background image

 

Piątek, 17 październik, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

No więc… w porządku. 

To naprawdę nic wielkiego. 

Przecież i tak nie chciałam tyle spać. To wielka strata czasu, jeśli mnie zapytacie. Wiem, 

że to niby zdrowe i w ogóle – że ci wszyscy durni „naukowcy” twierdzą, że to konieczne i tak 
dalej  –  ale  jak  wiarygodni  są  ci  ludzie,  co?  Szczerze,  mogę  przecież  potargać  sobie  włosy, 
założyć  parę  okularów,  połączyć  razem  kilka  chemikaliów  i  również  nazwać  się  naukowym 
geniuszem,  ale  to  z  pewnością  mnie  nim  nie  czyni.  Kto  dokładnie  rozdaje  certyfikaty?  Ja 
zdecydowanie tego nie wiem. 

Nigdy nie pomyśleliście o tym w ten sposób, prawda? 

Dokładnie. 

 

Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

Szczerze mówiąc, mogę wymyślić milion rzeczy gorszych od jednej bezsennej nocy. 

Serio. Milion. Może jeszcze więcej. 

Co 

ze 

światowym 

głodem? 

Zanieczyszczeniem 

środowiska? 

Społeczną 

niesprawiedliwością? Spalonym ryżem? 

Jedna bezsenna noc… to nikogo nie zabije. Te inne tak. Po prostu o tym pomyślcie. 

Więc to naprawdę nie ma znaczenia. 

Nie ma. 

 

Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

background image

 

I nie zapominajmy o tym, co faktycznie się dzieje, kiedy śpisz. 

Kiedy śpisz, to śnisz. 

Tak. Śnisz

A  ja  nigdy  nie  byłam  znana  z  przyjemnych,  normalnych  snów.  Właściwie,  to  nie  mogę 

sobie  przypomnieć  ostatniego  przyjemnego,  normalnego  snu.  Wiecznie  jestem  na  pieńku  z 
tym,  co  wymyśla  mój  umysł  podczas  snu.  Wierzcie  lub  nie,  chociaż  to  TWOJE  życie,  TWÓJ 
umysł, TWOJE łóżko i TWOJE… twoje INNE RZECZY, to TY masz małą kontrolę nad TWOIMI 
snami. Są jak szalejące  w popłochu hipogryfy, a ty jesteś nic nie znaczącym gumochłonem, 
dziko podeptanym w ich tragicznym pędzie. 

Mhm. 

Właśnie tak. 

Zatem  te  sny  –  a  przynajmniej  moje  sny  –  nie  mogą  być  nawet  nazywane  snami.  To 

koszmary.  A  nawet,  jeśli  zewnętrzny  obserwator  może  ich  tak  nie  postrzegać  –  zapewne 
uwierzyłby, że te koszmary były dobrymi snami – to jest w błędzie. Bardzo wielkim błędzie. 
Zaufajcie mi. I nie mam na myśli „niewłaściwości” w sensie, że moja dobra, moralna matka 
nie byłaby zadowolona moimi pozamałżeńskimi reakcjami dziejącymi się w tych snach. Mam 
na myśli niewłaściwość w ten… no po prostu niewłaściwy sposób. 

Więc nieważne. Lubię oglądać wschód słońca, tak jak każdy. I przynajmniej nie leżę już w 

ciemności. To jest znaczna poprawa. 

Serio, nie wiem, dlaczego ludzie nie robią tego częściej. 

 

Kilka minut później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

I wiecie, co jeszcze jest dobrego w tym nie przespaniu nocy? Fakt, iż – podczas nie spania 

– miałam szansę, żeby naprawdę pomyśleć. No wiecie, tak dogłębnie

Bo  mnie  się  wydaje,  że  w  tych  czasach  myślenie  jest  niedocenianie.  A  to  tragiczne.  Co 

roku  wydaje  się  ono  mniej  wykorzystywane  –  co  jest  smutne,  biorąc  pod  uwagę 
konsekwencje – nie sądzicie? Serio zaczynam się obawiać, że bezmyślna głupota to szalejąca 
epidemia  w  dzisiejszym  skorumpowanym  społeczeństwie.  Więc  może  gdyby  ludzie 
zrezygnowali  z  odrobiny  snu  piękności  –  co  którego  jestem  sceptycznie  nastawiona.  Osoba 
ma  limit  podatności  na  odmłodzenie,  wiecie?  –  to  nasz  świat  byłby  odrobinę  lepszym 
miejscem. 

background image

 

Więc na miłość Merlina, przestańcie być tak cholernie samolubni

Psh. 

 

Kilka minut później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

Ponadto… mam wiele do myślenia. 

O  większości  –  zgodnie  z  pewnym  dekretem  podpisanym  siedem  godzin  temu  – 

technicznie nie powinnam myśleć, tak naprawdę. Ale nie w tym sedno. 

Bo  odkryłam,  że  jeśli  myślisz  o…  pewnych  rzeczach…  wystarczająco  abstrakcyjnie,  to 

ostatecznie  tak  naprawdę  o  nich  nie  myślisz,  prawda?  Myślisz  o  czymś  zupełnie  innym. 
Czymś… em… abstrakcyjnym. 

Więc proszę bardzo. 

Zero naruszenia. 

Mh-hm. 

 

Kilka minut później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

To znaczy… mam taką nadzieję

… 

Niech to szlag. 

 

Ciąg dalszy, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

Bo chodzi o to, że… jak mogę o tym wszystkim nie myśleć? 

background image

 

Nie  robię  tego  na  przekór  mojemu  dekretowi  ani  dlatego,  że  jestem  chorą, 

masochistyczną dziewczyną, sedno w tym, że… wiele przypadkowych ciekawostek ma teraz o 
wiele więcej sensu. A gdy w końcu udało mi się przestać ryczeć jak przeciekający kran, który 
kapie, kapie i kapie bez ustanku w twojej głowie, miałam szansę na zbilansowanie ich. 

Jak na przykład MJ – który, tak na marginesie, nie może być potępiany za te szaleństwo. 

Przynajmniej nie przeze mnie. Grzechy ojca są antyczną historią – ponieważ teraz rozumiem, 
czemu jest tak uroczo dziwny. Jak wy ułożylibyście się w rodzinie Rosierów? Jakbyście sobie z 
tym poradzili? Większość uległoby ich okropnym zwyczajom, byliby tacy jak oni, ale MJ taki 
nie jest. I sądzę, że ten chłopiec zasługuje za to na więcej kredytu zaufania. 

I… no dobra, no i co, że zamiast zamienić się w diabelską ikrę śmierci, stał się tak jakby 

zamkniętą  w  sobie,  nastoletnią  encyklopedią?  Cokolwiek  działa.  I  to  również  naprawię. 
Wkrótce będzie otwartą, nastoletnią encyklopedią, taką z wieloma przyjaciółmi, którzy będą 
tolerować zdanie „wiedziałeś o tym?” bardziej niż przeciętny człowiek i którzy z zachwytem 
przyjmą MJ’a. Tylko poczekajcie. Tak się stanie. 

A więc widzicie? Całkiem pouczająca bezsenność. 

 

Więcej, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 194 

A co z Elisabeth Saunders, hm? Ją również rozumiem teraz troszkę lepiej. 

W porządku, może nie chciałam dowiadywać się więcej o Elisabeth Saunders, biorąc pod 

uwagę,  iż  jest  zmorą  mojego  życia  i  jedyną  osobą,  do  której  mogłabym  doczepić  laskę 
dynamitu,  podpalić  ją  i  odejść  pogwizdując  sobie  pod  nosem,  ale  jednak.  Nastąpiły  pewne 
pouczające rewelacje. Jak w ten wieczór przy dziurze portretu, kiedy… 

Em. 

Okej. 

Cofnąć i ująć to inaczej. 

Um… 

Jak w ten wieczór przy dziurze portretu, kiedy ja – całkiem sama – miałam obchód, ale 

pewni ludzie – gdybyśmy zwracali uwagę na takich ludzi albo gdyby hipotetycznie tam byli – 
wpadli  we  wściekłość  znajdując  ją  pijaną  i rozemocjonowaną.  Bo do tego  czasu  ich  dwójka 
najwyraźniej była na okresie próbnym za takie rzeczy. Chociaż nie wiem dokładnie dlaczego. 

background image

 

Ale  nawet  mnie  to  nie  obchodzi  –  no  nie  tak  bardzo.  To  znaczy,  może  troszeczkę  mnie 
obchodzi. Ale tylko trochę. Jak… em… 

Och, no dobra. 

Oczywiście,  że  mnie  to  obchodzi.  Chcę  się  dowiedzieć,  o  co  chodziło.  Ale  wybieramy 

swoje  bitwy.  Chyba  powinnam  się  najpierw  skoncentrować  na  przeżyciu  następnych  kilku 
dni, prawda? 

Psh. 

Jasne

Lecz  najwyraźniej  cała  ta  sytuacja  jest  skomplikowana.  Pamiętacie,  kiedy  mnie 

zaatakowała? Saunders, mam na myśli? Po tym jak my – a mówiąc „my”, oczywiście mam na 
myśli siebie i wszechobecne Losy Świata, które zawsze tam są – znaleźliśmy ją? Wiedziałam 
wtedy,  że  spowodowane  to  było  nienaturalnym  przywiązaniem  Saunders  do  J  –  pewnych 
ludzi
  –  ale  teraz  pojmuję,  że  to  było  coś  więcej  niż  przeciętna  zazdrość  nie-zbliżaj-się-do-
mojego-byłego-ty-zdziro.  Sądziła,  że  mam  potajemną  randkę  z  jej  poprzednim  jakimś-tam-
pijackim-wybawcą, a to było złe. Co, wiecie, tak jakby rozumiem. Bo również lubię pewnych 
ludzi.  Choć  nie  dlatego,  że  chcę  z  nimi  pić.  Albo  chodzić  z  nimi  na  szalone  wyskoki.  Albo 
prokreować… 

Hm. 

Eee… nie idźmy w tamtą stronę. 

Więc… Saunders. Racja. Rozumiem ją. Przechodziła przez bardzo ciężki okres i uchwyciła 

się kogoś, kto również przeżywał bardzo ciężki okres, a teraz… no wiecie, nie chce go puścić. 
Co  jest  z  jej  strony  głupie,  bo  powinna  puścić.  Biorąc  pod  uwagę,  że  ich  związek  był 
całkowicie  sztuczny.  Sztuczniejszy  niż  sztuczny,  tak  naprawdę.  Był  tak  sztuczny,  że  nie 
wymyślono nawet słowa opisującego ten rodzaj sztuczności. 

Więc… tak. 

Jasne. 

 

Kilka sekund później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Idiotka, idiotka. 

Kto, do diabła, wymawia słowo prokreacja o tak wczesnej porze? 

background image

 

Idiotka, idiotka, idiotka Lily. 

Niech to szlag

Obserwacja #195) UGHHHHHHHHHHHH. 

 

Troszkę później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Nic mi nie jest. 

Trochę zimnej wody zadziałało. 

Gdzie ja byłam? 

A… myślenie. Racja. Robiłam tego wiele. 

A rzecz w tym – mówię z kompletną niejasnością i bez żadnej postawy w rzeczywistości, 

oczywiście,  ponieważ  nie  znam  nikogo  takiego  –  że  gdyby  kogoś  matka  przeszła  przez  coś 
całkowicie  traumatycznego,  co  doprowadziłoby  tego  kogoś  do  czegoś  równie 
traumatycznego… cóż, to zdecydowanie mówi wiele o tej osobie, prawda? 

I choć powinnam osądzać tę hipotetyczną osobę o wiele ostrzej niż robię to w tej chwili 

–  przecież  zrobił  najwyraźniej  wiele  głupich  rzeczy  –  to  jakoś…  nie  mogę.  Naprawdę  nie 
mogę.  Bo  tak  jak  powiedział  Syriusz,  może  to  wiele  bagażu,  ale  to  bagaż,  który  został 
pokonany.  To jest… sama nie wiem. Coś. Coś wyjątkowego. 

Psh. 

Co za bzdury. 

 

Więcej i więcej momentów, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Boże, myślenie wyczerpuje

Albo to ta bezsenna noc. 

Nieważne. 

background image

 

Szczegół techniczny. 

 

Kilkanaście minut później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Nie mogę już dłużej zostać w tym pokoju. 

Dusi mnie. Serio. Dusi mnie myślami. Myślami, które – bądźmy tutaj szczerzy – nie są tak 

niejasne, jak twierdzę. Więc muszę się stąd wydostać. Po prostu muszę. 

Idę  na  dół.  Idę.  Może  zostanę  w  pokoju  wspólnym,  może  będę  chodzić  jak  dziwak  po 

korytarzach, może zbiorę w sobie odwagę i  zerknę do Wielkiej Sali  – wiecie, żeby zobaczyć 
czy będę naruszać dekret, przebywając tam – albo może pójdę do kuchni czy coś. 

Nie wiem co zrobię, ale nie mogę tutaj zostać. 

Te miejsce nie jest zdrowe. 

Duszę się

Wychodzę. 

 

Później, Wciąż w Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Do diabła. 

Czy on jest poważny? 

Czy on jest cholernie poważny

Nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę tego nie zniosę. W jaką chorą grę on sobie pogrywa, 

hm?  Jaką  średniowieczną  torturę  zamierza  mi  wymierzyć?  Wiem,  że  jestem  nieszczęsną 
osobą,  mam  gównianego  anioła  stróża  i  w  skali  od  jeden do  dziesięciu moja  karma  jest  na 
pozycji  -47,  nie  wspominając  o  fakcie,  że  nie  wyjechałam  jeszcze  do  Guam,  niezależnie  od 
konieczności mojej izolacji… ale na to nie zasługuję. Po prostu nie. 

On czeka tam na dole. 

Nie robię was w jaja, on czeka tam na dole

background image

 

Kto tak robi? Kto? Ten idiota siedzi sobie na kanapie w pokoju wspólnym,  czekając, aż 

zejdę  na  dół!  A  kiedy  to  mówię,  to  nie  jestem  nawet  zwyczajną  absurdalnie-samolubną-
świat-kręci-się-wokół-mnie-Lily – wiem, że on na mnie czeka! Wiem to na pewno! A to jest 
takie…  takie…  żeby być  doskonale  szczerą  graniczy to  z  prześladowaniem,  a  gdyby  ktoś  się 
zastanawiał, to w tym kraju jest to  nielegalne. I jeśli sądzi, że nie złożę na niego oskarżenia 
tylko dlatego, że… cóż, niech tylko poczeka i zobaczy, dobra? Niech  zobaczy czy nie wrzucę 
jego durnego tyłka do Azkabanu… eee, jeżeli można pójść do Azkabanu za prześladowanie. 
Czego nie jestem pewna. Ale wrzucą go gdzieś, a te miejsce na pewno nie będzie wygodne i 
to mi wystarczy! 

Merlinie

Nie zniosę tego. 

Przysięgam, że któregoś dnia pęknę. 

Nie spodziewałam się tego. Schodziłam sobie po schodach klatki schodowej dziewcząt, 

idąc  dość  powoli  –  oczywiście  nie  dlatego,  iż  myślałam,  że  on  tam  jest.  Ta  myśl  nawet  nie 
przyszła  mi  do  głowy.  Byłam  po  prostu  zmęczona.  Zmęczenie  oznacza  powolność.  Dzięki 
Merlinowi – wciąż rozmyślając o wszystkich miejscach, które byłyby lepsze (i nie naruszające 
dekretu)  niż  leżenie  w  moim  diabelskim  dormitorium,  myśląc  o  rzeczach,  o  których  lepiej 
było  nie  myśleć.  Byłam  w  połowie  klatki  schodowej,  kiedy  usłyszałam  ten  znajomy  głos 
odbijający się echem po kamiennych ścianach, który mnie zatrzymał. 

