background image

Henryk Sienkiewicz

Latarnik

Opowiadanie to osnute jest na wypadku rzeczywistym, o którym w swoim czasie pisa J. 

Horain w jednej ze swoich korespondencyj z Ameryki.

Pewnego razu zdarzy o si,  e latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, przepad  bez 

wieci. Poniewa sta o si to wród burzy, przypuszczano, e nieszczliwy musia  podej  

nad sam brzeg skalistej wysepki, na której stoi latarnia, i zosta  sp ukany przez ba wan. 

Przypuszczenie to by o tym prawdopodobniejsze, e na drugi dzie nie znaleziono jego 

ódki stojcej w skalistym wrbie. Zawakowa o tedy miejsce latarnika, które trzeba by o 

jak najprdzej obsadzi , poniewa latarnia niema e ma znaczenie tak dla ruchu 

miejscowego, jak i dla okrtów idcych z New Yorku do Panamy. Zatoka Moskitów 

obfituje w piaszczyste  awice i zaspy, midzy którymi droga nawet w dzie jest trudna, w 

nocy za, zw aszcza wród mgie  podnoszcych si czsto na tych ogrzewanych 

podzwrotnikowym s ocem wodach prawie niepodobna. Jedynym wówczas 

przewodnikiem dla licznych statków bywa wiat o latarni. K opot wynalezienia nowego 

latarnika spad  na konsula Stanów Zjednoczonych, rezydujcego w Panamie, a by  to 

k opot niema y, raz z tego powodu, e nastpc trzeba by o znale  koniecznie w cigu 

dwunastu godzin; po wtóre, nastpca musia  by  nadzwyczaj sumiennym cz owiekiem, nie 

mona wic by o przyjmowa  byle kogo; na koniec w ogóle kandydatów na posad 

brak o.  ycie na wiey jest nadzwyczaj trudne i bynajmniej nie umiecha si 

rozpróniaczonym i lubicym swobodn w óczg ludziom Po udnia. Latarnik jest niemal 

winiem. Z wyjtkiem niedzieli nie moe on wcale opuszcza  swej skalistej wysepki. 

ód z Aspinwall przywozi mu raz na dzie zapasy ywnoci i wie wod, po czym 

przywocy oddalaj si natychmiast, na ca ej za wysepce, majcej morg rozleg oci, nie 

ma nikogo. Latarnik mieszka w latarni, utrzymuje j w porzdku; w dzie daje znaki 

wywieszaniem rónokolorowych flag wedle wskazówek barometru, w wieczór za zapala 

wiat o. Nie by aby to wielka robota, gdyby nie to, e chcc si dosta  z do u do ognisk 

na szczyt wiey, trzeba przej  przesz o czterysta schodów krtych i nader wysokich, 

latarnik za musi odbywa  t podró czasem i kilka razy dziennie. W ogóle jest to ycie 

klasztorne, a nawet wicej ni klasztorne, bo pustelnicze. Nic te dziwnego, e Mr. Izaak 

Falconbridge by  w niema ym k opocie, gdzie znajdzie sta ego nastpc po nieboszczyku, 

background image

i   atwo zrozumie  jego rado , gdy najniespodzianiej nast pca zg osi  si  jeszcze tego 

samego dnia. By  to cz owiek ju stary, lat siedmiudziesi t albo i wi cej, ale czerstwy, 

wyprostowany, maj cy ruchy i postaw   o nierza. W osy mia  zupe nie bia e, p e  

spalon , jak u Kreolów, ale s dz c z niebieskich oczu, nie nalea  do ludzi Po udnia. 

Twarz jego by a przygn biona i smutna, ale uczciwa. Na pierwszy rzut oka podoba  si  

Falconbridge'owi. Pozosta o go tylko wyegzaminowa , wskutek czego wywi za a si  

nast puj ca rozmowa:

— Sk d jestecie?

— Jestem Polak.

— Cocie robili dot d?

— Tu a em si .

— Latarnik powinien lubi  siedzie  na miejscu.

— Potrzebuj  odpoczynku.

— Czy s uylicie kiedy? Czy macie wiadectwa uczciwej s uby rz dowej?

Stary cz owiek wyci gn  z zanadrza sp owia y jedwabny szmat, podobny do strz pu 

starej chor gwi. Rozwin  go i rzek :

— Oto s  wiadectwa. Ten krzy dosta em w roku trzydziestym. Ten drugi jest hiszpaski 

z wojny karlistowskiej; trzeci to legia francuska; czwarty otrzyma em na W grzech. 

Potem bi em si  w Stanach przeciw po udniowcom, ale tam nie daj  krzyów — wi c oto 

papier.

Falconbridge wzi  papier i zacz  czyta .

— Hm! Skawiski? To jest wasze nazwisko?… Hm!… Dwie chor gwie zdobyte 

w asnor cznie w ataku na bagnety… Bylicie walecznym o nierzem!

— Potrafi  by  i sumiennym latarnikiem.

— Trzeba tam co dzie wchodzi  po kilka razy na wie . Czy nogi macie zdrowe?

