background image

ROZDZIA   2 

REPLIKATORY 

 

Na  pocz!tku  wszystko  by"o  proste.  Jednak  pocz!tki  nawet  prostego  wszech#wiata  s!  do#$  trudne  do 

wyja#nienia.  Mimo  to  wszyscy,  jak  s!dz%,  zgodz!  si%  ze  mn!,  &e  nag"e  powstanie  w  pe"ni  uorganizowanej  i 

skomplikowanej struktury &ycia, lub te& istoty zdolnej do stworzenia &ycia - wyja#ni$ by"oby jeszcze trudniej. Teoria 

ewolucji  drog!  doboru  naturalnego  sformu"owana  przez  Darwina  zadowala  nas,  gdy&  pokazuje  sposób,  w  jaki 

prostota  mo&e  si%  zmieni$  w  z"o&ono#$,  jak  nie  uporz!dkowane  atomy  mog!  grupowa$  si%  w  coraz  to  bardziej 

skomplikowane  twory,  by  doprowadzi$  w  ko'cu  do  powstania  cz"owieka.  Darwin  oferuje  rozwi!zanie 

podstawowego  problemu  naszego  istnienia  -jedyne  jak  dot!d,  które  brzmi  prawdopodobnie.  Spróbuj%  obja#ni$  t% 

wielk! teori% w sposób bardziej ogólny, ni& to si% zwykle robi, si%gaj!c do czasu sprzed pocz!tków samej ewolucji. 

Darwinowskie  „przetrwanie  najlepiej  przystosowanych”  jest  w  istocie  szczególnym  przypadkiem 

ogólniejszego  prawa  przetrwania  najstabilniejszych.  Wszech#wiat  zaludniaj!  obiekty  stabilne.  Obiekt  stabilny  to 

zbiór atomów na tyle niezmienny lub wystarczaj!co cz%sto spotykany, by zas"ugiwa$ na nadanie mu nazwy. Mo&e to 

by$  niepowtarzalny  zbiór  atomów  jak  Matterhom,  który  trwa  na  tyle  d"ugo,  &e  warto  go  nazwa$.  Mo&e  to  by$ 

równie&  klasa  bytów  takich  jak  krople  deszczu,  które  powstaj!  z  wystarczaj!co  du&!  cz%sto#ci!,  by  zas"u&y$  na 

zbiorcze  imi%,  nawet  je#li  ka&da  z  nich  trwa  krótk!  chwil%.  Obiekty,  które  widzimy  wokó"  nas  i  które  wed"ug  nas 

wymagaj!  opisu  -  ska"y,  galaktyki,  fale  oceanu  -  s!,  w  wi%kszym  lub  mniejszym  stopniu,  stabilnymi  uk"adami 

atomów. Ba'ki mydlane d!&! do osi!gni%cia kszta"tu sferycznego, poniewa& taka jest stabilna konfiguracja cienkich 

pow"ok wype"nionych gazem. Na statku kosmicznym równie& i woda jest stabilna w postaci drobin sferycznych, ale 

na Ziemi, gdzie panuje ci!&enie, stabilna powierzchnia wody stoj!cej jest p"aska i rozci!gni%ta poziomo. Kryszta"y 

soli kuchennej przybieraj! posta$ sze#cianów, poniewa& jest to stabilny sposób upakowania pospo"u atomów sodu i 

chloru.  Na  S"o'cu  najprostsze  ze  wszystkich  atomów,  atomy  wodoru,  "!cz!  si%,  tworz!c  atomy  helu,  gdy&  w 

panuj!cych  tam  warunkach  struktura  helu  jest  bardziej  stabilna.  W  gwiazdach  ca"ego  Wszech#wiata  tworzone  s!  i 

inne,  bardziej  z"o&one  atomy.  Powstawa"y  one  tak&e  w  czasie  Wielkiego  Wybuchu,  który  wed"ug  obowi!zuj!cej 

obecnie teorii by" pocz!tkiem Wszech#wiata. To stamt!d pochodz! spotykane w naszym #wiecie pierwiastki. 

Czasami  spotykaj!ce  si%  atomy  "!cz!  si%  w  reakcji  chemicznej,  tworz!c  mniej  lub  bardziej  stabilne 

cz!steczki.  Cz!steczki  takie  mog!  by$  nawet  bardzo  wielkie.  Kryszta"  diamentu  mo&na  uwa&a$  za  pojedyncz! 

cz!steczk%,  w  tym  wypadku  przys"owiowo  trwa"!,  ale  równie&  bardzo  prost!,  poniewa&  jej  wewn%trzny  uk"ad 

atomów  powtarza  si%  w  niesko'czono#$.  We  wspó"cze#nie  &yj!cych  organizmach  obecne  s!  innego  rodzaju  du&e 

cz!steczki o znacznej z"o&ono#ci, przejawiaj!cej si% na wielu poziomach. Hemoglobina znajduj!ca si% w naszej krwi 

jest typow! cz!steczk! bia"ka. Zbudowana jest z "a'cuchów mniejszych cz!steczek - aminokwasów, z których ka&dy 

zawiera od kilkunastu do dwudziestu kilku atomów u"o&onych w #ci#le okre#lony sposób. Cz!steczka hemoglobiny 

sk"ada  si%  z  574  cz!steczek  aminokwasów.  Uformowane  s!  w  cztery  "a'cuchy,  które  splecione  ze  sob!  tworz! 

trójwymiarow! struktur% globularn! o zdumiewaj!cej z"o&ono#ci. Model cz!steczki hemoglobiny wygl!da jak g%sty, 

spl!tany krzak. Ale w przeciwie'stwie do prawdziwego krzewu nie jest to przypadkowy, bli&ej nie okre#lony uk"ad, 

ale  zdefiniowana  niezmienna  struktura  powielana  z  najdrobniejszymi  szczegó"ami  ponad  sze#$  tysi%cy  milionów 

milionów  milionów  razy  w  ka&dym  ludzkim  ciele.  Precyzyjny,  krzaczasty  kszta"t  cz!steczki  hemoglobiny  jest 

background image

stabilny  dlatego,  &e  dwa  "a'cuchy  sk"adaj!ce  si%  z  tej  samej  sekwencji  aminokwasów  b%d!  d!&y"y,  jak  dwie 

spr%&yny,  do  osi!gni%cia  dok"adnie  tej  samej  trójwymiarowej,  skr%conej  struktury.  W  ka&dej  sekundzie  oko"o 

czterystu  milionów  milionów  krzaczków  hemoglobiny  splata  si%  w  twoim  ciele,  przybieraj!c  „w"a#ciwy”  sobie 

kszta"t, a jednocze#nie taka sama liczba innych jest unicestwiana. 

Hemoglobina  jest  wspó"cze#nie  istniej!c!  cz!steczk!,  której  u&y"em  dla  zilustrowania  zasady  d!&enia 

atomów do uk"adania si% w stabilne struktury. Istotn! kwesti!, na któr! warto w tym miejscu zwróci$ uwag%, jest to, 

&e zanim na Ziemi pojawi"o si% &ycie, mog"a odbywa$ si% swego rodzaju ewolucja cz!steczek drog! zwyczajnych 

procesów fizycznych i chemicznych. Nie musimy doszukiwa$ si% w niej planu, celu czy ukierunkowania. Je#li grupa 

atomów  w  obecno#ci  energii  uk"ada  si%  w  stabiln!  struktur%,  to  b%dzie  d!&y"a  do  pozostania  w  tym  stanie. 

Najwcze#niejsza  forma  doboru  naturalnego  polega"a  po  prostu  na  selekcji  struktur  stabilnych  i  odrzucaniu 

nietrwa"ych. Nie ma w tym nic tajemniczego. To musia"o si% zdarzy$ z definicji. 

Nie  wynika  z  tego,  rzecz  jasna,  &e  powstanie  bytów  tak  skomplikowanych  jak  cz"owiek  mo&na 

wyt"umaczy$  odwo"uj!c  si%  jedynie  do  tych  zasad.  Nie  wystarczy  wzi!$  odpowiedni!  liczb%  atomów  i  do#$  d"ugo 

nimi potrz!sa$ dostarczaj!c z zewn!trz nieco energii, by u"o&y"y si% we w"a#ciw! struktur%. O prosz%, oto Adam! W 

ten  sposób  mo&na  uzyska$  cz!steczk%  z"o&on!  z  kilkudziesi%ciu  atomów,  ale  cz"owiek  zbudowany  jest  z  ponad 

tysi!ca milionów milionów milionów milionów atomów. Aby zrobi$ cz"owieka, trzeba by potrz!sa$ tym koktajlem 

biologicznym tak d"ugo, &e wiek Wszech#wiata wydawa"by si% przy tym  mgnieniem oka, a i tak nic by z tego nie 

wysz"o.  Tu  w"a#nie  przybywa  nam  z  pomoc!  teoria  Darwina  w  swej  najogólniejszej  postaci.  Teoria  Darwina 

podejmuje  w!tek  w  momencie,  gdy  proces  powolnego  nagromadzania  si%  cz!steczek  wyczerpa"  swoje  twórcze 

mo&liwo#ci. 

Opis  powstania  &ycia,  który  zaprezentuj%,  jest  z  konieczno#ci  spekulatywny;  z  oczywistych  przyczyn  nie 

by"o  wtedy  nikogo,  kto  móg"by  obserwowa$  przebieg  wydarze'.  Istnieje  kilka  teorii,  wszystkie  one  jednak  maj! 

pewne cechy wspólne. Mój uproszczony opis nie odbiega przypuszczalnie zbyt daleko od rzeczywisto#ci.* 

Nie  wiemy,  w  jakie  sk"adniki  chemiczne  obfitowa"a  Ziemia  przed  powstaniem  &ycia,  s!dzi  si%  jednak,  &e 

by"y w#ród nich woda, dwutlenek w%gla, metan i amoniak - o ka&dym z tych prostych zwi!zków wiadomo, &e jest 

obecny  przynajmniej  na  niektórych  planetach  Uk"adu  S"onecznego.  Wielu  chemików  podejmowa"o  próby 

imitowania  #rodowiska  chemicznego,  jakie  wyst%powa"o  na  m"odej  Ziemi.  Umieszczali  oni  te  proste  zwi!zki  w 

kolbie, a (ród"em energii by"o promieniowanie ultrafioletowe lub wy"adowania elektryczne - sztuczny odpowiednik 

b"yskawic.  Po  kilkutygodniowym  eksperymencie  w  kolbie  z  regu"y  znajdowano  co#  ciekawego:  br!zowawa  zupa 

zawiera"a sporo ró&nych cz!steczek bardziej z"o&onych ni& te, które do' wcze#niej wprowadzono. W szczególno#ci 

by"y  w  niej  aminokwasy  -  elementy  sk"adowe  bia"ek,  stanowi!cych  jedn!  z  dwóch  wielkich  klas  cz!steczek 

biologicznych.  Dopóki  nie  przeprowadzono  tych  eksperymentów,  naturalnie  wyst%puj!ce  aminokwasy  uwa&ano  za 

potwierdzenie  obecno#ci  &ycia.  Gdyby  wykryto  je,  powiedzmy,  na  Marsie,  istnienie  &ycia  na  tej  planecie 

wydawa"oby si% niemal pewne. Dzi# stwierdzenie ich obecno#ci wskazuje jedynie na to, &e w atmosferze wyst%puje 

kilka  prostych  gazów,  &e  s!  tam  wulkany,  #wiat"o  s"oneczne  lub  wy"adowania  atmosferyczne.  Nieco  pó(niej 

laboratoryjna  symulacja  warunków,  jakie  panowa"y  na  Ziemi  przed  powstaniem  &ycia,  zaowocowa"a  otrzymaniem 

zwi!zków  organicznych,  zwanych  purynami  i  pirymidynami.  S!  one  elementami  sk"adowymi  cz!steczki 

genetycznej, czyli samego DNA. 

background image

Procesy analogiczne do opisanych doprowadzi"y bez w!tpienia do powstania „bulionu pierwotnego”, który 

wed"ug  biologów  i  chemików  oko"o  trzech-czterech  miliardów  lat  temu  wype"nia"  morza.  Substancje  organiczne 

podlega"y miejscowemu zat%&aniu, by$ mo&e w morskiej pianie wysychaj!cej na brzegu lub w unoszonych wiatrem 

drobinach wody. Pod wp"ywem energii promieniowania ultrafioletowego pochodz!cego ze S"o'ca "!czy"y si% one ze 

sob!, tworz!c wi%ksze cz!steczki. W dzisiejszym #wiecie du&e cz!steczki organiczne nie przetrwa"yby na tyle d"ugo, 

by mo&na je wykry$: zosta"yby natychmiast poch"oni%te i roz"o&one przez bakterie lub inne &ywe istoty. Ale bakterie 

i pozosta"e organizmy (w tym i my) to znacznie pó(niejsi przybysze, w tamtych za# czasach cz!steczki organiczne 

mog"y spokojnie dryfowa$ w g%stniej!cym bulionie. 

A&  pewnego  razu  ca"kiem  przypadkowo  powsta"a  cz!steczka  o  szczególnych  w"asno#ciach.  B%dziemy  j! 

nazywa$  „replikatorem”.  Nie  musia"a  by$  wcale  ze  wszystkich  najwi%ksza  ani  najbardziej  skomplikowana, 

odznacza"a  si%  wszak&e  niezwyk"!  cech!: mog"a  tworzy$  swoje w"asne kopie.  Tego  typu przypadek mo&e  nam  si% 

wydawa$  bardzo  ma"o  prawdopodobny.  To  prawda  -  by"  niezmiernie  ma"o  prawdopodobny.  Przypadki  tak  ma"o 

prawdopodobne  mo&na,  w  skali  ludzkiego  &ycia,  uwa&a$  za  niemal  niemo&liwe.  Dlatego  przecie&  zwykle  nie 

wygrywamy  g"ównej  nagrody  w  totalizatorze.  Ale  w  naszych  ludzkich  ocenach  tego,  co  mo&liwe  i  co 

nieprawdopodobne, nie mamy zwyczaju operowa$ setkami milionów lat. Gdyby wype"nia$ kupony totka co tydzie' 

przez sto milionów lat, z pewno#ci! kilka razy przypad"aby nam g"ówna wygrana. 

W rzeczywisto#ci wyobra&enie sobie cz!steczki, która tworzy w"asne kopie, nie jest tak trudne, jak by si% w 

pierwszej  chwili  wydawa"o,  a  ponadto  wystarczy"o  przecie&,  &e  pojawi"a  si%  tylko  raz.  Replikator  jest  rodzajem 

formy lub wzorca. Wyobra( go sobie w postaci du&ej cz!steczki - d"ugiego "a'cucha z"o&onego z ró&nych elementów 

sk"adowych. Ma"e cz!steczki budulcowe by"y "atwo dost%pne w bulionie otaczaj!cym replikator. Za"ó&my teraz, &e 

ka&da  z  tych  elementarnych  cegie"ek  wykazuje  powinowactwo  do  innej,  nale&!cej  do  tego  samego  typu.  Gdy  taka 

cz!steczka  p"ywaj!c  w  bulionie  znajdzie  si%  przypadkiem  w  pobli&u  tej  cz%#ci  replikatora,  do  której  wykazuje 

powinowactwo, to si% w tym miejscu przy"!czy. Wychwycone w ten sposób cz!steczki sk"adowe u"o&! si% wi%c w tej 

samej  kolejno#ci  sekwencji  jak  w  replikatorze.  Nietrudno  teraz  wyobrazi$  sobie  ich  po"!czenie  i  utworzenie 

stabilnego "a'cucha podobnego do wyj#ciowego replikatora. Proces ten móg"by post%powa$ w wyniku stopniowego 

odk"adania si% kolejnych warstw. Tak w"a#nie powstaj! kryszta"y. Ale dwa "a'cuchy mog! si% przecie& rozdzieli$ i w 

tym przypadku mamy ju& dwa replikatory, z których ka&dy mo&e tworzy$ dalsze kopie. 

W  innym,  nieco  bardziej  z"o&onym  uk"adzie  cz!steczki  sk"adowe  nie  wykazywa"yby  powinowactwa  do 

cz!steczek  w"asnego  rodzaju,  lecz  do  zupe"nie  innych,  zawsze  jednak  takich  samych  cz!steczek.  Wtedy  replikator 

by"by matryc! nie dla identycznej z samym sob! kopii, ale dla czego# w rodzaju negatywu, który z kolei odtwarza"by 

dok"adn!  kopi%  wyj#ciowego  pozytywu.  Warto  zauwa&y$,  &e  wspó"czesne  odpowiedniki  pierwszego  replikatora, 

cz!steczki  DNA,  stosuj!  replikacj%  typu  pozytyw-negatyw,  tym  niemniej  dla  naszych  rozwa&a'  nie  ma  znaczenia, 

czy pierwotny proces replikacji by" typu pozytyw-negatyw, czy pozytyw-pozytyw. Znaczenie ma natomiast fakt, &e 

oto nagle zaistnia" nowy rodzaj „stabilno#ci”. Przedtem przypuszczalnie nie by"o jakiego# jednego rodzaju cz!steczki 

dominuj!cej  w  bulionie,  poniewa&  powstanie  ka&dej  z  nich  zale&a"o  od  przypadkowego  zestawienia  cz!steczek 

budulcowych w pewn! stabiln! konfiguracj%. Od momentu narodzin replikatora jego kopie zacz%"y si% bez w!tpienia 

gwa"townie  rozpowszechnia$  w  oceanach.  Trwa"o  to  dopóty,  dopóki  cz!steczki  sk"adowe  nie  sta"y  si%  surowcem 

rzadkim, a inne rodzaje wi%kszych moleku" nie mog"y ju& tworzy$ si% tak "atwo jak przedtem. 

background image

Otrzymali#my  wi%c w efekcie wielk! populacj% identycznych kopii. Nadszed" teraz stosowny moment, by 

wspomnie$ o wa&nej w"asno#ci ka&dego procesu kopiowania: otó& nie jest on doskona"y. Zdarzaj! si% pomy"ki. Mam 

nadziej%, &e nie ma b"%dów drukarskich w tej ksi!&ce, ale gdyby dobrze poszuka$, mo&e znalaz"by si% jeden lub dwa. 

Przypuszczalnie  nie  zniekszta"c!  znacz!co  sensu  zda',  gdy&  b%d!  to  b"%dy  „w  pierwszym  pokoleniu”.  Lecz  co  si% 

dzia"o  w  czasach  przed  wynalezieniem  druku,  gdy  takie  ksi!&ki  jak  Nowy  Testament  kopiowano  r%cznie?  )aden 

skryba,  nawet  bardzo  skrupulatny,  nie  móg"  unikn!$  pope"nienia  kilku  pomy"ek,  a  niektórzy  nie  potrafili  si% 

powstrzyma$  od  dokonania  rozmy#lnych  „udoskonale'”.  Gdyby  wszyscy  kopiowali  jeden  oryginalny  egzemplarz, 

tre#$ nie uleg"aby znacznemu przeinaczeniu. Ale je#li robi si% kopie na podstawie innych kopii, które sporz!dzono 

równie& korzystaj!c z kopii, to b"%dy narastaj! i staj! si% powa&ne. Sk"onni jeste#my  traktowa$ b"%dne kopiowanie 

jako  co#  z"ego  i  w  przypadku  dokumentów  tworzonych  przez  cz"owieka  trudno  nam  sobie  wyobrazi$  sytuacje,  w 

których b"%dy mo&na by uzna$ za ulepszenia. S!dz%, &e tym, którzy pracowali nad tekstem Septuaginty, nale&a"aby 

si% przynajmniej informacja o tym, jak wielk! rzecz zapocz!tkowali swoim b"%dnym przet"umaczeniem hebrajskiego 

s"owa  oznaczaj!cego  „m"od!  kobiet%”  na  greckie  s"owo  „dziewica”,  dzi%ki  czemu  powsta"a  przepowiednia:  „I 

dziewica  pocznie  i  porodzi  syna”*.  Jak  si%  przekonamy,  b"%dne  kopiowanie  replikatorów  biologicznych  mo&e 

prowadzi$ do ulepsze' w sensie dos"ownym, a pope"nianie pewnej liczby b"%dów by"o dla post%powej ewolucji &ycia 

kluczowe.  Nie  wiemy,  jaka  by"a  dok"adno#$  kopiowania  cz!steczek  pierwotnych  replikatorów.  W  porównaniu  do 

najwierniejszych  spo#ród  wymy#lonych  przez  cz"owieka  procesów  kopiowania  cz!steczki  DNA  –  wspó"cze#ni 

potomkswie  replikatorów  -  odznaczaj!  si%  zadziwiaj!c!  wierno#ci!,  ale  nawet  im,  cho$  rzadko,  przytrafiaj!  si% 

pomy"ki,  i  to  one  w"a#nie  sprawiaj!,  &e  ewolucja  jest  mo&liwa.  Pierwotne  replikatory  prawdopodobnie  by"y  du&o 

mniej doskona"e, tak wi%c z ca"! pewno#ci! b"%dy zdarza"y si% i nagromadza"y. 

W  miar%  wytwarzania  i  rozprzestrzeniania  si%  b"%dnych  kopii  bulion  pierwotny,  miast  zape"nia$  si% 

populacj! identycznych replik, wype"nia" si% wieloma odmianami namna&aj!cych cz!steczek, z których ka&da by"a 

„potomkiem” wspólnego przodka. Czy niektóre z wariantów mog"y by$ liczniejsze ni& inne? Prawie na pewno tak. 

Niektóre z nich mog"y by$ z natury stabilniejsze ni& inne. Pewne cz!steczki, gdy raz powsta"y, mog"y by$ mniej od 

innych  podatne  na  ponowny  rozpad.  Odmiany  te  stawa"y  si%  wzgl%dnie  liczniejsze  w  bulionie,  nie  tylko  w 

oczywistym  logicznym  nast%pstwie  swojej  „trwa"o#ci”,  ale  i  dlatego,  &e  mia"y  do  dyspozycji  wiele  czasu  na 

tworzenie  swoich  kopii.  D"ugowieczne  replikatory  stawa"yby  si%  wi%c  stopniowo  coraz  liczniejsze  i  w  populacji 

cz!steczek,  nawet  pod  ka&dym  innym  wzgl%dem  identycznych,  zaznacza"by  si%  „trend  ewolucyjny”  w  kierunku 

wi%kszej ich trwa"o#ci. 

Ale  i  pod  innymi  wzgl%dami  nie  by"y  one  identyczne,  a  inn!  w"asno#ci!  ró&norodnych  replikatorów,  by$ 

mo&e  nawet  wa&niejsz!  dla  rozprzestrzeniania  si%  w  populacji,  by"a  szybko#$  replikacji,  czyli  „p"odno#$”.  Je#li 

cz!steczka replikatora typu A sporz!dza swoj! kopi% przeci%tnie raz na tydzie', a cz!steczka typu B raz na godzin%, 

nietrudno  zgadn!$,  &e  wkrótce  cz!steczki  typu  B  b%d!  znacznie  przewa&a"y  liczebnie  nad  cz!steczkami  typu  A, 

nawet je#li te drugie „&yj!” znacznie d"u&ej. W#ród cz!steczek w bulionie zaznacza" si% wi%c przypuszczalnie „trend 

ewolucyjny”  w  kierunku  wi%kszej  „p"odno#ci”.  Trzeci!  cech!  cz!steczek  replikatorów,  która  mog"aby  podlega$ 

pozytywnej selekcji, jest dok"adno#$ replikacji. Je#li cz!steczki typu X i Y trwaj! jednakowo d"ugo i replikuj! si% w 

tym samym tempie, ale X pope"nia b"!d co dziesi!t! replikacj%, a Y co setn!, to oczywi#cie Y stanie si% liczniejszy. 

Udzia"  X-a  w  populacji  zostanie  pomniejszony  nie  tylko  o  te  spo#ród  jego  „dzieci”,  które  zawieraj!  b"%dy,  ale 

background image

równie& o ich rzeczywistych i potencjalnych potomków. 

Je#li  wiesz  ju&  co  nieco  o  ewolucji,  dostrze&esz  zapewne  w  ostatnim  zdaniu  niewielk!  sprzeczno#$.  Jak 

pogodzi$  my#l,  &e  b"%dy  kopiowania  s!  warunkiem  koniecznym  ewolucji,  ze  stwierdzeniem,  &e  dobór  naturalny 

faworyzuje  doskona"!  wierno#$  kopiowania?  Otó&,  cho$  ewolucja  mo&e  nam  si%  intuicyjnie  jawi$  jako  „co# 

dobrego”, zw"aszcza &e jeste#my jej wytworem, nikt ani nic w rzeczywisto#ci nie ma „ch%ci” ewoluowa$. Ewolucja 

to  proces,  który  chc!c  nie  chc!c  wci!&  trwa,  pomimo  wszelkich  wysi"ków  podejmowanych  przez  replikatory  (a 

obecnie geny), by jej zapobiec. Znakomicie spuentowa" to Jac!ues Monod, gdy w swoim jubileuszowym wyk"adzie 

ku  czci  Herberta  Spencera  stwierdzi"  cierpko:  „Jeszcze  jednym  zadziwiaj!cym  aspektem  teorii  ewolucji  jest  to,  i& 

ka&dy uwa&a, &e j! rozumie!” 

Wracaj!c do bulionu pierwotnego, z pewno#ci! wype"nia" si% stopniowo stabilnymi odmianami cz!steczek, 

o  których  trwa"o#ci  decydowa"a  albo  d"ugo#$  ich  &ycia,  albo  szybko#$  ich  replikacji,  lub  te&  dok"adno#$  tego 

procesu. Trendy ewolucyjne w kierunku tych trzech typów stabilno#ci przejawia"y si% w nast%puj!cy sposób: gdyby 

pobra$  dwie  próbki  bulionu  w  pewnych  odst%pach  czasu,  to  próbka  pobrana  pó(niej  zawiera"aby  proporcjonalnie 

wi%cej  typów  o  wi%kszej  d"ugowieczno#ci/p"odno#ci/wierno#ci  kopiowania.  W  ten  w"a#nie  sposób  biolog  pojmuje 

zjawisko ewolucji w odniesieniu do &ywych istot, a mechanizm jest zawsze ten sam - dobór naturalny. 

Czy wolno nam zatem uzna$, &e pierwotne replikatory by"y „&ywe”? A czy ma to jakiekolwiek znaczenie? 

Móg"bym powiedzie$: „Darwin by" najwi%kszym cz"owiekiem, jaki kiedykolwiek &y"”, a ty  móg"by# na to odrzec: 

„Ja uwa&am, &e Newton”, i - mam nadziej% - nie kontynuowaliby#my tego sporu. Rzecz w tym, &e jakikolwiek by"by 

rezultat  naszej  dysputy,  nie  doprowadzi"aby  ona  do  &adnej  warto#ciowej  konkluzji.  Fakty  z  &ycia  i  osi!gni%cia 

zarówno  Newtona,  jak  i  Darwina  pozostan!  niewzruszone,  niezale&nie  od  tego,  czy  uczonych  tych  nazwiemy 

„wielkimi”, czy nie. Podobnie jest z cz!steczkami replikatorów, których losy potoczy"y si% prawdopodobnie mniej 

wi%cej  tak,  jak  to  opisa"em,  bez  wzgl%du  na  to,  czy  zdecydujemy  si%  nazwa$  je  „&ywymi,”  czy  nie.  Niemo&no#$ 

zrozumienia  przez  tak  wielu  tego,  &e  s"owo  jest  tylko  narz%dziem,  którym  si%  pos"ugujemy,  jest  tak  cz%stym 

powodem ludzkiego cierpienia. Sama obecno#$ has"a „&ywy” w s"owniku nie oznacza jeszcze, &e odnosi si% ono do 

czego#  realnie  istniej!cego  w  otaczaj!cym  nas  #wiecie.  Czy  uznamy  dawne  replikatory  za  &ywe  czy  nie,  by"y  one 

przodkami &ycia: by"y naszymi praojcami. 

Nast%pnym wa&nym ogniwem w "a'cuchu tych rozwa&a' jest konkurencja. K"ad" na ni! nacisk sam Darwin 

(cho$  jego  rozwa&ania  dotyczy"y  zwierz!t  i  ro#lin,  a  nie  cz!steczek).  Bulion  pierwotny  nie  móg"by  pomie#ci$ 

niesko'czonej  liczby  cz!steczek  replikatorów,  przede  wszystkim  z  powodu  sko'czonych  rozmiarów  Ziemi,  ale 

znaczenie  mog"y  mie$  równie&  inne  czynniki  ograniczaj!ce.  W  naszym  obrazie  replikatora  funkcjonuj!cego  jako 

wzorzec lub forma zak"adali#my, &e zanurzony jest on w bulionie pe"nym elementów sk"adowych potrzebnych mu 

do tworzenia kopii. Lecz gdy replikatory sta"y si% liczne, budulec ten zu&ywany by" zapewne w takim tempie, &e sta" 

si%  surowcem  rzadkim  i  cennym,  a  ró&ne  rodzaje  czy  szczepy  replikatorów  musia"y  o  niego  konkurowa$. 

Rozwa&ali#my czynniki, które mog"y zwi%ksza$ liczebno#$ uprzywilejowanych klas replikatorów. Widzimy teraz, &e 

te mniej uprzywilejowane rodzaje w wyniku wspó"zawodnictwa o elementy sk"adowe rzeczywi#cie musia"y stawa$ 

si% mniej liczne, tak i& w ko'cu wiele ich linii wygas"o. Mi%dzy ró&nymi rodzajami replikatorów toczy"a si% walka o 

byt.  Nie  zdawa"y  sobie  sprawy  z  tego,  &e  walcz!,  ani  nie  k"opota"y  si%  o  to;  walka  przebiega"a  bez  gniewu  i 

nienawi#ci,  a  dok"adniej  -  bez  jakichkolwiek  uczu$.  Ale  walka  trwa"a,  poniewa&  ka&dy  b"!d  w  kopiowaniu, 

background image

zwi%kszaj!cy w"asny poziom stabilno#ci lub daj!cy sposobno#$ do zmniejszenia stabilno#ci rywala, by" tym samym 

utrwalany i powielany. Kolejne za# udoskonalenia podlega"y kumulacji. Sposoby zwi%kszania stabilno#ci w"asnej i 

zmniejszania  stabilno#ci  rywala  stawa"y  si%  coraz  bardziej  rozbudowane  i  skuteczne.  Niektóre  replikatory  mog"y 

nawet  „odkry$”,  w  jaki  sposób  doprowadzi$  do  rozk"adu  chemicznego  cz!steczek-rywali,  by  odzyskany  w  ten 

sposób  budulec  u&y$  do  tworzenia  w"asnych  kopii.  Ci  pradrapie&cy  za  jednym  zamachem  uzyskiwali  pokarm  i 

usuwali  konkurentów.  Inne  replikatory  mog"y  odkry$,  jak  si%  chroni$  -  czy  to  chemicznie,  czy  to  buduj!c  wokó" 

siebie bia"kow! pow"ok%. W taki, by$ mo&e, sposób powsta"a pierwsza &ywa komórka. Od tej pory replikatory ju& 

nie  tylko  istnia"y,  ale  zacz%"y  konstruowa$  dla  siebie  pojemniki,  no#niki  wspomagaj!ce  ci!g"o#$  ich  trwania. 

Przetrwa"y  te  replikatory,  które  zbudowa"y  dla  siebie  maszyny  przetrwania  po  to, by w  nich  zamieszka$.  Pierwsze 

maszyny przetrwania nie by"y niczym wi%cej ni& pow"ok! ochronn!. Lecz w miar% jak pojawiali si% nowi rywale o 

coraz  lepszych  i  sprawniej  dzia"aj!cych  maszynach  przetrwania,  utrzymanie  si%  przy  &yciu  stawa"o  si%  coraz 

trudniejsze.  Maszyny  przetrwania  stawa"y  si%  wi%ksze  i  bardziej  rozbudowane,  a  proces  ten  podlega"  kumulacji  i 

rozwojowi. 

Czy móg" nadej#$ kres procesu stopniowego ulepszania technik i wybiegów stosowanych przez replikatory 

dla  zapewnienia  swojego  trwania  w  #wiecie?  Mia"y  przecie&  tak  wiele  czasu  na  udoskonalenia.  Jakie  jeszcze 

przedziwne  machiny  do  utrzymania  si%  przy  &yciu  wyda"y  na  #wiat  kolejne  milenia?  Jak  potoczy"y  si%  losy 

przedwiecznych  replikatorów  przez  te  ostatnie  cztery  miliardy  lat?  Ci  dawni  mistrzowie  w  sztuce  przetrwania  nie 

wymarli. Ale nie szukajcie ich p"ywaj!cych swobodnie w morzu; dawno ju& porzucili kawalersk! swobod%. Roj! si% 

teraz  w  wielkich  koloniach,  bezpieczne  wewn!trz  gigantycznych,  oci%&a"ych  robotów.*  Odizolowane  od 

zewn%trznego  #wiata,  komunikuj!  si%  z  nim  przedziwnymi,  po#rednimi  drogami,  kieruj!  nim  za  pomoc!  zdalnego 

sterowania. S! w tobie i we mnie; stworzy"y nas, nasze cia"a i umys"y, a ochranianie ich jest podstawowym sensem 

naszego istnienia. Maj! za sob! d"ug! drog%. Nosz! teraz nazw% genów, a ich maszyny przetrwania to my. 

background image

ROZDZIA  3 

NIE*MIERTELNE HELISY 

 

Jeste#my  maszynami  przetrwania,  ale  „my”  oznacza  tu  nie  tylko  ludzi,  ale  równie&  wszystkie  zwierz%ta, 

ro#liny, bakterie i wirusy. Ca"kowita liczba istniej!cych na Ziemi maszyn przetrwania jest trudna do policzenia, nie 

znamy  przecie&  nawet  ogólnej  liczby  gatunków.  Samych  gatunków  owadów  jest,  jak  si%  ocenia,  trzy  miliony,  a 

liczba osobników mo&e si%ga$ miliona milionów milionów. 

Pod  wzgl%dem  wygl!du  zewn%trznego,  jak  i  budowy  narz!dów  wewn%trznych,  rozmaite  rodzaje  maszyn 

przetrwania  wydaj!  si%  bardzo  zró&nicowane.  O#miornica  bardzo  si%  ró&ni  od  myszy,  a  obie  w  ogóle  nie 

przypominaj! d%bu. Ju& jednak w swoich chemicznych podstawach dzia"ania s! do#$ zbli&one, natomiast znajduj!ce 

si% w nich replikatory - geny nas wszystkich, od bakterii do s"onia - s! w zasadzie tym samym rodzajem cz!steczki. 

Wszyscy  jeste#my  maszynami  przetrwania  s"u&!cymi  temu  samemu  rodzajowi  replikatora  –  cz!steczkom  zwanym 

DNA  -  ale  w  #wiecie  jest  tak  wiele  ró&nych  sposobów  na  &ycie,  &e  i  replikatory  zbudowa"y  niezmierne  bogactwo 

maszyn, by z nich korzysta$. Ma"pa jest maszyn!, która ochrania swoje geny, przebywaj!c w ga"%ziach drzew, ryba - 

w  wodzie;  a  pewien  robaczek  -  w  niemieckich  podstawkach  pod  kufle  z  piwem.  DNA  rz!dzi  si%  tajemniczymi 

prawami. 

Dla  uproszczenia  milcz!co  za"o&y"em,  &e  zbudowane  z  DNA  wspó"czesne  geny  s!  w  znacznym  stopniu 

zbli&one  do  pierwszych  replikatorów  pochodz!cych  z  bulionu  pierwotnego.  Dla  naszych  rozwa&a'  jest  to  bez 

znaczenia,  jednak  w  rzeczywisto#ci  prawda  mo&e  wygl!da$  inaczej.  Pierwotne  replikatory  mog"y  bardzo 

przypomina$  DNA,  ale  równie  dobrze  mog"y  by$  ca"kowicie  odmienne.  W  tym  drugim  przypadku  nale&a"oby 

przyj!$, &e ich maszyny przetrwania zosta"y na pó(niejszym etapie zaw"aszczone przez DNA. Je#li tak, to pierwotne 

replikatory  musia"y  zosta$  unicestwione,  skoro  we  wspó"czesnych  maszynach  przetrwania  nie  pozosta"  po  nich 

&aden #lad. Id!c tym tropem, A. G. Cairns-Smith wysun!" intryguj!c! sugesti%, &e naszymi przodkami, pierwszymi 

replikatorami, nie by"y wcale cz!steczki organiczne, ale kryszta"y nieorganiczne - minera"y, drobiny glinki. Czy jest 

uzurpatorem czy nie, DNA bezsprzecznie jest dzisiaj u steru, chyba &e, jak to spróbuj% zasugerowa$ w rozdziale 11, 

szykuje si% kolejny zamach stanu. 

Moleku"a  DNA  jest  d"ugim  "a'cuchem  ma"ych  cz!steczek,  zwanych  nukleotydami.  Tak  jak  cz!steczki 

bia"ek s! "a'cuchami aminokwasów, cz!steczki DNA s! "a'cuchami nukleotydów. Cz!steczka DNA jest zbyt ma"a, 

by  mo&na j! by"o dostrzec, ale stosuj!c pomys"owe  metody po#rednie, ustalono jej dok"adn! budow%. Sk"ada si% z 

pary "a'cuchów nukleotydowych skr%conych razem w eleganckie sploty, tworz!c „podwójn! helis%”, „nie#mierteln! 

helis%”. S! tylko cztery rodzaje nukleotydowych elementów sk"adowych, a ich nazwy mo&na w skrócie przedstawi$ 

jako A, T, C i G. U wszystkich ro#lin i zwierz!t s! one identyczne. To kolejno#$, w jakiej s! u"o&one, decyduje o 

ró&nicach pomi%dzy cz!steczkami DNA. Element G u cz"owieka jest identyczny z ka&dym elementem G u #limaka. 

Ale  sekwencja  elementów  u  cz"owieka  ró&ni  si%  od  takiej  sekwencji  u  #limaka.  Ma"o  tego,  ró&ni  si%  te&  -  cho$  w 

mniejszym  stopniu  -  od  sekwencji  u  dowolnego  innego  cz"owieka  (z  wyj!tkiem  szczególnego  przypadku  bli(ni!t 

jednojajowych). 

Nasz DNA bytuje we wn%trzu naszych cia". Nie zosta" zgromadzony w pewnej okre#lonej cz%#ci cia"a, lecz 

jest  rozproszony  pomi%dzy  jego  komórki.  Ludzkie  cia"o  sk"ada  si%  z  tysi!ca  milionów  milionów  komórek  i  z 

background image

pewnymi wyj!tkami, które mo&emy pomin!$, ka&da z nich zawiera kompletn! kopi% DNA tego cia"a. Mo&emy go 

traktowa$  jako  zestaw  instrukcji  do  budowy  cia"a,  zapisany  alfabetem  nukleotydów  A,  T,  C,  G.  To  tak,  jakby  w 

ka&dym  pokoju  gigantycznego  budynku  znajdowa"a  si%  biblioteczka  zawieraj!ca  plany  architektoniczne  ca"ego 

budynku.  „Biblioteczk!”  komórki  jest  j!dro.  U  cz"owieka  plany  architektoniczne  zawieraj!  si%  w  46  tomach  -  u 

ró&nych  gatunków  liczba  ta  mo&e  by$  odmienna.  „Tomy”  nosz!  nazw%  chromosomów.  S!  widoczne  pod 

mikroskopem  jako  d"ugie  nici,  a  geny  s!  wzd"u&  nich  u"o&one  w  pewnym  porz!dku.  Nie  jest  "atwo  ustali$,  gdzie 

ko'czy si% jeden gen, a zaczyna drugi i, prawd% mówi!c, nie jest to mo&e nawet takie wa&ne. Na szcz%#cie, jak si% 

oka&e w tym rozdziale, dla naszych celów nie ma to znaczenia. 

Odt!d b%d% u&ywa" metafory planów architektonicznych, swobodnie przeplataj!c j%zyk metafory z j%zykiem 

dos"owno#ci.  „Tomu”  b%d%  u&ywa"  zamiennie  z  chromosomem.  „Kartka”  b%dzie  stosowana  zamiennie  z  genem, 

cho$  ta  metafora  jest  mniej  trafna,  poniewa&  granice  mi%dzy  genami  nie  s!  tak  wyra(ne,  jak  mi%dzy  kartkami 

ksi!&ki.  Metafora  ta  poniesie  nas  ca"kiem  daleko.  Gdy  jej  potencja"  si%  wyczerpie,  b%d%  wprowadza"  kolejne 

metafory.  A  tak  nawiasem  mówi!c,  nie  ma  oczywi#cie  &adnego  „architekta”.  Instrukcje  zapisane  w  DNA  zosta"y 

u"o&one przez dobór naturalny. 

Przed  cz!steczkami  DNA  stoj!  dwa  wa&ne  zadania.  Po  pierwsze  replikacja,  czyli  tworzenie  swoich 

w"asnych kopii. Proces ten trwa" bez przerwy od samych pocz!tków &ycia i cz!steczki DNA s! pod tym wzgl%dem 

teraz  naprawd%  dobre.  Jako  doros"y  cz"owiek  sk"adasz  si%  z  tysi!ca  milionów  milionów  komórek,  ale  gdy  zosta"e# 

pocz%ty,  by"e#  zaledwie  pojedyncz!  komórk!,  wyposa&on!  w  jeden  egzemplarz  orygina"u  planów 

architektonicznych.  Komórka  ta  podzieli"a  si%  na  dwie  i  ka&da  z  nich  otrzyma"a  swoj!  kopi%  planów.  Nast%pne 

podzia"y  zwi%ksza"y  liczb%  komórek  do  4,  8,  16,  32  i  tak  dalej,  a&  liczba  ich  uros"a  do  miliardów.  Przed  ka&dym 

podzia"em plany by"y wiernie kopiowane z rzadkimi, je#li w ogóle, pomy"kami. 

Duplikacja DNA to jedno. Ale skoro DNA jest rzeczywi#cie zestawem planów budowy cia"a, to jak te plany 

s! realizowane? Jak s! t"umaczone na struktur% cia"a? Pytania te prowadz! mnie do drugiego wa&nego zadania, jakie 

stoi  przed  DNA.  Po#rednio  zarz!dza  on  wytwarzaniem  innego  rodzaju  cz!steczek  -  bia"ek.  Spo#ród  olbrzymiej 

rozmaito#ci bia"ek hemoglobina wspomniana w poprzednim rozdziale jest tylko jednym przyk"adem. Zakodowana w 

DNA  informacja,  zapisana  czteroliterowym  alfabetem  nukleotydów,  zostaje  w  prosty  mechaniczny  sposób 

przet"umaczona na inny alfabet. To alfabet aminokwasów, którym zapisana jest budowa cz!steczek bia"ka. 

Od wytworzenia bia"ek do uformowania cia"a droga wydaje si% daleka, ale jest to ju& pierwszy ma"y krok w 

tym kierunku. Bia"ka s! nie tylko g"ównym sk"adnikiem strukturalnym cia"a; sprawuj! równie& precyzyjn! kontrol% 

nad procesami  chemicznymi  wewn!trz  komórki, wybiórczo je w"!czaj!c  i  wy"!czaj!c w okre#lonych  momentach  i 

okre#lonych  miejscach.  Dok"adne  ustalenie  przebiegu  procesów,  dzi%ki  którym  mo&e  ukszta"towa$  si%  noworodek, 

zajmie embriologom dziesi!tki, a mo&e setki lat. Tym niemniej istnienie tych procesów nie ulega w!tpliwo#ci. Geny 

steruj!  po#rednio  budowaniem  cia"  i  wp"yw  ten  jest  #ci#le  jednokierunkowy:  cechy  nabyte  nie  s!  dziedziczone. 

Oboj%tnie jak wiele wiedzy i m!dro#ci zdob%dziesz w ci!gu swojego &ycia, &adna jej cz!stka nie zostanie przekazana 

twoim  dzieciom  drog!  genetyczn!.  Ka&de  nowe  pokolenie  zaczyna  od  zera.  Cia"o  istnieje  bowiem  po  to,  by  geny 

mog"y zachowa$ si% w stanie nie zmienionym. 

Dla przebiegu ewolucji fakt, i& geny kieruj! rozwojem zarodkowym, jest bardzo wa&ny, oznacza bowiem, 

&e s! one przynajmniej w pewnym stopniu odpowiedzialne za swoje przetrwanie w przysz"o#ci. Zale&y ono przecie& 

background image

od sprawno#ci tych cia", w których &yj! i w których budowie uczestniczy"y. Dawno temu dobór naturalny polega" na 

zró&nicowanej prze&ywalno#ci replikatorów p"ywaj!cych swobodnie w bulionie pierwotnym. Teraz dobór naturalny 

preferuje  replikatory,  które  potrafi!  dobrze  budowa$  maszyny  przetrwania,  faworyzuje  te  geny,  które  osi!gn%"y 

mistrzostwo  w  sztuce  sterowania  rozwojem  zarodkowym.  W  dziele  tym  replikatory  nie  s!  ani  troch%  bardziej 

#wiadome czy ukierunkowane, ni& by"y przedtem. Tak jak w odleg"ych czasach, nadal #lepo i nieub"aganie dzia"aj! 

te  same  procesy  automatycznej  selekcji  w#ród  rywalizuj!cych  cz!steczek  wedle  kryteriów  d"ugowieczno#ci, 

p"odno#ci i wierno#ci kopiowania. Geny nie maj! zdolno#ci przewidywania. Nie snuj! planów na przysz"o#$. Geny 

po  prostu  trwaj!,  niektóre  robi!  to  lepiej  ni&  inne  i  to  wszystko.  Ale  w"asno#ci  decyduj!ce  o  d"ugowieczno#ci  i 

p"odno#ci genu nie s! ju& tak trywialne, jak dawniej. S! o wiele bardziej skomplikowane. 

W  ci!gu  ostatnich  lat  -  jakich#  sze#ciuset  milionów  -  replikatory  odnotowa"y  znacz!ce  sukcesy  w 

technologii  maszyn  przetrwania;  na  przyk"ad  mi%sie',  serce  i  oko  (które  ewoluowa"o  niezale&nie  kilka  razy)  to 

w"a#nie  takie  osi!gni%cia.  Przedtem  jeszcze  zmieni"y  si%  radykalnie  podstawowe  cechy  ich  stylu  &ycia  jako 

replikatorów, co musimy poj!$, je#li mamy kontynuowa$ nasze rozwa&ania. 

Pierwsz!, rzucaj!c! si% w oczy cech! wspó"czesnego replikatora jest jego sk"onno#$ do &ycia w gromadzie. 

Maszyna  przetrwania  nie  zawiera  pojedynczego  genu,  tylko  wiele  tysi%cy  genów.  Wytworzenie  cia"a  jest 

przedsi%wzi%ciem  wspólnym,  którego  z"o&ono#$  uniemo&liwia  w  zasadzie  rozró&nienie,  jaki  maj!  w  nim  udzia" 

poszczególne geny.* Dany gen mo&e wywiera$ rozmaite, ca"kiem odmienne efekty na wiele ró&nych cz%#ci cia"a. Na 

jedn!  cz%#$  mo&e  oddzia"ywa$  wiele  genów,  a  wp"yw  ka&dego  genu  zale&y  od  wspó"dzia"ania  z  wieloma  innymi. 

Niektóre  z  nich  s!  genami  nadrz%dnymi  -  reguluj!  dzia"anie  grup  innych  genów.  Pos"uguj!c  si%  analogi!:  ka&da 

strona planów odnosi si% do wielu ró&nych cz%#ci budynku, a tak&e: ka&da strona ma sens tylko w kontek#cie tre#ci 

zawartych na wielu innych stronach. 

*wiadomo#$ tych zawi"ych wspó"zale&no#ci mo&e rodzi$ w!tpliwo#ci, czy u&ywanie s"owa „gen” w ogóle 

ma sens. Czemu nie wprowadzi$ jakiego# zbiorczego okre#lenia, na przyk"ad „kompleks genowy”? Istotnie by"by to, 

rzec mo&na, ca"kiem niez"y pomys", mo&liwy do zastosowania w wielu sytuacjach. Ale, je#li spojrze$ z innej strony, 

rozwa&anie  kompleksu  genów  jako  tworu  daj!cego  si%  podzieli$  na  odr%bne  replikatory,  czyli  geny,  ma  równie& 

sens.  Takie  alternatywne  podej#cie  nabiera  znaczenia  w  zwi!zku  ze  zjawiskiem  pici.  W  wyniku  rozmna&ania 

p"ciowego  geny  podlegaj!  mieszaniu  i  przestawianiu.  Oznacza  to,  &e  ka&dy  osobnik  jest  trwaj!cym  tylko  krótk! 

chwil% no#nikiem zawieraj!cym tymczasowo dobrany zestaw genów. Jednak, nawet je#li zestaw genów sk"adaj!cy 

si% na danego osobnika jest tymczasowy, to same geny mog! potencjalnie &y$ bardzo d"ugo. W w%drówce poprzez 

pokolenia ich #cie&ki wci!& si% przeplataj!. Pojedynczy gen mo&emy traktowa$ jako jednostk%, która trwa w wielu 

kolejno po sobie nast%puj!cych cia"ach. Jest to g"ówna my#l, któr! mam zamiar rozwin!$ w tym rozdziale. Z my#l! 

t! uporczywie nie chc! si% zgodzi$ niektórzy z moich wielce szanownych kolegów, wi%c musisz mi wybaczy$, je#li 

wyda  ci  si%,  i&  nadmiernie  si%  nad  ni!  rozwodz%!  Najpierw  musz%  pokrótce  obja#ni$  pewne  fakty  zwi!zane  ze 

zjawiskiem p"ci. 

Wspomnia"em  wcze#niej,  &e  plany  budowy  cia"a  ludzkiego  s!  zapisane  w  46  tomach.  By"o  to  jednak 

nadmierne  uproszczenie.  Prawda  wygl!da  do#$  osobliwie.  Na  te  46  chromosomów  sk"adaj!  si%  23  pary 

chromosomów.  Powiedzieliby#my,  &e  w  j!drze  ka&dej  komórki  zdeponowane  s!  dwa  osobne  zestawy  23  tomów 

planów. Nazwijmy je przeto Tomem 1a i Tomem 1b, Tomem 2a i Tomem 2b, i tak dalej a& do Tomu 23a i Tomu 

background image

23b. Oczywi#cie numery identyfikacyjne przypisane woluminom i stronom s! czysto umowne. 

