background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

Rozdział XV 

Gwiazdy, skryjcie światło

 

Gwiazdy, skryjcie światło, 

Czystych swych blasków nie rzucajcie na tło 

Mych czarnych myśli. 

– SHAKESPEARE, MAKBET 

Konsulu Waylandzie, 

Piszę  do  Ciebie  w  czołowej  sprawie  życia  i  śmierci.  W  tym  właśnie  czasie,  gdy  piszę, 

jeden z Nocnych Łowców z mojego Instytutu, William Herondale, jest w drodze do Cadair 
Idrysu.  Zdążył  odkryć  niezaprzeczalny  dowód,  świadczący  o  miejscu  pobytu  panny  Gray. 
Załączam  jego  list  ku  twoim  dalszym  rozważaniom,  ale  jestem  pewna,  że  zgodzisz  się  ze 
mną,  iż  skoro  lokalizacja  Mortmaina  została  ustalona,  należy  natychmiastowo  zebrać 
wszystkie  możliwe  jednostki,  wymaszerowując  niezwłocznie  ku  Cadair  Idrysowi.  Mistrz 
zdążył już w przeszłości zabłysnąć nadzwyczajnymi umiejętnościami do wyślizgiwania się 
spod sieci, jakie na niego zarzucaliśmy. Musimy wykorzystać tę okazję i uderzyć z wszelkim 
możliwym pośpiechem i siłą. Oczekuję Twojej rychłej odpowiedzi. 

Charlotte Branwell 

W pokoju było  chłodno. Ogień już dawno zdążył zagasnąć za kratą, a wiatr za  oknem 

wył,  obijając  o  ściany  Instytutu  i  stukając  w  okienne  szyby.  Światło  lampy  nocnej  na 
komodzie zostało przytłumione, a Tessa siedziała w fotelu przy łóżku, trzęsąc się, chociaż 
owinęła się mocno chustą. 

Na posłaniu leżał śpiący z głową ułożoną na dłoniach Jem. Dziewczyna była ubrana w 

koszulę nocną, jak wtedy, gdy po raz pierwszy się poznali, kiedy wparowała do jego pokoju, 
zauważając, że gra na skrzypcach przy oknie. 
Will? Powiedział wtedy. Will, czy to ty? 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

Poruszył  się  i  coś  wymruczał,  gdy  wgramoliła  się  do  niego  do  łóżka,  przykrywając  ich 

oboje  kocem.  Objęła  jego  dłonie  swoimi  własnych  i  przytrzymywała  ich  złączone  ręce 
pomiędzy  ciałami.  Splątała  stopy  razem  i  pocałowała  go  w  zimny  policzek,  ogrzewając 
skórę  oddechem.  Powoli  poczuła,  jak  budzi  się  obok  niej,  jak  gdyby  jej  obecność 
przywracała go do życia. 

Jego  oczy  otworzyły  się  i  spojrzały  w  jej.  Były  niebieskie,  tak  boleśnie  niebieskie,  tym 

właśnie błękitem nieba, które spotyka się z morzem. 

–  Tessa?  –  powiedział  Will  i  uświadomiła  sobie,  że  to  jego  ściska,  że  to  on  umiera,  on 

wydaje  z  siebie  ostatni  oddech.  I  na  jego  koszuli  tuż  nad  sercem  była  krew, 
rozprzestrzeniająca się czerwona plama… 

Tessa  usiadła  gwałtownie,  dysząc.  Przez  chwilę  rozglądała  się  wokoło, 

zdezorientowana.  Mały,  ciemny  pokój,  zatęchły  koc  narzucony  na  jej  ciało,  jej  własne 
wilgotne  ubrania  i  posiniaczone  ciało  wydawały  się  być  obce.  A    wtedy  wspomnienie 
zalało ją jak powódź, a razem z nim fala mdłości. 

Tęskniła za Instytutem tak mocno, że chyba nigdy nie zatęskniła w taki sposób nawet 

za  domem w Nowym Jorku. Tęskniła za  władczym,  ale opiekuńczym głosem  Charlotte, 
rozumiejącym  dotykiem  Sophie,  bełkotaniem  Henry`ego  i  oczywiście,  nie  mogła  nic 
zrobić,  żeby  nie  zatęsknić  za  Jemem  i  Willem.  Bała  się  o  Jema,  jego  zdrowie,  ale 
przejmowała się również Willem. Potyczka na dziedzińcu była krwawa i zawzięta. Każde 
z  nich  mogło  zostać  ranne  lub  zabite.  Czy  właśnie  to  miał  znaczyć  jej  sen?  Jem 
przemieniający  się  w  Willa?  Czy  Jem  był  chory?  Czy  życie  Willa  znajdowało  się  w 
niebezpieczeństwie?  Żaden  z  nich,  modliła  się  bezgłośnie.  Proszę,  pozwól  mi  umrzeć, 
zanim któremuś stanie się krzywda.
 

Hałas  wybudził  ją  z  zadumania.  Nagłe  drapanie,  które  wywołało  brutalne  dreszcze 

wzdłuż kręgosłupa. Zamarła. To na pewno musiało być jedynie szuranie gałęzi o okno. 
Ale nie, to się powtórzyło. Ciągnące się drapanie.  

Tessa znalazła się na nogach w jednej chwili, wciąż owinięta kocem. Strach, który w 

niej siedział, był jak żywa istota. Wszystkie te opowieści o potworach z ciemnych lasów 
wydawały  się  kłócić  o  kawałek  miejsca  w  zakamarkach  jej  umysłu.  Zamknęła  oczy, 
biorąc  głęboki  wdech  i  zobaczyła  patykowate  automaty  na  frontowych  schodach 
Instytutu. Ich cienie, długie i wręcz groteskowe, jakby zniekształceni ludzie. 