- Hej, co ty tutaj robisz? Czemu nie jesteś na dole? 

Od  razu  wytężyłam  słuch,  szybko  rozpoznając  głos  Marley,  a  to  był  niespodziewanie 

jasny  punkt  w  moim  nudnym  poranku.  Uśmiechnęłam  się,  więcej  niż  szczęśliwa  na 
odnalezienie  dystrakcji.  W  moim  wymęczonym  stanie  nie  dodałam  dwa  do  dwóch  i  nie 
zdałam  sobie  sprawy,  do  kogo  mogła  mówić  Marley.  Właściwie,  to  miałam  już  zbiec  po 
schodach i przywitać się z nią radośnie, gdy odpowiedź na jej głośne pytania zmroziły mnie w 
miejscu. 

Bo zgadnijcie – cholernie zgadnijcie – kto jej odpowiedział? 

- Cześć, Marley. Czekam tu na Lily. Muszę z nią porozmawiać. 

Bo oczywiście, że to był on. 

I cholernie na mnie czekał!!! 

Nie czekałam, żeby usłyszeć resztę. Obróciłam się na pięcie i popędziłam tak szybko – ale 

cichutko.  Nie  chciałam  zostać  złapana  –  jak  mogłam  po  schodach,  prosto  do  mojego 
dormitorium, prosto do mojego łóżka i nie oglądałam się za siebie.  Nie mogłam oglądać się 
za siebie. 

background image

 

Co jest nie tak z tym cholernym kretynem, do diabła? 

No bo szczerze, w chwili – w cholernej chwili – kiedy postanawiam – dla jego własnego 

dobra, muszę dodać!  – trzymać się od niego z daleka, żeby był szczęśliwy, bezpieczny i nie 
nieszczęśliwy, bo jestem niezdecydowaną mendą, to on postanawia się do mnie odezwać?!? 
Żeby nawet na mnie CZEKAĆ?! Chociaż wczoraj NAWET NIE ZWRACAŁ NA MNIE UWAGI?? 

Co do diabła? 

CO do DIABŁA? 

Nienawidzę go. 

Tak bardzo go nienawidzę. 

 

Jeszcze Później, Wciąż w Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Muszę  go  ominąć.  Muszę.  Jeśli  pozwolę  mu  teraz  na  rozmowę,  to  cały  plan  będzie  do 

bani.  Będzie  bezwartościowy  –  ja  będę  bezwartościowa.  Moja  determinacja  zniknie  –  na 
brodę Merlina, praktycznie już jej nie ma, przez fakt, że on… on na mnie czekał. I chce ze mną 
pogadać.  Choć  byłam  nieczułym  bachorem  w  sprawie  MJ’a  i  zeszłej  nocy  go  zbyłam.  On 
wciąż… on… 

Widzicie? 

CZY WY TO WIDZICIE? 

Nie  powinno  się  mnie  wypuszczać  do  ludzi.  Powinno  się  mnie  zamknąć  w  szafie.  Na 

zawsze. Świat byłby bezpieczniejszym miejscem. 

Co ja teraz zrobię

 

Trochę Później, Wciąż w Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Hm. 

Hm. Hm. 

background image

10 

 

Ja… chyba mam plan. 

Tak. 

Tak, w rzeczy samej. 

Grace. 

Potrzebuję Grace. 

 

Później Później, Wciąż w Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 196 

- Grace. Gracie

Wspięłam  się  na  łóżko  Grace,  uprzejmie  próbując  wybudzić  ją  z  jej  Krainy  Martwych 

cichym,  jednak  stanowczymi  –  trzeba  być  stanowczym  w  takich  sprawach,  wiecie  – 
wołaniami,  kiedy  chrapała  pod  kołdrą,  kompletnie  nieświadoma  jak  rozpaczliwie  jej 
potrzebowałam. Ale zamiast unieść się pomocnie z głębin snu i uprzejmie zapytać co może 
zrobić dla swojej ukochanej, najlepszej przyjaciółki w ten cudowny poranek, Grace mruknęła 
coś nieskładnego, obróciła się na bok i skutecznie mnie zignorowała. 

Psh. 

Przyjaciele. 

Serio, jaki z nich pożytek? 

Choć  to  łagodnie  niepokojące,  to  nie  pozwoliłam  takiemu  okropnemu  traktowaniu 

obniżyć  moją  determinację.  Przeszywając  ją  wzrokiem  (chociaż  tego  nie  widziała), 
zadecydowałam  po  prostu,  że  Grace  potrzebowała  delikatnego  pchnięcia  do  świadomości. 
Wiecie, żeby fizycznie uruchomić jej pobudkę. 

A jeśli dziewczyna niemal spadła z łóżka w tym procesie… cóż, to nie moja wina. 

Przecież to było ledwo stuknięcie, naprawdę. 

Hm. 

- Co… achh! 

Grace rzucała się dziko na końcu łóżka, przesuwając ciało, szalenie starając się nie spaść 

na podłogę dormitorium, wyglądając jak bezradnie wijąca się ryba na ziemi. Siedziałam cicho 
na  swojej  stronie  jej  łóżka,  cierpliwie  czekając,  aż  się  uspokoi.  Kiedy  nareszcie  ułożyła  się 

background image

11 

 

dobrze  na  łóżku,  jej  dzikie  oczy  natychmiast  przeniosły  się  na  mnie.  Nie  wyglądała  na 
szczególnie zadowoloną. Jednakże spodziewałam się tego. 

- Co ty, do cholery – warknęła – chcesz

Merlinie, ktoś jest trochę zrzędliwy. 

I nie musi nawet przestrzegać głupiego dekretu. 

-  Dzień  dobry,  Gracie!  –  przywitałam  radośnie,  posyłając  jej  swój  najlepszy  uśmiech.  – 

Jak się masz? 

Grace jęknęła głośno, wymamrotała pewne rzeczy, których nie mogę i nie powtórzę (ale 

oczywiście zachowam je dla przyszłościowego wykorzystania, na wszelki wypadek) i obróciła 
się na bok, ponownie zwracając się do mnie plecami. 

Psh. Co za niegrzeczność. 

-  Jak  bardzo  mnie  kochasz,  Gracie?  –  zapytałam,  nigdy  nie  odpuszczając  mojego 

ostatecznego  celu,  nawet  w  obliczu  jawnego  odrzucenia.  Zeskoczyłam  z  jej  łóżka,  szybko 
przeszłam na drugą stronę i kucnęłam na podłodze obok niej. Spojrzałam na jej nachmurzoną 
twarz  smutnym  wzrokiem,  który  pewnie  doprowadziłby  ją  do  łez,  gdyby  zechciało  jej  się 
otworzyć oczy. – Kochasz mnie bardziej niż kogokolwiek innego na świecie, prawda? 

- Nie. 

Zmarszczyłam brwi. – No muszę być przynajmniej w pierwszej piątce

- Czego chcesz? – warknęła, wciąż zaciskając powieki. 

-  Niewiele  –  odparłam  niewinnie,  lekko  wzruszając  ramionami.  –  Tylko…  no  wiesz, 

przysługę.  Małą,  naprawdę.  Bardzo,  bardzo  małą.  Praktycznie  mikroskopijną.  Gdyby  moja 
przysługa była fizycznym przedmiotem, to byłaby taka maleńka, że zgubiłabyś ją. Serio. 

- Czego chcesz? – zapytała znowu, wcale nie przyjaźniej. 

Pstryknęłam cicho językiem i rzuciłam jej nieprzyjemne spojrzenie, chociaż nie widziała 

go,  bo  nadal  nie  chciała  na  mnie  spojrzeć.  Pociągnęłam  za  końcówki  swoich  włosów,  ale 
przeszłam do sedna. – Chciałabyś się przejść? – zapytałam w końcu. 

Nie wahała się nawet z odpowiedzią. Nawet o niej nie pomyślała

- Nie. 

- Nie? – Starałam się nie jęczeć.  – Ale czemu nie? Gracie, musisz wziąć się w  garść. To 

jest dla ciebie tak samo ważne, jak i dla mnie. Staram się po prostu… 

Nie

background image

12 

 

Zmarszczyłam mocno brwi. – Gracie, jestem zrozpaczona. Musisz mi pomóc! 

Może to fakt, że brzmiałam tak nieszczęśliwie, a może to, że Grace nareszcie odnalazła 

swoje współczucie gdzieś w Krainie Snów, a może po prostu dlatego, że Grace to inteligentna 
dziewczyna  i  wie,  kiedy  stoi  na  straconej  pozycji.  Z  jakiegokolwiek  powodu  –  niechętnie
przyznaję – uniosła jedną powiekę. 

Ach, słodkie zwycięstwo. 

Praktycznie je wyczuwałam

- Gdzie przejść? – wymamrotała. 

Od  razu  się  rozchmurzyłam,  raz  jeszcze  posyłając  jej  najlepszy  uśmiech.  –  Bardzo 

niedaleko – obiecałam, kiwając głową w bardzo zachęcający, och-wiesz-że-chcesz-to-zrobić-
ty-głupiutka-dziewczyno sposób. Grace westchnęła ciężko. Otworzyło się drugie oko. 

-  Łazienka  jest  niedaleko  –  poinformowała  mnie,  wyglądając  bardzo  podejrzliwie.  – 

Chcesz, żebym poszła z tobą do łazienki? 

- Em, nie. 

- Pokój wspólny? 

Uśmiechnęłam się. – Na początek. 

Grace zmrużyła mocno oczy. Wpatrywała się we mnie powątpiewająco. 

- Na początek? – spytała, nie lubiąc tej odpowiedzi. – Co to znaczy, do cholery? I Lily… - 

Jej oczy przestały się mrużyć. Właściwie, to nagle robiły coś przeciwnego, rozszerzając się do 
niemal alarmującego stanu. Z powątpienia zmieniły się na szok. 

A potem zaiskrzyły się. 

O-o. 

-  Lily  –  powiedziała  powoli,  podnosząc  się  nieznacznie.  –  Czy  ty  masz  na  sobie  to,  co 

myślę, że masz na sobie? 

… 

Eee. 

Kurde. 

Ups. 

- Nie? – odparłam, krzywiąc się. 

background image

13 

 

Tyle że bezsensowne było zaprzeczanie temu  – nie wiem czemu w ogóle próbowałam. 

Przecież oplatał moją szyję, krzycząc o swojej obecności. Przecież Grace dokładnie wiedziała, 
co to było, co oznaczało. Przecież nie mogłam tego cofnąć. 

W porządku. Dobra. Założyłam szczęśliwy szal Jamesa. 

Jestem słaba i dziewczęca. 

Pozwijcie mnie. 

-  Zamilcz  –  mruknęłam  gniewnie,  gdy  Grace  zaczęła  się  śmiać.  –  Po  prostu  zamilcz, 

zamilcz. Wiem, że jestem żałosna, dobra? Rozumiem to. Ha ha z Lily. 

-  To  jest  zupełna  odstawka?  –  chichotała  Grace.  Boże,  czy  ona  nie  spała  kilka  sekund 

temu? – To jest te „nie widzimy, nie mówimy ani nie myślimy o Jamesie Potterze, dopóki nie 
powiem inaczej”? Śpisz z jego szalem? 

- Nie spałam z nim – odparłam gorzko, zastanawiając się czemu w ogóle się kłopotałam. 

Skrzyżowałam ramiona na piersi i zmarszczyłam brwi.  – Szczerze mówiąc wcale nie spałam, 
dziękuję ci bardzo! I założyłam go dopiero teraz  – powiedziałam obronnie – bo on na mnie 
czeka

- Kto na ciebie czeka? 

Och, na brodę Merlina. 

- Jak myślisz? – spytałam gniewnie, wywracając oczami. – James! On na mnie czeka! Na 

dole! Chce ze mną porozmawiać

- W porządku – odparła powoli Grace, wyraźnie nie rozumiejąc. – A problemem jest…? 

-  Grace!  –  zawołałam,  chcąc  ją  walnąć.  –  Nie  mogę  z  nim  gadać!  Zupełna  odstawka, 

pamiętasz? Zupełna odstawka

- Ale wcale się do tego nie stosujesz – przypomniała mi Grace, wskazując na szal, jakby 

to było przypomnienie. Przeszyłam ją wzrokiem. 

-  Stosuję!  –  upierałam  się  i  niemal  w  to  wierzyłam.  –  Naprawdę!  To  –  powiedziałam, 

unosząc  szal  –  był  tylko  moment  słabości.  Ale  wracam  na  trasę.  Serio.  Dlatego  właśnie  cię 
potrzebuję. 

- Żebym zeszła do pokoju wspólnego? – zapytała Grace. Posłała mi spojrzenie. – Co mam 

niby zrobić? Skoczyć na niego, kiedy ty uciekniesz? 

-  Nie  – odparłam, nagle udobruchana,  kiedy  ona  wyglądała  na  bardziej  uległą  mojemu 

planowi. – Widzisz, myślałam o tym, że mogłabyś zejść na dół i… być może pójść na spacer. 

- Pójść na spacer? – powtórzyła beznamiętnie. Zmrużyła podejrzliwie oczy. – Jaki spacer? 

background image

14 

 

-  Krótki  –  powiedziałam,  znowu  uśmiechając  się  do  niej  szeroko.  –  I  żeby  nie  było  ci 

samotnie  –  dodałam  szybko,  kiwając  zachęcająco  głową  –  może  zabrać  kogoś  ze  sobą.  Na 
przykład Jamesa. 

Grace  wciąż  patrzyła  na  mnie  pusto.  –  Więc  chcesz,  żebym  zeszła  na  dół,  przekonała 

Jamesa, żeby poszedł ze mną na spacer, a wtedy zabrać go… gdzie dokładnie? 

-  Daleko  –  odparłam  pomocnie.  –  Po  prostu…  daleko.  A  wtedy  polecę  do  Skrzydła 

Szpitalnego, gdzie przekonam Sadystkę Pomfrey, że jestem zbyt chora na gości. 

- Nie jesteś nawet trochę chora – mruknęła beznamiętnie Grace. – Poza głową

Naprawdę, nie mam na to czasu. 

- Gracie – błagałam, praktycznie opadając na ręce i kolana. – Proszę

Grace  wydawała  się  myśleć  nad  tym  przez  parę  chwil,  ostrożnie  obrzucając  mnie 

wzrokiem, tak jakby oceniała do jakiego poziomu szaleństwa dotarłam i co by się stało, gdyby 
mi odmówiła. Musiało to być coś nieszczęśliwego, ponieważ westchnęła głośno, popatrzyła 
na mnie z lekceważeniem i powiedziała. – Masz szczęście, że cię lubię. 

A tylko o to prosiłam. 

Tylko trochę lubienia. 

I, no wiecie, spacer. 

Ale nieważne. To niemal to samo. 

Obserwacja #196) Moi przyjaciele mnie kochają. Nawet, jeśli to bardzo mało ludzi. 

