background image
background image

Krytyka Literacka 

e-miesięcznik; dwa razy do roku ukazuje się w wersji papierowej 

 
 

REDAKCJA Tomasz Marek Sobieraj (red. nacz.)  

Witold Egerth, Janusz Najder, Marek Różycki jr., Wioletta Sobieraj 

ADRES ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź 

E-POCZTA editionssurner@wp.pl 

 

WYDAWCA Editions Sur Ner 

 

 

Archiwum i biblioteka Krytyki Literackiej: http://chomikuj.pl/KrytykaLiteracka 
Strona internetowa: http://www.krytykaliteracka.blogspot.com 

 

Cena egzemplarza papierowego 10 zł; w celu nabycia pisma należy dokonać wpłaty na konto dowolnego hospicjum      
i wysłać potwierdzenie na adres e-poczty redakcji. 

 

 

Spis treści 
str.   1    Adam A. Zych  LIRYKA NIELUDZKIEGO ŚWIATA AUSCHWITZ 

   7    Krzysztof Jurecki O CZYM ŚNIĄ ANIOŁOWIE? 

10   Alicja Kubiak OBCA ROSJA 
20   Dariusz Pawlicki O LISTACH W LIŚCIE 

24   Bolesław Faron MECENAS I PRZYJACIEL 
30   Christian Medard Manteuffel SPOTKANY POD BRAMAMI ULRO 

36  Niels Hav, Sander de Vaan POEZJA NIE JEST DLA MIĘCZAKÓW 

39   Niels Hav WIERSZE 
43   Tomasz M. Sobieraj PANOPTIKUM 

 

Na 1 stronie okładki kolaż Małgorzaty Wielek-Mandreli Col 9, 21 x 30 cm, 2014 r. 
 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela  urodziła się w roku 1976 w Limanowej. W latach 1997–2002 

studiowała na ASP w Krakowie na Wydziale Malarstwa, dyplom z wyróżnieniem uzyskała w 2002 
r.; w 2009 obroniła na macierzystej uczelni doktorat pt. Badanie serca. Zajmuje się  głównie 
malarstwem sztalugowym. Brała udział w ponad siedemdziesięciu wystawach zbiorowych, jest 
autorką osiemnastu wystaw indywidualnych. W 2010 r. otrzymała pierwszą nagrodę na VIII 

Triennale Małych Form Malarskich – Toruń 2010 w Galerii Sztuki Wozownia w Toruniu. W 2012 
znalazła się w finale międzynarodowego konkursu Strabag w Wiedniu. W latach 2010–2012 była 
współtwórcą i koordynatorem międzynarodowego projektu artystycznego „Przedmieścia” 

realizowanego przez krakowską ASP w Wiedniu, Ostrawie i Krakowie.  Twórczość M. Wielek-
Mandreli ukazuje wieloznaczną postać człowieczeństwa i jest rozwijana w kilku cyklach: Portrety, 
Włosy, Krajobrazy, Badanie serca, Postacie, Pamiątki, Sny, Cyrk i gry
, nawiązujących do 
tradycji surrealizmu (René Magritte). Akcentuje oniryczność przedstawienia, linearne 

uproszczenie oraz biologiczne wnętrze organizmu ludzkiego, w którym znajduje się serce. Jej 
oryginalny styl najpełniej wyraża się w Portretach  i  Włosach, które są także nowym rodzajem 
malarstwa rozwijanego od kilku lat w Krakowie. [Krzysztof Jurecki] 
 
 
Strony internetowe artystki:  
 
www.wielekmandrela.republika.pl 
 
https://www.facebook.com/wielekmandrelamalarstwo 
 
https://www.facebook.com/dzieciarniawielek 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

1

 

Adam A. Zych    LIRYKA NIELUDZKIEGO ŚWIATA AUSCHWITZ 
 
 

 

(…) w domu czeka mnie 

        

zadanie: 

        

stworzyć poezję po Oświęcimiu. 

 

 

 

 

Tadeusz Różewicz (1921–2014) 

 

 

 

(…) pisanie wierszy po Auschwitz 

       

 jest barbarzyństwem. 

 

   Theodor 

Adorno 

(1903–1969) 

 
 
Nieprzypadkowo krańcowo różne cytaty przyjąłem jako swego rodzaju myśli przewodnie do tego eseju, 
a zarazem uczyniłem je punktem wyjścia w poszukiwaniu odpowiedzi na, wcale nie retoryczne, 
pytanie: czy możliwa jest szeroko rozumiana twórczość artystyczna – w tym także poetycka – po 
zamknięciu najmroczniejszych w dziejach świata kart, na których zapisane zostało nieprzystające do 
dotychczasowych doświadczeń zjawisko Auschwitz?     
        

Obciążeni bagażem najnowszej historii, z perspektywy siedemdziesięciolecia  łatwiej 

postrzegamy i trafniej rozumiemy rozliczne motywy twórczości, podejmowanej często nie bez 
narażenia życia w obozach, łagrach i więzieniach.  
       

Czym  była twórczość artystyczna w KL Auschwitz-Birkenau, czy tylko dokumentem ciemnego 

czasu okrutnej wojny światowej, czy też czymś więcej? Z jakich motywów rodziła się inspiracja twórcza 
w tak ekstremalnych warunkach obozowych? Są to pytania, które muszę w tym miejscu postawić. 
       

Twórczość obozowa, jak sądzę, to nie tylko artystyczny wyraz emocji czy uczuć ludzi 

zamkniętych w obozie koncentracyjnym – bólu i żalu, goryczy i rozpaczy, przejaw tęsknoty i nadziei 
przeżycia, pragnienia powrotu do bliskich, ale i forma ekspresji oporu lub buntu szczególnie 
wrażliwego człowieka jakim jest poeta, a więc próba bezgłośnego protestu i przeciwstawienia się 
ustaleniom życia obozowego narzuconego przez zbrodniczy system; jest to też wyraźna oznaka pogardy 
dla wroga i śmierci, a także pokrzepienie serc i potwierdzenie własnego człowieczeństwa. 
        

Zdaniem  Tadeusza  Hołuja (1916–1985), poety i byłego więźnia KL Auschwitz-Birkenau i KL 

Leitmeritz, „istniała bowiem niezaprzeczalna potrzeba dawania wyrazu obozowej rzeczywistości, 
jakiejś ponownej s a m o k r e a c j i  człowieka w pasiakach, i dania odpowiedzi na podstawowe nieraz 
pytanie: co się stało z człowiekiem?”. 
        

Mieszcząca się w rozległym nurcie „literatury krematoriów lagrowych” wiersze i pieśni obozowe 

powstawały zazwyczaj spontanicznie, z wewnętrznego impulsu, wywołane potrzebą przekazania myśli 
bądź też utrwalenia w artystycznej formie przeżywanych emocji i uczuć.  
        

„Mroczny  czas”  ma  to  do  siebie,  że człowiek wyraźnie i jasno postrzega swoją znikomość, 

przypadkowość, kruchość swej ludzkiej kondycji. Słowo jest człowiekowi potrzebne najbardziej właśnie 
w sytuacji zagrożenia. Czasem jeden cytat wystarczy, by być lepiej zrozumianym niż w długim 
wywodzie. Słowo umożliwiało bezpośrednie reagowanie na zbrodnię, krzywdę i niesprawiedliwość. 
Właśnie tam – za drutami, za kratami, na wygnaniu, na zesłaniu – kultura czy sztuka, piękne         
słowo, były szczególnie potrzebne. Twórczość obozowa, łagrowa, więzienna uświadamiała,  że                  
w najtrudniejszych nawet warunkach można i należy pozostać osobą ludzką, istotą twórczą, a nie 
skazanym na pogardę i zagładę przedmiotem. Poetyckie słowo budziło w człowieku jego podmiotowość 
i tożsamość, chroniło przed zagubieniem godności, podeptaniem człowieczeństwa. Wiersze pozwalały 
przetrwać – nie w znaczeniu biologicznym, ale psychologicznym – bowiem posiadały niezmierny 
wpływ na zachowanie szacunku dla samego siebie.  
        

Odczytywana dziś na nowo poezja oświęcimska poszerza poznanie, wzbogaca świadomość, nie 

tylko historyczną, uwrażliwia, buduje w nas zupełnie nowy świat doznań i przeżyć, a nade wszystko 
umożliwia osiągnięcie własnego „punktu widzenia” na wiele złożonych spraw, gdyż jak pisał Henryk 
Jasiczek (1919–1976):  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

2

 

 

 

Na świat można patrzeć  

  przez: 

 

  powiększające szkła zdumienia  

  pomniejszające szkła zwątpienia  

 

 

przez palce przez łzy  

 

 

czarne niebieskie i różowe okulary 

  dziurkę od klucza 

  szkiełko do zaćmienia słońca 
  lufę karabinu 

  tysiące pustych okularów  

  muzeum 

Oświęcimia.  

 
             Liryka  nieludzkiego  świata Auschwitz, a także wiersze tworzone po Oświęcimiu, dają nam 
szansę poznania rzeczy nowych, takich, obok których przechodziło się dotychczas obojętnie, zarazem 
ukazują w niezwykłym świetle sprawy powszednie, a niedostrzegalne i niezrozumiałe.  
             Twórczość obozową należy traktować nie tylko jako wyjątkowy dokument minionych czasów, 
ale także w wymiarze psychologicznym. Piękno poetyckiego słowa miało w obozie walor 
psychoterapeutyczny, ponieważ twórczość ta była szczególnym mechanizmem obronnym, ocaleniem 
psychiki ludzkiej przed wewnętrznym zniewoleniem, a także czynnikiem katarktycznym, obniżającym 
narastające napięcie emocjonalne. Literatura i sztuka w świecie załamujących się wartości budziły 
wiarę w człowieka i w ocalenie ludzkich ideałów. Trwanie orientacji aksjologicznych, w których 
dominował humanizm, dobro, sprawiedliwość, pomagało w tak ekstremalnych warunkach przeżyć          
i pobudzało wiarę lub nadzieję w przetrwanie.     
             Poeta  Edmund  Polak  (1915–1980),  były więzień Auschwitz i Buchenwaldu wyznał kiedyś: 
„Trzeba się było jakoś bronić przed otaczającą nas brutalnością, odczłowieczeniem, obojętnością” (...) 
„beznadziejnością  czekania  na  wszystko”.  Jakże trafnie opisała te „szare dni” poetka Brzezinki Zofia 
Grochowalska-Abramowicz (1902–1998), gdy „poprzez opuszczoną wieś” (...) „obojętne na wskroś 
maszerują szare kolumny”:  
 
 

 

Teraz mamy oczy szklane,  

 

 

na ich dnie niezapomniane  

  nieprzebolane 

 

 

 

wszystkie straty,  

 

 

wszystkie bóle (...)  

 

 

I w tym strasznym, błędnym kole  

  poruszamy 

się jak w smole,  

 

 

lepko... czarno...  

  duszno... 

parno... 

 

  jak 

spętani... jak spętani...  

 
             Marian  Pankowski  (1919–2011),  poeta,  prozaik,  który  ocalał z Auschwitz, Gross-Rosen, 
Nordhausen i Bergen-Belsen, przekazał tę oto refleksję („Gazeta Krakowska” 1994, nr 244):  
 

W obozie w Oświęcimiu notowałem w pamięci wyrażenia. Mówiło się: „na rozwałkę”, a ja szukałem rymu do: 

„rozwałka” – „załka”; nie, to banalne. To zauroczenie i obłąkanie polskim słowem nigdy mnie nie opuściło.           
W obozach koncentracyjnych czułem się też pisarzem, to pozwoliło mi się zdystansować do codziennego 

koszmaru. Siedziałem tam, jako ja – prawdziwy i ja – pisarz, obserwujący swoje zachowanie.  

 
        

Pisano  zatem  dla  oderwania  myśli od strasznej rzeczywistości i niepewnego jutra. Twórczość 

stawała się istotnym czynnikiem samoobrony, odwracała uwagę od koszmaru i grozy życia obozowego, 
od codziennych spraw pełnych lęku, smutku, cierpienia i śmierci, w stronę innego świata. Obóz, jak 
pisał poeta nieznany, to:  
 

 

 

Drutami okolony skrawek świata, 

 

 

Gdzie ludzie tylko numerami są (...), 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

3

 

a może obóz to universum  zła, z własnym, pozornie absurdalnym, niezrozumiałym porządkiem, 
aksjologicznym i moralnym, a być może Auschwitz to anus mundi...  
        

W  obozie  oświęcimskim wiersze, poematy bądź pieśni tworzyli uznani poeci, mający 

ugruntowaną pozycję, jak np.: Tadeusz Borowski (1922–1951), Jan Maria Gisges (1914–1983), Tadeusz 
Hołuj (1916–1985), Aleksander Marian Kubicki (1908–1972), Stanisław Wygodzki (1907–1992) czy 
Stanisław Lech-Zelle (1918–2001), ale także autorzy mniej znani: Pierre Créange (1901–1942), 
Konstanty Ćwierk (1895–1944), Charlotte Delbo-Dudach (1913–1985), Monika Dombke (1920–2005), 
Fania Fénélon (1908–1983), Jacqueline Flem (1921–2003), Maurice Honel (1903–1977), Andrzej 
Józef Kamiński (1921–1985), Jadwiga Leszczyńska (1902–1986), Friedrich Löwy (1883–1942), 
Edward Marzec (1914–1962), Maria Olszewska (1917–1943), Margit Prerau (1909–1944), Franciszek 
Stryj (1912–1985), Janina Unkiewicz-Gołębiowska (1919–1987), Kazimierz Wójtowicz (1919–2006) czy 
Krystyna Żywulska (1914–1992).  
        

Pisali w ciągłym zagrożeniu z rozlicznych motywów w rodzaju – dla podtrzymania psychicznego 

współtowarzyszy obozowej niedoli i własnego ducha; dla zachowania przynajmniej wewnętrznej 
wolności; dla potwierdzenia człowieczeństwa. Literatura czasów pogardy stawała się w tamtych, tak 
trudnych latach, powiernikiem najgłębszych niepokojów, doznań i wrażeń, a zarazem źródłem  wiary     
w ocalenie, ratując przed wewnętrznym załamaniem lub zwątpieniem.  
        

Ludzie  przesiąknięci cywilizacją i kulturą europejską, zazwyczaj nie wytrzymywali upadku na 

samo „dno życia”, wielu z nich wybierało  śmierć – szło na druty, otaczające obóz; po prostu nie byli      
w stanie żyć w warunkach totalnej deprywacji psychicznej:  
 

 

 

Nagle trzask suchy ciemność przeszył  

 

 

i z drutów zwisnął bezkształtny cień.  

 

 

Nim inni przyszli – poszarzał dzień.  

  Nie 

żył (...).  

 

 

Numer mu skreślono w księdze.  

  Tyle 

było tysięcy – tyle przyjdzie tysięcy...  

 

 

 

 

 

Edmund Polak (1915–1980) „Na druty”, 1943 r.  

 
       

Zarazem  twórczość w więzieniach hitlerowskich i obozach zagłady była przejawem buntu 

przeciw zniewoleniu, stanowiąc dowód, że i w najtrudniejszych chwilach życia duch ludzki nie da się 
ujarzmić oraz wznosi się ponad zbrodnię, nienawiść  bądź  zło. Mimo nieludzkich, niewolniczych 
warunków systemu obozowego twórczość, działalność artystyczna czy oświatowa rozwijały się                
w ukryciu. W tych trudnych warunkach właśnie twórczość umożliwiała zachowanie wewnętrznej 
wolności, a nawet dawała szansę rozwoju osobowości i samorealizacji. „Człowieka zlagrowanego” – 
dzięki działaniom twórczym – zastępował „homo creator”... Była to swoista akcja ruchu oporu 
zmierzająca do przeciwdziałania destrukcyjnym wpływom atmosfery obozu koncentracyjnego na 
psychikę więźnia, autentyczna obrona przed „odczłowieczeniem”. Oprawcy mogli przecież zniszczyć 
ciało, lecz nie zdołali zabić duszy. Wiersze zapobiegały wypaleniu wewnętrznemu, duchowej pustce, 
nastrojom smutku, rozpaczy, a więc stawały się swoistym oczyszczeniem i rozładowaniem 
negatywnych odczuć, emocji i wzruszeń.  
        

Twórczość obozową można też rozpatrywać w kategoriach ważnego mechanizmu obronnego, 

którego zadaniem było wypracowanie sfery wewnętrznej wolności, swoistego „rezerwatu 
psychicznego”. Warunki życia w obozie nie pozwalały na ujawnianie myśli, pragnień czy dążeń                 
i marzeń. Do podstawowych cech życia obozowego należały – świadomość stałego zagrożenia, 
uniemożliwienie zaspokojenia podstawowych potrzeb biologicznych i psychicznych, ciągły głód,             
o którym pisała w Oświęcimiu poetka:  
 
 

  Boże, zlituj się nade mną  

  ześlij mi kawałek chleba!  

 

 

Patrz – tak mało mi dziś trzeba  

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

4

 

  Boże,  

  byłeś Ty kiedy głodny? 
 

    Halina 

Nelken 

(1923–2009) 

„Głód”, 1944 r.  

 
        

Poniżające tatuowanie numerem po przekroczeniu bram obozu i ciągłe apele poranne, 

wieczorne, w chłodzie i deszczu, w spiekocie, pod rozpalonym niebem skwarnego lata, zagrożenie, lęk, 
ból, strach... – to codzienność obozowa, która stawała się często motywem przewodnim poezji 
oświęcimskiej. Człowiek w obozie zagłady stawiał się bezimiennym numerem – bez przeszłości                
i przyszłości:  
 

 

 

A jednak te numery nazwiska swe miały,  

 

 

żyły, jadły normalnie, ba, nawet się śmiały...  

 

 

Czy to kara, przekleństwo, czyśmy winni sami?  

  A 

może z nas też ludzie, tylko z numerami!  

 
– pytał sam siebie w oświęcimskim obozie w maju 1941 roku Franciszek Stryj, a autorka nieznana 
dopowiadała w wierszu napisanym w Birkenau:  
 

 

 

Apel, apel, apele (...)  

  Staliśmy na nich godzinami,  

  zmęczone, zziębnięte, okryte łachmanami,  
 

 

w drewniakach przestępując z nogi na nogę (...).  

 

 

Jedna po drugiej na ziemię się wali,  

 

 

a komin jeden, drugi i dalsze  

  takie 

właśnie więźniarki pali.  

 
        

Wiersze te być może nie noszą znamion utworów wybitnych czy artystycznych, niemniej każdy   

z nich posiada niewątpliwą wartość historyczną, autentycznego dokumentu, świadectwa nieludzkich 
zachowań w tych czasach pogardy i zła, stanowić mogą swego rodzaju dowód zbrodni i najmocniejszy, 
choć subiektywny przekaz prawdy o Oświęcimiu. Tym bardziej, że czas minionych dekad daje jakże 
konieczny dystans. Lirykę nieludzkiego wszechświata Auschwitz powinni studiować nie tylko ludzie 
pióra – poeci, prozaicy, krytycy literatury pięknej, ale także historycy, a nawet psycholodzy bądź 
psychiatrzy, którzy odnaleźć mogą np. kliniczny wręcz opis osobowości „muzułmanów”, zespołu 
uogólnionego wyniszczenia biologicznego i wyczerpania sił obronnych osobowości, tworu jeszcze 
żywego, a już umarłego, wegetującego bez jakiejkolwiek woli życia, który nie posiada już nawet 
instynktu samozachowawczego... O nich właśnie pisał w obozie oświęcimskim w 1942 r. Kazimierz 
Wójtowicz w utworze pt.: „Muzułmanie”:  
 

  Stoją pod blokiem skuleni, w bezruchu.  

 

 

Głodni śmiertelnie, złamani na duchu.  

 

 

Szkielet ich w zżółkłej, opuchłej powłoce  

  Zimnem 

wstrząsany, straszliwie dygoce. 

  A 

mgła wilgocią nasyca pasiaki (...). 

  Muzułman martwy, półnagi, bosy 
 

 

Spokojnie znosi pośmiertne ciosy – 

  Nie 

wstanie! 

 

 
        

W  tej,  jakże dramatycznej, poezji odnaleźć możemy wstrząsające opisy: „choroby drutów 

kolczastych”, kończącej się niekiedy depresją lub samobójstwem; obrazy wprost wyjęte                  
z niderlandzkiego malarstwa Hieronima van Aken zwanego Boschem (ok. 1450–1516) – „gdy 
wieczorem wychodziło się z bloku i widziało jęzor ognia nad kominem krematorium, jak się wiedziało, 
że ci Żydzi, którzy stali w południe między drutami elektrycznymi – tam właśnie poszli, a niebo było 
zaczadzone tą okrutną ziemią, to...” można było zwątpić nie tylko w człowieka, ale i w Boga; a być może 
nawet wykładnię Apokalipsy, gdy kruszą się w tych wierszach kolejne pieczęcie tajemnicy, a serca się 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

5

 

łamią; pozostała w tej poezji jednak nadzieja, jak w wierszu Kazimierza Dąbrowskiego (1908–1944), 
napisanym w KL Auschwitz: 
 

  Przyjdą dni dobre, przyjdą na pewno. 

 

 

Pokoju zrodzi się owoc, 

 

 

Ludzie w Oświęcimiu wierzyć nie będą 

 

 

Koszmarnym wierszy mych słowom.                             

   
        

Na  zakończenie tego eseju warto jeszcze poszukać odpowiedzi na parę pytań:  jakie  powody          

i motywacje legły u podłoża poezji współczesnej, zwłaszcza niemieckojęzycznej, dla której niemal 
mistyczne zjawisko Auschwitz nadal jest żywym źródłem inspiracji twórczej? Czy tylko poczucie winy     
i potrzeba ekspiacji oraz chęć zmycia brunatnej plamy z własnej historii i z sumień ojców, czy też 
pokojowe dążenia niespokojnego współczesnego  świata, który przypomina kolejny już raz: „Never 
Again” is Now

          Oczywiście dalsze moje rozważania mają w głównej mierze charakter hipotetyczny, są to raczej 
przeświadczenia, przeczucia i znaki zapytania… 
       

 Jednym  z  podstawowych  motywów  twórczości „po Oświęcimiu” może być – jak się wydaje – 

poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytania: jak mogło do tego dojść?, jak to było możliwe, że 
w połowie minionego wieku, w sercu Europy „skonstruowano” centralne miejsce zagłady w postaci KL 
Auschwitz?  
        

Pragnąc zachować pamięć, trzeba odsłonić sens czegoś, co w rzeczywistości było bezsensowne, 

przekraczające ludzką wyobraźnię, niewytłumaczalne, zatem koniecznością staje się próba 
zrozumienia, co nie oznacza usprawiedliwienia, zbrodni Auschwitz. 
        

Każde pokolenie – a zwłaszcza dzieci ofiar i dzieci katów – musi poszukiwać własnego kształtu 

zapisu artystycznego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, nawiązując własną i niepowtarzalną więź 
z czasami grozy oraz utrwalając osobiste z nimi spotkania, z próbą odpowiedzi na istotne pytanie: jak 
daleko można sięgać nienawiść? 
        

To, co się stało w Auschwitz jest sprawą ludzką, dotykającą boleśnie każdego, gdyż nie jest to 

problem wyłącznie jednego narodu: żydowskiego, niemieckiego, polskiego czy włoskiego, lecz 
Auschwitz stał się kwestią ludzkości. 
      

Kolejne  generacje  nie  zawsze  dają wiarę temu wszystkiemu, co zdarzyło się w Auschwitz-

Birkenau i w wielu innych obozach czy więzieniach hitlerowskich, tym bardziej, że od czasu do czasu 
kwestionuje się na przykład istnienie krematoriów i komór gazowych, zaś wymiar nieludzki sprowadza 
się do najzwyklejszych wojennych doświadczeń, co więcej bezlitosny czas robi swoje. Jak wspominała 
Krystyna Żywulska:  
 

I pojechaliśmy aż do Brzezinki. Ja byłam jak w gorączce, pokazywałam im: „Tu był ten biały domek, tu było to,    
tu było to”. Mama na mnie patrzała, w pewnym momencie mój mąż powiedział: „Moja droga, tu jest tylko trawa, 

tu nic nie ma”. I wtedy pomyślałam sobie: „rzeczywiście, po co ja tu przyjechałam. Tam była nie tylko trwa, były 

też jakieś muzealne historie dla turystów (…)”.  

