background image

BENTE PEDERSEN 

NA ŚCIEŻKACH SNÓW 

background image

Przypłynęły  statki  z  zachodu.  Zdążyły  w  ostatniej  chwili.  Raija  stała  na  nabrzeżu, 

kuląc  się  z  zimna.  Przyglądała  się  Jelizawiecie,  która  z  wypiekami  na  twarzy  czytała 

pozdrowienia od stryja. Nawet nie marzły jej ręce - rękawiczki leżały u jej stóp. 

Na  moment  Raija  ujrzała  przed  oczami  twarz  autora  listu.  Słowa  tego  człowieka 

potrafiły rozgrzewać. Oczy także. I ręce... 

Czy  z  czystej  przekory  losu  tak  wyraźnie  zachowała  w  pamięci  jego  obraz? 

Zapomniała przecież pół życia. Wymazała tak wiele twarzy, które powinna pamiętać, również 

z okresu spędzonego w Rosji. Ale nie twarz Wasilija. 

Z przekory? 

Poszukała  wzrokiem  Jewgienija.  Jego  widok  zawsze  wypełniał  ją  spokojem. 

Pozwoliła  skrzydłom  duszy  nieść  się  w  innych  kierunkach  niż  ku  niemu,  ale  to  on  był  jej 

opoką. Przy nim zakotwiczyła. Tej zimy, której tak wypatrywała, Raija będzie wieść spokojne 

ż

ycie. 

Morze  Białe  zaczynało  zamarzać.  Wkrótce  droga  na  zachód  zostanie  zamknięta. 

Będzie można tam pofrunąć tylko myślami, które nie potrzebują wiatru w żaglach. 

Raija zamknęła oczy i ukazał jej się obraz jałowego, stromego wybrzeża. To na pewno 

nie krajobraz z Rosji. Wydobył się z mroku niepamięci. Płynął ku niej. Nieprzymuszony. Po 

prostu się pojawił. Raija patrzyła. Zdawała sobie sprawę, że to nie wytwór czystej fantazji, że 

już  to  gdzieś  widziała,  że  to  miejsce  istnieje.  Istnieje  również  w  niej  samej.  Musnęła  je 

wzrokiem  i  zapamiętała,  a  potem  wypuściła  na  wolność  niczym  oddech  wiosny  ku 

nadchodzącej zimie. 

Obserwowała,  jak  Jelizawieta  składa  list,  widziała  jej  białe,  ruchliwe  dłonie.  Wasilij 

był dla dziewczyny jak Bóg - kimś więcej niż stryjem, nawet kimś więcej niż ojcem. Bogiem. 

Raija  musiała  cierpliwie  wysłuchać  Jelizawiety  powtarzającej  słowa  Wasilija.  Jak 

rozbrzmiewają tu, w zimnym Archangielsku. 

Domyślała  się,  że  Wasilij  za  pośrednictwem  bratanicy  napisał  do  niej.  Już  zanim 

Jelizawieta  otworzyła  usta,  Raija  mogła  usłyszeć  głos  Wasilija.  Przemawiał  do  niej  z 

odległego Finnmarku. 

Słyszała  jego  tęsknotę,  unoszącą  się  na  skrzydłach  mew.  Ale  zimowe  niebo 

znajdowało się wysoko. 

background image

Zaszeleścił  brzeg  spódnicy  Toni,  który  zamarzł  i  ocierał  się  o  jej  nogi,  kiedy  szła. 

Dotknął też nóg Raiji. 

- Nowiny? - spytała przyjaciółka. Mrugnęła do  Jelizawiety. -  Znalazł sobie kogoś w 

Norwegii ten twój stryj? Nic na ten temat nie wspomniał w liście do Olega. 

Raiję  ścisnęło  w  piersi.  Nie  powinno.  Nie  było  powodu,  dla  którego  pytanie  Toni 

miałoby jej sprawić przykrość. Mimo to poczuła ból. 

Dobrze, że Jewgienij nie wie, jak blisko niej znalazł się teraz Wasia. Kiedy mieszkali 

w tym samym mieście, był jakby za oceanem. Teraz wśliznął się niemal pod jej skórę. Płynął 

razem z jej krwią. I stał się może bardziej niebezpieczny. 

- Lina zniknęła - oznajmiła Tonią z powagą w oczach. Zniżyła głos, dając Jelizawiecie 

do zrozumienia, by zostawiła je same. Sprawa była poufna i powinna pozostać między nią i 

Raiją. - Wyjechała z jakimś rybakiem. Zabrała ze sobą chłopca. Prosiła Wasilija, by przekazał 

Olegowi, że już nie jest jej potrzebny. I że Olai także go nie potrzebuje... 

- Olega? 

- Tak. Niezupełnie ją rozumiem - rzekła Tonią. - Założę się, że co do małego, to się 

myli. Oleg kocha tego chłopca. I ja też. Czy można nie lubić dzieci? Nie takiego słodkiego 

brzdąca, jakim jest Olai. To nawet nie wymaga wspaniałomyślności. I chociaż żal mi Olega, 

to muszę przyznać, że się cieszę. Ze względu na mnie i na Linę. Nie można przez całe życie 

pozostawać w cieniu wcześniejszej miłości. Nie można zadowalać się resztkami, bo to jakby 

hamować własny rozwój... 

Raija  zmarzła.  Nie  wzięła  peleryny,  ponieważ  coraz  bardziej  broniła  się  przed  jej 

noszeniem.  Przed  owijaniem  się  tym  czarnym  wełnianym  materiałem,  który  chronił  przed 

chłodem. 

Miała kilka takich okryć. Ludzie układali o niej i o czarnej pelerynie pieśni. Czynili z 

niej kogoś, kim nie była. Nie mogła się chować za tę pelerynę. Kiedy ją nosiła, przestawała 

być realną Raiją. 

Lepiej marznąć, niż stać się dla obcych legendą. 

Oleg tracił być może jeszcze jedno dziecko. Raija zdawała sobie sprawę, co przyjaciel 

przeżywa.  Wydawało  jej  się,  że  cierpiała  nawet  bardziej  niż  on.  Chociaż  nie  wiedziała 

dokładnie, jak czują i myślą mężczyźni. To kobiety rodzą dzieci. Czuła siłę miłości, którą ona 

sama darzyła Michaiła. Za skałą, która skrywała przeszłość, kryły się dzieci, które straciła... 

Odsunęła to od siebie... 

background image

Nie chciała brać na siebie bólu Olega. To do niej niepodobne, ale teraz odsunęła od 

siebie cudze kłopoty. Oddaliła się od Toni i jej zmartwień. Nie była w stanie podtrzymać jej 

na duchu. Nie umiała jej wesprzeć. Nie teraz. 

Nie szukała też towarzystwa Jelizawiety. Nie mogła nawet dzielić radości. 

Kiedy zamknęła oczy,  wokół zapanowała zima.  Czas ciemności. Mróz.  Morze Białe 

pokryte śniegiem. 

Jewgienij! 

Lecz  jej  niemy  krzyk  nie  dotarł  do  niego.  Kiedy  poszukała  męża  wzrokiem,  ujrzała 

tylko jego szerokie plecy. Spieszył się. Nie miał tu dla niej czasu. Zobaczyła Olgę i Michaiła 

obejmujących  swych  ojców.  Dostrzegła  Jewgienija,  zapragnęła  móc  swych  mężczyzn 

zaciągnąć do domu. Być kobietą, matką. Ale port stanowił świat Jewgienija, w którym mąż 

jej nie potrzebował. 

Fałdy  spódnicy  powiewały  na  silnym  wietrze,  kiedy  Raija  prowadziła  dzieci  z 

powrotem. Jej spojrzenie wydawało się czarne jak węgiel. Jewgienij tego nie zauważył,  ale 

synek rozpłakał się, kiedy złapała go za rękę i pociągnęła za sobą. Olga podreptała z tyłu, ssąc 

koniuszek rękawiczki. Wiatr zwiał chustę z głowy Raiji, kiedy wędrowała wąskimi zaułkami 

do domu Toni. Nie wiedziała, czy przyjaciółka wróciła do siebie, ale stajnia w każdym razie 

powinna być otwarta. 

Raija  nie  mogła  już  dłużej  znieść  zapachu  morskiej  wody  ani  śladów,  jakie 

pozostawiały  wolne  wiatry  na  barwnych  żaglach,  ani  myśli  o  kraju  znajdującym  się  hen 

daleko. 

Kiedy to się zaczęło? Kiedy zrodził się ten ból w piersi? Ten głos, który szeptał gdzieś 

w głębi duszy... 

Łatwo  można  by  powiedzieć,  że  to  z  powodu  Wasilija.  A  może  to  nieprawda?  Czy 

zapomniała,  ponieważ  cierpienie  również  kryło  się  w  okowach  niepamięci?  Czy  i  tam 

mieszkał ten sam ból? 

Raija nie mogła tego wiedzieć. Czasami nawet nie chciała. 

W  porcie  otoczył  ją  jakiś  obcy  zapach.  Poruszył  w  niej  coś,  do  czego  nie  powinna 

zbytnio się zbliżać. 

- Wpłynęła ostatnia łódź? - spytał Raiję stajenny, kiedy weszła do stajni. Dzieciaki jak 

oszalałe  skoczyły  w  siano,  w  łagodne  objęcia  zapachu  zwierząt.  -  Całe  szczęście!  Gdyby 

ś

cisnął większy mróz, jak zwykle o tej porze, nie udałoby się już dotrzeć do portu. Woda by 

zamarzła... 

background image

Od  tygodni  mieszkańcy  Archangielska  myśleli  o  powrocie  bliskich.  Cieszyli  się,  że 

nie  nadchodziły  mrozy.  Wpatrywali  się  w  dal,  na  północ,  szukając  wzrokiem  żagli,  które 

powinny wyłonić się w miejscu, gdzie niebo i morze spotykały się w gorącym pocałunku. 

-  No,  wreszcie  dostaniesz  swoje  ryby  -  pocieszyła  go  Raija.  Teraz  mogła  już  zdjąć 

kurtkę,  rozwiązać  chustę,  strząsnąć  włosy  w  cieple.  Uwolnić  się  od  tego,  co  chciało  się 

wydostać z okowów niepamięci, a co obudził do życia zapach sprowadzony przez statki. 

Stajenny roześmiał się. Mruknął coś o tym, że chyba jego wiara zbytnio nie ucierpiała. 

W gruncie rzeczy nie łamał boskich przykazań, jadł po prostu to, co bylo. Zresztą nigdy nie 

miał tyle mięsa, by łamanie postów zamknęło przed nim niebieską bramę, zażartował. Raija 

roześmiała się razem z nim. Dobrze się tu czuła. 

Ból, tęsknota, wielka pustka zbladły. Wszystko nagle wydało się łatwe. 

Po chwili przyszedł Jewgienij, uśmiechnięty i promienny. Musnął Raiję pieszczotliwie 

dłonią po policzku. Potem wziął syna na rękę, wyglądało na to, że nie czuł bólu w ramieniu. 

Raija  wiedziała,  że  zmarszczki  na  twarzy  męża  wkrótce  się  pogłębią.  Nazywała  je 

zmarszczkami zimowymi - mrozy przypomną o ramieniu, które stracił. Ból da o sobie znać. 

Stanie się niemal widoczny, prawie namacalny. 

Prawdziwa zima jeszcze nie nadeszła. To dopiero początek. 

-  Sanie  są  pełne  skarbów  -  mrugnął  znacząco  Jewgienij.  Jego  oczy  śmiały  się. 

Czubkiem nosa dotknął noska Miszy. Raija zobaczyła, jaki jej świat staje się mały, że zajmuje 

przestrzeń między twarzami męża i syna. 

Do szczęścia wystarczy tak niedużo, a mimo wszystko tak wiele. Dwie ciemne głowy 

blisko  siebie.  Bezwarunkowa  miłość  w  dwóch  parach  ciemnych  oczu.  Jednego  wybrała, 

drugiego urodziła. 

Wszystko na zachód od Morza Białego, które wkrótce zamarznie, stało się nieważne. 

Nieskończenie  dalekie.  Nie  dotyczyło  jej.  W  tej  chwili  nawet  jej  myśli  nie  chciały  tam 

polecieć. Dały odpocząć skrzydłom. Rozkoszowały się spokojem. Poczuciem bezpieczeństwa 

płynącym z widoku ojca i syna dotykających się czołami. 

Ż

agle  frachtowca,  niczym  kolorowe  skrzydła,  również  odpoczywały.  Nie  łapały 

wiatru. 

Michaił chciał zobaczyć skarby. Chłopiec wkrótce skończy jedenaście lat, ale jeszcze 

nie  był  za  duży,  by  cieszyć  się  prezentami  z  dalekiego  kraju.  Wprost  kipiał  z  ciekawości. 

Niemożliwe byłoby zatrzymać go teraz w stajni. 

Jewgienij  uśmiechnął  się  do  Raiji. Powiedział jej  wzrokiem,  że  czas już iść.  Że  być 

może i dla niej znajdą się w saniach jakieś skarby. 

background image

Uległa. Śmiejąc się, podążyła za nimi. 

Zrobiło się późno. W saniach rzeczywiście czekały skarby. Materiały, butelki, suszone 

ryby. Nawet suszone ryby były skarbem. Muszle, noże z trzonkami z rogu renifera, gładkimi 

w dotyku. 

Misza dostał jeden z nich. Był oczarowany. 

Raija dotknęła zimnym, gładkim trzonkiem do policzka. Doznała dziwnego wrażenia, 

które jednak zaraz odpłynęło, tak że nie zdołała go uchwycić. 

Wypuściła  je,  podobnie  jak  wypuściła  trzonek.  Czuła,  że  nie  powinna  mocniej 

zaciskać dłoni na rękojeści. Nie powinna głębiej szukać w pamięci. 

Oglądając  prezenty,  domyśliła  się,  że  materiał  jest  dla  niej.  Pochodził  z  jakiegoś 

odległego miejsca świata. Z Europy. 

Pokonując długą drogę  wzdłuż norweskiego wybrzeża na norweskich statkach, trafił 

na  samą  północ  kraju.  Stał  się  upominkiem  dla  żony  rosyjskiego  armatora.  Palce  z 

przyjemnością dotykały splotu. 

Misza  zasnął  z  nożem  w  ręku.  Raija  ostrożnie  wysunęła  prezent  z  dłoni  syna  i 

położyła obok łóżka. Gdy chłopiec się obudzi, pomyśli, że nóż wypadł mu podczas snu. 

- Podoba ci się? - spytał Jewgienij, wskazując na materiał. Pogładził Raiję po plecach, 

czule pomasował. 

Raija skinęła głową.  Oczywiście, że jej się podobał. Ale go nie potrzebowała. Przez 

moment  zapragnęła,  żeby  był  bardziej  zwyczajny,  żeby  można  z  niego  uszyć  coś,  co 

nadawałoby  się  do  noszenia  nie  tylko  od  święta.  Wtedy  przydałby  się  może  w  skromnych 

portowych izbach. Znała wielu ludzi, którzy bardziej niż ona potrzebowali nowego materiału. 

Nie mogła się jednak przyznać do swych myśli Jewgienijowi. 

Nie  chciała  go  rozczarować.  Nie  chciała  okazać  się  niewdzięczna.  Nie  chciała  od 

siebie odsunąć ani jego, ani miłości, którą jej okazywał. Dał jej ten upominek z taką radością. 

Zatem przyjęła materiał. Z mniejszą radością, niż by chciała. Wiedziała, że Jewgienij, 

gdyby  mógł,  przychyliłby  jej  nieba.  Zdarzało  się,  że  pragnęła,  by  bardziej  ją  rozumiał,  a 

kochał mniej. 

- Należy ci się to, co najlepsze - rzekł i ucałował ją w czoło. 

-  Ty  jesteś  ten  najlepszy?  -  spytała  zaczepnie.  Co  jej  szkodzi  uciec  się  do  flirtu?  - 

Poproszę też o najlepsze wino - dodała tonem nie znoszącym sprzeciwu. Jewgienij dla Raiji 

skradłby nawet księżyc. Sięgnąłby dla niej po gwiazdkę z nieba. 

Pili  wino  z  najładniejszych  kieliszków,  które  były  tak  ciężkie,  że  Raija  zawsze  bała 

się,  by  ich  nie  upuścić.  Spijali  napój z  warg  drugiego.  Wino  było  zimne  -  schłodziło  się  w 

background image

saniach, przedtem leżakowało w chłodzie na statku, zima pomogła je przechować. Dla nich 

obojga, specjalnie na tę okazję. 

Ciała mieli gorące. Wydawało się, jakby znad skóry unosiła się para. Odnajdowali te 

same  krajobrazy,  wprawdzie  znajome,  ale  kiedy  zamknęli  oczy,  odkrywali  nowe  ścieżki, 

mogli pójść drogami, których jeszcze nie znali. 

Wargi kosztowały wino. Poznawały smak skóry. Spijały soki zmieszane z winem. 

Palce  zdziwione  poruszały  się  jakby  po  innej  mapie,  jakby  po  dalekich,  obcych 

stronach. Dłonie, raz delikatne, to znów stanowcze, dotykały, czuły, były. 

Pieściły. 

Słowa  pochodziły  z  innych  języków  i  z  ich  własnego.  Pochodziły  z  najgłębszych 

zakamarków  serca,  do  których  rzadko  zaglądali.  Rozumieli  tę  niezwykłą  mowę.  Potem 

płynęli  dalej,  na  otwarte  morze.  Albo  zostawali  pod  lodem  Morza  Białego,  które  pokrywał 

ś

nieg. 

Płynęli. 

Byli sobą i sobą nawzajem. Wszystko było w nich. I dk - aiehi - Nie - nk - byłe - newe 

- i jednocześnie nic - takie samo. Czuli w ciałach ociężałość, poruszali się powoli. Mieli w 

ustach wszystkie smaki. 

Potem napawali się zapachem skóry drugiego na swojej skórze, smakiem drugiego na 

własnych wargach. Dłonie nadal rozdawały pieszczoty. Tylko łagodniej, bardziej leniwie. 

Nadal odczuwali przyjemność. 

Zanim położyli się spać, Raija sprzątnęła kieliszki, wstawiła butelkę do szafy. Dobrze 

zakorkowała.  Jej  policzki  rumieniły  się,  na  wargach  żyło  lato.  Wypełniona  Jewgienijem, 

wypełniona miłością. Nasycona. Zaspokoiła pragnienie. Zawsze powinna tak zasypiać - na je-

go ramieniu, na jego dobrym ramieniu. 

Stała  przed  stromym  uskokiem,  który  wydawał  się  sięgać  aż  do  nieba.  Skała  była 

wilgotna i zimna, a nad całym tym miejscem wisiało coś złego. Mogło jej wyrządzić krzywdę. 

Mogło skrzywdzić każdego, kto dotknął skały, kto zapuścił się zbyt daleko. 

Wiedziała, że musi kogoś ochronić. Tu było niebezpiecznie, niebezpiecznie... 

Rozejrzała  się  dokoła.  Uznała,  że  musi  to  jakoś  zasłonić.  Musi  ukryć  całe  miejsce. 

Musi schować całą tę przeklętą skałę. 

Gołymi rękami chwytała kamienne bloki. Podnosiła je, przesuwała, z wysiłku oblewał 

ją pot, pozdzierała skórę dłoni, poczuła w ustach smak krwi... 

I tak niewiele zdziałała. Jakkolwiek by się starała, zło wydawało się jeszcze bardziej 

wyraźne. 

background image

Z  czarnej  czeluści  promieniowało  światło.  Światło,  które  mogło  oczarować, 

obezwładnić, opętać... 

Które mogło rozpalić pożądanie, niebezpieczne i szalone... 

Czuła niechęć, chciała je zakryć, pragnęła schować. Światło było niebezpieczne dla jej 

syna. Nie powinien stanąć w blasku bijącym ze skały. 

- Skarbie najdroższy, obudź się! Nie płacz, kochana! To sen. To tylko sen, moja Raiju! 

Obudź się! 

Łagodny, spokojny głos Jewgienija gasił blask nieprzyjemnego światła. Nadal drżała, 

kiedy otworzyła oczy. Całe ciało było mokre od potu i zimne, choć leżała pod kocami. 

Raija wysunęła się spod nich w objęcia Jewgienija. Pieścił ją czule silnym ramieniem, 

delikatnymi  palcami,  ustami,  szepczącymi  uspokajające  słowa,  scałowywał  zimny  pot  z  jej 

czoła. 

- Niezależnie od tego, co to było, moja maleńka Raiju, powinnaś o tym zapomnieć! 

Bardziej obawiał się dręczących ją koszmarów niż ona sama. Pewnego dnia mogłyby 

przed  nią  odsłonić  przeszłość,  którą  tak  starannie  ukrywał.  Pewnego  dnia  mogłyby  pewnie 

odkryć kłamstwo, w którym i z którym żył. Kłamstwo, które stało się jego krzyżem, ale na 

które i dziś by się zdecydował dla spędzonych razem lat. 

Spokój jego sumienia nie miał żadnej wartości w porównaniu z wielkim szczęściem, 

jakie dzielili. 

Raija była szczęśliwa. Była z nim szczęśliwsza, niż mogłaby być w Norwegii. 

- Widziałam jakieś światło, Jewgienij - szepnęła tuż przy jego ciepłej szyi. - Złociste 

ś

wiatło,  które  jest  niebezpieczne  dla  Michaiła.  Musiałam  go  przed  nim  ochronić.  Ale  nie 

byłam w stanie... - Zamilkła. Patrzyła przed siebie. - Jednocześnie czułam, że znajdował się 

poza  niebezpieczeństwem.  Światło  zagrażało  mojemu  dziecku,  ale  w  jakiś  dziwny  sposób 

Michaił znajdował się poza nim... 

Jewgienij przełknął. 

- To tylko sen... 

- Sny zawsze o czymś mówią - stwierdziła. - W snach jest jakieś przesłanie, Jewgienij. 

Nie rozumiem, co ten oznacza, ale się przestraszyłam. 

Jewgienij także się bał. Raija pokazała już wiele razy, że ma w sobie jakąś siłę, której 

większość  ludzi  nie  posiada.  Między  nią  a  niektórymi  osobami  istniały  niewidoczne 

powiązania. 

Sen rzeczywiście był być może jakimś przesłaniem. 

background image

Kiedyś pewnie nadejdzie dzień, kiedy Raija przypomni sobie, że ma więcej niż jedno 

dziecko, że Michaił nie jest jej jedynym synem. 

-  Mogę  ci  przekazać  milsze  przesłanie  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Kocham  cię,  Raiju 

Bykowa. Jak ci się to podoba? 

Pozwoliła  mu  się  oderwać  od  nieprzyjemnych  myśli.  Dała  się  skusić  i  przestała  się 

martwić  snem,  który  ją  tak  bardzo  przeraził.  Chciała  zapomnieć  o  złocistym  świetle.  Sen 

wydawał się jednak bardziej wyrazisty od pozostałych. Tak jakby naprawdę to przeżyła... 

Wolała mimo wszystko szukać pociechy na szerokiej piersi Jewgienija. Uśmiechnęła 

się do męża i wyznała szczerze: 

-  Ja  też  cię  kocham,  Jewgieniju  Byków.  Jednak  w  przeciwieństwie  do  niego  nie 

zasnęła od razu. Głowa Jewgienija ciężko spoczywała na jej ramieniu. We śnie wydawał się 

jak  chłopiec,  jak  dziecko.  Kiedy  spal,  Raija  zauważała  w  nim  cechy,  które  sprawiały,  że 

ukochany wydawał jej się jednocześnie obcy. 

Ramiona  obejmowały  jego  ciało,  w  głowie  kłębiły  się  myśli.  W  ustach  czuła  smak 

strachu, którego nie chciała spróbować. Nie chciała go dotknąć... 

Czy mogła spalić tę część siebie? 

W tej samej chwili zadrżała. Poczuła, że strach zmienił smak. Nie wiedziała, dlaczego 

pomyślała o ogniu. Czuła, jak ponad nią, całkiem blisko, przesuwa się przerażenie. 

To uczucie należało tylko do niej. Nie mogła porozmawiać z mężem o swym strachu. 

Jewgienij pragnął uchronić ją od bólu, od wszelkiego cierpienia. 

Chciał  stanąć  pomiędzy  nią  a  najmniejszym  nawet  zagrożeniem,  które  wypatrzyły 

jego oczy. 

Prosił ją, by zapomniała o śnie, który ją tak przeraził. By zapomniała... 

Jej nigdy nie przyszłoby do głowy prosić go, by zapomniał o ramieniu, które stracił. 

Zaskrzypiało łóżko Michaiła. Raija zdawała sobie sprawę, że tylko przekręcił się przez 

sen, lecz mimo to ogarnął ją lęk. Zły sen nie może zaszkodzić jej dziecku. 

Chciała  wstać,  zajrzeć  do  syna,  ale  Jewgienij  przygniatał  ją  swym  ciężarem.  Zimą 

nigdy nie miał dosyć snu. Nadejdzie jeszcze sporo nocy, gdy będzie kręcił się na posłaniu, nie 

mogąc zasnąć i zaciskając zęby, by nie krzyczeć z bólu. Nadejdzie jeszcze sporo nocy, kiedy i 

ona nie będzie spała, nasłuchując jego kroków z kuchni. 

Nie  uda  jej  się  przesunąć  Jewgienija,  tak  żeby  go  nie  obudzić,  zatem  została.  Sama 

musiała uporać się ze swym bólem i strachem. 

background image

Kiedy  Jewgienij  obudził  się  nad  ranem,  powiedziała  z  uśmiechem,  że  tylko  przez 

krótką chwilę nie mogła zasnąć. Ze wtedy przyglądała mu się i że przyjemnie było patrzeć na 

niego, gdy spał. 

Nie  we  wszystkim  skłamała.  Jednak  przeraziła  się,  że  tak  łatwo  przychodzi  jej 

zniekształcanie  prawdy.  Przerażało  ją  także,  że  Jewgienij  tak  łatwo  jej  wierzył.  Dopóki 

Wasilij przebywał w Norwegii, Jewgienij wierzył we wszystko, co mówiła. 

-  Czyżby  Jelizawieta  nie  napaliła?  -  zdziwił  się,  kiedy  postawił  stopy  na  zimnej 

podłodze. 

Ich spojrzenia spotkały się. W jednej chwili oboje przypomnieli sobie. Raija opadła z 

powrotem na łóżko i zaciągnęła koc na głowę. 

-  Zapomnieliśmy  o  niej!  -  jęknęła.  -  Jak  mogliśmy  zostawić  Jelizawietę  na  cały 

wieczór i noc! Misza też o niej zapomniał! Dobry Boże, co ona sobie pomyśli? 

- Na pewno jest u Toni - odparł beztrosko Jewgienij. Włożył spodnie, uśmiechał się 

słabo. - Nie jest już dzieckiem, Raiju. Już dawno mogłaby opuścić dom i wyjść za mąż. Przez 

jedną noc poradzi sobie bez twojej matczynej troski. Nie jest nawet twoją córką! 

Raija wiedziała o tym. Słyszała też słowa, których Jewgienij nie wypowiedział. Wcale 

ich sobie nie wymyśliła. 

Wyraźnie  wyczytała  je  z  jego  wzroku.  Słowa,  wokół  których  jego  usta  starannie  się 

zamknęły. 

Jelizawietą  nie  jest  też  rodzonym  dzieckiem  Wasilija.  Nie  jest  dzieckiem  Wasilija  i 

Raiji, choć może oni oboje chcieliby, żeby tak było. 

Jewgienij o tym właśnie pomyślał. 

Raija nie sądziła, by jej samej coś podobnego kiedykolwiek przyszło do głowy. 

Jewgienij ranił ją bardziej, niż tego chciał. A może robił to świadomie? Jeśli tak, to 

tym  gorzej.  Między  obojgiem  zawisło  ciężko  nieme  niedowierzanie.  Jewgienij  sprawiał 

wrażenie, jakby się pogodził z tym, że Raija opiekuje się Jelizawietą, jakby nauczył się z tym 

ż

yć. Niemal tak, jak wypada zaakceptować w swym domu kłopotliwego krewnego, który nie 

ma innego dachu nad głową. 

- Musisz przywieźć Jelizawietę do domu! 

- Dobrze - odparł z dziwną niechęcią w głosie. Tak jakby był zazdrosny o dziewczynę. 

Tak  jakby  Jelizawietą  wykradała  mu  Raiję.  Jewgienij  nigdy  dotąd  nie  okazywał  takiej 

zachłanności. Nie miał powodu. 

Byli przecież ze sobą tak blisko, było im tak dobrze. 

background image

Raija  ubrała  się.  Została  sama.  Coraz  częściej  ich  życie  przypominało  przypływy  i 

odpływy.  Kiedy  spływało  na  nich  wszystko,  co  delikatne  i  piękne,  kąpali  się  w  szczęściu, 

wzajemnej bliskości, zaufaniu i wierności. W wielkim uczuciu, którym się obdarzyli. Woda 

zacierała wszystkie inne ślady na piasku. Plaże stawały się niezwykle czyste. 

A  potem  morze  cofało  się.  Obnażało  wszystko,  co  brzydkie.  Pozostawiało  tak  wiele 

ś

mieci.  Nawet  to,  czego  Raija  przedtem  nie  widziała.  Za  każdym  razem  odsłaniało  coś 

nowego. 

Teraz nie chciała patrzeć. W ogóle nie chciała wiedzieć. Pozostał w niej strach, który 

zasiał nocny koszmar. Jeżeli nie wzmógł się, to w każdym razie wyraźnie dawał o sobie znać. 

Jewgienij stal się chorobliwie zazdrosny. 

Zaczął się jeden z tych ponurych dni. Zimny, smutny poranek. Nawet śladu złocistego 

blasku ze snu. Jednak Raija nie potrzebowała go. 

I bez tego było wystarczająco zimno. 

background image

- Jewgienij powiedział, że o mnie zapomnieliście. - Jelizawieta potrząsnęła głową. 

Trzymała się prosto, lecz warkocz zwisał jej krzywo. Była już tak duża, że powinna go 

zapleść równo bez niczyjej pomocy. Raija wiedziała o tym, ale widok Jelizawiety wypełnił ją 

ż

ałością. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia. 

Niech diabli porwą Jewgienija! Mógł wymyślić coś innego i nie mówić prawdy! Mógł 

trochę oszczędzić dziewczynę. Wylewanie na to dziecko całej goryczy i niechęci do Wasilija 

jest niesprawiedliwe. 

Raija  objęła  Jelizawietę,  w  każdym  razie  próbowała.  Nie  odezwała  się,  kiedy 

dziewczyna odsunęła ją od siebie. Zapiekło ją w piersi, jednak rozumiała tę niechęć. 

- Zapomniałaś o mnie? - spytała Jelizawieta. 

Kłamstwo  stanowiłoby  jakieś  rozwiązanie.  Powiedzieć,  że  nie  zapomniała...  Zrzucić 

całą winę na Jewgienija... 

Jak mogła zapomnieć? Ponieważ chciała zapomnieć o Wasiliju? 

Jelizawieta  odwiesiła  płaszcz.  Starannie  złożyła  ubranie,  które  zdjęła.  Zawsze  była 

taka  dokładna.  Zostawiała  po  sobie  idealny  porządek,  że  nie  ostał  się  nawet  jeden  pyłek 

kurzu! 

Nie patrzyła na Raiję. 

- Jewgienij jest zazdrosny o Wasię. 

Raija  westchnęła.  Zerknęła  przez  ramię,  czy  do  pokoju  nie  wszedł  Michaił.  Gdyby 

wytężyła słuch, usłyszałaby jego dźwięczny śmiech. 

- Przyszłaś z Tonią? 

Bratanica  Wasilija  skinęła  głową.  W  jej  oczach  pojawiło  się  coś,  co  bardzo 

przypominało stryja. 

-  Wolałabym  popłynąć  ze  stryjem  do  Finnmarku,  niż  zostać  tutaj!  O  wiele  bardziej. 

Wasilij  troszczy  się  o  mnie,  on  w  ogóle  troszczy  się  o  ludzi.  Nie  zapomina  o  nich... 

Walerijowi wolno było popłynąć z Piotrem i uczyć się na statku, choć jest jeszcze dzieckiem. 

A mnie tak pilnujecie... 

Walerij był rok starszy od Jelizawiety, lecz nie wydawał się bardziej dojrzały. Raczej 

przeciwnie. 

- Zastanów się, dlaczego - westchnęła Raija. 

background image

Słowa wprost wyrwały jej się z ust. Nie zamierzała stosować tego rodzaju środków, 

ale zwykle bywały skuteczne. 

- To nie moja wina, że Wasilij... że ty... - Jelizawieta broniła się już trochę słabiej. 

-  Nie,  to  nie  twoja  wina.  -  przyznała  Raija  i  objęła  Jelizawietę.  Ujrzała  w  niej 

dziewczynkę, która czuła się dorosła, która już dawno usiłowała sprawiać takie wrażenie, ale 

mimo to zachowała w sobie wiele z dziecka, dziecka, które nigdy się nie bawiło. - Kocham 

cię  -  zapewniła.  Pogładziła  Jelizawietę  po  włosach,  poprawiła  je,  tak  jak  poprawiała  włosy 

Miszy  i  Oldze.  Tym  razem  Jelizawieta  jej  na  to  pozwoliła.  Nawet  się  uśmiechnęła.  - 

Kochałabym cię nawet, gdyby Wasilij nie był twoim stryjem. Chyba właśnie z jego powodu o 

tobie zapomniałam... I z powodu zbyt gorącej krwi. - Roześmiała się krótko i mrugnęła po-

rozumiewawczo.  Jelizawieta  znała  już  tę  część  życia.  Może  nie  oznaczała  dla  niej  tyle 

radości, tyle ciepła, szumu wiosny, co dla Raiji, ale nie była jej całkiem obca. Zarumieniła się 

w imieniu Raiji, skoro tamta najwyraźniej wcale się nie zawstydziła. 

- Tonią mówi, że stryj kocha wszystkie kobiety, a to nieprawda. Nie kocha wszystkich 

kobiet... 

- ...ale w każdym razie bardzo wiele - rzuciła sucho Tonią. 

Weszła właśnie do środka. Wpuściła jedno z dzieci poranka: świeże powietrze, które 

wkradło się przez szczelinę dokładnie tak szeroką jak ona sama, zanim zdążyła zamknąć za 

sobą drzwi. 

-  Uważam,  że  Wasilij  kocha  prawie  wszystkie  kobiety  -  przyznała  Tonią.  -  Jednak 

kilka  kocha  oczywiście  bardziej  niż  inne.  To  znaczy,  że  nie  jest  z  nim  tak  źle.  Twojemu 

stryjowi mogłoby się powodzić nie gorzej niż innym mężczyznom, gdyby się ożenił. Tylko 

jakoś nie decyduje się na małżeństwo. No cóż, niektórzy z nas nie mogą mieć wszystkiego. 

Wyjątkiem jest tylko Raija - Raisa... 

Raija  uśmiechnęła  się,  ale  czuła,  jak  sztywnieją  jej  policzki.  Zastanawiała  się,  czy 

Tonią wierzy w to, co mówi. Zastanawiała się, dlaczego ona sama w to nie wierzy. 

Raija Bykowa, ona, która ponoć ma wszystko. 

-  Wybacz  mi!  -  poprosiła  i  potargała  Jelizawietę  po  włosach.  Usiłowała  pochwycić 

spojrzenie, które jakby zostało porwane do tańca. - Przepraszam, że na ciebie nie zaczekałam. 

Wasilij może nigdy mi tego nie wybaczy. A może choć ty spróbujesz? Pewnie podświadomie 

czułam, że u Toni jest ci dobrze... 

Tonią roześmiała się. Zmęczona i zrezygnowana nie straciła jednak do reszty humoru. 

Wyglądało na to, że mimo wszystko było się z czego śmiać. 

background image

Jelizawieta  odsunęła  się  od  Raiji.  Schowała  ręce  za  plecami.  Dumnie  i  z  uporem 

uniosła głowę. 

- Czy jest coś, o czym nie wiem? - spytała powoli Raija. 

Spoglądała to na Tonie, to na Jelizawietę. Zauważyła, że Tonią umknęła spojrzeniem, 

a Jelizawieta, nie chcąc patrzeć na nikogo, odwróciła wzrok. 

Nie wyniośle ani hardo, raczej przestraszona... 

Tonią skinęła ku niej głową. 

-  Gdyby  przespała  się  u  mnie,  nie  musiałabyś  się  o  nią  obawiać,  Raija  -  Raisa. 

Wówczas  byłaby  bezpieczna.  Jednak  do  mnie  przyszła  dopiero  dziś  nad  ranem,  zanim 

ktokolwiek  wyszedł  na  ulicę.  Gdybym  chciała,  mogłabym  po  jej  śladach  trafić  tam,  skąd 

przyszła.  Ale  przyznała  się,  gdzie  spędziła  noc,  i  nie  musiałam  tego  sprawdzać.  -  Antonia 

westchnęła.  W  jej  ciemnych  oczach  czaił  się  niepokój,  na  twarzy  malowała  się  troska. 

Napotkała wzrok Raiji. - Już wolałabym, żeby przenocowała w stajni ze wszystkimi moimi 

stajennymi... 

-  Gdzieś  ty,  do  diabła,  była?  -  nie  wytrzymała  Raija,  zdając  sobie  sprawę,  że  nie 

przystoi jej przeklinać. 

Jelizawieta nie odpowiedziała. 

- W domu Norkinów - rzekła ciężko Antonia. Serce Raiji zamarło. Czuła, jak uginają 

się pod nią kolana. 

- Z ich synem, prawda? - rzuciła Tonią gwałtownie. Uważała, że i tak długo udało jej 

się zachować spokój, a Jelizawieta została potraktowana łagodniej, niż na to zasłużyła. Tym 

razem  dziewczyna  brzydko  wywróciła  oczami.  -  Może  dziękować  Matce  Boskiej  i  całemu 

zastępowi świętych, że nikt jej w tym domu w nocy nie zauważył. Gdyby stary Norkin znalazł 

cię  w  sypialni  swego  syna,  zażądałby  kary  publicznej  chłosty  przed  katedrą  świętego 

Michała!  Albo  własnymi  rękami  wrzucił  w  przerębel  na  Morzu  Białym  i  czekał,  aż  otwór 

zamarznie! 

- Długo znasz Nikołaja Norkina? - spytała Raija ostrożnie. Pogładziła Jelizawietę po 

włosach.  Na  nic  się  nie  zda  krzyk,  choć  naprawdę  była  tak  zła,  że  mogłaby  obedrzeć 

Jelizawietę ze skóry. Nie śmiała nawet pomyśleć, co by powiedział Wasilij, gdyby się o tym 

dowiedział. 

- Jakiś czas - odparła Jelizawieta. Jej ramiona nie wydawały się już tak wyprostowane. 

- Jest bardzo miły. To nie jego wina, że rodzina jest bogata. 

Raija roześmiała się. 

background image

Tak  naprawdę  można  i  w  ten  sposób  na  to  spojrzeć.  Nie,  to  rzeczywiście  nie  wina 

Nikołaja Norkina, że jest najlepszą partią nad Morzem Białym. W każdym razie w tej części 

wybrzeża. W Kem mieszkała główna gałąź rodu Norkinów. Prawdopodobnie można by tam 

znaleźć  nawet  kilku  krewniaków  Nikołaja,  którzy  pewnie  jeszcze  bardziej  podobaliby  się 

rodzicom polującym na zięciów. 

Poza tym w Archangielsku powszechnie było wiadomo, że matka Nikołaja ze świecą 

szukała kandydatki na synową. Zamierzała go wyswatać z panną wywodzącą się z tej samej 

sfery. 

Jelizawieta nie wzbudziłaby zachwytu w domu Norkinów. 

Nawet jako pokojówka. 

Tym bardziej nie jako synowa. 

-  Czy  pojmujesz,  jak  bardzo  mogłaś  sobie  zaszkodzić?  -  spytała  cicho  Raija.  -  Jego 

matka zabiłaby cię jak wilczyca w obronie młodych. Ciarki mnie przechodzą, kiedy pomyślę, 

jak się przy tym uśmiecha... 

- Nie myślę o niej zbyt wiele - rzekła nieśmiało bratanica Wasilija. 

- A powinnaś - zauważyła Tonią sucho. - Powinnaś, moje dziecko. Na Boga, mogłaś 

przecież przyjść do nas! Dlaczego byłaś tak bezmyślna? 

Jelizawieta popatrzyła uważnie na Raiję, potem zatrzymała wzrok na Antonii. Ach, ci 

dorośli! Czy zupełnie niczego nie rozumieją, czy tylko udają, że nie są w stanie pojąć? 

Czy  i  ona  kiedyś  zapomni?  O  niepewności,  strachu,  drżeniu,  ostrożności,  o 

samotności... 

Czy  to  wszystko  kiedyś  przeminie  i  dorosła  Jelizawieta  zada  kiedyś  takie  samo 

pytanie? 

Nie  odezwała  się  ani  słowem.  Wszyscy  wczoraj  gdzieś  zniknęli.  Oleg  przybił  do 

brzegu.  Słyszała  go.  Słyszała,  że  był  zły.  Mógłby  zaraz  ruszyć  pieszo  na  zachód,  gdyby 

również wybrzeże Finnmarku zimą zamarzało. Nikt nie będzie mu kradł syna! 

Widziała,  jak  Tonią  próbowała  go  uspokoić,  widziała  ich  oboje.  Raija  się  nie 

pokazywała.  Jewgienij  również.  Na  pewno  nie  zaprzątał  sobie  głowy  bratanicą  Wasilija, 

pewnie cieszył się, że nie musi jej oglądać. 

Wtedy  rozległ  się  stukot  kół.  Ujrzała  Nikołaja.  Dostrzegła  cień  jego  twarzy. 

Zobaczyła, jak dostojnie przejeżdża obok, nie pomyślała, że to ich dzieli: że on jedzie, a ona 

idzie piechotą. 

Podążyła za nim. Czuła na skórze list z Norwegii. Nogi niejako same ją niosły w ślad 

za końmi, za wozem. 

background image

Nikołaj stal przed stajnią. 

Ucieszył się na widok Jelizawiety. 

Nie  zwróciła  uwagi  na  to,  że  wprowadził  ją  do  swego  dużego  domu  potajemnie. 

Przemykanie tylnymi drogami, przekradanie się ciemnymi korytarzami dla służby wydawało 

się jej ekscytujące. Nikołaj był z nią. 

Dopiero nad ranem wracała tą drogą sama. Wtedy czuła się jak złodziej. Nikołaj spał. 

Nawet nie zauważył, że wyszła. 

Przekręcił się przez sen i mruknął coś, kiedy wyśliznęła się z jego ramion. 

Ale nic poza tym. 

Wtedy  Jelizawieta  pomyślała,  że  gdyby  śmieci  miały  duszę  i  zdolność  doznawania 

wrażeń, doświadczałyby czegoś podobnego... 

- Kochasz go? - spytała Raija. Czuła, jak jej miękną plecy, kolana. 

Pod powiekami mignęła jej jakaś twarz, nie zniknęła od razu. Rysy rozmywały się, ale 

oczy  płonęły  jak  ogień,  jak  gwiazdy,  jak  słońce.  I  te  iskrząco  czarne  włosy!  Pojawił  się  w 

blasku. Właściwie go nie było. 

Musiał być... 

Czy tę samą twarz ujrzała w Wielikim Ustiugu? 

Nie wiedziała. 

Odnosiła wrażenie, że to ważne. Wielkie. Jeżeli ten człowiek istniał naprawdę, musiał 

dla niej wiele znaczyć. 

- Czy go kocham? - powtórzyła Jelizawieta jakby zagubiona albo bliska załamania. - 

Kocham... 

Tonią głośno westchnęła. 

- Popłynę z tobą na zachód, moje dziecko! Poświęcę się... 

Raija pomyślała o Wasiliju. Nie będzie zachwycony. 

Jelizawieta  wysunęła  dumnie  brodę.  Jej  szczęki  przybrały  zdecydowaną  linię,  którą 

Raija widywała u Wasilija. Tonią  również zauważyła reakcję dziewczyny. Wiedziała, co to 

oznacza. 

- Nikt nas nie rozdzieli! - rzekła Jelizawieta z pewnością siebie. 

Raija zrozumiała, że przyjęły z Tonią złą taktykę. Atakując, dawały tylko dziewczynie 

więcej powodów, by z uporem trwała przy Nikołaju Norkinie. 

Mówienie „nie”, mówienie, że jej nie wolno, to jakby błaganie jej na kolanach, by się 

z nim związała. 

- Masz rację, nie jesteśmy w stanie tego uczynić - westchnęła Raija. 

background image

- Ale wierz nam, niczego bardziej nie pragniemy - dodała Antonia. 

Raija  i  Tonią  pomyślały  o  matce  Norkina:  nikt  lepiej  niż  ona  nie  potrafił  stosować 

przymusu. Obie żywiły nadzieję, że sprawy nie zaszły za daleko. 

Jelizawieta nie odpowiedziała. Szybkim krokiem wyszła za drzwi pod pretekstem, że 

musi pilnować dzieci. 

-  To,  że  ja  się  ciągle  w  coś  wplątuję  -  zauważyła  Tonią  z  naciskiem  -  to  osobna 

sprawa.  W  twoim  przypadku  jest  podobnie.  Ale  Jelizawieta...  W  dodatku  to  nieznośne 

uczucie, że trzeba jej strzec, że ciąży na nas pewnego rodzaju odpowiedzialność. 

-  Wasilij  mnie  zabije  -  rzekła  Raija  ponuro.  -  Czy  powinnyśmy  utwierdzać  ją  w 

przekonaniu,  że  warto  walczyć  i  zachęcać,  żeby  się  nie  poddawała,  żeby  za  wszelką  cenę 

została z Nikołajem? 