— Przeszed em piechot  „pleny”.

— All right! Czy jestecie obeznani ze s ub  morsk ?

— Trzy lata s uy em na wielorybniku.

— Próbowalicie rónych zawodów?

— Nie zazna em tylko spokojnoci.

— Dlaczego?

Stary cz owiek ruszy  ramionami.

— Taki los…

— Wszelako na latarnika wydajecie mi si  za starzy.

— Sir — ozwa  si  nagle kandydat wzruszonym g osem. — Jestem bardzo znuony i 

sko atany. Duo, widzicie, przeszed em. Miejsce to jest jedno z takich, jakie najgor cej 

background image

pragn  otrzyma . Jestem stary, potrzebuj  spokoju! Potrzebuj  sobie powiedzie : tu ju 

b dziesz siedzia , to jest twój port. Ach, Sir! To od was tylko zaley. Drugi raz si  moe 

taka posada nie zdarzy. Co za szcz cie, e by em w Panamie… B agam was… Jak mi 

Bóg mi y, jestem jak statek, który jeli nie wejdzie do portu, to zatonie… Jeli chcecie 

uszcz liwi  cz owieka starego… Przysi gam,  e jestem uczciwy, ale… Do  mam ju 

tego tu actwa…
Niebieskie oczy starca wyraa y tak gor c  prob ,  e Falconbridge, który mia  dobre, 

proste serce, czu  si  wzruszony.

— Well! — rzek . — Przyjmuj  was. Jestecie latarnikiem.

Twarz starego zajania a niewypowiedzian  radoci .

— Dzi kuj .

— Czy moecie dzi jecha  na wie ?

— Tak jest.

— Zatem good bye!… Jeszcze s owo: za kade uchybienie w s ubie dostaniecie dymisj .

— All right!

Tego samego jeszcze wieczora, gdy s oce stoczy o si  na drug  stron  mi dzymorza, a 

po dniu promiennym nast pi a noc bez zmierzchu, nowy latarnik widocznie by  ju na 

miejscu, bo latarnia rzuci a jak zwykle na wody swoje snopy jaskrawego wiat a. Noc by a 

zupe nie spokojna, cicha, prawdziwie podzwrotnikowa, przesycona jasn  mg , tworz c  

ko o ksi yca wielki, zabarwiony t czowo kr g o mi kkich, nieuj tych brzegach. Morze 

tylko burzy o si , poniewa przyp yw wzbiera . Skawiski sta  na balkonie, tu ko o 

olbrzymich ognisk, podobny z do u do ma ego, czarnego punkciku. Próbowa  zebra  myl 

i obj  swe nowe po oenie. Ale myl jego by a nadto pod naciskiem, by mog a snu  si  

prawid owo. Czu  on co takiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wreszcie schroni si  przed 

pogoni  na jakiej niedost pnej skale lub w pieczarze. Nadszed  nareszcie dla niego czas 

spokoju. Poczucie bezpieczestwa nape ni o jak  niewys owion  rozkosz  jego dusz . 

Oto móg  na tej skale po prostu ur ga  dawnemu tu actwu, dawnym nieszcz ciom i 

niepowodzeniom. By  on naprawd  jak okr t, któremu burza  ama a maszty, rwa a liny, 

agle, którym rzuca a od chmur na dno morza, w który bi a fal , plu a pian  — a który 

jednak zawin  do portu. Obrazy tej burzy przesuwa y si  teraz szybko w jego myli w 

przeciwstawieniu do cichej przysz oci, jaka mia a si  rozpocz . Cz   swych dziwnych 

kolei opowiada  sam Falconbridge'owi, nie wspomnia  jednak o tysi cznych innych 

przygodach. Mia  on nieszcz cie, e ilekro  rozbi  gdzie namiot i roznieci  ognisko, by 

si  osiedli  stale, jaki wiatr wyrywa  ko ki namiotu, rozwiewa  ognisko, a jego samego 

niós  na stracenie. Spogl daj c teraz z wieowego balkonu na owiecone fale, wspomina  

o wszystkim, co przeszed . Oto bi  si  w czterech cz ciach  wiata — i na tu aczce 

background image

próbowa  wszystkich niemal zawodów. Pracowity i uczciwy, nieraz dorabia  si  grosza i 

zawsze traci  go wbrew wszelkim przewidywaniom i najwi kszej ostronoci. By  

kopaczem z ota w Australii, poszukiwaczem diamentów w Afryce, strzelcem rz dowym w 

Indiach Wschodnich. Gdy w swoim czasie za oy  w Kalifornii farm , zgubi a go susza; 

próbowa  handlu z dzikimi plemionami zamieszkuj cymi wn trze Brazylii: tratwa jego 

rozbi a si  na Amazonce, on sam za bezbronny i prawie nagi tu a  si  w lasach przez 

kilka tygodni, ywi c si  dzikim owocem, naraony co chwila na mier  w paszczy 

drapienych zwierz t. Za oy  warsztat kowalski w Helenie, w Arkansas, i — spali  si  w 

wielkim poarze ca ego miasta. Nast pnie w Górach Skalistych dosta  si  w r ce Indian i 

cudem tylko zosta  wybawiony przez kanadyjskich strzelców. S uy  jako majtek na statku 

kursuj cym mi dzy Bahi  i Bordeaux, potem jako harpunnik na wielorybniku: oba statki 

rozbi y si . Mia  fabryk  cygar w Hawanie — zosta  okradziony przez wspólnika w 

chwili, gdy sam lea  chory na „vomito”. Wreszcie przyby  do Aspinwall — i tu mia  by  

kres jego niepowodze. Có go bowiem mog o docign  jeszcze na tej skalistej wysepce? 

