostrożnie rozglądaliśmy się na boki.

Schodziliśmy   po   schodach   trzymając   się   za   ręce.   Na   dole   stanęliśmy   w   obliczu

nieprzeniknionych ciemności. Na podłodze leżało kilka szczap drewna. Wyjąłem z kieszeni

zapałki.   Owinąłem   jeden   z   końców   kija   resztkami   gazety  z   podłogi   i   podpaliłem.   Przez

niecałą minutę mieliśmy łuczywo.

Po lewej znajdowały się trzy wnęki ze strzelnicami na działa, a po prawej trzy na

amunicję. Na wprost nas było wejście do pomieszczenia zakończonego solidnym murem z

background image

kamienia. W ciemnościach rozjaśnianych wątłym światłem naszego łuczywa i błyskawic to

wszystko   wyglądało   jak   scenografia   do   horroru.   Nagle   zobaczyłem   tuż   przy   wejściu   do

tamtego pomieszczenia wielką dziurę wykutą w podłodze. Brakowało sześciu kafelków. W

piasku był jeszcze odcisk czegoś podobnego do koperty.

- Tutaj są wojskowe latryny - powiedziała Zosia zapuszczając się odważnie dalej. -

Uwaga! Wujku! - usłyszałem jej krzyk.

Z owej pruskiej toalety nagle wypadły dwie zamaskowane postacie. Jedna, tradycyjnie

już   zaświeciła   mi   latarką   halogenową   po   oczach.   Drugi   napastnik   wykopał   mi   z   dłoni

łuczywo. Zapadły ciemności. Widziałem tylko krążki - efekt zaświecenia mi po oczach silnym

strumieniem światła. Lekko zataczając się ruszyłem w pościg. Za mną po omacku biegła

Zosia.

Uciekinierzy na górze rozdzielili się. Jeden ruszył na sam koniec pomieszczenia, drugi

- szczuplejszy - wypadł przez drzwi wejściowe.

- Zosia! Zobacz, dokąd tamten biegnie - krzyknąłem wskazując szczupłego.

Mój człowiek zbliżył się do zniszczonego przez wandali otworu strzelniczego. Był on

na tyle poszerzony, że dorosły mężczyzna mógł się tamtędy przecisnąć. To właśnie zrobił

uciekinier. Wyjrzałem za nim. Musiał być wysportowany. Do ziemi brakowało chyba sześciu

metrów, gdy skakał trzymając się rękoma resztek murów. Postanowiłem pójść w jego ślady.

Widziałem, że odbiegł już na jakieś dwadzieścia metrów.

Przecisnąłem się, zawisłem z wyciągniętymi rękoma, zebrałem siły, gdy usłyszałem

plusk i okrzyk Zosi. Nie pozostało mi nic innego, jak spaść te sześć metrów. Zetknięcie z

ziemią było bolesne. Natychmiast przetoczyłem się na bok, żeby nie uderzyć kolanami w

swoją   szczękę.   Widziałem,   że   z   bramy   wypadła   druga   ubrana   na   czarno   postać.   Obaj

uciekinierzy natychmiast zniknęli mi z oczu w gęstniejącym mroku. Burza przybierała na sile.

Pobiegłem do bramy. To Zosia nie dała rady przebiec po moście uchylnym i wpadła do

mętnej wody - resztki fosy warowni.

- Idź naokoło  do schroniska,  osusz  się,  ja  może  znajdę  jeszcze jakieś  ich ślady -

powiedziałem do niej, gdy zobaczyłem, że jest mokra.

- Wujku, biegłam za nim, a on jakby znał doskonale twierdzę. Wbiegł w jakiś tunel,

potem   zeskoczył  w   bok   i   byliśmy  w   ogromnym   pomieszczeniu.   Jedno   skrzydło   wielkiej

bramy było otwarte. Dalej było coś podobnego do mostu zwodzonego, jak wielka huśtawka

-relacjonowała Zosia. - Gdy wbiegłam na deski, ten już zbiegł, a ja przeważyłam swoim

ciężarem pomost i wpadłam do wody. On tylko poświecił mi, żebym wyszła z wody i uciekł.

- Dżentelmen - mruknąłem ze złością. W tych ciemnościach nie widziałem własnej

background image

dłoni. Nie było szans na znalezienie uciekinierów.

Nagle z dachu kazamatów bastionu Recht zaświecił mocny reflektor, który poświecił

na prawo od nas. Na tle krzaków widać było dwóch ludzi ubranych na czarno. Jeden trzymał

dłoń przytkniętą do ucha.  Natychmiast  ruszyłem w ich  stronę. Oni zaczęli  uciekać. Nasz

tajemniczy sprzymierzeniec cały czas utrzymywał ich w świetle swojej latarki. Potem i nas, i

ich pochłonął las pomiędzy murami twierdzy a jeziorem Niegocin.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

KONTYNUUJEMY   POŚCIG   •   JACHT   CZEKAJĄCY   NA

UCIEKINIERÓW   •   POMOC   Z   “OGARKA”   •   BEZ   STERU   NIE   MA

ŻEGLOWANIA • WPROWADZAM KOMPANÓW W TEMAT • ADOLF

HITLER  - SPRYCIARZ CZY SZCZĘŚCIARZ? • DLACZEGO FRANK

BELOW MUSIAŁ ZGINĄĆ?

Biegliśmy   przez   gęste   leszczyny.   Było   ciemno   i   mogliśmy   jedynie   kierować   się

słuchem. Co parę sekund zatrzymywałem się, żeby nasłuchiwać, dokąd biegną tamci ludzie.

Szansę na usłyszenie czegokolwiek mieliśmy niewielkie, bo padał silny deszcz. Jego szum

zamieniał  otoczenie w jeden wielki odmęt szumów.  Krople deszczu  uderzające o liście i

ziemię   zagłuszały   wszystko.   Do   tego   dochodziły   częste   grzmoty.   Jednak   co   jakiś   czas

słyszałem odległy od nas o jakieś pięćdziesiąt metrów łomot łamanych gałęzi. Uciekinierzy

nie przejmowali się zbytnio gałęziami i chyba biegli prosto, w sobie tylko znanym kierunku.

Domyślałem się, że uciekali w stronę brzegów jeziora Niegocin. Być może chcieli dostać się

do ścieżki biegnącej wzdłuż torów. Tam pewnie chcieli rozdzielić się i jeden miał pobiec w

stronę Giżycka, a drugi do Wilkas.

Powoli doskwierało mi zmęczenie. Powietrze mimo deszczu było jeszcze parne. Oboje

byliśmy mokrzy nie tyle od wody z nieba, ile od tej z mokrych liści. Nasze gumowe deszczaki

skutecznie  chroniły nas  przed  strugami  lejącymi  się   z   nieba.  Wciąż   otaczały  nas   chmary

komarów.   Po   chwili   jednak   ulewa   była   tak   silna,   że   przegoniła   krwiopijców,   a   my

zachłystywaliśmy się  wodą. Myślałem,  żeby się  wycofać, jednak  dopadliśmy  do ścieżyny

zrobionej przez naszych dwóch zamaskowanych ludzi. Teraz biegło się łatwiej.

- Niech to! - krzyknęła Zosia.

Obróciłem się błyskawicznie. Dziewczyna stała w wodzie sięgającej jej do połowy

łydek. Spojrzałem w dół. Moje stopy także były pod wodą. Znaleźliśmy się w rozlewisku, a

przed nami były tory. Powoli przedzieraliśmy się do nasypu kolejowego.

- Patrz, wujku! - usłyszałem przez ścianę deszczu.

Popatrzyłem   w   kierunku   wskazanym   przez   Zosię.   Po   płytkiej   wodzie   do   jachtu

czekającego   o   czterdzieści   metrów   od   brzegu   przedzierały   się   dwie   czarne   postacie.

Pobiegłem   nad   jezioro,   żeby  chociaż   zobaczyć,  co  to   za   jacht.   Była  to  ogromna,   prawie

background image

ośmiometrowa łajba. Jej nazwy nie mogłem dojrzeć. Stałem na brzegu i kląłem w duchu.

Wiedziałem, że Batura ucieka ze wskazówkami Franka Belowa. Znalazłem się w punkcie

wyjścia. Nie miałem szans, chyba że siłą odebrałbym przeciwnikowi zawartość schowka z

twierdzy.

Koło mnie stała smutna Zosia. Chyba wiedziała, co czuję.

- I co, będziecie tak stać do rana? - nagle usłyszałem i poczułem na plecach solidne

uderzenie ciężkiej łapy. Obejrzałem się. Za nami stał Czesio. Mimo ulewy uśmiechał się od

ucha do ucha.

- Gdzieś tu macie łajbę? - szybko zapytałem.

- Sto metrów stąd - odpowiedział.

- Musicie mi pomóc - powiedziałem i ruszyłem we wskazanym przez Czesia kierunku.

- Co wujek chce zrobić? - zapytała Zosia.

-  Jeszcze   nie wiem.  Może pościg,  abordaż,  odebranie  skarbu. Może   tylko  spojrzę

Baturze w oczy. Chcę wiedzieć, kto mu pomaga, to może być jego słaby punkt, a nasza szansa

- odpowiedziałem patrząc w stronę oddalającego się od brzegu jachtu.

Na “Ogarku” siedział Piotrek. Właściwie to półleżał w kokpicie zakrytym tropikiem

od namiotu. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się.

- Będziemy regatować - powiedziałem do niego.

Zosię zapędziłem do obserwowania przez lornetkę jachtu uciekinierów. We  trzech

przygotowaliśmy “Ogarka” do pościgu. W tym czasie przestało lać. Nadal wiał silny wiatr.

Postawiliśmy foka oraz sklarowanego grota. Z czteroosobową załogą ciężko byłoby Orionem

osiągnąć doskonałe wyniki, bo łódka byłaby za  ciężka. W taką pogodę mogliśmy jednak

balastując płynąć szybko i ostro pod wiatr.

Gdy tylko wypłynęliśmy na jezioro jacht uciekinierów zrobił zwrot i skierował się do

brzegu,   w   stronę   Giżycka.   Wiało   z   południowego   wschodu.   Oni   płynęli   z   wiatrem,   my

półwiatrem. Po kilku minutach z ich jachtu ktoś wyskoczył do wody i brodząc po pas szedł w

stronę lądu.

- Na jachcie został Batura z tym drugim - zameldowała Zosia cały czas patrząca przez

lornetkę.

Jego łajba znowu zrobiła zwrot i popłynęła na pełne wody jeziora.

On   miał   tylko   zrefowanego   grota,   a   my   oba   żagle,   więc   mieliśmy   takie   same

powierzchnie   żagli.   On   miał   jednak   lepszy   kadłub   wykonany   według   najnowszych

technologii. Dziób jego łodzi  był prosty, a nie skośny. Obecnie szkutnicy robią takie, bo

żaglówka płynie szybciej, gdy ma dłuższą linie wodną.

background image

- Panienka szczęka zębami - zauważył Czesio.

- Wejdź do kajuty - powiedziałem do Zosi.

Zostaliśmy we trzech w kokpicie. Czesio dzierżył ster, Piotrek trzymał szoty grota, a ja

foka. Chłopaki ubrali sztormiaki, ja jednak miałem na sobie dżinsy i deszczak. Przy wysokiej

fali uderzającej w dziób byłem po prostu zalewany wodą.

Zaczął się wyścig z Baturą. On miał lepszy jacht, płynął szybko bejdewindem. My

dzięki   fokowi   również   mogliśmy   płynąć   ostro.   Wiał   wiatr   dochodzący   do   szóstki   w

szkwałach. Wtedy razem z Piotrkiem zahaczaliśmy stopy o pasy balastowe umieszczone przez

chłopaków   w   kokpicie.   Gdy   tak   wisieliśmy   nad   wodą   to   ja,   siedzący   najbliżej   dziobu,

zbierałem   na   siebie   wszystkie   fale.   Miałem   już   dość   tego  regatowania.   Gdy  odwracałem

głowę   od   kolejnej   fali   zobaczyłem,   że   z   Giżycka   wypływa   łódź   motorowa   inspektoratu

żeglugi. Chcieli nas zawrócić do brzegu, bo pływanie przy takiej pogodzie na części akwenów

jest zabronione.

- Ucieka do Rydzewa - krzyknął Piotrek.

My gnaliśmy za nim. Z każdą minutą zbliżaliśmy się do niego.

- Za nami płynie motorówka z inspektoratu - powiedziałem do chłopaków.

Gdy patrzyłem w stronę łajby Batury w kokpicie usłyszałem cichy brzęk, a potem

przekleństwa   Czesia   i   Piotrka.   Szybko   spojrzałem   w   ich   stronę.   Czesio   trzymał   rumpel

między nogami i stał schylony. Piotrek pognał na drugą burtę i łapał szoty grota. Cała talia

wyrwała się z podłogi razem ze specjalnym zamocowaniem.

- Wiś dalej i trzymaj foka! - krzyczał Czesio.

Gdybym przestał  balastować i trzymać foka, to stracilibyśmy prędkość, a przy tak

wysokiej   fali   i   miotającym  się   we   wszystkich   kierunkach   grocie,   moglibyśmy  się   nawet

wywrócić. Wisiałem więc dalej co rusz zalewany falami. W tym czasie Piotrek złapał talię

grota i podał ją Czesiowi.

- Piotrek! Krawatkami zamocuj szoty do listewek grettingu - Czesio wydawał rozkazy.

Trwało to może pół minuty, lecz w tym czasie jacht Batury zniknął już za zakrętem,

gdy wpłynął na jezioro Boczne.

- Czesiu, pamiętaj o schabowym! - krzyknąłem do sternika.

On tylko kiwnął głową. Właśnie przy wejściu z jeziora Bocznego na Niegocin kiedyś

wpłynęliśmy na mieliznę. Zdarzyło się to w porze obiadowej, gdy wszyscy trzej jedliśmy

obiad. Wiał tak słaby wiatr, że posiłek zrobiliśmy nie zatrzymując się przy brzegu. Czesio

podał wtedy schabowe. Zajadaliśmy się nimi. Szoty zaknagowaliśmy, a Czesio jedną ręką

jadł, a drugą sterował. Zjedliśmy i leżeliśmy leniwie w kokpicie wystawiając pełne brzuszyska

background image

do słońca. Zaczęliśmy nawet wymieniać uwagi na temat słabego wiatru i naszej powolnej

żeglugi. Wtedy koło nas powoli przepłynęły trzy jachty. Załoga jednego z nich zaproponowała

nam swoją pomoc. Nie wiedzieliśmy, o co im chodzi, więc grzecznie odmówiliśmy. W końcu

Piotrek postanowił wykąpać się. Wyskoczył za burtę i stanął w wodzie po kostki. Koło rufy

przeszły dwa łabędzie z młodymi. Wtedy dopiero zobaczyliśmy, że siedzimy na mieliźnie.

Czesio ominął niebezpieczne miejsce.

- Uwaga, idzie szkwał waszego życia! - ostrzegł Czesio.

Wszyscy trzej wychyliliśmy się za burtę, a Zosia z kabiny podniosła krzyk. Za naszą

rufą usłyszeliśmy cichy brzdęk. Czesio kilka razy szybko acz delikatnie ruszył rumplem.

- Nie mamy steru! - krzyknął.

Piotrek puścił szoty grota, a ja foka. Mogliśmy co prawda próbować sterować samymi

żaglami, ale takie zabawy można urządzać tylko przy słabym wietrze, na dobrym jachcie.

- Paweł! Rzuć kotwicę - powiedział Czesio.

Poszedłem na dziób do forpika po kotwicę. Piotrek i Czesio wychylili się za rufę, żeby

ocenić zniszczenia steru. Okazało się, że pękł pręt łączący ster z rufą jachtu. Piotrek szybko

wbiegł do kabiny i zaczął szukać zapasowego, a ja zrzucałem żagle.

-   Życie   wam   niemiłe?   -   padło   nagle   pytanie.   Głos   wzmocniony   przez   megafon

usłyszeli chyba wszyscy w promieniu kilometra. Aż podskoczyłem, tak mnie to zaskoczyło.

Mało nie wypadłem za burtę.

Za nami na fali bujała się motorówka z czwórką inspektorów.

-   Odholować   was   do   brzegu?   -   zapytał   ten   sam   człowiek,   gdy   pokazaliśmy   mu

oderwany ster.

Przecząco pokręciliśmy głowami.  Do brzegu mieliśmy jakieś dwadzieścia metrów.

Naprawa mogła zająć kilka minut, które mogliśmy jeszcze spędzić na wodzie tym bardziej, że

pogoda zaczęła się poprawiać. Motorówka zawróciła do Giżycka po spisaniu danych jachtu i

sprawdzenia uprawnień żeglarskich Czesia oraz sprzętu ratunkowego na naszej łodzi.

Piotrek w końcu znalazł pręt i umocowaliśmy ster. Na samym tylko foku dobrnęliśmy

do   brzegu.   Czesio   jeszcze   raz   obejrzał   ster.   Okazało   się,   że   również   jarzmo   steru   było

przegniłe   i   ledwo   trzymało   się   kupy.   Przy   półwyspie,   do   którego   przybiliśmy,   stało   już

mnóstwo jachtów. Postanowiliśmy popłynąć aż na jezioro Jagodne i tam skryć się na zatoce

zwanej Kulą. Był już późny wieczór, gdy przybiliśmy do maleńkiego pomostu w zatoce. We

czwórkę   usiedliśmy   w   kokpicie   zmęczeni.   Ramiona   nam   oklapły,   a   woda   spływała   z

przemoczonych ciuchów.

- Należą nam się chyba wyjaśnienia - stwierdził Czesio patrząc na mnie.

background image

- Może po kolacji i zmianie ubrania? - zaproponowałem.

Najpierw przebrała się Zosia, potem my. Dziewczyna siedziała skulona w kącie kabiny

zawinięta w koc i śpiwór. My robiliśmy kanapki na kolację. W końcu zasiedliśmy wokół

improwizowanego stołu ze stosem kanapek i wielkimi  kubkami mocnej  herbaty w trochę

przemarzniętych dłoniach. Cała trójka znacząco spojrzała na mnie.

- W przeddzień Zielonych Świątek 1942 roku w miasteczku  Sigtuna w Szwajcarii

spotkało   się   dwóch   mężczyzn.   Jeden   z   nich,   Niemiec,   był   tajnym   agentem.   Obaj   byli

duchownymi protestanckimi - zacząłem opowiadanie. - Właśnie oni stwierdzili, że można by

zainspirować   rewoltę   przeciwko   Hitlerowi.   Na   początek   mieliby   wystąpić   Himmler   i

radykalne elementy SS. Zaraz potem wojsko dokonałoby kolejnego zamachu stanu likwidując

partię nazistowską, SS i gestapo. Niemcy wycofaliby się z terenów okupowanych. Plany te

przedstawiono angielskiemu biskupowi. Wizja ta została chłodno przyjęta przez władze w

Londynie. Ruch oporu w niemieckiej armii rodził się bardzo powoli. Po pierwszych sukcesach

naród   niemiecki   był   zafascynowany   swoim   wodzem.   Generałowie   przyjęli   pozycje

wyczekujące, gdyż nigdy nie byli pewni, czy otrzymają nagrody, awanse na feldmarszałków,

czy też zostaną zwolnieni za brak kompetencji.

- Łaska pańska na pstrym koniu jeździ - rzekł filozoficznie Czesio.

- Po wybuchu wojny Hans Oster, szef sztabu Abwehry, czyli wywiadu wojskowego,

zatrudnił   Josefa   Miillera,   katolika   i   przyjaciela   kardynała   z   Monachium.   Przez   niego

przekazano   papieżowi   Piusowi   XII   propozycję   pośredniczenia   między   spiskowcami   w

Niemczech a rządem w Londynie. Pius XII zgodził się. Oster czym prędzej zaczął zachęcać

naczelne   dowództwo   armii   do   zamachu   na   Hitlera.   “To   byłaby  zdrada   stanu.   Byłoby  to

działanie   przeciw   narodowi   niemieckiemu”   -   oświadczył   Walther   von   Brauchitsch,   były

naczelny dowódca wojsk lądowych. “Złamania przysięgi złożonej Fuhrerowi nie potrafiłbym

w żaden sposób usprawiedliwić” - odpowiedział Franz Halder, szef sztabu generalnego.

- Słyszałam, że wcześniej już próbowano zabić Hitlera - wtrąciła Zosia.

-   Dobrze   słyszałaś.   Powszechnie   uważa   się,   że   generał   pułkownik   Ludwig   Beck

przeciwstawiając się Hitlerowi w czasie kryzysu monachijskiego mógł doprowadzić do jego

obalenia przez wojsko. Potrzebne było jednak poparcie rządów Francji i Anglii. Jak wiesz z

lekcji historii, oba mocarstwa uległy presji Hitlera. W nazistowskich Niemczech jedyną siłą

zdolną do obalenia Adolfa Hitlera była armia. NSDAP skutecznie przeprowadziła czystki

wśród   innych   partii   politycznych,   w   związkach   zawodowych,   w   środowiskach

intelektualistów. Żołnierze przez jakiś czas czuli się związani tekstem nowej przysięgi, w

której przysięgali wierność Fuhrerowi. Pierwszym oficerem, który myślał o próbie zgładzenia

background image

Hitlera, był generał Hans Oster. Razem z Canarisem, szefem Abwehry, wciągnęli do spisku

generała Ludwiga Becka, a miało to miejsce w styczniu i lutym 1938 roku. W tym samym

roku powstał pierwszy plan wojskowego puczu. Plan zakładał odcięcie przez pierwszą lekką

dywizję z Turyngii budynku kancelarii Trzeciej Rzeszy i pojmanie Hitlera. Zapewniono sobie

neutralność  policji   i   zaplanowano   obronę  przed   interwencją  garnizonu   SS  z   Monachium.

Problemem stało się, co zrobić z Hitlerem po zamachu stanu. Myślano nawet o procesie. Hans

Oster podjął sam decyzję i wyznaczył grupę oficerów pod dowództwem Friedricha Heinza,

weterana   Freikorpsu,   która   miała   zaaranżować  zamieszanie,  w   czasie  którego  nastąpiłaby

“przypadkowa”   śmierć   Hitlera.   Planu   nie   zrealizowano,   gdyż  spiskowcy  chcieli   nawiązać

kontakty z Brytyjczykami i zapewnić sobie ich poparcie. W tym czasie Anglia postanowiła

bronić   pokoju   w   Europie   za   wszelką   cenę,   nawet   za   cenę   zajęcia   przez   Niemców

Czechosłowacji.

- Sławna angielska polityka równowagi politycznej w Europie poniosła fiasko - wtrącił

Piotrek.

-   Zamachowcy  postanowili   zorganizować   następny  atak   w   listopadzie   1939   roku.

Ericha   Kordta,   pracownika   niemieckiego   MSZ,   który   miał   ułatwiony   dostęp   do   Hitlera,

wytypowano do podłożenia bomby. Został nawet przez Canarisa wysłany na specjalny kurs w

obozie treningowym Abwehry nad jeziorem Quenz koło Brandenburga. Jednak ubiegł ich

Georg  Elser, który działając  w  pojedynkę  8  listopada  wysadził  w   powietrze  monachijską

piwiarnię. Stolarz sam skonstruował bombę (pracował w fabryce broni), umieścił ją w filarze i

nastawił   zapalnik.   Przygotowania   trwały   blisko   rok.   Ładunek   miał   wybuchnąć   w   czasie

przemówienia Hitlera. Ten jednak raptem skończył mowę i wyszedł z budynku. Zaraz potem

nastąpił wybuch.

- Miał wiele szczęścia - powiedział Czesio. - Tak bywa z tymi szalonymi dyktatorami.

Mają jakiś szósty zmysł do wykrywania pułapek.

-   Nie   inaczej   było   przy   kolejnych   próbach   zamachu   -   mówiłem   dalej.   -   Zamach

zaplanowany na 21 kwietnia 1942 roku w berlińskim muzeum wojskowym, nie odbył się,

gdyż   Hitler   nie   przybył.   Próbę   zabicia   Hitlera   podjęto   w   marcu   1943   roku.   W   spisek

zaangażowali się oficerowie sztabu Grupy Armii “Środek”. Zaplanowali wszystko biorąc pod

uwagę   środki   bezpieczeństwa   podejmowane   przez   ochronę   Hitlera.   Jego   trzy   oficjalne

limuzyny miały wzmocnioną karoserię, kuloodporne szyby, futerały na rewolwery ukryte w

drzwiach.   “Kondory”,   którymi   latał   przywódca   Trzeciej   Rzeszy,   miały   grube   ścianki

oddzielające jego pomieszczenie od reszty samolotu, a fotel mógł katapultować. Wódz nosił

także kulodoporną kamizelkę, a czapka miała wbudowana metalową płytkę. Inicjatorem akcji

background image

był pułkownik Henning von Tresckow. Najpierw chciał, żeby Hitlera zastrzelić, a egzekucję

miało wykonać kilku oficerów. Plan ten jednak okazał się nierealny. Postanowiono podłożyć

bombę i latem 1942 roku von Tresckow poprosił znajomego oficera wywiadu wojskowego o

zdobycie  kilku   lekkich   ładunków  uzbrojonych  w   ciche  zapalniki.   Oficjalnie   miały  służyć

Białorusinom   z   brygady   Georga   Boeselagera   do   walki   z   partyzantką.   Grupa   ta   w

rzeczywistości miała wspierać zamachowców. Przez  drugą połowę 1942 roku Tresckow z

zaufanym oficerem sprawdzali działanie przekazanych im bomb. Były to ładunki wielkości

modlitewnika,   wyposażone   w   ciche   zapalniki,   a   ich   wybuch   potrafił   przebić

dwucentymetrową stalową płytę. Nawiązano kontakt z zamachowcami ze Sztabu Głównego,

którzy mieli zorganizować przejęcie władzy w całych Niemczech. Wszystko było zapięte na

ostatni guzik, czekano tylko na nieobliczalnego Hitlera.

- No i co? - niecierpliwiła się Zosia.

- W dniu 13 marca 1943 roku na lotnisku w Smoleńsku wylądowały trzy “Kondory”.

W jednym z nich był Fuhrer. Na koniec krótkiej wizyty Tresckow poprosił Heinza Brandta,

oficera z otoczenia Hitlera, o przewiezienie do Wilczego Szańca kilku butelek koniaku dla

kolegi.  W  rzeczywistości   były to   aż  cztery  bomby.  Zapalnik  nastawiono  na   pół  godziny,

samoloty wystartowały. Zaczęła się operacja “Błysk”. Bomby miały wybuchnąć w okolicach

Mińska, a wszystko miało wyglądać na katastrofę lotniczą. Wszystkie samoloty bezpiecznie

wylądowały   na   lotnisku   koło   Kętrzyna.   Natychmiast   Tresckow   zadzwonił   do   Brandta

informując go, że  dał niewłaściwą paczkę i już  wkrótce pojawi się u niego oficer, który

dokona   wymiany.   Okazało   się,   że   detonator   działał,   lecz   sam   zapłon   z   powodu   niskiej

temperatury   (w   samolocie   lecącym   na   dużej   wysokości   było   bardzo   zimno)   nie   zdał

egzaminu. Te same bomby miały być użyte do zamachu przeprowadzonego kilka dni później

na wystawie z okazji Dnia Pamięci Bohaterów w Berlinie. Tym razem bomby miał na sobie

jeden z organizatorów, nastawił zapalniki (ich minimalny czas wynosił dziesięć minut), ale

Hitler wyszedł po dwóch minutach. Kilka miesięcy wcześniej Gunther Gereke zaczaił się z

karabinem wyposażonym w lunetę w Hotelu “Kaiserhof” w Berlinie. Miał stamtąd dobry

punkt do strzelenia do Hitlera, gdyby ten wyszedł na balkon w czasie przyjęcia u berlińskich

artystów. Cel samotnego snajpera nie pojawił się.

- Niesamowite, fuksiarz ponad miarę - odezwała się Zosia, która po posiłku i kubku

herbaty odzyskiwała siły.

- Powiedz, co by dało zabicie Hitlera? - zapytał Piotrek.

- Można przyjąć prawie za pewnik, że szybsze zakończenie wojny. Co by się stało,

dokładnie nikt nie wie. “Jeżeli jakaś część narodu niemieckiego naprawdę pragnie powrotu do

background image

państwa opartego na prawie i poszanowaniu praw jednostki, to musi ona zrozumieć, że nikt

jej   nie   uwierzy   dopóty,   dopóki   nie   podejmie   konkretnych   kroków   w   celu   pozbycia   się

obecnego reżimu” - powiedział w sierpniu 1942 roku sir Anthony Eden, angielski minister

spraw   zagranicznych.   Wtedy   niemieckiemu   ruchowi   oporu   nie   pozostało   nic   innego   jak

przejść od debat nad moralnymi aspektami zabicia Hitlera do czynów. Przełomowym rokiem

dla ruchu oporu stał się rok 1943. Związane było to z klęskami Hitlera. Utracono Afrykę

Północną, pod Staliningradem stracono całą 6. Armię, we Włoszech wylądowali  alianci i

upadł reżim Mussoliniego, Rosjanie napierali z ogromną siłą, a Niemcy były bombardowane

w dzień i w nocy. W tym samym czasie Walther Schellenberg, szef wywiadu SS, zaczął

przeprowadzać czystkę w Abwehrze. Zagrożony był Oster, lecz na razie skończyło się jedynie

na “ogonie” złożonym z kilku agentów gestapo. Von Tresckow i generał pułkownik Friedrich

Olbricht, szef kwatermistrzostwa armii rezerwowej, zaczęli się rozglądać za nowym “wołem

roboczym”   spisku.   Szukali   kogoś,   kto   miałby   nienagannie   czystą   kartotekę   w   gestapo   i

mnóstwo zasług. Ich wybór padł na Clausa Schenka von Stauffenberga, szefa sztabu armii

rezerwowej. Od chwili przyłączenia się Stauffenberga do spiskowców ich działania nabrały

tempa. Pierwszym jego zadaniem było dokończenie planu “Walkiria”, nad którym pracował

von Tresckow od lipca 1943 roku. Dokończył go w październiku von Stauffenberg. Zakładano

w   nim   zajęcie   przez   wojsko   Berlina.   Wszystko   miało   odbyć   się   pod   przykrywką   buntu

milionów   robotników   cudzoziemskich   zatrudnionych   w   Niemczech.   Zimą   1944   roku

ukonstytuował się gabinet cieni oraz zastępcze dowództwo niemieckich wojsk. “Walkiria”

nabierała charakteru legalnej operacji wojskowej. Do spisku w armii przyłączało się coraz

więcej oficerów. Gdy nie powiodły się kolejne próby akcji samobójczych przeprowadzanych

przez młodych oficerów zostało tylko jedno wyjście: zabicie Hitlera w jego kwaterze koło

Kętrzyna.

- Żeby zdobyć taką kwaterę potrzeba chyba pułku spadochroniarzy uzbrojonych w

broń przeciwpancerną - stwierdził Piotrek.

-   Pewnie   i   to   by   nie   pomogło.   Kwatera   w   Gierłoży   była   doskonale   pilnowana,

niemożliwe było trzymanie tam ładunków wybuchowych. Z bronią do Hitlera nie mógł się

nikt zbliżyć. Siłą rzeczy spiskowcy przenieśli swoje spotkania do Maurwaldu, czyli Mamerek

nad jeziorem Mamry, gdzie znajdowała się kwatera dowództwa wojsk lądowych. Spiskowcy

spotykali się w saunie znajdującej się w domu szefa kwatermistrzostwa tuż nad brzegiem

jeziora Mamry. Ich rozmowy zagłuszał szum wody. Wszyscy doszli do wniosku, że jedyną

metodą   zabicia   Hitlera   będzie   bomba,   która   zostanie   podłożona   w   czasie   południowych

konferencji organizowanych w Gierłoży. Jeszcze w październiku 1943 roku dwóch zaufanych

background image

oficerów Helmutha Stieffa, szefa wydziału organizacyjnego sztabu w Manierkach przemyciło

ładunki do kwatery w Gierłoży i pośpiesznie zakopało je pod jedną z wież wartowniczych.

Niestety doszło do samozapalenia się bomb. Natychmiast wszczęto śledztwo, lecz prowadził

je członek grupy spiskowców. Do kolejnej próby doszło 26 grudnia 1943 roku w Gierłoży.

Von   Stauffenberg   miał   w   teczce   bombę,   lecz   Hitler   odwołał   spotkanie.   W   końcu

zabezpieczona bomba znalazła się pod łóżkiem kapitana Hansa von Herwarda w jego baraku

w Manierkach. Wiosną 1944 roku gestapo było bardzo bliskie odkrycia spisku. Po pierwsze,

młodzi   oficerowie   ukryli   ładunek   wybuchowy   oraz   dokumenty   w   lesie   w   kwaterze.

Nieoczekiwanie   służby   bezpieczeństwa   dzięki   psom   odkryły   bombę.   Nie   wiemy,   czy

wykopano dokumenty. Nie ma na ten temat żadnych wzmianek. Sprawę zatuszowali wyżsi

oficerowie ze sztabu, którzy mieli wpływ na gestapo. Można mieć pewność, że o znalezisku

powiadomiono Himmlera. Zajmował on wobec spiskowców dwuznaczną postawę. Wiedział,

kto spiskuje i jedynie zbierał materiały. W dniu 22 czerwca po spotkaniu socjalistycznego

skrzydła spiskujących z komunistami niemieckimi, wśród których był agent gestapo, doszło

do aresztowań. Von Stauffenberg musiał działać jak najszybciej. Krążył pomiędzy Berlinem a

Manierkami. Abwehra dostarczyła kolejną bombę angielskiej produkcji. Czekano na dogodną

chwilę.

- A ta chwila nastąpiła w lipcu 1944 roku - stwierdziła Zosia. - Co ma to wspólnego z

tym martwym oficerem znalezionym w zatopionym samochodzie?

-   Dziwna   zbieżność   nazwisk.   Frank   Below   był  kimś   z   rodziny  Nikolasa   Belowa,

adiutanta Hitlera. Teraz pomyśl. Ginie człowiek, który jedzie do kwatery w Gierłoży. Można

śmiało założyć, że nie zrobili tego partyzanci ani komandosi alianccy. Zrobili to Niemcy.

Dlaczego? Otóż pan Tomasz dzięki swoim kontaktom z Interpolem ma tekst rozmowy, w

której   niemiecki   antykwariusz   wspomina   w   rozmowie   z   kimś   w   Polsce   o   “Walkirii”.

Wszystko to wydarzyło się po odnalezieniu pojazdu Franka Belowa. Co to oznacza?

- Frank Below wiedział za dużo i dlatego musiał zginąć - stwierdziła Zosia.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

SPOTKANIE   Z   ŁABĘDZIEM   •   WALKA   Z   KOMARAMI   •   CZESIO

ODCINA   NAM   ODWRÓT   •   PSIA   KOJA   •   SPOTYKAMY   BATURĘ   •

ZNOWU   TAJEMNICZA   BLONDYNKA   •   ZAMACH   NA   INŻYNIERA

FRITZA TODTA • BÓJKA W “TEQUILLI” • ZAKŁADAM “PLUSKWĘ”

• PREZENT OD BATURY

Spałem  bardzo  źle.  Męczyły mnie  koszmary. Pojawiał  się  w nich  Batura, a  także

oficerowie niemieccy noszący ciężkie skrzynki. Stałem bezsilny, chociaż  bardzo  chciałem

zajrzeć chociaż do jednej z nich. Obudziłem się niewyspany i zmęczony. Postanowiłem wyjść

do   kokpitu   i   poodychać   świeżym   porannym  powietrzem.   Gdy  tylko   wytknąłem   głowę   z

kabiny przywitał mnie przeraźliwy syk. Na rufie siedział łabędź. Na mój widok zasyczał i

rozpostarł ogromne skrzydła. Wszelkie przeganianie go ręką nie dałoby rezultatu, a jeśli ptak

był złośliwy, to mógłby mi boleśnie oddać. Nie chcąc walczyć ze zjawiskiem przyrodniczym

mogłem jedynie pozbyć się ptaszyska sposobem. Sięgnąłem po kanapkę pozostawioną przez

któregoś z kolegów. Podzieliłem ją na drobne kawałki i rzuciłem do wody.

