background image

 
 

Meg Cabot 

Ś

LEDZTWO NUMER 

XXL 

 
 
Przekład EDYTA JACZEWSKA 
Tytuł oryginału 
Size 14 Is Not Fat Either 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
AMBER 
 
 
 
 
 

background image


Seksowny chłopiec za barem 
Napełnia filiżankę. 
Pyta: „Coś oprócz kawy?” 
Zamiast mnie wziąć 
na randkę. 
 
Chłopiec za barem 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Facet za kontuarem przygląda mi się. Serio. 
I jest seksowny. Tak seksowny, jak to się zdarza dwudziestojednoletnim 
Chłopcom  za  Barem.  Założę  się,  że  gra  na  gitarze.  Założę  się,  że 
przesiaduje  wieczorami  o  wiele  za  długo  i  brzdąka  sobie,  zupełnie  jak 
ja.  Widzę  to  po  tych  lekko  podkrążonych  zielonych  oczach  i  długich 
rzęsach,  i  po  kręconych  jasnych  włosach,  które  sterczą  mu,  potargane, 
na  całej  głowie.  Jakby  dopiero  co  wstał  z  łóżka. Nie  miał  czasu  wziąć 
prysznica przed pracą, tak się zapomniał przy gitarze. Zupełnie jak ja. 
-  Co  dla  pani?  -  pyta.  Ale  z  jakim  spojrzeniem!  Ze  spojrzeniem,  które 
wyraźnie mówi: „Podobasz mi się”. 
Wiem, że to ja mu się podobam, bo nie ma za mną żadnej kolejki. 
A  dlaczego  nie  miałabym  mu  się  podobać?  Wyglądam  nieźle.  To 
znaczy,  przynajmniej  te  fragmenty  mnie,  które  wystają  spod  ciężkiego 
zimowego  ubrania.  Rzecz  jasna  umalowałam  dziś rano  rzęsy  i  podkład 
też  nałożyłam  (w  przeciwieństwie  do  Chłopca  za  Barem  wolę 
maskować cienie pod oczami). A kurtka ukrywa te dwa - no dobra, pięć 
- kilo, które mi przybyły w czasie świąt. No bo kto by  liczył kalorie w 
Boże  Narodzenie?  Albo  w  Nowy  Rok?  Albo  po  Nowym  Roku,  kiedy 
wszystkie  świąteczne  słodkości  są  wyprzedawane  za  bezcen?  Na 
powrót  do  formy  przed  sezonem  na  kostium  kąpielowy  zostało 
mnóstwo czasu. 
I okay,  powtarzam  sobie  to  samo  co  rok  od  jakichś  pięciu  czy  sześciu 
lat,  a  nadal  ani  razu  nie  spróbowałam  doprowadzić  się  do  formy  na 
sezon  na  kostiumy  kąpielowe.  Ale  kto  wie?  Może  w tym  roku...  Mam 
dwa  dni  urlopu  -  tyle  mi  się  zebrało  od  czasu,  kiedy  w  październiku 
zaczęłam  okres  próbny.  Mogłabym  sobie  skoczyć  do  Cancun.  No 
dobra, tylko na weekend. Ale zawsze. 

background image

I  co  z  tego,  że  jestem  jakieś  pięć  -  no,  może  osiem  -  lat  starsza  niż 
Chłopiec za Barem? Nadal mam w sobie to coś. Najwyraźniej. 
- Poproszę grande café  mocha -  mówię.  Wcale  nie przepadam za kawą 
ze  spienionym  mlekiem,  z  dodatkiem  bitej  śmietany,  ale  to  w  końcu 
pierwszy  dzień  letniego  semestru  (Letniego?  To  chyba  żart!)  i  na 
dworze  jest  naprawdę  zimno,  niedługo  zresztą  spodziewamy  się  burzy 
śnieżnej, a Cooper wyszedł dziś rano (udając się w nieznanym kierunku 
jak  zwykle)  i  nie  nastawił  przed  wyjściem  ekspresu  do  kawy,  a  moja 
suka Lucy nie chciała wyjść na dwór, bo jest mróz, więc pewnie znajdę 
zostawioną  przez  nią  śliczną  niespodziankę,  kiedy  już wrócę do  domu. 
Ja  naprawdę  potrzebuję  czegoś,  co  mnie  postawi  na  nogi  i  pozwoli  mi 
przestać się nad sobą użalać. 
Poza tym, rozumiecie, skoro już wywalam pięć dolców na kawę, niech 
to przynajmniej będzie coś ekstra. 
-  Jedna grande  mocha,  robi  się  -  mówi  Chłopiec  za  Barem  i wykonuje 
filiżanką  jedną  z  tych  sztuczek.  No  wiecie,  obraca  ją,  jakby  filiżanka 
była coltem, a on rewolwerowcem z westernu. 
Och,  tak.  On  na  pewno  gra  na  gitarze.  Ciekawe,  czy  siedzi  i  pisze 
piosenki, wiedząc,  że  nigdy  się  nie  zdobędzie  na  publiczny występ  jak 
ja? Ciekawe, czy jak ja też nie jest pewien własnego talentu? 
Nie, on miałby dość odwagi, żeby z gitarą wystąpić przed tłumem ludzi 
i zaśpiewać własne utwory. No bo tylko na niego popatrzcie. 
- Sojowe czy odtłuszczone? - pyta. 
O  Boże,  nie  mogę  stawić  czoła  pierwszemu  dniu  pracy  po  feriach  na 
odtłuszczonym mleku. A już sojowe? Sojowe?! 
-  Pełnotłuste  mleko,  proszę.  -  Zrehabilituję  się  później.  Na  lunch  zjem 
tylko  kurczaka  z  parmezanem  i  sałatkę,  i  może  tylko  jedną  łyżkę 
niskokalorycznego mrożonego jogurtu... 
Mmm, chyba że  Magda  zadbała  o  kolejną  dostawę  batonów lodowych 
Dove... 
-  Wie  pani  co?  -  mówi  Chłopak  za  Barem.  -  Pani  twarz  jest  jakaś 
znajoma... 
- Och! - Rumienię się z radości. Pamięta mnie! Dziennie musi widywać 
setki,  jak  nie  tysiące  spragnionych  kofeiny  nowojorczyków,  a  on 
pamięta mnie! Na szczęście na dworze jest tak zimno, a tu w środku tak 
ciepło,  że  moje  czerwone  policzki  da  się  łatwo  wytłumaczyć  tym,  że 
zgrzałam się w kurtce, a nie tym, że się rozkleiłam, bo mnie zapamiętał. 

background image

- Cóż, mieszkam i pracuję w sąsiedztwie. Ciągle tu przychodzę. 
- Co jest nie  do końca  prawdą,  bo  narzucam  sobie  dość rygorystyczny 
budżet (z powodu żałośnie  małej pensji); kawa z pianką zdecydowanie 
się  w  nim  nie  mieści.  Zresztą  darmową  kawę  mogę  sobie  zawsze  brać 
ze stołówki. 
Ale nie dodają do niej syropu mocha. Ani bitej śmietany. Próbowaliśmy 
trzymać  pojemniki  z  bitą  śmietaną  w  stołówce,  ale  studenci  ciągle  je 
podbierali i wstrzykiwali sobie bitą śmietanę prosto do gardeł. 
-  Nie  -  mówi  Chłopiec  za  Barem,  potrząsając  swoją  tak  słodko 
rozczochraną czupryną. - Nie o to chodzi. Czy mówił ktoś pani, że jest 
pani bardzo podobna do Heather Wells? 
Odbieram  od  niego  swoją  kawę.  Oczywiście, to jest  zawsze ten  trudny 
moment. Co mam powiedzieć? „Tak, bo... ja  jestem Heather Wells” - i 
ryzykować,  że  mnie  zaprosi  na  randkę  tylko  dlatego,  że  jego  zdaniem 
nadal mam jakieś związki z przemysłem muzycznym (co jest kompletną 
nieprawdą;  jako że prześladuje  mnie  lęk, że zostanę wygwizdana przez 
widownię)? 
Czy mam  się po prostu roześmiać  i powiedzieć: „Nie, a dlaczego?” Bo 
co będzie potem, kiedy  zaczniemy  się  już spotykać, a on odkryje, że  ja 
rzeczywiście jestem Heather Wells? Pewnie przez jakiś czas udałoby mi 
się to  utrzymać  w  tajemnicy,  ale  w  końcu  się  dowie,  jak  się  naprawdę 
nazywam.  Na  przykład,  kiedy  będziemy  przechodzić  przez  odprawę 
celną,  wracając  z  Cancun.  Albo  kiedy  będziemy  podpisywać  akt 
małżeństwa... 
Więc koniec końców mówię: 
- Naprawdę? 
- Jasne. To znaczy, gdyby była pani szczuplejsza - dodaje z uśmiechem 
Chłopiec za Barem. - Proszę, pani reszta. Miłego dnia! 
W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  całe  miasto  przygotowuje  się  na 
zapowiadaną burzę śnieżną - ciężarówki pełne soli i piasku przedzierają 
się  wzdłuż  Dziesiątej  ulicy,  po  drodze  obłamując  gałęzie  drzew,  w 
sklepach  spożywczych  już  brakuje  pieczywa  i  mleka,  a  telewizja  bez 
przerwy  pokazuje  ostrzegawcze  komunikaty  pogodowe  -  natomiast 
dilerzy  narkotyków  nadal  w  pełnym  składzie  oblegają  Washington 
Square Park i jego okolice. 
Moim  zdaniem  to  dowodzi,  że  rdzenni  Amerykanie  mogą  się  nadal 
bardzo wiele nauczyć od ciężko pracujących imigrantów. 

background image

O,  tam  właśnie  ich  widać,  stoją  na  chodniku  w  swoich  parkach  Perry 
Ellis i popijają sobie własne mochaccinos. Ponieważ dziś rano w każdej 
chwili mogą wystąpić znaczne - przynajmniej jak na Nowy Jork - opady 
śniegu,  na  ulicy  jest  bardzo  niewielu  przechodniów,  ale  ci,  którzy  się 
pojawiają, witani są pogodnymi propozycjami nabycia sensimilli. 
I  okay,  te  propozycje  spotykają  się  z  jednogłośnymi  odmowami.  Ale 
kiedy  dilerzy  zauważają,  że  wlokę  się  ponuro  w  ich  stronę,  zaczynają 
uprzejmie wykrzykiwać listę swoich towarów, żeby mnie zachęcić. 
Roześmiałabym  się,  gdybym  nadal  nie  była  tak  nabzdyczona  ze 
względu  na  Chłopca  za  Barem.  Poza  tym,  ile  razy  wyjdę  za  próg 
mojego  domu,  natykam  się  na  tych  facetów.  Zdaje  się,  że  zupełnie  im 
nie  przeszkadza,  że  jeszcze  nigdy  nic  od  nich  nie  kupiłam.  Wzruszają 
tylko  ramionami,  jakbym  kłamała,  czy  coś,  kiedy  im  tłumaczę,  że 
najsilniejsza substancja stymulująca, jaką ostatnio zażywam, to kofeina. 
Niestety. 
A  przecież  wcale  nie  kłamię.  Szczyt  mojej  skłonności  do  rozpusty  to 
piwo od czasu do czasu. 
Piwo light, oczywiście. Przecież dziewczyna musi uważać na figurę. 
-  No  i  co  ty  na  ten  cały  biały  puch,  który  ma  nas  niedługo  zasypać, 
Heather? - pyta mnie z uprzejmą troską jeden z dilerów, przemiły gość 
Reggie, stojący o kilka kroków dalej od reszty swoich rodaków. 
-  Wolę  biały  puch  z  nieba  niż  ten,  którym  handlujesz  ty  i  ci  twoi 
szemrani  kolesie,  Reggie  -  odwarkuję,  czym  sama  jestem  zdumiona. 
Boże,  co  się  ze  mną  dzieje?  Zwykle  jestem  nadzwyczaj  grzeczna  dla 
Reggiego  i  jego  kolegów.  Nie  opłaca  się  zadzierać  z  miejscowym 
dilerem. 
Ale  zwykle  nie  bywam  też  nazywana  tłuściochem  przez  swoich 
ulubionych Chłopców za Barem. 
- Hej, kotku. - Reggie ma urażoną minę. - Po co ta agresja? 
Ma  absolutną  rację.  Nie  powinnam  nazywać  Reggiego  i  jego  kumpli 
szemranymi  kolesiami,  podczas  gdy  tych  różnych  panów  w  średnim 
wieku  trzęsących  przemysłem  tytoniowym  określa  się  mianem 
senatorów. 
- Przepraszam cię, Reggie - mówię od serca. - Masz rację. Tyle że to już 
dziewięć  miesięcy,  jak  próbujecie  mnie  nagabywać  tuż  przed  moimi 
frontowymi  drzwiami,  a  ja  przez  cały  ten  czas  powtarzałam  wam,  że 
nie, dziękuję.  Czego ty  oczekujesz? Że  z  dnia  na  dzień zamienię się  w 

background image

rozpasaną kokainistkę? No, dajże spokój. 
-  Heather!  -  wzdycha  Reggie,  spoglądając  w  stronę  ciężkich  szarych 
chmur  wiszących  nisko  na  niebie.  -  Jestem  człowiekiem  interesu.  Jaki 
byłby ze mnie biznesmen, gdybym pozwolił przejść obok takiej młodej 
kobiecie jak ty, borykającej się z niezwykle trudnym okresem w swoim 
życiu, i nie spróbował zainteresować jej swoją ofertą? 
I  żeby  pokazać,  o  co  mu  chodzi,  Reggie  wyjmuje  egzemplarz  „New 
York  Post”,  który  trzymał  wetknięty  pod  ramię,  i  otwiera  gazetę  na 
pierwszej  stronie.  A  tam,  wielką  na  pięć  centymetrów  czcionką 
wrzeszczy  nagłówek: „Znów razem!”, a pod spodem  jest czarno - białe 
zdjęcie  mojego byłego narzeczonego, który trzyma za rękę księżniczkę 
muzyki pop, Tanię Trace, z którą raz się ma żenić, a raz rozstaje. 
-  Reggie -  mówię,  biorąc  pokrzepiający  łyk  swojej  café  mocha.  Ale  to 
tylko  dlatego,  że  tak  mi  zimno.  Właściwie  kawa  wcale  mi  już  nie 
smakuje,  bo  została  skażona  dotykiem  Chłopca  za  Barem.  No  cóż, 
może  jeszcze  na  tę  bitą  śmietanę  mam  ochotę.  Bo  ona  jest  w  zasadzie 
zdrowa.  Przecież  to  nabiał.  A  nabiał  stanowi  ważną  część  dobrze 
zbilansowanego śniadania. 
- Czy  ty  naprawdę sądzisz,  że  ja  przez  cały  dzień siedzę  i  marzę,  żeby 
się  znów  zejść  z  moim  byłym?  Bo  nic  nie  może  być  odleglejsze  od 
prawdy. 
Skoro  już  o tym  mówimy,  przez  cały  dzień  to ja  siedzę  i  marzę,  że się 
schodzę  z  bratem  mojego  byłego,  który  nadal  uparcie  pozostaje 
niewrażliwy na moje wdzięki. 
- Wybacz mi, Heather - powiada Reggie, znów zwijając gazetę. 
-  Pomyślałem,  że  wolałabyś  wiedzieć.  Dziś  rano  na  New  York  One 
powiedzieli,  że  ślub  jest  nadal  aktualny  i  ma  się  odbyć  w  kościele 
Świętego Patryka w tę sobotę, a wesele zrobią w Plaza. 
Wybałuszam na niego oczy. 
- Reggie. - Jestem oszołomiona. - Ty oglądasz New York One? Reggie 
robi nieco urażoną minę. 
- Jak każdy nowojorczyk, zanim wyjdę do pracy, sprawdzam prognozę 
pogody. 
Wow. To po prostu słodkie. Sprawdza pogodę, zanim wyjdzie do pracy 
handlować prochami na rogu mojej ulicy! 
-  Reggie,  przyjmij  moje  przeprosiny.  Doceniam  twoje  zawodowe 
poświęcenie.  Nie  tylko  nie  pozwalasz,  żeby  warunki  atmosferyczne 

background image

przeszkodziły ci w pracy, ale na dodatek jesteś  na bieżąco, jeśli chodzi 
o miejscowe plotki. Bardzo proszę, możesz nadal  usiłować sprzedawać 
mi narkotyki. 
Reggie  w  uśmiechu  prezentuje  wszystkie  zęby,  z  których  wiele  nosi 
kosztowne, złote koronki. 
-  Dziękuję,  kochana  -  powiada,  jakbym  właśnie  obdarzyła  go  jakimś 
wielkim komplementem. 
Oddaję  uśmiech,  a  potem  brnę  dalej  w  stronę  biura.  Chociaż  nie 
powinnam  narzekać.  Mam  przecież  blisko  do  pracy,  a  to  zaleta,  bo 
miewam kłopoty z porannym wstawaniem. Gdybym mieszkała na Park 
Slope  albo  Upper  West  Side,  czy  gdzieś,  i  musiała  codziennie 
dojeżdżać  do  pracy  metrem  -  to  by  dopiero  było  wyzwanie.  Chyba 
naprawdę  mam  szczęście.  To  znaczy,  prawie  mnie  nie  stać  na  café 
mocha,  a  dzięki  tym  wszystkim  świątecznym  imprezom,  na  które  się 
wybrałam,  nie  mieszczę  się  już  w  moje  sztruksy  ze  streczem  w 
rozmiarze XL, chyba że pod spodem mam parę obciskających majtek. 
I  dobra,  mój  były  narzeczony  ma  się  niedługo  ożenić  z  osobą  z  listy 
pięćdziesięciu Najpiękniejszych Ludzi Świata  magazynu  „People”, a ja 
nawet nie  mam  własnego  samochodu,  nie  wspominając  już o  własnym 
domu. 
Ale przynajmniej  mogę  mieszkać za darmo w zabójczym apartamencie 
na  ostatnim  piętrze  kamienicy,  o  dwie  przecznice  od  swojego  miejsca 
pracy, i to w najfajniejszym mieście świata. 

niech 

będzie, 

wzięłam 

tę 

pracę 

zastępczyni 

kierownika 

administracyjnego jednego z akademików Uniwersytetu Nowojorskiego 
po to, żeby uzyskać zwolnienie z czesnego i wreszcie zdobyć  licencjat, 
do którego kłamliwie się przyznawałam w swoim CV. 
I  owszem,  zgadza  się,  mam  trochę  kłopotów  z  dostaniem  się  na 
Wydział  Nauk  Humanistycznych  i  Ścisłych,  bo  wyniki  testów  SAT 
miałam  tak  mizerne,  że  dziekan  nie  chce  mnie  przyjąć,  dopóki  nie 
odbędę  -  i  nie  zaliczę  -  wyrównawczego  kursu  z  matematyki,  chociaż 
wyjaśniałam  jej,  że  robię  całą  rachunkowość  dla  pewnego  uroczego 
prywatnego  detektywa  i  nigdy  jeszcze  nie  popełniłam  w  tych 
rachunkach żadnego błędu, którego byłabym świadoma. 
Ale nie  ma sensu oczekiwać, że pozbawiona uczuć biurokracja - nawet 
taka,  dla  której  się  pracuje  -  potraktuje  cię  jako  indywidualny 
przypadek. 

background image

No i tak to  wygląda  -  mając  prawie  dwadzieścia  dziewięć  lat,  będę  się 
po  raz  pierwszy  w  życiu  uczyła  rozwiązywać  równania  z  jedną 
niewiadomą  (i  pozwólcie  mi  tylko  nadmienić,  że  mam  poważny 
problem,  usiłując  sobie  wyobrazić  sytuację,  w  której  ta  wiedza  mi  się 
faktycznie do czegoś przyda). 
I dobra, do późnej nocy siedzę i piszę piosenki, chociaż za żadne skarby 
nie  mogłabym  się  zdobyć  na  odwagę,  żeby  gdzieś  z  nimi  wystąpić 
przed ludźmi. 
Droga  do  pracy  zajmuje  mi  wprawdzie  dwie  minuty, a  mogę też  sobie 
od  czasu  do  czasu  popatrzeć  na  mojego  gospodarza  i  szefa,  w  którym 
się potężnie podkochuję, kiedy w samym ręczniku przemyka z  łazienki 
do pralni, żeby znaleźć jakąś czystą parę dżinsów. 
Więc życie nie jest aż tak złe. Mimo Chłopca za Barem. 
Z  drugiej  strony,  mieszkanie  tak  blisko  miejsca  pracy  ma  też  swoje 
wady.  Na  przykład  ludzie  bez  żadnych  oporów  dzwonią  do  mnie  do 
domu  w  jakichś  banalnych  sprawach,  jak  zapchana  toaleta  czy  skarga 
na  hałaśliwego  sąsiada.  Zupełnie  jakbym  mieszkając  dwie  przecznice 
dalej, mogła tam przychodzić o każdej porze dnia i nocy i zajmować się 
sprawami,  które  powinien  załatwiać  mój  mieszkający  na  terenie 
akademika szef. 
Ale i tak lubię swoją pracę. Lubię  nawet swojego nowego szefa, Toma 
Snellinga. 
Dlatego też, kiedy tego ranka wchodzę do Fischer Hall i przekonuję się, 
że Toma jeszcze nie ma w biurze, ogarnia mnie lekka irytacja - i to nie 
dlatego, że nie ma tu nikogo, kto by docenił, że udało mi się zdążyć do 
pracy przed dziewiątą trzydzieści. Nikogo, poza Pete'em, pracownikiem 
ochrony,  który  wisi  na  telefonie,  usiłując  dodzwonić  się  do 
wychowawcy  jednego  ze  swoich  licznych  dzieci,  żeby  się  dowiedzieć, 
dlaczego zostało zatrzymane w szkole po lekcjach. 
I  jest  chyba  za  kontuarem  recepcji  któraś  z  zatrudnionych  u  nas 
studentek.  Ale  nawet  nie  spojrzała  na  mnie,  kiedy  koło  niej 
przechodziłam,  tak  ją  pochłonął  egzemplarz  „US  Weekly”,  który 
podkradła z pojemnika na przychodzącą pocztę (na okładce jest Jessica 
Simpson.  Znowu.  Ona  i  Tania  Trace  idą  łeb  w  łeb  w  tym  wyścigu  do 
tegorocznego tytułu Ulubienicy Brukowców). 
Dopiero  kiedy  skręcam  za  róg  i  mijam  windy,  zauważam  kolejkę 
studentów  przed  drzwiami  biura  kierownictwa  administracyjnego 

background image

akademika.  I  dociera  do  mnie  z  opóźnieniem,  że  pierwszy  dzień 
letniego  semestru  to  także  pierwszy  dzień,  kiedy  mnóstwo  dzieciaków 
wraca  po  przerwie  świątecznej  -  te,  które  nie  zostały  w  akademiku  (to 
znaczy  domu  studenckim),  żeby  imprezować  aż  do  rozpoczęcia  zajęć 
właśnie dzisiaj, w dzień po święcie Martina Luthera Kinga. 
A  kiedy  Cheryl  Haebig  -  studentka  drugiego  roku  Uniwersytetu 
Nowojorskiego, która desperacko chce zamienić się z kimś na pokój, bo 
jest pełną życia czirliderką, a jej obecną współlokatorką jest fanka rocka 
gotyckiego,  która  nie  cierpi  szkolnego  ducha  we  wszystkich  jego 
przejawach, a poza tym  jako domowe zwierzątko trzyma w pokoju boa 
dusiciela  -  podrywa  się  ze  służbowej  niebieskiej  kanapy  stojącej  pod 
drzwiami mojego gabinetu i woła: „Heather!” - wiem, że dziś rano będę 
miała urwanie głowy. 
Dobrze,  że  mogę  się  trochę  podtrzymać  na  duchu  swoją  grande  café 
mocha. 
Inni  studenci  -  z  których  każdego  znam  osobiście,  bo  już  bywali  w 
moim  biurze  z  powodu  konfliktów  ze  współlokatorami -  gramolą  się  z 
zimnej marmurowej posadzki,  na której siedzieli, czekając na  mnie, bo 
kanapa  jest  tylko  dwuosobowa.  Wiem,  na  co  czekali.  Wiem,  czego 
chcą. 
I to nie będzie nic przyjemnego. 
-  Ludzie,  słuchajcie  -  mówię,  wyciągając  klucz  do  gabinetu  z  kieszeni 
kurtki.  -  Mówiłam  wam.  Żadnych  zamian  na  pokoje,  dopóki  nie 
wprowadzą  się  wszyscy  studenci,  którzy  przyjeżdżają  na  wymianę. 
Potem się zobaczy, co zostało. 
-  To  nie  w  porządku!  -  woła  chudy  facecik  z  wielkimi  plastikowymi 
kółkami  w  uszach.  -  Dlaczego  ci  durni  studenci  z  wymiany  mają 
zaklepane wszystkie wolne miejsca? My tu byliśmy pierwsi. 
-  Przykro  mi  -  dodaję.  I  naprawdę  mi  przykro,  bo  gdybym  po  prostu 
mogła  ich  wszystkich  poprzenosić,  nie  musiałabym  już  wysłuchiwać 
tych  jęków.  -  Ale  będziecie  musieli  zaczekać,  dopóki  oni  wszyscy  się 
nie  wprowadzą.  Potem,  jeśli  jakieś  miejsca  zostaną,  możemy  was  tam 
przenieść. Więc jeśli poczekacie do przyszłego poniedziałku, kiedy  już 
będziemy wiedzieli, kto się wprowadził, a kto zrezygnował... 
Przerywa mi zbiorowy jęk. 
-  Do  przyszłego  poniedziałku  to  ja  nie  przeżyję  -  jeden  ze  studentów 
zapewnia innego. 

background image

- Albo mój współlokator nie przeżyje - odpowiada tamten. - Bo ja go do 
tego czasu zabiję. 
-  Żadnego  mordowania  współlokatorów  -  oświadczam,  otworzywszy 
wreszcie drzwi biura. - Ani żadnych samobójstw. Ludzie, dajcie spokój. 
To tylko jeszcze jeden tydzień. 
Większość  wynosi  się,  narzekając  pod  nosem.  Tylko  Cheryl  nie 
odchodzi  i energicznie wkracza za  mną do gabinetu. Widzę, że ciągnie 
za sobą jakąś dziewczynę wyglądającą jak szara myszka. 
-  Heather.  Cześć.  Posłuchaj,  pamiętasz,  jak  mówiłaś,  że  jeśli  znajdę 
kogoś, kto będzie chciał się ze mną zamienić na miejsce, to będę mogła 
się  przenieść?  No  cóż,  znalazłam  kogoś.  To  współlokatorka  mojej 
przyjaciółki  Lindsay,  Ann.  Powiedziała,  że  zamieni  się  ze  mną  na 
miejsce. 
Ściągnęłam  już  z  siebie  kurtkę,  którą  wieszam  na  stojącym  niedaleko 
wieszaku. Wreszcie opadam na krzesło za swoim biurkiem i spoglądam 
na  Ann,  która  chyba  jest  przeziębiona,  wnioskując  ze  sposobu,  w  jaki 
siąka nosem  w  chusteczkę.  Podsuwam  jej  pudełko,  które trzymam  pod 
ręką, w razie gdyby rozlała mi się cola light. 
-  Chcesz  zamienić  się  na  pokoje  z  Cheryl?  -  pytam  ją,  żeby  się 
zwyczajnie  upewnić.  Trudno  mi  sobie  wyobrazić  kogoś,  kto  miałby 
ochotę  zamieszkać  z  osobą,  która  pomalowała  swoją  część  pokoju  na 
czarno. 
No  ale  współlokatorkę  Cheryl  pewnie  wkurza  to,  że  pokój  po  stronie 
Cheryl  udekorowany  jest  aż  tyloma  stokrotkami,  symbolem  drużyny 
Uniwersytetu Nowojorskiego. 
- Chyba tak - bąka Ann. 
-  Ona  chce  -  zapewnia  mnie  pogodnie  Cheryl.  -  Prawda,  Ann?  Ann 
wzrusza ramionami. 
- Chyba tak - powtarza. 
Zaczynam odnosić wrażenie, że Ann jest do zgody na tę zmianę miejsc 
przymuszana. 
- Ann, czy ty znasz współlokatorkę Cheryl, Karly? Wiesz, że ona, eee... 
Lubi czerń? 
- Och! - mówi Ann. - Tak. Gotycki rock. Wiem. Nie ma sprawy. 
-  A...  -  Waham  się  przed  poruszaniem  tego  tematu.  -  O  tym  wężu 
wiesz? 
- A co  mi tam. No bo - zerka w stronę Cheryl - bez obrazy i tak dalej. 

background image

Ale wolę mieszkać z wężem niż z czirliderką. 
Cheryl,  jak  najdalsza  od  obrażania  się,  spogląda  na  mnie 
rozpromieniona. 
-  Widzisz?  To  możemy  teraz  odwalić  te  papierkowe  formalności 
związane  z  przeprowadzką?  Bo  mój  tata  tu  jest,  żeby  pomóc  mi  się 
przenieść,  a  chce  wracać  do  New  Jersey,  zanim  ta  burza  śnieżna  się 
zacznie. 
Wyciągam  formularze  i  łapię  się  na  tym,  że  wzruszam  ramionami 
zupełnie jak Ann - to trochę zaraźliwe. 
-  Okay.  -  Podaję  im  papiery,  które  muszą  wypełnić,  żeby  się  mogły 
zamienić  pokojami.  Kiedy  dziewczyny  -  Cheryl  półprzytomna  z 
ekscytacji,  Ann  zdecydowanie  spokojniejsza  -  kończą  wypełniać 
formularze  i wychodzą, przeglądam druki sprawozdań z ostatniej  nocy. 
W  Fischer  Hall  przez  całą  dobę  dyżuruje  ochrona,  studenci  w  recepcji 
na  dole  i  opiekunowie  pięter,  czyli  studenci  ostatnich  lat,  którzy  w 
zamian  za  bezpłatne  mieszkanie  i  wyżywienie  funkcjonują  jako  coś  w 
rodzaju  nianiek  dla  każdego  z  dwudziestu  pięter  akademika.  Wszyscy 
na  koniec  dyżuru  wypełniają  takie  raporty,  a  moim  zadaniem  jest 
załatwianie opisanych w nich spraw. Dzięki temu miewam interesujące 
poranki. 
Raporty  obejmują  pełne  spektrum  problemów  -  od  niedorzecznych  do 
banalnych.  Na  przykład  ostatniej  nocy  z  okna  któregoś  z  wysokich 
pięter  zrzucono  sześć  litrowych  butelek  piwa  na  dach  taksówki 
przejeżdżającej  ulicą.  Przyjechali  gliniarze  z  Szóstego  Komisariatu  i 
parę  razy  biegali  na  górę  i  na  dół  po  schodach,  bezskutecznie  usiłując 
się dowiedzieć, kto się tak zabawiał. 
Z  drugiego  krańca  spektrum  -  ktoś  z  recepcji  zgubił  czyjś  kompakt 
Columbia  House  CD  of  the  Month,  co  wywołało  spore  zamieszanie. 
Jeden z pracowników  studentów  z  powagą  donosi,  że mieszkanka  jego 
piętra kilkakrotnie trzasnęła drzwiami swojego pokoju, wołając: „Jak ja 
nienawidzę tego miejsca!” Pracownik sugeruje skierowanie studentki na 
konsultacje w poradni psychologicznej. 
Kolejny raport informuje o niewielkiej awanturze, jaka wybuchła, kiedy 
pracownik  stołówki  skarcił  studenta  za  to,  że  próbował  wcisnąć 
minipizzę do tostera do grzanek. 
Kiedy  dzwoni  mój  telefon,  rzucam  się  do  słuchawki,  wdzięczna  za 
każdą  odmianę.  Kocham  swoją  pracę,  naprawdę.  Ale  trzeba  przyznać, 

background image

że nie zmusza mnie ona do zbyt wielkiego intelektualnego wysiłku. 
-  Fischer  Hall,  mówi  Heather,  w  czym  mogę  pomóc?  -  Moja  dawna 
szefowa,  Rachel,  miała  bardzo  surowe  zasady  co  do  sposobu,  w  jaki 
powinnam  odbierać  telefony.  Chociaż  Rachel  już  tu  z  nami  nie  ma, 
trudno się pozbyć raz utrwalonych nawyków. 
- Heather? - W tle słyszę syrenę karetki. - Heather, to ja, Tom. 
-  O,  cześć  Tom.  -  Zerkam  na  zegarek.  Dziewiąta  dwadzieścia.  Tak! 
Byłam  w  biurze,  kiedy  zadzwonił!  I  jeśli  nie  punktualnie,  to 
przynajmniej przed dziesiątą. - Gdzie jesteś? 
- W St.  Vincent's.  -  W  głosie  Toma  słyszę  znużenie.  Praca kierownika 
administracyjnego jednego z akademików Uniwersytetu Nowojorskiego 
jest  szalenie  trudna.  Człowiek  musi  się  opiekować  prawie  siedmiuset 
studentami studiów licencjackich, z których większość, poza wyjątkiem 
letnich  obozów  albo  może  jakimś  czasem  spędzonym  w  szkole  z 
internatem,  nigdy  przedtem  w  swoim  życiu  nie  przebywała  przez 
dłuższy okres z dala od domu, a co dopiero mówić o dzieleniu łazienki 
z  inną  istotą  ludzką.  Studenci  przychodzą  do Toma  z  najrozmaitszymi 
problemami:  konflikty  ze  współlokatorami,  kłopoty  na  studiach, 
tarapaty  finansowe,  kryzysy  tożsamości  seksualnej...  -  Tom  zajmował 
się już wszystkim, co sobie tylko można wyobrazić. 
A  jeśli  któryś  z  mieszkańców  zachoruje  lub  się  zrani,  obowiązkiem 
kierownika  administracyjnego  jest  zadbać,  żeby  otrzymał  właściwą 
opiekę.  Nie  trzeba  zatem  dodawać,  że  Tom  sporo  czasu  spędza  w 
szpitalnych  izbach  przyjęć,  zwłaszcza  w  weekendy,  bo  wtedy 
większość studentów organizuje popijawy. A robi to wszystko - jest do 
dyspozycji  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  przez  trzysta 
czterdzieści 

trzy 

dni 

roku 

(wszystkim 

pracownikom 

administracyjnym 

Uniwersytetu 

Nowojorskiego 

przysługują 

dwadzieścia dwa dni urlopu) - za niewiele więcej niż zarabiam  ja, plus 
darmowe mieszkanie z utrzymaniem. 
Hej,  czy  trudno  się  dziwić,  że  moja  poprzednia  szefowa  wytrzymała 
zaledwie parę miesięcy? 
Ale  Tom  wydaje  się  dość  zrównoważony.  To  znaczy  na  tyle,  na  ile 
zrównoważony może być były liniowy obrońca Texas A&M University 
o  wzroście  stu  osiemdziesięciu  siedmiu  centymetrów  i  wadze  stu 
kilogramów,  którego  ulubionym  filmem  są  Małe  kobietki  i  który 
przeniósł  się  do  Nowego  Jorku,  żeby  móc  się  wreszcie  ujawnić  ze 

background image

swoją orientacją seksualną. 
-  Posłuchaj,  Heather  -  mówi  Tom  zmęczonym  głosem.  -  Nie  ruszę  się 
stąd  jeszcze  przez  przynajmniej  parę  godzin.  Wczoraj  wieczorem 
mieliśmy dwudzieste pierwsze urodziny. 
-  Oho!  -  Obchody  dwudziestych  pierwszych  urodzin  to  te  najgorsze. 
Nieodmiennie zaproszeni na urodziny goście oczekują od nieszczęśnika 
osiągającego  wiek  dojrzałości  wypicia  dwudziestu  jeden pięćdziesiątek 
wódki,  jedna  po  drugiej.  Ponieważ  organizm  ludzki  nie  jest  w  stanie 
uporać  się  z  taką  ilością  alkoholu  w  tak  krótkim  czasie,  w  większości 
przypadków  nasz  student  kończy  wieczór  urodzin  na  izbie  przyjęć 
jednego z pobliskich szpitali. Fajnie, nie? 
- Przykro mi cię o to prosić - ciągnie Tom - ale czy mogłabyś przejrzeć 
mój  kalendarz  i  poprzekładać  wszystkie  przesłuchania  naszych 
delikwentów, które mam zaplanowane na dzisiejsze przedpołudnie? Nie 
wiem  jeszcze,  czy  przyjmą  tego  chłopaka  na  oddział, czy  nie,  a  on nie 
chce zadzwonić do swoich rodziców... 
- Nie ma sprawy - mówię. - Ile czasu tam siedzisz? 
-  Wypił  tylko  siedem,  zanim  urwał  mu  się  film.  -  Tom  wzdycha  ze 
świstem. - Więc gdzieś tak od północy. Straciłem już poczucie czasu. 
-  Jeśli  chcesz,  przyjadę  cię  zmienić.  -  Kiedy  student  jest  na  izbie 
przyjęć,  ale  nie  biorą  go  na  oddział,  władze  Uniwersytetu 
Nowojorskiego uważają, że ktoś z pracowników administracji powinien 
z  nim  tam  siedzieć  cały  czas.  Nie  możesz  nawet  pójść  do  domu,  żeby 
wziąć  głupi  prysznic,  chyba  że  pojawi  się  ktoś  inny,  kto  cię  w  tym 
czasie zastąpi. Uniwersytet Nowojorski  nie zostawia  swoich studentów 
w  szpitalnych  izbach  przyjęć  własnemu  losowi.  Chociaż  często  się 
zdarza,  że  taki  student  wypisuje  się  i  nawet  nie  zawraca  sobie  głowy 
zawiadomieniem  cię  o  tym,  więc  siedzisz  tam  i  z  dobrą  godzinę 
oglądasz  hiszpańskie  telenowele,  zanim  zorientujesz  się,  że  dzieciaka 
już  na  izbie  przyjęć  nie  ma.  -  W  ten  sposób  zjesz  chociaż  jakieś 
śniadanie. 
-  Wiesz  co,  Heather?  Chyba  skorzystam  z  twojej  propozycji,  jeśli 
naprawdę nie masz nic przeciwko. 
Nie  mówię,  że  mam,  i  wyjmuję  pieniądze  na  przejazd  taksówką  z 
biurowej kasy, zanim jeszcze zdążyłam odłożyć słuchawkę. Uwielbiam 
biurową kasę na drobne wydatki. To zupełnie tak, jakby w biurze miało 
się własny, prywatny bank. Niestety, Justine, dziewczyna, która była tu 

background image

przede  mną,  uważała  tak  samo  i  kiedyś  wydała  całą  kasę  Fischer  Hall 
na  grzejniki  olejowe  dla  swoich  przyjaciół  i  rodziny.  Kwestura  nadal 
sokolim okiem śledzi wydatki z naszej biurowej kasy, za każdym razem 
kiedy  zanoszę  im  paragony  do  rozliczenia,  mimo  że  wszystkie  co  do 
jednego są w porządku. 
A ja nadal nie bardzo wiem, do czego służy grzejnik olejowy. 
Kończę  przekładać  spotkania  Toma,  a  potem  jednym  łykiem  dopijam 
swoją café mocha. „Gdyby była pani szczuplejsza”. Wiesz co, Chłopcze 
za Barem? Z tymi długimi pazurami, których nie obcinasz, bo jesteś za 
biedny,  żeby  cię  było  stać  na  nowy  plektron  do  gitary,  wyglądasz  jak 
dziewczyna.  Tak,  tak  właśnie.  Jak  dziewczyna.  I  jak  ci  się  to  podoba, 
Chłopcze za Barem? 
Szybko  wpadnę  do  stołówki,  żeby  złapać  bajgla,  którego  zjem  po 
drodze do szpitala, i będę gotowa do drogi. To znaczy, café mocha jest 
świetna  i  tak  dalej,  ale  raczej  nie  podtrzymuje  energii  na  długo...  W 
przeciwieństwie do bajgli. Zwłaszcza takich posmarowanych szczodrze 
serkiem  śmietankowym  (nabiał),  na  którym  potem  ułoży  się  kilka 
plasterków bekonu (białko). 
Złapałam  już  kurtkę  i  miałam  zamiar  wziąć  sobie  bajgla,  kiedy  widzę, 
że  Magda,  moja  najlepsza  koleżanka  z  pracy  i  główna  kasjerka 
stołówki,  staje  w  drzwiach  mojego  biura  z  miną  bardzo  dla  niej 
nietypową. 
- Cześć,  Magda.  Nigdy  nie  uwierzysz,  co  mi  dziś  powiedział Chłopiec 
za Barem. 
Ale Magda,  zwykle  osoba  bardzo  ciekawska,  a  poza tym wielka  fanka 
Chłopca za Barem, nie podchwytuje tematu. 
- Heather - mówi. - Chciałabym ci coś pokazać. 
-  Jeśli  to  pierwsza  strona  „Post”  -  odpowiadam  -  to  Reggie  cię 
uprzedził.  I  naprawdę,  Magda,  nie  ma  sprawy.  Nic  mi  nie  jest.  W 
głowie mi się nie mieści, że pogodziła się z nim po tej historii z Paris  i 
Pussycat  Dolls.  Ale  w  końcu  jego  tata  jest  właścicielem  wytwórni 
płytowej, dla której ona nagrywa. Co innego miała zrobić? 
Magda kręci głową. 
-  Nie.  Nie  chodzi  o  „Post”.  Po  prostu  chodź,  Heather.  Proszę. 
Zaciekawiona  -  ale  bardziej  dlatego,  że  jeszcze  się  nawet  do  mnie  nie 
uśmiechnęła  niż  rzeczywiście  przekonana,  że  pokaże  mi  coś 
wstrząsającego  -  idę  za  Magdą  holem,  mijam  biuro  samorządu 

background image

studenckiego,  zamknięte  o  tak  wczesnej  porannej  porze,  i  biuro  szefa 
Magdy,  które  jest  dziwnie  puste.  Zazwyczaj  biuro  stołówki  pełne  jest 
narzekających  pracowników  i  dymu  tytoniowego,  bo  Gerald  Eckhardt, 
szef  stołówki,  to  niereformowalny  palacz.  Powinien  palić  wyłącznie 
poza budynkiem, ale wiecznie go łapię  na tym, że kopci przy biurku, a 
potem  otwiera  okno  i  próbuje  wywietrzyć.  Wydaje  mu  się,  że  nikt  nic 
nie poczuje. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj biuro jest puste - i bez dymu. 
-  Magda  -  pytam,  kiedy  jej  różowy  fartuch  znika  za  wahadłowymi 
drzwiami  prowadzącymi  do  hałaśliwej,  zaparowanej  stołówkowej 
kuchni. - Co się dzieje? 
Ale  Magda  nie  mówi  ani  słowa,  tylko  zatrzymuje  się  obok  wielkiej, 
przemysłowej  kuchni;  stoi  na  niej  na  gazie  pojedynczy  kocioł.  Gerald 
też tam stoi  i wygląda trochę nie  na  miejscu w tym swoim urzędowym 
garniturze  wśród  podwładnych  w  różowych  fartuchach.  Przytłacza  też 
wszystkich  swoją  potężną  posturą  -  rezultatem  zbyt  częstego  raczenia 
się kurczakiem z parmezanem według własnego przepisu. 
Gerald  ma  minę -  no  cóż,  można  ją  opisać  wyłącznie  jednym  słowem: 
przerażona.  Tak  samo  Saundra  z  działu  sałatkowego  i  Jimmy, 
obsługujący  dział  dań  gorących.  Magda  jest  blada  pod  swoim 
jaskrawym  makijażem.  A  Pete  -  co  tutaj  robi  Pete?  -  wygląda,  jakby 
zbierało mu się na wymioty. 
-  Dobra,  ludzie  -  mówię.  Jestem  przekonana,  że  cokolwiek  tu  się 
wyrabia,  chodzi  o  jakiś  żart.  Bo  Gerald  ma  wieloletnią  praktykę  jako 
dowcipniś  i  nikt  go  nie  pobije  w  żartach  z  gumowym  szczurem  w 
szufladzie albo plastikowym pająkiem w zupie. - Co jest? Prima aprilis 
to dopiero za jakieś trzy miesiące. Pete, co ty tu w ogóle robisz? 
I  wtedy  Pete  -  który  z  jakiegoś  powodu  włożył  kuchenną  rękawicę  - 
sięga  dłonią  i  unosi  pokrywkę  z  wesoło  pyrkoczącego  kotła,  żebym 
mogła sobie wygodnie zajrzeć do środka. 

Co te majtki robią 
Na mojej kanapie? 
One nie są moje. 
Dziwne, że się gapię? 
 
Stringi rozmiar S 
Strasznie w oczy kłują 

background image

Kto tu z kim zaszalał? 
Na mnie nie pasują... 
 
Piosenka o stringach 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Stołówka w Fischer Hall jest pełna ludzi, ale nie studentów. Studentom 
powiedzieliśmy,  że  był  wyciek  gazu  -  nie  tak  duży,  żeby  ewakuować 
cały budynek, ale na tyle poważny, żeby zamknąć stołówkę. 
Najsmutniejsze  w  tym  wszystkim  jest  to,  że  wszyscy  mieszkańcy 
akademika  byli  tak  półprzytomni  po  wczorajszych  imprezach,  że 
faktycznie  nam uwierzyli. A przynajmniej  nie protestowali - od chwili, 
kiedy zaczęłam  rozdawać  bony  na  posiłki,  żeby  mogli pójść się  najeść 
w siedzibie związku studentów. 
Teraz  stołówka  nadal  jest  napakowana  -  ale  ludźmi  z  biura  rektora,  z 
administracji,  pracownikami  stołówki,  funkcjonariuszami  policji  i 
detektywami z wydziału zabójstw, a nie głodnymi osiemnastolatkami. 
Mimo  to  w  pomieszczeniu  jest  dziwnie  cicho,  więc  wydaje  się,  że 
energooszczędne  świetlówki  w  lampach  nad  naszymi  głowami,  które 
odbijają  się  w  taflach  przydymionego  szkła  w  okienkach  pod  sufitem, 
szumią  nieco  głośniej  niż  zazwyczaj.  Przez  ten  szum  słyszę 
pochlipywanie 

Magdy. 

Siedzi 

kącie 

stołówki 

wśród 

współpracowniczek  w  różowych  fartuchach,  z  siatkami  na  włosach  i 
francuskim manikiurem. 
Któryś z funkcjonariuszy miejskiej policji przemawia do nich łagodnym 
tonem: 
-  Jak  tylko  pobierzemy  odciski  palców,  wszystkich  państwa  zwolnimy 
do domu. 
-  A  po  co  wam  nasze  odciski  palców?  -  Magdzie  trzęsie  się  broda  ze 
strachu, a może z oburzenia. - Nie zrobiliśmy nic złego! Nikt z nas  nie 
zabił tej dziewczyny! 
Pozostali pracownicy stołówki mruczą potakująco. Nikt z nich przecież 
tej dziewczyny nie zamordował. Policjant nie zmienia łagodnego tonu: 
-  Musimy  mieć  odciski  wszystkich  państwa,  żeby  upewnić  się,  które 
ślady znalezione w kuchni należą do pracowników, proszę pani, a które 
do zabójcy. O ile jakieś zostawił. 
-  A  upewniajcie  się.  -  Gerald  przychodzi  na  odsiecz  swoim 

background image

podwładnym. - Ale  ja panu oświadczam od razu, że nikt z moich  ludzi 
mordercą nie jest. Prawda, moi drodzy? 
Wszystkie osoby w różowych fartuchach z powagą kiwają głowami. W 
ich  oczach  jednakże  połyskuje  coś  więcej  niż  tylko  łzy.  Podejrzewam, 
że  może  to  być  rodzaj  fascynacji:  oto  nie  tylko  znaleźli  w  swojej 
kuchni,  w  samym  jej  środku,  między  hot  dogami  kukurydzianymi  i 
kanapkami z masłem orzechowym i dżemem, ofiarę morderstwa - teraz 
jeszcze stali się cennymi świadkami zbrodni, więc nie są już traktowani 
wyłącznie  jako  pracownicy  stołówki  -  kasta  pariasów,  z  punktu 
widzenia  studentów,  których  obsługują  -  ale  jako  myślące  ludzkie 
istoty. 
Kilkorgu z nich zdarza się to chyba po raz pierwszy w życiu. 
Zauważam dyrektora działu administracji, doktora Jessupa, który siedzi 
przy  stole  z  kilkoma  innymi  osobami  z  administracji;  wszyscy  mają 
oszołomione  miny.  Odkrycie  ludzkiej  głowy  w  uniwersyteckiej 
stołówce  zmusiło  personel  administracyjny  do  zjawienia  się  w  pracy 
przed dziesiątą mimo zagrożenia śnieżycą. Nawet rektor uczelni, Phillip 
Allington,  jest  tu  i  siedzi  obok  Stevena  Andrewsa,  naszego  nowego 
trenera koszykówki, który ma zmartwioną minę. I trudno mu się dziwić. 
Cała  reprezentacja  koszykówki  Uniwersytetu  Nowojorskiego  mieszka 
w  Fischer  Hall  dzięki  temu,  że  akademik  leży  niedaleko  Kompleksu 
Winera, uczelnianego ośrodka sportowego. 
Po  dwóch  zabójstwach  studentek  w  tym  budynku  w  pierwszym 
semestrze  -  dzięki  którym  Fischer  Hall  dorobiło  się  miana  Akademika 
Śmierci  -  wszyscy  pracownicy  uczelni  (włącznie  z  trenerami 
sportowymi) zrobili się chyba trochę nerwowi. I trudno im się dziwić. A 
już zwłaszcza rektorowi Allingtonowi. Nie ma łatwej kadencji. Nikt nie 
wie  tego  lepiej  niż  ja,  zastępczyni  kierownika  administracyjnego 
Akademika Śmierci. 
A  teraz  wygląda  na  to,  że  sprawy  jeszcze  się  skomplikowały,  i  to  nie 
tylko  dla  rektora,  ale  też  dla  szefa  mojego  szefa,  dyrektora 
administracyjnego  uczelni...  i  on  o  tym  wie.  Chusteczka  wetknięta  w 
butonierkę jego marynarki jest zmięta, jakby ktoś - wykorzystując moje 
niebagatelne umiejętności  śledcze, domyślam się, że tym kimś  był sam 
doktor  Jessup  -  faktycznie  z  niej  korzystał.  Kręcąc  się  na  krześle  przy 
lepiącym  się  stołówkowym  stole,  zdołał  też  efektownie  pognieść sobie 
garnitur. 

background image

-  Heather  -  zwraca  się  do  mnie  doktor  Jessup  nieco  zbyt  serdecznie, 
kiedy  podchodzę  do  jego  stolika.  Zostałam  odwołana  przez  jednego  z 
policjantów  od  zajęć  w  swoim  gabinecie,  dokąd  poszłam  natychmiast, 
jak  obejrzałam  to,  co  pokazał  mi  Pete,  żeby  dzwonić  do  wszystkich, 
którzy  przychodzili  mi  do  głowy,  włącznie  z  doktorem  Jessupem  i 
moim  szefem, Tomem. - Detektyw Canavan chce z tobą porozmawiać. 
Pamiętasz detektywa Canavana z Szóstego Komisariatu, prawda? 
Jak bym mogła zapomnieć. 
-  Panie  detektywie.  -  Wyciągam  prawą  dłoń  do  trochę  niechlujnego  z 
wyglądu  faceta  w  średnim  wieku,  z  siwymi  wąsami,  który  stoi,  jedną 
stopę opierając na siedzeniu wolnego stołówkowego krzesła. 
Detektyw  Canavan  podnosi  wzrok  znad  trzymanego  w  rękach  kubka 
kawy. Oczy ma koloru łupka, a skóra wokół nich jest pomarszczona od 
zbyt  częstego  wystawiania  jej  na  kaprysy  pogody.  To  nie  żarty,  praca 
nowojorskiego detektywa z wydziału zabójstw. Niestety, nie wszyscy z 
nich  wyglądają  jak  Chris  Notch.  Mam  wrażenie,  że  żaden  tak  nie 
wygląda. 
-  Miło  cię  znów  widzieć,  Heather.  -  Uścisk  dłoni  detektyw  ma  równie 
miażdżący,  jak  zawsze.  -  Rozumiem,  że  już  to  widziałaś.  A  zatem, 
jakieś domysły? 
Przenoszę  wzrok  z  detektywa  na  największego  ważniaka  naszego 
departamentu i z powrotem. 
- Hm  - mruczę,  nie  rozumiejąc,  co  się  tu  właściwie dzieje.  Zaraz -  czy 
doktor  Jessup  i  detektyw  Canavan  faktycznie  liczą  na  moją  pomoc  w 
rozwiązaniu  zagadki  tej  obrzydliwej  zbrodni?  Bo  zupełnie  inaczej 
odnosili się  do  mojej  chęci  pomagania  ostatnim  razem... -  A  gdzie  jest 
reszta tej dziewczyny? 
- Heather,  detektyw  Canavan  nie  to  miał  na  myśli. - Doktor  Jessup  ma 
wymuszony uśmiech. - Chodziło mu o to, czy rozpoznałaś... tamto? 
Carol  Ann  Evans,  dziekan  do  spraw  studenckich  -  Tak,  ta  sama,  która 
nie chce mnie przyjąć na uczelnię, dopóki nie udowodnię jej, że umiem 
mnożyć  ułamki  -  siedzi  akurat  tuż  obok  i  kiedy  słyszy  słowo  „tamto”, 
zaczyna się jakby lekko krztusić, zakrywając usta zwiniętą chusteczką. 
A z tego co wiem, nawet nie zajrzała do wnętrza tego kotła. 
Oni wcale nie chcą mojej pomocy. Nie takiej pomocy. 
Odpowiadam: 
- No cóż, trudno powiedzieć. 

background image

Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  oświadczyć  przy  tych  wszystkich 
ludziach,  że  Lindsay  Combs,  miss  swojego  rocznika  i  przyszła  (teraz 
już  nie)  współlokatorka  swojej  najlepszej  przyjaciółki,  Cheryl  Haebig, 
najwyraźniej  została  pozbawiona  głowy  przez  jakiegoś  nieznanego 
osobnika i że tę głowę zostawiono w kotle  na gazie w kuchni stołówki 
Fischer Hall. 
-  No  mów,  Heather  -  zachęca  mnie  doktor  Jessup  z  uśmiechem,  który 
nie  sięga  oczu.  A  do  detektywa  Canavana  dodaje  na  tyle  głośno,  żeby 
usłyszeli  to  wszyscy  obecni  w  stołówce,  chyba  chcąc  wywrzeć 
wrażenie  na  rektorze  Allingtonie,  który  nie  ma  zielonego  pojęcia,  kim 
jestem  (chociaż  jego  żony  i  mnie  omal  nie  zamordowała  ta  sama 
osoba):  -  Tu  obecna  Heather  zna  każdego  bez  wyjątku  z  siedmiuset 
mieszkańców Fischer Hall z imienia i nazwiska. Prawda, Heather? 
-  No  cóż,  ogólnie  mówiąc,  tak  -  przyznaję,  czując  się  niezręcznie.  -  O 
ile nie zostawiło się ich na wolnym ogniu na parę godzin. 
Czy to zabrzmiało  nonszalancko? Dziekan Evans znów się krztusi. Nie 
miałam zamiaru być nonszalancka. Tylko że... No, dajcie spokój. 
Mam nadzieję, że dziekan nie uprzedzi się teraz do mnie. No wiecie, w 
kwestii przyjęcia mnie na studia na Wydziale Nauk Humanistycznych i 
Ścisłych. 
- Kim ona jest? Ta dziewczyna. - Detektyw zdaje się nieświadomy tego, 
że  wszyscy  obecni  w  stołówce  podsłuchują  naszą  rozmowę.  - 
Przydałoby się nam tu nazwisko. 
Czuję, że trochę mi się przewraca w żołądku, jak wtedy w kuchni, kiedy 
Pete  podniósł  pokrywkę,  a  ja  zorientowałam  się,  że  patrzę  w  te  nic 
niewidzące oczy. 
Biorę głęboki oddech. Powietrze w stołówce przesycone  jest zwykłymi 
śniadaniowymi zapachami... Jajka, kiełbaski i syrop klonowy. Nią jakoś 
nie pachnie. 
A przynajmniej tak mi się wydaje. 
Ale  i  tak  cieszę  się,  że  nie  starczyło  mi  dziś  rano  czasu  na  moje 
zwyczajowe  śniadanie  w  postaci  bajgla  z  serkiem  kremowym  i 
bekonem.  Ta  café  mocha  -  jak  na  razie  -  aż  nadto  mi  wystarczyła. 
Parkiet jadalni tańczy mi trochę przed oczyma. 
Odchrząkuję. Proszę bardzo. Teraz lepiej. 
- Lindsay Combs - mówię. - Ona chodzi... Chodziła... Z rozgrywającym 
Stokrotek. 

background image

Stokrotki 

to 

niefortunna 

nazwa 

reprezentacji 

koszykarskiej 

Uniwersytetu Nowojorskiego, grającej w III lidze. Swoją dawną nazwę, 
Kuguary,  drużyna  straciła  z  powodu  jakiegoś  oszustwa  w  latach 
pięćdziesiątych i od tamtej pory nosi nazwę Stokrotki - ku rozbawieniu 
drużyn, z którymi gra i własnemu, niekończącemu się rozgoryczeniu. 
Wszyscy  obecni  w  jadalni  głośno  łapią  powietrze.  Rektor  Allington  - 
ubrany jak zwykle w swoją wersję tego, w co mógłby się ubierać jeden 
z  jego  studentów  (gdyby  był  teraz  rok  1955),  czyli  kurtkę  z 
emblematem Uniwersytetu Nowojorskiego i szare sztruksy - aż woła: 
- Nie! 
Siedzący  obok  rektora  Allingtona  trener  Andrews  -  jak  to 
przewidywałam - blednie. 
-  O  Boże!  -  jęczy.  To  wysoki  facet,  mniej  więcej  w  moim  wieku,  z 
nastroszoną  ciemną  czupryną  i  rozbrajająco  błękitnymi  oczyma...  Ten 
typ  urody  zwie  się  Czarny  Irlandczyk.  Gdyby  nie  był  tak  napakowany 
mięśniami,  byłby  uroczy.  No  i  gdyby  w  ogóle  raczył  zauważyć,  że 
istnieję na tym świecie. 
Nie  żeby  coś  z  tego  wyszło,  nawet  gdyby  moje  istnienie  zauważył, 
skoro serce oddałam już innemu. 
- Tylko nie Lindsay - mamrocze. 
Żal  mi go. Naprawdę  mi go żal. Cheryl Haebig  nie  jest  jedyną osobą, 
która  lubiła  Lindsay...  Wszyscy  ją  lubiliśmy.  No  cóż,  wszyscy  poza 
Sarah,  naszą  asystentką  administracyjną,  robiącą  teraz  studia 
magisterskie.  Lindsay  była  dziewczyną  niesamowicie  popularną  i 
kapitanem  drużyny  czirliderek  Uniwersytetu  Nowojorskiego,  miała 
długie  do  pasa  włosy  w  kolorze  miodu  i  piersi  wielkości  grejpfrutów; 
Sarah twierdziła, że są rezultatem operacji plastycznej. Chociaż Lindsay 
potrafiła być czasami  męcząco entuzjastyczna (przynajmniej dla  mnie), 
stanowiła jednak przyjemną odmianę po mało pozytywnym nastawieniu 
studentów  Uniwersytetu  Nowojorskiego,  z  jakim  miewaliśmy  do 
czynienia  w  naszym  biurze:  dzieciaki  są  zepsute,  wiecznie  z  czegoś 
niezadowolone  i  grożą,  że  zadzwonią  do  tatusia  prawnika,  jeśli  im  nie 
załatwimy pojedynczego pokoju czy dłuższego łóżka. 
- Jezu Chryste. - Doktor Jessup nie wierzył mi, kiedy mu powiedziałam, 
że  musi  jak  najszybciej  przyjechać  do  Fischer  Hall,  ponieważ  jedna  z 
jego mieszkanek straciła głowę... W dosłownym  znaczeniu tego słowa. 
Teraz wygląda tak, jakby wreszcie  fakty do niego docierały. - Heather, 

background image

jesteś tego pewna? 
- Tak. Jestem pewna. To Lindsay Combs. Głowa naszych czirliderek. - 
Z trudem przełykam ślinę. - Przepraszam. Niezamierzona gra słów. 
Detektyw  Canavan  wyjął  zza  paska  służbowy  notes,  ale  nie  zapisał  w 
nim  nic.  Zamiast  tego  powoli  przerzuca  jego  strony  i  nie  podnosi 
głowy. 
- Skąd wiesz? 
Usiłuję nie pamiętać tych niewidzących, ale patrzących na mnie oczu - 
ale nie mogę. 
- Lindsay nosiła szkła kontaktowe. Kolorowe. Zielone. 
I to w tak nienaturalnym zielonym odcieniu, że za każdym razem, kiedy 
Lindsay wychodziła z naszego biura, Sarah zawsze pytała: „I kogo ona 
próbuje oszukiwać? Taki kolor przecież nie występuje w naturze”. 
- To wszystko? - pyta detektyw Canavan. - Barwione szkła kontaktowe? 
-  No  i  kolczyki.  Miała  trzy  w  jednym  uchu,  dwa  w  drugim.  Bardzo 
często przychodziła  do  mojego  gabinetu  -  mówię,  żeby wyjaśnić,  skąd 
tak dobrze znam jej piercing. 
- Sprawiała kłopoty? - pyta detektyw Canavan. 
- Nie - odpowiadam. Większość studentów trafia do biura kierownictwa 
administracyjnego akademika albo dlatego, że mają jakieś kłopoty, albo 
dlatego,  że  mają  problem  ze  współlokatorem.  Lub,  jak  w  przypadku 
Lindsay,  dlatego  że  chcą  skorzystać  z  darmowej  antykoncepcji,  którą 
trzymam  w  słoju  na  swoim  biurku  zamiast  całusków  Hersheya  (mniej 
kalorii). - Kondomy. 
Detektyw Canavan unosi swoje siwawe brwi. 
- Słucham? 
- Lindsay często do mnie zaglądała po darmowe kondomy - wyjaśniam. 
- Ona i jej chłopak mieli dość gorące temperamenty. 
- Nazwisko? 
Nieco  za  późno  łapię,  że  właśnie  udało  mi  się  obciążyć  jednego  z 
mieszkańców mojego akademika. Do trenera Andrewsa też to dociera. 
- Nie no, panie detektywie - mówi. - Mark nie byłby zdolny do... 
- Mark jak? - pyta ostro detektyw Canavan. 
Jak widzę, trener Andrews ma w oczach panikę. Rektor Allington rusza 
na ratunek swojemu ulubionemu pracownikowi. No, w pewnym sensie. 
-  Dziś  wieczorem  Stokrotki  grają  bardzo  ważny  mecz  -  zaczyna  z 
troską.  -  Przeciwko  Wschodnim  Diabłom  Uniwersytetu  Jersey.  W  tym 

background image

sezonie mamy osiem zwycięstw i jeszcze żadnej porażki, rozumie pan. 
Na co trener Andrews dodaje obronnym tonem: 
- A poza tym nikt z moich chłopaków nie miał nic wspólnego z tym, co 
spotkało Lindsay. Nie chcę, żeby ich w to wciągano. 
Detektyw Canavan  mówi,  brzmiąc  całkiem  szczerze, chociaż  wiem,  że 
szczery nie jest: 
-  Rozumiem  pana  rozterkę,  trenerze.  I  pana  też,  rektorze.  Ale  fakt 
faktem, mam tu zadanie do wykonania. A teraz... 
-  Obawiam  się,  że  pan  nie  rozumie,  detektywie  -  przerywa  mu  rektor 
Allington.  -  Jutrzejszy  mecz  będzie  transmitowany  na  New  York  One. 
Stawką są tu miliony dolarów dochodów z reklam. 
Gapię  się  na  rektora,  z  osłupienia  otwierając  usta.  Zauważam,  że 
dziekan  Evans  robi  to  samo.  Napotyka  mój  wzrok  i  widzę,  że  obie 
myślimy podobnie: Wow. On to naprawdę powiedział? 
Można by uznać, że skoro już nadajemy na wspólnych falach, okaże mi 
nieco więcej zrozumienia w kwestii matematyki. Ale widać nie. 
- To pan tutaj czegoś nie rozumie, rektorze. - Głos detektywa Canavana 
brzmi  twardo  i  na  tyle  donośnie,  że  Magda  i  jej  koleżanki  ze  stołówki 
przestają  popłakiwać  i  unoszą  głowy.  -  Albo  mi  państwo  natychmiast 
podadzą nazwisko chłopaka ofiary, albo w ciągu tego semestru jeszcze 
parę  dziewczyn  wróci  do  domu  w  plastikowych  torbach.  Bo  mogę 
zagwarantować,  że  ktokolwiek  potraktował  w  taki  sposób  pannę 
Combs, zrobi znów to samo komuś innemu. 
Rektor  Allington  wpatruje  się  w  detektywa,  który  odpowiada  mu 
jeszcze twardszym spojrzeniem. 
-  Mark  Shepelsky  -  mówię  szybko.  -  Jej  chłopak  nazywa  się  Mark 
Shepelsky. Mieszka w pokoju 2 - 12. 
Trener  Andrews  garbi  się  przy  stole,  chowając  twarz  w  dłoniach. 
Rektorowi  Allingtonowi  wyrywa  się  jakiś  jęk,  kiedy  ściska  kciukiem  i 
palcem  wskazującym  nasadę  nosa,  jakby  łapał  go  nagły  ból  zatok. 
Doktor Jessup wbija wzrok w sufit, a doktor Flynn, psycholog na etacie 
działu administracji, uśmiecha się do mnie ze smutkiem od stolika, przy 
którym siedzi z innymi pracownikami uczelni. 
Detektyw  Canavan  nieco  się  uspokaja,  otwiera  notes  i  zapisuje 
nazwisko. 
- No i proszę - powiada. - Wcale nie bolało, prawda? 
- Ale... - odzywam się. Detektyw Canavan krzywi się mocno, słysząc to 

background image

moje  „ale”.  Ignoruję  to.  -  Chłopak  Lindsay  nie  mógł  mieć  z  tym  nic 
wspólnego. 
Detektyw  Canavan  swoim  twardym  jak  kamień  spojrzeniem  obrzuca 
teraz mnie. 
- A właściwie czemu jesteś taka pewna? 
-  No  cóż.  Ktokolwiek  ją  zabił,  musiał  mieć  dostęp  do  klucza  od 
stołówki.  Bo  musiałby  się  zakraść  tu,  zanim  stołówka  jest  otwierana, 
żeby  swoją  dziewczynę  poćwiartować,  zatrzeć  ślady  i  wynieść  się, 
zanim  pojawią  się  pracownicy.  Ale  jakim  cudem  Mark  mógł  zdobyć 
klucz? Jakkolwiek patrzeć, to pracownicy Fischer Hall powinni znaleźć 
się wśród pierwszych podejrzanych... 
-  Heather...  -  Zmrużone  oczy  detektywa  Canavana  zwężają  się  jeszcze 
bardziej.  -  Nie  zaczynaj,  powtarzam,  nie  zaczynaj,  wbijać  sobie  w 
głowę, że rozpoczniesz jakieś swoje prywatne małe śledztwo w sprawie 
śmierci 

tej 

dziewczyny. 

To 

robota 

jakiegoś 

chorego 

niezrównoważonego  umysłu,  i  w  najlepszym  interesie  wszystkich,  a 
zwłaszcza 

twoim, 

byłoby, 

gdybyś 

śledztwo 

pozostawiła 

profesjonalistom. Wierz mi, wszystko tu mamy pod kontrolą. 
Mrugam  oczyma,  patrząc  na  niego.  Kiedy  chce,  detektyw  Canavan 
potrafi  być  groźny.  Widzę,  że  nawet  dziekan  się  wystraszył.  Trener 
Andrews  wygląda  na  przerażonego.  A  przecież  jest  ze  trzydzieści 
centymetrów  od  niego  wyższy  i  ma  z  dwadzieścia  pięć  kilo  wagi 
więcej... w samych mięśniach. 
Mam  ochotę  wytknąć  detektywowi,  że  nie  musiałabym  prowadzić 
swojego śledztwa z powodu morderstw w poprzednim semestrze, gdyby 
od  początku  mnie  słuchał,  kiedy  twierdziłam,  że  to  faktycznie 
morderstwa. 
Tym razem detektyw nie ma co do tego wątpliwości. 
Pewnie  powinnam  mu  powiedzieć,  że  nie  mam  najmniejszej  ochoty 
wtrącać  się  akurat  do  tej  sprawy,  bo  zrzucanie  dziewczyn  do  szybu 
windy  to  jedna  rzecz.  Ale  obcinanie  im  głów?  Absolutnie  nie  mam 
ochoty  czymś  takim  się  zajmować.  Kolana  jeszcze ciągle  mi  się trzęsą 
po tym,  co  zobaczyłam  w  tamtym  garze.  Detektyw  Canavan  wcale  nie 
musi  się  tym  razem  obawiać,  że  rozpocznę  śledztwo  na  własną  rękę. 
Przy  tej  sprawie  pomoc  profesjonalistów  będzie  naprawdę  mile 
widziana. 
- Czy  ty  mnie słuchasz,  Wells?  -  pyta  ostro  detektyw.  - Powiedziałem, 

background image

że nie życzę sobie powtórki... 
-  Rozumiem  -  przerywam  mu  szybko.  Powiedziałabym  więcej,  na 
przykład,  że  nie  mam  najmniejszej  ochoty  zajmować  się  czirliderkami 
bez  głów,  ale  stwierdzam,  że  mądrzej  będzie  się  po  prostu  wycofać.  - 
Mogę  już  sobie  pójść?  -  pytam,  kierując  pytanie  bardziej  w  stronę 
doktora  Jessupa,  bo  to  on  jest  moim  szefem  -  no  cóż,  bezpośrednio 
podlegam Tomowi, ale skoro Tom aktualnie usiłuje ustalić, czy nie brak 
nam  jakichkolwiek  kluczy  do  stołówki  (i  chyba  cieszy  się  z  tego 
zadania, bo dzięki  niemu  może  być  jak najdalej od tego, co znaleziono 
na  kuchni,  a  sam  fakt,  że  go  o  to  poproszono,  wskazuje,  że  detektyw 
Canavan  wie,  co  robi,  a  policja  nowojorska  tym  razem  faktycznie  ma 
sprawy  pod  kontrolą),  Stan  to  najbliższy  przełożony,  jakiego mam  pod 
ręką. 
Ale  Stan  gapi  się  na  swojego  szefa,  rektora  Allingtona,  który  usiłuje 
zwrócić  na  siebie  uwagę  detektywa  Canavana.  Co  sprawia  mi  pewną 
ulgę,  bo  na  razie  zainteresowanie  detektywa  Canavana  moją  osobą 
zupełnie mi wystarczy. Ten facet bywa przerażający. 
-  Detektywie,  więc  usiłuje  nam  pan  powiedzieć...  -  zaczyna  rektor 
Allington,  a  staranny  dobór  słów  dowodzi  naukowej  edukacji,  dzięki 
której  dorobił  się  doktoratu.  -  Więc  usiłuje  nam  pan  powiedzieć,  że  ta 
nieszczęsna  sprawa  może  nie  zostać  wyjaśniona  do  dzisiejszego 
lunchu?  Bo  moje  biuro  planowało  wydanie  tu  dziś  po  południu 
specjalnego  obiadu  celem  uhonorowania  naszych  ciężko  pracujących 
uczelnianych sportowców i byłaby to wielka szkoda, gdybyśmy musieli 
go przekładać... 
Spojrzenie, jakie rzuca rektorowi detektyw, mogłoby zmrozić lawę. 
-  Panie  rektorze,  my  tu  nie  mówimy  o  jakimś  dzieciaku,  który  po 
treningu zwrócił śniadanie do swojej szafki w szatni. 
-  Ja  sobie  zdaję  z  tego  sprawę,  panie  detektywie.  Niemniej  miałem 
nadzieję, że... 
- Na litość boską, Phil - przerywa mu doktor Jessup. Ma już tego dosyć. 
Nareszcie.  -  Ktoś  usiłował  przerobić  tę  małą  na  potrawkę,  a ty  chcesz 
otwierać tu bar sałatkowy? 
-  Ja  tylko  uważam  -  odzywa  się  rektor  Allington  z  urazą  -  że  według 
mojej  profesjonalnej  opinii  najlepiej  byłoby  nie  pozwolić,  żeby  ten 
incydent  zakłócił  normalny  tryb  życia  mieszkańców  akademika. 
Przypomnijcie sobie państwo, że kiedy kilka lat temu na uczelni doszło 

background image

do  fali  samobójstw,  to  właśnie  nagłaśnianie  sprawy  w  prasie 
spowodowało liczne próby naśladownictwa... 
Na  te  słowa  detektyw  Canavan  nie  może  się  powstrzymać,  żeby  nie 
unieść brwi. 
- Uważa pan, że liczna grupa studentów pogna teraz do swoich pokojów 
spróbować oderżnąć sobie głowy? 
- Ja tylko usiłuję wyjaśnić - ciągnie rektor Allington wyniosłym tonem - 
że jeśli ten obiad zostanie odwołany, o jutrzejszym meczu już nawet nie 
wspominam,  to nie  uda  się  powstrzymać  przecieków na temat tego, co 
tu się  naprawdę  stało.  Nie  uda  nam  się  długo utrzymać czegoś  takiego 
w  sekrecie.  I  nie  chodzi  mi  tu  wcale  o  „The  Post”  ani  nawet  o  1010 
WINS.  Ja  tu  mówię  o  „New  York  Times”  albo  może  nawet  o  CNN. 
Jeśli  pana  ludzie  szybko  nie  znajdą  zwłok  tej  dziewczyny,  detektywie, 
to  może  nawet  przyciągniemy  uwagę  głównych  sieci  telewizyjnych.  A 
to by mogło ogromnie zaszkodzić reputacji uczelni... 
- Głowa bez ciała w uczelnianej stołówce - odzywa się, ku zaskoczeniu 
wszystkich, dziekan Evans. Kiedy wszyscy obracamy się i wpatrujemy 
się  w  nią,  dodaje  zduszonym  głosem:  -  Dziś  wieczorem  w  Inside 
Edition. 
Detektyw Canavan zdejmuje stopę z siedzenia krzesła i przenosi na nią 
ciężar ciała. 
- Panie rektorze - mówi. - Po pierwsze, za mniej więcej pięć minut moi 
ludzie  zamkną  całe  to  skrzydło  dla  wszystkich.  I  mówiąc  „dla 
wszystkich”,  mam  na  myśli  również  pracowników.  Rozpoczynamy  w 
sprawie  tej  zbrodni  regularne  śledztwo.  Prosimy  pana  o  współpracę. 
Może  pan  ją  zacząć  od  zabrania  z  bezpośredniego  sąsiedztwa  miejsca 
zbrodni siebie i swoich współpracowników, jak tylko moi ludzie z nimi 
skończą. Po drugie, zmuszony jestem prosić, żeby ta stołówka pozostała 
zamknięta do momentu, kiedy sam uznam, że można ją już bezpiecznie 
otworzyć.  O  ile  się  nie  mylę  -  ton  detektywa  sugeruje,  że  w  swoją 
pomyłkę  zdecydowanie  wątpi  -  na  terenie  uczelni  dziś  rano 
zamordowano studentkę, a jej zabójca nadal pozostaje na wolności, być 
może na terenie tego kampusu. Może nawet w tym pomieszczeniu. Jeśli 
istnieje coś, co jeszcze  bardziej  mogłoby  zagrozić reputacji tej uczelni, 
to  ja  sobie  tego  nie  umiem  wyobrazić.  Doprawdy  nie  wydaje  mi  się, 
żeby odwołanie jakiegoś obiadu, czy meczu koszykówki, dało się z tym 
porównać. Zgodzi się pan? 

background image

Trudno  mi  chyba  winić  dziekan  Evans  za  to,  że  po  tych  słowach 
detektywa 

zaczęła 

nerwowo 

chichotać. 

Sugestia, 

że  wśród 

kierownictwa administracyjnego Uniwersytetu Nowojorskiego znajduje 
się  zabójca,  wystarczy,  żeby  nawet  najbardziej  zrównoważonego 
człowieka  doprowadzić  do  ataku  histerycznego  śmiechu.  Próżno  by 
szukać  na  tej  planecie  grupy  bardziej  nijakich  osobowości.  Gerald 
Eckhardt,  z  jego  ukradkowym  popalaniem  papierosów  i  spinką  do 
krawata w kształcie krzyżyka, wymachujący tasakiem do mięsa? Trener 
Andrews,  w  swoim  dresie  do  biegania  i  kurtce  z  emblematem  uczelni, 
który  zarąbuje  jakąś  dziewczynę  na  śmierć?  Doktor  Flynn,  przy  tych 
całych  siedemdziesięciu  kilogramach  wagi,  za  pomocą  piły 
rozczłonkowujący zwłoki? 
To po prostu nie mieści się w sferze możliwości. 
A przecież... 
A przecież  nawet Carol Evans  musiała się  już do tej pory zorientować, 
że  ten,  kto  zabił  Lindsay,  miał  swobodny  dostęp  do  stołówki.  Tylko 
ktoś, kto pracuje w  Fischer Hall - albo w dziale administracji uczelni - 
mógłby mieć klucz. 
Co znaczy, że zabójcą może być ktoś z administracji. 
Co najsmutniejsze, nawet mnie to nie dziwi. 
Wow. Chyba faktycznie już jestem zblazowanym nowojorczykiem. 

Chociaż dostajesz zawsze 
Wypasioną premię, 
Nie myśl sobie, że lepiej 
Znasz ten świat ode mnie. 
Jasne, za swoją kasę 
Miewasz więcej wrażeń, 
Ale w budowli życia 
Jesteś i tak... garażem. 
 
Bankier inwestycyjny 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Kiedy  wchodzę,  Sarah,  nasza  studentka  asystentka  (w  każdym 
akademiku zatrudniony jest taki student z ostatnich lat studiów, który w 
zamian  za  darmowe  zakwaterowanie  i  wyżywienie  pomaga  prowadzić 

background image

administrację akademika) informuje mnie poirytowanym głosem: 
-  Masz  kilka  wiadomości.  Telefon  się  urywa.  Wszyscy  się  dopytują, 
dlaczego zamknięto stołówkę. Sprzedawałam im tę bajeczkę o wycieku 
gazu,  ale  nie  wiem,  jak  długo  ludzie  jeszcze  będą  nam  wierzyć,  skoro 
wszędzie kręci się tyle policji. Znaleźli już resztę zwłok? 
-  Cśś  -  szepczę,  rozglądając  się  po  gabinecie,  w  razie  gdyby  w  kącie 
krył się ktoś z mieszkańców. 
Ale  biuro  (nadal  przybrane  girlandami  ze  sztucznej  choiny, 
siedmioramiennym  świecznikiem  i  tykwami  Kwanza  wskutek  mojego 
nieco  maniakalnego  i  wyraźnie  przesadzonego  ataku  świątecznego 
zdobnictwa)  jest  puste,  pomijając  Toma,  który  siedzi  w  gabinecie  - 
oddzielonym  od  pokoju,  w  którym  siedzę  ja,  metalową  kratownicą  -  i 
cicho mruczy coś do telefonu. 
- Nieważne -  mówi Sarah, przewracając oczami. Sarah robi  magisterkę 
z  psychologii,  więc  mnóstwo  wie  o  ludzkiej  psychice  i  jej  działaniu. 
Albo tylko jej się wydaje, że wie. - Połowa ludzi w tym budynku nawet 
jeszcze  nie  wstała.  A  jeśli  wstali,  to  już  polecieli  na  zajęcia.  I  jak 
sądzisz, odwołają jutrzejszy mecz? Nie ze względu na tę śnieżycę, która 
ma do nas przyjść, tylko... No wiesz. Na nią? 
- Hm - mruczę, siadając za swoim biurkiem. Przyjemnie jest usiąść. Do 
tej  pory  nawet  nie  zdawałam  sobie  sprawy  z  tego,  jak  mocno  drżą  mi 
kolana. 
Cóż, nie codziennie zdarza ci się oglądać w jakimś garze odciętą głowę 
czirliderki.  Zwłaszcza  znajomej  czirliderki.  Nic  dziwnego,  że  jestem 
trochę  wyprowadzona  z  równowagi.  Poza  tym,  pomijając  tę  café 
mocha, nadal jestem bez śniadania. 
Nie żebym miała apetyt na jedzenie. To znaczy mam, ale nie przesadny. 
- Nie wiem - przyznaję. - Chcą przepytać Marka. 
- On tego nie zrobił. - Sarah ma rozzłoszczoną  minę. - On jest na to za 
głupi. Chyba że ktoś mu pomagał. 
To  prawda.  Wymagania,  jakie  trzeba  spełnić,  żeby  się  dostać  na  studia 
na  Uniwersytecie  Nowojorskim,  należą  do  najwyższych  w  kraju... 
Chyba  że  chodzi  o  sportowców.  Właściwie  każdy  w  miarę  dobry 
koszykarz,  który  chce  się  dostać  na  Uniwersytet  Nowojorski,  jest 
przyjmowany,  bo  uczelnia  należy  do  III  ligi,  więc  wszyscy  co  lepsi 
atleci  idą  na  uczelnie  I  lub  II  ligi.  Ale  i  tak  rektor  Allington 
zdecydowany  jest  zostawić  po  sobie  na  Uniwersytecie  Nowojorskim 

background image

dziedzictwo w postaci porządnej uniwersyteckiej drużyny koszykówki - 
plotki głoszą, że marzy o doprowadzeniu drużyny do I ligi. 
Chociaż  prawdopodobieństwo takiego  zdarzenia -  zwłaszcza  w  świetle 
tego, co się stało dzisiaj - jest niewielkie. 
- Nadal nie mogę dojść do siebie - powiada Sarah. - Gdzie też może być 
jej ciało? 
-  Tam,  gdzie  odnajdują  się  wszystkie  zwłoki  w  Nowym  Jorku  - 
odpowiadam,  zerkając  na  wiadomości  zostawione 

mi  przez 

dzwoniących.  -  Gdzieś  w  rzece.  Nikt  go  nie  znajdzie  aż  do  wiosny, 
dopóki  temperatura  nie  wzrośnie  na  tyle,  że  zwłoki  wypłyną  na 
powierzchnię. 
Oczywiście nie jestem żadną specjalistką od medycyny sądowej i nawet 
nie udało  mi  się  jeszcze zapisać na żaden kurs sądownictwa karnego, z 
powodu tej wyrównawczej matematyki, którą muszę zaliczyć najpierw. 
Ale  naoglądałam  się  sporo  odcinków  Prawa  i  sprawiedliwości  oraz 
Kryminalnych zagadek. 
Poza  tym,  wiecie,  w  końcu  mieszkam  z  prywatnym  detektywem.  Czy 
raczej  powinnam  powiedzieć:  „dzielę  miejsce  stałego  zamieszkania”, 
bo  to  „mieszkam  z”  brzmi  tak,  jakby  łączyło  nas  coś  więcej  niż  tylko 
dach nad głową, a to nieprawda. Niestety. 
Sarah przesadnie się wzdryga, chociaż w biurze jest ciepło, a ona ma na 
sobie jeden z tych grubych swetrów w paski, które zrobiła jej na drutach 
koleżanka  z  kibucu,  gdzie  spędziła  wakacje  po  swoim  pierwszym roku 
studiów.  Wygląda  to  bardzo  przyjemnie  razem  z  tym  jej 
kombinezonem. 
- To  po prostu  nie  ma  sensu  -  kontynuuje.  - Jak  to możliwe,  że  w tym 
budynku  doszło  do  kolejnego  morderstwa?  My  się  już  zamieniamy  w 
Akademik Śmierci. 
Przeglądam  wiadomości.  Moja  najlepsza  przyjaciółka  Patty  - 
niewątpliwie  widziała  dzisiejszą  pierwszą  stronę „Post”  i  tak  samo  jak 
Reggie  martwi  się,  jak  to  na  mnie  wpłynie.  Ktoś,  kto  nie  chciał  się 
przedstawić  i  powiedział,  że  zadzwoni  później  -  na  pewno  z  banku. 
Trochę 

zachachmęciłam 

kartach 

kredytowych 

szale 

przedświątecznych zakupów. Jeśli uda mi się prolongować to wszystko 
do marca, spłacę je, kiedy mi zwrócą nadpłacony podatek. No i... 
Wymachuję karteczką w stronę Sarah. 
-  Serio?  Naprawdę  dzwonił?  Czy  tylko  zabawiasz  się  moim  kosztem? 

background image

Sarah robi zdziwioną minę. 
-  Doprawdy,  Heather  -  mówi.  -  Sądzisz,  że  w  taki  dzień  jak  dziś 
stroiłabym  sobie  żarty?  Jordan  Cartwright  naprawdę  dzwonił.  A 
przynajmniej  ktoś,  kto  twierdzi,  że  nazywa  się  Jordan  Cartwright. 
Chciał,  żebyś  do  niego  jak  najszybciej  oddzwoniła.  Powiedział,  że  to 
niezmiernie pilna sprawa. Z naciskiem na „niezmiernie”. 
To  brzmi  całkiem  w  stylu  Jordana.  Dla  Jordana  wszystko  jest 
niezmiernie  ważne.  Zwłaszcza  jeśli  w  jakiś  sposób  wiąże  się  z 
upokorzeniem mojej osoby. 
- A  co, jeśli  zwłok  Lindsay  nie  ma  w  rzece?  - pyta  Sarah. - A co,  jeśli 
one jeszcze są w budynku? A co... O mój Boże, a co, jeśli one nadal są 
w jej pokoju? 
-  Już  byśmy  się  o  tym  dowiedzieli  od  Cheryl  -  odpowiadam.  -  Skoro 
dzisiaj  z  samego  rana  ona  i  współlokatorka  Lindsay  zamieniły  się  na 
pokoje. 
- Aha. - Sarah ma rozczarowaną minę. Ale potem się rozjaśnia. - Może 
jest w budynku, ale gdzie indziej! Na przykład w innym pokoju. 
Wyobrażasz  sobie,  wracasz  do  siebie  po  zajęciach  i  znajdujesz  na 
obrotowym  krześle  zwłoki  bez  głowy,  usadowione  przed  twoim 
komputerem?  Coś  mnie  ściska  w  żołądku.  Ta  café  mocha  chyba  mi 
trochę zaszkodziła. 
- Sarah. Weź się zamknij. 
-  O  mój  Boże,  a  co,  jeśli  znajdziemy  ją  w  sali  gier,  opartą  o  stół  do 
piłkarzyków? 
- Sarah. - Tylko na nią patrzę. 
-  Och,  Wyluzuj,  Heather.  -  Sarah  się  uśmiecha.  -  Nie  widzisz,  że 
uciekam się do wisielczego humoru, usiłując przerwać związek między 
tym  przerażającym  bodźcem  a  niepożądaną  emocjonalną  reakcją,  taką 
jak  obrzydzenie  lub  strach,  które  w  tym  przypadku  nie  byłyby  ani 
pomocne, ani profesjonalne? 
-  Wolałabym  już  obrzydzenie  -  mówię.  -  Nie  wydaje  mi  się,  żeby 
ktokolwiek  musiał  silić  się  na  profesjonalizm,  kiedy  w  grę  wchodzi 
czirliderka bez głowy. 
Dokładnie  ten  moment  wybiera  Tom,  żeby  się  pojawić  w  drzwiach 
swojego gabinetu. 
-  Czy  możemy  nie  używać  tego  określenia?  -  pyta,  chwytając  się 
framugi, jakby robiło mu się niedobrze. 

background image

-  Którego?  -  Sarah  odrzuca  parę  kręconych  loków  za  ramiona.  - 
Czirliderka? 
-  Nie  -  tłumaczy  Tom.  -  Bez  głowy.  My  mamy  jej  głowę.  Brak  nam 
tylko  reszty.  O  Boże.  W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  to  właśnie 
powiedziałem. 
Spogląda  na  mnie  żałośnie.  Pod  przekrwionymi  oczami  ma  fioletowe 
cienie po tej nocy spędzonej w szpitalu, a jasne włosy przylgnęły mu do 
czoła z powodu braku żelu. W normalnych okolicznościach Tom nigdy 
by  sobie  nie  pozwolił,  żeby  ktoś  zobaczył  go  w takim  stanie.  O  włosy 
dba chyba bardziej niż ja. 
-  Powinieneś  iść  do  łóżka  -  radzę  mu.  -  Mamy  tu  wszystko  pod 
kontrolą, Sarah i ja. 
-  Nie  mogę  iść  do  łóżka.  -  Tom  jest  zszokowany.  -  W  moim  budynku 
znaleziono  martwą  dziewczynę.  Możesz  sobie  wyobrazić,  jakby  na  to 
zareagował  Jessup  i  reszta?  Gdybym  ot  tak  sobie...  poszedł  do  łóżka? 
Wiesz,  jestem  jeszcze  na  okresie  próbnym.  Uznaliby,  że  po  prostu  nie 
umiem  wziąć  sprawy  za  łeb...  -  Przełyka  ślinę.  -  O  mój  Boże,  czy  ja 
właśnie użyłem słowa „łeb”? 
-  Wracaj  do  siebie  do  gabinetu,  zamknij  drzwi  i  na  parę  minut 
przymknij oczy - proponuję. - Będę cię kryła. 
-  Nie  mogę  -  mówi  Tom.  -  Za  każdym  razem,  kiedy  zamykam  oczy, 
widzę... ją. 
Nie muszę pytać, co ma na myśli. Rozumiem to aż za dobrze. Bo mnie 
dolega to samo. 
- Hej. - Jakiś dzieciak w bluzie z kapturem i dwoma małymi srebrnymi 
kolczykami  w  kształcie  sztang  u  podstawy  nosa  wsuwa  głowę  do 
gabinetu. - Dlaczego stołówka jest zamknięta? 
- Wyciek gazu. - Sarah, Tom i ja mówimy jednym głosem. 
- Jezu!  -  Dzieciak  się  krzywi.  -  Więc  muszę  iść na kampus,  żeby  zjeść 
śniadanie? 
- Idź do związku studentów. - Sarah wyciąga szybko kupon na jedzenie. 
- My stawiamy. 
Dzieciak zerka na kupon. 
-  Super  -  mówi,  bo  ten  bon  nie  zostanie  odliczony  z  jego  codziennej 
liczby posiłków. Więc  jeśli  będzie  miał ochotę, może dzisiaj zjeść dwa 
obiady. Zadowolony odchodzi, powłócząc nogami. 
- Nie rozumiem, czemu nie możemy powiedzieć im zwyczajnie prawdy 

background image

-  oświadcza  Sarah,  kiedy  tylko  student  znika.  -  Przecież  prędzej  czy 
później się dowiedzą. 
-  Racja  -  przyznaje  Tom.  -  Ale  nie  chcemy  wywoływać  paniki.  No 
wiecie, że w budynku przebywa na wolności jakiś seryjny morderca. 
- A poza tym - dodaję ostrożnie - nie chcemy, żeby ludzie zorientowali 
się,  o  kogo  chodzi,  zanim  nie  uda  nam  się  skontaktować  z  rodzicami 
Lindsay. 
- Tak - mówi Tom. - Heather ma rację. 
To dziwne uczucie,  mieć  szefa, który sam  nie  wie, co robi. To znaczy, 
nie zrozumcie mnie źle, Tom jest świetny. Ale gdzie mu tam do Rachel 
Walcott. Za co powinnam być losowi bardzo wdzięczna... 
- Hej,  ludzie  -  odzywa  się  Sarah.  -  Zgadnijcie, kim  jestem!  Ha,  ha,  ha, 
bum. 
Tom i ja spoglądamy po sobie z konsternacją. 
- Nie mam pojęcia - odpowiadam. 
- Kimś, komu głowa odpadła ze  śmiechu. Łapiecie? Ha, ha, ha, bum. - 
Sarah zerka na nas z przyganą, widząc, że nie wybuchamy śmiechem. - 
Wisielczy humor, ludzie. Żeby jakoś się z tym wszystkim uporać. 
-  A  kto  jest  z  tym  dzieciakiem,  który  miał  urodziny?  -  Spoglądam  na 
Toma. - Z tym w szpitalu? Skoro oboje jesteśmy tutaj? 
-  O  cholera!  -  Twarz  Toma  szarzeje.  -  Zapomniałem  o  nim.  Dostałem 
ten telefon i... 
-  Po  prostu  go  tam  zostawiłeś?  -  Sarah  przewraca  oczami.  Ponieważ 
pogarda  dla  naszego  nowego  szefa  nie  jest  uczuciem,  które  usiłuje 
ukrywać.  Uważa,  że  doktor  Jessup  powinien  był  zatrudnić  na  to 
stanowisko  właśnie  ją,  mimo  że  jest  jeszcze  na  dziennych  studiach.  A 
zaocznie  uprawia  hobby,  którym  jest  analizowanie  problemów 
wszystkich  znajomych.  Ja,  na  przykład,  borykam  się  podobno  z 
poczuciem  odrzucenia  po  tym,  jak  moja  matka  zwiała  do  Argentyny  z 
moim menedżerem... i całym moim majątkiem. 
A ponieważ nie reaguję w tej sprawie tak stanowczo, jak zdaniem Sarah 
powinnam,  czyli  nie  wytaczam  sprawy  w  sądzie,  cierpię  również  na 
niską samoocenę i bierność. Przynajmniej Sarah tak uważa. 
Ale  mnie  się  wydaje,  że  mam  pewien  wybór  (no  cóż,  niezupełnie,  bo 
przecież i tak nie  mam pieniędzy  na założenie sprawy w sądzie):  mogę 
siedzieć i zadręczać się z goryczy i żalu z powodu postępku matki. Albo 
mogę zostawić to wszystko za sobą i jakoś poukładać swoje życie. 

background image

Czy to coś złego, że wybieram drugą opcję? 
Zdaniem  Sarah  najwyraźniej  tak.  Chociaż  informuje  mnie  o  tym  tylko 
wtedy,  kiedy  akurat  nie  jest  zajęta  udowadnianiem  mi,  że  cierpię  na 
jakiś kompleks Supermana,  bo chcę uchronić wszystkich mieszkańców 
Fischer Hall przed wszelkimi zagrażającymi im krzywdami. 
Naprawdę, zupełnie  mnie  nie dziwi, czemu Sarah nie dostała tej pracy, 
a  Tom  owszem.  Tom  mówi  mi  zawsze  tylko  takie  rzeczy,  jak,  na 
przykład,  że  podobają  mu  się  moje  buty,  i  czy  wczoraj  wieczorem 
oglądałam Idola. O wiele łatwiej jest dogadać się z Tomem niż z Sarah. 
-  No  cóż,  moim  zdaniem  morderstwo  jest  ważniejsze  niż  zatrucie 
alkoholowe.  -  Staję  w  obronie  Toma.  -  Ale  i  tak  musimy  wysłać  tam 
kogoś i sprawdzić, czy  nie przyjęto go czasem na oddział... - Jeśli Stan 
zorientuje  się, że  pozostawiliśmy  bez  żadnej  opieki studenta  na ostrym 
dyżurze, dostanie  szału.  Nie  chcę  stracić  swojego  nowego szefa,  kiedy 
zaczynam go dopiero lubić. - Sarah... 
- Mam  laborkę - oświadcza, nawet nie podnosząc wzroku znad kart, na 
których  wpisywani  są  odwiedzający,  a  które  ma  zamiar  skserować 
rzekomo  po  to,  żeby  policja  mogła  sprawdzić,  czy  poprzedniego 
wieczoru Lindsay nie miała jakichś gości, którzy za wizytę postanowili 
odpłacić jej odcięciem głowy. 
Tyle  że  Lindsay,  oczywiście,  żadnych  gości  nie  miała.  Sprawdziliśmy 
rejestry dwa razy. I nic. 
- Ale... 
-  Nie  mogę  się  zerwać  -  twierdzi  Sarah.  -  To  pierwsze  zajęcia  w 
semestrze! 
- No to ja pojadę. 
- Heather, nie. - Tom zaczyna panikować. Nie wiem, czy to dlatego, że 
faktycznie  nie  chce  mnie  narażać  na  poczekalnię  izby  przyjęć  w 
nowojorskim  szpitalu  po  tym,  co  już  dzisiaj  rano  przeszłam,  czy  też 
dlatego,  że  nie  chce  zostać  sam  w  biurze,  skoro  jest  jeszcze  zupełnie 
nowy w pracy... - Poproszę jednego z opiekunów pięter... 
-  Oni  też  będą  mieli  zajęcia,  tak  jak  Sarah.  -  Już wstałam  i  sięgam  po 
kurtkę.  Nie  zamierzam  robić  z  siebie  męczennicy.  Ja  naprawdę  cieszę 
się, że mogę wyrwać się stąd na trochę. Chociaż usiłuję udawać, że tak 
nie jest. 
-  Nie  ma  sprawy,  naprawdę.  Będą  musieli  go  zaraz  przyjąć,  prawda? 
Albo wypisać do domu. Więc wrócę niedługo. To chłopak, tak? 

