background image

Pieniądze spadają im z nieba

 

Po tragicznym zawaleniu się hali Międzynarodowych Targów Katowickich, które wstrząsnęło 
Polską, kraj ogarnęła gorączka odśnieżania. Małe, dobrze zorganizowane firmy zarabiają na 
tym nawet milion złotych rocznie. I to bez względu na to, czy śnieg pada, stopniał czy nie było 
go w ogóle.
Eryk Wachowiak z Rudy Śląskiej postanowił rzucić się w śnieg trzy lata temu. Za 400 zł kupił 
używanego, czerwonego malucha. Następnie w firmie specjalizującej się w przeróbkach wyposażył 
go w obsługiwany z siedzenia kierowcy pług (zapłacił 560 zł). Wydrukował ulotki, rozniósł po 
znajomych. Już następnego dnia zadzwoniła kobieta, która była operatorem stacji benzynowej 
Neste w Mysłowicach. Świeżo upieczony przedsiębiorca był tak zaskoczony, że nie wiedział nawet, 
jaką zaproponować jej cenę. Jedyna kwota, jaka przyszła mu do głowy, to było tysiąc zł za miesiąc 
"ochrony" przed śniegiem, bez względu na to czy pada, czy nie. Kobieta zgodziła się, nawet nie 
drgnęła jej powieka. Cena okazała się tak niska, że już po kilku dniach odezwał się szef regionu 
skandynawskiego koncernu i zaproponował odśnieżanie czternastu należących do sieci stacji m.in. 
w Rudzie Śląskiej, Sosnowcu, Mysłowicach, Bytomiu i okolicznych miejscowościach. Wachowiak 
był wniebowzięty, z marszu podpisał umowę. Opadów nie było wiele, zatrudnił więc dwóch 
kolegów. Pod koniec miesiąca dostał przelew na 14 tys. zł.

Krew na śniegu

Takich jak Wachowiakowa firm powstało w ostatnich latach setki, jeśli nie tysiące. Ile dokładnie? 
Tego nikt nie wie, bo statystyki poświęcone temu rynkowi nie są prowadzone, a śnieg wrzucany jest 
do jednego worka ze standardowym sprzątaniem.

Nikt nie ma jednak wątpliwości, że prawdziwy boom na tego typu 

usługi

, o czym trzeba pamiętać, 

miał początek tragiczny. W styczniu 2006 roku pod naporem śniegu zawaliła się hala 
Międzynarodowych Targów Katowickich na granicy Chorzowa i Siemianowic Śląskich. Zginęło 
wówczas 65 osób, 170 było rannych. Cała Polska z przerażeniem obserwowała nagrania z miejsca 
katastrofy, akcję ratunkową, relacje świadków. Mieszkańcy Śląska zapalali znicze przy ruinach, 
ogłoszono żałobę narodową. – Wielkie korporacje, właściciele biurowców, a przede wszystkim 
hipermarketów i zarządcy budynków, zrozumieli, że śnieg może stanowić dla nich realne 
zagrożenie – mówi Wachowiak. – Zaczęli więc gorączkowo szukać kogoś, kto zagwarantuje im, że 
mieć będą ten problem z głowy.

Swoje zrobiło także wzmożenie po śląskiej tragedii kontroli w całym kraju. Sprawujące nadzór nad 
utrzymaniem czystości tzw. infrastruktury władze samorządowe (wójtowie, burmistrzowie i 
prezydenci miast) uruchomiły Straż Miejską, która nawet za najdrobniejsze wykroczenia (tzw. 
śliskość chodnika) zaczęła karać 500 zł mandatami. Gdy właściciele, zarządcy i użytkownicy 

nieruchomości

 w ogóle śnieg lekceważyli, sprawy z marszu trafiały do kolegium ds. wykroczeń, 

które nakładało mandaty w wysokości od 5 tys. zł w górę. Jeśli sprawa była kierowana do sądu, a 
tak działo się w przypadku recydywistów, kara wynosiła już kilkanaście, kilkadziesiąt tys. zł, a 

background image

mogła skończyć się także wyrokiem ograniczenia lub pozbawienia wolności. – Właściciele 
nieruchomości, szczególnie wielkie korporacje, nie chcieli odśnieżać we własnym zakresie. Firm 
zewnętrznych nie było jednak wiele, więc stawki wystrzeliły do góry jak rakieta.

Śnieżne profity

Od tego czasu banalne, a czasami wręcz lekceważone odśnieżanie stało się całkiem intratnym 
biznesem.

W dużych miastach, gdzie jest drożej niż na prowincji, zgarnięcie śniegu z metra kw. 
standardowego, płaskiego dachu kosztuje już nawet 5–6 zł. Powierzchnia średniej wielkości hali 
wynosi około tysiąca metrów kw. Sprawnemu, silnemu i skoremu do roboty człowiekowi 
odśnieżenie takiej hali zajmie, jak zapewniają właściciele tego typu interesów, zaledwie jeden dzień 
pracy. Dobrze zorganizowana firma może mieć 25–30 tego typu zleceń w miesiącu. Łatwo więc 
policzyć, że jej przychody, bez uwzględnienia kosztów, mogą wynieść od 125 do 180 tys. zł. – 
Jeżeli firma ma grafik zapięty pod kreską, w ciągu roku może mieć nawet milion zł przychodu – 
twierdzi właściciel jednej ze stołecznych firm odśnieżających. – A trzeba pamiętać, że zwykle są to 
spółki typu "ja i ktoś jeszcze".

