background image

BENTE PEDERSEN 

CARYCA 

background image

Rok 1740. W Archangielsku powoli dawała o sobie znać zima. 

Raija  przestała  opowiadać  Oldze  bajkę  o  królowej,  która  musiała  opuścić  swoje 

dziecko.  Dziewczynka  nie  chciała  dłużej  słuchać  o  małej  księżniczce  pozostawionej  jedynie 

pod opieką ojca - króla. 

Bajka ta, jak zresztą żadna, nie odzwierciedlała całej prawdy. Ludzie w końcu po to je 

opowiadają,  by  oderwać  się  od  codzienności,  by  ozdobić  utkaną  z  szarości  rzeczywistość 

złotymi nićmi. 

Olga  nie  była  osamotniona.  Oprócz  ojca  miała  przecież  Raiję  i  Jewgienija,  tak  jak 

księżniczka z bajki księżną i księcia. Miała też Misze, którego traktowała jak brata, a zarazem 

najlepszego przyjaciela. 

Tworzyli wspólnie niemal rodzinę. 

Dziewczynka  nie  chciała  więcej  słuchać  baśni  o  dziewczynce,  do  której  była  taka 

podobna. 

Nie  dalej  niż  na  jesieni  tego  roku  Rosją  wstrząsnęła  wieść  o  śmierci  carycy  Anny 

Iwanowny. 

Ta  postawna  kobieta,  córka  Iwana  V,  pomimo  swojego  wysokiego  urodzenia 

nieokrzesana i niewykształcona, w 1710 roku wyszła za mąż za księcia Kurlandii Fryderyka 

Wilhelma,  który  zaledwie  rok  po  ślubie  zmarł.  Na  temat  ich  małżeństwa,  a  także  nagłej 

ś

mierci Fryderyka Wilhelma krążyło wiele niekiedy dość osobliwych opowieści. 

Anna Iwanowna wstąpiła na tron rosyjski dopiero w 1730 roku, obejmując sukcesję po 

Piotrze  II.  Nie  wyszła  ponownie  za  mąż.  Przez  dziesięć  lat  sprawowała  despotyczne  rządy, 

wspierana  radami  swego  faworyta  Birona.  Nie  była  kochana  przez  poddanych.  Tuż  przed 

ś

miercią zakończyła zwycięsko wojnę z Turkami. 

Rozpętała się zacięta walka o tron. W Rosji zawsze wielu rościło sobie doń pretensje: 

kuzyni, kuzynki, przyrodnie rodzeństwo poprzedniego władcy. Tym razem wielką ochotę na 

objęcie  władzy  zgłaszała  córka  Piotra  Wielkiego,  Elżbieta.  By  wzmocnić  swoją  pozycję, 

szukała  nawet  potajemnie  poparcia  za  granicą.  Szwecji,  za  ewentualną  pomoc  wojskową, 

obiecała odstąpienie pewnych terytoriów. Nawet podjęła już rokowania w tej sprawie. 

Ale jej plany spełzły na niczym, bo carem ogłoszono niemowlę, Iwana Antonowicza. 

Nazwano  go  Iwanem  VI.  Zmarła  cesarzowa  Anna  była  jego  ciotką.  Taka  decyzja,  wygodna 

background image

dla otoczenia dworu, zaważyła tragicznie na życiu dziecka. Można powiedzieć, że oznaczała 

odsunięty w czasie wyrok śmierci. 

Raija  opowiadała  dzieciom  bajki  o  nowym  władcy.  Zarówno  Olga,  jak  i  Misza 

uwielbiali  opowieści  o  małym  carze.  Zaśmiewali  się  do  rozpuku,  słysząc,  że  trzeba  mu 

zmieniać pieluszki, karmić go i się z nim bawić. Ze jest mniejszy i jeszcze bardziej bezbronny 

od nich. Nie mogły wprost tego pojąć. 

Zresztą  Raiji  też  nie  mieściło  się  to  w  głowie,  choć  oczywiście  nie  wypowiadała  na 

głos swoich wątpliwości. Przeciwnie, pilnowała się, żeby wyrażać się o carze z szacunkiem. 

Nigdy nie wiadomo, czy dzieci nie powtórzą komuś obcemu tego, co od niej usłyszały. 

Bo chociaż caryca Anna umarła, dworscy zausznicy nadal szpiegowali. Carskie macki 

sięgały  nawet  do  najbardziej  odległych  od  stolicy,  zdać  by  się  mogło  zapomnianych  przez 

Boga i ludzi zakątków. Nierozważne słowo wystarczyło, by się narazić. A lochy w imperium 

carskim były przepastne. 

Dość  już  mieli  przesłuchań  w  sprawie  zniknięcia  Toni.  Urzędnicy  podejrzewali,  że 

Raija i Jewgienij wiedzą więcej, niż chcą powiedzieć. Oleg też był bez przerwy inwigilowany 

i  godzinami  przesłuchiwany.  Uparcie  utrzymywał  jednak,  że  nie  wie  nic  poza  tym,  iż  Tonią 

wyjechała do swojej siostry. To, że nigdy tam nie dotarła, stanowiło i dla niego zagadkę. Na 

jakiś czas dano mu spokój. 

Ale  na  wiosnę  znów  się  pojawili  urzędnicy  gubernatora.  Oleg  powrócił  właśnie  z 

zachodniego wybrzeża Morza Białego, dokąd udał się pod pozorem szukania Toni. Odegrał tę 

rolę ze względu na Olgę, czym zaskarbił sobie wielkie uznanie Raiji. 

Od  tamtej  pory  urzędnicy  gubernatorscy  pozostawili  ich  w  spokoju.  Ucichło  też 

gadanie o banitach z Wielikiego Ustiuga. 

Odczuli pewną ulgę - ale nie mogli oprzeć się wrażeniu, że jednocześnie jakby wydali 

na Tonie wyrok śmierci. 

Oleg  nie  zdołał  odzyskać  spokoju.  Zdawało  mu  się,  że  ściany  chaty  spoglądają  na 

niego  oskarżycielsko.  Do  pewnego  stopnia  rozumiał,  co  Tonie  stąd  wypędziło.  Żałował,  że 

nie zauważył w porę, jak bardzo była samotna. 

Dom  stał  się  dla  niego  obcym  miejscem.  Ilekroć  przekraczał  jego  próg,  uderzała  go 

pustka, a nozdrza drażniła woń stęchlizny. Pragnął stąd uciec. 

Olga  pozostała  u  Raiji  i  Jewgienija,  a  król  z  baśni  udał  się  w  świat  na  pokładzie 

swojego statku handlowego. Popłynął na zachód. Postanowił dotrzeć dalej, niż kiedykolwiek 

cumowały  rosyjskie  jednostki.  I  chociaż  nie  powiedział  tego  wprost,  Raija  domyśliła  się,  że 

background image

nie  zamierza  prędko  wrócić.  Uciekał  z  Archangielska,  bo  tutaj  wszystko  przypominało  mu 

Antonię. 

Nawet Olga. 

Nigdy nie potrafił długo usiedzieć na lądzie. 

Teraz było mu jeszcze trudniej. 

Prawie  wszystkie  statki  zdążyły  wrócić  z  rejsu.  Nadal  jednak  czekali  na  Olega; 

wiedzieli, że Morze Białe niedługo zamarznie. 

Tego wieczora Jewgienij przyszedł z Wasilijem, kapitanem „Raiji”, która przybiła do 

portu poprzedniego dnia. Wasilij także nie zamierzał długo zagrzać miejsca na lądzie. On też 

miał swoje powody. 

Raija  właśnie  przygotowywała  dzieci  do  snu  i  dlatego  nie  wycałowała  gościa  na 

powitanie w oba policzki. W duchu odczuła ulgę, bo chociaż uważała, że to piękny zwyczaj, 

bliskość Wasilija wprawiała ją w pewne zakłopotanie. 

Przyniósł  dzieciom  w  prezencie  brązowe  karmelki  w  papierowych  torebkach.  Raiję 

ś

cisnęło  w  gardle  ze  wzruszenia,  że  o  nich  pamiętał.  Dzieciaki  wdrapały  się  wujkowi  na 

kolana,  za  nic  nie  chciały  z  nich  zejść.  Poczęstowały  go  karmelkami,  wypytując,  co  też 

ciekawego widział w tajemniczych obcych krajach, które odwiedził. 

Wasilij,  nie  zważając  na  to,  że  jedzenie  stygnie,  prawił  ze  swadą  o  morskich 

potworach i dzikich trollach żyjących w stromych górach na zachodzie. 

Nawet  Raija  starała  się  nie  stracić  ani  jednego  z  jego  słów.  Wasilij  miał  prawdziwy 

dar opowiadania. Odmalowywał krajobrazy z taką wyrazistością, że stawały jej przed oczami 

jak prawdziwe. Nie musiała wcale przymykać powiek, by sobie to wszystko wyobrazić. Tak 

jakby kiedyś już widziała takie pejzaże. 

Michaił  zasnął  z  głową  opartą  na  ramieniu  Wasilija.  Olga  też  już  prawie  spała,  gdy 

Raija wzięła ją z kolan wujka i zaniosła do niewielkiej izby, należącej do obojga dzieci. Ten 

jeden raz postanowiła nie być taka zasadnicza i położyła dziewczynkę w halce, pozostawiając 

w jej ściśniętej rączce torebkę z cukierkami. Przykryła ją tylko, wycałowała pulchne policzki i 

pogłaskała delikatnie po czarnych włosach. 

Wasilij  stał  wyprostowany  w  drzwiach,  trzymając  na  rękach  jej  śpiącego  syna.  Raija 

kiwnięciem  głowy  wskazała  mu  łóżko  chłopca.  Patrząc,  jak  układa  jej  dziecko,  poczuła  w 

sercu dziwne ukłucie zaprawione lekkim smutkiem. Tak zastał ich Jewgienij, który stanął  w 

progu, przyglądając się im badawczo. 

background image

On  wiedział  o  wszystkim.  Zresztą  każde  z  nich  wiedziało.  Ukryli  jednak  głęboko  w 

sercu  uczucia,  które  mogłyby  przysporzyć  cierpienia  tym,  których  kochali.  Nigdy  też  nie 

rozmawiali na ten temat. 

Raija  dostrzegła  ulgę  w  oczach  męża,  któremu  posłała  pełne  miłości  spojrzenie. 

Zrozumiał, że nadal wszystkie jej tęsknoty kierują się ku niemu. 

Pocałowała  Michaiła  na  dobranoc  i  otuliła  go  dokładnie  kocem,  po  czym  obu 

mężczyzn wypchnęła delikatnie z izby. 

-  Powinnaś  mieć  własną  córkę,  Raiju,  podobną  do  ciebie  -  powiedział  Wasilij  po 

cichu. 

- Nie będę mieć więcej  dzieci - oznajmiła bez namysłu. Słowa te wymknęły się z jej 

ust jakby bez udziału woli. Nie pojmowała, skąd wzięła się w niej ta pewność. 

Ani Wasilij, ani Jewgienij, którzy wiedzieli o niej więcej niż inni, nie zapytali jej o to. 

-  Co  nie  znaczy,  że  nie  próbujemy  -  usiłował  żartować  Jewgienij,  który  w  obecności 

Wasilija pragnął podkreślić, kim jest dla Raiji. 

- Spotykaliście może Olega tam na zachodzie? - zapytała Rai ja. 

Dostrzegłszy porozumiewawcze spojrzenia obu mężczyzn, domyśliła się, że coś się za 

tym kryje. 

-  Natknęliśmy  się  na  niego  w  okolicach  Vardo,  nie  dotarł  dalej.  -  Wasilij  odgarnął 

znad  czoła  sterczące  włosy  i  popatrzył  ze  smutkiem.  -  Mówił  coś,  że  pozostanie  tam  przez 

zimę.  Zamierza  pobudować  baraki  w  jednej  z  osad  rybackich,  żeby  nasi  rybacy  mogli  sami 

łowić dorsze u wybrzeży Finnmarku. Twierdzi, że to się bardziej opłaca... 

-  Ale  przecież  nie  może  tam  tak  po  prostu  zostać!  A  co  ze  statkiem?  -  zareagowała 

Raija. Zdenerwowana, oparła się o ławę. - Przecież, do diabła, musi myśleć o załodze! Ze nie 

wspomnę o Oldze! - dodała. 

Zagniewana  zdjęła  fartuch  i  przewiesiła  na  oparciu  krzesła.  Była  nazbyt  wzburzona, 

by usiedzieć spokojnie. 

-  Nie  wiadomo,  czy  mówił  poważnie  -  próbował  uspokajać  ją  Jewgienij,  z  pozoru 

niewzruszony  niczym  skała.  Raija  jednak  za  dobrze  go  znała,  by  dać  się  temu  zwieść. 

Wyczuła, że i on nie jest pewien Olega. 

- Wspominał coś, że odprawi statek do domu pod dowództwem bosmana - pośpiesznie 

wyjaśniał  Wasilij.  W  świetle  lampy  jego  oczy  przybrały  zielony  odcień.  Wokół  oczu  i  w 

kącikach  ust  widoczne  były  zmarszczki.  Raijia  poczuła  lekki  skurcz  w  żołądku, 

uświadamiając sobie, że i po niej znać upływ czasu. Byli wszak niemal równi wiekiem. 

background image

- Usiłowałem  go od tego odwieść -  ciągnął dalej  Wasilij. - Ale on wcale  nie słuchał. 

Zupełnie jakbym gadał do ściany. 

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  on  to  zaplanował,  zanim  jeszcze  ruszył  w  rejs  -  rzekła  Raija 

zgnębiona. 

Nikt  nie  odpowiedział.  Mężczyźni  domyślali  się  tylko,  że  Raija  jest  bliska  prawdy. 

Oleg  rzeczywiście  nie  był  sobą  w  ostatnim  czasie.  Zresztą  on  nie  był  sobą,  odkąd  Antonia 

rzuciła wszystko dla Grigorija. 

- A niech to diabli! Przecież to ucieczka! - W głosie Raiji pobrzmiewała zawziętość. 

- A czy on nie ma do tego prawa? - wtrącił Jewgienij. - Czy nie wolno mu oderwać się 

od kłopotów, żeby odzyskać równowagę? 

- A Olga? - zapytała Raija równie ostro. - Czy ona nie ma prawa do ojca? 

Atmosfera  między  małżonkami  stała  się  niebezpiecznie  napięta.  Jewgienij  odetchnął 

więc  niemal  z  ulgą,  gdy  Wasilij  nagle  wyjął  paczkę  owiniętą  w  gruby  brązowy  papier.  Jego 

twarz  nabrała  przy  tym  chłopięcego  wyrazu.  Tak  naprawdę  Jewgienij  nie  był  zachwycony 

tym, że Wasilij przywiózł prezent dla jego żony. Kiedy jednak Wasilij zapytał, czy nie ma nic 

przeciwko  temu,  zapewniał,  że  nie.  Nie  chciał,  by  kapitan  „Raiji”  pomyślał,  że  Jewgienij 

czegoś się obawia. Wolał robić dobrą minę do złej gry. 

Wasilij ujął paczkę swoimi długimi palcami. Wygładził papier i spojrzał w bok lekko 

zawstydzony. Na jego ustach pojawił się niepewny uśmiech. 

Doprawdy,  czy  musi  robić  takie  ceregiele?  pomyślał  z  niechęcią  Jewgienij,  ale 

nasłuchiwał uważnie , co powie Wasilij. 

-  Mówi  się,  że  żony  marynarzy  pięknie  się  ubierają.  Podobno,  nim  żony  urzędników 

zorientują  się,  co  jest  modne,  one  już  dobrze  wiedzą,  jakie  stroje  noszą  bogate  damy  w 

Europie. 

Przesunął  paczkę  w  stronę  Raiji,  nieśmiało,  jakby  przekraczał  jakąś  niewidzialną 

granicę między nimi. 

-  Tę  tkaninę  nabyłem  u  kupca,  który  dopiero  co  wrócił  z  Bergen.  Zamierzał  ją 

ofiarować pewnej damie, ale zmienił zdanie. 

Mężczyźni roześmiali się. 

-  To  dla  ciebie,  Raiju,  żebyś  mogła  zawirować  w  tańcu  ubrana  równie  pięknie  jak 

bogate damy w Europie. 

Raija,  zakłopotana,  przełknęła  ciężko  ślinę.  Rzuciła  nerwowe  spojrzenie  na 

Jewgienija.  Dobrze  wiedziała,  że  mąż  bacznie  ją  obserwuje  i  dostrzeże  każde  nawet 

background image

najmniejsze drgnienie na jej twarzy. Obawiała się, że może opacznie odebrać jej wzruszenie. 

Wasilij powinien to przewidzieć. Ale przecież nie mogła mu tego teraz powiedzieć. 

- Jesteś dla mnie, Raiju, niczym siostra - odezwał się Wasilij z pozorną obojętnością, 

pragnąc rozładować sytuację. 

I tak nikt nie uwierzył w jego zapewnienia. 

Raija zagryzła wargi i rozpakowała prezent; przecież nie mogła stać w nieskończoność 

i wpatrywać się w paczkę. 

Wyjęła  materiał  w  kolorze  ciemnolazurowym,  niemal  identycznym  jak  drobniutkie 

kwiatki przetacznika mieniące się wśród jasnozielonych porostów i pożółkłych traw. Gładka 

tkanina opadała miękko, a na matowym tle lśniły drobne bukieciki. Raija nigdy nie widziała 

czegoś równie pięknego. Nietrudno było zgadnąć, że materiał kosztował krocie. 

Zapragnęła  poczuć  jego  gładką  miękkość  na  policzku.  Z  namaszczeniem  uniosła 

tkaninę  do  twarzy,  wdychając  w  nozdrza  jej  zapach,  choć,  prawdę  powiedziawszy,  materiał 

pachniał tabaką Wasilija. 

Raija natychmiast wyobraziła sobie nową suknię dla siebie i dla małej Olgi. 

Owinęła  się  tkaniną  i  obróciła  parę  razy  dokoła.  W  intensywnie  niebieskim  kolorze 

było jej do twarzy. Do jej karnacji znakomicie pasowały mocne barwy. Przydawały jej urody 

i wewnętrznego blasku. 

Jewgienij, olśniony, zamrugał powiekami i nawet dał się porwać na  chwilę do tańca, 

zaraz jednak przeprosił i usprawiedliwił się, że musi w stajni napalić w piecu. 

Wybiegł w pośpiechu, zapominając włożyć ciepły kubrak, ale Raija w ogóle tego nie 

zauważyła. 

Stała  na  środku  kuchni  otulona  niebieską  tkaniną,  nie  przestając  jej  gładzić.  Nie 

ulegało wątpliwości, że jest zachwycona. 

Nagle jednak opanowała się i patrząc na Wasilija, odezwała się w końcu: 

-  Nie  mogę  przyjąć  takiego  prezentu.  Słowa  te  z  trudem  przeszły  jej  przez  gardło. 

Niechętnie  złożyła  materiał  i  wygładziwszy  w  tych  miejscach,  gdzie  pogniotła  go  w 

przypływie radości, zawinęła w papier. 

- Powinieneś podarować go komuś, kto będzie mógł ci okazać swą wdzięczność... Na 

przykład Dagniji - rzekła z trudem, oddając paczkę Wasilijowi. 

-  Kupiłem  to  dla  ciebie  -  odparł  Wasilij  stanowczo  jak  zwykle  i  wstał.  Niewiele 

wyższy  od  Raiji,  nadal  był  szczupły  i  mocny  jak  wówczas,  gdy  poznała  go  jako  inspiratora 

buntu na „Raiji” i „Antonii”. 

background image

-  Żadna  inna  kobieta  w  Archangielsku  nie  mogłaby  założyć  takiej  niebieskiej  sukni. 

Chyba  nie  jesteś  ślepa  Raiju  -  Raiso,  i  wiesz  o  tym  równie  dobrze  jak  ja.  Masz  przecież 

doskonały  gust.  Niektóre  kobiety  wydawałyby  się  w  tym  kolorze  upiornie  blade,  inne 

przynajmniej o dziesięć lat starsze. Dla większości ta barwa jest zbyt intensywna. 

- Skąd ty wiesz takie rzeczy? - zdziwiła się, bo nie pasowało to do obrazu Wasilija - 

wesołka,  do  jakiego  przywykła  i  przy  którym  czuła  się  bezpieczna.  Niespokojnego  ducha, 

który  zdeptał  wszystkie  trakty  gdzieś  u  wybrzeży  Morza  Białego  i  który  nigdy  nie  usiłował 

udawać kogoś innego. 

-  Mam  oczy  na  właściwym  miejscu  -  oznajmił  zadowolony.  -  I  umiem  wyłowić  z 

tłumu piękne kobiety. To jest kolor dla ciebie! To kolor dla Carycy! 

- Wolałabym, żebyś mnie tak nie nazywał, Wasiliju! 

- Cha, cha, zarumieniłaś się Raiju - Raiso. - Zaśmiał się gromko. - Naprawdę oblałaś 

się  rumieńcem.  Nie  tylko  ja  cię  tak  nazywam.  W  Archangielsku  i  w  większości  portów  nad 

Morzem Białym masz wielu wielbicieli, moja piękna. Wszyscy tam słyszeli o tobie... 

- Powtarzam, że nie życzę sobie, żebyś mnie tak nazywał - rzekła Rai ja cicho. 

- Przyjmiesz prezent? 

Raija  milczała  przez  chwilę,  wreszcie  pokiwała  głową.  Bardzo  chciała  zatrzymać  ten 

materiał, który zdawał się być utkany jakby specjalnie dla niej. Wiedziała, że w tym kolorze 

będzie  jej  pięknie.  Nie  grzeszyła  fałszywą  skromnością,  przynajmniej  przed  samą  sobą  nie 

udawała. 

- Jak ci mogę podziękować? - zapytała, uchwyciwszy spojrzenie Wasilija. - To nazbyt 

drogi prezent - dodała. - Coś takiego ofiarowuje się żonie... 

Nie powinna była tego mówić. Jego oczy momentalnie zasnuły się mgłą. 

- Twój mąż nie jest już marynarzem - rzekł z uśmiechem, starając się nie dopuścić, by 

rozmowa  zeszła  na  niebezpieczne  tory.  -  Pozwól  więc,  by  zamorskimi  prezentami 

obdarowywał  cię  któryś  z  twoich  najlepszych  przyjaciół.  Dlaczego  miałabyś  cierpieć  z 

powodu decyzji Jewgienija, który postanowił zostać szczurem lądowym? 

Zaśmiała się, wdzięczna, że rozładował napięcie. 

- W każdym razie całus ci się należy! - oznajmiła i zarzuciwszy mu na szyję ramiona, 

wycałowała w oba policzki. 

Kiedy jednak odsunęła się, on uchwycił jej dłonie i położył delikatnie na swojej piersi. 

Długo spoglądał w oczy Raiji z taką powagą, że aż serce ścisnęło jej się z żalu nad nim. 

background image

Zaraz  jednak  uśmiechnął  się  prowokująco,  tak  jak  zwykł  się  uśmiechać  Wasilij  - 

uwodziciel, pogromca kobiecych serc, i z diabelskim błyskiem w oku przytrzymał ją mocniej. 

Pochylił się i dotknął delikatnie ustami jej warg. 

-  Jeśli  uszyjesz  sobie  z  tego  materiału  suknię,  Caryco  -  rzekł  -  to  będzie  dla  mnie 

wystarczające  podziękowanie,  rozumiesz?  Może  kiedyś  tak  wystrojona  zechcesz  ze  mną 

zatańczyć? 

Nie odpowiedziała. Odwróciła się do niego plecami i dokładnie zawinęła materiał. Nie 

miała odwagi spojrzeć na Wasilija. 

Napięcie między nimi zdążyło zelżeć, nim wrócił Jewgienij. Zmarznięty, otoczył Raiję 

ramieniem i przytulił do siebie. 

-  Szczęśliwy  mąż,  który  w  chłodne  dni  może  ugrzać  się  przy  gorącej  żonie  - 

zażartował, a Wasilij zawtórował mu śmiechem. 

Raija zastanawiała się, czy Jewgienij widział, jak Wasilij ją pocałował. W kuchni było 

dość jasno, a oni stali przy oknie widocznym ze stajni. 

-  Mówiłem  ci,  że  Wasilij  zostanie  u  nas  do  jutra?  -  rzucił  Jewgienij  z  pozorną 

swobodą. 

Raija  nabrała  podejrzeń,  że  mąż  celowo  nie  powiedział  jej  o  tym  wcześniej. 

Najwyraźniej bolało go, że jego żona jest obiektem tęsknot innego mężczyzny. 

- No cóż, na kuchennej ławie nocowało już wielu przed Wasilijem - odparła obojętnie. 

- Nie zmarzniesz tu - zwróciła się do gościa - jeśli nie zapomnisz dorzucić do ognia, gdy się 

przebudzisz. 

Uśmiechnął  się  krzywo.  Nadal  miał  w  spojrzeniu  coś  z  nieokrzesanego  chłopaka, 

którego reakcje trudno przewidzieć. I taki Wasilij budził w Raiji zaufanie. 

Bardziej niepewnie czuła się wobec Wasilija, który nie żartował ze wszystkiego. 

- Muszę zapamiętać na przyszłą zimę, co mówiłeś o zaletach posiadania gorącej żony - 

rzekł Wasilij do Jewgienija, kiedy już zasiadł przy stole i posilał się ciepłą zupą ugotowaną na 

kaszy i rybie. - A zresztą, czy to koniecznie musi być żona? - zastanawiał się z uśmiechem. - 

Wymagałoby to ode mnie podejmowania jakichś  zobowiązań, a ja  chyba  nie jestem do tego 

stworzony. 

-  Ciebie  rozgrzeje  każda  kobieta,  wszystko  jedno,  twoja  czy  cudza  żona  -  rzucił 

niebacznie Jewgienij. 

Wasilij na szczęście przyjął to śmiechem. Raija zastygła na moment, a spojrzawszy na 

męża, dostrzegła w jego oczach zakłopotanie. Z pewnością zrozumiał, że popełnił gafę. 

Wasilij, nie pozostając dłużny, odpowiedział Jewgienijowi w tym samym tonie: 

background image

- Nie wierzę, byś ulitował się nad biedakiem i użyczył mu swojej żony! 

- Słusznie się domyślasz - odparła Raija w imieniu Jewgienija. - I tylko nie mów: „Co 

szkodzi spróbować?”, bo wyląduje ci na głowie miska z zupą... 

-  Nawet  wtedy  wiele  kobiet  by  uznało,  że  jestem  ogromnie  przystojny  -  odciął  się 

Wasilij z poważną miną, ale  w kącikach jego ust czaił się uśmiech. Był tak rozbrajający, że 

trudno się było na niego gniewać. 

Raija  przygotowała  gościowi  posłanie  w  kuchni.  Życząc  mu  dobrej  nocy,  ledwie  się 

powstrzymała, by nie przypomnieć, aby przed snem skręcił lampę. Nie chciała mu matkować. 

Przez całe życie radził sobie sam, nie potrzebował niańki. 

W  sypialni  było  jasno.  Mieli  dwie  lampy  każde  przy  swojej  stronie  łoża,  głównie 

dlatego,  że  Jewgienij  często  brał  do  łóżka  papiery,  ze  śmiechem  twierdząc,  że  łączy 

przyjemne z pożytecznym. 

Nie  śpieszył  się,  by  okryć  się  pledem,  mimo  że  w  izbie  było  trochę  chłodno.  Raija 

zwlekała  z  podłożeniem  do  pieca.  Wielki  kaflowy  piec  długo  utrzymywał  ciepło.  Jeśli 

napaliła w nim późno, czasem był ciepły aż do następnego wieczoru. Tym sposobem więc nie 

musiała palić częściej niż co drugi dzień. 

- Dziś znowu oszczędzałaś drewna - zauważył Jewgienij, wkładając do pieca ostatnie 

polana. 

- Wychowałam się w biedzie - odparła Raija z przekonaniem. 

Dziwne, pomyślał Jewgienij, mogła się tego tylko domyślać, bo przecież jej przeszłość 

nadal przysłaniała mroczna zasłona. 

-  Nie  musimy  oszczędzać  -  zapewnił  i  pogłaskał  żonę  po  policzku.  Stanął  przy  niej 

boso, w samych tylko spodniach. Nie krępował się pokazywać rozebrany. Kikut po utraconej 

ręce  nie  budził  w  Raiji  wstrętu  ani  współczucia.  Takiego  Jewgienija  pokochała.  Nigdy  nie 

próbowała wyobrazić go sobie z parą rąk. 

- Nie jesteśmy ubodzy, Raiju. Możemy sobie pozwolić na to, by ogrzewać nasz dom. 

Raija wiedziała, że to prawda. Ale nawyk oszczędzania był od niej silniejszy. Już taką 

miała naturę, nie lubiła zbytku. Łatała odzież, póki nadawała się do użytku. Należało to do tej 

części jej dziedzictwa, której nie była w stanie odtworzyć w pamięci. 

Jewgienij  pogładził  żonę  po  głowie,  wyjął  spinki  i  rozpuścił  upięte  za  dnia  w  kok 

włosy. 

-  Nie  zaplataj  ich  na  noc  -  poprosił  cicho.  Rai  ja  dostrzegła  w  oczach  Jewgienija 

odbijający  się  blask  płomienia.  Odchyliła  głowę  i  przyjęła  jego  pocałunki.  Nie  rozumiała 

kobiet,  które  twierdziły,  że  mężowie  wraz  z  upływem  lat  stają  się  nudni.  Nie  podzielała 

background image

poglądu,  że  ludzie  z  czasem  przestają  być  dla  siebie  atrakcyjni.  Jewgienij  nigdy  jej  się  nie 

znudził.  Jego  wyszukane  pocałunki  i  wyrafinowane  pieszczoty  ciągle  na  nowo  ją 

fascynowały. 

-  Nie  chcę,  żebyśmy  się  dziś  nakrywali  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Pragnę  na  ciebie 

patrzeć,  czuć  twoją  bliskość  i  twój  zapach.  Smakować  cię,  ukochana  Raiju.  Kiedy  będę 

kochał się z moją żoną, nie chcę, by cokolwiek umknęło moim zmysłom... 

- Miejmy nadzieję, że wybrałeś sobie żonę, przy której nie zmarzniesz - zażartowała, 

gdy on przewrócił ją na łóżko i zaczął rozbierać z wełnianych pończoch. 

Udawali,  że  walczą  ze  sobą,  ale  tak  naprawdę  nikomu  nie  zależało  na  wygranej. 

Ś

ciągali  z  siebie  części  garderoby,  a  kiedy  już  się  ich  pozbyli,  nie  czuli  chłodu,  rozgrzani 

radosną  zabawą.  Nie  panując  dłużej  nad  ogarniającym  ich  pożądaniem,  złączyli  swe  ciała, 

które  idealnie  do  siebie  pasowały.  Stali  się  rozżarzoną  skórą,  ustami,  które  całują,  dłońmi, 

które  pieszczotą  doprowadzają  do  szczytu  rozkoszy.  Stali  się  otulającymi  ramionami, 

zapachami, podniecającymi smakami, które napełniają drugiego radością. 

Nawet  wówczas  kiedy  leżeli  obok  siebie  znużeni,  ze  splecionymi  dłońmi,  nie  był  to 

koniec ich bliskości. Chłonęli ciszę. Gładzili swe gorące policzki, odgarniali z czoła mokre od 

potu  włosy.  Całowali  się  czule  także  wówczas,  gdy  ekstaza  minęła.  Gawędzili,  śmiali  się, 

ż

artowali z sobie tylko wiadomych spraw. Następowało wyciszenie. 

Kiedy  spokój  na  nowo  ogarnął  ich  ciała,  znużeni  zebrali  rozrzucone  po  podłodze 

ubrania. Zakładając nocne koszule, uśmiechali się do siebie ciepło. 

- Kocham cię - powiedział Jewgienij i zgasił lampę. 

Raija wyznała mu to samo. 

Panowała między nimi cudowna harmonia. 

Ale  nim  Raija  zasnęła,  zauważyła  smugę  światła  w  drzwiach  do  kuchni.  Zawsze 

zostawiali je uchylone, aby ciepło kuchenne ogrzewało niewielki korytarzyk. Raija nie miała 

jednak pojęcia, że otwarte na oścież pozostały również drzwi do ich sypialni. 

Ostatni wchodził Jewgienij. 

Czy specjalnie nie zamknął za sobą drzwi? 

Celowo kochał się z nią tak namiętnie, wiedząc, że w kuchni będzie ich słychać? 

Myśli  te  rozpłynęły  się  z  wolna,  by  następnego  ranka  pozostać  jedynie  mglistym 

wspomnieniem. 

background image

Ranek  był  chłodny,  ale  pogodny,  jak  to  zwykle  poranki  u  ujścia  Dwiny.  Niebo 

zabarwiło  się  różową  poświatą.  Słońce,  skryte  za  miękką  pierzynką  chmur,  świeciło  blado. 

Pozbawione  gorących  promieni,  nie  zdołało  ogrzać  nawet  zewnętrznej  warstwy  zamarz-

niętego gruntu. 

Już  kilkakrotnie  śnieg  przysypał  ziemię  cienką  warstwą  misternych  gwiazdek.  Tego 

ranka  szron  przystroił  każde  źdźbło,  każdą  najmniejszą  nawet  przywiędłą  roślinkę  i  każdy 

kamień. 

Rai  ja  pośród  gwaru  przypominającego  nieco  krzyk  dzikich  mew  powitała  nowy 

dzień.  Michaił  i  Olga  hałasowali  wypoczęci,  ogień  w  piecu  pożerał  z  trzaskiem  drewniane 

polana. Saganek z kaszą pobrzękiwał za każdym razem, gdy ktoś podnosił pokrywkę. Czajnik 

z  kawą  pobrzmiewał  po  swojemu,  a  stołki  szurały  o  skrzypiącą  kuchenną  podłogę.  Do  tego 

chóru włączała się zwykle ona i Jewgienij. Ich dorosłe głosy usiłowały przekrzyczeć wysokie 

tony głosików dziecięcych. A dziś rozlegał się jeszcze głos Wasilija. 

Doznawała dziwnych uczuć, słysząc go o tej porze dnia. Przecież Wasilij do nich nie 

należał!  Nie  przywykła  go  mieć  na  wyciągnięcie  ręki,  siedzącego  przy  tym  samym  stole, 

jedzącego  ugotowaną  przez  nią  kaszę.  Był  obcy  na  tle  okna,  które  już  powinna  wymyć,  by 

lśniło  czystością,  gdy  nadejdzie  zima.  By  błyszczało  jak  lód  na  Dwinie.  Lubiła  widzieć 

wyraźnie, co się wokół niej dzieje, sycić się wrażeniami, kiedy zasiądzie przy krosnach. Miała 

nadzieję, że zimową porą czas jej na to pozwoli. 

- Pozostał nam jeszcze rozładunek ryb - odezwał się Jewgienij, marszcząc nos. 

-  Na  szczęście  większość  transportu  odjedzie  w  głąb  lądu  -  odparł  ze  śmiechem 

Wasilij.  -  Pozbędziemy  się  ryb  i  smrodu.  Dla  nas  zostawiłem  beczki  z  najlepszymi  rybami. 

Może to nie najuczciwsze, ale dość już mam jedzenia tego świństwa, jakie podawano nam na 

statku. 

-  Od  lat  taki  jest  przywilej  armatorów  i  kapitanów  -  rzucił  oschle  Jewgienij.  -  Cóż, 

jesteśmy  tylko  ludźmi.  Kiedy  człowiek  jest  biedny,  łatwiej  mu  postępować  uczciwie.  Ale 

kiedy  otwierają  się  przed  nim  możliwości,  to  w  gruncie  rzeczy  trudniej  mu  wówczas  żyć  i 

postępować  zgodnie  z  ideałami,  w  jakie  wierzył.  -  Skrzywił  się.  -  Nie  oszukuję  siebie  i 

potrafię  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Tylko  jednej  Raiji  bogactwo  nie  zepsuło.  Ona  nawet  nie 

chce żadnej biżuterii. 

Raija poczuła ukłucie w sercu. 

background image

Zaraz nawiąże do podarunku od Wasilija, pomyślała. 

Ale  Jewgienij,  o  dziwo,  nic  o  tym  nie  wspomniał.  Razem  z  Wasilijem  ciągnęli 

pogawędkę o handlarzach z głębi lądu, oczekiwanych tego bądź następnego dnia, o cenach i o 

tym, komu można ufać, a komu nie. Typowo męska rozmowa. 

Słuchała  jednym  uchem,  równocześnie  karmiąc  Misze  i  Olgę.  Na  nic  się  zdało 

zaciskanie ust. Raija zagadywała i rozśmieszała dzieciaki, by podstępnie wkładać im do buzi 

łyżkę z jedzeniem, a potem kazać łykać - za mamusię, za tatusia, za Wasilija... 

Wreszcie miski były puste, a dzieci najedzone. 

Raija umyła pulchne buzie, po czym sięgnęła po ubrania. 

- A ty dokąd? - zapytał Jewgienij, wyraźnie zaskoczony. 

-  Jadę  razem  z  wami  do  Archangielska  -  odpowiedziała,  wzruszając  ramionami.  - 

Zaniosę  materiał  do  krawcowej.  Kiedy  będziemy  świętować  przybycie  do  portu  wszystkich 

statków, chcę wystąpić w nowej sukience. 

Jewgienijowi drgnęły lekko usta, ale nie mógł zaprotestować. 

Raija uznała, że nie należy odkładać tej sprawy na później, chociaż wiedziała, że mąż 

tego  nie  akceptuje.  Uczyniła  to  z  premedytacją,  bo  przemilczanie  oznaczałoby  dla  niego 

jeszcze większą udrękę. Jewgienij przecież zorientował się, jak bardzo ucieszył ją prezent od 

Wasilija.  Jej  radość  sprawiła  Jewgienijowi  przykrość,  a  teraz  jeszcze  te  słowa  o  nowej 

sukience... 

Ale  Raija  właśnie  w  ten  sposób  dawała  mężowi  do  zrozumienia,  że  nie  zamierza 

chować na dnie kufra pięknej tkaniny i pozwolić na to, by stała się kością niezgody. 

Nie  zamierzała  spoglądać  po  kryjomu  na  podarunek  od  przyjaciela.  Wolała,  by  z 

tkaniny powstała suknia, którą mogłaby nosić. 

Jewgienij z pewnością to zrozumie. Kto miłuje prawdziwie, potrafi zdobyć się na taką 

wspaniałomyślność. 

Kochała go na tyle, by dać mu czas na przemyślenie całej sprawy. 

Wzrokiem  szukała  Jewgienija,  nie  Wasilija.  Jemu  chciała  pokazać,  że  jest  dla  niej 

najważniejszy. Żaden kawałek materiału, choćby nawet nie wiadomo jaki piękny, nie był tego 

w stanie zmienić. Odczuwała przykrość, widząc tę niepewność męża, bo znaczyło to, że wątpi 

w jej uczucia, a coś takiego nie powinno mieć między nimi miejsca. 

Może  jednak  mimo  wszystko  Jewgienij  pojął  jej  intencje,  bo  jego  szczupła  twarz 

złagodniała, a usta rozchyliły się w szczerym uśmiechu. Dojrzała w jego oczach ciepło. 

A zatem zdobył się na wielkoduszność, która pozwoliła zrozumieć mu nie tylko żonę, 

ale także Wasilija. Miłość Raiji wynagradzała Jewgienijowi wszystko. 

background image

Jewgienij  zabrał  Misze  ze  sobą  do  portu.  Jego  kobiety  mogły  w  spokoju  udać  się  do 

krawcowej. 

Codzienną  odzież  Raija  szyła  sama.  Choć  brakowało  jej  zręczności  i  nie  lubiła  tego 

zajęcia,  nie  wykręcała  się  jednak  od  szycia,  bo  zlecanie  go  innym  uważała  za  rozrzutność. 

Jednak do drogich tkanin nie miała odwagi zbliżyć się z nożycami. 

W Archangielsku nie brakowało kobiet, które utrzymywały się z szycia. Raija jednak 

nie  korzystała  z  ich  usług.  Znała  bowiem  żonę  pewnego  marynarza,  pływającego  na  statku 

„Raija”, która potrafiła wyczarować za pomocą igły i nici prawdziwe cuda. Jej też dodatkowy 

zarobek bardzo się przydawał. 

Mieszkała  w  wąskim  zaułku  tuż  przy  porcie,  a  w  jej  ciasnej  izbie  roiło  się  od 

dzieciarni.  Raija  dobrze  wiedziała,  że  żony  urzędników  nie  miałyby  odwagi  tu  przyjść, 

obawiając  się,  że  mogłyby  sobie  ubrudzić  buty,  nie  wspominając  o  czyhających  tu 

choróbskach. 

Najbardziej  chyba  jednak  lękały  się  ludzi,  żyjących  w  takiej  nędzy,  rozbojów,  które, 

jak  sądziły,  w  ciasnych  uliczkach  portowych  zdarzały  się  codziennie.  Niektóre  zaś  damy  po 

prostu  odczuwały  wstyd  i  krępowały  się  obnosić  ze  swą  zamożnością  wśród  tutejszych 

biedaków. 

Rai  ja  zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  samej  powodzi  się  znacznie  lepiej  niż 

mieszkańcom tej części miasta, ale nigdy wśród nich nie czuła się obco. Ludzie uśmiechali się 

do  niej,  a  ona  do  nich.  Pozdrawiali  ją,  zagadywali.  Spotykała  takich,  którzy  gotowi  byli 

dzielić się z nią nawet ostatnim kęsem czerstwego chleba, na którym nigdy im nie zbywało. 

W ten sposób dawali jej do zrozumienia, że uznają Raiję Bykową za swoją carycę, ale 

równocześnie uprościli jej trudne imię, nazywając po swojemu Raisą. 

Raija zapukała do drzwi Eleny i otworzyła dopiero, gdy usłyszała zaproszenie. Trochę 

wystraszona  Olga  trzymała  się  jej  kurczowo  za  rękę.  Była  tu  już  kiedyś  i  zapamiętała 

rozkrzyczane  dzieci,  które  popychały  się  i  biegały  gdzie  popadło.  Ich  mama  pewnie 

przywykła do tego, bo w ogóle nie zwracała im uwagi. 

Kobiety  przywitały  się  i  pogawędziły  przez  chwilę  o  tym  i  o  owym.  Olga,  która 

szybko  wyzbyła  się  nieśmiałości,  zaraz  dołączyła  do  dzieci  Eleny.  Raija  siadła  przy  stole  i 

pokazała  materiał,  z  którym  przyszła.  Elenie  aż  zaparło  dech  z  wrażenia  i  z  prawdziwym 

namaszczeniem pogładziła miękką tkaninę swoimi spracowanymi dłońmi. 

-  Zupełnie  jak  niebo  w  pogodny  letni  dzień  -  westchnęła  pełna  nabożeństwa.  -  Jak 

niebo, Raiso. Jak ci w nim pięknie - cmoknęła z uznaniem, przyłożywszy materiał do twarzy 

Raiji. - Mnie w takim kolorze nie byłoby dobrze - dodała. 

background image

Mijała  się  z  prawdą,  bo  lazurowa  barwa  pasowałaby  do  jej  jasnoblond  włosów.  Tyle 

tylko,  że  uboga  żona  prostego  marynarza  nie  mogła  pozwolić  sobie  na  tak  elegancki  strój. 

Raija  to  co  innego.  Bo  chociaż  czasami  nawet  przez  kilka  godzin  gawędziła  z  Eleną  w  jej 

ciasnej kuchni, była żoną armatora. 

Elena przymknęła oczy i wyobraziła sobie suknię godną księżniczki, jaką  postara się 

uszyć dla Raiji. 

- Spódnica będzie suto marszczona - oznajmiła rozmarzona. - Ściągnięta w talii, a góra 

z  głębokim  dekoltem.  Tobie  będzie  pasować  taki  fason,  masz  odpowiedni  biust.  Nie  to  co 

niektóre paniusie. Czasami dekolty odsłaniają obwisłe piersi przypominające zmięty papier. 

Elena roześmiała się, a Raija jej zawtórowała. 

-  Chcę  mieć  coś  zupełnie  prostego  -  odezwała  się  po  chwili  i  żywo  gestykulując, 

wyjaśniła,  o  co  jej  chodzi.  -  Krótki  stan,  odcięta  tuż  pod  biustem,  dół  ze  skosu.  Pod  szyją 

okrągły dekolt nawet w połowie nie tak duży, jak sobie wyobrażasz... 

Znów  wybuchnęły  obie  śmiechem.  Mrugnęły  znacząco,  dobrze  wiedząc,  na  co 

zwracają  uwagę  mężczyźni.  Pod  pewnymi  względami  ich  mężowie  nie  różnili  się  od  siebie, 

choć jeden był armatorem, a drugi prostym marynarzem. 

Elena  w  końcu  przystała  na  wymyślony  przez  Raiję  fason  sukienki  i  uzgodniły 

szczegóły. 

-  Tkanina  sama  w  sobie  jest  tak  piękna,  że  suknia  musi  być  prosta,  żeby  uniknąć 

przesady  -  rzuciła  na  koniec  Raija.  -  Zresztą  przecież  nie  wybieram  się  na  dwór  do 

Petersburga. 

Elena  wpadła  na  pomysł,  żeby  sukienkę  dla  Olgi  uszyć  identycznie,  Raija  jednak 

przekonała ją, by w tym przypadku nie żałowała falbanek... 

- Masz, Raiju, wspaniałego męża - stwierdziła Elena. - Nie wszyscy są tacy hojni. 

Raija zarumieniła się lekko. Czuła się trochę niezręcznie, ale równocześnie pomyślała, 

ż

e nie powinna przemilczeć prawdy. 

- Dostałam ten materiał od Wasilija - wyznała. 

- No wiesz - wyrwało się Elenie. - Nie sądziłam, że coś cię z nim łączy... 

-  Wasilij  jest  moim  przyjacielem  -  powiedziała  cicho  Raija.  -  A  także  przyjacielem 

Jewgienija. 

Elena uwierzyła jej. Domyśliła się też, że Wasilij chciał się Raiji odwdzięczyć, bo w 

końcu  nie  wszyscy  marynarze  mają  tyle  szczęścia,  by  zostać  kapitanem  dużego  statku 

handlowego,  przynajmniej  nie  tak  łatwo,  jak  zdarzyło  się  Wasilijowi.  Mimo  to  pokręciła 

głową. 

background image

- Trudno mi sobie wyobrazić, żeby mój stary pozwolił któremuś ze swoich kompanów 

podarować  mi  materiał  na  suknię.  Raczej  stłukłby  mnie  na  kwaśne  jabłko,  tak  że  miałabym 

siniaki w niebieskim kolorze, droga Raiso! Ale ty to co innego. 

Raija uśmiechnęła się. 

Rzeczywiście różniła się od innych kobiet. Było w niej coś osobliwego, co czyniło ją 

odmienną  od  wszystkich.  Gdyby  życie  nie  ułożyło  się  po  jej  myśli,  z  pewnością  potrafiłaby 

nawet odejść od męża tak jak Tonią. 

Tak, Raija mogła przyjaźnić się z mężczyzną. 

- Nikomu o tym nie powiem - zapewniła Elena, choć Raija wcale jej o to nie prosiła. 

Uznała,  że  skoro  Raija  nie  ukrywa  niczego,  to  znaczy,  że  nie  ma  nic  do  ukrycia,  ale 

wiedziała, że nie wszyscy tak by to przyjęli i dlatego postanowiła trzymać język za zębami. 

Długo  przyglądała  się  tkaninie,  wreszcie  złożyła  ją  i  z  czcią  zawinęła  w  brązowy 

papier. Nie musiała zdejmować z Raiji miary, nie pierwszy raz dla niej szyła. A jeśli coś nie 

będzie dobrze leżeć, poprawi podczas przymiarki. 

Elena milczała przez chwilę, ale na jej szczupłej twarzy pojawił się znaczący uśmiech. 

Nieregularne surowe rysy łagodniały, gdy się śmiała; wydawała się wówczas niemal piękna. 

- On chyba jednak ciebie kocha, Raiso - odezwała się z żarem w oczach. 

Rai ja skrzywiła się, ale przyznała niechętnie: 

- Może... 

- Może! - zaśmiała się Elena - Powiadasz: „może”, a tymczasem Dagnija wierzy, że w 

końcu jej cierpliwość zostanie wynagrodzona i on się z nią ożeni. A ile młodych dziewcząt z 

ubogich chat o nim marzy! Uważają, że jest wspaniałym kandydatem na męża. Tutejszy, ale 

stać  go  na  utrzymanie  rodziny.  Mój  Boże,  jak  to  jest,  zachodzi  do  Dagniji,  pomaga  jej 

dzieciom, ale materiał na suknię kupuje tobie. - Elena nie mogła się powstrzymać od śmiechu. 

- Chyba rzeczywiście nie można mieć wszystkiego - zastanawiała się dalej. 

-  Ja  mam  wszystko  -  odrzekła  Raija,  kończąc  ubierać  Olgę.  -  Mam  wszystko,  czego 

pragnę - powtórzyła. - I jestem szczęśliwa. 

Elena  odgarnęła  włosy  z  czoła  i  gwałtownie  powróciła  do  rzeczywistości,  do  swej 

lichej izby. Przez moment miała Raiję na wyciągnięcie ręki, ale ona pojawiła się tu tylko na 

chwilę i zaraz powróci do swojego świata. 

Raija  dyskretnie  wyjęła  z  koszyka  zapakowaną  w  płótno  paczuszkę.  Zawsze  coś 

przynosiła Elenie, ale nigdy o tym nie rozmawiały. Panowała między nimi cicha umowa, że 

Raija  nie  mówi,  co  przyniosła,  a  Elena  nie  dziękuje.  Obie,  skrępowane  sytuacją,  wolały  to 

background image

załatwiać  w  taki  właśnie  sposób.  Wyrzucały  później  z  pamięci  tę  chwilę,  jakby  nic  się  nie 

zdarzyło. 

Nie  chodziło  zresztą  o  litość,  ale  o  zwykły  ludzki  odruch.  Raija  była  przekonana,  że 

gdyby Elena miała się czym dzielić, czyniłaby tak samo. 

Raija właśnie miała wychodzić, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i na progu stanął 

zdyszany chłopak. 

-  Jest  tutaj...  Caryca?  -  wydusił  z  siebie  z  przerażeniem  w  oczach,  a  zauważywszy 

Raiję, zawołał: - Nieszczęście, pani Bykowa... w porcie... 

Raija porwała Olgę na ręce, nie zdążywszy nawet zarzucić na siebie peleryny. Okrycie 

trzymała Olga. 

-  Kto?  -  niemal  krzyknęła  Raija,  a  chłopiec  pobladł  i  cofnął  się,  choć  wciąż  nie 

spuszczał  z  niej  wzroku.  Widząc  lęk  w  twarzy  tej  kobiety  nie  wiedział,  jak  wyjawić  jej 

straszną  wieść.  Pokręcił  tylko  głową  i  bez  słowa  wskazał  ręką  w  stronę  oświetlonego 

nabrzeża. 

Raija pobiegła. 

Zanim  dotarła  na  miejsce,  domyśliła  się,  że  chodzi  o  kogoś  z  jej  bliskich.  Biegła 

oślepiona łzami, nie zwracała uwagi na to, że kok na karku rozpadł się i włosy unoszą się za 

nią jak chmura. Potykała się w niewygodnych butach i nawet skręciła nogę w kostce. Ani na 

moment jednak nie zwalniając, dotarła wreszcie do portu. 

Na  nabrzeżu,  w  miejscu,  gdzie  zacumował  żaglowiec  noszący  jej  imię,  Raija 

dostrzegła tłum. Ruszyła pędem w tę stronę, a zgromadzeni gapie, poznawszy ją, rozstąpili się 

i  przepuścili  naprzód.  Pojawiła  się  niczym  anioł  z  opowieści,  jakie  o  niej  krążyły. 

Rozpuszczone,  czarne  jak  smoła  włosy  opadały  jej  na  plecy,  a  poły  peleryny  łopotały  na 

wietrze niczym żagiel. Gorąco jej w tej chwili współczuli. 

Jewgienij podniósł się ciężko i bez słowa przygarnął żonę na krótką chwilę, po czym 

wziął  na  ręce  Olgę  i  odwrócił  twarz  dziewczynki  do  swej  piersi.  Mała  nie  sprzeciwiła  się. 

Przeciwnie, naciągnęła na głowę pelerynę, żeby nie patrzeć. Raija postąpiła krok do przodu i 

upadła na kolana. Poczuła chłód ciągnący od drewnianej kei. Popatrzyła na leżących, a potem 

podniosła  wzrok  na  Jewgienija.  Ogarnęła  spojrzeniem  zgromadzony  tłum.  Usiłowała 

uchwycić spojrzenia gapiów, ale wszyscy opuszczali wzrok. 

Czego od niej oczekują? 

Czego, u diabła, spodziewają się po niej? 

Czy  powinna  uderzyć  w  bolesny  lament,  by  zadowolić  przypatrujących  się?  A  może 

uczynić cud? 

background image

- Trzeba ich wnieść do chaty - rzekła. - Bo zamarzną tu na śmierć. 

Raija przestała dostrzegać rozbiegane spojrzenia i drżące usta gapiów. 