Wokół nich woda zagotowała się, gdy trzy młode pisklaki łabędzia połykały nędzne

resztki kolacji. Ptak jak siedział na rufie tak siedział. Obrócił jedynie łeb i dobrotliwie patrzył

na swoje potomstwo. Potem odwrócił się do mnie i cicho zasyczał. Po cichu sięgnąłem do

spiżarni chłopaków, gdzie znalazłem jeszcze bochenek nieco już czerstwego chleba. Gdy w

wodzie wylądowały wszystkie kawałki, łabędź zlazł z rufy i popłynął z małymi za trzciny.

Jedynym   podziękowaniem   były   ruchy   kuperków   młodych   łabędzi   przypominające   nieco

merdanie psiego ogona.

Usiadłem w kokpicie. Zapaliłem fajeczkę. Patrzyłem za ptakami i myślałem, że ten

chleb to jednak marna danina za odebranie zwierzętom dobrych warunków do życia. Może

gdyby nie ludzie, ich motorówki, proszki do prania i konserwy lądujące w wodzie te dumne i

piękne ptaki nie musiałyby w ten sposób żebrać o jedzenie.

Z kolei zadumałem się nad swoją sytuacją. Znalazłem się w punkcie wyjścia. Droga,

jaką przebyliśmy wczoraj przy silnym wietrze, zajmie nam dzisiaj, przy spokojnej aurze, co

najmniej pół dnia żeglowania. Po zatoce nosiły się jeszcze ostatnie kłębki mgły, które jednak

opadały w dół, co zapowiadało słoneczny dzień. Z kabiny wyjrzał Czesio.

background image

- Gdzie jest chleb? - zapytał.

- Musiałem oddać władcy tej zatoki - odpowiedziałem nieco romantycznie.

- No to zasuwaj do wsi po żarcie. Przy okazji może znajdziesz dobre deski na jarzmo

steru. My tu sobie pośpimy - powiedział i jego kudłaty łeb zniknął we wnętrzu kajuty.

Chcąc nie chcąc zebrałem resztki sił i ruszyłem do pobliskiej wsi Jagodne. Miałem

szczęście,   że   przyszedłem   z   rana.   Razem   ze   wszystkimi   kobietami   patrzącymi   na   mnie

podejrzliwie   zrobiłem   solidne   zakupy.   Obarczony   plecakiem   z   jedzeniem   szukałem

gospodarstwa, gdzie mógłbym znaleźć odpowiednie deski. Prawie na końcu wsi, koło jednej z

zagród odkryłem w krzakach dwie solidne dechy. Grzecznie zapytałem mężczyznę kręcącego

się po podwórku, czy mogę je sobie wziąć. Spojrzał na mnie zaczerwienionymi z przepicia

oczami i machnął przyzwalająco ręką. Wykonałem dwukilometrowy spacer do “Ogarka”.

Na pokładzie jachtu czekały trzy pary wygłodniałych oczu. Trzy pary rąk wykonywały

regularne ruchy wokół twarzy i innych części tułowia, mające odpędzić małe wampiry. Gdy

się rozejrzałem zobaczyłem, że w zatoce oprócz nas nikt nie cumuje, a nad przybrzeżnymi

wodami unoszą się kolejne zastępy komarów.

- Uciekamy! - krzyknąłem.

- Nie ma szans, Czesio odciął nam odwrót - odpowiedział Piotrek.

Na mojej twarzy pojawił się klasyczny zespół karpia (otwarte usta i solidny wytrzeszcz

oczu), gdy Zosia uniosła w górę rozmontowany ster.

Nie pozostało nic innego jak rozpocząć walkę o przetrwanie, czyli nakarmić nasze

żołądki i naprawić łódź. Zosia robiła kanapki, ja i Piotrek cięliśmy deski, a Czesio rozpalił

maleńkie ognisko i dmuchał na nas dymem. Okrutnie śmierdziało od tego dymu, byliśmy

zlani potem i wściekli na komary. W sumie naprawa zajęła nam ponad godzinę.

W   końcu   odbiliśmy   od   brzegu.   Wypłynęliśmy   na   środek   zatoki,   gdzie   Czesio

przetestował ster. Wszystko działało jak trzeba, lecz z pobliskich łąk na pokład przyleciał

niewielki   patrol   gzów.   Owady   podobne   do   much,   o   dłuższym   odwłoku   i   skrzydłach

układających się w kształt trójkąta nie dość, że mocno gryzą, to jeszcze zostawiają po sobie

wielkie, swędzące bąble. Nie tak łatwo je zabić, bo są duże, sprytne i mają solidny chitynowy

pancerz.  W   tej   walce  mieliśmy jednak   przewagę,  gdyż  doskonale  słychać  lecącego  gza  i

można było go w porę odgonić.

Czesio skierował “Ogarka” w przesmyk na łagodne. Ma on około 30 metrów długości,

ale jego szerokość wynosi około 15 metrów. Gdy trzeba halsować, dla łodzi mało nawietrznej

takie przejście do makabra. Co kilkanaście sekund trzeba robić zwrot. Nie inaczej było i tym

razem.   Wreszcie   wypłynęliśmy   na   Jagodne.   Skręciliśmy   w   prawo,   żeby   przepłynąć   pod

background image

mostem drogowym. Tuż przed nim po lewej stronie była zatoczka, gdzie często zatrzymują

się   żeglarze.   Właśnie   stamtąd   wypłynął   wielki   jacht,   z   już   złożonym   masztem   i   cicho

pyrkającym  silnikiem.   Jakaś   jasnowłosa   kobieta   chciała   wyjść  z   kabiny  do   kokpitu,   lecz

szybko się schowała. Przy sterze stał Batura. Na mój widok uśmiechnął się i pomachał ręką.

- Widzi wujek! To Batura! To on nam uciekał! - krzyczała Zosia.

Jacek tęsknie spoglądał na opalone ciało blondynki.

- Czemu się na mnie gniewasz? - pytał dziewczynę.

Ta jednak milczała jak grób.

- Jacek, pakuj swoją załogę - krzyczał Sarmata.

Jackowi przypadło dowództwo na jachcie typu Venus. Łódkę tę zaprojektowano do

żeglugi po zalewach i akwenach morskich w pobliżu brzegu. Trudno ją wywrócić i jest prawie

niezatapialna. Jej feler to za mała powierzchnia żagli do tak nadmuchanego kadłuba. W czasie

żeglugi po jeziorach jest wolna, ale i bezpieczna.

Wśród podopiecznych Jacka znalazł się druh Plucha.

- Plucha, zajmiesz psią koję - Jacek wydał polecenie. Sam zajął łóżko w centralnej

części kabiny. Trzy młode harcerki musiały zadowolić się trzyosobowym leżem na dziobie.

Miały tam maksimum intymności, gdyż mogły zamknąć sobie drzwi.

- Dlaczego to łóżko  nazywa  się  psią  koją?   - zapytała jedna z  druhen, brunetka  z

wielkim warkoczem i solidnymi okularami na nosie.

- To stara żeglarska tradycja, że ta koja, która jest pod kokpitem uważana jest za

najgorszą - tłumaczył jej Plucha.

- A dlaczego najgorsza? - pytała z kolei wysoka, chuda i ruda.

- Bo kiedyś, gdy jachty pływały przez morza, to w kokpicie cały czas były wachty,

które czy dzień, czy noc hałasowały - odezwał się Jacek. - Kto spał pod nimi musiał mieć

bardzo twardy sen. Dziewczyny, rozpakujcie się. Plucha zajmiesz się fokiem, a ja grotem i

sterem.

- Dlaczego pozwalasz panienkom na rozpakowanie? Niech one też trochę popracują -

mruknął druh Plucha do Jacka.

-   Jeszcze   będą   miały   okazję,   a   chcę,   żeby  mój   jacht   był   dobrze   przygotowany  -

odpowiedział Jacek.

Obaj druhowie obejrzeli żagle. Potem Plucha założył specjalną rękawicę bosmańską i

zaszywał dziury. Jacek w tym czasie obejrzał takielunek. Na koniec we dwóch położyli maszt.

Godzinę później mały konwój harcerskich jachtów płynął Kanałem Łuczańskim na

background image

północ, w stronę jeziora Kisajno i wyspy Gilmy.

Czesio spojrzał na mnie pytająco, a Piotrek wymownie zaczął szykować bosak, zaś

swój nóż żeglarski przesunął z boku pasa na tył. Widziałem, że Batura z niepokojem patrzył

na reakcję chłopaków. Trwało to jednak sekundy. Zaraz na jego twarzy pojawił się uśmiech.

Jednak zwiększył obroty silnika i szybko popłynął w kierunku jeziora Niegocin.

Złożyliśmy   maszt,   na   pagajach   przepłynęliśmy   pod   mostem   i   zaczęliśmy   leniwą

żeglugę   w   stronę   Giżycka.   Próbowałem   wypatrzyć   przez   lornetkę,   kim   była   kobieta

towarzysząca Baturze, lecz on płynął już na żaglach i silniku. Szybko zniknął nam z oczu.

Zaczęło prażyć słońce. W końcu zaczęliśmy jeść kanapki przygotowane przez Zosię.

- Powiedz, czemu masz z tym gościem jakieś dziwne porachunki? - zapytał Piotrek.

Opowiedziałem   chłopakom   o   pościgu   po   twierdzy,   przez   las   i   o   wcześniejszych

potyczkach z Batura.

- Nie boisz się, że pewnego dnia taki mafiozo spróbuje pozbyć się ciebie? - dopytywał

się Czesiu.

- Batura, podobnie jak jego ojciec to klasa sama dla siebie. Może w półświatku jest

jeszcze uważany za nie opierzonego, ale z pewnością jest dobry i to bez używania nadmiaru

przemocy. Jego siłą jest niebywała inteligencja.

- Mam pytanie. Czy oprócz Hitlera kogoś z prominentów Trzeciej Rzeszy próbowano

zabić? - nagle spytała Zosia.

Spojrzałem zdziwiony na dziewczynę. Ta patrzyła w stronę brzegu, jednak jej wyraz

twarzy sugerował, że w jej mózgu tworzy się jakaś ciekawa teoria i po prostu potrzebuje

danych do jej rozbudowania.

- Opowiem wam o dziwnym zamachu - zacząłem utrzymując intonację głosu lepszą

chyba do filmów grozy. - “Heinkel 111” powoli kołował na lotnisku w pobliżu Kętrzyna. Po

chwili poderwał się i ruszył na zachód. Prawie od razu pilot zauważył, że coś niedobrego

dzieje się z urządzeniami. Zaczął zawracać jednocześnie obniżając pułap. Nagle w kabinie

pilotów eksplodował ładunek wybuchowy. Płonąca maszyna uderzyła o ziemię. Inżynier Fritz

Todt zginął w samolocie, który wystartował z lotniska niedaleko kwatery Hitlera w Gierłoży

koło Kętrzyna.

- Czemu Todt leciał takim szmelcem? - dopytywał się Piotrek. - Przecież “Heinkel

111” został zaprojektowany w 1936 roku jako samolot bombowy z pięcioosobową załogą,

wyposażony w dwa silniki o mocy 1750 koni mechanicznych. Mógł unieść zaledwie dwie

tony bomb. Jego prędkość maksymalna wynosiła 400 kilometrów na godzinę, pułap 7300

background image

metrów, a zasięg 3400 kilometrów. Już w 1942 roku samolot był przestarzałą konstrukcją jak

na bombowiec.

- Za to świetnie nadawał się na samolot kurierski lub maszynę przewożącą ważne

osobistości - wtrąciłem. - Z tego powodu wielu przywódców Trzeciej Rzeszy chętnie używało

go. Feralnego styczniowego dnia, gdy Fritz Todt odwiedził Hitlera w Gierłoży, postanowił

wracać   do   Monachium   samolotem   wypożyczonym   przez   feldmarszałka   Sperrle.   Komisja

śledcza, która zakończyła swoją pracę blisko rok po wypadku, stwierdziła: “W odległości

około   700   metrów   od   lotniska   i   od   granicy   lądowiska   pilot   samolotu   prawdopodobnie

zamknął gaz, a w dwie-trzy sekundy później najwyraźniej znów dodał gazu. W tym momencie

w przedniej części samolotu, prawdopodobnie na skutek eksplozji, buchnął pionowo w górę

silny płomień. Pożar, który wybuchł natychmiast wskutek upadku samolotu - nastąpiło przy

tym kilka detonacji - zniszczył go całkowicie”. Całość zakończono osobliwymi zdaniami:

“Nie powstało zwłaszcza podejrzenie co do możliwości sabotażu. Dlatego też dalsze kroki ani

nie są potrzebne, ani się ich nie przewiduje”. Mówiąc wprost, ktoś ukręcił łeb całej sprawie.

Hitler mógł pytać, co się stało. Informowano go, że z nieznanych przyczyn wybuchł ładunek

umieszczany  w samolotach kurierskich latających w  strefie przyfrontowej, a  uruchamiany

przez podniesienie dźwigni umieszczonej pomiędzy fotelami pierwszego i drugiego pilota.

Zimą 1942 roku strefa przyfrontowa znajdowała się setki kilometrów od Gierłoży i tysiące od

celu podróży, czyli Monachium. Hitler jednak uwierzył w wypadek.

- Kim był Todt? Komu zależało na jego śmierci? - pytała Zosia.

-   Inżynier   Todt   był   doskonałym   organizatorem   i   budowniczym.   To   on   założył

Organizację Todta, której efekty działania oglądałaś w Krzyżanach. Śmierć inżyniera Todta

poprzedziła prawdziwa parada przypadków. Jeszcze wiosną 1939 roku, gdy Hitler odwiedził

budowę Wału Zachodniego, czyli umocnień niemieckich na granicy z Francją, stwierdził, że

następcą Todta, gdyby temu coś się stało, będzie Albert Speer. Drugi przypadek jest doprawdy

zastanawiający. Todt na kilka dni przed śmiercią zostawił w swojej kasie pancernej kopertę z

pokaźną sumą pieniędzy, która miała być przekazana jego osobistej sekretarce, “gdyby coś się

stało”. Przypadek trzeci daje wiele do myślenia. Albert Speer i Fritz Todt mieli razem wracać

z Kętrzyna do Niemiec. Speer jako drugi miał spotkanie z Hitlerem, które skończyło się o

trzeciej nad ranem. Samolot miał wystartować dopiero za pięć godzin. Speer uznał jednak, że

nie będzie miał sił na taki lot, mimo iż wcześniej zdarzało mu się pracować o wiele ciężej.

Jeżeli śmierć Todta była wynikiem zamachu, to trzeba odpowiedzieć na pytanie, komu mogło

zależeć na jego śmierci? Fritz Todt, generalny inspektor budownictwa drogowego, twórca

sławnych niemieckich autostrad, minister do spraw uzbrojenia i amunicji, na kilka godzin

background image

przed śmiercią rozmawiał z Hitlerem. Po nim z Hitlerem spotkał się Speer, który stwierdził,

że Hitler jest w złym nastroju. Zarówno Todt jak i Speer byli wrogami Martina Bormanna,

szefa kancelarii NSDAP, szarej eminencji Trzeciej Rzeszy. Następnego dnia po śmierci Todta

Hitler mianował jego następcą Speera. Tuż po akcie nominacji doszło do dziwnej rozmowy.

Do gabinetu Hitlera wszedł Goering. Od razu powiedział: “Najlepiej będzie, jeśli przejmę

zadania doktora Todta w ramach planu czteroletniego. Dzięki temu  uniknęłoby się tarć i

trudności, jakie w przeszłości wynikały z jego nastawienia wobec mnie”. O sporach obu było

bardzo głośno. Todt  jako minister zbrojeń kierował przemysłem, natomiast Goering, jako

pełnomocnik do spraw planu czteroletniego, czuł się odpowiedzialny za całość gospodarki

wojennej. W połowie stycznia 1942 roku, na około dwa tygodnie przed śmiercią, Todt wrócił

z posiedzenia poświeconego sprawom gospodarki wojennej załamany po tym, jak zbeształ go

marszałek   Goering.   Speer   także   miał   na   pieńku   z   Goeringiem   i   Bormannem.   Za   próbą

wyeliminowania Speera i Todta, ludzi niezależnych i szanowanych przez Hitlera, mogli stać

Bormann i Goering. Pierwszy miał ogromny wpływ na otoczenie Hitlera i sprawował prawie

niepodzielną   władze   w   Gierłoży.   Drugi   miał   doskonałe   stosunki   z   przemysłowcami

niemieckimi, którzy w pewnej części pokrywali koszty jego ekstrawagancji, oczywiście w

zamian za kolejne zamówienia niemieckiej armii. To Bormann rządził kasą nie tylko partii,

ale i Hitlera. W rozgrywce pomiędzy technokratami a starymi aparatczykami nazistowskimi

nie było wygranych, gdyż przy życiu pozostał Speer. Hitler uznał ten fakt za cud i obdarzył

Speera   jeszcze   większym   szacunkiem.   O   jak   wielkie   pieniądze   chodziło,   niech   świadczy

rozmach   budowy   Wału   Atlantyckiego,   wszystkich   fortyfikacji,   ogromnych   bunkrów   dla

okrętów   podwodnych.   W   1944   roku   Organizację   Todta   przejęło   SS,   a   więc   Himmler.

Nastąpiło to jednak za późno, żeby mógł z tego ciągnąć odpowiednie zyski.

- Jak zwykle poszło o kasę - podsumował Piotrek.

- Jeśli wszyscy z otoczenia Hitlera robili podchody, to czy dokumentów “Walkirii” nie

przejął ktoś, kto chciał mieć sztabowców z Mamerek w garści? - zapytała Zosia.

Po raz drugi tego dnia wykonałem zespół karpia.

- Dziewczyna powinna pracować zamiast ciebie - skwitował wszystko Piotrek.

- No co, źle myślę? Sam wujek mówił, że Himmler wiedział coś o spisku, zbierał

jakieś teczki. Może jeszcze ktoś inny robił to samo - argumentowała dziewczyna.

Milczałem i kiwałem głową. Cały czas myślałem, jaką przewagę nad nami ma Batura i

kiedy my dotrzemy do Giżycka.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Giżycka. Chłopcy zatrzymali się na moment przy

Kanale   Łuczańskim.   Z   Zosią   wyskoczyliśmy  na   brzeg   i   poszliśmy   do   Twierdzy   Boyen.

background image

Piotrek chwycił cumę i zaczął klasyczne burłaczenie jachtu. Temu widowisku przyglądali się

wszyscy  żeglarze,   którym   za   burtami   terkotały  różnej   maści   silniki.   Za   to   panie   widząc

wysportowaną   sylwetkę   Piotrka   i   lekkość,   z   jaką   ciągnął   łódź,   przyglądały   mu   się   z

zachwytem.

Po   dziesięciu   minutach   doszliśmy   do   schroniska.   Zanim   padłem   ze   zmęczenia,

zdążyłem się jeszcze umyć. Obudziłem się o godzinie dwudziestej drugiej. Zauważyłem, że

Zosia zniknęła z pokoju.

- Czy widziała pani moją siostrzenicę? - zapytałem panią w recepcji schroniska.

-   Nie,   jakieś   dwie   godziny   temu   wyszła   jedynie   kobieta   o   tlenionych   włosach   -

usłyszałem.

Zaniepokoiłem się jeszcze bardziej. Wybiegłem z budynku zastanawiając się, gdzie

poniosło Zośkę. Przebiegłem przez bramę i usłyszałem dźwięki głośnej muzyki dobiegające z

baru   “Tequilla”.   Lokal   ten   znany  był  w   całej   Polsce   z   tego,   że   zdobywało   go   czterystu

motocyklistów. W czasie zlotu miłośników starych motocykli w amfiteatrze w knajpie doszło

do scysji pomiędzy przyjezdnymi a tubylcami. Mój kolega, który tam był opowiadał, że w

pewnym momencie na scenę wpadł człowiek w skórze, ze zmierzwioną brodą i krzyknął:

“Chłopaki, naszych biją!” W tym momencie amfiteatr wyludnił się. Czterystu zlotowiczów

runęło w stronę wrót lokalu. Szturmujący musieli użyć tarami z potężnej kłody drewna, żeby

wyważyć drzwi. Później była już tylko totalna demolka.

Wszedłem  we  wrota i  zobaczyłem, że  “Tequilla”  bardzo  szybko odzyskała dawną

świetność. Urządzono ją w starej kaponierze. Na końcu pomieszczenia błyskały dyskotekowe

światła. Zobaczyłem tam platynową piękność o twarzy bardzo podobnej do pewnej Zosi z

miasta   Łodzi.   Usiadłem   przy   barku,   zamówiłem   zimną   pepsi   i   zajadając   orzeszki

obserwowałem poczynania dziewczyny. Bawiła się w większym towarzystwie kilku chłopców

i   dziewczyn,   najwyraźniej   kwiatu   młodzieży   giżyckiej.   Widać   było,   że   przedstawicielki

piękniejszej   części   mieszkańców   miasta   ledwo   tolerowały   nową   dziewczynę.   Panowie

oblegali ją ciasnym wianuszkiem i kłócili się o to, który może z nią zatańczyć.

W  przerwach pomiędzy pląsami  Zosi patrzyłem w telewizor, gdzie transmitowano

mecz   polskiej   reprezentacji.   Początkowo   zwycięstwo   zdaniem   komentatorów   mieliśmy

prawie w kieszeni. Po pierwszej połowie wygrana zaczęła znikać na horyzoncie, a komentarz

ograniczał   się   do   wytykania   kolejnych   błędów   i   udzielania   pouczeń   serwowanych   przez

zaproszonego   fachowca.   W   pewnym  momencie   zobaczyłem,   że   w   drzwiach   stanął   Jerzy

Batura. Natychmiast odwróciłem twarz i mocniej pochyliłem się nad szklanką.

Batura nie zauważył mnie. Podszedł do stolika, gdzie bawiło się towarzystwo Zosi i

background image

zagadał do jednego z chłopców, rosłego i ryżego. Ten wyjął natychmiast z kieszeni pomiętą

mapę i dał ją Baturze wskazując coś palcem. Widziałem, że Zosia zaczęła wyciągać głowę,

żeby lepiej wszystko zobaczyć. Batura też to zobaczył, rozpoznał jej twarz i szybko wydał

jakieś polecenie Ryżemu. Ten natychmiast odwrócił się do Zosi, pochylił się nad jej uchem,

wyciągnął coś spod pachy i szybko pokazał dziewczynie. W tłumie i słabym świetle nikt tego

nie widział, ja jednak zobaczyłem pistolet.

Batura wychodził z “Tequilli”, a za nim szedł Ryży prowadząc Zosię. Odczekałem

chwilę i nagle wszedłem pomiędzy Zosię i Ryżego. Chłopak próbował mnie wyminąć, lecz ja

udając pijanego kiwałem się z boku na bok. W tym czasie Zosia zaczęła przebijać się w stronę

lekko   sennego   ochroniarza.   Ryży   widząc   co   się   dzieje   kopnął   mnie   w   łydkę.   Nie

spodziewałem   się   tego   i   zachwiało   mną.   W   tym   czasie   ochroniarz   zauważył   już   lekki

rozgardiasz spowodowany przez nas i szedł w moją stronę. Ryży chciał czym prędzej dostać

się   do   drzwi.   Podstawiłem   mu   nogę.   Chłopak   dał   się   sprowokować   i   odwrócił   się.   Ja

natychmiast uderzyłem dwoma palcami pod jego mostek. Ryży zgiął się w pół. Podchwyciłem

go.

- Kolega źle się poczuł w tłumie - wyjaśniłem ochroniarzowi.

W tym czasie wyjąłem pistolet z kabury pod pachą Ryżego i dyskretnie umieściłem go

we własnej kieszeni.

- Jak kolega słabowity, to nie powinien na tańce chodzić - doradził ochroniarz.

Wyprowadziłem   Ryżego   na   dwór   i   posadziłem   na   ławeczce.   Przy   okazji   palcem

nacisnąłem pewne czułe miejsce i chłopak znowu opadł z sił.

- Trochę tlenu mu nie zaszkodzi - objawiłem tłumowi znajomych Ryżego. Widziałem,

że   za   ich   plecami   do   schroniska   przedziera   się   Zosia.   Ja   też   to   zrobiłem,   jednak   zanim

wszedłem do budynku, spędziłem godzinę na wałach obserwując, czy nikt mnie nie śledził i

co robi Ryży.

- Co ci do głowy strzeliło?! - zacząłem przemowę do Zosi wchodząc do naszej sali. -

Czy chcesz, żeby pan Tomasz przejechał mnie swoim trabantem? Jestem pewien, że wymyśli

bardziej wyrafinowane formy śmierci dla człowieka, który sprowadził jego siostrzenicę na

manowce.

-   Cicho,   wujku,   bo   nas   wyrzucą   za   awantury   -   powiedziała   Zosia.   Właśnie

przeczesywała włosy platynowej peruki.

- Skąd to masz? - pytałem wskazując kłąb jasnych włosów leżących na kocu.

- Moja mama miała w szafie, to pożyczyłam - odpowiedziała.

- Czemu poszłaś do tej knajpy i to późno wieczorem?

background image

-  Wujek   to   niby  młody,  ale  jednak   stary ramol.  Nie  mamy  czasu  na  czekanie   na

odpowiedni   wiek,   żeby   się   dobrze   bawić.   Teraz   wszyscy   szybciej   dojrzewamy.   A   tam

próbowałam się czegoś dowiedzieć na temat powiązań Batury z miejscowym półświatkiem.

- Przynajmniej czegoś się dowiedziałaś?

- Jasne! Batura zebrał mocną ekipę. Niby to szukają staroci w mazurskich wsiach, ale

każe im wypytywać o różne bunkry w okolicy.

- I co?

- Wskazali mu kilkanaście miejsc. Teraz przekazali dokładną mapę grupy bunkrów w

Pozezdrzu.

Kazałem jej położyć się spać, a sam wykradłem się do miasta. Alfa romeo Batury stała

na parkingu przed Hotelem “Wodnik” w Giżycku. Czaiłem się pół godziny, żeby umieścić

pod   wozem   jedną   z   moich   “pluskiew”.   Teraz   dzięki   urządzeniu   zamontowanemu   w

Rosynancie mogłem wiedzieć, gdzie jest Batura.

Położyłem się spać, gdy pierwsze ptaki zaczęły już poranne ćwierkanie.

Obudziłem się o dziewiątej. Wstałem, ogoliłem się i wziąłem porządny, choć zimny

prysznic.   Widziałem,   że   w   kuchni   schroniska   krząta   się   Zosia   przygotowując   dla   nas

śniadanie.

- Proszę! Byłam rano w sklepie i zrobiłam zakupy - oznajmiła stawiając na stole talerz

z jajecznicą i kilka kromek chleba z masłem i pomidorem. - Jednak stwierdziłam, że skoro

pan nie uznaje równouprawnienia w pracy detektywistycznej, to zapanuje ono w kuchni. Dziś

pan robi obiad.

Patrzyłem zdziwiony, co jej się stało.

- Udaje niewiniątko - Zosia stanęła nad moją głową i podparła się pod boki. - A kto w

nocy wymknął się do miasta?

Wyjaśniłem jej wszystko.

Gdy wychodziłem z kuchni podeszła do mnie pani z recepcji. Podała mi kopertę.

- Jakiś pan prosił, żeby panu to dać - powiedziała.

Rozdarłem kopertę i na dłoń wypadła moja “pluskwa”.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

NARADA   WOJENNA   •   WYJAZD   DO   POZEZDRZA   •   KWATERA

HIMMLERA   •   TAJEMNICE   “HOCHWALDU”   •   KLUCZ   BELOWA   •

ZDRADLIWA MIŁOŚĆ • KRZYŻ NA JEZIORACH • W MAZURSKIM

BUSZU • SPOTKANIE POD MOSTEM

Patrzyłem na leżącą na mojej dłoni “pluskwę” i byłem wściekły. Batura cały czas był o

krok przede mną. Krążyłem za jego cieniem i mogłem jedynie czekać na jego błąd.

- Zosiu, czas na naradę wojenną - powiedziałem.

Usiedliśmy na ławeczce przed schroniskiem.

- Męczy pana, że cały czas jesteśmy w tyle, a Batura gna do przodu jak szalony? -

zapytała Zosia. - Mamy przecież ślad, że interesują go bunkry i wybiera się do Pozezdrza.

Może tam coś znajdziemy.

-   Będziemy   tak   jeździć   po   wszystkich   umocnieniach   niemieckich?   -   mruknąłem

rozgoryczony. - Wiesz, ile ich tutaj jest? Szukamy sami nie wiedząc czego.

- No to jedźmy do Pozezdrza. Czuję, że to jest jakiś ślad - zaproponowała dziewczyna.

Wsiedliśmy do Rosynanta i ruszyliśmy w stronę Węgorzewa. Po niecałej pół godzinie

przejeżdżaliśmy już przez Pozezdrze. Minęliśmy znaną swego czasu knajpę o westernowej

nazwie   “Bonanza”,   gdzie   często   dochodziło   do   awantur,   i   zatrzymaliśmy   się   na   małym

parkingu naprzeciw cmentarza.

- To tutaj miał swoją kwaterę Himmler - oświadczyła Zosia po przeczytaniu tablicy

informacyjnej.

-  Tak,   wszyscy  przywódcy Trzeciej   Rzeszy  -  mówiłem  przyglądając  się   okolicy  -

wzorem Hitlera szukali sobie dogodnego schronienia w mazurskich lasach usadawiając się

wzdłuż linii kolejowej Kętrzyn-Węgorzewo-Giżycko.

Postanowiłem ukryć Rosynanta i pojechałem dwieście metrów dalej. Wjechałem w

leśną drogę i skręciłem za krzaki, żeby nie było widać samochodu. Wróciłem do Zosi i razem

poszliśmy ścieżką pomiędzy wysokimi sosnami.

- Kwatera Himmlera miała kryptonim “Hochwald”, co znaczy wysoki las - zacząłem

opowiadać Zosi. - Tak jak wszystkie tego typu obiekty jej budowę rozpoczęto wiosną 1941

roku. Pracami kierowała Organizacja Todta.

background image

- Idziemy przez ten “Hochwald”, a tu widać jedynie stary bruk - narzekała Zosia.

- Wybudowano tutaj dziewięć solidnych budynków i kilka lekkich baraków, ukrytych

głębiej   w   lesie.   Pięć   bunkrów   miało   odporność   typu   “B”,   co   oznaczało,   że   grubość   ich

stropów   i   ścian   wynosiła   po   dwa   metry.   Schron   Himmlera   był   dodatkowo   obłożony

żelbetonowym płaszczem. Był tu także nieduży podziemny garaż, dwie ceglane wartownie.

Mimo że cała kwatera nie była duża, to otaczała ją podwójna linia drutów kolczastych i pole

minowe, a chronił batalion policji. Wszystko maskował gęsty i wysoki las, siatki maskujące

rozmywające kontury budynków.

- Iiii... nieciekawy - jęknęła Zosia widząc bunkier Himmlera.

Faktycznie nie przedstawiał się on imponująco. Cały był poprzecinany rysami pęknięć

spowodowanych wewnętrzną detonacją ładunków wybuchowych.

- Nie narzekaj, ma 21,5 metra szerokości, 19 metrów  długości i ponad 8 metrów

wysokości.

Zaczęliśmy obchodzić budowlę. Miała ona korytarz biegnący wzdłuż całego schronu.

Z prawej strony znajdowała się ściana grubości dwóch metrów. Korytarz był szeroki niewiele

ponad  metr i  miał  niecałe dwa metry wysokości. Po lewej stronie  znajdowały się kiedyś

pokoje. Teraz widzieliśmy jedynie zawalone gruzami wnętrze.

- Do zasadniczej części schronu prowadziło dwoje drzwi - mówiłem świecąc latarką. -

Nimi wchodziło się do niewielkich przedsionków,  które obrońcy mogli ostrzeliwać przez

specjalne strzelnice. Tam też znajdowały się szczelne drzwi prowadzące do pokoi.

-  Coś   ważnego  wydarzyło  się   w   tym  miejscu?   Skąd   zainteresowanie   Batury  tymi

bunkrami? - dopytywała się Zosia.

- W dniu 16 września 1944 roku Himmler spotkał się tutaj z Andriejem Własowem,

dowódcą Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej, czyli jednostką, w której mieli walczyć jeńcy i

dezerterzy z Armii Czerwonej.

-   To   ci   własowcy,   którzy   dokonywali   mordów   ludności   w   czasie   powstania

warszawskiego? - spytała Zosia.

Skinąłem głową i ciągnąłem dalej.

-   Po   upadku   powstania   przywieziono   tu   generała   Tadeusza   Bora-Komorowskiego,

komendanta głównego Armii Krajowej. Miał spotkać się z Himmlerem, a podobno nawet z

Hitlerem.   Obaj   jednak   się   nie   pokazali.   Istnieje   spore   prawdopodobieństwo,   że   Himmler

chciał   zaproponować   AK   współpracę   w   walce  z   Rosjanami.   Już   20   listopada   1944   roku

wyjechali mieszkańcy kwatery, a dwa miesiące później niemieccy saperzy wysadzili ją w

powietrze. Jednak i polscy saperzy ćwiczyli się tutaj. Podobno jedynym efektem ich działań

background image

była śmierć chłopaka z Pozezdrza, który zatruł się gazami prochowymi.

Opowiadałem to wszystko i jednocześnie zwiedzaliśmy resztki pozostałych bunkrów.

- Czas na drugie śniadanie - powiedziała Zosia. - Zostawiłam kanapki w samochodzie,

może pójdę po nie?

Kiwnąłem głową i zawróciliśmy w stronę bunkra Himmlera. Zatrzymaliśmy się na

moment,   żeby  otrzepać   ubrania   z   pajęczyn,   gdy  nagle   usłyszałem   znajomy  głos.   Szybko

rozglądałem się na boki w poszukiwaniu dobrego schronienia.

- To Batura - szepnęła Zosia.

Dziewczyna zaproponowała skrycie się w schronie.

- Tam nie! On będzie chciał go zwiedzić - szybko powiedziałem.

Za naszymi plecami znajdowała się głęboka rysa biegnąca pionowo. Zajrzałem do

środka.   Widać   było   stos   gruzu,   który   tworzył   jakby   schodki   prowadzące   w   głąb.

Podejrzewałem, że tamtędy można dojść na szczyt stosu betonu piętrzącego się w środku

budowli. Czyli bylibyśmy idealnie ukryci. Szerokość szpary wynosiła niecałe pół metra. Zosia

szybko weszła. Ja musiałem wciągnąć brzuch.

W półmroku wchodziłem pod górę. Przestrzeni było akurat tyle, żeby nabawić się

klaustrofobii. Po trzech metrach znaleźliśmy się w niewielkiej pieczarze tego betonowego

kolosu. W kącie widać było światło słoneczne  bijące z niewielkiej półki wychodzącej na

zewnątrz schronu.

Leżeliśmy w ciszy. W środku było tak zimno, że nasze oddechy zamieniały się w parę.

Jednak nadstawialiśmy uszu.

- No to jesteśmy u Himmlera - usłyszałem głos Batury. - Sądzisz, że tutaj Below

przyjechał z tymi papierami?

Usłyszeliśmy czyjeś ciche mruknięcie.

-   Już   tyle   razy  czytaliśmy   ten   wiersz,   że   prawie   znam   go   na   pamięć   -   mówił   z

niechęcią Batura. - “Spójrz, bracie, na nasze jeziora i wodzów naszych, prowadzą naród ku

chwale tworząc krzyż. Jego podstawę dają pruskie fundamenty Bismarcka. Pierś w środku

niesie   godło   w   świat.   Lewe   ramię   daje   najwierniejszą   osłonę,   a   prawe   najmocniejsze

uderzenia.   Głowa   pcha   mężczyzn   ku  zwycięstwu.   Gdzieś   wdziera  się  zwątpienie.  Trzeba

zdrajców   zniszczyć   i   dam   ci   siłę.   Jest   ona   skryta   w   paszczy   lwa,   pomiędzy   żelazem   i

kamieniem, gdzie często bywaliśmy.” Ten facet nie miał za grosz talentu! - orzekł na koniec

mój wróg.