        
Twórczość powojenna to nie tylko wyraz niepokoju sumień i niełatwych rozliczeń z przeszłością, ale 
także przeciwstawienie się temu, co zdarzyło się przed laty w Auschwitz i w wielu innych miejscach 
zagłady. Dzieło sztuki, twórczość artystyczna, poezja, wypełniając swą ostrzegawczą funkcję, stanowią 
zarazem głos w obronie człowieczeństwa, wyrażając potrzebę pochylenia się nad umęczonym, odartym 
z godności człowiekiem, co celnie ujął Tadeusz Hołuj: „rzeczą sztuki jest chwytanie prawdy Oświęcimia 
poprzez los jednostki”. Tworząc syntezę historiozoficzną i moralną Auschwitz nie wolno zatem zagubić 
nam losu indywidualnego człowieka. Patrząc w tragiczną przeszłość czasu krematoriów, należy też 
dostrzegać nowe zagrożenia  humanitas, a jednocześnie wciąż musimy prosić Boga słowami poetki 
Nelly Sachs (1891–1970): „pozwól nam po cichu od nowa uczyć się życia”. 
        

I kwestia ostatnia, niezwykle ważna dla zrozumienia tekstów poetyckich zamieszczonych w tej 

antologii*: czy poezja po przeżyciu Auschwitz jest możliwa? Trudno o jednoznaczną odpowiedź na tak 
postawione pytanie. Warto w tym miejscu zastanowić się, czy ponad psychiką ofiar Holokaustu, a także 
ich dzieci i wnuków, nie  wyrasta „szklany sufit”, „szklany klosz”, „szklana klatka” bądź „czarny cień 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

6

 

kacetu”, hamując ich działania i ograniczając twórczość. Pojawia się poważne pytanie: czy można 
beztrosko przejść ze świata obozu koncentracyjnego, getta czy łagru do świata rzeczywistego, czy też 
jedynym wyjściem jest samobójcza śmierć? Przecież takie właśnie „ostateczne rozwiązanie” wybrali na 
przykład: Jean Améry (1912–1978), Paul Celan (1920–1970), Tadeusz Borowski (1922–1951), Bogdan 
Wojdowski (1930–1994), Sylvia Plath (1932–1963) czy Jerzy Kosiński (1933–1991), a być może wielu 
innych, nieznanych twórców z pokolenia Auschwitz-Birkenau.    
        

Wspomniany  na  początku tego eseju Theodor Adorno rozstrzygnął  tę kwestię piękną myślą, 

którą pragnę przytoczyć na zakończenie: „Wciąż trwające cierpienie ma takież prawo do ekspresji, jak 
maltretowany do krzyku; dlatego raczej mylny byłby sąd,  że po Oświęcimiu nie można już napisać 
żadnego wiersza…” [przekład Krystyny Krzemieniowej]. 

 

 
 

* Esej ten jest fragmentem wprowadzenia do włoskiej edycji antologii poezji oświęcimskiej:  Auschwitz nella 
poesia contemporanea. Antologia
. Poesie raccolte e elaborata da Adam A. Zych con la collaborazione di 

Marilinda Rocca e Sara Ferrari, Museo Statale di Auschwitz-Bikrenau, Oświęcim 2014. Antologia zostanie 
ogłoszona drukiem jesienią 2014 r.  

 

 

Bibliografia 

 

[1] T. W. Adorno, Dialektyka negatywna, PWN, Warszawa 1986. 
[2] T. W. Adorno, Kulturkritik und Gesellschaft, Suhrkamp, Frankfurt am Main 2003. 

[3] H. Jasiczek, Blizny pamięci, Krajské Nakladelství, Ostrava 1963. 
[4] A. Mach, Poetyka postpamięci i etyka świadka-spadkobiercy zagłady. (Niepublikowana praca doktorska), 

Arch. UW, Warszawa 2013. 

[5] T. Różewicz,  Widziałem cudowne monstrum, „Śląsk” 1999, nr 1. 
[6] S. Wieczorek, Muzyka po zagładzie, „Muzykalia” 2008, t. 6 („Judaica”, z. 1). 

[7] A. A. Zych (ed.), The Auschwitz Poems. An Anthology, 2nd ed.,  Auschwitz-Birkenau State Museum, 

Oświęcim 2011. 
[8] A. A. Zych (wybór i oprac.), Na mojej ziemi był Oświęcim… Oświęcim w poezji współczesnej, Wyd. Państw. 

Muz. w Oświęcimiu, Oświęcim 1987 (cz. 1), 1993, cz. 2. 

[9] K. Żywulska, Zawsze czyjś los był gorszy. (Rozmawiała Barbara Engelking-Boni). „Gazeta Wyborcza” 1992, 
nr 185. 

 
 

 

 
 

 

 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela, Włosy 24, 60 x 80 cm, olej, płótno, 2012 r. 

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

7

 

Krzysztof Jurecki    O CZYM ŚNIĄ ANIOŁOWIE? 
 
 
Obrazy Małgorzaty Wielek-Mandreli są, w zdecydowanej większości, bardzo ważnym doświadczeniem 
estetyczno-duchowym. Nie wszystkie, ale nie wnikam w bliższe analizy, dotyczące badania ich stanu 
wartości z zakresu Kunstgeschite als Geistgestchite (Historia sztuki jako historia ducha) czy 
potencjalnej inności.  

 

Nie jest dla mnie istotna sztuka opierająca się na „manekinizacji kultury”, ponieważ jest ona 

najczęściej zabawą, formą, w której nie da się stworzyć syntezy, a jedynie eklektyczny pozór gry 
konwencjami

[1]

. Nie jest dla mnie także istotna abstrakcja geometryczna, gdyż powiela wzorce głównie 

z lat 20. XX wieku, tylko z tą różnicą, że obecni artyści nie mają do zaproponowania nowych koncepcji 
teoretycznych

[2]

. Podobnie sprawa przedstawia się z abstrakcją niegeometryczną, która po 

dokonaniach szkoły nowojorskiej wyczerpała swój potencjał. Znajdujemy się w nieustannym kręgu 
powtórzeń. 

 
 
 
 
 

 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela, Wyciek 5, 61 x 91 cm, olej, płótno, 2012 r. 

 
 
 
 
 
 

 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

8

 

1. Jakie malarstwo „mówi”? 
 
Najważniejszym malarzem w polskiej tradycji powojennej był, według mojej opinii, Andrzej 
Wróblewski, który na podstawie fotografii malował obrazy w konwencji monumentalnego, 
zbrutalizowanego realizmu oraz abstrakcyjne pod wpływem  tradycji  konstruktywizmu.                  
Ale najważniejsze są jego prace łączące oba postulaty: realizm z abstrakcją połączone z myśleniem 
fotograficznym przefiltrowanym dodatkowo przez ówczesny film fabularny, np. Niebieski szofer. 

  W jego wielu obrazach i pracach na papierze kryje się  dramat  egzystencjalny,  rodzinny                 

i społeczny. Dramat, nad którym starał się panować tak, aby spokojnie istnieć w przestrzeni społecznej 
i artystycznej. Taka wiele mówiąca forma – figuratywna z elementami abstrakcji – pojawiała się już        
w obrazach modernistycznych, chociażby u Pabla Picassa, aby wymienić Fletnię Pana (1923). Czy one 
oddziaływały na młodego Wróblewskiego? Z pewnością tak, ponieważ Picasso był  wówczas  jednym        
z najbardziej wpływowych twórców.  
 

Malarstwo przemawia wówczas, gdy rezonuje swym istotnym i ważnym z jakiegoś powodu 

przesłaniem, nawet kontrowersyjnym. Takim przykładem jest obraz Maxa Ernsta Madonna karcąca 
Dzieciątko w obecności trzech świadków.  
Sama  dziwna  forma,  jeśli nie jest związana z ważnym 
przekazem ideowym, niczego nie wyraża i w związku z tym nie przetrwa długo, chyba tylko jako 
decorum, np. w banku albo w lokalu McDonald’s. Tak oceniam zjawisko tzw. Polskiego surrealizmu       
w malarstwie, które w warstwie znaczeniowej najczęściej niewiele znaczy, choć preferuje poszukiwane 
innego rodzaju malowania.  
 
 
2. O czym śnią aniołowie? 
 
Aniołowie są bytami subtelnymi – to oczywiście truizm, ale warto go powtarzać. Stanowią element 
pośredni między  światem ziemskim a doskonałym – boskim, ale nie do końca odgadnionym przez 
mistyków. Obraz pt. Motyl wylatuje (2013), jeden z najważniejszych, jakie artystka namalowała, 
przedstawia formę bytu subtelnego, być może nie do końca idealnego i szczęśliwego, przypominającego 
relikwiarz, monstrancję lub cherubina. Zwraca moją uwagę maestria malowania. Punktowanie twarzy, 
które powtarza się w kilku obrazach z analogicznym motywem anioła, posiada swój prawie 
geometryczny układ złotych „piór” skontrastowanych z uproszczonym odczłowieczonym pejzażem, 
nieposiadającym ani skrawka zieleni. Czy życie już ostatecznie zamarło? Jeśli tak, to należy tę wizję 
Małgorzaty Wielek-Mandreli traktować w kategoriach apokaliptycznych.  Analizowany obraz kojarzy 
mi się z innymi realizacjami tej artystki, np.: O już idzie, Ubraniem i  Wyciekiem.  Ta ostania praca 
który należy do długiej serii pod tym samym tytułem

[3]

 

 

Takie peregrynacje na temat bytów subtelnych bliskie są myśleniu Stanisława Fijałkowskiego      

i jego obrazowi Anioł w postaci dżdżownicy  (1969),  o którym z teologiczno-mistycznym znawstwem 
mówił: „Nie wiemy jak wyglądają Aniołowie. Może to nie są byty czysto duchowe, może występują         
w różnych formach zbliżonych do ziemskich żywych istot?”

[4]

.  

 

Obraz  Angelus Novus Paula Klee należał do kolekcji Waltera Benjamina, który akcentował 

zwycięstwo twórczości technologicznej i rozbrat z „aurą” sztuki. Nie rozpaczał z tego powodu. Dziś ta 
słynna akwarela jest ważnym drogowskazem w tłumaczeniu skomplikowanej historiozofii Benjamina. 
Według jednej z interpretacji „anioł historii” gnany jest, a może został  wygnany,  przez  modernizm        
w przyszłość

[5]

.  Sądzę,  że dla Klee tytułowy anioł był tajemnym, może  onirycznym  przedstawieniem       

z jego nieludzką i chyba zwierzęcą siłą wyrażoną w formie głowy, która kontrastuje z gestem 
sugerowanego wznoszenia się  będącym być może także pozdrowieniem, ale również podstawowym 
symbolem chrześcijaństwa. 

Anioł, czyli tytułowy motyl z pięknego w swym przesłaniu obrazu  Małgorzaty Wielek-Mandreli, 

unosi się w powietrzu. Twarz o rysach dziecka niewiele zdradzi nam ze swej tajemnicy. Ale inne obrazy 
artystki w podobnej konwencji np. O już idzie (2013), pokazują naturę bytów subtelnych, jak też każdej 
materii żywej, która dąży do uduchowienia i doskonałości. „Światy niższe” także podlegają tym samym 
prawom, co „wyższe”. Co przeszkadza w doskonaleniu się? Brak podstawowego celu, chaos, rozpad 
myśli i materii. 

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

9

 

 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela, Motyl wylatuje, 60 x 60 cm, olej, płótno, 2013 r. 

 

 
3. 
Co może malarstwo? 
 
Powinno być środkiem nie tylko do spekulowania o codzienności, jak czynią to mass-media, bawienia 
ludzi czy walki ideologicznej, ale rodzajem katalizatora zbiorowej podświadomości, podobnie jak 
dawna poezja, muzyka i malarstwo docierające do najgłębszej sfery imaginacji znajdującej się poza 
granicami realności. Malarstwo oczywiście może zbliżyć się do formuły marzenia sennego, w której 
wciąż kryje się to, co wieczne i nieodgadnione, a co jednak może wskazać nam przyszłość. Taki rodzaj 
malarstwa wizyjnego i po-surrealistycznego jaki uprawia Wielek-Mandrela daleki jest od wizji Picassa 
czy Wróblewskiego

[6]

. Przypomina raczej ostatni profetyczny okres twórczości Tadeusza Kantora, który 

do końca wierzył w doniosłość przepowiadania przyszłości, połączonego  ze  wspomnieniami  zarówno     
z dzieciństwa, jak i z osobistej dla niego wielkiej sztuki (np. Goya, Velázquez). 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

10

 

Przypisy 

 
[1] M. Smolińska, Marcin Berdyszak. Manekinizacja kultury, „Exit” 2014, nr 3. 

[2] Nagradzanie prac abstrakcyjnych na różnych konkursach malarskich (np. Bielska Jesień w Bielsku-Białej)         

i graficznych świadczy,  że jury, czyli krytycy sztuki nie zdają sobie sprawy z wyczerpania kulturowego, w jakie 
uwikłana jest przede wszystkim abstrakcja. Dziś bardzo łatwo malować takie obrazy, w przeciwieństwie do 

początku dwudziestego wieku. O tym problemie krytyki pisałem w tekście Wszystko i nic, „Arteon” 2014, nr 1.   

[3] W serii Wyciek   (2012-2014) namalowanych zostało czterdzieści osiem obrazów.  Anioł z O już idzie 
przypomina dziecko ubrane w czapeczkę z dekoracyjnymi pomponikami na tle zimowego pejzażu. Realność            

i doświadczenie codziennego życia  łączy się w tych pracach z przemyśleniami o charakterze  filozoficznym, 

czasem optymistycznymi,  ale także pesymistycznymi. 
[4] O pierwiastku duchowym w sztuce. Z profesorem Stanisław Fijałkowskim rozmawia Krzysztof Jurecki, 

„Format”, 1995, nr 1-2, s. 32. 

[5] Anioł historii: eseje, szkice, fragmenty, red. Hubert Orłowski, tłum. Krystyna Krzemieniowa i inni,  Poznań 

1996.

 

[6] Por. K. Jurecki, NA MAPIE PODRÓŻY PO-SURREALISTYCZNEJ [Małgorzata Wielek-Mandrela], „Krytyka 
Literacka” , maj 2014, http://www.krytykaliteracka.blogspot.com/2014/05/nr-52014-spis-tresci.html 

 
 
 
Alicja Kubiak    OBCA ROSJA 
 

 

Narodziny stereotypów 

 

 

Jest coś na kształt bagniska, 

 

traf tam, a coraz głębiej wciska 

 
 

 

 

Czesław Miłosz, Traktat moralny 

 

 
Moja myśl, charakter, słowo są pomiędzy. Może to wynikać z dwoistości natury. Jednak nie bez 
znaczenia wydaje się pochodzenie, wychowanie, wpływ nastrojów i sympatii rodzinnych. Człowieka 
kształtują od najmłodszych lat poglądy najbliższych i środowisko, w którym się wychowuje. Potem 
następuje weryfikacja i jawny bunt, ale wpływ pozostaje i jest brzemieniem zakorzenionym głęboko      
w umyśle. Uprzedzenia najtrudniej zrozumieć, przezwyciężyć, dlatego postanowiłam się z nimi 
zmierzyć, i chociaż nie ma już człowieka, który  miał na to największy wpływ, postaram się dojść do 
źródła jego przekazu, poprzez słowa, które po sobie zostawił w mej pamięci. 

 

Wędrówka w przeszłość może mieć zatarty obraz, jednak to, co ważne, pozostaje w ogólnym 

zarysie niezmienione. Zacznę w takim razie od wycieczki do lat 70-tych XX wieku. Kiedy odbywałam 
podróż autokarem mając kilka lat, zaczęłam znużona przysypiać. Po chwili poczułam,  że ktoś trąca 
mnie  łokciem w żebro szepcąc „Nie śpij, bo cię Ruski okradną”. Byłam zbyt mała, by zrozumieć  żart        
i płynącą z niego stereotypową ocenę. W zależności  do  kogo  skierujemy  to  oskarżenie, może być 
prawdziwe lub fałszywe. Złodziej kradnie – prawda. Uczciwi też czasami kradną – to stwierdzenie 
również może okazać się prawdą, ale człowieka wtedy nie można już nazwać  uczciwym.  Jednak              
w odniesieniu do narodu, pewnej wspólnoty społecznej, jest fałszywe, bo czy wszyscy Rosjanie lub 
Polacy to złodzieje? Nie sądzę, choć wielu tak myśli. Wówczas nie rozumiałam zawiłości tego 
stwierdzenia, jak i również kontekstu historycznego. Dorastałam w cieniu tego zdania i w miarę upływu 
lat, coraz bardziej dociekałam jego sensu. Szkolna historia nie ma w zakresie programu nauczania 
szczegółów okropieństw wojny. A szkoda! Gry komputerowe, tzw. strzelanki, nie szczędzą widoku krwi 
i wywalonych wnętrzności ofiary, wzbudzających  śmiech u graczy. Brak świadomości zabija resztki 
empatii. Może jednak na odwrót – brak empatii zabija świadomość?  

 

W cieniu tego nie-żartu ciążył nade mną również zakaz oglądania radzieckich filmów. Niby nic, 

ale jakże dawało do myślenia. Długie lata tajemnicy rodzinnej dobiegły końca wraz z odwilżą Zimnej 
Wojny. Nagle zaczęły wylewać się potoki żalu po utracie członków rodziny w Katyniu. Dopiero w tym 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

11

 

momencie wyjawiono mi harce wyzwolicieli ze Wschodu, kierujących się na Zachód w cieniu gwałtów    
i rabunków pod płaszczykiem pokoju i wolności. Mirona Wawrzyniak – Zdziebkowa i Hanna Boberowa 
w swojej monografii o Ziemi Dusznickiej trafnie ujęły ten obraz słowami: 

 

25  stycznia  [1945  roku  –  przyp.  A.  K.]  wkroczyły do Dusznik oddziały armii radzieckiej. Skończył się okres 

okupacji hitlerowskiej. Ludność odetchnęła, choć wyzwolicieli witała  z  mieszanymi  uczuciami:  jedni  chlebem         
i solą, inni zmuszeni byli się ukrywać (głównie dziewczęta i młode kobiety). 

 
 Kilkadziesiąt kolejnych lat pokazało następstwa wyswobodzenia spod jarzma hitlerowskiej 

niewoli. Z deszczu pod rynnę. W powojennej Polsce wmawiano nam obowiązek podziwu dla naszych 
wyzwolicieli, przez co dochodziło do fałszywej oceny przeszłości i utrwalania mitów narodowych, 
przemilczania spraw wstydliwych, bolesnych. Niszczenie tożsamości narodowej Polaków, Litwinów, 
Łotyszów, Ukraińców, Gruzinów, Ormian i wielu innych nacji przez Sowietów niszczy również 
tożsamość narodową, tradycję i kulturę Rosjan. 

 
 

Wśród koczowników i dzikich zwierząt Północy 
 

 Gdyby 

gwoździe robić z tych ludzi, 

 nie 

byłoby mocniejszych gwoździ na świecie 

 
 

 

 

Nikołaj Tichonow 

 

 
Filmy i książki przyrodnicze odsłaniają tajemnice życia roślin i zwierząt, jednocześnie poszerzają 
horyzonty myślowe w zakresie porównawczym sił dzikiej przyrody i ludzkich słabości. Najciekawsze 
według mnie są te, które ukazują naturę okolic północnych naszego globu. To raczej mało znane rejony. 
Nieprzyjazny, surowy klimat, wbrew pozorom, nie odstrasza roślin i zwierząt. Co roku przechodzą 
okres wegetacyjny, odbywają gody, odchowują potomstwo i przeżywają mimo surowych warunków 
zimę, aby powtórzyć cały cykl w następnym roku. To siła natury, o której człowiek zapomniał, wyrzekł 
się jej w drodze ewolucji i postępu technologicznego. 

 Surowy, 

mroźny  klimat  obejmuje  północną Kanadę, Skandynawię i Rosję. Nieco bliższa nam 

jest Rosja, ale tylko pod względem położenia geograficznego. Aż trudno uwierzyć,  że w surowym, 
zimnym klimacie Tajgi samotny człowiek, myśliwy potrafi przeżyć i pogodzić się z bezwzględnymi 
prawami natury, szanując prawo do życia dzikich zwierząt. Dersu Uzała był wolnym myśliwym 
uwiecznionym w książce Władimira K. Arsenjewa poświęconej wyprawie w latach 1906-10. Dersu 
wierzył,  że duszę posiadają rzeki, wiatr, minerały, księżyc i żywioły. Tajga kształtuje charakter, 
pokornym pokazuje, jak człowiek może w niej egzystować. Porywcze żywioły, biorące rozległe terytoria 
w swoje posiadanie na wiele dni, potrafią doprowadzić samotnego człowieka do szaleństwa. 
Wielodniowe ulewy spychane w głąb lądu wiatrami znad oceanu dodają sił wzbierającym rzekom, 
których wody porywają ogromne drzewa wraz z korzeniami. Wyprawa odbyła się na polecenie rządu 
carskiego dla zdobycia informacji o terytorium nad dolnym Amurem i Ussuri, rejonem górskim Sichote 
Aliń, do lepszego ich zagospodarowania. 

 Syberia, 

często kojarzona z miejscem zesłania więźniów politycznych, przesiedleń ludności 

obcych narodowości z terenów zajętych przez Rosję, ukazuje tereny zamieszkane przez ludność 
etniczną, niemal zapomnianą przez Kreml. Sybiracy uchodzą za ludzi życzliwych, pogodnych, 
bezpośrednich i twardych. Jacek Pałkiewicz w latach osiemdziesiątych XX wieku zorganizował 
wyprawę obejmującą  tereny  od  Jakucka  po  Ojmiakon  w  rejonie wschodniej Syberii. Ekstremalne 
warunki były odpowiednim terenem badań nad fizjologią człowieka w bardzo niskich temperaturach, 
kiedy dochodzi do skurczu naczyń krwionośnych (termoregulacji) i w efekcie prowadzi do wzrostu 
ciśnienia i obciążenia serca dodatkową pracą. Wyprawa zahacza o Archipelag Gułag, gdzie z rozkazu 
Stalina życie straciło co najmniej dwa miliony ludzi. Uciekinierów spotykała śmierć na lodowej pustyni 
lub wśród letnich bagien, rozszarpanie przez wilki i z rąk rdzennych mieszkańców Dalekiej Północy.    
W 1947 na statku „Kim” do Magadganu miał miejsce bunt 3000 więźniów, którzy próbowali przejąć 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

12

 

statek. Tragiczny koniec spotkał więźniów polanych strugami wody przy 40 stopniach mrozu. Po kilku 
dniach rejsu statki przypłynęły do portu, gdzie na ląd wyładowano kilkaset brył lodu, w których 
zamrożone były trupy buntowników.  