Szarpnęła  beczki  i  odsunęła  je  na  bok,  po  czym  odgarnęła  solone  ryby,  które 

przysypały  syna.  Zobaczyła  krew,  mnóstwo  krwi.  Odór  nadpsutych,  pokrytych  białożółtym 

mazistym  nalotem  ryb  omal  nie  wywołał  u  niej  torsji.  Przełykała  ślinę,  by  powstrzymać 

mdłości. 

Jej dziecko leżało pod tym świństwem! 

Nie umarł! Misza nie mógł tak po prostu umrzeć! dudniło jej w głowie. 

Zgromadzeni wokół ludzie wreszcie zmobilizowali się do działania. 

Wcześniej  zdawało  im  się,  że  jest  już  za  późno  na  ratunek.  Nie  wierzyli,  że 

przywalony stosem ryb chłopiec zdołał przeżyć. 

Michaił bawił się na nabrzeżu. Udało mu się uśpić czujność ojca i Wasilija i wymknął 

się spod ich kurateli. Biegał co sił w nogach między ustawionymi jedna na drugiej beczkami, 

które  wyładowywano  z  „Raiji”.  Na  nabrzeżu  czekały  już  wozy,  na  które  miano  załadować 

beczki z rybami i zawieźć je w głąb lądu. 

Chłopiec  był  bardzo  szybki  i  wszystko  go  ciekawiło.  Wszędzie  było  go  pełno. 

Robotnicy  pracujący  przy  rozładunku  nie  zauważyli  go.  W  chwili  gdy  opuszczali  kolejną 

beczkę ze statku na nabrzeże, żaden z nich nie pomyślał nawet o Michaile. 

Tylko Wasilij dostrzegł kątem oka chłopca i gwałtownie rzucił się do przodu. 

Za  późno.  Zdążył  tylko  osłonić  małego  własnym  ciałem,  gdy  spadająca  beczka 

uderzyła w ustawiony na lądzie stos innych, które potoczyły się prosto na nich. 

Nikt  ze  zgromadzonych  nie  miał  nawet  cienia  nadziei,  że  obaj  poszkodowani  uszli  z 

wypadku  z  życiem.  Dopiero  kiedy  przybiegła  Raija,  zaczęli  odsuwać  strzaskane  beczki  i 

rozgrzebywać stos ryb. Sól wżerała im się w gołe ręce, ale oni nie ustawali w wysiłkach, póki 

nie wydobyli poszkodowanych. 

Raija sama podniosła syna. 

Z głowy dziecka ciekła krew. 

Spodnie były czerwone od krwi. 

Raija  przygarnęła  małego  do  siebie.  Czuła  się  tak,  jakby  nagle  została  pozbawiona 

własnego ciała. Słyszała tylko swoje myśli, a właściwie jedną: Michaił nie może umrzeć. 

Szła  przed  siebie,  nie  wiedząc,  dokąd  idzie.  Ocknęła  się  dopiero  wtedy,  gdy  stanęła 

przed  drzwiami  chaty  Olega  i  Toni.  Ze  stajni  wyszedł  stajenny  i  patrząc  na  nią  z 

przerażeniem, odnalazł klucz i bez słowa wpuści! Raiję z dzieckiem do pustego domu. 

background image

W  środku  panował  chłód  i  unosił  się  zapach  stęchlizny,  ale  Raija  nie  zwróciła  na  to 

uwagi. Położyła syna na ławie obok solidnego stołu. 

Usłyszała, że stajenny rozpala w piecu. 

Przyłożywszy policzek do ust Michaiła, poczuła słaby oddech. 

Ż

yje! 

Wszystko inne wydało jej się błahostką. Najważniejsze, że Misza żyje. Ucieszyła się, 

ż

e zobaczy, jak jej syn dorasta, jak jego twarz pokryje się ciemnym zarostem, zmarszczkami. 

Będzie miał dzieci, a ona wnuki. 

Jej Misza nie umrze. 

Raija  przecięła  nożem  nogawkę  spodni  chłopca,  żeby  odsłonić  ranę.  Noga  była 

dziwnie  wykręcona,  chyba  złamana.  Raija  nie  miała  odwagi  jej  ruszać.  Oddarła  z  halki 

kawałek  materiału  i  zakryła  krwawiącą  nogę,  a  drugim  skrawkiem  płótna  owinęła  głowę 

chłopca. Rana na głowie mocno krwawiła, ale nie była głęboka. Raija powoli się uspokajała. 

Na  drzwiach  wniesiono  Wasilija,  który  odzyskał  już  przytomność.  Na  jego  twarzy 

malowało się cierpienie. 

- Próbowałem - jęknął, kiedy przenosili go obok stołu. 

Podniosła na moment wzrok. 

- On żyje - odrzekła z pewnością w głosie, ale już nie dosłyszała odpowiedzi Wasilija, 

bo umieszczono go w alkierzu. 

Zaraz też zjawił się Jewgienij. Przyszedł bez Olgi. Nareszcie byli we dwoje. 

- On żyje - powtórzyła, na moment odwracając do męża twarz. 

Jewgienij  otoczył  Raiję  ramieniem  i  przygarnął  do  siebie,  starając  się  napełnić  ją 

ciepłem, spokojem i poczuciem bezpieczeństwa, chociaż w głębi serca czuł się bezsilny. 

- Posłałem po doktora - oznajmił cicho. - Kazałem powiedzieć, że armator Byków go 

potrzebuje. Jeśli się nie zjawi, to go zabiję. 

Raija cały czas trzymała dłonie na głowie dziecka. Próbowała tego od momentu, gdy 

wydobyła  Michaiła  spod  warstwy  ryb.  Usiłowała  przywołać  siłę,  która  pozwoliła  uzdrawiać 

jej innych. 

Daremnie. 

- Nie mogę nic zdziałać - wyszeptała. - Nie mogę, Jewgieniju, nic dla niego zrobić... 

Jewgienij przytulił ją mocno i rzekł: 

- Poczekamy na doktora. 

background image

Doktor przyjechał szybko. Ten człowiek nieczęsto pojawiał się w dzielnicy portowej, 

Raija widziała go tu po raz pierwszy. Nie zapamiętała jednak jego twarzy, bo tylko przelotnie 

spojrzała  na  niego  przy  powitaniu,  bojąc  się  na  dłużej  oderwać  wzrok  od  Michaiła. 

Zapamiętała natomiast jego wąskie, białe dłonie i głos, choć nie brzmiał jakoś szczególnie. 

Doktor mówił powoli, cedząc słowa, jakby sądził, że inaczej nie zostanie zrozumiany. 

Raija  z  dezaprobatą  śledziła  jego  poczynania.  Gdyby  sama  nie  obmyła  rany  z  krwi  i 

soli,  lekarz  nie  zrobiłby  tego,  uznając  taki  zabieg  za  zbędny.  Unieruchomił  jedynie  nogę 

dziecka i wzruszywszy ramionami, stwierdził: 

- Chłopiec doznał jakiegoś urazu. Jeśli po przebudzeniu zacznie pluć krwią, to znaczy, 

ż

e jest źle. Jeśli nie, to pewnie z tego wyjdzie. I tak miał dużo szczęścia. Te beczki mogły go 

zmiażdżyć... 

-  A  czy  rana  głowy  jest  bardzo  groźna?  -  zapytał  Jewgienij  zalęknionym  głosem. 

Najbardziej się obawiał tego, że jego ukochany syn mógłby zostać kaleką. 

- Trudno powiedzieć - odparł mężczyzna o białych dłoniach. 

Raija  natychmiast  zorientowała  się,  że  doktor  usiłuje  pokryć  brak  wiedzy  i 

niepewność. Nie znał się na takich przypadkach. Zwykle bowiem leczył z przepicia carskich 

urzędników i ich hipochondryczne żony z wyimaginowanych chorób. Wyczuła, że doktor boi 

się zadawanych mu pytań. 

- Należy pokładać ufność w Bogu - zakończył swój wywód, zbierając się do wyjścia. - 

Cóż, niezbadane są wyroki boskie. A może to nieszczęście ma swój głębszy sens? Może Bóg 

chciał  wam  przez  to  przypomnieć,  żebyście  częściej  kierowali  ku  niemu  swoją  modlitwę? 

Tak, Pan daje, Pan odbiera, słyszeliście pewnie... 

-  Bóg,  w  którego  wierzę,  nie  zsyłałby  nieszczęścia  na  małe  dzieci,  żeby  dać  znak 

dorosłym  -  odparła  zgnębiona  Raija.  Denerwował  ją  ten  człowiek,  ale  starała  się  opanować. 

Wolała nie mówić na głos, co o nim myśli. 

Kiedy  Jewgienij  poprowadził  go  do  alkierza,  gdzie  leżał  Wasilij,  wyłowiła  jednym 

uchem uwagę doktora, że za zbadanie drugiego rannego trzeba będzie dodatkowo zapłacić. 

Ten świat oszalał, pomyślała z sarkazmem. Człowiek mógłby wyzionąć ducha, a taki 

lekarz bez zapłaty nie kiwnąłby nawet palcem. 

Po chwili Jewgienij wrócił już sam. 

background image

-  Mógłbym  przysiąc,  że  to  nie  jest  żaden  doktor  -  usłyszała  za  plecami  szorstki  głos 

męża.  -  Petersburg  i  Moskwa  daleko,  dlatego  tu  przy  poparciu  gubernatora  można  udawać 

kogo się chce i jeszcze nabijać sobie trzos... Tutejsze baby znają się lepiej na leczeniu niż ten 

bubek. 

Marynarze,  starając  się  jakoś  pomóc,  nanosili  drewna.  Teraz  zbici  w  gromadkę  stali 

zakłopotani  w  kącie  kuchni.  Jewgienij  po  cichu  wydał  im  polecenia,  a  oni  powoli  opuścili 

chatę.  Sam  też  musiał  wracać  na  nabrzeże.  Przecież  czekali  tam  ludzie,  którzy  chcieli  jak 

najszybciej odebrać zamówiony towar i ruszać w głąb kraju. W tej chwili Jewgienij nie mógł 

sobie  pozwolić  na  to,  by  być  wyłącznie  ojcem  i  mężem.  Był  armatorem  i  kupcem,  a  to 

zobowiązywało. 

W  kuchni  zjawiło  się  kilka  kobiet  -  żon  pracujących  u  niego  mężczyzn.  Kobiety 

zawsze solidarnie wspierały się w trudnych chwilach. 

Elena  wraz  z  dwójką  spośród  gromadki  swoich  dzieci  przyprowadziła  za  rękę  małą 

Olgę. Dziewczynka koniecznie chciała wracać do Raiji. 

- Niedobrze jest ukrywać prawdę przed dziećmi - rzekła Elena do Jewgienija. 

Przyznał jej rację. 

Przysiadł obok żony i zmusił, żeby spojrzała na niego. 

- Nie mogę tu zostać, kochana - wyjaśnił przepraszająco. - Ale wrócę tak szybko, jak 

to będzie możliwe. 

Pokiwała głową. 

Jewgienij  popatrzył  na  białą  jak  śnieg  twarz  syna,  w  której  dostrzegał  rysy  Raiji  i 

swoje.  Tak  bardzo  pragnął  ujrzeć,  jak  ta  dziecinna  buzia  przemieni  się  w  twarz  dorosłego 

mężczyzny. Ścisnęło go w piersi. Zawładnęły nim uczucia, z których dotąd nie zdawał sobie 

w pełni sprawy. 

Pokochał Michaiła od chwili, gdy chłopiec przyszedł na świat, a nawet wcześniej: od 

kiedy  się  dowiedział  o  jego  poczęciu.  Ale  chyba  nigdy  nie  odczuwał  tego  tak  silnie.  Nie 

zniósłby straty dziecka. Nie byłby w stanie podźwignąć się z takiego ciosu. 

Przytłaczała go własna bezsilność. 

- Nie zostaniesz tu sama, Raiju - tłumaczył.  - Przyszła Elena i inne kobiety. Pomogą 

ci.  Zaopiekują  się  Wasilijem.  Lekarz  twierdzi,  że  ma  złamane  obie  nogi.  Wróci  do  zdrowia. 

Rana  głowy  podobno  nie  jest  groźna.  Musimy  teraz  tylko  oboje  wierzyć,  że  i  z  Misza 

wszystko będzie dobrze... 

Ujął  dłoń  żony  i  ścisnął  mocno,  żeby  dodać  jej  otuchy.  Miał  nadzieję,  że  Raija  nie 

przypuszcza, iż wychodzi dlatego, że nie chce dzielić z nią odpowiedzialności. 

background image

- Nie mogę mu pomóc - odezwała się bezradnie Raija. Klęczała przy ławie, na której 

leżał Misza, nie zważając na ból w kolanach i to, że nogi jej zdrętwiały. 

Bała się przenosić syna. Wprawdzie lekarz nie wspomniał nic na ten temat, ale Raija i 

tak by mu nie zaufała. Bardziej wierzyła w rozsądek i doświadczenie przybyłych kobiet, które 

niejedno  widziały.  Pielęgnowały  rodziców  i  dzieci.  Braci,  sąsiadów,  mężów.  Może  czasami 

popełniały błędy, ale wyciągały z nich naukę. 

Raija bardziej polegała na nich niż na doktorze, który był na łasce u gubernatora. 

Starała  się  skupić,  by  przywołać  tajemną  moc.  Pragnęła,  by  spłynęła  z  jej  dłoni, 

napełniła Michaiła siłą. 

Ale czuła się tak, jakby natykała się na wysoki mur. Ogarnęła ją bezdenna rozpacz, że 

nie potrafi pomóc własnemu dziecku. 

-  Mogę  już  iść?  -  Jewgienij  usiłował  pochwycić  jej  spojrzenie,  ale  chociaż  żona 

podniosła na niego wzrok, wydało mu się, że go nie widzi. 

- Idź, idź - odparła z nienaturalnym spokojem. Na jej pobladłych policzkach widniały 

smugi od łez. 

To tylko jeszcze wzmogło rozterkę Jewgienija. 

Nie był pewien, czy Rai ja tak naprawdę wie, co mówi. 

Próbował  się  jednak  pocieszyć,  że  słyszały  ją  także  zebrane  w  izbie  kobiety.  Będą 

mogły  potwierdzić,  gdyby  Raija  kiedyś  mu  zarzuciła,  że  zostawił  ją  samą.  Miał  jednak 

nadzieję, że to nieszczęście nie zdoła ich rozdzielić, że ta chwila nigdy nie stanie się przyczy-

ną ich rozstania. 

Jewgienij  czuł  się  rozdarty,  najchętniej  by  został,  ale  przecież  w  porcie  tyle  miał  do 

zrobienia!  Nie  mógł  być  równocześnie  i  tu,  i  tam.  Zaciskał  pięść  jedynej  ręki,  zdruzgotany 

własną bezradnością. 

-  Idź  już  -  odezwała  się  Elena  z  tym  szczególnym  spokojem  i  pewnością,  których 

daremnie szukać u mężczyzn. - Ona to rozumie. 

Jewgienij  pocałował  w  czoło  Raiję  i  Michaiła,  po  czym  zamknął  za  sobą  drzwi, 

odgradzając się od cierpienia. Z prawdziwą ulgą znów wcielił się w rolę armatora i kupca. 

Kobiety  usiłowały  nakłonić  Raiję,  żeby  wstała.  Od  podłogi  ciągnęło  chłodem.  Późna 

jesień ustępująca zimie coraz wyraźniej dawała o sobie znać. 

-  Misza  przecież  nie  wyzdrowieje  prędzej  tylko  dlatego,  że  ty  się  rozchorujesz  - 

tłumaczyły, widząc, że przemarzła. 

Ale  do  Raiji  to  nie  docierało.  Jedyne  więc,  co  mogły  dla  niej  zrobić,  to  podłożyć  do 

pieca. 

background image

Tkwiłaby  pewnie  tak  jeszcze  długo,  gdyby  nie  nagłe  wtargnięcie  Dagniji.  Kobieta 

wpadła do chaty niczym burza i gniewnie wykrzyknęła: 

- Gdzie on jest? 

- Tutaj jestem - odezwał się z alkierza Wasilij. - Nie urządzaj scen, Dagnijo. Żyję. 

O  podłogę  zastukały  drewniaki.  Wzburzona  kobieta,  nie  zważając  na  nikogo, 

przemaszerowała przez izbę i weszła do alkierza, brzegiem spódnicy zaczepiwszy o framugę. 

Raija  podniosła  wzrok,  chyba  dopiero  teraz  zauważyła  Dagniję.  Zmarszczyła  brwi 

zdumiona, jakby chciała o coś spytać. Otuliła syna dokładniej w obawie, że zmarznie, gdy na 

moment  od  niego  odejdzie.  Wstała  z  trudem.  Od  długiego  klęczenia  ścierpły  jej  nogi.  Przy 

pierwszych krokach miała wrażenie, że w stopy kłuje ją tysiące igieł. 

Elena głaskała po głowie małą Olgę, która, wyczerpana nadmiarem wrażeń, zasnęła jej 

na kolanach. Olga zmieniła pozycję i wtuliła policzek w zagłębienie na szyi opiekunki. Czuła 

się przy niej bezpieczna. Zresztą Elena nie była dla niej obca i miała w sobie tyle ciepła. No i 

to ona będzie szyć dla niej sukienkę. 

Z  alkierza  dobiegał  głośny  krzyk  Dagniji,  chwilami  tak  ostry,  że  zagłuszał  głosy 

kobiet rozmawiających w kuchni. 

Wasilij starał się ją uspokoić, ale ona prawie nie dawała mu dojść do słowa. 

Raija,  choć  poniekąd  rozumiała  Dagniję,  poczuła  się  dotknięta  w  imieniu  Wasilija. 

Ogarnęła ją złość. 

Zatrzymała się w otwartych drzwiach alkierza. 

Popatrzyła  na  stojącą  pośrodku  ciasnego  pomieszczenia  Dagniję  w  krzywo  zapiętej, 

ale starannie połatanej kurtce. 

- Znowu ty! - Dagnija drżącym palcem wskazała oskarżycielsko na Raiję. - Ciągle go 

wciągasz w jakieś kłopoty! Nie  wystarczy  ci jeden chłop? Masz męża armatora, pierwszego 

po  Bogu,  mało  ci?  Chcesz,  żeby  każdy  mężczyzna  w  Archangielsku  pełzał  u  twoich  stóp? 

Czy  na  całym  wybrzeżu  Morza  Białego  każdy  biedak  odziany  w  spodnie  ma  cię  uwielbiać? 

Klęczeć  przed  tobą?  Narażać  dla  ciebie  życie?  Niczym  innym  się  nie  zadowolisz?  Jesteś  tu 

obca!  Odkąd  się  zjawiłaś,  w  całym  mieście  ciągle  jest  jakieś  zamieszanie!  Wasilij  nie  może 

się od ciebie uwolnić. Nie możesz go zostawić w spokoju? 

Wasilij, zakłopotany, zmęczonym spojrzeniem poprosił Raiję o wyrozumiałość. 

- Wracaj do domu! - odezwał się ostro do Dagniji. - Nie potrzebuję cię! Idź już, zanim 

powiesz coś, czego byś później żałowała. Złamałem obie nogi, kręci mi się w głowie i mam 

mdłości, ale to minie... 

background image

-  Niech  jej  własny  mąż  broni  jej  honoru!  -  wybuchnęła  Dagnija,  a  potem  cicho 

zapłakała.  -  Niech  jej  mąż  ratuje  swojego  syna!  Chłopiec  ma  ojca,  Wasiliju,  a  ona  jest 

mężatką. Nie potrzebuje mieć ciebie za bohatera. 

- Wasilij jest moim przyjacielem - odpowiedziała Raija cicho. - I kapitanem na statku 

mojego męża... 

- ...noszącym twoje imię - zgryźliwie dodała Dar gniją, ocierając łzy wierzchem dłoni. 

-  Wasilij  uczynił  więcej,  niż  ktokolwiek  mógłby  tego  od  niego  oczekiwać,  a  tym 

bardziej żądać. Ale nie robił tego dla mnie... - tłumaczyła Raija. 

Dagnija prychnęła i zwróciła się do Wasilija: 

-  Kiedyś,  gdy  wrócisz,  zastaniesz  zamknięte  drzwi.  Nie  pomoże  wówczas  stukanie. 

Pozostanę  nieczuła  na  twój  uwodzicielski  głos  i  skargi,  że  kobieta,  która  coś  dla  ciebie 

znaczy, nie otwiera przed tobą ramion. Tak... W końcu nawet ta, która nic dla ciebie nie zna-

czy, nie wpuści cię do swego domu! 

Odepchnąwszy Raiję, wybiegła z izby. Trzasnęły drzwi wyjściowe. 

- Przepraszam - odezwał się Wasilij cicho. - Ona nie wie, co mówi. 

Wyglądał  okropnie.  Miał  opuchniętą  z  lewej  strony  twarz,  pod  oczami  sińce,  a  na 

skroni i policzkach zadrapania. 

- Nie powinieneś jej dać spokoju i pozwolić, by związała się z kimś innym? - zapytała 

Raija. 

Uśmiechnął się krzywo. 

- Chyba przestanę pukać do niej po pijaku. Nie piję już tyle co kiedyś, w każdym razie 

nie  wówczas,  gdy  życie  traci  dla  mnie  sens.  Może  więc  nie  będzie  musiała  zamykać  przede 

mną drzwi... 

Raija westchnęła. Gniewne słowa Dagniji nadal dźwięczały jej w uszach. Przerażało ją 

to, że wzbudza w kimś tak gwałtowną nienawiść. 

- Co z Michaiłem? - zapytał Wasilij. 

- Nie wiem. 

Głos Raiji zabrzmiał bezradnie. 

Nie  mogła  wykrzesać  ze  swoich  dłoni  mocy,  które  uzdrowiłyby  jej  dziecko.  W  tej 

dramatycznej sytuacji nie różniła się niczym od innych matek. 

- Dziękuję, że próbowałeś go uratować - powiedziała. - To wiele znaczy. 

Przez twarz Wasilija przemknęło coś na kształt uśmiechu. 

- Nie powinien się tam bawić. Ale trzeba było sprawdzić, nim opuściliśmy beczkę... 

background image

Raija  też  o  tym  pomyślała.  Omal  nie  cisnęła  tego  Jewgienijowi  prosto  w  twarz.  W 

porę jednak zrozumiała, że jego rozpacz jest równie wielka i że on zadręcza się tym samym. 

Nie miała pewności, czy ona sama upilnowałaby Michaiła. Był jak żywe srebro. 

-  Trudno  mieć  pretensje  do  kogokolwiek  -  odrzekła  Raija  Wasilijowi.  I  nagle  olśniło 

ją, że może Jewgienij także czekał na takie stwierdzenie. Pożałowała, że nie powiedziała mu 

tego.  Cierpiała  jednak  tak  bardzo,  że  nie  potrafiła  wydobyć  z  siebie  najprostszych  słów. 

Podobnie zresztą jak Jewgienij. 

Każde z nich cierpiało, ale osobno. 

Teraz uznała, że tak nie powinno być. 

Ale jakoś w tej chwili łatwiej się jej rozmawiało z Wasilijem. Może właśnie dlatego, 

ż

e był tylko przyjacielem? 

-  Przykro  mi,  że  nie  będziesz  mógł  zatańczyć  na  balu  -  powiedziała,  z  wysiłkiem 

próbując zmienić temat. 

Wasilij przewrócił oczyma, a potem spojrzał na Raiję, która nadal stała w drzwiach. 

Kobiety siedzące w kuchni słyszały każde ich słowo, widziały każdy gest. 

Wasilij  nie  miał  żadnych  wątpliwości,  że  Raija  specjalnie  zostawiła  drzwi  szeroko 

otwarte.  Potrafiła  zadbać  o  swoją  opinię.  Nikt  nie  będzie  mógł  później  powiedzieć,  że  coś 

zaszło między nią a mężczyzną, który nie jest jej mężem. 

-  Jakoś  się  obejdę  bez  tych  tańców  -  westchnął.  -  Ale  chętnie  zobaczyłbym  cię  w 

eleganckiej sukni. Bo przecież nie dowiem się od innych kobiet, jak naprawdę wyglądałaś. - 

Zaśmiał się krótko, z przymusem. - Zresztą poza tobą żadna ze znanych mi kobiet nie zostanie 

zaproszona na ten bal. Dla mnie to także za wysokie progi, więc nawet gdybym był zdrowy, i 

tak bym tam nie poszedł. Pewnie wybrałbym się gdzieś, gdzie świętują prości marynarze. 

-  My  także  nie  mamy  specjalnych  powodów,  by  tam  pójść  -  stwierdziła.  -  A  nową 

suknię  założę  po  raz  pierwszy,  kiedy  znów  staniesz  na  nogi.  Potańczę  wówczas  z  tobą,  z 

Jewgienijem i z Olegiem. Może na Boże Narodzenie... 

-  Armatorzy  nigdy  nie  rezygnują  z  tego  balu  -  starał  się  podtrzymać  temat  Wasilij.  - 

Może się walić, palić, ale tego jednego wieczoru nie opuszczą, Raiju - Raiso. A ich żony stają 

u ich boku i uśmiechają się w tańcu, nawet jeśli ich stara matka leży właśnie na łożu śmierci. 

Tak jest tu przyjęte. 

-  Poradzisz  sobie?  -  zapytała  Raija  nieobecna  duchem,  jakby  w  ogóle  nie  słuchała 

tego, co do niej mówi. 

Wasilij skinął głową. 

background image

-  Może  uda  mi  się  usnąć.  Potem,  kiedy  chłopaki  skończą  z  rozładunkiem,  a  woźnice 

zamkną stajnie na noc, będziecie mogli przenieść mnie do mojej chaty. 

Raija ocknęła się. 

-  A  kto  się  tobą  zaopiekuje  w  twoim  domu?  Dagnija?  Uważasz,  że  to  w  porządku 

wobec niej? Wobec ciebie samego, Wasiliju? Czy nie masz swojej dumy? 

- To chyba lepiej, niż gdybyś ty mnie miała pielęgnować - odparł zmęczony. 

Raija westchnęła. 

- Będziemy pielęgnować cię oboje: ja i Jewgienij - oznajmiła. 

Kobiety  w  kuchni,  słysząc  te  słowa,  wiedziały  już,  że  Dagnija  będzie  miała  w 

najbliższym czasie jeszcze więcej powodów do wściekłości. Niektóre z nich już teraz się na to 

cieszyły. 

Bo przecież musiały się za kimś opowiedzieć, a w tym konflikcie bez wątpienia wiele 

ś

wiadczyło na korzyść Raiji. 

Raija wróciła do kuchni i usiadła na brzeżku ławy, na której leżał Michaił. Uścisnęła 

jego drobną dłoń i w myślach zaczęła odmawiać modlitwę. 

Uczepiła się ostatniej deski ratunku. 

background image

Raija  i  Jewgienij  przez  całą  noc  wspólnie  czuwali  przy  Michaile.  Olgę  położyli  w 

małym alkierzu, pozostawiając drzwi otwarte na oścież, bo dziewczynka bała się zostać sama. 

Odzwyczaiła  się  od  własnego  domu.  Martwiła  się  też  o  Misze,  który  ciągle  leżał  bez  rucha 

Nigdy jeszcze nie widziała, żeby ktoś tak długo spał. 

Dorośli,  zalęknieni,  mocniej  przytulili  się  do  siebie.  Zostali  sami  z  dziećmi  i 

Wasilijem. Kobiety poszły do swoich zajęć, obiecując wrócić rankiem. Miały przecież domy i 

rodziny, którym też były potrzebne. 

-  Czy  to  możliwe,  że  Misza  odziedziczył  po  tobie  niezwykłe  zdolności?  -  zapytał 

Jewgienij,  ściskając  w  mroku  spoconą  dłoń  Raiji.  Mimowolnie  zniżył  głos,  jakby  nie  chciał 

naruszać ciszy ciemnej nocy. - Sądzisz, że posiada ten dar? 

Dobry  Boże,  dlaczego  nas  to  spotyka,  dlaczego  dotknęło  to  nasze  dziecko?  Czy 

przekazałam  Miszy  zdolności,  nad  którymi  sama  nie  mam  władzy?  Raija  nie  mogła 

zapanować nad kłębiącymi się w jej głowie myślami. Na głos zaś powiedziała: 

-  Nie  potrafię  określić,  co  to  za  siły,  Jewgieniju.  Nie  wiem,  skąd  się  we  mnie  biorą. 

Jedno  jest  pewne,  teraz,  kiedy  najbardziej  potrzebuję,  nie  mogę  ich  z  siebie  wykrzesać. 

Kiepskie to dziedzictwo, Jewgieniju, bardziej przekleństwo niż błogosławieństwo. 

Przytulili  się  mocniej  do  siebie,  jakby  odgradzając  się  od  zewnętrznego  świata. 

Zawieszona  na  haku  pod  powałą  lampa  rzucała  złocistą  poświatę  na  zgromadzone  w  chacie 

meble. W kręgu światła znaleźli się we troje, niewielka rodzina, którą dotknęło nieszczęście. 

- Nie możemy go stracić - powiedział Jewgienij cicho, przygnębiony bezsilnością. Jak 

każdy  człowiek  dopiero  w  obliczu  tragedii  uświadomił  sobie  własną  bezradność.  Z  całą 

jaskrawością  nagle  do  niego  dotarło,  ile  znaczy  dla  nich  dziecko.  -  Nie  możemy  stracić 

Miszy! - powtórzył. 

-  To  by  odmieniło  całkowicie  nasze  życie  -  rzekła  Raija.  Także  i  ona  w  nagłym 

olśnieniu ujrzała przerażającą prawdę: Gdyby stracili Michaiła, straciliby też siebie. 

Nie! Tak się nie może stać! 

Przytuliła się mocniej do Jewgienija i przyłożyła policzek do jego piersi. Potrzebowała 

ciepła, potrzebowała jego bliskości. 

- Kochasz mnie? - zapytała. 

Jewgienij,  zaskoczony,  spojrzał  zdumiony  na  kobietę,  którą  tulił.  Kobietę,  która  dała 

mu syna i była całym jego życiem. 

background image

- Oczywiście - odrzekł nieco zdziwiony. - Jak możesz w ogóle zadawać takie pytanie? 

I to w takiej chwili! 

- Właśnie w takiej chwili to pytanie wydaje mi się najważniejsze - odparła Raija. 

Potrzebowała  potwierdzenia  jego  miłości,  mimo  że  wiedziała,  iż  gdzie  indziej  jest 

teraz myślami. Chciała usłyszeć od niego, że jest kochana. 

-  Nie  powinienem  spuszczać  go  z  oka  -  odezwał  się  Jewgienij,  przytłoczony 

wyrzutami  sumienia.  Pochylił  głowę,  wbijając  wzrok  w  kolana.  -  Gdybym  go  pilnował... 

gdybym zabronił bawić się na nabrzeżu - gdybym... - Nie jesteś niczemu winien - przerwała 

mu  Raija,  uświadamiając  sobie,  że  powtarza  te  same  słowa,  które  wcześniej  wypowiedziała 

do Wasilij a. W pełni zdawała sobie sprawę z ich wagi. 

- Nie masz do mnie pretensji? - wyrzekł zdumiony Jewgienij, podnosząc na nią wzrok. 

W  jej  mokrych  od  łez,  a  mimo  to  pięknych  oczach  nie  dostrzegł  gniewu.  Niczym  w  dwóch 

mrocznych stawach odbijało się w nich jego własne zmęczenie i strach. 

- Po prostu... stało się - powiedziała. - Nikt nie mógł temu zapobiec. Może naprawdę 

w tym wszystkim tkwi jakiś głębszy, niezrozumiały dla nas sens? Niepojęte, że myślę w ten 

sposób, co? Ale kto wie? Nie obwiniam cię, Jewgieniju. To samo mogło się stać, gdybym ja 

tam była. Przecież pozwoliłabym mu biegać na brzegu, choć prosiłabym, żeby uważał. Ty na 

pewno też go o to prosiłeś. Przecież nie można obwiniać kogoś, jeśli samemu postąpiłoby się 

dokładnie tak samo. 

Jewgienij przytulił się do Raiji. Ile siły tkwiło w tej drobnej kobiecie! Chyba sobie do 

końca nie uświadamiała, że to ona trzyma go przy życiu i sprawia, że wciąż czuje się młody. 

To  ona  tchnęła  w  niego  odwagę,  by  z  podniesionym  czołem  przyjmował  wyzwania  losu. 

Zdawało mu się, że upija z niej ową życiodajną moc. Kiedy piętrzyły się przed nim kłopoty, 

pierwsze,  o  czym  myślał,  to  co  na  jego  miejscu  uczyniłaby  Raija.  I  zaraz  przystępował  do 

działania, bo przecież nie mógł być od niej gorszy. 

To  ona  zachęcała  go  do  aktywności.  Dzięki  niej  stał  się  kimś.  Bez  niej  nigdy  by  nie 

zrealizował swoich marzeń. 

- Na dodatek nie ja byłem dość blisko, by mu się rzucić na ratunek... 

Raija zwichrzyła ciemną czuprynę męża i pociągnęła za włosy, aż poczuł ból. 

-  Dlaczego  mężczyźni  są  tacy  dziecinni?  -  zapytała  zdumiona.  Wciąż  na  nowo  się  o 

tym przekonywała, a jednak nie przestawało jej to dziwić. - Chyba nie wolałbyś leżeć teraz w 

sąsiedniej izbie z połamanymi nogami i spuchniętą twarzą? 

background image

Jewgienij poruszył się i usadowił inaczej. Zasłuchał się w odgłosy nocy, szum wiatru 

za oknem, trzask ognia w piecu, skrzypienie desek. Rozpoznał słabiutki oddech syna. Słyszał, 

jak bije serce Raiji. 

Noc, z pozoru taka cicha, pełna była różnych odgłosów. 

- Przynajmniej czułbym, że próbowałem coś zrobić - odpowiedział po długiej chwili. - 

Może to zabrzmi naiwnie, ale bardzo chciałbym mieć tę świadomość... Człowiek myśli mimo 

woli, że gdyby sam rzucił się na ratunek, zdążyłby, bo przecież to jego dziecko... 

Raija objęła Jewgienija, splatając dłonie na jego plecach. Nie przyszłoby jej do głowy 

zadręczać się z takiego powodu. Może dlatego, że kobiety i mężczyźni reagują trochę inaczej? 

Michaił  często  pojękiwał  przez  sen.  Za  każdym  razem  podrywali  się  i  wstrzymywali 

oddech, nasłuchując. Ich dłonie splatały się. Byli razem, tworzyli jedno. 

Ale chłopiec nie budził się. Oni jednak czuwali dalej przy nim, nie tracąc nadziei. 

- Oddycha spokojniej - zauważył Jewgienij. 

Próbował  oddychać  w  tym  samym  tempie  co  syn,  ale  jego  płuca  domagały  się 

głębszych i częstszych wdechów. 

- W każdym razie równiej - pocieszała się Raija, wycierając dziecku pot z czoła. 

Jeszcze  chwilę  wcześniej  malec  był  zupełnie  zimny.  Tak,  zwolniony  oddech  i 

wychłodzenie ciała  wskazywały na to, że Michaił rzeczywiście odziedziczył po niej ów dar, 

który ją tak przerażał. Nie życzyła mu tego. Nawet swoim najgorszym wrogom wolałaby tego 

oszczędzić, a co dopiero własnemu dziecku. 

- Najważniejsze, że walczy - orzekł Jewgienij i ścisnął mocniej dłoń Raiji. 

Gdyby  to  było  możliwe,  najchętniej  sam  podjąłby  walkę  za  syna.  Ale  jedyne,  co  im 

pozostało,  to  czuwać  przy  nim  i  otoczyć  miłością,  wierząc,  że  ją  czuje,  mimo  że  leży 

nieprzytomny. 

- Czy nie dlatego właśnie wybrałeś mu takie imię? - spytała Raija łagodnie. 

Jewgienij wzdrygnął się, ocknąwszy się z zamyślenia. 

- Ma za patrona świętego Michała, opiekuna rycerzy. Pamiętam, że zawsze poruszała 

cię opowieść o archaniołach. Szczególnie bliska była ci postać Michała Archanioła, który ma 

wprowadzić sprawiedliwych do królestwa Bożego, ogłaszając zmartwychwstanie. Tego, który 

stoczy  walkę  z  Szatanem  i  ostatecznie  go  pokona.  Rzeczywiście  nasz  syn  potrafi  walczyć. 

Może naprawdę święty Michał ma go w swej pieczy? 

Jewgienij  przerwał.  Zapomniał  już,  że  kiedyś  opowiadał  Raiji  o  Michale  Archaniele. 

To było tak dawno! Trudno budować życie na kłamstwie... 

background image

Wtedy  wymyślił  na  poczekaniu,  dlaczego  wybrał  dla  syna  takie  imię.  Mówił  też,  że 

natchnieniem  była  mu  majacząca  w  oddali  sylwetka  katedry  pod  wezwaniem  świętego 

Michała Archanioła. 

Raiję zachwyciła opowieść o Michale Archaniele. Nie przypominała sobie mężczyzny 

o imieniu Mikkal, na którego cześć tak naprawdę nazwał syna. Jewgienij nie potrafił, nie miał 

sumienia wyrzucić wszystkiego z pamięci. 

Ale co szkodzi powiedzieć, że to święty Michał jest patronem jego syna? 

- Rankiem pójdę do katedry zapalić świecę w intencji Miszy - oznajmił Raiji. 

Po  jej  uśmiechu  poznał,  że  akceptuje  ten  pomysł,  chociaż  ten  sposób  okazywania 

wiary  nie  był  jej  bliski.  Nosiła  w  sobie  tyle  różnych  wątpliwości.  Respektowała  jednak 

przekonania tych, którzy nie zadawali sobie żadnych pytań i ślepo wierzyli. 

- Zapal swoją świecę, Jewgieniju - rzekła. - To z pewnością nie zaszkodzi. 

Gdy nastał ranek, Michaił nadal gorączkował i pocił się. 

-  Dlaczego  Misza  nic  nie  mówi?  -  zapytała  bystro  Olga,  która  przydreptała  boso  z 

alkierza i usadowiła się pośrodku między Rai ją a Jewgienijem. - Dziwnie wygląda - uznała. - 

Będzie tak spał przez cały dzień? 

- Mam nadzieję, że nie - odpowiedziała Raija i zwichrzyła loki dziewczynki. - Może 

już dziś trochę z nami porozmawia. 

Jak  to  dobrze,  że  miała  Olgę!  Obecność  małej  zmuszała  ją  do  tego,  by  wrócić  do 

rzeczywistości. 

Jewgienij zajrzał do Wasilija. Bywają w życiu mężczyzny takie sprawy, przy których 

załatwianiu obecność kobiety jest krępująca. 

-  Na  parę  dni  przestanę  jeść,  żeby  ograniczyć  swoje  potrzeby  -  zażartował  Wasilij  z 

ponurą  miną,  gdy  Jewgienij  pomógł  mu  na  powrót  ułożyć  się  w  łóżka  Uśmiechając  się 

krzywo, dodał: - To dla mnie strasznie upokarzające. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem. 

Właśnie w takich chwilach przydałaby się rodzina. 

-  Uznaj  to  za  nowe  doświadczenie  -  próbował  go  pocieszyć  Jewgienij,  chociaż 

doskonale rozumiał Wasilija. 

- Jak on się czuje? - zapytała Raija. Na halkę włożyła spódnicę Toni. Włosy związała 

w  luźny  węzeł,  tak  że  okalające  jej  twarz  miękkie  loki  zwisały  swobodnie.  Blada  po 

nieprzespanej nocy, nawet nie uczesana porządnie, i tak była piękna. 

Jewgienij rozchylił usta w uśmiechu. 

- Czuje się świetnie. 

- Zje coś? - zapytała. 

background image

- Kobiety myślą tylko o jedzeniu - powiedział Jewgienij. - Cokolwiek się dzieje, one 

zastanawiają się jedynie, czy ktoś jest głodny. 

-  To  dlatego,  że  nasze  życie  toczy  się  w  kuchni  -  rzekła  Raija,  odrywając  się  na 

moment od myśli krążących przez cały czas wokół Miszy. 

Choć  Jewgienij  nie  miał  ochoty  na  śniadanie,  dla  świętego  spokoju  zjadł  poranną 

kaszę, mimo że z powodu roztargnienia Raiji była dość wodnista. 

Jewgienij  wyszedł.  Zajrzał  do  portu,  a  potem  udał  się  do  katedry,  zapalił  świecę  i 

polecił  swojego  syna  opiece  świętego  Michała.  Zapalił  też  świecę  w  intencji  swojego  brata 

Aleksieja,  który  przed  wielu  laty  tak  głupio  i  niepotrzebnie  stracił  życie,  a  także  Mikkala, 

który osłonił Raiję własnym ciałem i sam zginął od kuli. 

Może obaj zmarli w jakiś sposób będą mogli pomóc mojemu synowi, pomyślał. 

Wierzył, że wszystkim kieruje jakaś siła wyższa. Wierzył w życie pozagrobowe. Myśl, 

ż

e mrok kresu życia rozświetla Światłość, była mu pociechą po śmierci Aleksie ja, której czuł 

się winny. 

Poszło wówczas o Raiję. 

Wokół  Raiji  ciągle  się  coś  działo.  Prawdziwym  wybawieniem  było  to,  że  straciła 

pamięć. Niewiele miała dobrych wspomnień. 

Ale on sam czuł wyrzuty sumienia. 

Stał  samotnie  w  archangielskiej  katedrze,  którą  szczycili  się  wszyscy  mieszkańcy 

miasta. W świątyni panował przenikliwy chłód. 

Przypomniało  mu  się,  kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczył  Raiję.  Było  to  tej  nocy,  kiedy 

podpalił jej sklep. 

Boże, jak ona się wtedy rozgniewała! 

Pamiętał  też,  jak  zabrali  na  pokład  ją  i  jej  dzieci  i  odpłynęli  z  niewielkiej  osady 

rybackiej. 

Jak potoczyły się losy Reijo? Czy zdoła kiedyś modlitwą wyprosić wybaczenie za to, 

ż

e pozbawił dzieci matki? Co się z nimi stało? 

Sam  nie  był  jeszcze  ojcem,  kiedy  dokonał  za  Raiję  wyboru.  Dopiero  teraz  pojął,  że 

postąpił strasznie. 

Bolało go to, czuł palący wstyd. Tym większy, że nie był w stanie wzbudzić w sobie 

szczerego  żalu,  mimo  że  znajdował  się  w  świątyni.  Był  pewien,  że  drugi  raz  postąpiłby  tak 

samo. 

Nie  przyjmował  jednak  do  wiadomości,  że  wypadek  Miszy  to  kara  za  jego  niegodny 

czyn. Nie wierzył, że Bóg za grzechy rodziców karze dzieci. 

background image

Modlił  się  bez  słów,  ale  z  wielkim  żarem,  za  Misze,  najważniejszą  osobę  w  swoim 

ż

yciu. 

Raija  w  pierwszej  chwili  sądziła,  że  to  Olga  coś  mówi,  ale  dziewczynka  stała  przy 

piecu i po cichu bawiła się drwami. Z drzazg zbudowała całe gospodarstwo. 

Wówczas Raija zrozumiała. 

Jak we śnie uklękła przy Michaile i uścisnęła jego dłoń. 

- Mama jest przy tobie przez cały czas - wyszeptała. - Nic się nie bój! Czy coś cię boli, 

syneczku? 

Michaił  otworzył  oczy  i  patrząc  na  nią  ze  zdumieniem,  odezwał  się  dźwięcznym 

głosem: 

-  Tam  jest  tak  pięknie...  Olga  przydreptała  pośpiesznie,  usłyszawszy  Misze,  i  aż 

rozszerzyła oczy ze zdumienia. 

-  Tak  pięknie  -  powtórzył  Misza.  -  Tak  zielono,  mamo.  U  nas  nigdy  nie  jest  tak 

zielono latem. Wrócę tam kiedyś? 

- Saivo - ułożyły się w słowo wargi Raiji, która nagle ujrzała takie miejsce. Zobaczyła 

zielone łąki, wodę, pagórki. Drzewa i roślinność niepodobną do tej, którą spotkać można nad 

Morzem  Białym.  Poczuła  ciepły  wiatr  i  promienie  słońca.  Wiedziała,  że  w  takim  miejscu 

Misza  by  nie  cierpiał,  ale  wszystko  się  w  niej  przeciwko  temu  buntowało.  Był  jeszcze  taki 

mały. Nie powinien się tam znaleźć. 

Ta nazwa... 

Powtórzyła  ją  sobie  po  cichu.  Ale  zaraz  wzięła  się  w  garść.  Kazała  Oldze  przynieść 

miskę z zimną już wodnistą kaszą ze śniadania. 

-  Musisz  trochę  popić  -  rzekła  stanowczo  i  uniósłszy  lekko  Misze,  przyłożyła  mu 

miskę do ust. 

Przypomniała  sobie,  co  Jewgienij  mówił  o  kobietach  i  o  jedzeniu.  Może  miał  rację? 

Ale przecież Misza musi się posilić, żeby nabrać sił! 

Wypił  trochę,  ale  zachłysnął  się  i  zaraz  zwymiotował.  Olga  przyniosła  szybko 

szmatkę. 

Raija podała synkowi przegotowaną przestudzoną wodę. Tym razem poszło lepiej. 

-  Mamo,  czy  ja  tam  wrócę?  -  zapytał  Misza,  kiedy  odsunęła  kubek  od  jego  ust.  - 

Dlaczego  tam  jest  zielono,  przecież  nadchodzi  zima...  -  Nie  zapytał,  co  się  stało  i  dlaczego 

leży. - Jak nazywa się to miejsce, mamo? 

background image

- To miejsce z twojego snu, dziecino - odpowiedziała Raija. - Dlatego tam mogło być 

lato.  Dlatego  też  zdawało  ci  się  takie  piękne.  Może  kiedyś  jeszcze  ci  się  przyśni?  Ze  snami 

nigdy nic nie wiadomo. 

-  Skąd  wiedziałaś,  jak  nazywa  się  to  miejsce,  mamo?  -  Spojrzał  na  nią  badawczo. 

Potrafił zadawać trudne pytania. 

- Może mnie też kiedyś się ono śniło? Dawno, dawno temu, gdy byłam dzieckiem, w 

czasach,  których  teraz  nie  potrafię  sobie  dokładnie  przypomnieć.  Może  to  moje  miejsce 

nazywało się właśnie Saivo? 

Chłopiec przyjął jej wyjaśnienie tak samo jak Olga, która wtrąciła się do rozmowy. 

- Mnie się śni zamek! A tobie spadły na głowę beczki z rybami - oznajmiła, zwracając 

się do Michaiła. 

- Bzdura! - odparł, unosząc brwi. 

-  Niemal  całkiem  cię  spłaszczyły  -  ciągnęła  Olga  ze  śmiertelną  powagą,  ale  widać 

było,  że  ekscytuje  ją  groza  zdarzenia.  -  Leżałeś  pod  tymi  wstrętnymi  rybami  i  Raija  -  Raisa 

musiała cię stamtąd wygrzebywać. 

- To prawda? - zapytał Michaił. 

- Tak, spadły na ciebie beczki - wyjaśniła Raija. - Nie pamiętasz tego, Misza? 

Nie pamiętał. 

-  Złamałeś  sobie  nogę  -  dodała.  -  Uderzyłeś  się  w  głowę,  dlatego  musisz  teraz  leżeć 

spokojnie, może dłużej pospać. Ale wszystko będzie dobrze. 

Miała  nadzieję,  że  nie  składa  obietnic  na  wyrost.  Michaił  popatrzył  na  nią 

rozszerzonymi oczyma. 

- Dlaczego ja nic nie pamiętam, mamo? - zapytał szeptem zatrwożony. 

- Może tak cię bolało, że nie chcesz o tym pamiętać - zastanawiała się na głos Raija. - 

Może tak będzie dla ciebie lepiej, kochanie. 

Och,  te  pokrętne  wyjaśnienia!  Raija  nienawidziła  ich.  Ale  czy  znała  prawdziwe? 

Nawet gdy chodziło o nią samą, opierała się jedynie na domysłach. 

- Miałeś szczęście - dorzuciła Olga. - Wasilij złamał obie nogi i długo nie będzie mógł 

chodzić. Może aż do wiosny, a może nigdy... 

Słowa  te  wypowiedziała  szeptem,  ale  leżący  w  sąsiednim  pomieszczeniu  Wasilij  z 

pewnością je słyszał. Raija mimo woli uśmiechnęła się rozbawiona. 

Połamanie  obu  nóg  nie  wydało  się  małej  dość  dramatyczne.  Musiała  więc  jeszcze 

dorzucić coś od siebie. 

background image

-  Wasilij  wyzdrowieje  i  będzie  chodził  -  przerwała  jej  Raija  i  głaszcząc  synka  po 

głowie,  dodała:  -  Tak  samo  jak  i  ty.  Obaj  jesteście  dzielnymi  wojownikami.  A  tacy  dzielni 

wojownicy zawsze wracają do zdrowia. Tylko musicie być cierpliwi. 

Michaił skinął głową. Zapewne nie wszystko zrozumiał, ale chyba dotarło do niego, że 

uczestniczył  w  czymś  niebezpiecznym.  Żałował,  że  musi  teraz  leżeć,  pocieszało  go  jedynie, 

ż

e Wasilij też jest ranny. 

Mały  Misza  poczuł  się  prawie  jak  mężczyzna.  Chcąc  pokazać  mamie,  że  wszystko 

dzielnie zniesie, rzekł: 

- Odpocznę. 

Poruszając bladymi wargami, zapadł w sen, przed którym tak długo się bronił. 

Rai ja odczuła głęboką wdzięczność, że dziecko nie zachłysnęło się krwią, że w ogóle 

nie miało krwotoku z ust, czego się obawiała. Ale owa piękna kraina, którą odwiedził we śnie 

jej syn, przeraziła ją bardziej, niż chciała się do tego przyznać. 

Rai ja przeraziła się, bo znała to miejsce... 

background image

Na  trzeci  dzień  po  wypadku  Michaił  powoli  zaczął  wracać  do  siebie,  choć  nadal  był 

słaby,  jadł  niewiele,  a  właściwie  przyjmował  tylko  płyny.  Obawy  Raiji,  że  Misza  doznał 

obrażeń  wewnętrznych,  ustąpiły.  Mimo  to  wolałaby,  żeby  los  jej  oszczędził  podobnych 

doświadczeń.  W  pełni  sobie  zdawała  sprawę,  że  jeśli  synek  wróci  do  zdrowia,  będą  mogli 

mówić o prawdziwym szczęściu. 

Nadeszły  mroźne  dni,  ale  niebo  było  pogodne.  Bezkresne  morze  z  wolna  pokrywało 

się lodowym kożuchem. W przeciągu paru tygodni skuje je warstwa lodu i zasypie śnieg, i już 

nikogo nie będzie dziwić nazwa: „Morze Białe”. 

Rai  ja  pochuchała  na  szybę  i  wyjrzała  przez  niewielki  prześwit  na  skrytą  za  mroźną 

poświatą,  pozbawioną  nasyconych  słonecznych  barw  przyrodę.  Zafascynowana  przyglądała 

się palecie zimnych kolorów, których nie potrafiła odtworzyć w swych kilimach, bo znane jej 

zioła nie barwiły tak wełny. 

Marzyła  o  tym,  by  utkać  zimowy  poranek.  Wydobyć  chłodną  czerwień  na  tle 

wyblakłego  błękitu,  jakim  mieni  się  Morze  Białe,  nim  je  skuje  lód,  nadając  mu  pełen 

tajemniczości  grafitowoczarny  odcień.  Chciała  uchwycić  odbicie  nieba  w  lśniącym  lustrze 

wody,  całą  gamę  barw,  od  głębokich  niebieskich  po  rozjaśnione  złotawym  refleksem. 

Tajemnicę nieskończoności wyzierającą z chłodnego zwierciadła. 

Chętnie  utkałaby  też  zimowe  noce  z  polarną  zorzą,  pastelowożółte  smugi  na  tle 

głębokiego granatu. Pragnęła zakląć w swojej tkaninie to, co wieczne i nieogarnione. 

Nie  miała  jednak  przędzy  w  takich  barwach  i  wzory  kilimów  istniały  jedynie  w  jej 

wyobraźni. Pozostały marzeniem, z którym nie dane jej było się zmierzyć. 

Raija  wzdrygnęła  się.  Zdawało  jej  się,  że  zauważyła  w  oddali  jakiś  cień,  jakby  zarys 

ż

agli.  Zmrużyła  powieki  i  znów  spojrzała,  ale  przez  zaparowany  prześwit  na  szybie  nadal 

widziała nieostro. Przetarła okno, ale para w jednej chwili znów przysłoniła szparę. 

-  Co  tam  widzisz?  -  zainteresował  się  Michaił,  który  czuł  się  już  na  tyle  dobrze,  że 

mógł się sam obrócić. Gdyby nie unieruchomiona noga, mógłby nawet usiąść bez pomocy. 

Olga niczym błyskawica przemknęła do okna i przecisnęła się przed Raiję bliżej okna. 

Chuchała zawzięcie i ścierała pulchnymi rączkami szron. 

-  Co  widzisz  Raiju  -  Raiso?  -  pytała,  bo  chociaż  wytężała  wzrok,  nie  dostrzegła  nic 

ciekawego. 

- Zdaje mi się, że płynie jakiś statek - odpowiedziała Raija. 

background image

- Czy to „Antonia?” - doleciał z alkierza głos Wasilija. 

