background image

                                                                     

Jan Miodek

              Rozmyślajcie nad mową...

Spis treści
Reguły i mechanizmy 
Atrakcyjne innowacje
Chciejstwo i inne pomysły Melchiora Wańkowicza
O ciekawych archaizmach w książce Zbigniewa Herberta
Po lekturze „Ptaśka" Williama Whartona
Vaclav Havel - mistrz słowa i intelektu
Skrzydlate słowa
W językowym kręgu rodziny 
W językowym kręgu medycyny
Chrystus - chrzest - chrześcijanin
Domus - dom - tum
Prowincjalny - prowincjonalny 
Rzecz o rzeczy
Szczyti zaszczyt
Od Sasa do Łasa
Kuźnia - kuźnica - kuzienny - kuźniczy
Postrzegać i spostrzegać
 „Gdzie płyniesz Wisłq, księżycu?"
„Spolegliwość aż do bólu
Zagłębie
Pełny dzień ważnych spraw
Zabezpieczanie ciągle żywe
Pieniążki dla małżonki i dzieciaków
Wszystko się przekłada
Cichy -głośny, wyciszyć-nagłośnić
Słowa czułe, słowa zjadliwe
O odlocie - inaczej
„Walniemy sobie zdjęcie!" 
Podaj mi swoje namiary 
Ja tu tylko sprzątam
Po wszystkim
O pójściu na całego i wkurzaniu się
O rajcowaniu 
Dywagacje i enuncjacje 
Modna asertywność..
Wcisk, powściąg, wydziw, przekręt
Rabat, czyli opust
Seks-symbol, kicz-wrażliwość, auto-części
Siła słowotwórczej analogii
Tischnerowska mojość
Semix i Jurexbus
Niszczarka i trzymac
Żeńskie przyrostki w odwrocie 
„Przebywał na niepowrocie
„Czy mógłby mnie pan odpoczciwić?"
Kulturalny-kulturowy
Atrakcyjne końcówki
Dlaczego szewc i krawiec, a nie krawc i szewiec?
O tacie
Ty podlecu!
Pastuchy - pastusi - pastuchowie
Antagoniści - antagonisty - antagony
Templariuszy czy templariuszów? Jaroszy czy jaroszów?. Uczniów czy uczni? Tysięczny czy tysiączny?
Tym razem - innym razem
Kategorii -kategoryj
Mnie jest to obojętne - jest mi to obojętne
„Pogłaskała mię po twarzy"

background image

„Album domowe"
Diabła warte, śmiechu warte
Popularny - popularniejszy - najpopularniejszy 
Pod dwoma czy pod dwiema postaciami?
Zszedłem - poszedłem - wziąłem. 
,Juzem w to był wszedł"
Zdrowaś Mario, łaskiś pełna
O przekonywaniu się i oddziaływaniu 
O zmieleniu generała 
Wylali i śmiali się
Recenzja - druzgocąca czy druzgocząca?
Ewolucja biernika
„Będą służyć wsparciu najuboższych"
Dlaczego proszę pani przegrywa z proszę panią!
Kimkolwiek by byli - podobny do matki
- nakreślony przez plan
Spłonęły sześćdziesiąt trzy hektary, moich pięć córek
Jak to jest ze spójnikami bowiem i zaś?
Jak to jest z zaimkiem się?
Dużą i małą literą
Maryja i Maria
Na święty Maciej skowronek zapiej
0 słowotwórczej giętkości nazwisk
Jakoktochce, Dobrychłop, Sąsiada, Ksiądz, Dzień
Citko, Mleczko, Lato, Lubaszenko
Pawła Huelle czy Pawła Huellego?
Jak odmieniać nazwiska włoskie?
Jak odmieniać nazwiska francuskie?
Sapieha
Staszic
Sobieskie proszę!
„Tam czarnuszka Mołdawianka winogrona słodkie rwie"
Estetyka i wygoda w gramatyce
Puszcza Niepołomska czy Niepołomicka?
Sucha, Susz - suski
Ciechocinek i Poniec
Piasfci - do Piask - piasecki
0 nazwach miejscowych kulturowych
Typy nazw dzierżawczych
Z Katowic do Cieszyna, Pierśćca i Pszczyny
Mogilno i okolice
Toruń
Damboń i Dębska Kuźnia
Chicago - Don Kichot - Don Juan
Od balwierza do kufajki
Kryzys łaciny - wpływ angielszczyzny
Standard -standardowy
Elastyczność i stabilność
Miniwyktady Leszka Krakowskiego 
Umowa na czas nieokreślony
Trudna pisownia cząstki by
Kłopoty z ARCHIMEDESEM
O Greenie w Paksie
Powtarzające się i

Reguły i mechanizmy

Wiele osób twierdzi, że dydaktyczna wartość mych telewizyjnych programów byłaby większa, gdybym ograniczał 

się w nich do jednoznacznego wskazywania, która forma językowa jest zgodna z oficjalną normą, a która jest błędem. 
Obudowując te ustalenia kilkunastominutowym wywodem, osłabia pan wyrazistość reguł poprawnościowych - sądzą 

background image

niektórzy moi rozmówcy.

Odpowiadam  niezmiennie,   że  suche  informacje   o  poprawności   i  niepoprawności   poszczególnych  form   podaje 

słownik. Można w nim przeczytać na przykład, że biernik liczby pojedynczej zaimka wskazującego ta ma postać tę, że 
zgodne z normą jest brzmienie sweter, a nie swetr, ze w dopełniaczu liczby mnogiej rzeczownika pomarańcza można 
się posłużyć  bądź formą  pomarańcz,  bądź pomarańczy,  że w języku  potocznym  nie razi połączenie  Maria Cuńe-
Skłodowska, choć nazwisko Curie - jako odmężowskie - powinno być umieszczone na drugim miejscu.

W radiowym czy telewizyjnym programie o języku, w gazetowej rubryce poprawnościowej powinniśmy zawsze 

wskazać mechanizm, który doprowadził do powstania danego dylematu gramatycznego. To odkrywanie jest szerzeniem 
wiedzy   wyraźnej   o   języku,   uprawianiem   językoznawstwa   ogólnego,   opisującego   funkcjonowanie   języka, 
formułującego prawdy uniwersalne, czyli obowiązujące we wszystkich językach świata.

Biernikowy dylemat -widzę tę czy t q dziewczynę?- jest doskonałą ilustracją prawdy o tym, że formy najczęściej 

używane zmieniają się najwolniej. Gdyby frekwencja naszego zaimka była taka jak form moja, twoja, nasza, wasza, 
tamta, wszyscy używalibyśmy postaci tą i miałaby ona na pewno status normy.  Wszak wszystkie zaimki rodzaju 
żeńskiego zamieniły pierwotną końcówkę biernika -ę (moje, twoje, nasze, wasze, tamte) na -q (moją, twoją, naszą, 
waszq, tamtą}. Dokonał  się ten proces  pod wpływem  deklinacji  przymiotnikowej, która zawsze w bierniku miała 
końcówkę -ą (wizę miłą, ładną, wesołą, zgrabną dziewczynę). Od tego momentu w dziejach naszego języka Polak widzi 
swoją miłą dziewczynę i nie, jak jeszcze dwieście lat temu, swoje miłą dziewczynę) i jest > sytuacja korzystniejsza, bo 
dwa wyrazy pełniące identyczną funkię składniową (określeń rzeczownika) mają taką samą końców-?-<?•

Skoro to takie wygodne, czemu zaimek ta uparcie się trzyma starej postaci tę, obowiązującej w tekstach oficjalnych? 

Odpowiedzieliśmy już na to: bo jest formą bardzo często używaną (wskazywanie to w ogóle jedna z najczęstszych 
czynności życiowych).

A czemu tak wielu rodaków posługuje się mianownikiem swetr, nie zgodnym z normą brzmieniem sweter? Na pewno 

jest to także :ucieczka przed gwarową postacią typu wiater: skoro w języku literackim obowiązuje wiatr, to pewnie i 
swetr jest lepszy - rozumują niektórzy.

Głównym   sprawcą   popularności   mianownikowego   swetr   jest   jednak   wewnętrzno   językowy   mechanizm, 

ujednolicający  postacie  narów  odmienianych   przez  przypadki  wyrazów.   Ponieważ   nasz  iczownik  ma  w  odmianie 
najczęściej  postać tematyczną  swetr-vetra, swetr-owi, swetr-em), ludzie przenoszą ją do mianownika tego  samego 
powodu pierwotne mianowniki ociec, szwiec, sjem zo-iy zamienione na ojciec, szewc, sejm; tematy fleksyjne ojc; 
szewc;
m;   występujące   w   przypadkach   zależnych,   przeszły   do   mianownika,   bo   były   częstsze   niż   wyizolowane   postacie 
pierwszego przypadka).

Kiedy zaś wskazuję równorzędność form dopełniacza liczby mnogiej pomarańczy/pomarańczy, powinienem zwrócić 

uwagę   na   szość   pierwszej   postaci.   Oto   wszystkie   języki   świata   zmierzają   maksymalnego   zróżnicowania 
poszczególnych kategorii gramatycznych. Sprzyja ono jasności, jednoznaczności porozumiewania

Gdy powiem: nie zjadłem pomarańcz, wiadomo, że nie zjadłem <u owoców. Forma pomarańczy to również dopełniacz 

liczby pojedynczej. Konstrukcja nie zjadłem pomarańczy nie przynosi zatem przejrzystej treściowo informacji, czy 
mówię o jednej pomarańczy, czy o kilku.

A   czemu   tak   popularna   jest   kolejność   Curie-Skłodowska   -   swoiście   nielogiczna?   Można   do   tego   połączenia 

dołączyć i takie przykłady, jak Boy-Żeleński, Bór-Komorowski czy Grot-Rowecki (tu też właściwe nazwisko nie jest 
na miejscu pierwszym!). Wydaje się, że mamy w tych wypadkach do czynienia z mechanizmem, który na początku XX 
stulecia - na materiale z wielu języków świata - odkrył niemiecki filolog Behaghel. Oto w stałych zbitkach wyrazowych 
zawsze na miejscu pierwszym stoi człon krótszy: ład i porządek, lelum polelum, plus minus (po polsku - co znamienne 
- mniej więcej, a nie więcej mniej!). Pat i Patachon, czuj czuj czuwaj, hip hip hura, esy-floresy itp. Więc i naturalniej 
brzmi   Curie-Skłodowska,   choć   Curie   to   nazwisko   odmężowskie,   które   powinno   następować   po   panieńskim 
Skłodowska (dodajmy, że prawo Behaghla jest tu dodatkowo wspierane przez zwyczaj francuski; w wydawnictwach 
znad Sekwany znajdziemy tylko zbitkę Curie-Sklodowska).

Czyż   odkrywanie   tego   typu   uniwersalnych   mechanizmów   nie   jest   bardziej   fascynujące   niż   suche   wskazanie 

normatywne: mów tak, nie mów tak?!

Atrakcyjne innowacje

Jeden z recenzentów książki Ibisa (Andrzeja Wróblewskiego) „Byki i byczki" (Wybór felietonów i komentarze 

językoznawcze Andrzeja Markowskiego) napisał w „Języku Polskim":

„Można zauważyć, że wyrazy i znaczenia nie odnotowane w słownikach są „podejrzane" i raczej mówi się o nich 

źle, a jest nie do pomyślenia, by Ibis zachwycił się jakąś innowacją, że urozmaica język, jak to się zdarza na przykład 
profesorowi Miodkowi".

Przyznaję, że innowacje są według mnie szczególną cennością w poczynaniach komunikacyjnych. Ujawnia się w 

nich twórczy stosunek do tworzywa  słownego, potwierdzający pełną znajomość języka ojczystego, o czym  często 
przypomina   Noam   Chomsky,   najwybitniejszy   lingwista   amerykański.   Akceptuję   więc   okazjonalne   innowacje 
funkcjonalnie   uzasadnione,   odświeżające   codzienne   zachowania   językowe,   służące   dysautomatyzacji   odbioru 
poszczególnych tekstów i ich destereotypizacji. Powiem więcej: żywa, potoczna mowa musi być źródłem pulsującym 
innowacjami! To one bowiem są warunkiem życia języka. Nie zawsze to sobie jednak uświadamiają jego użytkownicy.

background image

Kiedyś jeden z mych znajomych, zdenerwowawszy się na bezduszność pewnego urzędu, spontanicznie wykrzyknął 

do   pana   za   biurkiem:   „Czy  wy   naprawdę   musicie   ten   przepis   traktować   tak   że-łaźnie?!".   Już   nie   pamiętam,   jak 
ostatecznie  załatwiono sprawę  mego  kolegi.  Wiem  natomiast, bo o tym  mi  głównie  chciał  wtedy powiedzieć,  że 
słuchającego urzędnika prawdziwie zaintrygowała postać żelaźnie, typowa tzw. formacja potencjalna, nie będąca w po-
wszechnym   obiegu,   zbudowana   jednak  absolutnie  poprawnie   na  zasadzie  analogii   do takich  par  przymiotnikowo-
przysłówkowych, jak brutalny - brutalnie, taktowny - taktownie, dziwny - dziwnie, godny - godnie, ładny - ładnie, 
piękny - pięknie. Posłużenie się nią niewątpliwie wzmocniło ekspresję wykrzyknienia mojego znajomego. I za to mu 
chwała!

Tak samo oceniam przysłówek nocnie z jednej z wypowiedzi abpa Józefa Życińskiego:  „ Współczesny homo 

McLuhanensis  to osobnik, który spędza pięć godzin dziennie (nocnie?) przed telewizorem". To tylko w zwyczaju 
językowym nie utrwaliła się całkowita symetria formalno-znaczeniowa między parami dzienny - dziennie i nocny - 
nocnie, w codziennym obcowaniu bowiem ostatnią formą się nie posługujemy. Ktoś jednak, kto umie ją przywołać w 
odpowiedniej sytuacji komunikacyjnej, potwierdza pełną znajomość możliwości systemowych polszczyzny i ujawnia 
swe twórcze zdolności językowe, a także - co tu ukrywać - dowcip, polot, inteligencję.

Kiedyś jeden z mych kolegów profesorów spontanicznie wypowiedział zdanie: przejrzałem już ten komputer opis. 

Czyzówkom-puteropis,   stworzony   na   zasadzie   analogii   do   maszynopisu,   nie   jest   cywilizacyjnym   znakiem   czasu? 
Wszak coraz więcej ludzi „przesiada się" od tradycyjnej maszyny do pisania do komputera. Przypomina mi się w tym 
momencie żart frazeologiczny Krzysztofa Mętra-ka, który przed laty tradycyjnych kolegów po piórze zamienił w jed-
nym ze swych błyskotliwych artykułów na kolegów po długopisie.

Wtedy też ową frazeologiczną zabawę określiłem jako znak czasów, w których pióro przegrało z wszechwładnie 

panującym długopisem.

Aprobująco odebrałem również zamianę stałego połączenia na domiar złego na na domiar dobrego. To Paweł 

Głowacki,   zachwycony   występem   Milvy   na   V   Festiwalu   Unii   Teatrów   Europy,   w   swej   recenzji   w   „Tygodniku 
Powszechnym" zdecydował się na zdanie: „Na domiar dobrego Milva nadaje tym gestom i ruchom doskonałość" - z 
taką właśnie okazjonalną modyfikacją znanego frazeologizmu.

Ludzie pióra, ci, którzy mają „język giętki", chętnie operują także nietypowymi formacjami przedrostkowymi, 

osiągając cenną stylistycznie kondensację treści i formy. Z nagromadzeniem tego typu słów zetknąłem się w artykule 
Andrzeja Drawicza o Władimirze Mak-simowie. Czytam więc np.: „W powieści tej bezwzględnie się nad sobą w y 
znęca t". Trudno nie zauważyć, że dzięki maleńkiej cząstce przedrostkowej wy- autor osiągnął maksymalną ekspresję 
słowa,   która   zgubiłaby   się   przy  zastosowaniu   tradycyjnej   grupy   wyrazowej   bardzo   się   znęcał.   To  wy-   informuje 
również o spełnieniu się owej czynności: wy-znęcał się - tak jak wypocił się, wytańczył się czy wybawił.

„Kiedyś podkłócaliśmy się" - pisze Drawicz w innym zdaniu. Podkłócaliśmy się, czyli kłóciliśmy się, ale nieostro, 

łagodnie (podkłócaliśmy się - tak jak podfruwaliśmy, podpytywaliśmy).
"Ale kiedyś się jeszcze - na znacznie odleglejszym brzegu -dokłó-cimy" - wieńczy swój artykuł wybitny rusycysta. I 
znów wszyscy wiemy, o co chodzi: kłótnia Drawicza z Maksimowem spełni się kiedyś do końca.

Gdy przed paroma laty spędziłem dłuższe chwile na rozmowie z Wisławą Szymborską, powiedziałem poetce, że 

przyznałbym jej Nobla za jeden wers - wyjęty z wiersza „Wszelki wypadek": „Nie umiem się nadziwić, namilczeć się 
temu". Bo tylko wybrańcom przyznana jest łaska wymyślenia tak genialnej formacji jak namilczeć się, opartej na - 
wydawałoby się prostej - analogii do powszechnie używanego nadziwić się.

I tylko wybrańcy mogą stworzyć taki tekst poetycki jak „Trzy słowa najdziwniejsze": „Kiedy wymawiam słowo 

Przyszłość, pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości. Kiedy wymawiam słowo Cisza, niszczę ją. Kiedy wymawiam 
słowo Nic, stwarzam coś, co nie mieści się w żadnym niebycie".

W ostatnim okresie nie rozstaję się z dwoma jeszcze wierszami. Pierwszym z nich jest wstrząsający w odbiorze 

jeden z ostatnich tekstów zmarłego niedawno Wiktora Woroszylskiego:
Znowu ktoś nieznajomy umarł we śnie To ostatni krzyk (ostatnie milczenie) mody
W ułatwionym świecie przekraczanie granicy bez pieczątki strachu bólu potu Ten model mi pasuje biorę
Nic z tego kręci głową bezsenność.

Tutaj trzeba zamilknąć, więc bardzo cicho zwrócę tylko uwagę na fragment to ostatni krzyk (ostatnie milczenie) 

mody.

I wreszcie niezwykły jako językowy pomysł wiersz pt. „Przysłowia" innego zmarłego wielkiego poety - Artura 

Międzyrzeckiego:
I podchorąży nie zdąży
I uciecze co się odwlecze
I nie patrz końca bądź mądry
I nic się w niepamięci nie pogrąży
I nie każdy jest kowalem swego szczęścia
I nie uświęcają się środki celami
I nie parami chodzą nieszczęścia
Ale wilczymi stadami.

Cóż to za wspaniała i jak filozoficznie głęboka parafraza utartych przysłowiowych fraz: podchorąży zawsze zdąży; 

co się odwlecze, to nie uciecze; cokolwiek czynisz, czyń rozważnie i patrz końca (ąuidąuid agis, prudenter agas et 

background image

respice   finem);   pójść   w   niepamięć,   pokryć   niepamięcią;   każdy   jest   kowalem   swego   losu;   cel   uświęca   środki; 
nieszczęścia chodzą parami.

Trudno po lekturze tych wierszy nie powtórzyć za Josifem Brodskim, że poezja to największe dokonanie języka.

Chciejstwo i inne pomysły Melchiora Wańkowicza

W   artykule   abpa   Józefa   Życińskiego   pt.   Polińcal   correctness   w   Kościele?,   wydrukowanym   w   „Tygodniku 

Powszechnym",   znalazłem   następujące   zdanie   odnoszące   się   do   poglądów   głośnego   niemieckiego   teologa   Hansa 
Kunga: „W sygnalizowanej argumentacji dominuje logika liryczna, w której główną rolę petni wishful thinking".

W tym samym numerze „Tygodnika" wyczytałem, że niedawno, w 21 rocznicę śmierci Melchiora Wańkowicza, na 

rogu   ulicy   Puławskiej   i   Rakowieckiej   w   Warszawie,   na   domu,   w   którym   pisarz   mieszkał   w   latach   1958-1973, 
odsłonięte pamiątkową tablicę.

Miłośnicy autora „Ziela na kraterze" dobrze wiedzą, dlaczego skojarzyłem z sobą te dwa prasowe fragmenty. Otóż 

Wańkowicz był tym, który postanowił przyswoić polszczyźnie angielską zbitkę wyrazową wishful thinking, obecną w 
przytoczonym   tekście   abpa   Życińskiego,   i   wymyślił   bardzo   ekspresyjne   słowo   chciejstwo.   Przesadą   byłoby 
stwierdzenie, że zbłądziło ono pod strzechy, nie ulega jednak wątpliwości, że weszło w obieg (do słownika języka 
polskiego też!), że zna je przeciętny polski inteligent, posługujący się nim wtedy,  gdy chce  określić działania, w 
których jest więcej pragnień, marzeń niż zdrowego rozsądku (definicja słownikowa: „przekonanie, że rzeczywistość, 
sytuacja, fakty są istotnie takie, jakie byśmy chcieli, aby były").

Pamiętam, że w przełomowym okresie lat osiemdziesiątych pojawiało się chciejstwo w burzliwych dyskusjach 

politycznych. Mówiło się wtedy często o naiwnym chciejstwie, politycznym chciejstwie. Widziano w nim wówczas 
także   swojski   synonim   woluntaryzmu,   czyli   poglądu   przypisującego   aktom   woli   prymat   nad   wszystkimi   innymi 
zjawiskami psychicznymi („Moja wiara, że klasa robotnicza określa charakter naszego kraju, nie jest ani chciejstwem, 
jak powiedziałby Wańkowicz, ani wishful thinking, jak powiedzieliby Anglicy" - czytam np. w wywiadzie, jakiego 
„Tygodnikowi Powszechnemu" udzielił w roku 1982 prof. Jan Malanowski).

Melchior   Wańkowicz   był   w   ogóle   odważnym   słowotwórcą.   Z   cudowną   intuicją   odkrywał   niewykorzystane 

możliwości systemu językowego - choćby wtedy, gdy decydował się na użycie formy podziw-nqć- dokonanej postaci 
czasownika podziwiać. Chciałoby się bowiem - tylko trochę żartobliwie - zapytać: dlaczego my, Polacy, musimy stale, 
wiele razy coś podziwiać? Czyż nie moglibyśmy raz podziwnąć- tak jak Wańkowicz?! Mówilibyśmy wtedy jak on czy 
jego córki: „Możemy stąd iść - już podziwnęliśmy" (zgorszonych moim wywodem proszę o łaskawą odpowiedź na 
pytanie: jaka jest formalna różnica między parami wyrazowymi ziewać- ziewnąć, sypać- sypnąć, dźwigać- dźwignąć 
czy zgarniać - zgarnąć a podziwiać - podziwnqć?!).
Lubił   Wańkowicz   syntetyczne   konstrukcje   leksykalne   -   jedno-słowne   odpowiedniki   tradycyjnych   połączeń 
wyrazowych. Pisał więc np. nie o robieniu zbiórek, lecz o zbiórkowaniu, nie o wpadaniu na trop, lecz o tropnięciu się.

Poszukiwanie krótkich, zwięzłych i ekspresyjnych wyrażeń dominowało zawsze w jego twórczości. Dużej fortuny 

dorobił   się   przed   wojną   na   reklamowym   sloganie   cukier   krzepi.   Jest   w   nim   cały   Wańkowicz:   prosty,   dosadny, 
nietuzinkowy, dowcipny. Pisarz był też zresztą szczerze rozbawiony, że lud szybko uzupełnił jego pomysł rymującym 
się zdaniem a gorzała jeszcze lepiej!

Gdybym zaś miał wskazać swój ulubiony Wańkowiczowski fragment, wybrałbym bez namysłu ten, w którym autor 

„Hubalczyków" porównuje język do rzeki: wchłania ona w swój nurt wszystko, ale u ujścia jest już czysta, klarowna; z 
językiem jest podobnie. Przywołuję ten tekst prawie zawsze wtedy, gdy dyskutuję z kimś, kto ma do mnie żal o zbyt 
liberalny   stosunek   do   zjawisk   językowych.   Jestem   bowiem   przekonany,   że   w   tym   plastycznym   porównaniu 
Wańkowicza   zawarta   jest   głęboka   prawda   o   języku:   w   swym   rozwoju   staje   się   on   coraz   lepszym,   coraz 
funkcjonalniejszym narzędziem międzyludzkiej komunikacji.

O ciekawych archaizmach w książce Zbigniewa Herberta

W   „Barbarzyńcy   w   ogrodzie"   Zbigniewa   Herberta   mamy   takie   trzy   fragmenty:   „Leon   Baptysta   odbył   iście 

renesansowe studia w Bolonii, i to w warunkach studenckiej nędzy, gdyż umarł był w tym czasie jego ojciec"; „Za ich 
plecami iści się morderczy zamiar, usymbolizowany w scenę biczowania"; „Posiadał ponad sto zamków, astronomiczną 
fortunę, ogromne wpływy i niepożyte ciało". Jak oceniać formy umarł był, iści się i niepozyty?

Zacznijmy   od   owego   umarł   był.   Jest   to   kategoria   gramatyczna   praktycznie   zupełnie   dziś   już   martwa, 

wykorzystywana   od   czasu   do   czasu   w   celach   stylistycznych.   Zwie   się   zaś   ona   czasem   zaprzeszłym   (łac. 
plusquamperfectum). Tworzono ją przez dodanie form czasu przeszłego słowa posiłkowego być do formy z -ł danego 
czasownika. Wyrażała ona albo czynność dawno minioną, albo wcześniejszą od innej czynności przeszłej.

Następstwa czasowego można by się dopatrzyć w przytoczonym  tekście Herberta (najpierw ojciec umarł był - 

potem Leon Baptysta odbywał studia), ale raczej mamy tu do czynienia z ogólnym sztafażem stylizacyjnym: chodzi o 
podkreślenie dawności opisywanych wydarzeń.

Z wielkich ludzi nauki i kultury lubił jeszcze stosować czas zaprzeszły znakomity historyk literatury prof. Stanisław 

Pigoń, zmarły w grudniu 1968 roku: „ Tej to wersji znalazłem był i ogłosiłem dwie redakcje bliźniacze" (najpierw 

background image

znalazłem był- potem ogłosiłem) - czytamy np. w jednej z jego prac. A w innej: ,Jesienią 1922 r., już jako stały 
współpracownik „Przeglądu Warszawskiego", po drodze do Wilna wpadałem był do redakcji", „W jednej z gazet stara-
łem się był przedstawić życie wewnętrzne na wsi powojennej moich stron".

A cóż to jest owo Herbertowskie iścić się? Nietrudno się domyślić, że to kolejny archaizm, forma staropolska. 

Używano jej powszechnie do XVIII wieku, rejestruje ją jeszcze „Słownik języka polskiego" Maurycego Orgelbranda z 
roku 1861. Znaczy ona tyle co „spełniać się, uskuteczniać się, dopełniać się, potwierdzać się" („I wyrzucił je do cudzej 
ziemie, jakoż dziś j iszczę się" - „Biblia królowej Zofii" z roku 1455, „Bodaj nasze i wasze życzenia iściły się" -ze 
słownika Orgelbranda).

Dziś używamy w języku literackim tylko postaci z przedrostkiem z- („Bodaj nasze i wasze życzenia ziściły się" - 

powiedzielibyśmy). A szkoda, bo gdyby nadal funkcjonował twór bezprzedrostkowy, mielibyśmy wyrazistą opozycję 
aspektową: iści się (aspekt niedokonany) - ziściło się (aspekt dokonany). Trwanie czynności iszczenia się oddaje także 
Herbertowska konstrukcja „iści się morderczy zamiar", znacząca tyle co „morderczy zamiar się spełnia, dopełnia się".

Pozostaje do zinterpretowania trzecia forma odbiegająca od powszechnego zwyczaju językowego - „niepozyte 

ciało". Dlaczego nie niespożyte - jak niespożyte siły, niespożyta energia, niespożyty starzec itp.? Współczesne słowniki 
rejestrują tylko postać z przedrostkowym s-: niespożyty - „nie dający się wyczerpać, mający niewyczerpany zapas sił, 
niezniszczalny".

I  w tym  wypadku  Herbert  sięgnął  do formy pierwotnej,  przytaczanej  przez  słowniki  dawnej  polszczyzny.  W 

staropolszczyźnie istniał bardzo pospolity wyraz pożyć - „pokonać kogoś, sprostać komuś" („Wojną trudno go pożyć, 
bronią   trudno   zwyciężyć"   -   pisał   Cyprian   Bazylik   w   XVI   wieku).   Knapski   w   swym   „Thesaurusie"   z   roku   1621 
przytacza przysłowiowe wyrażenie pożyć sęku, mające znaczyć tyle co dzisiejsze zgryźć orzech, czyli „uporać się z 
trudnością".   Formami   imiesłowowymi   utworzonymi   od   tegoż   czasownika   były   postacie   pożyty   i   niepożyty   („We 
wszelkim   nieszczęściu   i   ty   bądź   niepożyty",   „Potłukł   zbroje   niepozyte,   spalił   tarcze   nieprzebite"   -   pisał   Jan 
Kochanowski).

W przywołanym tu już słowniku Orgelbranda z roku 1861 też jeszcze znajdujemy hasło niepożyty - „nie dający się 

pożyć (czyli nie dający się zniszczyć, pokonać)", „niełatwo ulegający zepsuciu, zniszczeniu, upadkowi", „długotrwały, 
wieczysty".  Postaci z s-w ogóle jeszcze w leksykonie nie ma, choć już w XVI stuleciu zaczęła się ona pojawiać 
(„Przyjaciół moich wszystkich spożywał, pościnał, wsi ich spalił, czci poodsądzywał" - czytamy na przykład w prze-
łożonym przez Piotra Kochanowskiego „Orlandzie szalonym"). Przez wtórne, brzmieniowe skojarzenie z czasownikiem 
spożyć -„zjeść" - utrwaliła się ona w końcu na dobre.

W efekcie mamy dziś do czynienia z parą wyrazową z punktu widzenia językowej logiki nieuzasadnioną: spożyty - 

„zjedzony", ale niespożyty - nie „niezjedzony", lecz „niezniszczalny, nie dający się wyczerpać".

Jakie prawdy ogólne płyną z tych rozważań? Pierwszą, odnoszącą się do formy czasu zaprzeszłego umarł był, 

można   by   sformułować   następująco:   w   językową   przeszłość   odchodzą   konstrukcje,   które   ostatecznie   okazują   się 
gramatycznym   balastem.   W   codziennym   obcowaniu   zupełnie   wystarcza   czas   przeszły   (umarł,   napisałem, 
przeczytaliście, wykonali), wyrażenie zaś temporalnego następstwa to doprawdy informacyjny luksus, z którego można 
zrezygnować.

Prawda druga odnosi się do form iścić się i niepożyty. Nie ma ich, niestety, we współczesnej polszczyźnie, choć 

mieściły się one w logicznym porządku znaczeniowym (iścić się - ziścić się jak jechać-zjechać, mężnieć - zmężnieć; 
pożyty   „pokonany"   -   niepożyty   „niepokonany,   niezniszczalny"   jak   mały   -   niemały,   miły   -   niemiły,   kolorowy 
-niekolorowy).
Tu ciśnie się pod pióro wniosek inny: powinniśmy pamiętać o tym, że logika nie zawsze jest ostatecznym prawodawcą 
w języku; silniejsze od niej okazują się często inne czynniki.

Po lekturze „Ptaśka" Williama Whartona

Kiedy w maju 1996 roku przygotowywałem się do spotkania z Williamem Whartonem, sięgnąłem do jego „Ptaśka" 

w tłumaczeniu Jolanty Kozak. Niniejszy rozdział chciałbym poświęcić pięciu jego fragmentom. Oto dwa pierwsze: 
.Jeszcze jedno jajko leży nie wyklute. To znaczy, że małych jest cztery"; „Nowe pisklaki rodzą się wszystkie jednego 
ranka. Są cztery".

Nie   zgłaszam   żadnych   poprawnościowych   zastrzeżeń   do   zdania   ostatniego.   Mamy   w   nim   do   czynienia   ze 

związkiem zgody między podmiotem i orzeczeniem w liczbie mnogiej. Składnia taka obowiązuje przy liczebnikach 
przedziału dwa-cztery:  pisklaki są cztery -tak jak np. cztery kobiety stoją, trzy auta jadą, dwadzieścia dwie osoby 
przyszły.

Nie  mogę  jednak zaakceptować  zdania z  pierwszego  wypowiedzenia:  „Małych  jest  cztery".  Poprawne  byłyby 

konstrukcje małych jest pięć czy małych jest sześć - tak jak pięć kobiet stoi, sześć aut jedzie, dwadzieścia siedem osób 
przyszło - ze składnią rządu obowiązującą przy liczebnikach powyżej czterech, czyli z podmiotem w dopełniaczu i 
orzeczeniem   w   liczbie   pojedynczej.   Ponieważ   w   tekście   mówi   się   o   czterech   ptaszkach,   należało   całemu 
wypowiedzeniu nadać formę następującą: Jeszcze jedno jajko leży nie wyklute. To znaczy, ze są cztery małe".

A dlaczego tak często się słyszy niepoprawne połączenia typu padło cztery bramek, przyszło dwadzieścia trzy 

osoby, zostało dwie minuty - zamiast padły cztery bramki, przyszły dwadzieścia trzy osoby, zostały dwie minuty? 
Odpowiedź jest prosta: połączeń z liczebnikami powyżej czterech, przy których obowiązują związki rządu, jest więcej i 

background image

dlatego mamy ochotę, by tym  typem  składni objąć wszystkie konstrukcje z liczebnikami. Działa tu zatem ogólno 
językowy mechanizm upraszczający (proszę zauważyć, że także na gotowych formularzach druków znajdują się tylko 
czekające na związki rządu połączenia typu: przybyło—osób, opuścił—godzin, ukończyło bieg—zawodników).

A teraz dwa następne fragmenty „Ptaśka": „No i tak wszystko apiać od początku", ,Juz teraz widzę, jak łatwo 

byłoby mi zrobić z siebie wielkiego gieroja". Mamy w nich dwa wyrazy rosyjskie: apiać -„znów, znowu, w kółko" i 
gieroj - „bohater".

Oba te słowa funkcjonują w naszym codziennym językowym obcowaniu, wzbogacając - jak pńkaz czy bumaga - 

jego ekspresję. Ale język rosyjski to sąsiad naszej polszczyzny, pozostający z nią od wieków w ścisłych kontaktach. 
Czy wplatanie potocyzmów-rusycyzmów do wypowiedzi chłopców amerykańskich-bohaterów „Ptaśka", którego akcja 
toczy się w latach trzydziestych naszego stulecia, jest stylistycznie uzasadnione?

Dotykam tu, oczywiście, niuansów pracy translatorskiej, ale myślę, że moje wątpliwości nie są bezzasadne. Jestem 

natomiast absolutnym  zwolennikiem takich pomysłów słowotwórczych  jak ten, z którym  się zetknąłem  w jeszcze 
jednym   fragmencie  książki   Whartona:  „Właśnie  skończyłem  krzątać  się  przy ptakach   iż  utęsknieniem  czekam  na 
tegonocny sen". Skoro mamy w języku polskim formację tegoroczny, dlaczego nie moglibyśmy czasem posłużyć się 
analogiczną strukturą tegonocny czy - dajmy na to - tegoletni?! Czynny stosunek do ojczystego języka przejawia się 
właśnie w zdolności do tworzenia tego typu słów, pozostających w całkowitej zgodzie z regułami systemowymi, tyle że 
nie   wspieranych   powszechnym   zwyczajem   społecznym.   Raz   jeszcze   więc   zachęcam   wszystkich   użytkowników 
polszczyzny, by korzystali z przebogatych możliwości systemu językowego. Zdolność przetwórcza polskich słów jest 
przecież niebagatelnym atutem stylistycznym.

Vaclav Havel - mistrz słowa i intelektu

W rozmowach prywatnych oraz w wystąpieniach publicznych często ujawniam swój więcej niż serdeczny stosunek 

do czeskiego pisarza i prezydenta Vaclava Havla. Jest on moją wielką sympatią polityczną i intelektualną. Toteż gdy w 
grudniu roku 1992 otrzymywał doktorat honoris causa naszego Uniwersytetu Wrocławskiego, uroczystość ta stała się 
dla mnie pretekstem do poświęcenia jednego z odcinków telewizyjnej „Ojczyzny polszczyzny" językowym problemom 
związanym z jego imieniem i nazwiskiem.

Ale i sam Vaclav Havel, a nie tylko jego imię i nazwisko, zasługuje na szczególne potraktowanie. Im dłużej obcuję 

z tekstami czeskiego  prezydenta,  tym  coraz  bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest on nie tylko  wielkim 
myślicielem, intelektualistą, lecz także wytrawnym mistrzem słowa.

Czyż nie było oratorskim majstersztykiem jego przemówienie na powitanie w Czechosłowacji papieża Jana Pawła 

II? Osią konstrukcyjną tej słynnej przemowy uczynił wtedy Havel niezwykłe składniowo i treściowo wypowiedzenie 
nie wiem, czy wiem, co to jest cud. Powtórzone około dziesięciu razy - w konstrukcjach typu: Nie wiem, czy wiem, co 
to jest cud, ale cudem jest to, że jesteś tu dzisiaj; nie wiem, czy wiem, co to jest cud, ale cudem jest to, ze jesteś w 
wolnej, suwerennej Czechosłowacji - wejdzie kiedyś z pewnością do podręczników retoryki (nieodparcie nasuwa się tu 
skojarzenie z powtórzeniami, należącymi do typowych figur stylistycznych Biblii, np. Biada wam, uczeni w piśmie i 
faryzeusze, obłudnicy - siedem razy powtórzone we fragmencie Ewangelii św. Mateusza 23,13-36).

Zachwycające językowo było przemówienie prezydenta Republiki Czeskiej z okazji wręczenia mu Nagrody Karola 

Wielkiego za zasługi na rzecz integracji europejskiej (uroczystość odbyła się 15 maja 1996 roku w Akwizgranie). 
Głębokie   myśli   o   perspektywach   naszego   kontynentu   Havel   rozwinął,   wychodząc   od...etymologii   Europy: 
„Sprawdziłem niedawno - powiedział, skąd właściwie Europa wzięła swoją nazwę i nieco zaskoczony stwierdziłem, że 
zdaniem wielu badaczy termin ten ma swój prapoczątek w akadyjskim słowie erebu, które oznacza zmierzch lub zachód 
słońca. Na pierwszy rzut oka może się wydać, iż tego rodzaju odkrycie nie nastraja zbyt optymistycznie: wszak słowo 
zmierzch łączymy tradycyjnie z wyobrażeniem jakiegoś końca, zaniku, porażki, upadku lub zbliżającej się śmierci. Pod 
pewnymi względami są to skojarzenia uzasadnione; wraz ze zmierzchem rzeczywiście coś się kończy. Ale też od 
niepamiętnych czasów to właśnie wieczór był porą, kiedy człowiek zastanawiał się nad tym, co zrobił w ciągu dnia, nad 
sensem lub bezsensem swoich działań, oraz snuł plany na dzień następny".

Więc jak będzie z naszą Europą? Czy mamy rzeczywiście do czynienia z jej zmierzchem, czy z niepowtarzalną 

szansą   cywilizacyjną?   Mówi   Havel:   „Wydaje   mi   się,   ze   owa   chwila   zmierzchu,   będąca   okazją   do   autorefleksji, 
mobilizuje nas, byśmy pamiętali o tradycji europejskiej, przyznając otwarcie, że istnieją wartości, które są ważniejsze i 
większe od naszych doraźnych działań, i że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko wobec swojej partii, swojego elektoratu, 
swojego lobby czy państwa, ale de facto wobec całego rodzaju ludzkiego, łącznie z tymi, którzy przyjdą po nas, i że 
wreszcie,  w ostatniej  instancji, werdykt  o wartości  naszych  czynów  zapadnie zupełnie gdzie  indziej  niż  w kręgu 
śmiertelników, którzy nas otaczają".

To   ostatnie   zdanie   kieruje   nasze   myśli   w   stronę   transcendencji.   I   ona   jest   nieustannie   obecna   w   tekstach 

Havlowych. W znanych, pisanych z więzienia „Listach do Olgi", będących moją ulubioną lekturą filozoficzną, Boga 
nazywa   Havel   niezmiennie   horyzontem   absolutnym   („Tylko   poprzez   ten   świat   mogę   się   odnosić   także   do   tego 
wyższego,   absolutnego   horyzontu"),   W   przemówieniu   akwizgrańskim   pojawiają   się   inne   określenia:   Sędzia   nad 
gwiazdami (powtórzone za Fryderykiem Schillerem w zdaniach: „Życie w świętym kręgu wolności wymaga przysięgi i 
zobowiązania w obliczu Sędziego nad gwiazdami", ,Jak gdybyśmy już całkiem zapomnieli o Tym, który jest Sędzią nad 
gwiazdami"),   Autorytet   („Wolność   możliwa   jest   tylko   wtedy,   gdy   bierze   na   siebie   odpowiedzialność   przed 

background image

Autorytetem, który ją przewyższa"), Ten, w którego Europa wierzy już od dwóch tysiącleci.

To  ostatnie  stało  się  podstawą  pointującego   fragmentu   akwizgrańskiego  przemówienia:  „Najwięcej  dla  świata 

uczynimy   wówczas,   gdy   będziemy   działać   w   zgodzie   z   nakazami   naszego   sumienia,   czyli   tak,   jak   sądzimy,   że 
chcielibyśmy postępować wszyscy. Europa musi pokornie i bez ostentacji wziąć na swoje ramiona krzyż dzisiejszego 
świata i naśladować Tego, w którego wierzy już od dwóch tysiącleci, ale w imię którego wyrządziła także sporo zła. 
Wówczas   zdoła   wypełnić   najlepszą   treścią   owo   pojęcie   zmierzchu,   któremu   podobno   zawdzięcza   swoje   imię" 
(cytowane fragmenty przemówienia akwizgrańskiego przełożył z czeskiego Andrzej Babuchowski - „Gość Niedzielny" 
z 16 czerwca 1996 roku; fragment  „Listów  do Olgi", PWN, Warsza-wa-Wrocław 1993 - w tłumaczeniu Elżbiety 
Szczepańskiej).

24 kwietnia 1997 roku Havel przemówił w Bundestagu. Tym razem przedmiotem jego rozważań stało się słowo 

ojczyzna: „Rozumiemy zwykle pod tym pojęciem - powiedział - kraj, gdzie żyje naród, do którego należymy. Kiedy 
dzisiaj powie się ojczyzna, większość ludzi będzie rozumiała ją jako strukturę zamkniętą, z góry daną, poddającą się 
dokładnej definicji i nie prowokującą do dalszych rozmyślań".

Czy takie rozumienie jest jedynie możliwe, słuszne i rokujące jakieś perspektywy? Czy nie należałoby zjawiska 

ojczyzny przynajmniej raz  jeszcze zanalizować?  Mówi  Havel:  „Najczęściej  używanym  i najbardziej  odpowiednim 
słowem na oznaczenie tego, co po czesku nazywa się ojczyzną, jest Heimat. Pochodzi ono z pragermańskiego słowa h e 
im a, które oznaczało nie tylko świat nam bliski, doskonale znany, a więc jedną z warstw naszych stron rodzinnych, 
lecz również świat i wszechświat w ogóle, w całości, a więc unwersum. Podobnie sta-roislandzkie słowo heimpekja 
znaczy mówić o stronach rodzinnych i ojczyźnie, ale także rozmyślać o wszechświecie, a więc filozofować".

Co   się   kryje   za   tą   pierwotną   dwuznacznością   słowa   ojczyzna?   Według   czeskiego   dramaturga   i   prezydenta 

wyjaśnienie jest proste: „Ojczyzna najwyraźniej była kiedyś rozumiana jako pewne uobecnienie świata, jako jego obraz 
czy też możliwość wejrzwna~w~je-go głąb. To, co doskonale znamy, co nas otacza, w czyrwcS^ewrf^ stopnia się 
orientujemy, czego bezpośrednio doznajemy ff doświadcz-my, było jak gdyby jedynie powierzchnią kryształu, w i cały 
kosmos. Ojczyzna czy strony rodzinne - tak rozumiane - nie wydzielają nas bowiem z wszechświata, ale przeciwnie - z 
wszechświatem owym nas wiążą. Tak więc pierwotne słowo ojczyzna nie oznacza żadnej zamkniętej struktury, ale 
przeciwnie - strukturę otwierającą. Jest to most między człowiekiem a kosmosem, odwołanie tego, co znane, do tego, 
co  nieznane,  tego,  co  widzialne, do tego,  co niewidzialne,  tego,  co zrozumiałe, do tego,  co tajemnicze, tego,  co 
konkretne, do tego, co ogólne. Jest to pewny grunt pod nogami, grunt, na którym człowiek stoi, by móc się wspinać ku 
niebu" .

A ja myśli te chciałbym dopełnić słowami ks. prof. Janusza St. Pasierba: „Małe ojczyzny uczą żyć w ojczyznach 

wielkich, a przede wszystkim - w wielkiej ojczyźnie ludzi".

Skrzydlate słowa

Oto fragment artykułu Leopolda Ungera z jednego z numerów „Gazety Wyborczej": „Bez nowej zreformowanej 

Unii jej poszerzenie w ogóle nie wchodzi w grę. Dokument z Turynu jest więc ważny dla Warszawy, Pragi itd. I choć 
lista określonych w nim priorytetów odbiega od oczekiwań PECO, to trzeba się z tym pogodzić. Jak? Ano, jak zawsze 
w Polsce, sięgając do wieszczów. Można optymistycznie za Słowackim powiedzieć: Niech żywi nie tracą nadziei albo 
pesymistycznie za Mickiewiczem: Kto wchodzi do mnie, żegna się z nadzieją".*

Bardzo   znamienne   i   słuszne   jest   stwierdzenie   „Brukselczyka"   o   stałym   w   Polsce   sięganiu   do   wieszczów. 

Aleksander Bocheński w „Rzeczy o psychice narodu polskiego" powie z nutą sarkazmu, że ideałem Polaka było zawsze 
napisanie poematu i oddanie życia w bitwie. Językowym zaś znakiem wyjątkowej roli literatury w dziejach naszego 
narodu jest stała jej obecność w różnego typu tekstach w postaci tzw. skrzydlatych słów, czyli często przytaczanych cy-
tatów ze znanych utworów, wchodzących do frazeologii języka potocznego i odgrywających w nim rolę aluzyjnych 
powiedzeń stosowanych w odpowiednich sytuacjach, nierzadko bez wyraźnej świadomości ich pochodzenia.

Odnajdujemy je przede wszystkim w nagłówkach prasowych. Bo i tytuł w tytule to jeden z najbardziej ulubionych 

środków stylistycznych ludzi pióra. I tak np. tytułem publikacji o jakichś bezsensownych przedsięwzięciach są bardzo 
często „Syzyfowe prace" (powieść Żeromskiego), a o beznadziejnym czekaniu na coś - „Czekając na Godota" (sztuka 
Becketta).   Jeśli   czekanie   jest   neutralniej-sze   pod   względem   emocjonalnym,   pojawiają   się   modyfikacje   Bec-
kettowskiego oryginału - typu Czekając na rzemieślnika. Czekając na formę. Czekając na remont.

A teraz inne przykłady - dosłowne przytoczenia tytułów literackich: „Samotny biały żagiel" - podpis pod zdjęciem 

łabędzia (por. powieść Katajewa), „Obcy" - art. o opuszczonym przez wszystkich człowieku (por. powieść Camusa), 
„Ożenek" - relacja sądowa (por. sztukę Gogola), „Piekło kobiet" - art. o przerywaniu ciąży w Nowej Zelandii (por. 
szkic Boya-Żeleńskiego), „Zaczarowane koło" - art. o sytuacji w polskim teatrze (por. sztukę Rydla), „Szlachetne 
zdrowie"-   art.   poświęcony   problemom   zdrowotnym   (por.   fraszkę   Kochanowskiego),   „Jesienna   nuda"   (por.   sztukę 
Niekrasowa), „W poszukiwaniu straconego czasu" - reportaż z dnia na budowie (por. powieść Prousta).

Najczęściej  pojawiają  się parafrazy znanych  tytułów:  „Tropami Smętka"  - reportaż  ze spływu  kajakowego  na 

Mazurach (por. Wańko-wicz, „Na tropach Smętka"), „Alchemik słowa" - wspomnienie o Janie Parandowskim (por. 
tegoż „Alchemię słowa"), „Sportowa smuga cienia" (por. Conrad, „Smuga cienia"), „Stary człowiek i życie" (por. 
Hemingway, „Stary człowiek i morze"), „Traktat o pozornej robocie" (por. Kotarbiński, „Traktat o dobrej robocie"), 
„Wiatr od—Pogoni", „Wiatr od gór" (por. Żeromski, „Wiatr od morza"), „Żywot człowieka aktywnego" (por. Rej, 
„Żywot   człowieka   poczciwego"),   „Kanada   pachnąca   muzyką"   (por.   Fiedler,   „Kanada   pachnąca   żywicą"),   „W   96 

background image

filmów dookoła świata" - relacja z festiwalu filmów krótkometrażowych w Oberhausen (por.Yeme, „W 80 dni dookoła 
świata"),   „Pojednanie   z   bronią"   -   art.   o   zjeździe   Stowarzyszeń   Muzeów   Broni   (por.   Hemingway,   „Pożegnanie   z 
bronią"), „Trzeźwemu biada?" - art. o pladze pijaństwa (por. Gribojedow, „Mądremu biada"), „Rękopis znaleziony w 
operze" - relacja z festiwalu piosenki w Sopocie (por. Potocki, „Rękopis znaleziony w Saragossie"), „Miłość w bardzo 
starych   dekoracjach"   -   rec.   przedstawienia   „Spór"   wrocławskiej   pantomimy   (por.   Różewicz,   „Śmierć   w   starych 
dekoracjach"), „Dyscyplina niejedno ma imię" (por. la Mure, „Miłość niejedno ma imię").

Tytuły   literackie   to,   oczywiście,   niewyłączne   skrzydlate   słowa.   Jeszcze   popularniejsze   są   fragmenty   znanych 

wierszy,  dramatów czy powieści. Zdecydowanie najczęściej Polacy nawiązują do twórczości Mickiewicza: „Gwałt 
gwałtem się odciska" (tytuł relacji o próbie zbiorowego gwałtu w Rumunii, zakończonej—pobiciem i puszczeniem 
nago gwałcicieli przez niedoszłą ofiarę - dziewczynę trenującą karate), „Ciemno wszędzie" (art. o sytuacji polskiego 
brydża), „Głucho wszędzie" (art. o sytuacji polskiej piłki nożnej), „Mierz fundację na zamiary", „De cię trzeba cenić..." 
(art. o rękopisie „Pana Tadeusza)", „Zbłądzili pod strzechy", „Patrzaj w serce" (art. o transplantacji serca), „Szkoła 
męczy,   nudzi,   przestrasza",   „Nam   strzelać   nie   kazano"   (ulubiony   nagłówek   dziennikarzy   sportowych,   gdy   piszą 
sprawozdanie   z   meczu,   który   się   zakończył   wynikiem   bezbramkowym),   „Kobieto,   puchu   marny",   „Kraj   lat 
dziecinnych", „Nasz naród jak lawa", „Do przyjaciół Moskali".

Przywoływani są i inni klasycy: Słowacki („Smutno mi, Boże", „Dwa na końcach swych przeciwnych bogi", „Nie 

pójdę z wami waszą drogą kłamną", „Duchowi memu dała w pysk", „Język giętki", „Milcz, serce"), Norwid („Do kraju 
tego, gdzie kruszynę chleba...", „Odpowiednie dać rzeczy słowo", „Polska przemienionych kołodziejów", „Ideał sięgnął 
bruku", „Ojczyzna jest to wielki zbiorowy obowiązek", „W krainie schorowanej wyobraźni"), Fredro („Paweł i Gaweł", 
„Zupa z gwoździa", „Nie uchodzi, nie uchodzi", „Osiołkowi w żłoby dano", „Wolnoć Tomku w swoim domku", „Znaj 
proporcją, mocium panie'^), Wyspiański („A to Polska właśnie", „Trza być w butach na weselu", „A tu pospolitość 
skrzeczy", „Teatr mój widzę ogromny", „Cóż tam, panie, w polityce?", „Co się w duszy komu gra", „Chocholi taniec").
Wszystkim przytoczonym tu konstrukcjom przysługuje szczególna moc sugestii zbiorowej. Skrzydlate słowa literatury 
to polska ^specyfika kulturowo-językowa^ może zanikająca, może coraz bardziej elitarna, ale istotnie wpływająca na 
wyobraźnię przeciętnego użytkownika polszczyzny.

Trudno jednak nie zauważyć, że coraz natarczywiej jest dziś ona atakowana przez inne obiegowe formy językowe, 

takie jak fragmenty piosenkarskich szlagierów (To byty piękne dni, Dziwny jest ten świat, A mnie jest szkoda lata, 
Kolorowe jarmarki, Kochać - jak to łatwo powiedzieć. Jadą wozy kolorowe) czy slogany reklamowe.

Znakiem czasu jest kariera tych ostatnich. Dzieci potrafią nimi dialogować przez kilka minut! Sam się przyłapuję 

na  natychmiastowych  skojarzeniach  leksykalnych  typu  warto -  z Wartą  warto, wizja  - to nie wizja,  to Vizir czy 
najlepsze - podaj to, co najlepsze. Złości mnie to nieraz - tak jak się niecierpliwię, gdy nie mogę się doczekać na ten czy 
inny program telewizyjny (zwłaszcza mecz piłkarski!), skazany na poprzedzającą go serię reklam. Wiem jednak dobrze, 
że stanowią one integralną część kultury masowej, a jej formuły zaczynają pełnić funkcję właśnie skrzydlatych słów.

Wystarczy   na   przykład,   że   jakiś   tekst   prasowy   poświęcony   jest   szeroko   pojętemu   praniu,   czyszczeniu,   a   już 

zdecydowana   większość   dziennikarzy   decyduje   się   na   nagłówek   Ociec,   prać?!,   będący   powtórzeniem 
najpopularniejszego chyba sloganu-cytatu z Sienkiewicza.

Zdarza się, że jakiś fragment przechodzi znamienną drogę od piosenkarskiego szlagieru - przez tekst reklamowy - 

do elitarnego czasopisma. Oto Andrzej Rosiewicz zaśpiewał  najpierw Czy lubi pani czaczę, czy czaczępani  zna?. 
Później   pojawiła   się   znana   modyfikacja   reklamowa:   Czy   lubi   pani   ATLAS,   czy   ATLAS   pani   zna?,   a   w   końcu 
„Tygodnik Powszechny" zdecydował się na tytuł Czy lubi pani Czycza, czy Czycza pani zna? (artykuł-wspomnienie o 
zmarłym pisarzu Stanisławie Czyczu).

W tym momencie trzeba postawić pytanie: czy tego typu pomysł nie jest stylistycznym zgrzytem? Nie może tutaj 

nie razić wyraźny kontrast między frywolnym charakterem konstrukcji-pierwowzoru a okolicznościami (czyjaś śmierć), 
które sprowokowały autora do tej modyfikacji.
Podobnie wypada  ocenić zachowanie  pewnego profesora,  który w poważnym  programie  telewizyjnym  zaczął swą 
wypowiedź od słów:
„To, co mam  do przekazania, wypowiem  z pewną taką nieśmiałością",  będących  - oczywiście  - nawiązaniem  do 
reklamowego wyrażenia z pewną taką nieśmiałością, dotyczącego podpasek higienicznych.

Nie razi trawestacja tej konstrukcji w dowcipnym felietonie, którego autor pisze o jednym z polityków, że z pewną 

taką kabaretową zuchwałością demonstrował pistolecik.

Inny felietonista nie napisał o jednoczesnej jeździe na rowerze i rozmowie przez telefon komórkowy, lecz myśl tę 

zwerbalizował następująco: ,Jqłem w duchu wychwalać ideę jazdy na rowerze i rozmowy przez telefon komórkowy w 
jednym". Jest to, naturalnie, parafraza szamponu i odżywki w jednym.

Ten ostatni slogan tak działa na wyobraźnię ludzi pióra, ze jego modyfikację zdarzyło mi się znaleźć w jeszcze 

jednym  wycinku  prasowym:  „Pomnik trzy w jednym  przypomina  ruską babę:  dwa starsze pomniki  ukryte  sq we 
wnętrzu trzeciego, najnowszego". Nagłówek zaś całego artykułu brzmiał: Jak Kłodzko na pomnikach oszczędza. TRZY 
W JEDNYM.

Powiedzmy wreszcie, że w czasie kampanii prezydenckiej na pewno nie byłoby haseł Bądź sobą. Wybierz Wałęsę i 

Pietrzak krzepi, gdyby wcześniej nie zapadły w powszechną świadomość językową slogany Bądź sobq. Wybierz Pepsi i 
Mars krzepi (ten ostatni jest trawestacją znanego przedwojennego Cukier krzepi, wymyślonego -jak wiemy - przez 
Melchiora Wańkowicza).

Jak   widać,   wiele   sloganów   reklamowych   wzbogaciło   polski   system   stylistyczny,   funkcjonując   na   zasadzie 

background image

skrzydlatych stów. Jeśli nie dochodzi do wyraźnej dysharmonii formy i treści, jak w dwu opisanych wyżej przykładach, 
nie może być mowy o konflikcie tekstu reklamowego z szeroko pojętą kulturą języka.

W językowym kręgu rodziny

Terminologię   rodzinną   tworzyła   kiedyś   wielka   grupa   wyrazowa.   To   rozbudowane   słownictwo,   precyzyjnie 

określające poszczególne stopnie pokrewieństwa, ściśle oddzielające przodków po mieczu (agnati post gladium) od 
przodków po kądzieli (agnati  post  fusum), okazywało  się jednak coraz  mniej  przydatne  w miarę  zacieśniania się 
familijnych więzi tylko do kręgu osób sobie najbliższych: ojca, matki, babci, dziadka, brata, siostry, wujka, ciotki. Nie 
można się więc dziwić, że odeszło w językową przeszłość.

Któż  z  nas,  współczesnych,   zna  na  przykład   dawną  snechę,   sneszkę, czyli  synową?   Owa  snecha   zwała  braci 

mężowych dziewierzami, siostry męża - zełwami, zołwami lub zełwicami, a żony braci mężowych - jątrwiami albo 
jqtrewkami. Rodziców męża snecha określała przez całe wieki jako świekrów, ją samą zaś nazywano także często 
niewiastkq (bo nic się o niej nie wiedziato, gdy wchodziła do rodziny; to określenie znane jest do dziś na Śląsku).

Teściami   (dawn.   częściami)   byli   tylko   dla   męża   rodzice   żony.   Tenże   mąż   nazywał   brata   żony   (dzisiejszego 

szwagra) szurzym. Już w XVI wieku zapomniano zupełnie o nieciach i nieściorach - potomstwie brata lub siostry. Syn 
brata   to   dziś   bratanek,   córka   brata   -   bratanica,   syn   siostry   -   siostrzeniec,   a   córka   siostry   -   siostrzenica.   Kiedyś 
funkcjonowały jeszcze takie postacie, jak synowiec, brataniec, bratan, braciniec (dwie ostatnie - głównie na Śląsku), 
synowica, siestrzan, siestrzanek, siestrzanka.

Ciotą, ciotko, była i jest zarówno siostra ojca, jak i matki. Na naszych oczach obumiera stryj, stryjek, czyli brat 

ojca,   wyparty   przez   wuja,   wujka,   który   kiedyś   oznaczał   tylko   brata   matki.   Ciotką   i   wujkiem   są   dziś   za   to   dla 
najmłodszych   także   przyjaciele   i   bliscy   znajomi   ich   rodziców,   co   jest   potwierdzeniem   odchodzenia   od   dalszych 
związków familijnych ku relacjom koleżeńskim, opartym na wolnym wyborze.

Na nieuchronne odejście z codziennego obiegu językowego skazane są i takie określenia, jak stryjna, stryjenka - 

„żona stryja", wuj-na, wujenka - „żona wuja". Nikt też już męża ciotki nie nazwie nacio-tem czy pociotem (ostał się 
jeszcze żartobliwy podatek - „daleki krewny"). To również jest obecnie pojemny znaczeniowo wuj, wujek.

Dziecko to historyczne zdrobnienie. Kiedyś było w powszechnym obiegu dziecię, a także zupełnie dziś nieznane 

czędo. Warto wspomnieć, że formy wnuk i wnuczka tez miały postacie oboczne - wnęk i wnęka.

Ojciec i matka to, oczywiście, rodzice, ale rodzic był aż do początków naszego stulecia tylko „ojcem" („napirwszy 

nasz rodzic Adam" - pisał na przykład Szymon Starowolski pod koniec XVI wieku, „syn nie poszedł w siady swego 
rodzica" - czytamy u Henryka Mościckiego, urodzonego w roku 1881), rodzica zaś to jeszcze dla Mickiewicza synonim 
matki (w  „Konradzie Wallenro-dzie":  „Wilija, naszych  strumieni  rodzica,  dno ma złociste i niebieskie lica").  Jak 
wiemy, szerzy się obecnie zwyczaj określania mianem rodzica - albo ojca, albo matki (ja aprobuję tę ewolucję for-
malno-znaczeniową, ale wielu normatywistów ciągle jej nie akceptuje).

Ojciec,   jak już  wiemy  z  pierwszego   rozdziału tej   książki, miał   pierwotne  brzmienie  ociec.   Wtórne  ;'  w tym 

rzeczowniku jest fonetycznym  efektem powszechnego w XV/XVI wieku przekształcania się grup głoskowych -cc-, 
-dźc- w -je-. Ponieważ od dopełniacza zaistniały artykulacyjne warunki tej dźwiękowej ewolucji (formy occa, occu, 
oćcem,   oćcze   przekształciły   się   w   ojca,   ojcu,   ojcem,   ojcze),   także   i   mianownikowy   ociec   wchłonął   to   wtórne   j 
(wyrównał się w ten sposób temat fleksyjny tego rzeczownika).

Matka - historyczne zdrobnienie, urobione przyrostkiem -ka -jest słowem o praindoeuropejskim rodowodzie. Jego 

prasłowiańska postać to mati, kontynuowana na gruncie polskim jako mąci, a potem mac(w dopełniaczu: macierze, stąd 
macierz). Szokująca dla współczesnych użytkowników polszczyzny może być informacja, że jednym z synonimicznych 
określeń matki była też... maciora. W przejmujących XV-wiecznych „Żalach Matki Boskiej pod krzyżem" czytamy:
„Proścież Boga, wy miłe i żądne („potrzebujące") maciory, by wam nad dziatkami nie były takie to pozory („widoki")". 
Dopiero później dokonała się ewolucja znaczeniowa maciory, dziś oznaczającej „samicę świni".

Inne formy żeńskie też zresztą zmieniały swe treściowe zakresy i stylistyczne zabarwienia. I tak towarzyszką życia 

męża była najpierw małzona, małżonka (skrzyżowanie niemieckiego pnia Mahl i rodzimej żony). Żona natomiast długo 
była najpowszechniejszym ogólnym określeniem osoby płci żeńskiej. Stała się ona nazwą matrymonialną, gdy kobieta 
przestała być wyrazem frywolnym, a nawet obraź-liwym (jedna z bohaterek „Sejmu niewieściego" Marcina Bielskiego, 
tworzącego w XVI wieku, skarży się: „Męże nas ku więtszemu zelżeniu kobietami zową") i mogła przyjąć funkcję 
neutralnego   pod   względem   stylistycznym   określenia   istoty   płci   żeńskiej   (z   kolei   nie-nacechowana   ekspresyjnie 
dziewka,   synonim   dziewczyny,   stała   się   z   czasem   słowem   o   wybitnie   ujemnym   znaczeniu   -   „kobieta   lekkich 
obyczajów").

W   szkicu  tym   przywołałem   kilka   form  funkcjonujących   w  bliskiej   mi  gwarze   śląskiej.  Rejestr  ten  mógłbym 

uzupełnić o takie postacie, jak ojce, ojcowie - „rodzice" (powszechnie znane i w innych regionach), cera - „córka", 
chmoś-   „kum",   gniozdurek   -   „najmłodsze   dziecko   w   domu",   libsta   -   „narzeczona",   potek,   potka   -   „chrzestny, 
chrzestna", starka - „babcia", staroszek, starzyk - „dziadek", ta-cik - „ojciec, tato, dziadek, starszy człowiek", ujek - 
„wujek", zowit-ka - „panna z dzieckiem", żynich - „pan młody".

Wraz z formami polszczyzny ogólnej tworzą one ciekawą mozaikę nazewniczą, nieuchronnie jednak skazaną na 

ilościowy regres -jeszcze jeden językowy znak czasu.

background image

W językowy m kręgu medycyny

Lingwistę   rozpatrującego   zjawiska   językowe   w   szerszym   aspekcie   teorii   międzyludzkiej   komunikacji   musi 

szczególnie interesować wyjątkowość relacji lekarz - pacjent. Ten drugi przychodzi do pierwszego z całą swoją ludzką 
biedą, z całą psychofizyczną biedą - podkreślmy. A miser res sacra („biedny rzeczą świętą") - mówił Seneka. Czy 
zapracowany lekarz zawsze jest świadom tej sytuacji komunikacyjnej? Czy pamięta o zasadzie Hipokratesa primum 
non   nocere   („po   pierwsze   nie   szkodzić"),   rozpatrywanej   z   punktu   widzenia   językowego   stosunku   do   chorego 
człowieka? Chciałoby się mu więc przypomnieć: pomóc nie zawsze możesz, pocieszyć - zawsze możesz, pocieszyć 
słowem dobrym, łagodnym, przynoszącym ukojenie.

„W skromnym  wspomnieniu pragnę  przywołać  postać lekarza, by wszystkim  lekarzom  oddać należną cześć - 

mówił legendarny kaznodzieja przemyski i wrocławski ks. prof. Julian Michalec. Gorlice -podkarpackie miasteczko. 
Okupacja. W szpitalu nikt nie śni jeszcze o penicylinie i nie ma nawet bandaży. Bandażują nas papierem. Dyrektor 
chirurg - nazywał się Jan Rybicki - dysponuje sankami i swoim siwkiem, ale najczęściej na noc nie jedzie do domu, ale 
zostaję w gabinecie. Koło północy, kiedy gorączka pooperacyjna się wzmaga, jak biało odziany den wchodzi do sali na 
palcach i - nachylając się nad ciężko chorym - pyta: N o, jak się czujesz, dziecko? Niech on teraz jeszcze za grobem 
odbierze należną mu cześć".

Wyjątkowy charakter lekarskiego powołania stoi u źródeł powiedzeń znanych w całym cywilizowanym świecie: 

Medice, cum te ipsum
- „lekarzu, troszcz się o samego siebie", medicus curat, natura sanat
- „lekarz leczy,  natura uzdrawia", mens sana in corpore sano -„w zdrowym  ciele zdrowy duch", similia similibus 
curantur - „podobne leczy się podobnym" (zasada homeopatii i medycyny ludowej).

Lekarz - zdrowie - choroba to kategorie tak ważne egzystencjalnie dla każdego człowieka, że tworzą jeszcze jedną 

rozbudowaną   grupę   skrzydlatych   słów.   Przywołajmy   kilkanaście   z   nich:   Najwięcej   doktorów   na   świecie   (słowa 
przypisywane   Stańczykowi,   szesna-stowiecznemu   błaznowi   Zygmunta   Starego),   Lekarz   leczy   chorobę,   a   zabija 
pacjenta (Francis Bacon 1561-1626), „Lekarstwa na miłość"
- tytuł utworu Owidiusza z 2 r., „Czas - lekarz zła" (Menander 342-291 p. n. e.) - stąd zdanie św. Augustyna Czas leczy 
rany, „Lekarz mimo woli" - tytuł komedii Moliera z r. 1666, „Lekarz swojego honoru" - tytuł dramatu Calderona z r. 
1637,   Umieram   z   pomocy   zbyt   wielu   lekarzy   -   słowa   wypowiedziane   na   łożu   śmierci   przez   Aleksandra 
Macedońskiego, Klasyczne jest to, co zdrowe; romantyczne to, co chore (J. W. Goethe), Choroba ta nie jest na śmierć, 
ale dla chwały Bożej
- Nowy Testament; do tego cytatu nawiązuje „Choroba na śmierć"

-

dzieło S. Kierkegaarda, „Dziecięca choroba lewicowości  w komunizmie" - tytuł  książki Lenina (por. współczesne 
dziecięca  choroba  demokracji,  dziecięca  choroba  ustrojowej  transformacji  itp.), „Piękna choroba"  - tytuł  powieści 
Mieczysława Jastruna z r. 1961, Trzeba wiedzieć, ze to jest Sopliców choroba, że im oprócz ojczyzny nic się nie 
podoba (Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu"), Byłem chory, a nawiedziliście mnie - Biblia, „Chory z urojenia" - 
tytuł  komedii Moliera z r. 1673, Mamy chorego człowieka, poważnie chorego  człowieka w naszych  rękach - car 
Mikołaj I o Turcji w rozmowie z ambasadorem angielskim Hamiltonem Seymourem (1852), „Turek jest chory" - tytuł 
pieśni duchownego niemieckiego Alberta Poysela z r. 1683; niemal równocześnie Thomas Roe, ambasador angielski w 
Istambule,   porównywał   Turcję   do   ciała   starego,   chorego   człowieka,   „O   doktorze   Hiszpanie"   -   tytuł   fraszki   Jana 
Kochanowskiego, Chory na Moskala (Stefan Żeromski), Jak w medycynie nie masz chorób, tylko są chorzy, tak w 
świecie moralnym nie masz win, tylko 

 winni (Henryk Sienkiewicz w „Rodzinie Połanieckich").

A ileż frazeologizmów medycznych wokół nas! Popatrzmy: ważyć jak w aptece - „ważyć skrupulatnie, skąpo", 

dokładność aptekarska - „dokładność drobiazgowa", robić coś po aptekarsku - „robić coś bardzo dokładnie", choroba 
go wie!, ty chorobo!, cię choroba!, chorować na coś - „bardzo czegoś pragnąć", chorować na kieszeń - „nie mieć 
pieniędzy", cos jest lekarstwem na coś (np. na ciemnotę -oświata), na upór nie ma lekarstwa, czas najlepszy lekarz, czas 
wszystko uleczy, trzeba przeciąć ten wrzód - „trzeba zastosować radykalne środki", to trzeba jak lancetem - „trzeba 
działać szybko, ostro, radykalnie".

