background image

JENNY CARROLL / MEG CABOT

KRAINA CIENIA 

background image

Pamięci A Victora Cabota

oraz jego brata Jacka „France`a” Cabota

background image

1

Powiedziano mi, że tam będą palmy. Nie wierzyłam, ale tak mi powiedziano. Że 

zobaczę je z samolotu.

Och, wiem, w południowej Kalifornii rosną palmy, nie jestem skończoną idiotką. 

Oglądam   telewizję.   Ale   przeprowadzałam   się   do   północnej   Kalifornii.   A   tam   nie 
spodziewałam się palm. Zwłaszcza że mama kazała mi zabrać swetry.

- Przydadzą ci się - powiedziała. - Kurtki też. Tam bywa naprawdę zimno. Nie aż tak 

jak w Nowym Jorku, ale dość zimno.

Dlatego   w   samolocie   miałam   na   sobie   czarną   skórzaną   kurtkę   motocyklową. 

Mogłam  ją,  oczywiście,  zapakować  razem z innymi rzeczami,  ale  w niej było mi jakoś 

raźniej.

No więc leciałam samolotem w czarnej skórzanej kurtce, obserwując przez okno 

palmy, podczas gdy samolot zniżał się do lądowania. Myślałam sobie: cudownie, czarna 
skóra   i   palmy.   Pasuję   do   tego   miejsca   jak...   Podejrzewałam   to   od  początku...   ...że   nie 

pasuję.

Mama nie przepada specjalnie za tą kurtką, ale słowo daję, nie włożyłam jej dlatego, 

żeby jej zrobić na złość. Nie mam do niej żalu o to, że wyszła za mąż za faceta, który 
mieszka   na   drugim   końcu   Ameryki,   zmuszając   mnie,   bym   zostawiła   szkołę   w   połowie 

drugiej   klasy   i   porzuciła   najlepszą   -   właściwie   jedyną   -   przyjaciółkę,   jaką'   miałam   od 
czasów przedszkola, i miasto, w którym spędziłam szesnaście lat życia.

Och, nie, nie mam o to do niej najmniejszej pretensji.
Naprawdę   lubię   Andy'ego,   mojego   ojczyma.   Jest   dobry   dla   mamy.   Jest   z   nim 

szczęśliwa. A dla mnie jest bardzo miły.

Denerwuje mnie tylko ta przeprowadzka do Kalifornii.

Aha, wspomniałam o dzieciach Andy'ego?
Cała   trójka   stawiła   się   na   lotnisku,   żeby   mnie   powitać.   Razem   z   moją   mamą   i 

Andym. Trzech chłopaków. Śpiący, Przyćmiony i Profesor, jak ich nazwałam. Moi nowi 
bracia.

- Suze! - Nawet gdybym nie usłyszała, jak mama wykrzykuje moje imię i tak nie 

mogłabym   ich   nie   zauważyć.   Andy   kazał   młodszym   chłopcom   trzymać   w   górze   wielki 

transparent z napisem:  Witaj w domu, Susannah!  Każdy pasażer wysiadający z mojego 
samolotu, przechodząc obok tej gromadki, wołał do swoich towarzyszy podróży: „Popatrz, 

jakie to miłe!”

background image

i uśmiechał się do mnie w sposób, który przyprawiał mnie o ból żołądka.
O, tak, czuję się jak w domu. Jak cholera.

-   No,   dobrze   -   zwróciłam   się   do   komitetu   powitalnego.   -   Możecie   zwinąć 

transparent.

Mama zaczęła mnie jednak obściskiwać, z przejęciem nie zwracając uwagi na to, co 

mówię. „Och, Suzie!”, powtarzała w kółko. Nienawidzę, kiedy ktoś poza mamą nazywa 

mnie Suzie, więc rzuciłam chłopcom przez ramię ostrzegawcze spojrzenie, żeby sobie za 
dużo   nie   wyobrażali.   Stali   jak   barany,   szczerząc   zęby   pod   głupawym   transparentem: 

Przyćmiony, ponieważ jest za tępy, żeby przestać, Profesor, ponieważ... cóż, chyba dlatego, 
że po prostu ucieszył się na mój widok. Jest trochę dziwny... Najstarszy, Śpiący, stał jak 

kołek i sprawiał wrażenie... niewyspanego.

- Jak tam podróż, dzieciaku? - Andy zdjął mi torbę z ramienia i zarzucił na swoje. 

Zaskoczył go jej ciężar. - Hej, co ty tam masz? Wiesz, że nie wolno wywozić z Nowego 
Jorku hydrantów przeciwpożarowych?

Uśmiechnęłam się. Andy jest troszeczkę zwariowany, ale w miły sposób. Nie ma 

pojęcia, co wolno, a czego nie wolno w stanie Nowy Jork, bo był tam najwyżej z pięć razy. 

Nawiasem mówiąc, dokładnie tyle wystarczyło, żeby przekonać moją mamę, że powinna za 
niego wyjść.

- To nie jest hydrant przeciwpożarowy. To parkometr. Mam jeszcze cztery torby.
- Cztery? - Andy udawał zaszokowanego. - Co ty sobie właściwie wyobrażasz, że się 

tu wprowadzasz, czy co?

Wspominałam   już,   że   Andy   uważa   się   za   aktora   komediowego?   Nie   jest   nim. 

Pracuje jako stolarz.

-   Suze   -   odezwał   się   Profesor   z   entuzjazmem   -   Suze,   czy   zauważyłaś,   że   przy 

lądowaniu ogon samolotu lekko podskoczył do góry? To z powodu prądu wstępującego. 
Pojawia się, kiedy masa poruszająca się z dużą prędkością napotyka na swojej drodze wiatr 

o tej samej albo większej prędkości, wiejący w przeciwnym kierunku.

Profesor,   najmłodszy   syn   Andy'ego,   ma   dwanaście   lat,   ale   sprawia   wrażenie 

czterdziestolatka. Prawie całe wesele spędził, opowiadając mi o chorobach bydła oraz o 
tym, że Strefa 51 to zwykłe wciskanie ciemnoty przez rząd amerykański, który nie chce, że-

byśmy zdawali sobie sprawę, że Nie Jesteśmy Sami w Kosmosie.

- Och, Suzie - paplała mama - tak się cieszę, że tu jesteś. Pokochasz ten dom. Z 

początku nie czułam się w nim jak u siebie, ale teraz, kiedy... przyjechałaś... Och, poczekaj, 
aż zobaczysz swój pokój. Andy tak ślicznie go urządził...

background image

Andy   i  mama   spędzili   przed   ślubem  mnóstwo  czasu   na   szukaniu   domu  na   tyle 

dużego, żeby każde z dzieci miało własny pokój. W końcu kupili wielki dom na wzgórzach 

Carmelu. Było ich na niego stać, ponieważ kupili go w stanie na pół zrujnowanym, a firma 
budowlana,   dla   której   Andy   wykonuje   mnóstwo   zleceń,   doprowadziła   go   do   stanu 

używalności na korzystnych warunkach finansowych. Mama przysięga, że mój pokój jest 
najładniejszy w całym domu.

- Co za widok! - powtarza do znudzenia. - Z okna twojego pokoju widać ocean! Och, 

Suze, będziesz zachwycona.

Byłam tego pewna. Prawie tak samo, jak tego, że wolę kiełki alfalfi niż bajgle oraz 

surfing niż jazdę metrem. W końcu i Przyćmiony otworzył buzię i mruknął:

- Podoba ci się transparent?
Nie mogę uwierzyć, że jest w moim wieku. Należy do szkolnej drużyny zapaśniczej, 

więc czego się po nim spodziewać? Jedyne, o czym myśli - wiem, bo siedziałam obok niego 
na przyjęciu weselnym, to znaczy między nim a Profesorem, więc można sobie wyobrazić, 

jak wspaniale nam się konwersowało - to chwyty za gardło oraz koktajle proteinowe na 
przyrost masy mięśniowej.

- Tak, jest wspaniały - odparłam, wyrywając go z jego mięsistych łap i trzymając 

napisem w dół. - Możemy już iść? Chcę zabrać swoje torby, zanim ktoś inny to zrobi.

-   Och,   dobrze.   -   Mama   uścisnęła   mnie   po   raz   ostami.   -   Och,   tak   się   cieszę,   że 

nareszcie jesteś! Ślicznie wyglądasz... - A potem, choć widać było, że robi to trochę wbrew 

własnej woli, dodała cicho, tak, żeby nikt inny nie usłyszał:

-   Wydawało   mi   się,   że   już   rozmawiałyśmy   o   tej   kurtce,   Suze.   Sądziłam   też,   że 

wyrzucisz te dżinsy.

Miałam na sobie stare dżinsy, te z dziurami na kolanach. Świetnie pasowały do 

czarnej jedwabnej koszulki oraz butów za kostkę, zapinanych na suwak. Dżinsy i buty, w 
zestawieniu   z   czarną   skórzaną   kurtką   oraz   marynarską   torbą   na   ramię   nadawały   mi 

wygląd nastoletniej uciekinierki z domu. Zupełnie jak z filmu.

Ale, ostatecznie, jeśli leci się osiem godzin przez cały kraj, to chyba ma się prawo do 

odrobiny wygody.

Wyraziłam tę opinię głośno, a mama tylko podniosła oczy do nieba i na tym się 

skończyło. To jest fajne w mojej mamie. Nie truje jak inne matki. Śpiący, Przyćmiony i 
Profesor nie mają pojęcia, jak im się udało.

- W porządku - westchnęła. - Chodźmy po twoje torby. - I trochę podnosząc głos, 

dodała: - Jake, chodź. Idziemy po bagaż Suze.

background image

Musiała   zwrócić   się   do   niego   po   imieniu,   bo   wyglądał,   jakby   spał   na   stojąco. 

Zapytałam kiedyś mamę, czy Jake, który w tym roku kończy szkołę średnią, nie cierpi 

czasem na narkolepsję albo uzależnienie od narkotyków, a mama na to:

- Nie, dlaczego pytasz?

Jakby   facet   nie   zachowywał   się   jak   warzywo,   mrugając   z   rzadka   i   milcząc   jak 

zaklęty.

Zaraz, to niezupełnie tak. Kiedyś zwrócił się bezpośrednio do mnie, mówiąc: „Hej, 

należysz do jakiegoś gangu?” Zapytał o to na weselu, kiedy złapał mnie na zewnątrz, w 

kurtce narzuconej na sukienkę druhny, ćmiącą papierosa.

Dajcie żyć, dobrze? To był mój pierwszy i ostatni papieros w życiu. Byłam w stresie. 

Martwiłam   się,   że   mama   wychodzi   za   mąż   i   przeprowadza   się   do   Kalifornii,   gdzie   na 
pewno o mnie zapomni. Kiedy mama postanowiła poślubić Andy'ego, oboje uznali, że jej, z 

jednym dzieckiem i zawodem dziennikarki telewizyjnej będzie się łatwiej przeprowadzić 
niż jemu - ojcu trojga dzieci i posiadaczowi własnej firmy. Przysięgam, że od tamtego czasu 

nie wzięłam papierosa do ust.

Nie   wyobrażajcie   sobie   nie   wiadomo   czego   na   temat   Jake'a.   Ma   prawie   metr 

dziewięćdziesiąt wzrostu, bujną blond czuprynę i błyszczące niebieskie oczy, zupełnie jak 
ojciec, i jest - jakby to ujęła moja najlepsza przyjaciółka, Gina - dziko przystojny. Nie jest 

jednak najpiękniejszym kwiatkiem na klombie, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi.

Profesor nadal nawijał na temat wiatru. „Wyjaśniał, z jaką prędkością trzeba się 

poruszać, żeby pokonać przyciąganie ziemskie. To się nazywa prędkość ucieczki. Uznałam, 
że Profesor może się okazać pożytecznym stworzeniem, jeśli chodzi o odrabianie lekcji, 

chociaż jestem o trzy klasy wyżej od niego.

Profesor wykładał, a ja rozglądałam się dookoła. To była moja pierwsza w życiu 

podróż do Kalifornii i pozwolę sobie stwierdzić, że choć nie opuściliśmy jeszcze lotniska - 
było to lotnisko San Jose - nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nie jesteśmy w Nowym 

Jorku. Po pierwsze, wszędzie jest bardzo czysto. Żadnych śmieci czy graffiti. Halę lotniska 
pomalowano na pastelowe kolory, a wiadomo, jak brud wyłazi przy jasnych barwach. Jak 

sądzicie, dlaczego nowojorczycy ubierają się na czarno? Nie dlatego, że chcą być eleganccy. 
O nie. Nie chcą biegać do pralni z naręczem ubrań za każdym razem, kiedy je zdejmą.

Ten problem w słonecznej Kalifornii zdawał się nie istnieć. Z tego, co zauważyłam, 

pastele są na topie. Choćby ta kobieta, która nas minęła - miała na sobie różowe legginsy i 

białą,   niezwykle   kusą   sportową   bluzeczkę.   I   to   wszystko.   Jeśli   taki   strój   w   Kalifornii 
uchodzi za wzór przyzwoitości, to powinnam się przygotować na poważny szok kulturowy.

background image

A wiecie, co mnie jeszcze zaskoczyło? Nikt się z nikim nie kłócił. Przy kasach stały 

małe kolejki, ale nikt nie podnosił głosu, rozmawiając z kasjerką. Klienci w Nowym Jorku 

kłócą się z każdym, kto stoi za kontuarem, nieważne, czy to jest lotnisko, dom towarowy 
Bloomingdales, czy stoisko z hot dogami. Wszędzie.

A tutaj wszyscy nad sobą panują.
Chyba wiem dlaczego. Po prostu w otoczeniu nie ma niczego przygnębiającego. Na 

zewnątrz w pełnym słońcu kołyszą się palmy, na parkingu skrzeczą mewy - nie gołębie, ale 
duże białe i szare mewy. A przy odbiorze bagażu nikt nie pofatygował się, żeby sprawdzić, 

czy naklejki na nim zgadzają się z numerami na moim bilecie. Usłyszałam tylko:

- Do widzenia! Miłego dnia!

Niewiarygodne.
Gina,   moja   najlepsza   przyjaciółka   na   Brooklynie,   no   dobrze,   moja   jedyna 

przyjaciółka, powiedziała mi przed wyjazdem, że posiadanie trzech braci przyrodnich ma 
swoje dobre strony. Chyba wiedziała, co mówi, bo ma czterech braci - nie przyrodnich, ale 

rodzonych. W każdym razie nie wierzyłam jej, tak samo jak nie wierzyłam w te palmy. 
Kiedy jednak Śpiący złapał dwie moje torby, a Przyćmiony następne dwie, w związku z 

czym nie miałam już nic do niesienia, jako że Andy wziął już przedtem moją torbę na 
ramię, zrozumiałam, co mogła mieć na myśli: bracia bywają użyteczni. Są w stanie nosić 

naprawdę ciężkie rzeczy i nie robi to na nich specjalnego wrażenia.

Sama pakowałam te torby, więc wiem, co jest w środku. Sporo ważą. Ale Śpiący i 

Przyćmiony mruknęli tylko: „Nie ma sprawy. Chodźmy”.

Ruszyliśmy na parking. Kiedy automatyczne drzwi się rozsunęły, wszyscy, łącznie z 

moją mamą - sięgnęli do kieszeni i wyjęli okulary przeciwsłoneczne. Najwyraźniej wiedzą o 
czymś,  o czym  ja  nie  wiem.  A  kiedy  wyszłam  na  zewnątrz,   uświadomiłam  sobie,  o  co 

chodzi.

Kalifornia jest bardzo słoneczną krainą.

Nie tylko słoneczną, ale świetlistą - tak świetlistą i kolorową, że aż kłuje w oczy. Też 

miałam   gdzieś   okulary,   ale   ponieważ   kiedy   wylatywałam   z   Nowego   Jorku,   było   jakieś 

osiem stopni i padał deszcz ze śniegiem, nie pomyślałam, żeby umieścić je na wierzchu. 
Kiedy mama po raz pierwszy powiedziała mi, że się przeprowadzimy, zapewniła mnie, że 

zakocham się w północnej Kalifornii.

-   To   tam   właśnie   zrobiono   wszystkie   te   filmy   z   Goldie   Hawn   i   chevroletami!   - 

oznajmiła.

Lubię Goldie Hawn i lubię chevrolety, ale nie wiedziałam, że kręcili razem filmy.

background image

- Tam toczy się akcja opowiadań Steinbecka, które czytałaś w szkole - dodała. - No 

wiesz, na przykład Czerwonego kucyka.

Cóż,  nie   zrobiło   to   na   mnie   szczególnego   wrażenia.   Wszystko,   co   pamiętałam   z 

Czerwnego kucyka  to to, że nie było w nim żadnych dziewcząt, ale za to pełno wzgórz. 

Stojąc na parkingu i patrząc zmrużonymi oczami na wzgórza otaczające Międzynarodowy 
Port   Lotniczy   San   Jose,   stwierdziłam,   że   jest   ich   mnóstwo   i   że   porasta   je   wysuszona 

brązowa trawa.

No i drzewa. Drzewa, jakich w życiu nie widziałam. Miały spłaszczone wierzchołki, 

jakby spadła na nie z góry potężna pięść. Dowiedziałam się później, że to cyprysy.

A wokół parkingu, na obszarze  z całą  pewnością  nawadnianym, rosły rozłożyste 

krzewy   z   ogromnymi   czerwonymi   kwiatami.   Większość   przycupnęła   u   stóp 
nieprawdopodobnie wysokich i zaskakująco grubych palm. Później odkryłam, że te kwiaty 

to hibiskusy. A niezwykłe owady, unoszące się nad nimi i wydające wibrujący dźwięk, to 
wcale nie owady, tylko kolibry.

- Są wszędzie - powiedziała mama, kiedy zwróciłam na to uwagę. - Mamy dla nich w 

domu karmniki. Możesz powiesić jeden za oknem, jeśli masz ochotę.

Kolibry przylatujące do okna pokoju? Jedyne ptaki na Brooklynie, które odwiedzały 

mój   parapet,   to   gołębie.   Nie   przypominam   sobie,   żeby   mama   zachęcała   mnie   do   ich 

dokarmiania.

Radosne uniesienie z powodu kolibrów przeszło jak ręką odjął, kiedy Przyćmiony 

oznajmił znienacka:

-   Ja   prowadzę.   -   I   skierował   się   do   siedzenia   dla   kierowcy   w   dużym   wozie,   do 

którego właśnie podeszliśmy.

- Ja prowadzę - oświadczył Andy zdecydowanym tonem.

- Ojej, tato - jęknął Przyćmiony - jak ja w ogóle zdam ten egzamin, skoro nigdy nie 

dajesz mi poćwiczyć?

- Możesz ćwiczyć w ramblerze - odparł Andy. Otworzył tył land - rovera i zaczął 

ładować moje torbiszcza. - To dotyczy także ciebie, Suze.

To mnie zaskoczyło.
- Co mnie też dotyczy?

- Możesz jeździć ramblerem. - Pogroził mi żartobliwie palcem. - Ale tylko wtedy, 

gdy obok siedzi ktoś z ważnym prawem jazdy.

Zamrugałam zdumiona.
- Nie umiem prowadzić. Przyćmiony zarechotał jak koń.

background image

- Nie umiesz prowadzić? - Dźgnął łokciem Śpiącego, który Stał, opierając się o bok 

wozu, z twarzą zwróconą ku słońcu. - Hej, Jake, ona nie potrafi prowadzić!

- Nic w tym niezwykłego, Brad - wtrącił się Profesor - że rodowity nowojorczyk nie 

ma prawa jazdy. Nie słyszałeś, że Nowy Jork szczyci się najbardziej rozbudowaną siecią 

transportu   masowego   w   Ameryce   Północnej,   obsługującą   trzynaście   przecinek   dwa 
miliona   ludzi  na   obszarze  sześciu   i  pół  tysiąca  kilometrów  kwadratowych,  od  Nowego 

Jorku, przez Long Island aż do Connecticut? I że rocznie jeden przecinek siedem miliarda 
pasażerów korzysta z usług metra, sieci autobusowej oraz kolei?

Wszyscy spojrzeli na Profesora, a moja mama wyznała:
-   Nigdy   nie   miałam   samochodu   w   mieście.   Andy   zamknął   tylne   drzwi   wozu   i 

powiedział:

-   Nie   martw   się,   Suze.   Zaraz   cię   zapiszemy   na   kurs   prawa   jazdy.   Nauczysz   się 

wszystkiego i nie będziesz gorsza od Brada.

Rzuciłam okiem na Przyćmionego. Choćbym żyła milion lat, nie przyszłoby mi do 

głowy,   że   ktoś   mógłby   zasugerować,   że   muszę   coś   zrobić,   aby   w   jakiejś   dziedzinie 
dorównać Bradowi.

Zrozumiałam jednak, że czeka mnie wiele niespodzianek. Palmy to tylko początek 

W   drodze   do   domu,   który   znajduje   się   o   dobrą   godzinę   jazdy   od   lotniska   -   i   to   dość 

męczącą   godzinę,   wziąwszy   pod   uwagę,   że   siedziałam   zaklinowana   między   Śpiącym   a 
Przyćmionym,   mając   za   plecami   Profesora,   usadowionego   na   moim   bagażu   i 

wygłaszającego peany na temat zalet nowojorskiego transportu - uświadomiłam sobie, że 
teraz wszystko będzie inaczej. Zupełnie, zupełnie inaczej niż się spodziewałam, a także 

inaczej niż do tego przywykłam.

Nie tylko dlatego, że zamieszkam  na drugim końcu kontynentu.  Nie dlatego,  że 

wszędzie, gdzie spojrzę, widzę rzeczy, których nie spotyka się w Nowym Jorku: przydrożne 
budki z karczochami albo granatami po dolarze za tuzin, niekończące się winnice, gaje 

drzewek cytrynowych i avocado; soczyście zielone rośliny, których nie potrafiłam nawet 
nazwać. A ponad tym wszystkim kopuła nieba tak błękitnego i ogromnego, że balon, który 

wypatrzyłam w górze, wydawał się nieprawdopodobnie mały. Jak guzik na dnie basenu o 
olimpijskich rozmiarach.

No i ocean, który pojawił się tak nagle, że początkowo uznałam, że to jeszcze jedno 

pole. Po chwili jednak stwierdziłam, że to pole lśni, odbijając słońce i wysyłając w moją 

stronę   świetliste   SOS.   Przy   tak   jasnym   świetle   ciężko   było   obyć   się   bez   okularów 
przeciwsłonecznych.   Ale   oto,   przed   moimi   oczami   rozciągał   się   Ocean   Spokojny... 

background image

ogromny, rozległy jak niebo, żywy, pulsujący, napierający na przecinkowate pasmo białej 
plaży.

Dla mnie, mieszkanki Nowego Jorku, widok oceanu - zwłaszcza takiego z plażą - był 

czymś   niezwykłym.   Nie   mogłam   powstrzymać   westchnienia   zachwytu.   A   kiedy 

westchnęłam, wszyscy umilkli. Z wyjątkiem Śpiącego, który akurat, oczywiście, spał.

- Co takiego? - zapytała zaniepokojona mama. - Co się stało?

- Nic - mruknęłam zmieszana. Moi współpasażerowie przywykli najwyraźniej do 

widoku   oceanu.   Mogli   pomyśleć,   że   jestem   wariatką,   skoro   podniecam   się   czymś   tak 

zwyczajnym. - Ocean.

- Tak - powiedziała mama - czyż nie jest piękny? Przyćmiony na to:

- Fajne fale. Może wpadnę na plażę przed wieczorem.
- Nie - wtrącił się jego ojciec. - Dopóki nie skończysz pracy semestralnej.

- Ojej, tato!
To skłoniło mamę do długiego i szczegółowego opisu szkoły, do której miano mnie 

posłać,   tej   samej,   do   której   chodzili   Śpiący,   Przyćmiony   i   Profesor.   Szkoła,   nazwana 
imieniem pewnego Hiszpana, Junipero Serry, który zjawił się tutaj w XVIII wieku i zmusił 

miejscowych Indian do porzucenia własnej religii i przejścia na chrześcijaństwo, mieściła 
się w ogromnym budynku misji z palonej cegły, odwiedzanym przez prawie dwadzieścia 

tysięcy turystów rocznie.

Tak naprawdę wcale jej nie słuchałam. Moje zainteresowanie szkołą zwykle równało 

się zeru. Jedynym powodem, dla którego nie mogłam sprowadzić się tutaj przed świętami, 
był brak miejsca w Szkole Misyjnej. Sytuacja zmieniła się dopiero w drugim semestrze. Nie 

miałam nic przeciwko temu - przez parę miesięcy mieszkałam z babcią, co nie było takie 
złe.   Babcia   jest   nie   tylko   świetną   adwokatką   do   spraw   kryminalnych,   ale   również 

powalającą na kolana kucharką.

Ocean,   który   właśnie   zniknął   za   wzgórzami,   nadal   przyciągał   moją   uwagę, 

'wytężyłam wzrok, mając nadzieję, że znowu się pokaże, kiedy wreszcie dotarły do mnie 
słowa mamy.

- Zaraz. Kiedy tę szkołę zbudowano? - zapytałam.
-   W   XVIII   wieku   -   wyjaśnił   Profesor.   -   System   misyjny,   wprowadzony   przez 

franciszkanów pod patronatem Kościoła katolickiego oraz władz hiszpańskich, miał służyć 
nie   tylko   nawracaniu   Indian   na   chrześcijaństwo,   ale   również   uczeniu   ich   rozmaitych, 

przydatnych w społeczeństwie hiszpańskim rzemiosł. Pierwotnie zadaniem misji było...

-  W  XVIII  wieku?  -  powtórzyłam,  pochylając   się  do  przodu.  Siedziałam   między 

background image

Śpiącym - jego głowa spoczywała na moim ramieniu, dzięki czemu mogłam stwierdzić, że 
używa szamponu Finesse - i Przyćmionym. Otóż Gina nie wspomniała ani słowem o tym, 

ile miejsca zajmują chłopcy, a zajmują, jeśli obaj mają jakieś metr osiemdziesiąt i ważą 
mniej więcej po osiemdziesiąt kilo, bardzo dużo. - WXVIII wieku?

Matka   usłyszała   chyba   panikę   w   moim   głosie,   bo   odwróciła   się   do   mnie   i 

powiedziała łagodnie:

- Suze, rozmawiałyśmy już o tym. Mówiłam ci, że do Roberta Louisa Stevensona jest 

lista oczekujących, a ty powiedziałaś, że nie chcesz do żeńskiej szkoły, więc Najświętszego 

Serca nie wchodzi w rachubę, a Andy słyszał przerażające historie o narkotykach i gangach 
w szkołach publicznych...

- XVIII wiek? - czułam, że serce wali mi jak po biegu. - To jakieś trzysta lat!
- Nie rozumiem - mruknął Andy.

Przejeżdżaliśmy   właśnie   przez   nadmorskie   miasteczko   Carmel,   z   malowniczymi 

domkami,   niektóre   były   nawet   kryte   strzechą,   ślicznymi   restauracyjkami   i   galeriami 

sztuki. Andy musiał jechać bardzo ostrożnie. Mnóstwo samochodów miało tablice z innego 
stanu i ruch był duży, natomiast brakowało świateł. Nie wiedzieć czemu miejscowi uważają 

ten szczegół za powód do dumy.

- Co jest takiego złego w XVIII wieku?

- Suze nigdy nie przepadała za starymi budynkami - wyjaśniła mama „głosem od 

złych   nowin”.   Nazywam   go   tak,   bo   używa   go   w   telewizji,   kiedy   mówi   o   katastrofach 

samolotowych i zabójstwach.

- Och - westchnął Andy. - To dom chyba też jej się nie spodoba.

Chwyciłam podgłówek jego fotela.
- Dlaczego? - zapytałam zduszonym głosem. - Dlaczego dom mi się nie spodoba?

Zrozumiałam  dlaczego,  kiedy  tylko  przyjechaliśmy   na  miejsce.  Dom  był  wielki  i 

przepiękny,   z   wieżyczkami   w   wiktoriańskim   stylu   i   tarasem   na   dachu.   Niczego   nie 

brakowało.   Mama   kazała   go   pomalować   na   niebiesko,   biało   i   kremowo,   otaczały   go 
wysokie sosny i krzewy obsypane kwiatami. Trzypiętrowy, zbudowany wyłącznie z drewna, 

a   nie   z   koszmarnej   mieszaniny   szkła   i   stali   albo   terakoty,   jak   domy   wokół,   był 
zdecydowanie najładniejszym, najgustowniejszym domem w okolicy.

A ja nie miałam ochoty w ogóle do niego wchodzić.
Zgadzając   się   na   przeprowadzkę   do   Kalifornii,   wiedziałam,   że   czeka   mnie   dużo 

zmian.   Karczochy   przy   drodze,   gaje   cytrusowe,   ocean...   to   naprawdę   nic   takiego.   W 
gruncie rzeczy największa zmiana polegała na tym, że miałam się dzielić mamą z innymi 

background image

ludźmi. Przez dziesięć lat, odkąd umarł tata, byłyśmy tylko we dwie. I muszę przyznać, że 
mi   to   odpowiadało.   Gdyby   nie   to,   że   mama   przy   Andym   jest   w   tak   widoczny   sposób 

szczęśliwa, uparłabym się i sprzeciwiła całej tej przeprowadzce.

Wystarczyło jednak choćby raz na nich popatrzeć, żeby stwierdzić, że świata poza 

sobą   nie   widzą.   Jaką   byłabym   córką,   gdybym   stanęła   w   takiej   sytuacji   okoniem? 
Zaakceptowałam więc Andy'ego, zaakceptowałam jego trzech synów i pogodziłam się z 

tym, że mam wyjechać i zostawić wszystko, co znam i kocham - najlepszą przyjaciółkę, 
babcię, bajgle, Soho - aby dać mamie szczęście, na jakie zasługuje.

Nie zastanawiałam się jednak nad faktem, że po raz pierwszy w życiu zamieszkam 

w... domu.

I   to   w   nie   byle   jakim,   ale,   jak   z   dumą   oznajmił   Andy,   wyciągając   mój   bagaż   z 

samochodu i rzucając go w ramiona swoich synów, w dziewiętnastowiecznym zajeździe 

przerobionym na dom mieszkalny. Zbudowany w 1849 roku, nie cieszył się, jak się wydaje, 
najlepszą   sławą   w   okolicy.   W   salonie   na   dole   często   dochodziło   do   strzelaniny   -   przy 

kartach i z powodu kobiet. W ścianach nadal widniały dziury po kulach. Andy otoczył jed-
ną taką dziurę specjalną ramką. Trochę ponure, jak sam przyznał, ale jakże interesujące. 

Gotów był się założyć, że mieszkamy w jedynym domu na wzgórzach Carmel, który ma w 
ścianie dziurę po dziewiętnastowiecznej kuli.

„ Ehm”, mruknęłam. Wcale w to nie wątpię.
Kiedy wchodziliśmy po schodach na ganek, mama wciąż zerkała w moją stronę. 

Wiedziałam, że boi się mojej reakcji. Rzeczywiście trochę mnie rozzłościła, nie uprzedzając 
o niczym. Domyślam się, dlaczego postąpiła w ten sposób. Gdyby mi powiedziała, że kupili 

dom, który ma ponad sto lat, nie przeniosłabym się do niego. Zostałabym z babcią.

Mama ma rację: nie lubię starych budynków.

Muszę   jednak   przyznać,   że,   jak   na   tak   stary   dom,   ta   budowla   jest   naprawdę 

szczególna. Z ganku widać cały Carmel, osadę, dolinę, plażę, morze. Widok zapiera dech w 

piersi, to za niego ludzie byli gotowi - i robili to, sądząc po wymyślnych domach wokół - 
płacić miliony. Tego nie powinnam mieć nikomu za złe.

Kiedy jednak mama powiedziała: „Chodź, Suze, obejrzyj swój pokój”, zadrżałam.
Dom w środku był równie piękny jak na zewnątrz. Połyskujące drewno klonowe, 

wesołe błękity i żółcie. Rozpoznałam różne rzeczy mamy i poczułam się lepiej: pojemnik na 
ciasto, który kupiłyśmy kiedyś podczas weekendowego wypadu do Vermont, moje zdjęcia z 

dzieciństwa na ścianie w salonie obok fotografii Śpiącego, Przyćmionego i Profesora. Na 
regałach były książki mamy, jej rośliny, które przetransportowała za nieprawdopodobne 

background image

pieniądze,   ponieważ   nie   mogła   znieść   rozłąki   z   nimi.   Stały   wszędzie   na   drewnianych 
stojakach,   zwisały   nad   witrażowymi   oknami,   tkwiły   na   słupkach   na   szczycie   poręczy 

schodów.

Ale napotkałam także przedmioty, których nie pamiętałam z domu: biały komputer 

na biurku, przy którym mama zwykła siadywać, by wypisać czeki i sprawdzić rachunki, 
szerokoekranowy telewizor umieszczony ni w pięć, ni w dziewięć w kominku, do którego w 

dodatku podłączono joysticki od jakiejś gry wideo; deski surfingowe oparte o ścianę przy 
drzwiach   do   garażu.   A   także   potężne   zaślinione   psisko,   które   podejrzewało   chyba,   że 

chowam w kieszeniach jakieś smakołyki, bo usiłowało wpakować mi do nich swój wielki 
wilgotny nos.

To wszystko wydawało się należeć do świata mężczyzn. Do tych rzeczy przyzwyczaję 

się   dopiero   po   pewnym   czasie.   W   życiu;   które   stworzyłyśmy   sobie   z   mamą,   takie 

przedmioty nie istniały.

Mój pokój znajdował się na górze, nad daszkiem ganku. Mama prawie przez całą 

drogę z lotniska mówiła z widocznym zdenerwowaniem o ławie, którą Andy umieścił w 
oknie wykuszowym. Z okien rozciągał się ten sam widok co z ganku, obejmujący panoramę 

całego półwyspu. To rzeczywiście miło z ich strony, że dali mi taki ładny pokój, pokój z 
najładniejszym widokiem w całym domu.

A potem zobaczyłam, ile zadali sobie trudu, żebym czuła się jak u siebie. Może nie 

ja... tylko jakaś niezwykle kobieca abstrakcyjna istota. Oszklone toaletki czy staromodne 

aparaty telefoniczne nigdy nie były w moim guście. Andy okleił ściany kremową tapetą w 
niebieskie niezapominajki - ponad białą, Wymyślnie wzorzystą boazerią. Tą samą tapetą 

oklejono ściany mojej własnej łazienki. Kupiono dla mnie nowe łóżko - z kolumienkami i 
koronkowym baldachimem, takie, jakie mama zawsze chciała mi kupić i widocznie teraz 

nie zdołała oprzeć się pokusie. Kiedy zobaczyłam to wszystko, poczułam wyrzuty sumienia 
z powodu tego, jak zachowywałam się w samochodzie. Naprawdę. Przechadzając się po 

pokoju, uznałam, że nie jest tak źle. Na razie w porządku. Może wszystko będzie dobrze, 
może w tym domu nigdy nie było nieszczęśliwych ludzi, może ci, których tu zastrzelono, 

zasługiwali na swój los...

Pocieszałam się, dopóki nie odwróciłam się do okna i nie stwierdziłam, że ktoś już 

zajął ławę, którą Andy umieścił z taką troską o moją wygodę.

Ktoś, kto nie miał rodzinnych powiązań ze mną czy też Śpiącym, Przyćmionym lub 

Profesorem.

Spojrzałam na Andy'ego, żeby sprawdzić, czy zauważył intruza. Nie zauważył, mimo 

background image

że obcy siedział na wprost niego.

Mama także go nie widziała. Zobaczyła tylko wyraz mojej twarzy. Chyba nie był 

najprzyjemniejszy, bo mina jej zrzedła i ze smutnym westchnieniem wyszeptała:

- Och, Suze, tylko nie to.

background image

2

Chyba   powinnam   coś   wyjaśnić.   Nie   jestem   raczej   przeciętną   szesnastoletnią 

dziewczyną. Och, na oko wydaję się zupełnie zwyczajna. Nie biorę narkotyków, nie piję, 
nie palę - no, tylko ten jeden raz, kiedy przyłapał mnie Śpiący Poza uszami niczego sobie 

nie przekłułam, a i to tylko po jednej dziurce w każdym uchu. Nie mam tatuaży. Nigdy nie 
farbowałam włosów. Jeśli nie liczyć butów i skórzanej kurtki, nie ubieram się na czarno. 

Nawet nie maluję paznokci na ciemne kolory. Jednym słowem, jestem zupełnie zwyczajną, 
przeciętną, nastoletnią Amerykanką.

Pomijając fakt, że rozmawiam z umarłymi.
Może nie powinnam ujmować tego w ten sposób. Może powinnam powiedzieć, że to 

umarli rozmawiają ze mną. Nie zachęcam ich do rozmowy. W gruncie rzeczy staram się 
tego unikać, jak tylko się da.

Ale czasami się nie da.
Duchy na to nie pozwalają.

Nie wydaje mi się, żebym była stuknięta. W każdym razie, nie bardziej niż inne 

szesnastolatki.   Pewnie   niektórzy   uważają,   że   jestem   szalona.   Tego   zdania   była 

niewątpliwie   większość   dzieciaków   z   poprzedniej   szkoły.   Nieraz   napuszczano   na   mnie 
szkolnych pedagogów. Czasami nawet myślę, że byłoby prościej, gdyby mnie zamknęli.

Ale   nawet   na   dziewiątym   piętrze   Bellevue,   gdzie   zamyka   się   nowojorskich 

szaleńców, nie zdołałabym uciec przed duchami. Znalazłyby mnie.

Zawsze im się udaje.
Pamiętam pierwszego. Jest to wspomnienie równie wyraźne jak inne z tego okresu, 

a   więc   niezbyt   wyraźne,   ponieważ   miałam   wtedy   dwa   lata.   Pamiętam   na   przykład,   że 
kiedyś odebrałam kotu mysz i tuliłam ją w ramionach, dopóki przerażona mama mi jej nie 

wyrwała.

Cóż,   miałam   tylko   dwa   lata?   Nie   wiedziałam,   że   należy   bać   się   myszy.   Czy   też 

duchów. Dlatego też czternaście lat od tamtego wydarzenia duchy mnie nie przerażają. 
Czasami mnie tylko zaskakują. Albo denerwują. Ale przerażać?

Nigdy.
Duch, podobnie jak mysz, był mały, szary i bezradny. Do dziś nie wiem, kto to był. 

Przemówiłam do niego w dziecinnym języku, którego nie rozumiał. Duchy nie rozumieją 
dwuletnich dzieci lepiej niż żywi. Patrzył na mnie ze smutkiem ze szczytu schodów. Było 

mi   go   żal,   tak   samo   jak   myszy   i   chciałam   mu   pomóc.   Tylko   że   nie   wiedziałam   jak. 

background image

Zachowałam się więc tak, jak każde dwuletnie dziecko w podobnej sytuacji. Pobiegłam do 
mamy.

Wtedy otrzymałam pierwszą lekcję na temat duchów: tylko ja je widzę.
Cóż,   rzecz   jasna   inni   ludzie   widzą   je   także.   Skąd   brałyby   się   opowieści   o 

nawiedzonych domach i tym podobne. Jest jednak pewna drobna różnica. Większość osób, 
które mają takie doświadczenia, widzi jednego ducha. Ja widzę wszystkie.

Widzę każdego zmarłego, który z jakiegoś powodu włóczy się po ziemi, zamiast udać 

się tam, dokąd po śmierci udać się powinien.

Zapewniam was, to tłum duchów.
Tego samego dnia, kiedy zobaczyłam pierwszego ducha, odkryłam też, że większość 

ludzi, nawet moja własna mama, wcale ich nie widzi. Żaden z ludzi, których znam. Nikt 
się, w każdym razie, do tego nie przyznał.

A to wiąże się z drugą rzeczą, której nauczyłam się na temat duchów czternaście lat 

temu: nie należy się przyznawać, że widziało się ducha. Nigdy.

Nie chcę powiedzieć, że tamtego popołudnia mama domyśliła się, że widzę ducha i 

paplam o nim po dziecinnemu. Wątpię, żeby to do niej dotarło. Sądziła pewnie, że próbuję 

powiedzieć jej coś o myszy, którą mi wcześniej odebrała.

Pełna   dobrej   woli,   spojrzała   jednak   na   schody,   skinęła   głową   i   powiedziała: 

„Posłuchaj, Suze, co byś zjadła na lunch? Grillowany ser? A może tuńczyka?”

Nie spodziewałam się takiej reakcji, jak w wypadku myszy. Mama, która opiekowała 

się wtedy noworodkiem sąsiadki, na widok myszy głośno wrzasnęła, a na moje dumne 
słowa: „Popatrz, mamusiu, teraz ja też mam dzidziusia”, krzyknęła jeszcze głośniej. Zdaję 

sobie sprawę, że nie mogła zrozumieć, o co mi chodzi, ponieważ nie dotarło do niej, co 
chciałam powiedzieć.

Spodziewałam   się   jednak,   że   zareaguje  jakoś   na   widok   istoty   unoszącej  się   nad 

schodami. Codziennie udzielano mi tysiąca wyjaśnień na każdy możliwy temat, od gaśnic 

przeciwpożarowych po gniazdka elektryczne. Dlaczego nie usłyszałam słowa na temat tego 
czegoś na schodach?

Trochę później, gryząc kawałek grillowanego sera, uświadomiłam sobie, że mama 

nie wyjaśniła mi niczego, ponieważ nie było nic do wyjaśnienia. Ona po prostu niczego nie 

widziała.

W wieku dwóch lat nie wydało mi się to dziwne. Ot, jeszcze jedna rzecz, która różni 

dzieci od dorosłych. Dzieci muszą zjadać wszystkie warzywa z talerza. Dorośli nie muszą. 
Dzieci mogą jeździć na karuzeli w parku. Dorośli nie. Dzieci widzą szare istoty. Dorośli nie.

background image

Ale  chociaż   miałam   tylko  dwa  lata,  zrozumiałam  od  razu,   że  o  szarej  istocie  ze 

szczytu schodów nie należało rozmawiać. Z nikim. Nigdy.

I nigdy tego nie robiłam. Nie opowiedziałam nikomu o moim pierwszym duchu ani 

o setkach innych, które spotkałam w ciągu następnych kilku lat. O czym zresztą miałabym 

opowiadać? Widziałam je. Przemawiały do mnie. Na ogół nie rozumiałam, co mówiły i 
czego chciały. W końcu odchodziły. Koniec historii.

Tak by się to pewnie ciągnęło w nieskończoność, gdyby nagle nie umarł mój tata.
Jednego dnia gotował i żartował w kuchni, a następnego już go nie było.

Tydzień po jego śmierci spędziłam, siedząc na schodkach przed domem, i czekając, 

aż tata wróci, chociaż zapewniano mnie, że to nigdy nie nastąpi.

Nie wierzyłam w te zapewnienia. Dlaczego miałabym wierzyć? Mój tata miałby nie 

wrócić? Odbiło im? Pewnie, mógł umrzeć, tyle zrozumiałam. Ale z pewnością wróci. Kto 

będzie mi pomagał w matematyce? Kto będzie budził się ze mną wcześnie rano w sobotę, 
piekł belgijskie wafelki i oglądał filmy rysunkowe? Kto nauczy mnie, zgodnie z obietnicą, 

prowadzić   samochód,   kiedy   skończę   szesnaście   lat?   Mój   tata   mógł   umrzeć,   ale   byłam 
absolutnie pewna, że go jeszcze zobaczę. Codziennie widywałam tłumy zmarłych. Dlaczego 

nie miałabym zobaczyć własnego taty?

Tata umarł, bez cienia wątpliwości. Umarł na rozległy zawał serca. Mama poddała 

ciało   kremacji,   a   prochy   umieściła   w   zabytkowym   niemieckim   kuflu   do   piwa.   Wiecie, 
takim z pokrywką. Tata lubił piwo. Ustawiła kufel wysoko na półce, tak, żeby kot go nie 

strącił i czasami, kiedy sądziła, że nie ma mnie w pobliżu, przemawiała do niego.

Bardzo mnie to smuciło, ale nie mogę mieć do niej pretensji. Gdybym była mamą, 

chyba też gadałabym z tym kuflem.

Okazało się jednak, że to ja miałam rację. Tata umarł, owszem, ale doczekałam się 

jego powrotu.

W  gruncie   rzeczy   teraz  widuję  go  chyba  częściej  niż   za  życia.  Kiedy  żył,  musiał 

chodzić do pracy. Teraz nie ma za dużo do roboty, więc spędzamy razem sporo czasu. 
Może nawet za dużo. Jego ulubiona zabawa polega na materializowaniu się w momencie, 

kiedy najmniej się tego spodziewam. Trochę działa mi to na nerwy.

Tata udzielił mi pewnych wyjaśnień, więc, w pewnym sensie, dobrze się stało, że 

umarł, bo inaczej nigdy niczego bym się nie dowiedziała.

Kiedyś usłyszałam coś na temat duchów od wróżki, która wróżyła z kart do tarota. 

To było podczas szkolnego festynu. Poszłam do niej tylko dlatego, że Gina nie chciała iść 
sama. Uważałam, że to strata czasu, ale w końcu nie takie rzeczy robi się dla najlepszych 

background image

przyjaciół.   Ta   kobieta,   madame   Zara,   medium   obejrzała   karty   Giny   i   powiedziała   jej 
dokładnie   to,   co   tamta   chciała   usłyszeć:   odniesiesz   sukces,   będziesz   neurochirurgiem, 

wyjdziesz za mąż w wieku lat trzydziestu, urodzisz troje dzieci, tralala. Kiedy skończyła, 
podniosłam się, żeby wyjść, ale Gina uparła się, żeby madame Zara powróżyła i mnie.

Możecie się domyślić, co się stało. Madame Zara zajrzała w karty, zmieszała się i 

potasowała je ponownie. Potem spojrzała na mnie.

- Rozmawiasz z umarłymi - oznajmiła.
-   O,   mój   Boże!   O,   mój   Boże!   Naprawdę?   -   zawołała   podniecona   Gina.   -   Suze, 

słyszałaś? Potrafisz rozmawiać z umarłymi! Też jesteś medium!

- Nie medium - uściśliła madame Zara. - Mediatorką.

- Czym? Co to jest? - zdumiała się Gina.
Aleja wiedziałam. Nikt mi nigdy nie mówił, jak to się nazywa, ale wiedziałam, o co 

chodzi. Tata nie wyjaśnił mi tego w ten sposób, ale i tak zrozumiałam: jestem kimś w 
rodzaju łącznika dla każdego, kto kopnął w kalendarz, zostawiając po sobie... cóż, bałagan. 

Jeśli potrafię, doprowadzam wszystko do porządku.

Tylko tak jestem w stanie to wytłumaczyć. Nie wiem, dlaczego spotkało to akurat 

mnie, pod każdym innym względem jestem najnormalniejsza  w świecie.  Mam tylko tę 
nieszczęsną umiejętność komunikowania się ze zmarłymi.

Nie ze wszystkimi. Tylko z tymi, którzy są nieszczęśliwi.
Widzicie   więc,   że   w   ciągu   ostatnich   szesnastu   lat   moje   życie   było   pasmem 

przyjemności.

Wyobraźcie sobie, jak to jest, kiedy nawiedzają was duchy - dosłownie nawiedzają - 

w każdej minucie, każdego dnia. Niezbyt to przyjemne. Idziecie do sklepu po wodę - uaaa, 
nieżywy facet na rogu. Ktoś go zastrzelił. Jeśli doprowadzicie do tego, że gliny przymkną 

mordercę, ofiara będzie mogła spoczywać w pokoju.

A chcieliście tylko kupić wodę.

Albo   idziecie   do   biblioteki   po   jakąś   książkę   i   zaczepia   was   duch   bibliotekarki, 

domagając się, żebyście przekazali siostrzenicy, że jest na nią wściekła za to, co zrobiła z 

kotami po jej śmierci.

A to są tylko tacy, którzy wiedzą, czemu wciąż plączą się po ziemi. Połowa nie ma 

pojęcia, dlaczego nie trafiła dotąd w zaświaty.

Jest to denerwujące, bo to ja mam im pomóc się tam dostać.

Jestem mediatorką.
Nikomu nie życzę występowania w takiej roli.

background image

W   tym   fachu   nie   dostaje   się   wynagrodzenia.   Nie   przypominam   sobie,   żeby   mi 

zaproponowano pensję, czy coś w tym rodzaju. Od czasu do czasu ogarnia mnie tylko fala 

ciepłych   uczuć,   bo   wiem,   że   zrobiłam   coś   dobrego.   Na   przykład,   zapewniłam   jakąś 
dziewczynkę,   która   nie   zdążyła   pożegnać   się   z   dziadkiem,   zanim   umarł,   że   dziadek 

naprawdę ją kocha i wybacza jej, że zniszczyła jego ulubioną fajkę. Takie rzeczy naprawdę 
sprawiają przyjemność.

Ale na ogół dostaję jedynie gęsiej skórki. To nie tylko uciążliwe, bo ciągle trzeba się 

handryczyć   z   istotami   niewidzialnymi   dla   innych,   ale   bardzo   nieprzyjemne,   ponieważ 

wiele duchów zachowuje się po prostu niegrzecznie. Nie przesadzam. Są jak wrzód na 
tyłku. To na ogół tacy, którzy chcą się włóczyć po tym świecie, zamiast przenieść się do 

innego. Prawdopodobnie zdają sobie sprawę, że w związku z ich niecnymi postępkami, nie 
czeka ich serdeczne przyjęcie gdzie indziej. Dokuczają więc ludziom, zatrzaskując drzwi, 

zrzucając przedmioty, strasząc zimnem, jęcząc. Wiecie, o czym mówię. Złośliwe duchy.

Czasami stają się niebezpieczne. Próbują zrobić ludziom krzywdę. To mnie zwykle 

wyprowadza z równowagi. Czuję wtedy konieczność dołożenia takiemu duszkowi w tyłek.

To właśnie miała na myśli mama, mówiąc: „Och, Suze. Tylko nie to”. Kiedy jakiś 

duch dostaje ode mnie po tyłku, robi się... bałagan.

Nie   miałam   najmniejszego   zamiaru   bałaganić   w   moim   nowym   pokoju.   Dlatego 

odwróciłam się tyłem do ducha siedzącego na ławie pod oknem i powiedziałam:

- Nic się nie stało, mamo. Wszystko w porządku. Pokój jest świetny. Bardzo jestem 

wam wdzięczna.

