background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

 

 

I. Ponowoczesne wzory osobowe........................................................... 

7

 

Ż

ycie nowoczesne jako pielgrzymka................................................................ 

10

 

Epizodyczność i niekonsekwencja.................................................................... 

14

 

Spacerowicz........................................................................................................... 

21

 

Włóczęga................................................................................................................ 

27

 

Turysta.................................................................................................................... 

30

 

Gracz....................................................................................................................... 

33

 

Spójność nieosiągalna, przeto upragniona..................................................... 

36

 

II. Moralność bez etyki............................................................................. 

41

 

Społeczeństwo jako zmowa milczenia............................................................. 

44

 

Oko w oko z chaosem........................................................................................ 

50

 

Tkanie zasłony...................................................................................................... 

54

 

Przekłucie zasłony................................................................................................ 

58

 

Zerwanie zasłony.................................................................................................. 

64

 

Moralność ujawniona.......................................................................................... 

70

 

Prawa etyczne, standardy moralne................................................................... 

75

 

SP I S   TREŚCI

 

Zygmunt Bauman

 

DWA  SZKICE  O  MORALNOŚCI 
PONOWOCZESNEJ 

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

I. PONOWOCZESNE WZORY OSOBOWE

 

Chronicznym  atrybutem  „ponowoczesnego"  stylu  życia  wydaje  się  być  * 

niespójność,  niekonsekwencja  postępowania,  fragmentaryzacja  i  epizodyczność 
rozmaitych  sfer  aktywności  jednostek.  Przedstawione  tu  rozważania  zawierają 
charakterystykę czterech wzorów „ponowoczesnej" osobowości: spacerowiczów, 
włóczęgów, turystów i graczy. Aczkolwiek występowałyby one i w dawniejszych 
epokach,  charakter  „ponowoczesny"  nadają  im  dwie  okoliczności:  (1)  fakt,  że 
obecnie stały się one „normą" zachowań w życiu codziennym - kiedyś ich rola 
była marginalna, (2) współwystępują naraz w życiu tych samych ludzi i w tych 
samych fragmentach życia, podczas gdy w czasach „przed-ponowoczesnych" ich 
obecność  w  życiu  jednostek  była  dysjunktywna  -  były  one  przedmiotem 
wyboru;  teraz  nie  wybiera  się  ich,  ani  też  nie  trzeba  wybierać.  Po  prostu  są. 
Wieloznaczność  tej  sytuacji  daje  poczucie  wolności,  ale  ma  również  strony 
negatywne.  „Poriowoczesność"  stanowi  pewien  etap  rozwoju  jednostek  i 
^tosjanków społecznych.

 

Jako  problem  „osobowość"  pojawiła  się  wraz  z  nowoczesnym  układem 

społecznym.  Sowa  Minerwy,  powfadał  Hegel,  rozpościera  skrzydła  o  zmie-
rzchu; zjawiska dostrzega się, gdy kontury ich zaczynają już zacierać się w 
ciemności;  ich  dawna  obecność  bije  w  oczy  wtedy  dopiero,  gdy  nagle 
czujemy ich brak. Mówiąc ściślej, zjawisk nie zauważa się, nie wyodrębnia 
z  całokształtu  rzeczywistości,  nie  nadaje  się  im  nazwy,  nie  podejmuje  się 
sporu o ich poprawne określenie - póki nie przysparzają one kłopotu; jak 
długo  „są"  po  prostu,  a  nie  „stają  się"  i  nic  nie  musimy  robić,  by  „się 
stały". Postrzegamy zjawiska wtedy tylko, gdy stają się dla nas „problemem" 
- gdy wymagają koncentracji uwagi i świadomego wysiłku i gdy wiemy lub 
sądzimy,  że  od  tego  wysiłku  zależy,  czy  i  jakie  będą.  Postrze-żenie 
zjawiska  następuje  po  sformułowaniu  problemu,  sam  zaś  problem  jest 
odblaskiem zadania, jakie sobie stawiamy.

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

Nie  dziw  więc,  że  o  osobowości  głucho  w  literaturze  przed-nowoczes-

nej;  nie  była  przecież  w  tamtych  czasach  osobowość  „zadaniem".  Z  wyjąt-
kiem  żeglarzy,  kupców,  mnichów  wędrownych  czy  żołnierzy,  mało  kto 
zapuszczał się wówczas poza rogatki miasteczka czy graniczne miedze wsi, w 
jakich upływało życie od urodzenia do śmierci - zawsze na widoku tych 
samych ludzi i z tymi samymi ludźmi w zasięgu wzroku. Dla większości 
ludzi  ich  miejsce  w  świecie  było  określone  na  tyle  dokładnie,  że  nie 
wpadało  im  do  głowy,  by  mogli  je  własnym  sumptem  zmienić  -  tym 
bardziej,  że  nikt  i  nic  nie  wymagało,  by  czynili  je  przedmiotem  swych 
zabiegów.

 

Wszystko to zmieniło się gruntownie wraz z zamieszaniem spowodowanym 

przez raptowny wzrost ruchliwości i „anonimowość" bytu w konglomeratach 
miejskich,  w  jakich  (by  użyć  terminów  Durkheima)  „gęstość  moralna" 
nie  towarzyszyła  „gęstości  fizycznej".  Obcy  obracali  się  tu  wśród 
obcych; w tłumie, j ak wiadomo, łatwo się ukryć, ale też trudno znaleźć 
swoje  miejsce  -  przez  wszystkich  uznane,  nie  podawane  w  wątpliwość, 
zapewnione  na  przyszłość.  Człowiek  jawił  się  drugim  ludziom  tylko 
fragmentem własnej osoby, tylko fragmenty owych drugich znając z oglądu; co 
gorsza,  od  zdarzenia  do  zdarzenia  jedni  „drudzy"  zastępowali  innych 
„drugich",  tak  że  każda  aprobata,  jakkolwiek  cząstkowa,  była  ograniczona 
miejscem i czasem, być może wiążąca dla jednych „drugich", ale bynajmniej 
nie dla innych. Wreszcie anonimowość sprzyja oszustwu - a już w każdym 
wypadku  pozbawia  pewności,  że  się  ofiarą  oszustwa  nie  padło:  gdy  spot-
kania są ulotne, łatwo „stroić się w cudze piórka", udawać że się jest kimś 
innym niż się jest naprawdę; i jak wtedy odróżnić prawdę od udawania? I 
co to w ogóle znaczy, że się „jest kimś naprawdę"?

 

Stąd iście nowoczesne rozróżnienie „powierzchni" i „głębi", „zjawiska" i 

„istoty",  „wrażenia"  i „prawdy".  Między  jednym  a  drugim  członem  każdej  z 
tych  opozycji  była  teraz  pustka,  nad  jaką  człowiek  poszukujący  zaufania 
godnej  orientacji  w  świecie  musiał  przerzucić  most  własnymi  siłami.  Ale 
też  nie  tylko  o  zgadywanie  cudzych  tajemnic  chodziło.  Wszędobylska  obe-
cność obcych była nieustannie powtarzaną lekcją poglądową ulotności własnej 
osobowości.  Jeśli  tak  łatwo  o  pozory  i  o  pomylenie  pozorów  z 
rzeczywistością, jeśli pozory zmieniać się mogą od jednej sytuacji do drugiej 
-  jak  odpowiedzieć  na  pytanie  „kim  jestem  ja  sam"?  Pytanie  to,  za-
uważmy,  jest  także  na  wskroś  nowoczesne.  Nie  miałoby  ono  sensu  w 
warunkach, gdy „jest się kim się jest" bezproblemowo, w sposób oczywisty i 
niepodwarzalny, bez potrzeby - a i możliwości - wyboru. Pytamy się tu

 

/ó tożsamość, a pojęcie „tożsamości"  ma sens o tyle tylko, o ile tożsamość 
'może być inna niż jest, i o ile jej bycie taką jaką jest - jest kwestią starań i 
dowodu. Pytanie o tożsamość wyrasta z odczucia chybotliwości istnienia, jego 
„manipulowalności",  „niedookreślenia",  niepewności  i  nieostateczno-ści 
wszelkich form, jakie przybrało. Wynika ono także z doznania, że w tych 
warunkach  wybór  jest  koniecznością,  a  wolność  jest  losem  człowieka. 
Tożsamości nie dostaje się ani w prezencie, ani z wyroku bezapelacyjnego; jest 
ona czymś, co się k o n s t r u u j e ,   i co można (przynajmniej w zasadzie) 
konstruować  na  różne  sposoby,  i  co  nie  zaistnieje  w  ogóle,  jeśli  się  jej  na 
któryś  ze  sposobów  nie  skonstruuje.  Tożsamość  jest  zatem  zadaniem  do 
wykonania, i zadaniem przed jakim nie ma ucieczki.

 

Jak  zauważył  Paul  Ricoeur,  kwestia  tożsamości  (l'identite)  zawiera  dwa 

ś

ciśle  związane  problemy:  1'ipseite  (odrębność  własnej  osoby  od  innych,  jej 

cechy  wyjątkowe,  które  tę  odrębność  konstytuują),  i  la  memete  (ciągłość 
osoby, trwanie jej cech charakterystycznych mimo upływu czasu i na przekór 
zmiennym  okolicznościom  życia).  Oba  problemy  stały  się  przedmiotem 
nieustającej troski człowieka nowoczesnego, przejawianie tej troski stało się 
nieodzownym warunkiem życia w świecie nowoczesnym, zaś powodzenie lub 
porażka  poczynań  tą  troską  pobudzonych  urosło  do  rangi  głównego 
miernika życia pomyślnego. Jak wyjaśnił Georg Simmel, w powodzi zwiewnych 
doznań  zwraca  się  człowiek  ku  sobie  samemu  w  nadziei  znalezienia 
trwałego punktu oparcia - jaźń jest ostatnią szansą przystani. Nie dziw, że 
stała się tożsamość ogniskiem niepokoju, a schizofrenia - owa patologiczna 
radykalizacja  „normalnej"  tożsamościowej  niepewności  -  zajęła  pierwsze 
miejsce  wśród  dolegliwości  psychicznych  uznanych  za  plagę  życia 
nowoczesnego.

 

Refleksje  filozoficzne  nad  sytuacją  jednostki  ludzkiej  zmuszonej  do  po-

szukiwania  własnej  tożsamości  oscylowały  między  dwoma  poglądami. 
Wczesne  ich  odmiany,  reprezentowane  przez  Kartezjusza,  Kanta,  czy  filo-
zofów  francuskiego  Oświecenia,  przedstawiły  tożsamość  jako  coś  co  wypada 
człowiekowi p_d k r_yjćj istnieje „istota człowieka", co do której większość 
ludzi,  mylona  złudnymi  pozorami  bytu,  pozostaje  w  błędzie.  Trzeba  się  do 
owej  istoty  przedrzeć  przez  gąszcz  złudnych  doznań  codziennych 
wiodących  na  fałszywe  tropy.  Rozum  jest  jedynym  godnym  zaufania  prze-
wodnikiem  przez  knieję;  jeśli  mu  pomóc  w  wyciszeniu  pasji,  owych  prze-
wodników  samozwańczych  -  podstępnych  i  spychających  na  manowce  -
okaże  się,  że  wbrew  wszelkim  pozorom  „istota  człowieka"  wspólna  jest 
wszystkim ludziom, że pod powłoką różnorodności kryje się „człowiek jako

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

taki"  (pogląd  ten,  rzec  można,  „dekonstruował"  pojęcie  tożsamości  jedno-
stkowej,  przedstawiając  wielorakość  i  zróżnicowanie  osobowości  ludzkich 
jako  produkt  błędnej  lub  patologicznej  organizacji  warunków  życia;  pseu-
doproblem,  jaki  przestanie  gnębić  ludzi  w  społeczeństwie  zorganizowanym 
wedle  wskazań  rozumu).  Późniejsze  odmiany  refleksji  filozoficznej,  repre-
zentowane  np.  przez  Nietzschego,  Heideggera  czy  Sartre'a,  j;zyniły  tożsa-
muśćjcwestią w y n a l a z k u  raczej niż odkrycia: jeśli istnieje jakaś „istota 
człowieka",  fo~n;T  tym  tylko  ona  polega,  że  jednostka  ludzka  musi  swą 
tożsamość budować niejako ab ovo, przez wybór i decyzję, podporządkowując 
całokształt wysiłków życiowych „projektowi" naczelnemu - żyjąc życie wedle 
wymagań  tego  projektu  i  w  ten  sposób,  dzień  po  dniu,  budując  mozolnie 
zręby swej tożsamości.

 

Bez  względu  na  różnice  obie  odmieny  refleksji  filozoficznej  zgodne 

były co do sprawy zasadniczej: tożsamość nie jest człowiekowi dana z góry, 
trzeba jej szukać, i proces życiowy jest właśnie pasmem owych poszukiwań, 
procesem w toku którego do tożsamości się w ten lub inny sposób dochodzi 
(albo  i  nie).  To  założenie  filozoficzne  korenspondowało  ściśle  z 
doświadczeniem  codziennym  społeczeństwa  w  jakim  jedynie  członkowie 
warstw  szczytowych  i  najniższych  wrzucani  byli  od  urodzenia  w  sytuacje 
praktycznie  nie  poddające  się  zmianom  -  gdy  większość,  członkowie 
„warstw  średnich"  zawieszonych  w  rozległej  przestrzeni  między  biegunami 
społecznej  skali,  stawali  u progu  życia  bez  pewności czy  dotrą  do  celu, 
jaki przed nią postawili.

 

Ż

ycie nowoczesne jako pielgrzymka

 

Pod  wpływem  hipotezy  Maxa  Webera  o  „powinowactwie  wybiórczym" 

między  etyką  protestancką  a  mentalnością  kapitalistyczną  przyjęło  się 
uważać  postać  pielgrzyma,  do  jakiej  odwoływali  się  regularnie  w  swych 
kazaniach  moralnych  pisarze  purytańscy,  za  metaforę  losu  człowieka  no-
woczesnego.  Istotnie,  sylwetka  pielgrzyma  zdawała  się  być  skrótowym  i 
uogólniającym  zarazem  opisem  cech  głównych  życia  człowieka  nowoczes-
nego;  opisem,  jaki  chwytał  bezbłędnie  „docelowość"  owego  życia  i  nawyk 
oceny  każdego  fragmentu  życia  i  każdego  życiowego  dokonania  z  punktu 
widzenia tego, czy zbliżają one czy oddalają moment dotarcia do celu.

 

„Jesteśmy  wszyscy  pielgrzymami  przez  życie"  -  powtarzali  kaznodzieje 

protestanccy.  Życie  jest  pielgrzymką;  jak  w  każdej  pielgrzymce,  miejsce 
dotarcia  jest  z  góry  wyznaczone,  choć  z  reguły  pielgrzymi  nie  byli  tam 
jeszcze  nigdy  i  nie  mają  dokładnego  wyobrażenia  o  tym,  jak  owo  miejsce 
wygląda.  Zwolennicy  nauk  Kalwina  przekonani  byli  o  tym,  że  to,  co  ich 
czeka  u  kresu  pielgrzymki,  zostało  już  przez  Boga  określone,  i  nic  ani 
nikt nie może wyroku Bożego zmienić. Pątnictwo jest losem, nie wyborem 
dokonanym  z  rachuby.  Nie jest  ono sposobem  przypodobania się  Bogu, 
zarobienia na lepsze potraktowanie, na orzeczenie bardziej przychylne. Na 
długo  przed  początkiem  pielgrzymki  pątnicy  zostali  już  podzieleni  na 
wybranych  i  potępionych,  i  nie  ma  na  ziemi  instancji  dość  potężnej,  by 
mogła ów podział skorygować. Niewiele więc do człowieka należy; nie ma 
po  co  zdzierać  sobie  nerwy  i  szamotać  w  poszukiwaniu  sposobów 
przechytrzenia  losu;  pasje  niczego  nie  odmienia,  są  bezużyteczne,  są  stratą 
czasu  i  dowodem  lekceważenia  woli  Bożej  bądź  braku  ufności  we 
wszechmoc i dobroć Boskich wyroków.

 

W  tym  właśnie  zdewaluowaniu  emocji  upatrywał  Weber  głównie  powi-

nowactwo  etyki  kalwinistycznej  z  trybem  życia  sprzyjającym  rozwojowi  ka-
pitalizmu.  Punkt  docelowy  pielgrzymki  wyznacza  jedyny  cel  życia, 
przekształcając  wszystko  co  się  czyni  w  narzędzia  celowi  temu  służące; 
zgodność  narzędzi  i  celu  została  zawczasu  zagwarantowana  i  pątnikowi  nie 
pozostało  nic  innego,  j ak  podążać  za  swym  powołaniem  i  troskliwie, 
trzeźwo  dobierać  trasę  najkrótszą  i  najpewniejszą.  Był  zatem  Bóg  Kalwina 
przepisem  na  życie  racjonalne,  na  rządy  rozumu  nad  emocjami,  na  zwie-
rzchnictwo celu nad środkami.

 

Ale  dopatrzył  się  Weber  innego  jeszcze  związku  między  mentalnością 

nowoczesną  a  protestancką  koncepcją  życia  jako  pielgrzymki:  „Bóg  Kal-
wina  domagał  się  od  wiernych  nie  pojedynczych  dobrych  uczynków,  lecz 
ż

ycia  wypełnionego  dobrymi  pracami  zespolonymi  w  spójny  system".  Nie 

można  już  grzeszyć  i  pokutować  na  przemian,  równoważyć  wczorajszych 
zaniedbań  dzisiejszą  zdwojoną  gorliwością.  W  życiu  pielgrzyma  nie  ma 
miejsca  na  kroki,  które  do  celu  nie  zbliżają,  nie  ma  też  w  nim  czynów 
obojętnych: wszystko albo służy celowi, albo jest bezużyteczne, pozbawione 
sensu  -  a  więc  z  punktu  widzenia  człowieka  racjonalnego  i  świadomego 
swego  powołania  godne  jednoznacznego  potępienia.  Czas  poświęcony 
uciechom i rozrywkom jest pusty, a opróżnianie czasu z treści wyznaczo-

 

 

 

11

 

10

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

nych  przez  cel  pielgrzymki  jest  postępkiem  zdrożnym  i  nie  dającym  się 
uzasadnić (co na jedno wychodzi).

 

Weber  opisywał  model  pielgrzyma  tak,  jak  go  widzieli  kaznodzieje 

Reformacji  -  a  więc  w  postaci  wmontowanej  w  światopogląd  żarliwie  re-
ligijny.  Porady  czy  żądania  świadomego  przyjęcia  postawy  pątniczej  odwo-
ływały  się  tu  do  wiary  w  przeznaczenie  i  pokory  wobec  bożych  wyroków. 
Dostrzegł jednak Weber łatwość, z jaką da się oddzielić model pielgrzyma 
jako  wzór  życia  cnotliwego  i  pomyślnego  od  pierwotnej  religijnej  otoczki. 
Raz przyjęty, upowszechniony i przekształcony w nawyk (a tym bardziej 
-  gdy  jest  już  narzucany,  jako  jedyna  sensowna  strategia,  przez  warunki 
ż

yciowe  „dojrzałej"  nowoczesności),  model ten  nie  musi  być  wspierany 

przez  pobożną  postawę  i  religijne  wierzenia  tych,  co  się  doń  stosują.  W 
nowej, świeckiej już postaci, model pielgrzyma służyć może znakomicie - 
i istotnie służy - za wzór strategii życiowej człowieka nowoczesnego.

 

W  wersji  świeckiej  celem  pielgrzymki  nie  jest  już  zbawienie  duszy  ani 

spełnienie  wyroków  Boskich  (choć  zauważmy  od  razu,  że  troska  o  „życie 
pozagrobowe" nie znika całkowicie; dbałość i nieśmiertelność w świeckim tego 
słowa  znaczeniu  -  przez  „odciśnięcie  trwałego  śladu"  w  pamięci  ludzkiej  za 
pomocą dokonań bardziej długotrwałych niż życie jednostkowe, lub za pomocą 
wysiłków  na  rzecz  narodu,  klasy,  partii  czy  innej  grupy  lub  „sprawy",  które 
przeżyją  każdego  ze  swych  członków  lub  orędowników  -  pozostaje  w  epoce 
nawoczesnej  ważkim  motywem  w  obiorze  strategii  ży-„  -  ciowej).  Jest  nim 
natomiast  „spełnienie  powołania"  -  urzeczywistnienie  potencjału,  uczynienie 
zadość możliwościom zawartym w uposażeniu przyrodzonym; innymi słowy, 
właśnie konsekwentna i do końca doprowa-

 

-   dzona konstrukcja tożsamości. I cel tea,_jak to u pielgrzyma, określa dobór 

ś

rodków; życie polega na troskliwym planowaniu trasy, trzeźwej rozwadze

 

—  nad  wymogami  podróży,  racjonalnej  kalkulacji  kosztów  i  wydajności  metod 

transportu.

 

Jak  i  pierwotna,  religijna  wersja,  tak  i  wersja  świecka  zakłada  piel-

grzymkę przez teren wprzódy już kartograficznie uporządkowany, o dro-

 

*      gach wyposażonych w słupy milowe i drogowskazy. Można traktować 

ż

ycie  jako  pielgrzymkę  tylko  w  świecie  uporządkowanym:  w  społeczeń-

stwie o względnie sztywnej, od jednostki niezależnej s t r u k t u r z e ,   tzn. 
w  zbiorowości  o  sprofilowanym  i  nieelastycznym  rozkładzie  pra-
wdopodobieństwa - takiej zbiorowości przestrzenno-czasowej, w jakiej

 

zajście pewnych zdarzeń jest bardziej możliwe niż zajście innych. Sposób, w 
jaki  prawdopodobieństwa  zostały  ukartowane,  musi  też  być  w  zasadzie 
poznawalny;  ta  lub  inna  jednostka  może  pomylić  się  w  ocenie  szans  i 
wychodzić  z  fałszywych  założeń,  ale  wiedza  poprawna,  służąca  rzetelną 
podstawą dla działania, jest możliwa do uzyskania. Tylko w takim trwałym 
i  potencjalnie  przejrzystym  układzie  można  planować  życie  z  taką  dozą 
zaufania i determinacji, z jaką pątnik kreśli trasę swej pielgrzymki. Można 
planować własne życie w takim tylko świecie, w jakim podstawowe  zręby 
układu 

poddane 

są 

własnym 

(niezmiennym, 

niezależnym 

„obiektywnym")  prawom  i  nie  ulegają  zmianie  od  tego,  jaki  to  plan  jed-
nostka sporządza i realizuje dla własnego postępowania.

 

Takim  właśnie  jawił  się  ludziom  świat  nowoczesny  (powtórzmy  raz  je-

szcze: mowa tu nie o wszystkich ludziach - wyłączamy z rozważań „szczyty", 
którym  szlak  życiowy  zdawał  się  być  zapewniony,  a  więc  wysiłek 
planowania  zbędny,  i  „doły",  dla  których  szansa  wpływu  na  odmianę 
własnego losu była równie znikoma co dla planktonu i wszelkie planowanie 
ż

ycia  zdawało  się  bezskuteczne.  Przenośnia  „pielgrzyma"  chwyta  jedynie 

sytuację  „warstw  średnich").  Życie  własne  ukazywało  się  jako  teren 
wolności  i  wyboru  --  ale  takiej  wolności,  jaka  zasadzała  się  na  dobrej 
znajomości  tego,  co  konieczne  i  nieuniknione;  i  takiego  wyboru,  jaki 
wspierał się  na stałych relacjach  czynów  i  następstw, środków  i  celów.  Do 
takich  właśnie  ludzi  kierował  Hegel  swą  słynną  definicją  wolności  jako 
„poznanej konieczności", a Durkheim swą obserwację, że obezwładniającego 
nacisku nieubłaganych norm społecznych nigdy nie odczujemy boleśnie, o ile 
ich nie złamiemy.

 

Pielgrzymką  było  życie  jako  całość,  i  ta  okoliczność  wyznaczała  skalę 

planowania.  Plan  był  na  ż y c i e   -  Sartre'owski  „projekt",  który  milcząco 
zakładał  możliwość  wysiłku  ciągłego,  spójnego  i  konsekwentnego, 
podporządkowanego  na  przestrzeni  życia  jednemu,  raz  obranemu  i 
niezmiennemu  odtąd  celowi.  Nastawienie  na  spójność  i  konsekwencję  za-
kładało  z  kolei,  że  czyny  pozostawiają  trwały  ślad  -  „osiągnięcia"  -  i  że 
ś

lady  te  kumulują  się  podobnie  jak  oszczędności  gromadzone  pod  mate-

racem czy na koncie bankowym. Tożsamość zaprojektowaną można budować 
piętro  po  piętrze,  tusząc  że  dokonania  wczorajsze  posłużą  solidnym 
fundamentem  dla  dokonań  jutrzejszych.  Przy  tych  założeniach  osiągnięcia 
dzisiejsze liczą się na tyle tylko, na ile moszczą one drogę do urzeczywi-

 

 

 

12

 

13

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

sinienia projektu całościowego - nie są celem samym w sobie, zyskiem do 
natychmiastowej  konsumpcji,  lecz  inwestycją  na  przyszłość;  a  wartość 
wkładu  kapitałowego  mierzy  się  dochodami,  jakie  obiecuje  przynieść.  Re-
alizację projektu postrzega się jako obcinanie  kuponów  z  życia spędzonego 
na  inwestowaniu.  Chwila,  gdy  można  przejść  od  wyrzeczeń  do 
spożywania  ich  owoców,  gdy  kończy  się  etap  inwestycji  i  można  zacząć 
zjadać  zainwestowany  kapitał,  jest  zawsze  tak  samo  odległa,  jako  że  od-
suwa  się  nieustannie;  z  wyjątkiem  tych  niewielu,  którym  „poszczęściło 
się",  i  tych  nieco  liczniejszych,  którzy  na  długo  przed  końcem  uznali  go-
nitwę  za  wiecznie  umykającym  celem  za  nie  wartą  zachodu,  cel  piel-
grzymki  był  zawsze  w  przyszłości.  Wszystko  to,  rzecz  jasna,  pod  trzema 
warunkami: że ową (nieznaną jeszcze) „przyszłość" można sobie wyobrażać 
na  kształt  (znanego)  czasu  teraźniejszego;  że  przyjąć  wolno,  iż  cel 
pożądany  dzisiaj  będzie  równie  godny  pożądania  jutro;  i  że  uprawnienia, 
jakie zgromadzone już osiągnięcia oferują dziś, będą też honorowane jutro - 
ż

e „wkłady kapitałowe nie ulegną dewaluacji".

 

Otóż żaden z tych warunków nie jest spełniony w układzie społecznym 

określonym  jako  „ponowoczesny"  (można  też  to  twierdzenie  odwrócić,  i 
powiedzieć, że nazywamy „ponowoczesnym" taki układ społeczny, w jakim 
wspomniane  warunki  nie  są  spełnione).  A  jeśli  warunki  te  nie  są 
spełnione,  wzór  pielgrzyma  traci  atrakcyjność  jako  prototyp  sensownej 
strategii życiowej.

 

Epizodyczność i niekonsekwencja

 

Nieobecność struktur społecznych, jakie wyznaczałyby raz na zawsze (to 

znaczy, praktycznie biorąc, na okres realizacji „projektu życiowego") ramy 
tego, co możliwe, ale zarazem byłyby wsparciem dla wysiłków skierowanych 
na  realizację  którejkolwiek  z  obranych  możliwości,  jest  bodaj 
najdobitniejszą cechą wyróżniającą byt ponowoczesny. Mówiąc ściślej, ramy, z 
jakimi  każde  poczynanie  życiowe  m u s i   się  liczyć  i  na  jakie  m o ż e  
liczyć, nie zniknęły - nie są jednak trwałe, jak niegdyś były. Upływ czasu 
przestał  jak  gdyby  być  procesem  ciągłym.  Zamiast  linii  ciągłej  -  zbiór 
epizodów,  które  wprawdzie  następują  po  s o b i e ,   ale  z  równym 
powodzeniem mogą być pomyślane jako zachodzące o b o k

 

s i e b i e ;   ich  kolejność  chronologiczna  nie  ma  w  sobie  nic  z  koniecz-
ności;  nie  określa  też  ona  ich  treści  ani  nie  determinuje  ich  przebiegu. 
Innymi  słowy,  niewiele  z  jednego  epizodu  dla  innego  epizodu  wynika. 
Każdy  epizod  jest  poniekąd  samoistny;  jest  całością  zamkniętą,  rozpoczy-
nającą się jak gdyby w sytuacji „wolności całkowitej", i nie pozostawiającą 
po  sobie  nieodwracalnych  następstw  -  to  znaczy  pozwalającą  także  i 
następnym  epizodom  „zaczynać  od  początku".  Dobrze  oddaje  charakter 
ponowoczesnego  życia  format  serialu  telewizyjnego:  w  każdym  odcinku 
pojawiają  się  te  same  osoby  (z  dodatkiem  paru  „występów  gościnnych"  -
postaci bez przeszłości, ale i bez przyszłości, które pojawiają się znikąd po 
to  tylko,  by  odegrać  przydzieloną  im  rolę  i  zniknąć  bezpowrotnie),  ale 
każdy odcinek opowiada zdarzenie, które w ramach odcinka zaczyna się i 
kończy;  wszystko,  co  zdarzeniu  nadaje  sens  i  dla  jego  zrozumienia  jest 
potrzebne, zawarte jest w jednym odcinku - nie jest więc ważne, w jakim 
porządku  odcinki  są  oglądane,  jako  że  znajomość  jednych  nie  jest 
warunkiem rozumienia innych.

 

Kurczą  się  więc  horyzonty  czasowe  działania.  Każdy  stan  osiągnięty 

jest tymczasowy, „do czasu" - „a tam się zobaczy". Mało kto liczyć może na 
to,  że  raz  zdobyty  zawód  służyć  mu  będze  do  końca  życia  -  zawody 
pojawiają  się  i  znikają,  umiejętności  wczoraj  zdobyte  dziś  stają  się  bez-
użyteczne. Zmienia się też sens praktyczny „doświadczenia" gromadzonego w 
toku wykonywania zawodu: kompetencje nie dają się kumulować, i wraz ze 
zmianą  technicznego  wyposażenia,  zanikiem  dawnych  i  wyłanianiem  się 
nowych funkcji nawyki już zdobyte stają się obciążeniem raczej niż tytułem 
do  dalszych  postępów  zawodowych.  Prace  nie  są  dożywotnie,  i  rzadko 
kiedy długofalowe. Trudno zakładać, że pracować się będzie i awansować 
w tej samej instytucji przez cały czas trwania życia zawodowego. Gwarancje 
stałości  zatrudnienia  wywalczone  przez  ruch  związkowy  w  toku  ery 
nowożytnej  mało  gdzie  jeszcze  obowiązują.  Zatrudnienie  jest  z  reguły 
dorywcze  i  wymówienie  pracy  nastąpić  może  w  każdej  chwili:  ulotność, 
doraźność  każdego  stanowiska  i  zadania  wbudowana  jest  w  pragmatykę 
zatrudnienia i w oczekiwania z nim łączone.

 

JDwą  istotne  następstwa  wynikają  z  tej  sytuacji  dla  problemu  Jożsamo-

ś

ci.  Z  jednej  strony,  wykonywana  bieżąco  funkcja  ma  nikłą  wartość  dla 

samookreślenia - dziś ona jest, jutro jej nie będzie, ijnierzenie tożsamości 
pozycją zawodową rozsadza raczę) niż cementuje Ricoeurowską

 

 

 

15

 

14

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

memete  (ciągłość)  osobowości.  Z  drugiej  strony,  inne  _niż_dawniej  cechy 
^sprzyjają  sukcesom  życiowym:  mleKonsekwencja  w  postępowaniu,  uparte 
trzymanie  się  z  góry  obranego  "ćeTu,\wytrwa}a  specjalizacja,  gromadzenie 
kwalifikacji  o  zdecydowanym  profilu  -Nleczl  elastyczność  zainteresowań  i 
szybkość  ich  zmiany,  giętkość  przystosowawcza,  gotowość  do  uczenia  się  i 
.umiejętność  zapominania  tego,  co  już  wyszło  z  użycia.  Kontekst  ponowo-
ż

ytny forytuje więc, rzec można, b r a k   ściśle określonej tożsamości; im  mniej 

dokładnie  tożsamość  jest  zdefiniowana,  tym  lepiej  dla  jej  posiadacza. 
Najlepiej  wiedzie  się  osobnikom,  których  swobody  ruchu  nie  krępuje 
precyzyjna  specjalizacja,  którzy  nie  mają  zwyczaju  koncentrowania  uwagi 
zbyt długo na jednym przedmiocie, nie przywiązują się nadmiernie do spraw, 
jakimi  wypada  im  się  zająć  w  tej  czy  innej  chwili  i  zachowują  dystans  i 
wstrzemięźliwość  emocjonalną  wobec  tego,  czym  się  w  każdym  momencie 
zajmują. Osobowość iście ppnowoczesna wyróżnia się b r a k i e m  t o ż  sH 
m o ś c i .  Jej kolejne wcielenia zmieniają się równie szybko i gruntownie, co 
obrazy w kalejdoskopie.

 

Nie  inaczej  przedstawia  się  sytuacja  w  dziedzinie  stosunków  międzylu-

dzkich. Zaangażowania międzyludzkie nabierają tejże plastyczności co zawód 
czy praca; związków międzyosobowych nie zawiera się na ogół z myślą, 
ż

e  trwać  będą  „aż  śmierć  nas  rozdzieli".  Coraz  częściej  się  zdarza,  że 

zamierza się ich tymczasowść z góry, i oblicza się je na tak długo tylko, 
jak trwać będzie zadowolenie z nich czerpane. Związki nie zaopatrzone w 
klauzulę  wymówienia,  związki  jakich  nie  można  zerwać,  nawet  gdy 
motywy  ich  zawiązania  utraciły  moc,  wydają  się  równie  sprzeczne  z 
rozsądkiem,  j ak  podpisanie  czeku  bez  wpisania  sumy,  na  jaką  opiewa, 
odczuwane są jak gwałt zadany niezbywalnej autonomii podmiotu.