Ka&dy chromosom otrzymujemy w ca"o#ci od jednego z rodziców. Zosta" on zmontowany w jego j!drze lub 

jajniku. Tomy 1a, 2a, 3a,... pochodz!, dajmy na to, od ojca. Tomy 1b, 2b, 3b,... pochodz! od matki. Ogl!daj!c pod 

mikroskopem 46 chromosomów w dowolnej ze swoich komórek, móg"by# teoretycznie odszuka$ 23 pochodz!ce od 

ojca i 23 pochodz!ce od matki, w praktyce jest to jednak bardzo trudne. 

Pary  chromosomów  nie  pozostaj!  ze  sob!  przez  ca"y  czas  w  fizycznym  kontakcie,  ani  nawet  w  pobli&u 

siebie.  W  jakim  wi%c  sensie  tworz!  one  „pary”?  Otó&  ka&dy  tom  pochodz!cy  od  ojca  jest,  stronica-w  stronic%, 

bezpo#rednim  odpowiednikiem  jednego  spo#ród  tych  tomów,  które  pochodz!  od  matki.  Na  przyk"ad:  zarówno  na 

Stronicy 6 Tomu 13a, jak i na Stronicy 6 Tomu 13b, móg"by by$ „opisany” kolor oczu, z tym, &e na jednej by"oby 

napisane „niebieskie”, a na drugiej „br!zowe”. 

Czasami dwie alternatywne stronice s! identyczne, a kiedy indziej s! ró&ne, jak w powy&szym przyk"adzie. 

Co  robi  cia"o,  je#li  „zalecenia”  s!  sprzeczne?  Odpowied(  mo&e  by$  ró&na.  Czasami  jedna  wersja  bierze  gór%  nad 

drug!.  W  podanym  tu  przyk"adzie  dotycz!cym  koloru  oczu,  osoba  mia"aby  w  rezultacie  oczy  br!zowe:  instrukcje 

zalecaj!ce  utworzenie  oczu  niebieskich  by"yby  zignorowane  w  czasie  budowania  cia"a,  cho$  nie  zapobieg"oby  to 

przekazaniu  ich  nast%pnym  pokoleniom.  Gen,  który  zostaje  w  ten  sposób  zignorowany,  nazywany  jest  genem 

recesywnym.  Przeciwie'stwem  genu  recesywnego  jest  gen  dominuj!cy.  Gen  na  br!zowe  oczy  jest  dominuj!cy 

wobec genu na oczy niebieskie. Osoba ma oczy niebieskie tylko wtedy, gdy obydwie kopie odpowiedniej stronicy 

jednomy#lnie  zalecaj!  utworzenie  oczu  niebieskich.  Najcz%#ciej,  gdy  dwa  alternatywne  geny  nie  s!  identyczne, 

rezultat jest rodzajem kompromisu - ostateczny projekt jest pewn! wypadkow! lub czym# zupe"nie odmiennym. 

Gdy  dwa  geny  konkuruj!  o  t%  sam!  przegródk%  na  chromosomie,  tak  jak  geny  na  oczy  br!zowe  i  oczy 

niebieskie, wtedy nazywamy je allelami. Dla naszych celów s"owo „allel” jest synonimem s"owa „rywal”. Wyobra( 

sobie  tomy  planów  architektonicznych  w  postaci  skoroszytów  lu(nych  kartek,  które  mog!  by$  wyjmowane  i 

zamieniane. Ka&dy Tom 13 musi mie$ Stronic% 6, ale mo&liwych jest kilka Stronic szóstych, które mo&na wpi!$ do 

skoroszytu mi%dzy Stronic% 5 a 7. W jednej wersji napisane jest: „oczy niebieskie”, a w drugiej z dost%pnych wersji: 

„oczy br!zowe”. W ca"ej za# populacji istnie$ mog! inne jeszcze wersje, ustalaj!ce inne kolory, na przyk"ad zielony. 

Da"oby  si%  w  niej  znale($  mo&e  z  pó"  tuzina  alternatywnych  alleli  pretenduj!cych  do  pozycji  Stronicy  6  na 

trzynastych  chromosomach.  Dana  osoba  ma  jednak  tylko  dwa  chromosomy  Tomu  13.  Tote&  w  przegródce  dla 

Stronicy 6 mo&e mie$ co najwy&ej dwa allele. Mo&e mie$ dwie kopie tego samego allelu jak u osoby o niebieskich 

oczach lub jakiekolwiek inne dwa allele wybrane z tego pó" tuzina wariantów wyst%puj!cych w ca"ej populacji. 

Nie mo&na, oczywi#cie, tak po prostu pój#$ i dobra$ sobie geny z ca"ej dost%pnej puli. Wszystkie geny s! 

przez  ca"y  czas  uwi%zione  wewn!trz  swoich  maszyn  przetrwania.  Nasze  geny  s!  nam  przydzielane  w  momencie 

pocz%cia i nie mamy na to &adnego wp"ywu. Tym niemniej, w d"ugiej skali czasowej geny ca"ej populacji mo&na w 

pewnym  sensie  traktowa$  jako  pul%  genów.  Zwrot  ten  jest  w  istocie  terminem  fachowym  u&ywanym  przez 

genetyków.  Pula  genów  jest  u&yteczn!  abstrakcj!,  poniewa&  w  wyniku  rozmna&ania  p"ciowego  geny  podlegaj! 

mieszaniu,  aczkolwiek  w  #ci#le  uporz!dkowany  sposób.  Jak  si%  za  chwil%  dowiemy,  zachodzi  mi%dzy  innymi 

zjawisko,  które  mo&na  by  przyrówna$  do  wyjmowania  i  zamieniania  miejscami  kartek  i  plików  kartek  w 

skoroszytach. 

Poprzednio opisa"em typowy podzia" komórki na dwie nowe, z których ka&da otrzymuje kompletn! kopi% 

background image

wszystkich 46 chromosomów.  Ten rodzaj podzia"u  komórki  nazywa  si%  mitoz!.  Ale  istnieje  te&  inny typ  podzia"u, 

który nosi nazw% mejozy. Zachodzi on tylko w czasie wytwarzania komórek p"ciowych: plemników i jaj. Plemniki i 

jaja  s!  w#ród  naszych  komórek  unikatem,  gdy&  zamiast  46  chromosomów  zawieraj!  ich  tylko  23.  Liczba  ta,  jak 

"atwo zauwa&y$, stanowi dok"adnie po"ow% 46, w sam raz tyle, by komórki te, po po"!czeniu w czasie zap"odnienia, 

da"y  pocz!tek  nowemu  osobnikowi!  Mejoza  jest  specjalnym  rodzajem  podzia"u  komórki,  zachodz!cym  tylko  w 

j!drach  i  jajnikach,  w  czasie  którego  komórka  z  pe"nym  podwójnym  zestawem  46  chromosomów  dzieli  si%,  by 

wytworzy$  komórki  p"ciowe  o  pojedynczym  zestawie  23  (pami%tajmy,  &e  ca"y  czas  u&ywam  liczb 

charakterystycznych dla cz"owieka). 

Plemnik ze swoimi 23 chromosomami powstaje w wyniku podzia"u mejotycznego jednej ze zwyk"ych 46-

chromosomowych komórek j!dra. Ale które z nich tworz! zestaw 23 chromosomów umieszczony w danej komórce 

plemnikowej?  Wa&ne  jest  oczywi#cie,  by  plemnikowi  nie  dosta"y  si%  byle  jakie  23  chromosomy:  nie  mo&e  mie$ 

dwóch  egzemplarzy  Tomu  13  i  &adnego  Tomu  17.  Teoretycznie  mo&e  si%  zdarzy$,  &e  osobnik  wyposa&y  jeden  ze 

swoich plemników w chromosomy, które pochodz! wy"!cznie od jego matki, czyli Tom lb, 2b, 3b, ..., 23b. W tym 

ma"o  prawdopodobnym  przypadku  dziecko  pocz%te  z  udzia"em  tego  plemnika  odziedziczy"oby  po"ow%  swoich 

genów po babce ze strony ojca i &adnego genu po dziadku ze strony ojca. Jednak w rzeczywisto#ci nie dochodzi do 

rozdzielenia  chromosomów  ca"ymi  kompletami.  Prawda  jest  nieco  bardziej  skomplikowana.  Pami%tajmy,  &e  tomy 

(chromosomy)  wyobra&amy  sobie  jako  skoroszyty  lu(nych  kartek.  W  procesie  tworzenia  plemnika  pojedyncze 

kartki,  a  raczej  wielostronicowe  ich  partie  s!  wyjmowane  i  zamieniane  z  odpowiednimi  partiami  pochodz!cymi  z 

alternatywnego tomu. Tom 1 danej komórki plemnikowej móg"by wi%c by$ zestawiony z pierwszych 65 stron Tomu 

1a i ze stron od 66 do ko'ca z Tomu 1b. W podobny sposób by"yby skompletowane pozosta"e 22 tomy tej komórki 

plemnikowej. Cho$ wi%c wszystkie plemniki zmontowa"y swoje 23 chromosomy z fragmentów pochodz!cych z tego 

samego zestawu 46 chromosomów, ka&da komórka plemnikowa wytworzona przez danego osobnika jest unikatowa. 

W podobny sposób w jajnikach wytwarzane s! jaja i ka&de z nich jest równie& niepowtarzalne. 

Rzeczywiste mechanizmy odpowiedzialne za ten proces s! poznane ca"kiem dobrze. W czasie tworzenia si% 

plemnika  (lub  jaja)  fragmenty  ka&dego  chromosomu  ojcowskiego  fizycznie  od"!czaj!  si%  i  zamieniaj!  miejscami  z 

dok"adnie  im  odpowiadaj!cymi  fragmentami  chromosomu  matczynego.  (Pami%taj,  &e  mówimy  o  chromosomach 

pierwotnie  pochodz!cych  od  rodziców  osobnika,  który  wytwarza  plemnik,  czyli  od  dziadków  dziecka,  które 

zosta"oby pocz%te z udzia"em tego plemnika). Proces zamiany fragmentów chromosomu nosi nazw% crossing-over

Dla ca"ego toku rozumowania prezentowanego w tej ksi!&ce proces crossing-over jest bardzo wa&ny. Sprawia on, &e 

gdyby# wzi!" mikroskop i spojrza" na chromosomy w jednym ze swoich plemników (lub jaj, je#li jeste# kobiet!), to - 

próbuj!c  zidentyfikowa$  chromosomy  pochodz!ce  wyj#ciowo  od  ojca  i  chromosomy  pochodz!ce  wyj#ciowo  od 

matki - traci"by# tylko czas. (Jest to znacz!ca ró&nica w stosunku do zwyczajnych komórek cia"a - patrz strona 47). 

Ka&dy z chromosomów plemnika okaza"by si% bowiem mozaik! genów matczynych i ojcowskich. 

Okre#lenie  genu  za  pomoc!  metafory  strony  przestaje  w  tym  miejscu  wystarcza$.  Do  skoroszytu  mo&na 

wpi!$,  wyj!$  lub  zamieni$  ca"e  strony,  ale  nie  ich  cz%#ci.  Tymczasem  zbiór  genów  jest  po  prostu  d"ugim  ci!giem 

liter nukleotydów, który w &aden widoczny sposób nie jest podzielony na odr%bne strony. S!, rzecz jasna, specjalne 

symbole  sygnalizuj!ce  KONIEC  INFORMACJI  O   A+CUCHU  BIA KOWYM  i  POCZ,TEK  INFORMACJI  O 

 A+CUCHU BIA KOWYM, zapisane tym samym czteroliterowym alfabetem, którym zapisana jest informacja o 

background image

sekwencji bia"ka. Mi%dzy tymi dwoma znakami przestankowymi zakodowana jest instrukcja budowy jednego bia"ka. 

Mo&emy, je#liby#my chcieli, zdefiniowa$ pojedynczy gen jako sekwencj% liter nukleotydów koduj!c! jeden "a'cuch 

bia"kowy, zawart! pomi%dzy symbolem POCZ,TKU i KO+CA. Dla zdefiniowanej w ten sposób jednostki stosuje 

si%  okre#lenie  „cistron”  i  niektórzy  u&ywaj!  zamiennie  s"owa  „cistron”  i  „gen”.  Ale  crossing-over  nie  respektuje 

granic mi%dzy cistronami. Przeci%cia mog! nast!pi$ zarówno pomi%dzy cistronami, jak i w ich obr%bie. To tak, jakby 

plany  architektoniczne  nie  by"y  zapisane  na  osobnych  kartkach,  ale  na  46  rolkach  ta#my  telegraficznej.  Cistrony 

mog! mie$ ró&n! d"ugo#$. Jedynym wi%c sposobem na stwierdzenie, gdzie ko'czy si% jeden cistron, a zaczyna drugi, 

jest  odczytanie  z  ta#my  symboli  KONIEC  INFORMACJI i  POCZ,TEK  INFORMACJI.  Za#  crossing-over  mo&na 

przedstawi$  jako  pobranie  odpowiadaj!cych  sobie  ta#m  ojcowskich  i  matczynych,  a  nast%pnie  przecinanie  i 

wymienianie odpowiadaj!cych sobie fragmentów bez zwracania uwagi na to, co jest na nich napisane. 

S"owo  „gen”  w  tytule  tej  ksi!&ki  nie  oznacza  pojedynczego  cistronu,  ale  co#  bardziej  finezyjnego.  Moja 

definicja nie ka&demu przypadnie do gustu, ale nie istnieje definicja genu, która by"aby powszechnie akceptowana. 

A  gdyby  nawet  by"a,  to  przecie&  definicje  nie  s!  #wi%to#ciami.  Dowolne  s"owo  mo&emy  dla  w"asnych  celów 

zdefiniowa$  jak  nam  si%  &ywnie  podoba,  o  ile  uczynimy  to  zrozumiale  i  jednoznacznie.  Definicja,  jak!  chcia"bym 

zastosowa$,  pochodzi  od  G.  C.  Williamsa.*  Gen  zosta"  w  niej  zdefiniowany  jako  dowolna  cz%#$  materia"u 

chromosomalnego,  która  mo&e  trwa$  przez  wystarczaj!co  wiele  pokole'  po  to,  by  sta$  si%  jednostk!  doboru 

naturalnego.  Mówi!c  s"owami  z  poprzedniego  rozdzia"u,  gen  jest  replikatorem  o  du&ej  wierno#ci  kopiowania. 

Wierno#$  kopiowania  to  inny  sposób  na  wyra&enie  d"ugowieczno#ci-w-postaci-kopii,  co  w  skrócie  b%d%  nazywa" 

d"ugowieczno#ci!. Uzasadnieniu tej definicji musz% po#wi%ci$ nieco uwagi. 

Niezale&nie od definicji gen musi stanowi$ cz%#$ chromosomu. Lecz pytanie, jak du&! jego cz%#$ - jak du&y 

fragment  ta#my  telegraficznej? Wyobra(my  sobie  dowoln!  sekwencj%  kolejnych  liter  kodu  na  ta#mie.  Nadajmy  jej 

miano  jednostki  genetycznej.  Mo&e  to  by$  najwy&ej  dziesi%cioliterowa  sekwencja  wewn!trz  cistronu;  mo&e  to  by$ 

osiem  kolejnych  cistronów;  mo&e  si%  zaczyna$  i  ko'czy$  gdzie#  wewn!trz  cistronu.  Mo&e  b%dzie  zachodzi"a 

cz%#ciowo  na  inne  jednostki  genetyczne  lub  zawiera"a  w  sobie  mniejsze  jednostki,  stanowi!c  jednocze#nie  cz%#$ 

wi%kszych  jednostek.  Niezale&nie  od  tego,  jak  d"uga  lub  jak  krótka,  tak!  w"a#nie  definicj%  jednostki  genetycznej 

przyjmiemy w obecnych rozwa&aniach. B%dzie to po prostu odcinek chromosomu, w &aden sposób nie wyró&niony 

fizycznie od jego reszty. 

Wa&na  jest  rzecz  nast%puj!ca.  Otó&  im  jednostka  genetyczna  jest  krótsza,  tym  -  w  w%drówce  przez 

pokolenia - ma szanse na d"u&sze trwanie. Konkretnie za#, mniejsze s! szanse, i& zostanie przeci%ta przez crossing-

over.  Przypu#$my,  &e  w  czasie  podzia"u  mejotycznego,  prowadz!cego  do  wytworzenia  plemnika  czy  jaja, 

pojedynczy chromosom podlega przeci%tnie jednemu crossing-over, który mo&e nast!pi$ w dowolnym jego rejonie. 

Je#li rozwa&ymy bardzo du&! jednostk% genetyczn!, powiedzmy o d"ugo#ci po"owy chromosomu, to szanse na to, &e 

w  czasie  ka&dej  mejozy  jednostka  ta  zostanie  przeci%ta,  wynosz!  50  procent.  Je#li  rozwa&ana  przez  nas  jednostka 

genetyczna stanowi jedynie 1 procent d"ugo#ci chromosomu, mo&emy przyj!$, &e szans% na jej przeci%cie w czasie 

ka&dego  podzia"u  mejotycznego  wynosz!  tylko  1  procent.  Mo&emy  si%  wi%c  spodziewa$,  i&  przetrwa  ona  jeszcze 

przez  wiele  nast%pnych  pokole'  wywodz!cych  si%  z  tego  osobnika.  Pojedynczy  cistron  zajmuje  zwykle  znacznie 

mniej  ni&  1  procent  d"ugo#ci  chromosomu,  mo&na  si%  wi%c  spodziewa$,  &e  nawet  grupa  kilku  s!siaduj!cych 

cistronów utrzyma si% przez wiele pokole', nim zostanie rozdzielona przez crossing-over

background image

Przeci%tny, spodziewany czas &ycia jednostki genetycznej mo&na wygodnie wyrazi$ liczb! generacji, któr! 

z kolei mo&na prze"o&y$ na liczb% lat. Gdyby#my przyj%li ca"y chromosom jako ewentualn! jednostk% genetyczn!, to 

historia  jej  &ycia  ogranicza"aby  si%  zaledwie  do  jednej  generacji.  Przypu#$my,  &e  jest  to  twój  chromosom  8a, 

odziedziczony po twoim ojcu. Zosta" stworzony wewn!trz jednego z j!der ojca, na krótko przed twoim pocz%ciem, w 

wyniku  zachodz!cego  w  czasie  mejozy  procesu  tasowania.  Zestawiony  z  kawa"ków  chromosomów  powierzonych 

ojcu  przez  twoj!  babk%  i  dziadka  ze  strony  ojca,  nigdy  przedtem,  w  ca"ej  historii  #wiata,  nie  egzystowa".  Jedyny  i 

niepowtarzalny,  trafi"  do  plemnika  b%d!cego  jednym  spo#ród  wielkiej  armady  z"o&onej  z  milionów  ma"ych 

stateczków,  które  wp"yn%"y  do  wn%trza  twojej  matki.  Tylko  ten  jeden  plemnik  (o  ile  nie  jeste#  bli(niakiem 

ró&nojajowym), jako jedyny z ca"ej flotylli, znalaz" przysta' w jednym z jaj twojej matki - i dlatego istniejesz. Twój 

chromosom  8a,  rozwa&ana  przez  nas  jednostka  genetyczna,  przyst!pi"  wraz  z  ca"!  reszt!  twojego  materia"u 

genetycznego  do  replikacji  samego  siebie.  Obecnie  istnieje  w  postaci  duplikatów  w  ca"ym  twoim  ciele.  Lecz  w 

momencie  gdy  na  ciebie  przyjdzie  kolej  posiadania  dzieci,  chromosom  ten  ulegnie  zniszczeniu  w  procesie 

wytwarzania  jaj  (lub  plemników).  Ró&ne  jego  fragmenty  b%d!  zamieniane  z  fragmentami  twojego  matczynego 

chromosomu oznaczonego numerem 8b. W ka&dej komórce p"ciowej zostanie utworzony nowy chromosom numer 8, 

mo&e „lepszy”, a mo&e „gorszy” ni& poprzedni, ale - wyj!wszy raczej nieprawdopodobny zbieg okoliczno#ci - bez 

w!tpienia inny, bez w!tpienia unikatowy. Czas &ycia chromosomu równa si% jednej generacji. 

   A jaki mo&e by$ czas trwania mniejszej jednostki genetycznej, o d"ugo#ci powiedzmy 1/100 chromosomu 

8a? I ta jednostka pochodzi od twojego ojca, jest jednak wielce prawdopodobne, &e nie w nim zosta"a uformowana. 

Kontynuuj!c  wcze#niejsze  rozumowanie,  z  99-procentowym  prawdopodobie'stwem  otrzyma"  on  j!  w  ca"o#ci  od 

jednego  ze  swoich  rodziców.  Przypu#$my,  &e  od  matki,  czyli  twojej  babki  ze  strony  ojca.  Ona  z  kolei  z  99-

procentowym prawdopodobie'stwem odziedziczy"a j! w ca"o#ci po jednym ze swoich rodziców. Je#li cofn%liby#my 

si%  dostatecznie  daleko  wstecz,  #ledz!c  genealogi%  ma"ych  jednostek  genetycznych,  dotarliby#my  w  ko'cu  do  jej 

pierwotnego  twórcy.  Musia"a  by$  w  którym#  momencie  stworzona  po  raz  pierwszy,  wewn!trz  j!dra  lub  jajnika 

jednego z twoich przodków. 

Chcia"bym  ponownie  podkre#li$  szczególny  sens  u&ytego  przeze  mnie  s"owa  „stworzy$”.  Mniejsze 

podjednostki,  wchodz!ce  w  sk"ad  rozwa&anej  jednostki  genetycznej,  mog"y  istnie$  na  d"ugo  przedtem.  Je#li 

mówimy, &e w okre#lonym momencie stworzona zosta"a nasza jednostka genetyczna, mamy na my#li jedynie to, &e 

takie,  a  nie  inne,  charakterystyczne  dla  niej  zestawienie  podjednostek  nigdy  przedtem  nie  istnia"o.  Moment 

stworzenia  móg"  nast!pi$  ca"kiem  niedawno,  powiedzmy  w  ciele  twojej  babki  lub  dziadka.  Ale  je#li  rozwa&ymy 

bardzo  ma"!  jednostk%  genetyczn!,  to  mo&e  si%  okaza$,  &e  zosta"a  po  raz  pierwszy  zmontowana  u  znacznie 

odleglejszego,  mo&e  u  przedludzkiego,  ma"piego  przodka.  Co  wi%cej,  ma"e  jednostki  genetyczne  znajduj!ce  si% 

wewn!trz  ciebie  b%d!  pod!&a$  równie  daleko  w  przysz"o#$,  przechodz!c  nie  zmienione  poprzez  d"ugi  "a'cuch 

pokole' twoich potomków. 

Nale&y  tak&e  pami%ta$,  &e  przodkowie  osobnika  uk"adaj!  si%  nie  w  pojedyncz!,  ale  w  rozga"%ziaj!c!  si% 

lini%.  Oboj%tne,  który  z  twoich  przodków  „stworzy"”  dany  krótki  odcinek  twojego  chromosomu  8a,  jest  bardzo 

prawdopodobne, &e ma on lub ona oprócz ciebie wielu potomków. Jedna z twoich jednostek genetycznych mo&e by$ 

tak&e obecna u twoich dalekich krewnych. Mo&e by$ obecna we mnie, w premierze, w twoim psie, albowiem - je#li 

cofniemy  si%  wstecz  dostatecznie  daleko  –  oka&e  si%,  &e  wszyscy  mamy  wspólnych  przodków.  Je#li  jednostka 

background image

genetyczna ma niewielkie rozmiary, to istnieje pewne prawdopodobie'stwo, &e przypadkiem zostanie uformowana 

kilka  razy  z  osobna  w  taki  sam  sposób.  Ale  nawet  bliski  krewny  nie  ma  szans  na  posiadanie  ca"ego  chromosomu 

identycznego z twoim. Im jednostka genetyczna jest mniejsza, tym wi%ksze s! szanse, &e ma j! równie& inny osobnik 

- jej istnienie w wielu kopiach rozrzuconych po ca"ym #wiecie jest bardziej prawdopodobne. 

Przypadkowe "!czenie si%, na skutek crossing-over, istniej!cych wcze#niej podjednostek jest typow! drog! 

powstawania nowych  jednostek  genetycznych. Inn! drog!  -  dla przebiegu  ewolucji bardzo wa&n!,  cho$  zdarzaj!c! 

si% rzadko - jest mutacja punktowa. Mutacja punktowa to jak pojedynczy b"!d literowy w ksi!&ce. Wyst%puje rzadko, 

niemniej  jednak  im  jednostka  genetyczna  jest  d"u&sza,  tym  bardziej  prawdopodobne  jest,  &e  gdzie#  na  swojej 

d"ugo#ci zostanie zmieniona przez mutacj%. 

Innym  rzadkim  przypadkiem  pomy"ki  czy  mutacji,  który  na  d"u&sz!  met%  ma  istotne  konsekwencje,  jest 

inwersja. Od chromosomu od"!cza si% jaki# jego fragment, odwraca o sto osiemdziesi!t stopni i ponownie przy"!cza 

w  odwróconej  orientacji.  Przywo"uj!c  zastosowan!  wcze#niej  analogi%,  zdarzenie  to  poci!ga"oby  za  sob! 

konieczno#$ dokonania zmian w numeracji stron. Czasami takie fragmenty mog! si% przy"!czy$ w zupe"nie innym 

miejscu  tego  samego  chromosomu,  lub  nawet  do  zupe"nie  innego  chromosomu.  Odpowiada"oby  to  przeniesieniu 

pliku kartek z jednego tomu do drugiego. Istota pomy"ki tego typu polega na tym, &e cho$ z regu"y katastrofalna, od 

czasu  do  czasu  prowadzi  do  bliskiego  sprz%&enia  fragmentów  materia"u  genetycznego,  co  mo&e  sprzyja$  ich 

lepszemu  wspó"dzia"aniu.  Mo&e  na  skutek  inwersji  ulegn!  zbli&eniu  do  siebie  dwa  cistrony,  których  wp"yw  jest 

korzystny tylko wtedy, gdy wyst%puj! równocze#nie - uzupe"niaj! si% nawzajem lub w pewien sposób wzmacniaj! 

swoje  dzia"anie.  Powstaj!ca  w  ten  sposób  nowa  „jednostka  genetyczna”  b%dzie  wi%c  faworyzowana  przez  dobór 

naturalny i rozprzestrzeni si% w przysz"ej populacji. Mo&liwe jest, &e w miar% up"ywu czasu kompleksy genetyczne 

ulega"y w ten sposób daleko id!cemu przeformowaniu czy „przeredagowaniu”. 

Najtrafniejsz!  tego  ilustracj!  jest  zjawisko  znane  jako  mimikra.  Niektóre  motyle  s!  ohydne  w  smaku.  S! 

one  zwykle  jaskrawo  i  charakterystycznie  ubarwione,  a  ptaki  ucz!  si%  ich  unika$  dzi%ki  widocznym  znakom 

„ostrzegawczym”.  Korzystaj!  z  tego  inne  gatunki  motyli,  które  nie  maj!  przykrego  smaku.  Podszywaj!  si%  pod  te 

niesmaczne, upodobniaj!c si% do nich pod wzgl%dem koloru i kszta"tu (ale nie smaku). Cz%sto udaje im si% oszuka$ 

przyrodników  i  oczywi#cie  oszukane  zostaj!  tak&e  ptaki.  Ptak,  który  raz  spróbowa"  prawdziwego  niesmacznego 

motyla, stara si% unika$ wszelkich motyli o takim samym wygl!dzie, w tym równie& na#ladowców. Geny na mimikr% 

s! wi%c faworyzowane przez dobór naturalny, co sprzyja ewolucji tego zjawiska. 

Istnieje  wiele  rozmaitych  gatunków  niesmacznych  motyli  i  nie  s!  one  nawzajem  do  siebie  podobne. 

Na#ladowca  nie  mo&e  by$  podobny  do  ka&dego  niesmacznego  motyla:  musi  si%  trzyma$  jednego  okre#lonego 

gatunku.  Tote&  na  ogó"  dany  gatunek  na#ladowcy  jest  specjalist!  od  udawania  tylko  tego  i  &adnego  innego 

niesmacznego  motyla.  S!  jednak  w#ród  na#ladowców  takie  gatunki,  które  czyni!  co#  bardzo  dziwnego.  Otó&  nie 

wszystkie  nale&!ce  do  nich  osobniki  na#laduj!  ten  sam  gatunek,  niektóre  wybieraj!  co#  zupe"nie  innego.  Osobniki 

po#rednie,  czyli  takie,  które  usi"owa"yby  udawa$  obydwa  gatunki  równocze#nie,  wkrótce  zosta"yby  zjedzone,  ale 

takie osobniki si% nie pojawiaj!. Tak jak osobnik mo&e by$ albo zdecydowanie samcem, albo zdecydowanie samic!, 

tak  motyl  udaje  albo  jeden  niesmaczny  gatunek,  albo  drugi.  Zdarzy$  si%  mo&e  jednak,  &e  dany  motyl  b%dzie 

upodobniony do gatunku A, podczas gdy jego brat do gatunku B. 

Sugerowa"oby to, &e upodobnienie osobnika do gatunku A czy do gatunku B okre#la pojedynczy gen. Ale 

background image

jak pojedynczy gen mo&e decydowa$ o wszystkich tak wielorakich aspektach mimikry - kolorze, kszta"cie, wzorze 

plam,  sposobie  lotu?  Otó&,  je#li  pod  poj%ciem  genu  rozumiemy  pojedynczy  cistron,  to  zapewne  nie  mo&e.  Ale  na 

skutek  „redagowania”,  nie#wiadomego  i  automatycznego,  gdy&  b%d!cego  wynikiem  inwersji  i  innych 

przypadkowych  przemieszcze'  („rearan&acji”)  materia"u  genetycznego,  na  chromosomie  uformowa"a  si%  blisko 

sprz%&ona grupa, z"o&ona z licznych genów, które przedtem by"y rozmieszczone osobno. Ca"a ta grupa zachowuje si% 

jak pojedynczy gen - w my#l naszej definicji rzeczywi#cie jest teraz pojedynczym genem - i istnieje dla niej „allel”, 

który jest po prostu inn! grup! genów. Jedno skupisko zawiera cistrony odpowiedzialne za na#ladowanie gatunku A, 

drugie  za#  -  za  na#ladowanie  gatunku  B.  Ka&de  ze  skupisk  tak  rzadko  bywa  przecinane  przez  crossing-over,  &e  w 

naturze nie spotyka si% motyli o wygl!dzie po#rednim, je#li jednak hoduje si% w laboratorium bardzo du&o motyli, to 

formy po#rednie pojawiaj! si%, cho$ bardzo rzadko. 

S"owa  gen  u&ywam  zatem  na  okre#lenie  jednostki  genetycznej  na  tyle  ma"ej,  by  mog"a  trwa$  przez  du&! 

liczb%  pokole'  i  by  mog"a  si%  rozprzestrzeni$  w  postaci  wielu  kopii.  Definicja  ta  nie  jest  jednoznaczna  -  typu 

„wszystko  albo  nic”,  lecz  jest  czym#  wzgl%dnym,  p"ynnym  i  rozmytym,  jak  definicja  „du&ego”  czy  „starego”.  Im 

bardziej  prawdopodobne  jest,  &e  odcinek  chromosomu  zostanie  przeci%ty  przez  crossing-over  lub  zmieniony 

mutacjami  ró&nych  typów,  w  tym  mniejszym  stopniu  zas"uguje  on  na  miano  genu  w  znaczeniu,  w  jakim  u&ywam 

tego terminu. Cistron zapewne zas"uguje na to miano, jak równie& i wi%ksze jednostki. Kilkana#cie cistronów mo&e 

znajdowa$  si%  na  chromosomie  tak  blisko  jeden  drugiego,  &e  dla  naszych  celów  stanowi!  one  pojedyncz! 

d"ugowieczn!  jednostk%  genetyczn!.  Dobrym  przyk"adem  jest  w"a#nie  skupisko  genów  mimikry  u  motyli. 

Przenosz!c  si%  z  jednego  cia"a  do  drugiego,  zabieraj!c  si%  z  plemnikiem  lub  jajem  w  podró&,  której  celem  jest 

nast%pne  pokolenie,  cistrony  bardzo  cz%sto  spotykaj!  w  tym  ma"ym  stateczku  swoich  bliskich  s!siadów  z 

poprzedniej  podró&y,  dawnych  towarzyszy  rejsu,  z  którymi  przesz"y  d"ug!  odysej%  z  cia"  odleg"ych  przodków. 

S!siednie cistrony z jednego chromosomu tworz! zgran! paczk% towarzyszy podró&y i tylko wyj!tkowo nie udaje im 

si% dosta$ na pok"ad tego samego statku, gdy nadchodzi czas mejozy. 

Gdybym chcia" si% wyrazi$ precyzyjnie, nie powinienem zatytu"owa$ tej ksi!&ki Samolubny cistron ani te& 

Samolubny chromosom, ale z lekka samolubny du&y fragment chromosomu i bardziej samolubny ma"y fragmencik 

chromosomu.  Poza  wszystkim  innym,  by"by  to  tytu"  niezbyt  zach%caj!cy,  wi%c  zdefiniowawszy  gen  jako  ma"y 

fragment chromosomu, który mo&e przetrwa$ wiele generacji, zatytu"owa"em ksi!&k% Samolubny gen. 

Powrócili#my  wi%c  w  ten  sposób  do  kwestii,  któr!  porzucili#my  przy  ko'cu  rozdzia"u  1.  Stwierdzili#my 

wtedy,  &e  po  ka&dej  jednostce,  która  zas"uguje  na  miano  podstawowej  jednostki  doboru  naturalnego,  nale&y 

spodziewa$ si% egoizmu. Zauwa&yli#my, &e niektórzy za tak! jednostk% uwa&aj! gatunek, inni populacj% czy grup% w 

obr%bie  gatunku,  a  jeszcze  inni  osobnika.  Wyrazi"em  te&  wtedy  pogl!d,  który  osobi#cie  preferuj%,  &e  podstawow! 

jednostk!  doboru  naturalnego,  a  tym  samym  jednostk!  dbaj!c!  o  w"asne  korzy#ci,  jest  gen.  A  teraz  oto 

zdefiniowa"em  poj%cie  genu  w  taki  sposób,  &e  po  prostu  nie  mog%  nie  mie$  racji!  Dobór  naturalny  w  swojej 

najogólniejszej postaci polega na zró&nicowanej prze&ywalno#ci jednostek. Pewne jednostki prze&ywaj!, a inne gin!, 

ale  by  wybiórcze  umieranie  mia"o  jakikolwiek  wp"yw  na  rzeczywisto#$,  musi  by$  spe"niony  dodatkowy  warunek. 

Ka&da  jednostka  musi  istnie$  w postaci  licznych kopii  i przynajmniej niektóre  z jednostek  musz!  by$  potencjalnie 

zdolne  do  przetrwania  -  w  formie  swoich  kopii  -  przez  dostatecznie  d"ugi  odcinek  czasu  ewolucyjnego.  Ma"e 

jednostki  genetyczne  maj!  takie  w"asno#ci,  za#  osobniki,  grupy  i  gatunki  -  nie.  Wykazanie,  &e  jednostki 

background image

dziedziczenia  mog!  by$  w  praktyce  traktowane  jako  niezale&ne  i  niepodzielne  cz!stki  by"o  wielkim  osi!gni%ciem 

Grzegorza Mendla. Dzi# wiemy, &e jest to nadmierne uproszczenie. Nawet cistron jest podzielny, cho$ dzieje si% to 

rzadko, a z drugiej strony dowolne dwa geny znajduj!ce si% na jednym chromosomie nie s! ca"kowicie niezale&ne. 

W  definicji,  któr!  ja  przyj!"em,  gen  jest  jednostk!,  która  w  znacznym  stopniu  bliska  jest  idea"owi  niepodzielnej 

cz!stki. Gen nie jest niepodzielny, ale podzia"owi ulega rzadko. Albo z ca"! pewno#ci! jest obecny w ciele danego 

osobnika, albo nie ma go tam wcale. Gen w%druje od dziadków ku wnukom w postaci nie zmienionej i przechodz!c 

przez  po#rednie  generacje,  nie  "!czy  si%  z  innymi  genami.  Gdyby  nast%powa"o  ci!g"e  stapianie  si%  genów  ze  sob!, 

niemo&liwy  by"by  dobór  naturalny  taki,  jakim  go  obecnie  rozumiemy.  Nawiasem  mówi!c,  zosta"o  to  wykazane  za 

&ycia Darwina i by"o przyczyn! jego wielkich obaw, gdy& w tamtych czasach przyjmowano, &e dziedziczenie polega 

na procesie "!czenia. Odkrycia Mendla by"y ju& wtedy opublikowane i mog"yby przyj#$ Darwinowi z odsiecz!, ale, 

niestety,  nigdy  si%  o  nich  nie  dowiedzia"  -  przeczytano  je  dopiero  wiele  lat  po  #mierci  zarówno  Darwina,  jak  i 

Mendla.  Mendel  przypuszczalnie  nie  zdawa"  sobie  sprawy  z  donios"o#ci  swoich  odkry$,  w  przeciwnym  wypadku 

napisa"by zapewne do Darwina. 

Innym  aspektem  niepodzielno#ci  genu  jest  to,  &e  si%  nie  starzeje.  Prawdopodobie'stwo  jego  #mierci  nie 

zale&y od tego, czy jego wiek liczy si% w milionach, czy tylko w setkach lat. Przeskakuje z cia"a do cia"a w "a'cuchu 

pokole',  zr%cznie  kieruj!c  kolejnymi  cia"ami,  stosuj!c  w"a#ciwe  sobie  metody  i  osi!gaj!c  w"asne  korzy#ci, 

porzucaj!c sched% #miertelnych cia", nim te pogr!&! si% w staro#ci i #mierci. 

Geny s! nie#miertelne, a przynajmniej - mo&na rzec - zas"uguj! na to miano. Ka&dy z nas - jako maszyna 

przetrwania - mo&e si% spodziewa$ jeszcze kilku dziesi!tków lat &ycia. Ale spodziewany czas &ycia genów na tym 

#wiecie trzeba mierzy$ nie dziesi!tkami, a tysi!cami i milionami lat. 

W#ród  gatunków  rozmna&aj!cych  si%  p"ciowo  pojedynczy  osobnik  jest  zbyt  du&!  i  zbyt  krótkotrwa"! 

jednostk!  genetyczn!,  by  uzna$  j!  za  licz!cy  si%  obiekt  dzia"ania  doboru  naturalnego.*  A  grupa  osobników  jest 

jednostk! jeszcze wi%ksz!. Osobniki i grupy s! jak chmury na niebie lub tumany py"u na pustyni.* S! tymczasowymi 

skupiskami  lub  zgromadzeniami.  W  skali  ewolucyjnej  nie  s!  obiektami  stabilnymi.  Populacje  mog!  trwa$  przez 

pewien  czas,  ale  wci!&  mieszaj!  si%  z  innymi  populacjami,  a  wi%c  trac!  swoj!  to&samo#$.  Równie&  w  ich  obr%bie 

nast%puj!  ci!g"e  zmiany  ewolucyjne.  Populacja  nie  jest  obiektem  na  tyle  odr%bnym,  by  by$  jednostk!  doboru 

naturalnego, nie jest do#$ stabilna i jednolita, by mog"a by$ „wybierana” preferencyjnie wzgl%dem innej populacji. 

Pojedyncze cia"o jest przez ca"e swoje &ycie bytem zadowalaj!co odr%bnym, ale có&, czy trwa to d"ugo? A 

przecie&  ka&dy  osobnik  jest  niepowtarzalny.  Je#li  dobór  b%dzie  si%  dokonywa"  mi%dzy  bytami,  z  których  ka&dy 

wyst%puje  tylko  w  jednej  kopii,  to  nie  ma  mowy  o  ewolucji!  Rozmna&anie  p"ciowe  nie  jest  replikacj!.  Tak  jak 

populacja  ulega  ska&eniu  domieszkami  innych  populacji,  tak  i  potomstwo  osobnika  ska&one  jest  wp"ywem  jego 

partnera seksualnego. Twoje dzieci s! z tob! identyczne tylko w po"owie, twoje wnuki tylko w jednej czwartej. Po 

paru  pokoleniach  mo&esz  liczy$  co  najwy&ej  na  wielk!  liczb%  potomków,  z  których  ka&dy  nosi  w  sobie  zaledwie 

drobn! cz!stk% ciebie - mo&e kilka genów - nawet je#li niektórzy z nich nosz! równie& twoje nazwisko. 

Osobniki  nie  s!  bytami  stabilnymi,  s!  przemijaj!ce.  W  niepami%$  odchodz!  równie&  wci!&  tasowane 

chromosomy,  przelotne  jak  uk"ad  kart  w  rozdaniu.  Lecz  same  karty  prze&ywaj!  proces  tasowania.  Karty  to  geny. 

Geny  nie  s!  unicestwiane  przez  crossing-over,  zmieniaj!  jedynie  partnerów  i  id!  dalej.  Jak&eby  inaczej.  Przecie& 

tylko to jest dla nich wa&ne. S! replikatorami, a my jeste#my ich maszynami przetrwania. Gdy spe"nimy swoj! misj%, 

background image

jeste#my odtr!cani. Lecz &ycie genów mierzy si% czasem geologicznym: geny s! wieczne. 

Geny s! niezniszczalne jak diamenty, ale ich trwa"o#$ polega na czym innym. Pojedynczy kryszta" diamentu 

trwa  w  postaci  niezmiennego  uk"adu  atomów.  Cz!steczki  DNA  nie  maj!  trwa"o#ci  tego  rodzaju.  Pojedyncza 

cz!steczka  DNA  ma  do#$  krótki  &ywot  -  jego  d"ugo#$  liczy  si%  w  miesi!cach,  a  ju&  na  pewno  nie  trwa  d"u&ej  ni& 

&ycie osobnika. Jednak teoretycznie cz!steczka DNA mog"aby &y$ pod postaci! w"asnych kopii przez sto milionów 

lat. Co wi%cej, kopie okre#lonego genu mog! by$ rozpraszane po #wiecie, tak jak pradawne replikatory w bulionie 

pierwotnym.  Ró&nica  polega  na  tym,  &e  wspó"czesne  ich  wersje  s!  bezpiecznie  schowane  wewn!trz  maszyn 

przetrwania. 

Prosz%  zwróci$  uwag%,  &e  potencjalna  niemal&e  nie#miertelno#$  genu  w  formie  zbioru  swoich  kopii  jest 

w"asno#ci!, która go definiuje. Dla pewnych celów dogodna jest definicja genu jako pojedynczego cistronu, ale dla 

teorii  ewolucji  musi  by$  ona  rozbudowana,  poniewa&  wymaga  tego  przeznaczenie  naszej  definicji,  które  decyduje 

równie& o stopniu jej rozbudowania. Chcemy znale($ tak! jednostk% doboru naturalnego, która by"aby wygodna do 

zastosowania  w  praktyce.  W  tym  celu  zaczynamy  od  ustalenia  tych  w"asno#ci  jednostki  doboru  naturalnego,  które 

konieczne  s!  do  odniesienia  przez  ni!  sukcesu.  Jak  ustalili#my  w  poprzednim  rozdziale,  s!  nimi  d"ugowieczno#$, 

p"odno#$ i wierno#$ kopiowania. Nast%pnie definiujemy „gen” po prostu jako mo&liwie najwi%ksz! jednostk%, która - 

przynajmniej  potencjalnie  -  mo&e  odznacza$  si%  tymi  w"asno#ciami.  Gen  jest  wi%c  w  takim  razie  d"ugowiecznym 

replikatorem  istniej!cym  pod  postaci!  wielu  jednakowych  kopii.  Jego  &ycie  nie  trwa  niesko'czenie  d"ugo. 

Dos"ownie rzecz bior!c, nawet diament nie jest wieczny, a i cistron mo&e by$ przeci%ty na pó" przez crossing-over. 

Gen w my#l naszej definicji jest wi%c na tyle krótkim fragmentem chromosomu, by potencjalnie móg" dostatecznie 

d"ugo  trwa$  w  nie  zmienionej  postaci  -  na  tyle  d"ugo,  by  móc  skutecznie  pe"ni$  funkcj%  jednostki  doboru 

naturalnego. 

„Dostatecznie d"ugo” - ile to jest dok"adnie? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. B%dzie ona zale&a"a 

od intensywno#ci „presji” selekcyjnej doboru naturalnego. Czyli od tego, o ile bardziej prawdopodobna jest #mier$ 

„z"ej”  jednostki  genetycznej  ni&  #mier$  jej  „dobrego”  allelu.  To  za#  zale&y  od  czynników  dzia"aj!cych  w  danej 

sytuacji,  które  b%d!  si%  ró&ni$  od  przypadku  do  przypadku.  Gen  -  najwi%ksza  praktyczna  jednostka  doboru 

naturalnego - najcz%#ciej b%dzie czym# wi%kszym od cistronu, ale mniejszym od chromosomu. 

Owa  potencjalna  nie#miertelno#$  czyni  z  genu  dobrego  kandydata  na  podstawow!  jednostk%  doboru 

naturalnego.  Dlatego  nadszed"  czas,  by  przedyskutowa$  s"owo  „potencjalny”.  Gen  mo&e  &y$  milion  lat,  lecz  wiele 

nowych  genów  nie  mo&e  przetrwa$  d"u&ej  ni&  przez  jedno  pokolenie.  Nielicznym  nowicjuszom  udaje  si%  to 

cz%#ciowo dzi%ki szcz%#ciu, ale g"ównie dlatego, &e s! w stanie sprosta$ pewnym wymaganiom, które sprowadzaj! 

si%  do  umiej%tno#ci  konstruowania  dobrych  maszyn  przetrwania.  Wp"yw,  jaki  wywieraj!  na  rozwój  zarodkowy 

ka&dego  kolejnego  cia"a,  w  którym  si%  znajd!,  sprawia,  &e  cia"o  to  ma  nieco  wi%ksze  szanse  na  prze&ycie  i 

rozmna&anie  si%,  ni&  mia"oby  pod  wp"ywem  konkurencyjnego  genu  czy  allelu.  „Dobry”  gen  mo&e  na  przyk"ad 

zapewnia$ swoje przetrwanie, wspó"dzia"aj!c w wyposa&aniu kolejnych osobników, do których trafi, w d"ugie nogi 

pomagaj!ce im w ucieczce przed drapie&nikami. Jest - to oczywi#cie przyk"ad konkretny, a nie uogólnienie. Bywa, 

&e  d"ugie  nogi  nie  zawsze  s!  cennym  nabytkiem.  Kretowi  by"yby  zawad!.  Czy  mo&emy  wi%c,  nie  grz%zn!c  w 

szczegó"ach,  ustali$  uniwersalne  w"asno#ci,  którymi  powinny  si%  odznacza$  wszystkie  dobre  (czyli  d"ugowieczne) 

geny? I odwrotnie, czy istniej! takie w"asno#ci, które od razu okre#laj! gen jako „z"y”, nietrwa"y? Istnieje zapewne 

background image

kilka  tego  rodzaju  ogólnych  w"asno#ci,  ale  jest  jedna,  która  w  tej  ksi!&ce  zajmuje  szczególne  miejsce.  Otó&,  bez 

w!tpienia, na poziomie genowym altruizm jest z"em, a egoizm dobrem. Wynika to nieuchronnie z naszych definicji 

altruizmu  i  egoizmu.  Geny  staj!  przeciw  swoim  allelom  do  bezpo#redniego  wspó"zawodnictwa  o  przetrwanie, 

poniewa&  ich  allele  w  puli  genów  s!  rywalami  do  przegródek  na  chromosomach  przysz"ych  pokole'.  Ka&dy  gen, 

który  swoim  dzia"aniem  zwi%ksza  w"asne  szanse  przetrwania  w  puli  genów  kosztem  przetrwania  swoich  alleli, 

b%dzie z definicji, tautologicznie, tym, który przetrwa. Gen jest tym samym podstawow! jednostk! egoizmu. 

Sformu"owane  zosta"o  w  tym  momencie  g"ówne  przes"anie  tego  rozdzia"u.  Przeszed"em  w  nim  jednak  do 

porz!dku  nad  pewnymi  komplikacjami  i  ukrytymi  za"o&eniami.  O  pierwszej  z  komplikacji  ju&  pokrótce 

wspomnia"em. Bez wzgl%du na to, jak wolne i niezale&ne by"yby geny w swojej podró&y poprzez generacje, z ca"! 

pewno#ci!  nie  s!  wolne  jako  czynniki  kieruj!ce  rozwojem  zarodkowym.  Wspó"pracuj!  i  wspó"oddzia"uj!  zarówno 

mi%dzy  sob!,  jak  i  ze #rodowiskiem  zewn%trznym  w  niewiarygodnie  z"o&ony  sposób. Wyra&enia  takie  jak  „gen  na 

d"ugie  nogi”  czy  „gen  na  zachowanie  altruistyczne”  s!  wygodnymi  skrótami  my#lowymi,  wa&ne  jest  jednak,  by 

rozumie$  ich  rzeczywiste  znaczenie.  )aden  gen  samodzielnie  nie  zbuduje  nogi  ani  d"ugiej,  ani  krótkiej. 

Ukszta"towanie  si%  nogi  jest  przedsi%wzi%ciem,  w  którym  wspó"dzia"a  wiele  genów.  Nie  sposób  te&  pomin!$ 

wp"ywów  ze  strony #rodowiska  zewn%trznego: przecie&  nogi s! w  istocie  zbudowane  z  pokarmu!  A  jednak  mo&na 

sobie wyobrazi$ pojedynczy gen, który przy za"o&eniu identyczno#ci pozosta"ych czynników sprawia, &e nogi b%d! 

d"u&sze, ni& by"yby pod wp"ywem konkurencyjnego allelu tego genu. 