Ani woda, ani ogie, ani ludzie. Zreszt  od ludzi Skawiski niewiele dozna   z ego. 

Cz ciej spotyka  dobrych ni z ych.

Zdawa o si  natomiast, e przeladuj  go wszystkie cztery ywio y. Ci, co go znali, 

mówili,  e nie ma szcz cia, i tym objaniali wszystko. On sam wreszcie sta  si  troch  

maniakiem. Wierzy ,  e jaka pot na a mciwa r ka  ciga go wsz dzie, po wszystkich 

l dach i wodach. Nie lubi  jednak o tym mówi ; czasem tylko, gdy go pytano, czyja to 

mia a by   r ka, ukazywa  tajemniczo na Gwiazd  Polarn  i odpowiada ,  e to idzie 

stamt d… Rzeczywicie, niepowodzenia jego by y tak sta e, e a dziwne, i  atwo mog y 

zabi  gwód w g owie, zw aszcza  temu, kto ich doznawa . Zreszt  mia  cierpliwo  

Indianina i wielk  spokojn  si  oporu, jaka p ynie z prawoci serca. W swoim czasie na 

W grzech dosta  kilkanacie pchni  bagnetem, bo nie chcia  chwyci  za strzemi , które 

mu ukazywano jako rodek ratunku, i krzycze :  pardon. Tak samo nie poddawa  si  i 

nieszcz ciu. Laz  pod gór  tak pracowicie, jak mrówka. Zepchni ty sto razy, rozpoczyna  

spokojnie swoj  podró po raz setny pierwszy. By  to w swoim rodzaju szczególniejszy 

dziwak. Stary ten o nierz, opalony Bóg wie w jakich ogniach, zahartowany w biedach, 

bity i kuty, mia  serce dziecka. W czasie epidemii na Kubie zapad  na ni  dlatego, e 
odda  chorym wszystk  swoj  chinin , której mia  znaczny zapas, nie zostawiwszy sobie 

ani grama.

By o w nim jeszcze i to dziwnego,  e po tylu zawodach zawsze by  pe en ufnoci i nie 

traci  nadziei, e jeszcze wszystko b dzie dobrze. W zimie oywia  si  zawsze i 

przepowiada  jakie wielkie wypadki. Czeka  ich niecierpliwie i myl  o nich y  lata 

ca e… Ale zimy mija y jedne za drugimi i Skawiski doczeka  si  tylko tego, e ubieli y 

background image

mu g ow . Wreszcie zestarza  si  — pocz  traci  energi . Cierpliwo  jego poczyna a by  

coraz podobniejsza do rezygnacji. Dawny spokój zmieni  si  w sk onno  do roztkliwiania 

si  i ten hartowny o nierz j  przeradza  si  w beks  gotowego za zawi  si  z lada 

powodu. Prócz tego od czasu do czasu t uk a go najstraszliwsza nostalgia, któr  

podnieca a lada okoliczno : widok jaskó ek, szarych ptaków podobnych do wróbli, niegi 

na górach lub zas yszana jaka nuta, podobna do s yszanej niegdy… Na koniec 

opanowa a go tylko jedna myl: myl spoczynku. Ow adn a ona starcem zupe nie i 

wch on a w siebie wszelkie inne pragnienia i nadzieje. Wieczny tu acz nie móg  ju sobie 

wymarzy  nic bardziej upragnionego, nic droszego nad jaki spokojny k t, w którym by 

móg  odpocz  i czeka  cicho kresu. Moe w anie dlatego, e szczególne jakie 

dziwactwo losu rzuca o nim po wszystkich morzach i krajach tak, e prawie nie móg  tchu 

z apa , wyobraa  sobie, e najwi kszym ludzkim szcz ciem jest — tylko nie tu a  si . 

Co prawda, to i nalea o mu si  takie skromne szcz cie, ale tak ju by  zwyczajny 

zawodów,  e myla  o tym, jak w ogóle ludzie marz  o czym niedocignionym. 

Spodziewa  si  nie mia . Tymczasem niespodzianie w ci gu dwunastu godzin dosta  

posad  jakby wybran  dla siebie ze wszystkich na wiecie. Nic te dziwnego, e gdy 

wieczorem zapali  swoj  latarni , by  jakby odurzony, e pyta  sam siebie, czy to prawda, 

i nie mia  odpowiedzie : tak. A tymczasem rzeczywisto  przemawia a do niego 

nieprzepartymi dowodami; wi c godziny jedna za drug  sp ywa y mu na balkonie. 