 

Anthony Giddens ukuł termin_j£iiłojć_\ffi^łbieżna" (confluent love)

 

dla  określenia  postaci,  jaką  coraz  częściej  i  coraz  powszechniej  przybierają 
dziś  intymne  stosunki  międzyludzkie.  Romansu,  powiada  Giddens,  nie 
utożsamia  się  dziś  ze  stałością  uczuć;  miłość  współbieżna  kłóci się  z  wizją 
„miłości  jedynej  i  niepowtarzalnej",  „miłości  na  wieki",  jaka  właściwa  była 
miłości romatycznej, będącej wzorem idealnym dla związków intymnych ery 
nowożytnej. Zawiera się dziś związki nie „po to aby", nie z myślą o tym, 
aby  służyły  one  czemu  innemu  niż  one  same  -  ale  gwoli  korzyści, jakie 
ma  się  nadzieję  wydobyć  ze  związku  samego:  gwoli  satysfakcji,  jaką 
dostarczyć ma partner w toku intymnego obcowania. Miłość współbieżna

 

jest  wedle  Giddensa  emocjonalnym  aspektem  „czystego  stosunku",  tzn. 
stosunku, który jest swoim własnym celem i którego nie obciążają funkcje 
instrumentalne  wobec  jakichkolwiek  innych  dziedzin  życia.  Byłoby  wiec 
bezsensowne  domaganie  się,  by  miłość  taka,  a  tym  bardziej  związek, 
któremu  przestała  ona  towarzyszyć,  trwały  dłużej  niż  satysfakcje,  jakich 
dostarczają  sobie  nawzajem  partnerzy.  Współbieżna  miłość  nie  ma 
ż

adnych innych racji poza zadowoleniem, jakiego przysparza patnerom.

 

„Oczyszczenie"  stosunku  miłosnego  wynikło  w  znaczym  stopniu  z  od-

dzielenia  seksu  od  reprodukcji  (dzięki  współczesnej,  niemal  niezawodnej 
technologii  antykoncepcyjnej,  stosunki  seksualne  są  wolne  od  obaw,  że 
mogą one pociągnąć za sobą zobowiązania długofalowe). Giddens powiada o 
^seksie,,_plastycznym" - plastycznym z tego właśnie powodu, że nie wiąże 
się już z prokreacją, zakładaniem rodziny ani zaciąganiem obowiązków wobec 
osób  trzecich.  Stosunki  uzasadniane  przez  spodziewaną  satysfakcję  cielesną 
czy  psychiczną  różnią  się  radykalnie  od  takich,  jakich  wymiary czasowe 
wyznaczała  perspektywa  opieki  nad  potomstwem  i  stadłem  małżeńskim. 
Nadzieja  spełnienia  powoduje  ich  zawiązanie,  i  nic  nie  sprzeciwia się ich 
rozwiązaniu z chwilą nasycenia lub zawodu. Rozstawać się można bez żalu i 
wzajemnych  rekryminacji.  (Wszystko  to,  rzecz  jasna,  dotyczy  „wzoru 
kulturowego", który rzadko kiedy przystaje szczelnie do doświadczeń tych, 
którzy  usiłują  żyć  wedle  jego  wskazań;  odległe  od  rzeczywistości  jest 
szczególnie założenie „wzajemności", na jakim wspiera się powyższy opis. O 
ile powstanie związku wymaga na ogół obopólnej zgody, dla wypowiedzenia 
wystarczy  z reguły  decyzja jednej ze stron;  wolność nie  jest  równo  między 
partnerów  podzielona.  Piszę  o  tym  obszernie  w  rozdziale  czwartym  Etyki 
Ponowożytnej).

 

Rozpad  „projektu  życiowego"  na  kalejdoskop  samoistnych  epizodów, 

niepowiązanych  ani  przyczynowo  ani  logicznie,  rezonuje  z  równie  kalej-
doskopową  ponowoczesną  kulturą  „nieustającego  karnawału",  która  za-
stępuj e  kanon  kulturowy  korowodem  krótkotrwałych  mód.  Arena 
publiczna  jest  terenem  zaciekłej  konkurencji  między  orędownikami  spraw, 
wierzeń  i  towarów,  a  stawką  w  zmaganiach  jest  nieodmiennie  rozgłos:  w 
tym  świecie  „istnieć" to tyle,  co  być  zauważonym,  a  miernikiem  ważkości, 
namacalności  istnienia  jest  ilość  widzów  i  słuchaczy,  i  ślad  odciśnięty  w 
ich  świadomości.  Wśród  kakofonii  krzykliwych  ofert  uwaga  publiczna 
jest najbardziej deficytowym z dóbr, a jej przykłucie do oferowanego do-

 

 

 

16

 

17

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

bra choćby na krótką chwilę jest celem głównym, być może jedynym nawet, 
reklamy  -  najbardziej  wszędobylskiego  i  natrętnego  z  kulturowych 
przekazów.

 

W  sukces  przekazu  wbudowana  więc  być  musi  od  początku  obietnica 

przemijania,  jako  że  pojemność  uwagi  jest  ograniczona  i  trzeba  zwolnić  w 
niej  miejsce  dla  przekazów  następnych.  Kultura  ponowoczesna  jest,  rzec 
można,  nieustanną  próbą  generalną  śmierci,  codzienną  lekcją  poglądową 
gietrwałości  wszechrzeczy.  i.  powszechnego  przemijania  -  ale  też  i  śmierć 
samą  konstruuje  ona  jako  epizod  bez  trwałych  konsekwencji,  jako  „tym-
czasowe  wybycie",  jako  stan  „do  odwołania";  przedmioty  fascynacji,  boży-
szcza  tłumów,  sława  i  rozgłos  nie  umierają,  lecz  (jak  powiada  Baudrillard) 
„znikają".  W  odróżnieniu  od  śmierci,  zniknięcie  nigdy  nie  jest  ostateczne, 
„na wieki wieków". Rzeczy  odłożone zostają do lamusa, z  którego w  każdej 
chwili, gdy będzie po temu chęć lub potrzeba, można je będzie wydobyć, 
odkurzyć,  przewietrzyć,  i  umieścić  tam,  skąd  niegdyś  je  usunięto,  czyli  na 
widoku  publicznym,  w  ognisku  publicznej  uwagi.  Jest  więc  raczej  kultura 
ponowoczesna nieustającą demonstracją nie tyle nieodwołalności śmierci, co 
n i e o s t a t e c z n o ś c i   p r z e m i j a n i a .   A skoro przemijanie 
nigdy  nie  jest  na  zawsze  i  z  reguły  do  odwołania  -  rzeczy  i  czyny tracą 
ważkość, jaką im niegdyś przypisywano. Wszystko staje się nieco na niby; byt 
jest czymś pomiędzy paradą przebierańców a zabawą w chowanego.  Nic,  co 
się  zaczyna,  nie  będzie  trwało  wiecznie,  ale  i  nic  nie  kończy  się  tak 
naprawdę bezapelacyjnie. Nie trzeba więc tego, co się czyni, traktować zbyt 
na  serio:  wyrządzone  szkody  zawsze  da  się  naprawić,  to  o  czym  się 
zapomniało  można  przywrócić  do  życia  przywołując  je  z  niepamięci. 
Zawsze zresztą można zacząć od początku, albo próbować gdzie indziej, albo 
przyłożyć siły do czego innego.

 

A nade wszystko - powódź, nadmiar, przerost informacji, komunikatów, 

dźwięków i orazów o ładunku semantycznym, którego odcyfrować, a już tym 
bardziej  wchłonąć  i  przyswoić,  nie  ma  czasu:  hypertelia  Baudril-larda, 
excroissance - niepowstrzymany rozrost rzeczy, puchnięcie bytu przez nic 
już  nie  regulowane,  nie  znające  „naturalnych"  limitów,  samona-pędowe  i 
samoprzyspieszające  się  na  podobieństwo  komórek  rakowych,  których 
rozrost i pomnażanie się niczemu już nie służy poza własnym trwaniem. 
„Nikt już nie panuje nad słowem" - pisał Tadeusz Konwicki w Kalendarzu 
i  Klepsydrze.  
„Słowa  leją  się  z  ust  rozwrzeszczanych  tłumów,  z  głośników 
radiowych  i  telewizyjnych,  z  milionów  książek  i  gazet,  z  magnetofonów  i 
adapterów, z wieców i kościołów, z nielegalnych druków i z

 

kosmosu.  Ogromne  rzeki  zatrutych  słów  płyną  znikąd  donikąd.  Wielkie 
chmury  martwych  słów  unoszą  się  do  stratosfery.  Niebotyczne  góry  ka-
mienieją  z  żużlu  spalonych  słów.  Słowo  jest  śmieciem.  Słowo  jest  najtań-
szym  opakowaniem  plastykowym.  Słowo  jest  kłopotliwym  odpadkiem 
współczesnej cywilizacji". Podobny los czeka inne dźwięki - muzyczne, gdy 
„oceany  dźwięków  wylewają  się  codziennie  na  nasze  głowy",  gdy  „setki 
tysięcy  zespołów  muzycznych  rzępoli  od  rana  do  rana,  huczy  radio,  rzęzi 
telewizja,  jęczą  głośniki";  „Muzyka  również  zapłaci  swoją cenę.  Za co?  Za 
całokształt". A i los obrazów nie różni się od losu dźwięków: „Ta ogromna, 
kosmiczna  tragedia  spotkała  już  dawno  malarstwo,  które  skonało  pod 
niebotycznymi  górami  neonów,  wystaw  sklepowych,  telewizorów,  plakatów, 
elewacji domów, kwietników, sztucznych słońc i nieprawdziwych księżyców".

 

Jak w tym wszystkim odróżnić postrzeżenia ważne od błahych, trwałe od 

ulotnych  -  jak  wysupłać  prawdę  spod  warstw  strojów  jarmarcznych,  po-
stanowić  co  strój,  a  co  przebranie,  co  jest  czego  udawaniem?  A  jeszcze, 
zanim  do  tych  pytań  dojdzie  -  jak  poszatkować  szum  na  dźwięki,  jak  wy-
łuskać  obraz  z  powodzi  kolorów,  wykroić  zdania  z  potoków  słów?  Wraz  z 
natężeniem  hałasu  rośnie  próg  wrażliwości,  i  każdy  następny  przekaz  musi 
być  głośniejszy  od  poprzedniego,  każdy  obraz  jaskrawszy,  każdy  szok  do-
tkliwszy. I tak wciąż po wznoszącej się spirali - aż szum ogłuszy, wizja oślepi, 
wstrząs  sparaliżuje.  Festyn  znaczeń  kończy  się  bezsensem  -  gdy  wszystko 
chce znaczyć, nie znaczy nic („odrobina więcej seksu może Cię wyzwolić" - 
powiada  Baudrillard  -  „ale  gdy  seks  jest  wszędzie  nie  ma  go  w  ogóle. 
Uniwersalny dyskurs seksualny unicestwia efekt"). Wewnątrz nasycenia czai 
się próżnia - zmysłowa, znaczeniowa, emocjonalna.

 

W  tak  skonstruowanym  świecie  nie  ma  już  miejsca  dla  pielgrzyma,  bo 

nie ma już celu ostatecznego życiowej wędrówki - „celu nad cele", celu który 
wszystkie  inne  cele  przekształca  w  środki,  a  wszystkie  przystanki  życiowe 
redukuje  do  roli  punktów  etapowych.  Życie  jest  w  tym  świecie,  jak  i 
dawniej,  wędrówką  -  ale  teraz  jest  to  wędrówka  bez  wyznaczonego  z  góry 
kierunku. Czas jest rzeką bez koryta, potokiem który żłobi swą trasę płynąc, 
niepewny zlewiska do jakiego zmierza. Czas nie jest, jak niegdyś, wektorem 
- jest pędem bez strzałki kierunkowej.

 

Szlaku nie można planować zawczasu, jeśli z dnia na dzień sieć dróg się 

zmienia, a na ruchomych skrzyżowaniach ustawia się coraz to nowe, i coraz 
mniej czytelne, drogowskazy. Można co najwyżej szlak już prze-

 

 

 

18

 

19

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

byty odtwarzać oglądając się za siebie - lecz i wtedy nie zobaczy się linii 
prostej  bądź  krętej,  ale  zmierzającej  wyraźnie  w  jednym  raczej  niż  innym 
kierunku.  Czas  przyszły  musi  być  niespójny  przy  braku  planu  generalnego 
wędrówki,  ale  i  w  czasie  przeszłym  nie  sposób  dopatrzeć  się  spójności. 
Jawi  się  on  raczej  oczom  jako  zbiór  epizodów,  paciorków,  jakie  nizać 
można na sznurek biograficznej chronologii w dowolnym porządku;  każda 
kolejność wyda się równie logiczna lub równie pozbawiona logiki.

 

Za  Guattarim,  Deleuze,  Meluccim  przyjęło  się  używać  dla  określenia 

wędrowcy ponowoczesnego przenośni koczownika. O tyle, o ile staje ona w 
opozycji  do  metafory  pielgrzyma,  przenośnia  ta  uwypukla  najistotniejszą 
bodaj  ze  zmian,  jakie  ponowoczesność  wniosła  do  sytuacji  życiowej  czło-
wieka:  zanik  „celu  ostatecznego"  życiowej  wędrówki,  wzoru osobowego, jaki 
przyświecać  mógłby  wysiłkom  od  początku  do  końca  drogi  życiowej  i  o 
jakim można by powiedzieć, że się go obrało „na zawsze". Sama przez się 
wszakże,  jako  typ  idealny  ponowoczesnego  życia,  metafora  koczownika  jest 
ułomna i myląca. Koczownicy nie obierają trasy na chybił trafił; nie układają 
jej  z  dnia  na  dzień,  od  odcinka  do  odcinka,  pod  wpływem  całkiem 
ostatnio zaistniałych okoliczności i bez wyobrażenia o tym, na jak długo się 
w  kolejnym  miejscu  postoju  zatrzymają.  Przeciwnie:  łączy  koczowników  z 
pielgrzymami  (a  zatem  różni  od  ludzi  ponowoczesnych)  sztywność  i  nie-
odmienność  trasy,  na  którą  raz  wkroczyli.  Wędrówka  ma  tu  swój  nieustę-
pliwy rytm i raz na zawsze ustalony rozkład czasowy, każdy jej etap posiada 
trwałe  i  nieelastyczne  znaczenie,  następstwo  etapów  jest  zdeterminowane  i 
wobec wszelkiej manipulacji oporne. Od antropologów wiemy, że zakłócenie 
rytmu cyklicznej wędrówki (gdy się na przykład uniemożliwi koczowni kom 
popas na terenach objętych ich tr asą tradycyjną) ma skutki katastrofalne 
dla  kultury  jako  całości;  okazuje  się  wtedy,  jak  dalece  szlak  przywiązany 
jest do terenu i j ak mało nadaje się on do przeniesienia w inne okolice czy 
choćby  zmodyfikowania  tętna  czasowego.  Ale  sztywność,  trwałość  i  sens  z 
góry ustalony i wiążący to właśnie te cechy, których nieobecność uderza przy 
każdej próbie uchwycenia specyfiki warunków ponowoczesnych. Warunki te 
nie  nadają  się  więc  do  opisu  w  kategoriach  typowych  dla  koczowniczego 
sposobu bycia.

 

Trzeba  szukać  inych  metafor  -  inne  typy  zachowań  wypada  uznać  za 

wzory  kulturowe  ponowoczesnego  życia.  Żaden  z  tych  typów  nie  odda 
chyba  wszystkich  cech  ponowoczesnego  bytu;  jest  na  to  ponowoczesność 
zbyt  skomplikowana  i  za  mało  spójna.  Wymyka  się  ona  wszelkim  próbom 
redukcji tym właśnie różni się ona przecież od „klasycznej" nowoczes-

 

ności, że nie można się w niej doszukać „stosu pacierzowego", „głębinowej" 
struktury,  „głównego  ogniwa"  czy  wzoru  dominującego,  a  więc  takich 
właśnie  składników,  których  widoczność  pozwalała  posłużyć  się  jedną  tylko 
metaforą  dla  oddania  całokształtu  życia  nowoczesnego.  Zamiast  jednego, 
trzeba nastawić się w przypadku ponowoczesności na kilka wzorów - nie w 
tym jednak celu, by oddać r o z m a i t o ś ć   sposobów życia obieranych 
odpowiednio do preferencji osobistych czy grupowych, ale po to, aby ukazać 
n i e s p ó j n o ś ć   wewnętrzną  sposobu,  jaki  jest  w  warunkach 
ponowoczesnych udziałem w s z y s t k i c h  ludzi i k a ż d e g o  człowieka 
z  osobna.  Wielość  typów  sygnalizuje  analityczną  „nieczystość"  bytu,  jego 
niespójność,  rozchwianie,  chroniczną  wieloznaczność,  niekonsekwencję, 
charakterystyczną  dlań  skłonność  do  zbierania  w  jeden  nurt  wzorów, 
którym nie łatwo żyć ze sobą w zgodzie.

 

Spacerowicz 

O  spacerowiczu  (fldneur)  pisał  wiele  i  soczyście  Walter  Benjamin,  i 

głównie pod jego wpływem obraz ten osiadł na dobre w opisach i analizach 
nowoczesnej  kultury  miejskiej;  dla  wielu  badaczy  stał  się  spacerowicz  sym-
bolem  koronnym  nowoczesnej  egzystencji.  Benjamin  zaczerpnął  obraz  spa-
cerowicza  z  rozważań  autora  Kwiatów  Zła,  Charlesa  Baudelaire'a,  nad 
malarstwem obyczajowym Constantina Guy, przedstawiającym uchwycone na 
ż

ywo  scenki  uliczne.  Baudelaire  nadał  Guyowi  miano  „malarza  nowo-

czesnego życia" - mając na myśli nie tyle tematykę jego płócien, ile sposób 
postrzegania tego, co przedstawiały. Zdaniem Baudelaitó, wyrażały te obrazy 
iście nowoczesny s p o s ó b  w i d z e n i a  świata - perspektywę spojrzenia, 
typ 

doświadczeń 

przeżyć 

spacerowicza, 

przechodnia 

wśród 

przechodniów, wmieszanego w tłum miejski.

 

Oto na jednym obrazie mężczyzna kłania się nadchodzącej kobiecie, na 

innym obrazie inny mężczyzna patrzy w ślad oddalającej się kobiety. Ten, 
kto zamroził ich ruchy i unieruchomione utrwalił na płótnie, nie wie skąd 
nadeszli i dokąd odejdą. Nie wie, czy był świadkiem początku czy końca 
przygody,  czy  spotkanie,  jakie  wpadło  mu  w  oko  będzie,  czy  nie będzie 
miało  dalszego  ciągu;  może  było  to  pozorowane  jako  przypadkowe,  ale 
skrzętnie zaplanowane spotkanie tajnych kochanków; może pa-

 

 

 

21

 

20

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

ra  umówiła  się  na  pierwszą  schadzkę,  a  może  natknęli  się  na  siebie  nie-
spodzianie dawni kochankowie i ożyło w nich na chwilę wspomnienie

 

»  dawno wygasłych emocji. Ludzie utrwaleni na płótnie nie mają historii, .ani 

przyszłości.  Są  p o w i e r z c h n i a m i   bez  głębi;  to,  co  „na  •wierzchu", 
widoczne,  co  przeznaczone  dla  oglądu,  nie  odsłania,  lecz  ukrywa  przed 
wzrokiem  przechodnia  to,  co  istotne  i  ważne.  Ktokolwiek  ich  obserwuje, 
skazany  jest  na  niewiedzę,  którą  wypełniać  może  tylko  domysłami. 
Niewiedza  jest  jego  przekleństwem,  ale  też  i  szansą:  skoro  sens  tego,  co 
widzi,  jest  niedopowiedziany  i  niesprawdzalny,  przechodzień  może  puścić 
wodze  fantazji.  Ma  on  niemal  nieograniczoną  wolność  interpretacji.  Może 
historię tych, których dostrzegł tylko po to, by za chwilę znów stracić z oczu, 
pisać dowoli, układać na wszystkie sposoby. Horyzont własnej wyobraźni jest 
jedyną  granicą  jego  swobody.  Ruchliwa  ulica  miejska  pełna  jest 
nieopowiedzianych historii, nienapisanych scenariuszy. To, co się dzieje, jest 
posłusznym  tworzywem  w  dłoniach  przemyślnego  rzeźbiarza  ludzkich  losów. 
Wszystko w i d z ą c y ,  ale sam n i e w i d z i a n y ,  ukryty w tłumie, 
ale do tłumu nie należący, spacerowicz ma prawo czuć się panem stworzenia. 
Jest  reżyserem  sztuk,  w  których  przechodnie,  nie  wiedząc  o  tym  i  nie 
protestując,  są  aktorami.  Jego  decyzje  w  niczym  nie  zmieniają  losów  tych, 
którym wyznaczył rolę w swych sztukach, a więc żadne skrupuły czy obawy 
nie muszą krępować polotu jego fantazji. Ale też wie ów „reżyser z urojenia" 
od początku, że sztuka jest sztuką, że wszystko co się w niej odbywa, dzieje 
się  na  niby;  a  i  na  tym  polega  urok  owej  gry  bez  konsekwencji,  władzy  bez 
obowiązków.

 

Jest  więc  spacer  miejski  przeżyciem  wolności,  wolności  pełnej,  od  woli 

czy  kaprysów  innych  ludzi  niezależnej  -  ale  też  wolności  wyobrażalnej, 
umownej,  bezzębnej,  nie  pozostawiającej  śladów  na  kształcie  świata.  Wol-
ności,  jaka  rodzi  się  z  niewiedzy  i  wspiera  na  bezsile.  Wolności,  której 
warunkiem  jest  naskórkowość  kontaktu,  obopólna  zgoda  na  to,  by  nie 
zrywać  opakowań  i  nie  zapuszczać  wzroku  poza  to,  co  wystawiono  na 
pokaz. W świecie spacerowicza człowiek człowiekowi jest ekranem - ale

 

T

)

     

też  i  niczym  więcej.  Można  powiedzieć,  że  każda  kolejna  przechadzka 

miejska  spacerowicza  jest kolejnym  potwierdzeniem  pełni  i  pustki  wolności 
(i ich wzajemnego uwarunkowania); jest próbą kostiumową nieważko-

 

ś

ci  bytu  i  powierzchowności,  epizodyczności  codziennych  form  współbyto-

wania.

 

Benjamin obrał paryskie Arkady - ciągi eleganckich sklepów wabiących 

ponętnymi  witrynami  zamożnych  mieszkańców  stolicy,  pokryte  dachami, 
aby  uniezależnić  wizyty  od  kaprysów  pogody  -  za  prototyp  wybiegu,  jakie 
miasto  nowoczesne  oferuje  spacerowiczom.  Tu  właśnie,  w  troskliwie 
stworzonych  po  temu  warunkach,  lęgły  się  wzory  zachowania,  które  miały 
się  stać  typowe  dla  życia  w  nowoczesnym  mieście;  tu  właśnie  uczył  się 
spacerowicz traktować świat jako teatr, ulicę jako scenę, przechodniów jako 
aktorów mimo woli, siebie jako reżysera sztuk bez prologów i rozwiązań, a 
ż

ycie  jako  grę,  w  której  nikt  nie  jest  tym,  kim  się  być  zdaje,  w  której 

każdego  można  postrzegać  na  różne  sposoby  i  w  której  różnice  między 
prawdą, udawaniem i domysłem zacierają się - ale też są nieistotne i nikogo 
szczególnie  nie  frapują  ani  trapią.  I  tu  właśnie  zasmakował  spacerowicz  w 
takim traktowaniu świata i własnej w tym świecie roli.

 

Wzór  kulturowy  spacerowicza  ukształtował  się  w  społeczeństwie  nowo

;

czesnym  -  był  wytworem  tej  opisanej  precyzyjnie  przez  Georga  Simmcla 
anonimowości, jaką stworzyło gęsto zaludnione miasto, w którym współżyją na 
co  dzień  ludzie  sobie  obcy,  nie  znający  się  nawzajem  i  nie  mający  ani 
nadziei,  ani  chęci  na  przezwyciężenie  wzajemnej  obcości.  Ale  też  pod  da-
chami  paryskich  Arkad,  na  Kurfiirstendam  czy  przedwojennej  Marszałko-
wskiej  były  przechadzki  zajęciem  dla  wybranych  -  ludzi  o  dużej  ilości 
wolnego  czasu  i  dochodach,  jakie  życie  w  zwolnionym  tempie,  „życie  od 
niechcenia", życie jako kolekcjonowanie wrażeń, czyniły  możliwym. Nie był, i 
nie  mógł  być  wówczas  spacerowicz  wzorem  powszechnym  (choć  waga  jego 
była  niewspółmierna  do  częstotliwości:  był  on  wzorem  kulturowym  elity,  a 
więc doświadczenie ukształtowane w toku jego praktykowania było tyglem, w 
jakim  warzyło  się  to,  co  określamy  mianem  kultury  nowoczesnej  w 
znaczeniu kultury duchowej i artystycznej). Warunki ponowoczesnc natomiast 
wyróżniają się u p o w s z e c h n i e n i e m   wzoru spacerowicza.  Z  tym, 
ż

e  jak  to  z  reguły  bywa  w  podobnych  przypadkach,  wzór  poddany 

upowszechnieniu  przeobraża  się  w  toku  umasowienia  i  zmienia  nie  do 
poznania.

 

Zajęcie  uprawiane  przez  wybranych  zostało  udostępnione  niemal 

wszystkim - każdemu, kto ma nieco gotówki i czasu na zbyciu. Stało się to 
za sprawą producentów i sprzedawców towarów, którzy dopatrzyli się

 

 

 

 

23

 

22

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

w  zamiłowaniach  spacerowicza  własnej  szansy:  jeśli  tylko  deptaki  miejskie 
okoli  się  sklepami  wystawiającymi  towary  dostępne  dla  „zwykłych  ludzi" 
(shopping  mali  -  nazwa  nadana  konstrukcjom  realizującym  ów  pomysł  -
tłumaczy  się  dosłownie  jako  „deptak  dla  zakupów",  lub  „promenada  na-
bywców"),  „zwykły  człowiek"  będzie  mógł  zakosztować  przyjemności  spa-
cerowicza i  nie  omieszka  tego  uczynić.  Możliwos'ci  dla  handlu  odkryją  się 
ogromne.  To  nie  potrzeby  będą  sprowadzać  klienta  do  sklepu,  lecz  zna-
cznie  bardziej  od  potrzeb  chłonne  i  rozciągliwe  pragnienia  estetyczne. 
Klienci  powalą  masowo,  i  nie  po  to  tylko,  by  „załatwić  sprawę  i  pożeg-
nać", ale by nakarmić do  woli oczy  widowiskiem, czyniąc to, sami staną 
się widowiskiem dla siebie nawzajem, niepłatnymi aktorami niekończącego 
się przedstawienia, atrakcją, jaka sama siebie przyciąga...

 

Na pozór, tylko o swoistej demokratyzacji wzoru tu mowa. Ale pozór to 

tylko.  Jeśli  spacerowicze  „pięknych  dzielnic"  dawnego  Paryża  czerpali 
radość  z  zawiadywania  spektaklem,  jaki  sami,  w  wyobraźni  swojej,  reżyse-
rowali  -  nowe  „piękne  dzielnice"  deptaków  zakupowych  same  są  produ-
ktem  drobiazgowej  reżyserii.  Od  chwili  przekroczenia  progu  zaczarowanej 
krainy  zakupów  spacerowicz  nowego  typu  poddaje  się  woli,  której  istnienia 
nie podejrzewa, a która realizuje się poprzez pragnienia w nim rozbudzone. 
Presja  zewnętrzna  objawia  się  jako  popęd  wewnętrzny;  zależność  jako 
wolność.  Nic  dookoła  nie  dzieje  się  przypadkowo,  choć  wszystko  udaje 
spontaniczność;  nic  nie  jest  puszczone  samopas,  choć  wszystko  schlebia  od-
krywczej żyłce spacerowicza; to spacerowicz jest troskliwie prowadzonym za 
rękę aktorem w wielkim spektaklu nabywania towarów, choć przez cały czas 
działa on w błogim przeświadczeniu, że to towary właśnie są tu po to, by 
podążać  potulnie  za  polotem  jego  wyobraźni.  Dostęp  do  rozkoszy 
spacerowicza  dnia  wczorajszego  uzyskał  spacerowicz  nowego  typu  za  cenę 
ubezwłasnowolnienia.  W  spektaklu  dla  mas  i  przez  masy  granym  na  zaku-
powym  deptaku,  nie  jego  jest  scenografia,  nie  jego  scenariusz,  nie  jego  re-
ż

yseria.

 

Najzapobiegliwsi  nawet  i  drobiazgowi  z  zakulisowych  reżyserów  publi-

cznych  wybiegów  nie  panują  jednak  nad  tym,  kogo  zwabiony  przez  nich 
spacerowicz  w  swych  wędrówkach  napotka,  na  jaką  scenę  natrafi.  Jest 
więc  i  na  najtroskliwiej  zaprojektowanym  sklepowym  deptaku  miejsce  na 
zdarzenia  nieoczekiwane,  na  niespodziankę  i  niekłamaną  przygodę.  Ten 
mankament znika, gdy deptakiem dla spaceru staje się teren, na którym

 

- jakby się  zdawało  - spacerowicz osiąga szczyt suwerenności i swobody: 
jego własny dom mieszkalny.

 

Mowa  tu,  rzecz  jasna,  o  telewizji.  Duński  socjolog  Hennig  Bech  ukuł 

celne  pojęcie^,telemiasta"  (telecity),  sygnalizujące  przejęcie  przez  ekran 
telewizyjny, umieszczony w e w n ą t r z   prywatnego  mieszkania, funkcji,  jakie 
pełnił  teren  miejski  na  z e w n ą t r z   domu.  To  «  właśnie  ekran  stał  się 
głównym, 

najczęściej 

najchętniej 

uczęszczanym, 

wybiegiem 

ponowoczesnego  spacerowicza.  Rozszerzyło  to  niezmiernie  obszar  wędrówek: 
największy  nawet  „deptak  zakupów"  nie  dorówna  chłonnością  ekranowi 
telewizyjnemu. Usadzony wygodnie w fotelu i zbrojny jedynie w przyrząd 
do  zdalnego  regulowania,  może  telewidz  przenosić  się  w  mgnieniu  oka  z 
polinezyjskiej  wioski  do  nowoczesnego  biurowca  Wall  Street,  z  dworu 
ś

redniowiecznego  księcia  do  wnętrza  szybującej  w  kosmosie  rakiety. 

Odległość  w  czasie  i  przestrzeni  nie  jest  już  przeszkodą.  Skala  doznań 
dostępnych  za pośrednictwem ekranu zapiera dech rozmachem i szybkością 
zmiany obrazów. Życie twarzą w twarz z ekranem jest nieustającą przygodą - 
to, co było niegdyś zdarzeniem odświętnym, stało się codziennością.

 

Ale też i przygody, z chwilą gdy stały się chlebem codziennym, zmieniły 

charakter.  To  nie  widz  je  teraz  wyczarowuje  potęgą  swej  wyobraźni. 
Docierają  one  do  rozpartego  w  fotelu  spacerowicza  w  stanie  gotowym, 
zapięte na  ostatni  guzik  -  upakowano już  w  nie  z  góry  całą  fantazję  nie-
zbędną  dla  ich  wykoncypowania.  Nad  ich  przygotowaniem  trudziły  się 
sztaby  specjalistów,  w  ich  realizację  włożono  góry  pieniędzy  -  gdzieżby 
domorosłej  wyobraźni  i  chałupniczym  zasobom  widza  konkurować?  Nie 
tylko  widz  zresztą przegrywa  w  konkurencji. Wątki  i obrazy jawią się  na 
ekranie wypolerowane, wycyzelowane, dopracowane do ostatniego szczegółu 
-  doskonałe  w  stopniu,  na  jaki  nieuporządkowana,  bałaganiarska 
rzeczywistość wspiąć się nie potrafi i nie usiłuje. To, co pojawia się na 
ekranie,  jest  -  by  użyć  określenia  Jeana  Baudrillarda  -  „bardziej  rzeczy-
wiste  niż  rzeczywistość".  Narzuca  się  ono  widzowi  z  większą  niż  rzeczy-
wistość sama mocą oczywistości i perswazji.

 

Role się teraz odwracają: to, co narodziło się jako r e p r e z e n t a - c j a 

rzeczywistości  stało  się  standardem  i  miarą  dla  rzeczywistości,  jaką 
rzekomo  nadal  reprezentuje.  Mało  która  rzeczywistość  potrafi  tym  stand-
ardom sprostać - a więc tym gorzej dla niej. „Rzeczywistość" (cokolwiek

 

 

 

25

 

24

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

to  słowo  mogłoby  w  nowych  warunkach  znaczyć)  usuwa  się  na  plan  dalszy, 
chowa  w  cieniu  przedstawień  o  sobie,  traci  samoistne  kontury,  wtapia  we 
własną  reprezentację.  Nic  nie  jest  tak  naprawdę  rzeczywiste,  zanim  nie  zo-
stało  utrwalone  na  taśmie  video.  Aby  upewnić  się  co  do  realności  zdarzeń 
rodzinnych i przeżyć intymnych, oglądamy je, zapisane na taśmie, na ekranie 
telewizora. Nie jest już jasne, co jest rzeczywistością, a co jej obrazem; co jest 
„naprawdę",  a  co  „na  niby".  Ale  i  jasność  nie  zdaje  się  tak,  jak  dawniej 
potrzebna:  nie  tylko  nie  potrzebował  jej  przecież,  ale  i  nie  chciał 
niegdysiejszy  spacerowicz,  wybierał  się  on  na  swe  eskapady,  aby  przed  nią 
uciec  (wybyć  na  chwilę  ze  świata,  w  jakim  jasność  ta  była  wymogiem),  a 
teraz  „wszyscy  jesteśmy  spacerowiczami",  i  jesteśmy  nimi  na  co  dzień,  i 
wszędzie.