Jako analogi% rozwa&my wp"yw nawozu sztucznego, na przyk"ad saletry, na wzrost pszenicy. Ka&dy wie, &e 

w  obecno#ci  saletry  pszenica  ro#nie  lepiej  ni&  bez  niej.  Lecz  nikt  nie  by"by  tak  niem!dry,  by  twierdzi$,  &e  sama 

saletra  wystarczy,  aby  uros"a  pszenica.  Niezb%dne  s!  oczywi#cie  równie&  nasiona,  gleba,  s"o'ce,  woda  i  rozmaite 

minera"y. Ale je#li wszystkie te czynniki pozostan! niezmienne, a nawet je#li b%d! si% waha$ w pewnych granicach, 

dodanie  saletry  sprawi,  &e  pszenica  da  wi%kszy  plon.  Tak  samo  jest  z  pojedynczymi  genami  w  rozwoju  zarodka. 

Rozwój  zarodkowy  sterowany  jest  przez  tak  spl!tan!  sie$  skomplikowanych  zale&no#ci,  &e  najlepiej  zrobimy  nie 

wnikaj!c  w  nie.  Nie  ma  takiego  czynnika,  genetycznego  czy  #rodowiskowego,  który  jako  jedyny  by"by 

„odpowiedzialny”  za  któr!kolwiek  cz%#$  cia"a  nowo  narodzonego  osobnika.  Wszystkie  cz%#ci  jego  cia"a  s! 

rezultatem  niemal  niesko'czonej  liczby  wcze#niejszych  zdarze'.  Jednak  przyczyn%  ró&nicy  mi%dzy  jednym 

noworodkiem  a  drugim,  na  przyk"ad  co  do  d"ugo#ci  ich  nóg,  mo&na  bez  trudu  przypisa$  jednej  lub kilku  prostym, 

zaistnia"ym wcze#niej odmienno#ciom - b!d( to warunków #rodowiska, w jakim si% znajdowa"y, b!d( to ich genów. 

W  zaci%tej  konkurencji  o  przetrwanie  licz!  si%  te  w"a#nie  ró&nice,  dla  ewolucji  za#  maj!  znaczenie  te,  które  s! 

uwarunkowane genetycznie. 

Allele  danego  genu  s!  dla  niego  #miertelnymi  rywalami,  natomiast  inne  geny  s!  po  prostu  cz%#ci!  jego 

#rodowiska, tak jak temperatura, po&ywienie, drapie&niki czy towarzysze. I w"a#nie od tego ca"ego otoczenia genu, 

do którego zaliczaj! si% te& inne geny, zale&! skutki jego dzia"ania. Czasami gen wywiera pewien okre#lony efekt w 

obecno#ci  jakiego#  genu,  natomiast  w  obecno#ci  innego  zestawu  genów  towarzysz!cych  jego  efekt  jest  zupe"nie 

odmienny. Wszystkie geny tworz! co# w rodzaju genetycznego klimatu czy te& t"a, modyfikuj!cego i oddzia"uj!cego 

na skutki wywierane przez ka&dy z nich z osobna. 

Lecz  w  takim  razie  mamy  chyba  do  czynienia  z  paradoksem.  Je#li  zbudowanie  noworodka  jest  takim 

zawi"ym zespo"owym przedsi%wzi%ciem i skoro ka&dy gen potrzebuje kilku tysi%cy towarzyszy, by wype"ni$ swoje 

background image

zadanie, to jak to pogodzi$ z nakre#lonym przeze mnie wcze#niej obrazem niepodzielnych genów, skacz!cych przez 

wieki z cia"a do cia"a jak nie#miertelne kozice: wolnych i nieujarzmionych no#ników &ycia, dbaj!cych wy"!cznie o 

w"asne  korzy#ci?  Czy  wszystko  to  by"o  nonsensem?  Absolutnie  nie.  Troch%  porwa"y  mnie  wznios"e  frazy,  ale  nie 

mówi"em  nonsensów,  i  nie  mamy  tu  w  gruncie  rzeczy  do  czynienia  z  paradoksem.  Mo&emy  to  sobie  wyja#ni$, 

pos"uguj!c si% jeszcze jedn! analogi!. 

)aden  wio#larz  nie  mo&e  samodzielnie  wygra$  zawodów  wio#larskich  mi%dzy  Oxfordem  a  Cambridge. 

Potrzebuje  o#miu  kolegów.  Ka&dy  z  nich  -  dziobowy,  szlakowy,  sternik  itd.  -  jest  specjalist!  zajmuj!cym  w  "odzi 

zawsze  to  samo  miejsce.  Wios"owanie  jest  przedsi%wzi%ciem  zespo"owym,  a  mimo  to  niektórzy  s!  w  tym  sporcie 

lepsi ni& inni. Przypu#$my, &e trener musi dobra$ sobie idealn! za"og%, maj!c do dyspozycji pul% kandydatów, w#ród 

których jedni s! wyspecjalizowani jako dziobowi, inni jako sternicy i tak dalej. Przypu#$my, &e selekcji dokonuje w 

nast%puj!cy  sposób:  ka&dego  dnia  wyznacza  trzy  nowe  próbne  osady,  przypadkowo  wybieraj!c  kandydatów  do 

ka&dego miejsca w "odzi, po czym urz!dza ich wy#cigi. Po kilku tygodniach mo&e ju& dokona$ pewnych ustale' - 

stwierdzi, &e niektórzy zawodnicy na ogó" znajduj! si% w tej "odzi, która wygrywa. Ci zostaj! oznaczeni jako dobrzy 

wio#larze.  Inni  regularnie  pojawiaj!  si%  w  wolniejszych  za"ogach  i  ci  s!  w  konsekwencji  odrzucani.  Ale  nawet 

wybitnie dobry wio#larz mo&e czasem by$ cz"onkiem powolnej za"ogi, czy to z powodu mierno#ci innych cz"onków, 

czy z powodu pecha - powiedzmy silnego przeciwnego wiatru. W wygrywaj!cej "odzi tylko statystycznie znajd! si% 

najlepsi zawodnicy. 

Wio#larze  to  geny.  Rywale  do  ka&dego  miejsca  w  "odzi  s!  allelami,  potencjalnymi  kandydatami  do  tej 

samej przegródki na odcinku chromosomu. Umiej%tno#$ szybkiego wios"owania odpowiada zdolno#ci do budowania 

cia"a osobnika, który z powodzeniem utrzymuje si% przy &yciu. Wiatr to #rodowisko zewn%trzne. Pula kandydatów 

do wyboru to pula genów. Je#li rozwa&amy przetrwanie dowolnego osobnika, istotne jest to, &e wszystkie jego geny 

znajduj! si% w jednej i tej samej "odzi. Niejednemu genowi zdarzy si% popa#$ w z"e towarzystwo, znale($ si% w ciele 

wraz  z  genem  letalnym,  który  zabija  to  cia"o  w  dzieci'stwie.  Dobry  gen  zostaje  wtedy  unicestwiony  wraz  ze 

wszystkimi  pozosta"ymi.  Ale  unicestwieniu  ulega  tylko  jedna,  znajduj!ca  si%  w  tym  ciele,  kopia.  Repliki  tego 

samego genu wci!& &yj! w innych osobnikach, które nie maj! letalnego genu. Wiele kopii dobrych genów spotyka 

marny  los,  bo  przypadkiem  znalaz"y  si%  w  jednym  ciele  ze  z"ymi  genami  lub  mog!  przepa#$  na  skutek  innego 

nieszcz%#cia, gdy - dajmy na to - w cia"o uderzy piorun. Szcz%#cie lub pech z definicji przydarza si% przypadkowo, 

lecz gen, który regularnie przegrywa, nie jest pechowy - jest po prostu z"y. 

Jedn!  z  cech  dobrego  wio#larza  jest  umiej%tno#$  pracy  zespo"owej,  zdolno#$  do  dopasowania  si%  i 

wspó"pracy z reszt! za"ogi. Zalety te mog! by$ równie wa&ne, jak silne mi%#nie. Jak si% dowiedzieli#my przy okazji 

omawiania motyli, dobór naturalny mo&e, drog! inwersji i innych wi%kszych przemieszcze' kawa"ków chromosomu, 

w niezamierzony sposób tak „przeredagowa$” kompleks genów, &e geny, które dobrze razem wspó"pracuj!, skupiaj! 

si%  w  blisko  sprz%&one  grupy.  Ale  równie&  geny  w  &aden  sposób  nie  sprz%&one  fizycznie  mog!  w  pewnym  sensie 

podlega$ doborowi ze wzgl%du na ich wzajemne dopasowanie. Dobra wspó"praca genu z wi%kszo#ci! innych genów, 

z którymi, spotka si% w kolejnych cia"ach, czyli genów ca"ej pozosta"ej puli genowej, b%dzie jego zalet!. 

Cia"o sprawnego mi%so&ercy na przyk"ad powinno charakteryzowa$ si% pewnymi cechami, takimi jak ostre 

z%by, typ przewodu pokarmowego odpowiedni do trawienia mi%sa i wiele innych. Sprawny ro#lino&erca potrzebuje 

natomiast  p"askich  rozcieraj!cych  z%bów  trzonowych  i  znacznie  d"u&szego  jelita  o  innej  chemii  procesów 

background image

trawiennych.  Gdyby  w  puli  genów  ro#lino&ercy  pojawi"  si%  nowy  gen  obdarzaj!cy  w"a#ciciela  ostrymi  z%bami, 

przydatnymi  w  jedzeniu  mi%sa,  nie  odniós"by  wielkiego  sukcesu.  Nie  dlatego,  &e  jedzenie  mi%sa  jest  ogólnie  z"ym 

pomys"em,  ale  dlatego,  &e  nie  mo&na  efektywnie  &ywi$  si%  mi%sem,  je#li  nie  ma  si%  równie&  odpowiedniego 

przewodu  pokarmowego  i  innych  atrybutów  mi%so&ernego  trybu  &ycia.  Geny  na  ostre  z%by  mi%so&ercy  nie  s! 

bezwzgl%dnie z"e. One s! z"e tylko w puli genów zdominowanej przez geny usposabiaj!ce do ro#lino&erstwa. 

Jest  to  kwestia  subtelna  i  zawi"a.  Jej  z"o&ono#$  bierze  si%  st!d,  &e  „#rodowiskiem”  genu  s!  przede 

wszystkim  inne  geny,  a  ka&dy  z  nich  równie&  podlega  doborowi  ze  wzgl%du  na  jego  zdolno#ci  do  wspó"pracy  ze 

swoim  #rodowiskiem  skomponowanym  z  innych  genów.  Istnieje  analogia  umo&liwiaj!ca  przebrni%cie  przez  ten 

zawi"y problem, ale nie wyst%puje ona w sferze codziennych do#wiadcze'. Analogi% t% mo&na znale($ w teorii gier, 

któr!  przedstawi%  przy  okazji  omawiania  turniejów  pomi%dzy  zwierz%tami  w  rozdziale  5.  Dalsz!  dyskusj%  na  ten 

temat od"o&% wi%c na jego koniec, teraz za# powróc% do g"ównej my#li rozdzia"u bie&!cego. Tej mianowicie, &e za 

podstawow! jednostk% doboru naturalnego najtrafniej jest uzna$ nie gatunek, nie populacj%, nawet nie osobnika, ale 

pewn!  niewielk!  jednostk%  materia"u  genetycznego,  któr!  dla  wygody  mo&na  nazwa$  genem.  Jak  wspomniano 

wcze#niej,  fundamentem  naszych  rozwa&a'  jest  za"o&enie,  &e  geny  s!  potencjalnie  nie#miertelne,  podczas  gdy 

osobniki  i  jednostki  wy&szego  rz%du  s!  przemijaj!ce.  Za"o&enie  to  opiera  si%  na  dwóch  faktach:  istnieniu 

rozmna&ania p"ciowego i crossing-over oraz na osobniczej #miertelno#ci. Fakty te s! niezaprzeczalnie prawdziwe, co 

jednak  nie  powinno  nas  powstrzymywa$  od  pytania,  dlaczego  s!  prawdziwe.  Dlaczego  my,  tak  jak  wi%kszo#$ 

maszyn  przetrwania,  stosujemy  rozmna&anie  p"ciowe?  Czemu  nasze  chromosomy  podlegaj!  crossing-over?  I 

dlaczego nie &yjemy wiecznie? 

Problem  naszego  umierania  ze  staro#ci  jest  z"o&ony,  a  jego  szczegó"y  wykraczaj!  poza  ramy  tej  ksi!&ki. 

Proponuje si% ró&ne konkretne przyczyny, wysuwa si% równie& pewne uogólnienia. Jedna z teorii g"osi na przyk"ad, 

&e staro#$ jest skutkiem akumulacji szkodliwych b"%dów kopiowania i innych uszkodze' genów, które zachodz! w 

trakcie  &ycia  osobnika.  Inna  teoria,  któr!  zawdzi%czamy  Sir  Peterowi  Medawarowi,  jest  dobrym  przyk"adem 

my#lenia  ewolucyjnego  kategoriami  doboru  genowego.*  Medawar  zaczyna  od  rozprawienia  si%  z  argumentami 

tradycyjnymi  w  rodzaju:  „Umieranie  starych  osobników  jest  aktem  altruizmu  wobec  reszty  gatunku,  poniewa&  - 

gdyby pozostali w#ród &yj!cych b%d!c zbyt zniedo"%&niali, by si% rozmna&a$ - dosz"oby do przeludnienia #wiata, z 

czego nie by"oby &adnego po&ytku”. Jest to, jak wskazuje Medawar, ten typ argumentacji, w którym przyjmuje si% za 

pewnik  to,  co  dopiero  ma  by$  dowiedzione,  w  tym  przypadku  -  &e  stare  zwierz%ta  s!  zbyt  niedo"%&ne,  by  si% 

rozmna&a$.  T"umaczenie  to  odwo"uje  si%  równie&  w  naiwny  sposób  do  poj%$  doboru  grupowego  lub  doboru 

gatunkowego, cho$ t% jego cz%#$ mo&e da"oby si% jeszcze sformu"owa$ w sposób bardziej racjonalny. W"asna teoria 

Medawara odznacza si% przejrzyst! logik!, a ogólne jej za"o&enia przedstawiaj! si% nast%puj!co. 

W  wyniku  naszych  wcze#niejszych  rozwa&a'  ustalili#my,  &e  jednym  z  najogólniejszych  atrybutów 

„dobrego” genu jest jego „egoizm”. Inn! jeszcze, ogóln! w"asno#ci! dobrze prosperuj!cych genów powinna by$ ich 

tendencja  do  odraczania  #mierci  swoich  maszyn  przetrwania,  przynajmniej  do  czasu  zako'czenia  okresu 

rozrodczego. Niektórzy  z  twoich kuzynów albo  stryjecznych  dziadków mogli  umrze$  w  dzieci'stwie,  nie  zdarzy"o 

si% to natomiast &adnemu z twoich przodków. Przodkowie po prostu nie mog! umrze$ jako dzieci! 

Gen,  który  niesie  #mier$  swojemu  w"a#cicielowi,  nosi  nazw%  genu  letalnego.  Gen  semiletalny  wywiera 

pewien os"abiaj!cy wp"yw na organizm, co sprawia, &e jego #mier$ z innych przyczyn jest bardziej prawdopodobna. 

background image

Dla ka&dego z genów mo&na ustali$ pewien etap &ycia, w którym wywiera on najsilniejszy wp"yw na organizmy, i 

geny letalne oraz semiletalne nie s! pod tym wzgl%dem wyj!tkiem. Znaczna cz%#$ genów zaznacza swój wp"yw w 

czasie rozwoju p"odowego, inne w dzieci'stwie, inne we wczesnej doros"o#ci, inne w #rednim wieku, a jeszcze inne 

na  staro#$.  (Zwró$  uwag%,  &e  dok"adnie  ten  sam  zestaw  genów  ma  zarówno  g!sienica,  jak  i  motyl,  w  którego  si% 

przeobra&a).  Oczywi#cie  geny  letalne  b%d!  usuwane  z  puli  genów.  Ale  jest  równie  oczywiste,  &e  geny  letalne 

dzia"aj!ce na pó(nych etapach &ycia b%d! stabilniejsze ni& te, które dzia"aj! wcze#niej. B%d!c letalnym dla starego 

osobnika,  gen  mo&e  w  dalszym  ci!gu  dobrze  prosperowa$  w  puli  genów  pod  warunkiem,  &e  jego  fatalne  skutki 

ujawniaj! si% dopiero jaki# czas po rozpocz%ciu okresu rozrodczego. Na przyk"ad gen sprzyjaj!cy zapadaniu starych 

osobników na chorob% nowotworow! móg"by zosta$ przekazany licznemu potomstwu, poniewa& osobniki zd!&y"yby 

si% rozmno&y$, nim zachorowa"yby na raka. Natomiast gen powoduj!cy powstanie raka we wczesnej doros"o#ci nie 

zosta"by  przekazany  zbyt  licznym  potomkom,  gen  za#,  którego  przyczyn!  jest  #mier$  z  powodu  nowotworu  w 

dzieci'stwie,  w  ogóle  nie  zosta"by  przekazany  potomstwu.  Zatem  w  my#l  tej  teorii  umieranie  ze  staro#ci  jest  po 

prostu ubocznym skutkiem nagromadzenia si% w puli genowej genów letalnych i semiletalnych o pó(nym dzia"aniu, 

którym uda"o si% przecisn!$ przez oka sieci doboru naturalnego tylko dlatego, &e dzia"aj! w pó(nym wieku. 

Sam  Medawar  zwraca  przy  tym  uwag%  na  to,  &e  dobór  naturalny  b%dzie  preferowa"  geny  o  w"asno#ciach 

opó(niaj!cych  dzia"anie  innych  -  letalnych  -  genów.  B%dzie  równie&  preferowa"  geny  przyspieszaj!ce  dzia"anie 

genów  dobrych.  By$  mo&e  takie  w"a#nie,  uwarunkowane  genetycznie  modyfikacje  momentu  uruchamiania 

aktywno#ci genów maj! znacz!cy udzia" w ewolucji. 

Godne  uwagi  jest  to,  &e  powy&sza  teoria  nie  wymaga  &adnych  wcze#niejszych  za"o&e'  co  do  momentu 

rozpocz%cia  i  zako'czenia  okresu  rozrodczego.  Je#li  przyj!$  wyj#ciowe  za"o&enie,  &e  wszystkie  osobniki  maj! 

jednakowe  szanse  na  potomstwo  niezale&nie  od  swojego  wieku,  teoria  Medawara  od  razu  przewidzia"aby 

gromadzenie  si%  w  puli  genowej  genów  szkodliwych  pó(no  dzia"aj!cych,  czego  wtórn!  konsekwencj!  by"aby 

tendencja do malej!cej rozrodczo#ci w wieku starczym. 

Atrakcyjno#$  tej  teorii  polega  mi%dzy  innymi  na  tym,  &e  prowadzi  do  pewnych,  do#$  interesuj!cych, 

spekulacji. Wynika  z niej na przyk"ad,  &e gdyby#my  chcieli  przed"u&y$  czas  trwania  ludzkiego &ycia,  mogliby#my 

tego  dokona$  na  dwa  sposoby.  Po  pierwsze  mogliby#my  zabroni$  posiadania  dzieci  przed  osi!gni%ciem  pewnego 

wieku, powiedzmy czterdziestki. Po kilku stuleciach minimalny dopuszczalny wiek rozrodczy mogliby#my podnie#$ 

do  pi%$dziesi%ciu  lat,  a  potem  jeszcze  wy&ej.  Niewykluczone,  &e  czas  trwania  &ycia  ludzkiego  da"oby  si%  w  ten 

sposób przed"u&y$ do kilkuset lat, jednak trudno mi sobie wyobrazi$, by kto# móg" na serio chcie$ zaprowadzi$ takie 

porz!dki. 

Po drugie, mogliby#my spróbowa$ „oszuka$” geny tak, by „my#la"y”, &e cia"o, w którym si% znajduj!, jest 

m"odsze  ni&  w  rzeczywisto#ci.  T"umacz!c  na  j%zyk  praktyczny,  oznacza"oby  to  wykrycie  zmian,  jakie  w  trakcie 

starzenia zachodz! w chemicznym #rodowisku wewn%trznym cia"a. Takie zmiany mog"yby by$ „czujnikami”, które 

„w"!czaj!” pó(no dzia"aj!ce geny letalne. Symuluj!c pewne drugorz%dne w"asno#ci chemiczne charakterystyczne dla 

m"odego osobnika, mo&na by zapobiec w"!czeniu pó(no dzia"aj!cych szkodliwych genów. Godne uwagi jest to, &e 

same sygna"y chemiczne pó(nego wieku wcale nie musz! by$ szkodliwe. Przypu#$my na przyk"ad, &e substancja S 

jest bardziej st%&ona w ciele osobników starych ni& m"odych. S jako taka mo&e by$ ca"kiem niegro(na, mo&e to by$ 

jaka# substancja pochodz!ca z po&ywienia, akumuluj!ca si% w ciele z up"ywem czasu. Ale ka&dy gen, który wywiera 

background image

szkodliwy  wp"yw  jedynie  w  obecno#ci  S,  a  bez  niej  wywiera  na  organizm  wp"yw  dodatni,  b%dzie  tym  samym 

podlega$  pozytywnemu  doborowi  w  puli  genowej  i  w  efekcie  stanie  si%  genem  „na”  umieranie  w  pó(nym  wieku. 

Leczenie polega"oby wtedy po prostu na usuni%ciu substancji S z cia"a. 

Rewolucyjno#$  powy&szej  teorii  tkwi  w  tym,  &e  S  jest  tylko  znacznikiem  staro#ci.  Zauwa&ywszy,  &e 

wysokie st%&enie S prowadzi do #mierci, ka&dy lekarz uwa&a"by j! pewnie za co# w rodzaju trucizny i "ama"by sobie 

g"ow%,  chc!c  znale($  bezpo#rednie  zwi!zki  przyczynowe  mi%dzy  S  a  z"ym  stanem  zdrowia  pacjenta.  W  naszym 

hipotetycznym przyk"adzie marnowa"by tylko swój czas! 

Mog"aby  równie&  istnie$  substancja  M,  znacznik  m"odo#ci,  której  st%&enie  by"oby  w  m"odych  cia"ach 

wy&sze  ni& w starych. Analogicznie,  mog"oby  doj#$ do  doboru  genów  maj!cych dobroczynny wp"yw  w obecno#ci 

M,  a  szkodliwy,  gdy  jej  brak.  Nie  maj!c  &adnego  poj%cia,  czym  s!  S  i  M  -  takich  substancji  mog"oby  by$  wiele  - 

mo&emy  mimo  to  wyci!gn!$  ogólne  wnioski,  &e  im  bardziej  potrafiliby#my  pozorowa$  w  ciele  starym  w"asno#ci, 

nawet powierzchowne, cia"a m"odego, tym d"u&ej to stare cia"o powinno utrzyma$ si% przy &yciu. 

Musz% podkre#li$, &e s! to jedynie spekulacje wysnute z teorii Medawara. Cho$ w jakim# sensie jego teoria 

musi prawem logiki zawiera$ troch% prawdy, to jeszcze nie oznacza, &e jest w"a#ciwym wyja#nieniem dla ka&dego 

konkretnego  przypadku  starzenia  si%.  Dla  naszych  celów  znaczenie  ma  to,  &e  ujmuj!c  ewolucj%  z  perspektywy 

doboru  genowego,  nie  napotykamy  przy  wyja#nianiu  zjawiska  wymierania  starych  osobników  &adnych  trudno#ci. 

Za"o&enie  osobniczej  #miertelno#ci,  le&!ce  u  podstaw  zawartych  w  tym  rozdziale  rozwa&a',  daje  si%  w  ramach  tej 

teorii uzasadni$. 

Drugie  z  za"o&e',  które  przyj!"em  milcz!co  jako  oczywisto#$  -  o  istnieniu  rozmna&ania  p"ciowego  i 

crossing-over  -  jest  trudniejsze  do  uzasadnienia.  Crossing-over  czasem  nie  zachodzi.  Nie  wyst%puje  u  samców 

muszki  owocowej.  Istnieje  gen,  który  równie&  u  samic  dzia"a  t"umi!co  na  crossing-over.  Gdyby#my  hodowali 

populacj%  muszek,  w  której  gen  ten  by"by  powszechny,  wtedy  chromosom  w  puli  chromosomów  sta"by  si% 

podstawow!  niepodzieln!  jednostk!  doboru  naturalnego.  W  istocie,  pod!&aj!c  tropem  naszej  definicji  a&  do  jej 

logicznej konkluzji, za pojedynczy „gen” powinni#my wtedy uzna$ ca"y chromosom. 

Je#li za# chodzi o rozmna&anie p"ciowe, to i tu istniej! rozwi!zania alternatywne. Samice  mszyc  mog! na 

drodze  dzieworództwa  wyda$  na  #wiat  &e'skie  potomstwo,  maj!ce  wy"!cznie  geny  matki.  (Nawiasem  mówi!c, 

zarodek,  znajduj!cy  si%  w  „"onie”  matki,  mo&e  ju&  mie$  w  swoim  "onie  jeszcze  mniejszy  embrion.  Tote&  samica 

mszycy  mo&e  równocze#nie  urodzi$  córk%  i  wnuczk%,  z  których  ka&da  jest  z  ni!  identyczna  jak  jednojajowe 

bli(ni%ta).  Wiele  ro#lin  rozrasta  si%  wegetatywnie,  wypuszczaj!c  roz"ogi.  W  tym  przypadku  powinni#my  raczej 

mówi$  o  wzro#cie  ni&  o  rozmna&aniu  i  je#li  si%  nad  tym  dalej  zastanawia$,  mi%dzy  wzrostem  a  rozmna&aniem 

bezp"ciowym w ogóle nie ma wielkiej ró&nicy, poniewa& oba zachodz! na drodze podzia"ów mitotycznych. Ro#liny 

wytworzone drog! rozmna&ania wegetatywnego czasami od"!czaj! si% od „rodzica”. W innych za# przypadkach, tak 

jak  u  wi!zu,  "!cz!ce  je  roz"ogi  zostaj!  zachowane.  W  istocie  ca"y  wi!zowy  zagajnik  mo&na  uwa&a$  za  jednego 

osobnika. 

Powstaje  wi%c  pytanie:  czemu  my  wszyscy  zadajemy  sobie  tyle  trudu,  by  przed  wydaniem  na  #wiat 

potomka  zmiesza$  swoje  geny  z  genami  kogo#  innego,  skoro  mszyce  i  wi!zy  mog!  si%  bez  tego  obej#$?  Dziwn! 

zaiste wydaje si% ta droga post%powania. Przede wszystkim  mo&na zada$ pytanie: Czemu rozmna&anie p"ciowe, to 

dziwaczne wynaturzenie zwyk"ej replikacji, w ogóle si% pojawi"o? Có& jest w nim takiego dobrego?* 

background image

Na  pytanie  to  ewolucjoni#cie  niezwykle  trudno  jest  odpowiedzie$.  W  najrzetelniejszych  próbach 

odpowiedzi si%ga si% do rozumowania z zakresu wy&szej matematyki. Mam szczery zamiar ich unikn!$, powiedzie$ 

chc%  tylko  jedno.  To  mianowicie,  &e  trudno#ci,  na  jakie  natrafiaj!  teoretycy,  t"umacz!c  powstanie  p"ci,  po  cz%#ci 

przynajmniej pochodz! st!d, &e nie mog! uwolni$ si% od patrzenia na ten problem z punktu widzenia jednostki, która 

stara  si%,  by  przetrwa"a  jak  najwi%ksza  liczba  jej  genów.  W  tym  #wietle  istnienie  seksu  wydaje  si%  paradoksalne, 

gdy& jest to ma"o skuteczna metoda rozpowszechniania swoich genów. Ka&de z dzieci danego osobnika ma przecie& 

tylko  50  procent  jego  genów  -  drugie  50  procent  dostarcza  jego  partner  seksualny.  Gdyby,  jak  mszyca, 

„odp!czkowywa"”  dzieci  b%d!ce  jego  doskona"ymi  replikami,  w  cia"ach  swoich  dzieci  przekaza"by  nast%pnemu 

pokoleniu  100  procent  swoich  genów.  Ten  pozorny  paradoks  popchn!"  niektórych  teoretyków  ku  teorii  doboru 

grupowego, poniewa& na poziomie grupy wzgl%dnie "atwo znale($ korzy#ci p"yn!ce z p"ci. Zwi%(le podsumowa" je 

W.  F.  Bodmer  twierdz!c,  &e  rozmna&anie  p"ciowe  „u"atwia  nagromadzenie  w  pojedynczym  osobniku  korzystnych 

mutacji, które powsta"y niezale&nie w ró&nych osobnikach”. 

Ale  paradoks  ten  wydaje  si%  mniej  paradoksalny,  je#li  -  przyj!wszy  punkt  widzenia  prezentowany  w  tej 

ksi!&ce  -  potraktujemy  osobnika  jako  maszyn%  przetrwania,  zbudowan!  przez  chwilow!  konfederacj% 

d"ugowiecznych genów. Skuteczno#$ jako atrybut osobnika jest wówczas nieistotna. Wybór typu rozmna&ania mo&e 

by$  wtedy  potraktowany  jako  cecha kontrolowana  przez pojedynczy  gen,  tak jak  to,  czy  oczy  maj!  by$  niebieskie 

czy  br!zowe.  Gen  „na”  p"ciowo#$,  dla  osi!gni%cia  swoich  egoistycznych  celów,  manipuluje  wszystkimi  innymi 

genami.  Tak  samo  gen  na  crossing-over.  S!  nawet  geny  -  zwane  mutatorami  -  które  modyfikuj!  cz%sto#$  b"%dów 

kopiowania innych genów. B"!d kopiowania jest z definicji niekorzystny dla b"%dnie skopiowanego genu. Ale je#li 

jest  korzystny  dla  samolubnego  genu  mutatorowego,  b%dzie  si%  on  rozprzestrzenia"  w  puli  genowej.  Podobnie  dla 

uzasadnienia istnienia zjawiska crossing-over wystarczy, by by"o ono po&yteczne dla genu na crossing-over. Je#li za# 

dla genu na rozmna&anie p"ciowe ten rodzaj rozmna&ania jest korzystniejszy od rozmna&ania bezp"ciowego, jest to 

wystarczaj!cy  powód  istnienia  rozmna&ania  p"ciowego.  Ewentualne  korzy#ci  lub  ich  brak  dla  wszystkich 

pozosta"ych  genów  osobnika  s!  stosunkowo  ma"o  istotne.  Z  punktu  widzenia  egoistycznego  genu  istnienie  p"ci 

okazuje si% wi%c wcale nie tak dziwne. 

Wywód  ten  zaczyna  niepokoj!co  przypomina$  rozumowanie,  w  którym  na  pocz!tku  przyjmujemy  to,  co 

trzeba dopiero udowodni$. Przecie& istnienie p"ci jest punktem wyj#cia dla ca"ego ci!gu rozwa&a', które prowadz! 

do uznania genu za podstawow! jednostk% doboru. Jestem przekonany, &e istniej! sposoby, by wydosta$ si% z tego 

zap%tlenia, ale niniejsza ksi!&ka nie zajmuje si% roztrz!saniem tych kwestii. P"e$ istnieje. To pewne. I to dzi%ki niej 

oraz  dzi%ki  crossing-over  niewielki  element  genetyczny,  jakim  jest  gen,  mo&e  by$  uwa&any  za  co#  najbli&szego 

poj%ciu podstawowej, niezale&nej jednostki ewolucji. 

Nie  tylko  p"e$  jest  takim  pozornym  paradoksem,  który  staje  si%  mniej  zagadkowy,  od  kiedy  umiemy  ju& 

rozumowa$  kategoriami  samolubnego  genu.  Okazuje  si%  na  przyk"ad,  &e  organizmy  maj!  wi%cej  DNA  ni&  to 

niezb%dnie konieczne do ich budowy: znaczna cz%#$ DNA nie jest nigdy t"umaczona na bia"ko. Z punktu widzenia 

pojedynczego  organizmu  wydaje  si%  to  paradoksalne.  Je#li  „przeznaczeniem”  DNA  jest  nadzór  nad  budowaniem 

cia", zaskakuj!ce jest odkrycie, &e znaczna jego cz%#$ nie uczestniczy w tym dziele. Biologowie "ami! sobie g"owy, 

próbuj!c  doj#$,  jakiemu  po&ytecznemu  celowi  s"u&y  ten  nadmiar  DNA.  Lecz  z  punktu  widzenia  samych 

egoistycznych  genów  nie  istnieje  tu  &aden  paradoks.  Rzeczywistym  „celem”  DNA  jest  przetrwanie  -  tyle  i  nic 

background image

ponadto.  Najpro#ciej  mo&na  uzasadni$  obecno#$  nadmiaru  DNA,  przyjmuj!c,  &e  jest  on  paso&ytem  lub  jedynie 

pasa&erem na gap% - nieszkodliwym, ale bezu&ytecznym, który zabra" si% maszyn! przetrwania stworzon! przez inny 

DNA.* 

Niektórzy  przeciwni  s!  temu,  nadmiernie  wed"ug  nich  genocentrycznemu,  pogl!dowi  na  ewolucj%.  Bo 

przecie&  tak  naprawd%  tymi,  które  &yj!  lub  umieraj!,  s!  ca"e  osobniki  wraz  ze  wszystkimi  swoimi  genami.  Mam 

jednak  nadziej%,  &e  po#wi%ci"em  w  tym  rozdziale  dostatecznie  wiele  s"ów,  by  wykaza$,  i&  nie  ma  tu  istotnych 

sprzeczno#ci. Tak jak ca"e za"ogi wygrywaj! lub przegrywaj! wy#cigi, tak osobniki s! w istocie tymi, które &yj! lub 

umieraj!,  a  bezpo#redni przejaw doboru naturalnego  niemal  zawsze  zaznacza  si%  na poziomie  osobniczym.  Jednak 

je#li  #mier$  lub  sukces  rozrodczy  osobników  podlega  wp"ywom  jakichkolwiek  nieprzypadkowych  czynników,  to 

d"ugofalowym tego skutkiem b%dzie zmiana cz%sto#ci wyst%powania genów w puli genowej. Pula genów, oczywi#cie 

z  pewnymi  zastrze&eniami,  jest  tym  dla  wspó"czesnych  replikatorów,  czym  by"  bulion  pierwotny  dla  ich 

praprzodków.  Rozmna&anie  p"ciowe  i  crossing-over  chromosomów  zapewnia  utrzymanie  p"ynno#ci  tego 

wspó"czesnego  odpowiednika  bulionu.  Dzi%ki  nim  pula  genowa  jest  przez  ca"y  czas  dobrze  wymieszana,  a  geny 

dok"adnie  przetasowane.  Ewolucja  jest  procesem,  w  którego  wyniku  pewne  geny  staj!  si%  w  puli  genów  bardziej 

liczne,  a  inne  mniej.  Dobrym  nawykiem  przy  wszelkich  próbach  wyja#nienia  przyczyn  powstania  jakiej#  cechy, 

takiej na przyk"ad, jak zachowanie altruistyczne, jest zadawanie sobie pytania: „Jaki wp"yw ma ta cecha na cz%sto#$ 

wyst%powania  genów  w  puli  genowej?”  Niekiedy  j%zyk  genowy  staje  si%  mo&e  nieco  rozwlek"y  i  dla  przydania 

opisowi  zwi%z"o#ci  i  barwy  odbiegamy  w  stron%  metafory.  Zawsze  jednak  powinni#my  czujnie  obserwowa$  nasze 

metafory, by mie$ pewno#$, &e s! one wci!& przet"umaczalne na j%zyk genowy, je#li zajdzie taka potrzeba. 

Pula genowa jest dla genu po prostu rodzajem pierwotnego bulionu, w którym sp%dza swoje &ycie. Zmieni"o 

si%  jedynie  to,  &e  dzi#  wspó"pracuje  z  kolejnymi,  wybranymi  z  puli  genów  zespo"ami  towarzyszy,  buduj!c  z  nimi 

pospo"u  kolejne  przemijaj!ce  maszyny  przetrwania.  W  nast%pnym  rozdziale  zajmiemy  si%  w"a#nie  nimi  -  samymi 

maszynami przetrwania, oraz tym, jak nale&y rozumie$ twierdzenie, &e geny steruj! ich zachowaniem. 

background image

ROZDZIA  4 

MASZYNA GENOWA 

 

Z pocz!tku maszyny przetrwania by"y zaledwie pojemnikami na geny, zapewniaj!c im niewiele wi%cej ni& 

os"on% przed atakiem chemicznym ze strony rywali i przed siej!cym spustoszenie, przypadkowym bombardowaniem 

molekularnym.  W  dawnych  czasach  „&ywi"y  si%”  one  "atwo  dost%pnymi  w  bulionie  cz!steczkami  organicznymi. 

 atwe  &ycie  sko'czy"o  si%,  gdy  pokarm  organiczny,  gromadz!cy  si%  powoli  w  bulionie  pod  wp"ywem  energii 

#wiec!cych od wieków promieni s"onecznych, caikowicie si% wyczerpa". Pewien rodzaj maszyn przetrwania, obecnie 

zwanych  ro#linami,  sam  zacz!"  wykorzystywa$  #wiat"o  s"oneczne  do  budowy  z"o&onych  cz!steczek  z  prostych 

sk"adników,  na#laduj!c,  tyle  &e  z  wi%ksz!  pr%dko#ci!,  procesy  syntezy,  które  zachodzi"y  przedtem  w  bulionie 

pierwotnym.  Inny  rodzaj,  znany  obecnie  jako  zwierz%ta,  „odkry"”,  &e  mo&na  eksploatowa$  rezultaty  chemicznego 

trudu  ro#lin,  zjadaj!c  je  lub  zjadaj!c  inne  zwierz%ta.  Oba  g"ówne  rodzaje  maszyn  przetrwania  opanowywa"y  coraz 

bardziej  pomys"owe  sztuczki,  by  na  najrozmaitsze  sposoby  poprawi$  swoj!  sprawno#$  &yciow!:  nieustannie 

otwiera"y si% w tej dziedzinie nowe mo&liwo#ci. Odga"%zia"y si% wci!& nowe podrodzaje i podrodzaje podrodzajów, 

ka&dy  z  nich  celuj!cy  w  wyspecjalizowanym  sposobie  &ycia:  w  morzu,  na  l!dzie,  w  powietrzu,  pod  ziemi!,  na 

drzewach  czy  wewn!trz  innych  &yj!cych  stworze'.  To  rozga"%zianie  si%  poskutkowa"o  niezmiern!  i  zdumiewaj!c! 

ró&norodno#ci! zwierz!t i ro#lin, z któr! mamy dzi# do czynienia. 

Zarówno  ro#liny,  jak  i  zwierz%ta  sta"y  si%  z  czasem  organizmami  wielokomórkowymi,  zawieraj!cymi  w 

ka&dej komórce kopi% kompletu wszystkich swoich genów. Nie wiemy kiedy to si% sta"o, ani dlaczego, ani ilekro$. 

Niektórzy  stosuj!  metafor%  kolonii  i  opisuj!  organizm  jako  koloni%  komórek.  Ja  wol%  traktowa$  organizm  jako 

koloni% genów, komórk% za# jako dogodn! jednostk% robocz! genowego przemys"u chemicznego. 

Nawet b%d!c koloniami genów, pod wzgl%dem swoich zachowa' organizmy bezsprzecznie zyska"y w"asn! 

odr%bn!  indywidualno#$.  Zwierz%  porusza  si%  jak  skoordynowana  ca"o#$,  jak  jednostka.  Subiektywnie  odbieram 

samego siebie jako jednostk%, a nie koloni%. Nale&a"o si% tego spodziewa$. Geny, które wspó"pracuj! z innymi, by"y 

przez  dobór  naturalny  faworyzowane.  W  zawzi%tym  wspó"zawodnictwie  o  trudne  do  zdobycia  zasoby,  w 

bezlitosnych  zmaganiach,  by  po&re$  inne  maszyny  przetrwania,  a  jednocze#nie  samemu  nie  zosta$  po&artym, 

musia"a  istnie$  zach%ta  raczej  do  centralnej  koordynacji,  a  nie  do  anarchii  wewn!trz  wspólnego  organizmu. 

Koewolucja  genów  powi!zanych  zawi"ymi  wzajemnymi  zale&no#ciami  dosz"a  obecnie  do  takiego  stanu,  &e 

wspólnotowa natura pojedynczej maszyny przetrwania jest ju& prawie nie do rozpoznania. W istocie wielu biologów 

jej nie rozpoznaje i nie zgodzi si% z moim pogl!dem. 

Szcz%#liwie  dla,  jak  to  okre#laj!  dziennikarze,  „wiarygodno#ci”  reszty  tej  ksi!&ki,  odmowa  przyznania  mi 

racji  ma  g"ównie  akademickie  pod"o&e.  Tak  jak  przy  omawianiu  dzia"ania  samochodu  niezr%cznie  jest  mówi$  o 

kwantach i cz!stkach elementarnych, tak przy omawianiu zachowania maszyn przetrwania bezustanne anga&owanie 

poj%cia  genów  bywa  nu&!ce  i  zb%dne.  W  praktyce,  dla  lepszego  zrozumienia,  wygodniej  jest  przyj!$,  &e  to 

indywidualny  organizm  jest  tym  tworem,  który  „stara  si%”  zwi%kszy$  liczb%  swoich  genów  w  przysz"ych 

pokoleniach.  J%zyk,  którym  zamierzam  si%  pos"ugiwa$,  b%dzie  j%zykiem  praktycznym.  Tote&  je#li  nie  zostanie 

powiedziane inaczej, zwroty „zachowanie altruistyczne” i „zachowanie egoistyczne” b%d! oznacza$ zachowanie si% 

jednego zwierz%cia wobec drugiego. 

background image

Rozdzia"  ten  traktuje  o  zachowaniu  -  sprawno#ci  w  wykonywaniu  szybkich  ruchów,  wykorzystywanej 

g"ównie przez zwierz%c! ga"!( maszyn przetrwania. Zwierz%ta sta"y si% aktywnymi, ofensywnymi no#nikami genów: 

maszynami  genowymi.  Charakterystyczn!  cech!  zachowania  w  tym  sensie,  w  jakim  tego  terminu  u&ywaj! 

biologowie,  jest  jego  szybko#$.  Ro#liny  poruszaj!  si%  równie&,  ale  bardzo  powoli.  Ogl!dane  na  przyspieszonym 

filmie  ro#liny  pn!ce  przypominaj!  aktywnie  poruszaj!ce  si%  zwierz%ta.  Lecz  w  rzeczywisto#ci  wi%kszo#$  ruchów 

ro#lin zwi!zana jest z nie daj!cym si% odwróci$ procesem wzrostu. Zwierz%ta natomiast wykszta"ci"y szybsze o setki 

i  tysi!ce  razy  sposoby  poruszania  si%.  Co  wi%cej,  wykonywane  ruchy  s!  odwracalne  i  mog!  by$  powtarzane 

niesko'czon! ilo#$ razy. 

Urz!dzeniem, które powsta"o u zwierz!t i pozwala"o im wykonywa$ szybkie ruchy, by" mi%sie'. Mi%#nie to 

silniki, które - jak silnik parowy czy spalinowy - u&ywaj! energii chemicznej zgromadzonej w paliwie chemicznym 

dla  spowodowania  mechanicznego  ruchu.  Ró&nica  polega  na  tym,  &e  w  mi%#niu  bezpo#rednia  si"a  mechaniczna 

pojawia  si%  w  postaci  napi%cia  mi%#niowego,  a  nie  ci#nienia  gazu,  jak  dzieje  si%  to  w  silniku  parowym  czy 

spalinowym.  Lecz  podobnie  jak  silniki,  mi%#nie  przyk"adaj!  si"%  do  ci%gie"  i  d(wigni  osadzonych  przegubowo. 

Naszymi d(wigniami s! ko#ci, ci%g"ami #ci%gna, a przegubami stawy. O mechanizmie dzia"ania mi%#ni na poziomie 

molekularnym  wiadomo  ju&  ca"kiem  sporo,  mnie  jednak  bardziej  interesuje  kwestia  przebiegu  skurczów 

mi%#niowych w czasie. 

Czy  zdarzy"o  ci  si%  kiedy#  obserwowa$  maszyn%  o  pewnym  stopniu  z"o&ono#ci,  maszyn%  dziewiarsk!, 

maszyn%  do  szycia,  warsztat  tkacki,  automat  do  butelkowania  czy  snopowi!za"k%?  Si"y  nap%dowej  dostarcza  jej 

silnik  elektryczny  lub  ci!gnik.  Najbardziej  zdumiewaj!ca  jest  jednak  z"o&ona  synchronizacja  w  czasie 

poszczególnych,  wykonywanych  przez  ni!  operacji.  Zawory  otwieraj!  si%  i  zamykaj!  we  w"a#ciwej  kolejno#ci, 

stalowe palce zr%cznie zawi!zuj! p%tl% wokó" wi!zki s"omy i wtedy, akurat we w"a#ciwym momencie, wysuwa si% 

nó&  i  przecina  sznurek.  W  wielu  urz!dzeniach  w"a#ciwa  kolejno#$  operacji  realizowana  jest  dzi%ki  genialnemu 

wynalazkowi  krzywki.  Dzi%ki  zastosowaniu  elementu  o  kszta"cie  mimo#rodu  lub  jakim#  innym,  specjalnie 

wyprofilowanym,  prosty  ruch  obrotowy  przetwarzany  jest  na  skomplikowan!,  rytmicznie  powtarzan!  sekwencj% 

operacji.  Podobna  jest  zasada  dzia"ania  pozytywki.  W  jeszcze  innych  mechanizmach,  na  przyk"ad  w  organach 

parowych czy pianoli, zastosowane s! rolki papieru lub karty z otworami u"o&onymi w okre#lony wzór. Obserwuje 

si%  ostatnio  tendencj%,  by  proste  mechaniczne  metody  koordynacji  czasowej  zast!pi$  elektronicznymi.  Przyk"adem 

du&ych  i  wszechstronnych  urz!dze'  elektronicznych,  które  mo&na  zastosowa$  do  sterowania  operacjami 

wymagaj!cymi  skomplikowanej  synchronizacji  czasowej,  s!  komputery.  Podstawowym  elementem  sk"adowym 

wspó"czesnego  urz!dzenia  elektronicznego  takiego  jak  komputer  jest  pó"przewodnik,  którego  najbardziej  znanym 

zastosowaniem jest tranzystor. 

Maszyny  przetrwania  omin%"y  etap  krzywek  i  dziurkowanych  kart.  Urz!dzenie,  którego  u&ywaj!  do 

koordynacji  swoich  dzia"a'  w  czasie,  cho$  ró&ni  si%  zdecydowanie  w  podstawach  dzia"ania,  ma  raczej  wi%cej 

wspólnego  z  komputerem.  Podstawowa  jednostka  komputerów  biologicznych,  komórka  nerwowa,  czyli  neuron, 

zachodz!cymi w niej procesami w ogóle nie przypomina tranzystora. Bez w!tpienia kod, jakim porozumiewaj! si% 

ze sob! neurony, mo&e przypomina$ nieco kod komputerów, jednak pojedynczy neuron jest jednostk! przetwarzania 

danych  o  znacznie  wi%kszym  stopniu  z"o&ono#ci  ni&  tranzystor.  Miast  trzech  zaledwie  po"!cze'  z  innymi 

elementami,  pojedynczy  neuron  mo&e  ich  mie$  dziesi!tki  tysi%cy.  Neuron  pracuje  wolniej  od  tranzystora,  ale  pod 

background image

wzgl%dem miniaturyzacji - trendu, który zdominowa" w ostatnim dwudziestoleciu przemys" elektroniczny - zaszed" 

znacznie  dalej.  Przecie&  ludzki  mózg  sk"ada  si%  z  oko"o  dziesi%ciu  tysi%cy  milionów  neuronów,  tymczasem 

tranzystorów  uda"oby  si%  w  ludzkiej  czaszce  upakowa$  zaledwie  kilkaset.  [Obecny  poziom  miniaturyzacji 

pozwoli"by  w  obj%to#ci  ludzkiego  mózgu  upakowa$  nawet  kilkaset  milionów  tranzystorów  -  pojedyncze 

mikroprocesory, takie jak Pentium, zawieraj! ich po kilka milionów (przyp. red.).] 

Ro#liny  nie  potrzebuj!  neuronów,  poniewa&  ich  &ycie  up"ywa  w  bezruchu,  ale  olbrzymia  wi%kszo#$ 

zwierz!t  je  ma.  Neuron  by"  zapewne  „wynaleziony”  na  wczesnym  etapie  ewolucji  zwierz!t,  a  nast%pnie 

odziedziczony przez wszystkie pó(niej powsta"e grupy, cho$ mo&liwe jest te&, &e wynajdywany by" niezale&nie kilka 

razy. 

Neurony  s!  w  zasadzie  zwyk"ymi  komórkami,  maj!cymi  j!dro  i  chromosomy,  tak  jak  wszystkie  inne. 

Jednak  ich  b"ona  komórkowa  rozci!gni%ta  jest  na  kszta"t  cienkich,  d"ugich  wypustek  przypominaj!cych  druty. 

Neuron cz%sto ma jeden szczególnie d"ugi „drut”, zwany aksonem. *rednica aksonu jest mikroskopijna, jego d"ugo#$ 

natomiast  mo&e  si%ga$  metrów  - wzd"u&  szyi &yrafy  przebiegaj!  pojedyncze  aksony. Aksony  s!  zwykle  zebrane w 

grube,  wielo&y"owe  wi!zki,  zwane  nerwami.  Biegn!c  z  jednej  cz%#ci  cia"a  do  drugiej,  przesy"aj!  informacje 

podobnie jak mi%dzymiastowe kable telefoniczne. Inne neurony maj! krótkie aksony, które nie wybiegaj! poza obr%b 

g%stych  skupie'  tkanki  nerwowej,  zwanych  zwojami  nerwowymi,  lub  -  gdy  s!  bardzo  du&e  -  mózgami.  Mo&na 

przyj!$, &e mózgi s! pod wzgl%dem funkcji analogiczne do komputerów.* Oba bowiem typy maszyn, w rezultacie 

analizy  z"o&onych  sekwencji  sygna"ów  wej#ciowych  i  ich  porównania  z  zapisanymi  wcze#niej  danymi,  generuj! 

z"o&one sekwencje sygna"ów-wyj#ciowych. 