background image

-  A  która  dziewczyna  byłaby  na  tyle  głupia,  żeby  próbować  wypić 
dwadzieścia jeden pięćdziesiątek wódki w jeden wieczór? - pyta Sarah, 
przewracając oczami. 
-  To  facet.  -  Tom  podaje  mi  karteczkę  z  nazwiskiem  i  numerem 
identyfikacyjnym  studenta,  którą  wsuwam  do  kieszeni.  -  Nie  jest 
szczególnie  błyskotliwym  rozmówcą  ale  z  drugiej  strony,  kiedy  tam 
byłem,  nie  doszedł  jeszcze  do  przytomności.  Może  do tej  pory  już  się 
obudził. Potrzebujesz drobnych na taksówkę? 
Uspokajam  go,  że  starczy  mi  tego,  co  wcześniej  wyjęłam  z  metalowej 
kasetki,  kiedy  wybierałam  się  do  szpitala,  żeby  go  zmienić...  Zanim 
dowiedzieliśmy się o Lindsay. 
- A więc - mówi do mnie cicho Tom, kiedy zmierzam do drzwi. 
- Miałaś już z czymś takim wcześniej do czynienia. - Oboje wiemy, co 
ma na myśli, mówiąc: „czymś takim”. - Co ja, hm, mam robić? 
Ma  naprawdę  zaniepokojoną  minę.  Z  tą  miną  i  tymi  potarganymi 
włosami wygląda na jeszcze młodszego niż jest... A mając dwadzieścia 
sześć  lat,  jest  przecież  młodszy  ode  mnie.  Prawie  tak  młody  jak 
Chłopiec za Barem. 
-  Bądź  silny.  -  Kładę  dłoń  na  jego  muskularnym  ramieniu,  opiętym 
rękawem  swetra  Izod.  -  A  cokolwiek  chcesz  zrobić...  Spróbuj  nie 
rozwiązywać zagadki tego morderstwa samodzielnie. Zaufaj mi. 
Z trudem przełyka ślinę. 
- Nie ma sprawy. Nie zamierzam skończyć z głową w garnku. Dziękuję 
bardzo. 
Poklepuję go krzepiąco po ręce. 
-  Będę  pod  komórką,  gdybyś  chciał  się  ze  mną  skontaktować  - 
informuję go. 
A potem pośpiesznie uciekam stamtąd do holu, gdzie wpadam na Julia, 
naszego  kierownika  ekipy  sprzątaczy  i  jego  świeżo  zatrudnionego 
siostrzeńca  -  nepotyzm  ma  się  na  Uniwersytecie  Nowojorskim  równie 
dobrze  jak  wszędzie  na  świecie  -  Manuela,  którzy  rozkładają  na 
posadzce podgumowane  maty, żeby ochronić marmur przed solą, którą 
mieszkańcy  zaczną  wnosić  do  środka  na  butach,  kiedy  wreszcie  śnieg 
się rozpada. 
- Heather - zaczepia  mnie zmartwiony  Julio, kiedy ich mijam. - Czy to 
prawda, co mówią? O tej... - Ciemnymi oczami zerka w stronę holu, w 
którym  funkcjonariusze  policji  i  administratorzy  uczelni  kłębią  się 

background image

nadal jak niewolnice mody na wyprzedaży designerskich ciuchów. 
-  To  prawda,  Julio  -  potwierdzam  cicho.  -  Znaleźli...  -  Mam  zamiar 
powiedzieć  „zwłoki”,  ale  to  przecież  nie  jest  zgodne  z  prawdą.  - 
Znaleźli w stołówce zabitą dziewczynę - kończę wreszcie. 
-  Kogo?  -  Manuel  Juarez,  przystojny  aż  do  bólu  facet,  do  którego 
wzdycha  wiele  zatrudnionych  u  nas  studentek,  a  jak  słyszałam,  paru 
studentów  też  (ja  nim  sobie  głowy  nie  zawracam,  bo  nie  wierzę  w 
romanse  w  miejscu  pracy.  A  poza  tym  on  nigdy  nawet  nie  spojrzał  w 
moją  stronę  i  raczej  jest  to  mało  prawdopodobne,  że  spojrzy,  skoro 
dokoła  kręci  się  tyle  apetycznych  dziewiętnastolatek  w  bluzeczkach 
obnażających  pępek.  Ja  nie  pokazałam  brzucha  odkąd,  hm,  zaczął 
wystawać  ponad  pasek  dżinsów),  ma  zatroskaną  minę.  -  Jak  się 
nazywała? 
-  Nie  mogę  wam  jeszcze  powiedzieć,  bo  powinniśmy  zaczekać,  póki 
rodzina  zmarłej  nie  zostanie  zawiadomiona,  zanim  ujawnimy  jej 
nazwisko komukolwiek innemu. 
Oczywiście prawda  jest taka, że gdyby chodziło o kogokolwiek  innego 
niż  Lindsay,  powiedziałabym  im  z  miejsca.  Ale  wszyscy  -  nawet 
pracownicy akademika, na ogół mało tolerancyjni wobec ludzi, których 
rodzice zapewniają nam czeki z wypłatą - lubili Lindsay. 
Nie zamierzam być tą osobą, która im opowie, co ją spotkało. 
To  jest  jeden  z  powodów,  dla  których  cieszę  się,  że  mam  okazję  na 
trochę się stąd wymknąć. 
Julio  rzuca  swojemu  siostrzeńcowi  poirytowane  spojrzenie  -  pewnie 
dlatego, że  wie  równie  dobrze  jak  ja,  że  nie wolno mi  jeszcze  ujawnić 
nazwiska  ofiary  -  i  mruczy  pod  nosem  coś  po  hiszpańsku.  Manuel 
oblewa się ciemnym rumieńcem, ale  milczy. Wiem, że Manuel, tak jak 
Tom,  jest  jeszcze  nowy,  ciągle  na  okresie  próbnym.  A  poza  tym  Julio 
jest  szalenie  wymagającym  przełożonym.  Nie  chciałabym,  żeby  był 
moim  szefem.  Widziałam,  co  potrafi  wyprawiać, kiedy  złapie któregoś 
z  mieszkańców  akademika  na  jeżdżeniu  na  rolkach  po  jego  świeżo 
wywoskowanych posadzkach. 
-  Muszę  jechać  do  szpitala  w  sprawie  innego  dzieciaka  -  tłumaczę 
Juliowi.  -  Mam  nadzieję,  że  niedługo  wrócę.  Uważaj  na  Toma,  kiedy 
mnie nie będzie, dobrze? On jeszcze nie przywykł do załatwiania takich 
rzeczy. 
Julio  z  powagą  kiwa  głową,  a  ja  wiem,  że  moja  prośba  zostanie 

background image

spełniona co  do  joty...  Nawet  jeśli  to  będzie  oznaczało,  że Julio  będzie 
musiał  udać,  że  ktoś  wylał  puszkę  jakiegoś  napoju  na  podłogę  przed 
drzwiami  biura  kierownictwa  administracyjnego akademika,  żeby  móc 
ją potem przez pół godziny wycierać. 
Udaje  mi  się  minąć  wszystkich  ludzi  w  holu  i  już  niezatrzymywana 
przez  nikogo  wychodzę  na  zimne  powietrze.  Ale  chociaż,  jakimś 
cudem,  w  tej  samej  chwili  pod  drzwiami  Fischer  Hall  przystaje  jakaś 
taksówka, nie  macham  na  nią. Zamiast tego biegnę za róg, z powrotem 
w  stronę  domu,  z  którego  wyszłam  zaledwie  dwie  godziny  temu.  Jeśli 
mam siedzieć cały dzień w szpitalu, to będę potrzebowała paru rzeczy - 
na  przykład  mojego  podręcznika  do  matematyki,  żebym  mogła 
przygotować się do pierwszych zajęć, jeśli jutro nie zostaną odwołane, i 
może zabrać też game  boya, w którym  mam Tetrisa (no dobra, kogo ja 
próbuję  nabierać?  Mając  do  wyboru  naukę  i  Tetrisa,  mogę  się  o 
wszystko założyć, że poranek spędzę, usiłując pobić swój rekord). No i 
może  uda  mi  się  jednak  namówić  Lucy,  żeby  wyszła  na  chwilkę  i  się 
załatwiła,  żebym  nie  musiała  się  martwić,  że  później  znajdę  w  domu 
jakiś prezencik. 
Chmury nad miastem są nadal ciemne i grożą śnieżycą, ale wiem, że to 
nie  dlatego  Reggiego  i  jego  kumpli  nie  widać  w  okolicy.  Rozproszyli 
się ze względu na zwiększoną ilość policji za rogiem, pod Fischer Hall. 
Pewnie siedzą w Washington Square Diner, zrobiwszy sobie przerwę na 
kawę.  Zabójstwa  odbijają  się  na  handlu  narkotykami  równie 
bezwzględnie, jak na wszystkim innym. 
Lucy jest tak zdziwiona, widząc mnie w domu o tak wczesnej porze, że 
zapomina  zaprotestować,  kiedy  ją  wyprowadzam  do  mroźnego  ogrodu 
na  tyłach  domu  dziadka  Coopera.  Ale  zanim  zgarnęłam  podręcznik  i 
game  boya,  i znów zeszłam  na dół,  już siedzi przy tylnych drzwiach, a 
kilka  metrów  dalej  paruje  to,  co trzeba.  Wpuszczam  ją z  powrotem  do 
środka  i  szybko  po  niej  sprzątam,  i  mam  już  znów  wypaść  z  domu, 
kiedy  zauważam,  że  na  sekretarce  miga  światełko  -  na  naszym 
domowym  aparacie,  nie  tym,  który  obsługuje  służbową  linię  Coopera. 
Naciskam odtwarzanie i korytarz wypełnia głos brata Coopera. 
- Hm, cześć - mówi mój były narzeczony. - To wiadomość dla Heather. 
Heather,  próbowałem  skontaktować  się  z tobą,  dzwoniąc  na  komórkę i 
do biura. Chyba ciągle się mijamy. Czy możesz do mnie oddzwonić, jak 
tylko  odsłuchasz  tę  wiadomość?  Jest  coś  bardzo  ważnego,  o  czym 

background image

muszę z tobą porozmawiać. 
Wow.  To  rzeczywiście  musi  być  coś  ważnego,  skoro  dzwoni  do  mnie 
na domową  linię  Coopera.  Rodzina  nie  rozmawia  z  Cooperem  od  lat - 
odkąd  dowiedzieli  się,  że  patriarcha  rodu  i  założyciel  Cartwright 
Records,  Arthur  Cartwright,  zostawił  swój  dom  w  West  Village, 
świetną  nowojorską  nieruchomość  (szacowaną  na  około  osiem 
milionów  dolarów),  czarnej  owcy  w  rodzinie.  Rodzinne  relacje  już  i 
przedtem nie były za ciepłe, a to dlatego, że Cooper odmówił zajęcia się 
rodzinnym  interesem  (a  konkretnie,  nie  zgodził  się  śpiewać  w  Easy 
Street, boys bandzie, który kompletował jego ojciec). 
Gdyby  nie  ja  -  oraz  moja  przyjaciółka  Party  i  jej  mąż  Frank  -  Cooper 
spędziłby  święta  i  sylwestra  w  Nowym  Jorku  zupełnie  sam  (nie  żeby 
taka  perspektywa  zbytnio  mu  przeszkadzała),  zamiast  pławić  się  w 
rodzinnym  cieple...  A  tak  pławił  się  w  rodzinnej  atmosferze  domu 
Patty,  skoro  moja rodzina  albo  siedzi  w  więzieniu (tata),  albo zwiała  z 
moimi  pieniędzmi  (mama).  W  sumie  to  może  nawet  lepiej,  że  jestem 
jedynaczką. 
Przekonałam  się  w  ciągu  tych  lat,  kiedy  byłam  dziewczyną  brata 
Coopera, że to, co jest ważne dla Jordana, rzadko bywa ważne dla mnie. 
Więc  nie  rzuciłam  się  do  telefonu,  żeby  natychmiast  do  niego 
oddzwaniać.  Zamiast  tego  odsłuchałam  resztę  wiadomości  -  kilka  razy 
rzucono  słuchawkę,  to  na  pewno  telemarketerzy  -  a  potem  znów 
wyszłam na mróz, żeby jechać do St. Vincent's. 
Oczywiście,  skoro  teraz  potrzebuję  taksówki,  żadna  się  nie  pojawia, 
więc  muszę  przejść  piechotą  tych  pięć  czy  sześć  przecznic  (pomiędzy 
alejami,  a  nie tych  krótkich,  między  zwykłymi  ulicami),  aż do  samego 
szpitala.  Ale  nie  ma  sprawy.  Autorytety  twierdzą,  że  powinniśmy 
dziennie  zażywać  przynajmniej  pół  godziny  ruchu.  A  może  chodzi  o 
godzinę? No cóż, nieważne, pięć przecznic na tym mrozie to i tak aż za 
dużo.  Kiedy  docieram  do  szpitala,  policzków  ani  nosa  z  zimna  już  nie 
czuję. 
Ale w poczekalni jest ciepło - nawet jeśli trochę chaotycznie... Chociaż 
nie  aż  tak  jak  zazwyczaj,  bo  ta  mroźna  pogoda  najwyraźniej  skłoniła 
większość  hipochondryków  do  pozostania  w  domach  -  i  bez  trudu 
znajduję  sobie  miejsce  siedzące.  Jakaś  miła  pielęgniarka  przełączyła 
telewizor z hiszpańskich telenowel na New York One, więc wszyscy są 
na  bieżąco  z  prognozami  co  do  nadchodzącej  śnieżycy.  Do  pełnego 

background image

zadowolenia  brak  mi  tylko  gorącego  kakao  -  a  i  temu  udaje  się  dość 
łatwo  zaradzić,  wsuwając  parę  monet  do  automatu  z  napojami  -  i 
jakiegoś śniadania. 
Na  izbie  przyjęć  St.  Vincent's,  niestety,  o  jedzenie  jest  trudniej,  chyba 
że zechcę się zadowolić funyuns i milk duds z automatu ze słodyczami. 
W normalnych okolicznościach pewnie bym to zrobiła. 
Ale w świetle wydarzeń dzisiejszego poranka jest mi trochę niedobrze i 
nie  jestem  pewna,  czy  mój  żołądek  poradzi  sobie  z  taką  nagłą  dawką 
soli i karmelu. 
Poza  tym  jest  za  pięć  minut  pełna  godzina...  Zwykła  pora,  kiedy 
ochrona otwiera  wejście  na  ostry  dyżur  i  pozwala każdemu pacjentowi 
na  krótkie  odwiedziny.  W  przypadku  naszego  studenta  tym 
odwiedzającym będę ja. 
Oczywiście  teraz,  kiedy  jej  potrzebuję,  nijak  nie  mogę  znaleźć  tej 
karteczki od Toma z nazwiskiem i numerem identyfikacyjnym studenta. 
Więc wiem, że kiedy zaczną wpuszczać odwiedzających, będę  musiała 
zdać  się  na  intuicję.  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  tam  zbyt  wielu 
dwudziestejednolatków  odsypiających  nadmierną  liczbę  alkoholowych 
drinków  urodzinowych  z  poprzedniego  wieczoru.  W  razie  czego  może 
pielęgniarki mi pomogą... 
Ale koniec końców wcale nie potrzebuję pomocy. Rozpoznaję studenta 
w  tej  samej  chwili,  w  której  moje  oczy  padają  na  postać  wyciągniętą 
pod białym prześcieradłem na łóżku. 
- Gavin! 
Jęczy i chowa twarz w poduszkę. 
- Gavin. 
Staję  obok  łóżka  i  obrzucam  go  oburzonym  spojrzeniem.  Powinnam 
była  się  domyślić.  Gavin  McGoren,  z  trzeciego  roku  filmoznawstwa, 
największe  utrapienie  spośród  mieszkańców  Fischer  Hall.  Przez  kogo 
innego  mój szef  musiałby spędzić  bezsenną  noc? - Wiem, że nie śpisz, 
Gavin - mówię słodko. - Otwieraj oczy. 
-  Jezu  Chryste,  kobieto!  -  Gavin  uchyla  powieki.  -  Nie  widzisz,  że 
jestem chory? - I wskazuje na wenflon sterczący mu z ręki. 
-  Och,  przestań  -  rzucam  z  obrzydzeniem.  -  Wcale  nie  jesteś  chory. 
Jesteś tylko durny. Dwadzieścia jeden kielonków, Gavin? 
- Nieważne  -  mamrocze,  wolnym  od  kroplówki  ramieniem zakrywając 
sobie  oczy,  żeby  nie  raziło  ich  światło  jarzeniówek  palących  się  pod 

background image

sufitem.  -  Miałem  koło  siebie  kumpli.  Wiedziałem,  że  nic  mi  się  nie 
stanie. 
- Kumple - mówię pogardliwie. - O tak, kumple świetnie się tobą zajęli. 
-  Hej.  -  Gavin  krzywi  się,  jakby  bolał  go  dźwięk  własnego  głosu.  Bo 
pewnie tak jest. - Przywieźli mnie tutaj, nie? 
-  Zostawili  cię  tu  pod  drzwiami  -  poprawiam  go.  -  I  się  ulotnili.  I  nie 
widzę żadnego z nich przy twoim boku, prawda? 
- Musieli iść na zajęcia - mamrocze niewyraźnie Gavin. - Zresztą, co ty 
o  tym  wiesz?  Nie  było  cię  tutaj.  Był  tu  ten  drugi  pacan  z  biura 
administracji... A w ogóle, gdzie on jest? 
-  Jeśli  chodzi  ci  o  Toma,  kierownika  administracyjnego,  to  musiał 
wracać,  żeby  zająć  się  innym  nagłym  przypadkiem.  Wiesz,  Gavin,  nie 
ty jeden u nas mieszkasz. 
- Czemu się na mnie wyżywasz? - pyta Gavin. - To moje urodziny. 
- No to je fajnie uczciłeś. 
- A co mi tam. Mam z tego korzyść. Sfilmowałem to i mam projekt na 
zajęcia. 
-  Wiecznie  filmujesz  siebie  samego  podczas  jakichś  wygłupów  - 
zauważam. - Pamiętasz, jak odtwarzałeś tamtą scenę z Hannibala? Tę z 
krowim mózgiem? 
Unosi ramię, żeby mnie spiorunować wzrokiem. 
- A skąd miałem wiedzieć, że jestem uczulony na fasolę Jaś? 
-  Może  cię  to  zaskoczy,  Gavin  -  czuję,  że  w  kieszeni  zaczyna  mi 
wibrować  komórka  -  ale  Tom  i  ja  mamy  lepsze  rzeczy  do  roboty  niż 
trzymać cię  za  rączkę  za  każdym  razem,  kiedy  odwalisz  jakąś durnotę, 
po której lądujesz na ostrym dyżurze. 
-  Na  przykład,  co?  -  parska  Gavin.  -  Pozwalać,  żeby  ci  beznadziejni 
opiekunowie pięter jeszcze trochę się wam popodlizywali? 
Bardzo  trudno  jest  mi  powstrzymać  się  od  podzielenia  się  z  Gavinem 
historią  o  Lindsay.  Jak  on  może  tak  tu  leżeć  i  się  nad  sobą  użalać  - 
zwłaszcza  że  wylądował  w  szpitalu  na  własne życzenie  - skoro tam,  w 
naszym  budynku,  zginęła  dziewczyna,  a  my  nawet  nie  jesteśmy  w 
stanie odnaleźć jej ciała? 
-  Posłuchaj,  nie  mogłabyś  po  prostu  sprawdzić,  czy  oni  mnie  już  stąd 
wypuszczą? - jęczy Gavin. - I choć raz oszczędzić mi tych kazań? 
-  Mogę.  -  Jestem  bardzo  zadowolona,  że  mogę  go  zostawić  samemu 
sobie. Pomijając wszystko inne, nie pachnie za ładnie. - Chcesz, żebym 

background image

zadzwoniła do twoich rodziców? 
-  Boże,  nie  -  jęczy.  -  Dlaczego  miałbym  chcieć,  żebyś  coś  takiego 
zrobiła? 
- Może po to, żeby dać im znać, jak uczciłeś osiągnięcie pełnoletności? 
Jestem pewna, że byliby szalenie dumni... 
Gavin  zakrywa  twarz  poduszką.  Uśmiecham  się  i  idę  do  jednej  z 
pielęgniarek,  żeby  przedyskutować  z  nią  możliwość  wypuszczenia  go 
do domu. Mówi mi, że sprawdzi, co na to lekarz. Dziękuję jej i wracam 
do poczekalni. Wyciągam komórkę, żeby zobaczyć, kto dzwonił... 
...I  z  dreszczem  widzę  napis  „Cartwright,  Cooper”  na  wyświetlaczu 
telefonu. 
Jeszcze  głębszy  dreszcz  przejmuje  mnie,  kiedy  sekundę  później  słyszę 
ten głos: 
- Heather. 
Podnoszę wzrok i nagle patrzę w oczy Coopera. 

Pamiętam, kiedyś dziesiątek 
sterczał 
Na wszystkie moje skromne 
potrzeby. 
Teraz, niestety, jestem już 
starsza. 
Ciuchy za grosik odeszły 
w niebyt. 
 
Bez tytułu 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Och,  nieważne.  No  dobra,  kocham  się  w  nim,  a  on  wykazuje  zero 
zainteresowania  moimi  uczuciami.  I  co  z  tego?  Dziewczyna  przecież 
ma prawo pomarzyć, nie? 
I przynajmniej marzę o kimś w odpowiednim wieku, bo Cooper jest po 
trzydziestce - jest o jakieś dziesięć lat starszy niż Chłopiec za Barem. 
I  to  przecież  nie  tak,  że  Cooper  haruje  za  minimalną  płacę  w  jakimś 
barze serwującym kawę. On ma własną firmę. 
Wprawdzie  nie chce  mi  powiedzieć,  czym  się zajmuje  jak  dzień  długi, 
bo  uważa,  że  nie  powinna  tego  wiedzieć  osoba  o  takiej  delikatnej 

background image

konstrukcji psychicznej jak ja. 
Ale to tylko znaczy, że jest troskliwy, prawda? 
Ja  wiem,  że  się  o  mnie  troszczy.  Z  jakiego  innego  powodu 
zaproponowałby,  żebym  się  do  niego  wprowadziła  (no  cóż,  a 
przynajmniej  zamieszkała  na  górnym  piętrze  jego  domu),  po  tym  jak 
Jordan wyrzucił mnie z mieszkania (chociaż Jordan twierdzi, że niczego 
podobnego  nie  zrobił  i  że  to  ja  zdecydowałam  się  wyprowadzić.  Ale, 
bardzo  mi  przykro,  to  on  był  osobą,  która  pozwoliła  Tani  Trace 
przewrócić się twarzą prosto w swoje krocze - i to w naszym wspólnym 
mieszkaniu.  Kto  by  nie  zinterpretował  czegoś  podobnego  jako 
wskazówki, że ma się wynosić)? 
Ale  Cooper  bardzo  jasno  zaznaczył,  że  interesuję  go  wyłącznie  jako 
przyjaciółka.  Dał  mi  to  do  zrozumienia  w  ten  sposób,  że  nigdy  nie 
próbował mnie w żaden sposób poderwać. 
I  dobra,  w  pewnym  sensie  Cooper  kiedyś  wspomniał  -  kiedy  byłam  w 
stanie ciężkiego szoku po tym, jak omal mnie nie zamordowano, i tylko 
częściowo przytomna - że jego zdaniem jestem miłą dziewczyną. 
Ale  czy  ja  mam  uważać,  że  to  dobrze?  No  bo,  miła?  Faceci  nigdy  się 
nie  interesują  miłymi  dziewczynami.  Wolą  takie  dziewczyny  jak  Tania 
Trace,  która  w  tym  swoim  nowym  wideo  do  ostatniego  singla,  Bitch 
Slap, tarzała się w plamie ropy na wodzie, ubrana wyłącznie w skórzane 
stringi i koszulkę bez rękawków. 
Jestem  całkiem  pewna,  że  skórzanych  stringów  w  moim  rozmiarze  w 
ogóle nie robią. 
No ale zawsze pozostaje szansa, że Cooper nie przepada za skórzanymi 
stringami.  Bo  przecież  tym,  że  jest  dla  mnie  taki  miły,  dowiódł,  że  w 
niczym  nie  przypomina  pozostałych  członków  swojej  rodziny.  Może 
jest  jeszcze  jakaś nadzieja.  Może to  dlatego  znalazł się teraz tu,  w tym 
szpitalu: chce mi powiedzieć, że nie może już beze mnie wytrzymać ani 
sekundy dłużej  i że  jego samochód czeka na zewnątrz, żeby zabrać nas 
na  lotnisko,  skąd  polecimy  wziąć  ślub  w  Vegas,  a  potem  na  miesiąc 
miodowy na Hawajach... 
-  Hej  -  mówi  Cooper,  wyciągając  w  moją  stronę  papierową  torbę.  - 
Zdaje się, że nic nie jadłaś. Kupiłem ci kanapkę w Joe's. 
Och.  No  dobrze.  Może  to  nie  ślub  w  Vegas  i  miesiąc  miodowy  na 
Hawajach. 
Ale  to  kanapka  z  Joe's  Dairy,  mojego  ulubionego  sklepu  z  serami!  A 

background image

jeśli kiedykolwiek spróbujecie wędzonej mozzarelli z Joe's, przekonacie 
się,  że  to  coś  równie  dobrego,  jak  miesiąc  miodowy  na  Hawajach.  A 
może nawet lepszego. 
-  Skąd  wiedziałeś,  że  tu  jestem?  -  pytam  oszołomiona,  odbierając  od 
niego torbę. 
-  Sarah  mi  powiedziała.  Zadzwoniłem  do  ciebie  do  biura,  kiedy 
usłyszałem, co się stało. Podawali to na częstotliwości policyjnej. 
- Jasne. - Cooper słucha radia na policyjnej częstotliwości, kiedy jest na 
obserwacji.  Tego  albo  jazzu.  Ma  bzika  na  punkcie  Elli  Fitzgerald. 
Gdyby Ella jeszcze żyła, byłabym zazdrosna. 
-  Czy  twoi  klienci  nie  będą  się  zastanawiać,  gdzie  się  podziałeś?  - 
pytam. W głowie mi się nie mieści, że zawala jakąś sprawę ze względu 
na mnie. 
- Nic się nie stanie. - Cooper wzruszył ramionami. - Mąż mojej klientki 
jest  chwilowo  zajęty.  -  Nawet  nie  próbuję  go  pytać,  czym  zajęty,  bo 
wiem, że  mi  nie powie. - I tak wybierałem  się na lunch i  stwierdziłem, 
że pewnie jesteś głodna. 
Przy słowie lunch zaczyna mi głośno burczeć w brzuchu. 
- Umieram z głodu - wyznaję. - Ratujesz mi życie. 
-  A  więc?  -  Cooper  prowadzi  mnie  w  stronę  wolnych  plastikowych, 
pomarańczowych krzeseł w poczekalni. - Co dolega temu dzieciakowi? 
Zerkam w stronę drzwi prowadzących na ostry dyżur. 
- Komu, Gavinowi? Chroniczna głupota. 
- Znów Gavin, tak? - Z kieszeni kurtki Cooper wyciąga dwie puszki yoo 
- hoo i podaje mi jedną. Serce mi na moment zamiera. Yoo - hoo. Boże, 
uwielbiam  tego  człowieka.  Kto  by  zresztą  nie  uwielbiał?  -  Jeśli  ten 
dzieciak dożyje do dyplomu, zdziwię się. No i? Jak sobie z tym radzisz? 
Mam na myśli tę zabitą dziewczynę. 
Zatopiłam  zęby  w  chrupiącej  bagietce  -  napełnionej  świeżo  zrobioną 
wędzoną  mozzarellą,  pachnącą  czosnkiem,  pieczoną  papryką  i 
suszonymi  na  słońcu  pomidorami.  Po  czymś  takim  nie  jestem  w  stanie 
przemówić, bo wnętrze moich ust przeżywa orgazm. 
-  Zadzwoniłem  -  ciągnie  Cooper,  widząc,  że  mam  pełne  usta  (wydaje 
mi  się,  że  pozostaje  nieświadomy  tych  wszystkich  fajerwerków,  które 
wybuchają  w  ich  wnętrzu)  -  do  przyjaciela,  który  pracuje  w  biurze 
koronera.  Zajęli  się  nią  bardzo  szybko,  wiesz,  bo  teraz  z  uwagi  na 
śnieżycę,  która  ma  się  u  nas  zacząć,  wszystko  zwolniło  tempo.  W 

background image

każdym  razie  są  całkiem  pewni,  że  zmarła  zdecydowanie  przed  tym, 
jak... No, wiesz. 
Została pozbawiona głowy. Kiwam potakująco, nadal żując. 
-  Pomyślałem,  że  będziesz  to  chciała  wiedzieć  -  ciągnie  Cooper. 
Rozwija  swoją kanapkę.  Chyba  z  prosciutto. -  To  znaczy,  że ona  nie... 
Nie cierpiała. Są prawie pewni, że została uduszona. 
Przełykam. 
-  Skąd  oni  to  wiedzą?  -  pytam.  -  Biorąc  pod  uwagę,  że...  No  cóż,  nie 
mamy szyi. 
Cooper właśnie nadgryzł swoją kanapkę, kiedy o to zapytałam. Trochę 
się krztusi, ale udaje mu się jakoś przełknąć. 
- Przebarwienia - mówi między jednym kaszlnięciem a drugim. 
-  Wokół  oczu.  To  oznacza,  że  przestała  oddychać,  zanim  doszło  do 
zgonu  wskutek  uduszenia.  Nazywają  to  zahamowaniem  funkcji  nerwu 
błędnego. 
- Och. Przepraszam. - Chodzi mi o to, że się przeze mnie zakrztusił. 
Popija  trochę  yoo  -  hoo.  A  kiedy  to  robi,  mogę  mu  się  ukradkiem 
poprzyglądać.  Nie  ogolił  się  dziś  rano...  Nie  żeby  to  miało  jakieś 
znaczenie.  Nadal  to  jeden  z  najseksowniej  wyglądających  facetów, 
jakich  spotkałam  w  życiu.  Ten  popołudniowy  -  czy  raczej  jeszcze 
przedpołudniowy  zarost  -  tylko  podkreśla  ostre  płaszczyzny  jego 
twarzy,  jeszcze  wyraźniej  zarysowując  szczupłą  szczękę  i  wysokie 
kości  policzkowe.  Niektórzy  ludzie,  tacy  jak  jego  ojciec,  Grant 
Cartwright,  mogliby  uznać,  że  Cooperowi  przydałby  się  fryzjer.  Ale 
mnie się podoba, kiedy facetowi można przegarnąć włosy palcami. 
No wiecie, to znaczy, gdyby mi na to pozwolił. 
Według mnie te nieco przydługie włosy nadają mu wdzięk przyjaznego 
owczarka  pasterskiego,  Cooper  musi  na  innych  wywierać  nieco 
groźniejsze  wrażenie.  Staje  się  to  oczywiste,  kiedy  bezdomny,  niosący 
w  papierowej  torebce  jakąś  butelkę,  wchodzi  do  szpitala,  żeby  się 
trochę  ogrzać,  dostrzega  obok  mnie  wolne  krzesło  i  rusza  w  jego 
stronę... 
...i  zmienia  zamiar,  kiedy  spogląda  na  szerokie  ramiona  Coopera  - 
jeszcze  szersze  w  tej  puchowej  kurtce  -  i  ciężkie  timberlandy  na 
nogach. 
A Cooper nawet tego nie zauważa. 
-  Uważają,  że  jakiś  czas  tam  postała  -  mówi,  kiedy  wreszcie udało  mu 

background image

się  przełknąć  to  coś,  czym  się  zakrztusił.  -  Na  tym,  eee,  gazie. 
Przynajmniej od świtu. 
- O Boże! 
Ale chociaż w akademiku - to znaczy, domu  studenckim - nie mogłam 
pomyśleć  o  tym,  co  spotkało  Lindsay,  żeby  mnie  nie  ogarnęła  fala 
mdłości, teraz bez kłopotu kończę kanapkę. Może dlatego, że naprawdę 
już umierałam z głodu. 
A  może  ze  względu  na  uspokajającą  obecność  Coopera.  Miłość  chyba 
wyczynia z człowiekiem dziwne rzeczy. 
Skoro już mowa o miłości... 
Odzywa  się  moja  komórka,  a  kiedy  wyjmuję  ją  z  kieszeni,  widzę,  że 
dzwoni  do  mnie  Jordan.  Znowu.  Szybko  chowam  telefon  z  powrotem 
jak najgłębiej do kieszeni. 
Ale nie dość szybko, niestety. 
-  Musi  naprawdę  chcieć  z  tobą  porozmawiać  o  czymś  ważnym  - 
zauważa Cooper. - W domu też zostawił wiadomość. 
- Wiem - bąkam ze wstydem. - Odsłuchałam ją. 
-  Rozumiem.  -  Cooper  ma  taką  minę,  jakby  coś  go  rozbawiło... 
Przynajmniej  sądząc  ze  sposobu,  w  jaki  kąciki  jego  warg  wyginają  się 
w górę pod tymi pięcioma milimetrami zarostu, który je otacza. - A nie 
oddzwaniasz do niego dlatego, że...? 
- Nieważne - mówię zirytowana. Ale nie na Coopera. Irytuję się na jego 
brata,  który  nie  chce  zrozumieć,  że  zerwanie  to  jest  właśnie  to: 
zerwanie.  Nie  wydzwania  się  bez  przerwy  do  swojej  byłej,  zwłaszcza 
będąc  zaręczonym  z  kimś  innym,  po  tym  jak  się  z  nią  zerwało.  Tak 
nakazuje dobre wychowanie. 
Chyba  to,  że  nadal  z  nim  sypiam,  wcale  nie  pomaga.  To  znaczy,  z 
Jordanem. 
Ale poważnie, to był tylko ten jeden raz na chodniku w holu mieszkania 
Coopera, i to w chwili totalnej słabości. To nie powinno się powtórzyć. 
Tak mi się zdaje. 
Chyba mogę powiedzieć, że na siebie też jestem trochę zirytowana. 
-  A  więc  znałaś  ją?  -  pyta  Cooper,  z  wdziękiem  zmieniając  temat, 
pewnie dlatego, że poprzedni, jak widzi, niespecjalnie mi odpowiada. 
- Kogo? Tę zabitą  dziewczynę?  -  Biorę  łyk  yoo  - hoo. - Tak. Wszyscy 
ją znali. To była popularna dziewczyna. Czirliderka. 
Cooper ma zaszokowaną minę. 

background image

- Na uniwerku są czirliderki? 
-  Pewnie.  W  zeszłym  roku  reprezentacja  Uniwersytetu  Nowojorskiego 
doszła do finałów. 
- Finałów czego? 
- Sama nie wiem - przyznaję. - Ale są z tego dumni. Lindsay, to znaczy 
ta  zabita  dziewczyna,  była  z  tego  szczególnie  dumna.  Studiowała 
księgowość. Ale  była emocjonalnie związana z uniwersytetem. Ona... - 
Przerywam.  Nawet  yoo  -  hoo  tym  razem  nie  pomaga.  -  Cooper.  Kto 
mógł zrobić coś takiego? I dlaczego? 
- A co jeszcze wiesz o tej dziewczynie? - pyta. - To znaczy poza tym, że 
była czirliderka, która chciała zostać księgową. 
Zastanawiam się nad tym. 
- Spotykała się z chłopakiem z drużyny koszykówki - mówię po chwili. 
- Uważam,  że on  mógłby  być  podejrzany.  A  przynajmniej  tak twierdzi 
detektyw  Canavan.  Ale  on tego  nie  zrobił.  Ja wiem,  że tego  nie  zrobił. 
Mark  to miły  dzieciak.  On  by  nigdy  nikogo nie  zabił.  A  już  na  pewno 
nie swojej dziewczyny. I nie w taki sposób. 
- Ten sposób uderza mnie  jako coś... - Cooper wzrusza ramionami pod 
swoją  kurtką.  -  No  cóż,  przychodzi  mi  na  myśl  słowo:  przesada.  To 
zupełnie tak, jakby zabójca tak ją zostawił jako ostrzeżenie. 
- Ostrzeżenie dla kogo? - pytam. - Dla kucharza Jimmiego? 
- Gdybyśmy to wiedzieli - mówi Cooper - to wiedzielibyśmy też, kto to 
zrobił,  nie?  I  dlaczego.  Canavan  ma  rację,  że  zaczyna  od  jej chłopaka. 
Dobry jest? To znaczy, jako koszykarz? 
Patrzę na niego skonsternowana. 
- Coop. My jesteśmy w III lidze. Jak dobrym może być graczem? 
-  Ale  Stokrotki  grają  o  wiele  lepiej,  odkąd  mają  tego  nowego  trenera, 
tego  całego  Andrewsa  -  oświadcza  Cooper  z  lekkim  uśmiechem... 
Chyba  bawi  go  moja  sportowa  ignorancja.  -  Ich  mecze  zaczęły  być 
nawet  transmitowane.  Ja  wiem,  że  tylko  lokalnie. Ale  i tak. Zakładam, 
że w świetle tego wszystkiego jutrzejszy mecz zostanie odwołany? 
- Żartujesz sobie? - parskam. - Gramy ze Wschodnimi Diabłami z New 
Jersey na naszym boisku. Nie wiesz, że w tym sezonie mamy już osiem 
zwycięstw i ani jednej porażki? 
Cooper uśmiecha się jeszcze szerzej, ale głos ma mroźny. 
-  Głowę  jednej  z  czirliderek  znaleziono  w  uniwersyteckiej  stołówce,  a 
oni nie odwołują jutrzejszego wieczornego meczu koszykówki? 

background image

- W domu studenckim - poprawiam go. 
- Heather Wells? - Z ostrego dyżuru wychodzi jakaś lekarka, trzymając 
w ręce podkładkę na dokumenty. 
-  Przepraszam  -  mówię  do  Coopera  i  szybko  podchodzę  do  lekarki, 
która  informuje  mnie,  że  Gavin  ładnie  dochodzi  do  siebie  i  że  w 
związku  z  tym  ona  go  wypisuje.  Wyjdzie  stąd,  jak  tylko  podpisze 
odpowiednie  dokumenty.  Dziękuję  lekarce  i  wracam  do  Coopera. 
Widzę,  że  już  wstał,  zebrał  resztki  naszego  Iunchowego  pikniku  i 
wrzuca je do pobliskiego kosza na śmieci. 
- Gavin już szykuje się do wyjścia - informuję go. 
- Tak zrozumiałem. - Cooper wkłada rękawiczki, przygotowując się do 
ponownego  wyjścia  na  tę  arktyczną  pogodę.  - Trzeba  was  podrzucić  z 
powrotem? 
-  Wątpię,  żeby  Gavin  miał  ochotę  na  spacer.  Ale  złapiemy  sobie 
taksówkę. Nie chcę ryzykować, że ci zwymiotuje w samochodzie. 
-  Jestem ci  za  to  bardzo  wdzięczny  -  odpowiada  ze  śmiertelną  powagą 
Cooper.  -  No  cóż,  to  do  zobaczenia  w  domu.  I,  Heather...  Co  do 
Lindsay... 
- Nie  martw się - przerywam  mu. - W żaden sposób nie zamierzam  się 
wtrącać  do  śledztwa  w  sprawie  jej  śmierci.  Ostatnim  razem  totalnie 
dostałam  nauczkę.  Nowojorska  policja  tym  razem  będzie  musiała 
poradzić  sobie  beze  mnie.  Cooper  poważnieje.  -  Nie  to  chciałem 
powiedzieć  -  informuje  mnie.  -  Nigdy  by  mi  nawet  nie  przyszło  do 
głowy,  że  mogłabyś  wpaść  na  pomysł  angażowania  się  w  to,  co  się 
dzisiaj  stało  w  Fischer  Hall.  A  już  zwłaszcza  nie  po  tym,  co  się 
wydarzyło ostatnim razem. 
To śmieszne, ale mimo wszystko czuję się urażona. 
-  Chcesz powiedzieć, że  chodzi  o  ten  ostatni  raz,  kiedy  odkryłam, kim 
jest zabójca, zanim to zdążył zrobić ktokolwiek inny? 
Nie rusza mnie, że bezdomny z butelką w torbie teraz spogląda na mnie 
z  respektem,  który  zaledwie  parę  minut  wcześniej  demonstrował  na 
widok Coopera. Jeśli brak mi czegoś w obwodzie ramion, nadrabiam to 
obwodem bioder. Och, i samą przenikliwością głosu. 
-  Nie  było  tam  żadnych  śladów  włamania  -  ciągnę.  -  Ktokolwiek 
wsadził  głowę  Lindsay  do  gara,  musiał  mieć  dostęp  do  głównego 
klucza.  Mówimy  tu  o  trzech  czy  czterech  różnych  zamkach.  Nikt  nie 
mógł  sforsować  trzech  czy  czterech  różnych  zamków,  nie  w  czasie 

background image

jednej  nocy,  tak  że  nikt  tego  nie  zauważył.  Więc  to  musiał  być  ktoś 
zatrudniony  na  uczelni.  Ktoś,  kto  ma  dostęp  do  kluczy.  Ktoś,  kogo 
znam. 
- Okay - mówi Cooper uspokajająco... Pewnie tym samym tonem, jakim 
zwraca się  do  swoich  klientek,  rozhisteryzowanych żon przekonanych, 
że  ich  mężowie  je  zdradzają,  a  one  muszą  zatrudniać  go,  żeby  tego 
dowieść  przed sądem  i  móc  zatrzymać  dom  przy  plaży w Hamptons.  - 
Uspokój się. Detektyw Canavan się tym zajmuje, prawda? 
- Prawda. - Nie dodaję, że nie mam zbyt wielkiej wiary w umiejętności 
śledcze detektywa Canavana. Przecież ostatnim razem o mało przez nie 
nie zginęłam. 
-  Więc  nie  martw  się  tym.  -  Cooper  kładzie  rękę  na  moim  ramieniu. 
Szkoda,  że  mam  na  sobie  aż  tyle  ciuchów:  kurtkę,  sweter,  półgolf, 
koszulkę i stanik, że prawie tego dotyku nie czuję. - Ktokolwiek to był, 
Canavan go złapie. To nie jest tak jak poprzednio, Heather. Wtedy tylko 
ty byłaś pewna, że doszło do zabójstwa. Tym razem... No cóż, rzecz jest 
dosyć  oczywista.  Policja  się  tym  zajmie,  Heather.  -  Zaciska  palce  na 
moim  ramieniu.  Nie  spuszcza  ze  mnie  wzroku.  Czuję,  że  mogłabym 
zanurkować  w  te  jego  błękitne  oczy  i  zacząć  płynąć,  i  pływać  tak  bez 
końca, nigdy nie osiągając horyzontu. 
- Yo, Wells. 
Można  się  było  spodziewać,  że  Gavin  McGoren  akurat  ten  moment 
wybierze sobie na wyjście z ostrego dyżuru. 
-  Ten  facet  cię  nęka,  Wells?  -  pyta  Gavin,  rzadką  kozią  bródką 
wskazując Coopera. 
Powstrzymuję się  -  ostatkiem  sił  -  przed  walnięciem  go.  Pracownikom 
uczelni  nie  wolno  bić  studentów,  niezależnie  jak  bardzo  taka 
perspektywa  mogłaby  ich  kusić.  Co  ciekawe,  nie  wolno  też  się  z  nimi 
całować.  Nie  żebym  miała  na  to  kiedykolwiek  ochotę,  jeśli  chodzi  o 
Gavina. 
-  Nie,  on  mnie  nie  nęka.  To  mój  przyjaciel,  Cooper.  Cooper,  to  jest 
Gavin. 
-  Cześć  -  rzuca  Cooper  i  wyciąga  do  niego  prawą  rękę.  Ale  Gavin  tę 
rękę ignoruje. 
- Ten facet to twój chłopak? - pyta mnie obcesowo, niegrzecznie. 
-  Gavin  -  mówię  zażenowana.  Nie  jestem  w  stanie  spojrzeć  nawet  w 
okolicę  twarzy  Coopera.  -  Nie.  Doskonale  wiesz,  że  to  nie  jest  mój 

background image

chłopak. 
Mam wrażenie, że Gavin nieco się odpręża. 
-  Fakt  -  potakuje.  -  Ty  wolisz  takie  typki  z  rodzaju  „budyń  z  pianką”. 
Jak Jordan Cartwright. Mister Easy Street. 
Cooper opuścił dłoń. Przygląda się Gavinowi  z mieszanką rozbawienia 
i drwiny. 
-  Cóż,  Heather.  Wprawdzie  uroczo  było  poznać  jednego  z  twoich 
młodocianych podopiecznych, ale chyba muszę już iść. 
-  Hej!  -  Gavin  robi  urażoną  minę.  -  Kogo  nazywasz  młodocianym? 
Cooper prawie nie zauważa obecności Gavina i mówi tylko do mnie: 
-  Zobaczymy  się  w  domu.  -  A  potem  mruga  okiem  i  zawraca  do 
wyjścia. 
-  Do  zobaczenia  w  domu?  -  Gavin  wzrokiem  sztyletuje  plecy 
oddalającego  się  Coopera.  -  Mieszkacie  razem?  Wydawało  mi  się,  że 
twierdziłaś, że to nie twój facet. 
-  To  właściciel  domu,  w  którym  mieszkam  -  odpowiadam.  -  I  on  ma 
rację.  Jesteś  jak  dziecko.  Gotów  do  wyjścia?  Czy  może  chcesz 
zatrzymać  się  w  drodze  powrotnej  do  akademika,  kupić  sobie  butelkę 
jägermeistera i dokończyć dzieła? 
-  Kobieto  -  wzdycha  Gavin,  kręcąc  głową.  -  Dlaczego  taka  jesteś? 
Zawsze się mnie czepiasz. 
-  Gavin  -  mówię,  przewracając  oczami.  -  Serio.  Zadzwonię  do  twoich 
rodziców... 
Od razu przestaje zgrywać twardziela. 
-  Nie  rób  tego  -  prosi,  a  kozia  bródka  mu  się  trzęsie.  -  Mama  mnie 
zabije. 
Wzdycham i biorę go za ramię. 
- No to chodź. Zabiorę cię do domu, zanim śnieg się rozpada. Dostałeś 
od lekarza zwolnienie z zajęć? 
Krzywi się. 
- Nie dają zwolnień z zajęć z powodu zatrucia alkoholowego. 
- Biedne maleństwo. To będzie dla ciebie nauczka. 
-  Kobieto!  -  znów  wybucha  Gavin.  -  Nie  musisz  mi  mówić,  co  mam 
robić! 
I razem wychodzimy na mroźną ulicę, kłócąc się jak dwoje rodzeństwa. 
Przynajmniej  mnie  się  wydaje,  że  takie  sprawiamy  wrażenie.  Bo  nie 
wiem jeszcze, że Gavin widzi to całkiem inaczej. 

background image


Biedne serce pęka 
Jak rozbita szklanka 
Z trudem łapię oddech, 
Dyszę jak wariatka. 
To się musi skończyć. 
Czy ktoś może wie, 
Jak te sztuczne bieżnie 
Wyłącza się? 
 
Na siłowni 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Trudno  powiedzieć,  żeby  przez  resztę  dnia  czas  gnał.  To  aż 
zadziwiające,  jak  strasznie  potrafi  się  wlec,  kiedy  człowiek  marzy 
wyłącznie o powrocie do domu. 
Przynajmniej,  kiedy  wróciłam  do  Fischer  Hall  ze  szpitala, 
najważniejsze  już  się  stało  -  rodzina  Lindsay  została  zawiadomiona  o 
jej  śmierci...  Co oznacza,  że  możemy  już  zacząć  mówić  mieszkańcom 
akademika o tym, co ją spotkało. 
Ale to, tak jak przypuszczałam, wcale nie polepsza sytuacji. Reakcje na 
prawdę - że stołówka została zamknięta ze względu na odkrycie w niej 
odciętej  głowy  jednej  ze  studentek,  a  nie  na  wyciek  gazu  -  wahają  się 
od osłupienia przez chichot aż do płaczu, a nawet krztuszenia się. 
Ale  przecież  nie  możemy  ukrywać  przed  nimi  prawdy...  Zwłaszcza 
kiedy  nowiny  docierają  do  lokalnej  telewizyjnej  stacji  informacyjnej, 
New  York  One.  Zawiadamia  nas  o  tym  Tina,  studentka  pracująca  w 
recepcji.  Z  niespotykaną  gorliwością  przybiega,  żeby  podzielić  się  z 
nami  tym,  co  zobaczyła  w  wiadomościach  na  ekranie  telewizora 
ustawionego  w  holu,  a  potem  podkręca  fonię  do  oporu,  kiedy 
biegniemy do niej, żeby też popatrzeć. 
-  „Na  kampusie  Uniwersytetu  Nowojorskiego  wszyscy  dziś  przeżyli 
szok,  kiedy  w  jednym  z  domów  studenckich,  Fischer  Hall,  dokonano 
makabrycznego  odkrycia”  -  mówi  prezenter  wiadomości  przejętym 
głosem,  w  tle  mając  zdjęcie  fasady  Fischer  Hall,  gdzie  na  dwóch 
masztach przy wejściu powiewają flagi Uniwersytetu Nowojorskiego. 
Przy  wejściu  postawiliśmy  dodatkowych  pracowników  ochrony  z 

background image

zadaniem powstrzymywania gapiów, poszukujących mocnych wrażeń  i 
reporterów  prasowych,  którzy  tłumnie  gromadzą  się  między  stolikami 
do  gry  w  szachy  w  parku  po  drugiej  stronie  ulicy,  doprowadzając  do 
szału zagorzałych fanów szachów, którym mróz nie jest aż tak straszny, 
żeby nie przyjść tam na partyjkę. 
-  „Być  może  przypominają  sobie  państwo  zabójstwa  dwóch  młodych 
kobiet  w  tym  samym  domu  studenckim,  które  miały  miejsce  minionej 
jesieni  -  recytuje  prezenter.  -  Po  tej  tragedii  część  osób  związanych  z 
uczelnią  nadała  temu  domowi  studenckiemu  miano  Akademika 
Śmierci”. 
Zerkam na Toma, kiedy z ust prezentera padają te słowa. Zaciska wargi, 
ale  nie  odzywa  się  ani  słowem.  Biedak.  To  jego  pierwsza  poważna 
posada po studiach i od razu musiał mu się trafić Akademik Śmierci. To 
znaczy, dom studencki. 
- „Dziś rano pracowników stołówki  Fischer Hall  po przyjściu do pracy 
również  czekało  makabryczne  znalezisko  -  w  kotle  w  stołówkowej 
kuchni odkryto ludzką głowę”. 
Po  tych  słowach  z  ust  Tiny  i  większości  pozostałych  studentów  -  nie 
wspominając  już  o  paru  administratorach,  którzy  zebrali  się  w  holu, 
żeby  obejrzeć  wiadomości  -  pada  chóralne:  „Jezu!”  Tom  aż  jęczy  i 
chowa  twarz  w  dłoniach  w  odruchu  rozpaczy.  Pete,  szef  ochroniarzy, 
też nie ma za szczęśliwej miny. 
-  „Głowę  zidentyfikowali  złamani  bólem  członkowie  najbliższej 
rodziny  jako  należącą  do  studentki  trzeciego  roku  i  czirliderki 
reprezentacji  uniwersyteckiej,  Lindsay  Combs”  -  ciągnie  prezenter,  a 
ekran wypełnia zdjęcie Lindsay. 
To  fotografia  z  wieczoru,  kiedy  została  wybrana  Miss  Roku.  Jej 
uśmiech  jest  równie  olśniewający,  jak  diadem,  który  ma  wpięty  w 
miodowozłote  włosy.  Ubrana  jest  w  białą  satynową  suknię  i  trzyma 
tuzin  róż  w  ramionach.  Ktoś  spoza  kadru  obejmuje  ją  ramieniem,  a 
diadem  przekrzywił  się  zadziornie,  opadając  na  jedno  nienaturalnie 
zielone  oko  Lindsay.  Poważnie  się  zastanawiam,  czemu  uznała,  że  tak 
jej będzie do twarzy. 
-  „Według  świadków  ostatnio  widziano  Lindsay  wczoraj  wieczorem. 
Wyszła  ze  swojego  pokoju  około  siódmej,  mówiła  współlokatorce,  że 
wybiera się na imprezę. Z imprezy już nie wróciła”. 
Tyle  to  my  już  i  tak  wiemy.  Cheryl  zeszła  do  naszego  biura  cała  we 

background image

łzach, załamana tym, co spotkało  jej przyjaciółkę - i współlokatorkę... 
Współlokatorkę, z którą nawet nie zdążyła wspólnie pochichotać przed 
zaśnięciem  ani  wypić  paru  szklaneczek  southern  comfort,  bo  przecież 
Lindsay zginęła, zanim Cheryl w ogóle zdążyła się do niej wprowadzić. 
Poprzednia  współlokatorka  Lindsay,  Ann,  przyjęła  te  nowiny  nieco 
mniej  histerycznie  i  udało  jej  się  przekazać  policji  jedyny 
dotychczasowy trop... Ten o imprezie. Ponieważ stosunki między Ann a 
Lindsay  do  najlepszych  raczej  nie  należały,  dziewczyna  nie  była  w 
stanie  powiedzieć  detektywowi  Canavanowi,  na  którą  to  imprezę 
wybrała  się  Lindsay...  A  Cheryl,  zapłakana  tak,  że  nie  można  było 
zrozumieć,  co  mówi,  wiele  w  tej  sprawie  nie  pomogła.  W  końcu  Tom 
musiał  polecić  jednemu  z  opiekunów  pięter  zabrać  Cheryl  do  poradni 
psychologicznej,  gdzie  być  może  otrzyma  wsparcie,  co  pomoże  jej 
uporać  się  z  tą  stratą...  oraz  faktem,  że  z  braku  współlokatorki  ma 
zagwarantowany do końca roku pokój dla siebie. 
Ale  Cheryl  jest  jedyną  osobą  na  całym  kampusie,  której  zupełnie  na 
tym nie zależy. 
- „W jaki sposób Lindsay skończyła w stołówce Fischer Hall, pozostaje 
tajemnicą. Zaskoczone są miejscowe władze” - ciągnie prowadzący. 
Zmienia  się  tło:  rektor  Allington  stoi  na  podium  w  holu  biblioteki,  a 
detektyw Canavan przy jego boku jest rozczochrany i w złym humorze. 
Z  jakiegoś  powodu  po  drugiej  stronie  rektora  stoi  trener  Andrews, 
któremu udaje się zachować spokój, ale  jednocześnie sprawia wrażenie 
nieco  zagubionego.  Zerkając  czasem  na  ESPN,  zauważyłam,  że  wielu 
trenerów tak wygląda. 
Prezenter kontynuuje: 
-  „Rzecznik  prasowy  nowojorskiej  policji  twierdzi,  że  chociaż  nie 
doszło jeszcze do żadnych aresztowań, policja  ma kilku podejrzanych  i 
bada ponad tuzin  śladów.  W  czasie  konferencji prasowej, która odbyła 
się  nieco  wcześniej  dzisiaj  po  południu,  rektor  Allington  zapewnił 
społeczność akademicką, że nie ma powodów do paniki”. 
Na ekranie pojawia się materiał nakręcony w czasie tej konferencji. 
-  „Chcielibyśmy  skorzystać  z  tej  okazji  -  mówi  rektor  Allington 
drewnianym  głosem,  najwyraźniej  odczytując  coś,  co  wcześniej  w 
ciągu  dnia  kazał  napisać  komuś  innemu  -  żeby  zapewnić  naszych 
studentów i całą opinię publiczną, że przedstawiciele organów porządku 
publicznego  naszego  miasta  czynią,  co  w  ich  mocy,  ażeby  wytropić 

background image

tego bezwzględnego zabójcę. Jednocześnie usilnie nakłaniamy  naszych 
studentów do podejmowania dodatkowych środków ostrożności, dopóki 
zabójca  Lindsay  nie  zostanie  zatrzymany.  Chociaż  w  naszych  domach 
studenckich  panuje  rodzinna  atmosfera,  to  dlatego  nazywamy  je 
domami  studenckimi,  a  nie  akademikami,  ważne  jest,  aby  studenci 
zamykali  na  klucz  drzwi  do  swoich  pokojów.  Proszę  nie  wpuszczać 
osób  obcych  do  pokojów  ani  na  teren  żadnych  budynków 
akademickich.  Chociaż  w  chwili  obecnej  policja  uważa,  że  ta 
bezsensowna  zbrodnia  stanowi  pojedynczy,  przypadkowy  epizod, 
niezwykle  ważna  wydaje  się  konieczność  zachowania  ostrożności, 
dopóki  osobnik  odpowiedzialny  za  tę  zbrodnię  nie  zostanie 
doprowadzony przed oblicze prawa...” 
Kiedy  tylko  słowa  „zamykać  drzwi  do  swoich  pokojów”  padają  z  ust 
rektora Allingtona, połowa studentów nagle znika z holu, kierując się w 
stronę wind  z  wyrazem  zaniepokojenia  na  twarzach.  Wiele  dzieciaków 
z  Fischer  Hall  ma  w  zwyczaju  zostawiać  drzwi  otwarte  na  oścież, 
zachęcając przechodzących do odwiedzin. 
Najwyraźniej to się niedługo zmieni. 
Oczywiście  fakt,  że  Lindsay  nie  została  zabita  w  swoim  pokoju,  zdaje 
się w ogóle do nich nie docierać. Nie dociera też do nich, że nie ma nic 
przypadkowego  w  epizodzie,  który  zakończył  życie  Lindsay.  Zabójca 
ewidentnie ją znał - tak samo, jak stołówkę Fischer Hall - przynajmniej 
jako tako. 
Ale  o  ile  ten  fakt  nie  dotarł  jeszcze  do  mieszkających  tu  studentów, 
uświadomiono  go  pracownikom  stołówki,  którym  dopiero  teraz 
pozwolono  wrócić  do  domu  po  całym  dniu  wyczerpującego  składania 
zeznań.  Jestem  zaszokowana,  widząc,  jak  wychodzą  dużą  grupą  ze 
stołówki  zaraz  po  tym,  jak  skończyło  się  wystąpienie  prasowe  rektora 
Allingtona,  kwadrans  po  piątej...  Sporo  po  godzinie,  o  jakiej  zwykle 
wychodzą ze stołówki ci, którym przypadła praca na porannej zmianie. 
Po  rozmowach  z  detektywem  Canavanem  i  jego  współpracownikami 
wyglądają na naprawdę ugotowanych... 
To niezamierzona gra słów. 
I tak, chociaż bardzo zmęczona, Magda zdobywa się na uśmiech, kiedy 
do  mnie  podchodzi.  Posmarowała  sobie  palce  purelem  i  wyciera  je  w 
chusteczkę  higieniczną.  Kiedy  się  zbliża,  widzę,  dlaczego:  czubki 
palców ma czarne od tuszu. 

background image

Pobrali od niej odciski palców. 
-  Och,  Magda  -  mówię,  kiedy  już  jest  przy  mnie.  Obejmuję  ją 
ramieniem  przez  plecy  i  prowadzę  przez  hol  z  powrotem  w  stronę 
swojego biura, gdzie jest spokojniej. - Tak mi przykro. 
-  Nic  się  nie  stało.  -  Magda  pociąga  nosem.  Białka  jej  oczu  są 
zaróżowione,  a  eyeliner  i  tusz  się  rozmazały.  -  Oni  tylko  wykonują 
swoją pracę. To nie ich wina, że jedna z moich małych gwiazdeczek... 
Magda szlocha. Zaciągam ją do biura administracji, gdzie przynajmniej 
nie  będą  się  na  nią  gapić  zaciekawieni  studenci,  stłoczeni  przed 
drzwiami  wind,  którzy  właśnie  wrócili  do  domu  z  pierwszego  dnia 
zajęć  -  po to  tylko,  żeby  się  dowiedzieć,  że  obiadu  będą  sobie  musieli 
poszukać gdzie indziej. 
Magda  siada  na  pomarańczowej  służbowej  kanapie  przed  moim 
biurkiem  i  chowa  twarz  w  dłoniach,  płacząc.  Szybko  zamykam  drzwi 
gabinetu,  w  których  automatycznie  zatrzaskuje  się  zamek.  Tom,  który 
usłyszał  te  hałasy,  wychodzi  ze  swojego  biura  i  stoi,  przyglądając  się 
Magdzie niepewnie, kiedy z okolicy jej kolan, na których ukryła twarz, 
dobiegają  niewyraźnie  słowa:  „moje  małe  gwiazdeczki”  i  „taka  piękna 
maleńka”. 
Tom zerka na mnie. 
- O co tu znów chodzi z tymi gwiazdeczkami? - szepcze. 
-  Mówiłam  ci  -  odpowiadam  szeptem.  Jak  na  faceta,  Tom  czasem 
potrafi być naprawdę mało przytomny. - Filmowali w Fischer Hall jakąś 
scenę  ze  Zmutowanych  nastoletnich  żółwi  Ninja.  Magda  pracowała  tu 
wtedy. 
-  No  cóż.  -  Tom  przygląda  się  znów  płaczącej  Magdzie.  -  Wyraźnie 
zrobiło to na niej  wrażenie.  To  znaczy,  jak  na  film,  którego  nikt  nigdy 
nie ogląda. 
-  Ludzie  go  oglądają  -  oświadczam  zirytowana.  -  Nie  masz  czasem 
czegoś do roboty? 
Wzdycha. 
-  Czekam,  aż  pojawi  się  ktoś  z  poradni  psychologicznej.  Od  piątej  do 
siódmej  będziemy  tu  udzielać  porad  dotyczących  radzenia  sobie  ze 
stratą w związku z tym, co spotkało Lindsay. 
Nic nie mówię. Nie muszę. On już i tak wie. 
- Tłumaczyłem im, że nikt się nie zgłosi - mówi znękanym głosem. 
-  Może  poza  Cheryl  Haebig  i  opiekunami  pięter.  Ale  to  decyzja  biura 

background image

rektora.  Chcą,  żeby  administracja  pokazała,  że  przejmujemy  się  tą 
sprawą. 
-  No  cóż.  -  Ruchem  głowy  wskazuję  Magdę.  -  Oto  ktoś,  komu 
przydałaby się pomoc w radzeniu sobie ze stratą. 
Tom blednie, słysząc moją sugestię. 
-  To  twoja  przyjaciółka  -  wypomina  mi  oskarżycielskim  tonem. 
Piorunuję go wzrokiem. 
- To ty masz tytuł magistra. 
-  Z  administracji  ośrodków  naukowych!  Muszę  ci  coś  powiedzieć, 
Heather. - Ma przerażoną minę. - Ja już sam nie wiem. To znaczy, co o 
tym wszystkim myśleć. W Teksasie wszystko było prostsze. 
Patrzę na niego jeszcze twardszym wzrokiem. 
-  Ty  mi  tu  nie  odejdziesz  z  pracy,  Tom.  Nie  przez  jedno  małe 
morderstwo. 
-  Małe!  -  Tom  nadal  jest  blady  jak  ściana.  -  Heather,  w  domu,  w 
Teksasie  nikomu  nie  urzynają  głowy  po  to,  żeby  ją  wrzucać  do  gara 
ustawionego  na  ogniu.  Jasne,  co  roku  kilkoro  dzieciaków  ginie,  kiedy 
zawali  się  kolejka  w  wesołym  miasteczku.  Ale  morderstwo?  Nie  no, 
Heather.  W  tej  chwili  Teksas  wydaje  mi  się  raczej  przyjemnym 
miejscem. 
- Och, jasne - rzucam z  ironią. - Jeśli tam  było tak dobrze, to jak się to 
stało, że jesteś tutaj? 
Tom przełyka ślinę. 
- No cóż... 
-  Odłóżmy  rozmowę  o  twojej  rezygnacji  z  pracy  na  później,  okay?  - 
Padam na kanapę obok Magdy. - Mam teraz inne zmartwienia. 
Tom rzuca Magdzie ostatnie spanikowane spojrzenie, potem mruczy: 
- Okay, to ja się zajmę papierami. - I znów znika w swoim gabinecie. 
Siedzę obok Magdy  i  trzymam  dłoń  na  jej  ramieniu, kiedy  ona  płacze. 
Wiem,  że  tak  powinna  się  zachować  przyjaciółka...  Ale  jako  osoba 
zatrudniona  do  pomagania  ludziom  nie  jestem  pewna,  czy  to  właśnie 
powinnam  robić.  Zastanawiam  się,  jak  doktor  Jessup  mógł  zatrudnić 
kogoś  takiego  jak  ja?  To  znaczy  wiem,  że  tylko  ja  się  zgłosiłam  i  tak 
dalej. Ale ja się do tej pracy nie nadaję. Nie mam zielonego pojęcia, co 
robić w obliczu takiego smutku, jak ten Magdy. I w ogóle, gdzie jest ten 
cały psycholog? 
-  Magda.  -  Poklepuję  ją  po  ramieniu  obleczonym  różowym, 

background image

stołówkowym  fartuchem.  -  Hm...  Posłuchaj.  Jestem  pewna,  że  oni  cię 
wcale  nie  podejrzewają.  To  znaczy,  każdy,  kto  cię  zna,  wie,  że  nie 
mogłabyś  mieć  nic  wspólnego  z...  tym,  co  się  stało.  Naprawdę,  nie 
przejmuj  się  tak.  Nikt  nie  uważa,  że  to  zrobiłaś.  Policja  po  prostu 
wykonuje swoją pracę. Magda unosi zalaną  łzami twarz i przygląda  mi 
się zaskoczona. 
-  Ja...  ja  nie  dlatego  się  martwię  -  mówi,  kręcąc  głową,  aż  jej  loki,  w 
tym  tygodniu  jasnoblond  z  ciemniejszymi  pasemkami,  zaczynają 
podskakiwać.  -  Ja  wiem,  że  oni  tylko  wykonują  swoją  pracę.  Nie  ma 
sprawy. Nikt z nas tego nie zrobił, nikt z nas by tego zrobić nie mógł. 
-  Ja  wiem  -  przytakuję  szybko,  nadal  ją  głaszcząc  po  ramieniu.  -  To 
okropne, że oni cię podejrzewają. Ale rozumiesz... 
-  To  tylko...  -  ciągnie  Magda,  jakbym  się  wcale  nie  odzywała.  -  Bo 
słyszałam...  Słyszałam,  że  to  Lindsay.  Ale  to niemożliwe. Przecież  nie 
mała Lindsay, z tymi włosami i oczami? Ta czirliderka? 
Wpatruję  się  w  nią.  W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  nie  rozpoznała 
Lindsay wtedy, kiedy zaglądała do garnka. To prawda, że pewnie sama 
widywałam  Lindsay  częściej  niż  Magda,  ze  względu na  sympatię,  jaką 
darzyła  mój  słój  z  kondomami.  Czy  trudno  się  dziwić,  że  sama 
rozpoznałam ją bez żadnego problemu? 
A  może  do  tego  zajęcia  nadaję  się  najbardziej?  Do  rozpoznawania 
twarzy  zabitych  ludzi,  którzy  jakiś  czas  się  pogotowali?  Do  jakiego 
stanowiska  potrzebne  są  takie  kwalifikacje?  Trudno,  żeby  na  rynku 
istniało zapotrzebowanie  na  kogoś  z  podobnymi  kwalifikacjami,  chyba 
że  może  w  tych  nielicznych  sektach,  które  jeszcze  praktykują 
kanibalizm. I czy w ogóle są takie sekty? 
-  Tak  -  mówię  w  odpowiedzi  na  pytanie  Magdy.  -  Tak,  bardzo  mi 
przykro. Ale to była Lindsay. 
Magda znów się krzywi. 
- Och, nie! - jęczy. - Heather, nie! 
-  Magda  -  odzywam  się,  zaalarmowana  jej  reakcją.  Która,  doprawdy, 
jak się nad tym zastanowić,  jest normalniejsza niż moja, czyli ucieczka 
z  okolicy  w  przyjemne  ciepło  ostrego  dyżuru  w  St.  Vincent's.  Albo 
reakcja  Sarah,  która  zaczęła  rzucać  głupimi  dowcipami.  -  Strasznie  mi 
przykro.  Ale  jeśli  to  dla  ciebie  jakaś  pociecha,  Cooper  powiedział  mi, 
że  zdaniem  koronera  ona  najpierw  została  uduszona.  To  znaczy,  nie 
zabito jej... odcinając głowę. To się stało dopiero potem. 

background image

Nie  dziwi  mnie,  że  Magdę  chyba  mało  pociesza  ta  informacja. 
Naprawdę  nie  nadaję  się  do  podtrzymywania  na  duchu  zmartwionych 
ludzi. Może powinnam zostać księgową. 
-  Tylko  że...  -  Magda  szlocha.  -  Tylko  że  Lindsay...  Ona  była  taka 
słodka!  Tak  bardzo  jej  się  tutaj  podobało!  Zawsze  wkładała  swój  strój 
czirliderki  w  dni,  meczów.  Nigdy  nic  złego  nikomu  nie  zrobiła.  Nie 
zasługiwała na taką śmierć, Heather. Nie Lindsay. 
-  Och,  Magda.  -  Poklepuję  ją  po  ramieniu.  Co  jeszcze  mam  zrobić? 
Zauważam, że Magda wszystkie paznokcie ma ozdobione wzorem flagi 
Uniwersytetu  Nowojorskiego  w  kolorach  bieli  i  złota.  Wielka  fanka 
uniwersyteckiej koszykówki, Magda, nigdy nie omija meczu, jeśli może 
się na  niego  wybrać.  -  Masz  rację.  Lindsay  nigdy  nie zrobiła nic,  żeby 
zasługiwać na to, co ją spotkało. 
A przynajmniej my o niczym takim nie wiemy. 
No,  widzicie?  Znów  to  samo!  Skąd  się  w  ogóle  bierze  skłonność  do 
takiej  zgryźliwości?  Przecież  to  nie  dlatego,  że  jestem  byłą  gwiazdką 
muzyki  pop,  która  usiłuje  jakoś  ułożyć  sobie  życie.  I  w  końcu 
dowiaduje  się,  że  musi  przedtem  zaliczyć  uzupełniający  kurs  z 
matematyki. 
Prawda? 
- Ludzie będą ciągle usiłowali coś do tego dorabiać. - Magda przygląda 
mi  się  natarczywie.  -  Wiesz,  jacy  są  ludzie,  Heather.  Będą  mówili:  no 
cóż,  nie  powinna  była  spotykać  się  z  aż  tyloma  chłopakami,  czy  coś 
takiego.  Ale  to  nie  wina  Lindsay,  że  była  taka  ładna  i  taka  popularna. 
To nie jej wina, że chłopcy ciągnęli do niej jak pszczoły do miodu. 
Albo muchy do końskiego łajna. 
Boże,  co  jest  ze  mną  nie  tak?  Dlaczego  obwiniam  ofiarę?  Jestem 
pewna,  że  gdyby  była  tutaj  Sarah,  toby  mi  to  zaraz  wyjaśniła.  Że  to  z 
chęci  zdystansowania  się  do  tego,  co  się  stało  Lindsay,  żebym  mogła 
sobie powiedzieć coś w rodzaju:  „No cóż, mnie to by  nigdy nie mogło 
spotkać,  bo  raczej  trudno  powiedzieć,  żeby  chłopcy  ciągnęli  do  mnie 
jak  pszczoły  do  miodu.  Więc  nikt  nigdy  mnie  nie  udusi,  a  potem  nie 
obetnie mi głowy”. 
A może jest jakiś inny powód, dla którego nie mogę przestać myśleć, że 
śmierć  Lindsay  to  coś  więcej  niż  „przypadkowy  zbrodniczy  epizod”? 
Czy  ona  naprawdę  była  tylko  tą  wcieloną  słodyczą  i  dobrym  duchem 
szkoły? A  może  faktycznie coś ukrywała za tymi  opalizującozielonymi 

background image

szkłami kontaktowymi? 
Magda sięga  i chwyta  mnie za rękę, ściskając tak mocno, że to aż boli. 
Jej  oczy  -  nadal  pełne  łez  -  błyszczą  jak  te  sztrasy,  którymi  czasem 
ozdabia sobie paznokcie. 
-  Posłuchaj  mnie,  Heather.  -  Starannie  obwiedzione  konturówką  usta 
Magdy  drżą.  -  Musisz  znaleźć  osobę,  która  jej  to  zrobiła.  Musisz  go 
znaleźć i oddać w ręce sprawiedliwości. 
Od razu podrywam się na nogi. Ale nie udaje mi się odsunąć, bo Magda 
trzyma moją dłoń w żelaznym uścisku. 
- Mags, posłuchaj. Doceniam twoją wiarę w moje zdolności, ale musisz 
pamiętać,  że  jestem  tylko  zastępczynią  kierownika  administracyjnego 
akademika... 
-  Ale  tylko  ty  jedna  wierzyłaś,  że  w  zeszłym  semestrze  tamte  dwie 
dziewczyny zostały zamordowane! I  miałaś rację! Niby taki bystry, ale 
detektyw Canavan nie umiał złapać mordercy, bo nawet nie wierzył, że 
one  zostały  zamordowane.  Ale  ty,  Heather...  Ty  wiedziałaś.  Ty  po 
prostu rozumiesz ludzi... 
- Tak. I co jeszcze? 
-  Może  tak  ci  się  nie  wydaje,  ale  tak  jest.  Dlatego  jesteś  w  tym  taka 
dobra. Bo sama nie wiesz, w  jaki sposób to robisz. Mówię ci, Heather, 
jesteś jedyną osobą,  która  może  złapać  człowieka, który zabił  Lindsay, 
która może dowieść, że to była naprawdę miła dziewczyna. Błagam cię, 
żebyś chociaż spróbowała... 
-  Magda  -  mówię.  Dłoń  zaczyna  mi  się  pocić  w  jej  uścisku.  -  Ja  nie 
jestem gliną.  Nie  mogę  się  wtrącać  do  ich śledztwa.  Obiecałam,  że nie 
będę... 
Co ta  Magda  sobie  w  ogóle  wyobraża?  Czy  ona  nie  wie,  że  ten  facet, 
kimkolwiek  jest, nie ogranicza się do spychania  ludzi do szybu windy? 
On swoje ofiary dusi, a potem odcina im głowy i ukrywa ich zwłoki. To 
coś trochę innego. To się w jakiś sposób robi o wiele groźniejsze. 
- Dusza tej małej dziewczynki z pomponami ma prawo do spokojnego i 
godnego odpoczynku - upiera się Magda. - A nie zazna go, dopóki tego 
mordercy nie spotka słuszna kara. 
-  Magda  -  wzdycham.  Czuję  się  niezręcznie.  Jak  by  zachował  się 
psycholog,  gdyby  jeden  z  jego  pacjentów  zażądał,  żeby  psycholog 
rozwiązał zagadkę brutalnego zabójstwa osoby, którą pacjent opłakuje? 
- Chyba naoglądałaś się za dużo odcinków Unsolved Mysteries. 

background image

Najwyraźniej  nie  była  to  reakcja  właściwa,  bo  Magda  tylko  jeszcze 
mocniej ściska moją dłoń i prosi: 
-  Ale  pomyślisz  o  tym  chociaż,  Heather?  Po  prostu  trochę  o  tym 
pomyślisz? 
Magda  kiedyś  powiedziała  mi,  że  w  młodości  była  królową  piękności, 
że  dwa  razy  z  rzędu  zdobyła  tytuł  wicemiss  Republiki  Dominikany. 
Wcale nie tak trudno w to uwierzyć teraz, kiedy podnosi na mnie oczy 
patrzące  z  intensywnością  porównywalną  z  przednimi  reflektorami 
samochodu ustawionymi  na długie  światła. Pod całym tym makijażem, 
dorysowanymi  brwiami  i  włosami  nastroszonymi  na  wysokość 
piętnastu  centymetrów,  kryje  się  delikatna  uroda, której  cała zawartość 
półek z kosmetykami z Duane Reade nie zdołałaby ukryć. 
Wzdycham. Zawsze lubiłam takie przyjemne buzie. Przecież właśnie w 
ten sposób wzięłam sobie na kark Lucy. 
- Zastanowię się nad tym -  mówię  i zaczynam czuć ulgę, kiedy  Magda 
przestaje  kurczowo  ściskać  moją  rękę.  -  Ale  niczego  nie  obiecuję.  No 
bo, Magda... Nie chcę, żeby mnie też obcięli głowę. 
-  Dziękuję  ci,  Heather.  -  Magda  pięknie  się  uśmiecha,  mimo  tej  całej 
rozmazanej szminki. - Dziękuję. Jestem pewna, że dusza Lindsay zyska 
teraz nieco spokoju, wiedząc, że Heather Wells zajmie się jej sprawą. 
Ostatni  raz  poklepuję  Magdę  po  ramieniu,  a  ona  z  lekkim  uśmiechem 
zabiera się do wyjścia, zmierzając korytarzem w stronę biura stołówki, 
gdzie  pracownicy  wieszają  swoje  płaszcze.  Patrzę  za  nią  i  czuję  się... 
No cóż, nieco dziwnie. 
Może to dlatego, że zjadłam dziś przez cały dzień wyłącznie tę kanapkę 
z wędzoną  mozzarellą  -  z  dodatkiem  pieczonej papryki  i suszonych  na 
słońcu pomidorów, które chyba  można uznać za warzywa -  i dużą café 
mocha. 
Może to dlatego, że poprawiłam jej nastrój, choć nie wiem sama czym. 
Czy  raczej,  doskonale  wiem  czym.  Mnie  się  to  tylko  nie  mieści  w 
głowie.  Czy  ona  naprawdę  uważa,  że  zacznę  prowadzić  własne, 
prywatne śledztwo w sprawie śmierci Lindsay? Jeśli tak, to nawdychała 
się trochę za dużo kleju do sztucznych paznokci. 
Bo co ja mam niby robić - chodzić i szukać faceta z tasakiem w dłoni i 
ciałem dziewczyny w świeżym grobie w ogrodzie na tyłach domu? Tak, 
co  jeszcze?  Może  przy  okazji  sobie  też  dam  odrąbać  głowę?  To 
wszystko  jest po  prostu  niepoważne.  Detektyw  Canavan  nie  jest głupi. 

background image

Wystarczająco  szybko  znajdzie  zabójcę.  Jakim  cudem  ktoś  miałby 
ukrywać zwłoki bez głowy? Gdzieś w końcu będą się musiały znaleźć. 
A  kiedy  się  znajdą  mam  nadzieję,  że  ja  sama  będę  gdzieś  bardzo, 
bardzo daleko stamtąd. 

Ty i ja to niby tacy 
Przyklejeni. 
Ty przylgnąłeś do mnie, 
No a ja do ciebie. 
Zupełnie mnie nie znasz, 
Jeśli tak uważasz. 
Myślisz, że tak mnie wzięło? 
Spójrz tylko za siebie. 
 
Wzięło mnie 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Do chwili, kiedy wychodzę z pracy,  jeszcze  nie zaczął padać śnieg, ale 
na  zewnątrz  jest  ciemno  jak  w  nocy,  chociaż  to  zaledwie  trochę  po 
piątej.  Ekipy  telewizyjne  nadal  koczują  wzdłuż  Washington  Square 
Park - jest  ich  jeszcze więcej  niż do tej pory, włącznie z samochodami 
wszystkich  co  większych  sieci  telewizyjnych,  jest  nawet  CNN... 
Zupełnie tak, jak przewidywał rektor Allington. 
Ale  obecność  wozów  transmisyjnych  raczej  nie  zniechęca  dilerów 
handlujących  narkotykami  w  parku.  Dlatego  wpadam  na  Reggiego 
zaraz  po tym,  jak skręcam  za  róg  w  stronę  domu  Coopera.  Wprawdzie 
w  pierwszej  chwili  syczy  na  mój  widok:  „Śnieżek,  śnieżek”,  ale  kiedy 
mnie rozpoznaje, robi śmiertelnie poważną minę. 
-  Heather  -  mówi.  -  Bardzo  mi  przykro  było  słyszeć  o  tej  tragedii  w 
twoim budynku. 
-  Dzięki,  Reggie.  -  Patrzę  na  niego,  mrugając  oczami.  W  różowej 
poświacie ulicznej latarni wygląda zadziwiająco nieszkodliwie, chociaż 
słyszałam  od  Coopera,  że  Reggie  nosi  w  uchwycie  na  łydce  pistolet 
kaliber  22,  którego  zdarza  mu  się  czasem  używać.  -  Hm...  Pewnie  nie 
słyszałeś  nic  o tym,  dlaczego  ta  dziewczyna  zginęła?  Ani  kto ją  zabił? 
Prawda? 
Reggie uśmiecha się od ucha do ucha. 

background image

- Heather - ciągnie zachwyconym tonem - pytasz mnie, co o tym mówi 
ulica? 
- Tak. W sumie, tak. 
- Nic  o tym  nie  słyszałem.  -  Reggie  już  przestał  się  uśmiechać,  widzę, 
że  mówi  prawdę.  Chociaż  uśmiechać  się  przestał  po  to,  żeby  mi 
uważniej  zajrzeć  w  oczy.  -  Ale  jeśli  coś  usłyszę,  to  ty  pierwsza  się  o 
tym dowiesz. 
-  Dzięki,  Reggie.  -  I  ruszam  dalej  ulicą,  ale  przystaję,  kiedy  słyszę,  że 
Reggie woła mnie jeszcze po imieniu. 
- Heather. Mam nadzieję, że nie zamierzasz  babrać się w tym, w czym 
maczała palce ta dziewczyna. - Już zupełnie spoważniał. - Bo można się 
założyć,  że  w  czymś  tam  palce  maczała...  I  że  to  coś  ją  zabiło.  Nie 
chciałbym, żeby coś podobnego spotkało taką miłą młodą damę jak ty. 
-  Dzięki,  Reggie  -  odpowiadam.  Chociaż  wcale  nie  to  mam  ochotę 
powiedzieć.  Chciałabym  powiedzieć:  „Szkoda,  że  ludzie  nie  pokładają 
we  mnie trochę więcej  wiary.  Bo  nie  jestem  aż  tak  głupia”.  Ale  wiem, 
że  wszyscy  tylko  starają  się  być  dla  mnie  mili.  Więc  zamiast  tego 
dodaję: - Nie martw się. Zostawiam śledztwo w rękach profesjonalistów 
tym razem. Cokolwiek od ciebie usłyszę, natychmiast im to przekażę. 
- To dobrze - oświadcza Reggie. A potem, zauważając grupę typowych 
pracowników IT z West Village, szybko rusza w ich stronę, mrucząc: - 
Śnieżek, śnieżek. Marycha, marycha. 
Żegnam  go  uśmiechem.  Zawsze  miło  popatrzeć  na  kogoś  tak 
pochłoniętego swoją pracą. 
Kiedy  wreszcie kończę  otwierać  zamki  we  frontowych drzwiach  domu 
Coopera,  ledwie  udaje  mi  się  je  otworzyć  przez  tę  całą  pocztę,  która 
leży w stosiku za nimi, wrzucona przez otwór na listy. Włączam światła 
- Cooper nadal  widać gdzieś prowadzi te swoje obserwacje - i zbieram 
potężny stos, krzywiąc się na te wszystkie kupony zniżkowe i darmowe 
próbne CD z AOL. Zadaję sobie pytanie, dlaczego nigdy nie dostajemy 
żadnej  prawdziwej  poczty  -  tylko  rachunki  i  oferty  zniżkowych 
zakupów  -  kiedy  Lucy  zbiega  pędem  po  schodach,  usłyszawszy,  że 
wchodzę.  W  zębach  trzyma  katalog  Victoria's  Secret,  który 
najwyraźniej  przez  całe  popołudnie  przerabiała  na  obślinioną 
wycinankę. 
Lucy  to  naprawdę  niezwykłe  zwierzę,  jeśli  wziąć  pod  uwagę  jej 
niesamowitą umiejętność wybrania tego jedynego katalogu, który  mógł 

background image

wywołać we  mnie poczucie  niższości,  i zniszczenia go, zanim w ogóle 
udało mi się go otworzyć. 
Właśnie  kiedy  usiłuję  wyrwać  katalog  Lucy  -  żeby  nie  siała  po  całym 
mieszkaniu  fragmentów  torsu  Heidi  Klum  -  dzwoni  telefon  w 
korytarzu, a ja podnoszę słuchawkę, nie zerkając nawet na wyświetlacz, 
kto dzwoni. 
-  Halo?  -  mówię  z  roztargnieniem.  Całe  palce  mam  mokre  od  psiej 
śliny. 
-  Heather?  -  Ucho  wypełnia  mi  głos  mojego  byłego  i  najwyraźniej 
zaniepokojonego  narzeczonego.  -  Heather,  to  ja.  Boże,  gdzieś  ty  się 
podziewała? Cały dzień usiłuję się do ciebie dodzwonić. Jest coś... jest 
coś, o czym naprawdę muszę z tobą porozmawiać... 
-  O  co  chodzi,  Jordan?  -  pytam  niecierpliwie.  -  Jestem  trochę  zajęta.  - 
Nie mówię, czym jestem zajęta. On nie musi wiedzieć, że jestem zajęta 
próbami powstrzymania mojego psa przed pożarciem całego katalogu z 
bielizną.  Niech  sobie  myśli, że  jestem  zajęta, bo uprawiam  seks  z  jego 
bratem. 
Cha. Chciałabym. 
-  No wiesz  -  zaczyna  Jordan. -  Tania  powiedziała mi  któregoś dnia,  że 
odpowiedziałaś odmownie na zaproszenie na ślub. 
- Zgadza się. - Zaczynam się powoli orientować, o co w tym wszystkim 
może chodzić. - Mam plany na tę sobotę. 
- Heather - mówi Jordan urażonym głosem. 
- Poważnie, mam plany. - Nie ustępuję. - Muszę iść do pracy. Tego dnia 
meldują się studenci z wymiany. 
To  nawet  nie  do  końca  kłamstwo.  Rzeczywiście,  studenci  z  wymiany 
międzyuczelnianej  meldują  się  w  sobotę.  Tyle  że  chodziło  o  ostatnią 
sobotę, a nie tę nadchodzącą. No ale Jordan nigdy się tego nie dowie. 
-  Heather.  Mój  ślub  jest  o  piątej.  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  o  piątej 
nadal będziesz w pracy? 
Cholera. 
-  Heather,  nie  rozumiem,  czemu  nie  chcesz  przyjść  na  mój  ślub  - 
ciągnie.  -  Ja  wiem,  że  przez  jakiś  czas  mieliśmy  różne 
nieporozumienia... 
-  Jordan,  weszłam  do  domu  w  chwili,  w  której  twoja  przyszła  żona 
robiła ci laskę - przypominam mu. - Chociaż wtedy, błędnie uważałam, 
że to ja jestem tą przyszłą. Więc chyba moje oburzenie można uznać za 

background image

coś zrozumiałego. 
- Zdaję sobie z tego sprawę - stwierdza Jordan. - I dlatego pomyślałem, 
że może przychodząc, czułabyś się niezręcznie. Znaczy, przychodząc na 
ślub.  Dlatego  właśnie  dzwonię,  Heather.  Chcę  cię  zapewnić,  że  jesteś 
dla  mnie  bardzo  ważną  osobą  i  że  bardzo  ważne  dla  mnie,  i  dla  Tani 
też,  jest, żebyś przyszła  na  nasz  ślub.  Ona  nadal  czuje  się okropnie po 
tym, co się stało, i naprawdę chcielibyśmy okazać ci, jak bardzo... 
-  Jordan.  -  Do  tej  pory  znalazłam  się  już  w  kuchni,  w  jednej  dłoni 
ściskając bezprzewodową słuchawkę, z Lucy depczącą mi po piętach z 
wywieszonym  z  ekscytacji  językiem.  Po  wyrzuceniu  wilgotnego 
katalogu  Victoria's  Secret  zapalam  światło  i  sięgam  do  uchwytu 
lodówki. - Nie przyjdę na twój ślub. 
-  Widzisz?  -  mówi  Jordan  sfrustrowanym  tonem.  -  Wiedziałem,  że  to 
powiesz.  Dlatego  zadzwoniłem.  Heather,  nie  bądź  taka.  Naprawdę 
sądziłem,  że  udało  nam  się  zostawić  to  wszystko  za  sobą.  Ten  ślub  to 
bardzo  ważne  wydarzenie  w  moim  życiu,  Heather,  i  ważne  dla  mnie 
jest,  żeby  ludzie,  którzy  coś  dla  mnie  znaczą,  byli  przy  mnie,  kiedy  to 
się wydarzy. Wszyscy ludzie, którzy coś dla mnie znaczą. 
- Jordan. - O, tam, za mlekiem (wczoraj poszłam po zakupy spożywcze, 
kiedy  usłyszałam  o  tej  nadchodzącej  śnieżycy,  więc  raz  na  odmianę 
karton  jest  pełen  i  sporo  mu  jeszcze  do  upływu  daty  przydatności  do 
spożycia)  stoi  kartonowe  pudełko  z  resztkami  smażonego  kurczaka  z 
latynoskich  delikatesów.  Innymi  słowy,  pudełko  pełne  ekstazy.  -  Nie 
przyjdę na twój ślub. 
- Czy to dlatego, że nie zaprosiłem Coopera? - pyta Jordan. - Bo jeśli to 
jest...  No  wiesz,  aż  tak  dla  ciebie  istotne,  to  go  też  zaproszę.  Cholera, 
możesz go  zabrać  jako  osobę  towarzyszącą.  Nie  mam  pojęcia,  co ty  w 
nim  w  ogóle  widzisz,  ale,  no  wiesz,  w  końcu  mieszkacie  we  dwójkę. 
Jeśli naprawdę chcesz go ze sobą zabrać... 
-  Nie  zabiorę  twojego  brata  na  twój  ślub,  Jordan.  -  Wyjęłam  już  białe 
kartonowe  pudełko  z  lodówki,  razem  z  kawałkiem  goudy  z  koziego 
mleka  z  Murray's  Cheese  Shop,  twardym  czerwonym  jabłkiem  i 
mlekiem.  Ramieniem  przytrzymuję  słuchawkę  przy  uchu,  a  drzwi 
lodówki  muszę  zamknąć  kopniakiem.  Lucy  też  mi  wcale  nie  pomaga, 
lepiąc  się  do  moich  nóg  jak  posmarowana  klejem.  Ona  uwielbia 
smażonego  kurczaka  (obranego  z  kości)  tak  samo  jak  każdy  normalny 
człowiek.  -  Bo  ja  się  na  twój  ślub  nie  wybieram.  I  przestań  się 

background image

zachowywać,  jakbyś  chciał,  żebym  tam  się  pojawiła,  bo  jestem  dla 
ciebie  ważna,  Jordan.  Doskonale  wiem,  że  to  twój  rzecznik  prasowy 
doradził ci, żebyś mnie zaprosił, bo to będzie wyglądało tak, jakbym ci 
wybaczyła zdradę i jakbyśmy znów byli kumplami. 
-  To  nie...  -  Jordan  odzywa  się  obrażony.  -  Heather,  jak  możesz  coś 
takiego sugerować? To jest totalnie niepoważne. 
-  Doprawdy?  -  Rzucam  wszystko,  co  wygarnęłam  z  lodówki,  na 
drewniany blat stołu kuchennego, a potem łapię jakiś talerz i szklankę i 
siadam. -  Czy twój  solowy  album  nie  okazał  się  klapą?  I to  częściowo 
dlatego,  że  twój  wizerunek  porządnego  chłopca  z  sąsiedztwa  nieco 
ucierpiał  po  tych  wszystkich  nagłówkach  w  prasie,  kiedy  wyszło  na 
jaw, że mnie, księżniczkę centrów handlowych, zdradziłeś z najnowszą 
gwiazdeczką odkrytą przez twojego tatę? 
-  Heather  -  przerywa  mi  Jordan  ostro.  -  Nie  obraź  się,  ale  pamięć 
amerykańskiej publiczności nie jest aż tak dobra. Od czasu, kiedy ty i ja 
się  rozstaliśmy,  nie  wydałaś  już  od  lat  żadnej  płyty.  To  prawda,  że 
kiedyś  uwielbiał  cię  pewien  szczególny  segment  populacji,  ale  ten 
segment już od dawna przeniósł zainteresowanie na... 
- Tak - mówię, mimo wszystko urażona. - Przenieśli zainteresowanie na 
wszystko  inne,  byle  tylko  nie  miało  nic  wspólnego  z  tobą  ani  ze  mną. 
Dobrze, że podłączasz się pod jasno świecącą gwiazdę Tani. Tylko nie 
proś mnie, żebym ci w tym świadkowała. 
- Heather. - Jordan zmienił ton na cierpiętniczy. - Dlaczego musisz być 
taka? Myślałem, że  już  mi wybaczyłaś to, co zdarzyło się z Tanią.  A z 
pewnością  takie  wrażenie  mogłem  odnieść  tamtego  wieczoru  na 
korytarzu domu Coopera... 
Czuję, że blednę. W głowie  mi się  nie  mieści, że on ma czelność  mi to 
wypominać. 
-  Jordan  -  cedzę przez odrętwiałe  wargi.  -  Myślałam,  że  uzgodniliśmy, 
że nigdy więcej nie będziemy wracać do tamtego wieczoru. 
Nigdy nie będziemy już o tym mówić ani nigdy nie pozwolimy, żeby to 
się jeszcze raz stało. 
-  Oczywiście  -  mówi  uspokajająco  Jordan.  -  Ale  nie  możesz  mnie 
prosić, żebym  się  zachowywał  tak,  jakby  nic się nie  stało. Ja  wiem,  że 
ty nadal coś do mnie czujesz, Heather, tak samo jak ja wciąż coś czuję 
do ciebie. To dlatego chcę, żebyś tam była... 
- Odkładam słuchawkę, Jordan. 

background image

-  Nie,  Heather,  zaczekaj.  To,  co  widziałem  przed  chwilą  w 
wiadomościach, to o głowie jakiejś dziewczyny... Czy to było w twoim 
akademiku? I w ogóle, do diabła, w jakim miejscu ty pracujesz? Jakimś 
Akademiku Śmierci? 
-  Na  razie,  Jordan  -  żegnam  się  i  naciskam  klawisz  kończący 
połączenie. 
Odkładam  telefon  i  sięgam  po  kurczaka.  Lucy  siada  u  moich  nóg, 
czujnie  wypatrując  wszelkich  kąsków,  które  mogłyby  mi  spaść  po 
drodze  z  talerza  do  ust  i  wylądować  na  moich  kolanach  albo  na 
podłodze. Nieźle nam wychodzi taka praca zespołowa. 
Wiem,  że  są  ludzie,  którzy  wolą  smażonego  kurczaka  na  gorąco.  Ale 
oni prawdopodobnie nigdy  nie  jedli smażonego kurczaka z latynoskich 
delikatesów  tuż  za  rogiem  domu  Coopera  -  czyli,  jak  go  z  Cooperem 
nazywamy,  kurczaka  latynoskiego.  Kurczak  latynoski  nie  jest 
przeznaczony  do  zwyczajnej  powszedniej  konsumpcji.  To  jest 
zdecydowanie pokarm dla ducha, w znacznie większym stopniu niż taki 
zwyczajny  smażony  kurczak  czy  KFC  albo  inne  Chicken  McNuggets. 
Kupiłam dziewięć kawałków wczoraj, wiedząc, że dziś będzie urwanie 
głowy, bo to pierwszy dzień nowego semestru. 
Tylko  nie  podejrzewałam,  że  to  będzie  aż  takie  urwanie  głowy.  Może 
będę  musiała  zjeść  te  wszystkie  dziewięć  kawałków  sama.  Cooper  po 
prostu jakoś to przeboleje. Odrobina soli i... 
Och. Och, tak. Jeszcze nie orgazm w ustach, ale już prawie. 
Dojadam  drugą  nóżkę  latynoskiego  kurczaka  -  Lucy  zaczyna  skomleć, 
bo  jeszcze  jej  nic  nie  podsunęłam  -  kiedy  telefon  dzwoni  ponownie. 
Tym  razem  -  kiedy  już  wytarłam  palce  w  kuchenny  ręcznik  - 
sprawdzam,  kto  dzwoni,  zanim  odbiorę.  Z  ulgą  widzę,  że  to  moja 
najlepsza przyjaciółka, Patty. Odpowiadam po drugim dzwonku. 
- Właśnie jem latynoskiego kurczaka - informuję ją. 
- No cóż, na twoim miejscu też bym go jadła... - Głos Patty, jak zwykle, 
jest  ciepły  i  miękki  jak  kaszmirowa  wełna.  -  Biorąc  pod  uwagę,  jaki 
miałaś dzień. 
- Widziałaś wiadomości? - pytam. 
-  Dziewczyno,  widziałam  i  wiadomości,  i  poranne  gazety.  I  nie 
uwierzysz, kto do mnie przed chwilą zadzwonił. 
- O mój Boże, do ciebie też dzwonił? - Jestem zdumiona. 
- Co masz na myśli, że do mnie też? Dzwonił do ciebie? 

background image

- Żeby się upewnić, że przyjdę. Chociaż odpowiedziałam odmownie na 
zaproszenie. 
- Nie! 
-  Tak!  A  potem  nawet  powiedział,  że  mogę  ze  sobą  przyprowadzić 
Coopera. 
-  Chryste  Panie!  -  Za  to  właśnie  kocham  Patty.  Ona  zna  wszystkie 
właściwe  odpowiedzi.  -  Na  pewno  namówił  go  do  tego  jego  rzecznik 
prasowy. 
- Albo rzecznik Tani - dodaję, kończąc  nóżkę i sięgając do pudełka po 
udko. Wiem, że powinnam raczej zjeść  jabłko. Ale bardzo mi przykro, 
jabłko po prostu tego nie załatwi. Nie po takim dniu, jaki mam za sobą. 
- Nie wyglądałaby jak taka wredna suka, gdybym się tam pokazała. Że 
niby nie obwiniam jej za to, że rozbiła mój związek z Jordanem. 
- Przecież jej nie obwiniasz. 
-  No  cóż,  i  tak  zmierzaliśmy  do  stacji  Rozstanko.  Tania  tylko 
przyśpieszyła  nasz  przyjazd.  Ale  i  tak  tam  nie  pójdę.  Jakżeby  to 
wyglądało? Można, a nawet wypada, zaprosić byłą, żeby okazać, że nie 
ma  się  do  niej  żalu  ani  nic.  Ale  nie  wolno  od  byłej  oczekiwać,  że 
faktycznie przyjdzie. 
-  Sama  nie  wiem.  -  Patty  się  zastanawia.  -  Teraz  to  jest  w  modzie. 
Zgodnie z dodatkiem Style w „Timesie”. 
-  Nieważne  -  mówię.  -  Modna  przestałam  być  we  wczesnych  latach 
dziewięćdziesiątych.  Nie  muszę  znowu  zaczynać?  Ty  nie  idziesz, 
prawda? 
-  Oszalałaś?  Oczywiście,  że  nie.  Ale,  Heather,  czy  możemy,  proszę, 
porozmawiać  o  tym,  co  się  dzisiaj  stało  w  tym  twoim  akademiku?  To 
znaczy, w domu studenckim. Znałaś tamtą biedną dziewczynę? 
-  Tak  -  odpowiadam,  wydłubując  sobie  spomiędzy  zębów  włókienko 
kurzego  mięsa.  Na  szczęście  to  nie  jest  telefon  wideo.  -  W  pewnym 
sensie. Była miła. 
- Boże! Kto mógłby zrobić coś takiego? I dlaczego? 
-  Nie  mam  pojęcia.  -  Odrywam  dla  Lucy  kawałek  mięsa  z  udka, 
upewniam  się,  że  nie  ma  tam  żadnych  chrząstek  ani  kości  i  podaję  go 
jej.  Pochłania  go,  a  potem  patrzy  na  mnie  smutno,  jakby  chciała 
powiedzieć: „A gdzie to się podziało?” - Policja będzie musiała się tego 
dowiedzieć. 
- Zaraz - odzywa się Patty z niedowierzaniem. - Coś ty powiedziała? 

background image

- Słyszałaś. W to się nie wtrącam. 
- I bardzo dobrze! - Patty odsuwa telefon i mówi do kogoś w tle: 
- W porządku. Ona się do tego nie będzie wtrącała. 
- Pozdrów ode mnie Franka. 
- Pozdrawia cię - przekazuje Party mężowi. 
-  Jak  się  sprawuje  nowa  niania?  -  pytam,  bo  oni  niedawno  zatrudnili 
nianię, prawdziwą  Brytyjkę  w  średnim  wieku, bo  Patty  zarzeka  się, że 
to, co spotkało Siennę Miller, nigdy nie spotka jej samej. 
-  Niania  jest  w  porządku  -  twierdzi  Patty.  -  Oboje  śmiertelnie  się  jej 
boimy,  ale  Indy  ją  chyba  już  uwielbia.  Aha,  Frank  mówi,  żeby  ci 
powtórzyć, że jest z ciebie bardzo dumny. Że pozostawiając śledztwo w 
sprawie  tego  morderstwa  policji...  dowodzisz  swojej  prawdziwej 
dojrzałości. 
- Dzięki. Ale Magda chyba się z tym nie zgadza. 
- Co przez to rozumiesz? 
-  Uważa,  że  gliny  będą  obwiniać  ofiarę.  I  pewnie  ma  rację.  Bo  nawet 
Reggie powiedział coś takiego, że to, co się zdarzyło Lindsay, wygląda 
jak zemsta za coś, co ona sama zrobiła. 
-  Reggie...  Ten  diler  narkotyków  z  rogu  twojej  ulicy?  -  pyta  Patty 
niedowierzającym tonem. 
- Tak. Ma popytać ludzi. No wiesz, sprawdzić dla mnie, co o tym mówi 
ulica. 
- Heather? - odzywa się Patty. - Przepraszam, pogubiłam się. Ale kiedy 
mówisz takie rzeczy, odnoszę wrażenie, że masz  zamiar angażować się 
w to śledztwo. 
- Nie mam - mówię. 
W  tle  słyszę,  że  męski  głos  coś  mruczy.  A  potem  Patty  mówi  do 
Franka: 
- Dobra, zapytam ją. Ale wiesz, co ona na to odpowie. 
- Zapytasz mnie o co? 
-  Frank  w  przyszłym  tygodniu  ma  występ  w  Pubie  Joego  -  informuje 
mnie Patty trochę spięta. - Pyta, czy będziesz miała ochotę się do niego 
przyłączyć. 
- Jasne, że przyjdę. - Jestem zdziwiona, że Patty uważa, że powinna o to 
pytać. - Uwielbiam ten pub. 
-  Hm,  nie  chodzi  o  to,  żebyś  przyszła  posłuchać  -  mówi  Patty,  nadal 
tym nieswoim głosem. - On pyta, czy wystąpisz z nim na scenie. 

background image

Niewiele  brakuje,  a  zakrztusiłabym  się  kawałkiem  kurczaka,  który 
właśnie przełykam. 
- To znaczy... zaśpiewać? 
- Nie, zrobić Striptiz - odgryza się Patty. - Oczywiście, że zaśpiewać. 
I nagle w słuchawce rozlega się głos Franka: 
-  Heather,  zanim  odmówisz,  zastanów  się  nad  tym.  Ja  wiem,  że 
pracujesz nad własnymi utworami... 
-  A  skąd  ty  to  wiesz?  -  pytam  oburzona,  chociaż  się  domyślam.  Patty 
jest jeszcze większą plotkarą niż  ja, tyle że  nieco rzadziej  niż ja zatyka 
sobie gadatliwe usta lodowymi batonami Dove, dzięki czemu nadal nosi 
rozmiar S, podczas gdy ja noszę XL. Lub większy. 
- Nieważne, skąd wiem. - Frank  jest jak zawsze lojalnym mężem. - Od 
lat nie występowałaś na scenie, Heather. Musisz tam znów wrócić. 
-  Frank,  kocham  cię.  Wiesz,  że  cię  kocham.  Dlatego  właśnie 
odmawiam. Nie chcę ci zrujnować występu. 
-  Heather,  nie  mów  tak.  Sparzyłaś  się  na  tym  dupku,  Cartwrighcie. 
Seniorze,  nie  juniorze.  Ale  nie  wierz  w  to,  co  on  wygadywał.  Jestem 
pewien,  że  piszesz  świetną  muzykę.  I  nie  mogę  się  doczekać,  aż  ją 
usłyszę. No zgódź się. Będą tam fajni ludzie. 
-  Nie,  dziękuję  -  odpalam.  Usiłuję  mówić  lekkim  tonem,  żeby  nie 
zdradzać  paniki,  jaka  mnie  ogarnia.  -  Wydaje  mi  się, że moje  piosenki 
są trochę  za  bardzo  niegrzeczne  i  zbuntowane  jak  na widownię  Franka 
Robillarda. 
-  Co  takiego?  -  Frank  mi  nie  dowierza.  -  Wykluczone.  Będą  ci  jeść  z 
ręki. No pomyśl, Heather. Kiedy trafi ci  się okazja zagrać w pubie? To 
idealne  miejsce  na  występ  niegrzecznej  i  zbuntowanej  piosenkarki.  Po 
prostu ty, stołek i mikrofon... 
Na szczęście w tym momencie odzywa się sygnał rozmowy oczekującej 
na drugiej linii. 
- Sorry - mówię. - Druga linia. Muszę to odebrać. To może być Cooper. 
- Heather, posłuchaj mnie. Nie... 
-  Oddzwonię.  -  Przyciskam  klawisz  drugiej  linii,  czując  wyraźną  ulgę, 
że tak mi się udało w ostatniej chwili wykręcić. - Halo? 
- Heather? - pyta z wahaniem jakiś na wpół znajomy męski głos. 
-  Przy  telefonie  -  odpowiadam,  z  podobnym  wahaniem.  Bo  nie  tak 
znów wielu nieznanych mi facetów wydzwania do mnie. To dlatego, że 
nie  daję  numeru  telefonu  domowego.  Nikomu.  Bo  nikt  nigdy  o  ten 

background image

numer nie prosi. - A kto mówi? 
- To przecież ja - odpowiada głos ze zdziwieniem. - Twój tata. 