Dołączmy do nich przysłowia: każda choroba ma swoje lekarstwo - „nie ma sytuacji bez wyjścia", na choroby są 

sposoby, pańska choroba - ubogiego zdrowie, chory na śmierć, a zjadłby ze ćwierć, nie każdy chory, co stęka, chorego 
zdrowy nie wyrozumie, chorego pytają -zdrowemu dają, co człowiek - to lekarz, dobry kucharz - dobry lekarz.

Jakże znamienne było w ostatnich latach minionego okresu naszych dziejów, że - bezradni wobec powszechnej 

niemożności   załatwienia   czy   kupienia   czegokolwiek   -   posługiwaliśmy   się   na   co   dzień   dwoma   terminami 
psychiatrycznymi: obłędem i paranoją. Czy dziś wróciły już one na swoje miejsce pierwotnego przeznaczenia?

Jako   zaś   kibic   sportowy   rejestrowałem   przykłady   licznych   metafor   budowanych   na   podstawie   skojarzeń   ze 

słownictwem medycznym: „Polska szermierka jest bardzo chora, a jej leczenie będzie bardzo trudne", „To stanowczo 
za mało, aby twierdzić, że polska koszykówka żyje i że są nadzieje na poprawę jej samopoczucia", „Szpada znajduje się 
obecnie  w  letargu",  „Bez  gier  zespołowych  sport  jest  kulawy",  „Futbolowy AIDS  paraliżuje stadiony"  (artykuł  o 
chuliganach boiskowych), „Sytuacja w boksie wymaga ostrych cięć", „Mamy po olimpiadzie wrzód do przecięcia", 
„Powierzchowne cięcia PZPN-wskim skalpelem nie uleczą tej jątrzącej się rany", „Podawanie aspiryny nie uleczy 
piłkar-stwa", „Owszem, reprezentacja może być  podłączona do k r opiów -k i jeszcze przez najbliższe półrocze", 
„Olimpijski medal potrzebny jest jak tlen pokręconemu światkowi polskiego judo", „Nasi piłkarze potrzebują erki".

A skoro już się w medycznym kręgu znajdujemy, zatrzymajmy naszą uwagę na połączeniach wyrazowych lekarz 

medycyny, lekarz stomatologii, lekarz weterynarii. „Szczególnie denerwujące jest to pierwsze - pisze pani doktor z 

background image

Poznania. Przecież ja leczę człowieka, a nie medycynę, tak zresztą jak lekarz weterynarii nie leczy tejże weterynarii, ale 
przychodzi z pomocą zwierzętom!".

Lekarz ludzi był, jest i będzie dla mnie i dla większości Polaków po prostu lekarzem. Lekarz leczący zęby to 

dentysta (łac. dens, den-tis - „ząb"), lekarz dentysta, stomatolog (gr. stoma, stomatos -„usta"), lekarz stomatolog, lekarz 
zwierząt zaś to weterynarz (łac. ve-terina - „stare, doświadczone bydło robocze - woły, osły, muły juczne"), lekarz 
weterynarz.

Do świata tych funkcjonujących od lat określeń wdarły się jednak konstrukcje, wzbudzające odruch sprzeciwu i 

wspomnianej pani doktor z Poznania, i wielu innych osób. Ba - znajdują się te połączenia w ustawie wśród innych 
tytułów zawodowych. A i ktoś, kto w czasie rozmowy ze mną bardzo chciał być poprawny, powiedział, że jego brat jest 
lekarzem medycyny, co jest wyraźnym potwierdzeniem ogromnego wpływu polszczyzny oficjalnej, urzędowej na nasze 
codzienne zachowania językowe.

Trudno jednak - na zdrowy rozum - nie przyznać racji przeciwnikom kontrowersyjnych połączeń i ich odczuciom 

treściowo-gramatycznym. Przecież wyraz lekarz znaczy tyle co „ten, który leczy" - tak jak np. malarz to „ten, który 
maluje", a z takimi formami łączą się przydawki dopełniające, np. malarz obrazów, czyli „ten, który maluje obrazy". 
Najprecyzyjniejsze byłyby zatem określenia lekarz ludzi i lekarz zwierząt, składające się z nazwy wykonawcy czyn-
ności leczenia i z nazwy tych, na kogo się ta czynność kieruje. Ponieważ się jednak nie przyjęły, mówi się na ogół o 
lekarzu i o weterynarzu.

Urzędowy lekarz medycyny czy lekarz weterynarii grzeszy przeniesieniem treści drugiego składnika połączenia do 

składnika pierwszego (medycyna to przecież nauka o zdrowiu i chorobach człowieka oraz sztuka, umiejętność leczenia 
chorych i zapobiegania chorobom;
weterynaria to nauka o zdrowiu i chorobach zwierząt oraz sztuka, umiejętność leczenia chorych zwierząt).

Przed   prawie   trzydziestoma   laty   prof.   Witold   Doroszewski   namawiał   do   zrezygnowania   z   takich   skrupułów 

znaczeniowo-składniowych i do posługiwania się tytułem lekarz weterynarii, społecznie dowartościowującym lekarza 
zwierząt. Ja - broniłbym powszechnych odczuć użytkowników polszczyzny. Dlatego opowiadam się raz jeszcze za 
lekarzem,   weterynarzem   i   dentystą,   a   w   tekstach   oficjalnych   -za   lekarzem,   lekarzem   weterynarzem   i   lekarzem 
stomatologiem.

Chrystus - chrzest - chrześcijanin

W jednym z listów pasterskich ordynariusz gliwicki biskup Jan Wieczorek uświadomił swoim diecezjanom, że 

polszczyzna jest wyjątkowym językiem europejskim, w którym takie słowa, jak chrześcijanin czy chrześcijaństwo, nie 
są etymologicznie związane z Chrystusem (w innych językach ten związek jest oczywisty, np. w niemieckim: Christus - 
Christ, Christentum, w angielskim: Christ - Chri-stian, Christianity). Od jakiej podstawy słowotwórczej biorą w takim 
razie swój początek rzeczowniki chrześcijanin i chrześcijaństwo? Poniższy wywód historycznojęzykowy pokaże, że 
pośredni związek z Chrystusem mają i one.

Zacząć trzeba od informacji, że pierwotne postacie naszych wyrazów to krześcijanin, krześcijaństwo, a także - co 

bardzo   ważne   -   krzcić,   krzest   i   krzestny.   Czytamy   w   tekstach   staropolskich:   „Każdy   krześcijan"   („Kazania 
gnieźnieńskie" z końca XIV w.), „Za zbawienie wszech krześcijanów" („Psałterz puławski" z końca XV w.). Formę 
krztu cytuje „Słownik warszawski" (z lat 1900-1927) jeszcze z Wacława Potockiego (1621-1696), a ze Stanisława 
Orze-chowskiego (1513-1566) - nawet krstu. Ba, w „Słowniku języka polskiego" Maurycego Orgelbranda z roku 1861 
hasła   krzest   i   krzestny   figurują   jako   równorzędne   warianty   postaci   chrzest,   chrzestny   (ale   mamy   tam   już   tylko 
chrześcijanina i chrześcijaństwo).

Dodajmy, że pierwotne k- dochowało się w gwarowym brzmieniu krzesny (bardzo popularnym np. na Podhalu), a 

także w języku rosyjskim, gdzie funkcjonują kriest - „krzyż", kriestit - „chrzcić", kriestjanin - „chłop".

Konfrontacja z tymi ostatnimi postaciami rozjaśnia już wszelkie wątpliwości etymologiczne: nasze prymarne formy 

krzest, krzcić, krześcijanin, krześcijaństwo mają nagłosowe k-, bo są związane ze starosłowiańskimi podstawami krist - 
„krzyż" i kristiti - dosł. „znaczyć krzyżem". Inaczej mówiąc: krześcijanin i krześcijaństwo pochodzą od krztu, a ten od 
czasownika   kristiti   (od   krist   -   dzisiejszy   krzyż).   Pod   wpływem   brzmieniowego   podobieństwa   i   skojarzenia   z 
Chrystusem (krist - Christ) stare brzmienia ustąpiły tym z nagłosowym ch- i dziś mamy: chrzcić, chrzest, chrzestny, 
chrześcijanin, chrześcijaństwo. W tym sensie można zatem mówić, co zasygnalizowałem na początku, o pośrednim 
wpływie Chrystusa na współcześnie obowiązujące formy wyrazowe.

Również pod wpływem słów z wtórnym nagłosowym ch- zakrystia (niem. Sakristei, ze starowłoskiego sacristia, od 

sacrista - „sługa kościelny, zakrystian") w ustach wielu Polaków przekształca się w zachrystię - z niepoprawnym ch.

A ja myślę, że warto sobie uświadomić mechanizm tego typu brzmieniowych asocjacji, przy okazji poznając dzieje 

słów tak ważnych w historii naszego języka i narodu.

Domus - dom - tum

Jakie jest pochodzenie nazwy miejscowości Tum, leżącej koło Łęczycy, znanej dzięki zabytkowej kolegiacie z XII 

stulecia? Czy można przyjąć, że słowo tum, którym określano w dawnych czasach katedry, kolegiaty i inne znaczne 
obiekty sakralne, stanowi zniekształcenie wyrazu dom?

Nazwa miejscowości Tum, obok której znajdował się najstarszy gród z VI-VIII w., niewątpliwie nawiązuje do tumu 

background image

- słynnej kolegiaty benedyktyńskiej z roku 1161 (któż z nas nie pamięta z podręczników historii fotografii romańskiego 
tumu pod Łęczycą!). Nie mylą się ci, którzy widzą etymologiczne powinowactwo tumu i domu. U ich źródeł stoi, 
oczywiście, łaciński domus - „dom, także dom kościelny, czyli kościół", tyle że brzmienie-określenie budowli sakralnej 
przyjęło się u nas pod wpływem niemieckiej wersji z ubezdźwięcznionym nagłosowym t- (tuom). We współczesnej 
niemczyźnie jest znów nagłosowe dźwięczne d- (der Dom - „katedra"), w polszczyźnie natomiast tum w takim się 
brzmieniu utrwalił, stając się z biegiem lat słowem archaicznym, regionalnym, wypartym przez katedrę (gr. kathedra - 
„krzesło, siedzenie").

Sięgnięto po niego przy tworzeniu przymiotników-określeń dwu pięknych Ostrowów - najstarszych części Poznania 

i Wrocławia. Są to, jak wiadomo, Ostrowy Tumskie, a nie Katedralne. Myślę, że taka wersja nazewnicza przydaje 
dostojeństwa tym wyjątkowo urokliwym częściom obu starych grodów - nadwarciańskiego i nadodrzańskiego.

„Słownik języka polskiego" pod red. Maurycego Orgelbranda z roku 1861 podaje, że tum oznaczał także „kopułę 

kościelną" („Kościół w Kielcach Giedeon zmurować dał z kwadratu i pół tumu założył").

Wracając zaś do domu, warto dodać, że jest to słowo wszystkich ludów słowiańskich, a jego związek z łac. domus, 

gr.  domos  czy  ind.  dama  uświadamia  nam   językową   wspólnotę  z  ludami  indoeuropejskimi,  które   na początku  II 
tysiąclecia p.n.e. zajmowały obszary rozciągające się od Indii po Europę (stąd nazwa).

Archaiczność domu sprawia, że od wieków używa się go w kilku odcieniach znaczeniowych: budynek mieszkalny 

(np. dom parterowy, dom na Nowym Świecie), mieszkanie w ogóle, siedziba (nie zastałem go w domu, możesz w tym 
chodzić po domu), rodzina, domownicy (staropolski dom szlachecki, pan domu, pani domu, z domu Kowalska, cały 
dom był na nogach), ród, dynastia (dom panujący, dom Habsburgów), zakład, instytucja (dom Boży = kościół, dom 
wycieczkowy, dom wariatów, dom poprawczy, dom handlowy, dom przedpo-grzebowy).

; Obfita jest też związana z domem frazeologia: wszędzie dobrze, ale (lecz) w domu najlepiej; gość w dom, Bóg w 

dom (w wersji żartobliwej: gość w dom. Boże uchowaj!), czuć się (poczuć się) jak u siebie w domu; jestem w domu! - 
„rozumiem, domyślam się"; w cudzym domu nie zawadzajże nikomu; doma (czyli „w domu") - jak chcesz, u^udzi - jak 
przystoi; wolnoć Tomku w swoim domku.

.; .Z domem należy łączyć również takie imiona, jak Domamir, Do-WStrad, Domastaw, Doman. Bądź do nich, bądź 

do wyrazu pospolitego dom nawiązują dzisiejsze nazwiska: Domach, Domaczko, Domaj, SHomak, Domal, Domała, 
Domaniec,   Domanik,   Domaradzki,   Domań-<Nl,   Damaszek,   Domasławski,   Domaszkiewicz,   Damaszko,   Domisz, 
Ut>mkowicz.

Prowincjalny -prowincjonalny

Oto obszerny fragment listu, jaki otrzymałem od pewnego zakonnika-jezuity: „Niemieckie połączenie Provinzial-

Konserwator oddałem przez prowincjalny konserwator, a redaktor książki poprawił na prowincjonalny konserwator, co 
wydaje mi się błędne, a nawet komiczne, bo to tak prawie, jakbym pisał o niefachowym, niedouczonym konserwatorze. 
Moim   zdaniem  przymiotniki   prowincjalny  i  prowincjonalny  mają  całkiem   różne  znaczenia.  Prowincjalny  dotyczy 
prowincji   jako   jednostki   administracyjnej,   a   prowincjonalny   to   „oddalony   od   ośrodków   kulturalnych,   od   stolicy, 
małomiasteczkowy,   zacofany".   Słowniki   języka   polskiego   nie   wyjaśniają   sprawy.   Na   ogół   podają   dwa   znaczenia 
prowincji   -   jako   jednostki   administracyjnej   i   jako   miejscowości   oddalonej   od   ośrodków   kultury,   ale   przymiotnik 
rejestrują tylko jeden - prowincjonalny.  Autorzy leksykonów jakby nie wiedzieli, że w zakonach powszechnie się 
używa   formy   prowincjalny   dotyczącej   jednostki   administracyjnej   (np.   kongregacja   prowincjalna,   nigdy   - 
prowincjonalna).   Witold  Doroszewski   w  „Słowniku  języka   polskiego"  z   r.  1965  umieścił   wprawdzie   przymiotnik 
prowincjalny,   ale   zaopatrzył   go   w   kwalifikator   dawności   i   utożsamił   znaczeniowo   z   postacią   prowincjonalny.   W 
„Słowniku poprawnej polszczyzny" z r. 1973 ten sam Doroszewski ostrzega:
prowincjonalny (nie: prowincjalny).  Nic więc dziwnego, że - opierając się na tym  słowniku - redaktorzy stale mi 
zmieniają słowo prowincjalny na prowincjonalny, a czasem nawet prowincjała na prowincjonała, co jest już zupełnie 
bezsensowne".

Mamy tu do czynienia z typowym przykładem konfliktu między współczesnymi odczuciami a tradycją językową. 

Rzeczywiście -w polszczyźnie ogólnej nie ma już przymiotnika prowincjalny, bo i nie ma potrzeby częstego używania 
określenia związanego z prowincją - zakonną czy świecką jednostką administracyjną. Jest tylko forma prowincjonalny. 
Rzecz   bardzo   znamienna:   gdy   spytałem   jednego   z   wrocławskich   franciszkanów,   jakiej   formy   przymiotnikowej 
urobionej od podstawy słowotwórczej prowincja używa się w jego zgromadzeniu, spontanicznie powiedział, że jest nią 
- zgodna ze zwyczajami polszczyzny ogólnej - postać prowincjonalny. Po kilku minutach jednak od tegoż duchownego 
otrzymałem telefoniczną informację, że i na tablicy, i na pieczęci mają wrocławscy franciszkanie z ulicy Kasprowicza 
tradycyjne brzmienie Kuria Prowincjalna.

l tę tradycję w odniesieniu do języka kościelnego należy uszanować, skoro w wielu zakonach nadal funkcjonują 

jako   jednostki   administracyjne   prowincje.   Trudno   się   też   nie   zgodzić   z   ojcem   jezuitą,   że   w   języku   ogólnym 
przymiotnika prowincjonalny często używamy z wyraźnie negatywnym odczuciem emocjonalnym (np. prowincjonalny 
donzuan, gęś prowincjonalna), co też jest argumentem za utrzymaniem dubletu prowincjalny-prowincjonalny.

I wreszcie - za zachowaniem postaci prowincjalny w języku kościelnym przemawia i to, że jeszcze w XIX wieku 

była ona rejestrowana przez słowniki języka polskiego, i to bez żadnych kwalifikatorów. Czytamy np. w słowniku 
Orgelbranda:   „Prowincjalny  -  od  prowincji.  Różnili   się   dawniej  więksi  kasztelanowie   od  mniejszych  rozległością 
jurysdykcji, stąd pierwszych prowincjalnymi, drugich powiatowymi zwano. Ob. Prowincjonalny".

background image

Rzecz o rzeczy

Kiedy w latach pięćdziesiątych Stefan Reczek zaczął redagowanie cotygodniowej rubryki  poprawnościowej we 

wrocławskim  „Słowie Polskim", zdecydował się na tytuł  „Rzecz o języku", nawiązując do pierwotnego znaczenia 
rzeczownika rzecz - „mowa, przemowa, mówienie, język", wynikającego z jego pokrewieństwa z czasownikiem rzec - 
„powiedzieć". Czytamy w tekstach staropolskich:
„Ani żadna rzecz z ust waszych wynidzie" („Biblia królowej Zofii" z r. 1455), „Przydaj rozum k mej rzeczy" („Legenda 
o świętym Aleksym" z r. 1454), „Ulisses rzecz abo mowę głośną miał" (Erazm z Rotterdamu, „Księgi, które zową 
język, z łacińskiego na polski wyłożony", Kraków 1542), „Rozwodzić się z rzeczą" (Grzegorz Knapski 1564-1638), 
„Uczynił rzecz do wszego rycerstwa w te słowa" (XVI w.), „Com je przełożył z łacińskiej rzeczy" (Maciej Wierz-bięta 
1523-1605), „Wirydarze z łacińskiej rzeczy od zieloności są zwane" (Piotr Krescentyn,  „Księgi o gospodarstwie", 
Kraków 1549).
Nasza rzecz o języku to zatem mowa o języku, mówienie o języku
- w pierwotnym, etymologicznym znaczeniu. Wierny mu jest do dziś np. język czeski, w którym ręcz (pisana przez c z 
daszkiem) utrzymała się jako „mowa", „język".

U   nas   od   najdawniejszych   czasów   była   rzecz   słowem   bardzo   pojemnym   znaczeniowo.   Teksty   staropolskie 

potwierdzają używanie  jej w kilku znaczeniach:  „sens, myśl"  („Krótkie słowa Platanowe, ale rzecz w sobie mają 
poważną" - ks. Jędrzej Wargocki pół. XVI w. -pocz. XVII w.), „fakt, rzeczywistość" („Stoików z rzeczą słowa się nie 
zgadzają" - Łukasz Górnicki 1527-1603), „sposób" („Taką rzeczą lepiej się nie żenić" - Piotr Skarga 1536-1612), 
„mnogość, mnóstwo" („Niezliczona rzecz rycerstwa w domowych rozterkach poginęła" - Maciej Stryjkowski ok. 1547 
- po 1582), a i „stosunek miłosny, spółkowanie" („W ten czas, gdy ją wziął i rzecz popełnił"
- Erazm Gliczner ok. 1535 - ok. 1600, .Jakoby spał z białą głową, sprawując z nią rzecz cielesną" - Marcin Siennik XVI 
w.).

W powszechnie używanym od w. XVI zroście rzeczpospolita, będącym kalką łac. res publica, odkrywamy rzecz 

jako „dobro". A że przymiotnik pospolity występuje tu w dawnym znaczeniu „wspólny, należący do ogółu, publiczny", 
rzeczpospolitą najlepiej interpretować jako „dobro wspólne".

„Słownik języka polskiego" Maurycego Orgelbranda z r. 1861 zaopatrzył nasz rzeczownik w piętnaście znaczeń. 

„Słownik języka polskiego" pod red. Mieczysława Szymczaka z r. 1978 definiuje rzecz w tej samej mniej więcej liczbie 
znaczeń: „przedmiot materialny" (rzeczy powszedniego użytku, ciepłe rzeczy, używane rzeczy, rzeczy osobiste), „to, co 
jest jadalne" (jadać różne rzeczy), „dzieło sztuki, dzieło naukowe" (rzecz wydana drukiem, czytać ciekawą rzecz), 
„temat, treść, wątek utworu literackiego" (spis rzeczy - „spis rozdziałów książki, spis treści"), „sprawa wchodząca w 
zakres czyichś zainteresowań, czyjegoś działania" (interesować się, zajmować się różnymi, wieloma rzeczami), „treść 
wypowiedzi,   przedmiot   myśli,   desygnat"   (wyrażać   jakąś   rzecz   w   słowach),   „czynność,   czyn,   postępek,   fakt, 
wydarzenie, okoliczność" (rzecz niecodzienna, rzecz naturalna), „sprawa" (wyjaśniać jakaś rzecz, przeprowadzić rzecz 
do końca), w filozofii - „cokolwiek, co może być przedmiotem postrzeźenia zmysłowego, ma właściwości przestrzenne 
i trwa w czasie" (rzecz sama w sobie).

  „Słownik   frazeologiczny   języka   polskiego"   Stanisława   Skorupki   z   r.   1968   rejestruje   aż   sto   szesnaście 

najczęstszych typów połączeń ze słowem rzecz.

A ja napisałem o tym wszystkim, przytłoczony obfitością znaczeń i cytatów, by przygotować materiałowe zaplecze 

do odpowiedzi Telewidzowi z Legnicy. Korespondent wyraża zastrzeżenia poprawnościowe wobec wypowiedzi typu 
„inflacja to jest taka rzecz...", „wejście do struktur europejskich jest rzeczą niezwykle trudną". Dodaje przy tym: „Dla 
mnie rzecz to jest coś, co posiada masę i gęstość, czyli materia. Studiowałem nauki ścisłe, stąd i moja rozterka".

W pierwszym zdaniu także ja nie użyłbym słowa rzecz. Powiedziałbym raczej o inflacji, że jest zjawiskiem. W 

zdaniu drugim rzecz mnie zupełnie nie razi (co najwyżej można by się upominać o krótsze wypowiedzenie „wejście do 
struktur europejskich jest niezwykle trudne"), Łagodząc zaś niepokoje Telewidza, raz jeszcze chciałbym zwrócić uwagę 
na przeogromną pojemność znaczeniową wyrazu rzecz. I taki stan trwa od wieków!

Zaglądam   na   koniec   do   „Słownika   poprawnej   polszczyzny"   pod   red.   Witolda   Doroszewskiego   i   Haliny 

Kurkowskiej z r. 1973. Przy haśle rzecz mamy jedno tylko ostrzeżenie: niepoprawna jest konstrukcja w tym rzecz, że... 
- zamiast idzie (chodzi) o to, że...

Ale oto moja ulubiona książka poprawnościowa - „Słownik wyrazów kłopotliwych"  Mirosława Bańki  i Marii 

Krajewskiej z r. 1994 - łagodzi ten werdykt. Autorzy piszą, że wyrażenie rzecz w tym być może pochodzi od roś. dieto 
w tom, ale jego negatywną ocenę należałoby złagodzić, bo jest bardzo rozpowszechnione i znane od dawna. Wspo-
minany tu już „Słownik języka polskiego" pod red. Szymczaka ilustruje je kilkoma przykładami, m. in. z Orzeszkowej: 
„W tym cała rzecz, ażeby biedni ludzie samymi sobą nie poniewierali".

Szczyt i zaszczyt

Czy tytułowe rzeczowniki mają taki sam źródłosłów? Bardzo często brzmieniowe podobieństwo dwu czy kilku 

wyrazów jest przypadkowe. W wypadku szczytu i zaszczytu jednak o przypadku nie może być mowy, a ewolucja 
znaczeniowa obu tych spokrewnionych ze sobą form jest bardzo ciekawym zjawiskiem historycznojęzykowym.

Szczyt znaczył pierwotnie tyle co dzisiejsza tarcza. Czytamy w tekstach staropolskich: „Tamo złamał jeś szczyt" 

(„Psałterz floriański" z XV w.), „Szczyt wspomożenia twego, a miecz sławy twej" („Biblia królowej Zofii" z r. 1455), 

background image

„Weźmi czyn i szczyt" („Psałterz puławski" z końca XV w.). Szczytownikiem zwano tego, który nosił szczyt („Brona, 
jaz jest za przebytkiem szczytowników"-„Biblia królowej Zofii"), a szczytnikiem - tego, który produkował, wyrabiał 
szczyty (stąd liczne w Polsce nazwy miejscowe Szczytniki, pierwotnie oznaczające producentów szczytów; do tej 
nazwy nawiązuje ulica Szczytnicka, przy której mieszkałem w pierwszych swych wrocławskich latach).

Drugie   znaczenie   szczytu   to   „obrona":   „To   jest   nasz   szczyt   ostateczny"-   pisał   np.   Mikołaj   Rej   (1505-1569). 

Czasownik szczycić z kolei znaczył tylko i wyłącznie „bronić, chronić, osłaniać": „S z czy ć nas od śmierci przeklętej" 
(„Książeczka Nawojki" z końca XV w.), „Szczycił ich" (Stanisław Murzynowski ok. 1528 - ok. 1553).

Taką samą parę znaczeniową jak szczyt i szczycić tworzyły formy zaszczyt i zaszczycić (do dziś w takim użyciu 

pozostają w języku rosyjskim): „Czynią gotowość do dobywania zamku pod sporządzonym na zaszczyt przybytkiem" 
(Wojciech Chrościński XVII/XVin w.), „I gdy nań nastąpił wiatr przeciwny jaki, miał ten zaszczyt od razu i nędzy 
wszelakiej" (Samuel Twardowski ok. 1600-1660), „I zaszczycił mię we skryciu przebytku swego" („Psałterz floriański" 
z XV w), „Pode ćmą miłosierdzia twego z a szczyci  mię" („Modlitwy Wacława" z XV w.), „Ramionami swoimi 
zaszczyci ciebie Pan Bóg" („Żołtarz Wróbla" z r. 1539).

Synonimami obrońcy były takie rzeczowniki, jak zaszczycicie!, zaszczytca i zaszczytciel.
Jak doszło do ewolucji semantycznej i ugruntowania się dziś obowiązujących znaczeń? Kluczem interpretacyjnym 

jest kształt szczytu. Otóż szczyt, czyli tarcza, miał kształt spiczasty (dopuszczalna też jest pisownia szpiczasty). Od 
niego właśnie przeniesiono znaczenie na wszelki szpic, wierzch - domu, dachu, góry. Ale współwy-stępowanie znaczeń 
- pierwotnych i wtórnych - trwało wieki. Jeszcze „Słownik języka polskiego" Maurycego Orgelbranda z r. 1861 pod 
hasłem szczyt rejestruje, choć już z kwalifikatorem przestarzałości, znaczenie „puklerz, pawęża, tarcza", a także - bez 
kwalifikatora - „obrona, ucieczka, ratunek".

We współczesnej polszczyźnie szczyt to już tylko „najwyżej wzniesiona część góry, najwyższy punkt jakiegoś 

obiektu, wierzchołek, czubek", „najwyższy stopień, górna granica, punkt kulminacyjny czegoś, zenit, maksimum", a 
szczycić   się   to   tyle   co   „być   dumnym   z   kogoś,   z   czegoś,   chlubić   się   kimś,   czymś,   słynąć   z   czegoś".   Ewolucję 
semantyczną   czasownika   -   od   „bronić   się"   do   „chlubić   się   czymś"   -także   trzeba   wiązać   z   owym   kierunkiem   ku 
wierzchołkowi, ku górze.

I wreszcie tylko tak można wytłumaczyć drogę, jaką przebył w polszczyźnie zaszczyt - od „obrony" do „tego, co 

stanowi powód do dumy, co przynosi chlubę, co jest godnością, honorem".

Od Sasa do Łasa

„Zbliża się czas tworzenia list wyborczych. Olszewski chce ten proces kontrolować. Inaczej będzie miał partię od 

Sasa do Łasa" - czytam w jednej z gazet. Co właściwie znaczy i skąd pochodzi wyrażenie od Sasa do Łasa

7

Jest ono skróconą wersją dłuższej konstrukcji jeden do Sasa, drugi do lasa, znaczącej tyle co „każdy mówi, myśli o 

czymś innym", „o dwu osobach, przedmiotach, teoriach itp. bardzo się różniących między sobą, nie mających ze sobą 
nic wspólnego". Cały zatem przytoczony na początku fragment można zinterpretować następująco: jeśli Olszewski nie 
będzie kontrolował tworzenia list wyborczych, będzie miał partię składającą  się z osób o bardzo zróżnicowanych 
poglądach.

Zauważmy, że w gazetowym urywku oba rzeczowniki napisano dużymi literami (od Sasa do Łasa), w słownikach 

natomiast drugi z nich zaczyna się małą literą (jeden do Sasa, drugi do lasa). Duża litera w Lesie z pierwszego zapisu 
silniej związana jest z historią całego frazeologizmu. A dlaczego?

Sięgnijmy do książki Małgorzaty Baranowskiej „Warszawa. Miesiące, lata, wieki" (Wydawnictwo Dolnośląskie, 

Wrocław 1996). Na s. 270 czytamy: „Warszawa - to skrzyżowanie dróg w środku Europy okazało się nieścieralne, 
mimo ze od wieków kusiło zaborców i łupieżców. Nawet pierwsza koronacja, która się tu odbyła w kolegiacie św. Jana 
(4 października 1705 r.), nie mogła naprawdę cieszyć, jak dawne koronacje w Krakowie. Do koronacji Leszczyńskiego 
doszło bowiem za sprawą króla szwedzkiego Karola XII. Nowo koronowany król bardzo szybko był zmuszony uciekać 
z  kraju.  Na  jego  miejsce  powrócił,  przy pomocy  wojska  rosyjskiego,  August   II   Sas  zwany  Mocnym.  Warszawa, 
wykorzystywana  i nękana przez obce wojska, nic na tych  rozgrywkach  nie zyskała. Po zmieniających  się szybko 
frakcjach,   frontach   i  władcach  zostało  tylko   na  pamiątkę  powiedzenie  od Sasa  do L  a  s  a,  znane  wcześniej,  ale 
rozumiane inaczej. Otóż są są było zawołaniem na woły idące w zaprzęgu, zamiast k sobie, na l e w o. Kiedy woły 
nierówno ciągnęły,  mówiło się: jeden ciągnie są są, drugi  do lasa. W Warszawie zastosowano to powiedzenie do 
dynastii Sasów i Leszczyńskiego".

A   skąd   skojarzenie   nazwiska   Leszczyński   z   lasem?   Jest   ono   jak   najbardziej   uzasadnione.   Wszak   nazwisko 

Leszczyński   jest   tożsame   brzmieniowo   z   przymiotnikiem   leszczyński,   utworzonym   od   nazwy   miejscowej   Leszno 
(Leszczyńscy z Leszna - jak Taczanowscy z Taczano-wa, Radgoscy z Radgoszczy czy Zamojscy z Zamościa). Leszno z 
kolei to kontynuant pierwotnej postaci Leszczno, utworzonej przez dodanie przyrostka -no do rdzenia leszcz-, takiego 
jak w wyrazie leszczyna. A zatem las, leśny, leszczyna, laska, Leszczno (późn. Leszno), leszczyński, Leszczyński to 
jedna rodzina wyrazowa!

Leszczno uprościło się do postaci Leszno (a stało się to najpóźniej w XV w.), bo zbitka spółgłoskowa -szczn- była 

bardzo   trudna,   niewygodna   fonetycznie.   Przymiotniki   budowano   kiedyś   na   cząstkach   rdzennych   podstaw 
słowotwórczych. Dodając do rdzenia leszcz- przyrostek -yński, zaczynający się samogłoską, stworzono formę poręczną 
w wymowie. Dlatego zachowało się w niej rdzenne cz. Z nazwy Leszczno - powtórzmy - to cz wypadło.

background image

Wracając zaś do lasu, trzeba na koniec powiedzieć, że jest on głównym trzonem wielu metaforycznych określeń, 

takich np. jak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy; za górami, za lasami; nauka nie poszła w las; bycz czymś w lesie; 
im dalej w las, tym więcej drzew; natura ciągnie wilka do lasu; nie wywołuj wilka z lasu; nie było nas, był las - nie 
będzie nas, będzie las; las sztandarów; las rąk; las tajemnic.

Kuźnia - kuźnica - kuzienny - kuźniczy

W „Słowniku języka polskiego" Maurycego Orgelbranda z r. 1861 kuźnia i kuźnica traktowane są jak wyrazy 

synonimiczne o znaczeniu „budynek, gdzie warsztat kowalski, kowalnia". „Słownik języka polskiego" Trzaski, Everta i 
Michalskiego   z   r.   1935,   opracowany   pod   red.   Tadeusza   Lehra-Spławińskiego,   uświadamia   czytelnikom   wtórność 
kuźnicy, wywiedzionej od kuźni, i jako pierwsze podaje różne definicje obu tych haseł: kuźnia - „warsztat kowalski", 
kuźnica - „fabryka, zakład topienia żelaza i urabiania go w sztaby". W drugim jednak znaczeniu kuźnica i w tym 
leksykonie uznana jest za synonim kuźni.

We współczesnym „Słowniku języka polskiego" pod red. Mieczysława Szymczaka (ost. wyd. z r. 1992) kuźnia to 

tyle   co   „warsztat   rzemieślniczy,   zakład   przemysłowy   lub   oddział   zakładu,   w   którym   wykonuje   się   przedmioty 
metalowe za pomocą kucia (odkuwki); warsztat kowalski; pomieszczenie, budynek, w którym mieści się taki warsztat", 
kuźnica natomiast to „dawny zakład hutniczy z dymarką i młotem napędzanym kołem wodnym".

We wspomnianym dziele Trzaski, Everta i Michalskiego kuźnia w znaczeniu przenośnym to „miejsce, gdzie się 

coś   zwykle   złego   przygotowuje,   sporządza   (np.   ich   dom   był   kuźnią   plotek)",   podczas   gdy   my   powiemy   dzisiaj 
metaforycznie  i  bardzo  ciepło   o  kuźni   talentów,  czyli  „instytucji   bądź   środowisku,  z  którego   wywodzi  się  wielu 
utalentowanych ludzi", co potwierdza współczesny słownik.

Ten ostatni rejestruje także przymiotniki: kuźniczy - od kuźnicy (hala kuźnicza, piec kuźniczy, narzędzia kuźnicze) 

oraz kuzienny -od kuźni (piec kuzienny). Nam, wrocławianom, bliższa jest - oczywiście - ta pierwsza formacja, bo 
mamy przecież między Uniwersytetem a Rynkiem ulicę Kuźniczą. W słynnym poemacie Walentego Roździeńskiego 
„Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego" z r. 1612 można się zetknąć z trzecim 
wariantem przymiotnikowym - kuźniczny.

W   Jaworze   natomiast   są   od   lat   siedemdziesiątych   Zakłady   Ku-ziennicze   i   ulica   Kuziennicza.   Tak   je   wtedy 

nazwano. Czy określenia te spełniają kryteria poprawności językowej? - pytają mieszkańcy miasta.

Zanim odpowiem na ich pytanie, zwrócę uwagę na asymetrię formalną, jaka się obecnie wytworzyła w relacjach 

rzeczownikowo--przymiotnikowych omawianych tu form. Jak napisałem wyżej, postać kuźniczy pochodzi od kuźnicy, 
a   kuzienny   -   od   kuźni.   Ponieważ   we   współczesnej   technice   kuźnica   została   wyparta   przez   kuźnię,   tej   ostatniej 
odpowiada przymiotnik kuźniczy, choć genetycznie związany jest nie z nią, lecz z kuźnicą.

Choćby nie było we Wrocławiu ulicy Kuźniczej, musiałbym napisać, że to brzmienie jest najbliższe odczuciom 

współczesnych Polaków. Taką formację wywiodą oni spontanicznie i od kuźni, i od kuźnicy. Brzmienie kuzienny, choć 
zarejestrowane w słowniku Szymczaka, jest już praktycznie zapomniane.

Zakłady Kuziennicze w Jaworze (i od nich ulica Kuziennicza) to twór, który niewątpliwie powstał przez analogię 

do   Zakładów   Włókienniczych,   z   formalnego   punktu   widzenia   zaś   przymiotnik   ten   jest   skrzyżowaniem   dwu 
zarejestrowanych przez słowniki konstrukcji:
kuzienny i kuźniczy. O archaicznym charakterze pierwszego z nich już napisałem. Dlatego myślę, że i Zakłady, i ulica 
powinny być określone mianem Kuźniczych.

Postrzegać i spostrzegać

W jednym z czasopism znajduję wypowiedzenie: „Rosja postrzegana jest jako kraj, który tępił obywateli i wynosił 

na piedestał potwory". Na zebraniu słyszę głos kolegi: „Instytucja ta jest postrzegana jako jednostka kłopotliwa dla 
wszystkich". A Telewidz z Radomia pyta: „Dlaczego teraz wszystko i wszędzie się postrzega, a nie spostrzega? Co to 
za dziwna moda?".

Że postrzeganie stało się formą modną, nie ulega wątpliwości. Na przeciętnym użytkowniku języka robi wrażenie 

postaci   lepszej,  intelektualno-inteligenckiej.   Czy  jest   ono   jednak   -   mimo  podobieństwa   brzmieniowego   -   tożsame 
znaczeniowo ze spostrzeganiem, co sugeruje Korespondent?

Kiedyś tak było, o czym informują zarówno słowniki współczesne, jak i dawniejsze. W słowniku Orgelbranda z r. 

1861   czytamy:   postrzegać   -   „niespodzianie   rzuciwszy   na   coś   okiem,   zwracać   na   to   uwagę,   spostrzec,   obaczyć, 
zobaczyć, zoczyć" („Wszedłszy do pokoju, postrzegam albo postrzegłem na stole spory worek czerwonych złotych", 
„Nie postrzeze złodzieja jako ten, co kradnie").

Dziś postrzegać to tyle co „uświadamiać sobie wrażenie wywołane działaniem bodźca zewnętrznego na narząd 

zmysłowy". Pod hasłem subiektywizm czytamy np. w encyklopedii: „stanowisko teorio-poznawcze, według którego 
przedmiot poznania istnieje tylko w zależności od indywidualnych  sposobów i warunków postrzegania". Wrażenia 
docierają do nas za pośrednictwem różnych zmysłów, toteż czasownik postrzegać używany jako termin psychologiczny 
czy filozoficzny ma  znaczenie   ogólne,   wyraźnie  różniące  się  od  tego,  które   przypisane  jest  formie   spostrzegać  - 
tożsamej z zauważać. „Dopókim chmur nad tobą nie spostrzegł gromadzących się, nie ostrzegałem" - pisał Zygmunt 
Krasiński w jednym ze swych listów, a to znaczy, że „nie ostrzegał, dopóki nie widział gromadzących się chmur, 

background image

dopóki nie zwracały one na siebie jego uwagi".

Postrzeganie to proces psychiczny: nagromadzone doświadczenia, przyswojone przez nasz intelekt, pozwalają się 

wypowiedzieć   o   jakimś   elemencie   otaczającej   rzeczywistości   -   o   Rosji,   o   tej   czy   innej   instytucji   (że   wrócę   do 
przykładów otwierających rozdział), o tym czy innym człowieku, o narodzie, o rządzie, o sporcie, o szkolnictwie itp. 
Powiem: spostrzegłem  kolegę  na ulicy,  ale:  postrzegam  go jako egoistę  (to znaczy tak go  oceniam  na podstawie 
obserwacji jego zachowań, docierających do mnie przez dłuższy czas).

Myślę,   że   teraz   wszyscy   z   łatwością   odróżnią   postrzeganie   -   „reagowanie   na   wrażenia"   od   spostrzegania   - 

„zauważania".

„ Gdzie płyniesz Wisłą, księżycu ? "

W jednym z wierszy cyklu „Strofy wiślane", zatytułowanym „Rozważania semantyczne", ą mnie dedykowanym 

(serdeczne dzięki!), Jan Nagrabiecki wytyka rodakom niewłaściwe posługiwanie się słowami gdzie i dokąd: „Używają 
gdzie zamiast dokąd, jakby to było obojętne. Na pytanie gdzie? odpowiadają słowa: tu - tam, bo wskazują miejsce, a nie 
kierunek, na pytanie zaś dokąd? odpowiada słowo wskazujące stronę świata. Zamieszkam, gdzie na gałązce huśta się 
wiatr - dobrze to powiedziane; gdzie płyniesz Wisłą, księżycu ? - powiedziane źle! Dokąd płyniesz?- trzeba pytać o 
kierunek. Prawda, profesorze z telewizyjnego serialu?".

Nie   mogę   się   w   pełni   utożsamić   z   poetą   co   do   reguł   operowania   formami   gdzie   i   dokąd.   W   polszczyźnie 

współczesnej nie przestrzega się już rygorystycznie rozróżnienia dokąd idziesz?, dokąd jedzie ten pociąg? (kierunek)-
gdzie jesteś?, gdzie stoisz? (miejsce), obowiązującego np. w języku niemieckim (tylko wohin gehst  du? - „dokąd 
idziesz?", wohin faehrt dieser Zug? - „dokąd jedzie ten pociąg?"; wykluczone są zdania z wo? - „gdzie?").

To   wymienne   używanie   naszej   pary   wyrazowej,   z   przewagą   gdzie   w   mowie   potocznej,   ma   długą   tradycję, 

utrwaloną w wielu znanych tekstach literackich. Któż z nas nie zna początku „Marii" Malczewskiego: „Hej, ty na 
szybkim koniu, gdzie pędzisz, Kozacze?". „Niby powinien byłby napisać dokąd pędzisz? Wiersz jednak nie razi" -pisał 
przed laty prof. Witold Doroszewski. A i u Mickiewicza można znaleźć fragmenty z gdzie, np. w III części „Dziadów": 
„I sam nie wiesz, gdzie l e cis z, sam nie wiesz^ co zdziałasz", „ Z drżeniem ziemi czyż ludzie głąb nurtów docieką, 
gdzie pędzi, czy się domyśla?".

Jeszcze słownik Orgelbranda konstrukcje typu gdzie jedziesz? określa jako błędne, prowincjonalne. Ale już w 

„Słowniku orto-epicznym" z r. 1937 (wznawianym wielokrotnie po r. 1945 jako „Słownik poprawnej polszczyzny") 
Stanisław Szober pod hasłem gdzie wymienia jako znaczenia równorzędne „w jakim miejscu" (gdzie jesteś?) i „dokąd, 
w jakim kierunku" (gdzie idziesz?).

„Słownik   poprawnej   polszczyzny"   pod   red.   Doroszewskiego   i   Kurkowskiej   z   r.   1973   ustalenie   to   na   s.   119 

potwierdza: dokąd idziesz? albo gdzie idziesz?

  Przestrzegających rozróżnienia dokąd idziesz? (kierunek) -gdzie jesteś? (miejsce) nie namawiam, oczywiście, do 

zrezygnowania   z   tego   przyzwyczajenia.   Takim   postępowaniem   językowym   dają   oni   wyraz   szacunkowi   dla 
znaczeniowej precyzji. Proszę ich jednak, by łaskawszym okiem patrzyli na tych, którzy tak rygorystyczni nie są.

Jak   zobaczyliśmy,   już   od   dawna-panowała   w   tej   materii   duża   swoboda.   Nie   można   także   zapominać   o 

wielofunkcyjności   słów.   Przecież   nasze   gdzie   jest   też   np.   równoważne   połączeniom   z   zaimkiem   który, 
rozpoczynającym zdanie podrzędne określające jakieś miejsce: „Weszli do przedziału, gdzie było jeszcze miejsce", „był 
w pokoju, gdzie wisiała duża lampa". W języku potocznym gdzie to również partykuła wzmacniająca, uwydatniająca 
kontrast,  nierealność   lub  niemożliwość  czegoś:   „Byłem   tam   z  pięć,   gdzie  -z  dziesięć  razy!",  „gdzie  tu  myśleć  o 
wyjeździe!".

Ostrzegam  natomiast  przed używaniem  gdzie,  jeśli  zdanie  podrzędne w  ogóle  się  nie odnosi  do miejsca,  np. 

„Nieprzyjemna   była   rozmowa,   gdzie   dowiedzieliśmy   się..."   (zamiast:   „Nieprzyjemna   była   rozmowa,   z   której 
dowiedzieliśmy się...").

„Spolegliwość aż do bólu"

Taki   tytuł   nosił   artykuł   w   jednym   z   numerów   katowickiej   „Trybuny   Śląskiej".   Jego   treścią   były   problemy 

Rybnickiej Spółki Węglowej, a ściślej - takie jej działania, które - wbrew rachunkowi ekonomicznemu - pozwalają 
jednak utrzymywać dotychczasowe miejsca pracy i unikać poważnych konfliktów społecznych. Nietrudno się zatem 
domyślić, że tytułowa spolegliwość traktowana jest tutaj jako znaczeniowy odpowiednik uległości. Wspólność rdzenia 
podpowiada coraz większej liczbie rodaków takie właśnie rozumienie spólegliwości: „Nasi wychowawcy liczyli, ze 
pokolenie urodzone w Polsce Ludowej okaże się bardziej spolegliwe" (z art. Jana Walca o Władysławie Broniewskim), 
„W szumie informacyjnym wytworzonym przez niektóre politykierskie kręgi i spolegliwe im media wokół spraw naszej 
obronności ginie każdy głos rozsądku i politycznej rozwagi (z przemówienia gen. Tadeusza Wileckiego).

Spolegliwość   -   „uległość"   -   kłóci   się   ze   słownikową   definicją,   motywowaną   związkiem   etymologicznym   z 

czasownikiem polegać (na kimś lub na czymś). Według niej człowiek spolegliwy to taki, na którym można polegać, to 
osoba niezawodna, solidna, budząca zaufanie. W takim właśnie znaczeniu posługiwał się tym  terminem w swoich 
pracach prof. Tadeusz Kotarbiński i ja również tylko tak używam tego słowa. Znają je od dawna gwary południowego 
Śląska, zna i czeszczyzna (spoiehiwy). Ciekaw jestem jego dalszych losów w naszym języku.

background image

Twierdzę, że byłoby lepiej, gdybyśmy utrzymali  pierwotne znaczenie przymiotnika spolegliwy,  czyli  „taki, na 

którym można polegać". Jak widać, w sposób syntetyczny wyraża on treść, którą tradycyjnie trzeba było określać za 
pomocą wielu słów. Po cóż zastępować nim dobrze spełniający swą funkcję wyraz uległy?

Ale i nie mogę nie powiedzieć, że siła nowych skojarzeń motywacyjnych poszczególnych form jest ogromna. Jeśli 

przekroczy   ona   punkt   graniczny,   mierzony   frekwencją   użycia,   nie   pomogą   definicje   słownikowe   i   głosy 
językoznawców. Obawiam się, że z takim zjawiskiem mamy do czynienia w wypadku przymiotnika spolegliwy. Ko-
jarzony nie z czasownikiem polegać  (na kimś), ale z formą uległy,  coraz częściej odbierany jest jak synonim  tej 
ostatniej.

A skoro już mówimy o konfliktach motywacyjnych... Z tej samej „Trybuny Śląskiej" dowiedziałem się o istnieniu 

klubu sportowego  Pasjonat  Dankowice.  Trudno przypuszczać,  by w jego  nazwie chodziło o tradycyjne  znaczenie 
„człowiek łatwo wpadający w pasję, złość; furiat, choleryk". Mamy tu do czynienia z pasjonatem - „kimś .ogarniętym 
jakąś   pasją,   zamiłowaniem,   hobbystą".   Ponieważ   w   tym   nowym   znaczeniu   posługuje   się   pasjonatem   absolutna 
większość użytkowników polszczyzny, zostało ono zaakceptowane - jako drugie - i przez Słownik wyrazów obcych z 
roku   1995,   i   przez   „Praktyczny   słownik   poprawnej   polszczyzny   nie   tylko   dla   młodzieży"   pod   red.   Andrzeja 
Markowskiego z tegoż 1995 roku.

Oto podtytuł pewnego artykułu prasowego: „Zagłębie inteligencji", pod nim zaś następujący tekst: „Petersburg 

może się wydawać zagłębiem intelektualnym na tle całej Rosji, będącej w tym względzie pustynią". Jak ocenić zbitki 
wyrazowe zagłębie inteligencji i zagłębie intelektualne?

Zacznijmy od refleksji słowotwórczej: zagłębie to forma należąca do tej samej rodziny wyrazowej co głąb, głębia, 

głębina,   pogłębić,   zagłębić   się,   głęboki,   głębokość.   W   słowniku   Orgelbranda   znajdujemy   taką   jej   definicję: 
„obszerniejsza, szersza dolina między górami, gdzie się jakby promieniami łączą inne pomniejsze doliny". Zasilona jest 
ona przykładem: „w zagłębiach węgla kamiennego".

Współczesny słownik pod red. Szymczaka definiuje zagłębie jako „obszar, na którym występują i są eksploatowane 

złoża węgla lub innych kopalin użytecznych": zagłębie węglowe, naftowe, siarkowe, Dolnośląskie Zagłębie Węglowe.

Podobnie określa się zagłębie w polskich encyklopediach: „obszar, na którym występują i są eksploatowane złoża 

węgla   lub   innych   kopalin   użytecznych".   Wymieniają   one   najważniejsze   polskie   zagłębia   węglowe:   Dolnośląskie 
Zagłębie   Węglowe,   Górnośląskie   Zagłębie   Węglowe,   Lubelskie   Zagłębie   Węglowe,   Konińskie   Zagłębie   Węgla 
Brunatnego, Turoszowskie Zagłębie Węgla Brunatnego, Lubińsko-Głogowskie Zagłębie Miedziowe.
Leksykon PWN z r. 1971 wspomina jeszcze Zagłębie Staropolskie - jeden z najstarszych w Polsce regionów wydobycia 
i hutnictwa żelaza (I w. p.n.e.), ołowiu, miedzi i srebra, rozwinięty na obszarze Gór Świętokrzyskich.

Do tych nazw własnych możemy, oczywiście, dodać takie znane połączenia wyrazowe, jak Zagłębie Dąbrowskie 

(kojarzymy z nim Dąbrowę Górniczą, Czeladź, Będzin, Sosnowiec) czy Zagłębie Ruhry (Essen, Duisburg, Dortmund, 
Bochum, Gelsenkirchen).

W I lidze piłkarskiej mamy Zagłębie Lubin, a kibice pamiętają też Zagłębie Sosnowiec i Zagłębie Wałbrzych.

Od wielu lat, czego nie zdążyły zarejestrować słowniki, zagłębie jest używane w jeszcze innym znaczeniu: „obszar 

intensywnej   produkcji   przemysłowej   lub   rolnej".   Przykłady   same   cisną   się   pod   pióro:   zagłębie   przemysłowe, 
ceramiczne,   chemiczne,   sadownicze,   truskawkowe,   malinowe,   hodowlane.   Wielu   użytkowników   polszczyzny 
kwestionuje   tę   innowację,   ale   doprawdy   jest   ona   w   naszym   języku   ustabilizowana.   Zresztą   -   pozostajemy   tu   w 
znaczeniowym polu działalności materialnej człowieka (zagłębie sadownicze - zagłębie węglowe).

Rażą   mnie   natomiast   takie   konstrukcje,   w   których   zagłębie   skojarzone   jest   z   wytworami   kultury   duchowej: 

zagłębie naukowe, zagłębie kulturalne, zagłębie turystyczne. Nietrudno się więc domyślić, że negatywnie oceniam 
zagłębie inteligencji i zagłębie intelektualne. Bardzo daleko się tutaj odchodzi od znaczenia tradycyjnego  naszego 
rzeczownika. W sformułowaniach tych zdecydowanie lepsze byłyby słowa centrum lub ośrodek: centrum naukowe, 
ośrodek naukowy, ośrodek kulturalny, centrum kulturalne, centrum turystyczne, ośrodek turystyczny, a także centrum 
intelektualne i ośrodek intelektualny.

Pełny dzień ważnych spraw

Tytuł   mniejszego   rozdziału   wymierzony   jest   przeciwko   osobom   •nadużywającym   słów   pełen   i   ważki.   Wielu 

rodaków posługuje się tymi formami częściej niż ich wariantami pełny i ważny, mimo że proporcje frekwencyjne 
powinny być odwrotne. A dlaczego?

Postać pełen, będąca pozostałością po tzw. rzeczownikowej odmianie przymiotników, w zasadzie - tak jak wyrazy 

zdrów, wesół, godzien, wart, żyw - może być używana tylko w funkcji orzecznika, czyli drugiego składnika orzeczeń 
złożonych, których członem pierwszym jest słowo posiłkowe być: kosz jest (był, będzie) pełen - tak jak on jest (był, 
będzie) z d rów, on jest wesół, nie jestem g o dzień, tyś jej niewart, „żyw już jest śmierci Zwyciężyciel" (fragment 
jednej z pieśni wielkanocnych).

Nie powiemy przecież zdrów człowiek opuścił szpital czy wesół chłopiec stał przy drzwiach. Możliwe są tylko 

konstrukcje zdrowy człowiek opuścił szpital i wesoły chłopiec stał przy drzwiach.

Słów pełny, zdrowy, wesoły, godny, żywy - i to jest przyczyna ich przewagi frekwencyjnej - używamy i w funkcji 

przydawki (mam do niego pełne zaufanie, wesoły chłopiec stał przy drzwiach, zdrowy człowiek opuścił szpital), i w 
funkcji orzecznika (kosz jest pełny, on jest zdrowy, on jest wesoły, on jest tego godny).

background image

Mamy jeszcze jedną możliwość wykorzystania formy pełen: jako przydawki, po której następuje rzeczownik w 

drugim przypadku-dopełniaczu, np. talerz pełen zupy, film pełen wrażeń, mecz pełen emocji.

Tak w ogóle jednak - powściągnijmy nasze przyzwyczajenie, by sięgać po wariant pełen. Bezpieczniejsza jest 

postać   pełny,   choć   i   ona   mogłaby   się   pojawiać   rzadziej.   Czy   zawsze   muszą   to   być   np.   pełna   swoboda,   pełne 
zadowolenie, pełne zaufanie, pełny kwadrans i pełny etat? Są przecież i takie synonimy, jak całkowity, absolutny, cały 
(całkowita swoboda, absolutne zaufanie, cały kwadrans, cały etat).
Zdecydowanie niepoprawne są też połączenia pełny wysiłek, pełna kondycja i pełny komplet (to ostatnie jest wręcz 
nielogiczne: przecież komplet jest „zbiorem, zespołem elementów stanowiących pewną całość", a zatem mówienie o 
pełnym  komplecie jest pleona-zmem, czyli  połączeniem  składającym  się z wyrazów  to samo lub prawie  to samo 
znaczących, takim jak np. cofać się do tyłu czy wracać z powrotem). Posługujmy się konstrukcjami wielki wysiłek, 
dobra kondycja, komplet.

A teraz o przymiotniku ważki. Od parunastu miesięcy w tekstach mówionych i pisanych pewnej bardzo znanej 

osoby pojawia się on jako jedyne określenie czegoś mającego dużą wagę, duże znaczenie - tak jakby w ogóle nie było 
słowa ważny! Tymczasem i w tym wypadku proporcje częstości użycia muszą być odwrotne:
to ważki jest rzadszym, książkowym wariantem popularnego przymiotnika ważny. Na dziesięć użyć dziewięć powinno 
zawierać   połączenie   z   formą   ważny   (ważny   problem,   ważna   decyzja,   ważne   zdanie),   a   co   najwyżej   jedno   -   z 
archaicznym ważki (np. ważki argument).

Na zakończenie warto dodać, że jeszcze w słowniku Orgelbranda z r. 1861 oba nasze przymiotniki traktowane są 

jako realnie związane etymologicznie z rodziną takich wyrazów, jak waga, wagowy, ważyć, ważenie. Przy haśle ważki 
czytamy: „dość ciężki, nielekki, jak np. minerały", a przy ważny: od wagi, wagowy (języczek ważny, szale ważne), 
„wagę, czyli ciężkość mający, dość ciężki, nielekki, ważki" (ciężki jest kamień i ważny piasek; widzicie szablę, jaka 
ważna), „wagę należytą mający, ważący tyle, ile potrzeba" (przeważyć muszę, bo mi się zdaje, że złotko nieważne); 
dopiero potem przytaczane są znaczenia metaforyczne - dziś wyłączne: „będący rzeczą niemałego znaczenia, wielkiej 
wagi" (ważny list, ważny dokument, ważne odkrycie, ważny wypadek), o osobie - „w wielkiej wadze, w szacunku u 
kogoś będący, poważany" (w Biblii: „izaliżeście wy nie ważniejsi u Boga, niżeli ci wróblowie?).

Zabezpieczanie ciągle żywe

Jednym   z   najbardziej   obśmiewanych   przez   Jacka   Fedorowicza   stów   było   zabezpieczanie.   Słuchacze 

niezapomnianych  60 minut na godzinę (program ffl Polskiego Radia) mogli więc często wysłuchać takich oto np. 
wypowiedzi Kolegi Kierownika: „Chcieliśmy niedawno zabezpieczyć dziskotekem dla naszej młodzieży ", „Zabezpie-
czyliśmy waśnie magnetowid", „Dzieo literanckie zabezpieczyliśmy do spóki zez towarziszami", Jeden pukownik zez 
wydziału czwartego zabezpiecza rekolekcje dla tej garstki ludności, co jeszcze nie przeszła na ateizm dopotond", „Tu 
taki optymizm na koniec będzie zabezpieczony" (cyt. w oryginalnej pisowni, oddawcę j wymowę Kolegi Kierownika, 
za Felietonami i dialogami Jacka Fedorowicza wydanymi w Paryżu w r. 1988). Utalentowany satyryk kpił w ten sposób 
bezlitośnie   z   bezmyślnego   operowania   formą   zabezpieczyć,   spełniającą   we   współczesnej   polszczyźnie   funkcję 
leksykalnego   wytrycha,   zastępującego   takie   czasowniki,   jak   urządzić,   kupić,   zorganizować,   stworzyć,   zapewnić, 
przyznać, przydzielić, zarezerwować, zagwarantować, zaopatrzyć.

Z   biur   i   urzędów   bowiem   płyną   w   Polskę   formuły   typu   prosimy   o   zabezpieczenie   dwóch   etatów,   gościom 

zabezpieczamy noclegi, a i w gazetach nie należą do rzadkości zdania „Nie zabezpieczono dla wszystkich biletów 
wstępu" czy „Chodzi o zabezpieczenie ludności atrakcyjnych artykułów". W jednej z instrukcji użytkowania też można 
przeczytać: „Konstrukcja mniejszego garnka zabezpiecza zachowanie wszystkich walorów smakowych i użytkowych 
mleka".

Język rosyjski wykorzystuje we wszystkich tego rodzaju wypowiedziach czasownik obespeczit'. W języku polskim 

mamy zróżnicowane formy,  wyżej  przytoczone, świadczące o bogactwie stylistycznym.  Prośmy zatem w pismach 
urzędowych o przyznanie, przydzielenie nowych etatów, gościom zapewniajmy noclegi, rezerwujmy wszystkim bilety 
wstępu, gwarantujmy ludziom atrakcyjne towary, zaopatrujmy zakład w nowe urządzenia, a konstrukcja garnka niech 
zapewnia (gwarantuje) zachowanie walorów smakowych i użytkowych mleka.

Posługujmy się czasownikiem zabezpieczyć tylko w znaczeniu „ubezpieczyć kogoś lub coś przed czymś, co może 

grozić w przyszłości" (zabezpieczajmy żywność przed zepsuciem, materiały budowlane przed zniszczeniem itp.).

Być   może  przez  jakiś  jeszcze  czas  nie  wracałbym   do poruszonego   w  tym   rozdziale   problemu, przekonany o 

przewadze   w   naszej   językowej   społeczności   poczucia   zdrowego   rozsądku.   Ostatnio   przeżyłem   jednak   prawdziwy 
wstrząs.   Proszę   sobie   wyobrazić,   że   pewien   polityk   uraczył   mnie   zdaniem:   „Zabezpieczyliśmy   bezpieczeństwo". 
Chodziło mu, oczywiście, o zapewnienie bezpieczeństwa.

A ja pomyślałem gorzko: jeśli ktoś nie słyszy tak zgrzytającej zbitki słownej, jak owo nieszczęsne zabezpieczenie 

bezpieczeństwa, znaczy to, że pierwszą z tych form jest tak zafascynowany i zauroczony, że ona nim włada całkowicie 
i niszczy instynkt gramatyczno-stylistyczny.

Pieniążki dla małżonki i dzieciaków

background image

Jedno wypowiedzenie może być  czasem kwintesencją charakterystycznych  zjawisk występujących  w języku w 

danym  momencie  jego  historii. Tak  właśnie odebrałem  zdanie, które  wyszło  z  ust  zwycięzcy jednego  z  licznych 
teleturniejów: „To będą pieniążki dla małżonki i dzieciaków". Wszystkie rzeczowniki tutaj występujące to „szlagiery" 
leksykalne ostatnich lat. Są one zarazem odbiciem znamiennych cech strukturalno-stylistycznych polszczyzna

I tak kariery pieniążków - prawie wyłącznego dziś określenia „funduszy, zasobów pieniężnych" - trudno nie wiązać 

z odwieczną skłonnością to tworzenia przeogromnej liczby spieszczeń, zdrobnień. Mamy przecież formacje: piesek-
pieseczek-psina-psiątko-psiak--psiaczek-piesuś-piesunio,

 

mamcia-mamusia-mamunia-mamuńcia--mamulka-

mamuleńka,

 

prędziutko-prędziuteńko-prędziuśko-prędziu-sieńko-prędziuchno,

 

milutki-miluchny-milusieńki-

milusienieczki-mi-leńki-milusi, płakuniać-ptakuńciać-płakusiać itp.

I ja mam ochotę podnosić bądź odkładać słuchaweczkę, a codziennie słyszę: „Słóweczko proszę" - to przy kiosku 

(chodzi o wrocławski dziennik „Słowo Polskie"), a potem - w sklepie - dochodzą do moich uszu bułeczka, chlebek, 
chlebuś,  masełko, szyneczka,  serek,  sereczek,  mleczko, śmietanka,  kefirek,  maślaneczka,  jogurcik,  piwko, soczek. 
Podobnie w kawiarniach i restauracjach, gdzie są jeszcze kawusia, ciasteczko, koniaczek, wódeczka, setuńcia, herbatka; 
w pociągach mamy bilecik i miejscóweczkę, a u fryzjerów boczek, przedziałeczek, fryzurkę, grzyweczkę i ondulacyjkę. 
W  autobusie  zaś  zdenerwowany do  granic  wytrzymałości   kontroler   prosi  bezczelnego   gapowicza  o dowodzik  (tu 
kontrast między stanem uczuciowym mówiącego a formą językową jest wręcz komiczny!).

Nadużywanie   drugiego   rzeczownika   -   małżonki   -   to   przejaw   znacznego   rozchwiania   norm   stylistycznych 

współczesnej polszczyzny, braku wyczucia, po jaką formę sięgnąć w danej sytuacji życiowej. Małżonka to przecież 
bardzo   oficjalne,   najdalsze   od   potocznego   użycia   nazwanie   towarzyszki   życia,   stosowane   w   protokołach   dy-
plomatycznych, w komunikatach prasowych (prezydent z małżonką, ambasador z małżonką itp.). Można też przesłać 
ukłony, wyrazy szacunku czy pozdrowienia dla małżonki, jeśli z kimś, kogo prosimy o przekazanie tychże słów, łączą 
nas tylko oficjalne stosunki towarzyskie albo jest to osoba dużo starsza od nas. Określanie własnej żony mianem 
małżonki jest doprawdy irytującym błędem stylistycznym!

I wreszcie dzieciak. Kiedy jeden z telewidzów napisał mi przed laty, że niemowlak kojarzy mu się z bydlakiem, 

powiedziałem   w   „Ojczyźnie   polszczyźnie",   że   mój   korespondent   przesadził.   Dziś,   przenosząc   swe   odczucia   z 
niemowlaka   na   dzieciaka,   jestem   skłonny   przyznać   mu   rację,   osaczony   zimą   dzieciaków,   feriami   dzieciaków, 
wakacjami dzieciaków, pomocą dla dzieciaków, problemami dzieciaków, radościami i smutkami dzieciaków. Tylko o 
dzieciakach - ani razu o dzieciach - mówi się na konferencjach oświatowo-pedagogicznych, w czasie mszy szkolnych, 
wszędzie.

Zwyczaj ten należy wiązać z karierą, jaką zrobił w naszym języku północnopolsko-mazowiecki z pochodzenia 

przyrostek -ak. Oto na naszych oczach słabnie morfologiczny typ  cielę, prosię, kurczę, niemowlę, zwierzę, bydlę, 
dziecię,   a   jego   miejsce   zajmuje   model   cielak,   prosiak,   kurczak,   niemowlak,   zwierzak,   bydlak,   dzieciak.   Kiedyś 
regionalny podział był  bardzo wyraźny:  w Krakowie - kurczę i kurczęta, w Warszawie - kurczak i kurczaki. Dziś 
wszystko się to już raczej wymieszało - z wyraźną dominacją przyrostka -ak.

Wracając zaś do niemowlaka i dzieciaka, dodajmy, że ich produktywność to także znak ekspansji potoczności. 

Wszak nie ulega wątpliwości, że zarówno niemowlak, jak i dzieciak tradycyjnie odbierane były jako potoczne warianty 
neutralnych stylistycznie postaci niemowlę i dziecko czy już archaicznie brzmiącej formy dziecię. Mamy tu zatem do 
czynienia z tendencją przeciwną tej, która jest źródłem popularności małżonki.

Wszystko się przekłada

W jednym  z artykułów „Gazety Wyborczej" znajduję trzy następujące fragmenty:  „Był  taki czas, gdy wysoka 

popularność Kuronia przekładała się na notowania w rankingach prezydenckich", „Uczciwość, rzetelność, przyzwoitość 
Kuronia  nie  przekładają  się  w  społecznym  pojmowaniu  na  sprawność   w  zdecydowanym   podejmowaniu  decyzji", 
,Jesteśmy narodem, który nie ma czystego sumienia, a grzech zbiorowy przekłada się na grzech indywidualny". A w 
„PRL dla początkujących" Jacka Kuronia i Jacka Żakowskiego czytam: „Awans zbiorowy przestał się przekładać na 
awans  indywidualny",  „Wpływy aparatu nie przekładały się na dostęp do dóbr materialnych",  „Śmierć  Wielkiego 
Wodza uruchomiła ważne procesy w kierownictwie partii, ale w Polsce nie od razu przekładały się one na polityczne 
decyzje i społeczne zachowania ".

Cytaty powyższe są drobną egzemplifikacją niezwykle ekspansywnego zjawiska, jakim jest funkcjonowanie od 

niedawna   czasownika   przekładać   się   w   znaczeniu   „znajdować   odbicie,   znajdować   wyraz,   odpowiadać,   przylegać, 
ujawniać się, przynosić jakiś skutek".

W języku staropolskim przekładać się znaczyło tyle co „wynosić się, wywyższać się" („Niechaj się nadnikogo nie 

przekłada" -pisał np. Łukasz Górnicki w XVI wieku).

W   dziewiętnastowiecznym   słowniku   Orgelbranda   -   po   dziewięciu   parafrazach   znaczeniowych   czasownika 

przekładać, przełożyć -mamy dwie definicje formy z zaimkiem zwrotnym się: „zbytnim jedzeniem objadać, przeżerać 
się" („Ludzie zawsze zdatni do roboty, kiedy s i ę ani jadłem, ani piciem zbytnim nie przełożą") - z kwalifikatorem 
nieużywalności, „wyżej nad wszystko siebie stawić, wynosić się".

Nietrudno stwierdzić, że te dwa użycia są zupełnie obce współczesnemu zwyczajowi językowemu, co potwierdzają 

najnowsze słowniki, nie rejestrujące w ogóle hasła przekładać się. Jeszcze niedawno temu można było co najwyżej 
usłyszeć takie konstrukcje z owym się, jak np. „to s i ę łatwo przekłada na polski (niemiecki, angielski, czeski)" - w 

background image

znaczeniu   „ten   tekst   można   z   łatwością   przetłumaczyć   na   polski   (niemiecki,   angielski,   czeski)".   Dziś,   jak   zasy-
gnalizowałem w tytule rozdziału, wszystko się dookoła na coś przekłada. Jak to nowe zjawisko oceniać?

Myślę, że dobrze się dzieje w języku, gdy w obieg społeczny wchodzą nowe użycia słów czy nowe połączenia 

wyrazowe. Nie ulega przecież wątpliwości, że wzbogacają one system stylistyczny, stając się dla mówiących jeszcze 
jedną  ofertą  leksykalną.  Źle  się natomiast  dzieje,  gdy ta nowa  oferta  zaczyna  być  traktowana  jako wyłączna,  bo 
momentalnie nabiera charakteru wyrazowego natręta -manierycznego, snobistycznego.

Baczmy więc, byśmy w fascynacji dla przekładać się zupełnie nie zapomnieli o tradycyjnych postaciach - jego 

treściowych odpowiednikach: znajdować odbicie, znajdować wyraz, odpowiadać, przylegać, ujawniać się, przynosić 
jakiś skutek.

Na   tym   mógłbym   rozdział   skończyć,   gdyby   w   pierwszym   fragmencie   nie   pojawił   się   jeszcze   jeden   natręt   - 

przymiotnik wysoki w połączeniu z rzeczownikiem popularność.

Zapewniam Czytelników, że tak jak lepsze są duża frekwencja, dobry rezultat, szybkie tempo, dobra forma czy 

duże   zagęszczenie   mieszkań   (lepsze   niż   wysoka   frekwencja,   wysoki   rezultat   itd.),   tak   zdecydowanie   warto   się 
opowiedzieć za dużą bądź wielką (czy nawet ogromną) popularnością, odrzucając rażącą wysoką popularność.