Tonią  uśmiechnęła  się  smutno.  W  jej  oczach  odbijała  się  ta  sama  rezygnacja,  co  w 

spojrzeniu Raiji. 

-  Czasami  z  tego  biorą  się  dzieci  -  Raija  realnie  patrzyła  w  przyszłość.  Zazgrzytała 

zębami. - Bóg jeden wie, czy o tym pomyślała. To ja będę jej musiała o tym przypomnieć. 

Przeklęta dziewucha! 

Antonia  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Śmiała  się  do  łez,  aż  do  bólu. 

Przypomniała  sobie  własną  przeszłość.  Nie  życzyła  nikomu  podobnych  przeżyć,  zwłaszcza 

Jelizawiecie. Ta dziewczyna doznała już wystarczająco wiele zła. Być może Tonią widziała 

wszystko  w  czarnych  barwach,  ale  nie  potrafiła  uwierzyć,  by  z  tego  związku  wynikło  coś 

dobrego. Pozycja Norkina nie miała sobie równych. Taka dziewczyna jak Jelizawieta była dla 

niego niczym kasza w zupie rybnej. 

-  Nie  możemy  jej  uchronić  -  dodała.  Czegoś  się  w  życiu  nauczyła.  Nie  wszystko 

zapomniała.  -  Ale  jakoś  musimy  -  zastanawiała  się  na  głos,  przeczesując  palcami  włosy. 

Szarpała je. - Wasilij zabije nas, jeżeli jej nie upilnujemy. Naprawdę nas zabije... 

Mimo wszystko nie udało się trzymać Jelizawiety na uwięzi. Pojawiły się ważniejsze 

sprawy. Wszyscy czym innym zaprzątali myśli. Uwagę całego Archangielska pochłaniało co 

innego. 

Statek  Olega  i  Jewgienija  nie  był  ostatnim,  na  który  czekano.  W  mieście  mieszkało 

wielu innych armatorów. Znaczna ich część posiadała liczniejszą flotę niż Jurków i Byków, 

większy majątek i tym samym większą władzę. 

Wraz z armatorami z innych portów położonych u wybrzeży Morza Białego tworzyli 

dobrze  zamaskowaną  sieć  zgarniającą  płody,  jakie  ofiarowała  natura  -  ziemia,  Morze  Białe 

lub Morze Północne. 

background image

Mąkę, drewno i ryby. 

Przede wszystkim zależało im na władzy i pieniądzach. 

Fakt, że w ową sieć wplątanych było wiele ludzkich losów, nie odgrywał dla owych 

potentatów większej roli. Jakimś dziwnym sposobem ważyły mniej niż monety. 

Początkowo  statki  wypływały  na  zachód  wyłącznie  po  zakup  ryb.  Norwegowie  byli 

zadowoleni,  że  mogą  pozbyć  się  towaru  w  okresie,  gdy  jego  jakość  nie  przedstawiała  się 

najlepiej. Zaś kupcy ze wschodu nie przywiązywali większej wagi do tego, że ryby nie są zbyt 

ś

wieże: odrobina robactwa w rybim mięsie nie miała żadnego znaczenia. Rzadko się bowiem 

zdarzało, by kupcy lub właściciele statków sami musieli je jeść. 

Na rybach dobrze zarabiali, w Rosji chętnie je kupowano. 

Wtedy  to  pewien  sprytny  armator  wpadł  na  pomysł,  by  na  własną  rękę  rozpocząć 

połowy u wybrzeży Norwegii. Nawet jeśli musiałby opłacić załogę, bardzo by na tym zyskał. 

Prowadząc zarówno połowy, jak i sprzedaż ryb, mógł zarobić dużo więcej. Statek wysyłany 

na zachód jako statek handlowy mógł również zabrać do domu ryby złowione przez własnych 

rybaków w Norwegii. 

Norwegowie wyznaczyli Rosjanom łowiska w odległości mili od brzegu. Nawet jeśli 

półmisek był duży, niech sąsiedzi sobie nie myślą, że po prostu mogą podejść i się częstować. 

Powinni  przynajmniej  zapytać;  tego  wymagał  obyczaj.  A  państwo  duńsko  -  norweskie 

strzegło swego prawa do tego, by zgodzić się lub nie. 

Prowadzenie  połowów  u  wybrzeży  Finnmarku  wymagało  zezwolenia,  tzw. 

recognition, 

za  którego  wydanie  państwo  żądało  opłaty  w  markach  duńskich.  Naczelnik 

Kjeldsen  opracował  zarządzenie  wprowadzające  recognition  w  1743  roku,  gdy  Rosjanie 

łowili w Finnmarku od kilku lat Nie obyło się bez ich protestów. 

Naczelnik, który zyskał złą sławę z powodu dyskryminowania imigrantów z Finlandii 

w swej rodzinnej Alcie, podjął kilka decyzji, które poprawiły nieco jego wizerunek. 

Zarządzenie  dotyczące  recognition  zostało  zatwierdzone  przez  rząd  w  Kopenhadze 

cztery lata po tym, jak wprowadzono je w życie w Finnmarku. 

W  porównaniu  z  armatorami,  którzy  posiadali  prawdziwą  władzę,  Oleg  i  Jewgienij 

byli  niewielkimi  przedsiębiorcami.  Ale  nawet  oni  zatrudniali  rybaków  do  połowów  w 

Finnmarku, a także mieli swego pełnomocnika na Soresyz. Tworzyli fragment owej ogromnej 

sieci. 

Zanim ryby przeistoczyły się w monety, zanim przeistoczyły się we władzę, musiały 

przejść przez ręce zwykłych ludzi. 

background image

Rybacy  całymi  miesiącami  przebywali  poza  domem,  z  dala  od  rodzin  i  ojczyzny. 

Sprzedawali swoją siłę za dach nad głową, strawę, środki do życia dla bliskich. Za pożyczkę. 

Każdy  rosyjski  rybak  z  północnego  wybrzeża  zaciągał  bowiem  dług  u  swego 

pracodawcy.  Trzeba  było  jakoś  przetrwać  surową  zimę,  która  na  wybrzeżach  północy  była 

bardzo  długa.  Morze  Białe  w  tym  czasie  zamarzało  i  nie  dawało  pożywienia.  Nad  ujściem 

Dwiny nie uprawiano też zboża. A głód nie pyta o porę roku. 

Za jedzenie potrzebne na zimę trzeba będzie odpracować. 

Zima za zimą, na którą niejeden rybak musiał brać zaliczkę z udziałów, z pensji, nie 

pozwalały  dorobić  się  bogactwa  rękami  o  twardej  skórze  z  odciskami.  Coraz  bardziej  rosła 

natomiast zależność lokatorów szarych izdebek od mieszkańców bogatych domów. 

Owa  zależność  coraz  bardziej  zginała  zmęczone  plecy.  Zwiększała  władzę, 

spoczywającą w jedwabiście gładkich rękach. 

Rąk  z  odciskami  było  wiele,  wiele  twarzy  ze  zwątpieniem  w  każdej  bruździe,  wiele 

pokornych  charakterów  -  było  w  czym  wybierać.  Wolne  miejsca  pracy  długo  nie  czekały. 

Ludzi, potrzebujących zatrudnienia, czekało dosyć. 

W Finnmarku łowiła duża grupa rybaków z Rosji, sporo rosyjskich statków pływało 

wzdłuż  norweskiego  wybrzeża.  Prowadziły  połowy  na  obrzeżach  ogromnej  sieci,  którą 

armatorzy znad Morza Białego mocno zaciskali w swych wypielęgnowanych dłoniach. 

W  niedużych  izbach  kobiety  i  dzieci  czekały  na  mężczyzn  -  ojców,  braci  i  synów. 

Czekały  również  na  zimę.  Łudziły  się  nadzieją,  że  udziały  okażą  się  wystarczające,  by 

chociaż zaciągnąć dług, który pozwoliłby przetrwać długą noc polarną. Może być ciężko. W 

ręce pełne odcisków trafiała trzecia część zarobku ze sprzedaży ryb. Właściciel, który nawet 

nie  znał  się  na  rybach,  zabierał  pozostałe  dwie  trzecie.  Rybacy,  których  skóra  przeszła 

zapachem ryb, otrzymywali najmniej. 

Mieszkańcy ciasnych izb z każdym dniem coraz bardziej martwili się o tych, którzy 

sprzedawali siłę własnych rąk za żywność zjedzoną poprzedniej zimy. 

W Archangielsku oczekiwano statku Norkina płynącego z Finnmarku. Wypatrywano 

rybaków, powracających do skromnych chat. 

Codziennie  do  portu  przychodziły  kobiety.  Wodziły  niespokojnie  oczyma,  szukały 

wzrokiem. 

W  porcie  mówiono  o  statku  z  Kem,  który  nie  powrócił.  O  tej  porze  zimy  powrót 

zazwyczaj był już niemożliwy. Morze Białe z każdym dniem stawało się coraz mniejsze. Lód 

zagarniał swoje obiema rękami. 

Norkin czekał na „Fewronię” - statek nazwany imieniem jego żony. 

background image

Kobiety  czekały  na  swoich  mężów.  Na  swoich  żywicieli.  Ich  oczy  pociemniały, 

wydawały się czarne niczym lód pod warstwą śniegu pokrywającą Morze Białe. 

Norkin wsunął ręce głęboko w kieszenie swego futra. Czapkę nacisnął mocno na uszy 

i na kark. 

Kobiety  stojące  na  wietrze  szczelniej  otulały  się  wełnianymi  szalami,  wpatrywały  w 

biel i szarość, poza którymi nic nie było widać. 

Wreszcie przypłynął statek z Kem. Przywiózł wiadomości i czterech rybaków z załogi 

Norkina. 

„Fewronia”  zatonęła.  Zatonęły  również  dwie  łodzie,  które  jej  towarzyszyły.  Trzecia 

popłynęła na półwysep Kola. 

Sztorm  zniszczył  jeden  z  masztów  statku  z  Kem.  Marynarze  na  jego  pokładzie  - 

dziękowali świętemu Mikołajowi, że miał ich w swej opiece. 

Norkin spochmurniał. Z rękami w kieszeniach opuścił port. 

Kobiety zostały. Ciągle wpatrzone w morze: szukały wzrokiem bliskich. 

background image

Nawet  w  takim  mieście  jak  Archangielsk  strata  ponad  pięćdziesięciu  mężczyzn  to 

dużo. 

Jednak  armatorzy  mówili  przede  wszystkim  o  zatopionym  statku,  o  utraconym 

sprzęcie, złowionych rybach. O zarobku, który spoczywał teraz na dnie Morza Północnego i 

którego nie da się w żaden sposób odzyskać. Połów się udał. Statek był załadowany po brze-

gi, pełen bogactwa. Dorodne ryby wróciły do morza. 

To przykre, mówili ludzie pokroju Norkina, mężczyźni, którzy mogli stać z rękami w 

kieszeniach, bo nie musieli podejmować żadnych działań. Zaciskali pięści rozczarowani. 

To przykre, mówili. 

Przybywało im nowych zmarszczek wokół ust. Ostrych linii, jakby wyciętych nożem. 

Głębokich  rys  pociągniętych  stromo  w  dół.  Wokół  oczu  pojawiło  się  więcej  ponurych 

ś

cieżek. Niteczek na skórze, które obnażały charakter nieubłaganie, bezlitośnie. 

Przykre,  mówili.  Ssali  to  słowo,  jakby  było  kawałkiem  cukru  lub  kandyzowanym 

owocem. Ssali je, czerpiąc przez chwilę przyjemność, po czym wypluwali. 

W jednej chwili mieli mniej do liczenia. Widzieli rzędy liczb po niewłaściwej stronie 

w słupkach, które nanosili w swoich papierach. 

Przykre. 

- To naturalnie przykre - rzekł Norkin do Jewgienija. 

Stał  odwrócony  plecami  do  Raiji  i  nie  widział  jej.  Czekała,  aż  Jewgienij  skończy. 

Chciała,  by  poszedł  do  domu.  A  on  musiał  jeszcze  powiedzieć  tysiąc  słów,  zanim  narzuci 

płaszcz. 

Zmrok nie czekał. 

Raija skrzywiła się. Słowo wiło jej się w uszach. Sprawiało ból. 

Roześmiała się gorzko. 

Dopiero  wtedy  Norkin  ją  zauważył.  Ten  staruch,  który  tak  bardzo  cierpiał.  On, 

któremu przepadł cały zarobek tak daleko, że być może nigdy nawet tam nie był. 

- Straciłem statek - rzekł, akcentując każdą sylabę. - Nie rozumiem, jak panią może to 

ś

mieszyć. 

- W porcie stoją kobiety, które straciły swoich mężów - odparła Raija. Nie zdołała się 

powstrzymać, nie zdołała utrzymać języka za zębami. - One nie uważają, że to przykre. Patrzą 

background image

ś

mierci w oczy. Nie ma słów na określenie tego, co czują. Dla nich nazywanie tego, co się 

stało, przykrym, brzmi jak drwina... 

-  Droga  pani  Bykowa  nie  słucha  uważnie  -  roześmiał  się  tubalnie  Norkin,  ale  jego 

oczy pozostały zimne jak nagie kamienie w styczniu. Śmiejąc się, chciał, by poczuła się mała. 

Wzrokiem zmuszał ją do milczenia. - Nie mówię o kobietach w porcie. Mówię o sobie. Dla 

mnie strata statku jest przykra. Łodzie rybackie można szybko zastąpić innymi, ale statek był 

niczym złoto. Mógł jeszcze pływać całe lata. Był tak solidny jak kobieta, której imię nosił. To 

przykre, pani Bykowa. Przykre... 

Raija  przełknęła.  Przełknęła  znowu.  Zacisnęła  zęby.  Nie  odpowiedziała.  Norkin 

zresztą  nie  spodziewał  się  odpowiedzi.  Zaskoczyło  go,  że  jakaś  baba  ośmieliła  mu  się 

sprzeciwić. Nie sądził, by kobiety w ogóle mogły myśleć. 

Raija  widziała,  że  nie  zamierza  odejść.  Pewnie  miał  jeszcze  coś  do  powiedzenia 

Jewgienijowi o tragedii, która go spotkała. Pewnie chciał jeszcze coś dodać o tym, jak bardzo 

mu przykro. 

Oddaliła  się.  Nie  mogła  znieść  widoku  karku  Norkina,  jego  pleców,  ramion,  które 

unosiły się i opadały. 

Nawet powietrze wydawało się bardziej gęste, tak jakby ten człowiek uniemożliwiał 

jej oddychanie. 

Na zewnątrz spotkała milczący las czarno ubranych kobiet.  Ich ciała były jak proste 

pnie drzew. Żony marynarzy osaczały ją wzrokiem. Zaklinały. 

Słyszały o niej. Znały ją, mimo że ona większości z nich nigdy nie widziała. Niektóre 

dostrzegła może kiedyś w tłumie. Może kiedyś musnęła je spojrzeniem. 

Ale one ją znały. 

Była Raiją w czarnej pelerynie. Potrafiła ratować życie. Weszła na pokład statku, na 

którym wybuchł bunt. Pielęgnowała rannych marynarzy. Troszczyła się o tych, których nikt z 

jej pozycją nie zauważał. 

Dotykała ich, leczyła, darzyła szacunkiem. Była Carycą. Znały na pamięć pieśni na jej 

cześć. 

Przed  panią  Norkin  pochyliłyby  głowy,  nie  patrzyłyby  jednak  jej  w.  oczy.  Nie  z 

szacunku, raczej ze strachu. 

Na Raiję odważyły się spojrzeć. Patrzyły na nią z respektem. Z miłością. Z nadzieją. 

-  Czy  Norkin  nadal  tam  jest?  Wymówiły  jego  nazwisko,  jak  gdyby  był  Bogiem  i 

szatanem w jednej osobie. Jak gdyby uosabiał sądny dzień. 

background image

- Czy porozmawiasz z nim? - spytała ochrypłym szeptem jakaś blada kobieta w ciąży, 

która z trudem się poruszała. Zostało jej może parę tygodni do rozwiązania... 

-  Ja  mam  z  nim  porozmawiać?  -  zdumiała  się  Raija.  Czuła,  że  zewsząd  otacza  ją 

gorycz. Pomyślała, że Norkin nie rozumiał, co to takiego. Używał błędnych określeń, mylił je. 

Nie rozumiał, o czym mówił. 

- Kobiety nie mają głosu. Nie słucha ich. Nie liczy się z ich zdaniem - A może twój 

mąż mógłby z nim porozmawiać? - rzuciła tym razem inna kobieta, znacznie starsza. O rę-

kach,  które  już  piastowały  wnuki.  Która  widziała  wiele  razy,  jak  się  rodzi  i  jak  odchodzi 

ż

ycie. Która już straciła nadzieję. Znała wartość większości rzeczy. Wiedziała, że ludzie tacy 

jak ona i jak Norkin inaczej je oceniali. 

- Kochana pani Bykowa! Proszę namówić męża! Niech porozmawia z Norkinem! 

- Proszę się za nami wstawić! 

- Proszę go ubłagać! 

-  Mam  ośmioro  dzieci,  nie  wiem,  jak  sobie  poradzę!  Nie  mam  rodziny,  nie  mam 

dorosłych synów, którzy mogliby nas wyżywić... 

- Spodziewam się dziecka, w domu zostawiłam jeszcze troje... 

- Proszę go ubłagać! 

-  Został  nam  dług  sprzed  trzech  lat,  nie  jesteśmy  w  stanie  go  spłacić.  Nigdy  nie 

możemy  zwrócić  tego,  co  jesteśmy  winni.  Nie  udałoby  się  nam  nawet,  gdyby  mój  mąż 

wrócił... 

- Straciłam tam na morzu męża i dwóch synów... 

- Jestem stara, nie wiem, dokąd pójść. Nie mam dzieci, nikt nie otworzy przede mną 

drzwi... 

- Proszę go ubłagać! 

- On nie może być taki nieczuły! Jest zima, musi w nim istnieć choć trochę litości! 

- Ma taki wielki dom, niczego mu nie brakuje. Nic nie straci, okazując dobroć. 

Raija zaczynała się domyślać, dlaczego otoczyły ją ciasno, przypominając brzozowy 

zagajnik. Dlaczego błagalnie wyciągały ku niej ręce - gałęzie. 

Zrozumiała  i  coś  w  niej  zaprotestowało.  Nie  chciała  wierzyć.  Pomyślała,  że  to,  co 

mówiły kobiety, to tylko w połowie prawda. Nie chciała wierzyć, nie była w stanie, że ktoś 

może być aż tak bezduszny. 

Nikt by chyba tego nie zrobił. 

- O co mnie prosicie? - spytała szeptem. Głos odmówił jej posłuszeństwa. Napotkała 

wzrok kobiet. Spojrzała w każdą z tych zaklinających ją, błagających, zrozpaczonych twarzy. 

background image

- Norkin wyrzuci nas z domów - rzekła kobieta w ciąży. Była młoda, może młodsza 

od Raiji, lecz Raija w jej spojrzeniu dostrzegła oczy jej matki. Potrafiła sobie wyobrazić, w 

jaki  sposób  wiek,  ciężka  praca  i  bieda  ją  naznaczą.  Coraz  wyraźniej  z  każdym  rokiem,  z 

każdym dzieckiem. - Nasze mieszkania przejmą inni rybacy. Nawet na te, które zbudowali-

ś

my  sami,  musieliśmy  zaciągnąć  dług.  Także  ci,  którzy  posiedli  domy  na  własność,  są  u 

Norkina  zadłużeni.  Jeśli  nie  zapłacimy,  będziemy  musieli  się  wynieść.  Zagroził  nam,  że 

wezwie żołnierzy, o ile zajdzie taka potrzeba. 

-  Proszę  go  ubłagać!  Proszę  z  nim  porozmawiać!  Nawet  on  nie  może  być  taki 

nieczuły! On też ma syna. 

Raija nie słuchała już kobiet. Oparła się o chropowatą ścianę, usiłując zrozumieć, co 

sprawia, że człowiek staje się aż tak bezwzględny. Człowiek, któremu niczego nie brakuje. 

Może poza sercem. 

Nie była w stanie tego pojąć. 

Nie znajdowała również słów obietnic dla tych kobiet. W jej piersi narastał krzyk. Nie 

prośba, nie pokora, tylko złość. 

Wchodząc  do  domu  Norkina,  zostawiła  drzwi  otwarte,  ale  kobiety  nie  ruszyły  się  z 

miejsca.  Niczym  drzewa  wrośnięte  w  ziemię.  Widziały,  jak  powiewa  jej  peleryna.  Już  nie 

czarna,  jak  w  pieśniach,  lecz  granatowa  z  nieco  jaśniejszą  niebieską  podpinką.  Powiewała 

niczym  żagiel.  Obcasy  stukały  o  twardą  podłogę.  Przypominały  strzelanie  z  bicza.  Złość 

dodała jej słowom niezwykłego brzmienia. 

Kobiety stojące na zimnie słyszały głos Raiji. Nie mieściło im się w głowach, że się 

odważyła. Oniemiałe składały dłonie. W równym stopniu za nią, co za siebie. 

Nie miała może wiele do stracenia, ale mimo to podziwiały ją za odwagę. Nikt chyba 

do tej pory nie rozmawiał z Norkinem tak jak ona. W ich sprawie. 

Trochę się nawet za siebie wstydziły. Chodziło im przecież tylko o to, by się za nimi 

wstawiła, a nie żeby się dla nich narażała. Nie spodziewały się, że tak dobrze je zrozumie... 

Raija  wpadła  do  środka  niczym  gnana  wichrem.  Przefrunęła  przez  pokój  jak 

granatowy  motyl,  który  złożył  skrzydła  przed  Norkinem.  Jej  spojrzenie,  ciemniejsze  niż 

kiedykolwiek, spoczęło na gospodarzu. Przykuło lodowato niebieskie oczy tak mocno, że ten 

władczy mężczyzna poczuł się nieswojo. 

Poza tym powiało od drzwi. 

Raija stanęła na szeroko rozstawionych nogach.  Czarne noski butów ustawiły się na 

ukos pod brzegiem spódnicy. Ręce spoczęły na biodrach. Plecy wyprostowały się. 

background image

Jewgienij  dwukrotnie  wymówił  jej  imię.  Udała,  że  nie  słyszy.  Kiedy  chciał  ją 

odciągnąć, bojąc się najgorszego, odepchnęła go. Szorstko strząsnęła z siebie jego rękę. 

- To przykre, że straciłeś statki, Anatoliju Norkin! Przykre! Tak przykre, że musisz to 

sobie wynagrodzić, wyrzucając wdowy na ulicę. Czy wtedy poczujesz się lepiej? 

- Ci, którzy nie mogą spłacić długu w inny sposób, muszą się wyprowadzić ze swoich 

domów. Z moich domów. 

Raija roześmiała się głucho. 

- I zupełnie cię nie obchodzi, że te kobiety straciły swych żywicieli zaledwie tydzień 

temu?  Nie,  tak  jest  lepiej,  nie  można  być  zbyt  miękkim.  Ktoś  przecież  mógłby  wpaść  na 

pomysł, by to wykorzystać, co? 

- Jeżeli zapłacą, będą mogły zostać. 

- Czy ktoś kiedykolwiek był w stanie spłacić dług w tak krótkim terminie? - spytała 

Raija. Jej policzki zaczerwieniły się ze złości, lecz również Norkin poczerwieniał na twarzy. 

Kiedy ostatnio tak się do niego odezwano, był oseskiem. A guwernantka, która sobie 

na to pozwoliła, szybko musiała opuścić dom Norkinów. Nie znalazła później pracy nigdzie 

nad  Morzem  Białym.  O  ile  Norkin  wiedział,  nawet  w  Sankt  Petersburgu  nie  udało  jej  się 

znaleźć zatrudnienia. 

Jeżeli istniało coś, czego Anatolij Norkin nie znosił, to właśnie braku respektu! 

- Wcześniej egzekwowałem spłatę długów - odparł. 

Nie  mógł  milczeć.  Coś  w  tej  piekielnej  kobiecie  drażniło  go  i  zagrzewało  do  walki. 

Ów  żar  w  oczach,  które  patrzyły  na  niego  tak  śmiało.  Musi  go  zgasić.  Powinien.  To  go 

podjudzało,  irytowało,  sprawiało,  że  miał  ochotę  ją  złamać,  kazać  jej  cofnąć  wszystkie 

zarzuty... 

- Na pewno, Anatoliju Norkinie! - roześmiała się głucho. 

- Raija! - rzucił błagalnie Jewgienij. 

Złapał żonę za ramię, odciągnął od Norkina, trzymał w żelaznym uścisku, ale nie mógł 

jej zmusić do milczenia. 

Raija nie zniżyła głosu. 

- Jest coś takiego, co się nazywa litością. Coś, co zwykli ludzie dobrze znają. Coś, co 

oznacza troskę o innych, wzajemną pomoc. Te kobiety właśnie o to proszą, na czas zimy. Nie 

możesz wyrzucić kobiet i dzieci na śnieg. To nie jest egzekwowanie długu, to morderstwo! 

- Raija! Jewgienij popchnął ją na swoje krzesło. Podniósł rękę. Raija zamarła. 

Z trudem się opanował. Jednak omal nie uderzył. 

background image

-  Proszę  o  wybaczenie  w  imieniu  mojej  żony  -  rzekł,  patrząc  Norkinowi  w  oczy. 

Odwrócił się plecami do Raiji. - Nie wiem, jak wyrazić swój żal z powodu tego wszystkiego, 

co powiedziała. Kobiety myślą sercem. Ufam, że wie pan o tym równie dobrze jak ja. Kobiety 

często ogarnia niezwykła troska o pokrzywdzonych. Nie potrafię w inny sposób wytłumaczyć 

takiego zachowania... Ale bardzo żałuję... 

Raija znienawidziła Jewgienija, słysząc, jak się kaja, jak mruczy niczym kot, gdy się 

łasi. 

- Chciałbym usłyszeć, jak sama przeprasza - zażądał Norkin. - Przekonałem się już, że 

jest dość wygadana. 

- Raija? - Jewgienij spojrzał na żonę pytająco, z prośbą w oczach. 

Wyraźnie dawał do zrozumienia, czego od niej oczekuje. 

Raija nie potrafiła się zdobyć na skruchę. 

-  Nie  umiem  kłamać  -  rzekła  krótko.  -  Kłamstwa  pozostawiam  wam,  mężczyznom. 

Wam, którzy się nimi karmicie. 

Wstała. Przemknęła obok nich. Nie mogła patrzeć nawet na Jewgienija. 

Dawno jej tak nie rozczarował. Chyba nigdy nie potrzebowała jego wsparcia tak jak 

teraz. Nie dla siebie, lecz dla tych wielu kobiet, które zostały same. 

Odwrócił  się  do  niej  plecami.  Płaszczył  się  przed  Norkinem.  Jak  zbity  kundel  lizał 

buty temu człowiekowi. I prosił ją, by zrobiła to samo. 

Nie potrafiła się czołgać. 

Niemy  las  kobiet  utworzył  dla  Raiji  ścieżkę.  Nie  śmiały  nawet  na  nią  spojrzeć.  Nie 

wiedziały, czy powinny  się odezwać. Spodziewały się jej wstawiennictwa, ale nigdy w taki 

sposób. Nie znała ich, ale zdecydowanie stanęła w ich obronie. 

Raija  zatrzymała  się  na  końcu  grupy  kobiet.  Powoli  odwróciła  się  w  ich  stronę. 

Przyglądała  się  ich  twarzom,  próbowała  zachować  je  w  pamięci.  Chciała  je  zapamiętać. 

Chciałaby znać ich imiona, poznać je, porozmawiać, lepiej zrozumieć. 

- Nie udało mi się nic dla was zrobić - rzekła zmęczona. - Chyba raczej pogorszyłam 

sytuację. Żałuję. Nie chciałam, by tak się stało. 

- Rozmawiałaś w naszej sprawie - odezwała się jedna ze starszych wdów. Objęła Raiję 

ramieniem.  Jej  głos  brzmiał  łagodnie,  niemal  macierzyńsko.  -  Nie  przywykłyśmy  do  tego. 

Wiemy  w  każdym  razie,  że  jesteś  po  naszej  stronie,  razem  z  nami.  Gorzej  dla  ciebie,  że 

wkrótce i cały Archangielsk się o tym dowie... Ludzie pokroju Norkina niełatwo wybaczają. 

Nie  musiała  o  tym  mówić.  Raija  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  naraziła  się 

wszystkim wielkim w okolicy. 

background image

Czegoś takiego szybko nie zapomną. 

-  Mniejsza  o  mnie  -  powiedziała  szczerze.  Poradzi  sobie  bez  Norkina  i  jemu 

podobnych. Jej życie było bez nich lepsze. - Mam dach nad głową - dodała. - Nic nie jestem 

Norkinowi winna. Powinnam raczej pomyśleć o was i bić przed nim czołem... 

Wokół rozległ się ostrożny śmiech. Rozjaśnił trochę ściągnięte twarze. 

- Przyjemnie było usłyszeć, jak ktoś mówi do niego w taki sposób - zauważyła jedna z 

kobiet.  Inne  przyznały  jej  rację.  Nie  śmiały  się  od  chwili,  kiedy  otrzymały  wiadomość  o 

zatonięciu statku. Teraz trochę się rozweseliły. 

Kosztem Norkina. 

Raiji daleko było do śmiechu. 

-  Zrobię,  co  w  mojej  mocy  -  obiecała.  Nie  miała  pojęcia,  jak  tego  dokona,  ale  nie 

mogła odejść od tych kobiet, niczego im nie dając. 

Odrobina nadziei jest chyba lepsza niż nic. Nie wiedziała. Czuła się w pewnym sensie 

jak  kłamca.  Ale  wierzyła  w  to,  co  mówiła.  W  głębi  duszy  była  przekonana,  że  powinna 

spróbować. 

Powinna spróbować im pomóc. Może nie wszystkim, ale przynajmniej niektórym. 

Uśmiechały się ostrożnie. Już ją usprawiedliwiały. Nie spodziewały się od niej więcej 

niż od innych żon armatorów. 

A już uczyniła więcej, niż którakolwiek inna by się ośmieliła. Słyszały jej słowa, lecz 

uznały, że rzuciła je ot tak, wypluła jak starą kaszę, która rosła w ustach. Musiała je z siebie 

wyrzucić. 

Zebranym wokół niej kobietom podobało się, że potraktowała je jak ludzi, że uważała, 

iż jest im coś winna. 

Zostały przed domem Norkina, gdy Raija ruszyła w górę ulicy ku stajni. Ku domowi 

Antonii.  Ale  rozpierzchły  się,  odsunęły  od  siebie,  zanim  Norkin  wyszedł.  Zanim  wyszedł 

Jewgienij. 

Przestraszone przemykały się do swych szarych izb, których nie kochały, lecz które je 

wszystkie wiązały z życiem. 

Bykowa miała rację: jeżeli Norkin wyrzuciłby je zimą na ulicę, popełniłby zbrodnię. 

Raija  wśliznęła  się  niepostrzeżenie  do  stajni  Antonii  i  zamknęła  drzwi  na  klucz. 

Panowało tu przyjemne i miłe ciepło. 

Przemawiała  półgłosem  do  koni.  Uspokoiła  je,  że  to  tylko  ona.  Przestały  się 

denerwować. Poznały ją. 

background image

Usiadła na pryczy w izbie stajennego. O tej porze było tu pusto. Tonią nie zatrudniała 

teraz stajennych spoza miasta. Stajnia pełniła funkcję stajni, nie domu. 

Raija  płakała.  Ze  złości  i  rozpaczy,  że  istnieją  tacy  ludzie  jak  Anatolij  Norkin. 

Zastanawiała się, co by stracił - poza twarzą - gdyby pozwolił tym biednym kobietom zostać 

razem z dziećmi w swych domach. Zyskałby zasługi w kościele i w niebie, gdyby się zgodził, 

by wdowy i dzieci - półsieroty mogły zachować dach nad głową jeszcze przez zimę. Raija nie 

sądziła, by ucierpiały na tym jego interesy. 

Ale aż do dziś nie przypuszczała, że na świecie żyją tacy ludzie jak on, że w ogóle jest 

to możliwe. Ze ludzie mogą mieć tak zimne serca. 

Raija  płakała  z  rozczarowania,  z  bólu,  nad  Jewgienijem.  Często  przysięgał,  że  ją 

kocha, że zawsze będzie przy niej stał, wielokrotnie obiecywał jej więcej, niż mogłaby sobie 

ż

yczyć. 

Rzadko jednak życzyła sobie czegokolwiek. 

Ale  tym  razem  nie  okazał  się  na  tyle  wspaniałomyślny,  by  ją  poprzeć.  Przeciwnie, 

potraktował ją tak, jak nie potraktowałby nawet Michaiła. Raija dawno nie czuła się równie 

upokorzona. Zachował się wobec niej jak ojciec. 

Potrzebowała męża, kochanka i przyjaciela, który by ją wspierał. Pomagał. 

Był z nią. 

Jewgienij zaś stanął przeciw niej. Usprawiedliwiał ją przed Norkinem, nie pytając jej 

nawet o zdanie. Niemal nakazał jej, by uczyniła to samo. 

W obecności Norkina. 

Jak mógł? 

Raija  nie  była  pewna,  czy  będzie  mogła  mu  to  wybaczyć.  To  coś  więcej  niż 

rozczarowanie. 

To zdrada. 

Sama również może nie zawsze była wobec niego w porządku, ale nigdy jeszcze nie 

czuła  się  tak  źle.  Nigdy  jeszcze  z  powodu  Jewgienija  nie  przeżywała  takiej  udręki.  Nie 

sądziła, że zdoła mężowi wybaczyć. 

Nie była w stanie go usprawiedliwić. 

Czyżby mogła żywić wobec niego nienawiść? 

background image

Głos w ciemności. Jej imię. Pytający: Raija, gdzie jesteś? 

- Tu... 

Raija  osuszyła  łzy,  ale  zaraz  wezbrały  na  nowo.  Pozwoliła  im  popłynąć.  Wszelkie 

próby ich powstrzymania i tak były daremne. 

Konie bijące kopytami. Parskające cicho. Może poznały Olega. 

Jego sylwetka utworzyła ciemniejszy zarys na tle drzwi, na moment je wypełniła. Po 

chwili dostrzegł cień Raiji. Usiadł obok niej. 

- Jewgienij pojechał do domu. Zabrał ze sobą Tonie i dzieci. Tonią powiedziała Miszy, 

ż

e musisz pomóc komuś, kto zachorował. Brzmiało to nawet wiarygodnie. 

Raija skrzywiła się w ciemności, ukazując zęby. 

- Poróżniłaś się z Norkinem... - Raija dosłyszała, że się roześmiał. Chętnie zapaliłaby 

lampę, żeby zobaczyć jego twarz, stwierdzić, jakie uczucia się na niej malują. - On ci nigdy 

tego nie zapomni. 

Raija przełknęła. 

- Już mi to mówiono - rzekła. - Jeśli o mnie chodzi, nie przejmuję się zbytnio. Boję się 

tylko, że nic dobrego z tego nie wyniknie dla tych biednych kobiet... 

- Jesteś bardzo odważna. - Oleg pogładził ją po włosach. Może nie miękko i łagodnie, 

ale był przecież potężnym mężczyzną. Nigdy zresztą nie miał lekkiej ręki, chociaż starał się 

być delikatny. - Założę się, że stary Norkin drży na samą myśl o tobie. Takiej kobiety jak ty 

chyba jeszcze nie spotkał. Jewgienij mówił, że chłop zbladł... 

-  To  Jewgienij  zbladł  -  zauważyła  Raija.  Wargi  miała  odrętwiałe,  z  trudem 

formułowała  słowa.  Nie  wątpiła,  że  Jewgienij  przedstawił  swoją  wersję  rozmowy  z 

Norkinem. Sprawiało jej ból, gdy pomyślała, co powiedział na jej temat. 

-  Mówił  o  tym...  -  Oleg  nadal  przemawiał  łagodnym  głosem,  niczym  dobry  wujek, 

który po długim czasie przyjechał w odwiedziny. 

- Jak Norkin może wyrzucać bezbronne kobiety? Dzieci? - Raija nie chciała myśleć o 

Jewgieniju.  Pragnęła  to  od  siebie  odsunąć.  Nie  chciała  słuchać  usprawiedliwień,  które  z 

pewnością Oleg wysunie w jego obronie, w jego imieniu. Niech zostawi je na później. - Czy 

nic go nie obchodzi, co się z nimi stanie? Nic a nic? Czy on nie widzi, że to też są ludzie? 

Oleg ciężko oparł się o ścianę. Prycza zatrzeszczała, kiedy trochę się przesunął. 

background image

-  Większość  domów  należy  do  Norkina  -  rzekł  jakby  niechętnie.  -  Mieszkania  są 

związane z pracą, z miejscem na statku. Wiążą cię z armatorem. Dom i dług trzymają cię przy 

jednym  chlebodawcy.  Zgadzasz  się  na  to.  Więzy  działają  w  obie  strony.  Jednak  zarabia  na 

tym tylko właściciel statku, bo łatwiej się ugniesz, jeżeli masz coś do stracenia. 

Raija  potrafiła  to  zrozumieć.  Ona  prędzej  by  się  złamała,  niż  by  się  ugięła,  ale  to 

zupełnie inna sprawa. Nie była wiotka jak źdźbło trawy. 

- Norkin potrzebuje nowych ludzi do pracy. Nie zamierza budować dla nich nowych 

domów  -  mówił  dalej  Oleg.  -  Nie  może  najmować  do  połowów  wdów  po  marynarzach, 

których stracił. W ten sposób na to patrzy. Dlatego każe kobietom się wynieść. 

- Wykorzystuje ich dług, żeby się ich pozbyć - wtrąciła Raija. 

- I, niestety, ma prawo po swojej stronie - dodał sucho Oleg. - Wie, co robi. Nie musi 

okazywać  wspaniałomyślności.  Nic  by  na  tym  nie  zyskał.  Nikt  nie  marzy  o  tym,  by  go 

zniszczyć i pozbawić pozycji, którą zajmuje w Archangielsku. Jeżeli nawet ktoś myśli tak jak 

ty, to na pewno się do tego głośno nie przyzna. W każdym razie żadna z wpływowych osób, 

która cokolwiek znaczy i której Norkin by wysłuchał. To, co robi, nie jest piękne, ale wolno 

mu tak postąpić. I to całkiem bezkarnie. Taka jest prawda. 

- To przykre - odezwała się Raija, naśladując Norkina. 

Oleg roześmiał się krótko. Raija nie była w stanie się śmiać. Nie zdobyła się nawet na 

uśmiech. Była zmęczona i zrezygnowana. Myśl o nieszczęsnych kobietach, o ich dzieciach, 

sprawiała jej ból. 

A rozczarowanie z powodu zachowania Jewgienija nadal piekło. 

-  W  domu  jest  ciepło  -  Oleg  wyprostował  się.  Najwidoczniej  było  mu  niewygodnie 

siedzieć  na  pryczy.  Raija  wiedziała,  że  kiedyś  uważałby  się  za  szczęśliwca,  gdyby  znalazł 

choć dach nad głową. - Jedzenie. Wódka... 

-  Czy  masz  zamiar  mnie  ułagodzić  wódką?  -  spytała  Raija.  -  Czy  tak  to  sobie 

obmyśliliście? To za mało. Myślałam, że lepiej mnie znasz. Myślałam, że Jewgienij zna mnie 

lepiej... 

- To ja muszę się napić - wyjaśnił Oleg. - Potrzebuję tego chyba bardziej niż ty... 

- Uprzedzam, że nigdy nie poproszę Norkina o wybaczenie! - Raija nie ustępowała. - 

Nic nie pomoże, jeśli ty i Jewgienij padniecie na kolana i będziecie mnie o to błagać. Nigdy 

tego nie uczynię. Prędzej po raz drugi powiem mu to samo prosto w twarz. 

Oleg westchnął. 

background image

- Wiem o tym - przyznał. - Dobrze o tym wiem. Jewgienij także. To dlatego siedzę tu 

teraz  z  tobą.  Jewgienij  również  potrzebuje  trochę  czasu  do  namysłu.  Nie  ułatwiasz  nam 

sprawy, Raija - Raisa... 

Raija  milczała.  Pytanie  zawisło  między  nimi.  W  ciszy.  Słowa,  których  jej  usta  nie 

wypowiedziały, a które i tak usłyszał. 

-  My  także  pożyczyliśmy  pieniądze  od  Anatolija  Norkina  -  wyznał  wreszcie  Oleg.  - 

My też zaciągnęliśmy u niego dług. 

To  tłumaczyło  zachowanie  Jewgienija,  lecz  mimo  wszystko  Raiji  trudno  było  mu 

wybaczyć. 

-  Nie  jesteście  w  stanie  zapłacić?  -  spytała.  -  Czy  nie  możemy  mu  zwrócić  długu? 

Chcesz powiedzieć, że siedzimy w kieszeni u tego człowieka? 

- Jeżeli wpadnie na pomysł, by zażądać zwrotu wszystkiego od razu - wyjaśnił Oleg - 

to tak. Wtedy ma nas w swojej kieszeni. Dokładnie. Musimy wybierać: czy zapłacić naszym 

marynarzom,  czy  jemu.  Lecz  naprawdę  nie  mamy  wyboru.  Rozumiesz?  Rozumiesz 

Jewgienija? 

Raija nie odpowiedziała. Nie potrafiła. Pytał, czy rozumie. Nie była przecież zawzięta, 

rozumiała to. Mimo to nadal czuła kłucie w piersi. Mimo to nadal czuła ból. 

Nie była pewna, czy Oleg by to pojął. 

-  Mówiłeś,  że  masz  wódkę?  -  spytała.  Wstała.  Musiała  się  zastanowić.  Właściwie 

wątpiła w to, żeby alkohol mógł jej rozjaśnić w głowie, ale musiała stąd wyjść. Musiała na 

moment zaczerpnąć świeżego powietrza. Spojrzeć prosto w czarne oczy nocy. 

Ciemność nie dała jej odpowiedzi. Ciemność wszystko skrywała. Również ją. 

W domu było ciepło. Oleg nalał wódki. Nie skąpił trunku. 

Raija  przełknęła  alkohol.  Skrzywiła  się.  Podsunęła  Olegowi  szklankę,  by  nalał  jej 

jeszcze. 

- Nie jesteś Tonią - zauważył Oleg wesoło, ostrzegając po bratersku. Jego oczy śmiały 

się, kącik ust uniósł się ku górze. Ostrożnie. - A to nie woda - dodał na wypadek, gdyby Raija 

nie zrozumiała, o co mu chodzi. 

- Śniło mi się złote światło - rzekła Raija, jakby nie dosłyszała słów Olega. Ściskała 

szklankę  w  dłoniach.  Łokcie  oparła  na  stole.  To  powinno  pomóc  jej  utrzymać  równowagę, 

gdyby za dużo wypiła. - Nie rozumiem tego snu. 

Zamilkła  i  uniosła  szklankę  do  ust.  Nie  dostrzegła,  że  Oleg  się  o  nią  martwi.  Nie 

patrzyła  na  niego.  Wiedziała,  jak  wygląda.  Mówiła  bardziej  do  siebie  niż  do  niego. 

Porządkowała myśli. Musiała słyszeć słowa, by móc je umieścić na odpowiedniej półce. 

background image

- Może to złote światło to pieniądze. Może powinnam się bać. Nie o Misze, raczej o 

Jewgienija. O nas wszystkich... 

-  Sny  mają  chyba  niewiele  wspólnego  z  Anatolijem  Norkinem  -  zauważył  Oleg. 

Przyglądał  się  swoim  rękom.  Pragnął  móc  potrząsnąć  Raiją,  by  przywołać  ją  do  rozsądku. 

Równocześnie pragnął posiadać tyle odwagi, co ona. Pragnął móc potrząsnąć Norkinem i to 

jego przywołać do rozsądku... 

- Nie? - spytała Raija takim tonem, że Oleg musiał na nią spojrzeć. 

Takie  piękne  kobiety  nie  powinny  chodzić  po  świecie,  przebiegło  mu  przez  głowę. 

Takie jak Raija i Tonią. 

Raija nadal miała w sobie wiele z małej dziewczynki. Pamiętał ją sprzed dziesięciu lat. 

Nie wiedział, jak wyglądała pół życia temu. Mógł to sobie tylko wyobrazić. 

Mimo wszystko nie sądził, by bardzo się mylił w swych wyobrażeniach. Przytłumione 

ś

wiatło ukrywało drobne zmarszczki na jej twarzy. Policzki stały się okrągłe i miękkie. Ładne 

kreski wokół oczu, które znał, zniknęły w półmroku, tak dla niej życzliwym. 

W oczach palił się żar - w tych ciemnych węgielkach nad policzkami, które straciły 

letnią  opaleniznę.  Gęste,  długie  rzęsy.  Brwi  biegnące  ku  prostemu,  zdecydowanemu  czołu, 

ciemne, uparte kreski. Czarne włosy okalające jasną twarz. Zawsze wymykający się któryś z 

kosmyków. Raiji nigdy nie udawało się ujarzmić włosów. 

Silnie zaznaczone pod delikatną skórą kości policzkowe. Nasz Pan miał dobry dzień, 

kiedy  stwarzał  Raiję,  pomyślał  Oleg.  Wyraźnie  zarysowana  broda,  świadcząca  o 

zdecydowaniu, prosty nos nad pełnymi ustami. 

Na  wargach  zaznaczony  ten  sam  rys  zdecydowania,  co  na  brodzie.  Przez  te  wargi 

przeszło tyle różnego rodzaju słów. Raija nie powstrzymywała się od tych najmocniejszych, 

wymawiała je głośno, nie ukrywała, że potrafi być dosadna. 