Patrzy , nasyca  si , przekonywa . Mog oby si  zdawa , e pierwszy raz w yciu widzia  

morze, bo pó noc wybi a ju na aspinwallskich zegarach, a on jeszcze nie opuszcza  swojej 

powietrznej wyyny — i patrzy . W dole pod jego stopami gra o morze. Soczewka latarni 

rzuca a w ciemno  olbrzymi ostrokr g  wiat a, poza którym oko starca gin o w dali 

czarnej zupe nie, tajemniczej i strasznej. Ale dal owa zdawa a si  biegn  ku wiat u. 

D ugie wiorstowe fale wytacza y si  z ciemnoci i rycz c sz y a do stóp wysepki, a 

wówczas wida  by o spienione ich grzbiety, po yskuj ce róowo w wietle latarni. 

Przyp yw wzmaga  si  coraz bardziej i zalewa  piaszczyste  awice. Tajemnicza mowa 

oceanu dochodzi a z pe ni coraz pot niej i g oniej, podobna czasem do huku armat, to 

do szumu olbrzymich lasów, to do dalekiego, zm conego gwaru g osów ludzkich. 

Chwilami cich o. Potem o uszy starca odbija o si  kilka wielkich westchnie, potem jakie 
kania — i znów grone wybuchy. Wreszcie wiatr zwia  mg , ale nap dzi  czarnych, 

poszarpanych chmur, które przys ania y ksi yc. Z zachodu poczyna o d  coraz mocniej. 

Ba wany skaka y z wciek oci  na urwisko latarni, oblizuj c ju pian  i podmurowanie. 

W dali pomrukiwa a burza. Na ciemnej, wzburzonej przestrzeni zab ys o kilka zielonych 

latarek,  pouwieszanych do masztów okr towych. Zielone owe punkciki to wznosi y si  

wysoko, to zapada y w dó , to chwia y si  na prawo i na lewo. Skawiski zeszed  do swej 

background image

izby. Burza pocz a wy . Tam, na dworze, ludzie na owych okr tach walczyli z noc , z 

ciemnoci , z fal ; w izbie za spokojnie by o i cicho. Nawet odg osy burzy s abo 

przedziera y si  przez grube mury i tylko miarowe tik–tak! zegara ko ysa o utrudzonego 

starca jakby do snu.

II

Zacz y p yn  godziny, dnie i tygodnie… Majtkowie twierdz ,  e czasem, gdy morze 

bardzo jest rozhukane, wo a co na nich wród nocy i ciemnoci po nazwisku. Jeeli 

nieskoczono  morska moe tak wo a , to by  moe, e gdy si  cz owiek zestarzeje, wo a 

take na niego i inna nieskoczono , jeszcze ciemniejsza i bardziej tajemnicza, a im jest 

bardziej zm czony yciem, tym milsze s  mu te nawo ywania. Ale, by ich s ucha , trzeba 

ciszy. Prócz tego staro  lubi si  odosabnia , jakby w przeczuciu grobu. Latarnia by a ju 

dla Skawiskiego takim pó grobem. Nic jednostajniejszego, jak podobne ycie na wiey. 

M odzi ludzie, jeli si  na nie godz , to po pewnym czasie opuszczaj  s ub . Latarnik te 

bywa zazwyczaj cz ekiem niem odym, pos pnym i zamkni tym w sobie. Gdy wypadkiem 

porzuci swoj  latarni  i dostanie si  mi dzy ludzi, chodzi wród nich jak cz owiek 

zbudzony z g bokiego snu. Na wiey brak wszelkich drobnych wrae, które w zwyk ym 

yciu ucz  stosowa  wszystko do siebie. Wszystko, z czym styka si  latarnik, jest 

olbrzymie i pozbawione zwartych, okrelonych kszta tów. Niebo — to jeden ogó , woda 

— to drugi, a wród tych nieskoczonoci samotna dusza ludzka! Jest to ycie, w którym 

myl jest raczej ci g ym zadumaniem si , a z tego zadumania nie budzi latarnika nic, 

nawet jego zaj cia. Dzie do dnia staje si  podobny jak dwa paciorki w róacu i chyba 

zmiany pogody stanowi  jedyn  rozmaito . Skawiski jednak czu  si  tak szcz liwym, 

jak nigdy w yciu nie by . Wstawa   witaniem, bra  posi ek, czyci  soczewki latarni, a 

potem, siad szy na balkonie, wpatrywa  si  w dal morsk  i oczy jego nie mog y si  nigdy 

nasyci  obrazami, które przed sob  widzia . Zwykle na olbrzymim turkusowym tle wida  

by o stada wyd tych  agli,  wiec cych w promieniach s oca tak mocno, e a oczy 

mruy y si  pod nadmiarem blasku; czasem statki, korzystaj c z wiatrów, które pasatami 

zowi , sz y wyci gni tym szeregiem jedne za drugimi,  podobne do  acucha mew lub 

albatrosów. Czerwone beczki wskazuj ce drog  ko ysa y si  na fali lekkim,  agodnym 