A więc nie spał i słyszał, o czym rozmawiali. 

- Może - odparła Raija wymijająco. - Jest jeszcze daleko. Widzę tylko zarys żagli. 

Ale ona także pomyślała o żaglowcu, na który czekali, powoli tracąc nadzieję na jego 

powrót.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  Oleg  zdecydował  się  pozostać  na  zachodnich 

łowiskach  przez  zimę.  Zresztą  była  to  ostatnia  niemal  chwila,  żeby  przedostać  się  przez 

Morze Białe. Zima nie pyta o pozwolenie, tylko zamyka grubą warstwą lodu przejście nawet 

dla większych statków. 

-  Chyba  potrafisz  odróżnić  po  ożaglowaniu,  czy  to  duży  statek,  czy  mały  - 

niecierpliwił się Wasilij. 

Rai  ja  poczuła  irytację.  Łatwo  było  mu  mówić.  Jemu,  który  wychował  się  wśród 

statków  i  żagli.  Któremu  wystarczyło,  że  przejechał  palcem  po  burcie,  by  rozpoznać,  z 

jakiego lasu pochodzi drewno użyte do budowy, a przynajmniej, kto zbudował łódź. 

- Duży - powiedziała Raija. - Ale może przypływa z zagranicy? 

- Na pewno nie. Żaden statek z obcego portu nie przypłynąłby o tej porze roku - rzekł 

Wasilij  z  pełnym  przekonaniem.  -  Ten  jeden,  który  ciągle  stoi  na  kotwicy,  już  dawno 

powinien  odpłynąć,  ale  kapitan  zanadto  lubi  wódkę.  Jeśli  nie  ocknie  się  w  porę,  morze 

zamarznie i przyjdzie mu tutaj zimować... 

Spostrzeżenia  Wasilija  na  temat  statku  z  Lubeki  i  jego  kapitana  zdawały  się 

zadziwiająco trafne. 

- To może być... - zaczęła Raija. 

-  Tatuś?  -  zapytała  Olga  cieniutkim  głosikiem,  który  zabrzmiał  równie  żałośnie  jak 

dawniej,  gdy  była  małą  dziewczynką,  strasznie  samotną,  i  w  myślach  nazywała  siebie 

księżniczką. 

- Może - odparła Raija i przytuliła mocniej Olgę. Żałowała, że nie potrafi kłamać, ze 

względu na to dziecko. Modliła się więc całym sercem, żeby Oleg porzucił pomysł spędzenia 

zimy w Finnmarku i wrócił do domu. Chyba wiedział, kto na niego czeka. Musi się domyślać, 

jak bardzo Olga za nim tęskni, mimo że unika rozmów na ten temat. Musiałby nie mieć serca, 

by sprawić własnemu dziecku taki zawód. 

- „Antonia” to jedyny statek, który dotąd nie wrócił - dobiegł głos z alkierza. 

Serdeczne  dzięki,  Wasiliju,  pomyślała  w  duchu  poirytowana  Raija.  Przecież  mała 

Olga wyczuwa powagę sytuacji. Po co jeszcze dodatkowo rozniecać w dziecku nadzieje? 

background image

Rzeczywiście  wszystko  wskazywało  na  to,  że  do  portu  zbliża  się  „Antonia”,  statek 

handlowy, którego oczekiwali. Ale czy Oleg płynie na jego pokładzie? Raija z lękiem myślała 

o tym, jak zdoła pocieszyć małą, kiedy się okaże, że ojca nie ma. 

Niemal przez cały dzień stały przy oknie. Chuchały na szybę i tarły szron, żeby więcej 

widzieć,  a  potem  z  rozpłaszczonymi  nosami  prześcigały  się  w  opisach,  jak  wygląda 

podpływający  do  portu  żaglowiec.  Michaiłowi  zdawało  się  niemal,  że  widzi  go  na  własne 

oczy, a i Wasilij miał podobne wrażenie. 

Im dokładniej Raija opisywała statek, rym większą miał pewność, że to „Antonia”. 

Zresztą Raija także już nie miała wątpliwości, choć nie powiedziała tego na głos. 

Wreszcie jednostka przybiła do brzegu. W popołudniowym zmierzchu Raiji udało się 

odczytać nazwę. Na burcie odbijał się napis: „Antonia”. Raija mimowolnie wspomniała Tonie 

o niesfornych ciemnych lokach. Gdzie teraz jesteś, Toniu? 

Ale  przecież  Tonią  sama  dokonała  wyboru.  Wyjechała  na  zawsze,  zamykając  sobie 

drogę odwrotu. 

Raija  przygotowała  jedzenie.  Zajrzała  do  Wasilija  i  potwierdziła,  że  to  naprawdę 

„Antonia”,  kiedy  jednak  Olga  i  Misza  dopytywali  się  o  to  samo,  zbyła  ich,  mówiąc,  że  po 

ciemku nie widać napisu na burcie. 

Nie miała serca budzić w dziecku nadziei. 

Ale  Olga  mimo  to  wyczekiwała  niecierpliwie.  To  było  nieuniknione.  Zresztą  Raija 

sama  nie  mogła  sobie  znaleźć  miejsca.  Kiedy  Jewgienij  nie  pojawił  się  w  chacie  o  zwykłej 

porze i kolacja wystygła, wiedzieli już na pewno, że przypłynął Oleg. 

Tylko  dzięki  codziennym  obowiązkom  Raija  znosiła  napięcie.  Zapadł  już  późny 

wieczór,  gdy  nakarmiła  i  umyła  dzieci,  ale  nakłonić  ich  do  snu  się  nie  dało.  Nie  pomogły 

bajki ani kołysanki. Dzieci czekały. 

Wreszcie usłyszeli za oknem kroki. Raija poznała, że to Jewgienij. Zdawało jej się też, 

ż

e słyszy kroki Olega. Ale może to był odgłos jej walącego młotem serca? 

Raija nadal nie miała odwagi łudzić się nadzieją. 

Otworzyły  się  drzwi  i  do  środka  wszedł,  pochylając  się,  Jewgienij,  a  zaraz  po  nim 

pojawiła  się  w  wejściu  zwalista  postać  Olega  w  ciemnym  ubraniu,  przesiąkniętym  słonym 

zapachem morza. 

Olga rzuciła się do ojca. Usłyszeli jej cienki, żałosny głosik. 

Dlaczego Oleg zostawił otwarte drzwi? Chyba widział, że jego córeczka jest w nocnej 

koszulce i w chłodnym przeciągu marzną jej bose nogi... 

background image

Raija  poczuła  ucisk  w  sercu,  gdy  Oleg  wszedł  głębiej  do  izby.  Zrozumiała,  że  nie 

przybył sam. 

Wstrzymała  oddech,  dostrzegłszy  wślizgującą  się  do  ciepłego  wnętrza  jakąś  postać, 

która stanęła w cieniu silnej sylwetki Olega. 

Nie była w stanie zdobyć się na uśmiech. 

Ludzie powiedzą, że Oleg nie mógł postąpić inaczej. Antonia i tak nigdy nie wróci, na 

dobre wyfrunęła z gniazda. Po co wyczekiwać niewiernej żony? 

Tak będą gadać ludzie i staną po stronie Olega. 

Choć  rozsądek  podpowiadał  Raiji,  że  ta  dziewczyna  nie  jest  niczemu  winna,  w  jej 

piersi zagościł chłód. Nie była w stanie się nawet uśmiechnąć. 

- Witamy w domu - odezwała się bezbarwnie, ale popatrzyła na Olega pociemniałymi 

z gniewu oczami. Nie spodziewała się tego po nim. Po wszystkich, ale nie po nim. 

Olga  zareagowała  podobnie.  Puściła  ojca  i  ukradkiem  przemknęła  do  Raiji.  Wspięła 

się  jej  na  kolana  i  zacisnęła  ręce  na  szyi.  W  jej  oczach  także  dało  się  wyczytać  wymówkę, 

zawód, rozczarowanie. Oczy Olgi nie dowierzały. 

- Sprowadziłem sobie z zachodu gosposię - zaśmiał się Oleg, nie zważając na reakcję 

Raiji. 

Przepuścił  dziewczynę  do  przodu  i  położył  jej  ręce  na  ramionach.  Nieznajoma 

rozejrzała się pośpiesznie po izbie, zerknęła na Raiję i dzieci i, zarumieniona, spuściła wzrok. 

-  To  Lina  -  przedstawił  ją  Oleg.  -  Pochodzi  z  Finnmarku,  z  Soroya.  Zostanie  tutaj 

przynajmniej przez zimę. Na wiosnę popłynę znów na zachód, a ona może ze mną wróci. 

- Czy wówczas wymienisz ją na inną? - zapytała ostro Raija. 

Oleg  udał,  że  nie  słyszy.  Na  szczęście  dziewczyna  nie  rozumiała  ani  słowa  po 

rosyjsku. 

Może  w  innych  okolicznościach  Raija  by  jej  współczuła,  ale  nie  teraz,  gdy  trzymała 

małą  Olgę  na  rękach.  Wpatrywała  się  w  obcą  świdrującym  spojrzeniem,  jakby  chciała  ją 

prześwietlić na wylot. 

Nie mogła się nawet równać z Tonią, nikt nie mógł. 

Młode  dziewczę,  drobnej  postury,  niewiele  wyższa  od  Raiji.  Chuda,  ale  o 

zdumiewająco  krągłych  policzkach.  Może  nawet  była  ładna,  ale  Raija  nie  oceniła  jej  zbyt 

łaskawie. Taka twarz szybko się starzeje, uznała. Za kilka lat wyżłobią ją zmarszczki. Włosy 

dziewczyna miała jasne, pospolite. Oczy pewnie niebieskie, Raija nie zauważyła, bo Lina nie 

miała  odwagi  podnieść  wzroku.  Była  tak  niepodobna  do  Toni,  jak  tylko  można  sobie 

background image

wyobrazić.  Pod  każdym  względem.  Raija  zastanawiała  się,  czy  czasem  nie  z  tego  właśnie 

powodu Oleg ją wybrał. 

-  Mogłeś  sobie  znaleźć  nieco  bardziej  krzepką  gosposię  -  rzuciła  po  chwili, 

mimowolnie  zaprawiając  swe  słowa  goryczą.  Widziała,  że  bardzo  tym  uraziła  Olega.  Nie 

czuła się dobrze w roli sędziego, ale tak strasznie ją zaskoczył. Chyba już lepiej by było, gdy-

by nie wracał na zimę do domu! 

Jewgienij zawołał Raiję po imieniu. W jego oczach odczytała ostrzeżenie, ale udała, że 

tego  nie  widzi.  Nie  zamierzała  ukrywać  przed  Olegiem,  co  o  nim  sądzi,  choć  nigdy  nie 

należała  do  kobiet,  które  wtrącają  się  do  cudzych  spraw.  Ale  prawda  zawsze  była  dla  niej 

prawdą i nie zamierzała jej upiększać. 

Oleg usiadł i postukał w krzesło obok, zapraszając obcą dziewczynę, by  usiadła przy 

nim. 

Raiji mimowolnie przyszedł na myśl pies łaszący  się do swego pana,  gotów pójść za 

nim na koniec świata, i zrobiło jej się przykro. 

Oleg  został  potraktowany  we  własnym  domu  jak  intruz.  Gęsty  zarost  zasłaniał  jego 

rysy  twarzy,  ale  oczy  nie  kryły  zawodu.  Nie  spodziewał  się  chyba,  że  żona  przyjaciela  go 

potępi. 

-  Wybrałem  sobie  tę  dziewczynę!  -  odezwał  się,  nie  spuszczając  wzroku z  Raiji.  Nie 

pozwalając, by ktoś wszedł mu w słowo, dodał: - W następnym roku zabierzemy ze sobą na 

zachód rybaków. Rodzina Liny buduje dla naszej załogi baraki na wyspie Soroya. W pobliżu 

są wspaniałe łowiska. Więcej zarobimy, sami łowiąc ryby, niż je kupując. A poza tym będzie-

my wiedzieć, co to za towar. Na wiosnę popłynę, Raiju, znowu na zachód. A Lina razem ze 

mną.  Ale  przez  zimę  pozostanę  tutaj,  w  swojej  chacie.  Mając  w  domu  kobietę,  będę  mógł 

mieszkać razem z Olgą.  Czy to nie wspaniale, córeczko? Dobrze będzie zamieszkać znów z 

tatą. 

Olga siedziała nieruchomo na kolanach Raiji i wpatrywała się w  Linę.  Z tego,  co się 

wokół niej działo, dziewczynka rozumiała więcej, niż by sobie tego życzyli dorośli. 

- Nie chcę - odpowiedziała. - Zostanę u Raiji - Raisy. Na te słowa Oleg jakby zapadł 

się  w  sobie.  Jego  własna  córka  odwróciła  się  od  niego!  Olga  ukryła  twarz  na  piersi  Raiji, 

jeszcze mocniej zaciskając jej ręce na karku. 

- Porozmawiamy o tym później - zaproponował Jewgienij. - Chyba już czas najwyższy 

ułożyć  dzieci  do  snu,  kochana.  Rano  przeniesiemy  się  do  naszej  chaty,  nie  będziemy 

zajmować Olegowi domu. 

- Możemy spać na statku... - rzucił Oleg, ale zamilkł, widząc wzrok Raiji. 

background image

Wystawiła  na  stół  jedzenie  i  poczęstowała  przybyłych.  Dziewczyna  nie  jadła 

łapczywie, ale sądząc po jej zachowaniu, wywodziła się raczej z prostych ludzi. 

- Ile ona ma lat? - zapytała Raija, lekceważąc przybyłą. 

Dziewczyna,  przekroczywszy  próg  chaty,  nie  wypowiedziała  jeszcze  ani  jednego 

słowa. Trudno się właściwie dziwić, skoro nie znała ich języka. Ale przecież wystarczyłoby, 

ż

eby  się  uśmiechnęła.  Zresztą  mogła  się  przywitać  w  swoim  języku.  Przyjemnie  byłoby 

usłyszeć jej głos. Przestaliby się wówczas zastanawiać, czy nie jest aby niemową. 

- Siedemnaście - odpowiedział Oleg, nie patrząc na Raiję. 

-  Przecież  to  jeszcze  podlotek,  nie  kobieta.  Co  ona  może  wiedzieć  o  wychowaniu 

dzieci! 

-  Dziewczęta  w  jej  wieku  często  są  już  matkami,  co  nikogo  nie  dziwi  ani  w 

Finnmarku, ani tu, nad Morzem Białym. Proszę, nie komplikuj wszystkiego, Raiju. 

Jewgienij popatrzył badawczo na żonę, ale ona całą swą uwagę skupiła na Olegu. Nic 

w jej zachowaniu nie wskazywało na to, że słowa Olega obudziły w niej jakieś wspomnienia. 

A przecież sama została matką w wieku siedemnastu lat. 

-  Lina  da  sobie  radę  -  zapewnił  Oleg  bez  cienia  wątpliwości.  -  Ma  sześcioro 

młodszego rodzeństwa. Zajmowała się nimi. 

- A teraz kto się nimi opiekuje? - zdziwiła się Raija. 

- Jej rodzina nie zubożeje od tego, że zabrałem Linę na wschód - rzucił wyjaśniająco. - 

U nich trudno znaleźć

 posadę służącej dla takiej młodej dziewczyny. Nic nie stracili na tym, 

ż

e dziewczyna popłynęła ze mną. Zostawiłem im drewno na budowę baraków... 

-  Zapłaciłeś  za  nią?  -  spytała  Rai  ja  z  niedowierzaniem.  -  Siedzisz  tu  i  z  takim 

spokojem to mówisz? Nawet ci powieka nie drgnęła! 

Pokiwał głową: 

- Tak, za służbę u mnie zostanie dobrze wynagrodzona. 

- Jej rodzice zostaną też wynagrodzeni? - spytała Raija. 

- To chyba oczywiste - odparł Oleg niezadowolony. 

- A dorzucisz coś za dodatkowe usługi? - drążyła dalej Raija. - Czy też uważasz, że już 

wystarczająco zapłaciłeś jej ojcu. To także uzgodniliście? 

- Nie rozumiem, o co ci chodzi! - Oleg stracił cierpliwość. - Ja cię nie rozliczam, Raiju 

Bykowa.  Chętnie  pozostanę  twoim  przyjacielem,  ale  nie  za  wszelką  cenę.  Teraz  jednak 

przeholowałaś.  Ja  też  mam  swoje  uczucia.  Tonią  uciekła,  wiedziałaś,  co  tu  się  wydarzyło,  i 

założę  się,  że  nie  potępiłaś  jej  ani  jednym  słowem.  Czyżby  jej  uczucia  znaczyły  więcej  niż 

moje? Dlaczego? 

background image

Raija westchnęła i spuściła głowę. Oleg miał swoją rację, zasłużyła na jego gniew. 

Ta  dziewczyna  nie  była  niczemu  winna.  Przybyła  do  obcego  kraju,  gdzie  wszystko 

było dla niej nowe, a ona tak ją powitała! 

-  Może  bardziej  kochałam  Antonię  niż  ciebie,  Oleg  -  odezwała  się  w  końcu.  - 

Przepraszam, nie mam prawa wtrącać się do twojego życia. Tyle tylko, że spadło to na mnie 

tak nieoczekiwanie. Wybaczysz mi? 

Oleg uśmiechnął się. Szybko wybuchał gniewem, ale równie szybko zapominał urazę. 

Pod tym względem niewiele różnił się od Raiji. 

- Wybaczone - oznajmił. 

- Jak ty z nią rozmawiasz? - zapytała Raija po chwili. 

Oleg  uniósł  brwi  i  zmarszczył  czoło.  Podobno  poprzeczne  zmarszczki  na  czole 

zdradzają,  ile  się  będzie  miało  dzieci.  Jeśli  to  prawda,  Oleg  może  się  jeszcze  spodziewać 

potomstwa, stwierdziła Raija. 

-  Mieszanką  języków  -  zaśmiał  się.  -  „Moja  po  twoja”...  Nie  pamiętasz,  Raiju?  Po 

rosyjsku, norwesku, niemiecku... 

Umilkł,  powstrzymany  wzrokiem  Jewgienija.  Zrozumiał,  że  się  zagalopował. 

Przełknął ślinę. 

-  A  gdzie  ja  miałam  to  słyszeć?  -  zdziwiła  się  Raija.  -  Czy  tam  na  zachodzie  to 

normalny sposób porozumiewania się? 

-  Przynajmniej  tam,  dokąd  my  docieramy  -  wyjaśnił  Oleg.  -  Przecież  nie  dałoby  się 

handlować bez słów. A ich język jest dla nas dość trudny. Tak samo zresztą jak nasz dla nich. 

- Jak to brzmi? - Raija jak zwykle była żywo zainteresowana. 

- Dużo w tym: „moja, twoja” - uśmiechał się Oleg. - To rozumieją wszyscy. Do wielu 

słów dodajemy końcówki, w niektórych coś z przodu. Używamy naszych określeń na liczby i 

miary, naszych terminów kupieckich. Oni sobie już wiele z nich przyswoili. Pozostają jeszcze 

gesty  i  mimika.  Proste,  co?  -  dodał,  wykrzywiając  twarz  i  rozkładając  ręce,  jakby  chciał 

zademonstrować to, o czym mówił. 

Raija popatrzyła na niego z powątpiewaniem. 

- No to jak powiesz, że chcesz kupić ryby? 

-  Moja  fisk  kopom  -  odparł  Oleg,  żywo  gestykulując.  -  Norwegowie  pytają  mnie,  za 

ile: Kak pris? A ja na początek proponuję minimalną cenę. Vag

 mąki za dwa vagi dorsza. 

                                                 

 

ag - dawna jednostka miary - ok. 18 kg (przyp. tłum.)

.

 

background image

Raija  cała  zamieniła  się  w  słuch.  Pochylona  nad  stołem  patrzyła  na  Olega  z 

rozszerzonymi oczami i półotwartymi ustami. 

Oleg  kiwnął  głową  i  udając  norweskiego  rybaka,  który  odrzuca  ofertę,  zrobił 

niezadowoloną minę i rzekł: 

- Niet, eta mała, za mało. 

Potem  Oleg  zamyślił  się  i  zaproponował  jakby  niechętnie  półtora  vaga  dorsza  za 

półtora vaga mąki,  co niewidzialnego rybaka z dalekiego wybrzeża Finnmarku najwyraźniej 

zadowalało. 

-  Dawaj,  mówi  on,  i  tak  dochodzimy  do  porozumienia.  -  Oleg  zaśmiał  się,  widząc 

zachwyconą  twarz  Raiji.  -  Wtedy  ja  zapraszam  go  wspaniałomyślnie  na  pokład  i  częstuję 

herbatą i likierem, żeby opić udaną transakcję, wiesz... 

Raija  pokręciła  głową.  Wyobraziła  sobie  wszystko  tak  dokładnie,  że  niemal  widziała 

statek  zacumowany  w  jakimś  fiordzie  daleko  na  zachodzie,  góry,  ludzi.  I  Olega 

pertraktującego z rybakami z obcego kraju. Zdawało jej się, że wie, co będzie dalej: Oleg w 

swojej kajucie wyjmie samowar albo karafkę z likierem. 

Raija odwróciła się i popatrzyła z uwagą na Linę. Dziewczyna także spojrzała na nią i 

uśmiechnęła  się  lekko.  Chyba  nie  zrozumiała  dokładnie,  o  co  chodziło  Olegowi,  ale 

przynajmniej odróżniała słowa. 

-  Witamy  u  nas,  Lino  -  odezwała  się  Rai  ja  i  przez  stół  podała  dziewczynie  dłoń.  - 

Mam na imię Raija. 

- Dziękuję - odpowiedziała nieznajoma. - Spasiba - dodała i nagle puściła rękę Raiji. 

Rozszerzonymi  ze  zdumienia  oczami  patrzyła  to  na  nią,  to  na  Olega.  -  Nic  mi  nie 

powiedziałeś, że ona zna norweski. Na Boga, ona mówi po norwesku! 

Raija rozumiała jej słowa. 

Odwróciła się do Jewgienija, który pochylił się, skrywając twarz w dłoniach. 

- Jewgieniju, ja mówię po norwesku - wyszeptała po rosyjsku. - Wiedziałeś o tym, że 

potrafię? 

Pokiwał  głową  bez  słowa,  a  potem  popatrzył  na  nią.  Twarz  miał  zmęczoną,  ale 

spojrzenie stanowcze. Nie poddał się, choć jeszcze nigdy nie był tak bliski utraty gruntu pod 

stopami.  Postanowił  walczyć  dopóty,  dopóki  będzie  mógł  się  uczepić  choćby  jednego 

brzmiącego wiarygodnie kłamstwa. 

Popatrzył ponad głową Raiji na Olega. 

-  Ciebie  także  przywieźliśmy  z  Norwegii,  kochana.  Nie  chcieliśmy,  żebyś  o  tym 

pamiętała, bo tylko cudem uniknęłaś spalenia na stosie. 

background image

Nie było to kłamstwo, ale też i nie cała prawda. 

Raija  zamknęła  oczy.  Słyszała  słowa  męża,  ale  choć  bardzo  się  starała,  zdarzenia,  o 

którym mówił, nie potrafiła sobie przypomnieć. 

Czuła się tak, jakby trafiła na skalną ścianę. 

background image

Olegowi i Linie posłali w małym alkierzu. Raija przypomniała sobie, że w rym samym 

pomieszczeniu Tonią ukrywała Grigorija. Jakie figle potrafi płatać los! 

Olga  została  ułożona  na  tej  samej  ławie,  na  której  spał  Michaił,  ale  po  przeciwnej 

stronie,  Raija  zaś  z  Jewgienijem  przygotowali  sobie  posłanie  na  podłodze  w  alkierzu,  gdzie 

leżał Wasilij. Napalili porządnie w piecu, tak żeby nikt nie zmarzł. 

Raija  czuła  się  zakłopotana  całą  tą  sytuacją,  nie  mogła  jednak  powiedzieć  tego 

otwarcie.  Demonstracyjnie  odwróciła  się  do  Jewgienija  plecami.  Leżała  na  samym  brzeżku 

posłania pod futrzanym  nakryciem. W ciemnościach słyszała oddechy Wasilija i Jewgienija. 

Ż

aden z nich nie spał. 

Wasilij dworował sobie z Olega, że wrócił do domu z młodą Norweżką. W jego głosie 

Raija wyczuła jednak podziw. Dorzucił zresztą, że w następnym sezonie też przywiezie sobie 

stamtąd dziewkę. 

- Gniewasz się na mnie? - zapytał cicho Jewgienij, nie przejmując się tym, że Wasilij 

słyszy  każde  ich  słowo.  Na  szczęście  wykazał  na  tyle  taktu,  że  nie  próbował  jej  dotykać. 

Pewnie domyślał się, że tego by nie zniosła. 

-  Czy  się  gniewam?  -  wyszeptała  gwałtownie.  Potem  skuliła  się  i  podciągnąwszy 

wysoko pod brodę kolana, dodała: - Czuję się rozczarowana. 

Gdyby  byli  teraz  w  domu,  mogłaby  trzasnąć  drzwiami,  nakrzyczeć.  Tutaj  musiała 

stłumić w sobie cały gniew. 

-  Ty  i  Oleg  znaliście  prawdę,  a  mimo  to  wmawialiście  mi,  że  znaleźliście  mnie  w 

jakimś  rosyjskim  porcie.  Wcześniej  mówiłeś,  że  nie  wiadomo  skąd  pojawiłam  się  w 

Archangielsku...  -  Zapatrzona  w  mrok,  dodała:  -  Czy  będę  ci  mogła  jeszcze  zaufać, 

Jewgieniju,  po  tym,  jak  mnie  okłamałeś?  Skąd  mam  mieć  pewność,  że  to,  co  mi  teraz 

opowiadasz, jest prawdą? 

-  Nie  wiem  -  odrzekł,  drżąc  z  zimna,  bo  zawsze  zasypiał,  trzymając  Raiję  w 

ramionach. Zdążył do tego przywyknąć. - Po prostu musisz mi uwierzyć - dodał. 

Raija  nawet  nie  przypuszczała,  że  mąż  boi  się  bardziej  niż  ona.  Niebezpiecznie 

zbliżyli się do prawdy. Jewgienij zdawał sobie sprawę, że kłamstwo może się w każdej chwili 

wydać. 

background image

- Blizny na twoim ciele pozostały po torturach, jakim poddano cię w twierdzy Vardo - 

wyszeptał, na moment wstrzymując oddech. Czekał na reakcję, jaką wywoła w niej ta nazwa. 

Czy obudzi w niej wspomnienia? 

Ale Raija leżała nadal skulona i cicha, odwrócona do niego plecami. 

-  Nie  mam  pojęcia,  jak  zdołałaś  stamtąd  uciec  -  ciągnął  niepewnie,  ale  Raija  nie 

zwróciła  na  to  uwagi.  -  Stos  był  już  wzniesiony.  Właśnie  podnosiliśmy  kotwicę,  gdy  jakiś 

mężczyzna przypłynął łódką w środku nocy i poprosił, żebyśmy cię wzięli ze sobą na pokład. 

Twierdził,  że  to  jedyna  szansa  na  uratowanie  ciebie.  Znałem  go  z  widzenia,  bo  nie  raz 

dobiliśmy  targu.  Jego  imienia  jednak  nie  pamiętam.  To  nie  od  niego  kupowałem  najwięcej 

ryb. 

Wsłuchiwała  się  w  słowa  męża,  wypowiadane  tak  gładko,  jak  gdyby  naprawdę  to 

przeżył, a równocześnie jakby wszystko wymyślił. 

A jednak bardziej wierzyła w tę historię niż w te, którymi karmił ją wcześniej. 

-  Czy  to  wszystko?  -  zapytała.  -  Kim  był  ten  mężczyzna  dla  mnie?  Dlaczego  mnie 

przywiózł  na  wasz  statek?  Czemu  tak  się  troszczył  o  moje  nędzne  życie?  Przecież  miałam 

spłonąć... Nic więcej nie powiedział? Czy mówił, że miałam tu zostać na zawsze, Jewgieniju? 

Czy chciał, żebym wróciła? Kochał mnie? A ja jego? 

Zasypała męża lawiną pytań. 

Jewgienij przywołał w myślach obraz Reijo. Wciąż był wyraźny, choć wolałby, żeby 

wspomnienia przyblakły. O Reijo trudno jednak zapomnieć. Było w nim coś wyjątkowego. 

To  nie  wydarzyło  się  w  Vardo,  tylko  w  Skibom  nad  fiordem  Lyngen.  W  listopadzie. 

Kończył  się  właśnie  jarmark.  Zastrzelony  został  ukochany  Raiji,  a  nad  jej  własnym  życiem 

także  zawisło  niebezpieczeństwo.  Reijo  wiedział,  że  statek  rosyjski  jest  dla  niej  jedynym 

ratunkiem. 

-  Miał  jasne  włosy  i  zielone  oczy  -  zaczął.  Szczerość  sprawiała  mu  ból.  Najchętniej 

wyrzuciłby z pamięci tamte zdarzenia, by zapomnieć o własnej zdradzie. Czuł jednak, że nie 

wolno mu o wszystkim kłamać. Poza tym uznał, że jeśli będzie się trzymał prawdy - na tyle 

ile to możliwe - wówczas nie popłacze się w tym wszystkim. A może Raiji przywróci spokój? 

-  Był  niewiele  starszy  od  ciebie.  Myślę,  że  cię  kochał.  Ale  czy  ty  go  kochałaś?  Nie 

wiem. Lubiłaś, chyba tak... Nie sądzę jednak, by łączyło was coś więcej. 

Może on pomógł ci tylko w ucieczce? Nie mam pojęcia. Wolałem nie dopytywać się o 

szczegóły, świadom grożącego mi niebezpieczeństwa... 

background image

Zapatrzył się w nocny mrok, To było trudne wyzwanie, ale musiał przez to przebrnąć. 

Może  Raiji  wystarczą  te  skąpe  wiadomości  o  wcześniejszych  latach  życia  i  przestanie  się 

zadręczać? 

-  Nie  sądzę,  byś  mogła  tam  wrócić.  Uwierz  mi,  Raiju,  oskarżenie  o  czary  to  nie  jest 

błahostka... 

-  Tylko  tyle  o  mnie  wiesz,  że  pochodzę  z  Norwegii  i  byłam  oskarżona  o  uprawianie 

czarów? - Rai ja obróciła się do niego twarzą. Wprawdzie w ciemnościach nie widziała męża 

dokładnie, ale on się czuł tak, jakby przyparła go do muru. - To wszystko, co o mnie wiesz? 

-  Wszystko  -  zapewnił.  -  Sama  mi  nic  więcej  nie  opowiedziałaś,  a  ja  nie  chciałem 

pytać. Miałem się postarać, żebyś znalazła sobie tu na wschodzie jakieś zajęcie. Ale los mnie 

wyręczył. Dobrze wiesz, co się stało. Straciłem rękę, potem pokochałem ciebie... 

Pokiwała  głową.  Nie  pamiętała  nic  z  tego,  co  o  jej  dawnym  życiu  opowiadał  przed 

chwilą,  ale  jednego  była  pewna:  swojej  miłości  do  Jewgienija.  Nauczyła  się  go  kochać.  Nie 

pamiętała  jasnowłosego  mężczyzny  o  zielonych  oczach.  Tknęło  ją  jednak,  że  może 

nieprzypadkowo Wasilij, również blondyn, o oczach mieniących się niebieskozieloną barwą, 

wydawał jej się od początku taki znajomy. 

- Nie miałeś zamiaru mi tego wyjawić? - zapytała. Chciała usłyszeć odpowiedź z ust 

męża,  choć  właściwie  się  jej  domyślała.  -  Gdyby  Oleg  nie  przywiózł  Liny,  a  ja  nie 

spotkałabym żadnego Norwega, gdybym nie miała okazji się przekonać, że znam ten język, ty 

sam byś mi o tym nie powiedział? 

-  Nie!  -  odrzekł  Jewgienij.  -  Bałem  się,  że  przypomnisz  sobie  koszmar  tortur  w 

twierdzy  Vardo.  Nie  wszyscy  potrafią  żyć  z  balastem  takich  wspomnień.  Sądząc  po  twoich 

bliznach, doznałaś wielkiego okrucieństwa. Nie chciałem, żebyś do tego wracała. Uważałem, 

ż

e to niepotrzebne. 

Niepotrzebne! 

Raija  zamknęła  oczy  i  obróciła  się

  na  wznak.  Nie  pojmowała  męża.  A  już  przez 

moment miała chęć przytulić się do niego! Teraz trudno jej było nawet znieść taką myśl. 

-  To  przecież  moje  życie  -  wyszeptała.  -  Miałam  prawo  wiedzieć,  Jewgieniju,  nawet 

jeśliby mi to sprawiło ból. To moje życie! - powtórzyła, podnosząc głos. 

- Ciii... Obudzisz Wasilija! 

-  On  i  tak  nie  śpi  -  odpowiedziała  Raija.  -  Prawda,  Wasiliju?  Słyszałeś  każde  słowo 

naszej rozmowy. Teraz już wiesz, jakie tajemnice skrywaliśmy w naszych czterech ścianach 

w chacie nad Dwiną. 

background image

- Nie śpię, to prawda - odparł cicho Wasilij. - Nie podsłuchiwałem, ale trudno było nie 

słyszeć,  o  czym  mówicie.  Nie  obawiajcie  się  jednak,  nikomu  o  tym  nawet  nie  wspomnę. 

Kamień w wodę. 

- Co o nas sądzisz? - chciała wiedzieć Raija. Z trudem powstrzymywała cisnące się do 

oczu łzy. Poczuła się taka samotna. Doznała zdrady ze strony mężczyzny, którego by nawet 

nie podejrzewała, że może być do niej zdolny. 

- Nic nie sądzę - odparł szeptem Wasilij. - To nie moja sprawa! Nie chcę się wtrącać. 

Nie próbuj mnie, Raiju, wciągać w wasze sprawy. 

- A więc trzymasz jego stronę! 

- Nie - cicho odparł Wasilij. - Ale niewykluczone, że na jego miejscu postąpiłbym tak 

samo. Rozumiem, że jest ci ciężko. Ale dla Jewgienija to także trudna chwila. Jemu także nie 

jest  lekko.  Długo  ukrywał  przed  tobą  prawdę,  ale  robił  to  dla  twojego  dobra.  Chciał  ci 

zaoszczędzić cierpienia. Pomyśl także trochę o nim, nie tylko o sobie. 

Raija słuchała go jednym uchem. Jako mężczyzna oczywiście ujął się za Jewgienijem. 

Mężczyźni zawsze stają za sobą murem. 

Podniosła się. 

Jewgienij poderwał się, chcąc pójść za nią, ale go powstrzymała. 

- Usiądę przy Miszy i Oldze. Muszę trochę pomyśleć, Jewgieniju. Wolałabym zostać 

przez chwilę sama. 

- Zmarzniesz... 

- Wezmę koc - odparła i wyszła, zamykając za sobą drzwi. 

-  Nigdy  nie  było  łatwo  żyć  razem  z  nią  -  rzucił  Jewgienij.  -  Ale  szczęśliwe  chwile  z 

nawiązką wynagradzały te trudne. 

-  Czy  to,  co  jej  opowiedziałeś,  to  prawda?  -  zapytał  Wasilij.  -  Tyle  różnych  historii 

krąży na jej temat... 

- Nikt jednak oprócz Olega i mnie nie wie, jak Raija znalazła się na pokładzie „Sankt 

Nikołaja” - wszedł mu w słowo Jewgienij. - Z grubsza nakreśliłem prawdę o jej życiu. Takiej 

kobiecie  jak  ona  trudno  kłamać.  Trudno  karmić  kłamstwem  kogoś,  kogo  się  kocha.  Ale 

czasami nie ma wyboru. Nie robiłem tego, żeby ją skrzywdzić. Po prostu chciałem ją ochronić 

przed złymi wspomnieniami. 

-  Znałeś  tego  mężczyznę  -  stwierdził  ze  spokojem  Wasilij.  -  Poznałem  to  po  twoim 

głosie. Ona była zbyt przejęta, by się zorientować. 

- Tak - odparł ciężko Jewgienij. - Znałem go, ale wolę, żeby ona go nie pamiętała. 

Zapadła cisza. 

background image

Otuleni gęstym mrokiem nie mieli już nic więcej do powiedzenia. 

Raija  przystawiła  sobie  krzesło  z  oparciem,  ciężkie  i  twarde,  zrobione  specjalnie  dla 

przysadzistego Olega. Za szerokie dla jej drobnej sylwetki. Podkurczyła nogi i schowała gołe 

łydki pod nocną koszulę, żeby nie marznąć. 

Olga spała niespokojnie. Kręciła się tak, że Raija obawiała się, że spadnie z ławy. Ale 

za  każdym  razem,  gdy  niebezpiecznie  zbliżała  się  do  krawędzi,  przesuwała  się  zaraz  na 

ś

rodek, jakby powstrzymana opiekuńczą dłonią. 

Patrząc  na  dziewczynkę,  Raija  przyrzekła  sobie,  że  cokolwiek  oni,  dorośli, 

postanowią,  nie  może  się  to  odbić  na  dziecku.  Ich  uczucia  i  ambicje  nie  są  tak  ważne  jak 

spokój Olgi. 

Raija zwykle dotrzymywała złożonych obietnic. 

Oleg  nie  chciał  skrzywdzić  córki,  ale  na  dzieciach  nie  znał  się  równie  dobrze  jak  na 

statkach, na morzu i handlu. 

Dziecka  nie  można  tak  sobie  przenosić  z  miejsca  na  miejsce.  Wziąć  je  na  kilka 

miesięcy, rozpieszczać, a potem znów wyjechać na nie wiadomo jak długo. 

Dzieci muszą mieć poczucie bezpieczeństwa. Potrzebują domu, rodziny, kochających 

je bezwarunkowo bliskich. Nie takich, którzy obdarzają je nadmierną miłością jednego dnia, 

by następnego opuścić. 

Olga nie była wyjątkiem. 

Raija  traktowała  Olgę  jak  własną  córkę.  Nie  zmieniłby  tego  nawet  powrót  Antonii. 

Łatwiej  jednak  byłoby  jej  oddać  dziewczynkę  matce.  Miała  bowiem  pewność,  że  Tonią, 

gdyby wróciła, nigdy więcej nie opuściłaby swojej rodziny. 

Raija wiedziała, że o Olgę będzie walczyła pazurami. Jeśli tylko córka Antonii zechce 

u niej zostać, nie odda jej Olegowi, mimo że jest rodzonym ojcem małej. Niech sobie nawet 

nasyła na nią gubernatora! 

Tej nocy Raija podjęła ważne postanowienia i poczuła przypływ energii. 

Zresztą musi być silna i mieć jakiś cel, bo inaczej zabraknie jej odwagi, by spojrzeć za 

siebie. 

Przestała się lękać o Michaiła. 

Intuicja  podpowiadała  jej,  że  syn  wyzdrowieje.  Może  on  także  ma  jakiegoś  Anioła 

Stróża?  Dzieci  zwykle  je  mają.  Raija  uważała,  że  to  sprawiedliwe,  bo  jeśli  kogoś  trzeba 

chronić przed złem tego świata i kaprysami losu, to właśnie dzieci. 

Będzie musiała pielęgnować to, co przyniesie jej przyszłość. Musi mieć kogoś, o kogo 

mogłaby się troszczyć, żeby dalej żyć u boku Jewgienija. 

background image

Kiedy opowiedział tę nie znaną jej historię - nową, kolejną prawdę - poczuła się, jakby 

wymierzył jej siarczysty policzek. Nie potrafiła  ocenić, czy to cała prawda o niej. Olega nie 

zamierzała pytać. To Jewgienij powinien powiedzieć jej wszystko, co wie. 

Okłamał ją dwukrotnie. Trudno więc mu wierzyć. 

Z drugiej strony blizny na jej ciele stanowią jakiś dowód. Są bezsprzecznie śladami po 

torturach.  Nie  da  się  wykluczyć,  że  mogła  być  oskarżona  o  czary.  Posiada  wszak 

nadprzyrodzone zdolności. Zapewne nie ujawniły się one dopiero tutaj, w Rosji. 

Tak więc wersja przedstawiona przez Jewgienija nie była całkiem niemożliwa. Trudno 

jednak było dać jej wiarę. 

Mimo wszystko jej miłość do Jewgienija nie wygasła. Nadal go kochała i nie potrafiła 

sobie  wyobrazić  życia  bez  niego,  tak  szarej  codzienności,  jak  i  świąt.  U  jego  boku  pragnęła 

dotrwać starości. 

Byli z Jewgienijem nierozdzielni. Pod tym względem nic się nie zmieniło. 

Mimo  to  nie  mogła  się  pogodzić  z  tym,  że  okrył  milczeniem  jej  przeszłość.  Był  jej 

najbliższy.  Tym  bardziej  więc  powinien  się  domyślić,  jak  ważne  dla  niej  jest  poznanie 

prawdy.  Każdy  najmniejszy  szczegół  dotyczący  swego  wcześniejszego  życia  traktowała  jak 

drogocenny skarb. 

Jewgienij widział, z jakim mozołem usiłuje przywołać w pamięci choćby najmniejsze 

wspomnienie.  Nawet  takie,  które  dla  innych  nie  miałoby  żadnego  znaczenia.  Jak  z  tych 

drobinek próbuje skleić całość. Prawdziwy obraz siebie. 

I mimo to uznał za niepotrzebne opowiedzenie jej o tym, jak trafiła na pokład „Sankt 

Nikołaja”. Tak to określił: „niepotrzebne”! 

Przemyślał  wszystko  i  za  nią  zadecydował!  Już  samo  przypomnienie  tego  faktu 

wywoływało gorycz w jej ustach. 

Jeśli nie była to zdrada, to z pewnością bolesny zawód. Nigdy by się nie spodziewała 

tego po Jewgieniju. W jej oczach był kimś wyjątkowym. Różnił się od wszystkich mężczyzn, 

których spotykała. Może miłość do niego sprawiła, że go wyidealizowała? Może postawiła go 

na piedestale, a on tymczasem jest innym człowiekiem niż ten, za którego go uważała? 

Ta  myśl  nie  dawała  jej  spokoju.  A  przecież  będzie  musiała  jakoś  żyć  nadal,  stawić 

czoło kolejnym porankom, jakie nadejdą po tej nocy. Dla niej będą chłodne. Dla niego też. A 

Raija  tak  pragnęła,  by  nowe  poranki  były  dla  nich  wspólne,  nie  osobne.  Ale  po  tym 

wszystkim  chyba  trudno  będzie  tworzyć  taką  jedność  jak  dawniej.  Nawet  jeśli  się  bardzo 

kocha... 

background image

Zamknięte  drzwi  do  alkowy  uchyliły  się  cicho.  Do  kuchni  wszedł  Jewgienij,  ubrany 

jak  do  wyjścia.  Na  chwilę  przystanął  i  wsłuchał  się  w  oddechy  dzieci,  a  potem  przemknął 

bezgłośnie  po  drewnianej  podłodze  w  stronę  Raiji.  Tak  jak  we  własnym  domu,  tak  i  tu 

wiedział, które deski skrzypią, a które nie. 

Jewgienij ukucnął przed żoną i położył jej dłoń na kolanie. 

- Naprawdę doznałaś takiego zawodu? - zapytał cicho przepełniony smutkiem. 

Raija  skinęła  twierdząco,  ale  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu,  Zresztą  ta  noc  nie 

nadawała  się  na  rozmowy  ani  na  kłótnie.  Może  to  dla  nich  zbawienne,  bo  nie  padły  słowa, 

których by potem żałowali. 

- Musimy o tym porozmawiać - ciągnął szeptem Jewgienij, podpierając dłonią czoło. - 

Ale później. Teraz nie dam rady, Raija Ja także jestem całkiem rozbity... 

Zamilkł, po czym spojrzał na nią. Po jego spiętej twarzy Raija poznała, że dokucza mu 

ból w barku. Zawsze gdy nadchodziły mrozy, bóle nasilały się. Inne zmartwienia przydały mu 

zmarszczek i głębokich bruzd. 

Usiłował  uchwycić  jej  wzrok,  ale  nie  było  to  łatwe.  W  końcu  jednak  ich  spojrzenia 

skrzyżowały się na krótko, ale intensywnie. 

- Teraz wychodzę - oznajmił stanowczo. Raija nie protestowała. Zaskoczyło ją, że nie 

ma  ochoty  powiedzieć  nawet  jednego  słowa,  zwykle  bowiem  robiła  wszystko,  żeby  go 

powstrzymać. 

-  Przybił  już  ostatni  statek  -  wyjaśnił,  jakby  tego  nie  wiedziała.  -  Na  pewno  jakaś 

gospoda  będzie  czynna  przez  całą  noc,  by  dać  schronienie  stęsknionym  za  domem 

marynarzom.  Znajdę  ich,  Raiju,  i  upiję  się  z  nimi  na  umór.  A  potem  będę  śpiewał  z  nimi 

smętne piosenki. Może też zatańczę? Nie wiem, ale upiję się na pewno. 

Milczała. Nie rozumiała, jak może teraz iść do gospody. 

Ona sama nie potrafiła nigdy oderwać się od dręczących ją myśli i kłopotów nawet na 

chwilę.  Jewgienij  tymczasem  umiał  odłożyć  smutki  na  bok,  ukryć  je  gdzieś  głęboko  w 

zakamarkach  duszy.  Uciekał  od  strapień,  tańcząc  do  upadłego  i  pijąc  na  umór,  choć 

następnego  ranka  trudności  znów  piętrzyły  się  przed  nim  niczym  ściana.  Ale  taki  już  był 

Jewgienij! 

- Obyś tylko trafił do swojego łóżka - odpowiedziała mu Raija po chwili. 

Wstał i spojrzał na nią przeciągle. 

- Kocham cię, mój aniele. Kocham cię bardziej, niż pojmujesz. Na pewno upiję się w 

sztok,  ten  jeden  raz.  Ale  nie  ma  takiej  kobiety,  która  mogłaby  mnie  zwabić  pod  swoją 

pierzynę. Wiem, gdzie moje miejsce. I wiem, z kim dzielę łoże. 

background image

Raija wierzyła mu, zresztą nie potrafiła znaleźć w myślach choć jednej kobiety, której 

mogłaby się obawiać. Nie dlatego, że była tak zadufana w sobie, ale dlatego, że należała do 

osób trzeźwo myślących. 

- Kocham cię, Jewgieniju - odrzekła, obserwując, z jakim trudem wkłada buty i ciepłe 

okrycie. Trwało to chwilę, ale nie prosił jej o pomoc Poradził sobie sam. Raija nie próbowała 

mu pomagać, żeby go nie upokarzać. 

Wyszedł  w  noc,  zwabiony  wesołymi  okrzykami  kompanów  i  pulsującym  życiem. 

Stęskniony za wspólnotą, która kiedyś tak wiele dla niego znaczyła, a od której się teraz nieco 

odsunął.  Nie  mógł  dorównać  zdrowym,  krzepkim  mężczyznom  na  pokładzie.  Ale  w 

gospodzie nie ustępował żadnemu. Żeby utrzymać kufel, wystarczyła mu jedna ręka. W tańcu 

nadal  nie  miał  sobie  równych,  a  kiedy  opowiadał  lub  intonował  pieśń,  potrafił  wzruszyć 

słuchaczy do łez. 

Raija została w chacie. Podłożyła do pieca, bo już ledwie się żarzyło, i pomyślała, że 

przynajmniej jest jakiś pożytek z tego, że nie śpi. 

Ale  jej  wnętrze  wypełnił  straszliwy  chłód.  Czuła  się  kompletnie  pozbawiona  uczuć, 

jakby  odrętwiała.  Nieoczekiwanie  dowiedziała  się  o  sobie  czegoś  więcej,  ale  Jewgienij  nie 

chciał tego z nią dzielić. To nie jej wspomnienia wydostały się przez pęknięcia w skale, jaką 

czuła w sercu. Wspomnienia, w które mogłaby wierzyć albo w nie powątpiewać. 

Dręczyły ją wciąż nowe pytania. 

Kim  był  ów  mężczyzna,  który  zawiózł  ją  łodzią  na  „Sankt  Nikołaja”?  Jeśli  to 

ukochany, to czy możliwe, by go zapomniała? Ale czy inaczej zwróciłby jej uwagę równy jej 

wiekiem mężczyzna o blond włosach i niebieskozielonych oczach? 

To  wszystko  wydawało  się  takie  nierzeczywiste.  Nieprawdopodobne.  Nie  mogła  się 

więcej  dowiedzieć,  choć  to  było  jej  życie.  Życie,  jakie  wiodła,  zanim  związała  się  z 

Jewgienijem. Nie mogła się nawet domyślać, jacy mężczyźni podobali się tamtej Raiji. Jakich 

mężczyzn kochała... 

Jewgienij  miał  nadzieję,  że  to,  czego  się  dowiedziała,  przywróci  jej  równowagę 

ducha.. Sądząc tak, bardzo się mylił. Choć przecież dobrze ją znał... 

Raija  nie  mogła  teraz  odzyskać  spokoju.  Dziedzictwo,  jakie  nosiła,  zbytnio  ją 

przerażało.  Musiała  się  dowiedzieć,  skąd  je  ma.  Musi  wiedzieć,  skąd  ona  sama  pochodzi. 

Dlaczego jest taka, jaka jest. 

Było  to  ważne  dla  niej  także  ze  względu  na  Michaiła.  Kiedy  patrząc  na  niego, 

wybiegała  myślami  w  przyszłość,  wiedziała,  że  musi  także  znać  przeszłość.  Musi  odzyskać 

background image

korzenie,  Misza  ich  potrzebuje.  Syn  nie  powinien  czuć  się  taki  bezradny  jak  ona.  Powinien 

dowiedzieć się prawdy, nawet jeśli miałby ją potem odrzucić. 

Raija  marzła.  Uznała,  że  nie  może  siedzieć  na  tym  krześle  do  rana.  Zresztą  nie 

przespała  już  tylu  nocy.  To  ona  przecież  głównie  czuwała  przy  Michaile.  Z  goryczą 

pomyślała, że bardziej niż Jewgienij zasłużyła na to, by wyjść i się trochę rozerwać. Tylko że 

kobiety nie odwiedzają gospody, zresztą i tak nie potrafiłaby się odprężyć. 

Wróciła  do  alkierza.  Nie  miała  wyboru.  Jewgienij,  wychodząc,  musiał  sobie  z  tego 

zdawać  sprawę.  Powinien  był  zrozumieć,  że  ona  także  potrzebuje  wypocząć.  Przecież  w 

końcu  zabraknie  jej  sił.  Może  i  była  kiedyś  oskarżona  o  czary,  ale  jak  każdy  człowiek  ma 

swoje ograniczenia. 

Wasilij  nie  spał.  W  izbie  zrobiło  się  chłodno,  bo  w  piecu  zgasło.  Skończył  się  zapas 

drewna.  Raija  wzdrygnęła  się.  Od  podłogi  ciągnęło.  Ucieszyła  się,  że  nie  musi  w  tej  chacie 

zostać przez zimę. 

- Jewgienij wyszedł? - odezwał się Wasilij. 

- Gdybyś był w stanie utrzymać się na nogach, ruszyłbyś razem z nim - odparła Raija 

oschle. - Nie próbuj mnie tu mamić... 

- Pewnie masz rację - przyznał ze śmiechem, w którym pobrzmiewał lekki smutek, a 

widząc,  że  poprawia  posłanie,  powiedział  otwarcie:  -  Nie  możesz  spać  na  podłodze,  Raiju. 

Jeśli  ktokolwiek  zasłużył  na  odpoczynek,  to  właśnie  ty!  Łóżko,  na  którym  leżę,  jest 

przeznaczone  dla  dwóch  osób,  a  gdyby  ułożyć  się  ciaśniej,  starczyłoby  miejsca  i  dla  trzech. 

Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała... 

Raija stała bez słowa, patrząc na niewyraźnie majaczącą w mroku twarz  Wasilija. W 

ciemnościach błysnęły białka jego oczu i białe zęby odsłonięte w uśmiechu. 

-  Zmarzniesz  na  tej  podłodze  na  kość  i  jeszcze  się  rozchorujesz.  Nie  obawiaj  się! 

Gdybym  był  w  stanie  odegrać  przed  tobą  uwodziciela,  mogłabyś  się  wahać.  Ale  jak  sobie 

wyobrażę, że miałbym teraz próbować swych sztuczek... 

Machnął ręką. 

Raija  uśmiechnęła  się  mimowolnie.  A  niech  to!  Ten  Wasilij  naprawdę  jest  jedyny  w 

swoim rodzaju. 

- Bóg jeden wie, czy byś mnie czasem nie uwiódł, gdybyś się do tego trochę przyłożył 

- rzuciła cicho. - Nie jestem ciebie taka pewna,  Wasiliju. Ale tak strasznie zmarzłam, nawet 

od wewnątrz czuję chłód. Obiecuję, że będę się zachowywać przyzwoicie... 

background image

Raija  przeniosła  skórę  z  podłogi  na  łóżko.  Wasilij,  zaciskając  zęby  z  bólu  i  tłumiąc 

jęki, przesunął się na brzeg. Raija udawała, że tego nie zauważa, bo wiedziała, że Wasilij chce 

przed nią ukryć cierpienie. 

