background image

nr 5-2003 •

 

 13

Praktyka wróżbiarstwa opiera się na przeświadczeniu, że:

 przyszłość ludzka jest już z góry dokładnie określona 

i zaplanowana, 

 istnieją takie techniki wiedzy tajemnej (techniki 

okultystyczne), dzięki którym można poznać przyszłość 
i zapanować nad nią. 

Przykładem najbardziej rozpowszechnionych technik 
wróżbiarskich są: 

 kartomancja, czyli wróżenie przyszłości z kart,
 astrologia, czyli przepowiadanie przyszłych zdarzeń 

na podstawie układu gwiazd,

 chiromancja, czyli odczytywanie z linii na dłoni
 spirytyzm, czyli wywoływanie duchów zmarłych 

w celu uzyskania informacji.

Uciekanie się do którejkolwiek z praktyk wróżbiarstwa jest 
jawnym wykroczeniem przeciwko pierwszemu przykazaniu. 

Dlaczego?

 Praktyka wróżenia zakłada, że życie ludzkie nie podlega 

Bożej Opatrzności, lecz bezosobowym i tajemniczym 
siłom (na ogół wrogim lub co najmniej nieprzychylnym 
człowiekowi). Korzystanie z wróżbiarstwa prowadzi do 
osłabienia, a w końcu i zerwania więzi osobowej z Bogiem, 
opierającej się na posłuszeństwie, ufności i zawierzeniu. 
Osoba zniewolona pragnieniem poznawania przyszłości i 
oddająca się praktykom wróżbiarstwa czyni siebie niezdolną 
do modlitwy i do życia sakramentalnego, a tym samym 
stopniowo ulega wpływom sił pochodzenia demonicznego. 

 Wróżbiarstwo jest odrzuceniem prawdziwego i jedynego 

Boga, czyli łamaniem pierwszego przykazania Dekalogu. 
Pismo św. surowo przestrzega przed tym grzechem: 
Nie będziesz się zwracał do wywołujących duchy ani do 
wróżbitów. Nie będziesz zasięgać ich rady... Ja jestem Pan, 
Bóg wasz
 (Księga Kapłańska 19,31). Przeciwko każdemu, 
kto zwróci się do wywołujących duchy albo do wróżbitów, 
aby uprawiać nierząd z nimi, zwrócę oblicze i wyłączę go 
spośród jego ludu... Bo Ja jestem Pan, Bóg wasz
 (Księga 
Kapłańska 20, 6-7). Czary, w jakiejkolwiek formie by się 
nie przedstawiały, należą do czynów, które wyłączają z 
dziedzictwa Królestwa Bożego (List do Galatów 5, 20).

 Wróżbiarstwo jest radykalnym oszustwem 

sprzeniewierzającym się podstawowej prawdzie 
teologicznej, że przyszłość jedynie zna Bóg. Rzekome 
wykradanie Bogu tej tajemnicy jest całkowitą iluzją. 
Nawet szatan (założywszy, że działa on przy pomocy 

swego narzędzia, jakim może być wróżbita – medium) 
nie zna przyszłości, ponieważ ona dopiero się tworzy 
poprzez dobrowolną współpracę człowieka z Bogiem. 
Szatan, doskonale wnioskując na podstawie ukrytych dla 
ludzi mechanizmów natury, może jedynie ułożyć możliwy 
scenariusz wydarzeń z przyszłości, który jednak wcale nie 
musi się spełnić. 

 Fakt, że jedynie Bóg zna przyszłość, w niczym nie 

ogranicza ludzkiej zdolności kształtowania własnego życia 
(przede wszystkim w tym, co najważniejsze, a mianowicie 
w kwestii własnego zbawienia). Proroctwa pochodzące 
od Boga (czyli komunikowana przez Boga człowiekowi 
wiedza odnośnie przyszłości) tym różnią się od wróżby, że 
nigdy nie przesądzają z góry o przyszłości, lecz uprzedzają 
przed tragicznymi konsekwencjami grzechów i odmowy 
nawrócenia. Proroctwo jest więc warunkowe (jego 
wypełnienie się zależy od postawy samego człowieka), 
natomiast przepowiednie wróżbitów dotyczą wydarzeń 
rzekomo nieodwołalnych i niezależnych od wolnego 
działania ludzkiego. 

 Wróżbiarstwo radykalnie przekreśla drogę 

chrześcijańskiego rozwoju i świętości. Propagując 
determinizm (przyszłość została z góry zaplanowana) 
i fatalizm (nie ma możliwości uwolnienia się od 
wyznaczonego biegu wydarzeń) unieważnia konsekwencje 
wyboru dobra lub zła. Objawiona nauka o rzeczach 
ostatecznych (niebo, piekło, czyściec) zostaje tutaj 
całkowicie odrzucona. 

 Oprócz zaburzeń duchowych (z opętaniem włącznie), 

uleganie przepowiedniom wróżbitów prowadzi do lęku, 
uczucia bezradności, osaczenia i rozpaczy, a w dalszej 
kolejności do ciężkich chorób psychicznych. 

 Objawienie Boże wypowiadające się poprzez Biblię 

i Magisterium Kościoła, dla dobra samego człowieka 
surowo zakazuje uciekania się do którejkolwiek z form 
wróżbiarstwa. Gdy chrześcijanin korzysta z horoskopów 
lub z usług wróżbitów, widzących, magów itp. 
– wchodzi w konflikt z pierwszym i najważniejszym 
przykazaniem dekalogu. Tym samym, wystawia siebie na 
niebezpieczeństwo działania mniej lub bardziej ukrytych sił 
złego ducha, którego celem jest zerwanie więzi człowieka 
z Bogiem i doprowadzenie do duchowej śmierci. 

 Codziennym lekarstwem na pokusę poznawania 

przyszłości jest modlitwa i życie sakramentalne prowadzące 
do coraz głębszego zawierzenia Bożej Opatrzności.

ks. Andrzej Trojanowski TChr 

Wróżbiarstwo, 

czyli poznawanie przyszłości

dossier: 

okultyzm

background image

Aikido  okazało  się  miłością  moje-

go  życia.  Szybko  robiłem  postępy.  Po 

dwóch  latach  zostałem  instruktorem, 

co się rzadko zdarza, bo to bardzo trud-

na  dyscyplina.  Wkrótce  zostałem  zali-

czony  do  tzw.  uchi  –  deshi,  czyli  bez-

pośrednich  uczniów  mistrza.  Treno-

wałem  przez  sześć  dni  w  tygodniu,  po 

trzy – cztery godziny dziennie. O 5:30

pierwszy trening z mistrzem, od 18 do 

20 trening z moimi uczniami i późnym 

wieczorem  ostatni  trening  dla  grupy 

zaawansowanej  w  mojej  sekcji.  Kie-

runek  studiów  (archeologia)  wybrałem 

taki a nie inny, bo w informatorze o stu-

diach  uniwersyteckich  był  to  pierwszy 

alfabetycznie kierunek o tak małej ilo-

ści zajęć w tygodniu. Wówczas miałem 

opracowany  cały  scenariusz  życia  roz-

pisany  na  kolejne  lata.  Za  dwa  –  trzy 

lata pierwszy dan, po trzech następnych 

drugi,  a  wtedy  moja  pierwsza,  własna 

szkoła  aikido,  za  kilka  lat  następna.  I 

tak dalej. Brałem udział w sesjach tre-

ningowych  z  mistrzami  japońskimi  w 

kilku  krajach  europejskich,  bo  oni  w 

końcu byli dla mnie największymi auto-

rytetami. 

Pewnego  dnia  do  mojej  sekcji  przy-

szedł  list  od  człowieka,  który  w  Polsce 

dwadzieścia lat temu zainicjował tę dys-

cyplinę. Zrezygnował z aikido ze wzglę-

du na silny kryzys związany z niemożno-

ścią pogodzenia wiary w Jezusa z ideolo-

gią wschodnich sztuk walki. Ten list był 

bardzo intymnym świadectwem i wywarł 

na  mnie  silne  wrażenie.  Pozostało  także 

pytanie  o  podstawę  jego  decyzji.  Wyda-

wało  mi  się,  że  jedno  z  drugim  nie  ma 

związku. 

Moim  kolegą,  także  instruktorem  z 

długim stażem, był chłopak, który uczest-

niczył  w  spotkaniach  modlitewnych 

Odnowy  Charyzmatycznej.  Nagle  prze-

stał przychodzić na treningi. Po dłuższym 

czasie spotkałem go przypadkiem na ulicy 

i  zapytałem  o  powód  jego  nieobecności. 

Odpowiedział mi, że na treningach przed 

i  po  medytacji  kłania  się  wizerunkowi 

nieżyjącego  już  mistrza  Ueshiby,  zało-

życiela  aikido.  W  kościele  robi  to  samo 

przed  tabernakulum.  Ten  sam  czyn,  ale 

jego  podmiot  jest  inny. W  końcu  musiał 

zdecydować,  co  wybrać  i  wybrał  Jezu-

sa.  To  również  zlekceważyłem,  widząc 

w  tym  zbyt  głęboką  interpretację.  Wąt-

pliwości wynikłe z tych zdarzeń narasta-

ły  we  mnie,  zwłaszcza,  że  nagle  zaczą-

ły  we  mnie,  zwłaszcza,  że  nagle  zaczą

ły  we  mnie,  zwłaszcza,  że  nagle  zaczą

łem  dostrzegać  różnego  rodzaju  patolo-

gie wynikłe z uprawiania aikido u moich 

uczniów: nadpobudliwość, agresję, jakąś 

pogardę dla innych; to wszystko u ludzi 

zajmujących się sztuką walki tak finezyj-

ną  i,  co  najważniejsze,  uważaną  za  naj-

bardziej  defensywną  i  łagodną  wśród 

wschodnich  sztuk  walki.  Kiedyś  czyta-

łem przypadkiem Pismo Święte i natrafi-

łem na fragment mówiący, że nie wolno 

kłaniać się obcym bogom. Ten jeden wers 

wrył mi się w umysł jak drzazga. Byłem 

jednak tak zaangażowany, że nie mogłem 

po  prostu  zrezygnować,  zrezygnować  z 

całego życia, które zbudowałem na aiki-

do. Ale wątpliwości były i nie dawały mi 

spokoju,  zwłaszcza  cała  „liturgia”  zwią-

spokoju,  zwłaszcza  cała  „liturgia”  zwią

spokoju,  zwłaszcza  cała  „liturgia”  zwią

zana  z  treningiem  –  ukłony,  medytacja, 

adoracja  mistrzów  i  białej  broni  (treno-

wałem także sztukę miecza – iaido). Pew-

nego dnia, zapewne nie do końca świado-

mie, powiedziałem Bogu, że jeżeli w tym, 

co robię jest coś złego, to niech się o tym 

przekonam. Ale niech się przekonam tak 

do końca, żeby nigdy w życiu później nie 

mieć wątpliwości, czy moja decyzja rezy-

gnacji  była  słuszna  w  końcu  miałbym 

zacząć życie od początku. Wkrótce mia-

łem pożałować tej prośby. 