 Cenne 

są zapiski Zygmunta Strenczaka o wągrowieckich Sybirakach. Wspomina o bólu, 

cierpieniu i wszelkich niedogodnościach związanych z losem ludzi wywożonych  do  dalekiej  Syberii        
w ramach polityki deportacji dwóch milionów obywateli z ziem polskich. Powodów było kilka, między 
innymi wyeliminowanie inteligencji, pozostawienie na ziemiach wschodnich tylko Ukraińców                  
i Białorusinów, zlikwidowanie polskiego ruchu oporu, stworzenie taniej siły roboczej przy pracach 
leśnych, wydobywczych, w hutnictwie i budownictwie oraz przejęcia (grabież) majątków osób 
aresztowanych i deportowanych. Trudne było  życie zesłańców. Zygmunt Strenczak miał około pięciu 
lat, kiedy wraz z matką i dwoma braćmi, po kilkutygodniowej podróży dojechali do Michajłówki            
w północno–zachodnim Kazachstanie. Matka i czternastoletni Zdzisław pracowali w kołchozie od świtu 
do nocy w stajniach i oborach. Dwaj młodsi bracia z czasem nauczyli się paść  świnie i cielęta, zimą 
podczas długich wieczorów i nocy, kiedy pod oknami domów wyły wilki, robili na drutach wełniane 
rękawice, szale i skarpety dla żołnierzy Armii Czerwonej. Po wojnie wielu zesłańców powracało do 
swoich domów, rozdzieleni poszukiwali siebie przez długie lata. Niektórzy odnaleźli swoich bliskich, 
inni stracili wszelki ślad i nadzieję. Wrócili do Ojczyzny, którą pamiętali sprzed wojny, pełni nadziei na 
lepsze jutro. Jakież było rozczarowanie: 
 

A czy Ojczyzna okazała się być Matką, do której rwały się nasze serca i myśli, Matką, która otuli w bólu, 
wspomoże w potrzebie, pomoże zapomnieć o koszmarnych przeżyciach, pozwoli odbudować wiarę i zaufanie do 
drugiego człowieka, stworzy wszystkim Polakom równe szanse startu w przyszłość? Polska Rzeczpospolita 
Ludowa okazała się dla większości rodzin polskich, o podobnej przeszłości co my, niesprawiedliwą macochą.       
Za nieludzkie cierpienia, udrękę i poniżenia na zesłaniu, za odniesione rany i przelaną krew, za męczarnię              
i śmierć    w sowieckich więzieniach i łagrach, odwdzięczała się na ogół prześladowaniami, więzieniami i pospolitą 
niesprawiedliwością. 

 
  Kiedy w zamyśleniu i podziwie dla woli przetrwania mimo wszystkich trudności, pochylam 

głowę nad wspomnieniami tych, którzy przeżyli zesłanie, przychodzi mi na myśl wiersz Jacka 
Kaczmarskiego „Wigilia na Syberii” (fragm.): 

 

  Zasyczał w zimnej ciszy samowar 

 

 

Ukrop nalewam do szklanki 

 

 

Przy wigilijnym stole bez słowa 

 

 

Świętują polscy zesłańcy (…) 

 

 Wiersz 

nawiązuje do obrazu Jacka Malczewskiego z 1892 roku „Wigilia na Syberii”, powstałym 

po upadku powstania styczniowego. Zesłańcy o smutnych obliczach skupiają się przy stole, na którym 
króluje parujący samowar z herbatą. Prócz tego talerze, sztućce i krojone kawałki czarnego chleba. 
Każdy z obecnych zamknięty jest we własnym  świecie wspomnień o rodzinie i cieple blasku 
świątecznego nastroju, których najbardziej brak w niewoli. Naga ściana, okno bez zasłon, biały obrus     
i wydostające się spod niego siano, zdają się pogłębiać panujący nastrój smutku, tęsknoty, 
odosobnienia i wyobcowania. Poza tymi chwilami zwątpienia w lepszą przyszłość trzeba było  żyć. 
Wspomnienia wągrowieckich sybiraków przywołują obrazy starych baraków pilnie strzeżonych przez 
żołnierzy podległych NKWD, ciężko pracując po dziesięć i więcej godzin, żywiąc się kaszą i chlebem 
razowym. Bieda, ubóstwo, brud i wszy. Niewola zawsze jest taka sama: nędzna, upodlająca, 
wywołująca instynkt strachu i ból. I choć wielki mój podziw dla Syberii rozległej, różnorodnej, 
nieujarzmionej, to też żal ogromny o miliony istnień ludzkich skazanych na mordercze łagry, bo Rosja 
to przestrzeń, która jest niewolą i wolnością zarazem. Niejednokrotnie w XIX wieku skazańcy, po 
zakończonym okresie zesłania, wracali do kraju by po czasie ponownie przybyć do swojego więzienia    
w ucieczce od ciasnej, pełnej ograniczeń Europy. Jak wspomina Czesław Miłosz w Rodzinnej Europie
 

Ale Rosja była przestrzenią, człowiek nie musiał na każdym kroku zderzać się z człowiekiem i ktokolwiek w niej 
zasmakował, musiał później czuć się źle w krajach bardziej cywilizowanych, ale często zaludnionych i ciasnych.  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

13

 

 

W północno-wschodniej Azji, na terenie o powierzchni miliona kilometrów kwadratowych żyją 

Czukcze, Jakuci, Eskimosi i Koriacy. Wielkie obszary południowej Syberii zamieszkują  Ewenkowie,       
o których wspomina Andrzej Dybczak w reporterskiej opowieści  Gugara. Kiedyś prowadzili 
koczowniczy tryb życia zajmując się hodowlą reniferów. W XVII w. Rosja podbiła większość terenów 
zajmowanych przez Ewenków, pozostałe tereny weszły w skład państwa chińskiego. Język ewenkijski 
należy już do rzadkości. Młodzież i dzieci siłą odbierano rodzicom i wysyłano do szkół 
rosyjskojęzycznych z internatem. W ten sposób zmuszano ludzi do osiedlania się na stałe. Dla 
wędrownych ludów stabilizacja nie jest dobrodziejstwem lecz przykrym przymusem. Przez wiele 
wieków rytm życia Ewenków podporządkowany był naturalnym porom roku i wędrówkom reniferów. 
Osiedlenie i utrata wolności doprowadziły do zatracenia zewu natury. Ludzie, którzy jeszcze pamiętają 
stare tradycje, umierają od chorób i alkoholizmu.

 

 

Linia domów zbliżyła się, budynki rosły i nabierały cech indywidualnych. A to jeden z niebieskimi okiennicami,    

a to z rozbitym wychodkiem, pokryty papą, a nie eternitem, mniejszy, większy, wszystkie w rządku, wszystkie 

tyłem do lądowiska. Podobno kiedyś na tych tyłach, cztery razy do roku, czasem częściej, wyrastała druga wioska 
z gęsto ustawionych obok siebie czumów. Teraz rozciągały się tam prowizoryczne miniwysypiska, niektóre ukryte 

w trawie, inne świeże, wywalające wnętrzności rozwleczonych przez psy szmat, kolorowych butelek, podartych 
gumiaków. 

 
 

W ten sposób odchodzi tradycja, zwyczaje i obyczaje ludu, który zamieszkiwał te tereny od 

zamierzchłych czasów. Strata różnorodności etnicznej jest nie do odrobienia, zdarza się, że wnuk nie 
potrafi zrozumieć dziadka, ponieważ jeden posługuje się językiem rosyjskim, drugi – ewenkijskim. 

  Mariusz Wilk w swoim Dzienniku Północnym wspomina o losie ginącego  świata ruskiej 

głubinki – prowincji Rosji. Na Zaonieżu w początkach XX wieku było pięćset osiemdziesiąt sześć wsi. 
Do czasów współczesnych pozostało zaledwie pięćdziesiąt. Zniszczono osiemdziesiąt procent chramów 
i czasowni, ludność umiera, między innymi zapijając się wódką. Inwestorzy zainteresowani bogatymi 
złożami mineralnymi chcą wydobywać uran, co wiąże się z degradacją środowiska, zanieczyszczeniem 
radioaktywnym od Jeziora Onega, potem przez Świr, Ładogę i Mewę do Morza Bałtyckiego. 

 

Słowianie to jedna wielka rodzina, która przybyła z dalekiej północy i wschodu, z własną 

kulturą, językiem i zwyczajami, zamieszkała na zajętych przez siebie ziemiach jako lud rolniczy. 
Założono osady, grodziska, zajęto się hodowlą zwierząt, myślistwem,  łowiectwem, zbieractwem, 
rzemiosłem, uprawą ziemi. Lud ten postrzegano jako spokojny. Czy aby na pewno? Słowianie  parli        
w kierunku południowego zachodu, zdobywając po drodze kolejne terytoria. Byli odważnymi, 
zaprawionymi w boju i trudnych warunkach klimatycznych wojami, wytrzymałymi piechurami. Czy 
stąd można upatrywać uporu i zawziętości? Czy to zalążek ciągłej rywalizacji i braku zaufania? 
Mentalnie staramy się zdystansować od sąsiadów na odległość większą niż z Ziemi na Księżyc. Czym 
więc spowodowany jest chłód w stosunkach między tymi narodami? Jan Józef Lipski w swoich 
Pismach politycznych zauważa problem wyrażając go słowami: 
 

W naszym stosunku do Rosjan przeważa – również obok nienawiści (chyba znacznie mniej głęboko 

zakorzenionej i łagodniejszej niż wobec Niemców) i lęku z koszmarnych snów o czołgach sowieckich strzelających 
do zbuntowanych Polaków – lekceważenie, poczucie wyższości. Skąd się ono wzięło – diabli wiedzą, ale Polacy na 

ogół są przekonani o niższości kultury rosyjskiej w porównaniu z polską.  

 
 

Adam Zagajewski wspomina, że nawet podczas zaboru rosyjskiego, upokorzeni Polacy myśleli, 

mówili i pisali  z wyższością o Rosjanach. 

 Miłosz również pisał o nieprzychylnych uczuciach obu narodów względem siebie. Pamięć            

o doznanych krzywdach wydaje się potęgować wrogość Polaków wobec Rosjan. Wiek XVI i XVII był 
czasem, w którym język polski stał się domeną wschodniej klasy oświeconej, sięgającej po Połock            
i Kijów. W tym samym czasie Europejczycy odkryli nowy świat – moskiewską Ruś. Polacy postrzegani 
byli przez Niemców jako lekkomyślni pijacy, obdarzeni fantazją i kpiący z wielkiej władzy, okazujący 
sprawny talent do wysiłku organizacyjnego wszędzie poza granicami swojego kraju, ale nie u siebie.     
W Rosji Polacy czuli się wyżsi przez swoją tradycję i przynależność do Zachodu. Tylko spokój, 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

14

 

cierpliwość i niewzruszoność Rosjan powodowała uczucie upokorzenia wobec klęski. Mimo tego, pod 
polskim wpływem, powstał obraz Rosji barbarzyńskiej, azjatyckiej i wrogiej.  

 

 
Rzecz trochę historyczna 

 

 

Wojna nie jest niczym innym, jak sporem  

 między rządami o władzę nad poddanymi 
 

 

 

 

Lew Tołstoj  

 

 
Historycznie stosunki między Polską a Rosją nie układały się dobrze. Oba sąsiadujące ze sobą narody 
dążyły do dominacji nad obszarami etnicznie zamieszkanymi przez Polaków, a tymi, które zamieszkane 
były przez Rosjan. Historia przedstawia Polskę jako Rzeczpospolitą wielu narodów, natomiast Rosję 
jako państwo imperialne. Od czasów Iwana Groźnego oraz Katarzyny Wielkiej, która zainicjowała          
z Fryderykiem Wielkim rozbiory Polski, nasze stosunki oparte były na rywalizacji. Był też  moment        
w historii, gdy Polacy dotarli do Moskwy i objęli na krótko rządy.   

 

Ludwik Bazylow w Historii Rosji opisał ten epizod, który zaliczam zarówno do wstydliwych 

zwycięstw jak i do haniebnych porażek obu stron konfliktu. Polakom powiodła się i jednocześnie 
zakończyła klęską wyprawa na Moskwę. Wprowadzono na Kremlu nową modę i zwyczaje, które nie 
spodobały się bojarom i szlachcie rosyjskiej. Pycha, wyniosłość, pretensjonalność i pogarda dla Rosjan 
zgubiły polską szlachtę, budząc wśród mieszkańców Moskwy nienawiść i odrazę. Mimo wewnętrznego 
rozdarcia i potrzeby wprowadzenia na tron rosyjski władcy z zewnątrz, Zygmunt III nie potrafił dojść 
do porozumienia i stworzenia jednoczącego układu politycznego. Wydarzenia te miały negatywny 
wpływ na postawę obu narodów względem siebie. Wojny z Polakami i Szwedami mogły przyczynić się 
do potrzeby poszerzania terytorium Rosji, skoro z zachodu i północy nie można było liczyć                  
na stabilizację i współpracę, należało wzmocnić rosnące imperium przyłączając i podbijając ziemie na 
wschodzie i południu. 

 

 

Zastanawiającym jest, kim był dla nas Adam Mickiewicz? Zawłaszczyliśmy go sobie nie pytając               
o zdanie, a pisał przecież o swojej ukochanej: 

 

 

 

Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie; 

  Ile 

cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, 

  Kto 

cię stracił. 

 

 Również w swoim liście  z  Genewy  16  maja  1831  roku  do Marii Szymanowskiej w Petersburgu 
pisał te oto słowa, możliwym jest, że ironizując: 
 

… Czytałem w Gazetach niemieckich wyjątek z „Tygodnika Petersburskiego” tyczący się Litwy. Mądry autor 
nauczył mię rzeczy, o których, chociaż Litwin, nigdy nie wiedziałem. Co to za górność widoków! Co za głębokość! 

nie wiem czemu się więcéj dziwić, czy głębokości, czy wysokości. Z moich znajomych w stolicy mało kto zajmuje 

się tak dalece historyą; nie mogę zgadnąć, myśląc dzień i noc, ktoby się mógł zdobyć na ten artykuł! Nie wiem 
nawet, czy tyle razy wzmiankowany artykuł był oryginalnie napisany po polsku, czy téż w naszym ojczystym 

języku, który jak wiadomo, jest rosyjski. [pisownia oryginalna] 

 
 Autor 

rozważał o urodzie Kresów, o wielonarodowości. Pragnął ujrzeć swoich rodaków żyjących 

w zgodzie i szczęściu. Niegdyś Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim rządził jeden król, 
a potem – parlament. Rzeczpospolita Obojga Narodów sięgała od Bałtyku do Morza Czarnego, od Odry 
aż po Dniepr. Mieszkało na tym rozległym terytorium wiele nacji, cieszących się wolnością. Polacy byli 
dumni z Kresów, gdzie tętniło życie kulturalne. Zawiłości w określeniu pochodzenia ludzi urodzonych 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

15

 

na Kresach wynikają z sytuacji politycznej tego przedsionka a zarazem wrót do Europy w mniemaniu 
przywódców Rosji. Wielokulturowość Litwy, różnorodność  językowa, wyznaniowa – to bardzo 
utrudniało identyfikowanie się z Rosją lub Polską, którą rządził w tamtym czasie car Mikołaj I 
Romanow koronowany w 1829 na króla polski. Zdetronizowany został przez Sejm dopiero w  styczniu 
1831 roku. 
 Bolszewikom 

również zależało na tych terenach, które według marksistowskiej doktryny miały 

stać się pomostem łączącym Rosję z Europą. Różnice ideologiczne potęgowały liczne napięcia. Polska     
i Rosja były sobie wrogie, ich przywódcy dążyli do zdobyczy terytorialnych oraz do rewolucji światowej. 
Ludność tego obszaru nie była ani rosyjska, ani polska. Północ zasiedlali Litwini, centrum – 
Białorusini, południe – Ukraińcy. Polacy tworzyli trzon szlachty i zamożnego mieszczaństwa, stanowili 
siłę pod względem kulturalnym i społecznym. W Wilnie i we Lwowie prawie nie było rodowitych 
Rosjan. Polacy, pozbawieni na 123 lata własnego państwa, dbali o zachowanie swojej kultury, tradycji, 
literatury i religii rzymskokatolickiej. Rosjanie nie chcieli stracić kontroli nad strategicznym 
terytorium, musiało dojść do konfliktu zbrojnego.  

 

Na wojnie polsko–bolszewickiej walczono bezpardonowo, okrucieństwo wisiało w powietrzu, 

starcia były rzadkie lecz zaciekłe. Utratę Wilna Rosjanie przyjęli serią wzajemnych oskarżeń. Brak było 
ochotników, umundurowania, broni. Lenin był oburzony, naciskał na konieczność szybkiej mobilizacji 
i odzyskania Wilna. Od przebiegu dalszych działań wojennych zależna była pozycja Rosji na arenie 
międzynarodowej. Polska miała być pomostem na Zachód z dostępem  do  nowinek  technicznych              
i kontaktów społecznych. Sowieci zaczęli drogą dyplomatyczną dążyć do zawarcia pokoju. Słano noty, 
pisma, deklaracje, jednak ze strony Polski nie doczekano się rychłej odpowiedzi. Lenin chciał umocnić 
front zachodni, przerzucając siły z Uralu i Syberii. Wojska polskie zdobyły Kijów, co wywołało 
konsternację i oszołomienie po stronie sowieckiej. Chwilowe odrętwienie zastąpiła zwycięska 
kontrofensywa radziecka. Bitwa Warszawska to niepowetowana klęska Armii Czerwonej, 
niekwestionowane zwycięstwo Piłsudskiego i porażka Tuchaczewskiego.  

 

Wydarzenia 1919-1920 potwierdziły przekonanie, że Rosja pozostanie imperialistyczną potęgą     

i zagrożeniem dla swoich sąsiadów, a polityczne oblicze socjalizmu nigdy nie będzie  łagodne. Stalin 
odnosił się jednakowo do Rosjan, Gruzinów, Ukraińców, Litwinów, Polaków i Żydów. Czystki 
obejmowały miliony obywateli ZSSR, wszystkie jej nacje, w formie deportacji, zsyłek, rozstrzeliwań, 
łagrów. Dyktator pożądał  władzy kontrolowanej strachem i terrorem. Nie zawahał się wobec represji  
członków najbliższej rodziny. 

  Niezbyt dobrze działo się w samej Rosji. Już  w  sierpniu  1914  Katarzyna  Sayn-Wittgenstein         

w swoich dziennikach wspominała o niespokojnych czasach i nastrojach. Były jeszcze momenty, kiedy 
duch rosyjskiego narodu nie dał się zastraszyć, wierząc w pomyślne zakończenie wojny. Zapiski młodej 
dziewczyny w wielu momentach pełne wzburzenia obrazują nastroje, które targały ludnością 
zamieszkującą Rosję. Wśród nienawiści, strachu i rozczarowania doszukać się możemy nadziei na 
spokój i powrót do rodzinnego domu, do ukochanej ojczyzny, kiedy musiano uciekać do Besarabii. 
Ziemia właścicieli ziemskich przeszła w ręce ludu: 
 

Przez ostatnie dwa dni ten „lud pracujący” dzieli dworską ziemię, a kłóci się i bije przy tym tak, że już teraz 

„wszyscy mają gęby przekręcone na bok”, jak obrazowo mówi nasz maszynista – Wasyl. 

 
 Ukraina 

ogłosiła odrębność narodową. Wśród właścicieli ziemskich dużo było Polaków. Nie 

darzono ich sympatią. Kiedy w czerwcu 1918 miał miejsce w Mohylowie pierwszy zjazd chliborobów 
(członkowie ukraińskiej partii jednoczącej zamożne chłopstwo, działającej w latach 1918-20), autorka 
napisała: 
 

Przeważają Polacy, a jak powszechnie wiadomo Słowianie nie znoszą się nawzajem, dlatego też prowadzą 
niekończące się spory, z których nic właściwie nie wynika. 

 
Dalej: 
 

My Słowianie nie jesteśmy zdolni do żadnego wysiłku! Kiedyś oburzało mnie, gdy ktoś tak mówił. Ale teraz 
zarówno w samej sobie, jak i w moim otoczeniu widzę te charakterystyczne słowiańskie cechy – lenistwo i brak 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

16

 

wiary we własne siły. Charakteryzują one każdego Słowianina. Każdy z nas to słomiany ogień. W porywie, pod 
wpływem chwili, jesteśmy zdolni do wszystkiego, ale zaraz potem zapał stygnie, energia znika – i znów nie stać 
nas na nic. Kiedyś wierzyliśmy w hegemonię  słowiańszczyzny i nawet teraz o tym mówimy. Ale to jest tak, 
jakbyśmy stojąc nad zdechłym koniem dowodzili, że jutro wstanie i pociągnie swój wóz. 

 
 

Rodzina Sayn-Wittgenstein wywodzi się z Niemiec. Rodzice księżniczki Katarzyny mieli swój 

majątek w Mohylowie na terenach ukraińskich (wtedy należące do Rosji), tuż przy granicy z Besarabią. 
Katia pisała dziennik wyłącznie dla siebie, aby mieć co wspominać na starość. Nie przypuszczała,  że 
zapiski przysłużą się Aleksandrowi Sołżenicynowi w latach 80-tych XX wieku. 

 
 

Przestrzeń 

 
  Rosja to ogromna przestrzeń wypełniona górami, dolinami, wielkimi rzekami, lasami, 

równinami, stepami, lodem. To wielkie imperium, którym może być tylko mocne państwo, zarządzane 
silną ręką władcy lub charyzmatycznego polityka oraz świat wiary staroobrzędowej. Jest jeszcze Rosja 
dzika, w której spotkać można ogrom różnorodnej fauny. Zachwycający jest świat tygrysów 
syberyjskich i potężnych niedźwiedzi. Mariusz Wilk opisuje w malowniczy sposób roztopy wiosenne na 
niewielkich Wyspach Sołowieckich na północy Rosji: 
 

Najpierw lód podchodzi wodą, niby zsiadłe mleko. Robi się gąbczasty, chlipki i zdradliwy. Gdzieniegdzie żółknie, 

gdzie indziej szarzeje… brudną smugą. Daleko, na horyzoncie, pojawia się pasmo żywej wody, jakby nitka światła. 
To morze idzie ku nam. A z nim ptaki (…) Potem lód czarnieje i pęka, jak spalona ziemia. Poprzerzynany 

szczelinami, potrzaskany, tu i ówdzie jeszcze się piętrzy, a miejscami już zapada w głąb.  

 
  Literatura rosyjska jest równie wielka, jak rozległe są tereny imperium. Puszkin, Gogol, 

Dostojewski, Tołstoj, Czechow, Turgieniew – pisarze, którzy pokazali światu moc rosyjskiej 
odrębności, niejednokrotnie demaskując system carskiego państwa oraz znikomość pojedynczego 
człowieka, poddanego najrozmaitszym represjom. Wiele razy w ich powieściach ukazany został świat 
nędzy, głodu, walki o byt, występek i okrucieństwo oraz głęboka wiara w przyszłość. Obłomow Iwana 
Gonczarowa przedstawia wykształconego ziemianina, pogrążającego się w stanie bezczynności. 
Odczuwa strach przed jakimkolwiek działaniem. Swoją bezczynnością zmierza w końcu ku 
samounicestwieniu. Powieść jest metaforą postawy inteligencji rosyjskiej, jej bierności,  rezygnacji          
i wyobcowania. Problem samounicestwienia ma miejsce w Biesach Fiodora Dostojewskiego. Dla 
Kiriłłowa samobójstwo jest zabiciem strachu i aktem najwyższej afirmacji istnienia. Lew Tołstoj             
w  Śmierci Iwana Iljicza uważa,  że  śmierć jest zakłóceniem porządku egzystencji, jest absurdalna, 
niezrozumiała, trudna do przyjęcia i samotna. Tutaj należy wspomnieć węgierskiego pisarza, Sándora 
Máraia, który uważał, że Czechow był zdyscyplinowany i bardziej świadomy od Dostojewskiego. Miał 
więcej artyzmu i umiaru od Tołstoja. 

 

Ten nieobliczalny, niepojęty Rosjanin jest w tym samym stopniu niebezpieczny dla swego otoczenia co dla całego 

świata. 