Skuliła  się  na  drugim  brzegu  łóżka  i  naciągnęła  futrzane  okrycie  aż  pod  samą  brodę. 

Czuła, jak ciepło rozlewa się po całym jej ciele. 

Zebrało  jej  się  na  śmiech.  Parsknęła,  daremnie  usiłując  go  stłumić.  A  gdy  Wasilij 

zapytał zdziwiony, co ją tak śmieszy, odparła: 

-  Zachowujemy  się  jak  stare,  znudzone  sobą  małżeństwo.  Gdybyśmy  się  jeszcze 

odrobinę odsunęli od siebie, to spadlibyśmy na podłogę. 

Także  się  roześmiał.  Przesunęli  się  bliżej  środka,  a  i  tak  jeszcze  dzielił  ich  spory 

odstęp. 

-  Jeśli  usłyszę,  jak  się  przechwalasz,  że  dzieliłeś  ze  mną  łoże,  uduszę  cię  gołymi 

rękami  -  szepnęła  Raija  groźnie,  kiedy  ucichł  ich  śmiech.  Udawała,  że  żartuje,  ale  Wasilij 

wyczuł w jej słowach nutę powagi. 

Zrobiło  się  mu  cieplej  na  sercu,  bo  pojął,  jak  wielkim  darzyła  go  zaufaniem.  Jednak 

zrozumiał przy okazji coś jeszcze. Raija była siebie pewna. Nie lękała się, że może mu ulec. 

Traktowała go jak brata. 

-  Dobrze,  dobrze  -  obiecał  Wasilij  i  podejmując  ów  żartobliwy  wątek,  dorzucił:  - 

Nikomu nic nie powiem, ale pod warunkiem, że ty nie będziesz się chwalić dookoła, że spałaś 

ze mną. 

background image

Zdarzenia  tej  nocy  pozostały  tajemnicą  Raiji  i  Wasilija, Jewgienij  bowiem  wrócił  do 

chaty dopiero późnym rankiem. 

- Nie osądzaj go zbyt surowo - zdążył poprosić Raiję Oleg. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy? - zapytała. 

- Obiecałem milczeć. Z czasem całkiem o tym zapomniałem. Obaj się baliśmy, że ci to 

zaszkodzi. Zgadzam się jednak, że powinnaś przynajmniej wiedzieć, skąd pochodzisz. Miałaś 

do tego prawo. 

Raija zapragnęła usłyszeć takie słowa z ust męża. 

-  Ale  cokolwiek  Jewgienij  uczynił,  kierowała  nim  miłość  do  ciebie.  Rozumiesz?  - 

Oleg  wpatrywał  się  w  nią  intensywnie.  -  Wszystko  wzięło  się  z  tego,  że  obdarzył  cię  tak 

wielkim uczuciem jak nikogo wcześniej. - Oleg urwał na moment. - Pewnie gadam jak baba, 

ale  trudno  o  inne  słowa,  gdy  chce  się  wyjaśnić  te  sprawy.  W  moich  ustach  brzmią  trochę 

dziwnie, ale są prawdziwe. 

- Czy to, co wyszło na jaw, jest prawdą? - zapytała Raija, próbując wyczytać z twarzy 

Olega odpowiedź, ale jego oblicze pozostało bez wyrazu. 

-  Chciałbym,  Raiju,  żebyś  wierzyła  Jewgienijowi,  dlatego  nie  odpowiem  ci  na  to 

pytanie.  Masz  go  darzyć  zaufaniem,  a  nie  porównywać  jego  słów  z  moimi.  Rozumiesz? 

Jestem twoim przyjacielem, ale także przyjacielem Jewgienija. Nic tego nie zmieni. I nie uda 

ci się nakłonić mnie, bym stanął po stronie któregoś z was. Jemu też się to nie uda. 

Raija  ustąpiła.  Wróciła  do  swoich  zajęć.  Lina  chodziła  za  nią  krok  w  krok,  bardziej 

przeszkadzając niż pomagając, ale Raija pogodziła się z tym. 

Przecież ta dziewczyna nie prosiła się, by przypłynąć do Rosji. Być może musiała. A 

może po prostu zakochała się w Olegu, był przecież przystojnym mężczyzną. Tego nie dało 

się wykluczyć. To nie jej wina... 

Dzieci  zachowywały  się  nienormalnie  spokojnie.  Olga  siedziała  na  ławie  przy 

Michaile  i  oboje  bacznie  przyglądali  się  temu,  co  się  wokół  nich  dzieje.  Nie  zrozumieli 

wszystkiego, o czym dorośli rozmawiali poprzedniego dnia, ale z pojedynczych słów i obser-

wacji wyciągali własne wnioski. 

- Muszę iść do portu - oznajmił Oleg, chociaż wolałby pozostać w chacie. 

background image

Jewgienij jednak do tej pory nie wrócił i Oleg nie miał pewności, czy będzie w stanie 

dopilnować  rozładunku.  Rejs  się  wprawdzie  zakończył,  ale  na  „Antonii”  nadal  pozostało 

wiele do zrobienia. Ktoś musiał to nadzorować. 

-  Jeśli  tylko  zwolni  się  jakiś  wóz,  wrócimy  do  siebie.  Teraz  już  można  przewieźć 

chorych.  Ani  Michaiłowi,  ani  Wasilijowi  nie  powinno  to  zaszkodzić!  -  oznajmiła  Raija 

ś

ciszonym głosem, nie patrząc na Olega. Czekała ją trudna rozmowa. Musi przekonać go, że 

pragnie dla wszystkich jak najlepiej. Najważniejsze, by nie doszło do kłótni. Oleg powinien ją 

zrozumieć. 

- Nie wyganiam was... 

Raija przysunęła się bliżej Olega i spoglądając mu prosto w oczy, oznajmiła: 

- Olga jedzie z nami. 

Oleg nie odezwał się. Popatrzył na Raiję przeciągle i zerknął ukradkiem ku dziecku. 

Olga siedziała skulona i wpatrywała się w niego wyczekująco. Przypomniał sobie, jak 

poprzedniego wieczoru uciekła do Raiji na kolana. Jak zarzuciła jej rączki na szyję i przytuliła 

się do niej mocno. 

- Nie zabieram jej tobie - dodała Raija. - Ale przecież ty w ciągu dnia pracujesz, a ona 

nie zna Liny. Na dodatek Lina nie mówi po rosyjsku. Dla nich obu byłoby to bardzo trudne. U 

nas nad Dwiną mała czuje się jak u siebie w domu. Możesz ją odwiedzać, kiedy zechcesz. Nie 

wolno ci jej jednak powierzać zupełnie obcej osobie. Przecież sam chyba zdajesz sobie spra-

wę, że chodzi mi o dobro dziecka... 

Nagle  rozległ  się  głośny  łomot  do  drzwi  i  do  środka  wtoczył  się  Jewgienij.  Z 

poszarzałą twarzą opadł na stołek. Omal nie runął na podłogę, kiedy się oparł o nie istniejące 

oparcie. Na szczęście obok stał stół. Jewgienij przesunął się ze stołkiem bliżej ściany. 

- Czy Jewgienij zachorował? - zapytała Olga. 

- Trochę - odpowiedział jej Oleg, po czym nalał do kubka kwasu chlebowego i podał 

przyjacielowi. 

Ten wychylił kubek, potrząsnął głową, ale nie sprawiał wrażenia trzeźwiejszego. 

- Jak rozumiem, wysłuchałeś nowin z Norwegii - rzekł Oleg ze śmiechem. - Czyżbyś 

posmakował także taniego rumu, który przywieźliśmy stamtąd? 

Jewgienij  tylko  na  niego  spojrzał.  Zbyt  huczało  mu  w  głowie,  by  mógł  potwierdzić 

słowa przyjaciela. 

Uchwycił spojrzenie Raiji, która nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

- Statek czeka na rozładowanie - oznajmił Oleg. - Mogę liczyć na to, że pojedziesz ze 

mną do portu? 

background image

-  Piekielna  noc  -  odezwał  się  po  chwili  Jewgienij.  -  Zawsze  mi  się  zdawało,  że  na 

zabawę człowiek nigdy  nie jest za stary, ale chyba się myliłem. Poza tym oni śpiewają inne 

pieśni niż dawniej. Słyszałeś? - Wykrzywił się i spojrzał na Raiję: - Jedna z nich opowiada o 

aniele  w  czarnej  pelerynie,  nazywanym  przez  lud  Carycą.  Zachwyt  budzą  jej  jedwabiste 

krucze  włosy...  Wiedziałaś,  Raiju,  że  stałaś  się  bohaterką  pieśni?  Ma  tyle  zwrotek,  że  nie 

zapamiętałem wszystkich. 

-  Chyba  powinieneś  się  położyć  -  przerwał  mu  Oleg.  Jewgienij  popatrzył  na  niego 

nieprzytomnym  wzrokiem  i  dopiero  po  chwili  dotarło  do  niego,  co  powiedział  przyjaciel. 

Reagował powoli. 

-  Nie  -  zaprotestował.  -  Nie  mogę  zostawić  wszystkiego  na  twojej  głowie.  Armator 

musi  być  odpowiedzialny,  nawet  jeśli  głowa  mu  pęka.  W  końcu  doszedłem  tu  o  własnych 

siłach... Chyba też trochę spałem, bo mam jakieś luki w pamięci. 

Raija roześmiała się, rozbawiona jego bełkotaniem, i objąwszy go mocno, ucałowała, 

nie  zważając  na  bijący  od  niego  odór  wódki.  Ostatecznie  jej  mężowi  nie  zdarzało  się  tak 

często jak mężom innych kobiet upijać się w gospodzie. Ten jeden raz mogła mu wybaczyć. 

Zwłaszcza że była to drobnostka w porównaniu z tym, o co naprawdę miała do niego żal. 

-  Zdaje się, że przyczyna owych luk w pamięci jest inna - powiedziała,  całując  go w 

czoło. Własna wspaniałomyślność poprawiła jej humor. 

Jewgienij  westchnął  i  odchylił  głowę,  dopraszając  się  o  więcej  czułości.  Poczuł 

przyjemny chłód, gdy Raija przytuliła policzek do jego gorącego czoła. 

-  W  każdym  razie,  najdroższy,  musisz  się  trochę  ogarnąć  -  rzekła.  -  Obecność  na 

nabrzeżu  sponiewieranego  pijaństwem  armatora,  od  którego  cuchnie  na  odległość,  nie  zrobi 

najlepszego wrażenia. 

Jewgienij skrzywił się, ale nie miał siły protestować. 

- Ochłapie twarz wodą i zjem co nieco. A przynajmniej powącham jedzenie. Jeśli nie 

padnę ze zmęczenia, to wtedy się przebiorę. Ale to za chwilę... - powiedział, nie ruszając się 

ze stołka. 

- Dziś wracamy do domu - odezwała się Raija. Jewgienij przytaknął lekko głową. 

- Zabieram ze sobą Wasilija - ciągnęła Raija, obejmując nadal męża, ale ze wzrokiem 

utkwionym w Olega. - Olga pojedzie z nami - dodała. 

-  Raija  już  taka  jest,  że  musi  wszystkim  matkować  -  odezwał  się  Jewgienij.  - 

Najchętniej  wzięłaby  pod  swój  dach  połowę  Archangielska.  Może  powinienem  rozbudować 

naszą chatę? 

background image

-  Zgadzam  się  -  rzekł  z  wahaniem  Oleg.  Trudno  było  umknąć  przed  przenikliwym 

wzrokiem  Raiji.  -  Na  razie,  na  początek.  Zanim  Olga  nie  przyzwyczai  się,  że  tata  wrócił. 

Dobrze,  kochanie?  -  dodał,  zwracając  się  do  córki.  -  Możesz  póki  co zostać  u  Raiji  - Raisy. 

Tata będzie w domu przez całą zimę. Jeśli zechcesz, zamieszkasz tu ze mną. Rozumiesz, co 

powiedziałem? 

Olga pokiwała głową z powagą. 

- Chcę zostać u Raiji - odparła. Raija poczuła ulgę, odniósłszy zwycięstwo, ale nie ze 

względu na siebie, lecz na dziecko. 

Chwilę trwało, nim w końcu mężczyźni wyszli. 

- Jak długo już tu jesteś? - zapytała nieśmiało Lina, gdy zostały same. 

Patrzyła  na  Raiję  swoimi  wielkimi  oczami.  Niewiele  rozumiała  z  tego,  co  się 

wydarzyło poprzedniego wieczoru, ale nie miała odwagi zapytać o to Olega. Tym bardziej że 

nie uprzedził jej, że spotka tu kogoś, kto pochodzi z jej stron. 

Rai ja przełknęła ślinę. 

Dziwnie było słyszeć te słowa, które docierały do niej jakby z daleka. Musiała chwilę 

pomyśleć, by je zrozumieć. 

Powinna przetłumaczyć Linie parę rosyjskich słów, nauczyć ją posługiwać się nowym 

językiem,  bo  to  byłoby  tak,  jakby  otworzyła  przed  nią  drzwi.  Bardzo  ją  jednak  korciło,  by 

sprawdzić,  co  sama  pamięta,  i  spróbować  nadać  nową  formę  myślom,  kłębiącym  się  w 

głowie. 

Myślała po rosyjsku, ale przecież kiedyś znała język Liny... 

- Przybyłam tu przed sześciu laty - powiedziała. Słowa miały sens, zrozumiała to, gdy 

tylko je wypowiedziała. Zresztą poznała to po reakcji Liny. 

Z  trudem  przełykała  ślinę,  walczyła  z  samą  sobą,  żeby  się  nie  rozpłakać.  Łzy  jednak 

cisnęły  jej  się  do  oczu.  Nie  zdołała  ich  powstrzymać,  choć  mrugała  powiekami.  W  końcu 

poddała się. Zresztą, jakie to miało znaczenie. 

- Niewiele pamiętam - ciągnęła onieśmielona. Jednak każde słowo, jakie odnalazła w 

głowie,  by  wyrazić  swą  myśl,  było  niczym  bryłka  złota  w  jej  rękach.  -  Do  tej  pory  nie 

wiedziałam w ogóle, skąd pochodzę, dopiero wczoraj, kiedy pojawiłaś się u nas... 

- Niemożliwe - wyszeptała Lina i aż usiadła ze zdumienia. Dopiero teraz zrozumiała w 

pełni przyczynę, dla której poprzedniego dnia powstało takie zamieszanie. Była zaskoczona, 

gdy Rai ja odezwała się po norwesku, ale tak naprawdę szok przeżyła Raija. 

- Nie wiedziałaś, że jesteś z Norwegii? Nie zdawałaś sobie sprawy, że odpowiedziałaś 

mi po norwesku? 

background image

Raija, blada, pokręciła głową. 

- Mój Boże! - westchnęła Lina. - Ale przecież Oleg musiał wiedzieć i Jewgienij... 

Raija kiwnęła głową. 

-  I  nic  ci  nie  mówili!  A  to  dranie!  -  Lina,  pomimo  pozorów  nieśmiałości,  potrafiła 

wyrażać się dosadnie. 

- Byłam oskarżona o czary. Uciekłam przed stosem - wyjaśniła cicho Raija. 

Lina  rozszerzyła  oczy  ze  zdumienia.  Poruszyła  ustami,  ale  nie  wydobywał  się  z  nich 

ż

aden dźwięk. 

- Stos? - wyjąkała wreszcie. Przez moment jakby chciała się cofnąć, zdjęta strachem, 

ale zaraz opadła na krzesło. - Byłaś oskarżona o czary? - powtórzyła cienkim głosem. 

-  Tak  mówi  Jewgienij,  ja  sama  tego  nie  pamiętam.  Mam  jednak  na  ciele  blizny. 

Musiało mnie strasznie boleć, może dlatego zapomniałam o wszystkim? 

-  Jesteś  czarownicą?  -  wyrzuciła  z  siebie  Lina  jednym  tchem,  a  w  jej  głosie 

pobrzmiewała trwożna niepewność. Choć była młodą dziewczyną, nadal miała w sobie wiele 

z dziecka. 

Raija wzruszyła ramionami. 

- Czarownica? A kto to taki? - zapytała lekko. Nie mogła przecież opowiedzieć Linie 

o  swoich  zdolnościach.  Dziewczyna  by  tego  nie  zrozumiała.  Z  jej  reakcji  domyśliła  się,  że 

wierzy w czary i gusła. - Chyba nie trzeba być czarownicą, by zostać posądzoną o czary? Lina 

nie była tego pewna, ale w jej spojrzeniu pojawił się jeszcze większy respekt dla Raiji. 

- Twoje imię brzmi jakoś obco - rzekła z namysłem. - Nigdy takiego nie słyszałam w 

naszych stronach. 

Rai ja utkwiła wzrok w młodej Norweżce, słuchając jej z zapartym tchem. 

- Może to Japońskie imię, może fińskie... - rozmyślała na głos dziewczyna, marszcząc 

brwi.  -  Niewielu  spotkałam  Finów,  ale  niektórzy  przybywają  na  wybrzeże,  głównie  do 

wschodniego  Finnmarku,  w  porze  połowów.  Zatrudniają  się  do  pracy,  a  po  sezonie  wracają 

do siebie. Ale może część z nich osiedliła się na stałe? 

Wzruszyła ramionami, snując te przypuszczenia. Pewnie nigdy bliżej nie interesowała 

się  takimi  sprawami.  Nie  sprawiała  wrażenia  osoby  skłonnej  do  rozmyślań  na  tematy  nie 

związane bezpośrednio z tym, co ją otacza. Wyprawa w tak dalekie strony musiała stanowić 

w jej życiu całkowity przewrót. 

Wschodni Finnmark! Serce Raiji zabiło żywiej. 

background image

Nie powiedziała tego na głos, nie była w stanie. Nie potrafiła dzielić tego przeżycia z 

Liną.  Zresztą  nawet  nie  chciała.  Należało  tylko  do  niej  niczym  drogocenny  kamień,  który 

pragnęła zachować dla siebie i podziwiać w ukryciu. 

Stos  dla  niej  został  wzniesiony  w  Vardo,  a  więc  we  wschodnim  Finnmarku.  Tyle 

wiedziała. 

Może  Lina  nieświadomie  skierowała  Raiję  na  właściwy  trop,  opowiadając  jej  o 

Finach?  Może  wcale  nie  pochodziła  z  Norwegii,  mimo  że  z  tamtego  kraju  zabrano  ją  na 

pokład rosyjskiego statku? 

Miała dużą łatwość przyswajania sobie obcych języków. Z tego co pamięta, bez trudu 

opanowała rosyjski. 

- Dobrze, że ciebie tu spotkałam! - Lina, nie zrażona milczeniem Raiji, mówiła dalej. - 

Nawet o tym nie marzyłam. Przecież to tak daleko od Norwegii. Myślałam, że zatęsknię się 

na śmierć za domem. Oleg oczywiście jest wspaniały, ale obcy. Chyba nigdy nie nauczę się 

tego języka. Na razie nic nie rozumiem. Jak to się udało tobie? Tak się cieszę, że będę mogła 

porozmawiać  po  norwesku!  Jaka  to  dla  mnie  ulga.  Z  dzieckiem  będzie  trochę  trudno,  ale  w 

końcu dzieciom chyba obojętne, w jakim języku się do nich mówi. Wystarczy, że jest się dla 

nich miłym, prawda? Potrafię zajmować się dziećmi. W domu było nas wiele rodzeństwa... 

- Olga pojedzie z nami - przerwała Raija, zmęczona paplaniną dziewczyny. - Zostanie 

ci tylko opieka nad Olegiem - dodała, żeby wyjaśnić wszystko do końca. I zdawało jej się, że 

zauważyła  ulgę  na  twarzy  Liny.  -  Przyrzekłam  matce  Olgi,  że  zajmę  się  małą.  Olga 

przyzwyczaiła się do tego, że mieszka razem z nami. Dla niej więc tak będzie najlepiej. Poza 

tym będzie się mogła bawić z Misza. Oleg się zgodził. 

Lina  mówiła  i  mówiła.  Wreszcie  znalazła  kogoś,  z  kim  mogła  porozmawiać,  trudno 

więc  było  ją  powstrzymać.  W  pewnym  sensie  Raija  rozumiała  dziewczynę.  Cztery  tygodnie 

spędziła pod żaglami, słysząc jedynie rosyjski i tę mieszankę rosyjsko - norweską, którą Oleg 

nazywał  „moja  po  twoja”.  Przez  cały  ten  czas  nie  mogła  posługiwać  się  własnym  językiem. 

Poza  tym  była  na  pokładzie  jedyną  kobietą.  Wprawdzie  przywykła  do  morza  i  łodzi, jednak 

nigdy  w  życiu  nie  opuszczała  swojej  osady.  Dlatego  też  wyprawa  do  Rosji  była  dla  niej 

dużym przeżyciem. 

Niewiele  pytając,  Rai  ja  dowiedziała  się  o  wszystkim.  „Antonia”  zacumowała  w 

osadzie  Liny  na  dużej  wyspie  zwanej  Soroya.  Nazwy,  jakie  wymieniała  dziewczyna,  nie 

wywoływały  w  Raiji  żadnych  skojarzeń.  Rosjanie  oferowali  dużo  mąki  w  zamian  za  ryby. 

Uzgadniali ceny, dobijali targu. Statek stał na kotwicy przeszło tydzień. W tym czasie załoga 

wiele  razy  schodziła  na  ląd.  Mieszkańcy  osady  zaprzyjaźnili  się  z  rosyjskimi  marynarzami. 

background image

Urządzono  nawet  wspólnie  tańce.  Młode  dziewczyny  oczarował  wysoki,  przystojny 

czarnowłosy  kapitan.  On  zachowywał  dystans,  przez  co  wydawał  się  im  jeszcze  bardziej 

frapujący.  Tłocząc  się  w  grupki,  chichotały,  posyłając  mu  płomienne  spojrzenia.  W 

porównaniu z nim miejscowi chłopcy zblakli. 

A on wybrał sobie Linę. 

Kiedy dziewczyna o tym mówiła, oczy jej rozbłysły. 

Rai  ja zastanawiała  się,  czy  kiedyś  była  tak  samo  młoda  i  naiwna,  ale  nie  chciało  jej 

się w to wierzyć. 

Przyjaźniła się z wieloma mężczyznami, dobrze więc ich znała. Domyśliła się, co się 

wydarzyło  między  Olegiem  i  Liną.  Dla  dziewczyny  była  to  wielka  przygoda.  Lina,  dojrzała 

niczym owoc, gotowa była, by ją zerwać. Pochodziła z wioski, gdzie wszyscy się znali, gdzie 

nie  trwoniono  wielkich  słów  na  wyznawanie  uczuć.  Sądziła,  że  Oleg  zaproponuje  jej  mał-

ż

eństwo,  kiedy  przyszedł  do  jej  ojca,  aby  o  niej  porozmawiać.  Tak  bardzo  się  ucieszyła. 

Pomyślała,  że  naprawdę  jest  uczciwym  mężczyzną.  Nigdy  by  się  nie  ośmieliła  wyznać 

rodzicom,  że  mu  się  oddała,  ale  panicznie  się  bała,  że  prawda  wyjdzie  na  jaw,  jeśli  każą  jej 

poślubić innego. 

Okazało  się,  że  Oleg  potrzebuje  pomocy  domowej.  Nie  żony,  ale  służącej. 

Zaproponował  ojcu  tak  sowitą  zapłatę,  że  ten  nie  mógł  odmówić.  W  domu  u  nich  panowała 

bieda. Mieli ciasno i brakowało im pieniędzy. Ojciec zgodził się więc w imieniu Liny. 

No a Lina rozpowiedziała przyjaciółkom, że pobiorą się w Rosji. Tylko w taki sposób 

mogła wyjechać z domu, nie tracąc twarzy. 

-  Co  powiesz,  kiedy  wrócisz?  -  zapytała  Raija.  -  Przecież  on zamierza  wyruszyć  tam 

na połowy i zabrać ciebie z powrotem. Co wtedy powiesz? 

- Że jesteśmy małżeństwem. On i tak nie rozumie języka, więc nie będzie wiedział, co 

im nagadałam. One zaś nie zrozumieją jego. Zawsze mogę skłamać, że ktoś coś przekręcił... - 

Podchodziła do całej sprawy dość lekko, choć dodała: - Nikt by się ze mną nie ożenił, gdyby 

się dowiedzieli, że żyłam z Olegiem bez ślubu. 

Ciężki  jest  los  kobiet,  pomyślała  Raija  ze  współczuciem,  choć  denerwowała  ją 

naiwność Liny. Raija nie chciałaby się znaleźć w jej skórze, choć dziewczyna starała się robić 

dobrą minę do złej gry. 

Nie zapytała więc Liny, co uczyni, gdy Oleg zostawi ją na Soroya i wróci do Rosji. Ze 

tak się stanie, nie miała żadnych wątpliwości. Oleg nie chciał mieć kobiety na stałe. Znała go 

na tyle dobrze, by to wiedzieć. Gdyby chciał się ożenić po raz drugi, wybrałby sobie jakąś za-

background image

pobiegliwą  i  pracowitą  dziewczynę  znad  Morza  Białego,  a  nie  bezbarwną  Norweżkę  z 

dalekich stron. 

Ale Lina tego nie wiedziała, bo i skąd. 

Raija zebrała wszystkie należące do nich rzeczy. Nie było tego wystarczająco dużo, by 

pod  pretekstem  pakowania  umknąć  przed  paplaniną  Liny.  Zaglądała  więc  raz  po  raz  do 

Wasilija, gdzie przynajmniej mogła przez chwilę usłyszeć własne myśli. 

-  Przyjemnie  ci  rozmawiać  w  ojczystym  języku?  -  zapytał  Wasilij.  -  Doznaję 

dziwnego uczucia, słysząc twój głos wypowiadający słowa, których nie rozumiem. 

-  Naprawdę  mnie  słyszałeś?  -  Raija  westchnęła  zrezygnowana,  wzbijając  oczy  ku 

niebu.  -  Jestem  rozmowna,  to  prawda,  ale  to  dziewczę  nie  dopuszcza  mnie  do  głosu.  Marzę 

już, by jak najprędzej opuścić dom Olega! 

-  Przemyślałem  wszystko  -  zaczął  cicho  Wasilij.  -  Wydaje  mi  się,  że  powinienem 

wrócić do siebie. 

Raija  spojrzała  na  niego  i  założywszy  dłonie  na  biodrach,  jak  zwykle,  gdy  coś  ją 

wzburzyło, spytała wprost: 

- A jak sobie poradzisz? Dagnija będzie się tobą opiekować? 

Pokiwał głową i skrzywiwszy się, przyznał: 

- Oboje nie raz miewaliśmy z siebie pożytek... 

-  Zdaje  się,  że  zamierzałeś  dać  sobie  i  jej  szansę,  by  w  przyszłości  unikać 

nieprzyjemnych sytuacji... 

Wzruszył ramionami. 

-  Cóż,  Raiju,  jestem  tylko  mężczyzną.  Nie  mogę  czynić  sobie  nadziei  na  szczęście  i 

dozgonne  uczucie  podobne  do  tego,  jakie  łączy  ciebie  i  Jewgienija.  Przyglądając  się  wam  z 

bliska,  uświadomiłem  sobie,  że  mnie  nic  takiego  nie  spotka.  Dlatego  też  postanowiłem 

zadowolić się namiastką. 

- Namiastką? - powtórzyła Raija, marszcząc nos. 

- No tak... - zaśmiał się lekko, podchwytując jej ton, ale w głębi serca był poważny. - 

A może to wcale nie namiastka, ale wszystko, co leży w zasięgu moich możliwości? 

Raija nie chciała się z tym zgodzić. Dagnija była ulepiona z tej samej gliny co Lina, jej 

zdaniem nie nadawała się na towarzyszkę życia dla Wasilija. 

- Spójrz prawdzie w oczy!  - przekonywała  go. -  W Archangielsku uważany jesteś za 

znakomitego kandydata na męża. Niejedna matka chętnie oddałaby ci rękę swej córki. Masz 

szansę  ożenić  się  z  kimś,  kogo  naprawdę  pokochasz,  z  kim  będziesz  mógł  porozmawiać,  z 

background image

kim połączy cię prawdziwa więź... Z kobietą, która nie tylko sprzątnie ci dom, ugotuje strawę, 

połata ubrania, będzie gorąca w łóżku, ale stanie się dla ciebie kimś wyjątkowym... 

Wasilij pokiwał głową. Niełatwo było zbić go z tropu. Zdawał sobie sprawę z tego, do 

czego Raija usiłuje go przekonać. 

- Jestem na to zbyt uczciwy - rzucił jej prosto w twarz. Byli przyjaciółmi. Zadowolił 

się  tym,  wiedząc,  że  na  więcej  z  jej  strony  liczyć  nie  może.  Nie  chciał  jej  jednak  całkiem 

utracić. Bardzo sobie cenił rozmowy z nią. 

Raija  zrozumiała  natychmiast,  co  miał  na  myśli.  Zawsze  miała  dużą  łatwość 

wczuwania  się  w  myśli  i  uczucia  innych  ludzi.  Przysiadła  na  brzegu  łóżka,  słuchając  jego 

wyjaśnień. 

- Młode dziewczyny tyle sobie obiecują po małżeństwie. A ja nie potrafiłbym kłamać, 

ż

e  spełnię  ich  marzenia.  To  tak,  jakby  opierać  się  na  fałszu.  -  Rozłożył  ręce.  -  Cóż,  jestem, 

jaki jestem, ale nie miałbym sumienia tak postąpić. 

- A Dagnija? Nie masz jej nic do zarzucenia? - zapytała oschle Raija. 

-  Nie  tak  znów  wiele  -  odpowiedział  równie  oschle.  -  Dagnija  zna  życie.  Ma 

wystarczająco wiele lat, by zdawać sobie sprawę, że już długo nie może liczyć na powodzenie 

u mężczyzn. Musi myśleć o dzieciach. Wydaje mi się, że uczciwiej będzie się z nią ożenić i 

dbać o gospodarstwo, niż wtykać jej parę groszy raz po raz. 

- Naprawdę tak myślisz? Potwierdził. 

- Jesteś wyjątkowym mężczyzną - stwierdziła Raija. - Mało kogo stać by było na taką 

decyzję. 

- Miałem dużo czasu na rozmyślania - rzucił lekko. Nigdy nie przyzna się do tego, że 

cały  czas  łudził  się  nadzieją,  słabą,  ale  jednak  nadzieją,  iż  uda  mu  się  odebrać  Raiję 

Jewgienijowi. 

Teraz,  kiedy  przyszło  im  przez  jakiś  czas  żyć  pod  jednym  dachem,  przekonał  się 

ostatecznie, że nie jest to możliwe. 

Raiję  i  Jewgienija  łączyło  zbyt  wiele.  Nawet  wówczas,  gdy  Raija  czuła  się 

zawiedziona,  nie  odwracała  się  od  męża.  Nadal  go  kochała  i  pomimo  rozczarowania  starała 

się zrozumieć, a Jewgienij wiedział, że zawsze może liczyć na jej miłość i mądrą radę. 

Wasilij  uświadomił  sobie,  że  trwoni  życie,  pielęgnując  w  sobie  marzenie  o  tej 

kobiecie. 

Przecież może jeszcze coś dla kogoś znaczyć, choć nie wierzył, że uda mu się przeżyć 

uczucie zbliżone do tego, jakie łączyło Raiję i Jewgienija. 

background image

Bal  się  próbować  szukać  innej  miłości.  Postanowił  zadowolić  się  kimś,  kogo  znał: 

Dagniją. 

Jej dzieci były zarazem dziećmi jego zmarłego brata. To naturalne, że czuł się za nie 

odpowiedzialny. 

- Wiele bym dała, by cię odwieść od tego postanowienia - przyznała Raija. 

- Nic by to nie zmieniło - odparł, potrząsając głową. Z powagą traktował swą decyzję. 

- Nie pojadę z wami, Raiju. Wrócę do swojej chaty i poproszę Dagniję o rękę. 

Raija pokiwała głową, ogarnięta gwałtowną falą smutku. 

- Zawsze pozostanę twoim przyjacielem - obiecał. Znów kiwnęła głową, napotykając 

jego spojrzenie. 

- To nie będzie już to samo - rzekła, doskonale wiedząc, jak zachowa się Dagnija. 

- Nie - przyznał Wasilij. - Chcę jednak, żebyś wiedziała, iż tu - położył rękę na sercu - 

nic  się  nie  zmieni.  Jeśli  będziesz  mnie  potrzebować,  Raiju,  zawsze  możesz  liczyć  na  moją 

przyjaźń.  Wiem,  że  ja  także  mogę  na  tobie  polegać.  Nie  jesteś  taka  zmienna,  by  łatwo 

porzucać przyjaciół. 

-  Nie,  ale  szkoda,  że  nie  będę  mogła  cię  zbyt  często  widywać.  Przywykłam  już  i 

będzie mi tego brakowało... 

- Chyba tak będzie lepiej dla wszystkich, a przynajmniej dla Jewgienija i dla mnie... 

Raija zrozumiała. 

- Mam nadzieję, że odnajdziesz spokój i coś na kształt szczęścia... - powiedziała. - To 

też się liczy. 

Czuła jednak, że utraciła Wasilija na zawsze. Bo już nigdy nie będzie między nimi tak 

jak kiedyś. Wiedziała, że Dagnija pierwsza się o to zatroszczy. 

background image

-  Dlaczego  wszystko  się  zmienia?  -  zapytała  Raija  męża,  kiedy  wieczorem  po 

powrocie  z  Archangielska  usiedli  we  dwoje.  Jewgienij,  pomimo  zmęczenia,  nie  kładł  się, 

czując, że jest żonie to winien. 

- Ja jestem zawsze taki sam - odpowiedział. 

Raija napaliła solidnie w piecu kaflowym i co chwila dokładała drewna. Przynajmniej 

z  dziesięć  razy  zaglądała  do  Olgi  i  Miszy,  gdy  dzieci  już  zasnęły,  ale  wyglądało  na  to,  że 

chłopiec dobrze zniósł jazdę wozem. 

Zanim  opuścili  miasto,  Jewgienij  z  Olegiem  przewieźli  Wasilija  do  jego  chaty. 

Wcześniej  posłali  po  Dagniję,  która  rychło  się  pojawiła,  już  w  drzwiach  obrzucając  Raiję 

pogardliwym spojrzeniem. 

Raija  słyszała,  że  Wasilij  oświadczył  się  Dagniji  i  poprosił,  by  wprowadziła  się  z 

dziećmi do niego. Obiecał dać na zapowiedzi i załatwić wszystko, by zimą mogli się pobrać. 

Okazało  się,  że  Dagnija  miała  rację,  odgrażając  się,  że  Wasilij  i  tak  zawsze  do  niej 

powraca. 

Mała Olga uśmiechnęła się wreszcie do taty, kiedy zrozumiała, że naprawdę pozwoli 

jej zostać u Raiji. Uwierzyła, że dorośli nie kłamali, obiecując, że sama będzie mogła wybrać, 

u kogo zechce mieszkać. 

Ta pięcioletnia dziewczynka nie miała łatwego życia. Podczas długiej rozłąki z ojcem 

snuła  o  nim  marzenia,  które  zniekształcały  prawdziwy  jego  wizerunek.  Gdy  wracał, 

potrzebowała  czasu,  by  sobie  wszystko  na  nowo  poukładać  i  przyzwyczaić  się  do  niego.  A 

kiedy to wreszcie nastąpiło, ojciec ponownie wyruszał w rejs. I co z tego, że dziecko odzyska-

ło spokój i równowagę ducha, skoro ukochany tata znowu znikał jej z oczu! Dobrze, że mała 

Olga miała oparcie w Raiji, która stanowiła trwały punkt w jej codzienności. 

Pożegnali się z Olegiem i Liną, której buzia się wprost nie zamykała, i ruszyli wozem 

do  swojego  domu.  Jeszcze  daleko  za  rogatkami  miasta  Raija  słyszała  w  głowie  głos 

dziewczyny.  Nie  pojmowała,  dlaczego  Oleg  przywiózł  ją  do  Rosji.  Może  wydawało  mu  się, 

ż

e  ją  pokocha?  Albo  czuł  wyrzuty  sumienia,  że  ją  uwiódł?  A może miał nadzieję,  że  urodzi 

mu syna? 

Raija  powstrzymała  się  od  zgadywania,  które  prowadziło  donikąd.  Zresztą  jej  nie 

powinno to obchodzić. 

background image

Ale  kiedy  tak  siedzieli  z  Jewgienijem  we  dwoje  wieczorem,  zastanawiała  się  nad 

niestałością spraw i ludzi. 

-  Ty  się  zmieniłaś,  Raiju?  -  zapytał  Jewgienij,  ulokowawszy  się  wygodnie  w  fotelu, 

należącym niegdyś do jakiegoś arystokraty. Jewgienij kupił go już dość dawno, ale w żartach 

nadal nazywał „tronem”. Także w żartach opowiadał, iż dopiero zasiadając w nim, czuje się 

prawdziwym mężczyzną. „Z tego fotela emanuje władza, która spływa na tego, który w nim 

siedzi”, przekonywał. 

Raija usadowiła się na niedźwiedziej skórze blisko pieca, racząc się bijącym od niego 

ciepłem.  Ową  skórę  przed  rokiem  przyniósł  do  domu  także  Jewgienij.  Miał  słabość  do 

przedmiotów, z którymi wiązała się jakaś historia. Podobno niedźwiedź, właściciel futra, był 

mordercą.  Grasował  gdzieś  na  południu  kraju  i  jeśli  wierzyć  słowom  sprzedawcy,  miał  na 

sumieniu  wiele  koni,  a  także  ludzi.  Mieszkańcy  zagrożonej  wioski  zebrali  się  i  wspólnie 

wykopali  ogromny  dół  -  pułapkę,  w  którą  schwytali  zwierza,  chroniąc  tym  samym  swoje 

ż

ycie i dobytek. Zapłatę za skórę zamierzali sprawiedliwie rozdzielić pomiędzy siebie. 

Raija,  która  dość  sceptycznie  odnosiła  się  do  tego  rodzaju  historii,  przypuszczała,  że 

już  rozeszła  się  wieść  o  słabości  Jewgienija  do  osobliwych  przedmiotów  i  wszyscy,  którzy 

chcieli  się  czegoś  pozbyć,  raczyli  go  wymyślonymi  na  poczekaniu  wzruszającymi  bądź 

dramatycznymi opowieściami. 

- Jeśli się nie zmieniamy, to znaczy, że jesteśmy martwi - odpowiedziała Raija. 

-  Uważasz,  że  ja  się  zmieniłem?  -  był  ciekaw  Jewgienij.  Blask  ognia  igrający  w 

rozpuszczonych  włosach  Raiji,  oplatających  jej  ramiona  niczym  pajęczyna,  czynił  ją 

zjawiskowo  piękną.  W  samej  tylko  koszuli,  z  narzuconym  niedbale  szalem,  bosa, 

przypominała huldrę z baśni, która przybyła tu tylko dla niego. 

- W moich oczach? - zapytała Raija cicho, zapatrzona w dal.  Nie zasłoniła okien, bo 

pragnęła wpuścić do wnętrza chaty noc. W ostatnim czasie mieli dookoła siebie zabudowania 

i stęskniła się za wolną, otwartą przestrzenią. 

- Nie obchodzi mnie, jak widzą mnie inni - zapewnił, całe swoje życie składając w jej 

ręce. 

- Zmieniłeś się - odparła, szczera do bólu. - Od wczoraj się zmieniłeś. A może to tylko 

ja zobaczyłam cię w nowym świetle. 

-  Co  czujesz?  -  odważył  się  zapytać,  nie  mogąc  oderwać  od  niej  wzroku.  Była  dla 

niego wszystkim. 

background image

Słowa  nie  wypłynęły  z  ust  Raiji  wartkim  strumieniem.  Zanim  je  wypowiedziała, 

zastanawiała  się  długo.  Przeraziło  to  Jewgienija.  Ich  związek  stałby  się  inny,  gdyby  nie 

potrafili już szczerze i swobodnie ze sobą rozmawiać. Nie zniósłby takiej atmosfery! 

- Moje uczucie do ciebie chyba się nie zmieniło - zaczęła Raija po chwili. Bardzo jej 

zależało,  by  wyrazić  całą  prawdę,  nie  raniąc  męża.  -  Myślę,  że  nie  może  się  zmienić.  Nie 

wiem,  co  by  się  musiało  stać,  żebym  przestała  cię  kochać.  Chyba  nigdy  się  mnie  nie 

pozbędziesz,  Jewgieniju.  Pragnę  tylko  ciebie  i  wszystko  inne  jest  dla  mnie  bez  znaczenia, 

bylebyś przy mnie był. Potrafisz to pojąć? 

Pokiwał głową w milczeniu, bo nie był w stanie odpowiedzieć. Raija zawsze mówiła 

to, co naprawdę myśli, a przy tym potrafiła się pięknie wysławiać. Jewgienij nie znał nikogo, 

kto umiałby, tak jak ona, tworzyć ze słów obrazy i muzykę. 

-  Ale  bardzo  się  zawiodłam  -  dopowiedziała  po  chwili,  nie  uciekając  spojrzeniem. 

Podkurczyła  kolana  i  oparłszy  na  nich  policzek,  wpatrywała  się  intensywnie  w  męża. 

Zorientowałaby  się,  gdyby  ją  źle  zrozumiał  i  urażony,  chciał  zamknąć  się  w  sobie.  Zdawała 

sobie  sprawę,  że  podaje  mu  gorzką  pigułkę  do  przełknięcia,  ale  uważała,  że  powinien  się 

dowiedzieć,  jak  bardzo  ją  zasmucił  i  rozczarował.  Musi  zrozumieć,  że  ugodził  ją  w  samo 

serce. 

-  Ty  zdecydowałeś  się  zerwać  wszelkie  kontakty  ze  swoją  rodziną  -  powiedziała.  - 

Dokonałeś wyboru. To uczciwe postawienie sprawy. Ale wiesz, gdzie się urodziłeś, pamiętasz 

twarze swoich rodziców, znasz ich charaktery. Nosisz w swojej pamięci miejsca, dobre i złe, 

które coś znaczyły w twoim życiu. Możesz zamknąć oczy, by je zobaczyć. Ja nie mogę. Przez 

cały czas się staram, próbuję i próbuję do bólu. Czuję czasami, jakby głowa miała mi pęknąć, 

gdy  napieram  myślami  na  stromą  czarną  skałę,  która  wyrosła  w  mojej  głowie,  i  przepełnia 

mnie  jedno  wielkie  cierpienie.  Zbieram  każde  najdrobniejsze  wspomnienie  i  gromadzę  w 

sercu  jak  najdroższy  skarb.  Z  tych  drobinek  własnych  wspomnień  i  tych,  które  poznałam 

dzięki  tobie,  tworzy  się  delikatna  tkanina.  Jeśli  znajdę  dość  wątków,  wtedy  utkam  na 

krosnach duży kilim. To jest moje życie i chcę o nim wiedzieć jak najwięcej. 

- Sądziłem, że wystarczy ci życie w Rosji... - zaczął Jewgienij. 

Niełatwo  mu  było  patrzeć  ze  spokojem  w  oczy  żonie.  Niełatwo  bronić  się  przed  jej 

zarzutami.  Prawdy  nie  mógł  jej  wyznać.  Raija  powiedziała  przed  chwilą,  że  nie  wyobraża 

sobie,  by  coś  mogło  zabić  ich  miłość.  On  wiedział  jednak,  że  uczucie  nie  wytrzymałoby 

konfrontacji z prawdą. Kłamstwo zaś oddalało to niebezpieczeństwo. 

- Dla mnie na przykład przeszłość nie ma żadnego znaczenia. Moje życie zaczęło się 

wtedy, gdy ty się pojawiłaś. Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, wydaje mi się nieważne i 

background image

nierzeczywiste.  Przypuszczałem,  że  z  tobą  jest  tak  samo.  Chyba  nie  znam  się  na  kobietach. 

Nie pomyślałem, że coś może być dla ciebie ważniejsze. 

Zamilkł. 

Ona zaś nie odezwała się. 

Jewgienij musiał więc uczynić kolejny krok. 

- Uwierz mi, proszę, bo to najszczersza prawda. 

Bałem  się,  że  kiedy  się  dowiesz,  iż  byłaś  oskarżona  o  czary,  przypomnisz  sobie 

okrutne  cierpienia,  jakie  ci  zadano.  Wolałem  ci  tego  oszczędzić,  tym  bardziej  że  sam 

dokładnie  wszystkiego  nie  wiedziałem.  Nie  chciałem,  żebyś  się  zadręczała.  Bałem  się,  że  w 

końcu sama uwierzysz, że jesteś czarownicą... 

- Ale czy zamierzałeś mi kiedyś wyznać prawdę? 

- Tak - odparł Jewgienij, zdecydowany zataić swoje rozterki. - Dopiero kiedy zaczęły 

się  dziać  wokół  nas  te  różne  dziwne  rzeczy,  postanowiłem,  że  nic  ci  nie  powiem.  Miałem 

nadzieję,  że  nie  przypomnisz  sobie,  jak  uratowałaś  mi  życie  na  pokładzie,  bo  już  samo  to 

wzbudzało we mnie wystarczający lęk, tym bardziej, że moi marynarze nie potrafili utrzymać 

języka  za  zębami  i  uczynili  z  ciebie  anioła.  Twoje  nadzwyczajne  zdolności  sprawiły,  że  nie 

miałem śmiałości wyznać ci, od czego uciekłaś. 

Wreszcie odważył się odetchnąć i spojrzeć na nią. Wydawało mu się, że ją przekonał, 

ale wiele go kosztowało to kolejne kłamstwo, zresztą jak każda nieuczciwość wobec niej. 

Pewnie nigdy nie zdoła się wypłacić za te lata życia u boku Raiji. 

-  A  gdybym  pamiętała?  -  pytała  z  uporem.  Choć  mówiła  cicho,  z  jej  słów  biła 

niezwykła siła. 

- No cóż, ryzykowałem. 

Na długą chwilę zapadło milczenie. Wreszcie Raija rzekła: 

-  Ty  mnie  naprawdę  kochasz!  Jewgienij  pokiwał  głową.  Nie  stanowiło  to  dla  niej 

chyba zaskoczenia. Powinna o tym wiedzieć. Miała ku temu wszelkie powody. 

- Bo żeby się odważyć... - ciągnęła i potrząsnęła głową, mrużąc powieki. - Nie wiem, 

czy zdołam to kiedyś zrozumieć. 

Ubolewała,  że  nie  może  pojąć  w  pełni  jego  intencji.  Na  jego  miejscu  postąpiłaby 

zupełnie  inaczej.  Nie  umiałaby  żyć  z  taką  tajemnicą.  Była  na  to  zbyt  szczera.  Co  miała  w 

sercu, to i na języku. 

- Ale czy ty potrafisz mnie zrozumieć? - zapytała gwałtownie. 

Jewgienij  widział,  jak  zamyka  dłonie  w  uścisku  wokół  okrytych  białą  halką 

uniesionych kolan. 

background image

-  Rozumiesz,  Jewgieniju,  jak  bardzo  mnie  to  zabolało?  Poczułam  się  tak,  jakbym 

otrzymała siarczysty policzek. Jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Pozbawił powietrza. Nic nie 

rozumiałam.  A  ty  powiedziałeś,  że  wydawało  ci  się  to  nieważne.  Właśnie  w  tym  momencie 

poczułam się, jakbyś mnie zdradził. 

Ze  słów  Raiji  biła  powaga.  W  jej  twarzy  nie  znać  było  cienia  uśmiechu,  w  oczach 

czaił się ból. Ale nawet w takiej chwili wydawała się nieziemsko piękna. 

-  Gdybyś  oszukiwał  mnie  przez  wiele  lat  i  zdradzał  z  inną  kobietą,  nie  dotknęłoby 

mnie  to  aż  tak  głęboko.  Z  żywymi  ludźmi  potrafię  walczyć,  jeśli  trzeba,  nawet  wydrapać 

komuś oczy.  Ale przed tym nie potrafię się obronić. Przysporzyłeś mi więcej  cierpienia, niż 

sobie to potrafisz wyobrazić. 

Wpatrywał się w nią zasłuchany, bezbronny wobec jej argumentów. Jej twarz odbijała 

targające nią uczucia, a usta wydały się mu doskonalsze niż płatki róż. 

Rozumiał  rozgoryczenie  Raiji,  mimo  że  sam  nie  przywiązywał  tak  wielkiej  wagi  do 

swojej  przeszłości,  do  korzeni.  Przyznawał  jej  rację.  Miała  prawo  wiedzieć,  skąd  pochodzi, 

ale dla niego lepiej było, że nie pamiętała. 

Gdyby pamiętała, nie mogłaby go nadal kochać. 

Ten  jeden  argument  wyjaśniał  motywy  jego  postępowania,  ale  czyż  mógł  go 

przedstawić na swoją obronę? 

-  Musiałam  ci  to  powiedzieć,  rozumiesz?  -  zapytała  Rai  ja,  wpatrując  się  w  niego 

intensywnie, pełna nadziei. 

Zawsze powtarzali sobie, że ich życie musi się opierać na szczerości i otwartości. Że 

powinni  umieć  porozmawiać  ze  sobą  na  każdy  temat.  Czasami  nawet  ludziom  sobie  bardzo 

bliskim trudno się odsłonić, odkryć przed drugim cechy, które chciałoby się schować głęboko. 

Tak łatwo się wówczas wzajemnie zranić. 

-  Cieszę  się,  że  mi  to  powiedziałaś!  -  Jewgienij  usłyszał  swój  ochrypły  głos.  Kiedy 

patrzył  w  szczerą  twarz  żony,  gotów  był  wyjawić  całą  prawdę  o  jej  pochodzeniu. 

Opowiedzieć historię jej życia. 

Wiedział, jak zacząć. Zobaczył przed oczami wszystkich tych, o których powinien jej 

przypomnieć. Wszystkich, którym ją zabrał. Był jej winien takie wyjaśnienie. Ale nie potrafił. 

Nie był  w stanie zadać jej w tej chwili jeszcze dotkliwszego bólu. Bał się ryzyka, że 

po  tym  wszystkim  Raija  przestanie  go  kochać.  Zdawało  mu  się  bowiem,  że  żaden  człowiek 

nie byłby w stanie zareagować inaczej. 

Tak  bardzo  uraziło  ją,  że  nie  wspomniał,  iż  pochodzi  z  Norwegii.  A  to  przecież 

drobiazg w porównaniu z całą prawdą. Znienawidziłaby go, gdyby ją usłyszała. 

background image

Nagle olśniło go: spisze całą tę historię na papierze! 

Jeśli  pierwszy  odejdzie  z  tego  świata,  wtedy  Raija  się  dowie  o  wszystkim.  W  innym 

wypadku  nigdy.  Był  to  sposób,  żeby  rozliczyć  się  z  samym  sobą  i  uciszyć  choć  w  pewnym 

sensie wyrzuty sumienia. 

Podbudowany tą myślą, uśmiechnął się do żony i wyciągnął do niej dłoń. 

-  Kocham  cię,  Raiju,  bardziej  niż  można  to  sobie  wyobrazić.  Mój  aniele,  czy 

kiedykolwiek zdołasz mi wybaczyć? 

Raija,  nie  ruszając  się  z  miejsca,  spoglądała  na  niego,  a  na  jej  ustach  błąkał  się 

uśmiech. Wydała się mu czarująca i kusząca niczym tańczące o poranku na bagnach elfy. 

-  Pozwól  mi  okazać,  że  ci  wybaczyłam  -  odpowiedziała,  kładąc  się  na  niedźwiedziej 

skórze i patrząc wyczekująco. Nie prosiła go, by położył się przy niej, bo wiedziała - nie bez 

powodu - że nie potrafi się jej oprzeć. 

Uklęknął przy niej i dłonią pogładził jej włosy, od czoła do karku, a potem przesunął 

rękę niżej na ramiona. 

Ż

adna inna kobieta nie wywoływała w nim takiego uwielbienia. Dotykał jej z nabożną 

niemal czcią. A może po prostu działo się tak dlatego, że była dla niego jedyna? 

- Nie zasłużyłem na to, byś mi pozwoliła dotknąć cię choć jednym palcem - wyszeptał 

Jewgienij i kręcąc z niedowierzaniem głową, bawił się guziczkami u gorsetu. 

- Ale ja zasłużyłam - odrzekła stłumionym głosem. - Nie sądzisz? 

Jewgienij uśmiechnął się, nie dając się długo prosić. 

-  Zasłużyłam  na  to,  byś  wziął  mnie  natychmiast  -  dodała,  posyłając  mu  szelmowski 

uśmiech.  -  A  potem  nie  będziemy  musieli  się  już  tak  śpieszyć.  Przeciwnie,  będziemy  się 

kochać powoli, żeby poczuć siebie każdym skrawkiem ciała.  Ale teraz chcę cię, Jewgieniju, 

od razu, już bez przeciągania... - powiedziała i podniosła ku niemu twarz. Musnęła zrazu jego 

usta, a potem przywarła do nich pożądliwie. 

Kątem  oka  dostrzegł,  jak  unosi  halkę  do  samych  niemal  bioder  i  ściąga  długie  do 

kolan  majtki  z  koronkami.  Oślepiony  bielą  jej  ud,  poczuł,  jak  zręcznymi  palcami  odpina  i 

zsuwa mu spodnie. 