Podstawowa  funkcja  mózgów,  która  w  rzeczywisto#ci  przyczynia  si%  do  sukcesu  maszyn  przetrwania, 

polega  na  sterowaniu  i  koordynowaniu  skurczów  mi%#niowych.  Potrzebuj!  do  tego  celu  kabli  prowadz!cych  do 

mi%#ni, a kable te nosz! nazw% nerwów ruchowych. Lecz zapewnia to genom skuteczn! ochron% tylko wówczas, gdy 

kolejno#$  skurczów  mi%#niowych  w  czasie  jest  w  jakim#  stopniu  skoordynowana  z  przebiegiem  w  czasie  zdarze' 

zachodz!cych  w  #wiecie  zewn%trznym.  Mi%#nie  szcz%k  powinny  si%  kurczy$  tylko  wtedy,  gdy  znalaz"o  si%  w  nich 

co# wartego ugryzienia, a skurcze mi%#ni nóg powinny uk"ada$ si% w rytm biegu tylko wtedy, gdy jest co#, do czego 

warto  biec  lub  od  czego  nale&y  ucieka$.  Z  tego  powodu  dobór  naturalny  faworyzowa"  te  zwierz%ta,  które  zosta"y 

wyposa&one w narz!dy zmys"ów, urz!dzenia t"umacz!ce przebieg zdarze' fizycznych #wiata zewn%trznego na kod 

impulsowy neuronów. Z narz!dami zmys"ów - oczami, uszami, kubkami smakowymi itp. - mózg po"!czony jest za 

pomoc!  kabli,  zwanych  nerwami  czuciowymi.  Budowa  narz!dów  zmys"ów  jest  czym#,  co  szczególnie  nas 

zdumiewa,  poniewa&  ich  mo&liwo#ci  w  dziedzinie  rozpoznawania  wzorców  znacznie  przewy&szaj!  najlepsze  i 

najdro&sze z urz!dze' zbudowanych przez cz"owieka. Gdyby nie to, niepotrzebne by"yby maszynistki - zast!piono 

by je maszynami rozpoznaj!cymi mow% lub odczytuj!cymi pismo odr%czne. Bez w!tpienia jednak zawód ten b%dzie 

potrzebny jeszcze przez wiele dziesi%cioleci. 

By$  mo&e, narz!dy zmys"ów dawniej komunikowa"y si% z mi%#niami  mniej lub bardziej bezpo#rednio. Po 

prawdzie ukwia"y morskie tak&e i dzisiaj nie s! odleg"e od tego stanu, poniewa& przy ich trybie &ycia jest to sposób 

skuteczny. By jednak rytm zdarze' w #wiecie zewn%trznym da"o si% powi!za$ z rytmem skurczów mi%#ni w sposób 

bardziej  z"o&ony  i  elastyczny,  potrzebny  by"  mózg  jako  po#rednik.  Znacz!cym  post%pem  by"o  „wynalezienie” 

pami%ci.  Dzi%ki  niej  synchronizacja  w  czasie  skurczów  mi%#ni  pozostawa"a  nie  tylko  pod  wp"ywem  zdarze'  z 

background image

bezpo#redniej przesz"o#ci, ale równie& zdarze' odleg"ych w czasie. Pami%$, czyli magazyn, jest tak&e istotn! cz%#ci! 

komputera.  Pami%ci  komputerowe  s!  bardziej  niezawodne  ni&  ludzkie,  ich  pojemno#$  jest  jednak  mniejsza  i  s! 

daleko mniej zaawansowane w technikach wyszukiwania informacji. 

Jedn! z najbardziej uderzaj!cych cech zachowania maszyn przetrwania jest ich pozorna celowo#$ dzia"ania. 

Mam  na  my#li  nie  tylko  to,  &e  ich  zachowanie  wydaje  si%  odpowiednio  przemy#lane,  by  sprzyja"o  przetrwaniu 

genów zwierz%cia, cho$ oczywi#cie tak jest. Chodzi mi o bli&sz! analogi% - do celowego zachowania cz"owieka. Gdy 

obserwujemy zwierz% „poszukuj!ce” pokarmu, partnera lub zagubionego dziecka, nie mo&emy si% powstrzyma$ od 

przypisywania  mu  cz%#ci  tych  uczu$,  których  sami  subiektywnie  doznajemy  prowadz!c  poszukiwania.  Jest  w#ród 

nich „pragnienie posiadania” jakiego# obiektu, „obraz my#lowy” po&!danego obiektu oraz „cel”, czyli „spodziewany 

wynik  poszukiwa'”.  Na  podstawie  introspekcji  ka&dy  z  nas  wie,  &e  przynajmniej  u  jednej  ze  wspó"cze#nie 

istniej!cych maszyn przetrwania ta celowo#$ przekszta"ci"a si% we w"asno#$, zwan! „#wiadomo#ci!”. Nie jestem a& 

tak filozoficznie nastawiony, by dyskutowa$, czym jest #wiadomo#$, ale na szcz%#cie jest to teraz dla naszych celów 

bez  znaczenia.  Mo&emy  bowiem  rozwa&a$  maszyny,  które  zachowuj!  si%  tak,  jakby  by"y  motywowane  celem, 

natomiast kwesti%, czy w rzeczywisto#ci s! obdarzone #wiadomo#ci!, czy nie, pozostawimy otwart!. Maszyny tego 

rodzaju  s!  w  gruncie  rzeczy  bardzo  proste,  a  zasady  nie#wiadomego  zachowania  celowego  s!  oczywisto#ci!  w 

naukach in&ynieryjnych. Klasycznym ich przyk"adem jest regulator od#rodkowy Watta. 

Podstawowa  zasada  rz!dz!ca  jego  dzia"aniem  nosi  nazw%  ujemnego  sprz%&enia  zwrotnego,  które  mo&e 

wyst%powa$  w  wielu  rozmaitych  formach.  Na  ogó"  odbywa  si%  to  w  nast%puj!cy  sposób.  „Maszyna  celowa”  - 

urz!dzenie  lub  inny  twór,  który  zachowuje  si%  tak,  jakby  #wiadomie  d!&y"  do  celu,  wyposa&ony  jest  w  rodzaj 

przyrz!du  pomiarowego  mierz!cego  rozbie&no#$  mi%dzy  stanem  aktualnym  a  stanem  „po&!danym”.  Maszyna 

zbudowana jest w taki sposób, &e im ta rozbie&no#$ jest wi%ksza, tym intensywniej musi ona pracowa$. Dzi%ki temu 

b%dzie  automatycznie  d!&y"a  do  zmniejszenia  tej  rozbie&no#ci.  Z  tego  wzgl%du  uk"ad  taki  nazywa  si%  ujemnym 

sprz%&eniem  zwrotnym  i  je#li  wspomniany  wy&ej  stan  „po&!dany”  zostanie  osi!gni%ty,  jego  dzia"anie  mo&e 

ewentualnie usta$.  Regulator od#rodkowy Watta  sk"ada  si%  z  pary kul  obracaj!cych  si%  wokó"  siebie,  nap%dzanych 

energi! pochodz!c! z silnika parowego. Ka&da z kul znajduje si% na ko'cu ramienia d(wigni. Im szybszy jest ruch 

obracaj!cych  si%  kul,  tym  bardziej  d(wignie  odchylaj!  si%  do  pozycji  poziomej,  dzi%ki  sile  od#rodkowej 

równowa&onej przez grawitacj%. Ramiona s! sprz%&one z zaworem dostarczaj!cym par% do silnika w taki sposób, &e 

w  miar%  jak ramiona  zbli&aj!  si%  do  pozycji  poziomej, para  jest  stopniowo  odcinana. Gdy wi%c  silnik pracuje  zbyt 

szybko,  cz%#$  strumienia  pary  zostanie  odci%ta,  co  powoduje  spowolnienie  jego  pracy.  Je#li  nadmiernie  zwolni, 

zawór  automatycznie  dostarczy  mu  wi%cej  pary  i  silnik  znów  przyspieszy.  Reakcje  maszyn  celowych  tego  typu  s! 

zawsze  spó(nione,  co  prowadzi  do  oscylacji  w  wyniku  nast%puj!cych  po  sobie  kolejnych  cykli  nadmiernego 

rozp%dzania  si%  i  hamowania.  Jedn!  z  ga"%zi  sztuki  in&ynieryjnej  sta"o  si%  wi%c  budowanie  dodatkowych  urz!dze' 

s"u&!cych redukowaniu tych oscylacji. 

Stanem  „po&!danym”  regulatora  od#rodkowego  Watta  jest  okre#lona  pr%dko#$  obrotów.  Oczywi#cie  nie 

po&!da  tego  #wiadomie.  Jako  „cel”  maszyny  definiuje  si%  po  prostu  ten  jej  stan,  ku  któremu  powraca.  We 

wspó"czesnych  maszynach  celowych  te  same  podstawowe  zale&no#ci  w  rodzaju  ujemnego  sprz%&enia  zwrotnego, 

tyle  &e  w  rozbudowanej  postaci,  stosowane  s!  dla  osi!gni%cia  znacznie  bardziej  z"o&onych,  „imituj!cych  &ycie” 

zachowa'. Jako przyk"ad mog! pos"u&y$ pociski samonaprowadzaj!ce, które najwyra(niej aktywnie poszukuj! celu, 

background image

a  gdy  go  namierz!,  zdaj!  si%  pod!&a$  jego  tropem,  uwzgl%dniaj!c  jego  uniki  i  zwroty,  a  czasem  nawet  je 

„przewiduj!c” i „uprzedzaj!c”. W szczegó"y realizacji tych zada' nie warto wnika$. Uwzgl%dniaj! one wszelkiego 

rodzaju ujemne sprz%&enia zwrotne, sprz%&enia do przodu oraz inne zasady dobrze znane in&ynierom, a jak wiemy 

ju&  dzi#,  wyst%puj!ce  równie&  w  organizmach  &ywych.  Chocia&  laikowi  obserwuj!cemu  pozornie  przemy#lane  i 

celowe  zachowanie  rakiety  trudno  uwierzy$,  &e  nie  znajduje  si%  ona  pod  bezpo#redni!  kontrol!  pilotuj!cego  j! 

cz"owieka, nie ma &adnego powodu doszukiwania si% tu czegokolwiek podobnego do #wiadomo#ci. 

Cz%stym b"%dem jest rozumowanie, &e skoro pocisk samonaprowadzaj!cy zosta" pierwotnie zaprojektowany 

i  zbudowany przez #wiadomego  cz"owieka, to  z pewno#ci!  musi  by$  równie&  pod jego #wiadom!  kontrol!. Innym 

wariantem tego fa"szywego rozumowania jest pogl!d, &e „to nie komputery w rzeczywisto#ci graj! w szachy, mog! 

bowiem  robi$  tylko  to,  co  naka&e  im  cz"owiek”.  U#wiadomienie  sobie,  na  czym  polega  ten  b"!d,  jest  wa&ne,  je#li 

chcemy  zrozumie$,  w  jakim  sensie  geny  mog!  „sterowa$”  zachowaniem.  Szachy  komputerowe  s!  bardzo  dobrym 

przyk"adem dla zilustrowania tej kwestii, rozwa&% go wi%c pokrótce. 

Komputery  nie  graj!  jeszcze  w  szachy  tak  dobrze,  jak  arcymistrzowie,  ale  osi!gn%"y  ju&  poziom  dobrego 

amatora.  Mówi!c  #ci#lej,  nale&a"oby  powiedzie$,  &e  to  programy  osi!gn%"y  ju&  poziom  dobrego  amatora,  jako  &e 

programy  szachowe  nie  wymagaj!  dla  zademonstrowania  swoich  umiej%tno#ci  komputera  okre#lonego  typu.  Na 

czym zatem polega rola programisty? Przede wszystkim z pewno#ci! nie steruje on dzia"aniem komputera krok po 

kroku, jak lalkarz poci!gaj!cy za sznurki. To by"oby zwyk"ym oszustwem. Jego zadaniem jest napisanie programu i 

umieszczenie  go  w  komputerze.  Od  tej  chwili  komputer  jest  zdany  na  siebie:  poza  wpisywaniem  posuni%$ 

przeciwnika,  cz"owiek  si%  do  jego  pracy  nie  miesza.  A  mo&e  programista  przewidzia"  wszystkie  mo&liwe  uk"ady 

figur  i  dostarczy"  komputerowi  d"ug!  list%  najw"a#ciwszych  dla  ka&dego  uk"adu  posuni%$?  Z  pewno#ci!  nie, 

poniewa& liczba mo&liwych uk"adów w szachach jest tak wielka, &e #wiat by si% sko'czy", nim tak! list% uda"o by si% 

skompletowa$.  Z  tych  samych  powodów  nie  mo&na  zaprogramowa$  komputera  tak,  by  wypróbowa"  „w  swojej 

g"owie” wszystkie mo&liwe ruchy w"asne i kontrposuni%cia przeciwnika, zanim znajdzie zwyci%sk! strategi%. Liczba 

mo&liwych rozgrywek szachowych jest wi%ksza od liczby atomów w galaktyce. Mo&emy tu ju& zaniecha$ prostych, 

lecz nie rozwi!zuj!cych problemu, prób wyja#nienia sposobu zaprogramowania komputera do gry w szachy. Zadanie 

to  istotnie  jest  niezwykle  trudne,  nic  wi%c  dziwnego,  &e  najlepsze  programy  nie  osi!gn%"y  jeszcze 

arcymistrzowskiego  poziomu.  [Ju&  osi!gn%"y.  12  lutego  1996  roku  podano  informacj%,  &e  wyprodukowany  przez 

IBM komputer Deep Blue pokona" samego Kasparowa (przyp. red.).] 

Rzeczywista  rola  programisty  przypomina  raczej  rol%  ojca,  ucz!cego  syna  gra$  w  szachy.  Przekazuje  on 

komputerowi  podstawowe,  stosowane  w  grze  posuni%cia,  ale  nie  z  osobna  dla  ka&dego  z  mo&liwych  uk"adów 

pocz!tkowych, lecz w postaci znacznie oszcz%dniejszej - ogólnych prawide". Nie wyra&a ich s"owami, na przyk"ad: 

„Goniec porusza si% po przek!tnej”, ale czym#, co w j%zyku matematycznym znaczy to samo. Mówi na przyk"ad tak 

(cho$  zapewne  bardziej  skrótowo):  „Nowe  wspó"rz%dne  pozycji  go'ca  otrzymuje  si%  na  podstawie  starych 

wspó"rz%dnych  przez  dodanie  do  starej  wspó"rz%dnej  x  i  starej  wspó"rz%dnej  y  sta"ej  o  tej  samej  warto#ci,  cho$ 

niekoniecznie  o  tym  samym  znaku”.  Mo&e  te&  wpisa$  w  program  pewne  „rady”  wyra&one  tym  samym 

matematycznym,  czy  raczej  logicznym  j%zykiem,  a  równoznaczne  ze  wskazówkami  w  rodzaju  „Nie  zostawiaj 

swojego  króla  bez  os"ony”,  lub  u&ytecznymi  trikami  jak  „wide"ki”,  czyli  zagro&enie  dwóch  figur  jednym  pionem. 

Szczegó"y  tego  zagadnienia  s!  bardzo  ciekawe,  ale  wdawanie  si%  w  nie  odwiod"oby  nas  zbyt  daleko  od  tematu. 

background image

Wa&ne  jest  to,  &e  komputer  w  czasie  gry  zdany  jest  na  siebie  i  nie  mo&e  oczekiwa$  od  swojego  mistrza  &adnej 

pomocy.  Programista  mo&e  jedynie  zawczasu  przygotowa$  komputer  najlepiej  jak  potrafi,  wywa&aj!c  nale&ycie 

równowag% mi%dzy zestawem koniecznych wiadomo#ci a wskazówkami na temat strategii i technik. 

Geny równie&  nie  steruj!  zachowaniem  swoich  maszyn  przetrwania  bezpo#rednio,  jak  lalkarz poci!gaj!cy 

sznurki marionetek, ale po#rednio - jak programista komputera. Mog! jedynie wcze#niej je zaprogramowa$; potem 

maszyna przetrwania zdana jest na siebie, a geny mog! tylko biernie siedzie$ w jej wn%trzu. Czemu s! tak bierne? 

Czemu nie chwyc! za wodze i nie kieruj! ni! na bie&!co? Otó& nie mog!, a to z powodu niemo&no#ci dostatecznie 

szybkiego  reagowania  na  bod(ce.  Najlepiej  to  przedstawimy,  pos"uguj!c  si%  kolejn!  analogi!,  wzi%t!  tym  razem  z 

fantastyki  naukowej.  A  for  Andromeda  Freda  Hoyle’a  i  Johna  Elliota  jest  powie#ci!  ekscytuj!c!  i,  jak  w  ka&dej 

dobrej  science  fiction,  w  ksi!&ce  tej  przewijaj!  si%  pewne  ciekawe  zagadnienia  naukowe.  O  dziwo,  nie 

wyeksponowano w niej najwa&niejszego z tych zagadnie'. Pozostawiono to wyobra(ni czytelnika. Mam nadziej%, &e 

autorzy nie wezm! mi za z"e, je#li sformu"uj% je w tym miejscu. 

200 lat #wietlnych od nas, w konstelacji Andromedy, istnieje cywilizacja.* Zapragn%"a ona rozpropagowa$ 

swoj! kultur% na odleg"e #wiaty. Jaki jest na to najlepszy sposób? Bezpo#rednia podró& nie wchodzi w gr%. Pr%dko#$ 

#wiat"a nak"ada teoretyczny górny limit na pr%dko#$, z jak! mo&na si% przemieszcza$ we wszech#wiecie z jednego 

miejsca  do  drugiego,  a  wzgl%dy  techniczne  nak"adaj!  w  praktyce  limity  o  wiele  ni&sze.  Ponadto,  #wiatów  wartych 

odwiedzin mo&e w ko'cu nie by$ tak wiele. Sk!d wiadomo, w którym kierunku nale&y si% uda$? Lepszym sposobem 

na  komunikowanie  si%  z  wszech#wiatem  jest  radio,  je#li  bowiem  dysponuje  si%  na  tyle  du&!  energi!,  by  wys"a$ 

sygna"y nie tylko w jednym kierunku, ale we wszystkich, mo&na dotrze$ do bardzo wielu #wiatów (ich liczba ro#nie 

z kwadratem odleg"o#ci, na jak! dociera sygna"). Fale radiowe biegn! z pr%dko#ci! #wiat"a, co oznacza, &e potrzebuj! 

200  lat,  by  dotrze$  z  Andromedy  na  Ziemi%.  Przy  takich  odleg"o#ciach  problemem  staje  si%  brak  mo&liwo#ci 

prowadzenia  konwersacji.  Nawet  je#li  pomin!$  fakt,  &e  ka&da  kolejna  wysy"ana  z  Ziemi  wypowied(  by"aby 

formu"owana  przez  ludzi  odleg"ych  o  dwana#cie  pokole',  próba  rozmowy  na  tak!  odleg"o#$  by"aby  czystym 

marnotrawstwem. 

Wkrótce  i  my  zetkniemy  si%  ze  zwiastunem  tego  problemu:  fale  radiowe  potrzebuj!  czterech  minut  na 

pokonanie  odleg"o#ci  mi%dzy  Ziemi!  a  Marsem.  Nie  ma  &adnych  w!tpliwo#ci,  &e  astronauci  b%d!  musieli 

odzwyczai$  si%  od  konwersacji  polegaj!cej  na  szybkiej  wymianie  zda',  zostan!  zmuszeni  do  wyg"aszania 

monologów,  bardziej  przypominaj!cych  pisanie  listów  ni&  rozmowy.  We(my  inny  przyk"ad:  oto  Roger  Payne 

zwróci"  uwag%,  &e  akustyka  oceanów  ma  pewne  specyficzne  w"asno#ci,  które  sprawiaj!,  &e  nadzwyczaj  g"o#na 

„pie#'” niektórych wielorybów mo&e by$ teoretycznie s"yszana w ka&dym punkcie na kuli ziemskiej, o ile zwierz%ta 

te by"yby zanurzone na okre#lonej g"%boko#ci. Nie wiadomo, czy w rzeczywisto#ci komunikuj! si% ze sob! na bardzo 

du&e dystanse, ale je#li tak, to z pewno#ci! s! w takim samym k"opocie, w jakim znalaz"by si% astronauta na Marsie. 

Ze wzgl%du na pr%dko#$ rozchodzenia si% d(wi%ku w wodzie, w%drówka pie#ni w poprzek Oceanu Atlantyckiego i 

powrót  odpowiedzi  trwa"yby  prawie  dwie  godziny.  To  mog"oby  t"umaczy$  fakt,  i&  niektóre  wieloryby  prowadz! 

nieprzerwane monologi trwaj!ce pe"ne osiem minut. Potem wracaj! do pocz!tku pie#ni i powtarzaj! j! wiele razy, a 

ka&dy cykl trwa osiem minut. 

Andromedanie z powie#ci robili to samo. *wiadomi, &e czekanie na odpowied( nie ma sensu, wszystko, co 

mieli do powiedzenia, u"o&yli w jeden d"ugi, nieprzerwany przekaz, a potem nadawali go w przestrze' raz po raz, w 

background image

cyklu kilkumiesi%cznym. Jednak&e ich przekaz by" zupe"nie inny ni& przekaz wielorybów. Zawiera" on zakodowane 

instrukcje  do  budowy  i  zaprogramowania  gigantycznego  komputera.  Oczywi#cie  instrukcje  te  nie  by"y  zapisane  w 

&adnym  ludzkim  j%zyku,  ale  prawie  ka&dy  kod  mo&e  by$  z"amany  przez  fachowego  kryptologa,  szczególnie  je#li 

twórcy kodu chcieli, by by" "atwy do z"amania. Przekaz ten zosta" przechwycony przez radioteleskop w Jodrell Bank, 

nast%pnie  rozszyfrowano  go,  zbudowano  komputer  i  uruchomiono  program.  Rezultaty  okaza"y  si%  dla  ludzko#ci 

niemal&e katastrofalne, poniewa& intencje Andromedan by"y dalekie od kosmicznego altruizmu i komputer by" ju& 

na dobrej drodze do przej%cia w"adzy na Ziemi. Na szcz%#cie jeden z bohaterów upora" si% z nim za pomoc! siekiery. 

Z naszego punktu widzenia interesuj!ce jest to, w jakim sensie mo&na by mówi$ o sterowaniu zdarzeniami 

na Ziemi przez Andromedan. Nie mieli bezpo#redniej kontroli nad kolejnymi posuni%ciami komputera. Po prawdzie, 

nie  mieli  nawet  mo&liwo#ci  dowiedzenia  si%,  &e  komputer  zosta"  zbudowany,  poniewa&  informacja  ta 

potrzebowa"aby 200 lat, by do nich wróci$. Wszelkie decyzje i dzia"ania komputera by"y wy"!cznie jego autorstwa. 

Do  swoich  twórców  nie  móg"by  si%  odwo"a$  nawet  po  zalecenia  co  do  ogólnych  zasad  post%powania.  Z  powodu 

nieprzekraczalnej bariery 200 lat wszystkie potrzebne mu instrukcje nale&a"o zawczasu wbudowa$ w jego program. 

Musia"  by$  wi%c  zaprogramowany  bardzo  podobnie  do  komputera  szachowego,  ale  z  wi%ksz!  elastyczno#ci!  i 

zdolno#ci!  do  wykorzystywania  danych  zebranych  na  miejscu.  Zaprojektowany  by"  bowiem  do  pracy  nie  tylko  na 

Ziemi,  ale  w  dowolnym  #wiecie  dysponuj!cym  zaawansowan!  technologi!,  ka&dym  spo#ród  wielu  mo&liwych, 

których warunki nie mog"y by$ w &aden sposób Andromedanom znane. 

Tak jak Andromedanie musieli mie$ na Ziemi komputer, by podejmowa" w ich imieniu decyzje, tak nasze 

geny  musia"y  zbudowa$  mózg.  Ale  geny  to  nie  tylko  Andromedanie,  którzy  wys"ali  zakodowane  instrukcje  -  one 

same s! instrukcjami. 

Tym niemniej powód, dla którego nie mog! bezpo#rednio poci!ga$ za sznurki, jest ten sam: zbyt d"ugi czas 

reakcji. Dzia"anie genów polega na kierowaniu syntez! bia"ek. Jest to pot%&ny #rodek manipulowania #wiatem, tyle 

&e powolny. By zbudowa$ zarodek, potrzeba miesi%cy mozolnego splatania nici bia"kowych. Zachowanie natomiast 

jest szybkie i w tym ca"a rzecz. Przebiega w czasie mierzonym sekundami i u"amkami sekund, a nie miesi%cy. Co# 

zdarza  si%  w  pobli&u,  sowa  mignie  nad  g"ow!,  szelest  w  wysokiej  trawie  zdradzi  "up  i  w  ci!gu  milisekund  uk"ad 

nerwowy w"!cza si% do akcji - jeden skurcz mi%#ni i kto# uchodzi z &yciem - lub je traci. Geny nie potrafi! reagowa$ 

tak szybko. Tak jak Andromedanie, mog! co najwy&ej zbudowa$ sobie zawczasu szybki komputer wykonawczy, a 

nast%pnie  zaprogramowa$  go  tyloma  regu"ami  i  „zaleceniami”,  jak  ma  sobie  radzi$  we  wszelkich  sytuacjach,  ile 

tylko  zdo"aj!  „przewidzie$”.  Ale  &ycie,  jak  partia  szachów,  oferuje  zbyt  wiele  ró&nych  mo&liwo#ci,  by  da"o  si% 

przewidzie$ wszystkie. Geny musz! wi%c, jak programista szachowy, „poinstruowa$” swoje maszyny przetrwania co 

do ogólnych strategii i sztuczek rzemios"a &ycia, ale bez wdawania si% w szczegó"y.* 

Jak zauwa&y" J. Z. Young, przed genami stoi zadanie przypominaj!ce prognozowanie. Gdy budowany jest 

zarodek  maszyny  przetrwania,  niebezpiecze'stwa  i  problemy  &ycia  czekaj!  j!  dopiero  w  przysz"o#ci.  Któ&  jest  w 

stanie powiedzie$, jacy napastnicy, za jakimi krzakami b%d! si% na ni! czai$ lub jaka r!czonoga zdobycz przemknie 

w poprzek jej drogi? Ani &aden prorok, ani &aden gen. O pewne ogólne prognozy mo&na si% jednak pokusi$. Geny 

nied(wiedzia polarnego mog! z powodzeniem przewidywa$, &e przysz"o#$ ich nie narodzonych maszyn przetrwania 

b%dzie  up"ywa$  w  ch"odzie.  Nie  my#l!  o  tym  jak  o  przepowiedni,  poniewa&  w  ogóle  nie  my#l!:  po  prostu  buduj! 

grube  futrzane  okrycie,  gdy&  to  w"a#nie  zawsze  przedtem  robi"y  w  poprzednich  cia"ach,  i  tylko  dzi%ki  temu  wci!& 

background image

obecne  s!  w  puli  genowej.  Przewiduj!  te&,  &e  grunt  b%dzie  pokryty  #niegiem,  a  ich  przewidywanie  wyra&a  si% 

poprzez  tworzenie    futra  w  kolorze  bia"ym,  zapewniaj!cym  kamufla&.  Gdyby  klimat  Arktyki  zmieni"  si%  tak 

gwa"townie, &e ni z tego, ni z owego ma"y nied(wiadek znalaz"by si% w #rodku pustyni tropikalnej, przewidywania 

genów okaza"yby si% b"%dne i ponios"yby one za to kar%. M"ody nied(wied( zgin!"by, a one wraz z nim. 

Prognozowanie  w  skomplikowanym  #wiecie  jest  zaj%ciem  ryzykownym.  Ka&da  decyzja  podj%ta  przez 

maszyn% przetrwania jest wyzwaniem losu i w interesie genów le&y takie uprzednie zaprogramowanie mózgów, by 

te, statystycznie rzecz bior!c, podejmowa"y op"acalne decyzje. Stawk! w kasynie ewolucji jest przetrwanie, mówi!c 

#ci#lej - przetrwanie genu, cho$ w wielu przypadkach z dobrym przybli&eniem znaczy to tyle samo, co przetrwanie 

osobnika.  Je#li  schodzisz  do  wodopoju,  by  si%  napi$,  powi%kszasz  ryzyko,  &e  zje  ci%  drapie&nik,  który  bytuje  w 

okolicach wodopojów, czyhaj!c na zdobycz. Je#li nie zejdziesz do wodopoju, umrzesz w ko'cu z pragnienia. Ka&da 

z  wybranych  dróg  obci!&ona  jest  ryzykiem  i  musisz  powzi!$  tak!  decyzj%,  która  na  d"u&sz!  met%  daje  najwi%ksze 

szanse przetrwania twoich genów. Najlepsz! strategi! jest, by$ mo&e, powstrzymywanie si% od picia i schodzenie do 

wodopoju  wówczas,  gdy  jest  si%  ju&  bardzo  spragnionym.  Wtedy  mo&na  napi$  si%  porz!dnie,  tak  by  starczy"o  na 

d"ugo.  W  ten  sposób  odwiedza  si%  wodopój  rzadziej,  ale  gdy  ju&  si%  pije,  trzeba  sp%dzi$  z  pochylon!  g"ow!  wiele 

czasu. A mo&e najlepiej by"oby postawi$ na co# przeciwnego - cz%ste picie ma"ymi porcjami, "ykanymi w przelocie 

szybkimi  haustami  wody.  Wy&szo#$  jednej  ze  strategii  gry  nad  innymi  jest  wypadkow!  wielu  najrozmaitszych  i 

zale&nych  od  siebie  czynników,  w#ród  nich  nie  najmniejszy  udzia"  ma  sposób  polowania  drapie&ników,  który  te& 

przecie&  wyewoluowa"  w  kierunku  jak  najwi%kszej  skuteczno#ci.  Dokona$  si%  musi  pewne  wywa&enie  wad  i  zalet 

ka&dej  ze  strategii.  Nie  trzeba  oczywi#cie  zak"ada$,  &e  zwierz%ta  dokonuj!  oblicze'  #wiadomie.  Musimy  jedynie 

przyj!$,  &e  bezpo#rednim  skutkiem  prawid"owej  gry  prowadzonej  przez  mózgi  s!  wi%ksze  szanse  przetrwania 

osobników, których geny te mózgi zbudowa"y, a tym samym wi%ksze szanse rozpowszechnienia tych&e genów. 

Metafor%  gry  hazardowej  mo&emy  poprowadzi$  jeszcze  troch%  dalej.  Gracz  musi  mie$  na  uwadze  trzy 

g"ówne czynniki: wielko#$ stawki, szans% i wysoko#$ wygranej. Je#li wygrana jest du&a, gracz gotów jest ryzykowa$ 

wysok! stawk%. Gracz, który ryzykuje na raz wszystko, co posiada, ma szans% wiele wygra$. Mo&e te& wiele straci$, 

ale statystycznie rzecz bior!c gracze o du&! stawk% nie s! ani w lepszej, ani w gorszej sytuacji, ni& gracze stawiaj!cy 

na ma"e wygrane i operuj!cy ma"ymi stawkami. Podobnie wypada porównanie mi%dzy spekulacyjnymi a ostro&nymi 

inwestorami na gie"dzie. Do pewnego stopnia rynek gie"dowy by"by dla nas lepsz! analogi! ni& kasyno, poniewa& w 

kasynie rozmy#lnie zwi%kszone s! szanse banku (co oznacza dok"adnie tyle, &e gracze o du&! stawk% statystycznie 

ko'cz! jako biedniejsi ni& gracze o ma"e stawki, a gracze o ma"e stawki jako biedniejsi ni& ci, którzy nie graj! wcale. 

Ale powody tego pozostaj! bez zwi!zku z nasz! dyskusj!). Je#li pominiemy ten fakt, to zarówno gra o ma"! stawk%, 

jak i o du&! wydaje si% jednakowo rozs!dna. Czy w#ród zwierz!t s! gracze graj!cy o du&! stawk% oraz tacy, którzy 

graj! o stawki niewielkie? W rozdziale 9 dowiemy si%, &e szczególnie u gatunków poligamicznych, u których samce 

wspó"zawodnicz! o samice, ryzykownymi graczami o du&! stawk% s! do pewnego stopnia samce, natomiast samice 

mo&na  okre#li$  jako  ostro&nych  inwestorów.  Przyrodnicy  czytaj!cy  t%  ksi!&k%  potrafiliby  zapewne  wymieni$ 

gatunki, którym nale&y si% miano graczy graj!cych ryzykownie o du&! stawk%, i inne gatunki, które graj! ostro&niej. 

Powróc% teraz do ogólniejszego tematu: w jaki sposób geny mog! „przewidywa$” przysz"o#$. 

Jednym  z  przyj%tych  przez  geny  sposobów  rozwi!zania  problemu  prognozowania  dotycz!cego 

nieprzewidywalnych #rodowisk jest wbudowanie zdolno#ci do uczenia si%. Program móg"by wtedy przybra$ posta$ 

background image

takich oto instrukcji dla maszyny przetrwania: „Rzeczy zdefiniowane jako godne po&!dania to: s"odki smak, orgazm, 

umiarkowana  temperatura,  u#miechni%te  dziecko.  Rzeczy  nieprzyjemne  to:  ró&ne  rodzaje  bólu,  md"o#ci,  pusty 

&o"!dek,  p"acz!ce  dziecko.  Je#li  zdarzy  ci  si%  zrobi$  co#,  czego  nast%pstwem  b%dzie  jedna  spo#ród  rzeczy 

nieprzyjemnych,  nie  rób  tego  wi%cej,  powtarzaj  natomiast  te  dzia"ania,  których  nast%pstwem  s!  rzeczy  po&!dane”. 

Przewag!  tego  rodzaju  programowania  jest  radykalne  zmniejszenie  liczby  szczegó"owych  zasad,  które  nale&y 

zapisa$ w programie, ponadto umiej%tno#$ radzenia sobie ze zmianami w #rodowisku, których nie sposób dok"adnie 

przewidzie$. Pewne jednak prognozy nie mog! podlega$ modyfikacjom. W naszym przyk"adzie geny przewiduj!, &e 

s"odki smak i orgazm maj! by$ „dobre”, poniewa& jedzenie cukru i kopulacja mog! by$ korzystne dla przetrwania 

genu.  I  nie  jest  brana  pod  uwag%  mo&liwo#$  u&ycia  sacharyny  czy  masturbacji,  jak  równie&  niebezpiecze'stwa 

wynikaj!cego  z  nadmiernego  spo&ywania  przez  nas  cukru,  który  obecny  jest  w  naszym  otoczeniu  w  nienaturalnej 

obfito#ci. 

Strategie  uczenia  si%  zastosowano  w  niektórych  programach  do  gry  w  szachy.  Programy  te  staj!  si%  w 

istocie tym lepsze, im wi%cej rozegraj! partii przeciw cz"owiekowi czy komputerowi. Cho$ i one wyposa&one s! w 

pewien repertuar regu" i taktyk, jednak w ich procedur% decyzyjn! zosta"a równie& wbudowana s"aba tendencja do 

odchyle'  losowych. Programy  te  rejestruj!  swoje poprzednie decyzje i  po  ka&dej  wygranej  partii  zwi%kszaj! nieco 

wag% przypisywan! taktyce, która zaowocowa"a zwyci%stwem, tote& nast%pnym razem szanse na ponowne wybranie 

tej samej taktyki staj! si% nieco wi%ksze. 

Jedn!  z  najbardziej  interesuj!cych  metod  przewidywania  przysz"o#ci  jest  symulacja.  Je#li  genera"  pragnie 

dowiedzie$  si%,  czy  okre#lony  plan  dzia"a'  wojskowych  jest  lepszy  ni&  alternatywne  plany,  ma  do  czynienia  z 

problemem prognostycznym. Do jego niewiadomych zaliczy$ nale&y pogod%, morale w"asnych &o"nierzy i mo&liwe 

przeciwdzia"ania nieprzyjaciela. Jeden ze sposobów sprawdzenia, czy dany plan jest dobry polega na wypróbowaniu 

go, ale testowanie w ten sposób wszelkich ewentualnych planów, jakie tylko uroj! si% w g"owie, nie jest wskazane, 

cho$by  tylko  z  tego  powodu,  &e  liczba  m"odych  ludzi  gotowych  umrze$  „za  ojczyzn%”  jest  ograniczona,  a  liczba 

mo&liwych planów bardzo du&a. Miast w #miertelnym boju, lepiej jest wypróbowa$ te plany w boju pozorowanym. 

Na przyk"ad w formie $wicze' poligonowych „Pó"nocnych” walcz!cych z „Po"udniowymi” #lep! amunicj!, cho$ i to 

poch"ania  czas  i  wi!&e  si%  z  du&ymi  kosztami.  Gry  wojenne  mo&na  rozgrywa$  w  sposób  jeszcze  mniej  rozrzutny: 

o"owianymi  &o"nierzykami  i  ma"ymi  czo"gami  na  du&ej  mapie.  Znaczn!  cz%#$  funkcji  symulacyjnych  przej%"y 

ostatnio  komputery,  nie  tylko  w  strategii  wojskowej,  ale  w  tych  wszystkich  dziedzinach,  gdzie  konieczne  jest 

prognozowanie przysz"o#ci - w ekonomii, ekologii, socjologii i wielu innych. Technika symulacji przedstawia si% w 

ogólnych zarysach nast%puj!co. W komputerze buduje si% model pewnego aspektu rzeczywisto#ci. Nie znaczy to, &e 

gdy odkr%cimy mu pokryw%, to zobaczymy w #rodku ma"! miniaturow! makiet% w kszta"cie symulowanego obiektu. 

W  obszarach  pami%ciowych  komputera  szachowego  nie  ma  „obrazu  my#lowego”  szachownicy  z  rozstawionymi 

figurami  i  pionkami.  Szachownica  i  aktualny  uk"ad  pionków  reprezentowana  jest  przez  ci!g  elektronicznie 

zakodowanych  liczb.  Mapa  jest  dla  nas  modelem  cz%#ci  #wiata,  w  miniaturowej  skali  i  sp"aszczonym  do  dwóch 

wymiarów. Natomiast w komputerze mapa mog"aby by$ reprezentowana jako spis miast i innych obiektów, którym 

towarzysz!  dwie  liczby  -  ich  d"ugo#$  i  szeroko#$  geograficzna.  Forma,  w  jakiej  komputer  przechowuje  w  swojej 

g"owie  model  rzeczywisto#ci,  nie  ma  jednak  znaczenia  pod  warunkiem,  &e  umo&liwia  ona  operowanie, 

manipulowanie,  dokonywanie  eksperymentów  i  przesy"anie  ich  wyników  ludziom  w  sposób  dla  nich  zrozumia"y. 

background image

Technik!  symulacji  mo&na  wygrywa$  lub  przegrywa$  modelowe  bitwy,  symulowane  samoloty  mog!  lata$  lub 

rozbija$  si%,  gospodarki  mog!  rozkwita$  lub  popada$  w  ruin%.  Za  ka&dym  razem  ca"y  proces  odbywa  si%  w 

komputerze  w  u"amku  tego  czasu,  w  jakim  trwa"by  w  rzeczywisto#ci.  Oczywi#cie  s!  dobre  i  z"e  modele  #wiata  i 

nawet  te  dobre  s!  tylko  jego  przybli&eniem,  &adna  symulacja  nie  pozwoli  przewidzie$  dok"adnie,  co  si% 

rzeczywisto#ci wydarzy, ale dobra symulacja jest o ca"e niebo lepsza od b"!dzenia po omacku metod! prób i b"%dów. 

Symulacj%  mo&na  by  nazwa$  metod!  zast%pczych  prób  i  b"%dów,  gdyby  nie  to,  &e  termin  ten  zosta"  ju&  dawno 

zastosowany przez psychologów badaj!cych szczury. 

Skoro symulacja jest takim dobrym pomys"em, mogliby#my oczekiwa$, &e maszyny przetrwania odkry"y j! 

pierwsze. W ko'cu, na d"ugo przedtem, nim pojawili#my si% na scenie, wymy#li"y wiele innych technik z dziedziny 

ludzkiej  in&ynierii:  soczewk%  skupiaj!c!,  zwierciad"o  paraboliczne,  analiz%  cz%stotliwo#ci  fal  d(wi%kowych, 

serwomechanizm, echosond%, buforowanie nap"ywaj!cej informacji i niezliczon! mas%  innych, o d"ugich nazwach, 

których  nie  ma  potrzeby  wymienia$.  A  co  z  symulacj!?  Przed  podj%ciem  trudnej  decyzji  w  sprawie,  w  której 

odgrywaj! rol% nieznane przysz"e parametry, przyst%pujesz przecie& do swego rodzaju symulacji. Wyobra&asz sobie, 

co by si% sta"o, gdyby# wybra" ka&d! z dost%pnych mo&liwo#ci. Budujesz w g"owie model, nie ca"ej rzeczywisto#ci, 

ale  ograniczonego  zestawu  obiektów,  które  wed"ug  ciebie  mog!  mie$  znaczenie.  Mo&esz  je  wyra(nie  zobaczy$ 

oczami  swojej  duszy,  mo&esz  te&  widzie$  i  operowa$  ich  umownymi  abstrakcjami.  Oczywi#cie  niemo&liwe  jest 

umieszczenie gdzie# w twoim mózgu rzeczywistego przestrzennego modelu zdarze', które sobie wyobra&asz. Jednak 

szczegó"y  reprezentacji  w  twoim  mózgu  modelu  #wiata  s!,  tak  jak  i  w  przypadku  komputera,  mniej  istotne  od 

samego  faktu,  &e  dzi%ki  temu  jeste#  zdolny  do  przewidywania  na  jego  podstawie  ewentualnych  zdarze'.  Maszyny 

przetrwania, które potrafi! symulowa$ przysz"o#$, s! o jeden krok do przodu od maszyn przetrwania, które potrafi! 

si%  uczy$  tylko  metod!  rzeczywistych  prób  i  b"%dów.  Rzeczywista  próba  zabiera  bowiem  czas  i  energi%,  a 

rzeczywisty b"!d bywa na ogó" fatalny w skutkach. Symulacja jest przeto i bezpieczniejsza, i szybsza. 

Szczyt,  do  jakiego  dotar"a  ewolucja  zdolno#ci  do  symulacji,  to,  jak  si%  wydaje,  pojawienie  si% 

samo#wiadomo#ci.  Fakt  ten  jest  dla  mnie  najg"%bsz!  tajemnic!,  z  jak!  styka  si%  wspó"czesna  biologia.  Nie  ma 

powodu zak"ada$, &e komputery elektroniczne s! #wiadome, kiedy dokonuj! symulacji, cho$ musimy przyzna$, &e w 

przysz"o#ci  mog!  osi!gn!$  ten  stan.  By$  mo&e,  #wiadomo#$  pojawia  si%  wtedy,  gdy  symulacja  rzeczywisto#ci 

przeprowadzana przez mózg staje si% tak pe"na, &e zawiera w sobie równie& model samego mózgu.* Naturalnie cia"o 

maszyny  przetrwania  wraz  ze  wszystkimi  jego  cz"onkami  musi  stanowi$  istotn!  cz%#$  symulowanego  #wiata; 

zapewne  z  tych  samych  powodów  cz%#ci!  tego  #wiata  powinna  by$  tak&e  sama  symulacja.  Mo&na  by  to  inaczej 

nazwa$ „#wiadomo#ci! w"asnego istnienia”, nie uwa&am jednak powy&szego wyja#nienia ewolucji #wiadomo#ci za 

w pe"ni satysfakcjonuj!ce, mi%dzy innymi dlatego, &e zastosowano w niej regresj% ad infinitum - je#li istnieje model 

modelu, to czemu nie stworzy$ modelu modelu modelu...? 

Jakiekolwiek  by  by"y  problemy  natury  filozoficznej  wi!&!ce  si%  ze  #wiadomo#ci!,  w  naszej  opowie#ci 

b%dziemy  j!  uwa&a$  za  kulminacj%  trendu  ewolucyjnego,  który  zmierza  ku  wyzwoleniu  si%  maszyn  przetrwania  w 

podejmowanych decyzjach spod przemo&nej w"adzy swoich panów - genów. Mózgi s! nie tylko odpowiedzialne za 

codzienne  prowadzenie  interesów  maszyn  przetrwania,  naby"y  równie&  umiej%tno#ci  przewidywania  przysz"o#ci  i 

podejmowania  dzia"a'  podyktowanych  jego  wynikami.  Maj!  nawet  do#$  si"y,  by  zbuntowa$  si%  przeciw  tyranii 

genów,  odmawiaj!c  na  przyk"ad  posiadania  tylu  dzieci,  ile  tylko  s!  w  stanie  sp"odzi$.  Pod  tym  jednak  wzgl%dem 

background image

cz"owiek, jak si% przekonamy, jest przypadkiem wyj!tkowym. 

Co  to  wszystko  ma  wspólnego  z  altruizmem  i  egoizmem?  Próbuj%  przedstawi$  pewn!  my#l,  g"osz!c!,  &e 

zachowanie  si%  zwierz!t,  oboj%tne  -  altruistyczne  czy  egoistyczne,  jest  pod  kontrol!  genów,  wprawdzie  po#redni!, 

ale wci!& bardzo skuteczn!. Narzucaj!c sposób budowy maszyn przetrwania wraz z ich uk"adem nerwowym, geny 

niepodzielnie w"adaj! zachowaniem. Podejmowanie bie&!cych decyzji jest natomiast zadaniem uk"adu nerwowego. 

Geny  wytyczaj!  g"ówne  kierunki  polityki,  mózgi  wcielaj!  j!  w  &ycie.  Ale  w  miar%  rozwoju  mózgi  bra"y  na  siebie 

coraz  wi%cej  faktycznych  decyzji  politycznych,  stosuj!c  do  tego  celu  takie  sztuczki,  jak  uczenie  si%  i  symulacja. 

Logicznym  punktem  docelowym  tego  trendu,  nie  osi!gni%tym  jeszcze  przez  &aden  z  gatunków,  by"oby  obdarzenie 

maszyn  przetrwania  przez  geny  jedn!  generaln!  wytyczn!:  róbcie  wszystko,  co  jest  wed"ug  was  najlepsze  dla 

utrzymania nas przy &yciu. 

Analogie  do  komputerów  i  do  decyzji  podejmowanych  przez  cz"owieka  s!  bardzo  sugestywne.  Ale  pora 

zej#$  na  ziemi%  i  nie  zapomina$,  &e  ewolucja  w  rzeczywisto#ci  post%puje  krok  za  krokiem,  dzi%ki  zró&nicowanej 

prze&ywalno#ci  genów  w  puli  genowej.  By  wi%c  móg"  wyewoluowa$  pewien  wzorzec  zachowania  -  czy  to 

altruistyczny,  czy  egoistyczny  -  gen  „na”  ten  w"a#nie  rodzaj  zachowania  powinien  z  wi%kszym  powodzeniem 

utrzymywa$ si% w puli genów ni& jego rywal - allel „na” zachowanie innego typu. Poj%ciem „genu na zachowanie 

altruistyczne”  okre#lam  ka&dy  gen,  który  w  taki  sposób  wp"ywa  na  kszta"towanie  si%  uk"adów  nerwowych,  by  te 

sk"onne  by"y  do  zachowa'  altruistycznych.*  Czy  s!  jakie#  dowody  eksperymentalne  na  dziedziczenie  zachowa' 

altruistycznych?  Nie  ma,  lecz  nic  w  tym  dziwnego,  gdy&  w  dziedzinie  genetycznych  uwarunkowa'  zachowania 

zdzia"ano  dotychczas  bardzo  niewiele.  Pozwólcie,  &e  opowiem  miast  tego  o  studiach  nad  pewnym  wzorcem 

zachowania,  który  akurat  nie  jest  ewidentnie  altruistyczny,  jest  za  to  do#$  interesuj!cy  poprzez  swoj!  z"o&ono#$. 

Pos"u&y nam jako model dla przedstawienia sposobu, w jaki mog"yby by$ dziedziczone zachowania altruistyczne. 

Pszczo"y  choruj!  na  chorob%  zaka(n!,  zwan!  zgnilcem.  Atakuje  ona  larwy  w  komórkach  plastra.  W#ród 

udomowionych ras pszczelich ryzyko zapadni%cia na t% chorob% jest u niektórych ras wi%ksze ni& u innych i, jak si% 

okazuje,  ró&nica  mi%dzy  szczepami  -  przynajmniej  w  niektórych  przypadkach  -  przejawia  si%  na  poziomie 

behawioralnym.  Istniej!  szczepy  zwane  higienicznymi,  które  szybko  opanowuj!  epidemi%,  lokalizuj!c  zaka&one 

larwy,  a  nast%pnie  wydobywaj!c  je  z  komórek  i  wyrzucaj!c  z  ula.  Inne  szczepy  nie  praktykuj!  tej  dzieciobójczej 

higieny i te podatne s! na chorob%. Zachowanie zaanga&owane bezpo#rednio w zabiegi higieniczne jest do#$ z"o&one. 

Robotnice musz! zlokalizowa$ komórk% z zaka&on! larw!, usun!$ z komórki woskow! pokryw%, wyci!gn!$ larw%, 

przeci!gn!$ j! przez wej#cie do ula i zrzuci$ na stert% #mieci. 

Prowadzenie  eksperymentów  genetycznych  na  pszczo"ach  jest  z  wielu  powodów  spraw!  skomplikowan!. 

Robotnice  z  regu"y  si%  nie  rozmna&aj!,  krzy&uje  si%  wi%c  królow!  jednego  szczepu  z  trutniem  (czyli  samcem) 

wywodz!cym si% z innego, a nast%pnie obserwuje si% zachowanie potomnych robotnic. 