 

Jeszcze Później, Skrzydło Szpitalne 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 195 

Grace  zajęło  jakieś  tysiąc  lat  zebranie  się  z  łóżka  i  ubranie,  kiedy  ja  panikowałam  i 

spacerowałam przed jej łóżkiem. Wiedziałam, że mój plan był wspaniały  – ja, twórca planu 
Mac-Napisał-Jej-Cholerny-List,  go  wymyśliłam,  prawda?  –  i  że  może  zadziałać,  jeśli  wszyscy 
będą  współpracować.  I  choć  wiedziałam  również,  że  James  zazwyczaj  nie  słuchał  głosu 
rozsądku  –  a  przynajmniej  nie  wtedy,  kiedy  potrzebowałam  tego  od  niego  –  byłam 
przekonana  do  umiejętności  perswazji  Grace.  Jest  bardzo  dobra,  kiedy  nastawia  umysł  na 
pewne rzeczy. 

Ale stwierdziłam, że trochę mowy dopingującej, gdy myła zęby, nie jest złym pomysłem. 

background image

15 

 

Wiecie, żeby perswazyjne soki wciąż płynęły i w ogóle. 

- Mów o Quidditchu – zasugerowałam pomocnie, opierając się o framugę łazienkowych 

drzwi,  patrząc  jak  Grace  –  naprawdę,  jest  taka  wolna  –  bez  pośpiechu  szorowała  zęby 
trzonowe. – Powiedz coś takiego „O, cześć, James. Pogadajmy o naszych… em… strategiach 
ofensywnych!”. 

- Jestem pałkarzem – powiedziała beznamiętnie Grace. – To obronna pozycja, Lil. 

- O to mi chodziło. 

- No pewnie. 

Zmarszczyłam brwi, niezbyt zadowolona jej nonszalancją.  – Gracie, proszę. To nie pora 

na Niezaradność-Lily-W-Quidditchu. To ważne

Grace splunęła zdecydowanie niezgrabnie do umywalki i spojrzała na mnie, przewracając 

oczami. – Co ty na to – powiedziała, posyłając mi spojrzenie. – Zejdę tam, powiem „Siemasz, 
James. Chodźmy na spacer.”. On się zgodzi. Pójdziemy. Ty uciekniesz. Tak? 

Jeszcze mocniej zmarszczyłam brwi. 

Serio, jak ja z nią wytrzymuję? 

- Nie traktuj tego lekko, Gracie – ostrzegłam. – Masz przed sobą trudne zadanie. 

- Ta, jasne – prychnęła Grace. Weszła z powrotem do dormitorium. Szłam krok w krok za 

nią. – Bardzo trudne. 

- Tylko nie bądź zbyt oczywista – przypomniałam jej szybko, przygryzając wargę i idąc za 

nią,  kiedy  wyciągnęła  ze  swojej  szafy  tenisówki.  –  Nie  wyglądaj  tak,  jakbym  kazała  ci 
odwrócić  jego  uwagę.  Bądź  subtelna.  Naprawdę,  naprawdę  subtelna.  Jak…  jak  coś,  co  jest 
subtelne. Właśnie tak. 

-  Kumam  –  mruknęła  Grace,  zakładając  buta.  –  Żadnego  „Lily  ukrywa  się  na  klatce 

schodowej, czekając, aż cię odciągnę.” 

Westchnęłam ciężko. – Tylko o to proszę. 

Grace  wstała,  nareszcie  na  tyle  reprezentacyjna,  żeby  zabrać  się  do  roboty.  Rozejrzała 

się  szybko  po  pokoju,  zanim  zwróciła  spojrzenie  na  mnie.  Wyraz  twarzy  miała  dość 
sardoniczny. 

-  Więc  jak  długo  mam  powstrzymywać  go  od  powrotu?  –  zapytała,  związując  włosy  w 

kucyka. 

Zacisnęłam  usta.  –  Cóż  –  powiedziałam  z  namysłem,  stukając  się  w  brodę  –  jeśli 

pobiegnę,  to  pewnie  dotrę  na  dół  w  parę  minut,  racja?  Ciężko  będzie  przekonać  Pomfrey, 

background image

16 

 

żeby pozwoliła mi zostać… biorąc pod uwagę, że obecnie trwamy po środku relacji miłości-
nienawiści. Z naciskiem na nienawiść. 

Bardzo dużym naciskiem. 

Ale mocno wierzę w tę cienką linię między miłością i nienawiścią.  

Grace  westchnęła  głośno,  najwyraźniej  nie  wierząc  tak  mocno.  –  Dlaczego  się  z  nią 

kłócisz? – zapytała ze zmęczeniem. Natychmiast poczułam obrazę na te oszczerstwo. 

- Przepraszam, ale ona to zaczęła – oświadczyłam gorąco, splatając ramiona na piersi. – 

Chciałabym  ci  przypomnieć,  że  kiedy  ja  –  niewinna,  ranna  dziewczyna  –  nie  zrobiłam  nic, 
żeby ją dręczyć, to ta kobieta kilkakrotnie zagroziła mojemu życiu! obrabowała mnie! nie 
chciała dać mi ryżu! 

- O tak, właśnie tak to się wydarzyło – mruknęła Grace, uśmiechając się lekko. Zabrała 

swoją torbę z łóżka, zakładając ją na ramię. Wtedy odwróciła się do mnie, kiwając głową. – 
Dobra – powiedziała. – Zaczynajmy te przedstawienie. 

- Kocham cię, Gracie – odparłam sumiennie. 

Grace prychnęła. – Będziesz robić przez miesiąc moje zadania z Zaklęć. – Ale mówiąc to, 

kierowała się już do drzwi i dlatego właśnie moja zdeklarowana miłość nie była kłamstwem. 
– Idziesz za mną na dół? – zapytała. 

Potaknęłam. – Poczekam na klatce schodowej. 

- A tak – roześmiała się, rzucając mi uśmiech.  – A jeśli wszystko zawiedzie, ogłusz go z 

cieni i uciekaj, dopóki będzie nieprzytomny. 

- Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. 

- W rzeczy samej. 

Milczałam,  kiedy  doszłyśmy  do  drzwi,  bardzo  mocno  starając  się  stłumić  moje  kroki  i 

każdy  inny  dźwięk,  który  ostrzegłby  pewnych  ludzi  o  mojej  obecności.  Jednakże  nie 
powinnam była się tym martwić, ponieważ Grace  – dość wspaniale, tak naprawdę. Dlatego 
trzymam  ją przy sobie  –  sprawiała  tyle  hałasu,  że  pewnie  mogłam  stoczyć  się  po  schodach 
razem ze stadem słoni i pokój wspólny wciąż nie byłby rozsądniejszy. Kiedy schodziła głośno 
po schodach, jej torba sunęła hałaśliwie po kamiennych murach, a głośne nucenie niosło się 
echem  do  pokoju  wspólnego,  ja  szłam  ostrożnie  za  nią,  zatrzymując  się  tam,  gdzie  byłam 
poza widokiem. 

Głośne przywitanie Grace zaczęło cały plan. 

- Siemasz, mój dobry przyjacielu. Jak się masz tego pięknego poranka? 

background image

17 

 

Aj, ta teatralność. 

Czasami mogłabym naprawdę jej przyłożyć. 

- Cześć, Grace. – Usłyszałam słowa Jamesa (które wcale nie przyprawiły mojego serca o 

podskok. Po prostu potknęłam się lekko na schodach. Podskok serca odnosił się do schodów) 
który nie brzmiał na podekscytowanego jej widokiem, czym nie byłam zaskoczona. – Czemu 
nie śpisz? 

-  Pomyślałam  sobie,  że  dziś  trochę  wcześniej  powitam  ten  pogodny  poranek  – 

odpowiedziała Grace, brzmiąc bardzo swobodnie – a przynajmniej tak swobodnie, jak mogła 
brzmieć  przy  takim  gadaniu  jak  głupek.  –  Ale  bardzo  się  cieszę,  że  na  ciebie  wpadłam. 
Chodźmy na spacerek, co? 

- Nie mogę – odparł James. – Czy Lily jest na górze? 

Grace milczała chwilę. – Na górze w jakim sensie? – zapytała w końcu. 

Och, na litość boską. 

-  Grace  –  powiedział  James  i  praktycznie  słyszałam,  jak wywrócił  oczami.  –  Daj  spokój. 

Możesz po nią pójść? Muszę z nią pogadać. 

- To zły pomysł. 

- Dlaczego? 

- Zaufaj mi. 

Znowu  nastąpiła  cisza,  w  której  nie  wiedziałam,  co  się  działo.  Czy  James  rozważał 

wparowanie  po  schodach,  przeklęcie  tego  wszystkiego?  Czy  Grace  patrzyła  na  niego 
spojrzeniem  nawet-o-tym-nie-myśl-koleś?  Czy  poleciały  już  uroki?  Czy  on  się  poddał?  Czy 
ona porzuciła plan? 

CO SIĘ DZIAŁO? 

-  No  chodź  –  odezwała  się  nareszcie  Grace  i  niemal  westchnęłam  z  ulgą,  ale  szybko 

zdałam  sobie  sprawę,  że  byłoby  to  dość  głupie,  biorąc  pod  uwagę,  iż  ludzie-którzy-nie-
powinni-być-obecni nie mogą przecież wzdychać głośno na klatkach schodowych, które niosą 
echo.  –  Pogawędzimy  sobie  trochę.  Dziś  rano  jestem  najbliższą  rzeczą,  jaką  dostaniesz  od 
Lily. 

- Co to ma niby znaczyć? 

- Po prostu chodźmy. 

background image

18 

 

Usłyszałam,  jak  James  burczy  coś,  czego  nie  potrafiłam  określić,  ale  nastąpił  również 

charakterystyczny  odgłos  kroków,  a  potem  wymowne  otwieranie  się  i  zamykanie  dziury 
portretu, co poinformowało mnie, że Grace osiągnęła sukces. 

Dzięki Merlinowi

Ta dziewczyna dostanie cholernie dobry prezent na Gwiazdkę. 

Zostałam na klatce jeszcze przez parę minut, dając Grace trochę czasu, żeby odciągnęła 

Jamesa jak najdalej od Wieży i określonej drogi, którą będę biegła sprintem, aby dostać się 
niezauważona do Skrzydła Szpitalnego. Starałam się nie myśleć o szaleństwie, które mogłoby 
–  a  znając  mnie,  bez  wątpienia  tak  się  stanie  –  wybuchnąć.  Lecz  wierzyłam  w  Grace  i 
wierzyłam  w  –  no,  może  nie  ich  umiejętność  leczenia,  ale  zdecydowanie  w  umiejętność 
moich stóp do biegania. 

Byłam dobrą biegaczką. 

Potrafiłam to zrobić. 

Nie  myślałam  o  widowisku,  które  miałam  z  siebie  zrobić,  kiedy  bezceremonialnie 

wystrzeliłam  z  klatki  schodowej,  przeskakując  przez  trzy  ostatnie  schodki  i  biegnąc  przez 
pokój  wspólny,  przechodząc  przez  dziurę  portretu  w  rekordowym  czasie.  Nie  zatrzymałam 
się wtedy. Moje stopy ruszały się instynktownie, biegnąc w tempie, który był bliski sprintowi, 
ale równocześnie wciąż byłam w stanie z powodzeniem nawigować korytarzami. Pomieszało 
się  trochę,  kiedy  dotarłam  do  schodów  –  nie  byłam  pewnie,  gdzie  Grace  zabrała  Jamesa  i 
trzeba  było  być  bardzo  ostrożnym  w  uniwersalnej  lokalizacji,  którymi  są  poruszające  się 
schody Hogwartu – ale coś lub ktoś musiał być po mojej stronie, bo nim się zorientowałam 
przechodziłam już przez drzwi Skrzydła Szpitalnego, moja misja była kompletna. 

Miejsce  było  przeważnie  puste  z  jednym,  zdecydowanie  zabawionym  na  fioletowo 

kolegą  leżącym  na  łóżku  po  prawej  (nie  zamierzałam  nawet  pytać)  i  sporadycznie 
pojawiającym się skrzatem. Dostrzegłam na końcu pomieszczenia łóżko, do którego wczoraj 
byłam przykuta, zakryte częściowo zasłonami i nagle, te przerażające łóżko nie wyglądało już 
tak strasznie. W rzeczywistości wyglądało niemal cudownie. Zrobiłam parę kroków dalej do 
skrzydła, wpatrując się w moją kryjówkę, gdy znajome, pytające cmoknięcie sięgnęło moich 
uszu. Prawie się wzdrygnęłam. 

Bo to była moja przeszkoda. 

W formie sadystycznej pielęgniarki. 

Niech to szlag

- Panna Evans. Wciąż żywa, jak widzę? 

background image

19 

 

Obróciłam  się  powoli  na  pięcie,  patrząc  w  lewo  i  dostrzegając  Madame Pomfrey. Stała 

przed  jedną  z  apteczek,  w  ręce  trzymając  podkładkę  do  pisania  i  patrząc  na  mnie  z  kpiąco 
uniesioną brwią. 

O rany. 

-  Ledwo  –  odpowiedziałam  powoli,  zmuszając  się  do  najniewinniejszej  miny  i 

podchodząc do niej parę kroków.  – Jednakże obawiam się, że rzeczy stają się niewyraźne – 
tak jak przewidywałam. Wierzę, że powinnam się położyć. 

Przyłożyłam rękę – te zranioną (większy efekt) – do czoła i zakołysałam się. 

Pomfrey najwyraźniej nie docenia dramaturgii. 

- Położyć? – powtórzyła powątpiewająco, lekceważąc moje chwianie się, jej brew sięgała 

teraz katastroficznej wysokości. – I pomyślałaś o tym, żeby wyjść z łóżka i zejść aż tutaj, żeby 
to zrobić? Interesujące. 

Szlag, szlag

- Madame… 

-  To  jest  Skrzydło  Szpitalne,  panno  Evans.  –  Nie  dawała  mi  nawet  szansy  na  wyplucie 

zawsze-przekonywujących  kłamstw.  –  Myślałam,  że  jako  Prefekt  Naczelna  będziesz 
wystarczająco dojrzała, żeby to uszanować. 

- Szanuję, ale… 

- Jest wielu naprawdę chorych i rannych ludzi w tym zamku. 

Prawie na to prychnęłam. 

Co, Fioletowy Chłopiec? 

O tak. Te miejsce jest przepełnione chorobą. 

- Tak, wiem, Madame, ale… 

- Czyżby? 

- Oczywiście. Ja… 

- No więc obie wiemy, gdzie powinnaś być, tak? 

O nie. 

Nie, nie, nie, nie, nie

background image

20 

 

- Madame Pomfrey! – zawołałam nagle, bez takiego zamiaru, słowa po prostu wypadły, 

kiedy  zobaczyłam,  że  mój  plan  rozpadnie  się  na  kawałeczki.  –  Musi  pani  posłuchać!  To 
wykracza poza chorobę i uraz. To wykracza poza wszystko. – Dostałam tylko brew, ale i tak 
mówiłam  dalej,  mój  głos  robił  się  coraz  bardziej  rozhisteryzowany.  –  Jest  taki  chłopak
Madame  –  powiedziałam  wolno,  wskazując  na  drzwi  Skrzydła  Szpitalnego.  –  Jest  chłopak, 
który  w  tej  chwili  jest  gdzieś  inteligentnie  zatrzymywany  w  tym  zamku.  Ale  to  go  nie 
powstrzyma  –  naprawdę  nie.  A  pani  jest  moim  jedynym  ratunkiem.  Tylko  pani  go 
powstrzyma. Jestem bardziej chora niż może sobie to pani wyobrazić – wewnętrznie. Bardzo 
niepewna równowaga mojego zdrowia psychicznego zależy od tego, czy mogę trzymać tego 
chłopaka  z  dala  od  siebie.  Więc  proszę  panią  –  błagam  panią  –  żeby  pozwoliła  mi  tutaj 
zostać. Proszę pozwolić mi tutaj zostać, Madame. 