Treningi  zaczynały  się  i  kończyły 

medytacją,  w  której  chodzi  o  uzyskanie 

Zło kryło się

 

w aikido

Dziś mam dwadzieścia osiem 

lat. Jedenaście lat temu, jako 

uczeń trzeciej klasy liceum 

rozpocząłem uprawianie sztuk 

walki. Zacząłem od karate, ale 

moją prawdziwą fascynacją już 

wcześniej było aikido. Wkrótce 

też zacząłem je uprawiać. 

świadectwo

background image

kontroli  nad  ki.  Ki  to  bezosobowa  ener-

gia Uniwersum, dająca początek i koniec 

wszystkim zjawiskom i istotom żywym w 

kosmosie. W każdej sztuce walki ćwicze-

nia fizyczne to tylko środek do uchwyce-

nia kontaktu z tą mocą na etapie począt-

kowym  i  później  manipulowania  nią. W 

trakcie  codziennych  medytacji  doświad-

czyłem po dwóch latach czegoś na kształt 

stanu  niebytu.  To,  o  czym  piszę  może 

brzmieć  niewiarygodnie.  Przypuszczam, 

że gdybym to ja słuchał takiej opowieści, 

sam jej nie przeżywszy, to bym prawdo-

podobnie w nią nie uwierzył. 

W  przestrzeni  duchowej,  którą  osią-

gałem,  spotkałem  istoty  duchowe  pełne, 

a  raczej  coś,  co  określiłbym  jako  oso-

bową  obecność  kogoś,  nie  doświadczal-

ną  inaczej  niż  przez  duchowy  kontakt 

transcendentalny.  To  zjawisko,  fascynu-

jące jak nic innego na świecie, powtarza-

ło się za każdym razem w trakcie medyta-

cji. Jednocześnie wraz z tą osobową obec-

nością  we  mnie,  uruchomiły  się  jakby 

dary paranormalne. Doświadczyłem cze-

goś na kształt telepatii, tzn. obudziła się 

we mnie ogromna wrażliwość na ludzkie 

intencje  i  zamiary.  Stając  przed  kimś  na 

macie po prostu wiedziałem, co ten czło-

wiek  za  chwilę  zrobi.  Ponadto  zacząłem 

odczuwać kumulacje i przepływ tej ener-

gii, o której wcześniej pisałem. Jednocze-

śnie objawiać się we mnie zaczęły różne 

choroby  o  nieznanym  źródle.  Upływ  tej 

energii  w  trakcie  ćwiczeń  powodował 

moje całkowite wycieńczenie. W rezulta-

cie, mając 2 m wzrostu, ważyłem po roku 

około 60 kilogramów. To niewiarygodne, 

ale w takim stanie dysponowałem ogrom-

ną  siłą  psychiczną.  Ludzie  bali  się  mnie 

i  nikt  nie  mógł  ze  mną  wytrzymać  sam 

na  sam  w  jednym  pomieszczeniu.  Czu-

łem się bogiem, taka władza nad każdym 

człowiekiem!  Wkrótce  jednak  okazało 

się, że to nie ja decyduję o sobie. Będąc 

kiedyś  sam  w  domu,  znalazłem  stary 

różaniec  i  wziąłem  go  do  ręki,  bo  leżał 

gdzieś  w  kącie.  W  tym  momencie  usły-

szałem potok obscenicznych bluźnierstw. 

To, co przedtem było efektem medytacji, 

co uznawałem za stan przejścia w wyższy 

obszar duchowy, teraz uruchomiło się bez 

mojego  wpływu.  Doznałem  potwornego 

uczucia paniki i wybiegłem z domu. Od 

tej  pory  stale  towarzyszyła  mi  obecność 

kogoś  złego.  Zacząłem  czuć  potworny, 

irracjonalny strach. Bałem się cały czas, 

choć  nie  było  wcale  żadnego  zdarzenia, 

które by mogło wywołać ten strach. Tak 

jakby lęk stał się częścią mojej natury czy 

cechą  charakteru.  Jednocześnie 

stale  przeżywałem  halucynacje 

słuchowe. Słyszałem ciągle wul-

garne bluźnierstwa, jakby wielu 

głosów, zwłaszcza pod adresem 

Matki Bożej. Stale prześladowa-

ły  mnie  obsesyjne  myśli  samo-

bójcze.  W  moim  domu  było 

duże  lustro  na  środku  mieszka-

nia, zacząłem nagle bez przyczy-

ny bać się go, mając pewność, że 

zobaczę w nim coś potwornego.

Te  doświadczenia  nie  zmie-

niły  mojego  życia,  nie  zrezy-

gnowałem z aikido. Dalej byłem 

instruktorem.  Po  roku  takiego 

życia, jako człowiek praktycznie 

nie  wierzący,  zacząłem  poma-

łu  domyślać  się,  że  moje  cier-

pienia  wynikają  z  jakichś  okul-

tystycznych  praktyk,  zakamu-

flowanych  w  sztukach  walki  i 

działania demonów. Następnego 

roku stało się tak, że przyjechał 

z Anglii pewien mistrz. Postano-

wiłem, że będę przez te kilka dni 

uczestniczył w treningach z nim, 

po czym zrezygnuję. Moje znie-

wolenie osiągnęło bowiem etap, 

na którym zacząłem mieć kosz-

marne halucynacje wzrokowe. Dopiero to 

właśnie ostatecznie mnie złamało. Kiedy 

skończył  się  ostatni  trening,  w  sobo-

tę,  wróciłem  do  domu  i  poszedłem  spać 

ze  świadomością,  że  to  był  mój  ostatni 

trening  w  życiu.  W  nocy  dostałem  cze-

goś podobnego do ataku malarii. Poczu-

łem tak silny ból w całym ciele, że zaczą-

łem skamleć do Jezusa o ratunek. Ten stan 

wytonował się nad ranem. 

Pamiętałem,  że  kiedy  cztery  lata 

wcześniej zmarł mój dziadek, poszedłem 

do spowiedzi i pamiętałem ogromne uko-

jenie, które wówczas przeżyłem. Pojawiła 

się we mnie desperacka myśl, że to mnie 

teraz  uratuje.  Wieczorem  była  Msza  dla 

studentów  i  poszedłem  wcześniej,  wie-

dząc,  że  przed  Mszą  ktoś  zawsze  siedzi 

w  konfesjonale.  Wszedłszy  do  kościo-

ła, zobaczyłem księdza, który uczył reli-

gii w moim liceum. Nienawidziłem tego 

człowieka.  Od  dawna  mnie  namawiał, 

żebym zrezygnował z aikido, co wzbudzi-

ło we mnie dużą niechęć do niego i agre-

sję. Byłem jednak w takim stanie, że było 

mi  już  wszystko  jedno.  Wyspowiadałem 

się, ale efekt nie był taki, jakiego oczeki-

wałem. W trakcie wysłuchiwania poucze-

nia  zacząłem  odczuwać  tak  silne  cier-

pienie  jak  poprzedniej  nocy. W  myślach 

wyłem,  żeby  to  się  wreszcie  skończyło. 

Po  spowiedzi  ten  stan  sprawił,  że  ucie-

kłem  z  kościoła  i  pobiegłem  do  mojego 

mistrza. Powiedziałem mu, że rezygnuję, 

bo nie mogę dać sobie rady ze sobą. Nie 

wyjaśniłem  mu,  z  jakiego  powodu.  Ten 

człowiek  był  moim  dobrym  kolegą,  nie 

miał świadomości, że z aikido wiąże się 

cokolwiek złego. Uszanował moją decy-

zję. Sam zresztą widział, że od dawna jest 

coś ze mną nie tak. Wracałem całkowicie 

zmiażdżony. Jakaś myśl kazała mi wrócić 

pod kościół. W nocy uklęknąłem i pomy-

ślałem, a raczej samo mi się jakoś pomy-

ślało:  „Weź  moje  życie,  sam  nie  dam 

rady. Rób ze mną, co chcesz”. Z tą myślą 

wróciłem do domu. 

Od tej pory zaczął się prawdziwy czy-

ściec.  Ledwo  zaliczyłem  rok  na  uczelni. 

Straciłem  wszystkich  przyjaciół.  Oka-

zało  się,  że  na  moim  roku  znam  tylko 

jedną  osobę.  Odeszła  ode  mnie  dziew-

czyna. W sumie lepiej, bo tylko ją krzyw-

dziłem.  Niech  mi  Bóg  wybaczy.  Wkrót-

ce przeżyłem jeszcze inne cierpienie cią-

gnące się za mną do dziś. Związałem się z 

inną kobietą, która mnie nie kochała i po 

dwóch miesiącach porzuciła.

Zacząłem chodzić na spotkania modli-

tewne  Odnowy  w  Duchu  Świętym,  do 

dossier: 

okultyzm

nr 5-2003 •

 

 15

background image

czego namówiła mnie siostra i wspomnia-

ny wyżej ksiądz. Za radą księdza-egzor-

cysty  odbyłem  spowiedź  generalną,  co 

dało ten skutek, że wszystkie manifestacje 

zła, które przeżywałem, straciły na sile. 

Wkrótce  wziąłem  udział  w  rekolek-

cjach, gdzie na końcu modlono się o to, 

by  Duch  Święty  dotknął  uczestników. 

W  trakcie  tej  modlitwy  czułem  się  źle. 