Tym  w"a#nie  zajmowa"  si%  W.  C.  Rothenbuhler.  Stwierdzi"  on,  &e  w  pierwszym  pokoleniu  miesza'ców 

wszystkie  roje  by"y  niehigieniczne:  ta  cecha  ich  higienicznego  rodzica  wydawa"a  si%  by$  tracona,  cho$,  jak  si% 

pó(niej  wyja#ni"o,  geny  na  higieniczno#$  wci!&  by"y  obecne,  ale  okaza"y  si%  by$  recesywne,  tak  jak  geny  na 

niebieskie  oczy  u  cz"owieka.  Gdy  Rothenbuhler  skrzy&owa"  wstecznie  miesza'ce  pierwszego  pokolenia  z  czystym 

szczepem higienicznym (znów oczywi#cie bior!c królowe i trutnie), otrzyma" przepi%kny rezultat. W#ród potomnych 

rojów da"o si% wyró&ni$ trzy grupy. Jedna z grup demonstrowa"a pe"ny zestaw zachowa' higienicznych, druga nie 

background image

wykazywa"a ich w ogóle, trzecia natomiast zatrzymywa"a si% w pó" drogi. W grupie tej robotnice otwiera"y woskowe 

komórki z chorymi larwami, ale nie wyrzuca"y larw z ula. Rothenbuhler podejrzewa", &e mog! istnie$ dwa osobne 

geny, jeden na otwieranie komórek, a drugi na wyrzucanie larw. W pe"ni higieniczne szczepy mia"y zarówno jeden, 

jak i drugi gen, natomiast szczepy podatne mia"y konkuruj!ce allele ich obu. Miesza'ce, które zatrzymywa"y si% w 

pó" drogi, przypuszczalnie mia"y (w podwójnej dawce) gen na otwieranie komórek, ale &adnego genu na wyrzucanie. 

Rothenbuhler domy#la" si%, &e grupa pozornie ca"kowicie niehigienicznych pszczó" mog"a ukrywa$ podgrup% maj!c! 

gen na wyrzucanie, którego efekt nie móg" si% przejawi$ z powodu braku genu na otwieranie. Potwierdzi" to bardzo 

eleganckim eksperymentem, w którym usun!" pokrywy komórek osobi#cie. Rzeczywi#cie, po"owa spo#ród pozornie 

niehigienicznych pszczó" zacz%"a w efekcie przejawia$ ca"kowicie normalny behawior wyrzucania.* 

Historia ta ilustruje wiele istotnych kwestii, które pojawi"y si% w poprzednim rozdziale. Pokazuje, &e nawet 

je#li  nie  mamy  najbledszego  poj%cia  na  temat  procesów  chemicznych,  które  zachodz!  w  okresie  zarodkowym,  a 

których "a'cuch wi!&e gen z odpowiadaj!cym mu zachowaniem, mówienie o „genie na takie-to-a-takie-zachowanie” 

jest  jak  najbardziej  na  miejscu.  Mog"oby  si%  okaza$;  &e  w  tym  "a'cuchu  przyczynowo-skutkowym  obecny  jest 

równie& proces uczenia si%. Gen na otwieranie móg"by na przyk"ad wywiera$ swój wp"yw poprzez wywo"ywanie w 

pszczo"ach  poci!gu  do  zainfekowanego  wosku.  Zjadanie  pokryw  woskowych  na  zaka&onych  komórkach  odbior! 

wtedy jako nagrod% i b%d! sk"onne powtarza$ t% czynno#$. Nawet gdyby mechanizm dzia"ania genu by" w"a#nie taki, 

to  wci!&  pozostanie  on  genem  „na  otwieranie”,  o  ile  pszczo"y  maj!ce  ten  gen  b%d!  otwiera$  komórki,  a  pszczo"y, 

którym go brak, lecz poza tym identyczne, otwiera$ komórek nie b%d!. 

Historia  ta  dodatkowo  ilustruje  zjawisko  „wspó"pracy” genów w  wywieranych  przez nie  oddzia"ywaniach 

na zachowania wspólnej maszyny przetrwania. Gen na wyrzucanie jest bezu&yteczny, je#li nie towarzyszy mu gen na 

otwieranie  i  odwrotnie.  Eksperymenty  genetyczne  pokazuj!  jednak  równie  jasno,  &e  w  swojej  podró&y  poprzez 

pokolenia  geny  te  s!  w  zasadzie  ca"kowicie  odr%bne.  B%d!c  jednym  zespo"em  wspó"pracuj!cym  przy  wype"nianiu 

u&ytecznej funkcji, jako replikuj!ce si% geny s! dwoma wolnymi i niezale&nymi elementami. 

W  naszych  rozwa&aniach  nieraz  zmuszeni  b%dziemy  do  spekulacji  na  temat  genów  „na”  wszelkie  rodzaje 

najbardziej nieprawdopodobnych cech. Je#li uznasz, &e odbiegam zbytnio od rzeczywisto#ci, mówi!c na przyk"ad o 

hipotetycznym  genie  „na  ratowanie  ton!cych  towarzyszy”,  wspomnij  histori%  higienicznych  pszczó".  Miej  na 

uwadze,  &e  nie  mamy  na  my#li  genu  jako  jedynego  pierwotnego  sprawcy  wszystkich  tych  z"o&onych  skurczów 

mi%#ni, przetwarzania danych od narz!dów zmys"ów, czy wr%cz #wiadomych decyzji, które bior! udzia" w ratowaniu 

ton!cego. Nie wypowiadamy si% w kwestii: czy uczenie si%, do#wiadczenie czy wp"ywy #rodowiskowe uczestnicz! 

w  rozwoju  tego  zachowania.  Trzeba  jedynie  przysta$  na  to,  &e  pod  wp"ywem  jakiego#  jednego  genu  osobnik  jest 

bardziej  sk"onny  do  ratowania  ton!cego  ni&  pod  wp"ywem  jego  konkurencyjnego  allelu,  przy  za"o&eniu 

identyczno#ci pozosta"ych czynników i w obecno#ci innych istotnych genów i czynników #rodowiskowych. Ró&nica 

mi%dzy  tymi  genami  mo&e  si%  w  gruncie  rzeczy  sprowadza$  do  drobnej  ró&nicy  pod  wzgl%dem  jakiej#  prostej 

zmiennej ilo#ciowej. Jednak szczegó"y procesu rozwoju zarodkowego, które niew!tpliwie mog! by$ interesuj!ce, dla 

rozwa&a'  ewolucyjnych  s!  nieistotne.  Stanowisko  Konrada  Lorenza  nie  pozostawia  w  tej  kwestii  &adnych 

niejasno#ci. 

Geny  s!  mistrzami  programowania,  gdy&  programuj!,  aby  prze&y$.  Ich  programy  os!dzane  s!  wed"ug 

sukcesów  w  radzeniu  sobie  we  wszelkich  niebezpiecze'stwach,  na  jakie  &ycie  nara&a,  ich  maszyny  przetrwania,  a 

background image

rezultatem jest surowy wyrok s!du przetrwania. W dalszej cz%#ci ksi!&ki zajmiemy si% zagadnieniem, w jaki sposób 

zachowanie,  które  wydaje  si%  by$  altruistyczne,  mo&e  sprzyja$  przetrwaniu  genu.  Jednak  oczywistym  celem 

nadrz%dnym  maszyny  przetrwania  i  jej  mózgu  podejmuj!cego  decyzje  jest  przetrwanie  osobnika  i  rozmna&anie. 

Wszystkie  geny  „kolonii”  by"yby  zgodne  w  wyborze  tych  priorytetów.  Tote&  zwierz%ta  staraj!  si%  wszelkimi 

sposobami  znale($  i  schwyta$  po&ywienie;  nie  da$  si%  samemu  schwyta$  i  po&re$;  unika$  chorób  i  wypadków; 

chroni$ si% przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi; znale($ przedstawiciela p"ci przeciwnej, nak"oni$ go 

do  kopulacji  i  przekaza$  potomstwu  swoje  korzystne  cechy.  Przyk"ady  s!  tutaj  zb%dne,  lecz  je#li  jaki#  jest  ci 

potrzebny,  wystarczy,  &e  przyjrzysz  si%  uwa&nie  pierwszemu  napotkanemu  dzikiemu  zwierz%ciu.  Chc%  jednak 

wspomnie$  o  jednym  szczególnym  typie  zachowa',  poniewa&  znów  b%dziemy  si%  musieli  do  niego  odnie#$,  gdy 

przyjdzie  kolej  na  omawianie  altruizmu  i  egoizmu.  Zachowania  te  mo&na  okre#li$  szeroko  rozumianym  poj%ciem 

„komunikacji”.* 

O tym, &e jedna maszyna przetrwania skomunikowa"a si% z inn!, mo&emy powiedzie$ wtedy, gdy wywrze 

wp"yw  na  jej  zachowanie  lub  stan  jej  uk"adu  nerwowego.  Nie  upiera"bym  si%  zbytnio  przy  tak  sformu"owanej 

definicji,  jednak  w  danej  chwili  jest  ona  wystarczaj!co  dobra.  Przez  wp"yw  rozumiem  tutaj  bezpo#rednie 

oddzia"ywanie sprawcze. Przyk"ady komunikacji s! bardzo liczne: #piew ptaków, rechot &ab, $wierkanie #wierszczy, 

merdanie  ogonem  i  je&enie  sier#ci  na  karku  u  psa,  „szczerzenie  z%bów”  u  szympansów,  gestykulacja  i  j%zyk  u 

cz"owieka.  Wiele  dzia"a'  maszyn  przetrwania  s"u&y  dobru  ich  genów  w  sposób  po#redni  -  poprzez  wp"yw  na 

zachowanie  innych  maszyn  przetrwania.  Zwierz%ta  dok"adaj!  wielkich  stara',  by  komunikowanie  si%  uczyni$  jak 

najskuteczniejszym.  *piew  ptaków  zachwyca"  i  uwodzi"  kolejne  pokolenia  ludzi.  Wspomina"em  ju&  o  pie#ni 

wieloryba  humbaka,  czyli  d"ugop"etwca,  jeszcze  bardziej  niezwyk"ej  i  tajemniczej,  o  kolosalnym  zasi%gu,  której 

cz%stotliwo#ci  wykraczaj!  poza  zasi%g  s"yszenia  ludzkiego  ucha  -  od  infrad(wi%kowych  dudnie'  do 

ultrad(wi%kowych  pisków.  Turkucie  podjadki  wzmacniaj!  dono#no#$  swojej  pie#ni,  #piewaj!c  z  g"%bi  starannie 

wykopanej  norki  ukszta"towanej  tak  jak  wyprofilowana  wyk"adniczo  tuba  lub  megafon.  Pszczo"y  ta'cz!  w 

ciemno#ci, by dostarczy$ innym pszczo"om dok"adnych informacji na temat kierunku i odleg"o#ci, w jakiej znajduje 

si% po&ywienie - osi!gni%cie komunikacyjne, które przewy&szy" jedynie ludzki j%zyk. 

Etologowie  tradycyjnie  uwa&ali,  &e  ewolucja  sygna"ów  komunikacyjnych  s"u&y"a  wzajemnemu  dobru, 

zarówno  nadawcy,  jak  i  odbiorcy.  Na  przyk"ad  kurcz%ta  wp"ywaj!  na  zachowanie  swojej  matki  przera(liwie 

piszcz!c,  gdy  si%  zgubi!  lub  gdy  jest  im  zimno.  Skutkiem  tego  jest  zwykle  natychmiastowe  zjawienie  si%  kwoki, 

która przyprowadza piskl% z powrotem do stadka. Mówi!c o obopólnych korzy#ciach wynikaj!cych z pojawienia si% 

tego zachowania, mamy na my#li to, &e dobór naturalny preferowa" kurcz%ta piszcz!ce, gdy si% zgubi!, jak równie& 

kwoki, które odpowiednio na pisk reagowa"y. 

Je#li chcemy (cho$ nie jest to tak naprawd% konieczne), mo&emy przyj!$, &e tego typu sygna"y s! w jaki# 

sposób  znacz!ce,  czyli  &e  nios!  informacj%  -  w  tym  przypadku:  „Zgubi"em  si%”.  Wydawany  za#  przez  ma"e  ptaki 

okrzyk ostrzegawczy, o którym wspomina"em w rozdziale 1, niós"by informacj%: „Uwaga, jastrz!b”. Zwierz%ta, do 

których  dotrze  ta  informacja  i  które  odpowiednio  na  ni!  zareaguj!,  korzystaj!  na  tym.  Tote&  informacja  ta  mo&e 

zosta$  uznana  za  prawdziw!.  Lecz  czy  zwierz%ta  przekazuj!  kiedykolwiek  informacje  fa"szywe,  czy  kiedykolwiek 

k"ami!? 

Twierdzenie,  &e  zwierz%  zdolne  jest  do  k"amstwa,  mog"oby  by$  b"%dnie  zrozumiane,  musz%  wi%c  temu 

background image

zapobiec.  Przypomina  mi  si%  wyk"ad  wyg"oszony  przez  Beatrice  i  Allena  Gardnerów  na  temat  ich  s"awnej 

„mówi!cej” szympansicy Washoe (u&ywa ameryka'skiego j%zyka migowego - Ameslan, a jej osi!gni%cia mog! by$ 

bardzo  interesuj!ce  dla  j%zykoznawców).  W#ród  s"uchaczy  by"o  kilku  filozofów  i  w  czasie  dyskusji  po  wyk"adzie 

zaabsorbowa" ich g"ównie problem, czy Washoe mog"aby k"ama$. Gardnerowie pomy#leli sobie, jak podejrzewam, 

&e istniej! bardziej interesuj!ce problemy do poruszenia w dyskusji, sam zreszt! uwa&a"em tak samo. W tej ksi!&ce 

s"ów „oszukiwa$” i „k"ama$” u&ywam w znacznie prostszym rozumieniu, ni& czynili to wspomniani filozofowie. Ich 

interesowa"a  #wiadoma  intencja,  by  oszuka$,  ja  za#  mówi%  o  osi!gni%ciu  skutku  pod  wzgl%dem  funkcjonalnym 

równowa&nego oszustwu. Gdyby ptak u&y" sygna"u: „Uwaga jastrz!b”, cho$ w pobli&u &adnego jastrz%bia nie by"o, 

po  to  tylko,  by  odstraszy$  towarzyszy  i  zje#$  porzucone  przez  nich  jedzenie,  mieliby#my  prawo  twierdzi$,  &e 

sk"ama".  Nie  znaczy"oby  to,  &e  rozmy#lnie  i  #wiadomie  chcia"  oszuka$,  a  jedynie,  &e  zdoby"  po&ywienie  kosztem 

innych  ptaków,  one  za#  odlecia"y,  reaguj!c  na  okrzyk  k"amcy,  co  w  sytuacji  pojawienia  si%  jastrz%bia  by"oby 

zachowaniem jak najbardziej prawid"owym. 

Wiele  jadalnych  owadów,  takich  jak  wzmiankowane  w  poprzednim  rozdziale  motyle,  znajduje  ochron%, 

na#laduj!c wygl!dem zewn%trznym inne owady - niesmaczne lub &!dl!ce. Sami cz%sto b"%dnie bierzemy ubarwione 

w  czarno-&ó"te  pr!&ki  bzygi  za  osy.  Niektóre  muchy  udaj!ce  pszczo"y  s!  w  swoim  oszustwie  jeszcze  doskonalsze. 

Drapie&niki te& k"ami!. )abnica, czyli naw d, czeka cierpliwie na dnie morza, staraj!c si% nie ró&ni$ od t"a. Jedyn! 

widoczn!  cz%#ci!  jej  cia"a  jest  wij!cy  si%  jak  robak  mi%sisty  wyrostek  na  ko'cu  d"ugiej  „w%dki”  wystaj!cej  ze 

szczytu  g"owy.  Kiedy  podp"ywa  zdobycz  w  postaci  ma"ej  rybki,  &abnica  kusi  j!  wabikiem  w  pobli&e  swojej 

zamaskowanej  paszczy.  W  pewnym  momencie  gwa"townie  otwiera  szcz%ki,  skutkiem  czego  ma"a  rybka  zostaje 

wessana i zjedzona. )abnica k"amie, wykorzystuj!c przy tym sk"onno#$ ma"ych rybek do podp"ywania do wij!cych 

si% robakowatych obiektów. Mówi: „Tu jest robak” i ka&da rybka, która „uwierzy” w to k"amstwo, rych"o ko'czy w 

jej paszczy. 

Istniej! równie& maszyny przetrwania, które wykorzystuj! pop%d p"ciowy innych maszyn. Wiele gatunków 

storczyków  ma  kwiaty,  których  kszta"t  "udz!co  przypomina  samic%  pszczo"y,  co  prowokuje  pszczelego  samca  do 

kopulacji. W wyniku tego oszustwa orchidea zostaje zapylona, poniewa& pszczo"a - omamiona przez dwie orchidee - 

mimochodem przeniesie py"ek z jednej na drug!. *wietliki (nale&!ce do chrz!szczy) przyci!gaj! partnerów b"yskaj!c 

do nich #wiat"em. Ka&dy gatunek ma charakterystyczny dla siebie kod rozpoznawczy, który zapobiega omy"kowemu 

kojarzeniu mi%dzygatunkowemu i jego szkodliwym nast%pstwom, jakimi by"yby miesza'ce. Robaczki #wi%toja'skie, 

jak  marynarze  wypatruj!cy  znanych  sobie  sekwencji  b"ysków  okre#lonych  latarni  morskich,  pod!&aj!  w  stron% 

#wiat"a  migaj!cego  we  w"a#ciwy  dla  w"asnego  gatunku  sposób.  Samice  #wietlika  rodzaju  Photuris  „odkry"y”,  &e 

imitowanie  kodu  rozpoznawczego  samicy  Photinus  przywabia  samca  rodzaju  Photinus.  Zwabiaj!  go  wi%c,  a  gdy 

zwiedziony k"amstwem samiec Photinus si% zbli&y, zostaje bez dalszych ceregieli po&arty przez samic% Photuris. Na 

my#l  przychodzi  analogia  do  chóru  Syren  i  do  Lorelei,  ale  Kornwalijczycy  pomy#leliby  raczej  o  dawnych 

wrakarzach, którzy, pos"uguj!c si% latarniami, zwodzili statki z kursu na ska"y, po czym pl!drowali wysypuj!cy si% z 

wraków "adunek. 

Gdy tylko powstanie jaki# system komunikacyjny, zawsze istnieje niebezpiecze'stwo, &e kto# wykorzysta 

go do swoich celów. Wykszta"ceni w duchu ewolucji widzianej z perspektywy „dobra gatunku”, w pierwszej chwili 

szukamy  k"amców  i  oszustów  w  przedstawicielach  innych  gatunków:  drapie&ników,  ofiar,  paso&ytów  itd.  Musimy 

background image

by$  jednak  przygotowani  na  to,  &e  k"amstwa,  oszustwa  i  samolubna  eksploatacja  zachowa'  zwi!zanych  z 

komunikowaniem  si%  b%d!  si%  pojawia$  zawsze  wtedy,  gdy  mamy  do  czynienia  z  rozbie&no#ci!  interesów  genów 

ró&nych osobników. Dotyczy to równie& osobników tego samego gatunku. Jak si% przekonamy, musimy by$ nawet 

przygotowani na to, &e dzieci b%d! oszukiwa$ swoich rodziców, m!& swoj! &on%, a brat b%dzie k"ama" bratu. 

Nawet  przekonanie,  &e  sygna"y  porozumiewawcze  zwierz!t  powsta"y  pocz!tkowo  ku  obopólnemu 

po&ytkowi, a dopiero potem zacz%"y by$ wykorzystywane przez wrogie sobie strony, wydaje si% zbyt prostoduszne. 

Równie  mo&liwe  jest,  i&  wszelkie  porozumiewanie  si%  zwierz!t  zawiera"o  w  sobie  element  oszustwa  od  samego 

pocz!tku,  poniewa&  interakcje  mi%dzy  zwierz%tami  zawsze  wi!&!  si%,  cho$by  w  niewielkim  stopniu,  z  konfliktem 

interesów.  Nast%pny  rozdzia"  zapoznaje  nas  z  bardzo  przekonuj!cym,  ewolucyjnym  uj%ciem  kwestii  konfliktu 

interesów. 

background image

ROZDZIA   5 

AGRESJA: STABILNO*- A SAMOLUBNA MASZYNA 

 

Rozdzia"  ten  po#wi%cony  b%dzie  g"ównie  agresji  -  tematowi,  który  jest  (ród"em  wielu  nieporozumie'.  W 

dalszym ci!gu rozpatrywa$ b%dziemy osobnika jako samolubn! maszyn%, zaprogramowan!, by dzia"a"a mo&liwie jak 

najlepiej dla dobra wszystkich swoich genów. J%zyk ten jest bowiem wygodniejszy. Do j%zyka pojedynczych genów 

powrócimy przy ko'cu rozdzia"u. 

Dla  danej  maszyny  przetrwania  inna  maszyna  (o  ile  nie  jest  jej  dzieckiem  lub  innym  bliskim  krewnym) 

stanowi cz%#$ #rodowiska, podobnie jak ska"a, rzeka czy k%s po&ywienia. Jest czym#, co staje na drodze, lub czym#, 

z czego mo&na czerpa$ korzy#ci. Od ska"y czy rzeki ró&ni si% wszak&e pod jednym istotnym wzgl%dem: jest zdolna 

do  odwetu.  Jest  przecie&  równie&  maszyn!,  która  przechowuje  dla  przysz"ych  pokole'  swoje  nie#miertelne  geny  i 

ona  tak&e  dla  ich  ochrony  nie  cofnie  si%  przed  niczym.  Dobór  naturalny  preferuje  te  geny,  które  sprawiaj!,  &e  ich 

maszyny  przetrwania  wykorzystuj!  w  jak  najlepszym  stopniu  otaczaj!ce  #rodowisko.  Wykorzystuj!  te&  –  robi!c  z 

nich  najlepszy  mo&liwy  u&ytek  -  inne  maszyny  przetrwania,  zarówno  nale&!ce  do  tego  samego,  jak  i  do  innych 

gatunków. 

W niektórych przypadkach maszyny przetrwania zdaj! si% zbytnio nie ingerowa$ nawzajem w swoje &ycie. 

Krety  i,  powiedzmy,  kosy  ani  si%  nawzajem  nie  zjadaj!,  ani  nie  kojarz!  mi%dzy  sob!  w  pary,  ani  nie 

wspó"zawodnicz! o przestrze' &yciow!. Lecz nawet w takim przypadku nie powinni#my ich traktowa$ jak gatunków 

ca"kiem od siebie odizolowanych. Mog! przecie& jednak o co# konkurowa$, chocia&by o d&d&ownice. Nie znaczy to, 

&e mo&emy kiedykolwiek ujrze$ kreta i kosa, jak ci!gn! z dwóch stron tego samego robaka. W rzeczywisto#ci kos 

mo&e w swoim &yciu nie spotka$ kreta ani razu. Gdyby jednak doszcz%tnie zlikwidowa$ populacj% kretów, wp"yw tej 

operacji  na  populacj%  kosów  móg"by  by$  bardzo  powa&ny,  cho$  nie  zaryzykowa"bym  domys"ów,  na  czym 

konkretnie mia"by polega$ ani za po#rednictwem jakich zawi"ych wspó"zale&no#ci mia"by si% przejawia$. 

Maszyny  przetrwania  nale&!ce  do  ró&nych  gatunków  wp"ywaj!  na  siebie  na  rozmaite  sposoby.  Mog!  by$ 

"owcami lub ofiarami, paso&ytami lub gospodarzami; mog! te& konkurowa$ o te same, trudne do zdobycia zasoby. 

Mog!  by$  wykorzystywane  w  najrozmaitszy  sposób,  jak  na  przyk"ad  pszczo"y  b%d!ce  dla  kwiatów  transporterem 

py"ku. 

Maszyny przetrwania nale&!ce do tego samego gatunku mog! ingerowa$ nawzajem w swoje &ycie w sposób 

bardziej  bezpo#redni.  Sk"adaj!  si%  na  to  ró&ne  przyczyny.  Po  pierwsze,  po"owa  populacji  w"asnego  gatunku  to 

potencjalni partnerzy seksualni, a potem potencjalni rodzice, których ci%&k! prac% przy wychowywaniu wspólnych 

dzieci  mo&na  b%dzie  wykorzysta$.  Ponadto,  z  racji  bliskiego  wzajemnego  podobie'stwa,  cz"onkowie  tego  samego 

gatunku, b%d!c maszynami dbaj!cymi o zachowanie swoich genów w tych samych #rodowiskach i prowadz!c 

ten 

sam  tryb  &ycia,  szczególnie  silnie  rywalizuj!  o  wszelkie  niezb%dne  im  do  &ycia  dobra.  Kret  mo&e  by$  dla  kosa 

rywalem, nie tak jednak wa&nym, jak inny kos. Krety mog! rywalizowa$ z kosami o d&d&ownice, ale kosy konkuruj! 

z innymi kosami zarówno o pokarm, jak i o wszelkie inne dobra. Je#li s! tej samej p"ci, mog! konkurowa$ tak&e o 

partnerów  seksualnych.  Dla  przyczyn,  które  niebawem  poznamy,  na  ogó"  to  samce  wspó"zawodnicz!  ze  sob!  o 

samice. Oznacza to, &e samiec, który dzia"a na szkod% innego samca - swojego konkurenta - dzia"a tym samym dla 

dobra swoich w"asnych genów. 

background image

Sensown! regu"! post%powania maszyny przetrwania wydawa"oby si% wi%c wymordowanie rywali, a potem 

- najlepiej – ich zjedzenie. Jednak&e, cho$ morderstwa i kanibalizm wyst%puj! w przyrodzie, nie s! jednak tak cz%ste, 

jak  to  przewiduje  naiwna  interpretacja  teorii  samolubnego  genu.  Konrad  Lorenz  w  ksi!&ce  Tak  zwane  z!o  zwraca 

uwag% na pow#ci!gliwo#$ i d&entelme'sk! natur% walk zwierz%cych. Ich cech! wart! odnotowania by"o dla niego to, 

&e podobnie jak w boksie czy szermierce, walki te przyjmuj! posta$ turniejów, odbywanych wed"ug pewnych zasad. 

Zwierz%ta walcz! w r%kawicach i st%pionymi floretami. Miejsce #miertelnego boju zajmuj! pogró&ki i gra pozorów. 

Gesty  poddania  ze  strony  pokonanych  rozpoznawane  s!  przez  zwyci%zców  i  powstrzymuj!  ich  przed  zadaniem 

#miertelnego ciosu czy uk!szenia - ca"kiem inaczej, ni& przewiduje nasza naiwna interpretacja. 

Pogl!d, &e agresja zwierz%ca jest utemperowana i sformalizowana, mo&e by$ kwestionowany. Z pewno#ci! 

b"%dne  jest  zw"aszcza  uznawanie  naszego  biednego  Homo  sapiens  za  jedyny  gatunek  zabijaj!cy  swoich 

pobratymców,  za  jedynego  dziedzica  pi%tna  Kaina,  i  wysuwanie  podobnych,  melodramatycznie  brzmi!cych 

oskar&e'.  To,  czy  przyrodnik  zwraca  uwag%  na  gwa"towno#$,  czy  raczej  umiarkowanie  agresji  zwierz!t,  zale&y 

mi%dzy  innymi  od  tego,  z  jakimi  zwierz%tami  mia"  najcz%#ciej  do  czynienia,  a  w  pewnym  stopniu  tak&e  od  jego 

ewolucyjnego  nastawienia  -  tak  si%  sk"ada,  &e  Lorenz  jest  akurat  zwolennikiem  idei  „dobra  gatunku”.  Niemniej 

pewne utemperowanie walk zwierz%cych wydaje si% przynajmniej cz%#ciowo faktem, nawet je#li doszukiwanie si% w 

nich cech zrytualizowanych turniejów uznamy za przesad%. W pierwszej chwili mo&e nam si% ono jawi$ jako pewna 

odmiana altruizmu. Przed teori! samolubnego genu stoi wi%c trudne zadanie wyt"umaczenia tego faktu. Czemu& to 

zwierz%ta nie staraj! si% ze wszystkich si" i przy ka&dej nadarzaj!cej si% okazji zabi$ rywali nale&!cych do w"asnego 

gatunku? 

Otó&,  mówi!c  najogólniej,  niepohamowana  agresja  przynosi  korzy#ci,  ale  równie&  kosztuje,  a  w  gr% 

wchodz! nie tylko te najbardziej  oczywiste koszty w postaci straconego czasu i energii. Przypu#$my na przyk"ad, &e 

zarówno B, jak i C s! moimi rywalami, a ja spotka"em akurat B. Z mojego - samolubnej jednostki - punktu widzenia 

rozs!dne wyda$ by si% mog"o podj%cie próby zabicia go. Czy&by? Przecie& C jest równie& moim rywalem i jest on 

tak&e rywalem B. Zabicie przeze mnie B by"oby dla C korzystnym obrotem sprawy, gdy& usun!"bym jednego z jego 

rywali. Chyba lepiej zrobi%, zostawiaj!c B przy &yciu: wtedy b%dzie on móg" konkurowa$ i walczy$ z C, tym samym 

po#rednio  przysparzaj!c  mi  korzy#ci.  A  zatem  nie  ma  oczywistego  po&ytku  z  prób  zabijania  rywali  przy  ka&dej 

nadarzaj!cej  si%  okazji  -  oto  mora"  z  tego  prostego,  hipotetycznego  przyk"adu.  W  du&ym  i  skomplikowanym 

systemie rywalizacji usuni%cie jednego konkurenta ze sceny niekoniecznie musi przynie#$ jak!kolwiek korzy#$. To 

raczej inni rywale, a nie sam zabójca, mog! na tym skorzysta$. Tak! w"a#nie przykr! lekcj% otrzymali specjali#ci od 

t%pienia szkodników upraw. Gdy ma si% do czynienia z gro(nym szkodnikiem upraw i znajduje si% dobry sposób na 

jego  zlikwidowanie,  rado#nie  przyst%puje  si%  do  dzie"a  po  to  tylko,  by  wkrótce  przekona$  si%,  &e  na  likwidacji 

danego szkodnika bardziej ni& nasza plantacja skorzysta" inny szkodnik i sytuacja tylko si% pogorszy"a. 

Mimo  to  sensowne  mog"oby  si%  wydawa$  zabijanie  lub  przynajmniej  podejmowanie  walk  w  sposób 

wybiórczy, tylko z niektórymi rywalami. Je#li B jest s"oniem morskim, posiadaczem wielkiego haremu samic, i je#li 

ja  -  b%d!c  innym  s"oniem  morskim  -  móg"bym  zabijaj!c  go  przej!$  jego  harem,  czyn  ten  wydawa"by  si%  z  mojej 

strony roztropny. Ale nawet wybiórcza agresja niesie z sob! koszty i ryzyko. Dla B korzystne b%dzie stawienie czo"a 

i obrona swojej cennej w"asno#ci. Je#li rozpoczn% walk%, moje szanse #mierci w jej wyniku s! równe jego szansom, a 

mo&e nawet wi%ksze. Jest on w posiadaniu warto#ciowego dobra, o które w"a#nie chc% z nim walczy$. Lecz przecie& 

background image

nie  bez  powodu  jest  jego  posiadaczem.  Zapewne  zdoby"  je  w  walce.  Przypuszczalnie  odnosi"  ju&  zwyci%stwa  z 

innymi, którzy wcze#niej ni& ja stawali z nim do walki. Z pewno#ci! umie si% bi$. A je#li wygram walk% i zdob%d% 

harem,  ale  z  boju wyjd%  tak bardzo  poturbowany, &e nie  b%d%  móg"  cieszy$  si%  jego  rezultatem? Ponadto  w walce 

traci si% czas i energi%, które na razie mo&e lepiej by"oby oszcz%dzi$. Je#li skupi% si% teraz na zdobywaniu pokarmu i 

b%d%  si%  trzyma"  z  dala  od  k"opotów,  stan%  si%  wi%kszy  i  silniejszy.  Pr%dzej  czy  pó(niej  podejm%  z  nim  walk%  o 

harem, ale je#li od"o&% to na pó(niej, b%d% mia" wi%ksze szanse na ewentualn! wygran!, ni& gdybym zaatakowa" od 

razu. 

Przedstawi"em  ten  monolog  wewn%trzny  po  to  jedynie,  by  wykaza$,  &e  decyzja  o  ewentualnym  podj%ciu 

walki  teoretycznie  powinna  by$  poprzedzona  z"o&on!,  cho$  nie#wiadom!,  analiz!  „zysków  i  strat”.  Bez  w!tpienia 

pewne potencjalne korzy#ci przemawiaj! za podj%ciem wa"ki, niemniej jednak z pewno#ci! nie wszystkie. Tak&e i w 

czasie  walki  ka&da  decyzja  taktyczna  o  jej  zaostrzeniu  czy  z"agodzeniu  niesie  ze  sob!  zarówno  zyski,  jak  i  straty, 

które mog! by$ poddane analizie. Etologowie od dawna zdawali sobie z tego spraw%, ale potrzeba by"o J. Maynarda 

Smitha,  powszechnie  nie  zaliczanego  do  grona  etologów,  by  my#l  ta  wypowiedziana  zosta"a  dobitnie  i  jasno. 

Nawi!zawszy  wspó"prac%  z  G.  R.  Pricem  i  G.  A.  Parkerem,  pos"u&y"  si%  w  tym  celu  ga"%zi!  matematyki,  zwan! 

teori!  gier.  Ich  klarowne  wywody  da  si%  wyrazi$  bez  uciekania  si%  do  symboli  matematycznych,  cho$  strac! 

wówczas nieco na #cis"o#ci. 

Kluczowym  poj%ciem  wprowadzonym  przez  Maynarda  Smitha  jest  poj%cie  „strategii  ewolucyjnie 

stabilnej”,  które  si%ga  korzeniami  idei  W.  D.  Hamiltona  i  R.  H.  MacArthura.  „Strategia”  jest  zaprogramowanym 

uprzednio  zbiorem  zachowa'.  Strategi!  jest  na  przyk"ad:  „Zaatakuj  przeciwnika;  je#li  zacznie  ucieka$  -  #cigaj  go; 

je#li  i  on  zaatakuje  w  odwecie  -  uciekaj”.  Wa&ne  jest  przy  tym,  by#my  mieli  na  uwadze,  &e  strategii  nie  nale&y 

traktowa$  jako  #wiadomie  wypracowanej  przez  danego  osobnika.  Pami%tajmy,  &e  stworzyli#my  obraz  zwierz%cia 

podobnego  do  robota  przetrwania,  sterowanego  komputerem  zaprogramowanym  uprzednio  do  kierowania  ruchami 

mi%#ni. Opisanie strategii zestawem kilku prostych polece' sformu"owanych w j%zyku polskim u"atwia nam jedynie 

uzmys"owienie jej sobie. Zwierz% zachowuje si% tak, jakby stosowa"o si% do tych instrukcji, cho$ mechanizm, dzi%ki 

któremu tak si% dzieje, pozostaje nie sprecyzowany. 

Strategi%  ewolucyjnie  stabiln!  definiuje  si%  jako  tak!  strategi%,  której  od  momentu  gdy  zostanie  przyj%ta 

przez  wi%kszo#$  cz"onków  populacji,  nie  jest  w  stanie  wyprze$  &adna  inna  strategia  alternatywna.*  Jest  to  my#l 

bardzo finezyjna i wa&ka. Innymi s"owy to, jaka strategia jest najlepsza dla pojedynczego osobnika, zale&y od tego, 

co  robi  wi%kszo#$  populacji.  Skoro  ca"o#$  populacji  sk"ada  si%  z  osobników,  z  których  ka&dy  stara  si% 

zmaksymalizowa$  swój  w"asny  sukces,  jedyn!  strategi!,  jaka  si%  utrzyma,  b%dzie  ta,  której  od  momentu  jej 

ukszta"towania  si%  nie  b%dzie  móg"  prze#cign!$  &aden  odbiegaj!cy  od  normy  osobnik.  W  nast%pstwie  zmian 

#rodowiskowych na du&! skal% mo&e si% pojawi$ krótki okres ewolucyjnej niestabilno#ci, by$ mo&e, nawet oscylacje 

w populacji. Lecz gdy ustali si% w niej strategia ewolucyjnie stabilna, populacja b%dzie przy niej trwa$, gdy& dobór 

b%dzie eliminowa" wszelkie od niej odst%pstwa. 

By  pos"u&y$  si%  t!  koncepcj!  w  rozwa&aniach  na  temat  agresji,  zanalizujmy  jeden  z  najprostszych 

hipotetycznych  przypadków  przedstawionych  przez  Maynarda  Smitha.  Przypu#$my,  &e  w  populacji  pewnego 

gatunku  istniej!  tylko  dwa  typy  strategii  walki,  strategia  jastrz%bia  i  go"%bia.  (Nazwy  te  pochodz!  z  ludzkiej 

symboliki  i  nie  okre#laj!  rzeczywistych  zwyczajów  tych  ptaków  -  go"%bie  s!  w  rzeczywisto#ci  ptakami  do#$ 

background image

agresywnymi).  Ka&dy  osobnik  w  naszej  hipotetycznej  populacji  zaklasyfikowany  jest  jako  jastrz!b  albo  go"!b. 

Jastrz%bie  walcz!  tak  srogo  i  bezpardonowo, jak  tylko potrafi!,  wycofuj!c  si%  jedynie wtedy, gdy  s! ci%&ko  ranne. 

Go"%bie za# ograniczaj! si% do gró(b wyra&anych z umiarem i w stereotypowy sposób, nigdy nikogo nie rani!c. Gdy 

jastrz!b  staje  do  walki  z  go"%biem,  ten  od  razu  ucieka,  a  wi%c  nie  zostaje  zraniony.  Gdy  jastrz!b  walczy  z 

jastrz%biem, walka trwa tak d"ugo, a& jeden z nich zostanie ci%&ko ranny lub zginie. Gdy go"!b spotka go"%bia, &aden 

z nich nie zostaje ranny. B%d! przybiera$ wobec siebie gro(ne pozy tak d"ugo, dopóki jeden z nich si% nie wycofa na 

skutek  zm%czenia  lub  uznawszy,  &e  nie  warto  sobie  tym  d"u&ej  zawraca$  g"owy.  Przyjmijmy  przez  chwil%,  &e 

osobnik nie ma mo&liwo#ci wcze#niejszego ustalenia, czy dany rywal jest jastrz%biem, czy go"%biem. Dowiaduje si% 

o  tym  w  czasie  walki,  a  poprzednich  star$  z  danymi  osobnikami,  które  mog"yby  by$  dla  niego  wskazówk!,  nie 

pami%ta. 

Pos"uguj!c si% czysto umownymi kryteriami, wspó"zawodnikom przyznawa$ b%dziemy punkty. Powiedzmy 

50  punktów  za  wygran!,  0  za  przegran!,  -100  za  ci%&kie  zranienie  i  -10  za  marnowanie  czasu  w  d"ugim  starciu. 

Punkty te s! wprost wymienialne na walut% przetrwania genu. Osobnik, który uzbiera du&o punktów i osi!ga wysoki 

przeci%tny „zysk”, pozostawia po sobie wiele genów w puli genowej. Rzeczywiste warto#ci liczbowe, o ile mieszcz! 

si% w rozs!dnych granicach, nie s! w naszej analizie istotne, pomagaj! nam jedynie w rozwa&aniu problemu. 

Wa&ne jest to, &e nie interesuje nas, czy jastrz%bie b%d! wygrywa$ w starciach z go"%biami. Odpowied( na 

to  pytanie  ju&  znamy:  jastrz%bie  wygrywaj!  zawsze.  Chcemy  natomiast  wiedzie$,  która  ze  strategii,  jastrz%bia  czy 

go"%bia, jest ewolucyjnie stabilna. Je#li jedna z nich jest stabilna, a druga nie, nale&y oczekiwa$ wyewoluowania tej 

pierwszej.  Jest  teoretycznie  mo&liwe  istnienie  dwóch  strategii  ewolucyjnie  stabilnych.  Dosz"oby  do  tego,  gdyby 

najlepsz! dla danego osobnika strategi! by"o upodobnienie si% do reszty populacji, niezale&nie od tego, jaka strategia 

-  jastrz%bia  czy  go"%bia  -  akurat  w  danej  populacji  przewa&a.  W  tym  przypadku  populacja  mia"aby  tendencj%  do 

pozostawania  w  jednym  z  dwóch  stanów  stabilnych  -  tym,  który  osi!gn%"a  wcze#niej.  Jednak,  jak  si%  za  chwil% 

przekonamy, &adna z tych dwóch strategii z osobna, ani jastrz%bia, ani go"%bia, nie by"aby w rzeczywisto#ci stabilna 

ewolucyjnie,  nie  ma  wi%c  co  liczy$  na  to,  &e  którakolwiek  z  nich  wyewoluuje.  By  to  wykaza$,  musimy  dokona$ 

bilansu przeci%tnych zysków. 

Przypu#$my,  &e  mamy  populacj%  z"o&on!  wy"!cznie  z  go"%bi.  W  walkach  mi%dzy  nimi  &aden  nigdy  nie 

ulega  zranieniu.  Rywalizacja  polega  na  d"ugotrwa"ych  turniejach  rytualnych,  prezentowaniu  póz  imponuj!cych  i 

mierzeniu  si%  wzrokiem.  Turniej  taki  ko'czy  si%  dopiero  wtedy,  gdy  jeden  z  rywali  zrezygnuje  z  dalszego  boju. 

Zwyci%zca uzyskuje 50 punktów za wywalczenie w starciu pewnego spornego dobra, ale p"aci kar% w wysoko#ci -10 

punktów za marnowanie czasu w d"ugim pojedynku pozorów, wynik sumaryczny wynosi wi%c 40. Kar% -10 punktów 

za  marnowanie  czasu  otrzymuje  równie&  pokonany.  Statystycznie,  ka&dy  go"!b  mo&e  spodziewa$  si%  po"owy 

wygranych star$ i po"owy przegranych. Przeci%tny zysk w walce równa si% #redniej z +40 i -10, czyli +15. Tak wi%c 

w populacji go"%bi ka&demu z nich wiedzie si% ca"kiem nie(le. 

Ale oto za"ó&my, &e w populacji pojawia si% mutant - jastrz!b. Jako jedyny, jastrz!b za przeciwnika b%dzie 

mia" zawsze go"%bia. Jastrz%bie zawsze wygrywaj! z go"%biami, a zatem uzyskuje on +50 punktów za ka&d! walk% i 

tyle wynosi jego przeci%tny zarobek. Osi!ga wi%c olbrzymi! przewag% nad go"%biami, których zarobek netto wynosi 

tylko +15. W rezultacie geny jastrz%bia b"yskawicznie rozprzestrzenia si% w populacji. Wtedy jednak jastrz%bie nie 

mog!  ju&  liczy$  na  to,  &e  ka&dy  z  napotkanych  rywali  b%dzie  go"%biem.  Je#li  ma  miejsce  przypadek  skrajny  - 

background image

rozprzestrzenienie  si%  genu  jastrz%bia  z  takim  sukcesem,  &e  ca"a  populacja  sta"a  si%  populacj!  jastrz%bi,  wtedy 

wszystkie  walki  s!  typu  jastrz%biego.  Teraz  wszystko  wygl!da  zupe"nie  inaczej.  Gdy  jastrz!b  spotyka  jastrz%bia, 

jeden  z  nich  zostaje  powa&nie  ranny  uzyskuj!c  -100  punktów,  natomiast  zwyci%zca  +50  punktów.  Ka&dy  z 

osobników  w  populacji  jastrz%bi  mo&e  liczy$  na  to,  &e  po"owa  jego  walk  b%dzie  wygrana,  a  po"owa  przegrana. 

Przeci%tny  spodziewany  zysk,  jaki  osi!gnie  w  walce,  b%dzie  #redni!  z  +50  i  -100,  czyli  -25  punktów.  A  teraz 

rozwa&my sytuacj% pojedynczego go"%bia w populacji jastrz%bi. Przegra wszystkie swoje walki, to pewne, z drugiej 

jednak  strony  nigdy  nie  ulegnie  zranieniu.  Tote&  jego  przeci%tny  wynik  w  populacji  jastrz%bi  wynosi  0,  gdy 

tymczasem one uzyskuj! przeci%tnie -25. Geny go"%bi zaczn! si% wi%c rozprzestrzenia$ w populacji. 

Przedstawiony wywód sugeruje, &e populacja podlega ci!g"ym oscylacjom. Geny jastrz%bi rozszerz! swoje 

wp"ywy, po czym w wyniku ich liczebnej przewagi lepiej zaczyna si% powodzi$ genom go"%bi. Wtedy z kolei ro#nie 

liczba  go"%bi,  co  trwa  dopóty,  dopóki  geny  jastrz%bi  nie  zaczn!  prosperowa$  lepiej,  i  tak  w  niesko'czono#$. 

Oscylacje tego typu nie  musz! jednak si% zdarza$. Istnieje stabilna proporcja jastrz%bi do go"%bi. Dla powy&szego, 

przyj%tego przez nas arbitralnie systemu punktacji wyliczony stabilny uk"ad sk"ada si% z 5/12 go"%bi i 7/12 jastrz%bi. 

Po  osi!gni%ciu  tej  stabilnej  proporcji  przeci%tny  bilans  zysków  i  strat  jastrz%bi  równy  jest  przeci%tnemu  bilansowi 

zysków i strat go"%bi. Dobór nie faworyzuje wi%c &adnej ze strategii. Gdyby proporcja jastrz%bi w populacji zacz%"a 

rosn!$  odbiegaj!c  od  warto#ci  7/12,  tym  samym  go"%biom  zacz%"oby  si%  wie#$  lepiej  i  proporcje  wróci"yby  do 

poprzedniego  stanu.  Tak  jak  stabilna  proporcja  mi%dzy  p"ciami  wynosi  50:50,  o  czym  b%dziemy  mieli  okazj% 

przekona$  si%  w  dalszej  cz%#ci  ksi!&ki,  tak  stabilna  proporcja  jastrz%bi  do  go"%bi  w  naszym  hipotetycznym 

przyk"adzie wynosi 7:5. Nawet je#li pojawi! si% oscylacje wokó" punktu równowagi, b%d! one raczej niewielkie. 

Cho$  w  rzeczywisto#ci  rozumowanie  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  ide!  doboru  grupowego,  w  pierwszej 

chwili  odnajdujemy  w  nim  echa  tej  teorii.  Zezwala  nam  ono  bowiem  na  postrzeganie  populacji  jako  obiektu 

odznaczaj!cego  si%  stabiln!  równowag!,  do  której  powraca,  je#li  równowaga  ta  ulegnie  zaburzeniu.  Strategia 

ewolucyjnie stabilna jest jednak koncepcj! bardziej wyrafinowan! ni& dobór grupowy. I wcale nie chodzi w niej o 

osi!ganie  przez  jedne  grupy  przewagi  nad  innymi.  Mo&na  to  znakomicie  zilustrowa$,  pos"uguj!c  si%  umownym 

systemem  punktacji  z  naszego  hipotetycznego  przyk"adu.  Po  przeliczeniu  oka&e  si%,  &e  przeci%tny  zysk 

pojedynczego osobnika w stabilnej populacji - sk"adaj!cej si% w 7/12 z jastrz%bi i w 5/12 z go"%bi - wynosi 6 i 1/4 

punktu.  Warto#$  ta  jest  prawdziwa  niezale&nie  od  tego,  czy  osobnik  jest  jastrz%biem  czy  go"%biem.  6  i  1/4  to 

znacznie mniej ni& przeci%tny zysk go"%bia w populacji go"%bi (który wynosi 15 punktów). Gdyby tylko wszystkie 

zgodzi"y  si%  by$  go"%biami,  ka&dy  z  nich  z  osobna  skorzysta"by  na  tym.  Rozumuj!c  zgodnie  z  prostymi  zasadami 

doboru grupowego, ka&da grupa, której wszyscy cz"onkowie zgodziliby si% by$ wobec siebie go"%biami, osi!gn%"aby 

daleko  wi%ksze  sukcesy  ni&  konkurencyjna  grupa  o  proporcjach  strategii  ewolucyjnie  stabilnej.  (Prawd%  mówi!c, 

grup! o najwy&szym z mo&liwych do osi!gni%cia rezultacie wcale nie jest pakt z"o&ony z samych go"%bi. W grupie 

sk"adaj!cej  si%  w  1/6  z  jastrz%bi  i  w  5/6  z  go"%bi  przeci%tna  wygrana  w  walce  wynosi  16  i  2/3  punktu.  Taki  uk"ad 

osi!ga najlepsze z mo&liwych rezultaty, ale dla obecnych celów mo&emy ten fakt pomin!$. Prostszy pakt z"o&ony z 

samych  go"%bi,  z  przeci%tn!  wygran!  w  walce  równ!  15  punktom,  i  tak  by"by  daleko  lepszy  dla  ka&dego  z 

osobników  ni&  strategia  ewolucyjnie  stabilna).  W  my#l  teorii  doboru  grupowego  nale&a"oby  wi%c  raczej 

przewidywa$  tendencj%  w  kierunku  zawi!zywania  si%  paktów  z"o&onych  z  samych  go"%bi,  jako  &e  grupa,  w  której 

sk"adzie 7/12 stanowi! jastrz%bie, odnosi"aby mniejsze sukcesy. Ale k"opot z paktami, nawet takimi, które na d"u&sz! 

background image

met% dzia"aj! ku po&ytkowi wszystkich jej cz"onków, polega na tym, &e s! one podatne na nadu&ycia. To prawda, &e 

w  grupie  samych  go"%bi  ka&demu  wiedzie  si%  lepiej,  ni&  wiod"oby  im  si%  w  grupie  o  proporcjach  strategii 

ewolucyjnie stabilnej. Lecz niestety, w paktach go"%bi pojedynczemu jastrz%biowi wiedzie si% tak znakomicie, &e nic 

nie jest w stanie zapobiec pojawianiu si% jastrz%bi. Pakt jest wi%c skazany na rozbicie od #rodka na skutek zdrady. 

Strategia  ewolucyjnie  stabilna  jest  stabilna  nie  dlatego,  &e  jest  jako#  szczególnie  korzystna  dla  uczestnicz!cych  w 

niej osobników, ale dlatego, &e jest odporna na zdrad% od wewn!trz. 