Przyciągnęła do siebie koc, jej palce zaciskały się spazmatycznie na materiale. To po 

nią  przyszły  roboty  na  tamte  pamiętne  schody  Instytutu.  Ale  przecież  nie  były  zbyt 
inteligentne. Mogły słuchać poleceń, rozpoznawać konkretne osoby, a wciąż nie myślały 
za siebie. To tylko maszyny, a maszyny można było zawieść. 

Koc był patchworkiem i musiał zostać uszyty przez kobietę, która żyła w tym domu. 

Tessa  wzięła  wdech  i  sięgnęła,  sięgnęła  w  koc,  szukając  uczuć  posiadacza,  znaku 
jakiejkolwiek  duszy,  która  go  stworzyła  i  używała.  To  było  tak,  jakby  włożyła  rękę  w 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

ciemną wodę i szukała dotykiem obiektu. Po poszukiwaniach, które wydawały się trwać 
wieki, rozjaśniło jej umysł, mgiełka w ciemności, trwałość duszy. 

Skoncentrowała  się  na  tym,  owijając  to  wokół  siebie  niczym  koc,  który  trzymała. 

Zmiana  była  teraz  prostsza,  mniej  bolesna.  Zauważyła,  jak  jej  palce  wykrzywiają  się  i 
zmieniają, stając się pałeczkowatymi, artretycznymi kończynami starszej kobiety. Plamy 
starcze  pojawiły  się  na  jej  skórze,  plecy  zapadły,  a  sukienka  zaczęła  zwisać  na  wątłej 
sylwetce. Kiedy włosy opadły jej na oczy, okazały się być białe.  

Drapiący  dźwięk  znów  się  pojawił.  W  oddali  przez  myśli  Tessy  niosło  się  echo 

gderliwego głosu starszej kobiety, która domagała się odpowiedzi na pytanie, kto jest w 
jej  domu.  Tessa  podeszła  do  drzwi,  potykając  się  –  jej  oddech  był  płytki,  a  serce 
trzepotało w piersi – i dostała się do pokoju głównego posiadłości. 

Przez chwilę nie widziała nic, a wtedy coś pojawiło się przed ogniem, a Tessa zagryzła 

zęby,  tłumiąc  krzyk.  To  automat.  Ten  został  zbudowany  tak,  by  niemalże  wyglądać  jak 
człowiek.  Miał  zawiesiste  ciało,  ubrane  w  ciemnoszary  garnitur,  ale  spod  rękawów 
wystawały  cienkie  niczym  patyczki  ramiona,  kończące  się  dłońmi  podobnymi  do 
łopatek.  Głowa  wyrastająca  spod  kołnierza  była  gładka  i  jajowata.  Dwoje  baniastych 
oczu osadzono w głowie, ale poza nimi maszyna nie miała żadnych rysów twarzy. 

– Kim jesteś? – zapytała Tessa głosem starszej kobiety, wypróbowując ostry ton, jaki 

wychwyciła wcześniej. – Co robisz w moim domu, istoto? 

Istota  wydała  z  siebie  wibrujący,  stukający  hałas,  widocznie  zadziwiona.  Chwilę 

potem  drzwi  frontowe  otworzyły  się  i  pani  Black  weszła  do  środka,  owinięta  swoją 
ciemną peleryną, a jej biała twarz paliła wściekłością znad kaptura.  

–  Co  się  tutaj  dzieje?  –  zapytała,  domagając  się  odpowiedzi.  –  Czy  znalazłeś…  – 

przerwała, patrząc na Tessę. 

– Co się dzieje? – odszczekała Tessa, jej głos wydobywający się jako wysoki jęk starej 

kobiety.  –  To  ja  się  powinnam  o  to  zapytać.  Włamywać  się  do  zwyczajnych  domów 
przyzwoitych  ludzi…  –  Zamrugała,  udając,  że  nie  widzi  za  dobrze.  –  Wynoś  się  stąd  i 
zabierz  ze  sobą  swojego  przyjaciela.  –  Wepchnęła  jej  przedmiot,  który  miała  w  ręce 
(kopystka, podpowiedział jej głos staruszki w umyśle, używasz go, żeby wyczyścić końskie 
kopyta, głupiutka)
 – Nie znajdziesz tu nic wartościowego do skradzenia. 

Przez chwilę myślała, że zadziałało. Twarz pani Black była bez wyrazu.  Zrobiła krok 

w przód.  

–  Nie  widziałaś  może  młodej  dziewczyny  w  tych  stronach,  prawda?  –  zapytała.  –

Bardzo dobrze ubrana, brązowe włosy, szare oczy. Wyglądałaby na zagubioną. Jej ludzie 
jej poszukują i oferują hojną zapłatę w zamian za odnalezienie. 

–  Prawdopodobna  historia,  poszukiwania  jakiejś  młodej,  zgubionej  dziewczyny.  – 

Tessa brzmiała tak grubiańsko, jak tylko potrafiła, co nie sprawiało jej trudności. Miała 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

przeczucie,  że  kobieta,  którą  udawała,  z  natury  była  opryskliwa.  –  Wynoś  się, 
powiedziałam! 

Automat zaszumiał. Usta pani Balck nagle zacisnęły się razem, jakby powstrzymywała 

śmiech.  

– Rozumiem – rzekła – mogę zwrócić pani uwagę, jakże uroczy naszyjnik ma pani na 

sobie, harpio? 

Ręka  Tessy  podniosła  się  gwałtownie  ku  szyi,  ale  było  już  za  późno.  Mechaniczny 

anioł wisiał tam, dobrze widoczny, tykając delikatnie.  