ruchem; mi dzy  aglami pojawia  si  co dnia w po udnie olbrzymi szarawy pióropusz 

dymu. To parowiec z New Yorku wióz  podrónych i towary do Aspinwall, ci gn c za 

sob   d ugi, spieniony szlak piany. Z drugiej strony balkonu widzia  Skawiski, jak na 

d oni, Aspinwall i jego ruchliwy port, a w nim las masztów,  odzie i  ódki; nieco za dalej 

bia e domy i wieyczki miasta. Z wysokoci latarni domki by y podobne do gniazd mew, 

odzie do uków, a ludzie poruszali si  jak ma e punkciki na bia ym, kamiennym 

background image

bulwarku. Z rana lekki wschodni powiew przynosi  zmieszany gwar ycia ludzkiego, nad 

którym górowa  wist parowców. W po udnie nadchodzi a godzina sjesty. Ruch w porcie 

ustawa ; mewy kry y si w szczerby ska , fale s ab y i stawa y si jakie leniwe, a 

wówczas na l dzie, na morzu i na latarni nastawa a chwila niezm conej niczym ciszy. 

ó te piaski, z których odp yn y fale, lni y na kszta t z otych plam na obszarach 

wodnych; s up wieowy odrzyna  si twardo w b kicie. Potoki promieni s onecznych la y 
si z nieba na wod, na piaski i na urwiska. Wówczas i starca ogarnia a jaka niemoc, 

pe na s odyczy. Czu , e ten odpoczynek, którego uywa, jest wyborny, a gdy pomyla , 

e bdzie trwa y, to mu ju niczego nie brak o. Skawiski rozmarza  si  w asnym 

szczciem, ale e cz owiek  atwo oswaja si z lepszym losem, stopniowo nabiera  wiary i 

ufnoci, myla  bowiem, e jeli ludzie buduj  domy dla inwalidów, to dlaczegóby Bóg 

nie mia  wreszcie przygarn  swego inwalidy? Czas up ywa  i utrwala  go w tym 

przekonaniu. Stary zy  si z wie , z latarni , z urwiskiem, z  awicami piasku i 

samotnoci . Pozna  si take i z mewami, które nios y si w za amach skalnych, a 

wieczorem odprawia y wiece na dachu latarni. Skawiski rzuca  im zwykle resztki swego 

jad a, tak za przyswoi y si wkrótce, e gdy to czyni  potem, to otacza a go prawdziwa 

burza bia ych skrzyde , stary za chodzi  midzy ptastwem jak pastuch midzy owcami. W 

czasie odp ywu wyprawia  si na niskie piaszczyste  awice, na których zbiera  smaczne 

limaki i pikne per owe konchy eglarków, które odp ywaj ca fala osadza a na piasku. W 

nocy przy wietle ksiyca i latarni chodzi  na ryby, którymi roi y si za amy skalne. W 

kocu pokocha  swoj  ska  i swoj  bezdrzewn  wysepk, poronit  tylko drobnymi, 

t ustymi rolinkami, s cz cymi lepk  ywic. Ubóstwo wysepki wynagradza y mu zreszt  

dalsze widoki. W po udniowych godzinach, gdy atmosfera stawa a si bardzo 

przezroczyst , wida  by o ca e midzymorze, a do Pacyfiku,  pokryte najbujniejsz  

rolinnoci . Skawiskiemu wydawa o si wówczas, e widzi jeden olbrzymi ogród. Pki 

kokosów i olbrzymich muz uk ada y si jakby w przepyszne czubiaste bukiety, tu zaraz 

za domami Aspinwallu. Dalej, midzy Aspinwall a Panam , wida  by o ogromny las, nad 

którym co rano i pod noc zwiesza  si czerwonawy opar wyziewów — las prawdziwie 

podzwrotnikowy, zalany u spodu stoj c  wod , oplatany lianami, szumi cy jedn  fal  

olbrzymich storczyków, palm, drzew mlecznych, elaznych i gumowych.

Przez sw  stranicz  lunet stary móg  dojrze  nie tylko drzewa, nie tylko roz oyste licie 

bananów, ale nawet gromady ma p, wielkich marabutów i stada papug, wzbijaj ce si 

czasem jak tczowa chmura nad lasem. Skawiski zna  z bliska podobne lasy, gdy po 

rozbiciu si na Amazonce b ka  si ca e tygodnie wród podobnych zielonych sklepie i 

g szczów. Wiedzia , ile pod cudn ,  miej c  si powierzchni  ukrywa si 

niebezpieczestw i mierci. Wród nocy, jakie w nich spdzi , s ysza  z bliska grobowe 

background image

g osy wyjców i ryki jaguarów, widzia  olbrzymie we ko ysz ce si na kszta t lianów na 

drzewach; zna  owe senne jeziora lene, przepe nione drtwami i roj ce si od 

krokodylów. Wiedzia , pod jakim jarzmem yje cz owiek w tych niezg bionych 

puszczach, w których pojedyncze licie przenosz  dziesiciokrotnie jego wielko , w 

których mrowi  si krwioercze moskity, pijawki drzewne i olbrzymie jadowite paj ki. 