 

Zmaganie  się  rzeczywistości  z  kunsztem  telewizyjnej  inscenizacji  mało 

ma  szans  na  powodzenie.  To  teraz  rzeczywistość  sama  jawi  się  na  kształt  i 
podobieństwo świata, jaki  na co  dzień  wyłania  się z telewizyjnego przerobu. 
A  świat  ten,  powtórzmy,  jest  światem  spacerowicza  (czy  też  raczej 
skrojonym, przez ekspertów, na jego miarę). A więc w tym świecie układają 
się w rzędzie, a nie w szeregu, obok siebie, a nie jeden za drugim, zasklepione 
w  sobie  epizody  -  monady  doświadczenia,  bez  przeszłości  i  bez  dalszego 
ciągu,  pojawiające  się  nie  wiadomo  skąd  i  znikające  w  lamusie  (zawsze 
tymczasowej)  niepamięci,  nie  odcisnąwszy  śladu  na  tym,  co  zostało  w  polu 
widzenia.  Są  to  epizody  wzajem  wymienne,  zastępowal-ne  -  a  żaden  z  nich 
nie zdaje się „bardziej  nieodwołalny" i „mniej  do  naprawienia"  od  drugiego. 
Jak  wybrać  między  nimi?  Jak  je  porównywać?  Uszeregować?  Odróżnić 
„doniosłe"  od  „błahych"?  Jeśli  kryteria  po  temu  istnieją,  coraz  trudniej 
doszukać  się  ich  w  epizodach  samych.  Jest  więc  świat  z  epizodów  złożony 
rajem  dla  spacerowicza:  gigantyczny  pojemnik  po  brzegi  wypełniony 
błyskotkami  -  brać  i  przebierać,  chwytać  co  bardziej  błyszczy,  co  wzrok 
przykuwa,  co  przyjemnie  obejrzeć,  do  ucha  przyłożyć,  w  ręku  popieścić.  W 
raju spacerowicza  rzeczy wolne są od ciężaru  własnego.  Tylko zadowolenie, 
jakie umie się z nich wykrzesać, nadaje im wagę.

 

Włóczęga

 

W  zaraniu  epoki  nowożytnej  był  włóczęga  wrogiem  publicznym  numer 

jeden.  Nad  ustawodawstwem  Elżbietańskim  w  Anglii  dominował  strach 
przed  ludźmi  bez  stałego  miejsca  zamieszkania,  „bez  zameldowania",  bez-
domnymi,  bezpańskimi.  Kazano  ich  sprowadzać  siłą  do  miejsc,  które  opu-
ś

cili,  osadzać  w  aresztach  i  domach  pracy  przymusowej,  wypalać  im  na 

czołach piętno w przypadku recydywy.

 

I nie bez kozery. Wałęsanie się bez celu, wędrówka bez z góry okre-  ' słonej 
trasy, była zaprzeczeniem ładu, który prawodawcy nowoczesności z mozołem 
klecili  w  pustce  ziejącej  tam,  gdzie  do  niedawna  czuwał  nad  porządkiem 
rzeczy autorytet gminy i parafii. Włóczęga był nie do wytropienia, wymykał 
się  kontroli,  mógł  lekce  sobie  ważyć  normy  każdego  terenu,  na  jakim  się 
zatrzymał - łatwo mógł bowiem przenieść się gdzie indziej, jeśli mu się te 
normy nie podobały. A jeśli normy nie normują, jeśli nie segregują zajść na 
prawdopodobne  i  mało  prawdopodobne  -  nic  nie  jest  pewne,  wszystko 
zdarzyć się może, nie ma już ładu. Jest chaos. U schyłku nowoczesnej epoki 
tryb  życia  włóczęgi  z  plagi  społecznej  przemienia  się  w  atut.  Nie  grozi już 
włóczęga porządkowi społecznemu w sytuacji,  gdy  posłuszeństwo  wzorom 
niezbędnym  dla  utrzymania  ładu  osiąga  się  przy  pomocy  pokus,  a  nie 
przemocy; za pomocą zniewolenia miękkiego, maskującego się jako wolność 
wyboru.  Nie  tylko  nie  jest  włóczęgostwo  groźne;  jest  ono  wręcz  dla 
samoodtwarzania  się  ładu  społecznego  konieczne.    Gdy  dyscyplinę  i 
integrację  zapewniają  wzbudzające  pożądanie  przynęty,  solidność  ładu 
zależy  od  mocy  pokusy,  ta  zaś  z  kolei  od  różnorodności  i  kalejdoskopowej 
zmienności przynęt. Żadna przynęta nie przykuje uwagi i nie skupi na sobie 
pożądania  na  długo;  zaspokojenie  likwiduje  energiotwórczy  potencjał 
pragnienia,  i  trzeba  wciąż  nowych  pokus  rodzących  nowe  pragnienia,  by 
odnawiać  nieustannie  zasoby  energii.  Osiadłość,  zadomowienie,  jednostajny 
rytm  życia, ciągłość celów  wraz  z  ograniczonością  potrzeb,  jakie  trwałe  cele 
wyznaczają,  są  zatem,  z  punktu  widzenia  takiego  układu  społecznego, 
zgubne. A i mało przydatne są dla człowieka w takim układzie osadzonego: 
ś

rodki  dla  dawniej  obranych  celów  są  już  dziś  nie  do  nabycia,  podjęte 

niegdyś postanowienia rychło

 

 

 

27

 

26

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

stają  się  niewykonalne,  zdobyte  raz  nawyki  szybko  tracą  użyteczność,  po-
stępowe w tej chwili upodobania będą jutro wydrwione jako myszką tracące 
i świadczące o zacofaniu lub ignorancji.

 

Podobnie  więc  jak  spacerowicz,  przenosi  się  włóczęga  z  marginesu 

społecznego,  na  jakim  wegetował  w  układzie  nowoczesnym,  do  głównego 
nurtu  życia  ponowoczesnego.  Jeśli  nasi  przodkowie  byli  „pielgrzymami 
przez życie" - dziś „wszyscy jesteśmy (po trosze) włóczęgami".

 

Jak  pielgrzym  włóczęga  wędruje,  i  spędza  szmat  życia  w  drodze.  Włó-

częga „żyje na stacji", bo każdy stan, w jakim się  znajduje, traktuje jako 
przystanek, na którym długo nie zabawi, który wkrótce opuści, by się

 

^przenieść  na  inne  miejsce,  jakie  znów  nie  będzie  niczym  więcej  niż  przy-
^.stankiem.  Dla  włóczęgi,  jak  i  dla  pielgrzyma,  życie  to  główny  ruch  i  ff 

.zmiana. Ale jak inne są te ruchy, jak inaczej układają się zmiany! Włóczęga 
nie  wie,  dokąd  go  w  końcu  nieustanna  wędrówka  doprowadzi,  a  i  nie 
doskwiera  mu  zbytnio  ta  niewiedza.  Ruch  jest  dlań  ważniejszy  od  celu:  nie  z 
celują z samej siebie czerpie wędrówka swój sens. Troska o cel długofalowy 
byłaby zresztą stratą czasu, bo wiadomo przecież, że mapy świata, w którym 
się  wędruje,  zmieniają  się z  dnia  na  dzień  i  zmienią  się jeszcze wielokrotnie, 
zanim „kres" wędrówki będzie osiągnięty. Można co najwyżej zaplanować trasę 
na dziś czy na jutro. Każdy kolejny ruch prowadzi „stąd do tamtąd". Zarówno 
początek, jak i koniec przemarszu są w polu widzenia, a reszta majaczy tylko 
we mgle wspomnień i w ospałej, niechętnej zbędnym wysiłkom wyobraźni. Nie 
ma  podstaw,  by  sądzić,  że  kierunek  jutrzejszej  trasy  będzie  przedłużeniem 
kierunku  trasy  dzisiejszej.  Linia  prosta  wyznacza  geometrię  pątniczego  życia; 
szlaki  włóczęgi  -  kręte,  zawiłe,  splątane  -  obce  są  geometrycznej  elegancji. 
Trudno  więc  włóczędze  powiedzieć,  gdzie  przód,  a  gdzie  tył;  maksymy 
drogie sercu pielgrzyma: „zawsze do przodu", „nigdy się nie cofać" - brzmią 
dla  włóczęgi  głucho.  Ważne  jest  to,  by  nie  tracić  zdolności  ruchu;  i  ważne 
jest też to, by z każdego postoju wydobyć, ile się da korzyści.

 

Trasa  włóczęgi  powstaje  w  czasie  marszu.  Składa  się  ona  (chciałoby 

się powiedzieć „w całość" - ale ta całość jest złudna, jawi się ona dopiero 
po  niewczasie,  gdy  ruch  już  ustał  i  to,  co  stać  się  miało,  stało  się;  nie 
istnieje  owa całość jako  wizja  porządkująca  wysiłek  wędrowcy  wtedy,  gdy 
trasa  jeszcze  od  wysiłku  zależy)  po  kawałku,  z  dnia  na  dzień,  w  miarę 
tego, jak wędrowiec odczytuje nie znane mu przedtem drogowskazy na

 

rozstajach,  do  których  kolejno  dociera.  Wybrawszy  kierunek,  podąża  wę-
drowiec do miejsca, w jakim zatrzyma się na kolejny popas. Na jak długo się 
zatrzyma  -  nie  potrafi  powiedzieć.  Nie  od  niego  to  będzie  przecież 
zależało,  ale  od  tego,  czy  znajdzie  na  postoju  schronienie  przed  de-
szczem i środki do życia, od życzliwości i cierpliwości gospodarzy - a i od 
tego,  czy  nie  dojdzie  go  przypadkiem  wieść  o  sąsiedniej  miejscowości,  w 
jakiej życie jest dostatniejsze i weselsze, a gospodarze gościnniejsi. A i nie 
liczy  wędrowiec  na  to,  że  uzyska  dożywotnie  prawo  pobytu.  Reguły 
przecież  mają to  do  siebie, że  się  zmieniają, i to  w sposób,  którego  prze-
powiedzieć  nie  można;  fetowany  dziś  przybysz  może  się  jutro  okazać  go-
ś

ciem  niepożądanym,  może  usłyszeć,  że  miejsce  jego  przyznano 

posiadaczowi  kwalifikacji,  jakich  on  sam  nie  posiadł  i  o  jakie  go  wczoraj 
nie  pytano,  że  zmieniono  nagle  i  bez  uprzedzenia  zasady  przydziału  po-
kojów gościnnych i posiłków...

 

Co  utrzymuje  włóczęgę  w  ruchu?  Pociąga  go  nadzieja  niespełniona, 

popycha  nadzieja  rozwiana.  Monotonia  wędrówki  jest  nieplanowanym 
efektem namiętnej, nieprzerwanej pogoni za o d m i a n ą .  Żaden z postojów 
nie  spełnia  oczekiwań,  żaden  równać  się  nie  może  żywym  jeszcze 
obietnicom innych popasów, dotąd nie wypróbowanych. Trasa włóczęgi jest 
cmentarzyskiem  nadziei,  pokrytym  nagrobkami  rozczarowań.  Włóczęga 
wie zawsze dobrze, od czego ucieka. Wie nie całkiem i mgliście tylko, ku 
czemu  zdąża.  Jak  piechur  brnący  przez  pustynię,  ma  za  jedyną  drogę 
ś

lady stóp, jakie odcisnął w piasku. Do czasu, aż ich podmuch wiatru nie 

zatrze...

 

Wszystko  to,  logice  na  przekór,  podnosi  urok  każdego  postoju.  Skoro 

nie wiemy, co będzie jutro, i skoro to, co się dzieje dziś, znikomy będzie 
miało  wpływ  na to, co  się jutro  stanie  -  dlaczego  nie mielibyśmy  się cie-
szyć  dniem  dzisiejszym?  Do  cna,  do  końca,  bez  skrupułów  i  trwożnego 
spoglądania w przyszłość? Nie ma też po co wysilać się gwoli zaskarbienia 
sobie uznania i trwałej sympatii ludzi miejscowych, jeśli mała jest szansa 
na  to,  że się długo  zabawi w  ich towarzystwie.  Aby  się  nie sparzyć, nie 
skazywać  na  nostalgie,  rozsądniej  „nie  zapisywać  się", nie  „należeć",  nie 
przywiązywać  się  zbytnio  do  miejsca,  nie  rozkochiwać  w  tubylcach. 
Przecież dziś tu, a jutro tam, i „tam" bynajmniej z tym „tutaj" nie związane.

 

 

 

28

 

29

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

Jawi  się  więc  włóczędze  świat,  który  przemierza  jako  zbiorowisko 

szans; każda szansa dobra, żadnej • nie warto przegapić, spryt wymaga, by 
się schylić  i  podnieść ją,  gdy  się trafi,  ale  i  nie  zginać  grzbietu  zbyt  gor-
liwie, aby  nie pozbawić  go  giętkości  na przyszłość.  Być  może  ten  świat 
jest  dla  kogoś  ogrodem  -  dla  włóczęgi  jednak  jest  pastwiskiem.  Je  się 
trawę póki jest, nie kłopocząc tym, czy odrośnie.

 

Turysta

 

Podróżowano  -  grupą,  w  towarzystwie  czy  w  pojedynkę,  jak  długo  ist-

nieje  ludzkość.  Zapuszczali  się  w  nieznane  tereny  żołnierze,  by  podbijać 
lub  plądrować.  Wędrowali  kupcy,  by  nabić  kiesy.  Podążali  do  miejsc 
ś

więtych  pielgrzymi,  by  zarobić  na  zbawienie  duszy.  Szukali  po  świecie 

zarobku  nędzarze,  dla  których  zabrakło  żywności  w  domu.  Przemierzali 
setki  mil  żądni  wiedzy  studenci,  by  usiąść  u  stóp  Mistrza.  Wędrowali  cze-
ladnicy - zanim, opanowawszy arkana rzemiosła, sami stawali się majstrami, 
do  których  ściągali na  naukę  uczniowie.  Ale  nikt  z  nich  nie  był  turystą. 
Turysta jest postacią nowoczesną.

 

Turysta opuszcza dom w poszukiwaniu wrażeń. Wrażenia, i opowieści 

o  wrażeniach  -  oto  jedyny  łup,  z  jakim  wraca,  i  jedyny  na  jakim  mu 
zależy. Od włóczęgi, którego pod wieloma względami przypomina, tym się 
różni,  że  podróżować  nie  musi.  Nic  go  z  domu  nie  wypędza,  poza 
nieukojonym  pragnieniem  przygody.  Co  turysta  czyni,  czyni  z  własnej  woli. 
Nie ma więc w turyście tej uległości wobec tubylczego świata, tej pokory 
wobec  kapryśnych  i  niezgłębionych  jego  reguł,  tej  rezygnacji  wobec 
pełnego  zaskoczeń  losu,  jakie  cechują,  z  konieczności  a  nie  z  wyboru, 
włóczęgę.  Wybrawszy  wędrówkę,  może  się  turysta  zdobyć  na  wyniosłość 
wobec świata, jaki zwiedza: jego to wola uczyniła ten świat światem, jaki się 
zwiedza, światem wartym zwiedzania - i świat ten musi spełnić oczekiwania 
turysty,  musi  się  wysilić,  aby  godnym  odwiedzin  pozostać.  Turysta  płaci, 
turysta  wymaga.  Stawia  warunki.  Może  w  każdej  chwili  odwrócić  się 
plecami, jeśli uzna, że warunki nie zostały spełnione, lub że spełnia się je 
opieszale czy niedbale. Włóczęga kłania się tuziemcom; turysta oczekuje 
tubylczych pokłonów.

 

Jako że to jego nieprzymuszona inicjatywa jest przyczyną sprawczą tego, 

ż

e  znalazł  się  w  tej,  a  nie  innej  okolicy  (i  że  w  ogóle  opuścił  dom,  w 

jakim mógł przecież równie dobrze pozostać) - turysta postrzega świat jako 
tworzywo  posłuszne  jego  dłoniom  -  i,  co  najważniejsze,  woli.  Turysta  nie 
wystawia swych sztuk w teatrze wyobraźni, jak to czyni spacerowicz: chce, 
by aktorzy grali n a p r a w d ę ,  dobierając scenariusze odpowiednio do jego 
upodobań.  Aktorzy  mają  być  świadomi  jego  wymagań,  a  wymagania  te 
kierować  mają  ich  postępowaniem.  Turysta  jest  artystą;  turystka  jest 
twórczością. Świat przez turystę odwiedzany jest surową bryłą marmuru, 
której turysta nada kształt swoich przeżyć.

 

Jeśli  włóczęga  opuszcza  miejsce  chwilowego  postoju,  by  odmienić  nie-

znośny  los,  turysta  wybiera  się  w  obce  strony,  _by..wzbogacić  skarbiec^ 
swych  wrażeń.  Szuka  n o w y c h   „doświadczeń";  a  nowych  doświad-  •  czeń 
dostarczyć może tylko i n n o ś ć  - coś, czego jeszcze nie widział, a w każdym 
razie coś, co odbija od codzienności. Inny wygląd ludzi, inny wystrój ulic, 
inne  obyczaje.  Widoki,  odgłosy,  zapachy  stają  się  w r a ż e n i a m i   - 
pamiętnymi  wrażeniami,  wrażeniami,  jakie  warto  utrwalić  na  błonie 
fotograficznej, o których warto w d o m u  opowiedzieć - o tyle tylko, o ile inne 
są  od  d o m o w y c h .   W  odróżnieniu  od  włóczęgi,  turysta  nie  jest 
bezdomny.  Zabiera  więc  turysta  w  podróż  dom:  jako  punkt  odniesienia, 
standard dla mierzenia doznań, punkt, od którego pragnie się oddalić, ale 
tylko  po  to,  by  do  niego  powrócić  z  łupami  egzotycznych  doznań.  Nie 
trzeba  więc  oddalać  się  zbyt  daleko.  Co  najważniejsze,  nie  wolno  tam, 
dokąd się oddaliło, urządzać się „jak w domu", zapuszczać korzeni.

 

Włóczęga  nie  należy  do  „miejscowych",  wśród  których  popasa,  ale  nie 

uważa tego  za przywilej, i najchętniej, gdyby się dało, fakt ten by  zataił. 
Turysta  ciska  swą  eksterytorialność  tubylcom  jak  wyzwanie:  nie  ponoszę 
odpowiedzialności  za  to,  co  się  u  was  dzieje,  wyście  to  piwo  nawarzyli, 
więc wy je pijcie; mnie wolno robić co mi się podoba! Turysta chce być 
ekranem  wśród  ekranów,  ale  różne  prawa  różnym  ekranom  przyznaje.  Od 
niego  nikomu  nie  wolno  żądać  zdjęcia  przyłbicy,  odsłonięcia  tego,  czego 
odsłonić  nie  ma  chęci.  Od  innych  zaś  turysta  domaga  się,  by  uchylili  po-
włokę ekranu i zaprosili do udziału w tym, co się za nim kryje, a na nim 
tylko  odbija.  Turysta  jest  dziewiętnastowiecznym  antropologiem  wśród  tu-
bylców: przygląda się obyczajom, które czasem oburzają go, czasem ba-

 

 

 

31

 

30

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

wią, ale  zawsze  dziwią,  dorabia  w  wyobraźni „ręce  i nogi"  dziwactwom,  o 
których  „wie",  że  bez  protetycznych  zabiegów  nie  miały  na  czym  by  się 
wesprzeć, opatruje je etykietkami, klasyfikuje, szufladkuje w sejfie pamięci - 
sam  skrzętnie  przez  czas  cały  kryjąc  mędrca  oko  za  przyciemnionym 
szkiełkiem.  Turysta  pożera  świat,  nie  będąc  przez  świat  pożeranym;  przy-
swaja,  nie  będąc  przyswajanym;  „oswaja"  obcość  innych,  samemu  dumnie 
obnosząc się z własną obcością. A wszystko to (tak sądzi), nie przynosząc 
pożeranemu  światu  szwanku,  nie  nadwyrężając  jego  dziewictwa,  pozosta-
wiając  go  w  stanie,  w  jakim  przebywał  przed  początkiem  eskapady.  Przy-
najmniej  tak  się  turyście  zdaje...  Ale  o  to  wszak  idzie,  by  się  mogło 
zdawać.

 

Inaczej  niż  włóczęga,  turysta  czuje  się  w  obcych  stronach  bezpiecznie. 

Ma dokąd wracać; ale przede wszystkim, ma pieniądze, a gdzie są pieniądze, 
tam  ściągają  tłumnie  tropiciele  zysków.  Turystyka  obrasta  potężnym 
przemysłem  wytwarzającym  ponowoczesne  kamienie  filozoficzne  -  takie, 
co  to  przekształcają  kruche  marzenia  w  twardą  rzeczywistość.  Wędruje 
więc  turysta  po  szlakach  t u r y s t y c z n y c h ,   z  których  usunięto 
pieczołowicie  wszelkie  niespodzianki,  wypełniając  je  w  zamian  egzotyką, 
która  na  każdym  kroku  obiecuje  przygodę.  A  nade  wszystko  ustawiono 
gęsto  na  trasie  malowniczych  tubylców,  wytresowanych  w  zadziwianiu  i 
demonstrowaniu  gotowości  do  „oswojenia"  (Dean  MacCannell,  autor 
głośnych Tourist Papers, pisze o Masajach w Afryce, że mogą oni zarobić na 
ż

ycie grając M a s a j ó w w nieskończoność).

 

W  naszych  ponowoczesnych  czasach  wszyscy  jesteśmy  po  trosze  tury-

stami.  I  wcale  nie  tylko  na  wakacjach.  Świat  ma  nam  służyć  do  kolekcjo-
nowania  wrażeń;  i  tyle  on  wart,  ile  wrażeń  dostarcza.  Wszędzie,  gdzie 
jesteśmy,  jesteśmy  przejazdem;  kolejne  przystanki  życiowe  są  hotelami, 
których  główny  walor  polaga  na  tym,  że  są  położone  blisko  miejsc  „cie-
kawych":  frapujących,  pobudzających  wyobraźnię,  przyjemnych,  a  nade 
wszystko niecodziennych. Hotele mają być wygodne, ale także i zniechęcać 
do  rozgoszczenia  się  na  dobre.  Wynajmuje  się  je  na  okres  z  góry 
określony - czas dzieli się tu na „doby hotelowe". Chwilowość jest ważna: 
nagradza  nas  ona  anonimowością,  prawem  do  wyboru  profilu,  jakim 
chcemy się tłumowi w westybulu ukazać, zwalnia od obowiązku ujawnienia 
tej  „prawdy"  osobie,  jaką  dzielić  się  z  innymi  tutaj  i  teraz,  nie  chcemy. 
Zdarza się nam przyjrzeć innym gościom hotelowym jak i my w

 

przejeździe  przybyłym  wczoraj  z  miejsc  nam  nieznanych  i  wybywających 
jutro  w równie  nieznanym  nam  kierunku.  Zdarza się  nam  z  niektórymi  z 
nich nawiązać kontakt, sporzyć wspólnie posiłek^ czasem pójść do łóżka. Są 
to  wszystko  naskórkowe  kontakty  i  hotelowe  romanse,  których  urok  na 
tym się właśnie zasadza, że jutro nadawać się już będą tylko do puchnącej 
z  dnia  na  dzień  teczki  wspomnień.  Wszystko,  co  się  dzieje,  dzieje  się 
mimochodem,  na  marginesie  „prawdziwego  życia",  w  przerwach  co-
dzienności, z dala od „domu"...

 

Właśnie:  co  tu jest  życiem  prawdziwym,  a  co  na  niby?  Co  jest  dniem 

powszednim,  a  co  wakacjami?  I  gdzie  jest  dom?  Tak  wiele  miejsc  przy-
pomina  do  złudzenia  hotele,  tak  wiele  dni  upływa  na  podobieństwo  ho-
telowej doby, tak wiele romansów upodabnia się do hotelowych miłostek, że 
coraz  mniej  jest  jasne,  gdzie  się  znajduje  ów  „dom  prawdziwy"  i  co 
miałoby go od reszty świata odróżniać. Gdzieś musi być dom, by wszędzie 
indziej można było czuć się jak „poza domem". Potrzebujemy domu z jego 
dniem  codziennym,  by  bez  skrupułów  zanurzyć  się  w  życiu  „na  niby": 
przecież  wolno  nam  bez  żenady  rozkoszować  się  tym,  co  hotel  oferuje 
dlatego  właśnie,  że  wiemy,  iż  jest  to  „tylko  hotel".  Kolekcjonowanie 
przygód  jest  wolne  od  frasunku  o  tyle,  o  ile  gdzieś  tam  czeka  na  nas 
stryszek  czy  antresola,  skrzętnie  od  na  co  dzień  uczęszczanych  pokojów 
oddzielone,  do  jakich  je  prędzej  czy  później  odłożymy.  Potrzebny  jest 
nam dom jako postulat; dom - indulgencja; dom - wykręt. W zdaniach, w 
jakich powiadamy o domu, czasowniki występują w czasie przyszłym.

 

Gracz 

W  grze  nie rządzi  konieczność; ale  nie  ma  też  w  grze przypadku.  Gra 

tym się właśnie od „twardej rzeczywistości" różni, że rzoosi .samo przeciw--
i§flstwo_między  koniecznością  a  przypadkiem.  Znosząc  to  przeciwieństwo, 
odbiera  „twardość"  ułamkowi  świata,  jakim  rządzi.  Na  tym  polega  jej 
urok.  W  grze  świat  i  los  są  miękkie,  podatne  jak  wilgotna  glina  w  pal-
cach  sprawnego  garncarza  czy  bryła  marmuru  w  rękach  wytrawnego 
rzeźbiarza; gotowe przyjąć kształt, jaki dłonie gracza chcę im nadać.

 

Daje  o  sobie w  grze  znać, rzecz jasna, łut szczęścia. Mogą  graczowi 

przypaść asy lub same blotki; wiatr pchnąć może piłkę w kierunku bram-

 

 

 

32

 

33

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

ki lub zwolnić jej lot; kulka ruletki może wylądować lub nie wylądować na 
numerze, na jaki gracz cisnął żetony. Łut szczęścia to te okoliczności, jakie 
od gracza nie zależą; ale nie zależą one dlatego właśnie, że konieczność i 
przypadek  przemieszały  się  w  nich  dokładnie  -  do  tego  stopnia,  że 
rozróżnić ich nie sposób, a więc i jakakolwiek „analiza przyczynowa" ich 
zajścia bądź braku nie ma sensu. Łut szczęścia należy więc do tej samej 
kategorii  zjawisk,  co  i  dowolne  przecież  z  natury,  choć  wynikłe  z 
poprzedzonego logicznym rozumowaniem postanowienia, posunięcia gracza. 
Nie  czyni  on  świata  twardym;  nie  przeczy  jego  plastyczności,  ale  ją 
bardziej jeszcze uwypukla.

 

Nie  ma  w  grze  pewności:  do  końca,  do  ostatniego  szczegółu,  sytuacji 

nie  potrafi  przewidzieć  najprzemyślniejszy  i  najbardziej  doświadczony 
gracz. Graczowi działać wypada w świecie, jakim nie rządzą żadne dające się 
poznać, opisać i skatalogować prawa. Zasadą organizacyjną tego świata (jeśli 
w  ogóle  o  zasadach tu  mówić  wolno) jest r  y  z_y  k  o  .  Efekt posunięcia 
może  być  zgodny,  ale  może  być  też  sprzeczny  z  zamierzeniem,  i  tej 
niepewności  usunąć  się  nie  da.  Gra  lepi  świat  na  kształt i podobieństwo 
samej  siebie;  świat,  w  jakim  działa  gracz,  sam  jest  graczem,  którego 
następnych  kroków  można  się  tylko  domyślać,  wiedząc,  że  zawsze  można 
się  pomylić.  W  grze  nie  idzie  o  to,  kto  kogo  lepiej  zgłębi,  lecz  kto  kogo 
przechytrzy. Albo oszuka...

 

Dużo  więc  zależy  od  chytrości  gracza  (spryt  jest  głównym,  czy  bodaj 

jedynym, zasobem, jakim gracz dysponuje). Nie zależy od gracza, jaką dostał 
kartę,  ale  od  niego  zależy,  jak  ją  rozegra.  Nie  może  gracz  zwiększyć 
walorów,  jakie  mu  przypadły  w  tasowaniu  kart,  ale  może  je  lepiej,  lub 
gorzej  wykorzystać.  Nie  ma  gracz  wpływu  na  tajniki  losu,  ale  może  on 
przedwcześnie ujawnić własne zamiary, lub skrzętnie je zataić dla zmylenia 
przeciwnika. Nie uda się graczowi odczytać myśli przeciwnika, ale może 
„wczuć  się"  w  jego  sytuację,  postawić  siebie  na  jego  miejscu,  i  w  ten 
sposób lepiej lub gorzej odtworzyć jego rozumowanie. Może sobie nawet 
gracz  w  końcu  dla  własnego  postępowania  ułożyć  jakieś  reguły,  które 
dodadzą mu pewności siebie; nie będą to jednak „prawa natury", które się 
poznaje,  by  się  nim  podporządkować,  lecz  „zasady  sukcesu",  które  się 
sporządza, by się nimi posługiwać, póki nie ułoży się skuteczniejszych.

 

W grze o to idzie, by wygrać. A i wiadomo dokładnie, na czym wygrana 

polega.  Może  się  więc  gracz  skoncentrować,  skupić  myśli,  ukierunkować 
wysiłki.  Cokolwiek  robi,  ma  służyć  wygranej:  ma  więc  współpracować  z 
partnerem, a walczyć z przeciwnikiem, którego znaczenie w grze sprowadza się 
bez  reszty  do  tego,  że  ma  być  pokonany.  Nie  ma  w  grze  miejsca  na 
sympatię,  litość,  pomoc  wzajemną.  Nie  wszystkie  chwyty  są  dozwolone 
(obustronnie uznane przepisy określają, jakie chwyty należą, a jakie nie należą 
do gry), ale nie ma powodu, by wzdragać się, gdy to korzyść przynieść może 
przed zastosowaniem tych, na które przepisy pozwalają, a już w każdym razie 
bezsensowne  byłyby  wszelkie  posunięcia  powodowane  czymś  innym  niż 
dążenie do pokonania przeciwnika.

 

Każda  więc  gra  jest  wojną;  ale  działania  wojenne  kończą  się  z  chwilą, 

gdy  decyzja  o  zwycięstwie  i  przegranej  zapadła.  Przeciwnicy  podają  sobie 
ręce, obejmują się, całują, są więc znów w przyjaźni. Do gry należy, że się 
ją  jako  grę  traktuje:  co  się  między  pierwszym  a  ostatnim  gwizdkiem 
sędziego  wydarzyło,  w  tym  właśnie,  zamkniętym  już,  epizodzie,  winno  się 
zawrzeć.  Pielęgnowanie  poczucia  doznanej  krzywdy,  hodowanie  marzeń  o 
zemście,  trwanie  w  niechęci  do  dawnego  przeciwnika  oznaczałoby,  że  się 
traktuję  grę  poważniej  niż  ona,  „będąc  tylko  grą",  zasługuje...  Przestałaby 
wtedy  być  grą.  Straciłaby  także  jeden  z  najatrakcyjniejszych  swych  walo-
rów:  to  mianowicie,  że  porażka  w  grze  nic  jest  ostateczna  i  nie  do  odro-
bienia,  że  można  spróbować  raz  jeszcze,  że  „można  się  odegrać". 
Fortuna,  jak  wiadomo,  kołem  się  toczy;  rzecz  w  tym,  że  następny  obrót 
koła od poprzedniego nie zależy. Każda kolejna gra, rzec można, startuje na 
nowo  -  od  początku,  jak  gdyby  przeszłość  została  unieważniona,  jak 
gdyby  nic  się  nie  wydarzyło,  co  się  teraz  liczy.  Choć  jeden  z  partnerów 
dźwiga  ciężar  minionych  klęsk,  drugi  zaś  staje  do  walki  w  blasku  byłej 
chwały, przystępują obaj do nowej rundy jak równy z równym.

 

Jest więc życie gracza serią kolejnych walk, rozgrywek, meczów, spotkań 

- z których każde stanowi zamkniętą całość (ściślej: winno być traktowane 
jak  gdyby  powyższe  założenie  było  spełnione).  Seria  nie  ma 
„naturalnego" końca. Można się grą znudzić, można się do niej zniechęcić, 
można  uznać,  że  „nie  warta  świeczki"  i  zaprzestać  zabawy.  Można  też 
wtedy  spróbować  innej  gry.  Czego  nie  da  się  zrobić,  to  być  wobec  jej 
przepisów w opozycji: walcząc przeciw zasadom gry, gracz przestaje być po 
prostu graczem, wybywa z pola walkijsf, pozbawia się szansy na jedyną

 

 

 

35

 

34

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

wygraną, jaką gra - bez reszty wszak przez własne przepisy ukształtowana - 
uznaje.

 

W  ponowoczesnym  świecie,  wszyscy  jesteśmy  po  trosze  graczami.  Nie 

dzieje się to z naszego wyboru. Bunt nie zda się na wiele; można złorzeczyć 
jednej grze, ale tylko w imię innej gry. Każdy z nas może z gry, tej lub 
innej, wyoptować - ale nie jest jasne, jak można by, nie odmawiając życia, 
odmówić  zachowania  zakładającego,  że  życie jest  grą i  że  proces  życiowy 
składa się z serii gier. „Życie jest grą" o tyle, o ile w ponowoczesnym świecie 
nie  odnajdujemy  (a  i  nie  szukamy)  praw  nieodmiennych  i  trwałych,  o  ile 
nie potrafimy już (a i nie czujemy potrzeby) oddzielić od siebie nawzajem 
konieczności  i  przypadku,  o  ile  kalkulacja  ryzyka  zastępuje  pewność,  a 
hazard  determinację  jako  reguły  sensownego  działania.  W  tym  świecie 
nie wszystko może się wydarzyć, ale nic zdarzyć się nie musi; a i mało co 
staje  się  nieodwołalnie  i  nie  do  odrobienia.  Tym  bardziej  rośnie  na 
znaczeniu to, jak się kartę zagra.