Widziałam, że mi nie wierzy. Moją mamę trudno nabrać. Podejrzewa, że coś jest ze 

mną   nie   tak,   ale   nie   może   dojść,   co   to   takiego.   To   pewnie   dobrze,   gdyż   taka   wiedza 
wstrząsnęłaby   jej   światem.  Jest  przecież   reporterką   telewizyjną.   Wierzy   tylko   w  to,   co 

widzi. A duchów nie można zobaczyć.

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo chciałabym być taka jak ona.

- To dobrze - powiedziała. - Cieszę się, że ci się podoba. Trochę się martwiłam. 

Wiem, że nie przepadasz za... hm, starymi domami.

Stare domy to dla mnie najgorsza rzecz, bo im starszy dom, tym większa szansa, że 

ktoś w nim umarł i tkwi w nim nadal, oczekując zadośćuczynienia za krzywdy albo pragnąc 

przekazać komuś ostatnie przesłanie. Kiedy szukałyśmy z mamą mieszkania, zdarzało nam 
się   wchodzić   do   jakieś   fantastycznego   budynku,   a   ja   oświadczałam:   „O,   nie.   Nie   ma 

mowy”. To naprawdę zdumiewające, że mama nie odesłała mnie po prostu do internatu.

- Poważnie, mamo. Pokój jest wspaniały. Strasznie mi się podoba.

background image

Andy zaczął natychmiast biegać po pokoju, pokazując mi Światła zapalające się i 

gasnące na klaśnięcie (o, rany) oraz rozmaite inne gadżety, które zainstalował. Kroczyłam 

za nim, wyrażając zachwyt, starannie unikając spojrzenia w stronę, gdzie Siedział duch. 
Troska Andy'ego naprawdę mnie wzruszyła.

Postanowiłam, że ze względu na niego będę szczęśliwa. W każdym razie na tyle, na 

ile to możliwe w wypadku kogoś takiego jak ja.

Kiedy Andy pokazał mi już wszystko, co było do pokazania, wyszedł na dwór, żeby 

zająć się barbecue, ponieważ w związku z moim przyjazdem mieliśmy zjeść superdanie z 

cielęciny i owoców morza. Śpiący i Przyćmiony zerwali się, żeby „poskakać na fali” przed 
obiadem, a Profesor, mamrocząc pod nosem o jakimś tajemniczym eksperymencie, nad 

którym pracuje, wyniósł się do innej części domu, zostawiając mnie sam na sam z mamą... 
No, powiedzmy.

- Jesteś pewna, że wszystko w porządku, Suze? - dopytywała się mama. - Wiem, że 

to ogromna zmiana. Wiem, że dużo od ciebie wymagam...

Zdjęłam kurtkę. Nie pamiętam, czy już o tym wspominałam, ale jak na styczeń było 

bardzo ciepło. Ponad dwadzieścia stopni. W samochodzie prawie się ugotowałam.

- W porządku, mamo - zapewniłam. - Naprawdę.
- Musiałaś zostawić babcię, Ginę, Nowy Jork. To samolubne z mojej strony, wiem. 

Wiem, że nie było ci... łatwo. Zwłaszcza odkąd umarł tata.

Mama sądzi, że nie jestem zupełnie taka jak inne nastolatki. Nie jestem też taka, 

jaka   ona   była   w   moim   wieku.   A   była   cheerliderką,   królową   balu   absolwentów,   miała 
ogromne powodzenie. Za źródło wszelkich moich niepowodzeń mama uznała śmierć taty. 

Począwszy   od   tego,   że   nie   mam   przyjaciół,   z   wyjątkiem   Giny,   a   skończywszy   na 
dziwacznym zachowaniu w różnych sytuacjach.

Zgadzam się, że pewne rzeczy, które zdarzyło mi się robić, muszą się wydawać dość 

niezwykłe komuś, kto nie ma pojęcia, dlaczego i dla kogo coś robię. Kilka razy złapano 

mnie tam, gdzie być mnie nie powinno. Parokrotnie przywoziła mnie do domu Policja. 
Stawiano   mi   zarzuty   naruszania   prywatnego   terytorium,   posądzono   o   wandalizm   albo 

włamania.

Nigdy   nie   trafiłam   przed   oblicze   sądu,   ale   spędziłam   wiele   godzin   w   gabinecie 

psychoterapeuty mojej mamy, który zapewniał mnie, że skłonność do mówienia do siebie 
jest absolutnie normalna, za to prowadzenie rozmów z ludźmi, których nie ma, raczej nie.

Stąd   moja   niechęć   do   wszystkich   budynków,   których   nie   Wzniesiono   w   ciągu 

ostatnich pięciu lat.

background image

Dlatego tyle czasu spędzam na cmentarzach, w kościołach, Świątyniach, meczetach, 

mieszkaniach lub domach innych ludzi oraz w szkole po lekcjach.

Przypuszczam, że synowie Andy'ego słyszeli coś na ten temat i stąd te wzmianki o 

gangu. Ale, jak już wspomniałam, za moje poczynania nigdy nie trafiłam do więzienia.

A dwutygodniowe zawieszenie w prawach ucznia w ósmej klasie nie zostało nawet 

odnotowane w moich papierach.

Więc może to nie jest takie niezwykłe ze strony mamy, że siedzi na moim łóżku, 

mówiąc o „zaczynaniu  wszystkiego od nowa”.  Niesamowite, że robi to, podczas gdy w 

odległości paru metrów od nas siedzi duch i nam się przygląda. Ale mniejsza o to. Wydaje 
się, iż koniecznie musiała mnie zapewnić, że na Wybrzeżu Zachodnim wszystko ułoży się 

doskonale.

Ze   swojej   strony   zamierzałam   bardzo   się   postarać.   Postanowiłam,   że   nie   zrobię 

niczego, co naraziłoby mnie na aresztowanie, więc była to „nowa karta” w moim życiu.

- Cóż - odezwała się mama, którą opuściła wena po wygłoszeniu mowy na temat: nie 

znajdziesz przyjaciół, jeśli nie wyjdziesz im naprzeciw. - Jeśli nie potrzebujesz pomocy 
przy rozpakowywaniu, to chyba pójdę zobaczyć, jak Andy radzi sobie Z obiadem.

Andy   nie   tylko   potrafi   zbudować   absolutnie   wszystko,   ale   jest   w   dodatku,   w 

przeciwieństwie do mamy, znakomitym kucharzem.

- Dobrze, mamo, idź. Trochę się tu porozglądam i za chwileczkę zejdę na dół.
Mama   skinęła   głową,   ale   kiedy   już   była   przy   drzwiach,   odwróciła   się   jeszcze   z 

oczami pełnymi łez i powiedziała:

- Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa, Suzie. Zawsze tylko tego pragnęłam. Myślisz, że 

będziesz tutaj szczęśliwa?

Objęłam ją mocno. W butach na obcasach jestem tak wysoka jak ona.

- Oczywiście, mamo. - Pewnie, że będę. Już czuję się jak w domu.
- Naprawdę? - Mama pociągnęła nosem. - Przysięgasz?

- Tak jest.
Wcale nie kłamałam. W pokoju na Brooklynie duchy też były przez cały czas.

Wyszła, a ja delikatnie zamknęłam za nią drzwi. Odczekałam, aż ucichnie stukot jej 

pantofli na schodach, a potem odwróciłam się i zapytałam istotę pod oknem:

- No, dobrze, kim ty, do diabła, jesteś?

background image

3

Nie   można   powiedzieć,   żeby   ducha   mężczyzny   siedzącego   w   wykuszu   zaskoczył 

sposób, w jaki się do niego zwróciłam. Obejrzał się tylko przez ramię, żeby sprawdzić, czy 
rzeczywiście odezwałam się do niego.

Za   jego   plecami   było   jednak   tylko   okno   z   niesamowitym   widokiem   na   zatokę 

Carmel. Odwrócił się więc do mnie i zauważył widocznie, że uważnie mu się przyglądam, 

bo   szepnął  Nombre   de   Dios  w   taki   sposób,   że   Gina,   z   jej   słabością   do   Latynosów, 
zemdlałaby natychmiast.

- Nie ma sensu odwoływać się do najwyższych mocy - oznajmiłam, odsuwając obite 

na   różowo   krzesło   od   toaletki   i   siadając   na   nim   okrakiem.   -   Jakbyś   się   dotąd   nie 

zorientował, On nie poświęca ci zbyt wiele uwagi. Inaczej nie pozwoliłby ci gnić tutaj od... - 
Przyjrzałam się jego strojowi, który przypominał te z filmu Dziki Zachód. - Ile to było, sto 

pięćdziesiąt lat? Czy naprawdę szlag trafił cię aż tak dawno temu?

Spojrzał na mnie oczami czarnymi i lśniącymi jak atrament.

- Co to jest... szlag? - zapytał głosem, który sprawiał wrażenie zardzewiałego od 

długiego nieużywania.

Podniosłam oczy do nieba.
-   Kopnąłeś   w   kalendarz   -   wytłumaczyłam.   -   Wykorkowałeś.   Odwaliłeś   kitę. 

Przekręciłeś się.

Na widok jego zmieszanej miny, wskazującej na to, że nadal nie rozumie, o czym 

mówię, powiedziałam z irytacją:

- Umarłeś.

-   Och   -   mruknął.   -   Umarłem.   -   Zamiast   jednak   odpowiedzieć   na   moje   pytanie, 

pokręcił głową. - Nie rozumiem - powiedział zdumiony. - Nie pojmuję, jak to możliwe, że 

mnie widzisz. Przez te wszystkie lata nikt nigdy...

- Cóż, posłuchaj, czasy się zmieniają - przerwałam mu. Rozumiecie, słucham tego na 

okrągło. - No, to jaki robal cię zżera?

Zamrugał wielkimi ciemnymi oczami, rzęsy miał dłuższe niż moje. Nieczęsto zdarza 

mi się spotkać ducha, który okazuje się takim przystojniakiem, ale ten chłopak... rany, 
musiał   robić   niesamowite   wrażenie   za   życia,   bo   mimo   że   siedział   tu   martwy,   ja 

próbowałam zapuścić wzrok pod jego rozchełstaną białą koszulę ukazującą kawałek torsu, 
a nawet brzucha. Czy duchy mają muskuły? Nigdy przedtem nie miałam okazji ani też 

ochoty Zbadać tej kwestii.

background image

Nie   zamierzałam   jednak   z   tego   powodu   się   rozpraszać.   Jestem   przecież 

profesjonalistką.

- Robal? - powtórzył. Głos miał czysty, a jego angielski był pozbawiony wyraźnego 

akcentu.   Uważam,   że   mówię   w   podobny   sposób,   pomijając   brooklińskie   naleciałości, 

polegające   na   rozmywaniu   się   t.   Zdecydowanie   miał   w   sobie   coś   z   Hiszpana,   na   co 
wskazywało westchnienie  Nombre de Dios  i karnacja, ale był w takim samym stopniu 

Amerykaninem, jak ja. Albo w takim stopniu, jaki możliwy jest dla kogoś, kto urodził się, 
zanim Kalifornia stała się stanem.

- Taak. - Odchrząknęłam. Odwrócił się lekko, kładąc obutą w wysoki but stopę na 

bladoniebieskich   poduszkach   pokrywających   ławę,   a   ja   przekonałam   się   bez   cienia 

wątpliwości, że, owszem, duchy mogą mieć muskuły. Mięśnie jego brzucha rysowały się 
bardzo wyraźnie, a pokrywało je jedwabiste czarne owłosienie.

Przełknęłam ślinę. Głośno.
- Robal - powtórzyłam. - Problem. Dlaczego ciągle jeszcze tu jesteś? - Spojrzał na 

mnie z zainteresowaniem, choć nadal bez zrozumienia. Wyjaśniłam zatem: - Dlaczego nie 
przeszedłeś na drugą stronę?

Pokręcił głową. Czy wspomniałam, że ma krótkie ciemne i sprawiające wrażenie 

bardzo, bardzo gęstych włosy?

- Nie wiem, co masz na myśli.
Było   mi   coraz   bardziej   gorąco,   ale   wcześniej   zdjęłam   kurtkę   i   nie   mogłam   już 

bardziej się rozebrać. Zwłaszcza że duch uważnie mi się przyglądał. Zaczynałam być trochę 
zła.

-   Co   masz   na   myśli,   mówiąc,   że   nie   wiesz,   co   mam   na   myśli?   -   warknęłam, 

odgarniając z oczu kosmyk włosów. - Nie żyjesz. Nie powinieneś być tutaj. Powinieneś 

przebywać gdzie indziej, tam, gdzie trafiają ludzie po śmierci. Cieszyć się życiem wiecznym 
w niebie albo smażyć się w piekle, albo reinkarnować się, albo przejść do innego stanu 

świadomości, albo... cokolwiek. Nie powinieneś tak po prostu... cóż, po prostu włóczyć się 
po ziemi.

Popatrzył na mnie z uwagą, opierając łokieć na kolanie.
- A jeśli ja po prostu lubię włóczyć się po ziemi? - zapytał. Nie jestem pewna, ale 

odniosłam wrażenie, że się ze mnie nabija. A tego nie lubię. Naprawdę. Na Brooklynie bez 
przerwy zabawiano się moim kosztem. No, dopóki nie przekonałam się, jak skutecznie 

moja pięść, wchodząc w bliski kontakt z czyimś nosem, może zamknąć temu komuś buzię.

Nie   byłam   gotowa   przyłożyć   temu   chłopakowi.   Jeszcze   nie.   Właśnie   przebyłam 

background image

tysiące  kilometrów, żeby zamieszkać z bandą głupich chłopaczydeł,  nadal wisiało  nade 
mną rozpakowywanie klamotów już zdążyłam prawie doprowadzić mamę do płaczu; a do 

tego w sypialni znalazłam ducha. Czy można mieć do mnie pretensję, że jestem trochę za 
ostra?

-   Posłuchaj   -   powiedziałam,   podnosząc   się   energicznie   i   przerzucając   nogę   nad 

oparciem krzesła - możesz się włóczyć, ile ci się żywnie podoba,  amigo,  ale nie możesz 

robić tego tutaj.

- Jesse - powiedział, nie ruszając się z miejsca.

- Co?
- Nazwałaś mnie amigo. Pomyślałem, że może zainteresowałoby cię, że mam imię. 

Nazywam się Jesse.

Skinęłam głową.

- W porządku. Nie ma sprawy. A zatem, Jesse, nie możesz tu zostać.
- A ty? - uśmiechnął się Jesse. Miał miłą twarz. Dobrą. Twarz, dzięki której w starej 

szkole   zostałby   królem   balu   maturalnego   jak   dwa   razy   dwa   cztery.   Taką   twarz   Gina 
wycięłaby   z   magazynu   ilustrowanego   i   powiesiła   u   siebie   w   sypialni.   Był   piękny.   Ale 

wydawał się też niebezpieczny. Bardzo niebezpieczny.

- A ja co? - zdawałam sobie sprawę, że jestem niegrzeczna. Miałam to gdzieś.

- Jak ci na imię? Spojrzałam na niego wściekła.
- Posłuchaj, powiedz mi, czego chcesz i spadaj. Jest mi gorąco i chcę się przebrać. 

Nie mam czasu na...

Przerwał mi łagodnie, jakby w ogóle mnie nie słuchał.

- Ta kobieta, twoja matka, nazwała cię Suzie. - Jego czarne oczy iskrzyły się wesoło. 

- To zdrobnienie od Susan?

- Susannah - poprawiłam go odruchowo. - Jak w Och, Susannah, nie płacz, bo już 

dość.

Uśmiechnął się.
- Znam tę piosenkę.

- Taak. Była pewnie w górnej czterdziestce przebojów roku, w którym się urodziłeś, 

co?

Nadal się uśmiechał.
- A więc teraz to jest twój pokój, Susannah?

-   Owszem.   Tak,   teraz   to   jest   mój   pokój.   W   związku   z   tym   będziesz   musiał   się 

wyprowadzić.

background image

- Ja będę musiał się wyprowadzić? - Uniósł czarną brew. - Przez półtora stulecia to 

był mój dom. Dlaczego miałbym go opuścić?

- Dlatego. - Teraz już wściekłam się na dobre. Głównie z powodu gorąca. Chciałam 

otworzyć   okno,   ale   okna   znajdowały   się   za   jego   plecami,   a   ja   nie   miałam   ochoty 

podchodzić do niego zbyt blisko. - To jest mój pokój. Nie zamierzam go dzielić z jakimś 
martwym kowbojem.

To   go   ubodło.   Z   trzaskiem   postawił   nogę   na   podłodze   i   zerwał   się   z   ławy. 

Natychmiast pożałowałam moich słów. Był wysoki, znacznie wyższy ode mnie, a w butach 

na obcasach mam prawie metr siedemdziesiąt.

-   Nie   jestem   kowbojem   -   poinformował   mnie   gniewnie.   Mruknął   też   coś   po 

hiszpańsku, ale ponieważ zawsze uczyłam się francuskiego, nie miałam pojęcia, o czym 
mówi.   Jednocześnie   antyczne   lustro,   zawieszone   nad   moją   nową   toaletką,   zaczęło   się 

niebezpiecznie kołysać. I nie był to skutek kalifornijskiego trzęsienia ziemi, ale odbicie 
gwałtownych   uczuć   ducha   stojącego   tuż   przede   mną,   którego   moce   psychiczne   miały 

właściwość przekształcania się w energię kinetyczną.

Tak to już jest z duchami: są niezwykle drażliwe! Wystarczy byle głupstewko, żeby je 

wyprowadzić z równowagi.

- Hola! - zawołałam, podnosząc obie ręce do góry. - Spokojnie. Spokojnie, chłopie.

- Moja rodzina - wściekał się Jesse, machając mi palcem przed nosem - harowała 

jak niewolnicy, żeby coś w tym kraju osiągnąć, ale nigdy, przenigdy, jako yaquero...

Wtedy właśnie popełniłam poważny błąd. Wyciągnęłam rękę i złapałam go za palec, 

którym celował w moją twarz, po czym przyciągnęłam go tak blisko, żeby usłyszał mój syk:

- Uspokój się  z tym  lustrem.  I nie  wymachuj  mi  palcem  przed  nosem.  Spróbuj 

jeszcze raz, to ci go złamię.

Odsunęłam jego rękę, stwierdzając z satysfakcją, że lustro znieruchomiało. A potem 

zobaczyłam jego twarz.

Duchy nie mają krwi. No, bo skąd? Przecież nie są żywe. Przysięgam jednak, że 

twarz Jessego stała się tak blada, jakby odpłynęły z niej ostatnie krople krwi.

Ponieważ duchy nie są żywe i nie mają krwi, nie są również istotami materialnymi, 

więc jak mogłam złapać go za palec? To absurd. Moja ręka powinna przejść przez niego jak 

przez powietrze. Zgadza się?

Otóż, nie. Tak jest z większością ludzi. Ale nie z takimi, jak ja. Nie z mediatorami. 

Widzimy duchy, możemy z nimi rozmawiać i, jeśli to konieczne, możemy im dokopać w 
tyłek.

background image

Nie jest to coś, czym bym się miała ochotę chwalić. Unikam dotykania ich. Prawdę 

mówiąc, unikam dotykania kogokolwiek. Jeśli zawodzą wszelkie próby mediacji i wobec 

odpornego   ducha   muszę   zastosować   perswazję   fizyczną,  wolę,   żeby   nie   wiedział   przed 
czasem,   że   jestem   do   tego   zdolna.   Względem   przedstawicieli   innego   świata   godne 

polecenia są ataki niespodziewane, gdyż z reguły nie można liczyć z ich strony na uczciwą 
grę.

Jesse wpatrywał się w swój palec, jakbym wypaliła w nim dziurę. Prawdopodobnie 

po raz pierwszy od stu pięćdziesięciu lat ktoś go dotknął. Coś takiego może przyprawić 

człowieka o zawrót głowy. Zwłaszcza martwego.

Wykorzystałam jego oszołomienie i powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu:

- Jesse, to jest mój pokój, jasne? Nie możesz tutaj zostać. Albo powiesz mi, co mam 

zrobić, żebyś przeszedł na drugą stronę, albo musisz poszukać sobie innego domu, gdzie 

będziesz straszył. Przykro mi, ale tak to właśnie wygląda.

Jesse   podniósł   wzrok   znad   swojego   palca.   Na   jego   twarzy   nadal   malowało   się 

niedowierzanie.

- Kim jesteś? - zapytał cicho. - Co z ciebie za... dziewczyna?

Zanim wymówił słowo „dziewczyna”, zawahał się przez dłuższą chwilę. Widocznie 

nie był pewien,  czy  jest ono odpowiednie w moim wypadku.  To mi do reszty  popsuło 

humor. Może i nie cieszyłam się w szkole największym powodzeniem, ale nikt nigdy nie 
podawał w wątpliwość mojej kobiecości. Kierowcy ciężarówek trąbią na mnie od czasu do 

czasu na przejściach i to nie dlatego, że staję im na drodze. Robotnicy budowlani wy-
krzykują różne sprośności pod moim adresem, zwłaszcza kiedy mam na sobie skórzaną 

miniówkę. Co prawda przed chwilą zagroziłam, że złamię mu palec, ale, na rany Boga, to 
wcale nie znaczy, że nie jestem dziewczyną!

-   Powiem   ci,   jakiego   typu   dziewczyną   nie   jestem   -   wycedziłam.   -   Nie   jestem 

dziewczyną,   która   miałaby   ochotę   dzielić   pokój   z   przedstawicielem   płci   przeciwnej. 

Zrozumiano? Więc albo sam się wyniesiesz, albo cię do tego zmuszę. To zależy tylko od 
ciebie. Dam ci trochę czasu do namysłu. Ale kiedy tu wrócę, Jesse, życzę sobie, żeby cię tu 

nie było.

Odwróciłam się i wyszłam.

Musiałam.   W   kłótniach   z   duchami   zwykle   jestem   górą,   ale   teraz   czułam,   że 

przegrywam i to na całej linii. Nie powinnam traktować go tak grubiańsko. Nie wiem, co 

mnie napadło. Naprawdę nie wiem. Tylko...

Chyba   po   prostu   nie   spodziewałam   się   zastać   we   własnej   sypialni   ducha   tak 

background image

przystojnego chłopaka. To wszystko.

Boże, myślałam, pędząc jak burza przez hol, co zrobię, jeśli on nie odejdzie? Nie 

będę mogła się rozebrać we własnym pokoju!

Głos   w   mojej   głowie   radził   dać   mu   trochę   czasu.   Bardzo   uważałam,   żeby   nie 

wspomnieć o tym głosie psychoterapeucie mamy.

Daj mu trochę czasu. Zgodzi się na wszystko. Zawsze tak jest.

Cóż, w większości wypadków, w każdym razie.

background image

4

Obiad u Ackermanów przypomina obiad w każdej dużej rodzinie: wszyscy mówią 

jednocześnie, z wyjątkiem, oczywiście, Śpiącego, który odzywa się wyłącznie, gdy ktoś go o 
coś   zapyta,   i   nikomu   nie   chce   się   sprzątać   ze   stołu.   Zanotowałam   w   pamięci,   żeby 

zadzwonić do Giny i powiedzieć jej, że się myliła. Posiadanie braci nie przynosi żadnych 
bezpośrednich korzyści: przeżuwają z otwartymi ustami i wyżerają wszystkie chrupiące 

bułeczki, zanim zdążę sięgnąć po chociaż jedną.

Uznałam, że po obiedzie rozsądniej będzie omijać mój pokój i dać Jessemu więcej 

czasu na podjęcie decyzji, czy opuści go ze Wszystkimi zębami, czy tylko z częścią. Nie 
jestem zwolenniczką przemocy, ale w moim zawodzie to, niestety, nieuniknione.

Czasami   udaje   się   wymusić   na   kimś   chwilę   uwagi   wyłącznie   za   pomocą   pięści. 

Wiem, że nie jest to sposób zalecany przez podręczniki psychologii, które można znaleźć 

na półkach terapeutów.

Z drugiej strony, nigdy nie twierdziłam, że jestem terapeutką.

Mój   plan   miał   tę   wadę,   że   była   sobota   wieczór.   W   stresie   przeprowadzki 

zapomniałam, co to za dzień. W Nowym Jorku w sobotę wieczorem pewnie wyszłabym z 

Giną na miasto, pojechała metrem do Village i obejrzała jakiś film albo po prostu plątała-
bym   się   koło   pizzerii   U   Joego,   przyglądając   się   ludziom.   Cóż,   jestem   dziewczyną   z 

wielkiego miasta, ale to nie znaczy, że wiodłam tam wspaniałe, niesamowite życie. Nigdy 
nie umówił się ze mną żaden chłopak, jeśli nie liczyć tego razu w piątej klasie, kiedy Daniel 

Bogue poprosił, abym z nim zatańczyła na łyżwach jedyny taniec dla par na lodowisku w 
Rockefeller Center.

Skompromitowałam się wtedy, padając jak kłoda na lód.
Mama   jednak   nie   mogła   się   doczekać,   kiedy   zaistnieję   na   towarzyskiej   scenie 

Carmelu. Gdy tylko zmywarka została załadowana, zapytała:

- Brad, co robisz dzisiaj wieczorem? Są jakieś imprezy, czy coś? Może zabrałbyś 

Suze i przedstawił ją paru osobom?

Przyćmiony,   który   przygotowywał   sobie   koktajl   proteinowy   -   najwyraźniej   dwa 

tuziny krewetek oraz potężny stek, które skonsumował na obiad, nie wystarczyły, żeby 
zaspokoić jego apetyt - odparł:

- Taak, może mógłbym, jeśli Jake dzisiaj nie pracuje. Śpiący, który ocknął się na 

dźwięk swojego imienia, łypnął na zegarek.

- A niech to - mruknął, złapał dżinsową kurtkę i wybiegł z domu.

background image

Profesor spojrzał na zegar i mlasnął językiem.
- Znowu się spóźni. W końcu go wywalą.

Śpiący pracuje? To coś nowego, więc zapytałam:
- Gdzie pracuje?

-   W   Peninsula   Pizza.   -   Profesor   dokonywał   właśnie   jakiegoś   dziwacznego 

eksperymentu z udziałem psa. Wielkie psisko, skrzyżowanie bernardyna z niedźwiedziem, 

siedziało cierpliwie na podłodze, podczas gdy Profesor przymocowywał elektrody do wygo-
lonych placków na jego boku. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nikt się tym nie 

przejmował, a już najmniej pies.

- Sp... to znaczy Jake pracuje w pizzerii? Andy, który szorował brytfannę, wyjaśnił:

- Pracuje jako roznosiciel. Przynosi do domu kupę forsy z napiwków.
- Oszczędza - poinformował mnie Przyćmiony z wąsami białymi od koktajlu. - Na 

camaro.

- Hm - mruknęłam.

- Chcecie, żebym was gdzieś podrzucił? - zapytał Andy wielkodusznie. - Zrobię to z 

chęcią. Co ty na to, Brad? Chcesz pokazać Suze, co zwykle robicie w centrum handlowym?

- N - nie. - Przyćmiony wytarł usta rękawem bluzy. - Nikt jeszcze nie wrócił z Tahoe. 

Może w następny weekend.

Prawie   usiadłam   z   poczucia   ulgi.   Słowa   „centrum   handlowe”   zawsze   napełniały 

mnie grozą, która nie miała nic wspólnego z umarłymi. W Nowym Jorku nie ma takich 

miejsc,   ale   Gina   uwielbiała   jeździć   pociągiem   do   New   Jersey.   Zwykle   po   godzinie 
zaczynałam cierpieć na przeciążenie zmysłów i musiałam schronić się w jakimś barku, 

popijając herbatkę ziołową, dopóki mi nie przeszło.

Poza   tym   nie   zachwycała   mnie   specjalnie   perspektywa   „podrzucenia   w   jakieś 

miejsce”. Mój Boże, co to za miasto? Rozumiem, że, wziąwszy pod uwagę doświadczenia 
San   Andreas,   metro   może   nie   wydawać   się   świetnym   rozwiązaniem,   ale   dlaczego   nie 

pomyślano o przyzwoitej sieci autobusowej?

- Już wiem - powiedział Przyćmiony, odstawiając z trzaskiem szklankę na blat. - 

Pokażę ci parę gier z Coolboardera.

Zamrugałam zdziwiona.

- Słucham?
- Pogramy w Coolboardera. - Ponieważ wyraz mojej twarzy nie uległ zmianie, dodał: 

- Nie słyszałaś o Coolboarderze? Chodźmy.

Zaprowadził   mnie   do   szerokoekranowego   telewizora   w   pracowni.   Coolboarder 

background image

okazał się grą wideo. Był to wyścig na deskach po rozmaitych górskich zboczach. Prędkość 
i manewry kontrolowało się za pomocą joysticka.

Pobiłam Przyćmionego osiem razy, zanim w końcu zaproponował:
- Może obejrzymy jakiś film?

Wyczuwając,   że   popełniłam   błąd   -   pewnie   powinnam   była   pozwolić   biedakowi 

wygrać   chociaż   raz   -   próbowałam   się   zrehabilitować   i   zaproponowałam,   że   dostarczę 

prażoną kukurydzę z kuchni.

Dopiero wtedy ogarnęła mnie fala zmęczenia. Między Nowym Jorkiem a Kalifornią 

są trzy godziny różnicy, więc mimo że była dziewiąta wieczorem, czułam się, jakby była 
północ. Andy z mamą wycofali się do wielkiej sypialni, zostawiając szeroko otwarte drzwi, 

pewnie dlatego, żebyśmy sobie nie wyobrażali, że robią tam nie wiadomo co. Andy zabrał 
się do czytania powieści szpiegowskiej, a mama oglądała film w telewizji.

Sądzę, że zachowywali się tak wyłącznie ze względu na naszą obecność. Założę się, 

że   w   inne   soboty   zamykają   drzwi   albo   przynajmniej   wychodzą   gdzieś   z   przyjaciółmi 

Andy'ego   czy   nowymi   kolegami   mamy   ze   stacji   telewizyjnej   Monterey.   Starali   się 
najwyraźniej ustalić jakąś rutynę postępowania w domu, tak, żebyśmy my, dzieci, mieli 

poczucie   bezpieczeństwa.   Stanowczo   należałoby   im   przyznać   punkty   za   dobre 
sprawowanie.

Czekając,   aż   kukurydza   zacznie   podskakiwać,   zastanawiałam   się,   co   o   tym 

wszystkim sądzi mój tata. Powtórne małżeństwo mamy nie nastrajało go entuzjastycznie, 

mimo   że,   jak   już   wspomniałam,   Andy   to   wspaniały   facet.   Moja   przeprowadzka   na 
Wybrzeże Zachodnie podobała mu się jeszcze mniej.

- W jaki sposób - zapytał - mam cię odwiedzać, skoro będziesz mieszkała tak daleko 

od Nowego Jorku?

- Problem polega na tym, tato, że nie powinieneś w ogóle mnie odwiedzać. Jesteś 

przecież martwy, zapomniałeś? Powinieneś robić to, co inni zmarli, zamiast szpiegować 

mnie i mamę.

- Nie szpieguję was - oświadczył urażony. - Po prostu sprawdzam, co słychać. Żeby 

się upewnić, że jesteście szczęśliwe, i tak dalej.

- No cóż, jestem szczęśliwa - zapewniłam. - Bardzo szczęśliwa. Mama też.

Kłamałam.  Nie na temat mamy, oczywiście.  Zmiana  domu przyprawiała  mnie o 

rozstrój nerwowy. Nawet teraz nie byłam pewna, czy wszystko będzie dobrze. Ta sprawa z 

Jessem...   gdzie   właściwie   podziewa   się   tata?   Dlaczego   nie   zjawił   się   na   górze,   żeby 
wykopać tego chłopaka? Jesse jest przecież facetem i siedzi w moim pokoju. Tata powinien 

background image

jakoś zareagować...

Ale  tak   to  już   jest z   duchami.  Nigdy   nie   ma  ich   w  pobliżu,   kiedy   są   naprawdę 

potrzebne.

Chyba   musiałam   na   chwilę   odjechać,   ponieważ   nagle   usłyszałam   brzęczenie 

mikrofalówki. Przesypywałam popcorn na drewnianą misę, kiedy do kuchni weszła mama, 
zapalając górne światło.

- Cześć, skarbie - rzuciła i spojrzała na mnie uważnie. - Dobrze się czujesz?
- Oczywiście, mamo - zapewniłam. Wpakowałam trochę kukurydzy do ust. - Przyć... 

to jest Brad i ja chcemy obejrzeć film.

- Na pewno? - Mama nie przestawała mi się przyglądać. - Jesteś pewna, że nic ci nie 

jest?

-   Tak,   czuję   się   dobrze.   Jestem   tylko   trochę   zmęczona   i   tyle.   To   ją   wyraźnie 

uspokoiło.

- Ach, tak. Spodziewałam się, że odczujesz różnicę czasu. Ale... wydawałaś się taka 

przygnębiona, kiedy weszłaś do swojego pokoju. Wiem, że z tym łóżkiem z baldachimem 
trochę przesadziłam, ale nie mogłam się oprzeć pokusie.

Przeżułam kukurydzę.
- Łóżko jest w porządku, mamo. Pokój też.

- Tak się cieszę.  - Mama  odgarnęła  mi włosy z czoła.  - Tak się cieszę, że ci się 

podoba, Suze.

Mama czuła taką ulgę, że było mi jej żal. Dobra z niej kobieta i nie zasługuje na to, 

żeby   mieć   córkę   mediatorkę.   Wiem,   że   nigdy   nie   dorastałam   do   jej   oczekiwań.   Kiedy 

skończyłam  czternaście lat,  założyła  mi osobną  linię telefoniczną,  sądząc,  że będzie do 
mnie  dzwonić   tylu   chłopaków,   że  jej   przyjaciele   nie  zdołają   się  w  żaden   sposób  z   nią 

skontaktować.   Możecie   sobie   wyobrazić   jej   rozczarowanie,   kiedy   nikt,   poza   Giną,   nie 
korzystał z mojej prywatnej linii, a Gina dzwoniła na ogół po to, żeby mi opowiedzieć o 

swoich randkach. Jak już wcześniej wspomniałam, chłopcy z poprzedniej szkoły nie palili 
się, żeby się ze mną umawiać.

Biedna   mama.   Zawsze   chciała   mieć  miłą,   zwyczajną,   nastoletnią   córkę.   Zamiast 

tego ma mnie.

- Skarbie. Nie chcesz się przebrać? Masz na sobie ubranie, w którym przyleciałaś.
Powiedziała to w momencie, kiedy do kuchni wszedł Profesor, żeby wziąć klej do 

swoich elektrod. Nie zamierzałam, rzecz jasna, powiedzieć czegoś w rodzaju: „Och, prawdę 
mówiąc, mamo, chciałabym się przebrać, ale nie zachwyca mnie myśl, że mam to zrobić w 

background image

obecności martwego kowboja, który mieszka w moim pokoju”.

Wzruszyłam tylko ramionami i z wystudiowaną obojętnością zapewniłam:

- Taak, oczywiście, zaraz się przebiorę.
- Czy na pewno nie pomóc ci się rozpakować? Czuję się okropnie. Powinnam była...

- Nie, nie potrzebuję pomocy. Rozpakuję się sama. - Popatrzyłam na Profesora, 

który   grzebał   w   szufladzie.   -   Lepiej   już   pójdę   -   powiedziałam.   -   Nie   chcę   przegapić 

początku filmu.

Oczywiście przegapiłam początek, środek i koniec filmu, bo zasnęłam na kanapie. 

Trochę po jedenastej obudził mnie Andy, szarpiąc moje ramię.

- Wstawaj, dzieciaku. Widzę, że cię ścięło. Nie martw się, Brad nikomu nie powie.

Wstałam  półprzytomna   i  dowlokłam   się  do  pokoju.  Podeszłam   wprost  do  okna, 

otwierając je na oścież. Ku mojej radości Jesse zniknął. Tak, ma się tę siłę przekonywania.

Złapałam  torbę   i  poszłam  do  łazienki,   gdzie  wzięłam  prysznic  .  A ponieważ  nie 

byłam  całkiem  pewna,  czy   Jesse wziął  sobie  moje  słowa   do  serca  i  spłynął   z  prądem, 

przebrałam się w piżamę. Po wyjściu z łazienki byłam trochę przytomniejsza. Rozejrzałam 
się,   rozkoszując   chłodnym   powiewem   od   okna,   wciągając   zapach   jodu   unoszący   się   w 

powietrzu.   W   przeciwieństwie   do   Brooklynu,   gdzie   wciąż   wyły   syreny   i   hałasowały 
samochody, tutaj panowała cisza, przerywana od czasu do czasu pohukiwaniem sowy.

Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłam, że jestem sama. Naprawdę sama. W strefie 

bezduchowej. To jest to, czego zawsze pragnęłam.

Wskoczyłam do łóżka i klaśnięciem wyłączyłam światło. Zakopałam się z rozkoszą w 

świeżej pachnącej pościeli.

Tuż przed zaśnięciem miałam wrażenie, że słyszę coś jeszcze oprócz sowy. Jakby 

ktoś śpiewał. Och, Susannah, nie płacz, bo już dość. Jadę sobie z bandżo na kolanie, twój 

z południa gość.

Ale to, z pewnością, tylko moja wyobraźnia.

background image

5

Dwunastoklasowa Szkoła Misyjna imienia Juniper o Serry stała się koedukacyjna w 

latach  osiemdziesiątych.  Ostatnio, jak  się z ulgą  dowiedziałam,  przestano  wymagać  od 
uczniów noszenia mundurków. Mundurki, które przedtem obowiązywały, były niebiesko - 

białe, a te kolory nie należą do moich ulubionych. Na szczęście wzbudzały taką niechęć, 
podobnie jak wyłącznie męski skład klas, że w końcu z nich zrezygnowano; chociaż nadal 

nie wolno nosić dżinsów, uczniowie mogą ubierać się mniej więcej tak, jak im się podoba. 
Ja zamierzałam chodzić w ubraniach, które kupowałam w rozmaitych miejscach w New 

Jersey z Giną w charakterze konsultantki, więc taka sytuacja bardzo mi odpowiadała.

Katolickość szkoły stanowiła jednak pewien problem. Może nie tyle problem, co 

niedogodność.   Wiecie,   mamie   nie   zależało   na   tym,   żeby   wychować   mnie   w   jakiejś 
konkretnej religii. Ojciec był niepraktykującym żydem, mama chrześcijanką. Religia nigdy 

nie   odgrywała   znaczącej   roli   w   życiu   rodziców   i   nic   dziwnego,   że   dla   mnie   stanowiła 
dziedzinę raczej obcą i mętną. Myślicie pewnie, że powinnam lepiej od innych orientować 

się w tych sprawach, ale tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje z duchami, 
które odsyłam tam, gdzie powinny znaleźć się po śmierci. Wiem tylko, że kiedy to robię, 

nie wracają. Nigdy. Koniec, kropka.

Kiedy więc w poniedziałek po moim przybyciu do słonecznej Kalifornii zjawiłyśmy 

się z mamą w sekretariacie Szkoły Misyjnej, doznałam lekkiego wstrząsu na widok prawie 
dwumetrowego krucyfiksu wiszącego za biurkiem sekretarki.

Nie   powinnam   się   jednak   dziwić.   W   sobotę   rano   mama,   pomagając   mi   się 

rozpakować, wskazała szkołę z okna mojego pokoju.

- Widzisz tę wielką czerwoną kopułę? - zapytała. - To Misja Pod kopułą jest kaplica.
W pobliżu plątał się akurat profesor - zauważyłam, że to jedno z jego ulubionych 

zajęć - i zaraz zabrał się do kolejnego wykładu, tym razem na temat franciszkanów, zakonu 
opartego na regule świętego Franciszka, przyjętej w 1209 roku. Ojciec Junipero Serra, 

franciszkanin, to według Profesora postać zdecydowanie niedoceniana. Przez niektórych 
hierarchów Kościoła katolickiego uważany był za bohatera, w pewnym momencie chciano 

go   nawet   beatyfikować,   ale,   jak   wyjaśnił   Profesor,   Indianie   amerykańscy   uznali   to 
posunięcie   za   „aprobatę   metod   kolonizacji   stosowanych   przez   Hiszpanów.   Jakkolwiek 

Junipero Serra opowiadał się za przyznaniem nawróconym Indianom praw w kwestiach 
ekonomicznych,   odmawiał   im   prawa   do   samostanowienia.   Był   też   zagorzałym 

zwolennikiem kar cielesnych i apelował do władz hiszpańskich o prawo stosowania chłosty 

background image

wobec Indian”.

Kiedy Profesor skończył wykład, spojrzałam na niego i powiedziałam:

- Pamięć fotograficzna? Zmieszał się.
- No - mruknął. - Dobrze jest znać historię miejsca, w którym się mieszka.

Zapamiętałam to sobie na wszelki wypadek. Profesor może okazać się nieoceniony, 

jeśli Jesse zjawi się ponownie.

Teraz,   stojąc   w   chłodnym   biurze   starego   budynku,   który   Junipero   Serra   kazał 

wznieść, by nauczać miejscowych Indian, zastanawiałam się, ile duchów tutaj spotkam. 

Ten cały Serra z zacięciem do kar fizycznych z pewnością narobił sobie wrogów wśród In-
dian. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że spotkam ich wszystkich.

A jednak, kiedy wkroczyłyśmy przez łukowato sklepioną bramę na podwórze Misji, 

mojej   uwagi   nie   zwróciła   ani   jedna   osoba,   która   wyglądałaby   na   nienależącą   do   tego 

świata. Paru turystów pstrykało zdjęcia imponującej fontanny, ogrodnik uwijał się żwawo 
przy   pniu   palmy,   pasażem   między   dwoma   budynkami   szedł   ksiądz   pochłonięty 

rozmyślaniem.   To   było   piękne,   ciche   miejsce,   chociaż   tak   stary   budynek   musiał   być 
świadkiem śmierci wielu ludzi.

Nic z tego nie rozumiałam. Gdzie podziały się duchy?
Może bały się przebywać w tym miejscu? Sama czułam się niepewnie, patrząc na 

krucyfiks. Nie mam nic przeciwko sztuce sakralnej, ale czy trzeba tak wiernie przedstawiać 
ukrzyżowanie, ze wszystkimi detalami?

Widocznie nie byłam odosobniona w swoich odczuciach, bo chłopak, który rozwalił 

się na kanapie stojącej naprzeciwko tej, na której polecono nam z mamą zaczekać, podążył 

za moim spojrzeniem i stwierdził:

- Ma podobno płakać krwawymi łzami, jeśli zdarzy się, że jakaś dziewczyna ukończy 

tę szkołę jako dziewica.

Nie   mogłam   się   powstrzymać   od   śmiechu.   Mama   spojrzała   na   mnie   gniewnie. 

Sekretarka,   pulchna   kobieta   w   średnim   wieku   o   wyglądzie   bigotki,   przewróciła   tylko 
oczami i powiedziała zmęczonym głosem:

- Och, Adamie...
Adam, przystojny chłopak w moim wieku, skierował ku mnie śmiertelnie poważną 

twarz.

- To prawda - oznajmił surowo. - To się zdarzyło w zeszłym roku. Moja siostra. - 

Zniżył głos do konspiracyjnego szeptu: - Adoptowana.

Roześmiałam się ponownie, a mama zmarszczyła brwi. Poprzedniego dnia spędziła 

background image

mnóstwo czasu, wyjaśniając mi, jak trudno było zapisać mnie do tej szkoły, zwłaszcza że 
nie istnieje żaden dowód na to, iż zostałam ochrzczona. Przyjęto mnie w końcu ze względu 

na   Andy'ego,   którego   trzej   synowie   tutaj   się   uczą.   Przypuszczam,   że   ważną   rolę   w  tej 
sprawie odegrał spory datek na szkołę, ale mama w życiu by się do tego nie przyznała. 

Powiedziała   tylko,   że   powinnam   się   odpowiednio   zachowywać,   zamiast,   na   przykład, 
wyrzucać   różne   przedmioty   przez   okno,   choć   przypomniałam   jej,   że   akurat   do   tego 

incydentu   nie   doszło   z   mojej   winy.   Walczyłam   z   wyjątkowo   gwałtownym,   młodym 
duchem,  który  nie  chciał   przestać   straszyć  w  szatni   dziewcząt  w  mojej  dawnej   szkole. 

Wyrzucenie go przez okno wreszcie do niego przemówiło i sprowadziło na właściwą drogę 
na wieki wieków.

Mamie powiedziałam, że ćwiczyłam uderzenia tenisa i rakieta wyślizgnęła mi się z 

ręki. Nie była to zbyt wiarygodna historyjka, zwłaszcza że rakiety nigdy nie znaleziono.

Akurat w chwili, gdy wróciłam myślami do tego wyjątkowo bolesnego wspomnienia, 

otworzyły się ciężkie drewniane drzwi i ukazał się w nich ksiądz.

- Pani  Ackerman  -  powiedział  - jak   miło  znowu  panią  zobaczyć.   A to  musi  być 

Susannah   Simon.   Zapraszam   do   środka.   -   Odsunął   się,   żeby   nas   przepuścić,   a   potem 

zwrócił się jeszcze do chłopca na kanapie:

- Och, nie, panie McTavish, tylko nie pierwszego dnia nowego semestru.

Adam wzruszył ramionami.
- A co ja mogę zrobić? Paniusia mnie nie znosi.

- Uprzejmie proszę, aby nie wyrażał się pan o siostrze Ernestynie w ten sposób, 

panie McTavish. Spotkamy się za chwilę, kiedy skończę rozmawiać z paniami.

Weszłyśmy i dyrektor, ojciec Dominik, gawędził z nami przez jakiś czas, wypytując 

mnie o wrażenia  na temat Kalifornii.  Powiedziałam,  że podoba mi się tutaj,  zwłaszcza 

zachwyca mnie ocean. Przed wizytą w szkole, kiedy już się rozpakowałam, sporo czasu 
spędziliśmy na plaży. Znalazłam okulary przeciwsłoneczne i chociaż na pływanie było za 

zimno, cudownie się bawiłam, leżąc na kocu i przyglądając się falom. Były wysokie, wyższe 
niż na Słonecznym patrolu, a Profesor opowiadał przez pół popołudnia, dlaczego tak jest. 

Niczego nie zapamiętałam. Tak bardzo odurzyło mnie słońce, że nie słuchałam, co mówi. 
Odkryłam, że uwielbiam plażę, jej zapach, wodorosty na brzegu, chłodny piach między 

palcami,   smak   soli   na   skórze   po   powrocie   do   domu.   Carmel   nie   jest   może   idealnym 
miejscem dla miłośników bajgli, ale na Manhattanie z pewnością nie ma plaży.

Ojciec Dominik wyraził szczerą nadzieję, że będę szczęśliwa w Szkole Misyjnej, a 

następnie   zapewnił,   że   chociaż   nie  jestem  katoliczką,   będę  mile   widziana   na   mszy.   W 

background image

niektóre dni studenci katolicy są oczywiście, zobowiązani do uczestnictwa w nabożeństwie. 
Mogą przyłączyć się do nich albo zostać sama w pustej klasie, wybór należy do mnie.

Rozbawiło mnie to trochę, ale zdołałam się powstrzymać i nie parsknąć śmiechem. 

Ojca Dominika, mężczyznę w mocno podeszłym wieku, można nazwać dziarskim. Z białym 

kołnierzykiem   i   w   czarnej   sutannie   jest   nawet   przystojny.   Oczywiście   jak   na   swoje 
sześćdziesiąt lat. Ma siwe włosy, bardzo niebieskie oczy i starannie utrzymane paznokcie. 

Nie znam wielu księży, ale uznałam, że ten jest w porządku. Zwłaszcza że nie rzucił się na 
chłopaka przed sekretariatem, który nazwał zakonnicę „paniusią”.

Ojciec Dominik opisał rozmaite wykroczenia, za które mogę być usunięta ze szkoły: 

wagary, narkotyki na terenie szkoły i tak dalej. Na koniec zapytał, czy mam jakieś pytania. 

Nie miałam. Zwrócił się do mamy, czy ma jakieś pytania. Nie miała. Ojciec Dominik wstał 
więc i powiedział:

-  Świetnie.  Pożegnam   zatem  panią,  pani  Ackerman,  i  odprowadzę   Susannah   na 

pierwszą lekcję. Dobrze, Susannah?

Pomyślałam, że to dziwne, że dyrektor, który pewnie ma dużo do roboty, poświęca 

czas,   aby   mnie   odprowadzić,   ale   nie   odezwałam   się.   Wzięłam   tylko   płaszcz   -   czarny 

wełniany trencz firmy Esprit, tres chic (mama nie pozwoliłaby mi włożyć skórzanej kurtki 
pierwszego dnia w szkole) - czekając, aż mama i ksiądz się pożegnają. Mama pocałowała 

mnie na do widzenia i przypomniała, żebym o trzeciej znalazła Śpiącego, ponieważ jego za-
daniem   jest   odwiezienie   mnie   do   domu.   Oczywiście   nie   nazwała   go   „Śpiący”.   Godny 

pożałowania   brak   publicznego   transportu   oznaczał,   niestety,   że   chcąc   się   dostać   albo 
wrócić ze szkoły, będę zdana na łaskę braciszków.

Mama   odeszła,   a   ojciec   Dominik   ruszył   ze   mną   przez   podwórze,   poleciwszy 

przedtem Adamowi, żeby na niego zaczekał.

-  Nie   ma  sprawy  -   rzucił   Adam,   patrząc   na   mnie  lubieżnie   zza   pleców  księdza. 

Nieczęsto chłopcy w moim wieku patrzą na mnie w ten sposób. Miałam nadzieję, że będzie 

w tej samej klasie co ja. Marzenia mamy dotyczące mojego życia towarzyskiego mogłyby 
nareszcie stać się rzeczywistością.

W trakcie spaceru ojciec Dominik opowiadał mi o budynku - albo raczej budynkach, 

gdyż   było   ich   kilka.   Szereg   domów   o   grubych   murach   z   palonej   cegły   łączyły   nisko 

zadaszone pasaże. Pośrodku znajdował się piękny dziedziniec z palmami, czynną fontanną 
i posągiem z brązu przedstawiającym ojca Serrę z grupką typowych indiańskich squaw z 

niemowlętami na plecach, klęczących u jego stóp. Naprzeciwko znajdowały się kamienne 
ławki, na których można było samotnie kontemplować urodę dziedzińca. Drzwi do klas i 

background image

szafki wbudowano wprost w ściany. Jedna z tych szafek, jak wyjaśnił ojciec Dominik, ma 
należeć do mnie. Oto szyfr. Czy chcę zostawić płaszcz?

Kiedy obudziłam się w niedzielę rano, zaskoczył mnie fakt, że trzęsę się z zimna. 