Widziałem,   że   pomimo   ciemności   Zosia   starała   się   zanotować   słowa   Batury.

Pomyślałem, że taki pomocnik to skarb.

background image

Po   chwili   słyszeliśmy,   jak   Batura   z   osobą   mu   towarzyszącą   zwiedzają   bunkier

Himmlera.

- Nic tu nie znajdziemy, wszystko jest zniszczone - mówił Batura. - To bzdura biegać

po tych bunkrach. Trzeba dowiedzieć się, gdzie spędzał wolny czas Nikolas Below. To do

niego jest ten poetyczny list. Jego kuzyn ukrył wszystko w miejscu, gdzie często bywali.

Znowu usłyszeliśmy jedynie ciche mruknięcie. Po chwili “Hochwald” znowu stał się

cichym   miejscem.   Powoli   wyjrzałem   na   zewnątrz.   Nikogo   nie   było   widać   oprócz   pary

staruszków. Poznałem ich i chciałem się skryć, ale Zosia popchnęła mnie i wyleciałem ze

szpary jak z procy, a za mną Zosia. Staruszka, która widziała nas już w giżyckiej Twierdzy

Boyen, teraz najpierw zamarła z przerażenia, że ktoś może wyskakiwać ze ściany, a potem na

jej twarzy odmalował się wyraz totalnego oburzenia.

- Tadziu, poznajesz ich - mówiła potrząsając ramieniem męża. - Ten znowu bałamuci

tę dziewczynę.

Zosia   słysząc   te   słowa   stłumiła   eksplozję   śmiechu.   Przybrała   rozmarzony   wyraz

twarzy,  spojrzała   na   mnie   i   uczepiła   się   mego  ramienia.   Staruszka   dostała  chyba  w   tym

momencie palpitacji serca. Wściekły z powodu tego cyrku pociągnąłem dziewczynę w las,

gdzie stał Rosynant.

- Przestań robić kino! - mruknąłem.

Rano harcerze biwakujący w zatoce na jeziorze Kisajno, tuż za wyspą Górny Ostrów,

obudzili się zmęczeni. Pierwszy dzień żeglowania wśród wysp, gdzie trzeba było wykonywać

mnóstwo zwrotów, był dla nowicjuszy bardzo ciężki.

- Nie chcę słyszeć żadnych jęków - grzmiał Sarmata. - Dziewczyny idą do lasu po

grzyby.

Po   półgodzinie   harcerki   wróciły   z   garściami   kurek.   Instruktor   Krypka,   który   był

doskonałym   kucharzem,   przygotował   na   śniadanie   kromki   chleba   smażone   w   jajkach

zmieszanych z grzybami.

- To strasznie niedietetyczne - narzekała blondynka Jacka.

Dziewczyna postanowiła posmarować kromeczki pumpernikla masłem. Wszystko to

przywiozła ze sobą z domu.

- Nie cuduj - próbował uspokoić ją Jacek.

Od jakiegoś czasu zauważył, że jego dziewczyna przestała zwracać na niego uwagę.

Za to jej spojrzenia często kierowały się w stronę innego harcerza, na nieszczęście Jacka

przystojnego i wesołego, zawsze gotowego do wygłupów.

background image

Po śniadaniu harcerze popłynęli na jezioro Dargin, gdzie do obiadu ćwiczyli zwroty.

Pojechałem z Pozezdrza w stronę wsi Przerwanki. Zatrzymałem się przy drodze, gdzie

staliśmy w pełnym słońcu. Wolałem jednak pocić się, niż być pogryzionym przez komary.

Wyjąłem mapę obejmującą Krainę Wielkich Jezior Mazurskich. Zosia rozpakowała kanapki.

Siedziałem wpatrzony w mapę i żułem chleb z serem.

Zosia co chwila spoglądała w swoje notatki.

- I co? - zapytałem.

- Zaczynam coś jarzyć - odmruknęła.

- To słucham.

- Jest tak - dziewczyna rozsiadła się wygodnie. - Patrzymy na mapę Wielkich Jezior

Mazurskich.   Jak   wół   zaznaczona   jest   kwatera   Hitlera   w   Gierłoży.   To   jeden   punkt   -

powiedziała i nagle wbiła patyczek w mapę koło Kętrzyna. - Myślałam, że tu powinien być

środek, no wie wujek, centrala, mózg. Jednak druga kwatera jest tu - i wbiła kolejny patyczek

w Pozezdrzu. - Mówił wujek, że Twierdza Boyen w czasie drugiej wojny światowej to była

centrala wywiadu niemieckiego na Wschód. Ta forteca pochodzi jeszcze z czasów pruskich,

można powiedzieć, że z okresu rozkwitu państwa niemieckiego. To będzie trzeci patyczek.

Patrzyłem i oczom nie wierzyłem. - Brakuje jeszcze tylko dwóch punktów - Zosia

opowiadała zadowolona z mojego podziwu. - Kwatera Himmlera pasuje mi do tego kawałka:

“Lewe   ramię   daje   najwierniejszą   osłonę”.   Kiedyś   wujek   mówił,   że   mottem   SS,   którego

Himmler był zwierzchnikiem, była wierność Hitlerowi.

-   Pójdźmy   dalej   -   włączyłem   się   do   nakłuwania   mapy.   -   W   Sztynorcie   osiadł

Ribbentrop, minister spraw zagranicznych Trzeciej Rzeszy. Pamiętasz: “Pierś w środku niesie

godło   w   świat”?   Kwatera   Hitlera,   ośrodek   dowodzenia,   to   prawe   ramię   zadające

najmocniejsze uderzenia. Rozszyfrowanie “głowy” nie jest już trudne. Chodzi tu o Mamerki,

czyli sztab niemieckich wojsk lądowych.

-   To   o   nich   Frank   Below   pisał:   “Gdzieś   wdziera   się   zwątpienie”?   -   głośno

zastanawiała się Zosia.

-   Trudno   powiedzieć.   Przecież   tamci   oficerowie   w   rozumieniu   faszystów   byli

zdrajcami, a Below był faszystą - odpowiedziałem.

- On pisze jak człowiek, który wie, że gdzieś bije dzwon, tylko nie wie gdzie.

- Zosiu, gdyby tak było, to by nie zginął. Pisze wyraźnie o zdrajcach i o tym, że da siłę

do ich zniszczenia - powiedziałem. - Ową paszczą lwa mogłyby być Mamerki, ale obaj kuzyni

często tam bywali i odnoszę wrażenie, że tam wypoczywali.

background image

- Pomyślmy, gdzie obaj często mogli bywać - zastanawiała się Zosia.

Zapadło dłuższe milczenie.

- Może trzeba poszukać miejsca, gdzie jest chociażby jakaś rzeźba lwa - nagle rzuciła

Zosia.

Pokręciłem głową.

- Pamiętaj o tym, że Below pisząc te słowa myślał, iż jest poetą i swoją wizją poetycką

chciał kuzynowi, który znał jego sposób myślenia, dać dokładne wskazówki. Miejsce ukrycia

jest wyraźnie określone. To coś ukryte jest pomiędzy żelazem a kamieniem i to tak dobrze, że

nikt tego do tej pory nie znalazł.

Znowu milczeliśmy wpatrzeni w pięć patyczków wbitych w mapę tworzących krzyż.

- No cóż, nie pozostaje chyba nic innego, jak przejechać się po wszystkich tych pięciu

miejscach - rzekłem przeciągając się.

- Ciekawe, co robi Batura?

- Wygląda, Zosiu, że to samo co my. Siedzi nad mapą i szuka niemieckich bunkrów.

Pewnie  tak samo odczytuje słowa Belowa. Ciekawi mnie,  kim  jest tajemniczy pomocnik

Batury.

Wsiedliśmy   do   Rosynanta   i   pojechaliśmy   do   Giżycka.   Spakowaliśmy   rzeczy.

Wychodząc zaszedłem do recepcji.

- Taki pan pana szukał - rzuciła recepcjonistka.

- Jak wyglądał? Wysoki blondyn... - i opisałem Baturę.

- Nie, ten już tu kiedyś był, ale nie mogłam go przyjąć z psem.

- I o co pytał?

-   Chciał   wiedzieć,   czy   pan   wrócił   na   noc,   jak   była   ta   burza   i   czy   już   pan   się

wymeldował - odpowiedziała pracownica schroniska i podała mi rachunek.

Zapłaciłem i wyszedłem zamyślony. Najwyraźniej moją osobą interesował się facet z

psem. Tan sam, który krążył po twierdzy, malował jej mury i zapisywał nazwy bastionów.

Dzięki niemu dotarliśmy do pierwszej skrytki Belowa, niestety za późno. Podejrzewałem, że

to on zaświecił latarką, gdy goniliśmy Baturę.

- Co wujek taki zamyślony? - zapytała Zosia widząc wyraz mojej twarzy.

- Oprócz Batury w zawodach bierze udział jeszcze jeden zawodnik. Pamiętasz tego

człowieka z psem?

Dziewczyna przecząco pokręciła głową.

- A tego psa z pociągu pod Olsztynkiem?

Tym razem przytaknęła.

background image

-  Jego  właściciel  gdzieś   tutaj  się  kręci.  Podejrzewam,  że  to   on świecił  latarką  na

Baturę, gdy go goniliśmy. Tajemniczy człowiek i nie wiem, po czyjej stronie stoi.

- Dokąd jedziemy? - zapytała Zosia.

- Najpierw do Sztynortu, a potem, jak to się w wojsku mówi, do nowego miejsca

zakwaterowania.

Zosia rozłożyła pokłutą przez nas mapę.

- Gdzie będziemy nocować? - zapytała.

-   Wiem,   że   Jacek   z   żeglarzami   zatrzymają   się   przy   wyspie   Gilma   na   Jeziorze

Dobskim. My rozstawimy się bardzo blisko, we wsi Doba.

- Wujek ma jakiś interes do tego zakochanego żeglarza?  - spytała mając na myśli

brata.

- Do niego też, chciałbym również poznać pannę, która tak usidliła Jacka.

- Oj, bo wujka owinie wokół palca.

- Za stary już jestem.

Tak   sobie   dowcipkowaliśmy   w   czasie   obiadu   spożywanego   tradycyjnie   w   barze

“Omega”. Po posiłku zrobiliśmy jeszcze zakupy. Przed hotelem nie widziałem samochodu

Batury.

W Rosynancie wyjąłem mapę. Do Sztynortu można było dojechać z Giżycka jadąc

przez   Pozezdrze   i   tam   skręcając   na   Harsz.   Ja   jednak   zobaczyłem,   że   przy  drugiej   trasie

Giżycko - Pozezdrze prowadzącej przez Pieczarki jest zaznaczona nitka drogi leśnej. Można

było w ten sposób skrócić sobie drogę prawie o dziesięć kilometrów. Jakiś wewnętrzny głos

podszeptywał mi stare przysłowie “Kto drogi skraca, ten do domu na noc nie wraca”. Jednak

byłem pewny swoich umiejętności i zdolności terenowych Rosynanta.

Wyjechaliśmy z Giżycka drogą na Pieczarki. Asfalt  nie był najlepszej jakości, ale

mimo   to   jechało   się   bardzo   przyjemnie.   Słońce   grzało,   a   przez   otwarte   okna   wpadały

rzeźwiące   podmuchy   powietrza.   Za   Pieczarkami   droga   prowadziła   wzdłuż   jeziorka.   Pięć

metrów   od   brzegu   zobaczyłem   siedzącą   na   paliku   czaplę.   Zatrzymałem   samochód,   żeby

zrobić jej zdjęcie. Wysiadłem i zacząłem się skradać. Kiedyś pewien kanadyjski myśliwy

uczył mnie, jak należy podchodzić ptaki i tak zrobiłem. Nie szedłem prosto w kierunku czapli,

lecz robiłem nieregularne zygzaki. Co chwila schylałem, kręciłem się w kółko. Po prostu

udawałem zwierzę zajęte żerowaniem. Czapla spokojnie przyglądała się moim poczynaniom.

W  chwili,  gdy wycelowałem   w nią  obiektyw aparatu  natychmiast  wykonała  w   tył  zwrot,

opadła do wody i poderwała się w powietrze. Gdy wracałem do samochodu widziałem, że

Zosia aż kładła się ze śmiechu.

background image

Gdy jezioro skończyło się, po lewej stronie zobaczyłem piaszczystą drogę prowadzącą

w kierunku lasu. Skręciłem w nią i włączyłem napęd na cztery koła. Mijaliśmy domki z

wielkimi tabliczkami informującymi w języku niemieckim o wolnych pokojach. Na końcu

kolonii zobaczyłem, że droga prowadzi do młodego lasu świerkowego.

Wjechaliśmy jakby do buszu. Natychmiast zrobiło się parno. Był to efekt połączenia

się gorącego powietrza i wilgoci parującej ze ściółki. Wnętrze auta wypełniły roje komarów.

Przyśpieszyłem chcąc, żeby pęd powietrza wywiał owady ze środka. Krwiopijcę obsiadły mi

twarz i niewiele widziałem. Nagle Rosynanta aż obróciło. Przednie lewe koło wpadło do

głębokiego   dołu   wypełnionego   potłuczonymi   butelkami.   Zamknąłem   okna   i   włączyłem

pompowanie koła.

- Ojej,  żeby was! -  krzyczała Zosia opędzając  się  od resztek komarów  w kabinie

samochodu.

Ja smutno patrzyłem na wskaźniki ciśnienia powietrza w oponie.

- Zosiu mamy problem - powiedziałem.

Spojrzała na mnie pytająco.

- Musze zmienić koło i wyprowadzić auto z dołu. Potrzebuje twojej pomocy.

- Nigdzie nie wyjdę - powiedziała wskazując czarną chmurę komarów za oknami.

Nie   pozostało   mi   nic   innego,   jak   założyć  koszulę   z   długim   rękawem,   gumowany

deszczak z kapturem i wyjść. Natychmiast stałem się obiektem zaciekłych ataków. Najpierw

podszedłem do wyciągarki. Sznur przywiązałem do solidnego drzewa. Na migi pokazałem

Zosi, co ma robić. Ona włączyła wyciągarkę. Rosynant drgnął i zaczął powoli toczyć się w

stronę drzewa. Był lekko pochylony na lewą stronę. Gdy feralny dół, wyglądający jak pułapka,

znalazł się pół metra przed tylnym lewym kołem, kazałem Zosi wszystko wyłączyć.

Chwyciłem   za   saperkę   i   zasypałem   dół.   Potem   lewarkiem   lekko   uniosłem   auto   i

wymieniłem koło. Po wszystkim, zlany potem, szybko wskoczyłem do środka i ruszyłem

przez las w stronę Harszu. Cały czas w uszach brzmiało mi przysłowie o skracaniu dróg.

Po pięciu minutach wyjechaliśmy z lasu i otworzyliśmy szeroko okna. Przy szybkiej

jeździe wszystkie komary zniknęły, a my zbliżaliśmy się do wsi Harsz. Tam skręciliśmy w

lewo, w stronę Sztynortu.

Po   kilku   kilometrach   dojechaliśmy   do   mostu   na   przesmyku   pomiędzy   jeziorami

Dargin   i   Kirsajty.   Zatrzymałem   się   tuż   przed   mostem.   Zosia   spojrzała   na   mnie   nieco

zdziwiona.

- Popatrzymy sobie trochę na przepływające jachty - powiedziałem i skierowałem się

do zarośniętych trawą schodków prowadzących pod most.

background image

Zeszliśmy   i   usiedliśmy.   Zapaliłem   fajkę   i   patrzyłem   na   łajby   płynące   od   strony

Giżycka.

- Ale ofermy - rzuciła nagle Zosia.

Odwróciłem się tam, gdzie patrzyła dziewczyna. Do mostu od północy zbliżał  się

niewielki jacht z sześcioosobową załogą złożoną z samych nastolatków. Już włączyli silnik, a

jeszcze nie położyli masztu. Grota jakimś partyzanckim sposobem nawinęli na maszt. Jacht

płynął szybko i zahaczył masztem o most. Rozległ się zgrzyt, a ja aż zacisnąłem zęby na myśl

o tym, co dzieje się w tej chwili z żaglem.

Załoga feralnej łódki klęła i krzyczała na siebie. Po drugiej stronie mostu postawili

maszt i rozwinęli grota. Żagiel znaczyły regularne rysy, tam gdzie został przetarty materiał.

- Silniejszy wiatr i po nas - powiedział kapitan tego jachtu.

Smutno pokiwałem głową i dalej patrzyłem w stronę Giżycka. Po półgodzinie pojawił

się wreszcie “Ogarek”. Czesio rzucił kotwicę dziesięć metrów od brzegu i razem z Piotrkiem

położyli maszt. Piotrek rozebrał się, skoczył do wody i popłynął w naszą stronę. Usiadł obok

mnie i spojrzał pytająco. Wyciągnąłem mapę.

- Jutro spotkamy się tutaj - powiedziałem wskazując mu punkt na zachodnim brzegu

jeziora Mamry. - Czuję, że będę potrzebował waszej pomocy.

Piotrek kiwnął głową i już płynął do “Ogarka”.

- Zachowujecie się jak szpiedzy lub spiskowcy - skomentowała Zosia.

-   Może   wczuwamy   się   w   tamte   czasy,   kiedy   planowano   zamach   na   Hitlera   -

odpowiedziałem.

- Teraz możemy już jechać do Sztynortu? - zapytała Zosia.

- Tak.

- A potem?

- Potem pojedziemy zwerbować harcerzy Jacka. Muszę zebrać jak najwięcej ludzi, bo

kwatera w Mamerkach jest duża, a to ona chyba kryje naszą tajemnicę.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

SZTYNORCKA   RUINA   •   SIEDZIBA   RIBBENTROPA   •   WYGIBASY

PRZED PAŁACEM • ZAWÓD MIŁOSNY • WYSPA GILMA • CHRZEST

ŻEGLARSKI • ZEMSTA RYŻEGO?

Za mostem przejechaliśmy tylko kilkaset metrów i już minęliśmy tabliczkę z napisem:

“Sztynort Wielki”. Po lewej stronie mijaliśmy keję zapełnioną jachtami, a z knajpy, koło

której   przejeżdżaliśmy,   już   dobiegały   charakterystyczne   głosy.   Skręciłem   w   prawo   i

zatrzymaliśmy się przy zabudowaniach dawnego sztynorckiego folwarku. Zosia wzięła aparat

i poszliśmy w stronę pałacu.

- To przecież ruina - Zosia niemal krzyknęła.

Faktycznie   budynek   prezentował   się   więcej   niż   marnie.   Tynk   odpadał,   okna   na

parterze były zabite dechami. Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, to wszędzie widać było

napisy: “Obiekt grozi zawaleniem”. Mimo to pałac prezentował się pięknie. Zamknąwszy na

chwilę oczy można było sobie wyobrazić, że niegdyś były tutaj zadbane klomby, brukowana

droga, którą przyjeżdżali goście i gospodarze wyjeżdżali na przejażdżki po włościach. Przed

frontonem budynku stały słupy w kształcie luf armatnich odwróconych wylotami ku ziemi i

opatrzonych herbami rodowymi właścicieli.

- W sumie nieciekawa okolica - mruknęła Zosia rozglądając się na boki.

-  Po   pierwsze,   powiem   ci,  że  za   każdym   razem   jak   tu   jestem   zawsze   mam   tutaj

wspaniałą,   słoneczną   pogodę.   Po   drugie,   biskup   warmiński   Ignacy  Krasicki   odwiedzając

kiedyś rezydującego tutaj hrabiego Heinricha Lehndorffa, powiedział znamienne słowa: “Kto

ma Sztynort, ten posiada Mazury”.

- No fakt, pałac stoi w połowie drogi pomiędzy Węgorzewem a Giżyckiem. Tędy

prowadzi jedyny przesmyk z południowej strony Wielkich Jezior na północną - powiedziała

Zosia patrząc na mapę.

- Już w 1422 roku do tej głuszy nad jeziorami przybyli Krzyżacy. Potem osiedli tutaj

Lehndorffowie. W 1600 roku wybudowali pałac, który w 1656 roku złupili Tatarzy. Hrabina

Marianna Lehndorff, ówczesna właścicielka, została porwana w jasyr i skończyła żywot jako

niewolnica jakiegoś kupca z Konstantynopola. W latach 1689-1691 zamek przebudowano na

barokowy pałacyk. Jeszcze przed wojną można tu było zobaczyć wiele stylowych mebli i

background image

piękne   zbiory   numizmatyczne.   Na   ścianach   parterowych   pokoi   wymalowano   podobno

wspaniałe sceny biblijne.

- Wierzyć się nie chce - rzekła Zosia i pokręciła głową.

- Rzecz jasna po 1945 roku zbiory i wyposażenie pałacu rozszabrowano. Budynek od

tej pory przechodzi niezasłużoną gehennę. Każdy nowy właściciel ma ambitne plany zrobienia

tu hotelu. Na pomysłach się kończy. Zapominają o starym polskim powiedzeniu: “Mierz siły

na zamiary”.

- Miałam na myśli to, że nie chce mi się wierzyć, żeby w takim pałacu znajdowała się

siedziba niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych. Za mało tu miejsca - stwierdziła

Zosia.

- Joachim  von Ribbentrop - odpowiedziałem - przybył do Prus za Hitlerem, który

osiadł w Gierłoży. Na swoją kwaterę Ribbentrop wybrał sobie pałac w Sztynorcie oddalony

od Gierłoży o dwadzieścia kilometrów. Heinrich von Lehndorff, właściciel majątku, otrzymał

prawo do mieszkania w jednym ze skrzydeł. Ribbentrop wprowadził się tutaj na początku

lipca 1941 roku, kiedy niemiecka ofensywa w ZSRR nabierała tempa.

- Chyba uciekł tutaj przed pracą. Myślę, że w takiej sytuacji prawdziwy minister spraw

zagranicznych powinien pilnować kwestii dyplomatycznych - Zosia wzięła się za wygłaszanie

dłuższego monologu. - Ja bym na jego miejscu została w Berlinie, gdzie były ambasady i

można   było   spokojnie   debatować   z   dyplomatami   różnych   państw.   Wyjazd   tutaj   był

pozbawiony sensu.

- Pamiętaj, że w Trzeciej Rzeszy o ważnych rzeczach Hitler decydował osobiście.

Ribbentrop,   jak   każdy   wysoki   rangą   działacz   partii,   starał   się   być   jak   najbliżej   swego

przywódcy i pilnować swych partyjnych interesów. Powiem ci jeszcze, że przywiózł tutaj

sobie kilka wagonów wina, ozdobne meble z niemieckiej ambasady w Warszawie, kucharzy,

ordynansów i osobistą sekretarkę Margarethe Blank oraz silną ochronę. Resztę pracowników

umieszczono   w   hotelu   dla   sportowców   nad   jeziorem   Święcajty,  zbudowanym  z   myślą   o

dobrym   ich   przygotowaniu   do   olimpiady   w   Berlinie   w   1936   roku.   Znaczne   odległości

pomiędzy hotelem a Sztynortem doprowadzały do chaosu.

Ribbentrop wyjeżdżał ze Sztynortu tylko dwa razy: na trzy miesiące na Ukrainę, gdy

Hitler przeniósł się do Winnicy i na pięć miesięcy do Bawarii. Dyplomaci na przyjęcie przez

Ribbentropa czekali długie tygodnie.

- I tutaj Below mógł ukryć swoje skrzynki? - zapytała Zosia.

- Pewnie, że mógł. Obaj z kuzynem mogli się przecież tutaj spotykać. Pamiętasz słowa

o paszczy lwa? Otóż porucznik Heinrich von Lehndorff był członkiem grupy spiskowców. W

background image

latach 1941-1942 był adiutantem feldmarszałka Fedora von Bocka, dowódcy Grupy Armii

“Środek”, potem łącznikiem pomiędzy von Tresckowem, o którym mówiłem ci przy okazji

operacji “Błysk”, a von Stauffenbergiem. W dniach poprzedzających zamach w lipcu 1944

roku   kontaktował   się   z   dowódcą   Okręgu   Wojskowego   numer   1   w   Królewcu,   generałem

Thaddenem. Na wieść o nieudanym zamachu wrócił do Sztynortu. Następnego dnia przed

pałac zajechał samochód gestapo. Na jego widok hrabia uciekł oknem. Nie udała się pogoń za

nim z użyciem psów.

-   I  to   na   takim   terenie?   Nafaszerowanym   kwaterami,   patrolami?   -   Zosia   pytała  z

niedowierzaniem.

- To był jego majątek, znał tu każdy skrawek ziemi. Zgłosił się do gestapo bojąc się, że

aresztują członków jego rodziny. W drodze do Berlina znowu uciekł, ale został pochwycony,

osądzony   i   stracony   4   września   1944   roku.   Jak   myślisz,   czy   zamachowcy   nie   mogli

wykorzystać go do ukrycia ważnych dla nich dokumentów właśnie w Sztynorcie? Pod nosem

Ribbentropa? U człowieka, który gościł taką figurę?

- Tak, ale myślę, że oficerowie bezpieczniej czuli się na terenie swojej kwatery w

Manierkach - Zosia odpowiedziała po namyśle.

Tak rozmawiając spacerowaliśmy po resztkach parku pałacowego. Pilnie rozglądałem

się za miejscem, które można określić mianem “pomiędzy żelazem a kamieniem”. Znowu

stanęliśmy przed frontonem pałacu. Zosia przyglądała się metalowym słupom z herbami.

- Masz nosa - powiedziałem do niej i pobiegłem do samochodu. Brukowany podjazd i

słupy pasowały do opisu z wiersza. Jednak zatrzymałem się i wróciłem do dziewczyny.

- Wujek to ma odloty. Najpierw biegnie do bryki i nagle wraca - powitała mnie Zosia

nieco osłupiała moim zachowaniem.

- Popatrz. Mamy bruk, mamy metalowe słupki. Pasuje?

- To co, będziemy ryć? - zapytała.

-   Nie,   ale   przyjrzyjmy   się   uważnie,   czy   nie   ma   tutaj   miejsca   wskazującego   na

kryjówkę.

Z nosami prawie przy samej ziemi spędziliśmy pół godziny. Gdy się wyprostowaliśmy

tylko jęknęliśmy, a w kręgosłupach nam zatrzeszczało. Na skwerku stała grupka turystów

pilnie nam się przyglądająca.

-   Państwo   są   artystami   ulicznymi?   -   zapytał   pan,   na   którego   brzuchu   spoczywał

markowy aparat fotograficzny.

- Ci państwo szukają skarbów - odpowiedziała pociecha turysty. Chłopak już teraz

zapowiadał się na naukowca. W słońcu błyszczały wielkie okulary, a czapka z daszkiem była

background image

starannie założona. Na białych adidasach nie widać było nawet drobiny kurzu.

- Cicho, docent! - krzyknęła jego siostra. - Ludzie ćwiczą, aktywnie spędzają czas, a

nie tak jak my, tylko wszędzie jeździmy samochodem, bo tata dumny jest z nowej limuzyny.

Poczułem się głupio. Widziałem, że Zosia o mało nie pęknie ze śmiechu. Ukłoniłem

się tęgiemu panu, przedstawiłem, pokazałem legitymację i wyjaśniłem, że robimy ekspertyzę

dotyczącą   stanu   pałacu.   Po   czym   z   dumnie   podniesioną   głową   pomaszerowałem   do

Rosynanta.

Czym   prędzej   wyjechaliśmy   ze   Sztynortu.   Przez   Kamionek,   Radzieje   i   Pilwę

dojechaliśmy   do   Doby.   Po   drodze,   zresztą   fatalnej,   mijaliśmy   znaki   jakiegoś   szlaku

rowerowego.

- Kto poprowadził szlak po takim bruku? - Zosia nie mogła ukryć swojego zdziwienia.

Faktycznie,   gdyby  nie   doskonałe   resory  Rosynanta,   to   jazda   samochodem   byłaby

udręką. Ze współczuciem myślałem o nieświadomych niczego turystach, którzy uwierzyli w

możliwość miłej przejażdżki tą trasą.

We wsi Doba zameldowaliśmy się późnym popołudniem. Podjechaliśmy w pobliże

kościoła. Pięćdziesiąt metrów od brzegu widzieliśmy wyspę Gilmę i przycumowane do niej

jachty harcerzy z drużyny Jacka.

Z daleka widzieliśmy typową obozową krzątaninę. W pewnym momencie zauważył

nas Sarmata, pomachał ręką i zawołał Jacka. Chłopak napompował ponton i podpłynął do nas.

- Dobrze, że jesteście - powiedział od razu. - Opanowaliśmy całą wyspę i dziś robimy

chrzest żeglarski. Wujek będzie mógł nam opowiedzieć o swoich przygodach, bo koledzy

czasami mi nie wierzą.

- Poczekaj, weźmiemy z samochodu nasze rzeczy - powiedziałem.

Zamiast Zosi poszedł ze mną Jacek.

- I co się dzieje? - dopytywał się po drodze.

- Jeździmy tu i tam, po prostu nudy, żadnych pościgów i strzelanin - droczyłem się z

nim.

- Jesteście na tropie?

- Jak tam twoja miłość? - odbiłem pałeczkę.

Chłopak od razu zmienił wyraz twarzy. Uszy stały się czerwone.

- Kobiety zmienne są - enigmatycznie odpowiedział.

O   nic   więcej   nie   pytałem.   Przeczuwałem,   że   druhna   Jacka   zmieniła   obiekt

zainteresowań. Czułem, że dzisiejszy chrzest będzie szczególnie ciężkim przeżyciem dla tej

harcerki i jej nowego amanta.

background image

Po   piętnastu   minutach   byliśmy  na   Gilmie.   Wyspa   była  kiedyś  połączona   z   lądem

wąską groblą. Do 1634 roku stały tam ruiny zamku. Jedni badacze uważali, że krzyżackiego,

inni, że pruskiego księcia Galindów Izegupsa. Przed wojną znajdowano tam różne elementy

średniowiecznej broni.

Obecnie wyspa przypomina kwadrat. W jej zachodniej części w gorące dni jest jak w

buszu. Rosną tam wysokie drzewa, które zatrzymują masy wilgoci parujące z ziemi. Idzie się

więc przez wysokie paprocie wąską ścieżką wydeptaną przez turystów. We wschodniej części

znajduje   się   niewielki   pagórek.   Stoją   na   nim   jakieś   ruiny,   które   przypominają   swoim

kształtem modne kiedyś świątynie dumania, gdzie damy ukryte w cieniu parasolek czytały

książki   lub   listy   od   wielbicieli.   Mury   zostały   już   kompletnie   rozkute   przez   różnych

domorosłych poszukiwaczy skarbów.

Sarmata przywitał mnie serdecznie.

- Cieszę się, że pana widzę - powiedział zapraszając na swój jacht.

Siedliśmy i zapaliliśmy fajeczki.

- Pan zostanie z nami na dłużej? - zapytał gospodarz.

Spojrzałem na niego pytająco.

- Boję się trochę o Jacka. Przejął się tą panienką - mruknął instruktor wypuszczając

wielki kłąb dymu.

- Nie zrobi chyba żadnego głupstwa - powiedziałem.

- Wiem, ale te romanse doprowadziły do tego, że musieliśmy mieszać załogi, które już

się poustawiały na swoich łajbach.

- A która to panna sieje takie spustoszenie w męskich sercach? -zapytałem.

- Tamta blondynka - Sarmata wskazał ruchem głowy.

Po   obozowisku   kręciła   się   blondynka   o   prawie   białych   włosach.   Krótkie   szorty  i

bluzeczka   opinały   jak   trzeba   wszystko   to,   czym   młoda   kobieta   chciała   drażnić   i   kusić

kolegów. Przypominała amerykańską gwiazdę Pamelę Anderson. Widać było, że pozostałe

dziewczyny   patrzą   na   towarzyszące   blond   piękności   zainteresowanie   z   lekką   zazdrością

przemieszaną   z   ironicznymi   spojrzeniami.   Byłej   miłości   Jacka   towarzyszyła   trochę   inna

dziewczyna, która słała wszystkim chłopcom zalotne spojrzenia.

- A ta druga? - dopytywałem się.

- Nie zauważył pan, że dziewczyny zawsze chodzą parami? Tej pięknej towarzyszy

taka, która ma mniej adoratorów - odpowiedział Sarmata przyjmując łobuzerski wyraz twarzy.

- Ta ładna myśli, że wygląda przy koleżance jeszcze ładniej. Ta druga chce schwytać trochę

blasku spadającego na tę pierwszą.

background image

Parsknąłem rozbawiony i musiałem przyznać, że Sarmata miał w dużej mierze rację.

- Zapraszam na chrzest - powiedział Sarmata wstając i schodząc na brzeg.

- Przyjdę z pewnością zobaczyć zemstę Romea!

- Słyszał już wujek? - podbiegła do mnie Zosia. - No o tej panience i Jacku?

- Z detalami.

Poszedłem na jacht Jacka. Chłopak siedział pod masztem i obserwował przygotowania

do chrztu.

- Co tak siedzisz i nic nie robisz? - zapytałem.

- Nie martw się - pocieszała go Zosia.

-   Czepiacie   się.   Siedzę   i   patrzę.   Na   kursie   na   instruktorów   mówili,   że   trzeba

obserwować swoich podwładnych i patrzeć, czy nie przychodzą im do głowy różne głupoty -

odpowiedział Jacek.

- Mówisz jak stary nauczyciel, a jedyną twoją przewagą jest to, że wcześniej niż oni

zrobiłeś patent żeglarski - powiedziałem.

- E tam... - mruknął. - Co mam robić? Podrywać jakąś inną?

Zosia tylko się uśmiechnęła.

- Na mój gust, żadna nie będzie chciała znosić twoich amorów myśląc, że chcesz

swojej byłej zrobić na złość - doradzałem bojąc się, czy za bardzo się nie ośmieszam. - Nic

nie planuj, a wyjdzie najlepiej.

Nagle   rozległ   się   przeciągły  świst   prawdziwego   gwizdka   bosmańskiego.   Wszyscy

poszliśmy na brzeg. Tam już na składanym krzesełku siedział Sarmata przebrany za Neptuna.

Wokół kręciła się horda diabłów. Do nich dołączył Jacek, który dzierżył w dłoni wyjęty nie

wiem skąd pęk pokrzyw.

Najpierw   odczytano   specjalny   edykt   i   zapytano,   czy   są   tacy,   którzy   rezygnują   z

wstąpienia w szeregi braci żeglarzy. Oczywiście tchórzy nie było. Pierwszym zadaniem było

zebranie przez nich szyszek. Kto nie przyniósł do obozu pięciu, ten miał przejść specjalne

tortury.   Znalezienie   szyszek   na   Gilmie   jest   trudne,   bo   rośnie   tam   zaledwie   kilka   drzew

iglastych i to w dodatku marnych. Nikt nie miał nawet dwóch szyszek.

-   Prawdziwe   wilki   morskie   muszą   poznać   smak   słonej   wody  -   zagrzmiał   w   tym

momencie Neptun.

Zaczęło się więc picie solidnie posolonej wody.

- Cook okrętowy nie zawsze ma humor i dobrze ugotuje, więc przygotujcie się na

egzotyczne smaki - zapowiadał Krypka przebrany za diabła.

Poczęstowano   nowicjuszy   specjalną   miksturą   sporządzoną   według   tradycyjnego

background image

przepisu:   pieprz,   musztarda,   ketchup,   sok   z   cytryny,   surowe   jajka.   Diabły   wysmarowały

wszystkich węglem drzewnym, goliły twarze pagajami. Kulminacją był “tunel śmierci”. Paliki

wbite w ziemię w dwóch rzędach i sznurek tworzyły szkielet, na którym ułożono pokrzywy.