Mi%dzy lud(mi mo&liwe s! pakty czy uk"ady przynosz!ce korzy#$ ka&dej jednostce, które mog! trwa$, cho$ 

nie  s!  stabilne  w  taki  sposób,  jak  strategia  ewolucyjnie  stabilna.  Dzieje  si%  tak  jednak  tylko  dlatego,  &e  ka&da  z 

jednostek  ma  zdolno#$  #wiadomego  przewidywania  i  potrafi  dostrzec,  &e  na  d"u&sz!  met%  przestrzeganie  regu" 

uk"adu le&y w jej w"asnym interesie. Mimo to, nawet wtedy pokusa, by z"ama$ umow% i uzyska$ tym samym szans% 

wielkich korzy#ci na krótk! met%, bywa nie do odparcia, tote& zawierane przez cz"owieka pakty s! stale nara&one na 

to  niebezpiecze'stwo.  Najlepszym  przyk"adem  mo&e  by$  polityka  zamra&ania  cen.  Na  d"u&sz!  met%  w  interesie 

ka&dego  z  w"a#cicieli  stacji  benzynowych  jest  ujednolicenie  cen  paliwa  na  tym  samym,  sztucznie  wysokim 

poziomie.  Umowa  oparta  na  #wiadomej  ocenie  najlepszych  zysków,  jakie  mo&na  osi!gn!$  na  d"u&sz!  met%,  mo&e 

utrzyma$  si%  nawet  ca"kiem  d"ugo.  Niekiedy  jednak  jedna  osoba  ulega  pokusie,  by  zbi$  szybko  fortun%  obni&aj!c 

swoje ceny. S!siedzi id! natychmiast w jej #lady i fala obni&ek cen rozszerza si% po kraju. Na nieszcz%#cie dla nas 

w"a#cicielom  stacji  benzynowych  wraca  po  jakim#  czasie  zdolno#$  do  przewidywania  skutków  swoich  decyzji  i 

zawieraj!  oni  nast%pny  uk"ad  zamra&aj!cy  ceny.  Tak  wi%c  nawet  u  cz"owieka,  gatunku  obdarzonego  zdolno#ci! 

#wiadomego  przewidywania,  pakty  czy  umowy  zawarte  dla  jak  najlepszych  d"ugoterminowych  korzy#ci  s! 

bezustannie  zagro&one  za"amaniem  si%  na  skutek  wewn%trznej  zdrady.  Tym  trudniej  jest  znale($  sposób,  w  jaki 

korzy#$  grupowa  lub  strategia  paktu  mog"aby  wyewoluowa$  w  #wiecie  dzikich  zwierz!t,  sterowanych  przez 

bezwzgl%dne geny. Oczekiwa$ raczej nale&y powszechnej obecno#ci strategii ewolucyjnie stabilnych. 

W naszym hipotetycznym przyk"adzie przyj%li#my upraszczaj!ce za"o&enie, &e ka&dy z osobników by" albo 

jastrz%biem,  albo  go"%biem.  Otrzymali#my  w  wyniku  stabiln!  ewolucyjnie  proporcj%  tych  strategii.  W  praktyce 

oznacza  to,  &e  w  puli  genów  zosta"a  osi!gni%ta  stabilna  równowaga  genów  jastrz%bich  i  genów  go"%bich.  Stan  ten 

okre#la  si%  fachowo  mianem  stabilnego  polimorfizmu.  Dopóki  obracamy  si%  w  sferze  matematyki,  dok"adny 

odpowiednik  strategii  ewolucyjnie  stabilnej  mo&e  zosta$  osi!gni%ty  i  bez  tego  polimorfizmu.  Je#li  ka&dy  z 

osobników w danym konkretnym starciu jest zdolny do wybrania zachowania zarówno jastrz%bia, jak i go"%bia, mo&e 

ustali$ si% taka strategia ewolucyjnie stabilna, w której wszystkie osobniki z tym samym prawdopodobie'stwem - w 

naszym przyk"adzie 7/12 - b%d! si% zachowywa$ jak jastrz!b. W praktyce ka&dy osobnik przyst%powa"by do starcia, 

powzi!wszy przypadkow! decyzj%, czy w danym przypadku b%dzie si% zachowywa" jak jastrz!b, czy te& jak go"!b - 

przypadkow!,  ale  z  proporcj!  7:5  na  korzy#$  jastrz%bia.  Jest  bardzo  wa&ne,  by  mimo  wi%kszej  sk"onno#ci  do  roli 

jastrz%bia  decyzje  te  by"y  o  tyle  przypadkowe,  &e  przeciwnik  nie  ma  sposobu  odgadn!$,  jak  jego  konkurent  ma 

zamiar  si%  zachowa$  w  danej  walce.  Nie  mia"oby  na  przyk"ad  sensu  odgrywanie  siedem  razy  z  rz%du  jastrz%bia,  a 

potem pi%$ razy z rz%du go"%bia. Gdyby którykolwiek z osobników post%powa" wed"ug takiego prostego schematu, 

jego rywale wkrótce po"apaliby si% w czym rzecz i uzyskaliby nad nim przewag%. Sposobem na osi!gni%cie przewagi 

nad strategiem dzia"aj!cym wed"ug prostego schematu by"oby odgrywanie przed nim roli jastrz%bia wtedy, gdy wie 

si%, &e b%dzie wyst%powa" jako go"!b. 

background image

Ca"a  ta  opowie#$  o  jastrz%biach  i  go"%biach  jest  oczywi#cie  naiwnie  prosta.  Jest  modelem,  czym#  co  w 

rzeczywisto#ci  nie  wyst%puje  w  przyrodzie,  ale  ma  nam  pomóc  w  zrozumieniu  zjawisk,  które naprawd% w  naturze 

istniej!. Modele mog! by$ nawet tak proste, jak ten, a mimo to wci!& b%d! u&yteczne dla zrozumienia istoty rzeczy 

lub dokonania uogólnienia. Proste modele mo&na dopracowywa$ i komplikowa$. Je#li robi si% to umiej%tnie, to - w 

miar% jak zyskuj! na komplikacji – coraz wierniej odpowiadaj! rzeczywisto#ci. Rozbudowywanie modelu jastrz%bia 

i  go"%bia  mo&na  zacz!$  od  wprowadzenia  wi%kszej  liczby  strategii.  Jastrz!b  i  go"!b  to  przecie&  nie  jedyna 

mo&liwo#$.  Bardziej  z"o&ona  strategia  wprowadzona  przez  Maynarda  Smitha  i  Price’a  wyst%puje  pod  nazw! 

odwetowca. 

Na  pocz!tku  ka&dej  walki  odwetowiec  gra  rol%  go"%bia.  Nie  przyst%puje  do  w"a#ciwego  jastrz%biowi, 

bezpardonowego w#ciek"ego ataku, lecz do umownej gry na zastraszenie. Jednak gdy przeciwnik zaatakuje, odp"aca 

mu  pi%knym  za  nadobne.  Innymi  s"owy,  odwetowiec  zaatakowany  przez  jastrz%bia  zachowuje  si%  jak  jastrz!b, 

zaatakowany  za#  przez  go"%bia  -  jak  go"!b.  Spotkawszy  innego  odwetowca,  post%puje  jak  go"!b.  Odwetowiec  jest 

wi%c strategiem warunkowym, gdy& jego zachowanie zale&y od zachowania przeciwnika. 

Innego rodzaju strategi! warunkow! jest pozer. Pozer zachowuje si% jak jastrz!b, dopóki kto# nie stawi mu 

czo"a.  Wtedy  natychmiast  ucieka.  Jeszcze  inna  strategia  warunkowa  to  odwetowiec  sonduj!cy.  Przypomina  on  w 

zasadzie odwetowca, z tym, &e od czasu do czasu próbuje na zasadzie eksperymentu na krótko zaostrzy$ walk%. Je#li 

przeciwnik mu nie odp"aci, zachowuje si% w dalszym ci!gu jak jastrz!b. Je#li jednak przeciwnik odpowiada atakiem, 

powraca do konwencjonalnej go"%biej gry pozorów. Zaatakowany, dokonuje odwetu jak typowy odwetowiec. 

Gdy wystawi$ przeciwko sobie w symulacji komputerowej wszystkie wymienione pi%$ strategii, tylko jedna 

z nich - odwetowiec - okazuje si% by$ ewolucyjnie stabilna.* Odwetowiec sonduj!cy jest prawie stabilny. Go"!b nie 

jest  stabilny,  poniewa&  populacja  go"%bi  jest  podatna  na  inwazj%  ze  strony  jastrz%bi  i  pozerów.  Jastrz!b  nie  jest 

stabilny, gdy& do jego populacji wtargn! go"%bie i pozerzy. Pozer nie jest stabilny, gdy& populacja pozerów podatna 

by"aby na najazd jastrz%bi. Do populacji odwetowców nie wtargnie &adna inna strategia, gdy& &adna z nich nie radzi 

sobie w niej lepiej ni& sam odwetowiec. W populacji odwetowców go"!b radzi sobie jednak równie dobrze. Znaczy 

to,  &e  gdyby  te  dwie  kategorie  osobników  by"y  pod  innymi  wzgl%dami  identyczne,  liczba  go"%bi  stopniowo  by  si% 

zwi%ksza"a.  Je#li  za#  wzros"aby  w  znacz!cy  sposób  liczba  go"%bi,  odwetowcy  sonduj!cy  (i  notabene  równie& 

jastrz%bie i pozerzy) zacz%liby zyskiwa$ przewag%, gdy& radz! sobie z go"%biami lepiej ni& odwetowcy. Odwetowiec 

sonduj!cy,  w  przeciwie'stwie  do  jastrz%bia  i  pozera,  to  strategia  prawie  stabilna  ewolucyjnie,  gdy&  w  populacji 

odwetowców sonduj!cych tylko jednej strategii - odwetowcom - powodzi si% nieco lepiej. Mo&na wi%c oczekiwa$, 

&e mieszanina odwetowców i odwetowców sonduj!cych b%dzie zd!&a"a do dominacji, by$ mo&e nawet z niewielkimi 

oscylacjami pomi%dzy nimi, wynikaj!cymi z waha' rozmiaru nielicznej mniejszo#ci go"%bi. Tak jak poprzednio, nie 

ma  konieczno#ci  zak"adania  istnienia  w  populacji  polimorfizmu  polegaj!cego  na  tym,  &e  osobniki  trzymaj!  si% 

zawsze  tych  samych  strategii.  Zachowanie  ka&dego  z  osobników  mog"oby  by$  z"o&on!  kompozycj!  zachowa' 

odwetowca, odwetowca sonduj!cego i go"%bia. 

Ta  teoretycznie  wywiedziona  kalkulacja  nie  odbiega  zbytnio  od  tego,  z  czym  mamy  do  czynienia  u 

wi%kszo#ci  dzikich  zwierz!t.  Poniek!d  uzasadnili#my  za  jej  pomoc!  kwesti%  utemperowania  zwierz%cej  agresji. 

Szczegó"y  zale&!,  rzecz  jasna,  od  konkretnej  liczby  „punktów”  przyznawanych  za  wygran!,  za  odniesione  rany, 

zmarnowany  czas  i  tak  dalej.  U  s"oni  morskich  nagrod!  za  zwyci%stwo  mo&e  by$  posiadanie  niemal 

background image

monopolistycznych  praw  do  wielkiego  haremu  samic.  Wygrana  musi  by$  wi%c  punktowana  bardzo  wysoko. 

Ciekawe,  &e  walki  s!  bardzo  zajad"e  i  wysokie  jest  równie&  prawdopodobie'stwo  ci%&kiego  zranienia.  Koszt 

zmarnowanego czasu zapewne uznaliby#my za niewielki w porównaniu do kosztów zwi!zanych ze zranieniem, jak 

te&  do  korzy#ci  z  odniesionego  zwyci%stwa.  Tymczasem,  dla  niewielkiego  ptaka  &yj!cego  w  ch"odnym  klimacie, 

koszt  w  postaci  straconego  czasu  mo&e  mie$  znaczenie  fundamentalne.  Sikora  bogatka  karmi!ca  piskl%ta  musi 

z"owi$  przeci%tnie  jedn!  zdobycz  co  trzydzie#ci  sekund.  Cenna  jest  ka&da  sekunda  dziennego  #wiat"a.  Nawet 

stosunkowo  krótki  czas,  jaki  traci  si%  w  typowej  walce  mi%dzy  jastrz%biami,  mo&e  by$  dla  niej  wi%kszym 

zagro&eniem ni& ryzyko zranienia. Niestety, wiemy jeszcze zbyt ma"o, by móc ró&nym wyst%puj!cym w przyrodzie 

bilansom  zysków  i  strat  przypisa$  realistycznie  brzmi!ce  liczby.*  Musimy  uwa&a$,  by  nie  wyci!ga$  wniosków  z 

wyników,  które  s!  jedynie  rezultatem  arbitralnego  doboru  liczb.  Na  podstawie  powy&szych  rozwa&a'  mo&na 

sformu"owa$  kilka  wa&nych  wniosków  ogólnych,  a  mianowicie,  &e  istnieje  tendencja  do  ewoluowania  strategii 

ewolucyjnie stabilnych, &e dalekie s! one od optimum, które mog"oby by$ osi!gni%te dzi%ki paktowi grupowemu, a 

ponadto, &e zdrowy rozs!dek mo&e nas sprowadzi$ na manowce. 

Innym  rozwa&anym  przez  Maynarda  Smitha  rodzajem  gry  wojennej  jest  „walka  na  wyczerpanie”.  Jej 

wyst%powania  mo&na  by  oczekiwa$  u  gatunków  nigdy  nie  anga&uj!cych  si%  w  niebezpieczne  starcia,  chocia&by  z 

powodu  dobrego  opancerzenia,  które  bardzo  zmniejsza  prawdopodobie'stwo  zranienia.  U  tych  gatunków  wszelkie 

spory  rozstrzygane  s!  na  drodze  konfrontacji  umownych  gestów  i  postaw,  prezentowanych  przez  przeciwników. 

Turniej  ko'czy  zawsze  wycofanie  si%  jednego  albo  drugiego  rywala.  By  odnie#$  zwyci%stwo,  wystarczy  sta$  na 

swoim terytorium i mierzy$ w#ciek"ym wzrokiem oponenta, póki ten w ko'cu nie poda ty"ów. Oczywi#cie &adnego 

zwierz%cia nie sta$ na przeci!ganie gró(b w niesko'czono#$ - musi wykonywa$ inne wa&ne zadania. Dobro, o które 

toczy  si%  spór,  mo&e  by$  warto#ciowe,  ale  nie  jest  bezcenne.  Warte  jest  tylko  dan!  ilo#$  czasu  i,  tak  jak  w  czasie 

aukcji, ka&dy z osobników gotów jest zap"aci$ za nie tylko tyle. W tej aukcji, w której uczestnicz! dwaj licytuj!cy, 

walut! jest czas. 

Przypu#$my,  &e  wszystkie  osobniki  ustali"y  uprzednio,  ile  dok"adnie  czasu  wart  jest  dla  nich  pewien 

okre#lony  rodzaj  dobra,  powiedzmy  samica.  Wtedy  zmutowany  osobnik,  który  gotów  jest  wytrwa$  w  pojedynku 

cho$by minimalnie d"u&ej, zawsze by wygrywa". Strategia okre#lania sta"ego górnego limitu licytacji nie by"aby wi%c 

stabilna. Strategia jest niestabilna nawet wtedy, gdy warto#$ danego dobra mo&e by$ okre#lona bardzo precyzyjnie i 

wszystkie  osobniki  wylicytuj!  dok"adnie  t%  warto#$.  Dwa  osobniki  licytuj!ce  zgodnie  ze  strategi!  górnego  limitu 

wycofa"yby  si%  dok"adnie  w  tej  samej  chwili  i  &aden  z  nich  nie  sta"by  si%  w"a#cicielem  po&!danego  dobra! 

Op"aca"oby si% wtedy, zamiast traci$ czas w rywalizacji, raczej zrezygnowa$ ju& na samym pocz!tku. Albowiem od 

prawdziwej  aukcji  walka  na  wyczerpanie  ró&ni  si%  tym  wa&nym  szczegó"em,  &e  tutaj,  cho$  tylko  jeden  konkurent 

dostaje  towar,  obaj  p"ac!  jego  cen%.  W  populacji  licytuj!cych  do  sta"ego  górnego  limitu  strategia  rezygnacji  na 

samym pocz!tku mog"aby wi%c odnie#$ sukces i rozprzestrzeni$ si%. Nast%pstwem za# tego by"yby korzy#ci dla tych 

osobników,  którzy  nie  rezygnuj!  od  razu,  ale  po  odczekaniu  kilku  sekund.  Strategia  ta  sta"aby  si%  op"acalna  w 

momencie,  w którym  przewag%  w  populacji  uzyskaj! osobniki  wycofuj!ce  si%  natychmiast.  Stopniowe  wyd"u&anie 

si%  czasu  poprzedzaj!cego  rezygnacj%  by"oby  wi%c  faworyzowane  przez  dobór  tak  d"ugo,  a&  czas  ten  ponownie 

osi!gn!"by maksimum okre#lone przez czysto ekonomiczn! warto#$ dobra, o które toczy si% walka. 

Jak zwykle opisuj!c rzecz s"owami, otrzymali#my obraz populacji oscyluj!cej. I tak jak poprzednio analiza 

background image

matematyczna  pokazuje,  &e  naprawd%  jest  inaczej.  Istnieje  mianowicie strategia  ewolucyjnie  stabilna,  któr!  mo&na 

przedstawi$ w postaci równania matematycznego, wyra&ona za# werbalnie brzmi nast%puj!co: nie da si% przewidzie$ 

czasu, przez jaki w danym konkretnym przypadku gotów jest wytrwa$ ka&dy z osobników. Statystycznie jednak czas 

ten  odpowiada  rzeczywistej  warto#ci  dobra.  Przypu#$my,  &e  dane  dobro  warte  jest  pi%ciu  minut  popisów.  Dla 

dowolnie  wybranego  osobnika  z  grupy,  w  której  ustali"a  si%  strategia  ewolucyjnie  stabilna,  mog!  one  trwa$  nieco 

krócej, nieco d"u&ej, lub nawet dok"adnie pi%$ minut. Wa&ne jest to, &e o tym, jak d"ugo wybrany osobnik gotów jest 

wytrwa$ w danej sytuacji, jego przeciwnik &adnym sposobem nie mo&e si% dowiedzie$. 

Oczywi#cie w walce na wyczerpanie niezwykle wa&ne jest, by nie da$ po sobie pozna$, &e ma si% zamiar 

da$ za wygran!. Ka&dy, kto by si% zdradzi" cho$by drgnieniem w!sa, &e zaczyna my#le$ o rzuceniu r%cznika, od razu 

znalaz"by  si%  w  gorszym  po"o&eniu.  Gdyby,  dajmy  na  to,  dr&enie  w!sów  by"o  pewnym  sygna"em  o  zamiarze 

wycofania  si%  w  ci!gu  najbli&szej  minuty,  istnia"aby  bardzo  prosta  zwyci%ska  strategia:  „Je#li  twojemu 

przeciwnikowi dr&! w!sy, poczekaj jeszcze jedn! minut% niezale&nie od twoich poprzednich planów co do poddania 

si%. Je#li w!sy twojego oponenta jeszcze nie dr&!, a za minut% up"ynie czas, po którym i tak planowa"e# si% podda$, 

zrób to od razu i nie marnuj wi%cej czasu. I nie pozwól, by dr&a"y twoje w"asne w!sy”. Tak wi%c dr&enie w!sów i 

podobne  oznaki  zdradzaj!ce  przysz"e  zachowanie  by"yby  wkrótce  wyeliminowane  przez  dobór  naturalny. 

Ewoluowa"aby za# nieprzenikniona twarz pokerzysty. 

Lecz czemu twarz pokerzysty, a nie perfekcyjne k"amstwa? Z tego samego powodu. K"amstwa tak&e nie s! 

bowiem stabilne. Za"ó&my, &e wcze#niej wi%kszo#$ osobników straszy"a sier#$ na grzbiecie przewa&nie wtedy, gdy 

w walce na wyczerpanie naprawd% mia"a zamiar wytrwa$ jeszcze bardzo d"ugo. Naturaln! reakcj!, jaka by w wyniku 

tego wyewoluowa"a, by"oby natychmiastowe .poddanie si% w momencie, gdy przeciwnik zje&y" sier#$ na karku. Lecz 

tu& potem mogliby zacz!$ pojawia$ si% k"amcy. Korzy#ci z "atwych i szybkich zwyci%stw zbiera"yby osobniki, które 

je&!  grzbiet  przy  lada  okazji,  lecz  w  istocie  nie  maj!  zamiaru  dotrzymywa$  pola  zbyt  d"ugo.  Zacz%"yby  si%  wi%c 

rozprzestrzenia$ geny k"amców. Gdy k"amcy staliby si% wi%kszo#ci!, dobór faworyzowa"by z kolei te osobniki, które 

potrafi"yby  zdemaskowa$  ich  k"amstwa.  Liczba  k"amców  spad"aby  wi%c  ponownie.  W  walce  na  wyczerpanie 

mówienie k"amstw nie jest ani troch% bardziej stabilne ewolucyjnie ni& mówienie prawdy. To twarz pokerzysty jest 

stabilna  ewolucyjnie.  Poddanie  si%,  gdy  w  ko'cu  do  niego  dojdzie,  b%dzie  nag"e  i  niespodziewane.  Jak  dot!d 

rozwa&ali#my  tylko  takie  rodzaje  turniejów,  które  Maynard  Smith  nazywa  „symetrycznymi”.  Innymi  s"owy, 

zak"adali#my, &e rywale ró&ni! si% tylko przyj%t! strategi! walki, ale &e poza tym s! identyczni. Przyjmowali#my, &e 

jastrz%bie i go"%bie s! równie silne, równie dobrze uzbrojone i opancerzone, oraz &e w wyniku wygranej zyskaj! tyle 

samo.  Dla  stworzenia  modelu  za"o&enia  te  s!  wygodne,  ale  nie  s!  one  zbyt  realistyczne.  Parker  i  Maynard  Smith 

poszli wi%c dalej i przyst!pili do rozwa&ania rywalizacji asymetrycznych. Czy na ustalaj!c! si% strategi% ewolucyjnie 

stabiln!  wp"ynie  na  przyk"ad  to,  &e  osobniki  ró&ni!  si%  rozmiarami  i  zdolno#ci!  do  walki,  a  ka&dy  z  nich  potrafi 

oszacowa$ rozmiary rywala w proporcji do swoich w"asnych? Z ca"! pewno#ci! tak. 

Istniej!,  jak  si%  zdaje,  trzy  g"ówne  rodzaje  asymetrii.  Pierwsz!  w"a#nie  wymienili#my:  osobniki  mog!  si% 

ró&ni$  rozmiarami  lub  wyposa&eniem  do  walki.  Po  drugie,  mog!  si%  ró&ni$  pod  wzgl%dem  uzyskiwanych  w  razie 

zwyci%stwa korzy#ci. Stary samiec, któremu i tak zosta"o niewiele &ycia, nara&aj!c si% na zranienie, ma potencjalnie 

mniej do stracenia ni& samiec m"ody, który wi%kszo#$ swojego okresu rozrodczego ma jeszcze przed sob!. 

Po  trzecie,  o  ustaleniu  si%  strategii  ewolucyjnie  stabilnej  mo&e  zadecydowa$  asymetria  czysto  umowna, 

background image

pozornie nieistotna dla sprawy, ale umo&liwiaj!ca szybkie rozstrzyganie sporów. Ten trzeci typ asymetrii jest swoj! 

drog!  do#$  osobliw!  konsekwencj!  teorii.  Zwykle  na  przyk"ad  dzieje  si%  tak,  &e  jeden  z  rywali  zjawia  si%  na  polu 

walki  wcze#niej  ni&  drugi.  Nazwijmy  ich  odpowiednio  „rezydentem”  i  „intruzem”.  Dla  zachowania  klarowno#ci 

rozwa&a'  zak"adam,  &e  nie  ma  zasadniczej  przewagi  zwi!zanej  z  rol!  rezydenta  czy  intruza.  Jak  si%  dowiemy,  w 

praktyce  to  za"o&enie  mo&e  nie  by$  prawdziwe,  ale  nie  to  jest  tutaj  istotne.  Chodzi  o  to,  &e  strategia  ewolucyjnie 

stabilna oparta wy"!cznie na tej asymetrii wyewoluowa"aby prawdopodobnie nawet wtedy, gdyby nie by"o &adnego 

istotnego  powodu  by  s!dzi$,  &e  rezydenci  maj!  przewag%  nad  intruzami.  Prost!  analogi!  s!  ludzie,  rozstrzygaj!cy 

spory szybko i bez awantur przez rzucenie monet!. 

Strategia  warunkowa:  „Je#li  jeste#  rezydentem,  atakuj,  je#li  intruzem,  wycofaj  si%”  mog"aby  by$  strategi! 

ewolucyjnie stabiln!. Poniewa& asymetria ta jest z za"o&enia umowna, wi%c stabilna mog"aby by$ równie& strategia 

odwrotna:  „Je#li#  rezydent,  uciekaj,  je#li#  intruz,  atakuj”.  Która  z  dwóch  strategii  przyjmie  si%  w  danej  populacji, 

b%dzie zale&a"o od tego, która z nich jako pierwsza uzyska przewag%. Od momentu, gdy jedn! z tych dwóch strategii 

warunkowych  zastosuje  wi%kszo#$  osobników,  odst%pcy  b%d!  eliminowani.  A  wi%c,  z  definicji,  jest  to  strategia 

ewolucyjnie stabilna. 

Przypu#$my  na  przyk"ad,  &e  wszystkie  osobniki  post%puj!  zgodnie  z  zasad!:  „Rezydent  wygrywa,  intruz 

ucieka”. Oznacza to, &e po"ow% walk wygrywaj!, po"ow% za# przegrywaj!. Nigdy nie odnosz! ran i nigdy nie trac! 

czasu,  poniewa&  wszelkie  spory  s!  rozstrzygane  natychmiast  zgodnie  z  t!  umown!  regu"!.  Rozwa&my  teraz 

pojawienie si% nowo zmutowanego rebelianta. Przypu#$my, &e stosuje czysto jastrz%bi! strategi% - zawsze atakowa$, 

nigdy si% nie wycofywa$. Je#li jego oponent b%dzie intruzem - zwyci%&y, lecz gdy oka&e si% rezydentem - nara&a si% 

na powa&ne ryzyko zranienia. Jego zyski b%d! przeci%tnie ni&sze ni& osobników dzia"aj!cych zgodnie z umownymi 

regu"ami  strategii  ewolucyjnie  stabilnej.  Rebeliantowi,  który  próbowa"by  dzia"a$  wed"ug  odwrotnego  schematu: 

„Je#li#  rezydent,  uciekaj,  je#li#  intruz,  atakuj”,  wiod"oby  si%  jeszcze  gorzej.  Nie  do#$,  &e  cz%sto  by"by  ranny,  to  z 

rzadka jedynie udawa"oby mu si% wygrywa$ w starciach. Mimo to przyjmijmy, &e na skutek jakich# przypadkowych 

zdarze'  przewag%  zyskuj!  osobnicy  dzia"aj!cy  wed"ug  odwróconej  konwencji.  Wtedy  ich  strategia  sta"aby  si% 

stabiln!  norm!  i  tym  razem  odchylenia  od  niej  by"yby  eliminowane.  Niewykluczone,  &e  gdyby#my  obserwowali 

populacj% przez wiele pokole', zauwa&aliby#my co jaki# czas sporadyczne przeskoki od jednego stanu stabilnego do 

drugiego. 

W  rzeczywisto#ci  jednak  prawdziwie  umowne  asymetrie  najprawdopodobniej  nie  wyst%puj!.  Rezydenci 

mog!  mie$  rzeczywist!  przewag%  nad  intruzami.  S!  na  przyk"ad  lepiej  obeznani  z  miejscowym  terenem.  Jest  te& 

bardziej  prawdopodobne,  &e  to  intruzowi  pierwej  zabraknie  tchu,  poniewa&  musia"  dotrze$  na  miejsce  walki,  a 

rezydent  by"  tam  ca"y  czas.  Istnieje  jeszcze  jeden,  nieco  bardziej  abstrakcyjny  powód,  dla  którego  spo#ród  tych 

dwóch  stanów  stabilnych,  bardziej  prawdopodobnym  do  zaistnienia  w  naturze  jest:  „Rezydent  wygrywa,  intruz 

ucieka”. Otó& odwrotna strategia: „Intruz wygrywa, rezydent ucieka” ma wbudowan! d!&no#$ do samodestrukcji - 

tak!  w"a#nie  strategi%  Maynard  Smith  nazwa"by  paradoksaln!.  W  ka&dej  populacji,  w  której  utrwali"a  si%  taka 

paradoksalna  strategia  ewolucyjnie  stabilna,  osobniki  d!&y"yby  do  tego,  by  nigdy  nie  zosta$  przy"apane  jako 

rezydenci. W ka&dym  starciu  stara"yby  si%  by$  intruzami.  Jedynym  sposobem,  by  to  osi!gn!$, by"aby  nieustanna i 

poza  tym  bezcelowa  bieganina!  Pomin!wszy  ponoszone  koszty  czasowe  i  energetyczne,  ten  trend  ewolucyjny 

pod!&a"by sam przez si% w kierunku zaniku kategorii „rezydenta”. Natomiast w populacji, w której utrwali" si% drugi 

background image

stan  stabilny:  „Rezydent  wygrywa,  intruz  ucieka”,  dobór  naturalny  faworyzowa"by  osobniki,  które  staraj!  si%  by$ 

rezydentami.  Czyli, &e ka&dy z nich trzyma"by si% okre#lonego skrawka gruntu, opuszczaj!c go w miar%  mo&no#ci 

jak  najrzadziej,  i  robi"  wra&enie,  &e  go  „broni”.  Jak  obecnie  wiadomo,  zachowanie  takie  jest  powszechnie 

obserwowane w przyrodzie i nazywa si% „obron! terytorium”. 

Wielki etolog Niko Tinbergen w najelegantszy ze znanych mi sposobów zademonstrowa" t% form% asymetrii 

behawioralnej w  genialnym  w  swej prostocie  eksperymencie.* W  akwarium  trzyma"  dwa samce  ciernika. Obydwa 

samce  zbudowa"y  gniazda  w  przeciwnych  ko'cach  akwarium  i  ka&dy  z  nich  „broni"”  terytorium  wokó"  swego 

gniazda.  Tinbergen  umie#ci"  samce  osobno  w  dwóch  du&ych  szklanych  probówkach  i  trzymaj!c  je  blisko  siebie 

obserwowa",  jak  próbuj!  walczy$  ze  sob!  poprzez  szklan!  przegrod%.  I  có&  ciekawego  zaobserwowa"?  Otó&  gdy 

zbli&a" obie probówki do okolic gniazda samca A, samiec A przybiera" pozycj% do ataku, a samiec B próbowa" uciec. 

Gdy przemieszcza" je w stron% terytorium samca B, role si% odwraca"y. W prosty sposób przemieszczaj!c probówki 

z jednego ko'ca akwarium do drugiego, Tinbergen móg" decydowa$ o tym, który samiec atakowa", a który ucieka". 

Obydwa samce stosowa"y, jak wida$, prost! strategi% warunkow!: „Je#li# rezydent, atakuj, je#li# intruz, uciekaj”. 

Biologowie cz%sto zastanawiaj! si% nad korzy#ciami biologicznymi zachowania terytorialnego.  Propozycje 

s!  liczne  i  o  niektórych  z  nich  b%dzie  jeszcze  pó(niej  mowa.  Teraz  widzimy  jednak,  &e  ju&  samo  postawienie 

problemu mo&e by$ b"%dne. Obrona terytorium mo&e by$ po prostu strategi! ewolucyjnie stabiln!, która powsta"a w 

wyniku  asymetrii  wzgl%dem  momentu  zjawienia  si%  na  danym  obszarze  -  a  wi%c  jednej  z  tych  cech,  które 

charakteryzuj! zale&no#ci mi%dzy dwoma osobnikami a skrawkiem gruntu. 

Przypuszczalnie  najwa&niejszym  typem  asymetrii  nie  b%d!cej  umown!  jest  asymetria  pod  wzgl%dem 

rozmiarów  i  ogólnej  zdolno#ci  do  walki.  Du&e  rozmiary  nie  zawsze  s!  najwa&niejsz!  cech!  potrzebn!  do  tego,  by 

wygrywa$  walki,  ale  z  pewno#ci!  s!  jedn!  z  nich.  Je#li  zawsze  wygrywa  wi%kszy  i  je#li  ka&dy  osobnik  wie  na 

pewno,  czy  jest  wi%kszy,  czy  mniejszy  od  swojego  przeciwnika,  tylko  jedna  strategia  ma  jakikolwiek  sens:  „Je#li 

twój przeciwnik jest wi%kszy, uciekaj. Wybieraj walki z mniejszymi od siebie”. Sprawy nieco si% komplikuj!, gdy 

rozmiary nie maj! tak definitywnego znaczenia. Je#li du&e rozmiary zapewniaj! nawet niewielk! przewag%, strategia, 

o której w"a#nie wspomnia"em, wci!& b%dzie stabilna. Ale wobec wysokiego ryzyka odniesienia ran, zaistnie$ mo&e 

równie&  inna,  „paradoksalna  strategia”.  Brzmi  ona:  „  Wybieraj  walki  z  wi%kszymi  od  siebie  i  uciekaj  przed 

mniejszymi ni& ty!” Oczywiste jest, czemu nosi nazw% paradoksalnej. Wydaje si% przecie& ca"kowicie sprzeczna ze 

zdrowym rozs!dkiem. Przyczyny jej potencjalnej stabilno#ci mog! by$ nast%puj!ce. W populacji, w której obecne s! 

jedynie  paradoksalne  strategie,  nikt  nigdy  nie  zostaje  ranny,  poniewa&  w  starciu  wi%kszy  zawsze  ucieka.  Mutant  - 

odst%pca  o  przeci%tnych  rozmiarach,  który  stosuje  „rozs!dn!”  strategi%  wybierania  przeciwników  spo#ród 

mniejszych od siebie, anga&uje si% w zaostrzaj!c! si% walk% z po"ow! napotkanych cz"onków populacji. Albowiem 

spotkawszy osobnika mniejszego od siebie - atakuje, on za# jako mniejszy z zaciek"o#ci! odpowiada na atak, gdy& 

dzia"a  wed"ug  strategii  paradoksalnej.  I  cho$  rozs!dny  strateg  ma  wi%ksze  szanse  na  wygran!  od  stratega 

paradoksalnego, nara&a si% mimo wszystko na znaczne ryzyko przegranej i powa&nego zranienia. Skoro wi%kszo#$ 

populacji  jest  paradoksalna,  rozs!dny  strateg  ma  wi%ksze  szanse  by$  zranionym  ni&  którykolwiek  ze  strategów 

paradoksalnych. 

Mimo  &e  strategia  paradoksalna  mo&e  by$  stabilna,  ciekawa  mo&e  by$  wy"!cznie  z  punktu  widzenia 

naukowego.  Wojownicy  paradoksalni  mieliby  wy&sze  przeci%tne  zyski  tylko  wtedy,  gdyby  znacznie  przewa&ali 

background image

liczebnie  nad  rozs!dnymi.  Trudno  sobie  wyobrazi$,  jak  móg"by  zosta$  zapocz!tkowany  taki  stan  rzeczy.  A  gdyby 

nawet,  to  wystarczy,  &e  w  populacji  nast!pi  niewielka  zmiana  proporcji  osobników  rozs!dnych  do  osobników 

paradoksalnych  na  korzy#$  tych  pierwszych,  by  stworzy$  „stref%  przyci!gania”  rozs!dnej  strategii  ewolucyjnie 

stabilnej. Stref% przyci!gania tworzy w naszym przypadku pewien zestaw proporcji wyst%puj!cych w populacji, dla 

których przewag% uzyskuj! strategie rozs!dne. Gdy populacja znajdzie si% w obr%bie tej strefy, nieuchronnie zostanie 

poci!gni%ta  ku  stabilnemu  punktowi  rozs!dku.  Ekscytuj!ce  by"oby  znalezienie  przypadku  paradoksalnej  strategii 

ewolucyjnie stabilnej w naturze, ale w!tpi%, czy jest na to jaka# nadzieja. (Mój s!d okaza" si% przedwczesny. Gdy ju& 

napisa"em  to  ostatnie  zdanie,  profesor  Maynard  Smith  zwróci"  moj!  uwag%  na  nast%puj!cy  opis  zachowa' 

meksyka'skiego paj!ka spo"ecznego Oecobius cwitas, sporz!dzony przez J. W. Burgessa: „Wyp"oszony z kryjówki 

paj!k miota si% po powierzchni ska"y i nie znalaz"szy wolnej szczeliny, by si% w niej schowa$, próbuje schroni$ si% w 

kryjówce  innego  paj!ka  tego  samego  gatunku.  Je#li  w  #rodku  znajduje  si%  akurat  jej  w"a#ciciel,  nie  atakuje  on 

intruza,  lecz  sam  z  kolei  wybiega  z  po#piechem  w  poszukiwaniu  nowego  schronienia.  Tak  wi%c  zaniepokojenie 

jednego  paj!ka  uruchamia  trwaj!cy  kilka  sekund  proces  kolejnych  przemieszcze'  od  paj%czyny  do  paj%czyny, 

powoduj!cy,  &e  wi%kszo#$  paj!ków  w  kolonii  przeprowadzi  si%  z  w"asnej  siedziby  do  cudzej”  -  por.  Paj!ki 

spo"eczne,  „Scientific  American”,  marzec  1976.  W  rozumieniu  podanym  na  stronie  120  jest  to  zachowanie 

paradoksalne.)* 

A  co  si%  dzieje,  je#li  osobniki  potrafi!  cho$  w  cz%#ci  zapami%ta$  rezultaty  poprzednich  walk?  Wszystko 

zale&y  od  tego,  czy  w  pami%ci  pozostaj!  konkretne  szczegó"y  przesz"ych  zdarze',  czy  tylko  ogólne  wra&enie. 

*wierszcze  maj!  zdolno#$  zapami%tywania  w  ogólnych  zarysach,  co  im  si%  przydarzy"o  w  poprzednich  walkach. 

*wierszcz, który poprzednio wygra" du&! liczb% walk, nabiera usposobienia jastrz%bia. *wierszcz za#, który ostatnio 

mia"  pasmo  samych  kl%sk,  nabywa  usposobienia  go"%bia.  Wykaza"  to  w  elegancki  sposób  R.  D.  Alexander. 

U&ywaj!c modelu #wierszcza, walczy" z &ywymi #wierszczami  i pokonywa" je. Okazywa"o si% wtedy, &e po takim 

zabiegu zwi%ksza"o si% ryzyko ich przegranej w walce z innymi, &ywymi #wierszczami. Mo&na wi%c s!dzi$, &e ka&dy 

#wierszcz  na  bie&!co  aktualizuje  ocen%  swojej  waleczno#ci  w  stosunku  do  przeci%tnego  osobnika  zamieszkiwanej 

populacji. Gdy #wierszcze i inne tego rodzaju zwierz%ta, dysponuj!ce ogóln! pami%ci! poprzednich walk, trzymane 

s! przez jaki# czas razem w zamkni%tej grupie, mo&e si% w#ród nich ustali$ rodzaj hierarchii dominacji.* Obserwator 

mo&e  uszeregowa$  osobniki  wed"ug  okre#lonego  porz!dku.  Osobniki  ni&sze  w  hierarchii  sk"onne  s!  ust%powa$ 

osobnikom stoj!cym wy&ej. Nie ma potrzeby zak"adania, &e osobniki nawzajem si% rozpoznaj!. Osobniki przywyk"e 

do zwyci%stw maj! po prostu coraz wi%ksze szanse na zwyci%stwo, podczas gdy osobniki nawyk"e do przegranej ze 

stopniowo  rosn!cym  prawdopodobie'stwem  przegrywaj!.  Nawet  je#li  na  pocz!tku  osobniki  wygrywa"y  i 

przegrywa"y  przypadkowo,  po  jakim#  czasie  wykszta"ci  si%  w#ród  nich  pewna  hierarchia*  Dodatkowym  tego 

skutkiem b%dzie stopniowe zmniejszanie si% liczby gro(nych star$ w obr%bie grupy. 

U&ywam  zwrotu  „rodzaj  hierarchii  dominacji”  dlatego,  &e  wiele  osób  rezerwuje  termin  „hierarchia 

dominacji” do tych przypadków, w których mamy do czynienia z rozpoznawaniem si% osobników. W przypadkach 

tych pami%$ o poprzednich walkach zawiera nie tylko ogólne wra&enie, ale obejmuje równie& konkretne szczegó"y. 

Kury  i  ma"py  -  w  przeciwie'stwie  do  #wierszczy  -  potrafi!  si%  nawzajem  rozpoznawa$.  Je#li  jeste#  ma"p!,  inna 

ma"pa, która poprzednio ci% pokona"a, prawdopodobnie pokona ci% i w przysz"o#ci. Najlepsz! strategi! dla danego 

osobnika  jest  przejawianie  wzgl%dnie  go"%biego  zachowania  wobec  tego  osobnika,  który  go  ostatnio  pokona".  W 

background image

grupie  kur,  które  nigdy  przedtem  si%  nie  spotka"y,  zwykle  tocz!  si%  liczne  walki.  Po  jakim#  czasie  walki  ustaj!,  z 

innego  jednak  powodu  ni&  w#ród  #wierszczy.  Dzieje  si%  tak  dlatego,  &e  ka&da  z  kur  „poznaje  swoje  miejsce” 

wzgl%dem innych kur w grupie. Przy okazji, jest to korzystne dla grupy jako ca"o#ci. Wskazuje na to fakt, &e kury w 

ustabilizowanych  stadach,  w których do  rzadko#ci nale&! zaciek"e  walki,  nios!  si%  lepiej ni&  w  tych, w  których na 

skutek ci!g"ych zmian sk"adu grupy walki s! cz%stsze. Biologowie cz%sto mówi!, &e korzy#ci! biologiczn! czy te& 

„funkcj!” hierarchii dominacji jest redukowanie poziomu agresji w grupie. Jest to jednak b"%dne uj%cie problemu. O 

hierarchii dominacji jako takiej nie mo&na powiedzie$, &e pe"ni „funkcj%” w sensie ewolucyjnym, poniewa& jest to 

cecha  grupy,  a  nie  osobnika.  Funkcje  mo&na  przypisa$  osobniczym  wzorcom  zachowania,  przejawiaj!cym  si%  na 

poziomie  grupy  w  postaci  hierarchii  dominacji.  Lepiej  jest  jednak  w  ogóle  zrezygnowa$  ze  s"owa  „funkcja”  i 

zanalizowa$  problem  w  kategoriach  strategii  ewolucyjnie  stabilnych,  ustalaj!cych  si%  w  wyniku  star$ 

asymetrycznych z uwzgl%dnieniem rozpoznawania osobniczego i pami%ci. 

Rozwa&ali#my  do  tej  pory  walki  pomi%dzy  przedstawicielami  tego  samego  gatunku.  A  co  z  walkami 

mi%dzygatunkowymi? Jak to wcze#niej zauwa&yli#my, reprezentanci ró&nych gatunków nie konkuruj! ze sob! w tak 

bezpo#redni sposób, jak cz"onkowie tego samego gatunku. Dlatego te& powinni#my spodziewa$ si%, &e b%d! mi%dzy 

sob!  prowadzi$  mniej  walk  o  zasoby.  Okazuje  si%,  &e  tak  jest  w  istocie.  Rudziki  na  przyk"ad  broni!  swoich 

terytoriów  przed  innymi  rudzikami,  ale  nie  przed  bogatkami.  Mo&liwe  jest  wykre#lenie  mapy  terytoriów 

poszczególnych rudzików w lesie i na"o&enie na ni! mapy terytoriów bogatek. Cho$ terytoria tych dwóch gatunków 

pokrywaj! ten sam teren, ich granice przebiegaj! ca"kowicie niezale&nie. Równie dobrze mog"yby si% znajdowa$ na 

ró&nych planetach. 

Do  ostrego  konfliktu  interesów  mi%dzy  osobnikami  odmiennych  gatunków  mo&e  doj#$  i  w  innych 

sytuacjach. Lew ma na przyk"ad ch%$ po&ywi$ si% cia"em antylopy, ta jednak ma co do swojego cia"a ca"kiem inne 

plany. Sytuacji tej nie traktuje si% na ogó" jako wspó"zawodnictwa o zasoby, ale z logicznego punktu widzenia nie 

bardzo  wiadomo  dlaczego.  Zasobem,  o  którym  w  tym  przypadku  mowa,  jest  mi%so.  Geny  lwa  „potrzebuj!”  mi%sa 

jako po&ywienia dla swojej maszyny przetrwania. To samo mi%so jest antylopie potrzebne jako mi%#nie i narz!dy jej 

maszyny  przetrwania.  Poniewa&  te  dwa  zastosowania  mi%sa  wzajemnie  si%  wykluczaj!,  dochodzi  do  konfliktu 

interesów. 

Z  mi%sa  zbudowani  s!  równie&  cz"onkowie  w"asnego  gatunku.  Czemu  wi%c  kanibalizm  jest  stosunkowo 

rzadkim  zjawiskiem?  Jak  stwierdzili#my  w  przypadku  mewy  #mieszki,  osobniki  doros"e  czasem  zjadaj!  m"ode 

swojego gatunku. Jednak nigdy nie widziano, by doro#li mi%so&ercy #cigali inne doros"e osobniki w"asnego gatunku 

z  zamiarem  ich  po&arcia.  Dlaczego?  Nawykli  do  my#lenia  o  ewolucji  z  punktu  widzenia  „dobra  gatunku”,  cz%sto 

zapominamy  o  zadawaniu  tych  jak  najbardziej  uzasadnionych  pyta'  w  rodzaju:  „Czemu  lwy  nie  poluj!  na  inne 

lwy?”  Jeszcze  inne  dobre  pytanie  z  gatunku  tych,  które  rzadko  bywaj!  zadawane,  brzmi:  „Dlaczego  antylopy 

uciekaj! przed lwami, zamiast podj!$ walk%?” 

Lwy nie poluj! na inne lwy, gdy& strategia taka nie by"aby dla nich ewolucyjnie stabilna. Strategia kanibala 

by"aby  niestabilna  z  tych  samych  powodów,  co  strategia  jastrz%bia  w  podawanym  wcze#niej  przyk"adzie  -  ze 

wzgl%du  na  zbyt  wysokie  ryzyko  odwetu.  W  walkach  pomi%dzy  przedstawicielami  ró&nych  gatunków  jego 

prawdopodobie'stwo  jest  mniejsze  i  z  tego  te&  powodu  wi%kszo#$  zwierz!t,  które  s!  po&ywieniem  dla  innych, 

ucieka,  zamiast  walczy$.  Wzi%"o  si%  to  pierwotnie  przypuszczalnie  st!d,  &e  w  interakcjach  zachodz!cych  mi%dzy 

background image

dwojgiem  zwierz!t  ró&nych  gatunków  nieod"!czna  jest  asymetria,  znacznie  wi%ksza  ni&  mi%dzy  cz"onkami  tego 

samego  gatunku.  Zawsze,  gdy  we  wspó"zawodnictwie  istnieje  silna  asymetria,  stabilne  ewolucyjnie  b%d!  raczej 

warunkowe  strategie  oparte  na  tej  asymetrii.  Ewoluowanie  strategii  w  rodzaju:  „Je#li#  mniejszy  -  uciekaj,  je#li# 

wi%kszy  -  atakuj”  jest  bardzo  powszechnym  zjawiskiem  w  rywalizacji  mi%dzy  cz"onkami  ró&nych  gatunków, 

poniewa&  mo&liwych  asymetrii  jest  wtedy  bardzo  wiele.  Lwy  i  antylopy  osi!gn%"y  pewien  rodzaj  stabilno#ci  na 

skutek  dywergencji  ewolucyjnej,  która  coraz  bardziej  uwydatnia"a  pierwotn!  asymetri%  rywalizacji.  Zwierz%ta  te 

dosz"y  dzi%ki  temu  do  wysokiej  sprawno#ci  w  sztuce  -  odpowiednio  -  pogoni  i  ucieczki.  Mutant  antylopy,  który 

przyj!"by  wobec  lwów  strategi%:  „Stój  i  walcz”,  odniós"by  mniejszy  sukces  ni&  antylopy-rywalki,  które  znikaj!  z 

pola widzenia. 

Mam przeczucie, &e wprowadzenie poj%cia strategii ewolucyjnie stabilnej zostanie mo&e z czasem uznane 

za  jedno  z  najwi%kszych  dokona'  w  teorii  ewolucji,  jakie  zaistnia"o  od  czasów  Darwina.*  Daje  si%  zastosowa$ 

zawsze,  gdy  napotykamy  konflikt  interesów,  czyli  prawie  wsz%dzie.  Badacze  zachowa'  zwierz!t  przywykli  do 

pos"ugiwania si% terminem „organizacja spo"eczna”. Zbyt cz%sto organizacja spo"eczna gatunku traktowana jest jako 

niezale&ny byt maj!cy w"asne „korzystne cechy” biologiczne. Przyk"adem jednej z nich jest wymieniona ju& przeze 

mnie  „hierarchia  dominacji”.  )ywi%  jednak  nadziej%,  &e  w  wielu  formu"owanych  przez  biologów  s!dach  na  temat 

organizacji  spo"ecznej  uda  si%  zdemaskowa$  idee  doboru  grupowego.  Koncepcja  strategii  ewolucyjnie  stabilnej 

autorstwa Maynarda Smitha pomo&e nam, po raz pierwszy w pe"ni, poj!$, w jaki sposób zbiorowisko niezale&nych 

samolubnych bytów mo&e zacz!$ przypomina$ pojedyncz! zorganizowan! ca"o#$. My#l%, &e uda si% to nie tylko dla 

„organizacji  spo"ecznych”  w  obr%bie  gatunków,  ale  równie&  dla  ekosystemów  i  „zbiorowisk”  sk"adaj!cych  si%  z 

wielu  gatunków.  Spodziewam  si%,  &e  pr%dzej  czy  pó(niej  poj%cie  strategii  ewolucyjnie  stabilnej  zrewolucjonizuje 

ekologi%. 

