background image

Frid Ingulstad 

Proroczy sen 

background image

Grudzień 1431 

Wiatr osiągał siłę orkanu, świstał i wył w wan­

tach i cumach z ogłuszającą dzikością, a belki 
i drewniany kadłub nowej galery Maria Medici 
trzeszczał niebezpiecznie. Chmury zbierały się na 
niebie w ciężkie, czarne gromady, zaś fale przera­
żały, wzbudzając trwogę swym obłąkańczym sza­
łem. Rozgniewane morze było bezlitosne, niosło 
śmierć i zniszczenie. 

Carlo mocno uczepił się obudowy pomostu na 

dziobie. Na wpół sparaliżowany szokiem, wpa­
trywał się w ogromną falę, która rosła przed nim 
niczym gigantyczna góra. Zaczął szeptem odma­
wiać modlitwę do Najświętszej Panienki, zacisnął 
powieki i czekał na to, co nieuniknione. 

Jednak okręt jakimś cudem nie został roztrzas­

kany na drzazgi. Uniósł się na potężnej fali, by za 
chwilę znów opaść i dalej zmagać się z żywiołem. 
Carlo mimo to czuł, że wszystko stracone. Statek 
bez żagla i steru był skazany na zagładę. Przy ta­
kim sztormie jak ten tym bardziej nie było żad­
nej nadziei. 

background image

Młodzieniec jeszcze raz uświadomił sobie, jak 

nieskończenie mały i bezradny jest człowiek 
w obliczu sił natury. Czym prędzej puścił 

obudowę pomostu, którego kurczowo się trzy­

mał, i z ogromnym wysiłkiem brnął dalej po 
pokładzie, atakowany przez fale, które groziły 
porwaniem w czarną otchłań. Całkiem przemo­
czony dotarł wreszcie do kajuty swego wuja. 

Piętro Querinius ni to leżał, ni siedział, z ca­

łych sił zaciskając dłonie na krawędzi stołu. Gło­

wę miał pochyloną, a ciało napięte, aby móc za­
chować równowagę. Modlił się. 

Gdy ów siwowłosy szlachcic w średnim wieku, 

dowódca galery Maria. Medici, zrozumiał, że nie jest 
sam w kajucie, powoli uniósł głowę, spoglądając na 
Carla przygasłym, wyrażającym udrękę wzrokiem. 

W migoczącym świetle lampy tranowej Queriniu-
sowi wydało się przez moment, że to Antonio, jego 
syn, który zmarł nagle pięć dni przed wyjazdem oj­
ca z ukochanej Wenecji - w kwietniu, siedem dłu­
gich miesięcy temu. Piętro nie mógł się pogodzić 
z bezsensowną śmiercią syna. Teraz jednak zrozu­
miał, jaka łaska spłynęła na Antonia, który nie mu­
siał przeżywać tych ostatnich, wypełnionych lękiem 
tygodni na pokładzie skazanego na zagładę statku. 

Zasnął na wieki szybko i spokojnie, Bóg oszczędził 
mu okrutnej śmierci, która niebawem spotka Que-
riniusa i całą załogę. 

Teraz wszystkie myśli Queriniusa skupiały się 

wokół siostrzeńca, młodego Carla. Nienawykły 
do życia na statku, szczególnie w obliczu sztor-

background image

mu i zimna, bez najmniejszej skargi wypełniał 
swe obowiązki, które wymagały od niego nad­
ludzkiego wysiłku. Był też dla wuja nieocenionym 

wsparciem. Nie szukał jak wielu spośród załogi 

pocieszenia w winie i nie grzał się całymi dniami 
przy ogniu z wonnego drzewa cyprysowego, sta­
nowiącego część ładunku. 

Gdy Carlo podszedł do wuja, ten chwycił go 

mocno za ramię i przyciągnął do siebie na ławę. 

- Właśnie powziąłem poważną decyzję, Carlo -

powiedział zmęczonym głosem. - Jeśli zostaniemy 
na pokładzie, nie mamy szans dotrzeć do lądu. Bez 
steru, masztu i żagla wypływamy coraz dalej 

w morze. Prowiantu ubywa i pomrzemy z głodu. 
W dodatku nie mamy już sił, aby wciąż usuwać 
wodę ze statku. Wielu jest tak wycieńczonych, że 
już nie są w stanie utrzymać się na nogach. 

Carlo skinął głową. Równie jak wuj był świa­

domy powagi sytuacji. 

Querinius zaczerpnął powietrza i z wysiłkiem 

mówił dalej: 

- Dlatego właśnie podjąłem decyzję opuszcze­

nia Marii Medici... 

Carlo spojrzał na wuja z przerażeniem. 
- Opuścić statek? - powtórzył z niedowierza­

niem. - Czy to możliwe podczas takiej burzy jak ta? 

Querinius poczuł ogromne znużenie. Miał wra­

żenie, że w ciągu dziesięciu ostatnich tygodni po­
starzał się o dziesięć lat. Opuścić Marię Medici, to 
tym samym skazać na zagładę zarówno ten pięk­
ny żaglowiec, jak i cały cenny ładunek. Jednak na-

background image

wet tak miażdżąca porażka była niczym w porów­

naniu z odpowiedzialnością za życie sześćdziesię­
ciu ośmiu osób. Z gorzkim uczuciem pogardy dla 

samego siebie przypomniał sobie Piętro marzenia 
o bogactwie, honorze i sławie, które snuł podczas 
przygotowań do tej wyprawy. Teraz bogactwo 
zniknie w otchłani morskiej, a jego, jeśli cudem uj­
dzie z opresji z życiem, w rodzinnej Wenecji 
przywita coś zupełnie innego niż zaszczyty. 

- Nie wiem - odpowiedział cicho, tak że jego sło­

wa zagłuszyło wycie sztormu. - Jeśli ty dzięki swej 
młodzieńczej sile, swej odwadze i hartowi ducha 
przeżyjesz tę nieszczęsną podróż, musisz opowie­
dzieć tam w domu dokładnie, co się wydarzyło! Po­
wiedz, że Maria Medici zderzyła się z podwodny­

mi wysepkami już w Kanale Świętego Piotra, na 

południowy wschód od Kadyksu, i że pióra steru 
zostały uszkodzone. To zapoczątkowało całe nasze 
nieszczęście. Później straciliśmy cały ster. 

Carlo czynił wysiłki, aby usłyszeć, co mówi 

wuj. Na zewnątrz nadal szalał sztorm. Wiatr wył, 

świszczał, huczał i dudnił z siłą piorunów. Lam­
pa tranowa mocno się kołysała, a on sam z tru­
dem utrzymywał się na lawie. 

Querinius przymknął na chwilę powieki, za­

nim znów się odezwał. 

- Opowiedz o wysiłku, jaki włożyliśmy w spo­

rządzenie steru ze środkowego masztu, i o tym, 

jak

 sztorm przybierał na sile, aż w końcu fale za­

częły przelewać się przez pokład i zmiotły nowy 

ster.

 Powiedz o moim zwątpieniu, o naszych 

background image

łzach i modlitwach do Najświętszej Panienki, gdy 

wiatr zerwał żagle i cisnął je do wody. Opowiedz, 

że chwytając się ostatniej deski ratunku, próbo­

waliśmy zarzucić kotwicę, mimo że sternicy oce­

nili głębokość na osiemdziesiąt sążni, i że powią­
zaliśmy cztery liny, aby dosięgły do dna. 

Carlo skinął głową z lekkim zniecierpliwie­

niem. Przecież wiedział o wszystkim. 

- Jednak byliśmy zmuszeni przeciąć je po dwóch 

dobach, ponieważ baliśmy się, że statek przełamie 
się z powodu silnego obciążenia - podjął młodzie­
niec. Pragnął uspokoić wuja i udowodnić mu, że 
poradzi sobie z wyjaśnieniem, jeśli tylko będzie mu 
dana taka szansa. Widząc ulgę w zmęczonym wzro­
ku Queriniusa, mówił dalej: - Czwartego grudnia, 

w dniu świętej Barbary, cztery potężne fale uderzy­

ły w Marię Medici i zanurzyliśmy się jeszcze bar­
dziej. Cała załoga, na wpół martwa ze strachu 
i z wysiłku, stała po pas w wodzie i wylewała ją za 
burtę. Siódmego grudnia sztorm znów przybrał na 
sile, a woda od podwietrznej burty wlewała się już 
bez przeszkód na pokład. Wszyscy zrezygnowani 
oczekiwali tylko na śmierć, ale ty dodałeś nam 

wszystkim odwagi i nowych sił, gdy postanowiłeś 

odciąć maszt, aby uwolnić statek od zbędnego cię­
żaru. Wtedy pomógł nam nasz Pan: wysłał ku nam 
spiętrzone fale, które porwały odcięty maszt i reje, 
nie naruszając burty. 

Querinius spoglądał z wdzięcznością na swego sio­

strzeńca i znów poczuł przeszywający smutek. Taki 
urodziwy, roztropny, szlachetny i stały w swych po-

background image

stanowieniach młodzieniec był rzadkością wśród 
swych rówieśników. Zasłużył na lepszy los niż śmierć 

w otchłani morskiej. Wuj skinął głową. 

- Tak, powiedz i to. W samym środku całego nie­

szczęścia nasz Pan dokonał takiego cudu! Ale mu­
sisz im też wyjaśnić, dlaczego zdecydowałem się 
opuścić statek. Według obliczeń sterników znajdu­
jemy się siedemset mil od najbliższego lądu, któ­
rym przypuszczalnie jest wyspa Irlandia. Gdyby 

wtedy, kiedy byliśmy dwieście mil morskich od 
przylądka Finisterre, utrzymywał się południowo-
-zachodni wiatr, z łatwością wpłynęlibyśmy do ka­
nału u wybrzeży Flandrii, tak jak planowaliśmy. 

- Jednak wiatr przybrał na sile, zmienił się na 

południowo-wschodni i zepchnął nas z kursu -

dokończył Carlo za wuja. 

Cień uśmiechu zagościł przez chwilę na poważ­

nej twarzy Queriniusa. 

- Byłbyś... - Wuj zacisnął usta i poprawił się: -

Będziesz sumiennym dowódcą okrętu, mój przyja­
cielu - powiedział łagodnie, lecz jego oczy mówiły 
młodemu mężczyźnie, że wuj nie był aż takim 
optymistą. 

Siedemnastego grudnia morze uspokoiło się 

i opuszczono dwie szalupy. Uczyniono to, korzy­
stając z trzonu dawnego steru, na który nawinię­

to liny, ponieważ nie było już masztu. Marynarze 
przymocowali trzon do lewej burty przy pomo­
ście na rufie, oderwali część osłony pomostu 
i przez tak powstały otwór wysunięto łodzie. 

background image

Drogą losowania podzielono załogę na dwie gru­

py - dwudziestu jeden mężczyzn wsiadło do mniej­
szej szalupy, czterdziestu siedmiu do większej. 
Carlo i Piętro Querinius znaleźli się w większej. 

Załogi obu łodzi pożegnały się, mężczyźni nie 

ukrywali wzruszenia. Nikt nie wierzył w to, że 
jeszcze kiedyś się zobaczą. 

Niestety, nie mylili się... 

Tej samej nocy wiatr znów zaczął wiać z połu­

dniowego wschodu. Carlo czynił wysiłki, aby nie 
stracić z oczu mniejszej szalupy, lecz ciemności 
i bezmiar wód sprawiły, że nie było to możliwe. 
Gdy wreszcie po nieskończenie długiej i zimnej 
nocy nastał świt, zostali na morzu sami. Carlo 
rozglądał się na wszystkie strony. Przepełniało go 
poczucie pustki. Zrozumiał, że już nigdy nie ujrzy 
swoich przyjaciół. 

Do ich łodzi wdarła się woda, obciążając ją nad­

miernie, i Querinius wydał polecenie wyrzucenia 

wszystkiego, bez czego można się obyć. Odzież, 

narzędzia, a nawet jedzenie i wino zostały ofiaro­

wane chciwej otchłani morza. 

Rozzłoszczone, natarczywe fale wciąż uderzały 

w kadłub. Szalupa nabierała coraz więcej wody. 

Siedmioosobowe grupy w przejmującym zimnie 
na zmianę wybierały wodę i czuwały przy sterze. 

Wszystko, co mieli do picia, to pół kubka wina na 
osobę przez całą dobę. Do jedzenia było głównie 

solone mięso, które tylko wzmagało pragnienie. 

Tak rozpoczął się nieopisany, niekończący się, 

przerażający koszmar, którego żaden z członków 

background image

załogi nie wyobrażał sobie nawet w najczarniej­
szych przewidywaniach. 

Pierwsi zostali pokonani ci, którzy pocieszali 

się winem i na pokładzie Marii Medici grzali przy 
ogniu. Umierali nagle, a ich ciała wrzucano do 
morza. 

Po osiemnastu dobach w szalupie przy życiu 

zostało jedynie dwudziestu jeden z czterdziestu 
siedmiu mężczyzn. 

Carlo próbował oderwać się od koszmarnej 

rzeczywistości, przywołując w myślach Wenecję. 
W tej bezlitosnej pustce, wśród zimna i wiatru, 

w obliczu śmierci współtowarzyszy, nie było mu 

łatwo powrócić pamięcią do pełnego słońca do­
mu. Zmusił się do odwrócenia wzroku od cierpią­
cych przyjaciół. Wpatrzony w niespokojny mrok 
sztormowej pogody, wśród lodowatej mgły i śnie­
życy ujrzał wreszcie swój Eden. 

Jak fatamorgana wynurzyła się z błękitnych 

wód Morza Śródziemnego Wenecja ze swymi bia­

łymi marmurowymi budowlami i ciemnoczerwo­
nymi domami z cegły, ze świecącą złotą mozaiką 
bazyliką Świętego Marka i pałacem ozdobionym 
miłymi dla oka malowidłami. 

Potem w wyobraźni Carla pojawił się dom ro­

dzinny - tak jasno i wyraźnie, że całkiem zapomniał 
o miotającym nimi sztormie, nie zauważając nawet 
śniegu, który padał mu prosto w twarz. Biegł teraz 
ścieżką w dół bujnego ogrodu między fontannami 
i pachnącymi kwiatami. Już nad samą wodą odwró­

cił się i spojrzał szczęśliwy w górę na wspaniałą bia-

background image

łą willę, na wzgórza. Ich oświetlone promieniami 
słonecznymi wierzchołki wznosiły się ku niebie­
skiemu, ciepłemu i miłosiernemu niebu. 

Podeszła do niego młoda dziewczyna z czarny­

mi włosami, opadającymi swobodnie na ramiona. 

Wyciągnęła do niego ręce i zaśmiała się jasnym, 
czystym śmiechem. Carlo w jednej chwili poczuł 
zapach jej perfum i gorącego ciała tuż przy swoim. 

- Adelajdo... - szepnął. 
Czyjaś ręka chwyciła go mocno za ramię. 
- Carlo? 
W głosie zabrzmiały jednocześnie prośba i py­

tanie. 

Młodzieniec spojrzał w górę i napotkał wystra­

szony wzrok wuja. 

- Jak się czujesz? 
Młody człowiek zrozumiał, jak ważne było dla 

wuja jego samopoczucie, więc wziął się w garść. 

- Dałem się ponieść marzeniom - powiedział 

uspokajająco. - O Adelajdzie - dodał z wymuszo­
nym uśmiechem. 

Querinius skinął głową. 
- Bałem się... - zaczął, lecz zaraz zamilkł. 

Dwudziestego dziewiątego grudnia skończyły się 

zapasy wody i wina. Querinius marzył już tylko 
o tym, by należeć do grona tych dwudziestu sze­
ściu towarzyszy, którzy odeszli na zawsze. Część 
marynarzy na skutek pragnienia zatraciła zdrowy 
rozsądek i zaczęła pić wodę morską, czego nie­
uchronnym następstwem musiała być śmierć. Tak 

background image

minęło jeszcze pięć niewiarygodnie długich dni -

w dokuczliwym wietrze, dręczącym zimnie, wśród 

fal i zimowych ciemności trwających dwadzieścia 
trzy godziny na dobę. 

Rano, czwartego stycznia, gdy dzień wydłużył 

się już do półtorej godziny, jeden z wyczerpa­
nych, półżywych marynarzy dostrzegł przed sza­
lupą zarys lądu. Zebrał resztki sił i chwycił za wio­
sła. Niestety, światło dzienne zgasło tak szybko, 

że załoga straciła z oczu cienki pasek ziemi. 

Dopiero następnej nocy zbliżyli się do lądu, 

ale wtedy Querinius dostrzegł, że fale rozbijają 
się o podwodne skały. Brzeg musiał być oddzie­

lony od otwartego morza szkierami - najwięk­
szym postrachem każdego marynarza. Nadzieję 
i radość zastąpiło zwątpienie, mężczyźni płakali 
i modlili się. Nagle zdarzył się cud - podobny jak 
ten, gdy morze uniosło ze sobą ucięty maszt, za­
nim zdążył roztrzaskać kadłub Marii Medici. 

Akurat w chwili, kiedy szalupa zbliżyła się do 
szkierów, ogromna fala przeniosła ją na swym 
grzbiecie na drugą stronę i poprowadziła dalej 
rynną między innymi podwodnymi wysepkami 
aż do jedynej plaży widocznej na skalistej, jało­

wej wyspie. 

Carlo należał do tych spośród załogi, którzy 

czuli się najlepiej. To dzięki hartowi ducha, jak 
często myślał Querinius. Teraz młodzieniec jako 
jeden z pierwszych wyszedł na ląd. 

Wyspa pokryta była śniegiem, więc marynarze 

łapczywie ugasili nim pragnienie, a potem zbiera-

background image

li biały puch do naczyń i nieśli go tym, którzy nie 
mieli sił wyjść z szalupy. 

Po tej nocy żywych zostało szesnastu, a jedyne 

ich pożywienie stanowił śnieg. 

Nazajutrz potwierdziły się najgorsze przypusz­

czenia rozbitków - wyspa była niezamieszkana... 

Tego samego dnia przez szpary i dziurę w bur­

cie do szalupy zaczęła dostawać się woda. Łódź 
wkrótce mogła pogrążyć się w morzu i należało 
ją opuścić. Mężczyźni znaleźli się całkiem sami na 
pustej wyspie pośród przejmującego zimna. Bez 
dachu nad głową, bez jedzenia, bez innych ubrań 
poza tymi, które mieli na sobie, i bez możliwości 
dostania się na pobliskie wyspy, być może za­
mieszkane 

Querinius spojrzał na Carla, w milczeniu że­

gnał się z siostrzeńcem, którego w ciągu tych 
kilku miesięcy nauczył się kochać jak własnego 
syna. 

Dwa tygodnie później na wyspie Rost w archi­

pelagu Lofotów, osiem mil od owej opustoszałej 
wysepki, do której przybili weneccy marynarze, 
zdarzyło się coś dziwnego. Osiemnastoletnia Sig-
ne, najmłodsza córka rybaka 0ivinda Jonasa 
Nostviga, obudziła się nagle w środku nocy i za­
częła wpatrywać się w ciemność. Miała dziwny 
sen. Ukazały jej się w nim dwa cielaki, które stra­
cili zeszłego lata, a które teraz - oczywiście we 
śnie - cale i zdrowe biegały po zachodniej stronie 

wyspy Sandoya. Wydawały się tak rzeczywiste, że 

background image

musiało minąć trochę czasu, nim dziewczyna zro­
zumiała, że to nie działo się naprawdę. 

Na zewnątrz styczniowy wiatr owiewał ściany 

domu. Signe słyszała, jak ojciec niespokojnie prze­
wraca się z boku na bok w łóżku. Właśnie miały się 
rozpocząć połowy na Lofotach. W czwartek poja­
wiła się na niebie poświata zapowiadająca koniec 
nocy polarnej. Sprawdzono łódź i wyposażenie, 
przygotowano do załadowania ubrania i prowiant. 
Ona sama, jej siostra i matka znów zostaną razem 
z innymi kobietami, dziećmi i starcami na wyspie 
przez cztery miesiące. Sami będą musieli sobie ra­

dzić. Dla Signe, jej matki i siostry oznaczało to ze­
tknięcie się z głodem. Ojciec i bracia, którzy wypły­
ną w morze, aby zmagać się z żywiołem, zabiorą 

większość zapasów jedzenia. Ojciec chorował 
ostatnimi laty, więc nie żyło im się lekko. 

Czyżbym miała proroczy sen...? pomyślała Si­

gne. Może cielęta mimo wszystko żyją? Wtedy 
tak często smutna twarz ojca rozjaśniłaby się mo­
że uśmiechem radości, a widmo głodu zostałoby 
odsunięte na jakiś czas. 

Myśl ta wprawiła dziewczynę w dobry humor 

i nie pozwoliła jej już usnąć. Słyszała, jak chora 
krowa kopie w swój kojec po drugiej stronie ścia­
ny, gdzie znajdowała się mała obora. Mama mówi­

ła, że ta krowa już nigdy nie będzie cielna. Dwa od­
zyskane cielaki oznaczałyby ratunek dla rodziny. 

Signe wciąż leżała rozbudzona, wpatrywała się 

w światło księżyca, wpadające przez przykryty na 
zimę siecią dymnik w dachu. Zaraz potem zoba-

background image

czyła, że ojciec wstaje z łóżka. Ostatnio bardzo 
się niecierpliwił - połowy powinny były rozpo­
cząć się już kilka dni temu. 

- Ojcze... - szepnęła dziewczyna. 
- Już nie śpisz, Signelill? - zapytał zaskoczony, 

odwracając się ku niej. 

Signe uśmiechnęła się ledwie zauważalnie. Oj­

ciec był dziś mimo wszystko w dobrym nastroju. 
Pełnego imienia, które zresztą sam nadał córce, 
używał niezwykle rzadko. 

Zaraz jednak uśmiech znikł z twarzy dziewczy­

ny. Radość zastąpił lęk, jaki ją nawiedzał ją zawsze 

wtedy, gdy przypominała sobie legendę o Signelill 

i Hagbardzie, którzy nie mogli być razem... 

Podczas wyprawy wikingów Hagbard zabił 

dwóch braci Signelill. Wiedział, że jej ojciec, król 

Sigyart, srogo się na nim za to zemści. Z tęskno­

ty za Signelill Hagbard przebrał się za kobietę 
i podstępem dostał się do jej łoża. Służki odkryły 
jednak ten podstęp i doniosły królowi, a kiedy 
Hagbarda prowadzono na szubienicę, Signelill 
podpaliła swą komnatę i odebrała sobie życie. 

Legenda mocno działała na wyobraźnię Signe 

i za każdym razem wywoływała w niej dreszcz 
przerażenia. Już jako małe dziecko doznawała sil­
nego i przykrego przeczucia, że ta opowieść ma coś 

wspólnego z nią samą. Nie tylko z powodu imie­

nia jej bohaterki, ale raczej ze względu na to, że mo­
gła być swego rodzaju przestrogą przed czymś, co 
pewnego dnia może zdarzyć się jej samej. 

Signe nie od razu powiedziała o swoim śnie. Ba-

background image

ła się rozbudzać płonne nadzieje, cielęta nie prze­
żyłyby styczniowego mrozu i wiatru na Sandoya. 

Signe i ojciec wstali i zaczęli się ubierać. Mat­

ka i rodzeństwo jeszcze spali. 

0ivind Jonas spojrzał na chude ciało swej 

młodszej córki, a jego wzrok wypełnił się smut­
kiem. Jeśli i w tym roku połów się nie uda, znaj­

dą się w sytuacji bez wyjścia. Strata dwóch cieląt, 
które zniknęły zeszłego lata, była dla niego cięż­
kim ciosem. Zapasy jedzenia zmniejszały się za­
straszająco szybko. 

- Ojcze... - zaczęła Signe niepewnie. Uśmiech­

nęła się lekko, aby nie czynić sprawy zbyt poważ­
ną. - Miałam dziś dziwny sen. Ujrzałam w nim 
dwa nasze cielęta, całe i zdrowe. Stały na małej 
plaży po zachodniej stronie Sandoya. 

0ivind Jonas zatrzymał się i ze zdziwieniem 

spojrzał na córkę. 

- Przyśniło ci się coś takiego? - spytał z niedo­

wierzaniem. Choć domownicy wiedzieli, że 

dziewczyna miewa prorocze sny, iskierka nadziei, 
która zapłonęła w zmęczonych oczach ojca, szyb­
ko zgasła. - Po zachodniej stronie? - powtórzył 
ojciec, nie mogąc nic z tego zrozumieć. Pokręcił 
głową. - Coś podobnego jeszcze nigdy się nie zda­
rzyło. Tym razem za bardzo poniosła cię fantazja, 
Signelill - zawyrokował i uśmiechnął się lekko. 

Jednak dziewczyna widziała, że ojciec z trudem 

ukrywał, jak wielkie wrażenie zrobił na nim jej 
sen. 

Gdy Signe z matką tego ranka oporządzały cho-

background image

rą krowę, w niskich drzwiach obórki niespodzie­

wanie pojawił się ojciec. 

- Po zachodniej stronie, tak? 
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona 

i skinęła głową. Zaraz jednak dodała szybko: 

- To był tylko sen, ojcze. 
Mężczyzna odwrócił się. 
- Ludvig i Kristoffer płyną ze mną na zachod­

nią stronę Sandoya. 

- Na zachodnią stronę? - nie wytrzymała matka. 
Ojciec zniknął, więc Signe musiała wyjaśnić je­

go słowa. 

- Po zachodniej stronie? - powtórzyła matka 

z gniewem. - I on w to uwierzył? 

Signe spojrzała nieszczęśliwym wzrokiem na 

matkę. 

- Mówiłam, że to tylko sen - szepnęła zawsty­

dzona. 

- Tak, sen! - fuknęła matka pogardliwie. - Że 

też ojciec bierze takie rzeczy poważnie! I to aku­
rat teraz, kiedy zaczyna się połów! 

Kilka godzin później 0ivind Jonas i jego dwaj 

synowie w dokuczliwym wietrze znad otwartego 
morza zbliżali się do zachodniego wybrzeża 
Sandoya. 

0ivind wpatrywał się posępnym wzrokiem 

w otuloną zimową szatą, opustoszałą wyspę. Nie­

mal słyszał już ironiczny śmiech pozostałych ry­
baków z wioski. „Ten 0ivind Jonas musiał chyba 
oszaleć! Wypłynął sobie po wymyślone przez cór-

background image

kę cielęta, i to w samym środku połowu dorsza!" 

Mężczyzna zacisnął zęby i naciągnął mocniej 

czapkę na uszy. Padał gęsty śnieg, a ku łodzi dry­
fowała po wzburzonej wodzie duża kra. Wyspa 
tkwiła w morzu spokojnie, jak gdyby śmiejąc się 
z niego. Czy naprawdę sądziłeś, że można tu prze­
zimować? wydawała się pytać z rozbawieniem. 
Kristoffer, starszy syn, spojrzał ojcu w oczy, ten 
zaś z zakłopotaniem odwrócił wzrok. Cóż chłop­
cy mogli sobie pomyśleć o swoim ojcu! Że dziwa-
czeje na stare lata. 

Przepłynęli wąską rynną, którą znali jak włas­

ną kieszeń. 

- Zostań w łodzi, ojcze - powiedział Kristoffer, 

przejmując nagle dowodzenie. 

Pewnie uważa, że do niczego już się nie nadaję, 

pomyślał 0ivind Jonas gorzko, ale skinął głową. 

Chłopcy poszli przez plażę w kierunku starej 

stodoły, której używano latem. 

0ivind Jonas mrugał powiekami, aby lepiej wi­

dzieć. Chłopcy gwałtownie przystanęli, po czym 
cofnęli się o kilka kroków. Z ich zachowania oj­
ciec wywnioskował, że jego synów coś musiało 

wystraszyć. Mimowolnie chwycił za wiosła. Czuł, 

jak i jego ogarnia niezrozumiały lęk. 

background image

Carlo obudził się gwałtownie. Ciszę przerwał 

głos Christofora Fioravante; wydawał się ochryp­
ły i nieprzyjemny w swej intensywności. 

- Słyszycie głosy ludzi? 
Carlo podniósł się zaskoczony, nasłuchując, 

lecz bosman Alvize di Nassi odwrócił się tylko na 
drugą stronę. 

- To te przeklęte kruki, czekają na kolejne 

zwłoki - wymamrotał w półśnie. 

Carlo położył się, cały drżał. Z szesnastu osób, któ­

re dobiły do brzegu wyspy, zostało trzynaście. Dzie­
sięciu z nich leżało teraz w tej małej, letniej stodole, 
którą mieli szczęście znaleźć. Trzech innych, którym 
zabrakło sił, by tu dojść, zostało w prymitywnym na­
miocie, zrobionym z wioseł i żagla szalupy. 

Gdy jeszcze wszyscy chronili się w namiocie, 

trzech zmarło - z głodu, z wycieńczenia, niemal 
zjedzeni przez wszy. Tych trzynastu, którzy prze­
żyli, nie miało sil na wyniesienie ciał kolegów na 
zewnątrz. 

Jednak jakimś cudem Carlo razem z kilkoma 

innymi mężczyznami po kilku dniach podnieśli 
się i nazbierali trochę małży do zjedzenia. 

background image

Jedenastego dnia Corado de Lione odkrył nie­

spodziewanie ogromną rybę. Była co prawda mar­
twa, ale jeszcze świeża; woda wyrzuciła ją na 
brzeg. Ważyła przynajmniej dwieście funtów i da­
la rozbitkom pożywienia na dziesięć dni. 

Tuż obok Carla leżał jego wuj, Piętro Queri-

nius. Jego też obudziło bredzenie Fioravante. 
W pierwszej chwili wstrzymał oddech, chwycił za 
krzyż i mały święty obrazek, który zdołał zabrać 
ze sobą, błagając Najświętszą Panienkę, aby to by­
ła prawda. Ale bosman chyba się pomylił. Żaden 

człowiek przy zdrowych zmysłach nie wybiera się 
zimową porą na opustoszałą, targaną przez zim­
ny wiatr wyspę. Albo Fioravante mówił przez sen, 
albo zaczynał tracić rozum. Piętro Querinius cięż­
ko położył się na boku i zamknął oczy, lecz wytę-
skniony sen, który mógł przenieść go do miłosier­

nego stanu niepamięci, nie nadchodził. Ciężkie 
myśli nie dawały mu spokoju. Przypominał sobie 
dzień, w którym jednemu z trzech wyczerpanych 
marynarzy pozostających ciągle w namiocie uda­
ło się chwiejnym krokiem przejść pół mili do sto­

doły i odkryć ogromną rybę, znalezioną przez je­
go towarzyszy. Jeden z mężczyzn popadł w taką 
złość, że chciał go wypędzić. Querinius obawiał się 
przelewu krwi - zupełnie jak wtedy, gdy ciągnęli 

losy, by zdecydować, kto ma się znaleźć w dużej 
szalupie. Ale tak jak wówczas, tak i tym razem 
Pan pomógł mu zapanować nad sobą. A uczynił 
to poprzez Carla. Carlo mu pomógł, Carlo ze 
swoją szlachetną naturą i darem słowa. 

background image

Querinius westchnął. Nie rozumiał, dlaczego 

Bóg ciągle odsuwał od nich śmierć. Po cóż mieli 
tu tak trwać i cierpieć w nieskończoność? 

Nagle jednak znieruchomiał, nasłuchując. Car-

lo znów się podniósł. Siedział teraz nieruchomo. 
Cały zamienił się w słuch. 

- To nie kruki... - szepnął ochrypłym głosem. 
Wstał, chwiejnym krokiem podszedł do ni­

skich, wypaczonych drzwi i otworzył je. 

Obaj synowie 0ivinda Jonasa zatrzymali się 

gwałtownie jakieś pięćdziesiąt metrów od letniej 
stodoły. Ich oczom ukazało się coś, co wprawiło 
ich serca w drżenie i zmroziło krew w żyłach. 
Z otworu dymnego w dachu unosiła się cienka 
smużka dymu! 

Kristoffer spoglądał jak zahipnotyzowany 

w stronę stodoły. Ponad trzy lata młodszy brat, 

Ludvig, był na tyle zuchwały i zarozumiały, by 

kpić z ojca, który chciał w środku zimy wybrać 
się na Sandoya po cielaki. Jednak w głębi duszy 
czuł się trochę niepewnie. Jego wzrok cały czas 
błądził po wyspie w poszukiwaniu śladów życia, 
choć nie chciał przyznać się przed samym sobą, 
że wypatruje zaginionych zwierząt. 

- Ludzie...? - szepnął przestraszony. - Przecież 

nikt z Vaer0y czy z Rost nie wybrałby się aż tu 

w styczniu. 

- Duchy... - odpowiedział Ludvig szeptem. 
Kristoffer zamarł. W jednej chwili przypomniał 

sobie Ole Benjamina, który został porwany przez 

background image

podziemne stworzenia.  G d y dotarł do Vaeray kil­
ka tygodni później, nie był już całkiem normalny. 

Kristoffer chwycił Ludviga za rękę i cofnął się 

ostrożnie o krok. W tej samej chwili drzwi stodo­
ły otwarły się i chłopcy ujrzeli w nich jakiegoś po­
chylonego potwora w ludzkim ciele. 

- Upiór z morza! - Kristoffer usłyszał głos bra­

ta akurat w tym momencie, kiedy pomyślał o tym 
samym. Morski upiór

 r

 duch topielców, który po­

wrócił do żywych, błąkał się po morzach w starej 

skorupie i wył przerażająco podczas sztormu. 

Ludvig był niemal sparaliżowany ze strachu. Je­

go brat próbował wziąć się w garść. 

- Upiór chodzi raczej w skórzanej sukmanie i dłu­

gich białych wełnianych rękawicach - wymamrotał, 
lecz sam słyszał, jak bezsensownie to brzmi. 

Wtem od strony drzwi dobiegły ich dziwne gło­

sy - coś na kształt ludzkiej mowy, ale całkiem nie­
zrozumiałej. Zaraz potem ich oczom ukazała się 
druga głowa, i jeszcze jedna. 

Kristoffer właśnie zamierzał pociągnąć Ludvi-

ga za sobą i pobiec do lodzi ojca, lecz ciekawość 
kazała mu czekać.  „ D u c h " wyszedł ze stodoły, 
a tuż za nim podążały trzy inne - wszystkie czte­
ry były tego samego gatunku. Powoli zmierzały 

w kierunku chłopców, wypowiadając przy tym 
całą masę dziwnych słów i machając rękami zu­
pełnie jak ludzie. Gdy podeszły, Kristoffer spo­
strzegł, że się uśmiechają i wykonują gesty, które 
wcale nie świadczą o ich złych zamiarach. 

To właśnie tak upiory mamią młodych chłopców... 

background image

Kristoffer chciał krzyknąć coś brzydkiego, aby 

je odpędzić. Chciał zabrać brata i ratować życie, 
ale nogi miał jak z ołowiu. Nie mógł się w ogóle 
ruszyć. 

Już nie miał wątpliwości. Ci, którzy do nich po­

deszli, nie należeli do żywych. Ich włosy były dłu­
gie i czarne jak węgiel, mieli na sobie dziwne ubra­
nia, byli wychudzeni, postrzępione spodnie wisiały 
na nogach. 

Ludvig chwycił brata za kaftan, łkając ze strachu. 
Gdy stworzenia były już całkiem blisko, za­

trzymały się. Kristoffer oczekiwał najgorszego. 

Jeszcze kilka czarnych upiorów wyszło ze stodo­

ły. Zrobiło się niemal tłoczno. Chłopak nie odwa­
żył się spojrzeć za siebie, aby sprawdzić, czy oj­
ciec przyszedł za nimi. 

Najbliżej stał „duch" - mężczyzna w średnim 

wieku, siwowłosy, o całkiem normalnej twarzy. 

Nagle wyciągnął święty obrazek, złożył ręce, po 
czym skierował je ku morzu i uformował dłonie 
na kształt statku, który tonie. W końcu wskazał 
na swoje otwarte usta. 

Wreszcie w umyśle Kristoffera zaczęło świtać. 

Oni nie byli upiorami. To rozbitkowie, na wpół 
martwi z głodu! 

W następnej chwili odzyskał zdolność myśle­

nia i czym prędzej zwrócił się do brata: 

- Wstydź się! Sprowadź tu ojca! Ich statek się 

rozbił, a morze wyrzuciło ich na wyspę! 

Gdy Ludvig pobiegł wykonać polecenie brata, 

dwóch rozbitków podążyło za nim. 

background image

0ivind Jonas siedział niespokojnie w łodzi, ob­

serwując, co się dzieje. Gdy młodszy syn biegł 
z dwoma odzianymi w ciemne szaty stworzenia­
mi, mężczyzna uczynił znak krzyża, by przygoto­

wać się na marny koniec. Ludvig zrozumiał reak­
cję ojca i zawołał: 

- To rozbitkowie! 
Chwilę później wszyscy trzej byli już przy nim, 

a nieznajomi uczynili gest pełen pokory, aby po­

kazać, że nie mają żadnych złych zamiarów. Ich 
dziwne czarne oczy szukały czegoś na pokładzie 
- najwyraźniej jedzenia - i nie kryły rozczarowa­
nia, że nic tam nie dostrzegły. Poza tym łódź nie 
była wystarczająco duża, aby zabrać wszystkich 

z niezamieszkanej wysepki. 

Zaraz potem przyszedł na plażę Kristoffer z po­

zostałymi marynarzami. 0ivind Jonas przypatrywał 
im się z zaciekawieniem. Mimo iż odzienie mieli 
bardzo zniszczone i byli bezgranicznie wyczerpani, 
bez trudu dało się dostrzec, że mężczyźni wywodzą 
się z wyższego stanu. Najstarszy z nich był bez wąt­

pienia najbardziej dystyngowany. 

W trakcie prowadzonej przy użyciu gestów 

rozmowy 0ivind Jonas wyjaśnił, że może zabrać 
ze sobą dwóch mężczyzn i że pozostali będą za­
brani z wyspy później. W oczach rozbitków do­
strzegł nieufność, kilku z nich sprawiało wraże­

nie, jakby chcieli siłą zatrzymać Ludviga, jednak 
dowódca zdołał ich przekonać, tak że pozwolili 
chłopcu popłynąć. 

background image

Piętro Querinius nie miał problemów z wybra­

niem dwóch pierwszych osób - wysłał Carla, po­
nieważ z nich wszystkich, poza nim samym, chło­
pak był najbardziej obeznany z obcymi językami, 
oraz kamerdynera Corada de Lione jako człowie­
ka najbardziej bywałego i zaznajomionego z Za­
chodem. 