Był   tak   niski,   że   można   się   nim   było   tylko   czołgać.   Jego   dno   wyłożone   było   warstwą

świeżego błota. Chrzczeni mieli dwa wyjścia. Mogli czołgać się po błocie i trochę pokłuć o

zmoczone pokrzywy na dnie i bokach, albo też iść na czworaka szorując plecami po kłujących

roślinach rozłożonych na wierzchu tunelu. Nie dziwi  więc, że  ze środka dobiegały jęki  i

westchnienia.

Potem adepci sztuki żeglarskiej stawali przed obliczem Neptuna. Składali uroczystą

przysięgę i otrzymywali żeglarskie imię. Na koniec wychodzili na rufę jachtu Sarmaty, gdzie

musieli   wystawić   końcówkę   pleców   do   porządnego   uderzenia   wiosłem.   Drewniany  pagaj

trzymał Jacek. Blond piękność, która otrzymała ksywę “Binduga” wykonała po Jackowym

uderzeniu piękne salto i wyjątkowo długi lot do wody. Widziałem, że przy tym uderzeniu

diabeł - ratownik był szczególnie czujny. Podobny los spotkał konkurenta Jacka do serca

blondynki. Tak oto wyglądała zemsta naszego Romea.

Na koniec odbyła się wspólna kąpiel w jeziorze i rozpalono maleńkie ognisko.

- Chyba teraz może pan opowiedzieć o swoich przygodach - poprosił Sarmata, gdy

zapadło milczenie.

Opowiedziałem więc, a Jacek i Zosia uzupełniali trochę koloryzując. Powiedziałem

też o tym, co mnie sprowadza w te okolice.

-   Chciałem   prosić   was   o   pomoc   w   poszukiwaniach.   Pływacie   po   jeziorach,

rozmawiacie z mieszkającymi tutaj ludźmi. Może przypadkiem czegoś się dowiecie.

- Po prostu przypłyniemy do Mamerek, przeszukamy tę kwaterę i wtedy pomyślimy,

co robić dalej - powiedział Sarmata. - Zgadzam się z tą teorią, że papiery, jeżeli  jeszcze

istnieją, są właśnie tam. Oficerowie nie mieli czasu, żeby je dobrze ukryć. Ten Below też nie

miał czasu, działał przecież tam, gdzie niemile widziano by hitlerowskiego kapusia. Schował

to tak przemyślnie, że nikt tego jeszcze nie znalazł. Chyba że kiedyś wygrzebał to jakiś chłop,

papiery wyrzucił albo spalił, a w skrzyni miesza paszę dla świń.

Kiwnąłem   głową.   Jeszcze   godzinę   najwytrwalsi   siedzieli   przy   ognisku   śpiewając

szanty.

- Co robimy jutro? - zapytała mnie Zosia zaszywając się w swoim śpiworze.

- Muszę dać dętkę i oponę do naprawy albo kupić nową. Dzisiaj w lesie straciliśmy

zapas.

Rano Jacek przewiózł nas pontonem do Doby. Zbliżałem się do Rosynanta z pewnym

background image

niepokojem. Był on uzasadniony, gdyż ujrzałem, że mam cztery piękne kapcie. Ktoś pociął

opony ostrym jak brzytwa nożem.

Prowizorycznie załatałem dziury, włączyłem pompowanie kół i powoli ruszyłem do

Giżycka. Zosia z Jackiem postanowili pojechać ze mną. Dziewczyna chciała pokazać bratu

Twierdzę Boyen i miejsce ukrycia wiadomości Belowa.

Gdy byłem zajęty klejeniem podszedł do mnie piegowaty przedstawiciel miejscowej

inteligencji w wieku szkolnym.

- Fajny wózek - powiedział.

- Tyle że trochę kulawy - mruknąłem.

- To taki ryży na motorze to zrobił - dodał dzieciak. - Przyjechał chyba z Giżycka.

- Aha - tylko tyle powiedziałem.

Chłopak wsiadł na rower i pojechał gdzieś piaszczystą drogą. Mogłem się domyślać,

kto to zrobił. Zastanawiało mnie tylko, czy to zemsta, czy pomysł Batury i skąd Ryży, którego

poznałem w “Tequilli”, wiedział gdzie jestem.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

SPRYTNY   MECHANIK   •   JEDZIEMY   NA   RAJD   KORMORAN   •

DEBATA O EKOLOGACH • SPOTKANIE Z OLBRZYMEM • NOWY

ŚLAD   •   WYJAZD   DO   RADZIEJÓW   •   KOMPUTER   ROSYNANTA

“WARIUJE”   •   DUCH   GILMY   •   LEŚNIK   I   JEGO   PIES   •   BUNKRY

GOERINGA

Do   Giżycka   jechaliśmy   już   normalną   drogą,   jednak   w   okolicach   Pięknej   Góry

zauważyliśmy niezwykły ruch na drogach. Pojawiło się mnóstwo samochodów z numerami

startowymi. Zosia włączyła radio i usłyszeliśmy, że rozpoczął się kolejny Rajd Kormoran.

- Ooo.. - mruknął Jacek.

- Jak naprawię dętki, to ruszymy na trasę zobaczyć rajdowców. Sam jestem ciekaw,

jak wyglądają takie wyścigi - powiedziałem.

Wysadziłem dzieciaki przy Twierdzy Boyen i ruszyłem na poszukiwanie warsztatu.

Popytałem   się   kilku   osób   i   wreszcie   znalazłem   odpowiedni,   na   osiedlu   przy   drodze   na

Węgorzewo.

- Fiuu, panie! - mechanik machnął ręką na widok moich opon. - Alboś pan z mafii,

albo z policji. Ładnie ktoś panu gumy wyżyletkował.

- Da się na dziś zrobić? - zapytałem.

Mechanik podrapał się po nodze, popatrzył w sufit i spojrzał na mnie z ukosa.

- Pan z Warszawy, co? - powiedział niechętnie. - Ja tu mam mnóstwo takich turystów,

nawał roboty...

- Ja to zrobię - z kąta podniósł się krótko obcięty młodzieniec o posturze atlety.

- Cicho, Darek! - prawie krzyknął mechanik. - Masz swoją robotę przy komputerze

tego forda? To rób!

- Szefie, zrobię to w przerwie obiadowej - zaoferował się młodziak.

- Dobra, panie - teraz mechanik zwrócił się w moją stronę. - To będzie kosztować

ekstra, za ekspresową usługę.

-   Wystawiacie   rachunki?   -   zapytałem   trochę   wściekły.   Ryzykowałem,   że   w   tym

warsztacie nie naprawią mi opon.

- Taaak - mechanik spojrzał na mnie przeciągle. - A na jaką firmę?

background image

- Ministerstwo Kultury i Sztuki - odpowiedziałem.

- Szefie, dla biednego ministerstwa zrobię to bez dopłaty ekstra za ekspres, ale i bez

rachunku - znowu odezwał się Darek.

Mechanik tylko wzruszył ramionami i poszedł do swoich zajęć.

- Zgłosi się pan po auto po obiedzie - powiedział młodzieniec i zanurzył nos pomiędzy

kabelki pod maską forda.

Nie   pozostało   mi   nic   innego   jak   pójść   na   miasto.   Po   drodze   w   kiosku   kupiłem

tygodnik, w którym pracował Olbrzym. Jedna ze stron poświęcona była Rajdowi Kormoran.

Widząc podpis naszego znajomego pod tekstem pomyślałem, że będzie w okolicach wyścigu

przygotowując relację. Sięgnąłem po telefon komórkowy i wystukałem jego numer.

- Cześć, tu Paweł! Jesteś przy rajdzie? Gdzie cię można znaleźć? Dobra, będę tam -

szybko dogadaliśmy się.

Jeszcze   godzinę   bezczynnie   spędziłem   na   ławeczce   nad   brzegiem   Kanału

Łuczańskiego patrząc na przepływające jachty i statki. Paliłem fajkę i dumałem.

Na obiedzie spotkaliśmy się z Zosią i Jackiem w naszym ulubionym barze. Potem

poszliśmy do mechanika. Darek już czekał. Stał oparty o Rosynanta, który miał już nowe

opony, a obok leżało również nowe koło zapasowe.

- Ciekawa maszynka - przywitał mnie.

Kiwnąłem głową i sięgnąłem po portfel. Chłopak wymienił sumę, ani za dużą, ani za

małą.

- Powinien pan w oponach trzymać gaz trujący, to może na drugi raz odstraszy tego,

kto panu to zrobił - powiedział na pożegnanie.

Zapaliłem   silnik   i   natychmiast   rozbłysły   wszystkie   możliwe   czerwone   światełka

alarmowe, ale natychmiast zgasły. Trwało to może dwie sekundy.

- Co to było? - zapytała Zosia.

-   Nie   wiem,   pewnie   komputer   pokładowy   przy   wymianie   kół   lekko   sfiksował   -

odpowiedziałem.

Około   południa   dojechaliśmy   do   Mikołajek.   W   namiocie   dla   prasy   znaleźliśmy

Olbrzyma. Właśnie szykował się do wyjazdu na trasę.

- Nie wiesz, czy ekolodzy dzisiaj protestują? - pytał jakiegoś kolegę.

- Już chyba wczoraj się wyszaleli - odpowiedział tamten.

Widzieliśmy reporterów z notebookami i telefonami komórkowymi łączących się ze

swoimi redakcjami. W największym napięciu pracowali ci, którzy przygotowywali relacje dla

rozgłośni radiowych i telewizyjnych. Biegali co rusz do pobliskiego parku serwisowego, gdy

background image

tylko ktoś wpadł i powiedział: “Hołek przyjechał” czy “Gryczyński stracił koło”.

Zaprosiłem Olbrzyma do naszego samochodu, który miał większe szansę dojechać po

rozjeżdżonych   szutrach   na   dobre   miejsce   widokowe.   Tego   dnia   po   południu   miał   być

rozgrywany odcinek specjalny pomiędzy Ławkami a Woźnicami.

-  Jedźmy  na   szósty  kilometr,  do   przejazdu   przez   most   na   kanale  -   zaproponował

dziennikarz.

- Działo się coś ciekawego? - zapytała Zosia.

- Aż za dużo  - powiedział  reporter kręcąc głową. - Miał być wspaniały prolog w

Giżycku,   ale   nawierzchnia   na   giżyckim   stadionie   była   kiepska   i   zrezygnowano.   Kibicom

zostało jedynie obejrzenie kierowców jeżdżących w kółko. Potem jeden z zawodników na

trasie zmarł na atak serca. Z kolei Janusz  Kulig dachował, gdy próbował ominąć kamień

polny leżący na trasie. Wszystkie szyby w samochodzie wypadły. Również na tym odcinku

gumę   złapał   Krzysztof  Hołowczyc  i   przez   to   stracił   minutę,   a  prowadzenie  objął   Robert

Gryczyński. Na innym odcinku specjalnym zapalił się samochód Jarosława Pinelesa. Gdyby

nie to, że swoją gaśnicę oddała mu załoga Dariusza Solarskiego, to straciłby wóz.

- Kupiłby nowy - skomentował Jacek.

- Dla tych ludzi rajdy to pasja - odpowiedział mu Olbrzym. - Nawet samochód lekko

podrasowany do wyścigów to dla nich wszystko, a o takiej maszynie i serwisie jak “Hołek”

mogą   tylko   marzyć.   Jednak   wydają   na   ściganie   się   swoje   pieniądze,   liczą   na   sukces   i

zainteresowanie sponsorów.

- A co z tymi ekologami? - dopytywałem się.

-   Widzisz,   zorganizowali   pikietę.   Zablokowali   trasę.   Odcinka   specjalnego   nie

zaliczono. Policja nie śmiała interweniować, a wkoło byli kibice, którzy przyjechali czasami z

bardzo daleko, właśnie w to miejsce, żeby zobaczyć na przykład Hołowczyca w samochodzie

przez ułamki sekund. Ekolodzy mają prawo protestować, bo w zasadzie do tego ogranicza się

ruch ekologiczny.

- Nieprawda, a selektywna zbiórka śmieci w miastach - zaprotestowała Zosia.

- Kwiatuszku - Olbrzym odwrócił się do niej - nie widziałem przed żadnym ratuszem

pikiety   ekologów   chcących   siłą   zmusić   władze   miasta   do   tego.   To   czasami   niezbyt

zorientowani samorządowcy rzucają się na ten pomysł, żeby pokazać, że myślą ekologicznie.

Mało   gdzie   oprócz   różnokolorowych   pojemników   postawiono   także   sortownię   śmieci,

porządne składowisko odpadów, obniżono ceny wywozu śmieci z osiedli, gdzie taka zbiórka

jest organizowana, i znaleziono kupca na posegregowane odpady.

- Tutaj walczą o czystość jezior mazurskich i całej okolicy - argumentowała Zosia.

background image

- Ludzie żyjący tutaj z czystości jezior i lasów przez dwa, góra trzy miesiące sezonu

turystycznego   muszą   zarobić   na   resztę   roku.   Dla   nich   takie   wydarzenie,   w   które

zaangażowane   jest   prawie   sto   załóg,   a   dodaj   do   tego   serwis,   dziennikarzy   i   osoby

towarzyszące, nie mówiąc o kibicach to złota góra. W Mikołajkach i okolicach na długo przed

wyścigiem   nie   było   miejsc   w   hotelach.   Nasze   jeziora   brudzone   są   także   przez   turystów

wszelkiej maści, a najwięcej śmieci znajdziesz w lasach koło dróg asfaltowych. Trasę rajdu

tak zaplanowano, że w dziewięćdziesięciu procentach przebiega przez tereny nie zalesione.

- To co ekolodzy mają robić? Nie protestować, jeśli uznają to za słuszne? - dopytywał

się Jacek.

- Uważam, że jest słusznym, żebym był szczęśliwy, a do szczęścia brakuje mi tylko

takiej bryki jak Rosynant - zaczął Olbrzym. - Zabieram go Pawłowi. Przecież jednak łamię

prawo. W drodze do szczęścia nie powinniśmy przekraczać pewnych norm. Jeśli ktoś chce

uszczęśliwić ludzi  i przyrodę na siłę powinien dokonać przedtem rachunku zysku i strat.

Rejon   Mikołajek   zarobił   na   rajdzie,   został   rozreklamowany.   Ekolodzy   zostali   trochę

poszturchani i jeden dzień pokazywano ich w telewizji. Nic nie wywalczyli.

- Nie przekonał mnie pan - gniewnie rzuciła Zosia.

W  tym  czasie zajechaliśmy w pobliże  przejazdu  na kanale. Stanęliśmy  w dobrym

punkcie widokowym. Olbrzym wsadził w ucho słuchawkę małego przenośnego radyjka, gdzie

nadawano audycje radia rajdowego.

- Zaraz będą - mruknął i wyjął lornetkę.

Rzeczywiście po chwili w oddali usłyszeliśmy ryk silników i zobaczyliśmy tumany

kurzu. Nagle prawie jak spod ziemi wystrzelił w górę samochód z numerem jeden. Ludzie,

którzy   stali   koło   nas,   na   jego   widok   krzyczeli:   “Hołek,   Hołek!”.   Przejazdowi   reszty

zawodników towarzyszyły już tylko fachowe uwagi lub okrzyki zachwytu.

Po przejeździe wszystkich zawodników odwieźliśmy Olbrzyma do Mikołajek.

- Spotkamy się w Mamerkach? - zapytałem go żegnając się.

- Oczywiście, będę tam pojutrze - odpowiedział. - Muszę tylko oddać tekst i wywołać

zdjęcia. Przyjadę do was pojutrze.

Wróciliśmy   do   Doby.   Zosia   z   Jackiem   wrócili   na   jachty,   a   ja   zostałem   przy

Rosynancie.

- Panowie szukają bunkrów? - usłyszałem nagle za sobą głos młodego tubylca. Był to

ten sam chłopak, który poinformował mnie, kto przeciął opony.

- A tak, chcemy je zwiedzić - odpowiedziałem nie chcąc małego wtajemniczać w

nasze sprawy.

background image

- A wie pan o tych przy Kanale Mazurskim? Przy jeziorze Przystań? - dopytywał się.

- Tak, wiemy. Jutro tam chcemy pojechać.

- Aaa... - w głosie brzmiało rozczarowanie. Malec chciał sprawić mi niespodziankę. -

A o tych w Radziejach pan wie?

- Nie - zdziwiłem się. - Możesz mi je pokazać na mapie?

- O tutaj są, przy tej esowatej drodze - palcem pokazał punkt.

- Wielkie dzięki, bardzo mi pomogłeś.

Widząc, że Zosia i Jacek zajęci są na Gilmie rozmowami  postanowiłem tam  sam

pojechać.   Niecałe   trzy   kilometry   za   Radziejami   skręciłem   w   lewo   w   polną   drogę.   Nad

mazurskimi polami powoli zmierzchało, ale światła było jeszcze dość, żeby zwiedzić bunkry.

Jechałem po strasznie wyboistej drodze. Znowu na chwilę komputer Rosynanta “zwariował”.

Gdy dojeżdżałem do torów i po lewej stronie miałem gospodarstwo, a po prawej niewielki

lasek, to właśnie tam zobaczyłem resztki, a właściwie fundamenty baraków. Wszystko było

zalane wodą. Przejechałem przez przejazd i minąłem znak zakazu wjazdu. Bałem się, że ktoś

wlepi mi mandat, ale czułem, że mogłem być blisko rozwiązania tajemnicy. Jechałem więc

dalej   drogą   wyłożoną   betonowymi   płytami.   Nagle   moje   światła   zgasły.   Natychmiast

włączyłem noktowizor,  lecz  ten działał trzy sekundy.  Wcisnąłem  hamulec, lecz  Rosynant

jechał   dalej  i   rozpędzony gnał  przed  siebie.  Wjechałem   w  las,  a młode  krzaki  i   olszyny

wyhamowały pęd auta. Hamowanie było tak gwałtowne, że wypięty z pasów uderzyłem głową

o kierownicę i straciłem przytomność.

Jacek i Zosia starannie przygotowywali się do nocnych łowów na białą damę podobno

straszącą na Gilmie.

- Nie wiesz, gdzie jest wujek? - Zosia zapytała Jacka.

-   Nie   wiem,   pewnie   gdzieś   pojechał   albo   skrył   się   i   kurzy   tę   swoją   fajeczkę   -

odpowiedział Jacek.

- Jednak powinien nam coś powiedzieć, gdzie i po co jedzie - Zosia nie dawała za

wygraną.

- Ty od razu  węszysz  spisek. To dorosły, więc może  ma  jakieś swoje sprawy do

załatwienia - odpowiedział Jacek. - Nie zdziwię się, gdy to właśnie on okaże się tą naszą białą

damą.

Zosia tylko prychnęła.

W sumie na łowy wybrało się sześcioro harcerzy. Reszta wolała spać. Wszyscy łowczy

byli ciepło ubrani i mieli latarki dające mocne światło.

background image

Zosia usiadła pod krzakiem. Dwa metry od niej położył się Jacek. Umówili się, że

będą czuwać na zmianę.

Najpierw Zosia poczuła na szyi jakieś delikatne dotknięcie. Przerażona obróciła się,

jednak nic nie zobaczyła.

- Jacek - syknęła.

Chłopak podczołgał się do niej.

- Co jest? - zapytał szeptem.

- Coś mnie dotknęło.

-   O   tak,   pewnie   duch   -   mruczał   chłopak   i   w   świetle   księżyca   oglądał   plecy

dziewczyny. Tuż przy kapturze ciepłej bluzy znalazł ogromnego, włochatego pająka, lecz bez

słowa strącił go finką w wysokie trawy.

- Zostań ze mną, trochę się boję - szepnęła Zosia.

Od tej pory rodzeństwo leżało razem w wysokich paprociach.

Dookoła   panowała   cisza   przerywana   hukaniem   puszczyków,   odległymi

pokrzykiwaniami z Wyspy Kormoranów i pluskaniem ryb w jeziorze. Z ziemi parowało ciepłe

powietrze namagazynowane tam przez cały dzień. Zosia i Jacek powoli przymykali oczy i w

końcu zasnęli.

Gdy łowcy słodko spali po ścieżkach na wyspie zaczęła snuć się ubrana na biało

postać.

Obudziłem się, gdy na dworze było już bardzo ciemno. Spojrzałem na zegarek. Była

prawie północ. Po omacku szukałem latarki, lecz przypomniałem sobie, że pożyczyłem ją

Jackowi   i   Zosi,   którzy  zaplanowali   na   tę   noc   polowanie   na   damę   podobno   straszącą   na

Gilmie. Sięgnąłem więc po telefon, ten jednak resztką energii sygnalizował wyczerpanie się

baterii. Kilka razy próbowałem uruchomić Rosynanta, ale silnik milczał. Siedziałem w nim

jak  w  puszce widząc  za  oknem  jedynie ciemność.  Miałem  ochotę zapalić  fajkę, lecz nie

zrobiłem tego chcąc przyzwyczaić oczy do ciemności. Nawet słaby blask zapałki oślepiłby

mnie na długie minuty.

Wysiadłem z samochodu. Pod nogami lekko chlupotała woda. Rozglądałem się na

wszystkie   strony.   Wszędzie   panowały   egipskie   ciemności.   Burzowe   chmury   skutecznie

zasłoniły wszystkie gwiazdy. Gdzieś w oddali słychać było pomruki burzy. “Idealna noc na

polowanie na ducha” - pomyślałem.

Nagle  kątem   oka   zauważyłem  słaby  blask,   który  pojawił   się   gdzieś   w   lesie.   Przy

podmuchach   wiatru   liście   odsłaniały  na   ułamki   sekund   słaby   blask   maleńkiego   ogniska.

background image

Powoli zacząłem przedzierać się w tamtym kierunku. Starałem się iść cicho, żeby najpierw

sprawdzić, z kim mam się spotkać. Pięćdziesiąt metrów od ogniska zacząłem się czołgać.

Z odległości pięciu metrów zobaczyłem przed sobą namiot zrobiony z dwóch pałatek

wojskowych. Jeden z boków szałasu, ten od strony ognia, był uniesiony. Pomiędzy nim a

balami ściętych brzóz tlił się maleńki ogień. Nad nim wisiał garnek, w którym coś bulgotało.

Przy ogniu siedział ogromny facet, a u jego stóp leżał zwinięty w kłębek rudy pies. Tak, to był

ten gość, którego spotkaliśmy w Twierdzy Boyen. Widziałem, że pies strzyże uszami w moim

kierunku.

- Czyżby ta panna,  z  którą pana  widziałem,  dała  panu  kosza?  - mężczyzna nagle

odezwał się. - Dlatego próbował pan staranować las?

Wstałem   i   głośno   przedzierając   się   przez   krzaki   zbliżyłem   się   do   obozowiska.

Podałem gospodarzowi rękę.

-   Michał   -   przedstawił   mi   się.   -   Siadaj.   Podjedz   sobie   i   wyżal   się.   Trochę   już

zatęskniłem za ludzkimi problemami. Od kilku dni jestem tylko z psem.

- Nie jestem głodny - skłamałem, ale grzecznie usiadłem.

Pies podniósł się, obwąchał moje buty i ręce. Potem usiadł koło mnie i położył jedną

łapę na moim łokciu. Spojrzał mi w oczy.

- Z ciebie musi być dobry człowiek. Od razu cię polubił - mówił gospodarz. - Nazywa

się Mopsik, ale reaguje też na Łysy.

Pies rzeczywiście miał krótką rudą sierść, ale jeżyka na głowie pozazdrościliby mu

chyba najelegantsi marines. Krótkie,  zaledwie  trzymilimetrowe  włoski szczelnie  okrywały

jego   czaszkę.   Zwierzę   miało   nieco   ponad   pół   metra   wysokości,   spiczaste   uszy,   czarny

podbródek i długi, zakręcony ogon, jak u świni. Podałem mu rękę, a on wybijając się na mojej

dłoni błyskawicznie doskoczył do ucha, które szybko polizał.

- Po tych czułościach może jednak coś zjesz? - zaproponował Michał.

Teraz lepiej mu się przyjrzałem. Był równie wielki jak nasz znajomy dziennikarz, miał

krótko przycięte czarne włosy. Miał wyraźne rysy twarzy, lecz gdybym miał sporządzić jego

portret pamięciowy nie potrafiłbym. Mógłbym jedynie stwierdzić, że nie było na nim nawet

grama tłuszczu. Był szczupły, a z pewnością silny i zwinny. Gdy mu się przyglądałem on nalał

mi gęstej zupy do menażki i zaczął kroić wielką pajdę wiejskiego chleba. Patrząc na niego

nadałem mu w myślach pseudonim Leśnik. Po chwili podał mi mały kawałek pieczywa.

- Umocz go w zupie i daj Łysemu.

Posłusznie zrobiłem to, a pies gdy zjadł zaczął kręcić się w kółko goniąc własny ogon.

W końcu zębami złapał kilka włosków z samego końca. Zadowolony obrócił się w takiej

background image

pozie kilka razy, po czym przesadził przez ogon tylną łapę.

- Zapewniam, że on nie zwariował. Czasami lubi tak popisywać się. Nikt go tego

nigdy nie uczył - tłumaczył mi Leśnik.

Zacząłem   jeść.   Nie   da   się   opisać   smaku   tej   zupy   z   dużymi   kawałkami   mięsa   z

kurczaka. Czuć było różne zioła, zwłaszcza bazylię.

- Pięknie dziękuję - powiedziałem, gdy pochłonąłem już cały talerz.

-   Na   zdrowie.   Mój   proboszcz   zawsze   mawiał,   że   należy   głodnego   nakarmić,   a

spragnionego napoić. Różnie to było, gdy zakradaliśmy się do jego sadu na czereśnie.

- Skąd wiesz, że miałem wypadek? - zapytałem.

- Akurat zbierałem chrust, kiedy zobaczyłem wariata, który zgasił światła i wjechał w

las.

- Coś się popsuło w mojej maszynie.

- Zdarza się, w epoce komputerów staliśmy się bezradni wobec elektroniki. Jeden

pypeć się rozpadnie i po nas - powiedział Leśnik przybierając na te okazję ton kaznodziei.

- Skąd ci przyszła do głowy myśl o tej panience?

- Tak rzuciłem, na rybkę.

Zapadło milczenie.

- Co cię więc sprowadziło o tej porze do tego lasu? - zapytał mnie.

- Bunkry - odpowiedziałem. - Jeżdżę po Mazurach i zwiedzam bunkry.

- To musisz sporo o nich wiedzieć, skoro trafiłeś i do samego Lammersa.

- A ty widzę też jesteś w temacie.

-   Tak,   zbieram   materiały   do   pracy   magisterskiej   o   kwaterach   hitlerowskich   na

Mazurach. Sama Gierłoż to nie wszystko.

- Masz może telefon komórkowy? - zapytałem. - Chciałbym przedzwonić do moich

znajomych i uspokoić ich.

- Nie jestem niewolnikiem tego typu urządzeń. Nie martw się. Coś jutro rano zrobimy

z twoim wózkiem.

- To powiedz mi, co tutaj jest.

- Nic ciekawego. Dwa lżejsze schrony przeciwlotnicze o kształcie prawie idealnego

czworoboku. Mają jedno pomieszczenie. Jeden jest wysadzony od wewnętrznego wybuchu.

Drugi,   cały,  stoi   kawałek   dalej.   Głębiej   w   lesie   stoi   jeden   większy,  identyczny  jak   te  w

kwaterze Goeringa w Puszczy Piskiej.

- To Goering miał tam kwaterę?

-   Miał   nawet   trzy.   Pierwszą   tajemnicą   kwatery   jest   data   jej   powstania.   Niemcy

background image

budowali w połowie lat trzydziestych wiele linii umocnień wzdłuż granic Prus Wschodnich.

Pod   ich   osłoną   tworzono   kwatery   wodzów   Trzeciej   Rzeszy.   Nie   wiadomo   jednak,   czy

Goering kazał wybudować swoją kwaterę jeszcze przed wojną czy w momencie, gdy Hitler

przeniósł   się   do  Gierłoży.  Bunkry  w   Szerokim   Borze   mają   słabą   konstrukcję.   W   innych

kwaterach powstałych na przełomie 1940 i 1941 roku widać o wiele mocniejsze budowle. W

Manierkach,   gdzie   była   kwatera   Dowództwa   Wojsk   Lądowych,   urządzenia   techniczne

znajdowały   się   w   specjalnych   obiektach   żelbetowych.   W   Szerokim   Borze   agregaty

prądotwórcze stały w zwykłej hali wybudowanej z cegły. Goering jako zapalony myśliwy

mógł sobie już wcześniej uwić takie betonowe gniazdko w środku Puszczy Piskiej.

- Goering często tam bywał?

- Nie wiem. Wiadomo, że marszałek podróżował specjalnym pociągiem i kursował

pomiędzy Szerokim Borem, Gołdapią, gdzie miał drugą kwaterę, i domkiem myśliwskim w

Puszczy   Rominckiej.   Gdy   począwszy   od   1943   roku   Hitler   zaczął   odsuwać   od   siebie

marszałka, ten spędzał czas narkotyzując się, przebierając się w fantazyjne stroje, patrząc na

zabytki   w   swojej   samotni   w   Karinhall   i  popadając  w   coraz   większą   schizofrenię.   Zanim

zbłaźnił się zapewniając Hitlera, że stworzywszy most powietrzny utrzyma przy życiu wojska

niemieckie w Staliningradzie, jeździł  swoją sławną salonką pomiędzy Puszczą  Romincką,

gdzie miał dworek myśliwski, Gierłożą a Puszczą Piska. Goering uciekł z Prus Wschodnich w

1944 roku na wieść o tym, że w pobliżu jego domku myśliwskiego są partyzanci. W Szerokim

Borze na skarpie nad jeziorem Jegocinek do dziś widać resztki fundamentów kawiarni lub

małej willi. Prawie do tych resztek doprowadzone były tory kolejowe. Polscy żołnierze w

czasie  robót   ziemnych  odsłonili  fragment   kanału  pod  torami.   Na drzewach  widać  resztki

mocowań siatek maskujących.

- Czemu do niej nikt nie może wejść? Nie ma jej na szlakach turystycznych?

-   Do   1952   roku   teren   kwatery  penetrowały  grupy  szabrowników,   które   wywiozły

wszystko,   co   się   tylko   dało.   W   1952   roku   w   Szerokim   Borze   pojawiło   się   wojskowe

przedsiębiorstwo budowlane. Otoczyło ono teren przyszłej jednostki wojskowej zasiekami i

bunkry stały się niedostępne dla turystów. W 1985 roku wojsko postanowiło zagospodarować

żelbetowe   obiekty,   żołnierze   wysmołowali   dachy,   osuszyli   i   wymalowali   wnętrza,

nasmarowali   zawiasy,  uruchomili   niemiecką   klimatyzację.   Przy  okazji   próbowano   zbadać

legendy krążące na temat bunkrów Goeringa. Wojskowi specjaliści od łączności wyposażeni

w wykrywacze metali szukali kabla łączącego Szeroki Bór z Gierłożą. Poszukiwacze byli

pewni, że takie połączenie musiało istnieć. Wśród mieszkańców okolic krążyły opowieści o

srebrnym   rdzeniu   linii   telefonicznej.   Dokładnie   przeszukano   okolice   dawnej   centrali

background image

telefonicznej,   ale   nic   nie   znaleziono.   Poszukiwano   podziemi.   W   jednym   z   dawnych

pomieszczeń  gospodarczych jest  głęboka studnia, z której  usiłowano  wypompować wodę.

Okazało   się,   że   wody   nie   ubywa   i   prawdopodobnie   studnia   jest   połączona   z   jeziorem

Jegocinek. Próbowano też podkopać bunkry. Okazało się, że mają one fundamenty grubości

tylko 80 centymetrów.

- Mimo że to teren wojskowy, byłeś tam?

- Nie ja pierwszy z cywili. Uprzedził mnie jakiś dziennikarz z lokalnej gazety, który

napisał   do   dowództwa   okręgu   wojskowego   oficjalną   prośbę.   Twierdził   w   niej,   że   nie

interesują   go   ukrywane   tam   przez   wojsko   zapasy   na   trzecią   wojnę   światową   w   postaci

tuszonki i sucharów. Rozbawił tym oficerów i mógł wleźć. Był on jednak chyba jednym z

niewielu. Zasnąłeś czy co? - Leśnik nagle zapytał.

Szybko ocknąłem się.

- Nie, zasłuchałem się - powiedziałem.

- To pokimaj trochę, a ja popilnuję ognia.

Z kieszeni wojskowej bluzy wyjął papierosa i zapalił.

Ułożyłem się na jego karimacie i przykryłem jego śpiworem, ale długo nie mogłem

zasnąć. Jedna myśl nie dawała mi spokoju. Przecież kuzyn Franka Belowa był adiutantem

Hitlera do spraw lotnictwa. Musiał więc bywać w kwaterach Goeringa.

Instruktor Krypka wrócił na jacht Sarmaty i zdjął białe odzienie.

- Nie wyszedł nam dowcip, wszyscy posnęli - powiedział do Sarmaty.

- Trzeba ich obudzić, jeszcze się zaziębią - rzekł Sarmata.

- Nie, burza ich obudzi - szybko rzucił Krypka. - A coś ty taki spięty? - dopytywał się

Sarmata.

- Powiem ci, chociaż mi nie uwierzysz. Przebrałem się i łaziłem po wyspie. Szybko

zobaczyłem, że wszyscy zamiast czuwać smacznie śpią. Chciałem kogoś solidnie nastraszyć.

Właśnie pochylałem się nad Zosią, gdy na ramieniu poczułem chłodną dłoń. Obejrzałem się, a

serce   waliło   mi   straszliwie   i   nic   nie   zobaczyłem.   Tyle   wystarczyło   mi,   żeby  więcej   nie

straszyć. Gdy szedłem tutaj to słyszałem, jak ktoś delikatnie stawiał stopy tuż za moimi.

Sarmata   patrzył  na   swojego  podwładnego   zdziwiony,  a   potem   ubrał   się   i  poszedł

obudzić harcerzy.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

KIM   JEST   LEŚNIK?   •   KTO   ZABIŁ   BELOWA?   •   TAJEMNICE

POLIGONU   W   ORZYSZU   •   BLOKADA   W   ROSYNANCIE   •

POSZUKIWANIA DUŻEJ ZGUBY • WALKA PRZED SKLEPEM

O czwartej rano Leśnik obudził  mnie i kazał mi  pilnować ognia. Nawet nie zdjął

swojego munduru z amerykańskiego demobilu. Pies ułożył się w zagięciu jego kolan i obaj

natychmiast   zasnęli.   Przyznam,   że   nie   dałem   rady   cały   czas   nie   spać   i   przekimałem

kilkadziesiąt minut.

Leśnik obudził się o ósmej. Wstał, przeciągnął się i razem z psem poszedł po wodę.

Wrócił po dwudziestu minutach.

-   Twój   wózek   jeszcze   stoi,   zakopany   po   same   osie   w   bagnie   -   powiedział

przygotowując kawę.

- Wydaje mi się dziwne, że obaj spotkaliśmy się w tym miejscu - zagadałem siorbiąc

gorącą kawę.

- Może to bardziej przypadek, ty nie wiedziałeś, gdzie i po co jedziesz przyjeżdżając

tutaj - odpowiedział.

- Wiesz chyba więcej niż chciałbyś powiedzieć.

- Wszystko jest kwestią zaufania - odrzekł patrząc mi w oczy. - Mówimy sobie tyle, ile

chcemy. Traf chce, że interesują nas te same rzeczy. Ja wiem, że tak naprawdę masz o tym

pojęcie trochę więcej niż blade. Oznacza to, że sprowadza cię na Mazury jakaś tajemnicza

historia. Pewnie jesteś jednym z tych poszukiwaczy skarbów.

Chwilę patrzyłem w kubek i zastanawiałem się. Opowiedzieć mu czy nie?  Czy to

człowiek Batury? Ktoś podstawiony, żeby wkraść się w moje otoczenie? Bzdura, Batura nie

wiedział,   że   tu   będę.   Zresztą   to   Leśnik   pomógł   nam   w   pościgu   w   Twierdzy   Boyen.