Mo&emy  je  równie&  zastosowa$  do  zagadnienia,  które  w  rozdziale  3  od"o&yli#my  na  pó(niej,  a  które 

pojawi"o si% tam przy okazji omawiania analogii wio#larzy siedz!cych w "odzi (reprezentuj!cych geny w osobniku), 

którzy powinni przejawia$ ducha pracy zespo"owej. Geny podlegaj! doborowi nie pod k!tem tego, czy ka&dy z nich 

jest  „dobry”  z  osobna,  lecz  czy  dobrze  funkcjonuj!  na  tle  innych  genów  w  puli  genowej.  Skoro  gen  ma  wraz  z 

innymi genami zamieszkiwa$ wiele pokole' cia", to by by$ dobrym, musi dzia"a$ z nimi w zgodzie i je uzupe"nia$. 

Gen na z%by s"u&!ce rozdrabnianiu ro#lin jest dobrym genem w puli genów gatunku ro#lino&ernego, ale z"ym w puli 

genów gatunku mi%so&ernego. 

 atwo sobie wyobrazi$, &e zgodna kombinacja genów b%dzie razem podlega"a doborowi jako ca"o#$. Z tym 

w"a#nie mieli#my do czynienia w przypadku mimikry motyli w przyk"adzie z rozdzia"u 3. Ale si"a koncepcji strategii 

ewolucyjnie stabilnej polega na tym, &e umo&liwia zrozumienie, w jaki sposób ten sam rezultat mo&na osi!gn!$ na 

drodze doboru zachodz!cego wy"!cznie na poziomie pojedynczego genu. Geny nie musz! by$ ze sob! sprz%&one na 

jednym chromosomie. 

U&yta wcze#niej wio#larska analogia nie wystarcza do oddania tej my#li. Rozbudujmy j! wi%c nast%puj!co. 

Przypu#$my,  &e  dla  osi!gni%cia  naprawd%  dobrych  wyników  osada  wio#larzy  musi  koordynowa$  swoje  wysi"ki  za 

pomoc! mowy. Przypu#$my jeszcze, &e w puli wio#larzy, których trener ma do dyspozycji, niektórzy mówi! tylko 

po  angielsku,  a  niektórzy  tylko  po  niemiecku.  Anglicy  nie  s!  generalnie  lepszymi  czy  gorszymi  wio#larzami  ni& 

Niemcy, ale ze wzgl%du na to, &e porozumiewanie si% jest wa&ne, osada mieszana b%dzie rzadziej wygrywa"a wy#cigi 

background image

ni& osada w ca"o#ci angielska lub w ca"o#ci niemiecka. 

Trener  nie  zdaje  sobie  z  tego  sprawy.  Wci!&  jedynie  zestawia  coraz  to  inne  kombinacje  zawodników, 

przyznaj!c  im  punkty,  je#li  znale(li  si%  w  wygrywaj!cej  osadzie,  i  odbieraj!c  je,  je#li  przegrali.  Gdy  pula,  któr! 

dysponuje,  jest  przypadkiem  zdominowana  przez  Anglików,  obecno#$  Niemca  w  za"odze  mo&e  by$  przyczyn! 

przegranej,  poniewa&  porozumienie  pomi%dzy  zawodnikami  ulega  zerwaniu.  I  odwrotnie,  je#li  pula  jest 

zdominowana  przez  Niemców,  Anglik  spowoduje  przegran!  ka&dej  osady,  w  której  si%  znajdzie.  Najlepsz!  z 

mo&liwych osad b%dzie wi%c nie za"oga mieszana, lecz czysto angielska lub czysto niemiecka, czyli odpowiadaj!ca 

jednemu z dwóch mo&liwych stanów stabilnych. Na pierwszy rzut oka wydaje si%, &e ca"e grupy j%zykowe s! przez 

trenera  selekcjonowane  jako  jednostki.  Lecz  w  rzeczywisto#ci  jest  przecie&  inaczej.  Selekcji  poddawani  s! 

pojedynczy wio#larze na podstawie oceny ich zdolno#ci do wygrywania wy#cigów. Tak si% za# sk"ada, &e zdolno#ci 

ka&dego z nich z osobna zale&! od tego, jacy wio#larze obecni s! w puli kandydatów. Kandydaci mniejszo#ciowi s! 

automatycznie  eliminowani,  nie  dlatego  &e  s!  z"ymi  wio#larzami,  ale  po  prostu  dlatego,  &e  s!  kandydatami 

mniejszo#ciowymi.  Analogicznie  fakt,  &e  geny  s!  dobierane  pod  wzgl%dem  ich  wzajemnego  dopasowania,  nie 

oznacza, &e grupy genów musz! by$ postrzegane jako jednostki wspólnie podlegaj!ce doborowi - jak w przypadku 

motyli. Tak oto dobór zachodz!cy na poziomie pojedynczego genu mo&e powodowa$ powstanie z"udzenia doboru, 

odbywaj!cego si% na jakim# wy&szym poziomie. 

W  przyk"adzie  tym  dobór  faworyzuje  zwyczajne  dostosowanie  si%  do  ogó"u.  Co  jeszcze  ciekawsze,  geny 

mog!  podlega$  doborowi  ze  wzgl%du  na  swe  wzajemne  uzupe"nianie  si%.  Pos"uguj!c  si%  wci!&  t!  sam!  analogi!, 

przypu#$my,  &e  idealnie  zrównowa&ona  za"oga  powinna  sk"ada$  si%  z  czterech  zawodników  prawor%cznych  i 

czterech  lewor%cznych.  I  za"ó&my,  &e  trener  -  znowu  nie#wiadom  tego  faktu  -  dobiera  za"ogi  na  #lepo  wed"ug 

indywidualnych  osi!gni%$.  Wobec  tego,  je#li  pula  kandydatów  b%dzie  zdominowana  przez  prawor%cznych,  ka&dy 

lewor%czny b%dzie w korzystnym po"o&eniu: "ód(, w której si% znajdzie, ma du&e szanse na wygran! - zostanie wi%c 

uznany za dobrego wio#larza. I odwrotnie, w puli zdominowanej przez lewor%cznych - w korzystnej sytuacji b%dzie 

prawor%czny.  Jest  tu  pewne  podobie'stwo  do  sytuacji  jastrz%bia,  któremu  dobrze  si%  wiedzie  w  populacji  go"%bi,  i 

go"%bia dobrze prosperuj!cego w populacji jastrz%bi. Ró&nica polega na tym, &e o ile tam mowa by"a o interakcjach 

mi%dzy  poszczególnymi  osobnikami  –  maszynami  przetrwania,  to  tu  mowa  jest  o  analogicznych  interakcjach,  ale 

zachodz!cych mi%dzy genami wewn!trz cia". 

Proces  selekcji  „dobrych”  wio#larzy  dokonywany  na  #lepo  przez  trenera  doprowadzi  w  ko'cu  do 

sformowania  idealnej  osady  sk"adaj!cej  si%  z  czterech  lewor%cznych  i  czterech  prawor%cznych.  I  b%dzie  si% 

wydawa"o, &e wyselekcjonowa" ich wszystkich razem jako jedn! kompletn!, zrównowa&on! jednostk%. Praktyczniej 

jednak  b%dzie  traktowa$  go  jako  selekcjonera,  który  dzia"a  na  ni&szym  poziomie,  poziomie  niezale&nych 

kandydatów. Stan ewolucyjnie stabilny (poj%cie „strategii” w tym kontek#cie by"oby myl!ce) czterech lewor%cznych 

i  czterech  prawor%cznych  pojawi  si%  po  prostu  w  wyniku  selekcji  na  podstawowym  poziomie,  dokonywanej  za 

wzgl%du na uzyskiwane osi!gni%cia. 

W d"ugiej skali czasowej #rodowiskiem genu jest pula genowa. „Dobre” geny podlegaj! na #lepo doborowi 

jako  te,  które  trwaj!  w  puli  genowej.  To  nie  jest  teoria,  to  nie  jest  nawet  zaobserwowany  fakt  -  to  tautologia. 

Interesuj!ce  jest  pytanie,  co  decyduje  o  tym,  &e  gen  jest  dobry.  Jako  pierwsze  przybli&enie  poda"em,  &e  o  jako#ci 

genu  decyduje  jego  zdolno#$  do  zbudowania  sprawnych  maszyn  przetrwania  -  cia".  Musimy  teraz  wnie#$  do  tego 

background image

sformu"owania poprawki. Pula genowa b%dzie od tej chwili zdefiniowana jako stabilny ewolucyjnie zestaw genów, 

czyli taki, do którego nie mo&e si% wedrze$ &aden nowy gen. Wi%kszo#$ nowych genów, które pojawiaj! si% b!d( to 

na  drodze  mutacji,  b!d(  na  drodze  rekombinacji,  b!d(  imigracji,  jest  szybko  eliminowana  przez  dobór  naturalny: 

przywrócone zostaj! proporcje ewolucyjnie stabilne. Od czasu do czasu udaje si% pojedynczemu genowi przenikn!$ 

do  zestawu  genów:  udaje  mu  si%  rozprzestrzeni$  w  puli  genowej.  Mamy  do  czynienia  z  przej#ciowym  okresem 

niestabilno#ci, ko'cz!cym si% powstaniem nowego stabilnego ewolucyjnie zestawu - i oto ewolucja posun%"a si% o 

ma"y  krok  do  przodu.  Analogicznie  do  strategii  agresji  populacja  mo&e  mie$  kilka  alternatywnych  punktów 

stabilnych  i  mo&e  od  czasu do  czasu przeskakiwa$  z  jednego  stanu do  drugiego.  Post%p  ewolucji  jest zapewne  nie 

tyle sta"ym wznoszeniem si%, ile seri! odr%bnych przeskoków od jednego stabilnego plateau do drugiego.* Mo&e to 

sprawia$ wra&enie,  i&  ca"a populacja  zachowuje  si% jak pojedyncza  samoreguluj!ca  si%  jednostka. Ale  jest  to  tylko 

z"udzenie,  spowodowane  doborem  zachodz!cym  na  poziomie  pojedynczego  genu.  Geny  dobierane  s!  wed"ug 

„zas"ug”. Ale te oceniane s! na podstawie sprawno#ci dzia"ania genu na tle zestawu ewolucyjnie stabilnego, którym 

jest aktualna pula genowa. 

Koncentruj!c si%  na  interakcjach  agresywnych  zachodz!cych  mi%dzy  osobnikami,  Maynard  Smith  potrafi" 

wyja#ni$ wiele spraw.  atwo sobie wyobrazi$ stabiln! proporcj% cia" jastrz%bi do cia" go"%bi, poniewa& cia"a to du&e 

obiekty  i  mo&emy  je  "atwo  zobaczy$.  Ale  interakcje  zachodz!ce  mi%dzy  genami  znajduj!cymi  si%  w  odr%bnych 

cia"ach,  to  zaledwie  szczyt  góry  lodowej.  Olbrzymia  wi%kszo#$  wa&nych  oddzia"ywa'  mi%dzy  genami  w  zestawie 

ewolucyjnie stabilnym - w puli genowej - zachodzi w obr%bie tych samych cia". Oddzia"ywania te trudno dostrzec, 

poniewa&  odbywaj!  si%  wewn!trz  komórek,  a  dok"adniej  w  komórkach  rozwijaj!cych  si%  zarodków.  Dobrze 

zintegrowane cia"a istniej! dlatego, &e s! produktem stabilnego ewolucyjnie zestawu samolubnych genów. 

Musz% jednak wróci$ do g"ównego tematu tej ksi!&ki, to jest do oddzia"ywa', jakie zachodz! na poziomie 

ca"ych  organizmów.  Dla  zrozumienia  agresji  por%czne  by"o  potraktowanie  poszczególnych  zwierz!t  jako 

niezale&nych  egoistycznych  maszyn.  Podej#cie  to  za"amuje  si%,  gdy  przyst%pujemy  do  rozwa&a'  nad  osobnikami 

blisko spokrewnionymi - bra$mi i siostrami, krewnymi, rodzicami i dzie$mi. Dzieje si% tak dlatego, &e w osobnikach 

spokrewnionych znacz!cy odsetek genów jest taki sam. Ka&dy samolubny gen musi wi%c dzieli$ swoje przywi!zanie 

pomi%dzy ró&ne cia"a. Wyja#nia to nast%pny rozdzia". 

background image

ROZDZIA   6 

GENOWE MISTRZOSTWO 

 

Czym jest samolubny gen? Pod poj%ciem tym nie kryje si% jaki# jeden fizycznie istniej!cy fragment DNA. 

Samolubny  gen  reprezentowany  jest  przez  wszystkie  swoje  repliki  rozproszone  po  #wiecie,  w"a#nie  tak  jak  w 

pierwotnym  bulionie.  Je#li  przyj%liby#my,  &e  geny  #wiadomie  d!&!  do  jakiego#  celu,  to  mo&na  by  zada$  pytanie: 

Czego taki pojedynczy samolubny gen stara si% dokona$? (Formu"uj!c pytanie w ten sposób, musimy naturalnie ca"y 

czas pami%ta$, &e pos"ugujemy si% j%zykiem umownym, i baczy$, by#my potrafili, je#li zechcemy, prze"o&y$ go na 

precyzyjne  poj%cia).  Otó&  d!&y  on  do  tego,  by  sta$  si%  liczniejszy  w  puli  genowej.  Osi!ga  to  g"ównie  poprzez 

wspó"uczestnictwo w programowaniu cia", w których si% znajduje, czyni!c to w taki sposób, by cia"a te prze&ywa"y i 

rozmna&a"y  si%.  Na  tym  etapie  naszych  rozwa&a'  po"o&ymy  nacisk  na  to,  &e  „gen”,  podobnie  jak  firma,  któr! 

rozlokowano  w  wielu  siedzibach,  dzia"a  równocze#nie  w  wielu  ró&nych  osobnikach.  Kluczow!  za#  kwesti! 

analizowan! w niniejszym rozdziale b%dzie potencjalna zdolno#$ genu do wspomagania swoich replik, znajduj!cych 

si%  w  innych  cia"ach.  W  rezultacie  tego  typu  zdolno#ci  dzia"anie,  które  na  zewn!trz  sprawia"oby  wra&enie 

osobniczego altruizmu, by"oby w istocie powodowane genowym egoizmem. 

Rozwa&my gen na albinizm u cz"owieka. W rzeczywisto#ci istnieje kilka genów, które mog! by$ przyczyn! 

albinizmu, a ten rozwa&any przez nas jest po prostu jednym z nich. Jest genem recesywnym, co oznacza, &e kto#, kto 

jest  albinosem,  musi  mie$  ten  gen  w  podwójnej  dawce.  Zdarza  si%  to  jednej  na  20  000  osób.  Ale  u  co 

siedemdziesi!tego  cz"owieka  gen  ten  obecny  jest  w  pojedynczej  dawce  i  te  osoby  nie  s!  albinosami.  Poniewa& 

rozproszony  jest  w#ród  wielu  osobników,  móg"by  teoretycznie  wspomaga$  swoje  trwanie  w  puli  genów  poprzez 

takie  zaprogramowanie  zamieszkiwanych  przez  siebie  cia",  by  te  wykazywa"y  altruistyczne  zachowanie  wobec 

innych albinosów, gdy& wiadomo przecie&, &e zawieraj! ten sam gen. Gen albinizmu móg"by si% zgodzi$ nawet na 

to,  by  zgin%"y  niektóre  z  nios!cych  go  cia",  o  ile  dzi%ki  temu  przetrwa"yby  inne  cia"a,  zawieraj!ce  ten  sam  gen. 

Gdyby gen albinizmu móg" spowodowa$, by jedno z jego cia" uratowa"o &ycie dziesi%ciu innym cia"om albinosów, 

wtedy nawet #mier$ takiego altruisty b%dzie z nadwy&k! skompensowana zwi%kszon! liczb! genów albinotycznych 

w puli. 

Czy powinni#my si% zatem spodziewa$, &e albinosi b%d! dla siebie szczególnie przyja(ni? Odpowied( na to 

pytanie  jest  raczej  negatywna.  Aby  dowiedzie$  si%,  dlaczego,  porzuci$  musimy  na  chwil%  nasz!  metafor%  genu 

obdarzonego #wiadomo#ci!, poniewa& w tym kontek#cie staje si% ona myl!ca. Powróci$ musimy do #cis"ego, cho$ 

bardziej  rozwlek"ego  sposobu  narracji.  Geny  albinizmu  nie  „chc!”  w  rzeczywisto#ci  przetrwa$,  ani  te&  pomaga$ 

innym genom albinizmu. Ale je#li przypadkiem taki gen sprawia, &e zamieszkiwane przez niego cia"a zachowuj! si% 

altruistycznie  wobec  innych  albinosów,  to  w  rezultacie,  chc!c  nie  chc!c,  automatycznie  b%dzie  si%  stawa"  coraz 

liczniejszy  w  puli  genów.  By  to  jednak  mog"o  nast!pi$,  gen  musia"by  wywiera$  na  swoje  cia"a  dwa  niezale&ne 

oddzia"ywania. Nie tylko wywo"ywa"by w"a#ciwy mu efekt w postaci bardzo jasnej cery, ale równie& sk"onno#$ do 

wybiórczego altruizmu wobec osobników o takiej cerze. Gdyby istnia" gen o takim podwójnym dzia"aniu, odniós"by 

w populacji bardzo du&y sukces. 

Jak  ju&  podkre#la"em  w  rozdziale  3,  jest  mo&liwe,  by  geny  wywiera"y  kilka  ró&nych  skutków.  Tote& 

teoretycznie mo&e pojawi$ si% gen nadaj!cy cia"om widoczne „znami%”, powiedzmy jasn! skór% czy zielon! brod%, 

background image

czy  cokolwiek  innego,  co  rzuca  si%  w  oczy,  a  jednocze#nie  sk"onno#$  do  szczególnej  dobroci  dla  nosiciela  tej 

widocznej etykietki. Niemniej jednak prawdopodobie'stwo takiego zdarzenia nie jest zbyt du&e. Posiadanie zielonej 

brody  mo&e  by$  równie  dobrze  sprz%&one  z  tendencj!  do  wrastania  paznokci  w  paluchach  stóp  czy  dowoln!  inn! 

cech!, a poci!g do zielonych bród - z niezdolno#ci! do wyczuwania zapachu frezji. Szanse na to, by jeden i ten sam 

gen  powodowa"  powstanie  zarówno  odpowiedniego  znamienia,  jak  i  odpowiedniego  rodzaju  altruizmu,  s! 

niewielkie,  cho$  teoretycznie  nie  mo&na  wykluczy$  mo&liwo#ci  istnienia  czego#  w  rodzaju  Zjawiska  Altruizmu 

Zielonobrodych. 

Umowny znak, taki jak zielona broda, to tylko jeden ze sposobów na ewentualne „rozpoznanie” przez gen 

swoich kopii rezyduj!cych w innych osobnikach. A czy s! inne? Oto najprostszy z mo&liwych sposobów. Posiadacz 

genu altruistycznego móg"by by$ rozpoznany po tym, &e dokonuje aktów altruizmu. Gen dobrze by prosperowa" w 

puli genów, gdyby „powiedzia"” swojemu cia"u co# w tym rodzaju: „Je#li A tonie, gdy& próbowa" ratowa$ kogo# od 

utoni%cia, skacz i ratuj A”. Genowi takiemu wiod"oby si% dobrze, istnia"aby bowiem wi%ksza od przeci%tnej szansa, 

&e A zawiera ten sam, ratuj!cy &ycie, gen altruistyozny. To, &e A próbuje kogo# ratowa$, jest znamieniem, czym# 

takim jak zielona broda. Jednak cho$ jest ju& mniej umownym znakiem od zielonej brody, wci!& wszystko to wydaje 

si%  raczej  nieprawdopodobne.  Czy  s!  zatem  w  ogóle  mo&liwe  jakiekolwiek  sposoby  na  „rozpoznanie”  przez  geny 

obecno#ci ich kopii w innych osobnikach? 

Otó&  tak.  Nietrudno  wykaza$,  &e  w#ród  bliskich  krewnych  -  rodziny  -  prawdopodobie'stwo  obecno#ci 

takich  samych  genów  jest  wi%ksze  od  przeci%tnej.  Od  dawna  by"o  oczywiste,  &e  w"a#nie  to  musi  by$  przyczyn! 

powszechno#ci  altruizmu  rodziców  wobec  ich  potomstwa.  Zas"ug!  R.  A.  Fishera,  J.  B.  S.  Haldane’a,  a  w 

szczególno#ci  W.  D.  Hamiltona  by"o  u#wiadomienie  nam,  &e  odnosi  si%  to  tak&e  do  innych  bliskich  zwi!zków 

pokrewie'stwa  -  braci,  sióstr,  bratanków,  siostrzenic,  bliskich  kuzynów.  Je#li  dla  ratowania  dziesi%ciu  swoich 

bliskich krewnych ginie jeden osobnik, wraz z nim ginie jedna kopia genu na altruizm krewniaczy, ale jednocze#nie 

uratowana zostaje wi%ksza liczba kopii tego samego genu. 

Okre#lenia „wi%ksza liczba” czy „bliscy krewni” brzmi! troch% nie#ci#le. Ale, jak wykaza" Hamilton, mo&na 

ten  problem  zanalizowa$  w  sposób  bardziej  precyzyjny.  Jego  dwa  artyku"y  opublikowane  w  1964  roku  s!  w 

dziedzinie  etologii  spo"ecznej  jednymi  z  najwa&niejszych  prac,  jakie  kiedykolwiek  napisano,  i  nigdy  nie  mog"em 

zrozumie$, czemu etologowie tak je zlekcewa&yli (w indeksach dwóch g"ównych podr%czników etologii, z których 

oba wydane by"y w 1970 roku, nie figuruje nawet jego nazwisko).* Szcz%#liwie ostatnio daj! si% zauwa&y$ oznaki 

wzrostu  zainteresowania  jego  ideami.  Wprawdzie  artyku"y  Hamiltona  s!  napisane  j%zykiem  matematycznym,  lecz 

ich podstawowe tezy z "atwo#ci! mo&na uchwyci$ w sposób intuicyjny, bez anga&owania aparatu matematycznego, 

cho$ odb%dzie si% to kosztem pewnych uproszcze'. Chcemy zatem wyliczy$, jakie jest prawdopodobie'stwo, &e dwa 

osobniki – powiedzmy dwie siostry - maj! taki sam gen. 

Dla  prostoty  zak"adam,  &e  geny,  które  rozwa&amy,  s!  rzadkie  w  puli  genowej  jako  ca"o#ci.*  Wi%kszo#$ 

ludzi  ma  taki  sam  „gen  na  bycie  nie-albinosem”,  niezale&nie  od  tego,  czy  s!  spokrewnieni,  czy  nie.  Powodem 

wi%kszego rozpowszechnienia takiego genu jest to, &e albinosy maj! w przyrodzie mniejsze szanse na prze&ycie ni& 

nie-albinosy, cho$by dlatego, &e o#lepia ich s"o'ce, skutkiem czego maj! mniejsze szanse, by dostrzec zbli&aj!cego 

si% drapie&nika. Nie chodzi nam jednak o uzasadnienie rozpowszechnienia w puli genowej genów w tak oczywisty 

sposób „dobrych”, jak gen na bycie nie-albinosem. Interesuje nas przedstawienie sukcesu odnoszonego przez geny 

background image

jako  bezpo#redniego  rezultatu  ich  altruizmu.  Mo&emy  wi%c  przyj!$,  &e  geny  o  takich  w"asno#ciach  s!  rzadkie, 

przynajmniej na wczesnych etapach swej ewolucji. Wa&ne wtedy staje si% to, &e nawet je#li gen jest rzadki w ca"ej 

populacji, w obr%bie rodziny b%dzie wyst%powa" z du&! cz%sto#ci!. Zarówno ja, jak i ty, mamy pewn! liczb% genów, 

które  w  ca"ej  populacji  s!  rzadkie.  Jednak  bardzo  ma"e  s!  szanse  na  to,  &e  obydwaj  mamy  te  same  rzadko 

wyst%puj!ce geny. Natomiast szanse, &e moja siostra ma jaki# rzadki gen, który mam ja, s! ca"kiem spore, podobnie 

jak  szanse,  &e  wspólnie  z  tob!  jaki#  rzadki  gen  ma  twoja  siostra.  Szanse  wynosz!  w  tym  przypadku  dok"adnie  50 

procent i "atwo wyja#ni$ dlaczego. 

Przyjmijmy, &e masz jedn! kopi% genu G. Musia"e# otrzyma$ j! albo od ojca, albo od matki (dla u"atwienia 

mo&emy pomin!$ ró&ne mniej prawdopodobne mo&liwo#ci - &e G jest now! mutacj!, &e mieli go obydwoje rodzice 

lub &e którykolwiek z rodziców mia" go w dwóch kopiach). Niech ten gen pochodzi od twojego ojca. Oznacza to, &e 

ka&da typowa komórka jego cia"a zawiera"a jedn! kopi% G. Jak zapewne pami%tasz, ka&demu wytworzonemu przez 

siebie plemnikowi m%&czyzna przydziela po"ow% swoich genów. Tak wi%c szansa na to, &e gen G trafi do plemnika, 

z  którego  udzia"em  pocz%ta  zosta"a  twoja  siostra,  i  wynosi  50  procent.  Gdyby#  gen  G  otrzyma"  od  swojej  matki, 

dok"adnie takie samo rozumowanie wyka&e, &e musia"a go zawiera$ po"owa jej komórek jajowych, i szanse na to, &e 

twoja  siostra  ma  G,  wynosz!  tak  samo  50  procent.  Znaczy  to,  &e  gdyby#  mia"  setk%  rodze'stwa  -  braci  i  sióstr,  w 

przybli&eniu  50  osób  mia"oby  twój  dowolny  rzadki  gen.  Znaczy  to  równie&,  &e  je#li  masz  100  rzadkich  genów,  w 

ciele  ka&dego  z  twoich  braci  i  sióstr  znajduje  si%  oko"o  50  z  tych  genów.  Ten  sam  rodzaj  kalkulacji  mo&na 

przeprowadzi$  dla  dowolnego  wybranego  stopnia  pokrewie'stwa.  Trzeba  jedynie  pami%ta$,  jakie  pokrewie'stwo 

"!czy rodzica z dzieckiem. Je#li masz jedn! kopi% genu H, szansa na to, &e którekolwiek z twoich dzieci równie& go 

ma, wynosi 50 procent, poniewa& po"owa twoich komórek p"ciowych zawiera H, a ka&de z twoich dzieci powsta"o z 

jednej z tych komórek p"ciowych. Je#li masz jedn! kopi% genu J, szansa na to, &e twój ojciec równie& mia" J wynosi 

50 procent, poniewa& po"ow% swoich genów otrzyma"e# od niego, a po"ow% od swojej matki. Wygodnie jest do tego 

celu u&ywa$ wspó"czynnika spokrewnienia, który odzwierciedla prawdopodobie'stwo, z jakim dwaj krewni maj! ten 

sam gen. Wspó"czynnik spokrewnienia mi%dzy dwoma bra$mi wynosi 1/2, poniewa& po"owa genów, które ma jeden 

z braci, znajdzie si% u drugiego. Jest to warto#$ #rednia: trafem mejotycznej loterii dwóch braci mo&e przypadkiem 

mie$  wi%cej  lub  mniej  ni&  po"ow%  wspólnych  genów.  Natomiast  spokrewnienie  mi%dzy  rodzicem  a  dzieckiem 

zawsze wynosi dok"adnie 1/2. 

Wyprowadzanie  wylicze'  za  ka&dym  razem  od  podstaw  by"oby  nu&!ce,  oto  wi%c  prosta,  orientacyjna 

metoda obliczania wspó"czynnika spokrewnienia mi%dzy dowolnymi dwoma osobnikami A i B. Mo&e przyda ci si% 

ona  przy  sporz!dzaniu  testamentu  lub  do  interpretacji  zewn%trznego  podobie'stwa  w  obr%bie  twojej  rodziny. 

Sprawdza si% we wszystkich typowych przypadkach, nie radzi sobie jednak ze zwi!zkami kazirodczymi i, jak si% o 

tym przekonamy, z pokrewie'stwem spotykanym u pewnych gatunków owadów. 

Zacz!$ w niej nale&y od zidentyfikowania wszystkich wspólnych przodków A i B. Dla pary kuzynów (np. 

braci  ciotecznych)  wspólnymi  przodkami  s!  ich  dziadek  i  babka.  Wszyscy  przodkowie  znalezionego  przez  nas 

wspólnego  przodka  s!  równie&,  rzecz  jasna,  wspólnymi  przodkami  A  i  B.  My  jednak  pomijamy  wszystkich  z 

wyj!tkiem  najbli&szych wspólnych  przodków, których kuzyni  maj!  tylko  dwóch.  Je#li  B  jest potomkiem  A  w  linii 

prostej, na przyk"ad jego wnukiem, „wspólnym przodkiem”, którego szukamy, b%dzie sam A. 

Ustaliwszy wspólnego (wspólnych) przodków A i B, nale&y obliczy$ dziel!c! ich odleg"o#$ pokoleniow!. 

background image

Robi  si%  to  nast%puj!co.  Wychodz!c  od  A  nale&y  i#$  w  gór%  drzewa  genealogicznego,  dopóki  nie  natrafi  si%  na 

wspólnego  przodka,  a  nast%pnie  zej#$  w  dó"  do  B.  Odleg"o#ci!  pokoleniow!  jest  suma  kroków  w  gór%  i  w  dó" 

drzewa.  Je#li,  dajmy  na  to,  A  jest  wujkiem  B  -  odleg"o#$  pokoleniowa  wynosi  3.  Wspólnym  przodkiem  jest 

(przyk"adowo)  ojciec  A  i  dziadek  B.  Startuj!c  od  A  wspinamy  si%  o  jedno  pokolenie,  by  dotrze$  do  wspólnego 

przodka.  By  teraz  zej#$  po  drugiej  stronie  do  B,  trzeba  pokona$  dwa  pokolenia.  Tak  wi%c  odleg"o#$  pokoleniowa 

wynosi 1 + 2 = 3. 

Ustaliwszy odleg"o#$ pokoleniow! pomi%dzy A i B dla danego wspólnego przodka, nale&y wyliczy$ na tej 

podstawie  t%  cz%#$  ich  spokrewnienia,  za  któr!  odpowiedzialny  jest  ten  przodek.  W  tym  celu  podnosimy  1/2  do 

pot%gi  równej  odleg"o#ci  pokoleniowej.  Je#li  odleg"o#$  pokoleniowa  wynosi  3,  to  mno&ymy  1/2x1/2x1/2,  czyli 

(1/2)

3

.  Je#li  odleg"o#$  pokoleniowa  poprzez  danego  przodka  wynosi  g  kroków,  cz%#$  spokrewnienia,  za  któr! 

odpowiedzialny jest ten przodek, równa jest (1/2)

g

Jest  to  jednak  dopiero  cz%#$  spokrewnienia,  jakie  istnieje  mi%dzy  A  i  B.  Je#li  maj!  wi%cej  ni&  jednego 

wspólnego  przodka,  musimy  zsumowa$  warto#ci  wyliczone  w  ten  sposób  dla  ka&dego  z  nich  z  osobna.  Na  ogó" 

odleg"o#$  pokoleniowa  dla  pary  osobników  jest  taka  sama  wobec  wszystkich  wspólnych  przodków.  Wyliczywszy 

wi%c  spokrewnienie  mi%dzy  A  i  B,  za  które  odpowiedzialny  jest  jeden  z  przodków,  w  praktyce  wystarczy  jedynie 

pomno&y$ je przez liczb% przodków. Kuzyni na przyk"ad maj! dwóch wspólnych przodków i dystans pokoleniowy 

poprzez  ka&dego  z  nich  wynosi  4.  Ich  spokrewnienie  wynosi  wi%c  2  x  (1/2)

4

  =  1/8.  Je#li  A  jest  prawnukiem  B, 

odleg"o#$ pokoleniowa wynosi 3, natomiast liczba wspólnych „przodków” wynosi 1 (jest nim sam B), spokrewnienie 

ma  zatem  warto#$  1  x  (1/2)

3

  =  1/8.  Z  punktu  widzenia  genetycznego  twój  kuzyn  równowa&ny  jest  twojemu 

prawnukowi. Analogicznie, z równym prawdopodobie'stwem mo&esz „wda$ si%” w swojego wuja (spokrewnienie = 

2 x (1/2)

3

 = 1/4), jak i w swojego dziadka (spokrewnienie = 1 x (1/2)

2

 = 1/4). 

W  przypadku  pokrewie'stwa  tak  odleg"ego,  jak  pomi%dzy  krewnymi  w  czwartym  pokoleniu,  czyli 

kuzynami  trzeciego  stopnia  (np.  rodze'stwem  „cioteczno-cioteczno-ciotecznym”,  czy  te&  „cioteczno-stryjeczno-

wujecznym”  itp.:  2  x  (1/2)

8

  =  1/128),  zbli&amy  si%  ju&  do  podstawowego  poziomu  prawdopodobie'stwa,  z  jakim 

okre#lony gen obecny u osobnika A b%dzie si% równie& znajdowa" w dowolnym osobniku wybranym z populacji. Dla 

altruistycznego  genu  kuzyn  trzeciego  stopnia  znaczy  niewiele  wi%cej  ni&  pierwszy  lepszy  Tom,  Dick  czy  Harry. 

Kuzynostwo drugiego stopnia (spokrewnienie = 1/32) znaczy tylko nieco wi%cej, kuzynostwo pierwszego stopnia ju& 

du&o  wi%cej  (1/8).  Rodzeni  bracia  i  siostry  oraz  rodzice  i  dzieci  s!  bardzo  wa&ni  (1/2),  a  bli(niak  jednojajowy 

(spokrewnienie  =  1)  jest  dla  swego  brata  czy  siostry  równie  wa&ny,  jak  on  sam.  Wszyscy  wujowie  i  ciotki, 

siostrzenice  i  bratankowie,  dziadkowie  i  wnuki,  przyrodni  bracia  i  siostry,  u  których  wspó"czynnik  spokrewnienia 

wynosi 1/4, zajmuj! pozycj% po#redni!. 

Przygotowali#my  wi%c  oto  grunt  dla  znacznie  precyzyjniejszych  rozwa&a'  na  temat  genów  na  altruizm 

krewniaczy. Gen na gotowo#$ do samobójczego ratowania pi%ciorga kuzynów nie sta"by si% liczniejszy w populacji, 

ale gen na ratowanie pi%ciu braci lub dziesi%ciorga kuzynów - ju& tak. Minimum konieczne dla odniesienia sukcesu 

przez  gen  altruizmu  za  cen%  &ycia  wymaga  uratowania  wi%cej  ni&  dwojga  rodze'stwa  (wzgl%dnie  dzieci  lub 

rodziców),  lub  te&  wi%cej  ni&  czworga  rodze'stwa  przyrodniego  (b!d(  wujów,  ciotek,  siostrze'ców,  bratanic, 

dziadków  czy  wnuków),  wi%cej  ni&  o#miorga  kuzynów,  itd.  Gen  taki  statystycznie  uchowa  si%  w  na  tyle  licznych 

uratowanych przez altruist% osobnikach, &e kompensuje to #mier$ samego altruisty. 

background image

Gdyby dany osobnik móg" mie$ pewno#$, &e okre#lona osoba jest jego bli(niakiem jednojajowym, jej dobro 

powinno mu by$ równie bliskie, jak jego w"asne. Ka&dy gen na altruizm bli(niaczy b%dzie si"! rzeczy niesiony przez 

obydwu  bli(niaków,  tote&  gdy  jeden  ginie,  po#wi%caj!c  si%  dla  ratowania  drugiego,  gen  b%dzie  &y"  nadal.  U 

pancernika, zwanego peb! lub tatusj!, miot stanowi! jednojajowe czworaczki. O ile wiem, nie donoszono o &adnych 

wyczynach  ofiarnego  samopo#wi%cenia  w#ród  m"odych  pancerników,  zwrócono  jednak  uwag%,  &e  bez  w!tpienia 

nale&a"oby  si%  u  nich  spodziewa$  silnego  altruizmu,  warto  wi%c  mo&e  wybra$  si%  do  Ameryki  Po"udniowej  i 

po#wi%ci$ troch% czasu obserwacjom.* 

Rozumiemy  wi%c  teraz,  &e  opieka  rodzicielska  jest  tylko  szczególnym  przypadkiem  altruizmu 

krewniaczego.  Z  genetycznego  punktu  widzenia  osobnik  doros"y  powinien  po#wi%ci$  osieroconemu  m"odszemu 

bratu  tyle  samo  troski  i  uwagi,  ile  swoim  w"asnym  dzieciom.  Jego  spokrewnienie  z  ka&dym  z  nich  jest  dok"adnie 

takie samo - 1/2. W my#l poj%$ doboru genowego gen na altruizm wobec starszej siostry powinien rozprzestrzenia$ 

si% w populacji z równym powodzeniem, jak gen na altruizm wobec rodziców. Takie postawienie sprawy upraszcza 

jednak  zbytnio  rzeczywisto#$,  i  to  pod  wieloma  wzgl%dami,  którymi  zajmiemy  si%  pó(niej.  W  istocie  opieka  nad 

siostr!  lub  bratem  jest  daleko  rzadziej  spotykana  w  przyrodzie  ni&  opieka  rodzicielska.  Podkre#lam  jednak  z 

naciskiem,  &e  z  genetycznego  punktu  widzenia  w  relacjach  rodzice-dzieci  nie  ma  niczego  wyj!tkowego  w 

porównaniu z relacj! brat-siostra. Fakt, &e rodzice przekazuj! swoje geny dzieciom, podczas gdy siostry siostrom nie 

przekazuj!, nie ma tu nic do rzeczy, poniewa& obie siostry otrzyma"y identyczne kopie tych samych genów od tych 

samych rodziców. 

Niektórzy  stosuj!  termin  „dobór  krewniaczy”,  by  odró&ni$  ten  rodzaj  doboru  naturalnego  od  doboru 

grupowego (zró&nicowanej prze&ywalno#ci grup) i doboru osobniczego (zró&nicowanej prze&ywalno#ci osobników). 

Dobór  krewniaczy  by"by  odpowiedzialny  za  powstanie  altruizmu  wewn!trzrodzinnego.  Im  pokrewie'stwo  jest 

bli&sze, tym silniejsza by"aby presja selekcyjna. Niestety, by$ mo&e, trzeba b%dzie zaniecha$ u&ywania tego terminu, 

gdy&  cho$ sam  w  sobie poprawny,  ostatnio zbyt  cz%sto  pojawia  si% w b"%dnym  kontek#cie,  co w przysz"o#ci  mo&e 

wprowadzi$ w#ród biologów zam%t i dezorientacj%. W swojej znakomitej ksi!&ce Sociobiology: The New Synthesis 

(Socjobiologia:  nowa  synteza)  E.  O.  Wilson  definiuje  dobór  krewniaczy  jako  szczególny  przypadek  doboru 

grupowego.  Z  zamieszczonego  w  niej  diagramu  jasno  wynika,  &e  uwa&a  go  za  co#  po#redniego  mi%dzy  doborem 

osobniczym a doborem grupowym rozumianym w sposób tradycyjny - taki jaki przedstawi"em w rozdziale 1. Dobór 

grupowy - nawet w my#l definicji samego Wilsona - oznacza zró&nicowan! prze&ywalno#$ grup osobników. Rodzina 

jest  wprawdzie  w  pewnym  sensie  specjalnym  rodzajem  grupy,  lecz  przecie&  ca"a  istota  wywodu  Hamiltona  le&y 

w"a#nie  w  tym,  &e  rozgraniczenie  mi%dzy  rodzin!  a  nie-rodzin!  nie  jest  ostre,  albowiem  opiera  si%  na  zasadach 

statystyki  matematycznej.  W  &adnym  miejscu  teorii  Hamiltona  nie  znajdziemy  twierdzenia,  &e  zwierz%ta  powinny 

zachowywa$  si%  altruistycznie  wobec  wszystkich  „cz"onków  rodziny”  i  egoistycznie  w  stosunku  do  pozostaj!cych 

poza ni!. Mi%dzy rodzin! i nie-rodzin! nie da si% poprowadzi$ wyra(nej linii. Nie musimy decydowa$, czy zaliczy$ 

do  grupy  rodzinnej,  powiedzmy,  kuzynów  drugiego  stopnia,  czy  te&  nie.  Spodziewamy  si%  po  prostu,  &e  szanse 

takich  kuzynów  na  zaznanie  altruizmu  stanowi!  1/16  tych  szans,  jakie  na  skorzystanie  z  altruizmu  ma  potomstwo 

czy  rodze'stwo.  Dobór  krewniaczy  stanowczo  nie  jest  szczególnym  przypadkiem  doboru  grupowego.*  Jest 

szczególn! konsekwencj! doboru genowego. 

Definicja  doboru  krewniaczego  Wilsona  ma  jeszcze  powa&niejszy  niedostatek.  Potomstwo  nie  zalicza  si% 

background image

wed"ug niego do krewnych!* To& z pewno#ci! wie doskonale, &e potomkowie s! krewnymi swoich rodziców, ale dla 

uzasadnienia  altruistycznej  opieki  rodziców  nad  swoim  potomstwem  woli  nie  przywo"ywa$  teorii  doboru 

krewniaczego.  Ma  oczywi#cie  prawo  do  definiowania  poj%$  wed"ug  swojego  uznania,  ale  definicja  ta  jest 

szczególnie myl!ca i mam nadziej%, &e Wilson j! zmieni w przysz"ych wydaniach swojej ciesz!cej si% zas"u&onym 

uznaniem  ksi!&ki.  Z  punktu  widzenia  genetycznego  opieka  rodzicielska  i  altruizm  bratersko-siostrzany 

wyewoluowa"y z tych samych powodów: i w jednym, i w drugim przypadku istniej! du&e szanse, &e gen na altruizm 

obecny jest w ciele obdarowanego. 

Czytelnika  niespecjalist%  prosz%  o  wyrozumia"o#$  za  ten  krytyczny  akcent  i  wracam  po#piesznie  do 

g"ównego  tematu.  Swój  wywód  opiera"em  dot!d  na  nieco  uproszczonych  za"o&eniach  i  oto  przysz"a  pora,  by 

wprowadzi$  do'  pewne  udoskonalenia.  Pos"ugiwa"em  si%  elementarnymi  poj%ciami  samobójczych  genów  na 

ratowanie &ycia okre#lonej liczby krewnych o dok"adnie znanym stopniu pokrewie'stwa. Oczywi#cie, w naturze nie 

nale&y si% spodziewa$, by zwierz%ta liczy"y, ilu dok"adnie krewnych ratuj!, ani by dokonywa"y w swoich g"owach 

zaleconych  przez  Hamiltona  kalkulacji,  nawet  gdyby  potrafi"y  si%  dowiedzie$,  kto  jest  ich  bratem  i  krewnym.  W 

realnym &yciu, miast stuprocentowo pewnego samobójstwa czy gwarantowanego „ratunku”, mamy do czynienia ze 

statystycznym  ryzykiem  #mierci  w"asnej  i  innych.  Nawet  kto#  spokrewniony  z  nami  w  czwartym  pokoleniu  mo&e 

by$ wart uratowania, je#li sami ryzykujemy przy tym bardzo nieznacznie. Zreszt! przecie& zarówno ty, jak i krewny, 

którego zamierzasz uratowa$, i tak kiedy# umrzecie. Ka&dy osobnik ma „spodziewany czas &ycia”, który z pewnym 

marginesem  b"%du  móg"by  wyliczy$  ubezpieczeniowy  rzeczoznawca.  Uratowanie  &ycia  krewnego,  który  wkrótce 

umrze ze staro#ci, ma mniejszy wp"yw na zawarto#$ puli genowej przysz"ych pokole' ni& uratowanie &ycia komu#, 

kto jest w równym stopniu spokrewniony, ale wi%kszo#$ &ycia ma przed sob!. 

W  naszych  eleganckich  symetrycznych  wyliczeniach  stopnia  spokrewnienia  musimy  wi%c  uwzgl%dni$ 

nie#cis"e szacunki rzeczoznawcy. Dziadkowie i wnuki maj! z punktu widzenia genetycznego jednakowe powody, by 

zachowywa$  si%  wobec  siebie  altruistycznie,  poniewa&  maj!  wspóln!  1/4  swoich  genów.  Ale  skoro  spodziewany 

czas  &ycia  wnuków  jest  d"u&szy  ni&  dziadków,  geny  na  altruizm  dziadka  wobec  wnuka  maj!  wi%ksz!  przewag% 

selekcyjn!  ni&  geny  na  altruizm  wnuka  wobec  dziadka.  Jest  ca"kiem  mo&liwe,  &e  korzy#$  netto  wynikaj!ca  z 

przys"ugi  wy#wiadczonej  m"odemu  dalekiemu  krewnemu  jest  wy&sza  ni&  korzy#$  netto  z  pomocy  udzielonej 

krewnemu bliskiemu, ale staremu. (Nawiasem mówi!c, dziadkowie nie zawsze maj! krótszy spodziewany czas &ycia 

ni&  wnuki.  U  gatunków  o  du&ej  #miertelno#ci  w#ród  m"odych  osobników  prawdziwe  mo&e  by$  rozumowanie 

brzmi!ce dok"adnie przeciwnie do podanego powy&ej). 

Ci!gn!c analogi% rzeczoznawcy, osobniki mo&na traktowa$ jako agentów prowadz!cych ubezpieczenia na 

&ycie. Mo&na si% spodziewa$, &e dla ratowania czyjego# &ycia osobnik zainwestuje, czyli zaryzykuje cz%#$ w"asnego 

maj!tku.  Bierze  pod  uwag%  swoje  z  nim  spokrewnienie,  jak  równie&  to,  czy  jest  on  „rozs!dnym  ryzykiem”, 

rozumianym jako proporcja jego spodziewanego czasu &ycia do spodziewanego czasu &ycia ubezpieczaj!cego. *ci#le 

mówi!c,  powinni#my  powiedzie$:  „spodziewanych  mo&liwo#ci  rozrodczych”,  zamiast:  „spodziewanego  czasu 

&ycia”,  a  jeszcze  #ci#lej:  „domniemanej  ogólnej  zdolno#ci  do  dzia"ania  w  interesie  swoich  genów  w  przysz"o#ci”. 

Wtedy, aby mog"o wyewoluowa$ zachowanie altruistyczne, ryzyko netto altruisty musi by$ mniejsze ni& zysk netto 

obdarowanego, pomno&ony przez wspó"czynnik spokrewnienia mi%dzy nimi. W taki oto sposób - skomplikowany i 

przypominaj!cy kalkulacje rzeczoznawcy - trzeba liczy$ ryzyko i korzy#ci. 

background image

Lecz jakich skomplikowanych wylicze' mo&na si% spodziewa$ po biednej maszynie przetrwania, zw"aszcza 

gdy zmuszona jest do po#piechu!* Nawet sam J. B. S. Haldane, znakomity specjalista od biologii matematycznej, w 

artykule z 1955 roku (w którym na d"ugo przed Hamiltonem postulowa"  mo&liwo#$ rozprzestrzeniania si% genu na 

ratowanie  bliskich  krewnych  od  utoni%cia)  stwierdzi":  ,,[...]  w  dwóch  przypadkach,  w  których  zdarzy"o  mi  si% 

wyci!gn!$ z wody (przy minimalnym ryzyku z mojej strony) ludzi, którzy inaczej prawdopodobnie by uton%li, nie 

mia"em  czasu  na  dokonywanie  takich  wylicze'”.  Szcz%#liwie  jednak,  i  Haldane  wiedzia"  o  tym  dobrze,  nie  ma 

potrzeby  zak"ada$,  &e  maszyny  przetrwania  #wiadomie  dokonuj!  w  swych  g"owach  oblicze'.  Tak  jak  mo&emy 

u&ywa$  suwaka  logarytmicznego,  nie  zdaj!c  sobie  sprawy,  &e  pos"ugujemy  si%  logarytmami,  podobnie  i  zwierz% 

mo&e  by$  wcze#niej  zaprogramowane  w  taki  sposób,  &e  swoim  zachowaniem  sprawia  wra&enie,  i&  wykonuje 

skomplikowane obliczenia. 

Nie jest to a& tak trudne do wyobra&enia, jakby si% wydawa"o na pierwszy rzut oka. Gdy cz"owiek podrzuca 

pi"k%  wysoko w  powietrze,  a  potem  j!  "apie,  zachowuje  si%  tak,  jakby  rozwi!za"  seri% równa'  ró&niczkowych,  aby 

przewidzie$  trajektori%  lotu  pi"ki.  Mo&e  nawet  nie  wiedzie$,  czym  s!  równania  ró&niczkowe,  i  mog!  go  one  ma"o 

obchodzi$,  lecz  na  jego  sprawno#$  pos"ugiwania  si%  pi"k!  nie  b%dzie  to  mia"o  &adnego  wp"ywu.  Gdzie#  w 

pod#wiadomo#ci  odbywa  si%  co#  funkcjonalnie  równowa&nego  obliczeniom  matematycznym.  Podobnie,  gdy  przed 

podj%ciem  trudnej  decyzji  kto#  rozwa&a  wszystkie  za  i  przeciw  oraz  wszelkie  mo&liwe  do  przewidzenia 

konsekwencje  tej  decyzji,  wykonuje  tym  samym  funkcjonalny  odpowiednik  obliczania  „sumy  wa&onej”,  jak! 

wyliczy"by komputer. 

Gdyby#my  mieli  zaprogramowa$  komputer  tak,  by  symulowa"  modelow!  maszyn%  przetrwania 

podejmuj!c!  decyzje  o  ewentualnym  zachowaniu  altruistycznym,  nale&a"oby  to  zrobi$  mniej  wi%cej  nast%puj!co. 

Powinni#my  przygotowa$  list%  wszystkich  mo&liwych  dzia"a'  zwierz%cia.  Nast%pnie  dla  ka&dego  z  tych 

alternatywnych wzorców zachowania powinni#my zaprogramowa$ obliczenie sumy wa&onej. Wszelkie ewentualne 

korzy#ci  mia"yby  znak  dodatni,  a  wszelkie  ponoszone  ryzyko  -  znak  ujemny.  Przed  zsumowaniem  waga  zarówno 

korzy#ci,  jak  i  ryzyka  by"aby  pomno&ona  przez  odpowiedni  wspó"czynnik  spokrewnienia.  Na  pocz!tku,  dla 

uproszczenia,  mo&emy  zignorowa$  inne  czynniki,  na  przyk"ad  te  dotycz!ce  wieku  i  zdrowia.  Poniewa& 

spokrewnienie osobnika z sob! samym wynosi 1 (bo ma on - jak&eby inaczej - 100 procent w"asnych genów), jego 

w"asne straty i korzy#ci w ogóle nie b%d! podlega"y dewaluacji, w obliczeniach b%dzie im przydawana pe"na waga. 