Park pełen mgły, 
A serce me drży. 
Przez Ciebie przygnębione. 
Wątpliwości napełnione. 
Co to miało nam dać? 
Po prostu nie chcę cię już 
znać. 
 
Nie chcę cię znać 
Słowa/muzyka; Heather Wells 
 
Siedzę tam w osłupiałym milczeniu przez jakieś trzy sekundy. 
A potem mówię: 
-  Och,  tato!  Cześć!  Przepraszam,  że  w  pierwszej  chwili  nie 
rozpoznałam twojego głosu. To był... To był taki naprawdę długi dzień. 
-  Tak,  słyszałem.  -  Głos  taty  jest  znużony.  No  cóż,  każdy  byłby 
zmęczony,  gdyby  zdarzyło  mu  się  odsiedzieć  dwadzieścia  lat  w 
stanowym  więzieniu  za  uchylanie  się  od  płacenia  podatków.  -  To  ten 
akademik, w którym pracujesz, prawda? Ten, w którym znaleźli głowę 
jakiejś dziewczyny? 
- Dom studencki - poprawiam go odruchowo. - I owszem. To było dość 
przykre.  -  Gorączkowo  usiłuję  domyślić  się,  po  co  do  mnie  dzwoni. 
Przecież  to  nie  moje  urodziny.  Ani  żadne  święta.  Jego  urodziny  to  też 
nie są, prawda? Nie, one przypadają w grudniu. 
No  więc  co  to  za  okazja?  Tata  nigdy  nie  był  takim  typem,  który  po 
prostu  chwyta  za  słuchawkę,  żeby  sobie  uciąć  pogawędkę.  Zwłaszcza 
że  wolno  mu  było  w  Federalnym  Ośrodku  Zatrzymań  Eglin  na 
Florydzie, chociaż to jedno z najprzyjemniejszych więzień w Ameryce, 
dzwonić wyłącznie na koszt rozmówcy, a i to tylko w szczególnych... 
Zaraz,  chwileczkę.  To  nie  jest  rozmowa  na  koszt  rozmówcy.  A 
przynajmniej  żaden  operator  nie  pytał  mnie,  czy  zgodzę  się  pokryć  jej 
koszt. 
- Hm, tato? - odzywam się. - Skąd ty dzwonisz? Nadal jesteś w Ośrodku 
Eglin? 

background image

Co  ja  wygaduję?  Oczywiście,  że  jest  w  Ośrodku  Eglin.  Gdyby  go 
wypuścili, to bym coś o tym usłyszała, prawda? 
Tylko...  Od  kogo?  Mama  już  z  nim  nie  rozmawia,  a  teraz,  odkąd 
zamieszkała w Buenos Aires z całą moją kasą, ze mną też już wcale tak 
często się nie kontaktuje... 
-  No  cóż,  w  tym  właśnie  problem,  kotku  -  oświadcza  tata.  -  Widzisz, 
zostałem zwolniony. 
-  Naprawdę?  -  Zastanawiam  się  chwilę,  jak  na  to  reaguję.  Dziwi  mnie 
to,  że  nie  czuję...  nic.  To  znaczy,  kocham  tatę  i  tak  dalej.  Ale  prawdę 
mówiąc,  nie  widziałam  go  już  tak  długo  -  mama  nie  chciała  zabierać 
mnie do niego na widzenia, bo nie cierpiała go do szpiku kości za to, że 
stracił  cały  majątek,  co  zmusiło  ją  do  pójścia  do  pracy  (w  roli  mojej 
agentki i menedżerki). 
A kiedy już dorosłam na tyle, żeby jechać tam bez niej, miałam o wiele 
za  mało  kasy,  żeby  wybrać  się  na  Florydę.  Tata  i  ja  nigdy  zresztą  nie 
byliśmy sobie bliscy... Raczej łączyła nas daleka znajomość niż zwykła 
relacja ojca i dziecka. Dzięki mamie. 
-  Wow  -  mówię  wreszcie,  zerkając  do  kartonowego  pudełka,  żeby 
zobaczyć,  ile  jeszcze  zostało  kawałków  ciemnego  mięsa.  Kawałki 
białego jestem zdecydowana zostawić dla Coopera, bo to jego ulubione. 
- To świetnie, tato. No i gdzie teraz jesteś? 
-  Zabawne,  że  pytasz.  Dzwonię  do  ciebie  z  rogu  ulicy,  siedzę  w 
Washington Square Diner. Tak się zastanawiałem, czy nie wpadłabyś tu 
do mnie na kawę? 
Poważnie,  ja  tego  nie  chwytam.  Przez  całe  miesiące  -  dosłownie  -  nic 
niezwykłego  się  u  mnie  nie  wydarza.  Moje  dni  zlewają  się  w  ciąg 
spacerów z psem, pracy i powtórkowych emisji Golden Girls. A potem: 
Trach!  W  ciągu  jednego  dnia  znajduję  ludzką  głowę  w  garnku  na 
kuchni,  zostaję  poproszona  o  zaśpiewanie  moich  piosenek  w  Pubie 
Joego  w  towarzystwie  supermegagwiazdy  rocka,  Franka  Robillarda,  a 
tata  wychodzi  z  więzienia,  zjawia  się  w  knajpce  na  rogu  mojej  ulicy  i 
mówi, że chce się ze mną zobaczyć. 
Czemu  to  wszystko  nie  może  się  dziać  po  trochu,  od  czasu  do  czasu? 
Na  przykład  jednego  dnia  znajduję  tę  głowę,  następnego  Frank  prosi 
mnie,  żebym  z  nim  wystąpiła  na  scenie,  a  dopiero  kolejnego  mój  tata 
dzwoni,  żeby  mi  powiedzieć,  że  wyszedł  z  więzienia  i  jest  w  moim 
mieście. 

background image

Ale chyba człowiek nie miewa wpływu na tok wydarzeń. 
Bo  gdybyśmy  taki  wpływ  mieli,  to  ja  na  pewno  nie  zjadłabym  aż  tyle 
tego  kurczaka  przed  wyjściem  na  spotkanie  z  tatą.  Bo  na  widok  taty, 
siedzącego w tym boksie - zanim zauważa, że mu się przyglądam, mam 
okazję  popatrzeć  na  niego  przez  parę  chwil  -  coś  mnie  ściska  w 
żołądku. I to nie w taki sposób, w jaki mi się ścisnęło na widok głowy 
Lindsay  -  tamto  było  czystym  horrorem.  Na  widok  taty  robi  mi  się 
zwyczajnie smutno. 
Może  dlatego,  że  to  on  smutno  wygląda.  Nie  jest  tym  zażywnym 
graczem  w  golfa,  którego  pamiętam  sprzed  dwudziestu  łat  -  tego 
ostatniego razu, kiedy go widziałam przed centrum odwiedzin Ośrodka 
Eglin  -  ale  raczej  już  cieniem  samego  siebie,  chudym  jak  patyk 
mężczyzną  z  siwiejącymi  włosami  i  nawet  jeszcze  bardziej  posiwiałą 
bródką i wąsami. 
Ale i tak jego twarz rozjaśnia się, kiedy zerka w moją stronę i wreszcie 
mnie  zauważa  w  wejściu.  Nie  żeby  jakoś  przesadnie  się  ucieszył,  czy 
coś. Po prostu przyobleka twarz w szeroki uśmiech - uśmiech, który nie 
sięga jego smutnych, zmęczonych oczu, tak samo niebieskich jak moje. 
I tak samo ostrożnych w wyrazie. 
Co  się  mówi  do  ojca,  którego  się  nie  widziało  tak  długo,  a  z  którym 
związek  miało  się  zawsze  taki...  no  cóż,  praktycznie  nieistniejący, 
nawet kiedy jeszcze wspólnie się mieszkało? 
-  Cześć,  tato  -  witam  się  i  wślizguję  do  boksu  na  miejsce  naprzeciw 
niego. Bo niby co innego mam powiedzieć? 
-  Heather.  -  Ojciec wyciąga  dłoń  nad  blatem stołu, żeby uścisnąć  moją 
rękę, kiedy już zdjęłam rękawiczki. Jego palce są ciepłe. Oddaję uścisk 
i się uśmiecham. 
- Co za niespodzianka. Kiedy wyszedłeś? 
-  W  zeszłym  tygodniu  -  odpowiada.  -  Miałem  zamiar  już  wtedy  do 
ciebie  zadzwonić,  ale...  No  cóż,  nie  byłem  pewien,  czy  się  jakoś 
szczególnie ucieszysz na mój widok. 
- Oczywiście, że się cieszę, że cię widzę, tato. - Ja przecież do taty  nic 
nie mam. No cóż, niezupełnie... To znaczy, z jego strony to nie było do 
końca takie  fajne, że  przez  wszystkie  te  lata  unikał  płacenia podatków. 
Ale  to  nie  od  moich  pieniędzy  tych  podatków  nie  odprowadzał.  W 
przeciwieństwie do mamy, która sobie przywłaszczyła moją kasę. 
- Kiedy tu przyjechałeś? To znaczy, do miasta? 

background image

-  Dziś  rano.  Autobusem.  Świetny  sposób  na  zwiedzanie  kraju.  - 
Podchodzi kelnerka, a on zerka na mnie pytająco. - Jadłaś obiad? 
- Och, tak. Jestem najedzona. Poproszę tylko czekoladę na gorąco. Tata 
oprócz  kawy  zamawia  rosół  z  kurczaka  z  makaronem.  Kelnerka  kiwa 
głową  i  odchodzi.  Ma  roztargnioną  minę.  Pewnie  martwi  się 
nadchodzącą  śnieżycą,  która  według  faceta  od  pogody  na  New  York 
One,  kanale,  na  który  nastawiony  jest  telewizor  zawieszony  nad 
kontuarem baru, na pewno uderzy na nas lada chwila. 
- A więc - mówię. - Autobusem. - Z jakiegoś powodu nie mogę przestać 
myśleć  o  jeździe  na  wolność  Morgana  Freemana  tym  autobusem  w 
filmie Skazani na Shawshank. No cóż, chyba trudno się dziwić. Morgan 
Freeman też sobie posiedział. - To nie jest tylko wyjście na przepustkę? 
To znaczy, nie będziesz musiał wracać na Florydę? 
-  Nie  martw  się  o  mnie,  mała.  -  Tata  poklepuje  mnie  po  dłoni.  - 
Wszystko mam pod kontrolą. Tak na odmianę. 
- To świetnie, tato. 
-  Matka  czasami  się  do  ciebie  odzywa?  -  pyta.  Zauważam,  że  unika 
patrzenia  mi  w  oczy  przy  tym  pytaniu.  Zajmuje  się  dolewaniem  sobie 
śmietanki do kawy. 
-  Od  czasu,  kiedy  zwiała  do  Buenos  Aires  z  całą  zawartością  mojego 
konta bankowego? Jakoś tak niespecjalnie często. 
Tata zaciska wargi i kręci głową. Teraz już patrzy mi w oczy. 
-  Przykro  mi  z  tego  powodu,  Heather.  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo. 
Twoja matka wcale nie jest taka. Nie wiem, co w nią wstąpiło. 
- Naprawdę? Bo ja się domyślam - oświadczam, kiedy kelnerka wraca z 
jego zupą i gorącą czekoladą dla mnie. 
-  Och?  -  Tata  zabiera  się  do  zupy,  jakby  to  był  jego  pierwszy  posiłek 
tego dnia. Jak na takiego szczupłego faceta, ma znakomity apetyt. 
- A czego się domyślasz? 
- Że jej dojna krówka nie podpisała kontraktu na nową płytę. 
-  Och  nie,  Heather.  -  Tata  podnosi  wzrok  znad  zupy.  -  Nie  mów  tak. 
Twoja  matka bardzo cię kocha. Ona tylko nigdy  nie miała zbyt silnego 
charakteru.  Jestem  pewien,  że  to  nie  jej  pomysł...  To  znaczy,  żeby 
zabrać twoje pieniądze. Jestem przekonany, że to ten cały Ricardo ją do 
tego namówił. 
A  ja  jestem przekonana, że  było odwrotnie, ale nie mówię tego, bo nie 
mam ochoty wdawać się w kłótnię na ten temat. 

background image

- A do ciebie? - pytam go. - Odzywała się do ciebie? 
- Od jakiegoś czasu  nie. - Tata otwiera paczuszkę krakersów, które mu 
podano  do  zupy.  -  Oczywiście,  biorąc  pod  uwagę,  jak  bardzo  ją 
zawiodłem, raczej sobie na jej telefony nie zasłużyłem. 
- Tym bym się  na twoim  miejscu raczej nie zadręczała, tato - tłumaczę 
mu, czując, że znów mnie coś ściska. Tylko że tym razem nie w okolicy 
żołądka. Bardziej już w pobliżu serca. I mam wrażenie, że to litość. - Ją 
też raczej trudno nazwać Matką Roku. 
Tata kręci głową nad swoją zupą. 
- Biedna Heather -  mówi z westchnieniem. - Kiedy w niebie rozdawali 
rodziców, wyraźnie trafiła ci się najkrótsza słomka. 
-  Sama  nie  wiem.  -  Jestem  zdziwiona  tym,  że  zaczynam  się  najeżać.  - 
Moim zdaniem całkiem nieźle sobie poradziłam. To znaczy, mam pracę 
i mieszkam w ładnym miejscu, i... no cóż, będę robiła licencjat. 
Tata robi zdziwioną minę... ale taką przyjemnie zdziwioną. 
- Bardzo dobrze - chwali mnie. - Na Uniwersytecie Nowojorskim? 
Kiwam głową. 
- Ze względu na pracę zwalniają mnie z czesnego - wyjaśniam. - Muszę 
tylko  zrobić  ten  wyrównawczy  kurs  z  matematyki,  zanim  w  ogóle 
zacznę prawdziwe zajęcia, ale... 
-  A  co  zamierzasz  studiować?  -  pyta  tata.  Jego  zainteresowanie 
wybranym  przeze  mnie  kierunkiem  studiów  trochę  mnie  przeraża.  - 
Muzykę?  Mam  nadzieję,  że  to  będzie  muzyka.  Zawsze  miałaś  taki 
ogromny talent. 
-  Hm...  -  mruczę.  -  Myślałam  raczej  o  prawie  kryminalnym.  Tata  robi 
zaskoczoną minę. 
- Na miłość boską. Dlaczego? Chcesz zostać policjantką? 
-  Nie  wiem  jeszcze  -  odpowiadam.  Jestem  zbyt  zażenowana,  żeby 
powiedzieć  prawdę...  To  znaczy,  że  mam  nadzieję,  że  jak  będę  miała 
licencjat  z  kryminalistyki,  to  Cooper  przyjmie  mnie  jako  partnerkę  do 
swojego  interesu,  a  potem  we  dwójkę  będziemy  rozwiązywali  zagadki 
kryminalne. Jak Remington Steele. Albo jak w serialu Hart to Hart. 
To  trochę  smutne,  że  wszelkie  moje  fantazje  mają  swoje  korzenie  w 
serialach telewizyjnych z lat osiemdziesiątych. 
- Powinnaś studiować muzykologię - twierdzi tata stanowczo. - To by ci 
pomogło w pisaniu piosenek. 
Rumienię  się.  Zapomniałam,  że  któregoś  roku  na  Gwiazdkę  wysłałam 

background image

tacie taśmę, na której śpiewałam  niektóre własne  utwory. Co mi wtedy 
odbiło? 
- Jestem za stara na karierę piosenkarki - oświadczam. - Czy ty oglądasz 
te  dziewczyny  w  MTV?  Ja  już  nie  mogę  nosić  takich  krótkich 
spódniczek. Za dużo cellulitu. 
-  Nie  wygłupiaj  się  -  mówi  tata  lekceważącym  tonem.  -  Wyglądasz 
świetnie.  Poza  tym,  jeśli  czujesz  się  niepewnie,  zawsze  możesz  nosić 
portki. 
„Portki”. Tata mnie czasem dobija. Serio. 
- To by była straszna szkoda - ciągnie dalej. - Nie, nawet nie szkoda, a 
wręcz grzech, marnować taki talent, który dostałaś od Boga. 
-  Nie  wydaje  mi  się,  żebym  go  miała.  Śpiewanie  to  już  przeszłość. 
Myślę, że pora wypróbować inny talent. 
- Prawo kryminalne? - Tata ma skonsternowaną  minę. - To ma  być ten 
talent? 
- Cóż, przynajmniej tam nikt mnie nie wygwiżdże ze sceny. 
- Nikt by się nie ośmielił! - woła tata, odkładając łyżkę. - Śpiewasz  jak 
anioł! A te twoje piosenki, one są o wiele lepsze niż to badziewie, które 
słyszę  czasami  w  radiu.  Ta  dziewczyna,  co  śpiewa  o  tych  swoich 
termoforkach  czy  buforkach.  No  i  ta  druga,  ta  Tracy  Trace,  ta  co  to 
wychodzi  w  najbliższy  weekend  za  tego  twojego  byłego  chłopaka. 
Przecież ona w swoim ostatnim wideo jest prawie naga! 
Staram się powstrzymać uśmiech. 
-  Tania  Trace  -  poprawiam  tatę.  -  A  to  wideo to  teraz  numer  jeden  na 
liście TRL. 
- To bez znaczenia. To wszystko śmiecie - mówi tata stanowczo. 
- A ty, tato? - pytam, bo zdaje mi się, że trzeba zmienić temat, zanim on 
się  zdąży  za  bardzo  nakręcić.  -  No  bo  siedziałeś  w  Ośrodku  Eglin 
przez... jejku. Prawie dwadzieścia lat. Co zrobisz teraz, po wyjściu? 
- Mam parę rzeczy  na widoku - odpowiada. - A niektóre przedstawiają 
się całkiem obiecująco. 
- Tak? - mruczę. - To dobrze. Tu, w Nowym Jorku? 
- Tak. -  Zauważam,  że  jego  odpowiedzi  stają  się coraz  mniej  pewne.  I 
znów unika patrzenia mi w oczy. 
Oho. 
-  Tato...  -  mówię.  Bo  nagle  ściska  mnie  jakieś  nowe  uczucie.  I  to  nie 
jest litość. To obawa. - Naprawdę zadzwoniłeś do mnie, bo chciałeś się 

background image

spotkać i pogadać o starych czasach? Czy chodziło też o coś jeszcze? 
- Oczywiście,  że  chciałem  się  z  tobą  spotkać - oświadcza  stanowczo. - 
Przecież jesteś moją córką, na litość boską. 
- Racja. Ale... 
- Dlaczego myślisz, że jest jakieś ale? - pyta tata. 
- Bo nie mam  już dziewięciu  lat. Wiem, że zawsze jest  jakieś ale. Tata 
odkłada łyżkę, a potem bierze głęboki oddech. 
- No dobra - mówi. - Jest jedno ale. A potem zdradza mi, co to za ale. 

Tik - tak - tik! 
To budzik. 
Choć nie dzwoni wcale, 
To budzę się stale. 
Zastrzelcie mnie, 
Proszę. 
 
Piosenka poranna 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Następnego  dnia  spóźniam  się  kwadrans  do  pracy.  Osobiście  nie 
wydaje  mi  się,  że  piętnaście  minut  to  strasznie  dużo.  Piętnaście  minut 
nawet nie powinno się  liczyć  jako spóźnienie... Zwłaszcza kiedy wziąć 
pod  uwagę,  co  mi  się  wydarzyło  poprzedniego  wieczoru -  no wiecie, z 
tym całym powrotem ojca marnotrawnego. 
Ale  kwadrans  to  zdaje  się  sporo  czasu  w  cyklu  życiowym  domu 
studenckiego. 

Kwadrans 

wystarczy, 

żeby  pojawiła  się  tu 

przedstawicielka  poradni  psychologicznej,  znalazła  moje  biurko  i 
zaczęła je okupować. 
A kiedy bez tchu wpadam do biura i widząc ją, mówię: „Czy mogę pani 
w  czymś  pomóc?”,  to  te  piętnaście  minut,  które  zdążyła  spędzić  przy 
moim biurku, najwyraźniej dodały jej tyle pewności siebie, że czuje się 
za nim jak w domu i mówi: 
- Och, nie, dziękuję. Chyba że idziesz po kawę. Jeśli tak, to poproszę z 
odtłuszczonym mlekiem i bez cukru. 
Patrzę  na  nią,  mrugając  powiekami.  Ma  na  sobie  gustowny  szary 
bliźniak  z  kaszmiru  -  a  do  tego  ni  mniej,  ni  więcej  tylko  perły.  To 
sprawia,  że  czuję  się  nie  dość  elegancko  ubrana  w  swoim  służbowym 

background image

zestawie,  czyli  dżinsach  i  grubym  swetrze  dzierganym  w  warkocze. 
Ona  nawet  nie  ma  włosów  oklapniętych  od  czapki.  Kasztanowe  loki 
zaczesała w idealny kok. Jakim cudem udało jej się przejść przez park - 
czy,  jak  go  ostatnio  nazywam,  Mroźną  Tundrę  -  z  poradni 
psychologicznej i nie odmrozić sobie łba? 
A  potem  je  zauważam,  bo  wystają  z  kieszeni  czarnego  wełnianego 
płaszcza,  który  powiesiła  na  wieszaku  -  na  moim  kołku.  Nauszniki. 
Oczywiście. 
Triki modnisi. 
- Och, Heather, jesteś  wreszcie.  -  Tom  wychodzi  ze swojego  gabinetu. 
Dzisiaj wygląda o wiele lepiej niż wczoraj, zdążył już trochę odespać, a 
poza tym umył i ułożył swoje jasne włosy. I nawet zawiązał krawat. 
I  dobrze,  nosi  go  do  jasnoróżowych  mokasynów  i  dżinsów.  Ale  to  już 
jakiś postęp. 
- To jest doktor Gillian  Kilgore z poradni psychologicznej - powiada. - 
Jest  tu,  żeby  udzielać  porad  naszym  mieszkańcom,  którzy  będą  ich 
mogli potrzebować z powodu wczorajszych wydarzeń. 
Uśmiecham się zdawkowo do doktor Kilgore. A co innego mam zrobić? 
Napluć na nią? 
- Witam - mówię. - Siedzi pani na moim miejscu. 
Tom  zdaje  się  dopiero  teraz  zauważać,  gdzie  się  rozsiadła  Gillian 
Kilgore. 
-  No  właśnie.  To  jest  biurko  Heather,  doktor  Kilgore.  Chciałem,  żeby 
zajęła pani biurko asystentki administracyjnej... 
- Wolę to miejsce. - Doktor Kilgore wprawia nas oboje w osłupienie (a 
widzę,  że  Tom  zdębiał,  bo  robi  się  tak  różowy,  jak  jego  koszula), 
mówiąc  to  spokojnie.  -  I  oczywiście,  panie  Snelling,  kiedy  studenci 
zaczną  przychodzić  na  swoje  spotkania,  będę  ich  przyjmowała  w  pana 
gabinecie. Dla większej prywatności. 
Dla Toma  to wyraźnie  nowina.  Stoi  tam  i  jąka się  jak  jakaś  zagubiona 
sierotka:  „Aaa...  aaa...  ale...”,  kiedy  pojawia  się  w  biurze  pierwsza 
ofiara  Gillian  Kilgore,  to  znaczy  pierwsza  z  umówionych  z  nią  osób. 
Mark  Shepelsky  jest  silnym  skrzydłowym  Stokrotek  o  wzroście  metr 
dziewięćdziesiąt siedem  i obecnym  mieszkańcem pokoju 2 - 12, jednej 
z  najbardziej  poszukiwanych  dwójek  w  całym  budynku,  bo  mieści  się 
na drugim piętrze, więc mieszkańcy mogą korzystać z klatki schodowej, 
zamiast polegać  na windach, które są w najlepszym razie zatłoczone, a 

background image

przez większość czasu popsute. 
- Ktoś chciał  się ze  mną  widzieć?  -  odzywa  się,  czy raczej powarkuje, 
Mark.  Chudy,  o  bladej  cerze,  jest  przystojny  w  takim  stylu  krótko 
ostrzyżonego koszykarza. 
Ale gdzie mu tam do Chłopca za Barem. 
Nie żebym jeszcze lubiła Chłopca za Barem. Bo już nie lubię. 
-  Ty  jesteś  pewnie...  -  Doktor  Kilgore  zerka  do  kalendarza,  który  ma 
przed  sobą  na  biurku.  Przepraszam,  chciałam  powiedzieć:  na  moim 
biurku. - Mark? 
Mark szura swoimi stopami w rozmiarze 46. 
- Tak. A o co chodzi? 
- No  cóż,  Mark  -  zaczyna  doktor  Kilgore,  wsuwając  parę  okularów do 
czytania  na  nos,  jak  mniemam  po to, żeby  wyglądać  na  osobę  bardziej 
empatyczną  (nie  udaje  jej  się  to).  -  Nazywam  się  doktor  Kilgore  i 
przysłała mnie tu poradnia psychologiczna. Jak rozumiem, byłeś blisko 
z Lindsay, Lindsay Combs. 
Trudno  powiedzieć,  żeby  Mark  z  miejsca  zatonął  we  łzach  na  sam 
dźwięk imienia ukochanej. Minę ma wręcz oburzoną. 
- Czy ja  muszę przez to przechodzić? - pyta niezadowolony. - Wczoraj 
przez  cały  dzień  już  gadałem  z  glinami.  Dziś  wieczorem  mam  mecz. 
Muszę iść na trening. 
Gillian Kilgore odzywa się kojącym tonem: 
- Rozumiem, Mark. Ale martwimy się o ciebie. Chcemy się upewnić, że 
wszystko  z  tobą  w  porządku.  Przecież  Lindsay  była  dla  ciebie  kimś 
ważnym. 
- Znaczy, była niezła i tak dalej - mówi Mark ze zdezorientowaną miną. 
- Ale  my  nawet ze sobą nie chodziliśmy. Tylko się ze sobą  bawiliśmy. 
Rozumie pani? 
-  Wy  dwoje  nie  byliście  ze  sobą  na  wyłączność?  -  Słyszę  własne 
pytanie. 
I  Tom,  i  Gillian  Kilgore  obracają  się,  żeby  na  mnie  spojrzeć,  doktor 
Kilgore z wyraźną irytacją, Tom z pytającym: „Usiłujesz sobie napytać 
biedy?” w szeroko otwartych oczach, co kompletnie ignoruję. 
Mark mówi: 
- Na wyłączność? Nie ma mowy. To znaczy, zabawialiśmy się trochę ze 
sobą. Mówiłem temu dupkowi, detektywowi, że ostatnio widywałem ją 
tylko na meczach, a w czasie ferii już prawie w ogóle... 

background image

- No  cóż,  porozmawiajmy  o tym  -  mówi  doktor Kilgore, łapiąc  Marka 
za  ramię  i  próbując  pociągnąć  go  w  stronę  gabinetu Toma, gdzie  będą 
mieli  nieco  prywatności  (życzę  im  wszystkiego  najlepszego,  bo 
przecież przez tę kratę między jego gabinetem a moim biurem wszystko 
słychać). 
-  Czy  Lindsay  widywała  się  z  kimś  jeszcze?  -  pytam,  zanim 
psycholożka zdołała Marka odciągnąć. 
Wzrusza ramionami. 
- Tak. Chyba tak. Nie wiem. Słyszałem, że kręciła z jakimś gościem ze 
studenckiego bractwa. 
- Naprawdę? - Siadam za swoim biurkiem. - Którego bractwa? 
- Nie wiem. - Mark ma zdezorientowaną minę. 
-  No  cóż.  -  W  biurze  jest  gorąco.  Zaczynam  ściągać  z  siebie  kurtkę.  - 
Powiedziałeś o tym detektywowi Canavanowi? 
- Nie pytał. 
- Mark. - Głos Gillian Kilgore zlodowaciał do temperatury panującej na 
zewnątrz. - Może wstąpisz tu na moment i... 
- Detektyw Canavan nie zapytał cię, czy ty i twoja dziewczyna byliście 
ze  sobą  na  wyłączność?  -  pytam  z  niedowierzaniem.  -  A  ty  mu  nie 
wspomniałeś, że nie? 
-  Nie.  -  Mark  znów  wzrusza  ramionami.  Widzę,  że  to  u  niego  częsty 
gest. - Nie wydawało mi się, że to coś ważnego. 
- Mark. - Głos doktor Kilgore robi się  jeszcze  bardziej ostry. - Pozwól, 
proszę, ze mną. 
Mark  z  nieco  wystraszoną  miną  idzie  za  doktor  Kilgore  do  gabinetu 
Toma.  Ona  praktycznie  trzaska  drzwiami,  ale  przedtem  obdarza  mnie 
jeszcze  miażdżącym  spojrzeniem. Potem, przez kratę, słyszymy,  jak go 
pyta: 
- No dobrze. Powiedz mi, Mark, jak ty się z tym wszystkim czujesz? 
Czy  ona  nie  zauważyła  braku  solidnej  ściany?  Czy  ona  naprawdę 
uważa, że my jej nie słyszymy? 
Tom patrzy na mnie z bardzo nieszczęśliwą miną. 
-  Heather  -  zagaja.  Nie  musimy  się  martwić,  że  doktor  Kilgore  go 
dosłyszy, tak głośno gada po swojej stronie kraty. - Co ty robisz? 
-  Nic  -  odpowiadam.  Wstaję  zza  biurka  i  wieszam  kurtkę  na  kołeczku 
obok płaszcza doktor Kilgore. - Czy tu jest gorąco? Czy tylko mnie tak 
się wydaje? 

background image

-  Jest  gorąco  -  potwierdza  Tom.  -  Skręciłem  grzejnik,  ale  on  nadal... 
grzeje. Ale poważnie, co to było to wszystko przed chwilą? 
-  Nic  -  odpowiadam,  wzruszając  ramionami.  To  chyba  zaraźliwe.  - 
Byłam po prostu ciekawa. Otworzyli stołówkę? 
- Tak. Na śniadanie. Heather, czy ty...? 
- Świetnie. Piłeś już kawę? 
Tom rzuca nachmurzone spojrzenie w stronę drzwi własnego gabinetu. 
- Nie. Wszedłem, a ona już tu była... 
- Jak się dostała do środka? - pytam ze zdziwieniem. 
-  Pete  ją  wpuścił;  ma  przecież  główny  klucz.  -  Tom  wzdycha.  - 
Naprawdę przyniosłabyś mi kubek kawy? Z mlekiem i cukrem? 
- Masz to jak w banku. - Uśmiecham się. 
-  Czy  ja  ci  już  dzisiaj  mówiłem,  że  jesteś  moją  ulubioną  zastępczynią 
kierownika administracyjnego akademika? Tak serio? 
-  A  nie  masz  na  myśli  czasem,  że  jestem  twoją  ulubioną  zastępczynią 
kierownika administracyjnego domu studenckiego? 
Wcale  nie  jestem  zdziwiona,  że  stołówka  jest  prawie  pusta,  kiedy  do 
niej  wchodzę. Chyba odkrycie takiej odciętej głowy w kuchni stołówki 
zniechęca  do  jedzenia  co  wybredniejsze  typy.  Jestem  tu  tylko  ja.  Po 
drodze  zatrzymuję  się  przy  kasie  przywitać  się  z  Magdą.  Nie  wygląda 
zbyt  dobrze.  Już  się  zatarł  kontur  jej  eyelinera,  a  usta  konturówką 
obrysowała nierówno. 
- Hej -  odzywam  się  do  niej  jak  najcieplejszym  tonem. -  Jak się  masz, 
Mags? 
Nawet się nie uśmiecha. 
- Żadna z moich małych gwiazdeczek nie chce wejść do środka - mówi 
z żalem. - Wszyscy jedzą w Wasser Hall. - Wypowiada te słowa, jakby 
zawierały truciznę. 
Wasser  Hall  to  dom  studencki  po  drugiej  stronie  parku.  Niedawno 
został  odremontowany,  włącznie  z  instalacją  basenu  w  podziemiach, 
więc  to  nasz  największy  rywal.  Po  tym  jak  prasa  -  i  studenci  -  zaczęli 
nazywać  Fischer  Hall  Akademikiem  Śmierci,  dostałam  mnóstwo 
telefonów  od  rodziców,  którzy  żądali,  żeby  ich  dzieci  zostały 
przeniesione  do  Wasser  Hall.  Mogę  tylko  powiedzieć,  że  tamtejszej 
zastępczyni kierownika administracyjnego z tego powodu woda sodowa 
strasznie uderzyła do głowy. 
Ale  zemściłam  się  na  niej  w  czasie  gier  na  zaufanie,  w  ferie  zimowe, 

background image

kiedy  nawzajem  musiałyśmy  padać  sobie  w  ramiona,  a  ja  jakoś  tak 
zupełnie niechcący nie zdołałam jej podtrzymać. 
- To zupełnie naturalne - mówię uspokajająco. - Są wystraszeni. Wrócą 
do stołówki, kiedy policja już odkryje, kim jest zabójca. 
- O ile policja odkryje, kim jest zabójca - wpada mi w słowo Magda. 
- Odkryje - zapewniam ją. A potem, żeby ją pocieszyć, dodaję: 
- Zgadnij, z kim wczoraj jadłam obiad? 
Magda się rozjaśnia. 
- Z Cooperem? Nareszcie cię zaprosił na randkę? Teraz to moja kolej na 
ponurą minę. 
- Hm, nie. Z tatą. Wyszedł z więzienia. Jest tu, w mieście. 
-  Twój  tata  wyszedł  z  mamra?  -  Pete  mija  nas  z  pustym  kubkiem  po 
kawie w dłoni. Idzie po dolewkę. - Nie żartuj? 
- Nie żartuję - odpowiadam. 
-  A  więc?  -  Pete  zapomniał  na  śmierć  o  swojej  kawie.  Minę  ma 
zaintrygowaną. - O czym rozmawialiście? 
Wzruszam  ramionami.  Cholerny  Mark  i  to  jego  zaraźliwe  wzruszanie 
ramionami. 
- O nim. O mnie. O mamie. Po trochu o wszystkim. 
Magda  jest  podobnie  zafascynowana  tematem.  Nachyla  się  teraz  w 
moją stronę i mówi: 
- Czytałam kiedyś taką książkę, w której jest taki mężczyzną i wsadzają 
go do więzienia, a kiedy wychodzi, jest... No wiesz. Jak twój szef, Tom. 
To dlatego, że tak strasznie długo nie był z kobietą. 
Unoszę brwi. 
-  Jestem  całkiem  pewna,  że  tata  nie  zmienił  orientacji  seksualnej, 
Magdo. 
Magda robi rozczarowaną minę i odchyla się do tyłu na krześle. 
- Aha. 
- Czego chciał? - pyta Pete. 
- Chciał? - Patrzę na niego. - Niczego nie chciał. 
-  Facet  natychmiast  po  wyjściu  z  więzienia  chce  się  z  tobą  spotkać  - 
mówi  Pete  niedowierzającym  tonem.  -  Twierdzi,  że  niczego  od  ciebie 
nie chce... A ty mu wierzysz? Co się z tobą dzieje? 
-  No  cóż  -  zaczynam  z  wahaniem.  -  Rzeczywiście  wspomniał,  że  na 
parę dni, zanim  znów nie  stanie na nogach, przydałby mu się dach nad 
głową. 

background image

Pete  wybucha  głośnym  śmiechem,  który  ma  znaczyć:  „A  nie 
mówiłem?” 
-  Co?!  -  wołam.  -  Przecież  to  mój  ojciec.  Wychowywał  mnie  przez 
pierwsze dziesięć lat mojego życia, mniej więcej. 
-  Jasne -  odpowiada  cynicznie  Pete. -  A teraz  chce  skorzystać  z twojej 
sławy i fortuny. 
- Jakiej  fortuny?  -  pytam  ostro.  -  On  doskonale wie,  że  jego  była  żona 
ukradła wszystkie moje pieniądze. 
Pete, chichocząc, kieruje się w stronę automatu z kawą. 
- Dlaczego to  nie  może  znaczyć, że  chce  odbudować  związek  z  córką, 
której  prawie  nie  zna?!  -  wołam  za  nim.  Co  go  tylko  jeszcze  bardziej 
rozśmiesza. 
- Nie przejmuj się, kochanie. - Magda poklepuje mnie po ręku. 
- Zignoruj go. Uważam, że to miło, że twój tata znów się odezwał. 
- Dziękuję - mówię z godnością. - Bo to jest miłe. 
- Oczywiście,  że tak.  A  co  powiedział  Cooper, kiedy  go zapytałaś,  czy 
tata się może wprowadzić? 
- No cóż - zaczynam i nagle nie umiem już jej spojrzeć w oczy. 
- Cooper jeszcze nic na ten temat nie powiedział. Bo go nie zapytałam. 
- Och! - wzdycha Magda. 
- Ale nie dlatego - dodaję szybko - że nie wierzę, że tata świetnie sobie 
ze  wszystkim  zaraz  poradzi.  Tylko  dlatego, że  jeszcze  się  z  Cooperem 
nie  widziałam.  Ale  kiedy  się  z  nim  zobaczę,  to  zapytam.  I  jestem 
pewna,  że  powie,  że  nie  ma  sprawy.  Bo  mój  tata  naprawdę  chce 
zreformować swoje życie. 
- Oczywiście - potakuje Magda. 
- Magda, ja mówię serio. 
- Wiem, kochanie - odpowiada Magda. Ale uśmiech nie sięga  jej oczu. 
Trochę tak jak u taty. 
Ale to, tłumaczę sobie, nie ma nic wspólnego z tym, co jej przed chwilą 
powiedziałam.  To  ma  związek  z  tym,  co  wczoraj  przytrafiło  się 
Lindsay. 
A jeśli chodzi o Pete'a... A niech się śmieje. Co on tam wie? 
Chociaż, biorąc pod uwagę, że jest wdowcem z piątką dzieci, które sam 
musi utrzymywać, możliwe, że wie o świecie całkiem dużo. 
Cholera. 
Nachmurzona,  idę  do  baru  z  bajglami  i  wrzucam  do  tostera  taki  bez 

background image

dodatków. A potem  idę do ekspresu z kawą. Robię jedną dla Toma - z 
mlekiem  i  cukrem  -  a  jedną  dla  siebie,  pół  na  pół  z  gorącym  kakao  i 
mnóstwem bitej śmietany - a potem wracam po bajgla, który wyskakuje 
z  tostera,  po  obu  stronach  smaruję  go  serkiem  śmietankowym, 
nakładam  trochę  bekonu,  potem  dociskam.  Voila,  idealna  śniadaniowa 
uczta. 
Kładę to na talerzu, talerz stawiam na tacy razem z kawami i kieruję się 
do  wyjścia  ze  stołówki,  kiedy  kątem  oka  zauważam  błysk  czegoś 
białego  i  złotego.  Oglądam  się  za  siebie  i  widzę  Kimberly  Watkins, 
jedną  z  czirliderek  reprezentacji  Stokrotek  -  w  stroju  czirliderki,  bo  to 
dzień  meczu - jak siedzi sama przy stoliku, a przed sobą ma jakiś duży 
otwarty  podręcznik  i  talerz  z  omletem  z  białek  jajek  i  połówką 
grejpfruta. 
I zanim zdążę się zastanowić nad tym, co robię, stawiam tacę na stoliku 
naprzeciwko jej tacy i mówię: 
- Cześć, Kimberly. 

Dotyka mnie, 
Coś mnie dotyka, 
Kiedy jadę metrem. 
 
Piosenka w metrze 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Hm  -  mruczy  Kimberly,  podnosząc  na  mnie  podejrzliwe  oczy, 
najwyraźniej  niepewna,  kim  jestem  i  dlaczego  nagle  siadam 
naprzeciwko niej. - Cześć. 
-  Jestem  Heather  -  przedstawiam  się.  -  Zastępczyni  kierownika 
administracyjnego. 
-  Aaa!  -  Podejrzliwa  mina  Kimberly  zmienia  się  na  minę  normalną,  a 
nawet swobodnie zachęcającą. Teraz, kiedy wie, że nie jestem tu, żeby 
próbować...  No  cóż,  cokolwiek  tam  sobie  myślała,  że  będę  próbowała 
jej zrobić. Podrywać ją? Nawracać? Chyba się odpręża. - Cześć! 
-  Posłuchaj  -  zaczynam.  -  Chciałam  tylko  się  dowiedzieć,  jak  się 
czujesz, no wiesz, po tym wszystkim, co stało się z Lindsay. Wiem, że 
wy dwie się przyjaźniłyście... 
Właściwie  wcale  tego  nie  wiem.  Ale  zakładam,  że  dwie  dziewczyny, 

background image

które  były  czirliderkami  tej  samej  drużyny,  musiały  się  przyjaźnić. 
Mam rację? 
-  Och  -  mówi  Kimberly  innym  tonem,  a  jej  olśniewający  uśmiech, 
którym  mogłaby  reklamować  wybielające  paski  do  zębów,  znika.  - 
Wiem.  To  takie  straszne.  Biedna  Lindsay.  Ja...  Nawet  nie  mogę  o tym 
myśleć. Wczoraj płakałam przed snem. 
Jak  na  dziewczynę,  która  płakała  przed  snem  wczorajszego  wieczoru, 
Kimberly  wygląda  znakomicie.  Najwyraźniej  ferie  spędziła  w  jakichś 
ciepłych  okolicach,  bo  chociaż  to  zima,  nogi  Kimberly  są  opalone. 
Widocznie  nie  bardzo przejmuje się  mrozem  na zewnątrz ani śnieżycą, 
co do rychłego nadejścia której New York One nadal się upiera, chociaż 
ta najwyraźniej utknęła gdzieś w okolicach Waszyngtonu. 
I  nie  przejmuje  się  aż  tak  bardzo,  żeby  nie  móc  zjeść  śniadania  w 
miejscu,  gdzie  dwadzieścia  cztery  godziny  temu  znaleziono  odciętą 
głowę jej przyjaciółki. 
- Wow! Musisz być zrozpaczona. 
Pod  stołem  założyła  te  swoje  źrebakowate  nogi  jedna  na  drugą  i 
zaczyna nawijać na palec pasmo długich, czarnych włosów - oczywiste, 
wyprostowanych żelazkiem. 
- Totalnie - odpowiada, spoglądając szeroko otwartymi oczami. 
-  Lindsay  była  chyba  moją  najlepszą  przyjaciółką.  No  cóż,  po  Cheryl 
Haebig.  Ale  Cheryl  już  nie  chce  się  tak  często spotykać,  bo większość 
wolnego spędza  teraz  z  Jeffem  Turnerem.  -  Kimberly  patrzy  na  mnie  i 
mruga powiekami. - Znasz Jeffa, prawda? To jeden ze współlokatorów 
Marka z 2 - 12. 
- Jasne, że znam Jeffa - potwierdzam. Znam wszystkich koszykarzy, bo 
tyle  razy  musieli  zgłaszać  się  do  mnie  do  biura  na  umoralniające 
mówki,  zwłaszcza  w  sprawach  przemycania  do  akademika  baryłek 
piwa. W Fischer Hall rzekomo obowiązuje abstynencja. 
-  Cóż,  tych  dwoje  to  teraz  praktycznie  jak  małżeństwo.  Prawie  nigdy 
nie chce im się imprezować. 
A  teraz,  kiedy  Cheryl  przeniosła  się  do  pokoju  Lindsay,  i  bardzo 
prawdopodobne, że nie będzie miała żadnej nowej współlokatorki, ona i 
Jeff będą się mogli do woli migdalić i nikt im nie będzie przeszkadzał... 
Ale zaraz. To nie powód, żeby kogoś zabijać. 
-  A  więc  po  Cheryl  to  Lindsay  była  twoją  najlepszą  przyjaciółką  - 
powtarzam.  - Kurczę, to  musi  być  okropne  stracić  kogoś tak  bliskiego. 

background image

Dziwię się, nie obraź się, że w ogóle możesz tu jeść. 
Przypominając  sobie  o  jedzeniu,  Kimberly  bierze  spory  kęs  swojego 
omletu  z  białek.  Widząc  to,  nadgryzam  bajgla  z  serkiem  i  bekonem. 
Mniam. Niebo w gębie. 
-  Nie  wierzę  w  duchy  ani  żadne  takie.  Kiedy  człowiek  umiera,  to  już 
koniec - tłumaczy Kimberly. 
- To bardzo praktyczne podejście - twierdzę, popijając łyk swojej kawy 
z kakao. 
-  No  cóż!  -  wzdycha  Kimberly  i  wzrusza  ramionami.  -  Zajmuję  się 
sprzedażą  w  zakresie  mody.  -  I  wskazuje  groźnie  wyglądający 
podręcznik leżący przed nią. Wstąp do księgowości w zarządzaniu. 
-  Więc  skoro  tak  dobrze  znałaś  Lindsay,  czy  wiesz  o  kimś,  kto  mógł 
żywić do niej jakąś urazę? Może ktoś chciał się jej pozbyć? To znaczy, 
aż tak bardzo, żeby ją zabić? 
- Mnóstwo ludzi  nie  cierpiało  Lindsay.  To  znaczy, zazdrościli  jej  i tak 
dalej.  -  Kimberly  przez  chwilę  owija  pasmem  włosów  drugi  palec.  - 
Mówiłam policjantowi, temu, który przyszedł tu wczoraj wieczorem, o 
jej współlokatorce, Ann. 
- Ann nie cierpiała Lindsay? 
-  Może  nie  aż  tak,  że  nie  cierpiała.  Ale  nie  mogły  się  dogadać.  To 
dlatego  Lindsay  dostała  takiego  świra  z  radości,  kiedy  Ann  wreszcie 
zgodziła się zamienić na pokoje z Cheryl. Wprawdzie Cheryl wcale tak 
często  się  już  z  nami  nie  spotyka,  ale  przynajmniej  Lindsay  nie 
musiałaby  martwić  się  wszystkimi  tymi  głupotami,  którymi  Ann 
doprowadzała ją do szału. 
- Jakimi głupotami? - pytam, odgryzając kolejny kęs bajgla. 
-  Och,  takimi  tam.  Ścierała  wiadomości,  które  ludzie  zostawiali  na  tej 
tabliczce  koło  drzwi.  Domalowywała  diabelskie  różki  na  wszystkich 
zdjęciach  Lindsay  w  uniwersyteckiej  gazecie,  zanim  ją  jej  przekazała. 
Korzystała  z  tamponów  Lindsay,  ale  nigdy  ich  nie  odkupywała.  Takie 
rzeczy. 
- To brzmi tak, jakby Ann i Lindsay rzeczywiście nie bardzo się ze sobą 
dogadywały.  Ale  nie  sądzisz  chyba,  że  Ann  faktycznie  ją  zabiła, 
prawda? 
Kimberly się zamyśla. 
- Tak,  raczej  nie.  Ale  tak  czy  inaczej,  powiedziałam  temu  gliniarzowi, 
żeby sprawdził, czy ona  ma to coś, jak to się tam  nazywa? Aha, alibi. 

background image

Bo  nigdy  nic  nie  wiadomo.  To  mógłby  być  taki  numer  jak  w 
Sublokatorce. 
Jestem  pewna,  że  detektyw  Canavan  raczej  nie  podskoczy  na  dźwięk 
hasła Sublokatorka. 
- A co z jej chłopakami? - pytam. 
Taki  skrót  myślowy  to  trochę  za  wiele,  jak  na  możliwości  analityczne 
móżdżku Kimberly. Zmieszana, marszczy wąskie brwi. 
- Co? 
- Czy Lindsay spotykała się z kimś? To znaczy, wiem, że widywała się 
z Markiem Shepelskym... 
-  Och!  -  Kimberly  przewraca  oczami.  -  Mark.  Ale  Lindsay  i  Mark,  no 
wiesz, on: właściwie już nie byli parą. Mark jest taki... niedojrzały. On i 
Jeff, rozumiesz, chłopak Cheryl, oni obaj nic, tylko piją piwo i oglądają 
mecze.  Nigdy  nie  zabierali  Lindsay  i  Cheryl  do  klubów  ani  nigdzie. 
Pewnie  Cheryl  to  nie  przeszkadzało,  ale  Lindsay...  Ona  chciała  się 
trochę  zabawić.  Można  powiedzieć,  że  potrzebowała  czegoś  bardziej 
wyszukanego. 
- I  dlatego zaczęła  się  widywać  z  kimś  innym? -  pytam.  A kiedy  oczy 
Kimberly  się  rozszerzają,  dodaję:  -  Mark  zajrzał  dziś  rano  do  biura  i 
wspomniał coś o jakimś gościu ze studenckiego stowarzyszenia. 
Kimberly spogląda wzgardliwie. 
-  Tak  go  nazwał  Mark?  Facet  ze  studenckiego  stowarzyszenia?  A  nie 
wspomniał, że to jeden z Winerów? 
- Co takiego? - Przez moment nie dociera do mnie, że jej zdaniem nowy 
chłopak Lindsay jest najwyraźniej jakąś osobistością. 
-  To  Winer.  Z  rodziny  Winerów.  No  wiesz.  -  A  kiedy  nadal  patrzę  na 
nią,  nic  nie  rozumiejąc,  z  niedowierzaniem  potrząsa  swoimi  długimi 
włosami.  -  Boże,  naprawdę  nie  wiesz?  Doug  Winer.  Z  rodziny 
Winerów.  Tych  od  Winer  Constructions.  Kompleks  Sportowy  Winera, 
tu, na Uniwersytecie Nowojorskim? 
Och.  Teraz  już  wiem,  o  co  jej  chodziło.  Nie  da  się  w  tym  mieście 
przejść  obok  właśnie  wznoszonego  budynku  -  mimo  że  Manhattan  to 
wyspa  i  wydaje  się,  że  każdy  skrawek  ziemi  został  już  wykorzystany, 
całkiem  sporo  się  tutaj  buduje  -  i  nie  zauważyć  słowa  „Winer” 
wypisanego na froncie każdego buldożera, szpuli  kabla czy  fragmencie 
rusztowania  na  placu  budowy.  Żaden  budynek  w  Nowym  Jorku  nie 
powstanie, jeśli nie przyłożą do tego ręki Winerowie. 

background image

I  najwyraźniej  przy  okazji  Winerowie  nieco  się  wzbogacili.  Może 
jeszcze daleko im do Kennedych albo Rockefellerów, ale najwyraźniej, 
zdaniem  czirliderki  z  Uniwersytetu  Nowojorskiego,  nie  aż  tak  znów 
daleko.  Fakt,  przekazali  całkiem  sporą  donację  na  rzecz  uczelni. 
Wystarczyło tego na wzniesienie kompleksu sportowego i tak dalej. 
- Doug Winer - powtarzam. - A więc... Doug jest zamożny? 
- Jeśli  o  kimś  obrzydliwie  bogatym  mówi  się  zamożny, to tak -  parska 
Kimberly. 
- Rozumiem. A Doug i Lindsay... byli ze sobą blisko? 
-  Nie  byli  zaręczeni  ani  nic  -  odpowiada  Kimberly.  -  Na  razie.  Ale 
Lindsay myślała, że Doug da jej na urodziny bransoletkę. Z brylantami. 
Widziała  ją  u  niego  w  szafce.  -  Na  moment  do  Kimberly  dociera 
tragizm  śmierci  Lindsay  i  czirliderka  przestaje  być  taka  radośnie 
ożywiona. - Pewnie będzie ją musiał teraz zwrócić do sklepu - mówi ze 
smutkiem.  -  Jej  urodziny  miały  być  w  przyszłym  tygodniu.  Boże,  to 
takie przygnębiające. 
Zgadzam  się,  że  to  wielka  szkoda,  że  Lindsay  nie  dożyła  swoich 
urodzin, na które miała dostać bransoletkę z brylantami, a potem pytam 
ją,  czy  Lindsay  i  Doug  miewali  ze  sobą  jakieś  nieporozumienia,  o 
których jej wiadomo (nie), gdzie mieszka Doug (w Domu Bractwa Tau 
Phi  Epsilon),  i  kiedy  po  raz  ostatni  Doug  i  Lindsay  się  spotkali  (jakoś 
tak w weekend). 
Szybko się przekonuję, że chociaż Kimberly twierdzi, że była najlepszą 
przyjaciółką  Lindsay,  to  albo  te  dwie  wcale  nie  były  ze  sobą  zbyt 
blisko,  albo  Lindsay  prowadziła  niezwykle  nudne  życie,  bo  Kimberly 
nie  umie  powiedzieć  mi  nic  więcej  o  ostatnim tygodniu Lindsay  na tej 
ziemi. A w każdym razie, niczego, co by mi mogło pomóc w ustaleniu, 
kto ją zabił. 
Chociaż,  oczywiście,  ja  wcale  nie  mam  takiego  zamiaru.  Nie 
zaangażuję się w żadne śledztwo dotyczące śmierci Lindsay. Jestem od 
tego jak najdalsza. Ja tylko zadałam na ten temat parę pytań, nic więcej. 
Przecież  człowiek  może  trochę  popytać  w  związku  z  jakimś 
morderstwem,  nie  rozpoczynając  jednocześnie  prywatnego  śledztwa  w 
sprawie owego morderstwa. Prawda? 
Powtarzam to sobie, kiedy wracam do biura administracji akademika, w 
jednej ręce trzymając kawę Toma (wzięłam dla niego nową, po tym jak 
stara  wystygła  w  czasie  mojej  rozmowy  z  Kimberly),  a  w  drugiej 

background image

następną mieszankę kawy z kakao i bitą śmietaną dla siebie. Nie dziwię 
się, widząc, że Sarah, nasza asystentka administracyjna, pojawiła  się w 
pracy z nieszczęśliwą  miną. Sarah prawie codziennie ma nieszczęśliwą 
minę. 
Dzisiaj wydaje się, że jej zły  humor jest zaraźliwy. I ona, i Tom siedzą 
przygarbieni  przy  swoich  biurkach.  Ściśle  rzecz  biorąc,  Tom  siedzi 
przygarbiony  za  moim  biurkiem.  Ale  minę  ma  zdecydowanie 
nieszczęśliwą, póki nie widzi mnie. 
-  Jesteś  aniołem  -  odzywa  się,  kiedy  stawiam  przed  nim  tę  kawę.  - 
Dlaczego to tak długo trwało? 
- Och, no wiesz. - Siadam na kanapie obok swojego biurka. - Musiałam 
pocieszać Magdę. - Kiwam głową w stronę drzwi gabinetu Toma, nadal 
zamkniętych.  Zza  nich  i  przez  tę  kratę  słyszę  szmer  przyciszonych 
głosów. - Ona tam nadal siedzi z Markiem? 
- Nie - odzywa się Sarah z obrzydzeniem. - Teraz jest tam u niej Cheryl 
Haebig. 
-  A  tobie  co  znowu?  -  pytam  Sarah  ze  względu  na  tę  jej  nachmurzoną 
minę. 
-  Jak  się  okazuje  -  odpowiada  Tom  zbolałym  głosem,  bo  Sarah  tylko 
jeszcze  bardziej  kuli  się  na  krześle  -  doktor  Kilgore  jest  jedną  z 
wykładowczyń Sarah. I Sarah niezbyt ją lubi. 
-  Ona  jest  freudystką!  -  wybucha  Sarah,  nawet  nie  próbując  ściszać 
głosu. - Ona faktycznie wierzy w te seksistowskie bzdety o tym, jak to 
niby  wszystkie  kobiety  są  zakochane  we  własnym  ojcu  i  w  sekrecie 
marzą, żeby mieć penisa! 
- Doktor Kilgore dała Sarah trójkę z jednej z prac w zeszłym semestrze 
-  informuje  mnie  Tom  z  prawie  niezauważalnym,  złośliwym 
uśmieszkiem. 
-  Ona  jest  antyfeministką!  -  stwierdza  dobitnie  Sarah.  -  Poszłam  do 
dziekan się poskarżyć.  Ale to na nic, bo dziekan też  jest z tych. - „Te” 
to  najwyraźniej  freudystki.  -  To  jakaś  konspiracja.  Poważnie 
zastanawiam  się,  czy  nie  napisać  listu  do  „Chronicle  of  Higher 
Education” w tej sprawie. 
-  Sugerowałem  -  mówi  Tom,  nadal  z  tym  ledwie  widocznym 
uśmieszkiem  -  że  skoro  obecność  doktor  Kilgore  tak  bardzo  Sarah 
przeszkadza,  to  może  powinna  przelecieć  się  do  kwestury  z  tymi 
wszystkimi paragonami po refundację... 

background image

- Na zewnątrz jest z minus piętnaście! - wrzeszczy Sarah. 
- Ja pójdę - zgłaszam się słodko na ochotnika. 
Sarah i Tom gapią się na mnie ze zgodnym niedowierzaniem. 
-  Poważnie.  -  Odstawiam  swoją  kawę  z  kakao  i  podnoszę  się,  żeby 
zdjąć  z  wieszaka  kurtkę.  -  Przecież  żadnej  swojej  roboty  nie  ruszę, 
kiedy  siedzisz  przy  moim  biurku,  Tom.  A  przydałoby  mi  się  trochę 
świeżego powietrza. 
- Na zewnątrz jest z minus piętnaście! - znów woła Sarah. 
- To nic takiego. - Owijam szyję szalikiem. - Wrócę niedługo. Zabieram 
z  biurka  Sarah  paragony,  za  które  mamy  dostać  zwrot  funduszy,  i 
spływam z biura. W holu Pete na mój widok wybucha śmiechem. 
I  to  nie  dlatego,  że  komicznie  wyglądam  w  tych  swoich  licznych 
warstwach ubrania, ale dlatego, że przypomniał sobie, co powiedziałam 
o moim tacie. 
No  i  co?  Dlaczego  on  nie  mógłby  faktycznie  chcieć  odbudować 
swojego związku z córką, której prawie nie zna? 
Poważnie,  mając  takich  przyjaciół,  człowiek  zupełnie  nie  potrzebuje 
wrogów. 
Ignorując  Pete'a,  wychodzę  na  zewnątrz  -  i  niemal  chcę  zawrócić,  tak 
jest  zimno.  Temperatura  jeszcze  chyba  spadła,  odkąd  przyszłam  do 
pracy godzinę temu. Mróz aż zapiera mi dech w piersiach. 
Ale już się zdecydowałam. Nie ma teraz powrotu. 
Pochylając głowę  w  podmuchach  wiatru, ruszam  przez park, ignorując 
propozycje „dymka, dymka?” ze strony kolesiów Reggiego, i zmierzam 
w  stronę  drugiej  części  kampusu  -  w  stronę  przeciwną  do  kwestury. 
Czyli muszę iść pod wiatr w tych jego subarktycznych porywach. 
I  to  dlatego  słysząc  swoje  imię,  którym  mnie  ktoś  nawołuje,  nie 
obracam się od razu. Uszy mam tak zmarznięte pod wełnianą czapką, że 
roją  mi  się  pewnie  jakieś  zwidy.  A  potem  ktoś  mi  kładzie  dłoń  na 
ramieniu  i  spodziewam  się  zobaczyć  Reggiego  z  tym  jego  szerokim 
uśmiechem pełnym złotych zębów. 
I to chyba niekoniecznie wiatr pozbawia mnie oddechu, kiedy widzę, że 
to Cooper Cartwright. 
- Och! - wzdycham, gapiąc się na niego. Jest tak samo opatulony jak ja. 
Pomijając  wiewiórki  (i  dilerów  narkotyków),  jesteśmy  jedynymi 
żywymi  istotami  na  tyle  głupimi  -  czy  zdesperowanymi  -  żeby  być  w 
parku  tego  mroźnego  poranka.  -  Cooper  -  mówię  posiekanymi  przez 

background image

wiatr wargami. - Co ty tu robisz? 
-  Wpadłem  zobaczyć  się  z  tobą  -  odpowiada.  Trochę  ciężko  oddycha. 
Widocznie biegł, żeby  mnie dogonić. Biegł. Przy tej pogodzie.  W tych 
wszystkich  ciuchach.  Gdybym  sama  miała  coś  takiego  zrobić, 
opadłabym  teraz  jak  suflet.  Ale  Cooper,  jak  to  on,  tylko  oddycha  z 
nieco  większym  trudem  niż  normalnie.  -  Sarah  i  Tom  powiedzieli,  że 
idziesz do kwestury. - Ruchem dłoni w rękawiczce wskazuje za siebie. - 
Ale kwestura to przecież w tamtą stronę, prawda? 
-  Tak.  Oczywiście.  Ale  pomyślałam,  że  przy  okazji  zajrzę  jeszcze  do 
takiego jednego faceta, w takiej jednej sprawie. Czy to coś ważnego, że 
chciałeś się  ze  mną  widzieć?  -  Proszę,  modlę  się. Proszę,  niech się  nie 
okaże,  że  rozmawiał  z  moim  tatą,  zanim  ja  z  nim  w  sprawie  taty  nie 
porozmawiałam... 
Znów się dziś rano nie ogolił. Ta jego szczecina na brodzie wygląda na 
cudownie drapiącą. 
- Chodzi o mojego brata - mówi Cooper. - I o to, dlaczego zostawił  mi 
na  sekretarce  wiadomość,  żebym  się  do  niego  odezwał,  bo  chce 
porozmawiać o tobie. Masz  jakiś pomysł, o co może w tym wszystkim 
chodzić? 
-  Och  -  wzdycham  z  tak  wielką  ulgą,  że  prawie  mi  się  robi  niedobrze. 
Chociaż  to  może  tylko  od  tej  całej  bitej  śmietany.  -  On  chce,  żebym 
przyszła na jego ślub. No wiesz, pokazać, że nie żywię urazy... 
- Przed obiektywami reporterów z „People” - kończy za mnie Cooper. - 
Rozumiem.  Powinienem  był  wiedzieć,  że  nie chodzi  o nic  ważnego.  A 
zatem...  -  Jego  błękitne  spojrzenie  skupia  się  na  mnie  jak  wiązka 
promieni  lasera.  -  Chcesz  się  zobaczyć  z  takim  jednym  w  jakiej 
konkretnie sprawie? 
Cholera! Dlaczego on się zawsze domyśla? Zawsze! 
-  Widzisz,  jak  się  okazuje,  Lindsay  przed  śmiercią  spotykała  się  z 
jakimś nowym chłopakiem. Z Winerem. 
- Z kim? 
- No wiesz... - Literuję to nazwisko. - Jak Winer Constructions. Cooper 
mruży oczy ocienione długimi, ciemnymi rzęsami. 
- Heather. Dlaczego to brzmi tak, jakbyś zaczynała prowadzić śledztwo 
w sprawie śmierci tej dziewczyny? 
- Bo posłuchaj. - Unoszę obie dłonie w rękawiczkach w geście protestu, 
kiedy  on  nabiera  powietrza,  szykując  się  do  jakiejś  tyrady.  -  Cooper, 

background image

zastanów  się!  Winer  Constructions?  Kompleks  Sportowy  Winerów? 
Oni na pewno mają uniwersalne klucze do większości budynków w tym 
mieście. Doug totalnie mógł mieć dostęp do stołówki... 
-  Czy  ktoś  go  wpisał  do  książki  odwiedzin  tamtego  wieczoru?  -  pyta 
ostro Cooper. 
Cholera. On wie, jak  funkcjonuje  Fischer Hall niemal tak samo dobrze 
jak ja. 
-  Nie.  Ale  mógł  się  wślizgnąć  do  środka  na  tysiące  sposobów. 
Dostawcy  chińszczyzny  robią  to  stale,  żeby  wsuwać  menu  pod  drzwi 
pokojów dzieciaków... 
-  Nie.  -  Tylko  tyle  mówi  Cooper.  I  podkreśla  to  słowo  pojedynczym 
przeczącym ruchem głowy. 
-  Cooper,  posłuchaj  mnie.  -  Chcę  go  przekonać,  chociaż  wiem,  że  to 
strata czasu. - Detektyw Canavan  nie zadaje właściwych pytań. On  nie 
ma pojęcia, jak wyciągać informacje z tych dzieciaków. Przysięgam, że 
tylko  o  to  mi  chodzi.  O  zbieranie  informacji.  Które  w  całości  mu 
przekażę. 
-  Czy ty naprawdę  uważasz, że  ja  jestem  łatwowierny,  Heather? -  pyta 
mnie Cooper. 
Piorunuje  mnie  wzrokiem.  Wiatr  kłuje  mnie  w  twarz  i  wyciska  łzy  z 
oczu, ale na nim zdaje się nie robić żadnego wrażenia. Pewnie dlatego, 
że ma tę całą szczecinę dla ochrony. 
-  Wiesz,  to  bardzo  stresujące  pracować  w  miejscu  nazywanym 
Akademikiem  Śmierci.  Tom  dopiero  od  niedawna  jest  z  nami,  a  już 
chce rzucić pracę. Sarah jest niemożliwa. Ja tylko próbuję sprawić, żeby 
w  Fischer  Hall  znów  się  pracowało  przyjemnie.  Ja  tylko  usiłuję 
wykonywać swoją pracę. 
-  Udzielanie  reprymend  dziewczynom,  które  dolewają  depilatora  do 
szamponu  swoich  współlokatorek  -  mówi  Cooper,  wspominając  formę 
torturowania  wspołlokatora  aż  za  często  występującą  na Uniwersytecie 
Nowojorskim  -  a  odkrywanie,  kto  odpowiada  za  ugotowanie  głowy 
jednej  z  chirliderek  w  stołówkowej  kuchni,  to  dwie  zupełnie  różne 
sprawy.  Jedna  z  nich  wchodzi  w  zakres  twoich  obowiązków 
służbowych. Druga nie. 
-  Ja  tylko  chcę  porozmawiać  z  tym  młodym  Winerem.  Co  może  być 
złego w takiej zwykłej rozmowie? 
Cooper nadal patrzy na mnie groźnie, a wiatr wyje wkoło nas. 

background image

- Proszę, nie rób tego - mówi tak cicho, że nie  jestem pewna, czy to w 
ogóle faktycznie powiedział. Ale widzę, że jego wargi się poruszają. Te 
zadziwiająco  zmysłowe  (jak  na  faceta)  usta,  które  czasami  przywodzą 
mi na myśl poduszkę, do której chciałabym przycisnąć swoje... 
-  Możesz  iść  ze  mną  -  proponuję.  -  Chodź  ze  mną,  a  sam  się 
przekonasz.  Że  ja  chcę  tylko  porozmawiać.  Żadnego  śledztwa. 
Absolutnie żadnego. 
- Odbiło ci - oświadcza Cooper. Nie bez pewnego obrzydzenia. 
-  Mówię  serio,  Heather.  Sarah  miała  rację.  Tobie  rzeczywiście  dolega 
jakiś kompleks Supermana. 
- No to do dzieła. - Biorę go pod ramię. - To jak? Idziesz? 
- A mam jakiś wybór? - pyta. Zastanawiam się nad odpowiedzią. 
- Nie masz żadnego. 
10 
Otwieram zamek 
frontowych drzwi, 
To nie kung pao, na które 
czekałam, 
To nie ten mężczyzna z torbami 
jedzenia, 
To ty, chociaż wcale cię nie 
chciałam. 
 
Dostawa 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Fraternity Row, znany też pod nazwą  Waverly Hall, to wielki  budynek 
po  przeciwnej  stronie  Washington  Square  Park  od  Fischer  Hall. 
Oddzielony od ulicy kamiennym murem otaczającym ogród, do którego 
wchodzi  się  przez  kamienny  łuk,  jest  bardziej  paryski  w  stylu  niż 
pozostałe  budynki  otaczające  plac,  a  przez  to  jakoś  się  między  nimi 
wyróżnia. Może  dlatego  zarząd  uczelni  zdecydował, że właśnie  w tym 
budynku  będą  się  mieścić  greckie  stowarzyszenia  studenckie  (męskie, 
bo  stowarzyszenia  żeńskie,  których  jest  mniej,  mają  swoje  siedziby  w 
nieco  bardziej  nowoczesnym  budynku  przy  Trzeciej  Alei),  po  jednym 
na każde piętro. 
Ja,  oczywiście,  nigdy  nie  uczyłam  się  greki,  więc  nie  rozumiem,  co 

background image

oznaczają  te  wszystkie  symbole  przy  guzikach  domofonu  przy 
drzwiach. 
Ale z miejsca rozpoznaję Tau Phi Epsilon, bo jest oznaczone czarnymi, 
skromnymi, normalnymi literami, a nie greckim alfabetem. 
W  przeciwieństwie  do  porządnie  utrzymanego  chodnika  przed  Fischer 
Hall, cały ogród Waverly Hall zasłany jest śmieciami i pełen puszek po 
piwie.  Iglaki  w  donicach  stojące  po  obu  stronach  drzwi  wejściowych 
udekorowane  są  różnymi  fragmentami  damskiej  bielizny  zamiast 
świątecznymi  bombkami  -  widzę  tam  wszystkie  rozmiary,  kolory  i 
rodzaje  majtek,  od  czarnych  koronkowych  stringów,  przez  białe  figi 
Calvina Kleina, aż po dół od bikini w kolorowe grochy. 
-  To  jest  już  zwyczajne  marnotrawstwo  porządnej  bielizny  -  mówię, 
patrząc na te majtki. 
Cooper  jednak  nadal  ma  morderczą  minę  i  nawet  się  nie  uśmiecha, 
słysząc  mój  mały  żarcik.  Szarpnięciem  otwiera  drzwi  i  czeka,  żebym 
weszła, a dopiero potem sam wchodzi. 
W  środku  jest  tak  gorąco,  że  czuję,  jak  natychmiast  zaczyna  tajać  mi 
zmarznięty  nos.  Wchodzimy  do  stosunkowo  czystego  holu,  którego 
pilnuje  siwowłosy  ochroniarz  Uniwersytetu  Nowojorskiego,  którego 
twarz  przecina  tyle  pękniętych  naczynek  krwionośnych,  że  jego 
pozasłużbowe  (zawsze  można  mieć  nadzieję)  zamiłowanie  do  whisky 
staje  się  dość  oczywiste.  Kiedy  pokazuję  mu  swój  służbowy 
identyfikator  i  mówię,  że  przyszliśmy  do  Douga  Winera  z  Tau  Phi 
Epsilon,  nawet  nie  zadaje  sobie  trudu  dzwonienia  na  górę  i 
sprawdzania,  czy  Doug  jest  u  siebie.  Machnięciem  ręki  pokazuje  nam, 
gdzie  są windy.  Kiedy  go  mijam,  zaczynam rozumieć  dlaczego: zajęty 
jest  oglądaniem  jakiejś  opery  mydlanej  na  jednym  z  monitorów  na 
swoim biurku. 
Stojąc  obok  Coopera  w  maleńkiej,  trzyosobowej  windzie,  milczę  w 
czasie  jazdy...  Aż  winda  z  szarpnięciem  zatrzymuje  się  na  piątym 
piętrze,  a  jej  drzwi  rozsuwają  się  i  widzę  długi,  nieco  obskurny 
korytarz,  na  którego  ścianie  ktoś  wypisał  różowymi,  odblaskowymi, 
wysokimi na metr literami: „Grube laski poszły won”. 
Mrugając powiekami, wpatruję się w ten napis, którego litery sięgają mi 
prawie  do  pasa  i  biegną  wzdłuż  ścian,  nie  oszczędzając  drzwi.  Pod 
koniec  roku  akademickiego  Bractwo  Tau  Phi  Epsilon  będzie  musiało 
uiścić niezgorsze kary z tytułu zniszczenia uczelnianego mienia. 

background image

- No cóż - mamroczę, patrząc na napis. 
-  I  to  -  wybucha  Cooper  -  jest  właśnie  powodem,  dla  którego  moim 
zdaniem nie powinnaś się angażować w to śledztwo! 
- Bo jestem gruba laska i powinnam iść sobie won? - pytam urażona do 
żywego. 
Mina  Coopera  mrocznieje  jeszcze  bardziej...  A  nie  sądziłam,  że  to  w 
ogóle możliwe. 
- Nie - mówi. - Bo... Bo... Bo tacy faceci... Oni są jak zwierzęta! 
-  Takie  zwierzęta,  które  odcięłyby  głowę  czirliderce  i  ugotowały  ją  w 
garnku na kuchni? - pytam go znaczącym tonem. 
Ale  on  najwyraźniej  stracił  mowę  z  oburzenia.  Więc  stukam  do  drzwi 
najbliższych windzie, tych z napisem „Tau Phi Epsilon” na framudze. 
Drzwi  otwierają  się  szeroko  i  na  nasz  widok  mruga  oczami  jakaś 
ciemnowłosa kobieta w prawdziwym, autentycznym, stroju pokojówki - 
ale  nie  w  takim  seksownym,  jakie  sprzedawane  są  na  Bleecker  Street, 
tylko  normalnym,  z  długimi  rękawami  i  spódnicą  za  kolana.  Jest  dość 
młoda, ma może trochę po czterdziestce, a w dłoni trzyma ściereczkę do 
kurzu. Ale nie nosi koronkowego fartuszka. Dzięki Bogu choć i za to. 
- Tak? - odzywa się. Ma wyraźny hiszpański akcent. Jeszcze cięższy niż 
Salma Hayek. 
Pokazuję jej swój identyfikator. 
-  Cześć.  Nazywam  się  Heather  Wells,  a  to  mój  przyjaciel,  Cooper 
Cartwright. Jestem z administracji uczelni. Chciałam tylko... 
-  Proszę  wejść  -  mówi  kobieta  bez  zainteresowania.  Schodzi  nam  z 
drogi, żebyśmy mogli wejść do środka, a potem zamyka za nami drzwi. 
Znajdujemy się na przestronnym, dobrze oświetlonym poddaszu - takim 
staroświeckim,  z  wysokimi  sufitami,  sztukateriami  i  drewnianym 
parkietem - w holu otoczonym drzwiami ze wszystkich czterech stron. 
-  Tam  są.  -  Kiwa  głową  w  stronę  wysokich,  podwójnych  drzwi  po 
prawej. 
-  Hm,  my  w  zasadzie  szukamy  konkretnej  osoby.  Douga  Winera.  Czy 
wie pani, w którym pokoju... 
-  Proszę  posłuchać.  Ja  tu  tylko  sprzątam.  I  nie  znam  żadnego  z  nich  z 
nazwiska. 
- Dziękujemy  pani  bardzo  za  pomoc -  mówi  grzecznie  Cooper  i  biorąc 
mnie pod ramię, prowadzi w stronę tych zamkniętych, wysokich drzwi. 
Mruczy  pod  nosem  coś,  czego  do  końca  nie  chwytam...  Może  dlatego, 

background image

że w tej samej chwili, w której jego ręka zaciska się na moim ramieniu, 
serce  zaczyna  mi  tak  mocno  walić,  że  aż  mi  szumi  w  uszach,  tłumiąc 
wszystkie  inne  dźwięki.  Nawet  mimo  siedmiu  warstw  ubrania  dotyk 
Coopera strasznie mnie nakręca. 
Wiem. Naprawdę jestem żałosna. 
Stukając szybko w te podwójne drzwi, Cooper woła: 
- Halo, jest tam kto?! 
Z wnętrza jakiś głos odkrzykuje coś niezrozumiałego. Cooper spogląda 
na mnie, a ja wzruszam ramionami. Otwiera drzwi. Poprzez gęstą siwą 
chmurę  dymu  z  trawki  dostrzegam  zarys  stołu  bilardowego,  a  w  tle 
panoramiczny  telewizor,  na  którym  migoczą  obrazy  jakiegoś  meczu 
futbolowego.  Pokój  oświetla  rząd  okien,  które  wpuszczają  do  środka 
dzienne,  marne  dzisiaj  światło,  i  ciepły  blask  lampy  z  mosiądzu  i 
witrażowego  szkła,  która  wisi  nad  bilardowym  stołem.  W  odległym 
kącie  odchodzi  całkiem  emocjonująca  partyjka  air  hockey,  a  po  mojej 
lewej ktoś właśnie otwiera małą lodówkę i wyjmuje z niej piwo. 
To  wtedy  dociera  do  mnie,  że  najwyraźniej  Cooper  i  ja  przed  chwilą 
umarliśmy  -  pewnie  w  tej  rozklekotanej  starej  windzie  -  i  trafiliśmy 
przez pomyłkę do męskiego nieba. 
-  Cześć  -  odzywa  się  jakiś  jasnowłosy  chłopak,  pochylając  się  nad 
stołem  bilardowym  do  jakiegoś  trudnego  uderzenia.  Między  wargami 
trzyma  jointa,  którego  czubek  połyskuje  czerwienią.  To  niesamowite, 
ale  ma  na  sobie  czerwony  atłasowy  żakiet  smokingowy  i  levisy.  - 
Czekajcie. 
Przymierza  się  kijem  i  strzela,  a  stukot  bili  tonie  w  nagłym  grzmocie 
okrzyków,  którymi  fani  futbolowi  zagrzewają  właśnie  swojego 
ulubionego  gracza.  Prostując  się,  chłopak  wyjmuje  jointa  spomiędzy 
warg i przygląda się Cooperowi i mnie spod jasnej grzywki. 
- Państwo w jakiej sprawie? - pyta. 
Zerkam  z  tęsknotą  na  piwo,  po  które  chłopak  sięga,  czekając  na  naszą 
odpowiedź.  Jedno  spojrzenie  na  Coopera  i  wiem, że on  też  z  nostalgią 
wspomina  taki  czas  w  swoim  życiu,  kiedy  było  to  dobrze  widziane  - 
wręcz  zalecane  -  żeby  popijać  piwo  przed  lunchem.  Chociaż  ja  nigdy 
takiego okresu w życiu nie zaliczyłam, ponieważ nie studiowałam. 
- Szukamy Douga Winera. Jest tutaj? - mówię. Dzieciak się śmieje. 
-  Hej,  Brett!  -  woła,  oglądając  się  przez  odziane  w  czerwony  atłas 
ramię. - Ta lalunia chce wiedzieć, czy Doug tu jest. 

background image

Brett, przy stole do air hockeya, głośno parska. 
-  A  czy  raczylibyśmy  się  tą  doskonałą  trawką,  gdyby Dougstera tu  nie 
było? - pyta retorycznie, unosząc butelkę piwa w powietrze gestem tego 
faceta,  który  w  jakiejś  sztuce  uniósł  ludzką  czaszkę  i  stwierdził,  że 
świetnie  ją  zna.  -  Oczywiście,  że  Dougster  tu  jest.  Dougster  jest 
wszędzie. 
Cooper  zerka  tęsknie  na  panoramiczny  telewizor,  najwyraźniej 
nieświadomy,  że  przed  chwilą  nazwano  mnie  lalunią  -  co,  chociaż 
seksistowskie,  jest  milsze  niż  to,  czego oczekiwałam,  widząc ten  napis 
na korytarzu. 
Ale skoro mój partner najwyraźniej zapadł w jakiś trans, wygląda, że na 
mnie spadło skierowanie rozmowy na nieco bardziej sensowne tory. 
- A możecie mi powiedzieć gdzie, konkretnie, znajdę pana Winera? 
Jeden  z  siedzących  przed  telewizorem  facetów  nagle  obraca  się  i 
warczy: 
- Chryste, Scott, to glina! 
Wszystkie jointy w pokoju oraz spora liczba butelek piwa znikają jak za 
dotknięciem  magicznej  różdżki  w  ułamku  sekundy,  zduszone 
podeszwami docksiderów albo pochowane wśród poduszek. 
- Gliny! - Scott, ten chłopak przy stole bilardowym, z niesmakiem rzuca 
na ziemię skręta. - Czy wy czasem  nie  macie obowiązku uprzedzać, że 
wchodzicie?  Nie  możecie  się  do  mnie  za  nic  przyczepić,  bo  nie 
powiedzieliście, że jesteście glinami. 
-  Nie  jesteśmy  glinami  -  oświadczam,  unosząc  obie  dłonie  w 
rękawiczkach. - Spokojnie. My tylko szukamy Douga. 
Scott parska. 
-  Tak?  No  to  lepiej  coś  od  niego  kupcie,  bo  że  nie  sprzedajecie,  to 
widzę po ciuchach. - Słychać kilka kpiących śmieszków. 
Opuszczam  wzrok  na  swoje  dżinsy,  a  potem  spoglądam  ukradkiem  na 
rozpiętą  kurtkę  Coopera,  spod  której  wystaje  szetlandzki  sweter  z 
zielonym  reniferem  przeskakującym  jakąś  figurę  geometryczną,  w 
której  dominuje  kolor  różowy.  Sweter,  który,  jak  wiem,  dostał  na 
Gwiazdkę  od  uwielbiającej  go  ciotecznej  babci.  Coopera  bardzo  lubią 
starsi członkowie jego rodziny. 
- To się zgadza - mówię. 
Scott przewraca oczami i wyciąga piwo z łuzy, w której je schował. 
-  Na  zewnątrz  i  prosto  korytarzem,  pierwsze  drzwi  po  lewej.  I 

background image

zapukajcie najpierw, dobra? Winer zwykle ma jakieś towarzystwo. 
Kiwam  głową  a  potem  z  Cooperem  wracamy  po  własnych  śladach  na 
korytarz  z  napisem  „Grube  laski  poszły  won”.  Pokojówki  nigdzie  nie 
widać. Cooper ma taką minę, jakby ktoś go mocno walnął. 
- Czy ty - pyta cicho - czujesz ten zapach? 
-  Tak  -  mówię.  -  Dlaczego  mam  wrażenie,  że  oni  dysponują  lepszym 
źródłem zaopatrzenia niż Reggie? 
- A to miejsce nie podlega działowi administracji? - pyta Cooper. - Oni 
tu nie mają opiekunów pięter? 
- Mają asystenta administracyjnego. To ktoś taki jak Sarah. Ale zajmuje 
się całym budynkiem, a nie tylko jednym piętrem. No i przecież się nie 
rozdwoi. 
-  Zwłaszcza  -  mruczy  Cooper  pod  nosem  -  że  Tau  Phi  Epsilon 
najwyraźniej mu płaci, żeby niczego nie zauważał. 
Nie wiem, skąd mu to przyszło do głowy... Ale sądzę, że ma rację. Hej, 
ci  asystenci  administracyjni  to  w  końcu  też  studenci  i  do  tego  dość 
często kompletnie niewypłacalni. 
Na  pierwszych  drzwiach  z  lewej  wisi  naturalnych  rozmiarów  plakat 
Brooke Burke w bikini. Pukam grzecznie w  lewą  pierś Brooke Burke i 
w odpowiedzi słyszę stłumione: 
- Czego? - Zatem przekręcam gałkę w drzwiach i wchodzę. 
W  pokoju  Douga  Winera  jest  ciemno,  ale  zza  żaluzji  przesącza  się 
wystarczająco  dużo  szarawego  światła,  żeby  dostrzec  wielkie  łóżko  z 
wodnym  materacem,  na  którym  wśród  mnóstwa  puszek  po  piwie 
wylegują się  dwie  osoby.  Piwo  w ogóle  stanowi  w tym  pomieszczeniu 
główny  element  dekoracyjny,  ponieważ  wszędzie  dokoła  pełno  jest 
stosów  puszek,  butelek  i  skrzynek  piwa.  Ściany  obwieszone  są 
plakatami  z  piwem,  a  na  półkach  piętrzą  się  kunsztowne  piramidy 
puszek.  Nawet  ja,  chociaż  lubię  piwo  jak  każdy  normalny  człowiek, o 
ile nie troszkę bardziej, czuję się tym widokiem zażenowana. 
Bo  przecież  picie  piwa  to  jedno,  ale  dekorowanie  piwem  wnętrz  to 
zupełnie inna sprawa. 
-  Przepraszam,  jeśli  cię  budzę,  Doug,  ale  musimy  z  tobą  chwilkę 
porozmawiać. 
Jedna z postaci na łóżku porusza się i odzywa sennym męskim głosem: 
- A która to godzina? 
Spoglądam  na  zegarek  Coopera  -  bo  sama  zegarka  nie  noszę  -  z 

background image

podświetlaną tarczą. 
- Jedenasta - mówię. 
-  Cholera.  -  Doug  przeciąga  się  i  dopiero  potem  zdaje  się  do  niego 
docierać,  że  nie  jest  w  łóżku  sam.  -  Cholera  -  dodaje  innym  tonem  i 
palcem szturcha tę drugą osobę, dość obcesowo, jak na mój gust. - Hej - 
mówi. - Ty. Wstawaj. 
Pomiaukując  protestująco,  dziewczyna  usiłuje  przekręcić  się  na  drugi 
bok,  ale  Doug  dalej  ją  szturcha,  aż  wreszcie  ona  siada  i  mruga  mocno 
utuszowanymi rzęsami, przyciskając do piersi rdzawoczerwoną pościel. 
- Gdzie ja jestem? - pyta. 
-  W  Xanadu  -  informuje  ją  Doug.  -  A  teraz  wynoś  się  do  diabła. 
Dziewczyna patrzy na niego i znów mruga. 
- A ty kto jesteś? - pyta. 
-  Hrabia  Drakula  -  odpowiada  Doug.  -  Zabieraj  swoje  ciuchy  i  spadaj 
stąd.  Łazienka  jest  tam.  I  nie  wrzucaj  do  toalety  damskich  środków 
higienicznych, bo mi ją zapchasz. 
Dziewczyna spogląda na Coopera i na mnie, stojących w drzwiach. 
- A oni kim są? 
- A skąd ja mam to, psiakrew, wiedzieć? - odzywa się Doug z irytacją. - 
A teraz spadówa. Mam sprawy do załatwienia. 
- Dobra, panie Nieprzyjemny. - Dziewczyna wstaje z łóżka, nagradzając 
Coopera  i  mnie  szczodrym  widokiem  swojego  tyłeczka  w  kształcie 
serca,  kiedy  zakłada  majtki,  które  nie  trafiły  jako ozdoba  na  iglaki  pod 
budynkiem.  Przyciskając  do  piersi  ozdobioną  cekinami  sukienkę, 
mizdrzy się kokieteryjnie, mijając Coopera po drodze do łazienki, mnie 
za to posyła niechętne spojrzenie spod zmrużonych powiek. 
No cóż, tego samego życzę tobie, siostro. 
- A kim wy, do diabła, jesteście? - pyta Doug, pochylając się i unosząc 
żaluzje tylko na tyle, że mogę dostrzec, iż zbudowany jest jak zapaśnik 
wagi  lekkiej  -  nieduży,  ale  muskularny  i  napakowany.  Zgodnie  z 
ostatnią  dziwaczną  modą  na  Uniwersytecie  Nowojorskim,  głowę  ma 
wygoloną po bokach, ale pośrodku włosy piętrzą mu się w nastroszone 
strączki. Wygląda  na to, że poza medalionem ze  świętym  Krzysztofem 
nie ma na sobie niczego. 
-  Cześć,  Doug  -  mówię  i  dziwię  się,  słysząc,  że  mój  głos  aż  ocieka 
jadem.  Nie  podobało  mi  się,  w  jaki  sposób  Doug  potraktował  tę 
dziewczynę,  ale  miałam  nadzieję,  że  uda  mi  się  to  lepiej  ukryć.  No, 

background image

nieważne.  -  Nazywam  się  Heather  Wells,  a  to  jest  Cooper  Cartwright. 
Przyszliśmy zadać ci parę pytań. 
Doug grzebie na blacie stolika przy łóżku w poszukiwaniu papierosów. 
Jego krótkie, grube palce trafiają na paczkę marlboro. 
A wtedy dwoma długimi krokami Cooper podchodzi do łóżka chłopaka, 
chwyta  go  za  nadgarstek  i  mocno  ściska.  Chłopak  skowyczy  i podnosi 
na wyższego od siebie mężczyznę parę zagniewanych błękitnych oczu. 
- A co ty mi, do kurwy nędzy, robisz?! - ryczy. 
- Palenie źle wpływa  na  wzrost - informuje go, sięgając po papierosy  i 
chowając  je  do  własnej  kieszeni.  Nie  puszcza  nadgarstka  Douga,  ale 
zaczyna  subtelnie  stosować  jakąś  dźwignię,  a  dzieciak  usiłuje  się 
odsunąć. - Czyś ty kiedykolwiek widział zdjęcie płuc palacza? 
-  A  wy  sobie  wyobrażacie,  że  niby  kim,  kurwa  mać,  jesteście?  -  pyta 
Doug Winer. 
Korci  mnie,  żeby  odpowiedzieć  błyskotliwie:  „twoim  najgorszym 
koszmarem  sennym”,  ale  zerkam  na  Coopera  i  dociera  do  mnie,  że 
jesteśmy: zastępczynią kierownika administracyjnego akademika, której 
BMI oscyluje w rejonie nadwagi, i prywatnym detektywem w swetrze z 
reniferem  oraz  że  żadne  z  nas  nigdy  nie  należało  do  żadnego 
studenckiego bractwa. 
Niemniej  samą  swoją  posturą  Cooper  jest  w  stanie  przestraszyć  i 
właśnie to usiłuje teraz zrobić, pochylając się nad łóżkiem chłopaka. 
- Kim sobie wyobrażamy, że jesteśmy, to bez znaczenia - mówi Cooper 
swoim  najgroźniejszym  tonem.  I  wtedy  zaczynam  zdawać  sobie 
sprawę,  że  Cooperowi  też  nie  podobał  się  sposób,  w  jaki  Doug 
potraktował tamtą małą. - Tak się składa, że jestem detektywem  i  mam 
parę pytań, które chciałbym  ci  zadać  na temat związku  łączącego cię  z 
Lindsay Combs. 
Oczy  Douga  Winera  rozszerzają  się  i  chłopak  mówi  podniesionym 
głosem: 
-  Glinom  to  ja  nic  nie  muszę  mówić.  Tak  powiedział  prawnik  mojego 
taty. 
-  No  cóż.  -  Cooper  przysiada  na  kołyszącym  się  wodnym  materacu.  - 
To  niezupełnie  tak,  Douglas.  Jeśli  ty  nic  nie  powiesz  glinom,  to  gliny 
mogą  cię  zaniknąć  za  utrudnianie  działań  wymiarowi  sprawiedliwości. 
A  mnie  się  wydaje,  że  to  nie  ucieszy  ani  twojego  taty,  ani  jego 
prawnika. 

background image

Muszę to Cooperowi przyznać. Wystraszył na śmierć tego chłoptasia, a 
przecież go nie okłamał. On faktycznie jest detektywem... A gliny mogą 
aresztować  Douga  za  utrudnianie  śledztwa.  Tyle  tylko,  że  Cooper  nie 
jest policyjnym detektywem i nikogo nie może aresztować. 
Widząc,  że  arogancka  mina  chłopaka  staje  się  nagle  lękliwa,  Cooper 
puszcza  jego  nadgarstek  i  cofa  się,  splatając  ramiona  na  piersi.  Ale 
nadal  stoi  nad  nim  groźnie.  Wygląda  tak,  jakby  miał  ochotę  złamać 
Dougowi Winerowi rękę, jeśli ten mu się sprzeciwi. 
Doug  rozmasowuje  sobie  nadgarstek  w  miejscu,  gdzie  ścisnął  go 
Cooper, i podnosi na niego niechętne spojrzenie. 
-  Facet,  nie  musiałeś  tego  robić.  To  mój  pokój.  Mogę  tu  sobie  palić, 
jeśli mam ochotę. 
- Właściwie - mówi Cooper z tą samą pozorną życzliwością, pod której 
wpływem,  jestem  tego  pewna,  co  mniej  bystrzy  jego  klienci  muszą 
odnosić  wrażenie,  że  on  jest  potajemnie  po  ich  stronie  -  ten  pokój 
należy  do  stowarzyszenia  Tau  Phi  Epsilon,  Douglas,  nie  do  ciebie.  A 
moim  zdaniem  stowarzyszenie  Tau  Phi  Epsilon  będzie  wdzięczne  za 
informację,  że  jeden  z  jego  członków  prowadzi  lukratywny  interes, 
handlując zakazanymi substancjami ma terenie ich nieruchomości. 
-  Co?  -  Dougowi  opada  szczęka.  Teraz  dostrzegam,  że  podbródek 
chłopaka  usiany  jest  trądzikowymi  wypryskami.  -  Co  ty  wygadujesz, 
facet? 
Cooper chichocze. 
-  No  cóż,  zostawmy  to  na  razie  na  boku?  Ile  masz  lat,  Douglas?  Ale 
powiedz mi, synu, prawdę. 
Ku  mojemu  zdumieniu  dzieciak  nie  odpowiada:  „nie  jestem  twoim 
synem”,  jakbym  sama  zrobiła  na  jego  miejscu.  Zamiast  tego  wysuwa 
pokrytą trądzikiem szczękę i mówi: 
- Dwadzieścia. 
- Dwadzieścia - powtarza Cooper, rozglądając się znacząco po pokoju. - 
A te wszystkie puszki piwa, to twoje, Douglas? 
Douglas nie jest aż tak głupi,  na  jakiego wygląda. Twarz mu ciemnieje 
od nagle powziętego podejrzenia i kłamie skwaszony: 
- Nie. 
-  Nie?  -  Cooper  wygląda  na  lekko  zdziwionego.  -  To  ja  cię  bardzo 
przepraszam.  Mam  nadzieję,  że  to  twoi  koledzy  z  bractwa,  ci,  którzy 
mają  już  ukończone  dwadzieścia  jeden  lat  i  mogą  legalnie  spożywać 

background image

alkohol  w  tym  stanie,  wypili  wszystkie  te  piwa  i  zostawili  puszki  w 
twoim  pokoju  w  ramach  takiego  drobnego  żartu.  Wybacz,  jeśli  się 
mylę,  ale  czy  kampus  Uniwersytetu  Nowojorskiego  nie  jest  czasem 
terenem  objętym  zakazem  spożywania  alkoholu,  Heather?  -  pyta  mnie 
Cooper, chociaż doskonale zna odpowiedź. 
- Wydaje mi się, że tak jest, Cooper - odpowiadam, widząc, w co gra, i 
dostosowując  się  do  jego  gry.  -  A  jednak  w  pokoju  tego  młodego 
człowieka jest bardzo, bardzo dużo pustych opakowań po piwie. I wiesz 
co, Cooper? 
Cooper robi zainteresowaną minę. 
- Nie, Heather, a co? 
- Wydaje mi  się, że Tau Phi Epsilon  nie przestrzega chyba zarządzenia 
dotyczącego  abstynencji  w  kampusie.  Mam  wrażenie,  że  rada 
stowarzyszeń greckich chętnie dowie się, jak wygląda pana pokój, panie 
Winer. 
Doug  podpiera  się  na  łokciach,  a  jego  gładka,  bezwłosa  klatka 
piersiowa nagle zaczyna gwałtownie falować. 
-  Słuchajcie,  ja  jej  nie  zabiłem,  jasne?  Tylko  tyle  mogę  wam 
powiedzieć. I lepiej przestańcie mnie napastować! 
11 
„Nie” w słowie „rozstanie”, 
„Ty” w słowie „zarzuty”, 
„Ja” w słowie „aberracja”, 
„Nic” w słowie „nic”. 
 