Cichy -głośny, wyciszyć- nagłośnić

„Od pewnego czasu słyszy się wszędzie konstrukcje typu niepotrzebnie nagłośniono tę sprawę, telewizja nagłośniła 

ten problem. Według mnie w zdaniach tych należało się posłużyć zwrotem nadać rozgłos, bo nagłaśnia się przecież salę 
widowiskową, a nie sprawę czy problem" - pisze Czytelnik z Legnicy. Czy ma rację?
Słowniki języka  polskiego rzeczywiście zaopatrują nasz czasownik tylko w to znaczenie, za którym  się opowiada 
Korespondent:
„uzyskać   za   pomocą   urządzeń   akustycznych   lub   elektroakustycznych   odpowiednią   jakość   odbioru   (większą   i 
równomierną   głośność)   dźwięków   w   pomieszczeniach   zamkniętych   lub   na   otwartej   przestrzeni:   nagłośnić   salę 
widowiskowa,  aparatura  nagłaśniająca  (nagłaśniająca),  urządzenia nagłaśniające  (nagłaśniające)".  Nie ulega  jednak 
wątpliwości,   że   kolejne   wydania   leksykonów   będą   musiały   uwzględnić   także   nowe,   metaforyczne   znaczenie 
czasownika nagłośnić (nagłaśniać) - właśnie „nadać rozgłos, narobić szumu". Zbyt powszechne jest to już w tej chwili 
zjawisko, by mogło zniknąć z języka z dnia na dzień.

Trudno przy tym nie zauważyć, że tak funkcjonujące nagłośnienie wypełniło bardzo istotną lukę w naszym języku, 

a mianowicie -miejsce dla przeciwieństwa wyciszenia. Mieliśmy przeciwstawne treściowo przymiotniki cichy - głośny i 
pustą antonimiczną przestrzeń przy zwrocie wyciszyć sprawę, znaczącym tyle co „dokonać odpowiednich zabiegów w 
celu usunięcia jej ze świadomości społeczeństwa".

Teraz jest całkowita semantyczna symetria: cichy - głośny, wyciszyć sprawę - nagłośnić sprawę, czyli „podjąć 

działania w celu uświadomienia jej społeczeństwu". Fragment z „Polityki" doskonale tę antonimiczną relację ukazuje: 
„Tej kwestii nie wolno wyciszyć. Przeciwnie - trzeba ją możliwie najbardziej nagłośnić, póki jeszcze nie jest na to za 
późno".

Zdanie   to   uświadamia   nam   zarazem,   jak   przeogromna   jest   rola   środków   masowego   przekazu   w   systemie 

demokratycznym i jak wielka odpowiedzialność spoczywa na ludziach wpływających na świadomość społeczeństwa: 
mogą oni przecież kreować różne obrazy rzeczywistości - bądź nagłaśniając pewne sprawy, bądź je wyciszając.

Bo też trzeba powiedzieć jeszcze jedno. Otóż tradycyjny zwrot nadać rozgłos jest emocjonalnie neutralny (nadaje 

się   rozgłos   zarówno   zjawiskom   pozytywnym   -   np.   akcjom   charytatywnym,   jak   i   negatywnym   -   np.   wybrykom 
chuligańskim), nagłaśnianie natomiast jest najczęściej oceniane negatywnie, traktowane jako rodzaj manipulacji, która 
polega na odpowiednim wyselekcjonowaniu danych o tych czy innych zjawiskach i wydarzeniach („Liczą na to, że n 
agi o śnieni e konfliktu przysporzy im zwolenników" - czytam np. w tygodniku „Wprost").

Słowa czułe, słowa zjadliwe

Jakże atrakcyjnym zabiegiem stylistycznym, odświeżającym codzienne zachowania językowe, jest posługiwanie się 

poszczególnymi   słowami   w   rozmaitych   odcieniach   znaczeniowych.   Chłopisko   np.   -w   zależności   od   kontekstu   i 
konsytuacji - może być dobre, poczciwe, kochane i sympatyczne, ale też i wstrętne, obleśne czy śmierdzące. Chuligan, 
drań, łobuz i łotr tworzą, oczywiście, ciąg wyrazów o negatywnych konotacjach semantycznych. Ale czyż pod każdym 
z nich nie może się często kryć sama czułość - choćby wtedy, gdy rozkochani rodzice tak określają swoje pociechy? 
Znam pewną panią, która swego jedynego syna prawie wyłącznie określa mianem bandyty (w zdaniach typu „muszę 
mojemu bandycie kupić jego przysmak").

Gdy żegnałem się kiedyś w Warszawie z Kazimierzem Kutzem, powiedział on, że musi się spieszyć do swoich 

podciepów. I jakże ciepłe były te śląskie podciepy - „podrzutki"! Zresztą prawie wszyscy śląscy rodzice tak właśnie 
lubią nazywać swoje dzieci w momentach roztkliwienia.
„Barwa emocjonalna wyrazów ściera się bardzo szybko - pisali
w „Stylistyce polskiej" Halina Kurkowska i Stanisław Skorupka, toteż szczególnie charakterystyczna dla słownictwa 
uczuciowego jest dążność do odnawiania środków ekspresji, pogoń za nowością, co można zaobserwować chociażby w 
grupie przysłówków oznaczających  intensywność:  na miejscu wyblakłego, mało już wyrazistego bardzo występują 

background image

często jego uintensywnione synonimy: szalenie, strasznie, okropnie, potwornie".

Ludzie spontanicznie wyrzucają więc z siebie ekspresywne konstrukcje typu strasznie cię kocham czy strasznie się 

cieszę. I Jan Paweł II raz powiedział: „Ty, niewysłowiony, niezgłębiony Bóg - stałeś się tak straszliwie przystępny".

Pewnie,   że   trzeba   wyczuwać,   w   jakich   sytuacjach   życiowych   niewłaściwe   jest   użycie   takiego   strasznie   czy 

straszliwie (np. dziennikarz kończący wywiad absolutnie nie powinien go wieńczyć  formułą strasznie dziękuję za 
rozmowę). Warto też jednak uświadomić sobie prawdę, że język byłby tworem nieznośnie schematycznym", gdybyśmy 
operowali wyłącznie podstawowymi znaczeniami poszczególnych form.

Podobną   wykładnię   poprawnościową   należy   stosować   w   odniesieniu   do   form   niesamowity,   niesamowicie. 

„Słownik   języka   polskiego"   informuje:   niesamowity   -   „sprawiający   wrażenie   czegoś   niezwykłego,   niepokojący, 
budzący lęk; okropny" (niesamowity sen, widok; niesamowita historia; niesamowity wyraz oczu, twarzy; niesamowite 
zdarzenie); „niezwykły, ogromny, nadzwyczajny" (niesamowity bałagan, niesamowity upał), niesamowicie - „bardzo 
dziwnie, niezwykle, niepokojąco" (niesamowicie błyszczące oczy, śmiać się niesamowicie); pot. „nadzwyczaj, bardzo" 
(niesamowicie piękna twarz).

Ostatni kwalifikator, wskazujący na potoczny charakter przysłówka niesamowicie, jest bardzo ważny.  Bo jeśli 

niektórych rodaków rażą konstrukcje z niesamowity i niesamowicie, to właśnie dlatego, że wyczuwają oni pewną ich 
niestosowność w sytuacjach o charakterze oficjalnym. Jeśli więc znany polityk mówi: „Normalizacja stosunków z 
Rosją jest niesamowicie ważna i korzystna dla obu stron", to nie ukrywam, że wolałbym w tym zdaniu połączenie 
niezwykle ważna, tak jak w niejednym wypowiedzeniu określenia niezwykły czy nadzwyczajny są na pewno lepsze 
stylistycznie  od formy niesamowity.  Ale już  np. w ustach sprawozdawców  sportowych,  naładowanych  emocjami, 
okrzyki  typu coś niesamowitego! mnie nie irytują  (chyba  że ktoś ich denerwująco nadużywa;  niezapomniany Jan 
Ciszewski swoim ulubionym „coś niesamowitego, pusta bramka" doprowadził kiedyś mego kolegę Czecha do stanu 
przedzawałowego,   a   działo   się   to   w   czasie   transmisji   meczu   hokejowego   naszych   południowych   sąsiadów   ze 
Szwedami).

Wróćmy do prymarnych i sekundarnych znaczeń słów. Kiedy się czyta „Dzienniki" Stefana Kisielewskiego, co 

krok spotyka się w nich zdrobnienia, ale użyte złośliwie, ironicznie, sarkastycznie: „Nasza władzuchna umie zniechęcić 
ludzi", „Żyję więc małą naszą polityczka", ,Już sobie prymasik na komunizm poszczekał", „Stary dyhcio (dyktator) 
musiał się wściec", „I biedny Stach Stomma w tym wszystkim, z czterema bałwanami i spryciarzykami", „Ostrzegałem, 
że pogrzebik się zbliża", „Znów poczułem smrodek katolicki, jakieś tam rozgryweczki, takty czki", „Zdany jestem na 
stylik  felietonowo-aluzyjny", „Miasto parszywieńkie w centrum".

I   na   koniec   gorzki   przykład   wykorzystania   słowa   w   znaczeniu   przeciwstawnym   wobec   pierwotnego:   czyż   w 

dramatycznych   dniach   powodzi   w   lipcu   1997   roku,   patrząc   na   bez   przerwy   lejący   deszcz,   nie   wykrzykiwaliśmy 
sarkastycznie „dawno nie padało"?

O odlocie - inaczej

Tradycyjne znaczenie odlotu - słowa należącego do tej samej rodziny wyrazowej co lecieć, odlecieć, lot, lotnik, 

lotnia, wylecieć, wylot, przelecieć, przelot - to „oddalenie się drogą powietrzną". Mówimy więc np. o odlocie samolotu 
czy balonu, o godzinie o dl o t u, o przygotowaniach do odlotu, a także o odlocie ptaków (bocianów, jaskółek, kaczek), 
czyli „odfrunięciu ptaków wędrownych na okres zimowy lub letni do innych krajów" („Wędrowne ptactwo zabierało 
się do odlotu "-pisał Reymont).

W ostatnich latach odlot i utworzony od niego przymiotnik odlotowy funkcjonują też jednak w zupełnie nowym 

znaczeniu. Telewidz z Krakowa zauważył ów odmienny treściowo odlot w reklamie jakiejś gumy do żucia. „Jak mam 
rozumieć tak użyte słowa i jaki jest ich rodowód?" - pyta.

O pisemne wypowiedzenie się na temat rzeczownika odlot i przymiotnika odlotowy poprosiłem swych studentów. 

Otrzymałem od nich bardzo wyczerpujące informacje. Odlot wszedł w obieg młodzieżowy ze slangu narkomanów, w 
którym jest synonimem oszołomienia, upojenia, transu narkotycznego, oderwania się od rzeczywistości dzięki użyciu 
środków pobudzających, dających uczucie przebywania w świecie iluzji (stąd i odlotowiec - „człowiek zażywający nar-
kotyki, ćpun"),

Wywiedziony od odlotu przymiotnik odlotowy jest - nietrudno się domyślić - określeniem w najwyższym stopniu 

pozytywnym.

Coś, co jest odlotowe, jest wspaniale, wystrzałowe, nadzwyczajne, niecodzienne, super, fantastyczne, nieziemskie, 

cudowne, zapierające dech, świetne, doskonałe, zdumiewające, porywające, słowem - ogarnia swym zasięgiem ogół 
dodatnich przeżyć i doznań. Odlotowa może być impreza, zabawa, prywatka, bluzka, sukienka, dyskoteka, książka, 
dziewczyna  i  fryzura,  odlotowy - koncert,  ubaw,  nastrój, wygląd,  chłopak,  gość,  człowiek, facet,  sen,  film, wóz, 
samochód, pomysł, tekst, ubiór, strój, ciuch, odlotowi - rodzice, odlotowe - włosy i dzieła sztuki, można się też, 
oczywiście, czuć odlotowo. Popularny jest również zwrot jest (było, będzie) odlotowo. Mieć odlot zaś lub być na 
odlocie to tyle co „być w stanie oderwania się od rzeczywistości".

Z zestawienia tego widać aż nadto wyraźnie, jak szeroki zakres używalności mają w języku głównie młodzieży 

formy odlot, odlotowy i odlotowo.

W   jednym   z   numerów   „Expressu   Wieczornego"   zetknąłem   się   kiedyś   z   nagłówkiem   Odlot   na   lotnisku. 

Użytkownicy polszczyzny przyzwyczajeni  do tradycyjnego  i przez wieki wyłącznego znaczenia rzeczownika odlot 
(„oddalenie się drogą powietrzną") mogli przejść obojętnie obok tego połączenia wyrazowego. Odloty na lotnisku to 

background image

przecież coś tak normalnego i oczywistego jak odjazdy na dworcach autobusowych i kolejowych.

Dwa zdjęcia towarzyszące artykułowi i jego tytułowi - z Anetą Kręglicką jako przewodniczącą jury i seksowną 

panią w ekscentrycznym i skąpym ubiorze - od razu zasugerowały mi jednak inne treściowe skojarzenia, odpowiadające 
nowym znaczeniom odlotu.

W tym miejscu dodajmy, że do form odlot i odlotowy funkcjonujących w tychże nowych znaczeniach szybko 

dołączyły  słowa  odjazd  i   odjazdowy.  W   tekście  artykułu  z   „Expressu   Wieczornego"   takie  właśnie   użycia   można 
znaleźć:   „Znany   skądinąd   Smimoff   przeprowadza   co   roku   konkurs   dla   młodych   projektantów   mody,   w   którym 
uczestniczą także Polacy.  Chodzi o tak zwane spojrzenie w głąb samego siebie, czyli  zaprojektowanie rzeczy jak 
najdziwniejszej, najodlotowszej i najodjazdowszej. Takiej, w której człowiek nie może wyjść na ulicę, żeby nie zostać 
zatrzymanym za naruszenie porządku publicznego lub wypaczanie morale małoletnich przechodniów. Wysoko siedzące 
jury oceniało chłodnym okiem. Wybrało kreację z koturnami i boazerią sosnową w kształcie steru. Aneta Kręglicką 
podała to do wiadomości".

Po przeczytaniu tych słów wszystko staje się jasne. Impreza odbywała się wprawdzie na lotnisku, ale nie chodzi tu 

o odlot kogoś czy czegoś! Chodzi tu o ów nowy odlot - synonim niezwykłości, dziwności, niepowtarzalności.

Użycie stopnia najwyższego - najodlotowszy, najodjazdowszy - jest na pewno znakiem silnego już zadomowienia 

się   form   podstawowych   w   polszczyźnie   codziennej.   Czy   zatem   postacie   odlot,   odjazd,   odlotowy,   odjazdowy, 
zaopatrzone w nietradycyjne znaczenia, znajdą się wkrótce w nowych wydaniach słowników języka polskiego? Należy 
sądzić, że tak się stanie. Życie podpowiada tę leksykograficzną decyzję.
A dlaczego niniejszemu rozdziałowi dałem tytuł O odlocie -
inaczej? Miałem, oczywiście, na myśli nowe, inne znaczenia, w jakich używa się odlotu i jego derywatów. Chciałem 
także jednak zasygnalizować dość natarczywe zjawisko, jakim jest wplatanie -zwłaszcza do nagłówków prasowych - 
formy inaczej. Służy ona często mówieniu nie wprost, łagodzącemu dosadność takiego czy innego określenia (np. o 
ludziach z dewiacjami seksualnymi - kochający inaczej, o niepełnosprawnych - sprawni inaczej). Gdyby, mówiąc ję-
zykiem  bokserskim, pójść za ciosem, można by złośliwie - za Piotrem  Wierzbickim  - wymienić  cały słowniczek 
wyrazów, nadających się do zastąpienia konstrukcją z inaczej: głodny - najedzony inaczej, biedny -bogaty inaczej, 
pijany - trzeźwy inaczej, brudny - czysty inaczej, gruby - szczupły inaczej, brzydki - ładny inaczej, głupi - mądry 
inaczej, śmierdzący - pachnący inaczej, podły - szlachetny inaczej, hałaśliwy - cichy inaczej, chamski - kulturalny 
inaczej, obłudny - szczery inaczej.

Dostałem   ten   zestaw   od   swego   gdańskiego   przyjaciela,   kolegi   ze   studenckich   wrocławskich   lat   -   Kazimierza 

Orzechowskiego. Bezpośrednim jednak bodźcem do skreślenia tych uwag był typowy nagłówek prasowy: Dwa KPN-y 
i dwa BBWR-y. Zjednoczeni inaczej.

Walniemy sobie zdjęcie!
 „Profesor Jan Miodek wsłuchuje się w język swego syna studenta" - napisał kiedyś w „Gazecie Wyborczej" Mariusz 
Szczygieł   -   w   artykule   o   polszczyźnie   ostatnich   lat.   Robię   to   i   w   odruchu   ojcowskiego   serca,   i   z   zawodowego 
obowiązku. Fascynują mnie zwłaszcza pokoleniowe różnice ujawniające się w zakresie środków stylistycznych.

Weźmy np. konstrukcje obce. I moja generacja wzbogacała nimi swe wypowiedzi. Mówiliśmy np. no to szlus, co 

mi   tu   jakąś   bumagę   podsuwasz,   idziemy   w   pieriod,   na   zapad!,   to   jest   prikaz,   ruki   po   szwam,   prosit!,   pardon. 
Dominowały   język   rosyjski   i   niemiecki.   Teksty   współczesnego   młodego   pokolenia   zostały   opanowane   przez 
angielszczyznę - zupełnie nieobecną w moich szkolnych latach: było fuli ludzi, ale boss, ale m e n, dzięki za help, sorry.

Co parę lat młodzi znajdują jakieś słowo-wytrych dobre na każdą właściwie okazję, będące swoistym znakiem 

danego rocznika. Od niedawna w języku mego syna i jego rówieśników zawrotną karierę robi czasownik walnąć: ale 
walnął! - to tyle co „ale głupstwo palnął", lecz także „ależ dowcipnie, trafnie coś określił", cos tu wali to tyle co „coś tu 
śmierdzi", walnąć komuś to „komuś coś ukraść", wali cię? - to pytanie „co ty, głupi jesteś?, oszalałeś?", a wali mnie to 
jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że „nic mnie to nie obchodzi".

W   czasie   wakacji   zaś   grupa   bardzo   sympatycznych   młodych   ludzi   zaprosiła   mnie   w   schronisku   na   Hali 

Gąsienicowej do wspólnej fotografii słowami: „Czy możemy sobie z panem walnąć zdjęcie?".

Nie walnąłem (!!) w tym momencie wykładu z kultury języka, ale pomyślałem sobie, że taka forma zaproszenia 

przez młodzież do zdjęcia grzeszy jednak brakiem stylistycznego wyczucia.

A   skoro   już   o   nim   mowa...   Pamiętam,   jak   przed   wieloma   laty   profesor   Witold   Doroszewski   opowiadał   z 

ubolewaniem w radiu, że otrzymał właśnie list zaczynający się formułą „Szan. Panie Prof". Przypomniałem to sobie, 
gdy   wpadł   mi   w   ręce   wywiad   z   Księdzem   Profesorem   Józefem   Tischnerem,   zamieszczony   w   jednej   z   gazet. 
Zobaczyłem  w nim takie zwroty grzecznościowe: ,Jak ks. prof, ocenia to zjawisko?", „Czy ks. prof. nie widzi tej 
zależności?", „Ks. prof. pisze w swej książce", ,Jak na razie głos ks. pro f. wydaje się głosem wołającego na puszczy", 
„Czy ks. prof. nie wydaje się, że obecna rzeczywistość jest wyzwaniem dla Kościoła?" .To ks. prof. zbulwersowało 
mnie bardziej niż walnięcie zdjęcia na Hali Gąsienicowej. Trudno uwierzyć, że dziennikarz nie wyczuwa różnicy 
między tekstem umieszczonym na pieczątce czy tabliczce służbowej, gdzie skróty typu ks. prof, czy prof, dr hab. są 
dopuszczalne i powszechnie przyjęte, a takimi wypowiedziami adresatywnymi jak list czy wywiad prasowy, w których 
operowanie skrótami jest zgrzytem stylistycznym i obyczajowym.

W   tymże   wywiadzie   Józef   Tischner   powiedział:   „Praca   to   prawdziwy   język   międzyludzkiej   komunikacji.   Z 

wytworu mojej pracy ktoś może wnioskować o stopniu mojej miłości ku niemu. Pytamy się, za ile, a nie zastanawiamy 

background image

się, jak pracę wykonać, aby przyniosła zadowolenie komuś i mnie. Etyka więc to integralna część pracy". Chciałoby się 
tę myśl zadedykować wszystkim rodakom.

Podaj mi swoje namiary

Przenikanie  słów, wyrażeń   i  całych  zwrotów  z  jednej   odmiany stylowej  do  drugiej   to  bardzo  żywe  zjawisko 

stylistyczne, zasługujące generalnie na pozytywną ocenę. Dzięki niemu dochodzi do jakże pożądanej dysautomatyzacji 
naszych zachowań językowych, do odświeżania stereotypowych wypowiedzi bardziej ekspresywny-
mi konstrukcjami.
Oczywiście, trzeba zawsze uważać, by nie przekroczyć granic
dobrego   smaku.   I   tak   np.   pochodzącego   z   gwary   szoferskiej   czasownika   wyrobić   (wyrobić   zakręt   -   nie   wyrobić 
zakrętu),   znaczącego   w   ogólnej   polszczyźnie   potocznej   tyle   co   „zdążyć   ze   wszystkim,   dać   sobie   radę   z 
uporządkowaniem różnych spraw", nie powinno się wykorzystywać w tekstach oficjalnych, takich jak wykład, odczyt, 
kazanie czy przemówienie („Prymas  Wyszyński  tak sobie umiał zorganizować  czas  w więzieniu, ze się nie mógł 
wyrobić" - usłyszałem przed laty w podniosłym kazaniu).

To   samo   ostrzeżenie   należy   odnieść   do   innego   czasownika   proweniencji   szoferskiej,   a   mianowicie   odpalić 

(odpaliło coś, czyli -w polszczyźnie ogólnej - „coś się udało, coś wyszło").

Zbytnią potocznością rażą też w wypowiedziach oficjalnych metafory zaczerpnięte z języka sportowego, takie np. 

jak odpaść w przedbiegach (słynny, cytowany już przeze mnie wiele razy, fragment kazania na Boże Ciało: „Kto nie 
rozumie Eucharystii, ten odpada w przedbiegach"), złapać drugi oddech, trafić w dziesiątkę (znów fragment kazania: 
,Jan Chrzciciel, tak nazywając Jezusa, trafił w dziesiątkę") czy ostatnia prosta („Dziś czwarta niedziela adwentu - 
jesteśmy więc na ostatniej prostej tego okresu"),

A jak ocenić popularne  w polszczyźnie potocznej branie od kogoś  jego namiarów, czyli  jego adresu, numeru 

telefonu? Czy nie jest to nadużycie, zwłaszcza że zwrot ten kojarzy się z policyjnym namierzaniem kogoś (w Słowniku 
języka polskiego czytamy: namiar-„określanie kierunku, w którym położony jest badany obiekt (np. radiostacja, lecący 
samolot, pocisk, płynący statek)", namierzyć -lotn., mors., wojsk, „określić położenie badanego obiektu przez pomiar 
kąta zawartego między kierunkiem odniesienia a prostą wyznaczoną przez punkt obserwacji i badany obiekt")?

Myślę, że i o tej metaforze trzeba mówić jako o środku wzbogacającym stylistycznie nasze codzienne zachowanie 

językowe. I znów tylko trzeba sobie określić granice jego używania - zarówno frekwencyjne (nie decydować się na 
wyłączność), jak i gatunkowe (pamiętać o potocznym, nieoficjalnym charakterze).

Ja tu tylko sprzątam

Powyższy nagłówek to tytuł wydanego ostatnio zbioru felietonów i szkiców Jana Walca, przedwcześnie zmarłego 

krytyka i badacza literatury. Ale jest on zarazem wziętym z życia, coraz popularniejszym zwrotem metaforycznym, 
używanym w znaczeniu „ja nic nie znaczę, ja tu nie mam nic do powiedzenia, jestem tylko do wykonywania poleceń, ja 
o tym nie decyduję".

Pamiętam, że pierwszy raz w życiu usłyszałem ja tu tylko sprzątam mniej więcej dwadzieścia lat temu. Jeden z 

nieżyjących   już   profesorów   gorączkowo   poszukiwał   czegoś   w   naszych   instytutowych   zbiorach   bibliotecznych. 
Zadzwonił telefon. Profesor podniósł słuchawkę, a po paru sekundach powiedział: „Proszę zatelefonować później. Ja tu 
tylko   sprzątam".   Wtedy   odebrałem   jeszcze   ten   słowny   unik   dosłownie:   „nie   jestem   pracownikiem   naukowym, 
wykonuję tutaj prace porządkowe, sprzątam, więc kto inny musi udzielić informacji". W miarę upływu lat już coraz 
częściej dobiegało do moich uszu metaforyczne użycie opisywanego dziś zwrotu.
Nie rejestrują go słowniki. Pod hasłem sprzątać znajduję tylko takie przenośne znaczenia, jak „ukraść" (sprzątnąć 
zegarek), „zabierać coś, co już ktoś uważał za swoje" (sprzątnąć sprzed nosa, sprzątnąć koledze dziewczynę), „zabijać" 
(sprzątnąć niewinnego człowieka, sprzątnąć rywala), „zjadać coś z wielkim apetytem, pałaszować" (sprzątnąć całego 
kurczaka). Myślę, że frekwencja frazeologizmu ja tu tylko sprzątam jest już tak duża, że zostanie on zarejestrowany w 
nowych wydaniach polskich leksykonów.
Doczekał się już takiej rejestracji popularny zwrot czuć bluesa, znaczący tyle co „dobrze orientować się w jakiejś 
sytuacji,   wyczuwać   nastrój,   umieć   się   dostosować   do   panującej   gdzieś   atmosfery".   Znajdujemy   go   na   s.   79 
„Podręcznego słownika frazeologicznego języka polskiego" Stanisława Baby, Gabrieli Dziamskiej i Jarosława Liberka 
(PWN 1995). Semantycznie dość bliski jest on tatom tradycyjnym połączeniom wyrazowym, jak czuć pismo nosem - 
„domyślać się czegoś" i czuć przez skórę - „mieć wyczucie czegoś, domyślać się". Jako młodszy od nich - brzmi 
ekspresywniej, dosadniej i dlatego tak chętnie jest wykorzystywany w tekstach współczesnej polszczyzny: „Biznes c 

ŻUJ

 

e bluesa", „Śrem czuje bluesa nowych czasów", ,Jes7i nauczyciel przedszkolny czuje bluesa i potrafi zdobyć dziecięce 
serca, maluchy odwzajemniają to po stokroć". Trudno go też nie uznać za znak naszych czasów. Wszak blues to 
muzyka współczesności!
W tych samych kategoriach kulturowo-obyczajowych trzeba też widzieć nowy zwrot film się komuś urwał - „ktoś 
stracił (najczęściej z powodu wypicia alkoholu) przytomność, świadomość". Tak jak czuć bluesa nieobecny w słowniku 
frazeologicznym Stanisława Skorupki z roku 1968, odnotowany jest w nowym słowniku Baby, Dziamskiej i Liberka. 
Autorzy przytaczają też wiele przykładów jego funkcjonowania w polszczyźnie: „A w ogóle film mi się urwał. Nic nie 

background image

pamiętam" (Iredyński), „Pociągnął parę łyków. A w parę sekund później film mu się urwał"(„Express Poznański"), 
„Półtora litra to znowu nie jest tak dużo, żeby się człowiekowi film urywał" (Stachura), „Kiedy jednak zaczął, pił do 
upadłego, do momentu, w którym film się urywał" („Echo Krakowa").

„To czym teraz jeździsz?" - czytam w gazetowej reklamie jednego z samochodów. Ta formuła-pytanie potwierdza 

utrwalenie się we współczesnej polszczyźnie zwrotu czym jeździsz?, używanego w znaczeniu „jaki masz samochód?". 
Czyż nie jest on również znakiem nowej Polski, w której już prawie każda rodzina ma własne auto? Jeszcze parę lat 
temu reakcją na pytanie czym jeździsz? byłaby odpowiedź typu siódemką, czternastką, odnosząca się - oczywiście - do 
numeru linii tramwajowej bądź autobusowej.

Ale frazeologizmy mogą też nieuchronnie odchodzić w językową przeszłość. Oto niedawno temu spotkałem kolegę 

ze szkolnych lat. „Co słychać?" - zapytałem stereotypowo. „Nic nadzwyczajnego, sześć na dziewięć" - odpowiedział 
melancholijnie. A ja od razu sobie uświadomiłem, że to tylko jeszcze ludzie mojej generacji i starsi, dla których zdjęcia 
formatu sześć (cm) na dziewięć (cm) były najbardziej typową produkcją fotograficzną, mogą zrozumieć metaforyczne 
wyrażenie wykorzystane przez mojego znajomego, znaczące tyle co „nic nadzwyczajnego, przeciętność, zwykłość". 
Mozaika kolorów, formatów i technik fotograficznych, która zdominowała współczesny świat, spycha w zapomnienie 
poczciwe sześć na dziewięć.

Po wszystkim

Znaczeniowymi  odpowiednikami form koniec, skończyło się, nic więcej  są konstrukcje po wszystkim, jest po 

wszystkim,  i   po  wszystkim,  już  po  wszystkim  („Słownik  frazeologiczny  języka   polskiego"  Stanisława  Skorupki). 
Czytamy   np.   w   „Portrecie   Słowackiego"   Pawia   Hertza:   „Zaczęli   rozcierać   mu   skronie   i   puls,   ale   już   było   po 
wszystkim"; a w słowniku Orgelbranda: „Otóż przyszedł czasem dla kompanii, i po wszystkim".

Kiedy   w   „Domu   na   Sekwanie"   Williama   Whartona,   przetłumaczonym   przez   Jacka   Wieteckiego,   znalazłem 

fragment:  „Pewnie można było jakoś inaczej zorganizować  pracę, ale już po zawodach", uświadomiłem sobie, że 
neutralne   stylistycznie   wyrażenie   po   wszystkim   ma   swe   liczne   -   silnie   przy   tym   nacechowane   emocjonalnie   - 
ekwiwalenty. Jednym z nich jest właśnie połączenie po zawodach: „Za późno się zdecydowałeś. Teraz - to już po 
-zawodach!" - mówi metaforycznie, tak jak tłumacz Whartona, coraz więcej osób w Polsce, potwierdzając leksykalną 
atrakcyjność słowa zawody.

Przed paroma laty gościłem w swym mieszkaniu pewnego rzemieślnika, który w konstrukcjach tego typu używał 

wyrażenia po imprezie. Był nim tak zafascynowany, że posługiwał się nim nawet w opowiadaniach o czyjejś śmierci: 
„To był bardzo rozległy zawał serca, tak że w parę minut było po imprezie". Ten przykład jest z kolei potwierdzeniem 
zawrotnej kariery, jaką robi we współczesnej polszczyźnie impreza (nawet najbardziej podniosłe uroczystości określa 
się mianem imprez, co jest - oczywiście - stylistycznie niepoprawne).

Z mojego domu rodzinnego, a ściślej - z języka Ojca - wyniosłem frazeologizm już po Antku. Kojarzy mi się on 

nieodparcie  z meczami piłkarskimi, które namiętnie z Tatą oglądałem. Gdy jakaś  dobrze się zapowiadająca  akcja 
została zmarnowana. Ojciec - zawiedziony - wzdychał: ,Już po Antku!".

Najpopularniejsze, prawie powszechne jest jednak wyrażenie po ptakach - w takiej właśnie wersji brzmieniowej ze 

ścieśnioną samogłoską (po ptakach brzmiałoby sztucznie - jak krupniak zamiast krupnioka; w pewnych sytuacjach 
uzasadniona   jest   też   kobita   i   dziwka,   a   nie   kobieta   i   dziewka).   Nie   mogę   się   nadziwić,   dlaczego   nie   jest   ono 
zarejestrowane przez ani jeden słownik. Wśród metaforycznych połączeń związanych z rzeczownikiem ptak znajduję 
tylko następujące frazeologizmy: niebieski ptak, stalowy ptak, z lotu ptaka, lotem ptaka, zły to ptak, co własne gniazdo 
kala. Upominam się zatem o wyrażenie po ptakach w następnych edycjach słownikowych.

A skoro już tu była mowa o ekwiwalentach takich słów, jak koniec, wszystko, nic więcej... Mam jeszcze jeden 

przykład, świadczący o nieustannej potrzebie dysautomatyzacji, odświeżania codziennych zachowań językowych, a 
zarazem   o   pomysłowości,   twórczości   użytkowników   polszczyzny.   Oto   niedawno   temu   przemiły   pan,   u   którego 
kupujemy warzywa i owoce, podsumowywał zakupy stojącej przede mną kobiety. Mógł stereotypowo zapytać:
to wszystko? Nie zrobił tego. Wybrał wariant dowcipny i nie przekraczający granic dobrego smaku - jednosłowne 
pytanie:  finisz?  Ów finisz  to zarazem  potwierdzenie  stylistycznej  kariery terminologii  sportowej  -  jakże  ważnego 
składnika kultury masowej języka.

O pójściu na całego i wkurzaniu się

O tym, że zwrot iść (pójść) na całego jest z pochodzenia jednoznacznie nieprzyzwoity, wulgarny, wiedzą już tylko 

historycy języka, i to nie wszyscy. Można zatem powiedzieć, że uległ on całkowitej neutralizacji stylistycznej, czego 
efektem są używane na co dzień konstrukcje typu poszliśmy na całego, trzeba iść na całego (równie popularne są 
wariantywne zwroty poszliśmy na całość, trzeba iść na całość). Mimo wszystko - jako filolog - przeżyłem swoisty szok 
estetyczny, gdy przed paroma laty w jednym ze współczesnych wierszy religijnych znalazłem zdanie „idę do Ciebie na 
całego, Jezusie", choć - oczywiście - zdawałem sobie sprawę, że moje odczucia są pewnie jednostkowe, wynikające z 
wiedzy zawodowej, historycznojęzykowej  - tak jak tylko  badacze  folkloru wyczuwają  jeszcze erotyczno-rubaszny 

background image

pierwotny charakter tekstów o głębokiej studzience, nieorzqcym Jasiu, konikach, płotach, dziurach w desce itp.

Myślę natomiast, że wszyscy rodacy powinni sobie uzmysławiać bardzo, ale to bardzo niedoborowy charakter 

takich form, jak wkurzać się, opierniczać kogoś czy guzik prawda.

Wszak   są   to   fonetyczne   substytuty   wulgarnych   konstrukcji,   tylko   trochę   osłabiające   dosadność   prymarnych 

określeń (wkurw..., opierd..., gów...). Powtarzam często, że prawdziwy dżentelmen nigdy się nie będzie wkurzał czy 
opierniczał kogoś-w obecności kobiet! Powie, że się zdenerwował, że nakrzyczał na kogoś, że mu nawymyślał, mocniej 
- że objechał kogoś.

Tymczasem   coraz   częściej   słyszę   to   wkurzanie   się   czy   opierniczanie   kogoś   przy   stołach   imieninowych,   w 

rozmaitych oficjalnych wypowiedziach, w radiu, w telewizji. Czyżby wspomniany przy okazji zwrotu iść na całego 
proces stylistycznej neutralizacji objął swym zasięgiem i te formy?
Że wszystko zmierza ku takiemu właśnie statusowi wkurzania się, mogłem się przekonać przy lekturze pewnej książki 
z dziedziny filozofii. Oto rozdział poświęcony poglądom George'a Berkeleya kończy się słynnym limerykiem (czyli 
żartobliwym wierszem) Ronalda Knoxa - tak przełożonym przez współczesnego tłumacza: „Pewien młodzieniec rzekł: 
Boże, wydawać się to dziwnym może, że krzak, który widzę, nie przestaje istnieć, gdy nie ma nikogo na dworze. Odpo-
wiedź: Drogi Panie, twe zdziwienie mnie wkurza. Ja jestem zawsze na dworze. I dlatego to drzewko będzie róść sobie 
krzepko, bo obserwuję je Ja, Pan Przestworzy". Widzimy zatem, że Pan Przestworzy-Bóg mówi tu: „Twe zdziwienie 
mnie wkurza". Czy nie można było napisać mniej dosadnie, np. „Twe zdziwienie mnie drażni"? Niestety, przekraczanie 
granic dobrego smaku zdarza się użytkownikom polszczyzny coraz częściej.

O rajcowaniu

Z niemieckimi formami raten. Rat związana jest etymologicznie nasza rodzina wyrazowa, do której należą takie 

słowa, jak radzić, rada, radny, radca, radziecki, poradzić, porada, narada, dorada, zaradzić, obrady, zdrada, zdradzić, 
zdradziecki, zdradliwy.

Od radzić i zdradzić stworzono za pomocą przyrostka -ca rzeczowniki radźca - „ten, który radzi" i zdradźca - „ten, 

który zdradza". Obydwa  można znaleźć w wielu tekstach staropolskich: „Ofpo-wie jemu: zaliś ty radźca królów" 
(„Biblia królowej Zofii" z r. 1455), „Gdy r adze e jęli przysiężnika" („Orty\e magdeburskie" z XV w.), „Wszytki 
zdradźce i lifniki zostawię je nieboszczyki" („Rozmowa mistrza Polikarpa ze śmiercią" z XV w.), „A ten Waldko 
radźca, ten niewierny zdradźca" (Wiersz o zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego z n pół. XV w.), ,Jeko szlachetny Paweł z 
Krassowa nie jest z d radźca" (zapiski i roty polskie z XV-XVI w. z ksiąg sądowych Ziemi Warszawskiej).

W XV wieku zaczęło się w polszczyźnie przekształcanie połączeń -cc; -dźc- w -je-. W efekcie bardzo wiele słów 

uległo fonetycznej modyfikacji: mieśćce zmienia się w miejsce, winowaćca -w winowajcę, władźca - we włajcę, a 
świętokradźca - w świętokradcę (dopiero pod wpływem nowych skojarzeń powstały dzisiejsze brzmienia: władca - bo 
władać, radca - bo rada, świętokradca - bo kradnę).

A co z radźca i zdradźcq? Nietrudno się domyślić, że nasi przodkowie przemienili oba te wyrazy na postacie rajca i 

zdrajca. Już od rajcy urobiono-takie formy, jak rajcować, rajczyni, rajczyna, rajczan-ka, rajczy, rajczyc, raić, naraić 
(„Ciekawość swoje drogo najpierwsza na świecie rajczyna Ewa przypłaciła" - taki XVIII-wieczny cytat znajduje się w 
XIX-wiecznym słowniku Lindego).

Z nich żyją do dziś czasowniki rajcować, raić, naraić- potoczne, silnie nacechowane pod względem  ekspresji. 

Pierwszy z nich przeszedł w ostatnich latach ciekawą ewolucję semantyczną. Długo znaczył tylko tyle co „rozprawiać o 
czymś, gadać, paplać, spędzać czas na gadaniu" (sąsiadki rajcowały na podwórku; na takie kobiety mówiło się w moich 
rodzinnych stronach rajenie). Dziś - pod wpływem podobnie brzmiącego niemieckiego czasownika reizen, znaczącego 
tyle   co   „pobudzać,   podniecać"   -   stał   się   także   nacechowanym   emocjonalnie   synonimem   neutralnych   uczuciowo 
czasowników podniecać, ekscytować, wzbudzać zainteresowanie. Takie funkcjonowanie naszego czasownika (także z 
zaimkiem zwrotnym  się) potwierdza „Słownik polszczyzny potocznej" Janusza Anusiewicza i Jacka Skawińskiego, 
rejestrujący wypowiedzenia z rajcować i rajcować się:
„Pójdziesz z nami w niedzielę na żużel? - Żużel mnie nie rajcuje, wolę piwol", „Siedział przy stoliku, pił i rajcował się 
widokiem młodych dziewczyn w mini".

A ja w jednym z reportaży „Polityki" przeczytałem: „Niemcy nie mają wilków, wolą więc polować w Polsce, tak 

ich te wilki rajcują". Ostatni cytat prowokuje do refleksji: czy w tekście prasowym może się pojawiać tak bardzo 
potoczna forma?  Świadczy on zarazem aż nadto wyraźnie, jak silnie się już utrwaliło w języku potocznym  nowe 
znaczenie rajcowania.

Dywagacje i enuncjacje

Dywagacje (fr. dwagation - od dwaguer - „schodzić na manowce, odbiegać od tematu" - z łac. dwagari „błąkać się") 

to „odstępowanie, odbieganie od tematu w piśmie lub mowie, rozwlekłe pisanie lub mówienie nie na temat". Czy w 
takim słownikowym znaczeniu używają jeszcze tego słowa rodacy?
W książce Agaty Tuszyńskiej „Singer. Pejzaże pamięci" czytam:
„Takie dywagacje powiększały jedynie zamęt w głowie małego Isaaca". Prof. Michał Głowiński w jednej ze swoich 
prac pisze: „Wzory Słowackiego określają budowę „Spowiedzi", stanowiącej  połączenie rozmyślań o sobie i swej 

background image

sytuacji w świecie z dywagacjami na temat tego właśnie świata". W tekście Kazimierza Brandysa znajduję zdanie: 
„Dywagacje   w   trybie   gdyby   sprowadzają   się   do   imaginacyjnych   hipotez",   a   ks.   prof.   Romana   E.   Rogowskiego: 
„Pomijając   dywagacje   na   temat   sportu   amatorskiego   i   zawodowego,   należy   podkreślić   niebezpieczeństwo   nad 
niebezpieczeństwami, jakie zagraża całej działalności człowieka".

Trudno   o   jednoznaczną   interpretację   wypowiedzi   Tuszyńskiej   i   Brandysa,   u   prof.   Głowińskiego   i   ks.   prof. 

Rogowskiego natomiast, którzy piszą o dywagacjach na temat..., wyraźne jest odejście od tradycyjnego  znaczenia 
„odchodzenie od tematu". Bo też i dla absolutnej większości użytkowników polszczyzny dywagacje są dziś synonimem 
ustnej lub pisemnej wypowiedzi, może czasem za długiej, ale niekoniecznie odbiegającej od tematu. A wiele osób po 
prostu sądzi, że dywagacje - słowo obce - to nawet lepszy stylistycznie, bardziej oficjalny wariant ustnej czy pisemnej 
wypowiedzi.

To przesunięcie semantyczne już się w polszczyźnie dokonało, myślę więc, że i słowniki powinny je zarejestrować. 

Tymczasem w nowym wydaniu „Słownika wyrazów obcych" (PWN, Warszawa 1995) hasła dywagować i dywagacje 
kryją w sobie tylko dotychczasowe znaczenia.

Zachowawcze stanowisko zajmuje ten leksykon również w stosunku do rzeczownika sensat, który przez absolutną 

większość Polaków odbierany jest jako określenie człowieka doszukującego się we wszystkim elementów sensacyjnych 
(skojarzenie z sensacją). Tymczasem na s. 1006 czytamy:  sensat - słowo przestarzałe (z łac.sensatus - „obdarzony 
rozumem") - „człowiek przesadnie poważny, silący się na uczoność, mędrkujący".

Zajmijmy się jeszcze słowem enuncjacja. Brzmieniowo jest ono podobne do rzeczownika denuncjacja znaczącego 

tyle   co  „tajne  doniesienie,  oskarżenie  przed  władzą  o dokonanie  wykroczenia   przeciwko  obowiązującemu   prawu, 
donos". To foniczne podobieństwo sprawia, że dla wielu użytkowników polszczyzny także enuncjacja jest słowem o 
negatywnych  skojarzeniach, synonimem  wypocin,  gadaniny (czytamy więc np. w prasie o „enuncjacjach  znanego 
polityka " - zamiast o „gadaninie znanego polityka" czy o „enuncjacjach pani Anastazji P." - zamiast o „wynurzeniach 
pani Anastazji P."). Tymczasem enuncjacja - z łac. enuntiatio „zawiadomienie" - to słowo neutralne pod względem 
emocjonalnym, synonim wypowiedzi, oficjalnego oświadczenia, obwieszczenia: „Poza wspomnianymi enuncjacjami 
nikt nie zarzucił mu oficjalnie stosowania środków dopingujących ", „Enuncjacje komisji rządowej dotyczące przyczyn 
wypadku".   Nowe   wydanie   „Słownika   wyrazów   obcych"   rejestruje,   oczywiście,   tylko   to   utrwalone   długą   tradycją 
znaczenie.

Modna asertywność

Na obwolucie książki Marii Król-Fijewskiej pt. „Stanowczo-łagodnie-bez lęku" czytam: „Ta książka jest o tym, jak 

żyć  po swojemu, wypowiadać  bez lęku swoje zdanie, odmawiać, nie wywołując konfliktu, złościć się, nie raniąc 
innych, bronić swoich interesów, nie dać się wykorzystywać, poniżać, lekceważyć. To książka o asertywności". A na s. 
8:   „Asertywność   to   umiejętność   pełnego   wyrażania   siebie   w   kontakcie   z   inną   osobą   czy   osobami.   Zachowanie 
asertywne oznacza bezpośrednie, uczciwe i stanowcze wyrażanie wobec innej osoby swoich uczuć, postaw, opinii lub 
pragnień   w   sposób   respektujący   uczucia,   postawy,   opinie,   prawa   i   pragnienia   drugiej   osoby.   Różni   się   więc   od 
zachowania agresywnego, oznacza bowiem korzystanie z osobistych praw bez naruszania praw innych osób. Różni się 
też od zachowania uległego, zakłada bowiem działanie zgodne z własnym interesem oraz stanowczą obronę siebie i 
swoich praw - bez nieuzasadnionego niepokoju, łagodnie, lecz stanowczo".

O postawie asertywnej  mówi się w tej chwili dookoła. Na czym  ona polega, wyjaśniają cytaty z pracy Król-

Fijewskiej. Nie wyśmiewając,  broń Boże, publikacji  i wykładów  na ten temat, mam  jednak w zanadrzu przykład 
kuriozalnego nadużycia stylistycznego, związanego z owym modnym terminem. Oto przysłano mi kiedyś ogłoszenie 
przygotowane przez dyrektora pewnego dużego przedsiębiorstwa. Powiadamiano w nim wszystkich pracowników, że w 
ich pokojach, w czasie godzin pracy, będzie wymieniane oświetlenie. I oto proszę sobie wyobrazić, że ta banalna w 
swej   prostocie   informacja   zwieńczona   została   zdaniem   następującym:   „Proszę   o   asertywny   stosunek   do   ekipy 
remontowej". Gdybym nie widział tego tekstu, nie uwierzyłbym, że ktoś mógł wymyślić taką konstrukcję.

Przecież chwila refleksji wystarcza, by sobie uświadomić, że najczęstszym źródłem komizmu jest kontrast między 

dwoma elementami tworzącymi funkcjonalną całość. Słowotwórczy dowcip formacji wódeczność i wypiteczność na 
przykład   tkwi   w  kontraście  między poważnym,   wyrażającym  istotę  rzeczy  przyrostkiem  -ość  (pilność,  gorliwość, 
uczciwość,   zacność)   a   błahą,   ludyczną   treścią   podstaw   wódeczny,   wypiteczny.   Gdy   Julian   Tuwim   wyśmiewał 
snobowanie się na językową cudzoziemszczyznę, swojski, prowincjonalny Strzyżów zamienił w piśmie na Sthizooff, 
osiągając efekt komiczny dzięki kontrastowi formy (obco wyglądający zapis) i treści (małe, swojskie miasteczko). Tak 
samo   komiczna   jest   kilkunastoletnia   dziewczyna,   która   swój   rodzinny   Wałbrzych   wymawia   w   radiu   Łołbrzych 
(zachowania językowe ludzi tego typu dobrze określa powiedzonko Anglik z Kołomyi).

W tekście o wymianie oświetlenia w przedsiębiorstwie proza życia kontrastowo zderzyła się z naukowym zadęciem 

fragmentu o asertywnej postawie. Czyż można się dziwić, że wszyscy pracownicy zareagowali na tę niefortunną zbitkę 
śmiechem, i to gromkim?

Wcisk, powściąg, wydziw, przekręt

background image

W pewnej krzyżówce znajduję hasło nie do wyjęcia, któremu odpowiada pięcioliterowy wyraz wcisk. W książce 

Jana Błońskiego „Wszystkie sztuki Sławomira Mrożka" mamy zdanie: „Pozostawiam na boku cenzurę jako całość 
zachęt i powściągów", jeden z trenerów zaś mówi w telewizji o „wydziwie kibiców". Słyszy się też dookoła o różnych 
przekrętach.

Wcisk,   powściqg,   wydziw,   przekręt   -   co   to   za   formacje   słowotwórcze?   Jedna   z   nich   jest   zarejestrowana   w 

„Słowniku   języka   polskiego"   pod   red.   M.   Szymczaka:   wcisk   -   „wciskanie,   wciśnięcie":   element   urządzenia 
uruchamiany przez wcisk; wmontować, złączyć coś na wcisk.

Pozostałych nie ma w słownikach, ale wyczuwamy, że są one synonimami takich określeń, jak powściągnięcie się, 

wydziwianie, przekręcenie (czegoś). Bez trudu także chyba uzmysławiamy sobie, że wszystkie te formy powstały nie 
przez dodanie do podstaw słowotwórczych jakiejś cząstki, ale przez jej odcięcie: wcisk - od wciskać (odjęte -ać), 
powściqg - od powściągać się (odjęte -ać), wydziw - od wydziwiać (oderwane -ać), przekręt - od przekręcać (odjęte 
-ać).

Przypomina mi się w tym momencie list sprzed lat, którego autorka pytała, co sądzę o krzyżówkowym pomyśle 

redakcji „Przekroju", a mianowicie o formie odsap (chodziło o odsap dla uszu, czyli ciszę!). Napisałem wtedy, że jest to 
jeszcze jeden przykład, choć z pewnością bardzo wyrazisty, ujawniający żartobliwą konwencję haseł „Przekrojowych" 
krzyżówek. Odsap to przecież żart językowy, twór jednorazowy. Nie znajdziemy go w żadnym słowniku. Jest to jednak 
zarazem   formacja   ze   słowotwórczego   punktu   widzenia   bardzo   typowa,   bo   zbudowana   poprawnie   według   reguł 
systemowych, tyle że nie będąca w powszechnym użyciu. To jeszcze jeden przykład formacji potencjalnej, zbudowanej 
według zasady polegającej na tworzeniu nowych wyrazów przez odcięcie końcowej cząstki wyrazu podstawowego. 
Proces ten był zawsze bardzo żywotny w polszczyźnie. Takie rzeczowniki, jak czołg, dopływ, zalew, wykop, wytop, 
wysyp, donos, zwis, powstały od czasowników czołgać się, dopływać, zalewać, wykopać, wytopić, donosić, zwisać 
właśnie przez odcięcie końcowych elementów tychże czasownikowych podstaw.

We współczesnym  języku  żywotność  tego  zjawiska nie słabnie -zwłaszcza w specjalistycznych  odmianach, w 

których aż się roi od postaci typu wykon, uzysk, odzysk, osiąg, dowiert, odczyt - od wykonać, uzyskać, odzyskać, 
osiągać,   dowiercić   się,   odczytać.   Na   pierwszy   rzut   oka   robią   one   wrażenie   tworów   niepotrzebnie   dublujących 
powszechnie   znane   formy   wykonanie,   uzyskanie,   osiąganie   itd.   Proszę   jednak   dostrzec   ich   atrakcyjność, 
funkcjonalność, jaką jest -oprócz krótszości - aspektowa neutralność, przeciwstawiająca się takim zróżnicowanym pod 
tym względem konstrukcjom, jak wykonywanie - wykonanie, uzyskiwanie - uzyskanie, osiąganie - osiągnięcie itp.

Kiedy   się   zaś   wróci   do   przykładów   z   początku   niniejszego   rozdziału,   trudno   nie   dostrzec   w   nich   całkowitej 

formalnej analogii do struktur w języku polskim zadomowionych: wcisk - jak nacisk, przycisk, odcisk, uścisk, wy dziw 
- jak dziw, podziw, przekręt - jak wykręt, zakręt. Trzeba zatem powtórzyć podsumowujące: mamy tu do czynienia i z 
żywym modelem słowotwórczym, i z zasługującą na aprobatę twórczością użytkowników polszczyzny.

Rabat, czyli opust

Rabat - z niem. Rabatt, od wł. rabatto - to zniżka procentowa od ustalonych cen towaru, głównie na rzecz nabywcy 

płacącego gotówką, kupującego dużą ilość towaru jednorazowo lub w określonym czasie. Kupisz więcej, sprzedający 
opuści ci cenę - można by swobodnie, potocznie wyrazić istotę rabatu, nawiązując do jednego ze znaczeń czasownika 
opuścić- „obniżyć cenę, spuścić cenę" (powiemy np.: sprzedawca opuścił 2 złote na kilogramie jabłek). I właśnie od 
formy opuścić, przez odrzucenie wygłosowego -ić, powstał rzeczownik opust - rodzimy odpowiednik rabatu, w języku 
sportowym, gimnastycznym znaczący też tyle co „ruch kończyn lub tułowia ku dołowi".

Zdawać by się mogło, że ta przejrzysta relacja formalno-treściowa między opuścić! opustem utrwali w społecznym 

obiegu   komunikacyjnym   brzmienie   z   nagłosowym   o-   i   pojawiać   się   będą   wyłącznie   konstrukcje   typu   hurtownia 
otrzymuje od wydawcy książki z opustem od ceny katalogowej. Wszak czasownik upuścić z przedrostkowym u- nie ma 
żadnych związków znaczeniowych z pieniędzmi, z aktem kupna-sprzedaży. Tymczasem rodacy coraz częściej zamiast 
o rabacie-opuście zaczynają mówić o upuście, wywiedzionym  od podstawy słowotwórczej upuścić. Czyżby widok 
upustu surówki, od którego zaczynała się większość dzienników telewizyjnych lat siedemdziesiątych, tak mocno im 
zapadł w świadomość językową?!

A mówiąc zupełnie poważnie: tylko stosunkowo dużą frekwencją słowa upust należy tłumaczyć posługiwanie się 

nim także jako synonimem rabatu (z upustem jesteśmy bardziej osłuchani niż z opustem - powiedzmy inaczej).

Lecz doprawdy warto zapamiętać: upust to „odprowadzenie nadmiaru cieczy, pary lub gazu ze zbiornika albo z 

jakiegoś   urządzenia"   (dzięki   szybkiemu   upustowi   ciśnienie   pary   spadło;   upust   wody   ze   zbiornika   retencyjnego), 
„urządzenie do odprowadzania, spuszczania wody ze zbiornika, kanału itp.; śluza, spust" (otworzyć, zamknąć upust; 
wybudować dodatkowe upusty).

W medycynie - dziś bardzo rzadko - stosuje się upust krwi, czyli „zabieg polegający na nakłuciu lub nacięciu żyły, 

zwykle łokciowej, i wytoczeniu pewnej ilości krwi (np. w nadciśnieniu)", w języku ogólnym - dajemy upust czemuś - 
oburzeniu, niechęci, łzom, goryczy - „dajemy czemuś ujście, folgujemy sobie w czymś, wyładowujemy Się".

Ileż funkcji musi więc spełnić upust! Nie obciążajmy go jeszcze jednym  znaczeniem, zwłaszcza że opust- jak 

pokazałem na początku - jest bezdyskusyjnie logiczniejszy.  Językiem naukowym  mógłbym  powiedzieć, że jest on 
zgodny z formalno-logicznym kryterium poprawności językowej, bo jego sensowność da się uzasadnić na podstawie 
interpretacji logicznej.

Jeśli, dajmy na to, podtrzymujemy różnicę znaczeniową między przymiotnikami należny („taki, który się komuś 

background image

należy")  i  należyty  („taki,  jaki  powinien  być"),  to jest  logiczne,  aby ta różnica  była  zachowana  i  w pochodnych 
rzeczownikach należność i należytość, byśmy mówili o należności pieniężnej, a nie o należytości; z różnicą kojarzymy 
różnicowanie, a z matematyczną różniczką - czynność różniczkowania; mówimy oddychać, a nie oddechać (chociaż 
jest oddech), bo pomiędzy oddychać a odetchnąć zachodzi taka sama relacja jak między usychać a uschnąć, porywać a 
porwać, odpychać a odepchnąć, umykać a umknąć (opozycja czynności wielokrotnej i jednokrotnej). Przykłady takich 
odpowiedniości formalno-logicznych można mnożyć w nieskończoność. Niech nam one uświadomią działanie jednego 
z najważniejszych mechanizmów naszych poczynań językowych.

Warto mu się podporządkować i w wypadku opustu: skoro czasownik opuścić znaczy, między innymi, tyle co 

„obniżyć cenę, spuścić cenę", to rzeczownik-synonim rabatu powinien być utworzony od tej właśnie czasownikowej 
podstawy słowotwórczej i brzmieć opust!

Seks-s^mbol, kicz-wrailmosć, auto-a^ści

„Z perspektywy kicz - wrażliwości (wrażliwości kiczowatej) świat przypomina film ze Schwarzeneggerem", „Kicz 

- wrażliwość nie jest w stanie zrozumieć struktury wielogłosowej", „Powstanie kicz - struktura, w której wszyscy będq 
tacy   sami   i   wszystko   będzie   jednakowe"   -   czytam   w   jednym   z   artykułów.   Patrzę   na   tę   kicz-arażliwość,   raz 
skonfrontowaną z wrażliwością kiczowatą, na kicz-strukturę i...niczemu się nie dziwię, chociaż takie połączenia są 
absolutnie   tożsame   formalnie   z   obcymi   systemowi   polszczyzny   formacjami   kartofel-zupa   czy   zamsz-but.   Zupy 
kartoflanej, zupy z kartofli, kartoflanki, buta zamszowego, buta z zamszu i zamszaka nikt już w Polsce nie zdoła 
zamienić na kartofel-zupę i  zamsz-but, są to bowiem  postacie  zbyt  silnie utrwalone  w powszechnej  świadomości 
językowej. Ostatnie lata przyniosły jednak taki zalew niezgodnych z tradycją połączeń - właśnie typu kicz-wrażliwość, 
kicz-struktura (z członem odróżniającym na pierwszym miejscu), że trzeba mówić o wykształcaniu się nowej reguły 
morfologiczno-składniowej, przejętej z języków zachodnioeuropejskich - z angielskim na czele. Popatrzmy, ile wokół 
nas form temu wzorcowi podporządkowanych!

Oto w jednej z gazet czytam o Humphreyu Bogarcie: „Autorzy próbują objaśnić, kto uznał go za seks-symbol". 

Mamy więc seks-symbol, a nie zgodny z tradycyjną regułą symbol seksu.

A teraz kilka znamiennych nagłówków prasowych: Simpson mania, LEGO nagrody, Biznesplan, Inflacja '95 story, 

Szwedzka taxi-woj-na, Rock encyklopedia, Fan-kąt Śląska. I w nich człony odróżniające (Simpson, LEGO, biznes, 
inflacja, taxi, rock, fan) - na sposób angielski czy niemiecki - umieszczono na początku. Serię tę można uzupełnić 
tytułami programów telewizyjnych: Biznes Informacje, Biznes Tydzień, Sport-telegram, Kutz-Fest, Rock-raport, Auto-
Magazyn.

A skoro się tu pojawił Auto-Magazyn, dodajmy, że połączenia z pierwszym członem auto- stanowią najliczniejszą 

grupę wśród tego typu struktur: auto-naprawa, auto-alarm, auto-części, auto-salon, auto-punkt, auto-myjnia. Auto Świat 
(tytuł   mającego   polską   mutację   czasopisma   Springerowskiego)   itp.   Tak   jak   Auto   Świat   funkcjonuje   tytuł   innego 
czasopisma -Jazz Forum, a tak jak Express Narty - Ski Giełda (dostrzegłem ją w Karpaczu).

Mamy przedsiębiorstwa Odra-Film i Karkonosze Tour, a także wyścig kolarski Bieszczady-Tour. Po Wrocławiu 

jeżdżą autobusy należące do Sobiesław Zasada Centrum. W Poznaniu odwiedziłem kiedyś Park Hotel, każdego zaś dnia 
o poranku uśmiecha się do mnie przy śniadaniu nugat krem.

W   całej   Polsce   są   Kredyt   Banki   i   Cuprum   Banki.   W   księgarni   mogę   kupić   poradnik   pod   tytułem 

Wideowyświetlanie - tak jak przy jednej z ulic Wrocławia mógłbym chodzić na naukę gry w tenisa, tyle że jest to już na 
szyldzie Tenis-nauka. No i każdego roku mamy Sopot festiwal.

Prawie wszyscy dziennikarze piszą już tylko o fit-fali, porno-fali, soft-pomografii czy spec-ustawie. Czasem jeszcze 

zmagają się w nich żywioły starych i nowych obyczajów gramatycznych, bo oto np. nagłówek pewnego artykułu brzmi 
tradycyjnie „Zagadka Eco" (chodzi o znakomitego semiotyka i pisarza bolońskiego Umberta Eco), za to parę linijek 
niżej mamy już zdanie: „Recenzent próbuje drążyć tytułową Eco-zagadkę".

O podatności rodaków na obce wpływy językowe niech świadczy jeszcze jeden znamienny przykład: od znajomych 

z USA (a są tam dopiero parę lat) dostałem kiedyś przesyłkę, na której było napisane: Miodek Family.

Jak widać, nie jest jeszcze ustabilizowana pisownia tych wszystkich złożonych struktur. Spotyka się i formy z 

kreską w środku, i łącznie, i rozdzielnie napisane. Utrwalił się natomiast, podkreślmy to raz jeszcze, sam zwyczaj ich 
konstruowania.   Spośród   wszystkich   znaków   językowych   nowej   rzeczywistości   -   tej   po   roku   1989   -   jest   on 
najistotniejszy, bo dotykający istoty struktury gramatycznej.

Sita słowotwórczej analogii

Na jednym ze straganów wrocławskich pojawiło się ostrzeżenie skierowane do klientów: „Towar pomacany należy 

do macania". Trudno go nie traktować w kategoriach językowego dowcipu czy nawet groteski. A przecież jego twórca 
z pewnością nie myślał o takim odbiorze macania. Posłużył się słowotwórczą analogią do serii rzeczowników typu 
figurant, laborant, kolaborant, kursant, amant, aresztant. Nie wyczuł, niestety, kontrastu między obcym z pochodzenia, 
swoiście intelektualnym  przyrostkiem  -ant a bardzo potocznym  charakterem  podstawy słowotwórczej  macać. Taki 
kontrast jest zawsze przecież humorystyczny (por. uwagi na temat wódeczności i wypiteczności).

W takich formach jak amant, laborant czy figurant wygłosowe -ant jest dziedzictwem łacińskich dopełniaczowych 

background image

postaci imiesłowowych amantis (od amans), laborantis (od laborans), figurantis (od figurans). Wyodrębnione z nich i 
dołączone do swojskich podstaw słowotwórczych,  tworzy formacje  w rodzaju macanta  - nieuchronnie skazane na 
śmieszność przez swą strukturalną hybrydalność.

Przed laty ostre sprzeciwy poprawnościowe wywoływał pochodzący z terminologii żeglarskiej załogant - „członek 

załogi", choć tu kontrast między swojską podstawą słowotwórczą załoga a obcym sufiksem -ant był na pewno nie tak 
drastyczny jak w nieszczęsnym macande.

Ale   językoznawca   zawsze   się   upomina   o   morfologiczną   jednorodność:   poprze   np.   bądź   termometr,   bądź 

ciepłomierz, a będzie protestował  przeciw termomierzowi (obcy element  term- i rodzimy -mierz) i ciepłometrowi 
(rodzime ciepło, obcy -metr).

Z daną konstrukcją trzeba się też i osłuchać, żeby owa hybrydalność morfologiczna przestała być drażniąca. Kiedy 

przed laty relaks stawał się dopiero słowem obiegowym, wypierającym odpoczynek i wypoczynek, bardzo mnie raziły 
formy   typu   zrelaksować   się   czy   zrelaksowany,   grzeszące   wtedy   „zgrzytającym"   połączeniem   elementu   wyraźnie 
obcego (relaks) z rodzimymi cząstkami (z-, -ować). Dziś, choć nadal prawie wyłącznie się posługuję formami odpoczy-
nek, wypoczynek, odpoczywać, wypoczywać, wypoczęty, postacie zrelaksować się, zrelaksowany już mnie tak nie 
irytują.

A zresztą - gdy się spojrzy na dzieje polskiego słowotwórstwa, dostrzeże się w nim dziesiątki przykładów formacji 

urobionych na zasadzie analogii. Muzeum i Koloseum z łac. cząstką -eum (z gr. -eion), nadającą znaczenie miejsca, 
były wzorem dla Ossolineum i Fredreum. Tuż po wojnie do elektryfikacji szybko dołączyły ciepłofikacja i gazyfikacja - 
pierwsza   -   wyraźnie   hybrydalna   morfologicznie   (rodzima   cząstka   ciepło   i   obca   -fikacja).   Na   wzór   drzewostanu 
powstały trawo-stan i krzewostan, olimpiada i spartakiada zaś stały się strukturalnym wzorem dla jakże licznych dziś 
formacji typu uniwersjada, zakinada, cepeliada czy parafiada. Z antykwariatu z kolei wyodrębniono wbrew oczywistym 
granicom morfologicznym (łac. antiąuańus) element -kwariat i tak powstały w Polsce nautykwariaty - „sklepy ze sprzę-
tem żeglarskim" (gr. nautes, łac. nauta - „żeglarz"). Modny w ostatnich latach pracoholizm to oczywiste nawiązanie do 
alkoholizmu (może to też być kalka ang. workaholizm).

Zobaczmy na koniec, jak często wykorzystuje się analogię słowotwórczą w języku artystycznym: „Ta k os ć, a nie 

inność męczyła niepomiernie tego skromnego człowieka" - Witkacy (takość nawiązująca do inności), „Pamiętasz chyba 
tę odwieczną, bezblaską, lekką i bezdźwięczną" - Tuwim (bezblaską - jak bezdźwięczna), „Bez-przyczynny mój dzień, 
bezsensowny   mój   wiek"   -   Tuwim   (bez-przyczynny   -jak   bezsensowny),   „Śmieszne   to   i   rozpocznę"-K.   Brandys 
(rozpocznę - jak śmieszne), „Tak mi dobrze, tak mojo" -Jasieński (mojo - nawiązanie do dobrze), „Lekko było, drżąco i 
wtedo" - Tuwim (wtedo - nawiązanie do lekko, drżąco), „Wychodzisz zatumaniony, zasnuty, zakiniony"- Gałczyński 
(za-kiniony - jak zatumaniony).

Jakie funkcje spełniają wszystkie przytoczone tu neologizmy? Są to niewątpliwie znaczeniowe odpowiedniki mniej 

lub bardziej rozbudowanych, mniej lub bardziej stałych związków wyrazowych (rozpocznę - „pełne rozpaczy", wtedo - 
„tak jak wtedy"  itp.). Jako konstrukcje nietradycyjne, a przy tym skondensowane, syntetyczne - przede wszystkim 
potęgują ekspresję danej wypowiedzi. Za główny cel stosowania tego typu formacji należy jednak uznać osiągnięcie 
jednorodności formalno-stylistycznej danego tekstu (seria przysłówków:
lekko, drżąco, wtedo, seria imiesłowów: zatumaniony, zasnuty, zaginiony). Słowotwórcza analogia okazuje się w tym 
wypadku środkiem niezawodnym.

Tischnerowska mojość

Czytam w jednym z tekstów ks. prof. Józefa Tischnera: „Dobro, aby być dobrem, nie może wisieć w próżni. Musi 

przejść przez jakaś mojość. Sprawiedliwość np. musi być moją sprawiedliwością". Czym jest owa mojość?

To typowa konstrukcja potencjalna, pozostająca w absolutnej zgodzie z regułami słowotwórczymi polszczyzny, tyle 

że nie mająca za sobą wsparcia powszechnego zwyczaju. Ale czyż od przymiotników oraz zaimków i liczebników 
przymiotnych   nie   można   tworzyć   za   pomocą   przyrostka   -ość   nieskończonego   ciągu   formacji   o   znaczeniu   „bycie 
jakimś" - typu pilność, solidność, gorliwość, zdatność, uczoność, łatwość, trudność, atrakcyjność, białość, śmiałość, 
dzielność   („bycie   pilnym",   „bycie   solidnym"   itd.)?   Wybrane   przeze   mnie   przykłady   są   w   codziennym   obiegu. 
Rejestrują je też słowniki. Chodzi jednak o to, byśmy w każdej sytuacji życiowej byli zdolni do skonstruowania tej czy 
innej formacji potencjalnej, potwierdzając w ten sposób absolutną znajomość ojczystego języka.

Ludzie pióra, poeci, filozofowie potrzebują nazw istotnościowych (nomina essendi) - właśnie odprzymiotnikowych, 

utworzonych   za   pomocą   przyrostka   -ość.   Jak   widzieliśmy   w   poprzednim   rozdziale,   Stanisław   Ignacy   Witkiewicz 
napisał: „Ta k ość, a nie inność męczyła niepomiernie tego skromnego człowieka" (takość- od zaimka przymiotnego 
taki, inność- od przymiotnika inny). A Julian Tuwim:
„ Ty, któryś cel jest i przyczyna, pierwszość oraz ostateczność" (pierwszość- od liczebnika porządkowego pierwszy, 
ostateczność- od przymiotnika ostateczny). Na formacje z przyrostkiem -ość natrafiamy co krok w wierszach Bolesława 
Leśmiana (niezdolność, bezleśność, bezpolność, zaklętość, najdalszość), co nie powinno nas dziwić, jeśli uświadomimy 
sobie, że jedną z funkcji poezji, konsekwentnie realizowaną przez autora „Dusiołka", jest tworzenie nowych kategorii 
ontologicznych. A czyż nazwy określające istotę, esencję czegoś nie są szczególnie predestynowane do spełniania tej 
funkcji?