Czytaj na kolejnej stronie o tym, ile można zarobić nie wychodząc w ogóle z domu... 

Ale to nie wszystko. Dodatkowe zyski, jak zdarzało się to często na przykład w ubiegłym roku, 
kiedy to zima mocno dała się we znaki, firmy zgarniają, wykonując usługę na rzecz tzw. 
spóźnionego klienta. Gdy zleceniodawcy zależy na pilnym wykonaniu zlecenia musi zapłacić nawet 
kilkanaście zł za metr kw. odśnieżania dachu. – Na obsłudze spóźnialskich można zarobić naprawdę 
sporo – twierdzi Eryk Wachowiak.

Oczywiście ostateczne wynagrodzenie zależy od wielu czynników. Na prowincji ceny są o 30–40 
proc. niższe niż w aglomeracjach, taniej jest, gdy umowa zostanie podpisana wiosną lub latem, o 
30–40 proc. więcej zleceniodawca musi natomiast zapłacić za odśnieżanie terenów trudnych, takich 
jak spadziste dachy, czy powierzchnie mające liczne przeszkody, wentylatory, wywietrzniki, czy w 
przypadku parkingów na przykład wiaty z wózkami do hipermarketu.

Ale największe zyski firmy odśnieżające kasują, gdy śniegu nie ma w ogóle. – Im mniej opadów, 
tym lepiej zarabiamy – potwierdza Wachowiak. – Większość firm ma bowiem podpisaną umowę za 
gotowość do pracy. Usługę natomiast wykonuje tylko wtedy, gdy mają miejsce opady. Gdy nie ma 
śniegu, dostaje wynagrodzenie, a nie robi nic. Nie ponosi więc kosztów, nie płaci ludziom i nie 
kupuje materiałów, piasku i soli, ma więc znacznie większe zyski. Dlatego co roku właściciele firm 
modlą się, by nie padało.

Najmniej rentowna natomiast, zdaniem Wachowiaka, jest tego typu działalność podczas obfitych, 
zdarzających się jednak dość rzadko opadów białego puchu. Poprzedniej bardzo uciążliwej zimy 
niemal wszystkie działające na rynku drobne tego typu przedsiębiorstwa na kolanach wręcz 
negocjowały z właścicielami terenów uzgodnione wcześniej stawki (zazwyczaj były podnoszone o 
20–30 proc.). – Opady były tak obfite, temperatury tak niskie, że bez negocjacji zarabiali tylko ci, 
którzy wykonywali usługę na rzecz spóźnionego klienta – twierdzi Wachowiak. – A zleceniodawcy 

background image

niechętnie podnosili stawki, mieli bowiem umowy.

Szczyt luksusu 

Wielkość opadów to nie jedyny problem właścicieli firm odśnieżających. Rynek jest coraz bardziej 
nasycony, więc już dwa lata temu pojawiły się trudności ze znalezieniem odpowiednich ludzi do 
roboty. 

Praca

 nie cieszy się prestiżem, więc i chętni do niej nie ustawiają się w kolejce. Standardem 

jest umowa o dzieło. Stawki wynoszą od 50 gr do 2 zł za mkw. odśnieżanej powierzchni (silny 
pracownik jest w stanie w ciągu dnia przerobić powierzchnię wielkości 700–800 mkw.).

Problemem jest także dbanie o ciągłość zamówień. Aby firma mogła dużo zarobić, powinna mieć 
grafik zamówień zapięty pod kreskę. Właściciel musi zatem dbać o dobre stosunki ze 
zleceniodawcami, a także szefami regionów wielkich firm sprzątających, takich jak multiusługowy 

Impel

, czy świadcząca także usługi ochroniarskie Era. To one bowiem zgarniają największe 

zlecenia na dziesiątki, setki tysięcy metrów kw. powierzchni ze strony sieci hipermarketów. Potem 
jako podwykonawców zatrudniają małe, lokalne firmy. – Dlatego trzeba być z nimi w dobrych, 
przyjacielskich wręcz stosunkach, zaprosić od czasu do czasu na kawę, czy coś mocniejszego  – 
mówi szef jednej z firm.

Bardziej ambitni właściciele muszą także inwestować w sprzęt. Marzeniem każdego traktującego 
biznes poważnie jest tzw. multicar, szczyt luksusu w tej branży. To malutkie autko ciężarowe 
przystosowane do mocowania na nim rozmaitych narzędzi, na przykład pługa albo piaskarki. Dzięki 
niemu plac o powierzchni tysiąca metrów kw. można obskoczyć w ciągu zaledwie godziny.

Tego typu urządzenie jednak do tanich nie należy. Używanego, kilkunastoletniego Multicara można 
kupić co prawda na popularnym portalu aukcyjnym już za kilka tysięcy złotych, ale nowy to 
wydatek rzędu 80 tys. zł w górę. – Jednak popyt od mniej więcej pięciu lat jest duży i ciągle rośnie 
– zauważa Marta Ture z Hako Polska, firmy która Multicary sprowadza z Niemiec. – Kiedyś 
zaopatrywaliśmy w sprzęt przede wszystkim miejskie spółki komunalne. Dzisiaj coraz częściej 
kupują u nas osoby prywatne i małe firmy. Stać ich, bo mają coraz więcej zleceń.

Wygląda więc na to, że wbrew obiegowym opiniom niektórym pieniądze spadają z nieba. Ale czy z 
efektów ich pracy jesteśmy zadowoleni? To temat na zupełnie inny artykuł.