Musiałam wygramolić się z pościeli i zamknąć okna. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu 

dolinę   spowiła   gęsta   mgła,   zasłaniając   widok   zatoki.   Uznałam,   że   to   skutek   jakiegoś 
gwałtownego tropikalnego sztormu, ale Profesor wyjaśnił mi cierpliwie, że poranna mgła 

to   zjawisko   typowe   na   północnym   zachodzie   i   że  Pacifico,  po   hiszpańsku   „Spokojny”, 
został tak nazwany z powodu względnie rzadko występujących burz. Mgła, jak zapewnił, 

znika do południa, a później robi się gorąco.

Miał rację. Kiedy wróciłam z plaży do domu, mój pokój zamienił się w piekarnik i 

znowu   otworzyłam   okna   na   całą   szerokość.   Rano   jednak   zastałam   je   zamknięte. 
Pomyślałam, że to bardzo miło ze strony mamy, że tak się o mnie troszczy.

Mam   nadzieję,   że   to   była   moja   mama.   Jak   się   tak   zastanowić...   ale   nie,   nie 

widziałam Jessego od dnia, w którym się wprowadziłam. To z całą pewnością moja mama 

zamknęła okna.

W   każdym   razie,   kiedy   wyszłam   na   dwór,   żeby   wsiąść   do   samochodu   mamy, 

stwierdziłam, że jest lodowato i dlatego włożyłam wełniany płaszcz.

Ojciec   Dominik   poinformował   mnie,   że   przydzielono   mi   szafkę   numer   273. 

Pozwolił,   żebym   sama   ją   znalazła.   Przechadzał   się   w   tym   czasie   za   moimi   plecami, 
wpatrując się w belki zadaszenia, w których, jak z zadowoleniem stwierdził, co roku wiły 

gniazda jaskółcze rodziny. Wydaje się, że bardzo lubi ptaki, właściwie wszystkie zwierzęta, 
ponieważ   interesował   się,   jak   sobie   radzę   z   Maksem,   psem   Ackermanów,   jak   również 

otwarcie obruszył się na Andy'ego, który uparcie twierdzi, że trzeba wymienić drewno w 
dachu ze względu na szkody, jakie wyrządzają jaskółki i ich odchody.

268,   269,   270.   Wędrowałam   wzdłuż   rzędu   szafek,   sprawdzając   numery   na 

beżowych drzwiczkach. W przeciwieństwie do szkolnych szafek na Brooklynie, te nie były 

zabazgrane   graffiti,   wgniecione   ani   pozalepiane   plakatami   heavymetalowych   zespołów. 
Przypuszczam, że uczniowie na Wybrzeżu Zachodnim przywiązują większą wagę do tego, 

jak wygląda ich szkoła, niż my, Jankesi.

271, 272. Zatrzymałam się nagle.

Obok szafki 273 stał duch.
Nie był to Jesse, lecz dziewczyna, ubrana podobnie jak ja, tylko że z długimi jasnymi 

włosami, a nie brązowymi, jak moje. Miała wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy.

- Na co się gapisz? - zwróciła się do mnie. Po chwili, spoglądając na kogoś za moimi 

background image

plecami, zapytała: - A więc kogoś takiego wpuszczono na moje miejsce? Wiedziałam.

Dobra, przyznaję, trochę mnie ruszyło. Odwróciłam się na pięcie, stając twarzą w 

twarz z ojcem Dominikiem, który patrzył na mnie ciekawie.

- Tak myślałem - mruknął na widok mojej miny.

background image

6

Przeniosłam wzrok z ojca Dominika na ducha dziewczyny i znowu spojrzałam na 

księdza.

- Ksiądz ją widzi? - zdołałam wreszcie wykrztusić. Skinął głową.

-   Tak.   Kiedy   po   raz   pierwszy   usłyszałem   od   twojej   mamy   o   tobie   i   twoich... 

problemach w starej szkole, zacząłem podejrzewać, że możesz być jedną z nas, Susannah. 

Nie byłem jednak pewny, więc milczałem. Chociaż imię Szymon

*1

, z czego zapewne zdajesz 

sobie sprawę, pochodzi od hebrajskiego słowa oznaczającego „uważny słuchacz”, a jako 

mediator...

Prawie go nie słuchałam. Nie mogłam przejść do porządku dziennego nad faktem, 

że w końcu, po tylu latach, spotkałam innego mediatora.

- A więc dlatego nie ma tutaj duchów Indian! - niemal wrzasnęłam. - Ksiądz się 

nimi zajął. Rany, zastanawiałam się, co się z nimi stało. Spodziewałam się spotkać setki...

Ojciec Dominik skłonił skromnie głowę.

- Cóż,  ściśle  mówiąc,  nie były to setki  - powiedział  - jednak  na początku  mojej 

bytności tutaj, dość dużo. Ale to nic takiego, doprawdy. Spełniałem tylko swój obowiązek, 

robiąc użytek z niebiańskiego daru, otrzymanego od Boga.

Skrzywiłam się.

- Czy to właśnie On jest za to odpowiedzialny?
- Ależ oczywiście, że nasz dar pochodzi od Boga. - Ojciec Dominik spojrzał na mnie 

z   góry   z   tym   szczególnym   rodzajem   politowania,   jakie   wierzący   okazują   zwykle 
nieszczęsnym żałosnym stworzeniom, które mają wątpliwości. - A skąd, twoim zdaniem, 

mógłby się wziąć?

- Nie wiem. Zawsze miałam ochotę porozmawiać na ten temat z kimś dorosłym. 

Ponieważ, gdybym mogła wybierać, wolałabym raczej nie cieszyć się błogosławieństwem 
tego rodzaju.

Ojciec Dominik wydawał się zdziwiony.
- Ale dlaczego nie, Susannah?

- Ponieważ przez ten dar mam tylko kłopoty. Czy zdaje sobie ksiądz sprawę, ile 

czasu spędziłam w gabinetach psychiatrycznych? Moja mama uważa, że jestem kompletnie 

stuknięta.

- Tak. - Ojciec Dominik pokiwał w zamyśleniu głową. - Tak, rozumiem, że dla laika 

taki cudowny dar może wydawać się... hm, niezwykły.

1

 Susannah ma na nazwisko Simon, co jest odpowiednikiem polskiego imienia Szymon (przyp. red.).

background image

- Niezwykły? Ksiądz żartuje!
- Przyznaję, że na terenie Misji jestem bezpieczny - stwierdził ojciec Dominik. - 

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że dla was, eee... że się tak wyrażę, w okopach, to musi być 
szalenie trudne, tak bez duchowego wsparcia...

- Dla nas? - Uniosłam brwi. - Chce ksiądz powiedzieć, że jest nas więcej niż ksiądz i 

ja?

-   Cóż,   tak   przypuszczam...   z   pewnością   musi   nas   być   więcej.   Nie   możemy   być 

jedyni... Nie, nie, z pewnością są jeszcze inni.

-   Przepraszam   -   odezwał   się   duch   niecierpliwie   -   ale   czy   ktoś   zechciałby   mi 

powiedzieć, co się tutaj dzieje? Co to za suka? Czy to ona ma zająć moje miejsce?

- Hej! Licz się ze słowami. - Posłałam jej mordercze spojrzenie. - Ten człowiek jest 

księdzem, jak może zauważyłaś.

Zachichotała złośliwie.
- Ojejej. Wiem, że to ksiądz. Cały tydzień próbuje się mnie pozbyć.

Zerknęłam zaskoczona na ojca Dominika.
- No, cóż, Heather jest trochę uparta... - bąknął zmieszany.

- Jeśli myślisz - wysyczała Heather - że będę po prostu stała z boku i pozwolę oddać 

tej suce moją szafkę...

- Nazwij mnie suką jeszcze raz, panienko, a postaram się, żebyś resztę wieczności 

spędziła wewnątrz tej szafki.

Heather spojrzała na mnie bez cienia strachu.
- Suka - wysyczała, przeciągając to słowo, tak jakby zawierało kilka sylab.

Uderzyłam tak szybko, że nie zdążyła zauważyć podniesionej pięści. Grzmotnęłam 

ją na tyle mocno, że wpadła na szafki, zostawiając w nich wgniecenie w kształcie ciała. 

Wylądowała ciężko na kamiennej podłodze, ale w mgnieniu oka zerwała się na równe nogi. 
Spodziewałam się, że mi odda, ale Heather pognała korytarzem, głośno szlochając.

- Phi - mruknęłam właściwie do siebie. - Tchórz. Wiedziałam doskonale, że wróci. 

Odstraszyłam ją tylko na chwilę. Miałam jednak nadzieję, że do naszego następnego spo-

tkania jej zachowanie trochę się poprawi.

Kiedy  zniknęła,   chuchnęłam   lekko  na   knykcie.  Duchy  mają   zadziwiająco   twarde 

szczęki.

- Więc o czym to ksiądz mówił?

Ojciec   Dominik,   nie   odrywając   wzroku   od   miejsca,   w   którym   przedtem   stała 

Heather, zauważył bardzo oschłym jak na księdza głosem:

background image

- Na Wschodzie nauczają obecnie interesujących technik mediacji.
- Ejże! - zawołałam. - Wyzywanie mnie nikomu nie ujdzie na sucho. Nie obchodzi 

mnie, co wycierpiała za życia.

-   Sądzę   -   powiedział   z   namysłem   ojciec   Dominik   -   że   musimy   pewne   rzeczy 

przedyskutować.

Nagle otworzyły się boczne drzwi, zza których wyjrzał potężny brodaty mężczyzna. 

Ksiądz położył palec na ustach.

- Wszystko w porządku, Dom? - Musiał widocznie usłyszeć uderzenie astralnego 

ciała Heather o szafki. A swoją drogą zabawne, ile ważą duchy.

- W porządku, Carl - odparł ojciec Dominik. - W jak najlepszym. I spójrz, kogo ci 

przyprowadziłem.   -   Ojciec   Dominik   położył   mi   rękę   na   ramieniu.   -   To   twoja   nowa 
uczennica, Susannah Simon. Susannah, to twój wychowawca, Carl Walden.

Wyciągnęłam rękę, którą przed chwilą znokautowałam Heather.
- Bardzo mi miło, panie Walden.

- Mnie również, panno Simon. Mnie również. - Moja dłoń zniknęła w jego ogromnej 

dłoni. Nie wyglądał na typowego nauczyciela. Raczej na drwala. Musiał rozpłaszczyć się na 

ścianie, żebym zdołała wślizgnąć się obok niego do klasy. - Cieszę się, że do nas dołączyłaś 
- dodał grzmiącym głosem. - Dzięki, Dom, że ją przyprowadziłeś.

- Nie ma za co - powiedział ojciec Dominik. - Mieliśmy niewielki problem z szafką 

Pewnie   słyszałeś.   Nie   chciałem   ci   przeszkadzać.   Poproszę   woźnego,   aby   się   tym   zajął. 

Susannah, chciałbym, żebyś zjawiła się w moim gabinecie o trzeciej, żeby, hm, wypełnić 
resztę papierów. Uśmiechnęłam się słodko.

-   Och,   nie   mogę,   ojcze.   O   trzeciej   jadę   z   bratem   do   domu.   Ojciec   Dominik 

nachmurzył się.

- Wobec tego zwolnię cię na chwilę z lekcji. Koło drugiej.
- Dobrze. - Pomachałam mu ręką. - Na razie.

Podejrzewam, że na Wybrzeżu Zachodnim nie mówi się dyrektorowi „na razie” ani 

też nie macha ręką na pożegnanie, ponieważ, kiedy odwróciłam się do klasy, stwierdziłam, 

że moi nowi koledzy wpatrują się we mnie z otwartymi ze zdumienia ustami.

Może   chodzi   o   moje   ubranie?   Ze   zdenerwowania   ubrałam   się   na   czarno,   czego 

zwykle nie robię. Zawsze to powtarzam: jak nie wiesz, w co się ubrać, włóż coś czarnego. 
Czarny jest zawsze odpowiedni.

A może nie? Rozejrzałam się po klasie i zobaczyłam, że nikt nie ma na sobie nic 

czarnego. Biel, trochę brązu, mnóstwo khaki, ale czarny nie.

background image

Pan Walden nie zauważył chyba mojego zmieszania. Przedstawił mnie i poprosił, 

aby   powiedziała   coś   o   sobie.   Powiedziałam,   a   oni   nadal   gapili   się   na   mnie   z 

nieodgadnionymi minami. Poczułam pot na karku. Czasami mam wrażenie, że wolę towa-
rzystwo   umarłych   od   towarzystwa   rówieśników.   Szesnastolatki   bywają   naprawdę 

przerażające.

Pan   Walden   okazał   się   na   szczęście   poczciwym   facetem.   Stałam   pod   tablicą 

najwyżej przez minutę, pod obstrzałem tych wszystkich spojrzeń. Potem polecił mi zająć 
miejsce.

To się wydaje takie banalne, prawda? Idź i zajmij jakieś miejsce. Ale, widzicie, były 

tylko dwa miejsca. Jedno obok naprawdę ładnej opalonej dziewczyny o gęstych kręconych 

włosach koloru miodu. Drugie daleko w tyle, za dziewczyną o włosach tak białych i skórze 
tak różowej, że musiała być albinoską.

Nie, nie zgrywam się. Albinoską.
Na moją decyzję wpłynęły dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy zobaczyłam to miejsce z 

tyłu, zauważyłam także, że okna tuż za nim wychodzą na parking przed szkołą.

No, w porządku, to może niezbyt wspaniały widok. Ale za parkingiem rozciągało się 

morze.

Nie żartuję. Ta szkoła ma lepszy widok na ocean niż ten, który mogę podziwiać z 

okien mojego pokoju, ponieważ znajduje się dużo bliżej plaży. Z okien klasy widać fale. 
Chciałam więc siedzieć jak najbliżej okna.

Drugi   powód   był   prosty:   nie   chciałam   usiąść   obok   opalonej   dziewczyny,   żeby 

dziewczyna   albinoską   nie   pomyślała,   że   zniechęcił   mnie   jej   dziwny   wygląd.   Głupie, 

prawda? Jakby ją to w ogóle obchodziło. Nie wahałam się ani chwili. Zobaczyłam morze, 
zobaczyłam albinoskę i natychmiast to kupiłam.

Jak   tylko   zajęłam   miejsce,   jakaś   dziewczyna   siedząca   bliżej   tablicy   zaśmiała   się 

złośliwie, mrucząc pod nosem, ale tak, żeby wszyscy słyszeli:

- Siadaj sobie koło odmieńca, czemu nie.
Spojrzałam   w   jej   stronę.   Na   jej   perfekcyjne   loki   i   perfekcyjny   makijaż. 

Powiedziałam, bynajmniej nie szeptem:

- Przepraszam cię, czy cierpisz na zespół Tourette'a?

Pan Walden  odwrócił  się, chcąc  napisać coś na tablicy,  ale  powstrzymał  go ton 

mojego głosu. Wszyscy odwrócili się, żeby na mnie spojrzeć, łącznie z opaloną dziewczyną, 

koło której nie usiadłam. Ta złośliwa zamrugała, zaskoczona.

- Co?

background image

-   Zespół   Tourette'a   -   potwierdziłam.   -   To   takie   zaburzenie   nerwowe,   które 

powoduje, że ludzie mówią rzeczy, których nie chcą tak naprawdę powiedzieć. Cierpisz na 

to?

Jej policzki zaczęły powoli przybierać szkarłatną barwę.

- Och, a więc byłaś niegrzeczna świadomie.
- Nie nazwałam odmieńcem ciebie - wyjaśniła dziewczyna pośpiesznie.

-  Wiem -  powiedziałam  -  i  dlatego  po szkole   złamię  ci  tylko   jeden palec,   a  nie 

wszystkie.

Odwróciła  się natychmiast  w stronę tablicy.  Usiadłam  wygodnie na  krześle.  Nie 

wiem, o czym tak szeptano, ale zauważyłam, że świetnie widoczna pod białymi włosami 

skóra na głowie albinoski staje się purpurowa. Pan Walden usiłował przywołać wszystkich 
do porządku.  W końcu trzasnął  pięścią  w biurko i oświadczył,  że skoro mamy tyle  do 

powiedzenia, to możemy to wyrazić w wypracowaniu na tysiąc słów na temat bitwy pod 
Bladensburgiem w czasie wojny 1812 roku, z podwójnymi odstępami między wierszami. 

Do złożenia na jego biurku następnego dnia rano.

Och, świetnie. Dobrze, że nie przyszłam do szkoły, żeby znaleźć przyjaciół.

background image

7

A jednak znalazłam. Choć wcale się o to nie starałam. Nie zależało mi. Mam dość 

przyjaciół na Brooklynie. Mam Ginę, najlepszą przyjaciółkę, jaką można sobie wyobrazić. 
Nie potrzebuję więcej znajomych.

Nie sądzę też, żeby ktoś mnie tutaj polubił po tym, jak z mojego powodu kazano im 

napisać wypracowanie na tysiąc słów. A zwłaszcza po tym, co zaszło, kiedy szliśmy do innej 

sali na kolejną lekcję. W Szkole Misyjnej nie ma dzwonków, zmieniamy klasy o ustalonych 
porach, w trakcie  pięciominutowych  przerw. Jak  tylko pan Walden wyszedł,  albinoska 

odwróciła się na krześle z wściekłym błyskiem we fioletowych oczach za przyciemnionymi 
szkłami okularów.

- Spodziewasz się, że będę ci wdzięczna za to, co powiedziałaś Debbie? - syknęła.
- Nie musisz - powiedziałam, podnosząc się. Również wstała.

- Ale dlatego to zrobiłaś, zgadza się? Broniłaś albinoski? Ulitowałaś się nade mną?
- Zrobiłam to - włożyłam pod ramię zwinięty płaszcz - ponieważ Debbie jest trollem.

Zauważyłam, że kąciki jej ust lekko zadrżały. Debbie zgarnęła książki i rzuciła się do 

drzwi w chwili, gdy tylko pan Walden pozwolił nam wyjść. Dziewczęta szeptały coś między 

sobą,   rzucając   mi   jadowite   spojrzenia,   wzruszając   ramionami,   na   których   udrapowały 
swetry od Ralpha Laurena.

Widziałam, że dziewczynę albinoskę rozbawiło moje porównanie, ale nie pozwoliła 

sobie na śmiech.

- Wiesz, sama potrafię walczyć o swoje - oświadczyła ostro. - Nie potrzebuję twojej 

pomocy, Nowy Jorku.

Wzruszyłam ramionami.
- W porządku, Carmel.

Uśmiechnęła   się   wbrew   sobie.   Błysnął   aparat   dentystyczny,   iskrzący   się   równie 

mocno, jak morze za oknem.

- Cee Cee.
- Co za Cee Cee?

-   Tak   się   nazywam.   -   Wyciągnęła   do   mnie   mlecznobiałą   dłoń   o   paznokciach 

pomalowanych jaskrawym pomarańczowym lakierem. - Witaj w Szkole Misyjnej.

Pan Walden zwolnił nas o dziewiątej. Do dziewiątej zero dwie Cee Cee przedstawiła 

mnie   jakimś   dwudziestu   osobom.   Większość   z   nich   dreptała   za   nami,   kiedy 

przemieszczałyśmy się do następnej klasy, wypytując ciekawie, jak to jest mieszkać w No-

background image

wym Jorku.

- Czy tam rzeczywiście jest - zapytała dziewczyna z końską szczęką - tak... tak... - 

rozpaczliwie szukała odpowiedniego słowa - tak... metropolitalnie, jak mówią?

Nie muszę dodawać, że te dziewczyny nie należały do najładniejszych w klasie. Od 

razu zwróciłam też uwagę, że nie odzywały się do ładnej opalonej dziewczyny oraz tej, 
której obiecałam złamać po szkole palec. Te dziewczyny stanowiły pstrokatą zbieraninę, 

niektóre z trądzikiem, niektóre z nadwagą albo zdecydowanie zbyt kościste. Nie miały na 
sobie eleganckich  swetrów i spódnic khaki.  Z przerażeniem  zobaczyłam,  że jedna nosi 

sandały. Białe. Do beżowych rajstop. W styczniu!

Nie zapowiadało się najciekawiej.

Cee Cee wydawała się przewodzić temu stadku. Była redaktorką szkolnej gazetki 

„Wiadomości Misyjne”, którą określała jako „raczej przegląd literacki niż zwykła gazeta”. 

Gdy twierdziła, że nie potrzebuje nikogo, kto by walczył w jej sprawie, mówiła całkiem 
poważnie. Dysponowała zapasem słownej amunicji oraz śmiertelnie poważnie podchodziła 

do wszystkiego, co robi. Pierwszą rzeczą, o jaką mnie zapytała, kiedy przestała się na mnie 
wściekać, było, czy nie miałabym ochoty napisać czegoś dla jej gazety.

-   Nic   wymyślnego.   Może   na   przykład   krótki   artykuł,   w   którym   porównałabyś 

kulturę   młodzieżową   na   Wybrzeżu   Wschodnim   i   Zachodnim.   Na   pewno   dostrzegasz 

mnóstwo różnic między nami a swoimi przyjaciółmi z Nowego Jorku. Co ty na to? To by 
zainteresowało   czytelników,   zwłaszcza   dziewczyny   takie   jak   Kelly   i   Debbie.   Może 

napomknęłabyś coś o tym, że na Wybrzeżu Wschodnim opaleniznę uważa się za dowód 
złego gustu?

Roześmiała się, bez złośliwości, ale też i nie całkiem niewinnie. Ale taka właśnie, jak 

wkrótce   odkryłam,   jest   Cee   Cee   -   cała   w   uśmiechach,   jeszcze   bardziej   promiennych   z 

powodu   tego   nieszczęsnego   aparatu,   tryskająca   humorem.   Słynie   nie   tylko   z   ciętego 
dowcipu,   ale   także   końskiego   śmiechu,   którym   parska   w  sposób   niekontrolowany,   nie 

mogąc powstrzymać przepełniającej jej radości. Uciszają ją nieustannie napuszone siostry 
nowicjuszki, które dyżurują na korytarzu, starając się, abyśmy nie przeszkadzali turystom 

pstrykającym zdjęcia Junipero Serry i łaszących się do niego Indianek z brązu.

Szkoła Misyjna jest małą szkołą. Do drugich klas chodzi zaledwie siedemdziesięciu 

uczniów. Cieszę się, że mamy z Przyćmionym rozbieżne plany zajęć, więc spotykamy się 
tylko na lunchu. Lunch, nawiasem mówiąc, jada się na wielkim trawiastym placu obok 

parkingu,   skąd   widać   morze.   Na   tych   samych   ławkach,   co   uczniowie   drugich   klas, 
rozwalają się seniorzy, najstarsze roczniki, a nad głowami tych, którzy okazali się na tyle 

background image

nierozsądni, żeby rzucić frytkę, krążą mewy. Wiem, bo sama tego doświadczyłam. Siostra 
Ernestyna - ta, którą Adam, uczęszczający ze mną na zajęcia z socjologii, nazwał „paniusią” 

- podeszła do mnie i powiedziała, żebym więcej tego nie robiła. Jakbym miała na to ochotę 
po   tym,   jak   pięćdziesiątka   ogromnych   skrzeczących   mew   zapikowała   w   moją   stronę, 

otaczając mnie niczym gołębie na placu Waszyngtona, gdy rzuciło im się kawałek precla.

W każdym razie Śpiący i Profesor jadali lunch o tej samej porze co ja. To był jedyny 

moment,   kiedy   spotykałam   Ackermanów   w   szkole.   Obserwowanie   ich   w   naturalnym 
środowisku to interesujące zajęcie. Z zadowoleniem stwierdziłam, że nie pomyliłam się w 

ocenie ich charakterów. Profesor trzyma się z grupą dzieciaków o wyglądzie maniaków 
komputerowych,   z   których   większość   nosi   okulary   i   trzyma   laptopy   na   kolanach. 

Przyćmiony przebywa z osiłkami, wokół których krążą gromadką - jak mewy nade mną - 
ładne opalone dziewczyny z naszej klasy, łącznie z tą, obok której nie zdecydowałam się 

usiąść. Dziś ich rozmowy toczyły się wokół prezentów gwiazdkowych, jako że tego dnia 
widzieli się po raz pierwszy po feriach zimowych, oraz tego, kto złamał najwięcej kończyn 

na nartach w Tahoe.

Najciekawiej jednak obserwowało się Śpiącego. Nie dlatego, że się obudził. O, nie. 

Siedział na ławce z zamkniętymi oczami i twarzą zwróconą do słońca. Ponieważ mam to na 
co dzień w domu, nie to mnie zainteresowało. Zainteresowało mnie, co dzieje się obok 

niego. A siedział tam niewiarygodnie przystojny chłopak, który nie robił nic, poza tym że 
patrzył przed siebie z wyrazem przeraźliwego smutku na twarzy. Od czasu do czasu jakaś 

dziewczyna,   przechodząc   obok   -   dziewczyny   zawsze   krążą   w   pobliżu   przystojnych 
chłopaków - mówiła mu „cześć”, a on odrywał wzrok od morza i odpowiadał „cześć”, żeby 

zaraz powtórnie skierować spojrzenie na hipnotyzujące fale.

Przyszło   mi   do   głowy,   że   Śpiący   i   jego   kolega   mogą   być   ćpunami.   To   by   wiele 

wyjaśniało.

Kiedy   jednak   zapytałam   Cee   Cee,   kim   jest   ten   chłopak,   a   także   czy   nie   ma   on 

przypadkiem problemu z narkotykami, odparła:

- Och, nie. To Bryce Martinson. Nie, nie jest pod wpływem narkotyków. Jest tylko 

smutny, wiesz, bo jego dziewczyna umarła podczas ferii.

- Naprawdę?  - Przeżuwałam właśnie  specjał  ze szkolnego bufetu. Wyżywienie w 

Szkole Misyjnej pozostawiało wiele do życzenia. Teraz zrozumiałam, dlaczego tyle osób 
przynosi jedzenie z domu. Daniem dnia były dzisiaj hot dogi. Nie żartuję. Hot dogi. - Jak 

umarła?

-   Strzeliła   sobie   w   głowę   -   poinformował   mnie   Adam,   chłopak   poznany   przed 

background image

gabinetem  dyrektora,   który  właśnie  się  do  nas  przysiadł.   Zajadał   cheetosy  z  ogromnej 
torby wyciągniętej ze skórzanego plecaka. Plecaka  od Louisa Vuittona,  należy dodać.  - 

Odstrzeliła sobie tył czaszki.

- Boże, Adamie, jak możesz być tak cyniczny? - zgorszyła się jedna z nieefektownych 

dziewcząt.

Adam wzruszył ramionami.

- Nigdy jej nie lubiłem. Nie mogę powiedzieć, że lubię ją teraz. W gruncie rzeczy, 

kiedy nie żyje, nie znoszę jej jeszcze bardziej. Słyszałem, że będziemy musieli przejść dla 

niej w środę stacje krzyżowe.

-   Zgadza   się   -   potwierdziła   z   niechęcią   Cee   Cee.   -   Musimy   się   modlić   za   jej 

nieśmiertelną duszę, ponieważ popełniła samobójstwo i jej przeznaczeniem jest smażyć się 
w piekle przez całą wieczność.

-   Naprawdę?   Myślałem,   że   samobójcy   idą   do   czyśćca   -   mruknął   Adam   w 

zamyśleniu.

- Nie, głupolu. A dlaczego, twoim zdaniem, wielebny Constantine nie chce wydać 

Kelly   pozwolenia   na   odprawienie   nabożeństwa   żałobnego?   Samobójstwo   to   grzech 

śmiertelny.   Wielebny   Constantine   nie   dopuści,   aby   czczono   pamięć   samobójcy   w   jego 
kościele. Nie pozwoli nawet rodzicom, aby ją pochowali w poświęconej ziemi. - Cee Cee 

wzniosła   do   nieba   fiołkowe   oczy.   -   Nigdy   nie   lubiłam   Heather,   ale   wielebnego 
Constantine'a   i   jego   głupich   zasad   nienawidzę   jeszcze   bardziej.   Chodzi   mi   po   głowie 

artykuł na ten temat, a nazwałabym go „Ojciec, Syn i święty Hipokryta”.

Dziewczęta zachichotały nerwowo. Poczekałam, aż im przejdzie i zapytałam:

- Dlaczego to zrobiła? Adam był wyraźnie znudzony.
- Z powodu Bryce'a, oczywiście. Zerwał z nią.

Ładna czarnoskóra dziewczyna o imieniu Bernadette, zdecydowanie górująca nad 

nami wzrostem, pochyliła się i szepnęła:

_ Słyszałam, że zrobił to w centrum handlowym. Możecie w to uwierzyć?
Inna dziewczyna dodała:

- Tak, w samą Wigilię. Robili razem zakupy przed świętami, a ona wskazała palcem 

na brylantowy pierścionek na wystawie u Bergdorfa i oznajmiła, że chce go mieć. Myślę, że 

to go wyprowadziło z równowagi. Wiecie, to był pierścionek zaręczynowy. Zerwał z nią od 
razu.

- A ona wróciła do domu i się zastrzeliła? - Historyjka wydała mi się naciągana. 

Kiedy wcześniej zapytałam Cee Cee, gdzie będziemy jedli lunch, gdyby Boże broń, padało, 

background image

wyjaśniła, że wszyscy zostają wtedy w klasach. Siostry roznoszą różne gry, na przykład 
scrabble. Zastanawiałam się, czy ta historia, podobnie jak ta o lunchu w deszczowy dzień, 

nie jest czczym wymysłem. Cee Cee to dziewczyna, która jest w stanie, nie ze złośliwości, 
tylko dla zabawy, naopowiadać nowej koleżance niestworzonych rzeczy.

-   Nie   wtedy   -   odpowiedziała   Cee   Cee.   -   Przez   jakiś   czas   próbowała   się   z   nim 

pogodzić. Dzwoniła do niego co dziesięć minut, aż w końcu jego matka powiedziała jej, 

żeby przestała. Potem zaczęła przysyłać mu listy, grożąc samobójstwem, jeśli do niej nie 
wróci. Nie odpowiadał, więc wzięła czterdziestkę - czwórkę tatusia, pojechała do domu 

Bryce'a i zadzwoniła do drzwi.

W tym  momencie  opowiadanie   przejął  Adam, wiedziałam   więc,   że nastąpi   jakiś 

makabryczny opis.

- Taak - zaczął, podnosząc się, żeby odegrać scenkę, posługując się cheetosem w 

charakterze rewolweru. - U Martinsonów było właśnie przyjęcie noworoczne, więc zastała 
ich w domu. Otwierają drzwi, a na progu stoi dziewczyna z bronią przyłożoną do głowy. 

Powiedziała, że jak Bryce nie przyjdzie, to pociągnie za spust. Nie mogli jednak zawołać 
Bryce'a, bo wysłali go na Antiguę...

- .. .w nadziei, że słońce i woda ukoją jego stargane nerwy - wtrąciła Cee Cee - 

ponieważ, rozumiecie, teraz powinien raczej myśleć o nauce. Niepotrzebne mu dodatkowe 

stresy w postaci szalonej wielbicielki.

Adam łypnął na nią gniewnie i podjął na nowo opowieść, przykładając cheetosa do 

głowy.

- Taak, owszem, to był poważny błąd ze strony Martinsonów. Jak tylko usłyszała, że 

Bryce'a nie ma w kraju, pociągnęła za cyngiel, odstrzeliwując sobie tył czaszki, aż kawałki 
jej mózgu oblepiły świąteczne lampki wiszące przed domem.

Wszyscy, poza mną, jęknęli z wrażenia. Ja pomyślałam o czymś innym.
-   Puste   krzesło   w   waszej   pracowni,   to   obok,   jak   jej   tam...   Kelly.   Tam   siedziała 

zmarła dziewczyna, prawda?

Bernadettę skinęła głową.

- Taak. Dlatego wydało nam się takie dziwne, że przeszłaś obok niego. To było tak, 

jakbyś wiedziała, że siedziała tam Heather. Pomyśleliśmy, że może jesteś medium albo...

Nie zadałam sobie trudu, żeby wyjaśnić, że fakt ten nie miał nic wspólnego z moimi 

nadzwyczajnymi mocami umysłowymi. W ogóle nic nie powiedziałam. Pomyślałam: Rany, 

mamo, ładnie z twojej strony, że mi powiedziałaś, dlaczego tak nagle przyjęto mnie do tej 
szkoły, choć przedtem nie było wolnych miejsc.

background image

Popatrzyłam   uważnie   na   Bryce'a.   Po   wakacjach   na   Antigui   był   bardzo   opalony. 

Siedział na długim stole, z nogami na ławie, łokciami opartymi na kolanach, ze wzrokiem 

wbitym w Pacyfik. Delikatny wiaterek mierzwił jego piaskowoblond włosy.

On nie ma pojęcia, pomyślałam. Nie ma zielonego pojęcia. Wydaje mu się, że jego 

życie to koszmar, a najgorsze jeszcze przed nim.

Wszystko przed nim.

background image

8

Nie musiał długo czekać. Zabrała się do dzieła zaraz po lunchu. Oczywiście Bryce 

nie zdawał sobie z tego sprawy. Zauważyłam ją w tłumie natychmiast, gdy wszyscy ruszyli 
do szafek. Duchy roztaczają wokół siebie swego rodzaju poświatę, która odróżnia ich od 

żywych. Dzięki Bogu, bo inaczej w wielu wypadkach nie umiałabym ich rozpoznać.

W   każdym   razie   była   tam,   posyłając   mu   pełne   jadu   spojrzenia,   jak   jeden   z 

jasnowłosych   bohaterów  Wioski   przeklętych.  Ludzie,   nieświadomi   jej   obecności, 
przechodzili wprost przez nią. Czułam coś w rodzaju zazdrości. Chciałabym, żeby duchy 

były dla mnie niewidzialne. Wiem, że wówczas nie cieszyłabym się obecnością ojca przez 
ostatnich parę lat, ale rany, teraz nie stałabym jak głupia, czekając, aż Heather zrobi coś 

okropnego.

Nie wiedziałam, rzecz jasna, co takiego ma w planie. Duchy bywają brutalne. Ta 

sztuczka z lustrem, którą zrobił Jesse, to naprawdę nic takiego. Rzucano we mnie różnymi 
przedmiotami z taką siłą, że gdybym się nie uchyliła, sama w tej chwili należałabym do 

świata duchów. Miałam mnóstwo wstrząsów mózgu i złamanych kości. Mama uważa, że 
mam   pecha   i   ciągle   zdarzają   mi   się   wypadki.   Tak,   mamusiu,   zgadza   się.   Złamałam 

nadgarstek,   spadając   ze   schodów.   Aha,   a   spadłam   dlatego,   że   popchnął   mnie   duch 
trzystuletniego konkwistadora.

Kiedy tylko zobaczyłam Heather, wiedziałam, że coś szykuje. Nie opierałam tego 

założenia na naszej uprzedniej konwersacji. Podążyłam za jej wzrokiem i stwierdziłam, że 

to nie w Bryce'a się wpatruje. Jej uwagę przyciąga belka w zadaszeniu w tej części pasażu, 
w której akurat znajdował się Bryce. Zauważyłam, że drewno zaczyna drżeć. Nie cały dach. 

Och, nie. Tylko jedna ciężka belka. Dokładnie nad głową Bryce'a.

Błyskawicznie   rzuciłam   się   całym   ciężarem   na   Bryce'a.   Runęliśmy   na   ziemię   i 

poturlaliśmy się kawałek. Nagle rozległ się potężny huk. Zasłoniłam rękami głowę, więc 
nie   widziałam,   jak   gruby   kawał   drewna   rozbija   się   na   ziemi.   Ale   usłyszałam.   A   także 

poczułam. Obsypały mnie drzazgi, wbijając się boleśnie w moje ciało. Dobrze, że miałam 
wełniane spodnie.

Bryce leżał pode mną nieruchomo. Pomyślałam, że może dostał kawałkiem drewna. 

Kiedy   jednak   uniosłam   twarz,   stwierdziłam,   że   nic   mu   się   nie   stało.   Patrzył   tylko 

przerażonym wzrokiem na leżącą niedaleko nas potężną belkę. Wszędzie walały się odłam-
ki   drewna.   Bryce   zapewne   uświadomił   sobie   właśnie,   że   gdyby   ten   element 

architektoniczny zetknął się z jego czaszką, to na kamiennej podłodze walałyby się także 

background image

szczątki Bryce'a.

- Przepraszam. Przepraszam... - dobiegł mnie zdenerwowany głos ojca Dominika. 

Przepychał się przez tłum zdumionych gapiów. Na widok belki na ziemi zastygł bez ruchu, 
ale widok mnie i Bryce'a zmobilizował go do działania.

-   Dobry   Boże!   -   krzyknął,   biegnąc   w  naszą   stronę.   -   Nic   wam,   dzieci,   nie   jest? 

Susannah, czy jesteś ranna? Bryce?

Usiadłam powoli. Często zdarza mi się sprawdzać, czy mam wszystkie kości całe i 

lata praktyki nauczyły mnie, że im wolniej się podnosisz, tym większe masz szanse wykryć 

złamanie i tym mniejsze, że pogorszysz sprawę.

Dziś jednak wyglądało na to, że wszystko mam na swoim miejscu. Podniosłam się 

na nogi.

- Boże święty - powiedział ojciec Dominik - jesteś pewna, że nic ci się nie stało?

- Nic mi nie jest - zapewniałam, otrzepując ubranie. Wszędzie miałam drzazgi. A to 

był mój najlepszy żakiet, od Donny Karan. Rozejrzałam się, szukając Heather. Gdybym ją 

wtedy  dopadła,  zabiłabym,  jak słowo daję...  No, ale ona już jest martwa.  I w dodatku 
zniknęła.

- Boże - jęknął Bryce, podchodząc do mnie. Nie wydawał się ranny, tylko trochę 

zaszokowany. Ciężko byłoby zrobić krzywdę takiemu wielkiemu chłopakowi. Miał dobrze 

ponad metr osiemdziesiąt i szerokie bary. Prawdziwy niedźwiedź.

Mówił do mnie. Do mnie!

- Boże, z tobą wszystko w porządku? - zapytał. - Dzięki. Boże. Chyba uratowałaś mi 

życie.

- To nic takiego, naprawdę - rzuciłam. Nie mogłam się powstrzymać i wyciągnęłam 

z jego swetra drzazgę. Kaszmir. Tak podejrzewałam.

- Co tu się dzieje? - Drogę przez tłum torował sobie wysoki mężczyzna w grubej 

sutannie i czerwonej czapeczce. Spojrzał na belkę na podłodze, potem na dziurę w dachu i 

zwrócił się do ojca Dominika:

- Widzisz? Widzisz, Dominiku? Tak się kończy twoja pobłażliwość wobec ptaków. 

Zakładają gniazda, gdzie im się podoba! Pan Ackerman ostrzegał nas, że to się może tak 
skończyć. I popatrz, miał rację! Ktoś mógł zginąć!

A więc to jest wielebny Constantine.
- Tak mi przykro, monsignor - odparł ojciec Dominik. - Nie mam pojęcia, jak mogło 

do tego dojść. Dzięki Bogu, nikomu nic się nie stało. - Popatrzył na mnie i na Bryce'a. - 
Dobrze   się   czujecie?   Wydaje   mi   się,   że   panna   Simon   jest  trochę   blada.   Zabiorę   ją   do 

background image

pielęgniarki, jeśli nie masz, Susannah, nic przeciwko temu. Resztę dzieci proszę o powrót 
do klas. Nikomu nic się nie stało. To był wypadek. Rozejdźcie się.

Zdumiewające,   ale   wszyscy   posłuchali.   Ojciec   Dominik   miał   w   sobie   coś,   co 

sprawiało, że nie można go było nie posłuchać. Dzięki Bogu, wykorzystywał to w służbie 

dobra, a nie zła!

Chciałabym móc powiedzieć to samo o wielebnym. Sterczał w opustoszałym nagle 

korytarzu ze wzrokiem wbitym w belkę. Widać było, że nie jest w najmniejszym stopniu 
spróchniała.

- Te ptasie gniazda zostaną usunięte, Dominiku - odezwał się cierpko wielebny. - 

Wszystkie. Nie możemy pozwolić sobie na takie ryzyko. A gdyby w tym miejscu stał jakiś 

turysta? Albo, Boże broń, arcybiskup. Przyjeżdża w przyszłym tygodniu, jak ci wiadomo. 
Co by było, gdyby w tym miejscu stał arcybiskup Rivera i ta belka właśnie by spadła? Co 

wtedy, Dominiku?

Siostry, które słysząc zamieszanie, wyszły na korytarz, patrzyły na biednego ojca 

Dominika   z   takim   wyrzutem,   że   z   trudem   trzymałam   buzię   na   kłódkę.   W   pewnym 
momencie otworzyłam nawet usta, ale ojciec Dominik mocniej ścisnął mnie za ramię i 

ruszył w kierunku drzwi.

-   Oczywiście!   -   zawołał.   -   Masz   całkowitą   rację.   Zaraz   sprowadzę   woźnych, 

monsignor. Nie możemy dopuścić, żeby arcybiskup został ranny. Absolutnie nie.

-   Boże,   co   za   kretyn!   -   wykrzyknęłam,   kiedy   tylko   znaleźliśmy   się   w   gabinecie 

dyrektora. - Czy on naprawdę myśli, że parę ptaków mogło zrobić coś takiego?

Ojciec   Dominik   przeszedł   przez   pokój   wprost   do   małej   gablotki,   w   której 

znajdowały   się   trofea   i   plakietki   -   nagrody   za   wyniki   w   nauczaniu,   jak   się   później 
dowiedziałam. Zanim władze diecezji przydzieliły mu stanowisko administracyjne, ojciec 

Dominik był powszechnie lubianym nauczycielem biologii. Sięgnął za jedną z nagród i 
wyciągnął paczkę papierosów.

- Nie jestem pewien, Susannah, czy to nie świętokradztwo - powiedział, patrząc na 

czerwono - białą paczuszkę - żeby nazywać dostojnika Kościoła katolickiego kretynem.

- No, to dobrze, że nie jestem katoliczką. Może ksiądz zapalić jednego, jeśli ma 

ksiądz ochotę - skinęłam głową w stronę papierosów. - Nikomu nie powiem.

Rzucił   tęskne   spojrzenie   na   paczkę,   potem   westchnął   głęboko   i   odłożył   ją   na 

miejsce.

- Nie. Dziękuję, ale lepiej nie.
Oho. Może to i dobrze, że nigdy nie ciągnęło mnie do fajek. Uznałam, że lepiej 

background image

będzie zmienić temat, więc zaczęłam oglądać trofea.

- 1964 - zauważyłam. - Uczył ksiądz kawał czasu.

- Owszem. - Ojciec Dominik zasiadł za biurkiem. - Co tam się, Susannah, na miłość 

boską, zdarzyło?

- Och - wzruszyłam ramionami - to tylko Heather. Zdaje się, że wiemy już, dlaczego 

się tu kręci. Chce zabić Bryce'a Martinsona.

Ojciec Dominik pokręcił głową.
- To okropne. Straszne. Nigdy nie spotkałem się z taką... taką siłą niszczycielską u 

ducha. Nigdy, odkąd jestem mediatorem.

- Naprawdę? - Wyjrzałam przez okno. Okna gabinetu dyrektora nie wychodziły na 

morze, lecz na wzgórza, gdzie stoi mój dom. - Ojej! - zawołałam. - Widać stąd miejsce, 
gdzie mieszkam!

-   Zawsze   była   taką   miłą   dziewczyną.   Nigdy   nie   mieliśmy   żadnych   kłopotów 

wychowawczych   z   Heather   Chambers   przez   wszystkie   te   lata,   które   spędziła   w   Szkole 

Misyjnej. Co mogło wywołać u niej tyle nienawiści do młodego człowieka, którego ponoć 
kochała?

Zerknęłam na niego przez ramię.
- Ksiądz żartuje?

- Cóż, tak, wiem, że zerwali ze sobą, ale tak skrajne emocje... ta chęć mordu... To 

dziwne...

Cmoknęłam zniecierpliwiona.
- Przepraszam, wiem, że ksiądz składał śluby czystości i tak dalej, ale czy naprawdę 

nigdy nie był ksiądz zakochany? Nie wie ksiądz, jak to jest? Ten chłopak ją spławił. Jeśli to 
nie jest powód, żeby chcieć kogoś zabić, to nie wiem, jaki może być inny.

Przyglądał mi się zamyślony.
- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia?

- Kto, ja? Niezupełnie. To jest, zakochiwałam się w różnych takich, ale nie mogę 

powiedzieć, żeby któryś odwzajemnił to piękne uczucie. - Ku mojemu żalowi. - Jednak 

potrafię sobie wyobrazić, jak się czuła Heather, kiedy Bryce z nią zerwał.

- Pragnęła śmierci - stwierdził ojciec Dominik.

- Rzeczywiście. Ale okazało się, że to nie wystarczy. Nie spocznie, dopóki go stąd nie 

zabierze.

-   To   przerażające.   Naprawdę   przerażające.   Rozmawiałem   z   nią,   gardło   sobie 

zdarłem, a ona nie chciała słuchać. A teraz zdarza się coś takiego. Będę musiał doradzić 

background image

temu młodemu człowiekowi, żeby pozostał w domu, dopóki tego nie rozwiążemy.

Roześmiałam się.

-   W   jaki   sposób   zamierza   ksiądz   to   zrobić?   Powie   mu   ksiądz,   że   jego   martwa 

dziewczyna chce go zabić? O, tak, to się spodoba wielebnemu.

-   Ależ   nie.   -   Ojciec   Dominik   otworzył   szufladę   i   zaczął   w   niej   czegoś   szukać.   - 

Wystarczy odrobina pomysłowości i pan Martinson nie będzie mógł przychodzić do szkoły 

nawet tydzień.

- O, Boże! - poczułam, jak blednę. - Chce go ksiądz otruć? Czy nie ma jakiejś reguły, 

która tego zakazuje?

-   Otruć?   Nie,   nie,   Susannah.   Pomyślałem   o   wszach.   Pielęgniarka   przeprowadza 

przegląd   raz   w   semestrze.   Dopilnuję,   żeby   pan   Martinson   okazał   się   ciężkim 
przypadkiem...

- To obrzydliwe! - wrzasnęłam. - Nie może ksiądz zarazić wszami tego chłopca!
Ojciec Dominik podniósł głowę znad szuflady.

- Dlaczego nie? To się nam ogromnie przyda. Trzeba mu zapewnić bezpieczeństwo 

do czasu, aż sprowadzimy pannę Chambers na drogę rozsądku...

- Nie może go ksiądz zarazić wszami - powtórzyłam ostrzej, niż należało. Nie wiem, 

dlaczego tak bardzo mi się to nie spodobało, poza tym że... cóż, ma takie ładne włosy. 

Przyjrzałam im się z bliska, kiedy leżeliśmy rozciągnięci na ziemi. Miękkie loki, w których z 
przyjemnością   zanurzyłabym   palce.   Na   myśl   o   tym,   że   mogłoby   się   w   nich   roić   od 

pasożytów, robiło mi się niedobrze. Jak to było w tym wierszyku dla dzieci?

Spojrzałeś mi w oczy 

By mnie zauroczyć. 
Pogłaskałam twoje włosy

I coś mnie ugryzło.
-  
Ojej   -   mruknęłam,   siadając   na   biurku.   -   Proszę   schować   te   wszy,   dobrze?   I 

pozwolić mnie załatwić sprawę z Heather. Mówił ksiądz, że jak długo z nią rozmawiał? 
Tydzień?

- Od Nowego Roku. Tak, wtedy pojawiła się po raz pierwszy. Teraz wiem, że czekała 

na Bryce'a.

-   Zgadza   się.   Dobrze,   proszę   mi   pozwolić   tym   się   zająć.   Może   musi   po   prostu 

pogadać z inną dziewczyną.

-  Nie   wiem   -  powiedział   ojciec   Dominik,   patrząc  na   mnie  z   powątpiewaniem.   - 

Odnoszę wrażenie,  że masz pewne skłonności  do...  cóż,  rozwiązań  siłowych.  Mediator, 

background image

Susannah, nie powinien uciekać się do przemocy. Mamy pomagać znękanym duchom, a 
nie męczyć je.

- Słucham? Był ksiądz przypadkiem przed chwilą na korytarzu? Sądzi ksiądz, że 

powinnam po prostu stać tam i przekonać tę belkę, żeby nie rozbiła Bryce'owi głowy?

-   Oczywiście,   że   nie.   Chciałem   tylko   powiedzieć,   że   gdybyś   spróbowała   okazać 

trochę współczucia...

-   Mam   w   sobie   mnóstwo   współczucia,   ojcze.   Moje   serce   krwawi   z   powodu   tej 

dziewczyny, naprawdę. Ale to jest moja szkoła. Rozumie ksiądz? Moja. Nie jej. Już nie. 

Podjęła decyzję, od której nie ma odwrotu. I nie pozwolę jej pociągnąć za sobą Bryce'a ani 
kogokolwiek innego.

- Cóż... - ojciec Dominik nie krył sceptycyzmu. - Cóż, jeśli jesteś pewna...
- Jestem. - Zeskoczyłam z biurka. - Proszę zdać się na mnie, dobrze?

-   Dobrze   -   odparł   ojciec   Dominik.   Powiedział   to   jednak   bez   przekonania. 

Poprosiłam go o przepustkę, żeby siostry się nie czepiały, kiedy będę wracała do klasy. 

Właśnie jedna z nich - nowicjuszka o surowej twarzy - studiowała ją z najwyższą uwagą, 
kiedy otworzyły się drzwi z tabliczką PIELĘGNIARKA i na korytarz wyszedł Bryce także z 

przepustką.

- Hej - zawołałam. - Co się stało? Czy ona... znaczy... Czy stało ci się coś? Jesteś 

ranny?

- Nie - uśmiechnął się trochę nieśmiało. - Cóż, jeśli nie liczyć tej paskudnej drzazgi, 

która dostała mi się pod paznokieć. Usiłowałem strzepnąć te wszystkie kawałeczki drewna 
z ubrania i wtedy tam wlazła i...

Wyciągnął prawą rękę. Miał zabandażowany kciuk.
- Au! - Skrzywiłam się.

- Tak. - Zrobił ponurą minę. - Użyła maści rtęciowo - chromowej, której nienawidzę.
- Rany, ale miałeś paskudny dzień.

- Nie aż tak. - Opuścił rękę. - W każdym razie gdyby nie ty, byłby gorszy. Gdyby cię 

tam nie było, już bym nie żył.

Zauważył, że przed chwilą wyszłam z gabinetu dyrektora i zapytał:
- Masz jakieś kłopoty?

-   Nie,   skąd.   Ojciec   Dominik   chciał,   żebym   wypełniła   jakieś   formularze.   Jestem 

nowa, wiesz.