 

Spójność nieosiągalna, przeto upragniona

 

Omówiłem  powyżej  cztery  „wzory  osobowe",  z  których  każdy  przed-

stawia,  w  sposób  wyostrzony  i  przesadzony,  w  postaci  „oczyszczonej",  a 
przeto spójnej i analitycznie jako tako jasnej, niektóre (powiązane ze sobą, 
choć  różne)  aspekty  ponowoczesnego  bytu.  Żaden  z  omówionych 
wzorów  nie  jest  wynalazkiem  ponowoczesności.  Spacerowiczów,  włóczę-
gów,  turystów  i  graczy,  także  i  graczy  hazardowych,  znała  z  pewnością 
nowoczesność „klasyczna"; niektóre z typów wymienionych trafiły się już i 
w  dawniejszych  jeszcze  epokach.  Charakter  ponowoczesny  nadają  im 
dopiero dwie okoliczności:

 

1.  Wydobycie  się  z  sytuacji  marginesowej,  w  jakiej  pozostawały  (bądź 

utrzymywane  były  przemocą)  w  układach  przed-ponowoczesnych.  Margi-
nesowość,  o  której  mowa  była  zarówno  społeczna,  jak  i  przestrzenno-cza-
sowa:  uprawiali  życie  korenspondujące  z  każdym  ze  wspomnianych 
wzorów  ludzie  stosunkowo  nieliczni,  w  jakimś  stopniu  ze  strukturą  spo-
łeczną luźno związani lub wcale nią nie objęci, i albo dzięki przywilejom 
klasowym  lub  stanowym  od  kurateli  norm  powszechnie  obowiązujących 
uwolnieni,  albo  przez  te  normy  -  jako  elementy  obce,  zdrożne,  porządek 
społeczny podważające i niepokojące - czynnie na margines spychani.

 

36

 

Ale  i  tacy  nawet  wyjątkowi  ludzie  uprawiali  życie  skrojone  wedle  omó-
wionych wzorów w miejscach specjalnie do tego celu wydzielonych (lub też, 
przeciwnie,  miejscach,  które  z  tego  właśnie  powodu,  że  można  było  w  nich 
spotkać  typy  niecodzienne  i  swą  innością  zatrważające,  były  przez 
„normalnych"  ludzi  unikane);  lub  też  uprawiali je  tylko  od  czasu  do  czasu,  w 
sytuacjach szczególnych, w przerwach „normalnego" życia. Iście po-nowoczesna 
jest  sytuacja,  w  jakiej  opisane  wzory  postępowania  odnoszą  się  w  większym 
lub  mniejszym  stopniu  do  „normalnych"  członków  społeczeństwa,  same  stając 
się poniekąd „normą" (i pewnością w sensie statystycznym, choć nie koniecznie 
w znaczeniu „przepisów na życie cnotliwe" czynnie przez autorytety społeczne 
propagowanych); w jakiej życie wedle wspomnianych wzorów uprawiane jest 
w miejscach społecznie centralnych, jawnie i bez budzenia odrazy, paniki, lub 
choćby  wzmożonej  czujności  otoczenia;  i  w  jakiej  typy  zachowań  i  postaw 
reprezentowane przez wspomniane wzory przedostały się do życia codziennego i 
ż

ycie to wypełniły.

 

2. Współwystępowanie wszystkich wzorów naraz w życiu tych samych ludzi i 
w tych samych fragmentach życia - znów w odróżnieniu od innych epok, w 
których  wzory,  jeśli  były  praktykowane,  uprawiane  były  z  osobna,  przez 
różnych ludzi i w różnych momentach ich życia. Jeśli wszystkie cztery wzory 
już  w  czasach  przed-ponowoczesnych  współistniały,  była  to  współobecność 
dysjunktywna:  wzory  były,  rzecz  można,  przedmiotem  wyboru,  a  raz 
wybrane,  służyć  mogły  jako  wyróżniki  kategorii  ludzkich  lub  sytuacji 
ż

yciowych. Iście ponowoczesne jest to właśnie, że między wzorami się nie 

wybiera,  ani  nie  trzeba  wybierać.  Ci  sami  ludzie,  w  tym  samym  czasie, 
wiodą życie, które zawiera elementy każdego ze wzorów. Omówione wzory 
są o tyle ponowoczesne, o ile charakteryzują one nie odrębne typy ludzkie, 
lecz  aspekty  sposobu  życia  jednych  i  tych  samych  ludzi.  Nie  tylko 
współwystępują,  lecz  i  przenikają  się  wzajemnie,  stapiają.  Tu  jednak 
zaczynają  się  kłopoty.  Czy  stopienie  jest  możliwe?  Czy  splot  wzorów  może 
być  przyrównany  do  stopu,  z  właściwą  mu  jednolitością  i  gruntownym 
scaleniem  składników?  Jak  zauważyliśmy  powyżej,  wzory  są  pod  wieloma 
względami do siebie nawzajem podobne - niektóre cechy powtarzają się w kilku 
opisach.  Podobieństwo  między  wzorami  jest  jednak  typu  opisanego  przez 
Ludwika  Wittgensteina  „podobieństwa  rodzinnego":  każdego  z  członków 
rozpoznaje się jako należącego do rodziny, bowiem każdy ma w obliczu coś 
wspólnego z innymi członkami rodu - choć nie

 

37

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

ma  ani jednej  cechy,  którą posiadałyby  wszystkie  osoby  w  rodzinie.  Nadto 
jeszcze  obok  podobieństw  zauważyliśmy  różnice  między  wzorami,  niekiedy 
drastyczne;  jeśli  nawet  nie  odmienne  cechy,  to  szczególne  sposoby  ich  po-
wiązania. Pytanie, czy dadzą się ze sobą różne wzory pogodzić, gdy aspirują do 
regulacji tych samych postępków i postaw? Czy nie może się zdarzyć, że ich 
wymogi będą wzajem sprzeczne, tak że działanie, które chciałoby sprostać 
im wszystkim naraz musiałoby być niespójne i niekonsekwentne?

 

Jest  wielce  prawdopodobne,  że  niespójność  i  niekonsekwencja  postę 

powania,  dążeń  i  wyobrażeń  o  życiu  szczęśliwym  jest  chroniczną  dolegli- 
wością  ponowoczesnego  życia.  Gdy  się  pragnie  pozostawać  wiernym 
jednemu  z  uznanych  (i  strategicznie  sensownych)  modeli,  popadać  trzeba 
raz  po  raz  w  konflikt  z  wymogami  innych  modeli.  Drogowskazy  zdają  się 
pokazywać  różne  drogi;  sposób  bycia,  jaki  jeden  wzór  doradza  lub  za 
chwala,  drugi  wzór  gani  lub  wyśmiewa.  Co  by  więc  człowiek  ponowoczes- 
ny  nie  uczynił,  nigdy  nie  nabierze  pewności,  że  uczynił  to,  co  trzeba. 
Zawsze  pozostanie  osad  goryczy  -  że  się  czegoś  zaniedbało,  że  się  szansy 
nie  wykorzystało,  że  można  było  z  okoliczności  wykrzesać  więcej.  Żaden 
wybór  nie  przyniesie  całkowitej  satysfakcji:  każdy  czegoś  dostarczy,  ale  i 
czegoś  innego  pozbawi.  Jest  więc  człowiek  ponowoczesny  skazany  na 
niepewność,  dominujące  poczucie  zagubienia,  wieczne  z  siebie  niezado 
wolenie.  Jeśli  jego  przodek,  człowiek  nowoczesny,  pysznił  się  zwartością 
ż

ycia  jakby  z  jednej  bryły  wyciosanego,  człowiek  ponowoczesny  jest  roz 

darty;  miota  się  wśród  nie  pasujących  do  siebie  strzępków  doznań,  do 
ś

wiadczeń  i  przygód,  z  których  na  próżno  stara  się  (jeśli  nie  stracił 

jeszcze  nadziei  i  nie  machnął  ręką)  zlepić  sensowny  obraz  życia  z  „ce-1 
lem" 

„kierunkiem".

 
i

 

Fragmentacja,  epizodyczność  i  wieloznaczność  życia  mają  swoje  strony  j 

przyjemne:  przynoszą  one  być  może  mylące,  ale  błogie  poczucie  wolności,  j 
nieskrępowania,  szans  nigdy  nie  wyczerpanych,  nieostateczności  żadnej  z! 
klęsk i obfitości niewypróbowanych jeszcze przyszłych rozkoszy. Ale ma też 
aspekty  dręczące  i  ponure.  Nie  tylko  przyszłość,  ale  i-przeszłość  są 
chronicznie niepewne. Nie ma się pewności, co się stanie jutro, ale nie, ma 
się  też  zaufania  do  tego,  co  robiło  się  wczoraj,  a  i  do  dzisiejszych  ! 
następstw wczorajszych czynów. Sygnały są sprzeczne i wprawiające w zamęt. 
Marzy się więc świat prostszy, bardziej jednoznaczny, dający się ogarnąć 
jednym  spojrzeniem  i  wymierzyć  jadną  miarką.  Tęsknota  za  „wielkim 
uproszczeniem" jest typowo ponowoczesną wersją znanej od

 

38

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

wieków  melancholii,  ponowoczesnym  wydaniem  romantycznego  ennui. 
Można  powiedzieć,  że  marzenie  o  symplifikacji  jest  najbardziej  dotkliwą 
psychozą czasów ponowoczesnych, przyrodzoną i nagminną dolegliwością 
ponowoczesnego trybu życia.

 

Stąd zapotrzebowanie na „główne ogniwa" -  mianowniki, do jakich dałoby 

się  sprowadzić  wszystkie  ułamkowe  cierpienia  i  strachy;  na  jasne,  nie 
pozostawiające  wątpliwości  drogowskazy,  przejrzyste  mapy  i  jednoznaczne 
wskazówki.  W  świecie  ponowoczesnym  nie  ma  takich  „głównych  ogniw", 
konfliktów  „podstawowych",  których  inne  sprzeczności  są  tylko  przejawem;  a 
ponieważ  ich  nie  ma,  nic  nie  krępuje  pomysłowości  wynalazców  formuł 
wszechobowiązujących  i  wytrychów  uniwersalnych  do  tajemnic  świata  zło-
ż

onego  chorobą  niepewności.  Są  więc  nastroje  sekciarskie,  plemienne,  ma-

nichejskie  tak  samo  cechą  nieodłączną  świata  ponowoczesnego  jak  wolność 
wyboru  i  autonomia  osobowa,  jaką  ten  świat  oferuje.  Z  jednej  strony,  życie 
ponowoczesne  „rozmiękcza"  sztywną  niegdyś  tożsamość,  pozwala  ją  lepić 
wciąż  na  nowo,  aż  do  zadowalającego  skutku  -  i  powierza  tę  czynność  ofi-
cjalnie tym, którzy się kontroli nad konstrukcją domagali ze słusznego tytułu, 
ż

e  to  oni  przecież  ponosić  będą  owej  tożsamości  konsekwencje  (na  tym 

właśnie  polega  sens  ponowoczesnej  „autonomii  osobowości").  Z  drugiej 
jednak strony, nietrwałość każdej z kolejnych form, jaką uwolnione od dyktatu 
jednostki  starają  się  swej  tożsamości  nadać,  budzi  pokusę  scedowania 
kontroli nad procesem, przekazania odpowiedzialności komuś, kto mógłby - 
chciałby  -  odważyłby  się  -  bezbłędność  decyzji  zagwarantować.  Uwolniona 
od  zakotwiczeń  przymusowych  ufność  człowieka  ponowoczesnego  dryfuje  w 
poszukiwaniu  nowych  przystani.  Węsząc  zapotrzebowanie,  sprywatyzowane 
porty  prześcigają  się  w  zachwalaniu  solidności  swych  falochronów, 
kompetencji swych pilotów, uciech oferowanych przez nadbrzeżne tawerny. 
A  jako  że  wybór  portu  nie  jest  już  nakazany,  ani  w  inny  sposób  „nie 
podlegający dyskusji", i tylko na wiarę i zaufanie powołać się może - pokusy 
muszą  być,  by  zwabić  żeglarzy,  kuszące  i  hałaśliwe  reklamowane,  a  wkład 
emocjonalny żeglarza w decyzję musi być na tyle potężny, by mógł zrzucić z 
rachunku koszta wątpliwości.

 

Nie likwiduje ponowoczesność nowoczesnych opresji. Zastępuje je tylko 

nowymi,  jej  właściwymi.  I  decentralizuje  je,  de-kondensuje,  rozprasza, 
prywatyzuje. Ze skutkami jakich nie da się w pełni przewidzieć.

 

Leeds, maj 1993

 

39

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

II. MORALNOŚĆ BEZ ETYKI

 

Etyka  jest  zajęciem  filozofów,  wychowawców  i  kaznodziejów.  Wygła-

szają oni  zdania etyczne,  gdy  powiadają o tym, jak  odnoszą  się ludzie do 
siebie nawzajem i do samych siebie. Nie zgodzą się oni wszakże, by każdy 
opis  postępków  ludzkich  zaliczyć  do  zdań  etycznych.  Wygłaszanie  zdań 
dotyczących  tego,  co  ludzie  czynią  jeden  drugiemu  nie  wystarcza,  by 
określić  mówcę  jako  osobę  zajmującą  się  etyką;  co  najwyżej  pozwala  ono 
zakwalifikować  mówcę  jako  osobę  zajmującą  się  socjologią  czy  etnografią 
moralności. Jeśli opis dotyczy nie tylko uczynków ludzkich, ale i przyjętych 
sposobów o c e n y  opisywanych postępków (a więc zawiera też informację o 
tym,  czy  ludzie  których,  czyny  opisano  aprobują  bądź  potępiają  owe 
postępki), zawarte w opisie zdania należą do „etnoetyki" -która powiada 
o  poglądach  opisywanej  grupy  ludzi  na  to,  co  dobre  lub  złe,  ale  nie 
zakłada  wcale,  że  mówca  zgadza  się  z  opisywanymi  poglądami,  a  już  nie 
sugeruje bynajmniej, by opisywane poglądy zasługiwały na aprobatę z tego 
tylko  względu,  że  wyznają  je  ludzie,  będący  przedmiotem  opisu; 
„etnoetyka"  informuje  o  wierzeniach,  jakie  kierują  daną  kategorię  ludzi, 
gdy rozróżnia ona między dobrem a złem, nie mówi jednak nic o tym, czy 
wierzenia  same  są  złe  czy  dobre.  Filozofowie,  wychowawcy  i  kaznodzieje 
zgodnie utrzymują, że aby wygłosić zdanie etyczne nie dość powiedzieć, że 
pewni  ludzie  uważają  pewne  uczynki  za  dobre  bądź  złe.  Filozofowie, 
wychowawcy  i  kaznodzieje  uważają  zajmowanie  się  etyką  za  swój 
obowiązek  dlatego  właśnie,  że  żaden  z  nich  nie  przyznałby  „zwykłym 
ludziom"  prawa  do  wygłaszania  sądów  wiążących  o  tym,  co  dobre  a  co 
złe,  i  że  żaden  nie  przystałby  na  uznanie  takich  „laickich"  sądów  za  auto-
rytatywne bez poddania ich dodatkowej próbie.

 

Etyka jest czymś więcej niż opisem tego, co ludzie czynią; jest więcej 

nawet niż opisem ich poglądów na to, co czynić p o w i n n i  aby

 

41

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

być ludźmi przyzwoitymi, sprawiedliwymi lub dobrymi - aby, ogólnie biorąc, 
„być w porządku". Zdania etyczne we właściwym tego słowa znaczeniu to takie 
zdania, których prawdziwość nie zależy od tego, co ludzie czynią ani od tego, 
co  uważają  że  czynić  powinni.  W  wypadku  sprzeczności  między  zdaniami 
etycznymi  a  postępkami  lub  wierzeniami  „zwykłych  ludzi",  etycy  oznajmią 
bez  wahania,  że  „zwykli  ludzie"  są  w  błędzie.  Jedynie  etyka  jest  w stanie i 
jedynie etyka ma prawo orzekać o tym, co     n a p r a w d ę   czynić należy, 
by dobru stało się zadość. Etyka doskonała jawi się na kształt kodeksu przepisów 
prawnych, określających czyny poprawne   p o w s z e c h n i e    - to znaczy, 
właściwe  dla  wszystkich  ludzi  wszystkich  czasów;  takich  przepisów,  jakie 
rozróżniają  uczynki  dobre  od  złych  raz  na  zawsze  i  bez  względu  na 
okoliczności lokalne. Z tego właśnie powodu wypowiadanie sądów etycznych 
winno  być  powierzone  ludziom  szczególnego  pokroju  -  filozofom, 
wychowawcom, kaznodziejom - o których można założyć, że ustawieni są 
w życiu w sposób szczególnie sprzyjający dochodzeniu prawdy powszechnej, 
ponadczasowej  i  ponadlokalnej.  Z  tego  też  powodu  przyznać  wypada  tym 
szczególnym ludziom, ekspertom etycznym, pozycję o szczególnym autorytecie 
wobec  „zwykłych  ludzi",  takich  co  to  pogrążeni  w  drobnych  i  miałkich 
sprawach  codziennych  powodowani  są  w  swym  postępowaniu  siłą 
przyzwyczajenia,  i  co  to  nie  potrafiliby  powiedzieć,  nawet  przyciśnięci  do 
muru,  jakim  to  regułom  ich  czyny  są  podporządkowane  i  dlaczego  tym 
regułom  a  nie  innym.  Autorytet  ekspertów  etycznych  jest  zarazem 
autorytetem  prawodawców  i  sędziów.  To  oni,  eksperci  etyczni,  układają 
prawa i oni też orzekają, na ile postępki zgodne lub niezgodne są z duchem i 
literą  praw.  Twierdzą  oni,  że  posiadają  dla  pełnienia  obu  tych  nader 
odpowiedzialnych  ról  kwalifikacje  dla  zwykłych  ludzi  nieosiągalne  -  a  to 
dzięki  rozmowom  z  duchami  przodków,  studiowaniu  przez  Boga 
powierzonych  dokumentów,  czy  też  rozszyfrowaniu,  sine  ira  et  studio, 
bezstronnych i nieznoszących sprzeciwu nakazów Rozumu.

 

Wyniosły  stosunek  do  kompetencji  etycznych  prostych  ludzi,  jak  i  bez-

względny  autorytet  z  góry  przyznany  wszystkiemu,  co  na  tematy  etyczne 
powiedzą,  mogą  powiedzieć  lub  zechcą  powiedzieć  uczeni  specjaliści, 
wspierają  się  na  złożeniu,  że  sądy  etyczne  nie  są  we  właściwy  sposób, 
„ugruntowane" jeśli jedynym argumentem na ich rzecz jest okoliczność, że 
„ludzie uważają je za słuszne" lub w praktyce stosują się do nich w życiu 
codziennym.  Fundamenty  jakie  wedle  specjalistów  nadawałyby  się  do 
budowania  kodeksu  etycznego  muszą  być  bardziej  od  zmiennych  ludzkich 
obyczajów i notorycznie ulotnych opinii, stabilne. Co więcej, trzeba

 

by  były  one  założone  w  bezpiecznej  odległości  od  targowiska  spraw  co-
dziennych,  w  miejscu  dla  ludzi  pogrążonych  w  sprawach  świeckich  a  przy-
ziemnych  niewidocznym  -  tak  by  nikt  nie  śmiał  twierdzić,  że  zna  je 
równie  dobrze  jak  specjalnie  w  tym  celu  kształceni  specjaliści,  i  że  jest 
równie  dobrym  jak  oni  sędzią  cnotliwości  swych  czynów.  Niekompetencja 
etyczna  zwykłych  ludzi  i  autorytet  ekspertów  etycznych  warunkują  się  i 
wspierają  nawzajem;  podstawą  obu  jest  zaś  postulat  „należycie  ugrunto-
wanej" etyki.

 

Zauważmy, że tym, co zapędziło ekpertów do pracy i skłoniło do trwania 

w ich wysiłkach, nie była powszechna rzekomo i „oddolna" potrzeba porady i 
asekuracji. Większość ludzi, w większości sytuacji życiowych  (włączając tu  
ekspert ów  samych,  w  owych  j a kże   licznych  momentach  życia,  gdy 
zawieszają  zajęcia  zawodowe  i  poświęcają  uwagę  sprawom  świeckim,  nie 
innym przecież u nich niż u reszty ludzi), daje sobie lepiej lub gorzej radę 
bez  studiowania  kodeksu  i  bez  oficjalnego  potwierdzenia  słuszności 
podejmowanych  kroków.  Tak  rzadko  odczuwają  oni  potrzebę  kodeksu,  że 
mogą  nawet  przejść  przez  życie  nie  zauważywszy,  że  kodeks  taki  nie 
istnieje lub że nie dowiedzieli się jego treści (podobnie jak nie zauważamy 
na  ogół  kradzieży  przedmiotów,  których  nigdy  nie  używamy).  Większość 
ludzi  -  większość  z  nas  -  kieruje  się  siłą  przyzwyczajenia,  nabytą  rutyną: 
postępujemy dziś, z grubsza biorąc, podobnie jak postępowaliśmy  wczoraj i 
jak inni wokół nas dalej postępują. Jak długo nikt i nic nie przeszkadza nam 
czynić  to  co  czynimy  zazwyczaj,  możemy  w  zasadzie  trwać  w  swych 
nawykach w nieskończoność, nie odczuwając potrzeby ich przemyślenia, a już 
tym badziej rewizji. Kolejność rzeczy jest więc raczej odwrotna od tej, przy 
której upierają się etyczni eksperci. To właśnie eksperci, a nie laicy, którym 
mają  oni  rzekomo  dostarczyć  usług  dla  życia  niezbędnych,  nie  mogą 
pozostać tymi  kim  są  -autorytatywnymi pracodawcami i sędziami - jeśli nie 
honoruje  się  założenia,  że  bez  względu  na  to,  czy  zdajemy  sobie  z  tego 
sprawę,  obejść  się  nie  możemy  bez  zasad  solidnie  ugruntowanych  oraz  
opatrzonych  stemplem  oficjalnym;  że  bez  nich  skazani  jesteśmy  na 
błądzenie;  że  bez  nich  nie  możemy  uznać  się  ani  być  uznani  za  ludzi 
przyzwolitych,      m o r a l n y c h .             Zdania  powtarzane  z  uporem  i 
wsparte  działaniami  zasobnych  w  „namacalne  dowody"  władz  znane  są  z 
tendencji do „samoupraw-dziwiania": ludzie systematycznie instruowani co 
do niedoskonałości

 

 

 

43

 

42

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

własnych  sądów  i  niezbędności  specjalistycznej  kurateli  sami  w  końcu 
szukać  poczynają  usług  ekspertów.  Gdy  przestajemy  ufać  własnej  intuicji, 
wzbiera  w  nas  strach  przed  błądzeniem;  nazywamy  ten  strach  grzechem, 
winą  lub  wstydem,  ale  jakiej  byśmy  nazwy  nie  użyli,  wypatrujemu  skwa-
pliwie „człowieka z autorytetem", który mógłby przywrócić nam tym bardziej 
błogie, że utracone poczucie pewności siebie. To z tego właśnie sztucznie 
hodowanego  strachu  rodzi  się  „oddolne"  zapotrzebowanie  na  ekspertyzę 
moralną,  i  w  konsekwencji  zależność  od  ekspertów.  Z  chwilą  gdy  owa 
zależność  sama  stała  się  nawykiem,  potrzeba  ekspertyzy  etycznej  zdaje  się 
zjawiskiem  naturalnym  -  „obiektywnym";  nade  wszystko  zaś  nabiera  ona 
skłonności do samo-odtwarzania i samo-intensyfikacji.

 

Gdy  wszystko  to  już  się  stało  i  jest  poza  nami,  zapotrzebowanie  na 

specjalistów  od  etyki  nie  pozostaje  w  żadnym  związku  koniecznym  z  ja-
kością  usług,  jakie  potrafią  oni  dostarczyć  (podobnie  jak  nasza  potrzeba 
lekarzy  w  nikłym  tylko  stopniu  zależy  od  skuteczności  lekarskich 
zabiegów). Zapotrzebowanie na ekspertyzę moralną wynika natomiast ze 
znalezienia  się  w  sytuacji,  w  jakiej  poprawne  funkcjonowanie  nie  jest 
możliwe  bez  zabiegania  o  specjalistyczne  usługi.  Jeśli  już  o  to  idzie, 
wspomniane zapotrzebowanie wzmaga się jeszcze i potężnieje wskutek tego, 
ż

e dostarczone w praktyce dobra nie są z reguły na miarę obietnic i przez 

obietnice  rozbudzonych  oczekiwań;  głód  pozostaje  niezaspokojony, 
pragnienie  po  staremu  doskwiera,  marzenie  o  wszechmogącym  ekspercie 
wzbiera na sile.

 

Społeczeństwo jako zmowa milczenia

 

Pojęcie „chaosu", powiada Elżbieta Tarkowska, odnosi się „do pewnego 

stanu,  stanu  pierwotnego,  przed  stworzeniem,  charakteryzującego  się 
płynnością, bezkształtnością, nieokreślonością, niezróżnicowaniem, całkowitym 
przemieszaniem się różnych elementów". Jako że stany chaosu wyrażają się 
w „nieustannej zmienię", jawią się one „uczestnikom (a tym samym także 
obserwatorom i badaczom) jako niejasne, nieczytelne, nieprzewidywalne" . 
Wyjaśnijmy,  że  chaos,  o  którym  tu  mowa  to  taki  stan,  w  jakim  wszystko 
zdarzyć  się  może;  w  jakim  prawdopodobieństwo  żadnego  z  możliwych 
obrotów sprawy nie jest większe od prawdopodobieństwa in-

 

44

 

nych  -  a  gdyby  nawet  było,  nie  umielibyśmy  tego  z  góry  przewidzieć.  Byt 
chaotyczny  jest  pozbawiony  „struktury"  -  o  ile  struktura  oznacza  właśnie 
zróżnicowanie  prawdopodobieństw,  uprzywilejowanie  pewnych  zdarzeń  i 
eliminację innych. Zauważyła Tarkowska w toku dyskusji wywołanej jej próbą 
wprowadzenia  kategorii  „chaosu"  do  arsenału  pojęć  analitycznych  teorii 
kultury, że zastany język nauk społecznych opiera się asymilacji pojęcia; jeśli już 
uczestniczący  w  dyskusji  socjologowie  i  antropologowie  godzili  się  na  to,  by 
określić mianem „chaosu" (przejściowe, jak tuszą) stany teoretycznej bezradności i 
zakłopotania charakterystyczne dla tzw. kryzysów paradygmatycznych - przebijała 
się z ich wypowiedzi intuicyjna niechęć do posługiwania się pojęciem „chaosu" 
dla  opisu  nie  teorii  lecz  samej  kondycji  ludzkiej,  owych  stanów 
„rzeczywistości"  jakie  teoria  modeluje.  W  swym  oporze  przeciw  wyobrażaniu 
stanów  „samych  w  sobie  chaotycznych"  pozostawali  dyskutanci  w  zgodzie  z 
intuicją potoczną i powszechną, kultywowaną przez język, który ze swej natury 
zakłada  zróżnicowanie,  sklasyfikowanie  i  uporządkowanie  świata.  Łatwiej  niż  o 
chaosie  było  im  mówić  o  „restrukturalizacji  kultury",  czy  wprost  o 
„transformacji". Bezstruktural-ność  świata  jawiła  im  się  jedynie  jako  chwilowe 
rozchwianie struktury - a ściślej mówiąc, jako owa pełna dramatycznych spięć, ale i 
brzemienna przyszłością chwila, która dzieli jeden stan uporządkowania od tego, 
który po nim nastąpi i go zastąpi.    O „chaosie" potrafili mówić tylko jako o 
o d s t ę p s t w i e      od     n o r m y ,    zakłóceniu normalnego stanu rzeczy - a 
więc jako o stanie niecodziennym, wyjątkowym a więc i groźnym, „kryzysowym", 
chorobliwym.  Jak  „przestępczość"  czy  „choroba",  „chaos"  zdawał  się  dźwigać 
piętno potępienia jakiego żadnymi zabiegami definicyjnymi zmyć się nie da.

 

„Ludzie  -  zanotował  Korneliusz  Castoriadis  w  1982  roku  -  nie  potrafią 

pogodzić  się  z  Chaosem  i  pogodzić  się  z  nim  jako  z  chaosem,  nie  mogą 
spojrzeć w Otchłań utrzymując się na nogach". Że nie potrafią i nie mogą, 
nie da się „objaśnić"; tej niemocy nie można uczynić „sensowną"  ani pojąć 
jej  jako  „następstwa",  „przyczyny".  Niemoc  owa  jest  praźródłem  i 
pierwszą  przyczyną  wszelkiej  „usensawniającej"  krzątaniny  i  homeryckich 
wysiłków objaśniania wszystkiego, co jest - sama jednak nie ma ani sensu, ani 
przyczyny. Istnienie ludzkie jest niekończącym się ciągiem nigdy do końca 
nieskutecznych  starań  by  przed  Chaosem  uciec  -  i  społeczeństwo,  z  jego 
instytucjami  i  rutyną,  jego  wyobrażeniami,  strukturami  i  zasadami  regulacji 
spraw  ludzkich,  jest  osadem  znaczącym  trasę  tej  ucieczki.  Uciec  przed 
Chaosem - na tyle daleko by o nim zapomnieć -

 

45

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

nie  da  się,  i  dlatego  zasób  energii  i  wynalazczości  nigdy  nie  wysycha. 
Skutkiem  wysiłków  może  być  jednak  co  najwyżej  cieniutka  błonka  ładu, 
siłą  na  Chaos  naciągnięta  ale  nieustannie  przezeń  szarpana,  gnieciona, 
dziurawiona,  darta  na  strzępy.  Chaos  „najeżdża  nieustannie  obszary  im-
manencji - tereny rzekomo  zagospodarowane,  znajome, swojskie"; inwazja 
chaosu,  jak  i  owa  „immanencja"  która  pada  jej  ofiarą,  jest  zjawiskiem 
codziennym  i  jakże  znanym  -  choć,  w  odróżnieniu  od  tego,  co  „imma-
nentne", nigdy nieoswojonym. Inwazja ujawnia się poprzez „wyłanianie się 
tego,  co  zdecydowanie  nowe,  radykalnie  odmienne";  a  także  i  w  nie-
ustającym procesie „niszczenia, unicestwiania, śmierci"

2

.

 

Przyznać  jednak  trzeba,  że  ów  wysiłek  zatajenia  rzeczywistego  stanu 

rzeczy zwany „społeczeństwem" choć i syzyfowy, jest na tyle skuteczny że ów 
„Chaos",  owa  „Otchłań",  ów  „brak  podstaw"  o  których  przypomina  nam 
Castoriadis  jawią  się  nam  nie  jako  ogołocona  z  wszelkich  ozdób  scena 
pierwotna  bytu,  z  której  wszystkimi  siłami  staramy  się  co  dzień  na  nowo 
wydobyć,  ale  jako  wyjątek,  stan  niecodzienny  i  nadzwyczajny,  produkt 
rozkładu,  niedopatrzenia  lub  nieszczęśliwego  wypadku;  jako  przerwa  w 
„życiu  normalnym",  pęknięcie  w  niewzruszonej  skądinąd  opoce  bytu, 
chwilowe  zakłócenie  płynnego  strumienia  rutyny.  Dlatego,  gdy  Chaos 
wdziera się w nasze życie (a wdziera się bez ustanku) i odmawia odejścia (a 
odmawia  z  reguły),  przeraża  nas  on  jako  znak  porażki,  zawiadomienie  o 
bankructwie:  uzmysławia  nam,  jak  śmiechu  warte  są  nasze  ambicje  ładu 
doskonałego  i  jak  niezdarne  są  próby  ich  urzeczywistnienia.  Strach  przed 
Chaosem  jest  tym  bardziej  dominujący,  im  solenniejsze  są  obietnice  ładu 
zawarte  w  rutynie  codziennej.  Społeczeństwo  rodzi  się  i  czerpie  soki  ży-
wotne  z  tego  strachu  -  ale  jest  ono  zarazem  tego  strachu  wylęgarnią  i 
inkubatorem. Symbioza jest całkowita, niezbędna i nierozerwalna.

 

Narodziny i śmierć, wejście tego, co jeszcze nieznane i odejście tego, co 

już znane, to dwie szczeliny w gładkim murze ładu, jakich żadną miarą nie 
da się zalepić. Istota ludzka, wtłoczona w krótki/wąski czas/obszar między 
wejściem  a  wyjściem,  i  codzień  w  toku  wędrówki  na  nowo  informowana  o 
przygodności  ale  i  nieprzesuwalności  obu  punktów  granicznych,  nie  potrafi 
rozciągnąć  tkanych  przez  siebie  sensów  tego,  czym  się  zajmuje  i  ku  czemu 
zdąża  nie  tyle,  by  pokryły  to,  co  było  p r z e d t e m ,   i  to,  co  nastąpi 
p o t e m .   Z  owego  nienazwanego,  nienadzorowanego  i  niekontrolowanego 
g d z i e  i n d z i e j ,  z owego co i n n e g o

 

46

 

n i ż   b y t ,   nadciąga to, co nowe i nieprzewidziane; i w nim też w końcu 
wszystko to, co po tej stronie, wszystko, co zwyczajowe i swojskie, grzęźnie, 
pogrąża  się  i  tonie.  To,  co  sensowne,  jest  sztuczną  wyspą  na  morzu 
bezsensu,  ale  wyspą  chybotliwą,  dryfującą,  ledwo  w  dnie  morskim 
zakotwiczoną (o ile da się w ogóle dna w tym osobliwym morzu domyślać 
...) Pozbawiona kotwicy, wyspa nie utrzyma się na wodzie bez wsparcia. Jej 
mieszkańcy  prześcigają  się  w  pomysłach  atlasów,  wielorybów,  filarów, 
fundamentów niewzruszonych i nieuszczerbnych. Powiada Nie-tzsche:

 

Ś

mierć  naturalna  niezależna  jest  od  wszelkiego  rozumu  i  jest  w  istocie  irra-

cjonalna  -  pożałowania  godna  skorupa  decyduje  w  jej  przypadku  o  tym,  jak 

długo  jądro  istnieć  będzie.  Karłowaty,  złożony  chorobą  i  otępiały  stróż  wię-

zienny  jest  tu  panem,  i  on  to  decyduje,  kiedy  więzień,  osoba  wybitna,  ma 

zakończyć  życie.  Śmierć  naturalna  jest  samobójstwem  natury  -  innymi  słowy, 

unicestwieniem  najrozumniejszego  z  istnień  przez  najmniej  rozumny  z  jej 

składników.  Jedynie  poprzez  objawienie  religijne  może  owa  absurdalna  hie-

rarchia  być  odwrócona:  Rozum  wyższego  rzędu  (Bóg)  wydaje  wówczas,  jak 

być  powinno,  rozkazy,  jakim  rozum  pośledniejszego  gatunku  musi  się  podpo-

rządkować.