 
 Skąd, wspomniane przez Lipskiego, poczucie wyższości Polaków nad Rosjanami? Nie należy 
porównywać literatury polskiej z jakąkolwiek inną, ponieważ każdy naród ma swoją odrębną historię, 
naznaczoną zwycięstwem, klęską i tragedią. Globalizacja dzisiejszych czasów narusza te granice 
kulturowe próbując zatrzeć różnice pomiędzy narodami. Czy powinniśmy godzić się na powstanie 
globalnej wioski? Zostaniemy wtedy skazani na akceptację i przyjęcie obyczajów, których nie 
potrzebujemy lub nie akceptujemy przez wzgląd na naszą odmienność światopoglądową, obyczajową, 
religijną itd. 
 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

17

 

Czym jest patriotyzm, czyli oblicze Wschodu 
 

 

Zbuduję labirynt, żeby zgubić się z tym, 

 

kto zechce mnie znaleźć 

 
  Wiktor 

Pielewin 

Hełm grozy 

 

Patriotyzm to szacunek i miłość do tradycji, a także nieustanne rewidowanie elementów tej tradycji. 
To, przede wszystkim, wysiłek intelektualny oraz duma z osiągnięć i zdobyczy dziedzictwa narodowego, 
gotowość do poświęceń. Czasami jednak nadgorliwy patriotyzm może prowadzić do niechęci lub 
nienawiści wobec pewnej zbiorowości. Socjologia określa taki stan mianem patologii świadomości 
społecznej. To między innymi tworzenie stereotypów, których adresatami mogą być narodowości, 
grupy etniczne, mieszkańcy poszczególnych miast, grupy społeczne, zawodowe itp. Stereotyp sprawia 
wrażenie wiedzy obiektywnej, stwierdza ogólne cechy danej grupy, nie poddając ich szczegółowej, 
indywidualnej ocenie. Tutaj rodzi się uprzedzenie i niechęć, bo czyż można pokochać zimnych 
Skandynawów, albo prowadzić interesy z flegmatycznymi Anglikami lub leniwymi Murzynami? Kto 
zaufa kradnącym Polakom? O tak, słuszne w tym miejscu oburzenie, nie wszyscy jesteśmy złodziejami. 
W przeważającej większości Polacy to uczciwi ludzie, w zbliżonym lub takim samym procencie 
statystycznym, jak w każdym innym państwie. To samo tyczy się innych stereotypów. Pora więc zacząć 
samemu wyciągać wnioski, nie ulegając fałszywym podszeptom „dobrych doradców”. Każdy z nas wie, 
co dla niego jest najlepsze. Należy patrzeć na drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń 
i stać się ostrożnym w wydawaniu osądów o grupie osób zjednoczonych pewnym celem, 
pochodzeniem, światopoglądem. Każdy zasługuje na osobną ocenę. 

 Niezależność w osądach można osiągnąć poprzez poznanie. Dlatego warto czytać o historii, 

kulturze, sztuce, przyrodzie bliższych i dalszych sąsiadów, aby poprzez wiedzę zrozumieć  złożoność 
świata. Przytoczę na zakończenie fragment o zjawiskowych nocach na Sołowkach z książki Mariusza 
Wilka Wilczy notes

 

Białe noce na Sołowkach cicho tleją w lilaróż: od wyblakłych fioletów na pierwszym planie, przy samym brzegu, 

po amarant krzepnący w dali, na widnokręgu, tam gdzie słońce tonie w morzu, na mgnienie. Woda, niebo, obłoki 
i kamienie to różne tony różowego, nawet mgły i piana morska wyglądają jak żurawinowy mus. W białe noce 

Białe Morze jest spokojne: ni fałdy, ni zmarszczenia. Niczym wielkie przyciemnione lustro, w którym można           

i wyspy zobaczyć, i ludzi. I siebie.  

 
 Jak 

odnajduję Rosję dzisiaj? Zlepek różnych narodowości, siłą wcielonych w obszar imperium, 

nauczonych pokory i uległości. Rosja była niewielkim krajem, który poszerzał się i rozrastał poprzez 
wcielanie podbitych terytoriów ościennych. Kolejni władcy silną  ręką,  żelazną dyscypliną, bądź też 
szaleństwem wymuszali na swych poddanych całkowite posłuszeństwo. Tylko w ten sposób można 
utrzymać integralność tego ogromnego terytorium w ramach scentralizowanego państwa. Otoczenie 
państwami zależnymi ma na celu wspieranie ważności i pierwszeństwa interesów Rosji.  

  Jest jednak pewien rozłam w scentralizowanym myśleniu zorientowanym do wewnątrz 

imperium. Pojawia się zainteresowanie Dalekim Wschodem, jego tradycją i filozofią, którego potężną 
siłą stała się wola przetrwania mimo klęsk i zniszczeń dokonanych przez bomby atomowe. Surowe 
tradycje przestrzegane przez wieki i wiele pokoleń ukształtowały i zahartowały honor narodu, czyniąc 
go silnym, walecznym i niezniszczalnym. Dlatego Pielewin zmagając się z myślami o Rosji, która 
odeszła i tej, która powstaje dzisiaj, zawieszony w niepewności i oczekiwaniu na przyjście nowego, 
rozprawia o tym, co tworzy siłę i stabilne oparcie, przeciwstawiając się zepsuciu oraz pozorom szczęścia 
i dobrobytu. Myśli te rodzą się w głowie Serdiuka, który snuje swój wewnętrzny monolog pod wpływem 
portwajnu „Liwadia”. Należy sądzić,  że autor celowo wykorzystuje butelkę alkoholu jako katalizator 
wolnej myśli, przeciwstawnej propagandowemu naciskowi, dążącemu  ku  zniewoleniu                  
i podporządkowaniu wyznaczonym doktrynom centralnej władzy. Upojenie alkoholowe to odrębny 
świat, w którym myśli pozbywają się wszelkich zahamowań sztywnego rozsądku, wpajanego 
człowiekowi od najmłodszych lat. Owocem wolności jest refleksja wyrażająca tęsknotę za siłą tradycji 
zbudowanej na trupach przodków. 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

18

 

Japończycy – medytował – to wielki naród. Pomyśleć tylko – zrzucono na nich dwie bomby atomowe, zabrano 

wyspy – a jednak przetrwali… Po kiego licha wpatrujemy się wciąż w Amerykę? Na diabła nam ona? Lepiej brać 
przykład z Japonii – to przecież sąsiedzi. Bóg tak zrządził. Oni też powinni trzymać z nami – razem tę Amerykę 

przyciśniemy… I bombę atomową się im przypomni, i Puszczę Białowieską… 

 
 Jakby 

mało było myśli portwajnem uwolnionej, szampańskie  wynurzenia  Kotowskiego                  

o zdegenerowanej inteligencji dopełniają obrazu klęski w budowaniu podstaw moralnych imperium 
rosyjskiego. 
 

Inteligent – rzekł z ponurym grymasem – zwłaszcza rosyjski (…) Nigdy nie boi się atakować tego, co 

podświadomie wydaje mu się  święte i sprawiedliwe. Jak dziecko, które nie lęka się wyrządzić krzywdy swoim 
rodzicom, bo wie, że trafi najwyżej do kąta. Bardziej boi się obcych (…) gdyby prawo moralne było martwe, nie 

odważyłby się nigdy deptać nogami jego podstaw (…) Inteligent lęka się tylko dotknąć tematu zła i jego korzeni, 

gdyż słusznie zdaje sobie sprawę, że tu może być od razu wyje…ny słupem telegraficznym. (s.178-179) 

 
 

Dzisiaj Rosja zmierza do przodu, starając się wyprzedzić inne kraje w wyścigu ku 

nowoczesności. Ceną  jest  zapomnienie,  utrata  tradycji  i  korzeni narodów wcielonych do granic 
imperium. 

W obliczu zmian geopolitycznych, obserwując poczynania Władimira Putina, rosyjskiego Tygrysa 

Syberyjskiego w Ukrainie, przez wzgląd na jego odważne, bezkompromisowe decyzje, władczą postawę, 
coraz częściej dochodzę  do  daleko  idącego wniosku, że Rosja swoją nieobliczalnością decyzji 
politycznych, różnorodnością etniczną, przyrodniczą, bogactwem złóż mineralnych, przyciąga ku sobie 
stojące w opozycji umysły do zgłębiania zagadki podziwu dla istnienia niezmiennego oblicza 
mocarstwa. 

 
 

Bibliografia 
 

[1] Czesław Miłosz, Rodzinna Europa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001. 

[2] Jan Józef Lipski, Pisma polityczne. Wybór, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011. 
[3] Adam Daniel Rotfeld, Myśli o Rosji …i nie tylko, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2012. 

[4] Sándor Márai, Dziennik (fragmenty), Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2009. 
[5] Mariusz Wilk, Wilczy notes, Wydawnictwo Nor Sur Blanc, Warszawa 2001. 

[6]  Dzieła Adama Mickiewicza. Wydanie zupełne przez dzieci autora dokonane. Tom VII, Księgarnia 

Luksemburgska, Paryż 1880. 
[7] Ludwik Bazylow, Historia Rosji, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 1985. 

[8] Zbigniew Wójcik, Historia powszechna XVI-XVII wieku, Państwowe Wydawnictwo Naukowe Warszawa 1991  

[9] Norman Davies, Orzeł Biały Czerwona Gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920, Wydawnictwo Znak, 
Kraków 2009 

[10] Adam Zamoyski, Warszawa 1920. Nieudany podbój Europy. Klęska Lenina, Wydawnictwo Literackie, 
Kraków 2009. 

[11] Piotr Stompka, Socjologia. Analiza społeczeństwa, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012. 

[12] Mirona Wawrzyniak – Zdziebkowa, Halina Boberowa, Duszniki dzisiaj i w przeszłości, Duszniki 2009. 
[13] Władimir K. Arsenjew, Dersu Uzała, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010. 

[14] Jacek Pałkiewicz, Syberia, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014. 

[15] Andrzej Dybczak, Gugara, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012. 
[16] Katarzyna Sayn-Wittgenstein, Koniec mojej Rosji. Dziennik 1914-1919, Wydawnictwo Nor Sur Blanc, 

Warszawa 1998  
[17] Zygmunt Stronczak, Sowieckie piekło. Wspomnienia o wągrowieckich Sybirakach, Sybir Związek 

Sybiraków, Wągrowiec 2007 

[18] Alina Biała,  Literatura i malarstwo. Korespondencja sztuk, Wydawnictwo Rark Edukacja, Bielsko-Biała 
2009 

[19] Andrzej Stasiuk, „Rosja: pożeracz przestrzeni”, „Tygodnik Powszechny” Nr 16 z 20 kwietnia 2014 r. 

[20] Adam Zagajewski, Lekka przesada, Wydawnictwo a5, Kraków 2011. 
[21] Wiktor Pielewin, Mały palec Buddy, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003. 

 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

19

 

 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela, Wyciek 1, 90 x 90 cm, olej, płótno, 2012 r. 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

20

 

Dariusz Pawlicki    O LISTACH W LIŚCIE  
 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

Znad jeziora Pogorzelec, 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

25 sierpnia 2012 r. 

 
Szanowny Panie, na nadjeziornych trzcinach pojawiły się nieznaczne żółte przebarwienia. Zauważyłem 
to wczoraj. Zaczyna więc robić się naprawdę jesiennie. Świadczą o tym także coraz niższe temperatury 
np. dzisiejszego ranka, około 7.oo były ledwie 4 stopnie. A do początku jesieni kalendarzowej pozostało 
jeszcze trochę czasu. 
        

Po tym pogodowym wstępie zaznaczę, nie zaskoczy to jednak Pana, że bardzo lubię czytać listy 

(pośród nich, te które otrzymuję od Pana, zajmują miejsce wyjątkowe). Składając tę deklarację 
chciałbym jednak podkreślić moje szczególne zainteresowanie ukazującymi się drukiem zbiorami 
listów (czy nasze dostąpią tego zaszczytu? Jeśli chodzi o mnie, to chyba nie miałbym nic przeciw temu). 
Na szczęście raz po raz wydawcy publikują tomy listów tych czy innych osób. Dzięki temu na półkach 
bibliotecznych, księgarskich czy antykwarycznych znajduję zbiory epistoł, które z różnych powodów 
uważam za warte poświęcenia im mego czasu. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że w takich 
wypadkach zaznajamiam się z czyjąś prywatną korespondencją. Choć wydaje mi się, że fakt, iż autorzy 
tych listów, jak i ich adresaci, najczęściej przebywają już w innym świecie (czy piszą tam listy, choćby te 
elektroniczne?), osłabia znacznie wrażenie wścibstwa. Zresztą jeżeli znajdują się w tym samym świecie, 
co czytelnicy, muszą wyrazić zgodę na opublikowanie swoich listów. Jeśli zaś nie, w „zastępstwie” 
czynią to ich spadkobiercy.  
       

Odnośnie uwagi na temat mojego upodobania do listów, chciałbym jednak zaznaczyć,  że nie 

mam na myśli tekstów literackich, które w rzeczywistości nie są listami, jedynie przybierają ich 
formę/naśladują je. I które od początku były pisane z myślą o ich upublicznieniu, w takiej właśnie 
formie/postaci. Przykładem takich zabiegów są Listy starego diabła do młodego

[1]

 Clive’a S. Lewisa. 

       

Moje  zainteresowanie  autentyczną korespondencją daje o sobie znać zwłaszcza wtedy, gdy na 

grzbiecie książki (najlepiej grubej) widzę choćby jedno znane mi nazwisko związane ze światem 
literatury. Jeżeli do tego, który nosi owo nazwisko czuję sympatię, jest to kolejnym, i to bardzo 
istotnym, powodem, aby publikację nabyć  bądź pożyczyć. Mam jednak na myśli nie tylko prozaików 
czy poetów, ale także wydawców, redaktorów, tłumaczy. Listownymi zapiskami polityków, 
kompozytorów, w ogóle muzyków, tak jak i naukowców/uczonych nie jestem zainteresowany; 
przynajmniej jak dotąd. 
 
Właśnie w tym miejscu mojej epistoły poczułem potrzebę wyjaśnienia powodu tego, że piszę do Pana, 
choć jeszcze nie otrzymałem odpowiedzi na poprzednią. Tym bardziej, że wysłałem ją ledwie trzy dni 
temu. Otóż od kilku godzin jestem szczęśliwym posiadaczem tomu pokaźnych rozmiarów 
zatytułowanego Wspólna obecność. Korespondencja Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną   
i Jerzym Turowiczami

[2]

. Jeśli zapytałby mnie Pan, co spowodowało ten zakup, to odpowiedziałbym – 

obecność na grzbiecie i okładce nazwiska: Jerzy Turowicz. Bardzo go bowiem cenię (czy można cenić 
ludzi nieżyjących? Bo podziwiać ich dokonania, z całą pewnością tak). A to przede wszystkim za to, że 
w okresie trudnym dla człowieka mającego poglądy zdecydowanie sprzeczne z obowiązującymi, 
dominującymi i uważanymi za właściwe, pozostał przy własnych, „nieprawomyślnych”, ponosząc tego 
konsekwencje. Napisałbym o Turowiczu więcej (także odnosząc się do krytycznych uwag pod jego 
adresem, jakich nie brakuje w Dziennikach Stefana Kisielewskiego), ale to może innym razem, gdyż ten 
list chciałbym jednak poświęcić mojej słabości do tomów zawierających korespondencję. 
       

Po  przeczytaniu  pierwszych  szesnastu  listów  składających się na Wspólną obecność, lekturę 

przerwałem. Nie, nie, nie dlatego, iż mnie znudziły, czy że pojawiła się konieczność wykonania jakiejś 
pilnej pracy. Przerwałem, aby... za szybko nie przeczytać całości. Dawkując sobie tę lekturę, sprawię 
bowiem,  że związana z nią przyjemność  będzie rozłożona w czasie. Tym bardziej, że uczucie 
zadowolenia wynikające z czytania trwa przecież  dłużej niż ono samo. Zaczyna bowiem dawać znać        
o sobie jeszcze przed rozpoczęciem lektury, jak też trwa czas jakiś, po jej zakończeniu.   
  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

21

 

 

 
Jestem prawie pewny, że na ugruntowanie mojego zainteresowania opublikowanymi 
korespondencjami, najistotniejszy wpływ miało zaznajomienie się  z  wydawanymi  przez  Czytelnika,         
w ramach serii „Archiwum Kultury”, kolejnymi tomami obejmującymi listy, jakie Jerzy Giedroyc 
wymieniał z poszczególnymi osobami współtworzącymi krąg „Kultury” zwanej paryską (dlaczego 
„paryską” skoro miesięcznik był wydawany w Maisons-Laffitte?). Wydaje mi się,  że owe pozycje są 
Panu nieznane, choć o twórczości kilku osób z tego grona, wyrażał się Pan pozytywnie bądź bardzo 
pozytywnie. Przykładem może być Jerzy  Stempowski.  
       

Najprawdopodobniej pierwszą publikacją z tej serii, z jaką zapoznałem się, a i zakupiłem, była 

dwutomowa edycja listów (obejmuje tylko połowę zbioru), jakie redaktor „Kultury” i Juliusz 
Mieroszewski wymienili ze sobą. Niedługo potem mój księgozbiór wzbogacił się o zbiory zawierające 
korespondencję  J.  Giedroycia  z  Witoldem  Gombrowiczem, przedstawicielami emigracji ukraińskiej, 
Czesławem Miłoszem. Ale pośród zbiorów epistoł jakie posiadam (mam je zgromadzone w jednym 
miejscu – zajmują ¾ półki) są również nie pisane przez Redaktora, ani do niego, ale wymieniane 
pomiędzy innymi osobami z grona osób z nim współpracujących. Przykładem  korespondencja             
Cz. Miłosza ze Zbigniewem Herbertem, listy pisane przez Konstantego A. Jeleńskiego do Józefa 
Czapskiego. Posiadam także publikacje  zawierające korespondencję nie mającą  żadnego związku           
z Giedroyciem. Przykładem tego mogą być trzy tomy listów Thomasa Mertona pisanych do różnych 
osób (jeden z nich zawiera także epistoły adresowane do niego), te jakie wymieniali ze sobą Wincenty 
Burek i Jarosław Iwaszkiewicz, jak też ten drugi z Teresą Jeleńską i K. A. Jeleńskim. 
       

Co  mnie  pociąga w owych listach? Ich autentyczność. Nie powstawały bowiem z myślą                

o, choćby, ewentualnej publikacji (podobnym zainteresowaniem darzę dzienniki, pamiętniki. W ich 
jednak przypadku często, w związku z braniem pod uwagę druku, dawała o sobie znać autocenzura). 
Jeśli ich autorzy grali, to jedynie przed swoim interlokutorem listowym, a nie przed rzeszami 
przyszłych czytelników (ich istnienia, jak wspomniałem, nie brali bowiem pod uwagę). Szczególnie jest 
to widoczne, jeśli weźmie się pod uwagę korespondencję prowadzoną przez redaktora „Kultury” 
(niewątpliwie był uzdolnionym i niezwykle płodnym epistolografem) z liczną rzeszą osób. Mają one 
przede wszystkim charakter, że tak go nazwę, roboczy. Dotyczą bowiem spraw związanych z publikacją 
tekstów na łamach miesięcznika „Kultura”, jak też książek przez Instytut Wydawniczy. Nie brakuje 
jednak także problematyki bytowej, choćby dotyczącej honorariów, stypendiów, jak też kwestii 
związanych ze zdrowiem, sprawami rodzinnymi. Sporo jest w nich komentarzy na temat sytuacji 
politycznej w Polsce i na świecie. I dlatego są doskonałym świadectwem losów Polaków, ale nie tylko 
ich, po 1945 r. 
 

       
Czytanie cudzych listów miłosnych absolutnie mnie nie interesuje. Choćby z tego względu, że w jednym 
z pudeł przechowuję listy, jakie pisałem do mojej przyszłej żony, i jakie od niej otrzymywałem. A to mi 
wystarczy! 
 

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

22

 

Listy, bez względu na to, ile byłoby w nich informacji, w tym wiedzy praktycznej, są przede wszystkim 
zapisem uczuć (niejednokrotnie niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka), niekiedy emocji. To one są, 
szeroko rozumianą, materią, z której powstają listy. Choćby wówczas, gdy zawierają prośbę                  
o udzielenie pożyczki. Jak też wtedy, gdy sprowadzają się, tylko i wyłącznie, do zwrócenia uwagi na 
fakt, że termin zwrotu pożyczonej kwoty zbliża się (nieubłaganie) bądź, co gorsza, minął!  
       

Mimo  przytoczonego  powyżej przykładu zawartości listów, owa materia budująca pisemną 

wypowiedź skierowaną do drugiego człowieka (także do instytucji, ale na tej uwadze poprzestanę), 
najczęściej jest pozytywna. Najpewniej dlatego, że danie wyrazu uczuciom zdecydowanie negatywnym, 
zaowocowałoby przerwaniem korespondencji bądź jej ograniczeniem. Natomiast kontynuuje się ją, gdy 
przynajmniej jednemu z korespondentów, przynosi ona satysfakcję, a drugiemu, choćby, jej namiastkę. 
        William H. Shannon i Christine M. Bochen we Wstępie  do  Thomasa Mertona. Życia                  
w listach

[3]

 napisali, że ,,listy to spotkanie dwojga osób. Ich celem jest dialog i wzywają do odpowiedzi”. 

Można tylko zgodzić się z tym poglądem (wyrażonym przy tym tak lapidarnie). 
 

 
Epistolografia, według mnie, jest najbardziej humanistyczną dziedziną twórczości literackiej, a może     
w ogóle twórczości. Dotyka bowiem całokształtu ludzkiego jestestwa, każdego przejawu działalności 
człowieka. Łączenie listów z literaturą jest może nadużyciem. Ale tylko do pewnego stopnia. Bo czyż list 
nie jest jednak traktowany jako, wręcz gatunek literacki (to, że chodzi w tym przypadku o listy pisane    
z zamiarem ich publikacji, nie zamyka sprawy – list jest listem. Teoretycznie każdy zbiór listów, także 
e-listów, może zyskać postać książkową). I czy nie jest tak, że epistolograf uznawany jest jednak za 
twórcę? Z tym, że nie chodzi o pierwsze znaczenie hasła „epistolograf”, jakie podaje Słownik wyrazów 
obcych

[4]

 PWN: „autor utworów literackich w formie listów”, lecz o drugie. A brzmi ono tak: „osoba 

znająca się na sztuce pisania listów”. Jestem pewny, że i Pan uważa,  że pisanie listów bywa! sztuką. 
Bywa, gdy jest przykładem klarownego, a przy tym pięknego zapisu myśli. A gdy jeszcze te myśli nie są 
zdawkowe, ale mają postać (także) ciekawych przemyśleń, wówczas można mówić prawie o ideale 
(prawie, gdyż ideał, to chyba Coś nieosiągalnego). 
       

Epistolografia  jest  także, jak mi się wydaje, najbardziej egalitarną ze sztuk. Zaś list, przez 

analogię, najbardziej egalitarnym gatunkiem literackim. Pisać może go bowiem każdy, i mnóstwo ludzi 
je pisało (obecnie jest inaczej, stąd czas przeszły). Wyjątkiem mogłaby być osoba niepiśmienna. Ale i to 
nie wykluczało jej z grona autorów listów. Dyktowanie przez analfabetę listu osobie piśmiennej jeszcze 
niedawno było w naszej części Świata nie tak rzadkim zjawiskiem. 
 

 
Słońce już  bardzo  nisko  wisi  nad  trzema  lipami  (właściwie dolna jego część  jest  zanurzona                  
w koronach). Tymi, które przykuwały Pańską uwagę, gdy mnie Pan odwiedził (liczę na kolejne, i nie 
kilkugodzinne, odwiedziny). Jeśli o nie chodzi, to wspomnę, że zieloność ich listowia, przynajmniej na 
niektórych gałęziach, została już znacznie zakłócona. Ale w tej północnej krainie, jak najbardziej 
normalne jest, że jesień zaczyna się wcześniej. Wcześniej niż Tam, gdzie Pan mieszka. 
       

Gdy  zakończę ten list, a na to właśnie się zanosi, odejdę od podokiennego biurka i usiądę            

w głębi pokoju, w moim ulubionym fotelu. A to po to, aby przeczytać kolejny, jednak nie nazbyt 
obszerny, fragment Wspólnej obecności. 
 
Życzę Panu Dużo Dobrego! 
 
Mieszkaniec Domu nad Jeziorem Pogorzelec 
 
PS 
       
Dla wyjaśnienia wspomnę,  że zdjęcie (preferuję fotografię czarno-białą) jakie dołączyłem do listu, 
przedstawia fragment jeziora..., nad którym mieszkam. Nie miał Pan okazji przyjrzeć się jego 
północnemu brzegowi – zabrakło czasu. 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

23

 

Przypisy 

 
[1] Clive S. Lewis, Listy starego diabła do młodego, Warszawa, IW Pax, 1990. 

[2] Wspólna obecność. Korespondencja Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną i Jerzym Turowiczami, 

Kraków, a5, 2012
[3] Thomas Merton. Życie w listach, Poznań, W drodze, 2011.   