Querinius widział w twarzach obydwu radość 

pomieszaną z pewną dozą niepokoju. Nie miał 
pojęcia, jaki ich spotka los. Nic jednak nie mogło 
być gorsze od zimna i śmierci głodowej na tym 
nieurodzajnym kawałku ziemi. 

Na Rost pełna niepokoju Signe wypełniała 

swoje codzienne obowiązki. 

Ojciec i bracia tak długo nie wracali... 
Powinni byli zjawić się już dawno temu... Wiatr 

przybrał na sile, śnieg z deszczem chłostał twarz 
zmrożonymi drobinami. 

Matka milczała. Z jej oczu można było wyczy­

tać strach i złość. Signe dobrze znała ten wyraz 
twarzy matki z niezliczonych burzowych dni, 
które ojciec i bracia spędzili na morzu. Teraz jed­
nak strach mieszał się z gniewem - była zła na mę­
ża, który wpadł na tak beznadziejny pomysł. 

W kółko mamrotała te same słowa o „zwariowa­
nych chłopach" i „głupcach". 

Signe czuła się winna; teraz gorzko żałowała, 

że opowiedziała ojcu o swoim śnie. 

Pod wieczór przyszła kobieta, po którą matka 

posłała, aby pomogła chorej krowie. Matka sądzi-

background image

ła, że zwierzę opętały złe duchy, a tylko ta właś­
nie kobieta na całej wyspie posiadała moc odpę­
dzania nieziemskich istot. 

Signe stała cicho pod ścianą obory, gdy nagle 

usłyszała głosy dobiegające z przystani. Podniosła 
głowę i napotkała wzrok matki. 

- Idź i zobacz, czy to ojciec. 
Córka natychmiast wykonała polecenie. 

W dole, na brzegu, Signe dostrzegła w świetle 

księżyca grupę ludzi. Gdy była bliżej, jej oczom 
ukazała się łódź ojca. Już chciała podbiec - tak bar­
dzo cieszyła się z powrotu ojca i braci do domu, 
że na chwilę zapomniała o swoim śnie i cielętach. 
Nagle przystanęła. Tuż za Kristofferem na ląd wy­
chodziło dwóch nieznajomych mężczyzn - dwa 

dziwne stworzenia w ciemnym, obcym odzieniu, 
z zadziwiająco czarnymi włosami. 

Teraz pojęła, dlaczego wszyscy rybacy, którzy 

jeszcze nie ruszyli na połów, zgromadzili się wo­
kół łodzi. Ociągając się, ruszyła w tę stronę. 

Ludvig, zauważywszy siostrę, podbiegł do niej, 

ale był tak przejęty, że przez chwilę nie był w sta­
nie wykrztusić słowa. 

- Twój sen uratował ich, Signe! - zawołał zdy­

szany. - Znaleźliśmy ich na wyspie, po zachodniej 
stronie, tam gdzie widziałaś we śnie cielęta! 

Signe na przemian ogarniało ciepło i zimno. Jej 

sen uratował ludziom życie? 

- Początkowo sądziliśmy, że to upiory! - mó­

wił dalej Ludvig, bardziej skłonny do rozmowy 

niż kiedykolwiek. - Wyszli nagle z letniej stodo-

background image

ły, jeden po drugim, cała horda! Reszta jest nadal 
na wyspie, a my teraz spieszymy im na ratunek! 

Rybacy, kobiety, dzieci i starcy z nieskrywa­

nym zaciekawieniem i zdumieniem przyglądali 
się nigdy niewidzianym ubraniom, samym rozbit­
kom i ich zachowaniu. 

Ktoś zawołał: 
- Sprowadzić księdza! - i zaraz potem jakiś 

chłopiec pobiegł do niemieckiego mnicha. 

0ivind Jonas stał na brzegu wyprostowany, 

z błyskiem zwycięskiej dumy w łagodnych 
oczach. Nikt nie kpił, nie śmiał się z niego. Stal 
się bohaterem dnia! Trzynaście ludzkich istnień 
zostanie uratowanych dzięki jego poświęceniu! 

A to jeszcze nie wszystko. Ktoś powiedział, że ten 
dzień pozostanie w pamięci mieszkańców wyspy 
tak długo, jak długo on i jego synowie będą żyć 

na tym świecie! Rozbitkowie mówili obcym języ­

kiem i pewnie pochodzili z dalekich krajów. Ob­
cokrajowcy mieli zakaz handlowania, a nawet że­
glowania na północ od Bergen. Nigdy wcześniej 
ktoś taki nie postawił swej stopy tu na Rost! 

Ta myśl przyprawiała 0ivinda o zawrót głowy. 

Połów, cielęta i jego własne ubóstwo pozostawa­
ły w tej chwili w cieniu. 

Wśród zgromadzonych na brzegu stary rybak 

dostrzegł Signe i pomachał do niej. Dziewczyna 
podeszła do ojca nieśmiało, nie spiesząc się. 

Carlo i Corado de Lione stali tuż obok swego wy­

bawcy i ze zdumieniem patrzyli na przyglądających 

background image

im się z zaciekawieniem ludzi. Po ubiorze poznali, 
że mają do czynienia ze skromnymi, prostymi ludź­
mi; mieszkańcy wyspy patrzyli na nich przyjaźnie, 
a ich twarze zdradzały wręcz naiwność. Gdy Carlo 
przyjrzał im się dokładniej, spostrzegł, że ich ubra­
nia szyte były ze skóry wołu i grubych, szorstkich 
tkanin. Mieli jednak na sobie zadziwiająco mało 
odzienia, zważywszy na dokuczliwe zimno. 

Nagle młodzieniec zauważył dziewczynę i za­

marł. Mimo prostych szat i nadmiernie szczupłe­
go ciała wydała mu się wprost zjawiskowo pięk­
na - na jej ramiona opadały włosy lśniące i jasne 
jak łany weneckiego zboża, skóra twarzy miała 
kolor kości słoniowej, a oczy były niebieskie jak 
Morze Śródziemne. 

Dziewczyna stała obok ich wybawcy i mówiła 

coś do niego w tym samym dziwnym języku, 
a głos jej dźwięczał jasno i pogodnie jak dzwony 
kościoła Santa Maria Gloriosa dei Frari. 

Stary rybak odpowiadał przyjaźnie, w sposób 

wskazujący na bliskie pokrewieństwo, co pozwoli­
ło się Carlowi domyślić, że dziewczyna musi być 
córką rybaka. Zaraz potem ów mężczyzna chwycił 
Carla za ramię i wskazał na jasnowłosą, wypowia­
dając przy tym kilka niezrozumiałych słów. Zawsty­
dzona dziewczyna opuściła głowę, a Carlo uczynił 
to, co w tej właśnie chwili wydało mu się całkiem 
naturalne: przyklęknął, ujął jej dłoń i pocałował ją. 

Signe cofnęła się wystraszona, zerknęła na nie­

znajomego, a ich spojrzenia na moment spotkały 
się. Carlo miał wrażenie, że czas się zatrzymał. 

background image

Dziewczyna poczuła, że jej policzki płoną, a ser­

ce bije jak oszalałe. Przez krótką chwilę myślała, że 
ten dziwny mężczyzna ma złe zamiary, lecz zaraz 
uznała, że jego niecodzienne zachowanie jest pew­
nego rodzaju powitaniem, może nawet podzięko­

waniem. Czyżby ojciec opowiedział mu o jej śnie? 

Oczy nieznajomego początkowo przeraziły ją 

tą swoją niezwykłą, ciemną barwą, lecz gdy przy­
ciągnęły jej wzrok, dziewczyna poczuła w sercu 
coś niewytłumaczalnego - coś, czego nigdy wcześ­
niej nie przeżyła. 

Speszona szukała wzrokiem ojca. On zaś śmiał 

się, co ostatnio zdarzało mu się niezwykle rzad­

ko, i Signe w jednej chwili zrozumiała, co znaczy­
ło dla niego to niewiarygodne zdarzenie. Kpiny 
matki nie przeszły niezauważone. Może nawet 
Ludvig z Kristofferem zdradzali lekceważenie dla 
pomysłu ojca, aby płynąć na Sandoya w samym 
środku zimowej burzy. Jednak ratując życie ludz­
kie, zyskał uznanie zarówno wśród swych bli­
skich, jak i wśród innych rybaków. 

0ivind Jonas dał znak nieznajomym, by podą­

żyli za nim, i już chwilę potem przemarznięci 
i mokrzy marynarze sadowili się przy domowym 
ognisku. Matka Signe przywitała ich ze współczu­
ciem i troskliwością, po czym zaraz zajęła się 
przygotowywaniem ciepłego posiłku. 

Carlo siedział w chacie, rozglądał się ze zdu­

mieniem po jej wnętrzu. Zbudowany z drewna 

background image

dom był okrągły. Miał tylko jedno okno - pośrod­
ku dachu. Okno zakryte było czymś, co przypo­
minało sieć rybacką, przepuszczającą światło 
dzienne, a jednocześnie chroniącą przed śniegiem 
i deszczem. Przy ścianach stało kilka łóżek. Mło­
dy mężczyzna zrozumiał, że w tej jednej izbie śpi 
cała rodzina. 

Jego oczy przeniosły się na dziewczynę. Świa­

tło ognia nadawało jej wąskim policzkom złoty 
odcień, zaś oczy wydawały się nienaturalnie duże 
na jasnej twarzy. Nigdy wcześniej Carlo nie wi­

dział istoty równie zachwycającej. Musiał wręcz 
się zmusić, by oderwać wzrok od dziewczyny. Po­
czuł wyrzuty sumienia; wszak gdy podziwiał tę 
obcą dziewczynę, prawie zapomniał o swej wier­
nej Adelajdzie, która z wielką tęsknotą oczekiwa­
ła go w rodzinnej Wenecji. 

Niskie drzwi nagle otworzyły się i do chaty 

wszedł mężczyzna wyraźnie wyższego stanu niż 
rybacy. Ku wielkiemu zdumieniu Carla, mówił po 
niemiecku. 

- Doszła do mych uszu wielka nowina o żegla­

rzach, którzy znaleźli się na naszej wyspie - po­

wiedział z uśmiechem. 

Carlo podniósł się i pozdrowił serdecznie 

przybyłego. Wreszcie dowiedzą się, gdzie się zna­
leźli i jak mogą stąd dotrzeć do domu, no i opo­

wiedzą swemu wybawcy o dramatycznych prze­
życiach. 

Czym prędzej zaczął mówić niemieckiemu du­

chownemu o nieszczęsnym losie Marii Medici, 

background image

o przybiciu do brzegów opustoszałej wysepki i o cu­
dzie ocalenia, gdy już śmierć zaglądała im w oczy. 

Ksiądz z niedowierzaniem kiwał głową, a gdy 

Carlo skończył swą opowieść, duchowny zwrócił 
się do 0ivinda Jonasa i jego rodziny, tłumacząc im 
każde słowo wypowiedziane przez nieznajomego. 

0ivind Jonas, Signe, Ludvig, Kristoffer i matka 

wpatrywali się w Carla z niedowierzaniem. Czy 

to aby na pewno możliwe? Płynąć statkiem bez 
steru i żagla w samym środku zimowego sztor­
mu? Przeżyć w szalupie trzy tygodnie na takim 
zimnie, aby potem zmierzyć się z głodem i chło­
dem i walczyć ze śmiercią przez kolejnych osiem­
naście dni na jałowej wysepce targanej zachodni­
mi wiatrami? 

Signe spoglądała to na jednego, to na drugiego 

z przybyszów; w głębi duszy współczuła im. 
Z czterdziestu siedmiu mężczyzn w szalupie prze­
żyło jedynie trzynastu. Czegóż ci biedni ludzie 
nie wycierpieli? Głód, śmierć towarzyszy... Oczy 
dziewczyny wypełniły się łzami. Bezwiednie 
uczyniła kilka kroków, dolała ciepłego mleka do 
drewnianej czarki i podała ją najpierw starszemu 
mężczyźnie, a później młodszemu. Jej wzrok mi­
mowolnie - zupełnie jak tam w dole, na przysta­
ni - znów spotkał się ze wzrokiem młodzieńca. 
Również tym razem jej ciałem zawładnęło niezna­
ne dotąd, dziwne uczucie; policzki okryły się ru­
mieńcem, serce łomotało, z trudem oddychała. 

- Zapytaj, gdzie leży ich kraj - powiedział z za­

ciekawieniem gospodarz, a ksiądz przetłumaczył 

background image

pytanie. Signe stała cichutko, wsłuchując się, a gdy 
dowiedziała się, że pochodzą z dalekiego południa 
i usłyszała wiele nieznanych jej wcześniej nazw, 
szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia. 

Carlo cierpliwie mówił o wszystkim, o czym -

jak sądził - chcieliby usłyszeć, lecz w końcu nie 
zdołał pohamować swej ciekawości. 

- Gdzie się teraz właściwie znajdujemy? Koło 

Irlandii? Kiedy będziemy mogli popłynąć na po­
łudnie? - zadawał jedno pytanie za drugim. 

Duchowny najwyraźniej zdumiał się i potrze­

bował chwili na zastanowienie, zanim odpowie­
dział. Nie przypuszczał, że nieznajomi mogą nie 
mięć pojęcia, gdzie są. Był naprawdę zaskoczony. 

Chrząknął i zaczął ostrożnie: 
- Trafiliście do gościnnych, pobożnych ludzi, 

którzy zwykli dzielić się z innymi tym, co mają. 
Tutaj dostaniecie schronienie i wystarczająco du­
żo pożywienia, aby wrócić do sił. 

Na chwilę zamilkł, patrząc badawczo na obu 

przybyszów, po czym powiedział spokojnie: 

- Wasz statek dopłynął dużo dalej niż do Irlan­

dii. Jesteście teraz daleko na północy, w kraju 
zwanym Norwegią, na wyspie znajdującej się sie­
demdziesiąt mil na zachód od stałego lądu. Wy­
spa nazywa się Rost, jest ćwierć mili długa i nale­
ży do archipelagu Lofotów. 

W małej, pogrążonej w ciemnościach izbie za­

panowała cisza. Carlo próbował ogarnąć to, co 
usłyszał od księdza, lecz słowa duchownego wy­

wołały w nim szok. 

background image

- Daleko na północy, w kraju zwanym Norwe­

gią... - powtórzył z niedowierzaniem. 

Duchowny skinął ze współczuciem głową. 
Młodzieniec musiał najpierw przemyśleć to, co 

usłyszał, zanim zaczął mówić. Próbował zapano­

wać nad swoim głosem. 

- Czy stąd odpływają statki na południe? - spy­

tał cicho, choć domyślał się, jaka będzie odpowiedź. 

Ksiądz zasmucony potrząsnął głową. 
- Nie wcześniej niż wiosną. Wtedy na pewno 

będziecie mogli zabrać się na pokład statku wio­
zącego ryby do Bergen. 

Carlo patrzył na niego przez chwilę. Wiedział, 

że powinien być wdzięczny, i był. Przeżył jako je­
den z nielicznych z całej sześćdziesięciośmiooso-
bowej załogi. Mimo wszystko jego pierwszą reak­
cją było ogromne rozczarowanie. 

Jego wzrok przeniósł się na jasnowłosą dziew­

czynę. Musiała czytać w jego oczach jak w otwar­
tej księdze, ponieważ spoglądała w jego stronę 
z wyraźnym współczuciem swymi wielkimi, nie­
bieskimi oczami. Młody mężczyzna wpatrywał 
się w nią, nie mogąc oderwać wzroku. Jeszcze nie 
zdawał sobie z tego sprawy, lecz jego rozczarowa­
nie powoli znikało. 

background image

Na skalistej wysepce, położonej bliżej otwarte­

go morza, Piętro Querinius i ośmiu innych męż­
czyzn chodziło niespokojnie po wybrzeżu tam 
i z powrotem. Jak na komendę przystawali, wpa­
trując się w morze przez gęsto padający śnieg i pa­
nujące o tej porze roku ciemności. 

Minęła już cała doba, a oni ciągle czekali na ry­

baków. Nie mieli pojęcia, skąd przypłynęła mała 
łódka, która zabrała na swój pokład Carla i Co-
rada de Lione. Mogli jedynie zgadywać, że rybak, 
jej właściciel, mieszka na wyspie lub stałym lądzie 

gdzieś w pobliżu. Z tego, co stary rybak tłuma­
czył im na migi, zrozumieli, że wróci po nich i za­
bierze ich tak szybko, jak tylko będzie to możli­

we. To dało im nową nadzieję i siły. 

Godziny wlokły się niemiłosiernie, nadchodzi­

ła noc i w dalszym ciągu nic się nie działo. Queri-
nius stawał się coraz bardziej milczący. Nie od­

ważył się podzielić ze swymi ludźmi posępnymi 
myślami, które nękały jego umysł. Ta prymityw­
na łódka nie była zbyt duża. Z Carlem i Coradem 
de Lione i trzema jeszcze rybakami, zanurzała się 
niebezpiecznie głęboko. Nie potrzeba wysokich 
fal, aby zatopić taką łupinkę. 

background image

Były jednak jeszcze dwie możliwości. Ponieważ 

w łódce nie było jedzenia, mogła to być szalupa 

z jakiegoś większego statku. Statek zaś mógł po­
płynąć dalej, jak tylko załoga wróciła, nie przejmu­
jąc się innymi półżywymi, wyczerpanymi ludźmi. 

Najbardziej niepokoiła go ostatnia możliwość. 

Ci trzej mogli być niecywilizowanymi barbarzyń­
cami pozbawionymi szacunku dla ludzkiego ży­
cia. W takim razie naraził Carla na los, o ile to 

możliwe, jeszcze gorszy niż mróz i śmierć głodo­

wa na wyspie. 

Noc wydawała się nieskończenie długa. Piętro 

Querinius ani na chwilę nie mógł uwolnić się od 
dręczących go myśli. Z niepokoju panującego 

wśród jego towarzyszy wywnioskował, że kilku 
z nich z pewnością podziela jego obawy. 

Niedziela powitała ich tą samą dokuczliwą 

śnieżycą i wyjącym wiatrem. Minęły dwa dni od 
czasu, jak Carlo i Corado de Lione odpłynęli. Dla­
czego rybacy nie wrócili? 

Nie było już jedzenia, lecz nikt nie zdołał wyjść 

na poszukiwanie małży. Większość leżała apa­
tycznie, nadzieja wypaliła się w nich do końca -
jedynym ratunkiem wydawała się śmierć. Kilku 
najbardziej upartych wzięło stary łój, który mie­
li jeszcze ze statku, ugotowali go razem z rozto­
pionym śniegiem i zjedli. 

Querinius złożył ręce na krzyżu, modlił się. 
Od czasu do czasu jego myśli wędrowały ku 

tym dwóm spośród jego towarzyszy, którzy zo­
stali w nędznym namiocie półtora kilometra stąd. 

background image

Piętro żywił wiarę, że wreszcie odnaleźli spokój. 

Nie było już nadziei. Querinius nigdy się nie 

dowie, co stało się z jego ukochanym siostrzeń­
cem. Może Pan oszczędzi mu jeszcze jednego cier­
pienia, jakim byłoby poznanie prawdy. 

Querinius i jego ludzie nie zostali jednak ska­

zani na zapomnienie. Na wyspie Rost ksiądz 
i 0ivind Jonas czekali niecierpliwie, aż pozostali 
rybacy wrócą z połowu, by mieć liczbę łodzi wy­
starczającą do zabrania rozbitków. Był już sobot­
ni wieczór, gdy wreszcie przypłynęli. Nazajutrz 

wypadała niedziela, więc wszyscy mieszkańcy wy­

spy jak zawsze poszli na mszę do małego kościół­

ka, położonego pół kilometra od domu, w którym 
teraz mieszkali Carlo i Corado de Lione. 

Nieznajomi udali się na mszę razem ze swoimi 

gospodarzami. Nie chcieli urazić swego pobożne­
go wybawcy, pozostając w domu. Marzli jednak 
dotkliwie na przejmująco zimnym śniegu; przeko­
nali się tym samym, jak bardzo byli wyczerpani. 

W drodze powrotnej Corado de Lione upadł 
i Carlo z Kristofferem musieli go podtrzymywać. 

W czasie drogi do kościoła Carlo nieustannie 

zerkał na Signe. Mieszkał z nią pod jednym da­
chem prawie dwa dni i z każdą godziną był coraz 
bardziej zachwycony tą niezwykłą dziewczyną. 
Bywały chwile, że starał się trzeźwo oceniać swe 
zainteresowanie Signe. Wszak już dziewięć mie­
sięcy minęło od czasu, kiedy opuścił Wenecję. 
Przez cały ten okres nie widział ani jednej kobie-

background image

ty, więc nic dziwnego, że Signe przyciągała jego 
uwagę. 

Mimo wszystko wiedział, że była to jedynie część 

prawdy. Ta młoda jasnowłosa dziewczyna nie tylko 
była najpiękniejszą osobą, jaką kiedykolwiek wi­
dział, ale miała też niezwykle ujmujące usposobie­
nie. Już dwie doby spał w tej samej co ona izbie, jadł 
przy tym samym stole. Ze zdziwieniem stwierdził, 
że coraz rzadziej myśli o Adelajdzie. 

Gdy wenecjanie weszli do kościoła, wszyscy 

patrzyli na nich z zaciekawieniem. Wielu miejsco­
wych słyszało o rozbitkach, lecz tylko nieliczni 
znali ich historię. 

Po mszy niemiecki dominikanin podszedł do 

Carla i Corada de Lione. Poprosił, by wstali. Wte­
dy zwrócił się do wiernych i z przejęciem zaczął 
mówić: 

- Nasza mała, skromna i ciężko doświadczona 

wspólnota została właśnie wybrana przez Naj­

świętszą Matkę, abyśmy mogli okazać nasze mi­
łosierdzie potrzebującym. Dziewięć miesięcy te­
mu pewien statek handlowy opuścił swój port, 

Wenecję, najpotężniejsze miasto handlowe nad 

Morzem Śródziemnym. Statkiem dowodził we­
necki szlachcic, Piętro Querinius, wiózł ładunek 
do Flandrii. Jednak nie dopłynęli do celu. Statek 
stracił ster, zboczył z kursu i podryfował na pół­
noc. W samym środku zimowego sztormu załoga 
musiała opuścić tonący okręt, skazując się na głód 
i zimno w dwóch szalupach. Jedna z szalup po­

grążyła się w otchłani morskiej, druga zaś dobiła 

background image

trzy niedziele temu do brzegu wysepki Sandoya, 
gdzie tych biedaków, którzy przeżyli, czekały no­

we niebezpieczeństwa i wyzwania. Z sześćdziesię­
ciu ośmiu mężczyzn ostało się tylko trzynastu. 

Dwóch z nich widzicie tutaj. 

Duchowny zrobił krótką przerwę, położył rę­

kę na ramieniu Carla. Potem mówił dalej: 

- Jedenastu pozostałych leży nadal na wpół 

martwych z głodu i zimna w letniej stodole na 
Sandoya, mają za sobą wiele tygodni cierpień, 

których nawet sobie nie wyobrażamy. Nasz Pan 

wynagrodzi tych, którzy w swym miłosierdziu 
wyruszą na ratunek nieszczęśnikom. 

Zgromadzeni w małym kościółku wierni z za­

partym tchem słuchali swego pasterza. Wysmaga­
ne wiatrem, szorstkie twarze wyrażały głębokie 

współczucie, większość oczu wypełniły łzy. Poza 

murami kościółka szalał sztorm, morze było 

wzburzone, jednak ludzie powzięli decyzję. Już 
w porze obiadowej tego samego dnia sześć łodzi 
kołysało się na niespokojnych falach, obierając 
kurs ku jednej z najbardziej wysuniętych na za­
chód i najmocniej smaganych wiatrem wysepek 
północnych wód. 

Dobrą chwilę później Piętro Querinius wpadł 

na dziwny i niewytłumaczalny pomysł. Podniósł 
się z trudem, chwiejnym krokiem podszedł do ni­
skich, zniszczonych drzwi, po czym zniknął 

w mroku. Wiatr wył i świszczał, szarpał ścianami 

budynku. Morze wydawało się białe. Chyba bar-

background image

dziej intuicja niż konkretny odgłos kazała mu wy­
tężyć słuch, pokonać smagający twarz śnieg i wy­

krzesać resztki sił, aby dotrzeć do brzegu. 

Widok, który niedługo potem ukazał się jego 

oczom, odcisnął się w jego pamięci na resztę ży­
cia. Z mgły, śnieżycy i morskiej kipieli wyłoniły 
się kontury sześciu łodzi, zupełnie jak widma zni­
kąd. Querinius patrzył i patrzył, aż łzy pociekły 
po jego wychudzonych i pomarszczonych policz­
kach. Wtedy uniósł swe łagodne oczy ku niebio­
som, padł na kolana, nie bacząc na kamienie, 
i słał podziękowania Najświętszej Panience. 

Pozostali członkowie załogi musieli zaniepokoić 

się losem swego darzonego sympatią, pobożnego 
dowódcy, ponieważ zebrawszy resztki sił, zdecydo­

wali się podążyć za nim mimo śnieżycy szalejącej 

na zewnątrz. 

Tam właśnie dziewięciu ledwo trzymających 

się na nogach, wychudzonych mężczyzn z zapad­
niętymi oczami ujrzało sześć łodzi, z dużą wpra­

wą i doświadczeniem podpływających od zacho­
du do wyspy wzdłuż wąskiego przesmyku między 

niebezpiecznymi szkierami. 

Rybakom towarzyszył dominikanin i gdy tyl­

ko postawił nogę na lądzie, podszedł do dziewię­
ciu nieszczęśników wyciągających ręce w jego 
stronę. Mężczyźni wyglądali jak upiory. Duchow­
ny spytał po łacinie, który z nich jest nieszczęs­
nym kapitanem rozbitego statku. Querinius wy­
stąpił chwiejnym krokiem przed pozostałych. Łzy 
ciągle płynęły z jego oczu, zamarzały na zapad-

background image

niętych policzkach. Ksiądz chwycił go serdecznie 
za rękę, potem podał mu kawałek żytniego chle­
ba - pierwszy, jaki Piętro mógł zjeść od miesięcy. 
Chleb smakował mu jak nigdy dotąd. 

Po krótkiej rozmowie Querinius i dwóch jego 

ludzi zostało zaprowadzonych przez duchowne­
go do łodzi będącej własnością najważniejszego 
człowieka na Rost, starosty, zaś reszta wyczerpa­
nych włoskich marynarzy rozdzielona została do 
czterech innych kutrów. 

Querinius opowiedział o swoich dwóch towa­

rzyszach, którzy zostali w namiocie. Natychmiast 
udało się tam czterech rybaków. Pozostali czeka­
li w łodziach, patrząc w kierunku plaży. Krótki 

dzień właśnie się kończył, a zmrok i śnieżyca 
utrudniały widoczność. Zebrani w kutrach ludzie 
dostrzegli powracających dopiero wtedy, gdy ci 
byli całkiem blisko. 

Querinius z ciężkim sercem przyjął wiadomość 

o śmierci jednego ze swoich ludzi. Czterech ryba­
ków przyniosło drugiego wenecJanina, ale jego go­
dziny były policzone. Choć kapitanowi wydawało 
się, że pogodził się już ze śmiercią wielu członków 
swej załogi, poczuł teraz głęboki smutek. 

Gdy wreszcie po pełnej niebezpieczeństw po­

wrotnej drodze przez wzburzone morze rybacy 

i włoscy rozbitkowie dotarli do Rost, Querinius 
był tak wyczerpany, że nie mógł sam dojść do 
chaty starosty. Został tam przywitany przez go­
spodynię i - by okazać swą bezgraniczną wdzięcz-

background image

ność - padł do jej stóp. Żona starosty przyjęła to 
z wielkim zaskoczeniem, zaraz jednak podeszła 
do ognia i podała przybyszowi kubek słodkiego 
mleka. 

Niedługo potem Carlo przyszedł odwiedzić 

swego wuja. 

- Znaleźliśmy się wśród dziwnego ludu - oznaj­

mił, gdy obejmowali się podczas przywitania. Wuj 
opowiedział mu o ostatnich dwóch dobach na 
opustoszałej wysepce, o przeprawie przez wzbu­
rzone wody i o tym, że zostało ich już tylko jede­
nastu. Dwunasty z ocalałych wyzionął ducha, gdy 
zbliżali się do wyspy, na której teraz się znajdują. 

- Na całej wyspie mieszka zaledwie sto dwa­

dzieścia osób w dwunastu domach. Żyją tylko 
z rybołówstwa. Wszystkie potrzebne narzędzia 
robią sami, nawet łodzie. Zimą przez całą dobę 
świeci u nich księżyc! 

Querinius z trudem nadążał za słowami sio­

strzeńca. Gdy po dokuczliwym zimnie i przeszy­

wającym wietrze znalazł się w ciepłym domu, po­

czuł ogromne zmęczenie i senność. 

- Kiedy będziemy mogli popłynąć na południe? -

wyszeptał tak cicho, że Carlo ledwie mógł usłyszeć 

pytanie. 

Chłopak nie spieszył się z odpowiedzią. Pamię­

tał swoje ogromne rozczarowanie. 

- Wiosną - powiedział wreszcie. 
Querinius przymknął oczy i bez słowa odwró­

cił się do ściany. 

- Czas szybko minie - dodał Carlo, aby pocie-

background image

szyć wuja. - Zresztą musisz odzyskać siły, zanim 

wyruszysz w taką podróż. Trafiliśmy do miłych, 

pobożnych ludzi, którzy zrobią wszystko, co 
w ich mocy, aby oczekiwanie nie było dla nas 
uciążliwe. 

Querinius spojrzał na niego zdziwiony. 
- Chodziło mi raczej o ciebie, mój synu - po­

wiedział łagodnie. 

Carlo wolał w tej chwili nie napotkać wzroku 

krewnego. Zrozumiał, że wuj wyrzekł te słowa 
z myślą o Adelajdzie. 

Skromni i pobożni mieszkańcy wyspy trakto­

wali swych włoskich gości ciepło i z wielką troską. 

Nie żałowali im jedzenia i opiekowali się nimi, aż 

wróciły im dawne siły. Niektórzy wygłodzeni roz­

bitkowie tak łapczywie rzucili się na jedzenie, że 
gdyby nie to, iż ryby są lekkostrawne, mogłoby się 
to dla nich zakończyć chorobą, a nawet śmiercią. 

Carlo wnikliwie obserwował życie rybackiej 

osady. Nigdy wcześniej nie spotkał ludzi tak uf­
nych, o tak czystych sercach. Nie mógł się nadzi­

wić, że kobiety nago kładły się i wstawały z łóżka. 
Takie szły się myć, mimo iż w domu byli obcy 
mężczyźni. Mężowie bez najmniejszej obawy zo­
stawiali swoje żony śpiące w tym samym 
pomieszczeniu co nieznajomi. Byli tak posłuszni 
boskim przykazaniom, że w ogóle nie znali nierzą­
du i rozwiązłości. 

Carlo pomyślał o swoim narodzie, o zwycza­

jach Włochów i zawstydził się. 

background image

Wstydził się też za siebie. Każdego ranka, gdy 

Signe wstawała, leżał nieruchomo z na wpół przy­
mkniętymi oczami, udwał, że śpi, lecz w rzeczy­

wistości śledził wzrokiem każdy ruch dziewczyny, 

każdą linię jej szczupłego, pięknie zbudowanego 
ciała. Od razu uznał włoskie kobiety o bujnych 
kształtach za nieładne w porównaniu z tą pełną 
gracji, wysoką istotą o jasnej skórze, stojącą przed 
nim. Poczuł, jak przepełnia go rozkosz i pożąda­
nie, które z każdym dniem stawały się silniejsze. 

Signe była całkowicie nieświadoma czarnych 

oczu, śledzących ją pożądliwie za każdym razem, 
gdy wieczorem kładła się spać, wstawała rano czy 
szła się myć. Czasem jednak czuła na sobie wzrok 
nieznajomego, ale ponieważ nie znała innego spo­
sobu zachowania niż obowiązujący tu na wyspie, 
niczego nie podejrzewała. 

Jedynym zmartwieniem Signe były jej własne 

odczucia i reakcje. Już od momentu, kiedy pierw­
szy raz stanęła przed tym młodym obcym mężczy­
zną o dziwnym imieniu Carlo, poczuła, że całe jej 
ciało zachowuje się inaczej niż zwykle. Sądziła, że 
spowodował to strach wywołany nieoczekiwanym 
spotkaniem, lecz minęły już dwa tygodnie, a nic 
się nie zmieniało. 

Gdy sądziła, że nikt tego nie widzi, rzucała 

ukradkiem spojrzenia w kierunku nieznajomego. 
Nadal wszystko w nim wydawało jej się osobli­

we, takie inne: wygląd, ubranie, zachowanie, ję­
zyk i sposób mówienia. Jednak oczy, które po­

czątkowo przerażały ją swą niecodzienną ciemną 

background image

barwą, były w rzeczywistości ciepłe i pełne życia. 
Signe marzyła, aby móc siedzieć i po prostu pa­
trzeć w nie. 

Pewnego poranka pod koniec lutego Signe 

obudziło silniejsze niż zwykle światło wpadają­
ce przez otwór w dachu. Na zewnątrz i w do­
mu panowała zadziwiająca cisza. Pomyślała, że 

wiatr nareszcie się uspokoił. Uniosła głowę i za­
uważyła, że łóżka ojca i braci są puste. Wypły­
nęli na połów przed nastaniem świtu i jeszcze 
nie wrócili. 

Signe odruchowo spojrzała na łóżko Carla. 

Chłopak już nie spał. Jej wzrok napotkał płoną­
ce, ciemne oczy. Signe chciała uśmiechnąć się na 

powitanie, lecz nie była w stanie tego uczynić. To 
intensywne spojrzenie przyciągało ją do siebie, 
pochłaniało, nie chciało uwolnić. 

Jednocześnie dziwne, ciepłe fale przepłynęły 

przez jej ciało, ogarnęły ją całą od stóp do głowy. 
On chyba rzucił na mnie urok, pomyślała i w jed­
nej chwili zawładnął nią strach. Aby przezwycię­
żyć tę potężną, niewidzialną siłę, Signe wstała 
bezszelestnie z łóżka w nadziei, że codzienne obo­

wiązki wypędzą z jej ciała niebezpieczne moce. 

Gdy tak stała naga, skąpana w strumieniach 

światła padających łagodnie z otworu w dachu, jej 

wzrok - wbrew woli - powędrował znów w stro­

nę łóżka Carla. Mężczyzna podniósł się lekko, 
usiadł i patrzył na nią z jakimś tajemniczym bły­
skiem w oczach. W jednej chwili Signe instynk­
townie pojęła sytuację - Carlo spoglądał na nią 

background image

tak, jak młody gospodarz patrzy na swoją żonę 
tuż po wstąpieniu w święty związek małżeński! 

Myśl była szokująca, przepełniła ją strachem, 

wstydem i pogardą dla samej siebie. Jednak czymś 

jeszcze. Ku swemu jeszcze większemu - o ile to 

w ogóle było możliwe - przerażeniu, Signe uświa­
domiła sobie, że wzrok mężczyzny wyrażał coś, 

co tkwiło w niej samej. Coś tak grzesznego, że 
niemal nie odważyła się tego rozpoznać. Jej po­
liczki oblał rumieniec. Nieszczęśliwa, ze wstydem 
odwróciła głowę. 

Nie zrobiła tego od razu. Carlo bez trudu zro­

zumiał jej myśli i reakcje. Było w nim mnóstwo 
czułości dla tej niewinnej dziewczyny, ale jedno­
cześnie wiedział, że teraz wszystko stanie się jesz­
cze trudniejsze. Wychowywana w czystości i nie­

winności Signe nagle odkryła zdradliwe reakcje 

swego ciała, co z pewnością napełniło ją poczuciem 
winy i unieszczęśliwiło. Niemal odgadł, że odwró­
ciła się od niego przerażona własnymi doznaniami. 

Gdy Signe ubrała się i poszła do obory, aby wy­

doić krowę, Carlo wstał czym prędzej z łóżka, 
ubrał się w pośpiechu i podążył za nią. Postano­

wił przekonać dziewczynę, że nie chce jej skrzyw­

dzić, że nigdy nie zmusi jej, aby uczyniła coś 

wbrew swej woli. 

Dziewczyna odwróciła się; usłyszała, że obcy 

młodzieniec wchodzi do obory. Wystraszyła się. 

Carlo uśmiechnął się łagodnie, kręcąc lekko 

głową. 

- Nie, mała przyjaciółko, nie musisz się mnie 

background image

bać - powiedział cicho w swoim języku, czyniąc 
ręką przyjazny gest. 

Signe nie zrozumiała słów, lecz z tonacji, cie­

pła w głosie i oczu wyczytała, że nie musi się nie­
pokoić. 

Carlo wszedł do środka, sięgnął po stołek i ge­

stami wytłumaczył dziewczynie, że chciałby po­
móc i nauczyć się doić krowę. 

Signe zachichotała, trochę zakłopotana, a tro­

chę rozbawiona. Dowiedziała się od księdza, że 
Carlo pochodzi z rodziny równie bogatej jak ro­
dzina starosty, a nigdy wcześniej nie słyszała, aby 
szlachetnie urodzeni ludzie umieli doić krowy. 
Duchowny mówił też, że gospodarze powinni po­
zwolić swym gościom pomagać im w tym, 

w czym sami chcą, a wtedy czas nie będzie im się 

dłużył. Poza tym oni nie byli przyzwyczajeni do 
zimna, pomyślała, a ciepło od krowy może nawet 
być dla nich dobre. 

Signe, speszona, przesunęła się na brzeg stołka, 

tak aby Carlo mógł dosięgnąć do wymienia. Po­
kazała mu, jak należy doić krowę, a potem po­
zwoliła, by sam spróbował. 

W pewnym momencie Carlo dotknął ramienia 

Signe. Dziewczyna poczuła dreszcz przeszywają­

cy jej ciało i aż zagryzła wargi, by ukryć swą re­
akcję. Carlo zauważył jej zmieszanie i zląkł się, że 
zrazi ją do siebie. Z trudem się opanował. 