W  tłumaczeniu „Ulissesa"  Jamesa  Joyce'a  dokonanym  przez  Macieja  Słomczyńskiego  znajdujemy następujące 

background image

zdanie: „Końs-kość jest cością konia". Przekształcając je na formułę tradycyjniejszą gramatycznie, powiedzielibyśmy: 
„Bycie koniem jest czymś, co stanowi istotę konia". Ale czy od przymiotnika koński nie mógł Słomczyński stworzyć 
właśnie   rzeczownika-nazwy   istotnościowej   końskośc?   Poszerzył   on   natomiast   obszar   działania   opisanego   tu   me-
chanizmu słowotwórczego, decydując się na neologizm cosć, odpowiadający opisowej konstrukcji cos, co istotne. Ale 
przecież  chciał  niewątpliwie  osiągnąć,  opisaną  w poprzednim  rozdziale,  jednorodność  stylistyczno-słowotwórczą  i 
dlatego aprobujemy to cosć- podciągnięte do fcońsfcosć(tak jak wyżej: takość podciągnięta do inność, pierwszość - do 
ostateczność).

Akceptujemy   więc   i   Tischnerowska   mojość   -   okazjonalną   nazwę   esencjonalną,   istotnościową,   w   sposób 

skondensowany wyrażającą myśl, którą „rozmyłyby" wielosłowne odpowiedniki cos, co jest moje czy bycie moim.

Sernix i Jurexbus

A   jaki   jest   mój   stosunek   do   nazwy   Sernix,   którą   widzę   na   torebce   ulepszającego   dodatku   do   sernika? 

Powiedziałbym, że mniej poważny. W ostatnim czasie namnożyło się tyle formacji z obcym x, że trudno mi i na Sernix 
nie patrzeć z pewnym rozbawieniem. Proszę się przyjrzeć chociażby naszym szyldom-nazwom firm. Wdarły się na nie 
zapisy Felix, Max, Alexander, mimo że wszystkie te imiona mają od wieków spolszczone postacie z -ks-. Wszelkie zaś 
rekordy   popularności   bije   cząstka   -ex.  Kiedyś   był   tylko   PEWEX  -   twór   urobiony  od   podstawy  Przedsiębiorstwo 
Eksportu Wewnętrznego. Dziś - bez względu na to, czy dana firma ma jakikolwiek związek z eksportem - powstają 
lawinowo   RYBEK,   POCZTEX,   SZMATEK,   LUMPEX   (w   Raciborowicach   pod   Bolesławcem   Śl.   widziałem   i 
LUMPEXIK\),   żartobliwy   DZIWEK,   a   jeśli   panowie   Jan,   Mirosław,   Sławomir   czy   Aleksander   decydują   się   na 
nazwanie firm od swych imion, z reguły wymyślają formacje JANEK, MIREK, SŁAWEK, ALEK (od nazwisk Kowal, 
Kowalski czy Nurowski tworzy się nazwy typu KOWALEK, NUREK}. Bo czar obcego brzmienia nęci!

W   tej   konwencji   słowotwórczo-stylistycznej   mieści   się   i   Sermx.   Jest   więc   on   typowym   produktem   naszej 

współczesnej rzeczywistości językowej.

Wróćmy jeszcze do nazw typuJANEX, MJREX. W jednym z polskich miast zobaczyłem kiedyś autokar z napisem 

JUREKBUS. Pojazd - tak się złożyło - stał pod szyldem o charakterze reklamowym:
SUPERAUTOOKAZJA.   Czyż   w   obu   tych   formach   nie   odbijają   się   jak   w   soczewce   najważniejsze   tendencje 
współczesnego polskiego słowotwórstwa?
O przyrostku -ex, którym utworzono Jurex od Jurka, nie muszę
już więcej pisać. W tym momencie chcę zwrócić uwagę na wyrazowe złożenie JUREKBUS. Nietrudno się domyślić, że 
w swoistym tłumaczeniu „na nasze" sprowadza się ono do znaczenia „autobus Jurka" czy ściślej - „autobus należący do 
firmy JUREK". Mamy tu jednak do czynienia z jakże charakterystycznym w ostatnich latach zjawiskiem polegającym 
na tworzeniu złożeń z członem odróżniającym na pierwszym miejscu. Opisałem je w rozdziale Seks-symbol, kicz-
wrażliwość, auto-części. JUREKBUS mieści się w tym właśnie ciągu słowotwórczym.

Należy   do   niego   i   Autookazja   -   wraz   z   autopunktem,   automyjniq   czy   autonaprawą.   Tu   mamy 

SUPERAUTOOKAZJĘ, która też mnie nie zaskakuje! Przecież w tekstach o charakterze reklamowym prawie wszystko 
musi być super. A poza tym - funkcjonowanie form wyrazowych z cząstkami typu a-, anty-, eks-, ekstra; mini-, ultra- 
czy właśnie super- to jeszcze jedna znamienna cecha polszczyzny ostatnich lat. Trudno już sobie nawet wyobrazić 
nasze porozumiewanie się bez takich wyrazów, jak aspołeczny, antypowieść, antypropaganda, antytalent, eksminister, 
ekskról, ekstraklasa, minispódniczka, mini-choinka, superautomat, supermocarstwo, ultradźwięk, ultrafiolet itp.

Czy jednak nie za bardzo urzeka nas  to super?  Z coraz  większym  niepokojem  obserwuję,  jak zapominamy o 

możliwości wymiennego używania określeń mity, ujmujący, grzeczny, wesoły, koleżeński, sympatyczny, przystojny, 
elegancki, dżentelmeński, szarmancki, ładna, modna, szałowa, urocza, miła, śliczna, piękna, dobry, wspaniały, nowo-
czesny,   najlepszy.   I   ludzie,   i   rzeczy   w   języku   wielu   Polaków   są   tylko   super.   A   przecież   stopień   zróżnicowania 
używanych na co dzień form jest miarą sprawności językowej i bogactwa stylu.

Niszczarka i trzymacz

Normę tworzy zbiór wykorzystanych możliwości systemu językowego, zaaprobowany przez powszechny zwyczaj 

społeczny. Nietrudno się domyślić, że działanie twórcze spełnia się w sięganiu po nie wykorzystane dotąd możliwości 
owego systemu (coś potencjalnego staje się wtedy realnością). Uświadamiam to często użytkownikom polszczyzny, bo 
w dyskusjach poprawnościowych jednym z koronnych argumentów przeciwko tej czy innej nowej formacji jest jej brak 
w słowniku. Ludziom trudno zrozumieć, że leksykon nie może zarejestrować absolutnie wszystkich wyrazów będących 
w obiegu. Przecież w momencie jego wydawania niektórych form jeszcze nie było! To po pierwsze. Po drugie zaś - 
słownik informuje o poszczególnych modelach, regułach tworzenia nowych słów, nie może natomiast przewidzieć, jaka 
konkretnie   formacja   spełni   ową   regułę.   Nam   pozostaje   ocena,   czy   -   oprócz   tego,   że   zgodna   z   systemem   -   dana 
innowacja jest uzasadniona funkcjonalnie.

Stworzonego np. doraźnie neologizmu podstole („miejsce pod stołem"), typowej formacji potencjalnej mieszczącej 

się   w   ciągu   podwozie,   nadwozie,   nadnercze,   międzywojnie,   podnóże,   podzamcze,   podgrodzie,   przedmieście, 
dopuszczalnej   w   żywym   tekście   potocznym   czy   artystycznym,   nie   użyłbym   w   stylu   naukowym   i   urzędowo-
kancelaryjnym.

background image

W tych ostatnich odmianach funkcjonalnych nie posłużyłbym się też neologizmem własnoocznie, stworzonym na 

zasadzie   słowotwórczej   analogii   do   zaaprobowanego   przez   powszechny   zwyczaj   i   umieszczonego   w   słownikach 
przysłówka   własnoręcznie.   Akceptuję   natomiast   całkowicie   tę   innowację   w   jednym   z   esejów   prof.   Leszka 
Kołakowskiego („Przez wieki Kościół nie lubił bardzo, by wierni sami, bez pasterzy, własnoocznie Pismo czytali") - 
tak jak w mowie żywej  powitałbym  z radością  i uznaniem  dla ludzkiej  inwencji  żartobliwą postać  własnonożnie 
(choćby w zdaniu doszliśmy do celu własnonożnie).

Piszę o tym wszystkim, bo jedna z rozgłośni radiowych poprosiła mnie ostatnio o publiczną ocenę dwu określeń 

nowych   urządzeń,   a   mianowicie   niszczarki   (dokumentów)   i   trzymacza.   Wyczułem,   że   prowadzący   rozmowę 
dziennikarz spodziewał się dezaprobaty dla obu wyrazów. „Nie ma ich przecież w słownikach" - usłyszałem. „Bo kiedy 
wydawano ostatnie leksykony, nie było ich jeszcze w obiegu" - odpowiedziałem. A potem starałem się przekonać 
słuchaczy, że i niszczarka, i trzymacz są udanymi tworami leksykalnymi.

Niszczarka, utworzona przyrostkiem -arka od czasownikowej podstawy niszczyć, musi być odebrana jednoznacznie 

jako „coś, co niszczy", bo mieści się w słowotwórczym ciągu kruszarka, zwijarka, drukarka, sprężarka, pogtębiarka, 
golarka („to, co kruszy, zwija, drukuje, spręża, pogłębia, goli"). Niepoprawne byłyby takie formy, jak niszczalnia czy 
niszczarz (pierwszą kojarzono by z „miejscem, gdzie się niszczy", drugą - z „kimś, kto niszczy"). Niszczyciel też ma od 
dawna swe ustalone znaczenia: „ten, kto niszczy, psuje, rujnuje coś" (niszczyciele lasów, niszczyciel dóbr kulturalnych) 
i   „najbardziej   uniwersalny   okręt   wojenny,   przeznaczony   przede   wszystkim   do   walki   z   okrętami   podwodnymi   i 
lotnictwem   oraz   do   ochrony   konwojów   i   okrętów   bojowych".   Niechże   więc   niepotrzebne   dokumenty   niszczy 
niszczarka!

Nie wiem dokładnie, co trzyma trzymacz, będący z pewnością rodzajem uchwytu. Ale i on jest do zaakceptowania 

jako nazwa urządzenia uzupełniająca serię spinacz, zgniatacz, łamacz, odkurzacz, nawilżacz, zraszacz.

Żeńskie przyrostki w odwrocie

Jeden z przedwojennych filmów polskich - z Tolą Mankiewiczówną w roli głównej - nosił tytuł Pani minister 

tańczy. A więc już wtedy posłużono się bezprzyrostkową męską formacją odnoszącą się do kobiety - tak jak męska była 
odmiana rzeczownika minister w dialogach tego filmu (nie ma pani ministra, z panią ministrem, u pani ministra itp.).

A przecież w pierwszych powojennych wydaniach „Słownika ortograficznego" jego autorzy - Stanisław Jodłowski i 

Witold   Taszycki   -przewidywali,   że   w   miarę   osiągania   przez   kobiety   coraz   większej   liczby  stanowisk   i   godności 
zastrzeżonych dotąd dla mężczyzn utrwalać się będą w polszczyźnie takie postacie, jak ministerka, prezeska, dyrek-
torka, rektorka, dziekanka, redaktorka, naczelniczka, profesorka itp.

Potwierdzam, że ja i moi rówieśnicy z roczników 1945,1946 i paru następnych do nauczycielek szkół średnich 

zwracaliśmy się wyłącznie za pomocą formuły pani profesorko - tak jak spontanicznie posługiwałem się we wszystkich 
sytuacjach  życiowych  przyrostkowymi  postaciami  redaktorka,  dyrektorka  czy kierowniczka  (pani  redaktorko,  pani 
dyrektorko, pani kierowniczko).

Dziś, u schyłku XX wieku, dobrze wiemy, że zupełnie się nie spełniły przewidywania profesorów Jodłowskiego i 

Taszyckiego, a i my, którzyśmy kilkadziesiąt lat temu używali form typu profesorka, dyrektorka, redaktorka, sięgamy - 
zwłaszcza w sytuacjach oficjalnych - po twory bezprzyrostkowe (pani) profesor, dyrektor, redaktor (w przypadkach 
zależnych: z panią profesor, u pani dyrektor, do pani redaktor).

Proces utrwalania się tego zwyczaju ogarnia swym zasięgiem coraz więcej konstrukcji. W resorcie oświaty np. 

prawie wyłączne stają się połączenia typu Janina Kowalska, nauczyciel biologii czy Halina Witkowska, nauczyciel 
geografii. Współczesne nekrologi wyglądają zwykle następująco: 10 lipca zmarła nasz długoletni zasłużony pracownik, 
wychowawca   wielu   pokoleń   uczniowskich,   oddany   opiekun   i   instruktor   harcerski   Barbara   Wiśniewska.   A   stopki 
redakcyjne:
redaktor naczelny Teresa Nowak lub redaktor naczelna Elżbieta 01-szewska. Nawet księgowa chce być księgowym. 
Przed paroma laty musiałem wziąć w obronę panią, która swą bezpośrednią przełożoną określiła w jakimś piśmie 
urzędowym mianem głównej księgowej i otrzymała za to ostrą reprymendę.

Gdy w tekstach mówionych pojawią się tradycyjne postacie żeńskie z przyrostkami, coraz częściej wywołują one u 

odbiorców   poprawnościowy   niepokój   („oddaję   głos   mojej   profesorce   zAWF-u"-powiedział   kiedyś   w   telewizyjnej 
„Niedzieli Sportowej" Dariusz Szpakowski, a ja od razu usłyszałem kilkanaście głosów protestujących przeciw takiej 
postaci, opowiadających się za konstrukcją oddaję głos mojej (pani) profesor; długo musiałem tłumaczyć, że nie był to 
gramatyczno-stylistyczny zgrzyt, lecz - w gruncie rzeczy - najnaturalniejszy odruch słowotwórczy Polaka).

Jakie  są przyczyny  wycofywania  się  z obiegu  formalnych  wyznaczników żeńskości?  Niektórzy językoznawcy 

twierdzą, że jedną z nich jest swoiste wyeksploatowanie, zużycie się feminatywnego przyrostka -ka: stworzono nim tak 
wiele formacji-zdrobnień typu szafka, dróżka, rączka, nóżka, lampka, że nie wystarczyło mu słowotwórczej energii na 
obsłużenie żeńskich derywatów typu minister-ka, naczelniczka, prezeska. Można jednak zapytać: czemu wystarczyło 
tej energii w języku czeskim, w którym w wyłącznym obiegu są sufiksalne formy typu dekanka, rektorka, profesorka, 
inżynierka? Dodajmy, że nawet w języku niemieckim, o wiele słabiej eksponującym  rodzajowość gramatyczną, w 
nazwach zawodów konsekwentnie przestrzega się zasady doczepiania do form męskich żeńskiego przyrostka -in - 
odpowiednika naszego -ka.

Myślę  więc, że trzeba raczej  sięgnąć  do źródeł  psychologiczno-społeczno-znaczeniowych.  Oto przez  całe lata 

awans społeczny kojarzył się ludziom w Polsce z przejściem ze wsi do miasta. Ponieważ znakiem gwar, a więc języków 

background image

wiejskich, jest rozbudowane słowotwórstwo żeńskie (kowalka, sołtyska, Nowaczka, Stępniowa, Dziubi-na, Widerzyna 
itp.), potwierdzeniem emancypacji i awansu stały się formy bez owych „obciążających" przyrostków, takich właśnie jak 
-ka, -owa czy -ina.

Za najważniejszy jednak powód obumierania strukturalnych wykładników żeńskości trzeba uznać uniformizujący, 

męskocentryczny układ urzędowo-kancelaryjny: nazwy stanowisk i godności funkcjonują w tej odmianie stylowej tylko 
w postaciach  prymarnych,  męskich. Jeśli zatem  mój  kolega-profesor,  filolog, przedstawiając  na posiedzeniu Rady 
Wydziału   swą   najmłodszą   współpracownicę,   poprawia   spontanicznie   wypowiedzianą   formułę   asystentka   Instytutu 
Filologii  Polskiej na asystent  Instytutu  Filologii  Polskiej, jest to dla mnie oczywisty przykład owego  podciągania 
wszystkich  formacji  do obowiązującego  męskiego  wzorca administracyjnego  (mówiąc inaczej: w spisie stanowisk 
uniwersyteckich są tylko asystent, adiunkt, docent, profesor nadzwyczajny, profesor zwyczajny).

Profesor Michał Głowiński, nazywając niedawno temu Wisławę Szymborską wielkim poetą, wyjaśnił, że chodzi 

mu o uniwersalny wymiar tej wielkości: Szymborską należy do największych nie tylko wśród piszących wiersze kobiet 
(wtedy określiłby ją mianem poetki), ale wśród wszystkich piszących!

Taką motywację odkrywam także w jednym z artykułów o królowej Jadwidze: „W osobach św. Stanisława oraz 

św. Jadwigi Królowej jawią się dwa dopełniające się typy polskiej świętości: to biskup męczennik i król wyznawca", 
„Cała homilia kanonizacyjna Ojca Świętego jest jeszcze jednym potwierdzeniem wyjątkowej, dziejotwórczej roli tego 
młodziutkiego   władcy   z   rodu   Piastów   i   Andegawenów   na   tronie   polskim",   „Była   wszechstronnie   wykształcona   i 
przygotowana na dworze budzińskim do pełnienia roli władcy",  .Jadwiga -jedyny polski monarcha wyniesiony do 
chwały   ołtarzy",   „Chociaż   św.   Jadwiga   jest   królem   Polski,   stanowi   uniwersalny   wzór   świętości",   „W   1999   roku 
będziemy obchodzić sześćsetlecie śmierci tego jedynego świętego władcy na tronie polskim i pierwszej kanonizowanej 
Polki po mieczu i kądzieli".

Mamy   tu   zatem   i   króla   wyznawcę,   i   młodziutkiego   świętego   władcę,   i   jedynego   polskiego   monarchę,   czyli 

odnoszące   się   do   Jadwigi   formy  męskie   o   niewątpliwie   uniwersalnym   charakterze.   Gdy   o   królowej   mówi   się   w 
wymiarze partykularnym, pojawiają się połączenia pierwsza kanonizowana Polka czy sprawczyni złotego okresu Polski 
Jagiellonów - z tradycyjnymi żeńskimi przyrostkami -ka, -yni.

„Przebywał na niepowrocie"

Z Katowic otrzymałem gazetowy wycinek z następującym fragmentem: „Od 6 miesięcy przebywał na niepowrocie 

z przepustki z zakładu karnego. Był poszukiwany listem gończym". Niepokój poprawnościowy Korespondenta budzi, 
oczywiście, ów niepowrót.

Przed paroma laty inny Czytelnik podobnie odbierał formy typu niekultura, niedyscyplina, nieodwaga. Zgadzam 

się, że trudno sobie wyobrazić ich obecność w języku potocznym. Mówimy zawsze o braku kultury, braku dyscypliny 
czy braku odwagi. Ale mamy za to tylko pakty o nieagresji (a nie o braku agresji), obok zaś braku zdyscyplinowania 
czy braku porządku pojawiają się niezdyscyplinowanie i nieporządek. Za równorzędne trzeba też uznać serie nierówno-
waga, niestabilność, nierozsądek - brak równowagi, brak stabilności, brak rozsądku, choć absolutną rację ma ten, kto 
wyczuwa bardziej książkowy charakter form z przedrostkiem nie:

Powiedziałbym jeszcze inaczej: to głównie w języku artystycznym dodaje się do rzeczowników cząstkę nie- nawet 

w takich wypadkach, w których w języku potocznym można sobie wyobrazić tylko połączenie brak + rzeczownik w 
dopełniaczu.   Służę   przykładami.   Oto_   fragmenty   wierszy   Juliana   Tuwima:   „Cóż   na   niemiłość   poradzę?",   ,Jak   tę 
martwą niemiłość znieść?". Zbigniew Herbert z kolei „ wyrzuca sobie grzech niepamięć i".O niepamięci śpiewała też 
Irena Santor w „Maleńkim znaku" (w języku potocznym mamy zwrot puścić coś w niepamięć). Wisława Szymborska 
pisze o nieuczynku, a w Wujkowym przekładzie Biblii mamy nierozum (z listu św. Pawła do Koryntian).

Dodajmy, że w tekstach artystycznych połączeniom brak + rzeczownik w dopełniaczu często odpowiadają także 

formacje z przedrostkiem bez- (np. u Bolesława Leśmiana: bezśmiech, bezzałoba).

Podsumowując  -   stwierdzamy,   że  ścisłej  reguły  nie  da   się   tutaj  ustalić.  Można  mówić  natomiast   o  zwyczaju 

społecznym, który decyduje bądź o wyłącznym posługiwaniu się w mowie potocznej konstrukcjami opisowymi (typu 
brak miłości, brak rozumu), bądź o równoległym występowaniu form opisowych i jednosłownych (brak równowagi, 
brak   stabilności   -   nierównowaga,   niestabilność).   Te   ostatnie,   nawet   nie   spotykane   na   co   dzień,   są   strukturalnie 
poprawne. To formacje potencjalne, które zawsze można stworzyć. Korzystają więc z tego pisarze i poeci, osiągając 
efekt pożądanej w języku artystycznym dysautomatyzacji stylistycznej.

Pierwszy   i   tytułowy   przykład   niniejszego   rozdziału   pokazuje,   że   struktury   typu   nie   +   rzeczownik   mogą   się 

okazjonalnie   pojawić   i   w   odmianach   środowiskowych   języka.   W   polszczyźnie   standardowej   powiedzielibyśmy 
zwyczajnie,  że ktoś nie powrócił  do zakładu karnego  z przepustki wydanej  6 miesięcy temu. W jakimś  żargonie 
więzienniczym „ktoś od 6 miesięcy przebywał na niepowrocie z przepustki". Napisałem w żargonie, bo wszyscy moi 
znajomi prawnicy stanowczo wykluczyli obecność takiego określenia w ich zawodowej terminologii.

A swoją drogą dziwię się sporządzającemu notatkę dziennikarzowi, że do tekstu przeznaczonego dla szerokiego 

przecież kręgu osób wplótł taką niecodzienną formę. Przyniosła ona karkołomną pod względem  logicznym  zbitkę 
słowną   „przebywał   na   niepowrocie".   Jak   można   „przebywać   na   niepowrocie"?!   -   zapyta   chyba   każdy   rozsądnie 
myślący Polak.

background image

„Czy mógłby mnie pan odpoczciwić?"

Z taką prośbą zwróciła się podobno do prof. Zdzisława Libery Maria Dąbrowska, gdy ten w którymś ze swych 

tekstów sportretował ją jako dobrą, poczciwą panią Maryjkę. A ja, przypatrując się czasownikowi odpoczciwić, nie 
mogłem nie uświadomić sobie raz jeszcze stylistycznej atrakcyjności tyle razy w tej książce przywoływanych formacji 
potencjalnych, czyli konstrukcji zbudowanych zgodnie z systemem języka, odpowiadających jego regułom, ale użytych 
doraźnie, okazjonalnie, nie mających za sobą wsparcia powszechnego zwyczaju.

Do jakich struktur nawiązuje postać odpoczciwić? Oczywiście, do serii czasowników typu odbarwić, odbezpieczyć, 

odkryć, odsłonić, oznaczających przeciwieństwo tego, co wyraża czasownik podstawowy lub pochodny, poprzedzony 
zwykle przedrostkami za-, przy; u:
Nie ma czasownika poczciwie (parę razy znalazłem go w połączeniu z zaimkiem zwrotnym się w tekstach Melchiora 
Wańkowicza, słynącego ze śmiałych pomysłów morfologicznych). Neologizm Dąbrowskiej do świadomości językowej 
przywołuje jeszcze jeden potencjalizm-okazjonalizm: upoczciwić - „uczynić poczciwym" (tak jak umilić, uatrakcyjnić, 
ulepszyć, uzdatnić- „uczynić miłym, atrakcyjnym, lepszym, zdatnym"). To on właściwie jest punktem wyjścia całej 
operacji słowotwórczo-znaczeniowej: kogoś trzeba najpierw upoczciwić, by móc go potem odpoczciwić.

Bogactwo  form  przedrostkowych  to w ogóle  typologiczna  cecha  języków  słowiańskich (napisać—  podpisać  - 

przepisać— rozpisać - spisać - wypisać - dopisać - przypisać - nadpisać, naczytać się - przeczytać - rozczytać się - 
sczytać—   wyczytać—   doczytać—   poczytać—   odczytać   itp.).   Wybujałość   prefiksalna   była   zresztą   kiedyś   jeszcze 
silniejsza (ale już Kochanowski oszczędniej operował przedrostkami niż np. Rej). Język potoczny natomiast ciągle 
śmielej posługuje się tymi cząstkami słowotwórczymi, co świetnie zauważył Miron Białoszewski, wprowadzając do 
swego zrodzonego z mówienia „Pamiętnika z powstania warszawskiego" charakterystyczne postacie typu dostrzeliwać, 
doubrać, ofilarować, obrodzić, przepojęciować, udosłownić się, odatować.

Obce  polszczyźnie  oficjalnej  użycia  form  prefiksowanych  obserwuję też ostatnio w języku  sportowym.  Znani 

wyczynowcy, trenerzy, a za nimi czasem radiowi i telewizyjni sprawozdawcy mówią: „Ambitnie zaboksowat", „ładnie 
zaćwiczyła", „bojowo zawalczył", „sprytnie dograł". Słuchacze z reguły nie akceptują tych wypowiedzi. Rażą ich one 
swą nietypowością. Trudno jednak nie powiedzieć, że zrodziła je potrzeba wyrazistego formalnego wyrażenia aspektu 
dokonanego. Osiąga się tę wyrazistość właśnie dzięki cząstce za-, stąd i zaboksować, zaćwiczyć czy zawalczyć- jak 
zakończyć, zatańczyć, zaliczyć, zaciągnąć, zatwierdzić itp. O semantycznym aspekcie dokończenia, dokonania trzeba 
też mówić w odniesieniu do formy dograć, choć absolutnie zgadzam się z tymi, którzy przyzwyczajeni są do brzmienia 
zagrać, też przecież kryjącego w sobie wyrażającą dokonany aspekt cząstkę za-, i tylko jego oczekują w relacjach z 
zawodów sportowych.

Kulturalny - kulturowy

Przymiotnik kulturalny nie razi nikogo, postać kulturowy natomiast denerwuje wielu rodaków. Profesor Witold 

Taszycki wśród wielu typów nazw miejscowych wyróżniał nazwy kulturalne, a i ja jeszcze w roku 1968 ukończyłem 
pod kierunkiem profesora Stanisława Rosponda pracę magisterską zatytułowaną Nazwy miejscowe kulturalne typu 
Środa, Piątek, Wola, Osiek.

A przecież formy kulturalny i kulturowy różnią się pod względem znaczeniowym: kulturalny to „odznaczający się 

kulturą, taki, który doświadczył na sobie działania kultury" (np. kulturalny człowiek), kulturowy zaś - to „odnoszący się 
do  kultury"   {zabytki  kulturowe,   ślady  kulturowe,  epoki   kulturowe).  Dlatego   w  tej  książce  piszę  o  nazwach   miej 
scowych kulturowych, bo też i wszyscy onomaści (badacze zajmujący się nazwami) tak je teraz określają. Zresztą -takie 
brzmienie przymiotnikowe zarejestrowane już jest w „Słowniku języka polskiego" J. Karłowicza, A. A. Kryńskiego i 
W. Niedźwiedzkiego z lat 190&-1927 (wojna kulturowa).

I   doprawdy   trudno   przeciwko   niemu   wytoczyć   jakiekolwiek   argumenty   natury   formalnej.   Zauważmy,   że 

przyrostkiem -owy tworzy się powszechnie przymiotniki od rzeczowników rodzaju żeńskiego:
kulturowy od kultura - tak jak sosnowy od sosna, brzozowy od brzoza, topolowy od topola, jodłowy od jodła, lipowy od 
lipa, malinowy od malina, naukowy od nauka, strefowy od strefa, zagrodowy od zagroda, bajkowy (obok bajeczny) od 
bajka, młodzieżowy od młodzież, chorobowy od choroba itp.

Możemy-tylko stwierdzić, porównując np. przymiotnik kiedyś  utworzony od rzeczownika głowa, a mianowicie 

główny   (kara   główna   to   pierwotnie   „kara   dotycząca   głowy"),   z   formą   utworzoną   doraźnie   dziś   -   głowowy   (np. 
wskaźnik głowowy w antropologii), że cząstką słowotwórczą nowszą od dawnego przyrostka -ny w przymiotnikach 
wywiedzionych   od   rzeczowników   jest   sufiks   -owy   (por.   abecadiny,   metalny,   biedrzny,   konieczny,   począteczny, 
piaseczny - dziś abecadłowy, metalowy, biodrowy, końcowy, początkowy, piaskowy). I jedynie tym należy tłumaczyć 
ujemną reakcję wielu osób na postać kulturowy. Jestem jednak przekonany, że to uczucie będzie słabnąć. Bo też i 
powiedziałem na samym początku: kulturalny i kulturowy to już dziś nie to samo!

Z pewnym istotnym niuansem znaczeniowym mamy też do czynienia w parze czasowników wzbogacić- ubogacić. 

Pierwszego z nich używamy na co dzień w języku potocznym, drugi - pojawia się głównie w tekstach kościelnych i 
wywołuje - jak i forma kulturowy - pewne opory. Także tu jednak broniłbym wyrazowego dubletu: wzbogacić - to 
„pomnożyć   bogactwa   materialne"   (Jurek   się   ostatnio   wzbogacił),   ubogacić   natomiast   to   „pomnożyć   bogactwa 
duchowe" (Chrystus ubogaca nas swą łaską - powie np. współczesny kaznodzieja).

Pod względem formalnym zaś ubogacić do bogaty pozostaje w takiej seryjnej relacji słowotwórczej, jak umilić do 

background image

mity, uatrakcyjnić do atrakcyjny,  upowszechnić do powszechny czy uzdatnić do zdatny.  Są to wszystko formadje 
utworzone   od   podstaw   przymiotnikowych   za   pomocą   przedrostka   u-   i   przyrostka   -ić   o   strukturalnym   znaczeniu 
„uczynić jakimś".

Atrakcyjne końcówki

Chociaż fleksja zajmująca się odmienianiem wyrazów na pewno jest jednym z najbardziej sformalizowanych i 

suchych działów gramatyki, to jednak i w jej obrębie można się posługiwać „ludzkim" epitetem atrakcyjny w stosunku 
do końcówek deklinacyjnych. Miarą zaś tej atrakcyjności jest stopień ich niepowtarzalności w całym paradygmacie 
odmiany, Nietrudno sobie przecież uzmysłowić, że im mniej przypadków gramatycznych dana końcówka obsługuje, 
tym jest wyrazistsza i funkcjonalniejsza.

I tak np. postać dopełniacza liczby mnogiej pomarańcz musi być uznana za lepszą od dopuszczalnej wprawdzie, ale 

tożsamej z dopełniaczem liczby pojedynczej formy pomarańczy. Jeśli użyjemy tej ostatniej, np. w zdaniu nie zjadłem 
pomarańczy, nie unikniemy dwuznaczności: czy chodzi o jeden owoc, czy o kilka owoców? Zapobiega jej posłużenie 
się bezkońcówkową postacią pomarańcz (nie zjadłem pomarańcz), bo jest ona fleksyjnym znakiem jedynie dopełniacza 
liczby mnogiej.

Rzeczowniki rodzaju żeńskiego typu postać, płeć miały przez wieki w mianowniku liczby mnogiej tylko formy 

postaci, płci. Ponieważ identyczne brzmienie mają inne przypadki, powstały nowe konstrukcje z wyrazistą końcówką 
-e; postacie, płcie. Są dziś one, co nie może dziwić, prawie wyłączne.

Jakże znamienne są też dzieje celownika liczby pojedynczej rzeczowników męskich! Proszę sobie wyobrazić, że w 

czasach prasłowiańskich końcówkę -owi miało zaledwie kilkanaście wyrazów (synowi, domowi, czynowi, miodowi i 
jeszcze parę). Czemu w ciągu wieków dosłownie rzuciły się na nią tysiące słów? Bo nie powtarza się ona w żadnym 
innym przypadku, bo jest tylko znakiem celownika. Końcówka -u, obecna w formach psu, kotu, ojcu, bratu, panu i 
kilku innych, występuje przecież i w dopełniaczu (stołu, wozu), i w miejscowniku (o liściu, o słoniu, na mchu), i w 
wołaczu (człowieku!, durniu!), i w reliktowych formach dawnej liczby podwójnej (oczu, uszu, w ręku).

To dlatego, opowiadając się za równorzędnością postaci ortu i orłowi, wskazałem przed paroma laty tę drugą jako 

lepszą, wyrazistszą (w czasach przedwojennych przywoływano w niektórych szkołach patriotyczną formułę orłowi 
polskiemu-cześć!).

To z tego powodu dzieci, a ich język jest swoistą projekcją języka jutra, spontanicznie dajq coś psowi, kotowi i 

Iwowi. My, dorośli, poprawiamy je na zgodne z obowiązującą normą brzmienia psu, kotu, lwu, ale z wewnętrzne 
językowego i ewolucyjnego punktu widzenia to one mają rację!

Atrakcyjna, bo nie powtarzająca się w żadnym innym przypadku, okazała się również pierwotnie wyłącznie żeńska 

końcówka narzędnika liczby mnogiej -mm. Kiedyś chodziło się z pany, z sqsiady, z chłopy, coś się działo przed laty, 
dawnymi  czasy,  mówiło się innymi  słowy. I tylko w tych  trzech ostatnich wyrażeniach, bo są one bardzo często 
używane, zachowała się w codziennej polszczyźnie pierwotna końcówka -y. Ponieważ obsługuje ona kilka innych 
przypadków   (mianownik-biernik   liczby   mnogiej:   psy,   wozy,   stoły,   panny,   kobiety),   w   narzędniku   rzeczowników 
wszystkich rodzajów gramatycznych utrwaliła się końcówka -ami, jak już powiedziałem - pierwotnie tylko żeńska: 
panami,   sąsiadami,   chłopami,   pannami,   dziewczynami,   kobietami,   latami,   czasami,   słowami,   oknami,   polami 
(kilkanaście rzeczowników-wyjątków ma w tym przypadku końcówkę -mi, np. liśćmi, gośćmi, księżmi, braćmi).

Atrakcyjność   dopełniaczowej   pluralnej   końcówki   -ów   (panów,   synów,   lwów,   psów,   stołów,   wozów)   dobrze 

wyczuwali ludzie pióra XIX wieku. Próbowali więc nawet narzucić językowej społeczności formy typu postaciów, 
podłościów, godnościów (Słowacki w „Beniowskim" rymuje: kościów - gramatycznościów). Nic jednak z tego nie 
wyszło, a powszechny zwyczaj raz jeszcze okazał się silniejszy od niespontanicznych pomysłów.

Jeśli zaś chodzi o końcówkę -ów, to ów uzus okazał się też silniejszy od wewnętrzne językowe j tendencji, której 

poświęciłem cały ten rozdział. Oto można się było spodziewać, że w rzeczownikach typu zając, palec, kosz, palacz, 
słuchacz,   pisarz,   pasterz,   mających   na   końcu   spółgłoski   kiedyś   miękkie,   ale   dziś   twarde,   utrwali   się   w   drugim 
przypadku liczby mnogiej przynależna rzeczownikom twardo-tematowym  końcówka -ów (domów, panów, stołów, 
wozów) - tak w dodatku atrakcyjna, bo nie powtarzająca się w żadnym innym paradygmacie. Tymczasem - poza prawie 
wyłączną   postacią   palców   -ciągle   mamy   do   czynienia   z   fleksyjnymi   wariantami   zajęcy/zajqców,   koszy//koszów, 
palaczy/palaczów, słuchaczki/słuchaczów, w wypadku zaś słów kończących się na rz zapanowały jako prawie wyłączne 
formy   pisarzy,   pasterzy,   ślusarzy,   dziennikarzy   -   z   końcówką   -y   (choć   sto   lat   temu   powstała   seria   wydawnicza 
Biblioteka Pisarz ó w Polskich). Mało tego! Nawet jeśli wydawnictwa poprawnościowe zalecają jako jedyne postacie z 
-ów (np. meczów), rodacy i tak zdecydowanie częściej się decydują na brzmienia z końcówką -y (meczy). Jaki z tego 
wniosek? Że nie zawsze wygrywa w języku racjonalna tendencja gramatyczna.

Dlaczego szewc i krawiec, a nie kram i szewiec

Tytułowe pytanie określił ktoś mianem zagadki Lema. My tę zagadkę tutaj rozwiążemy, zagłębiając się w historię 

naszego języka.  Odkryjemy przy okazji typowe  zjawisko ujawniające się w językach fleksyjnych,  czyli  mających 
rozbudowany system odmiany wyrazów.

background image

Na początku muszę powiedzieć, że w języku prasłowiańskim, z którego rozwinęły się takie języki, jak polski, 

czeski, słowacki, łużycki, języki ruskie, serbski, chorwacki czy słoweński, obok normalnych samogłosek a, o, u, e, i, y, 
ę, ą funkcjonowały samogłoski bardzo krótkie, zwane jerami. Były jery twarde i miękkie. Występowały one w wielu 
wyrazach, najczęściej - na ich końcu, bo w języku prasłowiańskim nie było sylab zamkniętych, czyli takich, które 
kończyłyby się spółgłoską. Dzisiejszy np. jednosylabowy kot był kiedyś tworem dwusylabowym: ko + t z jerem, kotek 
- trzysylabowym: ko + t z jerem + k z jerem.

Wspomnieliśmy wyżej, że owe półsamogłoski-jery były wymawiane bardzo krótko. W pewnym momencie musiały 

się więc wzmóc tendencje do ich zupełnego zaniku. Szczególnie słaba była pozycja jeru na końcu słów. Silniejszy był 
natomiast jer znajdujący się w sylabie poprzedzającej zgłoskę z jerem słabym. Jeśli w kolejno następujących po sobie 
sylabach występowały jery, to - licząc od prawej strony - słabe były wszystkie jery nieparzyste (pierwszy, trzeci, piąty 
itd.), mocne  - wszystkie  parzyste  (drugi,  czwarty itd.).  Jer słaby zanikał  zupełnie  (co najwyżej,  jeśli  był  miękki, 
miękczył poprzedzającą go spółgłoskę), jer mocny - stawał się pełną samogłoską. Na gruncie, na którym się wykształcił 
język polski, była to samogłoska e.

A zatem w wyrazie ko +1 z jerem wygłosowy słaby jer zanikł i ostał się tylko jednosylabowy kot - ze spółgłoską na 

końcu. W formie ko + t z jerem + k z jerem natomiast wypadł też końcowy jer - ten po k, za to jer drugi od prawej 
strony, parzysty - ten po t - przeszedł w pełną samogłoskę e. Tak powstał kotek. W dopełniaczu wyraz ten miał postać 
fco +1 z jerem + ka, czyli ten sam jer po t, który w mianowniku był mocny, bo parzysty, i przeszedł w e, tu - w drugim 
przypadku - był nieparzysty i zanikł. To dlatego mamy dziś odmianę kotek -kotka (a nie koteka), a także pies - psa, 
dzień - dnia, sen - snu, len - lnu, palec - palca itp.

No właśnie: palec - palca. W rzeczowniku tym mamy historyczny przyrostek jer miękki + c + jer miękki (pierwszy 

przypadek: pal + jer + c + jer). Po zaniknięciu jeru pierwszego od prawej strony i po przejściu drugiego w e musiała 
powstać forma palec. Już w drugim  przypadku pojawiała się jednak postać pal + jer + ca, a zatem mocny jer z 
mianownika, bo drugi, tu stawał się słaby - pierwszy, nieparzysty, a więc zanikający. Stąd postać palca, a nie poleca.

Teraz możemy przejść do rzeczownika krawiec i powiedzieć: ponieważ utworzony on został od czasownika krawać 

(=krajać) za pomocą przyrostka -ec, a ten jest kontynuacją prasłowiańskiego połączenia jer + c + jer, od dopełniacza 
przyjmującego  postać jer + c + samogłoska, historycznie  uzasadniona  jest  odmiana  z tzw. e ruchomym:  krawiec 
-krawca - tak jak palec - palca, chłopiec - chłopca czy lipiec - lipca (w nazwiskach: Michalec - Michalca, Pawelec - 
Pawelca, Skrzypiec - Skrzypca).

A co z szewcem? Tworzy on rodzinę wyrazową z takimi formami, jak szew, szyć, szydło, szwaczka, obszewka, 

poszewka, przyszwa. Tkwi w nim też historyczny przyrostek -ec - kontynuant prasłowiańskiego jer+c+ jer. Bo to w 
ogóle był najpierw szwiec. PisałlMikołaj Rej (1505-1569): „Szwiec, kiedy się na skóry zadłuży...", ą"jeszcze i w jednej 
z XVII-wiecznych fraszek mieszczańskich czytamy: „Nuż szwiec za buty taler, a za safian trzy".

Dlaczego pierwotny szwiec przekształcił się w szewca? Otóż był to kiedyś twór trzysylabowy z trzema jerami: sz + 

jer + w + jer + c + jer. Kiedy jery zaczęły zanikać, nasz trzysylabowy wyraz zmienił się w formę szwiec (pierwszy i 
trzeci jer zanikły, drugi - mocny - przeszedł w e). W dalszych jednak przypadkach - z końcówkami -a, -u (potem -owi), 
-em - miał on już tylko dwa jery (np. w dopełniaczu: sz + jer + w + jer + ca), a zatem drugi jer z mianownika był w 
nich, licząc od prawej strony, pierwszy i zanikał, za to ten trzeci z mianownika tu był drugi, parzysty i stawał się pełną 
samogłoską e. Tak doszło do powstania dwu tematów w odmianie naszego wyrazu: szwiec- i szewc: Ponieważ drugi z 
nich występował w większości przypadków (szewc-a, szewc-owi, szewc-em, o szewc-u), ostatecznie utrwalił się i w 
mianowniku. Mamy dziś dlatego przy deklinowaniu jeden temat szewc- od mianownika do miejscownika (kiedyś, 
powtórzę, deklinowano: szwiec, szewca, szewcowi, szewcem).

A jaka tendencja ujawniła się w tym procesie? Tendencja do ujednolicenia postaci tematu odmienianego wyrazu, 

służąca  uproszczeniu zachowań gramatycznych.  Objęła ona swym  zasięgiem  wiele wyrazów:  pierwotne  brzmienia 
sjem, psek, ociec np. przekształciły się w dzisiejsze sejm, piesek, ojciec, bo takie były tematy przypadków zależnych; 
pierwotna odmiana żona, żony, żenię czy siostra, siostry, siostrze zmieniła się na żona, żony, żonie i siostra, siostry, 
siostrze - tak jak poręczniej nam dziś mówić człowiek -o człowieku - człowieku!, a nie człowiek - o człowiece - 
człowiecze!   (a   taka   odmiana   była   na   początku   -   z   trzema   postaciami   tematu   fleksyjnego:   człowiek;   człowiec; 
człowiecz).

O tacie

Tata  to „nie słowo, lecz  ogólnoludzki  wykrzyknik  jak papa,  mama"  - napisał  Aleksander  Briickner  w swym 

„Słowniku   etymologicznym   języka   polskiego".   Ściślej   można   to   ująć   trochę   inaczej:   tata   jest   wyrazem   (jednak 
wyrazem!), który powstał z wczesnodziecięcych, najprostszych monosylab ta-ta (jak pa-pa, ma-ma itp.). Zna go cały 
świat słowiański, a i w grece i łacinie był tata, a w litewskim tetis.

Od XV wieku pojawił się w polszczyźnie tato i od tego czasu wiedzie on żywot wariantu starszej postaci tata. Tej 

ostatniej  używam  od dzieciństwa prawie wyłącznie  (mój  tata, twój  tata, jego tata), nigdy jednak nie traktowałem 
brzmienia z wygłosowym -o jako gorszego czy regionalnego. Pamiętam przecież elementarzowe zdanie „to Ola i Ala, a 
to tato Ali" czy Mickiewiczowskie „Tato nie wraca; ranki i wieczory we łzach go czekam i trwodze", „Tato, ach, ta to 
nasz jedzie" („Powrót taty"). Jedna z książek Williama Whartona też ma w tłumaczeniu polskim tytuł „Tato". A i moja 
żona woli wygłosowe -o w tym słowie.

Wydaje mi się natomiast, że o wiele rzadsza odmiana - typu nie ma tata, przyglądam się tatowi, idę z t a te m - 

background image

uwarunkowana jest regionalnie. Spotykam ją przede wszystkim u ludzi wywodzących się z Kresów Wschodnich i u ich 
potomków. Nie dziwią mnie więc w cytowanym „Powrocie taty" Adama Mickiewicza fragmenty:
„Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!" i „Czyście tęskniły do tata?". Ja -powiedziałbym zmiłuj się nad tatą i czyście tęskniły do 
taty?  A skoro mówimy o uwarunkowaniach  regionalnych,  dodajmy,  że w gwarach  śląskich prawie  wyłączne  jest 
celownikowe tatowi.

Zgodnie z moimi odczuciami formy tata i tato traktuje „Słownik wyrazów kłopotliwych" Mirosława Bańki i Marii 

Krajewskiej z r. 1994. Na s. 325 czytamy: „Tata, tato. W mianowniku używa się obu form, miejscownik jest jeden: o 
moim tacie, wołacz też jeden: mój tato'. W pozostałych przypadkach zdecydowanie częściej powie się mojego taty, 
mojemu tacie, mojego tatę, z moim tatą niż mojego tata, mojemu tatowi, z moim tatem".

Z absolutnym zdziwieniem przyjmuję natomiast wskazania „Słownika poprawnej polszczyzny" pod red. Witolda 

Doroszewskie-go i Haliny Kurkowskiej z r. 1973 oraz „Słownika języka polskiego" pod red. Mieczysława Szymczaka z 
r. 1978. W obu tych leksykonach odmianę taty, tacie, tatą przypisuje się mianownikowej formie tata, deklinowanie zaś 
tata, tatowi, tatem - formie tato.

By temat taty/tata wyczerpać, dodajmy, że na dopełniaczu drugiego typu oparty jest przysłowiowy zwrot robić z 

tata Wityata, znaczący tyle co „narażać kogoś na śmieszność". Z kolei w przysłowiu czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilki 
(wilcy) zjedzą - „czekanie nie da rezultatu, nic nie pomoże" - zachowało się stare zdrobnienie tatka, urobione od postaci 
tata. Jest zresztą i tatko - derywat od podstawy słowotwórczej tato.

Ty podlecu!

Dlaczego  we fragmencie jednego  z tekstów prasowych  - „Mamy tu do czynienia z pewną liczbą podleców" - 

ostatnią formę zaopatrzono w cudzysłów?

Myślę,   że   tym   cudzysłowem   autor   chciał   czytelnikom   dać   do   zrozumienia,   że   jest   świadom   deklinacyjnej 

nietypowości rzeczownika podlec. Forma ta utworzona została przyrostkiem -ec od podstawy słowotwórczej podły - tak 
jak mędrzec od mądry, głupiec - od głupi, skąpiec - od skąpy czy parszywiec od parszywy. W polszczyźnie wszystkie 
wyrazy z wygłosowym  -ec gubią e w odmianie: mędrca - mędrcy, głupca - głupcy, skąpca - skąpcy, parszywca - 
parszywcy, ojca, synowca, kośćca, wisielca, padalca, półpaśca, także w nazwiskach: Michalec - Mi-chalca, Kowalec - 
Kowalca, Pawelec - Pawelca, Natkaniec - Natkańca.

Tymczasem podlec, choć formalnie identyczny, to e w odmianie zachowuje, zgodne bowiem z normą są postacie: 

podleca, podlecowi, podlecem, ty podlecu!, w liczbie mnogiej podlece, podleców, podlecom, podlecami, o podlecach. 
Dzięki takiemu deklinowaniu unikamy bardzo nieporęcznej zbitki trzech spółgłosek -ale- {podlca, podlcowi itd.). Cie-
kawe, że nie boimy się jej w słowie mędrzec: mędrca, mędrcowi itd.

By temat podleca wyczerpać, musimy się jeszcze zatrzymać przy wołaczu podlecu'. I o nim trzeba mówić jako o 

wyjątku, w którym podtrzymywana jest tematyczna spółgłoska c. Tradycyjnie formy z wygłosowym -c wymieniają w 
wołaczu to -c na -cz; ojciec - ojcze!, głupiec - głupcze!, chłopiec - chłopcze!, mędrzec - mędrcze!, szewc -szewcze! 
(znane   powiedzenie   pilnuj,   szewcze,   kopyta).   Inna   sprawa,   że   rzadziej   używane   słowa   z   wygłosowym   -c   też   je 
utrzymują w wołaczu, w czym przejawia się żywa w językach fleksyjnych i omawiana już w tej książce tendencja do 
wyrównania   postaci   tematu   odmienianego   wyrazu   (por.   chociażby   dawniejsze   deklinowanie   żona   -żony  -   żenię   i 
dzisiejsze żona - żony - żonie - z wyrównaną samogłoską o). Przed paroma laty widziałem plakat z konstrukcją: 
„Mieszkańcu! Zbieraj złom i makulaturę!". Powiemy też już raczej obrzydliwcu!, odszczepieńcu!, chudzielcu!, a nie - 
zgodnie z tradycją -obrzydliwcze!, odszczepieńcze!, chudzielcze!

Nie ukrywam wreszcie, że do bardzo mi drogiego Wawrzyńca Rybiewskiego, zasłużonego realizatora radiowo-

telewizyjnego, związanego od lat z moją „Ojczyzną polszczyzną", też się zwracam za pomocą formy panie Wawrzyńcu 
-z ci końcówką -u, a nie panie Wawrzyńcze - z cz i końcówką -e. Wprawdzie „Słownik poprawnej polszczyzny" pod 
red. Doroszewskiego i Kurkowskiej pod hasłem Wawrzyniec wskazuje wołacz Wawrzyńcze, to jednak uczciwie infor-
muje, że formą szerzącą się jest postać Wawrzyńcu.

Pastuchy -pastusi -pastuchowie

W książce Tadeusza Konwickiego „Pamflet na siebie" sąsiadują z sobą dwa zdania: „A tamtejsze pastuchy z nudów 

śpiewają"  i „Pastusi improwizują". Mamy w nich dwa warianty mianownika liczby mnogiej  rzeczownika pastuch: 
pastuchy i pastusi. Jak je ocenić pod względem formalnym i stylistycznym?

Tak się składa, że wyraz ten może mieć i trzecią formę w pierwszym przypadku liczby mnogiej, a mianowicie 

pastuchowie. Współczesne słowniki - w zgodzie z realną sytuacją językową - za najczęstszą uznają postać te pastuchy 
(ci pastusi i ci pastuchowie mają status rzadszych wariantów). A dlaczego cieszy się ona największą popularnością? 
Decyduje o tym niewątpliwie wygłosowa cząstka -uch, bardzo silnie nacechowana ekspresyjnie. Kojarzymy z nią takie 
formacje, jak staruch, uparciuch, flejtuch, mieszczuch, śmierdziuch, czarnuch czy neologizmy ostatnich lat - komuch i 
solidaruch. Wszystkie one, chociaż są rzeczownikami męskoosobowymi, mają z powodu negatywnego zabarwienia 
emocjonalnego tylko rzeczową, nieosobową końcówkę -y: staruchy,  uparciuchy, flejtuchy, itd. -jak psy, koty, lwy, 
wozy, stoły, pasy. Nie może więc dziwić, że i Od pastucha tworzymy prawie wyłącznie postać (te) pastuchy.

Wyczuwamy  jednak,   że   pastuch   nie   jest   aż   tak   silnym   ekspresywizmem   jak   uparciuch   czy  flejtuch.   Dlatego 

background image

możliwe   są   warianty   o   słabszym   nacechowaniu   stylistycznym   -   pastusi   (jak   Włoch   -   Włosi)   i   pastuchowie   (jak 
proboszcz - proboszczowie). Na pierwszy z nich zdecydował się Tadeusz Konwicki.

Dzięki końcówce -y osiągnąć można dodatkowe zabarwienie uczuciowe w setkach wyrazów, że przywołam tu pary 

chłopi   -   chłopy,   sąsiedzi   -   sasiady,   adwokaci   -   adwokaty,   Szwedzi   -   Szwedy   itp.   Najczęściej   posługujemy   się, 
oczywiście, formami z regularną osobową końcówką mianownika liczby mnogiej -i (chłopi, sąsiedzi, adwokaci, Szwe-
dzi), ale w każdym momencie możemy przecież użyć postaci chłopy, sasiady, adwokaty, Szwedy (z końcówką -y) - czy 
to  wtedy,  gdy  chcemy się  o  danej   grupie   osób wyrazić  negatywnie   (głupie  chłopy,  chamskie  sasiady,  przekupne 
adwokaty, naiwne Szwedy), czy - wręcz odwrotnie -gdy mówimy o niej z jakimś odcieniem sympatii, podziwu nawet. 
„Zbuntujcież   się   chłopy   potężne"   -   nawoływał   Stefan   Żeromski   w   „Przedwiośniu"   i   właśnie   ten   drugi   z   odcieni 
znaczeniowych spotykamy w zacytowanym fragmencie. Podobnie będzie w połączeniach typu kochane sasiady, dzielne 
adwokaty czy poczciwe Szwedy.

Jak  widać,  zmiana  końcówki   -i   na  -y  pociąga  za  sobą   również   flek-syjne   urzeczowienie  form   związanych   z 

rzeczownikiem. Powiemy np. kochani sąsiedzi opiekowali się moim mieszkaniem, ale: kochane sasiady opiekowały się 
moim mieszkaniem (tak jak stare samochody stały, nowe buty uwierały mnie itp.).

Czy poprawna jest zatem konstrukcja „chłopaki rozścielali kurtki dla dziewczyn" z jednego z tekstów Andrzeja 

Stasiuka?   Oczywiście,   nie,   bo   w   zdaniu   tym   mamy   gramatyczną   sprzeczność   chłopaki   -   rozścielali.   To   chłopcy 
rozścielali (albo rozścielali), ale chłopaki- rozścielały (albo rozścielały).

Śledzący uważnie mój wywód mogą być skonsternowani: przecież forma chłopaki ma końcówkę -i (jak chłopi, 

sąsiedzi), a nie -y, można z nią zatem połączyć czasownik w postaci osobowej, czyli rozścielali. Z kolei chłopcy mają 
końcówkę -y (jak chłopy, sasiady). Dlaczego więc po nich może stać czasownik rozścielali?

A ja muszę powtórzyć: chłopcy rozścielali (rozścielali), ale chłopaki rozścielały (rozścielały). Dodam coś jeszcze 

bardziej szokującego: w formie chłopcy mamy końcówkę -i, a w chłopaki - końcówkę -y. Dlaczego? Spółgłoski c, dz, 
cz, dż, sz, ż, rz były kiedyś  w polszczyźnie  miękkie. Z czasem jednak stwardniały,  a wtedy następująca  po nich 
samogłoska i przyjęła w wymowie i w piśmie postać -y. W takich np. formach, jak chłopcy, profesorzy, geolodzy, 
Polacy, krzyczysz, szyja występują spółgłoski c, rz, dz, cz, sz - dziś twarde, ale kiedyś miękkie; po nich następowało 
najpierw   -i   (chłopci,   profesorzi,   geolo-dzi,   Polaci,   krziczisz,   szija),   które   zamieniło   się   w   -y   dopiero   po   ich 
stwardnieniu. Ale pod tym -y kryje się pierwotne, funkcjonalne -i!
A teraz coś odwrotnego. Zwyczaje fonetyczne Polaków są od wieków takie, że połączenia -ky-, -gy- zamieniają oni na -
ki; -gi: I tak np. słowiańskie słowa o postaci kyj, gybky, siekyra na gruncie polskim przekształciły się w kij, gibki, 
siekira (późn. siekiera). Proces ten nie ominął wielu wyrazów obcych: gimnastyka, ginekolog czy gimnazjum kryją w 
sobie etymologiczne, pierwotne gy: A zatem historyczne, funkcjonalne połączenia -ky; -gy- (we wszystkich słowach 
rodzimych i sporej grupie wyrazów obcych) mają dziś w języku polskim postać -ki; -gi-. Nietrudno się domyślić, że 
dzisiejsze chłopaki to funkcjonalne, pierwotne chłopaky (jak psy, koty, wozy, stoły).

Rozumieją teraz Państwo, dlaczego mogłem napisać, że w formie chłopcy mamy końcówkę -i, a w chłopaki - 

końcówkę   -y.   Takie   rzeczywiście   końcówki   -   powtórzmy   -   tkwią   w   tych   rzeczownikach   z   punktu   widzenia 
historycznego, funkcjonalnego. Zmieniło się tylko ich brzmienie. Przy mianowniku liczby mnogiej chłopcy muszą więc 
wystąpić osobowe konstrukcje typu ci, rozścielali (rozścielali), a przy formie chłopaki - nieosobowe, ekspresywne 
postacie te, rozścielały (rozścielały).

Antagoniści - antagonisty - antagony

Oto obszerny fragment listu pani prof. Zofii Zielińskiej z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego w 

Warszawie i redakcji kwartalnika „Postępy Biochemii": „W jednej ze swych telewizyjnych  prelekcji mówił Pan o 
pojawieniu się we współczesnej polszczyźnie rzeczowników określających przedmioty, a mających swe pierwowzory 
w rzeczownikach osobowych. Jako przykład posłużył Panu wyraz pi7ot. W liczbie mnogiej, w zależności od nadawanej 
mu treści, rzeczownik ten przybiera formę osobową piloci lub rzeczową piloty (piloci służyli w wojsku-dwa piloty 
leżały przed telewizorem).

Przykład wyrazu pilot jest bardzo instruktywny. W naszej praktyce redakcyjnej mamy jednak przykłady bardziej 

kłopotliwe. I tak np. w farmakologii, a także w biochemii funkcjonują terminy agonista i antagonista. Termin agonista 
określa   substancję   obcą   (np.   lęk)   X,   która   -   wiążąc   się   z   receptorem   substancji   naturalnej   Sn   -   wywołuje   efekt 
fizjologiczny właściwy substancji naturalnej Sn; termin antagonista określa substancję obcą (np. lek) Y, która - wiążąc 
się z receptorem substancji naturalnej Sn - wywołuje efekt przeciwny temu, jaki wywołuje substancja naturalna Sn 
(antagonista to także „mięsień działający w kierunku przeciwnym w stosunku do innego mięśnia" oraz „ząb położony 
naprzeciwko zęba drugiej szczęki, stykający się z nim w zgryzie"). Jak utworzyć poprawnie liczbę mnogą tych rze-
czowników? Farmakolodzy mówią i piszą agoniści, antagoniści. Nam taka forma osobowa wydaje się nie do przyjęcia".

Z postaciami osobowymi typu agoniści, antagoniści, stosowanymi w odniesieniu do rzeczowników nieosobowych, 

walczy od lat prof. Ryszard Piękoś z Akademii Medycznej w Gdańsku, protestując przeciwko połączeniom w rodzaju 
antagoniści opiatowi, antagoniści zasad purynowych czy antagoniści morfiny. „To ostatnie - pisze Profesor - sugeruje, 
że chodzi tu o grupę przeciwników stosowania znanego środka przeciwbólowego. Z dużą dozą prawdopodobieństwa 
można zaryzykować twierdzenie, że student, który przystąpił do egzaminu z farmakologii, nie wysłuchawszy wykładu 
o antagonistach, zapytany o antagonistów kwasu foliowego, zacznie gorączkowo szukać w pamięci nazwisk badaczy, 

background image

którzy sprzeciwiali się idei antagonizmu w terapii sulfonamidowej".

Trudno się nie zgodzić z tymi spostrzeżeniami. Z gramatycznego punktu widzenia nic nie stoi na przeszkodzie, by 

się posłużyć formami pluralnymi z nieosobową końcówką -y, a więc agonisty, antagonisty. W stosunku do drugiego z 
tych  terminów prof. Piękoś  ma jeszcze jedną propozycję,  a mianowicie formy antagon  - antagony („Historycznie 
pierwszym antagonem była pochodna kodeiny", „Antagony estrogenów są stosowane jako leki przeciwnowotworowe"). 
Myślę, że i o nich można by pomyśleć w środowiskach medyczno-farmakologicznych.

Chodzi przecież o to, by jakoś formalnie zróżnicować antagonistę - osobę i antagonistę - substancję, mięsień, ząb. 

A polski system fleksyjny dysponuje takimi środkami - nie tylko zresztą w mianowniku liczby mnogiej (antagoniści - 
antagonisty, piloci - piloty). Mówimy przecież i piszemy: przypadku (losowego) - przypadka (gramatycznego), świata - 
Nowego Światu, Turka (mieszkańca Turcji).- Turku (miasta w woj. konińskim), uranu, neptunu, plutonu (pierwiastków 
chemicznych) - Urana, Neptuna, Plutona (planet), gołąbków (ptaków) - Gołąbek (miejscowości), maczków (kwiatów) - 
Maczek (miejscowości), miłosnej (np. pieśni) - Miłosny (miejscowości) itp.

Templariuszy czy templariuszów Jaroszy jaroszowi

Dlaczego   w   znanej   książce   Zbigniewa   Herberta   „Barbarzyńca   w   ogrodzie"   na   tej   samej   stronie   znajdują   się 

konstrukcje   „obrona   templariuszy"   i   „spłonęli   na   stosie   przywódcy   templariuszów"?   Czy  autor   nie   powinien   być 
konsekwentny gramatycznie?

Dla   spokoju   czytelników   należało   się   raczej   posłużyć   jednakowymi   formami.   W   wypadku   jednak   takich 

rzeczowników,   jak   templariusz   („członek   zakonu   rycerskiego   założonego   w   r.   1118  w   Jerozolimie   przez   rycerzy 
francuskich w pobliżu dawnej świątyni -lać. templum - Salomona"), a także arkusz, klawisz, funkcjonariusz, zając, 
palacz, słuchacz, mecz, miecz, stróż, pejzaż, pasterz, rycerz czy pisarz, współwystępowanie dwu postaci obocznych 
czasem  nawet  w tak bliskiej  odległości  jest  w gruncie  rzeczy nieuchronne  i ukazuje realną  sytuację  tej kategorii 
gramatycznej w końcu XX wieku.

Zaglądam   do   „Praktycznego   słownika   poprawnej   polszczyzny   nie   tylko   dla   młodzieży"   pod   red.   Andrzeja 

Markowskiego,   wydanego   przez   PWN  pod   koniec   roku   1995.  W   odniesieniu  do   przywołanych   tu  rzeczowników 
znajduję   następujące   ustalenia:   templariuszy   -   rząd.   templariuszów,   arkuszy   (nie:   arkuszom),   klawiszy   -   rząd. 
klawiszów, funkcjonariuszy - rząd. funkcjonariuszów, zajęcy - rząd. zajqców, palaczy - rząd. palaczów, słuchaczy - 
rząd. słuchaczów,  meczów (nie:  meczy),  mieczy - rząd. mieczów, pejzaży - rząd. pejzażów. „Słownik poprawnej 
polszczyzny" PWN pod red. Witolda Doroszewskiego i Haliny Kurkowskiej z roku 1973 za wyłączne uznaje postacie 
pasterzy, rycerzy, a za oboczne pisarzy / pisarzów. „Słownik języka polskiego" pod red. Mieczysława Szymczaka z 
roku 1978 poleca tylko formę stróżów.

Jako   wyłączne   traktuje   się   więc   w   tych   trzech   leksykonach   dopełniacze   arkuszy,   meczów,   pasterzy,   rycerzy, 

stróżów.   Natychmiast   rzuca   się   w   oczy   formalna   niekonsekwencja:   skoro   klawiszy   lub   klawiszów,   czemu   tylko 
arkuszy?; skoro mieczy lub mieczów, dlaczego tylko meczów?; jeśli ź i rz wymawiane są od wieków jednakowo, cze-
mu pasterzy, ale stróżów; co wtedy z rymem w kolędzie Triumfy Króla Niebieskiego - „pobudziły pasterzy dobytku 
swego stróży" albo „...pasterzów... stróżów"?; zresztą pisarz - formalnie identyczny jak pasterz - ma postacie oboczne 
pisarzy / pisarzów; i jeszcze: czemu tylko stróżów, skoro pejzaży lub pejzażów?

Wszystkie te rozterki przeżywamy w odniesieniu do rzeczowników rodzaju męskiego kończących'się spółgłoskami 

c,   dz,   cz,   dż,   sz,   ż,   rz.   To   stwardnienie   tychże   -   pierwotnie   miękkich   -   spółgłosek   spowodowało   określone 
przekształcenia w odmianie słów kończących się tymi dźwiękami. ^Gdyby wymienione wyżej spółgłoski były nadal 
miękkie,   dodawalibyśmy   do   nich   w   dopełniaczu   liczby   mnogiej   końcówkę   -i   -   jak   w   miękkotematowych 
rzeczownikach słoń, koń, gość (palci, koszi, bagażi itp. - jak słoni, koni, gości). Ich stwardnienie spowodowało, że 
zarówno pod względem wymawianiowym, jak i graficznym pierwotne l zamieniło się w y (palcy, koszy, bagaży). A 
gdy poczucie pierwotnej miękkości c, dz, cz, dż, sz, z, rz ostatecznie zanikło, zaczęto do wyrazów zakończonych tymi 
spółgłoskami dodawać końcówkę -ów przynależną rzeczownikom twardotematowym (skoro domów, stołów, wozów, 
lwów, to i palców, koszów, bagażów).

Kiedy  się   wydawało,   że  opisywany  tu  proces   zakończy  się   ostatecznym  zwycięstwem  końcówki   -ów  -   jakże 

atrakcyjnej, bo nie pojawiającej się w żadnym innym przypadku gramatycznym (por. rozdział Atrakcyjne końcówki), 
nastąpiło nagłe zwolnienie całej ewolucji, związane niewątpliwie ze wzrostem świadomości normatywnej społeczności 
językowej. W efekcie postacie typu zajęcy / zająców, palaczy / palaczów, klawiszy / klawiszów funkcjonują ciągle na 
prawach form równorzędnych, ba - w odczuciu większości dopełniacze z końcówką -y uchodzą za staranniejsze, a 
przede wszystkim - za bezpieczniejsze (obawa przed popełnieniem błędów typu gościów, koniów, liściów). Zresztą i 
słownik Markowskiego formy z -ów z reguły opatruje kwalifikatorem rzadszości. Po wygłosowym rz końcówki -ów 
prawie się dziś nie spotyka (tylko pisarzy, dziennikarzy, ślusarzy, murarzy).

Wszystko to sprawia, że przy absolutnej większości rzeczowników męskich kończących się spółgłoskami c, dz, cz, 

dż, sz, ż, rz muszą się znaleźć w słownikach obie formy dopełniacza liczby mnogiej -i z końcówką -y, i z końcówką 
-ów. W tym kontekście nie dziwi mnie fleksyjny dublet w książce Herberta.

Do opisanej grupy słów należy, oczywiście, także jarosz, oznaczający człowieka nie jadającego mięsa, żywiącego 

się  pokarmami   roślinnymi   i  nabiałem   (od  przymiotnika  jary,  związanego   etymologicznie  z  jarzyną,   a  znaczącego 
pierwotnie tyle co „wiosenny, na wiosnę siany";  por. czeskie jaro „wiosna"). I tu poleca się wariantywne postacie 

background image

dopełniacza liczby mnogiej:jaroszy albo jaroszów.

Synonimem  jarosza jest wegetarianin (z niem. Vegetarianer -z franc. vegetal „roślinny").  Rzeczownik ten - w 

dopełniaczu liczby pojedynczej wegetarianina, w mianowniku liczby mnogiej wegetarianie - ma w dopełniaczu liczby 
mnogiej   jednoznaczne   wskazanie   większości   współczesnych   słowników:   wegetarianów.   I   ja   polecam   je   Państwu 
gorąco!

Czemu jednak nie mogę się specjalnie zżymać na postać wege-tarian? Ba, znajduję ją w „Małym słowniku języka 

polskiego"   pod   red.   S.   Skorupki,   H.   Auderskiej   i   Z.   Łempickiej   z   roku   1968   oraz   w   najnowszym   „Słowniku 
ortograficznym" PWN pod red. E. Polańskiego!

Przyjrzyjmy się gromadzie rzeczowników z wygłosowym  -anin: Amerykanin, Rosjanin, Meksykanin, Indianin, 

wrocławianin, tarnogórzanin, franciszkanin, dominikanin, arianin, mieszczanin. Nietrudno sobie uzmysłowić, że jedne z 
nich mają w dopełniaczu liczby mnogiej końcówkę -ów (Amerykanów, Meksykanów, franciszkanów, dominikanów), a 
drugie - czysty temat fleksyjny, bez końcówki (Rosjan, Indian, wrocławian, tamogórzan, arian, mieszczan). Czyż nie 
jest   więc   niejako   skazany   na   gramatyczną   wariantywność   wegetarianin   -   słowo   o   krótszej   przecież   tradycji   w 
polszczyżnie niż przytoczone wyżej wyrazy?

Warto   jednak   polecać   postać   z   końcówką   -ów.   Zapewnia   ona   większą   gramatyczną   wyrazistość, 

przyporządkowując  całą  formę   jednoznacznie   drugiemu  przypadkowi  liczby  mnogiej.  Brzmienie   wegetarian   może 
prowokować   do   niepożądanych   skojarzeń   z   mianownikami   liczby   pojedynczej   typu   Hiszpan,   Cygan.   A   zresztą 
ewolucja tegoż dopełniacza liczby mnogiej jest oczywista: tysiąc lat temu końcówkę -ów miało kilkanaście zaledwie 
słów. Dziś odnosimy ją do większości twardotematowych rzeczowników rodzaju męskiego.

Uczniów czy uczni Tysiączny czy tysiączny

Zajmiemy się w tym rozdziale problemami poruszonymi w liście pewnego polonisty z Rybnika. „Jako nauczyciel 

języka polskiego w szkole podstawowej - pisze-Korespondent - muszę w sposób jednoznaczny określać, co jest, a co 
nie jest  błędem  - szczególnie  wtedy,  gdy poprawiam  prace  pisemne moich podopiecznych.  Tymczasem  „Słownik 
poprawnej polszczyzny" pod red. Witolda Doroszewskiego i Haliny Kurkowskiej nie zawsze rozwiewa moje wątpli-
wości, bo przy takim czy innym haśle podaje dwie formy, jedną z nich zaopatrując w kwalifikator rządzie. Tak jest np. 
w dopełniaczu liczby mnogiej rzeczownika uczeń, gdzie obok postaci uczniów, którą uważam za jedynie poprawną, 
występuje uczni".