[4] Słownik wyrazów obcych, Warszawa, PWN, 1980.  

 
Fotografia: Dariusz Pawlicki 

 

 
 

 

 

 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela, Col 1, 30 x 42 cm, kolaż, 2014 r. 

 
 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

24

 

Bolesław Faron    MECENAS I PRZYJACIEL 

W XV rocznicę śmierci Jerzego Harasymowicza 

 

 

1. 

 

Andrzej Kaliszewski w książce  Książę z Kraju Łagodności  (O twórczości Jerzego Harasymowicza, 
Kraków 1988) nazwał Kazimierza Wykę „jedynym mecenasem” i „prawdziwym przyjacielem” poety. 
Jest w tym sformułowaniu wiele racji. Zresztą autor Cudów  w  licznych  wywiadach,  m.in.                  
w telewizyjnym z cyklu Rozmowy z pisarzami z lat sześćdziesiątych ub. w., jakie prowadził Aleksander 
Małachowski, potwierdził tę zażyłość z krytykiem, stwierdzając, że Kazimierz Wyka „wybronił go przed 
krytykami”, którzy niejednokrotnie, zwłaszcza w 

początkowym okresie atakowali go nieraz 

bezpardonowo. Przypomnijmy też, że autor Rzeczy wyobraźni, kończąc recenzję drugiego tomu poezji 
Jerzego Harasymowicza Powrót do kraju łagodności (1957) stwierdził: 
 

Byłbym zapomniał dopisać: z wszystkich prawdziwych debiutów roku 1956 (a nie pozornych i opóźnionych, jak 
Białoszewskiego i Jachimowicza) najbardziej stawiam na Jerzego Harasymowicza.  

 
 

Tej wysokiej ocenie twórczości autora Cudów  będzie Wyka wierny do końca swojego życia. 

Wspomniany Kaliszewski mówi o prywatnych seminariach u profesora, których Harasymowicz był 
pilnym uczestnikiem: „Ten, łagodnie mówiąc – pisze – niemajętny, zbuntowany przeciw 
konwenansom młodzieniec w zadziwiającym tempie połykał bibliotekę równie nieszablonowego 
krytyka i uczonego”. Harasymowicz zresztą uważał,  że tylko dwóch, trzech krytyków rozumiało jego 
poezję. Oprócz autora Rzeczy wyobraźni zaliczał do nich jeszcze Jerzego Kwiatkowskiego. 
 Jak 

wyglądały bezpośrednie kontakty poety z wybitnym krytykiem, owe prywatne seminaria, 

trudno dzisiaj dokładnie stwierdzić. Aczkolwiek na podstawie zachowanych dokumentów i wspomnień 
można je częściowo zrekonstruować. W poszukiwaniu materiałów na ten temat odbyłem rozmowę         
z córką profesora, Martą Wyką w dniu 22 maja 2013 roku, która tak scharakteryzowała te relacje: 
 

O przebiegu spotkań Jerzego Harasymowicza z moim ojcem wiem stosunkowo niewiele. Jako młoda dziewczyna 

nie interesowałam się tym szczególnie. Pamiętam,  że do naszego mieszkania przy ul. św. Teresy przychodziły 
dwie dziwne postaci: Jaś Stoberski – prozaik i Jerzy Harasymowicz – poeta. Odbywały się te spotkania w cztery 

oczy w gabinecie ojca. Jedno pamiętam, że były one częste. Harasymowicz wpadał niezapowiedziany o różnych 

porach, rano i wieczorem, niejednokrotnie dwa razy w ciągu dnia. Zachodził zawsze z jakimiś rękopisami w ręku. 
Domyślałyśmy się,  że były to jego wiersze, które przynosił do oceny. Z opinią ojca liczył się bardzo. Drugim 

krytykiem, który życzliwie towarzyszył mu, był Jurek Kwiatkowski. Z nim również Harasymowicz często się 

spotykał, rozmawiał. Później, po śmierci ojca w 1975 roku i ten kontakt się urwał. Kwiatkowski przestał pisać        
o Harasymowiczu, ba, nawet jego nazwiska nie wymieniał w swoich tekstach krytycznych. Jaka była przyczyna 

tego rozstania, trudno mi stwierdzić. Wracając do wizyt poety w naszym domu, to były one ułatwione z dwóch co 
najmniej powodów, mieszkał on przy ul. Łobzowskiej 12/6, skąd na ul. św. Teresy było parę kroków; ojciec był 

osobowością bardzo otwartą, chętnie utrzymywał kontakty z młodymi, zdolnymi poetami, czy krytykami. 

 
 Dysponujemy 

też ikonograficznym potwierdzeniem tych spotkań. Otóż w „Dekadzie Literackiej” 

z 31 marca 2000 roku (nr 2/3), poświęconej Kazimierzowi Wyce w 90. rocznicę urodzin jako ilustracja 
do tekstu profesora Zapiski 1972 znalazło się zdjęcie z archiwum rodzinnego Kazimierz Wyka i Jerzy 
Harasymowicz
, a na nim na pierwszym planie Kazimierz Wyka, studiujący jakiś rękopis, za nim, nieco 
z tyłu Jerzy Harasymowicz z założonymi rękoma, wpatrujący się w ingerencje profesora w tym tekście. 
Pora zapewne letnia, gdyż obaj występują w jasnych koszulach z krótkimi rękawami. W tle ogromna 
biblioteka i mnóstwo rozrzuconych książek, na biurku teczki z rękopisami czy  maszynopisami, a obok 
na stoliku pokaźna figura jakiegoś  świętego. Harasymowicz stoi jak uczeń z zatroskaną miną, 
oczekujący  na werdykt swojego profesora. 
 

W archiwum domowym Marii Harasymowiczowej zachowała się kartka pocztowa wysłana przez 

profesora do jej męża z Paryża, datowana 31 stycznia i 1 lutego 1959 roku, przedstawiająca Moulin-
Rouge nocą, a zaadresowana na Łobzowska 12. Oto jej treść: 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

25

 

 

Drogi i Miły Panie Jurku! 

 
 Kawałek nadrealistycznego szaleństwa neonowego, które Pana wierszowi jest równe, przesyłam                 

w upominku. Wieża melancholii w opinii „Wiadomości” lond. otrzymała trzecią lokatę wśród wszelkich książek 

krajowych anno 1959. Gratuluję! 
 

 

Do Krakowa wracam razem z wiosną, proszę takową ładnie przygotować. 

 
 

 

 

 

 

 

 

Kazimierz Wyka 

 
 

Ten krótki tekst krytyka wskazuje na bliskie jego relacje z poetą. Potwierdza to rozpoczynający 

korespondencję zwrot: „Drogi i Miły Panie Jurku!”, ale Wyka nie zapomina o swej mentorskiej roli, 
toteż „nadrealistyczne szaleństwo neonowe” ulicy Pigale porównuje do poezji  Harasymowicza                  
i jednocześnie informuje go o sukcesie Wieży melancholii w plebiscycie londyńskich „Wiadomości”. 
Mamy tu więc i element motywacyjny. 
 Znajdziemy 

też  wśród dokumentów Marii Harasymowiczowej obszerne fragmenty rękopisu 

wstępu Kazimierza Wyki do Zielnika, czyli wierszy dla wszystkich.  Pascha Chrystusa.  Poemat 
wielkanocny
 pt. O poezji Jerzego Harasymowicza, notowane charakterystycznym dlań charakterem 
pisma na odwrocie korespondencji do niego przychodzącej, zarówno prywatnej jak i urzędowej. Także 
takie drobiazgi, jak kartka-gryps do żony z notatką „rankiem jestem u Kazia”, a w podpisie Jerzy, przy 
czym „J” zapisane w kształcie ukraińskiego trójzęba. O stosunku Harasymowicza do swojego mentora 
świadczą wiersze dedykowane Kazimierzowi Wyce. Jest ich siedem. Warto zauważyć, że nikt inny nie 
doczekał się w całym dorobku poety tylu adresów, co profesor w ciągu kilkunastu lat ich znajomości.  
 Najbardziej 

wyraziście relacje z Kazimierzem Wyką sformułował Harasymowicz we 

wspomnieniu w dziesiątą rocznicę  śmierci profesora pt. Takich ludzi nie ma i nie będzie...  („Gazeta 
Krakowska” 1985 nr 16): 
 

Kazimierz Wyka... Cóż, mogę powiedzieć tylko na temat mych spotkań z Nim, których było bardzo wiele i które, 
sam nie zdawałem sobie wtedy dokładnie z tego sprawy, położyły fundament pod moją poezję. Przychodziłem do 

„Kazia” rano i wieczorem i jakoś zawsze był czas na przyjęcie mnie, na czytanie mych wierszy, których, jak to 

debiutant, przynosiłem całe sterty. Profesor cierpliwie wysłuchiwał i cierpliwie tłumaczył – to dobre, to „bramka   
z woleja”, to strzał tuż  obok słupka, to ciężko wywalczony remis. To były oceny poszczególnych wierszy. 

Terminologia sportowa brała się stąd,  że chodziliśmy razem na mecze Cracovii, której byliśmy kibicami. Nad 
tapczanem profesora Kazimierza Wyki królował Franciszek Józef z prawdziwymi orderami. Kiedyś wpadłem do 

Wyki chyba o jedenastej wieczorem. Kaziu już w pidżamie wskazał na  cesarza – „Franek już śpi, chyba czytanie 

przeniesiemy na jutro”... 
 Bywało tak, że to, co napisałem rano, wieczorem czytaliśmy z Profesorem. Wyka był zupełnie pozbawiony 
wszelkiej celebry, był naturalny no i bardzo mądry i dowcipny. 

 
 To 

bardzo 

ważne wyznanie poety. Pozwala ono bowiem określić wkład krytyka w formowanie 

się jego osobowości poetyckiej. Z tych słów wynika, że profesor dokonywał przede wszystkim selekcji 
przedstawionych wierszy, że słabsze odrzucał, dyskwalifikował, zaś  młody poeta liczył się ze słowem 
swojego mentora. Stwierdza dalej, że „tacy ludzie jak Wyka nauczyli mnie, że najważniejsza dla poety 
jest wyłącznie poezja”, nauczyli go „pracy, pracy i tylko pracy”, według słów Wyki „okopywania ziemi 
wokół drzewa własnego talentu”. Rola krytyka wyrastała wyraźnie poza zakres doradztwa poetyckiego, 
miał on  niebagatelny wpływ na osobiste losy Harasymowicza, który konstatuje: „Dzięki takim ludziom 
jak Kazimierz Wyka młodość moja wyszła z chuligańskiego zaułka, moje działania dostały skrzydeł, 
moje  życie nabrało sensu”. Mocne słowa. Wskazują one bowiem nie tylko na rolę profesora wobec 
kształtowania się warsztatu poetyckiego debiutanta, na jego wpływ na życie osobiste poety ale 
jednocześnie charakteryzują osobowość Kazimierza Wyki, jego bezceremonialność, otwartość na 
kontakty z młodymi, bezinteresowność. 
 

Harasymowicz wskazuje także na teksty, które ostateczny kształt uzyskały dzięki wydatnej 

pomocy profesora:  
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

26

 

Sądzę, że udało mi się napisać dwie rzeczy, które nie tylko zadowoliły Profesora, lecz z których się cieszył, i które 

też powstawały przy Jego wielkiej życzliwej pomocy. Są to poematy Wawel i Lichtarz ruski. Jemu zresztą 
dedykowany.  

 

Jemu, który nauczył mnie całkowitej duchowej niezależności, która tak mi się przydaje współcześnie        

w mym dojrzałym życiu poety. 

 
 Toteż uważa, że takich ludzi jak Wyka już nie ma, że po jego odejściu i Estreichera Kraków już 
nie będzie taki sam czyli „prawdziwą stolicą polskiej kultury”, wraz z nim „zanikła też polska krytyka”. 
Z tych słów wynika też, że Harasymowicz bardzo wysoko cenił rolę Wyki w tworzeniu intelektualnego    
i kulturalnego środowiska w Krakowie, jego pozycję jako krytyka literackiego. 
 
 

2. 

 

Pierwszy tekst o debiucie Jerzego Harasymowicza, o tomiku Cuda, rozpoczyna od rozprawienia się        
z licznymi recenzjami, jakie ukazały się po opublikowaniu Cudów, w których autorzy z wielką 
skrupulatnością wyznaczyli antenatów tej poezji, a więc Gałczyński (Kwiatkowski), poeci baroku. 
Morsztyn i inni (Głowiński), Iłłakowiczówna, Czechowicz, z malarzy Makowski i Wojkiewicz 
(Matuszewski), Mickiewicz, Iwaszkiewicz, Apollinaire, symboliści (Szmidt). Wśród tych wypowiedzi 
krytycznych jedynie recenzję Jerzego Kwiatkowskiego uważa za najlepszą i najsubtelniejszą, natomiast 
Szmidta określa mianem „ktoś  czupurny  i  surowy  z  Wrocławia”, a jego diagnozy kwituje ironicznym 
stwierdzeniem: „Ładne pojęcie o mechanizmie twórczości, naprawdę z pieluszek krytycznych.” 
 Wyka, 

wychodząc z przekonania, „że w każdym z tych skojarzeń jest jakieś ziarno racji”, 

dowodzi, iż „suma owych ziaren nie daje mąki i chleba”. Broni poezji Harasymowicza przed 
określeniem jej „jakimś erudycyjno-eklektycznym zlepkiem”, wskazując na jej swoiste aspekty. Będzie 
to zatem w Cudach „baśń animacyjno–antropomorfizacyjna”, w której wyróżnia niejako dwa bieguny: 
baśń bardzo naiwną, prostoduszną, dosłowną oraz bardziej udatną i dowcipną, „kiedy jest bardziej 
aluzyjna aniżeli dosłowna.” Zgadzając się z Jerzym Kwiatkowskim, że liryka Harasymowicza bliska jest 
poezji Gałczyńskiego, zauważa jednak, że autor Niobe  nie  idzie  tak  daleko  w  animizacji                  
i antropomorfizacji. „Zresztą – powiada – rzeczy i przedmioty są u Gałczyńskiego, jak w dawnej 
martwej naturze – realne, dotykalne i zwykłe”. W tym upatruje odmienność poezji autora Cudów, gdyż 
„widzenie najbardziej pierwotne łączy się u niego z widzeniem całkowicie nowoczesnym” (s. 197–198). 
Dają tutaj znać o sobie zainteresowania autora Rzeczy wyobraźni filmem, gdyż Harasymowiczowską 
fantastykę kształtów i kolorów wywodzi z filmu rysunkowego. Na dowód przytacza takie wiersze, jak  
Jesienne zająceWiek niewinnościSądStyczeńGileSzachy. Podobnie jak Julian Przyboś najwyżej   
u Harasymowicza ceni jego prozę poetycką, nawiązującą do utraconego dzieciństwa (Zima). 
 

Po antropomorficznym pokładzie wyobraźni wyróżnia pokład drugi, a mianowicie „warstwę 

poezji dziecięcej i jej gotowych rekwizytów”, których źródeł doszukuje się w książeczkach obrazkowych, 
elementarzach baśniowych, rysunkach dla dzieci, kartkach ze świątecznymi życzeniami.  „Angelologia    
i eschatologia – powiada – przedszkolnego katechizmu”. W tym eksploatowaniu dzieciństwa widzi 
dwie warstwy, z jednej strony charakterystyczne dla dzieciństwa kompleksy (utracona wiara, rozbity 
dom rodzinny, pierwsza miłość i pierwsza zazdrość), z drugiej ucieczka w marzenia, we współczucie, 
liryzm. Przy czym wyżej ceni „ciemną stronę uczuciowości poety” niż „prosty katechizm dziecięcego 
zdumienia.” 
 

Język krytyczny autora Rzeczy wyobraźni jest żywy, bogaty, nierzadko operuje on metaforą czy 

porównaniem. Tak jest też w szkicu o Cudach, gdzie wyobraźnię poety zestawia z odkrywką 
geologiczną, która ukazuje przekrój przez warstwę ziemi. Wyróżnia więc u Harasymowicza i przekrój 
przez obnażoną podświadomość, i nowoczesną metaforę, i gęstą miazgę animistyczną, i precyzyjne 
mechanizmy w prozie poetyckiej, i pokłady fantazjotwórstwa. Zauważa przy tym, że „odkrywka jest 
naturalna. Sama narosła”. 
 

Do indeksu antenatów przywoływanych przy okazji Cudów dołącza bardzo trafnie dwa 

nazwiska malarzy Chagalla i Nikifora. Pierwszy – to „próba nadrealistycznego liryzmu  skojarzonego      
z dziecinnym urzeczeniem”, drugi – sąsiad z najbliższej ojcowizny, którego również charakteryzuje 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

27

 

„pójście w poprzek wielkiej tradycji, za głosem własnego urzeczenia”. Widzi też pewne pokrewieństwa, 
zwłaszcza w prozie, do utworów Juliana Przybosia (Ścięcie jaworu). 
 
 

 

3. 

 

Szkic o drugim zbiorze poezji Harasymowicza Powrót do kraju łagodności (Kraków 1957) zatytułował 
Wyka  W krainie łagodności – smutno. Wprawił on krytyka, podobnie jak innych, w pewne 
zakłopotanie. Sam poeta uściśla topograficznie „krainę  łagodności”, a więc Muszyna nad Popradem. 
Wyka zaś dokonuje wręcz poetyckiego opisu dróg prowadzących do tego miejsca: 
 

Do kraju tego prowadzą z Krakowa różne rzeczywiste drogi, zanim za Starym Sączem, zanim gdzieś od Rytra nie 

przytulą się do siebie i nie ścisną we wstążkę trójdzielną i odtąd nierozłączną – z drugiej strony z Tatr 

przybywający Poprad, rzeczny Janosik, łagodniejszy od swego harnasiowatego krewniaka Dunajca – Poprad, 
linia kolejowa i szosa. 

 
 

Wyka stawia pytanie, skąd się wzięła w poezji Harasymowicza ta droga sielanki i „czy oznacza 

[ona] po prostu powtórkę marzenia o utraconym dzieciństwie, wszechobecnego w Cudach?” Zauważa 
cofanie się „antropomorfizacyjnej ornamentyki” na rzecz „poezji opisowej sielanki”. „Sztaluga Watteau 
ustawiona nad Popradem. Rysunek zamiast ornamentu”. Przy czym opis Harasymowicza stanowi 
jedynie wstęp do liryki, „do ciemnego niepokoju”: „I w tym właśnie – konstatuje Wyka – 
dostrzegałbym istotny sens i wagę drugiego zbioru Harasymowicza. Sielanka nad Popradem i kraina 
łagodności, mająca rozpostrzeć swoje granice aż po Gauguina wyspę Noa-Noa (bardzo wonna) – to 
raczej pozór tematyczny. Naprawdę zaś dokonywa się w tym zbiorze edukacja uczuć poety: przestają 
być dziecinne, stają się młodzieńcze. Takiej edukacji towarzyszy zazwyczaj mutacja. To znaczy głos się 
załamuje i powraca do porzuconego rejestru. Mutacja na kartach Powrotu do kraju łagodności pojawia 
się również”. 
 Nowe 

osiągnięcia poety dostrzega wybitny krytyk w wierszach erotycznych i tekstach tzw. 

„ciemnego marzenia”. Erotyk Biała srebrna błękitna porównuje do Krzysztofa Baczyńskiego  Biała 
magia
PromienieZ wiatrem, a to w pod piórem Wyki najwyższa ocena.  
 Jak 

widać, ocena pierwszych tomów Jerzego Harasymowicza jest pogłębiona,  umocowana         

w szerokim kontekście literackim, ale jednocześnie w kontekście rzeczywistości realnej, w jakiej 
wzrastało pokolenie poety. Na tle licznych omówień debiutu autora Cudów wyróżnia się  głęboką 
znajomością warsztatu poetyckiego, przeżyć generacji, wielostronnym spojrzeniem.  
 
 

  

4. 

 

Zbiór poematów Jerzego Harasymowicza Przejęcie kopii (Kraków 1958) przekornie traktuje

 

jako 

Ponowny debiut. Zabieg ten ma mu ułatwić procedury interpretacyjne, które na końcu pozwolą 
określić ewolucję twórczości.  
 Porzuca 

dostępne w badaniach literaturoznawczych kategorie formalne, gatunkowe, kategorie 

społeczne, by skupić się na kategorii dokumentu psychicznego jako jedynym kluczu umożliwiającym 
zrozumienie tej poezji. „Horyzontem Harasymowicza i tym, co się na nim wyświetla, nie podmiot 
liryczny rządzi, lecz – powtarzam – »ja«  autorskie, »ja« osobiste, »ja« psychiczne”. 
 

Wśród sześciu poematów wyróżnia dwa: wstępny Przyczynek do wstępnego odkrywania jako 

utwór programowy oraz końcowy poemat Kraków, bo „najwięcej mówi o zasadach poezjotwórstwa 
Harasymowicza”. Uważa go zresztą za najwyższe osiągnięcie w Przejęciu kopii. Z kolei dokonuje 
szczegółowej analizy pozostałych czterech, określając je mianem „poematów fantastycznych”; co 
wyraża się w ich fabule i uroku skojarzeń (Przejęcie kopiiJarKat i Czarny dom).  
 

Wyka, niestrudzony badacz Młodej Polski, zafascynowany tą epoką, z ogromną radością powitał 

Przejęciu kopii elementy secesji, modernizmu, które wyciągnięte z lamusa rekwizytów tzw. trwałych 
wartości, „otrzepane z kurzu”, „poddane prawom luźnego skojarzenia”, nabierają  życia. Stąd więc 
nadrealizm Harasymowicza ma własną, polską twarz, którą trudno określić  ściśle w kategoriach 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

28

 

literaturoznawczych, toteż zamiast kolejnego „izmu” proponuje tego typu postawę ironicznie nazwać 
grochowiaki czy harasymuszki.  
 

(…) jeżeli w stanowisku nadrealistycznym najważniejszy jest zapis niekontrolowanego potoku skojarzeń,  to            

o rzeczywistym, konkretnym wyglądzie  owego  zapisu  wcale  nie  owa  zasada  ogólna  decyduje,  lecz  obecne               

w psychice składniki, ich pochodzenie, ich nieświadome dziedzictwo i podglebie. W przypadku Przejęcia kopii
jest ten debiut świadectwem polskiej drogi poprzez nadrealizm do … ? 

 
 Szczególną uwagę poświęca Wyka w tym szkicu poematom: Przyczynek do nowego 
odkrywania
 oraz Kraków, skupiając się na tym ostatnim, jemu zresztą dedykowanym. Pierwszy 
żartobliwie zostawia Jerzemu Kwiatkowskiemu, gdyż jego właśnie dedykacja dotyczy. 
 

Przyczynek to nie program; Kraków to nie opis – powiada – są to natomiast s k o j a r z e n i o w e   e t i u d y  

w y o b r a ź n i   wokół sytuacji poetyckiej harasymuszek i grochowiaków, wokół dzielnic i przedmieść Krakowa tak 

rozsypanych, jakby plan miasta pocięty został na kawałki i rozrzucony. 
 

 

Krytyk zdaje sobie sprawę, że po tekstach Wyspiańskiego, Czyżewskiego, Gałczyńskiego znaleźć 

nowy sposób na opisanie zaczarowanego miasta nie było  łatwo. Harasymowiczowi się to udało, gdyż 
spojrzał na Kraków z perspektywy doświadczeń swojej generacji. Generacji, która „pod spiralami 
odrzutowców; pod radioaktywnymi deszczami” swoje lęki i marzenia artykułuje w trzech krakowskich 
piwnicach artystycznych. Toteż w poemacie Kraków  ściśle spotykają się  „narodowy  zielnik                  
z Wawelem”. 
 Wyjaśnia Wyka na końcu, dlaczego nazwał  Przejęcie kopii powtórnym debiutem. Mianowicie 
baśniowy, antropomorfizacyjny, dziecinnie naiwny ton Cudów i Powrotu do krainy łagodności złudził 
wielu krytyków, m.in. Juliana Przybosia, który doradzał poecie, by nauczył się rymować i przerzucił na 
twórczość dla dzieci. 
 Przewiduje 

duże możliwości poetyckie młodego autora, sugeruje zwiększone wymagania 

intelektualne, których zresztą wyraźne  świadectwa znajduje w omawianym cyklu. Wyka uważa,  że 
młoda poezja, której Harasymowicz jest przedstawicielem, zdecydowanie wyprzedza współczesną 
prozę czy dramat. Tym przekonaniem zamyka tekst Ponowny debiut

 
 

5. 