– Weź ją  – powiedziała pani  Black znudzonym głosem, a  robot rzucił się  do przodu, 

sięgając po Tessę. Upuściła  koc i  wycofała  się, wypróbowując kopystkę. Zdążyła zrobić 
dość  długą  szramę  na  przedzie  maszyny,  zanim  ją  dosięgła  i  odtrąciła  rękę  na  bok. 
Kopystka stuknęła o ziemię, a Tessa zawyła w bólu, kiedy frontowe drzwi otworzyły się 
z trzaskiem i fala automatów zalała pomieszczenie, wysuwając ku niej ręce, zaciskając je 
na jej ciele. Wiedząc, że  została przezwyciężona  i  że nie  czeka ją  nic dobrego, w końcu 
pozwoliła sobie krzyczeć. 

Willa obudziło Słońce na jego twarzy. Zamrugał, otwierając powoli oczy. 

Błękitne niebo. 

Przewrócił  się  i  przeciągnął  sztywno  do  siedzącej  pozycji.  Znajdował  się  na 

wzniesieniu zielonego pagórka, nieopodal drogi Shrewsburry–Welshpool. Wokół widział 
tylko same farmy porozrzucane w oddali. Podczas swojej gwałtownej, nocnej podróży z 
Green  Manu  minął  jedynie  kilka  wioseczek,  gnając,  póki  wprost  nie  ześlizgnął  się  z 
grzbietu  Baliosa  z  wyczerpania  i  nie  uderzył  o  błoto  z  łomoczącą  kości  siłą.  Na  wpół 
krocząc  i  czołgając  się,  pozwolił  swojemu  zmęczonemu  koniowi  wywlec  go  z  drogi  do 
lekkiego  wgłębienia  w  ziemi,  gdzie  zwinął  się    i  zasnął,  nie  zważając  na  mżawkę 
chłodnego deszczu, który wciąż padał. 

Chociaż  od  czasu  do  czasu  na  niebie  pojawiało  się  słońce,  osuszając  jego  ubrania  i 

włosy, to i tak był brudny, a na koszuli miał z zaschnięte błoto zmieszane z krwią. Wstał, 
jego całe ciało było obolałe. Nawet nie zadbał o żadne runy lecznicze zeszłej nocy. Udał 
się  do  gospody,  pozostawiając  za  sobą  ślady  błota  i  deszczu,  wrócił  jedynie  na  chwilę, 
żeby  zabrać  rzeczy,  zanim  nie  znalazł  się  z  powrotem  w  stajni,  uwalniając  Baliosa, 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

pędząc w ciemną noc. Rany zadane podczas pojedynku ze sforą Woolseya wciąż bolały, 
tak  jak  i  siniaki  od  spadania  z  konia.  Zatoczył  się  w  kierunku  miejsca,  gdzie  Balios 
podgryzał  trawę  w  cieniu  rozpostartego  dębu.  Przeszukując  torby  przy  siodle,  wyjął  z 
nich  stelę  i  garść  suszonych  owoców.  Użył  steli,  by  nakreślić  na  sobie  runy 
przeciwbólowe i  leczące, a w międzyczasie posilał się przekąską. 

Wydarzenia  z  poprzedniej  nocy  wydawały  się  być  odległe  o  tysiące  mil.  Pamiętał 

walkę  z  wilkołakami,  trzask  kości  i  smak  własnej  krwi,  błoto  i  deszcz.  Pamiętał  ból 
rozłąki  z Jemem, choć nie mógł go już czuć. Ból zastąpiła pustka. Jakby jakaś magiczna 
dłoń  wyciągnęła  się  w  jego  kierunku  i  odcięła  wszystko  to,  co  ludzkie,  spośród  jego 
wnętrzności, pozostawiając go jedynie próżną powłoką. 

Kiedy  skończył  ze  śniadaniem,  włożył  stelę  z  powrotem  do  sakwy,  zdjął  z  siebie 

zniszczoną koszulę i przebrał się w nową, czystą. Kiedy to robił, nie mógł nie spojrzeć w 
dół i zauważyć runy parabatai na swojej piersi.  

Nie  była  czarna,  ale  srebrzystobiała  niczym  dawno  już  wyblakła  blizna.  Will  mógł 

jeszcze  usłyszeć głos Jema w swojej głowie, niezachwiany,  poważny i  znajomy:  "I stało 
się tak, że dusza Jonathana złączyła się z duszą Davida i Jonathan pokochał go jak własną 
duszę. Potem Jonathan zawarł z Davidem przymierze, bo kochał go jak własną duszę." Byli 
dwoma  wojownikami,  a  ich  dusze  zostały  połączone  ze  sobą  w  niebie  i  stąd  Jonathan 
Nocny Łowca wziął pomysł parabatai i umieścił tę ceremonię w Prawie. 

Przez  lata  ten  Znak  i  obecność  Jema  były  w  życiu  Willa  wszystkim,  co  mogłoby 

zaświadczyć  o  tym,  że  ktoś  go  jeszcze  kocha.  Wszystkim,  czego  potrzebował,  by 
wiedzieć,  że  jest  prawdziwy  i  żyje.  Powędrował  palcami  po  brzegach  runy.  Myślał,  że 
będzie ją nienawidzić, nienawidzić jej widoku w słońcu, ale zaskoczył sam siebie, kiedy 
tak się nie stało. Znak, który mówił o stracie, wciąż był Znakiem, pamiątką. Nie można 
stracić czegoś, czego nigdy się nie posiadało. 