Wypowiedź   nauczyciela   z   Rybnika   jest   bardzo   znamienna.   Jednoznacznego   rozstrzygnięcia   domaga   się   od 

językoznawców   absolutna   większość   użytkowników   polszczyzny.   Wszystkim   im   trudno   uświadomić,   że   częste 
współwystępowanie dwu form równorzędnych, obsługujących tę samą kategorię gramatyczną, jest wręcz wpisane w 
wewnętrzną strukturę języka, jest jego istotą! Język nieustannie się zmienia pod wpływem czynników zewnętrznych: za 
nowymi   zjawiskami   i   rzeczami   niejako   postępują   nowe   słowa,   natomiast   wraz   z   odchodzącymi   w   przeszłość 
elementami otaczającej nas rzeczywistości obumierają związane z nimi konstrukcje językowe.

Lecz język ewoluuje również od wewnątrz, sam w sobie. Tę czy inną kategorię gramatyczną zaczynają obsługiwać 

nowe formy -lepsze, wygodniejsze. Te starsze - obumierają powoli. W efekcie współwystępowanie dwu konstrukcji - 
nowej, ekspansywnej i starej, recesywnej - trwa czasem kilka wieków. Czy słownik może nie wskazać, która z tych 
dwu wariantywnych form jest częstsza, a która rzadsza?

W wypadku rzeczowników osobowych typu uczeń, drań, leń, nicpoń, gamoń tylko o pierwszym z nich można 

powiedzieć, że w dopełniaczu liczby mnogiej zdecydowanie częściej przybiera postać uczniów. Nowy „Praktyczny 
słownik poprawnej polszczyzny nie tylko dla młodzieży" pod red. Andrzeja Markowskiego zdecydował się już nawet 
na uznanie jej za wyłączną. Absolutna równorzędność form drani - draniów, leni - leniów, nicponi - nicponiów, gamoni 
- gamoniów (może nawet z frekwencyjną przewagą tych z końcówką -i) nie pozwala mi się jednak zżymać na kogoś, 
kto w drugim przypadku liczby mnogiej wybierze czasem postać uczni. Warto jedynie takiej osobie doradzić, by raczej 
się   opowiadała   za   wariantem   uczniów,   ale   potępić   jej   nie   można.   Zauważmy   ponadto,   że   inne   rzeczowniki   z 
wygłosowym -ń - typu słoń, koń, jeleń - mają w dopełniaczu liczby mnogiej tylko końcówkę -i: słoni, koni, jeleni.

„A która z dwu postaci jest poprawna: tysiączny czy tysięczny? - pyta Korespondent z Rybnika. Jak odczytać 

ułamek 0,001 -jedna tysięczna czy jedna tysiączna? Wszyscy, których o to pytam, twierdzą, że tysięczna".

W   wypadku   tego   słowa   można   mówić   o   wyraźnym   konflikcie   między   tradycyjną   normą   a   powszechnym 

zwyczajem społecznym. Ta pierwsza, potwierdzona w słownikach, każe się opowiedzieć za formą tysiączny (i jedna 
tysiączna).   Obecność   takich'   postaci,   jak   dwutysięczny,   czterotysięczny,   wielotysięczny,   a   także   pieniężny   (od 
pieniądz), mosiężny (od mosiądz), okrężny (od okrąg), księży (od ksiądz), mężny (od m^z), Wfźowy (od wąż), dębowy 
(od d<?6), zębowy (od 2(?b), pajęczy (od pai^fc) czy zajęczy (od zaJ^c) - z samogłoską ^ w wyrazach wywiedzionych 
od podstaw słowotwórczych z nosówką ą - sprawiła, że absolutna większość Polaków od lat posługuje się analogiczną 
strukturą z ę, czyli tysięczny (i jedna tysięczna). Dopiero „Praktyczny słownik poprawnej polszczyzny nie tylko dla 
młodzieży" zarejestrował ten fakt i chwała mu za to! Na s. 309 czytamy: tysięczny (na pierwszym  miejscu!) albo 
tysiączny, tysięczni albo tysiączni.

Na   koniec   jeszcze   jeden   znamienny   przykład,   potwierdzający   współczesną   frekwencyjną   przewagę   postaci 

tysięczny. Oto w „Księdze cytatów z polskiej literatury pięknej od XIV do XX wieku" ułożonej przez Pawła Hertza i 
Władysława   Kopalińskiego   znajduję   następujący   fragment   „Don   Juana   poznańskiego"   Ryszarda   Berwińskiego 
(1819-1879): „Noc to była z tysiąca i jednej nocy - tysiączna druga". W zamieszczonym na końcu książki przewodniku 

background image

hasłowym i tematycznym postaci z ą w ogóle nie ma! Do tekstu Berwińskiego odsyłają tylko konstrukcje tysięczny i 
drugi oraz noc tysięczna i druga.

Tym razem - innym razem 

Z listu Czytelnika z Jeleniej Góry: „Jaki mają status we współczesnej polszczyźnie wyrażenia tą rażą i inną rażą? 

Pamiętam ze swych przedwojennych czasów szkolnych, że poloniści je z naszego języka rugowali. Tymczasem jeszcze 
w „Słowniku ortoepicznym" Stanisława Szobera z roku 1937 znajduję obok siebie, traktowane jako równorzędne, 
formy tym razem i tą rażą, a i dziś tę ostatnią słyszy się bardzo często".

Rozumiem poprawnościowe niepokoje Korespondenta, bo i do moich uszu dociera żeńska postać tą (inną) rażą - 

jakby wbrew ocenie Witolda Doroszewskiego, który w „Rozmowach o języku" z roku 1952 stwierdzał, że „wśród osób 
mających lat mniej niż trzydzieści formy tej nie słyszy się wcale". Tenże prof. Doroszewski do kolejnych powojennych 
wydań „Słownika poprawnej polszczyzny" -przedruków dzieła Szobera - nanosił poprawkę: tym razem (nie: tą rażą), 
innym razem (nie: inną rażą). Ustalenie to, oczywiście, podtrzymał w swoim „Słowniku poprawnej polszczyzny" z roku 
1973, zredagowanym wspólnie z Haliną Kurkowską.

Przypominając  o konieczności  posługiwania  się  w języku  literackim  męskimi  brzmieniami  tym  razem, innym 

razem, nie mogę nie powiedzieć o długiej  tradycji  używania  w naszym  języku  form  żeńskich. U jej źródeł  stało 
traktowane   przysłówkowo   wyrażenie   jedną   -   znaczące   tyle   co   „raz,   gdy   tylko"   (odpowiada   mu   żywe   do   dziś   w 
czeszczyżnie   jednou).   Oto   np.   w   szesnastowiecznym   przekładzie   napisanego   w   stuleciu   piętnastym   „Pamiętnika 
janczara", którego autorem był Serb, czytamy: „A takoże jest wielki strach między niemi (Turkami), gdy słyszą, gdy 
krześcijani na nie silnie ciągnąć chcą, abociem samo dobrze wiedzą, iż gdyby jednać przegrali a porażeni byli...", co się 
tłumaczy: „gdyby tylko przegrali, gdyby raz przegrali".

To właśnie od owej formy jedną urobiono wyrażenie jedną rażą, które się rozpowszechniło w wieku XVI, a które 

nie tylko Stanisław Szober, o czym napisałem wyżej, ale i Aleksander Briickner, autor „Słownika etymologicznego", 
uważał jeszcze za „do dziś ogólne".

Poznaliśmy   ważny   szczegół   z   historii   języka   polskiego.   Niech   nam   on   pomaga   w   uświadomieniu   sobie 

archaiczności żeńskich form tą rażą, inną rażą. Używajmy ich co najwyżej jako form żartobliwych, co robię i ja od 
czasu do czasu. W języku oficjalnym, literackim - powtórzmy to na koniec - obowiązuje nas rodzaj męski: tym razem, 
innym razem.

Kategorii - kategoryj

„   Wszystkie   te   zjawiska   można   opisać   za   pomocą   kategoryj   naturalnych"   -   przeczytałem   we   wstępie   T. 

Krzeszowskiego do pracy G. Lakoffa i M. Johnsona „Metafory w naszym życiu" (Warszawa 1988).

Forma kategoryj przypomniała mi wizytę sprzed lat dwu prawników - jednego z profesorów naszego Uniwersytetu 

Wrocławskiego i jego doktoranta. Chodziło o postać konstytucyj, którą w tytule rozprawy obaj panowie zaproponowali 
Radzie Wydziału, a ta - opowiedziała się za brzmieniem konstytucji, mimo że grzeszy ono dwuznacznością: czy chodzi 
o jeden tekst konstytucyjny, czy o kilka? Tak samo przecież wygląda dopełniacz liczby pojedynczej!

Zgadzając się z motywami wyboru konstytucyj (oczywista liczba mnoga), poradziłem moim miłym gościom, by 

jednak posłuchali kolegów z Rady Wydziału i w tytule pracy zamienili archaiczną formę konstytucyj na nikogo nie 
rażącą postać konstytucji.

Tłumacz książki Lakoffa i Johnsona - tak jak dwaj wrocławscy prawnicy - błędu gramatycznego nie popełnił. Ale i 

dopełniacz ka-tegoryj brzmi już zbyt archaicznie - zwłaszcza dla najmłodszych Polaków.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu były tego typu formy w powszechnym użyciu. Znajduję je np. na każdej prawie 

stronie „Wspomnień" Hugona Steinhausa (1887-1972): „Wiertacze z tych stron emigrowali do Indy j holenderskich", 
„Uprawiał teorię fun-kcyj wieloznacznych", „Były tam pierwsze wydania p oezy j Verla-ine'a", „Był urzędnikiem w 
dziale koncesyj przemysłowych", „L i ni j było wtedy 10".

Czytam też w „Przewodniku po ziemi kaszubskiej" drą Mieczysława Orłowicza z roku 1924: ,Jest jeszcze kilka 

innych restauracyj".

Dlaczego   postacie   z   wygłosowym   -y   j,   -ij   praktycznie   wypadły   ze   współczesnego   obiegu   komunikacyjnego, 

ustępując formom identycznym brzmieniowo z dopełniaczem liczby pojedynczej (już u prof. Steinhausa kontynuacją 
przytoczonego wyżej zdania „Linij było wtedy 10" jest konstrukcja „stacji ze sto", a nie „s tacy j...")'? Sprzyjało temu 
procesowi odchodzenie przez ostatnie wieki od pierwotnej wymowy i pisowni typu kategoryja, konstytucyja, funkcyja, 
poezyja, koncesyja (odpowiednie wyrazy mają taką postać do dziś w języku rosyjskim) i utrwalanie się fonetyczno-gra-
ficznej  serii  kategoria,  konstytucja,  funkcja,  poezja,  koncesja -  bez  wyraźnego  -y-. Dawne  dopełniacze  kategoryj, 
konstytucyj,   lekcyj   itp.   były   zgodne   z   ogólną   zasadą   tworzenia   tego   przypadka   od   rzeczowników   żeńskich,   a 
mianowicie równał się on czystemu tematowi wyrazu: lekcy ja - lekcyj jak kobieta - kobiet, dziewczyna - dziewczyn 
itp. Z czasem, w miarę stabilizowania się akcentu na sylabie poprzedzającej zakończenie -yja, stabilizowały się dziś 
wyłączne brzmienia lekcja, kategoria, konstytucja, funkcja, poezja. Dopełniacz liczby mnogiej przestał odpowiadać 
tematowi wyrazu i zaczęła się w nim utrwalać forma taka sama jak w dopełniaczu liczby pojedynczej -zarówno w 

background image

mowie, jak i w piśmie. I tylko w wypadkach, gdy zachodzi ogromna potrzeba jednoznacznego uwydatnienia liczby 
mnogiej, dopuszczalna jest pisownia konstytucyj, kategoryj itp.

Mimo wszystko formalną identyczność dopełniacza liczby pojedynczej i mnogiej przytoczonego tu ciągu słów 

należy   uznać   za   niezgodną   z   opisaną   w   rozdziale   Atrakcyjne   końcówki   ogólną   tendencją   rozwojową   języków 
fleksyjnych, jaką jest maksymalne zróżnicowanie poszczególnych kategorii (kategoryj!) gramatycznych.

Mnie jest to obojętne -jest mi to obojętne

Po lekturze „Czytadła" Tadeusza Konwickiego i po obejrzeniu znakomitej telewizyjnej adaptacji tej książki w 

reżyserii Jerzego Markuszewskiego uświadomiłem sobie raz jeszcze, jak silnie w języku kresowców (wszak Konwicki 
pochodzi z Wileńszczyzny) utrwalona jest skłonność do wyłącznego operowania pełnymi formami zaimkowymi ciebie, 
jego, tobie, jemu, mnie. Oto znamienne przykłady z „Czytadła": „Pociągnęłam ciebie na dno", „Wybrałam ciebie na 
towarzysza dalekiej drogi", „Śpię, żeby ciebie we śnie zaprowadzić wszędzie, gdzie kiedyś byłam ", „Dręczy ciebie 
poczucie winy ".

A i w jednym z ostatnich tekstów Czesława Miłosza - krajana Konwickiego - przeczytałem: „Miejsce w ludzkiej 

społeczności uchroniłoby ciebie od awantumictwa".

Znakomita zaś kresowa pani - Nina Andrycz - powiedziała w telewizji w rozmowie z Beatą Tyszkiewicz: „Pani 

Beata wcale mnie nie powiedziała, o czym będziemy rozmawiać".

We wszystkich tych fragmentach należało się posłużyć krótkimi postaciami zaimkowymi: „Pociągnęłam cię na 

dno", „Wybrałam cię na towarzysza dalekiej drogi", „Śpię, żeby cię we śnie zaprowadzić wszędzie, gdzie kiedyś 
byłam", „Dręczy cię poczucie winy", „Miejsce w ludzkiej społeczności uchroniłoby cię od awanturnictwa", „Pani Beata 
wcale mi nie powiedziała, o czym będziemy rozmawiać".

Niepoprawne  jest  natomiast  mi  w takim  zdaniu wypowiedzianym  przez  rapera  Liroya:  „Mi  jest  to obojętne". 

Poprawna wersja tej konstrukcji to „Mnie jest to obojętne".

Jaka jest bowiem reguła związaną z użyciem form cię, ci, go, mu, mi - ciebie, tobie, jego, jemu, mnie. Na początku 

wypowiedzeń muszą się pojawiać zaimki pełne: tak jak mnie jest to obojętne -podobnie tobie ufam, ciebie poproszę, 
jego nie znam, jemu to się należy. Używamy ich także po czasownikach, jeśli przeciwstawiamy im jakieś inne treści, 
np. należy się mnie, a nie Jurkowi; daję tobie, a nie Zosi; proszę ciebie, a nie nauczyciela; wybierz jego, a nie Nowaka; 
ufam jemu, a nie Wojtkowi. Generalnie - stosujemy formy dłuższe w środku bądź na końcu wypowiedzenia, gdy pada 
na nie akcent zdaniowy. Telewidz z Opola przytacza w swym liście dwa rażące przykłady nieprzestrzegania tej zasady. 
Oto przed laty w teatrze telewizji - w jednej ze sztuk Szekspira - aktorka grająca rolę matki rzekła do aktorki grającej 
rolę córki: „Należy się tak mi, jak i tobie". Jedynie poprawna konstrukcja to: „Należy się tak mnie, Jak i tobie". I 
przykład drugi - wypowiedź pani z okienka pocztowego: „Proszę ten list dać mi" (z akcentem na mi). I tu jedynie 
dopuszczalna jest forma mnie.

Trzeba   jednak   powiedzieć,   że   sytuacji,   w   których   wymagane   są   dłuższe   postacie   zaimkowe,   jest   w   naszym 

codziennym porozumiewaniu się stosunkowo mało. Najbardziej typowa dla zaimków jest pozycja po czasownikach - 
bez przeciwstawienia i nie od akcentem, a zatem najczęściej używanymi formami są krótkie mi, ci, cię, go, mu: zrób 
mi,   dam   ci,   widzę   cię,   lubię   go,   ufam   mu.   I   są   to   jedynie   poprawne   konstrukcje!   Tak   jak   jedynie   poprawne 
sformułowanie to proszę o przyznanie m i urlopu, o które rodacy pytają szczególnie często (mnie jest dopuszczalne 
tylko w zdaniach typu proszę o przyznanie urlopu mnie, a nie Kowalskiemu, proszę o przyznanie urlopu zarówno mnie, 
jak i Nowakowi).

 „Pogłaskała mię po twarzy"

„Matka   pogłaskała   mię   po   twarzy   i   zaprowadziła   do   przeznaczonych   dla   mnie   pokojów"   -   czytamy   w 

„Pamiętnikach Wacławy" Elizy Orzeszkowej. „Czy formą mię - zamiast mnie - posłużono się w tym fragmencie tylko 
po to, by uniknąć dwukrotnego użycia tej samej postaci wyrazowej (pogłaskała mnie - przeznaczonych dla mnie)?" - 
pyta Czytelniczka z Puław.

Wziąłem tę książkę do ręki i zobaczyłem, że biernikowe mię pojawia się bez przerwy:  „Czarował mię wtedy 

najbardziej", „Widząc mię zamyśloną i smutną, przemawiał do mnie", „Wprawiło mię to w okropną wątpliwość", choć 
mamy i konstrukcje typu „Nie nazywaj go tak,-bo mnie za niego serce boli", „Zmarszczka ta w trwożne wprawiała 
mnie uczucie" czy „Głos ten czarodziejsko działał na mnie".

Wspominam w tym momencie listy mojej Matki, która także od czasu do czasu tego mię używała, co zawsze mnie 

intrygowało, zwłaszcza że w tekstach mówionych z postacią tą w domu rodzinnym już się nie stykałem.

Jaki   zatem   jest   jej   status   w   polszczyźnie?   Oficjalnie   funkcjonuje   ona   jeszcze   jako   biernikowy   wariant   mnie. 

Nietrudno jednak stwierdzić, także poza kręgiem osób najbliższych, że z języka mówionego właściwie całkowicie się 
już wycofała.

Kiedyś   mię   i   mię   były   jedynymi   wariantami   biernikowymi,   kontynuującymi   stan   prasłowiański,   z   tym   że   w 

Wielkopolsce i na Mazowszu używano po czasownikach postaci mię (kocha mię), w Małopolsce zaś i na Śląsku - mię 
(kocha mię). Po przyimkach na całym terytorium Polski było mię (czeka na mię).

Znajdujemy nasz zaimek w bardzo wielu tekstach literackich -od staropolszczyzny po czasy nam bliższe: „Pożałuj 

background image

m i ę, stary, młody" (średniowieczne „Żale Matki Bożej pod krzyżem"), „A więc mię nie kąsały" (Biernat z Lublina ok. 
1465 - po 1529), „A z tego mię więzienia nikt nie wyswobodzi" (Jan Kochanowski 1530-1584), Jeżeli mię to potyka z 
udania czyjegoś" (Jan Chryzostom Pasek ok. 1636-1701), „Napadł mię w ogniach z trzaskiem i szelestem" (Juliusz 
Słowacki 1809-1849).

W XVII wieku pojawia się przeniesiona z dopełniacza forma mnie, która jednak dopiero w wieku XIX ostatecznie 

się  stabilizuje,  co   pokazują  wyjątki  z   „Pamiętnika   Wacławy"  Orzeszkowej.   Dziś,  jak  już  powiedzieliśmy,   prawie 
całkowicie wyparła ona z użycia starsze mię.

Wracając zaś do pytania Czytelniczki z Puław, trzeba powiedzieć, że pisarka w przytoczonym na początku zdaniu 

celowo   mogła   zróżnicować   dwie   formy   zaimkowe,   by   uniknąć   podwójnego   mnie.   Wszak   posługiwała   się   już 
biernikowym  mnie - ustabilizowanym w XIX stuleciu. W jej czasach jednak brzmienie mię - dla nas książkowe i 
archaiczne - było zarazem fleksyjną zwyczajnością. I o tym nie możemy zapominać!

Album domowe"

Ukazała się książka zmarłego niedawno Mirosława Żuławskiego pt. „Album domowe". Tak się o niej pisze w 

jednym z numerów „Twojego Stylu": „Zaczęła się ta książka od wspomnienia domu pod krytym gontem dachem w 
Dobromilu,   z   którego   całą   życiową   mądrość   wyniósł   Mirosław   Żuławski.   Bo   takie   domy   właśnie,   pielęgnujące 
szlachetną  tradycję, ale tę światłą, humanistyczną, były najlepszymi  akademiami dla pokoleń polskiej inteligencji. 
Naznaczone ciepłem spojrzenia Autora z fotografii, nostalgiczne, są lekturą mądrą i krzepiącą". „

A ja przytoczyłem cały ten fragment, bo jest on najlepszym wyjaśnieniem stylistycznego zabiegu archaizacyjnego, 

na jaki pisarz się zdecydował, tytułując swą książkę „Album domowe". W języku codziennym pewnie - tak jak my 
wszyscy - posługiwał się rzeczownikiem rodzaju męskiego (ten) album i łączył go z takimi określeniami, jak domowy 
czy rodzinny. W książce wspomnieniowej, nostalgicznej, jak napisano w „Twoim Stylu", użył tego wyrazu w rodzaju 
nijakim - tak jak przed kilkunastoma laty Stanisław Lorentz, autor tomu „Album wileńskie", a w latach trzydziestych 
Jarosław Iwaszkiewicz -twórca poetyckiego zbiorku „Album tatrzańskie".

Jak zatem widać, trafia się czasem w naszym języku stara postać fleksyjną (to) album, mimo że już pierwsze XX-

wieczne słowniki opowiadały się za formą męską (ten) album. Dla Iwaszkiewicza, Lorentza i Żuławskiego to album 
było   chyba   jeszcze   normą   lat   młodości,   więc   pozostali   jej   wierni,   co   w   wypadku   tekstów   wspomnieniowych   - 
powtórzmy - można uznać za celowy, funkcjonalnie uzasadniony zabieg stylizacyjny.

Czy to znaczy, że opowiadam się za postacią rodzaju nijakiego? Oczywiście, nie! Normą współczesnej polszczyzny 

jest   forma   rodzaju   męskiego   (ten)   album   -   tak   jak   obowiązuje   wszystkich   żeńska   (ta)   kometa,   choć   jeszcze   dla 
Mickiewicza był to ten kometa.

Dotykamy tu problemu autorskiego kryterium poprawności językowej. Szanując je, nie możemy zapominać, że 

ocena  języka   danego   pisarza  czy  poety musi  być  podporządkowana  ogólnym  normom,  obowiązującym  w  danym 
momencie rozwoju historycznego.  Dlatego  mogę  akceptować  album  domowe ze względów  stylistycznych,  w tym 
konkretnym, jednostkowym użyciu, ale muszę przypomnieć, że normą jest ten album.

Ciekawe, że spośród wszystkich wyrazów na -urn tylko rzeczownik album zmienił rodzaj gramatyczny (stąd i w 

liczbie mnogiej te albumy - z końcówką -y). W pozostałych wypadkach mamy do czynienia z kontynuacją pierwotnego, 
łacińskiego stanu gramatycznego: to liceum - te licea, to technikum - te technika, to gimnazjum - te gimnazja, to prezy-
dium - te prezydia itp. Dodajmy na koniec, że wiele wyrazów rodzaju nijakiego stało się formami męskimi w XVIII 
wieku przez odrzucenie wygłosowego -urn. Należą do nich np. mikroskop, obiektyw, teleskop, teatr, fakt, sakrament, 
fundament (trzy pierwsze odrzuciły to -urn już w udzielających pożyczek językach nowożytnych - niemieckim, francu-
skim).

Diabla warte, śmiechu warte

.Jedynym wartym wysiłku ludzkim działaniem jest poznawanie tego, czym jest Bóg", „Istnieje nawet cos w rodzaju 

pop-jungizmu, co wydaje mi się warte odnotowania" - czytam w jednym z tekstów Olgi Tokarczuk. Czy obydwa użycia 
formy wart są tu poprawne?

Przymiotniki typu wart, rad, kontent, godzien, zdrów wykorzystywane są zwykle tylko w mianowniku - w funkcji 

orzecznika, czyli drugiego członu dwuelementowych orzeczeń z członem podstawowym być, np. on jest tego wart, 
jestem rad, był kontent, nie jestem godzien, będzie zdrów, lub jako rozwinięta przydawka stawiana po rzeczowniku, np. 
dzban pełen wina, „śmieje się pleban, kontent z dziesięciny" (Ignacy Krasicki).

Odmieniają się one przez rodzaj i przez liczbę: wart, warta, warte, warci - rad, rada, rade, radzi - kontent, kontenci, 

kontente itp.

A zatem absolutnie poprawna jest postać warte ze zdania „wydaje mi się warte odnotowania" - tak jak akceptujemy 

konstrukcje typu zyski warte zachodu, to jest diabła warte, śmiechu warte, niewarte złamanego grosza, niewarte funta 
kłaków czy gra warta świeczki.

Słowniki poprawnej polszczyzny dopuszczają również połączenie być wartym, ostrzegając tylko przed postacią 

czasownikową   wartać.   Przyjmujemy   zatem   i   sformułowanie   „jedynym   wartym   wysiłku   ludzkim   działaniem   jest 
poznawanie tego,  czym  jest Bóg"  -tak jak poprawne  są sformułowania ktoś jest wart  lepszego losu czy są warci 

background image

nagrody.
Przywołajmy na koniec parę skrzydlatych słów z formą wart:
Wart Pac paląca, a pałac Paca (o pałacach zbudowanych w Dowspundzie na Suwalszczyźnie i w Warszawie w latach 
dwudziestych   XIX   w.   przez   Ludwika   Paca;   po   raz   pierwszy   przytoczone   przez   Adama   Mickiewicza   w   „Panu 
Tadeuszu" w księdze XI, w. 516), „Kochać nie warto, lubić nie warto, jedno, co warto, to upić się warto" (piosenka z 
roku   1931,   śpiewana   przez   Stefana   Jaracza   w   kabarecie   „Banda"),   „Czy   pani   Marta   jest   grzechu   warta?"   (z 
przedwojennej piosenki kabaretowej), „Nie wiem, sama nie wiem, czy to warto wierzyć w ciebie" (fragment jednego z 
przebojów Katarzyny Sobczyk).

Popularny -popularniejszy - najpopularniejszy

Do językowych zdarzeń, które mocno utkwiły mi w pamięci, należy wątpliwość jednej z wrocławskich licealistek. 

Po wykładzie dziewczyna  ta zapytała:  „Czy poprawna jest forma popularniejszy,  którą się pan posłużył?  Czy nie 
należało powiedzieć opisowo bardziej popularny?".

Ta   poprawnościowa   rozterka   jest   odbiciem   coraz   wyrazistszego   kryzysu,   jaki   w   powszechnym   odczuciu 

przeżywają   syntetyczne   formy   stopniowania   przymiotników   i   przysłówków.   Pisze   o   tym   Czytelniczka   z   Sopotu: 
„Słyszę w radiu i telewizji, czytam w prasie: bardziej mocny, bardziej spokojny, bardziej szczęśliwy, bardziej przyzwo-
ity, bardziej cierpliwy, bardziej skuteczny, bardziej korzystny, bardziej groźny, bardziej niebezpieczny, a ostatnio nawet 
bardziej dobry i najbardziej zły. Uczono mnie, że jeśli przymiotnik ma stopniowanie proste, nie należy go zastępować 
stopniowaniem opisowym. Co więcej - jeżeli obok stopniowania prostego możliwe jest stopniowanie opisowe, zaleca 
się stopniowanie proste, o czym informuje „Słownik poprawnej polszczyzny" pod red. Doroszewskiego".

Trudno się nie zgodzić z Korespondentką. Opisane tu zjawisko jest przejawem tendencji ogólniejszej: użytkownik 

języka wybierający stopniowanie opisowe nie musi pamiętać o wymianach głoskowych typu biały - bielszy, czerwony - 
czerwieńszy, miło - milej, a ponadto ma możliwość nazywania większego i mniejszego natężenia cechy, np. wyniosły - 
mniej, najmniej wyniosły, czyli korzysta ze środka ekonomiczniejszego.

Ale - oczywiście - nie należy się posługiwać formami stopniowania opisowego tam, gdzie wzrost natężenia cechy 

mogą sygnalizować formy stopniowania regularnego. Gorąco zatem polecam postacie cichy - cichszy - najcichszy, a 
nie   bardziej,   najbardziej   cichy,   ale:   cichy   -   mniej,   najmniej   cichy,   a   także   popularny   -   popularniejszy   - 
najpopularniejszy, a nie bardziej, najbardziej popularny, ale: popularny - mniej, najmniej popularny.

Rażącym a częstym błędem jest łączenie struktur regularnych i opisowych, np. bardziej wygodniejszy (zamiast 

bardziej wygodny albo wygodniejszy) czy bardziej weselszy (zamiast bardziej wesoły lub weselszy).

Do   przymiotników,   które   można   stopniować   tylko   opisowo,   należą:   przymiotniki   relacyjne   użyte   w   funkcji 

jakościowej, czyli w znaczeniu przenośnym, np. porcelanowa (cera) - bardziej porcelanowa -najbardziej porcelanowa, 
aksamitne   (ręce)   -   bardziej   aksamitne   -   najbardziej   aksamitne;   dawne   imiesłowy,   które   dziś   pełnią   funkcję 
przymiotników, np. oczytany - bardziej, najbardziej oczytany, zdumiony - bardziej, najbardziej zdumiony; wyjątkowo 
też inne (nieliczne) przymiotniki, zwłaszcza nazywające pewne cechy geometryczne i oznaczające wartości skrajne, ale 
nie rozumiane dosłownie, np. trójkątna (twarz) - bardziej, najbardziej trójkątna, płaski (teren) -bardziej, najbardziej 
płaski.

A kiedy stopień wyższy tworzymy za pomocą przyrostka -szy, kiedy zaś za pomocą cząstki -ejszy? - Regulują to 

czynniki formalne. Otóż jeśli temat przymiotnika kończy się spółgłoską występującą po samogłosce, wtedy z reguły 
sięgamy po sufiks -szy, a więc: gruby -grubszy, wesoły - weselszy, trwały - trwalszy itp. Może się zdarzyć, że w 
zakończeniu tematu występują dwie spółgłoski, a mimo to używamy przyrostka -szy. Takimi wyjątkami są postacie 
twardszy i częstszy (choć twardy, częsty). Zasadniczo gdy temat wyrazu kończy się zbitką dwu spółgłosek, używa się 
do tworzenia stopnia wyższego sufiksu -ejszy: łatwy - łatwiejszy, ważny - ważniejszy, doniosły - donioślejszy itp. 
Chodzi, oczywiście, o to, by maksymalnie ułatwić wymawianie. Zbitka trzech spółgłosek jest przecież artykulacyjnie 
nieekonomiczna! Niektóre wreszcie przymiotniki mogą występować w postaciach obocznych: czystszy - czyściejszy, 
gęstszy - gęściejszy, tłustszy - tłuściejszy. Stopniowanie za pomocą przyrostka -ejszy przeważa w języku potocznym, 
tam bowiem najsilniej działa tendencja do maksymalnego upraszczania wymowy poszczególnych konstrukcji.

I na koniec ostrzeżenie - ortograficzne. Ktoś, kto formalnie podchodzi do przepisu mówiącego o konieczności 

pisowni  rz  po spółgłoskach  (znane wyjątki:  pszczoła, pszenica,  gżegżółka),  może się wahać,  czy przypadkiem  w 
przymiotnikowych formach stopnia wyższego nie należy także napisać rz. Pamiętajmy: chodzi tu o przyrostek -szy, 
który nie podlega żadnym zmianom pisownianym, choć występuje po spółgłoskach!

Pod dwoma czy pod dwiema postaciami

W   książce   Janusza   Tazbira   „Reformacja,   kontrreformacja,   tolerancja"   (Wydawnictwo   Dolnośląskie,   Wrocław 

1996)   mamy   zdanie:   „Domagano   się   zniesienia   celibatu   księży,   obieralności   duchownych   przez   szlachtę   i 
wprowadzenia komunii pod dwoma postaciami".

Czy poprawne jest wyrażenie pod dwoma postaciami? Czy nie należało napisać pod dwiema postaciami?
Forma dwiema jest umotywowana historycznie. Wspólna dla wszystkich rodzajów, utrzymywała się do schyłku 

wieku XVIII: dwiema domoma (w. XIV), dwiema ławnikoma, nad tymi dwiema jedzinaczkoma (w. XV), ze dwiema 

background image

synoma, dwiema wojskowa (w. XVI), dwiema rzędami, mury dwiema, chorągwiami dwiema, ze dwiema działy, dwie-
ma ramionami (w. XVII), z dwiema palcami, pod dwiema osobami, przed dwiema laty (w. XVIII).

Już w XV jednak stuleciu spotykamy formę nowego typu: ze dwoma grzywnoma. Powstało to dwoma zapewne pod 

wpływem końcówki narzędnika liczby podwójnej -oma rzeczowników towarzyszących naszemu liczebnikowi: dwiema 
domoma np. przekształciło się w dwoma domoma (potem dwoma domami). Szerzy się ta postać w wiekach XVII i 
XVIII we wszystkich rodzajach: dwoma palcami, dwoma basztami, dwoma laty. Onufry Kopczyński, wielki XVin-
wiecz-ny gramatyk, dopuszczał oba brzmienia, tj. i dwoma, i dwiema. Gramatycy XIX-wieczni ustalają, że dwoma jest 
wyłączne dla rodzaju męskiego i nijakiego (dwoma chłopcami, dwoma oknami) i dopuszczalne dla rodzaju żeńskiego 
(dwoma kobietami).

I to zalecenie utrzymuje się do dziś. W rodzaju męskim i nijakim należy mówić tylko dwoma chłopcami, dwoma 

oknami, w rodzaju żeńskim. zaś - dworna kobietami lub dwiema kobietami. Oczywiście, nie ma żadnego błędu w 
książce prof. Tazbira: absolutnie dopuszczalne jest połączenie pod dwoma postaciami, choć poprawny byłby też wa-
riant pod dwiema postaciami.

Kazimierz Nitsch, zmarły w roku 1958 wybitny językoznawca krakowski, nawiązując do opisanego wyżej stanu 

XVII- i XVIII-wiecznego, uznawał postacie typu dwiema książkami, dwiema kobietami za warszawski nowotwór i 
bronił jednakowego brzmienia dwoma dla wszystkich trzech rodzajów. Mój poprzednik w „Słowie Polskim" Stefan 
Reczek (późniejszy profesor WSP w Rzeszowie, zmarły w roku 1995) twierdził natomiast, że używanie konstrukcji 
typu dwiema kobietami, dwiema drogami dowodzi wyższej kultury językowej.

A ja często się zastanawiam, jak będzie za kilkadziesiąt lat: czy zwycięży tendencja do uproszczenia sytuacji 

fleksyjnej   (jedna   forma   dwoma   dla   wszystkich   trzech   rodzajów),   czy   raz   jeszcze   zatriumfuje   typologiczna   cecha 
polszczyzny, jaką jest zaznaczanie różnic rodzajowych (dwoma w rodzaju męskim i nijakim, ale dwiema w rodzaju 
żeńskim).

Zszedłem -poszedłem - wziąłem
W „Buddenbrookach" Tomasza Manna przetłumaczonych przez Ewę Librowiczową znalazły się tuż obok siebie dwa 
wypowiedzenia:
„Potem znowu zeszedł na pierwsze piętro" i „Po schodach dla służby zeszedł na dół". Czy poprawna jest forma zeszedł, 
która występuje w obu zdaniach? - pyta Czytelnik z Kamiennej Góry.

Nie posłużyłem się nią ani razu w życiu! Odbieram ją tak, jakby była rezultatem opacznej analogii do postaci 

żeńskich   zeszłam,   zeszła.   Więc   mówię   zawsze   i   wszędzie:   zszedłem,   zszedłeś,   zszedł.   Uczciwie   muszę   jednak 
poinformować,   że   wszystkie   wydawnictwa   poprawnościowe   odmianę   z   naglosowym   ze-   jako   wariantywną 
dopuszczają.   I w  najnowszym   „Praktycznym  słowniku poprawnej  polszczyzny"   pod red.  Andrzeja   Markowskiego 
czytamy: zszedłem albo zeszedłem, zszedł albo zeszedł.

Za bezdyskusyjnie niepoprawne uznaje się natomiast formy typu zeszłem, doszłem, poszłem, wyszłem, zaszłem, 

powstające   pod   wpływem   analogii   do   żeńskiego   szeregu   zeszłam,   doszłam,   poszłam,   wyszłam,   zaszłam.   Jedynie 
dopuszczalne   postacie   rodzaju   męskiego   to,   oczywiście,   zszedłem   (albo   zeszedłem),   doszedłem,   poszedłem,   wy-
szedłem, zaszedłem.

Zastanawiających się nad obecnością -d- w szeregu męskim informuję, że pierwotnie tkwiło ono i w ciągu żeńskim: 

zeszdłam, do-szdłam, poszdłam, wyszdłam,  zaszdłam. Bardzo nieporęczna  w wymowie grupa  spółgłoskowa -szdł- 
jednak się uprościła, czego rezultatem są współczesne brzmienia zeszłam, doszłam, poszłam itd.

A skoro już mówimy o uleganiu wpływowi koniugacji żeńskiej, wspomnijmy o jakże częstych nawet w ustach 

ludzi wykształconych błędnych postaciach typu wziętem, zdjęłem, spięłem, dotknętem, zaczęłem. Panowie, to one, 
kobiety, mówią: wzięłam, zdjęłam, spięłam, dotknęłam, zaczęłam! - chciałoby się zawołać. Niech z waszych męskich 
gardeł wydobywają się wyłącznie poprawne brzmienia wzią-łem, zdjąłem, spiąłem, dotknąłem, zacząłem.

Napisałem: wzięłam, zdjęłam itd., wziąłem, zdjąłem itd. Jedynie dopuszczalna wymowa natomiast to wzięłam, 

zdjęłam, wzlotem, zdjo-łem - z czysto ustnymi dźwiękami e, o, przed ł, l bowiem samogłoski nosowe ę, ą całkowicie 
się denazalizują, czyli tracą swój nosowy charakter. Niechże o tym pamiętają zwłaszcza mówcy, którzy w sytuacjach 
oficjalnych bywają denerwująco hiperpoprawni, odczytując literalnie zapisy typu wziąłem, zacząłem, wzięta, zaczęła.

„Jużem w to był wszedł"

W   jednym   z   felietonów   Stanisława   Lema,   drukowanych   w   „Tygodniku   Powszechnym",   znalazły   się   dwa 

następujące  wypowiedzenia:  „  Obawiałem  się  tego  tak dawno,  w 1963 roku, jakem  pisał  Sum-mę technologiae", 
„Trzydzieści trzy lata temu jużem w to był wszedł i powypisywałem książki, które okazują się dzisiaj bardzo czytelne". 
Wielu czytelników zaniepokoiły poprawnościowe konstrukcje jakem i jużem w to był wszedł.

Zanim się wypowiem na ich temat, muszę poinformować, że dzisiejsze formy typu robiłem - robiłeś, pisałem - 

pisałeś,   słuchałem   -słuchałeś   czy   śpiewałem   -   śpiewałeś,   a   więc   postacie   czasu   przeszłego,   są   kontynuantami 
dwuelementowych  tworów, składających  się w dawnej polszczyźnie na tzw. czas przeszły złożony. Odmiana cza-
sownika robić np. wyglądała kiedyś w czasie przeszłym złożonym następująco: robił jeśm, robił jeś, robił jest, robili 
jeśmy,  robili jeście, robili są. Dopiero ze zlania się tych dwu elementów powstał dzisiejszy paradygmat: robiłem, 

background image

robiłeś, robił (tu jest po prostu wypadło), robiliśmy, robiliście, robili (tu wypadło są).

We współczesnej polszczyźnie są dwa ślady tej dawnej kategorii gramatycznej.
Pierwszym z nich jest akcent, który w formach typu robiliśmy, pisaliśmy, słuchaliście, śpiewaliście pada zgodnie z 

normą na sylabę trzecią od końca, a więc na -bi'-, -są-, -cha-, -wa- (no bo kiedyś, powtórzmy, były to dwa wyrazy robili 
jeśmy - z akcentem na -bi- i jeś-).
Drugą pozostałością jest ruchomość końcówek -m, -ś, -śmy, -ście i możność doczepiania ich do dowolnego składnika 
zdania. Powiemy słuchaliśmy tego chętnie, ale przecież równie poprawne są konstrukcje tegośmy chętnie słuchali i 
chętnieśmy tego słuchali.

Ale tak jak coraz większa liczba Polaków zaczyna w formach typu pisaliśmy, słuchaliście stawiać akcent na sylabie 

przedostatniej (•li-), tak i nasila się tendencja - zwłaszcza w tekstach pisanych - do unieruchamiania cząstek -m, -ś, 
-śmy, -ście, do pozostawiania ich przy czasowniku (tylko słuchaliśmy tego chętnie).^ ostatnie stwierdzenie odnosi się 
przede wszystkim do końcówki -m z l osoby liczby pojedynczej.

Pisał   Adam   Asnyk:   „Gdym   jeszcze   dzieckiem   był..."   (czyli   gdy   jeszcze   byłem   dzieckiem).   Jakem   był 

młodzieńcem..." (czyli jak byłem młodzieńcem) - słyszymy w śląskiej piosence ludowej. „Kiedym poszła do miasta, 
tom sobie tam kupiła buty" (czyli kiedy poszłam do miasta, to sobie kupiłam tam buty) - słyszy się do dziś u ludzi 
starszych, raczej prostych. Bo też i ruchomość -m była czymś zwyczajnym! Dziś już tak nie jest, a w miarę upływu lat 
postacie typu gdym, jakem, kiedym, tom w coraz silniejszym stopniu będą odbierane jako archaiczne, dziwne.

Pora   wrócić   do   zacytowanych   na   wstępie   wypowiedzeń   Lema   i   uspokoić   czytelników.   Pisarz   posłużył   się 

konstrukcjami   absolutnie   poprawnymi,   choć   rzadkimi.   Zdanie   jakem   pisał   (por.   wyżej   jakem   był)   to   składniowy 
odpowiednik połączenia jak pisałem, a jużem wszedł - połączenia już wszedłem. Ciągle wolno korzystać z tej wa-
riantywności, co zrobiła np. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, tłumaczka „Rozważnej i romantycznej" Jane Austen 
(„Taka m rada, żeśmy się wreszcie poznały ", „ Tak się jakoś złożyło, żem nigdy niebyła w Barton", „N i gdy m nie 
była u niego w domu",, Jakże mnie niegdyś porywał ten widok, gdym patrzyła na lecące liście", „To dziwne, żem nigdy 
nie słyszała"). Jest to zresztą uzasadnione stylistycznie; wszak akcja powieści toczy się na przełomie XVIII i XIX 
wieku.

A czym jest cale jużem był wszedł użyte przez Lema? To kategoria gramatyczna praktycznie zupełnie już dziś 

martwa, wykorzystywana od czasu do czasu w celach stylizacyjnych, z czego skorzystał nasz twórca. Zwie się zaś ona 
czasem zaprzeszłym (tac. plusquamperfec-tum). Tworzono ją przez dodanie form czasu przeszłego słowa posiłkowego 
być do postaci na -ł danego czasownika. Wyrażała ona albo czynność dawno minioną, albo wcześniejszą od innej 
czynności przeszłej. Czytamy więc w tekście sprzed wieków: „Bo ona dobrze przedtym  legła w grobie była, niźli 
trojańskie umowy grecka noc burzyła". Podobnego następstwa czasowego można się doszukać u Lema: „Trzydzieści 
trzy   lata   temu   jużem   w   to   był   wszedł   i   powypisywałem   książki"   (najpierw   -   jużem   był   wszedł,   potem   - 
powypisywałem).

Zdrowaś Mario, łaskiś pełna

„Zdrowaś   Mario,   łaskiś   pełna   "-czytam   w   sztuce   ChurlesaPe-guy   „Misterium   miłosierdzia   Joanny   d'Arc" 

przełożonej   przez   Wiktora   Woroszylskiego.   „Zdrowaś   Mario,   łaskiś   pełna"-   słyszę   w   czasie   śpiewanego   Anioła 
Pańskiego w moim parafialnym kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach. Za to jeden ze 
znajomych księży archidiecezji wrocławskiej wspomina, że przez to łaskiś pełna - zamiast łaski pełna - oblał egzamin 
przed I Komunią św.

Darujmy sobie cisnący się pod pióro złośliwy komentarz pod adresem surowego proboszcza - przeciwnika formy z 

wygłosowym -s. Zastanówmy się - sine ira et studio (czyli bezstronnie, obiektywnie) - nad połączeniem łaskiś pełna, do 
którego i ja jestem przyzwyczajony od dzieciństwa.

Nietrudno się domyślić, że posługiwano się nim przez wieki na zasadzie analogu do konstrukcji okalających - 

Zdrowaś Mario i btogosławionaś Ty między niewiastami. Wszystkie zaś one są składniowymi odpowiednikami zdań: 
zdrowa   jesteś,   Mario;   łaski   jesteś   pełna;   błogosławiona   jesteś   między   niewiastami.   Ponieważ,   jak   wiemy   z 
poprzedniego rozdziału, od bardzo dawna cząstki -m, -ś, -śmy, -ście są w polszczyźnie ruchome, nikogo nie raziło 
Zdrowaś Mario, łaskiś pełna..., błogosławionaś Ty między niewiastami.

We współczesnych modlitewnikach spotykamy się z połączeniem łaski pełna. Młodsze generacje zaczynają się 

przyzwyczajać już tylko do niego. Realizuje ono schemat składniowy pełna czego (pełna łaski - jak pełna miłości, 
ciepła, wigoru, doświadczeń), przylegający do formuł innych języków (np. czeskiej milosti płna). Oczywiście - nie 
można mu nic zarzucić z punktu widzenia poprawności logiczno-gramatycznej. Chciałbym jednak, zdecydowawszy się 
na   napisanie   tego   rozdziału,   uspokoić   tych   wszystkich,   zwłaszcza   starszych,   których   nauczono   Pozdrowienia 
Anielskiego z brzmieniem łaskiś pełna. Ma ono, jak zobaczyliśmy, swój gramatyczny sens, utrwalony tradycją wieków.

To samo odnieść można do formuły naszymi prośbami nie racz gardzić w potrzebach naszych z modlitwy „Pod 

Twoją obronę". Zastępuje się ją dzisiaj „logiczniejszą" dla współczesnego umysłu konstrukcją naszymi prośbami racz 
nie gardzić w potrzebach naszych. Tymczasem to nie racz gardzić wyraża niezwykłą pokorę naszych przodków, dla 
których wszystko, co czyniła Matka Jezusa, było taką świętością, że wymagało czasownika raczyć. Ona nie wspierała, 
nie wstawiała się za ludźmi i nie gardziła, lecz raczyła wspierać, raczyła wstawiać się za ludźmi [...raczyła gardzić. Czy 
zatem   nie   jest   w   gruncie   rzeczy   absolutnie   logiczne   pierwotne   połączenie   naszymi   prośbami   nie   racz   gardzić   w 

background image

potrzebach naszych?.

Zresztą - bardzo wiele tekstów kościelnych jest egzemplifikacją ogólno językowego prawa stwierdzającego, że 

formy   najczęściej   używane   zmieniają   się   najwolniej.   Są   one   -   lubię   tę   metaforę   -   prawdziwymi   skamielinami 
leksykalno-gramatycznymi. Przecież w tymże „Pozdrowieniu Anielskim" mamy i archaiczną niewiastę (błogosławionaś 
Ty między niewiastami), i żywot w dawnym znaczeniu „brzuch, łono" (i błogosławion owoc żywota Twojego - Jezus; 
błogoslawion - tak jak umęczon, ukrzyżowan i pogrzebion ze „Składu Apostolskiego"). Nie zmieniamy formuły rano, 
wieczór, we dnie, w nocy z pacierza „Aniele Boży",  chociaż rzeczownik dzień ma we współczesnej polszczyźnie 
miejscownikową końcówkę -u (w tym dniu, o tym dniu) - tak jak niezauważalna jest dzięki częstości użycia - wszak 
mamy   Przenajświętszy   Sakrament   i   Drzewo   Przenajszlachetniejsze   (Krzyża)   -   morfologiczna   niezwykłość 
przymiotników stopnia najwyższego przenajświętszy i przenajszlachetniejszy (dwie cząstki superlatywne prze- i na j-). 
Dziś tylko mówimy albo o przemiłym człowieku, albo o najmilszym człowieku, nigdy - o kimś prze-najmilszym\

O przekonywaniu się i oddziaływaniu

W „Dziennikach 1939-1944" Zofii Nałkowskiej mamy zdanie:
„W pisaniu przekonywam się, że gdy tylko usiłuję przezwyciężyć swe wady, to wypada gorzej". A w „Pasjach Jerzego 
Kosińskiego"   Czesława   Czaplińskiego:   ,Jak   długo   trwa   przekonywająca   siła   filmu?".   Czy   poprawne   są   formy 
przekonywam się i przekonywająca? Czy nie lepiej byłoby napisać przekonuję się i przekonująca?

Zacząć   trzeba   od   szczegółu   historyczno   językowego.   Otóż   czasowniki   typu   przekonywać   (się),   dokonywać, 

wykonywać, a więc te, których temat kończy się spółgłoską -n, odmieniały się kiedyś tylko w następujący sposób: 
przekonywam, przekonywasz, przekonywa, przekonywamy, przekonywacie, przekonywają. Pod wpływem liczniejszej 
grupy   czasowników   z   końcówkami   -uje,   -ujesz   (maluję   -   malujesz,   kupuję   -   kupujesz)   wytworzył   się   nowy   typ 
koniugacyjny,   dziś   już   prawie   wyłączny,   a   mianowicie:   przekonuję,   przekonujesz,   przekonuje,   przekonujemy, 
przekonujecie, przekonują.

Stary model tkwi jednak jeszcze w świadomości językowej Polaków. Jak widzimy, pół wieku temu sięgnęła po 

niego Nałkowska. A i dziś zobaczyć  można takie np. wypowiedzenia, jak przekonywam się o tym czy dokonywa 
wielkiego czynu.

Efektem współwystępowania dwu paradygmatów - starszego -ywam, -ywasz i młodszego -uje, -ujesz - są błędne, 

skontaminowane (skrzyżowane) konstrukcje przekonywuje, dokonywujemy, wyko-nywujecie, spotykane i w mowie 
potocznej, i w tekstach oficjalnych.

Zapamiętajmy zatem: albo przekonuję, przekonujesz, przekonuje itd., albo - już trochę archaicznie - przekonywam, 

przekonywasz, przekonywa itd.

Myślę, że bez trudu zbudujemy teraz poprawne imiesłowy. Jeśli je wywiedziemy od starszego typu przekonywam, 

przekonywasz,   to   powstaną   formy   przekonywający   (jak   w   „Pasjach   Jerzego   Kosińskiego"),   dokonywający, 
wykonywajqcy. Ponieważ, jak już wiemy, ewolucja interesującej nas odmiany zmierza do wyłącznego funkcjonowania 
postaci   przekonuję,   przekonujesz,   warto   szczególnie   polecić   krótsze   konstrukcje   przekonujący,   dokonujący, 
wykonujący.   Błędnym   skrzyżowaniem   są   natomiast   popularne   postacie   przekonywujący,   dokonywujący, 
wykonywujący.

Podobny status ma czasownik oddziaływać. Zgodnie ze starszym zwyczajem możemy go podporządkować typowi -

ywam, -ywasz, czyli oddziaływam, oddziaływasz, oddziaływa, oddziaływamy, oddziaływacie, oddziaływają, a zgodnie 
z młodszym  - typowi -uje, -ujesz: oddziałuję, oddziałujesz, oddziałuje, oddziałujemy, oddziałujecie, oddziałują. W 
starszym  szeregu mieści się imiesłów oddziaływający,  w nowszym  - oddziałujący.  Formy błędne, skrzyżowane to 
oddziaływuję, oddziaływujesz, oddziaływuję, oddziaływujemy, oddziaływujecie, oddziaływują oraz oddziaływujący.

A skoro już o kontaminacji tutaj mowa, to dodajmy, że jest ona jednym z bardziej żywotnych zjawisk w języku. 

Błędne na wskutek np. to typowe skrzyżowanie równorzędnych wyrażeń na skutek i wskutek, popularne w każdym 
bądź   razie   powstało   z   „krzyżówki"   w   każdym   razie   i   bądź   co   bądź,   a   niepoprawny   zwrot   do   jednych   z   naj-
wybitniejszych   należy   stanowi   kontaminację   poprawnych   konstrukcji   jednym   z   najwybitniejszych   jest   i   do 
najwybitniejszych należy (gdy mój syn był bardzo mały, pytał dlaczemu?, kontaminując dlaczego? czemu?).

Ze skrzyżowań powstają nowe wyrazy, np. bajoro to skutek połączenia bagna i jeziora, chwytać- dawniejszych 

chwataći   chytać(tę   ostatnią   postać   spotyka   się   jeszcze   w   gwarach),   spodnium   -   spodni   i   kostiumu,   a   i   motel, 
zapożyczony z angielskiego, powstał tam jako kontaminacja motoru i hotelu.

Kiedy zaś Timothy Garton Ash przeobrażenia ostatnich lat w krajach Europy Środkowej i Wschodniej określa 

mianem refolucji, świadomie krzyżuje reformę z rewolucją.

O zmieleniu generała

W   jednej   z   gazet   zobaczyłem   nagłówek:   Czy   młyn   zmieli   generała?   Autor   artykułu   podporządkował   zatem 

czasownik mlić paradygmatowi odmiany: mielę, mielisz, mieli, mielimy, mielicie, mielą (z przedrostkiem z- w czasie 
przyszłym).   Kiedy   przed   wieloma   laty   przeprowadzałem   rozbudowaną   ankietę   poprawnościową,   pytani   o   ten 
czasownik rodacy wskazywali wiele jeszcze innych sposobów koniugacji: mię - mlesz, mię - mlisz, mię - mielisz, melę 

background image

- melesz, mię - mielesz, mię - mlejesz, mleję - mlejesz. Niewątpliwym odbiciem kłopotów związanych z mieleniem jest 
stary, niewymyślny dowcip o kliencie, który nie dowierza ekspedientce, że może w jej sklepie kupić kawę. Przecież tu 
jest napisane mielimy kawę - wykrzykuje skonsternowany'(na wszelki wypadek wyjaśniam - zwłaszcza tym, którzy 
żadnej gwary nie znają, że w odmianach ludowych języka mielimy to tyle co „mieliśmy").

Trzeba   tutaj   przede   wszystkim   stwierdzić,   że   nie   ugruntowało   się   w   powszechnej   świadomości   mówiących 

bezokolicznikowe brzmienie mleć. Dla przeciętnego Polaka postać bezokolicznikowa to mielić, od której urabia on w 
czasie teraźniejszym i przyszłym formy przytoczone na początku rozdziału (mielę, mielisz itd.), a w czasie przeszłym -
mieliłem, mieliłeś, mielił, mieliliśmy, mieliliście, mielili.

Takie zachowanie gramatyczne pozostaje w konflikcie z tradycyjną normą, która nakazuje, by czasownik mleć 

podporządkować   koniugacji   -ę,  -esz  (a  nie  -ę,  -isz)  i   odmieniać  go  następująco:   mielę,  mielesz,  miele,   mielemy, 
mielecie, mielą (w czasie teraźniejszym oraz przyszłym - z przedrostkiem z-), metłem, metłeś, mełł, metliśmy, meł-
liście, mełli (w czasie przeszłym, z przedrostkiem z- w aspekcie dokonanym).

  Często tu przywoływany „Praktyczny słownik poprawnej polszczyzny nie tylko dla młodzieży" pod red. Andrzeja 

Markowskiego uznaje, że w języku istnieją dwa poziomy normy: norma wzorcowa i norma potoczna. Jest to absolutna 
nowość w stosunku do wcześniejszych opracowań, w których nie wyróżniano takich poziomów, przyjmując istnienie 
normy jednej i jednolitej. Nie ukrywam, że to nowe ujęcie bardzo mi odpowiada.

Chwalę autorów słownika i za to, że wariantywnie potraktowali omawiany tu czasownik. Na s. 145 mamy hasło mleć, 

przy którym znajdujemy tradycyjne formy mielę, mielesz, miele, mielą, miel, mełłem, mełł, metli, metły, mełlibyśmy, 
mieląc, mielono, mielony, mleć ozorem - „mówić dużo, szybko, byle co". Korzystających ze słownika odsyła się też 
jednak do wariantywnego hasła mielid Na s. 141 i 142 czytamy: mielić, mielę, mielisz, mieli, mielą, miel, mielił, mieli-
li, mieliłybyście, mieląc, mielono, pot. „mleć"; dlaczego nie chcesz mielić (lepiey. mleć) kawy w nowym młynku? 
mieliłeś (lepiej: mełłeś) już kawę.

Nie ma więc już mowy o potępianiu paradygmatu -ę, -isz, choć i tutaj za lepsze uznaje się postacie tradycyjne. 

Wymaga tego pragmatyka dydaktyczna każdego słownika - tak jak dziennikarza obowiązuje norma wzorcowa. Zgodny 
z nią byłby więc nagłówek Czy młyn zmiele generała?

A co w słowniku Markowskiego z postacią pleć, tez prawie nieobecną w codziennym  językowym  obcowaniu 

Polaków? Jak należało się spodziewać, nie zrezygnowano z niej zupełnie (tak jak z bezokolicznika mleć). Na s. 220 
mamy: pleć odm. jak mleć; pielony (nie: plony, nie: pełty, nie: pięty, nie: pelony), pleć coś: Asia pełła swoją rabatkę. 
Pod całym hasłem jest jednak odsyłacz do pielić. Na s. 215 traktuje się tę formę tak jak mielić; czytamy: pielić odm. jak 
mielić; pieląc, pielono, pot. „pleć coś"; długo pielisz (lepiej: pielesz) te grządki, dzieci chętnie pieliły (lepiej: pełły) 
swoją część ogródka.

Ja od lat walczę o równouprawnienie dla trzeciej postaci, a mianowicie plewić, choć jest ona ciągle traktowana jako 

regionalny,  małopolski  odpowiednik pielenia (pisał  przed laty prof. Witold Doroszewski:  „Forma, która się łatwo 
każdemu przypomni z Potockiego - ogród, ale nie plewiony - jest jednak regionalna"). W kwalifikator regionalności 
zaopatruje plewienie także Andrzej Markowski.

Tymczasem   używa   tego   słowa   na   pewno   więcej   niż   50%   użytkowników   polszczyzny,   a   we   Wrocławiu,   w 

Wałbrzychu, Jeleniej Górze, Zielonej Górze, Koszalinie czy Szczecinie, a więc na ziemiach z wymieszaną etnicznie 
ludnością, plewią - co pokazują ankiety - nie tylko ludzie związani pochodzeniem z Małopolską.

Wylali i śmiali się

W książce Isaaca B. Singera „Szumowiny", tłumaczonej przez Łukasza Nicpana, znajduje się fragment: „Był tu 

kiedyś kelner, ale go wyleli". Czy poprawne jest brzmienie wyleli? Czy nie należało napisać wylali?

W „Beczce śmiechu" Sławomira Mrożka mamy zdanie: „Dziadzio, wracając z podwórka, potknął się, a myśmy się 

uśmieli" - z formą uśmieli się, za to w „Wasylu Padwie" Andrzeja Stasiuka czytamy: „Ludzie śmiali się, ze do snu nie 
zdejmuje ubrania", „Ludzie śmiali się jak zwykle". Czy lepsza jest postać śmieli się czy śmiali się?

Przedwojenny „Słownik ortoepiczny" Stanisława Szobera, wznawiany wielokrotnie po roku 1945 jako „Słownik 

poprawnej   polszczyzny",   aprobował   obie   postacie   -   wyleli   i   wylali,   ale   tylko   tę   pierwszą   zasilił   przykładami   z 
literatury: „Wyleli mnie z mieszkania" (Gustaw Daniłowski), „Byliby go wyleli" (Kornel Makuszyński). Zresztą przy 
haśle lać także mamy wskazanie: lali lub leli.

Leksykon Szobera poleca również konsekwentnie alternatywne postacie 3 osoby liczby mnogiej czasownika śmiać 

się: śmiali się albo śmieli się i znów tylko forma z e wsparta jest cytatami literackimi: „Śmieli się i musieli się zgodzić" 
(Adam Mickiewicz), „Śmieli się nawet ranni" (Andrzej Strug), „Śmieli się oboje" (Jaro-sław Iwaszkiewicz).

„Słownik poprawnej polszczyzny"  PWN z roku 1973 pod red. Witolda Doroszewskiego i Haliny Kurkowskiej 

wszystkie formy z e, utworzone od lać i śmiać się, zaopatruje w kwalifikator regionalności.

Mimo niewątpliwie długiej tradycji posługiwania się konstrukcjami wyleli i śmieli się warto się zdecydowanie 

opowiedzieć za postaciami z a, czyli wylali i śmiali się, co zresztą absolutna większość Polaków czyni. Za takim 
postępowaniem   przemawiają   względy   i   ekonomiczne,   i   historycznojęzykowe.   Ekonomiczne,   bo   łatwiejsza   jest 
koniugacja bez wymian głoskowych, z jednakową samogłoską w temacie fleksyjnym (wylaliśmy, wylaliście, wylali, 
śmialiśmy się, śmialiście się, śmiali się); historycznojęzykowe, bo w czasownikach wylać i śmiać się przegłos e : a 
(wyleli: wylał, śmieli się : śmiał się) w ogóle nie powinien dojść do skutku. A dlaczego?

Tzw. przegłos polski zaszedł bardzo dawno temu (na pewno przed w. XII), a polegał na tym, że po spółgłoskach 

background image

miękkich, a przed twardymi spółgłoskami przednio językowymi t, d, s, z, n, r, ł pierwotna samogłoska e przeszła w o 
lub w a (w o przechodziło e pochodzące z prasłowiańskiego e, w a zaś przechodziło e pochodzące z tzw. jat', czyli 
dźwięku pośredniego między e i a). Widać to w zachodzących do dziś obocznościach: po o lub a występuje spółgłoska 
twarda: niosę, biorę, plotę, żona, ciosać, gwiazda, lato, kwiat, strzała, po e natomiast - spółgłoska miękka: niesiesz, 
bierzesz (rz jest głoską historycznie miękką - to dawne miękkie r', por. polskie rzeka, przyjaciel i roś. ręka, prijatel), 
pleciesz, żeński, cieśla, gwieździe, w lecie, kwiecień, strzelić.

Stwierdzając te oboczności, zapamiętajmy, że elementem pierwotnym jest tu dźwięk e i że to on występował w 

prasłowiańszczyźnie i utrzymuje się do dziś w innych językach słowiańskich (por. np. roś. ja nesu, ja beru, żena, tesat', 
zvezda, leto, cvet, streła), wtórne zaś są dźwięki o lub a w naszych formach typu niosę, żona, gwiazda, lato.

O odstępstwach od tego polskiego prawa głosowego można by pisać wiele. Dla potrzeb tego rozdziału trzeba 

przede wszystkim powiedzieć, że bywało w polszczyźnie i tak, że przegłosowi ulegały formy nie podlegające jego 
warunkom. Do takich właśnie należą pary brzmieniowe wyleli - wylał i śmieli się - śmiał się. Powstały one w rezultacie 
analogii do par koniugacyjnych widzieli - widział, lecieli -leciał, chcieli - chciał. W tych ostatnich jednak e wywodzi się 
z owego prasłowiańskiego pośredniego dźwięku między e i a (jat'), a zatem musiało ulec przegłosowi w a przed ł. 
Dzisiejsze brzmienia wylał, wylali, śmiał się, śmiali się natomiast nie są wcale rezultatem przegłosu, lecz skutkiem 
ściągnięcia się pierwotnej grupy -ija-i -eja- w a (wylijać, śmiejąc się - tak jak wiejąc, siejąc, dziś wiać, siać;
por. w roś. piosence obrzędowo-ludowej: „A my proso sejv li, s e j a -li, oj did-Łado, sejali, sejali"). Mówiąc jeszcze 
inaczej: ze ściągnięcia grup -ija; -eja- powstawał dźwięk a, przegłosowi zatem nie miało co ulegać!

Recenzja - druzgocąca czy druzgocząca

W „Semiologii życia codziennego" Umberta Eco przetłumaczonej przez Joannę Ugniewską i Piotra Salwę mamy 

zdanie: „Krytyk filmowy może napisać druzgoczącą recenzję z komedii porno". Kontrowersyjna jest postać imiesłowu 
druzgoczqca - z cz. Czy nie należało się posłużyć formą druzgocąca -ze?

Zacząć   trzeba   od   uświadomienia   sobie   mechanizmu   powstawania   błędów   przesadnej   poprawności   językowej 

(hiperpoprawności). Oto ktoś się posługuje odbiegającymi od normy konstrukcjami typu loko, łokno, łojczyzna, umią, 
rozumną,  idom,  robiom. W  momencie   zetknięcia   się  z  ogólnie   przyjętymi  formami  oko,  okno, ojczyzna,  umieją, 
rozumieją,   idą,   robią   osoba   ta   zaczyna   dostrzegać   swe   fonetyczne   niedostatki.   Zaczyna   się   więc   „podciągać". 
Poprawiając się z łokna na okno, z umią na umieją czy z idom na idą, może jednak popaść w drugą skrajność, jaką są 
właśnie hiperyzmy, czyli błędy przesadnej poprawności: opata (no bo jeśli łokno trzeba poprawić na okno, to i łopata 
jest błędem - rozumuje taki użytkownik języka), lubieją (poprawne lubią odbierane jak umią), daję kobietą (skoro nie 
idom, to i nie kobietom w celowniku liczby mnogiej!).

Powszechnie znaną cechą wielu gwar jest tzw. mazurzenie, czyli wymowa typu syja, żyto, cysty, żaba (szyja, żyto, 

czysty, żaba). Nietrudno się domyślić, że skutkiem ucieczki od mazurzenia może być przesadnie poprawna wymowa 
typu szyn, czudowny, Zośka (syn, cudowny, Zośka). Tak mówi organista Miechodmuch - bohater „Krakowiaków i 
Górali" Wojciecha Bogusławskiego, bardzo typowy pod tym względem człowiek socjologicznego pogranicza, i

Czasowniki druzgotać, deptać, chłeptać, plątać miały kiedyś odmianę: druzgocę - druzgocesz - druzgoce, depcę - 

depcesz   -   depce,   chłepcę   -   chłepcesz   -   chłepce,   place   -   plącesz   -   place,   spółgłoska   t   bowiem   wymienia   się   w 
polszczyźnie tradycyjnie, zgodnie z prasłowiańskimi jeszcze regułami fonetycznymi, na c, ć (matka - macierz, chata - 
chacie,   kobieta  -  kobiecy,   sierota   -  sierocy).  Na   spółgłoski   cz,  z  (także  c,   dz)   wymieniają  się  -  również   według 
utrwalonych reguł fonetycznych - tylnojęzykowe k, g: ręka - rączka - ręce, noga - nóżka - nodze, wlokę - wleczesz. Bóg 
- Boże itp.

A   mimo  to  pierwotne,  umotywowane  historycznie  postacie   typu  druzgocę  -  druzgocesz,  depcę   -  depcesz  itd. 

przekształciły się w druzgoczę - druzgoczesz, depczę - depczesz i jest to przykład hiperyzmu fonetycznego (ucieczka 
przed rzekomym mazurzeniem!), który stał się normą. Druzgocę, depcę, chłepcę, place to dziś już formy przestarzałe, a 
do ich obumarcia przyczyniła się głoska c, odbierana tak jakc.iy cysty, capka, cas (czysty, czapka, czas).

Tak  się  składa, że pierwotne  c  najdłużej  się utrzymuje  w formie imiesłowowej  druzgocący i  nie jest  jeszcze 

odbierane archaicznie -zwłaszcza w wyrażeniach przenośnych typu druzgocąca klęska czy właśnie druzgocąca recenzja 
(druzgocąca   znaczy   tu   tyle   co   „ogromna,   straszliwa,   przytłaczająca,   niszcząca").   Ponieważ   jednak   mówi   się   już 
powszechnie depczący, chłepczący, plączący (się), a nie depcący, chłepcący, płącący (się), rodacy będą na pewno coraz 
częściej się posługiwać i postacią druzgoczący. Potwierdzeniem tego jest jej obecność na kartach przekładu książki 
bolońskiego semiologa i pisarza. Trzeba więc uznać równorzędność obu wariantów - i tego z c, i tego z cz.

Ewolucja biernika

Najważniejszą typologiczną cechą polskiej składni jest dowolność szyku wyrazów w zdaniu. Polak, dysponujący 

rozbudowanym   systemem   odmiany   słów   przez   przypadki,   nie   musi   zawsze   -   w   odróżnieniu   np.   od   Francuza   - 
powiedzieć Jan bije Pawła. Ponieważ ostatni wyraz jest uruchomiony fleksyjnie, można porządek syntaktyczny od-
wrócić,   wysuwając   dopełnienie   przed   czasownik:   Pawła   bije   Jan.   Francuz   zrobić   tego   nie   może,   bo   w   jego 
pozbawionym  przypadków języku o funkcji wyrazów decyduje ich pozycja w zdaniu; powyższe wypowiedzenie z 
podmiotem-agensem   Jan   i   dopełnieniem-patiensem   Paweł   musi   w   języku   francuskim   przyjąć   jedyną   postać   Jean 

background image

batPaul.

Proszę sobie jednak  wyobrazić,  że i  nasi  przodkowie przez  wieki  budowali  konstrukcje  typu  Jan bije  Pawet\ 

Pierwotnie bowiem biernik wszystkich rzeczowników rodzaju męskiego równy był mianownikowi: widziało się i stół, i 
brat, kochało się i dom, i mąż, biło się i pies, i Paweł. Ponieważ jednak powstawały wypowiedzenia dwuznaczne -takie 
np., jak Jan bije Paweł czy ojciec kocha syn (kto kogo bije?, kto kogo kocha?), na pewnym etapie dziejów polszczyzny 
doszło do przekształcenia  obowiązującej  do tej pory reguły:  oto biernik rzeczowników żywotnych  stał  się równy 
dopełniaczowi - przypadkowi z końcówką -a. Od tego czasu widzi się już nie brat, ale brata, kocha się męża, bije się 
psa i Pawła, a połączenia typu Jan bije Pawła czy ojciec kocha syna stają się absolutnie jednoznaczne. Można je też, 
oczywiście, transponować, wysuwając dopełnienia na początek: Pawła bije Jan, syna kocha ojciec, 

I tylko w najczęściej używanych zwrotach i wyrażeniach (zgodnie z ogólnym prawem językowym mówiącym, że 

formy najczęściej używane zmieniają się najwolniej) biernik rzeczowników żywotnych pozostał równy mianownikowi: 
wyjść za mąż, na koń!, na miły Bóg! (poza tym ręczymy za męża, siadamy na konia, przysięgamy na Boga).