Praktycznie sapałam na koniec tej małej tyrady, ignorując spojrzenia, które dostawałam 

od skrzata i Fioletowego Chłopca – szczerze, on jest fioletowy. Kim on jest, żeby osądzać? – i 
skupiłam  się  na  Pomfrey,  która  wyglądała  na  zaskoczoną  moim  wybuchem.  Jednakże  jej 
twarz szybko powróciła do normalnej, napiętej miny i serce praktycznie opadło mi na to, co 
domyślałam  się,  iż  to  oznaczało.  Już  próbowałam  pomyśleć  o  innych  miejscach,  w  których 
mogłabym  się  ukryć  (lochy?  Wieża  Astronomiczna?  Czy  można  było  nurkować  w  Wielkim 
Jeziorze?), gdy Pomfrey w końcu się odezwała. 

- Łóżko na tyle jest wolne – powiedziała, opuszczając wzrok na swoją podkładkę. – Chcę 

spojrzeć na twoje ramię i zmienić ten bandaż. 

Łóżko… 

Mogłam zostać? 

Naprawdę pozwalała mi zostać

Ta przemowa zadziałała?! 

-  Och,  dziękuję,  Madame!  –  wykrzyknęłam,  bardzo  chcąc  ją  uściskać,  ale  jedno 

spojrzenie na jej surową minę przywróciło mnie do całkowitego profesjonalizmu. Tak jakby. – 
Oczywiście mam na myśli – dodałam szybko, kiwając głową z powagą  – że jest pani bardzo 
dobrą  pielęgniarką.  Kochane  jest  z  pani  strony,  że  tak  się  pani  mną  zajmie.  Hogwart  byłby 
smutnym miejscem bez pani. Bardzo smutnym miejscem. 

Pomfrey praktycznie wywróciła oczami. 

- Po prostu idź do łóżka, panno Evans – odparła, odchodząc. 

A kim ja byłam, żeby czegoś takiego jej odmawiać? 

Bo może ona wcale nie jest taka zła. Wiecie, może nie jest tyrańską despotką. 

background image

21 

 

To znaczy, nie zrozumcie mnie źle – to jest jej częścią, zdecydowanie. Ale teraz myślę, że 

może ma w sobie inną stronę, taką, która nie jest przerażająco nieszczęsna. Być może w głębi 
duszy ma w sobie jakieś człowieczeństwo. Po prostu trzeba odsunąć na bok gorzką wrogość, 
żeby do niej dotrzeć. A przypuszczam, że nie najlepszym na to sposobem jest drwienie z niej 
piórami  i  informowanie  jej  o  cichych  buntach,  które  dzieją  się  w  jej  szeregach.  Jednakże 
sądzę,  że  nareszcie  odkryłam  sposób,  który  to  robi  –  albo  zdecydowanie  tak  to  dla  mnie 
wygląda. 

Bo  najwyraźniej  Pomfrey  ma  słabość  do  dziewczyn  przeżywających  romantyczne 

cierpienie. 

Serio, kto wiedział? 

Co za bajeczna kobieta z tej Pomfrey. 

Bajeczna, bajeczna kobieta. 

 

Później, Wciąż w Skrzydle Szpitalnym 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Obserwacja  #197)  W  przyszłości  nie  najlepszym  pomysłem  byłoby  oblewanie  się 

kwasem. Rezultaty nie są ładne. 

Już nie winię Katie Frost za zemdlenie. Chyba też zaraz zemdleję. 

Merlinie, te oparzenie jest obrzydliwe

Poważnie. To najobrzydliwsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. I jest na moim ciele

Fioletowy  Chłopiec  (tak  na  marginesie,  to  trzecioroczny  Krukon  o  imieniu  Roy.  A  te 

fioletowe  zabarwienie  to  reakcja  alergiczna  na  jakiś  produkt  Zonka,  którzy  jego  koledzy 
wsadzili  do  jego  łóżka.  Powiedziałam  mu,  że  powinien  wnieść  pozew.  On  chce  tylko  zrobić 
krzywdę swoim kolegom) też sądzi, że jest mocno obrzydliwe. Jednakże on również jest nim 
urzeczony – przybiegł ze swojego łóżka do mojego, żeby to zobaczyć – ale jestem pewna, że 
to po prostu zachowanie trzynastoletniego chłopca. Wciąż prosi mnie, żebym znowu zdjęła 
bandaż, błaga i błaga, by znowu spojrzeć. Pomfrey powiedziała, że obandażuje jego, jeśli nie 
zostanie na swoim miejscu. Roy stwierdził, że to całkiem komiczne. Może również bym się z 
tego śmiała, gdybym nie była – o tak, właśnie – na skraju wymiotów

Jakbym nie była wystarczająco nieatrakcyjna. 

Ile trwa oparzenie kwasem? 

background image

22 

 

 

Później Później, Wciąż Wciąż w Skrzydle Szpitalnym 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

O rany. 

Spójrzcie, co właśnie do mnie przyszło: 

Droga Lily, 

Cóż, to był interesujący liścik, nieprawdaż? Masz szczęście, że ciotunia Mae i ja miałyśmy 

te  sesję  robienia  krówek  –  i  że  Twój  ojciec  woli  babeczki,  a  Petunia  postanowiła,  iż  krówki 
szkodzą jej cerze – bo nadal mam ich mnóstwo do rozdania. Dołączyłam ekstra-dużą porcję i 
mam  nadzieję,  że  będziesz  zadowolona.  Czy  Winnie  nic  będzie  z  całym  tym  dodatkowym 
ciężarem?  Tak  bardzo  mi  szkoda  tej  biednej  sówki,  musi  lecieć  przez  całą  Anglię,  a  teraz 
jeszcze z tą ciężką paczką! Ale, Lily… 

O co w tym naprawdę chodzi? 

Wiem, że droczyłam się z Tobą w ostatnim liście, ale czy tu naprawdę chodzi o chłopca? 

Nie mówię, że nie cieszę się, iż znalazłaś sobie kogoś, kto Ci się podoba – czasami wydaje mi 
się, że nie pozwalasz sobie na bycie nastolatką, gdy tak o wszystko się martwisz! – ale jeśli 
musisz uwodzić biednego kolegę krówkami… no co to Ci mówi? Nie, żebym nie była pewna, 
że ten James jest dla Ciebie zupełnie kochany  –  musiałby być, żeby przykuć Twoją  uwagę  – 
ale czasami naprawdę się o Ciebie martwię. Od czasu do czasu masz tendencję do robienia z 
igły widły. Nie chciałabym, żeby coś takiego Cię przerosło. Po prostu pomyśl o tym, dobrze, 
kochanie?  I  wiesz,  że  możesz  porozmawiać  ze  mną  o  wszystkim,  prawda?  Zawsze  Cię 
wysłucham. 

Dobra,  muszę  kończyć  –  panie  z  Klubu  Kobiet  przychodzą  dziś  na  partyjkę  kart.  Mają 

jakąś nową grę, coś o waletach i asach. Spróbuję przekonać Tunię do gry. Życz mi szczęścia! 

Kocham Cię, Lily. 

Mama 

Och, mamo. 

Ma ogromne szczęście, że w tej chwili jestem szczególnie wdzięczna za matki. 

Co ja mam zrobić z tymi wszystkimi krówkami, do jasnej cholery? 

Szlag

background image

23 

 

 

Później, Skrzydło Szpitalne (Nadal) 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Przeżuwałam bułeczkę, po którą moja nowa, najlepsza przyjaciółka – serio, czemu ja jej 

nie lubiłam? No i co, że jest trochę sadystyczną kleptomanką? Kogo to obchodzi? Ja jestem 
nałogową kłamczuchą z cieniem chciwości. Wszyscy mamy własne problemy – wysłała swoje 
skrzaty,  kiedy  do  Skrzydła  Szpitalnego  wkroczyła  moja  druga  najlepsza  przyjaciółka,  świeżo 
po  swojej  niedawnej  misji.  Grace  przeszła  dumnym  krokiem  przez  podwójne  drzwi, 
przeżuwając  własny  kawałek  grzanki  i  posyłając  uśmiech  Roy’owi  –  który,  jak  radośnie 
odkryliśmy,  ostatnio  przygasł  do  przyjemnego  odcienia  magenty  –  wyglądając  na 
zadowoloną z siebie. 

Zatrzymała się pośrodku pomieszczenia, wyciągając szyję i próbując mnie dostrzec. 

- Gracie! – zawołałam, wysuwając głowę zza zasłony. – Tutaj! 

Grace odwróciła się i prychnęła, gdy mnie zauważyła. 

-  Bardzo  ładnie  –  powiedziała,  podchodząc  i  kiwając  głową  z  aprobatą.  –  Masz  własną 

tarczą z zasłon i w ogóle. Planujesz sukces, co? 

- Sama nie wiem, ty mi powiedz. – Przesunęłam się, żeby mogła zająć miejsce obok mnie 

na łóżku. Położyła swoje książki na podłodze i zrobiła tylko to, ale nie powiedziała nic więcej. 
Spojrzałam  na  nią  wyczekująco,  ale  nie  załapała  aluzji.  Zmarszczyłam  brwi.  Przeciągała  to 
zbyt cholernie długo. – No? – naciskałam. – Jak poszło? 

Grace wgryzła się w grzankę. – Wymknęłaś się, prawda? – zapytała. 

Wywróciłam oczami. 

Dlaczego, u licha, pomyślałaby, że w ogóle o to chodzi? 

- Daj spokój, Gracie – jęczałam, pewnie wyglądając dość żałośnie, ale jeśli nie możesz być 

żałosną przed własnymi przyjaciółmi, to przed kim możesz? – Co zrobiłaś? Co powiedziałaś? 
Co on powiedział? 

- Myślałam, że stosujesz zupełną odstawkę? – zapytała beznamiętnie Grace, posyłając mi 

uśmieszek. Jej oczy się iskrzyły. – Czy może powinnam iść po twój szal? 

Och, ha. Ona jest taka bystra, co? 

I tak by po niego nie poszła, bo tak się składa, że mam go znowu w torbie. Która leży na 

podłodze. Tuż obok mnie. 

background image

24 

 

Ale nie o to chodzi. 

Nie jest to nawet ważne. 

Mam nadzieję. 

-  Och,  jakaś  ty  zabawna  –  mruknęłam  ponuro,  rzucając  jej  nieprzyjemne  spojrzenie, 

kiedy  wybuchła  śmiechem  tak  histerycznym,  iż  szczerze  miałam  nadzieję,  że  złamie  sobie 
parę żeber. – Taka zabawna. Mam nadzieję, że pewnego dnia udławisz się śmiechem.  

- Oj, przestań być taka zgorzkniała – zachichotała Grace, zarzucając ramię na moje barki. 

– Nie moja wina, że masz potworną obsesję na punkcie tego faceta. 

- Nie mam potwornej obsesji – upierałam się cierpko, choć było to duże, grube kłamstwo 

i obie to wiedziałyśmy. – Jestem po prostu… zaangażowana. Ale to wszystko. W moim życiu 
są teraz o wiele ważniejsze rzeczy. 

- Takie jak Ukochany Amos? – zapytała Grace, poruszając brwiami. 

Umm. 

Hm. 

- Tak – odpowiedziałam powoli, mój język zdawał się nie pracować poprawnie. Tak jakby 

przykleił mi się do podniebienia. – Tak, dokładnie takie jak Amos. 

Grace zagapiła się na mnie. 

- To było zawahanie – oskarżyła mnie natychmiast, brzmiąc na całkowicie oszołomioną. 

Jej oczy były szeroko otwarte, gdy na mnie spojrzała. – Lily… to było zawahanie! Zawahałaś 
się i nawet nie nazwałaś go światłem i miłością swojego życia! Zdajesz sobie z tego sprawę? 

- No i? – odparłam gniewnie, chcąc wyjaśnić te przyklejenie się języka do podniebienia, 

ale nagle zorientowałam się, że znowu się to dzieje. – Ja… no i? 

- No i? – powtórzyła Grace, szczerząc się do mnie diabelsko. – No i? Powiedziałabym, że 

to raczej wymowne, prawda? 

- Nie. 

- Nie? 

Nie

Albo może nie chciałam, żeby było wymowne. 

Merlinie, jestem bałaganem

background image

25 

 

Grace  chyba  zorientowała  się,  że  ta  rozmowa  jest  oficjalnie  zakazana,  ale  i  tak 

uśmiechała  się  do  siebie  szeroko.  Co  do  mnie,  nie  chciało  mi  się  o  tym  wszystkim  myśleć. 
Wcale. Nie teraz. Może nigdy. 

Mogłam to zrobić, prawda? 

- Rozmawialiśmy o tobie – powiedziała nagle Grace, cicho, ale spokojnie. Przeniosłam na 

nią wzrok, serce waliło mocno w mojej piersi. 

- Co? – spytałam głupio. Grace uśmiechnęła się trochę ironicznie. 

-  Próbowałam  tematu  Quidditcha  –  przekonywała,  wzruszając  ramionami  –  ale 

nieszczególnie chciał o nim rozmawiać. Ten facet ma trochę jednotorowy umysł. 

Och. 

Jasne. 

- Co ty… to znaczy, o czym rozmawialiście? Dokładnie? 

Grace  znowu  wzruszyła  ramionami.  –  O  wielu  rzeczach  –  odparła  niejasno.  Odwróciła 

głowę i spojrzała na mnie z trochę bardziej współczującą miną.  – On naprawdę chce z tobą 
pogadać. 

Praktycznie zamarłam. 

-  Nie  mogę,  Grace  –  wymamrotałam,  potrząsając  głową.  –  Ja  po  prostu…  nie  mogę, 

dobra? Nie zamierzam jeszcze bardziej go w to wciągać. Nie będę już go deptać. 

-  Nie  sądzisz,  że  na  to  trochę  za  późno,  Lil?  –  zapytała  z  lekkim  grymasem  w  głosie.  – 

Chodzi mi o to, że mało wam brakuje do bycia zaangażowanymi, nie sądzisz? 

- Ale nie jesteśmy – upierałam się, zwiększając determinację, która wiem, że gdzieś tam 

była zeszłej nocy. – Nie jesteśmy i nie będziemy… cóż, niczym nie będziemy, dopóki nie pójdę 
na tę randkę z Amosem i rozgryzę całą sytuację. Taka jest moja decyzja. A jeśli jemu się nie 
podoba… to dla jego własnego dobra. Więc lepiej niech się przyzwyczai. 

- Jesteś pewna? – zapytała Grace. 

Nie. 

Ani trochę. 

Ale i tak skinęłam głową. 

- Tak – odpowiedziałam. – Tak, jestem pewna. 

Potem  było  cicho,  obie  siedziałyśmy  na  łóżku,  przez  chwilę  zajadając  się  naszymi 

indywidualnymi przekąskami. Wiedziałam, że Grace myślała prawdopodobnie, że zachowuję 

background image

26 

 

się jak głupek w tej sytuacji, ale… tak nie jest. Na razie tak musi być. Poza tym, ona jest za 
Jamesem – oczywiście, że myśli, iż ten plan jest wadliwy. Ale jest stronnicza. Więc myli się. 