Wyciągnął  z  torby  nóż,  który  Jem  mu  podarował:  wąskie  ostrze  z  zawiłą  rączką.  W 

cieniu  dębu  przeciął  dłoń  i  patrzył,  jak  krew  leje  się  na  podłoże,  przesiąkając  przez 
ziemię.  Wtedy  ukląkł  i  wbił  ostrze  w  zakrwawioną  glebę.  Klęcząc,  zawahał  się  z  jedną 
ręką na rękojeści. 

– Jamesie Carstairs – powiedział i przełknął ślinę. Zawsze tak było. Kiedy najbardziej 

potrzebował słów, nie mógł ich znaleźć. Zdania z biblijnej przysięgi parabatai wskoczyły 
mu do głowy: "Dokądkolwiek pójdziesz, tam ja pójdę; gdzie ty umrzesz, tam ja umrę i tam 
zostanę pochowany. I tylko śmierć nas rozłączy, tak nam dopomóż, Aniele" 

Ale nie. Tak się mówiło, kiedy mieliście pozostać złączeni, nie kiedy was rozdzielono. 

Davida i Jonathana również odseparowała śmierć. 

– Już ci kiedyś mówiłem, Jem, że mnie nie opuścisz – powiedział z zakrwawioną ręką 

na uchwycie. – I wciąż jesteś ze mną. Kiedy oddycham, będę myślał o tobie, bo bez ciebie 
byłbym martwy wieki temu. Kiedy będę się budził, kiedy będę spał, kiedy podniosę  ręce 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

w  obronie,  albo  kiedy  położę  się,  by  umrzeć,  będziesz  ze  mną.  Mówisz,  że  rodzimy  się 
wciąż  na  nowo  i  nowo.  Ja  natomiast  uważam,  że  jest  tu  rzeka,  która  dzieli  i  żywych    i 
umarłych. Ale wiem, że jeśli znów się narodzimy, znajdę cię w nowym życiu, i jeśli taka 
rzeka faktycznie istnieje, to poczekasz na mnie przy brzegu, żebym do ciebie przyszedł i 
żebyśmy  mogli  przekroczyć  ją  razem.  –  Will  wziął  głęboki  oddech  i  wypuścił  sztylet. 
Odciągnął rękę. Rana na jego dłoni już się goiła. Był to rezultat połowy tuzina iratze na 
jego  skórze.  –  Słyszysz,  Jamesie  Carstairs?  Jesteśmy  złączeni,  ty  i  ja,  ponad  podziały 
śmierci, poprzez jakiekolwiek generacje, jakie mają nadejść. Na zawsze

Podniósł się na nogi i spojrzał na nóż. Należał do Jema, ale krew była jego. Ta plama 

na  ziemi,  czy  będzie  umiał  ją  kiedykolwiek  jeszcze  znaleźć,  czy  nie,  czy  dożyje  prób 
odszukania, pozostanie ich własnością. 

Odwrócił  się,  żeby  odejść  do  Baliosa  i  odjechać  w  kierunku  Walii  i  Tessy.  Nie 

odwracał się. 

Do: Charlotte Branwell 

Od: Konsul Josiah Waylanad 

Przez posłańca 

Moja droga Pani Branwell, 

Nie  jestem  pewien,  czy  dobrze  zrozumiałem  Twoje  pismo.  Wydaje  się  mi  być  czymś 

niesamowitym, że kobieta tak rozważna jak Pani pokłada  tyle zaufania w pustym słowie 
chłopca tak nierozważnego i niesolidnego jak William Herondale, co czas i obecna sytuacja 
właśnie dowiodły. Ja na pewno tego nie uczynię. Pan Herondale, jak napisała Pani w liście, 
wdał  się  dziką  pogoń  bez  Twojej  wiedzy.  Z  pewnością  jest  zdolny  do  fałszerstwa  w  celu 
uzyskania  wsparcia  w  jego  sprawie.  Nie  wyślę  wielkiej  armii  moich  Nocnych  Łowców  na 
zawołanie i pochopne słowa chłopca. 

Proszę,  powstrzymaj  się  od  swoich  apodyktycznych  powstańczych  nawołań  do  Cadair 

Idrysu.  Postaraj  się  zapamiętać,  że  to  ja  jestem  Konsulem.  Ja  zarządzam  siłami  Nocnych 
Łowców, madam, a nie Ty. Lepiej zmień swoje myślenie i bardziej trzymaj w ryzach swoich 
podopiecznych. 

Z poważaniem, 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

Josiah Wayland, Konsul 

– Jest tu mężczyzna, który przyszedł się z panią zobaczyć, pani Branwell. 

Charlote  podniosła  znużony  wzrok,  zauważając  Sophie  w  przejściu.  Wyglądała  na 

zmęczoną, jak z resztą  każdy z nich. Niezaprzeczalne ślady opłakiwania  były widoczne 
pod  jej  oczami.  Charlotte  rozpoznawała  te  oznaki  bez  problemu,  widziała  je  tamtego 
ranka w swoim lusterku na własnej twarzy.  

Zasiadła  za  biurkiem  w  pokoju  gościnnym,  przyglądając  się  listowi  w  jej  ręce.  Nie 

oczekiwała, że Konsul będzie zadowolony z jej wieści, ale nie myślała też, że spotka się z 
czystą pogardą i odmową. Ja zarządzam siłami Nocnych łowców, madam, a nie Ty. Lepiej 
zmień swoje myślenie i bardziej trzymaj w ryzach swoich podopiecznych. 