Chciało  mi  się  wymiotować  i  najchęt-

niej  bym  wyszedł.  Wracałem  do  domu 

całkowicie  rozczarowany.  Miałem  wiel-

kie  pretensje  do  Boga,  że  w  niczym  mi 

nie pomógł.

Na  drugi  dzień  mieliśmy  się  spotkać 

raz  jeszcze  i  pożegnać.  Z  mojego  domu 

szło  się  około  pół  godziny  do  kościo-

ła,  w  którym  były  rekolekcje,  cały  czas 

przez  park.  Postanowiłem  zatem  przejść 

się pieszo, bo była bardzo ładna pogoda. 

Szedłem bezmyślnie pogrążony w rozpa-

trywaniu  własnego  poczucia  zawodu. W 

połowie  drogi  nagle  zdałem  sobie  spra-

wę, że ja nic nie słyszę. Pierwszy raz od 

dwóch  lat  nie  miałem  żadnych  halucy-

nacji,  tak  słuchowych  jak  i  wizualnych. 

Dotarło  do  mnie,  że  to  była  pierwsza 

noc od dwóch lat, którą normalnie prze-

spałem. Czy ktoś może zrozumieć, co ja 

wtedy przeżyłem? 

Ale,  paradoksalnie,  wcale  nie  było 

potem  łatwiej.  To  był  najtrudniejszy 

dla  mnie  czas,  trudniejszy  niż  jakikol-

wiek inny. Nigdy nie było mi tak ciężko. 

Zapewne powodem była ruina emocjonal-

na  czy  też  psychiczna  po  tych  wydarze-

niach. Pamiętam, że wszystko mnie wtedy 

raniło, nawet najmniejsze niepowodzenie 

czy też zachowania innych, które dziś po 

prostu ignoruję. 

Miesiąc  później  pojechaliśmy  całą 

wspólnotą na czuwanie Odnowy do Czę-

stochowy.  Prowadził  je  o.  Verlinde.  W 

pewnej chwili powiedział, że w drodze do 

domu  anioł  stróż  każdemu  powie,  komu 

ma opowiedzieć o Jezusie. Po wszystkim 

wsiedliśmy do autokaru, a ja usłyszałem 

gdzieś w środku nazwisko mojego wykła-

dowcy. To znaczy pojawiła się nagle jakaś 

ogromna pewność, że to ta właśnie osoba. 

Zdjął  mnie  lodowaty  strach.  Ten  czło-

wiek  był  dla  mnie  instytucją  na  uczel-

ni,  a  nie  osobą.  Jak  ja  miałem  w  ogóle 

zacząć  tę  rozmowę?  Zajęcia  z  nim  mia-

łem za dwa dni. Robiłem wszystko, żeby 

go tego dnia nie spotkać, ale obraz tego 

człowieka po prostu mnie wszędzie prze-

śladował.  W  końcu  poszedłem  do  jego 

gabinetu  i  poprosiłem  o  dziesięć  minut 

rozmowy.  Powiedziałem,  że  chciałbym 

mu  o  czymś  opowiedzieć,  ale  na  począ-

tek chciałbym, żeby miał świadomość, że 

czuję strach przed tą rozmową i najchęt-

niej bym w ogóle jej nie zaczynał. Opo-

wiedziałem mu wszystko to, co opisałem 

powyżej. On słuchał w milczeniu. Potem 

podszedł i uściskał mnie. Usłyszałem, że 

to było dla tego człowieka bardzo wzru-

szające, bo nikt z nim nie rozmawiał przez 

całe życie o wierze w tak intymny sposób. 

Okazało się więc, że to Bóg zadziałał. 

Jestem pewien, że jest we mnie bar-

dzo  dużo  okaleczeń  wewnętrznych, 

stale tego doświadczam. Żyję wciąż ze 

świadomością  ciężaru  moich  doznań. 

Czasem  czuję  się  tak  bardzo  stary  i 

zniszczony.  Nigdy  nie  skorzystałem  z 

pomocy  psychologa,  choć  wiele  osób, 

w tym spowiednicy, mi to radziło. Cza-

sem  rodzi  się  we  mnie  pokusa,  aby  te 

doświadczenia  przekreślić,  przekreślić 

wynikającą  z  nich  pewność  istnienia 

szatana i Boga, tak realną jak istnienie 

każdego  z  nas.  Pewność  każdej  sekun-

dy, że Bóg po prostu jest obecny w rze-

czywistości. Pojawia się we mnie tęsk-

nota, żeby żyć jak miliony innych, nor-

malnych  ludzi.  Ale  tak  nie  będzie,  bo 

ta pewność jest we mnie jak rozognio-

na rana. Tak bolesna zwłaszcza w tym, 

co trudne, a zarazem tak słodka i koją-

ca. Ktoś, kto doświadczył miłości Boga 

po  prostu  nie  może  zignorować  cier-

pienia drugiego człowieka. Wspomnie-

nie  ogromu  miłości  Jezusa  sprawia,  że 

cierpienie  drugich  staje  się  ciężarem 

nie  do  uniesienia.  Jednocześnie  czło-

wiek  dotyka  tego,  jak  bezgranicznie 

kochać można, a jak kochać nigdy nie 

będzie w stanie.  

B. 

S

ą wśród nas ludzie, którzy odczytali swe powołanie do całkowitego oddania się Panu Bogu 

w zwyczajnych, świeckich warunkach życia. Pracują zawodowo, utrzymują kontakty rodzinne 

i towarzyskie, mieszkają sami lub z bliskimi, nie wyróżniają się strojem ani żadnymi zewnętrznymi 

symbolami, nie noszą habitu. Swe pragnienie pełnego poświęcenia się Panu potwierdzają ślubami 

czys-tości (rozumianej także jako życie w celibacie), ubóstwa i posłuszeństwa. Starają się swym 

codziennym postępowaniem przekazywać prawdę o Dobrej Nowinie. Spotykają się systematycznie 

na modlitwie, pogłębiają swą formację – tworzą uznane przez Kościół wspólnoty, zwane instytutami 

świeckimi... 

Taki jest istniejący od ponad 50 lat żeński 

Instytut Świecki Chrystusa Króla

.

Jeżeli i w Twoim sercu rodzi się podobne pragnienie, jeśli chcesz służyć Bogu 

i ludziom na takiej drodze, chciałabyś zasięgnąć informacji – napisz: 

ks. Edward Szymanek, ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań

background image

Ćwiczyłam  intensywnie,  dzień  w 

dzień, przez wiele godzin. Po trzech latach 

potrafiłam  zgromadzić  energię  w  każ-

dej  czakrze  bez  większego  trudu.  Teraz 

należało ją zebrać w jednym centralnym 

miejscu  i  otworzyć  się  na  wszechświat. 

Obiecywano, że jest to szczyt dążeń jogi. 

Byłam  gotowa.  Nadszedł  wieczór,  kiedy 

byłam  sama  i  nikt  mi  nie  przeszkadzał. 

Chciałam  zasmakować  tego  szczęścia. 

Udało  mi  się  szybko  zebrać  całą  ener-

gię; moje ciało było strasznie ciężkie, bez 

czucia,  jakby  obce.  Czułam,  jak  z  niego 

wychodzę,  jak  jest  mi  lekko,  dobrze... 

Moim celem było połączenie się z jakąś 

bliżej  nieokreśloną  energią,  która  miała 

dać mi obiecane szczęście...

Naraz poczułam, że coś zaczyna mnie 

wchłaniać, coś strasznego, czarnego. Nie 

mogłam  się  uwolnić,  a  tak  chciałam  już 

wrócić  z  powrotem!  Nie  umiem  opisać 

strachu,  przerażenia,  rozpaczy  –  chcia-

łam wrócić do swojego ciała, a „to” mnie 

wciągało coraz mocniej i mocniej. Pomy-

ślałam, że to chyba jest piekło i myśl moja 

powędrowała  do  dobrego  Boga.  W  tym 

samym momencie wróciłam z powrotem. 

Do rana leżałam jak sparaliżowana; zlana 

zimnym potem, bałam się własnego odde-

chu.  Miałam  wrażenie,  że  przez  chwi-

lę byłam w piekle lub czymś, co to przy-

pomina, pomimo wszelkich podręczniko-

wych zapewnień, że spotkać mnie miało 

wymarzone szczęście.

Kiedy  ćwiczyłam  jogę,  moje  życie 

układało się gładko. Miałam nawet pewne 

zdolności,  np.  wiedziałam,  co  się  wyda-

rzy, jak skończy się dana sytuacja życio-

wa znajomych, jak przebiegnie egzamin... 

Bawiło mnie to, ale i dawało jakieś poczu-

cie wyższości nad innymi, bo ja potrafi-

łam wiele rzeczy przewidzieć, a oni nie. 

Nie zastanawiałam się wówczas, skąd to 

mam, było mi z tym po prostu wygodnie i 

to wystarczało. 

Wszystko się zmieniło po tej pamięt-

nej  nocy.  Postanowiłam  zerwać  defini-

tywnie  z  jogą  i  nie  mieć  z  tym  już  nic 

wspólnego.  Najgorsze  było  to,  że  nie 

mogłam  o  tym  z  nikim  porozmawiać  – 

bałam się posądzenia o chorobę psychicz-

ną czy o zdziwaczenie, bo przecież wszy-

scy wiedzieli, co obiecywały mi podręcz-

niki jogi.

Nigdy  już  do  tej  praktyki  nie  wró-

ciłam,  ale  w  moim  życiu  zaczęły  się 

dziać dziwne rzeczy. Czułam, jak gdyby 

coś,  co  mi  do  tej  pory  sprzyjało,  zaczę-

ło  mnie  niszczyć.  Byłam  wychowana  w 

wierze katolickiej, codziennie się modli-

łam, uczęszczałam co niedzielę na Mszę 

św., choć robiłam to bardziej z przyzwy-

czajenia  i  tradycji  niż  z  potrzeby  serca. 