To dobry plan… tylko nie całkiem łatwy

-  O,  i  dla  twojej  informacji  –  powiedziała  po  jakimś  czasie  Grace,  kiedy  trochę 

pozjadałyśmy i pomyślałyśmy – jesteś teraz gorącym tematem. 

- Jestem czym? – zapytałam, marszcząc brwi. 

- Wszyscy o tobie mówią – powtórzyła Grace, wzruszając ramionami. 

Em… 

Co takiego? 

-  Czemu?  –  spytałam,  próbując  nie  jęczeć.  Na  litość  Merlina,  co  zrobiłam  teraz,  do 

diabła? 

- Co masz na myśli „czemu”? – zapytała Grace, rzucając mi spojrzenie. – Czy znasz wielu 

ludzi, którzy codziennie oblewają się kwasem? 

Och. 

To. 

Racja. 

- Do jasnej cholery – powiedziałam, tym razem rzeczywiście jęcząc. – To będzie irytujące. 

- Żebyś wiedziała – powiedziała Grace, uśmiechając się lekko. – Już dwoje dwurocznych 

podeszło do mnie i zapytało, ile ci zostało. 

- Dni – mruknęłam gniewnie, wywracając oczami. – Godziny. Minuty. Nie zdecydowałam 

jeszcze, kiedy się wykończę. – Westchnęłam ciężko. – Podaj mi ten pojemnik, dobrze? Chyba 
będę potrzebować dzisiaj jakiegoś pocieszenia. 

Grace chwyciła pojemnik krówek, który położyłam na stoliku obok łóżka razem z kopertą 

listu mojej mamy (rzeczywista korespondencja mogła zostać przypadkowo opluta i schowana 
do mojej torby. Może). Spojrzała na niego z zaciekawieniem. 

-  Co  to  jest?  –  zapytała,  podając  mi  pojemnik,  ale  zatrzymując  kopertę  dla  siebie. 

Zerknęła na nią, przewracając w dłoniach. 

-  Krówki  –  odpowiedziałam,  wzdychając.  Odchyliłam  pokrywkę  i  od  razu  sięgnęłam  do 

wnętrza. – I wiem, że krówki nie są częścią twojego zwykłego, zbalansowanego śniadania, ale 
naprawdę sądzę… 

- O – przerwała mi nagle Grace – mój Boże. Mam pomysł. 

background image

27 

 

Uniosłam  gwałtowne  głowę.  Grace  wpatrywała  się  w  kopertę  mamy,  iskrzącymi  się 

oczami. 

- Daj mi pióro! – krzyknęła. 

- Co? – spytałam tępo. 

-  Daj  mi  pióro!  –  wykrzyknęła  ponownie,  wyciągając  rękę  i  wyczekująco  nią  machając. 

Chwilę  zajęło  mi  poruszenie  się  –  co  ona  miała  na  myśli  „mam  pomysł”,  do  diabła?  –  lecz 
podrygująca  dłoń  Grace  szybko  zmusiła  mnie  do  rzucenia  się  po  upragniony  przyrząd 
pisarski. Chwyciłam ten, który miałam tutaj schowany i położyłam go na jej dłoni. Grace od 
razu  zabrała  się  do  roboty,  podciągając  kolana  na  łóżko  i  kładąc  na  nich  kopertę  –  co  ona 
wyczyniała? Odchyliła tylną klapkę i nachyliła się nad nią. Zaczęła szybko coś na niej bazgrać. 

Co? 

- Um, Grace – zaczęłam powoli, patrząc jak pisze – co ty…? 

Grace  uniosła  się  nagle,  upuszczając  pióro  na  łóżko  i  zamykając  klapkę  listu.  W  końcu 

odwróciła się do mnie, jej uśmiech był prawie maniakalny. 

O rany. 

-  Jestem  –  oświadczyła  –  najbłyskotliwszą  wśród  najbłyskotliwszych  kobiet,  które 

kiedykolwiek żyły! Spójrz na to

Wepchnęła  mi  kopertę, maniakalny  uśmiech  praktycznie  ogarnął  całą  jej  twarz.  Powoli 

wzięłam  kopertę,  przysuwając  ją  do  siebie  i  ostrożnie  przenosiłam  wzrok  z  Grace  na 
przedmiot jej obłędu. Lekko przerażona, ostrożnie obróciłam kopertę i uniosłam klapkę. 

Napisano tam pięć słów w ciemnym atramencie i znajomym piśmie Grace. 

Cóż, to było łatwe, prawda? 

Er… 

Hm. 

Czy mi… coś umyka? 

- Em… błyskotliwe? – powiedziałam, przyglądając się ostrożnie Grace. – Bardzo, bardzo, 

eee… inteligentne? 

- Nie pojmujesz tego – powiedziała beznamiętnie Grace, jakby to była moja wina. 

No najwyraźniej

- Um, nie – odpowiedziałam, nie wiedząc, co więcej powiedzieć. 

background image

28 

 

Grace wywróciła oczami. 

Pomyśl o tym, Lily – rzekła, złowieszczy błysk w jej oczach pozytywnie promieniował. – 

Możemy zrobić ich tonę – koperta za kopertą – i wszystkie mogą mówić coś błyskotliwego. 
Właściwie, to sądzę, że na następnej powinno być napisane „Wszystkie świetne listy miłosne 
zaczynają się od otwartej klapki” i… 

O mój Boże. 

O mój Boże

Ona jest błyskotliwa!! 

- Gracie – powiedziałam, uśmiechając się tak szalenie, jak ona. – Jesteś błyskotliwa! 

Och, ona nas zabije. 

Tak bardzo nas zabije. 

Nie mogę się doczekać

 

Później Później, W Drodze na Zaklęcia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

PRZEWODNIK PO FABRYCE KOPERT EVANS-REYNOLDS 

(znane również jako WTRĄCANIE SIĘ W ŻYCIE MIŁOSNE EMMELINE POPRZEZ POCISKI) 

KROK PIERWSZY: Stwórz Twoją Kopertę. 

Tworzenie twojej koperty/pocisku jest fajne! Po pierwsze, zegnij kwadratowy pergamin 

w jeden, duży trójkąt. Potem zegnij dwa boczne kąty do środka, wkładając jeden  pod drugi, 
żeby stworzyć silny uchwyt kopertowy. Po trzecie, unieś złączone kąty do góry, formując dół 
twojej koperty. Na koniec złóż klapkę i – voila! – pocisk skończony! (Proszę zauważyć: może 
być konieczne zaklęcie taśmy i za wszelką cenę unikaj cięcia papierem. Au) 

KROK DRUGI: Wpisz Twoją Drwiącą Wiadomość 

Teraz nie czas, żeby się powstrzymywać! Otwórz klapki (Proszę zauważyć: Klapki kopert

Wszystkie inne klapki – zwłaszcza te na ubraniach – powinny pozostać cały czas zamknięte) i 
napisz swoją najbardziej drwiącą wiadomość! Śmiało! ZAŻENUJ JĄ. 

KROK TRZECI: Odnajdź Twój Cel. 

background image

29 

 

Teraz pora zlokalizować twój cel. Upewnij się, że ten cel jest poza zasięgiem profesorów i 

niełatwo ucieknie. Twoim zadaniem, jako Poświęcony Robotnik Fabryki, jest upewnienie się, 
że twój cel jest dostępny. Więc do roboty. (Proszę zauważyć: może być konieczna siła) 

KROK CZWARTY: Atakuj! 

Używając  wszystkich  koniecznych  sposobów  (czaru,  uroku,  siły  ramienia,  gołębia 

posłańca,  grawitacji,  itd.)  wyceluj  w  twój  cel  i…  atakuj!  Rzuć  kopertowym  pociskiem  w 
niego/nią/to  i  uderz!  Nie  pozwól  mu/jej/temu  zapomnieć,  że  W  TYM  ZAMKU  SĄ  INNE 
KOPERTY TAKIE JAK TE, KTÓRYMI SĄ UDERZANI.  

KROK PIĄTY: Wyglądaj Niewinnie. 

Poświęceni  Pracownicy  Fabryki  muszą  wyglądać  tak,  jakby  nic  nie  wiedzieli,  ale 

RÓWNIEŻ informując cel, że ONI OBSERWUJĄ. 

KROK SZÓSTY: Powtórz

 

Wciąż Później, Tuż Przed Zaklęciami, Klasa Zaklęć 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Gotowa? –GR 

Wiesz, że tak. Co jest napisane na twojej pierwszej? –LE 

Pomyślałam, że pozostanę przy klasycznym: „To było łatwe, prawda?”. A ty? 

Nonszalancka zabawa: „Trening czyni mistrza. Spróbuj znowu!” 

Podoba mi się. 

Dziękuję. 

Jak myślisz, gdzie jest Emma? 

Nie wiem. Ale kiedy tutaj dotrze, nie będzie wiedzieć, co ją uderzy. 

Dosłownie. 

Mwa-haha. 

Trochę zbyt bardzo się w to wczuwasz, Lil. Jestem lekko zaniepokojona. 

Moje wścibskie instynkty działają na najwyższych biegach. Obwiniaj je. 

background image

30 

 

Cóż, to na pewno je uspokoi – spójrz, kto właśnie wszedł. 

O, szlag. 

Chwila… CZEMU ON TUTAJ IDZIE?!?! 

Mówiłam ci, że chce z tobą porozmawiać. 

AHHHHHHHHH!!!!!!! 

… 

… 

… 

No to było wyjątkowo dojrzałe, Lil. Chowanie się pod ławką. To jest nowe. 

Nie chowałam się. Schylałam się po moje pióro. Które upuściłam. 

Celowo. 

Przypadkowo-celowo. To wielka różnica. 

Na pewno. 

Tak!  I  dziękuję  ci,  że  nie  pozwoliłaś  mu  wejść  za  mną  pod  ławkę.  Jesteś  bardzo  dobrą 

przyjaciółką. 

Mocno się w tym upierał, co? 

Zagroził, że przesunie cię siłą. Ale cieszę się, że stawiłaś na swoim. Jesteś bardzo twardą 

dziewczyną. 

Wiem. Po prostu nie mogłam dopuścić, żeby zmienił cię w papkę. Potrzebuję cię, jako 

Poświęconą Pracownicę Fabryki. 

…nie zmieniłabym się w papkę. 

Mhm. 

Cicho. 

Wiesz,  możesz  być  następna.  Jeśli  ktokolwiek  potrzebuje  pomocy  romantycznej,  to 

tylko ty. 

Och, zamilcz. Powiem ci, że… OCH!!! EMMA!!! 

Pociski gotowe. Bez odbioru? 

Bez odbioru. 

background image

31 

 

 

Jeszcze Później, Zaklęcia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Siedziałyśmy  z  Grace  przy  naszej  ławce  z  przygotowanymi  kopertami  –  ale  dobrze 

ukrytymi,  oczywiście  –  gdy  Emma  w  końcu  postanowiła  wejść  do  klasy,  trzymając  książki  i 
wyglądając  na  trochę  udręczoną.  Normalnie  mogłoby  zrobić  mi  się  jej  trochę  szkoda  – 
zwłaszcza  biorąc  pod  uwagę,  co  zamierzałyśmy  zrobić  –  lecz  moje  wścibskie  instynkty  nie 
chciały na to pozwolić. Wszak mogła winić wyłącznie siebie. 

- Hej – powiedziała, brzmiąc na trochę zasapaną. Położyła książki na pustym krześle obok 

Grace. – Gdzie wy byłyście? Szukałam wszędzie i… 

- Przykro mi, Em, ale nie możesz tutaj siedzieć. 

Emma przestała mówić. Spojrzała na Grace ze zdezorientowaniem. – Co? – zapytała. 

Grace wysunęła kopertę spod książek i wyciągnęła ją do Emmy, gdy ja przyglądałam się 

temu  z  ledwo  powstrzymywaną  wesołością.  Moja  wścibska  strona  praktycznie  śpiewała  z 
radości. – Myślę, że to wszystko wyjaśni – powiedziała. 

Emma  zerknęła  na  kopertę,  potem  spojrzała  na  Grace  i  znowu  na  kopertę  z 

zamroczeniem  na  twarzy.  Powoli  po  nią  sięgnęła,  wyciągając  z  ręki  Grace  i zaciekawieniem 
przyjrzała  się  pustemu  wierzchowi.  Po  jakimś  miliardzie  lat  w  końcu  obróciła  kopertę  i 
otworzyła klapkę. Najpierw spojrzała do środka, nic nie znalazła, a potem nareszcie odnalazła 
naszą mądrą notatkę. Zmarszczyła brwi, czytając. 

- Co? – Taka była jej odpowiedź. 

Nie najmądrzejsza dziewczyna w naszym gronie, co? 

- No więc było? – zapytałam, zachęcając ją. 

Emma gapiła się na mnie bez słowa. 

O rany. 

-  Co  było?  –  zapytała  i  naprawdę  chciałam  ją  udusić  od  rozdrażnienia.  Szczerze,  czy 

muszę to przeliterować? 

-  Otworzenie  koperty  –  odpowiedziałam,  postanawiając,  że  teraz  nie  pora  na  bycie 

subtelną  –  bylibyśmy  tu  cały  cholerny  poranek  –  patrząc  na  nią  błagalnie.  Wkładałam  do 
głosu  wiele  nacisku,  kiedy  mówiłam  dalej.  –  Nie  było  to  zbyt  trudne,  prawda?  Otworzenie 
koperty, przeczytanie jej zawartości…? 

background image

32 

 

Emma  nadal  patrzyła.  Początkowo  myślałam,  że  naprawdę  będziemy  musiały  jej  to 

wytłumaczyć  –  a  to  naprawdę  zabrałoby  połowę  zabawy  ze  wszystkiego  –  ale  wtedy,  dość 
niespodziewanie – ale w samą cholerą porę – twarz Emmy pociemniała. 

Eee… bardzo. 

Przypuszczam, że w końcu załapała. 

- To – rzekła Grace, zanim Emma mogłaby coś powiedzieć – jest interwencja, Emmeline. 

Przygotuj się na zostanie poddaną interwencji.  

Emma  nie  wyglądała  na  taką,  co  chciałaby  być  poddaną  interwencji.  W  rzeczywistości, 

kiedy  jej  twarz  ciemniała,  a  w  oczach  pojawiała  się  nieprzyjemna  ilość  ognia,  wyglądała  na 
naprawdę wrogo do tego nastawioną. 

Ale ci, którzy naprawdę tego potrzebują, zawsze tacy są. 

-  Interwencja?  –  wydusiła,  patrząc  na  nas  spod  przymrużonych  powiek,  jej  twarz 

przybrała  brzydki  odcień  czerwieni.  –  Jak  możecie…  myślałam,  że  zgodziłyśmy  się,  żebyście 
zostawiły to w spokoju?! 

Spojrzałam na Grace. – Nie zgodziłam się na zostawienie tego w spokoju. Czy ty zgodziłaś 

się na zostawienie tego w spokoju? 

- Nie. 

Popatrzyłam na Emmę. – Nic takiego nie zrobiłyśmy. 

Och, była wściekła

- Obie jesteście śmieszne!  – warknęła, piorunując nas wzrokiem i nie ukrywając swojej 

furii. Skrzyżowała ramiona na piersi. – Czego ode mnie oczekujecie? Co… 

-  Niewiele!  –  oświadczyłam  od  razu,  przekonywującą  kiwając  głową  i  przerywając  jej 

tyradę. – To naprawdę niewiele! 