Postanowiłem walnąć prosto z mostu.

- Gdzie jest wujek! - Zosia budziła Jacka szarpiąc go za ramię.

- Pewnie śpi w samochodzie - mówił Jacek ziewając.

- Już byłam we wsi - powiedziała Zosia. - Nie ma ani jego, ani samochodu. Ktoś

zauważył, że wyjechał wieczorem.

background image

- No to pewnie wróci rano.

- Już jest rano. Dzwoniłam do niego z telefonu komórkowego Sarmaty, ale telefon

wujka milczy.

Jacek wstał, ubrał się i razem poszli do Sarmaty.

- Rzeczywiście milczy - mruknął Jacek po kolejnej nieudanej próbie dodzwonienia się.

- Cóż, może trzeba zacząć go szukać - zasugerował Sarmata.

- Tylko gdzie? - zapytała Zosia.

- Na razie nie panikujmy - rzekł Sarmata. - Mam pewien plan...

- Czemu pomogłeś nam wtedy, gdy goniliśmy Baturę? Skąd wiedziałeś, gdzie Frank

Below ukrył swoją informację?

Michał   spojrzał   na   mnie   zdziwiony.   Był   fenomenalnym   aktorem.   Jego   twarz   nie

wyrażała niczego oprócz zdziwienia.

- Gadasz jak James Bond, same szyfry - powiedział po chwili.

Patrzyłem mu w oczy i czekałem.

- Lepiej powiedz wszystko od początku - rzekł i rozsiadł się wygodnie.

Jeszcze nie skończyłem opowieści o zniszczonym samochodzie Belowa, gdy Leśnik

przerwał mi.

- Masz fotkę tego złomu?

- Niestety nie.

- Narysuj.

Podał mi blok rysunkowy. Rysowałem jak mogłem najlepiej.

- Mówisz, że miał zgnieciony tył i to dosyć wysoko?

Wziął blok i za moim rysunkiem namalował swój. Jednocześnie mówił.

- W mazurskim miasteczku Arys, czyli Orzysz, już długo przed drugą wojną światową

istniały koszary z dużym poligonem. Obiekt ten zyskał duże znaczenie w czasie wojny. Było

to idealne miejsce do doświadczeń i szkolenia jednostek. Do Orzysza nie dolatywały alianckie

samoloty szpiegowskie, w okolicy nie działały żadne komórki podziemia, a w gęstym lesie

można   było   ukryć  wszystko.   W   1940   roku   do   Orzysza   przybyły  jednostki   5.   Regimentu

Pancernego 3. Dywizji Pancernej. Dołączono do nich 5. Lekką Dywizję Zmotoryzowaną. W

ten sposób powstała 5. Lekka Dywizja Pancerna. Po walkach w Afryce Północnej dywizję

lekką przemianowano na 21. Dywizję Pancerną. Dywizja, która powstała wśród mazurskich

lasów przeszła cały szlak bojowy, Afrika Korps”, aż do ewakuacji z Tunezji w 1943 roku. W

lipcu tego roku dywizję ponownie sformowano i w czerwcu 1944 roku jej czołgi walczyły z

background image

aliantami lądującymi w Normandii. Po niemieckiej ucieczce z Francji jednostka biła się w

dolinie Saary, a w styczniu 1945 roku została przerzucona na front wschodni, gdzie walczyła

do końca kwietnia.

- Miałeś mówić o poligonie w Orzyszu - popędzałem Michała.

- Hitler odwiedził poligon w Orzyszu 20 października 1943 roku. Przybył na pokaz

nowego   niszczyciela   czołgów   firmy   Vomag   uzbrojonego   w   działo   75   mm.   Fuhrer

zaakceptował ten pomysł niemieckich inżynierów i działo samobieżne Jagdpanzer IV weszło

do służby na początku 1944 roku. Kolejnym ciekawym epizodem na poligonie w Orzyszu był

wyścig   dwóch   konstrukcji   czołgów   “Tygrys”   według   projektów   doktora   Porscha   oraz

Henschla.   W   dniu   20   kwietnia   1942   roku   (rocznica   urodzin   Hitlera)   o   godzinie   11   oba

pojazdy stanęły do zawodów. W próbie szybkościowej wygrał “Tygrys” Porscha, ale w próbie

manewrowej czołg Henschla. Po pokazie Hitler postanowił dać czołgom jeszcze jedną szansę.

Dopiero   po   rywalizacji   przeprowadzonej   w   maju   na   poligonie   Berka   lepsza   okazała   się

konstrukcja Henschla. W Orzyszu pokazano Hitlerowi także samochód pancerny wzór 234,

który w czterech wersjach wszedł do użytku pod wspólnym określeniem “Puma”. Miał on

silnik   dieslowski   marki   Tatra   103,   który   pozwalał   ponad   jedenastotonowemu   kolosowi

osiągać prędkość prawie dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. A teraz popatrz.

Pokazał mi mój rysunek auta Belowa. Tuż za sylwetką samochodu wyrysował kształt

“Pumy”. Jej kadłub przypominał trumnę utrzymywaną przez cztery pary kół.

- Nad dwiema  tylnymi parami  kół znajdował  się  przedział  silnikowy - pokazywał

ołówkiem. - Z przodu znajdowała się otwarta lub zamknięta obrotowa wieża. Oba pojazdy

namalowałem w tej samej skali. Jak widzisz, wgniecenia odpowiadają wysokości, na jakiej

znajdowały się zderzaki “Pumy”.

- Skąd to wszystko wiesz?

- Kiedyś zajmowałem się klejeniem modeli. Moją specjalnością była niemiecka broń

pancerna.

- A może wiesz, co to jest? - pokazałem łuskę znalezioną w Martianach.

Leśnik oglądał ją dłuższą chwilę.

-   Mówisz,   że   znalazłeś   ją   w   miejscu   zasadzki?   To   by   wszystko   tłumaczyło   -

powiedział tonem omnibusa i zapalił papierosa. Zza zasłony dymnej uśmiechał się.

- To proste jak słońce - powiedział. - Łuska jest identyczna z tymi, jakich używano w

karabinach Wehrmachtu. Jednak z twojego opisu zniszczeń pojazdu Belowa wynika, że ktoś

strzelał bardzo celnie. Użył tylko trzech pocisków. Mówiłeś, że dziury były solidne. Myślę, że

użyto   tu   broni   niemieckich   spadochroniarzy   oznaczonej   skrótem   FG-42.   Była   to   broń

background image

specjalnie wymyślona dla spadochroniarzy. Miała niecały metr długości, masę w późniejszych

wersjach około czterech kilogramów. Można z niej było strzelać ogniem pojedynczym albo

seriami;   istniała   możliwość   wystrzelenia   też   granatu  nasadkowego.  Ten   karabin   w   czasie

badań porównawczych wszystkich broni niemieckich wypadł najlepiej. Ręki nie dam sobie

obciąć, ale na mój gust jacyś spadochroniarze najpierw “Pumą” zepchnęli pojazd Belowa, a

potem   dobili   kierowcę   i   pasażera.   Do   zatarcia   wszelkich   śladów   posłużyli   się   granatem

nasadkowym.

- Mówisz tak, jakbyś tam był. Powiedz mi, skąd mieliby się wziąć tutaj niemieccy

spadochroniarze?

-   Otóż   to.   W   lipcu   1939   roku   niemiecki   wywiad   wojskowy,   Abwehra,   utworzył

bojówki “Ebbinghaus”, które tuż przed wybuchem wojny przemianowano na “Brandenburg”.

We wrześniu, w czasie inwazji na Polskę, “Brandenburczycy” przenikali przez całą polsko-

niemiecką   granicę.   Nie   udała   się   przedwczesna   próba   opanowania   górskich   przełęczy

zorganizowana  25 sierpnia. Równie nieudane były  ataki  na śląskie kopalnie i  fabryki. W

sumie   po   kampanii   wrześniowej   z   kompanii   dywersantów   została   tylko   połowa   ludzi.

“Brandenburg”   zakamuflowano   jako   “800   szkolną   kompanię   budowlaną   do   zadań

specjalnych”.   Jednostka   brała   udział   w   niemieckiej   inwazji   na   Danię,   Belgię   i   Holandię

prowadząc drobne akcje dywersyjne.

Dywersanci   “Brandenburga”   musieli   wykazać   się   wysoką   sprawnością   fizyczną   i

umysłową, lubić ryzyko, przygody oraz znać języki nieprzyjaciół. Ochotników szkolono w

różnych specjalnościach:   snajperzy,  spadochroniarze,  płetwonurkowie.  W   czasie  szkolenia

kładziono   nacisk   na   ciche   poruszanie  się,   zabijanie,   orientację,   strzelanie   z   różnej   broni,

elementy survivalu. W koszarach nie było klasycznej dyscypliny. Żołnierzy szykowano do

ataków   w   mundurach   przeciwnika.   Prawie   cały  “Brandenburg”   przygotowano   z   myślą   o

inwazji na ZSRR. W nocy z 21 na 22 czerwca 1941 roku przez całą granicę przenikały grupy

dywersantów. Z Prus Wschodnich komandosi przechodzili do okupowanej Litwy i na północ

Białorusi.

-   A   jaki   to   ma   związek   z   Prusami   Wschodnimi?   -   dopytywałem   się   nieco

zniecierpliwiony długą opowieścią.

- Jedna z kompanii przez jakiś czas stacjonowała w Wystruci i w koszarach niedaleko

kwatery  “Robinson”  dowództwa  Luftwaffe  koło   Gołdapi.  Mieli  tam  spokojną  służbę.  Ich

zadaniem miała być obrona kwatery Hitlera.

- Myślisz, że ktoś mógł im wydać rozkaz wykonania takiej dziwnej misji?

- Ta cała historia jest tajemnicza. Zamieszany w to był ktoś postawiony naprawdę

background image

wysoko,   skoro   udało   mu   się   wypożyczyć   “Pumę”   z   poligonu.   “Brandenburczycy”   byli

używani tylko do ważnych i tajemniczych zadań. Taką operacją “Brandenburga” był desant na

śródziemnomorską   wyspę   Leros.   Zadaniem   komandosów   było   opanowanie   brytyjskiego

stanowiska dowodzenia. Do ataku skierowano 15. kompanię spadochronową, a potem kolejne

pododdziały pułku. Skierowanie do walki elitarnych jednostek świadczy o tym, jak dużą wagę

Niemcy przykładali  do tej  akcji.  Zajęcie Leros nastąpiło   w połowie listopada  1943 roku.

Zdobyto całą dokumentację brytyjskiego garnizonu. Tajemnicą “Brandenburga” pozostanie co

tam znaleziono. Czy mogły tam znajdować się informacje dotyczące lądowania w Europie?

Czy Niemcy chcieli mieć pewność, że alianci nie wylądują na Bałkanach? Po tej akcji do

północnej Francji przybyły odtworzone doborowe niemieckie jednostki pancerne.

-   Nie   wierzę   w   to,   że   “Brandeburczycy”   mogli   być   zamieszani   w   akcję   zabicia

niemieckiego oficera - powiedziałem.

-   Komu   podlegała   ta   jednostka?   -   zapytał   z   przekąsem   Leśnik.   -   Wywiadowi

wojskowemu, który też był zamieszany w spisek przeciw Hitlerowi.

- Czy masz pewność, że wiosną 1944 roku, kiedy zabito Belowa, “Brandenburczycy”

byli koło Gołdapi? - powątpiewałem.

- Nie  ma takiej  pewności.  Mogli  to  być jacykolwiek spadochroniarze.  Zresztą  nie

musiano   nawet   strzelać   z   FG-42   i   taranować   “Pumą”.   Po   prostu   z   poszlak,   jakie   mi

przedstawiłeś, ułożyłem pewną całość.

W   czasie   naszej   dyskusji   Leśnik   pakował   swoje   rzeczy   i   ruszyliśmy   w   stronę

Rosynanta.   Dzień   zapowiadał   się   pogodny,   a   komary   zaczęły   już   wychodzić   ze   swych

kryjówek.

Otworzyliśmy maskę samochodu i Leśnik zanurzył się w trzewiach samochodu prawie

po pas. Potem spróbował uruchomić silnik i znowu zniknął.

- Ktoś ciebie bardzo nie lubi - powiedział wynurzając się cały umorusany. Na jego

dłoni leżała maleńka kostka, z której odchodziło pięć kabli.

- “Pluskwa”? - zapytałem.

- Nie, twój wróg podłączył ci do komputera maleńki pypeć - Leśnik patrzył na mnie z

uśmiechem.  - To coś  uaktywnia się  po zmroku  blokując wszystkie żywotne  mechanizmy

pojazdu. Znalazłem to, ale jeśli będą problemy powinieneś pojechać do autoryzowanej stacji

napraw.

- Wielkie dzięki, ale skąd znasz się na tych rzeczach?

- Wszyscy stajemy się niewolnikami cywilizacji komputerów - odpowiedział.

Podał mi rękę, zarzucił na ramię ogromny worek i poszedł wzdłuż torów w stronę

background image

Mamerek.

Czym prędzej pojechałem do Doby. Zosia czekała na mnie na brzegu.

- Gdzie wujek się włóczył? - od razu na mnie napadła. - Wszyscy wujka szukają, tylko

ja jedna tutaj sterczę od dwóch godzin i czekam nie wiem na co.

- Później ci wszystko wyjaśnię. O jakich poszukiwaniach mówisz? Trzeba je odwołać.

- Niech wujek dzwoni do Sarmaty.

Zadzwoniłem, wytłumaczyłem nieobecność awarią samochodu i dowiedziałem się, że

Jacek poszedł szukać mnie po całym Fuledzkim Rogu. Razem z Zosią pojechaliśmy więc

najpierw do Kamionki, a potem chcieliśmy ruszyć do Fuledy.

Gnałem po wertepach jak szalony. Skupiony nad kierowaniem milczałem,  a Zosia

siedziała obrażona.

Już z daleka przed sklepem w Kamionce zobaczyłem Jacka. Widziałem, że trzech

miejscowych   chłopaków   otacza   go   kręgiem.   Wyhamowałem.   Błyskawicznie   wysiadłem   i

podbiegłem.

- W czym problem? - zapytałem, by zwrócić na siebie uwagę przeciwników. Dwaj

mieli krótkie wersje kijów baseballowych, a jeden “tulipana”, czyli rozbity kawałek butelki po

piwie.   Byli  typowymi   reprezentantami   grupy  znudzonych  wiejskim   życiem   młodzieńców,

którzy gotowi są zglanować każdego obcego, oczywiście pod warunkiem, że jest on sam.

Ten z “tulipanem” i jeden z kijem obrócili się w moją stronę i bez słowa zaatakowali.

Najpierw koło mojej głowy przeszedł cios tego z butelką. Uchyliłem się, lecz jednocześnie

dostałem kijem po nerkach. Piekielnie bolało. Przypomniały mi się wtedy słowa instruktora z

“czerwonych   beretów”.   Zwykł   mówić:   “Uzbrojony   przeciwnik   jest   niewolnikiem   swojej

broni, jeśli chcesz, żeby była bezużyteczna podejdź do niego jak najbliżej”.

Znowu atakował ten z butelką. Tym razem “tulipan” wędrował od dołu. Znowu się

odchyliłem, złapałem chłopaka za uzbrojone przedramię. Prawą ręką chwyciłem za łokieć, a

lewą   za   jego   dłoń   i   energicznie   pociągnąłem   w   przeciwnych   kierunkach.   Przyznam,   że

poniosło mnie i nawet gdy “tulipan” wypadł na asfalt, tak wykręciłem dłoń napastnika, żeby ją

złamać w nadgarstku. Ten od kija nabrał do mnie respektu. Ruszyłem do przodu. Ciosem w

krocze sprowadziłem chłopaka do parteru i dołożyłem w splot słoneczny.

Kątem oka widziałem, że Jacek dzielnie walczył. Kij jego przeciwnika leżał na ziemi,

a obaj zajęci byli okładaniem się pięściami. Gdy Jacek przyłożył się do pięknego prostego

prosto w nos, ja podciąłem napastnika.

Szybko wsiedliśmy do Rosynanta i ruszyliśmy w stronę bindugi naprzeciw Wyspy

Heleny na Jeziorze Dobskim. Właśnie na tej wyspie żeglarze Jacka zatrzymali się na postój.

background image

Usiedliśmy na brzegu. Najpierw opowiedziałem swoje nocne przygody.

- Mów, Jacek, o co poszło - powiedziałem na zakończenie.

- W poszukiwaniu wujka i czegoś do picia zaszedłem do sklepu - niechętnie zaczął

swoją opowieść. - Przeszedłem już cały półwysep i nikt nie widział Rosynanta. Postanowiłem

zrobić  jeszcze   zakupy.  Gdy  zapytałem   o  jajka  sprzedawczyni  stwierdziła,  że   ich   nie   ma.

Wtedy   za   moimi   plecami   odezwała   się   dziewczyna,   która   powiedziała,   że   może   mi   je

sprzedać. Odwróciłem się i zobaczyłem blondynkę o cudownej urodzie.

- Mógłbyś za nią pójść na koniec świata - złośliwie dodała Zosia.

- Miejscowym nie spodobały się twoje zaloty? - domyślałem się.

Jacek tylko kiwnął głową. Patrzyliśmy, jak do bindugi zbliżają się jachty z drużyny

Jacka. Zaczęła się wieczorna krzątanina. Poszedłem do Sarmaty.

- Kiedy możecie dopłynąć do Mamerek? - zapytałem. Spojrzał na mnie i podkręcił

wąsa. Potem sięgnął do skrytki po mapę.

- Zależy od wiatru, ale na jutro wieczór powinniśmy tam być - odpowiedział.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

GORĄCY   PRYSZNIC   •   SPACER   DO   MAMEREK   •   ZWIEDZAMY

BUNKRY • PRZEWRÓCONY JACHT  •  PŁYNIEMY NA RATUNEK  •

PIJANI   ŻEGLARZE   •   DZIEWCZYNA   ZAMKNIĘTA   W   KABINIE   •

NIEOCZEKIWANA POMOC • KOMISARZ DREZYNA • PRZYBYWA

OLBRZYM

Następnego dnia obudziłem się później niż zwykle. Byłem zmęczony nie przespaną

nocą   i   całym   dniem.   Z   bindugi   nad   Jeziorem   Dobskim   wyjechaliśmy   około   południa   i

ruszyliśmy przez Dobę i Radzieje do Mamerek.

- Gdzie zanocujemy? - zapytała Zosia.

-   Może   coś   znajdziemy   albo   zrobimy   mały   biwak   razem   z   żeglarzami   -

odpowiedziałem.

- Spróbujemy odwiedzić kwatery Goeringa?

- Myślę, że najpierw trzeba przyjrzeć się Mamerkom. Jak ci wczoraj mówiłem, do

Szerokiego   Boru   się   nie   dostaniemy,   a   schrony   koło   Gołdapi   z   pewnością   zostały   już

spenetrowane przez turystów z pobliskiego ośrodka wypoczynkowego.

- A te w Manierkach niby nie? - powątpiewała Zosia.

- Zobaczysz na miejscu, dlaczego nie.

Właśnie mijaliśmy reklamę pensjonatu w Kietlicach. Skręciłem na drogę wskazaną

strzałką. Miałem ochotę na normalny nocleg i gorącą kąpiel.

Wjechaliśmy na  podwórze  odrestaurowanego gospodarstwa.  Każdy budynek został

zaadaptowany na pokoje  do wynajęcia. Od właścicielki   dowiedzieliśmy się, że  jest  jeden

pokój dwuosobowy do wynajęcia na jedną noc. Cena nie była wysoka.

Po   drewnianych schodach   weszliśmy  na  górę.   Nasz   pokój   był  od   razu   po   prawej

stronie. W środku były dwa szerokie łóżka, mały segment, szafa, stolik i drzwi prowadzące do

łazienki z prysznicem i nie limitowaną ilością gorącej wody. Nie bacząc na protesty Zosi

wszedłem do kabiny i tak rozkręciłem kurek z ciepłą wodą, że łazienka przypominała saunę.

Stałem   tak   blisko   dziesięć   minut,   a   resztki   zmęczenia   spływały  ze   mnie   razem   z   wodą.

Wychodząc   czułem   się   jak   młody   bóg.   Poczekałem,   aż   Zosia   dokona   swoich   zabiegów

pielęgnacyjnych i zeszliśmy na obiad.

background image

Gdy zjedliśmy wziąłem szklankę z mocną herbatą i wyszliśmy na dwór na małą sjestę.

Widziałem, że Zosia stawała się niecierpliwa.

- Kiedy tam pojedziemy? - nie wytrzymała wreszcie.

- Nie pojedziemy, a pójdziemy. Zrobimy tylko mały rekonesans.

Poszliśmy po piętnastu minutach. Prawie całą drogę szliśmy po bruku.

- Czemu tej drogi nikt nie naprawi? - dopytywała się Zosia zwracając twarz w stronę

niebios.

- Bo to stary, niemiecki bruk. Konserwator zabytków uznał tę drogę za zabytek. Tak

jest lepiej. Turyści jadąc do Mamerek wczuwają się w klimat tamtych czasów. Tędy jeździły

limuzyny generałów Trzeciej Rzeszy.

Wreszcie  po  półgodzinnym marszu  ukazał  nam  się las - “Maurewald” skrywający

kwaterę naczelnego dowództwa niemieckich wojsk lądowych. Po prawej stronie drogi rósł las

liściasty, a po lewej mieszany. W końcu wyszliśmy na parking zrobiony przez pracowników

Lasów Państwowych. Widać było pierwsze szare betonowe budowle.

- I co, to wszystko? - zapytała Zosia.

- Nie, to zaledwie jedna trzecia kwatery - odpowiedziałem.

Stałem i patrzyłem na ogromne bunkry, które mogłyby wiele opowiedzieć.

-  Zosiu,  znajdujemy się  osiemnaście   kilometrów  od  kwatery Hitlera  w  Gierłoży  -

zacząłem opowiadanie. - We wrześniu 1940 roku przybyła tu grupa oficerów Oberkommando

des Heeres, czyli dowództwa wojsk lądowych. Sprawdzili teren i stwierdzili, że nadaje się na

przyszłą kwaterę. Ich decyzję zatwierdził ówczesny szef sztabu generalnego generał Franz

Halder. Tradycyjnie już prace budowlane powierzono Organizacji Todta, która rozpoczęła

prace pod przykrywką budowy fabryki chemicznej. Do 1 maja 1941 roku miała być gotowa

cała   kwatera.   W   sumie   na   terenie   około   dwustu   pięćdziesięciu   hektarów   postawiono

trzydzieści cztery schrony i około stu pięćdziesięciu baraków. W dniu 15 maja 1941 roku

zaczęły się przygotowania do przeprowadzki z Zossen koło Berlina do Mamerek. Pierwsze

grupy oficerów zjawiły się tutaj  21 maja 1941 roku. Tuż  po wybuchu wojny niemiecko-

radzieckiej   przyjechali   tutaj   Franz   Halder   oraz   feldmarszałek   Walther   von   Brauchitsch,

dowódca wojsk lądowych.

- W tym dużym bunkrze po prawej stronie pewnie mieszkał ktoś ważny - stwierdziła

Zosia.

-   I   tak,   i   nie.   Schrony   służyły   ważnym   osobom   jako   miejsce   pracy,   ale   przede

wszystkim na wypadek bombardowania. Ten ma dwadzieścia pięć metrów długości, ponad

siedemnaście   szerokości   i   dziewięć   wysokości.   Tutaj   pracował   szef   oddziału   trzeciego

background image

wywiadu   wojskowego,   zajmujący   się   badaniem   sił   i   planów   aliantów   na

zachodnioeuropejskim teatrze wojennym. Podwójne żelbetowe ściany mają grubość sześciu

metrów, więc - jak widzisz - w środku nie było zbyt wiele miejsca. Tuż obok powinny być

fundamenty baraków pracowników wywiadu.

Podeszliśmy  do   bunkra   i   weszliśmy  w   korytarz.   Prowadził   on  przez   całą   długość

budowli.   Po   pięciu   metrach   doszliśmy  do   wejścia,   które   znajdowało  się   z   naszej   prawej

strony. To był kolejny, krótki korytarzyk, który mógł być broniony przez ludzi strzelających

przez dwie strzelnice. Skręciliśmy w lewo i znowu w prawo. Przed nami był kolejny korytarz

zalany dziesięciocentymetrową warstwą wody. Zaświeciłem w obie strony. Przed nami były

trzy   wejścia,   a   na   końcach   widzieliśmy   kolejne   dwa   pomieszczenia.   Wyszliśmy   drugim

wejściem.

Na bokach bunkra znajdowały się drabinki.

- Wejdziemy? - zapytała Zosia.

Sprawdziłem,   czy   szczeble   mocno   się   trzymają   i   zaczęliśmy   wspinaczkę.   Dach

schronu był lekko przechylony w stronę widocznych rynien. Z góry widzieliśmy pozostałe

budowle znajdujące się w tej strefie. Spojrzałem na zegarek.

- Wracamy, jutro zwiedzimy całość razem z żeglarzami - powiedziałem.

Żal mi było tak szybko wracać, ale w oddali słyszałem odgłosy zbliżającej się burzy.

Wracając widzieliśmy przed sobą horyzont zasnuty czarnymi chmurami.

- Mam nadzieję, że Jacek zdąży przed burzą - powiedziała Zosia.

- Myślę, że teraz są już na Mamrach i na pełnych żaglach zbliżają się do Mamerek.

Wróciliśmy do pensjonatu, a że było jeszcze za wcześnie na kolację, poszliśmy nad

brzeg jeziora Mamry. Przyznam, że lubię przyglądać się burzy, więc liczyłem, że nad wodą

zobaczę piękne widowisko. Zosia zabrała ze sobą lornetkę. Usiedliśmy nad wodą i zapaliłem

fajkę, a dziewczyna obserwowała żeglarzy kręcących się jeszcze po wodzie.

- Tam leży jakiś jacht! - nagle krzyknęła.

Wziąłem   od   niej   lornetkę.   Rzeczywiście   koło   maleńkiej   wyspy   zobaczyłem

przewrócone   na   bok   Tango.   Kadłuba   trzymało   się   pięć   osób.   Natychmiast   sięgnąłem   po

telefon i wcisnąłem guzik łączący z najbliższym telefonem alarmowym. Połączyło mnie z

policją z Węgorzewa.

- Na południe od wyspy Upałty na wodzie leży jacht - szybko meldowałem. - W

wodzie widać pięć osób. Zbliża się burza.

- Skąd pan dzwoni? - padło pytanie.

- Z Kietlic.

background image

- Powiadomię WOPR, a do was wyślę karetkę.

Zosia pobiegła powiadomić właścicieli pensjonatu. Okazało się, że jeden z turystów,

pan Darek, ma tutaj łódź z doczepianym silnikiem. Natychmiast przybiegł, żeby śpieszyć z

pomocą. Dziewczyna przyniosła mi deszczak.

Darek zapalił silnik i ruszyliśmy w stronę rozbitków. Widzieliśmy, że jakiś jacht także

płynie na pomoc. Jego kapitan wystrzelił nad wodę czerwoną racę alarmową.

Gdy podpłynęliśmy do Tanga, jacht był już odwrócony do góry dnem. Zdziwiłem się,

że   nie   widać   było   miecza,   który   powinien   wystawać.   W   wodzie   byli   prawie   rozebrani

niefortunni żeglarze, dwóch mężczyzn i trzy dziewczyny. Wszyscy byli w samych strojach

kąpielowych. Szybko wciągaliśmy do łodzi zmarzniętych ludzi. W tym czasie fale zaczęły się

robić większe, a grzmoty bliższe. Gdy załadowaliśmy trzy dziewczyny podpłynął jacht klasy

Venus o nazwie “Rokita”.

- Weźmiemy tych facetów! - krzyknął znajomy głos.

Z kokpitu wychylała się kudłata głowa Czesia, a Piotrek ubrany w wygodny sztormiak

właśnie wychodził z kabiny.

- Tam została jeszcze Mariola - powiedziała rozdygotana jedna z dziewczyn. - W

kabinie!

Niewiele myśląc zdjąłem deszczak, bluzę, koszulę i buty. Skoczyłem do wody. Czesio

i Piotrek już wyjęli dwóch mężczyzn i patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Przedzierałem się

przez półmetrowe fale do Tanga, które dryfowało na północ. Po minucie, która wydawała mi

się wiecznością, dopłynąłem do jachtu. Widziałem, że Darek płynął w stronę brzegu, a w

moim kierunku płynął “Rokita”. Mokre jeansy przylegały do ciała, przez co ciężko było mi

płynąć.   Wziąłem   kilka   szybkich   oddechów,   żeby   w   pęcherzykach   płucnych   zostało   jak

najwięcej powietrza, potem jeden głęboki wdech i zanurkowałem.

Za pierwszym razem zaplątałem się w zerwane relingi i szoty. Bałem się, że się nie

wyplączę, ostatkiem sił udało mi się wyjąć z kieszeni scyzoryk i szybko przeciąć liny. Za

drugim  razem  uderzyłem  w   bom  i  żagiel.  Do  trzeciego  zanurzenia  nabrałem   ile   mogłem

powietrza.

W   wodzie   słyszałem   przytłumione   grzmoty   i   nic   nie   widziałem.   Po   omacku,

desperacko przedzierałem się do drzwi kabiny. Chwilę się z nimi mocowałem i wpłynąłem do

środka,   gdzie   panował   wielki   zamęt.   Moje   ręce   co   chwila   natrafiały   na   jakieś   ubrania,

ręczniki. W końcu dotknąłem czyjejś nogi. Po niej dotarłem do twarzy i wynurzyłem się.

Okazało się, że przy wywrotce w kabinie wytworzyła się przestrzeń, gdzie było powietrze.

Owa Mariola skorzystała z niej i wystawiając z wody tylko nos i usta nerwowo oddychała. Jej

background image

oczy były zaciśnięte. Widząc, że żyje sam nałapałem powietrza. Zacząłem nią szarpać, a ona

wyrywała mi się.

- Uspokój się, zaraz cię wyciągnę - charczałem.

Słyszałem,   że   topielcy   wciągają   ratowników   pod   wodę   i   tego   bałem   się   teraz

najbardziej. Przycisnąłem dziewczynę do siebie. Jej ręce błyskawicznie zacisnęły mi się na

szyi.   Nabrałem   powietrza   i   trzymając   ją   jedną   ręką,   a   drugą   odpychając   się   od   różnych

sprzętów, próbowałem przedzierać się do wyjścia.

Nagle moja ręka natrafiła na czyjąś mocną dłoń. Ktoś chwycił mnie i wyciągnął ze

środka, a potem wyciągał nas na powierzchnię. Na górze szalała burza na całego. Wśród

wysokich fal zobaczyłem głowy Piotrka i Czesia starających się utrzymać “Rokitę” w dryfie.

Piotrek był przewiązany liną.

- Bierz ją! - krzyknąłem i podałem mu dziewczynę

On dał mi koło ratunkowe. Czesio ciągnął Piotrka i zabrał dziewczynę do kabiny.

Potem Piotrek przypłynął po mnie. Razem trzymaliśmy się koła i machaliśmy nogami, żeby

Czesiowi łatwiej było ciągnąć. Po kilku sekundach byłem już na pokładzie “Rokity”.

- Właź do środka i zagrzej się - powiedział Czesio.

Obaj wepchnęli mnie do kabiny. Sami zostali w kokpicie, żeby prowadzić jacht. Od

dwóch rozbitków zalatywało alkoholem. Siedzieli w kącie zawinięci we wszystkie koce i

śpiwory.   Obojętnie   patrzyli   na   Mariolę.   Dziewczyna   była   prawie   nieprzytomna.   Mimo

przechyłu starałem się wypompować z jej płuc resztki wody. Po krótkiej reanimacji w końcu

wypluła wodę. Dałem jej ubrania z szafki Piotrka, obłożyłem materacami z koi i odziałem się

w ciuchy Czesia.  W  tym czasie dopłynęliśmy już  do brzegu. Byli tam  już  WOPR-owcy,

którym nie pozostało nic innego, jak spisać protokół. Karetka zabrała Mariolę i pozostałe

dziewczyny do szpitala na obserwację. Mężczyzn zabraliśmy do pensjonatu, gdzie gościnny

gospodarz natychmiast poczęstował ich czymś mocniejszym “na rozgrzanie”.

Gdy pośpiesznie jadłem swoją kolację wszyscy inni turyści przyglądali mi się. Ich

spojrzenia mówiły jedno: “To jest bohater”. Wtedy do jadalni wkroczył Piotrek i natychmiast

wszystkie spojrzenia skierowały się na drugiego herosa, o wiele przystojniejszego i w lepszej

kondycji   niż   ja.   Razem   z   Zosią   szybko   uciekłem   do   pokoju.   Wziąłem   gorący  prysznic,

łyknąłem końską dawkę aspiryny i posłałem dziewczynę po mocną herbatę.

Za ścianą rozlokowano dwóch rozbitków. Kłócili się między sobą przekrzykując się

bełkotliwymi głosami. Usłyszałem, że jakiś samochód zajechał na podwórze.

- Przyjechała policja - prawie krzyknęła Zosia wchodząc z tacą.

- Czemu nie było cię tak długo? - pytałem.

background image

- Musiałam pogadać z drugim bohaterem wieczoru.

- Już sobie wyobrażam, co się tam dzieje.

-   No,   wszystkie   baby  dostały  świra.   Piotrek   siedzi   w   tym  swoim   sztormiaku   i   z

kamienną   twarzą   wysłuchuje   peanów   Czesia.   Ten   stara   się   być   duszą   towarzystwa,   ale

większość pań nie ukrywa swego zainteresowania tym młodszym. Wujku, jakie miny mają

mężowie tych kobiet! - na koniec opowieści Zosia aż zaniosła się śmiechem.

W tym czasie usłyszałem odgłos kilku osób wspinających po schodach i wchodzących

do pokoju rozbitków.

- Ktoś na łodzi był trzeźwy? - padło pierwsze pytanie policjanta.

Żeglarze, jeden przez drugiego tłumaczyli, że byli trzeźwi.

- Dobra, wszyscy wiemy, że chrzanicie, ale tutaj dostaliście po kieliszku, więc nic

wam nie udowodnię - rzekł stróż prawa. - Czy sternik był trzeźwy?

- Tak - padła odpowiedź.

- A ta dziewczyna miała uprawnienia?

- Nie.

- Wszystko jasne. Jacht zatonął i jego odkupienie może was nauczy, że z wodą nie ma

żartów.

Potem ktoś zapukał do drzwi naszego pokoju. Przykryłem się kocem po same uszy.

Do środka wszedł niewysoki, łysiejący człowiek ubrany w szarozielony deszczak. To odzienie

było dla niego za duże. Poły sięgały kolan, a rękawy miał zawinięte. Reszta ubrania była także

utrzymana   w   ponurej   tonacji   bez   jakiegoś   konkretnego   koloru.   Jednak   jego   twarz   była

przedstawieniem   pantomimy.   Oczy   latały   we   wszystkich   kierunkach,   chyba   miał   zeza.

Głębokie zmarszczki przy ustach i kącikach oczu świadczyły jednak, że ten policjant lubi

żartować.

- Jestem komisarz Drezyna - przedstawił się machając w powietrzu legitymacją. - To

pan jesteś ten bohater?

- Nie wiem, czy bohater - wyraziłem wątpliwość.

- Uratował pan życie tamtej panience. Tamci kolesie - ruchem głowy wskazał drugi

pokój - to ... - policjant powstrzymał się od epitetów, których w obecności Zosi nie wypadało

użyć.

- Dobra, daj pan dowód osobisty - powiedział na koniec. - Muszę pana spisać, jakby ci

z ubezpieczalni czegoś się czepiali.

W moim dowodzie była legitymacja służbowa. Drezyna przejrzał ją i popatrzył na

mnie uważnie.

background image

- Jakby pan potrzebował dobrej rady, był bez winy, to niech pan dzwoni do komisarza

Drezyny - podał mi wizytówkę z numerem telefonu komórkowego i zniknął.