- Zobaczysz, że mam zaddtki na świetnego gospo­

darza - powiedział wesoło, a Signe, która nie rozu­
miała ani słowa, śmiała się razem z nim. Śmiech dzia-

background image

łal oczyszczające Dziewczyna spojrzała na młode­
go mężczyznę z wdzięcznością. Instynktownie poję­
ła, że czytał w jej myślach i naprawdę chciał pomóc. 

Odkrycie to pomogło Signe odzyskać zaufanie 

do przybysza z daleka i poczucie bezpieczeństwa. 
Mimo iż zdradził się z zakazanymi uczuciami tam, 
w izbie, podobnie jak ona obawiał się, że mógłby 
dać się im ponieść. Signe przypomniała sobie słowa 
kapłana, który mówił, że ludzie mają coś, czego bra­
kuje zwierzętom - zdolność okiełznania pokus i ży­
cia w cnocie, o ile tylko starczy im silnej woli. 

Pojęła, że od dziś i młody Włoch, i ona sama 

będą musieli walczyć z grzesznymi pokusami. 

Gdy już - rozbawieni oboje - uporali się z wy-

dojeniem krowy, podnieśli się jednocześnie. Stali 
tak przez chwilę, a Carlo szukał wzroku Signe 
swymi pełnymi melancholii ciemnymi oczyma. 
Powoli uniósł rękę i delikatnie pogładził dziew­
czynę po policzku. 

- Mój piękny, lodowy kwiatuszku - szepnął 

w zachwycie. 

Signe dojrzała czułość i ciepło w jego ciemnym 

spojrzeniu. Nie cofnęła się. 

- Nie rozumiem, co mówisz, lecz z lubością 

słucham twego głosu - odrzekła cicho, nieco spe­
szona, lecz pewna, że on też jej nie rozumie. 

Wzrok Carla przesuwał się powoli po pociągłej 

twarzy Signe, by wreszcie zatrzymać się na jej 
miękkich wargach. Zanim dziewczyna i on sam 
zrozumieli, co się dzieje, młodzieniec szybko po­
chylił się i dotknął jej ust swoimi. 

background image

Równie szybko się cofnął, a Signe stała, nie poj­

mując, co się dzieje. Mimowolnie podniosła rękę 
do ust, jakby chciała sprawdzić, czy to wydarzy­

ło się naprawdę. Carlo bez zastanowienia raz jesz­
cze przycisnął swoje usta do ust dziewczyny. Tym 
razem jednak nie cofnął ich od razu. 

Signe, speszona i oszołomiona, pozwoliła na to. 

Wycofała się dopiero wtedy, gdy usłyszała, że ktoś 
nadchodzi. Dziewczyna nie odważyła się spojrzeć 
na Carla, bała się nawet oddychać. Jednocześnie 
jednak pomyślała, że to, co się wydarzyło, nie by­
ło niczym grzesznym. To jej największe przeżycie 
i wcale nie pozostawiło po sobie poczucia wstydu 

czy winy. Teraz wreszcie odgadła mowę swego cia­
ła - po prostu Carlo jest tym, którego Bóg wybrał 
na jej ukochanego! 

Było to takie niepojęte, wprost niewiarygodne, 

bo przecież zawsze uważała za oczywiste, że prze­
znaczony jest jej jeden z mężczyzn mieszkających 
tu, na wyspach. 

Teraz jednak uznała, że ma być inaczej. Nie 

bardzo sobie wyobrażała, że mogłaby zostać żo­
ną cudzoziemca, i to przybyłego z tak daleka, ale 
skoro Bóg tak zadecydował, to z pewnością znaj­
dzie jakieś rozwiązanie. 

Przez resztę dnia Signe kręciła się po gospodar­

stwie jak nieprzytomna, a gdy wieczorem wszy­
scy udali się na spoczynek, śmielej niż przedtem 
popatrzyła na Carla. Młodzieniec uśmiechnął się 

do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. 

W domu zapanowała cisza, cała rodzina gospo-

background image

darzy już spała, ale Carlo leżał i rozmyślał. Po 
tym, co wydarzyło się rano, wiedział już, że nie 
jest obojętny Signe. Na krótką chwilę dziewczy­
na odkryła przed nim swe uczucia, a on nabrał 
pewności, że mógłby ją zdobyć. 

Sam się sobie dziwił, że niemal zapomniał o Ade­

lajdzie. Gdy wróci do Wenecji, pobyt na Rost stop­
niowo zmieni się w odległe wspomnienie, a to, co 
się tu stanie, nie będzie miało znaczenia dla wspól­
nej przyszłości Adelajdy i jego. To, że mężczyzna 
od czasu do czasu bierze sobie inną kobietę, gdy 
czuje taką potrzebę, było czymś naturalnym. 

W tej chwili nie myślał jednak o Adelajdzie, ale 

o Signe. Wiedział, że dla Signe nic nie znaczy je­
go pozycja i wielki majątek. Nie, dziewczyna kie­
ruje się jedynie sercem. Ona ofiaruje się tylko te­
mu mężczyźnie, którego pokocha. 

W uszach Carla zabrzmiały słowa wuja: „Żywię 

w głębi duszy nadzieję, że żaden z moich mary­

narzy nie nadużyje gościnności i dobroci tych 
szlachetnych ludzi. Oni nie tylko uratowali nam 
życie, lecz także dzielą z nami całkiem naturalnie 
swoje domy, swoje pożywienie. Wykorzystanie 
ich zaufania i łatwowierności byłoby wstydem dla 
naszego kraju i szyderstwem z naszego Pana". 

Carlo westchnął i odwrócił się na drugi bok. Je­

śli dobrze odgadywał uczucia Signe, jeśli ona się 

w nim zakocha, powściągnięcie własnej żądzy bę­

dzie od niego wymagać nie lada charakteru. 

Wszak będą spali tak blisko siebie każdej nocy 

przez następne trzy miesiące! 

background image

Przez kolejne dni Carlo starał się zachowywać 

powściągliwie, jednak Signe nawet nie próbowa­
ła ukryć swoich uczuć ani przed nim samym, ani 
gdy ktoś był w pobliżu. Miłość dodawała jej 
skrzydeł, dziewczyna promieniała szczęściem. Do 
tej pory nie wiedziała, jak niezwykłe jest to uczu­
cie. Każdy następny dzień przynosił coś nowego 
i pasjonującego, cały ocean możliwości. To, że 
Carlo trzymał swoje żądze na wodzy, świadczyło 

zdaniem Signe o jego szlachetności i pobożności 
i jeszcze bardziej utwierdzało w przekonaniu, iż 
taka była wola Boga. 

Każdego ranka Carlo przychodził do obory, 

gdy doiła krowę, pomagał jej nosić wodę i paszę, 
rozdrabniać wodorosty dla zwierząt, a gdy 
0ivind Jonas, Kristoffer i Ludvig wracali wieczo­
rem z połowu, pomagał im wyciągać dorsze i wie­
szać na stojakach, gdzie suszyły się na wietrze 

i słońcu, aż wyschły na wiór. 

Niepostrzeżenie mijały dni, tygodnie, miesiące. 

Z każdym dniem miłość między Signe i Carlem 
rozkwitała coraz bardziej, chociaż młodzieniec sta­
rał się zwalczać to uczucie. Jednak bez skutku. Wy-

background image

starczyło, że ujrzał ją w drzwiach, a już serce ło­
motało jak szalone z radości. Gdy siadała wieczo­
rem przy ogniu, pochylona nad kołowrotkiem lub 
pochłonięta innymi zajęciami, oświetlona złocisty­
mi płomykami igrającymi na jej twarzy, włosach 
i całym ciele, z trudem powściągał swoje zmysły. 

Gdy byli sami, Carlo nieraz zapominał na chwi­

lę o swych postanowieniach i brał ukochaną w ob­
jęcia. 

Młodzieniec ciągle jeszcze panował nad swym 

pożądaniem. Jednak w niebieskich oczach dziew­
czyny widział odpowiedź na własne pragnienia. 
Nagle przyszło mu na myśl, że może ona dziwi 
się jego powściągliwości. 

Może Signe nawet zechce uczynić pierwszy 

krok? Może to ona przyjdzie do niego pewnej no­
cy, gdy inni będą już spać? 

Carlo wiedział o ludziach z wyspy bardzo ma­

ło, mimo iż żył tak blisko nich. Może młode, nie­
zamężne dziewczęta pozwalały sobie na dużo 

więcej, niż przypuszczał? 

Gdyby tylko mogli porozmawiać! Carlo próbo­

wał uczyć się pojedynczych słów i nawet trochę 
rozumiał, lecz boleśnie odczuwał potrzebę powie­
dzenia Signe tego, co czuł. 

W drugim łóżku leżała Signe, rozmyślając 

o tym samym. Dlaczego Carlo wycofuje się za 
każdym razem, gdy jest im tak cudownie? Skąd 
bierze się smutek w jego pięknych, ciemnych 
oczach, skoro jeszcze przed chwilą widziała w je­
go wzroku pragnienie i ciepło? Czy nie cieszył 

background image

się? Czy nie czuł tego, co ona - że złączył ich Bóg 
i należą do siebie, póki śmierć ich nie rozdzieli? 

Pewnego dnia pod koniec marca Carlo, jak co 

dzień, poszedł w odwiedziny do swego wuja. Pię­
tro Querinius jedną ręką rozgarniał żar, drugą zaś 
kołysał córeczkę starosty. 

Carlo podziwiał krewnego. Mimo swej dawnej 

wysokiej pozycji nie wstydził się pomagać w do­

mu - bez względu na to, jak niewdzięczną pracę 
mu przydzielono. 

- Siedzę tak i myślę o tobie, Carlo - zaczął wuj po­

woli, odwróciwszy się od ognia. Skierował swój ła­

godny wzrok na siostrzeńca. - Nic na tym świecie nie 
cieszy mnie bardziej niż twoje szczęcie. Zasłużyłeś so­
bie na nie. Jednak czasem wydaje mi się, że nasz Pan 
zbyt pochopnie rozdaje karty - dodał z błyskiem 
w oczach. - Znajdujemy się na drugim końcu naszej 
części świata. Jak życie rozwiąże taki problem? 

Carlo spojrzał na niego, zaskoczony. 
- O czym mówisz? - spytał zbity z tropu. 
Querinius zaśmiał się. 
- Dobrze wiesz, o czym mówię. O Wenus - bo­

gini miłości, która wynurzyła się z morza i urato­

wała nam życie. 

Carlo poczerwieniał. 
- Signe...? - powiedział cicho. 
Querinius z uśmiechem skinął głową. 

- Jej sen nas uratował. 
Carlo przyznał mu rację. Słyszał o śnie, ale wie­

dział dobrze, że wujowi coś więcej leży na sercu. 
Ogarnął go niepokój. 

background image

- Jestem starym człowiekiem, ale potrafię zro­

zumieć, że jesteś nią zauroczony - mówił dalej 
Piętro. - Jak tylko ujrzałem Signe, pomyślałem, 
że musi być boginią piękna tego zimnego kraju, 
ich Wenus. - Wuj przybrał poważną minę i spoj­
rzał na młodzieńca ze współczuciem. - Ale ty je­
steś di Credi, mój synu! Twoje miejsce jest w We­
necji. Pewnego pięknego dnia zostaniesz głową 
rodziny di Credi. 

Wuj zamilkł na chwilę. 

- Nasza mała Wenus jest dzieckiem tego wy­

spiarskiego ludu. Jej serce, umysł i dziedzictwo 
należą do Rost. Naprawdę sądzisz, że dwa tak 
różne światy da się pogodzić? 

Carlo był zaskoczony i speszony. Wuj nie po­

wiedział ani słowa o Adelajdzie, mimo że chłopak 

spodziewał się tego. 

- Nie rozumiem, jak... - zaczął, lecz wuj prze­

rwał mu z uśmiechem. 

- Zwykłem mieć uszy i oczy szeroko otwarte. 

Poza tym wcale nietrudno to zauważyć! 

Querinius znów spoważniał, a na jego przystoj­

nej, łagodnej twarzy pojawiła się troska. 

- Obawiam się, że nie ja jeden... 
Carlo spojrzał na wuja z przerażeniem. 
- Czy ktoś jeszcze to dostrzegł? 
Starszy mężczyzna zawahał się. 
- Słyszałem strzępki rozmowy, która mnie zanie­

pokoiła. Mimo iż w ciągu minionych tygodni pró­
bowałem nauczyć się kilku słów tego trudnego ję­
zyka, niewiele zrozumiałem. Jednak co do waszych 

background image

imion nie mogę mieć wątpliwości. Do wrogiego to­
nu, jakim było to powiedziane, również nie. 

- Taka dziewczyna jak Signe nie może mieć 

wrogów! - rzucił pospiesznie Carlo. 

- Oczywiście, że nie, ale może ma ich ten, któ­

ry zechce ją stąd zabrać? 

Carlo zaprotestował. 
- Źle to zrozumiałeś. Nawet przez chwilę nie 

pomyślałem o tym, aby ją stąd zabrać. Zresztą jak 
mogłoby to być możliwe? Sam powiedziałeś, że 
jestem di Credi. 

Piętro Querinius nie dał jednak spokoju sio­

strzeńcowi. 

- Niebezpiecznie jest bawić się uczuciami in­

nych ludzi, Carlo. 

Młody mężczyzna skinął głową, świadom swej 

winy. 

- Wiem, wuju Piętro. Nie zapomniałem twoich 

słów. Pamiętam, że nie możemy nadużywać za­
ufania tych prostolinijnych, pobożnych ludzi. 

Z tego właśnie powodu walczę z uczuciami i sta­
ram się nie skrzywdzić Signe. 

Querinius skinął łagodnie głową, czując wyraź­

ną ulgę. 

- Miłość chadza jednak własnymi ścieżkami -

stwierdził w zamyśleniu. - Powściąganie uczuć 

wymaga niewyobrażalnej siły. 

Carlo wyszedł z domu starosty i ze zdumie­

niem rozejrzał się dookoła. Niebo rozjaśniło się 
i było prawie całkiem bezwietrznie. Pierwszy raz 
ujrzał słońce od czasu dopłynięcia do Sandoya 

background image

przed prawie dwoma miesiącami. Do tej pory 
świecił tylko księżyc. Młodzieniec postanowił wy­
korzystać tę rzadką okazję i udać się na spacer 

w głąb wyspy, zanim wróci do domu. 

Słońce widniało na niebie na zachód od Lofo-

tów jak olbrzymia srebrnozłota tarcza otoczona 
lekką popołudniową mgiełką. Promienie barwiły 
złotem skały, morze i brzeg. 

Po krótkiej wędrówce Carlo zatrzymał się, 

oczarowany. Dotychczas postrzegał tę położoną 
daleko na północy wyspę jako jałową, zimną, tar­
ganą wiatrem i niegościnną. Jednak ta niezwykle 
spokojna chwila odsłoniła przed nim piękno ota­
czającego go krajobrazu, ukazała w innym świe­
tle morze i wszystkie wyspy. 

Na Rost składało się właściwie kilkaset wyse­

pek. Podobno 365 - jedna na każdy dzień roku, 
jak mówił ksiądz. Ta, na której się znajdowali, 
najbardziej zaludniona, była główną wyspą. Leża­
ła wysunięta najdalej na północ i była prawie cał­
kiem płaska. 

Na północnym wschodzie błękitne wstęgi mo­

rza zlewały się w jedno. Tam właśnie Carlo do­
strzegł wyspy zwane Vaeroy, wznoszące się z wo­
dy wysokimi, stromymi skałami, i Lofoty, które 

wyglądały jak ogromny mur z bastionami i wie­

żami. Na południowym wschodzie można było 
zobaczyć stały ląd, zaś na zachodzie pozostałe 
skaliste wysepki Rost. 

Carlo postanowił wejść na najwyższy punkt 

wyspy, aby mieć jak najlepszy widok. Nie było to 

background image

wcale tak łatwe, jak mu się zdawało. Drogę zagra­

dzały małe jeziorka i szczeliny skalne, ale w wie­
lu miejscach sama natura utworzyła nad zapadli­
skami kładki. Carlo cały czas starał się iść prosto. 

Wspaniale było znów zmusić ciało do wysiłku, 

przejść się, przekonać, że mimo ciężkich prób 
podczas ostatnich kilku miesięcy nadal był silny, 
zwinny i wytrzymały. 

Carlo tak bardzo cieszył się pięknem otoczenia 

i swoją dobrą formą, że nie zauważył ani chmur, 
które szybko nadciągnęły nad morze, ani szarego 
cienia, podążającego za nim w pewnym oddale­
niu. Dopiero gdy zniknęło słońce i od brzegu po­

wiało lodowatym wiatrem, Carlo zatrzymał się, 

spojrzał ku niebu. Wtedy też zauważył zarys ludz­
kiej postaci. 

Początkowo ogarnęło go niemiłe uczucie, że 

ktoś go śledzi, ale zaraz potem młody wenecjanin 
uznał, że skoro w pobliżu nie ma żadnego drzewa, 

za którym ewentualny prześladowca mógłby się 
ukryć, ów ktoś musiał liczyć się z tym, że zostanie 
zauważony. Carlo uznał, że ktoś obserwuje go al­
bo z ciekawości, albo w razie potrzeby pragnie 
udzielić mu pomocy, i powoli ruszył na spotkanie 

nieznajomego. 

Jak się okazało, za Carlem szedł Gustav Nilsson, 

krewny starosty. Carlo nieraz dziwił się, że ten z wy­
glądu krzepki, młody chłopak nigdy nie wypływał na 
połów, jak to czynili jego bracia. Dowiedział się jed­
nak od Queriniusa, że Gustav cierpi na rzadką cho­
robę, która powodowała nagłą utratę przytomności. 

background image

Carlo skinął głową i uśmiechnął się do Gustava 

na powitanie, ale ten nie odwzajemnił uśmiechu. 
Był najwyraźniej rozgniewany i odpowiedział po­
tokiem słów, z których Carlo nic nie zrozumiał. Po­
tem Gustav wskazał na morze, na którego wodach 

widać już było kutry powracające z połowu. 

Usłyszał wzburzenie w głosie Gustava i zrozumiał, 
że musiało się wydarzyć coś nadzwyczajnego, ale 
nie potrafił zgadnąć, cóż by to mogło być. Nagle 

wśród wielu niezrozumiałych słów padło imię „Sig-

ne". Carlo spojrzał z przerażeniem na chłopaka. 

- Coś przydarzyło się Signe? - spytał zmartwio­

ny z nadzieją, że ton jego głosu pomoże Gustavo-

wi zrozumieć treść pytania. 

Gustav chwycił go za ramię, wskazał zachodni 

kierunek i uczynił gest, z którego Carlo wywnio­
skował, że powinien podążyć za krewnym staro­
sty. Szli teraz spiesznie ku zachodniej, niezamiesz-
kanej części wyspy, a Carlo próbował odgadnąć, 
czy aby na pewno Signe jest tam, skoro zawsze 
o tej porze doi krowę i porządkuje oborę. Z tego, 
co wiedział, dziewczyna nie miała zwyczaju odda­
lać się zimą poza zamieszkaną część wyspy. 

Tuż przed młodymi mężczyznami pojawiło się 

nagle od zachodu kłębowisko ciężkich chmur, 
które nieoczekiwanie opadły jako gęsta mgła. 
Carlo nie wiedział, że na Rost zdarza się to czę­
sto. Przystanął bezradnie. Mimo iż wyspa nie by­
ła duża, zdał sobie sprawę z tego, że we mgle lub 

w ciemnościach nie będzie w stanie znaleźć po­
wrotnej drogi, szczególnie teraz, gdy już wiedział, 

background image

jak wiele szczelin skalnych zagraża nieostrożne­
mu wędrowcowi. 

Gustav również się zatrzymał, sprawiał wraże­

nie zakłopotanego. Znów chwycił Carla za rękę, 

wypowiedział kilka słów, tym razem błagalnym 

tonem, i dal swemu towarzyszowi do zrozumie­
nia, że powinien zostać w tym miejscu. Zaraz po­
tem zniknął we mgle. 

Carlo posłusznie stał. Gustav świetnie zna wy­

spę, więc z pewnością zaraz do niego wróci bez 

względu na mgłę i ciemności. Musiało być coś, co 
chłopak chciał sprawdzić, zanim powędrują dalej. 

Słyszał jego kroki przed sobą, ale mgła była tak 
gęsta, że nie było widać nic, co znajdowało się da­

lej niż w odległości jednego metra. 

Odgłosy kroków cichły, aż w końcu całkiem 

zamilkły. 

- Gustav...? - głos Carla zabrzmiał dziwnie głu­

cho. 

Nie było odpowiedzi. Carlo znowu zawołał 

Gustava, tym razem głośniej. Znów odpowiedzia­
ła mu cisza. Czy coś się chłopakowi stało? 

Carlo ostrożnie posunął się w mroku kilka kro­

ków naprzód. Mgła otaczała go szczelnie jak cięż­
ka, wilgotna osłona. Niewiarygodne, że zaledwie 
kilka chwil temu świeciło słońce. 

Niepokój przerodził się w strach. Może chory 

Gustav stracił przytomność i leży teraz bezradny 
gdzieś między skałami? Zbliżał się wieczór. Mgła 

opadła, zastąpił ją mrok. Ciężko będzie znaleźć 
samemu drogę powrotną, ale czyż mógł zostawić 

background image

tu Gustava na tak długi czas? I czemu chłopak był 
taki zdenerwowany? 

Carlo znów zawołał, zrobił kilka kroków, 

krzyknął ponownie, cały czas intensywnie nasłu­
chując. Jedynym dźwiękiem, jaki słyszał, był 
wzmagający się szum wiatru - ostrzeżenie przed 
zbliżającą się burzą. 

Kilka minut później zachwiał się lekko, zupeł­

nie jak przy trzęsieniu ziemi, a zaraz potem roz­
szalał się południowo-zachodni sztorm. Wiatr był 
tak gwałtowny, że miotał Carlem na wszystkie 
strony, a deszcz lał jak z cebra. Wichura szalała 
nad wyspą w obłąkańczym gniewie, chłostała ska­
ły i wodę, wyła ogłuszająco. Piana morska otacza­
ła wyspę jak mgła. 

Carlo uczepił się mocno skał, z trwogą myśląc 

o Gustavie i jego chorobie. Swoje pełne obaw my­
śli skierował też ku Signe - gdzież ona mogła się 
znajdować w momencie tego niespodziewanego 
pogorszenia się pogody? Obawa, że mogłaby pozo­
stawać sama poza domem, sprawił, że młodzieniec 
podniósł się, przezwyciężając porywisty wiatr, i po­
sunął się o kilka kroków. Niestety, kolejny gwał­
towny powiew powalił go na skały. Głowa uderzy­
ła w coś twardego, a rozbryzgująca się woda ośle­
piła go. Zaraz potem Carla otoczyła ciemność. 

Na najbardziej wysuniętej na północ i najwięk­

szej z wysp Rost łodzie rybackie zdążyły akurat 
zawinąć do portu, zanim sztorm rozszalał się na 
dobre. Zaniepokojone matki, żony i starcy po-

background image

spieszyli mimo ulewy ku przystani, aby zobaczyć, 
czy ich najbliższym i tym razem nic złego się nie 
stało. Strach rysował się na pooranych zmarszcz­
kami twarzach - jedna bruzda za każdy burzowy 
dzień męża czy syna na morzu. 

Signe chodziła po domu tam i z powrotem, za­

stanawiając się, dlaczego Carlo dziś tak długo po­

zostaje u swego wuja. Wyglądała przez drzwi 

w gęsty mrok. 

- Zachowujesz się jak zdenerwowana kwoka -

stwierdziła zirytowana siostra Signe, Elisa. Elisa 
miała wyjść za mąż za Monsa, który mieszkał na 
północy Rost. O związku tym postanowiono już 
dawno temu. Zdaniem Signe Elisy i Monsa nie łą­
czyła taka miłość jak ją i Carla. Tu na wyspie mło­
dzi pobierali się z obowiązku i posłuszeństwa 

względem boskich przykazań, a miłość przycho­

dziła z czasem. O ile w ogóle przychodziła. 

Signe spojrzała na siostrę ze współczuciem. Eli­

sa też powinna dostać kogoś takiego jak Carlo, 
kogoś, kogo mogłaby darzyć miłością. Może Eli­
sa zazdrościła siostrze i dlatego odezwała się do 
niej tak ostro? 

- On nigdy nie zostaje tam tak długo. 
- Może po prostu dziś ma ochotę sobie poroz­

mawiać. Z tobą przecież nie pogada! 

Elisa zamilkła na chwilę, po czym dodała 

ostrożnie: 

- Uważaj, Signe! Ludzie tu na wyspie zaczęli ci 

się uważnie przyglądać. Słyszałam nawet kilka razy, 
jak szeptali o was. O tobie i o Carlu. Mons mówił 

background image

mi, że ktoś już zarzucał wam nieprzyzwoitość! 

Signe spojrzała zdumiona na siostrę. 
- Przecież nie zrobiłam nic złego! Bóg zesłał mi 

Carla, abym kochała go do końca swoich dni! 

Elisa patrzyła na nią przerażona. 
- O czym ty mówisz? O nieznajomym męż­

czyźnie z kraju, w którym grzech i niemoralność 
są codziennością? Sądzisz, że matka i ojciec po­
zwolą na coś takiego? 

- Co ty wiesz o jego kraju? - przerwała siostrze 

Signe zbita z tropu. 

- Opowiadał mi o tym niemiecki mnich. Tłu­

maczył, że powinnam trzymać się z dala od tego 
mężczyzny i uważać na ciebie. Oni mają dusze 
równie ciemne jak włosy, tak mówił. 

- Niemiecki mnich? - powtórzyła Signe wstrząś­

nięta. - On kłamie! 

W tej samej chwili z przerażeniem zakryła usta 

ręką. W głębi serca nie ufała niemieckiemu księ­
dzu, ale to tak, jakby urągać ziemskiemu wysłan­
nikowi Boga. Dziewczyna nie chciała głośno 
przyznawać się do swoich myśli. 

Nagle przed drzwiami rozbrzmiały odgłosy 

kroków. Signe w jednej chwili zapomniała o swo­
ich zuchwałych myślach, spiesząc na spotkanie 
ukochanemu. 

Do domu weszli 0ivind Jonas, Kristoffer i Lud-

vig, zmęczeni i przemoknięci do cna, lecz zadowo­

leni ze szczęśliwego powrotu. 

- Widzieliście Carla? Pomagał wam przy ry­

bach? - zapytała z przejęciem. 

background image

0ivind Jonas przyglądał się córce przez dłuż­

szą chwilę. Błysk w jej oczach nie pozostawiał 

wątpliwości. Sprawdziły się jego obawy! 

- Jesteś bardziej przejęta obcym człowiekiem 

niż własnym ojcem - skarcił ją. 

Uśmiech znikł z ust Signe, a ojciec pożałował 

swych słów. Tak bardzo kochał swą najmłodszą 
córkę, a teraz sprawił jej przykrość. 

- Nie widzieliśmy go - powiedział już przyjaź­

niej. - Widać uznał, że najrozsądniej będzie prze­
czekać sztorm u starosty. 

Signe skinęła głową, choć wcale nie czuła się 

spokojniejsza. Wiedziała, że Carlo wróciłby do 
ich domu przed burzą, gdyby tylko mógł. 

Co go mogło zatrzymać? 
Pełna obaw położyła się spać, ale czarne my­

śli nie dawały jej spokoju przez cały wieczór 
i noc. 

Kiedy Carlo doszedł do siebie, poczuł przeraźli­

wy ból głowy. Lodowaty wiatr przenikał przez mo­
kre ubranie, co sprawiało, że marzł jak jeszcze nigdy 
przedtem - nawet w szalupie czy na Sandoya. Gdy 
już uporządkował myśli, przypominając sobie, co się 
stało, odkrył ze zdumieniem, że jest jasno. Jeszcze 
bardziej zdziwiło go to, że sztorm uspokoił się rów­
nie szybko, jak się rozszalał. 

Carlo otworzył szeroko oczy, a zaraz potem 

znów zamknął. To tylko sen. Przecież on jest cho­
ry, zranił się w głowę, i nie może wrócić do rze­
czywistości. Za chwilę usłyszy, jak Signe poruszy 

background image

się w łóżku, wstanie, aby się ubrać, posyłając mu 
radosny uśmiech i ukradkowe spojrzenie. Dresz­
cze to pewnie objaw gorączki. To, co zobaczył, 
jest tylko snem. 

Ze strachem na powrót otworzył oczy. 
Nie leżał w łóżku w domu Signe. Nie leżał też 

między skałami na zmarzniętych kępach trawy 
pośrodku płaskiej wyspy, na której zamieszkali. 
Leżał na pustej plaży z potężnymi, ciemnymi 
i posępnymi ścianami skalnymi nad sobą i mo­
rzem z każdej strony. Tuż nad cieśniną ujrzał ska­
ły, wysoki, stromy brzeg, który - jak mu się wy­
dawało - rozpoznawał. Wyspa Vaeroy! 

Wystraszony znów zacisnął powieki. To naj­

gorsze, co mogło mu się przydarzyć - czuł się nor­
malnie, miał poukładane myśli, a mimo to widział 
coś, co w żadnym razie nie odpowiadało rzeczy­

wistości! Jak się to mogło stać? Czy jego mózg zo­

stał uszkodzony na skutek upadku? Ale jak w ta­
kim razie udaje mu się trzeźwo myśleć? 

Carlo próbował stłumić ogarniającą go panikę. 

Starał się przywołać w pamięci szczegóły z nieda­
lekiej przeszłości, z życia w domu Signe na Rost, 
z trzech tygodni spędzonych na Sandoya, z nie­
skończenie długich dni spędzonych w szalupie 
i na pokładzie Marii Medici. 

Pamiętał wszystko. Jak więc umysł może pła­

tać mu takiego figla? 

Powoli znowu otworzył oczy. 

Teraz wszystko rozumiał. To nie były halucy­

nacje. On już nie znajdował się na Rost! Ktoś mu-

background image

sial przewieźć go łodzią na tę wyspę, gdy byl nie­
przytomny. 

Kolejne myśli wywołały lodowaty dreszcz na 

plecach Carla. Teraz już wiedział, gdzie się znaj­
duje! 

Wuj Piętro opowiadał mu o Scylli i Charybdzie 

Północy - morskiej gardzieli, budzącej grozę 
i równie niebezpiecznej jak Cieśnina Mesyńska 
oddzielająca Sycylię od Półwyspu Apenińskiego. 

To musiała być opustoszała, skalista wyspa 

Mosken, ze wszystkich stron omywana przez 
malstrom, prąd o silnych wirach powstających 
przy wejściach do cieśnin w związku z przypły­

wami i odpływami morza. Carlo zrozumiał - zna­
lazł się w pułapce bez wyjścia. 

background image

Carlo ciągłe nie wracał. Dopiero nad ranem Sig­

ne zapadła w płytki, niespokojny sen. Gdy się 
obudziła, światło dzienne sączyło się z otworu 

w dachu, a łóżka ojca i braci stały puste. 

Posłanie Carla było nietknięte. 
Corado de Lione już nie spał. Siedział, wsłuchu­

jąc się w świt. Gdy usłyszał, że Signe poruszyła 
się, odwrócił się do niej i szepnął bojaźliwie: 

- Carlo? Verschwunden} 
Signe zrozumiała, gdy dostrzegła troskę w jego 

oczach. Potrząsnęła głową, próbowała go uspokoić. 

- Nie, u Queriniusa. 

Jednak ku jej zdziwieniu Corado de Lione za­

przeczył stanowczym ruchem głowy. 

- Nein, nich bei Piętro Querinius. Querinius 

schlaft

 - dodał. Przechylił przy tym głowę i przy­

łożył dłonie do policzków, aby wyjaśnić, że wuj 
jego przyjaciela śpi o tej porze. 

Signe wstała i ubrała się. Sztorm już się uspo­

koił, deszcz nie padał. Jeśli Elisa ma rację, Carlo 
przyjdzie do domu zaraz, jak tylko rodzina staro­
sty wstanie. 

Jednak dzień upływał, a Carlo się nie pokazał. 

background image

Po skończonym obrządku w oborze Signe narzu­
ciła szal na ramiona i wybiegła. Nie miała siły cze­
kać dłużej, musiała się upewnić, że ukochanemu 
nic się nie stało. 

Skierowała się od razu do starosty. Słońce ła­

godnie oświetlało leżącą dalej górzystą wyspę 
Stavoya. Przyroda nie mogła się nadziwić, że pie­
kło ostatniej nocy już minęło. Owce skubały 
zmarznięte, sztywne kępy trawy, jak gdyby nigdy 
nic, ale rozpierzchły się w popłochu, gdy tylko 

dziewczyna się do nich zbliżyła. Nad głową Signe 
krążył ogromny orzeł, a od strony przystani do­
biegały krzyki mew. 

Po półgodzinnym szybkim marszu przez pod­

mokłe pastwiska, przeskakując kamienie i omija­
jąc małe jeziorka, doszła wreszcie do domu na jed­
nym z trzech małych wzgórz na wyspie. 

Drzwi otworzyła jej żona starosty. 
- Jest tu Carlo? - spytała Signe zdyszana. 
- Carlo? - zdziwiła się kobieta zaskoczona. -

Był wczoraj, jak zwykle, u swojego wuja, ale ni­
gdy nie zostaje dłużej. 

Signe poczuła, jak narasta w niej strach. 

- Czy jesteś pewna? To znaczy, może on... - za­

częła, po czym wzięła się w garść i powiedziała 
spokojniej: - Nie wrócił do domu wczoraj wie­
czorem. Martwimy się o niego. 

Querinius, siedzący w izbie, usłyszał głos Signe. 

Poczuł, jak udziela mu się strach, który przebijał 
z głosu dziewczyny. Wyszedł więc, aby dowie­
dzieć się, co zaszło. 

background image

- Carlo zaginął! 
Signe na widok tego miłego, sympatycznego 

człowieka nie była już w stanie się opanować. 

Querinius patrzył na nią wystraszony. 
- Kiedy? Gdzie? - spytał w języku swych go­

spodarzy. 

- Nie wrócił do domu po swoich odwiedzinach 

tutaj! 

Signe była bliska płaczu. Querinius musiał zro­

zumieć, co mówiła, bo zaraz zniknął w izbie i nie­
mal natychmiast pojawił się znowu gotowy do 
wyjścia. Razem udali się na poszukiwania. 

Carlo przemierzał brzeg zatoki na Mosken w tę 

i z powrotem, czuł narastającą panikę. Jego wzrok 

wciąż kierował się w stronę wody, targanej silnym 

morskim prądem. Fale wydawały się być obłąka­
ne. Zamiast przypływać i odpływać tą samą dro­
gą, jak to zwykle bywa, pląsały w szaleńczym tań­
cu. Nacierały ze wszystkich stron jednocześnie, 
jak opętane przez złe moce, niszcząc wszystko, co 
stanęło na ich drodze. Carlowi wydawało się nie­
pojęte, że w ogóle można przepłynąć przez tę 
straszną cieśninę. 

W jaki sposób dostał się na Mosken...? 

Carlo pamiętał, jak wuj Piętro przekazywał mu 

słowa niemieckiego duchownego: nawet wielory­
by nie są w stanie przepłynąć przez te wody. Prze­

grywają walkę z malstromem i często fale wyrzu­
cają ich martwe ciała na brzeg. 

Podczas pełni księżyca na Mosken można usły-

background image

szeć taki przerażający łoskot i hałas, że aż włosy 

jeżą się na głowie, a cała wyspa się trzęsie jak pod­
czas największego sztormu. Wiry wodne są wte­
dy tak silne, że bez trudu wciągają i zatapiają naj­

większy i najsilniejszy nawet statek. Niekiedy 

podczas przypływu - szczególnie wiosną, gdy na­
kładają się siły przyciągania Księżyca i Słońca -
woda sięga tak wysoko, że zalewa całą wyspę, 
grzebiąc ją w morzu... 

Carlo ponownie spojrzał na wodę. Potem jego 

wzrok przeniósł się na postrzępiony brzeg. Woda 
przybrała od czasu, gdy się obudził. Wiedział, że 
właśnie jest pełnia i za kilka godzin poziom mo­
rza się podniesie, a on sam utonie między tymi ol­
brzymimi głazami. 

Tuż za nim wznosiła się ku niebu pionowa ścia­

na skalna. Młodzieniec wiedział, że nie ma wyboru, 

więc bez zastanowienia zaczął się na nią wspinać. 

Na Rost Signe ciągle szukała ukochanego. Que-

rinius i jego ludzie towarzyszyli jej przez wiele 
godzin, a ona, ledwo powstrzymując się od pła­
czu, obiegła już wszystkie miejsca, gdzie mogłaby 

na niego natrafić. Albo Carlo leży bezradny i ran­
ny gdzieś między skałami, albo został porwany 
przez wiatr do wody. 

Podobne wypadki zdarzały się już wcześniej.. 

Podczas sztormów zeszłej zimy wszyscy bali się, 

że cała ich wyspa zniknie w morzu. Powiadano, 
że kiedyś leżała pod powierzchnią wody. 

Nie do zniesienia była myśl, że jej ukochane-

background image

mu mogło przydarzyć się nieszczęście. Teraz Sig-
ne zrozumiała, jak wiele dla niej znaczył. 

Właściwie mieszkańcy zachodniej części Rost 

oswoili się nawet z najbardziej tragicznymi wyda­
rzeniami. Sama Signe przywykła do tego, że nie­
szczęście, choć trudno je znieść, stanowi natural­
ny element życia w tym surowym otoczeniu. 
Każdej zimy ojcowie, bracia i mężowie ginęli 

w czarnych morskich otchłaniach, a na małym 
cmentarzyku po wschodniej stronie Rost spoczy­
wały prawie wyłącznie kobiety i dzieci. Gwałtow­
ną śmiercią ginęli nie tylko ci, którzy znajdowali 
miejsce wiecznego spoczynku w morzu. Dotyczy­

ło to również tych mieszkańców wyspy, którzy 
tracili życie podczas wybierania ptasich jaj 
z gniazd. Poza tym co roku umierało tu więcej 
dzieci, niż się rodziło - głód i zimno zabierały je, 

zanim zdążyły się zahartować. 