 

Niezgłębiona mądrość Boga przesłania bezsens chaosu. Można teraz zasadę 
„sensowności", jaka czyni krótką i wąską czasoprzestrzeń bytu możliwą do 
przeżycia, 

rozciągnąć 

poza 

te 

granice 

czasoprzestrzenne, 

których 

bezwzględność czyni tenże byt nieznośnym; to co „po drugiej stronie", ulega 
niejako pacyfikacji i przestaje straszyć. Rozum nadzoruje zawieszenie broni 
między  tym,  co  logiczne  a  tym,  co  absurdalne,  między  ambicjami  bytu  a 
wąskością  jego  granic.  Nazwa  nadana  chaosowi  zaprzecza  jego 
bezpodstawności  -  a  za  jednym  zamachem  uwalnia  też  byt  od  obowiązku 
usprawiedliwiania  się  i  tłumaczenia  się  ze  swego  sensu  i  przeznaczenia.  Ład 
ludzki nie musi gnębić się zadumą nad tym, że sam, tylko sam, jest podstawą 
(jakże  kruchą!)  na  jakiej  wspierają  się  zarówno  jego  ambicje,  jak  i 
niemożność  ich  spełnienia;  społeczeństwo  nie  czuje  się  zagrożone  na 
obszarze, którym włada, jak długo zrzeka się ono nadzoru nad obszarami, 
którymi  nie  rządzi  i  rządzić  nie  może.  Może  ono  nawet  przez  czas  jakiś 
utrzymywać w tajemnicy fakt złożenia podpisu pod akta-

 

47

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

mi  abdykacji,  przedstawiając  własną  niemoc  jako  wszechmoc  Boga,  własną 
ignorancję  jako  Boską  wszechwiedzę,  własną  ulotność  istnienia  jako  wie-
czność Boga, własną zaściankowość jako bożą wszechobecność.

 

Więź  społeczeństwa  i  religii  nie  jest  bynajmniej  przygodna.  Naiwne 

jest  tłumaczenie  tej  więzi  splotem  historycznych  przypadków  i  wyborów. 
Religia  i  społeczeństwo  są  jednią;  bez  religii  społeczeństwo  jest  z  góry 
skazane  -  nie  potrafi  się  obronić,  gdy  postawi  się  je  w  stan  oskarżenia. 
Jest  gwarantem  wszelkich  sensów,  ale  samo  pozbawione  jest  sensu; 
ź

ródłem wszelkich celów, ale samo pozbawione celów. Niezdolne do tego, 

by  ukryć  dowody  niemocy,  jaka  czai  się  za  pozorami  jego  potęgi, 
społeczeństwo  przegra  każdą  sprawę,  jaką  mu  się  w  sądzie  Rozumu  wy-
toczy,  żądając  na  rozprawie  dowodu  prawomocności  uzurpowanych  prero-
gatyw i obciążając je wyłączną odpowiedzialnością za powołujące się na te 
uprawnienia czyny.

 

Gdy nie potrafi się spojrzeć w Otchłań, trzeba wszystkimi siłami, aż do 

bólu  karku,  odwracać  wzrok.  Tu  właśnie  jednia  społeczeństwa  i  religii 
okazuje  się  pomocna.  Społeczeństwo  potrzebuje  Boga.  Najbardziej  po-
trzebuje  Boga  osobowego,  Boga  takiego  jak  ty  i  ja,  tyle  że  nieporównanie 
bardziej niż my zasobnego w środki; takiego Boga, który jasno postrzega ład 
i sens tam, gdzie my widzimy lub podejrzewamy zaprzeczenie sensu i celu. 
Bóg nieosobowy, w rodzaju Rozumu lub Praw Historii, jest drugim z kolei, i 
to  znacznie  gorszym,  wyborem.  „Niewidzialna  Dłoń",  „Przebiegłość 
Rozumu",  „Konieczność  Historyczna"  mają  z  Bogiem  osobowym  tę  cechę 
wspólną,  że  drogi  ich  są  niezbadane  i  że  nie  żąda  się  od  nich,  by 
tłumaczyły  się  ze  swych  dokonań.  W  odróżnieniu  od  Boga  osobowego 
jednak,  ich  władza  nie  sięga  tak  daleko,  by  zadekretować  nieważkość  tych 
właśnie  upartych  atrybutów  bytu,  jakie  uczyniły  Boga  niezbędnym.  Nie-
wiele mają one do powiedzenia w sprawie krótkości/wąskości istnienia, czy 
na  temat  bezsensu  śmierci  -  owego  „unicestwienia  najrozumniejszego  z 
istnień  przez  najmniej  rozumny  z  żywiołów".  Z  chwilą  gdy  zajmują  one 
urząd  opuszczony  przez  Boga  osobowego,  śmierć  staje  się  zniewagą  dla 
ludzkiej  godności  i  wyzwaniem  dla  chełpliwego  ludzkiego  rozumu.  Jest 
wtedy  śmierć  szparą,  przez  którą  skazana  na  banicję  (bezskutecznie,  jak 
widać) absurdalność bytu sączy się w nurt żywota, aż wypełni go po brzegi; 
jest  nie  dającym  się  zabić  deskami  ani  zasłonić  oknem,  przez  które  z 
wnętrza przytulnego, lecz przyciasnego domostwa sensu otwiera się widok

 

48

 

na  niezmierzone  obszary  absurdu.  Z  chwilą  gdy  nie  można  już  nadać 
ś

mierci  sensu  -  jej  wszechobecność  w e w n ą t r z   bytu,  ale  n  a 

z e w n ą t r z   wszystkiego,  czemu  bytowanie  jest  poświęcone  trzeba 
zataić lub „zdekonstruować" ; a jest to, co tu mówić, zadanie wymagające 
wysiłku nie lada.

 

Bez Boga trudno uniknąć konfrontacji z Chaosem. A czego nie można 

nie dostrzec w chwili nieuchronnej konfrontacji, to owego brutalnego faktu 
(jak  zanotował  Artur  Schopenhauer  wiele  lat  temu,  w  tych  odległych 
latach gdy nowoczesność była jeszcze młoda, pewna siebie i buńczuczna), 
ż

e „istnienie jest czystym przypadkiem":

 

Jeśli  kto  zacznie pytać,  dlaczego  jest  świat  zamiast  nicości,  znajdzie  on,  że 
istnienia  świata  nie  da  się  uzasadnić  od  środka;  żadnej  podstawy,  żadnego 
celu  ostatecznego  nie  odkryje  w  świecie  samym;  nie  wykaże,  że  świat  jest 
celem samym w sobie - że, innymi słowy, istnieje on dla własnego pożytku.

 

Jaka  więc  jest  odpowiedź  filozofa  na  owo  pytanie  bezskutecznie  odpo-

wiedzi poszukujące?

 

Ś

mierć jest wynikiem, podsumowaniem życia, lub sumą łączną, jaka wyraża za 

jednym zamachem wszystkie pouczenia, które życie oferowało pojedynczo i po 

kawałku; a mianowicie, że wszystkie zmagania, składające się na zjawisko życia, 

były  próżnym,  bezowocnym  i  wewnętrznie  sprzecznym  wysiłkiem,  i  że  kres 

zmagań jest wyzwoleniem.

 

W tamtych odległych czasach, głos Schopenhauera był głosem wołającym 

na puszczy. Mówiąc ściślej, miejsca z jakich takie jak Schopenhauera głosy 
dobiegały,  z  góry  określone  były  jako  „puszcza"  przez  cywilizację  wciąż 
jeszcze  przekonaną,  że  wywiąże  się  triumfalnie  z  zadania  z  jakim  Bóg 
borykał  się  bez  skutku.  Filozofia  dziewiętnastego  wieku  usunęła  na 
margines  rozmyślania  w  Schopenhauerowym  stylu  i  odmówiła  im  prawa 
bytu.  Wystartowała  ta  filozofia  z  najwyższego  piętra  -  z  wyżyn  wszech-
ogarniającej i oszałamiającej ogromem ambicji optymistycznej utopii He-gla, 
wędrowała  przez  ugory,  jakie  opancerzony  przeciw  wątpliwościom 
pozytywizm zaprzysiągł przekształcić w pola uprawne, i zakończyła bieg

 

49

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

odsyłając  Nietzschego  do  domu  obłąkanych.  W  tym  stuleciu  marzeń  (którego 
najjaskrawszym  bodaj  symbolem  był  hrabia  Claude  Saint-Simon,  który 
przykazał  lokajowi  budzić  się  codzień  okrzykiem:  „czas  wstawać,  Wasza 
Wysokość,  wielkie  czyny  czekają  na  dokonanie")  nie  słabła  ani  na  chwilę 
nadzieja,  że tylko to,  co  winno być  dokonane,  dokonane będzie, i  że  co  więcej 
dla  wszystkich  stanie  się  z  biegiem  czasu  jasne  że  to,  co  dokonane  zostało, 
dokonane być musiało und kann nicht anders („Czasy nowoczesne", powiada E.  
M.  Cioran,  „zapoczątkowali  dwaj  histerycy:  Don  Kichot  i  Luter"  ).  Cechą 
szczególną  wypowiedzi  Castoriadisa,  od  której  zaczęlis'my  te  rozważania,  jest 
nie tyle jej oryginalność (Schopen-ą    hauer już to przecież powiedział, głośno, 
wyraźnie i dobitnie), ale jej nie-""•"- - marginesowość. Co było niegdyś herezją, na 
naszych  oczach  przekształca  się  w  filozoficzną  ortodoksję.  O  czym  szeptano 
niegdyś  w  skazanych  na  zagładę  ruderach,  o  tym  krzyczy  się  dziś  na  placach 
publicznych.  Co  niegdyś  szmuglowano  pod  powłoką  nocy,  dziś  wystawia  się 
dumnie i w blasku lamp jarzeniowych na ladach najmodniejszych supermarketów. 
To ta właśnie różnica czyni różnicę...

 

Oko w oko z chaosem

 

Dziś,  nareszcie,  nie  uginają  się  pod  nami  kolana  gdy  zwracamy  się 

twarzą  do  Chaosu...  Nie  zdarzyło  się  to  nam  nigdy  przedtem.  Już  sam 
widok  niczym  nie  zamaskowanego  Chaosu  wystarczyłby  przecież,  aby  wy-
wołać  zawrót  głowy  i  wprawić  nas  w  panikę.  A  tu  jeszcze  jedna  nowość 
całkowita, przez to że pozbawiona wszelkiego precedensu, z jakiego można by 
się  było  uczyć,  czerpać  wskazówki  czy  pociechę,  powinna  by  czynić  naszą 
sytuację już całkiem nie do zniesienia. Wody, w jakich pogrążyliśmy się, są 
głębokie, ale nadto jeszcze niewyposażone we wskazówki nawigacyjne. Nie 
możemy nawet powiedzieć, że znaleźliśmy się na rozstajnych drogach: nie 
ma rozstajów bez dróg, a dziś wszak wiemy bądź czujemy, że nie ma innych 
dróg poza tymi, jakie odciskamy w gruncie własnymi stopami, krocząc...

 

Mówiąc to samo, tyle że w języku filozofów i wychowawców (choć nie 

kaznodziei,  tych  niewielu,  jacy  ocaleli  jeszcze  z  szybko  kurczącej  się  ka-
tegorii): wiemy dziś, że nie odkryto dotąd i zapewne nie odkryje się już

 

50

 

nigdy fundamentów bytu; i że wszelkie wysiłki założenia takich fundamentów 
okazały się, i chyba dalej okazywać się będą, daremne. Że moralność nie ma 
ani powodu, ani przyczyny - że konieczność bycia moralnym jak i sens tego, 
co  moralne,  nie  dadzą  się  logicznie  wydeduko-wać  ani  poglądowo 
zademonstrować.  Jawi  się  nam  dziś  moralność  jako  zjawisko  równie 
przygodne, co i reszta bytu - jak i reszta bytu pozbawiona fundamentów, w jej 
przypadku  etycznych.  Nie  umiemy  już  dziś  udzielać  wskazówek  etycznych 
jaźniom  moralnym,  nie  umiemy  ferować  praw,  jakim  postępowanie  moralne 
winne  by  się  było  podporządkować,  a  i  nie  spodziewamy  się,  byśmy  owych 
umiejętności  nabrali,  jeśli  z  większą  niż  dotąd  gorliwością  i  sprytem 
zabierzemy  się  do  pracy.  Jako  że  jednak  upewniliśmy  się  już  wprzódy 
(przekonywano nas o tym uparcie), że przyszłość moralności uznać można za 
bezpieczną  w  tym  tylko  przypadku,  gdy  wesprze  się  ona  na  twardym 
fundamencie  założonym  przez  budowniczych  bardziej  przemyślnych  i 
zasobnych niż wątła, planktono-kształtna jaźń moralna (przez siły trwalsze od 
krótkiej/wąskiej  czasoprzestrzeni  w  jakiej  zamyka  się  istnienie  jaźni 
moralnej) - z trudem tylko udaje się nam zrozumieć, jeśli w ogóle zrozumieć 
umiemy,  dlaczego  miałaby  być  jaźń  ludzka  moralną,  i  jak  mielibyśmy 
rozpoznać że taką właśnie jest

 

bądź nie jest.

 

Czym  innym  jest  wiara,  że  fundamenty  etyczne  moralności  nie  zostały 

jeszcze  odkryte  lub  zbudowane,  a  co  innego  strata  wiary  w  fundamenty 
jako  takie.  Brutalne  stwierdzenie  Dostojewskiego  „jeśli  Boga  nie  ma, 
wszystko  jest  dozwolone"  było  tylko  jawnym  przyznaniem  się  do  obaw, 
jakie  gnębiły  skrycie  budowniczych  nowoczesnego  „bezbożnego"  (lub  „po-
bożego") ładu. Zdanie "Boga nie ma" znaczy: nie ma siły potężniejszej niż 
wola  ludzka,  zdolnej  złamać  opór  ludzki  i  przymusić  człowieka  do 
moralności; a i nie ma autorytetu bardziej wzniosłego i zaufania godnego 
od  ludzkich  przeczuć  i  intuicji  -  autorytetu,  jaki  mógłby  uspokoić 
błądzących  po  omacku,  że  czyny,  jakie  zdają  się  im  cnotliwe,  szlachetne  i 
sprawiedliwe  są  w  istocie  takimi,  za  jakie  je  uważają,  i  jaki  potrafiłby 
sprowadzić zabłąkanych na drogę cnoty. Pod nieobecność takiej siły i takiego 
autorytetu,  ludzie  zdani  są  na  pastwę  swych  impulsów  i  instynktów.  Te  zaś 
ostatnie,  jak  powtarzają  bez  znużenia  kaznodzieje,  mogą  zrodzić  jeno 
grzech i zło, lub - jak upewniają nas z kolei filozofowie - nie zagwarantują 
poprawnego postępowania ani poprawności sądów etycznych.

 

51

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

Jedni  i  drudzy  twierdzą  zgodnie,  że  nie  ma  nic  takiego  jak  „moralność 
niepodbudowana etycznie"; i że moralność „samoistna" i samorodna, taka o 
jakiej  wiemy,  że  zdani  jesteśmy  dziś  na  nią,  jest  właśnie,  i  to  w  sposób 
jaskrawię oczywisty, etycznie bezpodstawna.

 

Jednego  możemy  być  pewni:  jakakolwiek  moralność  istnieć  może  w 

społeczeństwie, jakie przyznało otwarcie, że brak mu podstawy i celu, i że 
tylko  chybotliwa  kładka  konwencji  przykrywa  Otchłań  ziejącą,  tam  gdzie 
tkwić  winny  jego  fundamenty,  może  być  jedynie          m o r a l n o ś c i ą      
e t y c z n i e           n i e u f u n d o w a n ą .           Musi  więc  b~yć 
rriekontrolowalna  i  nieprzewidywalna.  Tworzy  się  ona  sama,  może  też  ska-
sować  to,  co  zbudowała  i  odtworzyć  w  innej  zgoła  postaci  -  a  wszystko  to 
dzieje się w toku zawiązywania i rozwiązywania stosunków międzyludzkich, 
w trakcie tego, jak ludzie schodzą się ze sobą i rozchodzą, porozumiewają 
i  kłócą,  przyjmują  lub  odrzucają  stare  lub  nowe  więzi  i  lojalności.  Tyle 
wiemy  na  pewno.  Wszystko  inne,  w  tym  i  konsekwencje  owego  stanu 
rzeczy, nie jest bynajmniej jasne.

 

Być może jednak nie ma podstaw dla rozpaczy, być może przesadzamy z tą 

niewiedzą.  Koniec  końców,  samostanowienie  się  społeczeństwa  nie  jest 
niczym nowym - jest co najwyżej nowością w sensie „ostatnich wiadomości". 
Od  najbardziej  zamierzchłych  czasów  społeczeństwo  istniało  i  odtwarzało  się 
drogą  samostanowienia  -  jedyna  różnica  polegała  na  tym,  że jego  członkowie     
n i e      z d a w a l i      s o b i e      s p r a w y ,      że tak się właśnie 
rzeczy miały (ściślej mówiąc, potrafili patrzeć w inną stronę i nie dostrzegać 
tego, co się naprawdę działo). Różnica to jedyna, ale wcale z tego powodu nie 
błaha. Jak powiada Castoriadis, społeczeństwo do niedawna skrywało skrzętnie 
procesy, jakie utrzymywały je przy życiu. Sztuka „samozaciemnienia" polegała 
właśnie  na  zaprzeczaniu  lub  zatajaniu  faktu  samostanowienia,  tak  by  to,  co 
nie  było  niczym  innym  jak  twardym  osadem  własnych  działań  mogło  być 
odbierane,  wbrew  prawdzie,  jako  wynik  przykazań  z  góry  lub  przemożnego 
nacisku  sił  wobec  społeczeństwa  zewnętrznych.  Łatwiej,  jak  się  zdaje, 
podporządkować się rozkazom odgórnym niż logice własnych, niesprawdzonych 
jeszcze pomysłów: gdy w grę wchodzi przykazanie odgórne, łatwiej jest znosić 
następstwa  własnych  czynów,  cierpienia  zdają  się  mniej  dotkliwe,  głos 
sumienia  dociera  stłumiony,  a  świadomość  odpowiedzialności  nie  rozdrapuje 
otwartej rany porażki (zbrodzień, który na sądzie wskazuje palcem

 

52

 

„tych  na  górze",  których  rozkazy  wykonywał,  znakomicie  orientuje  się  na 
czym  ta  różnica  polega).  Przeżywa  się  kres  „samozaciemniania"  boleśnie 
głównie dlatego, że trzeba stanąć twarzą w twarz z odpowiedzialnością, którą 
musi się teraz wziąć na siebie, i na którą nie widać wokół chętnych.

 

Cierpenie  tego  typu  jest  udziałem          s p o ł e c z e ń s t w a           a u -

t o n o m i c z n e g o ,    czyli takiego, o którym powiada Castoriadis,

 

ze

 

samo-konstytuuje  się  otwarcie.  Innymi  słowy,  wie  ono  że  sensy,  w  jakich  i  za 

pośrednictwem  których  żyje  i  istnieje  jako  społeczeństwo  właśnie,  są  jego 

własnym  dziełem;  że  nie  są  one  ani  zdeterminowane  w  sposób  konieczny,  ani 

przygodne

 

-  to  znaczy,  dodajmy,  że  nie  są  one bezdyskusyjne  ani  też  nie  spadają  one 
znikąd  i  bez  uprzedzenia.  W  społeczeństwie  prawdziwe  „autonomicznym", 
sensy  -  w  tym  też  sens  „tego,  co  moralne"  -  nie  jawią  się  jako 
bezpodstawne,  choć  jest  dla  wszystkich  jasne,  że  pozbawione  są  one  „fu-
nadamentów"  w  znaczeniu  postulowanym  przez  filozofów  i  teologów; 
„fundamenty" sensów, o ile o fundamentach może tu być mowa, są z tego 
samego  materiału,  co  sensy  jakie  wspierają.  Jak  i  sensy  same,  są  one 
względnie  solidnym  osadem  trwającego  nadal  procesu  samo-stworze-nia. 
Etyka  i  moralność  (jeśli  już  upieramy  się  przy  tym,  by  je  rozróżniać) 
wyrastają  z  tej  samej  gleby;  jaźń  moralna  nie  „odkrywa"  swych  funda-
mentów  etycznych,  lecz  (na  podobieństwo  nowoczesnych  artystów,  którzy 
dostarczyć muszą nie tylko dzieł sztuki, ale i klucza interpretacyjnego dla ich 
odczytania  i  oceny)  wznosi  owe  fundamenty  w  toku  samo-konstrukcji.  Jeśli 
ten  nowo  odkryty  kontynent  autonomicznego  społeczeństwa  zaludnimy 
jakże 

znanymi 

„niedoregulowanymi 

normatywnie", 

samotnymi 

aspołecznymi  potworkami  wykoncypowanymi  przez  Hobbesa  czy  Durkheima  - 
będziemy mieli wszelkie powody po temu, by trząść się ze strachu o przyszłość 
ludzkości. A raczej       m i e l i b y ś m y           powody, gdyby nie to, że jeśli co 
uległo ostatnio zmianie, to nie tyle sposób, w jaki odtwarzamy nasze wspólne, 
społeczne  życie,  ile  nasze  rozumienie  procesów,  za  jakich  pośrednictwem 
dokonujemy wciąż na nowo tego cudu. A więc rozumiemy dziś,

 

53

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

ż

e  podobnie  jak  od  zewnątrz  gwarantowane  fundamenty  etyczne  ładu  lu-

dzkiego,  straszak  aspołecznej  bestii  był  produktem  fantazji  samozacie-
mniającego  się  społeczeństwa  (dwa  te  wymysły  potrzebowały  się 
nawzajem,  uzupełniały  i  potwierdzały  wzajemnie  na  sposób  samospełnia-
jących  się  przepowiedni).  Prawdę  mówiąc,  nowa  samo-świadomość  nie 
czyni zadania samo-kreacji łatwiejszym niż w czasach samo-zaciemnienia, ale 
nie ma powodów by sądzić, że czyni je ona trudniejszym niż było wtedy. 
Sprawy  zmianiły  się  w  tym  tylko  sensie,  że  widzimy  dziś  jaśniej  niż 
kiedykolwiek trudności, w jakie zadanie obfituje i przeczuwamy, że nie ma 
na  nie  łatwego  lekarstwa;  nie  spodziewamy  się  już,  by  można  było  przed 
nimi  uciec  lub  ich  obecność  zignorować  z  pomocą  nowych,  wy-
myślniejszych niż wprzódy, wybiegów.

 

Możemy  zgodzić  się  z  Maxem  Horkheimerem,  który  uznał  Schopen-

hauera  za  „nauczyciela  naszych  czasów"  ("Mało  których  idei  -  pisał 
Horkheimer  -  potrzebuje  nasz  świat  bardziej  niż  tych,  co  pochodzą  od 
Schopenhauera; jako że nie ukrywają one beznadziejności świata, mają one o 
wiele więcej do powiedzenia o nadziei").

 

>, 

Schopenhauera doktryna ślepej woli jako sity wiecznej świat z pozłacanej,

 

a  w  błąd  wprowadzającej  folii,  w  jaką  zawijała  go  dawna  metafizyka.  W 
ostrej  sprzeczności  z  pozytywizmem,  utwierdza  ona  to,  co  negatywne  i  utrzy-
 

muje  jego  obecność  w  myśleniu,  ujawniając  tym  samym  powód  dla  solidar 
ności  ludzi  i  wszelkich  stworzeń  zawarty  w  ich  wspólnym  losie.  Żadna 
potrzeba  nie  będzie  zaspokojona  „po  tamtej  stronie".  Popęd  to  tłumienia 
potrzeb  na  tym  świecie  płynie  z  niechęci  do  uznania  tego  stanu  rzeczy  
tolerowania  go,  gdy  istnieje  szansa  by  go  zmienić.  W  przypadku  solidarności 
zrodzonej  z  beznadziei,  świadomość  principium  individuationis  jest  pod 
rzędna...

 

Stać po stronie tego, co czasowe, przeciw bezlitosnej wieczności - to właśnie jest 
moralność w Schopenhauerowym sensie.

 

Tkanie zasłony

 

Niepogodzenie  się  z  losem,  stanowcza  odmowa  porzucenia  nadziei,  była 

najbardziej jaskrawą bodaj cechą charakterystyczną mentalności nowoczesnej. 
Pod  tym  względem  była  nowoczesność  w  zgodzie  z  przed-nowoczesną 
teologiczną wersją „samo-zaciemnienia". Nowoczesne odczarowanie świata

 

było  tylko  częściowe:  piewcy  nowoczesności  potępiali  i  odrzucali  strategie 
przegranych  sędziwych  generałów,  lecz  wychwalali  pod  niebiosa  talenty 
młodych  oficerów,  których  promowali  na  ich  miejsce  -  i  bez  wytchnienia 
szukali nowych, tym razem bezbłędnych, strategii, nie tracąc nadziei, że je w 
końcu  znajdą.  Kapłani  wiedzy  zastąpili  kapłanów  Boga;  społeczeństwo 
wiedzione  przez  postęp  miało  osiągnąć  to,  czego  świat  predestynowany  nie 
zdołał.  Z  wątpliwości  co  do  pomyślnych  efektów  przyszłych  starań  ulepiono 
nagrobek potępionej przeszłości. Zdaniem proroków i bardów nowoczesności, 
nowy  zarząd usunie błędy i wypaczenia dnia wczorajszego. Myśl nowoczesna 
chełpiła się swym krytycyzmem, ale nie uznawała ona krytyki, która by nie 
wiodła  do  nowych  propozycji  pozytywnych;  tylko  dla  „pozytywnej"  krytyki 
było  miejsce  -  jakby  nie  była  krytyka  bezwzględna  i  szokująca,  musiała 
legitymować  się  obietnicą  happy  endu.  Krytyka  nowoczesna  czerpała  swe 
uzasadnienie  i  swe  soki  żywotne  z  pewności  niewzruszonej,  że  dla  każdego 
„problemu" istnieje „rozwiązanie", i że program „pozytywny" jest możliwy do 
skonstruowania i skonstruowany być winien. Z perspektywy czasu, opiewane 
powszechnie  „odczarowanie  świata"  przez  myśl  nowoczesną  przypomina 
bardziej  przekazanie  pałeczki  w  biegu  rozstawnym  czarodziejów.  Mentalność 
nowoczesna nabyła receptę na „odczarowanie" w transakcji wiązanej, wraz z 
przepisem i zestawem części dla nowego, „ulepszonego" zaczarowania.

 

Zaklęciami magicznymi były teraz Historia tudzież Rozum: rozum historii, 

albo  historia  jako  działanie  rozumu,  lub  historia  jako  samo-poznanie  się 
rozumu, albo historia jako dzieje samo-stanowienia się rozumu. Wszystkie te 
i inne jeszcze, różne lecz pokrewne formuły traktowały rozum i historię jak 
syjamskich braci nie zdatnych do operacyjnego odseparowania. Rozum jawił 
się  w  nich  jako  historia,  jako  nieustające  „jeszcze  nie",  jako  g d z i e      
i n d z i e j       każdego z miejsc i     k i e d y           i n d z i e j   każdego  z 
momentów  czasu.  „Rozum"  o  którym  powiadała  myśl  nowoczesna  był 
dziwacznym  rzeczownikiem  używanym  tylko  w  czasie  przyszłym:  zawsze 
ś

wiadoma  swego  przeznaczenia  teraźniejszość  miała  za  swój  cel 

kapitulację  wobec  rozumu  -  czerpała  ona  swój  sens  jedyny  z  samo-zaprze-
czenia,  z  celu  do  jakiego  miała  prowadzić  i  który  domagał  się  w  pierwszym 
rzędzie  zastąpienia  jej  czym  innym  niż  była.  Przyszłe  rządy  Rozumu  nadają 
sens  chwili  obecnej,  której  funkcją  jest  moszczenie  drogi  wiodącej  do  przy-
szłości.  Narracja  nowoczesna,  mówiąc  słowami  Jean-Franęois  Lyotarda, 
szukała  legitymacji  „w  przyszłości  jaka  miała  dopiero  nadejść,  a  więc  w  idei 
jaka miała być dopiero realizowana". Trzymano więc nadzieję przy życiu

 

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

podsycając  nieustannie  napięcie  między  przyszłością,  nigdy  w  pełni  nie 
zmaterializowaną,  a  czasem  teraźniejszym,  w  przyszłość  wycelowanym  ale 
wciąż  od  niej  odległym;  napięcie  między  „partykularyzmem,  przygodnością, 
zamgleniem  chwili  bieżącej  a  uniwersalnością,  samostanowieniem,  przejrzy-
stością 
czasu przyszłego jaki obiecywała"

9

.

 

Nowoczesność  wyrażała  się  w  nieustającym  wysiłku  petryfikacji  celu,  a 

więc ujarzmienia tejże przyszłości, która nadawała sens wysiłkowi. Szło o to, by 
przyszłość  dowiodła,  że  wysiłek  nie  był  daremny;  by      z          g ó r y   zmusić 
przyszłość  do  zalegitymizowania  wysiłku  ex  post  facto.  W  odróżnieniu  od 
dawnej,  przed-nowoczesnej  i  teologicznej  wersji  „samo-zaciemnie-nia", 
wersja  nowoczesna  nie  odbierała  zmienności,  przygodności  czy 
nieprzewidywalności  świata  jako  argumentu  wymierzonego  potencjalnie 
przeciw sobie. Uznawała przecież sens nie tylko tego, co miało jeszcze nastąpić 
i  prędzej  czy  później  nastąpić  musiało,  ale  i  tego  co  miało  dokonać  swego 
ż

ywota;  także  i  to  drugie  miało  dla  myśli  nowoczesnej  sens  -  a  to  taki  oto 

sens,  że  jego  wybycie  ze  świata  oczyszczało  grunt  pod  to,  co  miało  jeszcze 
nastąpić.  Kurtyna  sensu,  jaką  myśl  nowoczesna  zasłaniała  nieuleczalną 
absurdalność bytu tkana była z przędzy    t w ó r c z e g o     z n i s z c z e n i a .

 

„W  świecie  w  jakim  roiło  się  od  ich  sukcesów  -  powiada  Cioran  -nacje 

Zachodu nie miały trudności z opiewaniem historii i przypisywaniem jej sensu 
i  celowości.-Historia  była  ich  własnością,  one  były  jej  pełnomocnikami:  nie 
mogły  więc  nie  toczyć  się  w  rozsądnym  kierunku...  Ustawiały  więc  one 
historię,  kolejno,  pod  patronatem  Opatrzności,  Rozumu  i  Postępu"

1

  .  Prawo 

miejscowe  zachodniej  cywilizacji,  która  nadała  sobie  imię  Nowoczesności, 
mogło  być  przedstawione  jako  prawo  powszechne  dzięki  kleszczom,  w 
jakich zawarł triumfujący Zachód resztę współczesnego mu świata - to właśnie 
globalność  ich  panowania  pozwoliła  Europejczykom  dopatrzeć  się  „w          i c h      
cywilizacji,   i c h     dziejach,       i  c h        wiedzy cywilizacji,  historii  i 
wiedzy  berhaupt"      .  Perspektywa  oglądu  świata  określona  była  przez 
dyferencjał  mocy.  Przedmiot  oglądu  zdawał  się  tym  bardziej  wątły  i 
przejściowy, im łatwiej było go zmienić, uprzątnąć z drogi, uczynić niebyłym.  
Oglądane ze szczytu, przedmioty u stóp wzniesienia zdają się śmiesznie małe 
i  nieporadne.  Uzbrojonym  po  zęby  pionierom  kolonizującym  kontynenty 
Ameryki,  Australii  czy  Nowej  Zelandii  tereny,  które  brali  w  posiadanie 
zdawać się

 

musiały  puste;  był  to  dla  nich  punkt  zerowy  dziejów,  czas  nowego  startu, 

początku absolutnego.

 

Specyficznie  nowoczesną  formą  „samo-zaciemnienia"  było  wyobrażenie  o 

ś

wiecie jako linii frontu. Nowoczesność jest ze swej istoty c y w i l i z a c j ą  

f r o n t o w ą .  Istnieć ona może tak długo, jak długo istnieje front bitewny, z 
jakim  wiązać  można  obietnicę  nowego  rozdziału,  mówiąc  ściślej  -  jak 
długo świat pozwala na to, by traktować go jako linię frontu. „Zachód - 
jak  pisze  Castoriadis  -  jest  niewolnikiem  idei  wolności  absolutnej", 
rozumianej  jako  „arbitralność  (Willkiir)  całkowita",  jako  „próżnia 
absolutna",  którą  trzeba  jeszcze  wypełnić  treścią

12

.  Cokolwiek  ma  być 

zrobione,  zrobione  być  musi.  Co  się  liczy  w  pierwszym  rzędzie,  to 
z d o l n o ś ć  działania, a nie działanie samo; treść, cel, następstwa czynu są 
podrzędne wobec m o c y  działania.

 

Tylko  z  pozoru  jest  byt  nowoczesny  zorientowany          d o c e l o w o .  

Naprawdę ważny jest nie cel, lecz owa pewność siebie, jaką czerpie się z 
posiadania     ś r o d k ó w           do  osiągania (i stawiania!) celów, jako  że  to 
właśnie ufność, że można próbować na nowo, i w nieskończoność (że żadna 
porażka nie jest ostateczna) pozwala trwać w przekonaniu, że „historia jest 
postępem  rozumu".  Wbrew  temu  jak  sobie  sama  siebie  wyobraża,  i  temu, 
jak  się  reklamuje,  cywilizacja  nowoczesna  nie  orientowała  się  nigdy  na     
d z i a ł a n i e ,           lecz na     z d o l n o ś ć           do d z i a ł a n i a .    
Ta zdolność z kolei była wypadkową posiadanych narzędzi  i  oporu  surowca 
(to znaczy, zgody przedmiotu działania na to, by działający traktowali go jak 
surowiec): innymi słowy, była ona wypadkową dyferencjału mocy. Można się 
domyślać, że to właśnie spłaszczenie dyfe-rencjału mocy między Zachodem a 
resztą świata było zasadniczym powodem załamania się i  uwiądu tej wersji 
„samo-zaciemnienia"  jaka  posługiwała  się  mitologią  Historii,  Rozumu  i 
Postępu;  a  więc  bodźcem  dla  ponowoczesnego  przewartościowania  założeń 
cywilizacji  nowoczesnej.  Wynikiem  tego  przewartościowania  nie  jest,  jak 
dotąd,  nowa  i  ulepszona  wersja  „samo-zaciemnienia".  Jest  nim  nie  tylko 
gotowość  przyznania,  że  byt  z  pozoru  uładzony  i  sensowny  podszyty  jest 
Chaosem i Absurdem -ale i rosnące przekonanie, że ów stan trwać będzie 
jak dalece sięgnąć można wyobraźnią, i że nic co jesteśmy w stanie zrobić 
nie może tego faktu zmienić.