Jego wiea chroni a go przed wszelkim z em. Opuszcza  j  te tylko czasami w niedziel z 
rana. Przywdziewa  wtedy granatow  kapot stranicz  ze srebrnymi guzami, na piersiach 

zawiesza  swoje krzye i jego mleczna g owa podnosi a si z pewn  dum , gdy s ysza  

przy wyjciu z kocio a, jak Kreole mówili midzy sob : „Porz dnego mamy latarnika”. 

— „I nie heretyk, chocia  Yankee!” Wraca  jednak natychmiast po mszy na wysp i 

wraca  szczliwy, bo zawsze jeszcze nie dowierza  sta emu l dowi. W niedziel take 

odczytywa  sobie hiszpask  gazet, któr  zakupywa  w miecie, lub nowojorskiego 

»Heralda«, poyczanego u Falconbridge'a — i szuka  w nich skwapliwie wiadomoci z 

Europy. Biedne stare serce! Na tej wiey straniczej i na drugiej pó kuli bi o jeszcze dla 

kraju… Czasem take, gdy  ód przywo ca mu co dzie  ywno  i wod przybi a do 

wysepki, schodzi  z wiey na gawd ze stranikiem Johnsem. Potem jednak widocznie 

zdzicza . Przesta  bywa  w miecie, czytywa  gazety i schodzi  na polityczne rozprawy 

Johnsa. Up ywa y ca e tygodnie w ten sposób, e nikt jego nie widzia  ani on nikogo. 

Jedynym znakiem, e stary yje, by o tylko znikanie ywnoci pozostawianej na brzegu i 

wiat o latarni zapalane co wieczór z tak  regularnoci , z jak   s oce wstaje rankiem z 

wody w tamtych stronach. Widocznie stary zobojtnia  dla wiata. Powodem tego nie by a 

nostalgia, ale w anie to, e przesz a i ona nawet w rezygnacj. Ca y wiat teraz zaczyna  

si dla starca i koczy  si na jego wysepce. Zy  si ju z myl , e nie opuci wiey do 

mierci, i po prostu zapomnia , e jest jeszcze co poza ni . Przy tym sta  si mistykiem. 

agodne niebieskie jego oczy pocz y by  jak oczy dziecka, zapatrzone wiecznie i jakby 

utkwione w jakiej dali. W ci g ym odosobnieniu i wobec otoczenia nadzwyczaj prostego 

a wielkiego pocz  stary traci  poczucie w asnej odrbnoci, przestawa  istnie  jakoby 

osoba, a zlewa  si coraz wicej z tym, co go otacza o. Nie rozumowa  nad tym, czu  

tylko bezwiednie, ale w kocu zdawa o mu si, e niebo, woda, jego ska a, wiea i z ote 

awice piasku, i wydte  agle, i mewy, odp ywy i przyp ywy, to jaka wielka jedno  i 

jedna, ogromna tajemnicza dusza; on za sam pogr a si w tej tajemnicy i czuje ow  

dusz, która yje i koi si. Zaton , uko ysa  si, zapamita  — i w tym ograniczeniu 

w asnego, odrbnego bytu, w tym pó  czuwaniu, pó   nie znalaz  spokój tak wielki, e 

prawie podobny do pó mierci.

III

background image

Ale nadesz o przebudzenie.

Pewnego razu, gdy  ód przywioz a wod  i zapasy ywnoci, Skawiski, zeszed szy w 

godzin  póniej z wiey, spostrzeg , e prócz zwyk ego  adunku jest jeszcze jedna paczka 

wi cej. Na wierzchu paczki by y marki pocztowe Stanów Zjednoczonych i wyrany adres 

„Skawiski Esq.”, wypisany na grubym aglowym p ótnie. Rozciekawiony starzec 

przeci   p ótno i ujrza  ksi ki: wzi  jedn  do r ki, spojrza  i po oy  na powrót, przy 
czym r ce pocz y mu dre  mocno. Przys oni  oczy, jakby im nie wierz c; zdawa o mu 

si , e ni — ksi ka by a polska. Co to mia o znaczy ?! Kto mu móg  przys a  ksi k ? 

W pierwszej chwili zapomnia  widocznie, i jeszcze na pocz tku swej latarniczej kariery 

przeczyta  pewnego razu w poyczonym od konsula »Heraldzie« o zawi zaniu polskiego 