Pośród owej brutalnej codzienności miłość do 

Carla była dla Signe najpiękniejszym prezentem, 
stanowiła prawdziwy przełom w jej życiu. Mimo 
iż egzystencja w trudnych warunkach nauczyła ją 
pokory, nie mogła pogodzić się z tym, że Carlo 
i jej miłość do niego to tylko krótkotrwały pro­
myk światła w otaczającej ją ciemności. 

Nagle w jej uszach rozbrzmiały słowa: „Dał 

Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie bło­
gosławione!""' 

*Według Biblii Tysiąclecia. 

background image

- Nie! - krzyknęła z oburzeniem ku niebu. Nie 

chciała przyjąć cierpienia i pokornie poddać się. 

woli Boga, jak uczył ją ksiądz. 

Gdy obaj jej wujowie, młodsi bracia 0ivinda Jo-

nasa, zginęli na morzu w lutym zeszłego roku, Sig-
ne oburzała się, że matka spokojnie powtarza sło­

wa duchownego: „Morze pewnego dnia zwróci 

nam umarłych". To nie było pocieszenie! To oszu­
kiwanie samego siebie, godzenie się z losem, z któ­
rym ona nie chciała się pogodzić. Przez wszystkie 

lata swego życia starała się podporządkować woli 

Stwórcy z tą samą pokorą, jaka cechowała jej mat­

kę, ale nie udało jej się to. Po co dzieci przychodzą 
na świat, jeśli jest on pełen cierpienia? Po co Bóg 
dał jej Carla, skoro zabrał go po dwóch miesiącach? 

Przepełniona gniewem i zwątpieniem Signe 

udała się w drogę powrotną do domu. Nie zauwa­
żyła nawet stada mew, które przeleciały tuż nad 
nią, zwiastując nadchodzącą wiosnę. 

Nagle oczom dziewczyny ukazała się ciemna 

sylwetka, która przemieszczała się powoli od 
strony przystani. Serce Signe zaczęło łomotać 
i już w następnej chwili pędziła przez pokryte za­
marzniętą trawą wzgórze, w dół pastwiska, ku 

wybrzeżu. W pewnej chwili zwolniła. Rozczaro­
wanie było ciężkim ciosem, bolało. Jednak dziew­
czyna krzyknęła głośno: 

- Christian, Christian, zaczekaj! 
Z trudem łapiąc oddech, dogoniła najstarszego 

brata Gustava i wydusiła z siebie: 

- Widziałeś może Carla? 

background image

- Carla? - Christian spojrzał na nią zdziwiony. -

Czy on nie mieszka u was? 

- Tak, ale nie wrócił do domu wczoraj wieczo­

rem i boję się, że przydarzyło mu się coś złego. 

Jeśli wyszedł w taką burzę i... 

- Na pewno znalazł jakieś schronienie - prze­

rwał jej Christian niecierpliwie. - Przecież przeżył 
trzy tygodnie na Sandoya w samym środku zimy, 

więc z łatwością przetrwa jedną noc tu, na Rost! 

Signe chciała się uśmiechnąć, ale uczyniła zale­

dwie grymas. 

- Tak, to oczywiste, ja tylko jestem... 
- ...zaniepokojona o wybrańca swego serca - do­

kończył Christian za nią w sposób, jakiego dziew­
czyna nie zrozumiała. 

Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Wiesz o tym? 
Chłopak przesadnie wzruszył ramionami. 
- Cała wyspa wie. - Jego wzrok pociemniał. -

Uważaj tylko, żeby nie została ci po nim żywa pa­
miątka, gdy odpłynie stąd za kilka miesięcy! Wąt­
pię, żeby ktoś tu na wyspie zechciał zaopiekować 
się ciemnowłosym bękartem! 

Signe poczerwieniała i zamilkła zaskoczona, za­

raz jednak spojrzała chłopakowi prosto w oczy 
i rzekła stanowczo, siląc się na spokój: 

- On nie odpłynie. My jesteśmy w sobie zakochani. 
Christian wybuchnął śmiechem. 
- Ach, więc wielki pan z Italii poświęci bogac­

two, władzę i pozycję, aby poślubić biedną córkę 
rybaka z Rost! 

background image

Signe patrzyła na niego z przerażeniem. I jej 

przychodziło to nieraz do głowy, ale zazwyczaj 
potrafiła odsunąć tę złą myśl od siebie. Teraz 
przepełniła ją ciężka pustka. Słowa Christiana do­
piekły jej bardziej, niż była w stanie przyznać. 
Bracia Nilssonowie zawsze byli zimni i pozbawie­
ni uczuć, ale to, co Christian właśnie powiedział, 
niosło ze sobą prawdę, której dziewczyna wolała 
nie przyjmować do wiadomości. Dlaczegóż Car-
lo miałby dla niej porzucić dobrobyt, nazwisko 
i gościnny, żyzny kraj? 

Christian dal jej do zrozumienia, że chce już iść. 
- Znajdziesz go - mruknął, po czym odwrócił 

się w jej stronę jeszcze raz i dodał: - Wybacz, że 
nie okazuję więcej współczucia, ale mam w tej 
chwili inne zmartwienia. 

- Gustav.„? - spytała Signe ostrożnie. - Czy 

znów zachorował? 

Christian skinął głową. 
- Miał wczoraj jeden z tych napadów, gdy szedł 

do Siverta. Stracił przytomność na dłuższy czas. 
Gdy się ocknął, nad wyspą szalał sztorm i nie od­

ważył się ruszyć z powrotem do domu, ale zdo­
łał schronić się w szopie Thorda, gdzie przecze­
kał deszcz. Zasnął w tej szopie i wrócił do domu 
dopiero dziś po południu. Ojciec, Peder, Martin 
i ja byliśmy na morzu, zaś matka ma skołatane 
nerwy, jak wiesz. Teraz Gustav leży i jęczy. 

Signe spojrzała na Christiana ze współczuciem. 
- Biedny Gustav... - powiedziała łagodnie, za­

pominając na chwilę o swoim zmartwieniu. 

background image

Christian odwrócił się i poszedł w swoją stronę. 

Signe skierowała się do domu. Niepostrzeżenie na­
stał zmrok. Dziewczyna zaniedbała swoje codzien­
ne obowiązki. Powinna była naciąć wodorostów 
przy brzegu, korzystając z ładnej pogody. Trzeba 

też było przynieść wodę ze studni i nazbierać torfu 

na rozpałkę. Matka nie miała siły pracować, a Elisa 
przygotowywała z Monsem swój nowy dom. 

Gdy Signe weszła do domu, Mons właśnie był 

u nich i razem z Elisą nosił torf. 

- Zupełnie straciłaś głowę? - spytała siostra ze 

złością. - Matkę zmógł ból w plecach, a ojciec 
z chłopcami dopiero wracają z przystani. 

Elisa dostrzegła w oczach młodszej siostry cier­

pienie i dodała już łagodniej: 

- Nie znalazłaś go? 
Signe potrząsnęła głową. 
- Querinius był tu razem z czterema swoimi 

ludźmi. Oni też nie znaleźli żadnego śladu - wtrą­
cił się Mons. 

- Myślisz, że porwały go fale? - spytała Signe 

cicho. 

Mons nie odpowiedział, wzruszył tylko ramio­

nami. Po chwili jednak odważył się przyznać: 

- To się już zdarzało. 
- Gustava zaskoczył sztorm, ale schronił się w szo­

pie Thorda - dodała Signe, rozpaczliwie próbując 
przywołać nadzieję. - Zasnął w niej i dopiero co wró­
cił do domu. Jego matka ciągłe jeszcze nie może się 
uspokoić, mimo że zjawił się cały i zdrowy. 

Mons spojrzał na Signe zdziwiony. 

background image

- Kto ci to powiedział? 
- Christian. 
- Nic z tego nie rozumiem. Jestem pewny, że 

widzieliśmy Gustava w łodzi jego ojca. Miał pod­

niesione oba żagle i płynął z dobrym wschodnim 

wiatrem. My też podnieśliśmy żagle, gdy wracali­
śmy z połowu. 

Signe pokręciła głową. 
- Musiałeś się pomylić. Gustav nigdy nie wy­

pływa sam w morze, a Christian mówił, że on 
miał wczoraj jeden z tych swoich napadów. 

Elisa patrzyła przez dłuższą chwilę na swoją 

siostrę, ale nic nie powiedziała. 

W tym samym czasie Carlo nieudolnie wspinał 

się powoli na skalną ścianę. Od czasu do czasu 
zerkał w dół, gdzie wzburzone fale wdzierały się 

w głęboką, czarną szczelinę. Brzeg zatoki, nad 

którą się ocknął, pokryła teraz spieniona masa 
szarej wody. 

Tuż obok niego czepiały się skał białe mewy 

w obawie, aby nie porwała ich kipiel morska. Nad 
głową młodzieńca krążyły jakieś drapieżne ptaki 
- były nakrapiane, miały białe skrzydła i duże, 
groźne dzioby. Niemiecki mnich nazywał je so­
kołami albo orłami i mówił, że mogą porwać 
owce, a nawet małe dzieci. 

Carlo zmusił się, by odwrócić wzrok od stada 

ptaków i morza, uderzającego o brzeg rozszalały­
mi falami, które tworzyły spienione wiry. Czasa­
mi woda wznosiła się tak wysoko, że dosięgała 

background image

Carla wspinającego się po skalnej ścianie. On jed­
nak zaciskał zęby i uparcie wdrapywał się wyżej, 
choć miał trudności z oparciem stopy o pewny 
grunt. Wiedział, że każdy kolejny krok może 
skończyć się śmiercią, lecz starał się nie myśleć 
o tym. 

Jak udało mu się dotrzeć na szczyt, pozostanie 

dla niego niewyjaśnioną zagadką na resztę życia. 
Albo był to jeszcze jeden boski cud, albo drzemią­
ca w człowieku nieznana siła, która ujawnia się 
zawsze wtedy, gdy balansuje się na granicy czegoś 
ostatecznego. 

Carlo nie wiedział nic ponad to, że znalazł się 

wreszcie na szczycie, na wysmaganej przez wiatr 

i zamarzniętej łące. 

Gdy wyspę Mosken spowił gęsty, ciężki mrok, 

Carlo schodził już z góry stromym stokiem. Nagle 
ze zdumieniem spostrzegł, że na wyspie mieszkają 
ludzie. Pod ostrym urwiskiem, na wygładzanej 

wodnymi jęzorami skale, stała chatka, a z otworu 
w jej dachu unosił się dym. Kilka mew leciało 
w stronę fal rozbijających się z hukiem o strome 

urwisko. Ich wrzask zagłuszany był przez szum 
przelewającej się wody. 

Wyczerpany Carlo zastanawiał się, jak czło­

wiek mógł chcieć osiedlić się w takim miejscu. 

Z wahaniem pokonał ostatni odcinek w dół, 

zmierzając niepewnie w stronę stojącej samotnie 
małej chaty. Kilka wystraszonych owiec rozpierz­
chło się po wzgórzu. Poza tym wszystko wokół 

wydawało się ciche, wręcz wymarłe. 

background image

W jednej chwili Carlo stracił całą pewność. Na 

Rost wszyscy byli skorzy do pomocy i przyjaźnie 
nastawieni, ale to cywilizowany lud, który pozo­
stawał pod opieką duszpasterza. Cóż to jednak za 
ludzie mogli zamieszkać w tak dzikim i nieprzy­
jaznym otoczeniu? Nigdy wcześniej nie znalazł 
się na równie budzącej poczucie beznadziejności, 

przerażającej, opustoszałej i jałowej ziemi. Przy­
prawiające o zawrót głowy swą potęgą góry wy­
nurzały się wprost z wody ku niebu. Ciężka, bla-
doszara mgła, którą wiatr zagnał tu znad morza, 
kładła się na nich zimną masą, a sztorm uparcie 
uderzał w ciemne skały. 

Młodzieniec nie miał jednak wyboru i, choć 

z lękiem, ruszył w stronę chaty. Szedł powoli, 
a serce tłukło mu się niespokojnie w piersi. 

Nagle Carlo zatrzymał się. Drzwi otwarte by­

ły na oścież, a w niewyraźnym świetle ognia uka­
zała się dziwaczna zjawa. 

Carlo wstrzymał oddech. To nie był zwykły 

człowiek. Nogi miał nienormalnie krótkie, głowę 
dużą, lecz ręce silne, a ramiona szerokie. 

Młodzieniec chciał zawrócić i uciec w mroczną 

pustkę, ale nogi nie chciały go słuchać. 

Zjawa poruszyła się w ciemności i wymówiła 

kilka niezrozumiałych słów. 

Carlo stał nieruchomo. 
Drzwi otworzyły się jeszcze szerzej i dziwna 

postać wyszła na zewnątrz. Wzrok wenecjanina 
zatrzymał się na ogniu w środku chaty. Było mu 
zimno, czuł głód i zmęczenie, więc myśl o cieple 

background image

zaczynała powoli przezwyciężać strach. Prawie 
nieświadomie uczynił pierwszy krok. 

Niezwykła istota musiała usłyszeć go, zanim 

stał się widoczny w świetle, ponieważ stała teraz 
bez ruchu, wpatrując się w przybysza. Powiedzia­
ła coś jeszcze, a jej głos zabrzmiał głęboko. 

Carlo powziął wreszcie postanowienie. Tu na 

zewnątrz albo zamarznie, albo umrze z głodu, zaś 
od reszty świata oddzielał go groźny prąd morski. 
Wziął więc głęboki wdech i ruszył w stronę 
otwartych drzwi tak spokojnie, jak tylko był 

w stanie. 

Tego samego wieczoru, późną porą, ktoś zapu­

kał do drzwi 0ivinda Jonasa. Rodzina właśnie 
kończyła jedzenie ciepłego posiłku, jednak w cha­
cie panował posępny nastrój. Zrozpaczona, nie­
szczęśliwa Signe wpatrywała się w ogień. Corado 
de Lione siedział ze złożonymi rękami, wyrzuca­
jąc z siebie szeptem potok monotonnych słów, 
które pozostali uznali za modlitwę. 0ivind Jonas, 
Kristoffer i Ludvig odpoczywali po męczącym 
dniu na morzu. 

0ivind Jonas podniósł się z mozołem, aby 

otworzyć drzwi. Na progu stał Christian. 

Gospodarz zaprosił go do środka i od razu 

wskazał na miejsce przy ogniu. 

Christian spojrzał na Signe. Nagłe wyjął coś 

z kieszeni i podał jej bez słowa. 

Signe patrzyła na niego zdumiona, wyciągając 

rękę. 

background image

Wydała z siebie krótkie westchnienie. To była 

złota spinka, którą już kiedyś widziała! 

- Ona należy do Carla! - powiedziała z przera­

żeniem do Christiana. - Gdzie ją znalazłeś? 

Chłopak nie odpowiedział od razu. Jego wzrok 

błądził niespokojnie od ognia do pozostałych 
osób, potem do Signe, aż wreszcie spoczął na zło­
tej spince. Zniecierpliwiony Corado de Lione 
podniósł się i wyrwał spinkę z ręki Signe, po czym 

wykrzyczał coś w swoim języku. 

Christian utkwił wzrok w Signe, jakby szukał 

u niej pomocy. 

- Znalazłem ją w kieszeni Gustava - wyznał 

wreszcie cichym głosem. 

Elisa, dotychczas milcząca, teraz wtrąciła się do 

rozmowy: 

- Tego właśnie się obawiałam! To nieprawda, że 

Gustav spał w szopie Thorda. Mons widział go na 
morzu! Bałam się tego od dawna. Gustav pożądał 
Signe od czasu, gdy odkrył, czym są kobiety. A Car-
lo zniszczył wszystkie jego nadzieje i marzenia! 

W izbie zapanowała cisza. Christian odezwał 

się pierwszy. 

- Mówisz prawie tak, jakbyś podejrzewała mo­

jego brata o morderstwo... - syknął ochryple. 

- A co on sam o tym mówi? - spytała Signe 

z trwogą. 

Christian potrząsnął głową. 
- On nic nie wie. Nie pamięta niczego poza 

tym, że stracił przytomność i obudził się w szo­
pie Thorda. 

background image

- Kłamie! - wybuchła Elisa. 
Christian spojrzał na nią ponuro. 
- Wolisz, żeby twoja siostra została zhańbiona 

i wydala na świat potomka poganina, czy żeby 

wyszła za mąż za jednego z naszych? - syknął tak 

cicho, żeby 0ivind Jonas nie usłyszał jego słów. 

- Czy on już wcześniej tracił pamięć? - spytał 

gospodarz, włączając się wreszcie do rozmowy. 

Christian zaprzeczył ruchem głowy. 
- Musimy pomóc mu przypomnieć sobie! - jęk­

nęła zdesperowana Signe. 

- Nie zmusimy Gustava do mówienia, zanim nie 

znajdziemy Carla - powiedziała twardo Elisa. -

A jeśli Gustav zabrał go ze sobą w morze, nie znaj­
dziemy go nigdy... 

background image

Carlo poczuł, że serce mu łomocze, gdy zbliżał 

się do szpetnego, budzącego odrazę stworzenia, 
które stało w drzwiach chatki. W każdej chwili 
spodziewał się jakiegoś zagrożenia, lecz był zbyt 

wyczerpany, aby przygotować się do ucieczki. 

Kaleki, niski człowiek nie ruszał się. Gdy Car­

lo podszedł całkiem blisko, mógł obejrzeć go 
wyraźnie. Oczy mieszkańca wyspy były małe 
i bezustannie mrugały, czoło niskie i poorane 
zmarszczkami, zupełnie jak u starych rybaków 
z wioski, mimo że nie wydawał się wiekowy, nos 
szeroki, zaś usta nieproporcjonalnie duże. Ramio­
na mężczyzny sprawiały wrażenie niezwykle sil­
nych, choć były krótkie. Nosił na sobie skórzane 
spodnie do kolan i kubrak z grubej, kosmatej tka­

niny. Na nogach miał takie samo obuwie, jakiego 
używali rybacy na Rost. 

Twarz tego dziwnego stworzenia była całkowi­

cie pozbawiona wyrazu. 

- Dobry wieczór - powiedział Carlo niezdarnie 

po norwesku, kłaniając się. Nieznajomy wzbudził 

w nim litość. 

Gospodarz spojrzał na niego pustym wzrokiem. 

background image

Carlo odważył się uczynić jeszcze jeden krok. 
- Czy... mogę? - spytał niepewnie. Używał tych 

kilku norweskich słów, których zdążył się na­
uczyć. 

Wreszcie mężczyzna zareagował, odsunął się 

nieznacznie. 

Carlo wiedział, że w innych okolicznościach 

wahałby się wejść do środka, lecz zimno osłabiło 

jego czujność. 

Ziemianka przypominała dom Signe, była jed­

nak znacznie mniejsza. Ku zdziwieniu Carla, 

w izbie panował porządek. Nad drzwiami wisiał 

martwy maskonur, zupełnie jak w chatach na 
Rost. Gdy zbliżał się sztorm, dziób ptaka stawał 
się wilgotny. Tak mówiła Signe. 

Carlo szybko objął wzrokiem całe pomieszcze­

nie, podświadomie szukając podobnych gospoda­
rzowi istot, lecz nie było tu nikogo poza nimi 
dwoma. Pod ścianą leżało jedno futro, więc Car­
lo pomyślał z ulgą, że mężczyzna musi mieszkać 
sam. Z pewnością w pobliżu znajdują się inne do­
my. Przypuszczalnie nie zauważył ich z powodu 
mroku. 

Zwrócił się w stronę niskiej, zniekształconej 

istoty, by wypowiedzieć kilka przyjaźnie brzmią­

cych słów, lecz gwałtowny ból przeszył w jednej 
chwili prawą stronę jego głowy. Od czasu gdy od­
zyskał wczoraj przytomność, ów ból dotkliwie 
dawał się mu we znaki, lecz gdy skupiał się tyl­
ko na tym, by uratować życie, udawało mu się go 
znosić. Teraz cierpienie zaatakowało ze wzmożo-

background image

ną siłą. Prawdopodobnie sprawiła to ulga, jaką 
poczuł po znalezieniu schronienia. 

Carlo wsparł się o ścianę. Gospodarz musiał 

zrozumieć, co się dzieje. Natychmiast chwycił 
młodzieńca za ramię, z zaskakującą siłą przysunął 
do ogniska i posadził przy nim. Przyniósł też ku­
bek z napojem, który co prawda smakował ohyd­
nie, ale wzmacniał. 

Carlo mógł wreszcie odpocząć. Biedny, ułom­

ny człowiek nie miał złych zamiarów. W każdym 
razie nie teraz. Zmęczony młody wenecjanin nie 
myślał o tym, co będzie później. 

Krótkimi słowami i za pomocą gestów wyja­

śnił, że przybył z Rost, że nie ma łodzi i wspiął 
się po skale z drugiej strony. 

Karzeł skinął głową, jakby rozumiał. Kazał 

Carlowi wypić jeszcze trochę napoju, a potem 
usiadł obok ocalonego przy ogniu. 

Carla ogarnęło przytłaczające zmęczenie. Czuł się 

tak, jakby każda część ciała ciągnęła go swym cięża­
rem ku podłodze. Próbował siedzieć prosto, walczył 
z sennością, zmuszał się do utrzymania uniesionych 
powiek. Jednak zmęczenie przeważyło. W końcu 
przechylił się na bok i opadł ciężko na podłogę. 

Na Rost Signe nie spała przez całą noc. Kris-

toffer poszedł z Christianem do jego domu w na­
dziei, że wyciągnie coś więcej z Gustava, lecz 

wrócił z niczym. Ich matka wpadła w histerię 

i zabroniła dręczyć syna pytaniami. Chłopak jest 
choiy, jak powiedziała, i czuje się bardzo źle, 

background image

więc nikt nie powinien przychodzić i dodatkowo 

mu dokuczać. Nie chciała nawet słuchać słów 

Christiana na temat złotej spinki znalezionej 

w kieszeni jej syna i zniknięciu Carla. Czy Chris­

tian naprawdę myśli, że ten czarnowłosy poganin 
jest więcej wart od jego własnego brata? 

Jednak ojciec chłopców stał się niespokojny 

i podążył za Kristofferem. Jak tylko się rozjaśni, 
pomoże w poszukiwaniu - obiecał. 

Poszukiwania miały rozpocząć się nazajutrz 

rankiem, mimo iż akurat był to czas połowu dor­
sza. Signe straciła jednak wszelką nadzieję. Już nie 

wierzyła w to, że Carlo znajduje się żywy na wy­

spie. Nigdy nie dałby Gustavowi złotej spinki do­
browolnie, a nie do pomyślenia było, że mógł ją 
zgubić. Dokonana została zbrodnia, a ona, Signe, 
pośrednio była temu winna. Zakochana, nie potra­
fiła ukryć swych uczuć, a nie pomyślała o tym, że 
może w ten sposób kogoś zranić. Opamiętała się 
dopiero wtedy, gdy Elisa przypomniała jej o ma­
rzeniach Gustava. On już kilka lat temu odważył 
się czynić mgliste aluzje, zaś ona sama nie mogła 
nie zauważyć jego spojrzeń za każdym razem, gdy 
uczestniczyli we mszy. To, że nie odwzajemniała 

jego uczuć, nic dla Gustava nie znaczyło. On i tak 

wierzył, że dostanie ją, jeśli tylko zechce. Mógł so­

bie pozwolić na cierpliwość. 

To, że pojawił się Carlo, zamieszkał w domu 

Signe, a w końcu zdobył jej miłość, musiało spaść 
na Gustava jak grom z jasnego nieba. Chłopak nie 
był przyzwyczajony do słowa „nie". Jego choro-

background image

ba sprawiła, że matka przesadnie troszczyła się 
o niego. Cała wioska miała jej za złe tę słabość. 

Myśli dziewczyny wróciły do legendy o Signe­

lill i Hagbardzie. Stało się to nagle - wtedy, gdy 
Elisie przyszło do głowy, że za zniknięciem Car­
la kryło się coś nikczemnego. 

Hagbard został zamordowany z powodu swej 

miłości do Signelill. Przez wszystkie te lata Signe 
przepełniało przeczucie, że historia dwojga nie­
szczęśliwie zakochanych powtórzy się i że nada­
nie jej przez ojca tego właśnie imienia nie było 

dziełem przypadku. 

Dane jej było przeżyć miłość równie upajającą 

jak ta, którą Signelill żywiła do Hagbarda. A teraz 
stało się. Carlo nie żyje. Poniósł śmierć z powodu 
uczucia, jakie między nimi rozkwitło. Pozostała 
jeszcze ostatnia część tragedii - Signelill podpala 
swą komnatę, aby spotkać się z ukochanym. 

Dziewczyna oplotła kolana rękoma, pochyliła 

głowę i zaczęła kołysać się, jęcząc i zawodząc na 
myśl o tym, co teraz powinna była uczynić. 

Tuż obok leżał pod swym nakryciem 0ivind Jo-

nas. Wpatrywał się w mrok i nasłuchiwał szlo­
chów dochodzących z posłania najmłodszej córki. 

Nasz Pan powinien jej tego oszczędzić, pomy­

ślał z gniewem, choć wiedział, że to grzech. Czyż 
nie było im dostatecznie ciężko - tu, na otwartym 
morzu - żeby jeszcze na dodatek dotykały ich po­

dobne tragedie? Jego delikatna, skromna Signelill 
przynosiła mu samą radość w trudnym życiu. By­
ła jak promyk słońca dodający ojcu sił, gdy już ich 

background image

brakowało na walkę z rozszalałym morzem. Myśl 
o niej pozwalała mu przezwyciężyć strach przed 
sztormem, który nadchodził z południowego za­
chodu i hulał po wodach wokół wyspy. 

Na zewnątrz rozległy się pojękiwania upiorów; 

miały one zwyczaj powracania na wyspę nocną 
porą. Teraz ich jęki przybierały na sile, co ozna­
czało pogorszenie pogody. 0ivind westchnął cięż­
ko. Jutro więc możliwa jest kolejna burza. Trze­
ba będzie zostać na lądzie. 

Gdy nad horyzontem niepostrzeżenie pojawił 

się świt, mężczyzna wstał, ubrał się i wyszedł. 

Morze wdzierało się na brzeg. W dole na przy­

stani potężne fale unosiły wodorosty. Mewy drep­
tały po plaży i uciekały przed wodą. 

Nie zważając na wściekle smagający go po twa­

rzy deszcz, 0ivind niezmordowanie wpatrywał 
się w niebo, aż w końcu wiatr uspokoił się na ty­
le, że mógł z synami wypłynąć na połów. Wszyst­
kie łodzie stały gotowe do wyruszenia w morze. 
Fale przycichły już po nocnym i porannym sza­
leństwie. Nad wyspami Stavfjellet, Vaeroy i Mo-
sken pojawiły się nawet przebłyski słońca. 

Jednak gdy tylko rybacy z Rost wypłynęli, na­

gle znów pociemniało. Od północy nadchodziła 
śnieżyca. W następnej chwili pojawił się północ­
no-zachodni wiatr i mężczyźni w swych małych, 
otwartych łodziach pospiesznie podnosili żagle. 

Powrót do domu był ucieczką. 
Wiatr przybrał na sile nad spokojną przez pe­

wien czas powierzchnią wody, urastał do mocy 

background image

orkanu, tworzył spienione wiry. Woda wdzierała 
się do łodzi, rybacy zmuszeni byli nieprzerwanie 
ją wylewać. 

Zanim rozszalał się sztorm, łodzie płynęły blisko 

siebie. Teraz 0ivind Jonas widział, jak jego współ­
towarzysze pojawiają się i znikają za ogromnymi 
masami wody niczym zjawy w szarej mgle. Stewę 

w jego łodzi roztrzaskało jedno z wioseł, w następ­
nej chwili uderzyła ona w pokład, a w kolejnej se­

kundzie rybak zauważył przed sobą inną łódź. 

Wiatr podarł żagiel, więc musieli wiosłować, 

walcząc z przeciwnym wiatrem, który niweczył 
wszelkie ich starania. Każda długość łodzi, o któ­
rą się posunęli, kosztowała ich sporo wysiłku. 

Najmniejsze zboczenie z kursu oznaczało pewną 
śmierć. 

Nagle wywróciła się łódź dwu towarzyszy 

0ivinda Jonasa. Stary rybak krzyknął do synów, 
Kristoffera i Ludviga, aby trzymali się mocno, zaś 
sam starał się dopłynąć do rozbitków. 

Od strony wyspy Vaeroy usłyszeli potężny 

szum, a północny wiatr nieoczekiwanie uderzył 
z potężną siłą. Niebo ogarnęła ciemność, w któ­
rej zniknęły lodzie, morze, skały i wszystko inne. 

Chwilę później nad trzema rybakami przewa­

liła się ogromna fala i wywróciła także ich łódź, 
a 0ivind Jonas, Kristoffer i Ludvig zostali porwa­
ni w dziką otchłań. 

Na Rost kobiety, dzieci i starcy stali zgroma­

dzeni w miejscu zwanym Skalą Wdów, wpatrując 

background image

się w morze aż do bólu oczu. Śnieżyca utworzy­
ła szary, nieprzebyty mur. 

Strach opanował zebranych. Wszyscy wiedzie­

li, że ich bliscy na morzu są w niebezpieczeń­
stwie... 

Ktoś biegał w desperacji tam i z powrotem, in­

ni tkwili nieruchomo jak przymarznięci do ziemi. 

Większość milczała, w napięciu wpatrując się 
w rozszalałą wodę. 

Nieco później dostrzeżono pierwszych ryba­

ków. Cienki, dziecięcy głosik zawołał: 

- Tato! 
Z ust dziecka nie padło ani słowo więcej, ale 

w tym jednym wyrazie zgromadził się cały strach 

przepełniający wszystkich, którzy czekali na 
brzegu. 

Gdy ostatni mężczyźni zbliżali się do lądu póź­

nym popołudniem, przejaśniło się na tyle, że mat­
ki, żony i dzieci mogły dojrzeć łodzie ze znacznej 
odległości. Rybacy wiosłowali z mozołem ku 
przystani. Szło to tak powoli, że pokonanie odle­
głości, którą przy dobrej pogodzie można było 
przebyć w kilka minut, teraz zajęło im wiele go­
dzin. 

Wśród oczekujących znajdowały się Signe, Eli-

sa i ich matka. 

Po Signe nie znać było napięcia ani lęku jak po 

innych. Spokój jej umysłu graniczył z apatią. 

Carlo nie został odnaleziony. Skoro tylko świt 

rozjaśnił horyzont, Querinius i jego dziewięciu 
towarzyszy razem z częścią rybaków z wyspy 

background image

udali się na poszukiwania. Przeszukali całą wyspę, 
jednak nie przyniosło to żadnego rezultatu. Za­
brakło już nadziei, na wyspie nie było kryjówek, 
które mogły dać schronienie Carlowi. 

Hagbard został doprowadzony pod szubienicę 

i pozbawiony życia, myślała Signe. 

Elisa stała sztywno obok swojej siostry w tym 

samym miejscu już od dziesiątej rano, czyli po­
nad osiem godzin. 

Gdy łódź Monsa szczęśliwie przybiła do portu 

po dziesięciogodzinnych zmaganiach ze sztor­
mem, wreszcie zdołała oderwać stopy od ziemi 
i pobiec mu na spotkanie. Signe podążała za nimi 

wzrokiem; pomyślała, że mimo wszystko Elisa 
znalazła swego Carla. 

Uratowani rybacy powitani zostali uśmiechami 

i dobrym słowem, gdy z wysmaganymi wiatrem 
twarzami, zastygłymi w powadze, szli w kierun­
ku Skały Wdów. 

Grupa oczekujących powoli malała. 
W końcu została tylko Signe z matką. Stały 

w milczeniu, z oczyma zwróconymi ku morzu 

i wypatrywały łodzi, której jeszcze nie było w za­
sięgu wzroku. 

Starosta wyszedł na ląd jako ostatni. Zauważył 

dwie przemarznięte istoty i zebrawszy się na odwagę, 
cichym głosem przekazał im hiobową wieść - słowa, 
które słyszała w tym miejscu już niejedna wdowa: 

- Nie czekajcie dłużej... 
Matka patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc. 

Gdy wreszcie przemówiła, jej słowa brzmiały jak 

background image

wyuczone - powtarzała je w myślach podczas 

każdego sztormu, kiedy tak jak teraz, pełna obaw, 
stała na skale. 

- Cóż, taka była wola... - wymamrotała bezgłoś­

nie, a po chwili równie cicho, jakby nie pojmo­

wała rozmiaru tragedii, dodała: - Dziś nadszedł 
czas dla 0ivinda Jonasa i dla chłopców... 

Starosta długo milczał. Nie mógł znaleźć słów, 

które wyraziłyby jego uczucia. Wreszcie jednak 
powiedział zmęczonym głosem to, co uznał za 
słuszne w tej chwili: 

- Chciał uratować swoich, dwóch kamratów, 

którym wywróciła się łódź. 

On sam płynął tuż za nim i widział przez chwi­

lę całe zdarzenie. Gdy ujrzał pierwszą wywróconą 
łódź, a potem 0ivinda Jonasa i chłopców, którzy 
znikają w głębinach, spiesząc tamtym z pomocą, 
postanowił także zaryzykować. Najmniejszy błąd 

w manewrowaniu mógł kosztować życie jego i ca­

łej załogi, lecz mimo to ruszył wprost w kierunku 
przewróconej łodzi, która właśnie wtedy zniknęła 
pod wodą, a wraz z nią dwóch mężczyzn. Nie 
poddał się, lecz zaraz potem utonął 0ivind Jonas 
razem z chłopcami... 

Zupełnie jak po wcześniejszych podobnych 

nieszczęściach w wiosce rybackiej całą wyspę 
ogarnął żal. 

Rybacy znali jednak zasady twardej walki 

z morzem. Wiedzieli, że woda nie tylko daje, ale 
też i zabiera. Kilka kolejnych dni ładnej pogody 

background image

i udanych połowów dodało im otuchy i życie to­
czyło się dalej. 

Dla wszystkich, z wyjątkiem dwóch kobiet, 

które zostały same. 

Mimo iż Signe kochała swego ojca i braci, nie 

rozpaczała po ich stracie. W pewnej chwili odczu­
ła ich śmierć nawet jako pewnego rodzaju ulgę. 
Ojcu oszczędzone będą troski, które dźwigał na 
swych barkach. 

Wiedziała, że ona sama nie ma wyboru, mimo 

iż nigdy nie chciała zadać matce bólu. Nie unik­
nie jednak tego, co zostało postanowione. „Nie da 
się walczyć ze swym losem" - mawiał Ingimund 

ze starej historii, którą jej dziadek często opowia­
dał. Tak jak stara Finka z opowieści o Ingimun-
dzie, ona też umiała sięgać wzrokiem w przy­
szłość - wiedziała to ona sama, jej rodzina i więk­
szość mieszkańców Rost. Świadomość, że legenda 
o Signelill jawiła się jako przepowiednia jej wła­
snego losu, nie była jedynym tego przykładem. 
Od dnia, w którym zaczęła rozumieć, czym są te 
dziwne, nieznane dotąd uczucia targające jej cia­

łem, przepełniała ją obawa o to, że kiedyś Carlo 
zostanie wyrwany z jej objęć w tragicznych oko­
licznościach. 

Zycie w domu pogrążonych w bólu kobiet to­

czyło się z pozoru normalnie. Signe jak zwykle 

wypełniała swe obowiązki, Elisa pomagała jej, 

kiedy tylko mogła, choć coraz bardziej zajęta by­
ła urządzaniem własnego domu - mieli się z Mon-

background image

sem pobrać na przełomie miesięcy. Komuś, kto 

patrzył z boku, mogło się wydawać, że nawet mat­
ka dziewcząt żyje swym dawnym życiem. 

Jednak Corado de Lione, który nagle - po tym, 

jak Carlo, 0ivind Jonas, Kristoffer i Ludvig ode­
szli - został jedynym mężczyzną w małym domu, 
bacznie, w całkowitym milczeniu obserwował 
swymi ciemnobrązowymi oczami obie kobiety. 
To, co wydawało się normalne, było w istocie cał­
kiem niepojęte. Spotykał już wcześniej ludzi po­
grążonych w żałobie i wiedział, że reagują różnie. 

Jedni wypłakują żal, inni zamykają go w sobie. Ale 

Signe i jej matka zachowywały się inaczej, choć 
Corado zdawał sobie sprawę z tego, że żadna inna 
żona nie kochała swego męża bardziej niż matka 
dziewczyny i nigdy też nie widział większego przy­

wiązania córki do ojca oraz większego oddania niż 

to, które łączyło Signe z 0ivindem Jonasem. 

W reakcjach Signe i jej matki było coś nienor­

malnego i jak zwykle w takich przypadkach Cora­
do czuł lęk przed czymś, co nie dało się wyjaśnić. 

Uważnie obserwował Signe, gdy wychodziła 

z obory z cebrzykiem pełnym mleka, gdy miesza­
ła w garnku nad ogniem albo gdy nosiła krowom 
rybie głowy i wodorosty. Chodziła jak lunatyk, 
a jej niebieskie oczy, które uważał za najładniej­
sze, jakie kiedykolwiek widział, skrywała teraz ja­
kaś niewidoczna zasłona. Patrzyła na mężczyznę, 
jakby go nie widziała, mówiła, nie zastanawiając 

się nad słowami. 

To samo dotyczyło jej matki, chociaż istniała pew-

background image

na różnica. Prowadząc swe milczące obserwacje, Co-
rado de Lione zastanawiał się, na czym polega róż­
nica w reakcjach obu tych kobiet. I wreszcie znalazł 
ją. Matka Signe pozwalała życiu płynąć dalej, jedno­
cześnie jednak nie chciała podążać za nim. Wolała 

więdnąć powoli jak ciężko doświadczany górski 
kwiat, który wreszcie poddaje się silom natury. 

W dziwnym letargu Signe dostrzegał Corado 

coś wręcz przeciwnego, jakieś zdecydowanie, któ­
re nie wróżyło nic dobrego. Napełniało to męż­
czyznę poważnymi obawami. 

Pewnego dnia zrozumiał, skąd brał się jego nie­

nazwany niepokój. Signe wyszła, aby przynieść 

wodę. Prosty posiłek był już przygotowany, a on 

i matka dziewczyny siedzieli przy ogniu. 

W skromnej izbie panowała niewymowna pust­

ka. Dawno umilkły tu śmiechy, a ciemne ściany 

wciąż odbijały echem niskie, męskie głosy. Głosy 

umarłych. 