Osunął  się  na  skórę  obok  niej,  spojrzał  na  powałę,  a  potem  przymknął  oczy  i 

westchnął  ze  szczęścia.  Nie  mógł  powstrzymać  jęków,  które  wydobywała  z  niego  tak  samo 

łatwo, jak budziła pożądanie. 

Włosy,  niczym  kaskada  najczarniejszego  i  najdelikatniejszego  jedwabiu,  połaskotały 

go po twarzy. Zadrżał, gdy tylko ciemne loki dotknęły jego wrażliwych policzków. 

background image

Uśmiechnęła  się  zwycięsko  swymi  karminowymi  ustami,  a  oczy  jej  płonęły  niczym 

rozżarzone węgle. 

Dosiadła  go  i  poprowadziła  ku  rozkoszy.  Odsłoniła  przed  nim  twarz,  na  której 

malowała się cała gama doznań. 

Zapomniał  o  dokuczającym  mu  bólu  ramienia,  kiedy  zakołysała  nad  nim  biodrami. 

Uniósł jej halkę, by zobaczyć dokładnie jej ciało i dotknąć białego, gładkiego brzucha. 

Była  taka  wymagająca.  Taka  zaborcza.  Pochyliła  twarz  i  obsypała  go  żarliwymi 

pocałunkami.  Rozwarła  jego  usta,  wwierciła  się  językiem  do  ich  wnętrza.  Zrazu  twarde  i 

wygłodniałe wargi stawały się w jednej chwili miękkie i kuszące. 

Powstrzymywał pragnienie, by jej ulec. Walczył z siłami tkwiącymi w nim samym, by 

poczekać, aż ona będzie gotowa, ale zdawało mu się to niemal zadaniem ponad siły. Dopiero 

kiedy poczuł, jak zaciska uda wokół jego bioder, jak napina się niczym cięciwa, dał się unieść 

tej samej fali rozkoszy. 

Przytuliła się policzkiem do jego twarzy. Sucha, niemal nie znać było po niej wysiłku. 

On zaś leżał spocony jak szczur. 

Zsunęła  się  z  niego  roześmiana.  Siadła  przed  piecem  z  rozchylonymi  udami  i 

uniesionymi  kolanami.  Nie  wstydziła  się  zadartej  aż  po  biodra  halki.  Nie  potrzebowała 

niczego  skrywać  przed  Jewgienijem.  Obserwowała,  jak  doprowadza  się  do  ładu,  a  na  jej 

ustach błąkał się ów mądry kobiecy uśmiech. 

- Nie będziemy niczego więcej przed sobą zatajać - powiedziała po chwili, odchylając 

głowę lekko w tył. 

-  Nie  -  odparł  lakonicznie,  obawiając  się,  że  powie  za  dużo  albo  że  w  jego  głosie 

zabrzmią fałszywe nuty. 

-  Zawsze  będziemy  wobec  siebie  szczerzy  i  będziemy  sobie  mówić  wszystko,  co 

ważne. 

Potwierdził  kiwnięciem  głowy.  Bardzo  tego  pragnął.  Z  Rai  ją  nie  powinno  być 

inaczej. 

- Żadnej zdrady między nami? 

Jewgienij pokręcił głową. 

Serce  mu  krwawiło,  bo  pragnął  być  szczery  i  uczciwy,  ale  pozbawił  się  takiej 

możliwości  dawno  temu.  Czy  mógł  wyjawić  Raiji,  że  ich  życie  oparte  jest  na  kłamstwie? 

Wyznać  jej,  że  w  świetle  prawa  ich  małżeństwo nie  jest  ważne,  a  Michaił  w  związku z  tym 

pochodzi z nieprawego łoża? 

background image

Składał  jej  jednak  wszelkie  obietnice,  jakich  od  niego  zażądała,  nie  mrugnąwszy 

nawet  okiem.  Tłumaczył  sobie,  że  nie  zatai  przed  nią  niczego,  co  dotyczy  ich  wspólnego 

ż

ycia. 

- Kocham cię - zapewnił ją nie wiadomo już który raz tego dnia. A ile razy powtarzał 

te słowa w myślach, obawiając się, że Rai ja uzna, iż przesadza... 

- To dobrze - odpowiedziała, przymykając oczy. W takim razie mogę być szczęśliwa. 

Bo i ja ciebie bardzo kocham. 

Poczuł obezwładniającą go aż po czubki palców niemoc. 

background image

Na  statkach,  które  powróciły  do  rodzimego  portu,  zakończono  wszystkie  prace 

związane z rozładunkiem. Ryby zostały przewiezione w głąb kraju. Armatorzy zacierali ręce, 

licząc na zarobek. 

Jak  co  roku  nadeszła  pora  uczczenia  zakończenia  sezonu.  Ci,  którzy  zajmowali 

miejsca  na  szczycie  drabiny  społecznej:  armatorzy,  kupcy,  kapitanowie,  gubernator  i 

urzędnicy wraz z żonami i córkami, mieli się spotkać na słynnym balu. 

Zwykli marynarze, którzy harowali na statkach, ani ich szare, spracowane towarzyszki 

ż

ycia nie byli nań proszeni. 

Rai  ja  przymierzyła  swoją  nową  suknię  i  popatrzyła  w  lustro  zasępiona.  Suknia 

wyglądała dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Elena przeszła samą siebie i uszyła ją zgodnie 

z  życzeniem  Raiji.  Dodatkowo  z  resztek  materiału  uszyła  kokardy,  którymi  Rai  ja  ozdobiła 

trzewiki.  Miała  tylko  jedną  parę  butów,  które  nadawały  się  na  taką  okazję.  Zresztą  zawsze 

uważała je za zbytek. 

-  Nie  chcę  tam  iść  -  powiedziała,  choć  była  już  prawie  gotowa.  Wokół  głowy  upięła 

piękną  koronę  z  warkocza.  W  lekkich  trzewikach  czuła  się  jak  ptak.  Zdawało  jej  się,  że 

obcasy unoszą ją wysoko w powietrze. 

Jewgienij  zajrzał  przez  uchylone  drzwi.  Miał  na  sobie  elegancką  białą  koszulę  z 

wysokim  kołnierzem  i  pięknymi  haftami.  Żartował,  że  będzie  się  wyróżniał  spośród  innych 

mężczyzn.  Z  Europy  przyszła  bowiem  moda  na  żaboty  i  koronki  przy  rękawach.  Spro-

wadzone specjalnie krawcowe szyły dla arystokratów znad Morza Białego kreacje zgodnie z 

najnowszymi tendencjami w modzie. 

Jewgienij oznajmił, że jeszcze nie zwariował, więc nie zamierza pindrzyć się jak baba. 

Wyśmiewał się, że niektórym bogactwo przewróciło w głowach i upodabniają się do kobiet. 

„Niech się jaśnie panowie stroją w żaboty i koronki, skoro nie wiedzą, co robić z pieniędzmi - 

powiadał. - Ja nie mam zamiaru udawać kogoś innego, niż jestem”. 

Na  koszulę  założył  krótki  żakiet  z  ciemnobrązowego  aksamitu.  Nie  pierwszej 

młodości,  co  zapewne  zostanie  dostrzeżone  przez  bywalców  balów.  Na  szyi  zawiązał 

kolorową apaszkę w złotych i czerwonych odcieniach, a w pasie złoty szal. Brązowe spodnie 

wsunięte  do  eleganckich,  wysokich  butów  z  miękkiej  skóry,  najlepszych,  jakie  posiadał, 

prezentowały się znakomicie. Na przodzie żakietu przymocował spinką z bursztynem wiszący 

luźno rękaw. 

background image

-  Dzikus  jest  gotowy  -  oznajmił  z  krzywym  uśmiechem.  -  Olga  pomogła  mi 

przewiązać szal. Jak to dobrze mieć w domu małą damę. Co z tobą, Raiju? Ubierz się, bo w 

halce nie będziesz mogła zatańczyć ze mną nawet jednego tańca... 

-  Wyglądasz  wspaniale  -  powiedziała,  pewna,  że  zwróciłby  na  siebie  uwagę,  nawet 

gdyby  wszyscy  ubrani  byli  jednakowo.  -  Zupełnie  jak  kozak  Kobiety  będą  na  pewno 

spoglądać  z  zazdrością...  -  A  po  chwili  dodała,  nerwowo  obciągając  suknię:  -  Nie  chcę  tam 

iść!  Nie  pasuję  do  tych  ludzi.  Na  pewno  inni  zaproszeni  goście  też  tak  będą  uważać. 

Wolałabym  raczej  pójść  do  gospody,  gdzie  świętują  zwykli  marynarze.  Jewgienij  roześmiał 

się. 

- Zgadzam się z tobą, Raiju. Tam z pewnością będzie weselej. Ale zrozum, ktoś, kto 

nie  weźmie  udziału  w  tym  balu,  nie  liczy  się  w  interesach.  Jeśli  chcemy  coś  znaczyć, 

powinniśmy utrzymywać dobre stosunki z wysoko postawionymi w Archangielsku ludźmi. 

Raija uśmiechnęła się ponuro, przypomniawszy sobie, co mówił Wasilij na temat balu, 

i zrozumiała, ile w tym było racji. 

- Lina poradzi sobie z dziećmi - dodał Jewgienij. - Wcale nie jest taka nieporadna, za 

jaką  ją  uważasz.  Zresztą  Olga  i  Misza  przyrzekli  zachowywać  się  grzecznie.  Zagroziłem  im 

laniem, jeśli się dowiem, że było inaczej. 

-  Ty  sprawisz  im  lanie?  -  zapytała  Raija  z  niedowierzaniem,  bo  Jewgienij  za  nic  w 

ś

wiecie nie uderzyłby dziecka. 

- Powiedziałem, że dostaną lanie od ciebie - odparł błyskawicznie i mrugnął do niej. - 

Okropnie się przestraszyły! 

Raija uśmiechnęła się. 

- Nie chcę tam iść - upierała się, ale zaczęła wkładać sukienkę. 

Targały nią sprzeczne odczucia. Z jednej strony nastrój oczekiwania i radości na to, co 

ma się wydarzyć, z drugiej zaś paraliżujący lęk, który jednak brał górę. 

Mieli  przekroczyć  próg  innego  świata,  wejść  do  pewnej  wspólnoty.  Z  wielu 

mężczyznami, których spotkają na balu, Jewgienij prowadził interesy. Poważali go, niektórzy 

może nawet traktowali jak równego sobie. Ale ona różniła się od dam z arystokratycznych i 

kupieckich rodzin. One wszystkie dobrze się znały. Bawiły się i dorastały wspólnie, a potem 

wyszły  za  mąż  za  kawalerów,  z  którymi  znały  się  od  dzieciństwa.  Nawet  jeśli  na  bal 

przybędzie  ktoś  spoza  Archangielska,  to  przecież  łączy  ich  wszystkich  wysokie  urodzenie. 

Byli tacy pewni siebie, tacy zarozumiali. 

A kim ona jest? 

background image

Zna co prawda niektóre damy z widzenia, wymienia z nimi ukłony, nigdy jednak nie 

rozmawiała. Pojęcia nie miała, czy znajdą w ogóle jakieś wspólne tematy. Raija była pewna, 

ż

e  żadna  z  nich  nie  szoruje  sama  piaskiem  podłóg,  nie  znajduje  upodobania  w  tkaniu  na 

krosnach, nie zna smaku mącznej zupy, a już z pewnością nie potrafi jej przyrządzić. 

Nie miała chęci iść na bal, pewna, że potraktują ją tam jak obcą. Zapewne spędzi tam 

najdłuższy wieczór w swoim życiu. Niemal fizycznie czuła już spojrzenia, jakie będą ku niej 

posyłać.  Wyobrażała  sobie,  jak  szepczą  między  sobą,  zerkają  z  ukosa  i  śmieją  za  plecami, 

jeśli uczyni coś niezgodnie z przyjętą etykietą. 

Tak rozmyślając, zapięła sobie suknię. Zawsze zwracała uwagę na to, by zapięcie było 

z boku. Nie miała służącej, a Jewgienij nie poradziłby jedną ręką zapiąć drobnych guziczków 

przy kobiecych strojach. 

Obróciła się, żeby się mu pokazać, ale bez radości. 

- Wyglądasz jak księżniczka - powiedział. - Niczym caryca. 

- Nie używaj tego określenia - żachnęła się Raija. - Nie lubię go. Nie jest przeznaczone 

dla mnie. 

-  Ci,  którzy  cię  tak  nazywają,  są  odmiennego  zdania  -  drażnił  ją  Jewgienij,  który  z 

dumą  przyjmował  otaczające  jego  żonę  uwielbienie,  pod  warunkiem  jednak,  że  nie  nazbyt 

poufałe. - Uważam zresztą, że pięknie cię nazywają - rzekł z przekonaniem. 

W  jego  oczach  także  była  carycą.  Był  pewien,  że  kobiety  z  rodu  Romanowów, 

pomimo godności książęcych, nie przewyższają urodą jego żony. 

Doroczny bal urządzany był przez różnych dostojników. W tym roku kolej przypadła 

Antufjewom.  Antufjew  miał  około  czterdziestu  lat  i  cieszył  się  ogólnym  szacunkiem  i 

poważaniem. I nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że był majętny. 

- Antufjewowie właściwie wywodzą się z chłopów - rzucił Jewgienij niedbale. - Jego 

przodkowie uprawiali ziemię w Miuduskim. 

Raija słyszała, że znaczna część rodziny Antufjewów wywodzi się z Miuduskiego, ale 

podobno od dziada pradziada zajmowali się handlem. 

-  Ale  przecież  kiedyś  musieli  zacząć,  prawda?  -  rzucił  lekko  Jewgienij.  -  Teraz  mają 

pieniądze  i  władzę,  ale  ich  pradziadek  bądź  prapradziadek  żął  sierpem  zboże.  Masz  na  to 

moje  słowo.  -  Zaśmiał  się  i  pocałował  ją,  dodając:  -  Musisz  się  pokazać  dzieciom  w  tym 

stroju.  Nie  mogą  się  wprost  doczekać,  kiedy  cię  zobaczą.  Olga  buntuje  się,  że  nie  może 

założyć nowej sukienki i pójść z nami na bal. 

Przepuszczając Raiję przodem, napomknął mimochodem: 

background image

-  Kiedyś  może  taki  bal  wyprawiać  będą  dzieci  naszego  Michaiła.  Wtedy  pewnie 

niektórzy  z  gości  będą  szeptać  po  kątach,  że  ci  Bykowowie  wywodzą  się  z  prostych 

marynarzy.  „Podobno  dziadek  gospodarza  dorobił  się  z  niczego,  powiedzą.  Nie  miał  jednej 

ręki, ale żona trafiła mu się nad wyraz urodziwa. Właściwie niewiele o niej wiadomo...” 

Raija  roześmiała  się.  Jewgienij  traktował  wszystko  tak  lekko  i  zawsze  umiał  ją 

rozbawić. 

Misza nadal nie mógł wstawać. Z trudem to znosił, bo z natury odznaczał się żywym 

temperamentem, ale nie wolno mu było przeforsować unieruchomionej nogi, tak by nie zrosła 

się krzywo. Olga straszyła Michaiła zmyślonymi historiami, jak będzie wyglądał, jeśli się nie 

posłucha, więc malec ze strachu nie ruszał się z posłania. 

Kiedy  dzieci  ujrzały  Raiję  w  niebieskiej  sukni,  w  ich  oczach  pojawił  się  zachwyt 

graniczący z uwielbieniem. Raija zakręciła się i zatańczyła z gracją na kuchennej podłodze. 

- Mamo, jesteś piękna - stwierdził Michaił pełen podziwu. 

Często  powtarzał,  że  jego  mama  jest  najlepsza,  najkochańsza  i  najpiękniejsza  na 

ś

wiecie, co u dzieci do pewnego wieku jest normalne, ale teraz zorientował się, że nie będzie 

w swej opinii odosobniony. 

-  Kiedyś  będę  taką  piękną  damą  jak  ty,  Raiju  -  Raiso  -  oznajmiła  Olga,  dotykając 

ostrożnie  niebieskiej  tkaniny.  -  Czy  ja  też  będę  ładnie  wyglądać  w  mojej  nowej  sukience?  - 

zapytała po chwili. 

Raija  pokiwała  głową  i  usiadła  na  lawie  w  nogach  u  Miszy.  Wzięła  Olgę  na  kolana, 

nie zważając na to, że może pognieść kreację. 

- Będziesz bardzo piękna w swojej nowej sukience, mała Olgo. Któregoś dnia obie się 

wystroimy i wybierzemy gdzieś z wizytą. Nie sądzisz, że to dobry pomysł? 

Olga skinęła głową zadowolona. 

Tymczasem  przybył  Oleg  z  Liną.  Dziewczyna  miała  pod  nieobecność  Raiji  i 

Jewgienija  zająć  się  domem  i  przypilnować  dzieci.  W  jej zachowaniu  dało  się  wyczuć  lekki 

zawód.  Nadal  pielęgnowała  marzenie,  z  którym  przybyła  zza  morza.  Była  młoda  i  bardzo 

pragnęła poślubić Olega. Starała się, jak mogła. Dom prowadziła nienagannie. Czyściła, prała, 

szorowała, pilnowała, by wszystko leżało na swoim miejscu. Izby zawsze były przewietrzone 

i  czyste.  Raija  z  sentymentem  wspominała  miły  rozgardiasz,  jakim  otaczała  się  Antonia,  ale 

nie przyznała się do tego przed nikim. A Lina nie ustawała w staraniach. Gotowała i piekła. 

Przyrządzała  potrawy,  jakie  jadało  się  u  niej  w  domu,  z  rzadka  tylko  dając  się  namówić,  by 

spróbować  miejscowych  przysmaków.  Kiedyś  Oleg  przyniósł  do  domu  czerwone  buraczki  i 

kwaszone ogórki. Powąchała je jedynie i pokręciła nosem. Nie było mowy, by posmakowała. 

background image

Robiła tylko to, do czego przywykła i czego nauczyła się od matki. 

Oleg  jednak  traktował  ją  jak  gosposię,  a  na  bal  z  udziałem  armatorów  i  innych 

znaczących osobistości nikt nie zabiera ze sobą służącej. 

Bardzo  to  Linę  zabolało,  ale  musiała  się  z  tym  pogodzić.  Na  szczęście  wyjazd  z 

Archangielska  także  stanowił  dla  niej  pewną  odmianę  w  codzienności.  Ledwie  przekroczyła 

próg  chaty  Jewgienija  i  Raiji  i  zdjęła  wierzchnią  odzież,  dostrzegła  swym  bystrym  spoj-

rzeniem kurz. Pomyślała, że Raija mogłaby bardziej dbać o porządek w swoim domu. 

Mała  Olga  wybiegła  ojcu  na  spotkanie  i  rzuciła  mu  się  na  szyję.  Teraz  już,  kiedy 

nabrała pewności, że nie zabierze jej od Raiji, odzyskała ufność, spokój i znów zachowywała 

się swobodnie. 

-  Czyż  Rai  ja  nie  jest  śliczna?  -  zapytała  mała,  pusząc  się  z  dumy  z  powodu  swojej 

opiekunki. 

- Raija zawsze wygląda pięknie - odparł Oleg, obejrzawszy sobie ze wszystkich stron 

wystrojoną żonę przyjaciela. - Myślę, że dzisiejszego wieczoru będę musiał zatańczyć z tobą 

przynajmniej ze dwa tańce, Raiju, żeby Jewgienij chociaż przez chwilę miał pewność, że mu 

nie uwodzą żony. 

Lina  nic  nie  rzekła,  ale  Raija  poczuła  się  nieswojo,  kiedy  zauważyła  blask  w  oczach 

dziewczyny zapatrzonej w balową suknię. 

- Raija nie chce iść - wyjawił Jewgienij i zmierzwił żonie włosy, omal nie niszcząc jej 

fryzury. 

-  Ależ  nie  ma  mowy!  Musisz  z  nami  pójść!  -  zagrzmiał  Oleg.  -  Pokażemy  tym 

wszystkim  słodkim  damulkom,  córkom  kupców,  siostrzenicom  gubernatora,  żonom 

kapitanów,  że  zwyczajne  dziewczyny  pod  każdym  względem  biją  je  na  głowę.  My  z 

Jewgienijem  jesteśmy  z  ciebie  dumni.  Wejdziesz  na  bal  niczym  królowa,  a  przy  tobie 

wszystkie  kobiety  zblakną.  Założę  się,  że  żaden  z  przedstawicieli  rodu  męskiego  nie  będzie 

pamiętał następnego dnia, jak wyglądały. 

-  Proszę  cię,  przestań,  bo  jeszcze  bardziej  się  denerwuję!  Poza  tym  nie  jestem  do 

oglądania... 

Nie rozumieli jej obaw. Chcieli się z nią pokazać. Chcieli zobaczyć skierowane na nią 

spojrzenia  i  ukryć  je  głęboko  w  sercu.  Nie  mogli  się  doczekać  tej  chwili.  W  ich  oczach 

uchodziła  za  piękność.  Byli  pewni,  że  swoją  urodą  przyćmi  wszystkie  uczestniczki  balu, 

którym  nie  pomogą  nawet  mieniące  się  blaskiem  drogocenne  ozdoby.  Rai  ja  nie  lubiła 

biżuterii. Nie pomyślała jednak, że i tym będzie się wyróżniać. 

background image

Pojechali  wozem  po  ubitej  twardej  ziemi.  Było  mroźno,  ale  śnieg  jeszcze  nie  spadł. 

Raija  tęskniła  za  prawdziwą  zimą.  Marzyła,  by  ujrzeć  świat  pokryty  białym  puchem,  który 

rozjaśniłby ciemne wieczory. 

Zapatrzyła  się  na  niebo  usiane  gwiazdami,  mrugającymi  do  niej  ufnie.  Były  takie 

lśniące  i  czyste.  Przyćmiewały  swym  blaskiem  nawet  dochodzący  właśnie  do  pełni  księżyc, 

który, jakby wyczerpany odsłanianiem całej tarczy, stawał się leniwie blady. 

Im bliżej Archangielska, tym większy czuła ucisk w żołądku. 

Pałac  Antufjewów  stał  na  skraju  miasta  nad  brzegami  Dwiny.  Był  to  przepiękny 

piętrowy  budynek  z  drewna  z  dwoma  rzędami  okien  ozdobionymi  przez  zdolnych 

rzemieślników  misternymi  ornamentami.  Okna,  niczym  szeroko  otwarte  oczy,  zdawały  się 

czujnie spoglądać w kierunku drogi z Archangielska. Ale mieszkańcy pałacu rzadko przez nie 

wyglądali.  Wewnątrz  wisiały  bowiem  chroniące  od  przeciągów  ciężkie  kotary,  zasłaniające 

piękny widok. 

Po obu stronach wejścia rozciągały się przestronne tarasy osłonięte dachem wspartym 

na  rzeźbionych  kolumnadach.  Za  tarasem  znajdowała  się  sala  balowa,  o  której  w 

Archangielsku krążyły legendy, choć jej próg przestąpili tylko nieliczni. Przystrojony na przy-

jęcie  nie  byle  jakich  gości,  pałac  rodziny  Antufjewów  przytłaczał  przepychem:  okna  były 

rzęsiście oświetlone, a wejście rozjaśniał blask zawieszonych lamp. 

Raiję przeszły dreszcze, kiedy ujrzała ów zamek o bladoróżowej barwie poranka. 

Nie czuła się godna przestąpić jego progów. Te lampy nie świeciły dla niej. 

Pozdrowiwszy  stajennego,  który  zajął  się  końmi,  poznała  po  jego  spojrzeniu,  że 

właśnie popełniła pierwszą gafę. Dlatego też nie witała już odźwiernych ani służących, którzy 

odbierali od gości wierzchnie okrycia. Z zawstydzenia paliły ją policzki, bo nie przywykła do 

tego, by ktoś ją obsługiwał. Zdawała sobie sprawę, że przecież nie różni się niczym od tych 

cichych pomocników. 

Wewnątrz pałacu panowała jasność. Niemal na wszystkich stołach stały świeczniki, z 

sufitu  zwisały  żyrandole.  Migające  ogniste  płomyki  zaklęte  w  kryształkach  cienkiego  szkła 

zdawały się ożywiać nawet martwe przedmioty. 

Jewgienij  chwycił  żonę  za  łokieć  i  przysunął  się  blisko,  a  bijące  od  niego  ciepło 

napełniło ją spokojem. 

- Pamiętaj, że nie jesteś tu od nikogo gorsza - szepnął jej do ucha Oleg. 

Poczuła  na  plecach  chłód  przeciągu,  bo  z  dworu  weszli  kolejni  goście.  Nie  spojrzała 

kto, bo niemal w tej samej chwili otworzyły się białe dwuskrzydłowe drzwi i nastąpiła chwila, 

której tak się obawiała: zostali zaanonsowani. 

background image

- Raija Bykowa - usłyszała swoje imię i nazwisko. 

Z  drżącymi  kolanami  podeszła  przywitać  się  z  Antufjewem,  jego  żoną  i  najstarszym 

synem.  Wymienili  uprzejmości.  Zarówno  gospodarz,  jak  i  jego  syn  posłali  Raiji  przeciągłe 

spojrzenie, natomiast pani domu potraktowała ją jak powietrze. 

Na  twarzach  przybyłych  zastygły  uśmiechy.  Jewgienij  chwycił  żonę  pod  łokieć  i 

poprowadził  do  sali  balowej.  Oleg  szedł  obok  Raiji.  Mężczyźni  niczym  tarcze  chronili  ją 

przed tymi, których się tak obawiała. Miała wrażenie, że wszyscy

 się na nią patrzą szyderczo. 

Rozpaczliwie przypominała sobie, że przecież Antufjewowie są z pochodzenia chłopami, ale 

na niewiele się to zdało. W tym kapiącym od bogactwa wnętrzu nic bowiem nie wskazywało 

na ich chłopskie korzenie. Może Raija czułaby się lepiej, gdyby właściciele pałacu oznaczali 

się kiepskim gustem, ale tego z całą pewnością nie dało się im zarzucić. Wszystko tu zdawało 

się  mieć  właściwe  miejsce.  Raija  rozglądała  się  dyskretnie,  starając  się  zapanować  nad 

ciekawością.  Nie  chciała,  by  ktokolwiek  pomyślał,  że  brakuje  jej  obycia.  Uroda  wnętrza 

zapierała  jej  jednak  dech  w  piersiach.  Gospodarze  przywiązywali  wielką  wagę  do  piękna, 

przy  okazji  wyraźnie  demonstrując,  że  należą  do  najlepiej  sytuowanych  obywateli  w  całej 

archangielskiej guberni. 

Raija zawsze sądziła, że są z Jewgienijem majętni. Dopiero w zderzeniu z przepychem 

tego miejsca uświadomiła sobie w pełni, jak niewiele znaczą dla ludzi pokroju Antufjewów. 

Przechadzali  się  we  troje  po  wielkiej  sali,  raz  po  raz  zatrzymując  i  wymieniając 

uprzejmości.  Raija  przystawała  razem  z  Jewgienijem  i  Olegiem,  ale  nie  odzywała  się. 

Uśmiechała się tylko, nawet nie słuchając specjalnie, o czym rozmawiają. Nie mogła oprzeć 

się  wrażeniu,  że  przez  pomyłkę  znalazła  się  w  niewłaściwym  miejscu.  Eleganckie  damy 

przypominały  ptaki  ściśnięte  w  gromadkę.  Zwrócone  ku  sobie,  rozglądały  się  bystro,  a  ich 

usta otwierały się jak ptasie dzioby. 

Zadziobałyby  ją  jak  mewy,  które  w  ten  sposób  wykluczają  z  gromady  najsłabsze 

osobniki. 

Raija odczuła pewną ulgę, gdy oto znów otworzyły się drzwi i spojrzenia wszystkich 

skierowały się w stronę nowych gości. Zewsząd rozległy się zaaferowane szepty. Na twarzach 

zgromadzonych  odmalowało  się  oburzenie.  Raija  popatrzyła  w  tym  samym  kierunku,  co 

pozostali,  ciekawa,  kto  wywołał  taką  konsternację,  i  ujrzała  kapitana  statku  z  Lubeki,  który 

nie zdążył wypłynąć z portu, nim mróz skul lodem morski szlak żeglugi. Kapitan nie miał na 

pokładzie  rodziny.  Złośliwi  bąkali,  że  właśnie  dlatego  utknął  w  Archangielsku.  Gospodarze 

poczuwali się w obowiązku zaprosić kapitana z obcego kraju, nie spodziewali się jednak, że 

zjawi  się  na  balu  z  kobietą.  Tymczasem  on,  lekko  już  podchmielony,  przyprowadził  do 

background image

Antufjewów kobietę z  gatunku tych, które w towarzystwie przez delikatność nazywano por-

towymi mewami. Ta, przesadnie wystrojona, rozglądała się dokoła i uśmiechała triumfalnie. 

-  O,  nie,  Dagnija...  -  jęknął  Jewgienij.  Raija  zamknęła  oczy,  jakby  chciała  odpędzić 

marę,  ale  kiedy  podniosła  powieki,  ta  bynajmniej  nie  zniknęła.  Raija  nie  miała  wątpliwości, 

ż

e  przybyła  właśnie  jej  szuka  swym  świdrującym  spojrzeniem.  Szyderczy  uśmiech  właśnie 

dla niej był przeznaczony. Bo Dagnija doskonale się orientowała, że w tym gronie Raija jest 

równie niepożądanym gościem jak ona. 

- Nie zniosę jej obecności! Jeśli ona zostanie, ja wychodzę! 

- Nie bądź dzieckiem! - szepnął Jewgienij i obrócił się wraz z nią tyłem do Dagniji i 

jej zagranicznego przyjaciela, przepustki do lepszego świata. - Zachowuj się z godnością. Nie 

jesteś tu gorsza od nikogo - dokończył cicho. 

Rai  ja  zamilkła.  Jewgienij  jej  nie  rozumiał.  Nie  wytrąciła  jej  z  równowagi  sama 

obecność Dagniji, choć prawdą jest, że nie przepadała za tą kobietą. Poczuła się dotknięta ze 

względu  na  Wasilija.  Może  nie  powinno  ją  obchodzić,  jaki  układ  panuje  między  tym 

dwojgiem, ale zachowanie Dagniji uważała za głęboko niesprawiedliwe wobec przyjaciela. 

Unikała  wzrokiem  bratowej  Wasilija,  ale  nie  potrafiła  jednocześnie  oprzeć  się 

wyrzutom  sumienia,  że  zdradza  samą  siebie.  Oburzeni  obecnością  na  balu  Dagniji  goście  z 

wyższych sfer okazywali w ten sposób pogardę dla wszystkich mieszkańców ubogiej dzielni-

cy portowej. Raija, choć podzielała niechęć obecnych do tej kobiety, doskonałe wiedziała, że 

wśród gminu napotkać można także ludzi dobrych i uczciwych. 

Poczuła  ulgę,  gdy  zaproszono  wszystkich  do  jadalni.  Wniesiono  półmiski  z  łososiem 

pod  różnymi  postaciami:  solony  z  dodatkiem  marynowanych  warzyw,  pieczony,  gotowany 

oraz wędzony. Podano też dorsze. Poza tym zupę z łososia i barszcz czerwony gotowany na 

mięsie  i zabielany  gęstą  śmietaną,  na  którą  mogli  sobie  pozwolić  tylko  nieliczni.  Na  stołach 

znalazły  się  też  pierogi  z  mięsem  i  warzywa  zmieszane  z  mięsem  i  pachnącymi  ziołami  z 

dalekiego  wschodu,  nadającymi  potrawie  pikantny  smak,  a  do  mięs  zaserwowano  białożólte 

mączne  warzywa.  Raija  posmakowała  ich  ciekawie,  bo  nigdy  wcześniej  takich  nie  jadła. 

Spodziewała  się,  że  poczuje  szczypanie  w  język,  tymczasem  wydały  jej  się  właściwie 

pozbawione smaku, mdłe. Goście jednak spożywali je z prawdziwym nabożeństwem. 

- To ziemniaki - wyjaśnił jej Oleg po cichu. - Ostatni krzyk mody. Warzywo to dotarło 

do Europy zza oceanu, z Ameryki. Te zapewne przywiezione zostały z Niemiec. Wszyscy się 

tym teraz zajadają, ale pewnie ulegając modzie, bo raczej nie ze względu na smak. 

Raija, rozbawiona, wyszeptała bez respektu: 

- Może podano je dlatego, by gość z Lubeki poczuł się jak w domu? 

background image

Olegowi udało się zachować powagę, ale i jego nie zaślepiło światowe życie. Uważał, 

ż

e najeść się można także prostym pożywieniem. 

Raija już w połowie posiłku poczuła się syta. 

-  Będziemy  mogli  niebawem  stąd  wyjść?  -  zapytała  szeptem  Jewgienija,  kiedy 

większość gości spożyła deser, na który podano bliny ze śmietaną i moroszkami. 

-  Przecież  jeszcze  się  tak  naprawdę  nie  zaczęło  -  odpowiedział,  rzucając  jej 

ostrzegawcze spojrzenie. 

Antufjew  przez  długi  czas  mieszkał  we  Francji.  Był  wykształcony  i  obyty.  Za  punkt 

honoru  postawił  sobie,  by  tu,  na  końcu  świata,  kultywować  maniery  i  zwyczaje,  jakie 

przyswoił sobie za granicą. 

-  Teraz  pora  na  koniak  -  mruknął  Oleg.  Raija  nie  zrozumiała  w  pierwszej  chwili. 

Jewgienij  nie  uprzedził  bowiem  żony,  by  jej  dodatkowo  nie  denerwować,  że  po  posiłku 

mężczyźni przechodzą do osobnego pomieszczenia wypalić cygaro i wypić kieliszek koniaku. 

Zaskoczona, bezradnie podążyła za paniami, które udały się do bocznego salonu na obiecaną 

odrobinę likieru. Starała się wtopić w krąg kobiet, zaraz jednak poczuła się odsunięta na bok. 

Odnoszono się do niej tak samo jak do Dagniji. 

Starając się nie rzucać w oczy, co nie było trudne w sytuacji, gdy wszyscy traktowali 

ją jak powietrze, wymknęła się z salonu. Przeszła przez jadalnię, gdzie służący, porządkując 

stoły,  raczyli  się  resztkami,  i  skierowała  się  do  holu.  Nim  ktokolwiek  zdążył  otworzyć  jej 

drzwi, opuściła pałac. 

Dopiero  kiedy  dochodziła  do  Archangielska,  uświadomiła  sobie,  że  zapomniała 

zmienić trzewiki i włożyć wierzchnie okrycie. Ale znajdowała się już blisko miasta. Za żadną 

cenę nie wróciłaby do pałacu Antufjewów. Uniósłszy dół sukni, ruszyła biegiem przed siebie. 

Nad nią błyskały ufnie gwiazdy, a na północno - zachodniej stronie nieba falowała delikatnie 

polarna zorza. 

background image

10 

-  Na  miły  Bóg!  Co  ty  tu  robisz?  -  zawołał  Wasilij,  kiedy  Raija,  trzęsąc  się  z  zimna, 

wtargnęła  do  jego  chaty  i  zatrzasnąwszy  za  sobą  drzwi,  oparła  się  o  nie.  Właściwie  dopiero 

teraz poczuła, jak bardzo zmarzła. 

- Nie jesteś na balu u Antufjewa? Raija roześmiała się. Osunęła się w kucki, nie prze-

stając się śmiać. 

- Piotr, przyprowadź ją bliżej pieca! Zmarzła na kość. 

W stanowczym głosie Wasilija pobrzmiewał strach. 

Raija  dopiero  teraz  zauważyła  Piotra,  który  siedział  w  mrocznym  kącie  przy  piecu. 

Chłopak przybiegł pośpiesznie i wziąwszy ją na ręce, przeniósł ostrożnie, jakby była pięknym 

kryształowym kieliszkiem, z którego pijało się koniak u Antufjewa. 

Szczękając zębami z zimna, popatrzyła na niego z wdzięcznością. 

Chłopiec  uklęknął  i  lekko  się  rumieniąc,  ściągnął  jej  z  nóg  trzewiki,  po  czym  zaczął 

rozcierać  przemarznięte  stopy.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  Raija  poczuła  kłucie  w  palcach  i 

rozchodzące się powoli ciepło. Trochę odtajała. 

Poczuła się dość niezręcznie, jakby nie na miejscu, mimo że wiedziała, iż znajduje się 

wśród swoich. 

-  Przyszłaś  tak  stamtąd?  -  zapytał  zdumiony  Wasilij,  który  siedział  wsparty  na 

poduszce, a nogi miał przykryte skórą. 

Rai ja pokiwała głową z miną dziecka przyłapanego na psocie. 

-  Piękna  suknia  -  zauważył  z  błyskiem  w  niebieskozielonych  oczach.  -  Ale  zapewne 

przybyłaś tu nie tylko po to, żeby mi się pokazać? 

Raija pokręciła głową i odpowiedziała bez ogródek: 

- Nie wytrzymałam tam. Za wysokie progi jak na moje skromne nogi... 

Roześmiał się krótko, zaraz jednak spoważniał. 

- Nikomu nie powiedziałaś, że wychodzisz? 

-  Mężczyźni  poszli  do  salonu  na  koniak  -  wyjaśniła  Raija,  już  trochę  rozgrzana, 

krzyżując ręce na piersiach. 

Piotr przyniósł wełniany, co prawda nie pierwszej czystości, koc i okrył nim Raiję. A 

kiedy posłała mu pełne wdzięczności spojrzenie, rozpromienił się uszczęśliwiony. 

background image

-  Stałam  sama  w  rogu,  ignorowana  przez  zaproszone  damy  z  wyższych  sfer, 

gawędzące  we  własnym  gronie,  a  w  drugim  rogu...  -  zamilkła  i  spojrzała  na  Wasilija.  - 

Dagnija już z tobą nie mieszka? 

Pokręcił  powoli  głową,  nie  zdradzając,  jakie  targają  nim  uczucia,  ale  Raiji  zdawało 

się, że dostrzegła w jego twarzy cień ulgi. 

- Wyszły tylko pierwsze zapowiedzi - wyjaśnił. - Dagnija wprowadziła się tutaj tylko 

po  to,  by  się  stąd  zaraz  wyprowadzić.  Niektóre  kobiety  bywają  mściwe.  Chyba  chciała  mi 

udowodnić,  że  ona  też  może  ode  mnie  odejść.  Ten  jeden  raz,  kiedy  jej  potrzebowałem! 

Podobno otrzymała lepszą propozycję. 

Wasilij skrzywił się. 

-  Ona  tam  była  -  powiedziała  Raija.  -  Razem  ze  swoją  lepszą  propozycją,  pijanym 

kapitanem statku z Lubeki. To właśnie ona stała w tym drugim kącie sama, ale widząc, że i ja 

zostałam odtrącona przez towarzystwo, mimo wszystko dobrze się bawiła... 

-  Dzieciaki  znowu  pozostały  bez  opieki  -  rzucił  z  goryczą  Wasilij  i  odwróciwszy  się 

do Piotra, poprosił: - Mógłbyś zajrzeć do chaty Dagniji? Najlepiej przyprowadź tu dzieci. Bóg 

raczy wiedzieć, jak długo jej nie będzie, a w końcu to moi bratankowie. 

Piotr skinął głową i pośpieszył do wyjścia. 

-  Mieszkają  w  gorszych  warunkach  niż  ja  -  wyjaśnił  Raiji  Wasilij.  -  To 

nieodpowiedzialne z jej strony pozostawiać dzieciaki same. Tylu tam się kręci łajdaków! 

Umilkł i przyglądając się Raiji przez chwilę, rzekł: 

-  Wiedziałem,  że  będziesz  ślicznie  wyglądać  w  tym  kolorze.  Założę  się,  że  byłaś 

najpiękniejszą kobietą na balu. 

Wzruszyła ramionami. 

- Cóż to znaczy? - odpowiedziała. - To wszystko jest takie ulotne. 

- Nie dla mnie - sprzeciwił się Wasilij z przekonaniem. - Twoja uroda nie gaśnie wraz 

z upływem lat. Przeciwnie, jesteś coraz piękniejsza. Żałuję, że nie zatańczyłaś w tej sukni. 

- Nie potrzebuję pokazywać się przed takimi ludźmi. Wolałam pokazać się tobie. 

Wasilij udał, że nie słyszy. Obawiając się, że rozmowa zejdzie na niebezpieczne tory, 

zmienił temat. 

-  Jewgienij  przestraszy  się,  gdy  zobaczy,  że  zniknęłaś.  Wyślę  tam  Piotra,  żeby  go 

zawiadomił, gdzie jesteś. Poczeka na zewnątrz, bo do środka i tak go nie wpuszczą. 

-  Nie  -  odparła  bezbarwnie  Raija.  -  Dziś  już  dość  wpuścili  niepożądanych  gości. 

Jeszcze nigdy nie czułam się takim intruzem. A przecież w ogóle nie miałam ochoty tam iść! 

Ciekawe, czy by mi uwierzyli, gdybym im to powiedziała? 

background image

Wasilij  popatrzył  na  nią  z  powagą.  Jej  twarz  pokryła  się  czerwonymi  plamami, 

zapleciony  warkocz,  upięty  wcześniej  w  koronę,  opadał  smętnie.  Suknia  przemokła  i 

ubrudziła się u dołu. 

Przyglądając  się  jej,  zadawał  sobie  pytanie,  czy  ktokolwiek  spośród  wytwornego 

towarzystwa zebranego na balu u Antufjewów zorientował się, jaki klejnot przebywał wśród 

nich. Ale przecież domyślał się odpowiedzi. 

-  Powinienem  poprosić  Piotra,  żeby  przyrządził  ci  herbaty  -  ocknął  się.  -  Ale  może 

sama się obsłużysz? 

- Nie, dziękuję - odparła Raija. Siedziała nadal skulona pod wełnianym kocem, raz po 

raz czując, jak wstrząsają nią dreszcze. Ale ciepło powoli brało górę. 

- Szybciej się rozgrzejesz - namawiał Wasilij. Miał nadzieję, że nie odmroziła nóg, ale 

nie wspomniał o tym na glos. 

Pokręciła głową. 

- Mam też koniak - zażartował. - I nie będę taki jak ci jaśnie panowie z wyższych sfer. 

Z przyjemnością wypiję koniak w towarzystwie damy. Właściwie nawet tak wolę. 

-  Nie,  dziękuję!  -  odpowiedziała  zamyślona,  a  słowa,  które  dodała,  Wasilij  na  długo 

zachował  w  pamięci:  -  Nie  powinnam  się  teraz  rozpraszać.  Będę  potrzebna.  Nie  mogę 

zawieść. 

Siedziała otulona kocem. 

Wasilij  zamilkł.  W  towarzystwie  Raiji  nie  wpadał  w  panikę,  kiedy  zalegała  cisza. 

Chętnie dzielił z nią każdą chwilę, nie ciążyło mu nawet milczenie. Nigdy nie spotkał drugiej 

takiej kobiety. 

Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i pojawił się w nich Piotr. Zalany łzami, niósł 

na rękach chłopca, a za nim, zataczając się, weszła chuda, potargana dziewczynka o jasnych 

włosach. Oczy miała zaropiałe, a jeden policzek zapuchnięty i siny. 

Piotr położył ostrożnie chłopca na kuchennym stole i szlochając, powtarzał: 

- On umrze, umrze... 

-  Co  się  stało?  -  krzyknął  Wasilij  i  nim  ktoś  go  zdążył  powstrzymać,  spuścił  poza 

krawędź łóżka obie nogi. 

Dziewczynka  długo  patrzyła  na  niego,  jakby  go  nie  poznawała,  aż  wreszcie, 

szlochając rozdzierająco, rzuciła się do wujka i uwiesiła się mu na szyi.  Twarz miała mokrą 

od łez. 

background image

-  Kiedy  wszedłem  do  ich  chaty,  zastałem  tam  trzech  łotrów  -  zaczął  opowiadać 

zdruzgotany Piotr. - Pijanych w sztok. Spoili najpierw dzieci, a potem pobili i skopali małego 

Walerija. Do diabła, dźgnąłem jednego w ramię, drugiego powaliłem, a trzeci uciekł. 

- Co oni ci zrobili, Jelizawieto? - zapytał Wasilij łagodnie. Ze wszystkich sił starał się 

opanować, choć wiele go to kosztowało. 

Dziewczynka  płakała  i  dygocząc  na  całym  ciele,  przyciskała  twarz  do  piersi  wujka. 

Nie chciała na nikogo patrzeć. 

Piotr, dorosły już niemal młodzieniec, nie mógł się uspokoić. 

- Powinienem ich zabić! - odgrażał się. - Jak można tak skrzywdzić dzieci? 

-  Mamy  nie  było  w  domu  -  odezwała  się  cienkim  głosikiem  Jelizawieta,  jakby  to 

wyjaśniało wszystko. - Czy Walerij umrze? 

Nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. Woleli milczeć. 

Raija stanęła przy stole, porozpinała ubranie chłopca i przykryła go kocem. Uchwyciła 

dłonie  nieprzytomnego  i  tylko  na  chwilę  odrywając  od  niego  wzrok,  odszukała  spojrzeniem 

Piotra i nakazała mu: 

- Zagotuj wody. Dużo wody. Wykąpiemy ich oboje. Wymyjemy do czysta. 

I  znów  zastygła,  nie  wypuszczając  dłoni  chłopca  i  nie  wypowiadając  ani  jednego 

słowa. 

Jakby  z  oddali  dochodził  ją  płacz  Jelizawiety  i  łagodny  głos  Wasilija  pocieszającego 

bratanicę.  Słyszała  krzątaninę  Piotra  noszącego  wodę.  Skrzypienie  drzwi,  stuknięcie 

drewnianego wiadra o próg. 

Poza tym panowała nocna cisza. 

Piotr nastawił już wodę do podgrzania, a kiedy spojrzał na Raiję, zbladł i aż otworzył 

usta, zdumiony. Ale Wasilij przyłożył palec do ust i nakazał mu milczenie. 

On zauważył już wcześniej, że Raija stoi przy stole nieruchomo, a jej oddech staje się 

coraz wolniejszy. Poczuł napięcie w całym ciele. 

Bolały  go  nogi,  obawiał  się,  że  uszkodził  je,  gdy  tak  gwałtownie  się  poruszył.  Ale 

jakież to miało znaczenie? Siedział bez ruchu, bo Jelizawieta, zmęczona szlochaniem, powoli 

zasypiała. Z jej ust czuć było spirytus. Wszystko się w nim gotowało. Chciałby wiedzieć, kto 

się dopuścił równie okrutnego występku wobec dzieci. Gdyby mógł, wybiegłby w noc i zabił 

drani. Nie zawahałby się, nawet gdyby przyszło mu się czołgać, ale nie mógł zostawić Raiji w 

takim stanie. 

Wasilij  poczekał,  aż  mała  uśnie,  a  kiedy  usłyszał  jej  spokojny  oddech,  szepnął  do 

Piotra, by pomógł mu ją ułożyć. Dziewczynka tak mocno zacisnęła dłonie na szyi Wasilija, że 

background image

sam nie mógł sobie poradzić. Uczepiła się go kurczowo, jedynego człowieka, któremu ufała. 

Był dla niej jedynym dorosłym, o którym wiedziała, że nigdy jej nie zawiedzie. 

Piotr  pomógł,  po  czym  usiadł  przy  Wasiliju.  Obaj  wpatrywali  się  w  Raiję.  Serca  im 

waliły, z trudem dawali wiarę temu, co widzieli na własne oczy. 

- Powinieneś się położyć - szepnął Piotr. Wasilij pokręcił głową. 

- Jak długo to już trwa? - próbował dowiedzieć się chłopak. 

- Nie wiem - odpowiedział chrapliwie Wasilij. - Ale popatrz na jej ręce! 

Dłonie  Raiji  i  Walerija  otulało  czerwone  światło,  a  cała  ubrana  na  niebiesko  postać 

zdawała się być otoczona chłodną żółtą poświatą. 

Ż

aden z mężczyzn nie wspomniał o tym; byli wprost porażeni tym, że nie potrafili w 

ż

aden sposób wyjaśnić, skąd bierze się ów żar wokół dłoni Raiji. 

- Cały czas tak stoi, chyba się zmęczyła. 

- Nie sądzę - odparł z powątpiewaniem Wasilij. - Myślę, Piotr, że ona w ogóle nie wie, 

gdzie jest ani co się z nią dzieje... 

Chłopak  przełknął  ślinę.  Zaciskał  dłonie  w  pięści  i  otwierał  je.  W  końcu  wyjął  z 

pochwy nóż i o udo oczyścił ostrze z plam krwi. 

-  Nigdy  jeszcze  nie  ugodziłem  nikogo  nożem  -  wyszeptał.  -  Ale  on  był  zwalisty  jak 

skała. Kiedy wszedłem, gwałcił małą i rechotał. Do końca życia będę pamiętał jej krzyk... 

Twarz  Wasilija  stężała.  Pogłębiły  się  bruzdy  na  policzkach,  a  oczy  pociemniały  z 

gniewu, tracąc niebieskozieloną barwę. 

-  Oni,  Wasiliju,  zbrukali  ich  oboje.  Boże,  Jelizawieta  ma  dopiero  dziesięć  lat,  jest 

jeszcze taka mała. A Walerij jedenaście... 

- To dzieci mojego brata, Piotrze. Nigdy nie wybaczę tego Dagniji. Nie oddam jej ich. 

Nie  pozwolę,  żeby  pozostawiała  je  na  pastwę  takich  bydlaków.  Chcę  wiedzieć,  kto  to  był. 

Drogo mi za to zapłacą... 

Przepełniała  go  żądza  zemsty.  A  równocześnie  czuł  się  taki  bezsilny.  Nie  mógł 

odwrócić  tego,  co  się  stało.  Dobrze  wiedział,  że  takich  ran  nie  da  się  do  końca  zaleczyć. 

Pozostaną na zawsze blizny, których nawet miłość nie usunie. 

Wasilij  patrzył  na  Raiję  opromienioną  niesamowitym  światłem.  Stała  niczym  posąg. 

Wydawała się nieobecna. Gdziekolwiek jednak teraz przebywała, nie można jej było pomóc. 

Przypomniał sobie, jak powiedziała, że będzie potrzebna i nie powinna się rozpraszać. 

Jakby wiedziała... Jakby nieprzypadkowo przybyła tu w ten mroźny ciemny wieczór w samej 

tylko  sukni  bez  peleryny,  trzęsąc  się  z  zimna.  Jakby  ktoś  skierował  jej  kroki  do  jego  chaty. 

Jakaś siła, której nie dało się ogarnąć rozumem. 

background image

Teraz stała boso na podłodze, od której ciągnął chłód, i nie ruszała się od chwili, gdy 

ujęła w swoje ręce dłonie małego Walerija. 

-  Cokolwiek  się  tu  jeszcze  zdarzy,  nie  wolno  ci  nikomu  o  tym  opowiadać  -  szepnął 

Wasilij do Piotra. 

Ten tylko pokiwał głową oniemiały. Ubóstwiał Raiję od dawna. Teraz jego podziw dla 

niej jeszcze wzrósł. 

Wasilij, obserwując go, zapragnął, by i on mógł ją wielbić z młodzieńczym naiwnym 

oddaniem. Tymczasem jego uczucia do niej były dużo głębsze. 

Czuwali  przez  cały  czas  i  nasłuchiwali  uważnie,  dlatego  też  nie  uszło  ich  uwagi,  że 

Raija oddycha coraz szybciej. Mimowolnie oddychali w tym samym tempie. 

Kiedy  zachwiała  się,  chłopak  poderwał  się  tak  gwałtownie,  że  omal  sam  nie  upadł. 

Przez cały czas siedział spięty i złapał go kurcz mięśni. 

Na szczęście zdążył ją pochwycić. 

-  Połóż  ją  na  ławie  -  nakazał  mu  Wasilij,  zresztą  zupełnie  niepotrzebnie,  bo  było  to 

jedyne miejsce w chacie, gdzie mógł ją ułożyć. 

Piotr rozejrzał się wokół bezradnie. 

- Ona jest zupełnie zimna - wyszeptał porażony strachem. - Lodowata, Wasiliju. 

-  W  takim  razie  przenieś  Walerija  do  mojego  łóżka  -  polecił  Wasilij  i  uniósł  się  na 

rękach,  żeby  przesunąć  się  do  krawędzi.  Nie  było  mu  wygodnie,  ale  nie  on  był  teraz 

najważniejszy. 

Piotr  wykonał  polecenie  i  ułożył  chłopca  głową  w  nogach  łóżka  Wasilija  i  okrył  tą 

samą skórą, którą otulona była jego siostra. 

Przyjrzeli się mu, usiłując dopatrzyć się jakiejś zmiany, ale trudno im było cokolwiek 

stwierdzić.  Na  twarzy  i  całym  ciele  dostrzegli  cięte  rany,  straszliwe  ślady  okrutnego 

potraktowania. 

Wasilij  przez  zaciśnięte  zęby  ciskał  przekleństwa.  Żar  w  jego  oczach  mógłby  stopić 

ż

elazo. 

Piotr przykrył Raiję wełnianym kocem i dokładał co chwila do pieca. W chacie zrobiło 

się gorąco jak w łaźni. 

Wasilij  czuł  się  bezradny.  Nienawidził  takiej  sytuacji.  Był  mężczyzną  i  nie  lubił 

siedzieć z założonymi rękami. 