 

 

 

 

56

 

57

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

Przekłucie zasłony

 

Nowoczesność  uważała  się niegdyś  za  cywilizację          u n i w e r s a l - n  ą. 

Mówi ona dziś o sobie jako o cywilizacji     g l o b a l n e j .    Za tą drobną z 
pozoru  wymianą  terminów  kryje  się  radykalny  zwrot  w  samo-wiedzy  i 
samopoczuciu  Zachodu.    „Uniwersalne"  być  miało  panowanie  Rozumu; 
taki  ład  rzeczy,  w  jakim  dyktatura  pasji  ustąpi  miejsca  autonomii  istot 
rozumnych, przesądy i ignorancję zastąpi prawda, a miast losu dryfującego 
planktonu  ludzie  żyć  będą  w  historii  planowanej,  skonstruowanej  na 
zamówienie  i  skrzętnie  nadzorowanej.  „Globalność",  dla  odmiany,    znaczy 
tyle    tylko,  że  wszyscy  wszędzie  mogą  stołować  się  u  MacDonalda  i 
oglądać najnowszy telewizyjny dokudramat. Uniwersalność była wyzwaniem 
rzuconym  niedoskonałemu  światu,  dumnym  projektem,  zadaniem 
herkulesowym  do  wykonania.  Globalność  natomiast  zwiastuje  potulną 
zgodę  na  to,  co  się  dzieje;  rezygnację  z  oporu,  kapitulację,  której  gorycz 
(jeśli w ogóle doświadczaną) osładza co najwyżej przekonanie, że rozsądniej 
przyłączyć  się  do  zwycięzców  niż  tkwić  w  obozie  pokonanych. 
Uniwersalność  była  orężem  i  chlubą  filozofów.  Globalność  wysiedla  filo-
zofów,  odartych  z  tog  senatorskich,  z  powrotem  do  owej  puszczy  z  jakiej 
uniwersalność miała ich wyprowadzić. Jak pisze Dawid E. KJemm

 

W  system  konkurencyjny  gospodarki  globalnej  wpisane  jest  prawo,  jakie  czyni 

dyskurs  filozoficzny  bezprzedmiotowym:  prawo  maksymalizacji  zysku.  Prawo  to 

określa normy, jakie kierują lub ograniczają działanie, a czynią to nie poprzez 

odwoływanie  się  do  prawdy  lecz  przez  praktyczną  determinację  rezultatów 

zabiegów życiowych. Prawo samo, bez pomocy, selekcjonuje tych, którym się 

powiodło  od  tych,  którzy  ponieśli  porażkę,  zgodnie  z  zasadami  swoistego 

darwinizmu gospodarczego. Odwoływanie się do prawdy w niczym nie podważy 
działania prawa...

 

Innymi słowy: niewiele tu zależy od tego, co (i czy) mówią filozofowie - 

jakby nie pragnęli oni, by było odwrotnie, i z jakim by uporem nie

 

twierdzili  (jak  istotnie  utrzymują  od  Hegla  do  Habermasa),  że  historia  i 
nowoczesność,  a  j u ż  szczególnie  postępowe  dojrzewanie  historii  do  jej 
nowoczesnej  postaci,  są  filozoficznymi  problemami  -  zadaniami          c z e -
k a j ą c y m i           (choć,  jak  twierdzi  Habermas,  bezwiednie)  na  decyzję 
filozofów. Chaos i przygodność, których dozgonną banicję z wysp społecznego 
ładu myśl nowoczesna zaprzysięgła, powróciły z wygnania, gotowe mścić się za 
czasy  pogardy;  zarządzają  one  teraz  obszarem,  który  miał  być  wyłączną 
domeną  Rozumu,  zawiadywaną  przez  prawo  stanowione,  nie  przez  prawa 
natury; zaś gdzie chaos i przygodność rządzą, mędrcy którzy zasiadali wprzódy 
przy biurkach zawiadowców historii degradowani są do ileż pośledniejszej rangi 
nadwornych  kronikarzy.  Dymisji  towarzyszy  zakłopotanie  -  nie  jest  bowiem 
bynajmniej  jasne,  czy  pulpity  zawiadowcze  zachowały  się  w  ogóle  i  czy 
ktokolwiek jeszcze dziś przy nich zasiada, czy przeżyły one przekształcenie się 
uniwersalizacji w globalizację (lub ujawnienie, że uniwersalizacja jest w istocie 
globalizacją;  lub  też  demaskację  p r o j e k t u           uniwersalizacji  jako 
przykrywki dla     p r a k t y k i   globalizacji). Społeczeństwo nie udaje już, że 
jest  tarczą  przeciw  przygodności.  Pod  nieobecność  władz  na  tyle  silnych  i 
zuchwałych  by  podjąć  się  na  serio  poskromienia  żywiołu,  społeczeństwo 
samo  staje  się  boiskiem  dla  chaosu  -  polem  bitwy  dla  rozproszonych, 
pozbawionych  wspólnego  dowództwa  i  uzgodnionego  planu  oddziałów 
partyzanckich lub pastwiskiem dla stąd wędrujących każde w innym kierunku, 
choć wszystkie w poszukiwaniu żeru i bezpiecznego od drapieżników poletka 
na nocleg. Chronologia zastępuje historię, „rozwój" zajmuje miejsce postępu, 
przygodność panuje tam, gdzie niegdyś spodziewano się rządów logiki planu. To 
wszystko nie jest filozofów winą; to wszystko nie dlatego się stało, że filozo-
fowie  nie  umieli  ulokować  ulotnego  i  przygodnego  bytu  na  solidnym 
fundamencie.  Jeśli  już,  to  wyrwano  im  z  rąk  narzędzia  i  materiały  bu-
dowlane - i to nie po to, by przekazać je w inne ręce, lecz by cisnąć je na 
ś

mietnisko zawiedzionych nadziei i niedotrzymanych obietnic, gdzie spoczęły 

już sny o rządach powszechnych Rozumu.

 

Dymisja  prawodawców  spowodowałaby  oburzenie  polityczne;  unieważ-

nienie  procedury  prawodawczej  budzi  filozoficzną  rozpacz.  Nie  tylko  o  to 
przecież  idzie,  że  trwałe  rzekomo  małżeństwo  prawdy  i  mocy  zakończyło 
się  rozwodem.  Stało  się  coś  gorszego  -  zabrakło  kawalerów  gotowych  po-
ś

lubić prawdę filozofów, i nie widzi już ona ratunku przed staropanień-

 

 

 

59

 

58

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

stwem.  Nie  widać  jakoś  postaci  skłonnych  przywdziać  szaty  „oświeconych 
despotów", jakie  od  paru  stuleci  tkali  filozofowie  dla  przyszłego  narzeczonego 
Prawdy  -  choć  filozofowie  czynią  co  mogą  by  znaleźć  je  w  coraz  to  nowych 
siedzibach,  wśród  nowych  kacyków  plemiennych  na  przykład,  lub  wśród 
dzisiejszych rycerzy wolności, którym nie dano jeszcze szansy spróbowania sił 
w  roli  drobnych,  lecz  dokuczliwych  tyranów  (tych,  co  kierują  wzrok  w  tym 
ostatnim  kierunku,  Cioran  ostrzega:  „Definicja'jest  zawsze  kamieniem 
węgielnym  świętego  przybytku";  z  reguły  „płomienne  oczy  zwiastują  rzeź"; 
„człowiek,  który  proponuje  nową  wiarę,  jest  prześladowany,  aż  sam  nie  stanie 
się prześladowcą; ży^p prawdy zaczyna się od konfliktu z policją, a kończy jej 
przywołanierff^

4

). Dyskurs postmodernistyczny filozofów opętanych tęsknotą za 

prawodawstwem  stosuje  się  do  reguł  wspólnych  zwierzeniom  sfrustrowanych: 
obrzuca się w nim wyzwiskami i polewa jadem posłańców, gdy wieściom jakie 
przynoszą odmawia się prawdy lub powodów do poważnego potraktowania.

 

Postępując  w  ten  sposób,  filozofowie  winią  rzeczywistość  za  to,  że  nie 

wspięła  się  na  wyżyny  racjonalności,  które  obrali  u  zarania  ery  nowoczesnej  za 
horyzont dziejów. Reakcja to naturalna i bardzo ludzka - ale jeśli wziąć poprawkę 
na zrozumiałe rozgoryczenie niedoszłych prawodawców, okaże się, że „stało się 
w  historii"  co  innego  niż  insynuują:  procesy  zapoczątkowane  u  progu 
nowoczesności,  fałszywie  odczytane  w  swoim  czasie  jako  pierwsze  kroki  na 
szlaku  wiodącym  ku  fachowo  nadzorowanej  i  koordynowanej  racjonalności 
uniwersalnej,  zrodziły  mnóstwo  nieskoordynowanych  i  samoistnych  (lokalnych, 
partykularnych  racjonalności,  które  stały  się  główną  przeszkodą  na  drodze  do 
iście  powszechnego  ładu  racjonalnego.  Prawdziwym  horyzontem  ery 
nowoczesnej okazało się „społeczeństwo ryzyka" Ulricha Becka, w którym liczyć 
można co najwyżej na to, że jakieś inicjatywy miejscowe, ale potencjalnie groźne 
w  skali  globalnej,  podjęte  będą  jutro  dla  załagodzenia  strat  naniesionych  przez 
wczoraj  podjęte,  równie  lokalne  i  w  sposób  oczywisty  szkodliwe  globalnie, 
inicjatywy.

 

Echo  zawiedzionej  nadziei  kołacze  się  w  często  powtarzanej  opinii,  że 

dolegliwością  i  przyczyną  osobliwej  niemocy,  jaką  zmożona  jest  nasza  epoka 
jest  uwiąd  wyobraźni,  a  nade  wszystko  zmierzch  utopijnego  myślenia. 
Poprawność tej  diagnozy  budzi  wszakże  wątpliwości:  być może  przyjmuje się tu 
bankructwo p e w n e g o  t y p u  utopii za

 

60

 

symptom ogólnej anty-utopijności naszych czasów. Ponowoczesność jest na 
tyle  nowoczesna,  by  żyć  nadzieją.  Straciła  ona  niewiele  z  nowoczesnego 
buńczucznego  optymizmu  (choć  trudno  się  spodziewać,  by  filozofowie 
intonowali  odę  do  ponowoczesnej  radości;  za  mało  znajdą  dla  siebie  po-
ż

ywnych  okruchów  pod  stołem  biesiadnym  rozstawionym  na  ponowoczes-

nym  festynie;  nie  przewidziano  dla  nich  lokalu  w  ponowoczesnym  szkicu 
„nowej  i  ulepszonej"  przyszłości).  Ponowoczesność  ma  swoje  utopie,  choć 
nie  należy  winić  filozofów  za  to,  że  nie  zauważają  w  nich  znamion, jakie 
przyzwyczaili  się  przyjmować  za  cechy  szczególne  utopii:  tych  co  dodawały 
ostróg  nowoczesnej  nietolerancji  wobec  teraźniejszości  -  zawsze  przecież 
niedoskonałej,  zawsze  pozostawiającej  wiele  do  życzenia,  zawsze 
ułomnej i koślawej, jeśli się ją ze świetlanym obrazem przyszłej harmonii

 

zestawiło.

 

Joe  Bailey  opisał  ciekawie  dwie  wzajem  uzupełniające  się  utopie  po-

nowoczesne:  tę  która  powiada  o  cudownych  właściwościach  leczniczych 
wolnego rynku, i tę, która kreśli obraz świata, w jakim na wszystkie kłopoty jest 
lekarstwo,  i  wszystkie  lekarstwa  dostarczane  są  przez  technonaukę. 
Pierwsza,  neo-liberalna  utopia  roztacza  panoramę  całkowicie  uwolnionej  z 
więzów,  kompletnie  „zderegulowanej"  konkurencji  rynkowej,  odnajdującej 
nieomylnie najkrótszą i najszybszą trasę do szczęścia i bogactwa. W tej utopii, 
„społeczeństwo jawi się jako ład w zasadzie     n a t u r a l n y ,       w jakim 
zaspokajające  potrzeby  instytucje  wyrastają  niejako  same  przez  się. 
Interwencjonizm, planowanie i upolitycznienie świadczeń społecznych jawią się 
natomiast  jako  niebezpieczne  zaburzenia  żywiołowego  ładu".  Druga, 
technologiczna  utopia  „głosi,  że  społeczne,  polityczne  a  nawet  moralne 
problemy  społeczeństwa  podatne  są  na  technologiczne  rozwiązania,  że  ruch 
naprzód  we  wszystkich  sferach  życia  gwarantowany  jest  wyłącznie  przez 
zmiany  technologiczne,  i  że  obecne  społeczeństwo  znajduje  się  w  ruchu 
przyspieszonym ku nowym jakościowym ulepszeniom, jakie przyniesie rozwój 
technologii". A oto konkluzja Baileya:

 

Oto  dwie  nowe,  przykuwające  uwagę,  i  powiedziałbym,  że  wielce  wpływowe 

utopie,  które  wnoszą  element  optymizmu  do  debat  publicznych.  Powiedział-

bym, więcej: że dominują one i kolonizują optymizm współczesny.

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

Utopie  ponowoczesne  są  anarchistyczne;  rzadko  kiedy  skłaniają  się  ku 

anarcho-syndykalizmowi. Obie malują obraz świata praw bez obowiązków, 
a głównie bez rządców i żandarmów, za wyjątkiem tych paru, bez których 
obejść  się  nie  można,  jeśli  pragnie  się  spokojnego  spaceru  wzdłuż 
sklepowego  deptaku  i  nie  chce  się  by  torbę  z  zakupami  wyrwano  z  ręki. 
Obie  każą  ufać  mądrości  Nieobecnego  Rozumu.  Obie  buntują  się  przeciw 
ś

wiadomemu  działaniu  zbiorowemu,  planom  wspólnym,  projektom 

ogólnym,  dzisiejszym  wyrzeczeniom  w  imię  przyszłych  korzyści,  zwłoce 
w zaspokajaniu pragnień - wszystkim tym zasadom głoszonym wczoraj w 
założeniu, że przyszłość można kontrolować, nadawać jej kierunek, zmuszać 
do tego, by przybierała kształt z góry pożądany, a więc w założeniu że bieg 
czasu  nie  jest  po  prostu  sekwencją  niepowiązanych  i  niezależnych  od 
siebie epizodów, że to, co robi się dziś waży, jako że ma wpływ jakiś na to, 
co  się  stanie  jutro;  że,  innymi  słowy,  czyny  są  „brzemienne  w  skutki". 
Mądrość  ponowoczesna  uznaje  jedno  tylko  planowanie,  zwane 
„planowaniem rodziny" (nazwę dobrano, rzec można, w stylu Orwellowskiej     
n o w o m o w y      -     n i e      po     to     by i n f o r m o w a ć ,      a l e      
a b y      m y l i ć ;      istota „planowania rodziny" na tym przecież polega, by 
do  powstania  rodziny  nie  dopuścić)  -  a  więc  planowanie  zmierzające  do     
z a p o b i e g a n i a           „brze-mienności  w  skutki",  do  oczyszczania 
czynów  od  następstw.  Dzieje  się  tak,  jak  gdyby  nowe  aksjomaty  polityki 
ż

yciowej  były  dokładnym  odwróceniem  dawnych:  jeśli  dawniej  zakładało 

się,  że  aktorzy  pracują  w  imię  przyszłości  -  dziś  przyjmuje  się,  że 
przyszłość  jest  siłą  wobec  aktorów  niechętną  lub  złowrogą,  jaka  dławi 
wolność,  paraliżuje  wolę  i  pęta  ręce  na  długo,  zanim  nadejdzie. 
Ż

ywiołowość  świata  malowanego  przez  ponowoczesne  utopie  czyni 

absurdalną  wszelką  troskę  o  przyszłość,  z  wyjątkiem  troski  o  to,  by  móc 
przestać troszczyć się o przyszłość - no i o to oczywiście, by móc działać w 
sposób odpowiednio beztroski i niefrasobliwy.

 

Chaos  i  przygodność,  które  myśl  i  praktyka  nowoczesne  usiłowały  przez 

dwa z górą stulecia wytrzebić lub (gdyby wytrzebić się nie dało) przepędzić z 
pola  widzenia,  nie  tylko  powróciły  z  wygnania  lub  kryjówki,  ale  (po  raz 
pierwszy chyba w dziejach tak jawnie, i dla tak wielu ludzi naraz) pojawiają 
się na placach publicznych gołe, pozbawione szat, makijażu i ozdób - i po raz 
pierwszy  nie  wstydzą  się  swej  nagości  i  nie  szukają,  jakby  ją  ukryć.  Bez-
podstawność bytu nie jest dziś hańbiącą tajemnicą, o jakiej w porządnym

 

62

 

towarzystwie mówić nie wypada, ani grzechem pierworodnym, który zbiorowość 
ludzka zwana społeczeństwem stara się jak tylko można odpokutować i zmyć. 
Wręcz na odwrót: opiewa się dziś jej piękno i głosi jej chwałę, jako warunku 
prawdziwej, w pełni rozkwitłej wolności. Ponowo-czesność oznacza demontaż i 
deregulację  wszystkich  tych  urzędów,  na  jakie  w  epoce  nowoczesnej  składano 
obowiązek  prowadzenia  lub  popychania"  istot  ludzkich^pojedynczo  lub 
zbiorowo, ku ich stanowi idealnemu: ku ładowi racjonalnemu i doskonałości, 
ku  doskonałości  racjonalnej  i  racjonalności  doskonałej.  Utopie  ponowoczesne, 
ponowoczesne  wyobrażenia  o  szczęściu  przekonują  nas,  że  należy 
przyklaskiwać  rozbiórce,  radować  się  rozwalaniem  ścian,  witać  kruszenie  i 
przemiał  ideałów  hymnami  na  cześć  wolności  niczym  nareszcie  nie 
krępowanej,  raz  na  zawsze  uwolnionej  od  mącącego  przyjemność  obowiązku 
służenia „wyższym celom".

 

Nie  jest  wcale  jasne,  jak  posuwać  się  mogą  naprzód  sprawy  moralności, 

dobra i sprawiedliwości w świecie, który jak gdyby pogodził się z własną 
bezpodstawnością, przestał się nią kłopotać i nie cierpi już na bezsenność z 
powodu niedowładu urzędów odpowiedzialnych za poskramianie chaosu. Nie 
należy się więc dziwić, że filozofowie etyczni tracą nerwy i że opuszcza ich 
chęć  brania  się  za  barki  z  problemami  świata  jaki  zamieszkują;  że  miast 
upierać  się  w  sprawowaniu  coraz  mniej  wdzięcznej  a  coraz  bardziej 
awanturniczej  funkcji  stanowienia  praw  i  ferowania  sądów  etycznych,  wolą 
spędzać czas na mnożeniu uczonych komentarzy do antycznych tekstów. Po 
sporządzeniu  inwetarza  aktualnych  frasunków  intelektualnych  zarówno  na 
lewicy jak i na prawicy politycznego widma, znalazł Castoriadis „przerażający 
regres ideologiczny wśród literati".

 

Czynności  prawodawcze  i  definicyjne  są  z  reguły  jawną  lub  pośrednią 

krytyką  istniejącego  stanu  rzeczy.  Obecna  niechęć  do  zajmowania  się  nimi 
rozonuje ściśle, i wcale nie przypadkowo, z obumieraniem myśli krytycznej; 
z  powszechnie  dziś  odczuwaną  niemocą  wyobraźni,  niezdolnej  już  do 
wykoncypowania  świata  odmiennego  od  tego  jaki  istnieje  a  jednak 
podobnie  jak  on  zdolnego  do  życia;  a  i  z  równie  powszechnym  brakiem 
optyministycznej  zuchwałości  lub  zuchwałego  optymizmu  potrzebnych,  by 
zarekomendować  ów  świat  odmienny  ludziom  zanurzonym  w  świecie,  który 
jest.  „Okres  bieżący  można  zatem  opisać  najlepiej  jako  ogólny  odwrót  ku 
konformizmowi"  -  powiada  Castoriadis.  Powiada  to  ze  smutkiem  i 
gniewiem  -  nawet  on  jednak,  gdy  proponuje  zastrzyk  środków  pobudza-
jących dla zahamowania dalszego uwiądu wątlejącej, lecz nie wyczerpanej

 

63

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

wszak  jeszcze  do  końca  wizji  świata  zbiorowej  i  indywidualnej  autonomii, 
kończy  zdaniem  nie  tak  znowu  różniącym  się  od  popularnych  diagnoz, 
jakie obarcza on skądinąd winą za ubóstwo ideologiczne i głuche milczenie 
dzisiejszych  literati:  „Trzeba  nam  nowych  celów  politycznych  i  nowych 
postaw ludzkich, których jak dotąd ni śladu"

16

...

 

Zerwanie zasłony 

Gdy  obciąża  się  bezwyjątkową  niemal  i  prawie  całkowitą  „ślepotę  na 

alternatywy" winą za obezwładniającą atmosferę podejrzenia lub obojętności, 
w jakiej dusi się dziś i wiotczeje zaangażowanie etyczne, pamiętać wypada, 
ż

e  rzekomy  winowajca  jest  nie  tyle  sprawcą,  co  symptomem  przemian. 

Niechęć do arbitrażu etycznego zdaje się płynąć z autentycznych i zasadnych 
wątpliwości  co  do  walorów  operacji  „Chaosgate",  przynajmniej  w  tej 
specyficznej postaci jaką nadano jej w erze nowożytnej. Choć udało się w 
jej wyniku rozbić liczne obozy polowe ładu i sensu, operacja jako całość nie 
przyniosła  sukcesu  jaki  obiecywała;  nie  udało  się  jej  usunąć  nieładu  poza 
granice  rzeczywistości  czy  świadomości  społecznej,  a  tym  bardziej  nie 
osiągnęła  ona  spodziewanego  „postępu  etycznego".  Po  zastanowieniu, 
kuracja nie wydaje się dziś bardziej atrakcyjna od chorobowego ponoć stanu z 
jakiego miała los ludzki wydobyć. „Ogólny postęp człowieczeństwa" - czy to 
w  sensie  coraz  skuteczniejszej  kontroli  nad  tym,  co  w  świecie  żywiołowe, 
przygodne  i  potencjalnie  katastrofalne,  czy  to  w  sensie  rosnącej  autonomii 
grupowej  i  jednostkowej  -  nie  nastąpił;  zaś  praca  nad  jego  realizacją 
przyniosła  niemało  zatrutych  owoców.  Umysłu  refleksyjnego  nie  może  nie 
trapić pytanie, czy aby praca ta, w formie jaką jej dotąd nadawano, może w 
ogóle  przynieść  owoce  jadalne  i  nie  robaczywe.  Zanim  dojdzie  się  do 
przekonującej  odpowiedzi  na  to  pytanie,  nie  będzie  rzeczą  oczywistą,  że 
obserwowana  dziś  powściągliwość  ideologiczna  jest  sprawą  tchórzostwa  i 
zdrady  (o  co  pomawiają ją chwytający  za  pióro  krytycy  krytyków,    którzy 
zamilkli), a nie rozwagi, trzeźwości umysłu i poczucia odpowiedzialności. 
Jak  powiada  Jean-Francois  Lyotard,  „po  upływie  dwóch  ostatnich  stuleci 
jesteśmy bardziej wyczuleni na sygnały zwiastujące ruch w przeciwnym [do 
postępowego] kierunku. Ani libaralizm, czy to gospodarczy czy to polityczny, 
ani mar-

 

64

 

ksizm  w  jego  wielorakich  wcieleniach,  nie  wyszły  z  owych  krwawych  stuleci 
niezbrukane, wolne od oskarżeń o zbrodnie przeciw ludzkości".

 

Dwie  wątpliwości  ranią  dotkliwie  godność  moralną  i  etyczną  pewność 

siebie Zachodu.

 

Po pierwsze - podejrzenie, jakiego żadną miarą rozchwiać się nie udaje, że 

Auschwitz  i  Gułag  (podobnie  jak  i  późniejszy  już,  w  tym  i  całkiem  nowy, 
nawrót  namiętnej  niechęci  do  obcych,  w  licznych  formach,  w  jakich  się  dziś 
przejawia  -  poczynając  od  ogólnie  potępianej  „czystki  etnicznej",  poprzez 
równie  ogólnie,  choć  pokryjomu  oklaskiwane  napady  na  cudzoziemców,  i 
kończąc  na  powszechnie  już  i  publicznie  fetowanym  „nowym  i 
udoskonalonym"  prawodawstwie  wymierzonym  w  imigrantów  i  poszukiwaczy 
azylu)  były  i  są  logicznym  wytworem,  a  nie  chwilową  aberracją  myślową  czy 
zbłąkaniem  nowoczesnej  praktyki  „dekretowania  ładu";  podejrzenie,  że 
odwrotną  i  oddzielić  się  nie  dającą  stroną  „uniwersaliza-cji"  jest  mnożenie 
podziałów,  duszenie  wszystkiego,  co  się  jednoliceniu  wymyka,  i  pęd  do 
wyłączności,  i  że  rzekomy  „fundament  uniwersalny"  dekretowanego  ładu 
okazuje się w praktyce podstawą teoretyczną dla nieto-relancji wobec tego, co 
odmienne,  oraz  bazą  dla  wypraw  karnych  przeciw  tym,  co  obstają  przy  swej 
odmienności;  innymi  słowy,  że  ceną  nowoczesnej  wersji  humanizacji  było 
poczęcie  i  intensyfikacja  działań  w  skutkach  swych  nieludzkich.  Macki 
wątpliwości  sięgają  głęboko:  do  samego  serca  „projektu  Nowoczesność". 
Pytamy  dziś,  zmożeni  niepewnością,  czy  aby  małżeństwo  między  wzrostem 
kontroli  racjonalnej  a  rozkwitem  społecznej  i  osobistej  autonomii  -  ów 
postulat  koronny  strategii  nowoczesnej  -nie  było  od  pierwszej  chwili 
mezaliansem,  i  czy  aby,  wbrew  przechwałkom,  było  ono  kiedy 
skonsumowane.

 

Druga  wątpliwość  jest  nie  mniej  zasadnicza.  Dotyczy  ona  równie 

istotnej  przesłanki  „projektu  Nowoczesność"  -  tej  mianowicie,  że  nowo-
czesność  jest  ze  swej  natury  cywilizacją  skazaną  niejako  na  powszechność; 
pierwszą  chyba  w  dziejach  ludzkości  formą  istnienia,  jaka  nadaje  się  do 
uniwersalnego zastosowania. Wiązało się z tym założeniem ściśle wyobrażenie 
o „unowocześnionej" części globu jako o z a a w a n s o w a - n e j swoistej 
straży  przedniej  oddziału  ludzkości,  jaka  toruje  szlaki,  którymi  prędzej 
czy później podąży reszta gatunku ludzkiego. Bezlitosne tępienie zastanych 
-  „zacofanych"  -  sposobów  życia  mogło  być  w  świetle  tych  założeń 
postrzegane i przedstawiane jako wprowadzenie do iście

 

65

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

powszechnej  unii  równych  partnerów,  swoistej  civitas  gentium  Kanta,  kie-
rowanej przez jus cosmopoliticum do federacji wolnych ludów uznających te 
same wartości i przestrzegających tych samych zasad moralnych. Rzecz w 
tym  jednak,  że  wszystkie  te  akty  wiary  i  milczące  założenia  źle  zniosły 
próbę  czasu.  Mnożą  się  dziś  dowody,  że  cywilizacja  nowoczesna  nie  jest 
bynajmniej „z natury swej" powszechna; że, co gorsza, nie nadaje się ona do 
powszechnego  zastosowania;  że          n i e z b ę d n y m   warunkiem  jej 
rozkwitu  na  jednych  terenach  jest  dewastacja  i  pauperyzacja  innych 
terenów;  i  że  zabrakłoby  jej  potencji  ekspansyjnej  i  impetu,  gdyby 
wyczerpał  się  kiedy  zasób  śmietnisk,  na  jakie  kraje  „zaawansowane" 
wyrzucać  mogą  toksyczne  odpady  i  produkty  uboczne  pozostałe  z 
budowy ładu i poskramiania chaosu u siebie w domu. Zacytujmy raz jeszcze 
Lyotarda:

 

ludzkość  podzielona  jest  na  dwie  części.  Jedna  stoi  wobec  problemów  wyni 
kłych  ze  złożoności  bytu,  gdy  druga  boryka  się  z  odwiecznym  a  straszliwym 
• 

zadaniem  przetrwania.  Ten  podział  jest  chyba  podstawowym  aspektem  klęski 

nowoczesnego projektu...

 

To  nie  niedostatek  postępu,  lecz  przeciwnie,  fakt  rozwoju  -  technicznego  i  na-
ukowego,  artystycznego,  gospodarczego,  politycznego  -  który  stworzył  możli-
wość  wojen  totalnych,  totalitaryzmu,  rosnącej  przepaści  między  zamożną 
Północą a nędzarskim Południem, bezrobocia i „nowego ubóstwa"...

 

Wyrok  Lyotarda  jest  potępiający  i  bezapelacyjny:  „nie  wolno  uzasadniać 

rozwoju  obietnicą  emancypacji  człowieczeństwa  jako  całości"      .  A  przecież  w 
imię  tej  właśnie  emancypacji  -  od  nędzy,  od  „niskiej  stopy  życiowej",  od 
ubóstwa  potrzeb,  od  konieczności  czynienia  tego,  czego  domaga  się  tradycja 
zamiast tego, na co ma się ochotę (lub na co może przyjdzie jeszcze ochota w 
przyszłości)  -  wypowiedział  Harry  Truman  w  1947  roku  wojnę 
„niedorozwojowi".  Od  tego  czasu,  niewyobrażalne  przedtem  cierpienia  stały  się 
udziałem  ludów  o  „gospodarce  symbiotycznej",  a  spadły  one  na  ich  głowy 
jakoby gwoli ich przyszłego szczęścia, utożsamionego teraz z „rozwiniętym", to 
znaczy nowoczesnym, stylem życia. Delikatna a krucha równowaga „gospodarki 
symbiotycznej"  z  jej  subtelną  harmonią  możliwości  i  pragnień  nie  mogła  ujść 
cało,  gdy  pod  obstrzałem  znalazły  się  prostota  bytu,  skromność  marzeń, 
wstrzemięźliwość,  zadowolenie  się  małym,  zgoda  na  ograniczoność  ludzkich 
możliwości i szacunek dla  wszelkich, nie tylko ludzkich, odmian  życia.  Dawna 
gospodarka leży w gruzach, ale nie widać co

 

66

 

miałoby  ją  zastąpić;  nie  znaleziono  jakoś  skutecznej  recepty  na  nową  rów-
nowagę.  Ofiary  molocha  „rozwoju"  -  „pozostawione  samym  sobie  przez 
sektor zaawansowany, ale i odcięte bezpowrotnie od dawnych sposobów życia... 
stają się emigrantami we własnych krajach"   . Gdzie przemkną rydwany „rozwoju", 
brak          k w a l i f i k a c j i       zastępuje        w i e d z ę           i 
u m i e j ę t n o ś c i           c o d z i e n n e ,           utowarowiona     s i ł a  
r o b o c z a           zapełnia  osiedla  niegdyś  zamieszkane  przez          l u d z i ,  
wspólne     u ż y t k i           przekształcają się w     z a s o b y             i n w e -
s t y c y j n e ,  mądrość w przesąd, a mędrcy w nosicieli zabobonu. Rydwany nie 
z własnego pędzą impetu, nie utrzymałyby ich w ruchu nawet i owe oszalałe 
tłumy  przyszłych  ofiar  rzucające  się  w  ekstazie  pod  koła,  by  ciałami  swymi 
mościć drogę „rozwojowi". Rydwany pchane są od tyłu - często po kryjomu, ale 
zawsze bez chwili wytchnienia - przez niezliczone zastępy ekspertów, inżynierów, 
najemców  i  podnajemców,  handlarzy  ziarnem  siewnym,  nawozami,  środkami 
owadobójczymi,  narzędziami  czy  silnikami,  naukowcami  z  instytutów 
badawczych  oraz  tubylczych  lub  kosmopolitycznych  polityków  goniących  za 
sławą  i  chwałą.  Pęd  rydwanów  zdaje  się  więc  nie  do  powstrzymania,  a 
wrażenie niepowstrzymalności czyni go bardziej jeszcze niepowtarzalnym. Nie 
ma,  jak  widać,  ucieczki  przed  „rozwojem",  jaki  zaawansowana  część  globu, 
żą

dna  ciągle  świeżych  dostaw  krwi  dziewiczej  dla  zapobieżenia  własnemu 

grzybieniu,  zdołała  przekształcić  w  coś  na  podobieństwo  „prawa  natury". 
Spytajmy wszakże, co ów „rozwój" rozwija?