Trzymaj  ich  w  ryzach.  Wzburzyła  się.  Jakby  wszyscy  oni  byli  dziećmi,  a  ona  nikim 

więcej jak ich guwernantką lub nianią, która  chwali się nimi przed Konsulem, kiedy są 
wyczyszczeni  i  wystrojeni,  a  potem  chowa  w  pokoju  zabaw  na  resztę  czasu,  by  nie 
przeszkadzali.  Oni  byli  Nocnym  Łowcami,  podobnie, jak  ona.  I  jeśli  nie  uważał  Willa  za 
godnego  zaufania,  to  był  głupcem.  Wiedział  o  klątwie,  przecież  sama  mu  powiedziała. 
Szaleństwo  Willa  zawsze  przypominało  to  Hamleta  –  na  wpół  gra,  na  wpół  dzikość,  a 
wszystko i tak prowadziło ku pewnemu zakończeniu. 

Ogień  trzeszczał  w  kominku.  Na  zewnątrz  lał  się  deszcz,  obmalowując  okna 

srebrnymi liniami. Tego ranka przeszła obok sypialni Jema – drzwi były otwarte, łóżko 
ogołocone  z  pościeli,  rzeczy  prywatne  zabrane.  To  mógł  być  czyjkolwiek  pokój.  Cały 
dowód na lata  spędzone  z nimi zniknął za  jednym skinieniem ręki. Oparła się o ścianę 
korytarza, pot jej zstąpił na brew, oczy płonęły. Razjelu, czy postąpiłam poprawnie? 

Przetarła dłonią powieki.  

– Akurat teraz? To nie Konsul Wayland, prawda? 

–  Nie  pszepani.  –  Sophie  potrząsnęła  swoją  ciemną  głową.  –  To  Aloysius 

Starkweather. Mówił, że to bardzo pilna sprawa. 

–  Aloysius  Starkweather?  –  Charlotte  westchnęła.  Niektóre  dni  zdawały  się  być 

pasmem katastrof. – Proszę, wpuść go więc. 

Złożyła  list,  który  napisała  w  odpowiedzi  do  Konsula  i  zapieczętowała  go,  kiedy 

Sophie  wróciła  zapraszając  Aloysiusa  Starkweathera  do  pokoju,  przepraszając  i 
odchodząc. Charlotte nie  wstała. Starkweather nie zmienił się zbytnio od czasu, gdy go 
ostatnio  widziała.  Wyglądał  jakby  zwapniał,  jakby  nie  mógł  ani  odmłodnieć,  ani  też 
zestarzeć  się  jeszcze  bardziej.  Jego  twarz  tworzyła  mapę  pomarszczonych  linii, 
obramowaną białą brodą i włosami. Miał suche ubrania. Sophie musiała zdążyć powiesić 
jego płaszcz na dole. Garnitur, który miał na sobie był przynajmniej z dziesięć lat do tylu 
w modzie i czuć był od niego lekką woń naftaliny. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

–  Proszę  usiąść,  panie  Starkweather  –  powiedziała  Charlotte  najukładniej,  jak  dała 

radę do kogoś, o kim wiedziała, że jej nie znosi i nienawidził jej ojca. 

Ale  on  wciąż  stał.  Jego  ręce  były  zaciśnięte  za  plecami  i  kiedy  obrócił  się,  oceniając 

wnętrze pokoju wokół niego, Charlotte zauważyła, że jeden z rękawów jego marynarki 
został skropiony krwią, co ją zaalarmowało. 

–  Panie  Starkweather  –  powtórzyła  i  tym  razem  wstała.  –  Czy  jest  pan  ranny? 

Powinnam wezwać Cichych Braci? 

– Ranny? – warknął. – Dlaczego miałbym być ranny? 

– Pański rękaw – wskazała. 

Odciągnął dłoń i spojrzał na nią obruszając się śmiechem.  

– Nie moja krew – odrzekł. – Wdałem się wcześniej w potyczkę. Sprzeciwił się… 

– Sprzeciwił się czemu? 

–  Sprzeciwił  się  mojemu  zamiarowi  obcięcia  mu  wszystkich  jego  palców  i 

późniejszego poderżnięcia gardła – odpowiedział, spotykając  jej wzrok. Jego oczy były 
szaroczarne, koloru skały. 

–  Aloysiusie.  –  Charlotte  zapomniała  o  uprzejmościach.  –  Przymierze  zabrania 

niesprowokowanych ataków na Podziemnych. 

–  Niesprowokowanych?  Powiedziałbym,  że  ten  był  sprowokowany.  Jego  ludzie 

zamordowali  moją  wnuczkę.  Moja  córka  niemalże  umarła  ze  smutku.  Dom 
Starkweatherów zniszczony… 

–  Aloysiusie!  –  Charlotte  zaniepokoiła  się  porządnie.  –  Twój  dom  nie  został 

zniszczony. Starkweatherowie wciąż jeszcze przebywają w Idrysie. Nie mówię tego tylko 
po  to,  by  zminimalizować  twój  żal,  bo  niektóre  z  naszych  strat  pozostają  z  nami  na 
zawsze.  –  Jem,  pomyślała  spontanicznie  i  ból  tej  myśli  odepchnął  ją  z  powrotem  na 
krzesło. Oparła łokcie o blat i ukryła twarz w dłoniach. – Nie wiem, po co przyszedłeś mi 
to  powiedzieć  właśnie  teraz  –  wymruczała.  –  Czy  nie  zauważyłeś  runów  na  drzwiach 
Instytutu? To jest czas wielkiego smutku dla nas… 

– Przyszedłem ci to powiedzieć, bo to ważne! – uniósł się Aloysius. – Dotyczy Mistrza i 

Tessy Gray. 

Charlotte opuściła dłonie.  

– Co wiesz na temat Tessy Gray? 