- Jako nowa uczennica - odezwała się surowym głosem nowicjuszka - powinnaś 

przyjąć   do   wiadomości,   że   nie   pozwala   się   na   zbijanie   bąków   na   korytarzu.   Oboje 

background image

powinniście udać się do swoich klas.

Przeprosiłam i odebrałam przepustkę. Bryce zaoferował szarmancko, że pokaże mi 

salę, w której mam kolejną lekcję i siostra zostawiła nas, usatysfakcjonowana. Jak tylko 
oddaliła się wystarczająco, by nas nie słyszeć, Bryce powiedział:

- Masz na imię Suze, tak? Jake opowiadał mi o tobie. Jesteś jego nową przyrodnią 

siostrą z Nowego Jorku?

- Zgadza się - powiedziałam. - A ty jesteś Bryce Martinson.
- Och, Jake o mnie wspomniał?

Niemal  roześmiałam  się na myśl,  że Śpiący  mógłby  się rozgadać  na jakikolwiek 

temat.

- Nie, nie Jake.
Powiedział „och” takim smutnym tonem, że prawie zrobiło mi się go żal.

- Ludzie pewnie o mnie mówią, co?
- Trochę. - Poszłam za ciosem. - Przykro mi z powodu tego, co stało się z twoją 

dziewczyną.

- Mnie też, możesz mi wierzyć. - Jeśli nie był zadowolony, że poruszyłam ten temat, 

nie okazał tego. - Nie chciałem nawet tu wrócić po... no, wiesz. Usiłowałem przenieść się 
do  RLS,   ale   tam   jest  pełno.   Nawet   w  państwowej   szkole   mnie  nie   chcieli.   Ciężko   jest 

zmienić szkołę, kiedy został tylko jeden semestr nauki. Nie musiałbym w ogóle wracać, 
gdyby nie to, że... wiesz. W college'ach zwykłe życzą sobie świadectwa ukończenia szkoły 

średniej.

Roześmiałam się.

- Słyszałam o tym.
- Wszystko jedno. - Bryce zauważył,  że niosę płaszcz.  Targałam go ze sobą cały 

dzień, ponieważ nie mogłam używać szafki. Drzwi wgniotły się tak, że nie dało się ich 
otworzyć, kiedy cisnęłam w nie ciałem Heather. - Chcesz, żebym to wziął?

Tak mnie zaszokowała jego uprzejmość, że odparłam bez namysłu:
- Pewnie. - I podałam mu płaszcz. Wsunął go pod ramię.

- Więc pewnie wszyscy obwiniają mnie o to, co się stało z Heather - powiedział.
- Nie wydaje mi się. Jeśli już, to obwiniają Heather o to, co się stało z Heather.

- Taak - mruknął Bryce. - Ale to ja ją do tego doprowadziłem, rozumiesz? Na tym to 

polega. Gdybym z nią nie zerwał...

- Masz dość wysokie mniemanie o sobie, co?
- Słucham? - Był wyraźnie zdumiony.

background image

- Przyjmujesz, że zabiła się z twojego powodu, a mnie nie wydaje mi się, żeby tak 

właśnie   było.   Popełniła   samobójstwo,   ponieważ   była   chora.   Nie   miałeś   z   tym   nic 

wspólnego. To zerwanie mogło pełnić rolę katalizatora, doprowadzić ją do załamania ner-
wowego,   które   i   tak   mogłoby   nastąpić   z   jakiejś   innej   przyczyny.   Rozwód   rodziców, 

nieprzyjęcie do drużyny cheerliderek, śmierć kota. Cokolwiek. Więc nie rób sobie takich 
wyrzutów. - Dotarliśmy do drzwi klasy. Następną lekcją była geometria z siostrą Mary 

Catherine.   Odwróciłam   się   do   niego  i   wzięłam   płaszcz.   -   Cóż,  tu   wysiadam.   Dzięki   za 
podwiezienie.

Przytrzymał rękaw płaszcza.
-   Poczekaj.   -   Nie   widziałam   jego   oczu   -   szeroki   okap   chronił   przez   słońcem   i 

powodował,  że w pasażach  panował  półmrok.  Pamiętałam  jednak,  że  są niebieskie.  W 
naprawdę   ładnym   odcieniu   błękitu.   -   Posłuchaj.   Pozwól   gdzieś   się   zaprosić   dzisiaj 

wieczorem. Chcę ci podziękować za uratowanie życia i za wszystko.

- Dziękuję - powiedziałam, ciągnąc płaszcz. - Ale mam już plany na dzisiaj. - Nie 

dodałam, że moje plany wiążą się jak najściślej z jego osobą.

- No, to jutro wieczorem. - Ciągle nie puszczał płaszcza.

- Posłuchaj, w ciągu tygodnia nie wolno mi nigdzie wychodzić - oznajmiłam.
Nie była to prawda. Mimo że kilkakrotnie odwiozła mnie do domu policja, mama 

ufała mi całkowicie. Gdybym umówiła się z jakimś chłopcem, na pewno nie miałaby nic 
przeciwko temu. Sęk w tym, że jak dotąd nie zaprosił mnie dokądkolwiek żaden chłopak. 

Ani w dzień powszedni, ani w żaden inny.

Nie dzieje się tak dlatego, że jestem brzydka. Nie przypominam co prawda Cindy 

Crawford, ale nie jestem taka znowu najgorsza. Chodzi o to, że w szkole zawsze uważano 
mnie za dziwadło. Tak się zwykle sądzi o dziewczynach, które gadają same ze sobą i mają 

czasem do czynienia z policją.

Nie zrozumcie mnie źle. Od czasu do czasu w szkole pojawiał się jakiś nowy chłopak 

i   bywało,   że   okazywał   mi   zainteresowanie,   dopóki   ktoś   nie   naopowiadał   mu   o   mnie 
dziwnych historii. Wtedy omijał mnie jak zadżumioną.

Chłopcy z Wybrzeża Wschodniego. Co oni wiedzą?
Teraz jednak miałam szansę zacząć nowy rozdział życia, z nową nieświadomą mojej 

przeszłości populacją chłopców. Cóż, jeśli nie liczyć Śpiącego i Przyćmionego, a wątpię, 
żeby   któryś   z   nich   puścił   parę   z   ust,   jako   że   żaden   nie   należy   do...   powiedzmy,   ludzi 

rozmownych.

W każdym razie, żaden z nich z pewnością nie naopowiadał niczego Bryce'owi, gdyż 

background image

jego następne słowa brzmiały:

- Zatem w weekend. Co robisz w sobotę?

Nie   byłam   przekonana,   czy   to   rzeczywiście   dobry   pomysł,   żeby   wiązać   się   z 

chłopakiem, którego chce zabić jego zmarła dziewczyna. A jeśli na to wpadnie i spróbuje 

się na mnie mścić? Ojciec Dominik z pewnością by tego nie pochwalił.

A z drugiej strony, jak często takiej dziewczynie jak ja zdarza się umawiać z tak 

przystojnym chłopakiem jak Bryce Martinson?

- W porządku. Sobota będzie dobra. Podjedziesz po mnie o siódmej?

Uśmiechnął się szeroko, pokazując śliczne zęby - białe i równe.
- O siódmej - powtórzył, puszczając wreszcie płaszcz. - Do zobaczenia o siódmej, 

jeśli nie wcześniej.

- Do zobaczenia. - Stałam z ręką na klamce. - Och, Bryce, jeszcze jedno.

Szedł korytarzem w stronę swojej klasy.
- Tak?

- Uważaj na siebie.
Wydaje mi się, że puścił do mnie oko, ale trudno mieć pewność w tym półmroku.

background image

9

Kiedy po lekcjach wdrapałam się do ramblera, Profesor wrzasnął, podskakując z 

podniecenia:

- Wszyscy o tobie mówią! Wszyscy widzieli! Uratowałaś  temu chłopakowi życie! 

Uratowałaś życie Bryce'owi Martinsonowi!

- Nie uratowałam mu życia - stwierdziłam, spokojnie przekręcając tylne lusterko, 

żeby sprawdzić, jak wyglądają moje włosy. Doskonale. Słone powietrze zdecydowanie im 
służy.

- Właśnie, że tak. Widziałem tę belkę. Jeśliby wylądowała na jego głowie, zabiłaby 

go! Uratowałaś mu życie, Suze. Naprawdę.

- No, dobra - mruknęłam i rozsmarowałam odrobinę błyszczku na wargach. - Może i 

tak.

- Boże, byłaś tylko jeden dzień w szkole, a już jesteś najpopularniejszą dziewczyną!
Profesor był niesłychanie podniecony. Zastanawiam się, czy to nie skutek zażywania 

jakichś medykamentów. Lubię go. W gruncie rzeczy lubię go najbardziej spośród synów 
Andy'ego.

To właśnie on złożył mi wizytę poprzedniego wieczoru, kiedy zastanawiałam się, w 

co się ubrać pierwszego dnia do szkoły, i zapytał - twarz miał przy tym bardzo bladą - czy 

nie chciałabym zamienić się z nim sypialniami.

Spojrzałam na niego, jakby spadł z księżyca. Profesor ma miły pokój, ale dlaczego 

mam zrezygnować z własnej łazienki i widoku na morze? Ani mi się śni. Nawet jeśli dzięki 
temu miałabym się pozbyć nieproszonego współlokatora, Jessego, który nie pojawił się, 

odkąd wysłałam go do wszystkich diabłów.

- Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym się zamienić? - zapytałam.

Wzruszył ramionami.
- Nic, tylko... ten pokój jest taki trochę niesamowity, nie wydaje ci się?

Wytrzeszczyłam na niego oczy. Nocna lampka rzucała wesołą różową poświatę, z 

odtwarzacza   CD   leciały   piosenki   Janet   Jackson   tak   głośno,   że   mama   już   dwa   razy 

krzyczała, żebym przyciszyła „Niesamowity” to ostatnie określenie jakie mogłoby pasować 
do mojej sypialni.

- Niesamowity? - powtórzyłam, ogarniając spojrzeniem całe wnętrze. Jessego ani 

widu, ani słychu. Żadnych duchów. Znajdowaliśmy się zdecydowanie w świecie żywych. - 

Co jest w nim niesamowitego?

background image

Profesor wydął wargi.
- Nie mów tacie, ale badałem historię tego domu i doszedłem do wniosku, że tu 

straszy.

Zamrugałam nerwowo. Mała piegowata buzia była bardzo poważna.

-   Chociaż   współczesna   nauka   odrzuciła   większość   rzekomych   świadectw 

dotyczących zjawisk paranormalnych w naszym kraju - ciągnął Profesor - istnieje jednak 

mnóstwo   dowodów   na   to,   że   owe   niewyjaśnione   zjawiska   rzeczywiście   mają   miejsce. 
Badania,   jakie   prowadziłem   w   tym   domu,   nie   wykazały,   jak   dotąd,   obecności   istot 

niematerialnych, na co mogłoby wskazywać tak zwane „zimne miejsce”. Zaobserwowałem 
jednak   w   tym   pokoju   zdecydowane   fluktuacje   temperatury,   co   skłania   mnie   do 

przypuszczenia, iż niegdyś doszło tu do bardzo emocjonującego wydarzenia, może nawet 
do morderstwa, i że jakaś pozostałość ofiary - możemy ją nazwać roboczo „duchem” - 

nadal   tu   przebywa,   być   może   w   próżnej   nadziei   uzyskania   zadośćuczynienia   za 
przedwczesną śmierć.

Oparłam się o kolumienkę przy łóżku, bojąc się, że upadnę z wrażenia.
- Oho - wydusiłam, z trudem powstrzymując drżenie głosu. - Wiesz, jak stworzyć 

przyjemną atmosferę.

Profesor wyraźnie się zmieszał.

- Przepraszam - mruknął, a koniuszki jego odstających uszu mocno poczerwieniały. 

- Nie powinienem był tego mówić. Wspomniałem o tym Jake'owi i Bradowi, ale oni sądzą, 

że mi odbiło. Pewnie tak jest. - Przełknął ślinę jak bohater, który musi zrobić, co do niego 
należy. - Uznałem jednak, że moim obowiązkiem jako mężczyzny jest zaproponowanie ci 

tej zamiany. Widzisz, ja się nie boję.

Uśmiechnęłam się. Szok minął i ogarnęła mnie fala czułości. Byłam wzruszona. Ta 

oferta  wymagała  nie lada  odwagi  z jego strony. Naprawdę  wierzył,  że w moim pokoju 
straszy, a jednak gotów jest poświęcić się dla mojego dobra, powodowany staromodną 

galanterią wobec kobiety. Nie można go nie lubić. Wiem, co mówię.

- W porządku, Profesorku - powiedziałam, zapominając w porywie uczuć, że ten 

pseudonim wymyśliłam wyłącznie na własny użytek. - Sądzę, że potrafię sobie poradzić z 
każdym zjawiskiem paranormalnym, jakie może mieć tu miejsce.

Nie wydawało się, żeby obraził się za przezwisko.
- Cóż, jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko temu... - powiedział z widoczną ulgą.

- Nie, wszystko jest jak trzeba. Ale pozwól, że cię o coś zapytam. - Ściszyłam głos, na 

wypadek, gdyby Jesse czaił  się w pobliżu. - Czy w trakcie  swoich badań nie natrafiłeś 

background image

przypadkiem na imię tego nieszczęśnika, którego dusza nawiedza rzekomo mój pokój?

Profesor pokręcił głową.

-   Otóż   jestem   pewien,   że   potrafiłbym   znaleźć   dla   ciebie   tę   informację,   jeśli   ci 

naprawdę zależy. Mogę sprawdzić w bibliotece. Przechowują wszystkie gazety, jakie wyszły 

w tym rejonie, odkąd uruchomiono pierwszą drukarnię, na krótko przed zbudowaniem 
tego domu. Są na mikrofilmach, ale jeśli poświęcę trochę czasu...

Wydawało   mi   się   trochę   porąbane,   żeby   dzieciak   spędzał   wolny   czas   w   jakimś 

ciemnym magazynie bibliotecznym, przeglądając mikrofilmy, podczas gdy o przecznicę czy 

dwie dalej rozciąga się przepiękna plaża. Ale cóż, każdy robi to, co lubi, no nie?

- Świetnie - powiedziałam więc.

Zrozumiałam  teraz,  że  pewne  zauroczenie  Profesora  moją  osobą może w każdej 

chwili   przybrać   niepokojące   rozmiary.   Najpierw,   z   własnej   i   nieprzymuszonej   woli 

zgodziłam   się   pozostać   w   pokoju   rzekomo   nawiedzanym   przez   ducha,   następnie 
uratowałam   życie   Bryce'owi   Martinsonowi.   Co   dalej?   Mam   przebiec   kilometr   w   trzy 

minuty?

- Posłuchaj - odezwałam się, podczas gdy Śpiący walczył z zapłonem, który zwykł 

zapalać się dopiero za którymś razem - zrobiłam po prostu to, co każdy by zrobił, gdyby 
stał dostatecznie blisko.

- Brad stał dostatecznie blisko - stwierdził Profesor - i nic nie zrobił.
Na to Przyćmiony:

- Jezu Chryste, nie widziałem tej cholernej belki, jasne? Gdybym widział, też bym go 

odepchnął.

- Taak, ale nie widziałeś. Pewnie byłeś zbyt zajęty gapieniem się na Kelly Prescott.
To kosztowało Profesora potężnego kuksańca w ramię.

- Zamknij się, Dawidzie - burknął Przyćmiony. - Nic ci do tego.
-  Wszyscy  się  zamknijcie  -  odezwał  się  Śpiący,   zdumiewająco  zrzędliwie,  jak  na 

niego.   -   Nigdy   nie   uruchomię   tego   przeklętego   samochodu,   jeśli   będziecie   mi   ciągle 
przeszkadzali. Brad, odczep się od Dawida, Dawidzie, przestań mi ryczeć nad uchem, a ty, 

Suze,   jeśli   nie   zabierzesz   swojej   wielkiej   głowy   sprzed   lusterka,   nie   będę   wiedział,   jak 
jechać. Do diabła, nie mogę się doczekać, kiedy będę miał to camaro!

Telefon zadzwonił po obiedzie. Mama musiała krzyczeć z dołu, bo akurat miałam 

słuchawki na uszach. Mimo że był to dopiero pierwszy dzień nowego semestru, miałam 

mnóstwo pracy domowej, zwłaszcza z geometrii. W starej szkole doszliśmy do siódmego 
działu.   Druga   klasa   w  Szkole   Misyjnej   była  już   w  dwunastym.   Wiedziałam,   że   marnie 

background image

skończę, jeśli nie zdołam nadrobić zaległości.

Kiedy zeszłam na dół, żeby odebrać telefon, mama była na mnie tak wściekła, że 

musiała krzyczeć - oszczędza struny głosowe ze względu na pracę - że nie powiedziała mi, 
kto dzwoni. Podniosłam słuchawkę.

- Słucham?
Po chwili ciszy usłyszałam głos ojca Dominika.

- Halo? Susannah? Czy to ty? Przepraszam, że cię niepokoję w domu, ale myślałem 

nad   tym   intensywnie   i   uważam,   tak,   uważam,   że   powinniśmy   niezwłocznie   coś   z   tym 

zrobić. Nie mogę przestać myśleć o tym, co by się stało z nieszczęsnym Bryce'em, gdyby 
nie ty.

Obejrzałam   się   przez   ramię.   Przyćmiony   grał   w   Coolboarderów   -   z   tatą,   jedyną 

osobą   w  domu,   która   dawała   mu   wygrać   -   mama  pracowała   przy   komputerze,   Śpiący 

wyszedł,   zastępując   jakiegoś   roznosiciela   pizzy,   który   akurat   zachorował,   Profesor 
natomiast siedział przy stole w jadalni, opracowując jakiś projekt naukowy.

- Eee... - bąknęłam - nie mogę teraz swobodnie rozmawiać.
-   Zdaję   sobie   z   tego   sprawę   -   powiedział   ojciec   Dominik.   -   I   nie   martw   się, 

poprosiłem jedną z nowicjuszek,  żeby zaczęła  tę rozmowę zamiast mnie. Twoja mama 
myśli pewnie, że to jakaś twoja nowa przyjaciółka ze szkoły. Ale chodzi o to, Susannah, że 

musimy coś zrobić i, jak sądzę, najlepiej dziś wieczorem...

- Proszę posłuchać, nie ma powodu do niepokoju. Wszystko jest pod kontrolą.

-   Naprawdę?   -   zdziwił   się   ojciec   Dominik.   -   Naprawdę?   A   to   jakim   sposobem? 

Jakim cudem wszystko jest pod kontrolą?

- Nieważne. Ale robiłam to już wcześniej. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję.
- Tak, dobrze, to ślicznie, że przyrzekasz, że będzie w porządku, ale widziałem cię 

już   w   akcji,   Susannah,   i   muszę   przyznać,   że   twoje   metody   nie   wywarły   na   mnie 
pozytywnego wrażenia. Za miesiąc spodziewamy się wizyty arcybiskupa i nie możemy...

Odezwał się sygnał, że ktoś czeka na rozmowę.
-   Och,   proszę   chwilkę   poczekać.   Mam   drugą   rozmowę.   -   Wcisnęłam   klawisz, 

mówiąc:

- Mieszkanie państwa Ackerman - Simon.

- Suze? - odezwał się głos, którego nie rozpoznałam.
- Tak...

- Cześć, tu Bryce. Co słychać?
Spojrzałam na mamę. Marszczyła czoło, pogrążona w pracy.

background image

- Hm... Nic takiego. Czy możesz chwilę poczekać, Bryce? Mam kogoś na drugiej 

linii.

- Jasne.
Przełączyłam się znowu do ojca Dominika.

- Eee... cześć - rzuciłam, uważając, żeby nie zwrócić się do niego w sposób oficjalny. 

-  Muszę  kończyć.   Mama   ma  ważny   telefon  na  drugiej   linii.   Od  senatora.  Od  senatora 

stanowego. - Prawdopodobnie czeka mnie za to piekło, jeśli rzeczywiście ono istnieje, ale 
nie mogłam wyjawić ojcu Dominikowi prawdy: że zamierzam chodzić z byłym chłopakiem 

ducha.

- Ach, oczywiście - powiedział ojciec Dominik. - Ja... cóż, jeśli masz już jakiś plan...

- Mam. Proszę się nie martwić. Nic nie zakłóci wizyty arcybiskupa. Przyrzekam. Do 

widzenia. - Rozłączyłam się i wróciłam do Bryce'a. - Cześć. Przepraszam. Co słychać?

- Och, nic takiego. Właśnie o tobie myślałem. Na co byś miała ochotę w sobotę? 

Chciałabyś pójść gdzieś na kolację albo do kina, a może jedno i drugie?

Znów odezwał się sygnał drugiej linii.
-   Bryce,   przepraszam   cię   bardzo,   tutaj   jest   prawdziwe   zoo,   czy   możesz   chwilkę 

poczekać? Dzięki. Halo?

- Och, cześć, czy to Suze? - zapytał nieznany dziewczęcy głos.

- Tak, słucham.
- Cześć Suzie, mówi Kelly.  Kelly  Prescott.  Z twojej klasy.  Posłuchaj,  chciałam  ci 

tylko powiedzieć, że to, co zrobiłaś dzisiaj dla Bryce'a, było wspaniałe. Nigdy w życiu nie 
widziałam, żeby ktoś zachował się tak odważnie. Powinni to podać w wiadomościach. W 

każdym razie, w sobotę urządzam  małe spotkanie,  nic specjalnego, takie tam party na 
basenie. Moi starzy wyjeżdżają, a basen jest, oczywiście, podgrzewany, więc pomyślałam, 

że jakbyś miała ochotę, mogłabyś wpaść.

Stałam   ze   słuchawką   w   ręku,   jakby   we   mnie   uderzył   piorun.   Kelly   Prescott, 

najbogatsza,   najpiękniejsza   dziewczyna   w   drugiej   klasie,   zaprasza   mnie   na   party   tego 
samego wieczoru, kiedy umówiłam się na randkę z najseksowniejszym chłopakiem w całej 

szkole. Który akurat czeka na drugiej linii.

_ Taak, pewnie, Kelly. Z największą przyjemnością. Czy Brad wie, gdzie to jest?

- Brad? - zdziwiła się Kelly. - Och, Brad. Zgadza się, to twój przyrodni brat, prawda? 

Och, tak, zabierz go ze sobą Poza tym...

- Chętnie bym pogadała, Kelly, ale mam kogoś na drugiej linii. Czy możemy o tym 

porozmawiać jutro w szkole?

background image

- Ależ naturalnie. Cześć.
Przełączyłam   się   znowu   do   Bryce'a   i   poprosiłam,   żeby   poczekał   jeszcze   chwilę. 

Zakrywszy dłonią słuchawkę, wrzasnęłam:

- Brad, party na basenie u Kelly Prescott w tę sobotę. Idziesz albo chrzań się.

Przyćmiony wypuścił joystick z ręki.
- Niemożliwe! - ryknął radośnie. - Cholera, niemożliwe!

- Ejże! - Andy trzepnął go po głowie. - Uważaj, jak się wyrażasz!
Wróciłam do Bryce'a.

- Kolacja to świetny pomysł. Wszystko, poza zdrową żywnością.
Bryce na to:

- Fantastycznie! Też nienawidzę zdrowej żywności. Nie ma nic lepszego niż kawałek 

mięsa z frytkami i sosem...

-   Eee,   tak,   Bryce.   Posłuchaj,   znowu   ktoś   się   usiłuje   dodzwonić.   Naprawdę   mi 

przykro, ale powinnam odebrać, dobrze? Porozmawiamy jutro w szkole.

-   Och,   jasne.   -   W   głosie   Bryce'a   brzmiało   zdumienie.   Przypuszczalnie   jestem 

pierwszą dziewczyną, która rozmawia z kimś jeszcze, kiedy on dzwoni. - Cześć, Suze. I, hm, 

dzięki raz jeszcze.

- Nie ma sprawy. Zawsze do usług. - Znowu przełączyłam. - Halo?

- Suze! Mówi Cee Cee!
W tle usłyszałam ryk Adama:

- I ja też!
- Słuchaj, dziewczyno - odezwała się Cee Cee - idziemy do Clutcha. Zabierzesz się z 

nami? Adam właśnie zrobił prawo jazdy.

- Jestem legalny! - wrzasnął Adam do słuchawki.

- Do Clutcha?
- Taak, do Coffee Clutch, w centrum. Pijesz kawę, no nie? Jesteś przecież z Nowego 

Jorku, co?

Musiałam się chwilę zastanowić.

- Um, tak, tylko że... muszę coś zrobić.
- Och, daj spokój. Co musisz zrobić? Wyprać pelerynę? Wiem, że jesteś bohaterką i 

pewnie nie masz czasu dla nas, maluczkich, ale...

- Nie skończyłam wypracowania na tysiąc słów na temat bitwy pod Bladensburgiem 

dla pana Waldena.  I muszę się ostro wziąć do geometrii, jeśli mam nadążyć za wami, 
geniuszami.

background image

-   Psiakość   -   mruknęła   Cee   Cee.   -   W   porządku.   Ale   musisz   obiecać,   że   jutro 

usiądziesz koło nas podczas lunchu. Chcemy usłyszeć, jak to było, kiedy przycisnęłaś swoje 

ciało do ciała Bryce'a. Jak się czułaś i w ogóle.

- Ja nie chcę - odezwał się pełen zgrozy głos Adama.

- Dobra - rzuciła Cee Cee. - No, więc to ja chcę wiedzieć wszystko na ten temat.
Zapewniłam, że nie pominę żadnego szczegółu i rozłączyłam się. Przyjrzałam się 

telefonowi. Ku mojemu zachwytowi nie zadzwonił ponownie. Aż trudno w to uwierzyć. W 
życiu nie byłam tak rozchwytywana. Czułam się dziwnie.

Okłamałam ich, oczywiście, w kwestii pracy domowej. Wypracowanie napisałam i 

przerobiłam dwa rozdziały z geometrii. Tyle mniej więcej byłam w stanie zdziałać w jeden 

wieczór.   Prawda   była   taka,   że   miałam   do   załatwienia   pewną   sprawę   poza   domem   i 
musiałam się trochę przygotować.

Mediator nie potrzebuje właściwie narzędzi. Żadnych krzyży czy święconej wody, 

które   ponoć   przydają   się   do   walki   z   wampirami.   Zresztą   nigdy   dotąd   nie   spotkałam 

wampira, chociaż spędzam sporo czasu na cmentarzach. Co do duchów jednak, trzeba zdać 
się na łut szczęścia.

Czasami, żeby wykonać robotę jak należy, trzeba się gdzieś włamać. A tego nie zrobi 

się bez narzędzi. Bardzo polecam przedmioty, które można znaleźć na miejscu. Człowiek 

nie   chodzi   wtedy   obładowany.   Zabieram   jednak   ze   sobą   pas   z   narzędziami   -   latarką, 
śrubokrętami, obcęgami itd. - który zakładam na czarne legginsy. Zapinałam go właśnie 

koło północy, zadowolona, że wszyscy w domu śpią - łącznie ze Śpiącym, który do tej pory 
zdążył wrócić z pizzerii - i akurat narzuciłam kurtkę, kiedy złożył mi wizytę stary znajomy.

-   Ojej   -   zawołałam,   kiedy   dostrzegłam   jego   odbicie   w   lustrze,   przed   którym 

poprawiałam moją kreację. Słowo daję, widuję duchy od lat, ale nadal dostaję dreszczy, 

kiedy któryś się przy mnie materializuje. Odwróciłam się gwałtownie, zła nie dlatego, że się 
pojawił, ale że udało mu się mnie zaskoczyć. - Dlaczego ciągle tu jesteś? Wydawało mi się, 

że miałeś się wynieść.

Jesse przybrał swobodną pozę, opierając się o jedną z kolumienek przy łóżku. Jego 

ciemne oczy powędrowały  od czubka  mojej zakapturzonej  głowy  do czubków czarnych 
wysokich butów.

-   Trochę   późno   na   wyjście   z  domu,   nie   sądzisz,   Susannah?   -   zapytał   obojętnie, 

jakbyśmy dyskutowali właśnie na temat drugiej ustawy o zbiegłych niewolnikach, którą, o 

ile się nie mylę, wydano mniej więcej w czasie, kiedy umarł.

- Uhm - burknęłam, ściągając kaptur. - Słuchaj, bez obrazy, Jesse, ale to mój pokój. 

background image

Może byś zechciał go opuścić? I nie mieszaj się w moje sprawy, dobrze?

Jesse ani drgnął.

- Twojej mamie nie spodoba się, że tak późno wychodzisz.
- Moja mama. - Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie, zadzierając głowę. Był naprawdę 

niepokojąco wysoki jak na kogoś, kto nie żyje. - Co ty możesz wiedzieć o mojej mamie?

-   Bardzo   lubię   twoją   mamę   -   odparł   Jesse   spokojnie.   -   To   dobra   kobieta.   To 

prawdziwe   szczęście   mieć   tak   kochającą   matkę.   Myślę,   że   bardzo   by   ją   zmartwiło,   że 
wkraczasz na tak niebezpieczną drogę.

Niebezpieczna droga. Zgadza się!
- Taak, cóż, coś ci powiem, Jesse. Od dłuższego czasu wymykam się nocami z domu, 

a mama nigdy nie robiła z tego powodu afery. Wie doskonale, że potrafię o siebie zadbać.

No dobrze, to kłamstwo, ale skąd on może wiedzieć?

-   Doprawdy?   -   Jesse   uniósł   powątpiewająco   czarną   brew.   Zwróciłam   uwagę,   że 

przez środek owej brwi biegnie blizna, jakby ktoś ciął Jessego nożem po twarzy. Byłam w 

stanie to zrozumieć. Zwłaszcza kiedy parsknął śmiechem, mówiąc: - Nie sądzę,  querida. 
Nie w tym wypadku.

Podniosłam do góry obie ręce.
- W porządku. Po pierwsze, nie mów do mnie po hiszpańsku. Po drugie, nie masz 

pojęcia, dokąd idę, więc bądź łaskaw się odczepić.

- Ależ wiem, dokąd się wybierasz, Susannah. Idziesz do szkoły, żeby porozmawiać z 

tą dziewczyną,  która próbuje zabić chłopca,  tego chłopca, który chyba ci się... podoba. 
Zapewniam  cię,  querida,  że sama nie dasz sobie z nią rady.  Powinnaś zabrać ze sobą 

księdza.

Wytrzeszczyłam   oczy.   Miałam   wrażenie,   że   wychodzą   mi   z   orbit,   ale   to   mi   się 

naprawdę nie mieściło w głowie.

- Co? - wyjąkałam. - Skąd wiesz to wszystko? Czy ty... mnie szpiegujesz?

Po wyrazie mojej twarzy zorientował się, że powiedział za dużo, bo wyprostował się i 

oświadczył stanowczo:

- Nie wiem, co masz na myśli. Wiem tylko, że narażasz się na niebezpieczeństwo.
- Śledziłeś mnie - stwierdziłam, celując w niego oskarżycielsko palcem. - Zgadza się? 

Boże, Jesse, mam już starszego brata, wielkie dzięki. Nie musisz za mną łazić...

- O, tak - powiedział Jesse z sarkazmem - ten brat niezmiernie się o ciebie troszczy. 

Prawie tak samo jak o to, żeby się wyspać.

- Ejże! - zawołałam, poczuwając się do obrony Śpiącego. - On pracuje po nocach, 

background image

jasne? Oszczędza na camaro!

Jesse wykonał coś, co, jak podejrzewam, w 1850 roku uchodziło za wulgarny gest.

- Nigdzie nie pójdziesz.
- Tak? - Odwróciłam się i ruszyłam do drzwi. - Spróbuj mnie zatrzymać, truposzu.

Znał się na swojej robocie. Kiedy położyłam rękę na klamce, zasuwka wskoczyła na 

miejsce. Przedtem nawet nie zauważyłam, że na drzwiach jest zasuwka. Musi być bardzo 

stara. Jednej części brakowało, a klucz z pewnością zginął dawno temu.

Stałam przez pół minuty, wpatrując się w zadziwieniu we własną dłoń, naciskającą 

bezskutecznie   klamkę.   W   końcu   wciągnęłam   głęboko   powietrze,   tak   jak   radził 
psychoterapeuta mamy. Nie sugerował, żebym stosowała tę technikę, mając do czynienia z 

uciążliwym duchem. Radził robić to wtedy, kiedy będę w stresie.

Pomogło. Bardzo.

- No, dobrze - westchnęłam, odwracając się. - Jesse. To nie w porządku.
Jesse wydawał się zmieszany. Widziałam wyraźnie, że nie jest z siebie zadowolony. 

Ktoś, kto zabił go w poprzednim życiu, z pewnością nie uczynił tego w odwecie za jakiś 
okrutny uczynek. Jesse nie lubił ranić ludzi. Był dobrym człowiekiem. W każdym razie 

próbował.

- Nie mogę. Susannah, nie chodź tam. Ta kobieta... ta dziewczyna, Heather, nie jest 

taka, jak duchy, które spotykałaś do tej pory. Jest przepełniona nienawiścią. Zabije cię.

Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco.

- No więc muszę się jej pozbyć, prawda? Daj spokój. Otwórz drzwi.
Zawahał się. Przez sekundę myślałam, że to zrobi. W końcu jednak nie zdecydował 

się. Stał tylko z zakłopotanym, ale... zdecydowanym wyrazem twarzy.

- Jak sobie chcesz. - Okrążyłam go i skierowałam się wprost do okna. Postawiłam 

nogę   na   lawie,   którą   zrobił   Andy   i   bez   wysiłku   uniosłam   siatkę   w   środkowym   oknie. 
Przełożyłam nogę przez parapet, kiedy poczułam, że chwyta mnie za nadgarstek.

Odwróciłam głowę. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ w pokoju paliła się tylko 

mała lampka, ale słyszałam wyraźnie błagalną nutkę w jego głosie.

- Susannah.
I tyle. Tylko moje imię.

Nie odezwałam się. Nie mogłam. Właściwie mogłam, bo nie zaschło mi w gardle... 

Po prostu... nie wiem.

Zamiast tego zerknęłam na jego dłoń, dużą i śniadą, nawet na tle mojej czarnej 

kurtki. Miał mocny chwyt, jak na nieżywego faceta. Nawet jak na żywego. Podążył za moim 

background image

wzrokiem i zobaczył swoją dłoń ściskającą mój nadgarstek.

Puścił mnie, jakby moja skóra pokryła się nagle bąblami. Wygramoliłam się przez 

okno.   Kiedy   udało   mi   się   bez   szwanku   przejść   po   dachu   nad   gankiem,   a   następnie 
zeskoczyć na ziemię, spojrzałam w okno mojego pokoju.

Jessie, oczywiście, zniknął.

background image

10

Była chłodna jasna noc. Pełnia księżyca. Stojąc przed domem, widziałam, jak wisi 

nad   morzem   niczym   żarówka.   Nie   taka   stuwatowa   jak   słońce,   ale   może   dwudziestka 
piątka, jakich używa się do lamp biurowych z obracanym kloszem. Pacyfik, który z tej 

odległości wydawał się gładki niczym szkło, był doskonale czarny, jeśli nie liczyć białego 
jak papier cienkiego pasma księżycowego światła.

W tym świetle widziałam wyraźnie czerwoną kopułę kościoła Misji. To jednak nie 

oznacza wcale, że Misja jest blisko. Czekały mnie dobre dwa kilometry drogi. W kieszeni 

miałam kluczyki od ramblera, które zwinęłam pół godziny wcześniej. Metal nagrzał się od 
mojego   ciała.   Rambler,   turkusowy   w   świetle   dnia,   teraz,   w   cieniu   podjazdu,   sprawiał 

wrażenie szarego.

Dobra, wiem, że nie mam prawa jazdy, ale jeśli Przyćmiony daje sobie radę...

No,   niech   będzie.   Stchórzyłam.   Czy   nie   lepiej   się   stało,   że   postanowiłam 

zrezygnować zjazdy? W końcu nie za bardzo wiem, co i jak. Nie, no umiem prowadzić, 

tylko   nie   miałam   okazji   pojeździć,   ponieważ   całe   życie   spędziłam   w   światowej   stolicy 
transportu publicznego.

Och, nieważne. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę garażu. W domu jest trzech 

chłopaków, zgadza się? Musi więc być przynajmniej jeden rower.

Znalazłam.   Chłopięcy   rower   z   tą   cholerną   poprzeczką   i   z   obrzydliwie   twardym 

wąskim siodełkiem. Wydawał się jednak w porządku. Nie miał, w każdym razie, płaskich 

opon.

Ale jak ja będę wyglądała? Ubrana na czarno dziewczyna, mknąca o północy na 

rowerze ulicami miasta.

Nie sądziłam, że znajdę jakąś odblaskową taśmę, ale uznałam, że kask rowerowy 

zupełnie wystarczy. W garażu wisiał jeden na kołku. Zsunęłam kaptur bluzy i zapięłam 
kask. O, tak. Elegancja i dbałość o bezpieczeństwo - to cała ja.

Ruszyłam w dół. Żwirową alejką nie jedzie się specjalnie wygodnie, zwłaszcza na 

dół. A, jak się okazało, droga przez cały czas prowadziła w dół, jako że dom, z którego tak 

świetnie   widać   zatokę,   stoi   uczepiony   zbocza   czegoś,   co   jest   w   gruncie   rzeczy   górą. 
Zjeżdżanie w dół jest zdecydowanie łatwiejsze niż jazda pod górę. Nie liczyłam na to, że 

pokonam tę drogę na rowerze w drugą stronę. Czeka mnie pchanie roweru pod górę. Jazda 
w   dół   nieźle   dała   mi   się   we   znaki.   Górka   była   tak   stroma,   droga   tak   kręta,   a   nocne 

powietrze tak zimne, że jechałam z duszą na ramieniu, a po policzkach spływały mi łzy, 

background image

wywołane wiatrem. No i te wyboje...

Boże! Jak to przeklęte siodełko wbijało mi się w siedzenie, kiedy podskakiwałam na 

nierównej drodze!

Ale wzgórze nie było jeszcze najgorsze. Na dole znalazłam się na skrzyżowaniu. To 

przeraziło mnie dziesięć razy bardziej niż jazda w dół, ponieważ, chociaż było dobrze po 
północy,   nadal  panował   duży   ruch.   Zatrąbił   na   mnie   jakiś   samochód.   Nie   moja   wina. 

Zjeżdżając,   nabrałam   takiego   rozpędu,   że   gdybym   usiłowała   zahamować,   to 
przeleciałabym   przez   kierownicę.   Jechałam   więc   dalej,   o  włos   uniknąwszy   zderzenia   z 

pikapem, a potem, nie wiem jak, znalazłam się na parkingu koło szkoły.

Misja w nocy wygląda zupełnie inaczej niż w dzień. Na parkingu nie ma ani jednego 

wozu i panuje taka cisza, że słychać, jak na plaży w Carmelu fale uderzają o brzeg.

Ponadto, pewnie ze względu na turystów, zainstalowano reflektory, które oświetlały 

kopułę   i   cały   front   kościoła   z   ogromną,   łukowato   sklepioną   bramą.   Z   tyłu,   gdzie   się 
zatrzymałam,  panował   mrok.  Co mi  akurat  niezwykle   odpowiadało.  Ukryłam  rower  za 

pojemnikiem   na   śmieci,   powiesiłam   kask   na   kierownicy   i   podeszłam   do   okna.   Misja 
powstała w czasach dinozaurów, kiedy nie znano klimatyzacji czy centralnego ogrzewania, 

więc   żeby   utrzymać   chłód   latem   i   ciepło   zimą,   stawiano   domy   o   naprawdę   grubych 
murach. A to oznacza, że okna są osadzone dość głęboko w ścianie z palonej cegły i mają 

szerokie parapety. Wdrapałam się na jeden z takich parapetów i rozejrzałam dokoła, żeby 
sprawdzić,   czy   nikt   mnie   nie   śledzi.   Nie   było   nikogo,   jeśli   nie   liczyć   kilku   borsuków 

grzebiących   w   pojemniku   na   śmieci   w   poszukiwaniu   resztek   lunchu.   Osłoniłam   twarz 
dłońmi, żeby nie przeszkadzało mi światło księżyca i zajrzałam do środka.

Klasa pana Waldena. Noc była na tyle jasna, że widziałam zapisaną jego ręką tablicę 

i plakat przedstawiający Boba Dylana, jego ulubionego poetę.

Wybicie jednego kwadracika szyby w staromodnej żelaznej ramce, wsunięcie ręki 

do środka i otwarcie okna zajęło mi chwilę. Jeśli chodzi o włamywanie się przez okno, to 

najtrudniejszą   rzeczą   nie   jest   wybijanie   szyby   ani   nawet   wkładanie   ręki   do   wewnątrz. 
Najbardziej trzeba uważać, wyciągając ją, bo wtedy można się najdotkliwiej pokaleczyć. 

Mimo że wkładałam specjalne rękawice do walki z duchami, czarne, grube, wzmocnione 
gumą na kostkach, zdarzało mi się zaczepiać rękawem i wyjmować podrapaną rękę.

Tym razem nie przytrafiło mi się nic takiego. Okno otwierało się do środka, więc 

mieściłam się w nim z łatwością. Zdarzało mi się włamać do pomieszczeń wyposażonych w 

system  alarmowy,   co  kończyło  się  niezbyt  przyjemną  przejażdżką   na  tylnym   siedzeniu 
wozu   należącego   do   nowojorskiej   policji,   jednak   Misja   nie   wprowadziła   jeszcze   tak 

background image

wyrafinowanych zabezpieczeń. Ograniczano się do zamykania drzwi i okien, z nadzieją że 
może nic złego się nie stanie.

To także bardzo mu odpowiadało.
Kiedy   stanęłam   na   podłodze   klasy,   zamknęłam   okno.   Po   co   alarmować   stróża? 

Szybko przeszłam między ławkami, ponieważ drogę oświetlał mi księżyc. A kiedy udało mi 
się otworzyć drzwi i wyjść pod daszek od strony dziedzińca, stwierdziłam, że latarka w 

ogóle nie będzie mi potrzebna. Podwórze było zalane światłem. Przypuszczam, że Misję 
udostępnia się turystom do późnych godzin wieczornych, bo wszędzie na dachu poroz-

stawiano wielkie, świecące na żółto reflektory, skierowane na różne interesujące miejsca: 
najwyższą   palmę,   tę   z   największym   krzewem   hibiskusa   u   stóp,   fontannę,   która   nadal 

tryskała wodą. Oświetlony był też oczywiście posąg ojca Serry, przy czym jeden reflektor 
wydobywał z mroku jego brązową głowę, inny zaś głowy klęczących u jego stóp Indianek.

Dobrze się składa, że ojciec Serra jest od dawna w parku sztywnych. Mam wrażenie, 

że posąg nie przypadłby mu raczej do gustu.

Na   dziedzińcu   nie   było   żywego   ducha.   Nikogusieńko.   Poza   cichym   pluskaniem 

wody i  graniem  świerszczy,  nie rozlegał  się żaden dźwięk.  Panował  nieziemski  spokój. 

Byłam   zaskoczona,   ponieważ   żadna   z   moich   szkół   nigdy   nie   robiła   na   mnie   takiego 
wrażenia. A ta owszem, dopóki za moimi plecami nie odezwał się ktoś szorstkim głosem:

- A co ty tutaj robisz?
Odwróciłam się na pięcie i stanęłam z nią twarzą w twarz. Opierała się o swoją 

szafkę   -   przepraszam,   moją   szafkę   -   patrząc   na   mnie   gniewnie,   z   ramionami 
skrzyżowanymi na piersi. Miała na sobie bardzo ładne ciemnografitowe spodnie i szary 

kaszmirowy sweterek. Na szyi zawiesiła naszyjnik z pereł - jedna perła na każde święta 
Bożego Narodzenia i urodziny - otrzymany zapewne od kochających dziadków. Włożyła 

również czarne błyszczące mokasyny. Włosy, lśniące w świetle reflektorów, wydawały się 
gładkie i szczerozłote. Była naprawdę piękną dziewczyną. Tym bardziej szkoda, że strzeliła 

sobie w głowę.

-   Heather   -   powiedziałam,   ściągając   kaptur.   -   Cześć.   Przepraszam,   że 

przeszkadzam...   -   zawsze   lepiej   zacząć   od   uprzejmości   -   ale   sądzę,   że   powinnyśmy 
porozmawiać.

Heather ani drgnęła. Zmrużyła tylko oczy. Bardzo jasne, chyba szare. Długie rzęsy 

pociągnęła tuszem, a na powiekach miała kreski zrobione grafitową kredką.

- Porozmawiać? - powtórzyła Heather. - Och, pewnie. Jakbym miała ochotę z tobą 

rozmawiać. Wiem o tobie wszystko, Suzie.

background image

Skrzywiłam się.
- Mam na imię Suze - sprostowałam.

- Wszystko jedno. Wiem, po co tu przyszłaś.
-   To   dobrze   -   stwierdziłam.   -   W   takim   razie   nie   muszę   niczego   wyjaśniać. 

Usiądziemy gdzieś, żeby pogadać?

- Pogadać? Dlaczego miałabym z tobą gadać? Co ty myślisz, że na głupią trafiłaś? 

Boże, wydaje ci się, że jesteś sprytna. Myślisz, że możesz się tak po prostu wepchać, co?

- Słucham?

- Na moje miejsce. - Wyprostowała się i ruszyła w stronę fontanny. - Ty - rzuciła mi 

spojrzenie przez ramię - nowa dziewczyna. Nowa dziewczyna, która sądzi, że może się tak 

po prostu wślizgnąć na miejsce, które ja zostawiłam. Dostałaś moją szafkę. Prawie ci się 
udało ukraść moją najlepszą przyjaciółkę. Wiem, że Kelly dzwoniła do ciebie i zaprosiła cię 

na swoją głupią imprezę. A teraz ci się wydaje, że możesz ukraść mojego chłopaka.

Oparłam ręce na biodrach.

- To nie jest twój chłopak, Heather, zapomniałaś? Zerwał z tobą. Dlatego umarłaś. 

Przestrzeliłaś sobie głowę w obecności jego matki.

Heather otworzyła szeroko oczy.
- Zamknij się - warknęła.

- Strzeliłaś sobie w głowę w obecności jego matki, bo byłaś zbyt głupia, żeby zdawać 

sobie   sprawę,   że   żaden   chłopak,   nawet   Bryce   Martinson,   nie   jest   wart   takiej   ceny.   - 

Przeszłam   obok   niej   na   jedną   ze   żwirowanych   ścieżek   między   klombami   ogrodu.   Nie 
chciałam   przyznać,   nawet   sama   przed   sobą,   że   stanie   pod   dachem,   po   tym,   co   się 

przydarzyło Bryce'owi, napawa mnie niepokojem. - Boże, musiałaś  być wściekła,  kiedy 
zrozumiałaś, co zrobiłaś. Zabiłaś się. I to z powodu takiej bzdury. Z powodu chłopaka.

- Zamknij się! - Tym razem wrzasnęła. Zacisnęła dłonie w pięści, zamknęła oczy i 

lekko się zgarbiła. Dzwoniło mi w uszach. Nikt jednak nie nadbiegł od strony probostwa, 

gdzie paliły się światła. Gołębice, gruchające na dachu, umilkły, gdy pojawiła się Heather, 
a świerszcze przerwały nocną serenadę.

Ludzie na ogół nie słyszą duchów, zwierzęta, nawet owady są nadzwyczaj wyczulone 

na zjawiska paranormalne. Maks, pies Ackermanów, z powodu Jessego nie zbliża się do 

mojego pokoju.

- Nie drzyj się, to bez sensu - powiedziałam. - Nikt poza mną cię nie usłyszy.

- Będę krzyczała, ile mi się podoba! - wrzasnęła.
Ziewając,  podeszłam do ławki  pod posągiem ojca  Serry i usiadłam.  U podstawy 

background image

posągu   zauważyłam   tabliczkę.   Dzięki   światłu   księżyca  i   reflektorom   odczytałam   ją   bez 
trudu.

Czcigodny   ojciec   Junipero   Serra   -  głosił   napis   -  1713   -   1784.   Jego   prawość   i 

skromność były lekcją dla Wszystkich, którzy go znali i korzystali z jego nauk.

Słuchasz mnie? - krzyknęła Heather. Spojrzałam na nią uważnie.
Przestała krzyczeć, podeszła bliżej, a jej twarz zamieniła się w maskę nienawiści.

- Posłuchaj mnie, suko - wysyczała, zatrzymując się o kilka centymetrów ode mnie 

—chcę,  żebyś stąd  zniknęła,  rozumiesz?  Chcę,  żebyś odeszła z tej szkoły. To jest moja 

szafka.   Kelly   Prescott   jest   moją   najlepszą   przyjaciółką.   A   Bryce   Martinson   jest   moim 
chłopakiem! Wynoś się stąd, wracaj, skąd przyszłaś. Zanim się pojawiłaś, wszystko było w 

porządku.

Musiałam jej przerwać.

- Wybacz, Heather, ale to nieprawda, że wszystko było w porządku. Wiesz, skąd 

wiem?   Bo   nie   żyjesz.   Rozumiesz?   Nie   żyjesz.   Zmarli   nie   mają   szafek   ani   najlepszych 

przyjaciółek, ani chłopaków. A wiesz, dlaczego? Ponieważ nie żyją.

Heather wyglądała tak, jakby zaraz znowu miała zacząć wrzeszczeć, ale zdusiłam jej 

krzyk w zarodku, mówiąc spokojnie i łagodnie:

- Wiem, że popełniłaś błąd. Straszliwy, przerażający błąd...

- To nie ja popełniłam błąd - powiedziała Heather cicho. - Bryce popełnił błąd. To 

Bryce ze mną zerwał.

- Taak, zgadza się, nie ten błąd miałam na myśli. Mówiłam o twoim samobójstwie z 

powodu głupiego chłopaka, który z tobą...

-  Jeśli   uważasz,   że  jest  głupi  -   przerwała   mi,   chichocząc  złośliwie   -  to   dlaczego 

umówiłaś   się   z   nim   na   sobotę?   Słyszałam,   jak   cię   zapraszał.   Szczur.   Prawdopodobnie 

zdradzał mnie każdego dnia, kiedy ze sobą chodziliśmy.

- No, cudownie. Jeszcze jeden powód, żeby się przez niego zabić.

Na   jej   rzęsach   zabłysły   łzy,   lśniące   jak   kryształki,   które   kupuje   się   w   sklepie   i 

przyczepia do paznokci.