Piosenka o odrzuceniu 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Cooper i ja wymieniamy zaskoczone spojrzenia. To zaskoczenie nie jest 
bynajmniej udawane. 
-  Czy  ktokolwiek  z  tu  obecnych  oskarżył  cię  o  zabójstwo,  Douglas?  - 
Cooper niewinnym gestem unosi w górę ramiona. 
-  Tak,  doprawdy.  -  Kręcę  głową.  -  My  tylko  oskarżaliśmy  twoje 
stowarzyszenie  o  dostarczanie  napojów  alkoholowych  swojemu 
nieletniemu członkowi. 
Doug się chmurzy. 
- Mojego stowarzyszenia w to nie mieszajcie, dobra? 

background image

-  Może  udałoby  się  nam  go  nie  mieszać  -  mówi  Cooper,  pocierając  w 
zamyśleniu  swoją  szorstką  szczękę  -  gdybyś  był  nieco  bardziej  chętny 
do udzielenia informacji, o które poprosi cię moja, tu obecna, znajoma. 
Winer rzuca okiem na mnie. 
-  Okay  -  wzdycha,  opierając  się  o  poduszki  rozłożone  na  wodnym 
materacu  i  zaplatając  ręce  za  głową,  dzięki  czemu  uraczył  Coopera  i 
mnie  widokiem  kępek  blond  włosów  pod  pachami.  Fuj!  -  Co  chcecie 
wiedzieć? 
Ignorując te pachy, odzywam się: 
- Chcę wiedzieć, jak długo spotykałeś się z Lindsay Combs. 
- Spotykałem  się. -  Doug  Winer  krzywi  się  złośliwie w  stronę sufitu.  - 
Jasne. Spotykałem się. Pokazała się na imprezie klubowej we wrześniu. 
To  tam  ją  poznałem.  Była  z  tą  dziewczyną,  z  którą  umawia  się  Jeff 
Turner. Z tą Cheryl coś. 
- Jeff należy do Tau Phi? 
- Jest  kandydatem. U  niego to tradycja  rodzinna, więc pewnie  zostanie 
przyjęty,  jeśli  przejdzie  inicjację.  W  każdym  razie  była  niezła.  To 
znaczy, Lindsay. Postawiłem  jej drinka. - Rzucił Cooperowi wymowne 
spojrzenie.  -  Nie  wiedziałem,  że  nie  miała  dwudziestu  jeden  lat.  W 
każdym razie potem już jakoś poszło. 
- Dokąd poszło? - pytam. 
-  No,  sama  wiesz.  -  Doug  Winer  wzrusza  ramionami,  a  potem  rzuca 
Cooperowi  uśmiech  tak  pełny  zadowolenia  z  siebie  i  wyższości,  że 
bardzo mnie kusi, żeby rzucić się na tego kolesia, wyrwać dziurę w tym 
wodnym materacu, wsadzić mu w nią łeb i poczekać, aż się utopi. 
Nie  żebym  kiedykolwiek  miała  coś  podobnego  zrobić.  Bo  wtedy 
pewnie wyrzuciliby mnie z pracy. 
- Nie, nie wiem - cedzę przez zaciśnięte zęby. - Proszę, wyjaśnij mi to. 
- Zrobiła mi laskę, okay? - Winer uśmiecha się kpiąco. - Pieprzona Miss 
Roku, też  mi  coś.  I  pozwólcie  tylko,  że  wam  powiem,  że  robiła  to  jak 
profesjonalistka.  Żadna  inna  wieprzowinka  jeszcze  tak  mi  nie 
dogodziła... 
- Dobra - przerywa Cooper. - Chwytamy, co i jak. 
Czuję, że policzki  mi  płoną  i  przeklinam  sama siebie. Dlaczego  muszę 
reagować  jak  totalna  cnotka  na  dźwięk  słowa  „laska”?  Zwłaszcza  w 
obecności  Coopera,  który  już  żywi  przekonanie,  że  jestem  „miłą 
dziewczyną”.  Wiecznie  się  przy  każdej  okazji  rumieniąc,  tylko  go 

background image

utwierdzam w takiej opinii. 
Próbuję udawać, że wcale się nie zaczerwieniłam  z zażenowania, tylko 
z  gorąca.  Rzeczywiście,  w  pokoju  Douga  jest  ciepło,  zwłaszcza  że, 
sądząc  po  odgłosach  wody  dochodzących  z  łazienki,  jego  dziewczyna 
(czy kimkolwiek  tam  dla  niego  jest),  chyba  bierze  prysznic. Zaczynam 
odwijać szalik. 
-  W  porządku  -  zwracam  się  do  Coopera,  żeby  pokazać,  że  nie 
przeszkadza mi taki ostry język. A do Douga rzucam: - Mów dalej. 
Doug, nadal bardzo z siebie zadowolony, wzrusza ramionami. 
-  No  więc  pomyślałem  sobie,  że  dobrze  będzie  nie  tracić  z  nią  tak 
całkiem kontaktu, czaisz? Na sytuacje awaryjne. 
Jestem  tak  zdziwiona  jego  wyrachowanym  podejściem,  że  nie 
przychodzi  mi  do  głowy  żaden  komentarz.  To  Cooper  pyta,  spokojnie 
przyglądając się własnym paznokciom: 
- Co masz na myśli, mówiąc: „nie tracić tak całkiem kontaktu”? 
-  No  wiesz.  Zapisać  jej  numer  w  małej  czarnej  książeczce.  Na  czarną 
godzinę. Ile razy czułem się podle, dzwoniłem do poczciwej Lindsay, a 
ona do mnie przychodziła i poprawiała mi humor. 
Naprawdę  nie  pamiętam,  kiedy  po  raz  ostatni  miałam  ochotę,  żeby 
kogoś  zamordować  -  a  potem  przypominam  sobie,  że  mniej  więcej 
godzinę temu chciałam stłuc Gillian Kilgore. 
Może  Sarah  jednak  ma  rację.  Może  ja  faktycznie  mam  ten  kompleks 
Supermana. 
Cooper  zerka  na  mnie  i  zdaje  się  rozumieć,  że  mam  kłopot  z 
zapanowaniem  nad  sobą.  Znów  spogląda  na  swoje  paznokcie  i  pyta 
Douga swobodnym tonem: 
- A Lindsay nie narzekała na tego typu związek? 
- Cholera, skąd - mówi Doug ze śmiechem. - A gdyby zaczęła narzekać, 
toby tego jeszcze pożałowała. 
Cooper  tak  szybkim  ruchem  zwraca  głowę  w  stronę  Winera,  że  jej 
obraz prawie mi się zamazuje. 
- Pożałowała w jaki sposób? 
Chłopak chyba zdał sobie sprawę ze swojego błędu; wyciąga ręce spod 
głowy i siada wyprostowany. Zauważam, że brzuch ma  idealnie płaski, 
pomijając  te  miejsca,  gdzie  poznaczony  jest  poprzecznie  mięśniami. 
Kiedyś też takie miałam. W wieku jedenastu lat. 
- Hej, facet, to nie tak. - Winer szeroko otwiera błękitne oczy. - Nie tak. 

background image

To znaczy, przestałbym do niej dzwonić. To wszystko. 
-  Chcesz  nam  wmówić  -  wreszcie  odzyskuję  głos  -  że  Lindsay  Combs 
nie miała nic przeciwko temu, żeby tu przychodzić, ile razy zachciało ci 
się do niej zadzwonić, po to, żeby, ekhm, uprawiać z tobą oralny seks? 
Doug  Winer  patrzy  na  mnie,  mrugając  oczami,  bo  słyszy  wrogość  w 
moim  głosie,  ale  najwyraźniej  nie  ma  pojęcia,  czym  sobie  na  nią 
zasłużył. 
- Tak było. 
- I robiła to, bo...? Chłopak gapi się na mnie. 
- O co ci chodzi? 
-  O to,  że  dziewczyny  raczej  nie  uprawiają  z  kimś  oralnego  seksu  bez 
powodu. -  A  przynajmniej  żadna  z  moich  znajomych.  -  Co ona  z  tego 
miała? 
-  Jak  to,  co  ona  z  tego  miała?  Miała  z  tego  mnie.  Wreszcie  to  ja 
uśmiecham się złośliwie. 
- Ciebie? 
-  Tak.  - Chłopak  obronnym  gestem  wysuwa  szczękę.  - Nie wiesz, kim 
jestem? 
Cooper  i  ja,  jakbyśmy  się  umówili,  wymieniamy  zdezorientowane 
spojrzenia. Dzieciak mówi z naciskiem: 
- Nazywam się Winer. 
A  kiedy  nadal  patrzymy  na  niego  tak,  jakbyśmy  tego  wcale  nie 
rozumieli, Doug dorzuca, tłumacząc jak upośledzonym: 
- Winer  Constructions.  Kompleks  Sportowy  Winera. Nie słyszeliście  o 
tym?  Ludzie,  jesteśmy  właścicielami  połowy  tego  cholernego  miasta. 
Praktycznie  sami  zbudowaliśmy  tę  cholerną  uczelnię.  A  przynajmniej 
co nowsze budynki. Nazywam się Winer, ludzie. Winer. 
No, ten to się lubi nad sobą poużalać. 
A  jeśli  to  z  tego  powodu  Lindsay  Combs  tak  szczodrze  obdarzała 
laskami tego chłopaka, to ja nie jestem w stanie w to uwierzyć. Lindsay 
nie była taka. 
Tak mi się wydaje. 
- Poza tym dawałem  jej różne gówna - przyznaje niechętnie Doug. No, 
teraz zaczynamy do czegoś dochodzić. 
Cooper unosi brwi. 
- Ty, co? 
- Dawałem jej różne gówna. - A potem, widząc wyraz twarzy Coopera, 

background image

Doug  nerwowo  zerka  w  moją  stronę  i  mówi:  -  No  różne  takie  jej 
dawałem.  No  wiecie,  takie  rzeczy,  jakie  lubią  dziewczyny.  Biżuterię  i 
kwiaty, i takie tam. 
No  cóż, to  mi  już  bardziej  do  Lindsay  pasuje.  A  przynajmniej  na  tyle, 
na ile ją znałam. 
-  Miałem  nawet  zamiar  dać  jej  tę  bransoletkę  na  urodziny...  -  Nagle 
chłopak wyskakuje z łóżka, zaszczycając nas widokiem czarnych slipek 
od  Calvina  Kleina,  bez  którego  mogłabym  swobodnie  się  obejść. 
Podchodzi  do  komody  i  wyciąga  z  szuflady  małe  czarne  aksamitne 
pudełko.  Obracając  się,  niedbałym  gestem  rzuca mi  pudełko. Udaje  mi 
się je schwytać, chociaż niezręcznie. - Nie wiem, co z tym teraz zrobię. 
Otwieram czarne aksamitne wieczko i - przyznam się do tego - oczy mi 
się rozszerzają  na widok wąskiego paska brylantów leżących wewnątrz 
pudełka  na  błękitnym  jedwabnym  obiciu.  Jeśli  tego  typu  zapłatę 
Lindsay  dostawała  regularnie  za  swoje  usługi,  to  chyba  mogę  ją  już 
trochę lepiej zrozumieć. 
Powstrzymując odruchowy gwizd  na widok tak kosztownego prezentu, 
podaję pudełko Cooperowi, który unosi swoje ciemne brwi. 
-  Całkiem  przyjemna  błyskotka  -  rzuca  niedbale.  -  Musisz  mieć  niezłe 
dochody. 
- Tak. - Doug wzrusza ramionami. - W końcu to tylko kasa. 
- Czy to kasa tatusia? - chce wiedzieć Cooper. - Czy twoja własna? 
Chłopak  rozgląda  się  po  pokoju,  szukając  czegoś  na  komodzie. 
Zaciskając palce na fiolce aspiryny, Doug Winer wzdycha. 
-  A  co  to  za  różnica?  -  pyta.  -  Moja  kasa,  kasa  taty,  kasa  mojego 
dziadka. To wszystko jedno. 
-  Doprawdy,  Doug?  Twój  ojciec  i  dziadek  działali  w  sektorze 
budowlanym. Jak rozumiem, ty handlujesz zupełnie innym towarem. 
Chłopak gapi się na nas. 
- Facet, o czym ty mówisz? Cooper uśmiecha się uroczo. 
-  Chłopcy  w  tamtej  sali  dali  nam  do  zrozumienia,  że  znasz  się  na 
pewnego typu kulturach hydroponicznych. 
-  Nic  mnie  nie  obchodzi,  co  wam  dawali  do  zrozumienia  -  oświadcza 
Doug. - Nie  handluję  narkotykami, a  jeśli  spróbujecie oskarżyć  mnie o 
to,  że  próbowałem  komuś  zhandlować  choćby  coś  takiego  jak  to...  - 
potrząsa  fiolką  aspiryny  -  to  mój  tata  zadba,  żebyście  mieli 
przechlapane.  On  się  przyjaźni  z  rektorem,  wiecie.  Rektorem  tego 

background image

uniwerku. 
- No tak. - Udaję respekt. - Teraz to się już przeraziłam. 
- Wiesz co? I lepiej się bój... - Doug rusza w moją stronę. Ale udaje mu 
się zrobić tylko krok, zanim staje mu na drodze potężna masa mięśni. 
- A ty dokąd się niby wybierasz? - pyta Cooper lekkim tonem. Tak jak 
Cooper  się  spodziewał  -  faceci  są  strasznie  przewidywalni  -  chłopak 
zamierza się  na  niego. Cooper robi unik  i uśmiecha się  jeszcze szerzej. 
Teraz  może  już  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  sprać  Winera  na  kwaśne 
jabłko, a widać wyraźnie, że od dawna ma na to ochotę. 
-  Coop  -  mityguję  go.  Bo  nagle  orientuję  się,  że  sprawy  toczą  się  w 
zupełnie nieoczekiwanym przeze mnie kierunku. - Nie rób tego. 
Tracę  czas.  Cooper  robi  krok  w  stronę  chłopaka  w  tym  samym 
momencie,  w  którym  ten  zamierza  się  do  ciosu,  chwyta  rękę  Douga 
swoją  i stosując  wyłącznie  równomierny  uścisk palców  dłoni,  sprawia, 
że Winer osuwa się na kolana. 
-  Gdzie  byłeś  -  warczy  Cooper  z  twarzą  zaledwie  o  parę  centymetrów 
od twarzy chłopaka - przedwczoraj wieczorem? 
- Co? - sapie Doug Winer. - Facet, to boli! 
-  Gdzie  byłeś  przedwczoraj  wieczorem?  -  pyta  ponownie  Cooper, 
najwyraźniej zwiększając nacisk na dłoń chłopaka. 
-  Tutaj,  ludzie!  Byłem  tu  przez  całą  noc,  możecie  zapytać  chłopaków! 
Zrobiliśmy sobie imprezę z trawką! Jezu, rękę mi złamiesz! 
-  Cooper  -  mówię.  Serce  zaczyna  mi  walić.  I  to  mocno.  No  bo  jeśli 
]pozwolę  Cooperowi  skrzywdzić  studenta,  to  znajdę  się  w  poważnych 
tarapatach.  Może  nawet  wywalą  mnie  z  pracy.  A  poza  tym...  No  cóż, 
chociaż  bardzo  mi  się  nie  podoba,  przyznam,  że  nie  mogę  tak  stać  i 
patrzeć,  jak  ktoś  znęca  się  nad  Dougiem  Winerem.  Nawet  jeśli 
całkowicie sobie na to zasłużył. - Puść chłopaka. 
- Całą noc? - pyta ostro Cooper, kompletnie mnie ignorując. - Byłeś na 
imprezie z trawką całą noc? O której się zaczęła? 
- O dziewiątej, człowieku! Puszczaj! 
-  Cooper!  -  W  głowie  mi  się  nie  mieści  to,  na  co  patrzę.  Od tej  strony 
Coopera jeszcze nie znam. 
I jestem całkiem pewna, że nie mam już ochoty jej nigdy oglądać. Może 
to  dlatego  nie  chce  mi  zdradzać,  czym  się  zajmuje  całymi  dniami,  Bo 
robi właśnie takie rzeczy. 
Cooper  wreszcie  puszcza  dzieciaka,  a  Winer  osuwa  się  na  podłogę, 

background image

ściskając dłoń drugą ręką i zwijając się do pozycji embrionalnej. 
- Pożałujesz tego, facet. - Cooper jęczy i walczy ze łzami. - Jeszcze tego 
pożałujesz! 
Cooper mruga oczami jak ktoś budzący się z zamroczenia. Spogląda na 
mnie i widząc wyraz mojej twarzy, usprawiedliwia się: 
- Dotknąłem go tylko jedną ręką. 
Osłupiałam, słysząc takie wyjaśnienie - o ile w ogóle można to nazwać 
wyjaśnieniem  -  i  jestem  w  stanie  tylko  nadal  gapić  się  na  niego  bez 
słowa. 
Zza  drzwi  łazienki  wychyla  się  potargana  głowa  blondynki. 
Dziewczyna  z  wodnego  materaca  zdążyła  już  wsunąć  na  siebie 
jasnopomarańczową  imprezową  kieckę,  ale  jest  na  bosaka  i  wbija 
wzrok w nieruchomą postać Douga. 
Ale nie pyta, co się stało. Zamiast tego zagaja: 
- Nie ma tam moich butów? 
Pochylam  się  i  podnoszę  parę  pomarańczowych czółenek  na  wysokich 
obcasach. 
- To te? 
-  Dzięki.  -  Dziewczyna  kilkoma  niepewnymi  krokami  omija  swojego 
przyjaciela i odbiera ode mnie buty. Wsuwając stopy w czółenka, mówi 
do Douga: - Miło było cię poznać, Joe. 
Doug tylko jęczy, nadal przyciskając do ciała obolałą dłoń. Dziewczyna 
odsuwa  jasne  włosy  z  oczu  i  pochyla  się,  prezentując  spory  fragment 
rowka między piersiami. 
- Możesz mnie w każdej chwili  łapać w Domu Kappa Alpha Theta. Na 
imię mam Dana. Okay? 
Kiedy  Doug  bez  słowa  kiwa  głową,  Dana  prostuje  się,  łapie  swój 
płaszcz i torebkę ze sterty jakichś ciuchów na podłodze, a potem macha 
do nas palcami dłoni. 
- To na razie! - żegna się i odchodzi, kusząco kręcąc tyłeczkiem. 
- Wy też się  stąd wynoście - zwraca się Doug do Coopera i do mnie. - 
Wynoście się albo... Albo zadzwonię po policję. 
Cooper wydaje się zaciekawiony tą groźbą. 
- Doprawdy? Właściwie jest chyba nawet parę rzeczy, których gliniarze 
chętnie się o tobie dowiedzą. Więc może zadzwoń od razu, nie zwlekaj? 
Doug  tylko  jeszcze  trochę  jęczy,  ściskając  swoją  dłoń.  Mówię  do 
Coopera: 

background image

- Chodźmy stąd. 
Kiwa  głową.  Wychodzimy  z  pokoju  Douga,  zamykając  za  sobą  drzwi. 
Znów  stoimy  w  holu  stowarzyszenia  Tau  Phi,  wdychając  silny  odór 
marihuany  i słuchając odgłosów  meczu  futbolowego, które dobiegają z 
sali  gier.  Przyglądam  się  napisowi  na  ścianie.  Pokojówka,  która 
otworzyła nam drzwi, usiłuje ścierać go jakimś płynem. Dopiero usuwa 
G w „Grube laski poszły won”. Czeka ją jeszcze masa roboty. 
Ma  na  uszach  słuchawki  walkmana  i  uśmiecha  się  na  nasz  widok. 
Automatycznie rewanżuję się uśmiechem. 
-  Nie  wierzę  w  ani  jedno  słowo,  które  powiedział  ten  dzieciak  - 
oświadcza Cooper, zaciągając suwak kurtki. - A ty? 
- Też nie. Trzeba by sprawdzić jego alibi. 
Pokojówka,  która  najwyraźniej  wcale  tego  walkmana  nie  słuchała  tak 
głośno, zerka na nas i mówi: 
-  Ale  wiecie,  że  ci  faceci  potwierdzą  wszystko,  co  powie.  To  są  jego 
bracia ze stowarzyszenia. Muszą tak robić. 
Cooper i ja wymieniamy spojrzenia. 
-  Ona  ma  rację  -  oświadczam.  -  Bo  jeśli  nie  zaczął  gadać  przy  tej 
dźwigni, jaką mu założyłeś na rękę, czy co to tam było... 
Cooper kiwa głową. 
-  Greckie  stowarzyszenia  to  rzeczywiście  wspaniała  instytucja  - 
ironizuje. 
-  Tak  -  zgadza  się  z  nim  pokojówka.  A  potem  wybucha  śmiechem  i 
wraca do zeskrobywania litery G. 
- A co do tego, co się tam stało - zwraca się do mnie Cooper już innym 
tonem, kiedy  stoimy  i  czekamy  na  windę.  -  Ten  chłopak... Po  prostu... 
To, jak potraktował tę dziewczynę... Ja tylko... 
-  No  i  komu  teraz  dolega  kompleks  Supermana?  -  pytam.  Cooper 
uśmiecha się do mnie. 
A  ja  czuję, że  kocham  go  jeszcze  bardziej  niż  kiedykolwiek  przedtem. 
Powinnam chyba mu o tym powiedzieć, wyłożyć karty na stół, żebyśmy 
przestali bawić się w te gierki (no cóż, okay, może on nie gra ze mną w 
żadne  gierki,  ale  Bóg  mi  świadkiem,  że  ja  z  nim  owszem). 
Wiedziałabym przynajmniej w ten sposób, czy mam jakąś szansę. 
Otwieram  już  usta,  żeby  to  zrobić  -  powiedzieć,  co naprawdę  do niego 
czuję - kiedy widzę, że on też otwiera usta. Serce zaczyna mi walić jak 
szalone -  bo co,  jeśli  on  mi  zaraz  wyzna, że  mnie  kocha?  Zdarzały  się 

background image

już na świecie dziwniejsze rzeczy. 
Przecież naprawdę poprosił mnie, żebym się do niego wprowadziła, i to 
tak niespodziewanie. Dobra, może zrobił to tylko dlatego, że współczuł 
mi, że wpadłam na swojego narzeczonego, tak się złożyło, również jego 
brata, któremu akurat robiła laskę inna kobieta. 
Ale  tak  czy  inaczej,  mógł  to  zrobić  dlatego,  że  od  zawsze  potajemnie 
się we mnie kocha... 
Jego uśmiech zniknął. To jest to! On mi to zaraz wyzna! 
- Lepiej zadzwoń do biura i powiedz im, że się trochę spóźnisz - mówi. 
- Dlaczego? - pytam bez tchu, wbrew wszystkiemu żywiąc nadzieję, że 
powie:  „Bo  zabieram  cię  do  siebie  do  domu,  gdzie  będę  cię  do  końca 
dnia bezlitośnie niewolił”. 
-  Bo  zabieram  cię  na  Szósty  Komisariat,  gdzie  natychmiast  opowiesz 
detektywowi  Canavanowi  wszystko,  co  wiesz  na  temat  tej  sprawy.  - 
Drzwi windy otwierają się i Cooper bez ceregieli wyprowadza mnie do 
holu.  -  A  potem  będziesz  się  trzymała  od  tego  z  daleka,  tak  jak 
obiecałaś. 
- Och! - jęczę. 
No  cóż,  niech  będzie.  To  niezupełnie  wyznanie  miłosne.  Ale 
przynajmniej świadczy, że się o mnie troszczy. 
12 
„Łzy” w słowie „zołzy”, 
„Pot” w słowie „kłopot”, 
„koniec” w słowie 
„konieczność”, 
„My” w słowie „zapomniany”. 
 
Piosenka o odrzuceniu 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Jak to, musimy iść na dzisiejszy mecz? 
-  Polecenie  kierownictwa  -  wyjaśnia  Tom,  rzucając  notkę  na  moje 
biurko.  A  może  powinnam  powiedzieć:  jego  biurko,  bo  najwyraźniej 
przejmuje  to  miejsce  na  czas  urzędowania  u  nas  Gillian  Kilgore.  - 
Obecność obowiązkowa. Żeby dodać bojowego ducha Stokrotkom. 
- Ale we mnie nie ma bojowego ducha Stokrotek. 
-  No  cóż,  to  lepiej  szybko  go  w  sobie  odszukaj.  Zwłaszcza  że  przed 

background image

meczem jemy obiad z rektorem Allingtonem i trenerem Andrewsem tu, 
w naszej stołówce. 
Szczęka mi opada. 
- Co?! 
-  Uważa,  że  to  jest  właśnie  coś,  czego  potrzeba  -  mówi  Tom  miłym 
głosem,  który  przybiera  zapewne  ze  względu  na  doktor  Kilgore 
siedzącą za kratą w jego gabinecie - żeby dowieść opinii publicznej, że 
w stołówce Fischer Hall można bezpiecznie jadać i przeżyć. Martwi się, 
że wszyscy przezywają to miejsce Akademikiem Śmierci. 
Gapię się na niego. 
-  Mnie  to  też  martwi.  Ale  nie  wiem,  w  jaki  sposób  ma  temu  zapobiec 
jedzenie odgrzewanego strogonowa i oglądanie meczu koszykówki. 
-  Ja  też  nie  wiem  -  szepcze  Tom.  -  Dlatego  zabieram  ze  sobą  w 
piersiówce  miętowego  sznapsa.  Mogę  się  z  tobą  podzielić,  jeśli 
będziesz chciała. 
Chociaż  to  szczodra  oferta,  wieczór  wydaje  mi  się  łatwiejszy  do 
przełknięcia.  Miałam  na  dzisiaj  wielkie  plany:  chciałam  wrócić  do 
domu  i  zrobić  Cooperowi  jego  ulubiony  obiad  -  marynowany  stek  z 
Jefferson  Market  z  sałatką  i  pieczonymi  młodymi  ziemniakami  -  w 
nadziei,  że  uda  mi  się  go  na  tyle  udobruchać,  że zapytam,  czy  ma  coś 
przeciwko temu, żeby tata na trochę się u nas zatrzymał. 
Cooperowi  muszę  się  zdrowo  podlizać,  jeśli  chcę,  żeby  przestał  się  na 
mnie  wściekać  po  tym  numerze  z  Dougiem  Winerem.  Kiedy  już  mu 
przeszedł  pierwszy  odruch  wstydu  za  sposób,  w  jaki  potraktował 
dzieciaka  (czy za  to,  że  ja  byłam  świadkiem,  jak  się  nad  nim znęcał)  - 
czyli  mniej  więcej  w  połowie  naszego  spotkania  z  detektywem 
Canavanem  -  Cooper  dość  dobitnie  zaczął  wyrażać  swoje 
niezadowolenie,  że  wtrącam  się  do  śledztwa  prowadzonego  w  sprawie 
śmierci  Lindsay.  O  ile  pamiętam,  padły  tam  słowa  typu:  „cholerny 
idiotyzm”. 
To wcale nie wróży dobrze moim planom urodzenia Cooperowi dzieci, 
a co dopiero mówić o spytaniu go, czy mój tata może z nami chwilowo 
pomieszkać. 
Niestety,  detektyw  Canavan  nie  był  w  najmniejszym  stopniu 
zainteresowany  informacjami,  jakich  mu  udzieliłam  na  temat 
skomplikowanego 

życia 

uczuciowego 

Lindsay. 

Jeśli 

był 

zainteresowany,  to  skutecznie  to  ukrywał.  Siedział  za  swoim  biurkiem 

background image

ze znudzoną  miną podczas całej  mojej przemowy, a kiedy  skończyłam, 
powiedział tylko: 
-  Wells,  bądź  łaskawa  zostawić  w  spokoju  tego  młodego  Winera.  Czy 
masz chociaż pojęcie, co mógłby ci zrobić jego ojciec? 
-  Posiekać  mnie  na  kawałeczki  i  pochować  je  w  betonowych 
fundamentach jednego z budynków, które właśnie stawia? - spytałam. 
Detektyw Canavan przewrócił oczami. 
-  Nie.  Pozwać  do  sądu  za  nękanie.  Facet  ma  więcej  prawników  niż 
Trump. 
- Och! - jęknęłam, tracąc rezon. 
- Czy ten Winer był wpisany jako gość tej nocy, kiedy zabito Lindsay? - 
spytał  detektyw,  chociaż  doskonale  znał  odpowiedź.  -  I  to  nie  tylko 
przez Lindsay, ale przez kogokolwiek innego? Kogokolwiek w ogóle? 
-  Nie  -  musiałam  przyznać.  -  Ale  tak  jak  mówiłam  Cooperowi,  są 
tysiące sposobów, żeby zakraść się do budynku, jeśli naprawdę się tego 
chce... 
-  I  sądzisz,  że  ktokolwiek  tę  dziewczynę  zabił,  nie  działał  sam?  - 
zapytał  detektyw.  -  Uważasz,  że  morderca  i  jego  pomocnicy,  wszyscy 
razem,  prześlizgnęli  się  koło  strażnika  ochrony,  któremu  płaci  się  za 
pilnowanie, żeby nikt niezauważony nie wszedł do środka? 
-  Niektórzy  z  jego  pomocników  mogą  w  tym  budynku  mieszkać  - 
zauważyłam. - To w ten sposób mogli zdobyć klucz... 
Detektyw  Canavan  zerknął  na  mnie  kwaśno.  A  potem  poinformował 
mnie, że on i  jego  współpracownicy  już  wiedzą, że  Douga Winera  coś 
łączyło  z  ofiarą,  oraz  że  ja  powinnam  -  według  wyszukanego 
policyjnego  słownika  -  odpieprzyć  się  od  tej  sprawy,  którą  to  opinię 
Cooper w pełni poparł, nadal kipiąc złością w czasie powrotnej drogi do 
domu. 
Próbowałam  mu  tłumaczyć, że  Magda  zwróciła się do mnie  z  prośbą - 
że nie wolno znęcać się nad Lindsay w czasie śledztwa prowadzonego 
w sprawie  jej  śmierci  -  ale  skończyło  się  na  tym,  że  Cooper zauważył, 
że piękne dziewczyny, które kochają za bardzo tak jak Lindsay, często 
spotyka smutny koniec. 
To  tylko  dodatkowo  podkreśla,  że  Magda  miała  rację.  Cooper  jednak 
był zdania, że jeśli bucik pasuje, to Lindsay będzie go musiała nosić. Na 
co ja odparłam: 
- Jasne. Jak tylko ktoś wreszcie znajdzie którąś jej nóżkę. Potrzeba dużo 

background image

dobrej  woli,  żeby  nasze  pożegnanie  przed  drzwiami  do  Fischer  Hall 
określić  mianem  przyjacielskiego.  Stąd  konieczność  zmiękczenia 
Coopera stekami, zanim poruszę temat taty. 
- Muszę  iść do domu  i  wyprowadzić psa  na  spacer - informuję mojego 
szefa  w  ostatniej  próbie  wymigania  się  od  tego,  co  zapowiada  się  na 
upojny wieczór. 
- Dobra - mówi Tom. - Ale do szóstej masz tu wrócić. Hej, nie patrz na 
mnie w taki sposób. To ty byłaś w kwesturze - bierze to słowo w nawias 
rysowany palcami w powietrzu - przez dwie godziny dzisiaj rano, a ja ci 
ani słowa na ten temat nie powiedziałem, prawda? 
Robię  do  niego  paskudną  minę,  ale  już  nie  protestuję,  bo  ma  rację. 
Mógłby mieć do mnie pretensje o to zniknięcie w ciągu dnia, ale ich nie 
zgłaszał.  Prawdopodobnie  jest  najfajniejszym  szefem  na  świecie. 
Pomijając  to,  że  chce  rzucić  pracę  i  wracać  do  Teksasu,  gdzie 
najwyraźniej  dziewczynom  nie  obcina  się  głów  w  studenckich 
stołówkach. 
Konieczność  pojawienia  się  na  służbowym  obiedzie  i  obowiązkowym 
meczu  poważnie  komplikuje  mi  plany  podlizania  się  Cooperowi.  Ale 
kiedy  docieram  do  domu,  żeby  wypuścić  Lucy  na  spacer,  widzę,  że 
Coopera  i  tak  jeszcze  nie  ma.  Światełko  na  sekretarce  mruga,  a  kiedy 
naciskam  klawisz,  zaczyna  do  mnie  docierać,  czemu  Cooper  może  nie 
mieć  ochoty  na  powrót  do  domu.  Słyszę  głos  Jordana,  który  mówi  z 
irytacją: 
-  Cooper,  nie  wyobrażaj  sobie,  że  możesz  rzucać  słuchawką  w  czasie 
rozmowy  ze  mną  i  że  to  wszystko  załatwi.  Bo  nie  załatwi.  Masz  teraz 
prawdziwą  okazję  pokazać  rodzinie,  że  jesteś  facetem,  na  którym 
można polegać. Nie zmarnuj jej. 
Wow.  Facet,  na  którym  można  polegać.  Nic  dziwnego,  że  Cooper 
walnął słuchawką. 
Biedny  Cooper.  Moja  obecność  w  pobliżu  źle  wpływa  na  jego 
postanowienie,  że  nigdy  więcej  już  się  do  swojej  rodziny  nie odezwie. 
To  znaczy:  Jordan  dostaje  szału,  że  zamieszkałam  z  Cooperem.  Więc 
zamiast  ignorować  swojego  brata,  czarną  owcę  w  rodzinie  -  tak  by 
pewnie  robił,  gdybym  ja  się  tam  nie  kręciła  -  Jordan  poświęca  mu 
niezmierzone  zasoby  uwagi,  usiłując  odkryć,  co  tak  na  dobrą  sprawę 
łączy nas dwoje. 
Choć, niestety, nie łączy nas nic. 

background image

Ale nie przejmę się, jeśli Jordan będzie myślał inaczej. Jedyny problem 
polega  na  tym,  że  to  bardzo  mało  prawdopodobne,  żeby  Cooper 
kiedykolwiek  miał  się  we  mnie  zakochać,  jeśli  non  stop  będzie  mu 
prawił  na  mój  temat  kazania  jego  brat.  To,  w  połączeniu  z  moją 
irytująco  regularną  skłonnością  do  wplątywania  się  w  sprawy 
kryminalne,  musi  być  okropnie  zniechęcające.  Nie  wspominając  już  o 
tym, że Cooper widywał mnie w dresie. 
Na  sekretarce nie  ma żadnych  innych  wiadomości  - nawet,  co  dziwne, 
od  mojego  taty,  chociaż  mówił,  że  zadzwoni.  Rzucając  szybko  okiem 
na  New  York  One  widzę,  że  meteorologowie  nadal  mówią  o  tej 
śnieżycy, która podobno ma nas dopaść - teraz krąży sobie gdzieś nad 
Pensylwanią. Sznuruję moje ciężkie timberlandy, w pełni przygotowana 
na  to,  że  zdejmę  je  wieczorem,  nie  napotkawszy  nawet  jednego  płatka 
śniegu.  Na  plus  mogę  zaliczyć,  że  nogi  mi  się  obrzydliwie  spocą  od 
siedzenia  w  zimowych  butach  w  gorącej,  zatłoczonej  sali 
gimnastycznej. 
Znów  na  dworze,  zmierzam  szybkim  krokiem  za  róg  w  stronę  Fischer 
Hall, kiedy zauważam Reggiego, który przeprowadza transakcję z kimś 
siedzącym  w  subaru.  Czekam  grzecznie,  aż  skończą,  a  potem 
uśmiecham się, kiedy do mnie podchodzi. 
- Interes się kręci - zauważam. 
-  Bo  ta  zapowiadana  śnieżyca  się  opóźnia  -  zgadza  się  Reggie.  -  Jeśli 
będziemy mieli szczęście, w ogóle nas ominie. 
-  Oby  przez  twoje  usta  przemawiał  bóg  pogody  -  mówię.  A  potem, 
odsuwając  na  bok  moje  nieczyste  -  ale  tylko  trochę  -  sumienie,  bo 
wiem, że mam zamiar zrobić coś, co nie spodoba się ani Cooperowi, ani 
detektywowi  Canavanowi  (ale  gdyby  któryś  z  nich  okazał  chociaż 
odrobinę  szacunku  zabitej  dziewczynie,  nie  czułabym  się  do  tego 
zobligowana.  Jak  to  się  dzieje,  że  faceci,  którzy  uprawiają  seks  z 
wieloma  partnerkami,  darzeni  są  respektem,  a  dziewczyny,  które  robią 
to samo, mają opinię dziwek?), ciągnę: - Posłuchaj, Reggie. Co wiesz o 
takim chłopaku, który nazywa się Doug Winer? 
Reggie ma skonsternowaną minę. 
- Nigdy o nim nie słyszałem. A powinienem? 
-  Nie  wiem  -  odpowiadam.  -  Wydaje  się,  że  w  kampusie  to  jakaś 
osobistość. Mieszka w domu jednego ze stowarzyszeń studenckich. 
- Ach - mówi Reggie znacząco. - Imprezowicz. 

background image

- Czy tak się ich teraz nazywa? 
- Ja ich tak teraz nazywam - powiada Reggie z lekko rozbawioną miną. 
-  W  każdym  razie  nie  słyszałem  o  nim.  No  ale  z  drugiej  strony, 
imprezowe  dzieciaki  i  ja?  Obracamy  się  w  zdecydowanie  odmiennych 
towarzyskich kręgach. 
- Pewnie nie aż tak odmiennych, jak ci się wydaje. - Myślę o tym dymie 
z marihuany, który unosił się nad stołem do bilardu w siedzibie Tau Phi 
Epsilon. - Ale popytasz o niego tak czy inaczej? 
-  Dla  ciebie,  Heather?  -  Reggie  składa  mi  dworski  ukłon.  -  Wszystko. 
Myślisz,  że  ten  chłopak  mógł  mieć  coś  wspólnego  z  tą  młodą  damą, 
która niedawno straciła głowę? 
-  To  możliwe  -  mówię  ostrożnie,  pamiętając  o  ostrzeżeniu  detektywa 
Canavana co do pieniaczych skłonności ojca Douga. 
- Zobaczę, co da się zrobić - obiecuje Reggie. A potem marszczy brwi. - 
Dokąd  się  wybierasz?  Wracasz  do  pracy?  W  tym  tygodniu  każą  ci 
pracować do strasznie późnej pory. 
- Przestań. - Przewracam oczami. - Nawet nie chcę o tym mówić. 
-  No  cóż  -  wzdycha  Reggie  -  gdybyś  miała  ochotę  na  coś  na 
wzmocnienie... 
Piorunuję go wzrokiem. 
- Reggie! 
Po  powrocie  do  Fischer  Hall  wyczuwam  niemal  namacalnie  rosnące 
ożywienie  związane  z  obiadem  dla  pracowników  i  meczem 
koszykówki,  na  których  będzie  rektor.  No  chyba  żeby  nie.  Większość 
pracowników  jednak  kręci  się  po  holu  ze  zdegustowanymi  minami. 
Pracownicy  stołówki  -  ci  z  dziennej  zmiany  -  szczególnie  dobitnie 
wyrażają  swoje  niezadowolenie,  dowodząc,  że  ta  obowiązkowa  okazja 
powinna  się  dla  nich  wiązać  z  zapłatą  za  nadgodziny.  Gerald,  ich  szef, 
twierdzi,  że  dostaną  darmowy  posiłek,  więc  powinni  się  po  prostu 
przymknąć.  Co  zrozumiałe,  jego  pracownicy  są  chyba  zdania,  że 
jedzenie  dań,  które  pomagali  przygotować  w  stołówce,  w  której  są 
zatrudnieni,  a  która  wczoraj  była  miejscem  makabrycznego 
morderstwa,  to  wcale  nie  taka  wielka  frajda,  jaką  usiłuje  im  wmawiać 
ich przełożony. 
Dziwnie  jest  widzieć  tych  wszystkich  ludzi  bez  roboczych  ubrań. 
Prawie  nie  poznaję  Carla,  głównego  mechanika,  w  jego  skórzanej 
kurtce  i  dżinsach  (i  z  licznymi  złotymi  łańcuchami  na  szyi).  Szef 

background image

sprzątaczy  Julio  i  jego  siostrzeniec  Manuel  są  prawie  nie  do 
rozróżnienia w swoich  sportowych kurtkach  i krawatach. Najwyraźniej 
poszli się przebrać do domu i potem tu wrócili. 
A  Pete  bez  tego  swojego  munduru  ochroniarza  wygląda  jak  każdy 
typowy  ojciec  piątki  dzieci...  Zatroskany,  zmięty  i  zaniepokojony  tym, 
co ta  piątka  właśnie  wyrabia  w  domu.  Komórkę ma wręcz  przyklejoną 
do ucha i mówi do niej: 
-  Nie,  najpierw  musisz  je  wyjąć  z  puszki.  Nie  możesz  wsadzać 
SpaghettiOs do mikrofalówki w puszce. Nie, nie możesz. Nie, musisz... 
Widzisz? A co ja ci mówiłem? Dlaczego nie chcesz słuchać tatusia? 
-  To  istna  beznadzieja  -  mówię,  podchodząc  do  Magdy,  która  jak 
zwykle  prezentuje  się  olśniewająco  w  obcisłych  białych  dżinsach  i 
swetrze ze złotej lamy (a zatem w kolorach uczelni). 
Ale  Magda  ma  na  policzkach  wyraźne  plamy  rumieńców...  i  to  wcale 
nie takie domalowane różem. 
-  Widzę  o  wiele  więcej  moich  małych  gwiazdeczek  -  mówi  z 
ożywieniem - niż dzisiaj rano! 
To  prawda,  że  w  czasie  obiadu  stołówka  Fischer  Hall  jest  oblężona 
bardziej  niż  o  jakiejkolwiek  innej  porze  dnia.  I  wygląda  na  to,  że 
decyzja  rektora,  żeby  dać  wszystkim  przykład  i odważnie  przejść  się  z 
tacą  do  baru  dań  gorących  po  indyka  z  sosem,  wywarła  powszechne 
wrażenie:  mieszkańcy  sznureczkiem  wchodzą  do  środka,  przełamując 
płochliwość co do pożywiania się w Akademiku Śmierci. 
A może tylko chcą zobaczyć, jaką minę zrobi rektor, kiedy weźmie kęs 
(nie)sławnych zapiekanych ziemniaków z naszej stołówki. 
Tom  podchodzi  do  mnie  z  ponurą  miną.  Sekundę  później  rozumiem, 
skąd  ten  nastrój.  Jego  śladem  idzie  Gillian  Kilgore  i  wygląda 
podejrzanie żwawo. 
- Widzicie, i czy to nie był dobry pomysł? - pyta, patrząc na wszystkich 
kręcących się wokół wózków z tacami i chwytających za sztućce. 
- To dowodzi, że trzeba dbać o tworzenie prawdziwych więzi w miejscu 
pracy. Teraz może się zacząć proces ozdrowieńczy. 
-  Chyba  nikt  jej  nie  powiedział,  że  obecność  jest  obowiązkowa  - 
szepcze mi na ucho Tom, stając w kolejce za mną. 
- Żartujesz sobie ze  mnie? - odszeptuję. - To wszystko to na pewno jej 
pomysł. Myślisz, że rektor sam by wpadł na coś takiego? 
Tom  ogląda  się  przez  ramię  na  doktor  Kilgore.  Stanęła  przy  barze 

background image

sałatkowym  i  sprawdza,  jakie  sałaty  ma  do  wyboru  (lodową  i...  no, 
ewentualnie jeszcze lodową). 
-  Zło  wcielone  - komentuje  i  aż  się  wzdryga.  Sekundę później dołącza 
do nas zdyszana Sarah. 
-  Dzięki,  że  ktoś  mi  powiedział  -  mówi  do  Toma  z  sarkazmem, 
stawiając swoją pustą tacę obok jego tacy. 
-  Sarah  -  zwraca  się  do  niej  Tom.  -  To  jest  tylko  dla  pełnoetatowych 
pracowników, nie dla studentów. 
-  No  jasne  -  przygryza  mu  Sarah.  -  Bo  jesteśmy  obywatelami  drugiej 
kategorii?  I  nawet  nie  możemy  skorzystać  z  terapeutycznych  skutków 
wspólnego  przeżywania  łączącej  nas  żałoby?  Czy  to  był  pomysł 
Kilgore?  Żeby  wyłączyć  z  tego  zatrudnionych  w  administracji 
studentów? Boże, to takie typowe dla freudystów... 
- Zamknij się - mówi Tom. - I jedz. 
Znajdujemy  sobie  stolik,  wydaje  nam  się,  że  w  bezpiecznej  odległości 
od rektora, i chcemy już siadać, ale Allington nas przyuważa. 
- Proszę tutaj. - Macha ręką do Toma. - Siadaj tu obok nas, Scott. 
- Tom - poprawia go nerwowo Tom. - Nazywam się, hm, Tom Snelling, 
panie rektorze. 
- Jasne, jasne - mówi rektor, a siedzący obok niego doktor Jessup (który 
najwyraźniej  uznał,  że  należy  okazać  wsparcie  dla  planu  rektora,  więc 
pojawia się i na obiedzie, i na meczu wśród pracowników Fischer Hall) 
wyjaśnia: 
- Tom to dyrektor administracyjny Fischer Hall, Phillipie. 
Ale to daremne. Rektor Allington go nie słucha. 
- A ty jesteś Mary, prawda? - zagaja do mnie. 
- Heather - przedstawiam się, żałując, że w pobliżu nie ma jakiejś norki, 
do  której  mogłabym  uciec  i  zwinąć  się  tam  w  kłębek.  -  Pamięta  pan 
rektor?  Z  tego  apartamentu,  kiedy  mieszkali  jeszcze  państwo  u  nas  w 
Fischer Hall? 
Oczy  rektora  zachodzą  mgiełką.  Rektor  Allington  nie  lubi,  żeby  mu 
przypominać o tym dniu, tak samo, jak nie lubi tego jego żona, która ze 
względu na to, co się stało, bardzo rzadko, o ile w ogóle, wraca teraz do 
miasta z ich letniego domu w Hamptons. 
-  Racja,  racja  -  powtarza  rektor  Allington,  kiedy  podchodzi  do  nas 
doktor Kilgore ze swoją tacą, wyraźnie  nieświadoma, że za  nią krok w 
krok  idzie  ze  wściekłą  miną  Sarah.  -  No  cóż,  skoro  wszyscy  już  się 

background image

chyba znamy... 
- Rektorze Allington, przepraszam? 
Przed  naszym  stolikiem  staje  rządkiem  pięć  czirliderek,  wszystkie 
wpatrują się w rektora. 
-  Hm  -  odzywa  się  rektor,  z  niepokojem  zerkając  w  stronę  doktor 
Kilgore, jakby szukał u niej pomocy. A potem, przypominając sobie, że 
jest  przecież  znany  z  dostępności  dla  studentów,  zdobywa  się  na 
uśmiech i mówi: - Cześć, dziewczyny. Co mogę dla was zrobić? 
Siedzący  obok  rektora  trener  Andrews  wzdycha  ciężko  i  odkłada 
widelec. 
-  Posłuchajcie,  dziewczyny  -  mówi  do  nich  powoli,  najwyraźniej 
kontynuując rozmowę, która zaczęła się już nieco wcześniej - już na ten 
temat rozmawialiśmy. I odpowiedź jest taka, że... 
-  Nie  zwracamy  się  do  pana  -  przerywa  Cheryl  Haebig,  a  na  jej 
policzkach  pojawia  się  lekki  rumieniec.  Ale  się  nie  poddaje.  - 
Rozmawiamy z rektorem Allingtonem. 
Rektor patrzy to na dziewczyny, to na trenera koszykówki. 
- O co tu chodzi, Steve? - pyta. 
-  One  chcą  wycofania  swetra  od  kostiumu  czirliderki  Lindsay  - 
wyjaśnia trener Andrews zduszonym głosem. 
- One chcą czego?! - Rektor Allington jest zdezorientowany. 
-  Ja  się  tym  zajmę  -  proponuje  trener  Andrews.  A  do  dziewczyn 
stojących  przy  stole  mówi:  -  Moje  panie,  równie  mocno  jak  wy 
odczuwam  żal  z  powodu  tego,  co  spotkało  Lindsay.  Naprawdę.  Ale 
uważam  przy  tym,  że  formalna  ceremonia  ku  jej  pamięci,  z  udziałem 
rodziny Lindsay... 
-  Jej  rodzina  jest  tu  dziś  w  komplecie  -  informuje  go  zwięźle  Megan 
McGarretty  (pokój  14  -  10).  Jak  na  takie  maleństwo  wygląda  dość 
groźnie, splatając ramiona  na wielkiej  literze S na swoich piersiach  i w 
ramach ostrzeżenia wysuwając naprzód jedno biodro. - A oni nie życzą 
sobie  ceremonii  ku  jej  pamięci.  Oczekują,  że  ktoś  powie  dziś  coś  w 
czasie meczu. 
-  Och. -  Oczy  rektora  Allingtona  się  rozszerzają. -  Nie  jestem  pewien, 
czy to będzie właściwe. 
- Nie  możecie po prostu udawać, że to się nie stało - oświadcza Hailey 
Nichols (pokój 17 - 14). 
- Tak - przyłącza się Cheryl Haebig, a jej jasnobrązowe oczy napełniają 

background image

się  łzami.  -  Bo  my  nie  pozwolimy  na  to,  żeby  o Lindsay  zapomniano. 
Stanowiła  część  reprezentacji  tak  samo,  jak  każdy  z  chłopaków  z 
drużyny. 
-  Sądzę,  że  wszyscy  się  z  tym  zgadzamy.  -  Doktor  Kilgore  usiłuje 
ruszyć na ratunek rektorowi. - Ale... 
-  Gdyby  którykolwiek  z  chłopaków  z  drużyny  umarł  -  wtrąca  się 
Tiffany Parmenter, współlokatorka Megan - wycofalibyście jego numer. 
Powiesilibyście jego koszulkę pod stropem sali, razem z transparentami 
z mistrzostw. 
-  Eee.  -  Doktor  Kilgore  jest  chyba  tym  wszystkim  nieco  skołowana.  - 
Ale członkowie drużyny koszykówki to sportowcy, a... 
-  Chce  pani  powiedzieć,  że  czirliderki  nie  uprawiają  sportu?  -  odzywa 
się Sarah lodowatym głosem. 
- Nie, jasne, że nie - jąka się doktor Kilgore. - Tylko że... 
- Więc dlaczego nie można wycofać swetra Lindsay? - pyta Hailey, a jej 
jasny  koński  ogon  podskakuje,  punktując  każde  słowo.  -  Dlaczego  nie 
można? 
Zerkam  na  Kimberly  Watkins, żeby  zobaczyć,  czy  się do tego włączy, 
ale  zachowuje  niezwykłe  milczenie.  Wszystkie  dziewczyny  mają  na 
sobie stroje czirliderek, białe sweterki ze złotą literą S z przodu i bardzo 
krótkie,  plisowane  złoto  -  białe  spódniczki.  Pod  spódniczkami  noszą 
cielistego  koloru  cienkie  rajstopy  i  białe  skarpetki  ze  złotymi 
pomponikami  z  tyłu.  Mają  też  białe  reeboki,  a  we  włosach  pasemka 
zrobione  za  pomocą  sun  -  in,  pomijając  Kimberly,  która  ma  czuprynę 
czarną jak noc. 
- Posłuchajcie -  odzywa  się  trener  Andrews  ze znużeniem.  Ma  ciemne 
cienie pod oczami. - Przecież to nie samą koszulkę się wycofuje, kiedy 
gracz  umiera.  Wycofuje  się  jego  numer.  A  Lindsay  nie  miała  numeru. 
Nie można wycofać części odzieży. 
- Dlaczego nie? 
Wszystkie  spojrzenia  zwracają  się  w  stronę  Manuela, który siedzi  przy 
stoliku  ze  swoim  wujem  i  kilkoma  innymi  osobami  z  działu  ochrony, 
patrzy na nas i mruga powiekami. 
- Dlaczego nie? - powtarza pytanie, a  jego wujek Julio, siedzący obok, 
robi minę, jakby chciał się zapaść pod ziemię ze wstydu za niego. 
Rozglądam się wokół stołu i udaje mi się zauważyć Magdę przy drugim 
jego  końcu,  skąd  przygląda  się  czirliderkom  z  troską  w  spojrzeniu. 

background image

Wiem, o czym myśli, nawet nie muszę jej o to pytać. Bo ja też myślę o 
tym samym. 
- Zgadzam się z Manuelem - słyszę własny głos. 
Oczywiście  wszyscy  się  obracają,  żeby  spojrzeć  na  mnie.  To  musiało 
przynieść ulgę  Manuelowi,  ale  mnie  przyprawia  o  pewien dyskomfort. 
Mimo to nie spuszczam z tonu. 
-  Moim  zdaniem  to  mógłby  być  uroczy  gest  -  mówię.  -  Jeśli  zostanie 
wykonany ze smakiem. 
-  Zadbamy  o  to  -  zapewnia  nas  Cheryl.  -  Już  pytałyśmy,  czy 
uniwersytecka orkiestra mogłaby zagrać hymn uczelni naprawdę wolno. 
A  my się wszystkie zrzuciłyśmy  i kupiłyśmy wieniec ze złota i białych 
róż. A ja mam sweter Lindsay, czysty i ładnie odprasowany. 
Zauważam,  że  wszyscy  -  nie  wyłączając  doktora Jessupa,  szefa  działu 
administracji - gapią się na mnie. 
Ale o co im chodzi? Przecież to tylko jakiś głupi mecz koszykówki. Co 
to kogo obchodzi, że - zaraz, jak to się nazywa? Aha, tak - wycofają w 
czasie tego meczu sweter jakiejś dziewczyny? 
- Moim zdaniem to byłby wzruszający hołd złożony dziewczynie, która 
miała  w  sobie  więcej  ducha  Stokrotek  niż  ktokolwiek  inny  na  tej 
uczelni -  zwracam  się  do  rektora  Allingtona,  który  nadal  ma niepewną 
minę. 
- Ale  -  martwi się  rektor -  mecz  będzie  transmitowany w  telewizji.  Na 
żywo.  Wszystkie  trzy  sąsiednie  stany  zobaczą,  jak  wycofywany  jest 
sweter od stroju czirliderki Lindsay Combs. 
-  Staniemy  się  pośmiewiskiem  uniwersyteckiej  koszykówki  -  mruczy 
trener Andrews. 
-  A  jeszcze  nim  nie  jesteśmy?  -  mówię  szczerze  zdziwiona.  -  Nosząc 
taką nazwę jak Stokrotki? 
Trener Andrews się chmurzy. 
-  To  prawda  -  przyznaje.  Jestem  pewna,  że  kiedy  marzył  o  karierze 
trenera,  nigdy  się  nie  spodziewał,  że  skończy  w  drużynie 
uniwersyteckiej III ligi, która ma stokrotkę za maskotkę. 
Wzdycha, unosi oczy do nieba i mówi: 
- Mnie to nie przeszkadza, o ile rektor Allington się zgodzi. Rektor jest 
chyba  zaskoczony  -  przede  wszystkim  dlatego,  że  przed  chwilą  ugryzł 
duży kęs zapiekanki z ziemniaków, i sądząc po wyrazie jego twarzy, w 
tym  kęsie  trafiła  mu  się  spora  grudka  mąki.  Po  wypiciu  duszkiem  pół 

background image

szklanki wody rektor się odzywa: 
-  A  niech  tam.  Róbcie,  co  chcecie.  Pokonało  go  pięć  czirliderek  i 
grudka mąki. Cheryl Haebig natychmiast przestaje płakać. 
- Naprawdę? - pyta energicznie. - Naprawdę, panie rektorze? Mówi pan 
serio? 
- Mówię serio. 
Wtedy  Cheryl  Haebig  i  jej  przyjaciółki  wrzeszczą  z  radości  tak 
piskliwie,  że  doktor  Kilgore  musi  odruchowo  unieść  dłonie  do  uszu,  a 
trener  Andrews,  podnosząc  głos,  żeby  przekrzyczeć  ten  harmider, 
mówi: 
-  Przerwy  w  meczu  i  tak  nie  będą  transmitować.  Rektor  Allington 
wygląda, jakby mu ulżyło. 
-  No  cóż!  -  wzdycha.  I  podnosi  do  ust  kęs  indyka.  A  potem  ulga 
błyskawicznie zamienia się w niesmak i rektor powtarza: - No cóż. 
Ale już zupełnie innym tonem. 
I  znów  szybkim  ruchem  sięga  po  swoją  szklankę  wody,  co  wszyscy 
odczytujemy  jako  znak,  że  to  prawdopodobnie  ostatni  posiłek,  jaki 
rektor Allington kiedykolwiek zdecydował się zjeść w stołówce Fischer 
Hall. 
13 
„N” w słowie „koniec”, 
„I” w słowie „miłość”, 
„E” w słowie „nadszedł”, 
Razem czytam, że „Nie”. 
 
Piosenka o odrzuceniu 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
No  dobra,  to  się  już  przyznam.  Nigdy  przedtem  nie  byłam  na  żadnym 
meczu  koszykówki.  Ani  drużyny  zawodowej  (chociaż  Jordan  kiedyś 
ciągle  błagał  mnie,  żebym  chodziła  z  nim  na  mecze  Kicksów.  Na 
szczęście  zwykle  udawało  mi  się  wystąpić  z  jakąś  niezłą  wymówką... 
Na  przykład,  że  muszę  sobie  umyć  włosy),  ani  szkolnej  (przerwałam 
naukę w liceum, kiedy mój pierwszy album odniósł sukces), a już z całą 
pewnością nie uczelnianej (na ogół zawsze udawało mi się znaleźć inne 
sposoby na wypełnienie sobie czasu). 
W  zasadzie  trudno  mi  powiedzieć,  czego  tak  na  dobrą  sprawę 

background image

oczekiwałam,  poza  tym  że...  Nie  tego,  co  mnie  powitało,  kiedy 
przekroczyłam  drzwi  sali  gimnastycznej,  to  znaczy  setek  kibiców  -  bo 
ewidentnie  mecze III ligi  nie przyciągają tysięcy, nawet  jeśli odbywają 
się  w  najruchliwszej  metropolii  świata  -  a  ci  kibice  mieli  twarze 
pomalowane w kolory swoich drużyn - albo, w niektórych przypadkach, 
nosili  jako  maski  przecięte  na  pół  piłki  do  koszykówki  z  wyciętymi 
niewielkimi  otworami  na  oczy  -  i  ci  kibice  przytupywali  nogami  w 
podłogę trybun, niecierpliwie czekając na rozpoczęcie meczu. 
Jednakże Magda, kibic tego sportu, zaprawiony w bojach - wszyscy  jej 
trzej bracia  grali  w  koszykówkę  w  szkole średniej  - podchodzi do tego 
wszystkiego spokojnie, prowadząc mnie, Toma („Nie zostawiajcie mnie 
tu  samego”),  Sarah  („Koszykówka  jest  okropnie  seksistowska”)  oraz 
Pete'a  („Mówiłem  ci,  że  masz  tam  nie  wkładać  chomika  swojego 
brata!”)  w  stronę  jakichś  pustych  miejsc  na  trybunach,  które 
usytuowane  są  niezbyt  wysoko,  bo  przecież  nie  chcemy  chodzić  za 
daleko,  kiedy  trzeba  będzie  wyjść  do toalety, jak  mówi  Magda,  ale też 
nie za blisko, bo lepiej, żeby nie uderzyła w nas jakaś piłka. 
Pozostali  przedstawiciele  Fischer  Hall  -  włącznie  z  rektorem 
Allingtonem,  który  idzie  do  sektora  zarezerwowanego  wyłącznie  dla 
niego, doktor Kilgore i doktora Jessupa oraz zarządu uczelni - wchodzą 
na  trybuny,  a  ponieważ  ten  impuls  jest  zaraźliwy,  też  zaczynają 
przytupywać  nogami,  aż  ma  się  wrażenie,  że  echo  zaczyna  odbijać  się 
od  wiszących  trzydzieści  metrów  nad  naszymi  głowami  stalowych 
belek sklepienia. 
Dopiero  kiedy  orkiestra  zaczyna  grać  pierwsze  nuty  Gwiaździstego 
sztandaru, tłum nieco się ucisza, a potem śpiewa radośnie razem z ładną 
blondynką  robiącą  specjalizację  ze  śpiewu  operowego,  która  przy 
hymnie  daje  z  siebie  wszystko.  Może  dziewczyna  sobie  wyobraża,  że 
wśród  publiczności  siedzi  przedstawicie]  jakiejś  znaczącej  wytwórni 
płytowej, który z miejsca zaproponuje jej kontrakt. A może producent z 
Broadwayu,  który  podejdzie  do  niej,  kiedy  ona  skończy  śpiewać,  i 
powie:  „Byłaś  wspaniała!  Nie  miałabyś  ochoty  objąć  głównej  roli  we 
wznowieniu South Pacific, które właśnie przygotowuję?” 
Tak. Z całego serca życzę powodzenia, kotku. 
A  potem,  kiedy  ostatnie  echo  refrenu  ucicha,  orkiestra  zaczyna  grać 
hymn  uczelni  i  pokazują  się  Cheryl  i  jej  koleżanki  czirliderki, 
wykonując  gwiazdy  i  salta  po  całej  sali.  To  naprawdę  robi  wrażenie. 

background image

Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  czegoś  takiego  -  poza  wideo  Tani  Trace, 
oczywiście. 
Po czirliderkach ukazuje się chudonoga drużyna Stokrotek w tych złoto 
-  białych  strojach.  Prawie  nie  poznaję  Jeffa,  Marka  i  innych 
mieszkańców Fischer Hall. Na boisku, w tych strojach, wyglądają mniej 
na  beznadziejnych  studentów  pierwszego  i  drugiego  roku,  a  bardziej 
na... No  cóż,  sportowców.  Pewnie  dlatego, że są właśnie sportowcami. 
Przybijają  piątkę  wszystkim  graczom  Wschodnich  Diabłów  z  New 
Jersey,  w  czerwono  -  złotych  strojach,  którzy  właśnie  wbiegają  na 
boisko.  Jestem  pod  wrażeniem  tego  sportowego  ducha,  chociaż  wiem, 
że im powiedziano, że muszą się zachować tak, a nie inaczej. Kamery 
telewizyjne  obracają  się  w  stronę  trenera  Andrewsa  i  kilku  innych 
facetów  -  niewątpliwie  pomocników  trenera  -  którzy  idą  na  swoje 
miejsca  przy  linii  bocznej  oraz  ściskają  dłonie  trenerów  strony 
przeciwnej,  zanim  dojdzie  do  czegoś,  co  Magda  określa  jako  „rzut 
sędziowski”. 
Mimo  panującej  na  zewnątrz  minusowej  temperatury  w  sali  jest 
przesadnie gorąco z powodu tych wszystkich ludzi ubranych w zimowe 
kurtki  i  rozwrzeszczanych.  Ludzie  łatwo  tracą  panowanie  nad  sobą. 
Zwłaszcza  Sarah  wykazuje  silną  potrzebę  skarżenia  się  na  wszystko. 
Wyraża  kategoryczne  opinie  na  cały  szereg  tematów,  stwierdzając,  że 
pieniądze wydawane na Uniwersytecie Nowojorskim na sport można by 
z  większym  pożytkiem  przeznaczyć  na  wyposażenie  laboratoriów 
psychologicznych oraz że popcorn jest nieświeży (chociaż wcale się do 
tego  nie  ogranicza).  Siedzący  obok  niej  Tom  pogodnie  popija  z 
piersiówki, w której majak informuje Sarah, lekarstwo. 
- Tak - mówi Sarah ironicznie. - Jasne. 
- Przydałoby  mi  się trochę tego lekarstwa - oświadcza Pete po tym,  jak 
wreszcie  skończył  rozmawiać  przez  komórkę.  Udało  mu  się  jakoś 
zażegnać kryzys z chomikiem w roli głównej. 
- Ależ częstuj się. - Tom podaje Pete'owi piersiówkę. Pete pociąga łyk, 
krzywi się i ją oddaje. 
- Smakuje jak pasta do zębów - chrypi. 
- Mówiłem ci, że to lekarstwo. - Tom radośnie pociąga łyk. Tymczasem 
Sarah zaczęła zwracać uwagę na mecz. 
- Dlaczego temu chłopakowi zarzucono faul? - pyta. 
-  Bo  obalił  tamtego  -  wyjaśnia  cierpliwie  Magda.  -  Kiedy  jesteś  przy 

background image

piłce, nie możesz zwalać z nóg ludzi stojących ci na drodze, jeśli zajęli 
defensywne pozycje... 
- Och! - woła Sarah, ściskając Magdę za rękę z taką siłą, że wylewa jej 
się  trochę  napoju  gazowanego.  -  Patrz.  Trener  Andrews  wrzeszczy  na 
jednego z arbitrów! Dlaczego to robi? 
- Sędzia -  mruczy  Magda.  Wyciera  swoje  białe  spodnie  serwetką. - To 
są sędziowie, nie arbitrzy. 
-  A  co  mówi  ten  facet?  -  Sarah  z  podniecenia  aż  podskakuje  na 
siedzeniu. - Dlaczego on ma taką wściekłą minę? 
-  Nie  wiem.  -  Magda  rzuca  Sarah  poirytowane  spojrzenie.  Jak  się 
okazuje, jej  nieskończona cierpliwość  ma  jednak swoje granice. - Skąd 
mam  to  wiedzieć?  Możesz  przestać  tak  podskakiwać?  Przez  ciebie 
wylałam picie. 
-  A  dlaczego ten  chłopak  dostaje  teraz  rzut  osobisty?  Dlaczego  tak  się 
dzieje? 
- Bo trener Andrews nazwał sędziego ślepą komendą... - Magda urywa, 
a oczy jej się rozszerzają. - O Matko Boska, Jezusie święty. 
-  Co?  -  Sarah  gorączkowo  wpatruje  się  w  parkiet.  -  Co,  co  jest?  Ktoś 
komuś wyrwał piłkę? 
- Nie. Heather, czy to jest Cooper? 
Czuję, jak wnętrzności fikają mi koziołka na dźwięk tego imienia. 
- Cooper? Niemożliwe. A co on by tu niby robił? 
- Nie wiem -  mówi Magda. - Ale  mogłabym przysiąc, że to on, tam na 
dole, z jakimś starszym panem... 
Przy  słowach  „z  jakimś  starszym  panem”  krew  mi  tężeje.  Bo  Cooper 
mógłby  tu  być  tylko  z  jednym  starszym  panem...  Pomijając  detektywa 
Canavana, oczywiście. 
A  potem  zauważam  ich  obu,  na  dole  obok  ławki  Stokrotek.  Cooper 
rozgląda  się  po tłumie,  wyraźnie  szukając  mnie  wzrokiem,  a  tata...  No 
cóż, tacie chyba podoba się mecz. 
- O mój Boże - jęczę, chowając głowę między kolanami. 
- Co? - Magda kładzie dłoń na moich plecach. - Kotku, co się stało? 
- Mój ojciec - mamroczę w okolicy własnych kolan. 
- Twój co? 
- Mój ojciec. - Unoszę głowę. 
Nie  udało  się.  Nadal  tam  stoi.  Miałam  nadzieję,  że  jak  zamknę  na 
chwilę oczy, to on zniknie. Ale jak widać, nie poszczęściło mi się. 

background image

- To twój  tata?  -  Pete  wciąga  szyję,  żeby  go  zobaczyć.  - Ten niebieski 
ptaszek? 
-  Twój  tata  był  w  więzieniu?  -  Tom  jeszcze  nie  pracował  w  czasach, 
kiedy  wszyscy  wiedzieli,  kim  jestem,  więc  nic  nie  wie  o  mojej 
przeszłości. Nie był wtedy nawet potajemnym fanem Heather Wells, co 
mnie  dziwi,  bo  większość  moich  najbardziej  zagorzałych,  dawnych 
fanów to młodzi geje. - A za co? 
- Moglibyście się odsunąć,  ludzie? - odzywa się rozzłoszczona Sarah. - 
Boiska nie widzę. 
-  Zaraz  wracam  -  oświadczam,  bo  Cooper  wreszcie  mnie  dostrzegł  w 
tłumie  i  zdecydowanie  rusza  w  moją  stronę,  a  tata  idzie  za  nim,  ale 
powoli, nie odrywając oczu od meczu. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję, 
to  żeby  moi  przyjaciele  stali  się  świadkami  niezbyt  przyjemnej,  jak 
przewiduję, sceny. 
Z  walącym  sercem  ruszam  szybko  w  stronę  Coopera,  zanim  on  zdąży 
dotrzeć do naszego sektora. Nie umiem nic wyczytać z jego twarzy. Ale 
widzę, że zadał  sobie odrobinę trudu i  się ogolił. Więc  może to, co ma 
mi do powiedzenia, nie będzie aż tak niemiłe... 
- Heather - wita mnie chłodno. 
No cóż, dobra. Jest bardzo nieprzyjemnie. 
- Popatrz, kto zadzwonił do naszych drzwi przed chwilą - ciągnie. A ja, 
chociaż  serce  mi  rośnie,  kiedy  on  używa  słowa  „nasze”,  wiem,  że  nie 
ma tu na myśli tego szczęśliwego domowego ogniska, które bym  sobie 
chciała wyobrażać. - Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że twój tata jest 
w mieście? 
- Och! - wzdycham, oglądając się za siebie, żeby  sprawdzić, czy ktoś z 
mojej  paczki  nie  podsłuchuje.  Nie  jestem  zdziwiona,  widząc,  że 
wszyscy... 

wyjątkiem 

Sarah, 

którą 

mecz 

najwyraźniej 

zahipnotyzował.  -  Czekałam  tylko  na  jakiś  odpowiedni  moment  - 
wyjaśniam, zdając sobie sprawę, jak głupio to brzmi w tej samej chwili, 
w  której  te  słowa  wychodzą  z  moich  ust.  -  To  znaczy...  Chciałam 
powiedzieć, że chciałam... 
- Nieważne - ucina Cooper. Wydaje się równie dobrze jak ja świadomy 
tego,  że  wszyscy  słuchają  naszej  rozmowy  -  a  przynajmniej  tego,  co 
daje  się  pochwycić  wśród  tych  wrzasków  i  grającej  orkiestry.  - 
Porozmawiamy o tym w domu. 
Z ogromną ulgą mówię: 

background image

- Jasne. Zostaw go tu ze mną. Zajmę się nim. 
- Właściwie, jest całkiem miłym kompanem - twierdzi Cooper, zerkając 
w  dół  na  mojego  tatę,  który  stanął  jak  wryty  pomiędzy  trybunami 
nieświadom  tego,  że  za  jego  plecami  ludzie  podnoszą  się,  żeby  coś 
zobaczyć,  i  obserwuje  mecz.  Pewnie  już  jakiś  czas  minął,  odkąd  miał 
okazję  oglądać  jakieś  rozgrywki  sportowe  na  żywo.  A  ten  mecz  jest 
całkiem niezły. To znaczy, jeśli kogoś takie rzeczy interesują. Zdaje się, 
że mamy remis przy dwudziestu jeden punktach. - Hej, czy to popcorn? 
Sarah  zaskakuje  wszystkich  -  no  cóż,  a  przynajmniej  mnie  -  bo 
pokazuje,  że  przez  cały  czas  zwracała  na  nas  uwagę.  Kręci  głową, 
mówi, że nie, i dodaje, niemal nie odrywając spojrzenia od boiska: 
- Już zjedliśmy cały. Powiedz Heather, żeby poszła i przyniosła więcej. 
- A dla mnie niech kupi coś do picia - prosi Pete. 
- Przydałoby się trochę nachos - dodaje Tom. 
- Nie! -  wrzeszczy  Magda,  obserwując  sytuację  na  parkiecie.  - On  jest 
naprawdę ślepy! 
Cooper mówi: 
-  Co?  -  A  potem  osuwa  się  na  miejsce,  z  którego  wstałam.  -  Co 
zdecydował? 
- Że to faul dyskwalifikujący - parska Magda. - Ale on przecież  ledwie 
tknął tamtego chłopaka! 
Kręcąc  głową  z  niesmakiem,  zawracam  i  ruszam  między  trybunami  w 
stronę taty. Nadal wpatruje się jak zaczarowany w boisko. 
- Tato! - wołam do niego. 
Nie odrywa oczu od grających. Ani  nic  nie  mówi. Na tablicy wyników 
pośrodku boiska  odliczany  jest  czas,  który  został  do końca tej  połowy. 
Zdaje się, że zostało dziewięć sekund, a Stokrotki są przy piłce. 
-  Tato  -  mówię  znowu.  Właściwie  to  wcale  się  nie  dziwię,  że  on  nie 
łapie, że to do niego. Od lat nikt nie nazywał go tatą. 
Mark  Shepelsky  trzyma  piłkę.  Biegnie  z  nią  po  boisku,  mijając 
obrońców. Na twarzy ma wyraz koncentracji, jakiego nigdy wcześniej u 
niego  nie  widziałam...  Nawet  wtedy,  kiedy  wypełniał  raport  na  temat 
drobnych połkniętych przez automat z napojami. 
-  Tato  -  mówię  po  raz  trzeci  i  ostatni,  tym  razem  o  wiele  głośniej. 
Ojciec podskakuje i spogląda na mnie. 
Dokładnie  w  tej  samej  chwili,  w  której  Mark  zatrzymuje  się,  obraca  i 
rzuca  piłką  przez  pół  boiska,  zatapiając  ją  w  koszu.  Chwilę  później 

background image

rozbrzmiewa gwizdek kończący pierwszą połowę meczu, a tłum wpada 
w szał. 
- Co? - pyta tata. Ale nie mnie pyta. Pyta siedzących w pobliżu kibiców. 
- Co się stało? 
-  Shepelsky  zaliczył  rzut  za  trzy  punkty!  -  wrzeszczy  do  niego  jakaś 
życzliwa dusza. 
- A ja nie zauważyłem! - Tata jest szczerze zmartwiony. - Cholera. 
- Tato! - mówię.  W głowie  mi  się to wszystko nie  mieści. Naprawdę. - 
Dlaczego  przyszedłeś  do  nas  do  domu?  Powiedziałeś,  że  najpierw 
zadzwonisz. Dlaczego nie zadzwoniłeś? 
- Dzwoniłem - odpowiada tata, patrząc, jak Stokrotki zbiegają z boiska i 
przybijają  sobie  piątki,  a  miny  mają  ekstatyczne.  -  Nikt  nie  odbierał. 
Pomyślałem, że może mnie unikasz. 
- A nie przyszło ci do głowy, że wcale cię nie unikam? Tylko że jeszcze 
nie zdążyłam wrócić do domu? 
Tata zdaje sobie sprawę, chyba po tym  napięciu w  moim głosie, że  nie 
jestem  uszczęśliwiona.  Poza  tym  chwilowo  na  boisku  nie  toczy  się 
żadna akcja, więc wreszcie robi sobie sekundę przerwy, żeby  na  mnie 
spojrzeć. 
- Co się stało, kotku? - pyta. - Spieprzyłem coś? 
- Widzisz -  mówię, czując  się  idiotycznie, że tak się  przejmuję, ale nic 
na to nie mogę poradzić - jeśli chodzi o mojego gospodarza, Coopera... 
Rozumiesz,  to  są  delikatne  sprawy.  A  ty  się  pojawiasz  nie  wiadomo 
skąd, tak nagle... 
-  Mnie  on  się  wydaje  sympatyczny  -  oświadcza  tata,  spoglądając  w 
stronę, gdzie siedzi Cooper. - Inteligentny. Zabawny. - Uśmiecha się do 
mnie szeroko. - Masz moje błogosławieństwo. 
Coś we mnie pęka. Mam wrażenie, że to jakaś ważna żyłka. 
-  Nie  potrzebuję  twojego  błogosławieństwa,  tato!  -  wrzeszczę.  - 
Radziłam  sobie  bez  niego  doskonale  przez  jakieś  ostatnie  dwadzieścia 
lat. 
Tata  jest  chyba  zaskoczony.  To  nie  jego  wina,  że  między  mną  a 
Cooperem nie ma tego, co zdaje się między nami widzieć. 
-  Chodzi  mi  o  to  -  tłumaczę  łagodnie  -  że  między  Cooperem  i  mną  to 
nie tak. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Robię mu rachunkowość. 
- Ja wiem. - Ojciec ma skonfundowaną minę. - Powiedział mi. Teraz to 
ja jestem zaskoczona. 

background image

- A więc dlaczego mówiłeś, że dajesz mi swoje błogosławieństwo? 
- No cóż, kochasz się w nim, prawda? - Tata pyta wprost. - Ty to masz 
na  twarzy  wypisane.  Jego  może  udało  ci  się  ogłupić,  ale  swojego 
starego ojca  nie  nabierzesz. Taki  sam  wyraz twarzy  miewałaś w wieku 
dziewięciu lat, kiedy ten cały Scott Baio pojawiał się w telewizji. 
Gapię się na niego i dopiero po chwili dociera do mnie, że mam otwarte 
usta. Zamykam  je z trzaskiem - mam  nadzieję, że w hałasie panującym 
na sali tylko ja słyszę ten odgłos. A potem mówię: 
-  Tato?  To  może  ty  idź  i  usiądź  sobie  koło  Coopera.  A  ja  wrócę  za 
minutkę. 
- Dokąd idziesz? - pyta mnie tata. 
- Kupić nachos - odpowiadam. 
I niepewnym krokiem oddalam się w stronę stoiska. 
14 
Patrzę na dom 
gdzie mieszkaliśmy, 
Wspominam wszystko to, 
co robiliśmy. 
Zawsze myślałam, 
że bez ciebie zginę, 
Niestety, w łóżku też byłeś 
kretynem. 
 
Ballada o byłym 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Nie  jestem  całkiem  ciemna,  jeśli  chodzi  o  rozkład  Sportowego 
Kompleksu Winera. Zapisałam się tu jesienią na aerobik za dwadzieścia 
pięć dolarów za semestr, po tym jak zaliczyłam w pracy okres próbny, i 
nawet poszłam na jedne zajęcia. 
Niestety, wkrótce się  przekonałam,  że  tylko  chude dziewczyny  chodzą 
na  aerobik  na  Uniwersytecie  Nowojorskim  oraz  że  co  obszerniejsze 
młode damy, takie jak ja, musiały się ustawiać z tyłu, bo te sylfidowate 
dziewuszki  nie  mogły  zza  nich  widzieć  instruktorki,  a  z  kolei  my  nie 
widziałyśmy nic poza wiatrakami chudych ramion. 
Po  pierwszych  zajęciach  sobie  darowałam.  Ale  i  tak  nie  chcieli  mi 
oddać moich dwudziestu pięciu dolarów. 

background image

Niemniej  jednak  dzięki  tym  zajęciom  przynajmniej  poznałam  rozkład 
centrum  sportowego,  więc  w  czasie  przerwy  w  meczu  mogę  znaleźć 
damską  łazienkę  głęboko  w  podziemiach  budynku,  gdzie  nie  ma 
kilometrowej  kolejki  do  każdej  kabiny.  Potem  myję  ręce,  zerkając  na 
swoje odbicie w lustrach nad rzędem umywalek, i zastanawiam się, czy 
powinnam  pozwolić  działać  naturze  i  przerobić  się  na  brunetkę,  kiedy 
nagle  ktoś  spuszcza  wodę  i  z  pobliskiej  kabiny  wychodzi  Kimberly 
Watkins  w  swoim  złotym  sweterku  i  plisowanej  spódniczce.  Ma 
zaczerwienione  oczy  -  tak,  zdecydowanie  zaczerwienione  i  jestem 
pewna, że od płaczu - które rozszerzają się na mój widok. 
- Och! - mówi i staje jak wryta. - To ty. 
-  Cześć,  Kimberly  -  witam  się  z  nią.  Ja  też  jestem  zdziwiona  jej 
widokiem.  Myślałam,  że  czirliderki  mają  do  swojej  dyspozycji  jakąś 
toaletę dla VIP - ów. 
Może  i  mają  tylko  Kimberly  zdecydowała  się  skorzystać  z tej,  bo tutaj 
mogła sobie popłakać na osobności. 
Niemniej  w  miarę  szybko  dochodzi  do  siebie  i  zaczyna  myć  ręce  w 
sąsiedniej umywalce. 
- Podoba ci się mecz? - pyta. Najwyraźniej uważa, że nie widzę, że tusz 
jej się rozmazał, kiedy ocierała łzy z oczu. 
- Jasne - powiadam. 
- Nie wiedziałam, że kibicujesz. 
-  Właściwie  nie  kibicuję  -  przyznaję.  -  Kazali  nam  dziś  przyjść.  Żeby 
pokazać wszystkim, że Fischer Hall to wcale nie Akademik Śmierci. 
- Och! - wzdycha Kimberly. Zakręca wodę i sięga po papierowy ręcznik 
w tym samym momencie, co ja. - Bardzo proszę - zwraca się do mnie. 
Biorę sobie ręcznik. 
-  Posłuchaj,  Kimberly  -  mówię,  wycierając  dłonie.  -  Dzisiaj  wybrałam 
się z małą wizytą do Douga Winera. 
Kimberly otwiera oczy bardzo szeroko. Chyba zapomniała, że woda jej 
kapie z rąk. 
- Naprawdę? 
- Tak. 
- Dlaczego? - pyta Kimberly łamiącym się głosem. - Mówiłam ci, że to 
ta cholerna współlokatorka ją zabiła. Nie Doug. 
-  Tak.  -  Wrzucam  zwinięty  w  kulkę  papierowy  ręcznik  do  kosza  na 
śmieci.  -  Powiedziałaś  to.  Ale  to  jest  bez  sensu.  Z  Ann  jest  żaden 

background image

zabójca.  Dlaczego  twierdzisz, że  to ona  zabiła?  Może  po to,  żeby  zbić 
policję z tropu kogoś, kto to naprawdę zrobił. 
To do niej trafia. Odwraca wzrok i chyba przypomina sobie o mokrych 
rękach. Wyciąga parę ręczników z podajnika wiszącego na ścianie. 
- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. 
-  A  więc  twierdzisz,  że  nie  wiedziałaś  o  interesach  Douga?  Kimberly 
zaciska swoje idealnie umalowane usta i wpatruje się we własne odbicie 
w lustrze. 
-  Chyba  tak.  To  znaczy,  wiem,  że  on  prawie  zawsze  ma  jakąś  kokę.  I 
ecstasy. 
-  Och!  -  wzdycham  ironicznie.  -  To  wszystko?  Dlaczego  nie 
wspomniałaś  o  tym  wcześniej,  Kimberly?  Dlaczego  próbowałaś  mi 
wmawiać, że to Ann jest winna, kiedy wiedziałaś takie rzeczy na temat 
Douga? 
-  Jezu!  -  woła  Kimberly,  odrywając  spojrzenie  od  swojego  odbicia  i 
przenosząc  je  na  mnie.  -  To,  że  facet  handluje  jakimiś  dragami,  nie 
znaczy  jeszcze,  że  jest  mordercą!  Do  diabła,  mnóstwo  ludzi  handluje. 
Mnóstwo ludzi. 
-  Rozprowadzanie  nielegalnych  substancji  jest  karalne,  wiesz, 
Kimberly.  Tak  samo,  jak  ich  posiadanie.  Mógłby  pójść  do  więzienia. 
Mógłby wylecieć ze studiów. 
Kimberly śmieje się krótkim śmiechem, który przypomina czkawkę. 
-  Ależ  Doug  Winer  nigdy  nie  pójdzie  do  więzienia  ani  nie  wyleci  ze 
studiów. 
- A to dlaczego? 
-  Bo  to  Winer.  -  Kimberly  daje  do  zrozumienia,  że  uważa  mnie  za 
kompletną idiotkę. 
Ignoruję to. 
- Kimberly, czy Lindsay zażywała narkotyki? Przewraca oczami. 
-  Jezu.  O  co  ci  znowu  chodzi?  Czemu  tak  się  tym  przejmujesz?  Bo  ja 
rozumiem, że jesteś jakąś sfrustrowaną byłą gwiazdą rocka, czy coś, ale 
nikt  już  twojej  muzyki  nie  słucha.  Teraz  jesteś  zwyczajną  biurwą  na 
uczelni, której drużyna jest w III lidze. Dlaczego czepiasz się ludzi? 
- Czy Lindsay  zażywała narkotyki?! - mówię głośno i z takim chłodem 
w głosie, że Kimberly podskakuje i szeroko otwiera oczy. 
-  Nie  wiem!  -  odkrzykuje  w  moją  stronę.  -  Lindsay  robiła  mnóstwo 
rzeczy... I miała do czynienia z różnymi ludźmi. 

background image

- Co to znaczy? - Patrzę na nią przez zmrużone powieki. - Jak to, „miała 
do czynienia z różnymi ludźmi”? 
Kimberly patrzy na mnie z ironią. 
-  A  coś  ty  myślała?  Wszyscy  próbują  zrobić  z  Lindsay  jakąś  świętą. 
Cheryl  i  ci  faceci,  ten  numer  z  tym  jej  swetrem.  A  ona  taka  nie  była, 
rozumiesz? To znaczy, święta. Ona była po prostu... no, jak to Lindsay. 
- Z  jakimi  ludźmi  miewała  do  czynienia,  Kimberly? -  pytam  ostro. - Z 
Markiem i z Dougiem, i... z kim jeszcze? 
Kimberly  znów  spogląda  na  swoje  odbicie,  wzrusza  ramionami  i 
zaczyna nakładać błyszczyk na usta. 
-  Zapytaj  trenera  Andrewsa  -  mówi.  -  Skoro  tak  strasznie  chcesz 
wiedzieć. 
Patrzę na nią w tym lustrze. 
-  Trener  Andrews?  A  skąd  on  ma  coś  o  tym  wiedzieć?  Kimberly 
uśmiecha się złośliwie. 
A mnie opada szczęka. 
W głowie mi się to nie mieści. 
-  Nie,  daj  spokój.  Lindsay  i  trener  Andrews?  Ty  tak  poważnie? 
Dokładnie  w  tym  momencie  drzwi  łazienki  otwierają  się  i  do  środka 
głowę wsadza Megan McGarretty. 
- Boże - mówi do Kimberly. - Tu jesteś. Szukamy cię wszędzie. Chodź, 
czas wywiesić sweter Lindsay. 
Kimberly  rzuca  mi  porozumiewawcze  spojrzenie,  a  potem  zawraca  i 
rusza do drzwi, a jej plisowana spódniczka faluje. 
-  Kimberly,  zaczekaj.  -  Chcę  ją  zapytać,  o  co  jej  chodziło  z  trenerem 
Andrewsem  i  Lindsay.  Czy  jej  naprawdę  mogło  chodzić  o to,  co  mnie 
się  wydaje?  Czy  to  możliwe?  Trener  Andrews?  Mam  wrażenie,  że  to 
taki... no cóż... ciaptak. 
Ale  Kimberly  zamaszystym  krokiem  wychodzi  z  łazienki.  Nie  dziwię 
się, że nawet się ze mną nie żegna. 
Stoję  tam  i  gapię  się  na  drzwi,  za  którymi  przed  chwilą  znikły  obie 
dziewczyny. Lindsay i trener Andrews? 
Ale  nawet  gdyby  to  była  prawda,  a  on  byłby  potencjalnym 
podejrzanym,  to  nie  mogę  doszukać  się  żadnego  powodu,  dla  którego 
trener  Andrews  miałby  zabijać  Lindsay.  Lindsay  miała  skończone 
osiemnaście  lat. Tak, okay,  uczelnia  niemile  to widzi,  jeśli członkowie 
kadry sypiają ze studentami. Ale to nie tak, że trener Andrews zostałby 

background image

kiedykolwiek  z  takiego  powodu  wyrzucony.  Jest  w  końcu  ulubieńcem 
rektora  Allingtona,  człowiekiem,  który  jakimś  cudem  ma  znów 
doprowadzić  reprezentację  Uniwersytetu  Nowojorskiego  do  chwały  i  I 
ligi.  Czy  coś.  Jak  długo  Stokrotki  będą  wygrywać  mecze,  trener 
Andrews  może  się  spokojnie  w  tym  czasie  przespać  z  całą  populacją 
studentek, a zarząd uczelni nawet okiem nie mrugnie. 
Więc po co miałby zabijać Lindsay? 
I  jak  ten  bachor  ośmielił  się  mnie  nazwać?  Biurwą?  Jestem  o  wiele 
więcej  niż  biurwą.  Fischer  Hall  by  się  zawalił,  gdyby  nie  ja.  I  jak  ona 
sobie  wyobraża,  po  co  ja  zadaję  tyle  pytań  na  temat  Lindsay?  Bo 
troszczę się o to miejsce i ludzi, którzy w nim mieszkają. Gdyby nie ja, 
ile  jeszcze  dziewczyn  zginęłoby  w  zeszłym  semestrze?  Gdyby  nie  ja, 
nikt  by  nie  dostawał  zwrotów  za  monety  połknięte  przez  automaty  z 
napojami.  I  jakby  wtedy  żyło  się  takiej  Kimberly  Watkins  w  Fischer 
Hall? 
Kipiąc  gniewem,  wychodzę  z  damskiej  łazienki.  Na  korytarzu  panuje 
śmiertelna cisza. To dlatego, zdaję sobie sprawę, że dziewczyny zaczęły 
już  składać  swój  hołd  Lindsay  i  wszyscy  spiesznie  wrócili  na  swoje 
miejsca,  żeby  to  obejrzeć.  Słyszę  ciche  nuty  uczelnianego  hymnu, 
granego  naprawdę  powoli;  o  to  prosiły  orkiestrę.  Trochę  żałuję,  że  nie 
ma mnie tam, żeby to zobaczyć. 
Ale  jeszcze  nie  kupiłam  tych  nachos  dla  Toma  ani  napoju  dla  Pete'a. 
Nie wspominając o popcornie Coopera. Właściwie jest teraz na to dobry 
moment,  skoro  wszyscy  wpatrują  się  w  sweter  Lindsay  wędrujący  w 
stronę belkowania pod sufitem sali. Może w bufecie nie będzie kolejki. 
Mijam  załom  muru,  szybko  przechodzę  obok  kolejnych  pustych 
boksów  do  squasha  -  gdyby  Sarah  kiedykolwiek  rozejrzała  się 
porządnie po centrum sportowym, znalazłaby o wiele więcej powodów, 
żeby narzekać na sposób traktowania Wydziału Psychologii. W sam ten 
budynek  musiano  wpakować  ze  dwadzieścia  do  trzydziestu  milionów 
dolarów  Winerów.  Jest  niemal  nowiutki,  a  wszędzie  są  takie  specjalne 
bramki  do  kart  identyfikacyjnych  ze  skanerami,  przez  które  trzeba 
przechodzić,  żeby  się  dostać  do  środka.  Nawet  automaty  z  napojami 
mają  wbudowane  czytniki,  żeby  można  było  sobie  kupić  puszkę  coli, 
korzystając z karty na posiłki... 
Tyle  że  jak  na  takie  supernowe  automaty  do  napojów,  wydają 
zdecydowanie  dziwne  odgłosy.  Nie  takie  zwykłe  elektroniczne  (i 

background image

umówmy  się,  dla  człowieka  uzależnionego  od  napojów  gazowanych 
bardzo przyjemne) poszumy, ale jakieś „łups, łups, łups”. 
Zaraz, przecież automaty do napojów nie robią „łups”. 
I  potem  nagle  widzę,  że  nie  jestem  jedyną  osobą  na  tym  korytarzu. 
Kiedy  wychodzę  zza  rzędu  automatów  z  napojami,  widzę,  że  ten 
dudniący  odgłos  wydaje  rękojeść  długiego  kuchennego noża, która raz 
za  razem  uderza  o  żebra  jakiegoś  faceta  w  sportowej  kurtce  i  pod 
krawatem.  Mężczyzna  leży,  opierając  się  o  ścianę  obok  automatu  z 
napojami, a nad nim kuca trzech innych, każdy z maską z połowy piłki 
do  koszykówki  na  twarzy,  z  tymi  małymi  szczelinami  wyciętymi  w 
gumie, żeby mogli coś widzieć. 
Kiedy tych trzech słyszy  mój wrzask - bo jeśli człowiek wpada na taką 
scenkę ot tak, idąc sobie i zajmując się własnymi sprawami oraz myśląc 
o  nachos,  to  zaczyna  wrzeszczeć  -  obracają  się  w  moją  stronę.  Trzy 
piłki do kosza z wyciętymi otworami na oczy spoglądają na mnie. 
Oczywiście  znów  się  drę.  No  przepraszam,  ale  rozumiecie, przecież  to 
horror. 
A potem  jeden z tych trzech wyciąga nóż z tego leżącego na podłodze. 
Nóż  wydaje  przy  tym  paskudny,  ssący  odgłos.  Ostrze,  które  właśnie 
wysunęło  się  z  leżącego  ciała,  jest  ciemne  i  śliskie  od  krwi.  Na  ten 
widok przewraca mi się w żołądku. 
Dopiero  wtedy ten  z  nożem  mówi  do  swoich kumpli:  „Wiejemy”,  a  ja 
zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  co  właśnie  zrobiłam  -  wpakowałam  się  w 
środek przestępstwa. 
Ale  oni  nie  są  chyba  zainteresowani  mordowaniem  mnie,  tylko 
zniknięciem,  jak  szybko  się  tylko  da,  o  ile  można  coś  takiego 
wnioskować  ze  skrzypienia  ich  adidasów,  kiedy  uciekają  ile  sił  w 
nogach. 
A  potem  pieśń  bojowa  Uniwersytetu  Nowojorskiego  („Niech  żyje 
nowojorski kolor złota i bieli, będziemy was zawsze wspierać, do boju, 
Kuguary,  do  boju!”,  które  to  słowa  nie  zostały  zmienione  po  tym,  jak 
Uniwersytet  Nowojorski  stracił  miejsce  w  I  lidze  i  maskotkę) 
rozbrzmiewa niewyraźnie gdzieś w tle, a ja osuwam się na kolana obok 
rannego  mężczyzny,  usiłując  sobie  przypomnieć,  czego  właściwie  się 
nauczyłam  w  czasie  kursu  pierwszej  pomocy,  który  zorganizował  dla 
nas  doktor  Jessup  w  trakcie  ferii  zimowych.  Obejmował  tylko  tyle 
informacji,  ile  zdołali  nam  wbić  do  głowy  w  ciągu  jednej  jedynej 

background image

godziny,  ale  faktycznie  pamiętam,  że  po  pierwsze  i  najistotniejsze, 
trzeba  wzywać  pomocy  -  zadanie,  które  wypełniam  w  ten  sposób,  że 
wyrywam  z  kieszeni  komórkę  i  wybieram  numer  Coopera;  pierwszy, 
jaki mi się nawinął. 
Odbiera  po  trzecim  sygnale.  Widać  ten  hołd  dla  Lindsay  jest 
szczególnie poruszający. 
-  Kogoś  raniono  nożem  przy  kortach  do  squasha  -  mówię  do  telefonu. 
Ważne jest, żeby w nagłych przypadkach mówić spokojnie. 
Nauczyłam się tego jeszcze w czasie swojego szkolenia na zastępczynię 
kierownika administracyjnego. - Wezwij karetkę i gliny. Faceci, którzy 
to  zrobili,  mają  na  twarzach  maski  z  piłek.  Nie  pozwólcie  wychodzić 
nikomu w tych maskach. I znajdź mi jakąś apteczkę pierwszej pomocy. 
I chodź tu zaraz! 
- Heather? - pyta Cooper. - Heather, co? Gdzie ty jesteś? 
Powtarzam  wszystko,  co  powiedziałam  przed  chwilą.  A  jednocześnie 
spoglądam  na  poranionego  mężczyznę  i  ku  swojemu  nagłemu 
przerażeniu zdaję sobie sprawę, że go znam. 
To Manuel, siostrzeniec Julia. 
- Pośpiesz się! - krzyczę do telefonu. A potem się rozłączam. Bo krew z 
ran Manuela zaczyna się już zbierać w kałużę wokół moich kolan. 
Zdzieram  z  siebie  sweter  i  zatykam  nim  ziejącą  dziurę  w  brzuchu 
Manuela. Nie  wiem,  co  jeszcze  mogłabym  zrobić.  Na  kursie  pierwszej 
pomocy, jaki zaliczyłam, nie mówiono nam, jak radzić sobie z licznymi 
ranami kłutymi brzucha. 
-  Wszystko  będzie  dobrze  -  mówię  do  Manuela.  Spogląda  na  mnie 
przez na wpół zamknięte oczy. Ta krew dokoła niego zastyga  i robi się 
niemal  czarna,  kiedy  wsiąka  w  moje  dżinsy.  Wciskam  sweter  jeszcze 
mocniej do największej z ran, jaką dostrzegam, i przyciskam z wierzchu 
palcami. - Manuel, wszystko będzie dobrze. Tylko mi  nie  mdlej, okay? 
Pomoc będzie tu lada chwila. 
- H - heather - chrypi Manuel. Krew mu płynie z kącików ust. Wiem, że 
to nie jest dobry znak. 
-  Nic  ci  nie  będzie  -  mówię  takim  tonem,  jakbym  w  to  wierzyła.  - 
Słyszysz, Manuel? Wszystko będzie dobrze. 
-  Heather  -  szepcze  Manuel.  Głos  ma  niewiele  silniejszy  od 
świszczącego oddechu. - To ja. Ja jej go dałem. 
Uciskając  mocno ranę,  krew  przesączyła  się  przez sweter  i  zaczyna  mi 

background image

się zbierać pod paznokciami, proszę: 
- Nic nie mów, Manuel. Pomoc jest w drodze. 
-  Ona  mnie  o  to  błagała  -  szepcze  Manuel.  Najwyraźniej  majaczy  pod 
wpływem utraty krwi i bólu. - Sama mnie o to prosiła, a ja jej go dałem. 
Nie powinienem był, ale ona płakała. Była taka... Była taka... 
- Zamknij się wreszcie, Manuel - nakazuję mu, przerażona ilością krwi, 
która mu płynie spomiędzy warg. - Proszę cię. Proszę, nic nie mów. 
- Ona płakała - powtarza raz za razem Manuel. Gdzie jest ten Cooper? - 
Jak miałem jej odmówić, kiedy tak płakała? Ale ja nie wiedziałem. Nie 
wiedziałem, że oni jej to zrobią. 
-  Manuel  -  zwracam  się  do  niego  z  nadzieją,  że nie  zauważy,  jak  drży 
mi głos. - Musisz przestać mówić. Tracisz za dużo krwi... 
- Ale oni wiedzieli - ciągnie, wyraźnie pogrążony we własnym świecie. 
Świecie pełnym bólu. - Wiedzieli, że ona to ma... 
W  tym  momencie  zza  rogu  wypada  Cooper,  a tuż  za  nim  Pete  i  Tom. 
Pete na mój widok sięga po służbowe walkie - talkie i zaczyna do niego 
wyszczekiwać  informacje  o  tym,  że  mnie  znaleźli  i  że  natychmiast 
potrzebne są nosze koło kortów do squasha. 
Cooper  klęka  obok  mnie  i,  o  cudzie,  wyciąga  zestaw  do  pierwszej 
pomocy, który skądś świsnął. 
- Karetka jest już  w  drodze  -  informuje,  a  tymczasem Manuel,  którego 
rany naciskam zalanymi krwią palcami, dalej coś mówi słabym głosem. 
- Dałem go  jej,  nie  rozumiesz,  Heather?  To  byłem  ja. A  oni  wiedzieli, 
że to ja. 
-  Kto  mu  to  zrobił?  -  pyta  Cooper,  wyciągając  wielki  zwój  bandaży  z 
apteczki pierwszej pomocy. - Udało ci się go zobaczyć? 
- Wszyscy mieli na twarzach piłki do kosza. 
- Co? 
-  Mieli  na  twarzach  piłki  do  kosza.  -  Wyrywam  mu  kłąb  bandaży, 
zdejmuję  sweter  i  przytykam  bandaże  do  największej  rany.  -  Takie 
połówki piłek na twarzach, z wyciętymi otworami na oczy... 
-  Mój  Boże.  -  Tom  jest  blady,  pochyla  się  nad  nami.  - Czy to... czy  to 
Manuel? 
-  Tak  -  potwierdzam,  a  Cooper  pochyla  się  i  unosi  jedną  z  powiek 
Manuela. 
- Jest w szoku - mówi Cooper, dość spokojnie jak na mój gust. - Znasz 
go? 

background image

- Pracuje w Fischer Hall. Na imię na Manuel. - Wiem, że Julio dostanie 
szału,  kiedy  to  zobaczy.  Modlę  się,  żeby  się  tu  nie  pojawił,  szukając 
swojego siostrzeńca. 
-  Zrobili to,  żeby  mnie  ostrzec  -  ciągnie  Manuel.  -  Ostrzec,  żebym  nie 
mówił, że go jej dałem. 
-  Że  dałeś  co  komu?  -  pyta  Cooper,  chociaż  ja  Manuela  uciszam, 
prosząc, żeby oszczędzał oddech. 
-  Klucz  -  szepcze  Manuel.  -  Wiedziałem,  że  nie  wolno,  ale  dałem  jej 
mój klucz. 
- Komu? - pyta Cooper. 
-  Cooper...  -  odzywam  się.  W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  usiłuje 
przesłuchiwać umierającego człowieka. 
Ale on mnie ignoruje. 
- Manuel, komu dałeś swój klucz? 
-  Lindsay  -  mówi  Manuel.  A  potem  kręci  głową.  -  Dałem  swój  klucz 
Lindsay.  Płakała...  Powiedziała,  że  zostawiła  coś  w  stołówce,  coś,  co 
musi stamtąd zabrać. W nocy, kiedy było już nieczynne... 
Jego powieki się zamykają. Cooper rzuca: 
- Cholera. 
Ale  wtedy  pojawiają  się  sanitariusze  i  odsuwają  nas  od  Manuela.  A  ja 
czuję  ulgę,  uznając,  że  teraz  już  wszystko  będzie  dobrze.  To  tylko 
pokazuje, jak mało mam intuicji. Tyle, co nic. 
15 
Niewinnie skłamałam, 
Nie ma sensu zaprzeczać. 
Mówiąc prawdę, 
Nawet nie próbowałam. 
 