Teraz każde pójście do kościoła było dla 

mnie katuszą. Już w drodze na Mszę św. 

było  mi  słabo,  miałam  wrażenie,  że  coś 

zabiera mi siły. Zawroty głowy, słabość w 

nogach, mdłości pojawiały się nagle i nie 

chciały  mnie  opuścić,  a  przecież  byłam 

zdrowa  fizycznie.  W  kościele  stawałam 

zawsze  przy  drzwiach  wyjściowych,  bo 

nie byłam w stanie wejść w głąb. Wiele 

razy  podsuwano  mi  krzesło,  widząc  jak 

bardzo jestem blada. A ja nie rozumiałam, 

co się ze mną dzieje. Zaczęłam spóźniać 

się na Msze św., żeby skrócić sobie katu-

sze, którym byłam poddawana. Stałam się 

nerwowa,  noce  stały  się  dla  mnie  kosz-

marem, miałam wrażenie, że coś zabiera 

mi siły i życie. To trwało ponad trzy lata; 

byłam  u  kresu  sił  i  podupadałam  już  na 

zdrowiu. Nadal bałam się o tym komukol-

wiek  powiedzieć,  a  bardzo  potrzebowa-

łam  pomocy,  tym  bardziej,  że  nachodzi-

ły mnie coraz częściej myśli podsuwające 

jedyny, zdawać by się mogło, sposób na 

uwolnienie się z tego koszmaru – śmierć.

Już  jako  dziecko  żywiłam  szczegól-

nie ciepłe uczucie do Matki Bożej, przy-

nosiłam jej kwiaty do ołtarza, rozmawia-

łam z Nią. Wiele lat temu obiecałam bli-

skiej  mi  osobie,  że  codziennie  zmówię 

choć  część  różańca.  Słowa  dotrzyma-

łam,  choć  kończyło  się  to  przeważnie 

na  jednym  „Zdrowaś  Mario”.  I  właśnie 

podczas tego „Zdrowaś Mario” w ciągu 

owych  trzech  lat  przychodziła  mi  do 

głowy  wciąż  ta  sama  myśl,  która  nęka-

ła  mnie  do  bólu:  „Zacznij  przyjmować 

Komunię  św.  –  ona  da  ci  siłę”.  Zupeł-

nie  w  to  nie  wierzyłam,  bo  jakże  taki 

mały  opłatek  może  mi  pomóc,  przecież 

go  już  przyjmowałam  i  nic  szczególne-

go  się  nie  działo.  Ta  myśl  wciąż  mnie 

jednak  nękała.  Aż  wreszcie  przyszedł 

koniec, moje własne siły się wyczerpały 

i wszystko zaczęło się walić: sam widok 

kościoła budził dreszcze i strach, a myśl 

Kiedy miałam dziewiętnaście lat, bardzo interesowałam się jogą. 

Zgłębianie jej zaczęłam od ćwiczeń, które miały usprawnić moje 

ciało, ale później ćwiczyłam również moją psychikę, bo tego 

wymagało pełne zaangażowanie się w jogę. Kupowałam książki, 

gazety, czytałam, jak krok po kroku dojść do „wielkiego szczęścia”, 

czyli do połączenia się z wszechświatem.

Joga 

doprowadziła mnie 

do przedsionka piekła

nr 5-2003 •

 

 17

dossier: 

okultyzm

background image

18 

• 

nr 5-2003

Na  każdym  skrzyżowaniu  kana-

łów  energetycznych  są  tak  zwane  cza-

kry. Jeżeli przez uprawianie jogi następu-

je sukcesywne odblokowywanie kanałów 

energetycznych, wtedy energia ta wzrasta 

i otwierają się kolejne czakry. Tak samo 

recytowanie mantry (są to formuły uwiel-

bienia hinduskiego bóstwa) ma doprowa-

dzić  do  otwarcia  czakr,  aby  odblokować 

w  człowieku  dostęp  energii  okultystycz-

nej. Czy wierzący w Chrystusa, który ma 

tylko Jemu oddawać cześć i uwielbienie, 

może powtarzać tego rodzaju bluźniercze 

formuły  mantr?  Otwarcie  w  człowieku 

czakr sprawia, że staje się on medium sił 

okultystycznych,  w  konsekwencji  czego 

dobrowolnie  wystawia  się  na  działanie 

złych duchów, które pragną go zniszczyć 

i doprowadzić do wiecznego potępienia. 

Na początku ćwiczenie jogi nie powo-

duje  większych  zmian  w  organizmie.  Z 

czasem  jednak  w  metabolizmie  komór-

kowym i całej przemianie materii nastę-

pują  bardzo  poważne  zaburzenia.  Zatra-

canie  świadomości  osobowej  przyczynia 

się do niezwykle niebezpiecznych zmian 

w  ciele,  psychice  i  w  życiu  duchowym. 

Nawet  najbardziej  niewinne  ćwiczenia 

jogi  prowadzą  do  odblokowywania  w 

człowieku dostępu do tajemniczej energii 

okultystycznej (kundalini), która stanowi 

dla niego śmiertelne zagrożenie.

Okultyzm  jest  próbą  manipulacji 

energiami przyrody przy pomocy róż-

nego rodzaju technik. Energie te są nie-

uchwytne dla nauk ścisłych, nie można 

ich zbadać, lub stwierdzić ich istnienia 

przy  pomocy  instrumentów  pomiaro-

wych,  takich  nauk,  jak  biologia,  che-

mia czy fizyka.

Radiesteta  charakteryzuje  się  pewną 

nadwrażliwością  na  tajemnicze  energie 

z dziedziny okultystycznej. Bioenergote-

rapeuta natomiast naprowadza tę energię 

na  osobę,  którą  ma  leczyć.  Jest  to  okul-

tyzm, biała magia. Taki człowiek staje się 

medium,  instrumentem,  kanałem  okulty-

stycznej energii. Na początku to fascynu-

je, bo wydaje mu się, że zaczyna panować 

nad tajemniczymi energiami, a z czasem 

wpływać na innych ludzi i posiadać nad 

nimi władzę. Takie działania sprzeciwiają 

się Bożym planom. Stwórca pragnie aby-

śmy  byli  pośrednikami  Jego  Miłości,  w 

duchu pokornej służby, a nie panowania.

W  jodze  i  innych  technikach  medy-

tacji  oraz  w  różnych  formach  okulty-

zmu uobecnia się pokusa po raz pierwszy 

wypowiedziana w Raju: otworzą się wam 

oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i 

zło (Rdz 3,5). Pokusa ta rodzi żądzę wła-

dzy  oraz  pychę.  Ulegając  jej,  człowiek 

otwiera  się  na  działanie  tajemniczych 

duchowych  istot,  staje  się  ich  kanałem 

przekaźnikowym (channeling). Owe wro-

gie istoty objawiają swoją obecność stop-

niowo,  najczęściej  wyrażają  swoją  nie-

nawiść  do  Chrystusa  i  Maryi,  podsuwa-

jąc  ludziom  bluźniercze  myśli  podczas 

modlitwy i Eucharystii. 

Techniki medytacji wschodnich spro-

wadzają  się  do  odpowiedniego  ułożenia 

o  Matce  Bożej  sprowadzała  od  razu  do 

mojej głowy bluźnierstwa, co było dziw-

ne, bo przecież na swój sposób Ją czci-

łam. Powróciła do mnie myśl o przyjęciu 

Komunii św. Powiedziałam wtedy: „Do-

brze, Panie Boże, niech Ci będzie. Ja obie-

cuję, że przez cały rok, co niedziela będę 

przystępować do Komunii św., ale Ty mi 

pomóż,  bo  ginę!”.  Było  to  postawienie 

Bogu  ultimatum.  Słowa  dotrzymałam, 

choć Bóg jeden wie, ile mnie to koszto-

wało. Każda droga do ołtarza była męką, 

słabłam wiele razy, ale jednak szłam. Po 

pewnym czasie zauważyłam, że owa zła 

siła  przestała  mnie  przemagać,  przesta-

ła przeważać. Czułam jak obok powstaje 

we mnie coś nowego, coś większego, coś, 

co wraca mi siły. Nic z tego za bardzo nie 

rozumiałam, ale instynktownie czułam, że 

to moja jedyna deska ratunku. 

Minął rok. Szłam na Mszę św. i cie-

szyłam się, że „swoje odrobiłam”, i że 

jeśli nie chcę, nie muszę już podcho-

dzić  do  Komunii  i  przeżywać  po  raz 

kolejny towarzyszących temu katuszy. 

Ludzie  szli,  a  ja  siedziałam  w  ławce, 

ksiądz  skończył  rozdawanie  Komu-

nii,  a  ja  uczułam  coś  dziwnego  w 

sercu, coś, co przyszło do mnie jakby 

z zewnątrz. Serce ścisnął mi żal nie do 

opisania, taki, z jakim żegna się uko-

chaną osobę na dworcu. Łzy popłynę-

ły, smutek ściskał serce i wtedy zrozu-

miałam: odczułam brak Jezusa, zrozu-

miałam,  że  Komunia  św.  to  nie  tylko 

kawałek  białego  opłatka,  że  ja  przyj-

muję żywego Boga. Mój żal wypływał 

z faktu dobrowolnej rezygnacji z przy-

jęcia  Go  do  swojego  serca.  Otworzy-

ły mi się oczy, dopiero wówczas wiele 

rzeczy zrozumiałam. 

Dziś  staram  się  być  blisko  Boga, 

często  uczestniczę  we  Mszy  św.  Pan 

często  nawiedza  moje  serce  i  zale-

wa  je  swą  miłością,  choć  nie  szczę-

dzi również krzyży i cierpienia, nigdy  

jednak nie zostawia mnie z tym samej. 

Moja  walka  ze  złym  zabrała  mi  jesz-

cze  wiele  lat  i  nadal  trwa,  ale  Bóg 

mnie chroni.

Ogarnia mnie tylko paniczny strach, 

gdy  widzę  jak  wielu  ludzi  zabawia  się 

we wróżbiarstwo, tarota, magię. Wiem, 

co to oznacza i jakie są tego konsekwen-

cje. Również dlatego zdecydowałam się 

napisać to świadectwo, żeby przestrzec 

wszystkich przed tego typu praktykami.

Matko Boża, dziękuję za Twą opiekę, 

że mnie nie zostawiłaś, choć mój obie-

cany różaniec był taki krótki. Ze wzglę-

du na moje marne „Zdrowaś Mario”, Ty 

mnie, Matuś, nie opuściłaś.