Spojrzałam na Grace dla pomocy, wiedząc, że ona postawi nasze prośby – albo, wiecie, 

prośby, w których Emma tak naprawdę nie ma wyboru – bardziej… elokwentnie niż ja. 

Albo może nie chciałam, żeby ta wściekłość była skierowana na mnie. 

Ale nieważne. To samo. 

- Prosimy tylko – wyjaśniła Grace, brzmiąc dość miło, tak jakbyśmy naprawdę prosiły, a 

nie  żądały  i  planowały  bunt  oparty  na  kopertach  –  żebyś  ponownie  rozważyła  tę  sprawę  z 
listem. Czy prosimy o tak wiele? 

background image

33 

 

Emma otworzyła i zamknęła usta, sprawiając wrażenie, jakby to było wiele do proszenia, 

ale  nie  potrafiła  znaleźć  na  to  odpowiednich  słów.  Plątała  się  jeszcze  przez  parę  chwil,  po 
czym zebrała myśli, znajdując sobie nowy cel. 

Mianowicie mnie. 

Naprawdę, jak niegrzecznie? 

- A co z nią? – zawołała do Grace, celując palcem w moim kierunku. Wyprostowałam się 

na tę zniewagę, rzucając Emmie nieprzyjemne spojrzenie. Zignorowała mnie. – Dlaczego ona 
nie ma interwencji? Potrzebuje jej bardziej niż ja! 

Hmph. 

Nie wiem czemu wszyscy wydają się tak sądzić

-  Ona  jest  następna  –  odpowiedziała  Grace.  Zlekceważyła  moje  urażone  sapnięcie, 

posyłając  mi  nikczemny  uśmiech.  –  Ale  najpierw  musimy  powstrzymać  ją  od  chowania  się 
pod ławkami. 

Och, na litość Merlina. 

Upuściłam pióro! 

Naprawdę! 

(Tak jakby.) 

-  Przepraszam  –  odezwałam  się,  przeszywając  wzrokiem  Grace  –  ale  łamiesz  pierwszą 

zasadę  Poświęconego  Pracownika  Fabryki:  Nigdy  nie  odwracaj  się  plecami  do  znajomego 
Poświęconego  Pracownika  Fabryki…  ani  nie  wspominaj  incydentów,  o  których  lepiej  nie 
wspominać… ani nie szykanuj jej za rzeczy, które są poza jej kontrolą… ani o nich nie mów… 
nigdy… i tak dalej, i tak dalej. 

- I tak dalej, i tak dalej? – spytała Grace. 

- Fabryka czego? – warknęła Emma. 

Czasami nienawidzę ich obu. 

Serio. 

-  Oto,  jak  to  zadziała  –  powiedziałam,  teraz  ignorując  je  obie  –  wściekły  wzrok  Emmy, 

cichy  chichot  Grace  –  postanawiając,  że  będę  musiała  zrobić  to  sama,  jeśli  chciałam,  żeby 
zostało  zrobione  to  właściwie.  Zwróciłam  się  do  Emmy.  –  To  jest  nasze  ultimatum  – 
powiedziałam  jej.  –  Albo  na  poważnie  rozważysz  ponownie  tę  sprawę  z  listem  –  a  mówiąc 
„poważnie”  mam  na  myśli  „szybko”  i  mówiąc  „rozważysz  ponownie”  mam  na  myśli 

background image

34 

 

otworzysz go” – albo obawiam się, że nasza relacja zmieni się na gorsze. A kiedy mówię, że 
zmieni się na gorsze, mam na myśli, że cię zbojkotujemy. 

Zbojkotujecie mnie? – wydukała Emma. – Co to znaczy? 

- To znaczy, że obok Timmy’ego Ricksa jest bardzo fajne siedzenie, które sądzę, że woła 

twoje  imię  –  odparłam,  posyłając  jej  mały  –  dobra,  przyznaję  –  dość  diabelski  uśmiech.  – 
Uważaj – dodałam, bo poczułam, że to konieczne.  – Siedzę obok niego na Runach – on ma 
dość mocne łokcie. 

I śmieje się jak hiena. 

Ale myślę, że pozwolę jej, aby sama się o tym dowiedziała. 

Przyglądałam się, jak Emma spojrzała tam, gdzie pokazywałam  – miejsce obok Ludzkiej 

Hieny  rzeczywiście  było  wolne,  ale  idiota  śmiał  się  jak  oszalały,  huśtał  się  na  krześle,  te 
mocne łokcie, o których mówiłam, latały na wszystkie strony. 

Naprawdę, niemal czułam się źle. 

Ale wtedy przypomniałam sobie komentarz „to ona jej tak naprawdę potrzebuje” i nie 

potrafiłam się do tego zmusić. 

Psh. 

Dobrze jej tak. 

-  Nie  mogę  wam  uwierzyć  –  wściekała  się  Emma,  patrząc  na  nas  najbardziej 

nieprzyjemnym wzrokiem, jaki kiedykolwiek widzieliście (gdyby spojrzenia mogły zabić…). – 
Jesteście z tym poważne? 

- Ekstremalnie – odparłam uparcie. 

- Bez wątpienia – dodała Grace. 

Emma wydała zdecydowanie gniewny odgłos. 

Merlinie, ona naprawdę była zła, co? 

Hm. 

-  Świetnie  –  warknęła  nagle,  przeszywając  nas  wzrokiem.  Szybkimi  ruchami  zabrała  z 

krzesła swoje książki i wzruszyła jednym ramieniem. – Po prostu świetnie

Patrzyłyśmy z Grace, jak odeszła, jej gniewne kroki były głośne w dość hałaśliwej klasie. 

Ale zamiast skierować się do Timmy’ego Ricksa, który był lekko po naszej lewej stronie – no 
dobra,  nie  winię  jej,  że  go  ominęła  –  Emma  poszła  na  prawą  stronę,  wściekle  manewrując 

background image

35 

 

między ławkami w szybkim tempie. Patrzyłam z zaciekawieniem, gdzie idzie. Było tutaj kilka 
wolnych miejsc, ale gdzie ona…? 

Och. 

O mój Boże. 

Nieuczciwe zachowanie. 

Nieuczciwe zachowanie!! 

- Przepraszam, James – powiedziała głośno, tak głośno, że słyszałam ją głośno i wyraźnie 

nawet ze swobodnym zakrywaniem jednego ucha ręką i patrząc w całkiem innym kierunku, 
co  natychmiast  zrobiłam,  kiedy  odkryłam  co  ona  planowała,  do  cholery.  –  Masz  coś 
przeciwko, jeśli usiądę obok ciebie? 

Patrzył na mnie. Totalnie to wyczuwałam. Patrzył na mnie. 

Nie mogę jej uwierzyć. 

Nie mogę jej uwierzyć

- Eee, chyba tak. – Usłyszałam jego mruknięcie. Krzesło zaszurało o podłogę, gdy Emma 

zajęła miejsce. 

Jest martwa. 

Poważnie. Jest taka martwa. 

- Au – mruknęła Grace, krzywiąc się lekko. – Mów o twoich ciosach poniżej pasa. 

-  Ta  dziewczyna  właśnie  wykopała  sobie  własny  grób  –  powiedziałam  wściekle, 

piorunując wzrokiem Grace, bo nie mogłam piorunować wzrokiem Emmy, ponieważ siedziała 
teraz obok osoby, na którą nie powinnam patrzeć, nie mówiąc już o złym patrzeniu. – Daj mi 
więcej pergaminu, co? Nagle czuję się zainspirowana. 

Dostanie to, czego chce. 

I nie będę już się czuła z tego powodu źle. 

Potem  stałam  się  trochę  opętaną  kobietą,  zmieniając  się  z  Poświęconej  Pracownicy 

Fabryki  na  Trochę-Więcej-Niż-Wrogą-Agresywnie-Zdeterminowaną  Pracownicę,  ale  nie 
mogłam nic poradzić. Bo serio, kto tak robi? Kto miesza się… cóż, mam na myśli… ale moja 
ingerencja  była  konieczna!  Jej  nie.  Gorzej  niż  to.  To  było  celowe,  niegrzeczne,  okropne, 
strasznie okrutne, podłe i… i… inne rzeczy! Inne bardzo złe rzeczy! 

Hmph! 

background image

36 

 

Kiedy  Flitwick  wszedł  do  klasy  stworzyłam  już  sobie  arsenał  kopertowej  amunicji, 

przygotowana na wystrzelenie wiadomości, od „Zdrajczyni!” (postanowiony pierwszy pocisk, 
który,  w  porządku,  nie  był  związany  z  Maciem,  ale  nadal  był  całkowicie  konieczny,  nie 
uważacie?)  po  „Miłość  jest  w  powietrzu  (i  w  kopertach!)”  (to  od  Grace)  do  „Zrób  to!”  (do 
sedna,  nie?).  Palce  mnie  świerzbiły  do  rzucania,  ale  w  tych  rzeczach  chodzi  o  porę,  więc 
trzeba było poczekać na odpowiedni moment. 

Gdy  Flitwick  zaczął  rozprawiać  o  leczniczych  zaklęciach,  szturchnęłam  lekko  Grace, 

pochylając się, aby odezwać się do niej niezauważona. 

- Rzucam pierwsza, dobra? – szepnęłam, podnosząc kopertę „Zdrajczyni” z naszej ławki. 

Grace pokazała mi uniesione kciuki. 

- Spoko – odszepnęła. 

Czekałam,  aż  wiedziałam,  że  Flitwick  jest  zbyt  zajęty  przemową,  żeby  zauważyć  –  a 

ponieważ jest tak uroczym Zaklęciowym człowiekiem, naprawdę nie zajęło mu to długo – po 
czym  zerknęłam  swobodnie  w  miejsce,  gdzie  siedziała  Emma.  Celowo  nie  odrywałam 
spojrzenia  od  lewej  strony  ławki  (odmawiając  spojrzenia  na  drugą  stronę  z  oczywistych 
powodów  napędzanych  dekretem)  i  cicho  wycelowałam.  Unosząc  różdżkę,  ostrożnie 
rzuciłam na kopertę zaklęcie wznoszące i trzy… dwa… jeden… 

Ha. 

W samą dziesiątkę. 

Emma  podskoczyła  na  krześle,  kiedy  moja  koperta  nie-tak-delikatnie  uderzyła  w  tył  jej 

głowy,  po  czym  celowo  wylądowała  przed  nią.  Od  razu  odwróciłam  wzrok,  skrywając 
rozbawienie za ręką, a Grace niesubtelnie szczerzyła się obok mnie. Wyobraziłam sobie, co 
Emmeline  musiała  robić  i  jeszcze  mocniej  zachichotałam.  Ale  szybko  było  to  dla  mnie  zbyt 
wiele  i  musiałam  zerknąć.  Jednakże,  kiedy  w  końcu  skierowałam  spojrzenie  na  mój  cel, 
zamiast spotkać bez wątpienia wściekłe spojrzenie Emmy, całkiem inne przykuło moje oko. 

Cholera, cholera, cholera. 

Odwróć wzrok! Odwróć wzrok, idiotko!!! 

Nim  odwróciłam  w  końcu  ten  wzrok  –  naprawdę  jestem  żałośnie  słabym  bałaganem  – 

podejrzliwy wzrok Jamesa spotkał się z moim, kiedy zapytał bezgłośnie. – Co ty wyprawiasz? 

Co ja wyprawiam? Co ja wyprawiam

Próbuję cię unikać, ty głupi kretynie. 

Merlinie

background image

37 

 

Szybko  oderwałam  od  niego  wzrok,  jak  tylko  wyłapałam  jego  słowa,  czując  jak 

przybieram  żałosny  odcień  czerwieni  i  opuściłam  głowę,  unikając  teraz  całkowicie 
niesubtelnego śmiechu Grace. Rzuciłam jej wściekłe spojrzenie. 

-  Wygląda  na  to,  że  twoja  Fabryczna  Praca  napotkała  przeszkodę  –  mruknęła  cicho, 

szturchając mnie w bok. – Wiesz, skoro nie możesz nawet spojrzeć na swój cel. 

Nienawidzę jej. 

Na serio. 

-  Tutaj  się  mylisz  –  upierałam  się,  posyłając  jej  nieprzyjemne  spojrzenie.  –  Zwyciężę. 

Poczekaj tylko i patrz. 

Grace  spojrzała  na  mnie  takim  wzrokiem  „Tak-jasne-zwyciężysz-gówno-prawda”,  ale 

zignorowałam ją, wracając do mojego biznesu, tym razem ostrożniej. 

I to pokazuje jak wiele ona wie, ponieważ przez mój rejestr, wynik oficjalny wygląda tak, 

Liczba  Kopert,  Którymi  Lily  Zmasakrowała  Emmę:  5,  Liczba  Kopert,  Którymi  Grace 
Zmasakrowała Emmę: 3. 

I nie musiałam nawet patrzeć na prawą stronę ławki. 

…tak wiele. 

…tak jakby. 

Myślę, że pora na kolejną kopertę. 

Tak, zdecydowanie. 

 

Później Później, Koniec Zaklęć 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Liczba Kopert, Którymi Lily Zmasakrowała Emmę: 8  

Liczba Kopert, Którymi Grace Zmasakrowała Emmę: 6 

Merlinie, ona jest żałosna. 

Przecież przez połowę czasu nawet nie  patrzyłam. Co to wam mówi, hm? Najwyraźniej 

to, że być może w drużynie Quidditcha znajduje się niewłaściwa dziewczyna, co? 

Och, powiem o tym Gracie – wścieknie się. 

background image

38 

 

Niemal tak samo, jak teraz Emma. 

Bezcenne

 

Później, Przed Transmutacją 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Chełpiłam  się  Grace  na  temat  mojej  wyraźnej  wiedzy/umiejętności/talentowi/itd. 

związanej  z  kopertami/Poświęconą  Pracownicą,  kiedy  szłyśmy  tanecznym  krokiem  przez 
korytarze w stronę klasy Transmutacji, kiedy znikąd podszedł do mnie nieznajomy chłopiec, 
zatrzymał się na mojej drodze i powiedział: 

- To nie wygląda na zwęglone. Daj mi zobaczyć. 

Poważnie? 

Co się dzieje z dzisiejszą młodzieżą? 

Wszyscy jesteśmy skazani. 