Małe niewinne kłamstwo 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Wiecie,  co  się  dzieje,  kiedy  ktoś  zostanie  niemal  zamordowany  w 
czasie  meczu  koszykówki  III  ligi,  który  na  żywo  transmituje  telewizja 
na kanale New York One? 
Mecz toczy się dalej. 
Naprawdę. 
Och, postawili policjantów przy wszystkich wyjściach po meczu - który 

background image

Stokrotki  przegrały  dwadzieścia  cztery  do  czterdziestu.  Po  prostu  po 
pierwszej połowie w ogóle stracili  formę. I to nawet wcale nie dlatego, 
że  usłyszeli,  co  spotkało  Manuela.  Bo  nikt  im  o  tym  nie  powiedział. 
Nie,  Stokrotki  są  zwyczajnie  kiepskie  -  gliny  kazały  wszystkim 
zatrzymywać się przy wyjściu i pokazywać im dłonie i stopy. Zaglądali 
też ludziom do toreb, szukając broni i śladów krwi. 
Chociaż, oczywiście, nie powiedzieli nikomu, że tego właśnie szukają. 
Ale  nie znaleźli  niczego  obciążającego.  Nie  mogli  nawet  zatrzymywać 
na  przesłuchanie  ludzi  w  połówkach  piłek  do  kosza  na  twarzach,  bo 
prawie cała męska część publiczności takie maski nosiła. 
I było  to dość oczywiste  -  przynajmniej  dla  mnie -  że ci  faceci,  którzy 
poranili  Manuela,  już  dawno  stamtąd  dali  nogę.  Bardzo  wątpię,  żeby 
zostali,  chcąc  obejrzeć  mecz  do  końca.  Pewnie  zniknęli,  zanim  policja 
w ogóle się pojawiła. 
Więc nawet nie stali się świadkami upokarzającej porażki Stokrotek. 
Ja też nie.  Bo  kiedy  tylko  sanitariusze  wsadzili Manuela do  karetki,  ze 
zbolałym  wujkiem  u  boku,  a  potem  odjechali  do  szpitala  -  mówili,  że 
Manuel  stracił  mnóstwo krwi  i  ma  jakieś wewnętrzne obrażenia, ale że 
wszystkie  ważniejsze  organy  są  nienaruszone,  więc  pewnie  z  tego 
wyjdzie  -  zostałam  zabrana  na  Szósty  Komisariat  celem  obejrzenia  z 
detektywem 

Canavanem 

zdjęć 

policyjnych, 

chociaż 

przecież 

wyjaśniłam  mu, że nie widziałam  żadnych twarzy ze względu na te ich 
maski. 
- A co z ciuchami? - spytał. 
-  Mówiłam  panu  -  tłumaczę  co  najmniej  po  raz  trzydziesty.  -  Mieli 
zwyczajne, typowe ciuchy. Dżinsy. Flanelowe koszule. Nic rzucającego 
się w oczy. 
- I nie słyszałaś, żeby mówili coś do ofiary? 
Trochę  mnie  irytuje,  kiedy  detektyw  Canavan  wciąż  określa  Manuela 
słowem  „ofiara”,  skoro  doskonale  wie,  że  ten  człowiek  ma  imię,  i  to 
imię zna. 
No  ale  z  drugiej  strony,  podobnie  jak  ten  wisielczy  humor  Sarah, 
określenie  „ofiara”  pozwala  mu  może  zdystansować  się  od  takich 
strasznych aktów przemocy. 
Ja sama chętnie też bym się od tego zdystansowała. Za każdym razem, 
kiedy  przymykam  oczy,  widzę  tę  krew.  Ona  wcale  nie  wyglądała  jak 
telewizyjna  krew.  Była  ciemnobrązowa.  Tego  samego  koloru,  co teraz 

background image

kolana moich dżinsów. 
- Nic nie mówili - odpowiadam. - Tylko go dźgali. 
- A co on tam robił? - pyta detektyw Canavan. - Przy tych automatach z 
napojami? 
- A skąd ja  mam to wiedzieć? - mówię, wzruszając ramionami. - Może 
chciało mu się pić. Kolejka przy bufecie była naprawdę długa. 
- A co ty tam robiłaś? 
-  Mówiłam  panu.  Szłam  do  łazienki,  bo  kolejka  w  innych  damskich 
toaletach była za długa. 
Kiedy  detektyw  Canavan  przyjechał  do  kompleksu  sportowego  -  bo 
oczywiście  zadzwoniliśmy  do  niego,  żeby  mu  powtórzyć,  co  Manuel 
powiedział  o  kluczu,  który  dał  Lindsay  -  sugerowałam,  żeby  przerwał 
mecz i przesłuchał wszystkie obecne na nim osoby - a zwłaszcza trenera 
Andrewsa, bo teraz  miałam  już  powody, żeby wierzyć,  że  jest  bardziej 
w to wszystko zamieszany, niż mi się przedtem wydawało. 
Ale rektor Allington - którego, niestety, trzeba było zawiadomić o tym, 
co  się  dzieje,  zwłaszcza  że  tak  wielu  policjantów  zaczęło  się  pojawiać 
w  budynku  -  stawił  opór,  stwierdzając,  że  New York  One  zwęszyłoby 
pismo nosem w mgnieniu oka i że uczelnia ma już dość rozgłosu jak na 
jeden tydzień. Ostatnia rzecz,  jakiej uczelni potrzeba, to kręcący się po 
niej  reporterzy,  zadający  pytania  na  temat  przestępstwa,  które,  według 
niego,  nie  musiało  mieć  nic  wspólnego  z  Lindsay.  Chociaż  wszystkim 
powtórzyłam, co mówił Manuel. 
A  potem  rektor  Allington  zapewnił  nas,  że  pomijając  złą  prasę,  New 
York  One  miałoby  też  prawo  zaskarżyć  nas  za  przerwanie  meczu,  bo 
straciliby  miliony  dolarów  z  reklam,  gdyby  mecz  nie  został  rozegrany 
do końca. 
Nigdy  nie  przypuszczałam,  że  te  reklamy  rowerków  do  ćwiczeń 
przynoszą  aż  takie  wpływy,  ale  najwyraźniej  mecze  uniwersyteckiej 
koszykówki  III  ligi  to  obowiązkowe  programy  telewizyjne  dla  osób 
najbardziej  zainteresowanych  nabywaniem  domowego  sprzętu  do 
fitnessu. 
- Chcę mieć pewność, że wszyscy rozumieją  jedno - oświadczył rektor 
Allington do detektywa Canavana, niestety (dla niego) w zasięgu moich 
uszu, chociaż mówił cicho, żeby nie podsłuchali go żadni kręcący się w 
pobliżu  reporterzy.  -  A  mianowicie,  że  Uniwersytet  Nowojorski  w 
żaden sposób nie odpowiada ani za śmierć tej dziewczyny, ani za rany 

background image

odniesione  przez  pana  Juareza  dziś  wieczorem.  A  jeśli  to  on  dał  jej 
klucz,  dzięki  któremu  mogła  się  dostać  do  stołówki,  to  my  w  żaden 
sposób  za  to  również  nie  odpowiadamy.  Z  punktu  widzenia  prawa  to 
nadal bezprawne wtargnięcie. 
Na co detektyw Canavan powiedział: 
- No  więc  twierdzi  pan,  rektorze, że  jeśli  Lindsay  skorzystała  z  klucza 
Manuela, żeby  się dostać do stołówki, to jak cholera zasługiwała na to, 
żeby jej odrąbać głowę? 
Rektora  Allingtona  takie  ujęcie  sprawy  widocznie  wytrąciło  z 
równowagi, a jeden z jego sługusów wtrącił się ze słowami: 
- Pan rektor wcale nie to miał na myśli. Pan rektor chciał powiedzieć, że 
nie  można  winić  uczelni  za  to,  że  jeden  z  jej  pracowników  przekazał 
jakiś  klucz  studentce,  która  potem  pozwoliła  się  zabić  na  terenie 
należącym do uczelni... 
Detektyw  Canavan  nie  chciał  tego  dłużej  wysłuchiwać.  I  ku  mojej 
ogromnej uldze zabrał mnie stamtąd ze sobą. 
Z  początku  poczułam  ulgę.  Bo  to  oznaczało,  że  mogę  jeszcze  chociaż 
na trochę odłożyć rozmowę z Cooperem na temat mojego taty. 
Niestety,  znaczyło  to  też,  że  zamiast  tego  będę  musiała  rozmawiać  z 
detektywem Canavanem. 
-  I  to  wszystko?  Tylko  tyle  pamiętasz?  Dżinsy,  flanelowe  koszule, 
maski z piłek na twarzach. A co z butami? Nosili sportowe buty? Jakieś 
mokasyny? 
- Adidasy - mówię, wspominając trzeszczenie posadzki. 
-  No  cóż.  -  Mruga  oczami,  patrząc  na  mnie.  Jest  późno,  a  on  pewnie 
cały  dzień  spędził  w  komisariacie.  Liczba  walających  się  na  podłodze 
koło  jego  biurka  styropianowych  kubków  po  kawie  wskazuje,  w  jaki 
sposób udało mu się tak długo zachować energię. - To nam zawęża krąg 
podejrzanych. 
- Bardzo mi przykro. Co mam panu powiedzieć. Oni... 
-  Nosili  na  twarzach  maski  z  piłek  do  kosza.  Tak.  Wspominałaś  już  o 
tym. 
- A zatem skończyliśmy? - pytam. 
-  Skończyliśmy  -  potwierdza  detektyw  Canavan.  -  Pomijając 
zwyczajowe ostrzeżenie. 
- Ostrzeżenie? 
-  Że  masz  się  nie  wtrącać  do  śledztwa  w  sprawie  morderstwa  Lindsay 

background image

Combs. 
- Racja - mówię. Potrafię być równie  ironiczna  jak on. - Bo przecież  ja 
z premedytacją wpadłam na biednego Manuela, kiedy dźgali go nożami 
jej zabójcy. 
- Nie wiemy, czy napad na pana Juareza i zabójstwo Lindsay są ze sobą 
powiązane  -  zauważa  detektyw  Canavan.  A  widząc  moje  uniesione 
brwi, dodaje: - Na razie. 
- Mogę już iść? - pytam. 
Kiwa  głową  a  ja  w  mgnieniu  oka  się  stamtąd  zabieram.  Jestem 
zmęczona.  Chcę  już  tylko  iść  do  domu.  I  zmienić  spodnie,  które  są  aż 
sztywne od krwi Manuela. 
Wychodzę  na  korytarz  Szóstego  Komisariatu,  spodziewając  się,  że 
zobaczę tam  Coopera,  który  będzie  siedział  na tym samym  miejscu  co 
zawsze,  czekając,  aż  wyjdę  po  jednej  ze  swoich  licznych  wizyt  u 
detektywa  Canavana  (dzisiaj  pobiłam  nowy  rekord:  dwie  w  czasie 
poniżej dwunastu godzin). 
Ale krzesło jest puste. Na korytarzu nie ma nikogo. 
I  wtedy  dostrzegam,  że  na  zewnątrz  gęsto  sypie  śnieg.  Naprawdę 
bardzo gęsto. Prawie nie widzę zarysu range rovera, który parkuje przed 
komisariatem.  Ale  kiedy  wychodzę  na  zewnątrz  i  rzucam  okiem  przez 
szybę od strony kierowcy, rozpoznaję męża Party, Franka. Wzdryga się, 
kiedy  pukam w  okno,  i  opuszcza  szybę.  -  Heather!  - Patty  wychyla  się 
zza  męża  z  siedzenia  dla  pasażera.  -  Tu  jesteś!  Przepraszam,  nie 
zauważyliśmy  cię,  słuchaliśmy  sobie  książki  z  taśmy.  Takiej  o 
rodzicielstwie, poleciła nam ją ta nowa niania. - Ta niania, która was tak 
przeraża? - Tak, właśnie ona. Boże, powinnaś zobaczyć jej minę, kiedy 
powiedzieliśmy,  że  tu  jedziemy.  Ona  prawie...  No  cóż,  nieważne. 
Wsiadaj, na pewno jesteś zmarznięta! 
Wskakuję  na  tylne  siedzenie.  W  środku  jest  ciepło  i  lekko  pachnie 
hinduskim  jedzeniem.  To  dlatego,  że  Frank  i  Party  jedli  samosa, 
czekając na mnie. 
-  Skąd  wiedzieliście,  gdzie  jestem?  -  pytam,  kiedy  podają  mi  pierożek 
pełen sosu tamaryndowego. Mniam. 
-  Cooper  zadzwonił  -  wyjaśnia  Frank.  -  Powiedział,  że  musi  biec,  i 
spytał,  czy  nie  moglibyśmy  cię  odebrać.  Pewnie  znów  jedna  z  jego 
spraw. A w ogóle nad czym on teraz pracuje? 
-  A  skąd  mam  to  wiedzieć?  -  pytam  z  pełnymi  ustami.  -  Jakby  on  mi 

background image

mówił takie rzeczy... 
- Naprawdę widziałaś, jak kogoś dźgano nożem? - pyta Party, obracając 
się na swoim siedzeniu. - Nie bałaś się? Co ty masz na dżinsach? 
- Nie miałam czasu się bać - odpowiadam, żując. - A to jest krew. 
- O Boże! - Party szybko obraca się twarzą do szyby. - Heather! 
-  Nie  ma  sprawy  -  mówię.  -  Mogę  sobie  po  prostu  kupić  nowe.  - 
Chociaż  znając  moje  szczęście,  będę  musiała  kupić  o  numer  większe 
dzięki  temu  całemu  świątecznemu  obżarstwu,  na  które  sobie 
pozwoliłam. 
Rozmiar XXL to nadal przeciętny rozmiar jak na Amerykankę, ale i tak 
nie  mam  ochoty  wymieniać  wszystkich  dżinsów  na  nowe,  żeby 
pasowały do obecnej  figury. To strasznie obciąża portfel. Zamiast tego 
wypadałoby  może  ograniczyć  nieco  spożycie  latynoskiego  smażonego 
kurczaka. Może. 
Chociaż  to  będzie  zależało  od  tego,  jak  będę  wyglądała  w  nowych 
dżinsach. 
-  Naprawdę  zaczyna  nieźle  walić  śnieg  -  zauważa  Frank,  wyjeżdżając 
ze  swojego  świetnego  miejsca  do  parkowania.  W  zwykłych 
okolicznościach  to  miejsce  zostałoby  natychmiast  zajęte  przez  jakiś 
czekający  na  nie  pojazd.  Ale  teraz  mamy  śnieżycę  i  na  miasto nikt  nie 
wyjeżdża.  Płatki  śniegu  opadają  gęsto  i  szybko,  już  zakrywają  ulice  i 
chodniki paroma centymetrami puszystej bieli. - Nie wyobrażam sobie, 
jak Cooper przy tej pogodzie zdoła cokolwiek wykryć. 
Frank  ma  leciutką  obsesję  na  temat  Coopera  jako  prywatnego 
detektywa. Większość ludzi fantazjuje, że zostają gwiazdami rocka. No 
cóż, okazuje  się, że  gwiazdy  rocka  fantazjują o tym,  że  są  prywatnymi 
detektywami.  Albo,  jak  w  moim  przypadku,  że  noszą  nieschlebiąjący 
klientowi rozmiar S i nadal mogą jeść wszystko, na co mają ochotę. 
Chociaż ja właśnie nie jestem gwiazdą rocka. Już nie. 
-  Heather,  mam  nadzieję,  że  tym  razem  jesteś  ostrożna  -  martwi  się 
Patty  z  przedniego  siedzenia.  -  Chodzi  mi  o  tę  zabitą  dziewczynę.  Nie 
będziesz  się  wplątywała  w  to  śledztwo,  prawda?  Nie  tak,  jak  ostatnim 
razem? 
-  Och,  nie,  do  diabła  -  mówię.  Patty  nie  musi  wiedzieć  o  mojej 
wycieczce  do  Tau  Phi  Epsilon.  Ma  już  dość  zmartwień  jako  była 
modelka  i  żona  gwiazdy  rocka,  nie  wspominając  o  tym,  że  matkuje 
dziecku  na  etapie  nauki  chodzenia,  które  według  ostatnich  doniesień 

background image

potrafi zjeść na jedno posiedzenie całego bajgla z H & H ze wszystkimi 
dodatkami - prawie tak dużego jak jego główka. 
Niania też nie była tym specjalnie zachwycona. 
-  To  dobrze  -  powiada  Patty.  -  Bo  nie  płacą  ci  wystarczająco  dużo, 
żebyś znów dała się prawie zamordować jak ostatnim razem. 
Kiedy  Frank  zatrzymuje  się  pod  domem  Coopera,  widzę,  że  w  środku 
pali  się  kilka  świateł...  Co  mnie  dziwi,  bo  to  znaczy,  że  Cooper  musi 
być u siebie. 
Ale zanim wychodzę z samochodu, Frank mówi: 
-  Och,  Heather,  w  sprawie  tego  występu  w  Pubie  Joego...  Zamieram  z 
dłonią  na  klamce  drzwi.  W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  przez  tę  całą 
krew  i wszystko  inne  na  śmierć  zapominałam o tym, że Frank  zaprosił 
mnie do występu z nim i jego kapelą. 
-  Och!  -  Gorączkowo  szukam  jakiejś  wymówki.  -  Tak.  W  tej  sprawie. 
Mogę  do  ciebie  oddzwonić?  Bo  teraz  jestem  już  padnięta  i  naprawdę 
nie potrafię myśleć jasno... 
- Nie  ma  tu  nad  czym  myśleć  -  odpowiada  Frank.  - To będę  tylko  ja  i 
chłopaki, i jakieś sto sześćdziesiąt naszych przyjaciół i rodziny. Daj się 
namówić. Będzie fajnie. 
-  Frank.  -  Patty  najwyraźniej  zauważyła  mój  wyraz  twarzy.  -  Może  to 
nie jest jednak najlepszy moment na rozmowę na ten temat. 
- No  proszę cię, Heather.  -  Frank  ignoruje żonę.  - Nigdy  nie pokonasz 
scenicznej  tremy,  jeśli  znów  nie  wystąpisz.  Dlaczego  miałabyś  nie 
zrobić tego wśród przyjaciół? 
Trema sceniczna? To jest mój problem? Zabawne. Sądziłam, że to tylko 
strach  przed  wygwizdaniem  przez  ludzi,  którzy  mnie  dodatkowo 
jeszcze  czymś  obrzucą.  Albo,  co  gorsza...  Będą  się  ze  mnie  złośliwie 
śmiać,  tak  jak  śmiali  się  Jordan  i  tata  Coopera,  kiedy  zagrałam  im 
własne piosenki tego pamiętnego dnia w siedzibie Cartwright Records... 
-  Zastanowię  się  nad  tym  -  obiecuję  Frankowi.  -  Dzięki,  że  mnie 
podwieźliście. To pa. 
Uciekam  z  samochodu,  zanim  któreś  z  tych  dwojga  zdąży  cokolwiek 
jeszcze  powiedzieć,  a  potem  biegnę  do  drzwi  frontowych,  uchylając 
głowę przed siekącym śniegiem. 
Lucy wita mnie w holu, zadowolona z mojego widoku, ale wcale nie w 
taki  sposób  „muszę  natychmiast,  w  tej  minucie  wyjść”.  Ktoś  już  ją 
wyprowadził na spacer. 

background image

- Halo?! - wołam, ściągając kurtkę i szalik. 
Nikt  mi  nie  odpowiada.  Ale  wyczuwam  jakiś  niezwykły  zapach. 
Dopiero  po  jakiejś  minucie  go  rozpoznaję  -  to  świeczka  zapachowa. 
Cooper  i  ja  nie  przepadamy  za  świecami  -  Cooper  dlatego,  że  jest,  no 
cóż, facetem, a ja dlatego, że widziałam, jak stawały się przyczyną tylu 
pożarów  w  Fischer  Hall,  że  popadam  w  paranoidalne  lęki,  że  ja  też  o 
takiej świecy zapomnę, pozwalając jej się palić bez dozoru. 
Więc dlaczego ktoś w tym domu pali świeczkę? 
Zapach  idzie  z  góry...  Nie  z  salonu  ani  z  kuchni  i  nie  z  gabinetu 
Coopera. Z górnego piętra, gdzie Cooper sypia. 
A potem do mnie dociera. Widocznie Cooper jest w domu i ma gościa. 
W swoim pokoju. 
Ze świecami. 
Co może oznaczać tylko jedno: umówił się na randkę. 
Oczywiście.  To  dlatego  nie  mógł  na  mnie  zaczekać  w  komisariacie  i 
musiał zadzwonić do Franka i Patty! Umówił się z kimś. 
Przystaję  na  dole  schodów,  próbując  zrozumieć,  czemu  ta  konstatacja 
przyprawiła mnie o nagły smutek. Bo przecież to nie tak, że Cooper wie 
o  tym,  jak  potężnie  się  w  nim  podkochuję.  Dlaczego  nie  miałby 
spotykać  się  z  innymi?  Tylko  dlatego,  że  z  nikim  się  nie  spotykał  (a 
przynajmniej ja nic o tym nie wiem... to znaczy, do domu nigdy nikogo 
nie  przyprowadził)  od  czasu,  kiedy  ja  się  tu  wprowadziłam,  to  jeszcze 
nie znaczy, że nie powinien czy że mu nie wolno. Teraz, jak się nad tym 
zastanawiam, to nigdy nie rozmawialiśmy o kwestii zapraszania gości z 
nocowaniem. To po prostu temat, który nigdy nie wypłynął. 
Aż do tej pory. 
No i co z tego? Ma gościa z nocowaniem. Ja tu nie mam nic do gadania. 
Wejdę  sobie  po prostu  cichutko  na  drugie  piętro i  położę  się  spać. Nie 
ma  powodu  pukać  do  niego  i  pytać,  co  robi.  Chociaż  umieram  z 
ciekawości, jaka ona jest. Cooper dorobił się w rodzinie reputacji faceta 
spotykającego  się  z  superinteligentnymi,  niesamowicie  pięknymi,  a 
nawet  egzotycznymi  kobietami.  Na  przykład  neurochirurgami,  które 
kiedyś pracowały jako modelki. I tym podobne. 
Gdyby  mi  się  nawet  kiedykolwiek  wydawało,  że  mam  jakieś  szanse  u 
Coopera,  jedno  spojrzenie  na  jego  eks  powinno mnie  z  tego  wyleczyć. 
Bo  jaki  facet  zainteresowałby  się  byłą  gwiazdką  pop,  której  sława 
przebrzmiała,  a  która  teraz  pracuje  jako  zastępczyni  kierownika 

background image

administracyjnego  akademika  i  nosi  dżinsy  w  schlebiającym  klientowi 
rozmiarze  M  (a  może  nawet  L),  jeśli  może  mieć  lekarkę,  która  kiedyś 
była Miss Delaware? 
Tak. Jasne. Żaden. Chyba że ta lekarka okazałaby się naprawdę nudna. I 
może  nie  lubiłaby  Elli  Fitzgerald  (ja  znam  na  pamięć  wszystkie  jej 
piosenki,  nie  wyłączając  scat).  I  może  gdyby  nie  była  ciepłą,  miłą 
ludzką istotą, jaką we własnej opinii jestem... 
Przestań. Natychmiast przestań! 
Skradam się po schodach na pierwsze piętro, jak mogę najciszej - Lucy 
drepcze mi przy nodze i dyszy - kiedy zauważam coś dziwnego. Drzwi 
do sypialni Coopera są uchylone... Ale za nimi jest ciemno. Tymczasem 
drzwi do pokoju gościnnego po drugiej stronie korytarza są otwarte i to 
tam jest jasno, i to tam coś migocze. Jak płomyk świecy. 
Kto,  u  licha,  miałby  siedzieć  w  naszym  pokoju  gościnnym  przy 
świeczce? 
-  Halo?  -  odzywam  się  znowu.  Bo  jeśli  Cooper  zabawia  jakieś  swoje 
znajome  panie  w  naszym  pokoju  gościnnym,  to,  no  cóż,  po  prostu 
będzie miał pecha, jeśli wpadnę tam do środka. Jego pokój to jego azyl 
-  nigdy  nie  ośmieliłabym  się  tam  zaglądać...  Choćby  dlatego,  że 
Coopera  prawie  nigdy  tam  nie  ma.  No  i  dlatego, że  przerażają  mnie  te 
jego prześcieradła po tysiąc dolarów sztuka. 
Ale pokój gościnny? 
Drzwi  są  tylko  nieco  uchylone.  Właściwie  można  je  uznać  za  otwarte. 
W związku z tym otwieram je jeszcze szerzej i mówię po raz trzeci: 
- Halo? 
...A  potem  wrzeszczę  na  widok  taty,  który  wykonuje  właśnie  pozycję 
Psa Patrzącego w Dół. 
16 
Miłość jest jak tekst 
z kiepskiego filmu. 
Złamane serce to stara 
radiowa piosenka. 
Ty jesteś źródłem 
kłopotów, 
A kłopoty to specjalność 
mojego serca. 
 

background image

Bez tytułu 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Mnie  to  znakomicie  odpręża  -  tłumaczy  tata.  -  Jeszcze  w  ośrodku 
robiłem to codziennie rano i wieczorem. Joga naprawdę odmładza. 
Gapię się na  niego z przeciwległego kąta pokoju. Dziwnie jest słuchać, 
jak  własny  ojciec  nazywa  więzienie  ośrodkiem.  Zwłaszcza  kiedy 
jednocześnie ćwiczy jogę. 
- Tato. Czy mógłbyś na chwilę przerwać i ze mną porozmawiać? 
- Oczywiście, kochanie - odpowiada. I znów staje w pionie. 
W głowie  mi  się  to  nie  mieści.  On  się  tu  ewidentnie wprowadził.  Jego 
walizka leży otwarta - i rozpakowana - na fotelu przy oknie. Obok, przy 
komodzie,  stoją  jego  buty,  ustawione  równiutko,  pod  linijkę,  jak  w 
wojsku. Maszyna do pisania - maszyna do pisania! - stoi na antycznym 
biureczku, a obok niej  jest schludny  stosik papieru maszynowego. Tata 
ma  na  sobie  niebieską  piżamę  w  cieniutkie  granatowe  prążki,  a  na 
szafce  koło  łóżka  pali  się  gruba  zielona  świeca.  Obok  niej  leży  opasła 
biografia Lincolna. 
- Mój Boże - mówię, kręcąc głową. - Jak się tu dostałeś? Włamałeś się? 
-  Oczywiście,  że  nie.  -  Tata  jest  wyraźnie  oburzony.  -  Wielu  rzeczy 
nauczyłem  się  w  ośrodku,  ale  nie  dowiedziałem  się,  jak  otwierać 
wytrychem  zamek  typu  Medeco.  Twój  młody  człowiek  zaproponował 
mi lokum. 
- Mój... - Czuję, że  mam ochotę unieść oczy do nieba. - Tato. Ja ci  już 
mówiłam.  To  nie  jest  żaden  mój  młody  człowiek.  Chyba  nic  mu  nie 
powiedziałeś o tym, że ja go ko... 
-  Heather.  -  Tata  spogląda  ze  smutkiem.  -  Oczywiście,  że  nie.  Nigdy 
bym  nie  nadużył w taki sposób twojego zaufania. Po prostu wyraziłem 
niezadowolenie  ze  swojej  obecnej  sytuacji  mieszkaniowej w obecności 
pana Cartwrighta, a on zaproponował mi, żebym się tutaj zatrzymał... 
- Tato! - jęczę. - Powiedz, że tego nie zrobiłeś! 
-  No  cóż,  hotel  Chelsea  to  raczej  nie  jest  odpowiednie  lokum  dla 
człowieka w mojej sytuacji - tłumaczy tata cierpliwie. - Nie wiem, czy 
jesteś tego świadoma, ale w hotelu Chelsea mieszka wielu ludzi, którzy 
mają  za  sobą  kryminalną  przeszłość.  Faktycznych  morderców.  To  nie 
jest  otoczenie,  w  jakim  powinna  przebywać  osoba,  która  stara  się 
zrehabilitować. Poza tym było tam za głośno. Cała ta dudniąca muzyka 

background image

i  klaksony  samochodów.  Nie,  to  miejsce...  -  rozgląda  się  radośnie  po 
ładnej, białej sypialni - jest o wiele bardziej w moim guście. 
-  Tato.  -  Nic  nie  poradzę.  Nie  mogę  już  tego  znieść.  Osuwam  się  na 
krawędź  podwójnego  łóżka.  -  Czy  Cooper  powiedział,  jak  długo 
możesz się u nas zatrzymać? 
-  Właściwie...  -  mówi  tata,  wyciągając  rękę,  żeby  podrapać  Lucy  za 
uchem, bo weszła za mną do pokoju. - Owszem. Powiedział, że mogę tu 
pomieszkać, dopóki nie stanę na nogi. 
- Tato. - Mam ochotę zacząć wrzeszczeć. - Nie można tak robić. To nie 
tak,  że  ja  nie  chcę  pracować  nad  naszym  związkiem,  twoim  i  moim. 
Chodzi  o  to,  że...  Nie  możesz  w  taki  sposób  wykorzystywać  hojności 
Coopera. 
- Nie wykorzystuję. W zamian za mieszkanie będę dla niego pracował. 
Mrugam oczami. 
- Ty... co? 
-  Zatrudnia  mnie  jako  pracownika  Cartwright  Investigations  - 
oświadcza  tata...  Z  odrobiną  dumy,  jak  mi  się  wydaje.  -  Tak  samo  jak 
ty, będę dla  niego pracował. Będę  mu pomagał śledzić  ludzi. Mówi, że 
mam do tego odpowiedni wygląd... W pewnym sensie, nie rzucam się w 
oczy. Mówi, że wtapiam się w tło. 
Znów mrugam oczami. 
- Wtapiasz się w tło? 
-  Dokładnie  tak. - Tata otwiera  szufladę  szafki  przy  łóżku  i wyjmuje z 
niej  mały  drewniany  flet.  -  Próbuję  potraktować  to  jako  komplement. 
Chodzi o to, że mnie się po prostu nie zauważa. Wiem, że twoja matka 
tak to odbierała, ale nie zdawałem sobie sprawy z tego, że cały świat też 
tak  mnie  widzi.  No,  nieważne.  Posłuchaj  tej  melodyjki,  której 
nauczyłem  się  w  ośrodku.  Jest  bardzo  relaksująca.  A  po  takim 
wieczorze jak twój na pewno przyda ci się nieco oddechu. 
Siedzę  tam  przez  jakąś  minutę  i  słucham  zalewających  mnie  nut  - 
tęsknych  i,  jak  twierdził  tata,  dziwnie  odprężających.  A  potem  kręcę 
głową i mówię: 
- Tato... Natychmiast przerywa grę. 
- Tak, kochanie? 
To te jego czułe słowa tak mnie dobijają. Czy raczej sprawiają że mam 
ochotę dobić jego. 
- Idę teraz do łóżka. Porozmawiamy o tym jeszcze raz rano. 

background image

-  Dobrze  -  zgadza  się.  -  Ale  nie  wiem,  o  czym  jeszcze  tu  rozmawiać. 
Cooper  to  z  całą  pewnością  rozsądny  człowiek.  Jeśli  chce  mnie 
zatrudnić, to nie wiem, czemu miałabyś zgłaszać obiekcje. 
Ja też nie wiem, czemu miałabym zgłaszać obiekcje. Poza tym że... Jak 
ja  mam  sprawić,  że  Cooper  dostrzeże,  że  jestem  kobietą  jego  marzeń, 
skoro  dokoła  będzie  się  kręcił  mój  ojciec?  Jak  ja  mam  mu  zrobić  ten 
romantyczny  obiad  dla  dwojga,  który  zaplanowałam?  Nie  ma  nic 
romantycznego w steku dla trojga. 
-  Heather,  zdaję  sobie  sprawę,  że  nie  byłem  dla  ciebie  najlepszym 
ojcem  -  ciągnie  tata.  -  Poza  tym  ani  twoja  matka,  ani  ja  nie 
stanowiliśmy  dla  ciebie  zbyt  dobrych  wzorów,  kiedy  dorastałaś.  Ale 
mam  nadzieję,  że  tak  dalece  ci  to  nie  zaszkodziło,  żebyś  nie  umiała 
teraz  tworzyć  udanych  związków.  Bo  moim  najszczerszym  życzeniem 
jest,  żeby  między  nami  właśnie  taki  związek  zaistniał.  Bo  każdy 
potrzebuje rodziny, Heather. 
Rodzina?  Czy  to tego  potrzebuję?  Czy  z  tego  powodu  jest  ze  mną  coś 
nie tak? Bo nie mam rodziny? 
-  Wyglądasz  na  zmęczoną  -  dodaje  tata.  -  Nic  dziwnego,  po  takim 
długim  dniu  jak  twój.  Proszę,  może  to  ci  pomoże  odpocząć.  -  I  znów 
zaczyna grać na tym swoim flecie. 
Okay. Tego to ja już naprawdę nie potrzebuję. 
Pochylam się naprzód, zdmuchuję pachnącą świeczkę taty i zabieram ją 
z szafki. 
-  To  jest  zagrożenie  pożarowe  -  rzucam  swoim  najbardziej 
administracyjno - kierowniczym tonem. 
A potem wychodzę z pokoju i idę na górę, do siebie. 
Śnieg nie przestał padać. Kiedy budzę się rano i wyglądam przez okno, 
widzę,  że  nadal  sypie  -  teraz  już  trochę  wolniej  i  nie  tak  gęsto.  Ale 
ciągle lecą z nieba te wielkie puszyste płatki. 
A  kiedy  wstaję  z  łóżka  -  co  wcale  nie  jest  takie  proste,  biorąc  pod 
uwagę,  jak  mi  w  nim  przytulnie,  z  Lucy  rozwaloną  prawie  w  poprzek 
mnie  -  i  podchodzę  do  okna,  widzę  przed  sobą  rajsko  -  zimowy 
krajobraz. 
Nowy  Jork  wygląda  zupełnie  inaczej  po  opadach  śniegu.  Nawet  dwa 
centymetry  potrafią  zrobić  różnicę  -  znika  brud  i  graffiti,  a  wszystko 
zaczyna błyszczeć i wyglądać jak nowe. 
A  pół  metra  -  czyli  tyle,  ile  napadało  przez  noc  -  sprawia,  że  miasto 

background image

wygląda  jak  z  obcej  planety.  Wszystko  jest  ciche...  Żadnego  trąbienia 
klaksonami,  żadnych  alarmów  w  samochodach...  Każdy  dźwięk 
stłumiony,  każda  gałąź  ugina  się  pod  ciężarem  wielkiej  ilości  białego 
puchu,  każdy  parapet  okienny  jest  nim  zasypany.  Patrząc  na  to 
wszystko, z nagłym ściśnięciem serca pojmuję, co to dla nas oznacza: 
Śnieżny Dzień. 
Dociera to do mnie, zanim jeszcze rzucam się do telefonu i dzwonię do 
biura  obsługi  studiów.  Och,  tak.  Zajęcia  są  w  dniu  dzisiejszym 
odwołane.  Całe  miasto  jest  chyba  sparaliżowane.  Tylko  konieczne 
służby porządkowe powinny pojawiać się na ulicach. Tak. 
Tylko  że  jak  się  mieszka  dwie  przecznice  od  miejsca  pracy,  to  trochę 
trudno twierdzić, że się do niej nie można było dostać. 
Ale mogę się chociaż spóźnić. 
Kąpię się niespiesznie - bo po co stać pod prysznicem, jak można leżeć 
-  i  powoli  się  ubieram.  Muszę  włożyć  swoje  zapasowe  dżinsy  ze 
względu  na  te  plamy  z  krwi  na  tych  codziennych  i  ze  zdziwieniem 
zauważam,  że  są  odrobinę  obcisłe.  Okay,  może  więcej  niż  odrobinę. 
Muszę  zastosować  swój  stary  trick  i  powpychać  sobie  zwinięte  w 
kłębek skarpetki za pasek dżinsów, żeby się trochę rozciągnęły i zrobić 
kilka  głębokich  przysiadów.  Mówię  sobie,  że  to  dlatego,  że  spodnie 
właśnie wyszły z suszarki. Dwa tygodnie temu. 
A  kiedy  wyjmuję  skarpetki  przed  zejściem  na  dół,  są  już  trochę  mniej 
obcisłe. Przynajmniej mogę oddychać. 
I właśnie oddychając, czuję, że dobiega mnie jakiś niezwykły zapach. A 
przynajmniej niezwykły w tym domu. 
Bekon. I o ile się nie mylę, jajka. 
Szybko  zbiegam  po  schodach  -  Lucy  drepcze  mi  po  piętach  -  i  jestem 
przerażona,  kiedy  wchodzę  do  kuchni  i  zastaję  tam  Coopera 
czytającego  gazetę,  podczas  gdy  mój  tata  stoi  przy  kuchence  w 
brunatnych sztruksach i wełnianym swetrze i przygotowuje śniadanie. 
-  To  się  musi  skończyć  -  mówię  głośno.  Tata  obraca  się  do  mnie  z 
uśmiechem. 
- Dzień dobry, kotku. Soku? Cooper wygląda zza gazety. 
- Dlaczego się zrywałaś? - pyta. - Właśnie powiedzieli, że Uniwersytet 
Nowojorski dziś jest nieczynny. 
Ignoruję  go.  Ale  nie  mogę  zignorować  Lucy,  która  jest  przy  tylnych 
drzwiach  i  drapie,  żeby  ją  wypuścić.  Otwieram  drzwi,  wpuszczając  do 

background image

środka  podmuch  mroźnego  powietrza.  Lucy  ma  rozczarowaną  minę, 
widząc  to,  co  się  dzieje  na  dworze,  ale  dzielnie  rusza  przed  siebie. 
Zamykam  za  nią  drzwi  i  zwracam  się  twarzą  do  ojca.  Bo  podjęłam 
decyzję. I nie ma ona nic wspólnego z tym drewnianym flecikiem. 
-  Tato,  nie  możesz  tutaj  mieszkać.  Przepraszam,  Cooper.  Ładnie  z 
twojej  strony,  że  to  zaproponowałeś.  Ale  sytuacja  jest  po  prostu 
dziwaczna. 
- Wyluzuj - radzi Cooper zza swojej gazety. 
Czuję,  że  ciśnienie  mi  skacze  o  kolejne  dziesięć  punktów. Dlaczego  to 
się zawsze zdarza, kiedy ktoś ci mówi: „Wyluzuj”? 
-  Mówię  poważnie.  Przecież  ja  też  tu  mieszkam.  I  też  jestem 
pracownikiem  Cartwright  Investigations.  Czy  nie  mam  w  tej  sprawie 
nic do powiedzenia? 
- Nie - rzuca Cooper zza gazety. 
-  Kotku  -  odzywa  się  tata,  obracając  się  w  moją  stronę  z  kubkiem 
parującej  kawy  w  ręku.  -  Wypij  to.  Nigdy  nie  lubiłaś  poranków. 
Zupełnie jak twoja matka. 
-  Nie  jestem  jak  mama  -  protestuję.  Ale  kawę  biorę.  Bo  pachnie 
pysznie.  -  Jasne?  Ja  jej  w  niczym  nie  przypominam.  Rozumiesz, 
Cooper?  Dociera  do  ciebie,  co  zrobiłeś?  Zaprosiłeś  tego  człowieka, 
żeby z  nami zamieszkał, a on już  mi zaczyna wmawiać, że  jestem  jak 
moja matka. A ja jej w niczym nie przypominam. 
- No to niech tu zostanie - proponuje Cooper, nadal nie wyglądając zza 
tej swojej gazety - i niech sam się o tym przekona. 
- Twoja matka to urocza osoba, Heather. - Tata przekłada dwa sadzone 
jajka z bekonem na talerz. - Tylko nie o poranku. Trochę jak ty. Proszę. 
-  Podaje  mi  talerz.  -  Takie  lubiłaś  jako  mała  dziewczynka.  Mam 
nadzieję, że nadal je lubisz. 
Opuszczam wzrok na talerz. Ułożył  jajka tak, że wyglądają jak oczy, a 
bekon  pośrodku  to  uśmiechnięte  usta;  zrobił  to  tak  jak  wtedy,  kiedy 
byłam jeszcze dzieckiem. 
Nagle zaczyna mi się okropnie zbierać na płacz. 
Niech go diabli. Jak on może robić mi coś takiego? 
- Są w porządku, dzięki - mruczę i siadam przy kuchennym stole. 
- No cóż - Cooper opuszcza gazetę - sprawa już jest ustalona, Heather. 
Twój  tata  pomieszka  z  nami  przez  jakiś  czas,  póki  nie  zdecyduje,  co 
chce  robić  dalej.  To  dobrze,  bo  mnie  się  przyda  pomoc.  Mam  więcej 

background image

pracy, niż sam jestem w stanie wykonać, a twój tata ma dokładnie takie 
cechy, jakie przydadzą się u asystenta. 
-  Zdolność  wtapiania  się  w  tło  -  wymieniam,  żując  kawałek  bekonu. 
Który  jest  pyszny.  I  nie  ja  jedna  tak  uważam.  Lucy,  którą  tata 
wpuszcza,  kiedy  znów  zaczęła  skrobać  do  drzwi,  też  pożera  kawałek, 
jaki jej rzuciłam. 
-  Tak  jest  -  przyznaje  Cooper.  -  Zdolność,  której  nie  wolno  nie 
doceniać,  kiedy  się  pracuje  w  sektorze  prywatnych  usług 
detektywistycznych. 
Dzwoni telefon. Tata mówi: 
- Ja odbiorę. - I wychodzi z kuchni. 
Kiedy znika, Cooper odzywa się już innym tonem: 
-  Posłuchaj,  jeśli  to  faktycznie  jakiś  problem,  to  ja  mu  załatwię  pokój 
gdzieś  indziej.  Nie  wiedziałem,  że  między  wami  jest  tyle... 
niezałatwionych spraw. Myślałem, że może to ci zrobi dobrze. 
Gapię się na niego. 
-  Zrobi  mi  dobrze?  Jak  ma  mi  dobrze  zrobić  mieszkanie  pod  jednym 
dachem z moim tatą przestępcą? 
- No cóż, sam nie wiem - bąka Cooper, a minę ma nietęgą. - Po prostu... 
Przecież ty nikogo nie masz. 
- I jak o tym dyskutowaliśmy wcześniej - odpowiadam kwaśno - ty też 
nie. 
- Ale ja nikogo nie potrzebuję. 
- Ja też nie. 
-  Heather  -  mówi  Cooper  cicho.  -  Potrzebujesz.  Nikt,  umierając,  nie 
zapisał  ci  domu  w  mieście  i  nie  zrobił  z  ciebie  osoby  materialnie 
niezależnej.  I  nie  obraź  się,  ale  dwadzieścia  trzy  tysiące  dolarów 
rocznie,  na  Manhattanie,  to  kpiny.  Potrzebujesz  tylu  przyjaciół  i 
członków rodziny, ilu tylko możesz mieć. 
- Włącznie z niebieskimi ptaszkami? - pytam. 
-  Posłuchaj,  twój  tata  to  wyjątkowo  inteligentny  człowiek.  Jestem 
pewien,  że  stanie  na  własnych  nogach.  I  uważam,  że  powinnaś  wtedy 
być  w  pobliżu,  choćby  po  to,  żeby  wzbudzić  w  nim  poczucie  winy, 
żeby  dał  ci  trochę  kasy.  Jest  ci  winien  czesne  za  studia,  przynajmniej 
tyle. 
- Nie  potrzebuję kasy  na  czesne.  Jestem  z  niego  zwolniona, bo  pracuję 
dla uczelni, zapomniałeś? 

background image

- Nie - mówi Cooper, siląc się na cierpliwość. - Ale nie musiałabyś tam 
pracować, gdyby twój tata zgodził się zapłacić czesne. 
Patrzę na niego i mrugam oczami. 
- Miałabym... rzucić pracę? 
-  Tak.  Żeby  chodzić  na  studia  stacjonarne,  o  ile  zdobycie  dyplomu 
naprawdę jest twoim celem. 
To  zabawne,  ale  chociaż  on  mówi  sensowne  rzeczy,  to  ja  nie  mogę 
sobie  wyobrazić,  jak  by  to  było  nie  pracować  w  Fischer  Hall.  Pracuję 
zaledwie jakieś trochę ponad pół roku, ale mam wrażenie, że jestem tam 
od zawsze. Sam pomysł, że miałabym nie chodzić codziennie do pracy, 
wydaje się jakiś dziwny. 
Czy  tak  się  czują  wszyscy  ludzie  wykonujący  pracę  biurową?  Czy  to 
tylko ja, ponieważ ją po prostu lubię? 
- No cóż - mamroczę, wpatrując się w swój talerz. Swój pusty talerz. - 
Chyba  masz  rację.  Tylko  że...  Wydaje  mi  się,  że  już  wystarczająco 
wykorzystuję  twoją  gościnność.  Nie  chcę,  żeby  teraz  jeszcze  zaczęła 
żerować na tobie moja rodzina. 
-  Pozwolisz,  że  sam  się  będę  bronił  przed  chętnymi  do  żerowania  na 
mnie  -  ucina  cierpko  Cooper.  -  Potrafię  sam  o  siebie  zadbać.  A  poza 
tym  wcale  mnie  nie  wykorzystujesz.  Moje  rachunki  wreszcie  są  w 
porządku.  Po  raz  pierwszy  opłaty  są  robione  na  czas,  a  na  dodatek 
rachunki się zgadzają. Dlatego nie  mogę uwierzyć, że oni każą ci robić 
ten  wyrównawczy  kurs  z  matematyki;  radzisz  sobie  przecież  zupełnie 
nieźle... 
Aż  sapię  na  dźwięk  słów  „wyrównawczy  kurs  z  matematyki”,  bo  coś 
sobie nagle przypominam. 
- O, nie! 
- Co? - Cooper jest zaskoczony. 
-  Wczoraj  wieczorem  miałam  pierwsze  zajęcia  -  mówię,  chowając 
twarz  w  dłoniach.  -  I  się  nie  pojawiłam!  Moje  pierwsze  zajęcia...  Mój 
pierwszy uniwersytecki kurs... A mnie tam nie było! 
-  Jestem  pewien,  że  twój  wykładowca  zrozumie,  Heather  -  pociesza 
mnie Cooper. - Zwłaszcza jeśli czytał ostatnio gazety. 
Tata wraca do kuchni, niosąc ze sobą bezprzewodowy telefon z holu. 
-  To  do  ciebie,  Heather.  To  twój  szef,  Tom.  Cholernie  sympatyczny 
młody  człowiek.  Pogadaliśmy  sobie  miło  o  wczorajszym  meczu. 
Naprawdę, jak na drużynę III ligi, wasi chłopcy dali niezły pokaz. 

background image

Odbieram  telefon  od  taty,  przewracając  oczami.  Jeśli  usłyszę  jeszcze 
chociaż jedno słowo o koszykówce, zacznę krzyczeć. 
I co ja  mam  teraz  zrobić  z  tym,  co  mi  wczoraj  wieczorem  powiedziała 
Kimberly?  Czy  coś  się  działo  między  trenerem  Andrewsem  a  Lindsay 
Combs? A jeśli tak, to... Dlaczego on miał ją w związku z tym zabijać? 
-  Wiem,  że  uczelnia  jest  zamknięta  -  mówię  do  Toma.  -  Ale  i  tak 
przyjdę. 
Bo  biorąc  pod  uwagę  osobę  naszego  nowego  współlokatora, 
monsunowe  deszcze  by  mnie  nie  powstrzymały  przed  wyjściem  do 
pracy, a co dopiero taki tam mały wiaterek z północnego wschodu. 
- Oczywiście, że przyjdziesz. - Tomowi najwyraźniej nigdy nie wpadło 
do  głowy,  że  mogłabym  zrobić  to  samo,  co  robią dzisiaj  Wszyscy  inni 
nowojorczycy,  zostać  w  domu.  -  Dlatego  cieszę  się,  że  cię  złapałem 
przed wyjściem. Dzwonił doktor Jessup... 
Jęczę. To nie jest dobry znak. 
- Dzwonił ze swojego domu w Westchester, czy gdzie on tam mieszka. 
Chciał  się  upewnić,  że  jakiś  przedstawiciel  działu  administracji  pojawi 
się dziś w szpitalu, żeby odwiedzić Manuela. Mamy pokazać, że nie jest 
nam  wszystko  jedno.  I  przynieść  kwiaty,  bo  wszystkie  kwiaciarnie  są 
zamknięte  przez  tę  śnieżycę  i  nie  ma  jak  ich  posłać.  Mówi,  że  jeśli 
kupisz  jakieś  kwiaty  w  szpitalnym  sklepiku,  to  mogę  ci  oddać  kasę  z 
naszych biurowych drobnych... 
Dziwię się. To dość odpowiedzialne zlecenie. Doktor Jessup zwykle nie 
prosi zastępców kierowników swoich akademików, żeby reprezentowali 
cały  dział  administracji.  Nie, żeby  nam  nie  ufał.  Tylko  że... No  cóż, ja 
nie  należę  do  najpopularniejszych  osób  spośród  personelu,  odkąd 
upuściłam  na  ziemię  zastępczynię  kierowniczki  administracyjnej 
Wasser Hall w czasie tych gier na zaufanie. 
- Jesteś pewien, że on chce, żebym to ja pojechała? - pytam Toma. 
W zasadzie nie powiedział konkretnie, kto. Ale chce, żeby pojechał ktoś 
z administracji i pokazał, że nam wszystkim zależy... 
- Bo nam zależy - upominam go. 
-  No  tak,  oczywiście,  zależy  nam  -  poprawia  się  Tom.  -  Ale  jemu 
chodziło  o  takie  „wszyscy”  w  znaczeniu  dział  administracji,  a  nie 
„wszyscy”  w  znaczeniu  ludzie,  którzy  faktycznie  znali  Manuela. 
Pomyślałem,  że  skoro  ty  i  Manuel  już  się  wcześniej  znaliście  i 
właściwie to ty mu uratowałaś życie, i... 

background image

- I jestem o dwie przecznice bliżej St. Vincent's niż którakolwiek z osób 
obecnych w tej chwili w Fischer Hall - kończę za niego. Wszystko staje 
się teraz jasne. 
- Coś w ten deseń -  mówi Tom. - A więc? Załatwisz to? Zajrzysz tam, 
zanim  przyjedziesz  do  biura?  Możesz  wziąć  taksówkę  do  szpitala  i  z 
powrotem,  jeśli  uda  ci  się  jakąś  złapać,  a  doktor  Jessup  obiecał,  że 
dostaniesz zwrot kasy, jeśli przedstawisz rachunek... 
-  Zajmę  się  tym  z  przyjemnością  -  oświadczam.  Zawsze,  kiedy  mogę 
wydać jakąś kasę na koszt działu administracji, mam udany dzień. 
- Ale  jak  ty  sobie dzisiaj  radzisz?  -  pytam.  Chciałam,  żeby  zabrzmiało 
to nonszalancko, chociaż jego odpowiedź jest bardzo ważna dla mojego 
przyszłego  szczęścia.  Nigdy  nie  wiadomo,  jak  obrzydliwego  szefa 
mogą  mi  wyznaczyć,  jeśli  Tom  odejdzie  z  pracy.  Być  może  kogoś 
takiego  jak  doktor  Kilgore...  -  Nadal  rozważasz...  Bo  wczoraj 
wspominałeś, że zastanawiasz się nad powrotem do Teksasu... 
- Usiłuję po prostu żyć z dnia na dzień, Heather. - Tom wzdycha. 
- Wiesz, morderstwa i ataki nożowników nigdy nie były przerabiane na 
żadnych moich kursach z administracji uczelnianej. 
- Jasne.  Ale w Teksasie nie  ma takich  fajnych śnieżyc. A przynajmniej 
nie tak często. 
-  To  prawda  -  przytakuje  Tom.  Ale  bez  przekonania  o  wyższości 
Nowego  Jorku  nad  Teksasem.  -  To  do  zobaczenia  za  trochę.  Trzymaj 
się ciepło. 
- Dzięki - rzucam. I rozłączam się... 
...oraz  przekonuję  się,  że  Cooper  patrzy  na  mnie  dziwnie  znad  swojej 
kawy. 
-  Wybierasz  się  do  St.  Vincent's  z  wizytą  do  Manuela?  -  pyta  lekkim 
tonem. Zbyt lekkim. 
- Tak - odpowiadam i odwracam wzrok. Wiem, o czym myśli. I nic nie 
mogłoby  być  odleglejsze  od  prawdy.  No  cóż,  może  nie  nic,  ale...  - 
Wątpię, żeby mi się udało złapać taksówkę, więc lepiej pójdę się ciepło 
ubrać... 
- Przekażesz tylko Manuelowi życzenia szybkiego powrotu do zdrowia, 
a potem zaraz wracasz do biura, prawda? - pyta Cooper. - Nie będziesz, 
powiedzmy, siedziała tam  i próbowała go przepytywać na okoliczność, 
kto i dlaczego zaatakował go wczoraj wieczorem, prawda? 
Śmieję się z całego serca, słysząc ten tekst. 

background image

- Cooper! - wołam. - Boże, jaki ty jesteś zabawny! Oczywiście, że tego 
nie zrobię. Przecież ten biedaczyna został tak brutalnie poraniony. Całą 
noc spędził na sali operacyjnej. Pewnie nawet się jeszcze nie wybudził. 
Tylko wślizgnę się do środka, zostawię kwiaty i balony i pójdę sobie. 
- Jasne -  mówi Cooper. - Bo detektyw Canavan powiedział ci, że  masz 
się trzymać z daleka od śledztwa w sprawie zabójstwa Lindsay. 
- Totalnie. 
Tata,  który  przysłuchiwał  się  naszej  wymianie  zdań  z  taką  samą 
intensywnością,  z  jaką  obserwował  mecz  koszykówki  poprzedniego 
wieczoru, ma teraz skonsternowaną minę. 
-  A  dlaczego  Heather  miałaby  wtrącać  się  do  śledztwa  w  sprawie 
zabójstwa tej biednej dziewczyny? 
-  Och!  -  wzdycha  Cooper.  -  Powiedzmy  sobie,  że  twoja  córka  ma 
skłonność do nieco przesadnego angażowania się w życie mieszkańców 
swojego akademika. I w ich zgony. 
Tata spogląda na mnie ze śmiertelną powagą. 
- Naprawdę, kochanie, powinnaś zostawić takie sprawy policji. Przecież 
nie chcesz, żeby cię ktoś skrzywdził, prawda? 
Patrzę  na  tatę,  a  potem  na  Coopera  i  znów  na  tatę.  Nagle  do  mnie 
dociera:  oni  mają  przewagę  liczebną.  Teraz  ich  jest  dwóch,  a  ja  tylko 
jedna. 
Z  gardła  wyrywa  mi  się  jakiś  nieartykułowany  dźwięk  i  uciekam  z 
pokoju. 
17 
To miasto to nie tylko stal 
I beton, 
To miasto to nie tylko 
miliony historii. 
Zęby wybite, ale nadal 
z uśmiechem. 
„Spróbuj się ze mną”, 
mówi cwany uliczny 
bojownik 
 
Uliczny bojownik 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 

background image

Na  szczęście  szpitalny  sklep  jest  czynny.  Niestety,  kwiaty  nie 
prezentują  się  najlepiej  -  dzisiaj  rano  nie  było  dostawy przez  te  fatalne 
warunki na drogach. Sama też nie  mogłam złapać taksówki  i musiałam 
iść prawie środkiem ulicy, żeby nie brnąć przez zaspy po kolana. 
Ale mają balony wszelkich wielkości i kolorów, a butla z helem działa, 
więc zabawiam się, komponując z nich olbrzymi bukiet. Potem każę im 
jeszcze  dorzucić  do  równego  rachunku  misia  z  napisem  „Życzenia 
zdrowia”.  Najpierw  się  jednak  upewniam,  czy  tę  szarfę  z  życzeniami 
można  zdjąć,  żeby  Manuel  mógł  potem  podarować  misia  swojej 
dziewczynie czy jakiejś kuzynce. 
Idę  na  górę  na  OIOM,  gdzie  trzymają  Manuela,  i  zastaję  go 
przytomnego,  ale  otumanionego.  Wystaje  zresztą  z  niego  mnóstwo 
różnych  rurek.  W  jego  sali  jest  sporo  ludzi,  włącznie  z  kobietą,  która 
chyba  jest  jego  matką;  skuliła  się,  zmęczona,  na  krześle  obok  Julia, 
który  też  drzemie.  Chociaż  zauważam  dwóch  policjantów -  każdy  stoi 
przy  jednym  z  wejść  na  ten  oddział  -  nigdzie  nie  widzę  detektywa 
Canavana.  Albo  jeszcze  nie  udało  mu  się  dostać  do  centrum,  albo  już 
był w szpitalu i wyszedł. 
O  ścianę  przy  drzwiach  pokoju  Manuela  opiera  się  dwóch  facetów, 
którzy  też  wyglądają  na  stróżów  prawa,  obaj  w  ubraniach,  które  są  do 
kolan  mokre  po  spacerze  przez  zaspy  śnieżne.  Trzymają  styropianowe 
kubki z kawą. Jeden z nich mówi, kiedy się zbliżam: 
- Canavan wydostał coś z niego? 
- Nic  sensownego -  odpowiada  drugi,  młodszy  mężczyzna  w  krawacie 
w  tropikalne,  radosne  wzory.  -  Pytał  go,  czy  wie,  dlaczego  został 
zaatakowany. Ale ten w odpowiedzi tylko jęczał. 
- Canavan pytał go o klucz? 
- Tak. Dostał mniej więcej tę samą odpowiedź. Czyli nic. 
- A co z dziewczyną? 
- Nic. 
-  Może  powinniśmy  poprosić  wuja  chłopaka,  żeby  go  popytał  -  mówi 
starszy,  ruchem  głowy  wskazując  przysypiającego  Julia.  -  Może  lepiej 
zareaguje na widok znanej twarzy. 
- Chłopak  jest  totalnie  bez  kontaktu  - twierdzi  jego kolega,  wzruszając 
ramionami. - Za cholerę nic z niego nie wydobędziemy. 
Obaj faceci zauważają mnie w tej samej chwili. Trochę trudno mnie nie 
zauważyć  z  tym  moim  olbrzymim  bukietem  z  balonów.  Poza  tym 

background image

ewidentnie podsłuchuję. 
- Można pani jakoś pomóc? - pyta ten młodszy znudzonym tonem. 
-  Och,  witam.  Nie  chciałabym  panom  przerywać,  ale  przyszłam  tu 
odwiedzić  Manuela  Juareza.  Jestem  z  działu  administracyjnego,  z 
Uniwersytetu  Nowojorskiego,  gdzie  Manuel  pracuje.  Wysłali  mnie, 
żeby zobaczyć, jak się miewa. 
-  Ma  pani  jakiś  identyfikator?  -  pyta  ten  starszy  detektyw,  czy  kim  on 
tam  jest,  równie  znudzonym  tonem,  jakiego  przed  chwilą  użył  jego 
kolega. 
Wyławiam  identyfikator.  Muszę  podać  balony  temu  młodszemu,  żeby 
go wygrzebać. 
- Ładny miś - komentuje sucho. 
- Dziękuję. Mnie też się podoba. 
Sprawdzają moje dane. A potem starszy oddaje mi dokument i mówi: 
- Proszę sobie tam wejść. - Wskazuje głową pokój Manuela. Odbieram 
swoje  balony  i  z  niejaką  trudnością  pokonuję  drzwi,  a  potem  cicho 
podchodzę  do  łóżka  Manuela.  Patrzy  na  mnie  cały  czas  i  nie  wydaje 
najmniejszego  dźwięku.  Jedyny  dźwięk,  jaki  tu  słyszę,  to  spokojny 
oddech jego wujka i kobiety, która jest chyba matką Manuela. I pikanie 
wszystkich  tych  urządzeń  koło  jego  łóżka,  które  pewnie  robią 
Manuelowi to, co takie urządzenia robić powinny. 
- Cześć, Manuel - witam go z uśmiechem, prezentując mu balony. - To 
dla  ciebie  od  nas  wszystkich  z  Fischer  Hall.  Mamy  nadzieję,  że 
niedługo  lepiej  się  poczujesz.  Przepraszam  za  misia,  wiem,  że  to takie 
trochę tego. Ale skończyły im się kwiaty. 
Manuel  otwiera  usta,  jakby  chciał  coś  powiedzieć, ale  jedyne, co  się  z 
nich wydobywa, to jakieś chrapliwe pochrząkiwanie. Widzę, że wędruje 
spojrzeniem  w  stronę  brązowego  dzbanka  na  stoliku  przy  łóżku.  Obok 
niego stoi parę papierowych kubków. 
- Chcesz trochę wody? - pytam. - A może ktoś ci mówił, że nie wolno ci 
pić?  Bo  czasami  nie  chcą,  żeby  człowiek  pił,  jeśli  czeka  go  jeszcze 
jakaś operacja, czy coś. 
Manuel  kręci  głową.  Pozwalając  balonom  podryfować  pod  sufit, 
nalewam trochę wody do papierowego kubka. 
- Proszę cię bardzo. - Podaję mu kubek. 
Ale on  jest za słaby, żeby  samodzielnie unieść go do ust - zresztą i tak 
jest  unieruchomiony  przez  te  wszystkie  rurki,  które  w  niego wetknęli - 

background image

więc przytykam kubek do jego ust. Pije łapczywie. 
Kiedy  skończył  pierwszy  kubek,  patrzy  znacząco  na  dzbanek. 
Dochodząc  do  wniosku,  że  prosi  o  dolewkę,  podaję  mu  następny.  Tę 
wodę  też  wypija,  tylko  wolniej.  A  kiedy  już  kończy,  pytam,  czy  chce 
więcej. Manuel kręci głową i wreszcie odzyskuje głos. 
-  Tak  strasznie  chciało  mi  się  pić  -  mówi.  -  Próbowałem  powiedzieć 
tym  facetom...  -  Kiwa  głową  w  stronę  policjantów  z  korytarza.  -  Ale 
mnie  nie  rozumieli.  Tak  mi  zaschło  w  gardle,  że  nie  mogłem  mówić. 
Dziękuję. 
- Nie ma sprawy. 
-  I  dziękuję  za  to,  co  zrobiłaś  wczoraj  wieczorem  -  dodaje  Manuel. 
Zdaje  się,  że  nie  ma  siły  mówić  głośno,  chociaż  Manuel  nawet  kiedy 
był  zdrów  jak  ryba,  nigdy  nie  zaliczał  się  do  głośno  mówiących  osób, 
więc  trochę  trudno  usłyszeć,  co  tam  właściwie  szepcze.  Ale  pochylam 
się niżej i udaje mi się większość słów wyłapać. - Wujek Julio mówi, że 
mi uratowałaś życie. 
Kręcę głową. 
-  Och,  nie  -  protestuję.  -  Naprawdę.  To  ratownicy.  Ja  tylko  znalazłam 
się we właściwym czasie na właściwym miejscu, to wszystko. 
- No to miałem szczęście. - Manuelowi udaje się uśmiechnąć. - Ale nikt 
mi nie chce powiedzieć... Wygraliśmy? 
- Mecz koszykówki? - Nie mogę się nie roześmiać. - Nie. Dokopali nam 
w drugiej połowie. 
- To moja wina. - Manuel ma zbolałą minę. 
- To nie była twoja wina. - Nadal się śmieję. - Stokrotki są po prostu do 
niczego. 
- To moja wina - powtarza Manuel. Głos mu się łamie. 
Wtedy  przestaję  się  śmiać.  Bo  dociera  do  mnie,  że  on  płacze.  Wielkie 
łzy  gromadzą  mu  się  pod  powiekami  i  lada  chwila  zaczną  płynąć  po 
policzkach.  Mam  wrażenie,  że  chce  podnieść  rękę,  żeby  je  otrzeć,  ale 
nie może. 
- To nie była twoja wina, Manuel - powtarzam. - Jak ty w ogóle możesz 
mówić coś takiego? Faceci z drużyny dowiedzieli się, co się z tobą stało 
dopiero po meczu. Trener Andrews im nie powiedział... 
-  Nie  -  mówi  Manuel.  Łzy  wymykają  mu  się  spod  powiek  i  płyną 
strumyczkiem  po  policzkach.  -  Chodzi  mi  o  to,  że  z  Lindsay  to  moja 
wina. Moja wina, że ona zginęła. 

background image

Wow. 
- Manuel, to nie twoja wina, że ktoś zabił Lindsay. To wcale nie twoja 
wina. 
- Ja jej dałem klucz - upiera się Manuel. I wtedy udaje mu się poruszyć 
jedną  ręką.  Zwija  palce  w  pięść  i  uderza  nią  o  materac  żałośnie 
bezsilnym gestem. 
- To nie znaczy, że ją zabiłeś - zapewniam go. 
-  Nie  zginęłaby,  gdybym  nie  dał  jej  klucza.  Powinienem  był odmówić, 
kiedy prosiła. Powinienem był odmówić. Tylko że... Ona płakała. 
- No właśnie - mówię. Oglądam się na dwóch detektywów za drzwiami 
pokoju.  Zniknęli.  Dokąd  poszli?  Mam  ochotę  pobiec  za  nimi, 
powiedzieć,  żeby  tu  wracali...  Ale  nie  chcę,  żeby  Manuel  przestał 
mówić. - Mówiłeś to wczoraj wieczorem. Kiedy ona do ciebie przyszła 
z płaczem, Manuel? Kiedy cię poprosiła o ten klucz? 
- Tuż  przed  moim  wyjściem  do  domu.  W  poniedziałek  wieczorem.  Po 
tym,  jak  o  siódmej  zamknęli  stołówkę.  Miałem  podwójną  zmianę,  bo 
Fernando  musiał  iść  na  przyjęcie  urodzinowe  swojej  babci.  To  ważne 
święto.  No  wiesz.  A  ona  przyszła  do  mnie,  kiedy  wkładałem  kurtkę, 
żeby iść do domu, i powiedziała, że musi pożyczyć klucz do stołówki, 
bo coś tam w środku zostawiła. 
-  Powiedziała,  co?  -  pytam,  zerkając  na  drzwi.  Gdzie  się  podziali  ci 
faceci? - To znaczy, co tam zostawiła? 
Manuel kręci głową. Nadal płacze. 
-  Powinienem  był  z  nią  pójść.  Powinienem  był  pójść  i  otworzyć  jej  te 
drzwi  i  poczekać,  aż  ona  weźmie  to,  po  co  tam  chciała  pójść.  Ale 
miałem  się  z  kimś  spotkać...  -  Z  tego,  w  jaki  sposób  mówi  „z  kimś”, 
jasne  jest,  że  chodzi  o  dziewczynę.  -  No  i  już  byłem  spóźniony,  a  ona 
była... Cóż, jak to Lindsay. 
-  Jasne.  Wszyscy  znaliśmy  Lindsay.  Wszyscy  jej  ufaliśmy.  -  Chociaż 
zaczynam myśleć, że może nie powinniśmy byli. 
- Tak. Wiem. Nie powinienem był jej go dawać - ciągnie Manuel. - Ale 
ona  była  taka  ładna  i  miła.  Wszyscy  ją  lubili.  Nie  mogłem  sobie 
wyobrazić,  że  ten  klucz  potrzebny  jej  jest  do  czegoś  niedobrego. 
Powiedziała,  że  to  naprawdę  ważne,  że  chodzi  o  coś,  co  ma  oddać... 
Ludziom,  od  których  to  pożyczyła.  Albo  oni  będą  się  na  nią  gniewać, 
powiedziała. 
Krew  mi  zastyga  w  żyłach.  Tylko  tak  mogę  wyjaśnić,  czemu  nagle 

background image

zrobiło mi się tak zimno. 
- Nie powiedziała, co to za oni? Manuel kręci głową. 
-  Ale  zdecydowanie  powiedziała  „oni”,  w  liczbie  mnogiej,  znaczy,  że 
było ich więcej niż jedna osoba? 
Kiwa głową. 
No  cóż,  to  dziwne.  Chyba  że  Lindsay  powiedziała  „oni”,  żeby  nie 
mówić: „on” czy „ona” i ukryć płeć osoby, o której mówiła. 
- Więc dałeś jej ten klucz? - pytam. Kiwa głową żałośnie. 
-  Powiedziała,  że  mi  go  odda.  Powiedziała,  że  spotka  się  ze  mną  przy 
biurku recepcji następnego dnia o dziesiątej rano i że odda mi klucz. I ja 
czekałem. Byłem tam i czekałem, kiedy przyjechała policja. Nikt mi nie 
powiedział,  co  się  dzieje.  Po  prostu  weszli  i  mnie  minęli.  Ja  na  nią 
czekałem, a przez ten cały czas, ona była tam w środku, martwa! 
Manuel  przerywa.  Trochę  się  krztusi,  tak  bardzo  płacze.  Jedna  z 
maszyn,  do  których  jest  podłączony  rurką,  zaczyna  głośno  piszczeć. 
Kobieta, która chyba jest matką Manuela, sennie wierci się na krześle. 
- Jeśli... - ciągnie Manuel. - Jeśli... 
- Manuel, nic nie mów - przerywam mu. A do kobiety, która właśnie się 
przebudziła, mówię: - Proszę przyprowadzić pielęgniarkę. - Jej oczy się 
rozszerzają i kobieta wybiega z pokoju. 
- Jeśli... - powtarza ciągle Manuel. 
-  Manuel,  nic  nie  mów  -  proszę  go.  Teraz  Julio  też  się  już  obudził  i 
mruczy do swojego siostrzeńca coś po hiszpańsku. 
Ale Manuel nie chce się uspokoić. 
-  Jeśli  to  nie  moja  wina  -  wreszcie  udaje  mu  się  wykrztusić  -  to 
dlaczego oni usiłowali mnie zabić? 
- Bo myślą, że wiesz, kim są. Ci ludzie, którzy zabili Lindsay, myślą, że 
możesz  ich  zidentyfikować.  To  znaczy,  że  Lindsay  musiała  ci 
powiedzieć  coś  takiego,  co  może  ich  zdradzić.  Powiedziała,  Manuel? 
Spróbuj sobie przypomnieć. 
- Ona powiedziała... Powiedziała coś o kimś, kto się nazywa... 
-  Doug?!  -  wołam.  -  Czy  wspominała  o  kimś,  kto  się  nazywa  Doug? 
Albo może Mark? 
Ale  maszyna  piszczy  coraz  głośniej  i  do  pokoju  wpadają  dwie 
pielęgniarki, a za nimi matka Manuela... I dwaj detektywi. 
-  Nie  -  szepcze  Manuel.  Głos  mu  słabnie.  -  To  chyba  był...  Steve. 
Powiedziała, że Steve się strasznie wścieknie... 

background image

Steve? Kto to jest Steve? 
Oczy Manuela się przymykają. Lekarka warczy: 
-  Z  drogi.  -  Odskakuję  na  bok,  a  ona  zaczyna  krzątać  się  przy  rurkach 
Manuela.  Pisk  maszyny,  na  szczęście,  wraca  do  normalnego,  znacznie 
spokojniejszego pikania. Lekarka ma minę, jakby jej ulżyło. Manuel za 
to zasnął. 
-  Proszę  opuścić  pokój.  -  Jedna  z  pielęgniarek,  wymachując  rękami, 
zagania nas w stronę drzwi. - On teraz musi odpocząć. 
- Ale ja jestem jego matką - upiera się starsza pani. 
- Może pani zostać - ustępuje pielęgniarka. - Reszta, do widzenia. Czuję 
się okropnie. Wychodzę stamtąd razem z dwoma detektywami, a Julio i 
pani Juarez zostają z Manuelem. 
- Co mu się stało? - pyta mnie ten młodszy detektyw, kiedy jesteśmy w 
holu. 
Więc  mu  mówię.  Powtarzam  mu  wszystko,  co  powiedział  Manuel.  A 
zwłaszcza  fragment  dotyczący  niejakiego  Steve'a.  Robią  znudzone 
miny. 
-  Wiedzieliśmy  o  tym  wszystkim  -  powiada  ten  starszy  takim 
oskarżycielskim  tonem,  jakby  mi  dawał  do  zrozumienia,  że  z 
premedytacją marnuję ich czas. 
- Nie, nie wiedzieliście - upieram się zaszokowana. 
-  A  owszem,  wiedzieliśmy.  -  Młodszy  zgadza  się  z  partnerem.  -  To 
wszystko było  już w naszym raporcie. Powiedział to wszystko wczoraj 
wieczorem, o tym kluczu. 
- Ale nie o Stevie. 
-  Jestem  pewien,  że  w  raporcie  było  coś  o  jakimś  Stevie  -  twierdzi 
starszy detektyw. 
- Steve - powtarza młodszy. - Albo jakiś John. 
-  Nie  ma  żadnego  Johna  -  prostuję.  -  Tylko  jeden  Doug.  I  może  jeden 
Mark. Mark był chłopakiem tej zabitej dziewczyny. No cóż, pomijając, 
że spotykała się  jeszcze  na  boku z  jakimś  facetem o imieniu Doug. A 
teraz jeszcze jest Steve. Tylko że ja nie znam żadnego Steve'a... 
-  My  już  to  wszystko  mamy  -  powtarza  młodszy  z  detektywów  z 
zagniewaną miną. 
Piorunuję ich wzrokiem. 
- Gdzie jest detektyw Canavan? 
- Nie  mógł się dziś rano dostać do centrum - wyjaśnia ten starszy. - Ze 

background image

względu na stan dróg tam, gdzie mieszka. 
-  Zadzwonicie  do  niego  i  powiecie  mu  o  tym  facecie  imieniem  Steve? 
Czy ja sama mam to zrobić? - pytam. 
Młodszy detektyw upiera się: 
- Już pani mówiliśmy. Wiemy o... 
-  Jasne,  zadzwonimy  -  przerywa  ten  starszy.  Młodszy  robi  zaskoczoną 
minę. 
- Ale, Marty... 
- Zadzwonimy do niego - powtarza starszy detektyw i mruga okiem do 
młodszego. A młodszy dodaje: 
- Och, Tak. Jasne. Zadzwonimy. 
Stoję tam jak wryta i gapię się na nich. Widać, że detektyw Canavan już 
im o mnie opowiadał. Widać także, że nie mówił nic dobrego. 
-  Wiecie  co?  Mam  numer  jego  komórki.  Sama  mogę  do  niego 
zadzwonić. 
- Ależ proszę to zrobić! - namawia  mnie ten starszy detektyw, Marty. - 
Na pewno ucieszy go telefon od pani. 
Młodszy zaczyna chichotać. 
Czuję, że  się  rumienię.  Naprawdę  jestem  dla  detektywa Canavana taka 
upierdliwa?  To  znaczy,  ja  wiem, że  tak.  Ale  nie sądziłam,  że poskarży 
się  na  mnie  innym  detektywom.  Czy  jestem  pośmiewiskiem  Szóstego 
Komisariatu? 
- Dobra. To ja już sobie pójdę. - I ruszam do wyjścia. 
- Zaraz, pani Wells? 
Odwracam się w ich stronę. Młodszy detektyw wyciąga pióro i bloczek 
do notatek. 
-  Przepraszam,  pani  Wells,  byłbym  zapomniał.  -  Teraz  minę  ma 
śmiertelnie poważną. - Może mi pani dać swój autograf? 
Patrzę na niego, mrużąc powieki. A to co znowu za żarcik? 
-  Mówiłem  mojej  młodszej  siostrze,  że  bywa  pani  często  na 
komisariacie,  i  ona  prosiła  mnie,  żebym  załatwił  jej  pani  autograf,  jak 
się uda. 
Ma  faktycznie  szczerą  minę.  Biorę  bloczek  i  pióro  i  czuję,  jak ogarnia 
mnie wstyd za to, że byłam dla niego taka szorstka. 
- A jak siostra ma na imię? 
-  Ona  prosiła  tylko  o  pani  podpis  -  wyjaśnia  detektyw.  -  Mówi,  że 
autografy  nie  sprzedają  się  tak  dobrze  na  eBay,  jeśli  są  dla  konkretnej 

background image

osoby. 
Patrzę na niego gniewnie. 
- Ona chce mieć mój autograf po to, żeby go sprzedać? 
- No  cóż,  Tak.  - Detektyw  ma  taką  minę,  jakby  nie  mógł  uwierzyć, że 
myślałam,  że  w  jakimkolwiek  innym  celu.  -  A  co  ma  zrobić  z  tymi 
wszystkimi  pani  starymi  płytami?  Mówi,  że  ma  większą  szansę  je 
sprzedać,  jeśli  dorzuci  do  nich  pani  autograf.  Mówi,  że  w  ten  sposób 
wyróżni  się  wśród  tych  milionów  ludzi,  którzy  pozbywają  się  swoich 
kolekcji płyt Heather Wells. 
Oddaję mu bloczek i pióro. 
- Do widzenia panom detektywom - mówię i zawracam do wyjścia. 
-  Niech  pani  nie  będzie  taka!  -  woła  za  mną  detektyw.  -  Heather!  Tak 
nie można! 
-  No  proszę,  zostańmy  przyjaciółmi!  -  woła  za  mną  Marty.  Zaśmiewa 
się tak, że prawie nie może mówić. 
Kiedy jestem przy windzie, obracam się i daję im znać, co o nich myślę. 
Za pomocą uniesionego środkowego palca. 
To ich tylko jeszcze bardziej rozśmiesza. 
Ludzie  mylą  się,  kiedy  twierdzą,  że  sytuacja  kryzysowa  wydobywa  z 
nowojorczyków to, co w nich najlepsze. Tak na pewno nie jest. 
18 
Nie pozwalaj miłości minąć 
cię jak reflektory 
Samochodu, co unosi w mrok 
serce twe. 
Nie ma sensu czekać jakiejś 
lepszej pory, 
Musisz zacząć walczyć, 
do roboty weź się. 
 
Nie pozwalaj miłości 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Do  Fischer  Hall  udaje  mi  się  dotrzeć  w  jednym  kawałku...  Mniej 
więcej. 
Taksówki  nie  znajduję  -  na  mieście  ich  po  prostu  nie  ma.  Te  parę 
samochodów,  które  widzę  na  ulicach,  to  wozy  policyjne.  Jeden  z  nich 

background image

zakopuje  się  na  poboczu  na  Szóstej  Alei,  a  potem  stoi  tam,  buksując 
tylnymi  kołami,  podczas  gdy  grupka  ludzi  wychodzi  z  pobliskiej 
kawiarni i sklepu Gap, żeby wypchać policjantów z zaspy. 
Ale nie ja. Ja już na dziś mam dosyć policjantów. 
Nadal  jestem  wściekła  po  tym  numerze  z  autografami,  kiedy  wreszcie 
wchodzę  z  powrotem  do  biura...  I  znajduję  Toma za  moim  biurkiem,  a 
drzwi  do  jego  gabinetu  są  zamknięte.  Zza  nich  dobiega  szmer  głosu 
doktor Kilgore. 
- Och, daj spokój -  mówię, ściągając swoją robioną  na drutach czapkę. 
Czuję, że mocno naelektryzowane włosy unoszą mi się w powietrzu, ale 
nic mnie to nie obchodzi. - Nie mów mi, że ona znów tu siedzi. 
- Do końca tygodnia, obawiam  się - powiada przygnębiony Tom. - Ale 
się rozchmurz. Jutro piątek. 
- Mimo wszystko. - Zdejmuję kurtkę i siadam na krześle Sarah. - Czuję, 
że ktoś narusza moją przestrzeń. Kto tam siedzi? 
- Cheryl Haebig. 
- Znowu? Wzrusza ramionami. 
- Zabili jej współlokatorkę. Strasznie ją to przybiło. Patrzę gniewnie na 
reprodukcję Moneta na ścianie. 
-  Lindsay  wcale  nie  była  taka  fajna,  jak  wszyscy  uważają  -  słyszę 
własne słowa. 
- Co takiego? - Tom unosi brwi. 
- No, nie była - powtarzam. - Wiesz, że totalnie nasłodziła Manuelowi, 
żeby ją wpuścił do stołówki? Po co jeszcze potrzebny jej był ten klucz? 
Wmówiła  mu,  że  zostawiła  tam  coś,  co  jest  jej  bardzo  potrzebne.  Ale 
skoro tak, to dlaczego nie zwróciła się do któregoś z opiekunów pięter? 
Wszyscy  mogli  ją  tam  wpuścić  z  równą  łatwością  jak  Manuel,  jeśli 
tylko  potrzebowała  coś  stamtąd  zabrać.  Nie,  ona  poszła  do  Manuela, 
który spieszył się na randkę i nie miał czasu czekać, aż ona znajdzie to, 
czego  szuka,  i  zgodził  się  pożyczyć  jej  klucz,  o  który  prosiła.  Więc 
dostała  klucz  na  całą  noc.  Ona  go  wrobiła.  Tak  jak  manipulowała 
wszystkimi chłopakami. I dziewczynami też. Na przykład Magda miała 
na jej punkcie świra. 
-  Odnoszę  wrażenie,  że  masz  jakiś  problem  z  tą  Lindsay  -  zauważa 
Tom. - Może powinnaś jako następna porozmawiać z doktor Kilgore. 
- Zamknij się - radzę mu. Uśmiecha się złośliwie. 
- Masz parę wiadomości. - I podaje mi karteczki. 

background image

Jordan  Cartwright.  Jordan  Cartwright.  Jordan  Cartwright.  Tad  Tocco. 
Zaraz. Kto to jest Tad Tocco? 
-  Idę  po  kawę  -  oświadcza  Tom  i  wstaje,  biorąc  swój  kubek.  -  Też 
chcesz? 
- Tak - odpowiadam, ledwie go słuchając. - Kawa byłaby miła. - Kto to 
jest Tad Tocco i dlaczego jego nazwisko wydaje mi się takie znajome? 
A potem, kiedy Tom wychodzi z biura, wrzeszczę: 
- Dodaj trochę gorącego kakao! 
- Dobra! - odwrzaskuje Tom. 
Drzwi  gabinetu  Toma  otwierają  się  z  trzaskiem  i  doktor  Kilgore 
wystawia głowę. 
- Czy  mogłabyś  nieco ściszyć głos, bardzo proszę? - mówi z irytacją. - 
Mam tutaj bardzo zdenerwowaną studentkę. 
- Och, jasne! - Jest mi głupio. - Przepraszam. Piorunuje mnie wzrokiem 
i zatrzaskuje drzwi. 
Garbię się jeszcze bardziej na swoim krześle. Sarah zostawiła na biurku 
egzemplarz uniwersyteckiej gazety. Otwarty na informacjach o sporcie. 
Jest tam zdjęcie trenera Andrewsa, który klaszcze w dłonie i wrzeszczy 
coś  w  stronę  grupki  zawodników.  Napis  mówi:  „Steven  Andrews 
głośno zagrzewa swoich graczy”. 
A mnie znów lód mrozi krew w żyłach. 
Steven. Steven Andrews. 
I zanim zdążę pomyśleć coś jeszcze, już dzwonię do działu sportowego. 
- Hm, cześć - odzywam  się, kiedy ktoś wreszcie odbiera telefon. - Czy 
jest dziś w pracy trener Andrews? 
Ktokolwiek odebrał ten telefon, ma zirytowany głos... Może dlatego, że 
podobnie  jak  ja  został  zmuszony  do  przyjścia  do  pracy  w  Śnieżny 
Dzień. 
-  A  gdzie  miałby  być?  -  pyta  poirytowana  osoba. - W ten  weekend  ma 
następny mecz, wie pani. 
Facet  rzuca  słuchawkę.  Ale  na  mnie  to  nie  robi  wrażenia.  Bo  już  się 
dowiedziałam tego, co mi było potrzebne. Trener Andrews jest w pracy. 
Co  znaczy,  że  mogę  pójść  do  Kompleksu  Winera  i  zapytać  go  o  jego 
związek z Lindsay... 
Nie, zaraz. Nie mogę tego zrobić. Obiecałam. Obiecałam wszystkim, że 
tym razem nie będę się mieszać... 
Ale  obiecałam  też  Magdzie,  że  nie  pozwolę,  żeby  Lindsay  obrzucano 

background image

błotem.  A  jeśli  trener  Andrews  z  nią  sypiał,  jak  to  sugerowała 
Kimberly,  to  by  znaczyło,  że  Lindsay  była  wykorzystywana  przez 
kogoś,  kto  miał  nad  nią  władzę,  jaką  daje  wyższa  pozycja.  No  cóż,  o 
tyle, o ile wyższą pozycję ma trener w stosunku do czirliderki. A już na 
pewno taki związek byłby wysoce niewłaściwy... 
Ale  co  Lindsay  mogła  zostawić  w  stołówce,  co  koniecznie  musiałaby 
oddawać trenerowi Andrewsowi? 
Jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć. To dlatego podnoszę 
się  zza  biurka  Sarah  i  zatrzymując  przy  stercie  rzeczy  przeznaczonych 
do recyklingu  u stóp  schodów  w  piwnicy,  wybieram sobie porządnych 
rozmiarów kartonowe pudło i szybko wychodzę do holu, znów owijając 
sobie  szyję,  i  omal  nie  zderzam  się  ze  swoim  szefem,  który  wraca  ze 
stołówki z dwoma kubkami kawy. 
- A ty dokąd? - pyta Tom, zerkając na pudło. 
- Dzwonili rodzice Lindsay - kłamię. To naprawdę przerażające, z  jaką 
łatwością takie rzeczy spływają mi na język. Nic dziwnego, że jakoś nie 
mogę  zebrać  się  na  odwagę,  żeby  zaśpiewać  przed  ludźmi.  Coraz 
wyraźniej widzę, że mój prawdziwy talent rozwija się w zupełnie innym 
kierunku niż piosenkarstwo. - Chcą, żeby ktoś zabrał jej rzeczy z szafki 
w szatni w Kompleksie Winera. 
Tom ma zdezorientowaną minę. 
- Zaraz... Wydawało mi się, że Cheryl i jej koleżanki już się tym zajęły. 
Wtedy, kiedy szukały tego swetra. 
- Widać jednak  nie -  mówię  i wzruszam ramionami. - Wrócę niedługo. 
Pa. 
Zanim zdążył powiedzieć jeszcze choć jedno słowo, wypadam na mróz 
i  wiatr,  pudełkiem  zasłaniając  sobie  twarz  przed  śniegiem.  Idzie  się 
powoli  -  nikt  jeszcze  nie  zdążył  odśnieżyć  chodników,  zresztą  śnieg 
tylko nieco zelżał, ale nie przestał padać. Ale ja mam moje timberlandy, 
więc jest mi w miarę ciepło w nogi. Zresztą lubię śnieg. Zakrywa puste 
torebeczki  po  marihuanie  i  pojemniki  po  różnych  sprayach,  które 
zaśmiecają  ulice,  oraz  wycisza  syreny  policyjne  i trąbienie  klaksonów. 
Fakt,  właściciele  samochodów  przez  jakiś  tydzień  nie  zdołają  ich 
odkopać, bo śnieżne pługi przejeżdżające ulicami - migają światłami na 
pomarańczowo  i  biało,  pomarańczowo  i  biało  -  znów  je  zasypią 
śniegiem. 
Ale  jest  zdecydowanie  ładnie.  A  już  zwłaszcza  w  Washington  Square 

background image

Park,  gdzie  śnieg  wypełnił  basen  fontanny,  a  pomnik  George'a 
Washingtona  przyozdobił  peruką  śnieżnej  bieli.  Lodowe  sople 
połyskują na  gałęziach  drzew,  na  których,  w innych  czasach,  wieszano 
złoczyńców.  Wybieg  dla  psów  jest  pusty,  podobnie  place  zabaw,  na 
których  puste  huśtawki  kołyszą  się  smętnie  tam  i  z  powrotem  na 
wietrze.  Jedyne  oznaki  życia  widać  w  pobliżu  placyku  ze  stołami 
szachowymi,  które  są  jak  zwykle  zajęte  przez  bezdomnych, 
wzgardliwie  traktujących  pobliskie  schronisko,  oraz  zagorzałych 
szachistów, którzy dla dobrej partyjki gotowi są walczyć z żywiołem. 
Podoba mi się moje miasto w takim właśnie wydaniu: prawie puste. 
Boże, ja już naprawdę jestem zgorzkniałym nowojorczykiem. 
No ale daję sobie spokój z roztrząsaniem walorów estetycznych i z ulgą 
otwieram drzwi kompleksu sportowego. Tupię, pozbywając się śniegu z 
butów,  i wchodzę  dalej  po  podgumowanych  matach.  Twarz  mi  powoli 
zaczyna  odmarzać,  kiedy  wyciągam  swój  identyfikator  i  okazuję  go 
strażnikowi  ochrony,  który  omiata  moją  sylwetkę  ręcznym  skanerem. 
Budynek,  jak  zwykle,  pachnie  potem  i  chlorem  z  basenu.  Jest  dość 
pusto  -  większość  studentów  chyba  nie  czuła  potrzeby  walczenia  z 
pogodą, żeby zapewnić sobie codzienną dawkę ćwiczeń fizycznych. 
Ale  nie  w  przypadku  członków  drużyny  Stokrotek.  Zauważam  ich, 
kiedy przechylam się przez poręcz w atrium i widzę ich na parkiecie w 
dole, gdzie ćwiczą zwalanie się z nóg, jakiego nie wolno im stosować w 
czasie  meczów,  huśtają  się,  wisząc  na  krawędzi  kosza  i  tak  dalej. 
Boisko  wydaje  się  większe  przy  tych  wszystkich  pustych  trybunach. 
Kiedy  tak  patrzę,  ktoś  podaje  piłkę  do  Marka  -  rozpoznaję  go  po 
fryzurze. 
- Shepelsky - mówi jego kolega - zrób wsad od tyłu. 
Mark  z  wprawą  chwyta  piłkę,  kozłuje,  a  potem  wykonuje  wsad. 
Przysięgam,  że  między  posadzką  sali  a  jego  stopami  jest  przynajmniej 
metr  powietrza.  Kiedy  ląduje,  słyszę  to  samo  skrzypnięcie  gumy  na 
gładkiej,  śliskiej  powierzchni  jak  to,  które  słyszałam  wczoraj 
wieczorem,  kiedy  zamaskowani  napastnicy  uciekali  z  miejsca,  gdzie 
zaatakowali Manuela. 
Nie  żeby  to  miało  jakiekolwiek  znaczenie.  To  znaczy,  wszystkie 
adidasy  wydają  te  same  odgłosy.  Poza  tym  Mark  i  jego  koledzy  byli 
pewnie  w  szatni,  kiedy  napadnięto  Manuela,  i  słuchali  wskazówek 
trenera. Oni nie mogą mieć nic wspólnego z tym, co go spotkało. 

background image

Chyba że... 
Chyba że to trener Andrews nasłał ich na niego. 
Przesadnie  popuszczam  wodze  fantazji.  Lepiej  wezmę  już  to  swoje 
pudło i pójdę do biura trenera Andrewsa zobaczyć, czy ten mój szalony 
pomysł  ma  jakikolwiek  sens,  zanim  zacznę  wymyślać  scenariusze,  w 
których Steven Andrews jest takim Svengali obdarzonym zdolnością do 
zmuszania 

dorastających 

chłopaków 

do 

spełnienia 

jego 

najdrobniejszych zachcianek... 
Być może na jakiejś uczelni należącej do I ligi, gdzie trener koszykówki 
ustępuje  miejsca  tylko  Bogu -  i  jest  nawet  ważniejszy  niż rektor  -  ktoś 
taki  jak  trener  Andrews  miałby  osobistą  asystentkę,  która  chroniłaby 
jego  prywatność.  Tutaj  jedynie  jakiś  nabzdyczony  student  siedzi  w 
zewnętrznej  części  biura  sportowego,  czytając  zniszczony  egzemplarz 
Fountainhead. 
- Cześć - rzucam. - Trener Andrews u siebie? 
Dzieciak nawet nie podnosi oczu znad książki, tylko kciukiem wskazuje 
w stronę otwartych drzwi. 
- Tam. 
Dziękuję  mu  i  podchodzę  do  drzwi,  za  którymi  widzę  Stevena 
Andrewsa, który siedzi za biurkiem udekorowanym czymś, co wygląda 
jak  plansze  taktyczne.  Głowę  trzyma  w  dłoniach  i  wpatruje  się  z 
przygnębieniem w kartkę, na której  narysowano mnóstwo krzyżyków  i 
kółek. Wygląda zupełnie jak Napoleon planujący bitwę. 
Albo  jak  ja, kiedy  rozdzielam  pokoje,  bo  nadal  jeszcze  nie rozgryzłam 
obsługi komputerowego systemu działu administracji. 
- Hm, panie trenerze? - odzywam się. Podnosi wzrok. 
-  Tak?  -  A  potem,  kiedy  ściągam  czapkę  i  włosy  opadają  mi  wokół 
twarzy  rozczochraną  masą,  chyba  zaczyna  mnie  poznawać.  -  Och, 
cześć. Ty jesteś... Mary? 
-  Heather  -  przedstawiam  się,  siadając  na  krześle  przed  jego  biurkiem. 
Nie  zawaham  się  zauważyć,  że  meble  biurowe  w  Kompleksie 
Sportowym  Winera  są  o  wiele  ładniejsze  niż  te  w  moim  biurze.  Tutaj 
nie  ma  żadnych  pomarańczowych,  krytych  skajem  sof,  o  nie,  proszę 
państwa. Wszędzie widzę czarną skórę i chrom. 
Założę  się  też,  że  trener  Andrews  zarabia  więcej  niż  dwadzieścia  trzy 
tysiące pięćset rocznie. 
Chociaż on nie dostaje tych wszystkich darmowych batonów lodowych 

background image

Dove. Chyba. 
- Jasne - mówi. - Przepraszam, Heather. Pracujesz tam, w Fischer Hall. 
-  Zgadza  się  -  potwierdzam.  -  Tam,  gdzie  mieszkała  Lindsay.  Żadnej 
reakcji.  Powieka  mu  nie  drgnie,  nie  blednie  nagle.  Ma  tylko  pytającą 
minę. 
- Hm? 
O rany. To będzie twardy orzech do zgryzienia. Ale zaczynam: 
-  Zastanawiałam  się,  czy...  Czy  ktoś  już  zabrał  rzeczy  z  jej  szafki  w 
szatni? 
Teraz trener Andrews wydaje się zbity z tropu. 
- Z szafki w szatni? 
-  Tak.  Z  jej  szafki  w  kompleksie  sportowym.  Bo  zakładam,  że  taką 
szafkę miała. 
-  Jestem  pewien,  że  miała  -  twierdzi  trener  Andrews.  -  Ale  o  to  lepiej 
chyba  zapytać  trenerkę  czirliderek,  Vivian  Chambers?  To  ona  będzie 
mogła  ci  powiedzieć,  która  z  szafek  należała  do  Lindsay  i  jaka  jest 
kombinacja  zamka.  Ma  biuro  na  końcu  tego  korytarza.  Ale  obawiam 
się, że dzisiaj nie dotarła do pracy. Przez ten śnieg. 
- Trenerka czirliderek. No jasne. Tylko że... No cóż, skoro już tu jestem. 
I mam to pudło. 
-  Tak. - Trener  Andrews  ma  taką  minę,  jakby  naprawdę  chciał pomóc. 
Poważnie.  No  bo  faceta  czeka  kolejny  ważny  mecz,  a  on  faktycznie 
chce  poświęcić  trochę  swojego  czasu,  żeby  wspomóc  koleżankę  z 
pracy.  I  to  taką,  która  zarabia  mniej  niż  on.  -  Chyba  mógłbym 
dowiedzieć  się,  jaki  to  numer  i  kombinacja,  od  kadr.  Zaczekaj, 
zadzwonię do nich. 
- Wow! - wykrzykuję.  Czy  on  jest taki  superpomocny  dlatego,  że to  w 
gruncie rzeczy  sympatyczny  gość?  Czy  dlatego, że  czuje  się winny po 
tym, co zrobił Lindsay? - To strasznie miło z twojej strony. Dziękuję. 
- Nie ma za co. - Trener Andrews podnosi słuchawkę telefonu i wybiera 
numer. - To znaczy, o  ile udało  im  się dzisiaj dostać do pracy... - Ktoś 
po drugiej stronie odbiera telefon i Steven Andrews mówi: 
- Och, Jonas, świetnie, że cię zastaję. Słuchaj, jest u mnie dziewczyna z 
działu administracji, która chce zabrać rzeczy  z szafki Lindsay Combs. 
Zastanawiałem się, czy wy czasem nie macie dostępu do kombinacji do 
zamków.  Aha,  no  i  która  to  szafka,  bo  Viv  nie  dotarła  dziś  rano  do 
biura... Macie? Super. Tak, będę wdzięczny. Okay, Tak, to czekam. 

background image

Odkłada słuchawkę i uśmiecha się do mnie promiennie. 
- Masz szczęście - oświadcza. - Sprawdzą i zaraz oddzwonią. Siedzę jak 
osłupiała. Dosłownie. 
- To jest... Dzięki. Naprawdę bardzo miło z twojej strony. 
- Ależ  nie  ma problemu - powtarza trener Andrews. - Z przyjemnością 
wam pomogę. Bo to, co spotkało Lindsay, to coś tak okropnego... 
-  Nieprawdaż?  -  podchwytuję.  -  No  a  już  zwłaszcza,  że  Lindsay...  no 
cóż,  ona  była  taka  popularna.  Trudno  uwierzyć,  że  miała  jakichś 
wrogów. 
- Wiem. - Trener Andrews rozsiada się wygodnie na krześle. 
-  Właśnie  tego  nijak  nie  mogę  pojąć.  Przecież  ona  była  lubiana  przez 
wszystkich. Przez wszystkich. 
- Prawie wszystkich. - Myślę o Kimberly, która wcale chyba za nią tak 
bardzo nie przepadała. 
- No dobrze - mówi trener Andrews. - To znaczy, poza tym kimś, kto jej 
to zrobił. 
Hm.  On  chyba  nie  jest  świadomy  niechęci  pomiędzy  Kimberly  a 
Lindsay. 
- Tak - potakuję. - Najwyraźniej ktoś jednak jej nie lubił. Albo usiłował 
zmusić ją do milczenia w jakiejś sprawie. 
Oczy Stevena Andrewsa są szeroko otwarte i niewinne, kiedy zaglądają 
w głąb moich. 
- Ale w  jakiej sprawie?  Bo Lindsay  była takim miłym dzieciakiem. To 
właśnie  jest  w  tym  wszystkim  najstraszniejsze.  To  znaczy,  dla  mnie. 
Dla  was  tam  jest  pewnie  jeszcze  trudniejsze.  No  bo  ty  i  twój  szef... 
Zaraz, jak on się nazywa? Tom Cośtam? 
Mrugam oczami. 
- Snelling. Tom Snelling. 
- On u was jest od niedawna, prawda? 
-  Zaczął  pracę  w  zeszłym  miesiącu  -  wyjaśniam.  Zaraz.  Ale  jak 
zeszliśmy z tematu Lindsay na Toma? 
- Skąd on pochodzi? - pyta trener Andrews. 
- Z Teksasu. Uniwersytet A&M. A co do Lindsay, to... 
- Wow! - wykrzykuje trener. - To musi być dla niego ogromna zmiana. 
To znaczy, przenieść się z prowincji do Nowego Jorku. Przecież i mnie 
jest trudno, a ja się przenosiłem tylko z Burlington. 
-  Wyobrażam  sobie,  że  to  niełatwe.  Ale  Tom  sobie  radzi.  -  Nie 

background image

wspominam o tym, że ma ochotę rzucić tę pracę. - A co do Lindsay, to 
zastanawiałam się, czy... 
- On nie jest żonaty, prawda? - pyta trener Andrews lekkim tonem. Zbyt 
lekkim. 
Gapię się na niego. 
- Kto? Tom? 
-  Tak  -  odpowiada.  I  nagle  zauważam,  że  policzki  mu  się  robią...  No 
cóż, różowe. - To znaczy, nie widziałem u niego obrączki. 
- Tom  jest gejem -  mówię. Zdaję sobie sprawę, że mam do czynienia z 
trenerem  koszykówki  w  drużynie  III  ligi.  Ale  czy  ten  facet  naprawdę 
jest aż tak mało bystry? 
- Rozumiem. - Teraz Andrews policzki ma już całkiem czerwone. - Ale 
zastanawiałem się, czy on kogoś ma. 
Łapię się na tym, że kręcę przecząco głową, patrząc na niego. 
- N - nie... 
- Och! - Trener ma minę, jakby bardzo mu ulżyło, wręcz uszczęśliwioną 
dźwiękiem  tego  słowa.  -  Bo  wiesz,  tak  sobie  myślałem,  że  ciężko  się 
jest  przeprowadzić  do  nowego  miasta  i  zacząć  nową  pracę  i  tak  dalej. 
Może,  gdyby  miał  ochotę  iść  kiedyś  na  jakieś  piwo,  czy  coś.  Sam  nie 
wiem, jak... 
Dzwoni telefon. Trener Andrews podnosi słuchawkę. 
- Andrews - zgłasza się. - Och, super. Chwileczkę, zaraz. Wezmę coś do 
pisania. 
Siedzę  tam,  kiedy  trener  Andrews  zapisuje  numer  szafki  Lindsay  i 
kombinację  szyfru  do  zamka,  i  usiłuję  przetrawić to, czego  się właśnie 
dowiedziałam. Bo o ile się nie mylę, trener Andrews jest gejem. 
I chyba ma ochotę poderwać mojego szefa. 
-  Świetnie,  bardzo  dziękuję.  -  Andrews  odkłada  słuchawkę.  -  Bardzo 
proszę.  -  Podsuwa  mi  karteczkę,  na  której  zapisał  informacje.  -  Idź 
prosto do damskiej szatni, a znajdziesz bez problemu. Numer 625. 
Zabieram  karteczkę,  składam  ją  i  wsuwam  do  kieszeni,  nieco 
otumaniona. 
- Dzięki. 
- Nie ma sprawy - mówi trener Andrews. - To na czym stanęliśmy? 
- Ja... Ja... - Czuję, że zaczynam się garbić. - Sama nie wiem. 
-  A,  racja,  Tom.  Powiedz  mu,  żeby  do  mnie  kiedyś  przekręcił.  No 
wiesz, jeśli miałby ochotę gdzieś się wybrać. 

background image

- Wybrać - powtarzam. - Z tobą. 
- Tak. - Trener Andrews musiał zauważyć w moim wyrazie twarzy coś, 
co  go  zaalarmowało,  bo  pyta  z  nagłym  niepokojem:  -  Czy  może  to 
totalnie niewłaściwe? Może sam powinienem do niego zadzwonić. 
- Może - mamroczę słabym głosem. - Może powinieneś. 
-  Słusznie.  -  Trener  kiwa  głową.  -  Masz  rację.  Powinienem.  Po  prostu 
myślałem, że... No wiesz, wydajesz się fajna i może mogłabyś... Ale już 
nieważne. 
Stwierdzam,  że  to  albo  najbardziej  wymyślna  pod  słońcem  próba 
odwrócenia uwagi od podejrzanego o morderstwo, albo trener Andrews 
rzeczywiście jest gejem. 
Czy  Kimberly  mnie  okłamała?  Zaczyna  na  to  wyglądać.  Zwłaszcza 
kiedy trener Andrews pochyla się naprzód i szepcze: 
-  Nie  chciałbym  zabrzmieć  jak  jakaś  baba,  czy  coś,  ale...  Mam  twoje 
totalnie wszystkie płyty. 
Spoglądam na niego jeszcze raz i mrugam oczami. A potem mówię: 
- Super. To ja już pójdę. 
-  Cześć  -  odpowiada  radośnie.  Zabieram  swoje  pudło  i  znikam.  I  to 
szybko. 
19 
Jest czwarta rano, 
ręką macham, 
Ale taksówki nie mogę 
złapać. 
Powinnam się tego 
spodziewać, 
Że w metrze mi przyjdzie 
się podziewać. 
 