- Kochałam go - szepnęła. - Skoro nie mogłam go mieć, nie miałam po co żyć.
- A teraz, kiedy nie żyjesz - powiedziałam zmęczonym tonem - uznałaś, że powinien 

do ciebie dołączyć, zgadza się?

- Nie podoba mi się tutaj - ciągnęła cicho. - Nikt mnie nie widzi. Tylko ty i ojciec 

Dominik. Jestem taka samotna...

- Tak. To zrozumiałe. Ale nawet jeśli zdołasz go zabić, prawdopodobnie nie będzie ci 

background image

za to specjalnie wdzięczny.

-   Sprawię,   że   mnie   polubi   -   w   głosie   Heather   zabrzmiała   pewność.   -   W   końcu 

będziemy tylko we dwoje, on i ja. Będzie musiał mnie polubić.

Pokręciłam głową.

- Nie, Heather, to nie działa w ten sposób. Popatrzyła na mnie w napięciu.
- Co masz na myśli?

- Jeśli zabijesz Bryce'a, nie ma gwarancji, że on trafi tutaj, do ciebie. Nie wiem na 

pewno, co się dzieje z ludźmi po śmierci, ale wydaje mi się, że w każdym przypadku jest 

inaczej.   Jeśli   go   zabijesz,   pójdzie   tam,   gdzie   mu   przeznaczone.   Niebo,   piekło,   kolejne 
wcielenie, nie jestem pewna. Wiem jednak, że nie znajdzie się tutaj, z tobą. To nie wygląda 

w ten sposób.

- Ale... - zdenerwowała się Heather - to niesprawiedliwe!

-   Mnóstwo   jest   niesprawiedliwych   rzeczy,   Heather.   Na   przykład   to,   że   musisz 

cierpieć przez całą wieczność z powodu błędu, który popełniłaś pod wpływem impulsu. 

Gdybyś wiedziała, co się dzieje po śmierci, z pewnością byś tego nie zrobiła. Ale to nie musi 
być tak.

Spojrzała na mnie. Łzy zastygły na jej rzęsach, jak okruszki lodu.
- Nie musi?

- Nie, nie musi.
- Chcesz powiedzieć... chcesz powiedzieć, że mogę wrócić? Skinęłam głową.

- Możesz. Możesz zacząć wszystko od początku. Pociągnęła nosem.
- W jaki sposób?

- Musisz się tylko zdecydować.
Jej piękną buzię wykrzywił na chwilę grymas zawodu.

- Ale ja  już  dawno  uznałam,   że tego  właśnie   chcę.  Jedyne,  czego  chcę,   odkąd... 

odkąd to się wydarzyło... to odzyskać swoje życie.

Pokręciłam głową.
- Nie, Heather, źle mnie zrozumiałaś. Nigdy nie wrócisz do swojego poprzedniego 

życia.   Ale   możesz   zacząć   nowe.   Będzie   lepsze   niż   to   tutaj,   niż   wieczna   samotność, 
wściekanie się na ludzi, ranienie ich...

-   Powiedziałaś,   że   mogę   odzyskać   swoje   życie!   -   wrzasnęła.   W   jednej   chwili 

zrozumiałam, że ją straciłam.

- Nie chodzi mi o twoje poprzednie życie. Miałam na myśli życie w ogóle...
Było jednak za późno. Ogarnęło ją szaleństwo.

background image

Stało się dla mnie jasne, dlaczego rodzice Bryce'a wysłali go na Antiguę. Żałowałam, 

że mnie tam nie ma. Chciałam być gdzie indziej, byle nie stać na drodze tej dziewczyny, 

kiedy jest wściekła.

- Powiedziałaś - krzyczała Heather - powiedziałaś, że mogę odzyskać swoje życie! 

Okłamałaś mnie!

- Heather, nie okłamałam cię. Chciałam tylko powiedzieć, że twoje życie minęło, 

sama je ucięłaś. Wiem, że to straszne, powinnaś była pomyśleć o tym, zanim...

Przerwała mi nieludzkim wyciem.

- Nie pozwolę ci, nie pozwolę ci przejąć mojego życia!
- Heather, już ci mówiłam, że nie próbuję zrobić niczego takiego. Mam swoje własne 

życie. Niepotrzebne mi twoje...

Teraz, kiedy ptaki i świerszcze umilkły, na dziedzińcu słychać było tylko plusk wody 

w   fontannie.   Ten   dźwięk   nagle   wydał   mi   się   dziwny.   Pojawiło   się   jakieś   bulgotanie. 
Zerknęłam w tamtą stronę. Z powierzchni wody unosiła się para. To by mnie tak bardzo 

nie zdziwiło, ostatecznie jest zimno, a temperatura wody może być wyższa od temperatury 
powietrza, gdyby nie wielki bąbel, który nagle prysnął na wzburzonej tafli.

Wtedy   zrozumiałam.   Woda   się   gotowała.   Wściekłość   Heather   spowodowała,   że 

woda osiągnęła temperaturę wrzenia.

-   Heather   -   zawołałam   z   ławki   -   Heather,   posłuchaj,   musisz   się   uspokoić.   Nie 

możemy rozmawiać, kiedy jesteś...

- Powiedziałaś... - zauważyłam z przerażeniem, że oczy uciekły jej w głąb czaszki. - 

Ze... mogę... zacząć... od nowa!

Należało coś zrobić. Ławka pode mną nie musiała trząść się tak gwałtownie, żebym 

zrozumiała, że powinnam się podnieść.

Wstałam, i to szybko. Na tyle szybko, że nie oberwałam ławką. Na tyle szybko, żeby 

dopaść Heather, zanim się zorientowała, i dołożyć jej pięścią w podbródek.

Tyle że, ku mojemu zaskoczeniu, to nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia. Za 

bardzo zapamiętała się w złości. Zdecydowanie za bardzo. Cios nie odniósł skutku, poza 

tym że zabolały mnie kostki. No i że wprawiło ją to w jeszcze większą wściekłość.

-   Teraz   -   odezwała   się   Heather   głębokim   głosem,   który   w   żaden   sposób   nie 

przypominał szczebiotania cheerliderki - tego pożałujesz.

Woda   w   fontannie   zaczęła   wrzeć   i   przelewać   przez   brzegi   basenu.   Strugi   wody 

wystrzeliły na pięć metrów w górę, opadając kaskadą w bulgoczącą parującą czeluść. Ptaki 
siedzące na gałęziach zerwały się do lotu, na chwilę zasłaniając księżyc.

background image

Miałam dziwne wrażenie, że Heather nie żartuje. Co więcej, miałam wrażenie, że 

jest w stanie spełnić groźbę, nie ruszając małym palcem.

Moje przypuszczenia potwierdziły się, kiedy głowa Junipero Serry odpadła nagle od 

odlanego w brązie ciała. Urwała się z taką łatwością, jakby twardy metal zamienił się w 

watę cukrową.

Nie towarzyszył temu żaden hałas. Głowa zawisła na chwilę w powietrzu. Dziwaczny 

kąt,   pod   jakim   wisiała,   zmienił   wyraz   ciepłego   współczucia   na   twarzy   ojca   Serry   w 
szatański   grymas.   Stałam   jak   zahipnotyzowana,   patrząc   na   światło   odbijające   się   od 

metalowej kuli, gdy nagle stwierdziłam, że zaczyna spadać...

Mknęła w moją stronę tak szybko, że stanowiła jedynie smugę na nocnym niebie, 

niczym kometa albo...

Nie   miałam   okazji   zastanowić   się   nad   dalszymi   porównaniami,   ponieważ   w 

następnej   sekundzie   coś   ciężkiego   grzmotnęło   mnie   w   żołądek   i   rzuciło   na   ziemię. 
Rozłożyłam się jak długa, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Było takie  piękne. Noc taka 

czarna, a gwiazdy zimne, odległe i migotliwe jak...

- Wstawaj! - Rozległ się szorstki męski głos tuż przy moim uchu. - Myślałem, że 

lepiej sobie z tym radzisz!

Coś wybuchło o centymetr od mojego policzka. Odwróciłam głowę i zobaczyłam 

obsceniczny uśmiech Junipero Serry.

Jesse jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi, a następnie pociągnął w stronę 

pasażu przed budynkiem.

background image

11

Wróciliśmy do klasy pana Waldena. Nie wiem, w jaki sposób, ale nam się to udało. 

Głowa posągu przez cały czas gnała za nami, prując powietrze ze złowieszczym świstem, 
jakby ojciec Serra coś wykrzykiwał. W końcu z impetem kuli armatniej wyrżnęła w ciężkie 

drewniane drzwi w momencie, w którym zatrzasnęliśmy je za sobą.

-  Jesus Cristo -  wysapał Jesse, kiedy staliśmy, dysząc z wysiłku, oparci plecami o 

drzwi,   jakbyśmy   własnym   ciężarem   byli   w   stanie   powstrzymać   Heather,   która   mogła 
przejść przez ścianę, jeśli tylko miałaby na to ochotę. - „Potrafię sama sobie radzić”, powie-

działaś. „Muszę się tylko jej pozbyć”, powiedziałaś. Świetnie!

Starałam się oddychać równo i myśleć o tym, co robić dalej. Nigdy nie widziałam 

czegoś podobnego. Nigdy.

- Zamknij się - burknęłam.

- Truposz. - Jesse odwrócił głowę w moją stronę. Jego pierś wznosiła się i opadała 

rytmicznie.   -   Czy   zdajesz   sobie   sprawę,   że   tak   właśnie   mnie   nazwałaś?   To   zabolało, 

querida. Naprawdę.

- Mówiłam ci... - Coś ciężkiego waliło w drzwi. Czułam, jak uderza w mój kręgosłup. 

Nie   trzeba   być   geniuszem,   żeby   się   domyślić,   że   to   głowa   fundatora   pewnej   szkoły 
misyjnej. - .. .żebyś mnie nie nazywał w ten sposób.

- Dobrze, byłbym wdzięczny, gdybyś nie wyrażała się pogardliwie na temat mojej...
- Posłuchaj, te drzwi nie będą się trzymały wiecznie.

- Nie - zgodził się Jesse. Akurat wtedy metalowa głowa przebiła się częściowo przez 

drzwi w miejscu, które udało jej się nadwyrężyć. - Czy mogę coś zasugerować?

Patrzyłam,   przerażona,   na   głowę,   która   tkwiła   w   drzwiach,   gapiąc   się   na   mnie 

zimnymi   brązowymi   oczami.   To   wariactwo,   ale   mogłabym   przysiąc,   że   się   do   mnie 

uśmiechała.

- Pewnie - wysapałam.

- Biegnij.
Bez namysłu posłuchałam jego rady. Podbiegłam do parapetu i, nie zwracając uwagi 

na ostre kawałki szkła, wskoczyłam na niego. Otwarcie okna zajęło mi tylko parę sekund, 
ale Jesse, który nadał zmagał się z czymś, co przypominało wyjący huragan, i tak zdążył 

powiedzieć:

- Hm, czy mogłabyś się pośpieszyć?

Zeskoczyłam na parking. Zabawne, że gdy stało się na zewnątrz grubych murów 

background image

Misji,   nie   sposób   było   się   zorientować,   że   wewnątrz   szaleją   siły   nadprzyrodzone.   Na 
parkingu   nadal   było   pusto.   Panowała   cisza,   jeśli   nie   liczyć   dobiegającego   z   oddali 

łagodnego szumu oceanu.

- Jesse! - syknęłam w stronę okna. - Chodź! - Nie wiedziałam, czy Heather nie 

będzie miała ochoty wyładować wściekłości na kimś niewinnym, zamiast na mnie, ani też, 
czy Jesse także ma w zanadrzu jakieś sztuczki, w rodzaju tej z głową posągu. Wiedziałam 

tylko, że im prędzej oboje znajdziemy się poza zasięgiem jej złości, tym lepiej.

Pozwolę sobie w tym miejscu zaznaczyć, że nie jestem tchórzem. Ale nie jestem 

także kretynką. Uważam, że kiedy mamy do czynienia z siłą, której nie jesteśmy wstanie 
stawić czoła, nie pozostaje nic innego jak ucieczka.

Nie należy jednak zostawiać nikogo w potrzebie.
- Jesse! - wrzasnęłam przez okno.

- Wydawało mi się, że mówiłem - odezwał się mocno poirytowany głos za moimi 

plecami - żebyś uciekała.

Sapnęłam z wrażenia i zakręciłam się na pięcie. Jesse stał na asfaltowym parkingu, 

plecami do księżyca, z twarzą w cieniu.

- O, mój Boże. - Serce biło mi tak mocno, że o mało nie eksplodowało. Nigdy w życiu 

tak się nie przestraszyłam. Nigdy.

Może dlatego zrobiłam to, co zrobiłam, a mianowicie chwyciłam Jessego za koszulę.
- O, mój Boże - wysapałam znowu. - Jesse, nic ci nie jest?

- Oczywiście, że nic. - Wydawał się zdziwiony tym pytaniem. To chyba rzeczywiście 

było głupie z mojej strony. W jaki sposób Heather może zaszkodzić Jessemu? Przecież go 

nie zabije. - A czy tobie nic się nie stało?

- Mnie? Wszystko w porządku. - Spojrzałam w stronę ciemnych okien klasy pana 

Waldena. - Czy myślisz, że ona... skończyła?

- Na razie - odparł Jesse.

- Skąd wiesz? - Stwierdziłam niezwykle zdumiona, że cała się trzęsę. - Skąd wiesz, 

że zaraz nie przelezie przez ścianę i nie zacznie wyrywać drzew, żeby w nas nimi rzucać?

Jesse pokręcił głową. Zauważyłam, że się uśmiecha. Jak na kogoś, kto zmarł, zanim 

wynaleziono ortodoncję, miał bardzo ładne zęby. Prawie tak ładne jak Bryce.

- Nie zrobi tego.
- Skąd możesz wiedzieć?

- Bo tak. Ona jeszcze nie wie, że jest w stanie to zrobić. To wszystko jest dla niej 

nowe, Susannah. Nie wie, na co ją stać.

background image

Jeśli to miało mnie pocieszyć, to odniosło przeciwny skutek. Jesse przyznał właśnie, 

że Heather jest w stanie wyrywać drzewa i rzucać nimi w ludzi, a nie robi tego jedynie z 

powodu   braku   doświadczenia.   To   wystarczyło,   żebym   przestała   drżeć   i   puściła   jego 
koszulę. Wiem, że Heather mogłaby mnie ścigać, gdyby chciała. Mogłaby, tak samo jak 

Jesse, który poszedł za mną do szkoły. Chodzi jednak o to, że Jesse zdaje sobie sprawę ze ' 
swoich umiejętności. Jest duchem o wiele dłużej niż Heather, która dopiero dowiaduje się, 

na co ją stać.

To było najbardziej przerażające. Jest duchem tak krótko... i już ma taką moc.

Zaczęłam chodzić po parkingu tam i z powrotem.
- Musimy coś zrobić - powiedziałam. - Musimy ostrzec ojca Dominika. I Bryce'a. 

Mój Boże, musimy ostrzec Bryce'a, żeby nie przychodził jutro do szkoły. Ona go zabije. 
Zabije go w chwili, gdy postawi stopę na progu szkoły...

- Susannah... - zaczął Jesse.
- Chyba powinniśmy do niego zadzwonić. Jest pierwsza w nocy, ale możemy do 

niego   zadzwonić   i   powiedzieć   mu...   nie   wiem,   co   mamy   mu   powiedzieć.   Możemy 
powiedzieć, że ktoś groził mu śmiercią, czy coś. Może to go przekona. Albo moglibyśmy 

sami zagrozić mu śmiercią. Tak zróbmy! Zadzwońmy do niego, ja udam kogoś innego i 
powiem: „Nie przychodź jutro do szkoły, bo zginiesz”. Może się przestraszy. Może...

- Susannah - powtórzył Jesse.
-   Albo   możemy   poprosić   ojca   Dominika,   żeby   to   zrobił!   Ojciec   Dominik   może 

zadzwonić do Bryce'a i powiedzieć mu, żeby nie przychodził do szkoły, że coś się stało...

- Susannah. - Jesse zagrodził mi drogę w chwili, gdy odwróciłam się, żeby przejść 

ten   sam   odcinek   dwóch   metrów,   który   przemierzałam   w   obie   strony   od   paru   minut. 
Zatrzymałam   się   nagle,   zaskoczona   jego   bliskością,   uderzając   nosem   w   miejsce,   gdzie 

rozchylał   się   kołnierz   jego   koszuli.   Jesse   chwycił   mnie   za   ręce,   pomagając   utrzymać 
równowagę.

To mi się nie spodobało. Pamiętam,  że chwilę  przedtem to ja go złapałam.  No, 

właściwie nie jego, tylko jego koszulę. Ale i w zwykłych okolicznościach nie lubię, kiedy 

ktoś mnie dotyka, a zwłaszcza duchy. A już szczególnie takie, które mają dłonie równie 
duże i silne jak Jesse.

- Susannah - powtórzył znowu, zanim zdążyłam mu powiedzieć, żeby zabrał ode 

mnie swoje wielkie żylaste łapy. - Wszystko w porządku. To nie twoja wina. Nie mogłaś nic 

zrobić.

- Nic nie mogłam zrobić?  Żartujesz?  Powinnam  była  dać jej takiego  kopa,  żeby 

background image

znowu znalazła się w grobie!

- Nie - Jesse pokręcił głową. - Zabiłaby cię.

- Gówno! Mogłam ją pokonać. Gdyby nie zrobiła tej sztuczki z głową...
- Susannah...

-   Mówię   poważnie,   Jesse.   Poradziłabym   sobie,   gdyby   nie   wpadła   w   taką   furię. 

Założę się, że jeśli poczekamy, aż ochłonie i wrócimy tam, to zdołam ją przekonać...

- Nie. - Puścił moje ręce, ale tylko po to, żeby objąć mnie ramieniem i poprowadzić 

w stronę pojemnika na śmieci za którym zostawiłam rower. - Chodźmy. Wracajmy do 

domu.

- Ale co...

Ścisnął mnie jeszcze mocniej.
- Nie.

- Jesse, nic nie rozumiesz. To moja praca. Muszę...
-   To   także   zadanie   ojca   Dominika,   prawda?   Pozwól   mu   się   tym   zająć.   Nie   ma 

powodu, żeby cała odpowiedzialność spoczywała na tobie.

- Owszem, jest. To ja nawaliłam.

- To ty przyłożyłaś jej pistolet do głowy i pociągnęłaś za cyngiel?
- Oczywiście, że nie. Ale to przeze mnie wpadła w taką złość. Nie mogę prosić ojca 

Dorna, żeby po mnie sprzątał. To byłoby zdecydowanie nie w porządku.

-   Zdecydowanie   nie   w   porządku   jest   to,   że   ktoś   może   oczekiwać,   iż   młoda 

dziewczyna,  taka  jak ty,  stanie do walki  z demonem z piekła  rodem - Jesse z trudem 
zachowywał spokój.

- Ona nie jest demonem z piekła. Jest tylko wściekła. Jest wściekła, bo chłopak, 

któremu ufała, okazał się...

-   Susannah.   -   Jesse   zatrzymał   się   nagle.   Jeśli   nie   poleciałam   na   buzię   i   nie 

rozpłaszczyłam na asfalcie, to tylko dlatego, że nadal obejmował mnie ramieniem.

Przez   chwilę,   tylko   przez   chwilę,   naprawdę   myślałam...   cóż,   myślałam,   że   mnie 

pocałuje. Nikt mnie nigdy dotąd nie pocałował,  ale,  jak się wydaje, wszystkie  warunki 

zostały spełnione. No, wiecie, księżyc, mocno bijące serca, emocje związane z ucieczką 
przed wściekłym duchem...

Oczywiście nie bardzo wiedziałam, co sądzić o tym, że mój pierwszy pocałunek miał 

być   pocałunkiem   kogoś   należącego   do   świata   umarłych,   ale   cóż,   żebracy   nie   mogą 

grymasić, a ponadto, zapewniam was, że Jesse jest o niebo przystojniejszy od wszystkich 
żywych chłopaków, jakich ostatnio poznałam. Nigdy nie widziałam takiego przystojnego 

background image

ducha. W momencie śmierci nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. Byłam ciekawa, z 
jakiej przyczyny umarł. Duchy zmarłych ludzi zazwyczaj wyglądają tak, jak wyglądali ci 

ludzie tuż przed śmiercią. Na przykład mój tata teraz, kiedy mnie nawiedza, nie wygląda 
inaczej niż na dzień przedtem, jak poszedł pobiegać po parku dziesięć łat temu.

Przypuszczam, że Jesse został zamordowany, ponieważ, jak na mój gust, wygląda 

cholernie zdrowo. Niewykluczone, że trafiła go jedna z tych kul, po których zostały dziury 

w   domu   na   dole.   Ładnie   ze   strony   Andy'ego,   że   oprawił   je   w   ramki   na   pamiątkę   dla 
potomności.

A teraz ten niesamowicie przystojny duch sprawia wrażenie, jakby zamierzał mnie 

pocałować. Cóż, kimże ja jestem, żeby mu w tym przeszkodzić?

No, więc, rozumiecie, odchyliłam lekko głowę do tyłu, patrząc na niego spod rzęs i 

rozchylając usta. Wtedy zauważyłam, że jego uwaga nie skupia się na moich wargach, tylko 

dużo niżej. I to nie na moim biuście, co też nie byłoby złe.

- Ty krwawisz - stwierdził.

Czar prysnął. Oczy o mało nie wyskoczyły mi z orbit.
- Wcale nie - odparłam odruchowo, ponieważ nie czułam żadnego bólu. Jednak gdy 

spojrzałam w dół, zobaczyłam, że u moich stóp wykwitają na chodniku drobne plamki. Po 
ciemku   trudno   było   określić   ich   kolor.   W   świetle   księżyca   wydawały   się   czarne.   Z 

przerażeniem zauważyłam podobne plamy na koszuli Jessego.

Z całą pewnością to moja krew. Przyjrzałam się sobie uważnie i stwierdziłam, że 

udało mi się przeciąć drobną, ale jednak ważną żyłkę na nadgarstku. Kiedy rozmawiałam z 
Heather, ściągnęłam rękawice i schowałam je do kieszeni, a później, podczas pośpiesznej 

ucieczki,   zapomniałam   włożyć   je   z   powrotem.   Skaleczyłam   się   pewnie,   wskakując   na 
usłany szkłem parapet.  Co tylko potwierdza  moją teorię, że właśnie przy wychodzeniu 

przydarzają się najgorsze rzeczy.

- Och - mruknęłam, obserwując strumyczek krwi. Nic innego nie przychodziło mi 

do głowy, jak tylko: - Ale paskudnie. Przepraszam za koszulę.

-   To  nic.   -   Jesse   sięgnął   do   kieszeni   czarnych   obcisłych   spodni   i   wyciągnął   coś 

białego i miękkiego. Owinął tym mój nadgarstek kilka razy. Robił to w milczeniu, bardzo 
skupiony. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby duch udzielał mi pierwszej pomocy. To nie aż 

tak interesujące jak pocałunek, ale też niezłe przeżycie.

- Dobrze - powiedział wreszcie. - Boli?

- Nie - odparłam zgodnie z prawdą. Wiedziałam z doświadczenia, że boleć zacznie 

po paru godzinach. Odchrząknęłam. - Dziękuję.

background image

- Drobiazg.
- Ależ nie. - Nagle, to idiotyczne, zebrało mi się na płacz. Naprawdę. A ja nigdy nie 

płaczę.   -   Mówię   poważnie.   Dziękuję.   Dzięki,   że   przyszedłeś,   żeby   mi   pomóc.   Nie 
powinieneś był tego robić.  To znaczy,  cieszę się, że tak  się stało.  I... cóż, dziękuję. To 

wszystko.

Zmieszał   się.   Chyba   zachowałam   się   dość   naturalnie,   rozklejając   się   w   takiej 

sytuacji. To było silniejsze ode mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Żaden duch nie był dla 
mnie taki miły. Och, tata próbował. Ale tata nie jest osobą, na której specjalnie można 

polegać. Nigdy, tak naprawdę, nie mogłam na niego liczyć, zwłaszcza w potrzebie.

Co innego Jesse. Tyle dla mnie zrobił, choć go o nic nie prosiłam. W gruncie rzeczy, 

byłam dla niego dość nieprzyjemna.

- Nie ma za co - powiedział w końcu. A potem dodał: - Chodźmy do domu.

background image

12

To „chodźmy do domu” zabrzmiało tak ciepło. Tylko że dom, w którym mieszkamy, 

nie wydawał mi się jeszcze domem. Przebywałam w nim przecież zaledwie od paru dni.

No i, naturalnie, Jesse nie mieszka tam na takiej zasadzie jak ja.

A jednak, duch, nie duch, uratował mi życie. Nie da się zaprzeczyć. Pewnie zrobił to, 

żeby mnie udobruchać i żebym go nie wykopała na ulicę.

Bez   względu   jednak   na   motywy,   zachował   się   wspaniale.   Nikt,   jak   dotąd,   nie 

pomagał mi z własnej i nieprzymuszonej woli, głównie dlatego, że nikt nie zdawał sobie 

sprawy, że potrzebuję pomocy. Nawet Gina, przy której madame Zara odkryła, że jestem 
mediatorką,   nie   wiedziała,   dlaczego   przychodzę   do   szkoły   z   podkrążonymi   oczami   ani 

gdzie znikałam, kiedy zrywałam się z lekcji, co zdarzało się nagminnie. A ja nie byłam w 
stanie jej tego wytłumaczyć. Nie chodzi o to, że Gina uznałaby mnie za wariatkę, ale na 

pewno komuś by o tym powiedziała. Czegoś takiego nie sposób utrzymać w tajemnicy, 
chyba że przytrafia się nam samym. Poza tym bałam się, że dojdzie to w końcu do mojej 

mamy.

A mama wpadłaby w obłęd. Tak zachowują się matki, a moja nie stanowi wyjątku. 

Już zdążyła posłać mnie na terapię, podczas której musiałam wymyślać skomplikowane 
kłamstwa, w nadziei że to wyjaśni moje aspołeczne nastawienie. Nie zamknięto mnie w 

domu bez klamek, ale trafiłabym tam z całą pewnością, gdyby mama odkryła prawdę.

Więc, owszem, cieszę się z obecności Jessego, chociaż czuję się trochę niepewnie. Po 

klapie mojej misji w szkole odprowadził mnie do domu, a więc postąpił jak prawdziwy 
dżentelmen. Pchał nawet mój rower. Przypuszczam, że gdybyś ktoś wyjrzał przez okno 

któregoś   z   mijanych   przez   nas   domów,   stwierdziłby,   że   ma   omamy.   Zobaczyłby   idącą 
zmęczonym krokiem dziewczynę, a obok niej sunący lekko rower.

Dobrze się składa, że ludzie na Wybrzeżu Zachodnim chodzą wcześnie spać.
Przez   całą   drogę   do   domu   myślałam   obsesyjnie   o   tym,   w   którym   momencie 

popełniłam błąd, jeśli chodzi o Heather. Nie zastanawiałam się nad tym głośno, bo nie 
chciałam zachowywać się jak zacięta płyta czy mechaniczne pianino, czy co tam mieli w 

czasach Jessego. Jednak o niczym innym nie mogłam myśleć. W całej mojej paroletniej 
karierze   mediatorskiej   nie   spotkałam   tak   gwałtownego,   zachowującego   się   tak 

irracjonalnie   ducha.   Po   prostu   nie   miałam   pojęcia,   co   robić.   A   wiedziałam,   że   muszę 
szybko   coś   wymyślić;   od   momentu,   kiedy   zaczną   się   lekcje,   a   Bryce   znajdzie   się   w 

śmiertelnym niebezpieczeństwie, dzieliło mnie zaledwie kilka godzin.

background image

Nie wiem, czy Jesse odgadł, dlaczego milczę, czy może także myślał o Heather. W 

każdym razie odezwał się nagle, przerywając ciszę:

- „Niebo nie zna wściekłości, jak miłość zamieniona w nienawiść, ani piekło takiej 

furii, jak zraniona kobieta”.

Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia?

W świetle księżyca zobaczyłam, że uśmiecha się lekko.
- Cytuję Wiliama Congreve'a.

- Och. - Zastanawiałam się przez chwilę. - Ale, wiesz, czasami zraniona kobieta ma 

powody, żeby się wściekać.

- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia? - zainteresował się.
- Niespecjalnie.

Chłopak musi okazać ci zainteresowanie, zanim cię zrani. Nie powiedziałam jednak 

tego głośno. Nie dbam o to, co Jesse o mnie myśli. Dlaczego miałoby mnie obchodzić, co 

myśli o mnie martwy kowboj?

Ale nie zamierzałam uświadamiać mu, że nigdy nie miałam chłopaka. Nie mówi się 

takich rzeczy przystojnym chłopakom, nawet jeśli są martwi.

- Nie wiemy przecież, tak naprawdę, co zaszło między Heather a Bryce'em. Może ma 

powody, żeby czuć do niego żal?

- Do niego, pewnie tak - powiedział Jesse z niechęcią. - Ale nie do ciebie. Nie miała 

prawa cię atakować.

W jego głosie zawrzał taki gniew, że uznałam, iż może lepiej zmienić temat. Pewnie 

powinnam wściec się na Heather za to, że dybie na moje życie, ale z drugiej strony, często 
mam do czynienia z ludźmi niemyślącymi racjonalnie. Dobrze, może nie do tego stopnia, 

co Heather, ale wiecie, co mam na myśli. Poza tym nauczyłam się jednego: nie należy 
niczego brać do siebie. Owszem, próbuje mnie zabić, ale kto wie, może inaczej nie potrafi? 

Skąd możemy wiedzieć, jakich miała rodziców? Może mordowali każdego, kto działał im 
na nerwy...

Jakkolwiek, w związku z tym naszyjnikiem z pereł dodawanych z różnych okazji, 

miałam co do tego wątpliwości.

Myśl   o  morderstwie   kazała  mi   się  również   zastanowić,   co   tak   bardzo  poruszyło 

Jessego.  Przyszło  mi do głowy,  że  przecież  on sam  prawdopodobnie  zginął  gwałtowną 

śmiercią. Może też sam się zabił? Nie wydaje mi się jednak, żeby był typem samobójcy. 
Może umarł na jakąś wyniszczającą chorobę...

background image

To chyba nie było specjalnie taktowne z mojej strony, ale cóż, nikt nigdy nie chwalił 

mnie za szczególny takt. Poszłam za ciosem i po prostu zapytałam go o to, kiedy szliśmy 

żwirową alejką pod górę.

- Hej, a jak ty właściwie umarłeś?

Jesse nie odpowiedział od razu. Prawdopodobnie się obraził. Zauważyłam, że duchy 

nie lubią tego tematu.  Czasami nawet nie pamiętają,  jak doszło do ich śmierci. Ofiary 

wypadków samochodowych na ogół nie mają o niczym pojęcia. Wiele razy widziałam, jak 
szukały swoich współpasażerów. Wyjaśniam im wtedy wszystko, a potem staram się dojść, 

gdzie są ci ludzie których oni usiłują znaleźć. To jest naprawdę okropne. Muszę trafić do 
odpowiedniego   urzędu,   gdzie   przechowuje   się   protokoły   z   wypadków   i,   udając,   że 

dostałam takie zadanie w szkole zanotować nazwiska ofiar i dowiedzieć się o ich dalsze 
losy.

Mówię wam, czasami mam tego wszystkiego dość.
Tak  czy  inaczej,   Jesse  milczał   przez  jakiś  czas  i  sądziłam,   że już  nic nie  powie. 

Patrzył przed siebie, na dom, w którym umarł i który miał nawiedzać, dopóki... cóż, dopóki 
nie upora się ze sprawą, która trzyma go na tym świecie.

Księżyc nadal jaśniał na niebie, teraz już dość wysoko i widziałam twarz Jessego 

wyraźnie jak w dzień. Nie wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Jego wąskie usta wykrzywiał 

lekki grymas, a okolone gęstymi rzęsami oczy pod lśniącymi czarnymi brwiami ujawniały 
tyle, co lustro. Mogłabym się w nich przejrzeć, ale nie byłam w stanie domyślić się ich 

wyrazu.

- Hm - mruknęłam. - Wiesz co? Nieważne. Jeśli nie masz ochoty o tym mówić, to 

nie musisz...

- Nie, wszystko w porządku.

- Byłam tylko ciekawa, to wszystko. Ale jeśli to zbyt osobiste...
- To nie jest zbyt osobiste. - Doszliśmy do domu. Oparł rower o ścianę garażu. - 

Wiesz, ten dom nie zawsze był domem rodzinnym - odezwał się, stojąc w cieniu.

A ja na to:

- Ojej, naprawdę? - Udałam, że słyszę o tym po raz pierwszy.
- Tak. Kiedyś był tu hotel. No, może bardziej zajazd niż hotel.

- A ty zatrzymałeś się tam, jako gość? - zapytałam wesoło.
- Tak. - Wyszedł spod daszka nad garażem, ale nie patrzył w moją stronę. Zerkał na 

morze.

- I... - usiłowałam go skłonić do dalszych wynurzeń. - Coś się stało, kiedy tam byłeś?

background image

- Tak. - Teraz spojrzał na mnie. Patrzył bardzo długo, a potem powiedział: - To 

długa   historia,   a   ty   na   pewno   jesteś   nieźle   zmęczona.   Połóż   się   i   odpocznij.   Rano 

zdecydujemy, co zrobić z Heather.

To nie w porządku.

- Zaraz, zaraz, nigdzie nie pójdę, dopóki nie skończysz tej historii.
Pokręcił głową.

- Nie. Jest już późno. Opowiem ci innym razem.
- Ojej!  - Zachowywałam  się  jak  małe  dziecko,  które  mama  wysłała  wcześnie   do 

łóżka, ale miałam to gdzieś. - Nie możesz tak po prostu zacząć jakiejś historii i jej nie 
dokończyć. Musisz...

Jesse otwarcie sobie ze mnie żartował.
- Idź się położyć, Susannah. - Podszedł do mnie i popchnął delikatnie w stronę 

schodów. - Dość przerażających przeżyć jak na jedną noc.

- Ale ty...

- Kiedy indziej - powtórzył. Stałam na najniższym stopniu ganku, patrząc na jego 

roześmianą twarz.

- Przyrzekasz?
Jego zęby błysnęły bielą w świetle księżyca.

- Przyrzekam. Dobranoc, querida.
Mówiłam ci - burknęłam, wchodząc po schodach - żebyś mnie tak nie nazywał.

Była prawie trzecia nad ranem i stać mnie było jedynie na symboliczne oburzenie. 

Nadal   funkcjonowałam   według   czasu   nowojorskiego,   to   jest   z   trzygodzinnym 

wyprzedzeniem. Ciężko wstać rano do szkoły, nawet jeśli spało się pełne osiem godzin. Jak 
to będzie po czterech godzinach?

Wślizgnęłam się do domu najciszej, jak się dało. Na szczęście wszyscy, z wyjątkiem 

psa, spali jak zabici. Maks, rozwalony na kanapie, popatrzył na mnie i pomachał przyjaźnie 

ogonem. Czujne zwierzątko. Do tego moja mama nie życzy sobie, żeby sypiał na bielutkiej 
kanapie.  Nie   miałam   jednak   zamiaru   zrobić   sobie   z   Maksa   wroga,   spędzając   go.   Jeśli 

przymrużenie  oka   na  fakt,   że  wyleguje   się  na  kanapie,  mogło  powstrzymać  go  od  po-
stawienia wszystkich na nogi, to warto było zapłacić tę cenę.

Powlokłam   się   na   górę,   zastanawiając   się,   co   zrobić   z   Heather.   Wiedziałam,   że 

muszę wstać wcześnie rano, zadzwonić do szkoły i uprzedzić ojca Dominika, żeby znalazł 

Bryce'a, jak tylko ten przekroczy bramę szkoły, i odesłał go pod byle pretekstem do domu. 
Nawet   jeśli   tam   pretekstem   miałyby   być   wszy.   Trzeba   za   wszelką   cenę   przeszkodzić 

background image

Heather w osiągnięciu celu.

Jednak perspektywa wstania tak wcześnie rano nawet po to, żeby uratować życie 

chłopakowi,  z którym umówiłam  się na sobotę, nie wydawała  mi się zbyt pociągająca. 
Teraz,   kiedy   spadł   poziom   adrenaliny,   uświadomiłam   sobie,   że   jestem   potwornie 

zmęczona. Ledwie trzymając się na nogach, poszłam do łazienki i przebrałam w piżamę. 
Byłam pewna, że Jesse mnie nie szpieguje, ale nie powiedział mi, w jaki sposób umarł, 

więc nie chciałam ryzykować. Mogli go powiesić za podglądanie, co chyba zdarzało się od 
czasu do czasu sto pięćdziesiąt lat temu. Dopiero zmieniając opatrunek na skaleczonym 

nadgarstku, przyjrzałam się szmatce, której użył Jesse.

To była chusteczka. W tamtych czasach wszyscy takie nosili, bo nie było chusteczek 

higienicznych. Ceniono je sobie, wyszywano na nich inicjały, tak, żeby nie zgubiły się w 
praniu.

Chusteczka Jessego nie miała jego inicjałów, co stwierdziłam, kiedy wypłukałam ją 

starannie i wyżęłam nad umywalką. Był to duży kwadratowy kawałek białego płótna, no, 

teraz właściwie różowego, obszyty delikatną koronką. Trochę za bardzo kobieca jak dla 
mężczyzny.   Zaczęłabym   się   być   może   zastanawiać   nad   orientacją   seksualną   Jessego, 

gdybym nie zauważyła inicjałów w rogu. Duże ozdobne litery MDS wyszyto drobniutkim 
ściegiem, białą nitką na białym tle. MDS. Ani śladu J..

Dziwne. Bardzo dziwne.
Powiesiłam chusteczkę, żeby wyschła. Nie musiałam się martwić, że ktoś ją zobaczy. 

Po   pierwsze,   poza   mną   nikt   nie   korzystał   z   tej   łazienki,   nikt   inny   nie   mógłby   jej   też 
zobaczyć, tak samo jak Jessego. Jutro będzie tam, gdzie ją zostawiłam. Może zażądam od 

Jessego, zanim mu ją oddam, aby mi wyjaśnił, co oznacza MDS.

W   momencie,   gdy   zasypiałam,   uświadomiłam   sobie,   że   MDS   musi   oznaczać 

dziewczynę.   Stąd   ta   koronka.   I   ozdobny   krój   liter.   Czyżby   Jesse   nie   zginął   w   wyniku 
strzelaniny, jak sądziłam, tylko podczas kłótni kochanków?

Nie wiem, dlaczego to przypuszczenie tak bardzo wytrąciło mnie z równowagi, ale 

tak właśnie było. Nie mogłam zasnąć przez całe trzy minuty. Potem przewróciłam się na 

bok, zatęskniłam przez chwilę za starym łóżkiem i zapadłam w sen.

background image

13

Zasnęłam z niezłomnym zamiarem, żeby obudzić się wcześnie, zadzwonić do ojca 

Dominika i ostrzec go przed Heather. Zamiary są jednak tyle warte, co ludzie, którzy je 
mają. Ja chyba nie jestem wiele warta, bo obudziłam się dopiero wtedy, gdy mama zaczęła 

mną   energicznie   potrząsać.   Dochodziła   siódma   trzydzieści   i   samochód   odjeżdżał   beze 
mnie.

Tak się, w każdym razie, chłopcom wydawało. Śpiący jednak stwierdził, że zgubił 

kluczyki od ramblera, zdołałam więc zwlec się z łóżka i jakoś ubrać. Nie mam pojęcia, co 

na siebie włożyłam. Zeszłam po schodach chwiejnym krokiem, czując się tak, jakby ktoś 
grzmotnął   mnie   kilka   razy   w   głowę   workiem   pełnym   kamieni.   Akurat   wtedy   Profesor 

opowiadał wszystkim, że siostra Ernestyna zagroziła mu powtarzaniem klasy, jeśli jeszcze 
raz spóźni się na apel przed lekcjami.

Wówczas dopiero przypomniałam sobie, że klucze do ramblera nadal spoczywają w 

kieszeni mojej skórzanej kurtki, bo tam zostawiłam je poprzedniego wieczoru.

Cofnęłam się chyłkiem po schodach i udałam, że znalazłam kluczyki na półpiętrze. 

Nastąpił wybuch radości, ale Śpiący marudził, że zostawił je na haczyku w kuchni i nie 

mógł zrozumieć, jakim cudem trafiły na schody. Przyćmiony stwierdził: „To pewnie ten 
duch Dawida” i uśmiechnął się drwiąco do Profesora, który się zmieszał.

A potem wszyscy władowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy.
Spóźniliśmy się, oczywiście. Apel w Szkole Misyjnej imienia Junipero Serry zaczyna 

się punktualnie o ósmej. Dotarliśmy na miejsce jakieś dwie minuty po. Podczas apelu każą 
nam stać na dziedzińcu,  chłopcy osobno, dziewczęta  osobno, jakbyśmy byli kwakrami. 

Sprawdzają obecność, czytają ogłoszenia i tak dalej. Trwa to jakieś piętnaście minut.

Zamierzałam   pobiec   wprost   do   gabinetu   ojca   Dominika,   ale   siostra   Ernestyna 

zauważyła, jak się przekradamy i śledziła nas złym wzrokiem, dopóki nie stanęliśmy w 
odpowiednich rzędach. Nie obchodziło mnie specjalnie, co siostra Ernestyna notuje na 

mój temat w swoim małym czarnym notesiku, ale zorientowałam się, że bardzo trudno 
będzie przedostać się do gabinetu dyrektora, ze względu na żółtą taśmę rozpiętą między 

kolumienkami wokół dziedzińca, no i, naturalnie, gliniarzy.

Jak się łatwo domyślić, księża i zakonnice wstali rano na poranną mszę i ujrzeli 

posąg   założyciela   szkoły   bez   głowy,   fontannę,   w   której   prawie   nie   było   wody   oraz 
przewróconą i połamaną ławkę, jak również rozwalone drzwi do klasy pana Waldena.

Nic więc dziwnego, że wpadli w panikę i wezwali gliny. Ludzie w mundurach kręcili 

background image

się po całej szkole, zdejmując odciski palców i mierząc różne rzeczy, na przykład odległość, 
jaką   pokonała,   lecąc   w   powietrzu,   głowa   Junipero   Serry,   oraz   prędkość,   jaką   musiała 

osiągnąć, żeby wybić tyle dziur w grubych na siedem centymetrów drzwiach. Jakiś gość w 
granatowej   wiatrówce,   z   literami   CBTSPD   -   policja   miasta   Carmel?   -   na   plecach, 

konferował   z   ojcem   Dominikiem,   który   wyglądał   na   wykończonego.   Nie   mogłam 
podchwycić jego spojrzenia i uznałam, że będę musiała poczekać do końca apelu, żeby 

wymknąć się do jego gabinetu i za wszystko przeprosić.

Na   apelu   siostra   Ernestyna,   zastępczyni   dyrektora,   oznajmiła   nam,   że   to   akt 

wandalizmu.   Wandale  włamali   się  przez   klasę   pana   Waldena   i  dokonali   spustoszeń   w 
szkole. Całe  szczęście,  powiedziała,  że taca  i masywny złoty kielich  na mszalne wino i 

hostie nie zostały ukradzione, ale nadal znajdują się w szafeczce za ołtarzem. Wandale 
brutalnie   pozbawili   głowy   pomnik   założyciela   szkoły,   ale   nie   ruszyli   rzeczy   naprawdę 

wartościowych.   Wezwano   nas,   żebyśmy   natychmiast   wystąpili   do   przodu,   jeśli   wiemy 
cokolwiek na temat tego straszliwego wypadku. Oraz że jeśli czulibyśmy się niepewnie, 

występując   jawnie,   to   możemy   to   zrobić   anonimowo.   Wielebny   Constantine   będzie 
spowiadał przez całe przedpołudnie.

Mój Boże! To nie moja wina, że Heather odbiło. W każdym razie, nie do końca. Jeśli 

ktoś powinien się spowiadać, to właśnie ona.

Stanęłam w szeregu za Cee Cee, która nie była w stanie ukryć zachwytu nad tym, co 

się stało. Niemal dało się przeczytać nagłówek, który właśnie rodził się w jej głowie: „Ojciec 

Serra traci głowę dla wandali”. Wyciągałam szyję, zerkając w stronę starszych klas, żeby 
sprawdzić, czy jest tam Bryce. Nie zauważyłam go. Może ojciec Dominik dotarł już do 

niego i odesłał do domu. Widocznie zorientował się, że bałagan na dziedzińcu to wynik 
działalności   istot  nie  z   tego  świata   i  postąpił,   jak   nakazuje   przezorność.  Miałam   tylko 

nadzieję, ze względu na Bryce'a, że ojciec Dominik nie zaaplikował mu wszy.

Dobrze, przyznaję, że ze względu na siebie. Bardzo pragnęłam tej randki w sobotę i 

nie chciałam, żeby została odwołana z powodu wszy. Czy to zbrodnia? Żadna dziewczyna 
nie może poświęcać całego czasu na walkę z zaburzeniami parapsychicznymi. Potrzebuje 

także odrobiny romantyzmu.

Kiedy tylko apel się skończył, a ja próbowałam zerwać się z godziny wychowawczej i 

prysnąć do gabinetu ojca Dominika, zatrzymała mnie siostra Ernestyna.

- Przepraszam, panno Simon - powiedziała, gdy właśnie usiłowałam zanurkować 

pod żółtą taśmą. - Być może w Nowym Jorku nie zwraca się uwagi na ostrzeżenia policji, 
ale tutaj, w Kalifornii, uważamy takie zachowanie za wysoce niewskazane.

background image

Wyprostowałam się. Niemal mi się udało. Pomyślałam sobie różne nieprzyjemne 

rzeczy o siostrze Ernestynie, ale zdobyłam się, z trudem, na w miarę uprzejme:

- Och, siostro, tak mi przykro. Widzi siostra, ja muszę dostać się do gabinetu ojca 

Dominika.

-   Ojciec   Dominik   -   odparła   siostra   Ernestyna   lodowato   -   jest   dzisiaj   ogromnie 

zajęty. Rozmawia właśnie z policją na temat nieszczęsnych wypadków dzisiejszej nocy. 

Będzie miał czas dla interesantów najwcześniej po lunchu.

Wiem, że to raczej niewłaściwe wyobrażać sobie, jak się powala zakonnicę ciosem 

karate, ale nic nie mogłam na to poradzić. Doprowadzała mnie do szału.

- Proszę posłuchać, siostro, ojciec Dominik prosił, abym zgłosiła się do niego dziś 

rano. Przyniosłam pewne, hm, dokumenty ze starej szkoły, które dyrektor chciał zobaczyć. 
Musiałam sprowadzić je FedEksem z Nowego Jorku, właśnie dotarły, więc...

Myślałam,   że   z   tymi   dokumentami   i   FedEksem   to   dobre   zagranie   i   dowód 

przytomności umysłu, ale siostra Ernestyna wyciągnęła rękę, mówiąc:

- Daj mi je, a z największą chęcią zaniosę je ojcu Dominikowi. Cholera!
- Eee - mruknęłam, przechodząc na pozycje obronne - nieważne. No, to chyba... 

chyba pójdę do niego po lunchu.

Siostra Ernestyna posłała mi spojrzenie mówiące: „Aha, właśnie, tak myślałam”, a 

następnie skierowała uwagę na jakieś niewinne dziecię, które popełniło błąd, pojawiając 
się w szkole w levisach, co stanowiło jaskrawe pogwałcenie obowiązujących w szkole reguł 

dotyczących stroju.

- To są moje jedyne czyste spodnie! - zawyło dziecię, ale to nie wzruszyło siostry 

Ernestyny. Stała jak skała, nadal blokując przejście do gabinetu dyrektora i notując coś w 
czarnym notesiku.

Nie   miałam   wyboru,   musiałam   iść   na   lekcję.   Poza   tym,   co   takiego   mogłabym 

powiedzieć ojcu Dominikowi, czego sam nie wie? Z całą pewnością zdaje sobie sprawę, że 

to Heather zdewastowała pół szkoły, ja natomiast rozbiłam okno w klasie pana Waldena. 
Prawdopodobnie   nie   był   zachwycony   rezultatami   moich   starań,   więc   po   co   mu   się 

narzucać? Powinnam raczej schodzić mu z drogi.

Pozostawało jednak pytanie... co z Heather?

Sądzę, że nadal dochodziła do siebie po wybuchu wściekłości poprzedniej nocy. W 

drodze na lekcję nie zauważyłam nigdzie śladu jej obecności i to mnie ucieszyło. Ojciec 

Dom   i   ja   zyskaliśmy   trochę   czasu,   żeby   wymyślić   jakiś   plan   działania,   zanim   uderzy 
ponownie.

background image

Na   lekcji   usiłowałam   przekonać   samą   siebie,   że   wszystko   będzie   dobrze.   Nie 

mogłam jednak pozbyć się wyrzutów sumienia w stosunku do pana Waldena. Zniszczenie 

drzwi   do   klasy   zniósł   dość   dobrze.   Nie   wydawało   się   również,   żeby   martwił   się   jakoś 
strasznie z powodu wybitego okna. Cała szkoła, naturalnie, huczała od plotek na ten temat. 

Byli   tacy,   którzy   twierdzili,   że   pozbawienie   Junipero   Serry   głowy   to   zwykły   kawał 
najstarszego rocznika. Kiedyś, jak opowiedziała mi Cee Cee, najstarsi uczniowie obwiązali 

dzwony poduszkami, więc kiedy zaczęto w nie bić, rozległy się jedynie stłumione pacnięcia. 
Teraz, zdaje się, podejrzewano, że to coś podobnego.

Gdyby   znali   prawdę.   Krzesło   Heather   obok   Kelly   Prescott   nadal   pozostawało 

znacząco   puste,   a   jej   szafka  ciągle  nie   dawała   się  otworzyć   w  związku   z   wypaczeniem 

drzwiczek, do którego doszło, kiedy ją na nie pchnęłam.

Ironia losu sprawiła, że kiedy przypomniałam sobie to wydarzenie, Kelly Prescott 

podniosła rękę i zapytała pana Waldena, czyjego zdaniem to sprawiedliwe, że w związku z 
decyzją wielebnego Constantine'a msza żałobna w intencji Heather się nie odbędzie.

Pan Walden oparł się na krześle i położył obie nogi na biurku.
- Nie patrz na mnie - powiedział. - Ja tutaj tylko pracuję.