Krysia 

Joga 

śmiertelne zagrożenie

Praktykowanie jogi oraz innych wschodnich technik medytacji 

i koncentracji prowadzi do odblokowania w człowieku kanałów 

energetycznych po to, aby mógł przyjmować energię okultystyczną 

(określaną jako 

kundalini). Kanały te mają się znajdować po obu 

stronach kręgosłupa i wychodzić przez otwory nosowe. 

background image

ciała  (asany),  kontrolowania  oddechu  i 

jego  skanalizowania  (pranajana),  oraz 

do powtarzania mantr, co ma odblokować 

energię na poziomie mentalnym. Mantra 

jest swego rodzaju autohipnozą inteligen-

cji,  ma  doprowadzić  do  zawieszenia  jej 

działania,  do  utraty  świadomości  osobo-

wej – nirwany, zjednoczenia z przyrodą, 

ale na zasadzie jakiegoś rozpłynięcia się 

w niej. Jest to stan przypominający działa-

nie narkotyków, prowadzi do chwilowego 

zapomnienia osobistych problemów.

W  ostateczności  takie  zjednoczenie 

ze  wszystkim  prowadzi  do  doświadcze-

nia  całkowitej  samotności.  Jest  to  prze-

ciwne  ludzkiej  naturze,  gdyż  ostatecz-

nym powołaniem człowieka jest miłość. 

Aby zaistniała miłość, muszą być dwie 

osoby.  Miłość  jest  tylko  międzyosobo-

wa.  Natomiast  nirwana  jest  doświad-

czeniem totalnej samotności. Cała tech-

nika  i  główny  cel  praktykowania  jogi 

sprzeciwia się więc ostatecznemu powo-

łaniu człowieka. Bóg nie stworzył nas w 

tym  celu,  abyśmy  stopili  się  w  jedno  z 

naturą i zatracili swoją osobowość. Powo-

łał  nas  do  istnienia,  abyśmy  w  wolności 

nawiązali z Nim osobową relację miłości 

przez przyjmowanie daru Jego Miłości w 

Boskiej  Osobie  Ducha  Świętego.  W  ten 

sposób Bóg pragnie czynić nas świętymi, 

czyli dokonywać dzieła naszego przebó-

stwienia,  a  przez  nas  uświęcania  świata. 

Wtedy nasza osobowość będzie się rozwi-

jać  i  osiągać  swoją  pełnię  przez  zjedno-

czenie w miłości z Bogiem.

Trzeba  pamiętać,  że  w  religiach 

wschodu wszystko jest przejawem boga, 

wszystko  jest  bogiem,  a  człowiek  ma 

sobie  uświadamiać,  że  on  też  sam  jest 

bogiem.  W  takim  rozumieniu  bóg  nie 

jest Bogiem osobowym, ale siłą kosmicz-

ną, a człowiek powinien wyzwolić się ze 

złudzenia  swojej  osobowości,  aby  mógł 

zjednoczyć  się  z  energią  całej  przyrody, 

z  wielką  całością,  niejako  wtopić  się  w 

energię  bożą.  Można  to  osiągnąć  tylko 

za cenę wyrzeczenia się swojej osobowo-

ści, zatracenia swojego jedynego i niepo-

wtarzalnego „ja”. Skoro ja jestem bogiem 

i inni ludzie są bogami, nie mogę powie-

dzieć „ja”, nie mogę nawiązywać relacji 

miłości  z  innymi  ludźmi.  Z  Objawienia 

dowiadujemy się, jak błędne i szkodliwe 

jest takie myślenie, gdyż Bóg jest Stwór-

cą natury i z nią się nie zlewa. Bóg jest 

transcendentny  w  stosunku  do  wszyst-

kich stworzeń. Jest On Trójcą Osób i pra-

gnie, aby człowiek nawiązał z Nim oso-

bową  relację  i  przez  to  potwierdził  oraz 

rozwinął niepowtarzalność swojej osoby. 

Staje się oczywiste, że mamy tu do czy-

nienia z dwoma przeciwstawnymi dro-

gami  duchowości:  joga  i  inne  tech-

niki  medytacji  wschodniej  proponu-

ją  mistykę  naturalną  wtopienia  czło-

wieka  w  całą  przyrodę  przez  zatra-

cenie  wymiaru  osobowego,  natomiast 

duchowość judeochrześcijańska ukazu-

je drogę niesamowitego rozwoju osoby 

ludzkiej,  która  dokonuje  się  poprzez 

relacje miłości z Bogiem i innymi ludź-

mi, aż do doprowadzenia go do uczest-

nictwa  w  Boskiej  naturze  (2  P  1,4),  do 

stania się dzieckiem Bożym.

ks. M. Piotrowski TChr 

nr 5-2003 •

 

 19

dossier: 

okultyzm

background image

Ja sama wywodzę się z tego środowi-

ska, dlatego poczułam taką potrzebę, ale 

i obowiązek ostrzeżenia, czy chociażby 

zwrócenia  uwagi  na  pewne  aspekty  tej 

działalności.

Urodziłam  się  i  wychowałam  w 

rodzinie  wierzącej,  lecz  niepraktykują-

rodzinie  wierzącej,  lecz  niepraktykują

rodzinie  wierzącej,  lecz  niepraktykują

cej.  W  wieku  25  lat  wyszłam  za  mąż. 

Wkrótce na świat przyszła nasza córecz-

ka,  a  po  3  latach  syn. W  tym  czasie  w 

kościele  bywaliśmy  bardzo  rzadko. 

Codziennie modliłam się do ֲ„swojego” 

Pana Boga i uznawałam siebie za dużo 

lepszą chrześcijankę od innych chodzą-

lepszą chrześcijankę od innych chodzą

lepszą chrześcijankę od innych chodzą

cych  do  kościoła  (jak  bardzo  się  myli-

łam!).  Nasze  kłopoty  zaczęły  się,  gdy 

po  raz  pierwszy  zachorował  syn.  Miał 

wtedy  niecałe  2  miesiące  i  został  prze-

wieziony do szpitala z ciężkimi duszno-

ściami. Sytuacja była poważna – drżeli-

śmy o jego życie i zdrowie. Syn wyzdro-

wiał,  lecz  za  pół  roku  znowu  się  dusił. 

Ostatecznie przebywał w szpitalu 3 razy. 

Za każdym razem sytuacja była poważ-

na, a przyjazd do szpitala odbywał się w 

dramatycznych okolicznościach.

Pomimo  leczenia  i  wielu  zabiegów, 

stan  jego  zdrowia  nie  poprawiał  się. 

Wtedy  postanowiliśmy  ratować  syna 

inaczej.  Jeździliśmy  do  wielu  znanych 

bioenergoterapeutów,  zielarzy;  leczony 

był homeopatycznie, biorezonansem i w 

sanatoriach. Niestety, niewiele to pomo-

gło. Nawet najlepszy bioenergoterapeu-

ta  w  Polsce  (według  rankingu  jednej  z 

gazet) mu nie pomógł. W końcu posta-

nowiliśmy wziąć zdrowie syna w swoje 

ręce. Podczas wizyty u innej bioenergo-

terapeutki zostaliśmy zachęceni do tego, 

aby  kłaść  ręce  na  syna,  gdy  jest  chory. 

Odkryła ona u męża zdolności bioener-

goterapeutyczne i przekonywała, że ma 

dużo energii i warto to wykorzystać.

Na  Targach  Ezoterycznych  chcieli-

śmy  więc  sprawdzić  zdolności  męża  u 

radiestety. Okazało się, że mąż ma duże 

predyspozycje i wysoki poziom energii. 

Radiesteta  namówił  nas  na  ukończenie 

kursu  reiki  i  radiestezji.  Byliśmy  zafa-

scynowani  tą  dziedziną.  Coraz  bardziej 

nas  to  wciągało.  Ja,  oczywiście,  chcia-

Tak wiele mówi się ostatnio o bioenergoterapii, radiestezji, 

wróżbiarstwie i innych niekonwencjonalnych metodach 

uzdrawiania. Jest to temat dosyć drażliwy, ponieważ 

te metody mają zarówno wielu przeciwników jak i 

zwolenników. Kościół wypowiada się jednoznacznie na ten 

temat, a pomimo tego ludzie prawie masowo korzystają z 

usług gabinetów medycyny niekonwencjonalnej.

bo porzuciłam bioenergoterapię

Odniosłam sukces,

świadectwo

20 

• 

nr 5-2003

background image

łam  uzdrawiać  cały  świat.  Rzeczywi-

ście  wyniki  miałam  bardzo  dobre,  to 

znaczy  wszystkim  moje  zabiegi  poma-

gały. Zachęceni dobrymi osiągnięciami, 

wspólnie  z  mężem  ukończyliśmy  jesz-

cze  kurs  bioenergoterapii.  Marzyłam  o 

otwarciu gabinetu medycyny naturalnej. 

Byłam bardzo zafascynowana tymi tech-

nikami i gorliwie je wykorzystywałam.

Minęło  1,5  roku  od  ukończenia 

wszystkich kursów. Przez cały ten czas 

bardzo dużo się uczyłam, przeczytałam 

wiele  książek  i  moja  wiedza  pozwala-

łaby  mi  już  na  zrealizowanie  swojego 

marzenia, gdyby... No właśnie, na kursie 

bioenergoterapii  poznałam  osobę,  dzię-

ki której wraz z mężem na nowo odkry-

liśmy Boga. A potem to już tylko zaufa-

liśmy Mu i poddaliśmy się Jego prowa-

dzeniu.  Zrozumiałam  wtedy  wiele  rze-

czy,  uświadomiłam  sobie,  jak  bardzo 

się  myliłam,  wchodząc  na  ścieżkę  bio-

energoterapii.  W  tym  duchu  i  na  pod-

stawie  doświadczenia  znanych  mi  osób 

odkryłam,  jak  niebezpieczne  mogą  być 

praktyki  uzdrawiania  ludzi.  Im  więcej 

się  modliłam,  tym  mniej  miałam  prze-

konania  do  bioenergoterapeutycznych 

praktyk.  Aż  pewnego  dnia  zrozumia-

łam, że nie potrzebne mi są już symbo-

le, znaki, układy rąk, a wystarcza modli-

twa. Odzyskałam wiarę i przyznałam, że 

Mistrz jest tylko jeden, a jest Nim Jezus 

Chrystus. 