- On rymował - rzekła Zosia wyglądając za komisarzem przez okno.

Nie miałem sił dłużej zastanawiać się nad talentem Drezyny, więc przewróciłem się na

drugi bok i zasnąłem. Zosia w tym czasie na palcach wymknęła się z pokoju i zbiegła na dół.

Moich nocnych koszmarów nie da się opisać. Rano koc był mokry od potu, ale czułem

się doskonale. Wziąłem prysznic i obudziłem Zosię. Razem zeszliśmy na śniadanie. Potem

poszliśmy do Czesia i Piotrka. Po drodze Zosia opowiedziała mi o zabawie, jaka odbyła się w

jadalni z okazji akcji ratunkowej. Rzecz jasna ośrodkiem zainteresowania byli Czesio, Piotrek

i pan Darek. Było picie piwa na czas i wielkie grillowanie resztek kuchennych zapasów.

Jak można się było spodziewać chłopaki jeszcze spali.

- No i co, Casanovy? - zapytałem na dzień dobry.

- Ooo, witamy śpiącego królewicza - odpowiedzieli.

- Skąd macie tę łajbę?

- Mamy ją odprowadzić na Seksty i jest na to tydzień czasu.

- Dobra, w południe widzimy się w Mamerkach.

Z   Zosią   spakowaliśmy   rzeczy   i   ruszyliśmy   Rosynantem.   Skorzystałem   z   bajeru

zamiany koloru wozu: nasz pojazd nabrał leśnego kamuflażu.

-   To   na   wszelki   wypadek,   żeby   nie   było   go   za   łatwo   zobaczyć   w   lesie   -

wytłumaczyłem Zosi.

Nagle za naszymi plecami usłyszeliśmy straszliwy ryk silnika i muzyki. Ktoś słuchał

rozkręconych   na   cały   regulator   rock’n’rollowych   przebojów   z   lat   pięćdziesiątych.   We

wstecznym lusterku widziałem tylko wielki obłok kurzu. Tak jechaliśmy słuchając starych

przebojów,   które   wspaniale   brzmiały  w   taki   słoneczny  dzień.   Nie   czułem,   że   jadę,   żeby

przeżyć kolejne przygody.

Jeszcze przed parkingiem skręciłem w leśną drogę, a “meloman” podążył za nami.

Trzeba przyznać, że w lesie ściszył muzykę. Jechaliśmy przez teren kwatery wzdłuż jeziora

Mamry.   W   końcu   zobaczyliśmy   jachty   żeglarzy   drużyny   Jacka.   Gdy   zatrzymaliśmy   się,

tajemniczy samochód także stanął.

- Jak tak można słuchać muzyki! - Zosia krzycząc podbiegła do obłoku kurzu.

Usłyszeliśmy,   że   trzasnęły   drzwiczki.   Kurz   jeszcze   nie   opadł   i   z   mieszanymi

uczuciami czekaliśmy, kto ukaże się naszym oczom. Otóż kołysząc się w rytm twista wyszedł

ubrany w bermudy, sandały i kwiecistą koszulę nasz znajomy dziennikarz.

- Cicho, śliczności - rzekł Olbrzym. - Widzisz człowieka, który ma pierwszy dzień

background image

blisko   miesięcznego   urlopu.   Zaraz   się   przeodzieję   w   strój   bardziej   pasujący  do   waszych

proekologicznych przekonań i wyłączę te ryki.

Zobaczyłem, że zza półwyspu wypływa “Rokita”. Gdy przybił do brzegu dokonałem

ogólnej prezentacji.

- No to jesteśmy prawie w komplecie - powiedziałem.

- A kogo jeszcze brakuje? - zapytał Sarmata.

-   Jednego   człowieka,   który  -   jak   sądzę   -   jest   tu   już   od   dawna   i   zadomowił   się.

Spotkamy go tylko wtedy, gdy sam będzie tego chciał.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

PODZIEMIA KWATERY • TAJEMNICZY STARUSZEK • WOJENNY

ROMANS   •   STRAŻNIK   WEHRWOLFU   •   BUNKIER   ZE   SŁUPAMI   •

OPOWIEŚĆ O ZAMACHU • PORWANIE ZOSI

Ruszyliśmy naszą sporą gromadą na zwiedzanie kwatery. Siłą rzeczy musiałem być

przewodnikiem. Przystanąłem niedaleko brzegu jeziora pod ogromnymi sosnami. Przed nami

był głęboki dół i resztki ceglanych ścian.

- Tutaj musiały być jakieś pomieszczenia gospodarcze albo willa - ocenił Sarmata.

- Właśnie w tym miejscu stał dom Eduarda Wagnera, głównego kwatermistrza sztabu

generalnego - rzekłem. - W piwnicy była sauna, w której spiskowcy wykorzystując szum

wody i   syk  pary,  nie   obawiając  się  podsłuchu,   mogli   swobodnie   rozmawiać.  Tu   zapadły

ważne decyzje dotyczące zamachu na Hitlera.

Harcerze patrzyli na dół z niedowierzaniem.

- Tak, historia czyha na nas na każdym kroku - powiedział Olbrzym jakby czytając w

myślach młodzieży. - Od nas zależy, czy potrafimy takie miejsca uszanować i przekazać

następnym pokoleniom ich wartość.

Poszliśmy dalej tunelem wśród leszczynowych zarośli. Doszliśmy do drogi biegnącej

równolegle do brzegu jeziora.

- Najdalej na prawo znajduje się schron obronny oraz pompownia straży pożarnej -

powiedziałem.   -  Przed  nami  ogromna  budowla,  identyczna  z   tą  tam  dalej,   którą  wczoraj

zwiedzaliśmy   z   Zosią.   Obok   stoi   schron   obronny   i   resztki   fundamentów   baraku

kwatermistrzostwa.

Harcerze natychmiast pobiegli oglądać bunkry. Schron obronny był jakby miniaturą

tego   większego.   Miał   taki   sam   rozkład   pomieszczeń,   lecz   jego   mury   miały   grubość

“zaledwie”   dwóch   metrów.   Pozbawiony   był   dodatkowego   czterometrowego   płaszcza

ochronnego, nie miał też korytarza biegnącego przez całą długość obiektu.

Sarmata z uwagą przyglądał się jego maskowaniu.

- Co to jest? - w końcu zapytał.

-   To   mieszanka   zaprawy  murarskiej   i   trawy  morskiej   -   odpowiedziałem.   -   Latem

świetnie zlewa się z tłem soczystej zieleni, a zimą szarzeje i nie odbija się tak mocno na tle

background image

białego śniegu.

Gdy   harcerze   spenetrowali   wszystkie   zakątki,   łącznie   z   piwnicami   baraku

kwatermistrzostwa, poszliśmy dalej.

- Obok schronu wywiadu stoi transformatorownia i schron obronny - kontynuowałem

opowieść. - Jak widzicie, na ścianie znajdują się jeszcze resztki napisów “trafo”. Z tyłu są

pomieszczenia dla obsługi.

I znowu wycieczka rozpierzchła się na wszystkie strony.

- Uważajcie,  tutaj jest  pełno  dziur  po studzienkach, którymi biegły kable  i rury -

ostrzegałem. - Łatwo złamać nogę.

Teraz   skierowaliśmy   się   na   północ,   do   resztek   elektrowni   i   kotłowni   centralnego

ogrzewania, które znajdują się tuż przy drodze Kętrzyn - Węgorzewo. Oba bunkry połączone

są ze sobą dwupiętrową rampą, tak dużą, że mogły na nią wjeżdżać ciężarówki. Oba schrony

kryją w sobie ogromne sale. W elektrowni widać resztki leży, na których spoczywały agregaty

prądotwórcze.

- Słyszałem, że teren kwatery wydzierżawił jakiś przedsiębiorca z Warszawy, który

chce tutaj zrobić muzeum i małą knajpkę - odezwał się Olbrzym.

- No to ma szansę zarobić kokosy - mruknął Jacek. Skierowaliśmy się w głąb lasu

brukowaną   drogą.   Od   razu   po   lewej   stronie   natknęliśmy   się   na   blisko   sześciometrowej

wysokości schron, który krył kiedyś pompownię wody i wartownię.

Dalej, wzdłuż drogi widać było znajdujące się po prawej stronie schrony obronne i

resztki   fundamentów   baraków.   W   jednym   z   bunkrów   harcerze   odkryli   całe   jeszcze

dwudzielne stalowe drzwi.

- W tym rejonie znajdowały się pomieszczenia robocze sztabowców różnych rodzajów

wojsk - powiedziałem.

Idąc   dalej   po   lewej   stronie   natknęliśmy   się   na   kolejną   transformatorownię   oraz

kotłownię. Przed kotłownią było wejście do jakiegoś pomieszczenia pod ziemią. Jacek zgłosił

się na ochotnika, że tam wejdzie. Dołączył do niego Piotrek. Zeszli po drabince i wyszli po

minucie.

- Nic tam nie ma, tylko jakieś szmaty i błoto - orzekli wychodząc.

-   A   państwo   tak   dokładnie   zwiedzają   bunkry,   nie   lepiej   poopalać   się?   -   aż

podskoczyliśmy na dźwięk tego głosu.

Za nami stał staruszek ubrany mimo upału w skórzany płaszcz i spodnie koloru szarej

zieleni. Na nogach miał wysokie, sznurowane buty za kostki. Miał czerstwą, opaloną twarz i

gęste siwe włosy. Mimo podeszłego wieku trzymał się prosto.

background image

-  To   wasze   jachty  i   samochody  są   tam   nad  jeziorem?   -  znowu  zapytał.  Mówił   z

dziwnym akcentem. - Chcecie tu nocować?

Kiwnęliśmy głowami.

- A nie boicie się ducha kwatery?

-   Co   to   za   duch?   -   dopytywał   się   Olbrzym   przygotowując   notatnik   i   aparat

fotograficzny.

- I po co pan chce mi robić zdjęcie? - rzucił dziadek, jednak nie protestował, gdy

trzasnęła   migawka.   -  Nie   słyszeliście   historii   o   oficerze,   który  tu   popełnił   samobójstwo?

Młody  kapitan   przyjechał   tutaj   do   pracy  prosto   z   frontu   wschodniego.   Miał   przedstawić

wyniki   wstępnych   prób   z   nowym   karabinem   szturmowym.   Tam,   w   “Mieście   Brygidy”,

mieszkały kobiety. Jak to żołnierz frontowy, który całe dnie spędzał w okopach, z dala od

wielkomiejskich rozrywek, zakochał się w jednej z nich. Ona w nim też. On już pierwszego

dnia naraził się pewnemu generałowi stwierdzając, że nie ma pojęcia o tym, co dzieje się na

froncie.   Ten   generał   postanowił   się   zemścić.   Obiecał   Niemce,   że   jeżeli   zostanie   jego

kochanką,   to   załatwi   jej   jedynemu   bratu   przeniesienie   do   spokojnej   służby   na   Wale

Atlantyckim.   Cała   jej   rodzina   zginęła   w   nalotach   i   miała   tylko   brata.   Zgodziła   się   na

propozycję generała. Kapitan załamał się i strzelił sobie w łeb. Przeniesiony żołnierz zginął w

pierwszym dniu inwazji aliantów w Normandii.

Widziałem, że nie było dziewczyny, która by dyskretnie nie ocierała łez. Staruszek

patrzył na nie dobrotliwie.

- I ten kapitan tutaj straszy? - zapytał Olbrzym zawzięcie notując.

- Aaa, jedni mówią, że to duch, inni, że strażnik kwatery.

- Jaki strażnik? - odezwał się Jacek.

-   Nie   słyszeliście,   że   Niemcy   przy   ważnych   obiektach,   kryjących   ich   tajemnice,

zostawiali   strażników.   Tutaj   kiedyś   zginął   taki   jeden,   co   odnalazł   wejście   do   tunelu

technicznego. Wrócił tylko do domu po latarkę i łom. Powiedział rodzinie, że będą bogaci.

Słuch po nim zaginął. Szukała go milicja z psami, ale zwierzęta zgubiły trop gdzieś w lesie.

Podobno ci, którzy za bardzo chodzili po tych bunkrach, mieli różne wypadki, potłukli się,

więcej nie chcieli tutaj wracać.

Słuchaliśmy tych historii, a dreszcze nam chodziły po plecach. Staruszek pożegnał się

z nami i zniknął między drzewami.

- Dziwne, naprawdę niesamowite - mruczał Olbrzym.

- Może ten strażnik to jakiś były członek Wehrwolfu - orzekł Sarmata.

- A oni tutaj działali? - zapytała Zosia.

background image

- Tak - odezwał się Olbrzym. - Ta historia zaczęła się naprawdę niezwykle. Hans

Prutzmann, SS-Obergruppenfuhrer, szef Wehrwolfu, przybył do Królewca na początku 1945

roku. Wszyscy niemieccy dowódcy wiedzieli już, że zbliża się czas ofensywy radzieckiej.

Chociaż   Prusy   Wschodnie   w   propagandzie   nosiły   miano   “Twierdzy   Fuhrera”,   doskonale

wiedziano, że będzie ona musiała paść. Dla Niemców ważniejszy był Śląsk. Obrona tego

rejonu   przez   miesiąc   pozwalała   na   prowadzenie   produkcji   przez   następne   dwa   miesiące.

Mimo to na terenie Prus powstały pierwsze oddziały Wehrwolfu. Miała to być podziemna

armia,   atakująca   okupanta,   zadająca   mu   cios   w   plecy   i   oczekująca   nadejścia   odsieczy.

Prutzmann przyjeżdżając do Królewca miał już prawie gotową listę pierwszych wilkołaków.

Wybrano szóstkę ochotników, znających teren, języki rosyjski, polski oraz gwarę mazurską.

Dodatkowo doskonale znali się na sztuce wojennej. Ich zadaniem było organizowanie sieci

współpracowników w terenie. Podobne techniki stosowali polscy spadochroniarze przerzucani

do okupowanej Polski zarówno z Zachodu, jak i ZSRR. Identycznie działają obecnie elitarne

jednostki amerykańskich zielonych beretów.

- Widziałem to na filmach - wtrącił Jacek.

-   Na   czele   pierwszej   jednostki   stanął   Hauptsturmfuhrer   SS   Bruno   Altenwald.

Walterowi   Wiese,   jednemu   z   “wilkołaków”   dostarczono   dokumenty   Waltera   Lenckego,

niemieckiego   komunisty.   Grupa   przedarła   się   do   Puszczy   Boreckiej,   jej   zadaniem   było

wysadzenie radzieckiego sztabu, który zajął giżycką Twierdzę Boyen. W Giżycku fałszywy

Lencke zgłosił się do wyzwolicieli i zaoferował gotowość współpracy z okupantem. Został

skierowany do pracy w kontrwywiadzie III Frontu Białoruskiego. W dniu 1 maja 1945 roku,

gdy Rosjanie fetowali robotnicze święto, Lencke z drugim komandosem próbowali podłożyć

ładunek wybuchowy. Coś jednak nie zadziałało i obu mężczyzn szybko ujęto. Niemcy wpadli

w ręce oficerów śledczych, którzy wypracowanymi już metodami zmusili ich do wskazania

miejsca   kryjówki   całej   grupy.   Był   to   jeden   z   bunkrów   w   Puszczy   Boreckiej.   Do   ataku

wyznaczono   kompanię   piechoty   uzbrojonej   w   broń   maszynową,   granaty,   gazy   łzawiące.

Szybki szturm zakończył się sukcesem. Dwóch wilkołaków zabito, jednego ujęto, a dowódca

popełnił   samobójstwo.   Więcej   grup   Wehrwolfu   powstało   jednak   na   Śląsku.   Może

rzeczywiście   ich   potomkowie   strzegą   hitlerowskim   tajemnic.   O   strażnikach   wspominają

również ludzie penetrujący Góry Sowie i podziemia zamku w Książu.

- Potraficie dobrze nastraszyć - stwierdziła jedna z harcerek.

Już trochę mniej weseli kontynuowaliśmy zwiedzanie kwatery. Do kotłowni schodziło

się po kilku schodach. Skręciliśmy w lewo i weszliśmy do niskiego pomieszczenia, gdzie

znajdował się jakiś zsyp. Dalej była hala wysoka na siedem metrów, szeroka na dziesięć i

background image

długa   na   dwadzieścia.   Pod   sufitem   widać   było  resztki   prowadnic   i   bloczków.   Idąc  dalej

doszliśmy   do   fundamentów   baraków   generała   Adolfa   Heusingera,   szefa   Wydziału

Operacyjnego,   a   następnie   kolejnych  szefów   sztabu.   Obok   stały  kwatery  generała   Ericha

Fellgiebela, szefa łączności kwatery. Za nimi natknęliśmy się na zwykły z pozoru schron

obronny.   Stał   na   fundamencie   grubości   pięciu   metrów   i   był   otoczony   fosą.   Tuż   do

betonowego fundamentu przylegały ściany baraków. Na jego dachu stało dwanaście słupów.

- Po co te słupy? - zapytała Zosia.

- Pewnie do rozwieszenia siatek maskujących - orzekł Sarmata.

- Może chcieli go obudować dodatkowym płaszczem ochronnym - domyślał się Jacek.

- Myślę, ze wszyscy po trosze macie rację - odezwał się Olbrzym. - Popatrzcie na te

resztki cegieł przy jego ścianach. Sądzę, że był obudowany cegłami, żeby z góry wyglądał jak

zwykły barak.

Wtem z wnętrza bunkra wypadła blada jak ściana blond piękność, w której kochał się

Jacek.

- Boże, tam ktoś jest! - krzyknęła.

Zmroziło nas.

Piotrek i Czesio pierwsi weszli i wyszli po chwili śmiejąc się do rozpuku.

- Tam jest ogromna sowa - powiedział Piotrek. - Jest trochę zdziwiona gośćmi, więc

jej nie przeszkadzajmy.

Głębiej   w   lesie,   blisko   torów   znaleźliśmy  dwupiętrowy  budynek,   który  mógł   być

garażem albo magazynem.

Poszliśmy dalej do torów, które kiedyś łączyły Kętrzyn z Węgorzewem, a przy okazji

wszystkie   hitlerowskie   kwatery   na   Mazurach.   Tuż   przy   nich   znaleźliśmy   piwnice   stacji

kolejowej.

- Proponuję resztę zwiedzić jutro, a teraz chodźmy na kolację - odezwał się Sarmata. -

Rzecz jasna zapraszam wszystkich na ognisko.

Nieco już zmęczeni chodzeniem przystaliśmy na tę propozycję tym bardziej, że na

niebie pojawiły się deszczowe chmury. Wkrótce zaczął padać deszcz.

Harcerze z Sarmatą na czele poszli do leśniczego po drewno na ognisko. Gdy wrócili

Sarmata poprosił mnie na bok.

- Zapytałem leśniczego o tego dziadka - powiedział. - Nikogo takiego w okolicy nie

znają. Dziwne, prawda?

- Dziwne, musimy mieć się na baczności - odpowiedziałem.

Gdy nad ogniskiem wisiał już las patyczków z kiełbasami Sarmata poprosił, żebym

background image

opowiedział harcerzom o zamachu na Hitlera.

- Pozwólcie, że najpierw puszczę wam pewne nagranie - zaproponował Olbrzym. -

Czy ktoś ma magnetofon na baterie?

Jeden   z   harcerzy   miał   i   szybko   przyniósł   z   jachtu.   Olbrzym   włożył   kasetę   i

usłyszeliśmy głos starszego mężczyzny.

- “Od 1940 roku pracowałem przy budowie szosy z Olecka do Suwałk. Miała ona

służyć   wojskom   niemieckim   do   szybkiego   przemieszczania   dywizji   pancernych  w   stronę

granicy z ZSRR. Jako czternastoletni chłopak zostałem wyrwany z rodzinnej wsi położonej

między Raczkami a Suwałkami do ciężkiej pracy. Pod koniec maja 1943 roku skierowano

mnie   do   powiatowego   zarządu   dróg   w   Suwałkach.   Tam   spotkałem   trzydziestu   innych

mężczyzn.   W   Suwałkach   zostaliśmy   otoczeni   przez   grupę   uzbrojonych   pracowników

Organizacji   Todta   i   przewiezieni   pociągiem   do   Kętrzyna   z   przesiadką   w   Ełku.   Wszyscy

robotnicy   z   mojej   grupy   zostali   zakwaterowani   w   barakach   w   Srokowie.   Gdy   przyszły

jesienne chłody pracowników przeniesiono do Windy, gdzie nocowali w pomieszczeniach

dawnej gospody.

Na   stacji   w   Kętrzynie   grupa   robotników,   w   której   pracowałem   zajmowała   się

rozładunkiem wagonów z cementem i wapnem. Dziennie  każdy z nas  musiał  rozładować

jeden dwudziestoczterotonowy wagon z cementem i pół wagonu z wapnem. Jako ubrania

robocze otrzymaliśmy stare mundury francuskie i polskie, przefarbowane na czarno, żeby nie

było   widać   załatanych   dziur.   Ciężka   praca   zajmowała   nam   cały   dzień,   zdarzało   się,   że

spaliśmy po trzy-cztery godziny na dobę.

W tym czasie Kętrzyn przypominał metropolię. Wszędzie dookoła miasta stały baraki,

w   których   zakwaterowano   przymusowych   robotników.   Przy   budowie   kwatery   pracowali

ludzie z kilku koncernów wcielonych do Organizacji Todta. Wyładowane worki z wapnem i

cementem   były   przewożone   ciężarówkami   do   Gierłoży,   a   potem   do   magazynów,   które

znajdowały się także w kętrzyńskich koszarach artylerii. Zapasy były tak duże, że w garażach

mieściło się tylko kilka czołgów.

Wiosną 1944 roku moją grupę przeniesiono do Karolewa, gdzie mieliśmy zająć się

rozładunkiem wagonów z prętami zbrojeniowymi i deskami na szalunki. Obok rampy stali

niemieccy   fachowcy,   którzy   giętarkami   przygotowywali   pręty.   Przy   tej   pracy   kilka   razy

widzieliśmy   pociągi   specjalne.   Przed   każdym   ich   przejazdem   na   torach   ustawiały   się

posterunki policji kolejowej. Wartownicy stali co pięćdziesiąt metrów. Każdy specjalny skład

kolejowy   składał   się   z   trzech   wagonów   uzbrojonych   w   przeciwlotnicze   zenitówki

umieszczone z przodu i z tyłu. W normalnych wagonach osobowych siedzieli goście Hitlera w

background image

białych rękawiczkach. W takich chwilach robotnicy mówili: “Jedzie droższa skórka niż z

lisa”. Takie pociągi przyjeżdżały do Gierłoży średnio raz, dwa razy w tygodniu.

Jedynym moim dowodem na to, że pracowałem w Kętrzynie jest zdjęcie, które mi

zrobił   tajemniczy   kapitan   Luftwaffe.   Pewnego   dnia   poszedłem   z   kolegą   na   spacer.   W

Karolewie zatrzymał nas kapitan. W tamtych czasach każdy robotnik musiał już z daleka

zdejmować czapkę przed Niemcem w mundurze. Byliśmy zszokowani tym, że oficer chce

nam zrobić fotografię. Niemiec ustawił nas przy kościelnym płocie, trzasnęła migawka, a

oficer zapisał sobie nasz adres i obiecał przysłać nam swoje dzieło. Po kilkunastu dniach

zdjęcie rzeczywiście przysłał. Najdziwniejsze, iż w obiektywie nie zmieściło się tło, a widać

było,   że   Niemiec   celuje   obiektywem   w   kościół,   stojący   za   nim   szpital   SS   i   las,   gdzie

znajdowała się kwatera Hitlera. Przypuszczam, że tego dnia spotkałem alianckiego szpiega.

Później skierowano nas do wyładunku kamieni. Byliśmy świadkami historycznej chwili, czyli

zamachu na Hitlera. W południe z terenu pobliskiej kwatery doszedł do nas huk głośnego

wybuchu. Po chwili z lotniska wystartował czterosilnikowy samolot.

Po niecałej godzinie koło nas przejechała kawalkada mercedesów, które zajechały pod

szpital w Karolewie. Wysiadło z nich kilkunastu SS-manów, którzy eskortowali Hitlera. Po

jakimś czasie Hitler wyszedł od lekarza z obandażowaną ręką.”

- To opowieść mieszkańca Olsztyna - powiedział Olbrzym wyłączając kasetę. - Cieszę,

że   udało   mi   się   do   niego   dotrzeć   i   zachować   jego   wspomnienia.   To   ta   historia,   którą

napotykamy na każdym kroku. Takie rzeczy trzeba chować dla następnych pokoleń.

Zosia poszła spać na jacht z harcerkami, a ja ułożyłem się w Rosynancie.

Około godziny pierwszej w nocy Zosia przebudziła się. W kabinie było duszno, więc

postanowiła ubrać ciepły sweter i wyjść do kokpitu poodychać świeżym powietrzem. Nagle na

pokładzie  usłyszała ciche  kroki.  Otworzyła drzwiczki   i wyjrzała  na zewnątrz.  Nagle  ktoś

szorstką i śmierdzącą dłonią zakrył jej usta.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ZNIKNIĘCIE   JACHTU   •   GDZIE   JEST   ZOSIA?   •   KTO   UŚPIŁ

HARCERZY?   •  KŁUSOWNICY   Z  MAMEREK   •  DUCH  KWATERY   •

JACEK   SCHODZI   DO   PODZIEMI   •   UWIĘZIONY   W   TUNELU   •

MOPSIK   SZUKA   JACKA   •   KTO   CHCIAŁ   ZABIĆ   CHŁOPCA?   •

ZASADZKA NA KŁUSOWNIKÓW • STRZELANINA

Świtało, gdy ktoś zapukał w moje szyby. Na tle białej waty mgły zobaczyłem twarz

Leśnika. Otworzyłem okno i natychmiast do wnętrza wdarł się chłód poranka.

- Ktoś odciął jeden wasz jacht - powiedział i zniknął.

Szybko   ubierałem   się   i   widziałem,   że   Leśnik   poszedł   w   stronę   łajby   Sarmaty.

Zbiegłem na brzeg. Sarmata wyszedł z kabiny i zagwizdał w swój gwizdek. Z reszty jachtów

powychylały się zaspane twarze harcerzy.

- Odbijamy od brzegu! - Sarmata wydawał rozkazy. - Jacek! Popłyniesz na północ,

sprawdzisz jezioro Przystań. Krypka! Ty płyń do Kanału Mazurskiego. Marek! Bierz swoją

łódź i idź na wschód, w stronę Węgorzewa, ja sprawdzę okolice wyspy Upałty.

- Gdzie jest Zosia? - zapytałem Jacka.

- Na tej łajbie, która zniknęła - odpowiedział.

Podszedłem do Leśnika, który oglądał przeciętą cumę. Obok stał Mopsik i wąchał

miejsce przecięcia liny.

- Skąd o tym wiedziałeś? - zagadnąłem go.

- W nocy była solidna burza - odpowiedział. - Łysy był trochę nerwowy i obaj nie

spaliśmy. Mam biwak bardziej na południe, koło dawnych baraków mieszkalnych kwatery i

widziałem   w   nocy   kilku   facetów,   którzy   szli   w   stronę   bunkrów.   Wracali   nad   ranem   i

dyskutowali,   czy   ich   szef   nie   przesadził,   bo   jakimś   dzieciakom   może   coś   się   stać.

Pomyślałem, że zmajstrowali wam numer i przyszedłem sprawdzić.

Żeglarze   odbijali   od   brzegu.   Wsiadłem   na   “Rokitę”.   Olbrzym   i   Leśnik   zostali   na

brzegu. Widziałem, że usiedli i zapalili papierosy.

Czesio tak sterował, żebyśmy płynęli wzdłuż brzegu, na południe.

- Myślisz, że tam go zdryfowało? - zapytałem.

-   On   myśli,   że   ci   dowcipnisie   zaholowali   łajbę   gdzieś   w   trzciny   -   odpowiedział

background image

Piotrek.

Minęliśmy już wyspę Upałty, na której przed wojną rosły lasy bukowe i dębowe. Przed

prawie trzystu laty był tam park francuski w stylu Ludwika XIV założony przez trzecią żonę

hrabiego Ahaswera Lehndorffa. Była tam też gospoda Karola Sensfussa, gdzie można było

nocować.   W   XVIII   wieku   stał   tam   pałacyk,   po   którym   zostały   jedynie   nędzne   resztki

fundamentów. Na wschód od wyspy jest spora mielizna. Kiedyś miała to być druga wyspa. Na

niej,   na   cześć   hrabiego   Donnersmarkta,   jeden   z   hrabiów   Lehndorffów   postawił

trzynastometrową piramidę.

Po prawej minęliśmy wąski przesmyk na Jezioro Pniewskie. Spojrzałem pytająco na

Czesia. On tylko uniósł brwi i zrobiliśmy zwrot, żeby wpłynąć na to maleńkie jeziorko. Jego

brzegi   porastają   wielkie   trzcinowiska.   Prawie   tuż   za   przesmykiem   po   prawej   stronie

zobaczyliśmy zaginiony jacht harcerzy. Łagodnie kołysał się na fali trzymany w miejscu przez

trzciny.

Przeskoczyłem na jego pokład. Otworzyłem drzwi kajuty. Ze środka buchnął mdławy

zapach   środka   usypiającego.   Cała   szóstka   żeglarzy  spała   jak   zabita.   Razem   z   Piotrkiem

wynosiliśmy ich na pokład i po kolei cuciliśmy. Część od razu po przebudzeniu wychyliła się

za burty, żeby wypróżnić zawartość żołądków.

- O moja głowa! - prawie krzyczała Zosia.

Czesio wystrzelił w powietrze białą racę. Po półgodzinie w przesmyku pokazała się

łajba   Sarmaty.   Gdy   zobaczył,   że   harcerze   powoli   budzą   się,   zawrócił,   żeby   zwinąć

poszukiwania. Piotrek przesiadł się na jacht, aby go bezpiecznie odprowadzić do Mamerek.

Na miejscu zrobiliśmy wielką naradę. Wszyscy usiedliśmy przy śniadaniu i zaczęliśmy

radzić. Najpierw przedstawiłem wszystkim Leśnika i psa Mopsika, który natychmiast stał się

ulubieńcem harcerzy. On podawał im łapę, a oni mu co lepsze kąski.

- Będziemy musieli wystawiać warty - orzekł Sarmata.

- Może to ten dziadek narozrabiał. Tak nas wczoraj straszył - zasugerowała Zosia.

- Masz rację, trzeba go sprawdzić - powiedział Olbrzym. - Zaraz pojadę wywołać

zdjęcia.

- Myślę, że warto powiadomić straż rybacką - zabrał głos Leśnik.

Harcerze popatrzyli na niego zdziwieni.

- To zrobili ludzie, których Michał widział w nocy - odezwałem się. - To nie mogli

być jacyś turyści. Co można robić w nocy w lesie? To chyba byli kłusownicy. W tym lesie nie

ma chyba za dużo zwierzyny, za to w jeziorze jest mnóstwo ryb, na które latem jest ogromny

zbyt. Każda smażalnia kupi je bardzo chętnie. Oni gdzieś tutaj pewnie trzymają swój sprzęt, a

background image

nasza  obecność wybitnie im przeszkadza. Wspólnie  ze strażą rybacką moglibyśmy zrobić

zasadzkę.

- Oni mogą być niebezpieczni - powiedział Sarmata.

- Nie wtedy, kiedy będziemy w grupie - odpowiedziałem. - Zresztą my będziemy tylko

nagonką, a myśliwymi będą strażnicy i policjanci.

Po śniadaniu Leśnik z Łysym poszli w sobie tylko znanym kierunku. Jednak Michał

zostawił   u   nas   swój   worek.   Olbrzym   pojechał   do   miasta   wywołać   zdjęcia.   Załoga

nieszczęsnego jachtu została z Sarmatą na straży obozowiska. Razem z resztą udaliśmy się na

dalsze zwiedzanie. Poszliśmy na parking i z niego w lewo, szosą, a potem w prawo na bruk.

Po lewej stronie w zaroślach znaleźliśmy dwie ogromne platformy. Po ich bokach

znajdowały się słupy. Odważni harcerze weszli pod platformę, gdzie nie znaleźli nic prócz

gruzów.

- Dziwna rzecz - orzekł Jacek.

- Pewnie Niemcy nie zdążyli tego dokończyć - oceniła Zosia.

- O wiele dziwniejszy jest ten gruz - odezwałem się. - Patrzcie, kwatera jest cała

oprócz tego jednego czegoś. Ktoś specjalnie to wysadził. W środku były pewnie jakieś ścianki

działowe albo wejście do podziemi, o których mówił tamten staruszek.

Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, gdzie  równolegle do siebie stały dwa ogromne

schrony łączności. Były głęboko wkopane w ziemię, a nad powierzchnię wystawały tylko

niecałe dwa metry. Na ich dachach wyrosły całe zagajniki. Ten z lewej strony miał tylko jedno

wejście, po przeciwnej stronie do drogi. Weszliśmy przez wąskie drzwi do małego pokoju, w

którym z lewej strony było przejście do następnego. Z niego można było wejść po stromych,

wąskich, zakręconych schodach na dach albo w prawo do ogromnej hali. Z sufitu skapywały

wielkie krople wody. Światła części latarek nie docierały do końca pomieszczenia. Po obu

stronach były po trzy przejścia.

Pierwsze z lewej prowadziło do małego pomieszczenia, które kiedyś miało drewnianą

podłogę i małą piwniczkę. Teraz w dole widzieliśmy tylko wodę. Dalej z tej samej strony

przeszliśmy   do   następnej,   krótszej   hali.   Z   prawej   była   tylko   hala.   Wszędzie   było   widać

specjalne kanały na kable.

- Tutaj i w drugim identycznym bunkrze było centrum łączności - powiedziałem. -

Widzicie w podłodze ten kanał, który łączy ten schron z drugim?

W drodze do tego drugiego natknęliśmy się na wysoki komin.

- To pewnie komin wentylacyjny - orzekł Jacek wybitnie nim zaciekawiony.

Drugi   bunkier   miał   identyczny  układ   pomieszczeń,   tyle  że   dodatkowe   wejście   do

background image

niego było szerokie i niskie.

Wróciliśmy   do   drogi   i   poszliśmy   dalej.   Na   zakręcie   w   lesie   widać   było   resztki

murowanej   wartowni.   Skręciliśmy   w   prawo   i   po   przejściu   pół   kilometra   dotarliśmy   do

skrzyżowania.

- Po lewej stronie macie teren, gdzie znajdowały się kwatery niemieckich oficerów, a

także   generała   Helmutha   Stieffa,   szefa   wydziału   organizacyjnego   sztabu   generalnego   -

oświadczyłem. - To on załatwił materiały wybuchowe potrzebne do zamachu i to gdzieś tutaj

ukryto dokumenty “Walkirii”.

Patrzyliśmy na gęsty las. Miejsce wcale nie wyglądało nadzwyczajnie. Zaczęliśmy

krążyć po gęstwinie. Poszukiwania zamieniły się w pogoń za jagodami i poziomkami.

Wędrowałem po grząskim terenie i patrzyłem na mapę kwatery. Rozglądałem się na

wszystkie strony. Tak zamyślony minąłem zachodnią wartownię i dotarłem do torów. Okrzyki

młodzieży powoli cichły, gdy wszyscy małymi grupkami szli do brzegu jeziora. Myślałem, co

mam teraz zrobić. Widziałem, że bez zorganizowania porządnych poszukiwań nie ma szans

na znalezienie skrytki. Usiadłem na jakimś pniu, zapaliłem fajkę i zacząłem dumać.

Nie wiem, jak długo tak siedziałem, gdy nagle poczułem namiętne lizanie po uchu.

Przy mnie był Mopsik, a zaraz podeszli Olbrzym i Leśnik. Mimo gęstego poszycia poruszali

się bezgłośnie.

- Gdyby nie Łysy, w życiu nie znaleźlibyśmy ciebie - powiedział Olbrzym. - Mam

interesującą wiadomość - dodał.