- No, tak - mruknęła Kelly. - Czy nie uważacie, że to niesprawiedliwe? - zwróciła się 

do   całej   klasy.   Jej   obramowane   tuszem   oczy   wyrażały   prośbę.   -   Heather   Chambers 

chodziła tutaj przez dziesięć lat. To niewybaczalne, że jej pamięć nie zostanie uczczona w 
jej szkole. A, prawdę mówiąc, uważam, że to, co stało się wczoraj, to był znak.

Pan Walden wydawał się ogromnie rozbawiony.
- Znak, Kelly?

- Tak jest. Wierzę, że wypadki ostatniej nocy oraz to, co spotkało Bryce'a - łączy się 

ze sobą. Nie sądzę, że posąg ojca Serry został zbezczeszczony  przez wandali,  ale przez 

anioły. Anioły, które mają za złe to, iż wielebny Constantine nie pozwala rodzicom Heather 
na urządzenie jej tutaj pogrzebu.

W klasie rozległ się szmer. Patrzono z niepokojem na krzesło Heather. Normalnie 

niechętnie wypowiadam się w szkole publicznie, ale tego nie mogłam puścić mimo uszu. 

Odezwałam się więc:

- Chcesz zatem powiedzieć,  Kelly,  że twoim zdaniem, to anioł wybił  to okno za 

moimi plecami?

Kelly musiała odwrócić się na krześle, żeby na mnie spojrzeć.

- Cóż - powiedziała. - To mogło...
- Dobrze. Myślisz, że to anioły wyważyły drzwi do klasy, odcięły głowę posągu i 

background image

nabałaganiły na dziedzińcu?

Kelly wysunęła wyzywająco brodę.

- Tak. Zgadza się. Anioły, które rozgniewały się na wielebnego Constantine'a za to, 

że nie pozwolił nam wyprawić mszy żałobnej za duszę Heather.

Pokręciłam głową.
- Bzdura - oznajmiłam. Kelly uniosła brwi.

- Przepraszam?
- Powiedziałam, że to bzdura, Kelly. Sądzę, że twoja teoria jest bzdurna.

Twarz   Kelly   przybrała   interesujący   odcień   czerwieni.   Podejrzewam,   że   zaczęła 

żałować, że zadała to pytanie.

- Nie wiesz, czy to nie były anioły, Suze - odezwała się szorstko.
- Otóż przypadkiem wiem. Ponieważ, o ile mi wiadomo, anioły nie krwawią, a tutaj 

wszędzie  na  wykładzinie  znaleziono  krew  wandala,  który   zranił  się  podczas  włamania. 
Dlatego policja wycięła kawałki chodników i zabrała je do laboratorium.

Nie   tylko   Kelly   sapnęła   ze   zdumienia.   Wszystkich   to   zaskoczyło.   Zapewne   nie 

należało wspominać o krwi, zwłaszcza że była moja, ale mój Boże, nie mogłam pozwolić, 

żeby   bajdurzyła   o   tych   aniołach.   Anioły,   cholera   jasna.   Co   jej   się   roi?   Myśli,   że   to 
Autostrada do nieba ?

- W porządku - powiedział  pan Walden. - Tym miłym akcentem zakończymy tę 

dyskusję. Pora na lekcję. Susannah, czy możesz zostać chwilę?

Cee Cee odwróciła się do mnie, unosząc do góry białe brwi.
- No, to masz przechlapane, bidulo - syknęła.

Nie wie nawet, do jakiego stopnia ma rację. Wystarczyło spojrzeć na bandaż na 

moim   nadgarstku,   aby   się   domyślić,   że   o   pochodzeniu   tej   krwi   mam   wiadomości   z 

„pierwszej ręki”.

Z drugiej strony, nie było powodu, żeby mnie podejrzewać, prawda?

Z duszą na ramieniu podeszłam do biurka pana Waldena. On zamierza cię wydać, 

myślałam rozpaczliwie. Ale się wkopałaś, Simon.

Ale pan Walden pragnął jedynie pochwalić mnie za przypisy w wypracowaniu o 

bitwie pod Bladensburgiem, które rzuciły mu się w oczy, gdy oddawałam pracę.

- Eee. To naprawdę nic takiego, proszę pana.
-   Tak,   ale   przypisy...   -   westchnął.   -   Nie   widziałem   właściwie   opracowanych 

przypisów od czasów, gdy uczyłem w college'u. Wykonałaś dobrą robotę.

Wymamrotałam skromne „dziękuję”. Nie chciałam wdawać się w wyjaśnienia, że 

background image

moja   rozległa   wiedza   na   temat   bitwy   pod   Bladensburgiem   wzięła   się   stąd,   że   kiedyś 
pomogłam weteranowi tej bitwy naprowadzić jego następców na zakopaną w ziemi torbę z 

pieniędzmi,   którą   zgubił   w   ogniu   walki.   Przedziwne,   jakie   rzeczy   nie   dają   ludziom 
spokojnie żyć... czy też raczej zaznać spokoju po śmierci.

Już   miałam   powiedzieć   panu   Waldenowi,   że   w   normalnej   sytuacji   wolałabym 

posiedzieć z nim i porozmawiać na temat słynnych amerykańskich bitew, ale teraz muszę 

koniecznie pójść sprawdzić, czy siostra Ernestyna nadal pilnuje przejścia do gabinetu ojca 
Dominika, kiedy słowa pana Waldena sprawiły, że znieruchomiałam:

-   Dziwnie   się   złożyło,   że   Kelly   akurat   teraz   wspomniała   Heather   Chambers, 

Susannah.

Spojrzałam na niego z niepokojem.
- Ach tak? Dlaczego?

- Cóż,  nie wiem,  czy  to do ciebie  dotarło,  ale Heather  była  wiceprzewodniczącą 

przedostatnich klas. Teraz, kiedy odeszła, zbieraliśmy głosy na nowego wice. Myśl sobie, 

co chcesz, ale nominowano ciebie. Dostałaś dwanaście głosów.

Oczy zaokrągliły mi się jak spodki. Zapomniałam kompletnie o tym, że chciałam się 

zobaczyć z ojcem Dominikiem.

- Dwanaście głosów?

- Tak, wiem, to niezwykłe, prawda? To mi się nie mieściło w głowie.
- Byłam przecież w szkole tylko jeden dzień!

- Owszem, ale wywarłaś duże wrażenie. Osobiście nie sądzę, żebyś narobiła sobie 

wczoraj wrogów, grożąc, że połamiesz palce Debbie Mancuso. Nie należy do najbardziej 

lubianych dziewcząt w klasie.

Otworzyłam oczy jeszcze szerzej. A więc pan Walden usłyszał jednak moją cichą 

groźbę. Ten fakt w połączeniu z tym, iż nie ukarał mnie za to kozą, wzbudził we mnie 
szacunek, jakiego dotąd nie czułam w stosunku do żadnego nauczyciela.

-   Och,   to,   że   odepchnęłaś   Bryce'a   Martinsona   w   momencie,   gdy   kawał   drewna 

spadał mu na głowę, też ci raczej nie zaszkodziło - dodał.

- O rany - jęknęłam. Chyba nie muszę wyjaśniać, że w starej szkole nie zdarzyło mi 

się wygrać żadnego konkursu na popularność. Nie starałam się nigdy o miejsce w drużynie 

cheerliderek czy zwycięstwo w wyborach królowej balu. Pomijając fakt, że w dawnej szkole 
zajęcie   cheerliderki   uważano   za   idiotyczną   stratę   czasu,   a   na   Brooklynie   określenie 

„królowa” niekoniecznie jest komplementem. Zresztą i tak nigdy bym się nie dostała do 
drużyny. Nigdzie też, absolutnie nigdzie, nie nominowano mnie dotąd do czegokolwiek.

background image

Za bardzo mi to pochlebiło, żeby pójść za pierwszym odruchem i bąknąć: „Dziękuję, 

bardzo dziękuję” i uciec.

- A co - zapytałam zamiast tego - robi wiceprzewodniczący?
Pan Walden wzruszył ramionami.

- Głównie pomaga przewodniczącemu ustalić, na co wydać budżet klasowy. Nie jest 

tego dużo, trochę ponad trzy tysiące dolarów. Kelly i Heather miały zamiar zorganizować 

wieczór taneczny w Carmel Inn, ale...

-  Trzy  tysiące   dolarów?   -  Szczęka   prawdopodobnie  opadła  mi  do  kolan,   ale  nie 

przejęłam się tym.

- Tak, wiem, że to niedużo...

- I możemy je wydać, jak nam się podoba? - Kręciło mi się w głowie. - Jak byśmy 

chcieli,” na przykład, urządzić jakieś imprezy połączone z gotowaniem na plaży, to nie 

byłoby problemu?

Pan Walden spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

-   Oczywiście.   Chociaż   reszta   klasy   musi   wyrazić   zgodę.   Mam   wrażenie,   że 

administracja może zaproponować zużycie pieniędzy na naprawę posągu ojca Serry, ale...

Cokolwiek  pan Walden chciał  powiedzieć, nie dane mu było skończyć.  Do klasy 

wpadła Cee Cee. Za przyciemnionymi szkłami okularów widać było jej szeroko otwarte z 

przerażenia oczy.

- Chodź szybko! - wrzasnęła. - Był wypadek! Ojciec Dominik i Bryce Martinson...

Odwróciłam się natychmiast.
- Co? - zapytałam ostrzej, niż zamierzałam. - Co z nimi?

- Chyba nie żyją!

background image

14

Biegłam tak szybko, że później siostra Mary Claire, trenerka lekkoatletyki, pytała 

mnie, czy nie chciałabym starać się o przyjęcie do drużyny.

Cee Cee pomyliła się jednak co do trzech rzeczy. Ojciec Dominik nie zginął. Bryce 

również nie.

No i w całym wydarzeniu nie było cienia przypadku.

Z tego, co dotarło do wiadomości publicznej, rzecz miała się następująco: Bryce z 

jakiegoś   powodu,   nikt   nie   wiedział   z   jakiego,   wszedł   do   gabinetu   dyrektora.   Może   po 

przepustkę w związku z tym, że się spóźnił, ponieważ nie było go na apelu. Bryce stał przed 
biurkiem   sekretarki   pod   ogromnym   krucyfiksem,   o   którym   Adam   mówił,   że   spłynie 

krwawymi łzami, jeśli jakaś dziewica ukończy Szkołę Misyjną (sekretarki akurat nie było 
na miejscu; podawała  kawę policjantom,  którzy  nadal  kręcili  się po dziedzińcu),  kiedy 

ogromny   krzyż   zsunął   się   nagle   ze   ściany.   Ojciec   Dominik   otworzył   właśnie   drzwi   i 
zobaczył zsuwający się krzyż, który z pewnością rozbiłby Bryce'owi czaszkę, gdyby ojciec 

Dominik nie zdążył go odsunąć. Skończyło się na złamaniu kości obojczyka.

Na nieszczęście ojciec Dominik przyjął na siebie ciężar spadającego krzyża, który 

przycisnął go do podłogi, łamiąc mu większość żeber oraz nogę.

Pan Walden z gromadką sióstr próbował zagnać nas do klas z dziedzińca, gdzie 

staliśmy tłumnie, czekając, aż ojciec Dominik i Bryce wyłonią się z gabinetu dyrektora. 
Kilka osób odeszło, kiedy siostra Ernestyna zagroziła wszystkim zostaniem po lekcjach, ale 

nie ja. Musiałam się upewnić, czy nic im się nie stało. Siostra Ernestyna rzuciła coś na ten 
temat,   że   panna   Simon   nie   zdaje   sobie   sprawy,   jak   nieprzyjemne   bywa   zostanie   po 

lekcjach   w   Szkole   Misyjnej.   Zapewniłam   siostrę   Ernestynę,   że   jeśli   ma   na   myśli   karę 
fizyczną,   to   wezwę   mamę,   dziennikarkę   lokalnej   telewizji,   która   zjawi   się   w   szkole   z 

kamerami szybciej, niż trwa zmówienie jednego Zdrowaś Mario.

To jej zamknęło buzię.

Wkrótce potem zauważyłam Profesora, który przecisnął się do mnie.
- Co ty tu robisz? - zapytałam,  spoglądając na niego z góry. Małe dzieci zwykle 

przebywają w innej części budynku.

- Chcę zobaczyć, czy nic mu nie jest. - Na bladej twarzy Profesora piegi rysowały się 

niezwykle wyraźnie.

- Wpakujesz się w kłopoty - ostrzegłam go. - Siostra Ernestyna z zapałem spisuje 

nazwiska.

background image

- Nie obchodzi mnie to - powiedział Profesor. - Muszę zobaczyć.
Wzruszyłam ramionami. Śmieszny dzieciak ten Profesor. W niczym nie przypomina 

swoich  starszych  braci,  a nie chodzi  wcale  o rude włosy.  Przypomniałam  sobie kpiącą 
uwagę Przyćmionego o kluczykach samochodowych i „duchu Dawida” i zastanowiłam się 

na   ile,  jeśli   w ogóle,  Profesor  orientuje   się,  co  kryje   się  za  ostatnimi   wydarzeniami   w 
szkole.

Trwało to, jak się wydawało, wieki, ale w końcu wyniesiono ich z gabinetu. Pierwszy 

ukazał się Bryce, jęczący na noszach jak, z przykrością stwierdzam, małe dziecko. Wiele 

razy miałam połamane i przemieszczone kości i wierzcie mi, to boli, ale nie aż tak, żeby 
leżeć i biadolić. Zwykle w takich wypadkach nawet nie zauważam, że coś mi się stało. Jak 

na przykład poprzedniej nocy. Kiedy naprawdę boli, jestem w stanie tylko się śmiać, po-
nieważ ból jest taki silny, że to aż śmieszne.

Dobra, przyznaję, że Bryce stracił w moich oczach, kiedy zobaczyłam, że zachowuje 

się jak mazgaj...

A   zwłaszcza   kiedy   ujrzałam   ojca   Doma,   którego   sanitariusze   wynieśli   w   drugiej 

kolejności. Był nieprzytomny, potargany, nad jego prawym okiem widniała poszarpana, 

częściowo   przykryta   gazą,   rana.   Nie   jadłam   śniadania   i   teraz   widok   biednego   ojca 
Dominika  z   zamkniętymi   oczami,   bez   okularów,   sprawił,   że   trochę   zakręciło   mi   się   w 

głowie.

Musiałam faktycznie się zachwiać i pewnie przewróciłabym się, gdyby Profesor nie 

złapał mnie za rękę, mówiąc poufnym tonem:

- Wiem. Widok krwi też na mnie źle działa.

Ale to nie od widoku krwi ojca Dominika, sączącej się przez bandaże, zrobiło mi się 

słabo.   Uświadomiłam   sobie,   że   zawiodłam.   Zawiodłam   na   całej   linii.   Ślepy   przypadek 

sprawił, że Heather nie zdołała ich zabić. Żyli dzięki szybkiemu refleksowi ojca Dorna. Nie 
dzięki mnie. Ja nie miałam z tym nic wspólnego.

Gdybym poradziła sobie lepiej poprzedniej nocy, w ogóle by do tego nie doszło. W 

żaden sposób.

Poczułam wściekłość. Zimną wściekłość.
Zrozumiałam nagle, co należy zrobić.

-   Czy   w   szkole   jest   komputer?   -   zwróciłam   się   do   Profesora.   -   Z   dostępem   do 

Internetu?

- Pewnie - odparł zaskoczony Profesor. - W bibliotece. Dlaczego?
Puściłam jego rękę.

background image

- Nieważne. Wracaj na lekcję.
- Suze...

- Każdy, kto w ciągu minuty nie wróci do klasy - oświadczyła siostra Ernestyna 

stanowczo - zostanie zawieszony, aż do odwołania!

Profesor pociągnął mnie za rękaw.
- Co się dzieje? - nie ustępował. - Do czego potrzebny ci komputer?

- Nic - powiedziałam. Za bramą z kutego żelaza, wiodącą na parking, sanitariusze 

właśnie zatrzasnęli drzwi karetki. W chwilę później odjechali z wyciem syren, w blasku 

migających   świateł.   -   Tylko...   to   jest   coś,   czego   byś   nie   zrozumiał,   Dawidzie.   To   nic 
naukowego.

Profesor wyglądał na mocno urażonego.
-   Rozumiem   mnóstwo   rzeczy,   które   nie   należą   do   świata   nauki.   Na   przykład 

muzykę. Sam nauczyłem się grać Szopena na keyboardzie.  To nie jest nic naukowego. 
Przyjemność   obcowania   z   muzyką   czy   sztuką   w   ogóle   to   kwestia   emocji.   Rozumiem 

muzykę i sztukę. Więc nie krępuj się, Suze - ciągnął - możesz mi powiedzieć. Czy to ma coś 
wspólnego z... tym, o czym mówiliśmy wczoraj wieczorem?

Odwróciłam się, patrząc na niego ze zdumieniem.
- To logiczna konkluzja. - Wzruszył ramionami. - Dokonałem pobieżnych oględzin 

posągu. Pobieżnych, gdyż nie zdołałem podejść dostatecznie blisko ze względu na taśmę i 
zespół prowadzący śledztwo. Nie doszukałem się śladów piły czy innych wskazówek, w jaki 

sposób odcięto głowę. Brązu nie da się ciąć równie czysto bez użycia ciężkich maszyn, ale 
takie urządzenia nigdy by się nie zmieściły...

- Panie Ackerman! - Ton siostry Ernestyny nie był bynajmniej żartobliwy. - Czy chce 

pan, abym pana zapisała?

- Nie - bąknął poirytowany Dawid.
- Nie, co?

-   Nie,   siostro.   -   Spojrzał   na   mnie   przepraszająco.   -   Chyba   muszę   już   iść.   Ale 

porozmawiamy o tym wieczorem w domu, dobrze? Znalazłem coś o... wiesz, o tym, o co 

prosiłaś. Pamiętasz? - Popatrzył na mnie znacząco. - O domu.

- Och. Świetnie.

- Panie Ackerman?
Dawid odwrócił się do zakonnicy.

- Proszę chwilę poczekać, dobrze, siostro? Właśnie próbuję z kimś porozmawiać.
Cała krew odpłynęła z twarzy tej niemłodej już kobiety. To było niesamowite.

background image

Zareagowała tak dziecinnie, jakby to ona miała dwanaście lat, a nie mój brat.
- Chodź ze mną, miody człowieku - syknęła, chwytając Dawida za ucho. - Widzę, że 

siostra przyrodnia nakarmiła cię jakimiś wielkomiejskimi pomysłami dotyczącymi tego, 
jak mały chłopiec ma się zwracać do starszych...

Dawid jęknął niczym zranione zwierzę, ale poszedł z zakonnicą zgarbiony z bólu. 

Przysięgam,   że   nic   bym   nie   zrobiła,   gdybym   nagle   nie   zauważyła   Heather   stojącej   w 

bramie i śmiejącej się do rozpuku.

-   O,   Boże   -   zawołała,   rżąc   ze   śmiechu.   -   Gdybyś   widziała   swoją   minę,   jak   się 

dowiedziałaś, że Bryce nie żyje! Przysięgam! To najśmieszniejsza rzecz, jaką widziałam! - 
Odrzuciła do tyłu długie włosy. - Wiesz co? Dzisiaj załatwię jeszcze paru ludzi w podobny 

sposób. Może zacznę od tego małego, tam...

Zrobiłam krok w jej stronę.

-   Tylko   dotknij   mojego   brata,   a   odeślę   cię   prosto   do   grobu,   z   którego   się 

wyczołgałaś.

Heather   parsknęła   śmiechem,   za   to   siostra   Ernestyna,   która,   jak   sobie   właśnie 

uświadomiłam,   wzięła   moje   słowa   do   siebie,   puściła   Dawida   tak   gwałtownie,   jakby 

dzieciak nagle stanął ' w płomieniach.

- Coś ty powiedziała?

Zakonnica spurpurowiała na twarzy. Za jej plecami Heather chichotała radośnie.
- No, teraz będziesz miała za swoje. Przez tydzień zostajesz po lekcjach!

W   tym   momencie   duch   zniknął,   a   ja   musiałam   radzić   sobie   z   bałaganem,   jaki 

zostawił.

Ku mojemu zdumieniu siostra Ernestyna była w stanie jedynie patrzeć na mnie 

szeroko otwartymi oczami. Dawid rozcierał ucho, wyraźnie oszołomiony.

-   Wrócimy   do   naszych   klas   -   wykrztusiłam.   -   Niepokoiliśmy   się   tylko   o   ojca 

Dominika i chcieliśmy go pożegnać. Dziękujemy, siostro.

Siostra   Ernestyna   nadal   gapiła   się   na   mnie.   Nie   wypowiedziała   ani   słowa.   Była 

kobietą pokaźnych rozmiarów, nie taką wysoką, jak ja na obcasach - dziś miałam na sobie 

czarne botki - ale dużo tęższą, z wyjątkowo pokaźnym biustem, na którym wisiał srebrny 
krzyż. Patrząc na mnie, odruchowo dotykała go palcami. Później Adam, który obserwował 

całą tę scenę, twierdził, że siostra Ernestyna trzymała krzyż, jakby miał ją przede mną 
obronić. To nieprawda. Dotykała krzyża, jakby nie była pewna, czy nadal tam jest. A był. 

Zdecydowanie był.

To chyba wtedy Profesor przestał być dla mnie Profesorem, a stał się Dawidem.

background image

- Nie martw się - powiedziałam, kiedy każde z nas miało pójść w swoją stronę. 

Wydawał   się   taki   przygnębiony   i   milutki   z   tymi   rudymi   włosami,   piegowatą   buzią   i 

odstającymi uszami. Zmierzwiłam mu lekko czuprynę. - Wszystko będzie dobrze.

Dawid podniósł głowę.

- Skąd wiesz? - zapytał. Cofnęłam rękę.
Ponieważ   prawda   była   taka,   że   oczywiście,   nie   wiedziałam,   czy   wszystko   będzie 

dobrze. Nie miałam o tym zielonego pojęcia.

background image

15

Tuż po lunchu złapałam Adama. Prawie całą lekcję spędziłam w bibliotece, gapiąc 

się w ekran komputera. Nic nie jadłam, ale prawdę mówiąc, w ogóle nie byłam głodna.

- Cześć - powiedziałam, siadając obok niego i zakładając nogę na nogę, tak że czarna 

spódnica podjechała odrobinę do góry. - Przyjechałeś dziś do szkoły samochodem?

Adam uderzył się w pierś. Zakrztusił się fritosem w momencie, kiedy się dosiadłam. 

Kiedy wreszcie udało mu się przełknąć, oznajmił dumnie:

-  Pewnie,   że  tak.   Odkąd   zrobiłem  prawo   jazdy,   jeżdżę   jak   stary.   Szkoda,   że   nie 

pojechałaś z nami wczoraj wieczorem, Suze. Było super. Wpadliśmy najpierw do Coffee 
Clutch, a potem przejechaliśmy się Seventeen Mile Drive. Przeżyłaś coś podobnego?

Rany, przy wczorajszym księżycu ocean był taki piękny...
- Czy zechciałbyś zabrać mnie gdzieś po szkole?

Adam zerwał  się z miejsca, płosząc dwie tłuste mewy, siedzące niedaleko ławki, 

którą dzielił z Cee Cee.

- Żartujesz? Powiedz tylko dokąd, Suze, a zabiorę cię tam. Vegas? Chcesz jechać do 

Vegas? Nie ma sprawy. No, wiesz, ja mam szesnaście lat, ty masz szesnaście lat. Możemy 

się   tam   pobrać   bez   problemu.   Rodzice   pozwolą   nam   mieszkać   razem   u   nas   w   domu, 
spokojna   głowa.   Nie   masz   nic   przeciwko   temu,   żeby   dzielić   ze   mną   pokój,   prawda? 

Przysięgam, że będę po sobie sprzątał...

- Adamie - wtrąciła się Cee Cee - nie świruj. Wątpię, żeby chciała za ciebie wyjść.

-   Nie   sądzę,   aby   to   był   dobry   pomysł   poślubić   kogoś,   zanim   rozwód   z   moim 

pierwszym   mężem   nie   zostanie   sfinalizowany   -   stwierdziłam   z   powagą.   -   Chciałabym 

pojechać do szpitala i zobaczyć się z Bryce'em.

Adam przygarbił się.

- Och - powiedział niewątpliwie bardzo rozczarowany. - Tylko tyle?
Zrozumiałam, że powiedziałam coś niewłaściwego. Nie mogłam tego odkręcić. Cee 

Cee pomogła mi, na szczęście, mówiąc z namysłem:

-   Wiecie,   historia   o   tym,   jak   Bryce   i   ojciec   Dominik   dzielnie   zmagają   się   ze 

słabością, dochodząc do zdrowia, nie byłaby złym materiałem na artykuł. Czy nie masz nic 
przeciwko temu, żebym się z wami zabrała?

- Ani trochę. - Kłamałam, oczywiście. Przy Cee Cee może być mi trudno zrobić to, co 

zamierzam, nie wdając się w zbędne wyjaśnienia...

A mam wybór? Żadnego.

background image

Kiedy   już   zapewniłam   sobie   transport,   zaczęłam   się   rozglądać   za   Przyćmionym. 

Znalazłam go opartego o ogrodzenie, pogrążonego w drzemce. Szturchnęłam go stopą. 

Kiedy łypnął na mnie zza okularów przeciwsłonecznych, powiedziałam, żeby nie czekał po 
szkole, bo wracam z kimś innym. Burknął coś i znów zasnął.

Potem odnalazłam automat telefoniczny. Dziwne, kiedy się nie zna numeru telefonu 

własnej mamy. Nadal pamiętam nasz numer brookliński, ale nie mam pojęcia, jaki jest 

nasz miejscowy telefon. Dobrze, że zapisałam go w notesie. Otworzyłam na S - jak Simon - 
i   był   tam.   Wybrałam   go.   Wiedziałam,   że   nikogo   nie   ma   w   domu,   ale   chciałam   się 

zabezpieczyć na wszystkich  frontach.  Powiedziałam  automatycznej  sekretarce,  że mogę 
wrócić   później,   ponieważ   po   szkole   wybieram   się   gdzieś   z   nowymi   przyjaciółmi. 

Wiedziałam, że mama będzie zachwycona, kiedy to usłyszy. Na Brooklynie martwiła się, że 
jestem aspołeczna. Powtarzała do znudzenia: „Suzie, jesteś taką ładną dziewczyną. Nie 

mogę zrozumieć, dlaczego żaden chłopak nigdy do ciebie nie dzwoni. Może gdybyś nie 
robiła wrażenia takiej... twardej. Co ty na to, żeby odstawić na trochę skórzaną kurtkę?”

Prawdopodobnie umarłaby z radości, gdyby znalazła się na parkingu przed szkołą 

po lekcjach i usłyszała Adama, kiedy podchodziłam do samochodu.

- Och, Cee Cee, oto i ona. - Adam otworzył przede mną drzwi samochodu, który 

okazał się przypadkiem nowym volkswagenem bugsem. Przypuszczam, że rodzice Adama 

nie narzekają specjalnie na brak pieniędzy.

-   Chodź,   Suze,   usiądź   z   przodu,   przy   mnie.   Zerknęłam   przez   okulary 

przeciwsłoneczne.   Poranna   mgła   zniknęła   jak   zwykle   bez   śladu   i   teraz,   o   trzeciej   po 
południu, słońce stało wysoko na doskonale czystym błękitnym niebie.

- Eee, nie, Cee Cee była pierwsza. Usiądę z tyłu. Nie ma problemu.
- W żadnym wypadku. - Adam stał obok samochodu, wciąż trzymając drzwi. - Jesteś 

nową dziewczyną. Nowa dziewczyna siada z przodu.

-   Taak   -   odezwała   się   Cee   Cee   z   czeluści   tylnego   siedzenia   -   dopóki   mu   nie 

oświadczysz, że nie pójdziesz z nim do łóżka. Wtedy ciebie także releguje na tyły.

Adam odezwał się głosem z Czarodzieja z krainy Oz:

-  Nie   zwracaj   uwagi   na   człowieka   za   kotarą.   Wślizgnęłam   się   więc   na   przednie 

siedzenie, a Adam delikatnie zamknął drzwi.

-   Mówisz   poważnie?   -   zapytałam   Cee   Cee,   odwracając   się,   podczas   gdy   Adam 

okrążał samochód, żeby usiąść za kierownicą.

Cee Cee wytrzeszczyła oczy.
- Czy naprawdę myślisz, że ktoś mógłby pójść z nim do łóżka? Przełknęłam to.

background image

- Rozumiem - powiedziałam. - A zatem, nie.
- Zgadza się - powiedziała Cee Cee w momencie, gdy Adam siadał za kierownicą.

- A więc - odezwał się, poruszając palcami w powietrzu przed włączeniem zapłonu. - 

Myślę,   że   cała   ta   sprawa   z   posągiem,   ojcem  Dominikiem   i   Bryce'em   zestresowała   nas 

wszystkich.   U   moich   rodziców   jest   sauna,   idealne   miejsce   na   odreagowanie   po   takich 
przeżyciach jak dzisiejsze, więc proponuję, żebyśmy najpierw udali się do mnie i trochę się 

odmoczyli...

- Coś ci powiem - przerwałam mu. - Dajmy sobie na razie spokój z sauną i jedźmy 

prosto do szpitala. Może później będzie trochę czasu...

- Tak. - Adam był wniebowzięty. - Bóg istnieje. Cee Cee na to, z tylnego siedzenia:

- Powiedziała „może”, baranie. Boże, spróbuj się opanować. Adam spojrzał na mnie 

przelotnie, wyjeżdżając z parkingu.

- Czy jestem zbyt nachalny?
- Hm - mruknęłam. - Może...

- Chodzi o to, że już strasznie dużo czasu minęło, odkąd pokazała się tutaj jakaś 

choćby   trochę   interesująca   dziewczyna.   -   Adam,   jak   zauważyłam   z   ulgą,   był   bardzo 

ostrożnym kierowcą. W przeciwieństwie  do Śpiącego, który, jak się wydaje,  uważał,  że 
znaki „stop” oznaczają w istocie „zwolnij”. - Wiesz, przez szesnaście lat otaczały mnie Kelly 

Prescotty i Debbie Mancusosy. To taka ulga, że dla odmiany pojawiła się Susannah Simon. 
Wbiłaś Kelly w podłogę dzisiaj rano uwagą: „Hm, czy anioły zostawiają krwawe plamy? 

Nie sądzę”.

Adam ciągnął w tym duchu przez resztę drogi do szpitala. Nie byłam pewna, jak Cee 

Cee to zniesie. O ile się nie mylę, ona czuje do niego to samo, co on najwyraźniej czuje do 
mnie. Nie sądzę jednak, żeby jego zauroczenie moją osobą było poważne. W przeciwnym 

razie nie żartowałby sobie w ten sposób. Uczucia Cee Cee wydawały mi się za to głębsze. 
Och, mogła się z nim drażnić, a nawet obrażać, ale parę razy spojrzałam w tylne lusterko i 

złapałam ją na tym, jak wpatruje się w tył jego głowy wzrokiem, który można by określić 
jedynie jako cielęcy.

Ale tylko wtedy, kiedy miała pewność, że on tego nie widzi. Kiedy Adam zatrzymał 

się przed szpitalem, pomyślałam, że przez pomyłkę zaparkował przed jakimś klubem albo 

prywatną rezydencją. W porządku, naprawdę wielką prywatną rezydencją ale cóż, trzeba 
obejrzeć niektóre takie miejsca w dolinie.

Po   chwili   spostrzegłam   dyskretną   tabliczkę   z   napisem   SZPITAL.   Wysiedliśmy   z 

samochodu   i   ruszyliśmy   przez   nienagannie   utrzymany   ogród   z   klombami   pełnymi 

background image

barwnych kwiatów. Dokoła uwijały się kolibry, zauważyłam też więcej tych palm, o których 
myślałam, że nie występują tak daleko na północ od równika.

W   informacji   zapytałam   o   pokój   Bryce'a   Martinsona.   Nie   byłam   pewna,   czy   go 

rzeczywiście przyjęto, ale wiedziałam z doświadczenia, niestety z pierwszej ręki, że każda 

ofiara wypadku z urazami głowy zostaje w szpitalu na obserwację, przynajmniej na jedną 
noc.   I  miałam   rację.  Bryce   i   ojciec   Dominik   znajdowali   się   w  szpitalu,   umieszczeni  w 

dwóch pokojach naprzeciwko siebie.

Nie byliśmy jedynymi odwiedzającymi. W pokoju Bryce'a panował tłok. Wydaje się, 

że nie było żadnych ograniczeń co do liczby gości, bo w pokoju Bryce'a na oko znajdowała 
się   większość   najstarszego   rocznika   Szkoły   Misyjnej.   Na   środku   słonecznego   wesołego 

pokoju, w którym na każdej płaskiej powierzchni stały wazony z kwiatami, leżał Bryce z 
zagipsowanym   ramieniem   i   prawą   ręką   na   wyciągu.   Wyglądał   dużo   lepiej   niż   rano, 

prawdopodobnie   dlatego,   że   naszpikowano   go   środkami   znieczulającymi.   Kiedy   ujrzał 
mnie w progu, jego twarz rozjaśnił niezbyt inteligentny uśmiech.

- Suze! - zawołał.
Wymówił to „su - u - z”, tak, jakby moje imię składało się z więcej niż jednej sylaby.

- Cześć, Bryce - bąknąłem, nagle onieśmielona. Wszyscy w pokoju odwrócili się, 

żeby zobaczyć, do kogo Bryce mówi. Przeważały dziewczyny. Zrobiły to, co robi większość 

dziewcząt - zlustrowały mnie od stóp do głów, a dziś rano nie wzięłam prysznica, ponieważ 
bardzo się śpieszyłam, więc moje włosy nie wyglądały szczególnie świeżo.

Potem uśmiechnęły się złośliwie.
Bryce oczywiście nie zwrócił na to uwagi. Ale tak było.

Mimo że nie obchodziło mnie, co banda dziewczyn, których nie znam i których 

prawdopodobnie   nie   będę   miała   okazji   więcej   spotkać,   myśli   na   mój   temat, 

zaczerwieniłam się.

- Hej, wszyscy - Bryce był trochę oszołomiony lekarstwami. - To jest Suze. Suze, to 

są wszyscy.

- Cześć, wszyscy.

-   Och,   to   ty   jesteś   tą   dziewczyną,   która   uratowała   mu   wczoraj   życie,   siostrą 

przyrodnią   Jake'a   -   odezwała   się   dziewczyna   w   białej,   idealnie   wyprasowanej   luźnej 

sukience, siedząca w nogach łóżka Bryce'a.

- Owszem, to ja.

W obecności tych wszystkich ludzi nie było sposobu, żebym zapytała Bryce'a o to, o 

co miałam go zapytać. Cee Cee zabrała Adama do pokoju ojca Dominika, żebym mogła 

background image

spędzić trochę czasu sam na sam z Bryce'em, ale zdaje się, na próżno. Nie miałam szansy 
na rozmowę z nim chociaż przez minutę. Chyba że...

Cóż, chyba że o to poproszę.
- Słuchajcie - powiedziałam. - Muszę porozmawiać z Bryce'em w cztery oczy. Czy 

macie coś przeciwko temu?

Dziewczyna na łóżku nie kryła zdumienia.

-   Więc   rozmawiaj.   Nikt   ci   nie   przeszkadza.   Spojrzałam   jej   prosto   w   oczy   i 

powtórzyłam swoim najbardziej stanowczym mediatorskim głosem:

- W cztery oczy.
Ktoś gwizdnął  przeciągle,  ale  nikt się nie poruszył. W każdym razie,  dopóki nie 

wtrącił się Bryce:

-   Hej,   ludzie.   Słyszeliście,   co   powiedziała.   Wyjdźcie.   Bogu   niech   będą   dzięki   za 

morfinę!

Seniorzy z ociąganiem opuścili pokój, rzucając mi złe spojrzenia. Bryce uniósł rękę 

podłączoną do kroplówki i zawołał:

- Hej, Suze. Chodź i popatrz na to.

Podeszłam do łóżka. Teraz, kiedy zostaliśmy sami, stwierdziłam, że pokój Bryce'a 

jest naprawdę duży. Do tego bardzo wesoły, pomalowany na żółto, z oknem wychodzącym 

na ogród.

- Widzisz, co ja mam? - Bryce pokazał mi urządzenie wielkości dłoni z guzikiem na 

górze. - Moja własna pompka środków przeciwbólowych. Jak tylko poczuję ból, naciskam 
guzik i uwalnia się kodeina. Prosto do krwi. Fajne, co?

Facet wyraźnie odjechał. To się rzucało w oczy. Uświadomiłam sobie nagle, że moje 

zadanie nie będzie takie trudne, jak myślałam.

- To wspaniale, Bryce. Naprawdę zmartwiłam się, kiedy dowiedziałam się o tym 

wypadku.

- Taak. - Zachichotał głupkowato. - Szkoda, że cię tam nie było. Miałabyś okazję, 

żeby mnie uratować, tak jak wczoraj.

- Tak. - Chrząknęłam zmieszana. - Ostatnio jakoś los cię prześladuje.
- Taak. - Powieki mu opadły i przez jedną okropną chwilę bałam się, że zaśnie. 

Otworzył jednak oczy i spojrzał na mnie smętnie. - Suze, nie sądzę, żebym stąd wyszedł.

Wytrzeszczyłam oczy. Boże, co za dzieciak!

- Oczywiście, że wyjdziesz. Masz tylko zmiażdżony obojczyk, i tyle. Dojdziesz do 

siebie w mgnieniu oka.

background image

Znowu zachichotał.
- Nie, nie. Chodziło mi o to, że nie wyjdę stąd na czas, żeby spotkać się z tobą w 

sobotę wieczór.

- Och, nie, oczywiście, że nie. Nie sądzę, żeby to było możliwe. Posłuchaj, Bryce, 

chcę   cię   o  coś  prosić.   Pomyślisz,   że  to   dziwne...   -  W   gruncie   rzeczy,   w  stanie   takiego 
zamroczenia, chyba nic nie powinno go zdziwić. - Czy masz jakąś rzecz, którą dostałeś od 

Heather?

Popatrzył na mnie półprzytomnie.

- Dostałem? Masz na myśli jakiś prezent?
- Tak.

-   Cóż,   owszem.   Dała   mi   kaszmirową   kamizelkę   na   święta.   Pokręciłam   głową. 

Kaszmirowa kamizelka nie przyda się do moich celów.

- Aha. Coś jeszcze? Może... swoje zdjęcie?
- Och, pewnie, pewnie. Dała mi swoje szkolne zdjęcie.

- Naprawdę? - Starałam się ukryć podniecenie. - Nie masz go przypadkiem ze sobą? 

Może w portfelu? - Szanse były nikłe, wiedziałam o tym, ale większość ludzi porządkuje 

takie rzeczy raz w roku, nie częściej...

Skrzywił  się.  Sądzę,   że myślenie  sprawiało   mu  ból,   bo  widziałam,   jak  parę  razy 

nacisnął pompkę. Po chwili jednak się odprężył.

- Pewnie - powiedział. - Nadal mam jej zdjęcie. Mój portfel jest w tamtej szufladzie.

Otworzyłam szufladę w stoliku obok łóżka. Cienki, czarny skórzany portfel istotnie 

znajdował   się   w   środku.   Podniosłam   go   i   otworzyłam.   Fotografię   Heather   znalazłam 

wciśniętą pomiędzy złotą kartę American Express i bilet na wyciąg narciarski. Wyglądała 
zachwycająco,   z   długimi   jasnymi   włosami   przerzuconymi   przez   ramię.   Patrzyła 

kokieteryjnie w obiektyw. Na szkolnych zdjęciach zawsze wyglądam tak, jakby ktoś przed 
chwilą wrzasnął: „Pożar!” Nie mieściło mi się w głowie, żeby chłopak, który chodził z taką 

dziewczyną, mógł umówić się z dziewczyną taką jak ja.

- Czy mogę pożyczyć to zdjęcie? Jest mi do czegoś potrzebne. Wkrótce ci oddam.

- Pewnie, pewnie - powiedział, machnąwszy ręką.
- Dzięki. - Wsunęłam zdjęcie do plecaka akurat w chwili, gdy do pokoju wkroczyła 

wysoka kobieta po czterdziestce, obwieszona złotą biżuterią, z pudełkiem ciastek w ręku.

-   Bryce,   kochanie,   gdzie   się   podziali   twoi   przyjaciele?   Poszłam   specjalnie   do 

cukierni po jakieś łakocie dla nich.

- Zaraz wrócą, mamo - odparł Bryce sennym głosem. - To jest Suze. Uratowała mi 

background image

wczoraj życie.

Pani Martinson wyciągnęła gładką opaloną rękę.

-   Milo   mi   cię   poznać,   Susan   -   powiedziała,   leciuteńko   ściskając   czubki   moich 

palców. - Nie do wiary, co się przydarzyło biednemu Bryce'owi. Jego ojciec jest wściekły. 

Jakby nie wystarczyła historia z tą okropną dziewczyną. No, wiesz... A teraz to. Słowo daję, 
tak, jakby na szkole ciążyło przekleństwo, czy co.

- Tak. Miło mi panią poznać. Pójdę już.
Nikt nie miał nic przeciwko mojemu odejściu. Ani pani Martinson, ponieważ nie 

obchodziło jej to w najmniejszym stopniu, ani Bryce, bo właśnie zasnął.

Adam i Cee Cee stali na korytarzu po drugiej stronie. Kiedy do nich podeszłam, Cee 

Cee położyła palec na ustach.

- Posłuchaj - szepnęła. Zaczęłam nasłuchiwać.

- To po prostu nie mogło zdarzyć się w gorszym momencie - mówił znajomy męski 

głos. - Wizyta arcybiskupa jest za niecałe dwa tygodnie...

- Tak mi przykro, Constantine. - Głos ojca Dominika brzmiał słabo. - Wiem, w jakim 

napięciu żyjecie...

- I w dodatku Bryce Martinson! Wiesz, kim jest jego ojciec? To jeden z najlepszych 

prawników w Salinas!

- Ojciec Dominik dostaje burę - szepnął Adam. - Biedny staruszek.
- Chciałabym, żeby kazał Constantine'owi wskoczyć do jeziora. - Fiołkowe oczy Cee 

Cee rozbłysły. - Wysuszona stara...

-   Spróbujmy   mu   pomóc   -   szepnęłam.   -   Może   uda   się   wam   odwrócić   uwagę 

wielebnego, a ja się dowiem, czy ojcu Dominikowi czegoś nie potrzeba. Wiecie, tak raz - 
dwa, zanim stąd pójdziemy.

Cee Cee wzruszyła ramionami.
- W porządku.

- Zgoda - dodał Adam. Wobec tego zawołałam głośno:
- Ojciec Dominik? - I wpadłam do pokoju.

Pokój nie był ani taki duży, ani wesoły, jak pokój Bryce'a. Ściany pomalowano na 

beżowo, nie na żółto i stał  w nim tylko jeden wazon z kwiatami.  Okno wychodziło na 

parking.   Nikt   też   nie   podłączył   ojca   Dominika   do   urządzenia   pompującego   środki 
znieczulające. Nie wiem, jaki rodzaj ubezpieczenia mają księża, ale warunki mógłby mieć 

zdecydowanie lepsze.

Stwierdzenie, że ojciec Dominik wydawał się zaskoczony moim widokiem, byłoby 

background image

eufemizmem. Opadła mu szczęka. Nie był w stanie wydusić słowa. Na szczęście za mną 
wpadła Cee Cee, wołając:

- O, monsignor! Wspaniale. Wszędzie wielebnego szukaliśmy. Chcielibyśmy, o ile to 

możliwe,   przeprowadzić   wywiad   na   temat   wpływu   wczorajszego   aktu   wandalizmu   na 

zbliżającą się wizytę arcybiskupa. Niezbyt dobrze się złożyło, prawda? Jakiś komentarz? 
Może zechciałby wielebny wyjść na korytarz, gdzie ja i mój współpracownik...

Lekko poirytowany, wielebny Constantine ruszył za Cee Cee, mrucząc:
- Słuchaj no, młoda damo...

Podskoczyłam do ojca Dominika. Trudno powiedzieć, żebym była uszczęśliwiona 

tym spotkaniem. Byłam pewna, że ksiądz raczej nie jest ze mnie zadowolony. To we mnie 

Heather rzuciła głową ojca Serry i podejrzewałam, że ojciec Dominik zdaje sobie z tego 
sprawę i to nie usposabia go życzliwie w stosunku do mnie.

Myliłam się jednak. Dobrze mi idzie odgadywanie myśli zmarłych, ale z żywymi 

radzę sobie znacznie gorzej.

- Susannah - odezwał się ojciec Dominik łagodnie. - Co ty tutaj robisz? Wszystko w 

porządku? Bardzo się o ciebie martwiłem...

Chyba   mogłam   się   tego   spodziewać.   Ojciec   Dominik   nie   miał   do   mnie 

najmniejszych pretensji. Martwił się o mnie, i tyle. Ale to o niego należało się martwić. 

Pomijając paskudną ranę nad okiem, był także straszliwie blady, a nawet szary. Tylko oczy, 
niebieskie jak niebo na zewnątrz, wyglądały jak zawsze, błyszcząc mądrością i humorem.

- O mnie? - zrobiłam wielkie oczy. - Dlaczego ksiądz się o mnie martwił? To nie ja 

dostałam krucyfiksem dziś rano.

Ojciec Dominik uśmiechnął się smutno.
-   Nie,   ale   sądzę,   że   masz   mi   coś   do   powiedzenia.   Dlaczego   nie   dałaś   mi   znać, 

Susannah?   Dlaczego   nie   uprzedziłaś,   co   zamierzasz?   Gdybym   wiedział,   że   zamierzasz 
pojawić się w szkole sama, w środku nocy, nigdy bym na to nie pozwolił.

- Właśnie dlatego księdzu nie powiedziałam. Ojcze, przykro mi z powodu posągu i 

drzwi do klasy pana Waldena, i w ogóle. Musiałam jednak spróbować z nią porozmawiać 

sam na sam, rozumie ksiądz? Jak kobieta z kobietą. Nie wiedziałam, że tak jej odbije.

- A czego się spodziewałaś? Susannah, widziałaś, co wczoraj próbowała zrobić temu 

młodemu człowiekowi...

- Tak, ale to było dla mnie jakoś tam zrozumiałe. Ona go kochała, jest na niego 

naprawdę   wściekła.   Nie   sądziłam,   że   mnie   zaatakuje.   Nie   miałam   przecież   z   tym   nic 
wspólnego. Chciałam jej tylko uprzytomnić, jaki ma wybór...

background image

- To właśnie starałem się zrobić, odkąd pojawiła się w szkole.
- Zgadza się. Ale Heather nie odpowiada żadna z opcji, które jej przedstawiliśmy. 

Mówię księdzu, ta dziewczyna zwariowała. Teraz się uspokoiła, bo myśli, że zabiła Bryce'a. 
Gdzieś się przyczaiła, ale już wkrótce znowu się pojawi i Bóg jeden wie, co zrobi teraz, 

kiedy jest świadoma, do czego jest zdolna.

Ojciec Dominik spojrzał na mnie ciekawie, zapomniawszy najwyraźniej o troskach 

związanych ze zbliżającą się wizytą arcybiskupa.

- Co masz na myśli, mówiąc: „teraz, kiedy jest świadoma, do czego jest zdolna”?

- Cóż, poprzedniej nocy odbyła się jedynie próba generalna. Możemy się po niej 

spodziewać bardziej efektownych występów, ponieważ teraz już wie, co potrafi.

Ojciec Dominik pokręcił głową, zaniepokojony.
- Widziałaś ją dzisiaj? Skąd to wszystko wiesz?

Nie mogłam powiedzieć ojcu Dominikowi o Jessie. Po pierwsze, to nie jego sprawa. 

Bałam  się  także,   że informacja   o chłopaku  mieszkającym   w  moim pokoju mogłaby   go 

zaszokować. Ojciec Dominik jest przecież księdzem i w ogóle.

-   Proszę   posłuchać   -   powiedziałam.   -   Dużo   myślałam   na   ten   temat   i   nie   widzę 

innego wyjścia. Próbował ksiądz przemówić jej do rozumu, ja też. I proszę spojrzeć, do 
czego nas to doprowadziło. Ksiądz trafił do szpitala, a ja muszę się ciągle oglądać przez 

ramię, gdziekolwiek jestem. Uważam, że nadszedł czas, żeby tę sprawę rozstrzygnąć raz na 
zawsze. Ojciec Dominik zamrugał nerwowo.

- Co masz na myśli, Susannah? O czym ty mówisz? Wciągnęłam głęboko powietrze.
- Mówię o tym, co robimy my, mediatorzy, kiedy zawodzą wszelkie inne środki.

Nadal wyglądał na zaniepokojonego.
- Wszelkie inne środki? Obawiam się, że nie rozumiem, o co ci chodzi.

- Mówię o egzorcyzmach.

background image

16

- Nie ma mowy - powiedział ojciec Dominik. - Proszę posłuchać. Nie widzę innego 

wyjścia. Ona nie odejdzie z własnej woli, oboje o tym wiemy. A jest zbyt niebezpieczna, 
żeby jej pozwolić włóczyć się po świecie bez końca. Sądzę, że musimy dać jej kopa.

Ojciec Dominik odwrócił wzrok, wpatrując się ponuro w jakiś punkt na suficie.
- Nie po to istniejemy, ludzie tacy jak ty i ja, Susannah — odezwał się tak smutnym 

głosem, jakiego jeszcze u niego nie słyszałam. - Jesteśmy strażnikami strzegącymi bram 
życia   po   śmierci.   Pomagamy   zbłąkanym   duszom   odnaleźć   miejsce   ostatecznego 

przeznaczenia.   Wszystkie   dusze,   którym   pomagałem,   przekroczyły   tę   bramę   z   własnej 
woli...

Taak.   Przypuszczam,   że   to   przyjemne   patrzeć   na   świat   oczyma   ojca   Dominika. 

Pewnie   wydaje   się   uroczym   miejscem.   Dużo   lepszym   od   tego,   na   którym   spędziłam 

ostatnich szesnaście lat.

- Aleja nie widzę innego wyjścia.

-   Egzorcyzmy   -   mruknął   ojciec   Dominik.   Wymówił   to   słowo   z   taką   odrazą,   jak 

„odchody” czy coś równie obrzydliwego.

- Chwileczkę - powiedziałam, żałując, że w ogóle podjęłam ten temat. - Proszę mi 

wierzyć, to nie jest metoda, którą bym polecała. Nie wydaje mi się jednak, żebyśmy w tym 

wypadku mieli wybór. Heather zagraża nie tylko Bryce'owi. - Nie chciałam mu mówić, że 
groziła także Dawidowi. Oczami wyobraźni widziałam, jak zrywa się z łóżka, wrzeszcząc, 

żeby dać mu kule. Ponieważ jednak wygadałam się co do swoich planów, musiałam jakoś 
uzasadnić   użycie   tak   ekstremalnego   środka.   -   Stanowi   zagrożenie   dla   całej   szkoły   - 

stwierdziłam. - Trzeba ją powstrzymać.