Z  przerażeniem  patrzę  teraz  wstecz 

na  moje  doświadczenie.  Myślałam,  że 

będę  uzdrawiać  ludzi,  a  nie  potrafi-

łam  pomóc  sobie.  Nie  wiedziałam,  że 

najpierw  trzeba  uzdrowić  swoje  wnę-

trze, swoją duszę, zmienić swój sposób 

myślenia, dopiero później innym poma-

gać.  A  moja  dusza  była  chora,  zdezo-

rientowana i zagubiona. Żeby wyleczyć 

ciało,  trzeba  najpierw  uzdrowić  duszę. 

A czy duszę może uzdrowić bioenergo-

terapeuta  w  ciągu  trwającego  15  minut 

zabiegu? 

Oficjalnie  nie  mówi  się  o  zagroże-

niach  płynących  z  bioenergoterapii  czy 

radiestezji, co najwyżej uważa się ludzi, 

którzy  się  tym  zajmują  za  niegroźnych 

dziwaków. A jednak te zagrożenia istnie-

ją i są poważne. Tysiące osób odwiedza 

gabinety  medycyny  naturalnej.  Często 

bardzo chorzy ludzie wyruszają na drugi 

koniec  Polski,  by  spotkać  się  ze  słyn-

nym 

bioenergoterapeutą-uzdrowicie-

lem. Dziś pytam: ilu osobom faktycznie 

to pomaga? Osobiście znam osoby, któ-

rym taka wizyta zaszkodziła. Myślę, że 

najbardziej przykre jest to, że niektórzy 

bioenergoterapeuci obiecują, że wyleczą 

z  każdej  choroby.  Czy  nie  jest  to  nad-

użycie?  Przecież  człowiek  chory  zrobi 

wszystko, by wyzdrowieć. 

Obserwowałam  na  Targach  Ezote-

rycznych  wielu  „cudotwórców”  operu-

jących „potężną siłą energii uzdrawiają-

cej” i jestem porażona tymi poczynania-

mi. Wśród  tłumu  ludzi,  zgiełku,  hałasu 

chcą leczyć ludzkie dusze i ciała, gubiąc 

szacunek  i  otwartość  na  drugiego  czło-

wieka.  Widzę  w  tym  więcej  zabiegów 

komercyjnych  i  zwyczajnego  „robienia 

pieniędzy” na ludzkim nieszczęściu, niż 

prawdziwej troski o bliźniego. Wiem, że 

zdarzają się tzw. cudowne uzdrowienia. 

Nie  wiem  tylko,  ile  jest  w  tym  zbiegu 

okoliczności, a ile działania mocy zła... 

Za równie niepokojący uważam sposób 

organizowania kursów z zakresu uzdra-

wiania. Czasem w ciągu zaledwie 2 dni 

można  zrobić  kurs  i  od  razu  otwierać 

gabinet! Przy zapisach nie sprawdza się 

ani  predyspozycji,  ani  stanu  psychicz-

nego  czy  moralnego  kandydata.  Każdy 

może  przyjść  i  odbyć  taki  kurs,  a  stąd 

już niedaleko do tragedii. 

Od  około  roku  w  każdą  niedzielę  i 

święto chodzę do kościoła na Euchary-

stię. Każda Msza św. to dla mnie wiel-

kie przeżycie, umocnienie wiary i zjed-

noczenie  z  Jezusem.  Zanoszę  Chrystu-

sowi Eucharystycznemu swoje intencje, 

podziękowania  i  zawsze  jestem  wysłu-

chana. Dla Niego po wielu latach przy-

stąpiłam do sakramentu spowiedzi św. i 

przeżycie to uświadomiło mi, jak wiel-

kie jest Miłosierdzie Boże. Chorego syna 

powierzam  więc  Jezusowi  Miłosierne-

mu. Z pełną ufnością, szczerym, otwar-

tym sercem proszę Jezusa w modlitwie 

o pomoc dla dziecka. I syn choruje teraz 

rzadziej, nie ma już duszności. 

Cały  czas  staram  się  pracować  nad 

sobą,  doskonalę  swoje  wnętrze,  poma-

gam bliskim na miarę swoich możliwo-

ści.  Modląc  się,  nie  wymieniam  całej 

serii  próśb,  mówię  tylko:  „Panie  pro-

wadź,  niech  będzie  wola  Twoja,  Jezu 

ufam Tobie”. I proszę mi uwierzyć, jest 

to  najcudowniejsza  „metoda  biotera-

peutyczna”  na  wszelkie  troski,  a  Jezus 

wciąż  okazuje  się  najlepszym  Uzdro-

wicielem!

Anna 

W

 

Katechizmie Kościoła 
Katolickiego czytamy: 
„Należy odrzucić 

wszystkie formy wróżbiarstwa: 
odwoływanie się do Szatana lub 
demonów, przywoływanie zmarłych 
lub inne praktyki mające rzekomo 
odsłaniać przyszłość. Korzystanie z 
horoskopów, astrologia, chiromancja, 
wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, 
zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie 
się medium są przejawami chęci 
panowania nad czasem, nad historią 
i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie 
pragnieniem zjednania sobie ukrytych 
mocy. Praktyki te są sprzeczne ze 
czcią i szacunkiem – połączonym 
z miłującą bojaźnią – które należą 
się jedynie Bogu (2116). Wszystkie 
praktyki magii lub czarów, przez które 
dąży się do pozyskania tajemnych 
sił, by posługiwać się nimi i osiągać 
nadnaturalną władzę nad bliźnim 
– nawet w celu zapewnienia mu 
zdrowia – są w poważnej sprzeczności 
z cnotą religijności. Praktyki te należy 
potępić tym bardziej wtedy, gdy 
towarzyszy im intencja zaszkodzenia 
drugiemu człowiekowi lub uciekanie 
się do interwencji demonów. Jest 
również naganne noszenie amuletów. 
Spirytyzm często pociąga za sobą 
praktyki wróżbiarskie lub magiczne. 
Dlatego Kościół upomina wiernych, 
by wystrzegali się ich. Uciekanie się 
do tak zwanych tradycyjnych praktyk 
medycznych nie usprawiedliwia 
ani wzywania złych mocy, ani 
wykorzystywania łatwowierności 
drugiego człowieka” (2117).

nr 5-2003 •

 

 21

dossier: 

okultyzm

background image

homeopatii

22 

• 

nr 5-2003

Jakie  są  źródła  i  doktrynalne  pod-

stawy  homeopatii?  Twórcą  stosowa-

nej  dzisiaj  homeopatii  jest  urodzo-

ny  w  1755  r.  dr  Samuel  Hahnemann. 

W  1810  r.  napisał  książkę  Organon  of 

Rational  Healing.  Jest  to  najważniej-

sze dzieło homeopatii, z którego dowia-

dujemy  się  o  ścisłych  powiązaniach  tej 

metody leczenia z magnetyzmem zwie-

rzęcym.  Czytamy  tam,  że  ludzkie  cho-

roby  są  spowodowane  przez  wyłącz-

nie  duchowe  (dynamiczne)  zaburzenia 

mocy  ducha  (witalnej  zasady)  ożywia-

jącej  ludzkie  ciało  (por.  Organon,11). 

Lekarstwo ma działać na energię witalną 

i dlatego ma przypominać chorobę, być 

do niej podobne. 

Lek  homeopatyczny  musi  być  mak-

symalnie  rozcieńczony.  Stopień  roz-

cieńczenia oznacza się literą D (system 

dziesiętny)  lub  C  (system  setny).  Sys-

tem D polega na tym, iż 1 kroplę „leku” 

mieszamy  z  9  kroplami  wody  lub,  rza-

dziej,  alkoholu;  otrzymujemy  roztwór 

D1,  następnie  1  kroplę  D1  z  9  kropla-

mi  wody  otrzymujemy  roztwór  D2  itd. 

itd.  System  setny  C  polega  na  tym,  iż 

1 kroplę „leku” mieszamy z 99 kropla-

mi wody czy alkoholu, otrzymując w ten 

sposób  roztwór  C1  (CH1),  następnie  1 

kroplę C1 z 99 kroplami wody i mamy 

C2 itd. Rozcieńczenia niskie wahają się 

między D1 a D10 (C5), zaś rozcieńcze-

nia wysokie od CH5 do CH30, a nawet 

CH100 itd. Z naukowego punktu widze-

nia,  biorąc  na  przykład  sól  kuchenną, 

za  pomocą  prostego  rachunku  można 

dowieść,  że  w  roztworze  od  CH12  nie 

ma już ani jednej cząsteczki tego związ-

ku. A więc co „leczy”?...

Dr.  medycyny  H.J.  Bopp  z  St.  Gall 

w  Szwajcarii  pisze:  „By  skonstatować 

absurdalność  leczenia  homeopatyczne-

go,  skorzystamy  z  przewodnika  Guide 

pratique  d‘homéopathie  J.  Hodlera. 

Zgodnie  z  prawem  podobieństw  dora-

dza on podanie Calculi renalis (kamie-

nie nerkowe) CH9 choremu cierpiącemu 

na te właśnie kamienie nerkowe. Ocze-

kuje się więc zniknięcia kamicy nerko-

wej  i  uleczenia  chorego  poprzez  zasto-

sowanie  leku  zawierającego  sproszko-

wany  kamień  nerkowy,  rozpuszczony 

w  stężeniu  1/100000000000000000000 

(18  zer).  Ten  sposób  leczenia  staje  się 

co  najmniej  niebezpieczny  w  wypad-

ku  choroby  zakaźnej”  (Brulion  1/1999, 

str. 130).