Mrok otulił wioskę, przynosząc ze sobą deszcz 

i wiatr. Kolejna burzowa noc! Corado de Lione 

wzdrygnął się. Zatęsknił za wiosną w Wenecji, od­

bierał tę tęsknotę wręcz jako ból. 

Spojrzał ku matce Signe i napotkał jej wzrok. 

Czy dziewczyna nie pozostaje na dworze dziwnie 
długo? Przeniósł spojrzenie ku drzwiom i znów na 

wdowę. Wiedział, że oboje myślą o tym samym. 

Nagle, zaskoczony, odczuł gniew. Ta biedna 

kobieta straciła jednego dnia męża i dwóch sy­
nów. Signe w swym żalu za Carlem nie odbierze 
chyba matce tego, co jej jeszcze zostało? 

background image

W jednej chwili wstał i pospieszył ku drzwiom. 

Gdy ze zniecierpliwieniem otworzył je, uderzył 

w niego podmuch wiatru. On jednak schylił głowę, 

zacisnął zęby i postanowił nie poddać się złej aurze. 

Nie znalazł dziewczyny ani przy studni, ani 

w żadnym innym miejscu w pobliżu. 

Signe nie poszłaby do sąsiadów ani do Queri-

niusa akurat wtedy, kiedy on i matka czekali na 
nią z kolacją. Praca w gospodarstwie była już za­
kończona, torf przyniesiony, a wodorosty posie­
kane i podane krowom. 

Corado stał bezradnie, pochylony, rozglądając 

się dookoła. Jeszcze można było coś dostrzec 

w mroku, lecz właśnie nadciągały czarne chmury 

i zaraz pewnie zapadnie całkowita ciemność. 

„Na tej wyspie nie ma żadnych kryjówek" -

stwierdził Querinius, gdy Carlo zniknął. „Gdy 
ktoś ginie, to raczej na morzu..." 

Wzrok Corada de Lione powędrował w stronę 

przystani, a potem wzdłuż wybrzeża. 

Wtem mężczyzna dostrzegł niewielką łódź. Na 

jej dziobie dało się zauważyć ciemną sylwetkę 
człowieka. 

Corado ruszył czym prędzej w stronę przysta­

ni, zmagając się ze sztormową pogodą i potężny­
mi falami, które w jednej chwili wtargnęły na ląd. 

Mężczyzna zawołał dziewczynę po imieniu, ale 

jego głos rozpłynął się w huku rozszalałej nawał­
nicy. Jeśli w porę nie dobiegnie, Signe pogrąży się 

w tym samym grobie, w którym niedawno spo­

częli na wieki jej ojciec, bracia i Carlo. 

background image

Nikt nie musiał mu mówić, że ona właśnie te­

go sobie życzy. Nie tylko życzy, ale nawet ma za­
miar zrobić... 

Coradem targały wzburzenie i bezradność. 

Myśl o tym, że miałby zanieść jeszcze jedną tra­
giczną wiadomość do ciężko doświadczonego do­

mu, sprawiła, że ogarnęła go desperacja. 

Wreszcie dobiegł do przystani, ale dziewczyna 

zdążyła już wciągnąć łódź do wody, wejść do niej 
i chwycić za wiosła. 

Zawołał raz jeszcze, lecz nie wiedział, jak dale­

ko niesie się głos. Prawdopodobnie Signe go nie 
usłyszy. 

Corado dotarł do brzegu. Od malej lodzi dzie­

liło go zaledwie kilka metrów, lecz wiatr od stro­
ny lądu odpychał ją od brzegu. Mężczyzna krzy­
czał ze złości i strachu - brnął coraz głębiej i znów 
krzyczał. Jednak łódź oddalała się, a drobna, ciem­
na sylwetka nie odwróciła się w jego stronę. 

Zaraz potem Corado wydostał się na brzeg tak 

szybko, jak tylko pozwalały mu na to rozszalałe 
masy wody. Teraz mógł prosić o pomoc jedynie 
doświadczonych rybaków. 

Na szczęście spotkał niedaleko kilku męż­

czyzn. To mężczyźni, którzy przybyli z Lofotów 

na polów w morzu okalającym wyspę. Ku swemu 
zdumieniu dojrzał wśród nich Gustava. 

Corado zaczął krzyczeć do rybaków. Wszyscy 

natychmiast odwrócili się w jego stronę, zobaczy­
li jego przerażoną twarz i zrozumieli, że musiało 
się zdarzyć coś strasznego. Gdy z potoku wło-

background image

skich słów Gustav wyłapał imię Signe, zerwał się 
na równe nogi. 

Corado w jednej chwili pojął, że desperacki 

czyn dziewczyny może mieć związek z Gusta-

vem. Corado nie miał ani cienia wątpliwości, że 
chłopak skrywa w sobie jakąś mroczną tajemni­

cę, a do tej pory nie udało się ani Queriniusowi, 
ani księdzu, ani też Christianowi wyciągnąć z nie­
go, w jaki sposób w jego kieszeni znalazła się zło­
ta spinka Carla. 

Jeśli Gustav dowie się, że Signe dobrowolnie 

wybrała śmierć w morskiej otchłani, podążając za 

ukochanym, poczucie winy, jakie nosi w sobie, 
prędzej czy później każe mu wyznać prawdę. 

Niech Bóg sprawi, aby nie stało się to za późno... 

background image

Już po kilku minutach łódź ojca Gustava koły­

sała się na falach. Na pokładzie znaleźli się Gu-
stav, Corado de Lione i dwóch obcych rybaków. 

Było już całkiem ciemno, ale silny wiatr szyb­

ko gnał chmury po niebie i od czasu do czasu da­
ło się dostrzec księżyc, który rzucał jasnozłoty, 
niesamowity blask na wzburzone morze. 

Corado spostrzegł ku swemu zdumieniu, że 

Gustav objął dowodzenie, wykazywał przy tym 
sporo energii i zdecydowania, którego wenecjanin 
nigdy nie spodziewałby się ze strony tego „słabo­

witego" krewnego starosty. 

Żagle zostały podniesione i obrano wschodni kie­

runek. Przy sprzyjającym wietrze łódź ruszyła 

z miejsca z wielką szybkością. Corado przyglądał się 
ukradkiem Gustavowi i rybakom w największym 
zdumieniu. Rzadko widywał tak zgraną załogę. 

Przez ponad dwa miesiące przybysz z Italii ob­

serwował otwarte, jedyne w swoim rodzaju łodzie 
rybaków z Rost, gdy wyruszali oni na połów, 
a potem wracali z rybami. Wiedział jednak, że ni­
gdy nie przestanie się dziwić, w jaki sposób te ma­
łe łodzie mogą tak dobrze dawać sobie radę na 

background image

zdradliwych północnych wodach. Niejeden raz 

wychodząc na brzeg, czuł się nieswojo na myśl, 

że widzi się z rybakami po raz ostatni, gdy tym­
czasem wieczorem wracali prawie wszyscy mimo 
gwałtownego sztormu. 

Teraz po raz pierwszy wypłynął z nimi w mo­

rze. Nie odważyłby się na to, gdyby nie współczu­
cie dla matki Signe i troska o życie dziewczyny. 
Za każdym razem, gdy widział przed sobą gigan­
tyczne fale, zaciskał powieki i szeptał w despera­
cji modlitwę, lecz jakimś cudem Gustav przepro­

wadzał łódź przez każdą z nich. 

Nagle blask księżyca na dłużej przebił się przez 

chmury, oświetlając coś ciemnego, co znajdowa­
ło się przed nimi. 

- To ona! - zawołał jeden z rybaków, Corado 

de Lione jednak od razu spostrzegł, że łódka jest 
pusta. Może dlatego, że jako jedyny właśnie tego 
się spodziewał... 

Nieznajomość norweskiego uniemożliwiła mu 

podzielenie się ze współtowarzyszami swymi 
obawami. Udało mu się tylko przekazać Gusta-

vowi, że dziewczyna wypłynęła na rozszalałe mo­

rze sama. 

Nawet teraz, gdy znów ujrzał małą, ciemną 

łódź kołyszącą się na wodzie w górę i w dół jak 
kłoda drzewa, nie był w stanie krzyknąć, że jest 
już za późno. Pozostała trójka ledwo widziała tę 
skorupę i skupiała cały swój wysiłek na tym, aby 
płynąć w jej stronę. Nie przyszło im do głowy, 
że łódź, która nie jest wywrócona do góry dnem, 

background image

może nie mieć na swym pokładzie nikogo. 

Corado de Lione przymknął na chwilę oczy, 

odmawiając cichą, krótką modlitwę za duszę 
Signe. 

Czuł w sobie gniew, który przez chwilę przy­

tłumił strach przed ciemnym, rozszalałym mo­
rzem i chciwymi falami. Gniew na Pana Najwyż­
szego i tę bezlitosną rybacką wioskę, która nie 
miała młodej, niewinnej dziewczynie do zaofiaro­

wania nic prócz troski, biedy i śmierci. 

Księżyc ponownie skrył się za chmurami, a je­

dynymi jasnymi punktami przebijającymi przez 
śnieg z deszczem i morską kipiel były grzbiety 
spienionych fał, które rozbijały się o niezliczone 
szkiery. Cztery pary oczu wpatrywały się w ciem­

ność z napięciem, uważnie i ze strachem. Męż­
czyźni gotowi byli podpłynąć bliżej łódki Signe, 
gdy tylko księżyc choć na chwilę wyłoni się zza 

chmur. Tymczasem wpłynęli w mgłę ogranicza­
jącą widoczność tak dalece, że przez moment 
mogli dostrzec jedynie swe najbliższe otoczenie. 

Skoro tylko blade promienie księżyca oświetli­

ły wzburzone morze, dostrzegli, że łódka Signe 
znajduje się tuż przed nimi. Gustav natychmiast 

wydał polecenie opuszczenia żagli. Wyraźne prze­

jęcie w głosie trzech mężczyzn pozwoliło wene-
cjaninowi zrozumieć, iż właśnie stwierdzili, że 
łódź jest pusta. 

Wiosłowali z całych sił i coraz bardziej zbliża­

li się do nieszczęsnej łupiny. Corado de Lione od­

wracał się co pewien czas i przez krótką chwilę 

background image

widział twarz Gustava. Mimo złej pogody i ciem­

ności wyraźnie można było dostrzec, że chłopak 
głęboko przeżywa to, co się stało. W jego oczach 
był nie tylko ból, lecz również lęk. 

Czyżby Gustav zrozumiał...? 
Potężna fala wtargnęła na pokład i Gustav pod­

skoczył, opierając się o sworzeń. Następna powa­
liła go na kolana i zalała łódź. Wypływająca wo­
da zabrała ze sobą wiosła. 

Gdy już przepłynęli przez ogromną falę, 

dwóch rybaków zabrało się za wylewanie wody, 
aż w końcu odciążyli łódź. 

Corado de Lione miał wrażenie, że znajduje 

się na brzegu urwiska. Mdliło go ze strachu. Na­

wet w szalupie Marii Mcdici czy potem na pu­

stej wysepce nie czuł takiej bliskości śmierci jak 

teraz. 

Gustav, który siedział przy sterze, zdołał chwy­

cić łódź Signe i zawiązać linę o stewę na rufie. Po­
tem wydał polecenie podniesienia żagli i zmiany 
kursu. Po chwili wracali już do wioski z łódką 
dziewczyny na holu. 

Gdy po niebezpiecznej i trudnej drodze po­

wrotnej zbliżyli się do wyspy, wiatr uspokoił się, 

a księżyc coraz częściej wyglądał zza chmur. Kie­

dy wyszli na ląd, niebo było już prawie pogodne, 
a nad ich głowami jak kryształki lodu błyszczało 
nieskończenie wiele gwiazd. 

Czterej mężczyźni siedzieli w milczeniu. Ich 

twarze wydawały się jak wyciosane z kamienia -
nawet dwaj obcy w szczególny sposób poddali się 

background image

powadze chwili. W swym dorosłym życiu widzie­
li, jak inni rybacy narażają życie w walce o chleb 
powszedni. Jednak to było coś innego. Chodziło 
o kobietę - bardzo młodą i niewiarygodnie piękną. 

Poza tym w całej sprawie było coś podejrzane­

go. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie 

wyrusza w morze nocną porą, gdy ciągle jeszcze 
szaleją zimowe sztormy. I to sam...! 

Gustav nadal siedział z tyłu przy sterze z zaciś­

niętymi ustami i ponurym spojrzeniem. Albo był 
niespełna rozumu, albo przytłaczał go żal. 

Corado de Lione myślał tylko o matce dziew­

czyny. Wiedział, że nie będzie w stanie pójść do 
niej sam z tą tragiczną wieścią. Wstąpi najpierw po 
Pietra Queriniusa, a potem udadzą się po księdza. 

Nawet nie poczuł ulgi z powodu ocalenia - tak 

przygnębiło go zaginięcie Signe. 

Wciągnęli swoją łódź na ląd i właśnie wracali 

po łódkę dziewczyny, ale nagle gwałtownie za­
trzymali się jak rażeni piorunem. Na dnie łodzi 
coś się poruszyło, w następnej chwili i mężczyź­
ni spostrzegli jasne włosy. 

- Signe...! 
W głosie żadnego z mężczyzn nie było tyle 

wzruszenia co w głosie Gustava. 

Signe patrzyła kolejno na każdego ze swych 

wybawicieli, po czym zakryła twarz dłońmi wy­
buchła płaczem. 

Mężczyźni stali bezradnie. Rybacy, którzy wy­

kazali się tak wielką odwagą i gotowością ratowa­
nia drugiego człowieka podczas sztormu na 

background image

wzburzonym morzu, stali zaskoczeni tą nieocze­

kiwaną i niepojętą sytuacją. 

Corado de Lione jako jedyny z nich rozumiał 

cokolwiek. Signe położyła się na dnie łodzi ze 
świadomością, że ta prędzej czy później zostanie 
pochłonięta przez rozszalałe, chciwe fale. Naj­
pewniej opuściła ją odwaga i nie zdecydowała się 

wyskoczyć za burtę, więc pozwoliła morzu, wia­

trowi i losowi zdecydować o czasie jej śmierci. Po­
śród wyjącego wiatru nie słyszała odgłosów do­
chodzących z ich łodzi. 

Teraz musiała czuć się tak, jakby brutalnie za­

wrócono ją do bezlitosnego świata... 

Corado powoli podszedł do Signe, niezgrabnie 

ujął jej wąskie, drżące ramiona i ostrożnie pod­
niósł. 

Wtedy to zareagował Gustav. Ruszył w ich 

stronę, brutalnie odepchnął Corada na bok 
i chwycił Signe tak mocno, że aż jęknęła. 

- Co ci przyszło do głowy? - wrzasnął dziko. -

To zwyczajne samobójstwo! 

Signe uniosła głowę i napotkała jego wzrok. 

Skinęła, po czym powiedziała ochrypłym, ale 

opanowanym głosem: 

- Właśnie tak miało być. Gdy zamordowałeś 

Carla, mój los został przypieczętowany. 

Gustav patrzył na nią przez chwilę z niedowie­

rzaniem, a potem przerażająca prawda powoli za­
częła do niego docierać. Gdy wreszcie był w sta­
nie przemówić, jego głos drżał ze strachu. 

- Nie zabiłem go! Zabrałem go tylko na Mosken. 

background image

Zrobiło się całkiem cicho. Słychać było jedynie 

świst słabnącego wiatru. 

- Mosken...? - powtórzyła zdumiona Signe. 
Gustav puścił dziewczynę, zagryzł wargi i ze 

złością skinął głową. 

- To nie moja wina, że upadł i stracił przytom­

ność. Chciałem tylko zakpić z niego. Ale gdy zo­
baczyłem go tam leżącego nieruchomo, pomyśla­
łem, że to znak. On, który ma w swoim kraju 

wszelkie bogactwa, nie ma prawa przybywać tu 
i okradać mnie! 

Signe spoglądała na Gustava, jakby nie rozu­

miała jego słów. Gdy skończył, spytała z niedo­

wierzaniem: 

- Więc zaciągnąłeś nieprzytomnego człowieka 

do łodzi i wypłynąłeś w morze? 

Gustav porywczo skinął głową. 
- Powiedziałem, że nie jestem mordercą! Mu­

siałem schronić się przed sztormem w szopie 
Thorda. Gdy wiatr się uspokoił, on ciągle tam le­
żał. Myślałem, że nie żyje, więc postanowiłem 

wrzucić ciało do wody, żeby nikt nie podejrzewał 

mnie o zbrodnię. 

Chłopak zamilkł. 
- I co potem? - spytała Signe cicho. 
Gustav odwrócił się. Wyglądał jak dziecko 

przyłapane na zakazanej zabawie. 

- Gdy wypłynąłem, wydało mi się, że on się po­

ruszył. Wystraszyłem się. - Spojrzał na Signe. -
Nie jestem mordercą! - powtórzył ze strachem. 

- Mów dalej - nakazała dziewczyna stanowczo. 

background image

Pozostała trójka w milczeniu przysłuchiwała się 

rozmowie. Dwóch obcych rybaków niemal 

wstrzymało oddech z przerażenia, zaś Corado de 

Lione czynił spore wysiłki, aby wychwycić słowa, 
które rozumiał. 

- Nie mogłem wrócić z nim do domu - powie­

dział Gustav w najgłębszej desperacji. - Dotarło 
do mnie, co zrobiłem. To byłby mój koniec! 
Gdybym zostawił go na Vaeroy i ktoś by go ura­
tował, mógłby powiedzieć księdzu, co się stało, 
i zaraz wszystko by się wydało. Wtedy wpadłem 
na ten pomysł. On nigdy nie przepłynie wód ota­
czających Mosken. Może tam żyć, żywiąc się 
ptakami i ich jajami. Może nawet zjadać owce, 
jeśli się odważy! 

- W którym miejscu na Mosken go zostawiłeś? -

spytał nagle jeden z rybaków. 

Gustav zawahał się z odpowiedzią. 
- Po południowej stronie - wymamrotał cicho. 
- Jaki to był dzień? - pytał dalej rybak ostrym 

głosem. 

Chłopak milczał. 
Signe odkryła przed nieznajomymi prawdę: 
- Ostatni dzień pełni księżyca - powiedziała 

przez łzy. W jednej chwili rozbłysła w niej iskier­
ka nowej nadziei, jednak po chwili zgasła. 

Rybak potrząsnął głową. 
- Równie dobrze mogłeś go wrzucić do wody -

powiedział, patrząc na Gustava z pogardą, po 
czym odwrócił się i odszedł. 

Corado de Lione chwycił Signe za rękę i zapro-

background image

wadził do domu. Nie zrozumiał nawet połowy 
z tego, co usłyszał, lecz widział po dziewczynie, 
że targa nią wzburzenie, nadzieja, a w końcu opa­

nowuje rezygnacja. Postanowił nie spuszczać jej 
z oczu do końca swego pobytu na Rost. 

Gustav poszedł do domu sam. Drżał z zimna, 

które tkwiło głęboko w jego duszy. 

Tymczasem na Mosken Carło nadal siedział 

w chacie karła i rzeźbił w kawałku drewna. Ból 
głowy wreszcie ustąpił, lecz odwaga opuściła go 
na dobre. Każdego dnia chodził wzdłuż urwiska, 
wpatrując się w potężne wiry malstromu. Z każ­
dym dniem był bardziej świadom swej sytuacji. 
Wypłynąć w morze otwartą łodzią wydawało się 
czystym samobójstwem. Między kamieniami na 
brzegu leżały resztki dwóch rozbitych łodzi. Za 
pomocą gestów i kilku prostych słów karzeł wy­
tłumaczył Carlowi, że jest uwięziony na wyspie 

przynajmniej do końca wiosny. 

Na wyspie nie mieszkał nikt poza tą dziwną 

istotą. Jedyne jej towarzystwo stanowiło morze 
i porywisty prąd. 

Pierwszej nocy obudził wenecjanina huk mo­

rza. Gdy wyszedł rano na brzeg, po raz pierwszy 

w swym życiu ujrzał tak rozszalałe masy wody, 
nad którymi aż unosiła się mgła. Morze sprawia­
ło wrażenie wrzącej masy z kłębowiskiem czar­
nych paszczy, które otwierały się i zamykały, 
otwierały i zamykały. Znaleźć się między nimi to 
jak wyjść na spotkanie śmierci. 

background image

Łódka gospodarza była mała i prymitywna, 

zrobiona przez niego samego. Jej jedyną zaletą 

wydawało się to, że dzięki niej można było latem 

łowić ryby w pobliżu wyspy. 

Po kilku swego rodzaju rozmowach, podczas 

których rąk używano równie często jak słów, 
Carlo dowiedział się, jak wyglądało życie karła. 
Los nieszczęśnika wstrząsnął nim. 

Ułomny ten człowiek pochodził z jakiegoś nie­

znanego mu miejsca w Norwegii i - podobnie jak 
Carlo - został sprowadzony na Mosken wbrew 
swej woli. Przypuszczalnie dlatego, że ludzie 
chcieli się go pozbyć, nie obciążając bezpośrednio 
sumienia zbrodnią. 

Za postępowaniem współziomków nieszczęsne­

go karła kryły się przesądy. Mężczyzna ciągle po­

wtarzał słowa „nie z tej ziemi" i „bękart". Mimo 

iż Carlo nie pojmował tego do końca, zgadywał 
na podstawie swej wiedzy o przesądach pokutują­
cych w innych miejscach na świecie, że lud, z któ­
rego wywodził się karzeł, żył w przeświadczeniu, 
iż zniekształcone ciało kaleki jest albo karą od ich 
bogów, albo też owo dziwaczne stworzenie nale­
ży do nadprzyrodzonych istot, sprowadzających 
nieszczęścia na normalnych ludzi. Nawet w tak 
cywilizowanych krajach, jak ojczyzna Carla, lu­

dzie boją się tego, co odbiega od przeciętności. 

W tej dziwnej istocie nie było ani odrobiny zła. 

Już od pierwszego dnia dzielił się z niespodziewa­

nym gościem swymi małymi porcjami jedzenia, 
jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą na 

background image

świecie. Oddał mu na noc swoje futrzane nakry­
cie i patrzył ze współczuciem, gdy cudzoziemiec 
stał na skałach, wpatrując się bezradnie w morze. 
Carlo przysiągł sobie, że jeśli kiedykolwiek uda 
mu się wydostać z tej wyspy, sowicie wynagrodzi 

karła za całą dobroć, jaką mu okazał. 

Najbardziej dręczyła go świadomość, że statek 

starosty wyruszy do Bergen z ładunkiem sztokfisza 

w połowie maja. Jeśli Carlo straci szansę na zabra­
nie się razem z wujem Piętrem i innymi, nie wiado­
mo, kiedy nadarzy się kolejna okazja powrotu do 
domu. Może nie wcześniej niż w przyszłym roku... 

Jego myśli popłynęły ku Signe i zrobiło mu się 

gorąco. Cały rok razem z Signe... 

Jednak już po chwili potrząsnął zrezygnowany 

głową. Rok spędzony z dziewczyną pociągnie za 
sobą jedynie troski i nieszczęście. Prędzej czy póź­
niej będzie musiał wrócić do Wenecji, do rodzi­

ców, a im więcej czasu minie, tym boleśniejsze bę­
dzie pożegnanie. 

Poza tym czekała na niego Adelajda... Carlo 

zmarszczył czoło. Za każdym razem, gdy myślał 
o Adelajdzie, w jego duszy pojawiało się jakieś nie­
przyjemne uczucie. Początkowo sądził, że to po­

czucie winy, lecz odrzucił tę możliwość, jako że 

wydawała się śmieszna. Dobrze wiedział, jaki był 

prawdziwy powód stanu jego ducha. Signe zajęła 
miejsce Adelajdy. To twarz Signe promieniała ku 
niemu ciepłem za każdym razem, gdy zamykał 
oczy. To jej uśmiech dodawał mu odwagi i nadziei 
każdego ranka, gdy wstawał nowy dzień. 

background image

2 tego właśnie powodu tak spieszno było mu wy­

rwać się stąd. To dlatego chciał jak najprędzej wró­
cić do domu i przypomnieć sobie, gdzie jego miej­
sce. Nie tylko dał Adelajdzie swe słowo, ale też ich 
małżeństwo miało związać dwie dumne rodziny, 
by mogły żyć w pokoju zamiast rywalizować mię­
dzy sobą. To było przesądzone. Niedotrzymanie 
obietnicy wzbudziłoby złość rodziny Poliziano, 
a nawet mogłoby doprowadzić do krwawej zemsty. 

Carlo poczuł na sobie wzrok karła i spojrzał 

w górę. Uśmiechnął się, jakby chciał ukryć swe 

ponure myśli, po czym podniósł kawałek drewna 
uformowany na kształt lodzi używanej przez ry­
baków z Rost. 

Karzeł skinął poważnie głową, wyciągnął krót­

ką rękę ku dwóm ławeczkom dla wioślarzy, po 
czym wskazał najpierw Carla, potem siebie. 

Carlo spojrzał na niego. Karzeł nie zrozumiał 

go. To, co dla Carla było jedynie odrywającą go 
od rzeczywistości zabawą, jego gospodarz uznał 
za konkretne plany. Karzeł uwierzył w to, że Car­
lo zrobił model łodzi, którą zamierza zbudować! 
Mało tego - liczył na to, że razem przeprawią się 
przez wody malstromu...! 

Dwa dni później wreszcie zaczęło wyglądać na 

to, że zima powoli wypuszcza ze swych żelaznych 
objęć morze wokół Rost. To już dwudziesty 
pierwszy marca - czas przesilenia wiosennego, 
kiedy to dzień był równie długi jak noc, a grani­
ca między ciemnością i światłem dziennym powo-

background image

li przesuwała się ku północy. Rozjaśniły się też 
ludzkie umysły. Przychodzące na świat dziew­
czynki otrzymywały imiona związane ze słoń­
cem, nazywanym w języku norweskim „sol" -
Solgull, Solfrid, Solveig. Przed dziewięcioma 
dniami powróciły też ostrygojady. Dzień wcześ­
niej widziano alki i nurzyki, krążące całymi sta­

dami nad wyspami. Przyleciały też edredony 
i kormorany, a za tydzień powinny pojawić się 
nad morzem maskonury. 

Jednak wody wokół wyspy ciągle niespokojnie 

falowały, rozbijając się z łoskotem o szkiery. Wy­

spę nadal pokrywała zeszłoroczna, pożółkła trawa. 
Dopiero za pięć, sześć tygodni pastwiska zaczną 

odcinać się jasną zielenią od granatowego morza. 

Na wschód kierowała się duża łódź z podnie­

sionymi żaglami. Na pokładzie znajdowali się 
Gustav, jego ojciec i dwaj bracia. 

Do tej pory dwaj rybacy z Lofotów trzymali ję­

zyk za zębami. Dotychcza nie zdradzili, czego się 
dowiedzieli, ale jak długo zachowają dyskrecję? 

Ojciec Gustava posępnie spoglądał przed sie­

bie. Jak tylko wyda się, co zrobił jego syn, czeka 
ich niechybna kara. 

Żeby tylko ten przeklęty obcokrajowiec nie 

zginął podczas przypływu... 

Jeśli to, co mówi Gustav, jest prawdą, to ten 

człowiek nadal był nieprzytomny, gdy znalazł się 
na Mosken. Nikt poza rybakami z Lofotów nie 
wyjaśni mu, jak się tam dostał. Jeśli ci obcy nie 
pisną ani słówka, to nie będzie nawet najmniej-

background image

szego dowodu. A gdy już Signe dostanie z powro­
tem swojego młodzieniaszka, nie będzie chciała 

wpędzać nikogo w nieszczęście dla samej zemsty. 
To do niej niepodobne. 

Jego wzrok skierował się w stronę Gustava, 

a z piersi wymknęło się ciężkie westchnienie. To 

wina jego matki. Gdyby chłopiec był traktowany 
jak inni, nie wydarzyłoby się nic takiego. 

Nagle w umyśle ojca pojaśniało. Czy chłopak 

nie uratował Signe życia? Nasz Pan musi przecież 
pilnować, aby na tym świecie nie działa się nie­
sprawiedliwość. Dobre uczynki oczyszczają czło­

wieka z tych złych. 

Załodze sprzyjał wiatr, wiał prosto w żagle. Już 

po trzech godzinach minęli Vaer0y i za chwilę Mo-
sken wyłoniła się z morza jak nieziemskie stwo­
rzenie uwięzione pośród niebezpiecznych wód. 

Ojciec Gustava wzdrygnął się, mamrotał coś 

w rodzaju modlitwy przeplatanej zaklęciami. Cóż 

poczną, jeśli ten obcy leży martwy między skała­
mi? Skała wynurzała się z morza pionowo ku gó­
rze, a z każdej strony wystawały ostre, poszarpa­
ne wyłomy. Nawet podczas ładnej pogody prąd 
płynął tu z ogromną siłą i z dużej odległości dało 
się słyszeć huk wirów. Z tej wyspy nie było po­
wrotu. Głupotą i naiwnością byłoby sądzić, że 

znajduje się na niej jakiś żywy człowiek. 

Ogromne fale obmywały brzeg, gdy się do nie­

go zbliżali. Mokre szkiery błyszczały na rozkoły­
sanym morzu, lizane przez długie jęzory wodnej 
kipieli. 

background image

Gdyby teraz nagle przyszedł sztorm, rozszala­

ły żywioł wtargnąłby głęboko w ląd z potężnym 
hukiem. 

Ojciec Gustava pokręcił jeszcze raz głową. Spo­

glądał znowu na morze, które, najeżone gniewny­
mi falami, wydawało się bezkresne. Nie podobało 
mu się to. Nigdy nie czuł się pewnie w pobliżu 
malstromu. Nie mógł zapomnieć zasłyszanych 
niegdyś opowieści o rzekomo znajdującej się 

w tym miejscu na dnie szczelinie, do której wpły­
wa woda i wydostaje się na powierzchnię inną 
dziurą. W takich dziurach płonie ponoć ogień pie­

kielny, który wybucha niekiedy z ogromną siłą. 

Wzrok mężczyzny przeniósł się znów na stro­

me urwisko. Podczas przypływu brzeg jest zale­

wany wielkimi masami wody, które porwałyby 
każdą żywą istotę. 

Rybacy okrążyli przylądek i oczom ich ukaza­

ły się ogromne fale, wydawały się sięgać nieba. 
Prześwitujące przez nie słońce nadawało im zie­
lonkawą barwę. Kilka razy łódź uniosła się, ale 

wreszcie rybakom udało się prześlizgnąć przez 
wzburzone morze i wpłynęli na spokojniejsze 
wody bliżej lądu. 

Wszyscy dobrze wiedzieli, że nie ma szans na 

znalezienie Carla między skałami przy podmy­
wanym przez fale brzegu. Mimo wszystko zary­
zykowali wyprawę w nadziei, że może jednak się 
mylą. Może skała nie była tak stroma, jak sądzi­

li. Może między kamieniami jest jakaś sucha pół­
ka skalna. 

background image

Teraz od razu spostrzegli, że mogli sobie 

oszczędzić trudu. 

Jednak dobili do brzegu, nawet szukali między 

skalami, wspięli się na ścianę do miejsca, w któ­
rym przechodziła w pionowe urwisko. 

Ojciec Gustava jako pierwszy zauważył czarne 

chmury nadciągające z zachodu i dal znak do za­
kończenia poszukiwań. Spojrzał zaniepokojony 
na niebo i morze i podnieśli żagiel, obierając kurs 
ku swej wyspie. 

background image

Pewnego ciepłego, wiosennego dnia kilka tygo­

dni później Signe stała w cichym skupieniu nad 
nowym grobem na małym cmentarzu po wschod­
niej stronie wyspy. 

Chciała płakać, ale nie potrafiła. Od dnia, 

w którym Gustav i Corado de Lione wbrew jej 
woli zawrócili ją do świata żywych, chodziła bez 
celu. Zupełnie jak dryfujące wodorosty wodzie, 
tak i ona pozwalała bezwolnie unosić się losowi, 
jakby obojętne jej było, czy żyje, czy też nie. 

Jak przez ciężką zasłonę widziała matkę, gasną­

cą z dnia na dzień. Dziewczynie brakło sił, by prze­
bić się przez niewidzialny mur, którym matka 
oddzieliła się od świata, wyrwać ją z tego stanu. 

Teraz Signe nie czuła nic poza bezkresną pust­

ką. Może odrobinę ulgi, podobnej do tej, jakiej 
doznała po śmierci ojca i braci, którzy odnaleźli 

wieczny spokój w morskiej otchłani. 

Signe odwróciła się i spojrzała na pozostałe na­

grobki. Same kobiety... Mężczyźni z Rost mają 
swoje groby w morzu. 

Z ciężkim westchnieniem opuściła mały cmen­

tarz i skierowała swe kroki ku skale, odsłoniętej 

background image

przez wodę w czasie odpływu. Po drugiej stronie 
błyszczała w wiosennym słońcu wyspa Vaeroy. 
Owce cieszyły się już jasnozielonymi kępkami 
młodej trawy. Wszędzie widać było stojaki pełne 
sztokfiszy gotowych do drogi przez morze. Ryba­
cy z Lofotów wrócili do swych domów, a ich szo­
py stały teraz puste. Za niespełna dwa tygodnie 
statek starosty wyruszy na południe do Bergen. 
Żeglarze z Wenecji mieli płynąć razem z nim... 

Signe chciałaby wiedzieć, czy Carlo też by wró­

cił, gdyby żył... 

Potrząsnęła głową. Cóż za śmieszna myśl! 

Miałby stać tu, na Rost i patrzeć, jak jego przyja­
ciele odpływają? On, ze swoim szlacheckim po­
chodzeniem, wielkim majątkiem i rodziną, która 
czeka na niego w dalekim słonecznym kraju! 

Teraz Querinius będzie musiał przekazać naj­

bliższym Carla tragiczne wieści... 

Wzrok dziewczyny wędrował od gospodarstw do 

stada owiec, a potem do stojaków na suszone ryby, 
którym towarzyszyły siedzące w rzędzie ptaki. 

Signe została sama ze wszystkimi obowiązka­

mi. Musi popłynąć na Prestholmen po jaja alk, za­
brać młode z gniazd, a potem zapeklować je, na­
zbierać drewna przy brzegu, przynieść torfu na 
opał, wodorostów dla zwierząt, wody ze studni. 
Latem będzie też musiała wspinać się na skały, że­

by łapać maskonury. Zwykle robił to Ludvig 
z Kristofferem. Kristoffer był niezwykle zręczny 
we wspinaniu się po ptaki, jak twierdził ojciec, 
równie dobrze radził sobie z polowaniem na or-

background image

ły. Pewnego razu złapał ich dziesięć w jeden 

dzień! 

Signe poczuła ucisk w gardle. Przypomniało jej 

się, jak kiedyś białodzioby nur zaatakował Ludvi-
ga. Chłopak poszedł nad brzeg po wodorosty 
i gdy schylony chodził między kamieniami, ptak 

uderzył go w plecy i Ludvig o mało nie upadł. Pta­
szysko wbiło pazury w wełniany kubrak chłopa­
ka i próbowało zepchnąć go ze skały. 

Innym razem sokół zostawił swój ostry pazur 

w dłoni ojca i trzeba było wyciąć go nożem. „Gdy 

sokół wbija szpony, będziesz boleśnie zraniony". 

Signe podniosła głowę i patrzyła na morze, 

zdradliwie połyskujące w słońcu pozornym spo­
kojem. Mieszkańca Rost niełatwo oszukać. Pod 
niezmąconym lustrem wody tli się gniew władcy 
sztormu. 

Jakaś łódź właśnie wracała na wyspę. Lekka bry­

za starczyła, aby postawić żagle. Łódź sprawiała 

wrażenie małej, ale nawet z tej odległości wzbudzi­
ła ciekawość dziewczyny. Wyglądało na to, że kie­
ruje się wprost do tutejszego portu. Gdy się zbli­
żyła jeszcze bardziej, można było zauważyć, że nie 
jest to zwykła łódź używana przez tutejszych ry­
baków. Nie miała tak ostro zakończonego dziobu 
i była bardziej przysadzista niż łódki wyspiarzy. 

W tej samej chwili Signe spostrzegła Pietra Que-

riniusa, który wybrał się na codzienny spacer po pa­
stwiskach. Przyglądał się parze dzikich gęsi, lecą­

cych w stronę otwartego morza. Może myślał 
o swojej niedalekiej podróży i cieszył się z powro-

background image

tu na południe. W domu czekało na niego czworo 
dorosłych już dzieci i słabego zdrowia żona, jak 
mówił. Pewnie boją się, że stało mu się coś złego. 
Od czasu jego wypłynięcia z Wenecji minął już rok. 

Querinius zauważył Signe i zamiast iść dalej 

obraną wcześniej drogą, przystanął, zawahał się, 
a w końcu podszedł do dziewczyny. 

Signe wyprostowała się. Lubiła tego starszego, 

szlachetnego mężczyznę. Był dobrym człowie­
kiem, który właśnie przeszedł ciężką próbę siły 
ducha i cierpliwości. Gdy już porzucił nadzieję na 
ujrzenie Carla żywego, uciekał w samotność, spę­
dzał wiele dni na modlitwie. Kochał siostrzeńca 
jak swego własnego syna. 

Nadal żył na wyspie tak, jak na początku, spra­

wiał wrażenie jeszcze bardziej łagodnego, pokor­

nego i chętnego do pomocy. 

Signe nie miała pojęcia o rozmowach, jakie pro­

wadził ze starostą na temat Gustava. Dotychczas 

tylko ona sama i najbliższa rodzina chłopaka zna­
li prawdę. Ojciec Gustava odwiedził ją pewnego ra­
zu, opowiedział o wyprawie na Mosken i błagał 
o milczenie. Jego syn uratował jej przecież życie -

przypomniał mężczyzna. Poza tym nigdy nie było 

jego zamiarem zabić nieznajomego. Jako dobra 
mieszkanka wyspy powinna okazać miłosierdzie 
temu, który zbłądził. Gustav spowiadał się przed 
dominikaninem i we właściwym czasie Bóg wy­
mierzy mu odpowiednią karę. Signe nie jest chyba 
aż tak zawzięta, aby wysłać swego przyjaciela 
z dzieciństwa na szubienicę jedynie z chęci zemsty? 

background image

Dziewczyna patrzyła na niego pustym wzro­

kiem. W czymże pomogłoby to jej czy Piętro 
Queriniusowi, gdyby jeszcze jeden człowiek mu­
siał stracić życie? I tak nie odzyskają w ten spo­
sób Carla. 