Powinno istnieć prawo, które zabraniałoby takiego wyglądu. Nie powinna istnieć taka 

kobieta. Tak silna i łagodna jednocześnie. Tak młoda i tak pełna doświadczenia. 

Oleg  potrafił  zrozumieć  zaskoczenie  Norkina.  Ten  potężny  człowiek  widział  to,  co 

chciał  widzieć.  Oleg  mógł  sobie  wyobrazić,  jak  wzrok  tego  podstarzałego  człowieka 

spoczywa na postaci Raiji. Z pewnością przyjrzał się nie tylko pięknej twarzy, lecz zmierzył 

spojrzeniem całą sylwetkę. Miała krągłe piersi i szczupłą talię. 

Norkin  dostrzegł  jej  urodę.  Tę  miękkość,  kobiecość.  Spodziewał  się,  że  jest  kobietą 

tego pokroju, które znał. Które poskramiał jedną ręką. 

A przed nim stanęła Raija. 

Człowiek. 

background image

Dusza.  Istota  myśląca,  posiadająca  wolę,  która  nie  została  stworzona  do  tego,  by 

kształtował ją jakikolwiek mężczyzna. 

Mężczyźnie wolno by było rzucić Norkinowi w twarz to, co powiedziała mu Raija, to 

nie uwłaczałoby jego godności. 

Ale  Norkin  nie  zamierzał  wybaczyć  Raiji  jej  słów,  choć  przekonał  się,  że  jest 

niezwykła. 

Oleg mógłby się założyć, że Raija poważnie przestraszyła tego człowieka. 

Była kobietą, a zachowała się jak mężczyzna. Tak jakby miała do tego pełne prawo. 

- Moje sny - odezwała się Raija. - Moje sny, Oleg... boję się ich... 

Oleg  również  bałby  się  śnić,  gdyby  był  Raiją.  Nawet  teraz  go  przerażała,  gdy  tak 

patrzyła swymi wielkimi, ciemnymi oczyma, gdzieś dalej, w głąb jego źrenic, w jego duszę, 

tam gdzie sam nie mógł zajrzeć. 

Przerażała  go,  gdy  próbowała  tłumaczyć  sny.  Pomyślał,  że  jeszcze  jednej  rzeczy 

należałoby Raiji zabronić - prawa do snów i wizji. 

Ta jej niezwykła zdolność również jego napawała lękiem. 

- Nie będę się czołgać przed Norkinem! - powtórzyła nagle Raija. 

Wcale nie złagodniała, gdy napiła się wódki. Nic by też nie pomogło, gdyby jeszcze 

sobie nalała. 

Od tego nie zmięknie. 

Oleg wiedział, że Raija jest wobec siebie uczciwa. Bardziej niż on sam. Często czuł, 

jak  sumienie  kłuje  go  w  piersi.  Jej  się  to  pewnie  nie  zdarzało.  Żyła  tak,  jak  dyktowało  jej 

serce. Nie łamała swych zasad. 

Dobrze  jest  tak  żyć  -  być  sobą.  Nie  udawać.  Ale  to  może  oznaczać  kłopoty  dla 

wszystkich wokół, tych, którzy nie są  w stanie  podążać za  głosem serca, którzy nie żyją w 

zgodnym rytmie ze swą duszą. 

- Chcę pomóc tym kobietom, Oleg. Czy wolno mi? Ktoś musi to zrobić. Nie wiem jak, 

ale wiem, że muszę im pomóc. Nie potrzebują współczucia, słów... 

- Będą potrzebowały domów - zauważył Oleg sucho. 

-  To  prawie  dwieście  osób,  Raija  -  Raisa.  I  będą  potrzebowały  jedzenia.  Nie 

współczucia. Masz co do tego rację. Będą potrzebowały wielu rzeczy, które kosztują, moja 

droga.  A  pieniędzy  i  ty  nie  masz.  -  Westchnął.  -  Nie  uratujesz  wszystkich,  którzy  cierpią, 

Raiju. Jeden człowiek nie jest w stanie tego dokonać! 

-  Muszę  -  odparła  z  powagą.  Naprawdę  tak  myślała.  -  Muszę.  Nie  mogę  zamknąć 

oczu. Nie wolno mi udawać, że niczego nie widzę. 

background image

Oleg  napił  się.  Zastanawiał  się,  jak  by  wyglądał  Archangielsk,  gdyby  wszyscy 

postępowali tak jak Raija. Gdyby wszyscy żyli według jej zasad. Nie był w stanie sobie tego 

wyobrazić. 

-  Nie  chciałam  nikomu  sprawić  kłopotu...  Czy  Jewgienij  jest  na  mnie  zły?  -  spytała 

Raija nieoczekiwanie. 

O  nieba!  Co  powinien  odpowiedzieć?  Jewgienij  bił  gołymi  pięściami  w  ścianę,  aż 

pozdzierał skórę. Oleg nie mógłby powtórzyć tego, co jego druh na początku mówił, zanim 

się trochę uspokoił... 

- Rozumiem, Jewgienij jest na mnie zły - stwierdziła Raija z przekonaniem. Nie trzeba 

być jasnowidzem, żeby zgadnąć. 

Oleg też by się tego domyślił, gdyby ktoś opowiedział mu całe zdarzenie. 

Na  pewno  byłby  zły,  gdyby  Tonią  zachowała  się  podobnie.  Miałby  pewnie  ochotę 

zepchnąć ją ze skały do morza. 

Jewgienij  ograniczył  się  do  wrzucenia  do  wody  dwóch  krzeseł.  Trzecie  rozbił  o 

nabrzeże. 

Raija nie uważała, żeby na Norkinie świat się kończył. 

- Powinniśmy wybrać się na tańce, Oleg - westchnęła. - Powinniśmy przetańczyć całą 

noc.  Na  stole.  Powinieneś  śpiewać  tęskne  pieśni,  a  wtedy  ja  mogłabym  się  wypłakać,  nie 

wzbudzając  niczyjego  zdziwienia.  Powinniśmy  tam  spotkać  pijanych  marynarzy  i  ludzi, 

jakich  Norkin  nigdy  nie  chciałby  oglądać.  Nikt  nie  powinien  zaprzątać  sobie  głowy 

Norkinem... 

- Knajpy są teraz zamknięte - zauważył Oleg. - W mieście panuje żałoba. Straciliśmy 

prawie pięćdziesięciu rybaków... 

-  A  Norkin  stracił  statek  -  dodała  Raija.  -  Nie  wolno  ci  o  tym  zapominać.  To  takie 

przykre! 

- Każdy patrzy ze swojej pozycji - podsumował Oleg. Wódka sprawiła, że poczuł się 

zmęczony.  Minęło  trochę  lat  od  czasów,  kiedy  budziła  w  nim  diabła.  Może  zaczynał  się 

starzeć?  -  Norkin  nie  zna  tych  kobiet.  Nie  wywołują  w  nim  żadnych  uczuć.  Statek  coś  dla 

niego znaczył, a kobiety to dla niego teraz tylko kłopot. Załoga, którą stracił, to ręce, które dla 

niego pracowały. Musi sobie kupić nowe. Tak właśnie myśli... 

Raija zadała pytanie, które musiała postawić. Oleg chyba się tego spodziewał. 

- Czy i ty tak myślisz? Czy Jewgienij tak myśli? 

- Nie znasz odpowiedzi? 

background image

Raija  skinęła  głową.  Mdliło  ją.  Kręciło  się  jej  w  głowie.  Odsunęła  do  połowy  pełną 

szklankę. Albo do połowy opróżnioną. Zależy, jak na to spojrzeć. 

- Wyjdź ze mną! - poprosiła. Zatoczyła się nieco, kiedy próbowała wstać. Zaśmiała się 

z siebie, gdy Oleg wyciągnął do niej rękę. 

-  Jest  zimno!  Już  noc!  -  próbował  protestować.  Raija  roześmiała  się  znowu.  Miała 

przecież ciepły płaszcz. Sama też była rozgrzana. Nie chciała wychodzić po to, by zmarznąć. 

Po prostu potrzebowała trochę przestrzeni. Ściany i sufit przytłaczały ją. 

- Spadnę z nabrzeża, jeżeli nie pójdziesz ze mną - ostrzegła. 

Wychodziła już, kiedy zrezygnowany ruszył się z miejsca. 

-  Dlaczego  zawsze  dostosowujemy  się  do  was?  -  dziwił  się.  -  Dlaczego  my, 

mężczyźni, dostosowujemy się do takich jak ty i Tonią? Najczęściej w końcu dostajecie to, 

czego chcecie. Niezależnie od tego, jak to wygląda na początku... 

- Tak ci się tylko wydaje - odparła Raija. - Ja to widzę trochę inaczej. 

Rozbawiła  go.  Raija  nie  zapominała  tak  łatwo.  W  jej  wspomnieniach  mocno 

utwierdzały  się  najdrobniejsze  szczegóły.  Dlatego  Oleg  czul  się  dziwnie,  wiedząc  o 

wszystkim,  o  czym  zapomniała.  Często  z  trudem  się  powstrzymywał,  by  nie  wyjawić  jej 

prawdy.  Znał  tak  wiele  faktów  z  jej  życia.  Milczenie  wydawało  mu  się  wobec  niej 

niesprawiedliwe. 

Bywały chwile, że już miał ochotę opowiedzieć Raiji o jej przeszłości. 

Nie raz. Wiele razy. 

Jak dotąd udało mu się jednak dochować tajemnicy. 

Jewgienij ufał mu ślepo. W przeciwnym razie nie zostawiłby ich samych, tak jak teraz. 

Oleg z trudem znosił tę swoistą deklarację zaufania. 

Momentami nie zasługiwał na owo zaufanie. Tak jak teraz. 

Tak łatwo byłoby ją objąć, wymówić jej imię, powiedzieć, że musi jej coś wyznać... 

Noce  były  ciche  o  tej  porze  -  zanim  zima  głębiej  nie  wgryzie  się  w  ziemię  -  a  dni 

jeszcze cichsze, niż do tego przywykli. 

Nie  hałasowano  już  na  ulicach  Archangielska,  w  wąskich  uliczkach  nie  śpiewano 

pieśni pełnym głosem, nie wznoszono głośnych toastów za oknami rzucającymi skąpe światło 

na ulicę... 

Okazywano szacunek ofiarom. 

Ż

ycie i śmierć szły zawsze ręka w rękę dla ludzi żyjących z morza, nad morzem, na 

morzu, ale mimo to nie godzono się bez żalu z tym, że zginęło tylu marynarzy. 

background image

Nie  było  w  Archangielsku  człowieka,  którego  bliscy  nie  spoczywaliby  w  tym 

najdalszym z grobów. Wszyscy rozumieli ból. 

A ponieważ życie i śmierć szły ręka w rękę, stanowiły część jednej całości, były ze 

sobą  nierozerwalnie  związane  niczym  kochankowie,  okazywano  śmierci  szacunek.  Tak  jak 

okazywano szacunek życiu. 

Ta noc była ciszą. Ciemnością. Chłodem. Ale przede wszystkim ciszą. 

Chrzęst zmarzniętego śniegu pod stopami. Tylko ich kroki, nic poza tym.  Ich kroki. 

Olega, a potem Raiji - niczym echo. Przygłuszone. 

Nogi zaprowadziły ich do portu. Od morza wiał zimny wiatr. Nieludzki. Wdzierał się 

pod ubrania. Przypominał, co ich wkrótce czeka. 

- Powinnaś pożyczyć futrzaną kurtkę Toni. 

Oleg objął Raiję ramieniem, ale mróz powstrzymywał go od zwierzeń. To mógłby być 

taki moment. 

Raija lekko drżała. Marzła, ale przede wszystkim czuła się wolna. 

Wiatr smagał ją i mówił, że żyje. Czuła ból - większy niż ten, który odzywał się na 

wspomnienie słów Jewgienija, jego spojrzenia, dotyku dłoni. 

- Nie poproszę Norkina o wybaczenie - powtórzyła po raz nie wiadomo który. - Nie 

zrobię  tego.  Uważam,  że  ten  drań  nie  ma  prawa  żądać  przeprosin.  Gdybym  popełniła  błąd, 

przyznałabym się do tego. Nie przyszłoby mi to łatwo, ale przeprosiłabym. Lecz tym razem 

nie popełniłam błędu. 

-  Norkin  nie  domaga  się  od  nas  spłaty  całości  długu  -  stwierdził  Oleg  pocieszająco. 

Nie powiedział Raiji, że Jewgienij mówił całkiem coś innego. Nie powiedział jej, że Anatolij 

Norkin im groził. - Nie martw się, znajdą się tacy, którzy nam pomogą - dodał. 

Nie mógłby na poczekaniu podać żadnych nazwisk, gdyby spytała. 

Raija jednak nie spytała. 

Oleg przez moment ujrzał siebie jako marynarza. Boso lub w drewnianych chodakach. 

Grad jak drobne kamyki uderzał w grube wręgi, w cienkie spodnie... 

Nie, nie chciałby wrócić do tego życia. 

Mimo  to  nie  potrafił  się  również  złościć  na  Raiję,  choć  przez  jej  porywczość  mógł 

teraz  stracić  wszystko,  co  posiadał.  Przeciwstawianie  się  szaleńcom  może  okazać 

niebezpieczne. Nie wolno też zbytnio spoufalać się z tymi, z którymi prowadzi się interesy. 

Raija  nie  mogła  powiedzieć,  że  o  tym  nie  wiedziała.  Wyraźniej  niż  wielu  innych 

dostrzegała  obowiązujące  zasady.  Wyraźniej  niż  większość  ludzi  zauważała  ich 

różnorodność, widziała powiązania, zależności, uprzedzenia. 

background image

Wiedziała... 

Nie był na nią zły. 

-  Czy  już  się  napatrzyłaś?  -  Uścisnął  ją  za  ramię.  Marzł,  ale  nie  chciał,  by  z  jego 

powodu wracali. Duzi mężczyźni nie mogą okazać się większymi zmarzluchami niż drobne 

kobiety!  -  Jeżeli  się  rozchorujesz,  nie  będziesz  mogła  podjąć  walki  ze  starym  Norkinem  - 

uśmiechnął się. 

- Wasilij mnie tutaj pocałował - wyznała Raija, jak gdyby nie dosłyszała, co mówił. 

Oleg  rozumiał,  dlaczego  wspomniała  teraz  o  Wasi.  Na  szczęście  Jewgienij  dał  się 

przekonać,  by  wracał  do  domu  bez  niej.  On  i  Raija  pozabijaliby  się  tej  nocy,  gdyby  jedno 

niepotrzebne słowo sprowokowało potok następnych, wywołało lawinę niedopowiedzianych i 

skrywanych  pretensji,  które  mimo  wszystko  powinny  pozostać  w  ukryciu,  skoro  tak  długo 

tłumili je w sobie. 

Imię Wasilija mogłoby się stać iskierką wyzwalającą wielki pożar. 

Oleg ujrzał morze przeszłości, do którego mógłby sięgnąć Jewgienij. 

-  Gdyby  Wasilij  nadal  był  z  nami,  również  by  się  nie  odważył  otwarcie  wystąpić 

przeciw  Norkinowi  -  zauważył  Oleg.  -  Wasilija  też  wiąże  nasz  dług.  Wiedziałby,  kiedy 

trzymać język za zębami. Minęło już trochę czasu od tamtej pory, kiedy wypełniało go tyle 

goryczy, że zaplanował bunt, moja droga. Minęło też trochę czasu, odkąd ludzie zaczęli cię 

nazywać Carycą... 

W  ciemności  błysnęły  białe  zęby  Raiji.  Oleg  wiedział,  że  chętnie  zrezygnowałaby  z 

tego przydomka. Nigdy nie upajała się swą sławą. 

- Tęsknię za Wasilijem - rzekła. - Zostawił po sobie pustkę, której nie da się opisać 

słowami. 

- Tęsknisz za nim, ponieważ jesteś zła na Jewgienija. 

-  Może.  -  Oparła  ciężko  głowę  na  ramieniu  Olega.  Nie  dosięgała  mu  do  barku.  - 

Chociaż właściwie nie jestem zła na Jewgienija. Raczej rozczarowana. To co innego.  Złość 

szybciej przechodzi. Rozczarowanie ma pazury. Mocno się wczepia. Długo trzyma... 

- Gdybyście poszli spać razem, łatwiej byłoby wam rozmawiać. Nawet stary Norkin z 

pewnością łagodnieje, kiedy się przytuli do żony. 

Raija nie potrafiła sobie tego wyobrazić. 

- Zimno mi - powiedziała. - Chodźmy do domu. 

background image

Wykradanych  chwil  nigdy  nie  było  dość.  Jednak  te  potajemne  spotkania  były 

wszystkim,  co  mieli.  Rzadko  widywali  się  za  dnia.  Ich  schadzkom  towarzyszył  pewien 

niesmak. 

Ale to miało się zmienić. 

Jelizawieta  wierzyła  w  to.  Nie  chciała  dopuszczać  do  siebie  myśli,  że  zawsze  będą 

musieli  coś  ukrywać,  spotykać  się  w  tajemnicy  w  miejscach,  gdzie  nikt  niepowołany  nie 

powinien się pojawić. 

- Chyba będziemy mieli kłopoty - rzekł Nikołaj. Chwycił Jelizawietę za ręce. Chociaż 

jego  palce  były  bardzo  szczupłe,  miały  niezwykłą  siłę.  Jelizawieta  nigdy  nie  widziała  tak 

pięknych męskich dłoni. - Przez nią - dodał, zanim zdążyła zapytać. 

- Przez kogo? 

-  Przez  Bykową.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Nie  mogę  jej  nazwać  twoją  przybraną 

matką, bo nią nie jest. Nigdy nie rozumiałem, jakie was łączą więzi... 

Jelizawieta nie wspomniała, że Wasilij kochał Raiję. Przemilczała to, o czym, jak się 

jej wydawało, od dawna wiedziała. 

-  Raija  nie  zniszczy  tego,  co  jest  między  nami!  -  Nawet  wobec  Nikołaja  zamierzała 

bronić Raiji. 

- Mogłem cię przedstawić rodzicom - rzekł Nikołaj Norkin, tak jakby sam wierzył w 

to,  co  mówił.  -  Chciałem.  Ale  teraz  się  nie  odważę.  Powiedzieliby,  że  ponieważ  jesteś  jej 

pasierbicą,  nigdy  nie  zaakceptują  naszej  znajomości.  Tato  mówi,  że  zamierza  ją  zakuć  w 

kajdany... 

Jelizawietę przeszył dreszcz. 

-  Nie  może  tego  zrobić!  Nikołaj  znowu  wzruszył  ramionami.  Jelizawietę  nagle  to 

zirytowało. Wcześniej ten gest wydawał się taki niewinny, myślała, że to urocze, iż Nikołaj 

nie wie o tylu sprawach. 

Teraz  urok  owej  niewiedzy  zbladł.  Zmienił  się  w  bezradność,  której  Jelizawieta  nie 

chciała przyjąć do wiadomości. Nie chciała jej widzieć. Nie u niego. 

- Byłoby nam łatwiej, gdyby poprosiła mojego ojca o wybaczenie... 

Jelizawieta zamknęła oczy. 

Czy  Nikołaj  zawsze  miał  taki  ton  głosu?  Czy  zawsze  brzmiała  w  nim  nuta 

utyskiwania? 

background image

Dlaczego wcześniej nie zwróciła na to uwagi? 

- Raija robi to, co chce - rzekła zimno. 

- Nie chcę o niej teraz myśleć - powiedział Nikołaj. Splótł palce z jej palcami. Były 

niemal szczuplejsze niż jej własne, dłonie równie wąskie. Jelizawieta zawsze patrzyła na nie z 

podziwem. Zdumiewające, że należały do mężczyzny. - Chciałbym móc cię zabrać do domu - 

szepnął. Jego usta, miękkie jak u dziewczyny, połaskotały ją po policzku. 

Usta innych mężczyzn nie były takie. 

Nikołaj był najłagodniejszą z osób, które znała. Dostrzegała w nim cechy, których nie 

lubiła,  ale  i  tak  był  najmilszym  z  chłopców  -  z  mężczyzn  -  których  kiedykolwiek  spotkała. 

Dotykał  jej,  jak  gdyby  była  z  najdelikatniejszego  szkła.  Jak  gdyby  była  niczym  filiżanka  z 

porcelany z przejrzystym dnem. 

Lubiła być tak traktowana. Nikt inny nie odnosił się do niej w ten sposób. 

Tylko Nikołaj. 

Nic nie można na to poradzić, że nazywa się Norkin. Nikt nie ma wpływu na to, w 

jakiej  rodzinie  przyjdzie  na  świat.  To  nie  wina  Nikołaja,  że  jego  rodzicom  tak  dobrze  się 

powodzi, że jest spadkobiercą niepojętej fortuny. 

-  Lubię,  gdy  do  mnie  przychodzisz  -  mówił  dalej,  bawiąc  się  guzikami  jej  bluzki.  - 

Chciałbym, żeby zawsze tak było. Chciałbym z tobą zasypiać. 

Rzeczywiście, było pięknie. Aż do chwili, kiedy wymknęła się nad ranem. Sama. Nikt 

jej wtedy nie mówił, że jest śliczna. Wszystko by zniosła, byleby już nie powtórzył się taki 

ranek. Nigdy nie czuła się tak niewiele warta. 

Nikołaj nie wspomniał nic o budzeniu się razem. Jelizawieta nie śmiała o to spytać. 

Bała się, że uzna ją za niemądrą. 

Dziewczęta,  które  znał,  nawet  by  o  tym  nie  pomyślały.  W  ogóle  nie  wolno  im  było 

zostawać  sam  na  sam  z  mężczyzną.  A  już  na  pewno  nie  chciałyby  się  z  nim  umawiać  w 

szopie na łodzie jego ojca. 

To jedyne miejsce, gdzie mogli się widywać. 

Jelizawiecie  również  nie  podobało  się  to  miejsce:  zapachy,  zimno,  ciasnota,  ale  po 

prostu musiała spotykać się z Nikołajem, nie mogła inaczej. 

Marzli. 

Mocniej  się  do  siebie  przytulili.  Nikołaj  wykradł  z  domu  wełniane  koce.  Czasami 

Jelizawieta  zastanawiała  się,  czy  nie  obarczono  za  to  winą  kogoś  ze  służby,  bo  na  pewno 

zauważono, że zniknęły. 

background image

Ale  to  też  należało  do  spraw,  o  które  nie  miała  odwagi  spytać.  Nie  o  wszystkim 

chciała wiedzieć. 

Skulili się pod kocami. Otaczała ich ciemność i nocny chłód. 

-  Powinniśmy  się  poznać  zimą  -  mruknął  Nikołaj  tuż  przy  jej  czole.  -  Mielibyśmy 

przed sobą całe lato... 

- Ale potem znowu by nadeszła zima - rzekła i już po chwili żałowała swych słów. Nie 

wiedziała przecież, jak długo będą się spotykali i czy ich znajomość przetrwa do następnego 

lata. Tak łatwo w rozmowie z Nikołajem zdradzała swoje myśli. Z pewnością uważał, że jest 

niemądra, mimo że nie wspomniał o tym nigdy ani słowem. 

Morze o nich szeptało. Kazało falom się z nimi drażnić. Jeszcze nie całkiem zamarzło. 

Nadal woda potrafiła wypełnić ciszę dźwiękami. 

Wiatr przedrzeźniał mowę morza. Opowiadał więcej. Opowiadał dalej. Niósł wieści o 

dwojgu młodych daleko do innych krain. 

Spotykali  się  ukradkiem,  w  tajemnicy.  Kochali  w  ciemności,  między  wilgotnymi, 

szorstkimi  kocami.  Bez  światła.  Nie  mogąc  popatrzeć  sobie  nawzajem  w  oczy.  Mieli  dla 

siebie tylko krótkie chwile, urywki, mgnienia. 

Tak  jak  gdyby  niebo  mogło  się  rozpaść  na  kawałki,  a  potem  złączyć  w  całość.  Nie 

starczało im czasu na szukanie wszystkich części. Niektóre zostawały. 

Być może będą mogli je zebrać. Stopniowo. 

Może  niektóre  zostaną  na  zawsze.  Zapomniane.  Bez  blasku.  Tam  gdzie  słońce  nie 

dojdzie, by je oświetlić, by dać im życie. 

Potem  poprawiali  ubranie,  przytulali  się,  wymieniali  pocałunki,  pieścili.  Znajdowali 

miejsca na skórze, które zachowały czucie mimo nocnego mrozu. Lodowate wiatry wdzierały 

się bezlitośnie do środka. 

Szopa  nie  nadawała  się  do  spania  ani  do  przebywania  tu  przez  dłuższy  czas.  Nie 

nadawała się do kochania. 

W  żadnym  razie  nie  dawało  się  tu  zasnąć.  Siedzieli  więc  tylko  ciasno  przytuleni. 

Odpoczywali razem. 

Myśleli razem. 

Może  oboje  pragnęli  więcej  ze  sobą  rozmawiać.  Czasem  bywało  to  prawie 

niemożliwe. 

Teraz dzielił ich mur. słowa, które Raija rzuciła w twarz Norkinowi. 

Ale Jelizawieta i Nikołaj nie poruszali tego tematu. 

background image

Siedzieli  tak  długo,  jak  tylko  mogli  wytrzymać,  aż  robiło  się  tak  zimno,  że  by 

zamarzli,  gdyby  zostali  dłużej.  Wtedy  wymykali  się  z  szopy.  Szli  razem  najbardziej 

zacienionymi zaułkami. Nie mogli trzymać się za ręce przez całą drogę. Otulali się cieniami 

niczym wełnianymi kocami. Stanowili tylko szare zarysy pośród innych cieni. 

Nikołaj podążał za Jelizawieta, dopóki uważał to za bezpieczne. Kiedy wychodzili na 

otwartą przestrzeń, nie miał odwagi iść z nią dalej. Wtedy obejmował ją, przytulał i mówił, że 

ją kocha. 

Rozstawali  się  niedaleko  jego  domu.  Jelizawieta  zawsze  musiała  pokonać  dłuższą 

drogę. 

Nie zaprzątała sobie jednak tym myśli. Nie przejmowała się drobiazgami. W tym, co 

czuła do Nikołaja, istniało tak wiele piękna i światła. 

Nogi  niosły  ją  lekko  przez  ostatni  odcinek  drogi  do  domu,  do  domu  nad  Dwiną. 

Wypełniało ją dziwne ciepło. Czuła się tak bardzo szczęśliwa. 

Drzwi rzadko skrzypiały, kiedy wślizgiwała się do środka. Regularnie je oliwiła. 

Nie sądziła, by ją słyszeli. Może Raija, ale jej się Jelizawieta nie bała. Wiedziała, że 

Raija na wiele jej pozwoli. Poza tym opiekunka myślała zupełnie o czymś innym. 

Jelizawietę cieszył spór Raiji z Norkinem za każdym razem, kiedy przekręcała klucz w 

zamku i nie słyszała nic poza ciszą. 

Jeszcze raz się udało - nikt nie czyni jej wymówek. Jeszcze raz... 

Wśliznęła  się  do  łóżka.  Czuła,  że  kocha  Nikołaja.  Wiedziała,  że  nie  po  raz  ostatni 

spotkała się z nim po kryjomu. 

Nastał  ranek.  Dwie  kobiety  ramię  w  ramię  zaczęły  razem  nowy  dzień.  Ich  ręce 

poruszały  się  szybko.  Trzeba  było  ogrzać  dom,  przygotować  strawę  dla  ludzi  i  zwierząt, 

nanosić wody. 

Raija  nie  miała  służby,  jedynie  własne  ręce  i  ręce  Jelizawiety.  Również  pod  tym 

względem różniła się od żon innych właścicieli statków. 

Wstający  poranek  rzadko  stanowił  porę  rozmów.  Najwięcej  mówił  Misza.  Jewgienij 

mniej. 

Jelizawieta sądziła, że to może z jej powodu. Ze zrobiło się cicho, odkąd ona pojawiła 

się w tym domu. Jewgienij patrzył na nią i widział Wasilija. 

Ostatnio w małej kuchni zrobiło się jeszcze ciszej. Zaraźliwy śmiech Raiji rozlegał się 

znacznie rzadziej. 

Nikt w Archangielsku nie komentował głośno ataku Raiji na Norkina. Ale szeptali o 

tym wszyscy. 

background image

Nie  było  w  mieście  bardziej  ekscytującego  tematu  do  rozmów,  odkąd  Antonia 

opuściła dziecko i męża, by wrócić po paru latach. 

Wszyscy o tym mówili oprócz Jewgienija, który w ogóle niewiele się odzywał. 

Jelizawieta słyszała go dopiero następnej nocy, kiedy Raija wreszcie wróciła do domu. 

Jej oczy zdradzały, że nie spała. Białka oczu przecinały czerwone niteczki. Widać, że płakała. 

Ale  ściągnęła  twarz  w  złości,  brodę  trzymała  w  taki  sposób,  jak  zwykła  czynić,  gdy  była 

nieprzejednana. 

Raija płakała także tej nocy. W jej głosie brzmiał głęboki smutek. W słowach również. 

Jelizawieta  podsłuchiwała  bezwstydnie,  lecz  nie  wszystko  słyszała.  Chciała  lepiej  poznać 

Raiję, by zrozumieć, dlaczego stryj wybrał samotność. Chciała poznać również ciemne strony 

Raiji, te, których nie pokazywała nikomu. 

Jewgienij  nie  szczędził  słów.  Przemawiał  jak  do  dziecka.  Zadawał  pytanie  za 

pytaniem. Milczeniem przyjął jej płacz. 

Jelizawieta nie sądziła, by wziął Raiję w ramiona. Nie wtedy. 

To nie było takie proste. 

Płacz i złość. 

Zza drzwi do ich sypialni dochodziły hałasy, jak gdyby toczyła się tam jakaś szaleńcza 

wojna bez celu, którą prowadzono, nie pamiętając właściwie, o co. 

Ujawniły się oczekiwania wysokie jak stuletnie drzewa. Rozczarowania głębokie jak 

studnia... 

Złość  z  najciemniejszego  cienia.  I  płacz.  Wszystko,  co  drżało  w  ukryciu.  To,  co 

obojgu sprawiało nieludzki ból. 

Droga,  którą  razem  przemierzyli.  Rozstaje.  Cierpienie  z  powodu  braku  pomocnej 

dłoni drugiego, niemożliwości porozumienia, nie teraz... 

Miłość,  którą  mimo  wszystko  wzajemnie  się  darzyli.  Ta  niepojęta  nić,  która  ich 

łączyła, mimo że ciskali sobie w twarz najstraszliwsze słowa. 

Więzi,  mimo  że  patrzyli  na  siebie  oczyma,  które  nie  rozumiały,  które  nie  mogły 

pojąć... 

Mrok ogarnął ziemię, kiedy płacz ucichł, kiedy cisza sprawiała ból ich uszom. Agresję 

rozładowały słowa. Potem kochali się. 

Jednak niczego nie rozwiązali. Nie usunęli tego, co ich dzieliło. Każde nadal trzymało 

swój koniec liny, na której pozostały mocno zaciśnięte supły. Jeżeli nie uda się ich rozwiązać, 

z każdym dniem będzie trudniej. 

background image

Jelizawieta  słyszała,  że  się  kochają  w  milczeniu.  Zabolało  ją.  Zastanowiła  się,  czy  i 

ona będzie taka, czy kiedyś i jej to wystarczy. 

Nie sądziła, że tak się stanie, jeśli zwiąże się z Nikołajem. Przy nim nic nie mogłoby 

być ponure. 

Ranek wstał milczący. Mówiły tylko stopy, ręce i ruchy. Słowom trudno było znaleźć 

skrzydła. Zresztą, podobnie jak ptaków u progu zimowej ciemności, słów pozostało niewiele. 

Większość - te najpiękniejsze - poleciały ku ciepłu. 

A w czasie zawiei śnieżnej nawet wróbel uważał, gdzie stawia łapki. 

- Gdzie się z nim spotykasz? - Raija utkwiła wzrok w twarzy Jelizawiety. Dziewczyna 

przestraszyła się. Pragnęła, by przytłaczająca cisza panująca od rana mogła nadal trwać. Ale 

Jewgienija nie było w domu. 

Może wkrótce i Raija wyjdzie. Cisza wypełzła na zewnątrz, gdzieś na ganek, a potem 

powędrowała  drogą  do  Archangielska.  Nic  nie  pomogła  niewinna  mina  i  udawanie 

zaskoczonej. - Nie zgrywaj się! - rzekła Raija surowo. - Przecież słyszę, jak wracasz. Myślisz, 

ż

e jestem głucha? Tak dobrze naoliwiłaś zawiasy, że zostały plamy na podłodze, ale nie ze 

mną  te  sztuczki.  Może  popełniam  błąd,  ale  nikomu  nie  pisnę  o  tym  ani  słowa.  Do  chwili, 

kiedy Jewgienij sam cię nie usłyszy. Wtedy nie będę już udawać... 

-  Nikt  nas  nie  widział  -  odparła  Jelizawieta  naburmuszona.  Zamknęła  się  w  sobie 

niczym kwiat, który zamyka się przed deszczem, przed chłodem, przed nocą. 

Raija westchnęła. Sprzątnęła rzeczy, które stały już na swoim miejscu. Wytarła plamy, 

których nie było. 

- Czy warto? - spytała. - Czy Nikołaj Norkin jest tego wart, moja Jelizawieto? 

- To nie jego wina, że jest Norkinem! Rodziców się nie wybiera! 

Gotowa była go bronić do upadłego, bić się za niego do utraty tchu. Zaskoczyło ją to 

odkrycie, nie zdawała sobie sprawy, że uczucie, które nią zawładnęło, jest takie silne. 

-  Nie  -  przyznała  cicho  Raija  i  popatrzyła  przez  okno.  -  To  nie  jego  wina,  że  jest 

Norkinem. Ale chciałabym, by nim nie był. 

- Ty i Tonią najbardziej się boicie, co na to powie stryj! - wyrwało się Jelizawiecie. 

Nie zdążyła się dobrze zastanowić nad tą myślą, nieprawdziwą i złą, która jednak zaświtała 

jej w głowie i pluskała się niczym mała rybka tuż pod powierzchnią wody. 

-  Tonią  i  ja  najbardziej  obawiamy  się  o  ciebie.  -  Raija  nawet  się  nie  rozzłościła. 

Jelizawieta  poczuła  się  jak  niegrzeczne  dziecko,  zrobiło  się  jej  głupio.  -  Kochamy  cię. 

Pragniemy twojego dobra, pragniemy dla ciebie tego, co najlepsze. I żadna z nas nie jest pew-

na, czy Nikołaj Norkin jest dla ciebie najlepszym chłopakiem. Pewnie ci się to nie podoba, ale 

background image

nie mogę cię okłamywać, moja droga. Nie mogę ci powiedzieć czegoś innego, niż myślę. Nie 

mogę  udawać,  że  jestem  z  tego  zadowolona,  skoro  wszystko  we  mnie  się  temu  sprzeciwia. 

Chcę tylko twojego dobra, kochanie. Chcę tylko twojego dobra... 

- Nie znasz Nikołaja! 

- Chcesz mnie z nim poznać? Nikołaj i Raija mieliby się spotkać? Gdzie? Jak? 

Nikołaj nigdy się na to nie zgodzi. Uważał przecież, że Raija stanęła między nimi, że 

Raija zamknęła mu możliwość przedstawienia jej rodzicom. 

O Boże, jak Raija wszystko skomplikowała, chociaż chciała dobrze. 

Jelizawieta milczała. 

-  Pomyśl  o  tym!  -  odezwała  się  Raija.  Musnęła  Jelizawietę  po  policzku.  Była 

jednocześnie z nią i przeciw niej. Wprawiała Jelizawietę w zakłopotanie. - Nie niszcz swojego 

ż

ycia, niezależnie od tego, co robisz! Tyle jeszcze przed tobą. Jesteś taka młoda... 

Być  może  w  głębi  duszy  Jelizawieta  czuła  się  rozczarowana,  ponieważ  spodziewała 

się walki. 

Matka krzyczałaby i zabroniła się z nim spotykać. Zamknęłaby ją w domu i pozwoliła 

widywać  tylko  z  innymi  chłopcami.  Przy  zachowaniu  przyzwoitości.  Zadbałaby  o  to, 

wypytywała, jak się zachowywali, co robili. 

Natomiast Raija jakby wszystko już wiedziała, i ta myśl wydawała się najtrudniejsza 

do zniesienia. Jak i ta, że Raiji  jest  wszystko  jedno,  że  obojętne jej,  co Jelizawieta  robi,  że 

właściwie jej to nie obchodzi, ponieważ nie jest jej matką. Nawet macochą. Ściśle biorąc, jest 

obcą osobą. 

Raija splotła włosy. Zwykle tego nie robiła. Nie dbała o to, by wyglądać jak zamężna 

kobieta.  Nosiła  włosy,  ubranie,  jak  jej  się  podobało.  Nie  przejmowała  się  zbytnio,  co 

powiedzą inni. 

Spięła w węzeł na karku długi czarny warkocz. 

Jelizawieta uważała, że wygląda w tym uczesaniu surowo, starzej, niemal ponuro. 

Raija  zdjęła  fartuch.  Kręciła  się  w  samej  koszuli,  szukając  porządnej  spódnicy. 

Założyła starannie uprasowaną bluzkę ze sztywnym kołnierzykiem. 

- Jewgienij zabrał sanie - zauważyła Jelizawieta. - Nie możesz wziąć wozu... 

- Pojadę konno. 

- Sama? Raija przytaknęła. 

-  Zabierze  mi  to  niecały  dzień  -  dodała.  -  Zajmij  się  Misza.  Wrócę  do  domu  przed 

Jewgienijem. 

background image

- Czy on o tym wie? Jelizawieta zdawała sobie sprawę, że nie ma prawa pytać, ale po 

prostu jej się wyrwało. 

- Nie. 

Raija  włożyła  wysokie  buty.  Podczas  takiej  jazdy  będzie  zimno.  Nawet  przed 

południem. Nawet w futrze sięgającym prawie do kolan. 

-  Nie  zrobisz  nic  niebezpiecznego?  Raija  roześmiała  się.  Jelizawieta  zauważyła,  że 

wokół ust pojawiły się jej zmarszczki. Ukazywały się, kiedy się uśmiechała tym zmęczonym, 

smutnym uśmiechem. Wcześniej tego nie zauważyła. Nie starała się tego zobaczyć. 

- Nie martw się, nie zamierzam zabić Norkina - uspokoiła ją Raija. Odrzuciła głowę w 

charakterystyczny  dla  siebie  sposób.  Jelizawieta  nigdy  nie  widziała  równie  dumnego  gestu, 

jak ten nieznaczny ruch głową. Wyrażał swoisty upór, wielką siłę. 

Zastanawiała  się,  czy  i  ona  mogłaby  się  nauczyć  podobnie  odrzucać  głowę,  czy  też 

może trzeba to w sobie mieć: bunt we krwi. Tego nie można się chyba nauczyć. 

Raija  spojrzała  na  Jelizawietę.  Pragnęła  móc  pamiętać  samą  siebie  w  tym  wieku. 

Jednak ten okres spoczywał dobrze ukryty w cieniu. W okowach niepamięci. 

Czy również była taka naiwna? 

Czy nie dostrzegała życia toczącego się wokół? Czy kochała tak gorąco, mocno, tak 

młodzieńczo? Czy postępowała na przekór wszystkim? 

Chciałaby  wiedzieć.  Może  wtedy  mogłaby  inaczej  doradzić  Jelizawiecie?  Może 

znalazłaby więcej cierpliwości i zrozumienia? 

Teraz  denerwowało  ją,  że  Jelizawieta  nie  dostrzega  tego,  co  się  dzieje  tuż  pod  jej 

nosem.  Złościło  ją,  że  ani  trochę  nie  przejmuje  się  tym,  czym  żyje  całe  miasto.  Jest  zbyt 

zaślepiona przez tego młokosa Nikołaja Norkina! 

-  Dzisiaj zostaną  wyrzucone  na  bruk  cztery  rodziny  -  rzekła,  starając  się  zapanować 

nad sobą. - To ponad dwadzieścia osób, Jelizawieto. Wolno im zabrać tylko to, co będą mogli 

unieść. Zaczyna się zima. Nie mogę zaradzić wszystkiemu, ale chciałabym zobaczyć, że nie 

dzieje im się większa krzywda niż niesprawiedliwość, której nie jestem w stanie zapobiec. 

- Tylko zobaczyć? - spytała Jelizawieta. 

-  Nie  -  odparła  Raija  stanowczo.  -  Nie  chcę  tylko  patrzeć.  Jest  zbyt  wielu,  których 

jedynie na to stać, dziewczyno. Ja nie potrafię. 

Jelizawieta nie przyjęła do siebie tej uszczypliwej uwagi. Zmarszczyła brwi, martwiła 

się  o  Raiję.  Pomyślała  o  tym,  o  co  prosił  ją  Nikołaj,  a  co  wydawało  się  niemożliwe. 

Wiedziała, że stary Norkin posiada ogromną władzę. 

background image

Zastanowiła  się,  jak  wielką,  jak  daleko  mogą  sięgać  jego  wpływy,  jak  mocno  może 

uderzyć. 

Bała się o Raiję. Ale nie mogła jej poprosić, by miała się na baczności. 

Nie mogła. 

Raija i Antonia dużo rozmawiały o tym, co robić, żeby pomóc wdowom po rybakach. 

Nikogo w Archangielsku nie zdziwiłoby, że myślały tak samo, czuły tak samo. W mieście u 

ujścia Dwiny po prostu uznawano to za fakt. 

Wyróżniały  się.  Obie.  Były  inne,  niezależnie  od  tego,  w  jakim  znalazłyby  się 

towarzystwie. Były sobą. Przyciągały spojrzenia. 

Takich jak one nikt by nie chciał mieć blisko siebie. Sprawiały, że przy nich inni czuli 

się tacy przeciętni... 

Raija jechała konno do Antonii. Było jej zimno. Żal jej było konia i nie popędzała go. 

Marzła. 

Ale w stajni Antonii było ciepło. I był też chłopak, który zajął się zwierzęciem, kiedy 

Raija  dotarła  na  miejsce.  Musiała  dojść  kawałek  do  domu.  Stąpała  cicho  po  udeptanym 

ś

niegu. 

- Oleg nic nie wie - rzekła Tonią. Stała gotowa, by narzucić futrzaną kurtkę. Na swą 

małą głowę już nasunęła zbyt dużą czapkę. - Zabrał ze sobą Olgę. Powiedziałam, że będzie 

mi przeszkadzała. 

Raija  skrzywiła  się,  próbując  się  uśmiechnąć.  Pomyślała,  jak  Oleg  by  zareagował, 

gdyby dowiedział się prawdy. 

Pomyślała, co by powiedział Jewgienij, jeżeli w ogóle by się odezwał. 

- Czy potrzebujemy więcej niż jednego wozu? - Tonią popatrzyła pytająco na Raiję. 

Tego żadna z nich nie wiedziała. 

- Niewiele można zabrać, jeżeli wszystkie rzeczy trzeba nieść samemu - rzekła Raija 

ostrożnie. 

Tonią uśmiechnęła się. 

- Powinnam była zapytać - wyrzucała sobie. - Do diabła, nie jestem wcale lepsza od 

tych  damulek...  Nie  chciałam  nikogo  zranić,  dlatego  nie  spytałam.  Nie  pomyślałam. 

Weźmiemy dwa wozy, co? Jest też trochę osób do przewiezienia... 

Raija  czuła  tę  samą  niepewność  co  Tonią.  Co  innego  obiecać  pomoc,  a  co  innego 

pomóc,  tak  by  przypominało  to  podanie  ręki.  Nie  powinno  to  wyglądać  jak  jałmużna,  jak 

dawanie czegoś, na co nas stać tylko dlatego, że jesteśmy lepiej sytuowani. 

Nie w ten sposób... 

background image

Szare  domy  wydawały  się  nieduże,  kiedy  Raija  z  Tonią  prowadziły  konie  wąskimi 

uliczkami. 

Urzędnicy już przybyli. Norkin wyrzucał mieszkańców, zasłaniając się prawem. 

Jego  samego  nie  było.  Nikt  z  rodziny  Norkinów  nie  widział,  jak  żony  marynarzy 

opuszczają  swe  domy  z  pochylonymi  głowami.  Opłaceni  ludzie  starannie  zamykali  za  nimi 

drzwi na klucz. 

Raija i Tonią zaciskały zęby, kiedy pomagały umieszczać w wozach dzieci i sprzęty 

wybrane często całkiem przypadkowo. Nie rozmawiały ze sobą. Nie rozmawiały z kobietami, 

które skupiły się wokół nich. 

Nie  było  to  konieczne.  Rozumiały  się  nawzajem.  Nie  chciały  dostarczać  gapiom 

dodatkowej rozrywki. 

W najbliższych dniach tłum będzie mógł zobaczyć wiele innych rodzin wyrzucanych z 

domów. Przyzwyczai się do tego. 

Lecz  tego  pierwszego  dnia  Archangielsk  obiegła  wieść,  że  żony  Jurkowa  i  Bykowa 

zabrały kobiety i dzieci wyrzucone na bruk i dały im dach nad głową. 

Nie  więcej  niż  dach  nad  głową.  Strych  nad  stajnią  Toni  służył  przez  część  roku  za 

mieszkanie stajennym, których zatrudniała. 

Mężczyźni  nie  stawiali  większych  wymagań  co  do  wyglądu  pomieszczeń.  Rzadko 

mieszkali tu dłużej. Z nowymi mieszkańcami rzecz miała się inaczej. 

Ale  nawet  niewielki  kąt  w  stajni  to  coś  lepszego  niż  tułanie  się  pod  gołym  niebem. 