Drugim  etapem  przygotowania 

leków  homeopatycznych  jest  potencja-

lizacja  lub  dynamizacja,  która  polega 

na powtarzanych przy każdym rozcień-

czaniu  wstrząśnięciach.  Owe  wstrzą-

sy  mają  uchwycić  niewidzialną  energię 

okultystyczną czyli niematerialną naturę 

substancji. W Organonie czytamy: „Le-

karz jest w stanie usunąć owe chorobo-

we  zaburzenie  jedynie  poprzez  oddzia-

ływanie  na  ową  niematerialną  energię 

przy  pomocy  substancji  obdarzonych 

mocami  modyfikującymi,  także  niema-

terialnymi,  a  odbieranymi  przez  uner-

wioną  wrażliwość  obecną  w  organi-

zmie.  Tak  oto  dzięki  ich  dynamiczne-

mu  oddziaływaniu  na  energię  witalną 

mogą leki przywrócić zdrowie i rzeczy-

wiście  odnowić  równowagę  biologicz-

ną chorego”Jak widać ta zasada wpro-

wadza nas w świat okultyzmu, używania 

tajemnych mocy, a na ten temat Kościół 

wypowiada  się  jednoznacznie:  wszyst-

kie praktyki magii i czarów, przez które 

dąży  się  do  pozyskania  tajemnych  sił, 

by posługiwać się nimi i osiągnąć nad-

naturalna władzę nad bliźnim – nawet 

w celu zapewnienia mu zdrowia – są w 

poważnej  sprzeczności  z  cnotą  religij-

ności (tzn. są grzechem ciężkim) (KKK 

2117). 

W kręgu producentów leków home-

opatycznych jest powszechnie wiadome, 

że w celu znalezienia nowego leku sto-

suje  się  praktyki  okultystyczne,  waha-

dełka,  seanse  spirytystyczne,  podczas 

których prosi się duchy o informacje. 

Dr  H.  J.  Bopp  pisze,  że  „homeopa-

tia  spokrewniona  jest  z  magnetyzmem, 

praktyką  hipnotyzerów  oraz  terapią 

opierającą  się  na  odczytywaniu  infor-

macji z kształtu małżowiny usznej (au-

riculo  therapie),  a  przecież  wszystkie 

te metody są albo okultystyczne, albo z 

okultyzmem powiązane (occultus – nie-

znany).  Nasz  wysiłek  powinien  zmie-

rzać  do  demistyfikacji  pozorów  nauko-

wości  tych  metod,  które  nie  są  przeko-

nywające, kiedy bada się źródło, teorię, 

praktykę oraz bieżące świadectwa, doty-

czące efektów ich zastosowania. Naiw-

nością byłoby oczekiwać jasnej i rzetel-

nej  odpowiedzi,  czy  też  odsłaniających 

prawdę  wyjaśnień  ze  strony  lekarzy 

lub  farmaceutów  leczących  za  pomo-

cą  homeopatii.  I  choć  na  pewno  istnie-

ją  wśród  nich  ludzie  uczciwi  i  sumien-

ni,  szukający  sposobu  korzystania  z 

homeopatii  w  oderwaniu  od  jej  tajem-

nych  praktyk,  to  jednak  wpływ  okul-

tyzmu,  z  natury  swej  ukryty,  często 

pod  przykrywką  pseudonaukowej  teo-

rii,  nie  znika  ani  nie  zostaje  zneutrali-

zowany  przez  fakt  powierzchownego 

potraktowania,  które  zadowala  się  po 

prostu  zanegowaniem  istnienia  takie-

go  wpływu.  Homeopatia  jest  po  prostu 

niebezpieczna. Jest całkowicie sprzecz-

na  z  nauczaniem  Słowa  Bożego.  Chce 

Pułapka

Termin homeopatia pochodzi z połączenia dwóch słów: 

homois 

(podobny) i 

pathos (ból). Leksykon PWN stwierdza, że „homeopatia 

to nieuznawana przez naukę metoda leczenia polegająca 

na stosowaniu w bardzo dużym rozcieńczeniu środków, które 

w normalnym stężeniu powodują objawy podobne do objawów 

danej choroby”. Homeopatia jest więc systemem terapeutycznym 

polegającym na „leczeniu” chorych przy pomocy takich środków, 

które wywołują objawy identyczne z tymi, które chcemy wyleczyć. 

„Podobne leczy się podobnym”. 

background image

nr 5-2003 •

 

 23

dossier: 

okultyzm

ona  leczyć  za  pomocą  substancji  zdy-

namizowanych,  a  to  oznacza  –  obcią-

żonych  «ładunkiem»  okultystycznym. 

Leczenie homeopatią jest więc owocem 

praktycznego przyjęcia filozofii i religii 

hinduizmu,  panteistycznej  i  ezoterycz-

nej”. Dr Bopp pisząc o tym, jaka powin-

na  być  postawa  chrześcijanina  wobec 

homeopatii stwierdza, że „Pismo Święte 

wyraźnie przestrzega przed konsekwen-

cjami praktykowania spirytyzmu i astro-

logii,  które  homeopatia  ma  w  wielkim 

poważaniu.

Nie będziecie się zwracać do wywo-

łujących  duchy  ani  do  wróżbitów.  Nie 

będziecie  zasięgać  ich  rady,  aby  nie 

splugawić się przez nich. Ja jestem Pan, 

Bóg wasz (Kpł 19,31); Nie znajdzie się 

pośród  ciebie  nikt,  kto  by  przeprowa-

dzał przez ogień swego syna lub córkę, 

uprawiał  wróżby,  gusła,  przepowied-

nie i czary, nikt, kto by uprawiał zaklę-

cia, pytał duchów i widma, zwracał się 

do  umarłych.  Obrzydliwością  jest  dla 

Pana każdy, kto to czyni (Pwt 18,10-12). 

Pan Bóg uważa te grzechy za plugawią-

ce nas, za duchową prostytucję, ohydę. 

Jego przestroga jest uroczysta. 

Zażywanie  leków  homeopatycz-

nych  oraz  wyrobów  antropozoficznych 

(Weleda)  jest  jak  najbardziej  niewska-

zane  i  odradzane.  Niektórzy  wierzący 

myślą,  że  leki  homeopatyczne  o  bar-

dzo  niskim  stężeniu  (do  D6)  są  ducho-

wo nieszkodliwe. Nawet jeśli wziąć pod 

uwagę,  że  współcześnie  leki  homeopa-

tyczne produkowane metodą przemysło-

wą są dynamizowane mechanicznie, już 

samo  przyjęcie  i  leczenie  homeopatią 

jest owocem praktycznego uznania filo-

zofii i religii hinduizmu. Kontakt z nie-

materialną  istotą  rzeczy,  z  niewidzial-

ną  siłą  świata  ezoterycznego  działają-

cego w leku, kala chrześcijanina. Tajem-

ne, okultystyczne działanie w homeopa-

tii  przenosi  się  na  osobę  chorego,  pod-

daje  go  (świadomego  lub  nie)  działa-

niu  złego  ducha.  Wielokrotnie  rezulta-

tem  tego  jest  pewien  związek  z  szata-

nem. Można zostać wyleczonym z cho-

roby  ciała,  ale  za  to  następuje  w  czło-

wieku zachwianie równowagi psychicz-

nej,  a  w  życiu  duchowym  regres.  Zna-

czącym jest fakt, że często w tych rodzi-

nach,  które  stosują  takie  metody  lecze-

nia, spotkać można depresje.

Ludzie  wierzący  nie  powinni  dać 

się skusić faktem zadziwiających uzdro-

wień przy pomocy homeopatii. Nie cho-

dzi  o  to,  by  je  zanegować,  nawet  jeśli 

medycyna  naukowa  nie  znajduje  wyja-

śnień. Pismo Święte uczy nas, że szatan 

poprzez ludzi zdolny jest czynić cuda i 

uzdrowienia:  Powstaną  bowiem  fałszy-

wi  mesjasze  i  fałszywi  prorocy  i  dzia-

łać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd 

wprowadzić,  jeżeli  to  możliwe,  także 

wybranych (2 Tes 2,9-10).

Co należy czynić, jeśli spostrzegamy, 

że wystawiliśmy siebie na owo tajemne 

działanie? Przede wszystkim konieczna 

jest skrucha i odcięcie od takiego wpły-

wu. Należy uwierzyć całym sercem, po 

uznaniu  swych  grzechów,  w  całkowi-

te  wyzwolenie  poprzez  Ofiarę  i  Prze-

najdroższą  Krew  Chrystusa,  wylaną 

na  Krzyżu.  Spotkanie  z  wiernymi  (du-

chownymi  lub  świeckimi),  doświad-

czonymi  w  tej  dziedzinie  jest  często 

konieczne,  szczególnie  jeśli  zaistnia-

ły  problemy  psychiczne  lub  duchowe. 

Pan Jezus przyszedł zbawić i wyzwolić. 

Jeśli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako 

wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i 

oczyści nas z wszelkiej nieprawości (l J 

1,9). Jeśli więc Syn was wyzwoli, wów-

czas  będziecie  rzeczywiście  wolni  (J  8, 

36). (dr H. J. Bopp, La Bonne Nouvelle

Olivet  1984.  cyt.  za  Brulion  1/1999, 

s.132-133)

Red 

background image

2

nr 5-2003

Proponują  im  łatwe  osiągnięcie 

szczęścia, sukcesu życiowego, pozbycie 

się kłopotów i problemów zdrowotnych. 

Ich działalność jest często reklamowana 

w środkach masowego przekazu, w pro-

gramach  telewizyjnych  i  radiowych,  za 

pośrednictwem prasy i książek, interne-

tu, ulotek. Oferują swoją „niezawodną” 

pomoc  w  problemach  sercowych,  eko-

nomicznych, zdrowotnych. Zapewniają, 

że  potrafią  leczyć  choroby,  przepowia-

dać  przyszłość  i  udzielać  zbawiennych 

porad  na  wszystkie  nękające  proble-

my.  Rozprowadzają  amulety,  talizma-

ny, proszki na szczęście, kadzidła miło-

ści itp., wszystko za odpowiednio wyso-

ką  opłatą,  z  zapewnieniem  „niezawod-

ności” działania. 

Im bardziej w społeczeństwie pogłę-

bia  się  analfabetyzm  religijny  i  słabnie 

autentyczna wiara w Chrystusa, tym bar-

dziej ludzie skłonni są wierzyć i korzy-

stać z ofert różnych uzdrawiaczy, wróż-

bitów,  magów.  Istnieją  wróżbici  i  cza-

rownice,  którzy  w  celu  zamaskowania 

swojej  przewrotnej  działalności  często 

posługują  się  obrazkami  świętych  lub 

krzyżami, a w magiczne rytuały wplatają 

modlitwę „Ojcze nasz”. Ich okultystycz-

ne  praktyki  stanowią  dokładne  zaprze-

czenie religii i wiary w Boga. Okultyzm 

w  różnych  swoich  postaciach  jest  reli-

gią  szatana.  Praktykujący  różne  odmia-

ny okultyzmu (wróżenie, czytanie myśli, 

oddziaływanie  na  różne  osoby,  pano-

wanie  nad  siłami  natury,  kulty  i  medy-

tacje  wschodu,  joga,  kontakt  ze  zmar-

łymi)  są  przekonani,  że  mogą  do  wła-

snych  celów  wykorzystać  siły  wyższe. 