Czas spędzany na Rost Querinius wykorzysty­

wał pracowicie. Mówił już po norwesku prawie jak 

rodowity wyspiarz, choć ze śmiesznym „r" i oso­
bliwą intonacją. Wszyscy jednak go rozumieli. 

Będzie im go brakować, gdy wróci do swoich... 
- Dzień dobry, Piętro Queriniusie. Widzę, że wy­

brałeś się na spacer w ten piękny, wiosenny dzień. 

Mężczyzna skinął w roztargnieniu głową. Wy­

dawał się inny niż zwykle. 

- Wyruszamy za dwa tygodnie - powiedział 

zbity z tropu, po czym dodał równie bez związ­
ku: - Byłaś na grobie matki... 

Signe patrzyła na niego, zaskoczona. 
Piętro skierował swój łagodny wzrok na samot­

ną mewę, potem znów spojrzał na dziewczynę 
z wyrazem zakłopotania na twarzy. 

- Muszę z tobą porozmawiać. Czy mogę odpro­

wadzić cię do domu? 

Rozmawiając, szli ścieżką przez równinę. Mi­

nęli trzy domy pobudowane obok siebie nad jed­
ną z zatok, chwilami spoglądali w roztargnieniu 
ku błyszczącym w słońcu wzniesieniom Stavf jel-
let, właściwie wcale ich nie widząc. 

Signe słuchała z zapartym tchem. To, co wła­

śnie usłyszała od Queriniusa, było dla niej szo-

background image

kiem. Czuła się całkiem zbita z tropu, nie wiedzia­
ła, co ma powiedzieć, jak zareagować. Może ocze­
kiwał od niej radości? Ona jednak nie umiała uda­

wać, że się cieszy. 

Wzrok dziewczyny objął wszystko dookoła 

i zatrzymał się na chlupiących wśród kamieni wo­
dach przypływu. Potem spojrzała jeszcze na pa­
stwisko i wreszcie na morze. 

To jest jej świat. 
To jedyny świat, jaki zna, o którym cokolwiek 

wie. Nawet w swych najbardziej wybujałych fan­
tazjach nie marzyła o tym, aby żyć w jakimś in­

nym miejscu. 

Gdy słońce wracało po długiej, polarnej nocy, 

przynosząc ze sobą żywsze kolory, wszystkie 
zmysły odzyskiwały dawną lekkość. Wtedy do­
brze było żyć tu, na Rost. Gdy pewnego wiosen­
nego dnia spoglądała na zielone łąki i błękitne 
morze, słyszała nad głową krzyk ptaków, a przy­
brane zielenią skaliste wysepki wyciągały się ku 
niebu, wtedy przez krótką, błogosławioną chwilę 
czuła, że jej serce rozpiera radość. 

Miała jechać z wenecjaninem na południe? Czy 

dobrze go zrozumiała? 

Piętro Querinius mówił o tym, że miłosierny 

Bóg kieruje losem każdego człowieka, że nawet 
doświadczając go, ma w tym swój cel. Przypo­
mniał Signe o jej śnie, który uratował rozbitkom 
życie, i o tym, że teraz to on jest narzędziem w rę­

kach Boga, który dał mu błogosławieństwo szan­
sy odwdzięczenia się dziewczynie za ocalenie. 

background image

Gdy Signe tak nagle w krótkim czasie straciła 
swych najbliższych i została sama na świecie, on, 
Piętro Querinius, oburzył się na to, że taką nie­

winną istotę los ciężko doświadcza. Jednak potem 

zamiar Pana stał się dla niego całkiem jasny. Si­
gne nie powinna już więcej cierpieć z powodu zi­
mowych sztormów, długotrwałych ciemności, 
głodu i zimna. W jego kraju nie będzie marzła, 
a on zastąpi jej ojca. 

Signe nie mogła się nie uśmiechnąć. Od same­

go początku, jak tylko przybysze z Wenecji zja­

wili się na Rost, boleśnie odczuwali każdego dnia 

zimno panujące na wyspie, ale nie mogli zrozu­
mieć, że nie klimat był temu winien, a ich brak 
zahartowania. Tu na Rost noworodki leżą zimą 

w izbie pod odsłoniętym otworem w dachu, tak 

aby śnieg uodpornił je na zimno. Później rzadko 
marzną. 

Signe nieświadomie potrząsnęła głową. Queri-

nius martwił się tym, że została sama. Nie rozu­
miał, że ludzie na Rost są jak jedna duża rodzina. 
Nie pozostawiają nikogo samemu sobie, lecz 

dzielą z nim to, co mają. 

Jak ma dać mu do zrozumienia, że kocha tę z po­

zoru nieprzyjazną człowiekowi osadę rybacką, le­
żącą na małej wysepce daleko na otwartym morzu? 
Nie chciała wydać się niewdzięczna, ale to ciepło, 
o którym mężczyzna tyle mówił, nie kusiło jej. 

Querinius zrozumiał, że dziewczyna potrzebu­

je czasu do namysłu, musi dobrze się zastanowić, 

więc póki co pożegnali się. 

background image

Gdy przyszła do domu, zobaczyła, że Corado 

de Lione przyniósł już torf i wodę. Jego smutek, 
który tkwił w nim tak długo, jak długo panowa­
ły ciemności i który jeszcze nasilił się po zniknię­
ciu Carla, wydawał się ustąpić z jego duszy wraz 
z zachodnim wiatrem. Teraz śpiewał ładne, me­
lodyjne piosenki w swoim ojczystym języku, 
gwizdał, pomagał Signe przy pracy w oborze, 
i uśmiechał się tak, że jego śniadą twarz przepeł­
niało życie i ciepło. Dziewczyna zrozumiała, że 
liczył dni do wyjazdu. 

Corado nie uczynił takich postępów w nauce 

norweskiego jak Querinius, ale znał wystarczają­
co dużo słów, aby można było się z nim porozu­
mieć. Poznał ich wiele szczególnie wtedy, kiedy 
Carlo zniknął, a on sam nie miał z kim rozma­

wiać w swym ojczystym języku. 

Od razu zauważył, że Signe coś się przydarzyło, 

a ona opowiedziała mu o zaskakującej propozycji 
Queriniusa. Ku jej zdziwieniu, Corado wcale nie 
był zaskoczony. Uśmiechał się tylko tajemniczo. 

- I ty jechać z nami? - spytał z przejęciem. 

Signe spojrzała na niego bezradnie. Tak bardzo 

chciała wytłumaczyć mu, co myśli na ten temat, 
ale wiedziała, że będzie to trudne. 

- Ty jesteś z Wenecji - powiedziała, wskazując 

na niego. - Ja jestem z Rost - mówiła dalej, tym 
razem wskazując na siebie. - Oboje kochamy 
swoje ojczyzny. 

Mężczyzna wpatrywał się w nią bez słowa, zaś 

ona wiedziała, że nie rozumiał jej. Wybrać sma-

background image

ganą wiatrem wyspę na lodowatych wodach za­
miast jego przyjaznej, pięknej Wenecji, było dla 
niego niepojęte. Nie rozumiał, że miłość do okre­
ślonego miejsca nie ma nic wspólnego z dobrami 
materialnymi. Ta miłość opiera się na innych war­
tościach, takich jak dziedzictwo czy tradycja, na 
zwyczajach i przywiązaniu do życia właśnie tu. 
Na korzeniach. 

Signe uśmiechnęła się ciepło, aby pokazać, że 

jest wdzięczna. Miała nadzieję, że Querinius, 
człowiek tak niezwykle rozsądny, zrozumie ją le­
piej, a potem wytłumaczy to przyjacielowi. 

Corado de Lione odczytał jej uśmiech jako -

mimo wszystko - nadzieję i nieśmiało odwzajem­
nił go, po czym zaczął raźno dokładać torfu do 

ognia, jakby chciał ukryć swoją radość. 

Właśnie siadali do posiłku, gdy nagle usłyszeli 

z zewnątrz niespodziewane odgłosy. Corado de 
Lione gwałtownie uniósł głowę, napotykając 

oczyma wzrok dziewczyny, po czym nie bez wa­
hania wstał. Lecz zamiast podejść do drzwi 
i sprawdzić, co to było, stał jak zahipnotyzowa­
ny z przerażeniem na twarzy. 

Signe też się podniosła, bacznie nasłuchując. 

Na jej twarzy również dało się zauważyć ten sam 

wyraz strachu i niedowierzania. 

Oboje spojrzeli na siebie. Zareagowali podob­

nie. Żadne z nich nie odważyło się powiedzieć ani 
słowa, a już na pewno nie wypowiedzieliby imie­
nia, które cisnęło się obojgu na usta. 

Stali bez ruchu, gdy drzwi powoli otwierały się 

background image

i wreszcie pojawiła się w nich jakaś postać. Signe 
i Corado gwałtownie pobledli i gdyby „duch" 
szybko nie zareagował, dziewczyna zemdlałaby 
i upadła na twardą podłogę. 

- Nie bójcie się! - powiedział wystraszony Car-

lo do obojga, podtrzymując mocno Signe. - To 
nie duch, to naprawdę ja. 

Potem odwrócił się w stronę drzwi. 
- Wejdź, Everth. 

Signe poczuła oplatające ją ręce Carla, czuła je­

go oddech na policzku, jego silne ciało tuż przy 
swoim, słyszała ukochany, piękny głos. Mimo 

wszystko nie mogła pojąć, co się dzieje. Gdyby 

nie widziała zastygłej w bezruchu twarzy Corada 
de Lione, gotowa byłaby uwierzyć w to, że tylko 
ona przeżywa coś podobnego - w marzeniach, 

w świecie, w którym dusza żyje swym własnym 

życiem. 

- Signe - usłyszała jakby z daleka głos Carla. -

To Everth. Człowiek, który uratował mi życie. 

To był głos ukochanego, a jednak mimo wszyst­

ko nie była tego pewna. Mówił ładnie po norwesku, 
choć nie całkiem płynnie. Mężczyzna, którego nazy­

wał Everthem, okazał się jedną z tych odmiennych 

istot - karłów ukrywających się gdzieś wśród skał. 
Ojciec opowiadał Signe, że karły jeżdżą na małych, 
białych koniach, które potrafią biegać zarówno po 

wodzie, jak i po lądzie. Pas karła był magiczny, do­

dawał sił, a gdy człowiek założył na głowę jego ka­
pelusz, stawał się niewidoczny. 

background image

Może i ona już nie znajduje się wśród żywych? 

Może legenda powtórzyła się, a ona sama - nie 

wiedząc o tym - dostała się na drugą stronę? 

Corado de Lione pierwszy otrząsnął się z szoku. 
- Carlo...? - szepnął ochrypłym głosem. - Jak...? 

Co... 

- Opowiem wam wszystko - przerwał mu Car­

lo, uśmiechając się ciepło. 

Tego samego wieczoru, lecz nieco później, Car­

lo siedział u swego wuja i opowiadał mu od no­

wa tę niewiarygodną historię, którą niedawno 

usłyszeli od niego Signe i Corado de Lione. 

Łagodne oczy Pietra Queriniusa wypełniły się 

łzami. Słuchał, kiwał głową od czasu do czasu, po­
trząsał nią z niedowierzaniem i znów kiwał. 

- Bóg jest dobry - szepnął spontanicznie. 
Pełen współczucia wzrok starszego mężczyzny 

przeniósł się na Evertha. Carlo opowiadał teraz 
o jego ciężkim losie, lecz zaraz współczucie Pie­

tra zmieniło się w najwyższe zdumienie, gdy usły­
szał o przeprawie przez malstrom jedyną w swo­
im rodzaju łódką, zbudowaną przez Carla i jego 
dobroczyńcę z drewna przeznaczonego na opał 
i resztek dwóch rozbitych łodzi. 

- Nawet o tej porze roku ten groźny prąd mor­

ski przypomina kipiący kocioł diabelski - stwier­
dził Carlo, zachęcony, by mówić dalej. - Sprawia 

wrażenie dwóch dzikich wodospadów, które łą­
czą się i rozbijają o skały z potężnym hukiem. 

Querinius skinął głową. Jego ciałem wstrząsnął 

background image

dreszcz na samą myśl o tym, co przeżył jego sio­
strzeniec. 

- To ciepły prąd oceaniczny, który spotyka się 

z zimnymi północnymi wodami - wyjaśnił. - I da­
liście radę przepłynąć malstrom tą skleconą 
z przypadkowych desek łupiną? 

Carlo uśmiechnął się z dumą. 
- Dzięki Everthowi, który obserwował prąd 

każdego dnia przez cały rok i dokładnie wiedział, 
kiedy jest to możliwe. Wszystko zależy od pory 
roku, przypływów i odpływów oraz kierunku 

wiatru w stosunku do kierunku prądu wody. 

Everth jest niezwykle uważnym człowiekiem, ja­
sno myślącym i mądrym. 

Carlo zamilkł na chwilę, po czym spojrzał na 

swego wuja. 

- Gdy zobaczyłem Evertha po raz pierwszy, 

wystraszyłem się. Jednak w ciągu tych tygodni na­

uczyłem się go doceniać. Nie tylko dlatego, że 
uratował mi życie, przygarniając mnie do swego 
domu, dzieląc się pożywieniem i zapewniając 
schronienie przed sztormem, ale dlatego, że jest 
niespotykanie mądrym i wspaniałym człowie­
kiem. Zaproponowałem mu stałe zajęcie. 

Querinius spojrzał zdziwiony na niego. 
- Czy to rozsądne? Wypływamy już za dwa ty­

godnie. 

Carlo zawahał się. Po reakcji wuja stracił pew­

ność siebie. 

- Nie miałem na myśli Rost. Myślałem o We­

necji. 

background image

W izbie zapanowała cisza. Carlo z obawą, ale 

i pełen nadziei oczekiwał na to, co powie Piętro. 
Dobrze wiedział, że mają przed sobą wiele miesię­
cy męczącej i niebezpiecznej podróży i będą przez 
cały ten czas zdani na łaskę oraz dobroć obcych lu­
dzi. Oprócz kilku przedmiotów ze srebra i paru in­
nych wartościowych rzeczy, które zdołali ocalić 

z Marii Medici, nie mają nic, czym mogliby zapła­
cić za podróż na południe Europy. Branie na siebie 
odpowiedzialności za jeszcze jednego człowieka, 
i to takiego, który może sprawić im kłopot z po­

wodu ludzkich przesądów, może okazać się lekko­

myślnością i niefrasobliwością. Querinius przeniósł 

wzrok z wyrażającej nadzieję twarzy siostrzeńca na 

podłogę. Aż do tej chwili był tak wzruszony i za­
absorbowany powrotem Carla, że odsunął na bok 

wszystkie inne myśli. Teraz nagle przypomniała 

mu się sprawa Signe. To pewne, że nigdy nie zapro­
ponowałby jej wspólnego wyjazdu, gdyby wiedział, 
że Carlo żyje - bez względu na to, jak bardzo tego 

pragnął i jak wielkie było jego współczucie dla 
dziewczyny. Carlo ma zobowiązania, których mu­
si dotrzymać, a mimo że Piętro Querinius sam ni­
gdy nie był zadowolony z planowanego małżeń­
stwa siostrzeńca, wiedział, ile ono znaczy dla 

dwóch rywalizujących ze sobą potężnych rodów. 

Wielomiesięczna podróż z dwojgiem młodych 

ludzi, którzy są tak w sobie zakochani i jedno­
cześnie świadomi tego, że nie mogą zostać sobie 
poślubieni, byłaby wystarczającym kłopotem. 
Najgorsze jednak to przysporzyć zmartwień 

background image

i cierpienia Signe - temu niewinnemu i uroczemu 
dziecku. 

Mężczyzna westchnął głęboko. Wiedział, że 

musi to powiedzieć. Podniósł więc głowę i spoj­
rzał na Carla z wyraźnym żalem na twarzy. 

- Rozumiem twoją chęć pomocy... - zaczął 

ostrożnie. - Everth musi dowiedzieć się o ewen­
tualnych niebezpieczeństwach i trudnościach, 
których możemy doświadczyć po drodze. Potem 

sam podejmie decyzję. 

Carlo odetchnął z ulgą i uśmiechnął się. 
- Wiedziałem, że zrozumiesz. Jesteś dobrym 

człowiekiem, wuju Piętro. 

Querinius machnął ręką. 
- Powód mojego zmartwienia jest inny, niż są­

dzisz. Najwyraźniej jesteśmy pokrewnymi dusza­
mi, ty i ja. Ja też zaprosiłem w tę drogę gościa. 

Carlo spojrzał na niego zaskoczony. Piętro na­

gle spoważniał. 

- Pierwsze dni po twoim zniknięciu spędziłem 

na cichej modlitwie. Powinienem raczej nazwać to 
błaganiem. Najpierw straciłem Antonia, mego sy­
na, a potem człowieka, któiy niespodziewanie za­
jął jego miejsce. To zbyt wiele jak dla mnie. Nie 
byłem w stanie pokornie zaakceptować woli Pana. 

Querinius westchnął i mówił cicho dalej: 
- Mijały dni i tygodnie, a żaden cud się nie wy­

darzył. W końcu poddałem się i znów zacząłem 

podążać za tym, co działo się wokół mnie. - Spoj­
rzał na Carla. - My, którzy żyjemy w naszej miłej 

Wenecji w błogiej nieświadomości, niewiele wiemy 

background image

o życiu innych ludów i trudno pogodzić mi się 
z tym, że mieszkańcy tej wyspy nieustannie obcu­
ją ze śmiercią przychodzącą nie w porę. Gdy ojciec 
i bracia Signe utonęli podczas połowu na wodach 
Rost, buntowałem się przeciw Stwórcy. To, że cho­
rowita matka dziewczyny poddała się w walce 
o życie, dobrze rozumiem, ale moje współczucie 
dla biednej Signe było silniejsze. 

Carlo skinął ponuro głową. Ciągle jeszcze nie 

mógł ogarnąć wszystkich tych tragedii, które wy­
darzyły się od czasu, gdy był na wyspie po raz 
ostatni. 

Przez pewien czas obaj milczeli. Wreszcie Pię­

tro Querinius powoli zaczął mówić: 

- Dziewczyna ogromnie cierpiała po twoim nie­

oczekiwanym zniknięciu. Do czasu, kiedy przyby­
liśmy na Rost, Signe wierzyła, że o wszystkim de­
cyduje przeznaczenie. Uznała, że zarówno o waszej 
miłości, jak i o twoim nieszczęściu już dawno po­
stanowił los. Jako małe dziecko uznała, że jest wcie­

leniem kobiety o imieniu Signelill ze starej legendy. 
W tej historii ukochany Signelill został stracony, 
a ona z żalu odebrała sobie życie. 

Querinius zamilkł, zaś Carlo patrzył na wuja 

z rosnącym przerażeniem. 

Querinius skinął głową. 
- Dobrze zgadujesz. Corado de Lione uratował 

ją w ostatniej chwili. Szczegóły sam może ci prze­
kazać. 

Carlo pobladł i już chciał coś powiedzieć, lecz 

Querinius powstrzymał go. 

background image

- Pozwól mi najpierw skończyć, a później możesz 

pytać, o co chcesz. Błagałem Boga, aby nie karał jej 
za ten niechrześcijański postępek, lecz okazał litość 
jako istocie, która zbłądziła. Po owej nieudanej 
próbie samobójstwa Corado de Lione pilnował jej 
dniem i nocą, ja zaś starałem się ratować jej duszę. 

Carlo otworzył szeroko oczy. Wreszcie zaczy­

nał rozumieć. 

- I spytałeś ją, czy zechce popłynąć z tobą na 

południe... - szepnął ochrypłym głosem. 

Querinius machnął bezradnie ręką. 
- To miał być dobry uczynek. Podziękowanie 

za to, że nas uratowała, i jedyna szansa, aby ura­
tować ją samą. 

Na twarzy starszego mężczyzny malował się 

bezbrzeżny smutek. 

- Mimo trudnej sytuacji Signe po tragicznej 

śmierci jej ojca i braci nie zaproponowałbym jej te­
go, gdybym miał choć iskierkę nadziei, że żyjesz. 
Słyszałem, że tutejsi ludzie opiekują się sobą, a prę­
dzej czy później zjawiłby się jakiś kandydat do jej 
ręki. Jej uroda jest prawdziwą ucztą dla oczu. 

Carlo poczuł, że się czerwieni. Myśli burzyły 

mu się w głowie jak niespokojne wody malstro-
mu. Zrozumiał, że wuj szuka możliwości wycofa­
nia się z propozycji uczynionej dziewczynie, 
i wiedział, jakimi intencjami się kieruje. Carlem 

też targały sprzeczne uczucia. Sama myśl o tym, 
że widywałby Signe każdego dnia przez kolej­
nych kilka miesięcy, dawała mu powód do niewy-
słowionej radości. Gdy usłyszał o tragediach, któ-

background image

re spotkały Signe, zareagował dokładnie tak, jak 

wuj Piętro, poczuł bezgraniczne współczucie 

i usilnie zapragnął jej pomóc. 

Jednak prędzej czy później takie rozwiązanie -

zabranie dziewczyny do Wenecji - tylko przy­
sporzyłoby Signe cierpienia. Ona przecież nic nie 
wiedziała o Adelajdzie. Carlo zadawał sobie teraz 
pytanie, czy dobrze uczynił, przemilczając sprawę 
swego narzeczeństwa, lecz miłość do Signe budzi­
ła się stopniowo, a gdy już nauczył się wystarcza­
jąco wiele norweskich słów, aby wszystko jej wy­
jaśnić, było na to za późno. Carlo nie mógł znieść 
nawet myśli o łzach w pięknych, niewinnych 

oczach dziewczyny. Ona i tak wiedziała, że ich 

wspólnie spędzony czas jest policzony. W maju 
opuści ją i już nigdy nie wróci. Świadomość tego 
ciągle tkwiła między nimi jak mur. Przez wzgląd 
na jej uczucia Carlo trzymał swoje żądze na wo­
dzy. Z pewnością byłyby możliwości, aby to zmie­
nić, gdyby nie znalazł się na Mosken, lecz... 

- Ona jeszcze nie dała mi ostatecznej odpowie­

dzi - dorzucił Querinius po chwili milczenia. -
Oczywiste jest, że Signe kocha swoje rodzinne 
strony, no i ma tu jeszcze siostrę. Przypuszczal­
nie trudniej jej będzie podjąć decyzję akurat te­
raz, gdy się zjawiłeś. Czy słusznie się domyślam, 
że Signe nie ma pojęcia o Adelajdzie...? 

Carlo spojrzał na wuja z poczuciem winy. 
- Teraz wiem, że powinienem był powiedzieć 

jej o tym już dawno. To wszystko zaczęło się jak 
niewinna zabawa. Jak młodzieńcze zauroczenie. 

background image

Querinius skinął ze zrozumieniem głową. 
- Jesteś młody, a poza tym nie widziałeś Adelaj­

dy od ponad roku. Z pewnością też nie marzyłbyś 
o tym, aby Signe stała się dla ciebie tak ważna, 
gdybyś wiedział, że wkrótce znikniesz z jej życia. 

Ja sam dopiero wtedy, gdy Corado de Lione opo­

wiedział mi o tym, że dziewczyna identyfikuje się 
z Signeliłl ze starej legendy, zrozumiałem, że spra­
wy przybrały poważny obrót. 

Starszy mężczyzna zawahał się. 
- Obawiam się, że jesteś zmuszony powiedzieć 

jej prawdę, Carlo. Nie możemy zabrać jej ze so­
bą i pozwolić wierzyć, że jest twoją narzeczoną. 

background image

Signe biegła przez łąkę, wiatr rozwiewał jej wło­

sy, a majowe słońce rozgrzewało policzki. Była tak 
przejęta i szczęśliwa, że serce omal nie wyskoczyło 

jej z piersi. Każda sekunda od chwili, gdy Carlo 
chwycił ją w ramiona, wydawała jej się snem na ja­

wie. Aż do momentu, kiedy ukochany odszedł, by 
odwiedzić wuja i przekazać mu radosną nowinę, 
oboje wprost upojeni byli szczęściem. Corado de 
Lione czułby się całkiem niepotrzebny, gdyby nie 
karzeł Everth, z którym mógł porozmawiać. Mło­
dzi pozwolili, by ogień palił się przez całą noc, sie­
dzieli przy nim i obejmowali się czule, podczas gdy 
Everth i Corado spali tuż obok. 

W ciągu ostatnich tygodni Carlo poczynił 

ogromne postępy w nauce norweskiego. Mógł 
opowiedzieć teraz dziewczynie o pobycie na Mo-
sken, o przyjaźni, która połączyła go silnymi wię­
zami z Everthem, o pracy przy budowie łodzi -
zajęciu, które cieszyło obu mężczyzn. 

Gdy tak oboje, przytuleni do siebie, rozkoszo­

wali się swą bliskością, Signe powzięła w głębi 

duszy decyzję, nie wiedząc nawet, kiedy to się 
stało. 

background image

Pojedzie z nimi...! 
Ciężko będzie opuścić Rost - swój dom rodzin­

ny, Elisę, sąsiadów i przyjaciół, ptasie skały, wy­
spy i ojczyznę. Pastwiska i wybrzeże, które zawsze 
potrafiło zaskakiwać swą zmiennością. Szopy ry­
backie, rytm życia dostosowany do rytmu zimo­

wych połowów. I morze... 

Signe zatrzymała się, spoglądając na niebieska­

wą, migoczącą w promieniach słonecznych po­
wierzchnię wody, która wyglądała spokojnie 

i niewinnie, choć kryła w sobie tyle mrocznych 
tajemnic, tyle śmierci - i tyleż samo życia! Mo­
rze było całym ich światem, ich bogactwem, ich 
miłością i ich przekleństwem. Morze, którego 
nienawidziła i które kochała jednocześnie, za 
którym zawsze będzie tęsknić. 

Znów przyspieszyła kroku. A więc postanowio­

ne. Tę część życia ma już za sobą. Powiedziała 
o swych zamiarach Elisie i Monsowi. Gdy upora­
li się ze strachem i zaskoczeniem, postanowili, że 
przeniosą się do rodzinnego domu Elisy, ponie­

waż był większy i bardziej solidny niż ten, który 

zbudował Mons. Poza tym leżał w dogodniejszym 
miejscu. Mons nawet nie starał się ukryć swej ra­
dości z możliwości przejęcia łodzi. 

Teraz należało jeszcze powiadomić księdza, 

starostę, krewnych i przyjaciół. Dobrze by było 
mieć to już za sobą. 

Było już późno, gdy Signe wróciła do domu -

zmęczona, ale przekonana o słuszności swego wy­
boru. 

background image

Rozczarowała ją nieobecność Carla w domu. 

Corado de Lione przekazał jej, że ukochany wy­

szedł na chwilę do Queriniusa. Signe zdziwiła się. 
Nie widziała starszego wenecjanina, gdy odwie­
dziła starostę. 

Carlo i Querinius szli tymczasem z opuszczo­

nymi głowami wzdłuż wybrzeża, zatopieni w po­

ważnej rozmowie. 

- Powinieneś był wyznać wszystko od razu! -

rzekł z przyganą w glosie zrezygnowany Piętro. 

Carlo niechętnie mu przytaknął. 
- Wiem. Ale to było niemożliwe. Radość z po­

nownego spotkania wzięła górę i nie chciałem 
sprawiać jej przykrości już pierwszego wieczoru. 
Nie przyszło mi do głowy, że sprawy potoczą się 

tak szybko. 

Querinius westchnął ciężko. 
- Tak, muszę przyznać, że przeraziłem się, gdy 

starosta przyszedł i powiedział mi, że była u nie­
go Signe. Zanim zdążyłem cokolwiek wyjaśnić, 
on już wygłosił dziękczynną mowę w imieniu ca­
łej wyspy i pochwalił mnie za moją dobroć, któ­
ra kazała mi zlitować się nad nieszczęśliwą siero­

tą. Nie mamy wyjścia, Carlo. Jesteśmy zmuszeni 
zabrać ją ze sobą. 

Carlo spojrzał na wuja z przerażeniem. 
- Nie mówiąc jej o Adelajdzie...? 
Querinius nie odpowiedział od razu. Wreszcie 

jednak stwierdził niepewnie: 

- Czas będzie działał na twoją korzyść. Naj-

background image

ważniejsze, abyśmy dali dziewczynie początek 

nowego życia i lepsze warunki. To, co was łączy, 
to tylko gwałtowne, młodzieńcze zauroczenie. 
Ona z pewnością nie miała okazji spotkać zbyt 

wielu rówieśników. - Po chwili dodał z błyskiem 
w oku: - Gdy Signe przekona się, że Wenecja peł­

na jest młodzieńców równie przystojnych jak ty, 
szybko znajdzie pocieszenie. 

Carlo nawet się nie uśmiechnął. Taka ewentu­

alność wcale go nie zachwyciła. 

Czternastego maja - gdy słońce świeciło na nie­

bie przez dwadzieścia trzy godziny - wszyscy, któ­
rzy byli w stanie, przyszli pożegnać Signe, Queri-
niusa i innych marynarzy z Wenecji. Zarówno 
mieszkańcy wyspy, jak i ich goście mieli łzy 

w oczach i byli wyraźnie wzruszeni. 

Signe stała blada i poważna, patrzyła po raz 

ostatni na Rost i jej mieszkańców. Wiedziała, że 
już nigdy nie ujrzy ani swego rodzinnego gniaz­
da, ani znajomych twarzy. W pewnej chwili ogar­
nęła ją panika. Gdzież ona właściwie miała ro­
zum? Opuścić swe ukochane Rost, aby spędzić 
resztę życia w obcym, dalekim kraju na południu? 

W kraju, którego wcale nie znała. 

Gdyby żył jej ojciec, 0ivind Jonas, zupełnie nie 

rozumiałby jej postanowienia. Niemal słyszała je­
go drżący głos: 

„Opuścić Rost? Z własnej, nieprzymuszonej 

woli? Czyś ty całkiem zwariowała, dziewczyno?" 

Jednak gdyby ojciec żył, nie dokonałaby po-

background image

dobnego wyboru. Nigdy nie przyczyniłaby mu ta­
kiego cierpienia. 

Wzrok Signe powędrował w stronę Carła 

w poszukiwaniu wsparcia. Stal z kruczoczarny­

mi włosami rozwianymi przez wiatr i ciepłym 
uśmiechem rozjaśniającym ładną twarz. Był jedy­
ną odpowiedzią, jaką znajdowała. Jedyną, której 

potrzebowała. Możliwość spędzenia reszty życia 
razem z nim była tak wielkim szczęściem, że od­
suwała na bok inne uczucia. Ludzie i miejsce nie 
miały żadnego znaczenia. Tam, gdzie był on, 
chciała być i ona. 

Niemiecki dominikanin - przez mieszkańców 

wyspy ndzywany „mnichem - żebrakiem" - też 

udawał się razem z nimi do Bergen, aby odwie­
dzić swojego arcybiskupa i wręczyć mu część sre­
bra, które zdążył zdobyć, zanim przybysze z We­

necji opuścili wyspę. Ku irytacji mieszkańców, 
dzień przed wyprawą zażądał zapłaty za pobyt 
rozbitków na wyspie: dwie uncje srebra za mie­

siąc pobytu każdego z nich. Zapłacili tym, co 
mieli: sześcioma srebrnymi kielichami, sześcioma 
widelcami i sześcioma łyżkami, które zdołali ura­
tować ze statku. Większość srebra niemiecki 
mnich zatrzymał dla siebie, podczas gdy miesz­
kańcy wyspy, którzy wspaniałomyślnie ofiarowa­

li gościom zarówno dach nad głową, jak jedzenie 
i opiekę podczas tych czterech miesięcy, dali te­
raz swym nowym przyjaciołom w prezencie po­
żegnalnym sztokfisze - prowiant, którego będą 
potrzebować w długiej podróży. 

background image

Łódź starosty wyładowana była wszystkimi su­

szonymi rybami, złowionymi zimą przez miesz­
kańców Rost, dorszami i halibutami. Ryby zostaną 

wymienione na towary, których potrzebowali ry­

bacy i ich rodziny: zboże, tkaniny i drewno. Stoja­
ki do suszenia ryb znów stały puste - porozstawia­
ne po wyspie wspomnienia po zimowym połowie. 

Oprócz jedenastu marynarzy z Wenecji, Signe, 

Evertha i kapitana statku - starosty, na pokładzie 
znalazło się jeszcze sześć osób. 

Pomyślne wiatry sprzyjały żegludze, a gdy prze­

stawało wiać, wiosłowano bez odpoczynku. Obra­
no kurs dokładnie na południe szlakiem między 

wyspami i szkierami. Ustalano go za pomocą słup­

ków wskaźnikowych znajdujących się na wyspach. 
Znaki te pokazywały najgłębszą i najlepszą drogę 

wodną. Nad łodzią rozlegały się głosy mew i innych 

ptaków morskich, lecz ku zdumieniu weneckich 
marynarzy krzyki cichły, gdy nadchodził czas spo­
czynku, mimo że słońce świeciło niemal całą noc. 

Gdy odpłynęli około 200 mil morskich na po­

łudnie od Rost, tuż przy jednej z wysp Corado de 
Lione zauważył dryfujące w morzu szczątki łodzi. 

Wydano polecenie podpłynięcia i zbadania wra­
ku. Potwierdziły się obawy wenecjan: nie było już 
wątpliwości, że ich dwudziestu jeden towarzyszy 
z mniejszej szalupy poniosło śmierć na morzu... 

Dla Signe dwa tygodnie spędzone na pokładzie 

statku były cudowną przygodą. Z ciekawością ob­
serwowała nieznane wysepki i szkiery. Morze by-

background image

ło spokojne, powietrze łagodne, zaś życie na stat­
ku jawiło się jej jako nowy, dziwny świat. Świa­
domość, że starosta z Rost był kapitanem statku 
i najwyższym autorytetem wśród całej załogi, da­

wała poczucie bezpieczeństwa i trochę domowej 

atmosfery. Poza tym Querinius odnosił się do niej 
troskliwie jak ojciec, Corado de Lione jak uko­

chany, starszy brat, zaś Carlo - Carlo stanowił 
najważniejszy element jej życia. Z lubością wodzi­
ła za nim wzrokiem, słuchała jego głosu i opowie­
ści o obcych krajach, miejscach i zwyczajach tam 
panujących. 

Jedyne, co ją dziwiło, było to, że nigdy nie mówił 

o ich przyszłym domu, ich wspólnej przyszłości. 

Piętro Querinius zaś - wręcz przeciwnie - opo­

wiadał z zapałem o swym weneckim domu, któ­

ry musiał być przynajmniej tak duży jak pleba­
nia w Bodo, którą kiedyś widział ojciec. Piętro 
mówił też o miłej, choć schorowanej żonie, któ­
ra z pewnością przyjmie Signe jak swoją córkę. 

Dziewczyna zrozumiała, że na początku tam 

właśnie zamieszka. Potem mężczyzna powiedział 

jej o swoich trzech dorosłych synach, z których 
dwóch było żonatych, zaś najmłodszy jeszcze nie 
znalazł tej jedynej, która zadowoliłaby jego wy­
bredny gust. Querinius przekazał jej to w tak 

szczególny sposób, że dziewczyna aż zerknęła na 
niego z zaciekawieniem. Coś musi być z tym sy­
nem nie tak, skoro nie potrafi znaleźć dziewczy­
ny, która byłaby dla niego wystarczająco dobra... 

"W okolicach Helgeland spotkali przypadkowo 

background image

arcybiskupa Nidaros, który właśnie wizytował 
północne tereny. Wybrał się w podróż dwoma 
statkami z dwustoma ludźmi na pokładzie. Que-
rinius został przedstawiony jego świątobliwości, 
opowiedział mu o wydarzeniach ostatnich miesię­
cy i dostał list polecający do siedziby biskupa 

w mieście, w którym pochowany został król Olaf. 

Do Nidaros przybyli 29 maja i dzięki listowi 

zostali odpowiednio przyjęci. 

Signe i Everth zaniemówili ze zdziwienia. Ni­

gdy wcześniej żadne z nich nie widziało miasta, 
a w tym na dodatek mieściło się zwierzchnictwo 
Kościoła Norwegii. Katedra była tak wielka, że 
Signe mogła tylko przyglądać się jej w milczeniu. 

W najśmielszych fantazjach nie przypuszczałaby, 
że człowiek jest w stanie zbudować coś takiego. 

Rzeka jak fosa oplatała całe miasto, do które­

go prowadziła tylko jedna brama wjazdowa. 
W siedzibie biskupa, znajdującej się tuż obok ka­
tedry, budowano właśnie nowe, ogromne wrota. 

Ku przerażeniu Queriniusa wenecjanie dowie­

dzieli się, że właśnie wybuchła wojna między Niem­
cami a królem Norwegii, Szwecji i Danii - Erykiem. 
Starosta również się wystraszył, gdy usłyszał te wie­
ści, i zdecydował, że nie popłynie z ładunkiem dalej 
na południe. Postanowiono, że wenecjanie spróbują 
znaleźć jakiś inny statek, więc starosta razem z zało­
gą pożegnali swych przyjaciół. 

Signe, mocno ściskając na pożegnanie dłoń sta­

rosty, uświadomiła sobie, że po raz ostatni w swym 
życiu trzyma za rękę mieszkańca Rost. 

background image

Gdy duchowni i co ważniejsi mieszkańcy mia­

sta usłyszeli o weneckim szlachcicu, katastrofie, 
jaka spotkała jego statek i jego pobycie na Rost, 
zapragnęli go poznać. Razem z towarzyszącymi 
mu osobami, zaproszony na obiad do domu jed­
nego z księży. 

Signe zauważyła, że zarówno wenecjanie, Everth, 

jak i ona, są traktowani przez mężczyzn wysokiego 
urodzenia z nieskrywaną ciekawością. 

Czuła się zakłopotana, onieśmielona i niezdar­

na. Prawie zapomniała o jedzeniu. Nigdy wcześ­
niej nie siedziała przy takim stole, nigdy nie uży­

wała podobnych sztućców, nigdy nie znała niko­

go poza rybakami, księdzem i starostą na Rost. 