Czwarty przypadek rzeczowników nieżywotnych pozostał równy pierwszemu przypadkowi: widzę stół, kocham 

dom, siadam na wóz itp. Odstępstw od tej reguły jest jednak bardzo wiele: gramy w brydża, w tysiąca, w tenisa, 
wygrywamy gema i seta, palimy papierosa, tańczymy walca, mazura i poloneza, kupujemy opla, fiata, mercedesa i 
Wartburga, mamy pecha.

Tendencja   do   stosowania   „żywotnego"   biernika   -   równego   dopełniaczowi   -   jest   tak   silna,   że   wydawnictwa 

poprawnościowe uznają już za równorzędne konstrukcje typu zjeść ananas i zjeść ananasa, zjeść banan i zjeść banana, 
przekroić arbuz i przekroić arbuza - tak jak się słyszy zjeść kotlet obok zjeść kotleta czy wybrać sznycel obok wybrać 
sznycla.

Na obwolucie pewnej serii wydawniczej widzę zdanie „Gorąco polecamy najnowszego bestsellera!" - z rażącym 

jeszcze biernikiem równym dopełniaczowi (poprawna postać to polecamy bestseller - tak jak polecamy film, romans, 
utwór literacki, przebój, szlagier bądź zespół muzyczny). Na naszych oczach utrwalają się połączenia typu daj pilota, 
połóż pilota, mam pilota, odnoszące się do nieżywotnego przecież rzeczownika - nazwy urządzenia, dzięki któremu 
możemy sterować telewizorem (słownik pod red. Markowskiego je aprobuje!).

Szczególnie   chętnie   i   zupełnie   spontanicznie   biernikiem   równym   dopełniaczowi   posługują   się   dzieci   (kup 

komputera, zawiąż buta, włącz odkurzacza, wytrzyj nosa), co prowokuje do przypuszczenia, że w polszczyźnie jutra 
biernik   wszystkich   rzeczowników   rodzaju   męskiego   będzie   równy   dopełniaczowi.   Byłby   to   zresztą   naturalny   tok 
ewolucji: od fazy początkowej biernika równego mianownikowi (patrzeć na dom, wyjść za mąż) - poprzez biernik 
rzeczowników"   żywotnych   równy   dopełniaczowi   (patrzeć   na   brata,   kryć   się   za   męża)   i   biernik   rzeczowników 
nieżywotnych równy mianownikowi (patrzeć na wóz, widzieć stół) - z licznymi wyjątkami typu palić papierosa, grać w 
tenisa - do ewentualnego biernika i rzeczowników żywotnych, i nieżywotnych równego dopełniaczowi.

Napisałem o tym wszystkim, by przygotować teoretyczne przedpole do rozwiązania problemu, z jakim zwrócili się 

do mnie pracownicy Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach: czy rośliny są odporne na parch jabłoni 
czy na parcha jabłoni? „Z biologicznego punktu widzenia parch jest grzybem, a więc organizmem żywym, jednak w 
definicji rzeczownika żywotnego nic się nie mówi o roślinach i grzybach" - czytam w liście ze Skierniewic.

Zobaczmy, jak się zachowują w czwartym  przypadku nazwy innych grzybów:  szukamy,  znajdujemy,  widzimy 

borowika, maślaka, muchomora, rydza, czyli biernik równy jest -jak u żywotnych - dopełniaczowi. Ten ciąg fleksyjny i 
to wszystko, cośmy już sobie powiedzieli o znamiennej ewolucji biernika, każe mi się opowiedzieć za wyrazistszą 
gramatycznie postacią odporny na parcha - z biernikiem z końcówką -a.

„ Będą służyć wsparciu najuboższych "

W   jednym   z   listów   pasterskich   biskupów   polskich   znalazła   się   konstrukcja:   „Będą   służyć   na   wsparcie   dla 

najuboższych".   Jej   poprawną   wersję   umieściłem   w   tytule   niniejszego   rozdziału.   W   słownikach   i   gramatykach 
wskazania są jednoznaczne:  służyć  komuś  czemuś, a więc  służyć  wsparciu - tak jak służyć  narodowi,  ludzkości, 
krajowi, prawdzie, czyli „działać dla czyjegoś dobra, poświęcać się jakiejś sprawie". Z kolei skoro mamy mycie dzieci, 
poparcie   wyborców   czy   natarcie   nieprzyjaciela,   to   i   wsparcie   najuboższych   wydaje   się   najlepszym   wariantem 
składniowym.

A   przecież,   nie   wycofując   się   z   owego   tytułowego   wskazania   normatywnego,   nie   mogę   się   powstrzymać   od 

komentarza w znacznym stopniu łagodzącego negatywny odbiór wypowiedzenia z listu pasterskiego.

Przyjrzyjmy się zatem raz jeszcze zwrotowi służyć na wsparcie. Zauważmy, że dzięki obecności przyimka na omija 

się   w   nim   związek   z   celownikiem   (służyć-   czemu?   -   wsparciu)   -   najrzadziej   wykorzystywanym   przypadkiem 
gramatycznym, obsługującym coraz mniejszą liczbę struktur składniowych. Jeszcze np. Józef Ignacy Kraszewski pisał 
w   XIX   w.   w   „Herod-babie":   „Wyciągnęła   mu   rączkę,   a   stary   -   przyklęknąwszy   -   ją   ucałował",   posługując   się 
związkiem z celownikiem wyciągnąć komuś. Dziś możliwe byłoby tylko połączenie wyciągnęła do niego rączkę- z 
dopełniaczową syntagmą wyciągnąć do kogoś.

Bo   też   i   najważniejsza   w   historii   polskiej   składni   jest   tendencja   do   zastępowania   rozwijających   czasownik 

dopełnień   występujących   w   postaci   form   przypadkowych   przez   dopelnienia-wyrażenia   przyimkowe.   Proszę   sobie 
wyobrazić, że w dawnej polszczyźnie możliwe były tylko konstrukcje typu: modlić się Panu, wierzyć Syna Bożego, 
gniewać się synowi, bojować chłopów, spowiadać się grzechów, płakać nędzę, zgrzeszyć przykazaniu, weselić się 

background image

złemu, użalić się stworzenia (por. fragment XVI-wiecznej pieśni adwentowej: „Po upadku człowieka grzesznego użalił 
się Pan stworzenia swego"). Dziś mówimy tylko: modlić się DO Pana, wierzyć W Syna Bożego, gniewać się NA syna, 
bojować   PRZECIW   chłopom, spowiadać  się  Z grzechów,   płakać  NAD  nędzą,  zgrzeszyć   PRZECIW  przykazaniu, 
weselić się ZE złego, użalić się NAD stworzeniem.

Spora   część   dopełnień-wyrażeń   przyimkowych   pojawiła   się   obok   form   przypadkowych   jako   struktury 

równoznaczne albo bliskoznaczne, np. prosić miłosierdzia - prosić O miłosierdzie, całować policzek - całować W 
policzek, bić twarz - bić PO twarzy, iść polem - iść PRZEZ pole, pracować dzień i noc - pracować W dzień i W noc, 
siedzieć godzinę -siedzieć PRZEZ godzinę.

Użycie   wyrażenia   przyimkowego   zamiast   albo   obok   formy   przypadkowej   jest   rezultatem   poszukiwania 

doskonalszego, dokładniejszego sposobu wyrażenia treściowo-składniowego stosunku czasownika i jego dopełnienia, 
przyimek   bowiem   jest   dodatkowym   elementem   precyzującym   i   cieniującym,   który   specjalizuje   ogólną   zawartość 
dopełnienia   przypadkowego   przez   poddanie   jej   zabiegowi   analitycznemu   (jakże   dwuznaczne   jest   np.   połączenie 
pochwała   ojca:   czy   to   ojciec   pochwalił,   czy   ojca   pochwalono?;   dopiero   odpowiednie   przyimki   precyzują   treść 
wypowiedzenia: pochwała OD ojca, ZE STRONY ojca - pochwała DLA ojca; także w słowotwórstwie obserwujemy 
karierę   uściślających   przyimków-przedrostków:   urządzenie   przeciwpożarowe   jest   lepsze   od   dawnego   urządzenia 
pożarowego, krople nasercowe - lepsze od kropel sercowych, a środki przeciwbólowe - lepsze od środków bólowych).

Więc  choć  razi  mnie  jeszcze   „służyć   na  wsparcie",  to  jednak   pojawienie   się   tej   struktury  w  liście   biskupów 

odbieram   jako   typowy   przejaw   dopiero   co   opisanej   tendencji   rozwojowej.   Takim   samym   komentarzem   opatruję 
połączenie „wsparcie dla najuboższych". Przyimek dla jednoznacznie wskazuje odbiorcę owego wsparcia: będą nim 
najubożsi.

Dlaczego proszę pani przegrywa z proszę panią

W   cytowanej   już   tu   książce   Małgorzaty   Baranowskiej   „Warszawa.   Miesiące,   lata,   wieki"   znalazłem   ciekawy 

gramatycznie  fragment „Pamiętników dziecka  Warszawy"  Kazimierza Władysława  Wójcickiego,  odnoszący się do 
roku 1812: „Mamo! jakiś żebrak prosi mamy".

Dołączmy do niego dwa wypowiedzenia: „Prosi? jeśm (prosiłem) oblicza twego" („Psałterz floriański" z XIV w.) i 

„Gwiazdy proszą oczu Julii" (Mickiewiczowskie tłumaczenie urywka  „Romea  i Julii"),  a także serię codziennych 
kiedyś zwrotów grzecznościowych proszę mamy, proszę taty, proszę cioci, proszę babci. Widzimy, że czasownik prosić 
łączy się w nich z rzeczownikami w drugim przypadku-dopełniaczu. Taka składnia uzasadnia gramatyczną strukturę 
zwrotu proszę pani, używanego w znaczeniu „zechce pani słuchać, proszę zwrócić uwagę", a więc w tych najczęstszych 
sytuacjach życiowych, gdy konstrukcja ta - odpowiednik proszę pana czy proszę państwa - jest wtrętem w żywy tok 
mowy (to jest, proszę pani, wspaniała książka; nie wiem, proszę p a n i, czy sobie z tym poradzę; proszę pani, kiedy 
pojedziemy na wycieczkę?).

Dlaczego dzisiaj coraz więcej osób zamienia połączenie proszę pani na proszę panią, tym ostatnim posługując się 

zarówno w wypowiedzeniach typu  to jest, proszę panią, wspaniała książka, jak i proszę panią o przeczytanie  tej 
wspaniałej książki?

Daje   tu   o  sobie   znać   tendencja   do   ujednolicenia   schematu   składniowego   związanego   z   czasownikiem   prosić. 

Formalny dublet proszę pani i proszę panią jest niewątpliwym obciążeniem systemu syntaktycznego polszczyzny, a 
związek prosić + dopełniacz (pani, mamy, babci) - oczywistym archaizmem.

Proszę spojrzeć na większość utworzonych od prosić formacji i na związki, w jakie one wchodzą: poprosić panią, 

zaprosić panią, uprosić panią, przeprosić panią, wyprosić panią. Mamy tu tylko połączenia z biernikiem - takie właśnie 
jak   w   proszę   panią.   A   i   trzy   pierwsze   fragmenty   cytowane   w   tym   rozdziale   uwspółcześnilibyśmy   gramatycznie, 
zamieniając dopełniacze na bierniki: ,Jakiś żebrak prosi mamę", „Prosiłem oblicze twoje", „Gwiazdy proszą oczy Julii".

Wszystko to nie znaczy, bym jednak nie przypominał o ciągle obowiązującej normie: grzecznościowego zwrotu 

proszę   pani   należy  używać   w   znaczeniu   „zechce   pani   słuchać,   proszę   zwrócić   uwagę",   konstrukcją   proszę   panią 
natomiast można się posługiwać tylko w znaczeniu „zapraszam panią, proszę panią o coś". Powiemy więc:
proszę pani, niechże mnie pani wysłucha! - proszę panią o wysłuchanie moich uwag; proszę pani, która godzina ?-
proszę panią o podanie mi dokładnego czasu.

Przykro   mi   się   zrobiło   przed   paroma   laty,   gdy   dowiedziałem   się   od   ojca   pewnej   dziewczynki,   że   ta   została 

poprawiona przez moją byłą studentkę - dziś nauczycielkę: „Nie mówi się, Dorotko, proszę pani, tylko proszę panią". 
Tendencja tendencją, ale kto ma przestrzegać normy tradycyjnej, wzorcowej?! - pomyślałem z goryczą.

Kimkolwiek by byli -podobny do matki - nakreślony przez plan

Im  jestem  starszy,  tym  większą  przyjemność  sprawia  mi  lektura  książek Tadeusza  Konwickiego.  Ileż  w nich 

intelektualnej przenikliwości i jaki język barwny, soczysty! Wyłapuję zawsze z niego charakterystyczne kresowizmy - 
znak etnicznej tożsamości pisarza (Wileńszczyzna).

Cytowałem już w tej książce fragmenty Czytadła z charakterystycznym zaimkiem ciebie użytym po czasownikach 

zamiast enklitycznej formy cię (np. „Wybrałam ciebie na towarzysza dalekiej drogi" - zamiast „Wybrałam cię...").

background image

W niniejszym rozdziale zajmę się dwoma zjawiskami mającymi charakter ogólnopoprawnościowy, a pretekstem do 

ich omówienia niech będą cytaty z „Kompleksu polskiego": „Należy chwytać wszelkich osobników zbrojnych, kim by 
nie byli", „Gdzie by się nie zdarzyło", „Z czym by człowiek nie przybył do tego sanktuarium ". Uzupełnić je można 
wziętymi z polszczyzny codziennej: „Z kim byś nie rozmawiał, usłyszysz to samo", „Co by się nie stało, będziemy cię 
bronić", „Gdzie nie spojrzeć, wszędzie nowe domy".

Wszystkie te zaprzeczone konstrukcje pochodzą z języka rosyjskiego i w wydawnictwach poprawnościowych są 

oceniane   jako   błędne.   Lepiej   więc   używać   zdań   „...kimkolwiek   by   byli",   „Gdziekolwiek   by   się   zdarzyło",   „Z 
czymkolwiek by przybył...", „Z kimkolwiek byś rozmawiał...", „Cokolwiek by się stało...", „Gdziekolwiek spojrzeć...".

Czasem można uniknąć rozterek, zastępując partykułę przeczącą nie słowem tylko: Gdzie tylko spojrzeć, wszędzie 

nowe   domy.   Niepoprawne   są   natomiast   zdania   typu   „Gdziekolwiek   nie   spojrzeć,   wszędzie   nowe   domy",   będące 
rezultatem skrzyżowania nieco już dziś książkowych form z -kolwiek z połączeniami z partykułą nie.

I   jeszcze   jeden   fragment   z   książki   Konwickiego:   „Ta   Ziemia   podobna   jest   porcelanowej,   niebieskozielonej 

gruszce".

Coś może być tylko podobne do czegoś, ktoś - do kogoś, do czegoś (podobny do ojca, do matki, do dziadka), a 

zatem jedynie poprawna konstrukcja to „Ta Ziemia podobna jest do porcelanowej, niebieskozielonej gruszki".

Polszczyzna - jak zobaczyliśmy w rozdziale pt. „Będą służyć wsparciu najuboższych" - zastępuje bezpośrednie 

połączenia czasowników z rzeczownikami związkami z wyrażeniami przyimkowy-mi, np. wyciągnąć komuś rękę - 
wyciągnąć d o kogoś rękę, modlić się komuś- modlić się d o kogoś, wierzyć kogoś - wierzyć w kogoś, gniewać się 
komuś - gniewać się na kogoś, bojować kogoś - bojować przeciw komuś, spowiadać się czegoś - spowiadać się z 
czegoś, płakać coś -płakać nad czymś, zgrzeszyć komuś - zgrzeszyć przeciw komuś, weselić się czemuś- weselić się z 
czegoś.

Niepoprawne   są   więc   też   konstrukcje   nakreślony   planem   i   przewidziany   budżetem.   Należy   je   zastępować 

połączeniami nakreślony przez plan, przewidziany w budżecie.

Spłonęły sześćdziesiąt trzy hektary, moich piec córek

W jednej z gazet znalazłem zdanie: „W sumie spłonęły 63 hektarów". Przypomniała mi się od razu postać znanego 

trenera piłkarskiego, który po jednym z meczów powiedział kiedyś w telewizji: „Spotkanie mogło się podobać. Padło w 
nim cztery bramek".

Tworząc od razu poprawne konstrukcje spłonęły 63 hektary i padły cztery bramki, zechciejmy sobie uzmysłowić 

przyczynę tak częstego pojawiania się błędnych połączeń z liczebnikami. I w tym wypadku kluczem interpretacyjnym 
jest frekwencja. Oto najczęstszym  typem  składni z liczebnikami są tzw. związki rządu -z czasownikami w liczbie 
pojedynczej i rzeczownikiem w dopełniaczu. Najczęstszym, bo obejmującym  swym  zasięgiem wszystkie liczebniki 
powyżej czterech: pięć aut stało na parkingu, dwadzieścia sześć kobiet pracowało w tej fabryce, czterdzieści osiem 
gazet leżało na stole itp. (na blankietach urzędowych też się widzi gotowe wydruki tylko ze składnią rządu: przybyło—
osób, opuścił—godzin lekcyjnych, ukończyło bieg—zawodników). Ponieważ w związki zgody - z czasownikiem w 
liczbie mnogiej i rzeczownikiem w mianowniku - wchodzą tylko liczebniki przedziału od dwu do czterech (dwa auta 
stały na parkingu, dwadzieścia trzy kobiety pracowały w tej fabryce, czterdzieści cztery gazety leżały na stole), rodacy 
skład-. nie  rządu  przenoszą  na  wszystkie   konstrukcje:   skoro padło  pięć  bramek, to  i  padło  cztery bramek;   skoro 
spłonęło 65 hektarów, to i 63 hektarów.

Myślę, że uświadomienie sobie przyczyny błędu uchroni wielu użytkowników języka przed jego popełnieniem.
A jak się zachowują Polacy, gdy określenie połączenia liczebnikowo-rzeczownikowego występuje przed tymże 

połączeniem? Czy mówią moich pięć córek wyjechało, czy raczej moje pięć córek wyjechało? Nietrudno zauważyć, że 
precyzyjniejsze gramatycznie są związki typu moich pięć córek (moje - dwie, trzy, cztery córki). A jednak równie łatwo 
stwierdzić, że rodacy o wiele częściej posługują się w tym wypadku taką składnią, jak przy liczebnikach przedziału od 
dwu do czterech, i mówią czy piszą: „Moje pięć córek wyjechało", „Islamscy terroryści zamordowali w Algierii kolejne 
17 osób" (doniesienie agencyjne), „Tamten protest sprzed 16 lat był protestem przeciw nomenklaturze, która odradza 
dziś swoje siedem głów" (z listu Lecha Wałęsy do uczestników sesji „Polski sierpień"), „Brakujące 20 procent dołożę 
sam" (tłumaczenie wypowiedzi piłkarza argentyńskiego Maradony), „Ale owe 205 głosów to dużo mniej niż połowa 
parlamentu" (artykuł), „Dzisiaj zależy od polskiej młodzieży następne tysiąc Z a t" (z pieśni kościelnej).

Bardzo rzadko widzę i słyszę wypowiedzenia typu „Osetyjczycy przez ostatnich dwieście lat uczyli się języka 

rosyjskiego" (W. Jagielski, „Dobre miejsce do umierania", Poznań 1994).

Lojalnie  informuję,  że duża frekwencja  wypowiedzi  typu  moje pięć  córek,  brakujące  20 procent  sprawiła,  że 

wydawnictwa poprawnościowe od lat dopuszczają wariantywne użycia, czyli moich pięć córek albo moje pięć córek, 
brakujących 20 procent albo brakujące 20 procent.

Przytaczają frazeologizm znać coś jak swoje pięć palców, znaczący tyle co „znać coś bardzo dokładnie".
Akceptując to ustalenie, polecałbym jednak wszystkim -w imię gramatycznej precyzji - składnię rządu. Skoro pięć 

moich   córek,   siedemnaście   kolejnych   osób   czy   siedem   swoich   artykułów,   to   i   moich   pięć   córek,   kolejnych 
siedemnaście osób i swoich siedem artykułów.

A skoro już o trudnych liczebnikach mowa... Największe kłopoty mamy z ich formami zbiorowymi. Przypominam, 

że obowiązują one przy rzeczownikach mających tylko liczbę mnogą, np. troje drzwi, dwoje wideł, pięcioro skrzypiec, 

background image

przy rzeczownikach oznaczających naturalne pary przedmiotów, np. dwoje uszu, dwoje oczu, dwoje rąk (należących do 
jednego człowieka), ale dwie ręce (należące do dwóch różnych osób), wreszcie - przy rzeczownikach oznaczających 
zbiorowość mieszaną pod względem płci, np. oboje rodzice, troje rodzeństwa, pięcioro państwa.

Nietrudno się domyślić, że postaci zbiorowej wymagają także dzieci: troje dzieci, ośmioro dzieci, dwadzieścioro 

dzieci. Jeśli chodzi o składnię, to dziś postać zbiorową musi przybierać tylko człon ostatni, np. dwadzieścia ośmioro 
dzieci, trzydzieści siedmioro dzieci, trzysta czterdzieści pięcioro dzieci itp.

A jak się zachować gramatycznie, gdy dzieci jest 21? - zapytał mnie w jednym ze swych telewizyjnych programów 

Bogusław Kaczyński. Ponieważ jeden na końcu liczebników złożonych ani się nie odmienia przez rodzaje (dwadzieścia 
jeden godzin, a nie dwadzieścia jedna godzina), ani przez przypadki (w ciągu dwudziestu jeden godzin, a nie w ciągu 
dwudziestu jednej godziny), ani nie może mieć postaci zbiorowej, bo byłoby to nielogiczne, ową zbiorowość trzeba 
wyrazić w członie poprzedzającym: dwadzieścioro jeden dzieci, dwadzieścioro jeden rodzeństwa, trzydzieścioro jeden 
drzwi itp.

Jak to jest ze spójnikami bomem i zasf

Oto fragment jednego z tekstów Adama Michnika: „Była to opozycja swoiście antypolityczna, bowiem obce było 

jej pojęcie politycznego kompromisu z władzą".

Czytam u Urszuli Kozioł: „Gdybym miała w kilku zdaniach powiedzieć, co w związku z Jackiem najbardziej wryło 

mi się w pamięć, byłabym w nie lada kłopocie, bowiem kiedy zna się kogoś parę dziesiątków lat, widzi się go w kilku 
niejako fazach naraz".

A teraz cytaty z humoreski „Złodziej" Sławomira Mrożka: „Mogę kraść papier toaletowy, zaś Alfa Romeo to chyba 

żarty";   „Kupiliśmy   mu   rower.   Zaś   w   sprawie   wyglądu   załatwiliśmy   mu   abonament   u   fryzjera   na   koszt   gminy"; 
„Filharmonii nie ma, zaś w języku obcym z nikim nie mogę się porozumieć".

Jak Państwo widzą, w przytoczonych tu wypowiedziach wybitnych ludzi pióra spójniki bowiem i zaś pojawiły się 

tuż po przecinku (u Mrożka - raz po kropce), czyli na początku zdań. I tak zachowują się dzisiaj prawie wszyscy 
Polacy. Gdy zaś sięgam do swoich publikacji z dawnych lat, też się przyłapuję na takim samym szyku (i nikt mi nie 
zwrócił uwagi!).

  Trzeba więc powiedzieć wyraźnie: coraz słabsza jest świadomość tradycyjnej normy, która formy bowiem i zaś 

nakazuje   umieszczać   nie   między   zdaniami   składowymi,   lecz   wewnątrz   drugiego   z   połączonych   zdań,   po   jego 
pierwszym   wyrazie   lub   jeszcze   dalej   („Była   to   opozycja   swoiście   antypolityczna,   obce   bowiem   było   jej   pojęcie 
politycznego kompromisu z władzą", „Filharmonii nie ma, w języku obcym zaś z nikim nie mogę się porozumieć").

W latach sześćdziesiątych prof. Witold Doroszewski pisał: „Niestety, ta zasada bywa czasem naruszana nawet w 

utworach literatury pięknej". We współczesnych wydawnictwach poprawnościowych można już przeczytać: „Trzeba 
przyznać, że obecnie obydwu spójników coraz częściej używa się niezgodnie z tradycją" (M. Bańko, M. Krajewska, 
„Słownik wyrazów kłopotliwych", Warszawa 1994,s.49).

A dlaczego owa tradycja wymaga przesunięcia bowiem i zaś za pierwszy lub nawet dalszy wyraz w zdaniu? Ma 

ona swoje źródło w łacinie i pochodzi z okresu jej wpływu na literacką polszczyznę. Zachowawczość wydawnictw 
normatywnych,   które   mimo   wszystko   ciągle   o   owej   tradycji   przypominają   (nawet   w   bardzo   liberalnym   nowym 
„Praktycznym   słowniku   poprawnej   polszczyzny   nie   tylko   dla   młodzieży"   pod   red.   A.   Markowskiego   czytamy: 
„Niepoprawne jest rozpoczynanie od bowiem tej części zdania, do której się odnosi. Spójnik ten należy umieszczać na 
drugim lub trzecim miejscu w zdaniu"; „Spójnik zaś tradycyjnie umieszczamy na drugim miejscu w zdaniu"), jest 
uzasadniona o tyle, że spójniki bowiem i zaś należą do stylu książkowego, a zatem ich składniowa odrębność poniekąd 
przylega do specyficzności stylistycznej. Ponieważ jednak inne spójniki - w tym i odpowiedniki naszych bowiem i zaś, 
czyli bo, gdyż, ponieważ, a, natomiast - występują na początku zdań, tendencja do ujednolicenia pozycji wszystkich 
spójników okazuje się silniejsza.

Na koniec jeszcze słowo o formie zaś. Współczesne słowniki informują, że jest to spójnik zestawiający zdania 

współrzędne   (lub   ich   równoważniki),   podkreślający   przeciwstawność   treści   tych   zdań   (pewne   fakty   nabierają 
znaczenia, inne zaś tracą), a kiedy indziej - partykuła uwydatniająca człon objaśniający, wyróżniający, przyłączany do 
zdania treściowo nadrzędnego (lubił wszystkie owoce, najbardziej zaś jabłka). Ale w słowniku Orgelbranda z roku 
1861 pod hasłem zaś znajdujemy także, choć opatrzone kwalifikatorem przestarzałości, znaczenie „znowu, nazad, drugi 
raz" („Witold ziemię żmudzką, którą był Krzyżakom postąpił, zaś opanował"). Znaczenie „znów, znowu" potwierdzają 
teksty staropolskie: „Idź teraz, przyjdźże zaś" (Biblia Leopolity z r. 1561), „Dawno umorzone błędy Oryginesa zaś 
ożyły" (Piotr Skarga 1536-1612).

To dawne znaczenie utrzymuje się do dziś w dialekcie śląskim, jak wiadomo - bardzo archaicznym („to mowa 

Rejów i Kochanowskich" -powtarzał Aleksander Briickner). Więc i ja, pochodzący z Górnego Śląska, mówię do dziś: 
Jurek zaś do nas przyjdzie", „Urszula zaś tej książki nie przyniosła", „Marcin zaś gdzieś pojechał", a we wszystkich 
tych wypowiedziach zaś znaczy tyle co „znowu, znów".

Jak to jest z zaimkiem się.

background image

„Koledzy z „Courrier international" poprosili mnie o wywiad do swego tygodnika. Żebym powiedział, co myślę o 

współczesnej literaturze francuskiej. Się zastanowiłem i odpowiedziałem tak oto" -czytam w „Gazecie Wyborczej", w 
jednym z „Paryskich pasaży" Krzysztofa Rutkowskiego.

Przytoczony fragment napisany jest stylem felietonowym. Oto drugie zdanie zaczyna się spójnikiem żeby, który na 

ogół   -   w   tekstach   „cięższego"   kalibru   -   łączy   ze   sobą   zdania   nadrzędne   z   podrzędnymi   (poprosili   mnie,   żebym 
powiedzieli; powiedzieli, żebym wyszedł; poprosili, żebym został itp.).

Jeszcze   bardziej   felietonowy   -   na   granicy   stylistycznej   prowokacji   -   jest   pomysł   umieszczenia   na   początku 

następnego zdania zaimka zwrotnego się: „Się zastanowiłem". Można go zaakceptować tylko przy aprobacie owej 
żartobliwej konwencji - tak jak większość akceptuje się mai Jerzego Owsiaka, będące skrótem konstrukcji jak się masz 
reguła  poprawnościowa  wyklucza  się na  początku wypowiedzeń.  Zgodne  z nią będą  więc  tylko  konstrukcje  typu 
zastanowiłem się, rozmyśliłem się, zdecydowałem się, przekonałem się, zaczytałem się.

Jeśli jednak wypowiedzenie jest dłuższe, warto zaimek się przesunąć przed czasownik, ku początkowi całego 

wypowiedzenia. Zaleca się takie postępowanie zwłaszcza wtedy, gdy zapobiega ono pozostawieniu tegoż się na końcu 
zdania.   Przywiązany   do   tradycyjnych   reguł   stylistycznych   Polak   będzie   się   dlatego   zżymał   na   utrwaloną   od   lat 
sklepową formułę „po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się". Czyż nie byłby lepszy szyk po odejściu od kasy 
reklamacji się nie-uwzględniay. To w języku rosyjskim s;a - odpowiednik naszego się -musi być zawsze w pozycji 
poczasownikowej. W języku polskim - dzięki wariantywnej pozycji się w szyku zdaniowym - uzyskać można efekt 
stylistycznej różnorodności.

Dostrzec go można w jakimkolwiek dawniejszym tekście - choćby popularnego przed laty Stanisława Jachowicza 

(1796-   1857):   „Na   sukni   wypierze   się   plama",   „Ta   się   plama   nie   wypierze",   „Ale   strzeż   się,   moje   dziecię",   „A 
chłopczyk się ze snu budzi", „Więc się szybko zrywa z łóżka", „Słońce spojrzało na biedne dziatki, co się w ochronce 
bawiły".

Jakże elastycznie operował zaimkiem się Jakub Wujek, szesnastowieczny tłumacz Biblii: „Gdy się tedy narodził 

Jezus   w   Betlejem",   „Gdzie   jest,   który   się   narodził   król   żydowski?",   „A   usłyszawszy  król   Herod   zatrwożył   się   i 
wszystka Jerozolima z nim", „I zebrawszy wszystkie przedniejsze kapłony i doktory ludu, dowiadował się od nich, 
gdzie s i ę miał Chrystus narodzić".

Znamienną cechą współczesnej polszczyzny staje się, niestety,  unieruchamianie zaimka się tylko w pozycjach 

poczasownikowych. Napisałem niestety, bo szkoda mi owej stylistycznej różnorodności! Przeczytałem ostatnio raz 
jeszcze opowiadanie Jerzego  Andrzejewskiego „Wielki Tydzień", by je skonfrontować z filmem Andrzeja Wajdy. 
Zobaczyłem,   że   nawet   wielki   pisarz   nie   ustrzegł   się   stylistycznej   monotonii,   prawie   wyłącznie   się   posługując 
poczasowniko-wym szykiem zaimka się: „Domy urywa t y się i otwierał się pusty, rozległy i wyboisty plac", „Ludzie, 
którzy wycofali się na podwórze, znowu wracali do bramy", „A może chce pani położyć się? - spytała Anna", „To 
córeczka pani Karskiej - wyjaśniła Anna. Już podczas wojny urodziła się", Julek zastanowił się", „Upłynęła dłuższa 
chwila, nim zorientowała się", „Rozmowa przy stole wyraźnie nie składała się i kulała", „Na szczęście posiłek trwał 
krótko, a ledwie skończył się, Irena przeszła do pracowni", „Anna natychmiast przebudziła się", „Przez dłuższy czas 
Anna nie ruszała się".

Czyż nie można było - choćby w połowie przykładów - przesunąć się ku przodowi? Przyniosłoby to jakże pożądany 

efekt stylistycznej różnorodności, a i naturalności (czyż w mowie żywej nie powie się spontanicznie „A może chce się 
pani położyć?", Już podczas wojny się urodziła", „Anna natychmiast się przebudziła"). Wszyscy użytkownicy języka - 
nie tylko ludzie pióra - o tej różnorodności powinni pamiętać, korzystając w tym względzie z elastyczności naszej 
ojczyzny-polszczyzny.

Dużą i małą literą

„Społeczeństwo   to   nic   innego   jak   indywiduum   pisane   z   dużej   litery",   „Państwo   nie   jest   niczym   innym   jak 

indywiduum pisanym z dużej litery" - czytam w pewnej pracy filozoficznej. „Autorzy projektu konstytucji piszą wyraz 
państwo z dużej litery" - taką konstrukcję przypisuje mi dziennikarka pewnej gazety w krótkim wywiadzie, jakiego jej 
udzieliłem   przez   telefon.   Gdy   zobaczyłem   tę   wypowiedź,   uzmysłowiłem   sobie   nie   po   raz   pierwszy   konieczność 
autoryzowania nawet kilkudziesięciosekundowych rozmów z przedstawicielami mediów. Bo mówię często publicznie: 
jestem tylko człowiekiem, więc i mnie zdarzają się językowe wpadki - czy to gramatyczne, czy stylistyczne. Nie mogę 
jednak potulnie akceptować błędu, którego nie mogłem zrobić!

Do takich właśnie niemożliwości w moim języku osobniczym  należy nieszczęsne wyrażenie z dużej (z małej) 

litery.   Ja  po prostu  ani  razu  w  życiu   się  nim  nie  posłużyłem,   gdyż  połączenia   dużą,  małą  literą   są  takim   moim 
nawykiem  jak...natychmiastowe  wymycie  po sobie szklanki czy talerza, o czym  dobrze wiedzą moi domownicy i 
współpracownicy.

Z drugiej  strony - zarówno zacytowane na początku fragmenty publikacji  naukowej, jak i zachowanie  młodej 

dziennikarki dowodnie świadczą o mocno już utrwalonym zwyczaju posługiwania się połączeniami z przyimkiem z. A 
dlaczego uznaje się je za niepoprawne? Są one rusycyzmami - kalkami rosyjskich wyrażeń s bolszoj, s małoj  bukwy.

Proszę więc wszystkich gorąco, by pisali dużą (wielką) bądź małą literąl Nie namawiam już natomiast do używania 

wyrażeń od dużej, od małej litery. Uznawane przez wszystkie wydawnictwa za poprawne, praktycznie nie pojawiają się 
one w codziennym obiegu.

background image

Alternatywa duża - wielka litera tez jest przyczyną  częstych sporów. Niejedna osoba zgłaszała zastrzeżenia do 

używanej przeze mnie konstrukcji dużą literą, powołując się przy tym na zalecenie wyniesione ze szkoły, że należy się 
tylko posługiwać konstrukcją wielką literą.

Nie ma przegranego w tym sporze, bo wszystkie poradniki i słowniki dopuszczają obie wersje, czyli dużą literę i 

wielką literę. Powiem jednak, dlaczego wolę dużą literę i tylko tym przymiotnikiem się zadowalam. Otóż słowo wielki 
nie jest dla mnie neutralnym określeniem, absolutnie tożsamym znaczeniowo z formą duży. Wielki, mówiąc językiem 
algebraicznym, to „duży plus nacechowanie emocjonalne" (wielki człowiek, wielki gmach, wielkie drzewo, wielki 
zwierz itp.). Tego natężenia uczuciowego nie potrzebuje przecież  litera. Dlatego  piszę coś dużą literą. Określenie 
wielka wykorzystuję w odniesieniu do liter znacznych rozmiarów i powiem np. „ Wielkie litery rzucały się wszystkim 
w oczy z daleka".

Maryja i Maria

Jaka jest różnica stylistyczna między imiennymi postaciami Maryja i Maria? W tekstach kościelnych pojawiają się 

oba te warianty brzmieniowe.

Punktem wyjścia  naszych  rozważań niech  będzie przymiotnik  maryjny - z połączeniem  głoskowym  -yj:  Jeśli 

dołączymy do niego żywe zwłaszcza na Śląsku zdrobnienie Maryjka (z lat dzieciństwa pamiętam i Ryję'.), bez trudu 
uzmysłowimy sobie, że z formalnego punktu widzenia relacja Maryja  - Maryjka - maryjny jest tożsama z takimi 
ciągami słów, jak lekcy ja - lekcyjka - lekcyjny, stacyja - stacyjka - stacyjny, kondycyja - kondycyjka - kondycyjny czy 
familija -familijka - familijny.

Bo też przez wieki całe, o czym mówiliśmy już w rozdziale Kategorri - kategoryj, pierwsze człony tych ciągów 

wymawiano i pisano ze śródgłosowym -y j- (-ij-). To była pierwotnie Maryja („Nie uwierzę, że nam sprzyja Jezus, 
Maryja" - rymował Mickiewicz w „Dziadach") - tak jak pierwotne były lekcyja, stacyja, kondycyja i familija. Cztery 
ostatnie formy ustąpiły miejsca dziś wyłącznym postaciom lekcja, stacja, kondycja, familia. Krótsza i młodsza Maria - 
tez dziś wyłączna w języku ogólnym - nie wyparła Maryi z tekstów kościelnych, a mówiąc ściślej: pierwotną Maryję 
odnosi się obecnie wyłącznie do Matki Jezusa Chrystusa.

Względy rytmiczne sprawiają, że w modlitwach i pieśniach kościelnych funkcjonują czasem brzmienia Maria: 

„Zdrowaś Mario, ła-skiśpełna", „Witaj, Ma no, śliczna Pani", „Pomnij, Ma rio. Matko miła". W absolutnej większości 
tekstów utrzymuje się jednak forma ze śródgłosowym  -yj-: „Bogu Rodzica Dziewica, Bogiem  sławiona Maryja!", 
„Cześć Maryi, cześć i chwała", „Idźmy, tulmy się jak dziatki do serca Maryi Matki", „Zawitaj, bez zmazy lilijo (też sta-
re -y-!). Matko różańcowa, Maryjo", „Z dawna Polski Tyś Królową, Maryjo", „Zdrowaś   Maryjo, Bogarodzico", „Ave, 
ave,  ave Mary ja",  „Do Ciebie się uciekamy,  o Maryjo,  Maryjo",,,  Maryjo. Mary j o, o Maryjo,  świeć!",  „Bądź 
pozdrowiona, o Maryjo", „O Maryjo, kwiecie biały", „O Maryjo, Tyś przed wieki", „Tryumf i cześć Maryi".

Imię Maria pochodzi od hebrajskich postaci Minom, Maryam, które najczęściej się wiąże z akadyjskim słowem 

mariam - „napawa radością". Inne etymologie łączą nasze imię z mara („być tłustym", a wtórnie - „być pięknym") bądź 
wywodzą je z egipskiego merijam („ukochana przez Jahwe", „ukochana przez Boga" lub „miłująca Boga"). Według św. 
Hieronima imię to znaczy „pani". Jeszcze inni zaś wiążą je z czasownikiem rawah znaczącym tyle co „poić" i sądzą, że 
dosłownie znaczy ono „napawająca radością, przyczyna naszej radości" (por. na ten temat: H. Fros SJ, F. Sowa, „Twoje 
imię. Przewodnik onomastyczno-hagiograficzny", Kraków 1975,s.398).

Dodajmy na koniec, że w dawnej Polsce imię Maria nie było używane ze względu na szczególną cześć, jaką 

otaczano Matkę Boską. Posługiwano się formacjami pochodnymi Mary na, Marianna itp. Później przez całe wieki 
znajdowały się w powszechnym obiegu takie spieszczenia, jak Marysia, Mania, Mańka, Maryśka. Dziś -obok formy 
Maria - najczęściej się słyszy Maryle, Marylki i Mariole. Znaczną popularnością odznacza się też Mary, czego trudno 
nie uznać za znak czasu.

Na światy Maciej skowronek zapiej

W wydrukowanej w „Tygodniku Powszechnym" recenzji książki Alaina Robbe-Grilleta „Podglądacz" (tłum. Loda 

Kałuska-Holuj,   Warszawa   1996)   Tadeusz   Nyczek   napisał:   „Komiwojażer   Maciej   (niezbyt   zręcznie   brzmi   to 
spolszczenie imienia Mathias) handluje, jak się rzekło, zegarkami".

Czy słuszne było w tłumaczeniu francuskiej książki polszczenie formy Mathias, można się - tak jak i recenzent - 

zastanawiać. Nie ulega natomiast wątpliwości, że odpowiednikiem Mathiasa jest w naszym języku na pewno Maciej 
(łac., niem. Mattńias, port. Mathias, ang. Matthew, Mattia, węg. Maryas).

Warto   wiedzieć,   że   Maciej   jest   etymologicznie   (z   pochodzenia)   tożsamy   z   imieniem   Mateusz.   U   źródeł   obu 

brzmień stoją hebrajskie formy Mattatyah, Mattanja - „dar Boga", „dany przez Boga".

Ich grecką kontynuacją była postać Mattias (Mathias), łacińską zaś - Matthaeus. Z tej pierwszej zrodził się u nas 

Macie;, z drugiej  - Mateusz. Mieszano jednak te imiona od samego  początku, a zwłaszcza ich formy skrócone  i 
spieszczone, takie jak Mach, Matus, Matusek, Matys, Matysek.

W Kościele w Polsce imię Mateusz związane jest z postacią apo-stoła-ewangelisty. Maciej zaś - z postacią tego 

apostoła, który po Wniebowstąpieniu Pańskim i samobójczej śmierci Judasza dopełnił liczbę dwunastu najbliższych 

background image

uczniów Jezusa.

Od   imienia   Maciej   biorą   początek   liczne   nazwiska:   Macko,   Maćków,   Maćkowiak,   Machowski,   Maćkowicz, 

Maciuk,   Maciukiewicz,  Ma-ciulewicz,  Maciuła,   Mackiewicz,   Maculewicz,  Mach,  Machaj,   Machnik,  Maciaszczyk, 
Maciejewski, Macierewicz, Maciejewicz, Maciejak, Ma-ciejczak, Maciaszek, Macioszek.
Licznie reprezentowany jest też Maciej w polskiej frazeologii: często posługujemy się przecież metaforami w koło 
Macieju   czy  przyjdzie   kryska   na  Matyska;   śpiewamy  umart   Maciek,   umart,   już   leży  na   desce,   zęby  mu   zagrali, 
podskoczyłby jeszcze; z kalendarzowych fraz przywołajmy na świętego Macieja prędzej wiosny nadzieja, na świętego 
Maciejca zniesie gęś pierwsze jejca, na święty Maciej skowronek zapiej; z ksiąg przysłów zacytujmy bierz, Maćku, 
żyrdkę i rżnij na odwyrtkę; bił Maciek żonę zawsze w jedną stronę; dobra psu mucha, a Mariaszowi płotka; leciał 
Maciuś bruzdą, Baśka za nim z uzdą; to nie ja, to syn Macieja.

A   skoro   już   mówiliśmy   o   tożsamości   etymologicznej   Macieja   i   Mateusza,   dodajmy,   że   kryje   się   też   ona   za 

imionami Stefan i Szczepan. Obie te formy wywodzą się z greckiego rzeczownika stephanos
- „wieniec, korona". Z tego punktu widzenia trzeba powiedzieć, że był więc np. Stefanem i święty-król Węgier (w jeż. 
węgierskim   kon-tynuantem   fonetycznym   Stefana   jest   Istvan),   i   święty-ukamienowany   Żyd,   pierwszy   męczennik, 
czczony przez Kościół w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia.

Ponieważ   język   prasłowiański   i   wyrosła   z   jego   pnia   polszczyzna   pierwszych   wieków   nie   znały   dźwięku   /, 

zamieniano go na wargowe p bądź b. To dlatego np. od łacińskiego czasownika /irmo („umacniam, wzmacniam, czynię 
silnym")   pochodzą   takie  wyrazy,   jak  ang.  i   franc.  Confirmation,  niem.  Konfirmation  -   wszystkie  z,  a  my  mamy 
bierzmowanie (z dawn. birzmowanie) - z b. To dlatego także Stefan przyjął u nas swojską postać Szczepan i z nią 
właśnie związano osobę wspomnianego pierwszego męczennika, z królem węgierskim zaś - zaadaptowaną później, 
przyswojoną   formę   Stefan   -   już   z   /   (stąd   i   dwie   serie   nazwiskowe:   Szczepanik,   Szczepaniak,   Szczepań-ski   oraz 
Stefanik, Stefaniak, Stefański).

Kiedy więc wspominać będą Państwo dwie katedry - budapeszteńską i wiedeńską, powinni Państwo zgodnie z 

naszą tradycją mówić o pierwszej z nich, że jest pod wezwaniem św. Stefana, a o drugiej, że jest pod wezwaniem św. 
Szczepana (mimo zapisu na budowli czy na jej widokówce: Stephansdom).

O słowotwórczej giętkości nazwisk

, Jeśli dodamy do tego falandyzację i jaskiernizację prawa, to uznać trzeba, że na ten ogranicznik zbytnio liczyć nie 

możemy" - czytam w jednym z artykułów Michała Zielińskiego i uświadamiam sobie nie po raz pierwszy, że można w 
polszczyźnie urabiać przyrostkiem -izacja//-yzacja formacje odnazwiskowe (podstawy słowotwórcze to, oczywiście, 
Falandysz  i  Jaskiemia).  Przed laty zetknąłem  się już przecież  w tekstach  krytycznoliterackich  z faulkne-ryzacjq  i 
hoffmanizacją, a więc formami utworzonymi od nazwisk Faulkner i Hoffman, a ostatnio - „z urbanizacją (od nazwiska 
Urban) wielu naszych gazet". Nietrudno się domyślić, że wszystkie te odnazwiskowe rzeczowniki powstały na zasadzie 
analogii   do   bardzo   produktywnego   ciągu   amerykanizacja,   apartamentyzacja,   ateizacja,   chemizacja,   etatyzacja, 
festiwalizacja, higienizacja, ideologizacja, industrializacja, italianizacja, judaizacja, kombajnizacja, konceptualizacja, 
kongizacja,   marginalizacja,   mechanizacja,   pedagogizacja,   standaryzacja,   telefonizacja,   typizacja,   wietnamizacja, 
oznaczającego - dzięki przyrostkom -izacja//-yzacja - proces nasilania się pewnych zjawisk, powiększania się ilości 
czegoś.

Struktury tego typu  spotkać można głównie w stylu naukowym  (substantywizacja, werbalizacja, izomeryzacja, 

polimeryzacja itp.) oraz publicystycznym (amerykanizacja, wietnamizacja, estetyzacja, tranzystoryzacja, basenizacja). 
Pojawianie się ich w odmianie potocznej tłumaczyć  należy potrzebą intelektualizacji (!) danego tekstu. Wyrazami 
modnymi stają się najczęściej słowa pochodzące z takiej odmiany języka, która zdobyła sobie pewien prestiż społeczny. 
Nasze czasy charakteryzuje upowszechnienie kultury naukowej. Nic więc dziwnego, że formacje charakterystyczne dla 
stylu naukowego stają się dziś szczególnie produktywnymi typami słowotwórczymi.

Podobne   uzasadnienie   odnosi   się   do   kolejnego   typu   derywatów   odnazwiskowych,   takich   jak   chopinolog, 

kopemikolog,   fredrolog,   norwidolog,   mickiewiczolog,   brechtolog,   camusolog,   gombrowiczolog,   her-bertolog, 
jezusolog, moniuszkolog, szekspirolog, witkacolog - „badacz, znawca życia i twórczości Chopina, Kopernika, Fredry, 
Norwida itd.", zasilających tradycyjny i pojemny ciąg słowotwórczy archeolog, biolog, geolog, ginekolog, ichtiolog, 
immunolog, filolog, kynolog, ornitolog.

Formacje   z   cząstkami   -izacja   /   -yzacja   oraz   -log   są   na   pewno   najliczniejsze.   Ale   to   nie   jedyne   struktury 

odnazwiskowe w naszym języku! Obcymi, ale przyswojonymi polszczyźnie sufiksami utworzono takie postacie, jak 
boyizm,   peiperyzm,   petrarkizm,   piagetyzm   (od   Boy,   Peiper,   Petrarka,   Piaget),   babeufista,   cervantysta,   marksista, 
noblista, simenonista, whorfista (od Babeuf, Cervantes, Marks, Nobel, Simenon, Whorf).

Na wykorzystanie czeka też np. przyrostek  -owiec:  batistowiec -„zwolennik Batisty",  berlingowiec - „żołnierz 

dywizji generała Ber-linga", ellingtonowiec - „członek zespołu Ellingtona", kożdoniowiec - „zwolennik Koźdonia", 
rospondowiec - „uczeń profesora Rospon-da", gerlachowiec - „pracujący w fabryce Gerlacha", hitlerowiec -„zwolennik 
Hitlera,   żołnierz   armii   Hitlera",   kajdaszowiec   -   „członek   chóru   Kajdasza",   moczarowiec   -   „zwolennik   Moczara", 
satano-wiec   -   „partyzant   oddziału   Satanowskiego",   stalinowiec   -   „zwolennik   Stalina",   wagnerowiec   -   „śpiewak 
specjalizujący się w wykonywaniu utworów Wagnera", wałęsowiec - „zwolennik Wałęsy".
Produktywny - zwłaszcza w gwarze warszawskiej - jest sufiks -ak: poniatowszczak - „most Poniatowskiego", kercelak - 

background image

„plac Ker-celego", dzierżyniak - „plac Dzierźyńskiego", słowacczak - „pomnik Słowackiego", doroszewszczak - „uczeń 
profesora Doroszewskiego", spotykany i w innych regionach: cegielszczak - „pracujący w zakładach Cegielskiego", 
stuligroszak - „członek chóru Stuligrosza".

Sięga   się   czasem   po   formant   -arz:   patriotów   polskich,   zwolenników   Korfantego   np.   zwano   na   Śląsku 

korfanciorzami.

(Zawsze jakąś formację odnazwiskową można stworzyć  za pomocą pojemnego znaczeniowo przyrostka -ów(k)a: 

hohnerówka   -   „harmonia   firmy  Hohner",   karabaszówa   -   „film   pozostający   pod  wpływem   twórczości   Karabasza", 
kasprzakówka - „zakłady imienia Kasprzaka", miodkówka - „mieszkanie Miodków", rospondówka - „budynek Katedry 
Języka Polskiego kierowanej przez lata przez profesora Rospon-da", platerówka - „żołnierka batalionu imienia Emilii 
Plater".

Zdarzają   się   i   rzeczowniki   z   przyrostkiem   -ik//-yk,   np.   biało-szewszczyk   -   „poeta   pozostający   pod   wpływem 

Białoszewskiego", chrzanowczyk - „uczeń profesora Chrzanowskiego", hallerczyk -„żołnierz brygady gen. Hallera", 
piłsudczyk - „żołnierz Piłsudskiego, jego zwolennik", rydygierczyk - „mieszkający przy ulicy Rydygiera", a także - 
rzadziej - z przyrostkiem -yzna, np. grotowszczyzna - „naśladowanie Grotowskiego", paderewszczyzna - „rządy Pade-
rewskiego", dostojewszczyzna - „wpływ Dostojewskiego, naśladowanie Dostojewskiego, atmosfera Dostojewskiego", 
jagielińszczyzna -„kierunek w PSL reprezentowany przez Jagielińskiego", a nawet -ątko - viczaniątko „podopieczny 
trenera Viczana".

Wszystkie   te   formy,   zaczerpnięte   z   tekstów   publicystycznych   i   z   języka   potocznego,   wystarczająco   wyraźnie 

ukazują zdolności przetwórcze słów i stylistyczne efekty tych zabiegów, jakimi są nacechowanie emocjonalne i szeroko 
pojęta ekspresja, często doprawiona humorem.

Zobaczmy na koniec, jak wyjątkowo twórczy w operowaniu nazwiskami był Stefan Kisielewski. Wystarczy sięgnąć 

do   jego   głośnych   „Dzienników".   I   tak   np.   genetycznie   przymiotnikowe   nazwiska   z   wygłosowym   -ski,   takie   jak 
Grydzewski, Jabłoński czy Słonimski, zamienia Kisiel na żartobliwe przymiotniki: „Niektóre sądy Lechonia o sztuce 
już trawię, choć bardzo są grydzewskie", „Na uniwersytetach też zagości jabłońska nuda bez żadnej alternatywy", „To 
rzeczywiście   chyba   echa   terroru   słonimskiej   kawiarni".   To   samo   czyni   z   (Janem)   Kottem:   „Artykuł   efektownie 
napisany, ale w swym sednie głupi i pusty, jak wszystko co K Otcie".

Formom Kępa i Stomma frywolnie przywraca rodzaj żeński: „Ma go Gierek wyrzucić, choć ta Kępa walczy, jak 

może", „Biedna Stomma protestowała w Sejmie".

Zwolennik, przyjaciel Słonimskiego to słonimszczak („Tego to słonimszczaki niezrobią"). Pendereckiego nazywa 

Kisiel Penderecjuszem („Sukces Penderecjusza"). Ma też w zanadrzu derywat pendereckiada, urobiony na zasadzie 
słowotwórczej  analogii  do spartakiady,  olimpiady czy żakinady („Stąd są np. festiwale Warszawska  Jesień i inne 
pendereckiady"),

Przyrostkiem -izm tworzy rzeczowniki od nazwisk Mrozek i Orwell: „Otchłanie mrożkizmu w naszym życiu są 

niezbadane", „Orwellizm jest wszędzie wokół". Pisze także o„zorwellizowanym kraju".

Nie byłby wreszcie Kisielem, by nie poigrać sobie obscenicznie z nazwiskiem Dubczek: „Ciekawe, czy Dubczek 

wy... Rusów, czy też odwrotnie". A los Czechów po 21 sierpnia 1968 roku podsumowuje kolejną obsceną: „Czechów 
wy...,   oczernili   i   wystrugali".   Tu   Dubczeka   zasilają   morfologicznie   Czemik   i   Strougal   -   równie   znane   postacie 
ówczesnej sceny politycznej.

Jako kto chce, Dobry chłop, Sąsiada, Ksiądz, Dzień

Od czasu do czasu spotykamy się z nazwiskami dziwnymi i rzadkimi. W moich rodzinnych stronach np. znam 

pana, który się nazywa Jako kto chce. Z gramatycznego punktu widzenia można by taką formę dostosować do wzoru 
odmiany nazwisk z wygłosowym -e (Jakoktochcego,Ja-koktoćhcemu - jak Kolbego, Kolbemu, Langego, Langemu). 
Wyraźnie zdaniowy, sklejkowy charakter tej postaci (jako-kto-chce) przeszkadza jednak w takim jej potraktowaniu, a 
zdrowy rozsądek podpowiada, by się zdecydować na brzmienie mianownikowe we wszystkich przypadkach (do pana 
Jakoktochce, z panem Jakoktochce, o panu Jakoktochce).

Na jednym  ze spotkań poprosiła mnie o dedykację  pani... Do-brychłop.  Bez  wahania napisałem:  „Pani  Irenie 

Dobrychłop..."- tak 'jak wpisałbym się Zofii Nowak, Beacie Madej czy Jadwidze Piotrowicz.

A jak trzeba się zachować w stosunku do pana noszącego to na-zwisko-połączenie przymiotnika z rzeczownikiem? 

Pierwszy człon tego zrostu unieruchamiamy fleksyjnie, drugi zaś podporządkowujemy regularnemu paradygmatowi 
męskiemu: Dobrychłopa, Dobrychłopowi (w celowniku nazwisk męskich musi być -owi; co innego odmiana wyrazu 
pospolitego chłopa, chłopu), Dobrychłopem, o Dobrychłopie (jak np. Prokopa, Prokopowi, Prokopem, o Prokopie).

Nauczyciele jednej z wrocławskich szkól z kolei musieli na koniec roku szkolnego wręczyć nagrody uczniom o 

nazwiskach Sąsiada, Ksiądz i Dzień.                                      

Najmniejszy był kłopot z formą pierwszą: trzeba ją bezdyskusyjnie podciągnąć pod typ Widera, Kaleta, Matema. 

Skoro więc Wi-dery - Widerze - z Widerq - o Widerze, to i Sąsiady - Sąsiadzie - z Sąsiada - o Sąsiadzie. Jak w 
wypadku Dobrychłopa i tu trzeba odrzucić brzmieniowo-deklinacyjne skojarzenia z rzeczownikiem rodzaju męskiego 
sąsiad (zwłaszcza z miejscownikiem i wołaczem sąsiedzie), choć etymologiczny związek jest oczywisty.

To zalecenie zaś odnosi się w całej rozciągłości do postaci Ksiądz. Jako męska forma nazwiskowa musi mieć ona w 

celowniku końcówkę -owi (jak wyżej Dobrychłopowi, choć chłop - chłopu, czy Lew - Lwowi, choć lew - lwu), ale też i 
wymiana   ą:ę   zachodząca   w   wyrazie   pospolitym   (ksiądz   -   księdzu)   nie   wchodzi   tutaj   w   grę,   bo   otrzymalibyśmy 

background image

brzmienie Księdzowi, sprawiające wrażenie błędu-żartu. A zatem można coś dać czy zadedykować Ksiądzowi. Tylko 
taka forma odnosząca się do nazwiska jest do przyjęcia (w pozostałych przypadkach: Ksiądza, Ksiądzem, o Ksiądzu).

I wreszcie Dzień. Popularność wyrazu pospolitego dzień odmieniającego się z tzw. e ruchomym (dzień - dnia jak 

pień - pnia) każe zalecić odmianę Dnia, Dniowi, Dniem, o Dniu. Robi ona wrażenie najnaturalniejszej, podciągniętej 
pod fleksję nazwisk typu Stępień, Michalec, Borek (Stępnia - Stępniowi, Michalca - Michalcowi, Borka - Borkowi).

Z nazwisk znaczących swój odrębny charakter deklinacyjny zyskały formy Gołąb i Kozioł: Gołąba - Gołąbowi - 

Gołąbowie, Kozioła -Koziołowi - Koziołowi^mimo ze gołębia - gołębiowi, kozła - kozłowi).

Citko, Mleczko, Lato, Lubaszenko

W jednym z czasopism młodzieżowych znajduję rubrykę zatytułowaną jak zostać Markiem Citko, uczy Marek 

Citko. Jak widać, dwa przypadki gramatyczne - narzędnik ze zdania pierwszego i mianownik ze zdania drugiego - mają 
tutaj   tę   samą   postać.   To   nie   pierwszy   znak   pogłębiającego   się   kryzysu   fleksyjności   nazwisk   funkcjonujących   w 
polszczyźnie. Szczególnie utrwala się zwyczaj nieodmieniania nazwisk kończących się samogłoską -o, takich właśnie 
jak Citko czy Mleczko, Sidło, Lato, Popiełuszko, Klimuszko, Siemaszko, Bójko, Ziobro, Lubaszenko.

Bekroć ktoś z nosicieli tego typu nazwisk daje mi po spotkaniu autorskim książkę do podpisania, tylekroć słyszę: 

Janowi Siemaszko, dla Stanisława Ziobro itp. Długopis odmówiłby mi posłuszeństwa, gdybym chciał się posłużyć taką 
formą! - replikuję niezmiennie i - oczywiście - dane nazwisko odmieniam: Janowi Siemaszce, dla Stanisława Ziobry. 
Polecam też wszystkim jako wzór deklino-wanie znanych nazwisk/skoro Kościuszki - Kościuszce - Kościuszką czy 
Matejki - Matejce - Matejką, to i Mleczki - Mleczce - Mleczką, Sidły - Sidle - Sidła, Laty - Łacie - Łatą, Popiełuszki - 
Popiełuszce - Po-pieluszką, Klimuszki - Klimuszce - Klimuszką, Siemaszki - Siemaszce
- Siemaszką, Bójki - Bójce - Bójką, Ziobry - Ziobrze - Ziobrą.

Nie może być zatem wątpliwości, że identycznie należy traktować nazwisko Citko: podanie do C i t k i, podał C i te 

e, dojrzał Citkę, rozumie się z C i tka, zapomniał o Citce. Jedynie zaś poprawna wersja przytoczonego nagłówka 
powinna wyglądać następująco: Jak zostać Markiem Citką, uczy Marek Citko.

Wiele osób wymawia to nazwisko z nagłosowym połączeniem c-i - takim jak np. w wyrazach obcych ci f, circa, 

cirrus czy cito. Namawiam wszystkich, by odstąpili od tego zwyczaju i podciągnęli je fonetycznie do form typu Ciszek, 
Ciszewski, Cichowski. Niech to zatem będzie Citfeo z nagłosowym ci'-!

A skoro już mówimy o nazwiskach kończących się samogłoską -o, dodajmy, że należy także do nich Łukaszenko. 

W języku białoruskim w sylabach następujących po zgłoskach akcentowanych to o wymawiane jest jak a: Łukaszenka 
(nawet Polacy z północno-wschodnich obszarów mają skłonność do wymowy typu Popietusz-ka, Kościuszką, Matejką). 
Nie znaczy to jednak, by i w polszczyźnie miał się pojawiać Łukaszenka. W naszym języku uzasadnione jest brzmienie 
Łukaszenko - z wygłosowym -o - jak Franko, Czemienko, Semenenko itp.

Pawła Huelle czy Pawła Huellego

Oto fragmenty pewnego artykułu: „Zapiski na marginesach opowiadań Pawła Huelle", „Tej łączności ze zmarłymi 

dopomaga historia, objawiona bohaterom prozy Huellego jako przestrzeń wojny", „O apokatastasis panton mówi u 
Huellego  kuzyn  Lucjan",  „Pisanie jest  dla Huellego  próbą zapisu tego, co niezapi-sywalne",  „Razem z gdańskim 
prozaikiem Pawłem Huellem gościmy na 50 urodzinach Lecha Wałęsy", „Może kryje się za tym znużenie rolą, jaką 
krytyka przypisała Huellem u", „Prozatorskie Dziady Pawła Huelle musiały wejść w orbitę wyobraźni Miłosza". Jak 
potraktować mozaikę postaci fleksyjnych nazwiska Huelle?

Korzystając z okazji, chciałbym na początku ustalić sposób wymawiania tegoż nazwiska. Sam pisarz skarżył się 

kiedyś  w   telewizji  na   liczne   rozbieżności   w  tym   zakresie.  Wyjaśnił,  że  połączenie   -ue-   w  jego  nazwisku  należy 
odczytywać jako dźwięk pośredni między u i i - taki jak np. w wymawianym z niemiecka Munchen czy Munster. A 
zatem - nie Hille, nie Hulle, nie - literowo - Huelle, ale H + u zmierzające do i (układ warg mniej więcej taki jak przy 
gwizdaniu!) + Ile.

Możemy teraz przejść do odmiany tego nazwiska. Należy ono do ciągu takich form, jak Lange, Linde, Kolbe, 

Bratke, Szerfke, Lidkę, Reszke, Rummenige, Bandtke, Knothe, Priebke. W naszym języku wszystkie one podlegają 
tradycyjnej odmianie przymiotnikowej:
Huellego - Huellemu, Langego - Langemu, Lindego - Lindemu, Kolbego - Kolbemu itd. - jak dobrego - dobremu, 
wesołego - wesołemu. Można jednak skorzystać z dopuszczalnej możliwości niedeklino-wania ich, jeśli je poprzedza 
odmieniona postać imienia czy jakiegoś innego rzeczownika, np. Radomira Reszke, redaktorowi Bratke czy profesorem 
Lidkę.

Proszę   zauważyć,   że   z   tej   właśnie   możliwości   skorzystano   w   zacytowanych   na   początku   fragmentach:   jeśli 

nazwisko Huelle występuje samodzielnie, zawsze jest odmienione (Huellego, Huellemu); jeśli poprzedza je odmienione 
imię - z jednym wyjątkiem Pawłem Huellem - pozostawione jest w mianowniku (Pawła Huelle). Podobne postępowanie 
gramatyczne widzę w innym artykule: „Ministerstwo Sprawiedliwości wystąpiło do rządu włoskiego o wydanie Ericha 
Priebke", „l sierpnia włoski rząd uwolnił Priebkego".

Zasadniczo skłaniałbym się do zaakceptowania poczynań fleksyjnych odnoszących się do obu nazwisk, chociaż 

background image

zawsze warto pamiętać o czytelnikach, którzy mogą być niemile zaskoczeni mozaiką form napotkaną w jednym tekście 
(przypomina mi się podpis pod pewną fotografią prasową: Projekt F. Bandtke i projekt K. Knothego; żeby było jeszcze 
dziwniej,   w   tekście   artykułu   spotkałem   się   z   wyrażeniem   projekt   Bandtkego   iKnothe).   Więc   gdybym   sam   pisał 
wszystkie te wypowiedzenia, zdecydowałbym się na fleksyjną jednorodność. A jaką? Nazwiska Huelle, a także Priebke, 
Bandtke i Knothe odmieniałbym i wtedy, gdybym się nie podparł imieniem, i wtedy, gdyby taka deklinacyjna podpórka 
wystąpiła.   Takie   postępowanie   gramatyczne   należy   zalecać,   aprobując   w   ten   sposób   naturalny   proces   adaptacji 
(przystosowania) formy obcej do polskiego systemu morfologicznego.

Jak odmieniać nazwiska włoskie?

W   pewnym  artykule   prasowym  znajduję  wypowiedzenie:   ,Jaku-bowicz  przypomina   prognozę   Umberto  Eco   o 

nowej  straty  fikacji   społecznej".  W  słowie  wstępnym  do  „Semiologii  życia   codziennego"   -  książki, którą  napisał 
Umberto Eco, a przetłumaczyli ją na polski Joanna Ugniewska i Piotr Salwa - napotykamy fragment: „Wielorakość ról, 
form wypowiedzi, gatunków prozy przyczyniła się do zawrotnej kariery Urn berta Eca". Z mojej zaś książki „Jaka 
jesteś,   polszczyzno?"   zacytujmy   zdanie:   „Doszedłem   w   »Zapiskach   na   pudełku   od   zapalek«   Urn   berta   Eco   do 
rozdziału...".

W   przytoczonych   urywkach   mamy   aż   trzy   postacie   fleksyjne   imienia   i   nazwiska   włoskiego   uczonego: 

pozostawione   w   brzmieniu   pierwszego   przypadka   oba   człony   (prognoza   Umberto   Eco),   odmienione   oba   (kańera 
Umberta Eca), odmienione imię - nazwisko w brzmieniu mianownikowym („Zapiski na pudełku od zapałek" Umberta 
Eco).

W języku fleksyjnym, a więc takim jak polski, z rozbudowanym systemem odmiany wyrazów przez przypadki, nie 

do zaakceptowania jest wariant pierwszy.

O absolutnej natomiast konsekwencji deklinacyjnej trzeba mówić w odniesieniu do formy Umberta Eca. Tłumacze 

„Semiologii dnia codziennego" imię Umberto dostosowali do wzoru odmiany takich imion, jak Leonardo czy Augusta 
(skoro Leonarda, Augusta, to i Umberta), nazwisko Eco zaś do takiego modelu deklinowania, jakiemu w polszczyźnie 
podlegają włoskie nazwiska typu Canaletto, Caruso, Nullo (jeśli Canaletta, Carusa i Nulla, to i Eca).

W wariancie trzecim - Umberta Eco, najczęstszym w Polsce i obecnym w mojej książce, skorzystano z liberalnej 

zasady, która w wypadkach niezbyt dobrze brzmiących w odmianie nazwisk obcych (tu chodzi głównie o krótkość 
postaci Eco i pisownianą trudność w stworzeniu choćby narzędnika) dopuszcza i takie rozwiązanie, że deklinuje się 
łatwe fleksyjnie imię, a nazwisko pozostawia się w postaci mianownikowej (Umberta Eco - jak np.Josipa Tito, Ber-
narda Shaw czy Yalerego Giscarda d'Estaing). Przed laty takie postępowanie gramatyczne zalecałem wobec imienno-
nazwiskowego połączenia Aldo Moro (zamordowany polityk chadecki). Znajduję je i w tłumaczeniu ostatniej książki 
Eca (lub Umberta Eco): „...komunikat Czerwonych Brygad dotyczący losów Alda Moro".

Taką   samą   poprawnościową   wykładnię   należy   stosować   wobec   często   się   pojawiającego   w   języku   kibiców 

sportowych nazwiska Baggio (noszą je dwaj słynni piłkarze włoscy - Roberto i Dino). Zalecałbym bezwzględnie jego 
odmienianie w konstrukcjach typu strzał Baggia, bramka zdobyta przez Baggia, podanie do Baggia, podał Baggiowi, 
zderzył się z Baggiem, zapomniał o Baggiu (wym. Badżia, Kadziowi, Badżiem, Badziu) - gdy nazwisko występuje 
samodzielnie. W brzmieniu mianownikowym  można je pozostawić w wypowiedzeniach z odmienionymi  formami 
imiennymi: strzał Dina Baggio, bramka zdobyta przez Dina Baggio, podał Robertowi Baggio, zderzył się z Robertem 
Baggio.

Niestety, coraz częściej się u nas widzi i słyszy konstrukcje typu strzał Roberto Baggio - z nieodmienionym i 

imieniem,   i   nazwiskiem,   co   należy   wiązać   z   pogłębiającym   się   w   naszym   społeczeństwie   kryzysem   fleksyjności 
osobowych nazw własnych.

Nawet Czesław Miłosz w „Księdzu i Casanovie" - jednym ze szkiców serii „Tematy do odstąpienia", drukowanej 

w „Tygodniku Powszechnym" - napisał: „W swojej bibliotece ozdobionej fryzami Giulio Romano kardynał oddawał się 
pisaniu teologicznego traktatu". Nieodmienienie tworu imienno-nazwiskowego Giulio Romano grozi zaburzeniami w 
odbiorze całego wypowiedzenia, może bowiem sugerować, że Giulio Romano to kardynał (zwłaszcza przy frazowaniu: 
W swojej bibliotece ozdobionej fryzami - tu naturalny przestanek oddechowy - Giulio Romano kardynał...). Wystarczy-
ło uruchomić fleksyjnie człon Giulio: „...ozdobionej fryzami Giulia Romano". Wybitny twórca-noblista nie skorzystał, 
niestety, z tej liberalnej reguły, dopuszczającej pozostawienie nazwiska na -o w postaci mianownikowej, jeśli występuje 
przy nim odmienione imię.