Taksówka 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Zadzwoń do trenera Andrewsa - mówię do Toma po powrocie do biura. 
Podnosi  oczy  znad  swojego  komputera  -  powinnam  zresztą  raczej 
powiedzieć: znad mojego komputera. 
- Co? 
- Zadzwoń do Steve'a Andrewsa - powtarzam, siadając na krześle Sarah 

background image

i  stawiając  swoje pudło  (puste,  bo  ktoś  już  zabrał rzeczy  Lindsay z  tej 
szafki,  dokładnie  tak  jak  przewidywał  Tom)  na  podłodze.  -  Mam 
wrażenie, że on się w tobie durzy. 
Tom wybałusza swoje piwne oczy. 
- Nabijasz się ze mnie? 
-  Zadzwoń  do  niego  -  powtarzam  po  raz  kolejny,  odwijając  szalik.  -  I 
sam się przekonaj. 
- Trener to gej? - Tom ma osłupiałą minę. 
- Najwyraźniej. A co? Gejdar nic ci nie podpowiadał? 
-  Mój  gejdar  reaguje  na  każdego  seksownego  faceta  -  twierdzi  Tom.  - 
Ale to nie znaczy, że się nigdy nie myli. 
- No cóż, trener pytał o ciebie. Albo to jest jakiś diaboliczny plan, który 
ma  na  celu  sprawienie,  że  przestaniemy  go  podejrzewać  o  zabicie 
Lindsay,  albo  naprawdę  trochę  mu  zawróciłeś  w  głowie.  Zadzwoń  do 
niego i sprawdźmy, o co chodzi. 
Tom  już  sięga  po  słuchawkę,  ale  powstrzymuje  się  i  mówi  do  mnie  z 
niepewną miną: 
- Zaraz, ale co trener Andrews ma wspólnego z morderstwem Lindsay? 
- Albo nic, albo wszystko. Dzwoń do niego. Tom kręci głową. 
- Nie - e. Nie będę robił czegoś tak ważnego na oczach widowni. Nawet 
jeśli  ta  widownia  to  ty.  Zrobię  to  ze  swojego  mieszkania.  -  Odsuwa 
gwałtownym  ruchem  swoje  krzesło  (no  cóż,  moje  krzesło)  i wstaje.  - I 
to od razu. 
-  Tylko  daj  mi  potem  znać,  co  powiedział!  -  wołam,  kiedy  Tom  rusza 
do  drzwi  i  biegnie  w  stronę  wind.  Kiedy  znika,  siadam  i  zastanawiam 
się, jak daleko trener Andrews zdecyduje się w tym wszystkim posunąć, 
w razie gdyby nie był tak naprawdę gejem. Grałby geja przed Tomem? 
Żeby zmylić śledczych?  Czy  facet hetero w ogóle mógłby coś takiego 
zrobić? No cóż, pewnie tak, gdyby był biseksualny. Ale trener Andrews 
nie wydaje mi się bi. 
Oczywiście, gejem też mi się nie wydawał, aż do dzisiaj. Świetnie się z 
tym ukrywał. No ale z drugiej strony, może jak jest się gejem i trenerem 
koszykówki,  to  trzeba  umieć  się  z  tym  ukrywać.  Jeśli  nie  chce  się 
stracić pracy. 
Zastanawiam się, czy rektor Allington ma jakiekolwiek pojęcie, że jego 
ulubieniec  jest  gejem,  ale  właśnie  w  tym  momencie  do  naszego  biura 
wkracza Gavin McGoren. 

background image

-  Co  jest?  -  rzuca  i  pada  na  kanapę  naprzeciwko  mojego,  to  znaczy, 
Toma, biurka. 
Gapię się na niego. 
- A skąd  ja  mam  wiedzieć,  co  jest?  -  pytam.  -  Jest Śnieżny  Dzień.  Nie 
ma  żadnych  zajęć.  Dlaczego  tu  jesteś?  Powinieneś  siedzieć  w  jakimś 
barze w Soho i chlać na umór. 
- I tak by było, ale ten twój cały szef mówi, że mam się z nim zobaczyć 
w celu - z tylnej kieszeni spodni wyciąga wielokrotnie złożony i mocno 
zaplamiony  list z naganą - „postępowania dyscyplinującego w związku 
z epizodem związanym z nadużyciem alkoholu”. 
- Ha! - wykrzykuję radośnie. - Ty palancie. 
- Czy ktoś ci kiedyś już powiedział, że masz nieprofesjonalne podejście 
do własnych obowiązków zawodowych? - pyta Gavin. 
- Czy ktoś ci już kiedyś powiedział, że próbowanie wypicia dwudziestu 
jeden  pięćdziesiątek  wódki  w  jeden  wieczór  jest bardzo  niebezpieczne, 
nie mówiąc już o tym, jakie głupie? 
Rzuca mi miażdżące spojrzenie. 
- No i  jak to się stało, że nie złapali  jeszcze tego faceta, który zaciukał 
Lindsay? - pyta. 
- Bo nikt nie wie, kto to zrobił. - A niektórzy z nas dostają kota, usiłując 
to odkryć. 
-  Wow!  -  wykrzykuje  Gavin.  -  Ależ  się  teraz  będę  czuł  spokojny  i 
bezpieczny  w  swoim  akademiku.  Mama  chce,  żebym  się  przeniósł  do 
Wasser Hall, bo tam ludziom nie obcinają głów. 
Gapię się na niego autentycznie zaszokowana. 
- Ale chyba się nie przeprowadzisz, prawda? 
-  Sam  nie  wiem.  -  Gavin  unika  patrzenia  mi  w  oczy.  -  Stamtąd  jest 
bliżej do filmówki. 
- O mój Boże - mówię. W głowie mi się to nie mieści. - Ty to naprawdę 
bierzesz pod uwagę. 
-  A  co  mi  tam.  -  Gavin  jest  zmieszany.  -  Niefajnie  się  mieszka  w 
Akademiku Śmierci. 
-  Na  miejscu  faceta,  który  chce  zostać  drugim  Quentinem  Tarrantino, 
uważałabym, że bardzo fajnie - oświadczam. 
- Eli Rothem - poprawia mnie. 
-  Nieważne  -  kwituję.  -  Ale  nie  ma  sprawy,  przeprowadzaj  się  do 
Wasser  Hall,  skoro  się  boisz.  Proszę  -  pochylam  się  i  chwytam  puste 

background image

pudło, które targałam do Kompleksu Sportowego Winera  i z powrotem 
- zaczynaj się pakować. 
-  Ja  się  nie  boję.  -  Gavin  odsuwa  pudło  i  wysuwa  naprzód  brodę. 
Widzę,  że  porastająca  ją  rzadka  bródka  przestaje  być  rzadka  i  zaczyna 
gęstnieć. - No bo... ty się boisz? 
-  Nie,  ja  się  nie  boję  -  oświadczam.  -  Jestem  wściekła.  Chcę  się 
dowiedzieć,  kto  zrobił  coś  takiego  Lindsay  i  dlaczego.  I  chcę,  żeby 
został złapany. 
- A mają jakieś ślady? - Gavin wreszcie patrzy mi w oczy. 
-  Nie  wiem.  Jeśli  je  mają,  to  nie  mówią  mi  o  tym.  Chcę  cię  o  coś 
zapytać. Czy twoim zdaniem trener Andrews to gej? 
- Gej? - Gavin wybucha głośnym śmiechem. - Nie! Kręcę głową. 
- Dlaczego nie? 
- No bo jest wielkim mięśniakiem. 
-  Historycznie  rzecz  biorąc,  zdarzało  się,  że  wielcy  sportowcy  bywali 
homoseksualistami - mówię. 
Gavin prycha. 
- Jasne. Gracze w golfa. 
- Nie. Greg Louganis. 
Gapi się na mnie skonsternowany. 
- A kto to? 
- Nieważne - wzdycham. - Może być gejem i po prostu nie chcieć, żeby 
wszyscy o tym wiedzieli. Bo to by mogło wpienić graczy z drużyny. 
- Nie no, serio? - pyta mnie Gavin ironicznie. 
- Ale ty nie uważasz, że to gej? - pytam. 
- Skąd mam to wiedzieć? - odpowiada Gavin. - Nie znam faceta. Wiem 
tylko,  że  jest  trenerem  koszykówki,  a  oni  nie  bywają  gejami.  W 
przeważającej części. 
-  A  obiło  ci  się  kiedykolwiek  o  uszy  coś  o  trenerze  Andrewsie  i 
Lindsay? 
- Że niby coś między nimi było? - pyta Gavin. 
- Tak. 
- Nie - zaprzecza. - I chciałbym tylko dodać, że to obrzydliwe. Przecież 
on ma już ze trzydziestkę. 
Patrzę na niego przez zmrużone powieki. 
- Tak. Jest okropnie stary. 
Gavin uśmiecha się złośliwie, a potem mówi: 

background image

-  Nieważne.  Poza  tym  wydawało  mi  się,  że  Lindsay  miziała  się  z 
Markiem Shepelskym. 
- Najwyraźniej trochę przestała - informuję go. - Ostatnio spotykała się 
z jakimś chłopakiem o nazwisku Doug Winer. Znasz go? 
-  Nie  bardzo.  -  Wzrusza  ramionami.  -  Ale  lepiej  znam  jego  brata, 
Steve'a. 
I  nagle  mam  wrażenie,  że  kula  ziemska  przestała krążyć wokół  swojej 
osi. 
- Co?! -  Nie  mogę uwierzyć  w  to,  co  przed  chwilą  usłyszałam.  Gavin, 
zaskoczony moją reakcją, jąka się: 
- S - steve. Tak. Steve Winer. Co, nie wiedziałaś? 
- Steve?! - Gapię się na niego. - Doug Winer ma brata, który ma na imię 
Steve? Mówisz poważnie? 
- Tak. - Gavin przygląda mi się badawczo. - Chodził ze mną na zajęcia 
z  filmu  w  zeszłym  semestrze.  Robiliśmy  razem  projekt.  Trochę 
durnowaty, w sumie  nic dziwnego, bo Steve też jest trochę durnowaty. 
Ale czasem razem gdzieś  łaziliśmy. On  jest na ostatnim roku. Mieszka 
w siedzibie Tau Phi. 
-  On  też  należy  do  Tau  Phi?  -  Jakoś  nie  mogę  tego  wszystkiego 
przetrawić. 
-  Tak.  Jest  chyba  prezesem  stowarzyszenia,  czy  jakoś  tak.  No  cóż, 
powinien  być,  bo  jest  tam  chyba  jednym  z  najstarszych  facetów.  Gość 
ma  dwadzieścia  pięć  lat  i  nadal  robi  kursy,  takie  jak  Wstęp  do  pracy 
społecznej czy podobne.  Steve  chce  robić  wielką  karierę, jak  jego tata. 
Ale  jest  za  głupi,  żeby  zarobić  pieniądze  na  czymś  innym  poza 
handelkiem.  A  więc...  -  Gavin  wzrusza  ramionami.  -  Sprzedaje  kokę  i 
inne  gówna  imprezującym  studentom,  a  tatuś,  i  Uniwersytet 
Nowojorski,  o  ile  się  orientuję,  przymykają  na  to  oko.  To  przecież 
logiczne, że szkoła nic z tym nie robi, skoro staruszek Winer podarował 
jej kompleks sportowy. 
-  Gavin  chichocze.  -  Szkoda,  że  jego  własne  dzieci  są  zwykle  zbyt 
upalone, żeby z niego korzystać. 
- A więc obaj Winerowie handlują na dużą skalę? - pytam. Nagle trener 
Andrews  nie  wydaje  się  już  ani  w  połowie  tak  interesujący,  jak 
przedtem. 
- Nie wiem, czy na dużą. - Gavin wzrusza ramionami. - To znaczy, oni 
obaj  handlują  i  tak  dalej,  i  nie  ma  sprawy.  Ale  wtedy,  kiedy  miałem  z 

background image

nim  zajęcia,  Steve  był  cały  czas  naćpany.  No  i  wiecznie  spał,  to  aż 
nudne,  wiesz,  kiedy  mieliśmy  pracować  nad  projektem.  Musiałem 
praktycznie  całą  robotę  odwalić  sam.  Oczywiście  dostaliśmy  szóstkę. 
Ale to nie była zasługa Winera. 
- A czym on handluje? - pytam. 
-  Wszystkim,  co  tylko  chcesz.  Chociaż  jakieś  zasady  ma.  Sprzedaje 
tylko  ludziom,  którzy  gotowi  są  doświadczać  odmiennych  stanów 
świadomości,  jakie  mogą  im  oferować  narkotyki.  Mniej  więcej  jakoś 
tak. 
-  Gavin  przewraca  oczami.  -  Fajne  zasady.  Wiesz,  jakie  ten  facet  miał 
hobby,  kiedy  był  dzieckiem?  Zakopywał  koty  aż  po  szyję  w  ziemi  na 
podwórzu  za  domem,  a  potem  przejeżdżał  im  po  głowach  kosiarką  do 
trawy. 
- To chore - mówię, szeroko otwierając oczy. 
-  To  jeszcze  nie  wszystko.  Steve  potrafił  przywiązywać  im  cegłę  do 
ogona  i  wrzucać  je  do  basenu.  Ten  facet  to  szaleniec.  Poza  tym  ma 
świra na punkcie kasy. Widzisz, jego stary zbił majątek na budowlance. 
I  chce,  żeby  jego  synowie  zrobili  tak  samo.  No  wiesz,  znaleźli  sektor 
biznesu,  w  którym  sami  się  zrealizują,  i  tak  dalej.  Więc  jak  tylko 
skończą  studia,  odcina  im  fundusze.  To  dlatego  Steve  usiłuje  doić  tę 
krówkę, jak długo się da. 
- Skąd ty to wszystko wiesz, Gavin? 
- Co wszystko? 
- To wszystko o Winerach. Gavin się dziwi. 
- Nie wiem. Imprezuję z nimi czasem. 
- Ty z nimi imprezujesz? 
- Tak - przyznaje Gavin. - No wiesz. Uważam, że Steve to nieudacznik, 
ale  facet  ma  znajomości.  Tego  mostu  za  sobą  nie  spalę,  mimo  że 
totalnie  zawalił  nasz  projekt.  Ale,  rozumiesz,  jak  będę  rozkręcał  tę 
swoją  firmę,  będę  potrzebował  inwestorów.  Kasa  z  narkotyków  jest 
lepsza niż brak kasy. Nie  muszę pytać, skąd się wzięły pieniądze. Poza 
tym  na  tych  imprezach  w  Tau  Phi  pojawia  się  trochę  bardzo  fajnych 
lasek.  Dziś  wieczorem  też  jest  jedna...  -  Przerywa  i  patrzy  na  mnie 
nieufnie. 
- To znaczy, kobiet. Nie lasek. Kobiet. 
- Dziś wieczorem jest impreza w siedzibie Tau Phi? - pytam. 
- Tak. 

background image

A ja nagle wiem, że muszę tam być. 
- Możesz mnie tam ze sobą zabrać? 
- Co? - Gavin jest nieco skołowany. 
- Na imprezę. Żebym mogła poznać Steve'a Winera. 
Wiecznie  śpiące,  brązowe  oczy  Gavina  raz  w  życiu  otwierają  się 
szeroko. 
-  Ty  chcesz  spróbować  koki?  O  ludzie!  Zawsze  wierzyłem,  że  nie 
ćpasz!  I  te  wszystkie  antynarkotykowe  reklamy,  które  zrobiłaś,  kiedy 
byłaś gwiazdą... 
- Ja nie chcę żadnej koki. 
-  Bo  koka  szkodzi.  Naprawdę  lepsza  jest  marycha.  Mogę  ci  załatwić 
trochę świetnej  marychy, od razu byś się wyluzowała. Bo czasami taka 
jesteś bardziej spięta, wiesz, Heather? Zawsze to w tobie zauważałem. 
- Żadnej marychy też nie chcę - oświadczam, zgrzytając zębami. 
-  Chcę  za  to  zadać  Steve'owi  Winerowi  parę  pytań  na  temat  Lindsay 
Combs. Bo moim zdaniem Steve może coś na ten temat wiedzieć. 
Gavin znów na wpół przymknął powieki, jak zwykle. 
- A nie powinna się tym zajmować policja? 
- Można by się tego spodziewać, prawda? - Śmieję się z goryczą. 
- Ale, o ile wiem, policja niespecjalnie się tym przejmuje. A więc. Co ty 
na to? Myślisz, że uda ci się mnie tam wprowadzić? 
-  Jasne  -  mówi  Gavin.  -  To  jest  do  zrobienia.  To  znaczy,  jeśli  tylko 
chcesz, żebym cię zabrał dziś wieczorem na tę imprezę. 
- Naprawdę? - Przechylam się w jego stronę nad biurkiem Sarah. 
- Naprawdę byś to zrobił? 
-  Hm.  -  Gavin  patrzy  na  mnie  tak,  jakby  powątpiewał  w  moje  zdrowe 
zmysły. - Tak. To nic wielkiego. 
- Wow. - Gapię się na niego. Nie umiem powiedzieć, czy on chce mi się 
podlizać,  licząc  na  to,  że  wkradnie  się  w  moje  łaski  i  zostanie 
potraktowany  łagodniej,  czy  też  rzeczywiście  chce  mi  pomóc.  - 
Byłoby... świetnie. Nigdy jeszcze nie byłam na żadnej imprezie w takim 
studenckim bractwie. O której to się zaczyna? I w co ja mam się ubrać? 
-  Usiłuję  nie  myśleć  o  tym  napisie  „Grube  laski  poszły  won”.  Czy  on 
tam  nadal  jeszcze  będzie?  I  co,  jeśli  mnie  nie  wpuszczą,  bo uznają,  że 
jestem za gruba? Boże, to strasznie żenujące. 
To znaczy, dla nich. 
-  Nigdy  jeszcze  nie  byłaś  na  imprezie  w  studenckim  bractwie? -  Teraz 

background image

to Gavin jest wstrząśnięty. - Jezus, nawet kiedy studiowałaś? 
Decyduję się puścić to mimo uszu. 
-  Dziwkowato,  nie?  Powinnam  się  ubrać  dziwkowato?  Gavin  znów 
unika kontaktu wzrokowego. 
- Tak, dziwkowato zwykle wypada, okay. Impra raczej  się nie rozkręci 
przed jedenastą. To mam po ciebie przyjść? 
-  O  jedenastej?  -  Niemal  wrzeszczę,  a  potem  przypominam  sobie  o 
doktor  Kilgore,  która,  jak  słyszę  ze  szmeru  głosów  za  kratą,  znów  ma 
spotkanie z kimś w gabinecie Toma, więc zniżam głos. - Jedenasta? - O 
jedenastej  to  ja  zwykle  wyciągam  gitarę,  żeby  sobie  parę  razy  przed 
snem przegrać piosenkę, którą aktualnie komponuję. A potem gaszenie 
świateł. - To za późno! 
Gavin zerka teraz na mnie z szerokim uśmiechem. 
- No to trzeba sobie będzie nastawić budzik, babciu, nie? 
- Nie - mówię, marszcząc brwi. I do kogo on tu się zwraca per babciu? - 
To znaczy, jeśli to najwcześniejsza... 
- Tak. 
- No cóż, niech będzie. I nie, nie  możesz po mnie przyjść. Spotkam się 
z tobą pod Waverly Hall o jedenastej. 
Gavin się uśmiecha. 
- Co jest? Boisz się, że twój chłopak nas zobaczy? 
- Tłumaczyłam ci już. To nie jest mój... 
- Tak, Tak, Tak. To nie twój chłopak. I zaraz mi jeszcze powiesz, że to 
nie będzie randka. 
Gapię się na niego. 
-  Bo  nie  będzie.  Myślałam,  że  to  rozumiesz.  To  misja  rozpoznawcza, 
żeby  dotrzeć  do  tajemnicy  morderstwa  Lindsay.  To  nie  jest  żadna 
randka. Chociaż naprawdę doceniam twoją... 
- Jezu! - wybucha Gavin. - Ja sobie tylko robię z ciebie  jaja! Dlaczego 
musisz od razu być taka? 
Patrzę na niego i mrugam oczami. 
- Jaka? 
- Profesjonalna i tak dalej. 
-  Przed  sekundą  powiedziałeś  mi,  że  nie  jestem  wystarczająco 
profesjonalna - zauważam. 
- Właśnie o to mi chodzi. Jesteś jak chorągiewka na wietrze. Dlaczego? 
Kiedy kończy to mówić, do środka wchodzi rozpromieniony Tom. 

background image

- Co dlaczego? - pyta, siadając za moim burkiem. Widzę po jego minie, 
że rozmowa telefoniczna ze Steve'em Andrewsem wypadła nieźle. 
Co  to  znaczy?  Że  jednak  czepiałam  się  niewłaściwego  Steve'a?  Ale 
dlaczego Kimberly miałaby mnie okłamywać? 
-  Człowieku,  posłuchaj  -  mówi  Gavin,  machając  przed  nosem  Toma 
listem z naganą. - Wiem, że dałem ciała. Ale czy my naprawdę musimy 
tak to  wałkować? Nie  potrzebuję  pogadanki  na  temat alkoholu.  To już 
przerobiłem na ostrym dyżurze w St. Vincent's. 
-  No cóż, Gavin.  - Tom  rozpiera  się  na  moim krześle. -  Masz  w takim 
razie  szczęście.  Bo  nie  mając  obecnie  dostępu  do  własnego  gabinetu 
oraz będąc w znakomitym  humorze, w tym tygodniu nie odbędę z tobą 
pogadanki na temat alkoholu. 
Gavin jest zaszokowany. 
- Zaraz... Mam to z głowy? 
-  W tym  tygodniu.  Wyznaczę  ci  inny  termin.  A teraz...  zmykaj  - rzuca 
Tom, machając ręką w stronę drzwi. - Na wolność. 
- O kurka wodna! - woła Gavin radośnie. A potem obraca się i wskazuje 
na mnie palcem. - Do zobaczenia później, maleńka. 
I wybiega. 
Tom na mnie patrzy. 
- Maleńka? 
- Nawet nie pytaj. Naprawdę. No i co, ty i Steve...? 
-  O  siódmej  dziś  wieczorem.  -  Tom  uśmiecha  się  od  ucha  do  ucha.  - 
Kolacja w Po. 
- Romantycznie - stwierdzam. 
- Mam nadzieję - wzdycha Tom. 
Ja  też  mam  nadzieję...  To  znaczy,  ze  względu  na  niego.  Bo  jeśli  się 
okaże,  że  mam  rację  i  Steven  Andrews  nie  jest  gejem,  to  będzie  to 
znaczyło,  że  faktycznie  coś  w  tym  jest,  co  mówiła  mi  wczoraj 
wieczorem Kimberly w damskiej łazience. 
Ale  dopóki  nie  będę  tego  wiedziała  na  pewno,  koncentruję  się  na 
jedynym  pozostałym  tropie,  którym  dysponuję  w  tej  chwili...  Na 
tajemniczym  Stevenie  wymienionym  przez  Manuela,  co  trochę  zbyt 
przypadkowo  okazuje  się  imieniem  brata  Douga  Winera.  Jeśli  on  wie 
coś  o  śmierci  Lindsay,  to  ja  na  pewno  zdołam  to  wyczuć...  A 
przynajmniej mam taką nadzieję. 
O ile mnie przedtem stamtąd nie wyrzucą za to, że jestem grubą laską. 

background image

20 
Ja Michael i jego Jezus 
Juice, 
Jak OJ i jego rękawica, 
Moja prawdziwa 
dysfunkcyjna miłości, 
Pasujemy do siebie 
jak lewica i prawica. 
 
Pasujemy do siebie 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Ponieważ  nigdy  przedtem  nie  byłam  na  imprezie  w  bractwie 
studenckim, trochę trudno mi się zdecydować, co na siebie włożyć. Jak 
rozumiem,  mile widziana będzie dziwkowatość. Ale do jakiego stopnia 
posunięta?  Poza  tym  na  dworze  jest  mróz.  Czy  naprawdę  mam  ochotę 
wychodzić z domu w mini i cienkich rajstopach? I czy mini jest w ogóle 
właściwe  dla  kobiety  w  moim  wieku,  nie  wspominając  już  o  tym,  że 
ostatnio dorobiłam się licznych dołeczków na udach? 
Przecież to nie tak, że mam w ogóle kogo o to zapytać. Party nie mogę 
powiedzieć,  bo  ona  sobie  wtedy  przypomni,  że  wciąż  nie  dałam 
Frankowi odpowiedzi w sprawie tego występu w Pubie Joego, a Magda 
nic mi tu nie pomogła. Kiedy do niej dzwonię i pytam, czy mam włożyć 
mini,  mówi  tylko:  „oczywiście”.  A  kiedy  pytam,  czy  mam  włożyć  do 
tego sweter, wybucha: 
- Sweter! Oczywiście, że nie! Nie masz żadnego ażurowego topu? Albo 
czegoś w lamparci wzór? 
Decyduję  się  na  czarną  mini,  która  jest  trochę  obcisła,  ale  z 
prześwitującym  (chociaż  nie  ażurowym)  topem  od  Betsey  Johnson  nie 
widać tego wałeczka, który brzuch tworzy mi nad paskiem spódnicy i to 
mimo  obciskających  rajstop.  Dorzucam  do  całości  czarne  kozaki  z 
cienkiej  skóry  na  wysokich  obcasach  (które  z  miejsca  mi  się  zniszczą 
od  soli  na  ulicach)  i  idę  zająć  się  włosami.  Chcę  wyglądać  zupełnie 
inaczej  niż  wtedy,  kiedy  byłam  w  siedzibie  Tau  Phi  ostatnim  razem, 
więc  upinam  włosy  do  góry,  seksownie  zwichrzone...  Bo  i  tak  mi  się 
przecież potargają, kiedy będę zdejmowała czapkę. 
Kilka  psiknięć  ostatniej  Beyonce  -  hej,  ja  wiem,  że  nie  należy  używać 

background image

perfum  sygnowanych  nazwiskiem  rywalki,  ale  w  przeciwieństwie  do 
zapachów  Tani  (i  Britney),  perfumy  Beyonce  przynajmniej  ładnie 
pachną...  Jak  koktajl  owocowy,  mniam  -  i  jestem  już  gotowa  do 
wyjścia. 
Nie  spodziewam  się  tylko,  że  wychodząc,  wpadnę  na  Jordana 
Cartwrighta. 
Serio. Wiecznie coś. No bo skradam się ukradkiem na dół - udaje mi się 
bezpiecznie  przemknąć  obok  obu  pozostałych  mężczyzn  mojego  życia 
tak, że żaden nic nie podejrzewa. Tata w swoim pokoju gra na flecie, a 
Cooper  u  siebie  robi  to,  co  zwykle  robi  tam  wieczorami  -  czyli  Bóg 
jeden wie, co takiego, ale moim zdaniem coś związanego z zakładaniem 
na  uszy  słuchawek,  bo  nie  wiem,  jakby  dał  radę  cokolwiek  robić, 
jednocześnie  słuchając  tego,  co  wygrywa  na  flecie  tata  -  i  wychodzę 
przed dom, wpadając tam na dziwacznie, wręcz po indiańsku opatuloną 
postać, która usiłuje się zorientować, jak wejść na ganek, nie zdejmując 
nart biegówek. 
- Heather? - Indianin patrzy na mnie, mrużąc oczy w świetle lejącym się 
zza otwartych przeze mnie drzwi. - Och, dzięki Bogu, to ty. 
Mimo  że  głos  ma  stłumiony  licznymi  szalami,  którymi  okutał  sobie 
szyję i twarz, poznaję go. 
- Jordan. - Szybko zamykam za sobą frontowe drzwi, a potem ostrożnie 
schodzę 

po 

schodach 

nie 

jest 

to 

łatwe  zadanie  na 

ośmiocentymetrowych  obcasach  przy  tym  lodzie.  -  Co  ty  tu  robisz?  I 
to... na nartach? 
- Nie chciałaś odpowiadać na moje telefony. - Jordan ściąga szale, więc 
widzę jego usta, a potem unosi narciarskie gogle, którymi chronił oczy. 
- Ja naprawdę  muszę z tobą pomówić. Tata zabrał  limuzynę, a żadna z 
firm  przewozowych  nie  może  się  przedostać  przez  mosty,  no  i  nie  ma 
taryf. Więc musiałem wziąć narty, żeby się tu dostać z Piątej Alei. 
Gapię się na niego. 
- Jordan. Mogłeś pojechać metrem. 
W świetle padającym z ulicznej lampy nad naszymi głowami jego oczy 
się rozszerzają. 
- Metrem? Tak późno wieczorem? Heather, tam jest pełno bandytów! 
Kręcę  głową.  Wreszcie  przestało  śnieżyć,  ale  nadal  jest  przejmująco 
mroźnie. Nogi już mi marzną, osłonięte tylko cienkim nylonem rajstop. 
- Jordan - odzywam się niecierpliwie. - Czego chcesz? 

background image

- Ja... pojutrze się żenię - oświadcza. 
- Tak  -  mówię.  -  Żenisz  się.  Mam  nadzieję,  że  nie pchałeś  się  aż  tutaj, 
żeby mi o tym przypomnieć i błagać, żebym przyszła na twój ślub. Bo 
ja nadal się nie wybieram. 
- Nie - zaprzecza Jordan. Trudno to stwierdzić w słabym świetle latarni, 
ale wygląda dość mizernie. - Heather, ja się pojutrze żenię. 
- Wiem - mówię. I wtedy nagle dociera do mnie, co on tu robi. Oraz że 
jest pijany. 
- O nie. - Zasłaniam  się przed nim otwartą dłonią w rękawiczce. - Nie. 
Teraz  mi  tego  nie  zrobisz.  Ja  nie  mam  na  to  czasu,  Jordan.  Jestem  z 
kimś umówiona. 
-  Z  kim?  -  Oczy  Jordana  łzawią.  -  Jesteś  taka  jakaś...  wystrojona. 
Heather... Ty masz chłopaka? 
- Boże! - W głowie mi się to wszystko nie mieści. Na szczęście głos nie 
niesie  się  zbyt  daleko  po  ulicy.  Pół  metra  śniegu  zakrywającego 
kołderką  dachy  wszystkich  zaparkowanych  tu  samochodów  (nie 
wspominając  o  chmurach  śniegowych,  wiszących  tak  nisko,  że  na 
różowo odbijają się w nich światła miasta) tłumi dźwięki. - Jordan, jeśli 
zmieniłeś zdanie co do małżeństwa z nią, powiedz o tym  jej, nie mnie. 
Mnie  nie  obchodzi,  co  robisz.  Zerwaliśmy  ze  sobą,  pamiętasz? 
Właściwie ty ze mną zerwałeś. Dla niej. 
- Ludzie popełniają błędy - mruczy Jordan. 
-  Nie,  Jordan.  Nasze  zerwanie  nie  było  błędem.  To  zerwanie  było 
konieczne. Mieliśmy rację, rozstając się. My do siebie nie pasujemy. 
- Ale ja ciebie nadal kocham - upiera się Jordan. 
- Oczywiście, że tak. Podobnie, jak ja kocham ciebie. Jak brata. Dlatego 
musieliśmy  ze  sobą  zerwać,  Jordan.  Bo  rodzeństwo  nie  powinno  ze 
sobą... No wiesz. To obrzydliwe. 
-  Wcale  nie  było  tak  obrzydliwie  tego  wieczoru,  kiedy  zrobiliśmy  to 
tam - powiada, wskazując w stronę frontowych drzwi domu Coopera. 
-  Och,  jasne  -  mówię  z  ironią.  -  To  dlatego  tak  szybko  zwiałeś,  kiedy 
skończyliśmy. Bo nie było obrzydliwie. 
-  Nie  było  -  upiera  się  Jordan.  -  No  cóż...  Może  było  nieco  dziwnie. 
Trochę. 
-  Właśnie.  Jordan,  ty  ze  mną  chcesz  być  tylko  dlatego,  że  mnie  znasz. 
Że  to  łatwe.  Byliśmy  ze  sobą  tak  długo...  Praktycznie  dorastaliśmy 
razem.  Ale  to  nie  jest  dobry  powód,  żeby  dwoje  ludzi  ze  sobą 

background image

zostawało.  Musi  być  jakaś  namiętność.  A  nam  tego  zabrakło.  Za  to 
między tobą a Tanią chyba istnieje. 
- Tak. Po same uszy pełna jest namiętności. Ledwie za nią nadążam. 
To  nie  jest  coś,  co  masz  ochotę  słyszeć  o  dziewczynie  swojego  byłego 
faceta. Nawet jeśli faktycznie traktujesz go jak brata. Zazwyczaj. 
- Szusuj z powrotem do domu - radzę mu. - Weź aspirynę i kładź się do 
łóżka. Rano wszystko wyda ci się łatwiejsze. Obiecuję. 
- A ty dokąd idziesz? - pyta Jordan żałośnie. 
-  Ja  muszę  iść  na  imprezę.  -  Otwieram  torebkę,  żeby  sprawdzić,  czy 
zabrałam szminkę i nowy sprej z pieprzem. Obie rzeczy są. 
-  Jak  to,  musisz?  -  pyta  Jordan,  jadąc  na  nartach  obok  mnie,  kiedy 
ostrożnie ruszam chodnikiem. - To coś związanego z pracą, czy co? 
- W pewnym sensie - odpowiadam. 
-  Och.  -  Jordan  jedzie  obok  mnie  aż  do  rogu,  gdzie  światło  na 
skrzyżowaniu  mruga  żałośnie  nad  opustoszałą  ulicą.  Nawet  Reggiego 
nie  ma  na dworze w taką pogodę. Wiatr wiejący  przez park przeszywa 
nas,  a  ja  zaczynam  mieć  wątpliwości  co  do  sensu  tej  całej  wyprawy  i 
żałuję,  że  nie  siedzę  w  wannie  z  ostatnią  powieścią  Nory  Roberts, 
zamiast stać na tej pustej ulicy ze swoim byłym. - No cóż - odzywa się 
Jordan. - Dobra. To na razie. 
-  Pa,  Jordan  -  odpowiadam  z  ulgą,  że  wreszcie  sobie  pójdzie.  Kiedy 
powoli kieruje się na nartach w stronę Piątej Alei, ja ruszam przez park, 
gorzko  żałując  swojej  decyzji,  że  nie  włożyłam  dżinsów.  Jasne,  nie 
wyglądałabym tak ładnie. Ale byłoby mi, cholera, znacznie cieplej. 
Wędrówka  przez  park  to  mordęga.  Już  się  nie  napawam  pięknem 
świeżo spadłego śniegu. Ścieżki są odśnieżone, ale nie do końca, a teraz 
napadało  jeszcze  trochę  świeżego  puchu.  Moje  buty  nie  są 
wodoodporne  i  przeznaczone  głównie  do  noszenia  we  wnętrzach, 
najlepiej  na  niedźwiedziej  skórze  przed  huczącym  kominkiem.  A 
przynajmniej tak je prezentowała ta dziewczyna na zdjęciu w katalogu. 
Wiem,  że  powinnam  była  wybrać  się  do  jednego  z  tych  milionów 
sklepów  z  obuwiem  na  Ósmą  ulicę,  zamiast  zamawiać  kozaki  z 
katalogu. Ale bezpieczniej jest robić zakupy w sieci. W komputerze nie 
rzuca mi się w oczy szyld Krispy  Kreme  i  nie  mruga napisem  „Gorące 
pączki”. 
Zaczynam  już trochę chcieć, żeby Gavina tam nie było, kiedy dojdę do 
Waverly Hall, żebym mogła zawrócić i pójść do domu. 

background image

Ale  on  stoi  i  trzęsie  się  w  arktycznym  wietrze  hulającym  przez  park. 
Kiedy  drobnym  kroczkiem  podchodzę  do  niego  na  tych  swoich 
wysokich obcasach, mówi: 
- Kobieto, jesteś mi winna przysługę. Odmrażam tu sobie klejnoty. 
- I dobrze - powiadam, stając obok niego. - Przez te klejnoty i tak tylko 
się ładujesz w tarapaty. 
Muszę mu położyć dłoń na ramieniu, żeby nie stracić równowagi, kiedy 
otrzepuję  śnieg  ze  swoich  nowych  kozaków.  On  zerka  na  moje  nogi  i 
gwiżdże. 
- Jezu, maleńka. Apetyczna jesteś. 
Puszczam jego ramię i dłonią lekko go uderzam w tył głowy. 
-  Oczy  przed  siebie,  Gavin.  Mamy  tu  zadanie  do  wykonania.  Żadnego 
pożądliwego gapienia się. I nie mów do mnie maleńka. 
- Ja się nie gapiłem pożą... pożą... No nie to, co powiedziałaś - tłumaczy 
się Gavin. 
- Chodź - mówię. Czuję, że się rumienię. To dlatego, że zaczynam mieć 
spore  wątpliwości  co  do  tego  wszystkiego,  nie  tylko  miniowy,  ale 
dokooptowania  do  pomocy  Gavina.  Czy  naprawdę  tak  postępuje 
odpowiedzialna  zastępczyni  kierownika  administracyjnego  akademika? 
Spotyka się ciemną nocą ze studentami - nawet takimi, co już skończyli 
dwadzieścia  jeden  lat  -  z  zamiarem  uczestniczenia  w  imprezach 
studenckich  stowarzyszeń?  Gavin  już  się  zdołał  wykazać  wyjątkową 
niedojrzałością,  kiedy  chodzi  o  kontrolowanie  ilości  spożytego 
alkoholu. Czy to, że zgadzam się wziąć razem z nim udział w podobnej 
eskapadzie,  nie  znaczy,  że  tylko  go  wspieram  w  dokonywaniu 
niewłaściwych  wyborów?  Czy  ja  go  nie  namawiam do złego? O Boże, 
namawiam!  -  Posłuchaj,  Gavin  -  mówię,  kiedy  przechodzimy  przez 
dziedziniec budynku w stronę frontowych drzwi. Nie widzę już bielizny 
na  iglakach,  bo  przysypane  są  śniegiem,  ale  słyszę  dudniącą  muzykę 
dobiegającą  z  górnego  piętra,  tak  głośną,  że  wydaje  mi  się,  że  aż  mi 
wibruje w klatce piersiowej. - Może to jednak nie jest najlepszy pomysł. 
Nie chcę, żebyś miał przeze mnie kłopoty... 
-  Ale  o  czym  ty  mówisz?  -  pyta  Gavin,  otwierając  przede  mną  drzwi, 
zawsze dżentelmen. - Jakie kłopoty ja tu mogę mieć? 
- Z piciem. 
Gavin mimo zimna aż się wzdryga. 
-  Kobieto,  ja  już  nigdy  w  życiu  nic  nie  wypiję.  Myślisz,  że  tamtego 

background image

wieczora nie dostałem nauczki? 
-  Wchodźcie  do  środka  albo  zamknijcie  te  drzwi!  -  ryczy  strażnik  zza 
biurka ochrony. Więc szybko wchodzimy do holu. 
-  Bo  wiesz  -  szepczę,  kiedy  stoimy  i  otrzepujemy  buty  ze  śniegu  pod 
groźnym  wzrokiem ochroniarza -  jeśli to Steve  i Doug faktycznie stoją 
za  tym,  co  spotkało  Lindsay,  to  mamy  do  czynienia  z  niezwykle 
niebezpiecznymi osobnikami... 
- Racja - przytakuje Gavin. - I dlatego, kiedy już tam wejdziemy, ty też 
nie  powinnaś  pić  niczego,  czego  sama  sobie  nie  otworzysz  albo  nie 
nalejesz. I nawet na sekundę nie odstawiaj na bok swojego piwa. 
- Naprawdę? - Unoszę brwi. - Naprawdę uważasz...? 
- Ja nie uważam - mówi Gavin. - Ja wiem. 
- No cóż, ja... 
Za  nami otwierają  się  drzwi  frontowe  i  do środka wpada jakiś Nanook 
of the North. 
Ale to nie Nanook. To Jordan. 
- Aha! - Unosi gogle i pokazuje mnie palcem. - Widziałem! 
- Jordan. - To już szczyt wszystkiego. - Ty mnie śledziłeś? 
- Tak. - Jordan ma problem z wejściem do środka z nartami. - I dobrze, 
że to zrobiłem. Powiedziałaś, że nie masz żadnego chłopaka. 
- Zamykać te drzwi! - drze się stary, zrzędliwy ochroniarz. 
Jordan próbuje, ale narty mu przeszkadzają. Rozzłoszczona, podchodzę 
mu pomóc, szarpiąc dość gwałtownym ruchem za  jeden z  jego kijków. 
Drzwi wreszcie się za nim zamykają. 
-  Co  to  za  facet?  -  pyta  ostro  Gavin.  A  potem,  zupełnie  innym  tonem 
głosu, kontynuuje: - O mój Boże. Ty jesteś Jordan Cartwright? 
Jordan ściąga gogle. 
-  Tak.  -  Obejmuje  spojrzeniem  Gavina,  jego  kozią  bródkę  i  luźne 
ciuchy. - Przedszkole teraz zakładasz, Heather? - pyta mnie kąśliwie. 
-  Gavin,  to  jeden  z  naszych  mieszkańców  -  prycham.  -  A  nie  mój 
chłopak. 
- Hej. - Gavin ma na ustach uśmieszek. Powinnam była wiedzieć, że nie 
spodoba  mi  się  to,  co  zaraz  powie.  -  Człowieku,  mojej  mamie  bardzo 
się twoja ostatnia płyta podobała. Babci też. Jest twoją wielką fanką. 
Jordan,  który  wreszcie  odwinął  większość  swoich  szali,  piorunuje  go 
wzrokiem. 
- Hej - mówi. - Wal się, mały. Gavin udaje urazę. 

background image

-  W  taki  sposób  zwracać  się  do  syna  jednej  z  niewielu  osób,  które 
kupiły twoją ostatnią płytę? Facet, łamiesz mi serce. 
- Ja nie żartuję - zwraca się Jordan do Gavina. - Dopiero co dostałem się 
tu  na  biegówkach  z  okolicy  Wschodniej  Sześćdziesiątej  i  nie  jestem  w 
nastroju na te bzdety. 
Gavin robi zdziwioną minę. A potem uśmiecha się do mnie radośnie. 
- Jordan Cartwright powiedział „bzdety” - stwierdza. 
-  Przestańcie.  Obaj.  Jordan,  wkładaj  swoje  narty.  My  idziemy  na 
imprezę, a ty nie jesteś zaproszony. Gavin, zadzwoń tam, żeby wpuścili 
nas na górę. 
Gavin mruga powiekami. 
- W bractwach nie trzeba wpisywać gości do książki. 
-  Nie  wygłupiaj  się.  Polityka  dotycząca  odwiedzin  jest  taka  sama  w 
całym  kampusie.  Pokazałabym  strażnikowi  identyfikator,  żeby  nas 
wpuścił do  środka,  ale  nie  chcę,  żeby  oni  tam  się  dowiedzieli,  że  będą 
mieć  na  imprezie  kogoś  z  administracji.  -  Patrzę  na  swojego  byłego, 
który nadal usiłuje się wyplątać ze swoich szali. - Jordan. Serio. Gavin i 
ja mamy tu zadanie do wykonania, a ty nie jesteś zaproszony. 
- Jakie zadanie? - dopytuje się Jordan. 
- Takie,  przy  którym  nie  należy  się  rzucać  w oczy  -  tłumaczę.  -  A  nie 
uda  nam  się,  jeśli  wparujemy  do  środka  w  towarzystwie  Jordana 
Cartwrighta. 
- Ja mogę nie rzucać się w oczy - twierdzi Jordan. 
-  Polityka  dotycząca  odwiedzin  nie  dotyczy  greckich  stowarzyszeń  - 
wyjaśnia Gavin znudzonym tonem. 
Zerkam na strażnika ochrony. 
- Naprawdę? 
-  Każdy  może  wejść  na  górę.  -  Strażnik  wzrusza  ramionami.  Minę  ma 
niemal tak samo znudzoną jak Gavin. - Ja tylko nie wiem, kto by chciał. 
-  Czy  to  ma  coś  wspólnego  z  zabójstwem  tamtej  dziewczyny?  -  pyta 
Jordan. - Heather, czy Cooper o tym wszystkim wie? 
- Nie - cedzę przez zęby. Nic nie poradzę, strasznie się wkurzyłam. - A 
jeśli mu powiesz, to ja... to ja... To ja powiem Tani, że ją zdradziłeś. 
-  Ona  już  wie  -  oświadcza  Jordan  skonsternowany.  -  Ja  Tani  mówię 
wszystko.  Powiedziała,  że  nie  ma  sprawy,  o  ile  to  się  znów  nie 
powtórzy.  Słuchajcie,  dlaczego  nie  mógłbym  z  wami  pójść?  Uważam, 
że byłbym znakomitym detektywem. 

background image

- Nie, nie  byłbyś  - twierdzę.  Nadal  jeszcze  przetrawiam  informację,  że 
jego narzeczona wie o tym, że on ją zdradził. Zastanawiam się, czy wie, 
że  ze  mną.  Jeśli  tak,  to  nic  dziwnego,  że  zawsze  rzuca  mi  te  wredne 
spojrzenia, kiedy mnie gdzieś spotka. 
No ale z drugiej strony, Tania nie umie rzucać ludziom innych spojrzeń 
niż wredne. 
- Bo ty się nie wtapiasz w tło - oskarżam Jordana. Jordan robi obrażoną 
minę. 
-  Jak  to,  ja  się  nie  wtapiam  w  tło?  -  protestuje.  Opuszcza  wzrok  na 
trzymane  w  ręku  narty,  a  potem  szybko  opiera  je,  razem  z  kijkami,  o 
ścianę.  Odwiesza  też  gogle.  -  Może  pan  na  nie  zerknąć?  -  pyta 
ochroniarza. 
- Nie - odmawia ochroniarz. Wrócił już do oglądania jakiegoś programu 
na ekraniku swojego maleńkiego telewizora. 
-  Widzisz?  -  Jordan  szeroko  rozpościera  ręce.  Ma  na  sobie  kożuch, 
liczne  szale,  dżinsy,  buty  narciarskie  i  wełniany  sweter  haftowany  w 
płatki śniegu, a na głowie kominiarkę. - Wtapiam się. 
-  Możemy  już  jechać  na  górę?  -  pyta  Gavin,  nerwowo  zerkając  na 
drzwi.  -  Idzie  tu  cała  grupa  ludzi.  Winda  bierze  maks  trzy  osoby.  Nie 
chcę czekać. 
Zmęczona  sprzeczką  z  Jordanem,  wzruszam  ramionami  i  wskazuję 
windę. 
- Idziemy - mówię. 
Jestem prawie pewna, że Jordan pod nosem mruczy: 
- Pysznie! 
Ale to przecież niemożliwe. Prawda? 
21 
Kiedy noc się kończy 
I wstaje świt, 
Wiesz, że imprezowałaś 
Za długo ciut. 
 
Piosenka imprezowa 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Tak  naprawdę  nigdy  nie  lubiłam  imprez.  Muzyka  zawsze  jest  zbyt 
głośna i nigdy nie słyszysz, co do ciebie mówią ludzie. 

background image

Chociaż  na  takiej  imprezie  jak  ta  w  siedzibie  Tau  Phi  to  może  być 
zaleta.  Bo  nikt  tu  nie  wygląda  na  znakomitego  gawędziarza,  jeśli 
rozumiecie,  o  co  mi  chodzi.  Wszyscy  są  superatrakcyjni:  dziewczyny 
mają  włosy  rozprostowane  jak  druty,  faceci  paradują  ze  starannie 
rozwichrzonymi  i  utrwalonymi  żelem  fryzurami,  co  nadaje  im  taki 
wygląd,  jak  po  wstaniu  z  łóżka,  chociaż  wiesz,  że  świeżo  wyszli  spod 
prysznica. 
I  chociaż  na  zewnątrz  jest  poniżej  zera,  nie  zorientowalibyście  się, 
sądząc po ubraniach dziewczyn: kuse topy z amerykańskim dekoltem  i 
biodrówki  tak  nisko  wycięte,  że  striptizerka  by  się  zarumieniła.  Nie 
widzę 

ani 

jednej 

pary 

uggsów. 

Dzieciaki 

Uniwersytetu 

Nowojorskiego bardzo uważnie śledzą obowiązujące trendy. 
Kiedy wychodzimy z rozklekotanej windy, z niepokojem zauważam, że 
napis  „Grube  laski  poszły  won”  nadal  figuruje  na  ścianach  korytarza, 
chociaż  poczyniono  już  pewne  postępy  w  jego  usuwaniu.  Nie  jest  tak 
odblaskowy jak wtedy, kiedy go po raz ostatni widziałam. 
Ale nadal tam tkwi. 
I z całą pewnością nie widzę na tej imprezie nikogo w rozmiarze XXL. 
Na pierwszy rzut oka przeciętnym rozmiarem jest tu chyba XS. 
Chociaż  nie  mam  zielonego  pojęcia,  jak  te  dziewczyny  znajdują  w 
dziecięcych  działach  stringi,  bo  przecież  niewątpliwie tam większość  z 
nich  musi  się  ubierać,  jeśli  chcą  znaleźć  cokolwiek,  co  by  na  nie 
pasowało. 
Ale  nie  wszystkim  te  niesamowicie  wąskie  talie  wydają  się 
odpychające.  (Jak  te  różne  wewnętrzne  organy  mieszczą  im  się  w 
środku? To znaczy, wątroba i te inne? Czy nie trzeba mieć przynajmniej 
siedemdziesiąt  centymetrów  w  pasie,  żeby  wszystko,  co  jest  tam  w 
środku,  mogło  swobodnie  funkcjonować?).  Jordan  bardzo  szybko 
zaczyna  się  świetnie  bawić,  bo  kiedy  tylko  wchodzi  do  pokoju,  jakaś 
XS - ka podbiega do niego i woła: 
-  O  mój  Boże,  ty  jesteś  Jordan  Cartwright?  Występowałeś  w  Easy 
Street? O mój Boże, ja mam wszystkie twoje płyty! 
Wkrótce  zbiera  się  wkoło  niego  więcej  XS  -  ek,  które  kręcą  swoimi 
wąskimi,  dziecinnymi  bioderkami  i  piszczą.  Jedna  z  nich  podaje 
Jordanowi  plastikowy  kubek  piwa  z  pobliskiej  baryłki.  Słyszę,  jak  on 
mówi: 
- No cóż, wiecie, kiedy ukazał  się ten mój solowy album, media trochę 

background image

na mnie napadały,  bo  ludzie nie  lubią czegoś innego od tego, do czego 
przywykli. 
I już wiem, że kompletnie wsiąkł w tę Strefę XS. 
-  Zostaw  go  -  zwracam  się  do  Gavina,  który  gapi  się  na  Jordana  z 
troską. Któżby zareagował inaczej? Te dziewczyny wyglądają, jakby od 
wielu  dni  nic  nie  pożarły.  -  Już  za  późno.  Będzie  musiał  sam  się 
ratować. Widzisz tu gdzieś Douga? 
Gavin  się  rozgląda.  Poddasze  jest  tak  zatłoczone ludźmi  -  a  światła  są 
tak  mocno  przygaszone  -  że  nie  wiem,  jak  on  tu  ma  kogokolwiek 
rozpoznać.  Ale  udaje  mu  się  dostrzec  Douga  Winera  w  kącie  przy 
szerokich oknach, gdzie całuje się z jakąś dziewczyną. Nie udaje mi się 
stwierdzić,  czy  to  Dana,  jego  ukochana  z  poprzedniego  ranka.  Ale 
kimkolwiek  jest,  zajmuje  się  Dougiem  gorliwie...  Na  tyle,  że  na  razie 
nie muszę się obawiać, że uniesie głowę i mnie tam zauważy. 
- Świetnie - rzucam. - No a teraz, który to Steve? 
Gavin  rozgląda  się  znowu.  Tym  razem  wskazuje  w  stronę  stołu 
bilardowego: 
- Ten tam. Gra sobie. Wysoki, z jasnymi włosami. 
- Okay! - wołam. Właściwie muszę wrzeszczeć, żeby mnie usłyszał, bo 
muzyka tak głośno pulsuje. To jakiś techno pop, który nawet trochę mi 
się  podoba.  Jako  muzyka  do  tańca.  Niestety,  nikt  nie  tańczy.  Może  na 
studenckich  imprezach  to  nie  wypada?  -  Wchodzimy  do  akcji. 
Przedstawisz mnie, prawda? 
- Prawda. Powiem, że jesteś moją dziewczyną. Kręcę głową. 
- On w to nigdy nie uwierzy. Jestem dla ciebie za stara. 
- Nie jesteś dla mnie za stara - sprzeciwia się Gavin. Rozpinam kurtkę i 
ściągam czapkę. 
- Nazwałeś mnie babcią! 
-  Żartowałem  -  mówi  Gavin  z  zawstydzoną  miną.  - Tak  naprawdę  nie 
mogłabyś być moją babcią. No bo ile ty masz lat? Dwadzieścia pięć? 
- Hm - mruczę. - Tak. - Plus minus cztery lata. - Powiedz mu, że jestem 
twoją siostrą. 
Kozia bródka Gavina podryguje z oburzenia. 
- My wcale nie jesteśmy do siebie podobni! 
- O mój Boże. - Od tego techno popu zaczyna mnie boleć głowa. Co ja 
tu w ogóle robię? Powinnam  być w domu, w łóżku, jak wszystkie  inne 
prawie  trzydziestolatki.  Letterman  właśnie  leci.  Ominie  mnie 

background image

Letterman! Przewieszam sobie kurtkę przez ramię. Nie wiem, co innego 
z  nią  zrobić.  Nie  ma  tu  żadnej  szatni,  a  ja  się  boję  tak  ją  rzucić 
gdziekolwiek. Kto wie, czy  mi tu ktoś na nią nie narzyga? - Dobra. No 
to  powiedz,  że  jestem  znajomą,  która  ma  ochotę  zaznać  odmiennego 
stanu świadomości. 
Gavin kiwa głową. 
-  Okay.  Ale  nigdzie  nie  odchodź  z  nim  sama.  Jeśli  cię  poprosi.  Nie 
mogę  nie  zacząć  się  puszyć.  Tylko  troszeczkę.  Nawijam  na  palec 
kosmyk włosów, który wysunął mi się z koka. 
- Uważasz, że poprosi? 
-  Steve  posuwa  wszystko,  co  się  rusza  -  rozczarowuje  mnie  swoją 
odpowiedzią Gavin. - To pies na baby. 
Przestaję się puszyć. 
-  Jasne. -  Obciągam  swoją  minispódniczkę,  żeby  chociaż o  milimetr ją 
wydłużyć. - Cóż, to chodźmy. 
Mijamy kłębiący się tłum ciał, podchodząc do stołu bilardowego, gdzie 
faceci  na  zmianę  grają  przy  pełnej  zachwytu  widowni  złożonej  z  XS - 
ek.  Skąd  się  biorą  wszystkie  te  filigranowe  dziewczyny?  Czy  oni  je 
trzymają na  jakiejś wyspie, skąd wypuszczane są  tylko na wieczór? Bo 
ja w ciągu dnia nigdy ich nie widuję. 
A  potem  sobie  przypominam.  Ta  wyspa  nazywa  się  Manhattan,  a  nie 
widuję  ich  nigdy  w  ciągu  dnia,  bo  wtedy  wszystkie  zajęte  są 
odbywaniem stażów w Conde Nast. 
Gavin  czeka  grzecznie,  aż  jakiś  wysoki  facet  umieści  bilę  w  narożnej 
łuzie  -  przy  pełnych  podziwu  westchnieniach  XS  -  ek  -  zanim  się 
odzywa: 
- Hej, Steve. 
Wysoki facet podnosi wzrok, a ja poznaję te blade oczy Douga Winera - 
ale  to  wszystko.  Steve  Winer  jest  tak  chudy,  jak  jego  młodszy  brat 
przysadzisty,  a  w  porównaniu  z  zapaśniczą  sylwetką  Douga  sam  jest 
zbudowany  jak  koszykarz.  Ma  na  sobie  czarny  kaszmirowy  sweter  z 
podciągniętymi  rękawami,  które  ukazują  bardzo  przyjemnie  żylaste 
przedramiona, i dżinsy tak wystrzępione, że mogą pochodzić wyłącznie 
od  dobrego projektanta.  Steve obnosi  tak  samo nastroszoną fryzurę  jak 
wszyscy  inni  faceci  obecni  na  imprezie  -  pomijając  Gavina,  którego 
włosy są zmierzwione, bo ich faktycznie nie uczesał po wstaniu z łóżka. 
-  McGoren  -  mówi  Steve,  a  na  jego  przystojnej  twarzy  pojawia  się 

background image

uśmiech. - Dawno cię nie widziałem, człowieku. 
Gavin  wysuwa  się  naprzód,  żeby  uścisnąć  dłoń,  którą  Steve  wyciągnął 
do  niego ponad  stołem.  I  wtedy  zauważam, że  dżinsy  Steve'a wiszą  na 
nim  na  tyle  luźno, że  widać  kilka  centymetrów  jego  przypominającego 
tarę do bielizny brzucha. 
Widok tego brzucha działa na  mnie - poza tym spod paska wystaje  mu 
parę  kępek  płowych  włosów.  Czuję  się  tak,  jakby  ktoś  mnie  kopnął  w 
żołądek. Steve Winer  jest studentem  i  być  może  mordercą, a zatem to 
facet nie dla mnie. 
Ale ciało ma rewelacyjne. 
- Hej, stary - mówi Gavin swoim jak zwykle sennym głosem. - Jak leci? 
-  Fajnie  cię  widzieć,  człowieku  -  odpowiada  Steve  i  ściskają  sobie 
prawe  dłonie.  -  Co  w  szkole?  Dalej  się  specjalizujesz  w 
filmoznawstwie? 
-  Aaa,  cholera,  tak.  W  zeszłym  semestrze  udało  mi  się  zrobić 
zaawansowane eksperymentalne. 
- Bez jaj. - Steve nie wydaje się zdziwiony. - No cóż, jeśli ktoś miał to 
zaliczyć, to tylko ty. Widujesz czasem tego Mitcha, który  był w naszej 
grupie na teorii technologii? 
- Raczej nie. Wywalili go za metamfetaminę. 
- Kurde. - Steve kręci głową. - Cholerna szkoda. 
- Tak, wysłali go do łagodnego federalnego, nie do stanowego. 
- Przynajmniej tyle dobrego. 
- Tak. Pozwolili mu zabrać dwie sztuki sprzętu sportowego, więc wziął 
piłkę  do  footbaga  i  frisbee.  Już  zorganizował  rewelacyjną  drużynę 
frisbee. Pierwszą w dziejach więziennictwa. 
- Mitch zawsze był przesadnie ambitny - twierdzi Steve. Jego spojrzenie 
wędruje  w  moją  stronę.  Usiłuję  przybrać  ten  sam  nieobecny  wyraz 
twarzy,  który  obserwuję  u  otaczających  mnie  XS  -  ek.  To  nie  jest 
trudne.  Wystarcza,  że  sobie  wyobrażam,  że  od  dwudziestu  czterech 
godzin nic nie jadłam, tak jak one. 
- Kim jest twoja przyjaciółka? - pyta Steve. 
-  To  jest  Heather  -  przedstawia  mnie  Gavin.  -  Jest  ze  mną  na 
warsztatach z narracji. 
Lekko  panikuję  przy  tym  fragmencie  improwizacji  Gavina  -  nie  wiem 
nic  o  warsztatach  filmowych.  Ale  pochylam  się  naprzód  -  upewniając 
się,  że  mój  biust,  w  czarnych  koronkowych  półmiseczkach  stanika, 

background image

dobrze  widocznych  spod  przejrzystej  bluzki,  napiera  na  materiał,  jak 
mocno się da - i mówię: 
- Miło  mi cię poznać, Steve. Chyba  mamy wspólną znajomą. Steve nie 
odrywa oczu od mojego dekoltu. Och, tak. Schowajcie się, XS - ki. 
- Naprawdę? - mówi. - A kto to taki? 
-  Och,  taka  dziewczyna.  Lindsay...  Lindsay  Combs,  chyba  tak  się 
nazywa. 
Stojący obok  mnie Gavin zaczyna się krztusić, chociaż  niczego nie pił. 
Chyba  moja  improwizacja  nie  spodobała  mu  się  ani  odrobinę  bardziej 
niż mnie jego. 
- Chyba nie znam nikogo o takim  nazwisku. - Steve odrywa spojrzenie 
od mojej klatki piersiowej i patrzy mi prosto w oczy. I tyle, jeśli chodzi 
o to, co zawsze powtarzają ci eksperci od języka ciała w „US Weekly”, 
a  mianowicie,  że  kłamcy  zawsze  unikają  kontaktu  wzrokowego,  kiedy 
opowiadają łgarstwa. 
-  Naprawdę?  -  Udaję,  że  nie  zauważyłam,  jak  wszystkie  te  XS  -  ki 
dokoła  nas  szturchają się  nawzajem łokciami i szepczą. One doskonale 
wiedzą, kto to jest Lindsay Combs. - Boże, to takie dziwne. W zeszłym 
tygodniu opowiadała mi o tobie... Och, zaraz. A może ona powiedziała: 
Doug Winer. 
- Tak - powiada Steve. Czy to tylko moja wyobraźnia, czy też lekko się 
odprężył? - Tak, to mój brat. Pewnie chodziło jej o niego. 
- Zaraz - czka w moją stronę jedna z XS - ek, która widocznie jest nieco 
bardziej pijana,  lub naćpana, niż pozostałe. - Słyszałaś, co się  jej  stało? 
Co się stało Lindsay? 
Próbuję przybrać równie bezmyślną minę jak ona. 
- Nie. A co? 
-  O  mój  Boże  -  mówi  dziewczyna.  -  Ona  została,  no  wiesz,  totalnie 
zamordowana. 
-  Totalnie!  -  zgadza  się  przyjaciółka  XS  -  ki, która wygląda tak,  jakby 
właśnie  roztyła  się  do  rozmiaru  S.  -  Znaleźli  jej  głowę  w  garnku  na 
kuchni w Akademiku Śmierci! 
Na co wszystkie XS - ki i S - ki dokoła stołu bilardowego odpowiadają 
chóralnym: - Ugh! Głośno łapię oddech i udaję szok. 
- O mój Boże! - wołam. - Nic dziwnego, że nie pojawiała się ostatnio na 
technikach audiowizualnych! 
Stojący obok mnie Gavin zbladł jak płachta śniegu. 

background image

-  Lindsay  specjalizowała  się  w  księgowości  -  szepcze  mi  do  ucha. 
Cholera! Zapomniałam! 
Ale to nic nie szkodzi, bo muzyka dudni tak głośno, że chyba nikt poza 
nim  mnie nie słyszał. Steve  Winer sięgnął po kieliszek  martini - słowo 
daję,  ten  facet  popija  martini  na  imprezie  studenckiej  -  a  jego 
przeciwnik  składa  się  do  strzału,  co  zmusza  tych  z  nas,  którzy  stoją 
niedaleko stołu, do odsunięcia się. 
Czuję,  że  umykają  mi  wątki  tej  rozmowy,  więc  kiedy  wszyscy  znów 
gromadzimy  się  wokół  stołu,  żeby  patrzeć,  jak  Steve  wykonuje  swój 
kolejny  strzał  po  tym,  jak  jego  przeciwnik  nie  trafił  w  bilę,  odzywam 
się: 
-  O  mój  Boże,  ale  dlaczego  ktoś  coś  takiego  zrobił?  To  znaczy,  zabił 
Lindsay? Ona była taka miła. 
Widzę,  że  kilka  XS  -  ek  wymienia  nerwowe  spojrzenia.  Jedna  z  nich 
nawet odchodzi od stołu, mrucząc coś o tym, że musi iść do kibla. 
-  To  znaczy,  słyszałam  coś  o  niej  i  o  tym  trenerze  koszykówki... 
Pomyślałam  sobie,  że  po  prostu  rzucę  tę  przynętę  i  zobaczę,  co  się 
stanie. 
To, co się dzieje, było łatwe do przewidzenia. XS - ki są zdziwione. 
- Lindsay  i  trener  Andrews?  -  Jakaś  brunetką kręci  głową. -  Nigdy  nic 
na ten temat nie słyszałam. Słyszałam tylko, że nie zostawia się nigdzie 
na widoku swojej działki, jeśli Lindsay kręci się w pobliżu... 
Brunetka  przerywa,  kiedy  koleżanka  szturcha  ją  łokciem  i  patrząc 
niespokojnie w stronę Steve'a, szepcze: 
- Cśś... 
Ale jest za późno. Strzał Steve'a poszedł w kosmos. A on też się wcale z 
tego nie ucieszył. Ogląda się na Gavina i mówi: 
- Ta twoja koleżanka ma niezły słowotok. 
-  W  końcu  robi  specjalizację  ze  scenopisania  -  wyjaśnia  Gavin  trochę 
zawstydzony. 
Steve  wbija  we  mnie  spojrzenie  bladobłękitnych  oczu.  Dochodzę  do 
wniosku,  że  chociaż  przystojny,  jest  też  dosyć  odrażający  -  pomijając 
świetne mięśnie brzucha. 
- Ktoś ci kiedyś mówił, że bardzo przypominasz tę, jak ona się nazywa? 
Ta piosenkarka pop, która kiedyś występowała w centrach handlowych? 
- Heather Wells! - Ta S - ka nie jest aż tak pijana (czy naćpana) jak cała 
reszta  (niewątpliwie  dlatego,  że  ma  na  sobie  nieco  więcej  tłuszczu, 

background image

który może absorbować alkohol), więc dość szybko wszystko chwyta. - 
O  rany,  ona  faktycznie  wygląda  jak  Heather  Wells!  No  i...  Czy  ty 
czasem nie mówiłeś, że ma na imię Heather? - pyta Gavina. 
- Hm - mamroczę. - Tak. Często to słyszę. Bo na  imię  mam Heather. I 
wyglądam jak Heather Wells. 
-  Ale  traf!  -  Jedna  z  XS  -  ek,  ledwie  trzymająca  się  na  nogach,  musi 
przytrzymać  się  krawędzi  stołu  bilardowego,  żeby  nie  stracić 
równowagi. - Bo przecież nie uwierzysz, kto tu jest. Jordan Cartwright. 
Ten z Easy Street. I nie żaden tam sobowtór, ale prawdziwy Jordan. 
Pozostałe  dziewczyny  wydają  piski  niedowierzania.  Sekundę  później 
zarzucają  przyjaciółkę  pytaniami,  gdzie  go  widziała.  Dziewczyna 
wskazuje  ręką  i  większość  widowni  Steve'a  Winera  odchodzi  od  stołu 
bilardowego, żeby zdobyć autograf Jordana... Najchętniej na biuście. 
-  Boże  -  zwracam  się  do  facetów,  kiedy  wszystkie  dziewczyny  już 
poszły. - Po wynikach sprzedaży jego ostatniego albumu nigdy bym nie 
pomyślała, że Jordan Cartwright jest taki popularny. 
- Ten facet to pedał - zapewnia nas przeciwnik Steve'a. Przejął kontrolę 
nad  stołem  po  ostatnim  nieudanym  strzale  Steve'a  i  teraz  wykańcza 
wszystkie  bile  jedna  po  drugiej.  Steve,  po  drugiej  stronie  zielonego 
stołu,  nie  ma  najszczęśliwszej  miny.  -  Słyszałem,  że  ten  cały  ślub  z 
Tanią Trace to tylko przykrywka, a on i Ricky Martin są parą. 
-  Wow.  -  Jestem  podekscytowana,  że  krąży  taka  plotka,  chociaż 
przecież wiem, że nie jest prawdziwa. - Naprawdę? 
-  Tak  -  potwierdza  przeciwnik  Steve'a.  -  A  te  jego  włosy? 
Przeszczepione. Facet jest łysy jak kula bilardowa. 
- Wow! - wołam znowu. - A tak dobrze to ukrywa, ile razy widzę go na 
Total Request Live. 
-  No  cóż.  -  Gavin  z  jakiegoś  powodu  łapie  mnie  pod  ramię.  - 
Przepraszamy, że przerwaliśmy wam grę. Teraz już sobie pójdziemy. 
-  Nie  idźcie  -  mówi  Steve.  Opiera  się  na  swoim  kiju  bilardowym  i  od 
dwóch minut nie spuszcza ze mnie oczu. - Miła jest ta twoja koleżanka. 
Heather, jak mówiłaś, masz na nazwisko? Heather i co dalej? 
-  Snelling  -  odpowiadam  natychmiast.  Dlaczego  na  usta  pchało  mi  się 
nazwisko  mojego  szefa,  nie  mam  zielonego  pojęcia.  Ale  się wepchało. 
Nagle nazywam się Heather Snelling. - To polskie nazwisko. 
- Doprawdy? Brzmi brytyjsko, czy jakoś tak. 
- Ale brytyjskie nie jest. A skąd się wzięło Winer? 

background image

-  Jest  niemieckie  -  wyjaśnia  Steve.  -  A  więc  poznałaś  Lindsay  na 
jakichś swoich zajęciach z pisania scenariuszy? 
-  Na  technikach  audiowizualnych  -  poprawiam  go.  Przynajmniej 
pamiętam  własne  kłamstwa.  -  No  więc,  o  czym  mówiła  ta  dziewczyna 
przed  chwilą?  Że  Lindsay  jest  tylko  tak  długo  miła,  jak  długo  nie 
zostawiasz przy niej na widoku swoich działek? 
-  Widzę,  że  bardzo  cię  interesuje  Lindsay  -  zauważa  Steve.  Jego 
przeciwnik  zdołał  już  skończyć  swoją  turę  i  czeka  na  ruch  Steve'a,  co 
kilka sekund niecierpliwie powtarzając: - Steve, twoja kolej. 
Ale  Steve  go  ignoruje.  Tak  samo,  jak  ja  ignoruję  Gavina,  który  nadal 
ciągnie mnie za ramię i mówi: 
- Chodź, Heather. Widzę tu znajomych. Chcę im ciebie przedstawić. 
Co jest ewidentnym, bezczelnym kłamstwem. 
- To była niezwykła dziewczyna - mówię, spoglądając Steve'owi prosto 
w oczy. 
- Zdecydowanie niezwykła - potwierdza Steve bezbarwnym tonem. 
- Myślałam, że jej nie znałeś. 
-  Okay.  - Steve odkłada  kij  bilardowy  i  szybkim  ruchem podchodzi do 
mnie i do Gavina, którego uścisk na moim ramieniu stał się kurczowy. - 
McGoren, kim, do kurwy nędzy, jest ta suka? 
- Jezu Chryste! - Głos, który dobiega zza naszych pleców jest, niestety, 
znajomy.  Kiedy  odwracam  głowę,  widzę  Douga  Winera,  jednym 
ramieniem  obejmującego  bardzo  skąpo  ubraną  dziewczynę  o 
(nieschlebiającym  klientowi)  rozmiarze  M.  Miło  widzieć,  że  bracia 
Winerowie nie dyskryminują ludzi ze względu na tuszę. Doug patrzy na 
mnie i wydyma wargi, twarz ma czerwoną. - To ta laska, co była z tym 
facetem, który wczoraj usiłował złamać mi rękę! 
Cała przyjacielskość wyparowała z twarzy Steve'a. 
-  A  więęęęęęc  -  cedzi,  nie  bez  satysfakcji.  -  Znajoma ze  szkoły,  tak?  - 
To do Gavina. I nie zostało powiedziane miłym tonem. 
Natychmiast  zaczynam  tego  wszystkiego  żałować.  Nie  tego,  że  nie 
jestem w domu, w moim łóżku, i nie brzdąkam sobie na gitarze z Lucy 
zwiniętą  u  boku.  Ale  tego,  że  wplątałam  w  to  wszystko  Gavina.  Fakt, 
pchał się na ochotnika. Ale absolutnie nie powinnam była z jego oferty 
korzystać.  Rozumiem  to  w  tej  samej  chwili,  w  której  widzę  stalowy 
błysk  w  oczach  Steve'a.  Jest  tak  zimny  i  twardy  jak  skuty  mrozem 
metalowy pomnik George'a Washingtona w parku pod budynkiem. 

background image

Nie  wiem,  czy  to  ten  facet  zabił  Lindsay  Combs.  Ale  wiem,  że 
wpadliśmy w tarapaty. I to poważne. 
Gavin  nie  wydaje  się  przekonany,  że  napytaliśmy  sobie  biedy. 
Wnioskuję to ze spokoju, z jakim odpowiada: 
-  Facet,  o  czym  ty  mówisz?  Heather  to  moja  przyjaciółka.  Sądziła,  że 
zaliczy tu jakiś numerek. 
Zaraz. Co? Na co liczyłam?! 
- Gówno prawda - prycha Doug. - Była z tym  facetem, który przyszedł 
do  mojego  pokoju  i  zadawał  mi  te  wszystkie  pytania  o  Lindsay.  To 
jakaś pieprzona glina. 
Ponieważ  Gavin  nie  ma  zielonego  pojęcia,  o  czym  mówi  Doug,  jego 
oburzenie jest wiarygodne. 
- Hej, facet - mówi i obraca się, patrząc gniewnie na młodszego Winera. 
-  Czyś  ty  czasem  nie  za  mocno  przyćpał  własnym  towarem?  Wiesz, 
crack to śmierć. 
Steve  Winer  zaplata  ramiona  na  piersi.  Na  tle  czarnego  swetra  te 
ramiona  są  mocno  opalone.  Steve  najwyraźniej  ostatnio  odwiedzał 
cieplejsze okolice. 
- Nie handluję crackiem, tępoto. 
-  To  tylko  takie  powiedzenie  -  szydzi  Gavin.  Patrzę  na  niego  z 
podziwem.  Może  i  trafił  do  filmówki  dlatego,  że  chce  reżyserować 
filmy, ale jako aktor też jest niezły. - Słuchaj, jak masz zamiar tak się na 
mnie wysrulać, to ja stąd spadam. 
Steve nosi górną wargę. 
- Wiesz, co ty jesteś, McGoren? 
Gavin wyraźnie zupełnie się nie przejmuje. 
- Nie. To co ja niby jestem? 
- Robisz w brygadach antynarkotykowych. - Kiedy Steve to mówi, dwie 
postacie podnoszą się z pary krytych czarną  skórą sof, gdzie wcześniej 
siedziały, 

obserwując 

mecz 

koszykówki 

na 

panoramicznym 

telewizorze.  Dziewczyny,  które  pobiegły  po  autograf  Jordana,  wracają 
jedna  po  drugiej,  ale  przestały  chichotać  i  teraz  stoją,  gapiąc  się  na 
rozwijającą  się  na  ich  oczach  scenę,  jakby  to  był  odcinek  jakiegoś 
reality show. 
- My tu nie  lubimy takich z brygad antynarkotykowych - rzuca jeden z 
członków Tau Phi. Nieco młodszy niż Steve, ma zdecydowanie większe 
bicepsy. 

background image

-  Tak  -  potwierdza  drugi,  który  wygląda  jak  jego  bliźniak.  Co  do 
rozmiaru bicepsów. 
Zerkam  to  na  jednego,  to  na  drugiego.  Prawdopodobnie  nie  są 
spokrewnieni,  a  jednak  wyglądają  dokładnie  tak  samo,  ubrani  w 
podobną kombinację dżinsów z kaszmirowym swetrem co Steve. I mają 
takie same błękitne oczy bez śladu ciepła - ani inteligencji. 
- Jezus, Steve - odzywa się Gavin. Brzmi to tak, jakby naprawdę uraziła 
go ta uwaga. Kciukiem pokazuje na  mnie. Nie puścił  mojego ramienia. 
- Ona jest po prostu moją znajomą, która liczyła na numerek. Ale skoro 
zachowujecie się jak dupki, to już przepadło. Wychodzimy stąd. Chodź, 
Heather. 
Ale próbę  wycofania  się  ze  strony  Gavina  torpeduje sam Doug  Winer, 
który staje dokładnie na naszej drodze. 
-  Nikt  bezkarnie  nie  grozi  Winerowi  -  upomina  mnie  Doug.  - 
Kimkolwiek jesteś... pożałujesz. 
- Tak? - Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. Gavin usiłuje odciągnąć 
mnie na bok, ale ja tylko wbijam obcasy w parkiet i nie daję ruszyć się 
z  miejsca.  Żeby  było  jeszcze  gorzej,  pytam:  -  Tak  jak  pożałowała 
Lindsay? 
I wtedy z Dougiem coś się dzieje. Twarz mu czerwienieje jak światła na 
wieżach radiostacji, które migają zza ciemnych okien za jego plecami. 
- A pieprz się! - krzyczy. 
I  pewnie  nie  powinnam  się  dziwić,  że  chwilę  potem  Doug  Winer  wali 
mnie  głową  w  brzuch,  z  byka.  Sama  się  o  to  prosiłam.  No  cóż,  w 
pewnym sensie. 
22 
Prawdę mówiąc, wiesz już, 
Że to jest bolączka, 
Kiedy masz faceta, 
Ale nie obrączkę. 
 
Piosenka o małżeństwie 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Kiedy  wali cię z byka  stukilowy  członek  studenckiego bractwa, to jest 
to  doświadczenie,  które  trudno  oddać  słowami.  Mówiąc  szczerze, 
dobrze,  że  jestem  sporą  dziewczyną.  Gdybym  nosiła  rozmiar  XS, 

background image

mogłabym tego nie przeżyć. 
Ale skoro  (powiedzmy  już  całą  prawdę)  Doug wcale  nie  ma nade  mną 
aż tak znów wielkiej przewagi wagowej - a poza tym widziałam, że się 
na mnie rzuca, więc zdążyłam odruchowo napiąć mięśnie - padam tylko 
na  podłogę  z  poczuciem,  że  nie  łapię  już  kolejnego  oddechu.  Ale 
żadnych  wewnętrznych  obrażeń  nie  odniosłam.  Przynajmniej  żadnych 
sama nie wyczuwam. 
Gavinowi  aż  tak  się  nie  poszczęściło.  Och,  nic  by  mu  nie  było,  gdyby 
stał  bez  ruchu.  Bo  musiał  popełnić  ten  błąd  i  próbować  odciągać  ode 
mnie Douga. 
Bo Doug - o szokująca niespodzianko! - walczy nieczysto. Kiedy tylko 
Gavin  łapie  go  za  ramiona,  obraca  się  i  usiłuje  mu  odgryźć  jeden  z 
palców. 
Ponieważ  nie  mogę  pozwolić,  żeby  ktoś  zjadł  żywcem  jakiegoś 
mieszkańca  mojego  akademika,  zamierzam  się nogą  i -  nadal  ściskając 
w ręku swoją kurtkę i torebkę - wymierzam obcasem cios w te okolice 
ciała  Douga,  w  które  żaden  facet  wolałby  nie  być  kopany  Hej,  może  i 
nie  ćwiczę  jogi  -  ani  w  ogóle  niczego  nie  ćwiczę  za  często.  Ale  jak 
większość  dziewczyn,  które  wystarczająco  długo mieszkały w Nowym 
Jorku,  wiem,  jak  za  pomocą  obuwia  zadawać  znaczące  obrażenia 
cielesne. 
Doug zwija się na podłodze i ściska swoje intymne części ciała, a wokół 
nas  wybucha  prawdziwe  pandemonium;  w  powietrzu  lata  sporo 
przedmiotów, a nawet ciał,  jakby  nagle pokój zamienił się w jakiś ring 
wolnej  amerykanki.  Przelatująca  bila  tłucze  lustra  na  półkach  nad 
barem. Gavinowi udaje się pchnąć któregoś z chłopaków z tego bractwa 
prosto  na  panoramiczny  telewizor,  który  przewraca  się  i  wybucha 
snopem  iskier.  XS  -  ki  piszczą  i  uciekają  na  korytarz,  mijając  napis 
„Grube  laski  poszły  won”,  a  w  tej  samej  chwili  jedna  z  maszyn  do 
pinballu  załamuje  się  pod  ciężarem  Jordana  (nie  pytajcie  mnie,  jak  na 
niej wylądował... Ani dlaczego rozpięte spodnie zaplątały mu się gdzieś 
w okolicach kostek u nóg). 
Na  szczęście,  chaos  robi  się  taki,  że  udaje  mi  się  złapać  Gavina  i 
wrzasnąć: 
- Wiejemy stąd! 
A potem każde z nas zarzuca sobie na szyję jedno ramię Jordana (który 
nie  jest  w  stanie  iść  o  własnych  siłach)  i  odciągnąć  go  z  poddasza  na 

background image

korytarz... 
...dokładnie w tej samej chwili, w której z powodu pożaru wywołanego 
przez przewrócony telewizor włącza się system zraszaczy pod sufitem. 
Kiedy  XS  -  ki  w  całym  holu  wrzeszczą,  bo  starannie  rozprostowane 
fryzury  zaczynają  im  się  skręcać,  skaczemy  w  stronę  drzwi 
oznaczonych  napisem  „Wyjście”  i  nie  przestajemy  biec  -  oraz  wlec  za 
sobą na wpół przytomnego byłego wokalisty popularnego boys bandu - 
aż wypadamy na ulicę. 
-  Ja  cię  kręcę!  -  wrzeszczy  Gavin,  kiedy  zimne  powietrze  zaczyna  nas 
palić w płucach. - Widziałaś to? Widziałaś to?! 
-  Tak  -  mówię,  nieco  zwalniając  kroku.  Jordan  może  nie  stanowi 
ciężaru ponad siły, ale lekki też wcale nie jest. - To nie było fajne. 
-  Niefajne?  Niefajne?  -  Uszczęśliwiony  Gavin  kręci  głową,  kiedy  tak 
ślizgamy  się  wzdłuż  Washington  Square  North,  próbując  brnąć  w 
kierunku  zachodnim.  -  Szkoda,  że  nie  miałem  ze  sobą  kamery  wideo! 
Żadna z tych dziewczyn nie nosiła stanika. Kiedy zaczęła się lać woda... 
-  Gavin  -  mówię,  przerywając  mu  szybko  -  rozejrzyj  się  za  jakąś 
taksówką.  Musimy  jakoś  odesłać  Jordana  na Upper West Side, on  tam 
mieszka. 
- Nie  ma  żadnych  taksówek  - odzywa  się  Gavin.  -  Na tej  ulicy  nie  ma 
nawet ludzi. Poza nami. 
Ma  rację.  Park  jest  całkowicie  wyludniony.  Otaczające  go  ulice  są 
prawie  nieodśnieżone.  Nigdzie  nie  widać  żadnych  samochodów,  aż  do 
samej  Ósmej  ulicy.  Ale  żaden  z  przejeżdżających  nią  taksówkarzy  nas 
nie zobaczy, nieważne jak rozpaczliwie będę wymachiwać ręką. 
Jestem już skołowana. Nie  mam pojęcia, co zrobić z Jordanem. Wierzę 
w  to,  co  mówił  o  tym,  że  żadne  samochody  nie  mogą  przedostać  się 
przez  mosty.  A  do  jego  taty  -  człowieka,  który  powiedział  mi,  że  nikt 
nie  będzie  chciał  słuchać  moich  „gównianych  wypocin  zbuntowanej 
panienki” - za nic nie zadzwonię, żeby zapytać, czy nie podjechałby do 
nas swoją rodzinną limuzyną. 
Sam  Jordan  bawi  się  znakomicie,  idąc  między  nami  i  potykając  się  co 
chwila,  ale  zdecydowanie  traci  formę.  Nie  mogę  go  tak  po  prostu 
zostawić  komuś  na  wycieraczce  pod  drzwiami  -  chociaż  to  bardzo 
kusząca  myśl.  Zamarznie  na  śmierć.  A  do  metra  jest  parę  przecznic  - 
długich przecznic,  nie  krótkich.  Gdybyśmy  z  kolei  chcieli  zawrócić do 
poprzedniej stacji, Astor Place, musielibyśmy minąć Waverly Hall. 

background image

Nie  mam  zamiaru  ryzykować,  że  wpadniemy  na  kolejnych 
rozjuszonych  członków  studenckich  bractw.  Zwłaszcza  że  z  oddali 
słyszę  jęk  syren.  Widocznie  kiedy  uruchamia  się  system  zraszaczy, 
straż pożarna jest zawiadamiana automatycznie. 
Wlokący  się  między  nami  Jordan,  który  też  widać  usłyszał  te  syreny, 
unosi głowę i woła radośnie: 
- Hej! Gliny jadą! 
- W głowie mi się nie mieści, że byłaś z tym facetem zaręczona - mówi 
z  obrzydzeniem  Gavin,  niechcący  zdradzając  w  ten  sposób,  że 
sprawdzał mnie w Google. - Przecież to dupek. 
-  Nie  zawsze  taki  był  -  zapewniam  Gavina.  Chociaż  prawdę  mówiąc, 
uważam,  że  Jordan  prawdopodobnie  zawsze  był taki.  Ja tylko tego nie 
zauważyłam, bo byłam  młoda  i głupia. I zauroczona. - Poza tym on się 
pojutrze żeni. Trochę go to wyprowadziło z równowagi. 
- Nie pojutrze - zaprzecza Gavin. - Jutro. Jest już po północy. Oficjalnie 
mamy piątek. 
-  Cholera  -  rzucam.  Cartwrightowie  muszą  się  zastanawiać,  gdzie  się 
podział  ich  najmłodszy  syn.  Tania  pewnie  odchodzi  od  zmysłów  ze 
zdenerwowania.  To  znaczy,  o  ile  zauważyła,  że  on  zniknął.  Nie  mogę 
go  do  niej  odesłać  w  takim  stanie  -  z  tymi  niedopiętymi  spodniami  i 
twarzą  całą  poznaczoną  śladami  szminki.  Boże,  dlaczego on  nie  może 
trochę bardziej przypominać własnego brata? 
O Jezu. Jego brat, Cooper, zabije mnie, kiedy się dowie, gdzie byłam. A 
ja mu to będę musiała powiedzieć. Nie mogę, ot tak, przywlec do domu 
Jordana i nic nie wyjaśnić. 
A  Jordana  muszę  zabrać  do  domu.  To  jedyne  miejsce, dokąd mogę  go 
zabrać.  Dalej  chyba  już  nie  zdołam  go  zaciągnąć.  Poza  tym  totalnie 
zamarzam. Cienkie rajstopy nie są odpowiednie na noc po styczniowej, 
manhattańskiej  śnieżycy.  Nie  wiem,  jak  te  dziewczyny  w  nisko 
wyciętych biodrowkach to znoszą. Nie jest im zimno w pępki? 
-  Okay  -  mówię  do  Gavina,  kiedy  docieramy  do  rogu  Washington 
Square  North  i  West.  -  Teraz  robimy  tak:  zabieramy  go  do  mnie  do 
domu. 
-  Mówisz  poważnie?  Zobaczę,  gdzie  mieszkasz?  -  Zaczyna  mnie 
niepokoić ten szeroki uśmiech Gavina, widoczny w różowawym świetle 
latarni. - Super! 
-  Nie,  nie  jest  super,  Gavin  -  rzucam  ostro.  -  Jest  wręcz  przeciwnie. 

background image

Mieszkam  w  domu  brata  Jordana,  który  wścieknie  się,  potężnie  się 
wścieknie,  jeśli  usłyszy,  że  wchodzimy,  i  zobaczy  Jordana  w  tym 
stanie. Więc musimy być cicho. Cichusieńko. 
- To się da zrobić - zapewnia mnie z galanterią Gavin. 
- Bo nie tylko Coopera nie chcę budzić - dodaję. - Mój, hm, tata też tam 
teraz mieszka. 
-  Poznam  twojego  ojca?  Tego,  który  siedział  w  więzieniu?  -  Och  tak, 
Gavin ewidentnie mnie sprawdzał. 
-  Nie,  nie  poznasz  go  -  mówię.  -  Bo  mam  nadzieję, że tak jak  Cooper, 
tata będzie spał. A my postaramy się go nie obudzić. Jasne? 
- Jasne - wzdycha Gavin. 
- Heather... - Jordan stawia coraz większy opór. 
- Zamknij się, Jordan. Jesteśmy niemal na miejscu. 
- Heather - znów odzywa się Jordan. 
- Jordan, przysięgam na Boga, jak na mnie narzygasz, to cię zabiję. 
-  Heather  -  powtarza  Jordan  po  raz  trzeci.  -  Ktoś  mi  chyba  dosypał 
czegoś do drinka. 
Patrzę na niego zaniepokojona. 
- Chcesz powiedzieć, że nie w takim stanie zawsze wracasz z imprez? 
- Oczywiście, że nie - mamrocze Jordan. - Wypiłem tylko jedno piwo. 
-  Tak - powiadam.  -  A  ile  kieliszków  wina  wypiłeś, zanim wyruszyłeś 
do śródmieścia? 
- Tylko dziesięć - przyznaje się Jordan. - Hej, a skoro już o tym mowa... 
Gdzie moje narty? 
- Jestem pewna, że nic im się nie stało, Jordan. Możesz je odebrać sobie 
rano. Ale dlaczego ktoś miałby coś ci dosypywać do drinka? 
- Żeby mnie wykorzystać, oczywiście - tłumaczy Jordan. - Wszyscy ode 
mnie  czegoś  chcą.  Wszyscy  chcą  uszczknąć  sobie  kawałek  Jordana 
Cartwrighta! 
Gavin, któremu Jordan szczodrze przy tych słowach chuchnął piwem w 
twarz, mówi: 
- Ja nie chcę. 
Docieramy  do  domu  Coopera.  Zatrzymuję  się,  żeby  wygrzebać  z 
torebki klucze i powiedzieć im, jaki mam plan. 
-  Słuchaj,  kiedy  wejdziemy  do  środka  -  zwracam  się  do  Gavina  - 
Jordana  po  prostu  zwalamy  na  kanapę  w  salonie.  A  potem 
odprowadzam cię do Fischer Hall. 

background image

-  Kobieto,  nie  potrzebuję  eskorty  -  karci  mnie  Gavin.  Bo  teraz,  skoro 
żadnych  Tau  Phi  już  w  pobliżu  nie  ma,  odzyskuje  rezon  i  zaczyna 
wracać do swojego zwykłego impertynenckiego tonu. 
-  Ci  chłopcy  z  bractwa  są  naprawdę  wściekli  -  przypominam  mu.  -  A 
oni wiedzą, gdzie mieszkasz... 
- A diabła tam, kobieto! - protestuje Gavin. - Steve  nie wie o mnie nic 
poza tym,  jak  mam  na  imię.  Nigdy  się  mną  specjalnie  nie  interesował, 
bo przecież nie szpikuję sobie organizmu chemikaliami. 
- Pomijając takie dwadzieścia jeden kielonków. 
- No fakt, pomijając alkohol - uściśla Gavin. 
- Możemy kłócić się w tej sprawie później. Ale najpierw położę Jordana 
na kanapie. A potem pomyślimy, jak cię odstawić do domu. 
- Przecież to tylko dwie przecznice stąd - mówi Gavin. 
- Heather... 
- Nie teraz, Jordan - gaszę go. - Gavin, ja po prostu nie chcę, żebyś... 
- Heather - znów odzywa się Jordan. 
- Co chcesz, Jordan? 
- Cooper na nas patrzy. Podnoszę głowę. 
No  i  faktycznie,  w  oknie  przy  drzwiach  widzę  twarz  Coopera.  A 
sekundę później słyszymy odgłos otwieranych zamków. 
-  Okay  -  rzucam  w  stronę  Gavina  i  czuję,  że  serce  zaczyna  mi  mocno 
walić. - Zmiana planów. Na trzy zostawiamy Jordana i spieprzamy, ale 
w tempie. Raz, dwa... 
- Ani mi się waż! - strofuje mnie Cooper, stając na ganku. Ma na sobie 
sztruksy  i  wełniany  sweter.  Wygląda  tak  ciepło,  spokojnie  i  rozsądnie. 
Mam ochotę  rzucić  mu  się  w  ramiona,  schować  głowę  na  jego twardej 
klatce  piersiowej,  wciągnąć  ten  jego  zapach  i  opowiedzieć  mu  o  tym 
całym okropnym wieczorze. 
Zamiast tego mówię: 
- Mogę to wyjaśnić. 
- Jestem tego pewien - odpowiada Cooper. - No cóż, wchodźcie. Dajcie 
go tu do środka. 
Z trudem wciągamy Jordana do domu - zwłaszcza że pojawia się Lucy i 
zaczyna z ożywieniem wkoło nas podskakiwać. Na szczęście uda  mam 
tak  zmarznięte,  że  nic  nie  czuję,  kiedy  pazurami  drze  mi  te  cienkie 
rajstopy. 
Właśnie  w  chwili,  w  której  Lucy  wyskakuje  w  górę,  usiłując  polizać 

background image

Jordana  po  ręce,  on  nagle  robi  się  zatrważająco  żywiutki  i  kiedy  go 
ciągniemy do holu, mijając Coopera, woła: 
- Hej, braciula! Co się wyrabia? 
- Dzwoniła twoja  narzeczona - informuje Cooper, zatrzaskując za nami 
drzwi  i  zamykając  wszystkie  zamki.  -  To  się  wyrabia.  Po  prostu 
wyszedłeś sobie i nikomu nie powiedziałeś, dokąd się wybierasz? 
- W sumie tak - przyznaje Jordan, kiedy go puszczamy, a on osuwa się 
na  nieco  podniszczoną  różową  sofę  dziadka  Coopera,  gdzie  Lucy 
zabiera  się  do  metodycznego  wylizywania  go.  -  Ugh.  Miła  psina.  Ale 
proszę, przestańcie już kiwać tymi ścianami. 
-  Jak  on  się  tu  w  ogóle  dostał?  -  pyta  Cooper.  -  Żadne  taksówki  nie 
kursują. A Jordan za nic nie wsiądzie do metra. 
- Przyjechał na nartach - wyjaśniam głupawo. W domu jest na szczęście 
ciepło. Czuję, jak pieką mnie odmarzające uda. 
- Przyjechał na nartach? - Cooper unosi brwi. - A gdzie są te narty? 
- Zgubił je - odzywa się Gavin. 
Wydaje się, że Cooper dopiero teraz zauważa Gavina. 
- Och - mówi. - To znowu ty, hm? 
-  Nie  powinieneś  wściekać  się  na  Heather  -  zaczyna  Gavin.  -  To 
wszystko  wina  tego  faceta.  Widzisz,  próbowała  go  otrzeźwić  szybkim 
spacerem  wokół  parku,  ale  on  nie  chciał  współpracować.  Na  szczęście 
przechodziłem  i  mogłem  pomóc  jej  go  tutaj  przyprowadzić,  bo  diabli 
wiedzą,  co  by  się  jeszcze  stało.  Facet  mógł  zamarznąć.  Albo  jeszcze 
gorzej.  Słyszałem,  że  jest  taki  lekarz,  co  napada  na  pijaków,  których 
udaje  mu  się  znaleźć  w  parku  i  pobiera  od  nich  nerki,  które  potem 
sprzedaje do przeszczepów  bogatym  Boliwijczykom.  Budzisz się rano, 
wszystko  cię  boli  i  nie  wiesz  dlaczego,  aż  tu  nagle, bach.  Okazuje  się, 
że ktoś ci zwinął nerkę. 
Wow. Gavin naprawdę bywa królem improwizacji. Łże z taką łatwością 
i wprawą, że zaczynam się zastanawiać, ile z tych historii, którymi mnie 
raczył  przez  te  parę  miesięcy,  odkąd  go  znam,  było  całkowicie 
zmyślonych, zupełnie jak ta, którą właśnie zdołał sfabrykować. 
Na Cooperze jednak nie robi to większego wrażenia. 
-  No  cóż,  dzięki  za  gotowość  do  pomocy.  Ale  teraz  już  chyba  sobie 
poradzimy sami. Więc dobranoc. 
- Odprowadzę cię do akademika - proponuję Gavinowi, ale przerywa mi 
jakiś głos z holu. 

background image

-  Tu  się  znalazła!  -  Tata  wchodzi  do  salonu  w  piżamie  i  szlafroku.  Z 
tyłu głowy sterczą  mu resztki włosów, widać, że spał, ale tak samo jak 
Coopera,  wyrwał  go  ze  snu  telefon  od  Tani.  -  Heather,  tak  się 
martwiliśmy!  Kiedy  zadzwoniła  ta  cała  pani  Tania,  a  potem  nie 
mogliśmy  cię  nigdzie  znaleźć,  nigdy  więcej  tak  nie  rób,  młoda  damo! 
Jeśli  zamierzasz  gdzieś  wychodzić,  to  bądź  łaskawa  wcześniej  nas 
zawiadomić, dokąd idziesz! 
Mrugam powiekami, patrząc to na tatę, to na Coopera. 
- Mówisz poważnie? - pytam z niedowierzaniem. 
-  Sam  odprowadzę  Gavina  -  odzywa  się  Cooper,  co  dowodzi,  że 
przewidział  mój  następny  ruch,  czyli  unik.  - Heather, poszukaj  jakichś 
koców  dla  Jordana.  Alan,  oddzwoń  do  Tani  i  powiedz  jej,  że 
przenocujemy Jordana u siebie. 
Tata kiwa głową. 
-  Powiem  jej,  że  to  był  taki  improwizowany  wieczór  kawalerski  - 
zwraca się do nas. - I że przyszedł tu się przespać, żeby jej nie zakłócać 
dziś spokoju. 
Ja się tylko gapię - przede wszystkim dlatego, że zapomniałam, że  mój 
tata ma w ogóle jakieś imię - to, którego właśnie użył Cooper. Ale także 
ze  względu  na  niedorzeczność  tego,  co  mój  tata  powiedział  przed 
chwilą. 
- Jordan nie ma żadnych przyjaciół - wyjaśniam. - Kto miałby urządzać 
dla niego  wieczór  kawalerski?  A  poza  tym  on  nigdy by  nie był  aż  taki 
troskliwy, żeby nie zakłócać jej spokoju nocą. 
-  Nieprawda,  mam  przyjaciół  -  upiera  się  Jordan  z  sofy.  -  Wy  dwoje 
jesteście  moimi  najlepszymi  przyjaciółmi.  Czy  też  sześcioro.  Czy  ile 
was tu w końcu jest. 
- Nie potrzebuję, żeby ktoś mnie odprowadzał - oświadcza Gavin, kiedy 
Cooper sięga po kurtkę. 
-  Być  może  -  mówi  Cooper  ponuro.  -  Ale  mnie  się  przyda  trochę 
świeżego powietrza. Idziemy. 
We dwóch wychodzą, zostawiając mnie samą z Jordanem i moim ojcem 
-  mężczyznami,  którzy  porzucili  mnie,  kiedy  ich  potrzebowałam 
najbardziej, a potem obaj wrócili na kolanach, kiedy ich już zupełnie w 
swoim życiu nie potrzebuję - ani nie chcę. 
-  Jesteś  mi  winien  przysługę  -  zwracam  się  do  Jordana,  wchodząc  do 
salonu  z  kocami  i  misą  sałatkową,  do  której  może  sobie  wymiotować. 

background image

Chociaż  jestem  prawie  pewna,  że  rano  nic  z  tego  nie  będzie  pamiętał, 
dodaję: - I nadal nie mam zamiaru przyjść na twój ślub. 
A do taty odzywam się: 
- Nie mów Tani, że ja z nim byłam, kiedy do niej będziesz dzwonił. 
- Może i siedziałem w więzieniu przez ostatnie dwie dekady, Heather - 
mój  tata  czuje  się  urażony  -  ale  nadal  mam  pojęcie,  jak  załatwia  się 
takie sprawy. 
-  No  cóż,  to  dobrze  -  powiadam.  A  potem  wołam  Lucy,  wbiegam  na 
górę do własnego pokoju i mam nadzieję, że jeśli zamknę się na klucz i 
szybko wskoczę do łóżka, to uda mi się uniknąć spotkania z Cooperem 
po  jego  powrocie.  Wiem,  że  Sarah  zarzuciłaby  mi  teraz  tendencję  do 
stosowania technik unikowych. 
Ale kiedy chodzi o Coopera, czasem unik to jedyne wyjście z sytuacji. 
23 
Bo kiedy ona jest jego żoną, 
A nie jesteś nią wcale ty, 
To nie tylko ona jest osobą, 
Która z cudzej winy roni łzy. 
 