Często  nie  są  świadomi,  że  to  właśnie 

te tajemnicze siły podporządkowują ich 

sobie  i  zniewalają.  Człowiek,  który  się 

modli i ufa Bogu pragnie odczytać Jego 

plany  i  im  się  dobrowolnie  podporząd-

kować.  Natomiast  uprawiając  magię, 

on  sam  chce  decydować  o  tym,  co  jest 

dla niego dobre, a co złe i posługuje się 

tajemniczymi,  niematerialnymi  siłami, 

aby  według  własnych  planów  budować 

swoją  przyszłość.  W  ten  sposób  stawia 

siebie w miejscu Boga, przez co ciężko 

grzeszy  przeciwko  pierwszemu  przyka-

zaniu: Nie będziesz miał Bogów cudzych 

przede mną (Wj 20, 3); 

przede mną

przede mną

Słuchaj, Izraelu, 

Pan jest naszym Bogiem – Panem jedy-

nym. Będziesz miłował Pana, Boga two-

jego, z całego swego serca, z całej duszy 

swojej,  ze  wszystkich  swych  sił  (Pwt  6, 

swojej,  ze  wszystkich  swych  sił

swojej,  ze  wszystkich  swych  sił

4-5). 

Czarownicy,  wróżbici,  astrologo-

wie,  bioenergoterapeuci  wywołujący 

duchy oddają się pod panowanie demo-

nicznych mocy, które posługują się nimi 

do  swych  celów.  Ludzie  słabej  wiary, 

albo tacy, którzy zerwali swoje więzy z 

Bogiem, szukają pełni szczęścia w zdro-

wiu, bogactwie, władzy, uznaniu, przy-

jemności. 

Ci  wszyscy,  którzy  nie  wierzą,  że 

człowiekowi tak naprawdę do szczęścia 

potrzebny  jest  tylko  Bóg,  bardzo  łatwo 

ulegają  pokusie  złego  ducha,  który 

mówi:  Tobie  dam  potęgę  i  wspaniałość 

tego wszystkiego, bo mnie są poddane i 

mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc 

upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko 

Zawiniona ignorancja podstawowych prawd chrześcijaństwa, 

analfabetyzm religijny jest poważną winą oraz źródłem wielu tragedii 

życiowych. Żerują na nim różnego rodzaju sekciarze, wróżbici, 

magowie, astrologowie, bioenergoterapeuci, którzy codziennie 

na masową skalę oszukują naiwnych ludzi, wyciągając od nich 

wielkie sumy pieniędzy. 

religia szatana

background image

będzie  Twoje  (Łk  4,  6-7).  I  dlatego  tak 

wielu  ludzi  szuka  rozwiązania  swoich 

problemów, pomocy, szczęścia u wróżą-

cych z kart, bioenergoterapeutów, jasno-

widzów,  astrologów,  wróżbitów,  cza-

rowników.  W  ten  sposób  dobrowolnie 

oddają siebie pod działanie i wpływ sił 

demonicznych.  Za  pomocą  amuletów, 

talizmanów,  rytuałów,  formuł,  gestów 

pragną  zdobyć  władzę,  panować  nad 

otaczającą  rzeczywistością,  osiągnąć 

szczęście, bronić się przed niepowodze-

niami,  chorobą  i  jak  najwięcej  odnieść 

korzyści osobistych. 

Są  również  ludzie,  którzy  w  dobrej 

wierze  praktykują  radiestezję,  bio-

energoterapię  i  nie  zdają  sobie  sprawy 

z  tego,  na  jak  wielkie  niebezpieczeń-

stwo  wystawiają  siebie  i  tych  wszyst-

kich,  którym  pragną  pomóc.  Bioener-

goterapeuta zawsze otwiera się na dzia-

łanie energii okultystycznej i przekazu-

je ją osobie, którą uzdrawia. W ten spo-

sób, często nieświadomie, naraża siebie 

i leczone osoby na działanie złych mocy. 

Jacques Verlinde, jeden z największych 

znawców  tej  problematyki,  stwierdza: 

„Mógłbym  tu  zacytować  wiele  kon-

kretnych przypadków, w których osoby 

uzdrowione przez bioenergoterapeutę w 

kilka miesięcy potem zaczęły mieć trwa-

łe  i  niepokojące  objawy  innego  typu. 

Bardzo  często  są  to  stany  o  wiele  bar-

dziej  skomplikowane  aniżeli  te,  z  któ-

rymi  przyszli  na  leczenie,  a  na  doda-

tek ludzie ci są u kresu sił... Ciągłe bóle 

głowy, bezsenność, niepokoje psychicz-

ne, nawet duchowe. W takim stanie idą 

do księdza i jeżeli ten jest świadom tych 

spraw,  będzie  mógł  dokonać  anamne-

zy (przypomnieć wydarzenia) i, według 

mego doświadczenia, w wielu przypad-

kach,  których  nie  można  było  wytłu-

maczyć,  odnajduje  się  prawie  zawsze 

albo praktykowanie okultyzmu, i wtedy 

wszystko jest jasne, albo poddawanie się 

mniej  lub  bardziej  regularnie  różnym 

niekonwencjonalnym  terapiom,  albo 

kontakty z wróżkami, osobami będący-

mi  jasnowidzami  itp.  Co  wtedy  należy 

czynić? Trzeba po prostu prosić w trak-

cie modlitwy o wyzwolenie – co wcale 

nie znaczy, że jest się opętanym, nie w 

tym rzecz. Mogą jednak zaistnieć związ-

ki pomiędzy osobą, która was leczyła, a 

wami.  Istnieje  możliwość,  że  poprzez 

kanał  tych  więzi  doznajemy  negatyw-

nych  wpływów.  Trzeba  zatem  pro-

sić  w  modlitwie,  aby  Pan  uciął  wszel-

kie więzy, które mogłyby was wiązać z 

uprzednimi  praktykami  okultystyczny-

mi”  (Świadectwo  życia  ojca  Jacques’a 

Verlinde, Brulion 1/1999 s.109).

Natomiast  „zawodowi”  wróżbi-

ci,  magowie,  różnej  maści  uzdrawia-

cze w pierwszych kontaktach są bardzo 

uprzejmi,  zachowują  się  jak  prawdziwi 

dobrodzieje  i  przyjaciele,  przedstawia-

ją  się  jako  jedyni,  którzy  potrafią  roz-

wiązać wszystkie problemy. Manipulują 

ludźmi i uzależniają od swoich praktyk. 

Kiedy dają klientowi talizman (lub inne 

przedmioty) mówią mu, że co jakiś czas 

musi on być „doładowany” energią. Za 

każde  „doładowanie”  trzeba  odpowied-

nio zapłacić. W ten sposób wyłudzają od 

naiwnych duże sumy pieniędzy. Niektó-

rzy z nich, aby zmylić klientów, wiesza-

ją  w  swoich  gabinetach  różańce,  figur-

ki  świętych,  obrazy  o.  Pio  lub  papie-

ża.  Często  posługują  się  również  pry-

watnymi  detektywami,  aby  jak  najwię-

cej dowiedzieć się o swoich klientach i 

później ich zaskakiwać w celu wyłudze-

nia pieniędzy. 

Jeden z nawróconych włoskich wróż-

bitów mówił, że talizmany są poddawa-

ne  specjalnemu  rytuałowi  i  ich  koszt 

uzależniony jest od ilości wypowiedzia-

nych nad nim przekleństw i bluźnierstw 

pod  adresem  Matki  Bożej. Tego  rodza-

ju  przedmioty  są  szczególnie  niebez-

pieczne dla osób, które je noszą, a także 

dla  ich  rodzin,  ponieważ  stają  się  zna-

kiem obecności i działania złych mocy. 

Egzorcyści mówią, że u osób noszących 

talizmany lub amulety, występują stany 

lękowe,  depresyjne,  przypadki  nękania 

przez złe duchy, a nawet opętania. 

Apelujemy  do  wszystkich,  którzy 

posiadają  wahadełka,  amulety,  talizma-

ny, lub inne przedmioty i książki zwią-

zane  z  okultyzmem,  aby  je  natych-

miast  zniszczyli  i  wyrzucili.  Najsku-

teczniejszą  obroną  przed  wpływami 

złych  duchów  jest  stan  łaski  uświęca-

jącej,  dlatego  jak  najczęściej  korzy-

stajcie  z  sakramentu  pokuty,  przyjmuj-

cie  czystym  sercem  Jezusa  w  Euchary-

stii i prowadźcie głębokie życie modli-

twy.  W  końcu  bądźcie  mocni  w  Panu 

– siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbro-

ję  Bożą,  byście  mogli  się  ostać  wobec 

podstępnych zakusów diabła. Nie toczy-

my  bowiem  walki  przeciw  krwi  i  ciału, 

lecz  przeciw  Zwierzchnościom,  przeciw 

Władzom, przeciw rządcom świata tych 

ciemności, przeciw pierwiastkom ducho-

wym zła na wyżynach niebieskich. Dla-

tego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, 

abyście w dzień zły zdołali się przeciw-

stawić i ostać, zwalczywszy wszystko (Ef 

6, 10-13).

Osoby, które miały kontakt z okulty-

zmem i na własnej skórze doświadczy-

ły  podstępnego  działania  złego  ducha, 

prosimy  o  przysyłanie  świadectw,  aby 

demaskować działanie diabelskich mocy 

w różnych odmianach okultyzmu.

Ks. M. Piotrowski TChr 

nr 5-2003 •

 

 25

W końcu bądźcie 

mocni w Panu

 

- siłą Jego potęgi. 

Obleczcie pełną zbroję 

Bożą, byście mogli się 

ostać wobec podstępnych 

zakusów diabła (Ef 6,10)

dossier: 

okultyzm