 

Ostatni tekst o autorze Budowania lasu pt. Jerzy Harasymowicz – przeszły i obecny wydrukował 
Wyka w 1972 roku w książce  Debiuty poetyckie 1944 – 1960. Wiersze, autointerpretacje, opinie 
krytyczne.  
Osią kompozycyjną szkicu Wyki jest wspomniana opozycja. Tekst dotyczy następujących 
tomików poezji: Cuda (1956), Powrót do kraju łagodności (1957), Wieża melancholii (1958), Przejęcie 
kopii
 (1958), Mit o święty Jerzym (1960), Ma się pod jesień (1962), Podsumowanie zieleni (1964), 
Budowanie lasu (1965) oraz Wybór wierszy (1967). Nie obejmuje on tomów: Madonny polskie (1969), 
Wyboru poezji z 1971 roku oraz Znaki nad domem (1971), gdyż prace redakcyjne nad tym tomem 
zostały zakończone w roku 1969. 
 

Kazimierz Wyka ponownie akcentuje przynależność Harasymowicza do generacji 1956 roku, 

przywołując nazwisko Mirona Białoszewskiego, Stanisława Grochowiaka, Zbigniewa Herberta. Zwraca 
uwagę, że na tle tego pokolenia autor Cudów znalazł własną drogę. Chociaż mało się troszczy o selekcję 
publikowanych tekstów, to cieszy się uznaniem czytelników; natomiast krytycy i recenzenci, zwłaszcza 
warszawscy go nie rozpieszczają. 
 Zauważa wyraźną ewolucję warsztatu poetyckiego Harasymowicza: od animacji do baśni, baśni 
dość oryginalnej, gdzie elementy rzeczywiste przeplatają się z „rzeczywistymi tylko w sensie 
baśniowym”. Dostrzega u poety obecnego większą oszczędność i ekonomikę słowa. Konstatując rozwój 
autora w kontekście Powrotu do kraju łagodności stwierdza: „Dawny Harasymowicz swoje marzenia   
o kraju łagodności podawał w tonacji ciepłej i naiwnej. Obecny czyni to w sposób gorzki, ale o ileż 
bardziej przejmujący, kiedy nazwie samego siebie niedźwiedziem, daremnie przez wiosnę obudzonym   
i wyciągniętym z legowiska”. 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

29

 

 

Szczególnie wysoko ceni wiersze poświęcone Łemkom i łemkowszczyźnie, krwawej historii dwu 

plemion słowiańskich, a także wiersze zamknięte w drugim kręgu koncentrycznym, w przeszłości 
Polski, której tu poeta zaledwie dotknął. 
 

Niejednokrotnie zwracano uwagę na to, że Wyka jest krytykiem krakowskim, szczególnie 

uczulonym na urodę tego miasta i jego historyczną przeszłość oraz kulturotwórczą rolę. Mocno ten 
aspekt akcentował np. w książce o malarstwie Jacka Malczewskiego. Toteż z satysfakcją odnotował 
tutaj, że temat Kraków rozgościł się pod piórem poety od poematu Kraków z Przejęcia kopii, przy czym 
jest to perspektywa i historyczna, i współczesna, anno domini 1968. Wprawdzie miał on poprzednika, 
jak Tytus Czyżewski (Lajkonik w chmurach) czy Konstanty Ildefons Gałczyński (Zaczarowana 
dorożka
), to jednak „na podobnej notowanej taśmie dokręcił  on  nowe  sekwencje,  nowe  i  tamtym 
poetom niedostępne serie migawek krakowskich”. Kraków Harasymowicza to nie tylko  Wawel, Kościół 
Mariacki i Sukiennice ale przede wszystkim ludek krakowski, gdyż jawi się tutaj autor jako poeta 
przedmieścia i miejskiego folkloru. Stąd więc niedaleko do wodewili Konstantego Krumłowskiego czy 
Stefana Turskiego. Sygnalizowaną krakowskość Wyka manifestuje wprost:  
 
Trzeba być bardzo rdzennym krakowianinem, by wiedzieć, co po krakowsku w tekstach poety znaczy 
m i g l a n c ,  a  co  to  są m l a s k o t y  (muzykanci w orszaku poprzedzającym Lajkonika) i gdzie te 
mlaskoty mają ulicę własną o tej nazwie. Na Zwierzyńcu ją mają.  
 
 Krytyk

 

akcentuje tutaj rzecz rzadką u Harasymowicza – humor, zwykły i kpiarski, „a także, 

jeżeli nie całkiem czarny, to czarniawy”. W nim mieści się – zdaniem Wyki – „kpina z tzw. małej 
stabilizacji i jej rekreacyjnych ideałów”. Mamy więc zatem wyraźne umocowanie poezji Harasymowicza 
o Krakowie nie tylko przeszłości ale również żywej, gorącej jeszcze współczesności. 
 

Syntetyczny charakter szkicu Harasymowicz – przeszły i obecny, podsumowanie 

dotychczasowego dorobku poetyckiego pozwala Wyce dostrzec jeszcze jeden istotny wątek, 
a mianowicie  „kreację mitu o samym sobie”, co wiąże się z szukaniem krainy łagodności i próbę 
ucieczki na wyspę szczęśliwą. Tylko, że ucieczki przed swoim ja nie ma. Potwierdza to mit o świętym 
Jerzym.  Mit o świętym Jerzym odczytuje krytyk jako „opowieść o jednostce samotnej pośród ludzi, 
skłonnej obcować tylko z własnymi marzeniami, przyrodą i elementami kultury”. Przekonanie to 
określa autor bardzo trafną metaforą: „Dlatego rdzeń poezji Harasymowicza, który łączy jej wszystkie 
kręgi i słoje, wykonany został z ciemnego i tajemniczego drewna. Kora lśni

 

blaskami, rdzeń od korzeni, 

ciągnie samotnicze soki”.  
 

Wypowiedzi Wyki o poezji autora Cudów mimo upływu lat nie straciły na swojej aktualności, 

nie zdeprecjonowały się, ujawnił w nich bowiem autor nie tylko znakomitą, głęboką znajomość 
twórczości poety, realiów, w jakich ona powstawała, kontekstu kulturowego i społecznego, jakiego 
brakowało innym krytykom, zwłaszcza warszawskim, z którymi nierzadko polemizuje. Toteż jego 
recenzje, szkice o poezji Harasymowicza nie mogą być pominięte przez kolejne generacje badaczy 
poezji współczesnej. Położył on – jakby powiedział Stanisław Pigoń – mocne podstawy, założył solidne 
przyciesie pod tę budowlę.  
 

Józef Baran w trzecim tomie dziennika Spadając, patrzeć w gwiazdy  –  cytuje  list  Anny 

Kamieńskiej, z którego przytaczam dwa zdania o Harasymowiczu: 
 

Harasymowicz był  świetny na początku, a teraz została mu tylko piękna biała głowa jak dmuchawiec. Tak go 

widziałam na wieczorze na Karmelickiej. 

 

 Jeżeli poetka ma rację, to okres świetności twórczej autora Cudów przypadł na czas, w którym 
żył Kazimierz Wyka, na lata ich przyjaźni, kiedy profesor dokonywał – co sam autor zaświadcza – 
solidnej selekcji dopuszczanych do druku wierszy. 
 
 
 
 
 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

30

 

Christian Medard Manteuffel    SPOTKANY POD BRAMAMI ULRO  

10 lat po śmierci Czesława Miłosza 

 
 

I 

 

  

Przypuszczam,  że jednym z moich motywów w tym teraz literackim przedsięwzięciu jest przekora: 

 a 

nuż, sięgając do pism nieortodoksyjnych, uda mi się coś powiedzieć o sprawach, które wydają mi 

 się ważne, w języku i intelektualnie zrozumiałym, i dostatecznie obrazowym, żeby zostawił w umyśle ślad 
 

i w ten sposób przyczynił się do złamania bram Ulro? 

 

  

 

 

Czesław Miłosz, Ziemia Ulro   

 
 

1. 

 

Antyczni Bogowie mieli ludzkie postacie lub byli ludzkimi mutantami. Żyli w sąsiedztwie człowieka,      
a nawet jeśli byli niewidzialni, ich siedziba była zbudowana na ziemskiej opoce i dla człowieka fizycznie 
dostępna. Oczywiście niepojęta była ich mądrość, a śmiertelni mędrcy mogli, co najwyżej, na temat ich 
mądrości filozofować, ale nie zabiegali o dorównanie nieśmiertelnym. Na tym polegała też  mądrość 
tych mędrców. Sami Bogowie zresztą też nie byli mędrcami  absolutnymi.  Mieli  swoje  przestrzenie           
o nieprzekraczalnych przez śmiertelnych granicach, określonych ich mądrością.   
      

Platon  był twórcą pierwszej „trójcy”, oparł na ideałach dobra, piękna i mądrości system 

państwowy, dyktaturę trójjedni doktryn właściwych Bogom. Była to bodaj ostatnia próba zespolenia 
nadprzyrodzonej genialności, aby los człowieka poddać  mądrości absolutnej istot nadprzyrodzonych. 
Według tej doktryny zdolność poznawcza człowieka nie dostrzega prawdziwego świata; to jedynie 
obserwacja cieni, których formy są różne w zależności od położenia  światła, które je rzuca. Theôn 
oudeěs philosopheî oud’ epithymeî sophňs genésthai, ésti gár

[1].

  Człowiek mógł filozofować, nawet 

aspirować do tytułu mędrca, ale Bóg, Bogowie już nimi byli; człowiek stworzył ich jako wzór 
niedościgniony. 
    

Bóg Talmudu mieszkał nie na Ziemi, mieszkał w Niebie, w dość nierealnym świecie, a na pewno 

całkowicie różnym od Ziemi. Jego wielkość polegała na absolutnej władzy nad Ziemią i nad 
człowiekiem, któremu ją przydzielił. Nierealność miejsca zamieszkania Jahwe powodowała waśnie 
między człowiekiem a jego Panem. Wiadomo, były sankcje. Pan Bóg żył  w  Niebie  jak  w  niebie,                 
a człowiek, który w końcu został przez Boga stworzony na Jego wzór i podobieństwo, musiał mieszkać 
na Ziemi, która na pewno Niebem nie była. Człowiek otrzymał wprawdzie obietnicę  zamieszkania           
w Niebie, ale dopiero po śmierci. Za życia przestrzeń ta nie była dla człowieka osiągalna; inna, druga 
przestrzeń.  
     

Gdy  dotkliwe  kary  nie  pomagały musiał zejść zapowiadany już zresztą od dawna wysłannik           

z Nieba, aby pojąć niewdzięczność i krnąbrność człowieka dla swojego Stwórcy. Przyszedł Syn Boży, 
Jezus. Niedostatek życia na Ziemi poznał już w momencie swoich narodzin. I tylko, albo z winy Jahwe, 
który zdecydował się na ten krok zbyt późno, albo też dlatego, że człowiek był na wskroś zdesperowany, 
krótka obecność Syna Bożego na Ziemi zakończyła się w sposób dość na Ziemi typowy dla tych, którzy 
próbują tutaj stworzyć niebo.  
     

Pozostały w testamencie po Nim niejasne do końca fragmenty nauk o sposobie naprawy tego, 

co człowiek zdążył zepsuć. Ale znów, czy to z powodu zbytniego odejścia ludzkiego ego od swego 
niebiańskiego wzorca, czy też z powodu wyłonienia się spośród równych, tych równiejszych, 
uzurpujących sobie prawo pomazańców, czyli wybranych do przejęcia władzy dusz na Ziemi, czasy od 
śmierci Jezusa w niczym nie zbliżają Ziemi do Nieba. Wielu sądziło potem, że to Szatan wykorzystał 
desperację człowieka i przejął rządy nad duszami ludzkimi na Ziemi, gdy został  wyrzucony  z  raju,           
a więc jeszcze przed przybyciem Jezusa na ten padół  łez. Człowiek pozostawiony został sam sobie, 
mając swobodę działania, jak tylko zapragnie, a – miast wskazówek – cisza, aż do bólu. Poeta powie: 
„Nie przypuszczałem,  że przyjdzie mi żyć w czasach, kiedy Pan Bóg najdotkliwiej upokorzy ludzi, 
pozwoliwszy im działać tak, jak tego tylko zapragną”. 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

31

 

       

Bóg jest mądrością!.. Nie musi o nią zabiegać! Czy to nie wystarczy, aby człowiek, który w swej 

duszy posiada więcej pychy aniżeli wody w swoim ciele, starał się tej mądrości dorównać, ba – 
przewyższyć, a jeśli już  mądrość Tego Niewidzialnego okazuje się w żaden sposób nieporównywalna, 
empirycznie nie pojmowana, to z Jego niewidzialności uczynić tezę dla dowodu Jego nieistnienia? 
Historia naszej cywilizacji potwierdza to w każdej epoce. 
 
 

2. 

 

Czas dzielący nas od Arystoklesowskiej dyktatury trójjedni do czasu określanego jako czas nowożytny 
1800 lat po Chrystusie, to ponad dwa tysiące lat wzlotów i upadków religii i kultur, świętokradczych 
prób buntu człowieka uzależnionego od burzących to ego id i superegów, obwiniającego swego 
nadprzyrodzonego stwórcę o niedoskonałość, którą ten go obdarzył. W ten sposób zdesperowana dusza 
ludzka przenosiła człowieka w drugą przestrzeń. Przypadki te stróże  testamentu określali jako 
antyboskie, heretyckie. Tak doszło do ucieczki Blake’a do ułudy zwanej Ulro. Tak oto przedstawia on 
człowieka z jego ograniczoną zdolnością widzenia świata: 
 
 

 

 

(…) 

 

 

I w tej nadobnej przestrzeni Gwieździste Niebiosa 

  Nie 

sięgają dalej, gną się, zamykają tutaj 

 

 

Ze wszystkich stron wszystkich i dwa bieguny kręcą się w swoich  

                                                                    złocistych zaworach.  
  A 

jeżeli przeniesie swoją siedzibę, jego Niebo też się przeniesie, 

 

 

Gdziekolwiek pójdzie i opłakiwać go będzie sąsiedztwo. 

  Takie 

są przestrzenie zwane Ziemią, takie są ich rozmiary. 

  Kuli 

obracającej się w Pustce, jest to ułuda Ulro. 

 
                                              Milton, księga pierwsza; tutaj za Czesławem Miłoszem 
 

 

    
 

Co to jest, co tak boli? Zniewolenie przez moc zwątpienia? Strach przed wypowiedzeniem 

bluźnierstwa? Herezja jest w nas i boli! Kiedy pojawiła się w nas po raz pierwszy? Czy może: Kiedy 
uświadomiliśmy sobie jej w nas obecność? Trzydzieści lat temu Czesław Miłosz w swojej pracowni na 
Niedźwiedzim Szczycie miał wizję Blake’owskiej ułudy i postanowił wejść w nią doskonale wiedząc 
kogo tam spotka. A, mimo że „gawędy  o  tym,  co  się dzieje w zaświatach, chrześcijaninowi nie 
przystoją” na czystej jeszcze kartce papieru zapisał pierwsze zdania: „Długo odkładałem opowieść          
o niektórych moich duchowych przygodach, napomykając o nich, ale niechętnie i powściągliwie. Aż 
spostrzegłem, że jest późno...”  
     

Aby o tych spotkaniach w „drugiej przestrzeni” opowiedzieć, Miłosz, jak przyzna się do tego 

wiele lat później

[2]

 puszcza wolno swoje pióro. Pióro potyka się, błądzi manowcami jak polska historia, 

omija koralowe ostrowy burzanu.  „Zresztą pewne cechy inteligencji polskiej, stanu, do którego sam 
byłem przypisany, we mnie rezydujące, nie mogły mnie nie hamować od środka, tj. natrafiałem 
wszędzie na strefy zabronione” – zauważa Miłosz i kluczy dalej. Jest tyle polskiej historii do 
przeniesienia w tę otwierającą się przed nim przestrzeń ułudy. Jest już bardzo blisko samego Blake’a, 
ale spotyka Goethe’go i rozmawia z nim poprzez wspomnienia z lat Skamandra i Awangardy. Comédie 
larmoyante
 PRL–owskiej rzeczywistości i klatka pawia narodów, i papugi z widokiem na wieżę Eiffla. 
Pióro biegnie poza linie brulionu i szuka miejsca na marginesie:  „...trudno trzymając pióro schodzić 
poniżej poziomu swojej świadomości, bo w tym przynajmniej chce się zachować dla siebie szacunek”. 
 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

32

 

II 

 
 

 

Was bleibt aber, stiften die Dichter. 

 

 

 

 

Hölderlin, cyt. z Ziemia Ulro, rodz. I 

 
   

Poeci utrwalają to, co ma przetrwać. Utrwalają, aby przetrwało! Percepcja czasu pojmowana być musi 
w odniesieniu do wieczności. W innym wierszu Hölderlin sławi Mnemosynę, której starożytni Grecy 
przypisali troskę o pamięć ludzką. „Lang ist die Zeit es ereignet sich aber Das Wahre...”  Hölderlin 
opisuje paradoks trwania czasu: „Długi jest czas, lecz wydarzy się to prawdziwe”. 
 
 

1. 

 

Ziemia Ulro to jednak nie książka o Urizenie i jego Ulro. Ulro to ułuda, a Ziemia Ulro to powieść, esej, 
rozprawa literacka – Miłosz sam nie wie co – może więc poemat prozą o utraconym raju, podobny 
czasami do dramatycznych opisów Miltona, a czasami docierający do Uczty  Platona; choć zapis jest 
epicki, duch jest poetycki. 
    

Kiedy  Miłosz rzeczywiście zauważył,  że mieszkał w Ulro? Przecież nie dopiero wtedy, gdy 

stwierdził,  że musi się stamtąd wydostać! Najliczniejsze ślady swojej tam obecności pozostawił  nam      
Trzech zimach jeszcze w roku 1936. Na kartkach, gdzie Miłosz patrząc z wysokości Niedźwiedziego 
Szczytu widzi roztaczającą się wokół krainę ułudy i  jego pióro – rzeczywiście, jakby samo, poza jego 
kontrolą – pisze: „W roku 1936 ukazał się mój tom wierszy Trzy zimy, a więc tak dawno, w kraju tak 
nieistniejącym,  że bliższa bodaj wydaje się teraz epoka romantyczna. Sądzę dzisiaj, że zwiedziłem 
niezgorzej, w sobie samym, okropności Ulro. Moim nieszczęściem było zawsze Widmo. Czyli bardzo 
silne ego, zamykające mnie w państwie Urizena, gdzie za ważne wolno poczytywać tylko to, co ogólne, 
społeczne, statystyczne itd. Biedna moja Urthona, czyli Wyobraźnia, próbowała mnie wyrwać                 
z więzienia, ale natrafiając wszędzie na zamknięte drzwi, ryła podziemne tunele, aż udawało jej się 
niekiedy, np. w Trzech zimach, mnie dopaść”.    
 

   * 

 

„Kim byłem i kim jestem teraz, po latach, tutaj na Niedźwiedzim Szczycie, w mojej pracowni nad 
Pacyfikiem?” Był nikomu nieznanym emigrantem z Polski, jednym z tych, do których świat się 
przyzwyczaił. Może tego dnia skonstatował jednak, że zna tę Ziemię z autopsji i że chciałby uniknąć 
losu jej mieszkańców. A przecież jeszcze dwa lata wcześniej we wspomnianym wyżej poemacie Gdzie 
wschodzi słońce i kędy zapada
 zwierzał się: 
 
 

 

Próbowałem zgadnąć inną ziemię i nie mogłem. 

  Próbowałem zgadnąć inne niebo i nie mogłem   

    
    

W toku swej opowieści autor otwiera się jednak przed nami, rozgarnia coraz częściej ciężkie 

warstwy mesjanistycznej filozofii (gdzie sam – jak zaznacza na kartkach książki  – źle się  czuje)               
i pozwala nam z ulgą dojrzeć Polaka bez ojczyzny:  
 

...nie jestem filozofem, co zawsze jak najsilniej podkreślam. Walczę o prawo używania swego umysłu poza 
przyjętymi w Polsce rubrykami, w skutek czego moje pisarskie przedsięwzięcie jest raczej beznadziejne. Jako 

profesor mogę przynajmniej występować w rubryce tzw. „Intellectual History”.  

     
    

Był jednak poetą, ale i wykładowcą literatury. Ta osobista refleksja skłoniła go do 

skonfrontowania nie tylko siebie, ale swoich idoli (także kilku nie swoich) z tym światem ułudy.  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

33

 

Cóż bowiem mają począć ludzie, dla których niebo i ziemia jest za mało i nie mogą żyć, jeśli nie oczekują innego 

nieba i innej ziemi? Dla których ich własne życie, takie jakie jest, pozostaje snem, zasłoną, ciemnym lustrem i nie 
mogą się pogodzić z tym, iż nigdy nie pojmą czym było naprawdę.  

 

   * 

 

Pierwszą recenzję, słowo wstępne do pierwszego oficjalnego wydania tej książki napisał duchowny 
katolicki, sąsiad Miłosza już w Paryżu, ks. Józef Sadzik. Kłopotliwa zapewne była dla księdza Sadzika 
prośba Miłosza o zreferowanie tej, nomen omen, opowieści duszy poety, bowiem, no właśnie: „gawędy 
o tym, co się dzieje w zaświatach, chrześcijaninowi nie przystoją”. Toteż podchwytuje on skwapliwie 
cytowany przez Miłosza pogląd Ericha Hellera dotyczący  specyfiki  romantyzmu  niemieckiego                  
i konkluduje: „Niezmiernie to ważne – Ziemię Ulro można poprawnie odczytać tylko pod jednym 
warunkiem: że nie straci się z oczu statusu ontologicznego mieszkańca smutnej krainy”. 
  
 

2. 

 

Aby być konsekwentnym w moich dywagacjach nad Ziemią Ulro i traktować tę opowieść Miłosza jako 
jego widzenie na Niedźwiedzim Szczycie lub przynajmniej peregrynację Miłosza do Blake’owskiej 
Ziemi Ułudy, to muszę też zwrócić uwagę na to, że bramy Ulro były już wyłamane, że Ulro Blake’a to 
miasto z zamgloną Tamizą, a Miłosz opisuje nam imperium Ulro ze wschodnią granicą aż na Niewieży. 
Nie mam najmniejszego zamiaru rozwodzić się nad nacjonalistyczną pikanterią tego aspektu, chociaż 
takie to teraz modne i można by się komuś przypodobać lub innemu wsadzić zadrę w tyłek, po prostu 
nie mam wątpliwości,  że tam była litewska dusza Miłosza i to nie tylko wtedy, gdy spotyka 
Gombrowicza czy Mickiewicza, ale także podczas dysput z duchami mędrców Świata Zachodniego.    
    

W czasach Miltona, potem Swedenborga, a potem Blake’a Niebo i Piekło, ich plastyczna wizja, 

była jedyną drogą do pojęcia wiary. Świat nadprzyrodzony pełen cudów i objawień zdawał się 
przenikać świat realny, a choć był ułudą strach przed władzą szatana miał w psychice człowieka pozycję 
dominującą. Tak rodził się romantyzm niechętny racjonalizmowi oświecenia. Dla nas, ale i – wydaje 
się – dla samego Miłosza, najbardziej frapującym poetą uwikłanym w ten świat Ziemi Ulro, jest sam 
Mickiewicz i przy pewnym aspekcie przedstawienia Mickiewicza przez Miłosza chcę się na chwilę 
zatrzymać. Dziś dość zwulgaryzowaliśmy w naszych pojęciach o Mickiewiczu jego ignorancję dla 
„mędrca szkiełka i oka”. Tak, Mickiewicz był bardzo blisko Blake’owskiego Raju odzyskanego                 
i obcowanie Miłosza z duchem naszego wielkiego romantyka na pustyni Ulro  jest jak najbardziej 
uzasadnione, chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co różni poetycką wyobraźnię Mickiewicza od 
Blake’a, a nawet od samego Swedenborga. To coś  pozwalam sobie zinterpretować za Dariuszem 
Tomaszem Lebiodą:  
 

Duchy Mickiewicza wyrywają się z przestrzeni powietrznych, nierzeczywistych, ku materii, ale zawsze w sposób 

heroiczny. Heroizm i tytanizm dla Mickiewicza będzie zawsze łączył się z moralnymi zobowiązaniami człowieka. 