Ś

ciany stajni chroniły przed wiatrem i śniegiem. 

Anatolij  Norkin  nie  przejmował  się  losem  wyrzucanych  kobiet.  A  Tonią  i  Raija  nie 

przejmowały się tym, co sobie o nich pomyśli. 

Wyciągnęły do potrzebujących pomocną dłoń nie dlatego, by zrobić mu na złość. Nie 

uczyniły tego po to, by przysporzyć mu złej sławy. Nie martwiły się wcale, jak zareaguje. 

Ale powinny znać jego zdanie. 

Słowo po słowie powinny usłyszeć, co Anatolij Norkin sądzi o Jurkowej i Bykowej. 

Powiedział o tym wyraźnie przy posiłku, a w domu Norkinów tylko panu domu wolno 

było wypowiadać się przy stole. 

Jego syn, Nikołaj, miał dobrą pamięć. Powtórzył wszystko Jelizawiecie. 

Płakała, opowiadając o tym Raiji. 

background image

-  Nie  płacz!  -  Raija  gładziła  Jelizawietę  po  plecach.  Pocieszała  dziecko,  pocieszała 

młodą  kobietę.  -  Nie  płacz,  moja  mała!  Mów  słowo  w  słowo,  co  pamiętasz.  Łzy  nic  nie 

pomogą. Nic a nic. 

Jelizawieta również tej nocy wróciła po kryjomu. Wśliznęła się jak złodziej. 

Tej  nocy  drzwi  zaskrzypiały.  Jęknęły.  Jewgienij  nie  spał.  Ramię,  chłód,  myśli, 

zmartwienia - wszystko mu dokuczało. 

I jeszcze Jelizawieta. 

Złość. Przesłuchanie. Wymówki. 

Jelizawieta siedziała w swoim łóżku. Była jeszcze noc. Powinna spać, lecz jedyne, co 

mogła, to płakać. 

Nie  o  wszystkim  powiedziała  Jewgienijowi,  kiedy  ją  wypytywał  i  domagał  się 

zgodnych  z  prawdą  odpowiedzi.  Pewne  rzeczy  mogła  wyznać  tylko  Raiji.  Lecz  płacz 

przygniatał jej pierś, tłumił słowa. 

- Groził... że powstrzyma... aktywne kobiety - wybełkotała wreszcie Jelizawieta. 

- Słyszałam już o tym - odparła Raija niezrażona. 

- Dlaczego to robisz? - spytała Jelizawieta, szlochając. Rękaw koszuli nocnej Raiji był 

mokry od łez. - Dlaczego? - Nie czekała na odpowiedź, tylko jeszcze bardziej się rozpłakała. - 

Nie wiedziałam, że Jewgienij i Oleg mają u niego dług... - rzuciła ze łzami. 

- Ja też nie - odparła sucho Raija. Kołysała w ramionach bratanicę Wasilija. Gładziła 

ją po włosach. 

Ż

eby  naprawdę  pocieszyć  Jelizawietę,  musiałaby  obiecać,  że  pójdzie  do  Anatolija 

Norkina, upadnie przed nim na kolana i cofnie wszystko, co powiedziała. 

Tego jedynego nie mogła zrobić. 

- Zażąda spłaty długu. Raija skinęła. Dawno już się tego spodziewała. 

- Powiedział, że Jewgienij i Oleg nie są w stanie zapłacić. Czy będziecie się musieli 

wyprowadzić? Czy Tonią i Oleg również? Czy stracicie wszystko, co macie? 

Raija nie wiedziała. Nie znała odpowiedzi. Pytała Jewgienija. Pytała Olega. Żaden z 

nich nie chciał jej powiedzieć prawdy. 

- Nie wiem. 

- Dlaczego to robisz? - spytała Jelizawieta ponownie. Wyswobodziła się z objęć Raiji. 

Usiłowała zobaczyć ją w ciemności. Dostrzegła jedynie żar w oczach. 

background image

Tę nieugiętość, desperację, dumę, upór... 

Raija potrząsnęła głową. Dlaczego? Mogłaby całą noc wymieniać powody. Może nie 

skończyłaby do rana, a nawet do następnej nocy. 

Mogłaby też odpowiedzieć krótko. Nie tłumacząc wszystkiego, ale mówiąc prawdę. 

- Muszę. 

Jelizawieta opadła z powrotem na poduszkę. Roześmiała się przez łzy. Drżała, ale nie 

chciała, by Raija ją objęła, nie chciała, by przytulała ją jak dziecko. 

Nie była już dzieckiem. Już nie. Ona też stanowiła część tej gry. W większym stopniu, 

niż by sobie tego Raija życzyła. 

- Zagroził, że cię powstrzyma, choćby nie wiem co... 

Raija  uśmiechnęła  się  blado,  w  ciemności  błysnęły  jej  zęby.  Westchnęła  krótko 

zmęczona. 

-  Wiesz,  że  opowiadają  o  tobie  historie...  Układają  pieśni...  Nazywają  cię  Carycą. 

Wiesz o tym? 

Raija skinęła. 

- Wykorzysta to, Raija - Raisa. Powiedział... powiedział, że są odpowiednie miejsca 

dla  tych,  którzy  uprawiają  szarlataństwo.  Dla  tych,  którzy  są  w  zmowie  z  diabłem,  którzy 

ubliżają Matce Rosji, carycy... 

Jelizawieta rozpłakała się. 

Raiję przeszył dreszcz, ale nie pozwoliła opanować się strachowi. Nie do końca. Nie 

brała na poważnie gróźb Anatolija Norkina, nie dziś w nocy. 

Nie była w stanie. 

Roześmiała  się  cicho,  ale  w  jej  śmiechu  zabrzmiał  smutek.  Oparła  się  o  ścianę  i 

roześmiała z bezsilności. 

- Nie ma się z czego śmiać - rzekła Jelizawieta przestraszona. 

Zaczynała  rozumieć  potęgę  Anatolija  Norkina.  Zaczynała  rozumieć,  jak  wielka  jest 

owa sieć, której istotną część stanowił ojciec Nikołaja. 

- Sądzisz, że caryca pomyśli, że jej w jakiś sposób zagrażam? - spytała Raija. - Raija z 

Archangielska nie jest osobą, która mogłaby zasiąść na tronie Romanowów, Jelizawieto. 

- Ale mogłaby trafić do więzienia Romanowów - odparła Jelizawieta. 

- Norkin nie może do tego doprowadzić - zapewniła Raija bez zająknięcia i pomyślała, 

ż

e pewnie by mógł, ale nie chciała denerwować Jelizawiety. Była noc i Jelizawieta musiała 

się  przespać.  Z  dziewczyny  wkrótce  zostaną  skóra  i  kości.  Jadła  za  mało,  za  dużo  się 

martwiła, za mało spała... 

background image

Dziwnie  było  tak  siedzieć  na  brzegu  łóżka  Jelizawiety.  Minęło  dużo  czasu,  odkąd 

Raija  siadywała  na  łóżku  Michaiła,  patrząc,  jak  zasypia.  Niekiedy  wypełniało  ją  to 

wewnętrznym spokojem. Widok łagodniejącej twarzy, ciemnych rzęs na policzkach, uśmiech 

przez sen. 

Innym  razem  ogarniało  ją  zniecierpliwienie,  niepokój.  Istniało  tysiąc  innych  rzeczy, 

które wolałaby robić, niż siedzieć przy łóżku dziecka, które nie chce zasnąć. Które woli czuć 

zapach mamy, trzymać ją za rękę, słuchać bajek, niż pozwolić się ogarnąć snowi. 

Jelizawieta również pragnęła, by ktoś przy niej teraz siedział. Kto obroniłby ją przed 

ciemnością, kto by czuwał, przynajmniej przez chwilę, kto by przy niej był, kto by się o nią 

martwił. 

Słowa,  które  wyszeptała  tuż  przed  zaśnięciem,  z  czego  chyba  nie  całkiem  zdawała 

sobie sprawę, długo dźwięczały Raiji w uszach. 

- Czy naprawdę mnie kochasz, Raija? Naprawdę mnie kochasz? 

-  Kocham  cię  -  odparła  Raija.  -  Naprawdę.  Pytanie  Jelizawiety  sprawiło  Raiji  ból. 

Zapiekło. Czy musiała zapytać? 

- Nie wydajesz się zbytnio zaskoczona. 

Jewgienij zasiadł przy końcu stołu w kuchni. 

Raija  westchnęła.  Ona  także  była  zmęczona.  Tłumienie  uczuć  w  rozmowie  z 

Jelizawieta wyczerpywało w równym stopniu jak noszenie kamieni. 

- Wiedziałam - odparła. Z trudem znosiła ten ton głosu męża. Jewgienij nie powinien 

patrzeć takim wzrokiem. 

- Czy uznałaś, że to nie jest na tyle ważne, by mi o tym powiedzieć? A może myślałaś, 

ż

e w ogóle nie ma o czym mówić? 

- Miałam nadzieję, że to minie - westchnęła Raija, gryząc kostki dłoni. - Urządziłbyś 

prawdziwe  piekło,  sam  to  przyznasz.  A  ona  robiłaby  wszystko,  by  i  tak  się  z  chłopakiem 

spotykać. Łudziłam się, że jej przejdzie, że zniknie jak chmury na letnim niebie. Minie.. 

-  Tam,  gdzie  jest  jakiś  Norkin,  nie  ma  letniego  nieba!  -  Jewgienij  zacisnął  pięść. 

Rozluźnił dłoń i zacisnął ją ponownie. - Myślisz, że stary wie? Zdajesz sobie sprawę, co może 

zrobić? 

Raija przełknęła. Miała ochotę schwycić niespokojną dłoń Jewgienija. Miała ochotę ją 

przytrzymać,  uścisnąć.  Ale  nie  zdobyła  się  na  to,  by  wyciągnąć  ręce  nad  stołem,  dotknąć 

męża. 

Nie zdobyła się na to. 

Dzielił ich zbyt duży dystans. 

background image

-  Dla  ilu  rodzin  znalazłyście  dom?  -  spytał.  Raija  nie  wiedziała,  czy  naprawdę  jest 

ciekaw. Spytał w sposób, który nie zdradzał żadnych uczuć. 

-  Dla  dwudziestu  kilku  kobiet  -  odparła.  -  Jedenaście  z  nich  znalazło  schronienie  u 

krewnych. Przynajmniej na czas zimy. 

Jewgienij potrząsnął głową. 

- Jesteście z Tonią z piekła rodem! Raija nie wiedziała, czy miała to być pochwała, bo 

i to powiedział bez wyrazu. 

- Zostało siedemnaście - westchnęła Raija. - Siedemnaście domów do opróżnienia. Nie 

ma w nich wielu dzieci, w każdym razie małych. Większość to starsze kobiety. 

-  Nie  wierzyłem,  że  uda  się  wam  cokolwiek  dla  nich  znaleźć.  Poza  tymi,  które 

rozlokowałyście w stajni Toni... 

Czyżby dosłyszała nutę radości w jego głosie? Odrobinę podziwu? Mrok skrywał jego 

twarz,  otaczał  tak  ciemnym  cieniem,  że  nic  nie  można  z  niej  było  wyczytać.  Raija  musiała 

zgadywać po głosie. 

- Zdołacie pomóc również pozostałym siedemnastu? 

- Postaramy się. 

-  Może  zdobędziemy  pieniądze  na  spłacenie  długu.  Raija  wstrzymała  oddech. 

Jewgienij  powiedział  to  z  dziwnym  napięciem.  Jakby  rzucił  wielki  kamień  w  wodę,  który 

przeciął z pluskiem jej powierzchnię. Potem zapadła cisza. Po wodzie rozchodziły się kręgi. 

Dopływały niemal do brzegów. Niemal ich dotykały. 

- Poświęcimy jeden statek, jeżeli będziemy musieli. 

- Jak? - spytała Raija. 

- Nie wszyscy darzą Norkina sympatią - odparł Jewgienij. - Znajdą się tacy, którzy nie 

będą mu posłuszni. Byle tylko on sam się o tym się nie dowiedział. 

Raija uważała, że to ryzykowne, ale może stanowić rozwiązanie. 

Nie pytała Jewgienija, jak długo z Olegiem nad tym się zastanawiali i co zdecydowali. 

Nie pytała, czy od dawna nosił się z zamiarem sprzedaży. 

Jeżeli będzie chciał powiedzieć, na pewno sam jej powie. 

- Nie poproszę go o wybaczenie! 

Uśmiechnął się. Raija dosłyszała to. Poznała, że jego  głos złagodniał. Usłyszała, jak 

wypuszcza powietrze przez nos, zanim oznajmił: 

- Po jakimś czasie wreszcie zrozumiałem. 

-  I  nadal  uważasz,  że  powinnam  przeprosić  Norkina?  -  spytała  Raija  po  chwili 

milczenia. 

background image

Czekała  w  napięciu.  Odpowiedź  Jewgienija  wiele  dla  niej  znaczyła,  wiele  mogła 

powiedzieć. 

Miała  wskazać  jej  drogę.  Im  obojgu.  Raija  zastanawiała  się,  czy  Jewgienij  również 

dostrzegał wagę swych słów. Czy może po prostu odpowiadał na jakieś tam pytanie. Jedno z 

wielu,  które  zadawała.  Bywały  momenty,  kiedy  wzdychał  zrozpaczony,  ponieważ  chciała 

poznać na wylot jego duszę, chciała wszystko o nim wiedzieć, znać jego myśli. 

- Zgodziłem się poświęcić statek, prawda? 

Nie takich słów Raija się spodziewała. Co prawda odpowiedź Jewgienija mieściła w 

sobie to samo, ale czasami słowa, które znaczą to samo, mogą brzmieć inaczej. 

Teraz Raija wsłuchiwała się w ich muzykę. To nie ta melodia, która miała otworzyć 

zamknięte drzwi jej serca. 

Otworzyć przed nim jej duszę. 

Dla nich obojga. 

To nie był odpowiedni moment, kiedy mogłaby poprosić go, by przyjrzał się sobie i 

spróbował  zobaczyć  siebie  jej  oczyma  w  chwili,  kiedy  powiedziała  Anatoiijowi  Norkinowi 

prawdę. To nie pora, by uzmysłowić mu swe rozczarowanie. 

Nie mógłby zrozumieć. 

- Mam nadzieję, że nie dojdzie do tego, byś musiał poświęcić statek - rzekła. 

Przemilczała to, o czym z płaczem mówiła jej Jelizawieta. 

Ż

aden urząd nie uwierzy, że w krążących o niej opowieściach kryje się coś więcej niż 

bajki. Nie tworzy się oskarżeń przeciw ludziom na podstawie pieśni śpiewanych w tawernach. 

Czyż nie? 

- Ja także - westchnął Jewgienij. 

Lecz  jego  odpowiedź  nie  stała  się  wstępem  do  ciepłej,  miłej  rozmowy.  Nie  zrodziła 

niczego nowego. Nawet pustki. 

Raija  poszukała  męża  wzrokiem,  lecz  nie  udało  jej  się  podchwycić  jego  spojrzenia. 

Nie udało jej się nawet sprawić, by zrozumiał, że szukała z nim kontaktu. 

- Kładziesz się? - spytała. 

- Jeszcze trochę posiedzę - odparł. Łóżko wydawało się takie szerokie, gdy położyła 

się w nim sama. 

Minęło  parę  dni  i  nic  się  nie  wydarzyło.  I  nocy,  podczas  których  Jelizawieta  nie 

wymykała  się  z  domu.  W  ciągu  dnia  kilka  razy  znikała  na  dłużej.  Raiji  wydawało  się,  że 

potem na dziedzińcu pojawiało się więcej śladów stóp, ale o nic nie pytała. Ich stodoła równie 

dobrze nadawała się na spotkania, jak każde inne miejsce. 

background image

Ostatnie  siedemnaście  wdów  zostało  w  swych  domach.  W  niepewności  i  strachu. 

Czekając na pukanie do drzwi. Spodziewając się, że kiedy je uchylą, zobaczą przedstawicieli 

władzy, żądających opuszczenia mieszkań. 

Raija i Tonią poświęciły mnóstwo czasu oraz argumentów, by postarać się o dach nad 

głową dla wyrzuconych kobiet. 

Prosiły  gromkim  i  ściszonym  głosem.  Sprawiły,  że  ludzie  poczuli,  iż  mogą  uczynić 

coś  wielkiego,  otwierając  swój  dom  dla  potrzebującej  kobiety  lub  dziecka,  które  w  razie 

odmowy nie przeżyłoby zimy. Obiecywały cząstkę raju ludziom, którzy przyjmowali wdowę 

na  swoje  utrzymanie.  Którzy  właściwie  nie  potrzebowali  więcej  służby,  ale  dawali  się 

przekonać do przygarnięcia matki z dzieckiem. 

Schlebiały i prawiły komplementy. Czasem wcisnęły jakiś grosz. 

Obiecywały  przychylność  świętych  wszystkim,  którzy  okażą  wspaniałomyślność. 

Obiecywały, że Najświętsza Panienka weźmie w opiekę tych, którzy okażą miłość bliźniego. 

Zdarzało  się  też,  że  niektórzy  odmawiali.  Zamykali  drzwi  przed  nosem.  Pytali,  czy 

mogą otrzymać w zamian coś więcej niż wątpliwe obietnice raju po śmierci. 

Niektórzy  mężczyźni  nazywali  Raiję  i  Tonie  aniołami,  ale  przy  tym  sugerowali,  że 

skosztowanie  przedsmaku  raju  gdzieś  między  ich  udami  i  biustem  pomogłoby  w  szukaniu 

kluczy i uprzątnięciu pokoi. 

Dziękowały za ten rodzaj miłości bliźniego. 

Straszono  ich  wójtem,  żołnierzami  i  diabłem  oraz  niebezpieczeństwami,  które  mogą 

na nie czyhać w ciemnych uliczkach. 

Spotkały też takie kobiety, które uważały, że Raija i Tonią przynoszą wstyd całemu 

rodzajowi żeńskiemu nad Morzem Białym. 

Ale nie mogły się poddać. Nie mogły. Siedemnaście kobiet nadal czekało na dzień, w 

którym utracą swe domy. 

Jewgienij miał nadzieję, że nie będzie musiał poświęcić statku. 

Raija spodziewała się wszystkiego i niczego. Zorientowała się szybko, że ktoś szedł w 

jej stronę. Widziała go już z daleka. Była przygotowana. 

Ale nie na to, co się stało. 

Wyglądał na tego, kim był - na chłopca na posyłki. Może pracował w stajni, może w 

ciemnej kuchni, do której rzadko zaglądali jaśnie państwo. 

Na wpół dorosły, na wpół wyrośnięty. 

Papier, który wcisnął Raiji do ręki, nosił brudne ślady jego palców. 

background image

- Pani prosiła mnie, żebym powiedział, co tu jest napisane, gdybyś nie umiała czytać - 

bąknął  przez  nos.  W  niebieskich  oczach,  które  utkwił  w  Raiji,  nie  było  śladu  pogardy. 

Powiedział to, o co go proszono. Za co mu zapłacono. Raija nie miała pewności, czy w ogóle 

dostrzegał w wypowiedzianych przez siebie słowach coś obraźliwego. - Chce z tobą pomó-

wić. Możesz od razu przyjść. Czeka na ciebie. Możesz iść ze mną... 

Wzruszył ramionami. Wskazał na sanie, które zostawił na dziedzińcu. 

Raija  dostrzegła  kątem  oka,  że  nie  były  to  te  najlepsze  we  dworze  Norkina,  lecz 

służące do wożenia towarów. 

Jego pani wszystko starannie dobrała. 

Raija rozłożyła papier. Miała nadzieję, że Jelizawieta jeszcze przez chwilę zostanie w 

stodole. Zastanawiała się, czy był też tam młody Norkin. Czuła pokusę, by pójść i sprawdzić, 

ale  to  mogło  okazać  się  ryzykowne.  Nigdy  nie  posunęłaby  się  tak  daleko.  Nieskończenie 

wiele powodów powstrzymywało ją przed kontrolowaniem Jelizawiety. 

Raija  ujrzała  strome  pismo  kobiety,  która  zawsze  dostawała  to,  co  chciała. 

Jakakolwiek odmowa nie mieściła jej się w głowie. 

Nie prosiła o nic - wydawała polecenia. 

Raija złożyła list. Popatrzyła spokojnie na chłopaka. Jej oczy zwęziły się. 

Czekał. 

- Zapamiętasz dobrze? - spytała. 

Popatrzył zakłopotany. Skinął głową. 

Raija  uśmiechnęła  się  swym  najbardziej  czarującym  uśmiechem.  Złożyła  pismo  z 

pieczęcią lakową Norkinów na mniejsze części. 

- Pozdrów swoją panią i powtórz jej, że nie mogę dzisiaj skorzystać z jej zaproszenia. 

Muszę  wpierw  rozważyć,  czy  będę  mogła  przyjść  jutro.  Jeśli  tak,  przyjdę  z  samego  rana. 

Jeżeli nie dostanę od niej wiadomości, uznam, że się zgadza. Jeżeli twoja pani życzy sobie 

widzieć  mnie  wcześniej,  ufam,  że  wie,  gdzie  mnie  znaleźć.  Znajdę  czas,  by  z  nią 

porozmawiać, ale nie na to, by ją ugościć. 

Chłopak nieco zbladł. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. 

Raija czuła, że pani Norkin również się nie spodziewała odmowy. 

- Czy nie mogłabyś tego napisać? - wyjąkał. 

-  Nie  -  rzekła  Raija  krótko.  -  Myślę,  że  bezpieczniej  będzie,  jeżeli  ty  przekażesz  jej 

wiadomość, słowo w słowo, niż jeśli ja to napiszę. 

Raija  potrafiła  być  przebiegła.  Obraza  w  słodkim  opakowaniu  stanowiła  nowe 

doświadczenie. Niektórzy to lubią. W takim razie nie będzie im odmawiać tej przyjemności... 

background image

Raija  po  łokcie  unurzała  ręce  w  cieście.  Mąkę  miała  dosłownie  wszędzie  -  we 

włosach,  na  ubraniu.  Istniały  prace,  z  którymi  była  na  bakier,  i  należała  do  nich  większość 

zajęć kobiecych. 

Pieczenie chleba wyjątkowo lubiła. Podczas ugniatania ciasta można było się pozbyć 

wielu złych i trudnych emocji. Ciasto poddawało się. Można w nie bić, aż się rozrywało, ale 

dzięki temu chleb stawał się lepszy. 

A  żadne  słowa,  które  się  przy  tym  mruczało,  nie  wpływały  na  zmianę  smaku 

gotowego pieczywa. 

Raija lubiła piec chleb. Ale po każdym pieczeniu musiała sprzątać całą kuchnię, prać 

ubranie i myć włosy. 

Usłyszała turkot przed domem i wyjrzała przez okno. Tym razem zaprzęgnięto sanie 

używane  od  święta,  z  wymalowanymi  po  bokach  inicjałami  rodziny.  Konie  wyczyszczone, 

dobrze utrzymane. 

A Fewronia Norkina wyglądała jak okryta futrem góra na ruchomym tronie. 

Nie była wysoka, ale nadrabiała wymiarami wszerz. Raija zastanawiała się, ile wilków 

oddało życie na jej futro. 

To  nie  wypływało  ze  złośliwości.  Raija  uśmiechnęła  się.  Chcąc  przetrzeć  twarz, 

ubrudziła ją mąką jeszcze bardziej. Przewróciła niechcący drewniany ceber, kiedy próbowała 

trochę sprzątnąć. 

- Zabierz Misze do bocznej izby! - skinęła głową w stronę Jelizawiety. 

-  Ale...  -  odezwała  się  dziewczyna.  Dobrze  wiedziała,  czyje  sanie  zatrzymały  się  na 

dziedzińcu. Tak się bała, że żołądek jej się ściskał, ale wiedziała, że ta wizyta dotyczy także 

jej. 

Chciała zostać. To tchórzostwo wymykać się z podkulonym ogonem. 

-  Zabierz  Misze  do  izby  i  nie  wychodź  stamtąd,  choćbyś  nie  wiem  co  usłyszała, 

choćby nie wiem co się działo! 

Raija wbiła w nią swój wzrok. Jej oczy bardziej przypominały czarne węgielki niż żar, 

lecz omal nie ciskały iskier. 

Misza już zniknął. Znał matkę i ten wyraz jej twarzy.  Bezpieczniej wtedy  było,  gdy 

dzieliły go od niej drzwi i ściany. 

Jelizawieta niechętnie wyszła. 

Raija  wróciła  do  ugniatania  ciasta.  Wolno  oskrobała  palce  z  lepkiej  masy,  kiedy 

rozległo się pukanie. Nie miała przecież służby, która wykonywałaby za nią szarą, codzienną 

robotę. 

background image

- Bykowa? - usłyszała warknięcie, kiedy otworzyła drzwi. - Raija Bykowa? 

Mało brakowało, a Raija uśmiechnęłaby się mimo wrogości, mimo powagi sytuacji. 

Archangielsk  nie  był  aż  tak  dużym  miastem,  by  ludzie  nie  wiedzieli,  kto  kim  jest. 

Pozdrawiali ją, choć chłodno, od kiedy została żoną Jewgienija. Wtedy była obcym ptakiem, 

tak że nawet pani Norkin nieznacznie uniosła brwi zaciekawiona. 

- Nie wejdziesz? 

Raija  wprawiła  przybyłą  na  moment  w  zakłopotanie.  Nie  przywitała  się,  ponieważ 

ręce miała nadal w mące i cieście. 

Z  tego  samego  powodu  nie  mogła  pomóc  pani  Norkin  zdjąć  futro.  Nie  mogła  jej 

zaproponować, by usiadła. Nie miała jej czym ugościć, jeżeli składająca wizytę na to liczyła. 

Nie można tego nazwać brakiem gościnności lub uprzejmości... 

-  Poczekaj  na  zewnątrz!  To  nie  zajmie  dużo  czasu!  -  rzuciła  matka  Nikołaja  przez 

ramię. 

Stajenny cofnął się kilka kroków, gdy tylko się do niego odezwała. 

Raija uśmiechnęła się ukradkiem. 

Chłopak został za drzwiami. 

Pani  Norkin  pochłaniała  Raiję  wzrokiem.  Sama  zatrudniała  w  kuchni  trzy  służące. 

Utkwiła bladoniebieskie oczy w Raiji, jak gdyby chciała przeniknąć ją wzrokiem na wskroś. 

- Masz na swoim utrzymaniu młodą dziewczynę, córkę Walerija Uskowa? 

Raija przytaknęła. 

-  Jest  kimś  w  rodzaju  pasierbicy  -  odparła  łagodnie.  -  Na  tej  zasadzie  jest  na  moim 

utrzymaniu. Należy do rodziny, chociaż nie jest moją rodzoną córką. Nie jest służącą. 

- Chcę, żeby przestała zawracać głowę mojemu synowi. 

Raija odgarnęła kosmyk z czoła. Czuła, jak mąka spada jej na nos. Na próżno czyniła 

starania, by przybrać taki wygląd, żeby tamta mówiła do niej jak do dorosłej. 

-  To  raczej  -  rzekła  Raija  głosem  słodszym  niż  cukier  -  twój  syn  powinien  przestać 

zawracać głowę Jelizawiecie. Nie popieram tego związku bardziej niż ty, Norkina. 

- Nikołaj nie biegałby za służącą! Raija pozwoliła, by zapadła wymowna cisza, zanim 

ponownie się odezwała. 

-  Proszę  zrozumieć,  że  wcale  ich  nie  zachęcam.  Zabroniłam  dziewczynie  się  z  nim 

spotykać, ale nie mogę jej trzymać na uwięzi. Nie będę ganiać za dorosłą kobietą. Nie podoba 

mi się to, ale wiem, że się spotykają. I o ile dobrze się orientuję, to nie Jelizawieta kusi twego 

syna do zguby. On ma osiemnaście lat, jeżeli się nie mylę. Myślę, że wie, co robi... 

background image

-  Ta  dziewczyna,  którą  przygarnęłaś,  jest  córką  dziwki.  Jeszcze  jako  dziecko 

sprzedawano ją tym, którzy mogli zapłacić! I ty mi mówisz, że mój Nikołaj ją uwodzi? Nie, 

Bykowa! Nawet ślepy by zauważył, co tu się dzieje. Nawet ślepy by się domyślił, która strona 

jest winna! 

- Właśnie dlatego, że Jelizawieta jest tym, kim jest, że wyrosła w takich, a nie innych 

warunkach,  nigdy  nie  zostanie  taka,  za  jaką  ją  bierzesz!  -  Raiję  ogarnęła  złość  na  matkę 

Norkina,  ponieważ  zaatakowała  Jelizawietę,  która  nie  mogła  się  bronić.  Słysząc  ten  nie-

sprawiedliwy atak omal nie schwyciła za wałek do ciasta dla podkreślenia swoich słów. 

Łatwo jest siedzieć na jedwabnych poduszkach i patrząc z góry, oceniać życie innych 

ludzi. 

-  Chciałabym  wiedzieć,  kto  ciebie  wychowywał,  Norkina,  czy  przypadkiem  nie 

urodziłaś się gnieździe żmii! 

Matka  Nikołaja  zaczęła  ciężko  oddychać,  jej  twarz  nabrała  czerwonej  barwy.  Oczy 

zniknęły w licznych fałdach skóry. 

-  Już  rozumiem,  dlaczego  niektórzy  uważają,  że  jesteś  nieuprzejma  -  rzekła  żona 

starego  Norkina.  Udało  jej  się  niemal  przywołać  wyraz  twarzy  tak  typowy  dla  jej  męża.  - 

Mimo wszystko złożę ci propozycję, Bykowa. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabyś z niej nie 

skorzystać. Nie mówię tego, żeby wywrzeć na tobie presję. 

Mój  maż  ma  dzisiaj  rozmawiać  z  gubernatorem.  Ma  mu  powiedzieć  o  pogłoskach, 

jakie krążą tu w Archangielsku o pewnej kobiecie. Kobiecie, która przybyła do miasta jako 

obca  i  która  również  później  znacznie  się  wyróżniała  spośród  innych.  Która,  jak  się  zdaje, 

stawia  się  ponad  prawem  i  władzą  kościoła.  A  nawet  ponad  carem.  Która  drwi  z  carycy 

Elżbiety... 

- Jaka to propozycja? - spytała Raija niewzruszona. 

W  żołądku  czuła  lodowate  zimno,  ale  nie  pozwoliła  sobie  na  strach.  Ta  kobieta  nie 

będzie przychodzić do jej domu z groźbami, myśląc, że ją nastraszy. 

To nie w taki sposób można nakłonić Raiję Bykową do ustępstw. 

-  Mój  mąż  nie  darzy  cię  serdecznymi  uczuciami,  Bykowa.  Muszę  przyznać,  że 

podzielam  jego  zdanie.  Rozmowa  z  tobą  niestety  nie  zmieniła  mojego  stosunku  do  ciebie. 

Sądziłam,  że  dwie  kobiety  mogłyby  dojść  do  porozumienia...  -  Westchnęła.  Zabrzmiało  to 

sztucznie.  -  Mogę  sprawić,  żeby  zapomniał  o  długu  twego  męża  i  Jurkowa.  By  go  skreślił. 

Mogę  sprawić,  żeby  zapomniał,  że  kiedykolwiek  go  obraziłaś.  Żeby  powiedział 

gubernatorowi, że przez pomyłkę podał mu informacje niezgodne z prawdą. 

Cisza była nie do wytrzymania, ale Raija nawet nie mrugnęła. 

background image

- Jednak nie chcę widzieć tej dziewczyny w pobliżu mego syna! 

- Masz rację, Norkina - odezwała się Raija. - Nic nie wyniknie z naszego spotkania. W 

przeciwieństwie  do  ciebie  nie  handluję  ludzkim  życiem.  I  podtrzymuję  wszystko,  co 

powiedziałam twojemu mężowi. 

Fewronia Norkina nie zamknęła za sobą drzwi. 

background image

Raija nakazała Jelizawiecie milczeć o wizycie niecodziennego gościa. Nietrudno było 

ją  przekonać.  Gorzej  poszło  z  Michaiłem,  który  dopiero  za  sporą  porcję  brązowego  cukru 

obiecał trzymać język za zębami. Nie rozumiał, dlaczego to takie ważne, by tato się o tym nie 

dowiedział, ale słodycze kusiły. 

Jelizawieta wyglądała blado. Zarzuciła Raiji ręce na szyję i podziękowała na ucho. Nic 

więcej nie musiała mówić. Raija również nie oczekiwała niczego więcej. 

Powiedziała sobie, że nie pamięta wizyty Fewronii Norkiny. Nie prosiła Jelizawiety o 

zerwanie  z  Nikołajem  Norkinem.  W  głębi  duszy  żywiła  nadzieję,  że  Jelizawieta  ma  dość 

rozumu, by wiedzieć, co jest dla niej dobre. Nie chciała jej nic narzucać. Nie była matką, nie 

w taki sposób. 

Raija nadal robiła to, co sobie poprzysięgła - pomagała tym, których Anatolij Norkin 

wyrzucił z domów. 

Nadszedł  jeden  z  ostatnich  dni  przed  nastaniem  ciemności.  Zima  nieubłaganie 

upominała się o swoje. Chwytała obiema rękami. 

Tego dnia obie z Tonią były bardzo poruszone. 

Dwie  spośród  siedemnastu  kobiet  zdołały  spłacić  dług.  Ani  Raija,  ani  Tonią  nie 

pytały,  w  jaki  sposób.  Domyślały  się,  ale  uważały,  że  to  nie  ich  sprawa.  Cieszyły  się,  że 

prawie dziesięć osób zachowa dach nad głową. 

Jedna  z  kobiet  wyznała  półgłosem,  że  może  na  wiosnę  popłynie  do  Norwegii  jako 

kucharka załogi Norkina. 

A więc przynajmniej jedna mu się przyda. 

-  Pewnie  dlatego,  że  jest  z  nich  najładniejsza  -  stwierdziła  Tonią  cierpko,  kiedy 

wracały razem z Raiją. - Nawet nie jest zbyt wyniszczona, chociaż ma czworo dzieci i tyra jak 

wół. Wszystkie zęby zdrowe i błyszczące włosy. Jak one to robią? Czy to dzięki zupie rybnej? 

Ja przecież także jem ryby. 

- W każdym razie zostaje - rzekła Raija. - I to jest najważniejsze. 

- Naprawdę? - zdziwiła się Tonią. - Sprzedałabyś się za to? Ty nawet nie chcesz prosić 

Norkina o wybaczenie! To tanio, jeśli porównywać, moja piękna pani! 

- Nie wiemy, co zrobiła! - zaoponowała Raija. - Możemy co najwyżej zgadywać, ale 

nie wolno nam głośno mówić o czymś, czego nie jesteśmy pewne... 

background image

- Jednak to trochę podejrzane, że stary Norkin pozwolił zostać dwóm najładniejszym 

kobietom  -  westchnęła  Tonią.  -  I  można  tylko  się  spodziewać,  że  nie  wszyscy  będą  tak 

delikatni jak my. Ludzie będą gadać! 

Raija  również  westchnęła.  Była  zadowolona,  że  sprawy  jakoś  się  układały.  Ale  nie 

zawsze podobał jej się sposób, w jaki to się odbywało. 

Poza tym to jeszcze nie koniec. Kilka wdów samodzielnie postarało się o nowy dom. 

Kilku się to udało, ale została jeszcze garstka potrzebujących. 

Garstka kobiet, ale w sumie całkiem sporo osób, choć każda miała małą rodzinę. 

Raija nie wiedziała, co robić. Pukały już do tak wielu drzwi. W całym Archangielsku 

szukały pomocy. 

Wydawało się, że nie ma już żadnych szans, a mimo to Raija czuła, że nie wolno im 

się poddawać. 

Musiały  próbować.  Nie  mogły  rezygnować,  dopóki  wszystkie  kobiety  nie  znajdą 

schronienia. Obie z Tonią miały czym wypełnić dzień - czymś więcej niż tylko szorowaniem 

podłóg i pieczeniem chleba. 

- Weźmiemy wóz - zaproponowała Tonią - i wyjedziemy poza miasto. Ludzie są tam 

bardziej życzliwi. Zauważyłaś? 

Niezły pomysł. 

Przed stajnią Toni czekał wóz z insygniami gubernatora i carycy. Obok niego młodzi 

ż

ołnierze z rozbieganymi spojrzeniami oraz oficer występujący w imieniu prawa, gubernatora 

i carycy Elżbiety, i... w imieniu Anatolija Norkina. 

- Raisa Bykowa? Nie mogła zaprzeczyć. Tak, to ona. Nie ukrywała niczego. Była tą, o 

którą pytali. Zdawała sobie sprawę, że może dojść do tego spotkania, choć odsuwała od siebie 

tę myśl i nawet Toni o niczym nie wspomniała. 

-  O  co  chodzi?  -  spytała  Tonią  ostrym  tonem.  Trzymała  Raiję  mocno  za  ramiona, 

gotowa jej bronić gołymi rękami. 

- Mamy rozkaz aresztować tę kobietę, Raisę Bykowa. 

- Za co? - Tonią wywróciła oczami. - Na Boga! Ludzi nie aresztuje się ot tak sobie, 

bez  powodu.  Jakiego  przestępstwa,  na  miłość  boską,  miałaby  się  dopuścić?  To  jakieś 

nieporozumienie! Czy nie wiecie, kim ona jest? 

-  Otrzymaliśmy  rozkaz  -  rzekł  oficer  sucho.  Nie  miał  zamiaru  na  ten  temat 

dyskutować. 

Raija wyswobodziła się z ramion Toni. Uśmiechnęła się do przyjaciółki, pogładziła ją 

pośpiesznie po policzku. 

background image

To dziwne, ale ogarnął ją wielki spokój. Niezwykły spokój. 

Czuła  to,  od  kiedy  zobaczyła  nieznajomych.  Zrozumiała,  kim  byli,  zrozumiała,  w 

jakim celu przybyli. Na kogo czekali. 

-  Postaraj  się,  by  Jewgienij  się  o tym  dowiedział  -  rzekła  spokojnie.  -  Zaopiekuj  się 

Misza i uważaj na Jelizawietę. Wszystko się jakoś ułoży... 

- Nie możesz, Raija! Na Boga... 

Ale  Raija  odsunęła  się  od  Toni.  Stanęła  między  żołnierzami.  Popatrzyła  na  nich 

pytająco. Nawet jej nie dotknęli, prowadząc ją do wozu. 

Wsiadła  do  niego  z  godnością.  Ubrana  na  czarno  w  ostatnim  ciemnoniebieskim 

ś

wietle tego dnia. W ostatnim świetle o tej porze nowego roku. 

Raija Bykowa aresztowana. Za przestępstwa, których nawet nie trudzili się wymienić. 

Poszła ramię w ramię z młodzieńcami, którzy mogliby być może nie jej synami, ale w 

każdym  razie  młodszymi  braćmi.  Chwilami  czuła  na  sobie  ich  spojrzenia  rzucane  z  ukosa. 

Prawie  jakby  ją  pytali,  dlaczego  znalazła  się  między  nimi,  czy  mimo  wszystko  nie  zaszło 

jakieś nieporozumienie. 

Raiji  przemknęło  przez  głowę,  że  powinna  była  Tonie  poprosić,  by  przekazała 

Jelizawiecie, że to nie jej wina. 

Nikt  jej  nie  bił,  nie  drwił  z  niej,  nie  kopał,  nie  opluwał.  Raija  spodziewała  się,  że 

inaczej ją potraktują, choć nie wiedziała, dlaczego tak pomyślała. 

Jewgienij  mówił  jej,  że  uciekła  przed  stosem  oskarżona  o  czary.  Pewnie  wtedy 

również ją aresztowano. 

Nie pamiętała: 

To  musiało  być  potworne,  skoro  się  z  tym  pogodziła  i  nie  usiłowała  sobie 

przypomnieć. 

Musiało pozostać w ukryciu, za zasłoną zbawiennej niepamięci, przez którą nie mogła 

się przedrzeć. 

Jednak coś w niej porównywało sytuację z przeszłości i obecną. 

Zmusiło  ją,  by  usiadła  na  wąskiej  ławeczce  i  nie  słyszała  nawet  kapiącej  wody. 

Ubranie nasiąknęło wilgocią, kiedy oparła się o ścianę. Raija roześmiała się w duchu - mogło 

być gorzej. Mogłaby przymarznąć. 

Jednak jej położenie wcale nie było zabawne. 

Nikt  do  niej  nie  przyszedł,  by  wytłumaczyć,  dlaczego  znalazła  się  w  więzieniu, 

dlaczego ją tu przyprowadzono. Brzęczeli kluczami, prowadząc ją przez korytarze, a potem 

schodami w dół. 

background image

Aż do tego zimnego, wilgotnego pomieszczenia. Nie sądziła, by mogła to być piwnica. 

Nikt  nie  był  w  stanie  budować  tak  głębokich  piwnic  tu  na  północy,  gdzie  ziemia  tylko 

czasami  odrobinę  tajała.  Nawet  gdyby  się  komuś  to  udało,  już  pierwszego  roku  piwnica 

przesunęłaby się, a jej ściany przekrzywiły. 

Raija wiedziała tylko, że pomieszczenie było zimne i wilgotne, nieduże, ściany miało 

z  kamienia,  gdyby  przypadkiem  przyszło  jej  do  głowy  próbować  ucieczki,  na  przykład 

skrobiąc ziemię ze ściany. 

Raija  zastanowiła  się,  czy  ktoś  został  kiedyś  doprowadzony  do  ostateczności  i 

próbował wyryć korytarz, że pomyślał, iż to w ogóle możliwe. 

Zastanowiła się, czy sama wtedy, w Vardo, próbowała w ten sposób uciec. Blizny na 

jej ciele mówiły za siebie. Chociaż już nie rozumiała ich języka. Może nie chciała rozumieć. 

Może  kiedyś  usiłowała  drapać  paznokciami  zimne,  mokre  kamienie.  Może  zdarła  opuszki 

palców do krwi, kiedy starała się przedrzeć przez ścianę zimnego więzienia. 

Pewnie nie powinna tego pamiętać. 

Pragnęła, by ogarnęła ją złość, ale teraz czuła tylko dziwny spokój i zmęczenie. 

Raija obudziła się. Usiadła. Ciało miała odrętwiałe i obolałe. 

Zabrano jej grubą kurtkę. Zabrano jej wszystko, co posiadała wartościowego. 

Nie  znaczy  to,  że  nosiła  rzeczy  o  dużej  wartości.  Nie  lubiła  tego,  co  nazywała 

rozrzutnością. Nigdy nie szastała pieniędzmi. 

Zapragnęła odzyskać kurtkę. Wilgoć wżerała się w ubranie, była dosłownie wszędzie - 

jako cienka warstwa wody na ścianach i jako para w powietrzu. 

Raija  mogła  zobaczyć  swój  oddech.  Ruchomy  biały  obłoczek  w  czarnym 

pomieszczeniu dotrzymywał jej towarzystwa. 

Dziwne, że w ogóle udało jej się tu zasnąć. Nie rozumiała, jak to się stało, ale dobrze, 

ż

e zmorzyła ją senność. Upłynęło trochę czasu. 

Czy dużo? Była noc czy dzień? Raija nie znalazła niczego, co pomogłoby jej mierzyć 

upływ czasu, na co by mogła spojrzeć i zgadnąć, w co mogłaby się wsłuchać. Nie docierały tu 

ż

adne dźwięki. 

Na  górze  pod  sufitem  zobaczyła  coś  w  rodzaju  kratki  wentylacyjnej.  A  więc  w 

każdym  razie  dochodziło  tu  powietrze.  Dmuchało  stamtąd  chłodem.  Tyle  udało  jej  się 

zaobserwować. 

Jednak nie mogła nic przez ten otwór zobaczyć - ani nieba, ani otaczającego świata. 

Wiedziała, gdzie jest, ale nie wiedziała, w której części samego budynku. Nie potrafiła 

określić stron świata. 

background image

Tak, jakby zabłądziła, jakby straciła orientację. 

Usiadła  na  ławce.  Starała  się  nie  czuć  zapachów,  ale  na  próżno  -  zwykła  odbierać 

ż

ycie również zmysłem węchu. 

Jak  długo  musiałaby  tu  przebywać,  by  sama  przejść  tym  zapachem,  zapachem 

stęchlizny? 

Raija  nie  sądziła,  by  trzeba  na  to  dużo  czasu.  Taki  zapach  szybko  wgryzał  się  we 

wszystko. Wciskał się w maleńkie otwory skóry, wnikał pod skórę. 

Czy taki zapach można zmyć? 

Co się działo? Co mogło się teraz dziać na zewnątrz? 

Korytarze, którymi ją prowadzono, były puste. Nie rozlegały się w nich kroki. 

Raiję ogarnął nienazwany strach. Pełznął cicho przez korytarze, po kamieniach. 

A jeśli o niej zapomnieli? 

Zapomnieli... 

Kto  ją  usłyszy,  jeśli  zacznie  pukać  do  drzwi?  Kto  ją  usłyszy,  nawet  jeśli  będzie 

krzyczeć aż do utraty tchu? 

Czy już kiedyś tak się zachowywała? Czy tak pukała, krzyczała? Czy istniało w niej 

coś takiego? Czy żył w niej strach przed czymś takim? Świadomość tego, jak ją traktowano... 

Nosiła  na  ciele  ślady  przypalania,  chłosty.  Ktoś  je  zostawił.  Nie  można  temu 

zaprzeczyć. Nie można wytłumaczyć inaczej. 

Miała blizny po ranach zadanych ludzkimi rękami. 

Nie  powstały  na  skutek  wypadku,  lecz  z  całą  pewnością  zadał  je  człowiek,  i  to  z 

rozmysłem. 

A jeśli stało się to tutaj? 