Piosenka o małżeństwie 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Następnego dnia rano wykradam  się z domu, żeby uniknąć spotkania z 
Cooperem. Wstaję o jakiejś niemożliwej godzinie, czyli o ósmej. Udaje 
mi się wykąpać, ubrać i zamknąć za sobą drzwi o ósmej trzydzieści. To 
coś tak odmiennego  od  rutyny  dnia  codziennego -  zwykle  zjawiam się 
na  dole  za  pięć  dziewiąta  -  że  udaje  mi  się  umknąć  przed  wszystkimi, 
nie  wyłączając  taty,  który  nadal  wygrywa  na  swoim  fleciku  ten  Hymn 
do  poranka,  kiedy  skradam  się  na  palcach  koło  jego  drzwi  z 
timberlandami  w  rękach,  żeby  niepotrzebnie  nie  zaskrzypieć  deskami 
podłogi. 
Coopera  ani  śladu  -  kiedy  zerkam  przez  na  wpół  otwarte  drzwi  jego 
sypialni,  widzę  tylko  schludnie  zasłane  łóżko.  Jordana  też  nigdzie  nie 
widzę, co nie wróży nic dobrego. Koce, pod którymi spał, leżą zwinięte 
w  jednym  rogu  kanapy,  a  na  nich  stoi  misa  sałatkowa,  dzięki  Bogu, 
pusta. Wydaje mi się, że rozumiem, co się stało: Cooper obudził brata i 
właśnie  go  odwozi  własnym  samochodem  do  domu.  Żadna  siła  nie 

background image

zmusiłaby  Jordana,  żeby  wstał  o  takiej  porze  z  własnej  woli  po  takim 
wieczorze  jak  wczorajszy.  Jordanowi  zdarzało  się  odsypiać  i  do 
czwartej  po  południu  po  przebalowanej  nocy.  Ta  zgodna  niechęć  do 
rannego wstawania była jedną z niewielu łączących nas cech, pomijając 
jeszcze upodobanie do ciasteczek Girl Scout. 
Czując  się  tak,  jakbym  przed  chwilą  wygrała  fortunę  na  loterii, 
pozwalam Lucy załatwić się, łapię jakiś baton proteinowy z kawałkami 
czekolady  (żeby  mieć  energię  na  spacer  do  pracy),  wpuszczam  sukę  z 
powrotem  do  domu  i  wychodzę  -  ale  na  drzwiach  widzę  kartkę 
przyklejoną taśmą. 
„Heather”  -  czytam  na  świstku  zapisanym  nieskończenie  drobnym 
charakterem 

pisma 

Coopera, 

który 

musiałam 

nauczyć 

się 

odcyfrowywać,  gdy  zajęłam  się  jego  rachunkowością.  -  „Musimy 
porozmawiać”. 
„Heather,  musimy  porozmawiać”?  Czy  w  języku  angielskim  istnieją 
jakieś dwa bardziej złowróżbne słowa niż: „musimy porozmawiać”? Bo 
kto chciałby  zobaczyć  taką  notkę  przyklejoną  taśmą do  drzwi swojego 
domu? 
Nikt. 
Dlatego zrywam ją z drzwi i zwiniętą wsadzam do kieszeni kurtki. 
Ale  o  czym  Cooper  miałby  chcieć  ze  mną  rozmawiać?  O  tym,  że 
wczoraj wieczorem przywlokłam do domu jego brata, pijanego jak bela, 
żeby odespał  imprezę na  jego kanapie, podczas gdy Cooper aż nazbyt 
jasno dawał do zrozumienia, że nie życzy sobie mieć nic wspólnego ze 
swoją  najbliższą  rodziną?  O  tym,  że  wymknęłam  się,  żeby 
kontynuować  swoje  śledztwo  w  sprawie  śmierci  Lindsay  Combs, 
nikomu  nie  mówiąc,  dokąd  się  wybieram,  i  to  po  tym,  jak  się 
zarzekałam,  że  tym  razem  zostawiam  całą  sprawę  w  rękach 
profesjonalistów?  Czy  też  o  tym,  że  przy  okazji  naraziłam  życie 
jednego z mieszkańców swojego akademika? 
A  może  to  w  ogóle  nie  ma  nic  wspólnego  z  tym,  co  zaszło 
wczorajszego  wieczoru?  Może  Cooper  uznał,  że  ma  dosyć  borykania 
się  z  różnymi  Wellsami  i  ich  wszelkimi  dziwactwami  -  z  hinduskim 
fiecikiem  mojego  taty  i  moją  tendencją  do  sprowadzania  do  domu 
pijanych gwiazd  muzyki pop oraz dwudziestojednoletnich, ubranych w 
przyluźne  ciuchy  kandydatów  na  filmowców.  Może  ma  zamiar  nas 
wszystkich  wywalić  na  zbity  pysk.  Niektórzy  z  nas  jak  nic  na  takie 

background image

potraktowanie sobie zasłużyli. 
I nie mówię tu ani o Lucy, ani o moim tacie. 
Droga  do  pracy  upływa  mi  pod  znakiem  refleksji  i  lekkiego 
przygnębienia.  Nawet  ten  baton  proteinowy  smakuje  mi  trochę  jak 
tektura  i  o  wiele  mniej  niż  normalnie  przypomina  kit  kat.  Nie  chcę 
zostać  wywalona  przez  Coopera  z  domu.  To  jedyny  dom,  jaki 
kiedykolwiek  miałam,  nie  licząc  apartamentu,  w którym  mieszkaliśmy 
razem  z  Jordanem,  a  którego  wspomnienie  teraz  już  na  zawsze  jest 
skażone widokiem Tani Trace zaciskającej wargi na jego... 
-  Heather!  -  Reggie  na  swoim  zwykłym  rogu  wydaje  się  zdziwiony 
moim  widokiem  o  tak  wczesnej  porannej  porze.  Ja  też  jestem 
zdziwiona,  widząc  go  znów  w  pracy.  Chociaż  śnieg  przestał  sypać,  a 
pługi śnieżne już trochę popracowały, ulice nadal wyglądają jak wąskie 
ścieżki między potężnymi zwałami śnieżnych zasp. 
- Witaj, Reggie - mówię, mijając dwumetrową zaspę; w jej środku tkwi 
samochód jakiegoś pechowca. - Niezła była ta śnieżyca, co? 
-  Nie  byłem  wcale  zachwycony  -  mówi  Reggie.  Opatulił  się  przed 
zimnem  w  złotą  parkę  Tommy'ego  Hilfingera.  W  dłoniach  w 
rękawiczkach  trzyma  parujący  styropianowy  kubek  z  kawą. -  Czasami 
mam wrażenie, że lepiej bym zrobił, wracając na wyspy. 
- Ale co byś tam robił? - pytam szczerze zainteresowana. 
-  Rodzice  mają  plantację  bananów  -  odpowiada  Reggie.  -  Mógłbym 
pomóc  ją  prowadzić.  Już  od  dawna  chcą,  żebym  wrócił  do  domu  i  się 
tym zajął. Ale więcej zarabiam tutaj. 
Nic nie poradzę, że w myślach zaczynam porównywać braci Winerów i 
ich  rodzinną  sytuację  z  sytuacją  Reggiego.  Tata  Douga  i  Steve'a 
Winerów  chce,  żeby  synowie  sami  na  siebie  zarobili,  więc  chłopcy 
zajęli  się  handlem  narkotykami.  Rodzice  Reggiego  chcą,  żeby  przejął 
rodzinny  interes,  ale  on  może  więcej  zarobić,  handlując  narkotykami. 
To wszystko jest po prostu... takie głupie. 
-  Moim  zdaniem  lepiej  byś  wyszedł  na  tej  plantacji  bananów,  Reggie. 
Mimo wszystko. To by było mniej niebezpieczne. 
Reggie zastanawia się nad odpowiedzią. 
-  Poza  sezonem  huraganów  -  przyznaje  wreszcie.  -  Ale  gdybym  tam 
wrócił,  nie  mógłbym  już  codziennie  rano  oglądać  twojej  ładnej  buzi, 
Heather. 
-  Mogłabym  przyjeżdżać  w  odwiedziny.  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam 

background image

plantacji bananów. 
-  Nie  podobałaby  ci  się.  -  Reggie  uśmiecha  się,  prezentując  wszystkie 
swoje  złote  zęby.  -  Wstaje  się  tam  bardzo  wcześnie,  jeszcze  przed 
świtem. To przez koguty. 
-  Boże  -  mówię  przerażona.  -  To  brzmi  okropnie.  Nic  dziwnego,  że 
wolisz Nowy Jork. 
-  Jak  człowiek  poradzi  sobie  tutaj,  to  poradzi  sobie  już  wszędzie.  - 
Reggie wzrusza ramionami. 
-  Totalnie  -  zgadzam  się.  -  Hej,  słyszałeś  może  coś  o  tym  Dougu 
Winerze, o którego cię pytałam? 
Reggie poważnieje. 
-  Nie  słyszałem  -  odpowiada.  -  Chociaż  słyszałem,  że  wczoraj 
wieczorem w jednym z bractw studenckich wybuchła niezła awantura. 
Unoszę brwi. 
- Naprawdę? Wow. A jaka awantura? 
- Taka, w którą podobno zamieszany  był twój były  narzeczony, Jordan 
Cartwright.  Ale  to  musi  być  wyłącznie  plotka,  bo  co  sławny  Jordan 
Cartwright  robiłby  na  imprezie  jakiegoś  studenckiego  bractwa  na  dwa 
dni przed własnym ślubem? 
- Masz rację - przyznaję. - To na pewno tylko plotka. No cóż, lepiej już 
pójdę. Nie chcę się spóźnić! 
- Pewnie - mówi Reggie całkiem serio. - To nie w twoim stylu. 
- No to do zobaczenia później! Trzymaj się ciepło! - Macham do niego 
ręką,  a  potem  zmykam  za  róg  na  Washington  Square  West.  Uff! 
Niewiele  brakowało.  W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  plotki  o  tym,  co 
działo  się  wczoraj  wieczorem,  już  doszły  do  miejscowych  dilerów. 
Dzięki  Bogu,  że  w  greckich  stowarzyszeniach  studenckich  nie  trzeba 
wpisywać  gości  do  książki  odwiedzin.  Miałabym  sporo  kłopotów  w 
pracy, gdyby rozeszło się, że tam byłam... 
Kiedy  wchodzę  frontowym  wejściem  do  Fischer  Hall  o  godzinie  za 
dwadzieścia dziewiąta,  Pete,  który  siedzi  przy  stanowisku  ochroniarzy, 
omal nie krztusi się właśnie jedzonym bajglem. 
- Co się stało? - pyta z komiczną troską. - Nadszedł koniec świata? 
- Bardzo śmieszne - odpowiadam. - Wiesz, już przedtem zdarzało mi się 
przychodzić tu punktualnie. 
- Tak - przyznaje Pete. - Ale nigdy przed czasem. 
- Może zaczynam nowy rozdział w życiu? 

background image

- A może ja w tym roku dostanę podwyżkę? - odpowiada Pete. A potem 
śmieje się do rozpuku z własnego żartu. 
Wykrzywiam  się  do  niego,  zaglądam  do  studenta  przy  recepcji,  by 
zebrać raporty z poprzedniej  nocy  i  idę w stronę swojego biura. Z ulgą 
widzę, że wejście  jest zamknięte, i to na zamek. Tak! Jestem pierwsza! 
Ależ Tom się zdziwi na mój widok! 
Ściągam  kurtkę  i  czapkę,  a  potem  idę  do  stołówki  po  kawę  i  bajgla. 
Zauważam z radością, że Magda urzęduje  na swoim miejscu.  Wygląda 
lepiej  niż  przez  cały  ostatni  tydzień.  Na  powiekach  ma  odblaskowy 
różowy  cień,  włosy  sterczą  jej  na  normalną  wysokość  piętnastu 
centymetrów  ponad  czołem,  a  eyeliner  jest  narysowany  równą,  czarną 
jak smoła kreską. Magda uśmiecha się na mój widok. 
- Przyszła wreszcie! - woła. - Moja mała gwiazdeczka pop. Tęskniłaś za 
swoją Magdą? 
- Jasne, że tak - przytakuję. - Miałaś miły wolny dzień? 
- Tak - mówi  Magda, poważniejąc. - Potrzebowałam tego. Wiesz, o co 
mi chodzi. Miło było raz na odmianę nie  myśleć o stołówce ani o tym, 
co się tutaj stało. - Wzdryga  się, a potem, kiedy dwoje  studentów staje 
za  moimi  plecami,  woła  zupełnie  innym  tonem: -  Och, patrz! Przyszły 
moje dwie gwiazdeczki. Dzień dobry moim gwiazdeczkom! 
Studenci  przyglądają  jej  się  niepewnie,  kiedy  przesuwa  ich  karty 
posiłkowe - które służą też jako identyfikatory - przez czytnik. Kiedy je 
zwraca, a dzieciaki odchodzą, Magda ciągnie swoim zwykłym tonem: 
- Słyszałam, że poszłaś odwiedzić Manuela. Jak on się ma? 
- Hm, kiedy tam byłam wczoraj, nie za dobrze. Ale kiedy wychodziłam 
z pracy wczoraj wieczorem, słyszałam, że już go wypuścili z OIOM - u 
i że jego stan wraca do normy. 
- Dobrze - cieszy się Magda. - A policja nie złapała tych ludzi, co mu to 
zrobili? 
-  Nie  -  odpowiadam.  Kusi  mnie,  żeby  powiedzieć  Magdzie,  że 
domyślam  się,  kim  mogą  być.  Ale  najpierw  muszę  się  przekonać,  jak 
Tomowi poszła jego wczorajsza randka. - Ale jestem pewna, że nad tym 
pracują. 
-  Wcale  nie  pracują  nad  tym,  żeby  odkryć,  kto  zabił  biedną  małą 
Lindsay. -  Magda się  chmurzy.  -  Minęły  już  trzy  dni, a  oni  nikogo nie 
aresztowali.  To  dlatego,  że  chodzi  o  dziewczynę  -  dodaje,  opierając 
brodę na dłoni. - Gdyby znaleźli tam głowę jakiegoś faceta, już by mieli 

background image

kogoś  pod  kluczem.  Policji  nie  obchodzi,  jeśli  coś  się  zdarza 
dziewczynom. A już zwłaszcza takim dziewczynom jak Lindsay. 
-  Magda, to  nieprawda  -  zapewniam  ją.  -  Pracują tak  ciężko,  jak  tylko 
potrafią.  Jestem  pewna,  że  niedługo  kogoś  zaaresztują.  No  wiesz, 
wczoraj ich zasypało śniegiem tak samo, jak nas wszystkich. 
Ale  Magda  nadal  ma  sceptyczną  minę.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  nie  ma 
sensu  próbować  ją  przekonywać,  żeby  zmieniła  zdanie,  kiedy  już  raz 
wyrobiła  sobie  jakąś  opinię.  Tak  więc  zabieram  swojego  bajgla  -  z 
kremowym  serkiem  i  bekonem,  oczywiście,  oraz  kawę  z  kakao  -  i 
wracam do biura. 
Siedzę  tam  i  zastanawiam  się,  kim  jest  Tad  Tocco  i  dlaczego  chce, 
żebym  do  niego  oddzwoniła  -  dzwonił  z  jakiegoś  numeru 
wewnętrznego  Uniwersytetu  Nowojorskiego  -  kiedy  zaspany  Tom 
wchodzi do biura, głupiejąc na mój widok. 
- Wow! - wykrzykuje. - To jakaś fatamorgana? 
- Nie - odpowiadam. - Naprawdę tu jestem. Punktualnie. 
-  Jesteś  tu  przed  czasem.  -  Tom  kręci  głową.  -  Czy  cudom  nigdy  nie 
będzie końca? 
- A więc? - Obserwuję go uważnie. - Jak poszło? To znaczy, z trenerem 
Andrewsem? 
Wyciąga  klucze,  żeby  otworzyć  drzwi  do  swojego  gabinetu,  ale 
zauważam ten potajemny, szybki uśmiech, zanim zdołał go ukryć. 
- Dobrze - odpowiada obojętnym tonem. 
- Och, jasne - mówię. - No weź. Puść farbę. 
- Nie chcę zapeszyć - tłumaczy Tom. - Poważnie, Heather. Ja mam taką 
skłonność do wyciągania pochopnych wniosków. A tym razem nie chcę 
tego robić. Po prostu, nie. 
- A więc... - Przyglądam  mu się. - Skoro zamierzasz do niczego się nie 
spieszyć, to znaczy, że spotkanie musiało wam się całkiem nieźle udać. 
-  Było  świetnie.  -  Nie  umie  już  dłużej  ukrywać  uśmiechu.  -  Steve  jest 
po  prostu... No  cóż,  jest  niesamowity.  Ale  jak  mówiłem,  nie  będziemy 
się spieszyć. 
„My”. Już zaczął mówić: „my”. 
Oczywiście,  bardzo  się  ze  względu  na  niego  cieszę.  Ale  jestem  trochę 
wkurzona  na  siebie.  Nie  dlatego,  że  ja  też  chciałabym  kiedyś  stać  się 
częścią jakiegoś „my” - chociaż, oczywiście, chciałabym tego. Dlatego, 
że  teraz  muszę  pogłówkować  nad  tym,  dlaczego  Kimberly  w  tak 

background image

oczywisty  sposób  mnie  okłamała...  Chyba  że  Steven  Andrews  jest 
równie dobrym aktorem jak Heath Ledger, w co raczej wątpię. 
Ale i tak nie mogę się nie cieszyć radością Toma. 
-  Skoro  nie  będziecie  się  z  niczym  spieszyli  -  mówię  -  to  znaczy,  że 
jednak zamierzasz jakiś czas tu jeszcze zostać, prawda? 
Wzrusza ramionami i się rumieni. 
- Zobaczymy - rzuca. I wchodzi do swojego gabinetu. 
To mi przypomina o czymś jeszcze. 
- No a gdzie jest Doktor Śmierć? Dzisiaj nie przychodzi? 
-  Nie,  Bogu  dzięki.  Poradnia  psychologiczna  -  wyjaśnia  Tom  - 
zdecydowała,  że  jeśli  jeszcze  jacyś  studenci  będą  potrzebowali 
popracować  nad  żałobą  po  śmierci  Lindsay,  to  mogą  się  w  tym  celu 
przespacerować na drugą stronę parku. 
-  Niech  zgadnę:  Cheryl  Haebig  odwiedziła  doktor  Kilgore  o  parę  razy 
za dużo. 
-  Moim  zdaniem  Cheryl  prawie  udało  się  doprowadzić  doktor  Kilgore 
do  rozstroju  nerwowego  -  cieszy  się  Tom.  -  Mój  gabinet  znów  należy 
do  mnie.  Tylko  do  mnie!  Teraz  pójdę  do  stołówki  i  wezmę sobie  tacę, 
własną tacę, i zjem śniadanie przy swoim biurku! 
-  Baw  się  dobrze  -  życzę  mu,  myśląc,  jak  to  miło  mieć  szefa,  który 
uważa,  że  jedzenie  śniadania  przy  biurku  w  miejscu  pracy  jest  czymś 
najzupełniej właściwym. Naprawdę poszczęściło mi się z Tomem w roli 
szefa. Przynajmniej jak dotychczas. 
Przeglądam raporty, kiedy pojawia się Gavin z dziwnie nieswoją miną. 
- Hm,  cześć  Heather  -  wita  się  i  staje  sztywno  przed moim  biurkiem.  - 
Czy  Tom  jest  u  siebie?  Mam  przełożyć  to  spotkanie  w  sprawie 
nadużywania alkoholu. 
-  Tak,  jest  w  pracy.  Tylko  poszedł  jeszcze  do  stołówki  po  coś  do 
jedzenia. Siadaj sobie. Powinien zaraz wrócić. 
Gavin siada  na sofie obok  mojego biurka. Ale zamiast rozpierać  się  na 
niej w obscenicznym rozkroku, jak to zwykle robił w przeszłości, Gavin 
tylko  przycupnął  na  jej  skraju  i  siedzi  bardzo  prosto,  patrząc  przed 
siebie.  I  nie  robi  mi  bałaganu  w  spinaczach  do  papierów  ani  nie  bawi 
się figurkami z Toy Story 2 z McDonalda, które stoją na moim biurku. 
Gapię się na niego. 
- Gavin? Co ci się stało? 
-  Co?  -  Mruga  oczami  i  spogląda  na  reprodukcję  Moneta  wiszącą  na 

background image

ścianie. Zdecydowanie unika patrzenia mi w oczy. - Nic mi nie jest. Bo 
co? 
- Nie wiem. Wydajesz się taki... nieobecny. 
- Nie jestem nieobecny. Po prostu staram się na ciebie nie napierać. 
Teraz ja z kolei mrugam oczami. 
- Ty... co? 
Wreszcie patrzy na mnie. 
-  No  wiesz  -  tłumaczy.  -  Nie  napieram  na  ciebie.  Twój  przyjaciel 
Cooper  powiedział  mi  wczoraj  wieczorem,  że  nie  lubisz,  jak  się  na 
ciebie napiera. Więc staram się nie napierać. 
Robi mi się jakoś dziwnie zimno. Mam wrażenie, że to złe przeczucie. 
- Zaraz. Cooper powiedział ci, że masz na mnie nie napierać? 
-  Tak  -  mówi  Gavin  i  kiwa  głową.  -  Wczoraj  wieczorem.  Kiedy  mnie 
odprowadzał  do  akademika.  Czego  zresztą  wcale  nie  musiał  robić,  tak 
przy  okazji.  Mam przecież  dwadzieścia  jeden  lat. Nie potrzebuję,  żeby 
ktokolwiek odprowadzał mnie do akademika. 
-  Domu  studenckiego  -  poprawiam.  -  A  co  jeszcze  mówił  ci  o  mnie 
Cooper? 
-  No  cóż,  rozumiesz.  -  Gavin  wzrusza  ramionami  z  zażenowaniem  i 
znów zerka na Moneta na przeciwległej ścianie. - Że zostałaś naprawdę 
mocno  zraniona,  kiedy  jego  brat  Jordan  cię  zdradził,  i  że  byłaś 
zagubiona,  i  że  nadal  jeszcze  usiłujesz  uporać  się  z  tą  stratą,  i  że  nie 
jesteś jeszcze gotowa na żadne nowe uczuciowe związki... 
- Co?! - Zrywam się na równe nogi. - Co takiego? 
-  No  cóż.  -  Gavin  obraca  głowę,  żeby  spojrzeć  na  mnie  z  lekkim 
zdziwieniem.  -  Sama  wiesz.  No  bo  jeszcze  się  w  nim  przecież  ciągle 
kochasz... 
Mam wrażenie, że właśnie dostaję udaru. 
- Że się kocham w kim?! 
- No w Jordanie Cartwrighcie, oczywiście. - Gavin nagle przerywa. - O 
cholera  -  dodaje,  kiedy  widzi  wyraz  mojej  twarzy.  -  Zapomniałem. 
Cooper  mówił,  żeby  ci  tego  nie  powtarzać...  Nie  zdradzisz  mu,  że  ci 
powiedziałem, prawda? Ten facet jakoś tak mnie przeraża... 
Głos  Gavina  cichnie.  Patrzy  na  mnie  z  przestrachem.  Nie  wiem 
dlaczego.  Może  ze  względu  na  sposób,  w  jaki  pochylam  się  nad 
biurkiem, usta mam otwarte, a wybałuszone oczy wychodzą mi z orbit. 
-  Czy  to  nie  dlatego  nie  chcesz  iść  jutro  na  ślub  Jordana?  -  Gavin 

background image

zaczyna pleść od rzeczy. - Bo jesteś w nim nadal na tyle zakochana, że 
nie  będziesz  mogła  znieść  tego,  że  żeni  się  z  kimś  innym?  W  każdym 
razie  twój  kumpel  Cooper  tak  myśli.  On  uważa,  że  to  dlatego  nie 
mogłaś  zacząć  się  spotykać  z  kimś  innym,  bo  ciągle  jeszcze  jesteś 
wypalona  po  związku  z  Jordanem,  i  że  to  trochę  potrwa,  zanim  uda  ci 
się przejść nad tym do porządku dziennego... 
Wrzask zaczyna mi  się zbierać gdzieś tak w okolicach podeszew stóp i 
przesuwa  się  w  górę,  coś  jak  para  w  garnku.  Mam  właśnie  odrzucić 
głowę w tył i głośno zawyć, kiedy Tom, zataczając się, wpada do biura, 
z twarzą tak  białą  jak  śnieg  na  dworze.  Nie  ma ze  sobą  żadnej tacy  ze 
śniadaniem. 
- Właśnie znaleźli resztę - mówi  i z  miejsca osuwa się  na kanapę obok 
Gavina. 
Przestaję mieć ochotę na wrzeszczenie. 
- Resztę czego? - pyta Gavin. 
- Lindsay - mamrocze Tom. 
24 
Mówią, że tylko czas 
pomoże, 
Ale na razie żyję w piekle. 
Waga wciąż mówi: 
ty potworze, 
Chyba się już totalnie 
wścieknę. 
 
Waga 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Magda siedzi przy swojej kasie i płacze. 
-  Magda  -  powtarzam  chyba  po  raz  piąty.  -  Powiedz  mi  wreszcie. 
Powiedz, co się stało. 
Magda  kręci  głową.  Wbrew  wszystkim  prawom  fizyki  i  działaniu 
lakieru jej włosy oklapły. Zwisają smutno po jednej stronie twarzy. 
-  Magda.  Powiedz  mi,  co  znaleźli.  Tom  nie  chce o tym  mówić. Gerald 
nie  chce  nikogo  wpuścić  do  kuchni.  Gliny  są  w  drodze.  Po  prostu  mi 
powiedz. 
Magda  nie  może  wydobyć  z  siebie  ani  słowa. Wstrząsa nią płacz. Pete 

background image

nie musi się spierać z żadnymi z mieszkańców, których ma wyganiać ze 
stołówki - wychodzą z własnej woli, oglądając się nerwowo na Magdę. 
Ponieważ ona praktycznie wyje, trudno im się dziwić. 
-  Magda  -  mówię.  -  Histeryzujesz.  Musisz  się  jakoś  uspokoić.  Ale 
Magda  nie  może  się  uspokoić.  I  dlatego  najpierw  ciężko  wzdycham,  a 
potem biorę zamach i wymierzam jej policzek. 
A ona natychmiast mi oddaje. 
- Auć! - wołam oburzona, łapiąc się za twarz. - Dlaczego to zrobiłaś? 
- Ty mnie uderzyłaś pierwsza! - oświadcza gniewnie Magda, trzymając 
się za policzek. 
- Tak,  ale  to  ty  miałaś  atak  histerii!  -  Magda  ma  trochę  siły  w  rękach. 
Przed  oczyma  latają  mi  mroczki.  -  Ja  tylko  usiłowałam  cię  z  niego 
wyrwać! Nie musiałaś mi oddawać. 
-  Nie  powinno  się  walić  po  twarzy  histeryzujących  ludzi  -  odpala 
Magda.  -  Niczego  cię  nie  nauczyli  na  tych  wymyślnych  kursach 
pierwszej pomocy, które kazali ci zaliczać? 
- Magda. - Wreszcie łzy przestają mi się kręcić w oczach. - Powiedz mi, 
co znaleźli. 
-  Pokażę  ci  -  mówi  Magda  i  wyciąga  drugą  rękę,  tę,  którą  mnie  nie 
uderzyła  w  twarz.  Tam,  w  jej  dłoni,  spoczywa  jakiś  dziwnie 
wyglądający przedmiot.  Ze  złota,  przypomina  kolczyk, ale  jest o  wiele 
większy  i  zakrzywiony.  Na  jednym  jego  końcu  połyskuje  brylancik. 
Złoto jest mocno pogięte, jakby ktoś je usiłował nadgryźć. 
- Co to jest? - pytam, wpatrując się w przedmiot. 
- Skąd to masz?! 
Obie  z  Magdą  jesteśmy  zaskoczone  reakcją  Cheryl  Haebig,  która  ze 
swoim  chłopakiem,  Jeffem,  mija  nas  w  drodze do  wyjścia  ze  stołówki. 
Cheryl szeroko otwiera oczy i nie może oderwać wzroku od przedmiotu 
w  dłoni  Magdy.  Pete,  który  usiłuje  wszystkich  ze  stołówki  wygonić, 
jest podenerwowany. 
-  Cher.  -  Jeff  ciągnie  swoją  dziewczynę  za  ramię.  -  Chodź.  Oni  chcą, 
żebyśmy stąd wyszli. 
- Nie - upiera się Cheryl, kręcąc głową, ze spojrzeniem wciąż wbitym w 
przedmiot, który trzyma Magda. - Skąd to masz? Powiedz mi. 
-  Rozpoznajesz  to  coś,  Cheryl?  -  pytam  ją,  chociaż  z  jej  reakcji  widać 
wyraźnie, że tak. Ja sama wcale chyba nie chcę wiedzieć, dlaczego ona 
to rozpoznaje. - Co to jest? 

background image

- To kolczyk, który Lindsay nosiła w pępku - oświadcza Cheryl. Twarz 
jej  zbielała  pod  kolor  bluzki,  którą  ma  na  sobie.  -  O  Boże.  Skąd  to 
masz? 
Magda zaciska wargi. I dłoń. 
-  Och,  nie  -  mówi  tym  śpiewnym  tonem,  którego  używa  tylko  wtedy, 
kiedy  w  pobliżu  kręcą  się  studenci.  -  Nieważne.  Idź  już  na  zajęcia,  bo 
się spóźnisz... 
Ale  Cheryl  robi  krok  do  przodu,  a  spojrzenie  ma  tak  twarde  jak  ten 
marmur pod naszymi stopami. 
- Powiedz mi. 
Magda  przełyka  ślinę,  zerka  na  mnie,  a  potem  odpowiada  normalnym 
głosem: 
-  Tkwiło  w  środku  młynka  do  rozdrabniania  odpadków.  Tego,  który 
przez  cały  ostatni  tydzień  nie  działał  jak  trzeba.  Jeden  z  mechaników 
wreszcie znalazł chwilę, żeby do niego zajrzeć. I znalazł to. 
Obraca  kolczyk.  Po  jego  drugiej  stronie  wygrawerowane  jest  słowo 
„Lindsay”  -  słabo  widoczne,  bo  kolczyk  jest  nieźle  zniszczony.  Ale 
nadal czytelne. 
Cheryl  gwałtownie  łapie  powietrze,  a  potem  zaczyna  chwiać  się  na 
nogach. Pete i Jeff pomagają jej usiąść na pobliskim krześle. 
- Powiedz  jej, żeby opuściła głowę  między kolana - instruuję Jeffa. On 
ze  spanikowaną  miną  kiwa  głową  i  każe  swojej  dziewczynie  pochylić 
się naprzód, aż te jej długie, miodowe włosy zamiatają podłogę. 
Obracam się do Magdy i wpatruję w kolczyk. 
-  Resztę  jej  zwłok  przepuścili  przez  młynek  do  odpadów?  -  szepczę. 
Magda kręci głową. 
- Próbowali. Ale kości nie dają się w nim zemleć. 
- Czekaj. Zaraz... one nadal tam są? 
Magda  kiwa  głową.  Mówimy  szeptem,  żeby  Cheryl  nas  nie 
podsłuchała. 
- Zlew był zapchany. Nikt się nie zastanawiał, dlaczego, bo on wiecznie 
się zapychał. Po prostu korzystaliśmy z drugiego. 
- A policja też tam nie zajrzała? Magda marszczy nos. 
- Nie. Woda tam stała... No wiesz, jak to potrafi wyglądać. Poza tym w 
poniedziałek wieczorem podawaliśmy chilli... 
Zaczyna mi się robić niedobrze. 
- O mój Boże - jęczę. 

background image

- Wiem. - Magda opuszcza wzrok na ten kolczyk. - Kto mógł zrobić coś 
podobnego takiej ładnej, miłej dziewczynie? Kto, Heather? Kto? 
- Dowiem się tego - obiecuję, odwracając się do niej, i na ślepo, bo oczy 
mam  pełne  łez,  idę  do  Cheryl,  która  nadal  siedzi  z  głową  między 
kolanami.  Kucam  obok  niej,  żeby  móc  ją  o  coś  spytać.  -  Cheryl,  czy 
Lindsay sypiała z trenerem Andrewsem? 
-  Co?  -  Jeff  ma  wyraz  osłupienia  na  twarzy.  -  Trener  i  Lind?  Nie  ma 
mowy. 
Cheryl unosi głowę. Ma mocno zaczerwienioną twarz. Łzy płyną jej po 
policzkach i wiszą u rzęs. 
-  Trener  Andrews?  -  powtarza,  pociągając  nosem.  -  N  -  nie.  Nie, 
oczywiście, że nie. 
- Jesteś tego pewna? - pytam. Cheryl kiwa głową. 
- Tak. No bo, trener to... - Zerka na Jeffa. - Hm. 
- Co? - Jeff  jest przestraszony. - Trener to co, Cher? Cheryl wzdycha  i 
znów patrzy na mnie. 
-  Cóż,  żadna  z  nas  nie  jest  pewna  -  wyjaśnia.  -  Ale  zawsze 
zakładałyśmy, że trener jest gejem. 
-  Co?!  -  Teraz  to  Jeff  ma  taką  minę,  jakby  miał  się  za  moment 
rozpłakać. - Trener Andrews? Wykluczone. Wykluczone! 
Cheryl patrzy na mnie, zapłakana. 
-  Sama  rozumiesz,  czemu  swoje  podejrzenia  zachowywałyśmy  dla 
siebie - tłumaczy. 
- Rozumiem - odpowiadam. Poklepuję Cheryl po dłoni. - Dziękuję ci. 
A  potem wychodzę  ze  stołówki,  mijając  po  drodze  Pete'a,  i  kieruję  się 
w stronę wind. 
-  Heather?  -  Magda  drepcze  za  mną  w tych  swoich  szpilkach.  - Dokąd 
idziesz? 
Walę w guzik windy, drzwi się rozsuwają. 
-  Heather. -  Pete  idzie  za  mną  na  korytarz  i  patrzy  na  mnie  z  troską.  - 
Co się dzieje? 
Ignoruję ich oboje. Wsiadam do windy i naciskam przycisk dwunastego 
piętra.  Kiedy  drzwi  się  zamykają,  widzę,  że  Magda  nadal  drepcze  w 
moją stronę; nie chce, żebym jechała na górę sama. 
Ale to lepiej, że nie  jedzie ze  mną. Nie spodobałoby  jej się to, co mam 
zamiar  za  chwilę  zrobić.  Mnie  też  się  nie  podoba.  Ale  ktoś  to  zrobić 
musi. 

background image

Kiedy  drzwi  windy  otwierają  się  na  dwunastym  piętrze,  wychodzę  i 
ruszam  w  stronę  pokoju  12  -  18.  Korytarz  -  przez  opiekunkę  piętra, 
która  uwielbia  Kubusia  Puchatka,  udekorowany  motywem  Tygryska... 
Ale takiego zakręconego, bo z dredlokami -  jest cichy. Dopiero  minęła 
dziewiąta i te dzieciaki, które nie są na zajęciach, jeszcze śpią. 
Ale jednego z nich mam zdecydowany zamiar obudzić. 
-  Biuro  administracji!  -  wrzeszczę,  krótko  waląc  do  drzwi  zwiniętą 
pięścią. Nie wolno nam wchodzić, nie anonsując się. 
Ale  to  nie  znaczy,  że  musimy  czekać,  aż  mieszkaniec  otworzy  nam 
drzwi.  I  nie  czekam.  Wkładam  swój  uniwersalny  klucz  do  zamka  i 
przekręcam klamkę. 
Kimberly,  jak  na to  liczyłam,  leży  zwinięta  w  łóżku. Identyczne  łóżko 
jej  współlokatorki  -  mają  nawet  takie  same  narzuty  w  barwach  złota  i 
bieli  Uniwersytetu  Nowojorskiego  -  jest  puste.  Kimberly  siada  z 
półprzytomną miną. 
-  C  -  co  się  dzieje?  -  pyta  sennym  głosem.  -  O  mój  Boże.  Co  ty  tu 
robisz? 
- Wstawaj - mówię do niej. 
- Co? Dlaczego? - Nawet wyrwana z głębokiego snu, Kimberly Watkins 
ładnie  wygląda.  Jej  twarz  -  w  przeciwieństwie  do  mojej  -  nie  jest 
wysmarowana  żadnymi  przeciwzmarszczkowymi  i  antytrądzikowymi 
kremami,  a  włosy,  zamiast  komicznie  sterczeć, opadają  idealnie  prostą 
falą po obu stronach twarzy. 
- Pali się? - pyta Kimberly. 
- Nie pali się - odpowiadam. - Wstawaj. 
Kimberly  wygramoliła  się  z  łóżka  i  stoi  w  tym  swoim  za  dużym 
podkoszulku  Uniwersytetu  Nowojorskiego  i  bokserkach.  Na  jednej 
stopie ma luźną szarą skarpetkę. 
-  Zaraz  -  mówi,  zakładając  pasmo  włosów  za  ucho  -  dokąd  idziemy? 
Muszę się ubrać. Muszę umyć... 
Ale ja już złapałam ją za ramię i ciągnę do drzwi. Usiłuje stawiać opór, 
ale spójrzmy prawdzie w oczy: jestem od niej o wiele cięższa. Poza tym 
ja jestem w pełni rozbudzona, a ona nie. 
- D - dokąd mnie zabierasz? -  jąka się  Kim,  biegnąc truchcikiem, żeby 
za  mną  nadążyć.  Gdyby  tego  nie  zrobiła,  jestem  gotowa  zaciągnąć  ją 
tam siłą i to do niej chyba dociera. 
-  Chcę  ci  coś  pokazać  -  tłumaczę  jej.  Kimberly  nerwowo  mruga 

background image

powiekami. 
- Ja... ja nie chcę nic oglądać. 
Przez  chwilę  mam  ochotę  rąbnąć  nią  o  najbliższą  ścianę,  jak  w  piłce 
ręcznej. Zamiast tego mówię: 
-  No  cóż,  ale  i  tak  zobaczysz.  Najpierw  zobaczysz,  a  potem  ty  i  ja 
porozmawiamy sobie chwilkę. Zrozumiałaś? 
Winda nadal stoi na dwunastym piętrze. Wpycham Kimberly do kabiny 
i naciskam przycisk parteru. 
- Zwariowałaś - mamrocze Kimberly drżącym głosem, kiedy zjeżdżamy 
na dół. Zaczyna się powoli dobudzać. - Wylecisz za to z roboty. 
-  Tak?  -  Wybucham  śmiechem.  Lepszego  dowcipu  jeszcze  dziś  nie 
słyszałam. 
-  Nie  żartuję.  Nie  wolno  ci  tak  mnie  traktować.  Rektor  Allington 
wścieknie się na ciebie, jak się o tym dowie. 
- Rektor Allington - mówię, kiedy stajemy na parterze i drzwi windy się 
rozsuwają - może mnie pocałować w tyłek. 
Wlokę  ją  obok  drzwi  mojego  biura  w  stronę  kontuaru  recepcji,  gdzie 
studentka na dyżurze aż unosi głowę znad egzemplarza „Cosmo”, który 
zwinęła  z  czyjejś  poczty,  i  patrzy  na  mnie  z  przerażeniem.  Pete,  który 
wskazuje  drogę  strażakom  -  dlaczego  tak  jest,  że  niezależnie  w  jakiej 
sprawie  zadzwonimy  na  911,  czy  chodzi  o  studenta,  który  ześwirował 
po haszu, czy o ludzkie kości w kuchennym  młynku pod zlewem, straż 
pożarna  zawsze  zdąża  przed  policją?  -  przerywa  na  moment  swoją 
działalność, żeby na mnie zerknąć. 
-  Mam  nadzieję,  że  wiesz,  co  robisz?  -  pyta,  kiedy  ciągnę  Kimberly, 
mijając go. 
-  Nie  stój  tak!  -  drze  się  do  niego  Kimberly.  -  Powstrzymaj  ją!  Nie 
widzisz,  co  robi?  Ona  mnie  gdzieś  ciągnie  wbrew  mojej  woli!  Ramię 
mnie boli! 
Walkie - talkie Pete'a skrzeczy. Unosi je do ust i mówi: 
- Nie, w holu wszystko w porządku. 
-  Cholerna  sprzedajna  glina!  -  syczy  do  niego  Kimberly,  kiedy 
wpycham ją do środka stołówki. 
Magda,  która  stoi  przy  wejściu  ze  swoim  szefem,  Geraldem  i  paroma 
strażakami,  patrzy  na  mnie  ze  zdziwieniem.  Dłoń  trzyma  otwartą  i 
pokazuje  strażakowi  swoje  znalezisko.  Cheryl,  jak  widzę,  nadal  siedzi 
w  pobliżu,  bardzo  blada  -  ale  spokojna  -  z  Jeffem  Turnerem  u  boku. 

background image

Łapię Kimberly dłonią za kark i popycham jej twarz w stronę otwartej 
dłoni Magdy. 
- Widzisz to? - pytam. - Wiesz, co to jest? Kimberly wije się, próbując 
mi się wyrwać. 
- O co ci chodzi? Puszczaj. 
-  Pokaż  jej  to  -  zwracam  się  do  Magdy,  a  Magda  zręcznym  gestem 
podsuwa kolczyk pod sam nos Kimberly. 
- Poznajesz to? - pytam. 
Oczy Kimberly robią się wielkie  jak  monety dwudziestopięciocentowe. 
Nie może oderwać spojrzenia od kolczyka trzymanego przez Magdę. 
- Tak - mamrocze. - Poznaję. 
-  Co  to  jest?  -  pytam  i  puszczam  jej  kark.  Już  nie  muszę  jej 
przytrzymywać,  żeby  ją  zmusić  do  patrzenia.  Gapi  się  jak 
zahipnotyzowana. 
- To kolczyk do noszenia w pępku. 
- A czyj to kolczyk? 
- Lindsay. 
-  Zgadza  się  -  potwierdzam.  -  To  kolczyk  Lindsay.  A  wiesz,  gdzie  go 
znaleźliśmy? 
- Nie. - Głos Kimberly zaczyna brzmieć nosowo. Zastanawiam się, czy 
ona  mi  się  tu  zaraz  rozpłacze,  czy  po  prostu  łapie  ją  jakieś 
przeziębienie. 
-  W  młynku  do śmieci.  Kimberly,  oni  próbowali  zemleć  w  nim  zwłoki 
twojej przyjaciółki. Jakby to były kuchenne odpadki. 
-  Nie.  -  Głos  Kimberly  coraz  bardziej  słabnie.  Co  u  czirliderki  jest 
niespotykane. 
-  A  wiesz  też,  co  te  osoby,  które  zabiły  Lindsay,  zrobiły  Manuelowi 
Juarezowi podczas meczu? - pytam. - I to tylko dlatego, że bały  się, że 
Lindsay  mogła  komuś  coś  o  nim  powiedzieć?  I  co  ty  na  to  wszystko, 
Kimberly? Hę? 
Kimberly,  nadal  słabym  głosem,  z  twarzą  po  której  zaczynają  płynąć 
łzy, mamrocze: 
- Nie wiem, co to ma wspólnego ze mną. 
-  Ty  ze  mną  nie  zadzieraj,  Kimberly  -  strofuję  ją.  -  Najpierw 
próbowałaś  mi  wmawiać,  że  to  współlokatorka  Lindsay  zabiła  ją  z 
zazdrości.  Potem  usiłowałaś  mi  wpierać,  że  trener  Andrews  i  Lindsay 
mieli romans, a doskonale wiesz, że trener Andrews woli własną płeć... 

background image

Zza pleców dobiega mnie lekkie westchnienie Cheryl Haebig. 
-  Przyznaj  się,  Kimberly  -  mówię,  nie  oglądając  się  za  siebie.  -  Ty 
wiesz, kto zabił Lindsay. 
Kimberly kręci głową tak mocno, że włosy jej lecą na oczy. 
- Nie, ja... 
-  Chcesz  to  sobie  obejrzeć,  Kimberly?  -  pytam ostro. -  Ten  młynek,  w 
którym  usiłowali  zemleć  kawałki  ciała  Lindsay?  Cały  się  zatkał.  Jej 
krwią i jej kośćmi. Ale jeśli chcesz, to ja ci to pokażę. 
Kimberly  wyrywa  się  jakiś  cichy  jęk.  Strażacy  zaczynają  się  na  mnie 
gapić, jakbym była jakąś wariatką. Pewnie mają rację. Jestem wariatką. 
Ale wcale mnie nie wzrusza to, co robię Kimberly. Nic a nic. 
-  Chcesz  wiedzieć,  co  oni  zrobili  Lindsay,  Kim?  Chcesz  wiedzieć?  - 
Ona  kręci  głową,  ale  ja  i  tak  mówię  dalej:  -  Najpierw  ktoś  ją  udusił, 
dusił  ją  tak  mocno  i  długo,  że  naczynka  krwionośne  wokół  jej  oczu 
popękały.  Pewnie  walczyła  o  oddech,  ale  ci,  co  ją  trzymali,  mieli  to 
gdzieś  i  nie  popuścili.  Więc  umarła.  Ale  to  nie wystarczyło. Bo  potem 
ją  poćwiartowali.  Posiekali  ją  i  kawałki  jej  zwłok  wpychali  do  zlewu, 
do młynka do odpadów... 
- Nie. - Kimberly teraz już wręcz szlocha. - Nie, to nieprawda! 
-  To  prawda.  Wiesz,  że  to  prawda.  I  wiesz  jeszcze  co,  Kimberly?  Ty 
jesteś następna. W następnej kolejności przyjdą po ciebie. 
Pełne łez oczy Kimberly się rozszerzają. 
- Nie! Ty tylko tak mówisz, żeby mnie wystraszyć. 
- Najpierw Lindsay. Potem Manuel. Następnie ty. 
-  Nie!  -  Kimberly  odsuwa  się  ode  mnie  gwałtownie,  ale  ma  pecha,  bo 
staje  twarzą  w  twarz  z  Cheryl  Haebig,  która  podniosła  się  z  krzesła  i 
piorunuje Kimberly wściekłym spojrzeniem. 
Ale Kimberly tego spojrzenia  nie zauważa.  Widząc przed sobą Cheryl, 
woła: 
-  Och,  dzięki  Bogu!  Cheryl,  powiedz  jej...  Powiedz  tej  suce,  że  ja  nic 
nie wiem. 
Ale Cheryl tylko kręci głową. 
- Powiedziałaś jej, że Lindsay i trener Andrews mieli romans - mówi. - 
Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego? Wiesz, że to nie była prawda. 
Kimberly, widząc, że żadnej pomocy od Cheryl  nie otrzyma, cofa  się  i 
kręci głową. 
- T - ty... T - ty nie rozumiesz - czka. 

background image

- Och, rozumiem doskonale -  mówi Cheryl. Na każdy  jej krok naprzód 
Kimberly  cofa  się  o  krok,  aż  wreszcie  staje  przyparta  do  stanowiska 
Magdy, gdzie zamiera w bezruchu i lękliwie spogląda w twarz Cheryl. - 
Ja  wiem,  że  zawsze  byłaś  o  Lindsay  zazdrosna.  Ja  wiem,  że  zawsze 
chciałaś  być  tak  lubiana  i  popularna  jak  ona.  Ale  nigdy  ci  się  nie 
udawało. Bo jesteś taką pieprzoną... 
Ale  Cheryl  nie  udaje  się  dokończyć.  Bo  Kimberly  osuwa  się  przy 
stanowisku  kasjera,  aż  wreszcie  siada  na  posadzce,  w  plamie  bieli  i 
złota Uniwersytetu Nowojorskiego. 
-  Nie  -  szlocha.  -  Nie,  nie  zrobiłam  tego.  Nic  nie  zrobiłam.  Ja  jej  nie 
zabiłam! 
-  Ale  wiesz,  kto  zabił.  -  Podchodzę  bliżej  i  dodaję:  -  Nieprawdaż, 
Kimberly? 
Kręci głową. 
- Nie wiem! Przysięgam! Ja tylko... ja tylko wiem, co zrobiła Lindsay. 
Cheryl i ja wymieniamy zaskoczone spojrzenia. 
-  Co  zrobiła  Lindsay,  Kimberly?  -  pytam.  Kimberly  podciąga  kolana 
pod brodę i mamrocze cicho: 
- Ukradła jego zapas. 
- Co zrobiła?! 
-  Ukradła  jego kokę!  Boże,  co  wy,  niedorozwinięte jakieś? -  Kimberly 
rzuca  nam  przez  łzy  gniewne  spojrzenie.  -  Ukradła  mu  cały  zapas, 
mniej  więcej  gram  koki.  Była  na  niego  wściekła,  bo  strasznie  jej  tej 
koki  skąpił.  No  wiecie,  robiła  mu  laskę,  a  on  jej  za  to  dawał  tylko 
linijkę  czy  dwie.  Poza  tym  na  boku  widywał  się  też  z  innymi 
dziewczynami. Wkurzało ją to. 
Słysząc to, Cheryl jakby wbrew własnej woli cofa się o krok. 
- Kłamiesz - mówi do Kimberly. 
- Zaraz. - odzywam się skonsternowana. - Czyj zapas? Douga Winem? 
Mówisz o Dougu Winerze? 
-  Tak.  -  Kimberly  żałośnie  kiwa  głową.  -  Myślała,  że  on  tego  nie 
zauważy. A jak zauważy, to pomyśli, że zabrał ją któryś z jego kumpli z 
bractwa.  Och,  nie  patrz  tak  na  mnie,  Cheryl!  -  Kimberly  piorunuje 
wzrokiem  koleżankę  z  drużyny.  -  Lindsay  nie  była  żadną  cholerną 
świętą.  I  nieważne,  co  ty  i  inne  dziewczyny  sobie  na  jej  temat 
wyobrażałyście.  Boże,  nie  rozumiem,  czemu  nigdy  nie  widziałyście, 
kim ona naprawdę jest... zaćpaną dziwką. Która dostała dokładnie to, na 

background image

co sobie zasłużyła! 
Kimberly  szlocha  tak,  że  zaczyna  już  hiperwentylować.  Przyciska 
ramiona  do  brzucha,  jakby  cierpiała  na  zapalenie  wyrostka 
robaczkowego,  z  kolanami  podciągniętymi  pod  brodę,  z  czołem 
opartym na kolanach. 
Ale chociaż Cheryl cofa się z przerażoną miną, ja nie mam zamiaru tak 
łatwo Kimberly odpuścić. 
- Ale Doug zorientował się, że brakuje mu koki - mówię. - Zauważył to 
i zaczął jej szukać, tak? 
Kimberly znów kiwa głową. 
- To dlatego Lindsay musiała się dostać do stołówki. Żeby oddać mu tę 
kokę.  Bo to tu  ją  schowała,  tak?  Bo  sądziła,  że  nie  będzie  bezpiecznie 
chować ją w pokoju, gdzie mogłaby ją znaleźć Ann. - Kiwnięcie głową. 
-  Więc  wzięła  klucz  od  Manuela,  weszła  tu  do  środka,  jakoś 
przeszmuglowała  do  budynku  Douga,  a  potem...  Co  potem?  Jeśli  ją 
oddała... to dlaczego on ją zabił? 
- A skąd ja mam to wiedzieć? - Kimberly powoli unosi głowę, jakby ta 
głowa  bardzo  jej  ciążyła.  -  Ja  wiem  tylko,  że  koniec  końców  Lindsay 
dostała to, na co sobie zasłużyła. 
-  Ty...  -  Cheryl  patrzy  gniewnie  na  koleżankę,  pierś  jej  gwałtownie 
faluje  z  emocji, oczy  ma  błyszczące  od  niewypłakanych  łez. -  Ty... Ty 
suko! 
Cheryl  zamierza  się,  chcąc  uderzyć  Kimberly  w  twarz...  Ale  ktoś  łapie 
ją za rękę, zanim zdążyła wymierzyć Kimberly policzek. 
To detektyw Canavan, który podszedł do nas i mówi spokojnie: 
- Wystarczy już tego dobrego, moje panie. 
25 
Objął mnie teraz front 
burzowy, 
Huragan, wiatr, spienione 
fale. 
Nie wiem, jak długo ster 
utrzymam, 
Bez czekolady rady nie dam 
wcale... 
 
Tonąc 

background image

Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
No  i  proszę  bardzo  -  zwracam  się  do  Pete'a,  kiedy  po  pracy  siadamy 
przy  lepiącym  się  stoliku  w  Upalonej  Wronie.  - Macie swój  motyw,  to 
jasne jak słońce. 
Spojrzenie  na  twarz ochroniarza  mówi  mi,  że tak samo  jak  Magda,  nie 
ma pojęcia, o co mi chodzi. 
- Co? - mówią oboje jednym głosem. 
- To  dlatego  ją  zabił  -  wyjaśniam  cierpliwie.  -  Lindsay  za  dużo  plotła, 
opowiadała swoim  przyjaciółkom,  że on  handluje  narkotykami.  Musiał 
ją uciszyć albo ryzykować, że prędzej czy później go złapią. 
-  Nie  trzeba  obcinać  komuś  głowy,  żeby  go  zmusić  do  milczenia  - 
protestuje oburzona Magda. 
-  Tak  -  zgadza  się  Pete.  -  Bo  morderstwo  to  ekstremalne  rozwiązanie, 
nie  sądzisz?  Jeśli  twoja  dziewczyna  lubi  plotkować,  to  jeszcze  nie 
powód, żeby ją zabijać. 
-  Może  ją  zabił  dla  ostrzeżenia  -  mówi  Sarah  od  strony  baru,  gdzie 
siedzi  i  ogląda  jakiś  mecz  uniwersyteckiej  koszykówki  na  jednym  z 
telewizorów  zawieszonych  pod  sufitem.  -  Dla swoich  innych  klientów. 
Żeby  ich  ostrzec,  że  mają  trzymać  gęby  na  kłódkę  albo  spotka  ich 
podobny  los.  O  Jezu!  Techniczny!  Techniczny!!!  Czy  ten  sędzia  jest 
ślepy?! 
-  Możliwe  -  zgadza  się  Pete,  szturchając  burrito,  które  sobie  kupił  w 
delikatesach  przy  naszej  ulicy.  Ale  to  jest  cena,  jaką  człowiek  musi 
płacić,  jeśli  stołówka  w  jego  miejscu  pracy  zostaje  zamknięta,  żeby 
pracownicy  medycyny  sądowej  mogli  pousuwać  części  ciała  ofiary 
morderstwa z  młynka pod kuchennym zlewem. To burrito to pierwsze, 
co  Pete  może  zjeść  od  śniadania.  Piwo  i  popcorn,  którymi  się  w  tej 
chwil raczę, to mój pierwszy posiłek. - A  może to po prostu taki chory 
dowcip, który temu świrowi, Winerowi, wydał się zabawny. 
-  Nie  wiemy  na  pewno,  że  to  ten  Winer  -  zauważa  Magda.  Oboje  z 
Pete'em gapimy się na nią. 
-  Nie  wiemy  -  powtarza  Magda.  -  Tylko  dlatego, że  tamta dziewczyna 
powiedziała,  że  Lindsay  miała  się  z  nim  spotkać,  to  jeszcze  nie 
dowodzi,  że  rzeczywiście  z  nim  się  spotkała.  Słyszeliście,  co 
powiedział ten detektyw. 
-  Powiedział,  że  mamy  pilnować  własnego  nosa  -  przypominam  jej.  - 

background image

Nie  powiedział  nic  o  tym,  czy  jego  zdaniem  Doug  Winer,  albo  jego 
brat, popełnił tę zbrodnię. 
Bo ja odciągnęłam  na bok detektywa Canavana i  powiedziałam  mu, co 
zobaczyłam  na  imprezie  w  bractwie  studenckim  wczoraj  wieczorem,  i 
dodałam: 
- To oczywiste, że Doug, i Steve, proszę pamiętać o tym, co powiedział 
Manuel,  że  Steve  to  imię,  które  wymieniła  Lindsay,  zabił  ją  za  to,  że 
kłapała ozorem na temat ich narkotykowego handelku, a potem zostawił 
jej głowę  jako  ostrzeżenie  dla  reszty  klientów. Musicie go aresztować. 
Musicie! 
A detektyw Canavan wcale się nie ucieszył, że ja mu mówię, że on coś 
„musi” zrobić. Zmarszczył tylko brwi i powiedział: 
-  Powinienem  był  się  domyślić,  że  to  ty  byłaś  na  tej  imprezie  wczoraj 
wieczorem. Czy ty nigdzie nie  możesz pójść, żeby nie wywołać  jakiejś 
awantury? 
Poczułam  się  urażona.  Bo  jest  cała  masa  miejsc,  w  których  nie 
wywołuję  bójek  samym  swoim  pojawieniem.  Mnóstwo  miejsc.  Proszę 
tylko popatrzeć na mnie w tym barze naprzeciwko Fischer Hall. 
I  dobra,  powiedzmy,  że  jest  zaledwie  cztery  po  piątej,  więc  raczej 
niewiele  osób  już  zdążyło  wyjść  z  pracy  i  poza  nami  w  barze  nie  ma 
prawie nikogo. 
Ale żadna awantura tu się nie rozpętała. Jeszcze. 
- No więc kiedy oni zamierzają to  zrobić?  -  pyta Magda. -  Aresztować 
tych chłopaków? 
- O ile w ogóle zamierzają ich aresztować - poprawia ją Pete. 
- No przecież  muszą. - Magda mruga oczami znad swojego ulubionego 
napoju alkoholowego, koktajlu Biała Rosjanka. Pete i ja nie możemy na 
niego nawet patrzeć, żeby się  nie zakrztusić. - No bo zabrali ze sobą tę 
Kimberly,  żeby  ją  przesłuchać,  po  tych  wszystkich  rzeczach,  które 
powiedziała  przy  nas...  Nawet  jeśli  potem  wszystkiego  się  wyparła,  to 
słyszeli, co do nas mówiła w stołówce. 
- Ale czy to jest  jakiś dowód? - Pete ma wątpliwości. - Czy to nie  jest, 
zaraz,  jak  oni  to  nazywają  w  Prawie  i  sprawiedliwości?  Dowód  ze 
słyszenia? 
- Chcesz mi powiedzieć, że nie znaleźli w tej kuchni żadnych odcisków 
palców?  -  pyta  ostro  Magda.  -  Ani  jednego  włosa,  z  którego  mogą 
pobrać DNA, żeby dowiedzieć się, kto to zrobił? 

background image

-  Kto  wie,  co  znaleźli?  -  mówię  melancholijnie,  pakując  sobie  do  ust 
garść  nieświeżego  barowego  popcornu.  I  dlaczego  nieświeży  popcorn 
bywa  taki  pyszny?  A  już  zwłaszcza  z  zimnym  piwem.  -  My  pewnie 
dowiemy się tego ostatni. 
- Przynajmniej Manuel wyjdzie z tego bez szwanku - cieszy się Pete. - 
Julio  mówi,  że  z  dnia  na  dzień  mu  lepiej.  Chociaż  policja  nadal 
dyżuruje pod drzwiami jego pokoju w szpitalu. 
- Co zrobi, kiedy go już wypiszą? - pyta Magda. - Przecież nie postawią 
mu policjanta przy drzwiach domu, prawda? 
-  Do  tej  pory  będą  już  musieli  zaaresztować  Douga  -  rzuca  Sarah  od 
strony baru. - Bo to na pewno Doug ją udusił. Pytanie tylko, czy zrobił 
to  przypadkowo?  Na  przykład,  podduszał  ją  w  czasie  miłosnej  gry 
wstępnej,  a  potem  spanikował?  Z  tego,  co  mówiłaś, wynika,  że  to taki 
typ, który nie potrafi kontrolować swoich odruchów... 
-  Tak.  A  wspominałam,  że  totalnie  walnął  mnie  z  byka  w  żołądek?  - 
pytam. 
-  No  ale  żeby  dla  pozbycia  się  śladów  pchać  kawałki  jej  ciała  do 
młynka  na  odpadki?  -  Sarah  kręci  głową.  -  Doug  jest  za  głupi,  żeby 
wpaść  na  coś  takiego,  nawet  jeśli  pomysł  nie  wypalił,  bo  sprzęt 
kuchenny  odmówił  współpracy.  Rany  boskie,  przecież  on  go  opluł! 
Opluł go!! 
Podnoszę  wzrok  znad  pustego  koszyka  po  popcornie  i  widzę,  że  nie 
tylko  Pete  i  Magda  gapią  się  na  Sarah  z  niedowierzaniem.  Barmanka, 
Belinda,  punk  -  rockowa  nimfa  z  ogoloną  głową  i  w  spodniach 
rybaczkach, też spogląda na nią ze zdumieniem. 
Sarah to zauważa, ogląda się i mówi tytułem usprawiedliwienia: 
-  Wybaczcie,  przecież  człowiek  ma  prawo  do  zróżnicowanych 
zainteresowań, nieprawdaż? Mam prawo interesować się i psychologią, 
i sportem. Ludzie, to się nazywa wszechstronny rozwój. 
-  Jeszcze  popcornu?  -  pyta  ją  Belinda.  Jak  na  osobę  z  tyloma 
kolczykami, minę ma dość lękliwą. 
- Fuj - krzywi się Sarah. - Zjełczały jest. 
- Hm - odzywam się. - Ja trochę poproszę. Dzięki. 
- A przy okazji -  mówi Pete, wstając z krzesła. - Muszę wracać, zanim 
dzieciaki rozniosą cały dom. Magda, podrzucić cię do metra? 
- Poproszę. - Magda też się podnosi. 
- Zaraz - protestuję. - Właśnie zamówiłam więcej popcornu! 

background image

- Wybacz, kotku - prosi Magda, zakładając swoje futerko ze sztucznego 
królika.  -  Ale  na  zewnątrz  jest  z  minus  dziesięć.  Nie  idę  do  metra 
piechotą. Do zobaczenia w poniedziałek. 
- Na razie - żegnam się z nimi smutno, patrząc, jak odchodzą. Też bym 
już  poszła,  ale  zostało  mi  jeszcze  pół  piwa.  Piwa  się  tak  przecież  nie 
zostawia. To nie po amerykańsku. 
Ale  minutę  później  żałuję,  że  nie  zwiałam,  kiedy  miałam  taką  szansę, 
bo drzwi się otwierają i staje w nich - któżby inny? Jordan. 
- Och, tu jesteś - powiada, od razu mnie zauważając. Co nie jest trudne, 
bo  oprócz  mnie,  Sarah  i  dwójki  jakichś  studentów  z  Wydziału 
Matematyki,  którzy  grają  w  bilard,  w  barze  nikogo  nie  ma.  Jordan 
wślizguje się na krzesło przed chwilą zwolnione przez Pete'a i wyjaśnia, 
ściągając  kurtkę:  -  Cooper  mi  powiedział,  że  czasami  tu  zaglądasz  po 
pracy. 
Piorunuję  go  wzrokiem  znad  swojego  piwa.  Nie  wiem  dlaczego.  Być 
może  to  dlatego,  że  wymienił  imię  brata.  A  Cooper  w  obecnej  chwili 
nie plasuje się zbyt wysoko na liście moich ulubionych znajomych. 
Jordan, w sumie, też nie. 
-  Przyjemnie  tu  -  oświadcza  Jordan,  rozglądając  się  wkoło.  Widać 
wyraźnie, że to ironia. Dla Jordana przyjemnie jest w barze hotelu Four 
Seasons, który jest cenowo poza moim zasięgiem. Od jakiegoś czasu. 
- No cóż, znasz  mnie - mówię z beztroską, której nie czuję. - Tylko to, 
co najlepsze. 
- Tak. - Jordan przestaje rozglądać się po barze i zamiast tego zerka na 
mnie. Właściwie to nawet gorzej. Wiem, że w tej chwili moja uroda nie 
zapiera  tchu  w  piersiach.  Po  ostatniej  nocy  pod  oczami  mam  worki,  a 
włosów  rano  też  nie  umyłam.  Zamiast  tego  umyłam  je  wczoraj 
wieczorem  przed  snem,  żeby  pozbyć  się  z  nich  zapachu  dymu 
papierosowego  z  siedziby  Tau  Phi.  A  kiedy  zasypiam  z  wilgotnymi 
włosami, to następnego dnia one... No cóż, są jakieś takie matowe. No i 
jeszcze  mam  na  sobie  tę  gorszą  parę  dżinsów  -  nadal  nie  udało  mi  się 
kupić  nowych  zamiast  tych  poplamionych  krwią  -  a  one  najluźniejsze 
też  nie są,  więc  ciągle  się  niepokoję, że  za  bardzo  mi się wpijają,  sami 
wiecie gdzie. 
Ale Jordan też dziś  nie wygląda za dobrze. Ja mam worki pod oczami, 
on za to ma ciemne cienie, a  jasne włosy są  jeszcze bardziej potargane 
niż moje. Sterczą mu w strąkach na całej głowie. 

background image

- Chcesz piwa? - zagajam, bo Belinda zerka w naszą stronę pytająco. 
-  O  Boże,  nie  -  protestuje  Jordan  i  aż  nim  wstrząsa.  -  Po  wczorajszej 
nocy  już nigdy  nic  nie  wypiję.  Uważam, że  ktoś mi czegoś dosypał  do 
piwa. Wypiłem tylko to jedno... 
-  Mówiłeś,  że  zanim  w  ogóle  ruszyłeś  do  centrum,  wypiłeś  dziesięć 
kieliszków wina - przypominam mu. 
-  Tak  -  mówi  Jordan  i  robi  minę  typu:  „Co  z  tego?”  -  Zwykle  co 
wieczór tyle wypijam. A nigdy się jeszcze nie uwaliłem tak jak wczoraj. 
- Ale dlaczego ktoś miałby ci czegoś dosypywać? - pytam. - Przecież to 
nie  tak,  że  masz  jakieś  obiekcje  przed  uprawianiem  seksu  z  obcymi 
osobami. 
Patrzy na mnie oburzony. 
- Ej, przestań. To nie fair. I nie wiem, czemu ktoś mi to zrobił. Może to 
była jakaś brzydka dziewczyna albo ktoś, z kim inaczej nie poszedłbym 
do łóżka? 
-  Nie  widziałam  na  tamtej  imprezie  żadnych  brzydkich  dziewczyn.  - 
Uśmiecham  się.  -  A  może  to  jeden  z  facetów?  Bractwa  studenckie  to 
znane inkubatory homoseksualizmu. 
Jordan się krzywi. 
-  Proszę,  Heather...  Zostawmy  już  to,  dobrze?  Niech  ci  wystarczy,  że 
postanowiłem, że już nigdy nic nie wypiję. 
-  No  dobra,  ale  co  będzie  z  jutrzejszymi  toastami  szampanem?  Jordan 
palcami  obrysowuje  inicjały,  które  ktoś  wyskrobał  na  blacie  stolika,  i 
unika mojego spojrzenia. 
- Posłuchaj, Heather. Co do wczorajszego wieczoru... 
-  Nie  wiem,  gdzie  się  podziały  twoje  narty,  Jordan  -  przerywam.  - 
Dzwoniłam  do  Waverly  Hall,  a  strażnik  powiedział,  że  nikt  tam 
żadnych  nart  nie  zostawiał,  więc  najwyraźniej  ktoś  je  ukradł.  Przykro 
mi, ale rozumiesz... 
Wzdryga się. To pewnie dlatego, że mówiłam raczej głośno. 
- Nic mnie nie obchodzą te głupie narty. Mówię o nas dwojgu. Patrzę na 
niego i  mrugam  oczami.  A  potem  sobie  przypominam,  że dziś rano  do 
domu odwoził go Cooper. O nie! 
-  Jordan  -  wpadam  mu  w  słowo.  -  Ja  się  w  tobie  już  nie  kocham.  Nic 
mnie  nie  obchodzi,  co  powiedział  ci  Cooper,  jasne?  To  znaczy, 
oczywiście,  kiedyś  się  w  tobie  kochałam.  Ale  to  było  bardzo  dawno 
temu. Teraz już się... 

background image

Jordan gapi się na mnie. 
- Cooper? O czym ty mówisz? 
- Nie odwoził cię dziś rano do domu? 
- Tak. Ale nie rozmawialiśmy o tobie. Rozmawialiśmy o mamie i tacie. 
Fajnie  było. Nie gadałem  już z Cooperem w cztery oczy bardzo długo. 
Chyba  udało  nam  się  pewne  sprawy  wyjaśnić.  To  znaczy,  różnice  w 
poglądach. Obaj zgodziliśmy się, że nie jesteśmy do siebie podobni, ale 
nie  ma  problemu.  Konflikty  to  on  ma  z  mamą  i  tatą...  No  cóż,  to  nie 
powód, dla którego ja miałbym się z nim kłócić. 
Gapię się  na  niego.  W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że coś takiego słyszę. 
Cooper  nie  cierpi  Jordana.  To  znaczy,  do  tego  stopnia,  że  nie  chce 
odbierać  jego  telefonów  ani  otwierać  mu  drzwi,  jeśli  się  pod  nimi 
pojawi. 
- Wow! - wykrzykuję. - To... To... No cóż, to postęp. Cieszę się. 
-  Tak  -  mruczy  Jordan.  Dalej  palcem  obrysowuje  ten  napis.  -  Chyba 
udało  mi  się  go  dzisiaj  namówić,  żeby  jutro  przyszedł  na  ślub.  To 
znaczy,  nie  zgodził  się  być  moim  drużbą,  chociaż  prosiłem,  ale 
powiedział, że się pojawi. 
Jestem  naprawdę  zaszokowana.  Cooper  nie  cierpi  swojej  rodziny,  a 
teraz pcha się na ten wypasiony ślub w kościele Świętego Patryka oraz 
przyjęcie  w  Plaza  w  ich  towarzystwie?  To  w  ogóle  nie  są  imprezy  w 
jego guście... 
- No cóż - mamroczę. Bo naprawdę nie wiem, co powiedzieć. - To... To 
niesamowite, Jordan. Naprawdę. Bardzo ci gratuluję. 
-  Dla  mnie  to  naprawdę  wiele  znaczy  -  oświadcza  Jordan.  -  Lepiej 
byłoby  już  tylko,  gdyby...  No  cóż,  gdybyś  ty, Heather, zgodziła się  też 
jutro przyjść. 
Ściskam swoją szklankę z piwem. 
- Och, Jordan. To bardzo miło. Ale... 
-  Dlatego  tak  mi  trudno  powiedzieć  ci  to,  co  mam  zamiar  teraz 
powiedzieć - ciągnie Jordan, jakbym wcale się nie odzywała. - Problem 
polega  na  tym,  Heather,  że...  -  Sięga  przez  stół  i  łapie  mnie  za  wolną 
rękę, a potem zagląda  mi w oczy z powagą. - Mówię to z prawdziwym 
bólem, ale... Nie mogę pozwolić, żebyś jutro przyszła na mój ślub. 
Patrzę na niego. 
- Jordan - mówię - ja... 
-  Proszę,  pozwól  mi  skończyć.  -  Jordan  ściska  mnie  za  rękę.  -  To  nie 

background image

tak,  że  ja  ciebie  tam  nie  chcę,  Heather.  Bo  chcę,  bardziej  niż 
kogokolwiek  innego  na  świecie.  Jesteś  mi  najbliższą  osobą,  taką,  z 
którą  byłem  w  życiu  najdłużej.  Jeśli  jest  ktoś,  kogo  chcę  mieć  przy 
sobie w czasie tego najważniejszego wydarzenia  w moim całym życiu, 
to jesteś to ty. 
-  Hm,  Jordan.  Pochlebiasz  mi.  Naprawdę.  Ale  czy  osobą,  którą 
najbardziej chciałbyś wtedy mieć przy sobie, nie powinna być... 
- To Tania - przerywa mi Jordan. 
- Właśnie. O to mi chodziło. Czy to nie Tania powinna być osobą, którą 
najbardziej  wtedy  będziesz  chciał  mieć  przy  swoim  boku?  Biorąc  pod 
uwagę, że to z nią się... 
-  Nie,  ja  mówiłem  o  tym,  że  to  Tania  nie  chce,  żebyś  przychodziła  - 
wyjaśnia  Jordan.  -  Nie  po  wczorajszym  wieczorze.  Widzisz,  nie  była 
zbyt szczęśliwa, kiedy dowiedziała się, że spędziłem tę noc z tobą... 
-  O  mój  Boże,  Jordan!  -  wybucham,  wyrywając  rękę  z  jego  uścisku  i 
zerkając  szybko  na  Sarah  i  Belindę,  żeby  się  upewnić,  czy  nie 
podsłuchiwały.  -  Ty  nie  spędziłeś  tej  nocy  ze  mną!  Spędziłeś  ją  na 
kanapie w salonie swojego brata! 
- Ja to wiem - mówi Jordan. Jest na tyle przyzwoity, że się zarumienił. - 
Ale  Tania  w  to  nie  wierzy.  Widzisz,  Tania  jest  przekonana,  że  ty  się 
nadal we mnie kochasz, i... 
-  O  Jezu!  -  wołam.  -  Czy  wyście  wszyscy  powariowali  z  tym  moim 
kochaniem  się  w  tobie?  Przecież  to  bzdura!  Przestałam  być  w  tobie 
zakochana, jeszcze zanim wpadłam na Tanię z mordą w twoim... 
-  Hej,  proszę.  -  Jordan  wskazuje  ruchem  głowy  tych  dwóch 
matematycznych  geniuszków,  którzy  z  zainteresowaniem  zerkają  w 
naszą stronę. - Nie ma potrzeby używać takiego języka. 
- No ale serio, Jordan. Przestałam być w tobie zakochana jeszcze wtedy, 
kiedy  byliśmy  w  trasie  w  Japonii,  pamiętasz,  a  ty  wiecznie  chodziłeś 
zwiedzać  te  różne  świątynie.  Tylko  że  to  nie  były  żadne  świątynie, 
prawda? 
Jordan rumieni się jeszcze bardziej. 
- Nie. Nie miałem pojęcia, że wiedziałaś. Nigdy nic nie powiedziałaś. 
Wzruszam ramionami. 
-  A  co  miałam  mówić?  Zresztą  myślałam,  że  ci  kiedyś  przejdzie.  Ale 
nie przeszło. 
-  Ja  nie  miałem  pojęcia,  że  kobieta  może  zrobić  coś  takiego  piłeczką 

background image

pingpongową - wspomina Jordan rozmarzonym głosem. 
-  Tak  -  zgadzam  się.  -  Cóż,  na  twoje  szczęście  Tania  jest  dziewczyną 
wszechstronnie utalentowaną. 
Imię  narzeczonej  wyrywa  go  z  tego  rozmarzenia,  na  co  zresztą 
liczyłam. 
- Czy ty naprawdę się przy tym upierasz? - pyta mnie zmartwiony. - Że 
nie przyjdziesz na mój ślub? 
-  Jordan,  ja  nigdy  nie  miałam  najmniejszego  zamiaru  wybierać  się  na 
twój  jutrzejszy  ślub.  Zapomniałeś?  Mówiłam  ci  o  tym.  Chyba  z  pięć 
razy. 
Znów łapie mnie za rękę. 
-  Heather  -  mówi  i  patrzy  w  moje  przekrwione  oczy  własnymi 
przekrwionymi  oczami.  -  Nawet  nie  umiem  ci  powiedzieć,  ile  to  dla 
mnie znaczy. To dowodzi, że nieważne, co mówisz... Nadal ci na  mnie 
zależy.  Przynajmniej  trochę.  Mam  nadzieję,  że  uwierzysz  mi,  kiedy  ci 
powiem,  że  mi  przykro,  że  to  wszystko  tak  się  potoczyło.  Ale  czas, 
żebym  już  zaczął  nowe  życie  z  nową  partnerką.  Jeśli  cię  to  chociaż 
trochę  pocieszy,  to  mam  nadzieję,  że  któregoś  dnia  i  ty  znajdziesz 
kogoś, z kim będziesz mogła dzielić swoje życie... 
- Jordan. - Pochylam się, żeby go poklepać po ramieniu. - Ja już kogoś 
znalazłam. Mam Lucy. 
Jordan krzywi się i puszcza moją dłoń. 
-  Miałem  na  myśli  mężczyznę,  Heather,  nie  psa.  Dlaczego  ty  zawsze 
musisz wszystko obrócić w żart? 
-  Nie  wiem  -  odpowiadam  i  wzdycham.  -  Chyba  po  prostu  taka  już 
właśnie  jestem.  Masz  szczęście,  że  tak  prędko  udało  ci  się  ode  mnie 
uwolnić. 
Jordan patrzy na mnie ze smutkiem i kręci głową. 
- Nigdy  już  nie  będziesz  taka,  jaka  byłaś  wtedy, kiedy  się poznaliśmy, 
prawda? Wtedy bywałaś taka słodka. I nigdy cyniczna. 
- To dlatego, że wtedy mój chłopak nie uważał, że coś go omija, dlatego 
że nie umiem pochwą wykonywać sztuczek z piłeczką pingpongową. 
-  Dość  tego  -  rzuca  Jordan,  wkłada  kurtkę  i  wstaje.  -  Wychodzę. 
Zobaczymy się... No cóż. Kiedyś. 
-  Po twoim  powrocie  z  miodowego  miesiąca  - wyrywa  mi  się. -  A  tak 
przy okazji, dokąd się wybieracie? 
Jordan jakoś tak nagle nie umie mi spojrzeć w oczy. 

background image

- Do Japonii. Tania ma trasę koncertową. 
- No cóż - mówię. - Ja mata. 
Jordan  ze  wściekłą  miną  wypada  z  baru.  Dopiero  po  jego  wyjściu. 
Sarah odrywa się od meczu (właśnie lecą reklamy) i mówi: 
-  Jezu  Chryste.  A  w  ogóle  coś  ty  mu  teraz  powiedziała?  Wzruszam 
ramionami. 
- „Do widzenia”. 
26 
Moje serce było niczym 
poszarpana książka, 
Dusza rozdarta, niewarta 
spojrzenia. 
Wtedy mnie znalazłeś, 
a ja zrozumiałam; 
Nie wolno nigdy wyrzec się 
marzenia. 
 
Książka 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Po  dniu,  jaki  mam  za  sobą,  nie  mogę  się  już  doczekać  samotnego 
wieczoru.  Mam  zamiar  wyciągnąć  swoją  starą  gitarę  i  porządnie  sobie 
poćwiczyć, a potem rozpalić ogień w kominku i zwinąć się w kłębek na 
kanapie  przed  telewizorem,  i  obejrzeć  wszystkie  seriale,  które  sobie 
ponagrywałam przez cały tydzień. Wydaje mi się, że w lodówce zostało 
trochę hinduskiego żarcia na wynos. Mam zamiar żuć samosa i chlebek 
nan  pod  powtórkowe  odcinki  America's  Next  Top  Model.  Czy  można 
mieć  lepsze  plany  na  piątkowy  wieczór?  Zwłaszcza  jeśli  ten  piątkowy 
wieczór  następuje  po  całym  tygodniu  pod  znakiem  zwłok  bez  głowy  i 
członków studenckich bractw? 
Ale  kiedy  wchodzę  przez  frontowe  drzwi  domu  Coopera,  dociera  do 
mnie, że w swoich planach nie uwzględniłam jednego czynnika. 
Tego, że mieszkam teraz z własnym ojcem. 
Ten zapach owiewa mnie w tej samej chwili, w której wchodzę do holu. 
Nie  da  się  go  z  niczym  pomylić.  Ktoś  smaży  steki,  po  które 
wymknęłam  się  z  pracy  do  Jefferson  Market.  Te  steki,  które  kupiłam 
dla  siebie  i  Coopera,  ale  nie  zdążyłam  ich  usmażyć,  bo...  No,  ze 

background image

względu na to wszystko, co się działo. 
Ściągam  kurtkę  i  skradam  się  do  kuchni.  Tata  stoi  przed  kuchenką,  w 
fartuszku, i smaży moje steki na żeliwnej patelni razem z pieczarkami i 
cebulką,  którą  też  wtedy  kupiłam.  Nakrył  kuchenny  stół  dla  dwóch 
osób,  z  serwetkami,  zapalonymi  świecami  i  wszystkim.  Lucy, zwinięta 
na jednym ze swoich licznych psich posłań (To Cooper wiecznie kupuje 
jej  nowe,  nie  ja.  Uważa,  że  one  są  strasznie  słodkie.),  unosi  łeb,  kiedy 
wchodzę,  i  macha  ogonem,  ale  to  wszystko.  Widać  już  była  na 
spacerze. 
-  No  proszę  -  mówię.  Muszę  mówić  głośno,  żeby  przekrzyczeć 
hollywoodzką muzyczkę, która leci ze sprzętu Coopera. - Spodziewasz 
się gościa? 
Tata podskakuje i się obraca. Popija jedną z moich coli light. Odrobina 
wylewa mu się z puszki, tak gwałtownym ruchem obejrzał się za siebie. 
- Heather! - woła. - Jesteś wreszcie! Nie słyszałem, jak wchodziłaś. 
Patrzę  z  oburzeniem  na  te  steki.  Nic  nie  poradzę.  One  były  w  mojej 
lodówce, w mojej części domu, na górze. Ja tego mieszkania nigdy  nie 
zamykam,  to  prawda,  ale  to  nie  znaczy,  że  chętnie  widzę,  jak  obce 
osoby przeszukują mi lodówkę w poszukiwaniu wiktuałów. 
Bo tata to  w  sumie  obca  osoba.  Dla  mnie  obca.  To znaczy, relatywnie 
rzecz biorąc. 
-  Mam  nadzieję,  że  się  nie  gniewasz  -  pyta  tata,  wreszcie  zauważając 
kierunek  mojego  spojrzenia.  -  Stwierdziłem,  że  czas  najwyższy 
usmażyć  te  steki,  boby  się  inaczej  zmarnowały.  Byłem  u  ciebie  na 
górze, szukałem numeru telefonu twojej matki. 
- W lodówce? - pytam. 
-  Zastanawiałem  się,  czym  się  żywisz  -  wyjaśnia  przyjaźnie.  -  Mam 
wrażenie,  że  prawie  cię  nie  znam.  Przepraszam,  trzymałaś  te  steki  na 
jakąś  specjalną  okazję?  Bo  jeśli  tak,  to  naprawdę  powinnaś  była 
wrzucić je do zamrażarki. W ten sposób mogą dłużej poleżeć. 
Zapach skwierczącego mięsa i cebulki jest tak apetyczny, że aż mi się w 
głowie kręci. 
- Właściwie trzymałam, ale... Nieważne - przyznaję z  lekkim żalem.  A 
nieważne,  bo  przynajmniej  według  Gavina  Cooper  nadal  myśli,  że  ja 
jestem  po  uszy  zakochana  w  jego  bracie.  Robienie  dla  niego  obiadów 
tego  nie  zmieni.  Pewnie  będę  musiała  uciec  się  do  prezentowania  na 
scenie sztuczek piłeczkami pingpongowymi w swojej ying yang, zanim 

background image

ktokolwiek  wreszcie  uwierzy,  że  już  się  wyleczyłam  z  Jordana. 
Włącznie z samym Jordanem. 
- To dobrze - mówi tata. - Bo już prawie dochodzą. Lubisz  mięso takie 
trochę niedopieczone, prawda? 
Unoszę brwi. Szczerze zdziwiona. 
- Zaraz... Ty je smażysz dla mnie? 
- No a dla kogo innego? - dziwi się tata. 
- No cóż. - Zagryzam dolną wargę. - Może dla jakiejś znajomej? 
- Heather, ja przed tygodniem wyszedłem z więzienia - przypomina  mi 
tata. - To trochę za mało czasu, żeby znaleźć sobie jakąś znajomą. 
- No to dla Coopera - zgaduję. 
-  Cooper  jest  zajęty  swoją  najnowszą  sprawą  -  wyjaśnia  tata.  - 
Obawiam  się,  że  zostaliśmy  sami.  Oczywiście,  nie  byłem  pewien,  o 
której  wrócisz  do  domu,  ale  zaryzykowałem.  Siadaj.  Tam  stoi  wino. 
Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  ci  przeszkadzać,  że  napijesz  się  sama.  Ja 
się ostatnio ograniczam do napojów bezalkoholowych. 
Zaszokowana  przysuwam  sobie  krzesło  i  siadam  na  nim,  nie  tylko 
dlatego,  że  mi  kazał  usiąść,  ale  też  dlatego,  że  nie  wiem,  czy  długo 
jeszcze zdołam się utrzymać na nogach. 
-  Tato  -  mówię,  patrząc  na  starannie  zastawiony  stół.  -  Nie  możesz 
gotować dla mnie obiadów. Ani śniadań. 
-  Przynajmniej  tyle  mogę  zrobić  -  upiera  się  tata.  Zdejmuje  steki  z 
patelni i rozkłada je na dwóch talerzach, razem z pieczarkami i cebulką. 
-  Pozwolę  im  poleżeć  tak  z  minutkę  -  wyjaśnia.  -  W  ten  sposób  są 
lepsze. Soczystsze. A więc... - Odsuwa krzesło po drugiej stronie stołu i 
siada. - Jak ci minął dzień? 
Gapię  się  na  niego  przez  jakąś  minutę.  Korci  mnie,  żeby  mu 
odpowiedzieć: „No cóż, tato, w sumie  nie  najlepiej. Znaleźliśmy to, co 
zrobili  z  resztą  ciała  Lindsay  Combs,  i  to  nie  był  przyjemny  widok.  A 
potem znęcałam się fizycznie nad studentką i kiedy dowiedzą się o tym 
moi przełożeni, pewnie wylecę z pracy”. 
Ale zamiast tego wymyka mi się: 
- Chyba było nieźle. A u ciebie jak? 
Bo tak naprawdę nie mam ochoty tego wałkować. 
- Świetnie, świetnie - cieszy się tata. - Cooper kazał mi śledzić jakiegoś 
faceta w drodze z jego biura na lunch i z powrotem. 
Unoszę brwi. I to wysoko. Niesamowite, wreszcie dowiaduję się czegoś 

background image

o tym, co robi Cooper przez cały dzień. 
- Naprawdę? A kto go wynajął, żeby tego faceta śledzić? I co ten facet 
niby zrobił? 
- A tego nie mogę ci już powiedzieć - tłumaczy tata. - Proszę. - Nalewa 
mi i podaje kieliszek czerwonego wina. 
- Ale ja też pracuję dla firmy. Tata kręci głową. 
-  Cooper  zupełnie  wyraźnie  poinstruował  mnie,  że  mam  ci  nic  nie 
powtarzać. 
- Ale to nie fair! - wołam. 
- Uprzedzał, że to powiesz. Przepraszam, kotku. Ale on naprawdę woli, 
żebyś  nic  nie  wiedziała.  Moim  zdaniem  to  ma  związek  z  twoją 
skłonnością  do  wplątywania  się  w  sytuacje,  od  których  powinnaś  się 
trzymać  z  daleka.  Jak  to  zabójstwo  w  twoim  akademiku.  Steki  są  już 
chyba gotowe. 
Tata podrywa się, żeby je przynieść. Ja popijam wino i ponuro wpatruję 
się w płomień świecy. 
-  Dom  studencki  -  poprawiam  go,  kiedy  stawia  przede  mną  talerz  z 
idealnie usmażonym mięsem. 
- Co proszę? 
-  To  się  nazywa  dom  studencki  -  powtarzam.  -  Nie  żaden  akademik. 
Nazwa  „akademik”  nie  budzi  uczucia  ciepła  i  wspólnoty,  do  którego 
wszyscy tam dążymy. To znaczy, pomijając różne bezsensowne mordy. 
-  Odcinam  sobie  kawałeczek  steku.  Niebo  w  gębie.  Doprawił  go 
idealnie. 
- My też nazywaliśmy Eglin ośrodkiem, a nie tym, czym był naprawdę, 
więzieniem - wyjaśnia tata. 
- Właśnie. - Biorę łyk wina. - Pozwalało to zapomnieć o nożownikach, 
a pamiętać o relaksie. 
-  Tam  nie  było  żadnych  nożowników.  -  Tata  chichocze.  -  Jak  ci 
smakuje stek? 
- Jest znakomity - przyznaję, przełykając kolejny  kawałek. - No dobra, 
póki  wymieniamy  uprzejmości  na  temat  swoich  miejsc  pracy,  czy 
odosobnienia, wszystko fajnie. Ale o co tu chodzi, tato? Dlaczego ty tu 
w ogóle jesteś? Przecież nie dlatego, że nie masz dokąd pójść, bo wiem, 
że masz mnóstwo bogatych przyjaciół, z którymi mógłbyś pomieszkać 
zamiast  ze  mną.  A  to  całe  poznawanie  własnej  córki,  wybacz,  ale  ja 
tego nie kupuję. Bądź ze mną uczciwy, tato. Co to za przekręt? I bardzo 

background image

proszę, nie zapominaj, że ważę więcej niż ty. 
Tata odkłada widelec i wzdycha. Potem wypija łyk coli light i mówi: 
- Tak  bardzo  przypominasz  mi  matkę,  że to  aż niesamowite.  Czuję  ten 
zwykły  odruch  niechęci,  który  pojawia  się  za  każdym razem,  kiedy  on 
coś takiego powie. Ale tym razem tłumię go. 
- Tak, zdaje się, że  już ustaliliśmy, że tak właśnie uważasz. Więc teraz 
do  rzeczy.  Dlaczego  dzisiaj  szukałeś  numeru  do  mamy  w  moim 
mieszkaniu? 
- Bo - odpowiada tata - już od lat realizuję taki jeden... program. Składa 
się  on  z  określonych  kroków,  które  muszą  wykonać  jego  uczestnicy, 
jeśli,  na  koniec,  mają  nadzieję  osiągnąć  duchowe  oświecenie.  Jeden  z 
kroków  polega  na  zadośćuczynieniu  zła,  jakie  wyrządzili.  Dlatego 
chciałem  zadzwonić  do  twojej  matki.  Żeby  spróbować  się  z  nią 
pogodzić. 
-  Tato.  Mama  cię  porzuciła.  Nie  sądzisz,  że  to  ona  powinna 
zadośćuczynić tobie? Obojgu nam? 
Tata kręci głową. 
-  Obiecałem  twojej  matce,  kiedy  się  z  nią  żeniłem,  że  będą  ją  kochał  i 
wspierał. To nie oznacza tylko wsparcia emocjonalnego. Obiecałem, że 
będę  wspierał  ją  także  finansowo,  zwłaszcza  że  ona  zajmowała  się 
domem  i  wychowywała  ciebie.  Kiedy  poszedłem  do  więzienia, 
musiałem  złamać  swoją  część  umowy.  To  moja  wina,  że  twoja  matka 
musiała  zachęcać  cię  do  występów,  żebyście  obie  miały  się  z  czego 
utrzymać. 
-  Jasne  -  rzucam  z  ironią.  -  Nie  mogła  tak  po  prostu  wziąć  pracy 
recepcjonistki  w gabinecie  jakiegoś  lekarza.  Musiała swoje  dziwacznie 
uzdolnione  muzycznie  dziecko  wystawiać  masom  na  widok  publiczny 
w tych wszystkich centrach handlowych. 
Tata cmoka językiem. 
-  Daj  spokój,  Heather.  Nie  próbuj  na  nowo  pisać  historii.  Uwielbiałaś 
występować.  Siłą  byśmy  cię  nie  powstrzymali  przed  występami  na 
scenie.  Wierz  mi,  próbowałem.  Twoja  matka  robiła  tylko  to,  co 
musiała... A ty z całą pewnością nigdy się nie skarżyłaś. 
Odkładam widelec. 
-  Tato.  Ja  miałam  jedenaście  lat.  Naprawdę  sądzisz,  że  to  tego  typu 
decyzja, jaką powinno się pozostawiać dziecku? 
Tata spogląda w swój talerz. 

background image

-  Cóż,  to  jest  kwestia,  którą  będziesz  musiała  jakoś  załatwić  ze  swoją 
matką.  Obawiam  się,  że  wtedy  nie  byłem  już  w  stanie  podejmować 
świadomych rodzicielskich decyzji. 
- To prawda. - Marne są szanse, żebym kiedykolwiek  miała załatwić tę 
„kwestię”  ze  swoją  matką.  Trudno  załatwia  się  takie  sprawy  przez 
telefon.  Chociaż  tata  najwyraźniej  był  gotów  próbować.  -  No  i? 
Znalazłeś numer? 
- Tak. Był w twoim  notatniku. Wiesz, niektóre adresy, jakie tam  masz, 
są  już  nieaktualne.  Chyba  powinnaś  kupić  sobie  nowy  notes.  Jeśli 
chcesz, to jutro dla ciebie jakiegoś poszukam. 
Ignoruję tę propozycję. 
- Zadzwoniłeś do niej? 
- Zadzwoniłem. 
- I udało ci się zadośćuczynić? 
- Próbowałem - przyznaje tata. - Ale twoja matka potrafi, jak wiesz, być 
bardzo  trudna.  Nie  uważa,  że  w  jakikolwiek  sposób  ją  zraniłem. 
Przypomniała  mi,  tak  samo  jak  ty  przed  chwilą,  że  to  ona  mnie 
zostawiła  i  że  jeśli  ktokolwiek  powinien  próbować  tu  komuś 
zadośćuczynić,  to  ona  mnie.  Ale  wcale  jej  na  tym  nie  zależy,  bo  jej 
zdaniem dostałem dokładnie to, na co sobie zasłużyłem. 
Kiwam głową. 
- Tak, to faktycznie brzmi jak mama. Przy okazji, naprawdę mi przykro, 
kiedy  mówisz,  że  jestem  do  niej  podobna.  Gdybyś  próbował  pogodzić 
się ze mną, na pewno reagowałabym o wiele przyjaźniej. 
-  To  dobrze  -  powiada  tata  -  bo  jesteś  następna  na  mojej  liście. 
Wzruszam ramionami. 
- Przeprosiny przyjęte. 
- Jeszcze ich nawet nie składałem. 
-  Owszem,  złożyłeś  -  mówię.  -  Ten  obiad  wystarczy.  Jest  totalnie 
przepyszny. 
-  Ten  obiad  na  pewno  nie  wystarczy  -  sprzeciwia  się  tata,  -  Byłaś 
przecież  zupełnie  pozbawiona  ojca  jako  nastolatka,  w  okresie 
najważniejszym  dla  rozwoju  osobowości.  Tego  typu  zaniedbania  nie 
naprawi się jednym obiadem. 
-  Teraz,  skoro  tu  mieszkasz,  może  uda  ci  się  je  naprawić  wieloma 
obiadami  z  takim  stekiem.  Na  przykład  co  piątek  wieczór,  czy  coś.  A 
może  będzie  ci  się  chciało  nieco  urozmaicić  menu.  Na  przykład  o 

background image

kotlety wieprzowe. Aha, i pieczonego kurczaka. 
- Heather - ciągnie tata smutnym głosem. - Jedzenie nie wystarczy jako 
balsam  na  rany,  jakie  ci  zadałem.  Rozumiem,  że  ze  wszystkich  ludzi, 
których skrzywdziłem, łamiąc prawo, ty ucierpiałaś najbardziej. 
Zostawiłem cię samą z  matką, która potem wciągnęła cię w te występy 
w  centrach  handlowych.  Nawet  jeśli  tobie  się  to  podobało,  to  nie  jest 
sposób  na  spędzanie  dzieciństwa,  takie  mieszkanie  w  przyczepie 
kempingowej  i  podróżowanie  od  jednego  centrum  handlowego  do 
drugiego,  tudzież  wykorzystywanie  przez  tę  jedną  jedyną  osobę,  która 
miała obowiązek dbać o twoje dobro. 
- Ale to było fajniejsze niż chodzenie do szkoły - twierdzę. - A jak sam 
powiedziałeś, trudno by mnie było wtedy ściągnąć ze sceny nawet siłą. 
- Ale zostałaś pozbawiona normalnych radości dzieciństwa. I czy mi się 
to podoba, czy nie, muszę przyznać, że to zaważyło na twoim obecnym 
charakterze. 
Gapię się na niego. 
- A co jest teraz ze mną niby nie tak? 
- Po  pierwsze, dobiegasz  już  trzydziestki,  a  jeszcze  nie  masz  męża  ani 
dzieci.  Wygląda,  jakbyś  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  rodzina  jest 
najważniejszą  rzeczą  na  świecie,  nie  ta  gitara,  na  której  brzdąkasz  do 
późnej nocy, ani nie twoja praca. Rodzina, Heather. Uwierz komuś, kto 
swoją stracił, tylko rodzina się liczy. 
Znów odkładam widelec i mówię łagodnie: 
-  W  obecnych  czasach  jest  wiele  różnych  rodzajów  rodzin,  tato.  Nie 
wszystkie  składają  się  z  męża,  żony  i  dzieci.  Niektóre  składają  się  z 
dziewczyny,  jej  psa,  pewnego  prywatnego  detektywa,  jej  ojca,  jej 
najlepszej  przyjaciółki  i  różnych  ludzi,  z  którymi  pracuje.  Nie 
wspominając  już  o  dilerze  narkotyków  z  rogu  ulicy.  Ja  mam  na  ten 
temat  takie zdanie, że  jeśli  się  o  kogoś troszczysz, to  przecież  ten  ktoś 
automatycznie staje się twoją rodziną... 
-  A  ty  się  nie  martwisz  -  pyta  tata,  kiedy  już  przez  dobrą  chwilę 
poprzetrawiał  to,  co  ode  mnie  usłyszał  -  że  jeśli  nie  będziesz  miała 
dzieci, to na stare lata nikt się tobą nie zajmie? 
- Nie - odpowiadam. - Bo mogłabym mieć dzieci i mogłoby się okazać, 
że  one  mnie  nienawidzą.  Tak  jak  ja  to  widzę:  mam  przyjaciół,  którzy 
troszczą się o mnie teraz, więc jak się zestarzeję, też pewnie będę miała 
przyjaciół,  którzy  będą  się  mną  przejmować.  Będziemy  dbać  o  siebie 

background image

nawzajem.  A  tymczasem  odkładam  maksymalną  ratę  na  fundusz 
emerytalny i oszczędzam, ile się da, żeby mieć też trochę na lokatach. 
Tata patrzy na mnie sponad swojego steku. Z niepokojem zauważam, że 
w oczach ma łzy. 
-  Jestem  z  ciebie  bardzo  dumny  -  wyznaje.  -  Zwłaszcza  że  mam 
wrażenie,  iż  członkowie  tej  twojej  niby  -  rodziny  pod  wieloma 
względami byli dla ciebie lepsi niż twoi rodzeni krewni. 
- Przynajmniej nikt z nich nie ukradł całej mojej kasy i nie wywiał z nią 
z kraju. Na razie. 
Tata unosi swoją puszkę coli light. 
-  Wypiję  za  to  -  mówi.  Stukam  się  z  nim  swoim  kieliszkiem  wina.  - 
Więc  naprawdę  nie  masz  nic  przeciwko  -  ciągnie,  kiedy  skończyliśmy 
się  już  stukać  -  że  ja  się  pokręcę  w  pobliżu,  próbując  ci  wszystko 
wynagrodzić, chociaż ty twierdzisz, że to niepotrzebne? 
-  Wszystko  mi  jedno  -  przyznaję.  -  O  ile  tylko nie będziesz oczekiwał, 
że się tobą zajmę na stare lata. Bo ja odkładam na fundusz emerytalny 
zaledwie od paru miesięcy. Nie mam jeszcze dość kasy, żeby utrzymać 
z tego siebie, a co dopiero starszego wiekiem rodzica. 
-  Może  się  umówimy,  że  będziemy  się  nawzajem  wspierać  wyłącznie 
emocjonalnie? 
-  Dla  mnie  może  być  -  mówię,  nadziewając  na  widelec  ostatni 
kawałeczek steku. 
-  Wygląda  na  to,  że  jesteś  gotowa  na  sałatkę.  -  Tata  wstaje  i  idzie  do 
lodówki,  z  której  wyjmuje  miskę,  tę,  z  której  Jordan,  dzięki  Bogu,  nie 
skorzystał.  A  w  niej  jest  dużo  różnych  rodzajów  sałaty,  pomidorki 
koktajlowe  i, ku  mojemu  zachwytowi,  grzanki.  - Wymieszam  ją. Mam 
nadzieję,  że  lubisz  dressing  z  pleśniowym  serem.  -  Nie  czekając  na 
odpowiedź  (No  bo  właściwie  dlaczego  miał  na  nią  czekać?  Czy  jest 
ktoś,  kto  nie  lubi  dressingu  z  serem  pleśniowym?),  ciągnie:  -  A  teraz. 
Jeśli chodzi o ciebie i Coopera. 
Omal się nie zakrztusiłam łykiem wina. 
- To tylko moja opinia, a ja już od dawna nie chodzę na randki. Ale jeśli 
naprawdę  chcesz,  żeby  między  wami  zaczęło  się  coś  dziać  w  sensie 
romantycznym,  to  sugerowałbym,  żebyś  spędzała  nieco  mniej  czasu  z 
jego  młodszym  bratem.  Zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  że  ty  i  Jordan 
byliście ze sobą okropnie długo i że ciężko jest taki związek zakończyć. 
Ale wyczuwam pewne napięcia u Coopera związane z jego rodziną i na 

background image

twoim  miejscu  ograniczyłbym  swoje  z  nimi  kontakty.  A  zwłaszcza  z 
Jordanem. 
Nadziewam na widelec trochę sałaty, którą nałożył mi na talerz. 
- Jej, tato. Dzięki za wskazówkę. - Bo co mam jeszcze powiedzieć? Nie 
będę  przecież  omawiała  swojego  życia  miłosnego  -  czy  raczej  jego 
braku - z tatą. 
Ale on najwyraźniej nie zdaje sobie z tego sprawy, bo ciągnie dalej: 
- Uważam, że kiedy Jordan się ożeni, a Cooper zda sobie sprawę, że już 
się z tym pogodziłaś, będziesz  miała u  niego o wiele większą szansę. - 
Tata  siada  przy  stole  i  zaczyna  jeść  sałatę.  -  Chociaż  to  by  nie 
zaszkodziło, gdybyś czasami z rana postarała się być trochę milsza. 
Pojadam sałatę. 
- Dobrze wiedzieć - przytakuję. - Wezmę sobie to do serca. 
- Ale wczoraj wieczorem zrobiłaś całkiem  niezłe wrażenie - komentuje 
tata. 
Przestaję żuć. 
- Wczoraj wieczorem? Chcesz powiedzieć: wtedy, kiedy  Cooper złapał 
mnie na wciąganiu do domu jego pijanego jak bela brata? 
-  Nie  -  tłumaczy  tata.  -  Miałem  na  myśli  to,  że  byłaś  w  spódniczce. 
Powinnaś częściej się tak ubierać. Młodzi  mężczyźni  lubią dziewczyny 
w spódnicach. Widziałem, jak Cooper się gapił. 
Nie zawracam sobie głowy tłumaczeniem ojcu, że Cooper się gapił  nie 
dlatego, że miałam na sobie spódnicę i to mu się podobało, ale dlatego, 
że  byłam  w  tak  krótkiej  spódnicy,  że  musiałam  wyglądać  jak  dziwka. 
Prawdopodobnie Cooperowi chciało się tylko śmiać. 
No ale to nie są takie rzeczy, jakie można mówić własnemu ojcu. 
-  Nawet  cię  nie  spytałem  -  mówi  tata  chwilę  później,  przy  deserze 
(oczywiście,  lodowe  batony  Dove).  -  Miałaś  jakieś plany  na dzisiejszy 
wieczór? I ja ci w czymś przeszkodziłem? 
- Tylko America's Next Top Model. 
- A co to takiego? - pyta. 
-  Och,  tato.  Jeśli  naprawdę  chcesz  nadrobić  rodzicielskie zaległości, to 
oglądanie ze mną ANTM może być świetnym wstępem. 
27 
Nie licz mnie 
Ani na mnie. 
Nie jestem numerem, 

background image

Za to ty dla mnie zawsze 
Będziesz tylko zerem. 
 