Nawet jedzenie było inne i dziwne. Dziewczy­

ną zawładnął nerwowy niepokój. Bezradnie szuka­
ła wzroku Carla. Ukochany musiał odczytać jej 
myśli i zrozumieć, jak się czuła, ponieważ uśmiech­
nął się do niej ciepło i czule popatrzył. Signe od­

wdzięczyła się przelotnym uśmiechem. Kochała go 

bardziej niż kiedykolwiek. 

Ukradkiem obserwowała, jak inni obchodzą się 

ze sztućcami, i dzielnie próbowała ich naśladować. 

Everth siedział wystraszony obok niej, a dziew­

czyna zrozumiała, że dla niego cała ta sytuacja jest 
jeszcze trudniejsza. 

- Powoli nauczymy się - szepnęła, by podnieść 

go na duchu. - Nie zapominaj, że to Carlo chciał 
cię zabrać ze sobą. Nie znalazłeś się tu dlatego, że 
sam sobie tego życzyłeś. 

Podobnie pocieszała samą siebie. 

background image

Everth spojrzał na nią i uśmiechnął się tak, że 

jego twarz wydała się prawie ładna. 

- Jesteś dobrym człowiekiem, Signe - powie­

dział cichym, pełnym oddania głosem. 

Gościom zaoferowano nocleg, zaś następnego 

dnia Querinius omawiał z gospodarzami możli­

wość dalszej podróży na południe. 

Decyzja zapadła dopiero po kilku dniach. 

Uznano, że dobrze będzie porozmawiać najpierw 
z pewnym wenecjaninem zwanym Zuanem Fran­
co, który służył jako rycerz u króla Eryka i miesz­
kał na zamku w Szwecji, około pięćdziesięciu dni 
drogi stąd. 

Trzynastego lipca wyruszyli pieszo z Nidaros. 

Od arcybiskupa dostali na podróż przewodnika, 
trzy konie, śledzie, chleb i cztery srebrne mone­
ty-

Marynarze, nie przyzwyczajeni do długiego, 

wyczerpującego marszu, szybko poddali się zmę­
czeniu. Stopy mieli obolałe i poranione. Queri-

nius, Signe i Everth, którzy jako pierwsi dosiedli 
koni, zaproponowali, aby ktoś ich zmienił. Jadąc 
po kolei konno, poruszali się z ogromnym wysił­
kiem na wschód. Nocowali w małych, skromnych 
chatach i szałasach. Póki ich zapasy się nie skoń­

czyły, oddawali suszone ryby w zamian za mleko, 
masło i ser. Wszędzie, gdzie się zjawili, miejscowi 
okazywali się przyjaźni i pomocni. 

Odległości między gospodarstwami były duże, 

więc czasem nie udawało im się dotrzeć do kolej­

nego przed nocą. Wtedy szukali schronienia w ma-

background image

łych górskich szałasach. Przewodnik, który znał 
tutejsze zwyczaje, otwierał drzwi i po prostu 

wchodził. Na stole leżało jedzenie dla ewentual­

nych wędrowców, a dookoła w izbie porozstawia­
no ławy z przygotowanymi pierzynami. 

Goście posilali się i udawali na spoczynek. Zda­

rzało się, że w czasie, gdy spali, do izby wchodził 
gospodarz i przystawał przerażony na widok śnia­
dych obcokrajowców. Jednak gdy przewodnik 
opowiadał mu następnego dnia o losie weneckich 
marynarzy, gospodarz okazywał najgłębsze 

współczucie i pozwalał im korzystać ze swej go­

ścinności bez zapłaty. W ten sposób czternaście 
osób zdołało przeżyć pięćdziesiąt trzy dni, posia­
dając jedynie cztery srebrne monety. 

Czasem wędrowcy słyszeli wieczorami dalekie 

wycie wilków. Przewodnik rozglądał się niespo­
kojnie na wszystkie strony, przyspieszając kroku. 
W okolicy polowały spore stada tych drapieżni­
ków, a skoro zagrażały tak dużym zwierzętom, 
jak renifery i łosie, człowiek również nie mógł 
czuć się bezpieczny. 

Wkrótce przyszło im się zmierzyć z wysokimi 

górami. Choć było lato i panowała sprzyjająca po­
goda, Querinius i inni wenecjanie przerazili się 
ich potęgi. Spoglądali na białe ptaki, lecące ku 
stromym, sięgającym nieba szczytom. Szeptali, że 
sokoły mają jasne upierzenie z pewnością za spra­

wą niemiłosiernego zimna, jakie panuje w tym 
chłodnym kraju. Na Rost mieli nawet futra niedź­
wiedzi, które były białe. Gdy opowiedzą o tym 

background image

w domu, nikt im nie uwierzy. Bażanty były tu du­
że jak gęsi. Wenecjanie dziwili się, że przewodnik 
nazywa bażanty głuszcami. 

Signe nie mogła napatrzeć się wszystkiemu, co 

tu widziała. Jedyne, co znała do tej pory, to pła­

skie wysepki Rost, ledwo wynurzające się z mo­
rza. Na środku jaj rodzinnej wyspy rosły tylko 
karłowate świerki, a i one powoli wymierały. 

Tutaj drzewa okazały się w niektórych miej­

scach tak wysokie, że aż sięgały do nieba, i rosły 
tak gęsto, że jedynie elfy i skrzaty mogły przecis­
nąć się między nimi. Góry też wyglądały inaczej 
niż w okolicy Rost. Ich zbocza porastały drzewa, 
a szczyty były gołymi skałami. 

Pełna zapału i entuzjazmu, Signe chłonęła nowe 

doznania i patrzyła na Carla błyszczącymi oczami. 

Carla zaś bardziej zajmowało przyglądanie się 

Signe niż otoczeniu. Była tak niewiarygodnie pięk­

na, że nie mógł nią nacieszyć wzroku. Jej oczy 
błyszczały bardziej niż kiedykolwiek. Były błękit­
ne jak Morze Śródziemne. Włosy spadały na ple­
cy grubym, długim, złotym warkoczem albo tak 
jak lubił najbardziej - kaskadą żywego słońca. 

Zachwyt nad urodą dziewczyny mieszał się 

z zazdrością. Znał swych krajanów i wiedział, jak 
Signe zostanie przez nich przyjęta, jak będzie po­
dziwiana i ubóstwiana. Z pewnością któryś z nich 
pokocha ją tak jak on. Stało się dla niego przera­
żająco jasne, że nie będzie w stanie jej oddać, nie 
zniesie widoku ukochanej w ramionach innego 
mężczyzny. 

background image

Wiedział, że rozwiązanie tego dylematu nie ist­

nieje. Jeśli złamie obietnicę daną Adelajdzie i ro­
dzinie Poliziano, rozgorzeje krwawy spór między 
dwoma dumnymi rodami. Jednocześnie nie mógł 
znieść myśli, że Signe poślubi kogoś innego. 

Od czasu do czasu przychodziła mu do gło­

wy trzecia możliwość - a gdyby tak utrzymywać 

Signe jako potajemną kochankę? Wiedział jed­
nak, że coś podobnego nigdy się nie stanie. Przez 

cztery miesiące żył wśród ludzi północy i był 
świadomy ich posłuszeństwa względem przyka­
zań boskich. Signe raczej umrze, niż zechce żyć 

w grzechu. 

Z każdym dniem rosła w nim chęć przypieczę­

towania ich uczucia. Gdy był zmęczony, udawało 
mu się poskramiać swe pragnienia, lecz gdy nad­
chodził wieczór i udawali się na spoczynek, pożą­
danie stawało się tak silne, że czasem musiał wyjść, 
by odetchnąć chłodnym, nocnym powietrzem. 

Z każdym dniem kochał Signe coraz mocniej. 

Nie chciał uczynić jej krzywdy, a jednocześnie 

wiedział, że jeśli rozum zostanie pokonany przez 
ciało, a Signe stanie się brzemienna, będzie to 
oznaczać jej zgubę. 

Piętro Querinius też miał tego świadomość. Gdy 

Carlo i Signe leżeli nocą, posyłając sobie tęskne 

spojrzenia, Carlo czuł na sobie wzrok wuja. Kiedy 

odwracał głowę, za każdym razem napotykał po­
ważny wzrok czuwającego starszego mężczyzny. 

Signe nie była świadoma trosk swego ukocha-

background image

nego i jego wuja. Dla niej miłość do Carla była 
czymś całkiem prostym. Należała do niego, a on 
do niej - darowany jej przez Boga - nie tylko na 
dziś i jutro, ale na tak długo, jak długo krew pły­
nąć będzie w ich żyłach. 

Pewnego dnia Querinius odprowadził Carla na 

bok, by z nim szczerze porozmawiać. 

- Jeszcze jej nie powiedziałeś o Adelajdzie. 
Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie, a Carlo 

zrozumiał wyrzut ukryty w słowach wuja. 

Milczał długo, chociaż już od dawna oczekiwał 

nagany lub choćby pytania. 

- Myślę o tym każdego dnia - wyznał wreszcie, 

odwracając się gwałtownie w stronę wuja. - Jak 
możesz przypuszczać, że uczynię coś takiego! Te­
raz, gdy porzuciła swój dom, swoich krewnych 
i rodzinne strony, a wkrótce opuści ojczyznę, aby 
nigdy tu nie wrócić? 

Querinius patrzył na siostrzeńca w milczeniu. 

W jego zazwyczaj łagodnym wzroku dało się za­
uważyć zmartwienie, rozczarowanie i oskarżenie. 

- Sądzisz, że jestem tchórzem - mówił dalej 

wzburzony Carlo. - Może masz rację, ale najważ­

niejszym powodem, dla którego jeszcze nic nie 
powiedziałem, jest współczucie. Ostrożnie próbo­

wałem uświadomić jej podczas naszych rozmów, 
że w naszym kraju związki między kobietą i męż­
czyzną są dużo bardziej swobodne, niż ona jest 
do tego przyzwyczajona. Chciałem, aby zrozu­
miała, że mężczyzna może pożądać kobiety - na­

wet kochać ją - mimo iż jest związany z inną. Ale 

background image

ona źle mnie pojęła. Jest tak niewiarygodnie nie­

winna w tej dziedzinie życia. 

Carlo przygryzł z zakłopotaniem wargi. 
- Ona rozumie to jako próby zdobycia jej, pa­

trzy na mnie najczystszymi na całym świecie 
oczami i speszona daje do zrozumienia, że jest 
moja, z błogosławieństwem księdza czy bez. Gdy­
by wiedziała, jak my w naszym kraju żyjemy, to... 
- Młodzieniec machnął bezradnie ręką. - Nie mo­
gę jej po prostu brutalnie opowiedzieć o Adelaj­

dzie. Nie tylko dlatego, że mi żal Signe, ale i dla­
tego, że się boję. Po tym, co wydarzyło się na 
Rost, gdy Corado de Lione uratował ją w ostat­
niej chwili, nie wiemy, jak może zareagować. 

Querinius westchnął ciężko. 
- W każdym razie cieszę się, że traktujesz ją 

z szacunkiem - rzekł poważnie. 

Carlo uśmiechnął się z goryczą. 
- Gdyby ktoś powiedział mi, że będę przeby­

wał na co dzień z dziewczyną, której będę pożą­
dać, i nie tknę jej, nigdy bym w to nie uwierzył. 
- Carlo zamilkł na chwilę, po czym dodał: - Na­
zywasz to szacunkiem. Ja nazywam to miłością. 

- Kochasz ją? 
- Tak, kocham. Bardziej, niż sądziłem, że moż­

na kochać kobietę. 

Trzynastego lipca dotarli wreszcie do leżącego 

niedaleko Vadstena w Szwecji Stakeborg - zam­
ku wenecjanina imieniem Zuan Franco, który 

otrzymał tytuł duńskiego barona. 

background image

Nicolo de Trato i Andrea de Piero, należący do 

załogi Marii Medici, którzy najlepiej radzili sobie 
z pieszą wyprawą, od dwóch dni szli przodem, 
aby uprzedzić o przybyciu Queriniusa i jego to­

warzyszy. 

Było już późne popołudnie. Lipcowe słońce 

świeciło na bezchmurnym niebie jak płonąca po­
chodnia. Powietrze pulsowało żarem. 

Zamek leżał na małym wzgórzu i piechurzy wi­

dzieli go już od jakiegoś czasu. Złote promienie 
słońca odbijały się w wysokich wieżach, które 
błyszczały osobliwie, wręcz bajecznie, na tle błę­
kitnego nieba. 

Signe nagle zatrzymała się. Patrzyła w stronę 

zamku, nie będąc pewna tego, co widzi. 

Carlo odwrócił się w jej stronę z czułym uśmie­

chem. 

- Poczekaj tylko... - zaczął, ale szybko przerwał 

i mocno zacisnął usta. Zrozumiał, że nie poczuje 
radości, pokazując jej zamki Wenecji... Gdy Signe 
pozna prawdę, odwróci się od niego z obrzydze­
niem; nigdy nie wybaczy mu oszustwa. 

Zuan Franco stał przy jednym z zamkowych 

okien. Patrzył na dolinę. Szybko zauważył grupę 
ciemno odzianych ludzi, zmierzających drogą 
prosto do zamku. Kilkoro z nich siedziało na ko­
niach, jednak większość szła pieszo. Jego serce za­
częło szybciej bić. To muszą być oni! 

Ciągle jeszcze nie mógł się nadziwić, że wizytę 

złoży mu sam Piętro Querinius, wytworny szlach-

background image

cic z Wenecji, który prowadzi niezwykle ożywio­
ny handel ze Wschodem, a przed rokiem podjął 
się śmiałej wyprawy do Flandrii - akurat wtedy, 
gdy wybuchła wojna między Wenecją a Genuą. 
Ryzykował więc spotkanie wrogiego statku, zmie­
rzającego do domu. Chodziły nawet słuchy, że 
Querinius podjął wyprawę do Flandrii w określo­
nym celu. Oprócz chęci sprzedaży przypraw 
i słodkiego wina - małmazji, chciał podobno od­
kryć północno-wschodnią drogę do Indii! Ponie­

waż od czasu, kiedy wypłynął z macierzystego 

portu, minął już ponad rok, wszyscy jego konku­
renci w handlu gubili się w domysłach. 

Teraz okaże się, że prawda jest całkiem inna. 

Dumna, nowa galera Maria Medici, nazwana tak na 

cześć żony wielkiego Giovanniego de Medici, zato­
nęła z całym cennym ładunkiem, zaś z sześćdziesię­
ciu ośmiu marynarzy przeżyło zaledwie jedenastu! 

Zuan Franco potrząsnął z niedowierzaniem 

głową. Ze wszystkich miejsc na świecie Piętro 
Querinius wybrał akurat zamek Stakeborg! 

Tak, to musi być ta grupa ludzi tam, w dole. 

Nie, zaraz... Kobieta? Czy może dziecko...? A męż­
czyźni... Wielkie nieba! Jakże oni wyglądają! 

Zuan Franco odwrócił się od okna i czym prę­

dzej zszedł krętymi schodami. 

Gdy chwilę później zjawił się na dziedzińcu, 

goście akurat przechodzili przez most zwodzony. 
Stanęli jeden przy drugim, rozglądali się dookoła. 
Byłi tak nędznie odziani, jak się tego spodziewał, 
patrząc na nich z okna wieży. 

background image

Mimo wszystko ani przez chwilę nie miał wąt­

pliwości, kto przed nim stoi, gdy tylko ujrzał si­

wowłosego, wysokiego mężczyznę. 

- Piętro Querinius! - wykrzyknął wzruszony, 

ściskając sWego krajana. Jego oczy wypełniły się 
łzami. - To wielki dzień w moim życiu - dodał 
z przejęciem. 

Wkrótce został przedstawiony reszcie wędrow­

ców. Ze zdumieniem zatrzymał się przed Signe 
i Everthem. 

- To protegowani moi i mojego siostrzeńca -

wyjaśnił Querinius spokojnie. - Uratowali nam 

życie. 

Zuan Franco stał bez słowa, przypatrując się 

młodej dziewczynie. Ze wszystkich pięknych 
mieszkanek Północy, jakie widział, ta była naj­
piękniejsza. Mężczyzna omal się nie uśmiechnął. 
Mimo nieszczęść i katastrofy statku Querinius 
najwyraźniej nie stracił ochoty na ziemskie ucie­
chy! Chciałbym wiedzieć, co powie Bernardo, gdy 
zobaczy tę zjawiskową piękność, pomyślał. 

Goście zostali wprowadzeni do zamku, dostali 

do swej dyspozycji pokoje, mogli wykąpać się 
i przebrać. Signe podarowano suknię po zmarłej 
żonie Zuana Franco. Zaniemówiła, dotykając 
miękkiej tkaniny. Ledwie odważyła się ją włożyć. 

Suknia sięgała jej do kostek, była błękitna jak nie­
bo i miała długie rękawy, linia talii wypadała tuż 
pod biustem. To najbardziej zadziwiające i naj­

piękniejsze ubranie, jakie dziewczyna kiedykol­

wiek widziała. 

background image

Zdziwienie nie opuściło jej, gdy po chwili ujrza­

ła Carla w spodniach z równie miękkiego jak jej 
suknia materiału i w podobnym kolorze. Spodnie 
opinały nogi, sięgając tuż za kolana. Koszula uszy­
ta była z nieco sztywnej, choć równie pięknej tka­
niny; oblamowano ją białą tasiemką w okolicy ra­
mion i na mankietach. Rękawy rozszerzały się od 
łokci ku mankietom, zaś reszta była wąska. 

Co powiedziałaby Elisa, gdyby to wszystko zo­

baczyła? Myśl o siostrze sprawiła, że Signe wybu­
chła gwałtownym płaczem. Świadomość, że już ni­

gdy jej nie ujrzy, stała się dla dziewczyny nie do 
zniesienia. 

Najmłodszy syn Zuana Franco, Bernardo, 

skończył już trzydzieści lat, lecz wciąż był kawa­
lerem. Wysoki i silny, miał czarne, kręcone wło­
sy, sięgające do ramion, orli nos, wąskie usta i tak 
samo ciemne oczy jak Carlo, jednak w tych 

oczach czaiło się coś, co od razu wzbudziło nie­
ufność Signe. 

Podczas obiadu posadzono ją obok Bernarda, 

który płynnie mówił po szwedzku. Zwracał się 
prawie wyłącznie do niej, jednak ona mimo 
wszystko siedziała spięta i czujna jak dzikie zwie­
rzę, węszące niebezpieczeństwo. 

Wenecjanie zostali po posiłku zaproszeni do 

biblioteki Zuana Franco, który pragnął pochwa­
lić się filozoficznymi rozprawami i bogatymi 
zbiorami ksiąg. Bernardo odciągnął Signe na bok 
i zaproponował, że pokaże jej pozostałą część 

zamku. 

background image

Everth, który dobrowolnie podjął się funkcji 

oddanego i zaufanego opiekuna Signe, chciał iść 
z nimi, ale został odesłany niecierpliwym gestem. 

- Mój ojciec oczekuje mężczyzn w swej biblio­

tece! - powiedział Bernardo krótko, a Everth wy­
czuł kpinę ukrytą za jego słowami. 

Signe odwróciła się, bezradnie szukając wzro­

kiem Carla, lecz był on tak pochłonięty rozmo­

wą z Zuanem Franco i Piętro Queriniusem, że nie 

zwrócił uwagi na to, co się dzieje. 

- Chodź, piękny lodowy kwiatuszku - powie­

dział Bernardo łagodnym głosem, po czym zdecy­
dowanie objął dziewczynę ramieniem i poprowa­
dził przez wielki hall dalej, w głąb mrocznej 
twierdzy. 

background image

10 

Bernardo pokazał Signe komnaty tak piękne, 

że aż zapierało jej dech w piersiach - z błyszczą­
cymi, wyłożonymi drewnianymi płytkami podło­
gami, figurami z brązu, kolumnadami i ciężkimi 
malowidłami olejnymi. 

Gdy zatrzymali się przed marmurowym posą­

giem, przedstawiającym młodą kobietę z nagim 
tułowiem i jedynie kawałkiem tkaniny przewie­
szonym luźno przez biodra, Bernardo powiedział 
od niechcenia: 

- To Donatello. 
Signe spojrzała na niego pytająco, więc dodał: 
- Włoski rzeźbiarz. - Powiedziawszy to, 

uśmiechnął się do dziewczyny w sposób, który 
pogłębił jej poczucie zagrożenia. - Piękno i na­
miętność idą w parze, jak widzisz. - Mężczyzna 

wyciągniętą dłonią uniósł głowę Signe. - No 
wiesz, to dlatego Piętro Querinius wybrał ciebie 
na swoją utrzymankę. Mała dziewczynka znad 
zimnego morza... - Wyraz jego twarzy zmienił się. 
Teraz sprawiał wrażenie cynika. - Ale Querinius 

jest bogobojnym i szczodrym mężczyzną, nie­
prawdaż? Chyba dzieli się z innymi tym, co ma? 

background image

- Ja... ja nie rozumiem, o czym mówisz - szep­

nęła Signe przestraszona. 

Bernardo wpatrywał się w zamyśleniu w nie­

winne, pełne strachu niebieskie oczy. 

- Więc...? - mruknął zdziwiony. - Jeszcze nie 

korzystał ze swego klejnotu? Może stary szlach­
cic musi najpierw odzyskać siły? 

Bernardo przesunął palcem po gładkiej, bladej 

szyi dziewczyny, prowadząc go wzdłuż dekoltu 
sukienki. 

- A może chce ukryć ten skarb do czasu, aż do­

stanie wartościową oprawę? - powiedział, przesu­

wając palec dalej po miękkiej tkaninie. 

Signe drżała ze strachu, oburzenia i bezradności. 
Bernardo był ich gospodarzem, synem wytwor­

nego barona, któremu Querinius okazywał szacu­
nek. Tak bardzo chciała, by jej zachowanie przy­
sporzyło dumy Queriniusowi, pragnęła poznać 
sposób życia mieszkańców Italii i spróbować na­
uczyć się ich zwyczajów. Carlo opowiadał, że by­
ły one całkiem inne niż te, do których przywykła. 
Mówił też, że związki między kobietą i mężczy­

zną różnią się od tych, które widział na Rost. 

Mimo wszystko coś w niej sprzeciwiało się, ja­

kieś instynktowne przeczucie mówiące, że zacho­

wanie Bernarda nie ma nic wspólnego z normal­

nymi zwyczajami panującymi w Wenecji. 

Palce mężczyzny zatrzymały się na jedwab­

nych wstążkach i powoli zaczęły je rozwiązywać. 

- W Wenecji kobiety chodzą nagie do pasa, tak 

jak widzisz na posągu - mruknął ochrypłym gło-

background image

sem. Wyćwiczonym ruchem rozchylił materiał. 

Signe stała sztywno, pełna niepokoju. Oddy­

chała z trudem. 

- Proszę pana... - szepnęła błagalnie. - Ja nie 

znam takich... Nie jestem... 

Jej oczy nagle wypełniły się łzami. 

Ale Bernardo widział tylko zgrabne, jędrne pier­

si, które wznosiły się i opadały, gdy dziewczyna 
nerwowo oddychała. Pożądliwie ujął jedną z nich 

w dłoń, a potem, nie panując już nad sobą, chwy­
cił dziewczynę wpół, gwałtownie przyciągnął do 

siebie i brutalnie przycisnął swe usta do jej ust. 

Signe zapomniała o wszystkim, co zwało się 

dobrymi zwyczajami oraz grzecznością wobec go­
ścinnego gospodarza. Walczyła jak dzikie zwie­
rzę, drapiąc, kopiąc i gryząc. Jednak Bernardo był 
silny i na dobre obudził się w nim samiec - zdo­
bywca. Chwycił Signe bez trudu na ręce, prze­
niósł dalej i położył na podłogę mimo jej zacie­
kłego sprzeciwu. 

I wtedy nieoczekiwanie w komnacie rozległ się, 

odbijany echem od grubych, zamkowych murów, 
ostry głos: 

- Dość! 
Bernardo gwałtownie odwrócił się w stronę 

człowieka, który odważył się zakłócić mu tak mi­
łą chwilę. 

- Puść ją natychmiast! - głos Carla zabrzmiał 

jak strzał. 

Bernardo stał się zadziwiająco posłuszny. Mu­

siał zrozumieć, że targnął się na własność inne-

background image

go mężczyzny, i mimo rozczarowania, jakiego 
doznał, nie czynił najmniejszych prób sprzeci­

wu. 

Carlo z największym trudem zapanował nad 

oburzeniem, jego gniew graniczył wręcz z szaleń­
stwem. Widział odchyloną suknię i odsłonięte 
piersi Signe, ale najpierw dostrzegł przerażoną 
twarz, przestraszone oczy i łzy dziewczyny. 
W jednej chwili zrozumiał, jak ciężko musiała 
przeżyć to upokorzenie. Zrozumiał też coś jesz­
cze. Signe działała na mężczyzn z Południa właś­
nie tak, jak się tego obawiał. Jeśli nie będą jej 
lepiej strzec, taka sytuacja może powtórzyć się 
jeszcze nie raz. Odpowiedzialność za dziewczynę 
spada na niego samego i na wuja Piętro. 

Jednak aby zrozumieć własne wzburzenie, nie 

musiał podążać drogą współczucia. Tym, co prze­
de wszystkim wzbudziło jego gwałtowną reakcję, 
była dzika, niepohamowana, granicząca z obłąka­
niem zazdrość! 

Bernardo szybko odzyskał panowanie nad so­

bą, zaśmiał się szyderczo, dorzucił niewybredne 
komentarze, a w końcu powoli i dostojnie opu­
ścił komnatę. 

Carlo nie powiedział ani słowa, gdy Signe wią­

zała suknię drżącymi rękami. Jej ramiona drżały, 
a łzy spływały po rozpalonych policzkach. 

- Tak mi przykro - rzekł cicho, gdy dziewczy­

na już trochę się uspokoiła. - Nie powinienem 
spuszczać cię z oka nawet na sekundę. 

Signe spojrzała na Carla i otarła łzy. 

background image

- Nie mogłeś wiedzieć o jego naturze - wydu­

siła z siebie ochrypłym głosem. 

- Ale wiem coś o naturze mężczyzn - odpowie­

dział Carlo krótko. 

Wenecjanie spędzili na zamku Stakeborg czter­

naście dni, w czasie których Zuan Franco szyko­

wał się do podróży. Chciał towarzyszyć im przez 

pewien czas w drodze. 

Carlo cały czas pilnował Signe. Nawet gdy zor­

ganizowano polowanie w okolicy, znalazł pre­
tekst, by zostać razem z nią na zamku. 

Najtrudniejsze dla obojga były noce. Pierwszej no­

cy Signe nie mogła zasnąć i wpatrywała się w zwień­
czone łukami okna, aż niepostrzeżenie zapadł mrok, 

okrywając zamek ciemnościami, mimo że od naj­
dłuższego dnia w roku minął zaledwie miesiąc. Tęsk­
nota za Rost zjawiła się nagle, wywołała bolesne 
ukłucia w piersi. Signe ujrzała oczami wyobraźni po­

larne słońce, spadające z jasnego nieba kaskadą ła­
godnego, złotego deszczu. Słyszała letnią pieśń nie­
strudzonych ptaków i fale morskie, sennie szumiące 
nocą pośród przybrzeżnych skał. Ogromny żal palił 
ją przez krótką chwilę, a zaraz potem pojawiła się 
twarz Carla i palące uczucie powtórzyło się. 

Signe mówiła sobie, że tęsknota za domem 

ogarnęła ją dlatego, że się bala i nigdy wcześniej 
nie spała sama w pomieszczeniu. Zamek był taki 
cichy. Nie dochodziły tu ani głosy ludzi, ani 
śpiew ptaków, ani szum fal. Nie słyszała też od­
dechów śpiących obok ludzi. 

background image

Kilka komnat dalej leżał Carlo, uważnie wsłu­

chując się w ciemność. Nie sądził, aby Bernardo ze­
chciał próbować jeszcze raz uwieść Signe. Sam jed­
nak nie czuł się całkiem bezpieczny. Był świadom 
tego, że przysporzył sobie wroga na całe życie. 

Bernardo mógł później odkryć prawdę i dowie­

dzieć się, że Signe wcale nie była utrzymanką Que-

riniusa - że w ogóle nie należała do żadnego z we-
necjan, lecz udała się z nimi na południe z własnej 

woli. W takim razie Carlo, broniąc dziewczyny, 

uraził jego honor. 

Bernarda zapewne zdziwiła wściekłość Carla 

i pewnie odgadł jej powód. Dla niego było jasne, 
że nie tylko on pożąda Signe. Mógł też się dziwić, 
dlaczego Carlo trzyma się z dala od tej pięknej 
dziewczyny. Jeśli jego ciekawość okaże się wystar-
czająco duża, może zechce spytać swego ojca 
o osobiste życie Carla, a wtedy wywęszy sprawę 
Adelajdy i dowie się o napiętych stosunkach mię­
dzy rodzinami Poliziano i di Credi. 

Dopiero późną nocą Carlo odprężył się i za­

padł w sen. 

W podobny sposób mijały kolejne noce. Carlo 

poprosił Signe, aby w razie zagrożenia ze strony 
Bernarda wzywała jego pomocy. Niech nawet 
krzyczy, jeśli będzie to konieczne. Jednak dnie 
i noce mijały spokojnie, nic się nie działo i Carlo 
pomyślał, że Bernardo albo się go boi, albo też nie 
chce prowokować dostojnych gości swego ojca. 

Na dzień przed dalszą podróżą sto dwadzieścia 

koni stało gotowych do drogi — dla Zuana, jego 

background image

orszaku i dla gości. Querinius przyjął od swego 
miłego gospodarza i krajana zapasy jedzenia i pie­
niądze na powrót do domu, zapewniając, iż za­

wsze będzie pamiętał gościnność i dobroć barona 
z zamku Stakeborg. 

Na pożegnanie wydano uroczysty obiad. Pano­

wał pogodny nastrój, lecz Signe z lękiem zerkała 
na Bernarda, który zachowywał się w coraz bar­
dziej wyzywający sposób. Dziewczyna postano­
wiła czuwać przez całą noc. 

To samo zdecydował Carlo. On też widział, jak 

Bernardo niemal pożera Signe wzrokiem, szuka 
zaczepki i szepcze jej coś do ucha. 

Signe spoglądała bezradnie na Carla, a on cały 

czas patrzył w jej stronę, aby wiedziała, że du­
chem jest z nią. 

Tego samego wieczora Carlo leżał, nie śpiąc, 

i nasłuchiwał. Wszyscy dawno już udali się na 
spoczynek, mieli wszak przed sobą wyczerpującą 
podróż. 

W pewnym momencie Carlo zamarł, usłyszał, 

że ktoś skrada się korytarzem. Natychmiast 
uniósł się na posłaniu i nastawił uszu. Znów to sa­
mo. Teraz nie było już wątpliwości. Ktoś udawał 
się na nocne, potajemne łowy. 

Carlo bezgłośnie wyślizgnął się z łóżka, szyb­

ko narzucił na siebie ubranie i podszedł cicho do 
drzwi. Uchylił je ostrożnie. Nie słyszał jednak nic 
poza biciem swego serca. 

Powoli otworzył ciężkie drzwi szerzej i wysu­

nął głowę. Przez wysokie i wąskie okno na koń-

background image

cu korytarza wpadało słabe światło. Poza tym 
wszystko pogrążone było w mroku. 

Nie rozlegał się żaden dźwięk, wszystkie drzwi 

były pozamykane. Carlo jednak nie mógł wyzbyć 
się podejrzeń. Szybko skierował się w stronę poko­
ju Signe, stąpając po zimnej, kamiennej podłodze. 

Stal kilka sekund przed jej drzwiami. Nie był 

w stanie wychwycić najsłabszego dźwięku, lecz 

mury były tu grube, dębowe drzwi zresztą też. 
Może ten diabeł... Ta myśl spotęgowała strach 
i wzburzenie, więc pospiesznie otworzył drzwi 
i wszedł do środka. 

W dużym łożu z baldachimem w głębi po­

mieszczenia siedziała Signe ubrana w koszulę za­
piętą pod samą szyję. W panice spoglądała ku 
drzwiom, ale nie była w stanie wydusić z siebie 
ani słowa. Cały czas nasłuchiwała intensywnie, aż 

w końcu dotarły do niej bliżej nieokreślone od­

głosy z korytarza. Carlo powiedział, żeby w razie 
zagrożenia głośno krzyczała, ale ona nie mogła 

wykrztusić ani słowa. Serce biło tak mocno, że aż 

szumiało jej w uszach. Usta miała suche, a ręce 

zimne jak lód. Na kołdrze leżał pogrzebacz, któ­
rego miała zamiar użyć w razie konieczności 
obrony, lecz Signe nie zdołała nawet unieść ręki, 
gdy drzwi otworzyły się i na tle szarego mroku 
zobaczyła ciemną, masywną sylwetkę mężczyzny. 

Carlo próbował przyzwyczaić oczy do ciemno­

ści i powoli dostrzegał zarysy przedmiotów. 

Wkrótce zauważył duże łoże. Zasłona była unie­
siona, prawdopodobnie dlatego, że Signe nie by-

background image

ła przyzwyczajona do takiego posłania i czułaby 
się jak uwięziona. 

Teraz już widział, że skulona siedzi przy jednej 

z drewnianych kolumienek, z nakryciem nacią­
gniętym aż do brody, napięta ze strachu. 

- Signe...? - szepnął głosem pełnym współczu­

cia. - To tylko ja. Carlo. 

Cicho zamknął drzwi za sobą i zbliżył się do niej. 
- Co się stało? - spytał, gdy zobaczył, że dziew­

czyna tkwi nieruchomo jak sparaliżowana i pa­
trzy tylko na niego. 

Ciągle jeszcze nie mogła wydobyć z siebie głosu. 
Carlo pochylił się nad nią i chwycił ostrożnie 

za ramię. 

- Signe...? 
Wtedy coś w niej pękło. Wybuchnęła płaczem, 

rzuciła się ku niemu i wtuliła w silne, bezpieczne 
ramiona. 

Carlo pozwolił jej wypłakać cały strach, gła­

skał ostrożnie jej włosy, tulił do siebie jak dziec­
ko, poklepując uspokajająco, i szeptał słowa po­

cieszenia. 

Wreszcie łzy przestały płynąć, a mężczyzna od­

ważył się spytać raz jeszcze. Jego głos zdradzał 

niepokój: 

- Coś się zdarzyło, Signe? Czy on tu był? 

Signe uniosła mokrą od łez twarz i potrząsnę­

ła głową. 

- Wydawało mi się, że wyraźnie słyszę kroki 

w korytarzu. Byłam przekonana, że to on. - Dziew­

czyna odetchnęła, ale wciąż jeszcze drżała. - Drzwi 

background image

nie dają się zamknąć, do tego otwiera się je na ze­

wnątrz, więc nie mogłam nic pod nie podstawić. 

Położyłam tu pogrzebacz, żeby móc uderzyć... ale 
gdy ujrzałam sylwetkę w drzwiach... 

Znów zaniosła się płaczem, przyciskając twarz 

do piersi ukochanego. 

- Biedna mała Signe - szepnął Carlo czule 

i przytulił ją do siebie. - Gdybym wiedział, że tak 
cię wystraszę... - Po chwili dodał: - Ja też słysza­
łem odgłosy kroków i pomyślałem to samo, co ty. 
Dlatego przyszedłem. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu - Carlo na 

brzegu łóżka, a Signe otulona nakryciem i przy­
tulona do niego. 

Młody wenecjanin wiedział doskonale, że po­

winien opuścić komnatę, zanim będzie za późno, 

zanim troskę i współczucie zagłuszy pożądanie, 
ale jednocześnie był świadom, że tym razem nie 
zdoła tego uczynić. 

Ciągle jeszcze nie powiedział Signe prawdy 

i tkwiło w nim mocno poczucie winy. Jednak ta 
myśl szybko się ulotniła, a jedyne, czego był pe­

wien, to gorące ciało, które trzymał w ramionach, 

i jego własne grzeszne pragnienia. 

- Signe...? - szepnął ochrypłym głosem, a w tym 

jednym tylko słowie wyczuwało się wszystko to, 
co właśnie się w nim przepełniało. Świadomość, 
że kocha ją ponad wszystko, i obłędne pragnie­
nie, aby ją posiąść. 

- Tak, Carlo, zostań ze mną. 
Młodzieniec czym prędzej zrzucił odzienie 

background image

i wsunął się pod nakrycie. Poczuł nagie ciało Signe, 
które podziwiał przez tyle rozświetlonych promie­
niami księżyca nocy, za którym tęsknił, gdy kładł 
się do łóżka wieczorem i każdego ranka, gdy wsta­

wał - jeszcze na Rost. 

Zmusił się do cierpliwości. 

Przez długą chwilę po prostu leżeli, rozkoszu­

jąc się swoją bliskością. Wreszcie Carlo powoli 
zaczął obsypywać ukochaną pieszczotami, które 
rozpaliły i w niej namiętność. 

Teraz Signe zrozumiała, czym były wszystkie 

te dziwne doznania, które budziły jej niepokój od 
czasu, kiedy Carlo pojawił się w jej życiu. 

Przyjęła go z lekkim westchnieniem. 
Leżeli potem oboje spokojni, tuż obok siebie, 

w pełnej harmonii. Signe czuła wszechogarniają­

cą radość. On należał do niej. Ona należała do nie­
go. Na wieki. 

Następnego dnia spory orszak ruszył w drogę. 
Tego ranka uszczęśliwiona Signe ciągle zerkała 

na Carla, a on odpowiadał jej czułymi spojrzenia­
mi. Lecz w jego wzroku dziewczyna dostrzegła 

też coś innego. Smutek...? Żal...? Niepokój...? 

Wiedziała, że to, co zrobili w nocy, było 

sprzeczne z przykazaniami bożymi, ale nie czuła 

wyrzutów sumienia. Kochali się, a tym aktem mi­
łości jedynie przypieczętowali przysięgę dusz - te­
raz należą do siebie, póki śmierć ich nie rozłączy. 
Bóg nie powinien przywiązywać wagi do tego, 
czy przysięga zostanie pobłogosławiona przed oł-

background image

tarzem dziś czy za miesiąc. Gdy tylko znów będą 
mieli okazję spotkać się sam na sam, powie uko­
chanemu, jak się na to zapatruje, i odsunie od nie­
go wszelkie troski. 