(...) Mickiewicz wziąłby zatem od Blake’a ową wizyjność i zasadę przeciwieństw, które ten poeta z kolei przyjął od 
Swedenborga. Ale przecież w utworze Mickiewicza było też coś   nowego i świeżego – to tak jakby zasady Blake’a   

i najbardziej wizyjnego  strumienia romantyzmu europejskiego autor Dziadów transplantował na grunt 
wschodnioeuropejski.

[3]

 

 

    

Duchy pustyni Ulro, z którymi dyskutuje Miłosz na kartkach swojej książki, łączy rozpaczliwa, 

jak na konwencję literatury romantycznej przystało, walka o wyrwanie ich ego spod kontroli „szkiełka    
i oka”. Jeżeli Miłosz nazwał Blake’a „chrześcijańskim heretykiem”, to miano to jest równie słuszne dla 
całej tej galerii postaci filozofów i artystów, sług „Dobrego Boga” a jednocześnie i „Złego Demiurga”. 
Niejednokrotnie, jak u Dostojewskiego, jego heretyzm jest nie tylko wątkiem twórczości,  ale                  
i obsesyjnym przekonaniem, że Ziemią rządzi diabeł. Taki jest mesjanizm, tak bardzo boski, że aż 
heretycki. Szczególne cechy ma tutaj mesjanizm polski wynikający zresztą z desperacji narodu 
pozbawionego ojczyzny. Aż szkoda, że mało w Ziemi Ulro  Słowackiego,  że wcale Krasickiego czy 
Norwida. Kosmogonię Swedenborga dzisiejszy świat, wyrwany z ułudy  Ulro, nazywa schorzeniem 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

34

 

umysłowym, a z Blake’a czyni maniaka; Mickiewicza, jeszcze w Paryżu w Collège de France, 
pomawiano za plecami o opętanie pychą.   
 
 

3. 

 

Jest rok 1999. Wydawnictwo Znak przygotowuje kolejne wydanie dzieł  sędziwego polskiego poety. 
Czesław Miłosz sięga pamięcią do tamtej chwili na Niedźwiedzim Szczycie w pracowni nad Pacyfikiem:  
 

Tak więc w latach siedemdziesiątych, kiedy nikt (ani ja) upadku   komunizmu  nie  mógł przewidzieć, zwracałem 

się ku przyszłości, ta jednak ma to do siebie, że szybko nas dogania i jakiekolwiek przepowiednie są zbędne. 
Przeniosłem się myślą poza następne sto czy dwieście lat, a tu nie tylko komunistyczny totalizm minął, ale i moja 

wzmianka o moich prawdopodobnych ustrojach teokratycznych znalazła  karykaturalne  potwierdzenie                    
w państwach wojującego islamu. Tak czy owak, zaglądanie w przyszłość nie jest istotną treścią książki

    
    

Dzieło polskiego poety żyjącego na obczyźnie rozeszło się po świecie błyskawicznie w językach: 

angielskim, niemieckim, francuskim i serbsko–chorwackim. Mieszkańcy mówiący tymi językami też 
już mieszkali w Ulro, choć nie znali nazwy tej krainy, a i dane im było  żyć pod rządami rodzimych 
Urizenów. Miłosz jest tego absolutnie świadomy. Już w rozdziale 9. wskazuje, że jego książka  łączy        
w jedno przeszłość i teraźniejszość, „a wymierzona jest właściwie w przyszłość, jeśli nie jego własną, to 
innych”. Sam Miłosz powie, że pierwotnie miała to być kontynuacja Zniewolonego umysłu.  
 Gdybym 

Ziemi Ulro pisał wtedy, trzydzieści lat temu, nie miałbym wątpliwości,  że jest ta 

książka adresowana do rodaków poety w dalekiej ojczyźnie, a w postaci Urizena doszukiwałbym się 
protestu politycznego, który miał być transferowany do świadomości zniewolonych umysłów poprzez 
tamte burzliwe dzieje religii chrześcijańskiej XVII i XVIII wieku. Tego rodzaju literatura mogła              
w  Polsce  A.  D.  1977  zasłużyć co najwyżej na zaszeregowanie do tej „gorszej, takiej jak literatura 
myśliwska lub literatura dla młodzieży, a w dodatku politycznie związana z prawicą”.  O autorze 
natomiast powiedziano by: „w mistycyzm popadł”. Upłynęło już 60 lat od czasu Zniewolonego umysłu 
i choć oddźwięk na tę polską w swoim rdzeniu pozycję eseistyki politycznej w wolnym świecie przyjęty 
był z należnym respektem, w Niemczech Zachodnich krytyka literacka wskazywała na zawarte tam 
analogie do losu części ich społeczeństwa w NRD, w kręgach rodzimej polskiej emigracji przypisywano 
Miłoszowi sympatie marksistowskie. Ćwierć wieku później poeta przyznaje też bez żenady: „Oczywiście 
w kołach przejmujących się polityką byłem znany jako autor Zniewolonego Umysłu, mnie jednak 
problemy komunizmu przestały interesować”.   
    

Chcąc napisać ten tekst dzisiaj, zakłóciłem znów spokój mojego starego egzemplarza książki 

Miłosza z roku 1982. Czytam jakże anachronicznie dziś brzmiące ostrzeżenie komunistycznej cenzury: 
This copy is to be sold only in Poland and in other COMECON countries. Sale in other countries incl. 
Yugoslavia is prohibited and will be prosecuted by law.   
To był rok 1982. Nie wiem już, jak to się 
stało,  że ta książka była przy mnie tyle lat poza krajem. Kilka książek zabrali mi na granicy, wiele 
zostało zniszczonych przy próbie ich nielegalnego przemytu. Czytam, właściwie przelatuję wzrokiem po 
znanym mi tak dobrze tekście. A przecież zauważam ciągle coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. 
Jak choćby to: 
 
 

 

Natrafiłem na to przechodząc ulicą i wydało mi się to  

 

 

jak wyjawione ludzkie przeznaczenie. 

 

 

 

Ale nie miało nazwy i przypomniała mi się inna taka chwila, 

 

 

dla której słów szukałem, aż znalazłem po dwudziestu latach. 

 

  Zacznę teraz na nowo i dążyć będę na jawie i we śnie, 
  tylko 

że tym razem, jak myślę, powie stop kończy się czas. 

 
   

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

35

 

    

Milkną moje własne rozmyślania nad dziełem wielkiego poety. Jest noc. Także tutaj, gdzie 

historia tej ziemi zaklęta została w fosylie, docierają do mnie niewybredne epitety zwaśnionych obozów 
politycznych wolnej Polski, walczące o moją duszę.  
     

 Co to jest, co tak boli?  

    

Próbowałem wychwycić ten moment, gdzie pisząc Ziemię Ulro Miłosz odszedł od pierwotnego 

zamiaru stworzenia z tej książki dalszego ciągu  Zniewolonego umysłu. Nie udało mi się! On nie 
odszedł od Zniewolonego umysłu!  Ziemię Ulro odnalazłem jako impresję poetycką tamtego eseju. 
Miłosza peregrynacja przez bramy Ulro nie była dla niego ucieczką z tej krainy, a Miłosz tych bram nie 
rozbijał, zostawił je otwarte. Było już za późno. Mimo rozpaczliwych prób nie znalazł punktu 
zaczepienia w świecie realnym, który dokonał się tu i teraz z końcem XX wieku wraz z uwolnieniem 
umysłów
 na tych ziemiach przez niego niegdyś opuszczonych. Zostawił nam piękną poezję i imię na 
pomnikach. Umarł jakby przenikając przez otwarte bramy w zamglone Ulro, śpiewając hymn ułudy 
wraz z duchami wielkich mistyków bliższych mu ponad ten świat, który stał mu się obcy.   

 

 

 

(...) Nagle zamilknie warsztat demiurga. Nie do wyobrażenia cisza. 

 

I forma pojedynczego ziarna wróci w chwale. 

 

Sądzony byłem za rozpacz, bo nie mogłem tego zrozumieć. 

 
    

Gdy  odkładam dziś po raz ostatni tę zniszczoną już książkę na półkę, staje się ona dla mnie 

jedynym miejscem, gdzie znajdę zawsze tego poetę. Miłosz pozostawił bramy Ulro otwarte.  
 
 

Przypisy 

 
[1] Bogowie nie muszą filozofować ani zabiegać aby  mędrcami być, oni nimi są…, Platon, Uczta, 203 e. 

[2] Mam tutaj na myśli wyznanie Czesława Miłosza z roku 1999, gdy wydawnictwo Znak przygotowywało kolejne 

wydanie jego książki. 
[3] D. T. Lebioda, Mickiewicz, wyobraźnia i żywioł, str. 138 i 139. 

 

 

 
 

 

 

Małgorzata Wielek-Mandrela, Portret pamięciowy nr 10, 90 x 100 cm, olej, płótno, 2010 r. 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

36

 

Niels Hav, Sander de Vaan    POEZJA NIE JEST DLA MIĘCZAKÓW 
 
 
Sander de Vaan: Jak widzisz swoje miejsce we współczesnej duńskiej poezji? 
 
Niels Hav: Urodziłem się na zachodnim wybrzeżu, daleko od stolicy, w której dzisiaj mieszkam. 
Jestem więc w niej przybyszem jak arabscy, pakistańscy czy tureccy imigranci mieszkający w moim 
sąsiedztwie. Kiedy byłem dzieckiem, mówiłem wiejskim dialektem. Oczywiście należę do duńskiego 
krajobrazu literackiego, ale nigdy nie czułem przynależności  do  jakiejkolwiek  generacji  czy  nurtu          
w duńskiej poezji. Przybyłem z zupełnie innymi doświadczeniami, niż mieli poeci z miasta. Pamiętam 
radość, jaką odczułem, kiedy pierwszy raz przeczytałem wiersze, np. Teda Hughesa czy Seamusa 
Heaneya. Oni poruszali się w szerszych przestrzeniach niż miejskie getto i pisali o doświadczeniach, 
przeżyciach związanych z naturą i zwierzętami, które były mi bliskie, rozpoznawalne. Dzisiaj jestem już 
miejskim gołębiem i w Kopenhadze czuję się jak w domu, ale być może ciągle też jestem rodzajem 
outsidera, który nadal czuje związki z innymi, nazwijmy to, kontekstami. 
 
S. de V.: W wierszu „Moje fantastyczne pióro” piszesz, że „Poezja nie jest dla mięczaków”. Czy to 
stwierdzenie odzwierciedla twój stosunek do poezji? 
 
N. H.: To dobre pytanie, wielopoziomowe. Poezja jest oczywiście dla każdego, ale tutaj mówię 
konkretnie o zawodzie, rzemiośle,  codziennej  praktyce  pisania  poezji.  To  wymaga  odwagi                  
i wytrwałości, gotowości do wyrzeczenia się prywatnych lirycznych skłonności i nieokiełznanej 
emocjonalności, które zawsze topią, unieważniają poezję. Charakterystyką dobrych poetów są 
wszystkie złe wiersze, których nie napisali.  
 

Chodzi mi o to, że poezja zawiera nie tylko element muzyki, zabawy. Czas mija, żyjemy                  

i umieramy. Świat stoi w ogniu, niszczony przez politykę, bomby, ideologie i religie. To są  tematy,          
o których mówią dorośli, i istotą sztuki oraz wyzwaniem dla niej jest włączyć się do tej rozmowy, 
dowiedzieć się i zrozumieć, co się dzieje, i, jeśli to możliwe, nazywać rzeczy po imieniu, mówić wprost. 
Więc tak, poezja – jako zawód – nie jest dla mięczaków. Musisz spojrzeć rzeczywistości, Bogu prosto     
w oczy. Ale pierwszą powinnością  poezji  jest  intymna  rozmowa  z  pojedynczym  czytelnikiem                  
o najgłębszych tajemnicach istnienia. 
 
S. de V.: Który z poetów według ciebie jest bliski „zrozumienia” rzeczywistości, jej istoty? Mogę cię 
prosić o jakiś cytat? 
 
N. H.: Jest wielu wielkich poetów, ale zaledwie kilku napisało może garść doskonałych wierszy, tych 
głębokich, sięgających istoty bytu, mówiących o sprawach fundamentalnych. Niestety w naszej 
kulturze istnieje tendencja do zamykania poezji w swoistym getcie. Poetą, który naprawdę poważnie 
mówił o sprawach najważniejszych i kładł  nacisk  na  miejsce,  rolę poezji w tej kwestii, był Czesław 
Miłosz. W roku 2011 obchodzono setną rocznicę jego urodzin, nie tylko w Polsce, ale na kilku 
kontynentach. Jego twórczość  głęboko porusza problemy, które są ciągle aktualne. Jednak gdybym 
miał zacytować tutaj jakiegoś poetę, byłby to chiński poeta Li Bai (701-762 n.e.), mówiący w jednym      
z wierszy o znaczeniu poezji – nikt dzisiaj nie powiedziałby tego lepiej: 
 
   Doskonałe wiersze  
 

 

 

są jedynymi budowlami, 

   które 

pozostaną. 

 

 

 

Gdzie są teraz te dumne pałace, 

 

 

 

wznoszące się tu kiedyś? 

   Gdy 

jest 

we 

mnie 

siła, moje pióro  

 

 

 

wstrząsa pięcioma świętymi górami. 

 

 

 

Cóż mnie zatem obchodzą ludzkie pragnienia? 

   Chwała, potęga, bogactwa, zaszczyty –  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

37

 

 

 

 

czym one są wobec tworzenia poezji? 

 

 

 

Prędzej rzeka popłynie do źródeł, 

 

 

 

Niż przed nimi uklęknę. 

 
S. de V.: Mógłbyś opowiedzieć o powstaniu wiersza „Wizyta mojego ojca”, z tymi świetnymi wersami: 
„Na magnetycznej tablicy wisi siedemnaście rachunków. / Wyrzuć je, / mówi, one i tak wrócą!”? 
 
N. H.: Mój ojciec był kościelnym, opiekował się też wiejskim cmentarzem. Ekonomia nie była jego 
pasją, więc portfel często był pusty. Kiedy przyjeżdżał listonosz, matka pokazywała rachunki i pytała, co 
ma z nimi zrobić. „Wyrzuć je – mówił – i tak wrócą”. Ojciec umarł wiele lat temu, ale gdy czuję się 
osamotniony, przychodzi do mnie z wizytą i rozmawiamy. Podobnie jak rolnictwo, poezja nie jest 
najbardziej dochodowym zajęciem, rzadko zdarzają się tu prawdziwe pieniądze – ale za to daje pewien 
rodzaj życiowej równowagi. W pieniądzach nie ma wiele poezji.  
 

Wiersz jest tworem osobistym, jednak jeśli ma zainteresować kogokolwiek poza poetą,  musi      

w jakimś stopniu być symboliczny, uniwersalny. Kiedy piszę wiersz o swoim ojcu, musi być tak celny, 
żeby poruszył czytającego, by ten mógł odczuć go jako swój utwór, i być z własnym ojcem. 
 

Nie oblepiam, nie obarczam czytelnika moimi osobistymi uczuciami i refleksjami, co 

skłaniałoby go do traktowania wiersza jedynie jako historii o mnie. Wiersz musi być tak pomyślany        
i skonstruowany, aby czytający poczuł bliskość, by słowa, zawarte w nim uczucia stały się jego słowami 
i uczuciami. Ostatecznie moje doświadczenia są zupełnie nieistotne; napisałem wiersz i dałem go 
czytelnikowi.  
 

Mój ojciec nigdy nie miał paszportu, ale ten wiersz był czytany przed widownią  w  Chinach            

i Dubaju, i wygląda na to, że jest zrozumiały. Każdy ma ojca. 
 
S. de V.: Jak zazwyczaj zaczynasz wiersz? Od słowa, frazy, obrazu, czegoś innego? 
 
N. H.: Poezja to często daremne, bezowocne zajęcie. Jestem pewien, że wielu poetów zna to uczucie. 
Moja żona jest koncertującą pianistką, każdego ranka siada przy fortepianie, a ja idę do biura. Często 
nic się nie dzieje. Jestem ja, są  słowa, i nic z tego nie wynika. Ale niekiedy przychodzi dobry dzień,          
i cały ten mój mętlik i zamieszanie owocują wierszem. Codzienna praktyka twórcza i praca nad tekstem 
czasami elektryzują i sprawiają, że słowa iskrzą. Piszę powoli albo w zrywach, często zostawiam to, co 
napisałem, na jakiś czas, zanim opublikuję. Leży wtedy i dojrzewa. Po jakimś czasie patrzę  na  tekst         
i nagle zdaję sobie sprawę z tego, że to jest to – że to wiersz. Dzieje się tak, ponieważ napisany tekst 
skrywa niespodzianki, nawet dla mnie, więc cały ten proces jest czymś w rodzaju misterium. Nowy 
wiersz jest darem, może pojawić się nagle, na ulicy, w korku, w czasie zwykłych codziennych zajęć; to 
mała epifania. Ale dobry wiersz zdarza się rzadziej niż martwy borsuk na autostradzie czy UFO.  
 
S. de V.: Takie urokliwe, pełne prawdy wersy, jak: „Ci nowozakochani całują opuszki swoich palców, / 
dobrze o tym wiem.”, są wynikiem obserwacji. Czy poszukujesz inspiracji wokół siebie? 
 
N. H.: Całowanie jest bardzo interesującym tematem, dzięki,  że go przywołałeś. Kochamy się, 
całujemy. W tej dziedzinie większość z nas to jednocześnie widzowie i uczestnicy. Nie wiem, czy 
zbadałem temat bardziej gruntownie niż inni, ale zauważyłem, że nowozakochani kochają wszystko, co 
wiąże się z tą drugą osobą. Sposób, w jaki ona mówi, jej kurtka, jej pióro, jej torba. Jej śmiech, jej 
nadgarstki, biodra, ale także jej szczotka do włosów, jej książki. I muzyka, jej rower. Sposób, w jaki ona 
je, jej paznokcie. Sklep, w którym robi zakupy, i ulica, przy której mieszka. To ONA!  
 Wracając do twojego pytania: nie mogę powiedzieć, że rozglądam się w poszukiwaniu inspiracji. 
Przez większość czasu zwyczajnie żyję i jestem zajęty codziennymi sprawami. Inspiracja przychodzi 
niespodziewanie. Ale piszę też opowiadania, a w przypadku prozy pojawiają się szczegóły wymagające 
sprawdzenia w rzeczywistości. 
 
S. de V.: Świetnie mówisz po angielsku. Potrafiłbyś napisać wiersz w tym języku, czy też poezja jest     
w stu procentach związana z językiem ojczystym?  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

38

 

N. H.: Może nie w stu procentach, jednak niestety nie jestem aż tak dobry w angielskim. Piszę niemal 
wyłącznie po duńsku, i to z silnymi wpływami dialektu, którym mówiłem w dzieciństwie. Niewiele 
wierszy napisałem po angielsku. Jestem ograniczony do języka ojczystego i alfabetu łacińskiego. Nawet 
jeśli mówię po angielsku, ciągle jestem odizolowany od połowy  świata. Ile jest na świecie alfabetów? 
Nikt nie wie na pewno, ale tylko chiński, indyjski, bengalski i inne azjatyckie są używane przez ponad 
jedną trzecią ludności  świata. I do tego jeszcze alfabet arabski używany przez ponad miliard ludzi. 
Wielu arabskich czy chińskich pisarzy ma tę przewagę nad swoimi kolegami z Europy, że posługuje się 
dwoma alfabetami. Chciałbym, żeby moja ignorancja nie była tak wielka, jak jest. 
 Jestem 

więc zależny od tłumaczy. Na angielski są to Per Brask, Patrick Friesen, Martin Aitken     

i  jeszcze paru innych. Mam szczęście, bo w Holandii tłumaczy mnie Jan Baptist, który jest biegły          
w języku duńskim i doskonale wyczuwa wszelkie niuanse; tłumaczył duńskich klasyków, takich jak np. 
Andersen, Leonora Christina czy J. P. Jacobsen, więc to przywilej być w takim towarzystwie. Jan 
wykonuje skromnie, po cichu bardzo ważną pracę, robi swoje i nie oczekuje z tego powodu owacji. 
 
S. de V.: Jakie są twoje poetyckie plany na najbliższą przyszłość? 
 
N. H.: Zawsze mam wiele planów, ale spadają na ziemię niczym papierowe samolociki… jak każdy 
pisarz jestem przesądny, nie mam odwagi rozprawiać o rzeczach nienapisanych, ale zawsze pracuję czy 
to nad nowym wierszem, czy opowiadaniem. Chciałbym napisać coś większego, coś, co oddałoby 
wielkość i piękno wszechświata, w podziękowaniu za możność chodzenia po ziemi. Ta ambicja 
nieustannie koliduje z brakiem odpowiednich umiejętności i z przytłaczającą    nieraz  rzeczywistością. 
Przykładem moich odczuć w tej kwestii niech będzie ten nowy wiersz. 
 
 

 

 

Coś się zdarzyło 

 
   Chcemy 

zostawić ślady    

      

 

 

 

ze słów.                         

 

 

 

Ale język to nie jest nasz prywatny wynalazek. 

 

 

 

Kochać, być porzuconym; 

 

 

 

odnaleźć zegar odliczający sekundy 

   wewnątrz ciała. Ból w światłości, 
      

 

 

 

furia, 

 

 

 

bezkresny żal. Język zna to wszystko. 

 
 

 

 

Więc co jest moje? Możliwe jest   

 

 

 

własnym doznaniom                       

      

 

 

 

przypisać słowa,                         

   które 

nie 

są jedynie konwencją?           

   Dodać coś od siebie?           
 
 

 

 

Coś się zdarzyło, coś ważnego, 

 

 

 

jeszcze nie umiem  

     

 

 

 

 wyjaśnić co. 

   Twierdzenia 

się unieważniają. 

 

 

 

Muszę pogodzić się z moim zakłopotaniem –  

 

 

 

i posłuchać słów 

 

 

 

mnożących się  

 

 

 

wszędzie. 

 
 
 

Wywiad i wiersze w tłumaczeniu Tomasza M. Sobieraja 

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

39

 

Niels Hav    WIERSZE 
 
 
   Wizyta 

mojego 

ojca 

 
 

 

 

Wpada do mnie mój zmarły ojciec. 

   Siada 

na 

krześle, które po nim odziedziczyłem 

 

 

 

i mówi Jak tam, Niels. 

 

 

 

Jest opalony i silny, jego włosy lśnią jak czarny lakier. 

 

 

 

Za życia przy pomocy lewara i taczek dźwigał 

 

 

 

płyty nagrobne innych ludzi, a ja mu asystowałem. 

   Dzisiaj 

bez 

niczyjej 

pomocy 

 

 

 

podniósł własną. Co u ciebie słychać? 

 

 

 

Opowiadam o swoich planach, niezrealizowanych 

 

 

 

zamiarach. Na magnetycznej tablicy 

   wisi 

siedemnaście rachunków. Wyrzuć je – 

 

 

 

radzi – i tak wrócą! 

 

 

 

Uśmiecha się. 

 

 

 

Zawsze dużo od siebie wymagałem, 

   nocami 

nie 

mogłem spać, głowiłem się  

 

 

 

jak tu być porządnym człowiekiem. 

 

 

 

To ważna rzecz. 

  
   Proponuję mu papierosa, 
 

 

 

ale już nie pali. 

 

 

 

Słońce zapala dachy i kominy, 

 

 

 

na ulicy hałasują śmieciarze, krzyczą 

 

 

 

coś do siebie. Ojciec wstaje 

 

 

 

i podchodzi do okna. 