Raija nie mogła przyjąć do wiadomości, że ją aresztowano. 

Siedziała wszak w ciemnym lochu z kamieni.  I chociaż czuła jego zapach, widziała, 

odgadywała  całym  swym  zmarzniętym  ciałem,  opuszkami  palców  i  powierzchnią  dłoni, 

którymi  dotykała  kamiennych  ścian,  nie  była  w  stanie  tego  pojąć.  Jakoś  to  do  niej  nie 

docierało. 

Przytrafiło się to jej - i nie jej. 

Była Raiją i nie Raiją. 

Była tu, a jakby patrzyła z zewnątrz, z innego miejsca. Jej ciało marzło - i nie czuła 

zimna. 

Czuła pewnego rodzaju strach. Strach przed zamknięciem, strach, że o niej zapomną, 

ż

e tu zostanie, lecz jednocześnie ożyło w niej coś swobodniejszego niż wiatr. 

background image

Czekała, że przyjdą i ją wyprowadzą. Powiedzą, że to nieporozumienie. 

Mogła nieomal zobaczyć, jak sam Anatolij Norkin otwiera drzwi. Przeprasza. Mówi, 

ż

e nie chciał, że przyznaje jej rację... 

Raija podeszła do drzwi. Przyłożyła do nich ucho. Chciała usłyszeć kroki. Dowiedzieć 

się, kiedy się po nią zjawią. 

Przyjmie oprawców, dumnie siedząc na ławce. 

Odgarnie do tyłu kosmyk włosów, kiedy otworzą drzwi i padnie na nią światło lampy. 

Uśmiechnie  się  do  nich  zaskoczona.  Nie  będzie  im  czynić  wymówek.  Sprawi,  że 

poczują się mali, ponieważ ją tu przyprowadzili. 

Powinni wiedzieć, że postąpili źle. Długo jeszcze powinni o tym myśleć. 

W  długich  korytarzach  panowała  cisza.  Raija  słyszała  swój  własny  oddech.  Bicie 

serca. Niczym szybkie kroki. Nie wolno jej dać się temu zwieść. 

Musi wiedzieć, kiedy przyjdą... 

Słychać tylko kapanie wody. 

Tylko woda wydaje dźwięki. 

Poza tym jest cicho... 

- Ludzie gubernatora? - Jewgienij był biały na twarzy. 

Antonia jeszcze nigdy nie widziała go takim. Nigdy nie widziała, żeby tak zbladł, żeby 

miał tak surowy wyraz oczu. 

- Dlaczego, do diabła, mieliby zabrać Raiję? 

-  Jednak  to  o  nią  pytali  -  powiedziała  Antonia  po  raz  kolejny.  Wydawało  jej  się,  że 

musiała  to  powtarzać  wiele  razy,  zanim  Jewgienij  pojął,  o  czym  mówi.  -  Pytali  o  Raisę 

Bykową... 

- Czy zrobili jej krzywdę? Starał się opanować. Niemal zgrzytał zębami, gdy mówił. 

- Szła jak na spotkanie kochanka - westchnęła Antonia. 

Tego  właśnie  i  ona  nie  rozumiała.  Raija,  którą  znała,  walczyła:  gryzła,  biła,  kopała, 

mówiła, co myślała. Ale teraz poszła posłusznie, jak zwierzę na rzeź. 

- Norkin - rzucił Oleg. 

- Dlaczego? - spytał Jewgienij, nie będąc w stanie zrozumieć, jak to się mogło stać. - 

Co takiego zrobiła? Ludzie gubernatora nie mogli tak po prostu jej zabrać tylko dlatego, że 

otwarcie  powiedziała  Anatolijowi  Norkinowi,  co  o  nim  myśli.  Nic  innego  przecież  nie 

zrobiła. O ile wiem... 

Niepewnym wzrokiem spojrzał na Antonię. 

background image

-  Czym  mogłaby  zasłużyć  na  więzienie?  -  spytała  Antonia.  -  Co  takiego  musiałaby 

zrobić? 

-  Nie  zabrali  ciebie...  -  zauważył  Oleg.  -  Gdyby  to  miało  związek  z  tym,  czym  się 

ostatnio zajmowałyście, ciebie by także poprosili do wozu. To się nie zgadza. Tu nie chodzi o 

to, co Raija zrobiła, lecz o to, komu się naraziła. To Norkin. Czuję, że to jego sprawka. Jest 

dobrym  znajomym  gubernatora.  Obaj  dzielą  dobra,  jak  im  się  podoba.  Świadczą  sobie  na-

wzajem drobne przysługi. Mógłbym przysiąc, że to tylko drobna przysługa, jaką gubernator 

wyświadczył Norkinowi... 

- Zapytam go o to! Jewgienij wciągnął ubranie. Dokładnie się zapiął. 

Miał w oczach ów błysk, którego Antonia nie lubiła, który budził w niej strach. 

To nie wróżyło nic dobrego. 

Lecz  była  daleka  od  odmawiania  pokornych  modlitw  za  Anatolija  Norkina,  choć 

podejrzewała, że wszystko się na nim skupi. 

Jeżeli sprawy potoczą się jak należy. 

Może już nic nie toczyło się właściwym torem... 

Antonia bała się. 

- Gubernatora? - zgadywał Oleg. Widocznie rozumował inaczej. 

- Do niego pójdę później - obiecał Jewgienij. Ruszył w stronę drzwi. Z całą godnością, 

z na wpół poskramianą  złością. Jego oczy wyglądały niczym oczy zwierzęcia, które zdolne 

jest zabić. - Razem z Norkinem - dodał z takim przekonaniem, jak gdyby to już z Norkinem 

ustalił. 

Jewgienij  należał  do  mężczyzn  o  łagodnym  usposobieniu.  Tak  przyzwyczaili  się 

oceniać  go  ci,  którzy  go  znali.  Prawie  zapomnieli  o  jego  burzliwej  młodości,  o  czasach 

płynących wódką, kiedy uciekał przed samym sobą. 

Tonią pamiętała. 

Kochała go w tych latach. Nie musiałaby szukać daleko, żeby odnaleźć ten ból, który 

Jewgienij jej często zadawał. 

Dla Raiji Jewgienij mógłby zabić. 

Antonia wiedziała o tym. Kłamstwem wprowadził ją w życie, które dzielili. Nie tylko 

ze względu na siebie. Również ze względu na Raiję. Ponieważ wierzył, że jest dla Raiji tym 

najlepszym, jedynym. 

Może miał rację. 

Wiara czyni cuda. 

background image

Raija  była  dla  Jewgienija  całym  życiem.  Antonia  wolała  nie  zgadywać,  co  byłby  w 

stanie uczynić w jej obronie. 

Poszła do domu. Czekała tam na nią Jelizawieta. Pilnowała dzieci. Raija zabrała ją i 

Misze  do  miasta.  Wróciła  wcześnie.  Uśmiechała  się  i  była  pełna  nadziei.  Raija  również 

potrafiła wierzyć. 

A dziś wierzyła, że ostatnie wdowy znajdą dach nad głową. 

Raija wierzyła tak mocno, że sprawy musiały się toczyć po jej myśli. Niekoniecznie 

dlatego, że było w niej coś niezwykłego. Bardziej dlatego, że się nie poddawała, dopóki nie 

stało się, jak to sobie zaplanowała. 

W przypadku Raiji wiara prowadziła do działania. 

Antonia  czuła,  że  zachowuje  się  inaczej  niż  zwykle.  Nienaturalnie.  Twarz  miała 

zastygłą, oczy piekły, ponieważ chciała płakać, lecz nie mogła. Musiała powstrzymać łzy. 

Nie chciała zachowywać się sztucznie, lecz mimo to nie potrafiła na powrót stać się 

sobą i udawać, że nic się nie wydarzyło. 

-  Jesteś  jakaś  dziwna,  mamo  -  odezwała  się  Olga  i  uścisnęła  ją.  Przyjrzała  się  jej 

uważnie, gdy ją puściła. - Czy coś się stało? 

- Gdzie jest mama? - spytał Misza, ufny, że nietrudno będzie na to odpowiedzieć. 

- Nie mogła przyjść - odparła Antonia sztywno. 

- Byli tu jacyś żołnierze - oznajmił Misza. - Pytali o mamę. 

Tonią skinęła głową. 

- Rozmawiała z nimi? 

-  Nie  wiem  -  odpowiedziała  Tonią.  Nie  pomyślała,  że  ludzie  gubernatora  mogą 

wypytywać dzieci. Nie pomyślała, że z pewnością najpierw tutaj będą szukać Raiji. 

Nie  mogła  nic  odpowiedzieć  Miszy,  zanim  nie  dowie  się  czegoś  pewnego.  Musi  to 

uczynić Jewgienij. 

- Idź do stajni i poszukaj mojego szala! - poprosiła Olgę. - Misza na pewno ci pomoże. 

-  Znowu  ja  muszę  szukać  tego,  co  ty  gubisz!  Tonią  nawet  się  nie  uśmiechnęła.  Nie 

zaczęła się przekomarzać tak jak zwykle. Nie przyszło jej to do głowy. 

Olga  popatrzyła  uważnie  na  matkę.  Potem  chwyciła  Misze  za  ramię  i  pociągnęła  za 

sobą. 

- Chodź, poszukamy tego szala - rzekła czystym głosem. 

Jej ciemne oczy patrzyły na Tonie z powagą. Mieściły w sobie zrozumienie, którego 

Tonią  chyba  nie  pragnęła.  Jej  córeczka  nie  powinna  być  mądrą  małą  kobietą.  Powinna  być 

background image

beztroskim  dzieckiem.  Nie  powinna  pojmować  zbyt  wiele  ze  świata  dorosłych,  w  którym 

istniało tyle bólu. 

Olga nie powinna wykonać tego polecenia bez mrugnięcia okiem. 

Mimo to Tonią była wdzięczna, kiedy usłyszała, jak za dziećmi zamykają się drzwi. 

-  Żołnierze  zabrali  ze  sobą  Raiję,  prawda?  -  Jelizawieta  domagała  się  prawdy.  - 

Wiedziałam, że przybyli z takim zamiarem, kiedy o nią pytali. To sprawka Norkina, czy tak? 

- Dlaczego tak myślisz? - spytała Antonia podejrzliwie. 

Jelizawieta  tak  bardzo  była  o  tym  przekonana,  że  musiała  wiedzieć  coś  więcej. 

Uciekała wzrokiem, wreszcie zdecydowała się wyznać całą prawdę. 

W ten sposób Tonią dowiedziała się o wizycie Fewronii Norkiny w domu nad Dwiną. 

Dowiedziała się, jakie warunki postawiła Norkina i jaką odpowiedź dała jej Raija. 

Zrozumiała. 

Stała  jak  sparaliżowana,  kiedy  Jelizawieta  zarzuciła  na  siebie  szal.  Stała  jak 

sparaliżowana, kiedy Jelizawieta uchyliła drzwi. 

- Myślę, że mogłabym coś zrobić - rzekła Jelizawieta. 

Była taka zdecydowana. Wydawała się taka dorosła. Gotowa do walki. 

Antonia patrzyła na nią w milczeniu. Widziała dorosłą kobietę. Później miała żałować, 

ż

e jej nie powstrzymała. 

-  Tak,  zabrali  ją  ludzie  gubernatora  -  rzekł  Anatolij  Norkin.  Nawet  nie  uniósł  brwi. 

Lecz Jewgienijowi zdawało się, że zdobył się na uniesienie kącika ust, co na początku mogło 

do złudzenia przypominać uśmiech. - Tak, na pewno był jakiś powód - mówił dalej, składając 

ręce na brzuchu. - Znam gubernatora jako człowieka sprawiedliwego. 

-  Tak,  na  pewno  znasz  gubernatora  -  rzekł  Jewgienij  i  podszedł  jeszcze  jeden  krok 

bliżej Norkina. 

- To znaczy? - padło nagle krótkie i ostre pytanie. 

-  Że  chciałbym  udać  się  do  niego  razem  z  tobą  -  wyjaśnił  Jewgienij.  -  Chciałbym, 

ż

ebyś poprosił o uwolnienie Raiji. Powiedział, że to nieporozumienie. 

Norkin roześmiał się krótko. 

-  Przeceniasz  moje  możliwości,  Byków.  Prosisz  mnie,  bym  uczynił  coś,  co  jest 

niezgodne z prawem... 

Jewgienij nic nie odpowiedział. 

Zobaczył,  że  ten  człowiek  bawi  się  jego  kosztem.  Czekał  tylko,  aż  Norkin  zażąda 

zwrotu długu, wyłożenia gotówki na stół. Teraz. 

background image

- Myślę, że wreszcie zrozumiałem, na czym opierasz swą władzę - rzekł Jewgienij. - 

Myślę, że wiem, kto za tym stoi. I myślę, że wiem, kto mógłby Raiję wydostać z więzienia 

jednym skinieniem palca. 

W odpowiedzi usłyszał śmiech. 

Nagle Norkin zamilkł. Rozmowę przerwały jakieś głosy, krzyki. Drzwi otworzyły się 

z rozmachem. 

Pojawiła się w nich energiczna, drobna postać otulona wełnianym szalem. 

Jej oczy były jak wzburzone morze. 

- Jelizawieta! 

Tylko spojrzała na Jewgienija. Szybko. Uśmiechnęła się. Lecz uśmiech zastygł na jej 

twarzy, kiedy popatrzyła na Anatolija Norkina. 

- Kto to jest? Roześmiała się. 

- Kim ja jestem? To ja jestem winna temu, że zabrano dziś Raiję - odparła. 

Rozwiązała szal. Uwolniła włosy. Rozpięła kurtkę i zdjęła ją. Trzymała coś w fałdach 

spódnicy. 

-  Wyprowadźcie  stąd  tę  szaloną  kobietę!  -  rozkazał  Anatolij  Norkin,  wskazując 

palcem na Jelizawietę. 

Ale  służący,  którym  wydał  polecenie,  nadal  stali  za  otwartymi  drzwiami,  nie  mając 

odwagi wejść do środka. Z tyłu rozległ się inny głos: 

- Nie, Nikołaj! To nie dla ciebie! 

Rozległy  się  odgłosy  kroków,  biegnących  stóp.  Jakaś  postać  wypełniła  drzwi. 

Zacisnęła dłonie na framugach. Jęknęła. 

- Jelizawieta! - Nikołaj wymówił imię dziewczyny z żarliwością i z namiętnością. 

-  Znasz  ją?  -  ojciec  zatrzymał  syna  samym  wzrokiem.  Jelizawieta  roześmiała  się, 

jednak była bliska płaczu. 

- Obiecuję, że będę się trzymać z dala od twojego cennego syna! - krzyknęła, patrząc 

prosto w oczy temu staremu człowiekowi o ogromnej władzy. - To ja jestem tą dziwką, która 

uwiodła twojego syna. To ja go pokochałam i sypiałam z nim. To ja słuchałam, jak szeptał, że 

mnie kocha. To mnie pragnął. To ze mną chciał się ożenić. To mnie twoja żona za wszelką 

cenę chciała się pozbyć. Ale Raija nie chciała się zgodzić na taką umowę. Raija nie prowadzi 

handlu  ludźmi!  -  mówiła  wzburzona.  -  Twoja  żona  na  pewno  ci  to  powtórzyła.  Pewnie 

postawiła warunek, że jeżeli Raija odmówi, jeżeli nadal będę się spotykała z Nikołajem, to 

Raija ma zostać wtrącona do więzienia. Jako czarownica i przestępca. Jako ta, która sprzeci-

background image

wia się zarówno carycy, jak i kościołowi. To ja mogłabym temu zapobiec, rozumiesz? Czy 

teraz mnie znasz, Anatoliju Norkin? Nie odpowiedział. 

-  Jelizawieta...  -  wyszeptał  Nikołaj.  Mimo  że  ojciec  chciał  wzrokiem  zmusić  go  do 

pozostania na zewnątrz, chłopak wszedł do środka. Skierował się w stronę Jelizawiety. 

Jego wzrok tańczył pomiędzy ojcem a wyprostowaną dziewczyną. 

Nie pochyliła głowy, nie tym razem. 

- Powinieneś mnie na zawsze zapamiętać, Norkin - rzekła z naciskiem. 

Nie  spuszczała  z  niego  wzroku.  Obezwładniła  go  swymi  niebieskimi  jak  morze 

oczami. Trzymała mocniej, niż gdyby go zakuła w kajdany. 

- To ja noszę w swym łonie twego wnuka. I ja go zabiję! 

Jelizawieta  wyjęła  przedmiot,  który  ukrywała  w  fałdach  spódnicy.  Ze  wzrokiem 

utkwionym w Anatoliju Norkinie zamachnęła się nożem, raniąc się w brzuch. Przyjęła ból bez 

wahania. Z otwartymi oczyma. 

Zdążyła uderzyć trzykrotnie, zanim Nikołaj i Jewgienij do niej podbiegli. 

Jewgienij wyrwał jej nóż z dłoni. Nikołaj trzymał ją mocno, przyciskał do siebie. 

Płakał, nie próbując powstrzymać łez. 

Jelizawieta  nie  mogła  wydobyć  głosu.  Oczy  nadal  patrzyły  przytomnie,  wodziły  za 

Nikołajem. 

Pocałował  ją.  Całował  oczy,  usta.  Przytulił  do  siebie.  Nie  starał  się  zatamować 

krwawienia. Uznał, że i tak mu się nie uda. 

- Kocham cię - szepnął i pocałował delikatnie. - Nie wiedziałem o dziecku. 

Nie przestawał płakać. 

W  pokoju  zapanowała  niezwykła  cisza.  Oddech  Jelizawiety  ucichł.  Słychać  było 

przede wszystkim szloch Nikołaja. Kołysał Jelizawietę. Nie wypuszczał z ramion. 

Płakał. 

Spojrzał na ojca. 

-  Nigdy  ci  tego  nie  wybaczę,  ojcze!  Kochałem  ją.  Chciałem  się  z  nią  ożenić.  A  to 

dziecko było moje! 

Stary  Norkin  mógł  w  tej  chwili  przekonać  się  o  silnym  charakterze  syna,  którego 

często się u niego doszukiwał. Jednak nie spodziewał się, że syn zwróci się przeciw niemu. 

Jewgienij  rzucił  nóż  na  podłogę  przed  Norkinem.  Spojrzał  na  niego  przelotnie,  nie 

współczuł mu. 

- Być może to wystarczający powód, byś posłał po swego przyjaciela gubernatora? 

- Pójdę z tobą - zgodził się Anatolij Norkin. - Mamy pewną sprawę do załatwienia... 

background image

Raija  wiedziała,  że  muszą  przyjść.  Nie  była  zaskoczona,  kiedy  usłyszała  kroki.  W 

najmniejszym stopniu nie była zdumiona, słysząc na korytarzu głos Jewgienija. 

Naturalnie, że Jewgienij przyszedł! 

Podniosła  się  na  kolana.  Usiadła  tuż  przy  drzwiach.  Odgarnęła  z  czoła  kosmyk 

włosów. Nie zauważyła, że opadł z powrotem. 

- To się nie mieści w głowie! - Jewgienij rozejrzał się dokoła. 

Nie  znajdował  słów.  Niemalże  cieszył  się,  że  lampa,  którą  zabrali,  rzucała  tak  słabe 

ś

wiatło.  Nie  chciał  dokładniej  oglądać  tego  miejsca.  I  tak  wszystko  wydawało  tu  się 

potworne:  odór,  odgłosy  kapiącej  wody,  pięt  uderzających  o  twardą  podłogę.  Odległe 

dźwięki,  niemal  zduszone.  Zamykane  drzwi  gdzieś  daleko.  Głuche,  upiorne.  Ciemno. 

Ciemniej niż najciemniejszą nocą. 

Przytłaczająco i ciasno. Zimno. To jakby zostać porwanym przez trolle i uwięzionym 

w mrocznej jaskini, bez nadziei na ucieczkę. 

Anatolij Norkin powinien to zobaczyć! 

Ale  on  już  dawno  pojechał  do  domu.  Czekał  do  przybycia  gubernatora,  dopóki 

Jewgienij stał nad nim jak kat. 

Wtedy Norkin zniknął. Nawet nie podejrzewał, jak wygląda to miejsce. 

Minęła cała noc i pół dnia, zanim pojawił się gubernator. Upłynęły kolejne godziny, 

zanim  przyznał,  że  Raija  jest  w  więzieniu.  Nawet  stojąc  twarzą  w  twarz  z  Norkinem 

zaprzeczał.  I  wreszcie  musiały  minąć  następne  godziny,  nim  zdołali  wszystko  wyjaśnić. 

Dopiero  następnego  wieczoru  wydostali  Raiję  z  lochu.  Potem  spalono  papiery,  które  jej 

dotyczyły, tak żeby nie pozostał ślad, że w ogóle tu była. Gubernator oświadczył, że została 

niesłusznie  wtrącona  do  aresztu  z  powodu  oskarżenia,  które  okazało  się  wierutnym 

kłamstwem i które z zemsty wniósł pewien znamienity człowiek. 

Być może Norkin żałował swego czynu. Wyraźnie poszarzał na twarzy. Wyglądał na 

strapionego. 

-  Możesz  uznać  swój  dług  za  niebyły  -  rzekł  do  Jewgienija  na  odchodnym  jakby  w 

odruchu miłosierdzia. Jakby należne pieniądze nic dla niego nie znaczyły. 

Jewgienij czuł, jak napinają mu się mięśnie, jak ogarnia go złość. 

W tej chwili zrozumiał Raiję. 

background image

- Ten dług nie przestanie istnieć, dopóki go nie spłacimy - odparł. - I zamierzamy to 

uczynić. Czy tego chcesz, czy nie. Raija nie prowadzi handlu ludźmi. Ja też nie. - Być może 

zaczynał  być  wart  własnej  żony.  -  Wielu  ludzi  tu  macie?  -  spytał  oficera,  który  mu  to-

warzyszył  w  drodze  do  lochu.  Ten  nie  odpowiedział.  Z  pewnością  nie  wolno  mu  było 

udzielać tego rodzaju informacji. - Czy w ogóle wiesz, gdzie ona jest? 

- Tak. 

Dzień wcześniej ten sam mężczyzna jeszcze nic nie wiedział. Nie miał pojęcia, o kogo 

Jewgienij pyta. Kobieta? Nie, nie ma tu żadnych kobiet... 

- Czy ktoś u niej był? Czy dostawała coś do jedzenia i picia? 

Oficer wzruszył ramionami. Zrobił to tak obojętnie, że Jewgienij najchętniej rzuciłby 

się na niego z pięściami. Jednak nic by to nie pomogło. 

- Zwykle w pierwszej dobie nie podajemy posiłków - rzekł sucho, bez jakichkolwiek 

uczuć. Uważał pewnie, że wszystko jest w najlepszym porządku. 

Jewgienij nic nie powiedział. 

Raija przebywała w  ciemnym, mokrym i zimnym lochu przez cały dzień i całą noc. 

Nikt do niej nie zaglądał. Nikt nie podał jej nic do jedzenia. Nikt jej nie spytał, czy chce się 

jej pić. 

Jewgienija ogarnęła wściekłość. Sięgnęłaby nieba, gdyby sufit nie był równie solidny 

jak ściany. 

Wreszcie znaleźli właściwe drzwi. W tym momencie Jewgienij dziękował losowi, że 

ma tylko jedno ramię. W przeciwnym razie zacisnąłby obie ręce na szyi stojącego przed nim 

mężczyzny. 

Teraz zacisnął tylko dłoń w pięść. 

Nigdy  otwieranie  zamka  nie  trwało  tak  długo.  Jewgienij  miał  ochotę  wyrwać 

oficerowi klucze. 

Był przygotowany na wszystko. To, co dotąd widział, sprawiało, że wyobrażał sobie 

najgorsze. 

Oglądał blizny na ciele  Raiji. Słuchał opowieści Reijo. Pamiętał dokładnie, co Raija 

mówiła o swym poprzednim życiu. O dniach spędzonych w twierdzy Vardohus. O wszystkim, 

czego tam doświadczyła. O tym, jak ją katowano. Jak tłumaczyła swe blizny. 

Teraz, kiedy niczego z tego okresu nie pamiętała, mogła jedynie zgadywać, czytać ze 

ś

ladów na skórze. 

Dlatego Jewgienij błogosławił jej zanik pamięci. 

Dlatego tłumaczył sobie, że jego kłamstwo również jest dla Raiji błogosławieństwem. 

background image

Drzwi  uchyliły  się  ciężko.  Uderzyły  o  coś.  Minęła  chwila,  zanim  Jewgienij 

uzmysłowił sobie, że tym zawiniątkiem, które zablokowało drzwi, była Raija. 

Ś

wiatło lampy rzuciło na nią żółtawy blask i wtedy zrozumiał. Z trudem przyjął to, co 

zobaczył. Nie sądził, by podobne traktowanie ludzi w ogóle było możliwe. 

Czuł,  że  mógłby  teraz  zamordować.  Nie  zapamiętał  swoich  słów,  ale  zdawał  sobie 

sprawę, że coś powiedział. Paliły go wargi. 

Osunął  się  na  podłogę  tuż  obok  żony.  Zdołał  ją  unieść  Raija  otworzyła  oczy, 

błyszczały nienaturalnie. Jej ubranie przesiąknęło wilgocią, sama była tak blada i zziębnięta, 

ż

e Jewgienijowi ścisnęło się serce. 

- Wiedziałam, że przyjdziesz - rzekła. Przyłożyła policzek do jego ramienia. 

Jewgienij zapragnął mieć teraz dwie ręce. 

Jednak udało mu się jakoś przełożyć Raiję przez jedno ramię, tak żeby móc ją nieść. 

Nie chciał przyjąć pomocy. Nie od tych, którzy ją wtrącili do tej nory. 

Płakał, kiedy wychodził. Łzy niemal go oślepiły, ale nie chciał także pomocy młodych 

ż

ołnierzy stojących na zewnątrz. 

Poradził sobie sam. 

Wieczór zaczynał przechodzić w noc. Wiał tak zimny wiatr, że łzy niemal zamarzały 

na policzkach. 

Jewgienij brnął w śniegu. Wiedział mniej więcej, ile kroków musi zrobić, by znaleźć 

sanie. Wiedział mniej więcej, w jakim iść kierunku. 

Chciał odepchnąć  człowieka idącego ku niemu z wyciągniętymi rękami,  pragnącego 

mu pomóc. Łzy sprawiły, że nie rozpoznał Olega, dopóki przyjaciel się nie odezwał: 

- Tędy! 

Oleg  nie  wziął  Raiji  od  Jewgienija.  Doprowadził  go  tylko  do  sań.  Rozłożył  skóry, 

poczekał, aż Jewgienij usiądzie z Raiją na kolanach, po czym otulił oboje derką. 

- Jedźmy stąd, do diabła! 

Jewgienij nie był w stanie obejrzeć się za siebie. Oleg pognał konie. 

- Jak ona to robi? - zapytał Oleg. 

Stał obok Jewgienija, zaciskając dłonie na krawędzi łóżka. Czuł, że wszystkie mięśnie 

jego twarzy są napięte. 

Razem  wnieśli  Raiję  do  środka.  Nie  było  mowy  o  zatrzymywaniu  się  w 

Archangielsku. Pojechali prosto do domu nad Dwiną. 

Musieli sobie tym razem poradzić bez Toni. 

Ani Olga, ani Michaił nie powinni zobaczyć Raiji w tym stanie. 

background image

Oleg  i  Jewgienij  wspólnie  ściągnęli  z  Raiji  mokre,  na  wpół  zamarznięte  ubranie. 

Przesiąknięte tak silnym odorem, że obu mężczyznom robiło się niedobrze. 

Przypomnieli sobie kubryki statku, na którym kiedyś pływali i który z pewnością już 

poszedł  na  dno.  Przypomnieli  sobie  czasy,  kiedy  zajmowali  najgorsze  stanowiska.  Kiedy 

marzli i byli głodni. Ale zapach z tamtych czasów nie był tak potworny. 

Ubrali Raiję w czyste ubranie, owinęli wełnianymi kocami, położyli do łóżka i okryli. 

- Powinniśmy umyć jej włosy, wykąpać ją... 

Oleg  położył  rękę  na  ramieniu  Jewgienija,  poklepał  po  przyjacielsku.  Niełatwo  mu 

było znaleźć słowa. Przepełniała go złość. 

- Tonią zajmie się tym jutro - obiecał. - Misza powinien chyba na razie zostać u nas... 

Jewgienij skinął głową. 

- Bałem się, że Raija wszystko sobie przypomni - wyznał. - Bałem się, że przypomni 

sobie  tamto  więzienie,  a  potem  całą  resztę.  Ale  teraz  myślę,  że  jednak  nadal  nie  pamięta. 

Chciałbym, żeby niepamięć wymazała wszystkie najczarniejsze przeżycia... 

- Cokolwiek to było - dokończył Oleg. 

-  Jak  my  jej  to  powiemy?  -  spytał  Jewgienij.  -  Jak,  do  licha,  powiemy  Raiji  o 

Jelizawiecie? 

Oleg zamierzał dać mu prostą odpowiedź, za którą tak często się chował: że Tonią się 

tym zajmie. 

- Byłem tam - rzekł Jewgienij. - Powinienem jej jakoś to przekazać. Ale może Tonią... 

- Westchnął. - Dziewczyna była dla Raiji jak własna córka. Nigdy mi się to nie podobało... - 

Pochylił  głowę.  -  Byłem  może  o  nią  trochę  zazdrosny,  ponieważ  otrzymywała  od  Raiji  tak 

wiele ciepła. Uważałem, że na to nie zasłużyła. Nie należała do naszej rodziny. Biedna dziew-

czyna. Miała tak wiele z Wasilija. Niech mnie diabli! 

- Za późno na żal - rzekł Oleg. Nie to Jewgienij chciał usłyszeć, ale przyjaciel mówił 

prawdę. Żal poniewczasie nie na wiele się zda. 

Większość ludzi jest mądrych po szkodzie, to żadne odkrycie. Ale dobrze przyjrzeć się 

temu, co się stało, i wyciągnąć dla siebie naukę. 

- Może nie powinieneś o tym mówić Raiji - zaproponował Oleg ostrożnie. - Nie teraz, 

nie jutro. 

Jewgienij, milcząc, tylko spojrzał na Raiję. Na jej bladą twarz, potargane włosy w na 

wpół rozpuszczonym warkoczu prawie tak grubym jak jej ramię. Czarne rzęsy spoczywały na 

policzkach,  wargi  wydawały  się  niezwykle  czerwone.  Usta  lekko  się  rozchyliły,  jak  gdyby 

miały się ułożyć w uśmiech. Krótki oddech jak tuż po pocałunku. 

background image

Biel. Czerwień. Czerń. 

Była  taka  piękna.  Jego  Raija.  I  niczyja  Raija.  Uciekająca  w  siebie  i  poza  siebie.  W 

podróży - na poświacie księżyca, z zorzą polarną, na skraju nieba... 

Gdzieś daleko. 

Oddaliła się od niego, ale nie miał pojęcia, dokąd. Sama tego nie wiedziała. 

Przerażające. 

Teraz również zbawienne i niosące pociechę. Myśl o lochu, w którym ją znalazł i z 

którego ją wydostał, przyprawiała go o dreszcze. 

Zapragnął całym sobą, by Raija nie pamiętała spędzonego tam czasu. 

Jej  senne  podróże  w  to,  co  tak  odległe:  w  cienie,  w  chmury,  w  to,  czego  nie  mógł 

dosięgnąć  wzrokiem,  powinny  sprawić,  by  przeżycia  z  czarnego,  stęchłego  lochu  poszły  w 

zapomnienie. 

Nie powinna wiedzieć... 

Jewgienij poprzysiągł sobie, że nigdy jej nie powie, jak tam było strasznie. Nie wolno 

mu  mówić,  jak  wyglądała,  kiedy  ją  znalazł.  Nie  opowie  jej  o  drzwiach,  które  ją  uderzyły  i 

nieco przesunęły na bok. Nie może jej powiedzieć, jak błyszczały jej oczy, kiedy na moment 

odzyskała przytomność. 

Nigdy. 

Powinien jej bronić przed wszystkim, co złe i niebezpieczne. 

Nigdy  nie  może  powtórzyć  się  taka  sytuacja,  żeby  Raija  musiała  uciekać  w  swą 

podróż, szukać tam otuchy. 

Odniosła  wrażenie,  że  znalazła  się  poza  chłodem,  poza  ciemnością.  Obudziła  się, 

drżąc  z  zimna.  Wyszła  z  ciemności,  która  nie  była  nocą  polarną.  To  coś  dużo,  dużo 

większego. Niewytłumaczalnego. 

Nieprzyjemnie pachniało... 

- Witamy z powrotem! - zawołał Jewgienij. Uśmiechał się, ale w jego oczach pozostał 

smutek. 

Raija  domyśliła  się,  że  coś  jest  nie  tak.  Teraz  Jewgienij  zachowywał  się  inaczej  niż 

zwykle w takiej sytuacji: przygarnął ją do siebie i uścisnął. Trzymał ją w ramionach, nic nie 

mówiąc. 

Chwilę trwało, zanim Raija zorientowała się, że Jewgienij płacze. 

Jej ciało zesztywniało. W objęciach męża usiłowała sobie przypomnieć, co się stało, 

lecz przed jej oczami pojawiły się tylko urywane fragmenty. 

Ż

ołnierze czekający przed stajnią. Nieprzyjemny zapach. Ciemność. Chłód. 

background image

Więzienie. 

Nie wiedziała, czy przebywała tam długo. Nie rozumiała, dlaczego Jewgienij płacze. 

Ale  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Poczuła,  jak  dobrze  jest  znów  je  podnieść  do  góry. 

Czuła,  jak  przyjemnie  jest  obejmować  męża,  wypełnić  nim  ramiona.  Zrozumiała,  że 

potrzebowała  jego  bliskości.  Odeszli  tak  daleko  od  siebie.  Od  dawna  już  podążali 

odmiennymi drogami. 

Również się rozpłakała. Ponieważ Jewgienij płakał. 

Ponieważ  chciała  go  na  powrót  odnaleźć.  Musiała.  Potrzebowała  tego.  Ponieważ 

chciała również wrócić do życia. 

Być Raiją. 

Także jego Raiją. 

- Czy to Norkin? - spytała. Odezwała się, ponieważ Jewgienij nic nie mówił. Musiała 

coś powiedzieć. Cisza zaczynała szumieć jej w uszach. Do bólu. 

Jewgienij skinął głową tuż przy jej policzku. 

- Czy już oddałeś statek? Wtedy objął ją jeszcze mocniej. Raija zamknęła oczy i piła z 

tego ciepła, z tej bliskości, której tak dawno nie dzielili. 

Nawet nie zauważyła, że do pokoju cichutko weszła Tonią. Nie widziała spojrzenia, 

jakie przesłał przyjaciółce Jewgienij. Wyrazu bólu na jego twarzy. Nie widziała, że daje Toni 

nieme znaki. 

Wreszcie nadszedł ów nieuchronny moment. 

-  Jelizawieta  nie  żyje  -  rzekł  Jewgienij.  Wypuścił  Raiję  z  ramion.  Opowiedział,  jak 

Jelizawieta odebrała sobie życie. 

Raija  nigdy  nie  sądziła,  że  jeszcze  raz  przyjdzie  jej  rozmawiać  z  Anatolijem 

Norkinem. Ale kiedy odmówiono Jelizawiecie kościelnego pogrzebu, uznała, że tego już za 

wiele. 

W tej części świata nie chowano zmarłych podczas zimy. Zwykle czekano do wiosny. 

Zwłoki leżały aż do pierwszych wiosennych dni, chronione przez mróz. 

Raija przyzwyczaiła się do nieobecności swego dużego dziecka. Pogodziła się z tym, 

ż

e  nie  ma  Jelizawiety,  choć  nigdy  nie  pogodzi  się  z  tym,  w  jaki  sposób  odeszła.  Czuła  się 

winna. Odpowiedzialnością obarczyła również Norkinów. 

To ich pycha stała się powodem śmierci dziewczyny. Jelizawieta mogła wnieść wiele 

nowego do ich jałowego życia, gdyby tylko zechcieli ją przyjąć do rodziny. 

Nigdy  nikt  nie  mówił  głośno  o  tym,  w  jaki  sposób  umarła.  W  czterech  ścianach 

Norkinów nie mogło wydarzyć się coś tak niechlubnego jak samobójstwo. 

background image

Ś

wiat nie wiedział, że Jelizawieta zginęła z własnej ręki. Nigdzie o tym nie napisano. 

Nikt o tym nie powiedział publicznie. 

A jednak władze kościelne odmówiły pochowania dziewczyny tam, gdzie spoczywali 

inni zmarli. 

- Czy dlatego, że pochodzi z ubogiej rodziny? - dopytywała się Raija. 

Nie to było powodem. 

- Czy dlatego, że to drogo kosztuje? Możemy zapłacić. Sądziłam, że to jasne. Stać nas 

na ten grób. Kościół na tym nie straci. 

Wysoki koszt również nie był przyczyną odmowy. Nikt nie wątpił, że Byków posiada 

dość pieniędzy, by opłacić miejsce na cmentarzu, pogrzeb oraz dołożyć za zbawienie duszy. 

- Czy ma to coś wspólnego z tym, w jaki sposób zginęła jej matka? - spytała Raija. - 

Czy ma to może coś wspólnego z tym, kim była jej matka? Czy ma to coś wspólnego z tym, 

kim ja jestem? 

Powodem odmowy duchownych było to, że Jelizawieta popełniła samobójstwo. 

Bez znaczenia okazał się fakt, że oficjalnie nigdzie o tym nie wspomniano. Tak samo 

jak i to, że zmarła w domu Norkinów. 

W  kościele  powiedziano  Raiji,  że  i  tu  dotarły  pewne  słuchy  na  temat  przyczyny 

ś

mierci jej pasierbicy. A dla takiej duszy nie istnieje spokój wieczny czy ukojenie. Raija musi 

zrozumieć,  że  nie  można  pozwolić  na  to,  żeby  samobójca  spoczął  razem  ze  zmarłymi 

sprawiedliwego serca, ze zbawionymi. Byłaby to kpina z nich wszystkich. 

Nawet wobec śmierci nie wszyscy byli równi. 

Raija  milczała,  ale  nie  rozumiała.  Nie  pogodziła  się  z  taką  decyzją,  ale  milczała. 

Wtedy. 

Odszukała Anatolija Norkina. Właściwie nie miała wielkiej nadziei na to, że zechce ją 

przyjąć. Ich ostatnie spotkanie nie przyniosło niczego dobrego żadnemu z nich. 

Ale zgodził się na rozmowę. 

Fewronii  Norkiny  nie  było.  Uciekła  przed  ludzkim  gadaniem  i  przed  tym,  co 

nazwałaby skandalem. Wyjechała do rodziny w Kem, zanim jeszcze ostygło ciało Jelizawiety. 

Mówiono,  że  czyniła  wszelkie  starania,  by  zabrać  ze  sobą  syna,  ale  Nikołaj  Norkin 

zdołał się jej sprzeciwić. 

Dorósł  w  ciągu  kilku  minut.  Po  raz  pierwszy  przeciwstawił  się  obojgu  rodzicom  i 

został. Postanowił pracować u ojca. Ludzie mówili, że nie rozmawiają ze sobą. 

background image

Wydawał się starszy, niż Raija go zapamiętała. Szczuplejszy. Policzki zrobiły mu się 

wiotkie. Posiwiał. Marynarka sprawiała wrażenie jakby zbyt obszernej. Łańcuszek od zegarka 

luźno zwisał. 

Norkin  wskazał  Raiji  krzesło.  Sam  usiadł.  Przyglądał  się  jej.  Raija  nie  dostrzegła  w 

nim  tej  nienawiści,  której  się  spodziewała.  Minęło  trochę  czasu.  Sama  zdążyła  wiele  spraw 

przemyśleć.  Doszła  do  wniosku,  że  nie  różnił  się  specjalnie  od  innych  ludzi.  Nie  we 

wszystkim  zasługiwał  na  potępienie.  Nie  był  jedynym  bezwzględnym  armatorem  w 

Archangielsku.  Gdyby  inny  z  właścicieli  stracił  statek  w  taki  sposób  jak  Norkin,  nie 

zachowałby się inaczej. 

Mimo  to  Raija  nie  była  w  stanie  usprawiedliwić  jego  decyzji.  Podtrzymywała 

wszystko, co powiedziała. Jeszcze raz zrobiłaby to samo, co wtedy. 

-  Nie  przychodzisz  chyba  prosić  o  wybaczenie,  Raiso  Bykowa  -  uśmiechnął  się,  ale 

wesołość nie pojawiła się w jego oczach. Ledwie drgnęły kąciki jego ust. 

-  Sądziłam,  że  jesteśmy  kwita  -  odparła  Raija.  -  Oboje  mamy  powody,  by  prosić  o 

wybaczenie, a jeżeli żadne z nas tego nie uczyni, zostanie nam tyle samo na sumieniu. Nie 

pamiętam  wiele  z  więzienia.  Przy  okazji  możesz  tam  zajrzeć.  Ja  na  pewno  do  niego  nie 

wrócę! 

Odchrząknął.  Nie  spodziewał  się,  że  będzie  tak  bezpośrednia.  Być  może  sądził,  że 

jednak dostała nauczkę i trochę spokorniała. 

- Po co do mnie przychodzisz? 

- Kościół nie chce pochować Jelizawiety. 

- Dlaczego uważasz, że ja mogę coś na to poradzić? Wyglądał przekonująco łagodnie. 

Niemal wyciągnął do niej ramiona. Chciał, by uwierzyła, że nawet on nie może nic zrobić w 

sprawie pogrzebu dziewczyny. 

Raija nie dała się zwieść temu mężczyźnie. 

Wiedziała, że Anatolij Norkin miał swoje powiązania z gubernatorem.  Najwyraźniej 

ś

wiadczył gubernatorowi rozmaite przysługi, skoro sam otrzymywał tak wiele w zamian. 

- Jelizawieta powinna mieć piękny pogrzeb - rzekła stanowczo. - Nie powinno niczego 

zabraknąć. Pop nie może powiedzieć o niej ani jednego złego słowa. Jelizawieta Walerjewna 

Uskowa  zasłużyła  na  wzniosłą  mowę  nad  grobem.  Jak  sądzisz,  dlaczego  podobała  się 

twojemu  synowi?  Nie  była  uwodzicielką,  za  jaką  chcieliście  ją  uważać.  Nie  była  łatwą 

dziwką, jak twierdziła twoja żona. Jelizawieta to dziewczyna o gorącym sercu, która potrafiła 

dawać miłość. Nie powinna spocząć byle gdzie. Trzeba znaleźć dla niej jak najlepsze miejsce. 

-  Raija  zaczerpnęła  powietrza.  Zamilkła.  Nie  otrzymała  odpowiedzi.  -  Nie  proszę,  byś  za 

background image

cokolwiek płacił. My pokryjemy koszty. Ale postaraj się, by kościół nie stwarzał trudności. 

Pogrzeb powinien się odbyć tak, jak sobie to wymyśliłam. 

- Dlaczego mam korzystać z moich wpływów? Rai/a uśmiechnęła się zrezygnowana. 

-  Czyż  nie  jesteś  jednym  z  najzdolniejszych  kupców  nad  Morzem  Białym?  Nie 

powinno  ci  to  sprawić  kłopotu!  Anatoliju  Norkin,  spodziewałam  się,  że  spojrzysz  na  tę 

sprawę jak na każdą inną transakcję. Coś proponujesz i otrzymujesz coś w zamian. Sądziłam, 

ż

e będziesz na tyle przewidujący, że dostrzeżesz w tym również własne korzyści. 

Nie  odpowiedział.  Być  może  chciał  zobaczyć  jej  karty,  przekonać  się,  jak  ostro 

zamierza grać. 

Jak mocno zamierza przycisnąć. 

Rzeczywiście  należał  do  najprężniejszych  kupców  nad  Morzem  Białym.  Nie 

wszystko, co posiadał, odziedziczył w spadku. Wiele zawdzięczał sobie. 

- Cały Archangielsk wie, że to z twoim synem spotykała się Jelizawieta. Ale nie całe 

miasto wie, że dziewczyna była w ciąży. I nikt nie wie o handlu, którego próbowała ze mną 

dobić twoja żona. Nikt  nie wie, że spędziłam noc w więzieniu. Nikt nie wie, kto mnie tam 

posłał ani w jaki sposób stamtąd wyszłam... 

-  Grozisz,  opierając  się  na  plotkach  -  stwierdził.  -  Na  czymś,  czego  nie  możesz 

dowieść. 

Raija wzruszyła ramionami. 

- Jeżeli nie masz się czego bać, to jesteś szczęśliwym człowiekiem. W takim razie nie 

musisz z nikim rozmawiać w sprawie pochówku dziewczyny. Ale, wierz mi, widziałam już, 

jak  plotka  niszczyła  bardziej  niż  nóż,  Norkin.  Mogę  ci  podać  jeszcze  jeden,  całkiem  inny 

powód. Tak, byś mógł wybrać. Twój syn odsunął się od ciebie. Być może mógłbyś go trochę 

zjednać, gdybyś okazał Jelizawiecie szacunek. Pamiętaj, że nie tylko Jelizawieta Walerjewna 

ma zostać pochowana, lecz również nienarodzone dziecko, które byłoby twoim wnukiem. 

- Niczego ci nie obiecuję - rzekł Anatolij Norkin. Nie wstał, kiedy Raija podniosła się, 

by wyjść. Nie przejmowała się, że może się wydać niegrzeczna. Tak niewiele była winna tej 

rodzinie, temu człowiekowi. Mogła sobie pozwolić na nieuprzejmość. 