Skinął głową.

- Tak. Tak, oczywiście, masz rację. Susannah, musisz mi jednak przyrzec, że nie 

będziesz tego robiła, dopóki stąd nie wyjdę. Rozmawiałem z lekarką, mówiła,  że może 

mnie wypuści już w piątek. To da nam mnóstwo czasu, żeby zastanowić się nad stosowną 
metodologią... - Zerknął na stolik przy łóżku. - Podaj mi tę Biblię, Susannah, dobrze? Jeśli 

zastosujemy się dokładnie...

Wręczyłam mu książkę.

- Jestem pewna - oznajmiłam - że znam to na wyrywki. Wbił we mnie błękitne oczy. 

Szkoda, że jest taki stary i do tego ksiądz. Ciekawe, ile serc złamał, zanim odkrył swoje po-

wołanie.

background image

-   Jak   to   możliwe   -   odezwał   się   -   żebyś   znała   coś   tak   skomplikowanego,   jak 

egzorcyzmy Kościoła rzymskokatolickiego, na wyrywki?

Poruszyłam się niespokojnie.
-   No,   właściwie   nie   miałam   zamiaru   zastosować   wersji   Kościoła 

rzymskokatolickiego.

- Jest jakaś inna?

- Och, pewnie. Większość religii je stosuje. Osobiście wolę Mecumbę. Jest bardzo 

praktyczna. Żadnych długich inkantacji, czy czegoś takiego.

- Mecumba? - powtórzył zbolałym głosem.
- Tak. Brazylijskie wudu. Ściągnęłam to z Internetu. Trzeba tylko mieć trochę krwi z 

kurczaka i...

-   Mario,   Matko   Boża   -   westchnął   ojciec   Dominik.   -   Nie   ma   mowy.   Heather 

Chambers została ochrzczona jako rzymska katoliczka i, bez względu na przyczynę śmierci, 
zasługuje na rzymskokatolickie egzorcyzmy, jeśli nie pogrzeb. Jej szanse na dostanie się do 

nieba są nikłe, przyznaję, ale pragnę dopilnować, aby stworzono jej możliwość przywitania 
świętego Piotra u wrót nieba.

-   Ojcze   Dominiku,   nie   sądzę,   żeby   miało   jakiekolwiek   znaczenie,   jakich 

egzorcyzmów użyjemy. Chodzi o to, że jeśli niebo istnieje, Heather Chambers nie dostanie 

się tam w żaden sposób.

Ojciec Dominik cmoknął z dezaprobatą.

- Susannah, jak możesz mówić coś podobnego? W każdym człowieku tkwi dobro. Z 

pewnością nawet ty zdajesz sobie z tego sprawę.

- Nawet ja? Co ksiądz ma na myśli, mówiąc: „nawet ty”?
- To, że nawet Susannah Simon, która potrafi być bardzo twarda dla innych, musi 

wiedzieć, że nawet w najokrutniejszym z ludzi może rosnąć kwiat dobra. Może zaledwie 
kiełeczek, któremu potrzeba słońca i wody, ale kwiat tak czy inaczej.

Ciekawe, jakie środki przeciwbólowe zastosowano w wypadku ojca Dominika.
- W porządku, ojcze. Wiem tylko, że tam, dokąd uda się Heather, to nie będzie 

niebo. O ile niebo istnieje.

Uśmiechnął się melancholijnie.

- Chciałbym - odparł - żebyś miała choć w połowie tyle wiary w dobrego Boga, 

Susannah, ile masz odwagi. Posłuchaj mnie przez chwilę. Nie wolno ci, nie wolno pod 

żadnym   pozorem,   próbować   powstrzymać   Heather   na   własną   rękę.   Nie   ma   cienia 
wątpliwości, że wczorajszej nocy omal cię nie zabiła. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy 

background image

zobaczyłem rozmiar szkód, jakich dokonała. Masz szczęście, że uszłaś z życiem. Z tego co 
zaszło dziś rano wynika jasno, że robi się coraz silniejsza. Byłoby głupotą, niewybaczalną 

głupotą, gdybyś znowu próbowała zrobić coś na własną rękę.

Wiedziałam, że ma rację. Co więcej, jeśli rzeczywiście wprowadziłabym mój plan z 

egzorcyzmami w życie, nie mogłabym skorzystać z pomocy Jessego, ponieważ egzorcyzmy 
odesłałyby go do Stwórcy w towarzystwie Heather.

- Ponadto - ciągnął ojciec Dominik - nie ma powodu do pośpiechu, nieprawdaż? 

Teraz, kiedy udało jej się wyprawić Bryce'a do szpitala, nic złego nie zrobi. Przynajmniej 

do   czasu,   gdy   on   wróci   do   szkoły.   Bryce   wydaje   się   jedyną   osobą,   wobec   której   żywi 
mordercze zamiary...

Nic nie powiedziałam. Biedny ksiądz wyglądał tak żałośnie na szpitalnym łóżku. Nie 

chciałam przysparzać mu więcej powodów do zmartwień. Prawda jest jednak taka, że nie 

mogę czekać, aż ojciec Dominik wyjdzie ze szpitala. Heather nie żartuje. Z każdym dniem 
nabiera siły i staje się coraz bardziej złośliwa i przepełniona nienawiścią. Muszę się jej 

pozbyć i to jak najszybciej.

Zrobiłam   w   związku   z   tym   coś,   co   z   pewnością   jest   grzechem   śmiertelnym. 

Okłamałam księdza.

Dobrze, że nie jestem katoliczką.

- Proszę się nie martwić, ojcze Dominiku. Poczekam, aż ojciec poczuje się lepiej.
Ojciec Dominik nie jest jednak głupi.

- Daj słowo, Susannah - zażądał. Ja na to:
- Daję słowo.

Skrzyżowałam, naturalnie, palce za plecami. Miałam nadzieję, że jeśli Bóg istnieje, 

to w ten sposób wymażę kłamstwo wobec jednego z jego najbardziej oddanych mu sług.

-   Niech   się   zastanowię   -   mruczał   ojciec   Dominik.   -   Będziemy,   oczywiście, 

potrzebowali święconej wody. To nie problem. No, i krucyfiksu.

Kiedy   tak   układał   listę   rzeczy   niezbędnych   do   egzorcyzmów,   do   pokoju   wpadli 

Adam i Cee Cee.

- Cześć, ojcze Dominiku - rzucił Adam. - Kurczę, ale ksiądz okropnie wygląda.
Cee Cee dźgnęła go łokciem.

- Adam - syknęła.
Zwracając się do księdza, powiedziała wesoło:

- Proszę go nie słuchać, ojcze Dominiku. Moim zdaniem wygląda ksiądz świetnie. 

No, w każdym razie, jak na kogoś, kto ma tuzin połamanych kości.

background image

- Dzieci. - Ojciec Dominik wydawał się naprawdę uszczęśliwiony ich widokiem. - Co 

za   radość!   Ale   dlaczego   marnujecie   takie   piękne   popołudnie,   odwiedzając   starego 

człowieka w szpitalu? Powinniście siedzieć na plaży i korzystać z pogody.

-   Przygotowujemy   artykuł   do   „Wiadomości   Misyjnych”   na   temat   wypadku   - 

oznajmiła Cee Cee. - Właśnie skończyliśmy wywiad z wielebnym. Naprawdę źle się składa, 
z tą wizytą arcybiskupa i posągiem ojca Serry bez głowy.

- Taak - przytaknął Adam. - Cholerna wpadka.
-   Cóż   -   powiedział   ojciec   Dominik.   -   To   nieważne.   Na   arcybiskupie   największe 

wrażenie powinna zrobić wasza troskliwość i dobroć, dzieci.

- Amen - podsumował Adam uroczyście.

Zanim któreś z nas zdążyło zgromić go za sarkazm, do pokoju weszła pielęgniarka i 

poprosiła, żebyśmy wyszły razem z Cee Cee, bo musi umyć ojca Dominika.

-   Umyć   -   narzekał   Adam,   kiedy   szliśmy   do   samochodu.   -   Ojca   Dominika   będą 

pucować gąbką, podczas gdy ja, który naprawdę doceniłbym coś takiego, co dostaję?

- Szansę, aby służyć za szofera dwóm najpiękniejszym dziewczynom w Carmelu - 

podsunęła Cee Cee życzliwie.

- Taak - odparł Adam. - Zgadza się. - Zerknął na mnie. - To nie to, że nie jesteś 

najpiękniejszą dziewczyną w Carmelu, Suze... ja tylko... No, wiesz...

- Wiem - przyznałam z uśmiechem.
- No, wiesz, mycie. A widziałaś tę pielęgniarkę? - Adam odchylił przedni fotel, żeby 

Cee Cee mogła się wsunąć do tyłu. - Coś musi być z tymi księżmi. Może powinienem się 
zaciągnąć?

- Nie zaciągasz się, tylko odkrywasz powołanie - spróbowała Cee Cee. - Wierz mi, 

Adamie, nie spodobałoby ci się. Księżom nie pozwalają grać w Nintendo.

Adam przełknął i to.
- Może mógłbym założyć nowy zakon - powiedział z namysłem. - Jak franciszkanie, 

tylko   my   bylibyśmy   Zakonem   Joysticka.   Naszym   mottem   byłoby:   „Dużo   punktów   dla 
jednego, pizza dla wszystkich”.

Cee Cee na to:
- Uważaj na tę mewę.

Jechaliśmy nadbrzeżnym bulwarem. Zaraz za niskim kamiennym murem po prawej 

stronie rozciągał się Pacyfik, rozświetlony jak klejnot przez ogromną żółtą kulę słońca, 

wiszącą tuż nad horyzontem. Chyba patrzyłam w tamtą stronę trochę tęsknie - ten widok 
ciągle mi nie spowszedniał - bo Adam mruknął: „O, do diabła” i zajął miejsce na parkingu, 

background image

które akurat zwolniło bmw. Spojrzałam na niego pytająco.

- Co? Nie masz czasu posiedzieć i obejrzeć zachodu słońca? - odpowiedział.

W mgnieniu oka wyskoczyłam z samochodu.
Jak   mogłam,   zastanawiałam   się   później,   mieć   jakieś   obiekcje   przed 

przeprowadzeniem   się   tutaj?   Siedząc   na   kocu,   który   Adam   wydobył   z   bagażnika,   i 
przyglądając się biegaczom i amatorom sportów wodnych, psom polującym na frisbee i 

turystom z aparatami fotograficznymi, poczułam się lepiej niż kiedykolwiek. Może dlatego, 
że byłam potwornie niewyspana? Może zapach wody morskiej tłumił moje zmysły. Ale po 

raz pierwszy od nie wiem, jak dawna, czułam, jak ogarnia mnie spokój.

Zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę, że za parę godzin miałam stoczyć walkę z 

siłami zła.

Do   tego   czasu   jednak   postanowiłam   zajmować   się   tylko   przyjemnymi   rzeczami. 

Skierowałam   twarz   ku   zachodzącemu   słońcu,   grzejąc   policzki   w   jego   promieniach, 
słuchałam szumu fal, skrzeku mew i paplania Cee Cee i Adama.

- No, więc mówię do niej: „Claire, masz prawie czterdziechę. Jeśli ty i Paul chcecie 

mieć drugie dziecko, to się lepiej pośpieszcie. Czas ucieka”. - Adam sączył latte, którą kupił 

w kawiarence niedaleko parkingu. - A ona na to: „Ale twój ojciec i ja nie chcemy, żebyś się 
czuł zagrożony z powodu dziecka”, a ja na to: „Claire, nie boję się niemowlaków. Wiesz, 

czego się boję? Napakowanych  sterydami mięśniaków,  takich jak Brad  Ackerman.  Oni 
stanowią dla mnie zagrożenie”.

Cee Cee rzuciła Adamowi ostrzegawcze spojrzenie, a potem zerknęła w moją stronę.
- Jak ci się układa z braćmi, Suze? Otworzyłam oczy.

- Chyba dobrze. Czy Przyć... to jest, Brad, rzeczywiście bierze sterydy?
- Nie powinienem był o tym mówić. Przepraszam. Jestem pewien, że nie. Ale ci 

wszyscy   zapaśnicy   mnie   przerażają.   I   są   tacy   homofobiczni...   cóż,   aż   trudno   nie 
zastanawiać się nad ich orientacją seksualną. Oni uważają, że ja jestem gejem, ale nie 

złapałabyś mnie na tym, jak w obcisłych gatkach sięgam drugiemu chłopakowi między 
uda.

Poczułam, że powinnam przeprosić za brata i uczyniłam to, dodając:
- Nie jestem taka pewna, że jest gejem. Bardzo się podniecił, kiedy Kelly Prescott 

zadzwoniła wieczorem, zapraszając nas na imprezę na basenie w najbliższą sobotę.

Adam gwizdnął, a Cee Cee zapytała:

- Czy jesteś pewna, że ten koc jest dla ciebie odpowiedni? Może wolałabyś plażowy 

koc z kaszmiru. Kelly i jej przyjaciele tylko na takich siadają.

background image

Zamrugałam, zdając sobie sprawę, że popełniłam faux pas.
- Och, przepraszam. To Kelly was nie zaprosiła? Myślałam, że zaprasza całą klasę.

- Oczywiście,  że  nie.  - Cee  Cee parsknęła   pogardliwie.  -  Tylko  osoby  z dobrego 

towarzystwa, do którego my z Adamem nie należymy.

- Ależ ty jesteś wydawczynią szkolnej gazety - przypomniałam.
- Zgadza się - dodał Adam. - Przetłumacz to na kretyński, a zrozumiesz, dlaczego 

nigdy nie zostaliśmy zaproszeni na żadne party na basenie wydawane przez księżniczkę 
Kelly.

- Och - mruknęłam. Przez chwilę siedziałam cicho, słuchając szumu fal, a potem 

oznajmiłam:

- Cóż, i tak nie miałam zamiaru tam iść.
- Nie? - Cee Cee wytrzeszczyła na mnie oczy.

- Nie. Po pierwsze, miałam randkę z Bryce'em, która nie wypaliła. A teraz... cóż, jeśli 

wy dwoje nie idziecie, to z kim będę tam gadała?

Cee Cee odchyliła się do tyłu.
-   Suze,   zastanawiałaś   się   kiedyś   nad   tym,   żeby   kandydować   na   stanowisko 

wiceprzewodniczącego klasy?

Roześmiałam się.

- Och, jasne. Jestem przecież nowa, nie pamiętasz?
- Owszem - zgodził się Adam. - Ale coś w tobie jest. Kiedy wczoraj dałaś po uszach 

Debbie Mancuso, zauważyłem u ciebie prawdziwy talent przywódcy. Chłopcy podziwiają 
dziewczyny, które robią wrażenie,  jakby w każdej chwili były gotowe przyłożyć drugiej 

dziewczynie piąchą w zęby. To silniejsze od nas. - Wzruszył ramionami. - Może to geny.

- Dobra. Wezmę to pod uwagę. Doszły mnie plotki, że Kelly zamierza wydać cały 

budżet klasowy na jakieś tańce...

- Tak jest - potwierdziła Cee Cee. - Robi to co roku. Głupie wiosenne tańce. To takie 

nudne. To znaczy, jeśli nie masz chłopaka, to po co? Tam można tylko tańczyć.

- Zaraz - wtrącił się Adam. - Pamiętasz, jak przynieśliśmy balony z wodą?

- Tak, owszem, wtedy było fajnie.
- Tak sobie myślę - usłyszałam własne słowa - że coś takiego byłoby lepsze. No, 

wiecie. Piknik na plaży z grillem. Może nawet kilka pikników.

- Hej! - wykrzyknął Adam. - Taak! I ognisko! Piroman, który we mnie tkwi, zawsze 

chciał rozpalić ognisko na plaży.

Cee Cee na to:

background image

-   Zdecydowanie.   To   jest   zdecydowanie   to,   co   powinniśmy   zrobić.   Suze,   musisz 

startować w wyborach!

Święty Boże, cóż uczyniłam? Nie chcę zostać wiceprzewodniczącą klasy! Nie chcę się 

w to mieszać! Nie jestem przejęta „duchem” szkoły, nie mam zdania na temat tego, co się 

tam dzieje! Co ja zrobiłam? Odbiło mi, czy co?

- Och, popatrzcie - odezwał się Adam, wskazując nagle na słońce. - Zachodzi.

Wielka pomarańczowa kula zaczęła zanurzać się w morzu, zsuwając się powoli pod 

linię horyzontu. Woda nie pryskała ani nie parowała gwałtownie, ale dałabym się posiekać, 

że słyszałam, jak słońce plasnęło o powierzchnię wody.

- „Słońce zachodzi” - zaśpiewała cicho Cee Cee.

- „ Da da da da da” - zamruczał Adam.
- „Słońce zachodzi” - zawtórowałam.

Dobrze, przyznaję, to było dziecinne, tak siedzieć i śpiewać, obserwując zachodzące 

słońce.   Ale   także   strasznie   przyjemne.   W   Nowym   Jorku   siadywaliśmy   w   parku   i 

obserwowaliśmy, jak tajniacy przymykają dealerów narkotykowych. Ale tamto nie było ani 
w przybliżeniu takie przyjemne, jak siedzenie na plaży o zachodzie słońca i śpiewanie.

Działo się coś dziwnego. Nie byłam pewna co.
- „I powiadam” - śpiewaliśmy we trójkę - „że to dobrze”!

Dziwne,   ale   w   tej   chwili   byłam   głęboko   przekonana,   że   tak   będzie.   To   znaczy, 

dobrze.

Wtedy też zdałam sobie sprawę, co się dzieje.
Odnalazłam się. Ja, Susannah Simon, mediatorka, znalazłam swoje miejsce po raz 

pierwszy w życiu.

I byłam z tego powodu szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Wierzyłam, że wszystko 

będzie dobrze.

Rany, skąd mogłam wiedzieć?

background image

17

Budzik zadzwonił o północy. Nie wcisnęłam przycisku wyłączającego sygnał na parę 

minut,   tylko   wyłączyłam   budzik,   klasnęłam   w   dłonie,   żeby   zapalić   nocną   lampkę, 
przewróciłam się na plecy i zapatrzyłam w baldachim nad łóżkiem.

To dzisiaj. D - day. Dzień ostatecznych rozstrzygnięć, a może tylko dzień duchów.
Po kolacji byłam tak zmęczona, że musiałam się zdrzemnąć. Powiedziałam mamie, 

że idę na górę, żeby odrobić lekcje, atak naprawdę ucięłam sobie drzemkę. W starym domu 
na Brooklynie to nie byłby problem. Mama zostawiłaby mnie w spokoju, tak jak prosiłam. 

U   Ackermanów   jednak   stwierdzenie:   „Chcę   pobyć   sama”   nie   miało,   jak   się   wydaje, 
żadnego znaczenia. I wcale nie dlatego, że po domu włóczą się jakieś duchy. Nie, to żywi, 

dla odmiany, nie dawali mi spokoju.

Pierwszy był Przyćmiony. Kiedy zasiadłam do przepysznej kolacji, przygotowanej 

przez ojczyma, zaczęło się coś w rodzaju przesłuchania, ponieważ nie wróciłam do domu 
przed   szóstą.   Nie   zabrakło   zwyczajowego   „Gdzie   byłaś?”   ze   strony   mamy   (chociaż   nie 

omieszkałam   zostawić   jej   stosownego   wyjaśnienia   na   automatycznej   sekretarce).   Andy 
dodał swoje: „Dobrze się bawiłaś?” A potem było: „Z kim się spotkałaś?”, i to ze strony 

Profesora. A kiedy powiedziałam: „Z Adamem McTavishem i Cee Cee Webb”, Przyćmiony 
parsknął pogardliwie i, przeżuwając klopsika, stwierdził:

- Chryste. Klasowe dziwadła. Andy na to:
- Uważaj, co mówisz.

- O rany, tato - jęknął Przyćmiony. - Jedno to zwariowana albinoska, a drugie pedał.
Tym   sposobem   zarobił   od   ojca   porządne   trzepnięcie   po   głowie   plus   zakaz 

wychodzenia   przez   tydzień.   A   to   oznacza,   na   co   później,   kiedy   sprzątaliśmy   ze   stołu, 
zwróciłam  Przyćmionemu uwagę,  że nie będzie mógł uczestniczyć w basenowym party 

Kelly Prescott, na które ja, Królowa Dziwadeł, zdobyłam dla niego zaproszenie.

- Szkoda. - Poklepałam Przyćmionego po policzku. Odtrącił moją rękę.

- Taak? - syknął. - Cóż, przynajmniej nikt nie będzie mnie jutro nazywał pedalską 

babą.

- Och, mój drogi - westchnęłam. Wyciągnęłam rękę i uszczypnęłam go w ten sam 

policzek. - Nie musisz się przejmować, że ludzie tak o tobie mówią. Mówią o tobie dużo 

gorsze rzeczy.

Ponownie odepchnął moją rękę. Z wściekłości, jak się wydaje, przez chwilę nie był w 

stanie wymówić słowa.

background image

- Obiecaj, że się nie zmienisz - poprosiłam. - Jesteś taki cudowny.
Przyćmiony nazwał  mnie w sposób wyjątkowo  paskudny  w momencie,  gdy jego 

ojciec wkroczył do kuchni z resztkami sałatki.

Andy dodał mu jeszcze tydzień siedzenia w domu i odesłał do jego pokoju. Dając 

upust   niezadowoleniu   z   takiego   obrotu   spraw,   Przyćmiony   nastawił   Beastie   Boys   tak 
głośno,  że  nie  mogłam  zasnąć...  przynajmniej   do  czasu,  gdy  Andy  zabrał   mu  głośniki. 

Zrobiło się bardzo cicho i już miałam zapaść w sen, gdy ktoś zapukał do drzwi. To był 
Profesor.

-  Eee   -  mruknął,   spoglądając   z  przestrachem   w  głąb   pokoju   za   moimi   plecami. 

Pokoju nawiedzonego przez duchy. - Czy to dobry moment, żeby, eee, porozmawiać o tym, 

co znalazłem? To znaczy, na temat domu? I ludzi, którzy tu umarli?

- Ludzi? Masz na myśli wielu ludzi?

-   Och,   pewnie   -   odparł   Profesor.   -   Udało   mi   się   znaleźć   zaskakująco   dużo 

dokumentów dotyczących przestępstw popełnionych w tym domu, z których większość to 

morderstwa. Ponieważ był to zajazd, przewijało się tutaj mnóstwo ludzi, którzy wracali do 
domu, zbiwszy majątek podczas gorączki złota na północy stanu. Wielu zabito we śnie, a 

ich   złoto   zrabowano.   Niektórzy   mogli   zginąć   z   rąk   właścicieli   zajazdu,   ale   bardziej 
prawdopodobne, że z rąk innych gości...

Bałam się usłyszeć, że Jesse zginął w taki właśnie sposób. Wcale nie miałam ochoty 

poznawać szczegółów jego śmierci, zwłaszcza że mógł być gdzieś w pobliżu.

-   Posłuchaj,   Profesorze,   to   znaczy,   Dave.   Wydaje   mi   się,   że   jeszcze   nie 

przyzwyczaiłam się do zmiany czasu, więc chciałabym się trochę zdrzemnąć. Czy możemy 

o tym porozmawiać jutro w szkole? Może zjemy razem lunch?

Oczy Profesora zaokrągliły się.

- Mówisz poważnie? Chcesz zjeść ze mną lunch? Spojrzałam na niego zdumiona.
- No, tak. Dlaczego? Czy jest jakiś przepis, który mówi, że starsi uczniowie nie mogą 

jadać lunchu w towarzystwie młodszych?

- Nie - odparł Profesor. - Tylko że... nigdy tego nie robią.

- A ja zrobię. W porządku? Ty kupisz picie, ja kupię deser.
- Wspaniale! - wykrzyknął Profesor i wyszedł z taką miną, jakbym następnego dnia 

zobowiązała się koronować go na króla Anglii.

Już miałam zapaść w drzemkę, kiedy ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Tym 

razem na progu stał Śpiący, który w tym momencie wyglądał na przytomniejszego niż ja.

- Posłuchaj - zaczął. - Nie obchodzi mnie, czy bierzesz samochód w nocy, odwieś 

background image

tylko kluczyki na miejsce, dobra?

Wybałuszyłam oczy.

- Nie brałam w nocy samochodu, Śpią... to jest, Jake.
- Wszystko jedno. Po prostu odłóż kluczyki na miejsce. I nie byłoby źle, gdybyś od 

czasu do czasu kupiła benzynę.

- Nie brałam w nocy twojego samochodu, Jake - powtórzyłam wolno, tak, żeby do 

niego dotarło.

-   Co   robisz   ze   swoim   czasem   to   twój   biznes   -   odparł   Śpiący.   -   To   znaczy,   nie 

uważam, żeby gangi były fajne, czy coś. Ale to twoje życie. Po prostu odłóż kluczyki tak, 
żebym je znalazł.

Nie było sensu z nim dyskutować, więc powiedziałam: „W porządku” i zamknęłam 

drzwi.

Udało mi się wreszcie przespać parę godzin, czego tak bardzo potrzebowałam. Po 

przebudzeniu nie czułam się specjalnie odświeżona - mogłabym spać jeszcze przez rok - 

ale, w każdym razie, dużo lepiej.

Na tyle dobrze, żeby kopnąć ducha w tyłek.

Wszystkie potrzebne rzeczy zgromadziłam wcześniej. Do plecaka włożyłam świece, 

pędzle,   metalowe   pojemniki   z   krwią   kurczaka,   którą   kupiłam   w   mięsnym   w   Safeway, 

dokąd po drodze do domu zabrał mnie Adam, oraz innymi akcesoriami niezbędnymi do 
brazylijskich egzorcyzmów. Byłam przygotowana. Wystarczy się przebrać i mogę ruszać.

Tylko   że,   naturalnie,   Jesse   musiał   się   pojawić   akurat   w  chwili,   gdy   skakałam   z 

dachu ganku.

- Dobra - powiedziałam, prostując się. Wylądowałam na miękkim gruncie, ale i tak 

zabolały   mnie   stopy.   -   Postawmy   sprawę   jasno.   Dzisiaj   nie   pokażesz   się   w   szkole, 

rozumiesz? Jeśli się tam zjawisz, możesz tego bardzo, ale to bardzo żałować.

Jesse   opierał   się   o   wielką   sosnę   na   podwórzu.   Stał   niedbale,   z   ramionami 

skrzyżowanymi na piersi, patrząc na mnie, jakbym była jakąś ciekawostką przyrodniczą.

- Wiem, co mówię - ciągnęłam. - To będzie niedobra noc dla duchów. Naprawdę 

niedobra. Więc na twoim miejscu nie pokazywałabym się tam.

A Jesse tylko się uśmiechał. Noc nie była taka jasna jak poprzednio, ale księżyc 

świecił na tyle jasno, że mogłam stwierdzić, iż kąciki jego ust unoszą się do góry.

- Susannah - odezwał się. - Coś ty wymyśliła?

- Nic. - Podeszłam do garażu i wzięłam rower. - Mam pewne sprawy do załatwienia.
Jesse zbliżył się do mnie wolnym krokiem, kiedy wkładałam kask.

background image

- Z Heather? - zapytał obojętnym tonem.
- Zgadza się. Z Heather. Wiem, że ostatnio sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale 

tym razem będzie inaczej.

- A dokładnie, jak?

Przerzuciłam nogę ponad tą idiotyczną rurą, którą mają męskie rowery. Stałam u 

szczytu dróżki, z rękami na kierownicy.

- Dobrze. Będę z tobą szczera. Chcę odprawić egzorcyzmy. Jego prawa ręka opadła 

na kierownicę między moimi dłońmi.

- Co takiego? - zapytał głosem, w którym nie było ani śladu dobrego humoru.
Przełknęłam   ślinę.   Nie   czułam   się   tak   pewnie,   jakby   wskazywało   na   to   moje 

zachowanie. Tak naprawdę, to trzęsłam się ze strachu w ciuchach a la Batman. Ale co 
miałam   robić?   Muszę   powstrzymać   Heather,   zanim   zrani   kogoś   innego,   i   bardzo   po-

trzebuję wsparcia.

- Nie możesz mi pomóc - powiedziałam drewnianym głosem. - Nie możesz tam 

pójść, Jesse, bo sam możesz zostać wyegzorcyzmowany.

- Jesteś — stwierdził Jesse tonem równie beznamiętnym jak mój - chora umysłowo.

- Prawdopodobnie - przyznałam żałośnie.
- Ona cię zabije. Nie rozumiesz? Właśnie do tego dąży.

- Nie. - Pokręciłam głową. - Ona nie chce mnie zabić. Najpierw chce pozabijać tych 

wszystkich, na których mi zależy. A na końcu mnie. - Pociągnęłam nosem. Zaczęło mi, nie 

wiadomo dlaczego, z niego kapać. Pewnie z powodu zimna. Nie rozumiem, jak te palmy to 
znoszą.   Na   zewnątrz   musi   być   jakieś   osiem   stopni.   -   Ale   ja   jej   na   to   nie   pozwolę, 

rozumiesz? - ciągnęłam. - Powstrzymam ją. A teraz puść rower.

Jesse pokręcił głową.

- Nie, nie. Nawet ty nie mogłabyś zrobić czegoś tak głupiego.
- Nawet ja? - Poczułam się urażona. - Dziękuję. Nie zwrócił na to uwagi.

- Czy ksiądz o tym wie, Susannah? Powiedziałaś księdzu?
- Hm, pewnie. Wie o tym. Mamy się tam, eee, spotkać.

- Spotkasz się tam z księdzem?
- Owszem - zaśmiałam się niepewnie. - Nie sądzisz chyba, że próbowałabym zrobić 

coś takiego samodzielnie, co? To jest, o rany, nie jestem aż taka głupia, bez względu na to, 
co ty tam sobie myślisz.

Jego chwyt na kierownicy nieco zelżał.
- Cóż, jeśli ksiądz tam będzie...

background image

- Oczywiście. Oczywiście, że będzie.
Ponownie zacisnął dłoń na kierownicy. Palcem drugiej pogroził mi przed nosem.

- Kłamiesz, co? Księdza tam w ogóle nie będzie. Zraniła go, prawda? Dzisiaj rano? 

Tak myślałem. Zabiła go?

Pokręciłam głową. Nagle straciłam ochotę do rozmowy. Czułam w gardle gulę.
-   Dlatego   tak   się   złościsz   -   mruknął   Jesse   w   zamyśleniu.   -   Powinienem   był   się 

domyślić. Idziesz tam, żeby jej odpłacić za to, co zrobiła księdzu.

- A jeśli tak, to co? - wybuchnęłam. - Zasłużyła na to! Teraz złapał za kierownicę 

obydwiema rękami. A zapewniam was, że jak na umarlaka, był całkiem silny. Nie mogłam 
ruszyć tego głupiego roweru.

- Susannah, to nie tak. Nie dlatego otrzymałaś ten niezwykły dar, nie po to, żeby...
- Dar! - omal się nie roześmiałam. Musiałam zacisnąć zęby. - Tak, zgadza się, Jesse. 

Otrzymałam cenny dar. I wiesz co? Jest mi od tego niedobrze. Poważnie. Myślałam, że jak 
tutaj przyjadę, to zacznę nowe życie. Myślałam, że będzie inaczej. I wiesz co? Jest inaczej. 

Gorzej.

- Susannah...

- Co ja mam zrobić, Jesse? Kochać Heather za to, co zrobiła? Pocieszyć jej zranioną 

duszę? Wybacz, ale to niemożliwe. Może ojciec Dom byłby do tego zdolny, ale nie ja. On 

wypadł z konkurencji, więc załatwię to po swojemu. Pozbędę się jej, a jeśli wiesz, co dla 
ciebie dobre, będziesz się trzymał z daleka!

Kopnęłam   wściekle   nóżkę   roweru,   szarpnąwszy   jednocześnie   za   kierownicę. 

Zaskoczony   Jesse   mimowolnie   ją   puścił.   W   sekundę   później   już   mnie   nie   było.   Spod 

tylnego koła pryskał żwir, spowijając Jessego obłokiem kurzu. Słyszałam, jak wykrzykuje 
coś po hiszpańsku. Przypuszczam, że przekleństwa. Słowo  querida  nie dotarło do moich 

uszu.

Jadąc   w   dół,   niewiele   widziałam.   Wiał   zimny   wiatr   i   po   policzkach   ciekły   mu 

strumienie   łez.   Dzięki   Bogu,   prawie   nie   było   ruchu,   więc   kiedy   przemknęłam   przez 
skrzyżowanie to, że nie widzę, nie miało znaczenia. Samochody i tak zatrzymywały się, 

żeby mnie przepuścić.

Wiedziałam,   że   tym   razem   będzie   trudniej   włamać   się   do   szkoły.   Na   pewno 

wzmocnili   system   zabezpieczeń   po   wydarzeniach   ubiegłej   nocy.   Wzmocnili?   Przede 
wszystkim powinni jakiś wprowadzić.

I zrobili to. Na parkingu, ze zgaszonymi światłami, stał wóz policyjny. Po prostu 

sobie   stał,   a   światło   księżyca   odbijało   się   od   zamkniętych   okien.   Kierowca   -   jakiś 

background image

nieszczęśnik, który dostał tak nudne zadanie - słuchał zapewne muzyki, chociaż stojąc na 
zewnątrz przy wejściu na parking, nie słyszałam żadnego dźwięku.

Muszę więc znaleźć inną drogę. Drobiazg. Schowałam rower w krzakach, a potem 

wybrałam się na spacer wokół szkoły.

Niewiele jest budynków, do których nie mogłaby się dostać szczupła szesnastoletnia 

dziewczyna. Chodzi mi o to, że jesteśmy bardzo elastyczne. Mamy chyba więcej stawów niż 

inni ludzie. Nie opowiem wam, jak udało mi się włamać, bo nie chcę, żeby władze szkolne 
na to wpadły - nigdy nie wiadomo, może kiedyś znowu będę musiała to zrobić - zaznaczę 

tylko, że jeśli ktoś zakłada bramę, to powinien zwrócić uwagę, żeby sięgała do samej ziemi. 
Szczelina   między   cementowym   chodnikiem   a   samą   bramą   to   dokładnie   tyle,   ile   taka 

dziewczyna jak ja potrzebuje, żeby się wślizgnąć do środka.

Na dziedzińcu bardzo się zmieniło od poprzedniej nocy. W powietrzu wisiała jeszcze 

większa groza. Wyłączono reflektory. Wydaje mi się, że z punktu widzenia bezpieczeństwa 
nie   było   to   dobre   posunięcie,   ale   nie   można,   oczywiście,   wykluczyć,   że   to   Heather 

zniszczyła   żarówki.   Teren   szkoły   pogrążony   był   w   mroku.   Fontanna   nie   działała.   Nie 
słyszałam niczego poza cykadami w krzewach hibiskusa.

Ani śladu Heather. Ani śladu kogokolwiek. To mi odpowiadało.
Podkradłam   się   tak   cicho,   jak   się   dało,   do   szafki,   którą   dzieliłam   z   Heather. 

Uklękłam na zimnych kamieniach posadzki i otworzyłam plecak.

Najpierw zapaliłam świece. Dzięki temu coś widziałam. Przytykając zapalniczkę - 

nie prawdziwą zapalniczkę, tylko takie urządzenie z długą rączką do zapalania ognia - do 
spodu świecy, roztopiłam stearynę, która kapała na ziemię. Umieściłam świecę w miękkiej 

kałuży, dzięki czemu się nie przewracała. Tak samo postąpiłam z pozostałymi świecami, 
tworząc krąg. Następnie otworzyłam pojemnik z krwią kurczaka.

Nie   opiszę   wzoru,   jaki   musiałam   namalować   w   kręgu   świec,   żeby   egzorcyzmy 

podziałały. Nie powinno się próbować egzorcyzmów w domu, na własną rękę, bez względu 

na   to,   w   jakim   stopniu   jesteśmy   nawiedzani   przez   duchy.   Mogą   je   odprawiać   jedynie 
profesjonaliści,   tacy   jak   ja.   Nikt   nie   chciałby   przecież   skrzywdzić   jakichś   niewinnych 

duchów, które kręcą się akurat w pobliżu. Na przykład przypadkowe wyegzorcyzmowanie 
babci nie przysporzyłoby nam popularności.

A   Mecumba,   brazylijskie   wudu,   też   nie   należy   do   zjawisk,   z   którymi   można 

żartować, więc nie przytoczę  inkantacji,  jaką odmówiłam. Była zresztą  po portugalsku. 

Powiem tylko, że zanurzyłam pędzel w krwi kurczaka i namalowałam odpowiednie figury, 
wypowiadając   odpowiednie   słowa.   Dopiero   kiedy   sięgnęłam   do   plecaka   i   wyjęłam 

background image

fotografię Heather, zwróciłam uwagę, że cykady umilkły.

-   Co   takiego   -   odezwała   się   zirytowana   zza   mojego   prawego   ramienia   -   ty   tu 

wyprawiasz?

Nie   odpowiedziałam.   Położyłam   fotografię   w   centrum   namalowanej   figury.   W 

płomieniach świec widać ją było wyraźnie. Heather podeszła bliżej.

- Hej! - zawołała. - To moje zdjęcie. Skąd je masz?

Nie powiedziałam niczego poza portugalskimi słowami należącymi do rytuału. To 

zdenerwowało Heather. No, ale Heather denerwowało właściwie wszystko.

- Co ty robisz? - zapytała znowu. - Po jakiemu mówisz? I po co ta czerwona farba? - 

Kiedy nie uzyskała odpowiedzi, stała się agresywna. - Hej, suko! - wrzasnęła, kładąc rękę 

na moim ramieniu i niezbyt delikatnie szarpiąc. - Słyszysz mnie?! Przerwałam inkantację.

- Czy możesz coś dla mnie zrobić, Heather? Stań obok swojego zdjęcia.

Heather potrąciła głową. Jej długie jasne włosy zalśniły w blasku świec.
- Co z tobą? Jesteś na haju, czy co? Nigdzie nie stanę. Czy to... czy to jest krew?

Wzruszyłam ramionami. Jej dłoń nadal spoczywała na moim ramieniu.
- Tak. Ale nie martw się. To tylko krew kurczaka.

- Krew kurczaka? - Heather się skrzywiła. - Obrzydliwe. Żartujesz sobie ze mnie? Na 

co ci to?

- Żeby ci pomóc. Żeby pomóc ci wrócić.
Heather   zacisnęła   zęby.   Drzwiczki   szafek   przede   mną   zaczęły   trzaskać.   Nie   za 

bardzo. Akurat tyle, abym się zorientowała, że Heather nie jest zadowolona.

- Sądziłam - syknęła - że wyjaśniłam ci dość dobitnie, że nigdzie nie pójdę.

- Mówiłaś, że chcesz wrócić.
- Owszem - odparła Heather. Tarcze z numerami przy sejfowych zamkach szafek 

zaczęły obracać się z hałasem. - Do poprzedniego życia.

- Dobrze. Znalazłam sposób, żebyś mogła to zrobić. Drzwiczki się coraz bardziej 

trzęsły.

- Bzdura - mruknęła Heather.

- Wcale nie. Musisz stanąć między świecami, obok zdjęcia. Nie trzeba było jej dłużej 

zachęcać. W mgnieniu oka znalazła się tam, gdzie sobie życzyłam.

- Jesteś pewna, że to podziała? - zapytała podniecona.
-  Dobrze   by  było.   W   przeciwnym   razie   wydałam   kieszonkowe   na  świece   i  krew 

zupełnie bez potrzeby.

- I wszystko będzie tak jak przedtem? To znaczy, zanim umarłam?

background image

- Pewnie. - Czy powinnam czuć się winna, okłamując ją? Nie czułam się. Czułam 

tylko ulgę. To było zbyt łatwe. - Teraz zamknij się na chwilę, kiedy będę mówiła te słowa.

Posłuchała. Powiedziałam, co miałam do powiedzenia. I jeszcze raz. I jeszcze.
Już zaczęłam się martwić, że nic się nie dzieje, kiedy płomyki świec zadrżały. A nie 

zerwał się najmniejszy podmuch wiatru.

-   Nic   się   nie   dzieje   -   poskarżyła   się   Heather,   ale   uciszyłam   ją.   Płomyki   znowu 

zadrżały. A potem nad głową Heather, tam, gdzie normalnie znajdował się dach, pojawił 
się otwór wypełniony wirującym czerwonym gazem. Patrzyłam zdumiona.

- Eee, Heather, może lepiej, żebyś zamknęła oczy. Posłuchała całkiem chętnie.
- Dlaczego? Coś się zaczęło dziać?

- Och, tak. To działa, wszystko w porządku.
Heather   powiedziała   coś,   co   brzmiało   jak   „fajnie”,   ale   nie   byłam   pewna.   Nie 

słyszałam jej zbyt dobrze, ponieważ przypominający dym wirujący czerwony gaz zaczął 
spływać spiralą w dół, czemu towarzyszyło ciche buczenie, jakby odgłos odległej burzy. 

Zaraz potem długie mackowate pasma gazu zaczęły owijać się wokół Heather, delikatnie 
jak mgła. Mając zamknięte oczy, nie zdawała sobie z tego sprawy.

- Słyszę coś - szepnęła. - Czy to to?
Dziura   w   dachu   nad   jej   głową   poszerzyła   się.   Widziałam   w   górze   lśnienie 

błyskawicy. Nie wydawało się, że jest to najprzyjemniejsze miejsce, do którego można by 
się udać. Nie chcę powiedzieć, że otworzyłam bramy piekieł - taką przynajmniej miałam 

nadzieję   -   ale   był   to   zdecydowanie   inny   wymiar   i,   szczerze   mówiąc,   nie   wyglądało   to 
zachęcająco, zwłaszcza jeśli miałoby się spędzić w takim miejscu całą wieczność.

- Jeszcze minutka - powiedziałam, podczas gdy coraz więcej wężowych czerwonych 

macek oplątywało szczupłe ciało Heather - i będziesz tam.

Heather potrząsnęła długimi włosami.
-  Och,   Boże,   nie  mogę  się  doczekać.   Pierwsze,   co  zrobię,   to   pójdę  do  szpitala   i 

przeproszę Bryce'a. Nie sądzisz, że to dobry pomysł, Suzie?

- Pewnie. - Odgłos burzy narastał, błyskawice pojawiały się raz po raz. - To świetny 

pomysł.

- Mam nadzieję, że mama nie pozbyła się moich ubrań - ciągnęła Heather - tylko 

dlatego,  że umarłam.  Nie sądzisz, że mama nie pozbyła się moich ubrań,  co, Suzie?  - 
Otworzyła oczy. - Co?

- Nie otwieraj oczu! - krzyknęłam.
Ale   było   za   późno.   Zobaczyła!   Ujrzała   czerwone   pasma   dymu   wokół   siebie   i 

background image

podniosła wrzask.

Nie ze strachu, bynajmniej. O, nie. Heather się nie przestraszyła. Była wściekła. 

Naprawdę wściekła.

- Ty suko! - ryknęła. - Nie odsyłasz mnie z powrotem! Wcale mnie nie odsyłasz z 

powrotem! Odsyłasz mnie zupełnie gdzie indziej!

A potem, kiedy burza zahuczała najgłośniej, Heather wyszła z kręgu.

Tak   po  prostu.   Zwyczajnie   wyszła.   Jakby   nigdy   nic.   Jakby   to   była   gra   w   klasy. 

Czerwone pasma gazu owinięte wokół jej ciała opadły. Zniknęły jak sen. A otwór na górze 

się zamknął.

W porządku. Przyznaję, wściekłam się. Rany, tyle pracy włożyłam w to wszystko.

- O, nie, nie wyjdziesz - warknęłam. Podbiegłam do Heather i złapałam ją za szyję. - 

Właź z powrotem - syknęłam przez zaciśnięte zęby. - Wracaj natychmiast.

Heather zaśmiała się tylko. Ściskałam dziewczynę za gardło, a ona tylko się śmiała.
Za   jej   plecami   jednak   drzwiczki   szafek   zabrzęczały   ponownie.   Głośniej   niż 

przedtem.

- Jesteś - krzyczała - trupem! Jesteś trupem, Simon. I wiesz co? Dopilnuję, żeby 

reszta poszła za tobą. Reszta twoich głupich przyjaciół. Ten twój przyrodni braciszek też.

Mocniej zacisnęłam palce na jej gardle.

- Nie sądzę. Myślę, że wrócisz tam, gdzie byłaś, jak grzeczny mały duszek.
Zaśmiała się znowu.

- Zmuś mnie. - Jej oczy lśniły niesamowicie. Cóż. Skoro tak...
Uderzyłam   ją   z   całej   siły   prawą   pięścią.   Potem,   zanim   zdążyła   dojść   do   siebie, 

dołożyłam  lewą.  Jeśli  czuła  uderzenia,  nie dała  tego  po sobie poznać.  Nie,  nieprawda. 
Wiem, że czuła, bo drzwiczki szafek zaczęły się nagle otwierać i zamykać. Trzaskać. Mocno. 

Tak mocno, że trząsł się cały dach.

Wiem, co mówię. Cały dach nad dziedzińcem kołysał się, jakby w dole szumiały fale 

oceanu. Grube drewniane kolumny, podtrzymujące łukowate sklepienie od jakichś trzystu 
lat, poruszały się w ziemi. Wytrzymały trzysta lat trzęsień ziemi, pożarów, powodzi, a nie 

mogły oprzeć się duchowi cheerliderki.

Mówię wam, pertraktowanie z duchami to nic przyjemnego.

A potem jej palce ścisnęły moje gardło. Nie wiem, jak to się stało. Chyba straciłam 

na   chwilę   czujność,   zaskoczona   tym,   co   działo   się   wokół.   Niedobrze.   Złapałam   ją   za 

ramiona i próbowałam pchać w stronę kręgu świec. Mruczałam jednocześnie portugalską 
inkantację, wpatrując się w rozkołysane belki dachu w górze i mając nadzieję, że znowu 

background image

pojawi się przejście do krainy cienia.

- Zamknij się - warknęła Heather. - Zamknij gębę! Nie odeślesz mnie. Tutaj jest 

moje miejsce!

Mamrocząc słowa formuły, pchałam ją z całej siły.

- Wyobrażasz sobie, że kim ty jesteś? - Twarz Heather poczerwieniała. Kątem oka 

zobaczyłam, jak z kamiennej balustrady unosi się w powietrze żardyniera z geranium. - 

Jesteś nikim. Jesteś w tej szkole dopiero dwa dni. Dwa dni! Myślisz, że możesz tak po 
prostu sobie  przyjść i wszystko  zmienić?  Myślisz,  że możesz  tak  po prostu zająć moje 

miejsce? Kim ty niby jesteś?

Trzymając   ją   za   ramiona,   kopnęłam   jej   nogi   tak,   że   straciła   równowagę   i   obie 

rąbnęłyśmy na twardą kamienną podłogę. Żardyniera poleciała za nami, nie dlatego, że ją 
strąciłyśmy, tylko dlatego, że Heather posłała ją za mną. Uchyliłam się w ostatniej chwili i 

ciężka gliniana donica rozbiła się z łoskotem o drzwi szafki, pryskając dookoła geranium, 
ziemią i odłamkami ceramiki. Chwyciłam garście jasnych lśniących włosów Heather. To 

nie było sportowe zagranie, tak samo jak sztuczka z geranium.

Wrzeszczała,   kopiąc   i   wijąc   się   jak   węgorz,   podczas   gdy   pół   ciągnęłam   ją,   pół 

pchałam   w   stronę   kręgu   świec.   Zaczęła   unosić   w   powietrze   inne   przedmioty.   Zamki 
szyfrowe   wyskoczyły   z   drzwiczek   i   sunęły   ku   mnie   jak   flotylla   maleńkich   latających 

spodków. Potem zerwało się tornado, wyrzucając na zewnątrz zawartość szafek. Książki i 
zeszyty z drucianymi grzbietami ruszyły na mnie ze wszystkich stron. Schyliłam głowę, ale 

nie   zwolniłam   chwytu,   nawet   kiedy   czyjaś   trygonometria   wyrżnęła   mnie   w   ramię. 
Powtarzałam słowa, które, jak wiedziałam, otworzą ponownie przejście.

-   Dlaczego   to   robisz?   -   wrzasnęła   Heather.   -   Dlaczego   nie   zostawisz   mnie   w 

spokoju?

- Bo nie. - Byłam poobijana, ledwie dyszałam, spływałam potem i niczego bardziej 

nie pragnęłam, jak puścić ją, odwrócić się na pięcie i wrócić do domu, wślizgnąć się do 

łóżka i spać przez milion lat.

Ale nie mogłam.

Zamiast tego kopnęłam ją w pierś, posyłając na środek kręgu. W momencie, gdy 

chwiejąc się na nogach, stanęła przy fotografii, którą dała Bryce'owi, otwór nad jej głową 

ukazał się ponownie. Tym razem czerwony dym otoczył ją tak ściśle, jak gruby wełniany 
koc. Nie mogła się wyrwać. Nie miała szans.

Zniknęła w czerwonej mgle. Ale wciąż ją słyszałam. Jej wrzaski obudziłyby zmarłych 

- tyle że ona była jedyną zmarłą w okolicy. Nad jej głową rozległ się piorun. W czarnej 

background image

dziurze w dachu dostrzegłam błyszczące gwiazdy.

- Dlaczego? - krzyczała Heather. - Dlaczego mi to robisz?!

- Ponieważ jestem mediatorką!
A potem czerwony dym otaczający Heather uniósł się do góry, znikając w wirującym 

otworze   wraz   z   Heather,   a   masywne   kolumny   podtrzymujące   dach   nad   moją   głową 
złamały się nagle wpół, jakby miały dwa centymetry, a nie prawie metr grubości.

A potem zwalił się na mnie dach.

background image

18

Nie mam pojęcia, jak długo leżałam pod deskami i ciężkimi glinianymi płytkami. 

Przypuszczam, że musiałam stracić przytomność, przynajmniej na kilka minut.

Pamiętam tylko, że coś ostrego uderzyło mnie w głowę, a potem otworzyłam oczy, 

ale wokół panowały kompletne ciemności. Czułam, że się duszę.

Ulubioną   sztuczką   pewnego   rodzaju   złośliwych   duchów   jest   siadanie   na   piersi 

ofiary, kiedy ta przytomnieje, także nieszczęśnik ma wrażenie, że coś go przygniata, ale nie 
wie co. Nie wiedziałam, co przygniata mnie i przez krótką chwilę myślałam, że mi się nie 

udało i że Heather nadal przebywa na tym świecie, siedzi mi na piersi i znęca się nade 
mną, mszcząc za to, co próbowałam zrobić.