Gdzieś  tam  przechadzało  się  trzech  zbirów,  którzy  sponiewierali  dzieci  jego  brata. 

Gdy  tylko  o  tym  pomyślał,  dłonie  same  mu  się  zaciskały  w  pięści.  Prawa  ręka  mimowolnie 

background image

powędrowała  w  okolice  bioder,  gdzie  zwykle  miał  przymocowany  nóż.  Teraz  jednak,  od 

dłuższego czasu leżąc w łóżku, odpiął go, by się nie pokaleczyć. 

Usłyszeli  parskanie  konia  i  skrzypienie  kół  nadjeżdżającego  wozu.  Rozległo  się 

gwałtowne pukanie do drzwi chaty, po czym do środka wszedł Jewgienij. 

- Jest tu może Rai ja? - zapytał i nagle ją zauważył. Cofnął się i zawołał Olega. - Jak 

ona,  u  diabła,  się  tutaj  dostała?  -  rzucił,  wszedłszy  ponownie,  a  w  jego  głosie  pobrzmiewał 

gniew, pierwsze, co poczuł, gdy ustąpił strach. 

-  Przyszła  pieszo  -  odpowiedział  Wasilij,  wskazując  na  przemoczone  i  zabłocone 

trzewiki.  Obcas  u  jednego  całkiem  się  wykrzywił,  jedna  z  błękitnych  kokardek  odpadła,  a 

druga smętnie zwisała. - Usiądź! - zaproponował Wasilij. 

Jewgienij usiadł, a gdy do chaty wszedł zdyszany Oleg, wspólnie wysłuchali Wasilija, 

który cichym głosem opowiedział im, co się stało. 

-  Dagnija  z  kapitanem  „Lorelei”  zostaną  zapewne  na  balu  do  samego  końca  -  rzucił 

Jewgienij zmęczonym głosem. 

- Zbulwersowali całe towarzystwo - dodał Oleg, siląc się na wesołość. Ale nikogo to 

nie rozbawiło. 

- Skąd ci przyszło do głowy szukać jej tutaj? - zapytał Wasilij. 

-  Najpierw  szukaliśmy  gdzie  indziej,  ale  potem  uznaliśmy,  że  tylko  tutaj  mogła 

przyjść.  Pomyślałem,  że  chciała  ci  pokazać  suknię  -  powiedział  Jewgienij,  obrzucając  go 

pełnym bólu spojrzeniem. 

Wasilij przełknął ślinę. 

- Rai ja zachowywała się jakoś dziwnie - odezwał się cicho. 

Nie  zamierzał  wspomnieć  nawet  jednym  słowem,  że  Jewgienij  poniekąd  ma  rację. 

Nigdy nie powie, że rozmawiali o sukni. 

- Wydaje mi się, że ona czuła, że będzie tu potrzebna. Nawet coś takiego wspomniała 

na krótko przed powrotem Piotra z dziećmi. A przecież nie mogła o niczym wiedzieć. 

Jewgienij  tylko  pokiwał  głową.  Kiedy  chodziło  o  niezwykłe  umiejętności  jego  żony, 

przyjmował wszystko bez żadnych wątpliwości. Nic nie wydawało mu się zbyt dziwne, by nie 

mógł w to uwierzyć. Niczego nie nazywał kłamstwem. 

- Teraz możemy tylko czekać - powiedział. - Była zimna? 

Piotr potwierdził. 

- A jak chłopiec? - zapytał Jewgienij. Nie wiedzieli, nie mogli wiedzieć. 

- Powoli nad Archangielskiem noc ustąpiła miejsca świtowi. 

background image

Raija  obudziła  się  pierwsza,  obolała  na  całym  ciele,  zmarznięta,  ze  ścierpniętymi 

nogami. Po straszliwym bólu głowy domyśliła się, co się wydarzyło. 

-  Gdzie  ja  jestem?  -  zapytała  półprzytomna,  a  gdy  usiadła  i  zobaczyła  wokół  siebie 

znajome twarze, zmęczone i poważne, przypomniała sobie wszystko. 

- Co z chłopcem? - zapytała. - Jak się czują dzieci? 

-  Śpią  -  odpowiedział  jej  Wasilij.  Siedział  tak  samo,  jak  zapamiętała,  zanim  straciła 

ś

wiadomość. 

-  Musiałam  tu  przyjść  -  wyjaśniła,  napotkawszy  spojrzenie  Jewgienija.  Ten  tylko 

pokiwał głową. 

Raija wiedziała, że nigdy nie będzie potrafiła mu tego dokładniej wyjaśnić. Ani jemu, 

ani komukolwiek. To proste wytłumaczenie musi wystarczyć. 

Rozejrzała  się  po  niewielkiej  izbie  i  popatrzywszy  po  kolei  po  twarzach 

zgromadzonych tu mężczyzn, dodała: 

- Muszę zostać tu tak długo, póki dzieci się nie obudzą. Muszę się nimi zająć, trzeba 

będzie sprowadzić do nich lekarza... 

Wasilij potrząsnął głową. 

- Lekarza nie - rzekł sztywno. 

-  Wasilij  ma  rację.  Skończy  się  na  tym,  że  obarczą  winą  za  wszystko  jego  i  Piotra  - 

uznał z goryczą Oleg. 

Raija przełknęła ślinę. 

- Mam w domu trochę ziół. Może będą mi potrzebne. Nie wiem, na ile to pomogło... 

Oleg  przyniósł  ze  swej  chaty  jedną  z  codziennych  sukni  Toni.  Nie  była  wcale 

zniszczona,  bo  Tonią  nie  lubiła  nosić  sukien  i  nawet  jako  mężatka  najchętniej  zakładała 

spodnie, kiedy Oleg przebywał na morzu. 

Potem  pojechał  razem  z  Jewgienijem  nad  Dwinę.  Musieli  uspokoić  Linę,  która  na 

pewno już niecierpliwie ich wyglądała, a także przywieźć zioła, o które prosiła Rai ja. 

- Weźcie wszystkie! - przykazała im Rai ja, nim wyruszyli. - Nigdy nie wiadomo, co 

się może przydać. 

Sama  nie  miała  nawet  czasu,  żeby  zdjąć  balową  suknię  i  przebrać  się.  Związała 

jedynie włosy w ciasny węzeł i napiła się słabej herbaty, którą podał jej Piotr. 

- Zabiłabym te bestie - syknęła, a patrząc na śpiące dzieci, zapytała: - Ile mają lat? 

Pobladła,  kiedy  się  dowiedziała.  Twarz  jej  stężała.  Podobnie  jak  Wasilij  poczuła 

gwałtowny przypływ nienawiści. Po chwili jednak odezwała się ze współczuciem: 

- Biedna Dagnija. 

background image

- Biedna? - Wasilij spojrzał na nią osłupiały. - O czym ty w ogóle mówisz? Przecież to 

ona zostawiła dzieci same! To do niej przyszli ci mężczyźni! 

I ty jej jeszcze żałujesz? 

-  Nie  mogła  tego  przewidzieć  -  odparła  Rai  ja  cicho.  -  Nikt  by  czegoś  takiego  nie 

przewidział. Dla niej to straszliwy cios... 

Wasilij zaśmiał się z goryczą. 

- Jak widzisz, ta kochająca matka nie zjawiła się jeszcze po swoje dzieci. Jak myślisz, 

dlaczego?  Ponieważ  kotłuje  się  w  kapitańskiej  kajucie  na  statku  „Lorelei”  z  Lubeki!  Ona 

dorastała  w  portowych  uliczkach.  Doskonale  wie,  przed  jakimi  mężczyznami  odsłania  swe 

wdzięki.  Możesz  być  pewna,  że  zdaje  sobie  sprawę,  kto  do  niej  zachodzi.  A  mimo  to 

pozostawiła dzieci same. Nigdy jej tego nie wybaczę. Uważam, że ponosi odpowiedzialność 

za to, co się stało. 

- Nie wolno ci tak myśleć, Wasiliju - próbowała jej bronić Rai ja. 

- Wystarczająco długo mieszkałem w ciasnych zaułkach, by znać ciemne strony życia. 

Jelizawieta  i  Walerij  nie  są  pierwszymi  zgwałconymi  dziećmi.  I  pewnie  nie  ostatnimi.  Tam 

pośród ponurych ruder nie brakuje łotrów zdolnych do najgorszych czynów. Są bezkarni. Nie 

udaję,  że  tego  nie  widzę  i  nie  słyszę,  Wiem  o  tym!  Ty  jesteś  wielkoduszna  i  trochę  naiwna. 

Nie  uwierzyłabyś,  nawet  gdybym  ci  o  tym  opowiedział.  Dagniji  nie  trzeba  tego  tłumaczyć. 

Dlatego winię ją za to, co się stało. 

Na tym zakończyli rozmowę, pozostając każde przy swoim zdaniu. Raija nie zgadzała 

się z tym, żeby całą winą obarczać Dagniję. Mimo że jej nie lubiła, nie potrafiła jej potępić. 

Sama przecież także była matką. 

Przygotowała  gorącą  kąpiel  w  sąsiedniej  izdebce.  W  niewielkim  pomieszczeniu 

szybko się nagrzało. Kiedy Jelizawieta obudziła się, Wasilij przekonał ją, by poszła z Raiją, 

której może w pełni zaufać. 

Raija wykąpała więc wychudzoną dziewczynkę. Z trudem panowała nad sobą, patrząc 

na  sponiewierane  i  obite  ciało  dziecka.  Starała  się  jednak  zachować  spokój,  bo  Jelizawieta 

przez  cały  czas  nie  spuszczała  z  niej  wzroku.  Wysuszona  po  kąpieli,  dziewczynka 

przemówiła: 

- Wiem, kim jesteś - rzekła. - Piotr nazywa cię Carycą. Nie jesteś nią, ale on powiada, 

ż

e w całej Rosji tylko ty nadajesz się na prawdziwą carycę. 

-  Piotr  opowiada  różne  bzdury  -  odparła  Raija  i  przedstawiła  się.  -  Jeśli  trudno  ci 

będzie wymówić moje imię, możesz wołać na mnie Raisa. 

background image

- A mogę mówić na ciebie Caryca? Raija nie potrafiła jej tego odmówić. Nie chciała 

tłumić niemej nadziei w oczach dziecka. 

- Możesz, kochanie. Ja będę się do ciebie zwracać Jelizawieto, dobrze? 

Dziewczynka kiwnęła głową. 

Raija założyła jej halkę Toni, suknię, grube wełniane pończochy i majtki z koronkami. 

Była pewna, że mała jeszcze nigdy nie miała na sobie takich ładnych ubrań, bo drobne rączki 

ciągle dotykały koronek. 

- Piotr kocha się w tobie - poinformowała Jelizawieta, patrząc na Raiję z zachwytem. - 

Wasilij  także  -  dodała.  -  Zresztą,  rozumiem  ich  -  ciągnęła  po  chwili  namysłu.  -  Naprawdę 

jesteś jak caryca. 

Raija  rozczesywała  kołtuny  we  włosach  dziewczynki.  Kilka  razy  musiała  ją  mocniej 

pociągnąć, co na pewno ją zabolało, ale Jelizawieta nawet nie jęknęła. Pewnie przywykła do 

brutalnego  traktowania.  Zaplatając  małej  dwa  chude  warkoczyki,  Raija  czuła,  że  serce  jej 

krwawi.  Zapragnęła wziąć do siebie tę skrzywdzoną istotę razem z jej bratem. Otworzyć im 

drzwi  swojego  domu  i  zapewnić  poczucie  bezpieczeństwa.  Ofiarować  im  dzieciństwo: 

codzienną strawę, odzienie i radość. Oparcie w życiu. 

Póki  co  musiała  odsunąć  od  siebie  te  myśli.  Dzieci  mają  przecież  matkę.  Dobrą  czy 

złą,  nie  jej  to  oceniać.  Nie  ma  prawa  twierdzić,  że  na  miejscu  Dagniji  zrobiłaby  dla  tych 

dzieci więcej. Ale żałość w jej sercu nie ustępowała. 

- Co, u diabła, ta suka wyrabia z moim dzieckiem? - rozległ się nagle wrzask Dagniji, 

która kopnęła drzwi i wtargnęła do środka. 

Jelizawieta  skuliła  się.  Siedziała  cichutko  jak  myszka,  jakby  chciała  stać  się 

niewidzialna. 

- Do cholery, Wasiliju, jakim prawem, zabierasz mi z domu moje dzieciaki? 

Piotr  wymierzył  jej  siarczysty  policzek.  Aż  plasnęło.  Zanim  zdążyła  się  ocknąć  ze 

zdumienia,  chwycił  ją  za  nadgarstki  i  posadził  na  stołku.  Oparłszy  ręce  na  jej  ramionach, 

niemal na silę ją przytrzymał. Dagnija najwyraźniej się tego po nim nie spodziewała. 

- Teraz posłuchaj, durna kobieto - odezwał się twardo ten zwykle łagodny młodzieniec 

i opowiedział wszystko po kolei, bez owijania w bawełnę. 

Dagnija wybuchnęła płaczem. 

-  Twoje  łzy  nie  robią  na  mnie  żadnego  wrażenia  -  rzucił  jej  Wasilij.  -  Możesz  sobie 

nawet wypłakać oczy, Dagnijo. Mnie to nie wzrusza. 

- Co ona tutaj robi? 

Piotr odpowiedział i tym razem. 

background image

Dagnija zamilkła. Długo wpatrywała się w Walerija. Wydawało się, że śpi spokojnie, 

ale nikt tak naprawdę nie wiedział, jaki jest jego stan. Potem spojrzała na córkę i dostrzegła za 

nią stojącą w cieniu Raiję. 

- Kto to był? - zapytała chrapliwie. Piotr nie kryl tego przed nią. 

-  Dzieci  zostaną  tutaj  -  oznajmił  na  koniec  Wasilij.  -  Nie  pozwolę  ci  ich  zabrać  z 

powrotem do tej nory. Nie pozwolę, by dzieci mojego brata przebywały tam, gdzie grozi im 

krzywda ze strony twoich znajomków. 

Dagnija tylko pokiwała głową, jakby myślami była gdzieś daleko. Wstając, zachwiała 

się. 

- Wrócę tu - powiedziała. - Teraz muszę iść, ale wrócę! Zaopiekuj się nimi, Wasiliju! 

Zatrzymała się na chwilę w drzwiach i rzuciła na odchodnym: 

- Powinnam była tu zostać! I już jej nie było. 

- Zimna jak lód - podsumował ją Wasilij z pogardą. 

- Mylisz się - zaprzeczyła Raija. 

background image

11 

Ten  dzień  na  długo  zapadł  w  pamięci  mieszkańców  ubogiej  dzielnicy  portowej 

Archangielska.  Uczestnicy  balu  u  Antufjewa  także  wspominali  go  ze  zgrozą,  acz  nie  bez 

swoistej satysfakcji. „A nie mówiłem, że po takich można się wszystkiego spodziewać?” - po-

wtarzał ten i ów, potrząsając głową. Szybko jednak zajęły ich inne sprawy. 

Ale  biedota  z  ciasnych  uliczek  i  zaułków  długo  nie  mogła  się  otrząsnąć.  To,  co  się 

stało, mogło przecież spotkać każdego z nich. 

Rai  ja,  która  pozostała  w  chacie  Wasilija,  przygotowała  posiłek,  wykorzystując 

wszystko, co znalazła w kuchni, Piotra zaś wysłała po zakupy. 

Mała Jelizawieta rzuciła się łapczywie na jedzenie. Serce pękało Raiji, gdy patrzyła na 

to wygłodzone dziecko, zlizujące masło z posmarowanych kromek chleba i czujnie broniące 

dostępu  do  swojej  miski.  Dziewczynka  zachowywała  się  tak,  jakby  bala  się,  że  ktoś  jej 

zabierze  jedzenie.  Nie  przywykła  jednak  do  tego,  by  najadać  się  do  syta.  Pod  wpływem 

silnego bólu brzucha skuliła się i wypuściła z rąk miskę. 

-  Nikt  ci  nie  zabierze  jedzenia  -  tłumaczył  jej  cierpliwie  Piotr,  ale  dziewczynka 

patrzyła podejrzliwie, także jemu nie dowierzając. 

- Nasmażę blinów - obiecała Raija. 

- Nie mam jajek - odezwał się Wasilij. 

- To się o nie  wystaram. Zdobędę,  choćby nie  wiem co! Rai ja spojrzała  na niego ze 

złością i znów wysłała Piotra po zakupy, a potem upiekła bliny ze śmietaną i owocami. 

Tymczasem wrócił Oleg i przywiózł z chaty nad Dwiną zioła, o które prosiła Raija, a 

także odzież, koce oraz jedzenie. 

-  Jewgienij  przypuszcza,  że  przez  jakiś  czas  tutaj  zostaniesz  -  wyjaśnił,  ale  jego 

spojrzenie  wyrażało  powątpiewanie,  czy  Raija  postępuje  rozsądnie,  angażując  się  aż  tak 

bardzo. Domyśliła się, że Jewgienij nie jest tym  zachwycony. Dobrze znała męża. Ale w tej 

chwili  co  innego  było  ważniejsze. Jewgienij  zrozumie,  jeśli  się  nad  tym  zastanowi,  że  Raija 

nie robi tego dla Wasilija. Jego udział w tych zdarzeniach jest przypadkowy. 

-  Owszem,  pozostanę  tu tak  długo,  jak  długo  będę  potrzebna  -  odparła.  -  A  jak  radzi 

sobie Lina? 

Oleg wzruszył ramionami. 

- Powiedziała tylko, że cieszy się, iż Olga mieszka razem z wami. 

- Nie powinieneś jej tutaj przywozić - oznajmiła Raija w przypływie szczerości. 

background image

-  Może...  -  urwał  i  zaraz  zmienił  temat:  -  Jeśli  będziesz  potrzebowała  pomocy, 

koniecznie daj mi znać. 

Ucałował Raiję w oba policzki, a na odchodnym uśmiechnął się i dorzucił: 

- Coraz bardziej dorastasz do przydomku, jaki ci nadał lud. 

-  Nie  mów  tak  -  poprosiła  Raija.  Walerij  majaczył  przez  sen,  w  kółko  powtarzając 

jedno  słowo:  „Nie”.  Wykrzykiwał  je,  szlochał,  błagał,  szeptał,  mamrotał.  „Nie”  i  „nie”. 

Spocony, rzucał się na łóżku i bił na oślep rękoma. 

Piotr wspólnie z Raiją przenieśli Wasilija na wysuwaną ławę. Posadzili go tak, by nogi 

miał  ułożone  równo.  Mieli  nadzieję,  że  nastawili  prawidłowo  tę  nogę,  która  skrzywiła  się 

trochę, kiedy nią tak gwałtownie poruszył. 

Rai ja przykładała ręce w miejscach, gdzie były złamania, ale nadaremnie. 

-  Nic  się  nie  dzieje  -  westchnęła.  -  Zupełnie  tak  samo  jak  ostatnio,  kiedy  zdarzył  się 

wypadek. Wtedy też nie potrafiłam ci pomóc. 

- Nie mogłaś też pomóc Michaiłowi - przypomniał jej Wasilij. 

- Ani sobie - dodała. - Jewgienija uratowałam. Nie ma na to żadnej reguły. Chyba nie 

mogę użyć swoich zdolności wobec tych, na których mi bardzo zależy... 

Urwała, jakby uświadamiając sobie, że powiedziała za dużo. 

Ale na twarzy Wasilija pojawił się uśmiech. 

-  Rozumiem,  co  miałaś  na  myśli  -  powiedział.  -  Nie  karmię  się  już  płochymi 

nadziejami!  Wiem,  że  uważasz  mnie  za  swojego  przyjaciela.  Zresztą  niczego  więcej  nie 

oczekuję... już nie... 

-  Nie  ja  sama  wybieram,  komu  powinnam  pomóc  -  wyjaśniła  Raija.  -  Te  siły 

napływają  do  mnie...  jakby  ktoś  kierował  mną  od  zewnątrz.  To  się  dzieje  poza  mną. 

Chciałabym zrozumieć, ale nie potrafię. Pewnie przerasta to mój rozum. 

-  A  może  po  prostu  jesteś  po  to,  by  pomóc  tym,  którzy  najbardziej  tej  pomocy 

potrzebują, i nie możesz marnotrawić sił na lżejsze przypadki - próbował wyjaśnić Wasilij. 

Rai ja nie mogła ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Wciąż stała w obliczu zagadki. 

-  Najważniejsze,  że  Walerij  żyje!  A  nie  wiadomo,  co  by  się  z  nim  stało,  gdyby  nie 

twoja pomoc, Raiju - Raiso, najlepsza przyjaciółko, Bykowa, Caryco. 

Raija  zareagowała  uśmiechem  na  tę  wyliczankę,  bo  w  ustach  Wasilija  wszystkie 

określenia, nawet te, które jej nie przysługiwały, brzmiały jak najpiękniejsza muzyka. 

-  Powinniśmy  go  umyć,  żeby  był  czysty,  kiedy  się  obudzi  -  oznajmił  Wasilij, 

spoglądając na bratanka zatroskany. Kochał szczerze te dzieciaki i troszczył się o nie. 

background image

-  Masz  racie  -  pokiwała  głową  Raija.  -  Ale  ja  nie  mogę  tego  uczynić.  Gdyby  się 

ocknął, przeżyłby szok, że znów ktoś obcy go dotyka. 

Chłopcem zajął się więc Piotr. Wymył go dokładnie, a potem osuszył i opatrzył rany. 

Ubranego w nazbyt obszerne duże ubrania Wasilija, położył z powrotem do łóżka. Otulił go 

kocem i pozwolił mu dalej spać. 

Jelizawieta  dokończyła  jeść  wystygłą  już  zupę  i  dostała  dokładkę  -  chleb 

posmarowany  grubo  masłem.  Nałożyła  też  sobie  blinów,  których  już  nie  dała  rady  zjeść. 

Zabrała  więc  talerz  i  postawiła  przy  łóżku.  Potem  położyła  się  obok  brata  i  przytuliła  do 

niego.  Na  chwilę  zamknęła  oczy,  ale  zaraz  podniosła  powieki  i  popatrzyła  kolejno  na 

Wasilija, Raiję i Piotra. 

- Drzwi zamknięte? - zapytała. Piotr przekręcił klucz w zamku i szarpnął klamką, żeby 

pokazać dziewczynce, że się nie otwierają. 

Dopiero wówczas odważyła się znów położyć. 

- Zostaniecie tutaj? - upewniała się jeszcze. 

-  Zostaniemy  -  przyrzekła  jej  Raija.  -  Tutaj  jesteście  bezpieczni,  Jelizawieto. 

Będziemy was pilnować. 

Dziewczynka westchnęła i zamknęła oczy. Długo jeszcze leżała spięta. Nasłuchiwała, 

udając, że śpi, póki nie była całkowicie pewna, że nic jej nie grozi. 

Raija  czuła,  jak  serce  jej  krwawi.  Zmęczona,  siedziała  w  swojej  niebieskiej  sukni 

balowej i mimowolnie na coś czekała. Miała świadomość, że jej zadanie nie dobiegło jeszcze 

końca. 

Złączeni w bólu i gniewie, niewiele rozmawiali  ze sobą. Być może widzieli blask na 

tle nieba, ale uznali zapewne, że to zorza polarna i nie zainteresowali się bliżej. 

Pierwszy poderwał się Piotr i podszedł bliżej okna. Zmrużywszy oczy, wpatrywał się 

w mrok. 

- Chyba się pali... - powiedział. Raija drgnęła i w jednej chwili była na nogach. 

Wspięła się na palce, żeby coś dojrzeć. 

-  To  gdzieś  koło  nas  -  rzucił  z  goryczą  Piotr.  -  Domy  stoją  tak  blisko  jeden  przy 

drugim.  Pożar  się  łatwo  rozprzestrzeni.  Trudno  będzie  ugasić.  Dużo  ludzi  może  zostać  bez 

dachu nad głową... Ciekawe, czy studnie nie zamarzły... 

Wasilij przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Uniósł się na ramionach i obserwował. A 

kiedy  opadł  z  powrotem  na  ławę,  poszukał  wzrokiem  twarzy  Raiji.  Patrzyła  na  niego 

spokojnie, ale oczy miała mokre od łez. 

background image

- Idź tam, Piotr - odezwał się cicho Wasilij. - Zobacz, czy nie trzeba pomóc. Przygotuj 

się na to, że pali się u Dagniji. 

Piotr, osłupiały, oderwał się od okna. 

- Może masz rację - przyznał przerażony. Szybko zarzucił kurtkę i czapkę i już go nie 

było. 

-  Co  ona  sobie  myśli?  Chce  tak  po  prostu  uciec  od  tego  wszystkiego?  Jak  może?  - 

odezwał  się  gniewnie  Wasilij,  ale  w  jego  głosie  pobrzmiewała  niepewność.  Szukał 

odpowiedzi u Raiji. 

- Pożegnała się - odrzekła Raija, nastawiając samowar. Musiała zająć czymś ręce. Nie 

mogła siedzieć bezczynnie. A herbata jest dobra na wszystko... - Nie słyszałeś? - zapytała. - 

Prosiła przecież, żebyś się zaopiekował dziećmi. 

- Mówiła, że wróci - wtrącił Wasilij. 

- Ważne były te słowa, które z takim naciskiem wypowiedziała wcześniej. Także i to, 

ż

e powinna była tu zostać. Ona już tutaj podjęła decyzję. 

- Wiedziałaś i nic nie mówiłaś? 

-  To  jej  decyzja!  Gdybym  powiedziała,  co  podejrzewam,  wyśmiałbyś  mnie,  że  mam 

przywidzenia.  Zresztą  nie  wiemy  jeszcze  na  pewno,  czy  pali  się  chata  Dagniji.  To  tylko 

domysły. 

Zamilkła. 

- Poza tym - podjęła po chwili, dokładnie ważąc słowa - zdaje mi się, że ona miała coś 

do  zrobienia.  Coś,  w  czym  nikt  nie  mógł  jej  wyręczyć.  Nie  wiem,  Wasiliju,  ale  tak  mi  się 

zdaje. 

- Potrafisz przewidzieć, co się wydarzy w przyszłości? - zapytał Wasilij z powagą. 

Raija pokręciła głową. 

- Wyczuwam raczej nastroje... Chyba zostałam obdarzona szóstym zmysłem... Często 

zgaduję  właściwie,  czasami  się  mylę.  Ale  mocą  nie  potrafię  kierować.  Ona  kieruje  mną. 

Pojawia się, jest, nie mam na to żadnego wpływu. 

- Możesz jedynie jej użyć - rzucił Wasilij cicho. 

- Tak, jedynie użyć - przyznała mu rację. 

Nalała herbaty, pili w milczeniu, mimowolnie kierując wzrok na czerwoną łunę i szary 

dym odcinające się na tle czarnego nieba. 

- Czyżby pożar się rozprzestrzenił? - zastanawiał się przestraszony Wasilij. - Tam jest 

taka ciasna zabudowa! 

background image

Poza  tym  wieje,  pomyślała  Raija.  Płomienie  łatwo  się  rozprzestrzeniają.  Wystarczy 

iskra  przeniesiona  z  jednej  drewnianej  chaty  na  drugą.  Do  studni  daleko.  Na  pewno  trudno 

gasić. 

Oboje  odpędzali  ponure  obrazy,  które  zawładnęły  ich  wyobraźnią  i  zdawały  się  tak 

realne, jakby przesuwały się przed ich oczami. 

Długa  nieobecność  Piotra  tylko  utwierdzała  ich  w  przekonaniu,  że  pożar  wybuchł  u 

Dagniji. 

-  Jak  powiem  o  tym  dzieciom?  -  zapytał  Wasilij  Raiję.  -  Jak  się  przekazuje  taką 

wiadomość? 

Nie umiała mu doradzić. 

Chłopak  wrócił  dopiero  nad  ranem,  brudny  i  osmolony.  Dłonie  miał  poparzone 

pomimo grubych rękawic. 

Kiedy  zapytali,  czy  mieli  rację,  tylko  pokiwał  głową.  Paliło  się  tam,  gdzie 

przypuszczali. 

- Ona nie żyje? Piotr znów kiwnął głową i oparł czoło o chłodną szybę. 

- Ona nie żyje - powtórzył głucho i zachwiał się. Był całkowicie wyczerpany. W ciągu 

jednej doby przybyło mu wiele lat. 

Raija posadziła go na krześle, ściągnęła mu z nóg buty, zdjęła kurtkę. Czapkę pewnie 

gdzieś zgubił, bo wrócił z gołą głową. 

Nie chcieli go męczyć pytaniami, dali mu spokój, pozwalając, by się otrząsnął. 

Raija obmyła mu poparzone dłonie i opatrzyła z matczyną troskliwością. 

-  Lepiej?  -  zapytała,  całując  go  delikatnie  w  czoło.  Pokiwał  lekko  głową,  ale  nadal 

wyglądał na straszliwie zgnębionego. 

- W każdym razie udało nam się powstrzymać płomienie i sąsiednie zabudowania nie 

zajęły się - odezwał się w końcu znużonym głosem. - Spaliła się tylko ta jedna chałupa, choć 

płomienie liznęły sąsiednie. Powinni zabronić stawiać domy tak gęsto, a jeśli już, to niech je 

budują z kamienia. Tyle że w takich byłoby potwornie zimno, szczególnie zimą... 

Oddychał z drżeniem. 

- Jej chałupa spłonęła, ostał się tylko szkielet, ale i on się zaraz zawali. Wszystko jest 

przepalone. Wiatr strąci resztki... 

Popił  herbatę  z  kubka  Raiji.  Łzy  płynęły  mu  po  policzkach,  a  on  nie  próbował  ich 

nawet powstrzymać, tak jakby nie zdawał sobie sprawy, że płacze. 

-  W  chacie  znaleźliśmy  szczątki  trojga  ludzi.  Pomagałem  ich  wynosić  -  odezwał  się 

chrapliwie.  -  Ktoś  widział,  jak  zabierałem  stamtąd  dzieciaki,  więc  powiedziałem,  że 

background image

przyprowadziłem  je  tutaj,  by  przypilnować  pod  nieobecność  matki.  Nie  mogłem  wyjawić 

prawdy. Ty, Wasiliju, na moim miejscu postąpiłbyś tak samo. Nie wolno w to wciągać dzieci. 

Trzeba je trzymać z dala od tej sprawy. I tak już przeżyły koszmar. 

Wasilij zgadzał się całkowicie z Piotrem. 

-  Zachowałeś  się  bardzo  mądrze  -  przyznał.  Już  miał  powiedzieć:  „dorośle”,  ale 

powstrzymał się. Piotr przestał być młodzieńcem. Nie trzeba było tego potwierdzać słowami. 

- Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego nie próbowali się ratować, kiedy wybuchł pożar. 

Podobno  w  chacie  było  zupełnie  cicho.  Ludzie  gadali,  że  ogień  po  prostu  wgryzał  się 

spokojnie w drewnianą konstrukcję, a w środku nic się nie działo. Wszyscy sądzili, że chata 

jest  pusta.  Dlatego  też  bez  specjalnej  gorliwości  tłumili  pożar.  Dopiero  kiedy  płomienie 

zagroziły  sąsiednim  zabudowaniom,  wzięli  się  na  poważnie  za  gaszenie,  ale  wówczas  chata 

Dagniji  była  praktycznie  nie  do  odratowania.  Zwęglone  ciała  znaleźliśmy  później.  Dagniję 

rozpoznaliśmy  po  resztce  szala,  który  dostała  w  prezencie  od  kapitana  „Lorelei”.  Kim  byli 

pozostali dwaj, nikt nie wiedział. 

Piotr zamilkł i długo wpatrywał się w blat stołu. 

- Rozpoznałem jednego z nich po butach - powiedział i podniósł wzrok. - Dziwne, że 

człowiek  zapamiętuje  niekiedy  szczegóły,  ale  takich  butów  nie  widuje  się  często...  Tak, 

Wasiliju, Dagnija zabrała ze sobą tych dwóch. 

- W takim razie jeszcze jeden został dla nas - rzucił twardo Wasilij. 

Chłopak pokręcił głową. 

-  Już  nie  -  odrzekł  drżącym  jak  liście  na  jesiennym  wietrze  głosem.  -  Mam  jeszcze 

jedną  wiadomość.  Usłyszałem  ją  tuż  przed  powrotem  do  domu.  Z  morza  wyłowiono 

mężczyznę  z  poderżniętym  gardłem  i  raną  na  ramieniu.  Ludzie  przypuszczają,  że  zginął  w 

jakiejś bójce. Nikt nie podejrzewa, że jego śmierć miała jakiś związek z pożarem. Tylko my 

wiemy, co łączy tych trzech. Wszystkich zabrała ze sobą Dagnija. 

Raiji zaschło w gardle i w ustach. Chciało jej się płakać, ale z oczu nie popłynęły łzy. 

Czuła na sercu straszny ciężar. Cała była przepełniona bólem. 

Dagnija nie oszczędziła żadnego z łotrów, którzy skrzywdzili jej dzieci! 

Może ktoś nazwie to sprawiedliwością. Przecież Wasilij i Piotr chcieli zrobić to samo. 

Gdyby Wasilij nie połamał nóg... 

A czy ona byłaby zdolna do takiego czynu? 

Raija  popatrzyła  na  swoje  dłonie,  niepewna.  Przez  moment  wyobraziła  sobie  na  nich 

plamy krwi i zebrało jej się na mdłości. 

Ale gdyby kros tak skrzywdził Misze czy Olgę... 

background image

Raija zamknęła oczy i poczuła, że w niej także drzemie głęboka nienawiść. Potrafiłaby 

dokonać zemsty, z takim samym wyrachowaniem jak Dagnija. 

Ale z drugiej strony nie umiała powiedzieć, czy odczuwa pociechę z tego powodu, że 

sprawcy  nieszczęścia  dzieci  nie  żyją.  Była  to  zemsta  doskonała,  sprawiedliwa  kara,  ale  czy 

przyniosła komuś ulgę? 

Zło się zdarzyło i nadal było równie rzeczywiste. 

Nawet taki czyn nie wymaże go z pamięci. Nie sposób udawać, że się nic nie stało. 

Po paru dniach w chacie Wasilija zjawił się pop, żeby porozmawiać z nim o tym, co 

się  wydarzyło.  Mówił  o  życiu  i  śmierci.  Zastanawiał  się  na  głos,  czy  Dagnija  sama  nie 

sprowokowała Boga i losu, prowadząc takie życie. 

Wasilij nic na to nie odpowiedział. 

- Może należałoby poszukać kogoś, kto zaopiekowałby się dziećmi - rzekł duchowny, 

który wiedział, że Dagnija była bratową Wasilija, a on sam dał na zapowiedzi. 

-  Dzieci  zostaną  ze  mną  -  oznajmił  Wasilij  z  mocą,  żeby  nie  pozostawić  cienia 

wątpliwości. 

-  To  pięknie  z  twojej  strony  -  przerwał  mu  łagodnie  pop.  -  Ale  z  tego,  co  wiem, 

większość  roku  spędzasz  na  morzu.  Jesteś  kapitanem  statku,  a  to  nie  najlepsze  zajęcie,  jeśli 

się myśli o wychowaniu dzieci. Poza tym mężczyzna... nieżonaty.... Mogą być kłopoty. 

Wtedy poruszyła się Raija, dosłownie wyłaniając się z cienia. Od balu u Antufjewów 

upłynęły cztery dni, ale ona nadal miała na sobie niebieską balową suknię. 

Duchowny  zauważył  wcześniej  kobietę  przy  piecu,  ale  wziął  ją  za  jedną  z  ubogich, 

szarych kobiet z tej dzielnicy. Kogoś pokroju Dagniji, świeć, Panie, nad jej duszą... 

Ale  teraz  zamrugał  powiekami,  patrząc  na  Raiję  w  pięknej  sukni,  i  zamilkł  w  pół 

słowa. 

-  Kiedy  Wasilij  wyruszy  w  rejs,  dzieci  zostaną  u  mnie  -  oznajmiła  Raija.  -  Jestem 

kobietą  zamężną,  matką.  Mam  dość  miejsca  i  środków  i  chętnie  się  tego  podejmę.  Dzieci 

muszą  zostać  u  Wasilija,  ponieważ  to  ich  jedyny  krewny.  Dość  przeżyły  w  dzieciństwie 

dramatycznych zmian. Uważam że trzeba dać szansę i dzieciom, i Wasilijowi... 

-  Ech...  -  mruknął  niechętnie  pop.  -  A  kim  ty  jesteś,  córko,  żeby  składać  takie 

obietnice? Kim jesteś dla nich? 

Raija  była  niemal  pewna,  że  tak  naprawdę  zastanawia  się,  kim  jest  dla  Wasilija,  ale 

nawet nie była w stanie się z tego powodu rozgniewać. 

-  Nazywam  się  Raija  Bykowa  -  odpowiedziała  z  podniesioną  głową,  odruchowo 

prostując  plecy.  Wydawało  się,  jakby  w  oczach  wszystkich  urosła.  Mało  która  kobieta 

background image

wyglądała  tak  godnie.  -  Jestem  żoną  Jewgienija  Dymitrowicza  Bykowa,  armatora.  Wasilij 

pracuje  u  mojego  męża  i  jest  naszym  przyjacielem.  Kocham  dzieci  i  potrafię  się  nimi 

opiekować.  Sama  mam  syna,  ale  wychowuję  dodatkowo  jeszcze  jedno  dziecko.  W  moim 

sercu, tak samo jak w domu, jest jeszcze dość miejsca dla innych. 

Kiedy pop odszedł, Wasilij z podziwem zwrócił się do niej: 

-  Pomogło,  że  uderzyłaś  pięścią  w  stół  i  wyłożyłaś  wszystkie  swoje  tytuły.  Tylko  co 

powie  na  to  Jewgienij?  Zachowałaś  się  wspaniale,  wstawiając  się  za  mną,  ale  to  pociąga  za 

sobą  konsekwencje.  Pomyślałaś  o  tym?  Władze  pilnują  takich  rzeczy.  Będą  sprawdzać  i 

ciebie, i mnie... 

-  Przemyślałam  wszystko  -  przerwała  mu  Raija.  -  Zdawało  mi  się,  że  znamy  się  na 

tyle,  byś  wiedział,  iż  jeśli  coś  przyrzekam,  to  słowa  dotrzymuję.  Tym  razem  jest  podobnie. 

Przecież wiadomo, że sam sobie nie poradzisz z dziećmi. Nie jestem głupia! 

-  Nigdy  tak  nie  myślałem  -  odparł,  a  jego  spojrzenie  złagodniało,  wyrażając 

wdzięczność, ale i czułość. Tak wiele czułości, że lękała się dłużej patrzeć mu w oczy. 

- Chcę coś zrobić dla Jelizawiety i Walerija. I sądzę, że potrafię. Pomogę ci zbudować 

im  nowe  życie.  A  jeśli  zdecydujesz  się  kiedyś  założyć  rodzinę,  zrozumiem  i  wycofam  się. 

Zresztą  tak  samo  kiedyś  będę  musiała  wypuścić  z  gniazda  Misze  i  Olgę.  To  dotyczy 

wszystkich  dzieci.  One  są  nam  tylko  użyczone,  powinny  stać  się  odbiciem  tego,  co  w  nas 

najlepsze... 

- Jesteś wspaniałą kobietą - rzekł Wasilij. - I myślę, że równie cudowną matką. 

-  Nie  przestaję  próbować  -  odparła  Raija  krótko.  -  Cóż  więcej  pozostaje  nam 

wszystkim?  Postaram  się  zapewnić  Jelizawiecie  i  Walerijowi  poczucie  bezpieczeństwa, 

twardy grunt pod stopami. Pozwolisz mi na to? 

Wasilij zastanawiał się długo i w końcu wyraził zgodę. 

- Chyba było mi pisane w gwiazdach, że cię spotkam - odparł. - Mimo wszystko. 

Raija nie traciła czasu. Zanim zapadł wieczór, przygotowała wszystkich do wyjazdu z 

Archangielska. Nawet Wasilija. 

Nie bardzo mu się spodobał ten pomysł. Tym bardziej że oznajmiła mu to dosłownie 

w  ostatniej  chwili.  Właśnie  jeden  z  woźniców  przyszedł  powiadomić,  że  wóz  zaprzężony  w 

konie już czeka. 

- Nie pojadę z wami - zaprotestował Wasilij, gdy podała mu futrzaną kurtkę. 

- Nie bądź dziecinny! - zgromiła go. - Piotr nie może się opiekować tobą w dzień i w 

nocy. Jest młody i ma własne życie. 

- Ty i Jewgienij także macie swoje życie! 

background image

- Rozmawiałam z Jewgienijem. 

Nie  kłamała.  Rzeczywiście  odwiedziła  męża  w  porcie  w  przykurzonej  budzie,  gdzie 

mieścił  się  jego  kantor.  Był  taki  zmęczony,  tęsknił  za  nią.  Ale  gdy  go  zapytała,  zgodził  się. 

Zresztą zgodziłby się na wszystko, o co by go poprosiła. 

-  Uczyniłabyś  to  samo  także  dla  kogoś  innego,  prawda?  Nie  tylko  dla  Wasilija?  - 

upewnił się tylko. 

-  Tak!  -  potwierdziła  Raija.  -  Kocham  go  jak  brata.  Ale  jestem  bardzo  wierną  żoną. 

Kiedy  miłuję  mężczyznę,  to  się  mnie  już  nie  pozbędzie.  Ten  jedyny  znaczy  dla  mnie 

wszystko. 

Jewgienij,  choć  nadal  czuł  ukłucie  zazdrości,  zgodził  się  jednak,  by  przywiozła 

Wasilija i dzieci do domu nad Dwiną. I dodał jeszcze, że nie chce, aby Raija się zmieniała. 

To  prawda,  że  była  podobna  do  kwoki.  Pragnęła  ukryć  pod  swymi  opiekuńczymi 

skrzydłami wszystkich, których kocha, i wszystkich, którzy jej potrzebują. Teraz też ułożyła 

całą trójkę na wozie, otuliła skórami i dała znak do odjazdu. 

Pod  długą  futrzaną  kurtką  nadal  miała  na  sobie  niebieską  suknię.  Dopiero  teraz,  tak 

naprawdę, Raija wracała z balu u Antufjewów. 

background image

12 

W ciasnych uliczkach portowych rosła sława Raiji. W ciągu paru tygodni po pożarze 

rozeszły  się  plotki  o  tym,  co  się  wtedy  zdarzyło.  Żadna  nie  zawierała  całej  prawdy,  chociaż 

niektóre niebezpiecznie ocierały się o nią. Wszystkie jak jedna gloryfikowały Raiję Bykową. 

Wielu  podobno  widziało  ją  tamtej  nocy  w  niebieskiej  sukni,  którą,  jak  wieść  niosła, 

założyła na wielki bal u Antufjewów. Nie miała na sobie wierzchniego okrycia. Początkowo 

sądzono, że pobiegła do Wasilija, dlatego każdy wolał zachować to dla siebie. Kiedy jednak 

ludzie dowiedzieli się prawdziwej przyczyny jej  zachowania, wówczas okazało się nagle, że 

wszyscy ją widzieli: i ci, którzy zamieszkiwali w pobliżu traktu wiodącego do Archangielska, 

i  ci,  którzy  mieszkali  w  dzielnicy  portowej  i  w  wielu  innych  miejscach,  których  wcale  nie 

mijała. 

Przypisano Raiji bohaterskie czyny i cechy niemal boskie. 

Doceniono,  jak  wiele  uczyniła  dla  syna  Dagniji,  pobitego  i  zhańbionego.  W 

rozmowach  między  sobą  ludzie  wprawdzie  tylko  to  sugerowali,  nie  nazywając  wprost.  Tak 

samo jak nie rozpowiadali o gwałcie na córce Dagniji, traktując to jak temat zakazany. 

Wszyscy  zrozumieli,  że  właśnie  z  tego  powodu  Raija  biegła  do  Archangielska  w 

cienkiej niebieskiej sukni. Z czasem ta suknia przesłoniła czarną pelerynę, o której śpiewano 

w pieśniach. Nowe strofy pieśni opowiadały o sukni godnej samej carycy. Coraz więcej ludzi 

używało  też  imienia  wyrytego  na  burcie  niegdyś  uprowadzonego  statku.  Nie  bali  się 

powtarzać go głośno - z miłością. 

Uznali  piękną  Raiję  za  swoją,  mimo  że  nie  pochodziła  stąd.  Nie  przypominała  w 

niczym  córek  bogaczy.  Ich  Caryca  była  skromna,  prostolinijna  i  szczera.  I  troszczyła  się  o 

nich. Pokochali ją za to, że miała dla nich zawsze otwarte serca. 

W ciasnych uliczkach portowych, gdzie nadal unosił się swąd spalenizny po pożarze, 

nikt już nie nazywał jej Raiją Bykową. Nazywano ją Carycą. 

Sama Rai ja nie odczuwała słodyczy zwycięstwa. Dla niej ta nowa sytuacja oznaczała 

przede  wszystkim  walkę.  Uporczywe  zmaganie  się  z  brakiem  poczucia  bezpieczeństwa  i 

strachem  dzieci  Dagniji.  Pokonywanie  drobnych  przejawów  zazdrości  u  Miszy  i  Olgi,  dla 

których siłą rzeczy miała mniej czasu i mniej mogła im poświęcić uwagi. Byli jeszcze mali i z 

trudem godzili się z tym, że cały świat nie kręci się teraz wokół nich. 

Zmagała  się  z  pesymizmem  Wasilija,  który  nienawidził  tego,  że  jest  zdany  na  jej 

pomoc.  On,  zawsze  silny,  gotów  stawić  czoło  każdemu  wyzwaniu,  teraz  nie  mógł  się  nawet 

background image

sam  podnieść.  Jedna  noga  została  na  nowo  unieruchomiona.  Wezwany  do  chaty  nad  Dwiną 

lekarz stwierdził, że trzeba ponownie złożyć kość, bo źle się zrasta. Nawet ów lekarz wyraził 

podziw  dla  Raiji,  która  wzięła  na  swoje  barki  tyle  obowiązków,  choć  sama  miała  własną 

rodzinę i cały dom na głowie. 

Pewnie,  że  Raija  czuła  się  zmęczona.  W  końcu  była  tylko  człowiekiem,  a  dźwigała 

zmartwienia i troski wielu ludzi. Nigdy nie odtrąciła nikogo, kto chciał się przed nią wyżalić. 

Nikogo spośród tych, których los nie był jej obojętny. 

Powoli  jednak  szło  ku  lepszemu.  Stan  jej  podopiecznych  poprawiał  się.  Cieszyła  ją 

każda spokojnie przespana przez nich noc, zjedzone śniadanie, wykonane proste prace, które 

im zlecała. Lubiła ich chwalić. 

Ale miała także swoje zmartwienia. 

Na przykład z Walerijem, który krzyczał przez sen, dręczony przez koszmary, w ciągu 

dnia natomiast nie odzywał się ani jednym słowem. 

Ani razu nie przemówił do nich od owego strasznego dnia. W każdym jego ruchu znać 

było gotowość do obrony. Potrafił godzinami siedzieć obok Wasilija, z pozoru spokojny. Ale 

Wasilij  musiał  uważać,  żeby  go  przypadkiem  nie  dotknąć  ani  nie  wykonać  gwałtownego 

ruchu, bo chłopiec natychmiast przyjmował postawę obronną. 

Kiedy  Raija  całowała  go  w  czoło,  sztywniał  niczym  kłoda.  Niby  pozwalał,  by  go 

przytuliła,  ale  równocześnie  jakby  odpychał.  Tak  samo  jak  Wasilij  nie  chciał  być  od  niej 

zależny, choć łaknął jej ciepła, uwagi i miłości. 

Pragnął,  żeby  podejmowała  za  niego  walkę,  ponieważ  zdarzały  mu  się  takie  chwile, 

gdy  miał  wszystkiego  dosyć.  Pogrążał  się  wówczas  w  apatii,  oczy  mu  matowiały,  a  twarz 

obojętniała. 

Wiele  kosztowało  Raiję  wyrywanie  chłopca  z  takiego  stanu,  ale  nie  zamierzała  się 

poddawać. Chciała dać dzieciom Dagniji szansę na normalne życie. 

Raija walczyła o Jelizawiete i Walerija z taką samą determinacją, z jaką walczyłaby o 

własne dziecko. Niczym wilczyca w obronie swoich szczeniąt. 

Upływała  zima.  Nadszedł  luty.  Skute  lodem  Morze  Białe  pokrywała  nadal  gruba 

warstwa  śniegu.  Zamieć  następowała  po  zamieci.  Ludzie,  przywykli  do  surowego  klimatu 

panującego tu, na północy, u ujścia Dwiny, zauważali już jednak pierwsze symptomy wiosny: 

dłuższe dni, słońce przygrzewające mocniej, gdy tylko wychyliło się zza chmur. Wiedzieli, że 

i u nich za kilka miesięcy śnieg w końcu stopnieje. Jeszcze trochę czasu i cierpliwości. 

Oleg czuł się taki bezradny. Niecierpliwie czekał, kiedy puszczą lody. 

background image

-  Oni  ruszają  na  wiosenne  połowy  dorsza  już  w  marcu  -  powiedział,  kierując  tęskne 

spojrzenie w stronę zamarzniętego morza. 

-  Nie  zdążysz  -  odrzekł  mu  sucho  Jewgienij.  -  Morze  Białe  odtaje  dopiero  w  maju. 

Musisz  poczekać,  chłopie.  Ale  nie  martw  się,  na  pewno  zdążysz  na  letnie  połowy.  Może  w 

przyszłym sezonie uda nam się urządzić to trochę inaczej? Jeśli wszystko ułoży się po naszej 

myśli,  zacumujemy  na  zimę  nasze  statki  gdzieś  u  wybrzeży  Półwyspu  Kolskiego. 

Moglibyśmy  wówczas  już  o  tej  porze  wyruszyć  stąd,  dojechać  zaprzęgiem  i  wcześniej 

wypłynąć na zachód. To tylko jedna z możliwości. 

Oleg  nie  odpowiedział.  Żałował,  że  wcześniej  o  tym  nie  pomyślał.  Złe  znosił  zbyt 

długi pobyt na lądzie. Ogarniała go bezradność doprowadzająca wręcz do choroby. Wszystko 

go bolało. Nie wmawiał tego sobie, rzeczywiście odczuwał fizyczny ból. Drętwiało mu ciało, 

cierpły  kończyny.  Na  morzu  nigdy  nie  miał  takich  problemów.  Dopiero  jak  zaczynał 

przyrastać do stołka, pojawiały się dolegliwości. 

Musi się stąd wyrwać! 

Chciał znów stać na pokładzie, czuć, jak deski kiwają mu się pod stopami, walczyć z 

wiatrem  i  falami.  Tylko  wtedy  wiedział,  że  naprawdę  żyje.  Na  lądzie  był  jednym  z  wielu. 

Niczym się nie wyróżniał. Na morzu zaś był nieulękły. Taki właśnie, jaki pragnął być. 

- Co z Liną? - zapytał Jewgienij, na wszelki wypadek zniżając glos, by  nie usłyszały 

go znajdujące się w sąsiedniej izbie kobiety. 

Mimo spędzonej w Archangielsku zimy młodziutka Norweżka nie nauczyła się języka 

rosyjskiego. Zasób jej słownictwa ograniczał się do garści zwrotów, jakie przyswoiła oprócz 

znanej jej wcześniej rosyjsko - norweskiej mieszanki. Uparcie mówiła po norwesku, czekając 

tylko na te chwile, kiedy będzie mogła spotkać się z Raiją. 

- Gdyby nie  Lina, już dawno zaprzągłbym konie, by przeciągnęły statki po lodzie do 

miejsca, gdzie szlak żeglugi na Morzu Białym jest już wolny od lodu - westchnął Oleg. - Ale 

dla  niej  to  nazbyt  forsowne.  Nie  mogę  wrócić  na  Soroya  z  półżywą  kobietą.  Do  diabła,  w 

końcu  kazałem  im  tam  postawić  dla  nas  baraki.  Nie  mogę  stracić  twarzy.  Przyjdzie  mi 

przecież tam żyć! 

-  A  więc  zabierasz  ją  z  powrotem  na  zachód?  Oleg  popatrzył  na  Jewgienija,  jakby 

spadł z nieba. 

-  Chyba  nie  myślałeś,  że  będę  chciał  ją  tutaj  zatrzymać?  Po  co  miałbym  to  robić,  u 

licha? 

Jewgienij wzruszył ramionami i poczuł ból. Źle znosił tę porę roku, kiedy mróz bywał 

najdotkliwszy. Stara rana reagowała na zimno i na wszelkie zmiany pogody. Nawet najlżejszy 

background image

ruch  wywoływał  wówczas  dolegliwość.  Ale  gdy  nie  ruszał  barkiem,  sztywniał  mu  i  było 

jeszcze gorzej. 

- Chyba nie bez powodu przywiozłeś ją tu ze sobą. Raija mówiła, że Lina ma nadzieję, 

ż

e się z nią ożenisz... 

Oleg westchnął. 