Zanim  opuściła  pokój,  rzuciła  tylko  krótkie  spojrzenie  na  gospodarza.  Nie  żeby  się 

spodziewała  łez  lub  uczuć  na  kamiennej  twarzy.  Norkin  miał  za  sobą  wiele  lat  treningu  w 

ukrywaniu emocji. 

Odprowadził ją wzrokiem. Na pożegnanie powiedział jednak coś, czego Raija się nie 

spodziewała: 

- Jesteś wyjątkową kobietą, Raiso Bykowa. Marnujesz się. Powinnaś być mężczyzną! 

background image

Nikołaj  Norkin  przybył  konno  do  domu  nad  Dwiną,  kiedy  drogę  z  Archangielska 

pokrywało błoto do kolan. 

Przez chwilę razem z Raiją patrzyli wyczekująco na siebie nawzajem. W końcu Raija 

wpuściła go do środka. Poprosiła, by usiadł. 

Zdjął  czapkę  z  głowy.  Raija  zapamiętała  go  jako  młodsze  wydanie  ojca,  o  nieco 

słabiej zaznaczonych rysach twarzy. 

Nie  rozumiała,  dlaczego  Jelizawieta  była  tak  zapatrzona  w  tego  młodzieńca.  Nie 

pojmowała, czym zasłużył na tak wielką miłość dziewczyny. 

Raija  uznała,  że  chyba  go  jednak  skrzywdziła  albo  on  wyrósł  w  ciągu  zimy  na 

mężczyznę. 

Trzymał  się  prościej,  niż  zapamiętała.  Był  silniejszy.  Rysy  twarzy  niezaprzeczalnie 

ś

wiadczyły o tym, że pochodzi z Norkinów, nie można by się pomylić, lecz był także sobą. 

Miał w wyrazie twarzy coś, co dobrze wróżyło dojrzałemu człowiekowi, którym miał się stać. 

-  Ojciec  przesyła  ci  wiadomość,  że  może  zostać  pochowana  za  tydzień  -  oznajmił. 

Jeden jego policzek słabo drgał. Poza tym wydawał się niewzruszony. Nie okazywał uczuć. - 

Mówi, że będzie dokładnie tak, jak dla niej chciałaś. 

-  To  dobrze  -  odpowiedziała  Raija.  -  Jelizawieta  zasłużyła,  by  otrzymać  to,  co 

najlepsze. Nie powinna pozostać w ludzkiej pamięci jako samobójczyni. 

Potrząsnął głową. 

- Pomyliłem się co do ciebie, Raiju Bykowa - rzekł Nikołaj. 

Raija  musiała  mu  się  dobrze  przyjrzeć.  Popatrzeć  na  tego  młodego  chłopaka,  który 

siedział przy jej skromnym stole i płakał. 

-  Powiedziałem  jej,  że  chcesz  nas  rozdzielić,  ponieważ  nie  poprosiłaś  ojca  o 

wybaczenie. Ponieważ wystąpiłaś przeciw niemu. Minęło trochę czasu, zanim zrozumiałem, 

ż

e się myliłem. Musiała najpierw umrzeć. Ja także przyczyniłem się do jej śmierci. 

Raija  objęła  Nikołaja  i  pozwoliła  mu  się  wypłakać.  Sama  nie  miała  już  łez.  Płakała 

całą zimę. 

- Chciałbym pójść na pogrzeb razem z tobą - powiedział. - Ojciec mi zabrania, ale ja i 

tak  przyjdę.  Chciałbym  być  blisko  ciebie,  Raija,  i  blisko  niej.  Ja  także  stanowiłem  dla  niej 

najbliższą rodzinę. 

Raija  skinęła  głową.  Zaczynała  rozumieć,  dlaczego  Jelizawieta  tak  bardzo  kochała 

tego młodego człowieka. Na pewno nie z powodu wyglądu zewnętrznego, którym nie różnił 

się specjalnie od innych chłopców. 

background image

- Gdybym miała więcej synów, jeden z nich musiałby być taki jak ty - uśmiechnęła się 

i wytarła mu łzy. 

- Jestem twoim synem - rzekł bez namysłu. - Jeżeli pozwolisz mi nim być. 

Raiji  nie  kosztowało  wiele,  by  przyjąć  pod  swoje  skrzydła  także  młodego  Norkina. 

Był tego wart. 

background image

Wszystko odbyło się tak, jak Raija sobie życzyła. Mimo że Norkin sam trzymał się z 

dala, jego słowa - i może pieniądze - wiele znaczyły dla władz kościoła. 

Ci, którym Jelizawieta była najdroższa, siedzieli blisko siebie. Najbliżej jej. 

Raija, jej mąż Jewgienij, Tonią, Oleg, Olga i Nikołaj. 

Poważny,  skupiony,  wyraźnie  zasmucony  młody  Norkin  siedział  między  Raiją  i 

Tonią. Nie krył się przed nikim. Nie kryl nawet łez. 

Pozostali  mężczyźni  wstydzili  się  za  niego.  Odwracali  wzrok.  Ich  zdaniem,  nie 

powinien okazywać tak wyraźnie swej słabości. Nawet wiele spośród kobiet udawało, że nie 

widzi, jak płacze. 

Jelizawieta spoczęła w poświęconej ziemi. 

Raija omal nie westchnęła z ulgą. Wszystko poszło dobrze. Do bólu z powodu śmierci 

Jelizawiety zdążyła się już przyzwyczaić. Widok trumny opuszczanej do grobu tego bólu nie 

zwiększył. 

Niewielki tłum zaczął się rozpraszać w zimnoszarym świetle. Dni nadal trwały krótko, 

choć  przecież  zaczęła  się  już  wiosna.  Statki  znowu  mogły  pływać  po  Morzu  Białym,  kilka 

tygodni temu wysłano do Wasilija wiadomość o Jelizawiecie. 

Raija pragnęła, by Wasilij zjawił się na pogrzebie. 

Mogłaby  nieco  ciężaru  złożyć  na  jego  barki.  Wiedziała,  że  Wasilij  ma  uzasadnione 

powody, by czynić jej wymówki, ale mimo to pragnęła, by był teraz przy niej. 

Jako przyjaciel. 

Jako jedyny ojciec, którego Jelizawieta znała. Raija nie była nawet matką. 

Zapragnęła, by w pogrzebie uczestniczyli ci, których z Jelizawieta łączyły więzi krwi. 

Ale nie udało się ich tu sprowadzić. Morze Białe zamknęło drogę statkom na tak długo, że 

wiadomości, które wysłali, nie dotarły na czas. 

A nie mogli przesunąć pogrzebu na dalszy termin. 

Raiji  ciężko  było  odchodzić  od  grobu.  Minęło  już  co  prawda  trochę  czasu,  odkąd 

Jelizawieta umarła, ale ten moment wydawał się taki ostateczny. 

Chciała wierzyć, że Jelizawieta znajdzie teraz spokój. Gdzie? Raija specjalnie się nad 

tym nie zastanawiała. W jakimś miejscu, gdzie jest dobrze. Chciała w to wierzyć. Więcej jej 

nie trzeba. Żadne inne zapewnienia nie były konieczne. 

Raija dostrzegła przez mgnienie jakąś twarz, która wydała się jej znajoma. 

background image

Wasia? 

Nie,  to  nie  Wasilij,  lecz  ktoś  niewiarygodnie  do  niego  podobny.  Tak  się  widocznie 

zestarzała, że zapomniała, jak szybko zmieniają się chłopcy dorastający do wieku męskiego. 

Często wystarczyło jedno lato, by nie móc ich rozpoznać. 

Albo zima. 

To Walerij. 

Szedł jak stryj. Miał tę samą szczupłą sylwetkę, lecz w oczach więcej surowości. 

Raija patrzyła, jak chłopak powoli idzie w jej stronę. Zobaczyła, jak przystanął przy 

grobie siostry. Zacisnął pięści. Więzi krwi w tej rodzinie były niezwykle silne. 

Raija podeszła do Walerija. Objęła go. Pozwolił jej na to. Sam też zarzucił jej ręce na 

ramiona, przysunął czoło do jej czoła. 

- Dlaczego? 

Raija  nie  pamiętała,  by  miał  tak  smutny  głos,  bardziej  ponury  niż  głos  Wasilija, 

bardziej szorstki. Przez zimę Walerij stał się dla niej obcy. Nie był już tym chłopcem, którego 

przygarnęła pod swoje skrzydła, wychowywała, kochała. Stał się mężczyzną, nie potrzebował 

jej opieki. 

W następnej chwili Walerij zauważył Nikołaja. Puścił Raiję. Zdecydowanym krokiem 

podszedł do młodego Norkina. Stanął z nim twarzą w twarz. 

Nikołaj był wyższy i szerszy w ramionach niż Walerij. Jednak brata Jelizawiety życie 

nigdy  nie  rozpieszczało.  Był  sprytny  i  odważny,  szybki,  zwinny  i  silny  mimo  szczupłej 

budowy. Tak jak inni mężczyźni z jego rodu. 

Wyrzucił opaloną rękę do przodu i złapał Nikołaja za kołnierz kurtki. 

-  Nie  umiałeś  trzymać  się  od  niej  z  dala?  Nie  mogłeś  sobie  znaleźć  jakiejś  dobrze 

urodzonej  panienki?  Jelizawieta  była  moją  siostrą!  Zasłużyła  na  kogoś  więcej,  na  kogoś  z 

naszych. Zasłużyła na kogoś o szorstkich rękach, a nie na takiego chłystka, który musiał się z 

nią potajemnie spotykać. Który jest tchórzem! 

Walerij  puścił  Nikołaja.  Przez  moment  wydawało  się,  że  chce  go  uderzyć.  Ale  jego 

zaciśnięte  dłonie  rozluźniły  się.  Oddychał,  drżąc.  Nie  zwracał  uwagi  na  to,  że  ludzie  go 

obserwują. 

Jeszcze raz spojrzał na Nikołaja. 

- Niech wszyscy święci zmiłują się nad moją siostrą, która nic a nic nie znała się na 

mężczyznach! Mam nadzieję, że nigdy nie zapomnisz, że to ty ją zabiłeś! 

Raija  schwyciła  Walerija  pod  ramię  i  pociągnęła  za  sobą.  Chłopak  nie  protestował, 

choć z trudem opanował gniew. 

background image

- Jelizawieta kochała Nikołaja - rzekła Raija zdecydowanie, kiedy prowadziła Walerija 

dalej  od  cmentarza  i  od  ludzi.  -  I  niezależnie  od  tego,  co  myślisz  o  rodzinie  Norkinów,  to 

musisz wiedzieć, że Nikołaj również ją kochał. Z czasem stałby się na tyle silny, by się z nią 

ożenić. Nikt się tego teraz nie dowie. Umarła w jego ramionach, Walerij. I myślę, że zdawała 

sobie sprawę, jakim ten chłopak darzy ją uczuciem. Myślę, że wtedy czuła, że jest kochana, 

naprawdę kochana. Nikołaj nie jest taki zły, jak myślisz, mój drogi. 

Walerij nie tak łatwo dał się przekonać. Nie chciał rozmawiać z Nikołajem, nie chciał 

na niego nawet patrzeć. 

-  Powinieneś  z  nim  pogadać  -  przekonywała  Raija.  Uścisnęła  dłoń  chłopaka,  tak 

podobną do dłoni Wasilija. Dobrze było ją trzymać. Raija uświadomiła sobie zdziwiona, że 

ten  młody  mężczyzna  szukał  u  niej  otuchy.  -  Nikołaj  wie  o  Jelizawiecie  więcej  niż  ja. 

Ostatnio twoja siostra zamykała się przed nami. To Nikołaj stał się jej powiernikiem. 

- Wasilij powinien był ją zabrać ze sobą do Norwegii! 

- Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało. Walerij nie chciał słuchać argumentów 

Raiji. 

- Jelizawieta nie znała się na mężczyznach. Nadal była dzieckiem. Zawsze wybierała 

tych  niewłaściwych.  I  oczywiście  musiała  paść  ofiarą  jednego  z  Norkinów!  -  rzekł  Walerij 

rozgoryczony. - Była wszystkim, co miałem - dodał i popatrzył na Raiję. 

Zadrżała. Cieszyła się, że Jewgienij teraz jej nie obserwuje. 

Zobaczyła Wasilija w tym młodym chłopcu. Ogarnął ją niepokój. 

-  Czy  Piotr  był  na  pogrzebie?  -  spytała.  Musiała  czymś  innym  zająć  myśli.  -  Nie 

widziałam go... 

- Był. Na pewno podejdzie. Trzyma się z tyłu, jest dobrze wychowany. Ja nie mogę się 

pochwalić tym samym. Jelizawiety i mnie nikt w domu nie uczył dobrych manier, zanim ty 

nie zaczęłaś nas tarmosić za uszy. 

Uśmiechnął się smutno do Raiji. Uznała, że jest przystojny. Była z niego dumna - tak 

jak będzie dumna z Michaiła za parę lat. Walerija również traktowała jak syna. Uważała, że 

ma wiele dzieci, mimo że ich nie urodziła. 

-  Kochała  cię  -  rzekł  i  popatrzył  na  Raiję  z  miłością.  Młodzi,  niespełna 

dwudziestoletni mężczyźni nie wyznają miłości swym przybranym matkom. Walerij mówiąc, 

ż

e Jelizawieta kochała Raiję, dawał tym samym Raiji do zrozumienia, że i jemu jest droga. 

Młodzi mężczyźni z twarzami, na których już zaznaczyły się linie goryczy, nie posuwają się 

dalej.  -  Dlaczego  musiała  umrzeć?  -  spytał.  Wpatrywał  się  w  Raiję,  a  potem  uczynił  coś, 

background image

czego  młodzi  mężczyźni  u  progu  dorosłego  życia  zwykle  nie  robią:  objął  ją  ramieniem  i 

rozpłakał się. Płakał przez całą drogę do domu nad Dwiną. 

Ponieważ  poprzez  łzy  niewiele  widział,  pozwolił,  by  go  wprowadziła  do  środka  i 

położyła w łóżku Jelizawiety. Potem pogładziła go po  włosach i spytała, czy chce, by  przy 

nim posiedziała. 

- Odejdź! - poprosił. 

Raija zrozumiała, że sam musi przez to przejść. 

Jewgienij  i  Misza  również  domyślili  się,  że  i  Raija  chce  być  sama.  Nic  nie 

powiedzieli, kiedy wyszła z domu. 

Stanęła  pod  wieczornym  niebem  w  swej  granatowej,  wełnianej,  pięknej  pelerynie 

spiętej bursztynową szpilką, którą tak lubiła i którą dostała od Jewgienija, kiedy urodził się 

Michaił. Dawno temu. W tym roku jej dziecko skończy dwanaście lat. 

Nastał rok 1747. 

Zanim  minie  kolejna  zima,  po  lecie,  do  którego  jeszcze  daleko,  jej  dziecko  będzie 

miało  dwanaście  lat.  Ona  sama  w  swym  nowym  wcieleniu  nie  żyła  o  wiele  dłużej,  bo 

zaledwie trzynaście. 

A Jelizawieta? To niesprawiedliwe, że nie żyje. Otrzymała od życia tak niewiele. Raija 

znała sporo innych osób, które powinny znaleźć się na miejscu tej dziewczyny. Znała ciężko 

chorych ludzi, którzy składali ręce i modlili się o śmierć i uwolnienie od bólu. 

Lecz odeszła Jelizawieta, która mogłaby dla wielu być jak promyk słońca. 

Raija  poszła  nad  Dwinę,  jak  zwykła  to  robić  Jelizawieta.  Próbowała  odtworzyć  w 

pamięci twarz dziewczyny. Próbowała ją zobaczyć taką, jaka była. 

Ujrzała  dziecko  z  oczyma,  w  których  czaił  się  strach.  Wiele  czasu  zabrało  Raiji 

zdobycie zaufania tego nieszczęsnego dziecka. Pierwsze uśmiechy - cenniejsze niż klejnoty. 

Dorastanie. 

Jelizawieta stała się również jej córką. 

Raija  ruszyła  wzdłuż  brzegu.  Nie  czuła  zimna.  Miała  na  nogach  niezbyt  wygodne 

buty, ale nie mogła ustać w miejscu. 

Popadła  w  dziwny  nastrój,  ale  mu  się  nie  poddała.  Brnęła  dalej.  Wywoływała  z 

pamięci twarze i wspomnienia z ostatnich trzynastu lat. Tych lat, które pamiętała. 

Nagle całkiem wyraźnie stanęła jej przed oczami męska twarz, przypominająca twarz 

Wasilija. Ale oczy tego mężczyzny były bardziej zielone. Były jednocześnie latem i morzem. 

Jasne włosy. Ostre rysy. Zadarty nos. Siła. Usta, które jakby nie pasowały do reszty twarzy. A 

mimo to były jego, tylko jego. 

background image

Raija wiedziała, że całowała te usta. Mogła nawet przywołać smak pocałunków. Słony 

i czuły. Mężczyzna pływający po morzu lub mężczyzna, który płakał. 

Odgadła, że grozi mu niebezpieczeństwo. Doznanie było tak silne, że sprawiało ból. 

Nie chciała, by temu człowiekowi stało się coś złego. Nic nie może mu się stać! 

Wiedziała, że dla niej coś znaczył, choć nie zdawała sobie sprawy, jak wiele. 

Chciała go ostrzec, uratować... Nie miała pojęcia, co mu grozi, ale nie chciała, by to 

się stało. Czuła, że to coś ostatecznego. 

Ś

mierć... 

Raija  otrząsnęła  się  z  nieprzyjemnego  wrażenia.  Pobiegła  do  domu.  Do 

bezpieczeństwa  i  ciepła  w  czterech  ścianach,  które  nazywała  swoimi.  Do  ludzi,  których 

nazywała bliskimi. 

Do Jewgienija, Michaiła. Teraz również do Walerija. 

Uśmiechała się na swój sposób. Była Raiją i mamą, i żoną. Miała miękkie ręce, które 

pocieszały i kroiły chleb. 

Ale w łóżku odwróciła się do Jewgienija plecami. 

- Niech wszyscy myślą, że śpię - poprosiła, uśmiechając się blado. - Nie mogę teraz 

rozmawiać o Jelizawiecie. Nie mogę o niczym rozmawiać. Pozwól, bym sama znosiła ten ból. 

Nie mogę go z nikim dzielić. 

- Ale ja chcę ten ból dzielić z tobą! - Jewgienij usiadł obok. 

Miał  na  sobie  wełnianą  koszulę.  Pusty  rękaw  zwisał  smutno  wzdłuż  silnego  ciała. 

Noce  zrobiły  się  cieplejsze,  ale  Jewgienij  ciągle  marzł.  Każdego  ranka  starał  się  ukryć 

cierpienie, ale Raija i tak znała prawdę. 

- Nie możesz. Nikt nie może. Raija wśliznęła się pod koc. Zwinęła się w kłębek. 

Chciała zatopić się w sobie. Zapaść w ciemność panującą w niej samej. Może wtedy 

wszystko zniknie? Może i ból wtedy zniknie? 

Szukała go. Mężczyzny o zielonych oczach. Szukała go pośród krajobrazów, których 

nie  pamiętała.  Szukała  go  poza  tym  wszystkim,  co  mogły  zobaczyć  jej  oczy.  Płynęła  z 

wiatrem.  Przemykała  się  wzdłuż  zorzy  polarnej.  Zorza  nie  była  zimna,  jak  powszechnie 

uważano.  To  nie  lodowe  płomienie,  nie  trzepoczące  łabędzie  skrzydła.  Była  ciepłem. 

Przyjazną duszą. Miłością. Obejmowała Raiję, kołysała, kochała. Szeptała jej, że i ona stanie 

się jej częścią. 

Z czasem. 

Ś

piewała, że Raija zrodziła się z niej, z zorzy polarnej, z wiatrów, słońca i równiny. Ze 

powinna wrócić na ich łono. 

background image

Z czasem. 

Raija szukała mężczyzny o zielonych oczach. Znalazła go. Znalazła go nad morzem. 

Ono również śpiewało, śpiewało tysiącem szemrzących głosów. Fala za falą śpiewały cichym 

chórem. Znalazła go. 

Postarzał się. Wydawał się łagodniejszy niż wtedy, gdy go widziała ostatni raz. Może 

też bardziej zmęczony. Powinien ogolić brodę. Miał taką ładną twarz. Nie powinien ukrywać 

jej pod zarostem. 

Chciała go objąć, ale nie mogła. Wiedziała, że nie powinna go dotykać. Nie może. 

Zdumiało go to spotkanie. Otworzył usta. Wymówił jej imię. 

- Musisz opiekować się Mają - rzekła. Nie miała pojęcia, skąd wzięła to imię. Było w 

jej ustach. Mieszkało tam. Nie pomyliła się, poznała to po jego reakcji. 

- Co się dzieje z Mają? 

- Muszę to przekazać dalej, muszę to przekazać Mai. To konieczność. Nie chcę tego, 

ale tak musi być. Ja nie mogę uratować twego życia. 

-  Uratować  mego  życia?  -  spytał.  Wyciągnął  do  niej  rękę.  Chciał  jej  dotknąć.  Może 

przekonać się, czy jest tu naprawdę. 

Uchyliła się. 

- Maja jest jedyną, która może uratować ci życie. 

-  Wolałbym  raczej  umrzeć,  jeżeli  chcesz  przekazać  dalej  to,  o  czym  myślę,  Raiju. 

Moje życie nie jest tak wiele warte. Rozumiesz? Wolę raczej umrzeć. Wolę raczej umrzeć, niż 

Maję na to narazić! 

Pokręciła głową. 

- To niemożliwe. Jesteście potrzebni, zarówno ty, jak i ona. 

Chciała  powiedzieć  mu  więcej,  ale  nie  było  czasu.  Coś  ją  unosiło.  Zabrało  z  sobą. 

Prowadziło dalej. 

Miała więcej do powiedzenia. 

Lubiła go. Bardzo go lubiła. Istniało między nimi tyle ciepła. Dobrego i głębokiego. 

Nie był dużo starszy od niej. Przystojny. Nie mógł umrzeć. 

Wracała do domu. Wiedziała, że nie jest sama. Wiedziała, że kogoś ze sobą zabrała, 

ale nie mogła się odwrócić, żeby go zobaczyć. 

Wracała  do  domu  z  zorzą  polarną.  Wracała  przez  góry,  przez  płaskowyże,  przez 

morza. 

Tak wyglądał jej krajobraz: otwarty i rozległy. Chociaż Archangielsk również był jej 

bliski. Belki i kamienie. Domy. 

background image

Kochała je. 

Okolicę nadal okrywało trochę śniegu. Morze Białe powoli otwierało się - jak kobieta 

przed kochankiem. 

Morze Białe kusiło. I wyzwalało w Raiji nienawiść. Nienawidziła morza. 

Spojrzała  w  nocne  niebo.  Zorza  polarna  zabarwiła  je  na  lodowato  żółto.  Jej  zorza 

polarna. 

Stanowiła jedno z Raiją. Raija wraz z nią podróżowała. Chciała tego. Pragnęła się z 

nią stopić. 

Z czasem. 

Na powrót znalazła się w domu. W domu nad Dwiną. Na podwórzu, które należało do 

niej. Pozwoliła stopom stąpać po ścieżkach, które znała. Jej ścieżkach. 

Zorza polarna wciąż była przyjazna, ciepła. 

Zostawiła ją innej kobiecie. Pięknej w szczególny sposób. Płomienne oczy, czarne jak 

jej  własne,  z  żółtą  otoczką  wokół  źrenicy.  Czarne,  długie  włosy  opadające  na  plecy.  Blada 

cera. Oba policzki oszpecone ukośnymi bliznami. 

Raija znała ją. 

Kochała. 

Całą sobą kochała tę młodą kobietę. Ból, który czuła, miał swe źródło w miłości. 

Usta  w  bladej  twarzy  poruszyły  się.  Układały  słowa.  Słowa,  których  się  nie 

spodziewała, których nie chciała słuchać. 

-  Dlaczego  nas  tak  po  prostu  zostawiłaś?  Dlaczego  nie  wracasz?  Dlaczego  mnie 

zdradziłaś? 

Raija  uśmiechnęła  się.  Czuła,  że  jej  kąciki  ust  lekko  uniosły  się  ku  górze,  mimo  że 

najchętniej by się rozpłakała. Wiedziała, że nie zna wytłumaczenia, które by mogło stanowić 

odpowiedź. Wiedziała, że nie ma czasu na wyjaśnienia. 

Wkrótce wstanie ranek. 

Wkrótce nadejdzie czas na słońce. Nie na zorzę polarną. Nie na ciche wiatry nocy. 

- Zrobiłam to, co musiałam - odparła. - Wierz mi, zrobiłam to, co musiałam, Maju - 

powtórzyła.  -  Zawsze  byłam  wierna  sobie,  moim  powinnościom.  Robię  to,  co  muszę,  moje 

dziecko.  Przekazuję  tobie  moje  brzemię.  Nie  prosiłam  o  nie,  ale  je  otrzymałam  i  stało  się 

moim przekleństwem. Lecz bez niego nie mogłabym żyć. Nie chciałam nikomu przekazywać 

tej siły, chciałam ją ze sobą zabrać do innego świata. Ale to niemożliwe. Owa moc musi iść 

dalej.  Znosisz już wystarczająco  wiele, Maju, ale jesteś tą wybraną. To  dziedzictwo wbrew 

swej  woli  przekazuję  tobie.  Oby  przyniosło  ci  mniej  bólu  niż  mnie.  Będziesz  przeklinać  tę 

background image

zdolność  i  będziesz  przeklinać  mnie,  ale  ja  nie  mogę  pomagać  tym,  których  kocham.  Ty 

musisz zrobić to za mnie. Dać życie komuś, kto nam obu jest drogi. 

Wiedziała,  kim  jest  ta  druga  kobieta.  Wiedziała  też,  dlaczego  ona  sama  czuje  tak 

dotkliwy ból. 

Ta  dziewczyna  to  jej  dziecko.  Urodziła  ją.  Dała  jej  życie  i  poświęciła  ją.  Opuściła. 

Zostawiła... 

Nie wiedziała, czemu. 

Wiedziała tylko, że Maja jest jej dzieckiem i że ją zdradziła. 

A teraz przekazuje jej to, co jej samej sprawiło tyle cierpienia. Z czym wiązało się tyle 

udręki. 

Zobaczyła, jak zorza polarna spowija Maję. Maję, jej dziecko. Jej córkę... 

- Dlatego - powiedziała. - Dlatego... 

Musiała  to  uczynić.  Inaczej  ten  człowiek  o  zielonych  oczach  umrze.  Mężczyzna, 

którego bardzo kochała. Którego jej dziecko darzyło niepojętą miłością. 

Patrzyła w noc. Widziała wyraźnie. 

Zorza polarna otuli jej dziecko ciepłem. Będzie go pilnować, będzie go strzec. Otoczy 

swą opieką i zaprowadzi bezpiecznie z powrotem. 

Trzeba było jej to pokazać, trzeba było ją tu przywołać. 

Nie powiedziała jej, że ją kocha. Nie zdołała jej powiedzieć o swym bólu. 

Maja... 

Raija  zrodziła  się  z  zorzy  polarnej,  jej  córka  była  również  córką  tej  wielkiej 

nieskończoności, tego, co niepojęte, cudowne. 

Pora wracać do domu. 

Owinęła się ciaśniej peleryną. Kroczyła po rozmokniętej ziemi. W tych butach ciężko 

się szło. Marzły jej stopy. 

- Święta Panienko! - mruknęła Raija, budząc się. Z trudem wstała. Zdziwiła się, kiedy 

wyjrzała przez okno i zobaczyła światło. Światło dzienne. 

Rzadko kiedy jej ciało wydawało się tak ciężkie i rozbite, a mięśnie tak wiotkie! 

Bolały ją stopy. Bolały wszystkie członki. Odnosiła wrażenie, jak gdyby spędziła całą 

noc  na  końskim  grzbiecie.  Albo  wędrowała  wzdłuż  brzegu  Dwiny.  Tak  właśnie  zmęczone 

miała stopy. 

Zebrała się w sobie, przełożyła nogi przez krawędź łóżka i spojrzała na nie. Wyglądały 

tak jak zwykle. Przypuszczała, że całe jej ciało wyglądało jak zwykle. 

background image

Ale  w  głowie  miała  taki  zamęt,  o  jaki  nie  przyprawiłoby  jej  nawet  kilka  antałków 

wypitej  wódki.  Nie  mogła  zebrać  myśli,  ból  rozsadzał  jej  głowę,  która  sprawiała  wrażenie 

zbyt dużej. 

Raija  zdawała  sobie  sprawę  tylko  z  tego,  że  spała.  Nie  pamiętała,  że  się  położyła. 

Przypomniała sobie, że Jewgienij pragnął dzielić z nią jej ból, ale go odtrąciła. A potem po 

prostu zasnęła. 

Włożyła ubranie. Nie mogła sobie poradzić z zapięciem guzików. Z trudem znalazła 

dziurkę w pasku spódnicy. Włosy miała splątane, jak gdyby tańczyły z nocnymi wiatrami w 

szaleńczym flircie. 

Z  mozołem  starała  się  je  rozczesać.  Nie  miała  siły  ich  spleść.  Ramiona  również  ją 

bolały. 

- O, kto to wstał! - Walerij spojrzał na Raiję zaczepnie, kiedy, zataczając się, weszła 

do  kuchni.  Siedział  przy  piecu  i  strugał  patyczki  z  Michaiłem.  Jej  syn  też  śmiał  się  pod 

nosem. Rzucał ukradkowe spojrzenia na Walerija. - I to ty nas uczyłaś, że nie można za późno 

wstawać, że tylko leń przesypia dzień. 

Osunęła  się  na  ławę  przy  stole.  Wiedziała,  że  nie  będzie  w  stanie  się  ruszyć  przez 

resztę dnia. 

- Spałam... - rzekła. - Ale nigdy w życiu nie czułam się tak zmęczona, jak teraz. Zdaje 

mi się, jakbym całą noc rodziła. 

Walerij spojrzał na Raiję poważnie. 

- Przeszłaś trudne chwile, Raija. Jewgienij opowiadał mi o tym, jaką miałaś zimę. Jak 

sprzeciwiłaś  się  Norkinowi.  Mało  kto  postąpiłby  podobnie.  Nic  nie  zyskałaś.  A  nawet  coś 

straciłaś. 

Raija musiała oprzeć głowę na rękach. Była skrajnie wyczerpana. Nie czuła głodu ani 

pragnienia.  Wydawało  jej  się,  że  śniła,  ale  nie  pamiętała,  o  czym.  Nie  mogła  sobie 

przypomnieć, nie mogła cofnąć się myślami. 

- Czy można się tak zmęczyć z powodu trosk? - spytała. - Czy jesteś w stanie to pojąć, 

Walerij? Czuję się tak, jakby ktoś bił mnie przez całą noc. Jestem po prostu wykończona! Czy 

smutek może doprowadzić do takiego stanu? Nawet nie płakałam. 

Walerij odłożył nóż i drewno. Usiadł w kucki przed Raiją, chwycił ją za obie dłonie. 

-  Myślę,  że  tłumiłaś  zbyt  wiele  smutku,  Raija  -  Raisa.  Dziś  w  nocy  znalazł  ujście  i 

dlatego jesteś tak zmęczona. - Raija nie była tego pewna. W jej piersi wciąż tkwiła zadra po 

ś

mierci Jelizawiety. Nie wiedziała, czy ów dziwny brak siły ma z tym coś wspólnego. - Nikt 

background image

nie  znaczył  dla  mnie  i  Jelizawiety  więcej  niż  ty  i  stryj  Wasilij.  Nie  możesz  sobie  niczego 

wyrzucać. Przestań się zadręczać! 

Czy to takie proste? Czy dlatego jest tak wyczerpana? 

Raija nie miała pojęcia. 

Była tylko zmęczona. 

Czuła pustkę. 

background image

10 

-  Walerij  bardzo  przeżył  śmierć  siostry  -  rzekł  Piotr  z  powagą.  -  Chciałbym,  żeby 

Wasia tu był. 

Nagle zakłopotał się. Odwrócił wzrok. Jego policzki nabrały żywszych kolorów. 

-  Masz  rację,  ze  względu  na  Walerij  a  Wasilij  powinien  tu  być  -  przyznała  Raija 

spokojnie. - Nie musisz się tak czerwienić, Piotr. To nie tajemnica. Wszyscy wiedzą, dlaczego 

wyjechał do Norwegii. 

Piotr przyglądał się jej przez chwilę. 

- Byłaś moją pierwszą miłością - rzekł. Wyznał to, co już wiedziała. Dostrzegła jego 

oddanie. Dostrzegła od początku. Ale nigdy nie rozmawiali na ten temat, ponieważ zdawali 

sobie sprawę, że to młodzieńcze zauroczenie szybko minie. - Po tym, co zrobiłaś dla nas na 

„Antonii”, wydawałaś się aniołem. Dzięki tobie mogliśmy opuścić statek. Sprawiłaś, że moje 

rany  się  zabliźniły.  Nie  mogłem  cię  nie  pokochać.  Kiedy  mnie  pocałowałaś,  przysiągłem 

sobie, że do końca życia pozostanę ci wierny. 

Uśmiechnął  się.  W  tamtym  czasie  był  jeszcze  chłopcem,  dopiero  stawał  się 

mężczyzną. Teraz dorósł, miał żonę i dzieci. Położył rękę na swej piersi. 

-  Nadal  zajmujesz  cząstkę  mego  serca.  Nie  zapomina  się  kobiety,  która  pierwsza 

rozpaliła namiętność w... 

Raija  roześmiała  się.  Potargała  mu  włosy.  Piotr  był  podobny  do  Wasilija  i  Walerija 

oraz do swego ojca, Walentina, kuzyna Wasilija. 

Siedząc  razem  na  nabrzeżu,  patrzyli,  jak  marynarze  ładują  towar  na  statek.  Patrzyli, 

jak Walerij pracuje, jak jego ubranie nasiąka potem i tworzą się na nim ciemniejsze plamy. 

Nic już nie wiązało Walerija z Archangielskiem. W jego oczach widniała surowość, 

kiedy o tym mówił. Piotr był starszy. Miał w sobie więcej łagodności. 

-  Co  się  z  nim  stanie?  -  Raija  nie  spuszczała  z  Walerija  wzroku.  Żałowała  z  całego 

serca, że nie mogła mu ofiarować innego dzieciństwa, innego dorastania, innych możliwości. 

Lecz niczego nie można odwrócić. 

- Mogę z niego zrobić doświadczonego marynarza - rzekł Piotr. Był niewiele starszy 

od Walerija, lecz bardzo wydoroślał od czasu buntu na „Antonii”, kiedy ojciec wyznaczył mu 

rolę męczennika. - Jest tak niespokojny, że życie na morzu mogłoby mu się spodobać, ale.. - 

Piotr uśmiechnął się krzywo: - „tak jak my wszyscy nie lubi wykonywać niczyich rozkazów. 

background image

Najchętniej  decydowałby  sam.  Lecz  nie  wszyscy  mogą  być  kapitanami  Nie  jestem  zresztą 

pewien, czy mógłby zostać dobrym kapitanem. 

-  Chciałabym  móc  dać  im  obojgu  coś  więcej  -  odezwała  się  Raija.  Naprawdę  tak 

myślała. - Ale nic więcej nie mam. Czuję się winna śmierci Jelizawiety. Tylu rzeczy jej nie 

powiedziałam. Nie była jeszcze dorosła, choć mnie tak się wydawało. 

Piotr uśmiechnął się uśmiechem Uskowów. Nie nosił tego samego nazwiska, ale ów 

uśmiech zdradzał przynależność do rodziny. 

Objął Raiję ramieniem. Jako młody, zakochany chłopiec nigdy by się na to nie zdobył. 

Teraz jako mężczyzna, który nabrał już trochę doświadczenia i odwagi, nie czuł skrępowania. 

- Myślisz pewnie, że co do Walerij a również się mylisz. Nie zamartwiaj się, wierzę, 

ż

e sobie poradzi. Płynie w nas gorąca krew, ale jesteśmy całkiem rozsądni. Spójrz tylko na 

stryjka Wasię. 

Raija  dziękowała  opatrzności,  że  Wasilij  posiadał  wystarczająco  wiele  rozumu.  Tak 

jak i on trzymała się w ryzach, starała się panować nad sobą. Jednak jej nie kosztowało to tak 

wiele jak Wasilija. 

- Wciąż bym się martwiła, gdyby Walerij tu został - przyznała Raija. - Po tym, co się 

stało,  bałabym  się,  że  się  w  coś  wplącze.  A  gdyby  rzeczywiście  coś  przeskrobał, 

wyrzucałabym sobie, że to z mojej winy, że nim odpowiednio nie pokierowałam, że go źle 

wychowałam... 

- To, co się stało z Jelizawietą, to nie twój błąd! 

Raija słyszała takie zapewnienia już nieraz, ale wiedziała, że nigdy nie da im wiary. 

Ludzie mówili tak tylko przez grzeczność, ponieważ dobrze jej życzyli. Ponieważ i tak nic się 

już  nie  da  zrobić.  Jelizawietą  nie  żyje.  I  tak  nic  jej  nie  wróci  życia,  nawet  gdyby  ktoś 

przyznał, że Raija ponosi odpowiedzialność za śmierć dziewczyny, że to jej wina. 

- Podziwiam twoją odwagę - odezwał się znowu Piotr. Jego głos niczym nóż przeciął 

myśli  Raiji.  Patrzyła,  jak  Walerij  dźwiga  na  pokład  worki  plecione  ze  słomy,  w  których 

przechowuje  się  mąkę.  One  także  miały  trafić  na  zachód.  -  Wdowy  po  marynarzach 

zginęłyby, gdyby nie ty i Antonia. Nikt nie kiwnąłby nawet palcem, żeby im pomóc. Każdego 

dnia  znajdowano  by  na  ulicy  kogoś  zamarzniętego  na  śmierć.  To,  co  dla  nich  zrobiłaś, 

przysporzyło ci chwały, Caryco! Uśmiechnął się szeroko. 

-  Wolałabym,  żebyś  nie  nadał  mi  tego  imienia!  -  westchnęła  Raija.  -  Przylgnęło  do 

mnie bardziej, niż bym chciała. Chcę być tylko Raiją. Robić to, co muszę jako Raija. 

- A co musi robić Raija? 

background image

Zadał zbyt trudne pytanie. Nie potrafiła na nie odpowiedzieć. Domyślała się niejasno, 

ale nie miała odwagi starać się tego nazwać. Bała się, że owo wrażenie zniknie, tak jak obraz 

w  spokojnej  wodzie,  gdy  tylko  dotknie  się  jej  powierzchni.  Zmieni  się.  Wykrzywi  i 

zniekształci. 

Nie chciała o tym rozmawiać z Tonią. Jeszcze nie teraz. Tonią by się zmartwiła. 

Nie mogła też pomówić z Olegiem, ponieważ Oleg powtórzyłby Toni jej słowa. 

Nie mogła tego dzielić z Jewgienijem, nawet jeżeli by chciała. Jewgienij próbowałby 

ją chronić, powstrzymywać. Zacząłby jej pilnować. 

Tak nie powinno być. 

Raija zatęskniła za Wasilijem. 

Nie  zdobyła  się  na  to,  by  zwierzyć  się  Piotrowi.  Żyje  zbyt  krótko,  nie  zrozumiałby. 

Jednak jego pytanie trafiło tak celnie, że aż zapiekło. 

Co takiego musi robić Raija? 

- Miewam sny - odparła. Wzrokiem ogarniała horyzont. Był szary. Cieszyła się na tę 

porę  roku,  kiedy  czysto  niebieskie  niebo  całowało  czysto  niebieskie  morze  daleko  na  tej 

cienkiej linii, która istniała dla jej oczu. 

Raija wiedziała, że ta cienka linia to coś takiego, czego istnienia człowiek nawet się 

nie domyśla, gdy jej dotyka. 

Tak łatwo było zwierzyć się obcemu. Komuś, kto znowu wyjedzie. 

Piotr zrozumiał, że Raija nie mówi o pięknych snach. Spytał wprost: 

- Czy Wasia mógłby ci pomóc? 

Przynajmniej  by  wysłuchał!  Pomóc?  Raija  nie  była  pewna,  czy  ktokolwiek  mógłby 

pomóc. Może jakiś święty! Ale tacy nie chodzą po ziemi. 

- Jeśli tak, to uważam, że powinnaś mu o tym opowiedzieć - stwierdził Piotr. Dziwne, 

ż

e on również potrafił czytać w jej myślach. 

Nawet nie spytał, czy wspomniała o tym Jewgienijowi, czy myślała o tym, by wyznać 

mężowi, co ją dręczy. Uznał to za oczywiste. 

Raija  nie  wiedziała,  czy  to,  co  czuje,  to  wyrzuty  sumienia.  Nie  mogła  ukazać 

Jewgienijowi całej swej duszy, gdyż to, co by w niej znalazł, zmusiłoby go do odizolowania 

jej od świata. 

Nie  zdążyła  spytać  samej  siebie,  co  powinna  uczynić.  Na  moment  pochwyciła 

spojrzenie Walerija, stojącego z dala. Zrobił sobie przerwę, na którą właściwie nie miał czasu. 

Piotr nie mylił się, mówiąc, że nikt w ich rodzinie nie lubi rozkazów. Woleli ustalać własne 

reguły, robić to, co im odpowiada. 

background image

Nagle coś przykuło uwagę Walerija. W jego oczach pojawiła się taka surowość, taka 

nienawiść, że Raija zadrżała. 

Pomyślała,  że  Walerij  powinien  się  wyzbyć  owych  wrogich  uczuć  wobec  Nikołaja. 

Lepiej, gdyby usiadł z nim przy stole i porozmawiał. 

Obok  Raiji  zatrzymał  się  młody  Norkin.  Najwidoczniej  jej  szukał.  Z  wyrazem 

cierpienia na twarzy, zdyszany, wyraźnie niezadowolony z obecności Piotra. Ale Piotr udał, 

ż

e  tego  nie  widzi.  Nikołaj  zaś  był  zbyt  dobrze  wychowany,  by  go  poprosić  wprost  o  zo-

stawienie ich z Raiją samych. 

-  Wyjeżdżam!  -  rzekł  ponuro.  Stanął,  stawiając  nogę  na  beczce,  na  której  siedziała 

Raija. Oparł dłonie na kolanie. Przeczesał włosy palcami, lecz nie udało mu się ich ułożyć. - 

Wyjeżdżam! Bez względu na to, co powiedzą rodzice, wyjeżdżam! Dłużej tu nie wytrzymam! 

-  Dokąd?!  -  spytała  Raija.  Dokąd  on  mógł  jechać?  Był  przecież  dziedzicem  rodu 

Norkinów, nie mógł zawieść swych bliskich. Stanowił całą przyszłość rodziny. 

- Zaciągam się na statek! Chcę popłynąć jak najdalej stąd! 

Był zdesperowany. Twarz mu poczerwieniała, zaciskał dłonie w pięści i uderzał nimi 

o udo. 

Walerij uważnie obserwował jego zachowanie. Uśmiechał się szeroko. Śmiał się, jak 

wtajemniczony śmieje się z kogoś, kto nie wie, co go czeka. 

Potem  podszedł  do  nich  leniwym  krokiem.  Stanął  na  wyciągnięcie  ramienia  od 

Nikołaja z rękami na biodrach. 

- Wybierz się w rejs jednym ze statków swego ojca, Norkin! Wtedy dostaniesz własną 

kajutę i tak łatwe zadania, że niewiele będziesz mógł narobić szkód. 

-  Nie  chcę,  by  traktowano  mnie  w  szczególny  sposób,  dlatego  że  jestem  synem 

właściciela!  -  Chciał,  by  go  słuchano,  by  mu  wierzono.  Popatrzył  na  Raiję,  szukając  jej 

poparcia. Wierzył, że przynajmniej ona jest po jego stronie. 

Walerij roześmiał się głucho: 

- Inni przyjęliby taką propozycję z pocałowaniem ręki. Co ty byś robił na pokładzie? 

Co  właściwie  potrafisz?  Twoje  ręce  nigdy  przedtem  nie  trzymały  liny.  Nie  wiesz,  o  czym 

mówisz. Nikt by nie zarobił, gdyby miał załogę złożoną z takich ludzi jak ty. 

- Stary nie pozwoli mi popłynąć swoim statkiem - rzekł Nikołaj z goryczą. 

- A sądzisz, że ktoś się odważy zatrudnić na swym pokładzie syna Anatolija Norkina? 

- spytała Raija łagodnie. - Wszyscy wiedzą, że twój ojciec sobie tego nie życzy. Zabrałby cię 

na swój statek,  gdyby taka była jego wola. Wszyscy boją się ludzi posiadających władzę.  I 

słusznie. Ja nie dysponuję statkiem, na który mogłabym cię zabrać. 

background image

- Jewgienij ma. 

Raija zrozumiała, dlaczego przyszedł do niej. Miała paść przed Jewgienijem na kolana 

i prosić w imieniu Nikołaja. To ona powinna przekonać męża, żeby się zgodził. 

- Musisz sam z nim porozmawiać - rzekła. - Jeżeli bardzo tego pragniesz, musisz mieć 

odwagę zwrócić się z tym do niego. 

Piotr odchrząknął. Na jego ustach czaił się uśmiech. 

-  Po  co  zawracać  głowę  Jewgienijowi?  Już  dość  kłopotów  go  spotkało  ze  strony 

Norkina - zauważył, wzruszając ramionami. - Znam kapitana, który nie przywiązuje wielkiej 

wagi  do  tego,  z  kim  wypływa.  Statek  należy  do  pewnej  wdowy,  która  pozwala  kapitanowi 

decydować o wszystkim, dopóki statek przynosi jako taki zysk. Jeżeli Norkin będzie się od-

grażał, myślę, że to tylko doda jej odwagi. 