 

Najmniej  wątpliwy  a  najbardziej  jaskrawy  jest  fakt  „rozwoju"  dystansu 

między  tym,  co  ludzie  wytwarzają,  a  tym,  co  przywłaszczają  i  spożywają 
aby  pozostać  przy  życiu  (jakby  się  owego  „pozostania  przy  życiu"  nie  ro-
zumiało w danym czasie i miejscu). „Rozwój" „rozwija" w sposób najbardziej 
oczywisty     z a l e ż n o ś ć      ludzi od przedmiotów i zdarzeń, których sami 
nie są w stanie wytworzyć czy  kontrolować, ani nawet ogarnąć  wzrokiem  i 
zrozumieć.  Gdy  docierają  one  do  progów  własnego  domostwa,  fale 
wzbudzone  działaniami  innych  ludzi  przypominają  do  złudzenia  powódź, 
czy inne katastrofy żywiołowe; nadciągają one niezapowiedziane, nie wiadmo 
skąd, i drwią sobie z zapobiegliwości, sprytu i mądrości mieszkańców. Jakby 
szczerze  nie  wierzyli  planiści  i  mianowani  lub  samozwańczy  zwiadowcy 
procesów  społecznych,  że  sterują,  lub  mogą  w  razie  potrzeby  sterować 
zdarzeniami,  i  jakby  nie  byli  przekonani,  że  postrzegają  metodę  w  ich 
szaleństwie,  z  punktu  widzenia  ofiar  („przedmiotów"  rozwoju)  zmiany 
przypominają  raczej  otwarcie  śluz,  przez  który  chaos  i  przygodność 
wdzierają się w monotonne wprawdzie, ale jak dotąd

 

67

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

uregulowane i uładzone  życie. Gdzie dawniej czuli się w domu, dziś czują 
się zabłąkani. To, co dla orędowników rozwoju jest odczarowaniem - dla 
ofiar  rozwoju  jest  zaczarowaniem  świata.  Nieprzenikalna  wzrokiem 
tajemnica szczelnie spowija teraz świat niegdyś swojski, przejrzysty, znajomy. 
Ofiary „rozwoju" nie wiedzą już, jak postępować; i nie ufają już własnym 
nogom,  nie  nawykłym  wszak  do  grząskiej  gleby  na  jakiej  wypadło  im  się 
teraz  poruszać.  Ofiary  potrzebują  protez  i  lasek  -  przewodników, 
ekspertów, instruktorów, rozkazodawców.

 

Nie  o  tym  jednak  mowa  w  podręcznikach  „ekonomii  rozwojowej"  i 

dekla-  racjach  politycznych  na  temat  potrzeby  i  perspektyw  rozwoju.  Jedne  i 
drugie mierzą rozwój masą spożytych produktów - rozmiarami „efektywnego 
popytu" na dobra i usługi. Rozwój ma miejsce, powiadają one lub zakładają 
milcząco,  gdy  rozmiary  te  rosną.  Iście  tautologicznym  sposobem  wzrost  ten 
przedstawia się jako postęp w zaspokojeniu ludzkich potrzeb (jak wskazuje 
Robert  E.  Lane  z  Harvardu,  wedle  ortodoksyjnych  ekonomistów 
„zadowolenie  z  produktu  jest  dowiedzione  przez  fakt  jego  nabycia, 
niezależnie od tego czy przynosi on radość, czy utrapienie, i bez wzięcia pod 
uwagę alternatywnych a poza-rynkowych pożytków, jakie uzyskać  by  można  z 
czasu i sił nabywcy"

1

   - a więc dowodzą oni z góry, że ludzie kupują to, czego 

potrzebują,  i  że  kupują  to          d l a t e g o           że  potrzebują).  Przy  takim 
rozumowaniu,  można  pominąć  milczeniem  gigantyczne  zagadnienie 
pierwszeństwa  podaży  wobec  popytu,  towarów  które  „kupują"  swych 
przyszłych  nabywców  i  konsumentów,  pragnień  będących  w  tej  samej  mierze 
wytworem  przemysłowym  jak  i  owe  dobra,  które  mają  służyć  ich 
zaspokojeniu. Głębszą jeszcze przesłanką omawianego rozumowania, której  
przyjęcie  czyni  rozumowanie    ,,samo  przez  się  oczywistym",  jest  teza,  że 
szczęście  jest  wynikiem  zaspokojenia  pragnień  (przekonanie  mocno  w 
popularnej  opinii  zakorzenione,  mimo  że  wielokrotnie  krytykowane  i 
dyskredytowane  przez  łańcuch  wybitnych  myślicieli,  od  Schopenhauera  do 
Freuda).    Wnioskiem  z  sylogizmu  wspartego  na  tautologii  i  fałszywej 
przesłance jest teza, że rozwój jest konieczny, pożądany i moralnie pochwały 
godny, jako że powiększa on sumę ludzkiego szczęścia; po czym za pomocą 
nowej  serii  tautologii,  wniosek  ów  jest  „potwierdzany"  przez  statystykę 
rosnących  dochodów  i  pojemności  wymiany  handlowej  w  rozwiniętej  części 
globu.

 

Robert Lane dokonał przeglądu danych o opiniach, jakie wypowiadają o 

swym poziomie zadowolenia z życia ci, których uważa się za takich, co są z 
ż

ycia  zadowolonymi  -  i  doszedł"  do  wniosków  rażąco  sprzecznych  z  tymi, 

jakie suponuje tradycyjny folklor ekonomiczny:

 

Badania  prowadzone  w  zaawansowanych  systemach  gospodarczych  wskazują, 
zgodnie  z  oczekiwaniami,  że  na  każdy  dodatkowy  tysiąc  funtów  dochodu 
przypada  wzrost  poczucia  dobrobytu  -  ale  prawidłowość  ta  działa  jedynie 
wśród najuboższej jednej piątej ludności. Powyżej tej cezury, nie widać żadnego 
niemal  wzrostu  zadowolenia  skorelowanego  ze  wzrostem  dochodu... [w]  USA  i 
Anglii  znaleziono  tu  jedynie  znikomą  i  chwiejną  korelację.  Bogaci  nie  są 
szczęśliwsi  niż  klasy  średnie,  a  wyższe  klasy  średnie  nie  są  szczęśliwsze  od 
niższych. Powyżej poziomu  nędzy lub niemal mędzy, jeśli pieniądze przynoszą 
szczęście, przynoszą go bardzo niewiele lub wcale go nie przynoszą.

 

Wzrost dochodu przysparza szczęścia tym tylko, którzy żyją w nędzy; ale 

wszelkie  dostępne  statystyki  wskazują  właśnie  na  to,  że  dochody  nędzarzy 
nie rosną bynajmniej w wyniku „rozwoju"; co najwyżej rosną (czasem  wcale 
pokaźnie) ich zastępy, podczas gdy ich zbiorowy udział w starym i nowym 
bogactwie  spada  gwałtownie.  (Przypomnijmy  nadto,  że  to  właśnie  „rozwój" 
przeinacza zgrzebny byt w „upośledzenie materialne", tworząc w ten sposób, 
a nie rozwiązując, psycho-społeczny „problem nędzy" w tej postaci, w jakiej 
ekonomiści  i politycy  posługują się  nim  dla  uzasadniania potrzeby i sensu 
rozwoju).  Ci,  których  radość  życia  wzrosnąć  może  najbardziej  dzięki 
powiększonym dochodom mają znikomą szansę dodatkowych zysków, zaś 
ci  którzy  istotnie  zarobią  (i  wydadzą)  więcej,  nie  zauważą  niemal  wzrostu 
dobrobytu...

 

Jest  wreszcie  zjawisko  „węża  pożerającego  własny  ogon",  z  każdym 

dniem  coraz  jaskrawiej  rzucające  się  w  oczy  w  okresie,  gdy  wzrost  gospo-
darczy,  tak  imponujący  w  czasach  powojennej  od-  i  przebudowy,  zwalnia 
tempo  i  wczorajsza  szczobrodliwość,  skwapliwie  przetłumaczona  z  języka 
etyki  na  język  ekonomii,  uznana  jest  za  przejaw  zgubnego  gospodarczo 
irracjonalizmu. Można się dziś spodziewać, że dumna wizja wszechświatowego 
rozwoju mającego „unowocześnić" i uszczęśliwić wszystkich jednako, zniknie 
rychło  w  ruchomych  piaskach  miejscowych  protekcjonizmów  i  dokona 
ż

ywota w powszechnej bijatyce o nieco większy udział w koczow-

 

 

 

68

 

69

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

niczych zasobach kapitałowych, pod ciosami rządów narodowych czyniących 
wszystko  co  w  ich  mocy,  by  przywłaszczyć  posady  i  miejsca  pracy 
sąsiadów  a  w  zamian  wypróżnić  własne  zbiorniki  bezrobocia  na  ich  pod-
wórkach.  Wszystko  co  wiemy  wskazuje  na  to,  że  małe  są  szansę  na 
wskrzeszenie dawnej wiary w powszechną emancypację-poprzez-rozwój i na 
utrzymanie  przy  życiu  niegdysiejszej  nadziei,  że  u  kresu  rozwojowej 
epopei czeka świat uładzony, rozsądnie skonstruowany i tak pomyślany, by 
ludzkim potrzebom wiernie a gorliwie służył.

 

Moralność ujawniona 

Nowoczesność  wiedziała,  dokąd  zmierza  i  zdecydowana  była  dojść  do 

celu. Myśl nowoczesna wiedziała, dokąd chciałaby dotrzeć i sądziła, że wie 
co czynić należy, by ułożyć trasę podróży. Jeśli samostanowienie było obsesją 
nowoczesności,  a  myśl  nowoczesna  opętana  była  z  przyrodzenia  żądzą 
prawodawstwa  -  nie  stało  się  to  za  sprawą  imperialnych  apetytów,  lecz 
wynikało raczej z zadufania i nadmiaru pewności siebie. Ambicje globalne i 
niepohamowana  żarłoczność  były  zaledwie  pragmatycznym  refleksem 
oszałamiającego  swym  ogromem  zadania  zaprowadzenia  ładu  tam,  gdzie 
dotąd  panoszył  się  chaos  i  dokonania  tego  czynu  herkulesowe-go  własnymi 
siłami, bez pomocy z zewnątrz i bez jakiejkolwiek gwarancji powodzenia poza 
własnym  uporem.  Zamiar  wymagał  trzeźwego  umysłu  i  potężnych  dłoni. 
Wiele  przeszkód  wypadało  unicestwić  po  drodze,  ale  miało  to  być 
niszczenie  twórcze.  Potrzeba  było  bezwzględności,  by  cel  osiągnąć,  ale 
szlachetność  celu  czyniła  litość  przestępstwem  a  brak  skrupułów  objawem 
humanitaryzmu.  Lśniąca  wizja  zdrowia  usprawiedliwiała  gorycz  lekarstwa, 
oślepiająca  perspektywa  wolności  powszechnej  uzasadniała  ścisły  nadzór  i 
sztywność  przepisów,  zaś  promienny  obraz  przyszłych  rządów  rozumu  nie 
pozwalał  ufać  dzisiejszemu  rozsądkowi  tych,  których  przeznaczeniem  było 
kąpać się w ich blasku.

 

Można  zauważyć,  że  popęd  prawodawczy  cechuje  wszystkie  cywilizacje 

(„był  to  teren  ucywilizowany  od  stuleci  -  pocięty  był  tysiącami  ścieżek  i 
dróg"  -  pisze  Michael  Ondaatje  w  Angielskim  Pacjencie,  sugerując,  że 
można  poznać  teren  ucywilizowany  po  tym,  że  podróżnicy  wędrują  tam 
utartymi szlakami i że przetarte są tam szlaki, po których wędrować na-

 

70

 

leży) - ale jedynie nowoczesność uznała siebie za cywilizację, nazwała się tym 
mianem,  i  przekuła  swój  los  w  świadomie  realizowaną  misję  (restro-
spektywnie  jeno  konstruując  odmienne  od  siebie  sposoby  bycia  jako 
ułomne  lub  niedorozwinięte  wersje  własnego  modus  vivendi,  nadając  tym 
samym  własnemu  praktykularyzmowi  walor  uniwersalny;  w  podobnym  stylu 
postępowali  opętani  misją  wychowywania  pedagogowie  Oświecenia, 
mianując  baby  wioskowe  i  proboszczów  parafialnych  swymi  -  jakże  nie-
doskonałymi  -  poprzednikami  w  dziejach  zawodu  nauczycielskiego).  To 
właśnie nowoczesność określiła siebie jako     c y w i l i z a c j ę       -t o  znaczy 
jako systematyczny wysiłek poskromienia żywiołu i stworzenia świata, który 
nie byłby tym czym jest, gdyby wysiłku zabrakło; świata sztucznego, dzieła 
sztuki,  takiego  co  to  jak  wszystkie  dzieła  sztuki  musi  zakładać  własne 
fundamenty  i  chronić  je  przed  wykruszeniem.  W  odróżnieniu  od  innych 
cywilizacji,  prawodawstwo  było  dla  nowoczesności  obowiązkiem,  jaki  sama 
zadekretowała;  było  ono  jej  powołaniem,  misją  -oraz  warunkiem 
przetrwania.

 

Prawo  odgradzało  ład  od  chaosu,  istnienie  ludzkiego  od  zwierzęcego 

catch-as-catch-can,  świat  zamieszkały  od  nienadającego  się  do  osadnictwa, 
sens  od  bezsensu.  Prawo  dla  każdego  i  na  każdą  okoliczność;  także  i  dla 
wszystkiego, co ktokolwiek zrobić może komukolwiek innemu. Nieustępliwe 
poszukiwania zasad etycznych były częścią składową (łatwą do przewidzenia  a 
nieodzowną)    ustawodawczego    szału.    Należało    ludzi  uświadomić,  że 
czynienie dobra jest ich     o b o w i ą z k i e m ,    i że spełnienie obowiązku 
jest  dobrem.    I  nie  można  się  było  po  ludziach  spodziewać,  że  spełniać 
będą  obowiązek  z  własnej  inicjatywy  -  jeśli  się  ich  wpierw  do  tego  nie 
skłoni; obowiązków trzeba nauczyć, do ich spełnienia popychać, łagodnie lub 
brutalnie,  w  zależności  od  siły  napotkanego  oporu.  Nowoczesność  była 
zatem,  i  musiała  być,  Wiekiem  Etyki;  nie  była  by  nowoczesnością  w 
przeciwnym przypadku. Podobnie jak prawo poprzedzało wszelki ład, etyka 
musiała poprzedzać moralność. Moralność nie mogła być pomyślana inaczej niż 
jako     w y t w ó r      etyki; zasady etyczne były narzędziami jej produkcji; 
etyka była technologią przemysłu moralnego, dobro zamierzonym produktem, 
zło odpadem lub brakiem fabrycznym.

 

Jeśli  reglamentacja  i  twórczość  były  zawołaniem  bojowym  nowoczes-

ności, deregulacja i przerób wtórny są hasłami ponowoczesności. Medyta-

 

71

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

cje  na  temat  nietzscheańskiego  „wiecznego  powrotu"  zapełniają  białe  karty 
przewodników, z jakich wytarto historię postępu. Jesteśmy nadal w ruchu,  ale  
nie wiemy j u ż ,   dokąd idziemy;  nie wiemy nawet,  czy postępujemy w 
prostej  linii,  czy  też  kręcimy  się  w  kółko.  Pojęcia  takie  jak  „naprzód"  czy 
„wstecz"  straciły  wiele  z  przejrzystego  niegdyś  znaczenia,  co  objawia  się  w 
chwili, gdy próbuje się je odnieść do czegoś rozle-glejszego niż jednodniowe 
wycieczki,  o  zasięgu  na  tyle  skromnym,  by  można  było  się  nie  liczyć  z 
zakrzywieniem  czasoprzestrzeni. To, co  nowe, jest  tylko  wtórnym  przerobem 
tego, co już było - a to, co dawne, cierpliwie czeka na odkurzenie i ocucenie 
z  drzemki,  by  przedzierzgnąć  się  w  nowość.  (Nie  ma  już  więc  śmierci,  nie 
ma jej w pierwotnym sensie ostateczności, nieodwracalności, bezpowrotności; 
jest  tylko  akt  wybycia,  chwilowego  zaniku,  pogrążenia  się  w  niepamięi;  być 
zapomnianym to tyle co być oddanym na przechowanie w chłodni i czekać na 
rozmrożenie  gdy  zajdzie  po  temu  potrzeba.  Bez  śmierci  nie  ma  wszakże  i 
nieśmiertelności - nie ma jej w pierwotnym sensie trwałości, wieczności, nie-
starze-nia się i nie wypadania z obiegu. Jest tylko nieśmiertelność momentalna, 
nieśmiertelność    na    m o m e n t ,     równie zdana na fanaberie losu, jak zdana 
była  niegdyś  śmierć.  Nie  ma  więc  wiele  do  zarobienia,  zyskania,  wygrania  - 
nic  nie  pobudza  do  kontrolowania  własnego  losu,  sprzeciwu  wobec  gry 
przypadku, mozolnego utrwalania tego, co samo przez się chwilowe i ulotne. 
Nie  może  śmierć  stać  się  zdarzeniem  do  odwołania  bez  tego,  by  i 
nieśmiertelność można było odwołać). Historia rozpada się na kawałki; znów, 
jak  w  czasach  przednowoczesnych,  przypomina  ona  bardziej  sznur 
przypadkowo zebranych paciorków, niż sekwencję powiązanych zdarzeń. Rzeczy 
„dzieją  się",  zdarzenia  „zachodzą",  miast  następować  po  sobie  i  poprzedzać 
się  wedle  logicznej  zasady.  W  odróżnieniu  jednak  od  czasów 
przednowoczesnych, nie ma dziś w zasięgu wzroku Siły Wyższej czy Mądrości 
Przedustawnej,  jakie  dekretowałyby  i  nadzorowały  dzianie  się  rzeczy  i 
zachodzenie zdarzeń, i w ten spoób kompensowałyby brak widocznego związku 
między nimi.

 

W czasoprzestrzeni wypełnionej epizodami lokalnymi (ppcweoia, wiedza 

praktyczna, zastępuje prawdę obiektywną; troska o to, by utrzymać się w 
ruchu  nie  pozostawia  czasu  na  poszukiwania  fundamentów;  reguły 
zdroworozsądkowe są w użyciu tam, gdzie oczekiwano niegdyś rządów zasad 
uniwersalnych. W takiej czasoprzestrzeni wszystko, co wykracza poza

 

decyzje „do odwołania" i przepisy „w tych oto ramach" zalatuje naiwnością 
i  zarozumialstwem,  jeśli  nie  trupim  odorem  totalitaryzmu.  Nie  pozostaje 
więc  miejsca  na  ustawodawstwo  etyczne  -  chyba  że  w  przepojonych 
nostalgią schroniskach akademickich.

 

Dla  każdego,  kto  przywykł  myśleć  o  moralności  jako  o  produkcie 

końcowym przemysłu etycznego (a więc dla nas wszystkich, nauczonych tak 
właśnie  o  moralności  myśleć),  zmierzch  Wieku  Etyki  (a  więc  wieku 
ferowania  praw  dla  moralności)  zwiastuje  zmierzch  (kres?)  moralności. 
Wraz  z  rozmontowaniem  taśm  produkcyjnych  dostawa  dóbr  musi  wszak 
ustać?  Na  miejsce  świata  trzymanego  w  ryzach  przez  przykazania  Boże  i 
ś

wiata  administrowanego  przez  Rozum,  nadciąga  oto  świat  zaludniony 

przez  mężczyzn  i  kobiety  zdane  na  własny  spryt  i  pomysłowość. 
Mężczyźni,  kobiety  puszczone  luzem...  Mężczyźni  i  kobiety  luźnych  oby-
czajów?  Życie,  jak  w  Hobbesowej  prehistorii,  na  powrót  nieznośne,  bru-
talne i krótkie?

 

Takich właśnie następstw nauczyła nas spodziewać się groźbami żonglująca 

era  ustawodawstwa  etycznego.  Projekt  budowy  ładu,  zważywszy  jego  koszty, 
nie  mógł  się  przecież  obejść  bez  przekonywania  wszystkich,  których 
przekonać należało (i unaoczniania tym, którzy przekonać się nie dawali), że 
wybór  w  istocie  rzeczy  nie  istnieje,  że  polityka  ładu  nie  posiada 
alternatywy,  że  ład  zapewnić  można  tylko  w  ten  jeden  jedyny  sposób,  że 
dylemat  kondycji  ludzkiej  wyznacza  opozycja  między  cywilizacją  a 
b a r b a r z y ń s t w e m .           N a s z           ład  (utożsamiony  z  ładem  w 
ogóle)  zastąpić  może  tylko  nieład,  a  nie  ład  innego  rodzaju.  Bez  prawa 
stanowionego  rządzić  może  tylko  prawo  dżungli,  a  dżungla  napawa  za-
błąkanych  w  niej  strachem,  dżungla  nie  nadaje  się  do  życia,  jako  że  w 
dżungli rządzi ponoć prawo pięści, a więc rozum ma zakneblowane usta a 
umowy  istnieją  po  to,  by  je  drzeć  na  strzępy.  Ta  mrożąca  krew  w  żyłach 
dżungla  była,  rzecz  jasna,  od  początku  alter  ego  królestwa  prawodawców. 
Nawet  więc  w  tej    dżungli,  którą  straszono  niepokorne  ofiary 
prawodawstwa,  zakładano  istnienie          p r a w a ;           nawet  ów  chaos,  jaki 
ucieleśniała ona w umoralniających pogadankach budowniczych i strażników 
ładu, rządzony był rzekomo „prawem dżungli". W epoce konstrukcji ładów i 
ładów konstruowanych, bytem jaki wyobrazić sobie było najtrudniej - jakiego 
być może w ogóle wyobrazić sobie nie można było - był chaos prawdziwy, 
ś

wiat bez reszty porządku     s t a n o w i o n e g o

 

 

 

72

 

73

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

pozbawiony, świat bez praw, a więc i bez prawodawców, choćby potwornych, 
bezmózgich,  czy  obłąkanych  (podobnie  jak  nie  sposób  wychowawcom 
wyobrazić  sobie  „przesądy  i  zabobony"  bez  złych  nauczycieli,  a  stróżom 
reżimu panującego sprzeciw bez klanów spiskowych i podżegaczy do buntu). 
Sytuacja, w jakiej znaleźliśmy się ponoć w warunkach pono-wożytnych, jest 
zatem.gorsza  jeszcze  od  tej,  jaką  straszyli  nas  nowocześni  budowniczowie  i 
piewcy  ładu  rozumnego.  Dzisiejsze  okropieństwa  są  całkiem  innego  rzędu  i 
wymiaru.  Stoimy  dziś  w  obliczu  sytuacji,  jakiej  nie  nauczono  nas  sobie 
wyobrażać  nawet  w  koszmarach  nocnych:  takiej  sytuacji,  w  jakiej 
kwestionowane  jest  nie  to  czy  inne  prawo  i  nie  ten  czy  inny  zespół 
prawodawców (z myślą o tym by zastąpić je innymi prawami i innym ciałem 
ustawodawczym),  ale  neguje  się  prawodawstwo  jako  takie,  zaprzecza  się 
możliwości i potrzebie dekretowania zasad. Dżungla pozbawiona wszelkiego 
prawa, nawet prawa dżungli... Moralność bez etyki... Na horyzoncie rysuje się 
dziś  nie  ta  dawna,  przykra  lecz  znana  nam  dobrze  z  umoralniających 
przypowiastek  możliwość  innej,  gorszej  moralności,  wspartej  na  zasadach 
ź

le  dobranych,  wstecznych,  fałszywych,  nie  nadających  się  do 

upowszechniania,  gwałcących  rozum,  zgubnych  w  skutkach;  na  horyzoncie 
rysuje się dziś perspektywa społeczeństwa   b e z    moralności! Prawodawcy nie 
umieją pomyśleć świata bez prawodawstwa; prawodawcy etyczni nie potrafią 
pomyśleć  społeczeństwa  bez  prawodawstwa  etycznego.  Z  ich  punktu 
widzenia,  w  ich  ramach  pojęciowych,  mają  oni  rację:  nieobecność  prawa 
jest wymysłem absurdalnym, czczą (a nadto niespójną wewnętrznie) fantazją. 
Nie dziw więc, że tak trudno sklecić dziś słownictwo, w jakim wyrazić by się 
dało,  omawiać  i  dyskutować  zagadnienia  moralne  po-etycznej,  po-
prawodawczej  kondycji ludzkiej;  a już  całkiem  nie  wypada  się  dziwić,  że 
wszelki  wysiłek  wypracowania  nowego  języka  spotyka  się  z  zaciekłym 
oporem intelektualnym. Ci, którzy próbują podjąć się zadania, pomawiani są 
o gwałcenie logiki, analfabetyzm filozoficzny i lekceważenie aksjomatów od 
wieków  uznanych  za  niepodważalne.  A  przede  wszystkim  trafiają  na 
nieprzenikliwy  mur  zdroworozsądkowej  mądrości:  Wszyscy  wiemy,  że... 
Jak  powszechnie  wiadomo...  Filozofia  i  praktyka  ery  ustawodawczej 
pozostawiła  po  sobie  twardy  osad  w  światopoglądowym  folklorze, 
skamielinę oporną na kilofy doświadczenia.

 

A przecież to tylko wskutek długotrwałej i nie przebierającej w środkach 

nowoczesnej kampanii na rzecz hasła „nie ma moralności bez etyki"

 

74

 

przeświadczeni jesteśmy dziś, że     ś w i a t      b e z      e t y k i      musi być, nie 
może nie być     ś w i a t e m           b e z           m o r a l n o ś c i .   Gdy tylko 
(tylko!) usuniemy osad mentalny tej kampanii, gdy tylko (tylko!) wymażemy 
znak  równania  wpisany  pomiędzy  moralnością  a  moral-nością-etycznie-
zadekretowaną - przestanie wprawiać nas w osłupienie czy panikę możliwość, 
ż

e zmierzch (etycznego prawodawstwa nie musi oznaczać upadku moralności; a 

nawet ta możliwość, całkiem już odsądzana od czci i wiary, że moralność nie 
nękana  już,  onieśmielana  i  ubezwłas-nowalniana  przez  „my  wiemy  lepiej" 
etycznych  ustawodawców,  moralność  może  poczuć  się  pewniej  i  -  kto  wie  - 
rozwinąć  nawet  krępowane  dotąd  skrzydła.  Być  może  prawo  etyczne 
obwarowane  sankcjami  karnymi  i  wspierane  przez  szantaż  intelektualny 
było nie tyle ramą, jaka ratowała standardy moralne przed rozpadnięciem się, 
co  stalową  klatką,  uniemożliwiającą  owym  standardom  rozwój,  do  jakiego 
były zdolne, osiągnięcie rozmiarów, jakie osiągnąć mogły i przejście próby, 
jaka  dla  wszelkiej  etyki  i  moralności  jest  próbą  obowiązkową  i  decydującą: 
próby,  jaka  polega  na  zawiązywaniu  i  odtwarzaniu  wspólnoty  międzyludzkiej. 
Być  może  po  rozpadnięciu  się  ramy  jej  zawartość  nie  rozleci  się  i  nie 
rozpłynie, lecz przeciwnie, zewrze się, uściśli i nabierze prężności, skazana 
teraz na własne tylko siły i nie zniewalana przez zewnętrzne naciski. Być mo-
ż

e z chwilą, gdy ich uwagi nie będzie już pochłaniać troska o ustawodawstwo 

etyczne  i  przestrzeganie  litery  stanowionego  prawa,  ludzie  będą  mogli  - 
będą  musieli  -  stanąć  oko  w  oko  z  nie  dającym  się już  ukryć  czy  zamazać 
faktem ich moralnej autonomii, a i tym faktem, że autonomia moralna oznacza 
moralną      o d p o w i e d z i a l n o ś ć       -nie  odbieralną  ale  też  i 
niezbywalną.  Być  może,  w  tym  samym  sensie,  w  jakim  nowoczesność 
zapisała  się  w  historii  jako        w i e k   e t y k i ,           nadchodząca  era 
ponowoczesna zapisze się jako      w i e k   m o r a l n o ś c i ?

 

Prawa etyczne, standardy moralne

 

Jak  objaśniał  Fryderyk  Nietzsche  cokolwiek  uchodzi  za  „dobre"  lub 

„złe"  ma  do  czynienia  z  hierarchią,  relacją  wyższości-niższości,  panowa-
niem i rządzeniem. Nie ma przyrodzonego, immanentnego związku mię-

 

75

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

dzy postępkami pewnego typu a dobrem (na przykład „nie jest konieczne 
priori 
by kojarzyć słowo »dobro« z czynami altruistycznymi"); nie jest ów 
związek „widoczny" zanim się go nie zadekretuje. A ci co posiadają moc 
dekretowania  i  sposób  nadawania  swym  dekretom  mocy  wiążącej  dokonują 
tej  właśnie  sztuki  magicznej:  nie  tylko  czynią  niebyły  związek 
„oczywistym",  ale  i  wymazują  z  pamięci  oczarowanych  widzów  czasy  w 
jakich owa oczywistość była wcale nie oczywista.

 

Sąd „to dobre" nie powstaje u tych, którym dobro się świadczy. To raczej ci, 
co  sami  są  „dobrzy",  a  więc  szlachetni,  potężni,  wysoko  ustawieni  i  wspa-
niałomyślni  dekretują,  że  zarówno  oni  sami  jak  i  to,  co  czynią  jest  dobre,  to 
znaczy  wysokiej  rangi,  w  przeciwnieństwie  do  wszystkiego,  co  przyziemne, 
małostkowe i plebejskie. To tylko patos dystansu upoważnił ich do tworzenia 
wartości i nadawania im imion...

 

•' 

Podstawowe  jest  zawsze  pojęcie  szlachetności  w  jego  hierarchicznym,  klaso 
wym  sensie,  i  z  tego  to  pojęcia  rozwinęło  się,  na  mocy  konieczności  history 
cznej,  pojęcie  dobra  obejmujące  szlachetność  umysłu,  dostojeństwo  duchowe. 
Rozwój  ten  biegł  równolegle  z  przekształceniem  pojęć  o  tym,  co  pospolite, 
plebejskie, niskie 
w pojęcie zła.

 

Na  początku  był  arystokratyczny  gest  samo-utwierdzenia  i  zdystanso-

wania: duma i pogarda stały u kolebki opozycji między tym, co wzniosłe a 
tym,  co  pospolite,  która  z  kolei  powiła  rozróżnienie  między  dobrem  a 
złem.  Zaczęło  się  zatem  od  g e s t u   być  może  od  gestu  niezamierzonego, 
odruchowego  efektu  tężyzny  tych,  co  to  mieli  siłę  i  chęć,  i  odwagę  aby 
uznać  swe  własne  obyczaje  za  warte  utrzymania;  tych,  co  nie  czuli 
zarazem  potrzeby  usprawiedliwiania  się,  że  są  tymi,  kim  są.  Wartości 
arystokratyczne, powiada Nietzsche

 

wyrastają  i  działają  żywiołowo,  poszukując przeciwników  w  tym  tylko  celu,  by 

samym  się  utwierdzić  z  większą  jeszcze  niż  wprzódy  wdzięcznością  i  zadowo-

leniem.  Pojęcia  negatywne  jak  pospolity,  przyziemny,  zły  są  jeno  późniejszym 

bladym  odbiciem  pozytywnego,  intensywnego  i  efektownego  wyznania  wiary: 

„My jesteśmy szlachetni, dobrzy, szczęśliwi" .

 

Zauważmy,  że  jak  długo  sprawa  sprowadza  się  do  takiego  właśnie 

beztroskiego, pewnego siebie gestu „od niechcenia", do narcystycznego

 

76

 

zachwytu  szukającego  gorliwie  ujścia  i  wyrazu,  arystokratyczny  akt  samo-
utwierdzenia  obchodzi  się  bez  stanowienia  norm  i  przepisów.  Przepisy  są 
zawsze  czymś  zewnętrznym  i  rzadko  zwiastują  afirmację  tego,  co  jest:  idzie  w 
przepisach  o  to,  by  tych,  do  których  są  adresowane  przekształcić  w  co  innego 
niż są. Ferowanie norm wypływa z dwu uzupełniających się wzajemnie założeń: 
„że  ludzie  powinni  być  tacy  to  a  tacy"

21

,  i  że  tu,  w  tej  chwili,  takimi          n i e      

s ą .      A przecież to właśnie zadowolenie z biegu  rzeczy takiego jaki jest,  z tego 
czym  sami  w  tej  chwili  i  w  tym  miejscu  są,  wypełnia  (jak  chce  Nietzsche) 
sokami  żywotnymi  arystokratyczny  ideał  dobra.  Ideał  ów  celebruje  właśnie 
nieobecność  norm,  jednię  ograniczną  i  bezpośrednią  chcenia  i  działania.  Jeśli 
tak, to ideał jaki zdaniem Nietzschego miał być początkiem kodeksu moralnego 
norm etycznych nie potrzebował i nie wiadomo dlaczego miałby normy rodzić. 
Chciałoby  się  powiedzieć,  że  Nietzschego  opis  pierwotnej  (i  wedle  niego 
„naturalnej",  przyrodzonej,  nie-zniekształconej)  wizji  arystokratycznej  jest  w 
istocie  (i  chyba  wbrew  intencjom  autora)  fenomenologicznym  wglądem  w 
moralność bez etyki, w żywiołowość dobra i dobro żywiołowości - które bronią 
się jak mogą przed normatywnym skodyfikowaniem.

 

Zauważmy też jednak, że wolność szlachty oznacza niewolę pospólstwa; że 

odwrotną  stroną  żywiołowości  tych,  co  na  górze  jest  tajemnicze,  złowrogie 
fatum tych co na dole. Nie dziw więc, że to pozbawieni wpływów i władzy, i 
zasobów bez jakich wolność jest nie do urzeczywistnienia, zwykli odwoływać 
się  do  norm;  domagać  się  przepisów,  przepisów  jakie  by  ograniczały  żywioł, 
wiązały  ręce  -  norm  jakich  potęga  rekompensowałaby  po  trosze  impotencję 
słabych  i  ubogich.  Można  więc  nie  dziwić  się  Nietzschemu,  że  we  wszelkiej  
moralności 

normatywnej 

 

(we 

wszelkiej 

 

 

 

 

e t y c z n i e      

s k o d y f i k o w a n e j           moralności)  węszy  spisek  niewolników.  To 
rozgoryczenie  zazdrosnych  a  zawistnych  niewolników,  powiada  Nietzsche, 
tkwiło  i  podstaw  wyzwania  rzuconego  arystokratycznemu  równaniu  między 
tym, co  dobre, a tym, co  szlacheckie,  możne,  piękne,  szczęście  przynoszące i 
przez  bogów  lubiane:  to  samo  rozgoryczenie  dało  początek  ripoście:  „tylko 
ubodzy  i  pozbawieni  władzy  są  dobrzy;  tylko  cierpiący,  chorzy  i  brzydcy  są 
zaiste  błogosławieni".  To  ci  pozbawieni  talentu  impotenci,  biada  Nietzsche, 
wymyślili moralność normatywną, by użyć jej jako tarana przeciw prawdziwej 
moralności szlachty

22

.