 

 

 

Mają co robić. Tak powinno być. 

 

 

 

Weź się do roboty! 

 
 

 

 

 

Przeł. Jarek Augustyniak i Elżbieta Wójcik–Leese 

                   

   

 
   Moje 

fantastyczne 

pióro 

 
 

 

 

Najchętniej piszę 

 

 

 

używanym długopisem znalezionym na ulicy, 

 

 

 

albo reklamówką, chętnie elektryka, 

 

 

 

stacji benzynowej czy banku. 

 

 

 

Nie dlatego, że są tanie, 

 

 

 

ale wyobrażam sobie, że taki przyrząd 

 

 

 

zjednoczy moje pisanie z przemysłem, 

   potem 

robotników, 

biurami 

dyrekcji 

 

 

 

i całą mistyką bytu. 

 
 

 

 

Kiedyś pisałem kwieciste wiersze wiecznym piórem 

 

 

 

– czysta liryka czystej pustki – 

 

 

 

ale dziś chcę mieć gówno na papierze, 

 

 

 

łzy i smarki. 

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

40

 

 

 

 

Poezja nie jest dla mięczaków! 

 

 

 

Wiersz ma być tak samo uczciwy jak indeks akcji 

 

 

 

– mieszanka realiów z regularnym blefem. 

 

 

 

W ilu sprawach jesteśmy stopniowo ponad to? 

   W 

niezbyt 

wielu. 

 
 

 

 

Dlatego śledzę procenty z obligacji 

 

 

 

i poważne papiery. Giełda papierów wartościowych 

 

 

 

należy do rzeczywistości – tak jak i wiersze. 

   I 

dlatego 

jestem 

taki zadowolony z tego długopisu 

 

 

 

z banku, który znalazłem pewnej atramentowo czarnej nocy 

   pod 

zamkniętym kioskiem. Pachnie 

   lekko 

psią uryną i pisze fantastycznie. 

 
 

 

 

 

Przeł. Lena Preis    

 
 
 
 

 

 

Dobry wiersz 

 
   Dobry 

wiersz 

zdarza 

się rzadziej  

 

 

 

niż zdechły borsuk na drodze 

   albo 

UFO, 

powiedziałem mu  

   gdy 

wjeżdżaliśmy na prom w Puttgarden.  

 

 

 

Już ostatni.  

 
   W 

kawiarni 

podzieliliśmy się wytartym egzemplarzem 

 

 

 

Faktu, splamionego 

 

 

 

daniem dnia: czerwoną kapustą i schabowym.  

 

 

 

To właśnie poezja, stwierdził  

 

 

 

wskazując palcem na gazetę.  

  
   Wracaliśmy do domu z nieudanego  
   weekendu 

Berlinie. 

Kupiłem 6 puszek piwa 

 

 

 

i paczkę papierosów na drogę.  

 
 

 

 

Na północ od Rødby najpierw ujrzałem UFO  

 

 

 

w oddali, a potem zdechłego borsuka  

   na 

autostradzie. 

Musiałem więc napisać 

 

 

 

ten wiersz.  

 
 

 

 

 

Przeł. Paweł Kaźmierczak 

  
 
 
 

 

 

Kiedy oślepnę 

  
 

 

 

Miłość oślepia 

 

 

 

i każdego dnia kiedy ten ślepy mimochodem 

   przychodzi 

drepcze 

 

 

 

ze swoją laską, 

 

 

 

zupełnie zamiera ruch na jezdni 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

41

 

 

 

 

na jedną czwartą sekundy, 

   podczas 

gdy 

aniołowie Boga unoszą się do góry i na dół – 

   a 

okulista 

zamyka 

swoją klinikę. 

  
 

 

 

Miłość oślepia– 

   ale 

seks 

jest 

niewinny: 

 

 

 

mój wzrok nie ma żadnych wad, 

 

 

 

mogę zobaczyć wszystko. 

   To 

dlatego 

moje 

miłosne wiersze są takie nieudane. 

 

 

 

Z zamkniętymi oczami szepczę do telefonu, 

 

 

 

a na zewnątrz stacji stoi ten ślepiec 

 

 

 

niczym święty ewangelista 

 

 

 

i nuci w deszczu – upośledzony miłością. 

  
   Ci 

nowozakochani 

całują koniuszki palców, 

 

 

 

dobrze  o  tym  wiem. 

 
 

 

 

 

Przeł. Leonarda Petersen 

  
 
 
 

 

 

Pokaż mi swoje piersi 

 
   Kiedy 

jestem 

głodny, myślę o twoich piersiach 

 

 

 

– których nigdy nie widziałem – 

 

 

 

i twoim ulotnym rosyjskim spojrzeniu,  

 

 

 

podczas gdy ty ulegle i niespokojnie rozglądasz się po pokoju,  

 

 

 

jak jedna z tych trzech melancholicznych sióstr u Czechowa,  

 

 

 

które cały czas piją herbatę podczas rozmowy o wyjeździe do Moskwy.  

 
   Och, 

zatańczmy razem dzisiaj  

 

 

 

w moskiewskim klubie nocnym. 

  
 

 

 

Życie stało się takie skomplikowane.  

 

 

 

A ty, na dodatek, grasz na pianinie  

 

 

 

i mieszkasz z widokiem na cmentarz,  

   gdzie 

zimowe 

słońce przez całe popołudnie  

   zatrzymuje 

się i rozmyśla  

 

 

 

pomiędzy grobami.  

 
   Och, 

zatańczmy razem dzisiaj  

 

 

 

w moskiewskim klubie nocnym. 

 
   Kiedy 

jestem 

głodny, myślę o twoich piersiach,  

   twoich 

rosyjskich 

ustach, 

żółtym świetle   

 

 

 

w twojej kuchni 

 

 

 

– której nigdy nie widziałem – 

 

 

 

i o twoich nadgarstkach,  

 

 

 

kiedy kroisz chleb i jesz go powoli, 

 

 

 

stojąc, patrząc na cmentarz,  

   i 

nieobecna 

duchem 

słuchasz 

   symfonii 

Rachmaninowa. 

 

 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

42

 

   Och, 

zatańczmy razem dzisiaj  

 

 

 

w moskiewskim klubie nocnym. 

 
 

 

 

Lecz wahać się to strata czasu:  

 

 

 

chcę zobaczyć twoje piersi!  

   Czechow 

pił szampana na łożu śmierci  

   a 

Rachmaninow 

umarł w USA; 

 

 

 

ta czarna dziura czeka na nas wszystkich.  

 

 

 

Więc przyjdź, tak jak stoisz,  

 

 

 

jedźmy do Moskwy!  

 
   Och! 

Chcę zatańczyć dzisiaj z tobą  

 

 

 

w klubie nocnym w Moskwie. 

 
 

 

 

 

Przeł. Tomasz M. Sobieraj 

 
 
 
 

 

 

Złapać jaszczurkę w ciemności 

  
   Podczas 

ludobójstwa 

spacerowaliśmy sobie 

 

 

 

o niczym nie wiedząc wzdłuż jezior. 

 

 

 

Mówiłaś o Szymanowskim. 

 

 

 

Ja studiowałem gawrona, który 

 

 

 

dziobał w psim gównie. 

 

 

 

Każdy siedzi we własnym, 

   otoczony 

twardą skorupą niewiedzy, 

 

 

 

chroniącą nasze przesądy. 

  
 

 

 

Holiści wierzą, że motyl w Himalajach 

 

 

 

swoim łopotaniem skrzydła 

 

 

 

może wpłynąć na klimat Antarktydy. 

 

 

 

Może to i prawda. 

 

 

 

Lecz tam, gdzie pojawiają się czołgi 

 

 

 

tam ciało i krew kapią z drzew. 

 

 

 

Tam nie ma pocieszenia. 

  
 

 

 

Szukać prawdy to tak, jak złapać 

 

 

 

jaszczurkę w ciemności. 

 

 

 

Winogrona są z południa Afryki, 

 

 

 

ryż z Pakistanu, migdały są uprawiane w Iranie. 

 

 

 

A my popieramy idee o otwartych granicach 

 

 

 

dla warzyw i owoców. 

   Jakikolwiek 

więc nastąpi zwrot, czy to w tą, czy w tamtą stronę, 

 

 

 

oglądając się za siebie widzimy dupsko – przez ramię. 

  
 

 

 

Zmarłych pogrzebano głęboko w środku gazety, 

 

 

 

możemy zatem niezauważeni usiąść na ławce 

   na 

peryferiach 

raju 

 

 

 

i marzyć o motylach. 

 
 

 

 

 

Przeł. Leonarda Petersen  

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

43

 

Tomasz M. Sobieraj    PANOPTIKUM 
 
 
Do domu wchodziło się przez ciemne, zawsze wilgotne i chłodne podwórko. Na łuskach betonowych 
płyt, wypełniających przestrzeń ograniczoną zagrzybionymi murami wieloboku, spoczywały dowody 
istnienia człowieka, głównie jako formy białka. Resztki jedzenia, ekskrementy i strzępy gazet łypały 
niechętnie z dołu, trwając niezłomnie na pozycjach wokół trzepaka, rachitycznego, surrealistycznego 
drzewa i przy śmietniku – stolicy ich królestwa. Dziwaczne stwory, przypominające  nieco                  
psy, pomagały im w ekspansji na przyległe terytoria. Wszystkiemu przyglądały się gołębie, 
zdemoralizowane swobodą, jaką posiadły dzięki skrzydłom, ozdabiające swymi białymi odchodami 
rdzawo-szarą liszajowatość śródmiejskiej zabudowy. 
 Mieszkańcy wieloboku niewiele różnili się od niego kolorem i fakturą. Trudno było również 
rozpoznać ich płeć i wiek, bowiem zjawisko mimetyzmu panoszyło się niekontrolowanie, upodabniając 
wszystkie  żywe i martwe elementy krajobrazu podwórza do pokrytych popiołem Wezuwiusza 
Pompejów. Najbardziej zdumiewało nas to, że czasem poruszali się i wykazywali aktywność, wydając     
z siebie ochrypłe bądź gardłowe dźwięki, przypominające gulgotanie indyków. Ten prosty sposób 
komunikacji był niezwykle skuteczny – zawsze po takich improwizowanych duetach, tercetach a nawet 
chórach, następowało wielkie wydarzenie, można by rzec odświętne, gdyby nie jego duża częstotliwość. 
Zaczynało się zwyczajnie, zawsze tak samo, od nabycia i skonsumowania niewyszukanego wina, piwa 
bądź w sytuacji skrajnej, denaturatu. Rytuał ten prowokował psopodobne stwory do merdania, 
szczekania i sikania, czyli powszechnie przyjętych wśród prawdziwych psów zachowań. Wtedy też 
panoptikum ożywało na dobre, a stan podniecenia narastał niczym śnieżna kula. Czerwone, wilgotne 
twarze przyczepione do szarych, zapleśniałych korpusów kiwały się w niesłyszalnym rytmie, szkliste, 
bezbarwne oczy wędrowały w ślad za butelką, niczym spojrzenia wiernych podczas misterium. Z gardeł 
płynęło andante najwyższej szczęśliwości. Otwierały się okna, w których zasiadali bezzębni widzowie 
tego naturalistycznego teatru, wykrzywiając pomarszczone twarze w grymasie uznania lub niechęci dla 
aktorów. Trudno było nam określić ich emocje, bowiem chorobliwie pomarszczone oblicza okiennych 
golemów trwały nieruchomo niczym tanie karnawałowe maski. Także dźwięki, wydawane przez 
widzów podwórzowego spektaklu, brzmiały jak tajemne kody łodzi podwodnych, zrozumiałe tylko dla 
wtajemniczonych. 
 

Drzwi do naszego mieszkania znajdowały się na samym końcu podwórza. Pokryte łuszczącą się 

farbą i magicznymi znakami podwórzowych czarodziejów wstydliwie osłaniały sień, której 
podstawową, trwałą i majestatyczną nutę zapachową stanowiła uryna. Jej zapach wgryzł się w ściany 
korytarza z siłą, której nigdy nie dałoby się uzyskać celowym działaniem. Był to zapach historii, zapach 
hektolitrów oddanego tutaj przez dziesięciolecia  moczu,  uryny  robotników,  pijaków,  dziwek,  psów           
i kotów, bezrobotnych, dzieci i starców, którzy z upodobaniem i godnością zaznaczali swój teren, bez 
skrępowania, w pełni poddając się atawizmowi. Niektórzy, zaskoczeni w czasie czynności 
fizjologicznych, udawali, że ich tu nie ma, że to nie oni, odwracając głowę i czasami nawet 
powstrzymując strumień moczu – ci, obarczeni większą niż przeciętna wrażliwością, należeli do 
moralnej i intelektualnej elity, zazwyczaj też posiadali w mieszkaniach kran z wodą, symbol ich 
wysokiego w wieloboku statusu. Nigdy jednak, mimo naszego zrozumienia i tolerancji dla ich 
obyczajów, nie zaakceptowali nas, odnosząc się do ojca i matki z wrogim szacunkiem, jak do obcych, 
dziwnych zwierząt, które mogą okazać się nieobliczalne.  
 Za 

drzwiami, 

oddzielającymi mieszkanie od szarej i wonnej sieni, rozpościerał się świat, który 

stworzyła nasza matka, a właściwie przeniosła z czasów, kiedy jeszcze byliśmy bogaci i mieszkaliśmy 
tam, gdzie nikt nawet nie przypuszczał,  że istnieją pozbawione koloru miejsca i ludzie. Harmonia 
mieszkania, jego plusze, dęby, wełny i przyćmione światło lampy, wespół z resztkami zastawy i wielkim 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

44

 

zegarem, tworzyły cudowny dysonans ze światem roztaczającym się za dziesięciocentymetrowym 
pancerzem ścian. Trwaliśmy w nim jak kraby albo małże, zamknięci w skorupie, niezdolni bez niej do 
życia. Każda zewnętrzna ingerencja przez cienkie ścianki osłony naszego mieszkania mogła 
spowodować tragiczne skutki. Na szczęście tubylcy nie dostrzegli naszej nadwrażliwości, zmyleni 
chłodem i godną postawą ojca oraz majestatem matki, zresztą zazwyczaj byli pochłonięci sprawami 
większej wagi.  
 Jakiś czas po nagłej  śmierci matki ojciec sprowadził do domu Konstancję. Oznajmił,  że to 
pomoc domowa, którą zatrudnił dla naszej wygody. Miała mieszkać z nami, w zamian sprzątając, 
piorąc i gotując. Dosyć szybko, może z tydzień od jej wprowadzenia, zauważyliśmy, że nie sypia sama, 
tylko z ojcem. Fakt ten nawet nas ucieszył, bowiem świadomi już  własnego i cudzego seksualizmu, 
pragnęliśmy jakiejś odmiany od banalnego kina akcji za oknem. Często udawaliśmy,  że  śpimy, 
pochrapując nawet lekko, aby pozwolić ojcu i Konstancji na niczym nieskrępowane  perwersje,  które                  
z zachwytem obserwowaliśmy w zielonkawym świetle podwórzowej lampy, przechodzącym przez 
firanki naszego okna.  
 Ciało miała szczupłe, niemal chude, zupełnie niepasujące do wiejskiej dziewczyny, za którą się 
podawała. Małe piersi i wąskie, prawie chłopięce biodra zdumiewały nas, przyzwyczajonych do 
monumentalnych i odwiecznych krągłości matki, majestatycznych niczym lodołamacze. Dlatego też 
wyjątkowo szczupłe i proste nogi Konstancji, jej długie palce, sposób, w jaki siadała na fotelu, oraz 
kiepska jakość  świadczonych nam usług sprawiły,  że zaczęliśmy ją podejrzewać o oszustwo. Wielką 
mistyfikację. Krótko mówiąc, według nas nie była tą osobą, za którą się podawała. Czary podejrzeń 
dopełnił fakt, że w trakcie wyprawiania perwersyjnych czynności z ojcem Konstancja nie wydawała 
dźwięków, co matce nigdy się nie zdarzyło. Akty płciowe ojca i gosposi odbywały się w ponurym 
milczeniu, całkowicie wyzbyte namiętności,  mechanicznie  jak  u  zabawek  w  pobliskim  sklepie                  
z artykułami erotycznymi. Jakże były różne od wesołego spółkowania mieszkańców  wieloboku,        
które nieraz mieliśmy okazję podejrzeć przez półotwarte okna czy szpary w ścianach komórki. Nawet 
psopodobne stwory, którym zdarzyło się posiąść partnerkę lub partnera, okazywały sobie więcej 
czułości niż ojciec i Konstancja. 
 

Gosposia zazwyczaj nie przywiązywała wagi do tego, co nam gotuje. Zdarzyło się nawet, że 

przyrządziła zupę z formularzy podatkowych, na drugie danie serwując ulubiony, skórzany kapelusz 
ojca w beszamelu. On wydawał się tym faktem niewzruszony. Jego rozmarzone, brązowe oczy coraz 
częściej błądziły po zakamarkach mieszkania, pożądliwie rozjarząjąc się na widok pajęczyn i tkwiących 
w nich suchych zwłok owadów. Konstancja nigdy nie jadła, przynajmniej w naszej obecności, my zaś 
zjadaliśmy wszystko, nie chcąc jej urazić. Pewnie ojcu też byłoby przykro, gdybyśmy nie chcieli 
spożywać domowych obiadów. Czasem zresztą miała lepszy dzień i przyrządzała bardziej tradycyjne 
posiłki – mielone kotlety, rosół czy kopytka – wtedy opychaliśmy się na zapas, nie mogliśmy bowiem 
przewidzieć, kiedy ponownie zdarzy się taka kulinarna rozpusta. 
 Kiedyś, chyba na początku wiosny, Konstancja czesała włosy przed kryształowym lustrem. 
Jedną  ręką  ściskała na piersiach prześcieradło, którym była owinięta, w drugiej trzymała szczotkę. 
Długie rzęsy zamkniętych oczu spoczywały na policzkach. Byliśmy tylko we dwoje, i pewnie dlatego 
poczułem nieodpartą chęć dotknięcia nagich pleców dziewczyny. Przeszedłem obok niej raz i drugi, 
wciągając słodkawy zapach świeżo umytego ciała, niby obojętnie, ale z ogromnym wewnętrznym 
napięciem. Jednak brakło mi odwagi, by chociaż wyciągnąć dłoń. Dopiero za trzecim razem dotknąłem 
jej karku i delikatnie przesunąłem palcami w dół. Nie zareagowała. Powtórzyłem ruch bardziej 
zdecydowanie – dalej nic. Nawet nie otworzyła oczu. Podniecony, czerwony ze wstydu, wybiegłem          
z domu. Bałem się, że powie o tym ojcu. Chyba jednak nie powiedziała – ojciec nic nie mówił, a ona 
zachowywała się tak, jakby to zdarzenie w ogóle nie miało miejsca. 
 

Pewnego dnia, po raz pierwszy w życiu, ojciec nie wrócił z pracy. Wpadliśmy w panikę. Nie 

background image

Krytyka Literacka 2/4 jesień 2014 

 

 

45

 

wiedzieliśmy nawet, gdzie go szukać, bo zakład, w którym pracował, był całkowicie tajny. Tak tajny, że 
ojciec sam nie wiedział gdzie pracuje, znał tylko drogę i hasła, które pozwalały dostać się do fabryki. 
Gdy matka jeszcze żyła, każdego dnia wybierał inną trasę, czasem kierował się mapami i kompasem, 
czasem zmieniał tramwaje, wskakując i wyskakując w biegu, nierzadko wstawał kilka godzin wcześniej, 
żeby dostać się do zakładu okrężną drogą, przez inne miasta, po to, by zmylić pracowników wywiadu 
gospodarczego i szpiegów wrogich mocarstw. Ale wracał zawsze o szóstej, z punktualnością 
przedwojennego pociągu. Dlatego, gdy nie zjawił się tego wieczora w domu, poczuliśmy się całkowicie 
bezradni. Jednak Konstancja wydawała się zupełnie spokojna. Mechanicznie beznamiętna, lakierowała 
paznokcie u smukłych stóp. Czynność ta, obok rozwiązywania krzyżówek i oglądania turniejów 
telewizyjnych, stanowiła ulubione zajęcie gosposi, jedyne, podczas którego wyginała wargi w coś, co 
mogło być uśmiechem. 
 

Po kilku dniach zniknęła również Konstancja. Zostaliśmy bez środków do życia, a mieszkańcy 

wieloboku z wrogiego respektu przeszli do otwartego ataku. Któregoś dnia weszli do naszego 
mieszkania i wynieśli wszystko, co można było zastawić w pobliskim lombardzie. Nie złamało nas to, 
wręcz przeciwnie, jakby silniejsi rozpoczęliśmy poszukiwania ojca, wertując prasę i słuchając 
wszystkich możliwych wiadomości. Udaliśmy się nawet do Ministerstwa Umieralnictwa, najważniejszej 
w kraju instytucji. Niestety, w związku z przystosowywaniem urzędowych formularzy do 
rygorystycznych norm Unii oraz wprowadzaniem nowego, ulepszonego algorytmu likwidowania 
jednostek chorych, starych lub posiadających cechy indywidualne, panował taki bałagan, że w obawie, 
aby nas nie uśpiono celem poprawienia ministerialnych statystyk, wróciliśmy do domu. 
 Przymierając z głodu, pochłanialiśmy wszystko, co nadawało się do zjedzenia. Z braku 
lekkostrawnych mebli, narzut i wypchanych ptaków, wyniesionych przez sąsiadów do lombardu, 
pochłonęliśmy tapety i podłogi. Dzięki kulinarnej wyobraźni Konstancji przywykliśmy do oryginalnej 
diety. Zjedzenie podłóg pozbawiło nas elementarnej cechy mieszkania, miało jednak swoją dobrą 
stronę. Pod ostatnią deską znaleźliśmy gęsto zapisany brulion. Okazało się,  że  to  traktat  naszego      
ojca, opisujący konstrukcję idealnego manekina. Pracował nad nim całe  życie, w tajemnicy nawet   
przed matką.  
 Czytaliśmy jego dzieło z zapartym tchem. Znajdowały się tam dokładne obliczenia, składniki       
i wzory niezbędne do stworzenia nadmanekina. Ogrom pracy ojca był oszałamiający. Precyzja obliczeń 
niezrównana. Piękno nadmanekina zniewalające. Szczęśliwie, na osobnej, pożółkłej kartce natrafiliśmy 
też na adres zakładu, w którym, jak się domyśliliśmy, pracował. 
 

Wbrew obawom, wpuszczono nas bez problemu do środka. Wszyscy go znali – okazało się, że 

piastował stanowisko głównego projektanta manekinów. Był też jedynym wykonawcą swoich, jak ich 
nazywał, chłopców i dziewczynek. Gdy weszliśmy do warsztatu, oczom naszym ukazał się ojciec. 
Ogromnie się postarzał, wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego. Siedział obok skrzyni pełnej 
nosów, greckich i ormiańskich, szczęśliwym wzrokiem demiurga ogarniał stojące pod ścianą korpusy. 
Konstancja lakierowała paznokcie dziewczętom, które złożył poprzedniego dnia. Dzisiaj składał 
chłopców, uważnie oglądając ich smukłe ramiona i biodra. 
 Podeszliśmy do niego. Odkręcił nam głowy i ręce, Konstancja z okrucieństwem wyrwała        
nam penisy i nogi. Widzieliśmy, jak nasze kadłuby padają do kąta pełnego zużytych lub 
wybrakowanych fragmentów ciał manekinów. Byliśmy egzemplarzami testowymi,  wadliwymi,  do     
tego z nieprodukowanej już grupy podmanekinów z rozbudowaną sferą uczuciowo-emocjonalną. 
Opuszczając nas, ojciec myślał,  że nędza i sąsiedzi dokonają aktu destrukcji, że nie będzie               
musiał niszczyć sam swoich nieudanych chłopców. Jednak los nie okazał się dla niego łaskawy. Musiał 
wykonać wyrok osobiście. 
 Umierając, kątem oka widziałem jeszcze Konstancję, przymierzającą nowe, małe, idealne piersi. 
 

background image

Document Outline