Jechali już pięć dni, każdego wieczoru zatrzymy­

wali się w wioskach, które podlegały ich gospoda­
rzowi, Zuanowi Franco. Przyjmowano ich serdecz­
nie i traktowano najlepiej, jak to było możliwe. 

Zuan Franco chciał towarzyszyć im aż do Vad-

stena, gdzie urodziła się święta Brygida i gdzie 
królowie oraz książęta Zachodu wznieśli kościół 

ku jej czci. Ludzie z bliska i daleka ciągnęli do te­
go miejsca po odpuszczenie grzechów, jak mówił 
baron. Teraz jego krajanie mają tę samą szansę. 

To był najdziwniejszy kościół, jaki Querinius 

kiedykolwiek widział. Dach w całości pokryty zo­
stał miedzią, a w środku postawiono sześćdziesiąt 
dwa ołtarze. 

Tutaj święta Brygida założyła klasztor dla ko­

biet, w którym pobożne zakonnice i żyły zgodnie 
z surową regułą. 

Klasztor sprawiał wrażenie bogatego i wyko­

rzystywał swe środki na ofiarowanie ubogim po­

żywienia i schronienia. 

Signe miała nadzieję, że Carlo zechce odzyskać 

spokój ducha, klękając przed spowiednikiem, wy­
znając grzechy i otrzymując ich odpuszczenie. 

Vadstena pełna była pielgrzymów z różnych 

krajów. Z Danii przybyli rycerze ze swymi bliski­
mi, inni przybysze pochodzili z Norwegii, Nie­
miec, Holandii i Szkocji. Wszędzie Signe słyszała 

background image

obce języki. Przyglądała się wszystkim i wszyst­
kiemu z żywym zainteresowaniem i podziwem. 

Querinius, ku swej wielkiej radości, dowiedział 

się, że w Lodóse, mieście portowym oddalonym 
stąd o osiem dni drogi, szykują się do rejsu dwa stat­
ki. Jeden z nich płynie do Niemiec, drugi do Anglii. 

Wenecjanie pożegnali się z Zuanem Franco, 

który uścisnął każdego z nich. W drodze do 
Lodóse miał im towarzyszyć najstarszy syn baro­
na, Maffio. 

Signe odkryła z ulgą, że Maffio jest całkiem in­

nym człowiekiem niż jego młodszy brat. Trakto­

wał ją z takim samym szacunkiem, jaki okazywał 
Carlowi, Queriniusowi i innym. Był miły i służył 
pomocą. 

Ciągle jeszcze Signe nie miała okazji być z Car­

lem na osobności od czasu pamiętnej nocy na 
zamku Stakeborg, lecz nosiła pamięć o ich miłos­
nym spotkaniu w sercu, pełna słodkiego oczeki­

wania na kolejne upojne noce. 

Po tygodniu jazdy konno dotarli do Lodóse, 

gdzie ugoszczeni zostali w domu Maffio. Queri-
nius zaczął niedomagać. Gorączka rosła, a on sam 
był blady i wyglądał na wyczerpanego. Carlo mar­

twił się o wuja do tego stopnia, że postanowił 
dzielić z nim pokój i czuwać nad nim. 

Gdy późnym wieczorem siedział przy łożu Pie­

tra Queriniusa, ten z powagą spojrzał na niego 
i szepnął z wysiłkiem: 

- Gdyby coś mi się stało... 
- Przestań! - przerwał mu Carlo zdecydowanie. -

background image

Nic ci się nie stanie. Ty, który przeżyłeś sztormy, 
katastrofę na morzu, zimno i głód, nie poddasz się 
z powodu gorączki. 

Querinius zamknął oczy. Był zmęczony. 
- Jestem starym człowiekiem, Carlo. Mam za 

sobą bogate życie i gdybym tylko zobaczył po raz 

ostatni moją ukochaną Eleonorę, byłbym zado­
wolony. Synowie opuścili mnie. Jedyny z nich, 
z którym czułem się związany, to Antonio. Gdy 
Pan zabrał mi go, dał mi ciebie w zamian. Wiesz, 
że traktuję cię jak własnego syna. 

Carlo skinął głową, czując ucisk w gardle. 
Querinius otworzył oczy. 
- Nigdy nie spełniło się największe marzenie 

Eleonory i moje, ale nie możemy wymagać wię­

cej ponad to, co mamy. 

Carlo spojrzał na niego pytającym wzrokiem. 

Querinius mówił dalej: 

- Teraz Eleonora i tak dostanie to, czego za­

wsze chciała... 

Carlo czuł, że serce zaczyna mu szybciej bić. 
- Opiekuj się dobrze Signe, Carlo! Do Wene­

cji jeszcze długa droga, a nie wiemy, jakie nie­
bezpieczeństwa i trudności możemy spotkać 
w podróży. 

Starszy mężczyzna przymknął oczy, aby ze­

brać siły. 

- Spróbuj traktować ją jak ukochaną siostrę... 
Carlo wstrzymał oddech. Czyżby wuj domyślił 

się, co zaszło ostatniej nocy na zamku Stakeborg? 

- Ona jest taka wrażliwa... - mówił powoli. -

background image

Tak niewiele wie o tym, ile złego tkwi w ludziach, 
o fałszu, intrygach... 

Querinius wyciągnął rękę i pochwycił dłoń Carla. 

- Przysięgnij, że zadbasz o nią... 
- Przysięgam, wuju Piętro - rzekł z powagą 

Carlo, ściskając dłoń Queriniusa. W jaki sposób 
dotrzyma obietnicy, nie umiał powiedzieć. Wie­
dział tylko, że zrobi wszystko, co w jego mocy. 

Kilka dni później postanowiono, że trzech lu­

dzi Queriniusa - jego pisarz Nicolo di Michiele, 
sternik Cristofor Fioravante i kamerdyner Cora-
do de Lione - wyruszy na pokładzie statku uda­
jącego się do Niemiec, aby powiadomić wcześniej 
rodziny w Wenecji o tym, co się stało. 

Pozostałe osiem osób razem z Signe i Everthem, 

zostanie z Queriniusem, aby doglądać go i popły­
nąć razem z nim statkiem udającym się miesiąc 
później do Anglii. Stamtąd zamierzali wyruszyć 

w dalszą drogę na południe. 

Corado de Lione początkowo wzbraniał się przed 

wcześniejszym powrotem. Od dnia, kiedy - będąc 

jeszcze na Rost - wypłynął w morze, aby ratować 
Signe, pragnął nadal otaczać ją ojcowską opieką i to­

warzyszyć jej w podróży. Jednak nie do pomyślenia 

było sprzeciwić się poleceniu Queriniusa. Poza tym 
Everth wyraźnie życzył sobie przejąć rolę opiekuna 
Signe, pomyślał Corado z cieniem zazdrości. 

Everth nie byl świadom wszystkich niebezpie­

czeństw, na które dziewczyna mogła być narażo­
na... Traktował Carla wyłącznie jak towarzysza 

background image

podróży Signe. Nie miał pojęcia o tym, że to wła­
śnie ten młody mężczyzna stanowi dla niej naj­

większe zagrożenie. 

Corado od samego początku widział, że między 

Signe a Carlem rozwija się uczucie. Znał trochę 

Adelajdę i rodzinę Poliziano. Mimo iż był tylko 

kamerdynerem, ciągle dziwił się temu, że Carlo 
odważył się zabrać Signe do Wenecji. Jeśli Adelaj­
da i cala rodzina Poliziano dowie się o podwój­
nym życiu młodzieńca, nie tylko on sam wraz ze 
swoją rodziną zostanie wystawiony na poważne 
niebezpieczeństwo. Signe groziło to bardziej niż 
komukolwiek innemu. 

Corado pożegnał się ciepło ze swoimi przyja­

ciółmi, z Everthem i na końcu z Signe. 

- Uważaj na siebie - powiedział z naciskiem 

i spojrzał jej głęboko w oczy. 

Signe uśmiechnęła się ze spokojem. 
- Ty też, Corado - odrzekła lekko. - Obyśmy 

wkrótce spotkali się w twoim ukochanym kraju. 

Mężczyzna patrzył na nią przez dłuższą chwi­

lę, po czym odwrócił się i poszedł. 

Trzech wyznaczonych wcześniej mężczyzn 

udało się statkiem do Rostoku w Niemczech, 
a stamtąd szli już pieszo - pokonywali wysokie 
góry, wąskie doliny, wędrowali wzdłuż rzek 
i przez rozległe równiny. Z każdą milą wzmagała 
się ich niecierpliwość - tak bardzo chcieli ujrzeć 
ojczyznę, swe rodziny i przyjaciół. 

Dwunastego października 1432 roku trzech po-

background image

słańców dotarło wreszcie do ukochanej "Wenecji. 

Wkrótce pół miasta wiedziało już, co się wyda­

rzyło, a rodziny ocalałych padły na kolana, dzię­
kując Panu za cud. Nikt z nich nie wierzył w to, 
że ujrzą jeszcze swych bliskich. 

W rodzinach ośmiu osób, które ciągle jeszcze 

były w drodze, smutek zastąpiła radość. Eleono­
ra Querinius, która przez ostatni rok pogrążyła 
się w apatii - ostatnia iskierka nadziei zgasła 

w niej podczas świąt Bożego Narodzenia - wresz­

cie mogła wylać wszystkie łzy, które nagromadzi­
ły się przez ten czas. 

W willi rodziny Poliziano, na obrzeżach mia­

sta, Adelajda siedziała wraz z matką przy otwar­
tym oknie. Żywo rozprawiały o nowej modzie, 

która przyszła z Francji. 

Nagle drzwi otworzyły się i jej brat, Silvio, 

wpadł zdyszany do środka, zapominając o do­

brych manierach. 

- Słyszałyście ostatnie nowiny? Jedenastu męż­

czyzn przeżyło katastrofę Marii MedicH Carlo 
jest w drodze do domu! 

Adelajda patrzyła z otwartymi ustami na bra­

ta, czuła, że krew odpływa jej z twarzy. Próbowa­
ła ogarnąć to, o czym mówił Silvio. 

background image

11 

Tymczasem Piętro Querinius i jego towarzysze 

opuścili Lódóse czternastego września, wyrusza­
jąc na pokładzie statku kierującego się do Anglii. 
Maffio, najstarszy syn Zuana Franco, dał im pie­
niądze na drogę i obficie zaopatrzył w prowiant. 

Querinius był wyczerpany po przebytej choro­

bie, ale niebezpieczeństwo już minęło. Gdy stał 
na pokładzie statku, czuł na twarzy powiew świe­
żego, morskiego powietrza i widział żagle targa­
ne pomyślnym wiatrem, wracała mu ochota do 
życia i przepełniał zapał, by kontynuować podróż 
na południe. 

Osiem dni później postawili stopy na angielskiej 

ziemi. Querinius trwał w milczeniu, a łzy spływa­
ły po jego wychudzonych, bladych policzkach. 
Spotkanie z Wielką Brytanią odebrał tak, jakby 
stał już u bram ziemi ojców. Teraz dopiero uświa­
domił sobie, że został przywrócony życiu. Dokład­
nie przed rokiem rozpoczęły się ich zmagania na 
pokładzie Marii Medici - wtedy to miały miejsce 
fatalne w skutkach wydarzenia, które zakończyły 
się wyrzuceniem ocalałych rozbitków na skalistą, 
targaną wiatrem wyspę daleko na Północy. 

background image

Teraz znów spotkał się z cywilizacją - zagubio­

ny syn, który właśnie wracał do domu. 

Kapitan zabrał wenecjan ze sobą do właścicie­

la statku, gdzie - jak wszędzie - okazano im szcze­

re współczucie i troskę. Zaoferowano im dach nad 
głową na dwie doby, aby potem mogli popłynąć 

do Cambridge. 

W Cambridge wszyscy poszli na mszę odpra­

wianą w klasztorze, gdzie padli na kolana i po­
dziękowali Najświętszej Panience, która miała 
ich w swojej opiece podczas całej podróży. 
Wkrótce minie pięć miesięcy od czasu, jak opu­
ścili Rost - bez pieniędzy, jedynie z zapasem su­
szonych ryb - i ani razu nie pozostali bez nocle­
gu. Nie szli też głodni spać. 

Gdy tak dziwili się temu cudowi, podszedł do 

nich mnich i zwrócił się do Queriniusa, oferując 
mu szesnaście srebrnych monet i wyjaśniając po 
łacinie, że ma zamiar popłynąć do świętego grobu 
i odwiedzić po drodze Wenecję, a przy okazji zło­

żyć wizytę Queriniusowi. W ten sposób wenecja-
nie mieli czym zapłacić za pobyt w Cambridge. 

Dzień później byli już w Londynie. 
Piętro Querinius wysłał przodem dwóch męż­

czyzn i już kilka mil od miasta czekali na nich we­
neccy kupcy, serdecznie witając gości. W Londy­
nie znaleźli schronienie u czterech rodzin. Carlo 
zamieszkał ze swym wujem, a Signe z Everthem 
i marynarzem Andreą di Piero. 

Signe długo jeszcze wyglądała za swym ukocha­

nym, gdy szedł z Queriniusem i najznamienit-

background image

szym wśród kupców, Vettorem Cappello. Znów 
poczuła ten bolesny strach, który nawiedzał ją od 
niedawna. 

Na Rost wszyscy byli sobie równi. Może oprócz 

starosty, właściciela dużego statku, człowieka, na 
którym spoczywała odpowiedzialność za to, aby 
cały zapas suszonych ryb dotarł do Bergen. 

Podczas podróży Signe cały czas zwracała uwa­

gę na obowiązującą wśród towarzyszy jej podró­
ży hierarchię, i to nie tylko w odniesieniu do 
Queriniusa, który był kapitanem statku. Carlo, 
Francesco i Piero Gradenigo też wywodzili się ze 
szlachetnych rodów - dwaj ostatni pochodzili 
z Krety, która podlegała Wenecji, jak mówił Car­
lo. Cała czwórka traktowana była całkiem inaczej 
niż pozostała część załogi. 

Na samym dole tego swoistego porządku znaj­

dowała się ona sama i Everth. 

Signe widziała, że mężczyźni przypatrują się jej nie­

ustannie, ale nie traktowali ani jej, ani Evertha z ta­
kim samym szacunkiem, jaki okazywali innym. Czę­

sto umieszczano ją w innym pokoju niż Carla, 
a w tym przerażającym mieście nie mogła nawet 
mieszkać w tym samym domu co on. Jak to będzie, 
gdy już dotrą do celu? Jak przyjmie ją rodzina Carla? 

Wiele razy chciała wypytać o to Corada de Lio-

ne, ale nigdy nie miała okazji ku temu. Teraz, na 
domiar złego, Corado podróżował inną drogą. 

Może dowie się czegoś od marynarza Andrei di 

Piero, który mieszkał sam u Mathiasa i Sol na 
Rost i całkiem dobrze mówił po norwesku. 

background image

Była jeszcze jedna sprawa, której dziewczyna 

nie rozumiała, a która wprawiała ją w niepew­
ność i strach. Carlo już nawet nie próbował przy­
chodzić do niej w nocy. Wprawdzie nie miał wie­
lu okazji, ale nie wykorzystał nawet tych, które 
się nadarzały. 

Może nie był z niej zadowolony? Może powie­

działa lub uczyniła coś, co mu się nie spodobało? 

W Anglii zapanował niepokój. Wojny z Fran­

cją trwały już bez mała sto lat i przybrały tragicz­
ny obrót, gdy dziesięć lat temu - kiedy panowa­
nie nad Francją stawało się całkiem realne - zmarł 
ich ukochany król, Henryk V. 

Półtora roku temu spalono na stosie Joannę 

D'Arc, a angielski wojownik wypowiedział słowa, 
których prawdziwości wkrótce mieli gorzko do­
świadczyć: „Jesteśmy zgubieni. Spaliliśmy świę­

tą". Teraz Anglia pogrążyła się w największych 
tragediach, jakie kiedykolwiek mogły spaść na ten 
kraj. Anglicy byli rozgniewani na Kościół za to, 
że zagarnął pieniądze, które miały być przezna­

czone na wojnę z Francją właśnie wtedy, gdy 
zwycięstwo wydawało się tak bliskie. Duma naro­
dowa została urażona, zaś lud i korona zubożeni. 
Szlachta mimo wszystko cieszyła się bogactwem 
i widać było ogromne różnice w społeczeństwie. 

Wszystkie warstwy społeczne opanowały nie­

pokój i strach. Nawet Signe i Everth, którzy nie 
rozumieli angielskiego, czuli, że otaczający ich lu­

dzie żyją w nieustannym lęku. Oboje nie mogli 

background image

doczekać się dalszej podróży do swej nowej, sło­
necznej ojczyzny. 

Piętro Querinius przeżył nawrót choroby i jego 

gospodarze nie zgodzili się, by wyruszył w drogę, 
zanim nie wrócą mu siły. Tym samym Signe 
i Everth zostali na dłuższy czas pozostawieni sami 
sobie, oddzieleni od swoich dobroczyńców. 

Podczas rozmów ze swymi weneckimi przyja­

ciółmi powoli zaczynali rozumieć, co się wokół 
nich dzieje. Anglicy byli udręczeni nie tylko nie­
ustającymi wojnami, bali się również zamieszek 
na tle religijnym i społecznym. 

Signe słuchała tego z niedowierzaniem. Wydawa­

ło jej się całkiem niepojęte karanie ludzi tylko za 
to, że modlą się do Boga na swój sposób i chcą po­
dzielić dobra kraju między biednych. Na Rost za­

wsze dzielili się między sobą tym, co mieli, dlatego 

nie musieli ani zamykać drzwi, ani bać się złodziei. 

Pewnego dnia Signe spacerowała z Everthem 

ulicami miasta. Słabe, październikowe słońce wy­
glądało zza płynących po niebie chmur, rozświe­
tlając pożółkłe liście klonów. Na małym placu ze­
brało się sporo ludzi, a gdy oboje podeszli bliżej, 
zobaczyli mężczyznę stojącego na podwyższeniu 
i przemawiającego do zebranych. Od czasu do 
czasu ludzie klaskali, mówili coś do siebie i wy­
krzykiwali słowa uznania dla mówcy. 

Signe i Everth stanęli z tyłu, aby zobaczyć, co 

się będzie dziać. 

Nagle zebrani zaczęli szeptać coś w najwięk­

szym przerażeniu, odwracając głowy ku jednej 

background image

z bocznych uliczek. W stronę tłumu zmierzała 

grupa ciemno odzianych rycerzy. Niektórzy 
wzięli nogi za pas, uciekali w przeciwnym kierun­
ku, lecz większość stała spokojnie, patrząc śmia­

ło na zbliżających się zbrojnych. 

Za rycerzami Signe dostrzegła wóz zaprzężony 

w konia, tuż za nim następny, potem jeszcze jeden. 

Nim zrozumiała, co się dzieje, zebrani ludzie zosta­
li biciem i pokrzykiwaniem zapędzeni do wozów 

jak bydło. Dziewczyna wystraszyła się. Chciała 
chwycić Evertha za rękę i uciec, ale jeden z opraw­
ców brutalnie złapał go i zaciągnął do wozu. Signe 
krzyczała, lecz zanim zdążyła się obejrzeć, siedzia­
ła obok Evertha. 

Tego samego wieczoru Carlo chodził niespo­

kojnie po pokoju. Piętro Querinius siedział w fo­
telu w domu Vettora Cappello. Ów dom stał nad 
Tamizą, w samym sercu wielkiego miasta. Znów 
między wujem a siostrzeńcem doszło do ostrej 

dyskusji na temat Signe, podczas której Queri-
nius zażądał, aby dziewczyna poznała prawdę, za­
nim wyruszą z Londynu, i tym samym uniknęła 
spotkania z Adelajdą. 

Nagle z dołu dobiegł donośny głos, a zaraz po­

tem przyszedł do nich wzburzony Vettor Cappello. 

- Stało się coś okropnego! - wyrzucił z siebie. -

Wasi podopieczni zostali uwięzieni w Tower. Są 
podejrzani o kontakty z heretykami! 

Carlo gwałtownie zatrzymał się i spojrzał bez­

radnie na swego gospodarza. 

background image

- Signe i Everth? - spytał z niedowierzaniem. -

Oni nawet nie rozumieją ich języka! 

Cappello spojrzał na niego z posępną miną. 
- Chyba mnie nie zrozumiałeś. Nie tylko król 

i szlachta boją się i nienawidzą innowierców. 

W tych niepewnych czasach nie zawsze przestrze­
ga się Wielkiej Karty Swobód. Kary wymierzane 

są bez udziału sądu! 

Carlo zbladł, a po chwili wybiegł z domu ra­

zem z Cappello. 

Dzięki wpływom Vettora Cappello, jednego 

z najznaczniejszych londyńskich kupców, dostali 
się do Tower i mogli wyjaśnić, kim są ich przyja­
ciele. Tu także, jak w wielu innych miejscach pod­
czas całej podróży, historia Piętro Queriniusa 

i tragedia jego statku wzbudziła zainteresowanie, 
więc niebawem mężczyźni mogli podążyć za 
strażnikiem do jednej z cel. 

Signe i Everth siedzieli przestraszeni w ciem­

nym kącie. Everth obejmował dziewczynę swym 
krótkim ramieniem. Jego twarz była rozpalona od 
uderzeń, a usta zaciśnięte ze złości. Ten, który od­

waży się dotknąć Signe, będzie musiał najpierw 

go zabić, postanowił. 

Zdenerwowany Carlo pochylił się nad nimi, 

a Signe otworzyła oczy dopiero wtedy, gdy usły­
szała znajomy głos. 

- Jak się czujecie? - szepnął niepewnie. 
Everth na chwilę przymknął z ulgą oczy, po 

czym odpowiedział poważnie: 

- Sądzę, że Bóg uratował jej dziecko. 

background image

Carlo patrzył na niego, jeszcze nie zrozumiał 

wszystkiego. Wtedy Cappello chwycił go nerwo­
wo za ramię. 

- Musimy się spieszyć, zanim się rozmyślą! 
Tej samej nocy Signe i Everth zostali przenie­

sieni do domu Cappello, gdzie mogli odpocząć. 
Carlo był tak szczęśliwy, że nie mógł usnąć. 
Wpadł do pokoju wuja i niespodziewanie wyznał: 

- Wuju Piętro, muszę z tobą porozmawiać. 
Querinius podniósł się z łóżka. Dopiero co usły­

szał radosną wiadomość, wiedział już, że Signe 
i Everth są bezpieczni. Teraz chciał się przespać. 

- Czy to coś poważnego? - zapytał przestraszony. 
Carlo nie odpowiedział od razu. Podszedł do 

łóżka, usiadł obok i powiedział zdecydowanie: 

- Postanowiłem złamać obietnicę daną Adelajdzie! 
- Co ty mówisz? - przerwał mu przerażony Que-

rinius. - Chcesz zerwać zaręczyny? Zaryzykować 
zemstę rodziny Poliziano? 

Carlo skinął poważnie głową. 
- Już nie mam wyboru. 

Dwudziestego piątego listopada Piętro Queri-

nius wraz z towarzyszami wszedł na pokład gale­
ry Santa Anna, która wypływała do Niemiec. 
Stamtąd mieli udać się drogą lądową do Wenecji. 
Dwadzieścia cztery dni później ujrzeli grudniowe 
słońce odbijające się od wieży bazyliki Świętego 

Marka i innych białych, marmurowych budowli 
ich rodzinnego miasta. 

Signe siedziała razem z Carlem na koniu, spo-

background image

glądając ku miastu, które Carlo kochał i za któ­
rym tęsknił bez mała dwa lata. Teraz będzie to 
także jej miasto. 

Nieświadomie dotknęła swego brzucha. Za czte­

ry miesiące da życie małemu człowiekowi - dziec­
ku poczętemu z miłości i kochanemu od pierwszej 

chwili, kiedy dowiedziała się o jego istnieniu. 

Przechyliła się do tyłu i poczuła ciepło bijące 

od Carla. Wiedziała, że wszystkie zmartwienia 
mieli już za sobą. 

Tej pełnej strachu nocy, kiedy ją i Evertha ura­

towano z więzienia, Bóg odpuścił jej ukochane­
mu grzechy i pozwolił mu zrozumieć, że zostali 
sobie przeznaczeni i pobłogosławieni. Od tego 
dnia traktował swą ukochaną jak żonę. Za kilka 
dni poślubi ją przed ołtarzem w swoim kościele. 

Signe była tak szczęśliwa z powodu spotkania 

nowej ojczyzny i swej miłości do Carla, że nie za­
uważyła strachu w jego ciemnych oczach ani peł­
nych troski spojrzeń, jakie wymieniali między so­
bą wuj i siostrzeniec. 

Młodzi pożegnali się z Queriniusem przed du­

żą, białą willą rodziny di Credi. 

Querinius patrzył na nich, aż zniknęli za rogiem, 

po czym westchnął ciężko. Strach o Carla na chwi­
lę przesłonił radość z powrotu do domu, ale wresz­
cie ujrzał go z daleka i niezmiernie się ucieszył. Za­
raz potem skręcił w stronę bramy, zsiadł z konia 
i spostrzegł swą ukochaną Eleonorę, spieszącą mu 
na spotkanie. Poczuł ramiona żony oplatające jego 
szyję, a wtedy już nic więcej się nie liczyło. 

background image

Carlo pomógł Signe zsiąść z konia przed do­

mem. Jego serce biło mocno, przepełnione rado­
ścią, oczekiwaniem i strachem. 

Niecierpliwie podbiegł do drzwi, otwierając je 

z impetem. Jeden ze służących wyszedł z dużego 
hallu i gdy ujrzał Carla, jego twarz rozjaśnił po­
godny uśmiech. Poinformował, że rodzice są teraz 
na przyjęciu ku czci Cosimo de Medici, który wła­
śnie odwiedził Wenecję. Carlo postanowił pobiec 
do nich, jak tylko wprowadzi Signe do domu. 

Dumny zaprosił ją do środka. Dziewczyna sta­

ła zauroczona, widok wprost zapierał jej dech 

w piersiach. W ciągu tych siedmiu miesięcy od 
wyjazdu z Rost widziała więcej wspaniałych bu­

dowli, zamków, pałaców, pięknych komnat i sal, 
niż by sobie mogła wymarzyć. 

To jednak był najpiękniejszy dom ze wszyst­

kich. Cały z białego marmuru, zdobiony arkada­
mi i kolumnami, posągami i pięknymi amforami. 

Carlo mówił, że Italia jest najbogatszym krajem 

w Europie, a ze wszystkich samodzielnych prowin­
cji Wenecja jest najpotężniejsza i wkrótce będzie 
mogła stanowić o całej północnej części kraju. 

Z okna Signe ujrzała leżące w dole w lagunie 

miasto, poprzecinane kanałami, na których pływa­
ły gondole. Wenecja była większa nawet od Rzy­

mu i miała tylu mieszkańców, że dziewczyna nie 
była w stanie tego pojąć. Cieszyła się jak dziecko 
na to, że Carlo pokaże jej to wszystko, o czym 

opowiadał - kanały, mosty, pałace. 

Odwróciła się ku niemu z błyszczącymi ocza-

background image

mi i wtedy dopiero dostrzegła głęboką bruzdę, 
przecinającą czoło ukochanego, i troskę w jego 
pięknych oczach. 

Uśmiech zniknął z jej twarzy. 
- Carlo...? - spytała zmartwiona. - Nie cieszysz 

się? 

Mężczyzna próbował pozbierać się, po czym 

podszedł do niej, uśmiechając się ciepło. 

- Oczywiście, że się cieszę. - Objął ją ramie­

niem. - Przede wszystkim dlatego, że jesteś 
u mnie - dodał i spojrzał na nią czule. 

Signe nie była przekonana. 
- Ale coś cię dręczy. Zauważyłam to już wczoraj. 
Carlo westchnął ciężko. 
- Tak, to prawda. Miałem nadzieję, że pierw­

szego dnia w nowym domu zdołam oszczędzić ci 
nieprzyjemności. 

Signe spojrzała na niego poważnie. 

- Opowiedz mi o tym, Carlo - poprosiła cicho. -

Zniosę wszystko, przeżyłam wszak już niejedno. 

Carlo skinął głową i uścisnął jej ramiona. Je­

śli jacyś ludzie na całym świecie potrafią uporać 
się z przeciwnościami losu, na pewno są to jej 
rodacy. 

- Mam wrogów w mieście... - zaczął powoli, 

szukając właściwych słów. Nie był pewny, jak du­
żo może jej powiedzieć. 

Signe spojrzała na niego wystraszona. 
- A teraz boisz się, że usłyszeli już o twoim po­

wrocie do domu? 

Carlo skinął głową, a gdy niemal w tej samej 

background image

chwili spojrzał przez okno w stronę muru okala­
jącego ogród, zamarł ze strachu. 

Signe podążyła za jego wzrokiem i dostrzegła 

czterech mężczyzn zmierzających ku domowi. 

- Czy to oni? - spytała bojaźliwie. 
Carlo puścił dziewczynę i odwrócił się gwał­

townie. 

- Nie wychodź stąd, dopóki nie dostaniesz wia­

domości! - rzucił krótko, po czym wybiegł z po­
koju. 

Carlo czuł, że serce bije mu jak oszalałe. Nie 

spodziewał się, że przyjdą tak szybko. W każdym 
razie sądził, że zechcą najpierw odbyć naradę ro­

dzinną. Zanim zaczną działać... W tym czasie 
chciał omówić sprawę z ojcem i braćmi. Może 
zdecydowaliby się wypłacić rodzinie Poliziano 
odszkodowanie, które wynagrodziłoby jej stratę. 

W pewnej chwili przyszło mu nawet na myśl, 

aby wymknąć się bocznymi drzwiami, ale zaraz 
odrzucił ten pomysł. Było już za późno. Służący 
Leon właśnie wychodził, aby przywitać dostoj­
nych gości. 

Carlo wyprostował się, wziął głęboki wdech 

i spokojnym krokiem ruszył w stronę hallu. 

- Mieszkamy przecież w cywilizowanym kraju -

mruknął do siebie, choć nie przekonało go to. 

Po chwili stanął przed nim Marsilio Poliziano, oj­

ciec Adelajdy, w asyście trzech postawnych synów. 

- Dzień dobry, Carlo. Witamy w domu! - za­

czął potężny mężczyzna w średnim wieku. 

background image

Carlo od razu zauważył chłód i rezerwę w je­

go zachowaniu. Zrozumiał, że plotki były szybsze 
od niego. 

Po zwykłych grzecznościowych frazesach Car­

lo zaprosił czterech gości do swego gabinetu, za­
stanawiając się, z czym przychodzą. Zadowolą się 
pogróżkami, czy może... 

W całej Italii dochodziło do krwawych pora­

chunków. Książęta i przedstawiciele wysokich ro­
dów z zatrważającą bezwzględnością i okrucień­

stwem realizowali zamierzone cele. Nie miało zna­
czenia, czy chodziło w nich o politykę, handel, czy 

o sprawy rodziny. Nadepnąć na odcisk potężnego 
Marsilio przez przyniesienie wstydu jego ukocha­
nej córce było równie niebezpieczne jak postara­
nie się o nieprzyjaciela w osobie brutalnego Fran­
cesco Sforza - wroga Wenecji, dowódcy oddziału 
najemnego w służbie władców Mediolanu. Carlo 
zdawał sobie sprawę, że jego życie wisi na włosku. 

Marsilio przystąpił do rzeczy. 
- Mamy do omówienia z tobą poważną kwestię... 
Carlo skinął głową. 
- Gdy galera Maria. Medici wyruszyła w długą 

podróż do Flandrii i Anglii bez mała dwa lata te­
mu, podróż, która miała przynieść tobie i Piętro 
Queriniusowi honory, bogactwo i chwałę - dodał 
ze źle ukrytą kpiną w głosie - oczekiwaliśmy wa­
szego powrotu najdalej po roku... 

Mężczyzna chrząknął i poruszył się nerwowo. 
- Wiedzieliśmy, że wpłynęliście na niespokojne 

wody, zawijając po drodze do Lizbony, aby naprą-

background image

wić zniszczony ster, mieliście poza tym cały czas 

sztormową pogodę... W miarę upływu kolejnych 
tygodni byliśmy coraz bardziej pewni, że nie uj­
rzymy już ani statku, ani załogi. 

Carlo spojrzał na niego zdumiony. Mowa Mar-

silia przypominała bardziej obronę niż atak. 

- Nasze obawy coraz częściej potwierdzały 

wieści od marynarzy z innych statków, które też 

płynęły na północ. Wreszcie krewni żeglarzy 
z Marii Medici stracili nadzieję. 

Marsilio przeniósł wzrok na mozaikę ułożoną 

na podłodze. 

- Adelajda odchodziła od zmysłów, zaś ja i moi 

synowie, aby ratować jej życie, zaczęliśmy szukać 
kogoś, kto mógłby cię zastąpić... 

Powiedziawszy to, podniósł głowę i spojrzał 

Carlowi prosto w oczy. 

- Przykro mi, że przynoszę ci smutne wieści 

w tak radosnym dniu, Carlo. Adelajda jest zroz­

paczona, ponieważ poślubiła twojego przyjaciela 
Filippo. Wyraziła gotowość wstąpienia do klasz­
toru, aby udowodnić, że nie zgrzeszyła świado­
mie. Chce złożyć w ofierze swe małżeństwo. 

Carlo stał nieruchomo z zapartym tchem. Gdy 

powoli uświadomił sobie prawdę, poczuł tak 
ogromną ulgę, że aż zrobiło mu się słabo. Po dłu­
gim milczeniu, gdy czterej mężczyźni stali jak za­
hipnotyzowani, oczekując na reakcję Carla, ten 

wreszcie odetchnął głęboko i odpowiedział: 

- Pozdrów Adelajdę i powiedz jej, że nie musi 

wstępować do klasztoru ani opuszczać męża. Ja 

background image

sam jestem w podobnej sytuacji. Nie wierzyłem 
już, że kiedykolwiek ujrzę moją ukochaną Wene­
cję. Dwa lata to długi czas. Ja też znalazłem po­

cieszenie gdzie indziej... 

Marsilio otworzył szeroko oczy i przez chwilę 

wydawało się, że jego wzrok przepełnia oburze­

nie i gniew. Jednak zamiast wybuchnąć złością, 
nagłe się roześmiał. 

Godzinę po tym, jak Marsilio Poliziano - głoś­

no rozmawiając i śmiejąc się serdecznie - wraz ze 
swymi synami opuścił willę rodziny di Credi, przy­
szli rodzice Carla. Gdy tylko usłyszeli radosną no­

winę o powrocie pozostałych rozbitków z Marii 

Medici,

 przybyli najszybciej jak tylko mogli. 

Carlo dostrzegł ich, kiedy mijali bramę, i po­

spieszył ku nim, aby przygotować ich na spotka­
nie z Signe. Radości z powitania nie było końca. 

Wszyscy troje odczuwali podobne wzruszenie. 

Gdy matka ściskała syna, płacząc z radości, spy­
tała w pewnej chwili z obawą w głosie: 

- Czy Marsilio Poliziano był tutaj? 
Carlo skinął głową i uśmiechnął się tajemniczo. 
- Tak. Przyszedł z synami, przynosząc mi naj­

radośniejszą nowinę dnia! 

Rodzice spojrzeli na niego zaskoczeni, a Carlo 

objął matkę ramieniem. 

- Chodźcie! Mam dla was niespodziankę. Nie 

wróciliśmy z tej tragicznej wyprawy z pustymi rę­

kami. Znalazłem moją Wenus! 

W dużym, jasnym pokoju, z którego okien roz-

background image

taczał się widok na ogród, Signe stała pełna nie­
pokoju, nasłuchując odgłosów z hallu. 

Nagle drzwi otworzyły się i Signe ujrzała idą­

cą ku niej raźnym krokiem kobietę, która zapew­
ne była matką Carla. Tuż przed Signe owa pani 
przystanęła, aby móc przyjrzeć się wybrance sy­

na. Dziewczyna skąpana w promieniach słońca 

wyglądała prześlicznie. Tak, to była prawdziwa 
bogini miłości, która wynurzyła się z morza i ura­
towała ich ukochanego Carla. Wzruszona kobie­
ta podeszła bliżej, aby uścisnąć zjawiskowo pięk­
ną wybawicielkę jej syna. 

Cała czwórka siedziała do późnej nocy, a Car-

lo opowiadał o swoich niewiarygodnych przeży­
ciach - o tragedii Marii Medici, o swoich współto­

warzyszach, którzy na jego oczach umierali w sza­
lupie, o długich, pełnych trwogi dniach spędzo­

nych na smaganej wichrami, opustoszałej wyspie 
Sandoya, o czterech miesiącach pobytu w domu 
Signe na Rost, daleko za kołem podbiegunowym. 

Rodzice z zapartym tchem słuchali relacji sy­

na, próbując wyobrazić sobie wyspę tak płaską, 
że ledwie wynurzała się z wody, na której żyje 

w całkowitym odosobnieniu sto dwadzieścia 

osób, narażonych na ataki ze strony wzburzone­
go, targanego sztormami lodowatego morza. 

Na takiej właśnie wyspie wychowała się ta cza­

rująca młoda kobieta. Widziała, jak rozszalały ży­

wioł pochłania jej ojca i braci, przeżyła śmierć 

matki, która zgasła z żalu. Jednak mimo tych tra­
gedii i życia w ubóstwie siedziała przed nimi, spo-

background image

glądając oczami tak jasnymi, tak błękitnymi jak 
Morze Śródziemne, uśmiechając się tak ciepło, 
jak tylko piękna dusza potrafi. 

Matka Carlo, kierowana impulsem, położyła 

swoją dłoń na dłoni Signe, a łzy nie przestawały 
płynąć z jej oczu. 

- Mówisz, że księżyc świecił przez całą dobę? -

spytał ojciec z niedowierzaniem. 

Cztery miesiące później, dwudziestego kwiet­

nia 1433 roku, we wspaniałym śródziemnomor­
skim mieście przyszła na świat prześliczna, mała 
dziewczynka. Carlo, wyraźnie wzruszony, stał 
z córeczką na rękach, szepcząc drżącym głosem: 

- Tak samo jasnowłosa jak mama... - Uśmiech­

nął się szczęśliwy do Signe i dodał: - Pomyśl tyl­
ko, Signe. Może za pięćset lat ciągle jeszcze bę­
dzie można spotkać jasnowłosego wenecjanina! 

- Na pamiątkę Rost - odpowiedziała Signe 

z uśmiechem.