Potem pomyślałam: Może ja nie żyję?
Może   tak   wygląda   śmierć?   Przynajmniej   na   początku.   Tak   pewnie   odebrała   to 

Heather, kiedy obudziła się w trumnie. Musiała czuć się tak samo jak ja: schwytana w 
pułapkę, przyduszona, śmiertelnie przerażona. Boże, nic dziwnego, że przez cały czas była 

w tak złym humorze. Nic dziwnego, że tak bardzo chciała wrócić do świata, który znała 
przed śmiercią. To było okropne. Gorsze niż okropne. To było piekło.

Potem   poruszyłam   ręką   -   jedyną   częścią   ciała,   którą   mogłam   poruszać   -   i 

namacałam   coś szorstkiego  i  chłodnego  leżącego   na mnie.  Wtedy  zrozumiałam,   co się 

stało. Załamał się dach. Heather użyła resztki swojej mocy, żeby mnie zranić za to, że ją 
wyekspediowałam do innego świata. Wykonała świetną robotę, bo oto leżałam, nie mogąc 

się ruszyć, uwięziona pod nie wiadomo iloma kilogramami drewna i hiszpańskiej ceramiki.

Dzięki, Heather. Wielkie dzięki.

Powinnam   być   przerażona.   Nie   mogę   się   ruszyć,   przygwożdżona   gruzem,   w 

atramentowych ciemnościach. Zanim jednak zdążyłam wpaść w panikę, usłyszałam, jak 

ktoś   woła   mnie   po   imieniu.   Najpierw   przeszło   mi   przez   głowę,   że   zwariowałam.   Nikt 
przecież nie wie, że wybrałam się do szkoły. Z wyjątkiem Jessego, a jego uprzedziłam, co 

się stanie, jeśli się tam pokaże. Nie jest głupi. Wie, że dokonuję egzorcyzmów. Czyżby 
postanowił przyjść mimo wszystko? Czy już jest tu bezpiecznie? Tego nie wiedziałam. Jeśli 

stanąłby w tym samym kręgu świec i krwi kurczaka, czy wessałoby go do tej samej krainy 
cienia, co Heather?

Dopiero teraz wpadłam w panikę.
- Jesse! - wrzasnęłam, tłukąc ręką w drewno nad głową i ściągając sobie na twarz 

deszcz kurzu i drzazg. - Nie rób tego! - krzyczałam rozpaczliwie. Kurz dostał mi się do 

background image

gardła, ale nie zważałam na to. - Wracaj! Tu nie jest bezpiecznie!

Z   mojej   piersi   podniesiono   wielki   ciężar   i   nagle   zaczęłam   widzieć.   Nade   mną 

rozpościerało się nocne niebo, aksamitnie granatowe i usiane złotym pyłem gwiazd. A na 
tle gwiazd ujrzałam czyjąś zatroskaną twarz.

- Tutaj jest! - zawołał Profesor drżącym, piskliwym głosem. - Jake, znalazłem ją!
Obok pierwszej pojawiła się druga twarz, otoczona grzywą trochę przydługich blond 

włosów.

- Jezu Chryste! - zawołał przeciągle Śpiący, spojrzawszy na mnie. - Nic ci się nie 

stało, Suze?

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

- Pomóżcie mi wstać - wycharczałam.
We   dwóch   zdołali   ściągnąć   ze   mnie   większość   desek.   Następnie   Śpiący   polecił, 

żebym objęła go rękami za szyję, co zrobiłam, a Dawid złapał mnie w pasie. Podczas gdy 
obaj mnie ciągnęli, a ja odpychałam się nogami, gruz opadł i zdołałam wreszcie wstać.

Przez   chwilę   siedzieliśmy   na   ciemnym   dziedzińcu,   opierając   się   o   podium,   na 

którym stal bezgłowy posąg Junipero Serry. Dyszeliśmy i gapiliśmy się na ruiny, które 

kiedyś były naszą szkołą. Cóż, to odrobinę dramatyczne. Większość budynku stała nadal. 
Nawet większość dachu pozostała nietknięta. Runął tylko fragment nad szafką Heather, 

przed klasą  pana  Waldena.  Bezładny stos drewna  ukrył  skutecznie  ślady  mojej nocnej 
działalności, ze świecami włącznie. Po Heather nie zostało ani śladu. Noc była cicha, nie 

licząc naszych oddechów. Oraz świerszczy.

Dzięki   temu   uświadomiłam   sobie,   że   Heather   odeszła.   Znowu   słychać   było 

świerszcze.

- Jezu - powtórzył Śpiący, nadal sapiąc ciężko - jesteś pewna, Suze, że nic ci się nie 

stało?

Odwróciłam  się,   żeby  na  niego  spojrzeć.  Miał   na  sobie   tylko  dżinsy  i   wojskową 

kurtkę, narzuconą pośpiesznie na nagi tors. Tors miał prawie taki sam jak Jesse.

Jak to jest, że omal nie zginęłam pod kupą gruzu, a parę minut później byłam w 

stanie zwrócić uwagę na coś takiego, jak mięśnie brzucha mojego przyrodniego brata?

- Tak - powiedziałam, odsuwając kosmyk włosów z oczu. - W porządku. Trochę 

potłuczona, owszem. Ale nie mam nic złamanego.

- Powinna iść do szpitala, żeby to sprawdzili. - Głos Dawida nadal drżał mocno. - 

Nie sądzisz, że powinna iść do szpitala, żeby ją zbadali, Jake?

- Nie - zaprotestowałem. - Żadnego szpitala.

background image

-   Możesz   mieć   wstrząs   mózgu   -   powiedział   Dawid.   -   Albo   uszkodzenie   czaszki. 

Możesz wpaść w śpiączkę w nocy i nigdy się nie obudzić. Powinnaś przynajmniej zrobić 

rentgen. Albo może USG...

- Nie. - Wytarłam ręce o legginsy i wstałam. Czułam się niepewnie, ale byłam cała. - 

Chodźmy.  Zabierajmy  się  stąd,  zanim  ktoś  przyjdzie.   Musieli  to  słyszeć.  - Skinęłam  w 
stronę   części   budynku,   w   której   mieszkali   księża   i   zakonnice.   W   niektórych   oknach 

zapaliło się światło. - Nie chcę, żebyście mieli kłopoty.

- Taak - mruknął Śpiący, podnosząc się. - Mogłaś o tym pomyśleć, zanim prysnęłaś, 

co?

Wyszliśmy tą samą drogą, którą weszliśmy. Podobnie jak ja, Dawid przecisnął się 

pod bramą, a potem otworzył ją od środka dla Śpiącego. Wymknęliśmy się tak cicho, jak 
się  dało   i  pobiegliśmy  do  ramblera,   którego  Śpiący   zaparkował  w głębokim   cieniu,   by 

policjanci z wozu nie mogli go dostrzec. Czarno - biały samochód stał tam, gdzie przedtem, 
z kierowcą nieświadomym tego, co się działo zaledwie parę metrów dalej. Bałam się jednak 

ryzykować, próbując przemknąć się koło niego, żeby zabrać rower. Zostawiliśmy go, mając 
nadzieję, że nikt go nie zauważy.

Przez całą drogę do domu mój nowy starszy brat Jake udzielał mi pouczeń. Sądził, 

jak  się wydaje,  że w szkole, w środku nocy, uczestniczyłam  w jakimś tajnym zebraniu 

gangu. Nie żartuję. Był tym wszystkim szczerze oburzony. Dopytywał się, co to byli, moim 
zdaniem,   za   kumple,   którzy   zostawili   mnie   pod   stosem   dachówek   na   pewną   śmierć. 

Sugerował, że jeśli dokucza mi nuda albo szukam mocnych wrażeń, to powinnam zająć się 
surfingiem, ponieważ, cytuję: „Jeśli masz mieć rozwaloną głowę, to równie dobrze możesz 

się o to postarać, płynąc na fali”.

Przyjęłam   jego   pouczenia   tak   wdzięcznie,   jak   umiałam.   Nie   mogłam   przecież 

uświadomić go co do prawdziwych powodów, dla których znalazłam się w szkole o tak 
dziwnej   porze.   Przerwałam   Jake'owi   tylko   raz   w   trakcie   jego   antygangowego   prze-

mówienia, a to po to, żeby dowiedzieć się, jak wpadli z Dawidem na to, żeby mnie szukać.

- Nie wiem - powiedział Jake, podjeżdżając pod dom. - Wiem tyle, że kiedy spałem 

jak anioł, nagle zjawił się Dawid i zaczął marudzić, że musimy jechać po ciebie do szkoły A 
tak, swoją drogą, to skąd wiedziałeś, Dave, że ona jest w szkole?

Twarz Dawida pobladła dziwnie, czego nie wyjaśniało nawet padające na nią światło 

księżyca.

- Nie wiem. Miałem przeczucie.
Odwróciłam się, patrząc na niego uważnie. Nie spojrzał mi w oczy.

background image

Ten dzieciak wie, pomyślałam.
Ale byłam zbyt zmęczona, żeby o tym mówić. Zakradliśmy się do domu, szczęśliwi, 

że jedynym mieszkańcem, którego obudziliśmy, jest Maks. Machał ogonem i usiłował nas 
polizać,   kiedy   rozchodziliśmy   się   do   swoich   pokoi.   Zanim  zamknęłam   drzwi   mojego 

pokoju, rzuciłam Dawidowi jeszcze jedno spojrzenie, żeby sprawdzić, czy chce albo musi, 
coś mi powiedzieć. Ale on tylko wszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Przestraszony 

mały chłopiec. Zrobiło mi się ciepło na sercu.

Ale tylko przez ułamek sekundy. Byłam zbyt zmęczona, żeby myśleć o czymkolwiek 

poza   łóżkiem.   Nawet   o   Jessie.   Rano,   powiedziałam   sobie,   ściągając   zakurzone   łachy. 
Porozmawiam z nim rano.

Nie zrobiłam tego. Kiedy się obudziłam, za oknem było dziwnie jasno. Podniosłam 

głowę i spojrzałam na zegar. Była druga po południu. Poranna mgła rozwiała się i słońce 

paliło tak, jakby to był lipiec, a nie styczeń.

- Cześć, śpiochu.

Zerknęłam w stronę drzwi. Stał tam Andy, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, 

opierając się o framugę. Uśmiechał się, co pewnie oznaczało, że nie wpakowałam się w 

tarapaty. Co zatem robiłam w łóżku o drugiej po południu w zwykły dzień?

-   Lepiej   się   czujesz?   -   zapytał   troskliwie   Andy.   Odsunęłam   odrobinę   kołdrę. 

Czyżbym miała być chora?

Cóż, nietrudno byłoby udawać. Czułam się tak, jakby ktoś spuścił mi na głowę tonę 

cegieł.

Co, w pewien sposób, faktycznie miało miejsce.

- Eee - mruknęłam. - Niekoniecznie.
- Przyniosę ci aspirynę. Myślę, że to skutki zmiany czasu. Kiedy nie mogliśmy cię 

dziś rano dobudzić, postanowiliśmy pozwolić ci spać. Mama prosiła, żebym cię przeprosił, 
ale musiała iść do pracy. Zostawiła mnie na stanowisku. Mam nadzieję, że nie masz nic 

przeciwko temu.

Próbowałam   usiąść.   Było   mi   naprawdę   trudno.   Czułam   ból   w   każdym   mięśniu. 

Odsunęłam włosy z oczu i zamrugałam nieprzytomnie.

- Nie musiałeś zostawać w domu z mojego powodu. Andy wzruszył ramionami.

- To nic takiego. Nie miałem okazji z tobą porozmawiać, odkąd przyjechałaś, więc 

pomyślałem, że teraz to nadrobimy. Zjesz lunch?

Kiedy tylko wypowiedział te słowa, zaburczało mi w brzuchu.
Usłyszał to i uśmiechnął się.

background image

- Nie ma sprawy. Ubierz się i zejdź na dół. Zjemy lunch na tarasie. Jest naprawdę 

piękny dzień.

Z trudem zwlokłam się z łóżka. Miałam na sobie piżamę. Nie chciało mi się ubierać, 

więc   tylko   włożyłam   skarpetki   i   szlafrok,   umyłam   zęby   i   postałam   chwilę   przy   oknie, 

wyglądając   na   zewnątrz   i   usiłując   doprowadzić   włosy   do   porządku.   Czerwona   kopuła 
kościoła Misji lśniła w słońcu. W oddali falował ocean. Trudno było uwierzyć, że zeszłej 

nocy była to scena straszliwego zniszczenia.

Wkrótce potem niezwykle apetyczny zapach dolatujący z kuchni skłonił mnie do 

zejścia   na   dół.   Andy   robił   kanapkę   z   soloną   wołowiną,   serem   szwajcarskim   i   kiszoną 
kapustą. Machnięciem ręki wyprawił mnie jednak z kuchni na obszerny taras za domem. 

Był cały w słońcu. Wyciągnęłam się na miękkim szezlongu i udawałam przez chwilę, że 
jestem   gwiazdą   filmową.   Potem   zjawił   się   Andy   z   kanapkami   i   dzbanem   lemoniady   i 

przeniosłam   się   do   stołu   pod   zielonym   parasolem,  gdzie   natychmiast   zabrałam   się  do 
dzieła. Jak na kogoś, kto nie pochodzi z Nowego Jorku, Andy przyrządza niezłe kanapki.

Andy przykładał się nie tylko do robienia kanapek. Wypytał mnie drobiazgowo o 

różne rzeczy, ani słowem nie wspominając o wydarzeniach poprzedniej nocy. Ku mojemu 

zdumieniu okazało się, że Śpiący i Profesor nie puścili pary z ust. Andy nie miał zielonego 
pojęcia, co zaszło. Interesowało go jedynie, czy podoba mi się w nowej szkole, czy czuję się 

szczęśliwa, tralala...

Pomijając   jeden   drobiazg.   W   pewnym   momencie   oznajmił:   -   A   więc,   zdaje   się, 

przespałaś swoje pierwsze trzęsienie ziemi.

Omal nie zakrztusiłam się jedzeniem.

- Co?
- Swoje pierwsze trzęsienie ziemi. Nastąpiło w nocy, koło drugiej. Nieduże, najwyżej 

czwartego stopnia, ale obudziło mnie. Nie ma większych szkód, poza szkołą, gdzie zawalił 
się dach nad dziedzińcem. Ale tego można się było spodziewać. Od lat ostrzegałem ich, że 

drewno długo nie wytrzyma. Jest prawie tak stare jak sama Misja. Trudno się spodziewać, 
żeby przetrwało wieki.

Starannie przeżułam jedzenie. No, no. Heather naprawdę odeszła z hukiem, skoro 

mieszkańcy doliny, a nawet ci na wzgórzach, to odczuli.

To jednak nie wyjaśniało, skąd Dawid wiedział, gdzie mnie szukać.
Poszłam na górę, usiadłam na ławie przy oknie i zaczęłam bezmyślnie przerzucać 

magazyn mody, zastanawiając się, gdzie się podział Jesse i jak długo mam czekać na jego 
pojawienie się. Byłam ciekawa, czy wygłosi kolejny wykład i czy są szanse, żeby znowu 

background image

nazwał   mnie  querida.  Jednak   wrócili   ze   szkoły   chłopcy.   Przyćmiony   przeszedł   obok 
mojego pokoju - nadal winił mnie o to, że został uziemiony w domu na popołudnia - ale za 

to Śpiący wsadził głowę przez drzwi, spojrzał na mnie, stwierdził, że wszystko w porządku i 
cofnął się, marszcząc czoło. Tylko Dawid zapukał, a kiedy zawołałam, żeby wszedł, wsunął 

się nieśmiało do środka.

- Hm - mruknął. - Przyniosłem ci twoją pracę domową. Pan Walden przekazał ją dla 

ciebie. Powiedział, że ma nadzieję, że czujesz się lepiej.

- Och. Dziękuję, Dawidzie. Połóż to na łóżku.

Dawid położył zeszyt tam, gdzie prosiłam, ale nie wyszedł. Stał, wpatrując się w 

kolumienkę   podtrzymującą   baldachim.   Domyśliłam   się,   że   chce   porozmawiać,   więc 

postanowiłam nie odzywać się pierwsza.

-   Cee   Cee   cię   pozdrawia.   I   ten   chłopak.   Adam   McTavish.   Czekałam.   I   nie 

rozczarowałam się.

- Wiesz, wszyscy o tym mówią - odezwał się znowu.

- O czym?
- No, wiesz, o trzęsieniu ziemi. Ze na Misji ciąży jakieś przekleństwo, bo epicentrum 

znajdowało się... tuż obok klasy pana Waldena.

Mruknęłam: „uhm” i przewróciłam kartkę magazynu.

- A więc - ciągnął Dawid - nie zamierzasz mi powiedzieć, tak? Nie patrzyłam na 

niego.

- Powiedzieć o czym?
-   Co   się   dzieje.   Dlaczego   znalazłaś   się   w   szkole   w   środku   nocy.   Jak   doszło   do 

zawalenia się dachu. Nic z tych rzeczy.

- Lepiej, żebyś nie wiedział - stwierdziłam, przewracając stronice. - Wierz mi.

- Ale to nie ma nic wspólnego z... z tym, o czym mówił Jake? Z gangiem? Prawda?
- Nie.

Podniosłam wzrok. Wpadające do pokoju promienie słońca malowały różowe ślady 

na jego skórze. Ten chłopiec, rudowłosy chłopiec z odstającymi uszami, uratował mi życie. 

Byłam mu winna jakieś wyjaśnienie.

- Wiesz, widziałem go - oznajmił Dawid.

- Widziałeś kogo?
- Jego. Ducha.

Patrzył na mnie w napięciu, z bladą twarzą. Wyglądał stanowczo zbyt poważnie jak 

na dwunastolatka.

background image

- Jakiego ducha? - zapytałam.
-   Tego,   który   tu   mieszka.   W   tym   pokoju.   -   Rozejrzał   się,   jakby   spodziewał   się 

zobaczyć Jessego czającego się w kącie mojego jasnego słonecznego pokoju. - Przyszedł do 
mnie   zeszłej   nocy   -   powiedział.   -   Przysięgam.   Obudził   mnie.   Mówił   o   tobie.   Stąd 

wiedziałem. Stąd wiedziałem, że masz kłopoty.

Patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią. Jesse? Jesse mu powiedział? Jesse go 

obudził?

-   Nie   chciał   mnie   zostawić   w   spokoju   -   ciągnął   Dawid   drżącym   głosem.   -   Nie 

przestawał mnie... dotykać. Mojego ramienia. Był zimny i lśnił. Był zimnym, połyskującym 
zjawiskiem, a w mojej głowie odzywał się głos, który kazał mi iść do szkoły i pomóc ci. Ja 

nie kłamię, Suze. Przysięgam, tak było naprawdę.

- Wiem, Dawidzie. - Zamknęłam magazyn. - Wierzę ci. Otworzył buzię, żeby raz 

jeszcze   przysiąc,   że   nie   zmyśla,   ale   kiedy   zapewniłam,   że   mu   wierzę,   zamknął   ją 
gwałtownie. Otworzył ją znowu, mówiąc ze zdumieniem:

- Naprawdę?
- Tak - odparłam. - Nie miałam okazji powiedzieć ci tego zeszłej nocy, więc robię to 

teraz. Dziękuję ci, Dawidzie. Ty i Jake uratowaliście mi życie.

Trząsł się cały. Musiał usiąść na moim łóżku, bo inaczej by się przewrócił.

- Więc... Więc to prawda. To naprawdę był... duch?
- Naprawdę. Przełknął głośno.

- A dlaczego byłaś w szkole?
-   To   długa   historia.   Ale   daję   ci   słowo,   że   to   nie   ma   nic   wspólnego   z   żadnymi 

gangami.

- Czy ma to coś wspólnego z... duchami?

-   Nie   z   tym,   który   złożył   ci   wizytę.   Ale,   owszem,   to   miało   związek   z   pewnym 

duchem.

Usta Dawida poruszyły się, ale nie sądzę, aby był tego świadom. Wydobyło się z nich 

pełne zdumienia:

- To jest jeszcze jakiś inny duch?
- Och, jest ich dużo więcej niż ten jeden. Wytrzeszczył oczy.

- A ty... ty je widzisz?
- Dawidzie, to nie są sprawy, o których jest mi łatwo rozmawiać...

- Czy widziałaś tego z zeszłej nocy? Tego, który mnie obudził?
- Tak, Dawidzie, widziałam.

background image

- Wiesz, kim jest? To znaczy, jak umarł? Pokręciłam głową.
- Nie. Pamiętasz? Miałeś tego dla mnie poszukać. Dawid poweselał.

-   Och,   tak!   Zapomniałem.   Zajrzałem   wczoraj   do   paru   książek.   Poczekaj   chwilę. 

Nigdzie nie odchodź.

Wybiegł z pokoju. Zostałam tam, gdzie byłam, dokładnie tak, jak polecił. Byłam 

ciekawa, czy Jesse jest gdzieś w pobliżu i słucha naszej rozmowy. Uznałam, że miałby za 

swoje, gdyby tak było.

Dawid  wrócił,  zanim  się obejrzałam,  dźwigając  stos zakurzonych wielkich  ksiąg. 

Sprawiały   wrażenie   bardzo   starych,   a   kiedy   usiadł   obok   mnie   i   zaczął   je   z   zapałem 
kartkować, przekonałam się, że faktycznie są tak stare, jak wyglądają. Żadnej nie wydano 

po 1910 roku. Najstarsza pochodziła z 1849 roku.

- Popatrz - powiedział Dawid, przeglądając wielkie, oprawne w skórę tomiszcze, 

zatytułowane Moje Monterey.

Wyszło   ono   spod   pióra   pewnego   pułkownika,   Harolda   Clemmingsa.   Pułkownik 

pisał dość suchym stylem, ale w książce znajdowały się obrazki, co pomagało w lekturze, 
mimo że były czarno - białe.

-   Spójrz   -  powtórzył   Dawid,   otwierając   księgę   na   reprodukcji   fotografii   naszego 

domu.   Wyglądał   inaczej   -   nie   miał   ganku   ani   garażu.   Drzewa   wokół   były   znacznie 

mniejsze. - Spójrz, widzisz, to jest dom w czasach, gdy mieścił się w nim hotel. Albo zajazd, 
jak wtedy mówiono. Tutaj piszą, że cieszył się złą sławą. Zamordowano w nim wielu ludzi. 

Pułkownik  Clemmings  opisuje  szczegółowo  wszystkie  przypadki.  Czy   przypuszczasz,   że 
duch, który wczoraj do mnie przyszedł, jest jednym z nich? To znaczy, jednym z ludzi, 

którzy tutaj umarli?

- Cóż, najprawdopodobniej tak.

Dawid zaczął czytać na głos - szybko i z przejęciem, nie potykając się na długich 

staromodnych wyrazach - historie ludzi zmarłych w domu, który pułkownik Clemmings 

nazywał Domem na Wzgórzach.

Żaden z nich jednak nie nosił imienia Jesse. Żaden z nich nawet w przybliżeniu go 

nie przypominał. Skończywszy czytać, Dawid spojrzał na mnie wyczekująco.

-   Może   to   duch   tego   chińskiego   posługacza   -   powiedział.   -   Tego,   którego 

zastrzelono, ponieważ nie dość starannie wyprał koszule tamtego dandysa.

Pokręciłam głową.

- Nie. Nasz duch nie jest Chińczykiem.
-   Och.   -   Dawid   ponownie   zajrzał   do   książki.   -   A   ten?   Ten,   który   zginął   z   rąk 

background image

własnych niewolników?

- Nie sądzę. Miał niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu.

- No, a ten? Duńczyk, którego przyłapano na oszustwach karcianych i zastrzelono 

na miejscu?

- Nie jest Duńczykiem - odparłam z westchnieniem. Dawid wydął wargi.
- No, to kim on jest? Ten duch?

-   Nie   wiem.   Jest   chyba   z   pochodzenia   Hiszpanem.   I...   -   Nie   chciałam   się   w   to 

zagłębiać w pokoju, w którym Jesse mógłby nas podsłuchać. No, wiecie, chodzi mi o te jego 

oczy, długie, brązowe palce, itd.

Nie chciałam, żeby nabrał przekonania, że mi się podoba.

Potem przypomniałam sobie chusteczkę. Wyleciała mi z pamięci, kiedy sprałam z 

niej krew i powiesiłam. Wyszyto na niej inicjały MDS. Powiedziałam o tym Dawidowi.

- Czy te litery coś ci mówią?
Zamyślił się. Zamknął książkę pułkownika Clemmingsa i sięgnął po inną - jeszcze 

starszą  i bardziej zakurzoną.  Dawid otworzył ją i zobaczyłam tytuł:  Życie w północnej 
Kalifornii, 1800 - 1850

Dawid przejrzał indeks na końcu i powiedział:
- Aha.

- Aha co? - zapytałam.
- Aha, tak myślałem - oznajmił.  Otworzył  książkę  na jednej z ostatnich  stron. - 

Proszę - powiedział. - Wiedziałem. To jest jej podobizna. - Podał mi książkę ze stroną 
nakrytą cieniutką warstwą ligniny.

- Co to? - zapytałam. - W książce jest chusteczka higieniczna.
- To nie chusteczka. To bibułka. Używano jej dla ochrony ilustracji w książkach. 

Podnieś ją.

Podniosłam. Pod spodem na lśniącym papierze widniała czarna - biała reprodukcja 

obrazu. Był to portret kobiety. Pod portretem widniał napis: Maria de Silva Diego, 1830 - 
1916.

Szczęka mi opadła. MDS! Maria de Silva!
Wyglądała na kogoś, kto mógłby nosić taką chusteczkę w rękawie. Miała na sobie 

białą koronkową suknię - w każdym razie na czarno - białym zdjęciu wydawała się biała. 
Lśniące   czarne   włosy   piętrzyły   się   w   lokach   po   obu   stronach   jej   głowy,   z   długiej   szyi 

zwieszał  się  okazały  klejnot  na  złotym   łańcuchu.  Piękna  kobieta  o  dumnym  wyglądzie 
patrzyła z ram portretu z wyrazem twarzy, którego nie dało się określić inaczej jak... wyzy-

background image

wający.

Spojrzałam na Dawida.

- Kim ona była? - zapytałam.
-   Och,   to   jedna   z   najpopularniejszych   kobiet   w   Kalifornii   mniej   więcej   w   tym 

okresie, kiedy zbudowano ten dom. - Dawid odebrał mi książkę i zaczął przerzucać strony. 
- Do jej ojca, Ricardo de Silvy, należała wówczas większość Salinas. Była jego jedyną córką 

i przeznaczył dla jej piękny posag. Jednak nie dlatego dobijano się o jej rękę. W każdym 
razie,   nie   tylko   dlatego.   W   tamtych   czasach   dziewczęta,   które   wyglądały   tak   jak   ona, 

uważano za piękne.

- Jest bardzo piękna.

Dawid spojrzał na mnie z lekkim uśmieszkiem.
- Taak - powiedział. - Owszem.

- Ależ naprawdę.
Dawid zauważył, że mówię poważnie i wzruszył ramionami.

- No, wszystko jedno. Jej tata chciał, żeby poślubiła zamożnego ranczera - dalekiego 

kuzyna, który był w niej nieprzytomnie zakochany - ale jej podobał się inny mężczyzna, 

mężczyzna o nazwisku Diego. - Zerknął do książki. - Felix Diego. To był podejrzany typ. 
Zajmował się handlem niewolnikami. W ten sposób przynajmniej zarabiał na życie, zanim 

przybył   do   Kalifornii,   żeby   zbić   majątek,   poszukując   złota.   Tata   Marii   nie   akceptował 
niewolnictwa tak samo, jak nie uznawał poszukiwaczy złota za godnych ręki jego córki. Tak 

więc Maria pokłóciła się z ojcem, który w końcu zagroził jej wydziedziczeniem, jeśli nie 
wyjdzie   za   mąż   za   kuzyna.   To   natychmiast   uspokoiło   Marię,   ponieważ   należała   do 

dziewcząt,   które   lubią   pieniądze.   Miała   jakieś   sześćdziesiąt   sukien   w   czasach,   gdy 
większość kobiet posiadała dwie, jedną do pracy i jedną do kościoła...

- No, więc co się stało? - przerwałam mu. Nie obchodziło mnie, ile miała sukien. 

Chciałam się dowiedzieć, jaki był w tym udział Jessego.

Dawid szukał czegoś w książce.
- Cóż, to ciekawe, ale Maria w końcu postawiła na swoim. - Jak?

- Kuzyn nie stawił się na ślub.
- Nie stawił się na ślub? Co to znaczy, nie stawił się?

- Po prostu. Nie pojawił się. Nikt nie wie, co się z nim stało. Opuścił rancho na parę 

dni przed ślubem, no, wiesz, żeby zdążyć na czas, ale potem wszelki słuch o nim zaginął. 

Na zawsze. Koniec pieśni.

- A... - Znałam odpowiedź, ale i tak musiałam zapytać: - A co się stało z Marią?

background image

-   Wyszła   za   mąż   za   poszukującego   złota   handlarza   niewolników.   To   znaczy,   po 

stosownej zwłoce. Wtedy panowały surowe zasady dotyczące tych rzeczy. Jej tata tak się 

rozczarował nieodpowiedzialnością kuzyna, że w końcu oświadczył Marii, że może robić, 
co   jej   się   podoba   i   iść   do   diabła.   Tak   też   zrobiła.   Ale   nie   poszła   do   diabła.   Miała   z 

handlarzem niewolników jedenaścioro dzieci i przejęła wraz z mężem majątek ojca po jego 
śmierci i zajmowali się jego utrzymaniem...

Podniosłam rękę.
- Poczekaj. Jak się nazywał ten kuzyn? Dawid zajrzał do książki.

- Hektor.
- Hektor?

- Tak. - Dawid znowu spojrzał na stronę w książce. - Hektor de Silva Ale matka 

nazywała go Jesse.

Kiedy   podniósł   wzrok,   coś   musiało   go   zastanowić   w   wyrazie   mojej   twarzy,   bo 

odezwał się cicho:

- To nasz duch?
- Tak - odparłam równie cicho. - To jest nasz duch.

background image

19

Chwilę   później   zadzwonił   telefon.   Przyćmiony   wrzasnął   z   dołu,   że   to   do   mnie. 

Podniosłam słuchawkę i usłyszałam piskliwy głos Cee Cee.

- Pani wiceprzewodnicząca - powiedziała. - Czy pani wiceprzewodnicząca chciałaby 

coś powiedzieć prasie?

Ja na to:

- Nie. Dlaczego nazywasz mnie wiceprzewodniczącą?
- Ponieważ wygrałaś wybory. - W tle usłyszałam, jak Adam krzyczy:

- Moje gratulacje!
- Jakie wybory? - zapytałam oszołomiona.

- Na wiceprzewodniczącego! - W głosie Cee Cee brzmiała irytacja. - Rany!
- Jak mogłam je wygrać? - powiedziałam. - Przecież mnie tam nie było.

- Nic nie szkodzi. I tak zdobyłaś dwie trzecie głosów drugiego rocznika.
- Dwie trzecie? - Przyznaję, byłam w szoku. - Ależ, Cee Cee, dlaczego ludzie na mnie 

głosowali? Nawet mnie nie znają. Jestem nowa.

Cee Cee na to:

- Cóż ci mogę powiedzieć? Emanujesz pewnością siebie urodzonej przywódczyni.
- Ale...

- I pewnie nie jest bez znaczenia, że pochodzisz z Nowego Jorku, ludzie tutaj są 

zafascynowani wszystkim, co pochodzi z Nowego Jorku.

- Ale...
- A poza tym, mówisz naprawdę szybko.

- Tak?
- Owszem. A to sprawia, że wydajesz się inteligentna. To znaczy, uważam, że jesteś 

inteligentna, ale także robisz takie wrażenie, bo szybko mówisz. I ubierasz się na czarno, a 
czarny jest, no, wiesz, kultowy.

- Ale...
-   Och,   no   i   to,   że   uratowałaś   Bryce'a   przed   tą   spadającą   belką   Ludziom   to   się 

podoba.

Dwie   trzecie   rocznika   drugich   klas   głosowałoby   zapewne   na   zajączka 

wielkanocnego, gdyby ktoś go skłonił do ubiegania się o to stanowisko. Nie powiedziałam 
jednak niczego w tym stylu. Zamiast tego stwierdziłam:

- Cóż. A to dobre.

background image

-   Dobre?   -   powtórzyła   zdumiona   Cee   Cee.   -   Dobre?   To   wszystko,   co   masz   do 

powiedzenia, „dobre”? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak świetnie będziemy się bawili 

teraz, kiedy udało nam się dobrać do tej całej kasy? Jakie fantastyczne rzeczy będziemy w 
stanie robić?

- No, to... świetnie.
-   Świetnie?   Suze,   to   niesamowite!   Będziemy   mieli   niesamowity,   niesamowity 

semestr! Taka jestem z ciebie dumna! I pomyśleć, że to przewidziałam!

Rozłączyłam   się,   mając   poczucie,   że   zdarzyło   się   coś   niezwykłego.   Nie   co   dzień 

zdarza się, żeby wybrano kogoś na wiceprzewodniczącego klasy w sytuacji, gdy ta osoba 
chodzi do tej klasy krócej niż tydzień.

Nie zdołałam dobrze odłożyć słuchawki, gdy telefon znowu zadzwonił. Tym razem 

odezwał się dziewczęcy głos, którego nie rozpoznałam, a który prosił o rozmowę z Suze 

Simon.

- To ja - powiedziałam i Kelly Prescott wrzasnęła mi do ucha:

- O mój Boże! Słyszałaś? Nie jesteś podniecona? Ale będziemy mieli zajebisty rok.
„Zajebisty”. W porządku.

- Z przyjemnością podejmę współpracę z tobą - powiedziałam spokojnie.
- Posłuchaj - odezwała się Kelly, przechodząc nagle na ton negocjacji biznesowych. - 

Musimy się spotkać i wybrać muzykę.

- Muzykę do czego?

- Na tańce, oczywiście. - Dobiegł mnie szelest kartek jej terminarza. - Załatwiłam 

didżeja. Przysłał mi listę i mamy wybrać piosenki. Jak, na przykład, jutro wieczorem? A 

poza tym, co się z tobą dzieje? Nie było cię dzisiaj w szkole. Nie zarażasz chyba, co?

- Eee, nie. Posłuchaj, Kelly, co do tych tańców... Nie wiem. Pomyślałam, że byłoby 

zabawniej wydać pieniądze na coś takiego, jak. .. no, na przykład, piknik na plaży.

Powtórzyła beznamiętnym tonem:

- Piknik na plaży.
-   Taak.   Do   tego   siatkówka,   ognisko   i   takie   rzeczy.   -   Owinęłam   sobie   sznur 

telefoniczny wokół palca. - Po tym, jak uczcimy pamięć Heather, oczywiście.

- Co takiego?

- Uroczystość żałobna. Widzisz, domyślam się, że wynajęłaś już salę w Carmel Inn 

na   tańce,   prawda?   Ale   zamiast   tańców,   moglibyśmy   wyprawić   Heather   uroczystość 

żałobną. Wiesz, sądzę, że to by jej odpowiadało.

Ton głosu Kelly nie wyrażał żadnych uczuć.

background image

- Nawet jej nie znałaś.
- Cóż, to prawda. Ale wydaje mi się, że wiem, jakiego typu osobą była. I sądzę, że 

uroczystość żałobna w Carmel Inn to jest dokładnie to, czego by sobie życzyła.

Kelly   milczała   przez   minutę.   Cóż,   owszem,   przyszło   mi   do   głowy,   że   może   nie 

podobają jej się moje sugestie. Jestem w końcu wiceprzewodniczącą. A nie sądzę, żeby 
dało jej się zdjąć mnie ze stanowiska, chyba że wyrzucono by mnie ze szkoły.

- Kelly? - Ponieważ nie odpowiedziała, ciągnęłam: - Słuchaj, Kelly, nie przejmuj się 

tym   teraz.   Porozmawiamy.   Aha,   a   co   do   tego   party   w   sobotę.   Mam   nadzieję,   że   nie 

będziesz miała nic przeciwko temu, że zaprosiłam Cee Cee i Adama. Wiesz, to dziwne, ale 
oni twierdzą, że nie zostali zaproszeni. Ale w tak małej klasie jak nasza, to naprawdę nie w 

porządku   nie   zaprosić  wszystkich,   rozumiesz,   o  co   mi  chodzi?  Ludzie,   których   się   nie 
zaprasza, mogą pomyśleć, że się ich nie lubi. Jestem pewna,  że w wypadku Cee Cee i 

Adama po prostu zapomniałaś, prawda?

- Czy ty jesteś chora na głowę? Nie zniżyłam się do odpowiedzi.

- Do zobaczenia jutro - rzuciłam jedynie.
Parę   minut   później   telefon   zadzwonił   jeszcze   raz.   Odebrałam,   gdyż   jak   się 

wydawało, jestem rozchwytywana. Nie pomyliłam się. Dzwonił ojciec Dominik.

- Susannah - odezwał się swoim przyjemnie głębokim głosem - mam nadzieję, że nie 

masz mi za złe,  że cię  niepokoję w domu. Dzwonię, żeby ci pogratulować wygranej  w 
wyborach...

- Proszę się nie martwić, ojcze Dominiku. Nikt nie słucha na drugiej linii. To tylko 

ja.

- Co ty sobie wyobrażasz? - powiedział zupełnie innym tonem. - Przyrzekłaś mi! 

Przyrzekłaś, że nie pójdziesz do szkoły sama!

- Przepraszam, ale groziła, że skrzywdzi Dawida, więc...
-   Nie   obchodzi   mnie   to,   choćby   groziła   twojej   matce,   młoda   damo.   Następnym 

razem masz na mnie czekać. Rozumiesz? Nigdy więcej nie wolno ci próbować czegoś tak 
ryzykownego jak egzorcyzmy bez żadnej pomocy!

- Cóż, dobrze. Miałam jednak nadzieję, że nie będzie następnego razu.
- Nie będzie następnego razu? Jesteś niemądra! Jesteśmy mediatorami, pamiętaj o 

tym. Dopóki istnieją duchy, będzie dla nas następny raz, młoda damo, i radzę o tym nie 
zapominać.

Jakbym   naprawdę   mogła   zapomnieć.   Wystarczyło   rozejrzeć   się   po   pokoju   w 

dowolnej   porze   dnia   i   oto   pojawiała   się   moja   chusteczka   z   zawiązanym   rogiem,   czyli 

background image

zamordowany kowboj.

Nie widziałam jednak potrzeby informowania o tym ojca Dominika. Powiedziałam 

tylko:

- Przykro mi z powodu dachu. Biedne ptaki.

- Pal sześć moje ptaki. Nic ci się nie stało i tylko to się liczy. Kiedy wyjdę ze szpitala, 

usiądziemy sobie razem, Susannah, i odbędziemy długą pogawędkę na temat właściwych 

technik mediacji. Nie podoba mi się ten twój obyczaj wkraczania na scenę i nokautowania 
nieszczęsnych dusz, kiedy się tego najmniej spodziewają.

Roześmiałam się.
- Dobrze. Przypuszczam, że dokuczają księdzu żebra? Odpowiedział łagodniejszym 

tonem:

- Owszem, trochę. Skąd wiesz?

- Bo jest ksiądz taki miły.
- Przepraszam. - Po głosie poznałam, że mówił poważnie. - Ja... tak, rzeczywiście 

odczuwam bóle w żebrach. Och, Susannah. Słyszałaś nowiny?

- Które? To, że wybrano mnie na wiceprzewodniczącą klasy, czy to, że rozwaliłam 

szkołę wczoraj w nocy?

- Nic z tego. U Louisa Stevensona zwolniło się jedno miejsce dla Bryce'a. Przeniesie 

się tam, jak tylko będzie w stanie chodzić.

- Ale... - To żałosne, wiem, ale poczułam się skonsternowana. - Ale Heather odeszła. 

Nie musi się przenosić.

-   Heather   mogła   odejść   -   powiedział   łagodnym   tonem   ojciec   Dominik   -   ale   jej 

pamięć   trwa   wśród   tych,   których...   dotknęła   jej   śmierć.   Nie   możesz   chyba   mieć   do 
chłopaka  pretensji o to, że  chce  zacząć  od nowa  w innej szkole,  gdzie nikt nie będzie 

szeptał za jego plecami?

Ja na to, bez specjalnego entuzjazmu, myśląc o miękkich jasnych włosach Bryce'a:

- Pewnie nie.
- Podobno do poniedziałku dojdę do siebie na tyle, że będę mógł wrócić do pracy. 

Czy możemy się spotkać w moim gabinecie?

- Pewnie tak - odparłam z równym zapałem co poprzednio. Ojciec Dominik zdawał 

się tego nie zauważać.

-   Do   zobaczenia   zatem   -   powiedział.   Zanim   odłożyłam   słuchawkę,   usłyszałam 

jeszcze,  jak mówi: - Och,  Susannah. Postaraj  się w międzyczasie  nie rozwalić tego, co 
zostało ze szkoły.

background image

- Ha, ha - mruknęłam i rozłączyłam się.
Siedząc na ławie przy oknie, oparłam podbródek na kolanach i zapatrzyłam się na 

krzywiznę   zatoki   po   drugiej   stronie   doliny.   Słońce   zachodziło   powoli.   Mój   pokój 
opromieniło   złoto   -   czerwone   światło,   a   niebo   wokół   słońca   wydawało   się   pasiaste. 

Kolorowe   chmury   -   niebieskie,   fioletowe,   czerwone   i   pomarańczowe   -   wyglądały   jak 
wstążki, które widziałam kiedyś powiewające na majowym palu podczas renesansowego 

jarmarku. Przez otwarte okno wpadał zapach morza. Nadmorska bryza niosła wysoko na 
wzgórza, tam, gdzie siedziałam, słony aromat.

Zastanawiałam się, czy Jesse też tak siedział w oknie, wdychając zapach oceanu, 

zanim umarł. Zanim, czego byłam pewna, kochanek Marii de Silvy, Felix Diego, zakradł się 

do pokoju i zabił go.

Jakby   czytając   w   moich   myślach,   Jesse   zmaterializował   się   o   kilka   kroków   ode 

mnie.

- Rany! - zawołałam, przyciskając rękę do serca, które biło tak mocno, że bałam się, 

że eksploduje. - Czy ty musisz to robić?

Opierał się nonszalancko o słupek przy moim łóżku.

- Przykro mi - powiedział. Ale widać było, że to nieprawda.
-   Słuchaj,   jeśli   mamy,   w  pewnym   sensie,   mieszkać   razem,   musimy   wypracować 

pewne zasady. A zgodnie z zasadą numer jeden nie możesz mnie w ten sposób zaskakiwać.

- A jak mam dawać znać o swojej obecności? - zapytał  Jesse ze śmiejącymi się 

oczami.

- Nie wiem. Czy mógłbyś, na przykład, brzęczeć łańcuchami?

Pokręcił głową.
- Nie sądzę. Jaka byłaby zasada numer dwa?

- Zasada numer dwa... - Głos mi zamarł, kiedy tak na niego patrzyłam. To nie w 

porządku. Naprawdę nie. Zmarli faceci nie powinni być tacy przystojniak Jesse, którego 

twarz opromieniało w tej chwili zachodzące słońce, uwydatniając jej regularne rysy...

Uniósł brew, tę z blizną.

- Coś nie tak, querida ? - zapytał.
Popatrzyłam na niego uważnie. Było jasne, że nie zdaje sobie sprawy, że wszystko 

wiem. Chciałam go o to zapytać, ale właściwie nie chciałam się niczego dowiadywać. Coś 
trzymało Jessego na tym świecie, nie dając mu przejść do tego, do którego należał, a to coś, 

jak przeczuwałam, wiązało się bezpośrednio ze sposobem, w jaki umarł. Ponieważ jednak 
wyraźnie nie zależało mu na tym, żeby o tym dyskutować, uznałam, iż to nie mój interes.

background image

Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy. Zazwyczaj nie mogłam opędzić się od 

duchów, które domagały się mojej pomocy. Ale nie Jesse.

Przynajmniej na razie.
- Pozwól, że cię o coś zapytam - odezwał się Jesse tak niespodziewanie, że przez 

chwilę myślałam, że czyta w moich myślach.

- O co? - zapytałam ostrożnie, odrzucając magazyn i wstając.

-   Zeszłej   nocy,   kiedy   ostrzegłaś   mnie   przed   pójściem   do   szkoły,   ponieważ 

zamierzałaś odprawić egzorcyzmy...

Otworzyłam szeroko oczy.
- Tak?

- Dlaczego mnie ostrzegłaś? Roześmiałam się z ulgą. Tylko o to mu chodzi?
-  Ostrzegłam   cię,   bo   gdybyś  się   tam   zjawił,   wessałoby   cię   do   innego   świata   jak 

Heather.

- Ale czy to nie byłby doskonały sposób, żeby się mnie pozbyć? Miałabyś pokój dla 

siebie, dokładnie tak, jak sobie życzysz.

Popatrzyłam na niego przerażona.

- Ale to byłoby... to byłoby nieuczciwe! Uśmiechnął się.
- Rozumiem. Wbrew zasadom?

- Owszem - odparłam. - Pewnie, że tak.
- A więc ostrzegłaś mnie... - zrobił krok w moją stronę - ...ponieważ odrobinę mnie 

polubiłaś?

Poczułam ze zgrozą, że się czerwienię.

- Nie. Nic podobnego. Próbuję po prostu postępować zgodnie z zasadami. Które ty 

złamałeś, nawiasem mówiąc, budząc Dawida.

Jesse podszedł o krok bliżej.
- Musiałem. Powiedziałaś, że nie mogę sam przyjść do szkoły. Jaki miałem wybór? 

Gdybym nie wysłał ci brata na pomoc - stwierdził - byłabyś w tej chwili odrobinę nieżywa.

Zdawałam   sobie,   niestety,   sprawę,   że   ma   rację.   Nie   miałam   jednak   zamiaru 

przyznawać mu tego.

- A skąd. Panowałam nad wszystkim. Ja...

- Nad niczym nie panowałaś - zaśmiał się Jesse. - Wpakowałaś się tam bez żadnego 

planu, bez jakiegokolwiek...

- Miałam plan. - Zrobiłam jeden zamaszysty krok w jego stronę i nagle stanęliśmy 

praktycznie nos w nos. - Kim ty jesteś, żeby twierdzić, że nie miałam planu? Robię to od 

background image

lat, rozumiesz? Od lat. I nigdy nie potrzebowałam pomocy. Od nikogo. A na pewno nie od 
kogoś takiego jak ty.

Przestał się nagle uśmiechać. Na jego twarzy malowała się wściekłość.
- Takiego jak ja? Jak ty mnie nazwałaś? Od kowboja?

- Nie. Od kogoś, kto jest martwy. Jesse drgnął, jakbym go uderzyła.
- Ustalmy, że zgodnie z zasadą numer dwa ty się nie wtrącasz w moje sprawy, a ja w 

twoje - powiedziałam.

- Świetnie - odparł Jesse krótko.

-   Świetnie   -   powtórzyłam.   -   I   dziękuję.   Nadal   był   wściekły.   Zapytał   nadąsanym 

głosem:

- Za co?
- Za uratowanie mi życia.

Gniew natychmiast zniknął z jego twarzy. Przestał marszczyć brwi.
A potem wyciągnął ręce i położył je na moich ramionach.

Gdyby wbił we mnie widelec, chyba nie byłabym taka zdumiona. Przyzwyczaiłam się 

do radzenia sobie z duchami za pomocą pięści, ale nie przyzwyczaiłam się do tego, że 

patrzą na mnie tak, jakby... jakby...

Cóż, jakby chciały mnie pocałować.

Zanim jednak zdążyłam zastanowić się, co dalej - zamknąć oczy i poddać się jego 

woli czy też powołać na zasadę numer trzy: żadnego dotykania - z dołu rozległ się głos 

mojej mamy.

- Susannah? - zawołała. - Suzie! Jestem w domu. Spojrzałam na Jessego. Zdjął ręce 

z moich ramion. Chwilę później mama otworzyła drzwi, a Jesse zniknął.

- Suzie - powiedziała. Podeszła bliżej i objęła mnie. - Jak się masz? Mam nadzieję, 

że nie jesteś zła, że pozwoliliśmy ci spać. Wydawałaś się taka zmęczona.

- Nie. - Nadal czułam się lekko oszołomiona tym, co zaszło między mną a Jessem. - 

Nie jestem zła.

-   Przypuszczam,   że   to   wszystko   w   końcu   cię   zmogło.   Spodziewałam   się,   że   to 

nastąpi. Czy dobrze ci tu było z Andym? Mówił, że zrobił ci lunch.

- Zrobił świetny lunch - stwierdziłam automatycznie.

- Słyszałam też, że Dawid przyniósł ci pracę domową. - Puściła mnie i podeszła do 

okna. - Myśleliśmy, żeby zrobić spaghetti na obiad. Co ty na to?

-   Brzmi   dobrze.   -   Zauważyłam,   że   mama   wygląda   przez   okno.   A   potem 

stwierdziłam, że nie pamiętam, kiedy moja mama wyglądała tak... cóż, pogodnie.

background image

Może to dlatego, że odkąd przeprowadziłyśmy się na zachód, przestała pić kawę.
Bardziej prawdopodobne jednak, że to miłość.

- Na co patrzysz, mamo? - zapytałam.
- Och, na nic takiego, kochanie - powiedziała z lekkim uśmiechem. - Na zachód 

słońca. Jest taki piękny. - Odwróciła się, żeby objąć mnie ramieniem i stałyśmy tak razem, 
patrząc, jak słońce zanurza się w Pacyfiku w płomieniach czerwieni, fioletów i złota. - W 

Nowym Jorku z pewnością nie mogłabyś oglądać takiego zachodu słońca - westchnęła. - 
Prawda?

- Nie. Z pewnością nie.
- A więc - powiedziała mama, obejmując mnie mocniej. - Co o tym myślisz? Sądzisz, 

że powinnyśmy trochę tu zostać?

Żartowała, oczywiście. Ale nie do końca.

- Pewnie - stwierdziłam. - Zostańmy.
Uśmiechnęła   się   do   mnie,   a   potem   znowu   popatrzyła   na   słońce.   Jaskrawa 

pomarańczowa kula znikała za horyzontem.

- „Oto zachodzi słońce” - zanuciła mama.

- „I tak jest dobrze” - dokończyłam.