W przywołanym tu tekście znaleźć można jeszcze kilka innych typów nazwisk włoskich. Warto je prześledzić, 

utrwalając przy okazji dobre nawyki fleksyjne związane z przystosowaniem tych form do polskiego wzoru odmiany.
Pisze   więc   Miłosz:   „Był   sekretarzem   kardynała   Aquavivy",   „   To   niewymówione   zawdzięczało   wiele   jego 
rozmyślaniom   nad   widowiskiem   ludzkich   żywotów,   takich   jak   Casanovy".   Nazwiska   Aquavi-va,   Casanovą   -   z 
wygłosowym -a, tak jak Mazzola, Cipolla czy Coc-chiara - tworzą grupę obcych tworów odmieniających się jak po-
dobnie zakończone rzeczowniki rodzaju żeńskiego: Aquavivy, Casanovy - jak osnowy, podkowy, Mazzoli, Cipolli - jak 
skali, busoli, Coce/nory - jak miary, wiary.
W innym fragmencie Miłosz pisze o Beminim i Gianninim. Takie nazwiska z kolei - kończące się na -;: Bemini, 
Giannini, Pagani-ni, Verdi, Rossi, Montini, Albertini, Mdidini itp. - podciąga się pod przymiotnikowy wzór odmiany, a 
więc Beminiego, Beminim, Gianniniego, Gianninim, Paganiniemu, Verdiemu, Verdim, Rossiego, Rossim, Montiniego, 
Montiniemu, Albertiniego, Maldiniego, Maldinim - jak taniego, taniemu, tanim.

background image

Jeśli   mamy   do   czynienia   z   postaciami   z   wygłosowym   -li,   np.   Bac-ciarelli,   Botticelli,   Roncalli   czy   Benelli, 

opuszczamy -i- w przypadkach zależnych: Bacciarellego, Botticellemu, Roncallego, Benellemu.

Przymiotnikowo deklinują się również nazwiska z wygłosowym -e, takie jak Dante, Croce, Yeronese: Dantego, 

Dantemu, Dantem, Cro-cego, Crocemu, Crocem, Yeronesego, Yeronesemu, Yeronesem.

Dziwi dlatego w tekście Miłosza wypowiedzenie „świątynia projektowana przez Bramanta". Skoro wybitny włoski 

architekt i malarz epoki renesansu nosił nazwisko Bramante (jak Dante, Croce, Ve-ronese), w naszym języku powinien 
się pojawić biernik Bramantego (w innych przypadkach: Bramantemu, Bramantem).

Jak odmieniać nazwiska francuskie?

Z   listu   Telewidza   ze   Świdnicy:   „W   jednym   z   programów   telewizyjnych   utworzono   od   nazwiska   Veme 

dopełniaczową postać Verne-go. Czy nie należało się posłużyć formą Verne'a? Mam jednak wątpliwości, bo przecież 
wiele francuskich nazwisk kończących  się na -e - typu  Merimee czy Mallarme - odmienia się w języku  polskim 
przymiotnikowo: Merimeego, Mallarmego itp. Proszę o rozwianie tych moich rozterek".

Kluczem   do   uporządkowania   naszych   zachowań   gramatycznych   musi   być   tutaj   uświadomienie   sobie,   że   w 

niektórych nazwiskach to wygłosowe -e odczytujemy, w innych zaś jest ono nieme. Pierwszą grupę tworzą takie np. 
formy, jak Merimee, Mallarme, Blanche, Ayme, Debre, Carre, Conde. Odczytujemy je: Merime, Malarme, Blan-sze, 
Eme, Debre, Karę, Konde - z akcentem na końcowym -e, a odmieniamy przymiotnikowo: Merimeego, Merimeemu, 
Mallarmego,   Mal-larmemu,   Blanchego,   Blanchemu,   Aymego,   Aymemu,   Debrego,   Dobremu,   Carrego,   Carremu, 
Condego, Condemu. Dodajmy od razu, że - tak jak w wypadku wielu innych nazwisk obcych opisanych w poprzednich 
rozdziałach   -   przy   odmienionym   imieniu   czy   innym   określającym   rzeczowniku   dopuszczalne   jest   pozostawienie 
nazwiska w postaci mianownikowej, np. utwory Prospera Merimee, sonet Stefana Mallarme, rząd Michela Debre itp.

Drugą grupę tworzą takie nazwiska, jak właśnie Veme, a także Apollinaire, Barbusse, Bataille, Baudelaire, Bazaine, 

Bemadotte, Bes-siere, Boulle, Bourdelle, Braque, Caboche, Calonne, Cezanne, Comte, Comeille, La Fontaine, Sartre. 
Przy ich odczytywaniu  wygłosowe -e ginie:  Wem, Apoliner, Barbis, Bata], Bodler, Bazen, Bemadot, Besjer, Bul, 
Burdel,   Brak,   Kabosz,   Kolon,   Sezan,   Komt,   Kornej,   La   f   aten,   Sartr   (w   dwu-   i   wielosylabowych   formach   też 
akcentujemy   zgłoskę   ostatnią).   Odmiana   tych   nazwisk   jest   w   polszczyżnie   rzeczownikowa,   a   zatem   w   telewizji 
powinna się pojawić postać Veme'a (wym. Wer-na), a w innych przypadkach: Veme'owi (wym. Wemowi), Veme'em 
(wym.   Wemem),   o   Vemie   (wym.   o   Wemie)   -   tak   jak   Apollinaire'a   (wym.   Apolinera),   o   Apollinairze   (wym.   o 
Apolinerze),   Barbusse'a   (wym.   Barbisa),   o   Barbussie   (Barbisie),   Bataille'a   (Bataja),   Batail-le'owi   (Batajowi),   o 
Bataille'u (o Bataju), Baudelaire'a (Bodlera), o Baudelairze (o Bodlerze) itp.

Przymiotnikowo - tak jak Merimee czy Mallarme - deklinują się również nazwiska typu Beaumarchais, Richelieu, 

Montesquieu, bo wprawdzie nie mają one na końcu -e, ale ich wygłoś  tak jest odczytywany:  Bomarsze, Riszelie, 
Monteskie   -   z   akcentem   na   -e.   W   przypadkach   zależnych   przyjmują   one   postacie:   Beaumar-chais'go   (wym. 
Bomarszego), o Beaumarchais'm (wym. o Bomar-szem), Richelieugo (Riszeliego), o Richelieum (o Riszeliem), Monte-
squieugo   (Monteskiego),   o   Montesquieum   (o   Monteskim).   I   tu   w   wypadku   odmienionego   imienia   czy   innego 
określającego   rzeczownika   możliwe   jest   pozostawienie   nazwiska   w   mianowniku:   komedie   Piotra   Beaumarchais, 
polityka kardynała Richelieu, dzieła myśliciela Montesquieu.
Wreszcie - odmieniają się jak przymiotniki formy typu Valery,  Remy, Reverdy (wym. Waleri, Remi, Rewerdi - z 
akcentem na -i): wiersze Valery'ego, książka Remy'ego, poezja Reverdy'ego.

A jak traktować takie nazwiska, jak Aragon, Cuvier, Degas, Foucault, Fourier, Lavoisier, Maupassant, Yillon, 

kończące się spółgłoskami, które w wymowie giną: Aragq (na końcu o nosowe), Kuwje, Dega, Fuko, Furie, Lawuazje, 
Mopasą (na końcu a nosowe), Wijq (na końcu o nosowe)? W przypadkach zależnych spółgłoski te trzeba przywrócić i 
w mowie, i w piśmie: Aragona, Cuviera, Dogasa, Lavoi-siera, Maupassanta, Yillona (wym. Wijona).

Na koniec - o tytule książki Thomasa Mertona, której tłumaczenie ukazało się niedawno: „7 esejów o A. Camus". 

Czy można uznać za poprawne pozostawienie nieodmienionej postaci Camus w szóstym przypadku (miejscowniku)?

Nazwisko wielkiego francuskiego pisarza i myśliciela mieści się w ciągu takich form, jak Dumas, Degas czy 

Levinas. Wszystkie one mają na końcu niewymawiane -s; Karni, Dima, Dega, Levina (z akcentem na wygłosowych 
samogłoskach). W przypadkach zależnych natomiast - jak w formach typu Aragon, Cwier, Degas - spółgłoska wraca 
przed   polskie   końcówki:   Camusa,   Camusowi,   Dumasa,   Duma-sowi,   Degasa,   Degasowi,   Lwinasa,   Levinasowi   (w 
wymowie: Kamisa, Komisowi, Dimasa, Dimasowi itd.). Nic nie stoi, oczywiście, na przeszkodzie, by stworzyć także 
naturalne dla naszego języka postacie miejscownikowe: o Camusie (wym. o Komisie) - tak jak o Dumasie, o Degasie, o 
Levinasie.

Deklinowanie typu Camusa, Camusem, o Camusie czy Dumasa, Dumasem, o Dumasie zaleca się - nietrudno się 

domyślić - szczególnie wtedy, gdy przy tych nazwiskach nie stoi odmienione imię lub inny rzeczownik. Z taką sytuacją 
mamy do czynienia w tytule przywołanej książki Mertona. Dlatego zdecydowanie się opowiadam za inną jego wersją, a 
mianowicie: 7 esejów o A. Camusie.

Nie zżymałbym się na nieodmienioną postać Camus, gdyby ją poprzedzało uruchomione fleksyjnie imię pisarza - o 

Albercie Camus i podobnie: Alberta Camus, Albertowi Camus, Albertem Camus.

Kiedy  przy gazetowej   zapowiedzi  jednego   z  programów  telewizyjnych   pojawiła  się  informacja,  że  będzie  to 

„opowieść o księciu Eustachym Sapiesz e, który od 50 lat mieszka w Kenii", kilka osób -w tym głównie starszych 
kresowców   -   upomniało   się   w   rozmowie   ze   mną   o   tradycyjną   postać   Sapieże.   Dlaczego,   dobrze   rozumiejąc   ich 

background image

odczucia, zalecałem jednak tolerancję dla formy z -sz-?

Powraca tu problem wymowy h i ch. Są rodacy, którzy się nie mogą pogodzić z tym, że absolutna większość 

użytkowników polszczyzny nie odróżnia już dźwięcznego h i bezdźwięcznego ch. Myśmy h w wyrazach typu herbata, 
wahadło, Halina, hardy, hetman słyszeli, więc i błędu ortograficznego nie mogliśmy popełnić - słyszę od tych ludzi.

Niestety!   -   muszę   im   odpowiadać.   To   dźwięczne   h   artykułują   jeszcze   tylko   Polacy   pochodzący   z   obszarów 

wschodnich (i to starsza generacja) i z niektórych okolic pogranicza czeskiego (głównie na południowo-zachodnim 
Śląsku). Zresztą - jest ich już coraz mniej. Co najważniejsze zaś - rozróżnianie dźwięcznego h i bezdźwięcznego ch nie 
było rodzimym archaizmem, jak sądzą niektórzy, lecz obcą opozycją głoskową - ruską, a ściślej - ukraińską, bo co do h 
na gruncie ruskim, to jego dźwięczna wymowa jest zasadniczo właściwością nie rosyjską, ale ukraińską, chociaż dziś 
szerzy się ten dźwięk i w mowie Rosjan.

Kto zatem rozróżnia brzmieniowo charta-psa od hartu ducha, niech tak spokojnie - bez kompleksów - czyni w 

wymowie dalej. Ale też niech się pogodzi z faktem, że w polszczyźnie jutra dwu znakom -h ich- będzie odpowiadać 
jedna bezdźwięczna głoska.

Mamy   i   morfonologiczne   skutki   tego   ujednolicenia   wymowy   (morfonologia   zajmuje   się   badaniem   wymian 

głoskowych w obrębie poszczególnych cząstek wyrazowych). Oto jedną z bardziej regularnych wymian głoskowych 
jest u nas oboczność ch:sz, np. pończocha - pończosze, blacha - blasze, uciecha - uciesze, mucha - musze, Gadocha - 
Gadosze, Pietrucha - Pietrusze. Oboczność h:ż ma natomiast charakter izolowany: występuje tylko w zapożyczeniach z 
ukraińskiego. Przykładem może tu być wataha-wataźe, przykładem jednak uzasadnionym tylko dla tych, którzy mają 
dźwięczne h. Dla absolutnej większości najbardziej naturalna będzie postać watasze, uzupełniająca ciąg pończosze, 
blasze, uciesze itd. (ludzie ci są w ogóle bardzo zdumieni, gdy przypadkiem natrafią w słowniku na formę wataże). I 
trzeba ją zaaprobować! Uznając natomiast historyczność nazwiska Sapieha (wojska sapieżyńskie, Sapieźyna - żona 
Sapiehy), można zalecić postać Sapieże, ale i liberalizm wobec brzmienia Sapiesze (nawet Jan Paweł II, wyświęcony na 
księdza przez kardynała Sapiehę i jakże mocno z nim związany,  w czasie ostatniej  wizyty w Polsce posłużył  się 
postacią Sapiesze - z sz, mimo że z krakowskich kręgów kościelnych wyszła „Księga sapieżyńska").

„Nowy   słownik   ortograficzny"   PWN   pod   red.   Edwarda   Polań-skiego   te   powszechne   odczucia   fonetyczno-

morfologiczne   dobrze   rozumie:   przy   hasłach   wataha   i   Sapieha   na   pierwszym   miejscu   znajdujemy   celownikowo-
miejscownikowe formy watasze, Sapiesze. Postacie wataże, Sapieże umieszczono w nawiasach, słusznie traktując je 
jako rzadsze, obumierające warianty.

Staszic

Oto obszerny fragment listu Czytelnika z Jeleniej Góry: „Mam już ponad czterdzieści lat i tyle mniej więcej lat 

znane   mi   jest   nazwisko   Staszic.   Wymawiałem   je   zawsze   zgodnie   z   jego   pisownią.   Tymczasem   przed   chwilą 
zobaczyłem w Słowniku poprawnej polszczyzny, że obowiązująca wymowa tej formy to Staszyc - z y po sz. Jestem 
skonsternowany!   Skoro   posługujemy   się   brzmieniem   szi   choćby   w   Cuszimie   (bitwa   pod   Cuszimą),   dlaczego 
niepoprawny ma być Staszic?!".

Rozumiejąc   odczucia   Korespondenta,   zgodne   -   śmiem   twierdzić   -   z   przekonaniem   co   najmniej   połowy 

użytkowników polszczyzny, nie mogę nie poinformować, że zgodne z oficjalną normą jest jednak brzmienie Staszyc - z 
y   po   sz   -   tak   jak   status   pisownianego   wariantu   formy   Staszic   ma   postać   Staszyc   -   z   y.   Nie   mogę   również   nie 
powiedzieć, że to y w wymowie jest uzasadnione.

Dotykamy tu bardzo ważnego w dziejach polszczyzny procesu odnoszącego się do spółgłosek c, dz, cz, dź, sz, ż, rz. 

Otóż były one kiedyś w naszym języku miękkie. Mówiło się więc np. czisty, krziczisz, szija, żito, księzic, grziby, 
krziwy, naszim, waszimi itp. W archaicznych gwarach - śląskiej i podhalańskiej - tę pierwotną miękkość słyszy się do 
dziś: nawet inteligentowi Ślązakowi trudno się wyzbyć wymowy typu prziszedł, grziby, krziwy, a u górali powszechne 
są postacie sija, zito, cisty (gdyby nie mazurzyli, słyszelibyśmy brzmienia szya, źito, czisty).

Ponieważ ostatecznie c, dz, cz, dz, sz, z, rz stwardniały, następujące po nich i przeszło w wymowie i w piśmie w y: 

czysty,   krzyczysz,   szyja,   żyto,   księżyc,   grzyby,   krzywy,   naszym,   waszymi   itp.   Zgodne   więc   z   tą   ewolucją   jest 
wymawianie nazwiska znanego polskiego uczonego i pisarza politycznego w wersji Staszyc.

W żadnym zwykłym wyrazie polskim nie występuje już połączenie liter sz i i. Nie ruguje się go z utrwalonego 

graficzną tradycją nazwiska Staszic (choć dopuszczalny jest wariant Staszyc, o czym już wspomniałem na początku), 
ale też i można się w tym momencie posłużyć formułą, że to zachowane w piśmie i ma po sz fonetyczną wartość y.

Staszic to nazwisko czysto polskie. Utworzono je tzw. patroni-micznym (odojcowskim) przyrostkiem -ic, dodanym 

do   podstawy   Stasz   -   skrócenia,   zdrobnienia   imienia   Stanisław.   Staszic   to   etymologicznie   „syn   Stasza",   tak   jak 
Szymonowie to „syn Szymonowy", księzic (późn. księżyc) - „syn księdza (czyli pana-słońca)", panie (późn. panicz) - 
„syn pana", królowie (późn. królewicz) - „syn królewski", a dziedzic - „potomek dziada".
Wracając zaś do zdania Korespondenta o Cuszimie, powiedzmy:  tak, w Cuszimie czy w innych wyrazach obcych 
podtrzymujemy w mowie i w piśmie połączenie szi, ale już np. w transkrypcji z rosyjskiego literę i po ź, sz, c oddajemy 
przez y, np. żiła - żyta, sziło -szyło, citra - cytra.

I jeszcze jedna sprawa: czemu zachowuje się i w zapisie Staszic? Bo pisownia nazwisk może mieć swoją tradycję i 

nie zgadzać się z dziś obowiązującymi zasadami fonetycznymi i ortograficznymi. Chrust jako rzeczownik pospolity 
pisze się przez u, ale spotykamy nazwiska Chróściel czy Chróścielewski pisane przez ó; ich nosiciele zachowali dawną 

background image

pisownię (z czasów, gdy chróst miał pierwotne ó). Także w pisowni nazwiska Śiósarski przez, ó zachowana została 
dawna   etymologiczna   wartość   odpowiedniej   samogłoski   (wyrazy   s7u-sarz,   ślusarstwo   brzmiały   dawniej   ślosarz, 
slosarstwo; pierwszy z nich wywodzi się z niemieckiego Schlosser). To samo trzeba powiedzieć o Jakóbcach czy 
Jakóbikach - z ó, spotykanych obok częstszych Ja-kubców i Jakubików -z u.

Sobieskie proszę!

Od momentu pojawienia się w sprzedaży papierosów marki Jan III Sobieski można zaobserwować bardzo ciekawe 

zjawisko fleksyj-ne: oto kupujący zwracają się z prośbą o ten produkt za pomocą formuły Sobieskie proszę! Dochodzi 
tu   więc   do   zamiany   formy   liczby   pojedynczej   na   mnogą,   podciągniętą   do   przymiotnikowej   papierosowej   serii: 
sobieskie - jak klubowe, ekstramocne, mentolowe, popularne, wczasowe, płaskie, damskie (wygłoś -ski dodatkowo 
prowokuje do zabiegu uprzymiotnikowienia). Bo wszystkie marki funkcjonują (bądź funkcjonowały) w powszechnym 
obiegu   w   postaci   pluralnej:   wawele,   silesie,   sporty,   giewonty   itp.,   nawet   gdy   oficjalnie   są   tworami   singularnymi 
(wawel, silesia, sport, giewont), l nieważne jest w tym momencie, że w „życiu" mamy tylko jeden Wawel, jedną Silesie 
(Śląsk) czy jeden Giewont.

Pamiętam,  jak  kłopotliwa   dla  rodaków  była  przed  laty marka  papierosów   bułgarskich   marica   -  brzmieniowo, 

oczywiście, tożsama z nazwą rzeki. Ponieważ nie wszyscy wiedzieli, że jest to nazwa, w której literze c odpowiada i 
głoska c (dawny hymn bułgarski zaczynał się od słów: „Szumi Marica", a z nazwą rzeki rymował się dalej wyraz (lewi-
ca: „płacze dewica"), słyszało się powszechnie formułę proszę mariki -z k. Rację, naturalnie, mieli ci, którzy prosili o 
marice -ze.

Wracając zaś do konstrukcji sobieskie proszę, trzeba powiedzieć, że zjawisko polegające na zakwalifikowaniu tej 

czy innej formy do nowej kategorii fleksyjnej wcale nie należy do rzadkości. Z ulicy Kanonii np., czyli połączenia 
rzeczownika z drugim rzeczownikiem, wielu wrocławian robi ulicę Kanonią - tak jak tanią, wronią, dobrą, krzywą, 
prostą   (pisał   Artur   Oppman:   „Przy   kościele   na   Kanonii,   w   kamienicy   wielce   starej,   ma   izdebkę   Dławiduda,   co 
dzwonnikiem jest u Fary").

Ze zjawiskiem odwrotnym  - urzeczownikowienia przymiotnika -mamy do czynienia w wypadku ulicy Wróblej 

(znajdującej się na wrocławskich Krzykach obok Orlej, Sokolej, Słowiczej, Jaskółczej): Jadę, idę, mieszkam na W r ó 
bla" - tak jak na Mickiewicza, Berenta, Rydygiera, Jaracza - słyszy się powszechnie w nadodrzańskim grodzie.

A co się dzieje z rzeczownikiem manna? Odpowiada on gramatycznie takim wyrazom, jak panna, dziewanna, 

rynna, brytfanna, wanna czy marzanna, i - oczywiście - identycznie powinien być odmieniany:
manny,  mannie, mannę, manną, (o) mannie - tak jak panny,  pannie, pannę, panną, (o) pannie. Jedynie  poprawne 
gramatycznie są więc zdania: nie ma kaszy manny, przyglądam się kaszy mannie, lubię kaszę mannę, zachwycam się 
kaszą manną, marzę o kaszy mannie. Tymczasem coraz więcej osób, a słyszę to prawie codziennie przy porannych 
zakupach,   odbiera   połączenie   kasza   manna   tak,   jakby   to   był   związek   rzeczownika   z   przymiotnikiem   typu   kasza 
jęczmienna lub kasza gryczana. A skoro mamy kaszę jęczmienną i mówimy o koszy gryczanej, no to i musimy mieć 
kaszę manną i opowiadać o kaszy mannej.

Opisywanym tu dziś zjawiskom poświęcił przed laty bardzo ciekawy artykuł gdański językoznawca prof. Bogusław 

Kreja. Sięgnijmy więc na koniec po przykłady z jego pracy. Oto kotlet pozarski -„kotlet mielony z mięsa mieszanego 
cielęcego i wieprzowego" - to był pierwotnie kotlet Pozarskiego lub kotlet d la Pozarski (prof. Kreja łączy go z postacią 
Dmitrija M. Pozarskiego, bojara rosyjskiego, który w roku 1612 na czele pospolitego ruszenia wyparł wojska polskie z 
Moskwy; jeden z telewidzów z Warszawy zwrócił uwagę, że realniejszy wydaje się tu związek z Edwardem Pożerskim, 
żyjącym w latach 1875-1964, lekarzem, fizjologiem żywienia i gastronomem, autorem licznych książek kucharskich).

Wyrażenie przypkowska zupa cebulowa utworzono od nazwiska Tadeusza Przypkowskiego, a nazwę Kolegium 

Nowodworskie - od nazwiska Bartłomieja Nowodworskiego. Profesor Kreja zetknął się też z połączeniem czcionka 
półtawska - od nazwiska Adama Półtawskiego (1881-1952), twórcy pierwszej oryginalnej polskiej czcionki.

Warto   dodać,   że   i   Adam   Mickiewicz   posłużył   się   wyrażeniem   trembeckie   rymy,   nawiązującym   do   nazwiska 

Stanisława   Trembeckiego.   W   wydanych   zaś   w   roku   1925   „Wspomnieniach"   J.   U.   Niemojowskiego   (1803-1871) 
czytamy: „Raczyński zamierzał następnie swoim kosztem wyłożyć smołowcem trotuary w Poznańskiem, które chciał 
nazwać raczynskimi".Z kolei Stanisław Dygat w „Jeziorze Bodeńskim" napisał: „Gdy na zakończenie mówię: - Polskiej 
prawdy nie zmoże ani pruska buta, ani żadne inne zło na świecie. Zawsze na wierzch wypłynie - to przecie naprawdę 
mocno w to wierzę, może tyle, że prościej, nie w takich konopnickich słowach", igrając morfologicznie z nazwiskiem 
Marii Konopnickiej.

A my zetknęliśmy się już w tej książce z sądami grydzewskimi (od nazwiska Grydzewski), ze słonimskq kawiarnią 

(od nazwiska Słonimski) i z jabłońskq nuda. (od nazwiska Jabłoński) - żartobliwymi tworami z „Dzienników" Stefana 
Kisielewskiego.

 „Tam czarnuszka Mołdawianka winogrona słodkie rwie"

Tak brzmiały słowa popularnego przeboju lat pięćdziesiątych. A my - pod koniec XX wieku - zaczynamy coraz 

częściej  przeżywać  poprawnościowe  rozterki  związane  z nazwą geograficzną  Mołdawia.  Oto bowiem  w środkach 
masowego przekazu - wraz z wybiciem się na niepodległość tego kraju, położonego między Prutem a Dniestrem - 

background image

pojawiła się forma Mołdowa. Jak słyszę, także w pracach naukowych zmienia się Mołdawię na Mołdowę. Gdyby nowe 
określenie miało się utrwalić, należałoby też zmienić Mołdawianina, Mołdawiankę i przymiotnik mołdawski na wyrazy 
Mołdowianin, Mołdowianka, mołdawski. Czy warto jednak to robić?

Ustalenie   Komisji   Kultury   Języka   Komitetu   Językoznawstwa   PAN,   do   którego   i   ja   należę   od   paru   lat,   jest 

jednoznaczne: „Uważamy, że w polskich gazetach, czasopismach, radiu i telewizji lepiej używać nazw tradycyjnych, 
tzn.  Kirgizja,  Mołdawia,  Turkmenia,  i   tradycyjnie  utworzonych   od nich  przymiotników,  tzn. kirgiski,  mołdawski, 
turkmeński".

Większość z nas ma ogromny szacunek i zrozumienie dla niepodległościowych dążeń Mołdawian, ale doprawdy 

nie musi się to wiązać z koniecznością wprowadzania nowej, bliższej ich językowi nazwy (rumuńska Moldova) do 
polskiego obiegu. Na tej zasadzie Rumunia musiałaby przekształcić się u nas w Romanie, a Polonia w Mołdawii - w 
Polskę.

Już 60 lat temu pisał prof. Witold Doroszewski: „Jak dany naród nazywają jego sąsiedzi lub w ogóle inne narody, 

rozstrzyga nie ten naród, tylko właśnie ci inni. Niemcy sami siebie nazywają Deut-sche, my ich Niemcami, Francuzi - 
Allemands, Anglicy - Germans, Włosi - Tedeschi, Litwini - Yokiecziai. Polskę Węgrzy nazywają Len-gyorszag, a 
Litwini - Lenkija, my państwo węgierskie - Węgrami, a nie jak sami Węgrzy - Magyarorszag. Ani Polacy, ani Niemcy, 
ani Rosjanie, ani Węgrzy nie zgłaszają pretensji do któregokolwiek z innych narodów o to, jak ten naród ma ich 
nazywać. Tak samo nie jest rzeczą stosowną narzucanie z zewnątrz nowych nazw na miejsce tych, których użycie 
ugruntowała u nas kilkusetletnia tradycja".

I na koniec mądra myśl Henryka Dudy - młodego językoznawcy lubelskiego: „Wyrazy pospolite i nazwy własne są 

dziedzictwem przeszłości, język - jest zwierciadłem kultury. Kraje i narody, z którymi Polacy od stuleci utrzymują 
kontakty, mają w polszczyźnie stare, dawno dostosowane do naszego systemu językowego nazwy. Jedną z takich nazw 
jest Mołdawia. Używając jej, chcąc nie chcąc, przywołujemy przeszłość. Mołdawianie mogą być dumni, że historia ich 
ojczyzny nie zaczyna się pod koniec XX wieku, że Mołdawia nie pojawiła się jak deus ex machina na mapie Europy. 
Śladem, kruchym i ulotnym, a przez to zasługującym na ochronę, jest właśnie polska nazwa tego kraju. Dodajmy przy 
okazji, że ta  ostatnia  uwaga  odnosi  się i  do nazw miejscowych.  Dziedzictwem  przeszłości, śladem  intensywnych 
kontaktów polsko-moldawskich są np. takie polskie postacie nazw, jak Kiszyniów (mołd. Chisinau), Bendery (mołd. 
Biendier} czy Bielce (mołd. Bielcy)".

Estetyka i wygoda w gramatyce

Kiedy mówię o obecności czynnika estetycznego w poczynaniach językowych, lubię się powoływać na przykłady 

związane z tworzeniem mianownika liczby mnogiej od rzeczowników inżynier i pedagog. Od obu tych wyrazów można 
urobić   wariantywne   postacie   pluralne:   inżynierzy   lub   inżynierowie,   pedagodzy   lub   pedagogowie.   A   przecież   w 
pierwszym wypadku lepiej wybrać brzmienie inżynierowie, by uniknąć „szumiącej" zbitki ż-rz formy inżynierzy, w 
drugim zaś - na odwrót - warto sięgnąć po wariant pedagodzy, omijając w ten sposób niezbyt fortunne fonetycznie 
podwojenie sylabowe go - go.

Myślę,   że   podobne   mechanizmy   estetyczne   działają   przy   urabianiu   nazw   mieszkańców   poszczególnych 

miejscowości. Oczywiście, do tego słowotwórczego zabiegu wykorzystujemy najczęściej przyrostek -anin, miękczący 
poprzedzającą go spółgłoskę: Wrocław - wrocławianin, Wałbrzych - wałbrzyszanin, Chorzów - chorzowianin, Bytom - 
by-tomianin, Gdańsk - gdańszczanin, Tarnów - tamowianin, Zielona Góra - zielonogórzanin itp.

Funkcję przyrostkowego wariantu, dzięki któremu dana nazwa mieszkańca nabiera odcienia potoczności, pełni 

sufiks -ak. Wyczuwamy więc wszyscy, że np. warszawiak czy krakowiak brzmią mniej oficjalnie niż warszawianin i 
krakowianin.

Zauważmy jednak, że urobiony od Poznania przyrostkiem -ak, powszechnie używany rzeczownik poznaniak tegoż 

potocznego   odcienia   jest   właściwie   zupełnie   pozbawiony,   choć   tak   go   ciągle   oceniają   słowniki,   rejestrujące   na 
pierwszym, oficjalnym miejscu formację poznanianin - zupełnie nieobecną w powszechnym obiegu. Jeśli przypomnimy 
sobie, że starzy mieszkańcy nadwarciańskiego grodu określali siebie mianem poznańczyków, nie pozostanie nam nic 
innego, jak stwierdzić, iż z jakiegoś powodu sufiks -anin niechętnie był dołączany do podstawy słowotwórczej Poznań. 
Jaki to był powód? Estetyczny: ponieważ nazwa miasta ma w wygłosić -an, monotonnie brzmi poznanianin - ze zbitką 
głoskową an - ań.

  Słuchacze   telewizyjnego   programu   Profesor   Miodek   odpowiada   dostarczyli   mi   dwa   bardzo   cenne   przykłady, 

potwierdzające estetyczną interpretację wariantywności przyrostków -anin i -ak. Oto dolnośląski Lubań. W słownikach 
poprawnej   polszczyzny   oficjalną   nazwą   mieszkańca   tej   miejscowości   jest   postać   lubanianin.   Więc,   jak   mnie 
poinformowano, używa jej jedna z tamtejszych gazet. Druga natomiast posługuje się formą lubaniak, bo tak mówią 
prawie wszyscy mieszkańcy grodu nad Kwisą, co potwierdził sam burmistrz (mój dawny student!). Bo też i lubaniak 
jest ładniejszy fonetycznie niż lubanianin -zań- ań.

W kolejnym programie telewizyjnym miałem telefon w sprawie mieszkańca Torunia. I znów oficjalne wydawnictwa 

przytaczają tylko postać torunianin - z podwojonym ń. Ale, jak mi powiedział telewidz, w grodzie Kopernika słyszy się 
formę toruńczyk. Znaleźć ją także można w tamtejszej prasie (por. też dość popularne nazwisko Toruńczyk). Czy to nie 
przykład kolejnej ucieczki od brzmieniowego dubletu głoskowego?

Układa się to wszystko w znamienną serię: ponieważ Poznań, Lubań, Toruń kończą się spółgłoską -ń, nazwy 

background image

mieszkańców  tych  miast  tworzy się raczej  przyrostkami,  w których  nie  ma ń:  poznań-czyk,  poznaniak, lubaniak, 
toruńczyk.

Myślę, że i w Lubinie lubinianie zmagają się z lubiniakami, tak jak w Będzinie - będzinianie z będziniakami!
A teraz - o zabiegach słowotwórczych, których celem jest ominięcie wymian głoskowych w nazwie mieszkańca, a 

więc dążność do większej wygody w poczynaniach gramatycznych. Oto Busko Zdrój. Wygłosowe -sk tej nazwy musi 
być wymienione przed przyrostkiem -anin na -szcz-: buszczanin - jak gdańszczanin od Gdańska czy mińsz-czanin od 
Mińska (w „Słowniku poprawnej polszczyzny" pod red. Doroszewskiego i Kurkowskiej znajduje się postać busczanin). 
Jak mieszkańcy Buska i okolic uciekają od tego morfonologicznego procesu?

Ułatwiają sobie językowy żywot, wstawiając między podstawę słowotwórczą i przyrostek cząstkę łączącą -ów-, nie 

wymagającą wymiany poprzedzającej ją spółgłoski. Powstają formy buskowianin, bu-skowianka, buskowianie (druga z 
nich stała się też nazwą firmową wody mineralnej). Jestem pewien, że staną się one kiedyś wyłączne.

Z podobnym zjawiskiem spotkać się można w Brzegu nad Odrą. Choć w słownikach figuruje postać brzeżanin, 

mieszkańcy tego zabytkowego grodu wolą brzmienie brzegowianin - także z cząstką -ów- poprzedzającą sufiks -anin i 
nie wymagającą wymiany g na ź. „Brzeżanin niech oznacza mieszkańca kresowych Brzeżan" - mówią, nie bez racji, 
mieszkańcy nadodrzańskiego Brzegu.

Tendencję do utrzymania w derywacie niezmienionej postaci brzmieniowej podstawy słowotwórczej można też 

obserwować w przymiotnikach od nazw miejscowych: oto np. z tradycyjnymi formami wronecki, lipieński (od nazw 
Wronki, Lipno) zaczynają rywalizować konstrukcje wronkowski, lipnowski - bez wymiany k na c i n na n.

Kiedy   zaś   myślę   o   odejściu   w   językową   przeszłość   panieńskiego   przyrostka   -anka,   to   również   dostrzegam 

przyczynę morfonologiczną tego procesu (oprócz względu psychologicznego - niechęci do ujawniania swego stanu 
matrymonialnego). Czyż obowiązujące kiedyś brzmienia typu Drzażdżanka, Dyrdzianka, Mitrężanka, Laszczanka (od 
Drzazga, Dyrda, Mitręga, Laska), jakże fonetycznie nieporęczne i odkształcone w stosunku do form podstawowych, 
mogły   dalej   funkcjonować   w   codziennym   obiegu   językowym?   -   Musiały   przegrać   z   prostszymi   i   komu-
nikatywniejszymi postaciami (pani) Drzazga, Dyrda, Mitręga, Laska.

Puszcza Niepołomska czy Niepołomicka

W   wydrukowanym   w   jednym   z   czasopism   naukowych   wspomnieniu   o   prof.   Romanie   Stopie   (1895-1995), 

wybitnym znawcy języków afrykańskich, znalazłem zdanie: „Urodził się 8 sierpnia 1895 r. w Woli Batorskiej, wsi 
położonej na północny zachód od Bochni, w pobliżu Puszczy Niepołomickiej". Zacytowany w tym samym artykule 
fragment życiorysu prof. Stopy, przez niego napisany, zawiera natomiast takie wypowiedzenie: ,Ja, pastuszek z łąk pod 
Puszczą  Niepołom-skq".  Mamy  tu  więc  dwie   postacie  przymiotnikowe   odnoszące  się  do  rzeczownika   Puszcza,   a 
wywiedzione od nazwy miejscowej Niepołomice: Niepołomicka i Niepołomska. Za którą z nich się opowiedzieć?

Dylemat: Puszcza Niepołomska czy Niepołomicka to typowy przykład konfliktu między tradycją a współczesną 

motywacją słowotwórczą. Ta druga każe się opowiedzieć za formą Niepołomicka, brzmieniowo nawiązującą do całej 
podstawy słowotwórczej Niepołomice. Dziś jest ona prawie wyłączna. Na starych mapach jednak -zgodnie z silnie 
ugruntowaną tradycją, której przejawem jest i wypowiedź prof. Stopy - widniała starsza i przez wieki wyłączna postać 
Niepołomska. A dlaczego?

Proszę sobie uświadomić i zapamiętać, że przymiotniki od nazw miejscowych były kiedyś tworzone nie od całych 

podstaw  słowotwórczych,  lecz  od ich  części  rdzennych.  I  tak np. dzisiejsze  ziemie kościerzyńska  i  nurzecka  (bo 
Kościerzyna i Nurzec) to były kiedyś -jak przymiotnik niepołomski oparty na rdzeniu Niepołom - ziemie kościerska i 
nurska (rdzenie: Kościerz; Nurz-).

Od Miechowic - obecnie części Bytomia - ludzie tworzą przymiotnik miechowicki, ksiądz Norbert Bończyk jednak, 

z tychże Miechowic pochodzący, napisał w XIX wieku piękny poemat autobiograficzny zatytułowany Stary kościół 
miechowski.   Mój   ojciec,   tworząc   przymiotniki   od  nazw   Dobieszowice   czy  Ożarowice   (z   jego   rodzinnych   stron), 
zawsze się posłuży postaciami dobieszowski, ożarowski (a nie dobieszowicki, ożarowicki), tak jak starzy mieszkańcy 
Proszo-wic przywiązani są do brzmienia proszowski, a nie proszowicki.

Zresztą - mamy i Kalwarię Zebrzydowską (choć Zebrzydowice), a moje rodzinne miasto, nawiązujące w swej 

nazwie do starszych Tarnowie, to też nie Góry Tamowickie, lecz Tarnowskie Góry.

Od nazwy miejscowej Lublin tworzymy przymiotnik lubelski, do którego - jak widać - także nie weszła cała postać 

nazwy podstawowej, lecz tylko jej cząstka rdzenna - staropolskie imię Lub(e)l.

Puszcza Niepołomska przegrała z Niepołomickq. Uszanujmy jednak przyzwyczajenia tych starszych osób, które do 

dziś używają pierwotnego brzmienia.

Sucha, Susz - suski

Kiedy ze swymi studentami rozbieram na cząstki morfologiczne takie wyrazy, jak boski, ryski, praski czy zuryski, 

utworzone od podstaw Bóg, Ryga, Praga, Zurych, uświadamiam im, że kreskę oddzielającą temat słowotwórczy od 
przyrostka   należy   przeprowadzić   przez   środek   litery   s,   głoska   s   bowiem   kryje   w   sobie   i   końcową   zmiękczoną 
spółgłoskę  tematu,  i   pierwszą  spółgłoskę  przyrostka  -sfci.  Historycznymi  miękkimi   odpowiednikami   g  i  ch   są  w 

background image

polszczyźnie ż i sz, a zatem pierwotne postacie przymiotnikowe od Bóg, Ryga, Praga i Zurych to bożski, ryżski, prażski 
i  zuryszski.  Na skutek upodobnienia ż i  sz do s doszło do opisanej  wyżej  morfologicznej  kumulacji  i powstania 
uproszczonych form fonetyczno-pisownia-nych boski, ryski, praski, zuryski.

Do tej serii należy dołączyć dziesiątki przymiotników typu wałbrzyski (od Wałbrzych), karabaski (od Karabach) 

czy kołobrzeski (od Kołobrzeg).

Teraz już łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego od nazwy Sucfta tworzy się od stuleci przymiotnik suski (por. też 

dość częste nazwisko Su-ski), intrygujący tak wielu rodaków. Zapewniam ich, że z brzmieniem tym ludność okolic tej 
miejscowości jest tak zżyta, jak - dajmy na to - mieszkańcy Leszna, Niska czy Sącza z postaciami leszczyński, niżański, 
sądecki, utworzonymi przed wiekami od pierwotnych podstaw Leszczno, Niżsko, Sądecz.

Powtórne uświadomienie sobie polskiej wymiany głoskowej ch : sz (suchy - susza, głuchy - głuszec, mucha - 

musze,   Gadocha   -   Ga-dosze)   rzecz   całą   wyjaśnia:   od   podstawy   słowotwórczej   Sucha   powstała   pierwotna   postać 
suszski, a dzięki uproszczeniu grupy spółgłoskowej - identycznemu jak w przymiotnikach boski, praski, ryski czy 
zuryski - utrwaliło się ostatecznie brzmienie suski.

Z   pozycji   historyczno   językowej   warto   go   zawsze   bronić.   Z   punktu   widzenia   współczesnego   ma   ono   tę 

niedogodność, że może wywoływać wątpliwości co do postaci nazwy podstawowej. To dlatego wielu Polaków w 
wypadku nazwy Susz (woj. olsztyńskie) decyduje się na nową formę, a mianowicie suszański. Już prawie 50 lat temu 
pisał na ten temat prof. Witold Doroszewski: „Z dwóch form - suski, suszański -pierwsza jest prawidłowsza. Można, 
rozwiązując trudność w sposób nie najlepszy, bo przez ominięcie, i popadając w pewien konflikt z rygorystycznie 
pojmowaną tradycją, pozostawić nazwę miasta Susz bez zmiany, na przykład gdy się adresuje list: Iława, powiat Susz. 
Wyrazistość,   prostota   i   celowość   są   to   zalety,   wobec   których   przesadne   skrupuły  gramatyczne,   zresztą   nie   przez 
wszystkich gramatyków uznawane w tym wypadku za poważne, powinny ustąpić na plan drugi".

A   przecież   jednak   „Praktyczny   słownik   poprawnej   polszczyzny   nie   tylko   dla   młodzieży"   pod   red.   Andrzeja 

Markowskiego z roku 1995 zaleca jako wyłączną postać suski - i przy haśle Sucha, i przy haśle Susz.

Ciechocinek i Poniec

Ustalanie etymologii (z gr. etymon - „prawda, istota, znaczenie" + logos - „słowo, nauka"), czyli pochodzenia 

wyrazów,   to   pasjonujące   zajęcie   umysłowe.   Wiedzie   ono   jednak   często   na   manowce,   zwłaszcza   gdy   komentarz 
naukowy brzmi sucho i obco, skojarzenie natomiast badanej formy z popularnymi, swojskimi słowami wydaje się 
oczywiste   i   treściowo   uzasadnione,   działając   przy   tym   na   wyobraźnię.   Sandomierz   np.   pochodzący   od   imienia 
osobowego Sędomir, dziś praktycznie nieznanego, mniej pociąga niż plastyczna etymologia ludowa, wiążąca tę nazwę 
z   „Sanem   domierzającym   do   Wisły",   tak   jak   Częstochowa   -   „osada   Czestocha   (późn.   Częstocha)"   -   jest   mniej 
atrakcyjna od popularnego uzasadnienia: „Częstochowa, bo wieża klasztoru często się chowa" pątnikom podążającym 
na   Jasną   Górę.   Nikt   też   nie   odbierze   dzieciom   legendy   o   Warsie   i   Sawie,   chociaż   Warszawa   ma   zupełnie   inną 
etymologię: pochodzi od Warsza, czyli skrócenia-zdrobnienia imienia Warcisław (ono z kolei jest północnopolskim 
wariantem Wrocisława, od którego pochodzi Wrocław).

Piszę o tym  wszystkim, bo niedawno, słuchając w radiu ciekawego programu o Ciechocinku, zetknąłem się z 

kolejnym   przykładem   ludowej   etymologii,   szukającej   zrozumiałej   dla   współczesnych   motywacji   słowotwórczej. 
Według niej  Ciechocinek  zawdzięcza  swą postać  nazewniczą  jakiemuś „cichemu odcinkowi". A jaka jest prawda 
naukowa o nim?

Pierwotne brzmienie naszej formy to Ciechocino (1466 Czecho-czino). Ponieważ jednak w pobliżu, nad Drwęcą, 

leży starszy Ciechocin,  w wieku XIV  też  występujący pod postacią Ciechocino,  dla odróżnienia od XVI stulecia 
zaczęto  się  posługiwać   wersją   z  przyrostkiem   -ek,  czyli   Ciechocinek.   Zarówno   zaś  Ciechocin,   jak  i   Ciechocinek 
wywodzą się od dawnego imienia osobowego Ciechota. Są to nazwy dzierżawcze oznaczające „własność Ciechoty".

Nazwą dzierżawczą jest też Poniec (miasto w woj. leszczyńskim), etymologicznie znaczący tyle co „gród Poniata". 

Jest to twór urobiony archaicznym przyrostkiem -j (połączenie t + j musiało się u zachodnich Słowian przekształcić w 
c, por. np. prasłowiańska sve-tja - polska świeca). Imię zaś Poniat - według mego śp. Profesora Stanisława Rosponda - 
kryje   w   sobie   człon   -niat,   który   należy   kojarzyć   z   czasownikiem   niecić   i   rzeczownikiem   podnieta   (staropolska 
podniata). Od tegoż imienia wywodzą się także nazwa miejscowa Poniatowa i nazwisko Poniatowski.

Wracając zaś do Ponieca koło Leszna, chciałbym dodać, że ta nazwa tak jest w tamtych stronach odmieniana: do 

Ponieca, Poniecem, w Poniecu. Poinformowała mnie o tym miła wrocławianka, stamtąd pochodząca, która wysłuchała 
w radiu rozmowy ze mną na temat tychże form. Nie ukrywam, że powiedziałem wtedy o naturalniej-szym dla mnie 
deklinowaniu Pońca, Pońcem, w Pońcu (jak w nazwiskach typu Michalec, Kowalec, Pawelec). Zarówno w świetle 
powyższego wywodu etymologicznego (-ec nie jest przyrostkiem!), jak i ze względu na szacunek dla siły miejscowej 
tradycji w tej chwili całkowicie się opowiadam za postaciami Ponieca, Poniecem, w Poniecu.

Piaski - do Płask -piasecki

Jakie formacje przymiotnikowe urabiamy dziś od rzeczownika piasek? Współczesne słowniki rejestrują tylko formę 

piaskowy   (doły  piaskowe,   ziemia   piaskowa,   burza   piaskowa,   gleby   piaskowe,   rośliny   piaskowe,   zegar   piaskowy, 

background image

piaskowy kolor, babka piaskowa).

„Słownik   języka   polskiego"   Maurycego   Orgelbranda   z   roku   1861   przytacza   także   postać   piaseczny   (zegarek 

piaseczny,  wał piaseczny).  Kojarzymy ją, oczywiście, z nazwą miejscową Piaseczno. Jest też ona w „Podręcznym 
słowniku dawnej polszczyzny" Stefana Reczka („Skarby piaseczne" - „Biblia królowej Zofii" z roku 1455, piaseczny 
zegarek - „klepsydra").

Popularne nazwisko Piasecki, niewątpliwie związane etymologicznie z piaskiem, uświadamia nam, że i taka postać 

przymiotnikowa była w dawnej polszczyźnie możliwa. Potwierdzeniem tego są odpowiednie fragmenty fascynującej 
książki Agaty Tuszyńskiej „Singer. Pejzaże pamięci" (Gdańsk 1994). Autorka wspomina w niej miejscowość Piaski i 
pisze: „Ulica Mogiłkowa była ostatnią drogą piaseckich Żydów", „We wrześniu 1942 roku większość Żydów z getta 
piaseckiego wyprowadzono w kolumnie do Trawnik". Widzimy zatem, jak utrwalony w danej okolicy był zwyczaj 
tworzenia od nazwy miejscowej Piaski przymiotnika piasecki.

I jeszcze jedna forma gramatyczna z przytoczonych fragmentów jest bardzo pouczająca: do Trawnik. To dopełniacz 

nazwy   miejscowej   Trawniki.   Nie   urobiono   go   za   pomocą   końcówki   -ów   (do   Trawników),   która   utożsamiłaby 
brzmieniowo nazwę własną z wyrazem pospolitym (Trawników - jak trawników), lecz pozostawiono w tym przypadku 
czysty temat fleksyjny (Trawnik), różnicując w ten sposób odmianę nazwy i wyrazu pospolitego.

Tak samo zresztą deklinowane są Piaski: „Mieszkał we wsi Giełczew koło Pias k", „Max i Marta Bahnwitz z Płask 

do swojej córki" (postać Piasków zderzałaby się z dopełniaczem liczby mnogiej wyrazu pospolitego: piaski - piasków).

Obie   te   formy   -   Trawnik   i   Piask  -   dopisujemy  do   ciągu   (do,   2)   Maczek,   Gołąbek,   Lasek   (a   nie:   Maczków, 

Gołąbków,  Lasków).  W ten  sposób raz  jeszcze uświadomiliśmy sobie, jak silna jest  tendencja  do ucieczki  przed 
homonimią fleksyjną - jednakowością brzmień nazw miejscowych i wyrazów pospolitych.

O nazwach miejscowych kulturowych

Nazwy   miejscowe   zrośnięte   etymologicznie   z   dziełami   rąk   ludzkich,   z   instytucjami   oraz   wytworami   kultury 

społecznej   i   duchowej   określa   się   mianem   nazw   kulturowych.   Wśród   nich   zaś   można   wyróżnić   nazwy   kultowe 
(religijne i pamiątkowe), instytucjonalne i wytwórcze.

Nazwy   kulturowe-kultowe   przechowują   w   sobie   ślady   kultu   religijnego   oraz   upamiętniają   ważne   zdarzenia 

historyczne. W Polsce jest ich mało, co w wypadku nazw religijnych należy tłumaczyć stosunkowo późnym przyjęciem 
chrześcijaństwa i jeszcze późniejszym jego ugruntowaniem się na naszym terytorium. Takie jednak nazwy, jak Boża 
Góra, Boże, Boży Dar, Góra Kalwaria, Kalwaria, Kalwaria Pacławska, Kalwaria Zebrzydowska, Krzyż, Świętokrzyż, 
Święty Krzyż, Paradyz, Góra s'w. Jana, Góra św. Małgorzaty, Góra św. Anny, Święta Anna, Święta Katarzyna, Święta 
Lipka, Świętomarz, Trójca czy Wszechświęte, choć - podkreślmy raz jeszcze, nieliczne w stosunku do nazw tego 
rodzaju na Zachodzie Europy - świadczą o silnym związku Polski z kulturą chrześcijańską.

Pamiątkowe   nazwy   kultowe   reprezentują   u   nas   postacie   związane   z   prasłowiańskimi   wyrazami   pobeda   - 

„zwycięstwo" i pobediti -  „zwyciężyć", takie jak Pobiednia, Pobiednik, Pobiedno i Pobiedziska. Zachowały one w ten 
sposób pamięć jakichś zwycięskich walk.

Ogromną  liczebnie   grupę   stanowią  natomiast   .aazioyJkytetfwwe  instytucjonalne,   związane  z  instytucjami   oraz 

innymi wytworami kultury duchowej i społecznej.

Na   czoło   wysuwają   się   tu   zdecydowanie   Wole,   występujące   samodzielnie,   z   przydawką   określającą   (Wola 

Łużańska, Wola Mysłowska, Wola Ósowińska, Wola Wiązowa, Wola Zadybska, Wola Życka itp.) oraz w postaciach 
zdrobniałych  Wólka i Wólka (też z przydawkami określającymi, np. Wólka Lipowa czy Wólka Smolona). Źródła 
historyczne rejestrują około tysiąca pięciuset Wól, Wólek i Wolic. Pierwsze wiadomości o Wolach pochodzą z XTTT 
wieku, lecz ich powstawanie nabrało masowego charakteru dopiero w stuleciu XVI i przeciągnęło się w czasy nowo-
żytne, nie tracąc wiele na intensywności. Wola oznacza czasowe uwolnienie osadników zakładających nową osadę od 
czynszów i robocizny, jeśli była ona zastrzeżona dla pana wsi, albo często też i od dziesięciny kościelnej, choć nieraz 
duchowieństwo domagało się jej zaraz z pierwszych plonów po wykarczowaniu lasu na rolę. To uwolnienie, które dziś 
w pracach historycznych określa się mianem wolnizny, zwano w dokumentach lokacyjnych libertas - po polsku wola.

Nie było Wól na Śląsku. Ich tamtejszą odmianą są Lgoty i Ligo-ty (ten sam rdzeń co w wyrazach ulga, ulżyć), 

występujące też sporadycznie - w zetknięciu z Wolami i Wólkami - w przyległych do Śląska obszarach Wielkopolski i 
Małopolski.   Najgęstsze   skupienie   Lgot   i   Ligot   widoczne   jest   na   Opolszczyźnie   (np.   Ligota   koło   Namysłowa   i 
Niemodlina,   Ligota   Dolna   i   Górna   koło   Kluczborka   i   koło   Strzelec   Opolskich,   Ligota   Dobrodzieńska   i   Ligota 
Woźnicka koło Lublińca, Ligota Bialska koło Prudnika). Na Górnym Śląsku jest ich już stosunkowo niewiele (por. 
Ligota - dziś dzielnica Katowic), a na Dolnym Śląsku są zjawiskiem wyjątkowym (Ligota Piękna koło Trzebnicy).

Obecność   Lgot   i   Ligot   tylko   w   południowo-zachodniej   części   polskiego   terytorium   językowego   nasuwa 

przypuszczenie, czy przypadkiem ten fakt nie wypływa  z bliskości czeskiego obszaru, na którym Lhota należy do 
najczęściej   się   pojawiających   nazw   (jest   ich   tam   około   trzystu).   Językoznawcy   i   historycy   stwierdzają   jednak 
niezależność śląskich i czeskich nazw. Są one tylko wynikiem tej samej w dwu pokrewnych i sąsiednich językach 
tendencji, której zasięg w jednym  z nich obejmuje całe i niewielkie terytorium, a w drugim tylko jego część, co 
świadczy o ściślejszym powiązaniu tych dwu obszarów.

Nową,   nieznaną   do   XVI   wieku   odmianą   znaczeniową   Wól   i   Lgot//Ligot   są   Swobody   (około   dwudziestu)   - 

oznaczające nowo założoną osadę, swobodną również od podatków na lat kilkanaście.

background image

Zamkniętą grupę wśród nazw instytucjonalnych  tworzą takie formy,  jak Środa, Środka, Piątek, Piątki, Sobota, 

Sobótka, Sobótki, Sobocisko. Wszystkie one pokazują, w który dzień tygodnia w danej miejscowości odbywały się 
targi (okazuje się, że najczęściej w soboty!).

Dawne zaś miejsca targowe oznaczają takie nazwy,  jak Nowy Targ, Targowa Górka, Targowica, Targowiska, 

Targowisko, Targowisz-cze, Targówek, Targówka, Wilczy Targ.

Wiele w Polsce nazw o postaci Ujazd. Noszą je miejscowości powstałe na obszarze, któremu zakreślono granice 

przez objazd, w chwili kiedy obdarowany obejmował darowiznę (mutacje słowotwórcze Ujazdu to Objazd, Objazda, 
Ujazdek, Ujazdowo, Ujazdów, Ujazdówek, Ujeździec).

Z Ujazdem etymologicznie spokrewniona jest Ochodza - oznaczająca mniejszy obszar ziemi, któremu zakreślono 

granice przez obejście w chwili obejmowania darowizny.

Do nazw instytucjonalnych trzeba wreszcie zaliczyć także Po-świątne i Poświętne - oznaczające dawną posiadłość 

kościelną, grunt, nadanie, fundusz kościelny. Częściej niż miejscowościom nadawano nazwy tego rodzaju rolom czy 
łąkom   należącym   do   kościoła.   Produktywność   ich   w   stosunku   do   miejscowości   była   jednak   również   niemała   i 
przeciągnęła się po czasy nowsze.

Najbardziej  otwarta, zawsze gotowa na przyjęcie  form związanych  ze stale się rozwijającą kulturą materialną 

człowieka jest grupa nazw wytwórczych. Zacznijmy ich przegląd od takich postaci, rozmieszczonych w zachodniej 
części polskiego terytorium językowego, jak Cerekiew, Polska Cerekiew, Cerekwica, Cerkiew, Cerkowizna, Podcer-
kowizna i Nowa Cerekwia. Powstały one we wczesnym średniowieczu, kiedy wyrazy pospolite cerkiew i kościół były 
synonimami   oznaczającymi   bądź   zgromadzenie   wiernych,   bądź   samą   świątynię.   W   ciągu   XVI   wieku,   w   epoce 
intensywnego już obcowania żywiołu polskiego z ruskim, obydwa znaczenia odnoszące się do cerkwi wyszły z użycia, 
ustąpiwszy trzeciemu - „świątyni obrządku wschodniego".

W tym samym kręgu znaczeniowym pozostają, oczywiście, takie nazwy, jak Kościół, Biały Kościół, Czerwony 

Kościół, Wysoki Kościół, Kościelec, Kościelisko czy Kościeliska. Wśród nich największą produktywnością odznaczała 
się forma Kościelec - pierwotne zdrobnienie od kościoła, zachowane zresztą w tej funkcji w staroczeskim. W naszym 
nazewnictwie mieszała się ona często z postacią starszą - Kościół, a następnie ją wypierała.

Dwór oznaczał „dom właściciela majątku ziemskiego, mieszkanie dziedzica", dworzec - „gmach, porządniejszy 

wiejski dom". W Polsce mamy Dworzec, Dworzyska, Nowy Dworek, Nowy Dwór, Stary Dworek i Stary Dwór.

Wybitną   cechą   ustroju   słowiańskiego   były   grody,   stanowiące   schronienie   dla   osiadłej   ludności.   U   nas   miasto 

wcześnie zajęło miejsce grodu, w toponomastyce jednak przeważa typ oparty na starej formie gród: Grodna, Grodno, 
Grodziec,   Grodzień,   Grodzisk,   Grodziszcze,   Grodzkie,   Gródek,   Nowogród,   Nowogard,   Podegrodzie,   Podgrodzie, 
Starogard, Stargard, Wyszogród. Nazywają się tak miejscowości, gdzie był albo jeszcze się znajduje obronny wał, za-
mknięty,   mniej   lub   bardziej   obszerny,   poza   którym   w   pewnej   dobie   naszych   dziejów   ludność   okoliczna   szukała 
schronienia w czasie napadów nieprzyjaciela. Grodzisko oznacza drobniejszą, mniejszą twierdzę obronną, usypaną z 
ziemi w kształcie niewielkiego kwadratu lub równoległoboku (mianem grodziska określa się także ruinę grodu albo 
osady obronnej), gród zaś jest warownią obszerną, do której urządzenia trzeba było więcej pracy. W celu odparcia 
nieprzyjaciół   i   zapewnienia   bezpieczeństwa   plemiona   słowiańskie   skupiały   się   także   w   obronnych   grodkach   - 
siedzibach naczelników rodzin lub pokoleń, a następnie władców udzielnych. Grodzcem natomiast nazywano osadę 
przy grodzie założoną, również ogrodzoną i oddzieloną w celu zabezpieczenia od napadów nieprzyjaciela.

W porównaniu z nazwami wywodzącymi się od wyrazu gród formy oparte na nowszym mieście są nieliczne: Dobre 

Miasto, Miasteczko, Miasteczkowicze, Miastko, Nowe Miasto, Stare Miasto.

Wyszło z użycia - niegdyś powszechne w całej zachodniej Słowiańszczyżnie - siodło w znaczeniu „wieś". Ocalałe 

w nazwach miejscowych, znaczyło już „siedzibę, domostwo" (stąd osiedlić się to tyle co „zamieszkać, zbudować"). 
Najpopularniejsze derywaty nazewnicze od siodła to Siedlce i Sielce, rzadsze - Siedlisko, Siedliska oraz Siedliszcze.

W stosunku do nich nazwy z głównym trzonem Mes stój ą w chronologicznej opozycji. Większość z nich powstała 

dopiero w drugiej połowie XVII wieku. Zdecydowanie dominują bardzo rozpowszechnione w polskiej toponomastyce 
nazwy Nowa Wieś i Stara Wieś. Spotkać również można twory z innymi przydawkami, pochodzącymi od pierwotnych 
nazw   danych   wsi   (np.   WieśBielawska,   WieśSobocka,   Wieś   Złoczewska)   bądź   będącymi   pewnymi   jakościowymi 
określeniami (np. Mała Wieś czy Biała Wieś).

Do   najstarszych   nazw   wytwórczych   należą   formy   związane   ze   słowem   osiek,   znaczącym   tyle   co   „zasieka, 

warownia leśna, utworzona z nagromadzonych i pospajanych pni drzewnych". Był to zwykły środek obrony, stosowany 
w dawnej Polsce do strzeżenia granic, brodów rzecznych, dróg wiodących przez puszczę. Przy takich warowniach 
musiała mieszkać ludność zobowiązana do ich pilnowania i naprawy. Wymieńmy tu takie postacie nazewnicze, jak sam 
Osiek, a także Osieck, Osiecz, Osiecza, Osieczek, Osieczka, Osieczna, Osieczno, Osiecznica, Osieczyzna, Wodzek (ta 
ostatnia wywodzi się bezpośrednio z wymowy ludowej wosiek).

Nazwy typu Poręba noszą miejscowości powstałe przez wyrąb w lesie. Ich zdecydowana większość występuje na 

terenie historycznej Małopolski. Są to formy stosunkowo młode, zakładane po XVI wieku: Porqbka, Porąbki, Poręba, 
Porębiska, Porębka, Poręby.

Osady zakładano również na miejscach rozmyślnie wypalonych w lesie przez człowieka. Ich nazwy zbudowane są 

na  pierwotnym  pniu zzar:  Żarki,  Żary,  Żdżarki,  Żdżary  (w dwóch  pierwszych  formach uległ  on uproszczeniu, w 
następnych - wzmocnieniu artykulacyjnemu).

Takie z kolei nazwy, jak Łazy, Łazki, Łazisko i Łaziska, noszą miejscowości powstałe na łazach - pierwotnych 

przejściach,   ścieżkach   poprzecinanych   przez   gęstwinę   puszczy,   które   mogły   gdzieniegdzie   natrafiać   na   golizny 

background image

naturalne, zdatne do uprawy. Są to postacie stosunkowo młode. Nawet w szesnastowiecznych materiałach źródłowych 
występują one rzadko.

Bardzo wiele polskich nazw wytwórczych wywodzi się od wyrazu most: Most, Mosty, Mostki, Mościska. Są one 

szczególnie produktywne w nowszych czasach, co wynika z ciągłej aktywności człowieka w zakresie usprawniania 
stosunków komunikacyjnych.

Niniejszy szkic, poświęcony nazwom kulturowym, nie rości sobie pretensji do ogarnięcia wszystkich ich typów. 

Pokazuje jednak wystarczająco, że ta grupa nazewnicza jest wyjątkowo ważna i frekwencyjnie bogata.

Typy nazw dzierżawczych

Dociekliwy   użytkownik   języka   polskiego   może   odbierać   jako   dziwny   przejaw   niekonsekwencji   gramatycznej 

różnice w odmianie takich par nazw miejscowych, jak na przykład Wrocław -Janów czy Radom - Lublin. Skoro w 
pierwszej z nich na końcu obu form jest wargowo-zębowa spółgłoska -w, to dlaczego Wrocław ma w przypadkach 
zależnych postacie Wrocławia, Wrocławiowi, Wrocławiem, we Wrocławiu, a Janów - Janowa, Janowowi, Janowem, w 
Janowie? W drugiej parze mamy wygłosowe spółgłoski nosowe -m i -n. I znów może dziwić odmienne deklinowanie: 
Radomia, Radomiowi, Radomiem, w Radomiu - ale Lublina, Lublinowi, Lublinem, w Lublinie.

Tylko uświadomienie sobie historycznych procesów językowych pozwala na racjonalne wytłumaczenie takich, a 

nie innych  faktów fleksyjnych.  W tym  zaś  wypadku  odkryjemy  trzy typy  strukturalne  tzw. nazw dzierżawczych, 
utworzonych od imion osobowych i określających pierwotną przynależność danych miejscowości do osób--nosicieli 
tychże imion.

Zacząć trzeba od stwierdzenia, że wszystkie one są historycznymi przymiotnikami, nazewniczo określającymi gród 

czy osadę. Nie po raz pierwszy przychodzi mi z pomocą dydaktyczną śp. Babcia, a ściślej mówiąc - jej intrygujące 
mnie w dzieciństwie wyrażenia typu talerz Janków (ilu Janków?! - pytałem zawsze), czyli talerz Jankowy, Janka - jak 
powiedzielibyśmy dzisiaj. Moja Babcia posługiwała się jeszcze starą postacią przymiotnika - tzw. rzeczownikową (bo 
taki przymiotnik odmieniał się jak rzeczownik), tą, którą odkrywamy na przykład w tytule translatorskiego dzieła Jana 
Kochanowskiego Psałterz Dawidów. Proszę sobie teraz uświadomić identyczność formalną połączeń rzeczownika z 
przymiotnikiem typu gród Janów, czyli „gród Janowy, Jana". Z czasem - po odrzuceniu członu utożsamiającego gród 
czy osada - przymiotnikowy człon odróżniający (tu:Janóio) stawał się tworem samodzielnym, funkcjonującym  jak 
rzeczownik.

Najstarsze nazwy dzierżawcze utworzono jednak za pomocą przyrostka -j (w czasach prasłowiańskich po owym -j 

występował jeszcze tzw. jer, czyli półsamogłoska). Były więc na przykład imiona Wrocisław i jego skrócona wersja 
Wrocław, Radom, Bytom, Oświęcim, Poznań, Przemysł, Sędomir czy Pakost, odmieniane według wzoru rzeczowników 
twardotematowych: Wrocława - Wrocławowi, Ra-doma - Radomowi, Bytoma - Bytomowi, Oświecima - Oświęcimowi, 
Poznana - Poznaniowi, Przemyśla - Przemysłowi, Sędomira - Sędomirowi, Pakosta - Pokostowi. Grody Wrocława, 
Radoma, Bytoma itd. -to były grody Wroctawj, Radomj, Bytom], Oświęcim], Poznanj, Przemysł], Sędomir], Pokost] 
(przypominam, że to były przymiotniki -tak jak opisany wyżej Janów). Przyrostek -] nie zachował się do czasów 
piśmiennych,   pozostawił   jednak   swój   ślad,   miękcząc   poprzedzające   go   spółgłoski:   Wrocław',   Radom',   Bytom', 
Oświęcim', Poznań, Przemyśl, Sandomierz, Pakość.

W wypadku takich nazw, jak Poznań, Przemyśl czy Pakość, miękki charakter ich wygłosów jest do dziś oczywisty. 

Do wieku XVIII był on też oczywisty w nazwach kończących się spółgłoskami wargowymi, bo i one wymawiano z 
miękkim wygłosem: Wrocław', Radom', Bytom', Oświęcim' (taką samą miękką artykulację wygło-sową miały zresztą i 
takie wyrazy pospolite, jak na przykład karp', gołąb', jastrząb'). Mniej więcej od XVIII stulecia zaczęto wygłosowe 
spółgłoski wargowe wymawiać twardo: Wrocław, Radom, Bytom, Oświęcim (także: karp, gołąb, jastrząb). Jedynym 
śladem   ich   dawnej   miękkości   są   postacie   przypadków   zależnych   -   z   miękkim   tematem   fleksyjnym:   Wrocławia, 
Wrocławiowi, Radomia, Radomiowi, Bytomia, Bytomiowi, Oświęcimia, Oświęcimiowi (karpia, gołębia, jastrzębia).

Nazwy utworzone przyrostkiem  -ów były zawsze odmieniane według paradygmatu twardotematowego:  Janów 

-Janowa -Janowo-wi, Miłków - Miłkowa - Miłkowowi, Sędzimirów - Sędzimirowa - Sę-dzimirowowi itp.

Twory rodzaju żeńskiego z dzierżawczym przyrostkiem -owa deklinujemy dziś albo rzeczownikowo (Częstochowa 

- Częstochowy - w Częstochowie, Włoszczowa - Włoszczowa - we Wieszczowie - jak dziewczyna - dziewczyny - o 
dziewczynie), albo przymiotnikowo (Kolbuszowa - Kolbuszowej, Limanowa - Limanowej - jak zdrowa - zdrowej).

Formacje rodzaju nijakiego z przyrostkiem -owo charakterystyczne są dla Wielkopolski i dla Polski północnej 

(Janikowo, Miłkowo, Janowo). Na tych obszarach podtrzymywane są również stare formy z przyrostkami -ew, -ewa, 
-ewo po spółgłoskach miękkich (np. Pleszew, Biniew, Mikołajewo).

Został nam do omówienia ostatni typ nazw dzierżawczych - tych, które zostały utworzone za pomocą przyrostka 

-in. Były więc imiona Lubel, Lubią, Luba, Koszęta, Sulęta, Bart, Będą, miejscowości zaś od tych imion urobione - 
pierwotne przymiotniki, przypomnę raz jeszcze - to Lublin, Lubin, Koszęcin, Sulęcin, Barcin, Będzin. Nazwy te od-
mieniane były zawsze według twardotematowego wzorca: Lublina -Lublinowi, Koszęcina - Koszęcinowi itp., co wcale 
nie znaczy, że ludzie nie mieszają typów deklinacyjnych. Wystarczy tu przywołać choćby Będzin i Lubin - nazwy przez 
bardzo wielu rodaków traktowane jako rzeczowniki miękkotematowe Będzin, Lubin i tak odmieniane: do Będzinia, do 
Lubinia, w Będzinie w Lubiniu. Takie postacie gramatyczne nie mają jednak żadnego uzasadnienia historycznego.

background image

Z Katowic do Cieszyna, Skoczowa, Pierśćca i Pszczyny

Jeden z odczytowych szlaków po ziemi śląskiej zawiódł mnie kiedyś z Katowic do Cieszyna, Skoczowa, Pierśćca i 

Pszczyny. Jakie jest pochodzenie nazw tych miejscowości?