 

77

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

Za  tworzywo  dla  filozoficznego  modelu  arystokracji  posłużyli  chyba 

Nietzschemu mieszkańcy warownych zamków i pałaców - zarówno w życiu 
codziennym jak i w myślach odseparowani murem obojętności, niewiedzy i 
pogardy  od  hoi  polloi,  nieskończenie  odlegli  od  „prostego  ludu"  i  nie 
odczuwający  potrzeby  budowania  pomostów  nad  przepaścią,  jaka  ich 
dzieliła;  tacy  co  to  nie  musieli  troszczyć  się  o  kanały  komunikacji  z 
pospólstwem, jako że nie mieli pospólstwu niczego do zakomunikowania i 
jako że nie sądzili by to, co pospólstwo myślało (jeśli w ogóle  myślało o 
czymkolwiek) miało dla nich jakiekolwiek znaczenie. Arystokracja takiego 
rodzaju, gdyby istniała, byłaby istotnie „wolna" - w tym sensie, że mogłaby 
konstruować do woli, nie troszcząc się o uparte świadectwo rzeczywistości, 
obraz  myślowy swego  alter  ego, jako produkt czystej, beztroskiej  i  niczym 
nie  krępowanej  fantazji  -  i  czynić  to  mimochodem  od  niechcenia  i  bez 
głębszego zastanowienie czy obawy przed następstwami błędu.

 

Elity nowoczesne, jakie umościły się na szczytach być może zamieszkałych 
niegdyś  przez  nietzscheańską  arystokrację,  nie  znalazł  się  w  podobnie 
luksusowej  sytuacji.    Od  zarania  nowej  ery  były  one  uwikłane  w 
dialektykę  pana  i  niewolnika,  tak  przenikliwie  przez  Hegla  wywróconą  na 
nice.  Ani  na  chwilę  nie  mogły  one  przymykać  oczu  na  to,  jak  bardzo  ich 
własny  przywilej  zależał  od  „urabialności"  mas;  „panowie"  musieli  być 
ś

wiadomi  konieczności  nieustannego  utwierdzania  i  manifestowania  swej 

wyższości, aby „niewolnicy" („masy" lub „lud" - pojęcia były wymienne, a 
którym  z  nich się  posługiwano  w retoryce panowania, zależało od  wyboru 
między strategiami wychowania lub przymusu) nadal ustawiały je w pozycji 
„panów".  Podobnie  jak  arystokracja  dawnych  czasów,  elity  społeczeństwa 
nowoczesnego  były  elitami  władzy,  ale  w  odróżnieniu  od  elit 
przednowoczesnego społeczeństwa musiały też być nauczycielami, dozorcami 
i opiekunami podległych im mas, by tę władzę utrzymać. Jej     p a-n o w a n 
i e       polityczne i ekonomiczne  musiało być, innymi słowy, uzupełnione 
przez     h e g e m o n i ę      kulturową. Nowoczesnej elicie nie dane było ani 
na chwilę zapomnieć o obecności mas; chwila nieuwagi mogła być zgubna, 
jeden  błędny  sąd  mógł  mieć  trudne  do  skalkulowania  koszty,  osłabienie 
czujności  było  samobójstwem.  Nowoczesna  elita  władzy  nie  może  pozwolić 
sobie na dziecinnie beztroski, zabawowy i egoistyczny żywot, jaki przypadł 
w udziale nietzscheańskiej arystokracji. Życie nowej

 

elity  nie  jest  zabawą;  nie  przypomina  ono  przygód  błędnych  rycerzy  czy 
poetyckich  fantazji  ich  trubadurów.  Panowanie  stało  się  sprawą  nie  na 
ż

arty;  rzec  można  sprawą  śmiertelnie  poważną,  sprawą  życia  i  śmierci... 

Rządzenie stało się pracą pełnoetatową i wymagało wysokich kwalifikacji

 

i stałej koncentracji.

 

Teraz, dla odmiany, to właśnie elita panująca potrzebowała norm i kodeksów 

- i to drobiazgowych. Przepisów surowych, o ile to możliwe niedwuznacznych, 
skutecznych  -  takich,  jakich  przestrzegania  powszechnego,  lub  niemal 
powszechnego,  dałoby  się  dopilnować.  Elita  panująca  potrzebowała  kodeksu 
etycznego:  zbioru  wskazówek  dla  każdego  i  na  każdą  okazję  -  kontroli 
wszędobylskiej i natrętnej, wnikającej w każdy szczegół życia i każdą szczelinę 
społecznego  układu,  kierującej  każdym  poczynaniem  (lub,  gdy po temu zajdzie 
potrzeba,  zapobiegającej ruchom  niepożądanym)  wszystkich,  którzy  znajdą  się 
na terenie, nad którym rozciąga się panowanie. Nic i nikogo nie wolno było 
pozostawić żywiołowi czy przypadkowi; odstępstwo od tej zasady, lub choćby 
jej złagodzenie, groziłoby efektywności władzy, a już na pewno stawiałoby pod 
znakiem  zapytania  jej  trwałość.  Wymogiem  panowania  było  okiełznanie  sił 
groźnych  a  tajemniczych  emanujących  z  nowopowstałych  mas,  nie  podległych 
już  tradycyjnej  rutynie,  której  korzenie  nowoczesność  podcięła,  i  dlatego 
nieprzewidywalnych w tym, co czynią i uczynić mogą; trzeba było „poskromić 
bestię", trzymać na wodzy niesforny tłum: nadać światu na powrót to, co utracił 
- monotonność, jaka czyniłaby go przewidywalnym i podatnym na manipulację.

 

Nie  każdy  jednak  kodeks  odpowiadałby  zamówieniu  elity  panującej. 

Potrzebne  było  takie  prawo,  jakie  ukazałoby  ład  istniejący  (ład  utożsa-
miony  z  trwałością  jej  zwierzchnictwa)  nie  w  kategoriach  wyjątkowości 
elity  i  jej  prerogatyw,  ale  w  kategoriach  powszechności  zasad,  które  tylko 
mimochodem,  bez  uprzedniej  intencji,  i  nie  tracąc  nic  ze  swych  walorów 
uniwersalnych,  czynią  panujących  panującymi  a  tych,  nad  którymi  panują 
podległymi  -  i  nakazują  jednym  i  drugim  trwać  w  kondycji,  w  jakiej  się 
znaleźli.  Elita  panująca  nie  potrzebowała  więc  obojętnie  jakiej  etyki,  ale 
etyki  wspartej  jak  gdyby  na  solidnych,  nie  podważalnych  fundamentach, 
etyki powszechnej i nadającej się upowszechnienia, etyki powołującej się na 
autorytet Rozumu - owej cudownej instancji, jaka wydaje wyrok raz tylko i 
odmawia skazanym prawa do apelacji.

 

Podwładni elity  na odwrót:  nie  zdawali obie chyba  sprawy  z  potrzeby 

kodyfikacji. Pogrążeni po uszy w codziennych zmaganiach z losem, w

 

 

 

78

 

79

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

walce  o  przeżycie,  rzadko  ujawniali  skłonność  do  refleksji  nad  własnym 
ż

yciem  jako  manifestacją  powszechnych  i  dających  się  rozumowo  wybronić 

powinności.  Zasady,  formułowane  przez  panujących  jako  zalecenia 
Rozumu  i  przedmiot  rozumnego  wyboru,  docierały  do  podwładnych  w 
postaci  przypominającej  bardziej  ślepą  przemoc,  brutalną  konieczność  lub 
igraszkę losu. Podwładni nie płynęli, lecz  byli unoszeni falami; nie układali 
trasy, wzdłuż której byli popychani; mówili o tym, co robili jako o tym, co     
m u s i e l i ,      a nie o tym co robić     p o s t a n o w i - 1 i .      Problem, 
czy  istnieje  jakaś  reguła  czy  wzór  ogólny  w  łańcuchu  owych 
niekończących się „tak trzeba" i „nie ma rady", a już tym bardziej kwestia 
racjonalizmu  czy  irracjonalności  wzoru,  zdałyby  się  z  perspektywy 
podwładnych sprawami czysto akademickimi  (gdyby się nimi zajęli; ale nie 
są oni z reguły skłonni do zajmowania się nimi). Gdyby podwładni zaczęli 
uprawiać  refleksję  teoretyczną  nad  światem,  w  jakim  żyją,  wychodząc  z 
własnego  życiowego  doświadczenia  -  nie  doszliby  oni  do  kodeksu  zasad 
etycznych  i  zaleceń  moralnych,  ale  to  beznadziejnie  za-wikłanej  plątaniny 
antagonistycznych  mocy  i  bezwzględnych  konieczności.  Było  chyba 
złudzeniem  zrodzonym  w  głowach  samozwańczych  przewodników  i 
duchowych przywódców ludu, że w czasach nowoczesnych (które okazały 
się również  czasami  kapitalizmu,  a jeśli  nie  kapitalizmu,  to totalitaryzmu) 
„masy"  wybierają,  akceptują  lub  przestrzegają  „wartości",  że  można  ich 
postępowanie  objaśnić  faktem  takiego  wyboru.  Taki  .  pogląd  przypisuje 
„masom"  znacznie  większą  wolność  wyboru  niż  warunki  nowoczesne  im 
pozostawiły czy mogły pozostawić. „Zwykli" ludzie, o „zwykłych" środkach i 
zasobach,  rzadko  stawali  w  swym  życiu  przed  zadaniem  wyboru  między 
wartościami. Jak Józef Schumpeter zauważył dawno temu

 

Bez  względu  na  to,  czy  są  dodatnie  czy  ujemne,  sądy  wartościujące  kapitali-

styczną praktykę są mało istotne. Ludzkość bowiem nie ma wolności wyboru. I 

to  nie  tylko  dlatego,  że  masa  ludzi  nie  jest  w  stanie  dokonać  racjonalnego 

porównania i z reguły przyjmuje co się jej mówi. Brak wolności wyboru ma o 

wiele głębszą jeszcze przyczynę. Zjawiska gospodarcze i społeczne poruszają się 

własnym  pędem  i  sytuacje,  do  jakich  ich  ruch  prowadzi  zmuszają  jednostki  i 

grupy jednostek do postępowania w określony sposób bez względu na to, czy 

tego pragną czy nie; nie tyle poprzez unicestwienie ich wolności

 

80

 

wyboru,  ile  przez  formowanie  ich  sposobu  myślenia  o  wyborze  i  zawężanie 

wachlarza możliwości, między którymi mogą wybierać.

 

Załamanie  się  ustawodawstwa  etycznego,  zdarzenie  wprawiające  w  panikę 

filozofów,  wychowawców  i  kaznodziei,  mogło  przejść  niezauważone  przez 
legiony  tych,  których  życie  od  dawna  było  ciągiem  konieczności  raczej  niż 
powinności, presji nie do odparcia raczej niż refleksji nad zasadami. Jak i 
wprzódy, nie tyle kroczą oni przez świat, co są przezeń popychani - a jeśli 
już  idą  z  własnego  wyboru,  to  z  reguły  wybierają  taki  kierunek,  w  jakim 
spodziewają się być  w następnym  momencie popchnięci.  Jak  i  wprzódy,  nie 
często  mają  oni  okazję  po  temu,  by  przystanąć,  spocząć  i  pomyśleć  nad 
sensem tego, co czynią i zasadami, jakie ich uczynkami kierują. W grze w 
jakiej  uczestniczą  idzie  o  przeżycie,  a  najczęściej  o  przeżycie  do 
najbliższego  bądź  następnego  zachodu  słońca.  Rzeczy  „dzieją  się", 
wkraczają  w  życie  gdy  się  dzieją,  by  za  chwilę  zniknąć  znów  i  zapaść  w 
niepamięć.  Z  punktu  widzenia  tych  legionów,  zasady  etyczne  nie  „znikły"; 
nie  może  zniknąć  to,  co  nigdy  nie  dowiodło  swej  obecności. 
Zdenerwowanie  filozofów  czy  kakofonia  kazań  i  pokus,  jaka  zastąpiła 
filozoficzne  unisono  nie  robią  wielkiej  różnicy.  Ludzie  nie  stają  się  mniej 
moralni niż niegdyś byli: są dziś „niemoralni" tylko w takim sensie, w jakim - 
gdyby  zastosować  do  ich  realnej  praktyki  życiowej  etyczno/filozoficzne 
kryteria  -  okazaliby  się  niemoralnymi  także  i  w  czasach  nowoczesnych, 
pełnych  etycznego  optymizmu,  jeszcze  niezmąconego  przez  ponowoczesne 
rewelacje.

 

Ludzie  pogrążeniu  w  codziennej  walce  o  byt  nie  byli  w  stanie,  ani  nie 

czuli  szczególnej  potrzeby,  systematyzowania  swych  intuicji  dobra  i  zła  w 
zwarte  i  spójne  kodeksy  etyczne.  I  to  nie  dlatego,  że  -  jak  zauważyliby 
skwapliwe  filozofowie  -  pozbawieni  byli  niezbędnych  umiejętności  logicz-
nych  czy  teoretycznego  zacięcia.  Szło  o  coś  całkiem  innego.  „Zasady", 
choć  są  z  pozoru  rzeczownikami,  zachowują  się  jak  czasowniki;  występują 
zawsze, rzec można, „w czasie przyszłym" - dotyczą tego, co ma się dopiero 
stać, są postulatami co do  kształtów przyszłości.  Idzie w nich o to, w jaki 
sposób ma się owa przyszłość r ó ż n i ć  od tego co jest (ta właśnie różnica, i 
to,  że  można  tę  różnicę  zapowiadać  lub  postulować,  czyni  ją  przecież 
p r z y s z ł o ś c i ą ,   wyodrębnia  zdarzenia  przyszłe  od  bieżących). 
„Zasady"  zdają  się  pasować  znakomicie  do  sytuacji  „niezakotwiczonego", 
swobodnie dryfującego, samo-określającego się i sa-

 

81

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

mo-cyzelującego człowieka  nowoczesnego,  który  ma już poza  sobą banalne 
kłopoty o chleb, przyodziewek i schronienie przed zimnem, i dlatego może 
poświęcić  swe  wysiłki  i  swe  myśli  „transcendencji"  tego,  co  jest  -a  do 
czego inni ludzie przez wspomniane wyżej kłopoty są uwiązani. Walka o 
byt,  o  przeżycie,  jest  dla  odmiany  z  natury  konserwatywna.  Jej  kontury 
malowane są wczorajszymi farbami: utrzymać się przy życiu, to tyle co nie 
stracić  tego,  co  zapewniało  życie  wczoraj  i  przedwczoraj;  w  walce  o 
przeżycie idzie o to, by się nie pogorszyło, nie o to, by było lepiej. Walka 
o  byt  tkwi  w  przeszłości  i  mało  w  sobie  zawiera  doświadczeń,  z  jakich 
lepić by można wizję odmiany zwaną przyszłością.

 

Nie ma się więc co dziwić, że jeśli już ludzie pogrążeni w walce o byt 

formułują  sądy  moralne,  są  te  sądy  na  ogół  negatywne  -  potępiające 
pewne  czyny  czy  zdarzenia  jako  niezgodne  z  tym,  „jak  się  ręczy  mają". 
Jeśli  już  nadają  się  te  sądy  do  uogólnienia,  to  w  formie  zakazów,  a  nie 
przepisów.  Jak  stwierdził  Barrington  Moore  Jr.,  przez  wieki  całe  klasy 
upośledzone  pobudzało  do  ferowania  osądów  moralnych  jedynie  doświad-
czenie  n i e s p r a w i e d l i w o ś c i ,  

raczej  niż  marzenie  o 

„sprawiedliwym"  urządzeniu  świata,  jakim  pragnęłyby  zastąpić  stan  doty-
chczasowy.  Określały  one  jako  wywołującą  oburzenie  moralne  „niespra-
wiedliwość"  wszelkie  o d s t ę p s t w a   od  stanu  dotychczasowego;  dalsze 
przykręcenie  śruby,  dodanie  nowych  powinności  do  zwyczajowo 
przyjętych,  dorzucenie  ciężarów  do  nigdy  przecież  nielekkiego  bytu.  Stan 
istniejący,  choćby  nie  wiem  jak  uciążliwy  i  cierpień  pełny,  stan  który  by 
nie ostał się krytyce z punktu widzenia jakichkolwiek abstrakcyjnych „zasad" 
fair  play,  był  przyjmowany  za  miernik  tego,  co  być  powinno,  co „było  jak 
trzeba" - a tylko odejście od niego pobudzało sprzeciw jako rzecz moralnie 
niegodna i pogwałcenie zasad sprawiedliwości. Aby ów służący za standard 
stan  dotychczasowy  poddać  krytyce  moralnej,  trzeba  było  wizji 
przyszłościowych,  zasad  postulujących  przyszłość  inną  od  teraźniejszości,  a 
zarazem wyobrażenia o plastyczności świata, podatności rzeczy na zabiegi 
ulepszające;  a  tego  wszystkiego  ludziom  zagłębionym  bez  reszty  w  walce  o 
byt  nie  dostawało 

4

.  Okoliczność,  że  „moralność  ludowa"  wspiera  się  na 

zwyczajowych  standardach  postępowania  raczej  niż  na  zasadach 
regulujących,  wskazuje  zdaniem  Axela  Honnetha  na  konieczność  odtwa-
rzania struktury owej moralności nie na podstawie jawnie głoszonych (z

 

reguły za poduszczeniem badacza) sądów pozytywnych, lecz poprzez analizę 
czynów czy zdarzeń, jakie wywołują moralne oburzenie:

 

etyka  społeczna  mas  uciskanych  nie  zawiera  wyobrażenia  o  totalnym  ładzie 

moralnym  ani  też  wizji  społeczeństwa  sprawiedliwego  ekstrapolowanej  z  kon-

kretnych  sytuacji;  jest  ona  raczej  niesłychanie  czułym  licznikiem  mierzącym 

gwałt  zadawany  intuicyjnie  uznanym  uprawnieniom...  Moralność  ukrytą  w 

ś

wiadomości  niesprawiedliwości  społecznej  uchwycić  można  jedynie  pośrednio 

studiując standardy implikowane przez dezaprobatą zdarzeń i procesów.

 

Jeśli  zaufamy  doniosłemu  odkryciu  Barringtona  Moore'a,  uznać  musimy,  że 

moralność  ludowa  w  żadnym  momencie  historii  nie  przypominała  kodeksu 
zasad uniwersalnych (lub, ściślej, przeznaczonych do uniwersali-zacji) jaką być 
powinna,  zdaniem  filozofów  nowoczesności,  wszelka  prawdziwa  etyka.  Nie 
znaczy  to,  by  „masom  ludowym"  obce  były  sentymenty  moralne  i  moralne 
uczulenie,  i  że  przeto  trzeba  było  wykładać  im  zasady  etyczne,  by 
przekształcić  je  w  istoty  moralne.  Oznacza  to  natomiast,  że  jakąkolwiek 
moralność masy by nie posiadały, nie wywodziła się ona ze specjalistycznych 
wysiłków  zainstalowania  i  wpajania  heteronomicznych  i  uogólnionych 
przepisów na rozróżnienie między dobrem jako takim a złem. Co więcej, nie 
wydaje się, by najgorliwsze nawet wysiłki ekspertów mogły do tej moralności 
wiele dodać lub wiele z niej ująć.

 

Wszystko to przysparza wiarygodności przypuszczeniu, że kryzys etycz- <\ ny 

nie musi zwiastować kryzysu moralności; a już z pewnością podważa tezę, że 
zmierzch „wieku etyki" oznacza upadek moralności. Można dowodzić, i to w 
sposób  całkiem  przekonujący,  tezy  dokładnie  przeciwnej:  że  mianowicie 
kres  „ery  etyki"  jest  początkiem  „ery  moralności"  -  i  że  czasy 
ponowoczesne  można  rozpatrywać  jako  -  potencjalnie  przynajmniej  -  taką 
właśnie  erę.  Nie  w  tym  sensie  (podkreślić  to  wypada  jak  najdobitniej),  że 
czasy-pohowoczesne mają być, mogą być lub będą z natury rzeczy „bardziej 
moralne"  od  poszukujących  fundamentów  i  powszechnych  zasad  etycznych 
czasów  nowoczesnych;  nie  w  sensie  uproszczenia  wyborów  moralnych  i 
łagodzenia  dylematów  moralnych;  i  nawet  nie  w  sensie  ułatwienia  żywota 
jaźni moralnej przez rozmontowanie lub unieszkodliwienie przeszkód, jakie 
ma ona do pokonania - ale w tym tylko sensie,

 

 

 

83

 

82

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

ż

e  dzięki  rozproszeniu  etycznej  zasłony  dymnej,  jaka  przesłaniała  rzeczy-

wistą  kondycję  człowieka  -moralnego  można  tłziś-wreszcie  stanąć  oko  w 
ko z „nagą prawdą" dylematów moralnych, jaka wyłania się z doświadczeń 
ż

yciowych  mężczyzn  i  kobiet  borykających  się  na  codzień  z  trudnym 

zadaniem  wyboru;  dylematów,  jakie  ukazują  się  jaźni  moralnej  w  całej 
ich  surowej,  nie  ugłaskanej  filozoficznie  i  nie  utemperowanej,  a  chyba  i 
nieusuwalnej, wieloznaczności.

 

Dopiero dziś, gdy słabnie uchwyt odgórnych przymusów i tracą autorytet 

konwencje, czyny jawią się ludziom jako kwestie odpowiedzialnego wyboru 
-  i  w  ostatecznym  rachunku  -  sprawy  sumienia  i  moralnej  odpo-
wiedzialności.  W  polifonii  rozmaitych  a  rozproszonych,  często  wzajem 
sprzecznych  głosów,  i  wśród  zmiennych  i  ulotnych  lojalności  cechujących 
„zderegulowanie",  pokawałkowane  doświadczenie  codzienne  człowieka 
ponowoczesnego,  pomysł  że  rozdział  między  dobrem  a  złem  został  raz  na 
zawsze  przeprowadzony  i  że  aktorom  nie  pozostaje  nic  innego  jak  po-
znać,  zapamiętać  i  stosować  jednoznaczne  przepisy  moralne  wypracowane 
dla  każdej  sytuacji,  w  jakiej  mogą  się  znaleźć  -  stracił  wiele  ze  swej  nie-
gdysiejszej wiarygodności. Z drugiej zaś strony, jaskrawa przygodność bytu, 
epizodyczność  przeżyć  i  zawrotna  zmienność  wszelkich  aspektów  życia 
społecznego owocują nietrwałością - zanikiem bodaj - standardów „tego, co 
normalne", którymi niegdyś (gdy były jeszcze solidne i nie trwały krócej niż 
operacja  ich  zastosowania)  posługiwano  się  dla  budowania  „moralności 
przez  negację"  -  pośredniego  utwierdzania  ludowych  intuicji  moralnych 
przez potępienie  zjawisk sprzecznych  z intuicją, przez piętnowanie tego co 
niesprawiedliwe,  jako  że  niezgodne  z  utrwalonymi  nawykami  i 
oczekiwaniami.  Obydwa  więc  tradycyjne  źródła  heteronomicznej  etyki 
zdają się dziś wysychać. Ludzie wrzuceni w społeczeństwo ponowo-czesne 
nie  mają  poniekąd  ucieczki:  muszą  oni  spojrzeć  w  oczy  własnej 
niezawisłości moralnej, a zatem własnej, nie wywłaszczalnej i nie zbywalnej, 
moralnej  odpowiedzialności.  Ta  nowa  konieczność  jest  często  przyczyną 
moralnego zagubienia i rozpaczy. Ale też daje ona jaźni moralnej szansę, 
jakiej nigdy przedtem nie miała.

 

Leeds, grudzień 1993

 

Przypisy

 

1

 Elżbieta Tarkowska, Chaos kulturowy albo o potrzebie antropologii raz 

jeszcze,  (w:)  Kulturowy  wymiar  przemian  społecznych,  pod  red.  Aldony 
Jawłowskiej,  Mariana  Kempnego  i  Elżbiety  Tarkowskiej,  IFiS  PAN,  Warszawa 
1993, ss. 34 i 35.

 

Cornelius Castoriadis, Institution of Society and Religion, Thesis Ele-ven 

35/1993, ss. 1-17.

 

3

  Friedrich  Nietzsche,  Human  Ali  -  too  -  Human;  A  Book  for  Free 

Spińts, cz. 2, Edynburg 1911, ss. 286 i 287.

 

4

  Opisałem  te  wybiegi  strategiczne  w  książce  Mortality,  Immortality, 

and Other Life Strategies, Cambridge 1992.

 

Arthur  Schopenhauer,  The  World  as  Will  and  Representation,  New 

York 1966, ss. 579 i 637.

 

Hegel  posłużył  Schopenhauerowi  za  symbol  wszelkich  skazanych  na 

niepowodzenie  wysiłków  zakłamania  próżności  i  bezsensu  bytu.  Autora 
najbardziej rozbudowanej, wzorowej niejako próby umieszczenia Rozumu na 
tronie,  z  jakiego  usunięto  Boga  zbył  Schopenhauer  jako  „trywialnego, 
pogardy godnego, odpychającego nieuka i szarlatana, który z nieporównanym 
zadufaniem  sklecił  system  obłąkanych  nonsensów"  (Parerga  and 
Paralipomena, t. l, Oxford 1974, s. 96).

 

6

 E. M. Cioran, The Temptation to Exist, Londyn 1987, s. 35.

 

W  tej  epoce,  powiada  Cioran,  „nawet  wątpliwości  Europy  były  jej 

przekonaniami w przebraniu". Całkiem inna jest era współczesna: „Historyk 
starożytny,  który  powiedział  o  Cesarstwie  Rzymskim,  że  nie  mogło  już 
ono znieść ani swych wad, ani swych lekarstw na nie, nie tyle opisał jego 
własną erę, co antycypował naszą" (ss. 55 i 63).

 

7

 Institution of Society and Religion. Castoriadis wita nadejście autonomii 

jako szansę humanizmu. Autonomia przychodzi wszak na miejsce jaskrawo 
nieludzkich  konsekwencji  wszelkiej  heteronomii:  „prawdziwą  treścią 
Objawienia, jaką nam wpajano była wieść o tym, że nasze społe-

 

 

 

85

 

84

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

czeństwo  jest  jedynym  prawdziwym  społeczeństwem,  społeczeństwem  jako 
takim,  gdy  inne  społeczeństwa  tak  naprawdę  nie  istnieją,  lub  są  gorsze, 
lub  zawieszone  w  historycznej  próżni,  lub  są  jeno  zalążkami  społeczeństw 
czekającymi na ewangelizację".

 

8

  Max Horkheimer, Cńtiąue of Instrumental Reason, New York 1974, 

ss. 82 i 83.

 

Jean-Franc,ois  Lyotard,  Le  Postmodeme  explique  awc  enfants:  Corre-

spondence 1982-1985, Paris 1988, ss.36 i 47.

 

I  odwrotnie  -  powiada  Lyotard:  „ponowoczesność  oznacza  kres  ludu 

jako króla historii" (s. 39).

 

The Temptation to Exist, ss. 48 i 49.

 

Jeśli  „definicja  jest  zawsze  kamieniem  węgielnym  świątyni",  „bóg  w 

jakiego imieniu już się nie zabija, jest zaprawdę martwy" (E. M. Cioran, 
Short History of Decay, 
London 1990, ss. 18 i 172).

 

Gdy  cywilizacja  przestaje  definiować,  wnosić  świątynie  i  zabijać  w 

imię  Boga,  gdy  ogranicza  się  do  walk  obronnych  -  gdy  „życie  staje  się  jej 
jedyną obsesją" zamiast służyć środkiem dla realizacji celów jakich osiąganiu 
cywilizacja się poświęciła - zaczyna się stadium upadku (s. 111). Staje się 
to w momencie, gdy rodzi się poczucie bezcelowości wysiłku: niczego nie 
da  się  zrobić  by  poprawić  świat  jako  taki,  a  więc  od  dziś  „nigdy  więcej 
krucjat  wspólnych,  nie  ma  od  dziś  obywateli,  są  tylko  wątłe  i  poniewierane 
jednostki  ludzkie",  które  „gubią  się  w  szale  miałkich  chceń"  (The 
Temptation  to  Exist,  
s.  49).  Nie  można  owocu  uczynić  soczy-stszym;  nie 
wiadomo,  czy  sok  pocieknie  jutro;  niech  więc  każdy  stara  się  jak  może 
wycisnąć  sok  z  owocu  teraz,  w  tej  chwili,  i  do  ostatniej  kropli.  Takie 
poczucie niemocy zbiorowej i braku perspektywy, z jakiego nie-, uchronnie 
rodzi  się  postawa  „każdy  dla  siebie",  opanowuje  cywilizację  do  której,  rzec 
można, „historia już więcej nie należy".

 

David  E.  Klemm,  Two  ways  to  Avoid  Tragedy,  (w:)  Postmodernizm, 

Literaturę and the Future of Theology, New York 1993, s. 19.

 

12

  Cornelius  Castoriadis,  Philosophy,  Politics,  Autonomy:  Essays  in  Po-

litical Philosophy, Oxford 1991, ss. 196 i 197.

 

11

 

Two  Ways  of  avoiding  Tragedy,  ss.  18  i  19.  
Short History of Decay, 
ss. 4, 18 i 74.

 

Por. John Bailey, Pessimism, Londyn 1988, ss. 73 i 75-76.

 

Cornelius  Castoriadis,  The  Retreat  From  Autonomy:  Post-

Modernism as Generalized Conformity, (w:) Thesis Eleven, Nr 31/1992.

 

Castoriadis  jest  zdania,  że  dopóki  nie  ujawnią  się  postawy  odmienne, 

„byłoby  absurdem  rozstrzyganie,  czy  znajdujemy  się  wewnątrz  rozległego 
nawiasu, czy też jesteśmy świadkami początku końca historii Zachodu jako 
dziejów  powiązanych  w  sposób  zasadniczy  z  projektem  autonomii  i 
współkształtowanej  przez  ten  projekt".  Ta  wstrzemięźliwość  intelektualna, 
jaką  Castoriadis  uzasadnia,  jest  wszakże  tym  właśnie,  co  wielu  intelektu-
alistom  potępionym  przez  Castoriadisa  każe  powstrzymywać  się  przed  fe-
rowaniem  wyroków.  Zauważmy,  że  ferowanie  praw  dla  rzeczywistości  w 
sytuacji,  w  jakiej  rzeczywistość  sama  nie  zdaje  się  w  kierunku  przez  te 
prawa wskazanym rozwijać, nie wróżyłoby dobrze (jak i nie wróżyło dawniej) 
spełnieniu  projektu  autonomii;  otwarłoby  ono  raczej  wrota  rodzajowi 
społeczeństwa zgoła odmiennemu od tego, jakie Castoriadis ma na myśli.

 

Le Postmodeme explique awc Enfants, ss. 116, 118, 124 i 141.

 

18

  Por.  Wprowadzenie  Wolfganga  Sachsa  do  Development 

Dictionary: a Guide to Knowledge as Power, red. przez Wolfganga Sachsa, 
Londyn 1992. Patrz również szkice Gustavo Esteva, Yandana Shiva, Majid 
Rah-nema, Geralda Berthaud i Ivana Illicha zamieszczone w tej znakomitej, 
z pasją napisanej książce. Patrz wreszcie wnikliwą recenzję pióra Waltera 
Schwarzą (The Guardian, 11 lipca 1992).

 

19

 Robert E. Lane, Why Riches don 't always bring Happiness, (w:) The

 

Guardian z 9 sierpnia 1993.

 

^n

 

Friedrich Nietzsche, The Genealogy of Morals, New York 1956, ss.

 

160, 162 i 171.

 

21

 Friedrich Nietzsche, Twilight of the Idols, Harmondsworth 1968.

 

„Nawet  gdy  moralista  zwraca  się  do  człowieka  i  powiada  mu:  »powi-

nieneś  tak  to  a  tak  postąpić«",  nie  przestaje  być  śmieszny.  Człowiek  jest 
zarówno  w  jego  przyszłości  j a k  i  przeszłości  drobiną  losu,  zawsze  o  jedno 
prawo,  o  jedną  konieczność  wykraczającym  poza  wszystko,  co  jest  i 
kiedykolwiek będzie" (s. 46).

 

22

  Nietzschego  analiza  historii  etyki  nie  jest  rzecz  jasna  neutralna. 

Nietzsche jest jawnie stronniczy: jego celem jest wskrzeszenie z ruin

 

 

 

1
5

 

 

1
3

 

 

17

 

87

 

background image

KRAINA LOGOS 

www.logos.amor.pl 

 

pierwotnej,  niepohamowanej  pewności  siebie,  która  pozwalała  zbywać 
krytykę  jako  nikczemny  a  wulgarny  przejaw  ressentiment.  Do  czytelników 
Antychrysta  zwraca  się  Nietzsche  z  następującym  pouczeniem:  „Trzeba  się 
wznieść  ponad  ludzkość  -  poprzez  siłę,  wyniosłość  ducha,  pogardę..."  -  i 
oferuje  im  własną  formułę  moralności  pozytywnej:  „Co  jest  dobrem?  -
wszystko  co  wzmaga  poczucie  siły,  pragnienie  mocy,  moc  samą.  Co  jest 
złem? - wszystko co wynika ze słabości. Co jest szczęściem? - uczucie, że 
moc rośnie - że opór został złamany" (The Anti-Christ, Harmonds-worth 
1963, s. 114 i 115).

 

23

 Joseph A. Schumpeter, Capitalism, Socialism and Democracy, Londyn 

1976, ss. 129 i 130.

 

24

  Por.  Barrington  Moore  Jr.,  Injustice:  The  Social  Basis  of  Obedience 

and Revolt, Londyn, 1979.

 

25

 

Axel  Honeth,  Moral  Consciousness  and  Class  Domination:  Some 

Problems in the Anafysis of Hidden Morality, Praxis International, kwiecień 
1992.