- Nie możemy zabrać Nikołaja! Nie na nasz statek! - zaprotestował Walerij biały na 

twarzy. 

- Możemy - uznał Piotr. - To nasza rodzina nosi żałobę po Jelizawiecie. To z naszą 

rodziną się związał, czy  tego chce, czy nie, przez krew twojej siostry. Postaramy się, byś z 

nami popłynął, Nikołaju Norkin. Nie jako dostojny gość, lecz jako prosty marynarz. Od ciebie 

tylko zależy, czy przyznasz się przed załogą, kim jesteś. 

- Nie jestem tchórzem, by udawać kogoś innego! - Nikołaj nie lubił, gdy w niego nie 

wierzono, gdy traktowano go jak słabeusza. - Właśnie czegoś takiego chciałem. Prawdziwej 

pracy na prawdziwym statku! 

- I będziesz żałował, że kiedykolwiek wpadłeś na tak idiotyczny pomysł - stwierdził 

Walerij,  wywracając  oczami.  Nie  mógł  pojąć,  że  ktoś  dobrowolnie  dokonywał  tak 

beznadziejnego wyboru. - Musisz naprawdę czuć, że masz wiele do odpokutowania - dodał i 

odszedł, kręcąc głową. 

- To nie tak! - Nikołaj patrzył zrozpaczony to na Raiję, to na Piotra. - Chciałbym tylko 

zrobić coś sam. Samodzielnie stać się mężczyzną. Nie tylko dorastać w cieniu ojca i przejąć 

wszystko po jego śmierci, gdy nikt nie będzie zadawał pytań, czy na to zasłużyłem, gdy nikt 

nie będzie wiedział, jaki jestem i co potrafię... 

- Walerij nie jest taki zły, gdy się go pozna bliżej - rzekł Piotr łagodnie. - Jest tylko 

trochę  porywczy.  -  Utkwił  wzrok  w  Nikołaju  i mówił  dalej:  - Słuchaj! Daję  ci  szansę.  Być 

może przede wszystkim  dlatego, że uważam, iż jestem to winien Jelizawiecie. Kochała cię, 

zatem  musiała  w  tobie  dostrzec  coś  wartościowego.  Jelizawieta  była  jedną  z  nas,  a  my 

polegamy na naszych bliskich. Zakładamy, że widzą tak, jak i my moglibyśmy widzieć. Może 

i  ja  coś  w  tobie  zauważyłem.  Może  uwierzyłem,  że  sobie  poradzisz.  To  zależy  od  ciebie. 

background image

Będziesz traktowany dokładnie tak jak inni marynarze. Nawet jeśli przyznasz się, kim jesteś, 

wszyscy po tygodniu zapomną twoje nazwisko. Nie będziesz miał lepiej niż pozostali, ale też 

nie będziesz miał gorzej. 

- Tego właśnie chcę. 

Wydawał się tak radośnie podekscytowany, że Raiji zrobiło się go żal. Pomyślała, że 

chłopak  boleśnie  odczuje  na  własnej  skórze,  kim  jest  jego  ojciec,  przynajmniej  przez 

pierwszy tydzień, zanim wszyscy rzeczywiście zapomną, czyje nazwisko nosi. 

-  Jednak  najpierw  będziesz  musiał  dopilnować  kilku  spraw  -  zastrzegł  Piotr.  -  To 

jedyne, co cię nie ominie. - Wzrok Piotra nabrał większej stanowczości, głos stał się jeszcze 

bardziej surowy. - Musisz o swych planach powiedzieć ojcu. Chciałbym mieć jego podpis, że 

się  zgadza,  byś  zaciągnął  się  na  nasz  statek.  Chcesz  być  mężczyzną,  więc  powiem  ci,  jak 

zacząć. 

Nikołaj  Norkin  zbladł.  Tego  się  nie  spodziewał.  Ładna  twarz  zdradzała  wszystkie 

uczucia, wzrok wydawał się bezbronny. Ale po chwili Nikołaj wyprostował się, a jego drżąca 

dolna warga znieruchomiała. Spytał, kiedy ma być gotów do drogi, co powinien zabrać i jak 

się nazywa statek. 

Piotr uśmiechnął się, patrząc, jak chłopak odchodzi. 

- Nie spytał, dokąd płyniemy! Może powinienem go trochę przestraszyć i powiedzieć, 

ż

e ruszamy w kurs między Kem i Archangielskiem! 

- Daj spokój, już dosyć się nacierpiał. 

- Zachowujesz się jak matka, bronisz wszystkich, którzy nie umieją sobie radzić, Raija 

- Raisa - uśmiechnął się Piotr. - Myślisz, że jednak przyjdzie? Myślisz, że dobrze postąpiłem, 

zgadzając się, by z nami popłynął? 

- Powinieneś sam wiedzieć - odparła. - Wszak jesteś mężczyzną, Piotrze, prawda? 

Raija  nie  zdążyła  uprzedzić  Jewgienija,  że  się  spóźni.  Jechała  do  domu,  kiedy  wóz 

Norkinów z hałasem przejechał obok, nagle zatrzymał się, a stangret zeskoczył na ziemię. Był 

biały na twarzy, a konie zlane potem. 

- Raisa Bykowa, w imię Najświętszej Panienki i wszystkich świętych, proszę pójść ze 

mną! Pani chce z tobą mówić. Pani żąda, byś z nią porozmawiała. - Rozejrzał się na wszystkie 

strony i zniżył głos: - Prawdę mówiąc, urządza prawdziwe piekło i wszyscy niedługo oszaleją. 

W kółko powtarza, że chce z tobą rozmawiać! 

Raija wzruszyła ramionami. Stangret wyglądał żałośnie, tak jakby został wyrzucony z 

domu z poleceniem, by nie pokazywał się, zanim jej nie znajdzie. 

background image

- Dobrze, jeżeli tak trzeba - zgodziła się. Musiała przyznać przed sobą, że ogarnęła ją 

ciekawość. Właściwie nigdzie jej się nie spieszyło. Michaił pojechał z Jewgienijem. Wracała 

do domu tylko po to, żeby  coś ugotować. Ale  raz mogą zjeść suszone mięso z chlebem. A 

może zdąży jeszcze podgrzać kaszę. To zależy, jaką sprawę ma do niej Fewronia Norkina. - 

Nie wiedziałam, że pani jest tu w Archangielsku - dodała. 

- Przyjechała - westchnął stangret - kilka dni temu. Od tamtej pory urządza w domu 

prawdziwe piekło. 

Rzeczywiście  musiało  być  źle,  skoro  odważył  się  w  ten  sposób  wyrazić  o  swej 

chlebodawczyni wobec obcej osoby. 

-  Pojadę  własnymi  końmi  -  oświadczyła  Raija.  -  Pani  nie  będzie  chyba  miała  nic 

przeciwko temu. 

Uśmiechnął się z ulgą. 

Na  miejscu  Raija  spostrzegła  natychmiast,  że  stangret  zbytnio  nie  przesadził. 

Poprowadzono ją przez jasne komnaty. Wszędzie paliły się lampy. Nie było kąta, który by nie 

był  oświetlony.  Lampy  różnej  wielkości  rzucały  małe  i  duże  kręgi  przeplatające  się 

nawzajem, tworząc jakby rozedrgany żółty obraz świetlny. 

Na widok gospodyni Raiję przeszedł dreszcz. 

Z pewnością nikt w Archangielsku nie widział Fewronii Norkiny w takim stanie. Raija 

miała ochotę po prostu zamknąć oczy. Nikt nie powinien się tak pokazywać innym ludziom. 

Nikt nie powinien upokarzać się do tego stopnia. 

Gospodyni leżała na sofie w kolorze głębokiej czerwieni. Raija ledwie dostrzegła ową 

czerwień, bo sofa niemal niknęła pod Norkiną i poduszkami, na których się wspierała. 

Matka  Nikołaja  miała  na  sobie  więcej  czerni  niż  najbardziej  pogrążona  w  żałobie 

kobieta. Włosy splotła w szczególny sposób. Raija od razu zauważyła, że Norkiną uczesała 

się sama. Pewnie tego dnia nie dopuszczała do siebie nikogo ze służby. Kiedy Raija uważniej 

się  jej  przyjrzała,  zobaczyła,  że  suknię  ma  niedopiętą.  To  nawet  dobrze,  uznała  nieco 

złośliwie Raija, że przy takiej figurze górna część sukni jest luźna. 

Matka Nikołaja płakała. Raija przyłapała się na myśli, że jedyne, co jeszcze bardziej 

mogłoby ją oszpecić, to rozmazany makijaż. 

Na szczęście Norkina się nie malowała, dlatego udało się jej zachować choć odrobinę 

godności.  Raija  przypomniała  sobie  tę  Fewronię  Norkinę,  która  tonem  nie  znoszącym 

sprzeciwu  wydawała  polecenia  innym,  oczekując  ich  natychmiastowego  spełnienia,  i 

bezwzględnie egzekwowała swą wolę. 

- Mój syn wyjechał! Słyszałam, że go do tego nakłoniłaś, Raiso Bykowa! 

background image

A więc o to chodzi! 

O Nikołaja! 

Starczyło mu zatem odwagi, by powiadomić ojca o swej decyzji i uzyskać jego zgodę. 

Raija  poczuła  się  dumna  w  imieniu  chłopaka.  Może  to  brzydko  z  jej  strony,  ale  nie 

potrafiła współczuć tej kobiecie. 

Sama jest matką, ale nie uważała, że posiada Michaiła na własność. 

- Twój syn ma dziewiętnaście lat, Norkina - powiedziała spokojnie. - Sądzę, że potrafi 

myśleć samodzielnie. Dziewiętnastolatek to już mężczyzna. Czy ci się to podoba, czy nie... 

-  Czy  i  do  tego  go  namawiałaś?  By  pokazał,  że  jest  mężczyzną?  -  Złość  i  płacz 

przeplatały się ze sobą. Fewronia Norkina nie przedstawiała sobą pięknego widoku. - Z tego, 

co słyszę, wnioskuję, że nie przywiązujesz zbytniej wagi do tego, że jesteś żoną Jewgienija 

Bykowa.  Marynarz  z  kubryka  czy  młody  niewinny  chłopak,  co  to  dla  ciebie  za  różnica, 

Caryco! 

Raiję  ogarnęło  wzburzenie.  Wiedziała,  że  takie  myśli  krążą  w  ludzkich  głowach. 

Wiedziała,  że  ludzie  szepczą  o  tym  przy  samowarach,  ale  nikt  jeszcze  nie  rzucił  jej  tego 

prosto w twarz. 

Mogłaby  zacisnąć  zęby  i  przełknąć  ten  zarzut,  gdyby  tkwiło  w  nim  choć  ziarno 

prawdy. 

Ale nie mogła milczeć, słysząc podłe oskarżenia. 

- Nie powinno cię to obchodzić, jaką jestem żoną, Norkina! - Lodowaty powiew, który 

niósł  jej  słowa,  byłby  w  stanie  zgasić  wszystkie  lampy  w  pokoju.  -  Moja  moralność 

pozostawiałaby może mniej do życzenia niż prowadzenie się większości innych kobiet, gdyby 

przyjrzeć im się bliżej! 

-  Nigdy  nie  zdradziłam  mojego  męża!  -  Fewronia  Norkina  zaszlochała  wzruszona, 

używając brzegu sukienki jako chusteczki. 

-  Łatwo  dochować  wierności,  jeśli  się  nigdy  nie  zostało  wystawionym  na  próbę  - 

odgryzła się. - A co się tyczy Nikołaja: jeżeli twój syn zdecydował się zaciągnąć na statek i w 

dodatku  ktoś  zgodził  się  go  przyjąć,  to  myślę,  że  powinnaś  być  z  niego  dumna,  zamiast 

rozpaczać. Pokazał, że ma dość siły, by stanąć na własnych nogach. 

- A więc wiedziałaś o tym? - Norkina wymierzyła w Raiję drżący palec. 

Raija skinęła głową. 

- Próbowałam  go odwieść od tego pomysłu - odparła  -  ale teraz tego żałuję. Jednak 

widzę,  że  starczyło  mu  rozsądku  i siły  woli,  żeby  postawić  na  swoim.  Może  pewnego  dnia 

będziesz miała powód, by naprawdę być dumna z syna! 

background image

- Dlaczego? - szlochała Fewronia Norkina. - On nie musi niczego robić. Nie musi się 

niczego  uczyć.  Ma  wszystko,  czego  się  od  niego  wymaga.  Wystarczy,  że  jest  Norkinem. 

Więcej  nie  trzeba.  Nie  musi  być  nikim  więcej!  Jest  moim  synem.  Chcę,  by  pozostał  przy 

mnie! 

Mówiłam mu, że łamie mi serce, lecz on mimo to zdecydował się odejść! To ty go do 

tego  nakłoniłaś!  Ty,  która  zwodzisz  wszystkich  mężczyzn!  Ty,  która  nawet  starców 

prowokujesz do grzesznych myśli... 

Raija zbladła. 

A więc chodzi o coś więcej niż tylko o to, że Nikołaj przeciwstawił się rodzicom. O 

coś jeszcze innego. 

Nie spodziewała się tylu zarzutów. Przecież w niczym nie zawiniła. 

Ale  na  nic  się  nie  zda  przekonywanie  o  tym  Norkiny.  Wbiła  sobie  do  głowy,  że 

wszystkim ciosom zadawanym jej przez życie winna jest Raisa Bykowa. 

-  Nikołajowi  dobrze  zrobi,  gdy  się  usamodzielni  -  powiedziała.  -  Gdy  zobaczy  inny 

ś

wiat. 

-  Dlaczego?!  -  krzyknęła  Norkina.  -  Dlaczego?  Gdyby  Raija  próbowała  jej  to 

wytłumaczyć, i tak by nie zrozumiała. Nie uznałaby żadnych argumentów, nie stać jej było na 

obiektywizm.  Każde  słowo  wypowiedziane  przez  Raiję  wykorzystałaby  przeciwko  niej. 

Wynalazłaby kolejne powody, by ją nienawidzić. 

Raija nie chciała się na to narażać. 

Nie było warto. 

Nikołaj nie znaczył dla niej aż tak wiele, mimo że i jego obejmowała krańcem swych 

opiekuńczych skrzydeł. 

- Nie ja jestem za to odpowiedzialna - rzekła. Nie potrafiła zachowywać się uprzejmiej 

niż zazwyczaj. Nie wobec kobiety, którą miała przed sobą. - Pozwólcie Nikołajowi wysunąć 

się poza cień, jaki ty i twój mąż rzucacie na niego. Pozwól, by przynajmniej w tej podróży nie 

docierał do jego uszu twój głos. Pod waszą opieką wyrósłby na słabego człowieka. Teraz być 

może wróci do was całkiem inny Nikołaj. Archangielsk wam podziękuje! 

-  Archangielsk  się  z  nas  śmieje!  -  krzyknęła  Fewronia  Norkina.  -  Dzięki  tobie,  ty 

rozpustnico! 

Raija  nie  odpowiedziała.  Wyszła,  starannie  zamykając  za  sobą  drzwi.  Mało 

prawdopodobne, by Norkina podążyła za nią, ale Raija pragnęła dosiąść konia, nim gospodyni 

zdąży zwlec się z poduszek. 

background image

Zanim  ruszyła,  popatrzyła  jeszcze  na  chybotliwe  światła,  ów  ogród  lamp.  Na  ten 

widok  doznała  nieprzyjemnego  wrażenia,  poczuła,  jakby  otrzymała  cios  w  żołądek  Coś 

sprawiło, że zjeżyły jej się włosy na głowie. 

Coś, co istniało w niej samej. 

background image

11 

Dźwigała brzemię nieznanej przeszłości, nosiła też w sercu ból. Ci, którzy mówili, że 

z  czasem  ból  staje  się  lżejszy,  kłamali.  Być  może  przybywało  więcej  do  niesienia,  ale  ból 

pozostawał ten sam. Raija ciągle cierpiała z powodu śmierci Jelizawiety. 

Nosiła w sobie poczucie winy. 

I nadal śniła dręczące sny. Niewiele jadła. Źle spała. Starała się jednak zachowywać 

jak gdyby nigdy nic. 

Złościła się, gdy okazywano jej troskę. Mówiła, że nie potrzeba jej niańki. Opiekunki 

są dla dzieci z dobrych domów, nie dla takich jak ona. 

-  Poza  tym  jestem  za  stara  -  śmiała  się  i  nawet  sama  słyszała,  jak  głucho  brzmi  jej 

ś

miech. Nie była taką Raiją, jaką bliscy zwykli widywać do tej pory. 

-  Uważaj  na  Raiję!  -  poprosił  Oleg  Antonię,  żegnając  się  z  żoną  przed  kolejną 

wyprawą. Miał wyruszyć na zachód, choć przecież co roku obiecywał, że następnym razem 

już  nie  wypłynie  jako  kapitan.  Ale  kiedy  nadchodziła  wiosna  i  statek  miał  pożeglować  w 

ś

wiat, Olega ogarniał ten sam niepokój i stawał się nie do wytrzymania. Antonia cieszyła się 

więc, widząc, jak wchodzi na pokład. 

Choć  jednocześnie  bardzo  się  o  niego  niepokoiła.  Jednak  powstrzymanie  Olega  nie 

wchodziło w grę. Wszelkie próby na nic by się nie zdały. 

Teraz  prosił  ją,  by  uważała  na  Raiję.  To  także  wydawało  się  Antonii  daremnym 

wysiłkiem. Upór był cechą wspólną Olega i Raiji. 

Dlatego Antonia postanowiła zrzucić ten ciężar na Jewgienija. Przysunęła swą ciemną 

głowę do jego ciemnej głowy i szeptem przekazała, by pilnował Raiji. 

Jak gdyby już nie próbował! 

Raija robiła uniki. Wysuwała się z jego objęć, kiedy chciał się do niej zbliżyć, żeby 

pomóc jej rozproszyć ciemności, wyjść z niemej przestrzeni, w której się zamknęła. 

Z Archangielska wypływały statki na zachód. Do innych miast nad Morzem Białym. 

Ku innym morzom i do Norwegii. Czasem wyruszały na południe wzdłuż Dwiny, która była 

jakby żyłą prowadzącą do reszty wielkiego rosyjskiego królestwa. Często również wpływały 

tu statki. Ich własne statki, które znano w Archangielsku. 

Zdarzało się, choć rzadko, że przypadkiem zawinął jakiś z Europy. Ze świata. 

Właśnie przybył niewielki frachtowiec z Norwegii. Któryś z ich własnych. Nie miał 

jakiegoś szczególnego ładunku, ale ktoś nim przypłynął. 

background image

Wasilij. 

Pełnomocnik Olega i Jewgienija do połowów na Soroya. 

Musiał się spotkać z którymś z właścicieli. Oleg wyjechał, a Jewgienij nie czekał na 

nabrzeżu. 

Wasilij pozdrawiał znajomych, ale jego zazwyczaj otwarta twarz ściągnęła się. Wzrok 

go  zdradzał.  Patrzył  gdzieś  obok,  nie  słuchał,  co  do  niego  mówią.  Wydawał  się  nieobecny. 

Szedł, nie zatrzymując się. 

Oczyma szukał kogoś, kogo na nabrzeżu nie było. Wzrokiem podążył w górę wzdłuż 

drogi, którą musiał przejść, czy chciał tego, czy nie. 

Ludzie  zebrani  w  porcie  przepuścili  go.  Nikt  nie  wspomniał  słowem  o  Jelizawiecie, 

tak jakby wspólnie zobowiązali się do milczenia, jak gdyby zmówili się,  by mu oszczędzić 

cierpienia. 

Jewgienij, widząc znajomą sylwetkę, poszedł do kantoru, sprzątnął na stole i nastawił 

samowar. 

- Niewiele  wieści przynoszę z łowisk - zaczął Wasilij, siadając za stołem naprzeciw 

Jewgienija. Pili gorącą herbatę. Obaj długo obserwowali wijące się smużki pary, które unosiły 

się  znad  filiżanek.  -  Mamy  dobry  rok.  Sądzę,  że  Oleg  będzie  tego  samego  zdania,  kiedy 

wróci. Dziwne, że ich nie spotkaliśmy, ale obraliśmy najszybszą drogę do domu. 

Jewgienij skinął głową. 

- Kiedy wracasz na Soroya? - spytał. 

Nie było to uprzejme, ale chciał wiedzieć. Wyznaczał wyraźne linie, jakby wycinał je 

nożem.  Wasilij  powinien  wiedzieć,  którędy  może  się  poruszać.  Powinien  wiedzieć,  którędy 

przebiega cienka granica. 

- Nie wracam - odparł Wasilij. Napotkał oczy Jewgienija swoimi, w których mieszały 

się błękit, szarość i zieleń. Ale przeważała zieleń: odcień, który lód przybierał wiosną. - W 

ogóle  nie  powinienem  był  wyjeżdżać  -  dodał.  -  Zaniedbałem  swoje  obowiązki.  Będę  za  to 

płacił do końca życia. Musicie znaleźć innego pełnomocnika. Ja skończyłem z połowami w 

Norwegii. Zostaję tutaj. Tu, gdzie jest mój dom. 

Jewgienij z irytacją pomyślał, że Wasilij Uskow mógłby przywieźć mu lepsze wieści. 

-  Szkoda,  Seroya  stanowiła  dla  ciebie  szansę.  Jelizawieta  nie  wróci,  nawet  jeśli 

zostaniesz.  A  Walerij  cię  nie  potrzebuje,  jest  dorosły.  Dobrze  sobie  radzi.  Wkrótce  będzie 

mężczyzną. Mieszkał u nas podczas pobytu w Archangielsku. Wspaniały chłopak! 

Argumenty  Jewgienija  nie  skłoniły  Wasilija  do  zmiany  decyzji.  Siedział  głęboko  na 

krześle, kołysząc filiżankę w swych opalonych dłoniach. 

background image

Potem popatrzył Jewgienijowi w oczy. 

- Zamierzam odwiedzić Raiję. Chcę z nią porozmawiać. Za twoją zgodą lub bez. Raija 

jest jedyną osobą, która może mi powiedzieć, jak i dlaczego zginęła Jelizawieta. Możesz mi 

oczywiście zabronić, ale to mnie nie powstrzyma. 

Jewgienij uniósł kącik ust. Nie miał wyboru. I niezależnie od tego, czy mu się podobał 

pomysł  Wasilija,  powie,  że  się  zgadza.  Niezależnie  od  tego,  czy  miał  jakieś  zastrzeżenia, 

musiał przychylić się do tej prośby. 

- Możesz z nią porozmawiać, Wasiliju Uskow. Ale nie odpowiadam za siebie, jeżeli ją 

tkniesz. 

- Nie zamierzam jej dotykać - przyrzekł Wasilij sucho. Utkwił wzrok w resztce napoju 

pozostałego w filiżance. Robił w nim maleńkie  fale. Kołysał naczyniem tam i z powrotem, 

trzymając je obiema rękami. 

- Raija pewnie by ci na to pozwoliła - rzekł Jewgienij z bólem. Nie podobały mu się 

jego własne myśli. Wiedział, że będą krążyć mu po głowie, czy ubierze je w słowa, czy nie. 

Łatwiej je było nosić, gdy je wypowiedział. - Ale ja cię proszę, byś się trzymał z dala, byś 

zachował dystans. Proszę cię! 

Wasilij  skinął  głową.  Nadal  nie  patrzył  na  Jewgienija.  Miał  do  niego  żal,  że  o  tym 

wspomniał. 

- Jest jeszcze coś - mówił dalej Jewgienij zmęczony. - Coś dręczy Raiję. Porozmawiaj 

z nią. Może uda ci się nakłonić ją do mówienia. Może będziesz mógł jej pomóc... 

-  A  ty?  -  spytał  Wasilij.  Dopiero  teraz  podniósł  wzrok.  Przyglądał  się  badawczo 

twarzy rywala. Jewgienij miał przecież wszystko. Dzielił z Raiją łóżko, dzielił codzienność. 

Powinien być pierwszą osobą, do której mogłaby się zwrócić w trudnych sytuacjach, gdy nie 

potrafiła sobie z czymś poradzić. 

- Jesteś człowiekiem, któremu najbardziej ufa - rzekł Jewgienij. Niełatwo przyszło mu 

to przyznać. 

Wasilij wolałby, żeby powrót do domu nie okazał się taki trudny. 

-  Pożyczę  konia  od  Toni  -  rzekł  na  pozór  lekko.  Odsunął  od  siebie  do  połowy 

opróżnioną filiżankę. - O Soroya porozmawiamy później - dodał. 

Jewgienij  przytaknął.  Nie  oczekiwał  od  Wasilija  szczerości  w  rozmowie  o  kobiecie, 

którą obaj stawiali najwyżej. Raija nie mogła ich związać. Zawsze będzie ich dzielić. 

Wasilij zmartwił się poważnie dopiero po rozmowie z Antonią. Nie należała do osób, 

które przesadzały. Raczej bagatelizowała trudności, by studzić uczucia innych. 

background image

Teraz  patrzyła  na  Wasilija  szeroko  otwartymi  oczyma,  w  których  kryły  się  troska  i 

strach. 

-  Spróbuj  porozmawiać  z  Raiją,  Wasia!  Nie  tylko  pogawędzić...  Nie  tylko  o 

Jelizawiecie, choć wiem, że po to wróciłeś. Dla Raiji to także ciężkie przeżycie. Z nią jednak 

dzieje się coś niedobrego. Nie chce mi powiedzieć, co to takiego, ale myślę, że to nie tylko 

smutek z powodu śmierci Jelizawiety. Widzę, że czuje się bardzo źle. Spróbuj przedrzeć się 

przez jej uśmiech, przez jej zmęczone: „nic mi nie jest”, którym nas wszystkich zbywa. 

- Jewgienij również mnie o to prosił - rzekł Wasilij zaniepokojony. Zdenerwował się 

do  tego  stopnia,  że  nie  mógł  usiedzieć  na  miejscu.  Chodził  po  kuchni  Antonii  tam  i  z 

powrotem. 

- A więc widzisz, że to nie żarty - stwierdziła Antonia z powagą. 

Wolałaby,  żeby  Wasilij  wyglądał  starzej,  bardziej  posiwiał,  stracił  radość  życia. 

Wolałaby, żeby należał do tego typu mężczyzn, którzy więdną, zbliżając się do czterdziestki. 

Wolałaby, żeby był mniej przystojny... 

A on łączył w sobie to wszystko, co kazało jej otworzyć mu drzwi do swej sypialni. 

Gdyby nie znaczył tak wiele dla Raiji, może by to znowu zrobiła. Również teraz. 

Ponieważ był Wasilijem. Ponieważ w jego objęciach jest bezpiecznie. 

Z Raiją było może inaczej. Między tymi dwojga istniało chyba coś więcej niż fizyczny 

pociąg. I to właśnie wydawało się groźne. 

Trudno  to  było  wyjaśnić.  Może  miało  to  związek  z  czarami,  może  było 

przeznaczeniem, a może przypadkiem. 

- Co u nich słychać? - spytał ochrypłym głosem. Nie zdołał ukryć cienia nadziei, którą 

zawsze żywił. Nadziei, która dostawała nie więcej pożywki niż tyle, by przetrwać z roku na 

rok. - Między nimi? - dodał całkiem niepotrzebnie. 

- Być może Jewgienij swą miłością pewnego dnia zabije jej uczucia - rzekła Antonia 

ze  śmiertelną  powagą.  -  Tylko  wtedy  będziesz  mógł  ją  zdobyć.  Chyba  że  Jewgienij  umrze 

wcześniej  niż  Raija,  a  ty  nadal  będziesz  niczym  dorodny  kozioł  zdolny  toczyć  pojedynki  z 

innymi kozłami. 

Wasilij  uśmiechnął  się  szeroko,  tak  typowym  dla  Uskowów  uśmiechem, 

sprawiającym, że kolana kobiet robiły się miękkie jak z waty. 

- Podoba mi się sposób, w jaki określasz rzeczy, piękna Toniu - powiedział. - Jeżeli 

Oleg  umrze  przed  tobą,  mógłbym  ogrzać  twe  łóżko.  Jeżeli  oczywiście  nadal  będę  jurnym 

kozłem i jeżeli w tobie nie przestaną płynąć soki. 

Antonia uśmiechnęła się. 

background image

- Myślę, że należymy do osób, które pod tym względem dobrze się trzymają. 

Wasilij mrugnął porozumiewawczo. 

- Pożyczę od ciebie konia. Muszę porozmawiać z Raiją, zanim wróci Jewgienij. Jeśli 

dobrze go znam, nie zostawi nam wiele czasu. 

- Jewgienij wie, że Misza jest w domu - zauważyła sucho Antonia. - Olga także jest z 

nimi. Jewgienij nie potrzebuje lepszych opiekunów. Zostanie poza domem dłużej niż zwykle, 

ż

eby udowodnić i sobie, i Raiji, jak bardzo jej ufa. 

-  Nie  masz  zbyt  wysokiego  mniemania  o  ludziach  -  westchnął.  Chciał  trochę 

rozdrażnić Antonię. Dobrze się znali. Mogli sobie pozwolić na pewną swobodę. 

- Możesz potem przyjść i opowiedzieć, jak było - zaproponowała lekko Tonią. 

Za ową lekkością kryło się również trochę powagi. 

Wasilij długo przyglądał się Antonii. Z szacunkiem. Niewiele kobiet potrafiło mówić 

tak szczerze jak ona. Zresztą często źle rozumiano jej intencje. 

Może  chciała,  by  ją  tym  razem  źle  zrozumiał.  Ta  myśl  jednocześnie  pociągała  i... 

przerażała. 

- Do twojego łóżka? - spytał, unosząc brwi. Obrócił to w żart, tak że oboje mogli się 

roześmiać i powiedzieć, że nigdy nie myśleli poważnie, że nigdy by do niczego nie doszło. 

- Czyżbyś miał brzydkie myśli, chłopcze? 

-  Może  -  odparł.  -  Chyba  jednak  nie  przyjdę  do  ciebie  nocną  porą,  słodka  Toniu. 

Moglibyśmy zaszkodzić naszemu dobremu imieniu. 

Oboje  się  roześmiali.  Wasilij  wychodził  odprowadzany  śmiechem.  Miło  tak  się 

ż

egnać. 

Gnał  co  koń  wyskoczy,  a  jego  myśli  pędziły  przed  nim.  Zawsze  go  wyprzedzały. 

Widział,  jak  ją  spotykają.  Widział  jej  uśmiech.  Widział,  że  w  jej  oczach  pojawiało  się  coś 

szczególnego, co nadawało im osobliwego blasku, coś, co istniało tylko dla niego. 

Powiedziałaby  może,  że  jest  wiosna,  wkrótce  zacznie  się  lato,  dlaczego  zatem  ją 

odwiedza? Jest przecież jego Śnieżynką. 

Nie, tak nie będzie. 

Raija wiedziała przecież, dlaczego przyjechał. 

Zobaczyła go z oddali. Przez tę krótką chwilę zdążyła się przygotować na spotkanie. 

Nikt  nie  jeździł  konno  tak  jak  Wasilij.  Nikomu  wiatr  tak  nie  rozwiewał  włosów  jak 

jemu. 

background image

Nie chciała wyjść mu naprzeciw, ale nie mogła się oprzeć. Nie była w stanie usiedzieć 

spokojnie  w  domu.  Musiała  wyjść  na  próg.  Odwiązała  fartuch,  zatroszczyła  się  o  włosy, 

poprawiała po kilka razy guziki bluzki, chociaż wszystkie były zapięte. 

Wasilij zeskoczył z konia. Olga i Misza podprowadzili go do domu. Musiał zakręcić 

Olgą w dzikim tańcu i z powagą zapewnić, że odkąd ją ostatni raz widział, wyrosła niemal na 

prawdziwą damę. Musiał położyć obie ręce na ramionach Miszy, przyjrzeć mu się dokładnie, 

poklepać po plecach i powiedzieć, że niedługo stanie się dorosłym mężczyzną, prawdziwym 

kumplem. Że jeszcze tylko kilka lat. 

Miszy  i  Olgi  nie  trzeba  było  przekonywać,  by  zajęli  się  koniem,  Wasilij  potrafił 

dogadać się z dziećmi. 

- Chciałbym porozmawiać z Raiją - Raisą o Jelizawiecie. Czy mogę z nią zostać sam? 

Popatrzył  na  dzieci,  tak  jak  patrzyłby  na  dorosłych.  Nie  kupował  ich  niczym,  prosił 

raczej o przysługę. 

- Zajmijcie się na razie koniem, co? A potem porozmawiamy. O weselszych sprawach. 

Ale najpierw muszę załatwić to, co leży mi na sercu, co najbardziej boli. Rozumiecie? 

Dwie  ciemne  główki  schyliły  się  potakująco.  Dwie  rączki  złapały  za  uzdę  konia. 

Dzieci poszły do stajni. 

Zostali sami z Raiją na świecie, a między nimi istniało tak wiele. Dziewczyna, która 

zmarła zbyt młodo, która powinna być tu razem z nimi. 

Wasilij ujął dłonie Raiji. 

-  Wolałbym,  żebyś  była  brzydsza!  -  westchnął.  -  Jesteś  chuda  jak  patyk,  ale  nie 

zbrzydłaś. Czy ty nic nie jesz? Czy Jewgienij oszczędza na jedzeniu? 

Raija zdołała się uśmiechnąć. Potem uścisnęła Wasilija. Objęła go, poczuła, jak jego 

ręce  zaciskają  się  wokół  niej.  Kiedy  zamknęła  oczy,  uznała,  że  już  starczy.  Kiedy  je 

otworzyła, wszystko stało się szalone, niemożliwe, nie takie jak trzeba. 

Ale pozwoliła, by nadal trzymał ją w ramionach. Tak długo, jak chciał. Tak długo, jak 

musiał. Sama też tego potrzebowała. 

-  Chciałbym,  żebyś  wiedziała,  że  nie  mam  do  ciebie  żalu  -  rzekł  wreszcie  Wasilij. 

Niechętnie  się  odsunął.  Misza  mógłby  coś  powiedzieć  Jewgienijowi.  Olga  zaczęłaby  snuć 

domysły. 

Nie chciał tego. Nikt nie powinien mówić źle o Raiji. 

- Ale przyjechałem, by się dowiedzieć, jak umarła Jelizawieta i dlaczego. Tak wiele o 

tym  rozmyślałem.  Zdaję  sobie  też  sprawę,  że  i  ty  dużo  o  tym  myślałaś.  I  czuję,  że  to  ja  w 

którymś momencie popełniłem błąd. Może powinienem był ją zabrać ze sobą do Norwegii. 

background image

Ale wprowadziłbym ją do surowego świata mężczyzn, co też nie byłoby dobre. Nie dla takiej 

dziewczyny jak Jelizawieta. 

- W domu - powiedziała Raija i skinęła w stronę drzwi. - Wtedy słowa pozostaną pod 

dachem, nie pofruną do nieba. Boję się, że coś, co powiem na jej temat, dotrze do jej uszu. 

Czasami wydaje mi się, że ona nadal żyje. 

Usiedli przy kuchennym stole. Oddzieleni całym blatem. Ich ręce nie mogły bez siebie 

wytrzymać. Spotkały się. Kobiece palce splotły się z palcami dwóch męskich dłoni. 

Słowa padały z jednego końca stołu na drugi. 

Poczucie winy i wątpliwości. Łzy. Dłonie, które dawały  wsparcie. Mogły pocieszać. 

Uścisnąć przyjaźnie. Pomóc wyrazić to, czego nie da się powiedzieć słowami. 

- Jaki jest ten Nikołaj? - spytał Wasilij chyba po raz dziesiąty. - Sądziłem, że w tym 

mieście  mieszka  wielu  nieznośnych  mężczyzn,  którzy  mogliby  się  spodobać  Jelizawiecie.  I 

oto wybiera młodego Norkina. Następcę tronu! W jaki sposób ta dziewczyna zdołała się w to 

wplątać? 

- Nikołaj był dla niej odpowiednim chłopakiem - rzekła Raija łagodnie, trochę smutno. 

- Dla Jelizawiety był być może tym jednym jedynym... Dla Jelizawiety istniał tylko on jeden - 

powtórzyła,  zaczerpnąwszy  powietrza.  -  Nikołaj.  Nie  zważała  na  to,  że  nazywa  się  Norkin. 

Dla niej był tylko mężczyzną, którego kochała. Który się o nią troszczył. 

- To nie wystarczy! - Wasilij nie zwlekał z osądem. Raiję ogarnęła rezygnacja. Czuła 

się zmęczona. 

Uśmiechnęła się, ale z powątpiewaniem. 

-  On  sam  nie  dostrzegał  niczego  złego  w  tych  potajemnych  schadzkach!  -  odparła. 

Musiała mimo wszystko wziąć chłopaka w obronę. - Nie wtedy. Nie od razu. Nie tak łatwo 

jest zerwać ze wszystkim, do czego się przywykło. Nie tak łatwo przeciwstawić się zakazom i 

zrobić coś, co w oczach rodziny wydaje się godne potępienia. Nikołaja trzymano surowo w 

ryzach. Wymykał się spod kontroli rodziców, by spotykać Jelizawietę. 

- ...i zrobić jej dziecko - Wasilij był nieugięty, nie potrafił wybaczyć. 

Raija pomyślała, że to dobrze, iż Nikołaj Norkin znajduje się teraz daleko i Wasilij nie 

może go dosięgnąć. Stryj wydawał się jeszcze bardziej zawzięty niż brat Jelizawiety. 

- To dla mnie Jelizawieta zrobiła to, co zrobiła — Raija wyrzuciła z siebie te słowa 

jednym tchem. Czuła, że Wasilij nie obarcza jej winą. Uścisnął jej ręce. Jego kciuki pieściły 

powierzchnie dłoni, powoli, leniwie. Ta drobna pieszczota należała do nich. Nikt w pierwszej 

chwili by jej nie zauważył. 

Wasilij nie czynił Raiji wyrzutów. 

background image

Obawiała się tego w głębi duszy. 

- Mogłaś jej jakoś przeszkodzić? - spytał łagodnie. 

Wyraził wątpliwość, która i ją dręczyła. Pomyślała o wszystkim, czego nie wyjaśniła 

Jelizawiecie. O wszystkim, czego nie powiedziała. O wiadomości, której zapomniała przesłać 

przez Antonię, kiedy ją aresztowano: że to nie wina Jelizawiety. O wszystkim, co mogło być 

inaczej. 

Wszystko mogło potoczyć się inaczej. 

- Nie byłaś w stanie jej przeszkodzić. 

Wasilij  nie  winił  Raiji.  Nie  obarczał  jej  odpowiedzialnością.  Uważał,  że  całą  winę 

ponoszą  inni.  Dałby  wiele,  by  móc  stanąć  twarzą  w  twarz  z  Nikołajem  Norkinem.  Z 

przyjemnością dosłownie wbiłby temu rozpieszczonemu synalkowi bogacza do głowy trochę 

zasad moralnych. 

Od  kołyski  chłopak  dostawał  wszystko,  czego  zapragnął.  A  potem  uznał,  że  chce 

dostać  Jelizawietę.  Czemu  nie  znalazł  sobie  panny  z  odpowiedniej  rodziny?  Czy  nie  mogła 

mu  wpaść  w  oko  któraś  z  nich?  Poza  tym  dom  Norkinów  aż  roił  się  od  służących.  Jeśli 

potrzebował dziewczyny do ogrzania łóżka, czy nie łatwiej mu było sięgnąć po którąś z nich? 

Wasilij czuł się zmęczony. 

Jednak Raija musiała wszystko dokładnie opowiedzieć. O tym, co zdarzyło się potem. 

O okolicznościach pogrzebu. O zmowie milczenia i skandalu, który nigdy nie nabrał rozgłosu 

i stal się powtarzaną w tajemnicy plotką. O tym, że choć wszyscy wiedzieli o samobójstwie 

dziewczyny, to według zapewnień Norkina nic podobnego nigdy nie miało miejsca. 

O pogrzebie. 

Również  o  Nikołaju.  O  Waleriju.  O  Piotrze,  który  odważył  się  wziąć  na  pokład 

swojego statku młodego Norkina. Który przyjął go jako marynarza po uzyskaniu od Anatolija 

Norkina podpisu na kawałku papieru jako cichej zgody. 

-  Opowiedz  o  więzieniu!  -  poprosił  nagle  Wasilij.  Raija  przestraszyła  się.  Chciała 

cofnąć  ręce,  ale  trzymał  je  mocno.  -  Opowiedz  o  tym  -  powtórzył.  -  Chciałbym  wiedzieć. 

Muszę wiedzieć o wszystkim, co dotyczy ciebie. 

- Nie mogę. - Raija drżała. 

-  Opowiedz!  -  Wasilij  wypuścił  na  chwilę  jej  dłonie,  usiadł  obok.  Objął  ją,  otoczył 

jakby  murem  obronnym,  ogrzewał.  -  Opowiedz  -  prosił,  zaklinał,  nalegał.  Nie  zamierzał 

zrezygnować. Chciał, by oddała mu część swego bólu, by się przed nim otworzyła. 

- Tak niewiele pamiętam! 

background image

-  Mów  o  tym,  co  pamiętasz!  -  zachęcił.  Przytulił  policzek  do  jej  włosów.  Nieraz 

marzył, by tak z nią siedzieć. Wprawdzie wyobrażał sobie rozmowy o bardziej przyjemnych 

rzeczach,  ale  marzenie  przynajmniej  w  części  się  spełniło.  Nie  miał  na  wszystko  wpływu. 

Musiał przyjąć choć tyle. Zadowolić się okruchami. 

Wiedział, że tak będzie. Czegóż innego mógł oczekiwać? 

-  Przeszłam  już  kiedyś  przez  podobne  piekło  -  zaczęła  Raija.  -  Teraz  jestem  o  tym 

przekonana.  Więzienie  nie  wydawało  mi  się  obce.  Nie  wiem,  czy  wtedy  było  gorzej,  czy 

lepiej,  ale  czułam,  że  jest  mi  znane.  Wiedziałam,  co  mam  robić.  Wiedziałam,  jak  się 

zachowywać:  niepokornie,  z  dumą  i  uporem...  -  Opowiadała  Wasilijowi  to,  co  pamiętała. 

Niewiele. O ciemności, korytarzu, kamieniach, stęchliźnie, wilgoci. I zbawiennej ciemności, 

która  jakby  ją  wsysała.  O  tym,  co  kryło  się  w  jej  duszy  i  pozwoliło  zapomnieć.  -  Czułam 

potworne  zmęczenie  w  nogach  -  mówiła.  -  Na  kolanach  miałam  czerwone  plamy,  jakbym 

klęczała całą dobę, którą spędziłam w lochu. Nie wiem. Jewgienij nie chce mi nic powiedzieć, 

kiedy pytam. Nie chce mi powiedzieć, jak wyglądałam, kiedy mnie wyciągnął z więzienia. - 

Wasilij dostrzegł, jak przez twarz Raiji przemknął cień uśmiechu. - Myślę, że rzeczywiście 

długo  klęczałam  przy  drzwiach.  Jewgienijowi  wydaje  się  to  takie  straszne,  że  chce  mi 

oszczędzić szczegółów. 

-  Robi  to  w  najlepszej  wierze  -  zauważył  cierpko  Wasilij.  Potarł  policzkiem  o  jej 

włosy.  Były  takie  miękkie,  tak  jedwabiście  miękkie.  O  włosach  Raiji  również  marzył,  o 

wszystkim, co się z nią wiązało. 

Zastanawiał  się,  jak  Jewgienij  mógł  być  tak  niemądry.  Mimo  woli  musiał  się 

uśmiechnąć.  W  jednej  chwili  wyraźnie  zrozumiał,  co  Antonia  miała  na  myśli,  mówiąc,  że 

Jewgienij zdusi uczucia Raiji właśnie ową troską, swą nadopiekuńcza miłością. 

Co za dużo, to niezdrowo. 

- W każdym razie wiem, że już kiedyś przeszłam przez coś równie strasznego - rzekła 

Raija. 

- Tak, na pewno - przyznał Wasilij cicho i pogładził ją delikatnie po ramieniu. Właśnie 

to miał na myśli Jewgienij, grożąc, by nie śmiał jej tknąć. To właśnie przed tym go tak usilnie 

przestrzegał. 

Wasilij uśmiechnął się pod nosem. 

- Jeżeli byłaś prześladowana jako czarownica, to musiałaś siedzieć w lochu. Blizny na 

twym ciele świadczą też o tym, jak cię traktowano. 

Zamilkł. Nie powinni o tym rozmawiać. 

background image

-  Nie  do  końca  w  to  wierzyłam  -  wyznała  cicho  Raija.  -  Myślę,  że  Jewgienij  wie  o 

mnie coś, co przede mną ukrywa. 

Wasilij nie potrafił jej pocieszyć. 

- Czy stało się coś jeszcze? - spytał po chwili, by przerwać ciszę, która mogła się stać 

zbyt intymna. - Kiedy mi opowiesz, co cię naprawdę dręczy, Raiju? 

background image

12 

Raija  zesztywniała  w  jego  ramionach.  Zamknęła  się  w  sobie  i  Wasilij zrozumiał, że 

jednak jest jeszcze coś, o czym nie wspomniała. Coś poważnego, co nosiła w sobie i co nie 

dawało jej spokoju. 