Podał mi zdjęcie. Przedstawiało fragment lasu i zarys jakiejś postaci. Zarys, bo widać

było jedynie jasną plamę. Spojrzałem zdziwiony.

- To dowód, że duchy istnieją - zażartował Leśnik.

- To zdjęcie naszego dziadka - stwierdził Olbrzym. - Dziwne, co? Popatrz teraz na to.

To   zdjęcie   tamtego   ogromnego   bunkra.   Co   widzisz   w   tamtych   zaroślach?   Zarys  postaci,

równie jasnej. Teraz obejrzyj kliszę. Miałem dobry film, dobry aparat, wywoływałem zdjęcia

w firmowym serwisie. Wszystko powinno grać i tak jest. Oprócz tych dwóch zdjęć.

Patrzyłem zdumiony.

- Znowu będzie można nastraszyć harcerki - odezwał się Leśnik. Bez słowa wskazał

nam na psa. Mopsik stał się nagle czujny. Uszy rozstawił na boki, sierść na karku mu się

zjeżyła. Co rusz łypał oczami na Leśnika. Nosem wskazywał maleńką polankę. Nic na niej nie

widzieliśmy. Widziałem, że Leśnik zebrał się w sobie i przybrał typową dla komandosów

pozycję wyjściową. Zdziwiło mnie nie tylko zachowanie psa, ale i Michała. Być może był

kimś więcej niż powiedział. Po chwili na polance zadrgało powietrze, a pies przestał się jeżyć

background image

i patrzył w to miejsce lekko zdziwiony przekrzywiając łeb.

Wstałem i poszliśmy do miejsca biwaku żeglarzy.

Naprzeciw nam wyszedł Sarmata.

-   Mam   dwie   wiadomości,   złą   i   jeszcze   gorszą   -   powiedział.   -   Jeden   z   harcerzy

zauważył, że w Kanale Mazurskim zacumował jakiś tajemniczy jacht. Stoi i nikogo nie widać.

Tropik   rozwieszony   na   bomie   skutecznie   zasłania   kokpit,   w   którym   ktoś   siedzi.   Druga

wiadomość to, że zniknął Jacek. Ktoś widział, że zabrał długi kawał liny, latarkę i zapasowe

baterie.

Ręce mi opadły.

Jacek   podciągnął   się   do   pierwszego   szczebla   na   kominie   pomiędzy   schronami

łączności. Powoli zaczął wspinać się do szczytu ceglanej budowli. Usiadł na jej szczycie i

zaświecił latarką do środka. Na dnie widać było ogromną kupę zeschniętych liści i czarny

zarys jakiegoś niskiego wejścia. Przywiązał linę do najwyżej przymocowanego szczebla i

zaczął się opuszczać w dół. Gdy stanął na dnie komina czuł, że cała murowana konstrukcja

zaraz może zawalić się na niego. Przez maleńki otwór u góry widział błękitne niebo i żałował,

że tutaj wszedł. “Nie można się tak łatwo poddawać” - pomyślał. Skulił się i wczołgał w

tunel. Najpierw wokół pasa zawiązał sobie drugi koniec sznura. “Poczołgam się tylko do

końca sznurka” - pomyślał.

Wnętrze tunelu było całe zakurzone i wypełnione szlamem. Chłopak jednak czołgał

się   przyświecając   sobie   latarką.   Na   ścianach   widział   resztki   mocowań   kabli.   Po   chwili

usłyszał   za   sobą   rumor.   “Ktoś   wszedł   za   mną”   -   pomyślał   i   przestraszył   się.   Próbował

obejrzeć się do tyłu, ale tunel był za ciasny.

Ktoś  zaczął  walić  metalowym narzędziem   po  ścianach.   Do  Jacka  dobiegał  odgłos

spadających cegieł.

- Co pan robi? - krzyknął Jacek. - Ja chce wyjść!

Zaczął czołgać się tyłem do wyjścia. Nagle jego stopy trafiły na stos cegieł. Zaczął

kopać nogami, żeby wypchnąć je na zewnątrz. Jednak stos był za duży.

- No to mnie ktoś załatwił - mruknął zrozpaczony.

Zaczął czołgać się do przodu, jednak po kilkunastu metrach poczuł szarpnięcie liny.

“Po tej linie mogą dotrzeć do mnie” - myślał. “A może nie wpadną na to, gdzie ja jestem?

Mam tutaj zostać na wieki?”

- Miałem nadzieję, że nie przyjdzie mu nic głupiego do głowy - powiedziałem.

background image

- No to mamy noc z głowy - odezwał się Olbrzym. - Pewnie znalazł wejście do jakichś

podziemi i poszedł szukać skarbu. Trzeba wezwać policjantów z psami. A właśnie, byłem w

gmachu   komendy   i   dzisiaj   w   nocy   przyjedzie   twój   znajomy,   komisarz   Drezyna.   Będzie

zasadzka na kłusowników.

Leśnik   w   tym   czasie   zaczął   wypytywać   harcerzy,   co   Jacka   w   czasie   zwiedzania

najbardziej interesowało.

- Ten komin przy węźle łączności - powiedział ktoś.

Leśnik poprosił o jakąś rzecz Jacka. Dostał bluzę.

- Łysy, chodź tu! - krzyknął na psa.

Zwierzak momentalnie podbiegł do niego.

- Masz tu małą fuchę do zrobienia - Leśnik przemawiał do Mopsika i głaskał go po

głowie. - Znajdź go, braciszku.

Pies pobiegł w gęstwinę leszczyn, a Leśnik pochwycił tylko zwój liny ze swojego

worka oraz latarkę i pobiegł za nim.

Wszyscy   staliśmy   jak   zamurowani   błyskawiczną   reakcją   psa.   Pierwszy   pobiegł

Olbrzym, potem ja i reszta.

- Taki kundel nie znajdzie chłopaka - orzekł Sarmata.

Gdy  byliśmy  przy  betonowym   kolosie   Wagnera   Leśnik   z   psem   byli   już   dwieście

metrów przed nami. Mopsik pewnie prowadził w stronę węzła łączności, tylko co dwadzieścia

metrów pochylał się do ziemi i wąchał trop. Leśnik dotrzymywał psu tempa i razem szybko

zniknęli nam z oczu.

Dobiegliśmy do komina po dobrych pięciu minutach. Zobaczyliśmy psa warującego i

bloczek z liną zaczepiony o najwyższy szczebel drabinki. Wspiąłem się po niej. W środku do

góry nogami   na  linie  przyczepionej   do  szelek   wisiał  Michał.   Zobaczył  mnie   i  zaczął   się

podciągać do góry. Zszedłem na ziemię. Gdy wyszedł z wnętrza usiadł na krawędzi i zapalił

papierosa.

- Mamy problem, tutaj jest świeże zawalisko - powiedział. - Nie mam wątpliwości, że

Jacek tutaj wszedł.

Pokazał nam zakurzony od tynku kawałek liny.

- To z waszych jachtów, prawda? - zapytał Sarmatę.

Ten skinął głową. Dotarła do nas groza sytuacji.

- Ktoś odciął jego linę i zawalił go tu - orzekł Leśnik. - Jeśli chłopak to przeżył i nie

spanikował, to trzeba rozwalić ten komin i zacząć go odkopywać. Mógł jednak przestraszyć

się i w poszukiwaniu tlenu pójść głębiej tunelami. Są one wąskie i nie można zawrócić. Część

background image

z pewnością zawalona.

- Dzwonimy po pomoc - zadecydował Sarmata.

- Nie ma co czekać - przerwał mu Michał. - Robimy tak. Harcerze lecą po saperki i

toporki.   Jedna   osoba   zostaje   przy  jachtach   i   jakby  chłopak   wrócił,   daje   znać   rakietnicą.

Dziewczyny sprawdzą wszystkie okoliczne studzienki, czy nie dobiega z nich wołanie Jacka.

Wszyscy rozbiegli się. Przy kominie zostałem ja, Zosia, Leśnik i Olbrzym. Michał

schylił się do psa i coś mu mruczał do ucha. Głaskał go po głowie i dał kawałek specjalnego

psiego batonu.

- No to idziemy - powiedział.

Jak roboty ruszyliśmy za nim. On szedł od studzienki do studzienki i zaglądał do nich.

Co rusz patrzył w stronę komina.

- Ta powinna być dobra - powiedział przy jednej z nich. Położył się na ziemi, jego

tułów zniknął w otworze. Po chwili wynurzył się.

- Macie coś do pisania? - zapytał.

Olbrzym   podał   mu   maleńki   notatnik   i   kawałek   ołówka.   Michał   coś   tam   napisał.

Schował to wszystko do jednej ze swoich ładownic i przypiął do psiej obroży. Znowu głaskał

psa, dał mu do powąchania Jackową bluzę. W końcu ucałował psa w czoło i spuścił  do

studzienki.

- Szukaj! - powiedział.

Jacek włączał latarkę tylko po to, żeby sprawdzać godzinę. Światło było już słabe, a

czas mijał bardzo powoli. Najpierw usłyszał dziwne piski. “To szczury! Mogą mnie pogryźć”

- pomyślał. Szczury zbliżały się do Jacka. Chłopak poświecił w ich stronę. W ciemnościach

było widać  tylko fosforyzujące oczy  zwierzaków. “Przyczaiły się  i czekają” - myślał.  Po

chwili z góry dobiegły do niego stłumione odgłosy tupania.

- Ratunku! Jestem tutaj! - krzyczał.

Nałykał   się   jedynie   kurzu.   Leżał   bezsilny.   Po   kilku   minutach   szczury   zaczęły

popiskiwać i biec w jego stronę. Nie pomogło światło latarki. Jacek zasłonił twarz i skulił się.

Czuł na sobie tysiące maleńkich stóp i mokrą sierść ocierająca się o jego uszy.

- Aaaa... - krzyczał.

Nagle z głębi tunelu dobiegło do niego pojedyncze szczeknięcie.

- Tutaj, piesku! - Jacek krzyczał ze łzami w oczach.

W jego stronę czołgał się Mopsik. Poruszał się bardzo powoli, bo przeszkadzała mu

ładownica wisząca u jego szyi.

background image

Leśnik zanurzony do połowy w ziemi leżał około dwudziestu minut. W tym czasie

przybiegła jedna z harcerek.

-  Dzwoniliśmy  na  policję  -  meldowała.  -  Powiedzieli,   żebyśmy  dalej   szukali.   Jak

przyjedzie   komisarz   Drezyna,   to   oceni   sytuację   i   wezwie   fachowców,   których   trzeba

sprowadzić aż z Olsztyna.

Nagle Leśnik poderwał się do góry. W rękach trzymał Mopsika, całego umorusanego.

Odpiął ładownicę i wyjął ze środka kartkę. Uśmiechnął się.

-  Chłopak  jest  około  piętnastu   metrów   od  komina   -  powiedział.  -  O,  gdzieś  tam.

Dawać tych ludzi z saperkami!

Natychmiast zaczął dyrygować akcją ratunkową. Robił to jak prawdziwy wojskowy.

Dwóch   ludzi   przekopywało   długi   wąski   pas   ziemi   w   poszukiwaniu   cięgieł   skrywających

podziemne korytarze. Gdy już odnaleziono jeden z nich Leśnik wyznaczał kwadrat metr na

metr   do  odkopania,  aż  do   poziomu   połowy  wysokości   ścian  tunelu.   Harcerze   byli  zajęci

kopaniem, a właściciel drapał psa za uchem i bluzą Jacka wycierał zwierzaka z kurzu.

- Skąd wiesz, że go tu znajdziemy? - zapytałem Michała.

- Trzeba mieć nadzieję i zaufanie do swojego przyjaciela - ruchem głowy wskazał psa.

Sięgnął do kieszeni i podał mi kartkę wyjętą z ładownicy. Widziałem na niej pytania

napisane  przez  Michała  i odpowiedzi  Jacka.  Chłopak  napisał,  że  czołgał  się  niecałe pięć

minut, przed sobą nie widzi zawaliska.

W   tym   czasie   harcerze   zaczęli   odwalać   cegły  okrywające   tunel.   Gdy  tylko   zdjęli

pierwszą,   ze  środka  dobiegł  daleki,   zduszony głos   Jacka.  Chłopak  powoli  czołgał  się   do

dziury, jaką zrobiliśmy, dopingowany przez nas okrzykami.

Gdy  wyjęliśmy  Jacka   ze   środka,   ten   najpierw   uściskał   psa,   a   Mopsik   lizał   go  za

uchem. Potem Sarmata zagnał młodzież do przygotowania solidnej kolacji i ogniska. Dodał,

że  posiłek dla psa przyrządzi   osobiście.  Gdy zostaliśmy sami,   to  znaczy  dorośli   i  Jacek,

zaczęliśmy go równo ochrzaniać. Był cały czerwony ze wstydu.

- Byłem pewien, że tam coś jest - tłumaczył się.

- I myślisz, że szabrownicy, którzy zabrali stąd kable, nic nie znaleźli?  - złośliwie

zapytał Sarmata.

Jacek spuścił głowę i powlókł się do naszego obozowiska.

Dołączył do niego Leśnik. Coś mu tłumaczył, poklepał go po ramieniu, ale chłopak

strząsnął jego rękę.

-  Ma  charakter  -  orzekł  Michał  gdy  do  nas   dołączył. -  W   końcu  nie  spanikował.

background image

Dowiedziałem się też, jak to było z tym zawaleniem. Gdy zszedł kominem i czołgał się poczuł

nagle, że lina, którą się obwiązał jest luźna. Zaczął się cofać. Słyszał, jak ktoś wali czymś

metalowym w ściany tunelu, a potem usłyszał rumor. Zatrzymał się, zgasił latarkę i czekał.

-   Ktoś   chciał   go   zabić   -   stwierdził   Sarmata.   -   Albo   solidnie   nastraszyć   -   dodał

Olbrzym.

Nie mogłem doczekać się przyjazdu komisarza Drezyny. Jak na zawołanie zatrzymał

się koło nas polonez i wysiadł z niego komisarz z dwoma mężczyznami. Auto odjechało.

- Znalazła się zguba? - zapytał od razu.

Kiwnęliśmy głowami. Było widać, że policjant poczuł ulgę.

- No  mówcie,  jak było z   zaginięciem,  bo mi  mózg z  ciekawości  pęknie  - znowu

rymował.

Opowiedzieliśmy mu wszystko ze  szczegółami.  On z zainteresowaniem patrzył na

Leśnika i psa. Wziął Michała na stronę i chwile o czymś rozmawiali. Potem Drezyna podszedł

do mnie.

- Teraz sobie usiądziemy, koteczku, i opowiesz mi wszystko od począteczku - rzekł i

wskazał miejsce na trawie.

Opowiedziałem mu wszystko, z detalami, lepiej niż na spowiedzi. On słuchał i kiwał

głową. Potem wstał, jeszcze raz skinął głową i poszedł do ogniska.

Do kolacji przy ogniu zasiedli wszyscy oprócz Jacka, który spał albo tylko udawał, że

śpi przeżywając w samotności swoją klęskę.

Na honorowym miejscu spoczywał Mopsik, co rusz częstowany kawałkami kiełbasy

lub szynki. Najbardziej hołubił go Sarmata, który uroczyście poczęstował go sporym pętkiem

własnoręcznie robionej suszonej kiełbasy. Łysy z godnością znosił tę adorację i odwdzięczał

się lizaniem częstującego za uchem. W końcu psina zwinęła się w kłębek u stóp Leśnika i

zasnęła. Michał delikatnie drapał swego czworonoga za uchem.

Ustaliliśmy  plan   zasadzki.   Dwaj   policjanci,   którzy  przyjechali   z   Drezyną  od   razu

zaszyli   się   w   miejscu,   gdzie   biwakował   kiedyś   Leśnik.   Podzieliliśmy   dyżury   pomiędzy

poszczególne   drużyny  i   Jacek   ze   swoimi   druhami   miał   pierwszy  pełnić   wartę   na   terenie

kwatery. Razem z nim poszedłem ja, Drezyna i Leśnik.

Jacek sprawnie rozmieścił swoich ludzi w terenie. Sprawdził, czy wszyscy mają latarki

i   razem   z   Drezyną   ułożyli   się   w   zaroślach.   Ja   i   Michał   z   Mopsikiem   ukryliśmy   się   w

odległości dwudziestu metrów od nich.

- Słuchaj - powiedział Leśnik do psa i sam ułożył się na plecach.

Pies także leżał, ale widziałem, że jego uszy jak radary obracają się we wszystkich

background image

kierunkach czujnie nasłuchując. Położyłem się obok nich i patrzyłem w rozgwieżdżone niebo.

Myślałem,   że   nadal   jestem   daleki   od   odnalezienia   skrytki   Belowa.   Przypomniałem   sobie

także,   że   już   prawie   zapomniałem   o   Baturze   i   tajemniczym   jachcie   przycumowanym   w

kanale.

- Idą - syknął Leśnik.

Zobaczyłem, że pies nie podniósł się, ale jego uszy i oczy były skierowane w jednym

kierunku, a ogon lekko kołysał się na boki. Michał pogłaskał psa po głowie i bezgłośnie

przewrócił się na brzuch. Zrobiłem to samo. Lekko unieśliśmy głowy. Z południa szło ścieżką

czterech mężczyzn. Nieśli jakieś dziwne przedmioty.

-   Stać!   Policja!   Jesteście   zatrzymani   -   rozległ   się   nagle   głos   jednego   z   dwóch

policjantów.

Kłusownicy zaczęli uciekać. Biegli w naszą stronę. Policjanci strzelili w powietrze.

Wtedy ostatni z mężczyzn także do nich strzelił i oddzielił się od grupy. Drezyna podniósł się

ze swego miejsca i oddał strzał ostrzegawczy. Kłusownik nie celując strzelił w jego stronę.

Wówczas koło nas rozległa się seria oddana z automatu. Nie wiem, kto to strzelał, ale nieźle

nastraszył kłusowników.

Nie wierzyłem w umiejętności strzeleckie komisarza, który sprawiał wrażenie jakby

miał zeza rozbieżnego. Jednak Drezyna złożył się i wystrzelił ze swojego pistoletu Glock 17.

Uciekinier dostał w kolano i momentalnie upadł.

-   Mam   cię,   bandyto,   będziesz   siedział   za   kratą   -   usłyszałem   okolicznościową

rymowankę.

W tym czasie pozostała trójka uciekała w stronę ogromnego bunkra wywiadu. Razem

z Leśnikiem zaświeciliśmy latarki kierując światło w ich stronę. Z ziemi podnieśli się harcerze

i   także   zaczęli   świecić.   Od   obozowiska   biegła   rozświetlona   tyraliera.   Jeden   z   trójki

kłusowników strzelił w naszą stronę. Po krzakach zafurkotał śrut. Pies błyskawicznie pobiegł

w stronę uzbrojonego mężczyzny. Padł drugi strzał. Mopsik zaskowyczał przeraźliwie, ale

biegł dalej.

- Łysy, noga! Wracaj! - Leśnik biegł za nim i krzyczał.

Pies dopadł kłusownika i szarpnął go za uzbrojoną rękę. Mężczyzna szpetnie zaklął,

gdy broń wypadła mu z dłoni. Potem pobiegł za kolegami do bunkra.

Michał dopadł do psa. Przyklękł i zaczął go oglądać. Zwierzę miało zakrwawiony łeb i

szyję. Widać było wiszące strzępy ucha. Pies kładł głowę na kolanach Leśnika i cicho jęczał.

Jego brązowe ślepia były wpatrzone w twarz pana.

- Zabiję ich - mruknął Leśnik i wstał. - Opatrz go - powiedział do mnie.

background image

- Opatrz psa - powtórzyłem polecenie Jackowi, który w tym czasie podbiegł do nas.

Sam ruszyłem za Leśnikiem.

Michał w biegu przypominał tornado. Naprawdę współczułem kłusownikom. Leśnik

wpadł do bunkra, skręcił w prawo, a potem w zalany wodą korytarz. Gdy stanąłem w wodzie

po lewej stronie, z ostatniego pomieszczenia usłyszałem jęki i dźwięki gruchotanych kości.

Wpadłem do tej sali, a za mną dwaj policjanci. Trójka kłusowników była zmasakrowana.

Najbardziej obity był ten, który strzelał. Ręce i nogi miał dziwnie powykręcane. Pozostali

dwaj leżeli w kątach ściskając sobie na przemian brzuchy i głowy. Pod sufitem widziałem

zawieszoną kolekcję sprzętu kłusowniczego.

- Przyślijcie raczej karetki - powiedział przez radio do centrali jeden z policjantów

widząc straszliwe pobojowisko.

- Zawieziemy psa do weterynarza? - zapytał mnie Michał.

- No pewnie.

- Nie tak szybko, panowie - powiedział policjant i wykonał ruch, jakby chciał nas

zatrzymać.

Zobaczyłem   groźny  wyraz   twarzy  Michała   i   szybko   wszedłem   pomiędzy   niego   a

policjanta.

- Ja się tym zajmę - powiedział Drezyna wchodząc do bunkra.

Z uznaniem pokiwał na widok obitych kłusowników.

Szybko   wróciliśmy   do   Jacka.   Ten   już   zdążył   obandażować   psa.   Pobiegłem   po

samochód. Potem we trójkę, bo Jacek cały czas trzymał Mopsika na rękach, pojechaliśmy do

Węgorzewa.

W mieście jakiś spacerujący z jamnikiem pan wskazał nam adres weterynarza. Mimo

późnej pory lekarz otworzył przed nami drzwi swojego gabinetu. Miał rudawe blond włosy,

poskręcane   we   wszystkich   możliwych   kierunkach.   Łysy   na   widok   białego   kitla   i   stołu

operacyjnego wyraźnie się ożywił i gotów był chyba nawet uciekać do Mamerek na piechotę.

Jednak Leśnik przytrzymał go. Razem z Jackiem wyszliśmy. Zaraz dołączył do nas Michał.

- Wyprosił mnie, stwierdzając, że da sobie z nim radę - powiedział i padł na krzesło.

Czekaliśmy   dwie   godziny.   Wreszcie   weterynarz   zaprosił   nas   do   środka.   Mopsik

jeszcze   lekko   ogłupiały  po   narkozie   leżał   na   stole.   Na   pysku   miał   zawiązaną   kokardę   z

bandaża. Jego prawe ucho stanowiło jedną wielką zabandażowaną kulę. Na prawej przedniej

łapie także był opatrunek.

- Pies miał ranę prawego ucha - zaczął opowieść weterynarz. - Zerwanych nerwów i

ścięgien nie udało mi się wszystkich odratować. Pies będzie słyszał normalnie, ale jego ucho

background image

trochę   przyklapnie   i   może   mieć   większą   podatność   na   torbiele.   Na   łapie   nic   groźnego.

Kawałek śrutu zatrzymał się na kości, nie uszkadzając jej. A ta kokardka, żeby psinka mnie

nie ugryzła - w tym momencie lekarz odwiązał bandaż na pysku.

Łysy   mimo   oszołomienia   zerwał   się   i   zębami   schwycił   rękę   lekarza.   Zrobił   to

delikatnie, bez agresji.

- Mądra psina, dajesz mi znak, że zawsze możesz mnie ugryźć - powiedział do psa

weterynarz.

W drzwiach stanął komisarz Drezyna.

-  Tak   myślałem,   że   trafiliście   do   najlepszego   felczera  w   mieście   -  powiedział   na

wstępie. - Jak tam bohater? - pogłaskał psa po pysku.

- To jakiś policyjny chojrak? - zapytał lekarz.

- Nie, przyjezdny - odpowiedział Drezyna. - Uratował dzisiaj komuś życie.

- To takiego pacjenta leczę za darmo - powiedział doktor. - Zrobi mi niezłą reklamę.

- Chciałem wziąć kłusowników na dołek, czyli do aresztu, ale na dłuższy czas trafią do

więziennego szpitala - zameldował nam komisarz. - Rzecz jasna ich urazy są wynikiem biegu

po niebezpiecznym terenie, pełnym dziur. Nie będą specjalnie opowiadać, że strzelali do psa.

Większość naszych sędziów ma jakieś zwierzaki i miękkie serce dla tych, jak mawiał święty

Franciszek, braci mniejszych.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

PIĘKNA   DZIENNIKARKA   •   OPOWIEŚĆ   O   SPISKOWCACH   •

DLACZEGO   ZAMACH   NA   HITLERA   NIE   UDAŁ   SIĘ?   •   KTO

STRZELAŁ   Z   AUTOMATU?   •   GRA   W   CHOWANIE   SKRZYNI   •

MIĘDZY KAMIENIEM A ŻELAZEM

Rano   najpierw   zrobiłem   przysługę   Sarmacie,   który   chciał   kupić   prowiant   w

Węgorzewie. Potem powtórzyłem seans telefoniczny. Od kilku dni bezskutecznie dzwoniłem

do pana Tomasza. Jego sekretarka stwierdzała, że właśnie wyszedł, a komórka milczała jak

zaklęta.

Czułem   się   beznadziejnie.   Leśnik   siedział   na   brzegu   i   przez   lornetkę  obserwował

żeglujące jachty. Harcerze robili porządki. Czesio z Piotrkiem opalali się. Mopsik kulejąc

kręcił się po obozowisku. Olbrzym szedł w moim kierunku z jakąś piękną kobietą o złotych

blond   włosach.  Cały  jej   strój  ciasno  przylegał do  ciała.  Na  głowie  miała  kok,  z  którego

wystawało kilka niesfornych loków. Na ramieniu miała torebkę, a na nosie ciemne okulary.

Zdjęła je podchodząc do mnie.

- Dzień dobry - powiedziała i podała mi rękę.

Pochyliłem się, żeby pocałować jej dłoń i wtedy zostałem oszołomiony cudownym

zapachem.

- Jestem korespondentką największego angielskiego dziennika na Europę Wschodnią.

Nazywam się Margaret Forest - przedstawiła się.

Nieśmiało bąknąłem swoje imię i nazwisko.

- Ten pan powiedział - wskazała ręką Olbrzyma - że pan najwięcej wie na temat tej

kwatery. Czy zechciałby pan opowiedzieć mi o niej i naświetlić obecny stan poszukiwań

dokumentów “Walkirii”?

- Przepraszam, a skąd pani wie o naszej akcji? - dopytywał się Olbrzym.

- Proszę pana, nie jesteśmy lokalnym tygodnikiem, my wiemy wszystko, co się dzieje

na całym świecie - odpowiedziała mu. - Nie traćmy czasu, niech pan prowadzi - zwróciła się

do mnie i oparła na moim ramieniu.

Rad nie rad poszedłem z nią na zwiedzanie kwatery. Dziennikarka wykazała mierne

zainteresowanie   bunkrami.   Za   to   często   patrzyła   mi   w   oczy,   za   często   jak   na   gwiazdę

background image

zachodniego czasopisma.

- Sądzi pan, że skrytka Belowa jest gdzieś tutaj? - zapytała zataczając ręką szeroki

krąg.

- Myślę, że tak. Nie wiem, czy dokumenty są tu do dziś.

Kobieta spojrzała na mnie badawczo.

- Co pan ma na myśli?

- Ot choćby to, że skrzynię ze szpargałami znalazł jakiś chłop. Kartki zapisane po

niemiecku wyrzucił, a w skrzynce, póki nie zgniła, podawał koniom paszę.

- To byłoby straszne - rzekła dziennikarka.

Potem zadawała mi pytania dotyczące dotychczasowych poszukiwań. Starałem się nie

opowiadać ze szczegółami, ale ona była świetną aktorką. Gdy widziała, że kręcę udawała

znudzoną, rozglądała się na boki. Gdy mówiłem rzeczy interesujące jej oczy były wpatrzone

we mnie, a usta lekko rozchylone nie dawały spokojnie zebrać myśli.

- Muszę pojechać do hotelu rozpakować rzeczy, a potem wrócę do ciebie - nagle

powiedziała i odeszła lekko kołysząc biodrami.

-   Bunkrowy  Romeo   zakochał   się   w   fałszywej   dziennikarce   -   usłyszałem   za   sobą

śmiech Olbrzyma.

-   Brunetki,   blondynki,   ja   wszystkie   was   dziewczynki...   -   Zosia   zanuciła   znaną

piosenkę.

- Wujek tutaj flirtuje z ładną kobietą, a poszukiwania stoją - skrytykował mnie Jacek.

Teraz ja miałem czerwone uszy.

- Dlaczego uważasz, że jest fałszywą dziennikarką? - zapytałem Olbrzyma.

- Widziałeś u niej notes, dyktafon, aparat fotograficzny? - odpowiedział pytaniami.

W myślach przyznałem mu rację. Jednak jednocześnie przed oczami  stanął mi  jej

obraz i wątpliwości rozwiały się.

- Sarmata ma pomysł, jak zorganizować poszukiwania - powiedziała Zosia.

Poszliśmy więc w kierunku naszego biwaku.

- Najpierw Paweł opowie, jak przebiegł zamach na Hitlera, a potem rozpoczniemy

szukanie skrzyni - zadecydował Sarmata. Wszyscy usiedli wygodnie, a ja zacząłem opowieść.

- Po przyłączeniu się von Stauffenberga do spisku przygotowania do zamachu stanu

ruszyły pełną parą. Coraz więcej wojskowych, od feldmarszałków do oficerów niższych rang,

angażowało się w przygotowanie operacji “Walkiria”. Pod pozorem awaryjnych działań na

wypadek   wybuchu   w   Niemczech   powstania   przymusowych   robotników   powstał   plan

wojskowego puczu. Żołnierze, którzy wprost nie przyłączyli się do przygotowań, przymykali

background image

oczy. Milczenie i niedostrzeganie tego, co się działo wtedy w Niemczech, było sposobem na

życie. Gdyby spisek powiódł się, zawsze można było powiedzieć, że się go popierało, bo nie

doniosło do gestapo. Gdyby akcja przyniosła porażkę, oficer mógł odciąć się od wszystkiego

stwierdzając,   że   nic   nie   wiedział.   Ciekawe,   na   czyją  pomoc   po   udanym  zamachu   liczyli

spiskowcy.

- No pewnie, że aliantów - powiedział Jacek. - Przecież po wylądowaniu aliantów w

Normandii Niemcy chcieli pokoju z Zachodem, żeby walczyć z Rosjanami.

-  To   naturalne   -  dodał   Sarmata.  -   W   Rosji  były  złoża   minerałów   i   żyzne   ziemie

Ukrainy.

- Anglicy z rezerwą odnosili się do poczynań spiskowców - kontynuowałem - chociaż

o wszystkich przygotowaniach doskonale wiedzieli. Niemiecki ruch oporu rzeczywiście chciał

wygrać   swoją   szansę   wykorzystując   strach   przed   naporem   Rosjan,   którzy   niekoniecznie

musieli zatrzymać się w Berlinie. Von Stauffenberg chciał dogadać się ze Stalinem, który w

jednym  z   przemówień   powiedział:   “Byłoby  rzeczą   absurdalną   utożsamiać   klikę  Hitlera   z

narodem niemieckim”. Von Stauffenberg był idealistą i mógł uwierzyć w takie propagandowe

powiedzonka Stalina.

-  A   dlaczego   alianci   nie   poparli   spiskowców?   -   zapytała  Zosia.   -  Przecież   wojna

skończyłaby się wcześniej.

-   Tak   naprawdę   nie   było   wiadomo,   kto   przejąłby   władzę   po   zamachu   -

odpowiedziałem. - Może doszli do wniosku, że spiskowcy nie mają wielkich szans, nawet

gdyby udało się im zgładzić Hitlera. Może chciano Niemców ukarać. Bano się też pewnie

reakcji   Stalina,  który  mógł  nie chcieć  podpisać  przedwczesnego pokoju.  Mógł  zająć całe

Niemcy, żeby w ten sposób zrekompensować swoje straty. Armia Czerwona poiłaby konie w

Renie, za blisko granic Francji i brzegów Anglii.

Spiskowcy starali się pozyskać dla swoich planów Erwina Rommla, geniusza wojny

błyskawicznej.   To   on   w   czasie   pierwszej   wojny   światowej   dowodząc   jedną   kompanią

piechoty   górskiej   wziął   do   niewoli   trzykrotnie   liczniejszą   jednostkę   włoską.   On   odnosił

ogromne sukcesy w wojnie we Francji w 1940 roku oraz w północnej Afryce, gdzie otrzymał

przydomek “Lisa pustyni”. Próbowano go wysondować przez jego przyjaciół. Jeden z nich

powiedział o Rommlu, że feldmarszałek nie jest intelektualistą, nie zna się na polityce. “To

człowiek honoru, który nigdy nie złamie danego raz słowa” - tak się o nim wyraził. W końcu

udało się zdobyć dwuznaczną przychylność Rommla dla idei odsunięcia Hitlera od władzy.

Od 1943 roku problemem spiskowców było znalezienie odpowiedniego momentu do

zabicia Hitlera. Obracał się on bowiem tylko w ściśle przez siebie określonym kręgu osób.

background image

Hitler   stosował   się   do   zasady:   “Jedynym   środkiem   zapobiegającym   zamachowi   jest

prowadzenie nieregularnego trybu życia” i dlatego stał się nieobliczalny. Jednak udało się

ustalić tryb jego pracy w kwaterze w Gierłoży. Hitler wstawał o godzinie 10. Do 11 jadł

śniadanie   i   czytał   wybrane   przez   Ribbentropa   wycinki   z   gazet   zagranicznych.   Potem

przyjmował   swoich   współpracowników   i   odbywał   południową   naradę   z   dowódcami

poszczególnych wojsk. O 14 jadł obiad, a od 16 do 18 drzemał. Potem zapraszał do siebie

wybrane   osobistości,   z   którymi   rozmawiał   do   20,   do   kolacji.   Po   dwugodzinnym   posiłku

zasiadał w salonie i wygłaszał niekończące się tyrady. Zasypiał o 4 nad ranem. Jedynym

sposobem  było więc  dotarcie  zamachowca  z  bombą na naradę  wojenną albo  towarzyskie

spotkanie.

Von Stauffenberga jako oficera sztabu armii rezerwowej zapraszano na narady. Mógł

tam wnieść bombę wykorzystując fakt, że kaleki, bo rękę stracił w Afryce Północnej, nikt nie

będzie sprawdzał. Początkowo zamachu miał  dokonać 15 lipca 1944 roku. Istnieje nawet

zdjęcie z tego dnia. Hitler idzie ścieżką wśród bunkrów, a obok stoi von Stauffenberg. Za nim

widać jego adiutanta z teczką, w której była bomba.

- Dlaczego wtedy nie zabito Hitlera? - zapytał Jacek.

- Von Stauffenberg chciał jedną bombą zabić i Hitlera, i Himmlera, i Goeringa. Tych

dwóch ostatnich nie było. Zadzwonił więc do Berlina po instrukcje. Tam rozkręcono już plan

“Walkiria”; nie było wyjścia, trzeba było wysadzić w powietrze tylko Hitlera. Jednak gdy von

Stauffenberg wrócił do baraku narad wszyscy już się rozchodzili.

- Może już o samym zamachu... - Jacek niecierpliwił się

- Clausa von Stauffenberga ponownie wezwano do Gierłoży na czwartek 20 lipca.

Jego współpracownicy pamiętają, że przygotowując dla Hitlera raport o stanie części dywizji

armii rezerwowej był spokojny i opanowany. W drodze do domu wstąpił do katolickiego

kościoła, żeby się pomodlić.

Na moim widnokręgu ponownie pojawiła się dziennikarka. Tym razem była ubrana w

obcisłe   dżinsy   i   białą   koszulkę   z   potężnym   dekoltem.   Jak   zwykle   pachniało   od   niej

odurzająco. Usiadła obok mnie i słuchała.