Towarzystwa w New Yorku i e zaraz przes a  Towarzystwu po ow  swej miesi cznej 

pensji, z któr  zreszt  nie mia  co robi  na wiey. Towarzystwo wywdzi czaj c si  

przysy a o ksi ki. Przysz y one drog  naturaln , ale w pierwszej chwili starzec nie móg  

pochwyta  tych myli. Polskie ksi ki w Aspinwall, na jego wiey, wród jego 

samotnoci, by a to dla niego jaka nadzwyczajno , jakie tchnienie dawnych czasów, cud 

jaki. Teraz wyda o mu si , jak owym eglarzom wród nocy, e co zawo a o na niego 

po imieniu g osem bardzo kochanym, a zapomnianym prawie. Przesiedzia  chwil  z 

zamkni tymi oczyma i by  prawie pewny, e gdy je otworzy, sen zniknie. Nie! Rozci ta 

paczka lea a przed nim wyranie, owiecona blaskiem popo udniowego s oca, a na niej 

otwarta ju ksi ka. Gdy stary wyci gn  znowu po ni   r k , s ysza   wród ciszy bicie 

w asnego serca. Spojrza : by y to wiersze. Na wierzchu sta  wypisany wielkimi literami 

tytu , pod spodem za imi  autora. Imi  to nie by o Skawiskiemu obce; wiedzia ,  e 

naley ono do wielkiego poety, którego nawet i utwory czytywa  po trzydziestym roku w 

Paryu. Potem, wojuj c w Algerze i w Hiszpanii, s ysza  od rodaków o coraz wzrastaj cej 

s awie wielkiego wieszcza, ale tak przywyk  wówczas do karabina, e i do r ki nie bra  

ksi ek. W czterdziestym dziewi tym roku wyjecha  do Ameryki i w awanturniczym 

yciu, jakie prowadzi , prawie nie spotyka  Polaków, a nigdy ksi ek polskich. Z tym 

wi ksz  te skwapliwoci  i z tym ywiej bij cym sercem przewróci  kart  tytu ow . 

Zda o mu si  teraz, e na jego samotnej skale poczyna si  dzia  co uroczystego. Jako 

by a to chwila wielkiego spokoju i ciszy. Zegary aspinwallskie wybi y pi t  po po udniu. 

Jasnego nieba nie zaciemnia a adna chmurka, kilka mew tylko p awi o si  w b kitach. 

Ocean by  uko ysany. Nadbrzene fale zaledwie be kota y z cicha, rozp ywaj c si  

agodnie po piaskach. W dali mia y si  bia e domy Aspinwallu i cudne grupy palm. 

Naprawd  by o jako uroczycie, a cicho i powanie. Nagle wród tego spokoju natury 

rozleg  si  dr cy g os starego, który czyta  g ono, by si  samemu lepiej rozumie :

Litwo, ojczyzno moja, ty jeste jak zdrowie!

background image

Ile ci trzeba ceni , ten tylko si dowie,

Kto ci straci . Dzi pikno  tw  w ca ej ozdobie

Widz i opisuj, bo tskni po tobie…

Skawiskiemu zabrak o g osu. Litery pocz y mu skaka  do oczu; w piersi co urwa o si 

i sz o na kszta t fali od serca wyej i wyej, t umi c g os,  ciskaj c za gard o… Chwila 

jeszcze, opanowa  si i czyta  dalej:

Panno wita, co jasnej bronisz Czstochowy

I w Ostrej wiecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogrodzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie, dziecko, do zdrowia powróci a cudem,

(Gdy od p acz cej matki pod Twoj  opiek

Ofiarowany, martw  podnios em powiek

I zaraz mog em pieszo do Twych wi ty progu

I , za zwrócone ycie podzikowa  Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny  ono…

Wezbrana fala przerwa a tam woli. Stary rykn  i rzuci  si na ziemi; jego mleczne 

w osy zmiesza y si z piaskiem nadmorskim. Oto czterdzieci lat dobiega o, jak nie 

widzia  kraju, i Bóg wie ile, jak nie s ysza  mowy rodzinnej, a tu tymczasem ta mowa 

przysz a sama do niego — przep yn a ocean i znalaz a go, samotnika, na drugiej pó kuli, 

taka kochana, taka droga, taka liczna! We  kaniu, jakie nim wstrz sa o, nie by o bólu, ale 

tylko nagle rozbudzona niezmierna mi o , przy której wszystko jest niczym… On po 

prostu tym wielkim p aczem przeprasza   t ukochan , oddalon  za to, e si ju tak 

zestarza , tak zy  z samotn  ska  i tak zapamita , i si w nim i tsknota poczyna a 

zaciera . A teraz „wraca  cudem” — wic si w nim serce rwa o. Chwile mija y jedna za 

drug : on wci  lea . Mewy przylecia y nad latarni, pokrzykuj c jakby niespokojne o 

swego starego przyjaciela. Nadchodzi a godzina, w której je karmi  resztkami swej 

ywnoci, wic kilka z nich zlecia o z wierzchu latarni a do niego. Potem przyby o ich 

coraz wicej i zacz y go dzioba  lekko i furkota  skrzyd ami nad jego g ow . Szumy 

skrzyde  zbudzi y go. Wyp akawszy si, mia  teraz w twarzy jaki spokój i 

rozpromienienie, a oczy jego by y jakby natchnione. Odda  bezwiednie ca  swoj  

ywno  ptakom, które rzuci y si na ni  z wrzaskiem, a sam wzi  znowu ksi k. S oce 

ju by o przesz o nad ogrodami i nad dziewiczym lasem Panamy i stacza o si z wolna za 

midzymorze, ku drugiemu oceanowi, ale i Atlantyk by  jeszcze pe en blasku, w 

powietrzu widno zupe nie, wic czyta  dalej:

Tymczasem przeno dusz moj  utsknion

Do tych pagórków lenych, do tych  k zielonych…

background image

Zmierzch dopiero zatar  litery na bia ej karcie, zmierzch krótki jak mgnienie oka. Starzec 

opar   g ow  o ska  i przymkn  oczy. A wówczas „Ta, co jasnej broni Cz stochowy” 

zabra a jego dusz  i przenios a „do tych pól malowanych zboem rozmaitym”. Na niebie 

pali y si  jeszcze d ugie szlaki czerwone i z ote, a on w tych wiat ociach lecia  ku 

stronom kochanym. Zaszumia y mu w uszach lasy sosnowe, zabe kota y rzeki rodzinne. 

Widzi wszystko, jak by o. Wszystko go pyta: „Pami tasz?”. On pami ta! A zreszt  widzi: 

pola przestronne, miedze,  ki, lasy i wioski. Noc ju! O tej porze ju zwykle jego latarnia 

rozwieca a ciemnoci morskie — ale teraz on jest we wsi rodzinnej. Stara g owa pochyla 

si  na piersi i ni. Obrazy przesuwaj  si  przed jego oczyma szybko i troch  bez adnie. 

Nie widzi domu rodzinnego, bo star a go wojna, nie widzi ojca ani matki, bo go odumarli 

dzieckiem; ale zreszt  wie, jakby j  wczoraj opuci : szereg cha up ze wiate kami w 

oknach, grobla, m yn, dwa stawy podane ku sobie i brzmi ce ca  noc chórami ab. 

Niegdy w tej swojej wiosce sta  noc  na widecie, teraz przesz o  ta podstawia si  nagle 

w szeregu widze. Oto znowu jest u anem i stoi na widecie: z dala karczma pogl da 

p on cymi oczyma i brzmi, i piewa, i huczy wród ciszy nocnej tupotaniem, g osami 

skrzypiec i basetli. „U-ha! U-ha!” To u any krzesz  ognia podkówkami, a jemu tam 

nudno samemu na koniu! Godziny wlok  si  leniwo, wreszcie wiat a gasn ; teraz, jak 

okiem si gn , mg a i mg a nieprzejrzana: opar widocznie podnosi si  z  k i obejmuje 

wiat ca y bia awym tumanem. Rzek by: zupe nie ocean. Ale to  ki: rych o czeka , jak 

derkacz ozwie si  w ciemnoci i b ki zahucz  po trzcinach. Noc jest spokojna i ch odna, 

prawdziwie polska noc! W oddali bór sosnowy szumi bez wiatru… Jak fala morska. 

Wkrótce  witanie wschód ubieli: jako i kury piej  ju w zap ociach. Jeden drugiemu 

podaje g os z chaty do chaty; wraz i urawie krzycz  ju gdzie z wysoka. U anowi jako 

rzeko, zdrowo. Co tam gadali o jutrzejszej bitwie. Hej! To i pójdzie, jak pójd  inni z 

krzykiem i furkotaniem chor giewek. M oda krew gra jak tr bka, cho  powiew nocny j  

ch odzi. Ale ju  wita,  wita! Noc blednie: z cienia wychylaj  si  lasy, zarola, szereg 

cha up, m yn, topole. Studnie skrzypi , jakby blaszana chor giewka na wiey. Jaka ta 

ziemia kochana, liczna w róowych blaskach jutrzni! Oj, jedyna, jedyna!

Cicho! Czujna wideta s yszy, e si  kto zblia. Zapewne id  zluzowa  warty.

Nagle jaki g os rozlega si  nad Skawiskim:

— Hej, stary! Wstawajcie. Co to wam?

Stary otwiera oczy i patrzy ze zdziwieniem na stoj cego przed sob  cz owieka. Resztki 

snu widze walcz  w jego g owie z rzeczywistoci . Wreszcie widzenia bledn  i nikn . 

Przed nim stoi Johns, stranik portowy.

— Co to? — pyta Johns — Chorzycie?

— Nie.

background image

— Nie zapalilicie latarni. Pójdziecie precz ze s uby.  ód z San–Geromo rozbi a si na 

mielinie, szczciem, nikt nie uton ; inaczej poszlibycie pod s d. Siadajcie ze mn , 

reszt us yszycie w konsulacie.

Stary poblad : istotnie nie zapali  tej nocy latarni.

W kilka dni póniej widziano Skawiskiego na pok adzie statku id cego z Aspinwall do 

New Yorku. Biedak straci  posad. Otwiera y si przed nim nowe drogi tu actwa; wiatr 
porywa  znowu ten li , by nim rzuca  po l dach i morzach, by si nad nim znca  do 

woli. Tote stary przez te kilka dni posun  si bardzo i pochyli ; oczy mia  tylko 

b yszcz ce. Na nowe za drogi ycia mia  take na piersiach swoj  ksi k, któr  od czasu 

do czasu przyciska  rk , jakby w obawie, by mu i ona nie zgin a…