Nie ma jednomyślności co do etymologii Katowic. Jedni uznają je za twór patronimiczny (odojcowski) związany z 
imieniem-przezwiskiem   Kat  (Katowicy,  późn.  Katowice   -  „potomkowie,   ludzie   Kata"),   inni  -   opowiadając  się  za 
pierwotnym   brzmieniem   Katowice   -   wywodzą   je   od   kątów,   czyli   „lichych,   ubogich   chat   zagrodników   leśnych". 
Zwolennicy   Katowic   -   pierwotnych   Katowic   -   powołują   się   przy   tym   na   zapis   z   ą   z   protokołu   wizytacyjnego 
krakowskiego, sporządzonego jednak przez proboszcza Ślązaka w Bogucicach:
„Ad parochiam pertinent villae Boguczyce, Zalezie et nova villa Katowice" (do parafii należą wsie Bogucice, Zależę i 
nowa wieś Katowice).

Cieszyn był grodem znajdującym się w zasięgu terytorialnym plemienia Golęszyców, wymienionych u Geografa 

Bawarskiego w IX wieku (Golensici). Pierwsza wzmianka źródłowa - już o grodzie kasztelańskim - pochodzi z „Bulli 
wrocławskiej"   z   roku   1155:   Tescin   (dwuznak   sc   =   sz).   Od   XIII   stulecia   mnożą   się   przekazy   źródłowe,   które 
niezmiennie potwierdzają formę Cieszyn, tj. „gród przynależny do Cieszy (skrót-zdrobnienie od Ciechoslawa)": Tessin 
1223, Te-schen 1225, Thesin 1228.

Warto jeszcze dodać, że i w Meklemburgii był Cieszyn (1230 Tessin). Mamy też identyczną nazwę dzierżawczą w 

Wielkopolsce.

Skoczów,   położony   nad   Wisłą   u   podnóża   Beskidu   Śląskiego,   stał   się   miastem   w   roku   1327   (Zchotschow). 

Etymologia   ludowa   wiąże   Skoczów   ze   skokiem:   dzisiejsze   miasto   założono   na   jeden   skok   niżej   od   dawnego, 
zapadniętego. Inne podanie mówi, że to tutaj Wanda miała skoczyć do Wisły. Tymczasem jest to najprawdopodobniej 
nazwa   dzierżawcza   od   nazwiska   Skocz   (por.   nazwy   miejscowe   Skoczkowa,   Skoczyce).   Nie   jest   też   wykluczona 
etymologia  od wyrazu  pospolitego  skok - „spadek wody,  grobla".  Przecież  miasto leży nad Wisłą (por. Skoki  w 
Wielkopolsce, położone między jeziorami).

Tuż koło Skoczowa leży Pierściec z kościołem pod wezwaniem św. Mikołaja i słynącą łaskami figurą dobrego 

biskupa z Bari, opisaną przez Zofię Kossak-Szczucką w pięknej „Legendzie o św. Mikołaju z Pierśćca" z roku 1938 
(pisarka  mieszkała w pobliskich Górkach  Wielkich). Nazwę Pierściec  nosi  w Polsce tylko  ta jedna podbeskidzka 
miejscowość, a jej brzmienie nawiązuje do staropolskiego słowa piersć oznaczającego „garść ziemi, gleby, próchnicy", 
„proch, pył" („Łajna pierściq przykryjesz" - czytamy w „Biblii królowej Zofii" z roku 1455). Ta niewątpliwie bardzo 
stara nazwa, jak już powiedziałem - jedyna na polskim obszarze językowym, etymologicznie związana jest z takimi 
postaciami,   jak   Pierzchnica,   Pierzchną,   Pierzchnia,   Pierzchną.   Te   ostatnie   formy   kontynuują   zwykle   pierwotne 
brzmienia Pierśnica, Piersna czy Piersno, bo też i oprócz rdzenia pierść funkcjonował oboczny do niego pierzch (por. 
pierszyć -„prószyć", pierzchnąć- „chropowacieć").

I wreszcie Pszczyna - na pozór zupełnie nieprzejrzysta znaczeniowo, więc i niełatwa do analizy etymologicznej. 

Trudności te szybko jednak znikają, gdy sobie uświadomimy, że nazwa miasta pochodzi od nazwy rzeki Pszczyny - 
dziś   dla   odróżnienia   zwanej   Pszczynkq   (tak   jak   nazwy   miejscowe   Wisła,   Wiślica,   Oława,   Słupsk   czy   Puck   są 
nawiązaniem do nazw rzek - Wisły, Oławy, Słupi, Puty). Rzeka zaś zwała się kiedyś Piszczyna, a jeszcze wcześniej - 
Biszczy-na, tj. „rzeka błyszcząca się". O obecności w nazwie pierwotnego l świadczą zarówno niemiecka postać Pless, 
jak i  bardzo bogata  dokumentacja historyczna:  Plisschyr  - zamiast Plisschyn  1302, Plessina 1326, Pischina 1407, 
Blasczina 1444. Jak zatem widać, pomimo nieuchronnie zniekształconych zapisów (jakież spiętrzenie spółgłoskowe w 
połączeniach błszcz - piszczl) wszędzie się ujawnia pierwotne l.

Mogilno i okolice

Serię   spotkań   autorskich   miałem   też   kiedyś   w   Mogilnie   i   w   jego   okolicach.   Zaciekawił   mnie   szczególnie 

nazewniczy pejzaż odwiedzanych miejscowości. Ileż w nim gramatycznych skamielin!

Zacznijmy od Mogilna, w którym w roku 1065 król Bolesław Śmiały ufundował kościół i klasztor i osadził w nim 

benedyktynów tynieckich. Nazwa miasta, położonego w pagórkowatej okolicy na Wysoczyźnie Gnieźnieńskiej, musi 
być kojarzona z wyrazem mogiła, a ściślej - z jego pierwotnym znaczeniem „naturalny pagórek, wzniesienie" (dopiero 
później mogiła stała się określeniem sztucznie usypanego kopca na miejscu czyjegoś pochówku).

Nocowałem w oddalonych o parę kilometrów Bielicach, te zaś trzeba wiązać z nazewniczym pniem biel - „bagno, 

błoto, mokradło" (por. Bielany, Bielawa, Bielawy, Bieliny).

Najsilniej   poczułem   się   związany   z   tamtejszym   regionem   w   Kołodziejewie.   A   dlaczego?   Otóż   w   języku 

staropolskim kontynuowana była odziedziczona z prasłowiańszczyzny prawidłowość: po spółgłosce twardej musiała 
następować samogłoska o, po zmiękczonej zaś i po j - samogłoska e. Z czasem jednak - pod wyrównującym wpływem 
formacji  z samogłoską  o - zaczęły się cofać  formacje  z poprawnym  pierwotnym  e (typu  Wiśniewski, Olszewski, 
Tomaszewice) i pojawiły się wtórne postacie (Wiśniewski, Olszowski, Tomaszowice). Dziś traktujemy je, oczywiście, 
jako twory absolutnie równorzędne. Warto jednak wiedzieć (a wspominaliśmy już o tym w rozdziale o typach nazw 
dzierżawczych), że najdłużej utrzymano pierwotne e w Wielkopolsce. To w jej okolicach mamy dlatego najwięcej nazw 
miejscowych   z   przyrostkami   -ew,   -ewo   po   spółgłoskach   zmiękczonych   -   typu   Pleszew,   Biniew   czy   właśnie 
Kołodziejewo, podczas gdy w Małopolsce są Płaszów, Biniów, Kołodziejów.

background image

Gdyby Trzemeszno, kolejny punkt mego odczytowego objazdu, było miastem młodszym, z pewnością nazywałoby 

się   Czeremeszno.   Że   jego   początki   sięgają   jednak   X   wieku   (bo   już   wtedy   była   tu   pustelnia   założona   przez   św. 
Wojciecha, pochowanego w tamtejszym kościele w roku 997 i dopiero później przeniesionego do Gniezna), to i nazwa 
związana jest z pierwotnym brzmieniem czrzemcha (przejście czrz w trz jest typowe). Nazwa tej rośliny i takie pierwot-
ne formy,  jak czrześnia, czrzop, dopiero później przekształciły się pod wpływem  języka  ukraińskiego  w postacie 
czeremcha, czereśnia, czerep.

Nad Notecią leży Pakość. Też już wiemy z rozdziału o nazwach dzierżawczych, że jak wszystkie bardzo stare 

nazwy i ta została utworzona przyrostkiem -;' od imienia osobowego Pokost, to zaś jest skróceniem formy podstawowej 
Pakosław (prasłowiańskie pak -„silny") - tak jak np. Radost od Radosław.

Z Pakości pojechałem do gościnnego Barcina, czyli „grodu Bar-ty" (tu mamy przyrostek dzierżawczy -in), Barta 

zaś - tak jak Bart czy Bartosz - to skrócona wersja aramejskiego imienia odojcow-skiego Bartłomiej (Bar-Tholomai - 
„syn Tolmy" lub „syn oracza").

W   miejscowości   Janikowo   leżącej   nad   Jeziorem   Pakoskim   znów   sobie   uświadomiłem   jej   wielkopolsko-

północnopolski charakter (w Małopolsce byłby to Janików), a poza tym - niezwykłą produktywność form urabianych 
od najpopularniejszego imienia Jan. Jedną z nich bylJanik - podstawa słowotwórcza Janikowa (por. inne derywaty: 
Janas, Janus, Janiec, Joniec, Janota, Janek, Jonek, Janusz, Ja-nuch, Janich).

I wreszcie bardzo stare kujawskie Strzelno, które odwiedziłem w ostatnim dniu. Jest ono (jak i dolnośląski Strzelin) 

najprawdopodobniej   związane   etymologicznie   z   prasłowiańską   bazą   strel,   tkwiącą   np.   w   wyrazie   przestrzeń,   a 
oznaczającą rozległą równinę, szerokie pole. Przyrostek -no był typowym formantem topograficznym.

Toruń

W czasie wieczoru autorskiego, jaki miałem przed paroma laty w Toruniu, powiedziałem, że wizyta w grodzie 

Kopernika jest dla mnie szczególnie miła, bo nie jest wykluczone podobieństwo etymologiczne nazw miejscowych - 
tegoż Torunia i moich rodzinnych Tarnowskich Gór.

Te ostatnie wzięły swą postać od pobliskich i dużo starszych Tarnowie (w Górach natomiast zachowane jest jedno 

z ich dawnych znaczeń, a mianowicie „kopalnie, wzniesienia po usypiskach", stąd - górnik). Tamowice z kolei - tak jak 
Tarnów, Tarnowa, Tarnówka czy Tamowa - pochodzą od wyrazu pospolitego tarnina.

Jaki  może mieć  ona związek z Toruniem?  - spytają  Państwo. Tymczasem  biskup warmiński  Marcin Kromer 

(1512-1589), pisarz polsko-łaciński, historyk, autentyczny i wiarygodny interpretator nazewnictwa północnopolskiego, 
informował: „Gedeon, biskup płocki, za zgodą kolegium kapłańskiego dodał Tarnów (Ta r no via}, który teraz jest 
Toruniem". Powtórzył to za nim jego tłumacz Sarnicki: „Toruń, przez nich założony, ongiś Tarnowem zwany był".

Tę interpretację uznaje się za najprawdopodobniejszą, zwłaszcza że typowe są zarówno zniemczenie Tamowa 

(czyli popularnej nazwy topograficznej; nad Wisłą nie brakowało przecież zarośli z tarniną!) na Thom, potem Thoron, 
Thorun, jak i repolonizacja z Thorun na Toruń - z całkowitym przerwaniem więzi z pierwotnym Tarnowem.

Zresztą   -   historycy,   którzy   zwłaszcza   w   XIX   wieku   zajęli   się   przeszłością   Torunia   w   związku   z   Mikołajem 

Kopernikiem tam urodzonym w roku 1473, też odkryli zapis Tamowa z lat 1222 i 1230. Dopiero po założeniu przez 
Krzyżaków miasta i zamku obronnego na pierwotnej osadzie pojawiły się zniemczone formy Toruń 1231, Thorun 1233, 
Thoron   1241,   Thorum   1248.   Co   bardzo   jednak   znamienne   -   żadnej   z   nich   nie   można   wyprowadzić   od   jakiejś 
niemieckiej podstawy słowotwórczej!

Poza tym - pomimo osiedlenia się kupców z Westfalii, Flandrii, Śląska (miasto należące do Hanzy było bardzo 

atrakcyjne) -Toruń nie tracił polskiego charakteru, tym bardziej że ludność polska stale się w nim osiedlała. W pobliżu 
była nawet Polska Wieś (Polnisch Dorf), a w Toruniu - Polska Uliczka (Polnischgasse).

Sebastian Klonowic tak zaś pisał w swoim Flisie z roku 1598 o zamożności i wspaniałości Torunia: „A gdyć za 

szkutę   (czyli  statek   rzeczny)  w  zad  ucieka  góry,  oglądasz  świetne   jako  płomień   mury  (ceglane,  czerwone   mury, 
zachowane  do dziś  od strony Wisły,  robiły wrażenie  płomienia),  miasto jak z  rąbka  wywinął  osobne,  na wszem 
ozdobne, Toruń budowny i bogaty w cnotę, tym szczyrych mieszczan oglądasz ochotę".

Dambon i Dębska Kuźnia

Kiedy wracam z Tarnowskich Gór do Wrocławia, przejeżdżam zawsze przez podopolską Dębską Kuźnię, po jednej 

zaś z takich podróży czekał na mnie list od pewnej opolanki z ulicy... Dambonia'. Obie formy wywiedzione od dębu 
zasługują na uwagę, bo są prawdziwymi skamielinami językowymi.

Zacznijmy od przymiotnika dębski. W takiej postaci - obok Dęb-skiej Kuźni - znamy go już tylko z nazwiskowej 

formy Dębski (we wrocławskiej książce telefonicznej policzyłem 42 Dębskich i 4 Dembskich). Uświadamiamy sobie, 
że dziś derywat przymiotnikowy od dębu urabia się tylko za pomocą przyrostka -owy: las dębowy, dębowy stół, deska 
dębowa, dębowy liść, dębowa trumna (w tejże książce telefonicznej jest jednak tylko jeden Dębowy i dwóch Dembo-
wych) - tak jak od rzeczowników abecadło, biodro, metal, koniec, początek, piasek, duch, krzyż czy Jan tworzymy tym 
sufiksem postacie abecadłowy, biodrowy, metalowy, końcowy, poczqtkowy, piaskowy, duchowy, krzyżowy i Janowy. 
W   dawnej   polszczyźnie   przymiotniki   tworzono   głównie   za   pomocą   przyrostków   -ski   i   -ny:   abecadiny,   biedrzny, 
metalny, konieczny (stąd i nazwisko Konieczny - oznaczające kogoś, kto mieszkał na końcu osady, wsi), począteczny, 
piaseczny (por. nazwę miejscową Piaseczno), piasecki (por. nazwisko Piasecki), duszny, duski (por. ulicę Świętoduską 

background image

w Lublinie), krzyski (por. Góry Świętokrzyskie, kościół Świętokrzyski, ulicę Świętokrzyską), Jański (por. nazwisko 
Jańsfci, noc świętojańską, ulicę Świętojańską).

Kariera przyrostka -owy zaczęta się dopiero w wieku XVIII. Przyczyną jego popularności jest przede wszystkim 

nagłosowa samogłoska -o; dzięki której unika się trudnych do wymówienia zbitek spółgłoskowych (czyż  np. staw 
biodrowy nie jest fonetycznie wygodniejszy od stawu biedrznegofl). Skład głoskowy tego przyrostka pozwala ponadto 
na utrzymanie w przymiotniku tych samych elementów, które tkwią w rzeczowniku: abecadło - abecadłowy (ł - ł), 
początek - początkowy (k - k), biodro - biodrowy (o-o, r-r).

Przejdźmy   do   nazwiska   Damboń.   Dołączmy   je   do   takich   postaci,   jak   Dambiec,   Dambała,   Dambal,   Dambik, 

Dambich, a także Stanchły, Sandecki, Sankała, Mandrak, Mandrala, Panchyrz, Gambiec, Gamboń, Rampa, Kampka, 
Kampczyk,   Gansiniec,   Kandzia,   Kandziora,   Kandziela,   (św.Jan)   Kanty,   Bambynek,   Pandzioch,   Pandza,   Kansy, 
Nandza,   Nandzik,   Bandas,   Wanglorz,   Pampuch,   Pankała,   Panczek,   Nancki   (z   wyjątkiem   św.   Jana   Kantego   i 
Sandeckiego spisałem je wszystkie z książki telefonicznej woj. katowickiego). Wyczuwamy, że są one fonetycznymi 
wariantami takich form, jak Dęboń, Dębieć, Dębała (Dąbała), Dębal (Dąbal), Dę-bik (Dąbik), Stęchły, Sądecki, Sękata, 
Mądrak, Mądrala, Pęcherz, Gębiec, Gęboń, Kępa, Kępka, Kępczyk, Gęsiniec, Kędzia, Kędziora, Kądzielą, (św. Jan z) 
Kęt, Bębenek, Pędzioch, Pędza, Kęsy, Nędza, Nędzik, Będas, Węglarz, Pępuch, Pękała, Pączek, Nęcki. By odsłonić ich 
archaiczny charakter, trzeba przedstawić historię samogłosek nosowych w naszym języku.

Polszczyzna odziedziczyła z epoki prasłowiańskiej dwa samogłoskowe dźwięki nosowe: e nosowe i o nosowe. Ale 

że gdzieś do połowy XV wieku funkcjonowało w naszym języku zjawisko tzw. iloczasu, polegające na tym, że każda z 
samogłosek miała swą odmianę długo i krótko wymawianą, to i dwie samogłoski nosowe występowały w wersjach 
długiej i krótkiej. Mieliśmy zatem dwie samogłoski nosowe co do barwy (e nosowe i o nosowe) i cztery - co do dłu-
gości trwania (długie i krótkie e nosowe oraz długie i krótkie o nosowe).

Koło wieku XIV, w którym odróżniano jeszcze samogłoskowe dźwięki długie i krótkie, nasze dwie nosówki zlały 

się co do barwy w jeden dźwięk - nosowe a (mniej więcej takie, jakie mamy dziś w obcych z pochodzenia formach typu 
awans, fajans, pasjans - wymawianych właśnie z a nosowym). To wtedy pojawiają się zapisy oddające ów dźwięk w 
postaci bądź przekreślonego o, bądź a z ogonkiem. Kiedy prawa iloczasu przestały obowiązywać, długie a nosowe 
zaczęto wymawiać jak dzisiejsze o nosowe (mąż, wąwóz, wąski itp.), krótkie zaś a nosowe - jak dzisiejsze e nosowe 
(węch, męski). Litera ą jednak już pozostała i jest znakiem nosowego o.

A czy mamy jakieś ślady tego dawnego nosowego a? Słyszy się je w gwarach (głównie śląskich) w formach typu 

damb,   kampa,   ganś,   kandzierzawy,   pand   (niech   zapisy   z   -am;   -an-   będą   tu   odpowiednikiem   a   nosowego).   Jak 
przysłowiowa skamielina tkwi też ono w postaciach nazwiskowych - takich właśnie jak ów Damboń czy Dambiec, 
Kampa, Kandzia, Pandzioch, (św. Jan) Kanty, Panchyrz itd.

Profesor Stanisław Rospond widział to dawne nosowe a także w nazwisku Nankier, które nosił XIV-wieczny 

biskup krakowski, a później wrocławski, rodem z Kamienia (dziś należącego do Piekar Śląskich), patron ulicy i placu, 
przy którym znajduje się polonistyka wrocławska. Według mego śp. Profesora byłby Nankier formą wywiedzioną od 
czasownika nękać - w XIV stuleciu wymawianego z rdzennym a nosowym - nankać (por. wyżej nazwisko Nancki).

Chicago - Don Kichot - Don Juan

Wymowa nazwy Chicago przez długie lata nie budziła wątpliwości: słyszało się powszechnie fonetyczną postać 

Czikago, a rodacy opierali się na regule, zgodnie z którą angielskiemu ch odpowiada polskie cz (Chicago - Czikago - 
tak jak np. Chanie Chaplin - Czerly Czeplin, charleston - czerleston itp.).

Od   kilkunastu   lat   coraz   częściej   dociera   do   naszych   uszu   brzmienie   Szikago.   Polecają   je   encyklopedie, 

wydawnictwa   poprawnościowe   natomiast   dopuszczają   obie   formy   -   Czikago   i   Szikago   -bez   przyznawania 
którejkolwiek z nich pierwszeństwa.

Skąd   się   wzięła   postać   z   nagłosowym   sz   -   tak   dziś   ekspansywna?   Jest   ona   zgodna   z   oryginalną   wymową 

amerykańską i z całą pewnością będzie się utrwalać. Czyżby Amerykanie nagłosowe ch artykułowali jako sz? - zapyta 
wielu   nieufnych   i   zdziwionych.   Odpowiadam:   na   zasadzie   wyjątku   rzeczywiście   tak   się   fonetycznie   zachowują, 
pisownia Chicago bowiem to rezultat oddania za pomocą ortografii francuskiej brzmienia oryginalnej nazwy indiań-
skiej, a francuskiemu dwuznakowi ch odpowiada dźwięk sz. Jest to fakt związany z historią Stanów Zjednoczonych, 
który znalazł odbicie w tradycji językowej.

Tymczasem my, Polacy, możemy wymawiać Chicago tak jak Amerykanie (czyli Szikago) lub używać tradycyjnego 

brzmienia Czikago. Nietrudno się domyślić, że osobiście bardziej jestem przyzwyczajony do postaci Czikago i nią się 
posługuję, formie Szikago jednak przepowiadam coraz powszechniejsze funkcjonowanie. W miarę zacieśniania się 
kontaktów ze światem rośnie liczba słów wymawianych  zgodnie z „oryginałem", a mówiąc jeszcze inaczej: coraz 
więcej wokół nas zapożyczeń akustycznych (typu Bitels - Bitelsi), a coraz mniej - graficznych (typu Bitles - Bitlesi).

Wraca też jak bumerang problem wymowy nazw własnych Don Kichot i Don Juan. Obie wywodzą się z języka 

hiszpańskiego, ale przejęte zostały przez polszczyznę za pośrednictwem francuskiego. Zgodnie z hiszpańską oryginalną 
wymową powinny brzmieć: Don Kichote (pisownia hiszp. Don Quijote) oraz Don Chuan (pisownia hiszp. Don Juan). 
My jednak - tradycyjnie  - pozostajemy na ogół  wierni  wymowie francuskiej:  Don Kiszot  (w pisowni  franc.  Don 
Quichotte, w polskiej odwzorowanej jako Don Kiszot) i Don Żuan (w pisowni Don Juan - zapis taki jak w ortografii 
hiszpańskiej   jest   przez   Francuzów   odczytywany   inaczej,   zgodnie   z   ich   własnymi   zasadami   ortograficzno-

background image

fonetycznymi).

Postacie odpowiadające fonetyce hiszpańskiej - Don Kichote i Don Chuan - mogą się pojawiać jako oboczne tylko 

wtedy,  gdy odnoszą się do bohaterów literackich. Jeśli mówimy o donkiszocie -„błędnym  rycerzu, marzycielu", o 
donkiszoterii   -   „postawie   życiowej   nacechowanej   marzycielstwem,   dziwactwie,   maniactwie"   czy   o   donżuanie   - 
„uwodzicielu", jedynie obowiązujące są brzmienia z sz i ź.

Od balwierza do kufajki

Dlaczego pochodząca z rosyjskiego fufajka w języku większości rodaków przyjmuje brzmienie kufajka? - pytają 

mnie często telewidzowie.

Czy   poprawny   jest   zapis   Pelegrinus   na   wycieczkowym   autokarze?   -   niepokoi   się   pewien   wrocławianin, 

przywołujący słowo peregrynacja i znaną z lekcji łaciny formę peregńnus - „zagraniczny, obcy, nie osiadły" - też z 
dwiema głoskami r.

Przedstawione tu rozterki poprawnościowe należy wiązać z bardzo ciekawym  i spotykanym  w wielu językach 

zjawiskiem   tzw.   dysymilacji   fonetycznej,   czyli   rozpodobnienia   jednakowo   brzmiących   głosek   występujących   w 
poszczególnych wyrazach. Oto np. przywiezione w XVI wieku do Europy warzywo we Włoszech otrzymało nazwę 
tartufo, tartufolio - z dwiema spółgłoskami  t. Ale już na gruncie niemieckim włoski wyraz  przez rozpodobnienie 
pierwszego t zmienił się na kartofel - z k i t - i ta postać utrwaliła się w naszym języku.
Pierwotny biszkokt - od łac. bis + coctus „dwukrotnie gotowany" - to dzisiejszy biszkopt (k-k rozpodobnione na k - p).

Pierwotne   dostatczanie,   logicznie   wywiedzione   od   rzeczownika   dostatek   (jeszcze   Jan   Kochanowski   pisał   o 

dostatczaniu zboża przez spichlerze), zostało zamienione na dostarczanie.

Zjawisko dysymilacji fonetycznej łatwo zauważymy, przypatrując się takim parom wyrazowym, jak np. ludwisarz 

- niem. Rothgies-ser, folwark - niem. Yorwerk czy Małgorzata - Margarita (gr. marga-ńtes - „perła").

Z łac. rzeczownikiem barba  „broda"  związany jest średniołaciński barbańus  - „cyrulik,  golibroda".  Do niego, 

oczywiście, nawiązuje francuski barbier. Ale już w języku niemieckim obok zgodnej z oryginałem postaci Barbier 
występował Balbier - z rozpodobnioną parą głoskową ; - r. Nasi przodkowie przejęli od sąsiadów oba te brzmienia, ale 
ostatecznie utrwalił się balwierz (później wyparty przez fryzjera).

Nietrudno teraz zrozumieć, skąd się wzięły w polszczyźnie Pelegńnus i kufajka. Peregrynacja - dawn. „wędrówka, 

dłuższa  podróż"   („Donosiła,   że  znalazła  po  długiej   a  nadaremnej   peregrynacji   wśród  zepsutego  świata   człowieka 
znakomitego" - czytamy np. w Macosze Józefa Ignacego Kraszewskiego, powieści z podań XVIII w., napisanej w roku 
1872; „Wtedy też poznał Maciej dokładnie przebieg peregrynacji Pomponiusa. Minąwszy Wiedeń i Kraków, kierował 
się on mianowicie na Ruś Czerwoną" - napisał Jan Piasecki w swej powieści o Mikołaju Koperniku pt. „Portret z 
konwalią") -to kontynuacja łac. peregrinatio „podróż". Z tym źródłosłowem powiązany jest, naturalnie, pielgrzym - 
bezpośrednio   przejęty   ze   staro-górno-niemieckiego   wyrazu   Piligrim.   Bo   Germanie   nie   nawiązali   do   pierwotnej 
łacińskiej wersji peregrinus (tylko ją mamy w słowniku łacińsko-polskim), lecz do jej odmiany ludowej pelegrinus - już 
z rozpodobnioną parą l - r.

Więc choć i ja wolałbym na wycieczkowym autokarze napis Peregrinus, postaci Pelegrinus potępiać w czambuł nie 

mogę. Tak jak trudno się upominać o oryginalną  fufajkę, skoro absolutna większość Polaków posługuje się ku fajką 
-zkif.

Poznaliśmy tutaj ważne i ogólnojęzykowe zjawisko fonetyczne. Jego przeciwieństwem jest, łatwo się domyślić, 

asymilacja, czyli upodobnienie głosek. W żywej mowie spotykamy się z nim bez przerwy. Mówimy np. bapka, tfarz, 
tagże (upodobnienie dźwięcznych  b, w do bezdźwięcznych  k, t w wyrazach babka, twarz i bezdźwięcznego k do 
dźwięcznego ź w wyrazie także); w romantyzmie, w kapitalizmie (w romantyzmie, w kapitalizmie) - upodobnienie 
twardego   z   do   miękkiego   m;   pambuk,   szczasem   (Pan   Bóg,   z   czasem)   -   upodobnienie   przedniojęzykowego   n   do 
dwuwargowego   b   i   przedniojęzykowego   z   do   dziąsłowego   cz.   Upodobnienie   pod   względem   dźwięczności 
spowodowało także przekształcenie się pierwotnych postaci typu slecieć, sjeść, s jechać (spotykanych do dziś tylko w 
gwarach śląskich), snad, s nim w zlecieć, zjeść, zjechać, znad, z nim.

Podsumowujące zaś wypada stwierdzić, że dysymilacja i asymilacja fonetyczna tworzą jeszcze jedną parę zjawisk, 

które - na zasadzie dopełniania się przeciwieństw - służą w rozwoju języka pożądanej funkcjonalnej równowadze.

Kryzys łaciny - wpływ angielszczyzny

Kilkanaście lat temu jeden z lektorów dziennika telewizyjnego, informujący o wykonaniu znanego „Requiem" W. 

A. Mozarta, fatalnie tę łacińską formę odczytał - jako rekłem, podczas gdy jedynie poprawna wymowa to rekwijem 
(łac. requiem to biernik liczby pojedynczej od requies - „odpoczynek"; por. incipit wezwania modlitewnego Requiem 
aetemam dona ei, Domine\ - „odpoczynek wieczny racz mu dać, Panie!"; w Kościele katolickim requiem oznacza też 
śpiew i muzykę do mszy za zmarłych lub zestaw specjalnych modlitw; także - rzadziej - mszę za zmarłych).

Wydawało mi się wtedy, że nieszczęsne rektem to wypadek przy pracy. Wierzyłem jeszcze w siłę tradycji języków 

klasycznych. Byłem naiwny, niestety... Od tamtego czasu podobnie odczytywane requiem usłyszałem kilkanaście razy - 
tak jak bez przerwy spotykam się z brzmieniami kłantum, kłosi czy kli pro kło. Myślę wtedy gorzko: ile jeszcze osób w 
Polsce requiem, ąuantum, quasi i qui pro quo traktuje jak słowa o przejrzystej etymologii („spoczynek", „pewna ilość", 

background image

„jak gdyby", „jeden zamiast drugiego"), w którym połączenie qu trzeba odczytywać jak kw: rekwijem, kwantum, kwaz-
i, kwi pro kwo?

Oderwaniu od łacińskich korzeni w ostatnich latach sprzyja angielszczyzna, o czym bardzo mądrze napisał w swym 

liście jeden z czytelników wrocławskich: „Ekspansja języka angielskiego doprowadzić może do sytuacji, w której za 
kilka lat usłyszymy akuare-la, akuaforta, kuadrans, akuamaryna, akuarium, kuintal zamiast poprawnych form akwarela, 
akwaforta, kwadrans, akwamaryna, akwarium, kwintal itp.".

To zmaganie się tradycji z nowymi obyczajami fonetycznymi obserwowaliśmy niedawno temu, gdy codziennie 

środki masowego przekazu przynosiły wiadomości o polskim statku Aquańus, zatrzymanym przez Rosjan. Niektórzy 
lektorzy - i chwała im za to - nazwę statku odczytywali Akwańns, byli jednak i tacy, którzy wybierali wariant Akuańus, 
odrywając się w ten sposób od łacińskiego źródła wymowy (aqua, czyt. akwa - „woda", por. akwedukt, akwarium, 
akwarela, akwaforta, akwamaryna, akwen - od wieków w polszczyźnie z grupą głoskową kw\).

Korespondent zwraca też uwagę na coraz częstsze odchodzenie w mediach od tradycyjnej wymowy nazw takich 

państw, jak Rwanda, Gwatemala, Ekwador.  Słyszymy:  Ruanda (w wypadku  tej nazwy także widzimy w piśmie), 
Guatemala (ostatnio w programach telewizyjnych poświęconych Andrzejowi Bobkowskiemu, który wiele lat spędził w 
tym kraju), Ekuador. Opowiadając się za dawnym typem fonetycznym, czyli za połączeniami rw, gw, kw, uczciwie 
informuję, że w nowym „Praktycznym słowniku poprawnej polszczyzny nie tylko dla młodzieży" pod red. Andrzeja 
Markowskiego  Ruanda traktowana  jest jako równoprawny wariant  Rwandy.  Tylko  Ruandę  natomiast  - o dziwo - 
rejestruje starszy o ponad dwadzieścia lat „Słownik poprawnej polszczyzny" pod red. Witolda Doroszewskiego i Haliny 
Kurkowskiej. Ten ostatni leksykon poleca też jednak wyłącznie tradycyjne brzmienia Gwatemala, Ekwador

Także utrwaloną tradycją wieków wymowę mają w polszczyźnie judaica („dokumenty, rękopisy, druki dotyczące 

Żydów"), Ta plural-na forma (pluralna, czyli liczby mnogiej) pochodzi z łaciny, a bezpośrednio wywiedziona jest od 
przymiotnika iudaicus - „żydowski". Wymawia się ją u nas judaika - z naglosowym j - takim jak w serii słów typu 
Judea, judaista, judaizm, judeochrześcijanin czy Judasz.

Tymczasem  usłyszałem niedawno z ust jednego z telewizyjnych  komentatorów - w dodatku księdza, który na 

pewno uczył się w seminarium łaciny - o „wystawie dżudaików" (z dź). Znalazł się więc kolejny Anglik z Kołomyi! - 
pomyślałem sarkastycznie.

O   angielskim   wymawianiu   wyrazów   mających   odwieczną   w   polszczyźnie   tradycję   brzmieniową   pisałem   w 

ostatnich latach niejeden raz. Oto z Niemców Hindenburga i Speera (wym. Hindenburg, Szper) lektorzy telewizyjni 
robią Hajdenburga i Spira. Izaak i Beniamin to coraz częściej Ajzaak i Bendżamin (jak tak dalej pójdzie, wkrótce bę-
dzie się mówiło o bendzaminku rodziny czy bendzaminku ekstraklasy piłkarskiej^.). W jednym z programów pojawiła 
się nawet Najki z Samotraki (chodzi, oczywiście, o grecką boginię zwycięstwa Nike). Przegrywa też francuska wersja 
fonetyczna imaż, wypierana przez angielski imidż (image - z łac. imago - „obraz, wizerunek jakiejś postaci, np. aktora, 
polityka, stworzony na podstawie jej działalności zawodowej i cech osobistych", „obraz, oblicze, charakter czegoś"), 
nad czym ubolewa znany wrocławski klinicysta profesor Adam Masztalerz.

„A w moim środowisku - pisze Profesor - nieraz słyszę angielską wersję francuskiego przecież FDI (Federation 

Dentaire Intema-tionale) - czyli efdiaj. W ustach zaś spikera radiowego Port au Prin-ce (poprawna wymowa: port o 
pręs) - stolica Haiti założona przez Francuzów - brzmi port ał princ. Mam pełną wyrozumiałość  dla przechodnia 
pytającego mnie we Wrocławiu o ulicę Dubojsa zamiast Dibua. Tak jednak mówiącego dziennikarza czy spikera uwa-
żałbym za niedouczonego. I jakkolwiek Doroszewski usprawiedliwiał nawet wymowę Churchii, bo nie każdy musi być 
poliglotą,  nie  miał  zapewne  na  myśli  tzw.  inteligenta.  A  takim  właśnie  churchilem   trąci   mi   to port   ał  princ  czy 
usłyszane przed laty we wrocławskim radiu nazwiska Charlesa Gounoda wymawiane Gałnod (poprawnie:
Guno)".   Profesor   Masztalerz   tak   trafnie   spointował   (wariantywna   pisownia:   spuentował)   cały   swój   wywód,   że 
doprawdy nie wymaga on już żadnego mojego komentarza.

Standard - standardowy

Mniej więcej 30 lat temu mówił prof. Witold Doroszewski, że bez obcego wyrazu standard można by się było w 

ogóle obejść, używając bądź rzeczownika wzorzec, bądź norma (standard życiowy też jest niepotrzebny, bo mamy 
stopę   życiowa).   Nie   mielibyśmy   wtedy   problemu   z   pisownią   przymiotnika:   standardowy   czy   standartowy? 
-argumentował warszawski językoznawca.

Standard zadomowił się jednak w naszym języku i funkcjonuje przede wszystkim w znaczeniu „poziom czegoś 

ustalany  według  określonych   norm,  przeciętny  typ  czegoś,  norma"   („Standard   hoteli  jest  wciąż   niski",   „Takie   sq 
europejskie   standardy   co   do   obecności   religii   w   życiu   publicznym",   Jakie   sq   standardy   moralności   w   naszym 
społeczeństwie?").   Słowo   standard   używane   jest   także   jako   przymiotnik   -   w   znaczeniu   „będący   standardem" 
(„Samochód osobowy - wersja standard"). W muzyce natomiast standard to „popularny temat dżezowy, który staje się 
punktem wyjścia improwizacji" („Standard dżezowy", „grać popularne standardy").

Przy   tej   okazji   warto   powtórzyć,   że   nie   ma   w   języku   słów   niepotrzebnych,   lecz   są   tylko   formy   nieznośnie 

nadużywane. Standard sam w sobie nie jest wyrazowym intruzem. Chodzi jedynie o to, by się nie tylko nim posługiwać 
w sytuacjach, gdy można powiedzieć o normie, wzorcu, modelu, stopie życiowej  czy poziomie życia. Nie po raz 
pierwszy apeluję o wymienność, wariantywność form w poszczególnych wypowiedziach!

Standard funkcjonuje w polszczyźnie od niedawna. Nie ma go jeszcze w „Słowniku warszawskim" - w tomie z 

background image

wyrazami na s- z roku 1915. Są tam formy bliskie brzmieniowo: sztandar i sztender. Pierwsza z nich jest ze standardem 
etymologicznie spokrewniona. Wraz z wyrazem niemieckim Standarte, włoskim standardo czy francuskim etendard 
wszystkie te formy łączą się z czasownikiem łacińskim extendere- „rozwijać" (pierwotne zatem znaczenie sztandaru - 
chorągwi to „to, co jest rozwinięte"). Rzeczownik sztender albo sztendar ma charakter raczej gwarowy: jest to nazwa 
„słupa w ścianie domu lub w stodole", używana np. na Mazurach (jak pisze Doroszewski, na Mazowszu i Podlasiu 
odpowiada jej łątka bądź socha). Fonetyczną odmianę tej nazwy w postaci standur cytuje „Słownik warszawski" w 
zdaniu z Reja: „Spróchniały pień ani na standur pod przecieś, ani na łuczywo się nie przyda". Jest to germanizm: 
niemieckie Staender wiąże się z formami Stand, ste-hen, mającymi w rdzeniu grupę spółgłoskową st - tę samą, co w 
naszym   stać   czy  łacińskim   stare.   Pod   względem   znaczeniowym   standard   -   norma   pozostaje   zaś   ze   sztandarem   - 
chorągwią w związku chyba takim, że nastąpiło przesunięcie od znaczenia „chorągwi" - „znaku" - „godła" do znaczenia 
„wzoru": standaryzować to „umieszczać pod jednym godłem", czyli „sprowadzać do jednego modelu".

Wracając do postaci przymiotnikowej, trzeba powiedzieć, że warto się zdecydowanie opowiedzieć za wariantem 

standardowy   -   z   d.   Jest   on   uzasadniony   morfologicznie,   bo   jego   podstawą   słowotwórczą   jest   przecież   standard. 
Ponieważ jednak absolutny wygłoś jest w polszczyźnie zawsze bezdźwięczny, standard wymawiany jest z t na końcu - 
standart - i tę głoskę ludzie przenoszą do przymiotnika standartowy. „Przed wojną uczono nas, że tak właśnie należy 
mówić, a nie - jak obecnie - standardowy" - twierdzi w swym liście jeden z telewidzów.

Wydawnictwa poprawnościowe nie potępiają w czambuł postaci standartowy. Przyznają Państwo mimo wszystko, 

że skoro jedynie dopuszczalna jest pisownia rzeczownika standard (w przypadkach zależnych: standardu, standardem) -
z d, to umotywowany morfologicznie jest wyłącznie przymiotnik standardowy -tez z d-w mowie i w piśmie (jak ogród- 
ogrodowy czy sód - sodowy). I tę postać gorąco polecam użytkownikom polszczyzny.

Elastyczność i stabilność

Gdybym mógł Państwu pokazywać wszystkie listy, jakie napływają do mej telewizyjnej „Ojczyzny polszczyzny", 

zobaczyliby Państwo, że najżywszy oddźwięk wywołuje niezmiennie akcent. Gdyby zaś mój telefon mógł mówić, 
potwierdziłby   tę   obserwację;   wystarczy,   że   mniej   lub   bardziej   znana   osoba   występująca   w   radiu   czy   telewizji 
niewłaściwie zaakcentuje daną formę, aparat dzwoni, a poirytowany głos w słuchawce donosi mi o poprawnościowym 
przestępstwie.

Współczesne polskie zwyczaje  akcentowania  są zarazem doskonałą ilustracją jednej  z podstawowych  prawd o 

języku: w swej istocie jest on elastyczną stabilnością.

Znaczy to, że aby żyć, musi się nieustannie zmieniać, doskonalić, nadążając za przekształcającą się rzeczywistością 

i usuwając ze swego systemu formy niewygodne. Zmiany te muszą jednak następować powoli, bo tylko taka wolna 
ewolucja jest gwarancją niezakłóconego toku międzyludzkiej  komunikacji. Z tego dialektycznego napięcia między 
stabilnym i zmiennym charakterem języka wypływa jedność postawy rygorystycznej i liberalnej w polityce językowej. 
Znajduje ona całkowite potwierdzenie w ocenie zwyczajów akcentowania współczesnych Polaków.

Formułowana w aspekcie egalitarno-liberalno-przyszłościowym, będzie wyglądać następująco: Akcent w języku 

polskim był kiedyś swobodny i ruchomy (jak w czasach prasłowiańskich, jak do dziś np. w języku rosyjskim, jak - 
szczątkowo - w północnej kaszubszczyźnie), tzn. padał w różnych wyrazach na różne sylaby, a także przemieszczał się 
w obrębie odmienianych form. Z czasem zaczął jednak nieruchomieć. Najpierw usadowił się na pierwszej, inicjalnej 
sylabie   wyrazów  (mają   taki   akcent   np.  Czesi   i   Słowacy,  u  nas  archaiczna  gwara   podhalańska,  także  południowa 
kaszubszczyzna), by ostatecznie przenieść się na sylabę przedostatnią. I tenże akcent paroksytoniczny, czyli na sylabie 
przedostatniej (gr. paroksytonon), jest dziś typowym polskim przyciskiem wyrazowym. To zaś, co typowe, obejmuje 
swym zasięgiem wymykające się standardowości wyjątki.

Przestrzeganie   wyjątków   to   jednak   zawsze   znak   wyższej   kultury   językowej,   a   zarazem   wyższego   formatu 

intelektualnego - powiem, upominając się o dopełniający wywód elitarno-zachowawczy. Przywołam w nim tradycyjną 
normę   wzorcową,   która   nakazuje,   by   stawiać   akcent   na   trzeciej   sylabie   od   końca   w   takich   formach   obcego 
pochodzenia,   jak   problematyka,   fizyka,   taktyka,   informatyka,   cybernetyka,   praktyka,   gimnastyka,'matematyka, 
gramatyka, muzyka, logika, a na ostatniej - w formach jury, expose, toumee.

Mówi też ona, że w rodzimych tworach typu wykonaliśmy, przeczytaliśmy, zrobiliście, napisaliście również należy 

zaakcentować trzecią sylabę od końca (-na-, -ta-, -bi-, -są-).

Przytoczone tu formy czasu przeszłego powstały przez ściągnięcie, połączenie dwóch odrębnych kiedyś postaci 

składających się na dawny czas przeszły złożony (wykonali jeśmy, przeczytali jeśmy, zrobili jeście, napisali jeście). 
Akcent padał w nich właśnie na -na-, -ta;
-bi-, -są- oraz na jeś- w drugiej formie składowej. Na pewnym etapie rozwoju polszczyzny połączenia te przekształciły 
się   w   syntetyczne   postacie   wykonaliśmy,   przeczytaliśmy,   zrobiliście,   napisaliście,   ale   akcent   podtrzymuje   się 
tradycyjnie na -na-, -ta; -bi; -są: Tu kończy się wywód przypominający i tradycję, i obowiązującą normę wzorcową.

Zwłaszcza   najmłodsze   pokolenia   Polaków   nie   podporządkowują   się   tym   regułom,   obejmując   akcentem 

paroksytonicznym   wszystkie   formy   wyrazowe   funkcjonujące   w   polszczyźnie.   I   tak   wśród   zmagań   tradycji   ze 
współczesnością toczą się dalsze dzieje naszego języka.

background image

Miniwykłady Leszka Kołakowskiego

Nakładem   wydawnictwa   Znak   ukazała   się   niedawno   fascynująca   książka   prof.   Leszka   Kołakowskiego 

zatytułowana „Mini wykłady o maxi sprawach" (taki zapis mamy na okładce). W tejże książce i w wielu gazetach ją 
prezentujących widzi się też zapis Mini-wykłady o maxi-sprawach. Oba te graficzne warianty - i z pisownią rozdzielną, 
i z łącznikiem - są niepoprawne. Zgodny z regułą ortograficzną byłby tytuł Miniwykłady o maksisprawach - z łączną 
pisownią miniwykłady, maksisprawy (jak Państwo widzą, w drugim wyrazie zdecydowałem się na przystosowane do 
polszczyzny połączenie ks zamiast obcego x).

Postacie miniwykład,  maksisprawa przylegają graficznie do ciągu typu antypowieść, antypropaganda,  arcyleń, 

arcyłotr,   ekstranowo-czesność,   hiperpoprawność,   kontruderzenie,   minispódniczka,   minire-portaż,   pseudofilozof, 
supermężczyzna, ultradźwięk. I tylko cząstkę eks- wolno pisać z łącznikiem, np. eks-mqż, eks-minister itp., chociaż 
najnowszy   „Słownik   ortograficzny"   PWN   pod   red.   Edwarda   Polańskiego   słusznie   dopuścił   też   podciągnięte   do 
przedstawionej wyżej serii ortograficznej formy typu eksmqż, eksminister, eksposeł, eks-pierwszoligowiec - z pisownią 
łączną.

Tytuł   książki   Leszka   Kołakowskiego   jest   odbiciem   bardzo   znamiennej   cechy   współczesnego   polskiego 

slowotwórstwa.   Otóż   tradycyjnie   elementy   przyrostkowe   wykorzystywano   raczej   w   naszym   języku   do   tworzenia 
rzeczowników   i   przymiotników   (kot-ek,   chłop-isko,   mił-ość,   szar-ak,   gol-arka,   pol-ny,   metal-owy,   chtop-ski), 
przedrostki zaś odznaczały się produktywnością przede wszystkim w słowotwórstwie czasowników (prze-pisać, wy-
pisać, na-pisać, s-pisać, do-pisać, pod-pisać, roz-pisać, od-pisać- i podobnie z innymi czasownikami).

Tymczasem   w   ostatnim   okresie   coraz   częściej   tworzy   się   za   pomocą   przedrostków   -   i   to   prawie   wyłącznie 

zapożyczonych   -   formacje   rzeczownikowe   i   przymiotnikowe.   Do   przytoczonej   wyżej   serii   rzeczownikowej 
(miniwykład,   maksisprawa   itd.)   dołączmy   przymiotniki:   antyludowy,   antyrobotniczy,   arcyciekawy,   arcydowcipny, 
ekstraeleganc-ki, hipergorliwy, prapolski, supermodny, ultranowoczesny itp.

Jako tradycyjne  warianty wszystkich  wymienionych  tutaj  formacji  funkcjonują  związki  wyrazowe  typu  krótki 

wykład, ważna sprawa, bardzo dowcipny, niezwykle (wyjątkowo) elegancki, bardzo nowoczesny. Nietrudno zauważyć, 
że są one zarówno słabiej nacechowane emocjonalnie w porównaniu z konstrukcjami syntetycznymi, kondensującymi 
daną wypowiedź, jak i mniej wygodne, bo dłuższe. Obecność coraz popularniejszych formacji przedrostkowych jest 
więc   umotywowana   funkcjonalnie.   Dzięki   nim   zaczynają   się   również   utrwalać   pewne   istotne   różnice   odcieni 
znaczeniowych. I tak np. anty- w połączeniu z podstawami rzeczowników wyraża zaprzeczenie, przeciwieństwo tego, 
na co wskazuje podstawa (antypowieść to „utwór pozbawiony cech powieści, sprzeczny z jej regułami"), przeciw- 
natomiast informuje o tym, że dany desygnat stanowi przeciwwagę innego, zajmuje względem niego pozycję przeciw-
stawną (przeciwciało, przeciwciężar, przeciwdowód).

I   mógłbym   zakończyć   niniejszy   rozdział   podsumowaniem   aprobującym   produktywność   zapożyczonych 

przedrostków, gdyby nie jedno ale - natury stylistycznej. Otóż zafascynowanie tymi cząstkami słowotwórczymi grozi 
zubożeniem zasobu środków językowych, wykorzystywanych przez użytkowników polszczyzny. Jeśli ktoś zacznie się 
posługiwać   np.   tylko   formą   mini;   zapomni   o   jakże   licznych   i   zróżnicowanych   semantycznie   wariantach   mały, 
niepozorny, niewielki, drobny, nikły, krótki, niedługi. Znam takich ludzi, dla których wszystko, co dobre, jest zawsze 
super. A czyż nie trzeba nieraz sięgnąć po takie określenia, jak miły, mqdry, przystojny, elegancki, dowcipny, grzeczny, 
czarujący, wesoły, pogodny?. Bo czyż dojrzałość stylistyczna nie polega na umiejętności czerpania z bogatego, zróż-
nicowanego złoża językowych możliwości?

Umowa na czas nieokreślony

Narzekanie na nieżyciowość reguły dotyczącej pisowni partykuły przeczącej nie z imiesłowami przymiotnikowymi 

stało się już dla mnie czynnością potwornie nużącą. Codziennie odbieram kilka telefonów-pytań, jak to nie napisać z 
formami typu klasyfikowany,  usprawiedliwiony, istniejący, wykorzystany, określony. Niezmiennie odpowiadam, że 
słownikowa zasada każe stosować pisownię łączną, gdy cecha wyrażana przez imiesłów ma charakter stały (np. wagon 
dla niepalących), a rozłączną, gdy owa cecha ma charakter chwilowy, doraźny (np. nie palący zajadali czekoladki; nie 
palący - bo tak w ogóle to oni palą, ale w tej chwili byli zajęci czymś innym). Dodaję jednak, że tak względnie 
klarownych przykładów jest bardzo niewiele i dlatego trzeba tę pokrętną zasadę uprościć; skoro mamy do czynienia z 
imiesłowami przymiotnikowymi, to należy zalecić -jak w wypadku połączeń nie z przymiotnikami - pisownię łączną 
(nieistniejący, niepalący, niepromowany, nieklasyfikowany - jak niemiły, niezły, nieatrakcyjny, niewielki itp.).

Taka upraszczająca reguła była już gotowa bardzo dawno temu, ale ostatecznie nie stała się normą. W efekcie 

rodacy ciągle się męczą, zderzając się z dodatkowymi utrudnieniami typu nieznany (w ogóle), ale nie znany (komuś). 
Często jest i tak, że słownik ortograficzny - mimo opisanej wyżej oficjalnej wariantywności określanej stałością bądź 
doraźnością cechy wyrażonej przez imiesłów - zawiera jedno wskazanie: nie klasyfikowany, nie usprawiedliwiony. 
Dlaczego tylko tak? - pytam. Do czasu konferencji klasyfikacyjnej uczeń jest jeszcze nie klasyfikowany, ma ileś jeszcze 
nie   usprawiedliwionych   opuszczonych   godzin,   po   konferencji   jednak   jest   to   już   uczeń   nieklasyfikowany   (jego 
utrwalona cecha!), a godziny są nieusprawiedliwione (nic się przecież w tym zakresie po decyzji rady pedagogicznej 
nie zmieni!).

Stałym problemem jest też pisownia partykuły nie z imiesłowem określony. Stykamy się z nią na co dzień, bo do 

najpopularniejszych   połączeń   wyrazowych   należy  umowa   na   czas   nieokreślony.   Polecam   wszystkim   taką   właśnie 

background image

pisownię łączną - i dlatego, że muszę być konsekwentny w głoszeniu potrzeby uproszczenia reguły, i dlatego, że taką 
pisownię poleca na s. 345 tom II „Słownika języka polskiego" pod red. Mieczysława Szymczaka. W leksykonie tym 
czytamy: nieokreślony - l. „nie dający się określić; nie ustalony, niewyraźny, niejasny": nieokreślony lęk, osoba w 
nieokreślonym wieku, nieokreślony kolor oczu, pies rasy nieokreślonej, nieokreślony kształt, zajmować nieokreślone 
stanowisko w dyskusji; 2. „taki, którego nie określono, nie oznaczono; nieograniczony": umowa na czas nieokreślony. 
Pisownię na czas nieokreślony, na nieokreślony przeciąg czasu, czyli „na czas nie dający się określić", znajdujemy 
także   w   „Słowniku   frazeologicznym   języka   polskiego"   Stanisława   Skorupki.   Niejasne   jest   natomiast   wskazanie 
„Słownika ortograficznego" pod red. Szymczaka: nieokreślony (niejasny) - nie określony (przez kogoś). Jak do niej 
dostosować   interpretacyjnie   umowę?\   Dlaczego   do  parafrazy  znaczeniowej   „niejasny"   nie   dodano   „nie   dający  się 
określić"?

Jak słyszę, w drukach umowy o pracę spotyka się na ogół pisownię łączną nieokreślony, w kodeksach pracy - 

rozdzielną nie określony. Nie wykluczam, że nieostre wskazanie „Słownika ortograficznego" pod red. Szymczaka, 
bardzo przecież popularnego, może być przyczyną tej niejednolitej pisowni.

I cała moja nadzieja w nowym  „Słowniku ortograficznym"  PWN pod red. Edwarda Polańskiego z roku 1996, 

któremu poświęciłem ciepłą recenzję w „Gazecie Wyborczej". Wprawdzie na s. 452 powtarza on za Szymczakiem: 
nieokreślony (niejasny) - nie określony (przez kogoś), ale za to na s. LXI mamy akapit o kapitalnym dla użytkowników 
języka znaczeniu: „Rozróżnianie subtelnych różnic w pełnieniu przez imiesłowy przymiotnikowe funkcji czasowniko-
wej lub przymiotnikowej bywa trudne dla przeciętnego użytkownika języka polskiego. Dlatego też w razie wątpliwości 
zaleca   się   pisownię   łączną.   Przemawia   za   nią   przede   wszystkim   tendencja   do   adiektywizacji   imiesłowów 
przymiotnikowych   we   współczesnym   języku   polskim.  To   zalecenie   jest   nowością   wobec   przepisów   zawartych   w 
dotychczas publikowanych słownikach ortograficznych". Jakże na tę nowość wszyscy czekaliśmy!

PS Już po złożeniu tej książki Rada Języka Polskiego zaproponowała tylko łączną pisownię nie z imiesłowami 

przymiotnikowymi.

Trudna pisownia cząstki by

Oto fragment powieści Johna Iryinga „Regulamin tłoczni win" w tłumaczeniu Jolanty Kozak: Ja bym se nigdy nie 

wziął takiej kobity - obruszył się ekonom. - A jak już, to bym jej nigdy nie rzucił, b oby m się bał". A teraz cytaty z 
„Szumowin" Isaaca B. Singera przełożonych przez Łukasza Nicpana: „Ma taka męża i bachory, sama nigdzie się już 
ruszyć nie może, wiechy chciała, zęby i inni taplali się w błocie", „Pasy by ze mnie drzeć!", „Patrzyła za nim, po-
trząsając głową i jakby posyłając mu dłonią pocałunek", „Może by tak pójść i popływać po Wiśle?", „Człowiek co 
sobie sam robi, tego by mu dziesięciu nieprzyjaciół uczynić nie mogło", „Nie chciałaby zostać w Rosji, chyba że 
zaprowadzono by nowy ład i lud otrzymałby prawdziwą wolność". Cóż w nich za mozaika pisow-nianych form z bym i 
by! - można zawołać. Jak się w tym wszystkim połapać?

By uporządkować  obfity materiał  przykładowy,  zbierzmy w dwie oddzielne grupy formy z pisownią łączną i 

rozdzielną. Do pierwszej należą: bobym, wiechy, jakby, chciałaby, otrzymałaby, do drugiej: ja bym, to bym, pasy by, 
może by, tego by, zaprowadzono by.

A teraz skonfrontujmy ze sobą postacie chciałaby, otrzymałby -może by, zaprowadzono by. Tu reguła jest prosta: 

cząstkę  by  piszemy łącznie  z  osobowymi  formami   czasownika  (chciałaby,  otrzymałby  -tak  jak  mógłby,   zrobiłby, 
przyszedłby, skończyłby, przeczytałby), a oddzielnie - z nieosobowymi (może by, zaprowadzono by - tak jak można by, 
trzeba by, warto by, skończono by, wykryto by).

Osobnego omówienia wymaga zapis jakby ze zdania „...jakby przesyłając mu dłonią pocałunek". Obowiązuje tutaj 

pisownia łączna, bo jakby tożsame jest funkcjonalnie z takimi formami, jak gdyby, jeśliby, jeżeliby, niby. Napiszemy 
jednak jak by to zrobić? czy jak by tu ustawić meble?, bo tutaj z kolei jak by =w jaki sposób by.

Pozostają do porównania postacie bobym, wiechy - ja bym, to bym, pasy by. Pisownię dwu pierwszych uzasadnia 

reguła nakazująca połączenie cząstki by ze wszystkimi spójnikami - bez względu na to, czy spójniki te istnieją tylko z 
partykułą by, czy również samodzielnie: bobym, więcby - jak alboby, aleby, chociażby, choćby, chybaby, czy-liby, 
gdyby, jakoby, jednakby, jeśliby, leczby, niżby, ponieważby, skoroby, zanimby, zaśby.

A dlaczego napisano ja bym, to bym, pasy by? Bo oddzielamy cząstkę by od zaimków i rzeczowników: ja bym, to 

bym, pasy by - jak ty byś, tam by, tak by, ręką by (nie dotknął), samochodem byś (pojechał).

Kłopoty z ARCHIMEDESEM

Bardzo ciekawe problemy poruszył  w swym  liście jeden z wrocławian. Oto Spółka Akcyjna  ARCHIMEDES. 

Niektórzy, jak donosi Czytelnik, odmieniają w piśmie jej nazwę z apostrofem: ARCHIMEDES^, ARCHIMEDES'owi 
itd., uzasadniając takie postępowanie potrzebą odróżnienia nazwy firmy od imienia wielkiego matematyka i fizyka 
starożytności.

Nie mają racji! Apostrof stosujemy tylko w następujących wypadkach: gdy wyraz obcy kończy się literą -y, a 

końcówka   polska   jest   właściwa   przymiotnikom,   np.   Kennedy   -   Kennedy'ego   -   Kennedy'emu   (ale   Kennedym, 
Kennedych, żeby nie podwajać y); gdy kończy się e niemym (nie wymawianym), a uzupełnienie go polską końcówką 
rzeczownikową nie zmienia jego końcowej spółgłoski, np. college - college^ - college'owi, Wilde - Wilde'a - Wilde'owi 

background image

(wym. Łajld, Łajida, Łajidowi); gdy kończy się literą spółgłoskową nie wymawianą, a końcówka - jak w wypadku 
Kennedy'ego  - ma charakter przymiotnikowy,  np. Rabelais - Rabelais'go - Rabelais'mu - Rabelais'm  (wym.  Rabie 
-Rablego - Rablemu - Rablem); reguła użycia apostrofu dotyczy też imion i nazwisk francuskich zakończonych nie 
wymawianym  -es, np. Jacąues, Combes, Descartes  (wym.  Żak,  Komb, Dekart)  -Jacques'a,  Com-bes'a,  Descartes'a 
(Żaka, Komba, Bękarta).

Jak   widać,   ani   jednej   z   tych   zasad   nie   da   się   podporządkować   formy   ARCHIMEDES.   Kończy   się   ona 

wymawianym   -es,   a   zatem   apostrof   jest   tutaj   niewłaściwy.   Jedynie   dopuszczalne   postacie   to   AR-CHIMEDESA, 
ARCHIMEDESOWI, ARCHIMEDESEM, W ARCHIMEDESIE.

Słusznie zauważa Korespondent, że jakoś nikomu nie przychodzi do głowy apostrof przy identycznej formalnie 

nazwie firmowej MERCEDES (z pochodzenia jest to imię żeńskie).

Potrzeba odróżnienia nazwy firmy od imienia jednego z najwybitniejszych ludzi starożytności jest jednak tak silna, 

że   objawiła   się   w   jeszcze   jednym   szczególe   językowym:   oto   w   okolicach   Dworca   Świebodzkiego   wisi   tablica 
informacyjna z połączeniem wyrazowym TEREN ARCHIMEDESU. Chociaż opowiadam się za naturalniej brzmiącą 
końcówką -a (a więc TERENEM ARCHIMEDESA), to jednak jest dla mnie zupełnie oczywisty mechanizm uciekania 
od niej. W zanadrzu mam kilkanaście przykładów identycznego odchodzenia od homonimii fleksyjnej. I tak przed 
paroma laty mieszkańcy Mielca donieśli mi, że chodzą do Dedalu i łkaru - domu towarowego (choć dobrze znają 
Dedala i łkara - postacie z mitologii greckiej). Z kolei my - we Wrocławiu - też raczej chodzimy na zakupy do Feniksu, 
bo znamy mitologicznego Feniksa, a mieszkańcy lwin pod Bolesławcem wolą dopełniacz Konradu - nazwy kopalni, bo 
dzięki końcówce -u odróżniają go od Konrada - imienia osobowego.

Przykłady   można   mnożyć:   świata   -   ale   Nowego   Światu   (w   Warszawie),   przypadku   (losowego)   -   przypadka 

(gramatycznego),   miłosnej   (np.   pieśni),   ale   do   Miłosny   (miejscowości),   maczków   (na   polu),   ale   do   Maczek 
(miejscowości), uranu, neptunu, plutonu (pierwiastków) - Urana, Neptuna, Plutona (planet).

O Greenie w Paksie

Oto fragmenty pewnego artykułu publicystycznego o Grahamie Greenie: „Do Polski Greene poleciał w listopadzie 

1955 roku na zaproszenie swego wówczas monopolistycznego wydawcy Paxu", „Z rozkoszy gościnności skorzystał, ale 
zrewanżował się za niq jednym czy kilkoma zjadliwymi i niezwykle trafnymi artykułami o Paxie". Czy poprawne są za-
pisy Paxu, o Paxie? Jakie są w ogóle reguły ortograficzne odnoszące się do wyrazów z obcą literą x?

Zacząć   trzeba   od   przypomnienia,   że   dawniej   była   ona   powszechnie   stosowana   jako   graficzny   odpowiednik 

połączeń ks, gz. We wszystkich wyrazach typu ksenofobia, ekstaza, ekspresja, maksimum, ekspertyza, aneks, indeks, 
egzaminator, egzystencja tkwiła kiedyś litera x.

Dziś jej zasięg występowania jest bardzo ograniczony. I tak wykorzystujemy x do oznaczania każdej nieznanej 

wielkości matematycznej lub zmiennej niezależnej, np. os x-ów, 5x, xy, oraz wszelkich nieznanych obiektów, osób, 
wielkości, np. x razy, miasto X, państwo X.

Tradycyjną pisownię z x mają niektóre nazwiska, np. Axentowicz i Axer, oraz obce nazwy własne osobowe i 

miejscowe, jeśli występują w pisowni oryginalnej, np. Maxwell, Huxley, Oxford (częściej jednak Oks-ford - w pisowni 
zaadaptowanej do polskiej ortografii).

Widzimy też x w nazwach leków: oxeladin, madroxin, hydroxizin, maalox.
I wreszcie  - co dla nas  najważniejsze - w nazwach instytucji  typu Pax i  w rodzimych  skrótowcach,  głównie 

będących nazwami firm związanych z eksportem, takich jak Stalexport, Hortex, Pewex, Rolim-pex czy Budimex (o 
manierze nazywania firm postaciami typuJanex, Sławex, Kowalex pisałem w jednym z poprzednich rozdziałów). Regu-
ła nakazuje, by w przypadkach  zależnych  w miejsce x kończącego  dany wyraz  pisać  połączenie literowe  ks, np. 
Horteksu, w Budimeksie, Peweksu, w Peweksie, w Staleksporcie itp.

A zatem niepoprawne są formy Paxu i o Paxie z przytoczonych na początku fragmentów. Zgodnie z normą należało 

napisać: Paksu, o Paksie.

Co innego, gdyby się zdecydowano na zapis PAX - samymi dużymi literami; wtedy mogłyby się pojawić takie 

postacie, jak PAX-u, o PAX-ie (podobnie: PAN-u, w PAN-ie, PAP-u, w PAP-ie czy PWN-u, w PWN-ie).

Na koniec zwracam uwagę na jeszcze jedną formę z początku niniejszego rozdziału: o Greenie. To miejscownik 

nazwiska Greene. W drugim przypadku (dopełniaczu) trzeba napisać Greene'a, w trzecim (celowniku) - Greene'owi, w 
piątym (narzędniku) - Greene'em -wszędzie z apostrofem. Znika on, jak zobaczyliśmy, w miejscowniku, w którym 
wygłosowe tematyczne n ulega zmiękczeniu.
Ale jest i postać nazwiskowa Green (np. Julien Green) - z wygło-sowym -n. W tym wypadku ani razu nie trzeba 
stosować apostrofu: Greena, Greenowi, Greenem.

Powtarzające się i

Jeśli mamy do czynienia z wypowiedzeniem Poszliśmy do kina i obejrzeliśmy ciekawy film, nie powinniśmy 

stawiać przecinka przed spójnikiem i łączącym dwa zdania współrzędne - poszliśmy do kina oraz obejrzeliśmy ciekawy 
film.   Nie   będzie   przecinka   przed   i   w   połączeniach   typu   Janek   i   Marcin   poszli   do   kina,   w   których   i   spaja 
syntagmatycznie dwa wyrazy.

background image

Trzeba   natomiast   koniecznie   zamknąć   przecinkiem   zdanie   podrzędne,   chociaż   po   nim   może   i   wystąpić,   np. 

Poszliśmy do kina, które nazywa się „Polonia", i obejrzeliśmy ciekawy film; Janek, który jest lekarzem, i Marcin poszli 
do kina (wydzielone przecinkami zdania podrzędne: które nazywa się „Polonia" oraz który jest lekarzem.

Stawiamy także przecinek przed powtarzającym się i, np. I zdążyliśmy posprzątać, i poszliśmy do kina; I Janek, i 

Marcin poszli do kina; Pojedziemy nad Odrę i będziemy się kąpać, i pogramy w pitkę, i poopalamy się, i wspaniale 
spędzimy niedzielne popołudnie. Zauważmy jednak, że występujące w tych wypowiedzeniach i, wymagające przed 
sobą przecinka, pełni jednakową funkcję: albo łączy dwa wyrazy (Janek - Marcin), albo łączy zdania (zdążyliśmy 
posprzątać mieszkanie - poszliśmy do kina;  będziemy się kąpać  - pogramy w piłkę - poopalamy się - wspaniale 
spędzimy niedzielne popołudnie).

Nie możemy stawiać przecinka przed powtarzającym się i, ale pełniącym inną funkcję składniową, co robią często 

ludzie zbyt dosłownie traktujący opisaną regułę interpunkcyjną.

Wrocławski fizyk prof. Bernard Jancewicz, znany ze swych językoznawczych zainteresowań, przysłał mi ostatnio 

trzy fragmenty zaczerpnięte z jednego z czasopism swojej branży, z których jeden jest poprawny interpunkcyjnie, dwa 
zaś, niestety, grzeszą przestankową nadgorliwością. Oto fragment poprawny: Magnez wiąże się tak silnie z tlenem, że 
wypadkowy efekt rozrywania wiązań między żelazem i tlenem i tworzenie nowych wiązań między magnezem i tlenem 
daje obniżenie energii potencjalnej. Przed spójnikami i nie postawiono tutaj przecinków, bo każdy z tychże spójników 
pełni inną funkcję: pierwszy i trzeci łączą wyrazy (między żelazem i tlenem, między magnezem i tlenem), drugi - łączy 
bardziej rozbudowane połączenia słowne (wypadkowy efekt rozrywania wiązań między żelazem i tlenem i tworzenie 
nowych wiązań między magnezem i tlenem).

A teraz drugie wypowiedzenie: Przedstawione opracowanie zawiera wiedzę końcową, jaką uczeń powinien wynieść 

ze   szkoły  średniej,   jeśli   kurs   fizyki   został   zrealizowany   na   dobrym   poziomie   obecnie   i   w   przeszłości,   i   stanowi 
właściwą podstawę do podjęcia studiów.

Pierwsze i łączy dwa wyrazy: obecnie i w przeszłości, drugie i - dwa zdania: jeśli kurs fizyki został zrealizowany na 

dobrym poziomie obecnie i w przeszłości i stanowi właściwą podstawę do podjęcia studiów. A zatem nie wolno stawiać 
przecinka przed drugim i! Poprawny pod względem interpunkcyjnym będzie zapis: Przedstawione opracowanie zawiera 
wiedzę końcową, jaką uczeń powinien wynieść ze szkoły średniej, jeśli kurs fizyki został zrealizowany na dobrym 
poziomie obecnie i w przeszłości i stanowi właściwą podstawę do podjęcia studiów.

I wreszcie przykład trzeci, dotyczący - jak słusznie zauważa prof. Jancewicz - nieco innej sprawy: Uczniowie będą 

wiedzieć, że istnieją procesy samorzutne, i że te części procesu, które nie są samorzutne, muszą być napędzane przez 
inne, które nimi są. Tutaj nie zauważono, że spójnik i łączy dwa zdania, które względem  siebie są równorzędne, 
współrzędne:  że istnieją procesy samorzutne i  że te części  procesu  muszą być  napędzane  przez  inne. I tu zatem 
przecinek   przed   i   jest   zbędny.   Poprawna   interpunkcyjnie   całość   powinna   wyglądać   następująco:   Uczniowie   będą 
wiedzieć, że istnieją procesy samorzutne i że te części procesu, które nie są samorzutne, muszą być napędzane przez 
inne, które nimi są.

A   ja   zakończę   ten   rozdział   i   całą   książkę   powtarzanym   od   lat   apelem   o   poważne   traktowanie   problemów 

interpunkcyjnych, bo jest ono najlepszą gramatyczną szkolą myślenia.