Aloysius odwrócił się. Twarzą był skierowany ku ogniu, jego postać rzucała długi cień 

na perski dywan na podłodze. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

 – Nie jestem mężczyzną, który dba o Przymierze – powiedział. – Wiesz o tym. Byłaś 

razem ze mną w Radzie. Zostałem wychowany, by wierzyć, że wszystko, czego tkną się 
demony, jest brudne i zepsute. Że to z racji krwi Nocni Łowcy zabijali te stworzenia, żeby 
zagarniać zdobycze i skarby. Skarbiec Instytutu w Yorku został oddany mi pod opiekę i 
trzymałem go pełnym, póki nowe Prawa nie zostały uchwalone. – Skrzywił się. 

– Pozwól mi zgadnąć – odrzekła Charlotte. – Nie poprzestałeś na tym. 

– Oczywiście, że nie – stwierdził starszy mężczyzna. – Czym są ludzkie Prawa wobec 

Praw  Anioła?  Wiem,  jak  powinno  się  postępować.  Trzymałem  się  na  uboczu,  ale  nie 
przestałem  zbierać  łupów  ani  niszczyć  tych  Podziemnych,  którzy  weszli  mi  w  drogę. 
Jednym z nich był John Shade. 

– Ojciec Mistrza. 

–  Czarnoksiężnicy  nie  mogą  mieć  dzieci  –  warknął  Starkweather.  –  To  tylko  jakiś 

ludzki  chłopiec,  którego  znaleźli  i  wytrenowali.  Shade  nauczył  go  swoich  bezbożnych, 
kombinatorskich sztuczek. Zdobył jego zaufanie. 

– To bardzo mało prawdopodobne, żeby Shade  wykradł Mistrza od  jego rodziców  – 

powiedziała  Charlotte.  –  Pewnie  był  po  prostu  chłopcem,  który  w  przeciwnym  razie 
umarłby w przytułku. 

– To było nienaturalne. Czarnoksiężnicy nie powinni wychowywać ludzkich dzieci.  – 

Aloysius wpatrywał się głęboko w czerwony żar płomieni. – To dlatego najechaliśmy na 
dom  Shade`a.  Zabiliśmy  jego  i  żonę.  Chłopiec  uciekł.  Mechaniczny  książę  Shade`a– 
prychnął. – Wzięliśmy ze sobą z powrotem do Instytutu kilka z jego rzeczy, ale żadne z 
nas za nic nie mogło rozpoznać, co do czego służy. To wszystko, co się wtedy wydarzyło, 
rutynowy  napad.  Akcja  poszła  zgodnie  z  planem,  przynajmniej  póki  nie  narodziła  się 
moja wnuczka, Adele. 

–  Wiem,  że  umarła  przy  ceremonii  pierwszych  runów  –  powiedziała  Charlotte, 

nieświadomie  przesuwając  ręką  po  brzuchu.  –  Bardzo  mi  przykro.  To  wielka  rozpacz 
mieć chorowite dziecko… 

– Nie urodziła się chorowita! – wycharczał. – Była zdrowym niemowlakiem. Pięknym, 

z  oczami  mojego  syna.    Wszyscy  ją  ubóstwiali,  póki  jednego  ranka  moja  synowa  nie 
obudziła  nas  krzykiem.  Upierała  się,  że  dziecko  w  kołysce  nie  jest  jej  córką,  mimo  że 
wyglądały  identycznie.  Przysięgała,  że  potrafiłaby  rozpoznać  własne  dziecko,  a  to  nie 
jest  jej.  Myśleliśmy,  że  postradała  zmysły.  Nawet,  kiedy  oczy  dziecka  zmieniły  się  z 
niebieskich na szare, przecież tak często dzieje  się z niemowlętami. Ale uświadomiłem 
sobie, że moja synowa miała rację, dopiero wtedy, gdy próbowaliśmy naznaczyć dziecko 
runami.  Adele…  ból  był  dla  niej  nie  do  zniesienia.  Krzyczała  i  krzyczała,  skręcając  się. 
Skóra paliła się w miejscach, gdzie została dotknięta stelą. Cisi Bracia zrobili wszystko, 
co w ich mocy, ale następnego ranka była już martwa. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

Aloysius  zatrzymał  się  i  milczał  przez  długi  czas,  patrząc  jakby  zafascynowany  w 

ogień. 

–  Moja  córka  niemalże  oszalała.  Nie  mogła  znieść  dalszego  pobytu  w  Instytucie.  Ja 

zostałem.  Wiedziałem,  że  miała  rację,  Adele  nie  mogła  być  moją  wnuczką.  Słyszałem  o 
faerie  i  innych  Podziemnych,  którzy  chwalili  się,  że  w  końcu  zemścili  się  na 
Starkweatherach, zabrali jedno z ich dzieci i zastąpili chorowitym człowiekiem. Żadne z 
moich  dochodzeń  nie  odkryło  niczego  konkretnego,  ale  byłem  zdeterminowany,  by 
odnaleźć wnuczkę. – Oparł się o gzyms kominka. – Niemalże zaprzestałem poszukiwań, 
ale  wtedy  w  moim  Instytucie  pojawiła  się  Tessa  Gray  w  towarzystwie  dwóch  Nocnych 
Łowców. Była jak cień mojej synowej, tak podobnie wyglądały. Ale w jej żyłach nie było 
widać  śladu  po  krwi  Nocnych  Łowców.  Stało  się  to  tajemnicą,  którą  postanowiłem 
odkryć. Faerie, którego przesłuchałem dzisiaj, dołożył ostatniego puzzla do układanki. W 
dziecięctwie  moja  wnuczka  została  podmieniona  na  porwane  ludzkie  dziecko, 
chorobliwe  stworzenie,    które  umarło  przy  nałożeniu  Znaków,  bo  nie  należało  do 
Nefilim. –W jego głosie pojawiła się nuta twarda jak rysa w krzemieniu. – Moją wnuczkę 
pozostawiono do wychowania Przyziemnej rodzinie, a ich słabą Elizabeth wybrano tylko 
ze  względu  na  jej  zewnętrzne  podobieństwo  do  Adele,  zastępując  naszą  zdrową 
dziewczynkę. To była zemsta Rady Podziemnych na mnie. Wierzyli, że zabiłem jednego z 
nich, więc oni zabili kogoś mojego. – Jego wzrok był zimny, kiedy spoczął na Charlotte. – 
Adele /Elizabeth wyrosła na kobietę w ludzkiej rodzinie, nigdy nie dowiadując się, kim 
naprawdę  jest.  A  potem  wyszła  za  mąż  za  Przyziemnego  mężczyznę.  Miał  na  imię 
Richard. Richard Gray. 