-  Jestem  żonaty.  Nie  zamierzam  dwa  razy  popełniać  tego  samego  błędu.  Nauczyłem 

się  czegoś  o  kobietach  i  wiem  już,  że  nie  w  każdej  można  odnaleźć  Raiję.  Tak,  Jewgieniju, 

jest  tylko  jedna  Caryca...  -  Uśmiechnął  się  i  dodał:  -  Do  diabła,  jaki  trafny  nadali  jej 

przydomek. Nie wymyśliłbym lepszego. Dzisiaj słyszałem, jak ktoś czystym, jasnym głosem 

nucił  pieśń  o  niej.  Na  tę  samą  melodię  co  jedna  z  pieśni  o  Stieńce  Razinie.  Do  licha,  nigdy 

bym nie przypuszczał, że coś takiego się zdarzy, kiedy dawno, dawno temu opowiadałem jej 

o nim... 

Potrząsnął głową. 

Jakaś część Jewgienija puszyła się z dumy, inna aż skręcała z zazdrości, od której nie 

potrafił się uwolnić. Dobrze wiedział, że nie powinien czuć tego ukłucia w sercu, bo przecież 

Raija nie była skłonna do zdrady. Było to jednak silniejsze od niego. 

- Wasilij chce popłynąć razem ze mną - ciągnął Oleg. - Ale przekonałem go, że będzie 

lepiej, jeśli obejmie dowodzenie na drugim statku. Nie możemy mieć tam nie sprawdzonych 

ludzi. Potrzebuję kogoś, komu mógłbym zaufać. Powiedziałem, że ty też tak uważasz. 

Jewgienij pokiwał głową. 

Nie  miałby  nic  przeciwko  temu,  żeby  Wasilija  zatrudnić  do  połowów,  by  zniknął  na 

dłuższy  czas  z  Archangielska.  Ale  mimo  wszystko  podzielał  opinię  Olega.  Wasilij  był  im 

potrzebny  do  czegoś  więcej  niż  tylko  do  zastawiania  sieci  u  wybrzeży  Finnmarku.  Był  zbyt 

zdolnym żeglarzem i kapitanem. 

-  Raija  tęskni  za  dzieciakami?  -  spytał  Oleg.  -  Wydaje  mi  się  jakaś  taka  wyciszona, 

zamyślona, niepodobna do siebie. 

Minęło  kilka  tygodni  od  chwili,  kiedy  Wasilij  wrócił  z  dziećmi  do  Archangielska. 

Jewgienij pomógł mu znaleźć większą chatę, bo skoro miał mieszkać z dziećmi, potrzebował 

więcej  miejsca.  Wasilij  odrzucił  już  kule  i  chodził  o  własnych  siłach,  trochę  podpierając  się 

laską. Do odzyskania pełnej sprawności potrzebował jednak jeszcze trochę czasu. 

Wszyscy  mieli  nadzieję,  że  przeprowadzka  do  własnego  domu  wpłynie  dobrze  na 

dzieci,  szczególnie  na  Walerija.  Chłopiec  nadal  nie  mówił,  był  zamknięty  w  sobie  i 

zalękniony. Ale na szczęście ufał wujowi, tak samo jak ufał Raiji. Do Jewgienija odnosił się z 

dużą rezerwą. Tak samo jak do pozostałych dzieci, a nawet do Jelizawiety. 

background image

Raija  sądziła,  że  chłopiec  przez  cały  czas  przyjmuje  postawę  obronną,  ponieważ 

wokół niego jest za wiele ludzi. Być może pomogą mu cisza i spokój. 

-  Oczywiście,  że  Raija  za  nimi  tęskni.  Po  ich  wyjeździe  zrobiło  się  tu  jakoś  pusto  - 

powiedział  Jewgienij,  uśmiechając  się  lekko.  -  Nie  sądziłem,  że  kiedyś  to  powiem,  bo 

przecież chwilami miałem już dość hałasu i tego, że ciągle trzeba było na kogoś brać wzgląd. 

A teraz, teraz wydaje mi się tu jakoś za spokojnie. Całe szczęście, że mamy Misze i Olgę. 

Oleg uśmiechnął się niepewnie, jak zawsze gdy była mowa o jego córce. 

- Jest podobna do Toni, prawda? 

Jewgienij  w  milczeniu  pokiwał  głową.  Bał  się  mówić  o  Toni,  zwłaszcza  przy  Olegu. 

Raija lepiej umiałaby z nim porozmawiać. 

- Czasami mi się śni - wyznał Oleg. - Tonią... - dodał, gdyby Jewgienij nie zrozumiał, 

kogo  ma  na  myśli.  -  Mówienie  o  niej  już  nie  sprawia  mi  takiego  bólu.  Przeciwnie,  teraz 

chciałbym o niej rozmawiać. Śni mi się, że wróciła. 

Jewgienij usiłował przywołać z pamięci obraz Toni, drobnej, ciemnowłosej, z bujnymi 

lokami  i  uśmiechem  na  pół  twarzy.  Jej  uważne  oczy,  które  potrafiły  przy  pierwszym 

spojrzeniu  poznać  się  na  człowieku.  I  śmiech.  Tak  najlepiej  pamiętał  jej  perlisty  śmiech, 

chyba bardziej niż cięty, soczysty język. Tęsknił za śmiechem Toni. 

-  Myślę,  że  przyjąłbym  ją  z  powrotem,  gdyby  wróciła  -  powiedział  Oleg.  -  Wiele  o 

tym  myślałem.  Nawet  przekonywałem  siebie,  że  mężczyzna  powinien  mieć  swoją  dumę  i 

ambicję.  Ale  życie  tak  cholernie  krótko  trwa.  Wiesz,  Jewgieniju,  gdyby  wróciła,  nie 

zamknąłbym przed nią drzwi. 

Popatrzyli po sobie przez długą chwilę. 

Oleg  wstał.  Był  teraz  taki  na  wskroś  bezradny.  Wyczuwało  się  to  w  każdym  jego 

geście. Nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Spał tylko przez pół nocy, a potem budził się i do 

rana nie mógł zmrużyć oka. Nie wiedział, co zrobić z rękoma. Całym sobą tęsknił, by się stąd 

wyrwać i popłynąć jak najdalej. 

- Ale ona raczej nie wróci - ciągnął, spoglądając ku zachodowi. 

Tonią  i  jej  wyjęty  spod  prawa  kochanek  nie  uciekli  na  zachód.  W  chwili  szczerości 

Raija  wyznała  Olegowi  to,  co  wiedziała.  Była  mu  to  winna.  Mógłby  wtedy  pójść  do 

gubernatora  i  o  wszystkim  mu  powiedzieć.  Mógłby  ogarnięty  żądzą  zemsty  życzyć  śmierci 

ż

onie i mężczyźnie, z którym uciekła. Ale on tylko chciał wiedzieć. 

-  Raczej  nie  wróci  -  powtórzył  tym  samym  martwym  głosem.  -  Upłynęło  zbyt  wiele 

czasu. Półtora roku. Byłbym głupi, łudząc się nadzieją. To tak jakby wierzyć w te bajki, które 

Raija  opowiada  Oldze.  Przypuszczam,  że  nawet  Raija  nie  potrafi  ułożyć  zakończenia  o 

background image

powrocie królowej. Zabrzmiałoby zbyt nieprawdopodobnie. Ona nie wróci. Tonią niczego nie 

robi  połowicznie.  Napisała  wprawdzie,  że  mnie  kocha,  ale  nie  może  ze  mną  żyć.  Myślałem 

wiele o tym. To się nie trzyma kupy. Ale mimo wszystko wydaje mi się, że ona właśnie tak to 

odczuwała.  Kochała  mnie  pewnie,  ale  tego  drugiego  pokochała  mocniej,  a  on  jej  bardziej 

potrzebował. - Oleg oparł się czołem o szybę. - Kobiety zawsze zostają przy tych, którzy ich 

bardziej potrzebują. 

Słowa te były dla Jewgienija niczym smagnięcie biczem po nagiej skórze.  Zawierały 

prawdę, która dotyczyła także jego. Oleg nie zamierzał go urazić, a jednak mimowolnie zrobił 

mu przykrość. 

-  Póki  co  mam  dwudziestu  ludzi,  a  potrzebujemy  czterdziestu!  -  Oleg  raptownie 

zmienił temat. - Po pięciu na każdy z ośmiu kutrów. No , powiedzmy czterech i pół. Na każdy 

kuter przewiduję jednego młodego chłopaka. Przyda się przyuczyć trochę ludzi. Ci młodzi nie 

muszą wyruszać w morze na każdy połów. Na lądzie też będzie dużo pracy. Zaoszczędzimy 

sporo, jeśli będziemy sami ją wykonywać. Norwegowie każą sobie słono płacić za wszystko. 

Spojrzał na Jewgienija i zapytał: 

- Nie tęsknisz, żeby tam wrócić? Jewgienij pokręcił głową. 

-  Do  Norwegii,  nie,  ale  za  morzem,  owszem,  ckni  mi  się.  Zawsze  przerażała  mnie 

dzikość  tamtejszej  przyrody.  Pięknie  tam,  to  prawda,  ale  ja  jestem  dzieckiem  otwartych 

przestrzeni.  Muszę  mieć  miejsce  dla  własnych  myśli.  Pewnie  dlatego  przyciągnęło  mnie 

morze.  Nie  mogę  sobie  poza  tym  pozwolić  na  powrót  w  tamte  strony.  Dobrze  wiesz, 

dlaczego. Przybycie Liny dostatecznie wszystko skomplikowało. 

-  Postąpiłem  bezmyślnie  -  przyznał  Oleg.  -  Ale  bywają  w  życiu  takie  chwile,  kiedy 

człowiek myśli tylko o sobie. Tam na zachodzie powiadają, że nie należy brać ze sobą ryb na 

Lofoty,  my,  że  nie  wozi  się  drzewa  do  lasu.  Zdaje  się,  że  właśnie  to  uczyniłem.  Przecież  tu 

nie brakuje kobiet. Działałem pod wpływem impulsu, a potem dopiero zastanowiłem się, co 

zrobiłem. To się więcej nie powtórzy. 

Do kuchni weszły kobiety. 

-  ...jestem  pełnomocnikiem  -  odezwał  się  Oleg  przytomnie,  w  jednej  chwili  wracając 

do interesów. 

Lina  usiadła  obok  niego  i  uważnie  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  po  ruchu  warg 

domyślając się słów. 

- Musimy wysyłać na zachód także frachtowce? - zastanawiał się Jewgienij. 

Uzgodnili, że popłyną także frachtowce. 

background image

-  Mógłbym  pozwolić  Wasilijowi  objąć  dowodzenie  na  jednym  z  nich  -  rozważał 

głośno. 

-  Musiałby  wówczas  częściej  wracać  do  domu.  Ale  on  chyba  nie  chciałby,  żeby  mu 

odebrać jego statek. Uważa go za swój. 

-  Bo  to  jego  statek!  -  rzekła  Rai  ja  z  naciskiem.  Ona  także  nie  chciałaby,  żeby  ktoś 

inny niż Wasilij dowodził statkiem nazwanym jej imieniem. 

-  Powinniśmy  go  przechrzcie  -  uznał  Oleg,  uchwyciwszy  spojrzenie  Raiji.  -  Po  co 

plotki i gadanie? Przynoszą szkodę, nawet jeśli wszyscy mają czyste sumienia. Lepiej raz na 

zawsze z tym skończyć, bo niczemu dobremu to nie służy. 

- O co ci chodzi? - zapytała Raija nieco ostrzejszym tonem. 

- Właśnie, Oleg, o co ci chodzi? - powtórzył Jewgienij, który nigdy nie ośmieliłby się 

powiedzieć tego żonie. Wolał oszczędzić jej nieprzyjemności. 

- Krążą plotki! Ci, którzy mieszkają w dzielnicy portowej, ich nie rozpuszczają - rzekł 

Oleg. - Znają Wasilija! Nie mieliby odwagi, dobrze wiedząc, że udusiłby na miejscu każdego, 

kto ośmieliłby się coś takiego powiedzieć. Tobie w oczy też nikt tego nie powie. Ale ludzie 

wzięli cię na języki! Ci, z którymi obcujemy jedynie z obowiązku, nadal pamiętają  ci to, że 

wyszłaś  w  środku  balu  u  Antufjewów.  Nigdy  jeszcze  nikt  nie  uczynił  czegoś  podobnego.  Z 

takiego  przyjęcia  się  nie  wychodzi  przed  końcem,  bo  zaproszenie  nań  stanowi  największy 

zaszczyt.  Dlatego  ciebie  zapamiętano.  Wszyscy  zauważyli  twoje  zniknięcie.  I  te  późniejsze 

historie o tym, jak w cienkich trzewikach i eleganckiej sukni pobiegłaś w mroźną noc prosto 

do Archangielska! Prosto do... 

- ...do Wasilija - dokończyła Rai ja, odwracając się do Jewgienija. - Wiedziałeś o tym? 

- zapytała. 

- Tak, ale nie przejmowałem się plotkami - odparł nie całkiem w zgodzie z prawdą. - 

Nie chciałem ci zawracać głowy bzdurami. 

- Tamtej nocy nie było znów tak zimno - rzuciła Rai ja poruszona. 

-  Nikt  już  teraz  tego  nie  pamięta  -  podkreślił  Oleg.  -  Krążą  najróżniejsze  opowieści, 

kochana  Raiju.  Niektóre  sięgają  czasu  tego  cholernego  buntu.  Niektórzy  pamiętają  tylko  to, 

co chcą zapamiętać. Ich to bezpośrednio nie dotyczy, dlatego przeinaczają prawdę. Potrzebują 

pożywki, a zimową porą trochę o nią trudno. Czy się mylę? 

- Czy wam przeszkadza, że Wasilij żegluje na statku noszącym moje imię? 

-  Trochę  -  odparł  szczerze  Oleg.  -  Ale  jemu  bardziej.  Szkodzi  też  twojej  opinii.  I  to 

właśnie  się  nam  nie  podoba.  Sądzę,  że  i  Wasilij  podziela  nasze  zdanie.  -  Uśmiechnął  się 

zmęczony do Raiji i dodał: - Krąży o tobie, kochana, wiele pieśni. Niektóre wzruszające, jak 

background image

ta o dobrym aniele w niebieskiej sukni i czarnej pelerynie, i inne, których Jewgienij nawet nie 

słyszał,  bo  ucichają,  kiedy  on  pojawia  się  w  pobliżu.  Mają  one  całkiem  inną  treść. 

Opowiadają  o  kapitanie  statku  „Raija”  i  tej,  którą  zwą  Carycą...  to  takie  pieśni,  które  nie  są 

przeznaczone dla uszu dzieci. 

Raija  zbladła.  Jewgienij  zamknął  oczy.  Wiedział o  tym,  ale  nie  chciał  nawet  myśleć. 

Przecież  nie  mógł  stłuc  na  kwaśne  jabłko  wszystkich,  którzy  śpiewali  sprośne  piosenki 

piętnujące jego żonę. 

-  Możemy  nazwać  statek  „Raisa”  -  odezwała  się  Raija,  prostując  kark  i  patrząc  na 

mężczyzn  z  żarem  w  oczach.  Chciała  walczyć.  Nie  ugnie  karku,  będzie  walczyć.  Wie,  kim 

jest. 

-  Dobrze,  nazwiemy  go  „Raisa”  -  zgodził  się  Oleg,  uznając,  że  nie  warto  dłużej 

kruszyć o to kopii. 

- Uczynimy go bardziej rosyjskim - rzekła Raija. - Może dlatego, że ja sama też czuję 

się coraz bardziej związana z tą ziemią? 

Takie wytłumaczenie bardzo jej odpowiadało, choć nie była do końca pewna, czy  ci, 

którzy rozpuszczają plotki, uwierzą. 

- Sama o tym powiem Wasilijowi - zadecydowała. Tak też uczyniła. Nie potrzebowała 

się tłumaczyć, kiedy jechała do Archangielska. Chętnie to czyniła, kiedy miała ochotę spotkać 

się z Jelizawietą i Walerijem. Czuła się jak ich matka. 

Zwykle zabierała w odwiedziny Misze i Olgę, ale tym razem zostawiła dzieci u Liny. 

Po  wypadku  Miszy  pozostał  jej  jakiś  uraz  i  wolała,  by  dzieciaki  nie  kręciły  się  zbyt  blisko 

portu. Nauczyła się, że ostrożność nigdy nie zawadzi. 

Do Wasilija Raija udała się więc sama. Mieszkał 

nie - Aa\eVo OYecŁ, - w d o C T w i 

*  \  a  .  W  \  >  O  C  X  Y  V  x  \&dnyrm  oYmami 

i  zdobionymi  ornamentami  drzwiami. 

Najważniejsze jednak, że w chacie było kilka izb. Wasilij nie potrzebowałby tylu dla siebie, 

ale  dzieci  czuły  się  bezpiecznie,  mając  możliwość  zamknięcia  drzwi  i  odgrodzenia  się  od 

wszystkiego i wszystkich, kiedy nachodziła je na to ochota. Wasilij rozumiał to i na szczęście 

stać go było, by im to zapewnić. 

-  Jak  dobrze  cię  widzieć!  -  ucieszyła  się  Jelizawieta,  kiedy  zobaczyła,  kto  przyszedł. 

Twarz jej rozpromieniła się, nabierając urody. 

Wyrośnie z niej śliczna dziewczyna, pomyślała  Raija, dostrzegając w jej twarzy  rysy 

Wasilija  i  jego  starszego  kuzyna,  Walentina.  W  tej  rodzinie  najwyraźniej  dominowały  silne 

cechy, przewijające się w kolejnych generacjach. 

Raija ucałowała dziewczynkę. 

background image

- Tęsknię za wami - powiedziała. 

Mała  lubiła  słuchać  takich  wyznań,  lubiła  utwierdzać  się  w  przekonaniu,  że  coś  dla 

kogoś znaczy. Tak po prostu, bez żadnych warunków. Jelizawiecie i Walerijowi trudno w to 

było  uwierzyć.  Dlatego  też  należało  im  to  powtarzać  nieustannie,  by  wreszcie  odważyli  się 

przyjąć to do wiadomości. 

Wiele czasu upłynie, nim wszystko się ułoży i  wreszcie życie tych dzieci opierać się 

będzie na solidnych podwalinach. 

-  Jesteś  sama?  Pokręciła  głową.  Raija  niepotrzebnie  pytała.  Powinna  wiedzieć,  że 

Wasilij nigdy nie zostawiał dzieci samych. Zawsze był w pobliżu. 

- ^J a\eri) Tazetn l Y i o t i W n ^ W i i i\^ fa^t^^lK.

 wiem po co. Pewnie popatrzeć na 

statki.  Walerij  bardzo  lubi  statki.  -  Jelizawieta  kiwnęła  głową  w  stronę  kuchni.  -  Wujek 

przygotowuje posiłek - wyjaśniła z poważną miną jak kobieta kobiecie. - Mówi, że jestem za 

mała,  żeby  sama  gotować.  Że  mam  dopiero  dziesięć  lat.  Ale  przecież  niedługo  skończę 

jedenaście,  w  lecie.  Nie  jestem  wcale  taka  mała  i  lepiej  potrafię  gotować  niż  on...  Raija 

roześmiała  się.  Weszła  razem  z  dziewczynką  do  kuchni.  Wasilij,  czerwony  na  twarzy, 

spocony, z włosami sterczącymi nad czołem, stał nad kociołkiem. 

-  Zaraz  przypalisz  -  powiedziała  Raija  z  niewinnym  spojrzeniem.  -  Musisz  albo 

zmniejszyć żar, albo mocniej mieszać. A najlepiej jedno i drugie. 

Westchnął i posłuchał jej rady. 

-  Jak  się  patrzy  z  boku,  to  wydaje  się  to  łatwe  -  skrzywił  się.  -  Skoro  nawet 

dziesięciolatka potrafi ugotować obiad, to, na Boga, ja chyba także powinienem. 

- Ja nigdy nie gotowałam czegoś takiego, wujku - podśmiewała się Jelizawieta. 

- Lepiej dorzuć drewna do pieca w izbie - pogroził jej drewnianą łyżką, a dziewczynka 

uciekła ze śmiechem. 

Raija usiadła na brzegu skrzynki na drewno blisko pieca. 

- Chciałam z tobą porozmawiać - rzekła z powagą. - Zajmie to trochę czasu. 

Pokiwał głową. 

- Mów! 

- Gadają o nas! Uważam, że to wstrętne, bo przecież to nieprawda. 

- Nieprawda - potwierdził, mieszając zawzięcie. 

- Chcę zmienić nazwę statku. Wtedy zwrócił ku niej spojrzenie. 

- Czy nikt nie zaproponował, ażeby przydzielić mi inny statek? Hmm, Oleg na pewno 

będzie  chciał  żeglować  na  „Antonii”.  Nie  zabrałbym  mu  jej.  Ale  przecież  mogliby  mi  dać 

frachtowiec... 

background image

Raija pokręciła głową. 

- „Raija” to jakby mój statek - rzekła z uśmiechem. - A ja uważam, że jesteś jedynym 

godnym go kapitanem. Nie zrzekam się go. Nadal będzie należeć do mnie. Nie chcę jednak, 

ż

eby  nazywał  się  „Raija”.  Nie  wiem,  skąd  pochodzę,  ani  jakie  jest  pochodzenie  mojego 

imienia. 

Ale nie chcę, by ktokolwiek miał wątpliwości, skąd pochodzi statek tak bliski mojemu 

serca Dlatego nazwę go „Raisa z Archangielska”. 

- Wszyscy i tak będą go nazywać „Caryca” - uśmiechnął się Wasilij, ale nie wyglądał 

na niezadowolonego. - Tylko że takiej nazwy nie możemy umieścić na burtach. Ten kraj ma 

przecież  cara.  Wiele  lat  upłynie,  nim  dorośnie  i  pojawi  się  u  jego  boku  caryca.  Tak  więc 

Rosja, póki co, nie ma innej poza tobą. 

- Nie żartuj! - poprosiła. 

- To nie żart. Wasilij posmakował zawartości kociołka, a potem podał Raiji napełnioną 

łyżkę. 

- Całkiem dobre - zdziwiła się. Wasilij uśmiechnął się i mieszał dalej. 

-  Podoba  mi  się  -  oświadczył.  -  „Raisa  z  Archangielska”.  Sam  wymaluję  nazwę  na 

burcie. Obejmę dowodzenie na ognistej Rosjance - mrugnął do niej i dodał: - Miała w sobie 

ogień przez cały czas. Nawet wówczas, gdy nie całkiem była pewna, skąd pochodzi. 

- Zrozumiałeś - rzekła cicho Raija. Pokiwał głową. 

- Oczywiście, że zrozumiałem. Zawsze ci wszak powtarzałem, że jesteśmy bardzo do 

siebie podobni, Caryco. 

background image

13 

W  powietrzu  powoli  wyczuwało  się  pierwsze  cieplejsze  podmuchy  wiatru.  W 

Archangielsku uznano, że to początek wiosny. Rozkołysane fale Morza Barentsa wciskały się 

w  głąb  cieśniny  zwanej  gardłem  Morza  Białego  i  napierały  na  grubą  warstwę  lodu,  liżąc 

zamarznięte  zatoki:  Dwińską,  Oneską  i  Kandałakszę.  A  wzdłuż  wybrzeża  oczekiwano  już 

niecierpliwie, kiedy zacznie pękać lód i ruszy kra, otwierając drogę statkom. 

W  Kem,  Onedze  i  Archangielsku  skracano  sobie  czas  oczekiwania  na  cieplejsze  dni, 

przygotowując  statki  do  rejsu  na  zachód.  Jednostki  handlowe  ładowano  drewnem,  tarcicą  i 

workami  z  mąką.  Drewno,  które  tu  na  wschodzie  było  bardzo  tanie,  w  ubogiej  w  lasy 

północnej Norwegii należało do towarów bardzo pożądanych. Właśnie na drewnie niejeden z 

tutejszych handlarzy zbił fortunę. W Finnmarku było także zapotrzebowanie na mąkę. Cechy 

kupieckie dzierżące monopol na sprzedaż mąki nie dostarczały jej w dostatecznych ilościach 

do  najdalej  wysuniętych  na  północ  rejonów  kraju,  a  przy  tym  narzucały  wysokie  ceny. 

Wzdłuż  wybrzeży  Norwegii  powiadano,  że  rosyjska  mąka  jest  znacznie  lepsza  od  tej 

oferowanej przez kupców z południa. Dlatego też handel kwitł. 

Wreszcie  Morze  Białe  odtajało  i  stało  się  żeglowne.  „Antonia”,  dowodzona  przez 

Olega, była jednym z pierwszych statków, które, przeciskając się przez krę, obrały  kierunek 

na północ. 

Wszyscy  pożegnali  się  serdecznie  z  Liną,  dobrze  wiedząc,  że  więcej  jej  nie  zobaczą. 

Lina  chyba  także  to  zrozumiała,  bo  z  oczu  płynęły  jej  łzy  niczym  rwący  potok  podczas 

wiosennych roztopów. Nie ulegało wątpliwości, że dziewczyna dobrze się czuła w Rosji. 

Nieco  później  wypłynęły  z  portu  kutry,  które  nie  cięły  tak  łatwo  lodowej  kry  jak 

ciężkie żaglowce i dla bezpieczeństwa musiały płynąć wzdłuż brzegu. Ale choć niewielkie i z 

wyglądu  prymitywne,  na  morzu  spisywały  się  znakomicie.  Od  pokoleń  używano  ich  do 

połowów u wybrzeży Murmańska i Nowej Ziemi, gdzie warunki pogodowe przecież nie były 

najlepsze. 

Nowe  łowiska  znajdowały  się  dalej  i  potrzeba  było  więcej  czasu,  żeby  tam  dotrzeć. 

Kutry należące do Olega i Jewgienija nie płynęły jednak w ciemno. Na Soroya wszystko było 

przygotowane.  Wyposażenie  kutrów  załadowano  na  „Antonię”.  Oleg  planował  zostać  z 

rybakami  na  Soroya,  gdzie  wszyscy  go  znali,  statek  zaś  pod  dowództwem  szypra  zamierzał 

wysłać dalej na zachód w celach handlowych. 

background image

„Raisa  z  Archangielska”  pozostała  w  porcie  najdłużej  ze  wszystkich  statków 

handlowych.  Tak  zadecydował  Jewgienij,  trochę  wbrew  życzeniom  Wasilija,  którego 

ogarnęła  niecierpliwość  na  widok  rozpiętych  żagli  znikających  w  oddali.  Tęsknota  za 

morzem,  uśpiona  przez  zimę,  pojawiała  się,  gdy  tylko  zaczynały  pękać  lody  i  w  powietrzu 

robiło się cieplej. 

„Raisa”  była  już  właściwie  przygotowana  do  wyjścia  w  morze.  Pozostało  jedynie 

załadować  ostatnią  dostawę  mąki  z  głębi  kraju,  której  spodziewali  się  jeszcze  tego  dnia,  a 

najdalej następnego. 

Raija przyjechała do miasta, żeby zabrać ze sobą rzeczy należące do dzieci, bo na czas 

nieobecności Wasilija Jelizawieta i Walerij mieli przeprowadzić się do niej. Raija cieszyła się 

z tego powodu, choć oczywiście zdawała sobie sprawę, jaka na niej ciąży odpowiedzialność. 

Tym bardziej że Walerij nadal nie odzywał się do nikogo. Przestał nawet mówić przez sen. 

- Nie sądzisz, że powinienem wziąć je ze sobą? - zapytał Wasilij Raiję. Był wyraźnie 

zdenerwowany, spojrzenie miał niepewne, pełne  wątpliwości. -  Bóg mi świadkiem, że życie 

na pokładzie to nie sielanka. Nie jest to odpowiednie miejsce dla dzieci, ale coś mi mówi, że 

powinienem przez cały czas być blisko nich. Przynajmniej blisko Walerija. Bez urazy, Raiju, 

ale wydaje mi się, że on bardziej potrzebuje opieki mężczyzny, któremu ufa. 

Oboje  wiedzieli,  że  Jewgienij  nie  będzie  miał  czasu,  żeby  podjąć  się  dodatkowo 

ojcowskiej pieczy nad rodzeństwem. 

- Pozostało jeszcze trochę czasu do zastanowienia - odpowiedziała Raija, której jednak 

nie  bardzo  podobało  się  takie  rozwiązanie.  Członków  załogi  „Raisy”  czekał  długi  i 

wyczerpujący rejs. Wasilij nie znajdzie czasu, by doglądać dzieci, które pozostawione będą w 

większości  samym  sobie.  A  statek  jest  swoistym  światem.  Podczas  żeglugi  nie  można  go 

opuścić,  nawet  jeśliby  się  nie  wiem  jak  chciało.  No  i  jest  to  świat  zdominowany  przez 

mężczyzn! 

Tymczasem z portu wypływała „Natasza” należąca do Antufjewa, nazwana imieniem 

jego córki. Pozostałe cztery statki z jego floty udały się na zachodnie wybrzeże już wcześniej. 

Wasilij zacisnął dłonie w pięści. 

-  Dosyć  już  tego  czekania  -  westchnął.  -  Mam  wrażenie,  że  nie  zdążymy  wypłynąć, 

nim znów lody skują morze. 

Raija dotknęła lekko jego ręki, po przyjacielsku. Tu, na pokładzie, nie czuła na sobie 

obcych  spojrzeń.  Chociaż...  może  ktoś  plotkował,  że  Bykowa  zostawiła  dzieci  pod  opieką 

męża, a sama przyszła odwiedzić kapitana statku z jego floty? Ale w jaki sposób można się 

obronić przed takimi pomówieniami? 

background image

Nie miała siły się tym przejmować! 

Jeśli ktoś ma tyle czasu, żeby wymyślać takie bzdurne historie, to jego sprawa. Niech 

się dobrze bawi! Dla niej doba była za krótka, by miała kiedy się nad tym zastanawiać. 

- Zdaje się, Wasiliju, że jesteś bardzo rozdarty? 

Posłał jej gwałtowne spojrzenie. Raija cofnęła rękę. Ostatnie, czego by sobie życzyła, 

to rozgniewać Wasilija. 

- Chyba mnie za dobrze znasz - burknął. - Ale wolałbym o tym nie mówić. Zdaje się, 

ż

e ty też nie. 

Możliwe, że znali się zbyt dobrze. 

- Jesteś pewna, że poradzisz sobie z moimi dzikusami? - zapytał, zmieniając temat. 

Raija roześmiała się. 

-  Jeśli  nazywasz  tych  dwoje  dzikusami,  to  chyba  nie  wiesz,  co  mówisz.  Bardzo  się 

cieszę,  że  będą  u  mnie.  Dobrze  ,  gdy  dom  rozbrzmiewa  wieloma  dziecięcymi  głosami. 

Zawsze chciałam mieć dużo dzieci, ale jakoś nie wyszło... 

Wasilij wyczuł, że nie powinien drążyć tego tematu. Byli przyjaciółmi, to prawda, ale 

mężczyźni  nie  rozmawiają  o  takich  sprawach  z  kobietami.  Pewnie  dlatego  Raija  urwała 

raptownie, pozwalając myśli odfrunąć na skrzydłach unoszącej się nad nimi mewy. 

-  Chciałabym,  żebyś  tym  razem  przywiózł  materiał  na  sukienkę  dla  Jelizawiety  - 

rzekła Raija. - Oparła się plecami o drewnianą nadbudówkę, a łokciami o poręcz. - Ja nic nie 

chcę,  Wasiliju.  Naprawdę!  Tak  będzie  najlepiej  dla  wszystkich.  Już  podarowałeś  mi  suknię. 

Piękniejszej nigdy mieć nie będę. Nie potrzebuję na każdy bal szyć nowej. Zresztą, tak często 

nie bywam na balach... 

Jej  śmiech  uniósł  się  także  niczym  na  skrzydłach.  Wzbił  się  w  górę  ponad  statek,  na 

szczyty  masztów,  które  ciągle  sterczały  nagie.  Wasilij  nie  mógł  się  doczekać,  kiedy  wiatr 

wypełni żagle... 

- Lepiej, żebyś rozpieszczał Jelizawietę i Walerija - dokończyła stanowczo. 

- Myślisz, że o tym nie pomyślałem? - zapytał. 

Ubrany  był  w  ciemne  samodziałowe  spodnie  i  zarzuconą  na  ciepły  sweter  skórzaną 

kurtkę, zza kołnierza której wystawał szary golf. Ale nie założył czapki ani rękawic. Żylaste 

ogorzałe dłonie nie zbielały przez zimę. 

Marynarzy  można  poznać  po  spalonych  słońcem  twarzach  i  rękach,  brązowych 

czasem  aż  po  łokcie.  Wszystko  w  zależności  od  tego,  jak  wysoko  podwijają  przy  pracy 

rękawy. 

background image

-  I  tak  wyprzedzimy  „Nataszę”  -  mruknął  pod  nosem,  zapatrzony  w  dal.  -  „Raisa”, 

choć mniejsza, jest lepszym żaglowcem. Strasznie załadowali tę „Nataszę”. Nie pojmuję, po 

co, skoro mają tyle statków handlowych... 

- Kto ma dużo, chce więcej... - skwitowała Raija oschle. 

- Wiesz, że Norwegowie twierdzą, że nasze statki przypominają cielne krowy? Nie do 

wiary! Może rzeczywiście nie są takie zgrabne, ale u licha, przecież to nie kobiety! - Pokręcił 

głową  i  splunął  do  wody.  -  Zresztą  ja  nigdy  nie  uważałem,  by  było  warto  uganiać  się  za 

chudymi,  jeśli  już  o  tym  mowa.  Moim  zdaniem,  nasze  żaglowce  są  piękne.  Nie  sądzisz,  że 

„Raisa” jest piękna? 

Raija roześmiała się. 

-  Chyba  tak.,  jak  na  statek...  Ale  nie  jestem  tak  rozkochana  w  żaglowcach  jak  ty  i 

Jewgienij. 

-  Dla  mnie  jest  równie  piękna  jak  galeon  z  Lubeki,  który  zimował  w  naszym  porcie. 

No, wiesz, „Lorelei”... 

-  Z  pewnością  -  potwierdziła  Raija,  chociaż  tego  nie  dostrzegała.  Ale  tego  nie  powie 

przecież mężczyźnie, w którego głosie słychać namiętność, ilekroć mówi o statkach. 

- Gdzie masz dzieci? - zapytała. - Są na pokładzie? 

-  Wypuściłem  je  trochę  spod  skrzydeł  -  odpowiedział,  poważniejąc.  -  Nie  mogę 

przecież ich ciągle trzymać przy sobie. Muszę pozwolić im dorosnąć. Walerij powędrował na 

nabrzeże,  a  Jelizawieta  postanowiła  wysprzątać  dom.  Za  jakieś  dziesięć  lat  wyrośnie  z  niej 

pracowita kobieta. Już sobie wyobrażam, co będę przeżywał, kiedy będę wydawał ją za mąż! 

Strasznie  się  ciągle  o  nie  boję,  ale  przecież  nie  mogę  ich  bez  przerwy  ochraniać.  Wiedzą, 

gdzie jestem... 

- Spokojnie, Wasiliju, przede mną nie musisz się tłumaczyć! 

Raija zamilkła, jakby chciała przejąć od niego część lęku. Ona także najchętniej przez 

cały czas chroniłaby te dzieci, ale to, co mówił, brzmiało rozsądnie. 

Wasilij zszedł z pokładu razem z Raiją. Na brzeg popłynęli niewielką łódką wiosłową. 

Właściwie  wszystkie  prace  na  statku  zostały  z  grubsza  zakończone.  Jeszcze  tylko  doładują 

mąkę, na której dostawę czekają, i można podnosić kotwicę. Przy załadunku Wasilij nie musi 

być koniecznie obecny. 

Na lądzie szedł pół kroku za Raiją. Niczym paź towarzyszący swojej królowej, swojej 

carycy.  Celowo  utrzymywał  między  nimi  ten  dystans,  bo  nie  chciał,  żeby  powstały  nowe 

plotki.  Kobiety  w  tych  stronach  rzadko  pojawiały  się  na  ulicy  w  towarzystwie  obcego 

mężczyzny.  Towarzyszyli  im  przeważnie  mężowie,  bracia  albo  ojcowie.  Kobiety  pilnowały 

background image

się,  by  nie  znaleźć  się  w  takiej  sytuacji,  ale  Raija  nie  wyglądała  na  kogoś,  kto  się  tym 

przejmuje. Przez cały czas rozmawiała z Wasilijem przez ramię, ale nie prosiła, by podszedł 

bliżej. Bez słów zrozumiała, dlaczego tak demonstracyjnie idzie za nią. 

Denerwowało ją to. Przecież byli z Wasilijem przyjaciółmi. Ale żyjąc w tym mieście i 

pośród tych ludzi, musieli dostosować się do obowiązujących zwyczajów. 

- Walerij nie przyszedł z wami? - zapytała Jelizawieta, kiedy weszli do chaty. 

Raija poczuła się jak uderzona obuchem. Wasilij także pobladł, a jego dłoń zacisnęła 

się na klamce. 

- Kazałem mu wrócić tutaj, kiedy już znudzi mu się na nabrzeżu. 

-  Był  tutaj.  Zabrał  zapakowany  węzełek.  Myślałam,  że  ma  coś  zanieść  tobie. 

Zrozumiałam z tego, że idzie na „Raisę”. 

Wasilij  w  jednej  chwili  wybiegł  na  zewnątrz,  Rai  ja  zaś  stała  w  miejscu,  jakby 

przykuta do podłogi, jakby straciła władzę nad nogami. 

Dopiero  gdy  zobaczyła  Jelizawietę,  która  pośpiesznie  założyła  buty  i  pelerynę, 

ocknęła  się  do  działania.  Chwyciła  wyciągniętą  do  niej  drobną  dłoń  dziewczynki  i  razem 

pobiegły za Wasilijem, który już im zdążył zniknąć z oczu. 

-  Pójdziesz,  Jelizawieto,  do  Jewgienija.  Tak  będzie  najbezpieczniej  -  rzuciła  Raija 

zadyszana. - Opowiedz mu, co się stało, a ja poszukam Wasilija. 

- Co się mogło przytrafić Walerijowi? - pytała dziewczynka, niechętnie wypuszczając 

rękę Raiji. 

Raija  prawie  ją  wepchnęła  do  kantoru,  gdzie  urzędował  Jewgienij.  Nie  chciała  być 

gwałtowna,  ale  nie  miała  teraz  czasu,  żeby  spokojnie  wszystko  tłumaczyć.  Sama  się  bała,  a 

nie chciała, by dziewczynka to zauważyła. Była dostatecznie przerażona. 

- Walerij z pewnością wdał się w coś, co uważa za ekscytujące. Pewnie nie pomyślał, 

ż

e może mu grozić jakieś niebezpieczeństwo. Znajdziemy go... 

-  Na  pewno  żyje  -  odezwała  się  cienko  dziewczynka.  Kiedy  się  bardzo  bała,  mówiła 

głosem należącym do dużo młodszej Jelizawiety. - Bo jeśli nie żyje, to cały twój wysiłek, by 

go wtedy uratować, poszedłby na marne. - Jelizawieta utkwiła w Raiji swe jasne spojrzenie. 

Raija  nie  znajdowała  słów,  przepełniona  głębokim  wzruszeniem.  Uścisnęła  tylko 

mocno dziewczynkę i wepchnęła ją do środka. 

-  Znajdź  Jewgienija  i  dzieci,  kochanie!  Sama  tymczasem  pobiegła  dalej  wzdłuż 

nabrzeża. 

background image

Zatrzymywała ludzi i pytała, czy nie widzieli Walerija. Tym, którzy nie znali chłopca, 

opisywała,  jak  wyglądał.  Ale  wszyscy  mówili  to  samo.  Ze  Wasilij  już  ich  o  to  pytał.  Ze 

Wasilij ją wyprzedził. 

Biegała więc na oślep po porcie, kontynuując poszukiwania. 

Ciężko  dysząc  ze  zmęczenia,  wyobrażała  sobie  wszystkie  niebezpieczeństwa,  jakie 

czyhały na chłopca. Z zaciśniętymi pięściami spojrzała gniewnie w szare niebo. 

-  Dlaczego  on?  -  pytała  cicho,  znękana,  jakby  oskarżała  kogoś  na  górze  o  zniknięcie 

chłopca. 

Może utonął? zastanawiała się, patrząc na oblodzone, w niektórych miejscach bardzo 

ś

liskie nabrzeże. Nagle poczuła na ramionach silne dłonie Wasilija. 

-  Nie  wolno  ci  tutaj  stać!  Boisz  się  wody  -  rzucił.  Między  brwiami  pojawiła  mu  się 

zmarszczka,  głęboka  i  mocno  zarysowana.  Napięte  usta  drżały  w  kącikach.  Nozdrza  także 

poruszały  się  nerwowo.  -  Przed  chwilą  omal  nie  udusiłem  Antufjewa!  -  powiedział, 

prowadząc Raiję wzdłuż nabrzeża. Otoczył ją ramieniem, ale żadne z nich nie zwróciło na to 

uwagi.  -  Niektórzy  są  zepsuci  do  cna  -  ciągnął.  -  Nie  ma  w  nich  odrobiny  moralności.  Ten 

człowiek  właśnie  do  takich  należy.  Powiedziałem  mu  to,  a  wiesz,  jak  on  zareagował? 

Roześmiał się! Wyobrażasz sobie, zaśmiał się mi prosto w twarz! Uważa mnie kompletnie za 

nic. Tak samo jak chłopca! 

- Co się stało? Wasilij zatrzymał się i nagle uświadomił sobie, że ją obejmuje. Cofnął 

ręce  i  wcisnął  je  do  kieszeni.  Był  tak  zdenerwowany,  że  przez  chwilę  szukał  słów,  żeby 

opowiedzieć wszystko po kolei. 

-  On  popłynął  na  „Nataszy”!  Raija  zwróciła  ku  Wasilijowi  pełną  niedowierzania 

twarz. 

- Walerij? - zapytała. - Przecież on nie ma jeszcze dwunastu lat... 

-  To  samo  powiedziałem  Antufjewowi  -  przerwał  jej  rozgniewany  Wasilij.  Ruszył 

dalej,  a  Raija  musiała  biec,  żeby  za  nim  nadążyć.  -  A  on  na  to,  że  myślał,  że  potrzebujemy 

pieniędzy.  Dlatego  z  dobrego  serca  pozwolił  małemu  zamustrować  się  na  statku.  Z  dobrego 

serca! 

Wasilij splunął z pogardą. 

- Dobrze wiem, czym się kierował, ale na tyle mam ogłady, by powstrzymać się przed 

ciśnięciem mu tego w twarz. Nie muszę się zniżać do jego poziomu! Tak czy inaczej Walerij 

zamustrował się na „Nataszy”. 

-  Ale  jak  on  to  zrobił?  -  nie  mogła  zrozumieć  Raija.  To  wszystko  nie  trzymało  się 

kupy. Walerij przecież sam by sobie nie poradził. Od pół roku do nikogo się nie odezwał. 

background image

-  Poprosił  o  to  -  odpowiedział  Wasilij  z  pociemniałą  od  gniewu  twarzą.  W  każdej 

zmarszczce  odbijało  się  zmartwienie.  -  Sam  o  to  poprosił.  Przemówił!  Z  Antufjewem 

rozmawia, a do mnie się nie odzywa. O co w tym chodzi? Możesz mi to wyjaśnić, Raiju? Ja 

nie rozumiem, nie rozumiem, ale ściągnę go z powrotem do domu. 

Zatrzymał się przy jednym z frachtowców, na którego pokładzie krzątała się załoga. 

-  Popłynę  za  nim  -  wyjaśnił  Raiji.  -  Mam  zgodę  wielkiego  Antufjewa,  aby  zabrać 

chłopca ze statku. Pod warunkiem, że zdołam dogonić „Nataszę”, a jej kapitan mnie posłucha. 

Dostałem od Antufjewa dokument z jego podpisem i pieczątką... 

Poklepał się w pierś i złożył się do skoku na pokład frachtowca. Ale Raija uczepiła się 

jego ramienia. 

-  Nie  powstrzymasz  mnie  -  wyjaśnił.  -  Nikt  mnie  nie  powstrzyma.  Nie  pozwolę 

chłopcu  wypłynąć  na  pół  roku,  i  to  na  takim  statku!  Co  z  tego,  że  nazwany  jest  imieniem 

córki  Antufjewa,  skoro  to  wrak!  Jedyne,  co  zrobili,  to  go  ładnie  odmalowali  z  zewnątrz.  W 

ś

rodku to ruina. Nie widziałem gorzej utrzymanej jednostki. To nie jest odpowiedni statek dla 

kogoś,  kto  po  raz  pierwszy  płynie  w  rejs!  Poza  tym  w  załodze  są  same  łajdaki.  Za  nic  w 

ś

wiecie nie wysłałbym swojego syna w takim gronie. A Walerij jest dla mnie jak syn. Złapię 

„Nataszę”, choćby mi przyszło płynąć aż do Vadso. Wyrwę stamtąd chłopaka! 

Puściła go i pozwoliła wskoczyć na pokład. 

- Pomóż mi! - poprosiła, wyciągając do niego rękę: - Płynę z tobą! 

Wasilij odmówił stanowczo. 

- Pomóż mi wejść na pokład, Wasiliju! Ja także kocham Walerij a - upierała się. 

-  Opóźniasz  nas,  Bykowa!  -  rzucił  twardo  i  odwrócił  się  do  niej  plecami.  Obcy  i 

niedostępny wydał polecenia załodze. Na pokładzie wzmógł się ruch. 

Raija  wpatrywała  się  we  frachtowiec,  oddzielony  od  nabrzeża  wąskim  pasem  wody. 

Kołysząc się na fali, raz po raz równał się relingiem z keją. 

Spoglądając  w  czarną  toń,  przepaść  między  nabrzeżem  a  burtą,  Raija  poczuła,  jak 

ś

ciska  ją  w  żołądku  i  w  gardle.  Zebrało  jej  się  na  mdłości.  Bała  się,  nie  miała  się  czego 

przytrzymać. Nikogo nie mogła poprosić o pomoc, bo wszyscy członkowie załogi krzątali się, 

zajęci  swoimi  obowiązkami.  Zresztą  w  obawie  przed  Wasilijem  nie  śmieli  nawet  na  nią 

patrzeć. 

Raija przełknęła ślinę. Coś ją popychało do podjęcia takiej właśnie decyzji. Siła, nad 

którą nie miała władzy. 

Nie  oglądając  się  za  siebie  ani  nie  patrząc  w  dół,  uczepiła  się  spojrzeniem  pleców 

Wasilija i skoczyła. 

background image

Palcami  złapała  powietrze.  Chyba  krzyknęła,  bo  w  ułamku  sekundy  ujrzała,  jak 

Wasilij z niedowierzaniem w twarzy odwraca się gwałtownie i wyciąga ku niej ręce, których 

nie udało jej się jednak uchwycić. 

Zacisnęła  palce  na  drewnianej  burcie  i  poczuła  ból  w  zdartych  do  krwi  opuszkach 

palców.  Twarz  miała  przy  samej  burcie.  Czuła  kołysanie  fal.  Zdawało  jej  się,  że  huśta  się 

wraz z całym statkiem, ale bała się spojrzeć w bok, bała się spojrzeć w dół. 

Utkwiła wzrok w brązowych, gładkich deskach. 

Ż

eby  tylko  frachtowiec  nie  przybliżył  się  do  nabrzeża,  bo  mnie  zgniecie,  pomyślała 

trzeźwo. Nie słyszała, jak Wasilij woła ją po imieniu, nie słyszała gwaru głosów załogi. Bicie 

serca zagłuszało wszystko. 

Poczuła  jednak  dłonie,  które  uchwyciły  ją  za  nadgarstki,  a  potem  ujęły  pod  pachy  i 

uniosły w górę. 

Kiedy  znalazła  się  na  pokładzie,  padła  wprost  w  ramiona  Wasilijowi,  któremu  nie 

pozostało nic innego, jak ją przygarnąć. Drżała, przytulona do niego, czuła szum w uszach, a 

on tylko poklepywał ją zakłopotany po plecach, rozglądając się wokół bezradnie. 

- Zwolnijcie cumy - wrzasnął. 

Aż zahuczało jej w głowie, ale opanowała się i przestała trząść. Zdołała się uwolnić z 

jego objęć. Jego twarz, całkiem obnażona, wyrażała rezygnację. 

- Jeśli już tak bardzo chcesz, możesz popłynąć - rzucił krótko. - Przecież nie wyrzucę 

cię na ląd. 

Potem odwrócił się i odszedł od niej. 

background image

14 

Dzień,  jak  na  tę  porę  roku  u  wybrzeży  Morza  Białego,  nie  był  bardzo  zimny,  ale 

porywisty wiatr, wypełniający żagle, przenikał na wskroś. Rai ja szczękała zębami zziębnięta, 

bo jak na złość założyła kurtkę utkaną z cieńszej wełny. Przyjdzie jej teraz marznąć przez to, 

ż

e chciała wyjść wiośnie naprzeciw. 

- Schowaj się na dole! - nakazał jej Wasilij. 

Dwumasztowe  frachtowce  miały  częściowo  zabudowany  pokład.  Były  mniejsze  i 

lżejsze od trzymasztowych statków handlowych, ale choć ustępowały im powierzchnią żagli, 

znakomicie  spisywały  się  na  wodzie.  Kursowały  po  Morzu  Białym.  Używano  ich  do 

przewozu ładunków na niewielkie odległości. Gdy zachodziła potrzeba, radziły sobie także na 

dłuższych dystansach. 

Raija  weszła  pod  pokład,  gdzie  zdecydowanie  mniej  wiało.  Dygocząc  z  zimna, 

usadowiła  się  zaraz  z  brzegu.  Nie  miała  odwagi  przejść  do  kajut  usytuowanych  w  części 

rufowej.  Pozostała  w  ładowni,  która  na  razie  była  zapełniona  zaledwie  kilkoma  stertami 

worków z mąką i paroma beczkami z niewiadomą zawartością. 

Wsuwając dłonie do rękawów, zahaczyła połamanymi paznokciami o tkaninę. Obtarte 

do krwi opuszki palców szczypały ją i kłuły. 

Zamknęła oczy. 

Jej  wyczyn  z  pewnością  nie  pozostał  nie  zauważony.  Zastanawiała  się,  co  pomyśli 

Jewgienij,  gdy  się  o  wszystkim  dowie.  W  obecności  Wasilija  zawsze  wpadała  w  tarapaty. 

Byłoby  chyba  najlepiej,  gdyby  zerwali  wszystkie  łączące  ich  więzy.  Ale  to  przecież 

niemożliwe! Nie potrafiłaby przestać się troszczyć o Jelizawietę i Walerija. 

Uśmiechnęła  się  sama  do  siebie,  przypomniawszy  sobie  swój  skok.  Szkoda,  że  nie 

mogła  tego  widzieć!  Zapamiętała  jedynie  ślepy  strach,  którego  chyba  do  końca  życia  nie 

zapomni. 

Dlaczego to zrobiła? 

Po prostu musiała popłynąć. 

Tylko tyle wiedziała. 

Kiedy  próbowała  dociec  przyczyny,  czuła  łomotanie  w  skroniach,  a  wokół  głowy, 

jeszcze  ciaśniej  niż  zazwyczaj,  zaciskała  się  niewidzialna  obręcz.  Napotykała  opór  nie  do 

pokonania. 

background image

Ktoś uchylił właz. Dostrzegła skrawek nieba, a po chwili nogi Wasilija. Zszedłszy na 

dół, popatrzył na Raiję siedzącą na kołyszącej się na boki beczce. Podał jej dłoń i pociągnął 

za  sobą  do  najbliższej  kajuty.  Tam  zapalił  lampę  i  poprosił,  by  przeniosła  się  na  starannie 

posłaną koję. 

-  Raiju,  twój  mąż  jest  właścicielem  tego  statku  -  rzekł.  -  Czy  sądzisz,  że  żona 

któregokolwiek z armatorów usiadłaby w ładowni? 

Rai ja milczała. 

- Dlaczego, do diabła, skoczyłaś na pokład? - zapytał, rozpinając kurtkę. 

Stanął  przed  nią  i  zacisnął  ręce  na  ramionach,  usiłując  w  jej  oczach,  w  twarzy, 

wyczytać możliwą do przyjęcia odpowiedź. 

- Bo nie chciałeś mi pomóc wejść - odparła po prostu Rai ja. 

Wasilij  przewrócił  oczyma  i  puścił  ją.  Gestykulując  nerwowo,  chodził  od  ściany  do 

ś

ciany niewielkiej kajuty. 

-  Nie  chciałem  wziąć  cię  na  pokład!  -  zagrzmiał,  ale  zaraz  łagodniej  dodał:  -  Dla 

twojego dobra. 

Temperament  miał  Wasilij  podobny  jak  Raija.  Szybko  wybuchał,  ale  też  gniew 

przechodził mu w parę chwil. 

Stanął i odwrócony do niej tyłem, oparł czoło o framugę drzwi. 

- Robię, co mogę, Raiju Bykowa, żeby zaznaczyć dzielący nas dystans. Nie chcę, żeby 

ś

piewano o tobie w gospodach sprośne piosenki. Nie chcę, żeby kobiety przewyższające nas 

urodzeniem plotkowały na twój temat i snuły domysły, co nas łączy. Myślałem, że obędzie się 

bez  zrywania  naszej  przyjaźni,  która  ogromnie  wiele  dla  mnie  znaczy.  Ale  chyba  nie  będę 

miał innego wyjścia, skoro nieustannie popadamy razem w jakieś tarapaty. Dla twojego dobra 

nie będę cię mógł widywać, a to znaczy także, że nie będę ci mógł powierzyć dzieci. To nie 

groźba, Raiju. Dla mnie byłby to duży cios. Że nie wspomnę o dzieciach, które polubiły cię, 

ba, pokochały, pomimo swych zziębniętych serc. Ryzykując życie, by dostać się na statek, na 

który odmówiłem ci wstępu, wszystko dodatkowo skomplikowałaś. 