Ostateczna  suma  dla  któregokolwiek  z  alternatywnych  wzorców  zachowa'  wygl!da$  b%dzie  nast%puj!co:  korzy#$ 

netto wynikaj!ca z przyj%cia danego wzorca zachowania = korzy#$ w"asna - ryzyko w"asne +1/2 korzy#ci brata -1/2 

ryzyka brata +1/2 korzy#ci drugiego brata - 1/2 ryzyka drugiego brata +1/8 korzy#ci kuzyna - 1/8 ryzyka kuzyna + 

1/2 korzy#ci dziecka - 1/2 ryzyka dziecka + itd. 

Wynikiem  sumowania  b%dzie  liczba  zwana  sumaryczn!  korzy#ci!  netto  dla  danego  wzorca  zachowania. 

Nast%pnie  zwierz%  modelowe  wylicza  odpowiedni!  sum%  dla  ka&dego  z  alternatywnych  wzorców  zachowa',  jakie 

ma  w  swoim  repertuarze.  W  ko'cu  wybiera  ten  wzorzec  zachowania,  który  w  rezultacie  daje  najwy&sz!  korzy#$ 

netto. Nawet gdyby wszystkie wyniki by"y ujemne, powinien podj!$ dzia"anie najwy&ej notowane: najmniejsze z"o. 

Pami%tajmy,  &e  ka&de  pozytywne  dzia"anie  wi!&e  si%  ze  zu&yciem  energii  i  strat!  czasu,  które  mog"yby  by$ 

przeznaczone na inny cel. Je#li brak jakichkolwiek dzia"a' oka&e si% „zachowaniem” o najwi%kszej korzy#ci netto, 

modelowe zwierz% nie b%dzie robi"o nic. 

background image

A  oto  bardzo  uproszczony  przyk"ad,  tym  razem  przedstawiony  w  postaci  monologu  wewn%trznego,  a  nie 

symulacji komputerowej. Jestem zwierz%ciem, które w"a#nie znalaz"o k%pk% o#miu grzybów. Po uwzgl%dnieniu ich 

warto#ci od&ywczej i po odj%ciu pewnej liczby wyra&aj!cej niewielkie ryzyko, &e mog! by$ truj!ce, szacuj% warto#$ 

ka&dego z nich na +6 jednostek (s! to umowne jednostki zysku, podobne do tych, które zastosowa"em w poprzednim 

rozdziale).  Grzyby  s!  tak  wielkie,  &e  uda"oby  mi  si%  zje#$  tylko  trzy.  Czy  o  moim  znalezisku  powinienem  jeszcze 

kogo# poinformowa$, wydaj!c „zawo"anie pokarmowe”? 

W  zasi%gu  g"osu  znajduje  si%  mój  rodzony  brat  B  (jego  spokrewnienie  ze  mn!  wynosi  1/2),  kuzyn  C 

(spokrewnienie  ze  mn!  =  1/8)  i  osobnik  D  (niespokrewniony.  jego  spokrewnienie  ze  mn!  da  si%  wyrazi$  jak!# 

niewielk!  liczb!,  któr!  ze  wzgl%dów  praktycznych  mo&na  przyj!$  za  zero).  Je#li  nie  zdradz%  si%  z  moim 

znaleziskiem,  mój  zysk  netto  b%dzie  wynosi$  +6  za  ka&dy  ze  zjedzonych  trzech  grzybów,  czyli  w  sumie  +18. 

Ustalenie mojego zysku netto, gdybym wyda" z siebie zawo"anie pokarmowe, wymaga niewielkich oblicze'. Osiem 

grzybów zostanie podzielone równo pomi%dzy nas czterech. Mój zysk ze zjedzenia dwóch grzybów b%dzie wynosi" 

pe"ne  +6  jednostek  za  ka&dy,  czyli  w  sumie  +12.  Ale  ze  wzgl%du  na  wspólnot%  genów  osi!gn%*  równie&  pewien 

zysk, gdy mój rodzony brat i brat cioteczny te& zjedz! po dwa grzyby. Rzeczywisty rezultat wyniesie wi%c (1 x 12) + 

(1/2 x 12) + (1/8 x 12) + (0 x 12) = +19 1/2. Analogiczny zysk netto po przyj%ciu wariantu egoistycznego wynosi 

+18: wyniki s! wprawdzie zbli&one, ale werdykt jest oczywisty. Powinienem wyda$ zawo"anie pokarmowe. Moim 

samolubnym genom op"aci si% ten altruizm. 

Dokona"em tu upraszczaj!cego za"o&enia, &e o tym, co jest najlepsze dla genów, decyduje zwierz%, które je 

ma. W rzeczywisto#ci za# dzieje si% tak, &e pula genów stopniowo wype"nia si% tymi genami, które - steruj!c cia"ami 

w odpowiedni sposób - sprawiaj!, &e zachowuj! si% one tak, jakby dokonywa"y oblicze'. Tak czy owak obliczenia te 

s!  zaledwie  pierwszym  przybli&eniem  tego,  czym  powinny  by$  w  doskona"ej  postaci.  Pomijaj!  wiele  aspektów,  w 

tym  wiek  zainteresowanych  osobników.  Ponadto  korzy#$  netto  z  zawo"ania  pokarmowego  b%dzie  wi%ksza,  je#li 

zjad"em  w"a#nie  porz!dny  posi"ek,  bo  zdo"a"bym  zje#$  tylko  jeden  grzyb,  ni&  gdybym  zawo"anie  to  wyda"  b%d!c 

wyg"odnia"y. Nie ma ko'ca stopniowym udoskonaleniom oblicze', zbli&aj!cym je do idea"u. Ale prawdziwe &ycie 

nie toczy si% w idealnym #wiecie. Nie mo&emy oczekiwa$ od rzeczywi#cie istniej!cych zwierz!t brania pod uwag% 

najdrobniejszych  szczegó"ów  przy  wypracowywaniu  optymalnej  decyzji.  Dopiero  obserwacje  i  eksperymenty 

prowadzone  w  warunkach  naturalnych  pozwol!  nam  ustali$,  jak  bliskie  perfekcji  w  analizie  strat  i  zysków  s! 

prawdziwe zwierz%ta. 

Aby  upewni$  si%,  &e  stronniczo  dobrane  przyk"ady  nie  odwiod"y  nas  zbyt  daleko  od  rzeczywisto#ci, 

powró$my  teraz  na  chwil%  do  j%zyka  genowego.  )ywe  cia"a  s!  maszynami  zaprogramowanymi  przez  geny,  które 

przetrwa"y. W"a#nie te geny dokona"y tego w warunkach, które by"y w przesz"o#ci najbardziej charakterystyczne dla 

#rodowiska gatunku. Tote&, podobnie jak przy podejmowaniu decyzji przez cz"owieka, „ocena” zysków i strat oparta 

jest na „do#wiadczeniach” z przesz"o#ci. Do#wiadczenie to oznacza jednak w tym przypadku do#wiadczenie genu, a 

mówi!c #ci#lej, odzwierciedla warunki, w jakich przetrwali jego poprzednicy. (Poniewa& geny wyposa&aj! maszyny 

przetrwania w zdolno#$ do uczenia si%, nale&y uzna$, &e przy dokonywaniu niektórych ocen zysków i strat mo&e by$ 

anga&owane  równie&  do#wiadczenie  osobnicze).  Dopóki  warunki  nie  zmieni!  si%  zbyt  drastycznie,  oceny  te  b%d! 

trafne,  a  maszyny  przetrwania,  statystycznie  rzecz  bior!c,  b%d!  podejmowa"y  trafne  decyzje.  Je#li  warunki 

radykalnie si% zmieni!, maszyny przetrwania zaczn! pope"nia$ b"%dy, a to, rzecz jasna, odbije si% na ich genach. Tak 

background image

ju& jest - równie& ludzkie decyzje, powzi%te na podstawie nieaktualnych informacji, bywaj! b"%dne. 

Ocena  wspó"czynnika  spokrewnienia  mo&e  by$  równie&  (ród"em  b"%dów  i  niepewno#ci.  W  naszych 

uproszczonych wyliczeniach zak"adali#my dot!d, &e maszyny przetrwania wiedz!, kto jest z nimi spokrewniony i jak 

blisko. W rzeczywisto#ci taka niepodwa&alna pewno#$ wyst%puje rzadko; najcz%#ciej spokrewnienie mo&na okre#li$ 

jedynie  jako  warto#$  przybli&on!.  Przypu#$my  na  przyk"ad,  &e  A  i  B  s!  bra$mi,  lecz  z  równym 

prawdopodobie'stwem  przyrodnimi  jak  rodzonymi.  Ich  spokrewnienie  wynosi  1/4  lub  1/2,  poniewa&  jednak  nie 

znamy prawdy, u&yteczn! w praktyce warto#ci! jest #rednia z tych dwóch liczb, czyli 3/8. Je#li pewni jeste#my tego, 

&e  A  i  B  maj!  wspóln!  matk%,  a  szans%  na  to,  &e  maj!  tak&e  wspólnego  ojca, wynosz!  1  do 10,  wtedy  mamy  90 

procent  pewno#ci,  &e  s!  bra$mi  przyrodnimi,  i  10  procent,  &e  s!  bra$mi  rodzonymi  -  a  zatem  ich  spokrewnienie 

efektywne wyra&a si% liczb! 1/10 x 1/2 + 9/10 x 1/4 = 0,275. 

Mówimy bezosobowo, &e co# jest pewne w 90 procentach. Lecz nasuwa si% pytanie - kto jest pewny w 90 

procentach?  Czy  to  przyrodnik  po  d"ugich  obserwacjach  w  terenie  nabra"  90-procentowej  pewno#ci,  czy  te&  mo&e 

zwierz%ta  s!  w  90  procentach  pewne?  Otó&  przy  odrobinie  szcz%#cia  obie  strony  mog!  by$  bliskie  osi!gni%cia  tej 

samej  pewno#ci.  By  to  zrozumie$,  musimy  si%  zastanowi$,  w jaki sposób  zwierz%ta mog!  w  praktyce  upora$  si%  z 

ustaleniem, kto jest ich bliskim krewnym.* 

Nasi krewni s! nam znani, poniewa& nam o nich powiedziano, poniewa& nadajemy im imiona, zawieramy z 

nimi  formalne  zwi!zki  ma"&e'skie  oraz  dlatego,  &e  prowadzimy  pisemne  rejestry  i  mamy  dobr!  pami%$.  Wielu 

antropologów zaabsorbowanych jest zagadnieniem „pokrewie'stwa” w badanych przez siebie spo"eczno#ciach. Nie 

chodzi im jednak o prawdziwe pokrewie'stwo genetyczne, lecz o idee pokrewie'stwa duchowego i kulturowego. W 

ludzkich zwyczajach i rytua"ach plemiennych do pokrewie'stwa przywi!zuje si% zawsze du&! wag%, oddawanie czci 

przodkom  jest  szeroko  rozpowszechnione,  a  obowi!zki  i  oddanie  wobec  rodziny  s!  nadrz%dnymi  wytycznymi 

post%powania. Krwawe wendety i wojny klanów "atwo zinterpretowa$ w duchu teorii genetycznej Hamiltona. Tabu 

na"o&one  na  kazirodztwo  #wiadczy  o  wielkiej  randze  przypisywanej  pokrewie'stwu  przez  ludzi,  cho$  korzy#$ 

genetyczna p"yn!ca z tego tabu nie ma nic wspólnego z altruizmem, polega zapewne raczej na unikaniu szkodliwych 

skutków  ujawnienia  si%  w  wyniku  krzy&owania  wsobnego  genów  recesywnych.  (Z  jakich#  powodów  wielu 

antropologom nie podoba si% to wyja#nienie)*. 

Na  jakiej  podstawie  dzikie  zwierz%ta  mog"yby  „wiedzie$”,  kim  s!  ich  krewni,  lub,  inaczej  mówi!c,  jakie 

regu"y  zachowa',  do  których  stosuj!  si%  zwierz%ta,  mog"yby  po#rednio  sugerowa$,  &e  s!  one  #wiadome 

pokrewie'stwa?  Regu"a  „b!d(  dobry  dla  krewnych”  rodzi  pytanie  o  praktyczny  sposób  rozpoznawania 

pokrewie'stwa.  Zwierz%ta  musia"yby  zosta$  wyposa&one  przez  geny  w  prost!  zasad%  dzia"ania,  w  co#  co  nie 

wymaga"oby  dog"%bnej  #wiadomo#ci  ostatecznego  celu,  ale  mimo  to  by"oby  skuteczne,  przynajmniej  w  typowych 

warunkach.  My,  ludzie,  nawykli#my  do  regu".  Tkwi!  one  w  nas  tak  silnie,  &e  je#li  mamy  ciasny  umys",  to 

przestrzegamy regu" nawet wtedy, gdy doskonale zdajemy sobie spraw%, &e ani my, ani &aden inny cz"owiek nie ma 

z tego po&ytku. Na przyk"ad ortodoksyjni &ydzi i  muzu"manie wol! umrze$ z g"odu, ni& z"ama$ zakaz spo&ywania 

wieprzowiny.  Jakich  prostych,  praktycznych  regu"  mog"yby  przestrzega$  zwierz%ta,  by  w  typowych  warunkach 

mia"o to po#redni dobroczynny wp"yw na ich bliskich krewnych? 

Przejawianie przez zwierz%ta sk"onno#ci do zachowa' altruistycznych wobec osobników, które zewn%trznie 

s!  do  nich  podobne,  w  jakim#  stopniu  s"u&y"oby  po#rednio  dobru  krewnych.  Wiele  jednak  zale&a"oby  od 

background image

charakterystycznych  w"asno#ci  danego  gatunku.  Zawsze  te&  decyzje  podejmowane  w  my#l  tej  regu"y  by"yby 

„poprawne” tylko w sensie statystycznym. Gdyby nast!pi"a zmiana warunków, na przyk"ad gatunek zacz!"by &y$ w 

znacznie wi%kszych grupach, mog"oby to poci!gn!$ za sob! b"%dne decyzje. Niewykluczone, &e uprzedzenia rasowe 

mog!  by$  interpretowane  jako  irracjonalne  uogólnienie  istniej!cej  w  doborze  krewniaczym  tendencji  do 

identyfikowania  si%  z  osobnikami  fizycznie  podobnymi  i  do  odtr!cania  osobników  odmiennych  pod  wzgl%dem 

wygl!du zewn%trznego. 

U  gatunków,  których  cz"onkowie  nie  wykazuj!  zbytniej  ruchliwo#ci  lub  przemieszczaj!  si%  w  ma"ych 

grupach,  przypadkowo  napotkany  osobnik  z  du&ym  prawdopodobie'stwem  b%dzie  do#$  bliskim  krewnym.  W  tym 

przypadku regu"a: „Czy' dobrze ka&demu cz"onkowi swojego gatunku, z którym si% zetkniesz” mo&e mie$ dodatni! 

warto#$  prze&ywalno#ci,  co  znaczy,  &e  geny  usposabiaj!ce  swoich  nosicieli  do  przestrzegania  tej  regu"y  mog"yby 

sta$ si% liczniejsze w puli genowej. Z tego, by$ mo&e, powodu tak cz%sto odnotowuje si% zachowania altruistyczne w 

stadach  ma"p  i  wielorybów.  Wieloryby  i  delfiny  topi!  si%,  je#li  uniemo&liwi  si%  im  zaczerpni%cie  powietrza. 

Obserwowano  przypadki,  gdy  m"ode  walenie  i  sztuki  zranione,  które  nie  mog"y  podp"yn!$  do  powierzchni,  by"y 

podtrzymywane  przez  udzielaj!cych  im  pomocy  towarzyszy.  Nie  wiadomo,  czy  wieloryby  maj!  jaki#  sposób,  by 

dowiedzie$  si%,  kto  jest  ich  bliskim  krewnym,  ale  niewykluczone,  &e  wiedza  ta  nie  jest  im  potrzebna.  Mo&liwe,  i& 

sumaryczne prawdopodobie'stwo, &e przeci%tny cz"onek grupy to krewniak, jest na tyle du&e, &e altruizm wart jest 

poniesionych  kosztów.  Nawiasem  mówi!c,  istnieje  przynajmniej  jedno  dobrze  udokumentowane  doniesienie  o 

uratowaniu  ton!cego  p"ywaka  przez  dzikiego  delfina.  Wypadek  ten  mo&na  potraktowa$  jako  wdro&enie  regu"y 

ratowania  ton!cych  cz"onków  grupy,  tyle  &e  skierowane  w  niew"a#ciwym  kierunku.  Zawarta  w  regule  „definicja” 

ton!cego  cz"onka  grupy  mog"aby  brzmie$  tak:  „D"ugi  przedmiot  miotaj!cy  si%  i  krztusz!cy  tu&  pod  powierzchni! 

wody”. 

Obserwowano,  jak  w  obronie  stada  przed  drapie&nikami  takimi  jak  lampart  doros"e  samce  pawiana 

ryzykowa"y  swoje  &ycie.  Jest  wielce  prawdopodobne,  &e  statystycznie  rzecz  bior!c,  ka&dego  z  doros"ych  samców 

wi!&e  z  innymi  cz"onkami  stada  ca"kiem  spora  liczba  wspólnych  genów.  Tak  wi%c  gen,  który  „powiada”  swemu 

cia"u: „Je#li jeste# doros"ym samcem, bro' stada przed lampartami”, mo&e sta$ si% liczniejszy w puli genów. Zanim 

rozstaniemy si% z tym cz%sto przytaczanym przyk"adem, gwoli uczciwo#ci nale&y nadmieni$ o przynajmniej jednym, 

pochodz!cym z wiarygodnego (ród"a, doniesieniu o ca"kiem odmiennych zachowaniach tych zwierz!t. Odnotowa"a 

je badaczka obserwuj!ca pawiany: otó& gdy pojawia si% lampart, doros"e samce ulatniaj! si% jako pierwsze. 

Kurcz%ta  karmione  w  stadkach  rodzinnych  zawsze  pod!&aj!  za  matk!.  W  swoim  repertuarze  maj!  dwa 

podstawowe  zawo"ania.  Oprócz  wspominanego  ju&  przeze  mnie  g"o#nego  ostrego  pisku  wydaj!  z  siebie  w  czasie 

jedzenia  krótki,  melodyjny  #wiergot.  Piski,  których  skutkiem  jest  przywo"anie  matki  na  pomoc,  s!  przez  inne 

kurcz%ta  ignorowane.  Natomiast  #wiergot  je  przywabia.  Czyli,  gdy  jedno  kurcz%  znajdzie  pokarm,  jego  #wiergot 

przywo"uje  do  pokarmu  tak&e  inne  kurcz%ta.  A  wi%c  -  podobnie  jak  w  podanym  wcze#niej  hipotetycznym 

przyk"adzie  - #wiergot  jest  „zawo"aniem  pokarmowym”.  Tak  jak  i  w  tamtym  przypadku,  pozorny  altruizm  kurcz!t 

mo&na  bez  trudu  wyt"umaczy$  dzia"aniem  doboru  krewniaczego.  W  naturze  kurcz%ta  by"yby  rodzonymi  bra$mi  i 

siostrami, tote& je#li koszty ponoszone przez #wiergocz!cego stanowi! mniej ni& po"ow% korzy#ci netto pozosta"ych 

kurcz!t, gen na wydawanie #wiergotu pokarmowego rozpowszechni si%. Skoro korzy#ciami obdzielony zostaje ca"y 

l%g, licz!cy na ogó" wi%cej ni& dwoje kurcz!t, nietrudno wyobrazi$ sobie spe"nienie tego warunku. Regu"a ta chybia 

background image

celu  w  warunkach  domowych  czy  hodowlanych,  gdy  kura  nioska  nasadzana  jest  na  nie  swoje  jaja,  cz%sto  nawet 

indycze lub kacze. Lecz nie oczekujmy, &e kura b!d( jej kurcz%ta b%d! zdawa$ sobie z tego spraw%. Ich zachowanie 

ukszta"towa"o  si%  pod  wp"ywem  warunków,  które  normalnie  przewa&aj!  w  przyrodzie,  a  w  przyrodzie  na  ogó"  nie 

znajduje si% obcych w swoim gnie(dzie. 

Jednak od czasu do czasu i w przyrodzie mog! si% zdarza$ tego typu pomy"ki. U gatunków &yj!cych stadnie 

lub  grupowo  osierocone  m"ode  mo&e  by$  adoptowane  przez  obc!  samic%,  przewa&nie  tak!,  która  straci"a  swoje 

w"asne dziecko. Obserwatorzy ma"p cz%sto u&ywaj! s"owa „ciotka” na okre#lenie adoptuj!cej samicy. W wi%kszo#ci 

przypadków nie ma dowodów, &e jest ona w istocie ciotk! czy w ogóle ma"p! w jakikolwiek sposób spokrewnion! z 

adoptowanym  m"odym,  tote&,  gdyby  obserwatorzy  ma"p  byli  bardziej  #wiadomi  genetycznego  pod"o&a  zachowa', 

zapewne nie szafowaliby bezkrytycznie tak wa&nym s"owem, jak „ciotka”. Najcz%#ciej jednak adopcj%, cho$by nie 

wiem  jak  bardzo  ten  akt  nas  porusza",  nale&y  traktowa$  jako  przyk"ad  b"%dnie  skierowanego  dzia"ania 

zaprogramowanej regu"y post%powania. Albowiem z faktu, &e samica wychowuje sierot%, jej geny nie maj! &adnego 

po&ytku. Traci czas i energi%, któr! mog"aby zainwestowa$ z korzy#ci! dla &ycia swoich krewnych, w szczególno#ci 

swoich  przysz"ych  dzieci.  Pomy"ka  taka,  jak  mo&na  s!dzi$,  zdarza  si%  zbyt  rzadko,  by  doborowi  naturalnemu 

op"aca"o si% „zawraca$ sobie g"ow%” takimi modyfikacjami regu"y, które instynkt macierzy'ski uczyni"yby bardziej 

selektywnym.  Nawiasem  mówi!c,  w  wielu przypadkach  do  adopcji  nie  dochodzi  i  sierota,  zostawiona  sama  sobie, 

ginie.  Istnieje  przyk"ad  pomy"ki  tak  skrajnej,  &e  mo&na  by  go  uzna$  nie  tyle  za  pomy"k%,  ile  za  dowód  przeciwko 

teorii  samolubnego  genu.  Jest  to  przypadek  ma"pich  matek,  które  straciwszy  w"asne  dziecko,  kradn!  m"ode  innej 

samicy i opiekuj! i si% nim. Wed"ug mnie czyn ten jest podwójnym b"%dem, poniewa& adoptuj!ca samica nie tylko 

marnuje swój w"asny czas, ale uwalnia równie& rywalk% od brzemienia opieki nad dzieckiem, daj!c jej sposobno#$ 

do  wcze#niejszego  wydania  na  #wiat  nast%pnego  potomka.  Przyk"ad  ten  ma  w  mojej  opinii  znaczenie  kluczowe  i 

wymaga starannego rozwa&enia. Musimy ustali$, jak cz%sto si% to zdarza, jakie mo&e by$ przeci%tne spokrewnienie 

mi%dzy adoptuj!c! a przysposabianym dzieckiem oraz w jaki sposób odnosi si% do tego jego prawdziwa matka - w 

ko'cu  adopcja  taka  jest  dla  niej  korzystna.  Czy  aby  nie  jest  tak,  &e  matki  próbuj!  rozmy#lnie  naci!gn!$  naiwne 

m"ode samice na adopcj% swojego potomstwa? (Sugerowano równie&, &e korzy#ci odnosz! te& samice adoptuj!ce i 

porywaj!ce  dzieci,  poniewa&  opiekuj!c  si%  nimi  zdobywaj!  cenne  do#wiadczenia  w  sztuce  wychowywania 

potomstwa). 

Przyk"adu  rozmy#lnego  wykorzystywania  b"%dnie  skierowanego  instynktu  macierzy'skiego  dostarczaj! 

kuku"ki  i  inne  „paso&yty  l%gowe”  -  ptaki,  które  podrzucaj!  swoje  jaja  do  cudzych  gniazd.  Eksploatuj!  one 

wbudowan!  w  zachowania  ptasich  rodziców  zasad%:  „B!d(  dobry  dla  ka&dego  m"odego  ptaka,  który  siedzi  w 

zbudowanym  przez  ciebie  gnie(dzie”.  Gdyby  nie  kuku"ki,  regu"a  ta  zapewnia"aby  po&!dany  efekt  ograniczenia 

altruizmu  do  osobników  najbli&ej  spokrewnionych.  Przecie&  gniazda  s!  wystarczaj!co  od  siebie  oddalone,  by 

zawarto#$  twojego  w"asnego  gniazda  z  pewno#ci!  stanowi"y  twoje  w"asne  piskl%ta.  Doros"e  mewy  srebrzyste  nie 

rozpoznaj! w"asnych jaj i ochoczo b%d! wysiadywa$ jaja innych mew, a nawet proste drewniane imitacje pod"o&one 

przez  eksperymentatora.  W  warunkach  naturalnych  umiej%tno#$  rozpoznawania  jaj  nie  jest  mewom  potrzebna, 

poniewa&  jaja  nie  mog!  si%  odturla$  na  tyle  daleko,  by  znale($  si%  w  pobli&u  odleg"ego  o  kilka  metrów  gniazda 

s!siada. Mewy rozpoznaj! jednak swoje piskl%ta, a te w przeciwie'stwie do jaj "atwo mog! zb"!dzi$ i znale($ si% w 

pobli&u  gniazda  s!siada,  na  którym  siedzi  doros"y  osobnik,  co,  jak  dowiedzieli#my  si%  w  rozdziale  1,  ma  cz%sto 

background image

fatalne skutki. 

Natomiast nurzyki potrafi! na podstawie wzoru plamek rozpozna$ swoje jaja i tylko te b%d! wysiadywa$. 

Ta zdolno#$ jest przypuszczalnie wynikiem gniazdowania na nagich ska"ach, gdzie istnieje mo&liwo#$ przetoczenia 

si% i przemieszania jaj. Kto# móg"by zapyta$, dlaczego tak im zale&y na rozpoznaniu i wysiadywaniu tylko swoich? 

Przecie& gdyby ka&dy zadba" o to, by wysiadywa$ jakie# jaja, nie mia"oby znaczenia, czy ka&da z matek siedzi na 

jajach zniesionych przez siebie, czy przez kogo# innego. W ten sposób brzmia"by argument zwolennika teorii doboru 

grupowego. Rozwa&my jednak, co by si% sta"o, gdyby zawi!za" si% taki kr!g wzajemnej opieki nad dzie$mi. Nurzyki 

znosz! zwykle jedno jajo. Oznacza to, &e dla sprawnego dzia"ania klubu wzajemnej opieki nad potomstwem ka&da 

samica  musia"aby  wysiadywa$  przeci%tnie jedno  jajo.  Przypu#$my  teraz, &e  która#  z  nich  si%  wymiguje  i  odmawia 

wysiadywania jaja. Zamiast traci$ czas na wysiadywanie, mo&e go przecie& przeznaczy$ na z"o&enie wi%kszej liczby 

jaj,  którymi  –  i  tu  ujawnia  si%  ca"y  urok  tego  schematu  -  zaopiekuj!  si%  inne,  bardziej  altruistycznie  nastawione 

samice.  Przestrzega"yby  one  lojalnie  ogólnie  przyj%tej  zasady:  „Gdy  widzisz  w  pobli&u  gniazda  bezpa'skie  jajo, 

przygarnij je i wysiaduj”. Tym samym gen na wykorzystywanie takiego systemu rozprzestrzeni"by si% w populacji, 

co przynios"oby kres przyjaznemu i dobroczynnemu kó"ku opieku'czemu. 

„Chwileczk%  -  powie  kto#  -  a  je#li  uczciwe  ptaki  zareaguj!  na  taki  szanta&  odmownie,  obstaj!c  przy 

wysiadywaniu jednego i tylko jednego jaja? Zniweczy"oby to plany nieuczciwych ptaków. Gdyby zobaczy"y, &e nikt 

nie wysiaduje z"o&onych przez nie jaj, tylko walaj! si% one po ska"ach, przywo"a"oby to je do porz!dku”. Niestety, 

nie.  Skoro  zak"adamy,  &e  wysiadywacze  nie  odró&niaj!  jednego  jaja  od  drugiego,  to  nawet  gdyby  uczciwe  ptaki 

wdro&y"y  swój  plan  przeciwdzia"ania  nieuczciwo#ci,  nie  wysiadywane  jaja  mog"yby  by$  równie  dobrze  jajami 

ptaków  wymiguj!cych  si%  od  pracy,  jak  te&  ich  w"asnymi.  Ptaki  nieuczciwe  wci!&  mia"yby  przewag%,  poniewa& 

sk"ada"yby  wi%cej  jaj,  a  zatem  wi%cej  ich  dzieci  by  prze&y"o.  Jedynym  sposobem,  w  jaki  uczciwy  nurzyk  móg"by 

temu zaradzi$, by"oby rozró&nianie swoich jaj i wysiadywanie tylko ich. Czyli zaprzestanie altruizmu i pilnowanie 

w"asnych interesów. 

By u&y$ j%zyka Maynarda Smitha, altruistyczna „strategia” adopcji nie jest strategi! ewolucyjnie stabiln!. 

Jej niestabilno#$ oznacza, &e  mo&e by$ wyparta przez konkurencyjn! strategi% samolubn!, polegaj!c! na sk"adaniu 

wi%kszej,  ni&  si%  nale&y,  liczby  jaj,  a  nast%pnie  odmowie  ich  wysiadywania.  Ta  samolubna  strategia  równie&  jest 

niestabilna, dlatego &e wykorzystuje niestabiln! strategi% altruistyczn!, a wi%c zaniknie i ona. Dla nurzyków jedyn! 

strategi! ewolucyjnie stabiln! jest rozró&nianie jaj i wysiadywanie jaj wy"!cznie swoich, i tak si% w"a#nie dzieje. 

Ptaki  #piewaj!ce,  na  których  paso&ytuj!  kuku"ki,  przeciwdzia"aj!  ich  procederowi  nie  poprzez 

zapami%tywanie  wygl!du  w"asnych  jaj,  ale  przez  instynktowne  rozró&nianie  jaj  o  cechach  typowych  dla  w"asnego 

gatunku. Sposób ten jest skuteczny, poniewa& nie istnieje zagro&enie paso&ytnictwem ze strony cz"onków w"asnego 

gatunku.*  Z  kolei  odpowiedzi!  kuku"ek  jest  coraz  doskonalsze  upodabnianie  swoich  jaj  do  jaj  gospodarza  pod 

wzgl%dem  koloru,  rozmiaru  i  wzoru  plam.  Proceder  ten  jest  przyk"adem  k"amstwa,  które  cz%sto  odnosi  skutek. 

Rezultatem  tego  ewolucyjnego  wy#cigu  zbroje'  sta"a  si%  zadziwiaj!ca  perfekcja  w  mimikrze  jaj  kuku"ki.  Mo&emy 

s!dzi$, &e pewna cz%#$ kuku"czych jaj i piskl!t zostaje „wykryta”, ale nie wykryte prze&ywaj! i nast%pne pokolenia 

kuku"czych  jaj  sk"adaj!  takie,  którym  uda"o  si%  unikn!$  zdemaskowania.  Tym  samym  w  puli  genów  kuku"ek 

rozprzestrzeniaj! si% geny na coraz doskonalsze oszustwo. Analogicznie, najwi%kszy wk"ad do swojej puli genowej 

maj! ci ptasi gospodarze, których oczy s! wystarczaj!co bystre, by wykry$ ka&d! najdrobniejsz! niedoskona"o#$ w 

background image

mimikrze kuku"czych jaj. Tak wi%c baczne i bystre oczy przekazywane s! nast%pnemu ich pokoleniu. Jest to dobry 

przyk"ad,  jak  dobór  naturalny  mo&e  udoskonali$  umiej%tno#$  rozró&niania  w"asnego  od  cudzego,  umo&liwiaj!c!  w 

tym  przypadku  zneutralizowanie  inwazji  ze  strony  innego  gatunku,  który  z  kolei  ze  wszystkich  si"  stara  si%  nie 

dopu#ci$ do skutecznego rozró&nienia. 

Wró$my  teraz  do  problemu  porównania  „oceny”  swojego  pokrewie'stwa  wobec  innych  cz"onków  grupy, 

dokonanej przez zwierz%, z analogiczn! ocen! sformu"owan! przez przyrodnika obserwuj!cego zwierz%ta w terenie. 

Brian  Bertram  sp%dzi"  wiele  lat  studiuj!c  biologi%  lwów  &yj!cych  w  Parku  Narodowym  Serengeti.  Na  podstawie 

swojej wiedzy o ich zwyczajach rozrodczych oszacowa" stopie' przeci%tnego spokrewnienia mi%dzy osobnikami w 

typowym stadzie lwów. Na sformu"owan! przez niego ocen% z"o&y"y si% nast%puj!ce fakty. Typowe stado sk"ada si% 

z siedmiu doros"ych samic, które s! raczej sta"ymi jego cz"onkiniami, i dwóch doros"ych samców, pozostaj!cych w 

nim  tylko  czasowo, gdy&  w%druj!  od  stada do  stada. W  przybli&eniu  po"owa doros"ych  samic  rodzi  w  tym  samym 

czasie  i  wychowuje  swoje  m"ode  razem,  tak  &e  trudno  jest  stwierdzi$,  które  m"ode  jest  czyje.  Typowa  liczebno#$ 

miotu  wynosi  troje  m"odych.  Ojcostwo  miotów  mo&e  by$  w  równym  stopniu  przypisane  obu  doros"ym  samcom. 

M"ode samice zostaj! w stadzie i zast%puj! stopniowo samice stare, które umieraj! albo odchodz!, dorastaj!ce m"ode 

samce  s!  natomiast  odp%dzane.  Gdy  dorosn!,  w%druj! od  stada  do  stada  w  niewielkich  grupach  licz!cych  dwa  lub 

wi%cej spokrewnionych osobników, ale maj! ma"e szanse natrafienia na sw! macierzyst! grup%. 

Stosuj!c te i inne za"o&enia mo&na, jak si% okazuje, obliczy$ przeci%tny wspó"czynnik spokrewnienia dwóch 

osobników  w  typowym  stadzie  lwów.  Z  wylicze'  Bertrama  wynik"a  warto#$  0,22  dla  dwóch  przypadkowo 

wybranych  samców  i  0,15  dla  dwóch  dowolnych  samic.  To  znaczy,  &e  samce  w  obr%bie  stada  s!  #rednio  nieco 

bardziej odleg"e ni& bracia przyrodni, a samice nieco sobie bli&sze ni& kuzynki. 

Naturalnie  konkretni  dwaj  osobnicy  mog!  by$  rodzonymi  bra$mi,  ale  Bertram  w  &aden  sposób  nie  mo&e 

mie$ co do tego pewno#ci i id% o zak"ad, &e lwy równie& tego nie wiedz!. Z drugiej jednak strony, oszacowane przez 

Bertrama #rednie warto#ci s! w pewnym sensie dost%pne tak&e i lwom. Przy za"o&eniu, &e liczby te s! rzeczywi#cie 

typowe  dla  przeci%tnego  ich  stada,  ka&dy  gen,  który  nastraja  samce,  by  wobec  innych  samców  zachowywa"y  si% 

niemal tak, jak wobec przyrodnich braci, mia"by dodatni! warto#$ prze&ywalno#ci. Ka&dy gen, który posun!"by si% 

za  daleko  i  sprawi",  &e  samce  zachowywa"yby  si%  wobec  siebie  w  sposób  tak  przyjazny,  jak  nale&a"oby  si% 

zachowywa$  wobec  rodzonego  brata,  statystycznie  by"by  eliminowany,  podobnie  jak  gen  na  zbyt  ma"o  przyjazne 

wzajemne traktowanie si% - powiedzmy, jak kuzyni drugiego stopnia. Je#li fakty z &ycia lwów przedstawiaj! si% tak, 

jak  mówi  Bertram,  i,  co  równie  wa&ne,  pozostaj!  takie  same  od wielu pokole',  mo&emy  si%  spodziewa$,  &e dobór 

naturalny  b%dzie  faworyzowa"  taki  stopie'  altruizmu,  jaki  w  sam  raz  odpowiada  przeci%tnemu  stopniowi 

spokrewnienia  w  typowym  stadzie.  I  to  w"a#nie  mia"em  na  my#li,  mówi!c,  &e  oceny  stopnia  pokrewie'stwa 

dokonywane przez zwierz% i przez znaj!cego si% na rzeczy przyrodnika mog! si% okaza$ bardzo do siebie zbli&one.* 

Dochodzimy  wi%c  do  wniosku,  &e  dla  ewolucji  altruizmu  istotne  mo&e  by$  nie  tyle  prawdziwe 

spokrewnienie, ile jego ocena, mo&liwie najtrafniejsza, jakiej zwierz% mo&e dokona$. Ten fakt jest przypuszczalnie 

kluczem  do  zrozumienia,  dlaczego  opieka  rodzicielska  zdarza  si%  w  naturze  daleko  cz%#ciej  i  sprawowana  jest  ze 

znacznie wi%kszym po#wi%ceniem ni& altruizm bratersko-siostrzany oraz dlaczego zwierz%ta same siebie ceni! wy&ej 

nawet  od  kilkorga  swoich  braci.  Mówi!c  w  skrócie,  mam  na  my#li  to,  &e  oprócz  wspó"czynnika  spokrewnienia 

powinno  si%  bra$  pod  uwag%  równie&  swego  rodzaju  wspó"czynnik  „pewno#ci”.  Cho$  bowiem  pokrewie'stwo 

background image

mi%dzy  rodzicem  a  dzieckiem  nie  jest  pod  wzgl%dem  genetycznym  bli&sze  od  pokrewie'stwa  brata  z  siostr!,  to 

jednak  wi%ksza  jest  co  do  niego  pewno#$.  Na  ogó"  masz  wi%ksz!  pewno#$,  kto  jest  twoim  dzieckiem,  ni&  kto  jest 

twoim bratem. A najwi%ksz! co do tego - kto jest tob! samym! 

Rozwa&ali#my  mo&liwo#$  wyst%powania  nieuczciwo#ci  w#ród  nurzyków.  W  nast%pnych  rozdzia"ach  na 

temat  k"amców,  oszustów  i  wyzyskiwaczy  powiemy  du&o  wi%cej.  W  #wiecie  pe"nym  osobników  wyczekuj!cych 

tylko  dogodnej  okazji  do  wykorzystania krewniaczego  altruizmu  dla  swoich  w"asnych  celów  maszyna  przetrwania 

musi  dok"adnie  rozwa&a$,  komu  mo&e  zaufa$,  kogo  mo&e  by$  naprawd%  pewna.  Je#li  B  jest  naprawd%  moim 

m"odszym bratem, miara po#wi%canego mu zaanga&owania powinna si%ga$ po"owy moich stara' o siebie samego i 

by$ równa zaanga&owaniu wk"adanemu w moje w"asne dziecko. Lecz czy brata mog% by$ tak pewnym, jak w"asnego 

dziecka? Sk!d wiem, &e jest moim m"odszym bratem? 

Je#li  C  jest  moim  jednojajowym  bli(niakiem,  powinienem  dba$  o  niego  dwa  razy  bardziej  ni&  o  w"asne 

dzieci,  faktycznie  powinienem  ceni$  jego  &ycie  nie  mniej  ni&  w"asne.*  Ale  czy  mog%  by$  tego  pewnym?  Jest 

wprawdzie do mnie podobny, ale mo&e to jedynie skutek przypadku, &e mamy obaj takie same geny na rysy twarzy? 

Nie, nie po#wi%c% dla niego swojego &ycia, cho$, co jest mo&liwe, ma on 100 procent moich genów; tego, &e ja mam 

100  procent  swoich  genów  jestem  pewny  absolutnie.  Dla  siebie  jestem  wi%c  wart  wi%cej  ni&  on.  Jestem  jedynym 

osobnikiem, do którego ka&dy z moich samolubnych genów mo&e &ywi$ ufno#$. I cho$ teoretycznie gen na egoizm 

osobniczy  móg"by  by$  wyparty  przez  konkurencyjny  gen  na  altruistyczne  uratowanie  przynajmniej  jednego 

bli(niaka,  dwojga  dzieci  lub  rodze'stwa,  przynajmniej  czworga  wnucz!t  itd.,  gen  na  osobniczy  egoizm  ma 

olbrzymi!  przewag%,  jak!  daje  pewno#$  co  do  osobniczej  to&samo#ci.  Konkurencyjny  gen  na  altruizm  krewniaczy 

nara&a na pope"nienie b"%du identyfikacji, b%d!cego dzie"em czystego przypadku lub efektem rozmy#lnego dzia"ania 

oszustów i paso&ytów. W przyrodzie powinni#my wi%c oczekiwa$ wi%kszego poziomu egoizmu osobniczego ni& ten, 

który przewidzieliby#my, bior!c pod uwag% jedynie pokrewie'stwo genetyczne. 

U  wielu  gatunków  matka  mo&e  by$  bardziej  pewna  to&samo#ci  swojego  potomka  ni&  ojciec.  Matka  rodzi 

dziecko  lub  sk"ada  jajo,  które  mo&na  zobaczy$  i  dotkn!$,  jest  wi%c  na  dobrej  drodze  do  osi!gni%cia  absolutnej 

pewno#ci, kto nosi jej w"asne geny. Nieszcz%sny ojciec jest znacznie bardziej podatny na oszustwo. Spodziewa$ si% 

wi%c nale&y, &e ojcowie b%d! wk"ada$ mniej wysi"ku ni& matki w opiek% nad m"odymi. O innych jeszcze powodach, 

które  uprawniaj!  nas  do  takich  oczekiwa',  dowiemy  si%  z  rozdzia"u  po#wi%conego  walce  p"ci  (rozdzia"  9). 

Analogicznie, babki ze strony matki b%d! pewniejsze swoich wnuków ni& babki ze strony ojca, mo&na si% wi%c po 

nich  spodziewa$  wi%cej  altruizmu  ni&  po  tych  drugich.  Pokrewie'stwa  z  dzie$mi  swoich  córek  mog!  by$  bowiem 

pewne,  lecz  ich  synowie  mogli  by$  zdradzeni. Natomiast  dziadkowie  ze  strony  matki  s! pewni  swoich  wnuków w 

takim  samym  stopniu,  jak  babki  ze  strony  ojca,  poniewa&  i  jedni,  i  drudzy  musz!  w  swoich  ocenach  uwzgl%dni$ 

jedno  pokolenie,  daj!ce  pewno#$  spokrewnienia,  i  jedno  b%d!ce  (ród"em  niepewno#ci.  Analogicznie,  wujowie  ze 

strony matki winni by$ zainteresowani dobrem swoich siostrze'ców i siostrzenic bardziej ni& wujowie ze strony ojca 

i  zasadniczo  powinni  by$  altruistyczni  w  takim  samym  stopniu  jak  ciotki.  W  istocie  w  spo"ecze'stwie,  w  którym 

niewierno#$  ma"&e'ska  jest  na  porz!dku  dziennym,  wujowie  ze  strony  matki  powinni  przejawia$  wi%cej  altruizmu 

ni&  „ojcowie”,  poniewa&  maj!  wi%cej  podstaw  do  przekonania  o  swoim  pokrewie'stwie  z  dzieckiem.  Wiedz!,  &e 

matka  dziecka  jest  co  najmniej  ich  przyrodni!  siostr!.  „Legalny”  ojciec  nie  wie  nic.  Nie  s!  mi  znane  fakty,  które 

potwierdza"yby powy&sze przewidywania, mimo to przedstawiam je w nadziei, &e mo&e zna je kto# inny lub zechce 

background image

ich  poszuka$.  Przypuszczam,  &e  zw"aszcza  antropologowie  kulturowi  mogliby  dostarczy$  wielu  ciekawych 

informacji.* 

Wracaj!c  do  wyj#ciowego  zagadnienia,  cz%stsze  wyst%powanie  altruizmu  rodzicielskiego  ni&  altruizmu 

braterskiego  da  si%,  jak  s!dz%,  w  sensowny  sposób  wyt"umaczy$  jako  rezultat  „trudno#ci  identyfikacyjnych”.  Nie 

wyja#nia to jednak zasadniczej asymetrii, jaka widoczna jest w relacji rodzice-dzieci. Rodzice dbaj! o swoje dzieci 

bardziej  ni&  dzieci  o  swoich  rodziców,  cho$  pokrewie'stwo  genetyczne  jest  w"asno#ci!  symetryczn!,  a  pewno#$ 

spokrewnienia ma dla obu zainteresowanych stron t% sam! warto#$. Jednym z powodów jest zapewne to, &e rodzice 

s! w praktyce lepiej predysponowani do pomocy swoim dzieciom, gdy& s! starsi i bardziej kompetentni w rzemio#le 

&ycia.  Nawet  gdyby  dziecko  chcia"o  nakarmi$  swoich  rodziców,  nie  jest  odpowiednio  wyposa&one,  by  móc  w 

praktyce tego dokona$. 

W relacjach rodzice-dzieci widoczna jest jeszcze jedna asymetria, której nie obserwujemy w relacjach brat-

siostra.  Dzieci  s!  oczywi#cie  m"odsze  od  swoich  rodziców.  To  cz%sto,  cho$  nie  zawsze,  oznacza,  &e  maj!  d"u&szy 

spodziewany  czas  &ycia.  Jak  podkre#li"em  wcze#niej,  spodziewany  czas  &ycia  jest  wa&nym  czynnikiem,  który 

zwierz% powinno umie#ci$ w swoich „kalkulacjach”, je#li chce podj!$ mo&liwie jak najlepsz! „decyzj%” o dokonaniu 

altruistycznego czynu. U gatunków, u których dzieci maj! d"u&szy #redni spodziewany czas &ycia ni& rodzice, ka&dy 

gen  na  altruizm  przejawiany  przez  dzieci  wobec  rodziców  dzia"a"by  na  swoj!  szkod%.  Nadawa"by  sk"onno#$  do 

altruistycznego  samopo#wi%cenia  na  korzy#$  osobników,  którzy  s!  bli&si  #mierci  ze  staro#ci  ni&  sam  altruista. 

Natomiast gen na altruizm rodzicielski, przy uwzgl%dnieniu w obliczeniach tego samego czynnika - spodziewanego 

czasu &ycia - by"by w sytuacji korzystnej. 

S"yszy si% czasami twierdzenie, &e dobór krewniaczy jest znakomit! teori!, ale przyk"ady jego dzia"ania w 

praktyce s! nieliczne. Tak sformu"owa$ krytyk% mo&e tylko kto#, kto nie rozumie, czym jest dobór krewniaczy. To& 

wszelkie  przyk"ady  ochrony  potomstwa  i  opieki  rodzicielskiej,  jak  równie&  wszystkie  s"u&!ce  temu  cz%#ci  cia"a: 

gruczo"y  mleczne,  torby  kangurów  i  tak  dalej  s!  przejawami  dzia"ania  w  naturze  zasady  doboru  krewniaczego. 

Krytycy  s!  oczywi#cie  #wiadomi  wszechobecno#ci  opieki  rodzicielskiej,  ale  nie  rozumiej!,  &e  opieka  ta  jest  nie 

gorszym  przyk"adem  doboru  krewniaczego  ni&  altruizm  bratersko-siostrzany.  Gdy  domagaj!  si%  przyk"adów,  maj! 

na  my#li  przyk"ady  inne  ni&  opieka  rodzicielska,  i  prawd!  jest,  &e  takie  przyk"ady  s!  rzadsze.  Sugerowa"em  ju& 

wcze#niej,  jakie  mog!  by$  przyczyny  tego  stanu  rzeczy.  Móg"bym,  zboczywszy  z  obranej  drogi,  przytoczy$ 

przyk"ady  altruizmu  bratersko-siostrzanego  -  z  pewno#ci!  znalaz"oby  si%  ich  kilka.  Nie  chc%  tego  jednak  uczyni$, 

poniewa& wzmocni"oby to b"%dny pogl!d (g"oszony, jak ju& wiemy, przez Wilsona), &e dobór krewniaczy dotyczy w 

szczególno#ci innych pokrewie'stw ni& to, które "!czy rodziców z dzie$mi. 

Przyczyny ugruntowania si% tego b"%du maj! t"o historyczne. Korzy#$ ewolucyjna opieki rodzicielskiej jest 

tak  oczywista,  &e  nie  musieli#my  czeka$,  a&  obwie#ci  nam  to  Hamilton.  Ju&  od  czasów  Darwina  rozumiano  to 

doskonale.  Gdy  Hamilton  wykazywa"  genetyczn!  równowa&no#$  i  znaczenie  dla  ewolucji  innych  rodzajów 

pokrewie'stw,  musia",  rzecz  jasna,  po"o&y$  wi%kszy  nacisk  w"a#nie  na  te  inne  ni&  "!cz!ce  rodziców  i  dzieci. 

Przytacza"  w  szczególno#ci  przyk"ady  ze  #wiata  owadów  spo"ecznych,  takich  jak  mrówki  i  pszczo"y,  u  których 

pokrewie'stwo  mi%dzy  siostrami  jest  szczególnie  wa&ne,  o  czym  dowiemy  si%  z  nast%pnego  rozdzia"u.  S"ysza"em 

nawet,  jak  niektórzy  przyznawali  si%  do  prze#wiadczenia,  i&  teoria  Hamiltona  ma  zastosowanie  tylko  do  owadów 

spo"ecznych! 

background image

Je#li  kto#  zaprzecza  temu,  &e  opieka  rodzicielska  jest  przejawem  dzia"ania  doboru  krewniaczego,  niech 

spróbuje  sformu"owa$  ogóln!  teori%  doboru  naturalnego,  która  b%dzie  przewidywa"a  istnienie  altruizmu 

rodzicielskiego, ale nie uwzgl%dni altruizmu mi%dzy krewnymi nale&!cymi do tego samego pokolenia. My#l%, &e mu 

si% to nie uda.