 

Później Później, Po Transmutacji 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 197 

Liczba Kopert, Którymi Lily Zmasakrowała Emmę: 12  

Liczba Kopert, Którymi Grace Zmasakrowała Emmę: 11 

Liczba  Ludzi  Pytających  o  Zobaczenie  Mojego  Zwęglonego  Ramienia/Brakującej 

Kończyny/Oblanej  Kwasem  Skóry/Nadprzyrodzonych  Mocy  (Ta)/Innych  Różnorodnych 
Kłamstw: 14 

Liczba Razów, Kiedy Brałam Pod Uwagę Zabicie Populacji Hogwartu: 14 

Liczba  Spotkań  z  Pewnymi  Ludźmi  Unikniętych  Poprzez  Ponowne  Schowanie  się  Pod 

Ławką (Chociaż Tym Razem Nie Groził, Że Pójdzie Za Mną, Powiedział Tylko „Chryste, Lily” i 
Odszedł, Co Tak Naprawdę Jest Tylko Subtelną Formą Groźby, Kiedy się O Tym Pomyśli): 1 

Liczba Razów, Kiedy Brałam Pod Uwagę Samobójstwo: 1 

 

background image

39 

 

Później Później, Eliksiry 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 198 

Liczba Kopert, Którymi Lily Zmasakrowała Emmę: 14  

Liczba Kopert, Którymi Grace Zmasakrowała Emmę: 14 

(Niech szlag weźmie Abbott i jej przebiegłe oczy) 

Liczba  Dostanych  Nie-Tak-Ukradkowych  Spojrzeń/Nie-Szeptanych  Rozmów,  Które 

Usłyszałam  Na  Temat  Wypadku/Incydentu/Ciągle-Kłamliwym-Wydarzeniu  Odkąd  Weszłam 
Do Klasy Eliksirów: 27 

Liczba Wściekłych Spojrzeń Posłanych Głupim Siódmorocznym Uczniom, Którzy Powinni 

Trzymać Się Własnych Głupich Interesów: 27 

Najgłupszy Otrzymany Komentarz: - Hej, Lily… kwas! – Jervis Rennet 

(- Hej, Jervis… ugryź mnie! – Ja) 

Liczba Razów, Kiedy Pewni Ludzie Posłali Znaczące Spojrzenia W Moim Kierunku, Które 

Zignorowałam, Bo Muszę: 4 

Liczba  Razów,  Kiedy Grace  Mówiła  „On  Znowu  To  Robi.  On  Znowu  To  Robi”  W  Ten  Jej 

Znaczący-Irytujący Sposób, Gdy Zdarzają Się Te Spojrzenia: 4 

Liczba Razów, Kiedy Grace Dostała Łokciem-w-Żebra: 4 

Liczba Razów, Kiedy Brałam Pod Uwagę Samobójstwo: 8 

 

Później, Obiad w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Merlinie,  bycie  Poświęconą  Pracownicą  Fabryki/Publicznym  Widowiskiem  jest 

wyczerpujące

Poważnie. Praktycznie wpadam do mojej zupy. W każdej chwili padnę i na koniec obiadu 

cały Hogwart bez wątpienia uzna mnie za martwą z powodu jakiejś okropnej choroby – która 
wspaniale  współgra  z  moimi  zwęglonymi  członkami/nadprzyrodzonymi-kwasowymi 
mocami/mechanicznym  ramieniem  –  chociaż  osobiście  jestem  pewna,  że  to  przez  tę 
bezsenną noc. Ale kim ja jestem, żeby mówić Hogwartowi, iż jest w błędzie? 

background image

40 

 

Najwyraźniej nikim, patrząc na to, co do tej pory osiągnęłam. Chociaż to moje życie. Le 

przypuszczam, że nie liczy się ono tak, jak kiedyś. 

Psh. 

I jestem całkiem pewna… 

O, szlag

Merlinie, kiedy ten idiota zostawi mnie w spokoju

 

Później, Chowając się Za Szklarnią Numer Cztery 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Gdy  zobaczyłam,  że  pewien  ktoś  wchodzi  do  Wielkiej  Sali  i  kieruje  się  prosto  w  moją 

stronę,  nie  czekałam  na  dokończenie  mojej  zupy  (czy  wpadnięcie  do  niej,  co  było  bardziej 
prawdopodobne),  dopicie  do  dna  napoju  (co  byłoby  o  wiele  za  dużym  wysiłkiem)  ani 
zobaczenie czy może nie kieruje się do mnie, tylko idzie zdecydowanie w moją ogólną stronę 
(ta, jasne). Właściwie, to nie czekałam na nic poza kilkoma sekundami, kiedy zabrałam swoje 
książki z podłogi i paroma momentami, w których wytłumaczyłam się Grace, która siedziała 
obok mnie, radośnie pogryzając kanapkę. 

-  Gracie  –  powiedziałam,  podnosząc  się  i  tym  samym  unosząc  torbę.  –  Chyba  pójdę 

wcześniej na Zielarstwo. A mówiąc to mam na myśli ukrycie się za szklarnią. Spotkasz się tam 
ze mną? 

Grace zerknęła na mnie, po czym niemal od razu odwróciła głowę, dostrzegając szybko 

przybliżającą  się  do  nas  osobę-o-której-nie-powinnam-mówić.  Obróciła  się  do  mnie  i 
wywróciła oczami. 

- Ty – powiedziała beznamiętnie – jesteś następna

Tak, tak. 

Głupia, idiotyczna, popaprana Lily. Rozumiem. 

Chciałabym  powiedzieć  parę  rzeczy  w  odpowiedzi  –  „Jesteś  bezwartościową  kretynką” 

szybko  docierało  na  szczyt  listy  –  ale  nie  miałam  czasu  na  marudzenie.  Rzucając  lekko 
gniewne  spojrzenie  i  machając  ręką  Bezwartościowej  Kretynce,  obróciłam  się  na  pięcie  i 
wybiegłam  stamtąd,  ignorując  dziwne  spojrzenia  i  tak-prześmieszne  wykrzyczane 
komentarze  („Gdzie  ogień,  Evans?”  „Na  jej  ramieniu!”  Och,  bardzo  śmieszne)  posłane  w 
moim  kierunku,  gdy kierowałam  się prosto  do  drzwi.  Nie  spoglądałam nawet  w  tył, dopóki 

background image

41 

 

nie  udało  mi  się  wyjść  na  zewnątrz  i  pomiędzy  mną  a  zamkiem  znajdowało  się  dobre  sto 
metrów.  Na  szczęście  nikt  za  mną  nie  szedł,  co  było  trochę  konsternujące,  ale  nie 
zamierzałam się nad tym zastanawiać. 

Uff! 

Dziewczyna po zeru godzinach snu nie powinna się z tym mierzyć. 

Zwolniłam, ale nie przestałam iść, dopóki nie dotarłam do szklarni, opadając za Szklarnią 

nr 4 – jedyną szklarnią, która nie była w tej chwili zajmowana przez klasę czy przypadkowego 
miłośnika  Zielarstwa,  przeważnie  dlatego,  że  te  miejsce  jest  przeklęte,  o  czym  powinnam 
pomyśleć  zanim  za  nią  usiadłam  –  opierając  plecy  o  twarde  szkło,  przyciskając  kolana  do 
piersi i opuszczając na nie głowę. 

Merlinie, byłam wykończona

Serio. Byłam kompletnie wyczerpana. I było to coś więcej niż fizyczne zmęczenie – choć 

chciałabym porozmawiać z kimś, kto przebiegłby ten dystans i  nie był zadyszany, niech sen 
będzie potępiony  –  byłam  także  emocjonalnie  wykończona.  I  wiem,  że  to  prawdopodobnie 
powinno być rezultatem mojego poczucia winy co do torturowania Emmy przez cały poranek 
i  wtykania  nosa  tam  gdzie  nie  trzeba,  a  może  dlatego,  że  jutro  po  raz  pierwszy  pójdę  na 
randkę z mężczyzną moich marzeń i znaczenie tego powinno być przytłaczające… ale tak nie 
było.  Wcale.  Bo  Emma  potrzebowała  tego  trochę  mocniejszego  pchnięcia  we  właściwym 
kierunku.  A  co  do  Amosa…  cóż,  powiedzmy,  że  wyraźnie  nie  dotarło  do  mnie  jeszcze  te 
przytłoczenie  marzeniem,  które  staje  się  rzeczywistością.  Jeszcze  nie.  Nie…  nie,  kiedy 
mierzyłam się z większymi sprawami. 

Na  przykład,  jak  cholernie  trudno  jest  przestrzegać  dekretu  dwanaście  godzin  po  jego 

wprowadzeniu. 

Psh. 

Pomyśleć można, że wytrzymałabym dwadzieścia cztery

Ale ten głupi kretyn mi to  uniemożliwiał! Prześladował mnie  – i tym razem było to coś 

więcej niż czekanie na kanapie. Gdziekolwiek idę, on tam jest! Chociaż wczoraj nawet się do 
mnie  nie  odzywał,  nie  mówiąc  o  uprzykrzaniu  każdego  mojego  ruchu.  Szczerze,  to  obłęd, 
żeby przechodzić ze skrajności w skrajność w tak krótkim okresie czasu. Jak powinnam sobie 
z tym poradzić? 

Zamierzał wczołgać się za mną pod ławkę, na brodę Merlina!! 

Kto tak robi? Kto? 

Idioci. 

background image

42 

 

Oto  kto.  Wielcy,  durni,  brzydcy,  irytujący,  bipolarni  idioci,  których  za  nic  w  świecie  nie 

mogę się pozbyć, nawet jeśli jest to DLA JEGO CHOLERNEGO DOBRA. 

Mówcie o frustracji

Boże. 

Siedziałam sobie tam, jęcząc i marudząc do samej siebie przez jakiś czas, kiedy Grace w 

końcu  się  pokazała,  żeby  upewnić  się,  że  nie  rzuciłam  się  na  najbliższą  duszącą  roślinę  czy 
coś.  Nie  wyglądała  na  ani  trochę  zmartwioną,  gdy  szła  wolnym  krokiem  przez  błonie, 
pogryzając jabłko i siadając obok mnie, posyłając mi uśmiech i szturchając mnie ramieniem. 

- No więc rozmawiałam z Jamesem – powiedziała. 

Och, do jasnej cholery

-  Nie  mówimy  o  nim  – przerwałam  jej  szybko,  rzucając  nieprzyjemne  spojrzenie.  –  Nie 

widzimy, nie myślimy ani nie mówimy, pamiętasz? Zupełna odstawka? 

- Hm-hm – mruknęła Grace, biorąc kolejny kęs jabłka.  – Urocze. Naprawdę. W każdym 

bądź razie chciał, żebym ci powiedziała… 

Czy ona ogłuchła? 

Poważnie, czy ja mówię do ściany? 

- Nie chcę tego słuchać! – krzyknęłam, zasłaniając uszy rękami. – Nie chcę wiedzieć, co 

on ma do powiedzenia! 

- Po prostu się martwi – powiedziała Grace, co naturalnie usłyszałam poprzez zasłonięte 

uszy. – Serio, Lil. Słyszy te wszystkie plotki o twojej odmienionej, kwasowej ikrze i chce się 
tylko upewnić, że nic ci nie jest. Jak możesz go za to winić? 

-  Całkiem  łatwo  –  odpowiedziałam,  chociaż  moje  serce  zrobiło  te  stuk-stuk  w  mojej 

klatce  piersiowej,  które  równie  dobrze  mogło  mówić  kłamczucha-kłamczucha.  Jednakże 
odmówiłam  poddania  się  temu,  łapiąc  się  czegokolwiek  innego,  co  odsunęłoby  te  myśli.  – 
Poza tym – pociągnęłam nosem, w końcu coś odnajdując – on i tak jest wielkim, bipolarnym 
kretynem.  Gdzie  on  był  wczoraj,  co?  Czy  wtedy  się  przejmował?  Kiedy  ty  kopałaś  ludzi,  a 
Emma  ryczała?  Gdzie  wtedy  był  mój  przyjaciel  James?  Drzemał  na  tyłach  lochu?  Dopiero 
teraz  –  teraz,  kiedy  wszyscy  ci  głupie  ludzie  mówią  te  niesamowicie  głupie  rzeczy  –  myśli 
sobie „Hm, wiesz co, ta Lily, ona trochę przeszła, co? Może powinienem zobaczyć, co u niej”. 
Co za kretyńskość? Co za kompletna kretyńskość

Oczekiwałam  jakiejś  zgody  –  nawet  Gracie-fanka-Jamesa  musiała  przyznać,  że  to  była 

prawda  –  ale  dostałam  tylko  ciszę.  Zerknęłam  na  nią,  przygotowując  się  na  pytanie,  o  co 
chodzi, kiedy coś w jej minie przystopowało mnie. 

background image

43 

 

Wyglądała… wyglądała… 

Wyglądała na dość skruszoną

Co? 

- Gracie – odezwałam się powoli, mrużąc lekko oczy. – Dlaczego tak wyglądasz? 

- Jak wyglądam? – spytała szybko Grace, odwracając ode mnie wzrok. 

O szlag. 

Szlag, szlag, szlag

To nic dobrego. Nic dobrego. 

-  Grace  –  ciągnęłam,  teraz  w  moim  głosie  był  cień  groźby  –  czy  jest  coś,  co  chcesz  mi 

powiedzieć? 

Grace skrzywiła się. 

Och, jasna cholera, skrzywienie. 

Niedobrze. 

-  Posłuchaj  –  zaczęła  Grace,  chwytając  kosmyk  włosów  i  nawijając  go  na  palce. 

Wyglądała  tak,  jakby  wolała  wyrwać  sobie  zęby.  –  To  nie  tak…  nie  tak,  że  cię  wczoraj 
okłamałam czy coś, dobra? Po prostu… nie wspomniałam o pewnych rzeczach. 

-  Jakich  rzeczach?  –  zapytałam,  starając  się  nie  jęknąć.  Choć  przypuszczam,  że 

wiedziałam już o jakich rzeczach „nie wspomniała”, takie moje cholerne szczęście. 

Niech to szlag

- Myślę, że z radością usłyszysz – oświadczyła beznamiętnie – iż James nie drzemał sobie 

wczoraj na tyłach klasy. 

…Z radością. 

Wiecie, to nie całkiem słowo, którego bym użyła. 

- Więc jeśli nie drzemał – powiedziałam przez ściśnięte zęby – to co dokładnie robił

Kilkanaście  sekund  zajęła  Grace  odpowiedź.  Patrzyłam,  jak  podrapała  się  po  głowie  z 

grymasem na twarzy. 

-  No  wiesz  –  odparła  w  końcu,  choć  nie  wiedziałam.  –  On…  eee…  robił  to  samo,  co 

wszyscy inni. Krzyczał. 

- Krzyczał? 

background image

44 

 

- Ta, trochę. 

Dlaczego nie wierzyłam w to nawet przez chwilę? 

- Ile to „trochę”? – zapytałam, mrużąc oczy. – W skali od jeden do dziesięciu? 

Grace skrzywiła się. 

- Em… - Zdawała się nad tym myśleć. – To… on… eee… dwanaście? 

… 

Dwanaście. 

DWANAŚCIE?!?!?! 

- Grace! – krzyknęłam, chowając twarz w dłoniach. – Dwanaście

- Przepraszam! – przeprosiła prędko ciężkim głosem i znowu się krzywiąc. Odwróciła się 

do  mnie  szybko,  wyglądając  dość  rozpaczliwie.  –  Powiedziałabym  ci  wcześniej,  ale  Emma 
gadała  „Ona  będzie  wystarczająco  rozbita”,  a  wtedy  ty  miałaś  szlaban,  potem  wróciłaś  i 
powiedziałaś, że stosujesz zupełną odstawkę… czekałam na dobrą chwilę! 

-  Co  dokładnie  zrobił?  –  zapytałam,  już  obawiając  się  odpowiedzi.  Nagle  zaschło  mi  w 

ustach,  jakbym  miała  w  nich  papier  ścierny.  –  Co  dokładnie  oznacza  krzyczenie  w  skali 
dwunastu? 