–  Twoja  wnuczka  –  zaczęła  Charlotte  powoli  –  była  matką  Tessy?  Elizabeth  Gray? 

Matka Tessy była Nocną Łowczynią? 

– Tak. 

– To są zbrodnie, Aloysiusie. Powinieneś z tym iść do Rady… 

–  Oni  nie  dbają  o  Tessę  Gray  –  wycedził  Starkweather.  –  Ale  ty  owszem.  Właśnie  z 

tego powodu wysłuchasz mojej historii i tylko dlatego możesz mi pomóc. 

–  Mogę  –  powiedziała  Charlotte  –  jeśli  tylko  tak  będzie  właściwe  postąpić.  Nie 

rozumiem jedynie, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Mistrz. 

Aloysius poruszał się niespokojnie.  

– Mistrz dowiedział się o tym, co się stało i postanowił, że wykorzysta Elizabeth Gray, 

Nocną Łowczynię, która nic nie wie o swoim pochodzeniu. Wierzę, że to Mistrz zabiegał 
o  wynajęcie  Richarda  Greya  jako  pracownika,  żeby  dostać  się  do  Elizabeth.  Wierzę,  że 
nasłał  na  moją  wnuczkę  zmiennokształtnego  demona,  który  udał  jej męża,  żeby  mogła 
począć Tessę Gray. Tessa była celem. Dziecko Nocnego Łowcy i demona. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

–  Ale  potomstwo  demonów  i  Nocnych  Łowców  rodzi  się  martwe  –  powiedziała 

automatycznie Charlotte.  

– Nawet jeśli Nocny Łowca nie wie o tym, kim jest? – zapytał Starkweather. – Nawet 

jeśli w życiu nie nosił runów? 

– Ja… – Charlotte zamknęła usta. Nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na to pytanie. O 

tyle,  o  ile  słyszała,  taka  sytuacja  jeszcze  nigdy  się  nie  zdarzyła.  Nocni  Łowcy  byli 
naznaczeni już od dzieciństwa, kobiety i mężczyźni, wszyscy z nich. 

Ale Elizabeth Gray do nich nie należała. 

– Wiem, że dziewczyna jest zmiennokształtna – odrzekł Starkweather. – Ale myślę, że 

nie  dlatego  jej  chce.  Jest  jeszcze  coś  innego,  co  pragnie,  żeby  zrobiła. Coś,  co  tylko  ona 
potrafi. Ona jest kluczem. 

– Kluczem do czego? 

–  To  były  ostatnie  słowa,  jakie  powiedział  mi  faerie  dzisiejszego  wieczoru.  – 

Starkweather spojrzał na zakrwawiony rękaw. – Powiedział: „Ona będzie naszą pomstą 
za  wszystkie  marnotrawne  śmierci.  Doprowadzi  Nefilim  do  zagłady,  a  Londyn  będzie 
płonął i kiedy Mistrz przezwycięży was wszystkich, nie pozostaniecie niczym więcej jak 
tylko  bydłem  w  zagrodzie”.  Nawet  jeśli  Konsul  zamierza  odbić  Tessę  dla  jej  własnego 
dobra, muszą ją uwolnić, jeżeli chcą zapobiec nieszczęściu. 

– Jeżeli tylko w to uwierzą – odrzekła Charlotte. 

–  Jeśli  słowa  zostaną  wypowiedziane  z  twoich  ust,  nie  będą  mieli  innego  wyjścia  – 

odparł  Starkweather.  –  Gdybym  to  ja  miał  to  zrobić,  tylko  by  mnie  wyśmiali  jako 
szalonego staruszka tak samo, jak robili to przez lata. 

–  Och,  Aloysiusie.  Przeceniasz  zaufanie,  jakie  Konsul  we  mnie  pokłada.  Stwierdzi 

jedynie,  że  jestem  głupiutką,  naiwną  kobietą.  Powie,  że  faerie  skłamał…  w  zasadzie  to 
oni nie mogą kłamać, więc ogłosi że przekręcił prawdę, albo powtórzył jedyną prawdę, 
jaką znał. 

Staruszek odwrócił wzrok, poruszając ustami.  

– Tessa Gray jest kluczem w planie Mistrza – odrzekł. – Nie wiem w jaki sposób, ale 

jest. Przyszedłem  do  ciebie,  bo  nie  ufam  Radzie  w  jej  sprawie.  Ona  jest  pół–demonem. 
Pamiętam  co  w  przeszłości  robiłem  z  rzeczami  pokroju  pół–demonów  albo 
nadnaturalnymi istotami. 

–  Tessa  nie  jest  rzeczą  –  odparła  Charlotte.  –  Jest  dziewczyną,  została  porwana  i 

najprawdopodobniej  jest  przerażona.  Myślisz,  że  gdybym  znała  sposób  na  jej  ocalenie, 
nie zdążyłabym już tego zrobić? 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

–  Nie  uczyniłem  niczego  złego  –  odpowiedział  Aloysius.  –  Chcę  wszystko  naprawić. 