- Dzień dwudziesty lipca miał się na upalny. Von Stauffenberg wstał o 6 rano. Wsiadł

do   samochodu   służbowego   i   zajechał   po   swojego   adiutanta   Wernera   von   Haeftena,   tego

samego,   który   zakopywał   dokumenty.   Pojechali   na   lotnisko   Rangsdorf,   na   południe   od

Berlina. Tam czekał na nich Stieff, który zdobywał bomby dla zamachowców. O godzinie 7

wystartowali  samolotem wysłanym po nich przez Wagnera. Bomba była ukryta w teczce,

zawinięta w koszulę. Był to ładunek produkcji angielskiej. Po skruszeniu szklanej kapsułki

background image

wypływał z niej kwas, który przeżerał drut zwalniający iglicę. Moment wybuchu zależał od

grubości   drutu,   a   Stieff   założył   najcieńszy.   Zapasową   bombę   wiózł   Haeften.   Samolot

wylądował koło Gierłoży o godzinie 10. Naradę wyznaczono na trzynastą. Von Stauffenberg

poszedł do Fełlgiebla, który w decydującym momencie miał odciąć węzeł łączności kwatery

od reszty kraju. Spiskowcy jak na szpilkach czekali na wieści z Gierłoży.

Tuż przed naradą von Stauffenberg poszedł  do biura Keitla, gdzie w przedpokoju

specjalnie zostawił swoją czapkę i pas. Gdy obaj wychodzili zamachowiec wrócił po czapkę,

a przy okazji zgniótł kapsułkę. Wchodząc do baraku krzyknął do telefonisty, że czeka na

ważny telefon z Berlina. W pokoju narad o wymiarach sześć na czternaście metrów środek

zajmował ciężki stół. Von Stauffenberg postawił teczkę jak najbliżej Hitlera i wyszedł pod

pozorem, że musi zadzwonić  do Berlina. Natychmiast poszedł do biura Fellgiebla. Heinz

Brandt,   zastępca   szefa   działu   operacyjnego,   chciał   bliżej   przyjrzeć   się   jakiejś   mapie   i

przestawił   pękatą   teczkę   von   Stauffenberga   na   drugą   stronę   ogromnego   wspornika

podpierającego blat. Odgrodził w ten sposób ładunek od Hitlera.

Von Stauffenberg zapalił papierosa i czekał na wybuch. Eksplozja nastąpiła o godzinie

12.42. Zamachowiec przekonany, że Hitler zginął wskoczył do samochodu i kazał się wieźć

na lotnisko. Mijał posterunki SS stwierdzając, że ma pozwolenie na wyjazd wydane przez

szefa ochrony kwatery.

Barak narad rozpadł się prawie całkowicie. Hitler jednak przeżył i miał jedynie ranną

rękę, popalone spodnie i był lekko ogłuszony.

- Gdzie w chwili zamachu był Below, ten adiutant Hitlera? - nagle zapytała Zosia.

-   Oj,   masz   nosa.   Below   stał   przy  oknie,   w   najdalszym   kącie   pomieszczenia,   jak

najdalej od bomby. Razem z nim stali dwaj oficerowie SS. Mogłoby to świadczyć o tym, że

wiedzieli, gdzie von Stauffenberg podłoży bombę. Może to być tylko nasz domysł i to bardzo

fantazyjny.

- A co z puczem? - pytał Jacek.

-  Wojsko   wkroczyło  na   ulice  stolicy,  a  także   francuskich  miast,   gdzie  rozpoczęto

nawet aresztowania członków NSDAP. Spiskowcy mieli szansę przejąć władzę. Jednak wieść

o tym, że Hitler żyje spowodowała niezdecydowanie. Takiej okoliczności nie przewidzieli i

nie byli na nią przygotowani. O wieczorze i popołudniu 20 lipca można by nakręcić wspaniały

film, z doskonałymi rolami dla dobrych aktorów. Oficerowie przyzywali tego dnia rozterki i

zadawali   sobie   pytanie,   czy   brnąć   dalej.   Właśnie   te   dyskusje   wykorzystali   naziści,   żeby

odzyskać władzę. W nocy Hitler wygłosił radiowe przemówienie do narodu, w którym swoje

ocalenie uznał za zrządzenie opatrzności. Tej samej nocy von Stauffenberg, Haeften, Olbricht

background image

i jeszcze jeden spiskowiec zostali rozstrzelani na mocy wyroku sądu doraźnego. To co potem

się   działo   w   Niemczech   można   nazwać   polowaniem   na   czarownice.   Znanym   generałom

pozwolono popełnić samobójstwo. W takiej sytuacji znalazł się Rommel, którego żonie, na

uroczystym pogrzebie, Hitler składał kondolencje.

- No dobra. Mówi się jednak, że ten zamach Niemcy chcą wykorzystać do wybielenia

siebie - powiedział Sarmata. - Chcą w ten sposób pokazać, że nie wszyscy byli nazistami.

-   Myślę,   że   niezależnie   od   pobudek,   jakie   kierowały  spiskowcami,   należy  im   się

podziw - stwierdził  Olbrzym. - Nie wiem, czy każdy miałby w sobie dość odwagi, żeby

zorganizować taki zamach.

Na koniec mojej opowieści przyjechał do nas komisarz Drezyna.

-   Przepraszam,   że   przeszkadzam,   ale   chciałbym   wam   serdecznie   podziękować   za

pomoc - odezwał się. - A z panami Pawłem i Michałem chciałbym oddzielnie porozmawiać.

Odeszliśmy na bok nieco zaintrygowani.

-   Który   z   panów   jest   właścicielem   pistoletu   maszynowego   produkcji   niemieckiej

określanego symbolem MP-40, a bliżej schmeisserem? - zapytał wprost.

Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni.

-   Aha,   bo   widzicie   wtedy  w   nocy  ktoś   wywalił   serie   w   powietrze.   Moi   chłopcy

przeszukali teren i kilkanaście metrów od waszej kryjówki znaleźli łuski od tej broni. Ciekaw

jestem, kto w naszej okolicy ma taki ciekawy zabytek.

- Pewnie dziadek, duch i strażnik w jednej osobie - powiedziałem i opowiedziałem

komisarzowi historię naszego spotkania z tajemniczym dziadkiem.

- Ja mam wierzyć w takie bajki? - rzekł Drezyna z niedowierzaniem.

Wzruszyliśmy ramionami. Komisarz odszedł jakby trochę obrażony.

Wróciliśmy  do  reszty  i  powiedzieliśmy  o  znalezisku   policji.  Wszyscy  byli  równie

zdumieni jak my.

- Bierzmy się do roboty - Sarmata przerwał ogólne milczenie. - Otóż mój plan jest

taki. Trzeba pójść w tamto miejsce, gdzie wskazywał Paweł i odegrać scenę. Dwie osoby będą

udawać tych ukrywających skrzynię, reszta wartowników. Potem jedna osoba w tajemnicy

spróbuje zabrać dokumenty i ukryć je trochę dalej.

Nie sądziłem, że ta gra może przynieść jakiś skutek, ale sam nie miałem lepszego

pomysłu.

Natychmiast harcerze drogą losowania podzielili role. Poszliśmy w pobliże kwater

oficerskich. Wszystkie rogi baraków zostały oznaczone palikami z chorągiewkami z bibuły.

Zosia i Jacek, szczęśliwi, bo to oni mieli odegrać role oficerów ukrywających dokumenty,

background image

zaczęli krążyć po lesie. Co rusz jakiś harcerz, który był wartownikiem albo innym oficerem,

krzyczał: “Widzę was”.

Dziennikarka   przyglądała   się   naszej   zabawie   z   rozbawieniem.   Leśnik   wzruszył

ramionami   i   wrócił   do   obozu.   Olbrzym   siedział   na   pieńku,   a   potem   zaczął   wszystko

fotografować.

W końcu Zosia i Jacek znaleźli odpowiednie miejsce. Wszyscy tam pobiegli. Widać,

że rosło tam kiedyś olbrzymie drzewo, a teraz został tylko ogromny lej po jego korzeniach.

Harcerze zaczęli nożami sprawdzać ściany dołu. Po dwóch minutach grzebania druh Plucha

wykopał małe metalowe pudełko. To była papierośnica. W środku leżała jakaś kartka papieru

złożona we czworo.

Serca nam szybciej zabiły. Delikatnie rozkładaliśmy papier. Niestety prawie wszystko

było rozmyte. Dziennikarka pierwsza zaczęła się śmiać.

- To list miłosny podpisany przez jakąś Helgę - śmiała się.

Patrzyłem na lej i myślałem, że być może to tutaj było to, czego szukaliśmy.

Druh   Plucha,   który  został   Belowem,   długo   zastanawiał   się,   w   którą   pójść   stronę.

Potem spojrzał na trzymaną przeze mnie mapę kwatery i poszedł w stronę torów. Szedł w

odległości   około   stu   metrów   od   drogi   przecinającej   szyny.   Nie   rozglądał   się   ani   nie

zatrzymywał.

W końcu dotarliśmy do torów. Przed nami były resztki kamiennego wiaduktu. Jakieś

sto metrów na prawo od nas był normalny przejazd kolejowy.

- Po co był ten wiadukt? - ktoś zapytał.

- Jeżeli tam jest dworzec - Zosia wskazała w prawą stronę - to kiedy zatrzymał się tam

długi   pociąg,   nie   można   było   normalnie   przejechać   przez   tory.   Wtedy   samochód   mógł

przejechać tędy.

- Może tamtędy wjeżdżano, a tędy tylko wyjeżdżano - gdybał któryś z harcerzy.

- Dlaczego przyprowadziłeś nas tutaj? - zapytałem Pluchę.

- To proste - odpowiedział. - Mówiliście, że mnie nie lubią w kwaterze, więc jak mam

jakiś skarb, to go z niej wynoszę. Tędy było najbliżej na zewnątrz. Myślę, że pod mostem nikt

by tego nie szukał.

Mnie nagle oświeciło.

- “Spójrz,  bracie, na nasze jeziora i wodzów naszych, prowadzą naród ku chwale

tworząc krzyż. Jego podstawę dają pruskie fundamenty Bismarcka. Pierś w środku niesie

godło w świat. Lewe ramię daje najwierniejszą  osłonę, a prawe najmocniejsze  uderzenia.

Głowa   pcha   mężczyzn   ku   zwycięstwu.   Gdzieś   wdziera   się   zwątpienie.   Trzeba   zdrajców

background image

zniszczyć i dam ci siłę. Jest ona skryta w paszczy lwa, pomiędzy żelazem i kamieniem, gdzie

często bywaliśmy” - zacytowałem.

- O, kurczę - mruknął Olbrzym.

- To jasne, jesteśmy pomiędzy żelaznymi torami a kamiennym mostem, pod którym

jeździły pociągi do wszystkich kwater nazistów na Mazurach - powiedziała Zosia.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

POSZUKIWANIA POD MOSTEM • PRZYBYWA PAN SAMOCHODZIK

•   SKARB   PRZY   KAMIENIU   •   GDZIE   SĄ   DOKUMENTY?   •

TAJEMNICZA MAPA • POŻAR LASU • ATAK LUDZI BATURY • KTO

OKRADŁ ZŁODZIEJA? • POGOŃ ZA MARGARET FOREST • NOWY

SZYFR • POMOC LEŚNIKA • ODZYSKANY SKARB

Wszyscy byliśmy podekscytowani. Czułem ściskanie w dołku. Czym prędzej chciałem

rozkopać cały teren.

- Dwóch harcerzy niech idzie po saperki, a ja skoczę po mój wykrywacz metali -

powiedziałem.

Na warcie biwaku zostali była miłość Jacka i jej nowy amant. Oboje nie byli specjalnie

zadowoleni z naszego nagłego przybycia. Widziałem, że Leśnik zwinął swój szałas i zniknął.

Powrót do resztek mostu zabrał mi piętnaście minut. Cały czas biegłem. Na miejscu

zdziwiłem się, że zniknęła dziennikarka.

- Stwierdziła, że musi coś załatwić - powiedział mi Olbrzym. - Dziwne, prawda?

Bez słowa założyłem słuchawki na uszy, wyregulowałem sprzęt i zacząłem wodzić

talerzem mojego wykrywacza nad ziemią.

Przez pięć minut wszyscy stali. Po dziesięciu już siedzieli. Gdy minęło pół godziny

część leżała, reszta leniwie rozglądała się na boki.

- Może to nie o to miejsce chodzi? - zastanawiali się Zosia z Jackiem.

Żartowano z druha Pluchy, który nas tu przywiódł.

- Cicho być - odgryzał się. - Macie lepsze pomysły?

Zjawiła się Margaret, a jej obecność dodała mi skrzydeł. Jednak po dalszych dziesięciu

minutach zwątpiłem.

- Nic? - pytał Sarmata.

- Nic - odpowiedziałem i usiadłem na trawie.

- Dlaczego pan szuka wykrywaczem metali? - zapytał nagle Plucha. - Przecież to były

papiery.

-   Below   musiał   je   w   coś   włożyć,   żeby   zabezpieczyć   przed   zamoczeniem   -

odpowiedział mu Jacek.

background image

- Wujku, a może Below schował to wszystko gdzie indziej? - odezwała się Zosia. -

Może żelazo i kamień to metafora. Na przykład “Wilczy Szaniec” to kamień, a Pozezdrze to

żelazo. W środku jest Sztynort.

- Jakbyś nie patrzyła na ten krzyż Belowa, to Sztynort jest pośrodku - odpowiedział

Jacek.

- Więc sprawdźmy tę kwaterę Luftwaffe koło Gołdapi - zaproponowała Zosia.

-   Tam   nie   ma   nic   ciekawego   oprócz   dziwnej   konstrukcji,   która   może   służyła  do

wystrzeliwania V-l - powiedział Olbrzym.

- V-l na Mazurach? - zdziwił się Sarmata.

- O, ta broń jest ściśle związana z Mazurami - odpowiedział mu Olbrzym. - To tutaj

zapadały decyzje jej dotyczące. Na początku 1944 roku Niemcy byli gotowi do wdrożenia do

produkcji   samolotu   rakietowego,   rakiety   klasy   powietrze   -   powietrze   kierującej   się

promieniowaniem cieplnym, torpedy akustycznej, a nawet samolotu odrzutowego - latającego

skrzydła. Pomysłów było tak wiele, że postanowiono skoncentrować się na tych w danej

chwili   najpotrzebniejszych   i   najskuteczniejszych.   Uwaga   Hitlera   skupiła   się   jednak   na

rakietach V-l i V-2. Od zimy 1939 roku powstawał ośrodek badawczy w Peenemunde na

wyspie Uznam. Pracowały tam dwie grupy badawcze. Projekt Vergeltungswaffe-1, czyli broni

odwetowej, popierało lotnictwo, a V-2 wojska lądowe. W dniu 7 lipca 1943 roku w sali

kinowej kwatery w Gierłoży zaprezentowano kolorowy film ukazujący możliwości V-2.

- A jak to było z polskim udziałem w walce z broniami V? - zapytał Plucha.

- Pierwszy meldunek o pracach nad V-l i V-2 wywiad AK przesłał Brytyjczykom już

latem 1942 roku. Jednak dopiero następne informacje zmusiły aliantów do zbombardowania

ośrodka   na   wyspie   Uznam   18   sierpnia   1943   roku.   Na   wieść   o   bombardowaniu   Hitler

zadzwonił   do   Hansa   Jeschonka   przebywającego   w   dowództwie   Luftwaffe,   w   kwaterze   o

kryptonimie “Robinson” niedaleko Gołdapi. To Luftwaffe była odpowiedzialna za ochronę z

powietrza   tak   ważnego   obiektu.   Jeschonek   z   sobie   tylko   znanych   przyczyn   popełnił

samobójstwo.

Z lasu wyłonił się Pan Samochodzik.

- Jak tam poszukiwania? - zapytał mnie, gdy już przywitał się ze wszystkimi.

- Marnie - odpowiedziałem. - Zdawało się, że jesteśmy blisko, ale niestety...

Znowu założyłem słuchawki na uszy i zacząłem przeczesywać okolice torów. Nagle

kątem oka zobaczyłem, że pięcioro harcerzy siedzi na czymś po przeciwnej stronie. W moim

mózgu zaiskrzyło. Podbiegłem do nich. Siedzieli na ogromnym kamieniu polnym.

- Zejdźcie - poprosiłem ich.

background image

Zacząłem omiatać wykrywaczem otoczenie kamienia. Już po minucie usłyszałem silny

sygnał.   Zaznaczyłem   to   miejsce   patyczkiem,   zdjąłem   słuchawki   i   odłożyłem   na   bok

wykrywacz.

- Masz coś? - nerwowo dopytywał się Olbrzym.

Kiwnąłem głową. Wziąłem od jednego z harcerzy saperkę i zacząłem kopać. Już po

wyjęciu pierwszej grudy ziemi zobaczyłem, że coś tam leży. Ostrze łopatki zazgrzytało o jakiś

metal.

Teraz ziemię rozgarniałem rękami. Moje dłonie trafiły na coś miękkiego. Pomiędzy

palcami miałem kawałki skóry. Z kolei dotknąłem czegoś metalowego. Ostrożnie to wyjąłem.

To   było   zamknięcie   torby.   Zacząłem   wyjmować   skarby.   Było   tam   kilkadziesiąt   złotych

pierścionków   misternej   roboty,   ozdobionych   drogimi   kamieniami.   Potem   wyjmowałem

monety, przeważnie średniowieczne, ale także późniejsze.

- No, no - mruczał pan Tomasz oglądając monety.

Następnie wygrzebałem szerokie, złote bransolety ozdobione zawiłymi ornamentami i

jakimiś herbami.

- Po tych herbach odnajdziemy chyba ich właścicieli - powiedział Jacek.

- O ile nie były zabrane jakiemuś jubilerowi czy właścicielowi lombardu - dodał Pan

Samochodzik.   -   W   czasie   wojny   nawet   najbogatsi   sprzedawali   swe   klejnoty,   żeby   mieć

pieniądze na jedzenie.

Na   koniec   wyjąłem   sześć   złotych   kielichów   mszalnych   rzeźbionych   i   zdobionych

kamieniami szlachetnymi oraz dwie monstrancje.

Wszyscy  patrzyli   zdziwieni   na  to   znalezisko.   W  końcu  moje   ręce  trafiły  na  małe

metalowe pudełko. Pod warstwą śniedzi kryła się kolejna już dziś srebrna papierośnica. Gdy

ją otworzyłem zobaczyłem kawałek kartki, na której był jakiś plan. Wszystko niestety było

rozmyte. Szybko zamknąłem  papierośnicę. Harcerze jeszcze jakiś czas rozgarniali  ziemię,

lecz nic już nie znaleźli oprócz resztek torby.

- To mamy skarb Belowa, ale gdzie są dokumenty? - zapytała Zosia.

Nikt jej nie słuchał; wszyscy starali się zdrapać śniedź, żeby zobaczyć, jakie cuda

ukrył tutaj hitlerowiec.

- Skąd on to wszystko miał? - dopytywał się Plucha.

- Z rabunku - odpowiedział mu Sarmata. - Widzisz te kościelne precjoza? Biżuteria

była pewnie zrabowana ludności cywilnej.

- Domyślam się - rzekł Plucha. - Ciekawe, czy uda się ustalić byłych właścicieli tego

wszystkiego.

background image

- Właścicieli monet, kielichów i monstrancji pewne tak - powiedziałem. - Istnieją do

dziś informacje o przedwojennych zbiorach numizmatycznych, a te monety są naprawdę stare,

a więc i cenne. Podobnie będzie z kielichami i monstrancjami.

- A co było w tej papierośnicy, którą schowałeś do kieszeni? - zapytała Margaret.

- Tam był plan, pewnie miejsca ukrycia dokumentów - rzekłem. - Niestety jest on

bardzo zamazany, ale nasi policyjni specjaliści dadzą sobie z nim radę.

Zabraliśmy   znalezisko   do   obozu.   Na   miejscu   wszystko   schowałem   do   kufra

Rosynanta.

- Czemu pan się nie odzywał, szefie?  - zapytałem pana Tomasza gdy na moment

zostaliśmy sami.

- Chciałem dać ci wolną rękę w poszukiwaniach - odpowiedział. - Przed tobą jeszcze

odnalezienie dokumentów. Masz plan, więc nie będzie to chyba zbyt trudne.

- Najpierw trzeba kartkę, na której go Below zrobił, poddać konserwacji i odczytać -

powiedziałem.

Zbliżyła się do nas Margaret. Pan Tomasz dyskretnie oddalił się i zajął się oglądaniem

skarbów.

- Gratuluję - powiedziała Margaret podając mi swoją pachnącą dłoń. - Musimy się

spotkać, żebym mogła zrobić z tobą wywiad.

- A nie można już teraz? - pozwoliłem sobie na odrobinę zalotności.

- Oczywiście, chodźmy na spacer - odpowiedziała i uśmiechnęła się do mnie.

Nie pamiętam już, o czym rozmawialiśmy, ale pamiętam, że Margaret była bardzo

blisko   mnie.   Patrzyłem   na   nią   i   wyobrażałem   sobie,   że   moglibyśmy   się   kiedyś   jeszcze

spotkać. Było już późne popołudnie i wracaliśmy do obozowiska trzymając się za ręce. Tuż

przed obozem puściła moją dłoń.

Harcerze dyskutowali nad znaleziskiem. Prawie każdy mówił, co by zrobił z takim

skarbem. Nagle za naszymi plecami, gdzieś na terenie kwatery usłyszeliśmy straszliwy huk.

Nad drzewami zobaczyliśmy wysoki słup dymu. Po chwili usłyszeliśmy czyjś głos.

- Ludzie, pomóżcie! - ktoś przeraźliwie wołał.

Każdy rzucił wszystko, chwyciłem z samochodu apteczkę. To samo zrobił Sarmata.

- Czyżby znowu nasz dziadek? - sapał biegnąc za mną. Tuż na przybrzeżnej drodze

natknęliśmy   się   na   zalanego   krwią   młodego   człowieka.   Właściwie   to   miał   całą   twarz

czerwoną, a z rękawów koszuli kapały wielkie czerwone krople.

Blond piękność, zwana Bindugą, i jej Romeo zajęli się rannym i poprowadzili go do

pobliskiego obozowiska, a my ruszyliśmy dalej.

background image

Na środku kwatery zobaczyliśmy jedynie gęsty dym. Miejscami widać było wysokie

języki ognia. Natychmiast zaczęliśmy gasić ogień. Dusiliśmy się i nic dziwnego, że delikatna

Margaret zemdlała. Wyniosłem ją w bezpieczne miejsce. Ona mocno mnie przytuliła.

- Dziękuję - szepnęła.

To przytulenie dodało mi sił. Szybko uporaliśmy się z ogniem. Nie znaleźliśmy więcej

rannych. Wtedy zacząłem szukać wzrokiem Margaret, ale ona zniknęła. “Pewnie poszła do

obozu” - pomyślałem.

- Alarm! - usłyszeliśmy od strony brzegu, gdzie stały jachty. Spoceni pobiegliśmy w

tamtą stronę.

Naszym oczom ukazał się zaskakujący widok. Binduga i jej amant stali przywiązani

do drzew. Mieli  zakneblowane  usta.  Jachty miały poodcinane cumy i były zepchnięte na

wodę.   Co   dziwne,   żagle   leżały  na   brzegu.  Łodzie   już   porządnie   oddryfowało.   Z   mojego

samochodu zniknęły skarby, a ułatwiłem prace złodziejom, bo go nie zamknąłem usłyszawszy

huk.

Dwieście   metrów   od   brzegu   widziałem   jacht   płynący   na   silniku.   Sięgnąłem   po

lornetkę. W kokpicie stał  trzymając ster Batura. Obok niego wodą zaczerpniętą z  jeziora

zmywał krew, a właściwie specjalną farbę używaną przez filmowców, młody chłopak. Teraz

rozpoznałem w nim jednego z koleżków Ryżego. Chciałem popłynąć za nim Rosynantem, ale

coś mnie tknęło i sprawdziłem wlew baku. Oczywiście były tam drobiny cukru. Bezsilnie

patrzyłem na Baturę. Ten, widząc, że go obserwuję, podniósł do góry w geście toastu puszkę z

pepsi.

Żeglarze w tym czasie płynęli wpław do jachtów. Dwa z nich miały silniki i były

szansę, że płynąc na motorach uratują resztę łajb. Piotrek też płynął w stronę “Rokity”.

Wtem   od   strony   półwyspu   znajdującego   się   po   prawej   stronie   usłyszałem   kilka

szybkich,   cichych   strzałów.   Ich   odgłosy  nie   były  wiele   głośniejsze   od   tego,   jaki   wydaje

karabinek sportowy. Spojrzałem w stronę krzaków, ale nic tam nie zobaczyłem. Za to na

jachcie Batury zapanował konsternacja. Strzelec rozbił mu silnik i zrobił równy rząd dziur w

burcie,   przez   które   powoli   wdzierała   się   woda.   Dodatkowo   przestrzelił   wszystkie   liny

podtrzymujące maszt, który zaczął się przewracać.

Był cień szansy. Czym prędzej przedzwoniłem do Drezyny.

- Potrzebna mi policyjna motorówka - powiedziałem.

- Zobaczę, co się da zrobić - sucho odpowiedział komisarz.

Batura i  jego  kompan w tym czasie chwycili za  pagaje i zaczęli  płynąć w stronę

przeciwnego   brzegu.   Mieli   spory   kawałek   do   przewiosłowania,   więc   motorówka   mogła

background image

przybyć na czas.

Zadzwonił telefon.

- Tu Drezyna, motorówka będzie u was za godzinę - powiedział. - Mamy tylko jedną,

która musi teraz być koło Giżycka.

Pan Tomasz stał na brzegu i zdenerwowany groził pięścią Baturze.

Zacząłem biec wzdłuż brzegu. Widziałem, jak Batura po półgodzinie dobija do brzegu

i wyładowuje skrzynkę ze skarbem, a potem znika w przybrzeżnych zaroślach.

Znowu zadzwoniłem do Drezyny.

- Niech pan wyśle patrol na wschodni brzeg jeziora Przystań i zatrzyma Jerzego Baturę

- prosiłem.

- Już wysyłam - odpowiedział.

Teraz   już   tylko   stałem   i   czekałem.   Słyszałem   odległy   dźwięk   syreny  radiowozu.

Siedziałem zrezygnowany i patrzyłem, jak żeglarze po kolei przyprowadzają swoje jachty.

Chciałem nawet na jednym popłynąć za Batura, ale właśnie nadszedł Drezyna.

- Mamy tego Baturę w dołku, ale on twierdzi, że został napadnięty i nawet przez was

ostrzelany - powiedział na wstępie. - Złota przy nim nie ma.

- Binduga, opowiedz, jak było z tym napadem - zawołałem do blondynki.

- Ten niby pokrwawiony, gdy zostaliśmy sami, wyjął pistolet i groził nam - zaczęła

opowiadać. - Potem  przypłynął tamten jacht i wysiadło z niego czterech zamaskowanych

facetów. Związali nas, odcięli cumy i zepchnęli jachty na wodę. Na koniec zabrali skarb. Ten

ranny i jeszcze jeden zostali na jachcie, a pozostali wsiedli do jakiegoś samochodu i odjechali.

- No dobra, a kto strzelał? - zapytał Drezyna.

- Nie wiem - odpowiedziałem. - Ktoś musiał strzelać z doskonałej broni snajperskiej z

tłumikiem.   Nikt   tutaj   takiej   nie   ma.   A,   niech   pan   wytłumaczy,   jak   to   nie   ma   złota?   -

przypominałem sobie o najważniejszym.

- Pan Batura stwierdził, że jakieś skarby rzeczywiście znalazł na brzegu. Widział, że

dzieją się tutaj jakieś dziwne rzeczy, więc postanowił skarb zabezpieczyć i zawieźć na policję

do Węgorzewa. Po drodze został ostrzelany, przez co jego jacht niemal zatonął. Gdy dobił do

brzegu podjechał ford mondeo i jakaś kobieta zażądała oddania złota grożąc bronią. Podał

nam jej dokładny rysopis, który - jeśli się nie mylę - odpowiada wizerunkowi pani Margaret

Forest. Oczywiście podjęliśmy już poszukiwania jej auta.

- Złodziej okradł złodzieja - skomentowałem.

-   Być   może   -   rzekł   komisarz.   -   Nam   pozostaje   jedynie   czekać.   -   Czy   mógłbym

background image

porozmawiać z Baturą? - zapytałem komisarza.

- Da się zrobić - powiedział.

Pojechaliśmy   na   komisariat   policji   w   Węgorzewie.   Oprócz   mnie   i   Drezyny   do

radiowozu   zmieścili   się   Pan   Samochodzik,   Zosia   i   Jacek.   Drezyna   w   swoim   pokoju

przedzwonił do kogoś.

- Przyprowadź tego dzwońca z jachtu - powiedział.

Po chwili policjant przyprowadził Baturę.

- Czy moglibyśmy zostać sami? - poprosiłem.

Komisarz zgodził się niechętnie.

- To Margaret cię okradła? - zapytałem.

On tylko skinął głową.

- Kim ona jest?

- Nie wiem, od mojego kontrahenta z Niemiec dostałem polecenie, żeby się nią zająć -

powiedział Batura.

- Dałeś się jej podejść jak dziecko - powiedziałem.

- Ty też, ona ma złoto i mapę. Pokazywała mi srebrną papierośnicę.

Odruchowo sięgnąłem do kieszeni. Była pusta.

- Może powiesz, dokąd mogła pojechać. Pomoc policji może wpłynąć na zmniejszenie

twojej kary - zasugerowałem.

Batura tylko wzruszył ramionami. Dalsza dyskusja nie miała sensu.

Czekaliśmy   pijąc   kawę.   Drezyna   co   rusz   patrzył   na   zegarek.   Pan   Samochodzik

nerwowo palił papierosa za papierosem.

Do pokoju Drezyny wszedł umundurowany policjant.

- Mają ją - powiedział krótko.

Pobiegliśmy   do   radiowozu.   Ten   sam   policjant   w   mundurze   włączył   syrenę   i

popędziliśmy   policyjnym   volkswagenem.   Najpierw   jechaliśmy   przez   Mamerki,   Radzieje,

potem Mazany, Parcz, Gierłoż. Tam skręciliśmy na Kwiedzinę i w końcu na Martiany. Tuż za

wsią od strony Kętrzyna stał radiowóz i ford mondeo.

-   Melduję   zatrzymanie   poszukiwanego   pojazdu   -   zameldował   Drezynie   młody

policjant. - Nie znaleźliśmy przy zatrzymanej broni ani poszukiwanego złota.

Drezyna spojrzał na mnie pytająco.

- Musiałam wyjechać tak szybko, bo wezwali mnie do redakcji - powiedziała Margaret

słodko patrząc mi w oczy.

Milczałem   i   patrzyłem   na   pusty   bagażnik   i   wnętrze   samochodu.   Zobaczyłem   jej

background image

telefon komórkowy. Na jego ekranie migał sygnał wiadomości tekstowej. Sięgnąłem po niego.

Margaret doskoczyła do mnie.

- Tak nie wolno - krzyknęła.

Zanim wszystko skasowała zobaczyłem przelatujący tekst: “Schowaj w B1/13”.

Odwróciłem się do Drezyny.

- Policja otoczy tę panią dyskretną opieką - powiedział komisarz.

- To Polska jest państwem policyjnym? - zapytała Margaret.

Wszyscy rozeszliśmy się w milczeniu. Wsiadłem do radiowozu.

- Niech się wujek nie martwi - pocieszała mnie Zosia. - Wujek Tomasz załatwi tak, że

przez granicę mysz się nie prześliźnie.

- TIR-y z alkoholem się prześlizgują, to trochę błyskotek nie? - odezwał się Olbrzym.

Daleko na drodze do Giżycka zobaczyłem wysoką postać ubraną po wojskowemu i

człapiącego koło niej psa.

- Niech się pan zatrzyma - poprosiłem kierowcę.

Gdy   stanęliśmy   i   otworzyłem   suwane   drzwi   spojrzałem   prosto   w   spokojne   oczy

Leśnika. Wsiadł i poprosił, żeby zatrzymać się przy dworcu w Sterławkach.

- Wracam do domu - obwieścił.

Opowiedziałem mu o ostatnich wydarzeniach.

- Szyfr B1/13 przypomina mi oznaczenie niemieckiego bunkra - powiedział nam.

- Jesteś pewien? - zapytałem.

-   Prawie   pewien.   Najbliższy   stoi   w   Martianach,   za   torami,   niedaleko   jeziora

Wersminia.

- To zawracamy - zadecydował Drezyna.

Za torami kolejowymi minęliśmy ogromny dąb i skręciliśmy w prawo.

- O, w tamtym zarośniętym pagórku jest bunkier - powiedział Leśnik.

Ruszyliśmy przez  wysokie chaszcze  we wskazaną  stronę. Wejście do bunkra było

zawalone gałęziami. Po ich odgarnięciu ukazał się nam ukryty głęboko w ziemi niski otwór

drzwiowy.  Zeszliśmy  po   trzech   schodkach   i   skręciliśmy  w  lewo.  Dwa   pomieszczenia   po

prawej stronie były wysadzone w powietrze. W jedynym ocalałym była wielka pryzma piachu.

- Tam był otwór wentylacyjny i zapasowe wyjście - powiedział Leśnik.

Zacząłem nerwowo odgarniać piach. Szybko dokopałem się do otworu. Wystarczyło,

że wsunąłem tam dłoń, a moje palce natrafiły na kielich.

background image

ZAKOŃCZENIE

Mechanik skończył czyszczenie baku Rosynanta. Przy mnie stał pan Tomasz.

- Nie spodziewałem się, że coś jednak znajdziesz - powiedział patrząc na jezioro.

- Co z Baturą? - zapytałem.

- Puścili go z braku dowodów, za to jego giżyccy pomagierzy posiedzą.

- A Margaret?

- Wyjechała. Wściekła się na wieść o odkryciu jej skrytki.

- Skąd wiedziała o tym bunkrze?

- Jej szef, ten niemiecki antykwariusz, był w czasie wojny saperem. O niej samej

dowiedziałem się wiele od Interpolu. Podejrzewają ją o morderstwa i kradzieże na zlecenie.

W młodości związała się z jakąś lewicującą bojówką i przeszła fachowe szkolenie w KGB.

- A Michał?

- To moja tajna broń - szef przeciągnął się. - To powinno zostać między nami. To

komandos   z   elitarnej   jednostki   GROM.   Doskonały   saper   i   snajper.   Mistrz   walki   wręcz.

Ostatnio w jakiejś akcji na Bałkanach prawie stracił przyjaciela. Trochę się załamał, więc jego

szefowie uznali, że powinien się zrelaksować. Poznałeś Łysego? To też taka mała legenda.

Jako pies nierasowy nie został przyjęty do pracy w policji, chociaż miał doskonały węch i był

niezwykle inteligentny. Michał z tym kolegą wyszkolili Mopsika, a pies stał się maskotką

plutonu. Wysłałem tego chłopaka za tobą tak na wszelki wypadek.

- Wszyscy mają wolne. Zosia popłynęła z harcerzami. Olbrzym napisał o nas reportaż i

jedzie w góry, a ja?

Szef spojrzał na mnie przeciągle.

- Poprowadzi pan Rosynanta do Warszawy, szefie? - potulnie zapytałem.

Pan Tomasz wziął kluczyki.

- A ten plan? - zapytał.

- Margaret musi zadowolić się jedynie listem miłosnym podpisanym przez Helgę -

powiedziałem uśmiechając się. - Plan Belowa jest niestety zbyt rozmazany, żeby go odczytać.

To jedna wielka plama atramentu. Kartka jest w połowie zniszczona.

-   Trudno,   ale   nie   poddawaj   się   -   powiedział   Pan   Samochodzik   wsiadając   do

Rosynanta.

W   końcu   biwak   w   Manierkach   opustoszał.   Na   brzegu   zostałem   tylko   ja.   Długo

patrzyłem na las myśląc o tajemnicach, jakie skrywał.

background image

- Płyniesz z nami czy tu mchem porośniesz? - zapytał Czesio.

Wsiadłem na pokład “Rokity”. Czesio i Piotrek zrobili mi miejsce w kokpicie. Gdy

odpłynęliśmy spojrzałem za siebie. Na brzegu stał starszy mężczyzna w długim płaszczu i

patrzył na nas.