-  Nic…  nic  strasznego  –  zapewniała  Grace,  brzmiąc  bardzo  rzeczowo,  nawet  kiedy  ja 

byłam  praktycznie  na  skraju  cholernych  łez.  –  Kiedy  upadłaś  i  Syriusz  krzyczał,  Abbott 
krzyczała i… James był zaniepokojony – wszyscy byliśmy zaniepokojeni, ale sądzę, że James 
był  bardziej zaniepokojony  niż przeciętny  człowiek  –  wszyscy tłoczyli  się  wokół  ciebie,  a  on 
chciał zobaczyć, co się dzieje, więc… cóż, tak jakby katapultował ponad paroma ławkami… 

KATAPULTOWAŁ

-  Mniej  więcej  – byłaś  daleko,  Lil! Próbował  dostać  się do  ciebie!  –  w  każdym  razie  po 

tym, wiesz, katapultowaniu, tak jakby zepchnął wszystkich z drogi i… podtrzymywał cię, gdy 
Abbott upewniała się, że oparzenie się nie rozprzestrzenia. Wszyscy inni wrzeszczeli na siebie 
i  robili  zamieszanie,  ale  tylko  on  krzyczał  na  ciebie  –  próbował  cię  ocucić  i  w  ogóle.  Był… 
zdenerwowany. 

Boże

- Jak zdenerwowany? – spytałam ochryple. 

- Em. – Grace podrapała się za uchem. – Robimy znowu jeden do dziesięciu? 

Och, na brodę Merlina. 

background image

45 

 

- Jasne – mruknęłam. – Dobra. Jasne. Jeden do dziesięciu. 

Grace  pokiwała  głową.  –  W  porządku.  –  Zamilkła  na  chwilę,  znowu  się  namyślając. 

Potem. – Czterdzieści pięć. 

CZTERDZIEŚCI PIĘĆ?!?! 

-  Byłaś  nieprzytomna!  –  krzyknęła  Grace,  podnosząc  obronnie  ręce,  jakby  myślała,  że 

zrobię  jej  fizyczną  krzywdę  (niezły  pomysł).  –  Leżałaś  na  podłodze  i  krwawiłaś,  na  litość 
Merlina! Właśnie zostałaś poparzona rozprzestrzeniającym się kwasemOczywiście, że facet 
się  wściekł.  Nie  chciał  nawet  opuścić  twojego  cholernego  boku  –  zaniósł  cię  do  Skrzydła 
Szpitalnego!  Nie  chciał  odejść,  dopóki  nie  zagroziłyśmy,  że  zrobimy  mu  krzywdę. 
Stwierdziłyśmy, że w tamtej chwili naprawdę nie potrzebowałaś jeszcze jego do zmartwienia. 

O mój Boże

Cholera, cholera, cholera, kurde, cholera

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! 

- Grace! – zawołałam, praktycznie dławiąc się słowami. – Jak… co… jak mogłaś mi o tym 

nie powiedzieć? Jak?! 

-  Przepraszam!  –  powtórzyła,  kurcząc  się  od  poczucia  winy.  –  Wiem,  że  powinnam 

powiedzieć  ci  szybciej,  ale  nie  byłaś  gotowa  na  przyjęcie  tej  wiadomości  i  pomyślałam  po 
prostu… że dam ci chwilkę. To nic takiego, Lil. Naprawdę nie. 

Nic takiego? 

NIC TAKIEGO? 

Chłopak, on… on… katapultuje ponad ławkami, nie opuszcza mojego bokuzanosi mnie 

do Skrzydła Szpitalnego i TO NIC TAKIEGO? 

KIEDY SĄDZIŁAM, ŻE SOBIE DRZEMAŁ??? 

Ja… 

Nie mogę nawet o tym mówić. 

Wielkie naruszenie dekretu. Wielkie. 

Szlag!!!!!! 

-  Nie  mogę  teraz  o  tym  rozmawiać  –  wymamrotałam,  chowając  głowę  w  kolanach, 

ponieważ byłam pewna, że zaraz zwymiotuję. – Nie mogę… teraz o tym myśleć, dobra? 

background image

46 

 

Myślałam,  że  wyraziłam  się  jasno  –  halo?  CHOWAM  GŁOWĘ  W  KOLANACH  –  ale 

najwyraźniej Grace musiała ostatnio uderzyć w jakąś ścianę, bo zamiast uświadomić sobie, że 
nie żartowałam co do nie rozmawiania, dalej gadała, całkowicie mnie ignorując. 

Zabiję ją. Poważnie. 

-  Słuchaj,  Lily  –  westchnęła,  obejmując  mnie  ramieniem,  co  chyba  miało  być 

pocieszające,  ale  mnie  to  tylko  rozdrażniło.  –  Wiem,  że  jesteś  teraz  bardzo  anty-James  i 
chciałabyś skupić się na Amosie… 

-  Tu  nie  chodzi  o  Amosa!  –  warknęłam,  unosząc  głową  na  tyle  długo,  by  przeszyć  ją 

wzrokiem. – To nie ma nic wspólnego z Amosem. 

- Więc o co chodzi? – spytała zdezorientowana Grace. 

Nie wiem. 

Ja już, cholera, nie wiem

Nic nie odpowiedziałam, przeważnie dlatego, że nie wiedziałam  co powiedzieć. To było 

zaskakujące, ale nie kłamałam mówiąc, że nie chodziło o Amosa – nie chodziło. Naprawdę nie 
miało to już nic z nim wspólnego. I wiem, że to brzmiało absurdalnie – jak mogło tu o niego 
nie chodzić? Czy całym problemem nie było wybranie pomiędzy tą dwójką? – ale… to było po 
prostu… 

W ogóle o co tutaj teraz chodziło? 

Grace  siedziała  w  ciszy  obok  mnie,  ale  po  kilku  minutach  nie  mogła  już  wytrzymać 

milczenia.  Wierciła  się  obok  mnie  i  wyczuwałam  jej  tiki  nerwowe.  Kiedy  w  końcu  się 
odezwała, nie byłam zaskoczona. 

-  Nie  zamierzałam  wcześniej  nic  mówić  –  powiedziała  powoli,  ostrożnie  dobierając 

słowa.  Uniosłam  głowę  z  kolan  i  spojrzałam  na  nią.  Patrzyła  na  mnie  bardzo  poważnie.  – 
Wiem, że ostatnio ten temat jest dla ciebie bardzo drażliwy i próbowałam go nie poruszać, 
ale, Lil… szczerze, kiedy był ostatni raz, gdy wspomniałaś Amosa? Kiedy? Jak na dziewczynę, 
która powinna jutro iść na randkę z przyszłym mężem, zdecydowanie zachowujesz się dość 
dziwnie… 

- Nie chcę iść. 

Wyprostowałam się gwałtownie. 

Nie… 

Nie chcę co

background image

47 

 

-  Słucham?  –  Grace  mrugnęła  na  mnie,  brzmiąc  na  niemal  tak  zszokowaną,  jak  ja  się 

czułam. – Co powiedziałaś? Nie chcesz iść

Wiem. 

Dla mnie to też nowość. 

Otwierałam  i  zamykałam  usta,  próbując  rozgryźć,  skąd  to  się  wzięło,  do  diabła.  Ale 

nawet, kiedy byłam tym kompletnie skołowana  – nie chciałam iść? Co?  – to nie potrafiłam 
temu zaprzeczyć. Nie potrafiłam. 

Bo nie chciałam. 

Nie chciałam iść. 

- Nie chcę – wydusiłam drugi raz, spoglądając na Grace z przerażeniem. – Nie chcę iść, 

Grace. Naprawdę. 

Boże

OBożeOBożeOBożeOBoże

- Lily. – Grace przeniosła się na kolana, odwracając ciało do mojego i patrząc na mnie, 

jakbym w każdej chwili miała wybuchnąć. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? Czy to 
oznacza… 

- To oznacza, że nie chcę iść! – odparłam gniewnie, kręciło mi się w głowie. – Tylko o to 

chodzi, Grace. Tylko

Albo miałam taką szczerą nadzieję. 

Grace  nie  wyglądała  tak,  jakby  się  z  tym  zgadzała.  Patrzyła  na  mnie,  jakbym  oszalała, 

potrząsając  głową.  –  Jak  możesz  tak  mówić?  –  zapytała,  rzucając  mi  spojrzenie.  –  Jeśli  nie 
chcesz jutro iść na randkę, Lily, to istnieje powód. Może James… 

- To nie on! 

- Więc co

- To… to… 

- To co, Lily? 

- Może Amos nie podoba mi się tak, jak myślałam, okej? 

Słowa  wydobyły  się  z  moich  ust,  zanim  mogłabym  je  powstrzymać.  Nawet  o  nich  nie 

pomyślałam, nie zastanowiłam  się  nad tym,  do  czego  się  przyznałam.  Praktycznie  sapałam, 
zszokowanie  połączone  z  gniewem  gotowało  we  mnie  nie-tak-przyjazne  połączenie. 

background image

48 

 

Wpatrywałam się w Grace, której oczy rozszerzyły się od niedowierzenia. Spiorunowałam ją 
wzrokiem pełnym ognia. 

- Co? – warknęłam, splatając ramiona na piersi. – Nie wierzysz mi? 

- O nie, wierzę – odparła natychmiast Grace ciężkim głosem, tak jakby wciąż otrząsała się 

z szoku. – Nie mogę po prostu uwierzyć, że to przyznałaś. 

No to jesteśmy dwie. 

Merlinie

Jestem w tarapatach. Wielkich tarapatach. 

-  Jestem  zmęczona.  –  Taka  była  moja  jedyna  smutna  i  żałosna  obrona,  do  której 

dołączyłam  smutne  i  żałosne  zmarszczenie  czoła.  Gniew  i  szaleństwo  całej  sytuacji  zaczęły 
znikać,  pozostawiając  tylko  pewien  rodzaj  otępienia.  Byłabym  więcej  niż  szczęśliwa  mogąc 
się  w  nim  zatopić,  pozwalając,  aby  wszystko  zniknęło,  ale  Grace  nie  miała  tego  samego 
zdania. Ciągle naciskała. 

- Fizycznie zmęczona? – zapytała, unosząc brew. – Czy zmęczona w sensie mam-dosyć-

życia-w-zaprzeczeniu? 

Och, na brodę Merlina. 

- Nie możemy tego zostawić na „nie chcę iść”? – poprosiłam słabo, nagle przytłoczona. 

Westchnęłam ciężko, opuszczając ramiona i opierając głowę o ścianę szklarni. – Skończyłam 
na dziś z wyznaniami, dobra? Koniec. 

- W porządku – zgodziła się Grace, choć brzmiała bardzo niechętnie. Zamknęłam  oczy i 

zignorowałam ją, szczerze mając nadzieję, że świat zniknie. 

Może Amos nie podoba mi się tak, jak myślałam. 

Kurde. 

Kurde, kurde, kurde

Czy to… czy to prawda? 

Czy Amos nie podoba mi się tak, jak myślałam? 

To  znaczy  wiem,  że  ostatnio  sprawy  były  obłędne,  ale  stwierdziłam,  że…  cóż, 

stwierdziłam, że może dostosowuję się do nowych uczuć, wiecie? Myślałam, że przy sprawie 
pewnych – och, na miłość boską, to nie czas na cholerne nakazy!  – że przy sprawie Jamesa 
Amos  został  uprzejmie  odsunięty  na  bok,  gdy  ja  to  naprostowywałam.  Nie  sądziłam,  że 
naprawdę zaczęłam… zaczęłam… 

background image

49 

 

O Boże. To prawda, co nie? 

Ale  był  ten  pocałunek!  Ten  pocałunek  z  wczoraj!  Wiem,  że  wtedy  czułam  Amosowe 

emocje!  Wiem  to!  Więc  jak to  jest,  że  moje  sympatie zaczynają zanikać,  kiedy  jestem  taka 
pewna, że wczoraj jeszcze tam były? Jak? 

Merlinie, jestem taka zdezorientowana. 

I  nie  zamierzam  nawet  zaczynać  myśleć  o  Jamesowym  czynniku.  Serio.  Bo  szczerze 

mówiąc  chciałabym  dożyć  do  moich  osiemnastych  urodzin.  A  myślenie  o  Jamesie  Potterze 
naprawdę temu zagraża. 

To wszystko jest… fatalne. 

Brzydko, szalenie i kompletnie fatalne. 

Nienawidzę mojego życia. 

Nienawidzę go. 

Kończę z tym. Kończę z tym wszystkim

Pomyślę nad tym, kiedy będę miała więcej energii. Tego właśnie potrzebuję. Energii. 

Racja. 

 

Później Później, Dalej Chowając się Za Szklarnią Numer Cztery 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Może ja… 

Nie. 

Nie

Dlaczego ja o tym myślę? Dlaczego?? 

To jest po prostu przygnębiające. 

 

Później Później, Zielarstwo 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

background image

50 

 

Wiecie,  gdybym  była  mniej  przygnębiona  i  znacznie  bardziej  przytomna,  to  pewnie 

byłabym teraz w ekstazie. 

Poważnie. Byłabym podekscytowana. Mac jest na tej lekcji. Może totalnie się domyślić w 

planie atakowania-kopertami. Zobaczy, że walczymy dla niego i będzie wiedzieć, żeby się nie 
poddawać – cóż, zobaczy, że Grace dla niego walczy, biorąc pod uwagę, iż obecnie tylko ona 
rzuca kopertami, ponieważ ja jestem zbyt nierozgarnięta. Ale liczy się zamiar, prawda? Mimo 
wszystko powinnam rozpierać się od wścibskiej dumy. 

Ale tak nie jest. 

Nie jest. 

I  nie  potrafię  zdecydować,  który  czynnik  bardziej  mnie  stopuje:  zmęczenie  czy 

przygnębienie. 

Interesujące pytanie, co? 

 

Wciąż Później, Wciąż na Zielarstwie 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

To zmęczenie. 

Zdecydowanie zmęczenie. 

Ble. 

 

Wciąż Później, Wciąż na Zielarstwie 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Co musi zrobić dziewczyna, żeby dostać tutaj poduszkę, hm? 

Psh. 

Niech to wszystko szlag weźmie, ew ew ew. 

Zmęczona. 

Po prostu… ech. 

background image

51 

 

 

Jeszcze Jeszcze Później, Wciąż Wciąż na Zielarstwie 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Kiedy ta lekcja się kończy??? 

 

Później, Po Zielarstwie 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

O Merlinie, teraz muszę iść na Historię. 

Niech to szlag

 

Później Później, Historia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Nie wiem, jak tutaj dotarłam. 

Chyba umrę. 

 

Później Później Później, Nadal Historia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 199 

Hej. Prześcigam cię teraz czterdziestoma czteroma kopertami. Co jest? –GR 

Zbyt wykończona na rzucanie. Sorki. –LE 

Zbyt wykończona? Co? 

Hm. 

Dlaczego? 

background image

52 

 

Nie spałam. Jestem wycieńczona emocjonalnie. Zła karma. Wybieraj. 

Rzeczywiście wyglądasz trochę źle. Twoje oczy są zaczerwienione. 

Dzięki. 

Więc nie jesteś już na mnie zła? Za trzymanie w tajemnicy wczorajszy udział Jamesa? I 

za… cóż, inne części? 

Zbyt wiele wysiłku. Może jutro. 

Zamierzasz zemdleć? 

Merlinie, mam nadzieję, że nie. 

Słuchaj, Lil, sądzę, że wykorzystałaś swój medyczno-dramatyczny limit na ten tydzień. 

Zrób sobie przerwę, dobrze? 

Mm-hm. 

Lil? 

Hm? 

Serio. Nie mdlej. 

Próbuję. 

Dzięki. 

 

Później, Nadal Historia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 32 

Suma Obserwacji: 200 

Obserwacja #200) Jestem zbyt zmęczona, żeby przejmować się dotarciem do 200. 

Ughhhhhhhhhhhhh.