Moja krew płynie w żyłach tej dziewczyny, nawet jeśli dzieli ją z krwią demona. Ona jest 
moją prawnuczką. – Podniósł podbródek, jego załzawione, jasne oczy obwiedzione były 
czerwienią.  –  Proszę  cię  jedynie  o  jedną  rzecz,  Charlotte.  Kiedy  już  odnajdziesz  Tessę 
Gray, a zrobisz to, powiedz jej, że Starkweatherowie przyjmą ją z otwartymi ramionami. 

Nie pozwól mi żałować tego, że ci zaufałam, Gabrielu Lightwoodzie. 

Gabriel zasiadł za biurkiem w swoim pokoju z piórem w ręce, pisząc na rozpostartym 

przed  nim  papierze.  Lampy  w  pomieszczeniu  nie  zostały  zapalone,  w  kątach  i  na 
podłodze kryły się cienie. 

Do: Konsul Josiah Waylanad 

Od: Gabriel Lightwood 

Najczcigodniejszy Konsulu, 

Piszę  do  ciebie  dzisiaj  w  końcu    z  informacjami,  o  jakie  poprosiłeś  mnie  wcześniej. 

Oczekiwałem,  iż  wieści  te  nadejdą  do  mnie  z  Idrysu,  ale los  chciał,  że  źródło  znalazło  się 
znacznie  bliżej  domu.  Dzisiejszego  dnia  Aloysius  Starkweather,  głowa  Instytutu  w  Yorku, 
poprosił o widzenie z panią Branwell. 

Odłożył  pióro  i  wziął  głęboki  wdech.  Słyszał  wcześniej  dźwięk  dzwonka  Instytutu, 

obserwował ze schodów, jak Sophie wprowadziła Starkweathera do środka, a potem do 
pokoju  gościnnego.  Wtedy  już  było  łatwo  usadowić  się  przy  drzwiach,  podsłuchując 
rozmowy zza ściany. 

W końcu Charlotte nigdy nie podejrzewałaby, że ktoś mógłby ją szpiegować. 

Jest starszym mężczyzną, który oszalał z rozpaczy, a tacy jak on tylko opracowują coraz 

to nowe fałszerstwa, które usprawiedliwiają wielką stratą. Z pewnością można okazywać 
mu litość, ale nie brać na poważnie i dalsze postępowania Rady nie powinny się opierać na 
słowach ludzi niegodnych zaufania i wariatów. 

Deski podłogowe zatrzeszczały. Gabriel podniósł głowę. Serce mu łomotało. Jeżeli to 

Gideon… byłby przerażony odkryć, co jego brat teraz robił. Wszyscy by byli. Pomyślał o 
uczuciu  zdrady,  który  wykwitłoby  na  małej  twarzy  Charlotte,  gdyby  się  dowiedziała  i 
oszałamiającym gniewie Henry`ego. Przede wszystkim pomyślał o parze błękitnych oczu 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Windy Dreams

 

Korekta:

 

 Feather 

osadzonych  na  sercowatej  buzi,  spoglądających  na  niego  z  rozczarowaniem.  Być  może, 
Gabrielu Lightwood, wierzę w ciebie. 

Gdy  wrócił  piórem  do  listu,  pisał  z  takim  rozmachem,  że  nieomal  przebił  się  przez 

papier.  

Przykro mi to stwierdzić, ale oboje wyrażali się bez szacunku o Radzie i Tobie, Konsulu. 

Jasne  jest,  że  pani  Branwell  czuje  się  dotknięta  tym,  co  postrzega  jako  niepotrzebną 
przeszkodę  w  jej  planach.  Została  zaznajomiona  z  niemożliwymi  przekonaniami  pana 
Starkweathera  takimi  jak  kłamstwo  o  zmieszaniu  ras  demona  i  Nocnego  Łowcy  przez 
Mistrza,  co  jest  czystą  niedorzecznością  z  prostą  naiwnością.  Wygląda  na  to,  że  miałeś 
rację i jest ona zbyt uparta i łatwowierna, żeby móc zarządzać Instytutem jak należy. 

Gabriel  przygryzł  wargę  i  zmusił  się  do  zaprzestania  myśli  o  Cecily.  Zamiast  tego 

pomyślał  o  Domu  Lightwoodów,  jego  wrodzonej  racji,  odnowionym  dobrym  mieniu 
rodziny i bezpieczeństwie brata i siostry. Tak naprawdę nie krzywdził Charlotte. Był to 
tylko  uszczerbek  na  jej  pozycji,  a  nie  bezpieczeństwu.  Konsul  nie  miał  żadnych 
mrocznych  planów  wobec  niej.  Z  pewnością  będzie  szczęśliwsza  w  Idrysie,  albo  w 
jakimś  wiejskim  domku,  obserwujące  jak  jej  dzieci  rozbiegają  się  po  zielonych 
trawnikach, nie martwiąc się bez przerwy o los wszystkich Nocnych Łowców. 

Mimo  że  pani  Branwell  usilnie  namawia  Cię  do  wysłania  sił  Nocnych  Łowców  w 

kierunku  Cadair  Idrysu,  ktokolwiek  sugerujący  się  opiniami  i  histeriami  szaleńca, 
określając je jako bazę swojego postepowania, traci zbyt wiele obiektywności, żeby można 
mu było zaufać. 

Jeśli  zajdzie  taka  potrzeba,  to  przysięgnę  na  Miecz  Anioła,  że  wszystko,  co  właśnie  tu 

napisałem, jest prawdą. 

W imieniu Razjela, 

Gabriel Lighwood