-  Wasiliju  Uskow!  Zarozumiały  głupcze!  -  przerwała  mu  z  ciężkim  sercem  Raija.  - 

Gdyby  chodziło  tylko  o  ciebie,  pozwoliłabym  ci  spokojnie  odpłynąć.  Ale  ja  także  ogromnie 

się lękam o Walerija. Stałam się dla niego kimś bliskim. W tamtej chwili czułam się jak jego 

matka. 

- Masz swoje dzieci, dla których jesteś matką - odgryzł się. - Te są ci tylko użyczone! 

Nie wyobrażaj więc sobie za dużo. 

background image

-  Wszystkie  dzieci  są  nam  użyczone.  Myślałam,  że  to  wiesz  -  odparła  Rai  ja  cicho  i 

wyjaśniła:  -  Musiałam  z  tobą  popłynąć  ze  względu  na  Walerija.  Popchnęła  mnie  do  tego 

skoku  siła,  która  drzemie  we  mnie.  Inaczej  bym  się  nie  odważyła.  Gdybym  sama  sterowała 

swoją wolą, zatrzymałabym się na krawędzi. Boję się wody, wiesz o tym. 

Wasilij walnął pięścią w drzwi kajuty i zaklął szpetnie. Przeczesał ręką gęste włosy. 

-  Zbyt  łatwo  i  często  powołujesz  się  na  tę  moc,  której  my,  inni,  nie  pojmujemy. 

Zawsze  gdy  potrzebujesz  wymówki!  A  my  wszyscy  czołgamy  się  u  twoich  stóp.  Zaczyna 

mnie to męczyć, Raiju. To czyni cię inną... Taką ponad nami... Bądź naszą Carycą, ale nie w 

taki sposób... 

-  Nie  lubię  tego  przydomku  -  powiedziała  cienkim  głosem  Raija.  -  Dogonimy 

„Nataszę”? 

Wasilij wzruszył tylko ramionami. 

-  Wychodzę!  Posiedź  tutaj,  dobrze?  Nie  chcę,  żebyś  mi  się  kręciła  po  pokładzie 

przemarznięta  i  bezradna.  Tam  na  górze  mam  co  innego  do  roboty,  niż  opiekować  się  tobą. 

Jasne? 

Raija skinęła głową zapatrzona w jeden punkt. Dobry Boże, myślała. Czemu te słowa 

zabrzmiały  tak  znajomo?  Jakby  słyszała  je  już  kiedyś...  Jednak  to  nie  głos  Wasilija 

pobrzmiewał jej w głowie, ale głos kogoś, kogo powinna znać... 

Trwało  to  zaledwie  ułamek  chwili.  Kiedy  Wasilij  opuścił  kajutę,  uleciał  także  ów 

przebłysk wspomnienia i w żaden sposób nie umiała go z powrotem przywołać. Huczało jej 

jedynie w głowie, jakby gromada drwali wyrąbywała las. 

Minęło  dużo  czasu,  nim  coś  się  znowu  zaczęło  dziać.  Raija  czekała  cierpliwie. 

Poprzysięgła  sobie  bowiem,  że  nie  będzie  Wasilijowi  ciężarem.  Nie  chciała,  by  mógł  jej 

zarzucić,  że  ma  z  nią  same  kłopoty.  Poza  tym  wolała  nie  dawać  pretekstu  marynarzom  do 

rozpowiadania  plotek  po  całym  Archangielsku.  Miała  nadzieję,  że  dadzą  jej  wiarę,  kiedy 

wyjaśni, że popłynęła ze względu na Walerija. 

Gryzła  kostki  palców  ze  strachu,  kiedy  statkiem  kołysało  gwałtownie,  aż  w  burtach 

dawało się słyszeć głośne trzeszczenie. Na szczęście trochę się rozgrzała. 

- Uskow kazał powiedzieć, że możecie wejść na pokład! - przekazał wiadomość jeden 

z marynarzy. 

Wasilij zademonstrował, że nie jest uległym wielbicielem, uganiającym się za Raiją. 

Zerwała się na równe nogi, nim marynarz zdążył się odwrócić. 

- Dogoniliśmy „Nataszę”? - zapytała z napięciem w głosie. 

Serce waliło Raiji tak mocno, że zdawało się jej, że on to także słyszy. 

background image

- Prawie - odpowiedział chłopak lakonicznie i ruszył przodem po schodkach. 

Nie męczyła go dodatkowymi pytaniami. Rozumiała onieśmielenie młodzieńca, który 

pewnie wiedział, kim ona jest. Poza tym może wstydził się kobiet i nie potrafił zachowywać 

się z hałaśliwą swobodą w ich towarzystwie? Był jeszcze taki młody. Wspięła się za nim na 

pokład,  gdzie  podmuchy  wiatru  wdarły  się  jej  pod  ubranie,  sprawiając,  że  poczuła 

przenikliwy  chłód.  Związała  mocniej  chustkę  pod  brodą.  Cale  szczęście,  że  wychodząc  z 

domu, zarzuciła na kurtkę ciepły wełniany szal, który zwykle rzadko nosiła. Teraz bardzo jej 

się  przydał.  Otuliła  nim  głowę  i  ramiona.  Pomyślała  przy  tym,  że  teraz  w  żaden  sposób  nie 

przypomina  Carycy.  Może  ten  przydomek  odlepi  się  wreszcie  od  niej,  choć  jak  dotąd 

daremnie  z  nim  walczyła.  Przerażało  ją  uwielbienie,  z  jakim  się  do  niej  odnoszono. 

Uczyniono  z  niej  jakąś  baśniową  bohaterkę,  której  nadano  boskie  cechy.  Przecież  ten 

wizerunek  nie  przystawał  do  prawdy!  Przez  to  nabawiła  się  straszliwego  lęku,  żeby  nie 

zawieść tych wszystkich ludzi, którzy ślepo wierzyli w rozpowiadane o niej historie. 

Chwiejąc  się,  dotarła  do  Wasilija,  który  stał  na  dziobie  przy  relingu  i  obserwował 

burtę po lewej stronie. 

Zawiało  tak  gwałtownie,  że  Rai  ja  złapała  go  za  ramię,  żeby  się  nie  przewrócić. 

Spojrzał na jej dłoń i nic nie mówiąc, westchnął tylko z rezygnacją. 

-  Czy  to  „Natasza”?  -  Raija  musiała  krzyknąć,  żeby  ją  usłyszał,  mimo  że  stali  tak 

blisko siebie. 

Potwierdził. 

Doganiali żaglowiec głębiej zanurzony niż lżejszy frachtowiec bez ładunku, ale mimo 

wszystko  upłynął  jakiś  czas,  nim  zrównali  się  z  „Nataszą”  burtami.  A  jeszcze  dłużej  trwało 

przekonywanie kapitana, by się zatrzymał. 

Wyraźnie  było  mu  to  nie  w  smak,  ale  frachtowiec  nie  dawał  za  wygraną  i  jak 

przylepiony płynął burta w burtę z „Nataszą”. 

- Kto wie, czy nie przyjdzie nam za nimi płynąć do samego Vadso! - zawołała Rai ja 

zrezygnowana. 

- Borysie Maksimów! - zagrzmiał Wasilij z dłońmi zwiniętymi przy ustach w trąbkę. - 

Mam dokument od Antufjewa zezwalający na zatrzymanie „Nataszy”! 

Ż

adnych oznak refowania żagli. 

Raija,  odsunąwszy  się  kilka  kroków  od  Wasilija,  zdjęła  z  głowy  szal  i  chustkę  i 

rozpuściła włosy, które załopotały na wietrze. 

Miała nadzieję, że poznają, kim jest, a wciąż żywy jej mit, a także nazwisko, przekona 

ich do zatrzymania statku. 

background image

- Borys Iwanowicz! - zawołała, nie mając pewności, czy w ogóle jej glos dolatuje do 

„Nataszy”. - Błagam was! Zatrzymajcie się! 

-  Zmarzniesz  na  kość!  -  Wasilij  otulił  ją  na  powrót  szalem,  ale  nie  udało  mu  się 

schować  wszystkich  kosmyków,  które  teraz  powiewały  na  wietrze,  tworząc  wokół  bladej 

twarzy Raiji jakby języki czarnego ognia. 

Wpatrywała się w kolorową burtę „Nataszy”. Była tak blisko... Uchwyciła się palcami 

krawędzi  burty  frachtowca.  Wasilij  stanął  za  Raiją  i  bezwiednie  zacisnął  dłonie  na  jej 

ramionach. Oboje wstrzymali oddechy. 

Powoli coś zaczęło się dziać na pokładzie statku, który  wyraźnie zaczął zwalniać, by 

wreszcie zakołysać się lekko na falach. 

Na dziobie stanął sam pryncypał i popatrzył na nich z góry. 

-  Do  diabła,  Wasiliju  Uskow,  jaka  cholera  cię  tu  sprowadza?  -  ryknął  Borys 

Iwanowicz  Maksimów.  -  Masz  swój  statek,  co  ci  do  mojego?!  -  Ale  spoglądając  ku  Raiji, 

dodał: - Gdybyś nie miał jej na pokładzie, za nic bym się nie zatrzymał.  Co, u licha, robi w 

twoim towarzystwie ten anioł? Bykowa! Dla ciebie zatrzymałbym nawet całą flotę. Dla tego 

buntownika nigdy! Wasilij pomachał dokumentem od Antufjewa i zawołał: 

- Masz na pokładzie chłopca, Borys. Chcę go zabrać. Mam zgodę i podpis Antufjewa. 

Na górze zapadła cisza. 

-  To  mój  bratanek,  Borys.  Ma  dopiero  jedenaście  lat.  Odpowiadam  za  niego!  Jeśli 

kiedyś popłynie w rejs na zachód, to ze mną. 

- A więc zrobił to bez pytania? Rai ja pokiwała głową, prosząc: 

- Pozwól nam go zabrać do domu. 

Maksimów, nie odchodząc od relingu, rzucił komendę przez ramię. Rozmowa urwała 

się.  Zresztą  co  to  za  rozmowa,  kiedy  porywisty  wiatr  kradnie  słowa  i  trzeba  wrzeszczeć,  by 

cokolwiek usłyszeć. 

Raija  i  Wasilij  mimowolnie  szukali  w  sobie  wsparcia,  jakby  wspólnie  stanęli 

przeciwko  całemu  światu.  Jego  policzek  dotykał  niemal  jej  skroni,  a  dłonie  zaciskały  się  na 

jej ramionach. W chwili jak ta potrzebował jej siły, tak samo jak ona. Oboje czuli podobnie. 

- Może on nie chce zejść - odezwała się zaniepokojona Raija. 

- Musi! - odparł Wasilij. 

Wreszcie przy relingu zobaczyli chłopca. Przyprowadził go rosły marynarz, pchnął w 

stronę  kapitana  równie  potężnej  postury.  Niewysoki  Walerij  ustawiony  pomiędzy  dwoma 

wilkami morskimi wydawał się jeszcze drobniejszy. 

background image

Raija wyobraziła sobie Walerija wśród załogi złożonej z takich mężczyzn. Nie było to 

odpowiednie towarzystwo dla chłopca. Nie pozwoli, by rozpijali go kwasem. 

- Czy to on? - zapytał kapitan „Nataszy”. 

- Tak, to on. 

- Spuścimy go na linie - zawołał spokojnie Borys Maksimów. 

Ale  Walerij  wyraźnie  się  opierał.  Tłumaczył  coś  gorączkowo.  Choć  z  tej  odległości 

nie było słychać co, Raija i Wasilij nie wierzyli własnym oczom. 

Nie  zważając  jednak  na  sprzeciwy  chłopca,  marynarze  owiązali  go  liną  i  powoli 

opuścili w dół. Drobny i przerażony dyndał zawieszony między niebem a morzem. 

Frachtowiec  zbliżył  się  burtą  do  „Nataszy”.  Wasilij  puścił  Raiję  i  czekał,  gotów 

przytrzymać Walerija, gdy tylko będzie dość blisko. Udało się! Wciągnął chłopca na pokład i 

rozwiązał  linę,  którą  był  umocowany.  Marynarze  z  „Nataszy”  wciągnęli  ją  z  powrotem  na 

swój  pokład.  Załogi  przekazały  sobie  pozdrowienia,  jak  nakazywał  obyczaj,  i  w  tej  samej 

chwili,  gdy  frachtowiec  odsunął  się  powoli  od  statku  Antufjewa,  Borys  Maksimów  dał 

komendę, by na nowo postawiono żagle. 

Walerij, blady na twarzy, z oczami pełnymi łez, szamotał się z wujem, kopał go i bił, 

nie pozwalając się dotknąć. Splunął Wasilijowi pod nogi i rozjuszony, zdawał się  głuchy  na 

wszystkie jego wyjaśnienia. 

-  Jesteś  za  młody,  żeby  płynąć  na  własną  rękę  -  tłumaczył  Wasilij,  przezornie  nie 

zbliżając  się  do  chłopca.  -  Szczególnie  na  statkach  Antufjewa,  które  nawet  szczury  omijają 

szerokim łukiem. „Natasza” to pływająca trumna! Mogłeś poprosić mnie, żebym cię zabrał! 

Cisza. 

Walerij  wpatrywał  się  w  Wasilija,  zaciskał  dłonie  w  pięści,  a  jego  twarz  aż 

wykrzywiła się z wściekłości. 

-  Sam  zapytałeś  Antufjewa,  prawda?  -  ciągnął  Wasilij.  -  Skoro  rozmawiałeś  z  nim, 

Waleriju, to znaczy, że możesz mówić. Czemu więc nie porozmawiałeś ze mną na ten temat? 

Frachtowiec  zawrócił  i  teraz  wiatr  wiał  im  w  plecy,  przez  co  bynajmniej  nie  zrobiło 

się cieplej. 

Raija  zachowywała  się  cicho.  Stała  z  tyłu,  obserwując  rozgrywającą  się  scenę. 

Obawiała  się,  że  Wasilij  zbyt  ostro  napadł  na  chłopaka,  który  znów  schował  się  w  swojej 

skorupie. Gniew do niczego nie doprowadzi! 

Podeszła bliżej i położyła dłoń na ramieniu Wasilija. Ten niemal ją odepchnął, jakby 

opędzał  się  od  natrętnej  muchy.  Zaraz  się  jednak  opamiętał  i  napotkał  jej  spojrzenie,  co 

wystarczyło, by pojąć zawarte w nim ostrzeżenie. 

background image

Westchnął i pozwolił, by go zastąpiła. 

-  Tutaj  jest  zimno,  Waleriju  -  zwróciła  się  Raija  do  chłopca.  -  Chodź  ze  mną  pod 

pokład. Po co masz przemarznąć? 

Popatrzył  na  nią  spode  łba,  ale  w  końcu,  zrezygnowany  i  naburmuszony,  poszedł  za 

nią. Co prawda nie chwycił jej za rękę, ale najważniejsze, że posłuchał. 

Raija  puściła  go  przodem  po  schodkach  prowadzących  pod  pokład  i  powstrzymała 

Wasilija, który chciał zejść razem z nimi. 

- Nie teraz - powiedziała. - Jeszcze nie. Będziesz mógł przyjść za chwilę. Pozwól, że 

najpierw ja sobie z nim sama porozmawiam. 

Wasilij naburmuszył się niemal tak samo jak bratanek. Raija w duchu uśmiechnęła się 

rozbawiona.  Pośpiesznie  pogłaskała  go  po  policzku,  bo  wydał  jej  się  też  małym  chłopcem, 

który potrzebował pociechy. Chłopcem spragnionym uwagi i oddania. 

- Najpierw trochę ochłoń, Wasia - rzekła tylko. - I nie wściekaj się, bo tylko wszystko 

popsujesz między wami... 

Skinął głową i pozwolił jej zejść na dół. Zamknął za nią właz. 

Raija  po  ciemku  odszukała  drzwi  od  kapitańskiej  kajuty,  gdzie  było  znacznie  cieplej 

niż  na  pokładzie.  Walerij  nie  odzywał  się,  ale  wszedł  za  nią,  udając,  że  robi  to  pod 

przymusem. 

Siadł na brzegu koi i rozpiął kurtkę. 

- Pewnie jesteś głodny? - zapytała Raija i pogrzebała w szafkach, by uszczknąć coś z 

zapasów kapitana. - Nie dali wam tam jeść, co? - dodała, patrząc pytająco na Walerija. 

Pokręcił głową. 

Raija  ułamała  kawał  pszennego  chleba,  którym  pewnie  i  kapitan  nie  co  dzień  się 

raczył, ale uznała, że Walerij musi się najeść do syta. 

Pałaszując, jakby pakował jedzenie do worka bez dna, zjadł cały bochen chleba. 

-  Powinieneś  się  czegoś  napić  -  rzekła  Raija  z  żalem.  -  Ale  w  samowarze  nie  ma 

węgla, a Wasilij by mi nie darował, gdybym cię poczęstowała kapitańską wódką. 

Walerij  uśmiechnął  się.  Usiadł  głębiej  na  koi  i  wcisnął  się  w  kąt.  Podciągnąwszy 

kolana, objął je rękami. 

- Mogę usiąść obok ciebie? - zapytała Raija, podchodząc powoli. 

Dawała  mu  do  zrozumienia,  że  może  ją  powstrzymać.  Że  uszanuje  jego  wolę,  nawet 

jeśli nie zgodzi się mieć jej obok siebie. 

Walerij kiwnął głową. 

background image

Raija  usiadła  na  drugim  końcu  łóżka.  Może  kapitan  nie  byłby  tym  zachwycony,  ale 

akurat teraz się tym nie przejmowała. 

- Wasilij nie jest na ciebie zły, a w każdym razie nie tak bardzo - zaczęła. - Bardzo się 

o  ciebie  bał,  a  w  takiej  chwili,  gdy  już  niebezpieczeństwo  minie,  człowiek  często  reaguje 

złością. On cię bardzo kocha. Nie każdy poruszyłby niebo i ziemię, żeby cię zabrać z takiego 

statku... 

Walerij  nie  odpowiedział,  ale  Raija  wiedziała,  że  słucha,  mimo  że  stara  się  przybrać 

obojętny wyraz twarzy. 

- Wszyscy baliśmy się o ciebie, rozumiesz? - ciągnęła Raija. - Gdybyś wiedział, ile się 

Wasilij  nabiegał  po  porcie,  żeby  cię  znaleźć!  Ja  zresztą  też.  -  Zaśmiała  się.  -  Poza  tym 

musiałam sama wskoczyć na pokład frachtowca, bo twój wuj nie chciał mnie ze sobą zabrać. 

Raija pokazała mu swoje palce i otarte do krwi opuszki. 

- Nie całkiem mi to wyszło - wyjaśniła. - Ale dostałam się na pokład. Nie ukrywam, że 

przeżyłam chwile grozy, na szczęście udało się... 

-  Upadłaś?  -  zapytał.  Serce  Raiji  na  moment  przestało  bić.  Nie  słyszała  przecież 

jeszcze  głosu  Walerij  a  na  jawie.  Brzmiał  trochę  inaczej  niż  wtedy,  gdy  chłopiec  krzyczał 

rozdzierająco przez sen. 

Opanowała  się  jednak,  by  nie  dać  znać  po  sobie,  jak  wiele  to  dla  niej  znaczy. 

Gwałtowne wybuchy uczuć przerażały chłopca. 

- Przez chwilę zawisłam na burcie, ale wciągnęli mnie na pokład. Wasilij bardzo się na 

mnie rozzłościł. Nawet nie wiesz, jak mnie skrzyczał. Ja też się zdenerwowałam na niego. Ale 

już nam przeszło... 

Walerij jakby się rozluźnił. Jego spojrzenie się ożywiło, a policzki nabrały rumieńców. 

Rai ja była w każdym razie pewna, że jej słucha. 

- Tak bardzo tęsknisz za tym, żeby stąd wyjechać? - zapytała i umilkła, dając chłopcu 

czas na odpowiedź, o ile zechce jej udzielić. 

Nie chciał. 

Rai ja spróbowała ponownie. 

- Chciałeś bardzo popłynąć na zachód? Dlatego zamustrowałeś się na „Nataszy”? 

Znów bez odpowiedzi. 

- A może chcesz jedynie wyjechać z Archangielska? Wreszcie skinął głową, ale uciekł 

spojrzeniem. Raija zastanawiała się, czy odpowiedział szczerze, czy też chce ją jedynie zbyć. 

Lękała się, że ten wrażliwy chłopak całkiem się od nich oddali. 

background image

- Myślę, Waleriju, że Wasilij chętnie cię ze sobą zabierze. Nie proponował ci tego, bo 

może zdawało mu się, że jesteś jeszcze za mały? Kiedy się kogoś bardzo kocha, chciałoby się 

go  chronić  i  czasami  człowiek  staje  się  zbyt  troskliwy.  Rozumiesz,  o  czym  mówię?  Wasilij 

być  może  uważał,  że  ten  rejs  będzie  za  trudny,  zbyt  długi  dla  ciebie.  Dlatego  nie  pytał,  czy 

byś z nim popłynął. Ale wydaje mi się, że zastanawiał się nad tym. 

- Mówił ci coś? - spytał Walerij wyzywająco. Znów radość napełniła serce Raiji. Było 

to uczucie tak intensywne, że niemal czuła ból w piersiach. Najchętniej pognałaby na pokład i 

opowiedziała  Wasilijowi  o  tym,  że  chłopiec  przemówił.  Chciało  jej  się  krzyczeć  na  cały 

głos... 

Ale  mogłaby  wówczas  zniszczyć  tę  chwilę  szczerości.  Tym  bardziej  że  nie  była 

pewna, czy chłopak w pełni uświadamia sobie, że wreszcie się odezwał. 

- Nie powiedział - pokręciła głową. 

- A więc nie możesz tego wiedzieć! 

- Nie, nie mogę - przyznała z największą powagą. - Ale wydaje mi się, że znam dość 

dobrze twojego wujka, by móc się tego domyślać. Wasilij jest bardzo miły i dobry. Chce dla 

ciebie  i  Jelizawiety  jak  najlepiej.  Co  do  tego  nie  możesz  mieć  żadnych  wątpliwości.  Może 

zdawało  mu  się,  że  powinien  was  oboje  zabrać  ze  sobą  w  rejs,  ale  postanowił  poczekać,  aż 

Jelizawieta  podrośnie?  Myślę  jednak,  że  twoja  siostra  nie  będzie  miała  pretensji,  iż  to  ty 

popłyniesz „Raisą” w rejs do Norwegii, gdy ona w tym czasie zamieszka ze mną. Jelizawieta 

zrozumie, że jest jeszcze trochę za mała, aby wam towarzyszyć. Zresztą tak się przyjęło, że to 

chłopcy płyną na morze, prawda? 

Pokiwał głową poważnie. Najwyraźniej przekonały go te słowa. 

- Masz szansę zapytać Wasilija - doradziła Raija. - Jestem pewna, że się zgodzi. A na 

pokładzie „Raisy” będzie ci znacznie lepiej niż na „Nataszy”. - Uśmiechnęła się. - Poza tym 

„Raisa”  to  jakby  mój  statek.  Nosi  moje  imię.  Wolę,  żebyś  popłynął  nim  niż  żaglowcem 

nazwanym imieniem tej zarozumiałej córki Antufjewa. Pomyśleć, że wpadło ci do głowy, by 

tam się zamustrować! 

Znów  ten  pośpieszny  nieśmiały  uśmiech.  Raija  dostrzegła  uderzające  podobieństwo 

chłopaka  do  rodziny  jego  ojca.  W  przyszłości  Walerij  rozpali  niejedno  niewieście  serce, 

pomyślała. I napełniła ją bezbrzeżna czułość, coś na kształt dumy i miłości. 

Poczuła się mu bardzo bliska, mimo że nie łączyły ich więzy krwi. 

-  Jesteś  zakochana  w  Wasiliju?  Nie  spodziewała  się  takiego  pytania.  Na  moment 

odebrało jej mowę, ale zaraz opanowała się i zaprzeczyła. 

- Jelizawieta mówi, że wujek się w tobie kocha. 

background image

-  Jesteśmy  przyjaciółmi  -  odparła  Raija,  unikając  zagłębiania  się  w  szczegóły. 

Chłopiec był jeszcze mimo wszystko za mały, żeby zrozumieć zawiłości ludzkich uczuć. Nie 

potrafiłby pojąć, że niektórych może łączyć pokrewieństwo dusz. 

Tyle  jest  różnych  rodzajów  miłości!  Tyle  różnych  sposobów  okazywania  sobie 

oddania i wierności. 

-  Może  nieczęsto  się  zdarza  przyjaźń  pomiędzy  kobietą  a  mężczyzną  -  wyjaśniła 

spokojnie.  -  Ale  zdarza  się.  Ja  odczuwam  to  tak,  jakby  Wasilij  był  moim  starszym  bratem. 

Tak samo jak ty jesteś starszym bratem Jelizawiety, rozumiesz? 

-  Raija  jest  trochę  jakby  twoją  ciocią  -  usłyszeli  od  drzwi  głos  Wasilija,  łagodny  i 

spokojny. 

Nie słyszała, kiedy wchodził. Zatrzymał się w drzwiach, wyjaśniając: 

- Na pokładzie wieje niemiłosiernie. Chcesz ze mną popłynąć na zachód, Waleriju? - 

zapytał po chwili. Gniew, jakiemu dał upust wcześniej, zniknął bez śladu. Jakby odleciał na 

rozpostartych ptasich skrzydłach.  - Miło mieć towarzystwo podczas takiego długiego rejsu - 

wyjaśnił,  a  jego  słowa  zabrzmiały  szczerze.  -  Chciałem  ci  zaoszczędzić  tej  wyprawy. 

Myślałem,  że  będziesz  się  nudził.  Spędzamy  przecież  na  morzu  wiele  tygodni.  Często  jest 

fatalna  pogoda.  Na  pokładzie  nie  dzieje  się  znów  tak  wiele  ciekawego.  Każdy  ma  swoją 

robotę,  której  musi  pilnować.  A  kiedy  spuszczamy  kotwicę,  to  znowu  też  nie  robimy  nic 

takiego,  co  mogłoby  być  interesujące  dla  chłopca  w  twoim  wieku.  Przeważnie  handlujemy. 

Kupujemy  ryby.  Rzadko  bawimy  się  na  lądzie.  Ale...  przynajmniej  zobaczysz  Norwegię.  - 

Uśmiechnął  się.  -  No  i  unikniesz  tej  krypy.  Lepiej  chyba  spać  w  kapitańskiej  kajucie  niż  w 

ciemnym,  zatęchłym  kubryku,  chociaż  kubryk  na  „Raisie”  i  tak  jest  o  niebo  lepszy  niż  na 

„Nataszy”. 

- Już twój wujek o to zadbał - uśmiechnęła się Raija, nie mogąc się powstrzymać od 

drobnej złośliwości. 

- Co ty na to, Waleriju? - zapytał. 

- Chcę popłynąć - odpowiedział chłopiec. 

background image

15 

Raija czuła się tak, jakby wysłała w świat swoje własne dziecko, bo Walerij zajmował 

w jej sercu miejsce szczególne. Zrozumiała jednak, że Wasilij podczas rejsu może ofiarować 

chłopcu więcej niż ona, gdyby pozostał z nią w chacie nad Dwiną. 

Jeśli pragnie się dobra dziecka, trzeba odważyć się dać mu swobodę. Trzeba pozwolić 

mu rozłożyć skrzydła, by posmakował wolności. Walerij musi się przekonać, że sobie poradzi 

także w świecie zdominowanym przez mężczyzn. 

Patrząc  za  odpływającą  „Raisą”,  Raija  doznawała  osobliwych  uczuć.  A  gdy  tylko 

straciła statek z oczu, już tęskniła za jego powrotem. 

Łudziła się w skrytości ducha, że Michaił nie wybierze morza, ale doskonale zdawała 

sobie sprawę, iż jej nadzieja rychło zostanie rozwiana. Bo przecież Jewgienij właśnie z myślą 

o  przyszłości  Miszy  utworzył  przedsiębiorstwo.  Nie  ma  wątpliwości,  że  ich  syn  pójdzie  w 

ś

lady ojca. Przejmie statki i interesy, a lęk matki mu w tym nie przeszkodzi. 

Jewgienij niewiele rozmawiał z Raiją o jej wyprawie z Wasilijem. 

Kiedy  wrócili  z  Walerijem,  czekał  na  nią  na  nabrzeżu  i  pomógł  zejść  na  ląd.  Na 

oczach  tłumu  gapiów  przytulił  ją  mocno,  pokazując  dobitnie,  czyją  jest  żoną.  Być  może  ta 

demonstracja  przeznaczona  była  także  dla  Wasilija.  Chociaż,  jak  zauważyła,  ci  dwaj  męż-

czyźni rozumieli się bez słów. 

Kuchnia  w  chacie  nad  Dwiną  stanowiła  swoisty  azyl.  Siedząc  tu  wieczorami  i 

wdychając  zapachy  mijającego  dnia,  człowiek  wracał  do  rzeczywistości.  Na  palenisku 

trzaskał ogień, za oknem czasem hulał wiatr, poza tym panowała cisza. Nawet myśli snuły się 

leniwie. 

Jelizawieta po cichutku wsunęła się do łóżka. Dzieliła izbę z dwojgiem najmłodszych 

dzieci. Tych troje czuło  się ze sobą bezpiecznie.  Jeśli nawet któreś zbudziło się w nocy, nie 

bało  się  i  nie  krzyczało.  Rozumieli,  że  nic  złego  nie  może  się  stać,  skoro  pozostali  śpią 

spokojnie. 

Taka bliskość może być dobra, niewypowiedzianie dobra, a Jelizawieta potrzebowała 

jej bardziej niż ktokolwiek inny. 

Raija  umyła  ostatni  garnek.  Opłukała  go  wodą  na  podwórku,  po  czym  zaryglowała 

drzwi na noc. W chacie zapanował przyjazny półmrok. 

Nie  potrzebowali  zapalać  lampy,  skoro  nic  więcej  nie  mieli  do  roboty.  Zbliżała  się 

najpiękniejsza  pora  roku.  Nadchodził  czas,  kiedy  naprawdę  warto  było  żyć.  Pozbyli  się 

background image

wreszcie  grubych  zimowych  ubrań,  ocknęli  z  zimowej  drzemki  i  wyszli  ze  swoich  chat. 

Niedługo  powietrze  ociepli  się,  złagodnieje,  a  słońce  muśnie  zimową  bladość  długo 

skrywanej skóry. 

Och, jak będzie przyjemnie! 

W powietrzu wyczuwało się nastrój oczekiwania. 

Wiosnę. 

- To wyjątkowy czas, kiedy już wyekspediuje się ostatni statek handlowy - powiedział 

Jewgienij, podając Raiji gorącą herbatę. Postawił na środku stołu samowar. W wypolerowanej 

srebrnej powierzchni odbijał się czerwono ogień z paleniska. - Teraz przyjdzie nam czekać na 

ich powrót - dodał. 

Raija poczuła niepokój w sercu, zastanawiając się, czemu Jewgienij o tym mówi. Czy 

chce ją w jakiś sposób wypróbować? 

Przecież  powinni  być  pewni  uczuć  względem  siebie!  Żadna  wątpliwość  nie  może 

zachwiać  ich  przekonania  o  wzajemnej  miłości.  Raija  powtarzała  to  mężowi  co  dzień. 

Zapewniała,  że  go  kocha  i  nie  wyobraża  sobie  życia  bez  niego.  Nikt  inny  nie  mógłby  zająć 

jego miejsca w jej sercu. 

- Siadaj, proszę! - Jewgienij poklepał zachęcająco miejsce obok siebie. 

Raija wytarła dłonie, zdjęła fartuch i usiadła na ławie obok męża. Popiła herbatę, którą 

jej podsunął, i popatrzyła, jak on także wychyla płyn ze swojego kubka. 

- Dobrze, kiedy mam cię tylko dla siebie - powiedział. 

- Zawsze masz mnie dla siebie - odparła. Objęła gorący kubek, grzejąc chłodne dłonie. 

W pierwszej chwili poczuła ból, ale potem już tylko miłe ciepło. 

- Zawsze? - zdziwił się Jewgienij, a w jego głosie zabrzmiał tak wielki smutek, jakby 

go mocno zraniła. 

Przeraziła się, bo nie chciała sprawiać mu bólu. Nikomu nie chciała... 

-  Zawsze  -  powtórzyła  z  niezachwianą  pewnością  i  spokojnie  popatrzyła  na  niego, 

czekając, aż odwróci ku niej twarz. 

- Tylu ludziom jesteś bliska - rzucił cicho, wytrzymując jej spojrzenie. 

Raiji zdawało się, że w jego słowach kryje się niemy wyrzut. 

- Łatwo ciebie pokochać, Raiju. Rozumiem więc wszystkich tych, którzy obdarzyli cię 

gorącym uczuciem. Nawet jestem z tego powodu odrobinę dumny. Kiedy pomyślę, że dla tylu 

ludzi tak wiele znaczysz, wtedy także mam ochotę mówić do ciebie: Caryco... 

Rai ja skrzywiła usta. 

background image

- Wolę, żebyś mówił do mnie: „mój aniele”. Tak nikt inny mnie nie nazywa. Chcę być 

dla ciebie kimś wyjątkowym, Jewgieniju... Niech łączy nas coś, o czym nikt inny nie wie, coś, 

co dotyczy tylko nas dwojga. 

- Nie jestem zazdrosny. - Jewgienij oparł się o ścianę, ale nie spuszczał z niej oczu. - 

Naprawdę nie jestem. Nie targa mną ślepa zazdrość o Wasilija... 

- I słusznie - weszła mu w słowo. - Nie ma najmniejszego powodu, żebyś musiał być 

zazdrosny o Wasilija. On jest jedynie moim przyjacielem. 

Jewgienij skinął głową. 

- Wiem, w końcu to wiem. 

Rai  ja  poczuła  głęboką  ulgę.  Najchętniej  krzyknęłaby  z  radości.  Tak  się  już  bała,  że 

przez jego chorobliwą zazdrość oddalą się od siebie. Byłoby to takie niepotrzebne. 

Jewgienij zaśmiał się cicho. Zwichrzył jej włosy i rozpuścił ciasno związany węzeł na 

karku. Od razu ustąpił nieprzyjemny ból głowy. 

- Teraz powinnaś mnie zapytać, jak na to wpadłem - powiedział, palcem wskazującym 

muskając  jej  policzek.  -  W  jaki  sposób  i  kiedy  zrozumiałem,  że  nie  muszę  się  obawiać 

Wasilija. 

- Kiedy? I jak? - uśmiechnęła się, pytając posłusznie. Podciągnęła nogi i wtuliła się w 

męża. 

- Pewnie mnie wyśmiejesz - rzekł i jakby nagle stracił ochotę na wyjaśnienia. Na jego 

twarzy odmalowało się zakłopotanie. 

Kiedy Raija tak na niego patrzyła, wiedziała, że kocha  go aż do bólu. To jej uczucie 

balansowało między dwoma skrajnościami: cierpieniem i zmysłowym oddaniem. 

Była  pewna,  że  zawsze  znajdować  będzie  radość  w  przyglądaniu  się  jego 

zdecydowanej twarzy. Chyba by uschła z żalu,  gdyby kiedyś miała dostrzec w jego pełnych 

powagi  oczach  obojętność.  Gdyby  wyczytała  w  nich  coś  innego  niż  miłość.  Nie  potrafiłaby 

ż

yć, gdyby z jego ust usłyszała, że już jej nie kocha. Takie słowa zabiłyby ją. 

Każda  zmarszczka  w  jego  twarzy,  zakola  i  pojawiające  się  tu  i  ówdzie  pasemka 

siwizny wzbudzały w niej ciepłe uczucia. Uwielbiała jego rosłą postać obdarzoną tylko jedną 

ręką,  jego  silną,  szorstką  dłoń,  długie  nogi  i  szeroką  pierś,  na  której  zawsze  znajdowała 

ukojenie. 

Kochała jego usta, nawet jeśli nie zawsze się uśmiechały. Kochała go całego. 

- Kiedy przestałeś być zazdrosny, Jewgieniju? - zapytała, całując go lekko w policzek. 

background image

Zauważyła,  że  wychudł.  Pomyślała,  że  przez  lato  będzie  musiała  bardziej  o  niego 

zadbać. Tylko że on latem nigdy na nic nie miał czasu. Na Dwinie panował wzmożony ruch. 

Tyle trzeba było zaplanować i załatwić. Niewiele wówczas sypiał. 

-  Właściwie  nie  przestałem  być  zazdrosny  -  poprawił  się Jewgienij.  -  Ale  przestałem 

postrzegać Wasilija jako swojego rywala. 

- Mężczyźni ciągle muszą się ze sobą ścigać - westchnęła. - Przecież Wasilij nigdy nie 

był twoim rywalem. 

- Ale chętnie by nim był - wtrącił Jewgienij. - Uff! Kiedy człowiek zaczyna mówić o 

uczuciach, wszystko wydaje się takie beznadziejne. Zauważyłaś? 

- Za bardzo się lękasz, by nie powiedzieć zbyt wiele - uśmiechnęła się Raija. - Jesteś 

mężczyzną. Potrafisz rozprawiać o tylu różnych sprawach, ale boisz się, że mógłbyś zanadto 

się odsłonić. Wolisz schować się w swojej skorupie i rozmawiać tylko o  konkretach, o tym, 

czego możesz dotknąć, wziąć do ręki. 

Raija wyciągnęła przed siebie dłonie. 

- A może również da się uchwycić uczucia? Tylko że one są tak delikatne, że ich nie 

wyczuwasz  w  garści...  Z  wyjątkiem  bicia  serca  -  uśmiechnęła  się  i  mocno  przycisnęła  do 

swojej  piersi  jego  dłoń.  Potem  podniosła  ją  do  swoich  warg  i  pocałowała  opuszki  palców, 

każdy  z  osobna.  -  Lub  pocałunku  -  dokończyła.  -  To  są  uczucia,  dotknąłeś  ich.  To  moje 

uczucia. Być może mógłbyś dotknąć i swoich? Wymaga to jednak ćwiczeń, wprawy... 

-  Kiedyś  trzeba  zacząć?  -  zapytał.  Przytaknęła.  Wokół  nich  zgęstniał  mrok.  Siedzieli 

przytuleni,  oparci  o  wyszorowane  do  białości  deski  kuchennej  ściany.  Niebieska  szafa  stała 

się im nocnym niebem. A ogień w piecu wysyłał ciepło i czerwony blask. 

-  Widziałem,  jak  skoczyłaś  na  frachtowiec  -  wyznał,  oparty  policzkiem  o  jej  głowę. 

Jedwabiste włosy zdawały się mu miękką poduszką. - Omal nie umarłem, bo już myślałem, że 

wpadniesz  do  wody  i  się  utopisz.  Kiedy  złapałaś  się  burty,  balem  się,  że  frachtowiec 

zakołysze się gwałtownie, odbije do kei i zgniecie cię. Moje serce stanęło, przestało bić. Nie 

byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Stałem jak przyrośnięty do ziemi, póki nie zobaczyłem, 

ż

e cię wciągnęli na pokład... 

Raija ujrzała zdarzenie jakby z jego strony. Do tej pory przeżywała tę chwilę jedynie 

przez  pryzmat  własnego  strachu,  koszmarnego,  pozbawiającego  ją  zdolności  myślenia  i 

odczuwania czegokolwiek poza tym. 

Jewgienij uścisnął ją w ramię i przytuliwszy mocniej, pocałował w czoło. 

- Widziałem, jak Wasilij objął ciebie dwoma ramionami... 

background image

Raija usłyszała w jego słowach gorycz. Uznała jednak, że lepiej, iż wydusił to z siebie, 

niż gdyby miał w sobie tłumić. 

- Pomyślałem, że jesteś ze mną jedynie z litości, a tak naprawdę kochasz jego. Jest taki 

przystojny.  Kobiety  za  nim  szaleją.  Potrafi  oczarować  każdą,  którą  spotka,  wszystko  jedno, 

czy  ma  osiem  czy  osiemdziesiąt  lat.  Tyle  w  nim  radości,  łatwo  go  polubić.  I  taki  w  tobie 

zakochany. Jesteście do siebie podobni. Macie ze sobą więcej wspólnego niż my, ty i ja... 

Znów pocałował ją w czoło. 

Raija nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Cóż zresztą mogła rzec? To, co powiedział 

do tej pory, było zaskakująco prawdziwe. Skłamałaby, mówiąc mu, że się myli. 

-  Byłem  niemal  pewien,  że  cię  straciłem  -  mówił  dalej.  -  Koszmarne  uczucie.  Nie 

przeżyłbym  tego  po  raz  drugi.  Ale  w  następnej  chwili  zobaczyłem,  że  stoisz  wyprostowana 

jak struna. Ty, która w moich objęciach jesteś miękka jak wosk. - Roześmiał się i przycisnął 

mocniej policzek do jej włosów. - Wtedy wreszcie dorosłem. Zrozumiałem, że dla ciebie nie 

jest  najważniejsze,  ile  ramion  cię  tuli,  i  wtedy  już  wiedziałem,  że  mnie  nie  opuścisz  dla 

Wasilija.  Że  jesteś  moja.  Zrozumiałem  też,  że  to  nie  z  jego  powodu  narażałaś  swoje  życie, 

skacząc na pokład frachtowca. 

-  Inni  pewnie  widzieli  to  inaczej  -  rzuciła  Raija,  u  której  Jewgienij  poruszył  czułe 

struny. Te molowe. - Są przekonani, że uczyniłam to dla niego. 

- Prawdą jest, że wiele uczyniłaś dla Wasilija - odezwał się Jewgienij. - Ale ty zawsze 

stajesz  u  boku  tych,  którzy  potrzebują  pomocy.  Taka  już  jesteś.  Postanowiłem  nie  robić  z 

siebie większego kaleki niż jestem. Wystarczy, że brakuje mi ręki, nie muszę zachowywać się 

jak ślepiec. Miałem obsesję na punkcie Wasilija, ale przecież on nie jest wyjątkiem! Ile razy 

poświęcałaś się dla Toni! Stawałaś po stronie Olega! Niełatwo mi jednak przełknąć, że masz 

tylu przyjaciół wśród mężczyzn. Z drugiej strony odczuwam dumę, kiedy znajdujesz wyjście 

z trudnej sytuacji. Czasem wiesz szybciej, jak należy postąpić, niż niejeden mężczyzna, który 

udaje  ważniaka.  Jestem  dumny,  kiedy  inni  mężczyźni  słuchają,  co  masz  do  powiedzenia. 

Jestem dumny nawet wtedy, kiedy narażasz się, chroniąc życie innych. Niewielu uczyniłoby 

to,  co  ty  dla  Toni,  Olega,  Wasilija.  Większość  odwróciłaby  się  plecami,  tłumacząc,  że  nie 

potrafią, że nie dadzą rady, nie nadają się... Ale ty to ty. 

Uśmiechnął się i dotknął czołem jej czoła. 

- Jesteś Raiją. Moją żoną. Moim aniołem. I także moją Carycą. 

Pocałował  ją  leciutko,  z  oddaniem.  Wreszcie  wolny  od  owej  lepkiej  sieci,  utkanej  z 

zazdrości o spojrzenia innych mężczyzn. 

- Kocham cię - powiedział. 

background image

A Raija, nie odrywając swych warg od jego ust, odpowiedziała mu tak samo. 

Na palcach przemknęli się do swojej sypialni. 

Kochali się delikatnie i spokojnie. Ich ciała splatały się ze sobą w łagodnym uścisku. 

Nic już nie było tylko jego, nic już nie było tylko jej. Ciche jęki i pomruki dobywały się z ich 

ust. Szepty i śmiech przemykały bezgłośnie jakby na kocich łapach. 

Zasnęli nadzy, ciasno przytuleni, rozgrzani miłością. 

Sen  także  spłynął  na  nią  łagodnie.  Znalazła  się  chyba  pośród  miękkich  obłoków. 

Dotykała  ich  i  stąpała  lekko  w  powietrzu  po  świetlistych  mostach.  Oślepiła  ją  lśniąca  biel 

upstrzona  fosforyzującymi  punkcikami.  Zabolały  ją  oczy,  mimo  że  nie  starała  się  ich 

otworzyć. Chyba chodziło o to, by dokładnie nie widziała. 

Kiedy światło znikło, zrobiło się wokół niej tak pięknie, tak zielono. 

Bardziej  zielono  niż  nad  Dwiną  w  porze  lata.  Jak  okiem  sięgnąć,  rozpościerała  się 

bezkresna przestrzeń soczystej bujnej zieleni. 

Zauważyła ludzi. 

Ale nie razem. 

Wszyscy tak jak ona, samotni, rozrzuceni po tej wielkiej równinie. Chyba jednak ich 

to nie martwiło, bo sprawiali wrażenie zadowolonych. 

Czuła przyjemną sytość, ciepło, nic jej nie męczyło. Poruszając się, miała wrażenie, że 

tańczy w powietrza. 

Zapragnęła  nagle  wyciągnąć  w  górę  ramiona  i  pobiegać  po  tej  zielonej  przestrzeni. 

Poczuć pod stopami soczystą trawę, a na twarzy pęd powietrza i promienie słońca. 

I  zapragnęła  podejść  do  tych  samotnych  ludzi,  zagadnąć  ich,  chwycić  ich  za  ręce  i 

utworzyć łańcuch ze złączonych dłoni, który nie miałby końca. Poczuć wspólnotę. 

I  pobiegła. Powietrze było cieplejsze, niż sądziła wcześniej. Trawa bardziej miękka i 

wyższa,  upstrzona  kwiatkami,  których  z  daleka  nie  zauważyła.  Teraz,  biegnąc,  patrzyła  pod 

nogi. Bezkresna łąka zdawała jej się całym światem. 

Usłyszała swój radosny śmiech. Zabrzmiał tak głośno. 

Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że wokół panuje kompletna cisza. 

Nikt nic nie mówił. Nawet nie szeptał. Nikt się nie śmiał. 

Nie słychać było świergotu ptaków nad  głową. Jak okiem sięgnąć, nie dostrzegła ani 

jednego drzewa. Wszędzie tylko ta bezkresna łąka. 

Nie dochodził tu nawet świst wiatru. 

Czuła jego powiew, ale nie słyszała szumu, a przecież wiatr nigdy nie jest niemy. 

Dźwięczał tylko jej śmiech, ale po chwili i on ucichł. 

background image

Przestała  biec.  Powoli  i  ostrożnie  stąpała  po  trawie  ze  zdumieniem  graniczącym  z 

lękiem. Zaczęła się zastanawiać, czy wolno po, niej stąpać. Może nie, i dlatego tak wszyscy 

ucichli? 

Czuła na sobie ich spojrzenia. 

Wszyscy na nią patrzyli. 

Przez chwilę ogarnął ją strach. 

Wyczuła jednak, że nie chcą jej skrzywdzić. W śledzących ją oczach dostrzegła ciepło. 

Nikt nie patrzył na nią z gniewem, lecz z miłością. 

Jakże  niezwykłe  było  tego  doświadczyć!  Wprawiło  ją  to  w  zakłopotanie,  niemal  w 

zawstydzenie. Nie przywykła napotykać takiej adoracji. 

Było  tam  wielu  mężczyzn.  W  większości  młodych,  choć  zdarzali  się  i  starsi.  I  jedna 

kobieta  staruszka,  pokręcona  niczym  korzeń  jałowca.  I  równie  wysuszona.  Ale  jej  oczy 

zdawały się takie żywe i takie życzliwe. 

Raija  podeszła  do  niej  i  zobaczyła  ją  wyraźniej.  Znała  dotyk  tej  dłoni.  Wzruszył  ją 

widok  czapki,  jaką  kobieta  nosiła  na  głowie.  Wiedziała,  że  to  coś  ważnego...  Znała  tę 

kobietę... Zapragnęła jej dotknąć. 

Ale kiedy Raija zbliżyła się, staruszka cofnęła się i odpłynęła od niej niczym obłok. 

Przestraszona  Raija  ruszyła  naprzód.  Poczuła  zapach  ogniska.  Rozejrzała  się,  by  je 

znaleźć,  ale  nad  całą  równiną  nie  unosiła  się  ani  jedna  smużka  dymu.  Wszystko  było  takie, 

jakie ujrzała na początku. 

Podeszła  do  brodatego  mężczyzny  o  złotych  włosach.  W  jego  zielonych  oczach 

dostrzegła iskry. I Raija znów poczuła w sercu ciepło, bo wiedziała, że go kochała. Wiedziała, 

ż

e  i  on  ją  kochał.  Chętnie  przytuliłaby  się  do  niego,  ale  nie  mogła  się  dostatecznie  zbliżyć. 

Brodaty  mężczyzna  bowiem  także  odpłynął  od  niej  z  uśmiechem  i  zniknął.  Nie  chciał  jej 

przestraszyć. Raczej kierowała nim miłość. 

W głowie zaczęło się jej kręcić, ale szła dalej przez zieloną łąkę. Napotkała tylu ludzi! 

Ale to nie ona wybierała, do kogo podejść. Była niczym liść unoszony przez wiatr, zdana na 

łaskę kapryśnej bryzy, która wieje to z tej, to z przeciwnej strony. 

On  miał  brązowe  oczy.  Najmilsze  i  najcieplejsze,  jakie  kiedykolwiek  widziała.  Był 

ciemnowłosy  i  szczupły.  Zauważyła,  że  chciał  wyciągnąć  ku  niej  ręce,  ale  coś  go 

powstrzymało.  Nie  rozumiała  dlaczego.  Dlaczego  nie  chce  jej  przytulić?  Nie  powinno  być 

jednej  takiej  chwili,  gdy  on  jej  nie  tuli.  Tak  pragnęła  dotknąć  policzkiem  do  jego  policzka, 

poczuć jego ciepło. Miała mu strasznie dużo do powiedzenia. Czuła, że powinna poprosić, by 

jej wybaczył, ale nie pamiętała co. 

background image

W  twarzy  pokrytej  zmarszczkami  pojawił  się  smutek,  kiedy  odwracał  się  od  niej  i 

odchodził. 

Rai ja poczuła chłód. 

Wiedziała,  że  już  kiedyś  widziała,  gdy  tak  odchodził.  Widziała  jego  przygarbione 

plecy. 

Marzła, ale nie mogła za nim pobiec, nie była w stanie, zresztą gdzieś w głębi tkwiła 

w niej pewność, że na nic by się to nie zdało. 

Z oczu popłynęły jej łzy i oślepiły ją. Wyciągnęła dłonie, szukając kogoś po omacku. 

Nie mogła powstrzymać się od płaczu... 

Marzła. Dziwne... Przecież świeciło słońce, a trawa była zielona. 

Latem nie powinna marznąć. 

Ale powoli wokół niej pobielało, jakby spadł śnieg. 

To niemożliwe. Nie pojmowała. 

Próbowała  otrzeć  z  oczu  łzy,  ale  nie  przestawały  płynąć  jej  po  policzkach.  Równie 

gwałtownie  i  nieprzerwanie.  Poczuła  się  opuszczona.  Bardziej  samotna,  niż  powinien  być 

ktokolwiek z ludzi. 

Dłonie szukały czegoś po omacku. Przez moment czegoś dotknęła: skóry, a może futra 

dzikiego zwierzęcia. Nie przelękła się. 

- Płacz, płacz! - dobiegł ją jakiś głos. - Jest ci teraz bardzo ciężko, ale ja się o ciebie 

zatroszczę, zawsze będę się troszczyć... 

Powtarzał jakieś imię, ale nie zdołała go wychwycić, ponieważ wokół niej hulał wiatr, 

który odzyskał nagle swoje brzmienie. 

Dotknęła mokrych policzków i usłyszała swój zaprawiony goryczą głos: 

- Nie troszczyłeś się o mnie! Nie opiekowałeś się mną! I wybuchnęła rozdzierającym 

płaczem. Poczuła, że ktoś ją gładzi po plecach. 

-  Raiju,  mój  aniele,  moja  mała  Caryco,  co  z  tobą?  Śniło  ci  się  coś  złego?  -  pytał 

strapiony. 

Raija otworzyła oczy i ujrzała zatroskaną twarz Jewgienija tuż przy swojej. 

Osunęła się na jego ramię, mocząc mu szyję swoimi łzami. Uczepiła się go kurczowo, 

uczepiła się rzeczywistości. 

- To tylko sen - szepnęła w końcu. - Sen, który mnie chyba przestraszył. 

Jewgienij o nic więcej nie pytał, bojąc się jak i ona tego snu. 

- Kocham cię! - wyszeptał. Położył ją na poduszce, po czym otulił nakryciem. - Teraz 

już śpij! 

background image

Raija pokiwała głową i zamknęła oczy. 

Wiedziała,  że  umknęło  jej  coś  ważnego.  Znała  tych  ludzi.  Wszystkich  tych,  których 

spotkała we śnie. Także tego ostatniego. 

Będzie niecierpliwie czekać na to, by ów sen powrócił. 

Ale następny był już całkiem zwyczajny, tak samo jak nadchodzące kolejne dni i noce. 

Zwyczajne.