Wyliczanka 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Tata  zasnął  po czwartym  odcinku  ANTM  z  rzędu.  Chyba  trudno  go  za 
to winić. Chociaż kobietom obserwowanie,  jak ładne dziewczyny grają 
ze  sobą  nawzajem  w  skomplikowane  umysłowe  gierki,  wydaje  się 
nieskończenie  fascynujące  -  na  przykład  jak  dzisiaj  w  stołówce,  z 
Cheryl  i  Kimberly  -  to  przeciętny  heteroseksualny  mężczyzna 
wytrzymuje tylko parę godzin, zanim -  jak tata albo mąż Patty, Frank - 
zasypia z nudów. 
Śpi tak mocno, że kiedy odzywa się telefon, w ogóle się nie budzi. Coś 
może  jednak  jest  w tej  całej  jodze,  jeśli  pozwala  człowiekowi  spać  tak 
twardym snem, że nie wyrywa go z niego nawet dzwonek telefonu. 
-  Halo  -  szepczę,  sprawdziwszy,  kto  dzwoni  (numer  prywatny),  i 
podnoszę słuchawkę. 
- Cześć. Heather? - odzywa się jakiś trochę znajomy męski głos. 
- Tak - potwierdzam. - A kto mówi? 
-  Och,  myślę,  że  wiesz.  Kto  inny  dzwoniłby  do  ciebie  w  piątek  o 
północy? 
Zastanawiam  się  nad  tym.  Nie  znam  nikogo,  kto  mógłby  do  mnie 
dzwonić o tej godzinie, pomijając Patty. Ale ona nie odważyłaby się na 
dzwonienie teraz, odkąd ma tę wymagającą nianię na stałe. 
Poza tym Party nie mówi męskim głosem. 
-  Czy  to...?  -  Wiem,  że  brzmi  to  idiotycznie,  ale  mówię  to  tak  czy 
inaczej.  -  Czy  to  Tad  Tocco?  Przepraszam,  że  nie  oddzwoniłam 
wcześniej, ale byłam zajęta. 
Słyszę gwałtowny wybuch śmiechu.  Ktokolwiek jest po drugiej stronie 
linii,  znakomicie  się  bawi.  Natychmiast  zaczynam  podejrzewać,  że  to 
studenci. 
Pijani studenci. 
-  Nie,  to  nie  Tad  -  mówi  głos.  -  To  twój  przyjaciel  z  poprzedniego 
wieczoru. Nie wmawiaj mi, że mnie nie pamiętasz. 
I  nagle  wraca  do  mnie  wspomnienie  tych  wpatrzonych  we  mnie 
lodowatoniebieskich oczu. 

background image

Mam wrażenie,  że  cała  krew  odpłynęła  mi  z rąk i  nóg.  Siedzę  tam  jak 
przymurowana, trzymam  telefon,  po  jednej  mojej  stronie śpi tata, a po 
drugiej Lucy. 
-  Cześć,  Steve  -  udaje  mi  się  powiedzieć  przez  wargi,  które  mi  nagle 
zmarzły. - Skąd masz mój numer? 
- To znaczy, jak się dowiedziałem, jak się nazywasz i gdzie mieszkasz? 
-  pyta  Steve  ze  śmiechem.  -  A,  usłyszałem  od  kogoś.  Chcesz  z  nim 
porozmawiać? Jest tu, obok mnie. 
I  za  moment  przez  telefon  przeklina  -  nieprzerwanie  i  ze  sporą  dozą 
inwencji  -  nikt  inny  tylko  Gavin  McGoren.  Poznałabym  te  „kurwy 
nędze”  wszędzie.  To  te  same,  które  Gavin  mełł  pod  nosem,  kiedy  go 
przyłapywałam na surfowaniu po windach. 
A  potem  słyszę  głos  uderzenia  -  jakby  skóra  plasnęła  o  skórę  -  i 
sekundę później Steve się odzywa: 
- Powiedz jej, psiakrew. Powiedz jej, co ci kazaliśmy powiedzieć. 
-  Pierdol  się  -  odpowiada  Gavin.  A  potem  znów  odgłosy  jakiejś 
przepychanki  i  dalszych  uderzeń.  Kiedy  znów  słyszę  głos  Steve'a,  jest 
nieco zdyszany. 
-  Cóż,  mniej  więcej  już  się  orientujesz  -  mówi.  -  Mamy  tu  kolejną 
imprezę.  I  tym  razem  jesteś  na  nią  zaproszona.  I  nie  zapomnij  się 
pokazać,  bo  mamy  tutaj  twojego  przyjaciela  Gavina.  Jeśli  nie  zrobisz 
dokładnie tego, co ci powiem, to może doznać jakichś obrażeń na ciele. 
A tego byś przecież nie chciała, prawda? 
Jestem tak przerażona, że prawie nie mogę oddychać. Wykrztuszam: 
- Nie. 
-  Tak  sądziłem.  No  więc  teraz  tak.  Przychodzisz  tutaj.  Sama.  Jeśli 
zadzwonisz po policję, skrzywdzimy go. Jeśli się nie pokażesz... 
-  Heather,  nie  rób  tego!  -  słyszę,  że  Gavin  zaczyna  krzyczeć,  ale  ktoś 
szybko tłumi jego głos. 
- ...to bardzo, bardzo go skrzywdzimy - kończy Steve. - Pojęłaś? 
- Pojęłam - odpowiadam. - Przyjdę. Ale dokąd? Do Domu Bractwa Tau 
Phi? 
-  Przestań  -  odzywa  się  Steve  znudzonym  tonem.  -  Tu  jesteśmy, 
Heather. Myślę, że wiesz, gdzie. 
-  Fischer  Hall  -  rzucam,  zerkając  w  stronę  okien  salonu,  które 
wyglądają  na  zaplecze  dwudziestopiętrowego  budynku,  w  którym 
pracuję.  Jest  jeszcze  dość  wcześnie,  jak  na  zwyczaje  mieszkańców 

background image

domu  studenckiego  Uniwersytetu  Nowojorskiego.  To  oznacza,  że 
większość  świateł  się  jasno  pali,  a  mieszkańcy  akademika  szykują  się 
do  wieczornych  wyjść,  kompletnie  nieświadomi,  że  na  parterze,  w  tej 
zamkniętej  na  klucz  stołówce,  ma  się  niedługo  rozegrać  nieopisany 
koszmar. 
I  wtedy  przestaje  mi  być  zimno,  a  zaczyna  mnie  ogarniać  gniew.  Jak 
oni śmią? Poważnie. Jak śmią wyobrażać sobie, że to im znów ujdzie na 
sucho?  Czy  oni  sobie  myślą,  że  ja  bezwolnie  będę  się  przyglądać,  jak 
oni zamieniają Fischer Hall w Akademik Śmierci? 
No  i  dobra,  może  on  już  i  jest  Akademikiem  Śmierci.  Ale  ja  nie 
pozwolę, żeby dalej tak było. 
-  Heather?  -  Głos  Steve'a  pobrzmiewa  ciepło  w  moim  uchu.  To 
zadziwiające,  jak czarujący potrafią być psychopatyczni  zabójcy, kiedy 
się trochę postarają. - Jesteś tam jeszcze? 
- Tak, jestem tu - odpowiadam. - Zaraz przyjdę. 
-  Dobrze  -  mówi  Steve,  chyba  zadowolony.  -  Niecierpliwie  na  ciebie 
czekamy. Sama, jak powiedziałem. 
-  Nie  martw  się  -  uspokajam  go.  -  Przyjdę  sama.  -  Jak  bym 
potrzebowała  pomocy,  żeby  mu  skopać  ten  jego  chudy  tyłek.  Steve 
Winer  podejmuje  szalenie  głupią  decyzję,  rzucając  mi  wyzwanie  do 
konfrontacji  na  moim  własnym  boisku.  Może  udało  mu  się  pokonać 
drobniutką  Lindsay  i  nie  dać  się  złapać,  ale  jeśli  sądzi,  że  dziewczyna 
taka jak ja podda się bez walki - walki tak hałaśliwej, że cały akademik 
zacznie się dobijać do drzwi stołówki - to jest naprawdę naiwny. 
No  ale  z  drugiej  strony,  podobnie  jak  jego  brat,  Steve  nie  należy  do 
największych bystrzachów w okolicy. 
-  Dobrze  -  powtarza  Steve.  -  I  pamiętaj.  Żadnych  gliniarzy.  Albo  twój 
chłopak zginie. 
Słyszę jakiś łomot, a potem krzyk. To Gavin krzyczy. 
A  do  mnie  dociera,  że  głupi  czy  nie,  Steve  Winer  to  ktoś,  kogo  nie 
wolno lekceważyć. 
Z trzaskiem odkładam słuchawkę i obracam się, widząc, że tata siada na 
kanapie, sennie mrugając oczami. 
- Heather? - pyta. - Co się dzieje? 
-  Coś  się  stało  w  akademiku  -  rzucam,  chwytając  kartkę  papieru  i 
zapisując  na  niej  numer  telefonu.  -  To  znaczy,  w  domu  studenckim. 
Chyba  coś  złego.  Chciałabym,  żebyś  zadzwonił  do  tego  człowieka  i 

background image

powiedział  mu, żeby podjechał  jak  najszybciej do akademika. Powiedz 
mu, że spotkam się z nim w stołówce. Powiedz, żeby zabrał posiłki. 
Tata mruży oczy, patrząc na numer na kartce. 
- A ty dokąd? 
-  Idę  do  Fischer  Hall  -  wyjaśniam,  łapiąc  kurtkę.  -  Wrócę,  jak 
najszybciej będę mogła. 
Tata ma zdezorientowaną minę. 
-  Nie  podoba  mi  się  to,  Heather.  Oni  nie  płacą  ci  wystarczająco  dużo, 
żebyś tam tak latała w środku nocy. 
- Zgadzam się zupełnie - mówię i już jestem za drzwiami. 
Spacer  do  Fischer  Hall  jeszcze  nigdy  nie  wydawał  się  tak  długi. 
Chociaż  prawie  biegnę,  mam  wrażenie,  że  droga  trwa  bez  końca. 
Częściowo  to  przez  te  śliskie  chodniki,  na  których  muszę  uważać,  ale 
również  dlatego,  że  serce  wali  mi  w  piersi.  Jeśli  oni  zrobili  coś  złego 
Gavinowi... Jeśli nawet tylko nabili mu jakiegoś siniaka... 
Tak  się  koncentruję  na  tym,  żeby  jak  najszybciej  dojść  do  akademika, 
że Reggiego zauważam dopiero wtedy, kiedy na niego wpadam. 
- Hola, młoda damo! - woła, kiedy się zderzamy. - A dokąd to spieszysz 
się tak bardzo o tej porze, w nocy? 
-  Jezu,  Reggie  -  krztuszę  się,  usiłując  złapać  oddech.  -  Nigdy  nie 
siedzisz u siebie w domu? 
-  Piątkowe  wieczory  to  moje  najlepsze  chwile  -  oświadcza  Reggie.  - 
Heather, co się stało? Jesteś tak biała... No, jak biała. 
- To tamci faceci - dyszę. - Tamci, o których ci opowiadałam. Trzymają 
jednego  z  moich  podopiecznych.  W  stołówce.  Skrzywdzą  go,  jeśli  się 
tam nie zjawię, i to zaraz. 
- Moment,  moment,  moment.  -  Reggie  złapał  mnie za ramiona  i  wcale 
nie  ma  chyba  ochoty  ich  puścić.  -  Mówisz  poważnie?  Heather,  a  nie 
wydaje ci się, że powinnaś zawiadomić policję? 
-  Zawiadomiłam!  -  Muszę  zrobić  coś  w  rodzaju  wiatraka  ramionami, 
żeby  mu  się  wyrwać.  -  Tata  ma  do  nich  zadzwonić.  Ale  ktoś  musi 
tymczasem tam pójść... 
- I dlaczego tym kimś musisz być ty? - pyta mnie Reggie. 
Ale  jest  za  późno.  Ja  już  ruszam  biegiem,  moje  timberlandy  walą  o 
świeżo odśnieżony chodnik, a serce mam w gardle. 
Kiedy szarpnięciem otwieram drzwi  Fischer Hall, wchodzę do środka i 
widzę  strażnika  ochrony,  z  miejsca  wyjaśnia  się  tajemnica  tego,  jak 

background image

Dougowi i  jego kolesiom  z bractwa - nie wspominając już o rodzonym 
bracie  -  udało  się  dostać  do  budynku  i  zabić  Lindsay  bez  wpisania  się 
do książki odwiedzin. 
- To pan! - wołam. Bo to ten sam zgryźliwy ochroniarz, który pilnował 
wejścia do Waverly Hall. 
- Identyfikator - mówi. Nawet mnie nie rozpoznał. 
-  Był  pan  wczoraj  wieczorem  w  Waverly  Hall  -  sapię,  oskarżycielsko 
wskazując na niego palcem. 
-  Tak  -  potakuje  zgryźliwy  ochroniarz  i  wzrusza  ramionami.  -  Tam 
głównie  siedzę.  Czasem  biorę  zastępstwa  w  innych  miejscach.  Jak  tu, 
dzisiaj  wieczorem.  Zanim  panią  wpuszczę  do  środka,  muszę  zobaczyć 
jakiś dowód tożsamości. 
Szybkim  ruchem  otwieram  portfel,  pokazując  mu  służbową 
legitymację. 
-  Jestem  zastępczynią  kierownika  administracyjnego  tego  budynku  - 
zwracam  się  do  niego.  -  Wiem,  że  jest  tu  dziś  paru  chłopaków  z  Tau 
Phi, którzy się nie wpisali do książki. Tak samo, jak nie wpisał pan ich 
w poniedziałek, kiedy zabili kogoś. 
Zgryźliwy  strażnik  -  na  jego  identyfikatorze  widzę  imię  Curtiss  -  coś 
mruczy. 
- Nie mam pojęcia, o co pani chodzi - warczy wreszcie. 
-  To  zaraz  pan  się  dowie,  proszę  mi  wierzyć.  A  tymczasem  proszę 
zadzwonić  do  kierownika  budynku  i  powiedzieć  mu,  że  ma  iść  do 
stołówki. A kiedy przyjedzie policja, ich też proszę tam skierować. 
- Policja? - Zgryźliwy Curtiss jest chyba zaskoczony. - Co...? 
Ale ja już go mijam i biegnę dalej. 
Ale nie idę do głównych drzwi stołówki. Nie mam zamiaru pchać się na 
ślepo  w  tę  pułapkę  -  nie  jestem  głupia.  Zamiast  tego  przebiegam 
korytarzem,  mijam  własne  biuro  i  biuro  samorządu  studenckiego  - 
zamknięte  na  głucho,  jak  zwykle  -  a  wreszcie  biuro  kierownictwa 
stołówki,  aż  do  tylnego  wejścia  do  kuchni.  Drzwi,  jak  wiedziałam,  są 
zamknięte. 
Ale  ja  mam  przecież  swój  klucz  uniwersalny  w  kieszeni,  więc  -  w 
drugiej dłoni ściskając puszkę spreju z pieprzem - otwieram ten zamek 
jak najciszej i wślizguję się do środka. 
Jest  ciemno.  Tak  jak  się  spodziewałam,  są  w  sali  jadalnej.  Nikogo  nie 
postawili  w  kuchni  na  straży.  Nawet  nie  chciało  im  się  zapalić  tu 

background image

światła. Amatorszczyzna. 
Idę przez kuchnię,  nasłuchując. Słyszę z  jadalni szmer jakichś męskich 
głosów.  Tam  jest  jakieś  światło...  Ale  nie  z  lamp  pod  sufitem.  Nie 
włączyli ich. Zamiast tego, takie migoczące płomyczki... Latarki? 
Czy świece? 
Jeśli  oni  palą  tam  świece,  to  ja  im  dopiero  dam  popalić.  W  żadnym  z 
domów akademickich nie wolno palić świec! 
W  zasadzie  nie  mam  jeszcze  planu.  Stwierdzam,  że  podkradnę  się  jak 
najbliżej,  kryjąc  się  za  kontuarem  do  serwowania  posiłków,  a  potem 
zerknę  i  zobaczę,  co  oni  tam  kombinują.  Później  zawrócę,  a  kiedy 
detektyw  Canavan  przyjedzie  z  posiłkami,  powiem  mu,  co  widziałam. 
W ten sposób dowiedzą się chociaż, z  iloma  ludźmi  będą tam mieli do 
czynienia. 
Skradam  się  za  barem  do  dań  gorących,  myśląc,  że  naprawdę  będę 
musiała  porozmawiać  z  Geraldem,  bo  jest  tam  okropnie  brudno. 
Poważnie.  Dżinsy  na  kolanach  już  mam  upaprane,  a  potem  dłoń 
opieram  na  czymś  miękkim,  co  wydaje  mi  się  pokrytym  futrzastą 
pleśnią Tater Tot. 
Tylko że Tater Tot nie wydają piskliwych dźwięków i nie odskakują. 
Jedynie cudem udało mi się nie wrzasnąć. 
Ale to dobrze, że mi się udało. Bo kiedy zerkam ponad krawędzią baru, 
widzę coś, co mnie przeraża i wprawia w osłupienie. 
A  mianowicie  z  tuzin  postaci  w  jakichś  zakapturzonych  szatach  - 
takich,  jakie  noszą  mnisi  -  tylko  że  krwistoczerwonych.  Stoją  wokół 
jednego  ze  stołów,  zabranego  ze  swojego  zwykłego  miejsca  i 
ustawionego  na  samym  środku  sali  oraz  pokrytego  krwistoczerwonym 
materiałem. 
Stoją  na  nim  różne  przedmioty,  których  z  tak  daleka  nie  umiem 
zidentyfikować.  Ale  jeden  z  nich  to  jakiś  świecznik,  czy  coś.  Te 
mrugające płomyczki to świece, które w nim się palą. 
Jestem  na  tyle  blisko,  że  mogę  zidentyfikować  postać,  która  siedzi  z 
boku,  z  nadgarstkami  przywiązanymi  do  poręczy  jednego  ze 
stołówkowych krzeseł. To Gavin. Usta ma zaklejone taśmą. 
To go totalnie zaboli, kiedy będę mu tę taśmę zrywać. To znaczy, razem 
z fragmentami tej koziej bródki. 
Oczywiście,  natychmiast  się  orientuję,  na  co  patrzę.  Przecież  mam 
wszystkie  te  kanały  kablówki,  co  trzeba.  To  jakiś  rytuał  inicjacyjny 

background image

studenckiego bractwa, jak w tym filmie Czaszki. 
I nie  mam  na coś takiego najmniejszej ochoty. Gavinowi chyba  nic  nie 
jest  -  a  przynajmniej  nie  wydaje  mi  się,  żeby  znajdował  się  teraz  w 
jakimś bezpośrednim niebezpieczeństwie. Decyduję, że najlepiej będzie 
się wycofać i zaczekać na posiłki. 
I  dlatego  skradam  się  z  powrotem  w  stronę  kuchni,  kiedy  nagle 
kieszenią kurtki zaczepiam  o  stalową  miskę  odstawioną  zbyt  płytko na 
dolną  półkę.  Spadła  na  lepką  podłogę  z  okropnym  hukiem  i  zanim 
cokolwiek  zdążyłam  zrobić,  przed  sobą  widzę  parę  adidasów 
wystających spod brzegu czerwonej szaty. 
-  Patrzcie,  co  my tu  mamy  -  mówi  jakiś  głęboki męski  głos. I  sekundę 
później ten facet chwyta mnie pod pachy i stawia na nogi. 
Nie  żebym  nie  stawiała  oporu,  oczywiście.  Unoszę  rękę,  żeby 
skierować  strumień  pieprzu  ze  spreja  w  otwór  kaptura,  ale  wytrąca  mi 
puszkę  z  ręki.  Mam  jednak  na  sobie  timberlandy, odpowiednie  obuwie 
dla  nieustraszonej  zastępczyni  kierownika  akademika  na  Manhattanie. 
Jednym  z  okutych  czubków  walę  go  w  kostkę,  a  on  posyła  mi 
wiązankę. 
Niestety,  nie  puszcza  mnie  jednak  i  jedyne,  co  zyskuję,  to  to,  że 
podchodzi  jeszcze  jeden  zakapturzony  i  też  mnie  chwyta.  Przy  czym 
jeszcze  więcej  stalowych  misek  spada  na  ziemię  z  potwornym 
łoskotem. 
Ale  teraz  to  na  łoskocie  zaczęło  mi  już  zależeć.  Chcę,  żeby  cały 
budynek tu się zbiegł. Dlatego zaczynam wrzeszczeć, ile sił w płucach, 
kiedy ciągną  mnie w  stronę tego uroczyście  naszykowanego przez Tau 
Phi stołu. 
I  wrzeszczę,  aż  Steve  Winer  -  czy  jakiś  inny  facet,  którego  biorę  za 
Winera, bo jest najwyższy z nich i ma wokół kaptura jakieś wyszukane, 
złote  lamówki,  jak  przystało  na  prezesa  studenckiego  bractwa  - 
podchodzi  do  miejsca,  gdzie  siedzi  Gavin  i  uderza  go  w  twarz 
trzymanym w ręku berłem. 
Przestaję  się  drzeć.  Gavinowi  od  uderzenia  aż  głowa  poleciała do tyłu. 
Przez  chwilę  zostaje  w  tej  pozycji.  A  potem,  powoli,  Gavin  prostuje 
głowę,  a  ja  widzę  paskudne  rozcięcie  na  jego  policzku...  I  wściekłość, 
jaka pojawia się w jego oczach. 
Obok łez. 
- Żadnych wrzasków więcej - rozkazuje Steve, wskazując na mnie. 

background image

- I jeszcze mnie kopnęła - skarży się stojący obok mnie Adidas. 
- Żadnego kopania - dodaje Steve. - Ty kopiesz i wrzeszczysz, dzieciak 
znów obrywa. Nożem. Jasne? 
Mówię, mam nadzieję, że stosunkowo spokojnym głosem: 
-  Gliny  tu  będą  lada  chwila.  Wiem,  że  mówiłeś,  żeby  ich  nie 
zawiadamiać, ale... Za późno. 
Steve  odsuwa  kaptur,  żeby  przyjrzeć  mi  się  lepiej.  Jedyne  źródło 
światła  -  czyli  ten  świecznik  ustawiony  pośrodku  ołtarza,  jaki  tutaj 
sobie  przygotował  -  jest  dość  marne,  ale  i  tak  w  miarę  wyraźnie 
dostrzegam  wyraz  jego  twarzy.  I  niestety,  nie  wygląda  na 
przestraszonego. 
Co z kolei przeraża mnie. 
Zwłaszcza  kiedy  sekundę  później  podwójne  drzwi  do  stołówki 
otwierają  się  na  oścież  i  do  środka  bez  pośpiechu  wchodzi  Zgryźliwy 
Curtiss.  Ma  w  dłoni  na  pół  zjedzoną  kanapkę.  Mam  wrażenie,  że  to  z 
Blimie Best. 
Przypadkowo  jest  to  moja  ulubiona  kanapka,  zwłaszcza  ze  słodko  - 
ostrymi piklami. 
-  Nie  możesz  jej  jakoś  uciszyć?  -  pyta  Steve'a  poirytowanym  tonem.  - 
Ludzie się zastanawiają, co tu się, u diabła, wyprawia. 
Patrzę  na  niego  z  przerażeniem.  Widząc  moją  minę,  Steve  zaczyna 
chichotać. 
-  Świat  jest  pełen  lojalnych  członków  Tau  Phi,  Heather.  Nawet 
zatrudnionych jako ochroniarze na znanych, dużych uniwersytetach. 
-  Jakieś  gliny  przyjechały  -  zwraca  się  do  mnie  Curtiss,  odgryzając 
kolejny  kęs  kanapki  i  mówiąc  z  pełnymi  ustami.  -  Wyjaśniłem  im,  że 
nie mam pojęcia, o co chodzi, że siedzę tu przez całą noc i że wcale cię 
nie  widziałem.  Więc  odjechali.  Byli  chyba  trochę  wpienieni.  Moim 
zdaniem już tu nie wrócą. 
Piorunuję go wzrokiem. 
- No to teraz już na pewno wylecisz z pracy. 
Curtiss śmieje się z tego. Mam wrażenie, że szczerze się tym wszystkim 
bawi. 
- Wylecę - powiada. - Jasne. 
Zawraca i idzie niespiesznie w tę samą stronę, z której przyszedł. Patrzę 
na Steve'a. 
-  Okay  -  mówię.  -  Miejmy  to  już  z  głowy.  Ale  wypuść  Gavina.  Twój 

background image

problem to ja, a nie on. 
- My nie  mamy żadnego  problemu  -  wyjaśnia  mi uprzejmie Steve.  -  Z 
żadnym z was dwojga. 
Rozglądam  się  po  pomieszczeniu  i  tych  różnych  członkach  Tau  Phi, 
zastanawiając się, który z nich to Doug. 
- No to co ja tu robię? 
- Och, nie  wyjaśniłem  ci  tego  przez telefon?  - pyta Steve. -  Widocznie 
zapomniałem.  -  Podchodzi  i  z  ołtarza,  jaki  tam  przygotował,  zdejmuje 
długi,  ozdobny  nóż.  Ozdobny,  to  znaczy  ze  złotą,  wysadzaną 
półszlachetnymi kamieniami rękojeścią. 
Ale ostrze wygląda całkiem zwyczajnie. Chyba jest ostre. 
- Kandydaci - mówi Steve. - Już czas. 
I  kolejna  szóstka  postaci  w  kapturach  występuje  z  cieni  w  okolicach 
kasy Magdy, gdzie widać kryli się do tej pory. 
- Czas na co? - pytam ciekawie. 
- Na inicjację - informuje mnie Steve. 
28 
Nikogo to już chyba 
nie obchodzi, 
Ukrywam się za zamkniętymi 
drzwiami. 
Nigdy już nie wychodzę 
przed dom, w słońce; 
Żyć w taki sposób 
to się już nie godzi. 
 
Bez tytułu 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Nie no, chyba sobie ze mnie kpisz - mówię z niesmakiem. 
- Kandydaci - zaczyna Steve, ignorując mnie - nadeszła pora. Będziecie 
mieli okazję dowieść swojego oddania stowarzyszeniu Tau Phi Epsilon. 
-  To  jest  jakiś  kompletny  idiotyzm  -  odzywam  się.  Steve  wreszcie 
ogląda się na mnie. 
-  Jeśli  się  nie  przymkniesz  -  grozi  mi  -  to  najpierw  wykończymy 
twojego chłopaka, a dopiero potem ciebie. 
Gapię  się  na  niego  i  mrugam  oczami.  Naprawdę  chciałabym  milczeć. 

background image

Naprawdę chciałabym. Ale... 
- Gavin  nie  jest  moim chłopakiem - oświadczam.  - I serio, nie sądzisz, 
że wystarczy już tego mordowania? 
-  Hm.  -  Jeden  z  kandydatów  odrzuca  z  głowy  kaptur.  Ze  zdumieniem 
widzę, że to Jeff Turner, chłopak Cheryl Haebig. - Przepraszam, ale co 
tu się dzieje? 
- Zamknij się! - Steve obraca się gwałtownym ruchem i patrzy na niego 
z gniewem. - Nikt ci nie udzielił głosu! 
-  Ale,  stary  -  nie  daje  za  wygraną  Jeff  -  ona  jest  zastępczynią 
kierownika administracyjnego tego budynku. Ona im powie... 
-  Ona  nic  nie  powie  -  przerywa  Steve.  -  Bo  nie  będzie  już  żyła.  Ta 
nowina  szokuje  chyba  nie  tylko  Jeffa.  Pozostali  kandydaci  też  wiercą 
się niespokojnie. 
- Stary... To jakiś dowcip? - pyta Jeff. 
- Milczeć, kandydaci! - grzmi Steve. - Jeśli chcecie być członkami Tau 
Phi,  to  musicie  być  przygotowani  na  ponoszenie  ofiar  dla  naszej 
sprawy! 
- Tak, jasne  -  mówię  szybko,  póki  jeszcze  mam  po swojej  stronie  tych 
kandydatów,  a  przynajmniej  Jeffa.  -  Czy  tym  właśnie  była  Lindsay 
Combs, Steve? Ofiarą poniesioną dla sprawy? Czy to dlatego ją zabiłeś? 
Kolejne  nerwowe  ruchy  wśród  kandydatów.  Steve  obraca  się  i 
piorunuje mnie wzrokiem. 
- Ta suka  zdradziła  jednego  z  członków  naszego bractwa  - tłumaczy.  - 
Musiała zostać ukarana. 
- Jasne - mówię. - Odrąbaniem głowy  i zmieleniem ciała w  młynku na 
odpadki? 
Jeff rzuca zszokowane spojrzenie w stronę Steve'a. 
- Facet... A więc to ty? 
- Och, jasne, że to był Steve - potwierdzam. - Tylko dlatego, że Lindsay 
ukradła... 
- Coś, co do niej zgodnie z prawem nie należało - warczy Steve. 
- Coś, czego nie chciała oddać... 
- Próbowała - upieram się. - Wpuściła tutaj twojego brata... 
- Ale tego już  nie  było! - przekrzykuje  mnie Steve. - Twierdzi, że ktoś 
inny  to  zabrał.  Jak  byśmy  mieli  w  coś  takiego  uwierzyć!  Była 
kłamczuchą,  nie  tylko  złodziejką.  Zasłużyła  na  to,  żeby  za  zdradę 
skazać ją na śmierć! 

background image

- Facet... - Na twarzy Jeffa rysuj e się niedowierzanie i uraza. - Lindsay 
była najlepszą przyjaciółką mojej dziewczyny. 
- No to powinieneś mi dziękować - mówi Steve godnym tonem. 
- Bo jeśli twoja dziewczyna zadawałaby się z Lindsay, to upodobniłaby 
się do niej i ciebie też by zdradziła tak, jak Lindsay zdradziła jednego z 
naszych braci. 
Trwało  to  jakąś  minutę,  zanim  Jeff  to  wszystko  przetrawił.  Ale  kiedy 
już przetrawił, nie waha się ani sekundy dłużej. 
-  Dość  tego.  -  Jeff  Turner  kręci  głową.  -  Spadam  stąd.  Chciałem  się 
zapisać do tego głupiego bractwa tylko dlatego, że tata do niego należał. 
Nie zapisywałem się po to, żeby mordować ludzi. Chcesz mnie walić po 
tyłku  jakimś  wiosłem?  Proszę  cię  bardzo.  Chcesz  mnie  zmusić, żebym 
wypił  dwadzieścia  cztery  piwa?  Nie  ma  problemu.  Ale  zabijać  jakieś 
laski? Nie ma mowy. Wy wszyscy jesteście popieprzeni jak... 
Mówiąc  to,  chce  z  siebie  zdjąć  szatę.  Steve  patrzy  na  niego  i  ze 
smutkiem  kręci  głową.  Potem  kiwa  w  stronę  dwóch  zakapturzonych 
postaci stojących  w  kręgu  wokół  ołtarza,  a oni  przechodzą  przez  salę  i 
częstują  Jeffa  kilkoma  ciosami  w  brzuch  -  w  czasie  gdy  on  jeszcze 
mocuje  się  z  tą  szatą  -  aż  wreszcie  Jeff  pada  na  podłogę.  Wówczas 
zaczynają  go  kopać,  nie  zwracając  uwagi  na  jego  okrzyki  bólu. 
Pozostali kandydaci,  widząc,  jak  brutalnie  traktuje  się  jednego  spośród 
nich, stoją jak wmurowani i obserwują całą scenę. 
I nie oni jedni osłupieli. W głowie mi się nie mieści to, co widzę. Gdzie 
jest  policja?  Przecież  nie  uwierzyli  chyba  temu  idiocie  Curtissowi, 
prawda?  Wiedząc,  że  jest  tylko  jedna  osoba,  która  będzie  w  stanie 
położyć  temu  wszystkiemu  kres  -  albo  zginąć,  ale  mimo  wszystko 
spróbować - mówię głośno do pozostałych kandydatów, którzy stali bez 
ruchu, kiedy ich kumpla ktoś skopał do nieprzytomności. 
-  A  wiecie  chociaż,  chłopaki,  co  takiego  ukradła  Lindsay  Combs?  To 
był zapas koki Douga Winera. 
Nie  wiem,  jak  chłopcy  zareagowali  na  tę  informację,  bo  twarze  nadal 
mają  zakryte  kapturami.  Ale  widzę,  że  przestępują  z  nogi  na  nogę 
jeszcze bardziej niespokojnie. 
- Nie  słuchajcie  jej  -  rozkazuje  im  Steve.  -  Ona  kłamie.  One  wszystkie 
to robią,  próbują  wszystko  demonizować,  rozpowiadając  o nas  wredne 
kłamstwa. 
-  Was  wcale  nie  trzeba  demonizować,  chłopaki.  Sami  sobie  z  tym 

background image

całkiem  nieźle  poradziliście.  A  może  chcesz  powiedzieć,  że  twój 
braciszek  wcale  nie  udusił  swojej  dziewczyny,  bo  mu  ukradła  biały 
proszek? 
Jeden  z  facetów  przerywa  kopanie  Jeffa  Turnera  i  po  chwili  w  moją 
stronę wielkimi krokami sadzi Doug Winer z opuszczonym kapturem. 
- Cofnij to! - wrzeszczy,  a  oczy  mu  pałają.  -  Ja tego  nie  zrobiłem! Nie 
zabiłem jej! 
Steve wyciąga rękę, chcąc złapać młodszego brata za ramię. 
- Doug... 
- Ja tego nie zrobiłem! - woła Doug. - Nie masz żadnych dowodów! - A 
zwracając się do Steve'a, dodaje: - Ona nie ma żadnych dowodów! 
-  Och,  mamy  mnóstwo  dowodów  -  mówię.  Gram  na  zwłokę.  Steve  na 
pewno  zdaje  sobie  z  tego  sprawę.  Ale  chyba  zapomniał  chwilowo  o 
Gavinie  i  wykorzystywaniu  go  jako  sposobu,  żeby  mnie  uciszyć.  A  ja 
nic  więcej  nie  chcę.  -  Wiecie,  dzisiaj  znaleźliśmy  resztę  jej  zwłok.  A 
przynajmniej to, co z nich zostało. 
Steve rzuca mi totalnie niedowierzające spojrzenie. 
- O czym ty w ogóle, kurwa, mówisz? 
-  Ciało.  Ciało  Lindsay.  Widzisz,  nie  wzięliście  pod  uwagę  tego,  że 
młynki do odpadków nie są w stanie zemleć kości... Ani kolczyków do 
noszenia w pępku. Kolczyk Lindsay znaleźliśmy dziś rano. 
Dougowi  wyrywa  się  tego  typu  dźwięk,  jaki  czasem  wydają 
dziewczyny,  kiedy  mówię  im,  że  w  przyszłym  roku  nie  będą  jednak 
mogły  mieć  pojedynczego  pokoju.  To  coś  pomiędzy  westchnieniem  a 
protestem i brzmi jak takie: „N - noch!” 
Steve  mocniej  zaciska  dłoń  na  rękojeści  noża.  W  świetle  świec  miga 
jego ostrze. 
- Ona blefuje. A nawet gdyby nie blefowała... Co z tego? Nic ich do nas 
nie doprowadzi. Nie po takim sprzątaniu. 
- Tak. -  Zaczęłam  już  się  pocić, tak  strasznie  mi  gorąco w tej zimowej 
kurtce.  A  może  to  wcale  nie  gorąco.  Może  to  nerwy.  Żołądek  mi  się 
zaciska. Chyba nie powinnam była jeść tego drugiego batonu Dove. Jeff 
leży  teraz  zupełnie  bez  ruchu.  Nie  wiem,  czy  to  dlatego,  że  stracił 
przytomność, czy tylko udaje, żeby wreszcie przestali go kopać. - Może 
i  umiecie  organizować  niezłe  imprezy  i  wyszukane  ceremonie 
inicjacyjne, ale w sprzątaniu jesteście naprawdę kiepscy. Gliny znaleźli 
włosy. 

background image

Doug rzuca bratu zaskoczone spojrzenie. 
- Steve! 
- Zamknij się, Doug - przerywa Steve. - Ona blefuje. 
- Nieprawda! - Doug pobladł jak duch. - Ona wiedziała! Wiedziała o tej 
koce! 
- Pozostawienie głowy było waszym pierwszym błędem - ciągnę tonem 
lekkiej konwersacji. - Mogłoby  się wam upiec, gdybyście nie zostawili 
tej głowy na gazie na kuchence. Prędzej czy później znaleźliby te kości 
i kolczyk, ale są szanse, że nie zorientowaliby się, co to w ogóle jest. I 
Lindsay po prostu uznano by za osobę zaginioną. Nikt nigdy  by się nie 
dowiedział, że tu w ogóle byliście, więc nikt by się nie zastanawiał, jak 
się  dostaliście  do  środka.  Waszym  drugim  błędem  było  to,  że 
próbowaliście wykończyć Manuela. On nie powiedziałby nikomu o tym 
kluczu,  gdybyście  go  w  taki  sposób  nie  wystraszyli.  A  nawet  gdyby 
powiedział,  to  co  z  tego?  To  tylko  sprzątacz.  Nikt  by  nie  słuchał 
sprzątacza. 
- Kręcę głową. - Ale nie. Musieliście się popisać. 
-  Steve  -  jęczy  Doug.  -  Powiedziałeś,  że  nikt  się  nie  dowie,  że  to  my. 
Powiedziałeś,  że  nikt  się  nie  zorientuje!  Jeśli  tata  się  dowie,  co 
zrobiliśmy... 
- Zamknij się! - wrzeszczy Steve. Podskakuję nieco, słysząc, jak głośno 
się  drze.  Tak  samo  faceci,  którzy  nadal  trzymają  mnie  za  ramiona.  - 
Chociaż raz w życiu zamknij tę swoją pieprzoną jadaczkę, mały gnojku! 
Ale Doug nie ma zamiaru słuchać brata. 
-  Chryste,  Stevie!  -  woła  łamiącym  się  głosem.  -  Mówiłeś  mi,  że  tata 
nigdy się nie dowie. Mówiłeś, że się wszystkim zajmiesz! 
- Zająłem  się,  ty  gówniarzu  -  ucina  Steve.  - Tak jak sprzątam  po tobie 
każdy szajs, w który się wpakujesz. 
- Nie martw się o to, mówiłeś. Zostaw wszystko mnie, mówiłeś. 
-  Doug  prawie  płacze.  -  Ty  skurwysynu!  Niczym  się  nie  zająłeś  jak 
trzeba! Teraz Lindsay nie żyje, a nas wsadzą, i ja nadal nie wiem, co się 
stało z moją koką! 
Najwyraźniej nieświadomy, że jego brat właśnie ich obu obciążył winą, 
Steve krzyczy: 
-  Tak?  No  to  niby  kto  był  takim  pieprzonym  debilem,  że  w  ogóle  tę 
sukę  zabił?  Czy  ja  ci  kazałem  ją  zabijać?  Czy  ja  ci,  kurwa, 
powiedziałem, że masz ją zabijać? Nie, nie powiedziałem! 

background image

-  To  nie  moja  wina,  że  umarła!  -  Nagle  Doug  rzuca  się  naprzód  i  ku 
mojemu  totalnemu  przerażeniu  łapie  mnie  obiema  dłońmi  za  poły 
kurtki.  Chwilę  potem  szlocha  mi  w  twarz.  -  Proszę  pani,  ja  jej  nie 
chciałem  zabijać!  Naprawdę,  nie  chciałem.  Tylko  że ona tak  cholernie 
mnie  wkurwiła  tym,  że  mi  ukradła  tę  kokę.  A  potem  nie  chciała  jej 
oddać!  I  te  wszystkie  numery,  wmawianie  mi,  że  ktoś  ją  musiał  stąd 
ukraść, same bzdety. Gdyby tylko oddała mi ją wtedy, kiedy prosiłem... 
Ale  nie.  Wie  pani,  myślałem,  że  Lindsay  jest  inna,  nie  taka  jak  te 
wszystkie dziewczyny, które spotykają się ze mną tylko dzięki mojemu 
nazwisku. Ja nie chciałem tak mocno jej przydusić... 
-  Zamknij  się,  Doug.  -  Głos  Steve'a  znów  twardnieje.  -  Nie  żartuję. 
Zamknij się, kurwa mać. 
Doug puszcza  mnie  i obraca  się  na pięcie, zwracając  się do brata, a po 
twarzy strumieniem płyną mu łzy. 
-  Steve,  powiedziałeś  mi,  że  się  wszystkim  zajmiesz!  Powiedziałeś,  że 
mam się nie martwić! Dlaczego musiałeś zrobić coś takiego z jej głową, 
hę? Mówiłem ci, żebyś nie... 
- Zamknij się! - Steve'owi trzęsą się ręce, widać, że traci panowanie nad 
sobą. Nóż, który trzyma, raz kieruje się w stronę Douga, a raz w moją. 
Jakąś  niezaangażowaną  częścią  mózgu  zastanawiam  się,  czy  Steve 
rzeczywiście byłby zdolny pchnąć nożem własnego brata. 
Tą samą częścią mózgu mam nadzieję, że tak. 
- A  czego ty  się  niby  spodziewałeś  po  mnie,  mały  gnojku?  - Steve jest 
tak  wściekły,  że  zniżył  głos  do  syku.  -  Dzwonisz  do  mnie  w  środku 
nocy,  płaczesz  jak  jakieś  pieprzone  niemowlę  i  mówisz,  że  zabiłeś 
swoją  pieprzoną  dziewczynę.  A  ja  muszę  wstać,  przyjechać  tu  i 
posprzątać  po  tobie.  I  ty  masz  czelność  mnie  za  to  krytykować?  Ty 
masz  aż  tyle  cholernej  bezczelności,  że  śmiesz  kwestionować  moje 
metody? 
Doug bezradnym gestem wskazuje na mnie. 
-  Jezu  Chryste,  Steve!  Ta  pierdolona  kierowniczka  akademika 
wszystkiego  się  domyśliła.  Jak  sądzisz,  ile  czasu  minie,  zanim  policja 
wszystkiego się dowie? 
Steve  patrzy  na  mnie,  a  potem  nerwowo  oblizuje  wargi  językiem; 
przypomina jakiegoś węża. 
- Wiem. Dlatego musimy się jej pozbyć. 
I  wtedy  jedna  ze  stojących  przy  mnie  ubranych  w  czerwone  szaty 

background image

postaci mówi: 
-  Hm,  stary?  Powiedziałeś,  że  tylko  ich  postraszymy,  tak  jak  tego 
sprzątacza... 
- Postraszycie? On się o mało nie wykrwawił na śmierć! - wołam. 
-  Jeśli  powiesz  jeszcze  jedno  słowo  -  grozi  Steve,  podsuwając  mi  pod 
nos ostrze noża - to zabiję cię natychmiast, zamiast pozwolić ci odejść z 
tego  świata  łagodnie.  -  Czubek  noża  odsuwa  się  ode  mnie  i  wskazuje 
szklankę  stojącą  na  ołtarzu.  Jest  chyba  pełna  wody.  -  Wypij  to  - 
rozkazuje Steve. 
Spoglądam  na  tę  szklankę.  Nie  mam  pojęcia,  co  zawiera,  ale  sądząc  z 
tego,  co  się  działo  poprzedniej  nocy  z  Jordanem,  to  rohypnol,  zwany 
inaczej pigułką gwałtu, popularny na uczelniach środek uspokajający. 
Jedna  jego  dawka,  rozpuszczona  w  wodzie,  powinna  zrobić  ze  mnie 
osobę  znacznie  bardziej  spolegliwą,  kiedy  przyjdzie  czas  na  użycie 
noża. 
Wtedy  właśnie  stwierdzam,  że  mam  już  zdecydowanie  dosyć.  Jest  mi 
gorąco,  brzuch  mnie  boli,  a  w  dodatku  martwię  się  bardzo  o  Gavina  i 
Jeffa.  Szkoda,  że  nie  pozwoliłam  Cooperowi  zabić  Douga  Winera, 
kiedy  miał  taką  okazję.  Szkoda,  że  sama  nie  złapałam  jednej  z  jego 
poduszek  i  nie  przydusiłam  mu  nią  głowy,  i  nie  potrzymałam,  dopóki 
gówniarz nie przestałby walczyć. 
Nie.  To  zbyt  łagodne.  Szkoda,  że  sama  mu  nie  zacisnęłam  rąk  na  tym 
grubym  karku  i  nie  wycisnęłam  z  niego  powoli  całego  życia,  tak  jak 
Doug wycisnął je z Lindsay... 
-  No  już,  Heather  -  popędza  mnie  Steve,  niecierpliwie  wymachując 
nożem. - Nie mamy na to całej nocy. 
- Hm, Steve - odzywa się ten  facet koło mnie. - Serio, facet. To się  już 
robi dziwne. 
- Zamknij się - gasi Steve kumpla z Tau Phi. Łapie szklankę i podsuwa 
mi ją pod sam nos. - Wypij to! 
Odwracam głowę. 
- Nie. 
Steve Winer gapi się na mnie. 
- Co?! 
-  Nie  -  powtarzam.  Czuję,  że  wszyscy  w  stołówce  mnie  popierają.  Do 
członków  Tau  Phi  zaczyna  docierać,  że  ich  prezes  zwariował.  Nie 
pozwolą  mu  mnie  skrzywdzić.  Jestem  tego  prawie  pewna.  -  Nie  mam 

background image

zamiaru tego wypić. 
- Co ty wygadujesz, nie masz zamiaru tego wypić? - Na twarzy Steve'a 
pojawia się cień uśmiechu. - Ślepa jesteś? Trzymam ci nóż na gardle. 
- I co z tego? - Wzruszam ramionami. - A co to dla mnie za różnica? I 
tak mnie zabijesz. 
To  nie  to,  co  Steve  chciał  usłyszeć.  Uśmiech  znika  z  jego  warg,  a  na 
twarzy  nie  zostaje  nawet  ślad  po  dobrym  humorze,  kiedy  podaje 
szklankę facetowi po mojej prawej stronie, podchodzi do Gavina,  łapie 
go  za  włosy, szarpnięciem  odchyla  mu  głowę do tyłu  i  przystawia  nóż 
do jego obnażonego gardła... 
-  Steve,  stary,  przestań!  -  woła  jeden  z  moich  strażników,  a  ja 
jednocześnie mówię: - Zaraz wypiję, zaraz wypiję. 
A potem łapię szklankę i wychylam ją do dna. 
-  Dość  tego  -  mówi  facet,  który  trzymał  szklankę.  -  Wynoszę  się  stąd. 
Jeff ma rację, wy jesteście popieprzeni wariaci. 
Rusza  do  wyjścia  ze  stołówki,  wraz  z  nim  paru  innych  Tau  Phi, 
włącznie  ze  wszystkimi  kandydatami  na  członków,  poza  Jeffem 
Turnerem, który nadal leży na posadzce, nieruchomy jak sama śmierć. 
-  Nie  pozwólcie  im  wyjść  -  warczy  Steve  do  Tau  Phi,  którzy  skopali 
Jeffa.  Ale  nawet  oni  chyba  się  wahają.  -  Słyszycie  mnie?  -  Steve 
puszcza włosy Gavina i staje tam, zdezorientowany, gapiąc się, jak jego 
kumple  z  bractwa  zaczynają  go,  jeden  po  drugim,  opuszczać.  - 
Chłopaki.  Nie  możecie  tego  zrobić.  Złożyliście  przysięgę.  Przysięgę 
całkowitej lojalności. Dokąd wy... Co wy sobie... 
Doug zaczyna się chyba bać. 
- Jezu, Steve - mamrocze. - Puśćmy ich. Po prostu... 
Ale  Doug  przerywa  w  pół  zdania.  To  dlatego,  że  Steve  rzucił  nóż  i 
gdzieś  spomiędzy  fałd  swojej  szaty  wyciągnął  niewielki  rewolwer, 
który trzyma teraz na wysokości klatki piersiowej swojego brata. 
- Douglas - mówi Steve. - Mam już dosyć ciebie i tych twoich jęków. 
-  Jezu,  Steve!  -  woła  znowu  Doug.  Ale  tym  razem  lęk  i  łzy  w  jego 
głosie każą innym Tau Phi przystanąć i obejrzeć się za siebie. 
I wtedy robię to, co wiem, że muszę zrobić. Przecież nikt nie zwraca na 
mnie  najmniejszej  uwagi.  Wszyscy  gapią  się  na  Steve'a,  który  stoi  do 
mnie plecami. 
I  dlatego,  kiedy  tylko  widzę,  że  zaciska  palec  na  spuście,  rzucam  się 
przed  siebie,  szeroko  rozpościerając  ramiona,  wprost  na  posadzkę 

background image

jadalni.  Bo  wiem  na  temat  posadzki  jadalni  w  Fischer  Hall  coś,  czego 
Steve  Winer  na  jej  temat  nigdy  się  nie  dowie,  a  mianowicie,  że  jest 
idealnie  czysta.  Julio  nie  odpowiada  może  za  stan  czystości  za 
kontuarem  baru  z  gorącymi  daniami,  ale  odpowiada  za  samą  jadalnię, 
której  podłogę  woskuje  i  froteruje  do  stanu  gładkości  lodowiska.  Co 
oznacza,  że  sunę  po  tej  podłodze  jak  łyżwiarka  figurowa,  tyle  że  na 
brzuchu,  aż  wreszcie  zderzam  się  z  nogami  starszego  Winera, 
obejmując je ramionami i obalając Steve'a na podłogę. 
A potem chwytam go za nadgarstek  i zatapiam w nim zęby z taką siłą, 
że  musi  wypuścić  ten  rewolwer.  A  on  wrzeszczy  i  zwija  się  z  bólu  i 
przerażenia. 
Doug chyba pierwszy otrząsa się z zaskoczenia - być  może dlatego, że 
tylko on  jeden  nie  miał  dość  przytomności  umysłu,  żeby  się  rzucić  na 
ziemię, kiedy Steve wymachiwał tym rewolwerem, więc jako jedyny w 
stołówce stoi w tej chwili na nogach. Potykając się, rzuca się naprzód i 
chwyta  rewolwer  upuszczony  przez  brata.  Ręce  mu  się  trzęsą  kiedy 
mierzy z tego rewolweru... 
Niestety, akurat do mnie. 
-  Nie!  -  woła  Steve  chrapliwie.  -  Nie  strzelaj,  ty  mały  popaprańcu! 
Możesz trafić we mnie! 
-  Ja  chcę trafić  w  ciebie!  -  krzyczy  Doug.  Naprawdę.  Krzyczy  głośno. 
Łzy  mu  płyną  po  twarzy.  -  Mam  już  powyżej  uszu,  że  zawsze  mi 
powtarzasz,  że  jestem  popaprańcem!  I  okay,  może  jestem 
popaprańcem...  Ale  przynajmniej  nie  jestem  wariatem!  Tak,  zabiłem 
Lindsay, ale nie miałem zamiaru. To ty jesteś chorym szaleńcem, który 
wymyślił,  że  to  dobry  pomysł,  żeby  zostawić  jej  głowę  w  garnku  na 
gazie.  Kto  w  ogóle  robi  takie  rzeczy,  Steve?  Kto?!  A  potem  jeszcze 
kazałeś  nam  pokłuć  nożem  tego  biednego  sprzątacza...  A  teraz  chcesz, 
żebyśmy zabili tę dziewczynę... I po co? Żeby popisać się przed twoimi 
kolesiami z bractwa i pokazać im, że umiesz być wrednym draniem, tak 
jak wrednym draniem był tata, kiedy sam należał do Tau Phi? 
Otwór lufy rewolweru trzymanego przez Douga denerwująco przesuwa 
się  to  w  stronę  Steve'a,  to  moją.  Steve,  leżący  pode  mną,  zaczyna  się 
pocić. Obficie. 
- Doug - mówi. - Dougie. Proszę. Oddaj mi... 
-  Ale  tata  nikogo  nie  zabijał,  Steve!  -  ciągnie  Doug,  jakby  nic  nie 
słyszał.  -  On  nie  ćwiartował  ludzi  na  kawałki!  Był  wrednym 

background image

skubańcem, ale takich rzeczy nie robił! Dlaczego ty tego nie rozumiesz? 
Dlaczego  nie  możesz  zrozumieć,  że  niezależnie,  co  zrobisz,  nigdy  nie 
będziesz taki jak tata! 
- Dobra - przyznaje Steve. - Nigdy  nie będę taki  jak tata. A teraz odłóż 
broń... 
- Nie! - drze się Doug. - Bo ja wiem, co się  stanie! Obrócisz wszystko 
jak  kota  ogonem  i  znów  będzie,  że  to  moja  wina.  Jak  zawsze!  Bo 
zawsze  tak  robisz!  A  ja  nie  mam  zamiaru  dłużej  się  na  to  godzić!  Nie 
tym razem! 
I  wtedy  celuje  z  rewolweru  dokładnie  w  środek  czoła  Steve'a.  Wtedy 
jakiś  spokojny,  trochę  znajomy  głos  odzywa  się  od  strony  drzwi 
stołówki: 
- Rzuć tę broń, synu. 
Doug  podnosi  wzrok,  jest  zaskoczony  i  oburzony  zarazem.  Ja  też 
obracam głowę  i głupieję  na widok Reggiego - tak, dilera narkotyków, 
Reggiego  -  który  trzyma  w  ręku  bardzo  malutkiego  i  błyszczącego 
glocka kaliber 9 milimetrów, celując w klatkę piersiową Douga. 
-  Rzuć  broń  -  rozkazuje  Reggie.  Zabawne,  ale  jego  akcent  z  Jamajki 
zupełnie gdzieś  zniknął.  -  Nie  chcę  cię  zranić,  ale jeśli  będę  musiał,  to 
zrobię to. Chyba obaj o tym wiemy. 
Steve, nadal przygnieciony moim ciężarem, krzyczy: 
-  Och,  panie  władzo,  jak  dobrze,  że  pan  tu  jest!  Ten  facet  zwariował  i 
usiłował mnie zabić! 
- Aha - mówi Reggie bezbarwnym tonem. - Oddaj mi broń, synu. Doug 
zerka na brata, który spode mnie kiwa zachęcająco głową. 
- No już, Dougie, oddaj rewolwer panu policjantowi. 
Ale teraz Doug płacze już tak rzęsiście, że nie ma mowy o strzelaniu. 
-  Steve,  jesteś  takim  dupkiem...  -  I  oddaje  broń  Reggiemu,  który 
przekazuje  ją  detektywowi  Canavanowi;  jego  postać  majaczy  w 
drzwiach stołówki, też z wycelowaną bronią. 
-  Może  pan  tego  nie  wie,  panie  władzo,  ale  właśnie  uratował  nam  pan 
życie - plecie trzy po trzy Steve Winer. - Mój brat usiłował mnie zabić... 
- Dobra. - Reggie sięga do paska po kajdanki. - Heather, zejdź, proszę, z 
pana Winera. 
Uprzejmie  zsuwam  się  na  podłogę.  I  nagle  zauważam,  że 
pomieszczenie  zaczyna  lekko  wirować.  Ale  to  nie  jest  nieprzyjemne 
wrażenie. 

background image

- Reggie! -  wołam  z  miejsca,  gdzie  leżę  rozciągnięta na  podłodze  -  To 
ty jesteś tajnym gliną? Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?! 
- Bo on jest z federalnych. - Detektyw Canavan stanął nade mną i mniej 
więcej  dwudziestu  umundurowanym  podwładnym  wydaje  rozkaz 
zakucia w kajdanki wszystkich osób w czerwonych szatach. - Wells ze 
zwykłym  tupetem  udało  ci  się  wepchnąć  w  sam  środek  policyjne 
pułapki zastawianej  przez  brygady  antynarkotykowe od  miesięcy. Przy 
okazji, moje serdeczne gratulacje. 
-  Panie  detektywie!  -  wołam  radośnie,  wpatrując  się  w  detektywa 
Canavana. - Ale dlaczego to tak długo trwało? 
-  Mieliśmy  trochę  problemów  z  dostaniem  się  do  środka  -  wyjaśnia.  - 
Strażnik ochrony... stawiał opór. I nikt nie mógł znaleźć klucza. 
- Przewraca oczami.  - Swoją  drogą to typowe dla tego  akademika.  Ale 
dlaczego ty masz takie szerokie źrenice? 
-  Bo  tak  strasznie  się  cieszę,  że  pana  widzę!  -  wołam,  siadając,  żeby 
zarzucić  mu  ramiona  na  szyję,  kiedy  pochyla  się  nade  mną,  żeby  mi 
pomóc wstać. - Kocham pana tak bardzo! 
-  Ugh  -  mówi  detektyw  Canavan,  kiedy  lgnę  do  niego,  bo  pokój 
zaczyna wokół mnie dość prędko wirować. - Wells? Czyś ty się czegoś 
naćpała? 
-  Kazali  jej  coś  wypić  -  odzywa  się  Gavin,  którego  rozwiązuje 
pokojówka  -  utajona  agentka  brygad  antynarkotykowych,  a  ranę  na 
policzku ogląda  dwóch  sanitariuszy,  którzy  w ogóle  nie wiadomo  skąd 
się  tam  wzięli.  Tak  jak  się  spodziewałam,  taśma  pozostawiła 
zaczerwienioną  skórę  wokół  ust  i  wydarła  mu  fragment  miękkiej, 
delikatnej bródki, przez co wygląda na jeszcze rzadszą. 
-  Gavin!  -  wołam,  puszczając  detektywa  Canavana  i  na  odmianę 
chwytając  w  ramiona  jego,  ku  wyraźnej  irytacji  usiłujących  go 
opatrywać sanitariuszy. - Ciebie też kocham! Ale jak kumpla. 
Gavin nie robi wystarczająco, moim zdaniem, szczęśliwej miny. 
- To chyba rohypnol - mówi, usiłując się wyplątać z mojego uścisku, co 
mnie osobiście wydaje się co najmniej niegrzeczne. 
- Dobra - rzuca detektyw Canavan, biorąc mnie za ramię. - Idziemy. 
- A dokąd idziemy? - pytam. 
-  Myślę,  że  na  dobry  początek  do  szpitala.  Przyda  ci  się  trochę 
elektrolitów. 
-  Ale  mnie  się  wcale  nie  chce  pić  -  zapewniam  go.  -  Mam  ochotę  na 

background image

lody.  Hej,  ma  pan  ochotę  na  batona  Dove?  Są  w  tej  tam  zamrażarce. 
Hej,  wszyscy  powinni  się  poczęstować  batonami  Dove.  Ludzie,  hej!  - 
wołam,  oglądając  się  za  siebie.  -  Poczęstujcie  się  batonami  Dove!  Ja 
stawiam! 
-  No  chodź  już,  Wells  -  mówi  detektyw  Canavan,  mocno  trzymając 
mnie za ramię. - Starczy tego. 
A potem wyprowadza mnie ze stołówki do holu, a ja widzę coś, co każe 
mi  zapomnieć  zupełnie  o  lodowych  batonach  Dove. I  to wcale  nie  jest 
widok  Zgryźliwego  Curtissa  w  kajdankach  -  chociaż  on  również  mnie 
bardzo cieszy. Ani widok połowy mieszkańców akademika, którzy stoją 
tam i usiłują się dowiedzieć, co się dzieje, ani Toma, Sarah i opiekunów 
pięter,  którzy  namawiają  ich,  żeby  wrócili  do  swoich  zwykłych 
piątkowych nocnych zajęć. 
Nie. To mój ojciec. 
- Tato! - wołam, wyrywając się detektywowi Canavanowi i rzucając się 
w objęcia czekającego na mnie ojca. 
- Heather - mamrocze, chyba bardzo zdziwiony tym moim powitaniem, 
ale  na  pewno  nie  jest  mu  z  powodu  tego  powitania  przykro.  -  Dzięki 
Bogu, nic ci się nie stało! 
- Bardzo cię kocham - informuję go. 
-  Ona  w  tej  chwili  wszystkich  bardzo  kocha  -  mówi  do  taty  detektyw 
Canavan. - Dali jej rohypnol. 
- Ale to nie dlatego cię kocham - zapewniam ojca, zaniepokojona, że w 
przeciwnym  razie  jego  uczucia  zostaną  zranione. - I  wcale nie  dlatego, 
że zadzwoniłeś po policję i nie dałeś mi obciąć głowy. 
- No cóż - chichocze tata. - Dobrze wiedzieć. Ale ma zakrwawione usta. 
Dlaczego ona ma zakrwawione usta? 
I  wtedy  zauważam,  że  tata  nie  stoi  sam.  Obok  niego  widzę  Coopera! 
Sięga po jedną  z  tych  swoich  licznych  chusteczek  do  nosa.  Chusteczki 
są  widać  szalenie  ważnym  elementem  wyposażenia  prywatnego 
detektywa. 
- Pogryzła jednego faceta. To dlatego - wyjaśnia detektyw Canavan. 
-  Cooper!  -  wołam,  zarzucając  mu  ramiona  na  szyję,  kiedy  on  usiłuje 
obetrzeć mi z warg krew Steve'a Winera. - Tak się cieszę, że cię widzę! 
- Zdaję sobie z tego sprawę - przyznaje Cooper. Z jakiegoś powodu się 
śmieje. - Nie ruszaj się, masz trochę... 
-  Tak  bardzo  cię  kocham  -  informuję  go.  -  Chociaż  powiedziałeś 

background image

Gavinowi,  że  nadal  jestem  zakochana  w  twoim  bracie.  Dlaczego  to 
zrobiłeś, Cooper? Ja już wcale nie kocham Jordana. Nic a nic. 
- Okay - mówi Cooper. - Wierzymy ci na słowo. No, nie ruszaj się. 
-  No  bo  nie  kocham  -  zapewniam  go.  -  Nie  kocham  Jordana.  Kocham 
ciebie. Naprawdę bardzo, bardzo cię kocham. 
Na  linii  wzroku  po  raz  kolejny  staje  mi  Reggie,  kiedy  Cooper  już 
kończy mnie obmywać, więc wołam: 
-  Reggie!  Kocham  cię!  Tak  bardzo  cię  kocham!  Chcę  pojechać  do 
ciebie w odwiedziny na tę twoją plantację bananów! 
- Heather, ja nie  mam żadnej plantacji  bananów - wyjaśnia Reggie. On 
też  się  śmieje.  Dlaczego  wszyscy  się  śmieją?  Może  powinnam  rzucić 
pisanie  piosenek  i  zostać  komikiem,  bo  najwyraźniej  strasznie 
wszystkich rozśmieszam. - Pochodzę ze stanu Iowa. 
-  Nic  nie  szkodzi  -  mówię,  kiedy  jakiś  sanitariusz  delikatnie  zdejmuje 
moje  ramiona  z  szyi  Coopera.  -  I  tak  cię  kocham.  Wszystkich  was 
kocham!  I  ciebie,  Tom,  i  Sarah,  i  nawet  doktor  Kilgore.  A  w  ogóle 
gdzie jest doktor Kilgore? 
I wtedy pokój zaczyna bardzo szybko wokół mnie wirować - naprawdę 
bardzo szybko - a ja nie jestem już w stanie dalej walczyć z sennością. 
I później już nic więcej nie pamiętam. 
29 
Powiedziałeś, że mnie 
kochasz 
I że ten szajs nie bierze się 
znikąd, 
Tylko z głębi serca. 
 
Piosenka Gavina 
Słowa/muzyka: Heather Wells 
 
Głowa mi pęka. 
Poważnie. 
To wcale nie jest śmieszne. 
W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  ludzie  zażywają  ten  narkotyk  dla 
rozrywki.  Jeśli  tak  czuł  się  wczoraj  Jordan  -  czy  to  było  zaledwie 
wczoraj?  -  w  tej  Upalonej  Wronie,  to  ja  się  wcale  nie  dziwię,  że 
podziękował  za  piwo.  Nigdy  więcej  już  niczego  nie  wypiję.  Niczego. 

background image

Nawet... 
- Heather? 
Otwieram  jedno  oko.  Zdumiewa  mnie,  kogo  widzę  przy  swoim  łóżku 
na  kółkach.  Mojego  własnego  szefa.  Ze  wszystkich  ludzi  na  świecie 
muszę  się  budzić  i  otwierać  oczy  właśnie  przy  moim  szefie?  Nie 
zrozumcie mnie źle, uwielbiam Toma i tak dalej. 
Ale nie aż tak bardzo. 
- Jak się czujesz? 
- Jak krowie łajno - informuję go. 
-  Przykro  mi  to  słyszeć.  -  Wyciąga  przed  siebie  pęk  balonów  ze 
sklepiku z prezentami, z napisem „Życzenia powrotu do zdrowia”. - Od 
naszego działu. 
Jęczę  i  zamykam  oczy.  Poważnie,  to  zły  znak,  kiedy  kolorowe  balony 
są zbyt jaskrawe dla oczu. 
-  Powinnaś  niedługo  zacząć  się  czuć  lepiej  -  tłumaczy  Tom.  W  jego 
głosie drży nutka śmiechu. - Pompują w ciebie masę płynów i witaminy 
B. 
-  Ja  chcę  do  domu  -  jęczę  żałośnie.  Nie  jestem  w  stanie  nawet  unieść 
ramienia, tyle mi w nie nawtykali igieł. 
- No cóż, masz szczęście - powiada Tom. - Nie zabierają cię na oddział. 
Jeszcze tylko kilka godzin kroplówki tu, na ostrym dyżurze, i powinnaś 
nadawać się do wypisu. 
Wzdycham. W głowie mi się to nie mieści. Jestem na ostrym dyżurze w 
St.  Vincent's,  na  tym  samym  ostrym  dyżurze,  na  którym  odwiedzałam 
tak licznych  studentów  znajdujących  się  w  podobnej do  mojej  obecnej 
kondycji. 
Ale  nigdy  nie  zdawałam  sobie  sprawy, że  człowiek czuje  się wtedy  aż 
tak podle. 
- Posłuchaj - mówi Tom głosem, w którym nie ma już śladu śmiechu. - 
Chciałem, żebyś dowiedziała się jako pierwsza. 
Otwieram jedno oko. 
- Naprawdę odchodzisz z pracy? - pytam. 
-  Ależ  skąd.  -  Tom  chichocze.  -  Dostałem  awans.  Na  koordynatora 
rejonu. 
Otwieram drugie oko. 
- Co?! 
-  Stan  był  pod  wrażeniem  tego,  jak  się  uporałem  ze  sprawą  Lindsay  - 

background image

wyjaśnia Tom podekscytowanym tonem - że dał mi awans. Nadal będę 
się  zajmował  akademikami,  ale  teraz  wyznaczono  mi  Waverly  Hall. 
Bractwa studenckie, Heather. Stan mówi, że zdaje sobie sprawę z tego, 
że niezbędna jest obecność jakichś dorosłych osób na ich terenie... I to 
oznacza  dziesięć  tysięcy  dolarów  podwyżki  rocznie.  Oczywiście,  będę 
musiał  radzić  sobie  z  takimi  ananasami  jak  Tau  Phi,  ale  teraz,  kiedy 
Steve  i  Doug  zostali  aresztowani,  nie  powinni  sprawiać  kłopotów.  A 
Steven, trener Andrews, mówi... że chętnie mi pomoże... 
Zamykam  oczy.  To  jest  po  prostu  niewiarygodne.  Wreszcie  dostaję 
szefa, którego lubię, i zaraz mi go zabierają. 
Poza  tym  przepraszam  bardzo,  ale  to  nie  Tom  uporał  się  ze  sprawą 
Lindsay.  To  ja  się  z  nią  uporałam.  To  ja  o  mało  nie  dałam  się  zabić, 
próbując  zmusić  jej  morderców  do  przyznania  się.  Gdzie  jest  moja 
podwyżka? 
Zaczynam  nawet  żałować,  że  mnie  nie  zabili.  Przynajmniej  głowa  by 
mnie tak okropnie nie bolała. 
- Wow. To super, Tom. 
-  Nie  martw  się  -  pociesza  mnie  Tom.  Czuję,  że  poklepuje  mnie  po 
dłoni. - Zadbam o to, żebyś dostała naprawdę świetnego nowego szefa. 
Okay? 
- Tak - mówię. - Okay. 
Musiałam  chyba  z  powrotem  zasnąć,  bo  kiedy  znów  otwieram  oczy, 
Toma już nie ma. Zamiast niego siedzą tam Magda, Sarah i Pete. 
- Idźcie sobie - wyganiam ich. 
-  Och,  Bogu  dzięki  -  mówi  Magda  z  taką  miną,  jakby  jej  ulżyło.  - Nic 
jej nie dolega. 
- Głowa mi pęka. 
- To ta benzodiazepina przestaje działać na centralny system nerwowy - 
oświadcza  Sarah.  -  Ten  lek  uspokajająco  -  nasenny.  Przez  jakiś  czas 
będziesz się czuła podle. 
Piorunuję ją wzrokiem. 
- Dzięki. 
-  Chcieliśmy  tylko  zobaczyć,  jak  się  czujesz  -  dorzuca  Pete.  -  I 
powiedzieć ci, żebyś się nie martwiła. 
-  Tak  -  oświadcza  Magda,  łapiąc  za  krawędź  mojego  łóżka  i  aż 
podskakując z podekscytowania. - Znaleźli tę kokainę! 
- Właśnie  - dodaje  Pete.  -  Znaleźli  kokainę.  Ten  zapas Douga  Winera. 

background image

Ten, który ukradła Lindsay. 
Słysząc to, nieco szerzej otwieram oczy. 
- Naprawdę? Gdzie była? 
- A jak sądzisz? - pyta Sarah. - W pokoju Kimberly Watkins. 
- Ale... - Wiem, że niewiele w tej chwili chwytam. Ale nie sądziłam, że 
jestem  aż  tak  półprzytomna.  -  Kimberly  i  Lindsay  działały  w  jakiejś 
zmowie? 
Sarah kręci głową. 
-  Nie.  Lindsay  przykleiła  torebkę  pod  swoim  ulubionym  stolikiem  w 
stołówce. A kiedy po nią przyszła, żeby ją oddać Dougowi, nie było jej 
tam.  Bo  ktoś  już  ją  wcześniej  znalazł.  Ktoś,  kto  regularnie  siada  przy 
tym stoliku z Lindsay. Czy raczej siadał. Spoglądam na nią. 
- Kimberly Watkins?! Kimberly Watkins przez ten cały czas miała kokę 
Douga?  -  Kiedy  Sarah  kiwa  głową,  pytam:  -  Ale  jak  się  tego 
dowiedzieliście? 
- Od Cheryl - wyjaśnia Magda. - Była tak wściekła za to, co Kimberly 
powiedziała o Lindsay i trenerze Andrewsie, a potem jeszcze i za to, jak 
oberwał  biedny  Jeff,  któremu  zresztą  nic  nie  będzie,  złamali  mu  tylko 
kilka żeber, że poszła porozmawiać z Kimberly i... no cóż... Powiedzmy 
sobie  tylko,  że  nie  zachowały  się  jak  przystało  na  dwie  moje  małe 
gwiazdeczki. 
-  Cha,  chyba  że  chodzi  ci  o  Paris  Hilton  i  Nicole  Richie  -  podsuwa 
Sarah. 
- Cheryl stłukła Kimberly na kwaśne jabłko - dodaje Pete. - A Kimberly 
się przyznała. Miała chyba zamiar sama zacząć handlować narkotykami 
na  małą skalę. Widziała,  jak  Lindsay  chowała  towar,  i ukradła  go przy 
pierwszej nadarzającej  się okazji. Tyle że po tym, co spotkało Lindsay, 
za  bardzo  się  przeraziła,  żeby  coś  rozkręcać.  Bardzo  się  bała,  że 
Winerowie odkryją, że to ona ma tę kokę, i zrobią jej to samo, co zrobili 
Lindsay. 
- To  dlatego  wciąż  próbowała  skierować  mnie  na jakiś  fałszywy  trop - 
mruczę. 
-  Właśnie  -  potwierdza  Sarah.  -  W  każdym  razie  Cheryl  poszła  prosto 
na  policję  z  tym,  czego  się  dowiedziała,  i  teraz  Kimberly  też  jest 
aresztowana.  Zdaje  się,  że  brygady  antynarkotykowe  już  od  paru 
miesięcy usiłowały rozpracować coś, co było największą siatką dilerską 
w  kampusie  uniwersytetu.  Tyle  że  do  czasu  zabójstwa  Lindsay 

background image

naprawdę nie mieli pojęcia, od kogo te wszystkie dzieciaki biorą towar. 
To  dlatego  Reggie  pracował  w  parku  jako  tajny  agent.  Mieli  nadzieję, 
że znajdzie jakiś trop... I wreszcie mu się to udało, kiedy go zapytałaś o 
tych Winerów. Ale wtedy nie mieli jeszcze żadnych dowodów... 
Sarah wzrusza ramionami. 
-  Teraz,  poza  oskarżeniem  o  posiadanie  i  sprzedaż  narkotyków,  na 
Winerach  ciążą  też  zarzuty  zabójstwa  i  usiłowania  zabójstwa...  No  i 
jeszcze na paru facetach z ich bractwa też. Tatuś Winerów już zatrudnił 
najlepszych  adwokatów  od  spraw  kryminalnych  w  mieście.  Ale  nie 
wiem,  jak  ci  faceci  mieliby  się  wymigać  od  kary,  skoro  policja  będzie 
miała twoje zeznania. Aha, i jeszcze Kimberly, która będzie świadkiem 
strony  skarżącej  w  zamian  za  wycofanie  zarzutów  o  posiadanie 
narkotyków... 
- A więc Kimberly wyleciała z uczelni? - pytam. 
- Hm - mówi Magda - Tak. Oni wszyscy wylecieli. Nawet Winerowie. 
- Dobrze -  mruczę  słabo,  bo oczy  znów  mi  się same zamykają. -  Będę 
miała  więcej  miejsc,  kiedy  w  przyszłym  tygodniu  przeprowadzę 
zamianę pokojów. 
Na jakiś czas zapadam się w miłosierną ciemność - widać mój centralny 
system  nerwowy  znów  poddaje  się  działaniu  leków  uspokajających. 
Kiedy ponownie otwieram oczy, widzę przed sobą detektywa Canavana 
i Reggiego. 
- Ty! - zwracam się do Reggiego. - Okłamałeś mnie! Uśmiecha się. Aż 
serce mi się ściska, kiedy widzę, że jego złote zęby znikły. 
- Przepraszam - mówi. - To w ramach obowiązków służbowych. 
-  Brian  pracuje  jako  tajny  agent  dla  brygad  antynarkotykowych, 
Heather  -  wyjaśnia  detektyw  Canavan.  -  Prawie  od  roku  jako  tajniak 
działał  w  tym  parku,  usiłując  dowiedzieć  się,  skąd  na  imprezy  w 
kampusie  napływały  takie  ilości  narkotyków.  Dzięki  tej  twojej 
wskazówce  co  do  Winerów  Brian  mógł  skierować  swoją  agentkę  do 
pracy w  roli  pokojówki  i  udało  im  się  zebrać  wszelkie  dowody,  jakich 
potrzebowali,  żeby  przyskrzynić  Winerów  nie  tylko  za  handel 
narkotykami, ale też za zabójstwo i czynną napaść. 
A  więc  to  ta  pokojówka,  którą  widziałam  w  siedzibie  Tau  Phi,  jak 
ścierała napis „Grube laski poszły won”. Patrzę na Reggiego. 
- Brian? Wzrusza ramionami. 
- Reggie brzmi o wiele bardziej w stylu ulicy, wiesz. 

background image

- Czy ty kiedykolwiek byłeś na Jamajce? - pytam go. 
-  O  Boże,  skąd  -  odpowiada.  -  Jeśli  trafi  mi  się  jakiś  urlop,  to  zaraz 
spadam w góry. Jeżdżę na nartach. 
Znów spoglądam na detektywa Canavana. 
- Dostanę jakiś medal czy coś? 
-  Hm  -  mruczy  detektyw  Canavan.  -  Nie.  Ale  przyniosłem  ci  coś 
takiego. - Podaje mi baton czekoladowy Dove z ciemną czekoladą. - Te 
z lodami by się rozpuściły - wyjaśnia. 
Unoszę rękę - tę, w którą mam wbite te wszystkie wenflony - i szybkim 
ruchem wyrywam mu tego batona. 
-  To  miasto  -  oświadczam  -  schodzi  na  psy  pod  względem  nagród  za 
odwagę cywilną. 
Idą sobie, a ja zjadam  batonik. Jest pyszny. Tak pyszny, że zaraz znów 
zasypiam. A kiedy się budzę, pochyla się nade mną Gavin McGoren. 
-  Proszę,  proszę  -  mówi  z  uśmiechem.  -  Czy  to  nie  zabawna  zmiana 
sytuacji?  Teraz  to  ty  leżysz  na  szpitalnym  łóżku,  a  nie  ja.  Muszę 
powiedzieć, że zdecydowanie wolę tak jak teraz. 
- Kto cię tu wpuścił? - pytam. Gavin wzrusza ramionami. 
- Też jestem pacjentem - odpowiada. Obraca się i pokazuje mi policzek, 
w który go uderzył Steve. - Siedem szwów. Co o tym myślisz? Zostanie 
mi urocza blizenka, nie? 
Zamykam oczy. 
- Twoja matka mnie zabije. 
-  O  czym  ty  mówisz,  kobieto?  -  oburza  się  Gavin.  -  Życie  mi 
uratowałaś. 
-  Przeze  mnie  zostałeś  porwany  i  pobity  -  protestuję,  znów  otwierając 
oczy.  -  Gavin,  ja...  Nawet  nie  umiem  ci  powiedzieć,  jak  mi  przykro. 
Naprawdę. Nie powinnam była cię w to wszystko wplątywać. 
Z okolic ust Gavina znikły już czerwone podrażnienia. Znikła też kozia 
bródka.  Najwyraźniej  zadał  sobie  ten  trud  i  ogolił  się  przed  wizytą  u 
mnie.  Co  powinnam  potraktować  jako  ostrzeżenie,  ale  po  tym 
narkotyku wrodzona bystrość jakoś mi się stępiła. 
- Możesz mi to wynagrodzić, jeśli będziesz chciała. 
- Tak? Jak? - Jestem szczerze przekonana, że poprosi mnie o jedynkę z 
widokiem na park. 
Zamiast tego zaprasza mnie na randkę. 
-  Wiesz  -  proponuje.  -  Jakoś  tak  kiedyś.  Moglibyśmy  gdzieś  pójść. 

background image

Pograć w bilard czy coś. Kiedy poczujesz się lepiej. To wcale nie musi 
być randka - dodaje szybko. - Ja wiem, że ty się nadal  jeszcze kochasz 
w  tym  Jordanie  Cartwrighcie  i  tak  dalej.  Ale  rozumiesz.  Możemy 
spróbować. Zobaczyć, co z tego wyjdzie. 
-  Gavin.  -  Jestem  chyba  pierwszą  zastępczynią  kierownika 
administracyjnego 

któregoś 

akademików 

Uniwersytetu 

Nowojorskiego,  która  została  zaproszona  na  randkę,  kiedy  leżała  na 
łóżku  szpitalnym  na  ostrym  dyżurze  w  St.  Vincent's,  dochodząc  do 
siebie  po zatruciu  narkotykami.  -  Nie  mogę  się z  tobą  umawiać.  Jesteś 
naszym  mieszkańcem.  Nie  wolno  mi  się  umawiać  z  mieszkańcami 
akademika. 
Gavin myśli o tym przez chwilę. A potem wzrusza ramionami. 
- To wynajmę sobie jakieś mieszkanie. Otwieram oczy szerzej. 
- Gavin,  czy  ty  masz  pojęcie,  ile  wynosi  czynsz  na  Manhattanie? Poza 
tym  nadal  jesteś  studentem.  Pracownikom  administracji  Uniwersytetu 
Nowojorskiego nie wolno umawiać się ze studentami. 
Gavin zastanawia się nad tym przez minutę. A potem powiada: 
-  No  dobra,  to  po  moim  dyplomie.  W  przyszłym  roku.  Umówisz  się 
wtedy ze mną? 
Jestem zbyt zmęczona, żeby stawiać opór. 
-  Tak, Gavin  - zgadzam  się.  -  W  przyszłym  roku, po twoim  dyplomie, 
pójdę z tobą na randkę. 
Gavin jest bardzo z siebie zadowolony. 
-  Super.  Powiedziałaś,  że  mnie  kochasz,  wiesz.  Natychmiast  otwieram 
oczy. 
- Gavin, byłam pod wpływem tego świństwa. 
- Ja wiem - mówi, ciągle bardzo zadowolony. - Ale taki szajs nie bierze 
się znikąd. Tylko z głębi serca. 
Kiedy otwieram oczy ponownie, widzę Patty i Franka. 
- Cześć - chrypię. 
-  Mogłaś  po  prostu  powiedzieć,  że  nie  jesteś  jeszcze  gotowa  wystąpić 
na scenie - mówi Frank. - Nie musiałaś posuwać się aż tak daleko, żeby 
się wymigać od występu. 
- Frank! - Patty jest rozdrażniona. - Heather, nie słuchaj go. Właśnie się 
dowiedzieliśmy. Jak się czujesz? 
- Och - wzdycham. Mój głos nadal brzmi strasznie. - Świetnie. 
- Poważnie - naciska  mnie  Frank. - W pubie gramy przez cały tydzień. 

background image

Więc  jeśli  nie  czujesz  się  na  siłach  dziś  wieczorem,  zostaje  jeszcze 
jutro. I pojutrze też. 
-  Frank.  -  Patty  jest  rozzłoszczona.  -  Daj  jej  spokój.  Nie  widzisz,  że 
śpiewanie to ostatnia rzecz, na jaką ma teraz ochotę? 
- Nie - zaprzeczam, zaskakując samą siebie. 
Frank i Patty rzucają mi dziwne spojrzenia. 
- Nie co, kochanie? - pyta Patty. 
- Nie, ja chcę zaśpiewać - przyznaję. Dopiero kiedy te słowa padły już z 
moich ust, zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście tak jest. - Chcę z wami 
wystąpić. Ale zaśpiewam tylko jedną piosenkę. 
Patty kręci głową. 
- Och, Heather. Jeszcze ciągle jesteś naćpana. 
- Wcale nie.  -  Frank  uśmiecha  się  od  ucha  do ucha. -  Ona  mówi  serio. 
Prawda, że mówisz serio, Heather? 
Kiwam głową. 
- Ale nie dziś wieczorem, dobrze? Bo głowa mnie boli. Frank uśmiecha 
się jeszcze szerzej. 
- Umowa stoi - mówi. - To co zaśpiewasz? Coś swojego? Coś nowego? 
- Nie. Jakąś piosenkę Elli. Uśmiech Franka blednie. 
- Masz rację - mruczy do Patty. - Jeszcze jest naćpana. 
-  Ona  ma  na  myśli  Elle  Fitzgerald  -  syczy  do  niego  Patty.  -  Po  prostu 
uśmiechnij się i pokiwaj głową. 
Frank uśmiecha się i kiwa głową. 
- Dobrze, Heather. To śpij smacznie, Heather. 
Zamykam  oczy,  a  oni  odchodzą.  Kiedy  się  budzę  później,  zerka  na 
mnie tata. 
- Kotku? - Minę ma zatroskaną. - To ja, tata. 
-  Wiem.  -  Każde  słowo  odczuwam  jako  cios  w  głowę.  Znów 
przymykam oczy. - Jak się masz, tato? 
- Świetnie - powiada tata. - Tak bardzo się cieszę, że nic ci się nie stało. 
Zadzwoniłem do twojej matki, żeby dać jej znać o wszystkim. 
Otwieram jedno oko. 
-  Tato,  po  co  to  zrobiłeś?  Ona  nawet  nie  wiedziała,  że  ja  jestem... 
Nieważne. 
- Moim zdaniem  ma prawo wiedzieć - upiera się tata. - To nadal twoja 
matka. I wiesz, ona cię kocha. Na swój własny sposób. 
-  Och!  -  wzdycham.  -  Jasne.  No  tak.  No  cóż.  Dzięki,  że  zawiadomiłeś 

background image

wtedy detektywa Canavana. 
-  Od  tego  ma  się  rodzinę,  kotku  -  tłumaczy  tata.  -  Posłuchaj,  właśnie 
rozmawiałem z lekarzem. Niedługo wypuszczą cię do domu. 
-  A  dadzą  mi  najpierw  coś  na  ten  ból  głowy?  -  pytam.  -  Prawie  nie 
widzę na oczy, tak mi w niej łupie. 
- Zobaczę,  czy  uda  mi  się  znaleźć  lekarza.  Heather...  To, co  zrobiłaś... 
Jestem z ciebie naprawdę dumny, kotku. 
-  Dzięki,  tato  -  mówię.  I  te  łzy  w  moich  oczach  wcale  nie  są 
spowodowane wyłącznie bólem głowy. - Tato... Gdzie jest Cooper? 
- Cooper? 
-  Tak.  To  znaczy,  wszyscy  inni  zajrzeli  mnie  odwiedzić  poza 
Cooperem. Gdzie on jest? - Znienawidził mnie. Wiem to. Powiedziałam 
mu  coś... Nie  bardzo  pamiętam,  co.  Ale  wiem,  że coś  powiedziałam.  I 
on mnie za to znienawidził. 
- Jest na ślubie Jordana, kotku. Pamiętasz? Dziś  sobota. Ale siedział tu 
bardzo  długo,  kiedy  jeszcze  spałaś.  Musiał  jednak  wyjść.  Obiecał 
swojemu bratu, wiesz. 
Rozczarowanie, 

jakie 

odczuwam, 

jest 

wprost 

śmieszne.  I 

przytłaczające. 
- Jasne. 
-  O,  już  idzie  twój  pan  doktor.  Zobaczymy,  co  będzie  nam  miał  do 
powiedzenia. 
Wypuszczają  mnie  tego  samego  wieczoru.  Po  ponad  dwunastu 
godzinach kroplówek nie czuję się  jeszcze  normalnie, ale przynajmniej 
ból głowy mi przeszedł i pokój przestał wirować. Spojrzenie w lustro w 
damskiej  łazience  mówi  mi  znacznie  więcej,  niż  chciałabym  wiedzieć 
na temat tego, co rohypnol potrafi wyrabiać z damską cerą - twarz mam 
białą  jak  kreda,  usta  spieczone,  a  oczy  podkrążone  tak,  że  wyglądają 
jakby mi je ktoś podbił. 
Ale, hej. Przeżyłam. 
To więcej, niż może powiedzieć o sobie Lindsay Combs. 
Podpisuję  papiery  potrzebne  do  wypisu  ze  szpitala  i  wychodzę,  z 
saszetką  tylenolu  w  kieszeni  jako  jedyną  pamiątką  -  tylenol,  na  nic 
lepszego  się  nie  zdobyli  -  spodziewając  się,  że  w  holu  zobaczę 
czekającego na mnie tatę. 
Ale zamiast taty zastaję tam Coopera. 
W smokingu. 

background image

Korci  mnie,  żeby  zawrócić  i  dobrowolnie  wpisać  się  na  jakiś  oddział, 
biorąc pod uwagę to, co wyczynia  moje serce na  jego widok. To z całą 
pewnością  nie  jest  normalne.  To  na  pewno  oznacza,  że  mój  centralny 
system nerwowy wymaga dalszych kroplówek czy czegoś podobnego. 
Wstaje z krzesła i się uśmiecha. 
Nie  no,  proszę  państwa.  Takie  uśmiechy  powinny  być  prawnie 
zakazane.  Biorąc  pod  uwagę,  co  potrafią  zrobić  dziewczynie.  No  cóż, 
dziewczynie takiej jak ja. 
- Niespodzianka - mówi. - Pozwoliłem twojemu tacie wracać do domu. 
Siedział tu przez cały wieczór, wiesz. 
-  Słyszałam,  że  ty  też.  -  Unikam  jego  spojrzenia,  bo  strasznie  wali  mi 
serce.  No  i  jestem  zażenowana.  Co  ja  mu  wtedy  mówiłam?  Jestem 
pewna, że mu powiedziałam, że go kocham. 
Ale  tata  twierdzi,  że  wyznawałam  miłość  wszystkim  obecnym  - 
włączając w to dwa iglaki stojące przed Fischer Hall. 
Zresztą  Cooper  musiał  się  orientować,  że  to  był  wpływ  narkotyku. 
Chociaż w tym przypadku oczywiście tak nie było. 
- Tak - mruczy Cooper. - No cóż, przy tobie nie znam dnia ani godziny. 
- Przepraszam. Na pewno żal ci tego przyjęcia. 
-  Powiedziałem,  że  pójdę  na  ślub.  Nic  nie  mówiłem  o  przyjęciu.  Nie 
jestem  aż  tak  zagorzałym  wielbicielem  łososia.  I  nie  lubię  weselnych 
tańców. 
Ja  też  nie  bardzo  sobie  wyobrażam  Coopera  podrygującego  na  czyimś 
weselu. 
- No cóż, dzięki. 
- Nie ma za co - kwituje Cooper. 
I  wychodzimy  na  mróz.  Zaparkował  swój  samochód  przy  Dwunastej 
ulicy.  Kiedy  wsiadamy,  włącza  silnik  i  ogrzewanie.  Na  zewnątrz  jest 
ciemno  -  chociaż  zaledwie  minęła  piąta  -  i  palą  się  uliczne  latarnie. 
Rzucają  różowawe  światło  na  zaspy  śnieżne  po  obu  stronach  ulicy. 
Śnieg,  taki  piękny  zaraz  po  tym,  jak  spadł,  szybko  zaczyna  brzydnąć, 
kiedy sadze i kurz barwią go na szaro. 
-  Cooper  -  odzywam  się,  kiedy  wreszcie  on  wrzuca  bieg.  -  Dlaczego 
powiedziałeś Gavinowi, że nadal jestem zakochana w twoim bracie? 
W głowie mi się nie mieści, że to powiedziałam. Nie mam pojęcia, skąd 
mi  się  wzięło  to  pytanie.  Może  w  centralnym  systemie  nerwowym 
zaplątały  mi  się  jeszcze  jakieś  resztki  rohypnolu.  Może  powinnam  z 

background image

powrotem  zgłosić  się  do  szpitala,  żeby  mi  je  usunęli  z  organizmu  do 
końca. 
- Znowu to? - pyta Cooper z rozbawioną miną. 
To jego rozbawienie wywołuje we mnie nagłą irytację. 
- Tak, znowu to - potwierdzam. 
- No, a co twoim zdaniem  miałem  mu powiedzieć? - pyta Cooper. - Że 
ma u  ciebie  jakieś  szanse?  Bo  nie  chciałem  być tą osobą, która będzie 
cię  musiała  o  tym  zawiadomić,  ale  ten  facet  potężnie  się  w  tobie 
zadurzył,  Heather.  A  im  częściej  go  prosisz, żeby cię zabierał  na takie 
imprezy  jak  ta  w  studenckim  bractwie,  tym  bardziej  to  wzmacniasz. 
Musiałem  mu  coś  powiedzieć,  żeby  zdusić  to  jego  zadurzenie  w 
zarodku. Myślałem, że będziesz mi wdzięczna. 
Staram się nie patrzeć mu w oczy. 
- A więc sam w to nie wierzysz. To znaczy, to o mnie i o twoim bracie. 
Cooper przez chwilę milczy. A potem mówi: 
-  Sama  mi  powiedz.  Bo  trochę  trudno  uwierzyć,  że  nic  się  nie  dzieje, 
skoro ile razy się obejrzę, widzę was razem. 
-  To  przez  niego  -  bronię  się  gorąco.  -  To  nie  ja.  Ja  nic  nie  czuję  do 
twojego brata. Koniec historii. 
-  Dobrze  -  powiada  Cooper  takim  uspokajającym tonem,  jakim  należy 
zwracać  się  do  osób  niezrównoważonych.  -  Cieszę  się,  że  to  sobie 
wyjaśniliśmy. 
-  Nie.  -  Słyszę  z  własnych  ust.  Co  ja  robię?  Co  ja  najlepszego 
wyrabiam?! 
Cooper, który zamierzał już wyjeżdżać z parkingu, naciska hamulec. 
- Co nie? 
-  Nie  wyjaśniliśmy  sobie  tego.  -  Ledwie  mogę  uwierzyć,  że  te  słowa 
wychodzą  z  moich  ust.  Ale  one  mi  się  po  prostu pchają  na  usta.  Nijak 
nie  mogę  ich  powstrzymać.  To  na  pewno  jeszcze  ten  rohypnol.  Na 
pewno.  -  Jak  to  się  stało,  że  ty  nigdy  nie  zaprosiłeś  mnie  na  żadną 
randkę?  Czy  to  dlatego,  że  nie  jesteś  moją  osobą  zainteresowany,  czy 
co? 
Cooper odpowiada z wyraźnym rozbawieniem: 
- Jesteś byłą narzeczoną mojego brata. 
- Właśnie - uderzam dłonią o deskę rozdzielczą - byłą. Byłą narzeczoną. 
Jordan  jest  teraz  żonaty.  Z  kimś  innym.  Byłeś  tam,  widziałeś  to  na 
własne  oczy.  Więc  o  co  chodzi?  Ja  wiem,  że  w  zasadzie  nie  jestem  w 

background image

twoim typie... - O Boże. Zapędzam się  na coraz bardziej grząski grunt. 
Ale nie mogę się już powstrzymać. - Ale uważam, że dobrze się ze sobą 
dogadujemy. No wiesz. Tak na ogół. 
-  Heather...  -  Słyszę,  że  w  głosie  Coopera  pojawia  się  nutka 
zniecierpliwienia.  -  Dopiero  co  wyplątałaś  się  z  naprawdę  niedobrego 
związku... 
- Rok temu. 
- ...zaczęłaś nową pracę... 
- Prawie rok temu. 
- ...nawiązałaś kontakty z ojcem, którego prawie wcale nie znasz... 
-  Z  tatą  dogaduję  się  znakomicie.  Wczoraj  wieczorem  bardzo  fajnie 
sobie pogadaliśmy. 
- ...usiłujesz  odkryć,  kim  naprawdę  jesteś  i  co  chcesz  zrobić  ze  swoim 
życiem - kończy Cooper. - Jestem pewien, że ostatnia rzecz, jakiej w tej 
chwili  potrzebujesz,  to  chłopak.  A  już  zwłaszcza  brat  twojego  byłego 
narzeczonego.  Z  którym  mieszkasz.  Uważam,  że  twoje  życie  jest,  jak 
dotychczas, wystarczająco skomplikowane. 
Wreszcie obracam się na swoim siedzeniu, żeby na niego popatrzeć. 
- Nie uważasz, że to ja powinnam o tym decydować? - pytam go. Tym 
razem to on umyka wzrokiem. 
-  Okay  -  mówi.  -  Moje  życie  jest  zbyt  skomplikowane.  Heather,  nie 
chcę  być  tym  facetem,  z  którym  będziesz  się  leczyła  po  tamtym 
związku. Ja się do tego nie  nadaję. Nie umiem tańczyć,  jak  mi zagrają. 
Nie umiem grać drugich skrzypiec. 
Wprawia mnie to w osłupienie. 
-  Drugich  skrzypiec?  Jakich  drugich  skrzypiec?  Cooper,  Jordan  i  ja 
zerwaliśmy ze sobą rok temu... 
- I z kim się od tamtej pory spotykałaś? - pyta ostro Cooper. 
- No, ja... Ja... - Z trudem przełykam ślinę. - Z nikim. 
- No widzisz. Potrzebujesz faceta, przy którym do siebie dojdziesz. A ja 
się do tego nie nadaję. 
Gapię  się na niego.  „Dlaczego?”  -  mam  ochotę  zapytać. „Dlaczego  nie 
chcesz  być  tym  facetem,  przy  którym  dojdę  do  siebie?  Bo  ci  się  nie 
podobam? Czy może dlatego, że chciałbyś ode mnie czegoś więcej?” 
Patrząc na niego, zaczynam się domyślać, że prawdopodobnie nigdy się 
tego nie dowiem. 
A przynajmniej... jeszcze nie tak prędko. 

background image

No a jeśli jednak to jest to pierwsze... 
No cóż, w takim razie odechciewa mi się żyć. 
- Wiesz co? - mówię, odwracając wzrok. - Masz rację. Nie ma sprawy. 
- Naprawdę? - pyta Cooper. Patrzę na niego. I się uśmiecham. 
Wymaga to ode mnie odwołania się do wszystkich resztek sił,  jakie  mi 
pozostały. Ale udaje mi się. 
- Naprawdę - odpowiadam. - Wracajmy do domu. 
- Okay - mówi Cooper. I oddaje uśmiech. 
To mi wystarczy. Na razie. 
30 
Tad Tocco 
Adiunkt 
Dyżury 
środy 14.00 - 15.00 
 
Tak właśnie wygląda tabliczka na drzwiach. 
I dlatego nie mogę zrozumieć, kiedy już je otwieram, co robi ten grecki 
bóg siedzący przede mną. 
Poważnie.  Facet,  który  siedzi  przy  komputerze  przy  tym  biurku,  ma 
długie,  złote  włosy  -  tak  długie  jak  ja  sama  -  i  promienieje  takim 
zdrowym  wyglądem.  Na  jego  biurku  stoi  plakietka  z  napisem  „Killer 
frisbee  4  -  ever”,  a  podwinięte  rękawy  jego  koszuli  odsłaniają 
przedramiona  tak  umięśnione  i  wspaniałe,  że  mam  wrażenie,  jakbym 
weszła do jakiegoś sklepu dla snowboardzistów, czy coś. 
- Cześć - mówi z uśmiechem ten facet za biurkiem. Z uśmiechem, który 
ukazuje rząd  białych,  równych  zębów.  Ale  nie  tak  równych,  żeby  były 
zupełnie idealne. Tylko na tyle równych, żebym mogła się domyślić, że 
prawdopodobnie  walczył  ze  swoją  rodziną  przeciwko  założeniu  mu 
aparatu ortodontycznego. 
I wygrał. 
- Czekaj, nic nie mów - prosi. - Heather Wells, tak? 
Jest  w  moim  wieku.  Może  trochę  ode  mnie  starszy.  Ma  trzydzieści, 
trzydzieści jeden lat. Na pewno. Chociaż nosi okulary do czytania... ale 
takie  urocze,  w  złotych  oprawkach.  A  jednak  na  półce  nad  jego  głową 
leży  pudełko  na  lunch  ze  Scooby  Doo,  takie,  jakie  dzieciaki  nosiły, 
kiedy byłam w pierwszej klasie podstawówki. 
-  Hm  -  mamroczę.  -  Tak.  Ale  skąd...  -  Głos  mi  zamiera.  No  jasne. 

background image

Czasami  zapominam,  że  kiedyś  moja  twarz  na  plakatach  oblepiała 
ściany  pokojów  wszystkich  nastoletnich  dziewczyn  -  i  niektórych  ich 
braci. 
- Wczoraj wieczorem widziałem twój występ z Frankiem Robillardem. 
W Pubie Joego. 
Coś mnie ściska w żołądku. 
- Och. Widziałeś to? 
-  Dość  rzadko  słucham  jazzu  -  przyznaje  ten  facet.  -  Ale  podobała  mi 
się piosenka, którą zaśpiewałaś. 
- To był utwór napisany dla Elli Fitzgerald - wyjaśniam. Teraz już serio 
zbiera mi się na wymioty. Tak się składa, że I wish I were in love again 
Rodgersa  i  Harta  to  jedna  z  ulubionych  piosenek  Coopera.  I  może 
niekoniecznie  dlatego  zdecydowałam  się  ją  zaśpiewać...  No  cóż, 
chociaż może był to jeden z powodów. 
Dzięki  Bogu  w  ostatniej  chwili  odwołano  go  w  jakiejś  pilnej, 
detektywistycznej  sprawie.  Koniec  końców,  chyba  nie  zdołałabym 
wyjść na scenę, gdybym wiedziała, że on jest na widowni. 
-  Frank  i  j  -  ja...  -  jąkam  się.  -  M  -  my  się  tylko  tak  trochę 
powygłupialiśmy... 
No cóż, Frank rzeczywiście  się  wygłupiał.  Ja to wszystko traktowałam 
śmiertelnie poważnie... A przynajmniej póki nie okazało się, że nikt nie 
ma  zamiaru  nas  wygwizdywać.  Wtedy  zaczęłam  się  odprężać  i  nawet 
całkiem  nieźle  bawić.  A  potem  ludzie  klaskali...  Ale,  oczywiście, 
oklaskiwali  Franka  (chociaż  Party  zapewnia  mnie,  że  te  oklaski  były 
przeznaczone również dla mnie. Ale jestem pewna, że tylko za to, że się 
odważyłam  wystąpić.  Troszkę  zardzewiałam...  I  nie  umknęło  mojej 
uwadze,  że  na  tej  widowni  najgłośniej  mnie  oklaskiwał  tata.  Miło  jest 
wiedzieć, że  jakby co, to przynajmniej  jedno z moich rodziców trzyma 
za mnie kciuki). 
-  No  cóż,  mnie  się  bardzo  podobało  -  twierdzi  Pan  Fantastyczny.  -  A 
więc dostałaś wreszcie wiadomość ode mnie? 
Patrzę na niego i mrugam oczami. 
- Hm, owszem. Dostałam wiadomość od kogoś o nazwisku Tad Tocco... 
- To  ja  -  wyjaśnia  Tad.  Uśmiecha  się  jeszcze  szerzej.  On  sam  też  robi 
się  jeszcze  większy,  kiedy  wstaje  i  wyciąga  do  mnie  prawą  rękę.  Jest 
ode  mnie  wyższy.  I  prawdopodobnie  nawet  cięższy.  To  postawny, 
muskularny facet. - Twój wykładowca od wyrównawczej matematyki. - 

background image

Moja dłoń zupełnie ginie w jego dłoni. - Miałem zamiar przedstawić ci 
się  po  wczorajszym  koncercie,  ale  jakoś  tak  zniknęłaś  zaraz  po  tej 
swojej piosence. 
Mówię  coś,  ale  nie  mam  pojęcia  co.  Jego  dłoń  jest  stwardniała  od 
odcisków. Na pewno od zabójczej gry we frisbee. 
-  W  każdym  razie  muszę  przyznać  -  mówi,  puszczając  wreszcie  moją 
rękę i znów siadając na krześle, w tej samej chwili, w której pode mną 
kompletnie uginają się kolana  i  sama też opadam na krzesło po drugiej 
stronie  biurka  -  że  masz  o  wiele  lepszą  wymówkę  co  do tych  zajęć,  z 
których  się  urwałaś,  niż  większość  moich  studentów.  No  bo  jeszcze 
nigdy  mi się nie zdarzyło, żeby ktoś opuścił pierwszy tydzień zajęć, bo 
był zajęty łapaniem jakiegoś mordercy. 
Szczęka mi opada. 
-  Ty  jesteś  moim...  Ty  jesteś  moim...  -  Zapomniałam,  jak  ze  słów 
składać pełne zdania. 
-  Jestem  twoim  wykładowcą  wyrównawczej  matematyki  -  wyjaśnia 
Tad.  -  Chciałem  się  z  tobą  skontaktować  w  sprawie  odbycia  paru 
dodatkowych  spotkań.  No  wiesz,  za  te  zajęcia,  które  opuściłaś.  Nie 
chciałbym,  żebyś  miała  zaległości.  Wymyśliłem  więc  sobie,  że 
moglibyśmy  się  kilka  razy  spotkać.  Kiedy  ci  będzie  wygodnie, 
oczywiście.  Może  po  pracy?  Tu  jest  taki  bar  niedaleko  twojego 
akademika,  Fischer  Hall?  Upalona  Wrona.  Czasami  w  parę  osób 
grywamy  tam  w  strzałki,  byłoby  mi  wygodnie, gdybyśmy właśnie tam 
mogli  się  spotykać,  zwłaszcza  że  oboje  mamy  powyżej  dwudziestu 
jeden lat. - A potem mruga do mnie okiem. On do mnie mruga okiem! - 
Moim  zdaniem  algebrę  przyswaja  się  znacznie  łatwiej  pod  popcorn  i 
piwo. Co ty na to? 
Jestem  w  stanie  tylko  gapić  się  na  niego  w  milczeniu.  On  jest  taki... 
seksowny. 
O wiele bardziej seksowny  niż Chłopiec za Barem. Nagle  myślę, że na 
uniwersytecie będzie mi się podobało. 
I to bardzo. 
- Dla mnie bomba - mówię.