-  Nie  mogę  -  rzekła  wreszcie.  -  Nie  teraz,  Wasia  Jesteś  być  może  jedynym 

człowiekiem,  któremu  mogę  o  tym  powiedzieć.  -  Długo  mu  się  przyglądała  dużymi, 

ciemnobrązowymi oczyma. Badawczo. Penetrowała dno jego duszy, jakby szukając wiedzy o 

sobie.  Lecz  nie  znalazła.  -  Czuję,  że  wszyscy  znają  moją  przeszłość  -  wyznała.  Zrobiła  to 

pośpiesznie, jak gdyby używała niecenzuralnych słów, których nie powinna była wypowiadać 

na głos. Które mogły uderzyć w nią samą, gdyby ktoś usłyszał je w jej ustach. Które mogły 

chłostać. - Z tobą jest inaczej, Wasilij. Tobie mogę to wyjawić. Ale nie teraz. 

Musiał się tym zadowolić. I milczeć, ponieważ być może i on wiedział o niej więcej 

niż  ona  sama.  Ponieważ  może  i  on  posiadł  jakieś  tajemnice,  może  więcej  rozumiał.  Nie 

zasłużył  na  jej  zaufanie,  ale  przyjął  je,  kiedy  pojawiła  się  taka  możliwość.  Okruchy  to  też 

chleb. 

- Czy mam już iść? 

Pragnął niby przypadkiem musnąć ustami jej czoło, pieścić słowami, ale nie uczynił 

tego. Raija zaufała mu, a on nie mógł tego nadużyć. 

- Zaraz - odparła. - Za chwilę będziesz mógł odejść. 

Zamknęła oczy i skłoniła głowę na jego ramię. Czuła jego ciepło, jego zapach. 

Wasilij. 

Zamykając oczy, znalazła spokój. Na krótko. Nie można przecież żyć z zamkniętymi 

oczami, w końcu trzeba je przecież otworzyć. 

Jewgienij  zjawił  się  później  niż  zwykle,  jednak  na  jego  twarzy  malowała  się 

podejrzliwość.  Wzrokiem  omiótł  kąty,  jak  gdyby  się  spodziewał,  że  Raija  ukryła  tam 

Wasilija. 

Misza  i  Olga  rozwiali  częściowo  jego  wątpliwości.  Przekrzykiwali  się  nawzajem, 

opowiadając, co mówił Wasia, jakie im przywiózł prezenty, że musiały na nie poczekać, bo 

Wasia chciał najpierw porozmawiać o Jelizawiecie. Przy tych słowach dwie dziecięce buzie 

spoważniały. Jewgienij trochę się uspokoił. 

Jednak w nocy znowu nabrał podejrzeń, znowu zacisnął pięści i napiął mięśnie. 

background image

-  Ufasz  mi?  -  spytała  Raija,  na  powrót  budząc  jego  czujność.  Padało  na  nią  światło 

jedynej  lampy  w  sypialni,  które  niemal  na  blond  rozjaśniło  jej  włosy.  Jewgienij  patrzył  na 

ż

onę jak we śnie: w tych jasnych włosach wydawała mu się niebem. Kochałby ją, gdyby jej 

włosy zmieniły się w srebro, a także gdyby stały się białe jak śnieg. - Ufasz mi, Jewgienij? - 

powtórzyła.  Przestraszyła  go.  Utkwiła  w  nim  spojrzenie,  od  którego  mógł  się  uwolnić, 

odpowiadając tylko w jeden sposób. Każda inna odpowiedź by ją rozczarowała, oddaliła od 

niego. 

Jewgienij zastanawiał się, czy uczyniła to celowo. 

- Tak - odpowiedział. - Oczywiście. W rzeczywistości wcale nie był tego tak do końca 

pewien. Wahał się. Zawsze się wahał. 

Rozpłakałaby się, gdyby musiał się do tego przyznać. Powiedział to, co Raija chciała 

usłyszeć. 

-  Czy  ufasz  mi  do  tego  stopnia,  że  pozwoliłbyś  mi  dziś  w  nocy  pojechać  konno  do 

Archangielska? 

Zaczerpnął głęboko powietrza. Między jej pierwszym pytaniem a następnym istniało 

morze tak głębokie, że Jewgienij nie był w stanie dostrzec dna. 

Czy dusza Raiji kryła w sobie takie głębiny? Czy Raija skrywała przed nim tak wiele? 

Czy mogłaby zadać mu takie pytanie, a potem go zdradzić? 

Ból trawił mu piersi. 

- Chcesz pojechać do niego? Skinęła głową. Popatrzyła na męża poważnymi oczyma. 

Badawczo. 

- Muszę porozmawiać z Wasilijem. 

- Porozmawiać? - Nie udało mu się ukryć niedowierzania. Czara goryczy zaczynała się 

wypełniać. 

- Porozmawiać. 

- Dlaczego nie ze mną? Raija nabrała powietrza. 

- Chciałam, Jewgienij, ale to niemożliwe. Dopóki czuję, że coś przede mną ukrywasz, 

nie mogę. 

Zbliżyli  się  niebezpiecznie  blisko  do  momentu,  którego  Jewgienij  najbardziej  się 

obawiał. Potwornie się bał, że Raija przypomni sobie przeszłość, rzuci mu ją w twarz, a on 

podda się i wszystko jej wyzna bez jednego mrugnięcia okiem. 

- Jedź - rzucił krótko. - Ale nie ręczę za siebie, jeśli się okaże, że nadużyłaś mojego 

zaufania. 

Kiwnęła głową. Przewidziała tę część umowy. Przyjęła jej warunki. 

background image

Nie była pewna, czy Jewgienij się zgodzi. Wiedziała tylko, że nie potrafiłaby umówić 

się z Wasilijem za plecami męża. 

Perspektywa nocnej jazdy obudziła w niej swego rodzaju emocje. 

Naprawdę  musiała  z  Wasią  porozmawiać.  Ponieważ  Wasilij  był  kimś  więcej  niż 

przyjacielem, był jej bliski. Znajomość z nim zahaczała o niebezpieczną strefę, ale Raija nie 

chciała  dotykać  tego,  co  niebezpieczne.  Chciała  tylko  znaleźć  się  blisko  przyjaciela, 

potrzebowała  jego  zrozumienia.  Chciała  usłyszeć,  jak  zapewnia,  że  z  nią  wszystko  jest  w 

porządku. 

Nie udało jej się przemknąć całkiem niepostrzeżenie. Musiała odstawić konia do stajni 

Toni,  a  w  pomieszczeniach  nad  stajnią  nasłuchiwało  wiele  par  uszu.  Kobiety  dziwiła 

niezwykła pora odwiedzin, ale Raija ufała, że nie będą na ten temat plotkować. 

Przecież  powinny  czuć  dla  niej  wdzięczność,  a  nie  ją  oceniać,  pomyślała,  ale  zaraz 

zawstydziła się tej myśli. 

-  Czy  Jewgienij  o  tym  wie?  -  Antonia  przyglądała  się  przez  chwilę  Raiji.  Potem  ją 

objęła  i  mocno  uścisnęła.  -  Wiesz,  zaprosiłam  Wasię  do  siebie.  Zrobiłam  mu  nawet 

niedwuznaczną propozycję, ale obrócił to w żart. 

- Co byś zrobiła, gdyby skorzystał? - w kącikach ust Raiji czaił się uśmiech. Wyznanie 

Toni powinno jej sprawić przykrość, ale tak się nie stało. 

Wszystko wydawało się takie dziwne i jednocześnie normalne. 

- Nie zrób nic, czego ja bym nie zrobiła! - ostrzegła Tonią. 

Raija uśmiechnęła się szeroko. Tonią dawno nie widziała u niej takiego uśmiechu. 

- A czego byś nie zrobiła? - spytała Raija. 

Antonia wzruszyła ramionami. 

Gdy  Raija  znalazła  się  przed  domem  Wasilija,  musiała  zebrać  się  na  odwagę,  by 

zapukać.  Szczelniej  otuliła  się  peleryną,  nasunęła  kaptur  na  czoło.  Nie  chciała,  by  ktoś  ją 

rozpoznał. 

Wasilij długo nie otwierał. A jeśli nie ma go w domu? 

Raija  nie  wzięła  pod  uwagę  takiej  ewentualności.  Wybrała  odpowiedni  moment, 

przebyła taki kawał drogi, niemożliwe więc, żeby Wasilij wyszedł. 

Powinien na nią czekać. 

Inna kobieta? Wprawdzie odmówił Antonii, ale to nie znaczy, że musi sypiać sam. 

Wiele myśli przebiegło jej przez głowę, zanim usłyszała jego kroki. 

A potem rzucone niezadowolonym głosem: 

- Kto tam? Jest noc! 

background image

-  To  ja.  Zachrobotało  w  zamku.  Wasilij  pojawił  się  w  drzwiach.  Nie  dowierzał 

własnym oczom. Stał długo i wpatrywał się w Raiję zdumiony, zanim się opamiętał i cofnął 

do środka. Wpuścił ją. 

- Co ty tu robisz? 

Raija  zsunęła  z  głowy  kaptur.  Nie  patrzyła  na  Wasilija.  Rozejrzała  się  po  pokoju. 

Dokładnie tak zapamiętała to mieszkanie. Ten zapach, który świadczył o tym, że długo nikt tu 

nie  mieszkał.  Powinna  pomyśleć  o  domu  Wasilija,  kiedy  szukała  schronienia  dla  wdów 

wyrzuconych przez starego Norkina. 

-  Jewgienij  wie,  że  tu  jestem  -  rzekła.  -  Muszę  z  tobą  porozmawiać.  Myślę,  że  to 

równie dobry moment jak każdy inny. 

Wasilij trząsł się z zimna, mimo że solidnie napalił w piecu po przyjeździe. Także i w 

ten sposób starał się stworzyć sobie przytulny kąt. Dom. Zawsze jednak pamiętał, że to tylko 

pomieszczenie,  które  zamieszkuje.  Czy  ona  zdaje  sobie  sprawę,  o  czym  mówi?  Skoro 

przychodzi o tej porze... 

-  Jewgienij  wie,  że  tu  jesteś?  -  powtórzył  bezwiednie  ochrypłym  głosem.  Wziął  od 

Raiji pelerynę. Podobała mu się szpilka, którą Raija ją spinała, choć wiedział, że to prezent od 

Jewgienija. 

Raija przytaknęła. 

- Przyjechałam, żeby porozmawiać. Dała mu wyraźnie do zrozumienia, po co tu przy-

szła i czego się po nim spodziewa. 

Wasilij wiedział już, czego oczekuje od niego Jewgienij. 

Większość tych oczekiwań wydawała się trudna do spełnienia. 

Odłożył pelerynę Raiji. Założył koszulę. Uznał, że nie przystoi pokazywanie nagiego 

torsu, gdy Raija jest tak blisko. 

To zbyt zmysłowe. 

-  Zjesz  coś?  Napijesz  się?  -  spytał.  Potrząsnęła  głową.  Usiadła.  Wybrała  jedno  z 

krzeseł, tak że nie mógł usiąść obok niej, nawet gdyby chciał. 

Wyznaczała wyraźne linie. 

Znowu  dzielił  ich  stół.  Lampa  rzucała  tylko  najbardziej  niezbędne  światło.  Wasilij 

przykręcił ją, jak tylko się dało. Ciągle tkwiła w nim potrzeba oszczędzania. Nigdy niczego 

nie marnował. Nie mógł się wyzbyć owego nawyku. Coś takiego ma się już we krwi. Dzie-

ciństwo pozostawia głębokie ślady. 

- Mam sny - rzekła Raija, przerywając ciszę. 

background image

-  Wszyscy  śnią  -  zauważył  Wasilij  niepewnie.  Nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  Ręce 

złożyła na brzuchu, palce zajmowały się sobą. Nerwowo. Wasilij wolałby, żeby wyznała mu 

to w domu nad Dwiną, kiedy mógł ją obejmować i być blisko niej, być tylko dla niej. Teraz 

czuł  większy  dystans,  mimo  że  przyjechała  do  niego  w  nocy  i  nikt  im  nie  przeszkadzał. 

Szkoda, że Jewgienij nie widzi, jak przyzwoicie się zachowują! 

- Nie takie sny! - rzuciła Raija przestraszona. - Nie takie zwyczajne, Wasia! 

Wpatrywała się w swoje ręce. Potem podniosła głowę i spojrzała na niego niepewnie. 

-  Przytulisz  mnie,  Wasia?  Jak  przyjaciel?  Skinął  głową.  Poczuł  ucisk  w  gardle. 

Zapragnął być silniejszy. Mieć więcej z królewicza z bajek. Albo z rycerza, który wyrzeka się 

wszystkiego dla swojej pięknej damy, również jej samej. Ale był tylko Wasilijem Uskowem. 

Człowiekiem. Mężczyzną. 

Może w najdalszych zakamarkach duszy był złym czarownikiem Kościejem? 

Mimo to objął ją. 

Zrobił dla niej miejsce obok siebie na twardej drewnianej ławie. Obiema rękami objął 

jej szczupłe ciało. Poczuł przez ubranie, że bardzo schudła. 

- Co to za sny, droga Raiju? - spytał. Ustami dotknął jej czoła, choć nie miał takiego 

zamiaru. - Czy to złe sny? 

Potrząsnęła głową. 

- To sny na jawie - wyznała po chwili. - Myślę, że pochodzą one z mroku mojej duszy. 

Myślę,  że  opowiadają  o  mnie.  Mówią  to,  czego  nie  wiem,  czego  być  może  nie  powinnam 

wiedzieć.  -  Na  krótki  moment  zamilkła.  -  Zaglądam  w  nie.  Nie  mogę  uciec  od  tych  snów, 

Wasia. Nie mogę uciec od tych, które przychodzą w nocy, dotykają mnie, trzymają w uścisku 

i pokazują fragmenty obrazów, których nie chcę oglądać. Mam przecież zamknięte oczy, nie 

mogę  ich  bardziej  zacisnąć.  Nie  mogę  przestać  patrzeć  na  to,  co  jest  w  moich  oczach.  To 

niemożliwe.  Zaczynam  wierzyć,  że  może  najlepiej  by  było,  gdybym  niczego  sobie  nie 

przypomniała... 

- Co takiego do ciebie przychodzi? 

-  Światło  -  odparła  szybko,  bez  zastanowienia.  Przysunęła  się  bliżej  do  Wasilija. 

Dotknęła  policzkiem  jego  ciepłej  szyi,  piersi,  gdzie  jego  koszula  nie  była  zapięta  tak 

przyzwoicie,  jak  jej  bluzka.  -  Żółte  światło.  Stoję  przed  skalą.  Czarną.  Śliską.  Nieprze-

niknioną. Być może to ta sama czarna skała, która jest we mnie. Nie wiem. Niczego już nie 

jestem pewna. Wiem, że ta skała jest zła. Czuję, że żółte światło pochodzi właśnie stamtąd. 

Ż

e  nikt  nie  powinien  zapuszczać  się  zbyt  głęboko  w  czeluści,  które  kryje.  Czuję,  że  żółte 

ś

wiatło  może  wyrządzić  krzywdę  Michaiłowi.  Przynajmniej  wydawało  mi  się,  że  chodzi  o 

background image

Misze... - Raija zaczerpnęła powietrza i wyznała to, o czym tak wiele rozmyślała: - Wiem, że 

ż

ółte  światło  ze  skały  może  wyrządzić  krzywdę  mojemu  dziecku,  ale  teraz  coraz  bardziej 

jestem przekonana, że nie Michaiłowi. Przypuszczam... doszłam do wniosku, że gdzieś żyje 

jeszcze  jedno  moje  dziecko,  którego  nie  pamiętam...  -  Załamał  jej  się  głos.  -  Chciałam 

myśleć,  że  to  dziecko  umarło,  ale  to  nie  takie  proste.  Sądzę,  że  ono  jednak  żyje,  Wasia.  - 

Odetchnęła ciężko. - Podejrzewam, że w mroku niepamięci jest więcej dzieci. Wydaje mi się, 

ż

e urodziłam ich więcej. 

Czy  mężczyzna  potrafi  pojąć,  jak  bolesne  jest  takie  odkrycie?  Jakie  to  straszne 

uzmysłowić sobie coś takiego? Uwierzyć w to? 

Jeżeli  jakikolwiek  mężczyzna  na  świecie  potrafił  ją  zrozumieć,  to  musi  nim  być 

właśnie Wasilij. 

- Boję się powiedzieć o tym Jewgienijowi - mówiła dalej. - Boję się, że Jewgienij zna 

prawdę,  ale  ją  ukrywa.  Nie  mam  pojęcia,  z  jakiego  powodu  milczy,  ale  coś  mnie 

powstrzymuje, kiedy chcę go o to spytać. Boję się, że jego oczy zdradzą, że kłamie. Boję się 

usłyszeć, że to tylko moja fantazja. 

- A czy to tylko twoja fantazja? 

Raija pokręciła głową. 

Wasilij ucałował jej czoło u nasady włosów. Zapomniał się przez krótką chwilę i stał 

się dla niej kimś więcej niż tylko przyjacielem. Nie mógł się opanować. Ani nie chciał. 

-  W  moich  snach  pojawiają  się  ludzie,  Wasia.  -  Raija  musiała  wyznać  wszystko, 

ponieważ nie była w stanie dźwigać tego sama. Musiała jeszcze kogoś wtajemniczyć. Chciała 

usłyszeć z ust Wasilija, że nic złego się z nią nie dzieje, że nie oszalała, że to nie jej fantazja, 

lecz  coś  więcej  niż  sny.  -  Ukazują  mi  się  twarze.  Pojawiają  się  w  jakichś  nieznanych 

okolicach,  Wasilij.  Twarze  ludzi,  których  nie  spotkałam.  Nie  pamiętam,  żebym  ich 

kiedykolwiek  widziała.  Ale  czuję,  że  ich  znam,  że  są  mi  bliscy.  I  to  mnie  śmiertelnie 

przeraża! 

-  Jakie  twarze?  -  spytał  Wasilij  łagodnie.  Był  jak  skała,  dobra  i  bezpieczna,  w 

odróżnieniu od tej, która skrywała przeszłość i która za każdym razem odbierała Raiji jakąś 

cząstkę zdrowego rozsądku. 

- Twarz mężczyzny - odparła. - Widywałam go wcześniej w moich snach. Czuję, że 

wiele dla mnie znaczył. - Urwała. Zamilkła. Nie wiedziała, czy może powiedzieć to, o czym 

myśli. Jednak musiała to wyznać: - Wiem, że go kochałam. 

Wasilij  poczuł  ukłucie  w  sercu.  Był  zazdrosny.  Również  o  mężczyznę  ze  snu.  O 

kogoś, kto być może wcale nie istniał. 

background image

Jednak zaraz owo wrażenie zniknęło. Stało się czymś nierzeczywistym. Kochał Raiję, 

lecz przecież to, o czym mówiła, dotyczyło kobiety, której nie znał. 

Dawna Raija tkwiła w niej za czarną skałą, niedostępna i nieprzenikniona. 

-  Pojawia  się  też  inny  mężczyzna  -  rzekła.  -  Być  może  wymyśliłam  go  i  o  nim 

zapomniałam. Nie wiem. Wiem tylko, że go rozpoznałam... że w moim śnie go rozpoznałam. 

Ale nie padają żadne imiona, żadne słowa. Jest młody. Nieładny i ładny jednocześnie. Włosy 

ma jak kłosy zboża. Twarz wyrażającą zdecydowanie i siłę. Zielone oczy, bardziej zielone niż 

twoje,  Wasia.  Myślałam,  że  takie  oczy  nie  istnieją.  Nie  zielone  jak  trawa,  nie  jak  morze,  a 

mimo to zielone. 

- Jak zorza polarna? - zgadywał Wasilij. Raija przytaknęła energicznie. 

-  Właśnie,  jak  zorza  polarna!  Wiem,  że  jest  delikatny  i  dobry.  Jest  miły.  Ma  duże, 

łagodne dłonie. Poznaję te dłonie. Nie jest bardzo wysoki, ale silny. Znam go. Wiem o nim 

wszystko. Starzeje się na moich oczach. Widzę, jak na jego twarzy pojawiają się zmarszczki. 

Jak przybywa mu lat, jak coraz bardziej pochylają się jego ramiona. Widzę kosmyki brody. 

Widzę, jak jego włosy tracą barwę. Lecz to ten sam mężczyzna, ponieważ ma te same oczy, te 

same rysy twarzy. Jest tak samo przyjazny. 

Miłość do Raiji sprawiła, że Wasilij otworzył własne drzwi do fantazji, ujrzał postaci 

ze snów Raiji jak żywe. 

Na Soroya tęsknota za Raiją sprawiała, że wiele marzył. Wtedy nauczył się patrzeć z 

zamkniętymi oczami. 

Zobaczył tego mężczyznę, którego mu opisała. Zastanowił się, czy ktoś taki naprawdę 

istnieje. 

Czy potrafi żyć bez Raiji. 

-  Widzę  kobietę  -  mówiła  dalej  Raija.  -  Jest  młoda,  młodsza  ode  mnie.  Ma  długie, 

czarne  włosy.  Jak  moje.  Brązowe  oczy  z  żółtą  otoczką  wokół  źrenicy.  Na  obu  policzkach 

widać blizny, tak jakby ktoś ją zranił nożem. Jest drobna i ruchliwa. Samotna, wydaje mi się. 

Myślę, że mnie nie lubi. 

Drżąc,  nabrała  powietrza.  Nie  powiedziała  aż  tak  wiele,  by  glos  odmówił  jej 

posłuszeństwa.  Ale  wiele  ją  kosztowało  wyznanie  tego,  co  powoli  wyłaniało  się  z  mroku 

niepamięci. 

To ogromny wysiłek. 

-  Ten  mężczyzna,  o  którym  śniłam  najpierw,  ten,  którego  widzę  i  nie  widzę,  ma 

ż

ółtawe oczy, jak ogień. Jak żółty pierścień, który młoda kobieta ma wokół źrenic. Nie widzę 

background image

owego pierścienia wystarczająco wyraźnie, by móc powiedzieć, jaki on jest. Nie potrafię tego 

dokładnie określić, ale wiem, że to ten sam słoneczny blask... 

-  Kamienie  morza  -  wtrącił  Wasilij.  -  Bursztyny.  Może  jak  bursztyn  przy  twojej 

szpilce, którą spinasz pelerynę? 

Skinęła głową. Nie pomyślała o tym. Nie rozumiała, dlaczego sama na to nie wpadła. 

- Czy widzisz jakieś dzieci? - spytał Wasilij. Cicho. Ostrożnie. 

- Chłopca - odparła Raija. - Chłopca o jasnych włosach. Jest młodszy niż Misza. 

- I żadnych innych? Potrząsnęła głową. 

- Skąd więc to przekonanie, że masz więcej dzieci? Dlaczego jesteś tego taka pewna, 

Raiju? Przecież jesteś pewna. 

Skinęła. 

- Myślę, że ta kobieta jest moim dzieckiem. 

- Dorosła kobieta? - Wasilij nie potrafił ukryć niedowierzania. - Kiedy wydobywasz z 

ciemności, która jest w tobie, wizerunki różnych ludzi, potrafię to zrozumieć. Ale nie mogłaś 

mieć dorosłej córki, kiedy tu przybyłaś. Sama ledwie byłaś dorosła! 

- Myślę, że jednak ona jest moim dzieckiem - stwierdziła Raija z przekonaniem. 

- Raczej ten mały chłopiec! - zauważył Wasilij. Jej odpowiedź brzmiała inaczej, niż 

się spodziewał. 

Przytaknęła zamyślona. 

- Może on także. 

-  Jeżeli  ta  kobieta  jest  twoją  córką...  -  Wasilij  przełknął  -  to  w  takim  razie  dorosła 

później, kiedy tu byłaś, najdroższa. Nie możesz wiedzieć, jak wygląda. 

-  Nie  mogę?  -  spytała.  W  jej  głosie  brzmiała  jakaś  niebezpieczna  nuta.  Zmusiła 

Wasilija, by i on spojrzał w oczy temu, co niepojęte. 

- Może... - przyznał. 

- Widziałam, jak mężczyzna się starzeje. 

-  Jak  bardzo  się  zestarzał?  -  spytał  Wasilij.  Nie  chciał  przyjąć  wszystkiego 

bezkrytycznie. 

- Wydawał się młodszy od Jewgienija - wyszeptała. Wasilij nie chciał tego słuchać. 

- I co ty o tym myślisz? - spytał, starając się stąpać mocno po ziemi. Nie było to łatwe. 

Raija  potrafiła  wywrócić  rzeczywistość  do  góry  nogami  i  zmusić  najbardziej  trzeźwego  z 

ludzi, by jej uwierzył. 

Wszystko wokół niej sprawiało wrażenie nierzeczywistego, we wszystkim były czary, 

magia, coś niesamowitego. 

background image

Wasilij  uważał,  że  jego  zdanie  nie  ma  znaczenia.  Najważniejsze,  co  myśli  i  w  co 

wierzy Raija. To, w co wierzy, jest właśnie przyczyną jej choroby. 

- Myślę, że ta młoda kobieta jest moją córką - rzekła Raija bez wahania. Rozważała to 

tak  wiele  razy,  że  owa  myśl  nie  była  jej  obca.  Wiele  razy  te  słowa  rozbrzmiewały  w  jej 

głowie. Wargi formułowały je, ale nigdy jeszcze nie wypowiedziała ich na głos. Przebiegł ją 

dreszcz, ale mówiła dalej. - Jestem przekonana, że jest moją córką - rzekła z niezłomną wiarą 

w głosie. - Myślę, że jest dzieckiem moim i mężczyzny o bursztynowych oczach. Tego, który 

pojawiał  się  w  pierwszych  snach.  Tego,  którego  nie  widzę  zbyt  wyraźnie.  Tego,  którego 

kochałam. 

Wasilij nie wiedział, co powiedzieć. Słowa wydawały się takie miałkie. Nie mógł jej 

pocieszyć, że to tylko sen. W przypadku Raiji nic nie było oczywiste. 

Nawet  coś  zupełnie  niewiarygodnego  znajdowało  w  sposób  naturalny  miejsce  w  jej 

ż

yciu.  To,  co  wydawało  się  niemożliwe,  za  jej  sprawą  stawało  się  możliwe.  Potrafiła 

dokonywać cudów. 

- A ten mały chłopiec? - spytał Wasilij. - Nie możesz wiedzieć, nie możesz być pewna, 

ż

e  jest  twoim  synem.  Nie  możesz  też  mieć  całkowitej  pewności,  że  ta  kobieta  jest  twoim 

dzieckiem. 

- To prawda, ale czuję takie ogromne wyrzuty sumienia - odparła wreszcie. - Dręczy 

mnie potworne poczucie winy, mam nadzieję, że nikt nie doświadcza czegoś podobnego. To 

mnie niszczy. Wiem, że bierze się ze snów, powstaje po spotkaniach z postaciami ze snów. 

Poczucie winy wyrasta właśnie z tego. Z tego... 

Poczucie  winy  wyrosłe  ze  snów!  Wasilij  nie  mógł  jej  powiedzieć,  żeby  się  nie 

martwiła, nie mógł bagatelizować tego, co dla Raiji było bardzo ważne. 

- Nie wiesz na pewno - rzekł ostrożnie. Nie chciał jej zranić, nie mógł powiedzieć, że 

przesadza. 

Mówiła, że ją to niszczy. Wierzył jej. Musiał potraktować jej słowa poważnie. 

- Ale czuję, że tak jest. - Raija poszukała wzrokiem jego oczu. W jej oczach kryła się 

ogromna,  czarna  otchłań.  -  Czuję  to, Wasilij.  Nie  możesz  powiedzieć,  że  moje  uczucia  czy 

przeczucia do tej pory mnie zawodziły. Są, Wasia... są moim przekleństwem. To nie ma nic 

wspólnego  z  chłodem  czy  z  ciężkim  snem.  -  Zamilkła.  -  W  więzieniu  również  miewałam 

podobne sny. I jeszcze później. Jednak pamiętam z nich niewiele. Nie wiem, czy widziałam w 

nich którąś z tych osób. To jest dla mnie zagadką. To nie są zwyczajne sny. Czuję niemal, jak 

pęka  skała,  która  jest  we  mnie  i  skrywa  przeszłość.  Potrafisz  to  zrozumieć,  Wasia?  Czy 

możesz to pojąć? Uwierzyć? 

background image

- Nie potrafię zrozumieć - odparł. - Nie wymagaj ode mnie tego, co niemożliwe. Ale 

mogę  spróbować  uwierzyć.  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  to,  co  mi  wyznałaś,  brzmi 

niewiarygodnie? 

Skinęła głową. 

- Nie możesz się pogrążać w bólu, Raiju - przekonywał. - Nie możesz się zamartwiać. 

To niczego nie zmieni. Jeżeli te osoby ze snów istnieją, już dla nich zniknęłaś. 

Raija zarzuciła Wasilijowi ręce na szyję. Ukryła twarz na jego piersi. 

- Masz rację, już dla nich zniknęłam. Zdradziłam wszystko, co kochałam. 

Rozpłakała się. 

Wasilij nie musiał nic mówić. Wystarczyło, że ją przytulał, że po prostu był. Wierzył 

jej.  I martwił się o nią, bez względu na wszystko. Chyba tylko dzięki niemu nie postradała 

rozumu. 

background image

13 

- Nie powinnaś o tej porze wracać konno do domu - rzekł Wasilij. On również płakał. 

Być może nawet tego nie zauważyła. Jej ból i jemu przeszywał serce. Obejmując ją, nie był w 

stanie powstrzymać łez. 

- Jewgienij na mnie czeka - łkała cicho. 

-  Niech  nawet  sam  Bóg  i  diabeł  na  ciebie  czekają,  Raiju.  Nie  mogę  pozwolić,  byś 

wyruszyła teraz w nocy. 

-  Jak  to  będzie  wyglądało,  jeśli  zostanę?  Wymknęła  się  z  jego  ramion.  Przeszła  po 

pokoju. 

Powiew powietrza, który wywołała, poruszając się, ożywił mały płomień lampy. 

Wasilij  poczuł  łaskotanie  w  żołądku.  Raija  nie  powiedziała,  że  nie  zostanie,  że  tego 

nie  chce.  Usiłował  przywołać  przed  oczy  twarz  Jewgienija.  Nie  całkiem  mu  się  udało. 

Próbował spojrzeć na całą sprawę z punktu widzenia Jewgienija. Bez powodzenia. 

Jewgienij miał Raiję. 

Jewgienij miał wszystko. 

Wasilij nie wstydził się tego, że chciał pochwycić dla siebie chociaż to, co możliwe. 

Nie wstydził się, że pragnął zerwać obietnice, które złożył. Gdyby Raija się zgodziła, 

nie zawahałby się nawet przez moment. On, który stał w cieniu, który zadowalał się tym, co 

spadło z pańskiego stołu. 

Miał nadzieję. 

Ż

ył marzeniami. 

Musiał  przyznać  przed  samym  sobą,  że  nie  grzeszył  przyzwoitością,  rozmyślając  o 

Raiji. Bardziej go to radowało, niż zawstydzało. 

-  Nie  mogę  zostać  zbyt  długo  -  westchnęła  Raija.  -  Ale  chciałabym  u  ciebie  trochę 

odpocząć. Czy wolno mi, Wasia? Nie pragnę niczego, czego mielibyśmy potem żałować. To 

tylko rodzi ból. 

Zgodził się więc i na to. 

Wskazał  gestem  ręki  bokówkę,  w  której  sypiał.  Zdążył  się  położyć,  zanim  Raija 

przyszła.  Skóry  trzymały  jeszcze  pewnie  trochę  jego  ciepła.  Chciał,  by  się  nimi  otuliła, 

zmieszała swoje ciepło z tą odrobiną jego własnego. 

-  Muszę  wrócić  do  domu  przed  świtem  -  zastrzegła  Raija.  -  Muszę.  Wiesz  o  tym, 

Wasia? 

background image

Tak, dobrze wiedział. 

- Odpoczywaj - rzekł. 

Nie rozumiał Jewgienija, zupełnie go nie rozumiał. Jak doprowadził do tego, że Raija 

nie  mogła  przy  nim  znaleźć  spokoju,  że  nie  mogła  mu  się  zwierzyć,  że  nie  mogła  z  nim 

dzielić swego bólu? Dlaczego Jewgienij uważał, że Raija celowo sobie szkodzi? Dlaczego nie 

dawał  jej  oparcia,  którego  szukała?  -  Obudzę  cię,  moja  droga.  Połóż  się,  potrzebujesz 

odpoczynku. 

-  Nie  mogę  spać  sama  -  wyznała.  -  Nie  teraz.  To  mogło  być  tanią  wymówką. 

Podstępem, pułapką, która znienacka zatrzasnęłaby się wokół niego. 

Ale nie. 

Raija wiedziała, że prosi o wiele. Wasilij zaś cieszył się, że go o to poprosiła. 

W ten sposób dała mu do zrozumienia, jak wysoko go ceni, jak bardzo mu ufa. 

Położył  się  z  brzegu,  otulił  ją  skórami.  Sam  się  nie  przykrył.  Musiał  pozostawić 

przestrzeń, która by ich oddzielała. 

Raija  skuliła  się,  odwrócona  w  jego  stronę.  Ramię  Wasilija  posłużyło  jej  jako 

poduszka. Jego wargi tak delikatne, tak ostrożnie dotykające jej czoła, jej włosów, wypełniały 

ją spokojem. Oddychał w tym samym rytmie co ona. 

Czuła się bezpieczna. 

- Jak dobrze przy tobie zasypiać! - westchnęła. - Jak dobrze. 

Wasilij pomyślał o Jewgieniju. Wiedział, że tamten czuwa. I w tym momencie po raz 

pierwszy ucieszył się, że nie jest mężem Raiji. 

Leżał  nieruchomo.  Starał  się  odprężyć.  Usiłował  zachować  rozsądek,  pozostać  tylko 

przyjacielem. 

Godnym zaufania. 

Jednak zdawał sobie sprawę, że jest tylko człowiekiem. Tylko mężczyzną. 

Raija  spała  tak  spokojnie,  że  nikt  by  nie  pomyślał,  że  dręczyły  ją  senne  koszmary. 

Nikt  by  nie  uwierzył,  że  prześladują  ją  ludzie  bez  imion,  bez  możliwych  do  nazwania 

powiązań z nią samą. 

Wasilij pielęgnował tę chwilę. Traktował jak rzadki kwiat, który pragnął zachować w 

swym sercu. Wyjąć, kiedy będzie go najbardziej potrzebował. 

Chciał  wszystko  dokładnie  zapamiętać.  Ciemne  rzęsy.  Delikatne  i  piękne  niczym 

ptasie  piórka.  Czarne,  jak  gdyby  pożyczyła  je  od  szpaka.  Spokojnie  spoczywały  na 

policzkach.  Ukrywały  ogień,  który  potrafił  zapłonąć  w  jej  oczach.  Ukrywały  to,  co  w  niej 

background image

nieodgadnione.  Usta,  lekko  czerwone,  delikatne,  niemal  się  uśmiechały.  Przezwyciężył 

pokusę, by je pocałować. 

Tego, czego smakiem nie wolno się rozkoszować, nie należy nawet próbować. 

Łatwo przestrzegać reguł, kiedy przedmiot pożądania nie znajduje się na tyle blisko, 

by móc go dotknąć, wziąć do ręki, skosztować... 

Jest  taka  śliczna.  To  przekonanie  przetrwa  w  nim  niezależnie  od  tego,  jak  będzie  w 

przyszłości wyglądała. Jego oczy zawsze dostrzegą w niej piękno. Nie wiedział, czy kochał ją 

dlatego,  ponieważ  była  piękna,  czy  też  wydawała  mu  się  piękna,  ponieważ  ją  kochał. 

Nieważne. 

Kochał ją. 

I była piękna. 

W pewnej chwili przyszło mu do głowy, że może powinien ją obudzić. Noc za oknem 

przybrała się w nieco jaśniejszą pelerynę. Wkrótce będzie za późno, by Raija wyszła z jego 

domu niepostrzeżenie. 

Pierwsze  kobiety  -  ranne  ptaszki  niedługo  wstaną,  rozpalą  w  piecu,  przetrą  oczy, 

zwrócą je ku światu. 

Wasilij pogładził Raiję po włosach. Delikatnie. Przypomniał sobie, że to właśnie tak 

Dagnija uczyła  go budzić dzieci. Łagodne  głaskanie po głowie przygotowywało dziecko na 

wymknięcie się ze snu. 

Pomyślał, że Raija się budzi, że wystarczyło jedno lekkie dotknięcie. Odwróciła się, 

jej wargi poruszyły się, twarz wykrzywił grymas. 

- Ogień, ogień! Tyle ognia! - jęknęła. - Nie bierzcie ich! Uważajcie na płomienie! Na 

ogień. 

Łkała. Skuliła się w kłębek. Płakała przez sen. 

Czy powinien ją obudzić? Czy pomoże Raiji, jeżeli przerwie ten sen? Czy też może 

przerwany sen powróci kiedyś, kiedy przy Raiji nie będzie nikogo? 

Spała  niespokojnie,  skulona.  Rękoma  obejmowała  kolana.  Zgrzytała  zębami.  Tak 

mocno  zaciskała  szczęki,  że  drżały.  Skóra  na  policzkach  napięła  się,  brwi  ściągnęły  się, 

tworząc bruzdy na czole. 

Wargi  Raiji  poruszyły  się  znowu.  Układały  słowo,  którego  Wasilij  z  początku  nie 

rozumiał.  Po  chwili  uszy  Wasilija  wyłapały  jego  brzmienie.  Zrozumiał,  że  to  imię.  Raija 

powtórzyła je tak wiele razy, że nie mogło być wątpliwości. 

-  Reijo!  -  zawołała.  -  Reijo!  -  zaklinała  przez  sen  z  miejsca,  do  którego  Wasilij  nie 

mógł dotrzeć. 

background image

Trzymał ją w ramionach, lecz nie wiedział, czy to coś pomoże. Raija nadal wołała to 

jedno słowo, to jedno imię. Dziwne. Nie rosyjskie. Ani też norweskie. Obco brzmiące. 

Lapońskie?  Język  Lapończyków  nie  przypominał  norweskiego.  Wasilij  nie  był 

pewien. Może fińskie? 

-  Reijo  -  mówiła  Raija  przez  sen.  Układała  przy  tym  usta  w  uśmiech,  jakby  jej  to 

słowo  smakowało.  Ale  chwilami  też  miało  gorzki  smak.  Wasilij  zapragnął  ujrzeć  jej  oczy, 

odgadnąć jej uczucia związane z tym imieniem,  które ciągle powtarzała.  - Reijo! - rzekła z 

troską. A potem zaczęła mówić coś, czego Wasilij na początku nie mógł zrozumieć. Doznał 

szoku, kiedy uświadomił sobie, że Raija mówi po norwesku. - Reijo! Reijo, wybacz mi! Nie 

wiedziałam o tobie. Tak by się nie stało, gdybym o tobie wiedziała. Wybacz mi. Tylko ciebie 

mogę o to prosić. Błagać o twą przyjaźń. Pozwól mi odpocząć w wodzie. 

Była pokorna, przepełniona żalem. Słowa wypływały z głębi jej duszy. 

Kimkolwiek ten Reijo był, to w każdym razie rozumiał po norwesku. Zwracając się do 

niego, nazwała go przyjacielem. 

Wasilij trzymał Raiję w objęciach, śpiącą Raiję, kobietę Raiję, Raiję - Rosjankę. Jego 

piersi przepełniała ogromna czułość. 

Powinien  obudzić  ukochaną,  ale  pozwolił  jej  spać.  Wyśnić  do  końca  ten  sen,  nawet 

jeśli sprawiał jej ból. 

Powoli  odprężała  się,  powoli  rozluźniała  ciało.  Puściła  kolana,  oddychała 

równomiernie,  jej  twarz  przybrała  normalny  wyraz.  Raija  wyprostowała  się.  Odnalazła 

spokój. 

Wasilij pozwolił jej spać. 

Jeżeli podobne sny powtarzają się co noc, to naprawdę potrzebowała odpoczynku. 

Wasilij pozwolił jej odpoczywać w swych ramionach. 

Powoli zaczynał się dzień. 

Raija budziła się niespiesznie. Zorientowała się, że coś jest nie tak. Otaczały ją inne 

niż zazwyczaj odgłosy poranka. Ale sen był taki przyjemny, że wymknęła się z niego wbrew 

swej woli. 

Niechętnie  powitała  nowy  dzień.  Uniosła  powieki.  Odnalazła  twarz  Wasilija  blisko 

swej twarzy. 

Rzuciła  jedno  krótkie  spojrzenie  w  jego  iskrząco  zielone  oczy.  Dojrzała  w  nich  tak 

wiele miłości, tak wiele ciepła, tak wiele uczuć, których nie mogła przyjąć. 

Ranek? 

Nie, to niemożliwe! Wasilij obiecał, że ją obudzi. Chciała tylko trochę odpocząć... 

background image

-  Dlaczego  ciągle  tu  jestem?  -  spytała  szeptem.  Światło  przyniosło  ze  sobą 

zakłopotanie.  Dostrzegła  cienie  w  kątach  i  zaczęła  szukać  wzrokiem,  ale  nikogo  nie 

zauważyła. Byli sami. 

- Pamiętasz swoje sny z dzisiejszej nocy? - Wasilij odpowiedział pytaniem. Sam leżąc, 

poczekał,  aż  Raija  usiądzie.  Śledził  każdy  jej  ruch  i  zachowywał  w  pamięci.  Zbierał  nowe 

róże do bukietu wspomnień, dobrych wspomnień. 

Raija podciągnęła kolana pod brodę. Objęła je rękoma. Poprawiła spódnicę. Zmartwiła 

się jej wyglądem. Jewgienij zauważy zagniecenia. Dostrzegał takie drobiazgi. 

- Śnił mi się pożar - rzekła zamyślona. Musiała się bardzo skupić, by sobie wszystko 

przypomnieć. - Wszędzie szalał ogień - dodała. Szeroko otworzyła oczy. Widziała obraz ze 

snu, ale nie cały, jedynie urywane  fragmenty, które wypełniły ją  goryczą. - Palił się las... - 

zawahała się. Nie potrafiła tego stwierdzić z całą pewnością. - Tak mi się wydaje. Pamiętam 

czubki  drzew  całe  w  ogniu.  Płonące  wierzchołki  drzew  na  tle  nieba.  Wszędzie  był  ogień.  I 

woda. Musiała być woda. Tak mi się wydaje. 

Spojrzała zdziwiona na Wasilija. 

-  Czułam  się  tak,  jakbym  miała  mokre  stopy.  Przemokłam,  było  mi  zimno.  Ale  nie 

sądzę, bym zmarzła. To tylko coś, na co patrzyłam. Nie brałam w tym udziału. Dziwne... 

-  Pamiętasz  jakichś  ludzi?  Twarze?  Kogoś  znajomego?  -  Wasilij  mimo  woli  dał  się 

wciągnąć w tę historię. A może tylko w sen... 

Raija potrząsnęła głową. Między jej brwiami utworzyła się bruzda. Brwi ściągnęły się, 

pożeglowały po niebie czoła. 

-  Nikogo  nie  widziałam.  Nie,  nikogo  nie  pamiętam  -  odparła,  ale  niepewnie.  - 

Szukałam kogoś - przypominała sobie. - Ale przecież mnie tam nie było! - Spojrzała pytająco 

na Wasilija, tak jak gdyby razem z nią oglądał obrazy ze snu. Lecz do tego świata wewnątrz 

swej  duszy  wybrała  się  sama.  -  Wiem,  że  się  bałam  -  wyznała  w  końcu,  gdy  się  dobrze 

zastanowiła. - Bałam się o kogoś, nie o siebie. Myślę, że mnie samej nic nie groziło. Może na-

wet tam byłam, ale bałam się o kogoś innego. 

-  Czy  imię  Reijo  coś  ci  mówi?  Wasilij  obserwował  ją.  Zobaczył,  jak  uniosła  brwi, 

otworzyła  szeroko  oczy,  ale  nie  dlatego,  że  sobie  przypomniała.  Smakowała  to  imię. 

Wymówiła je kilka razy. 

Ani razu nie zabrzmiało to jednak z takim akcentem i z takim uczuciem jak w nocy. 

Teraz powiedziała to całkiem inaczej. 

Teraz wymieniła obce imię, formułowała dźwięki, które nic dla niej nie znaczyły. 

background image

Wasilij  wolałby  zapomnieć,  z  jakim  uczuciem  powtarzała  to  imię  w  nocy.  Wolałby, 

ż

eby to był tylko sen, który mu się przyśnił. 

-  Skąd  przyszło  ci  do  głowy  to  imię?  -  spytała  Raija  zaciekawiona.  Cały  czas 

wygładzała spódnicę, choć to nic nie pomagało. 

-  Wołałaś  je  przez  sen  -  wyjaśnił.  -  Wołałaś  tego  człowieka  o  imieniu  Reijo.  Wiele 

razy. Zaklinałaś go. Prosiłaś, by ci wybaczył. 

Raija przerwała mu: 

- Nie wiem, czy chcę tego słuchać! Wasilij zamilkł. 

-  Chcę  -  zdecydowała  w  końcu.  Wyprostowała  plecy.  Czekała.  Gotowa  była  na 

wszystko. 

Wasilij  powtórzył  jej,  co  mówiła.  Pamiętał  dokładnie  słowo  w  słowo.  Zawsze  miał 

dobrą pamięć. 

-  Reijo...  -  rzekła  Raija  zamyślona.  -  Reijo!  -  potrząsnęła  głową.  -  Dlaczego  go  nie 

pamiętam? Nie wiem, kim on jest! Może to mężczyzna o bursztynowych oczach. A może ten 

drugi, który się starzał. Nie wiem. A może to zupełnie ktoś inny? Dlaczego nie mogę sobie 

przypomnieć? 

Wasilij nie potrafił jej odpowiedzieć. Nigdy nie spotkał nikogo, kto by odbywał takie 

podróże. To go przerażało. I pociągało. 

- Czy Reijo to norweskie imię? - spytała. Pytała oczyma, ustami, całą sobą. Całą sobą 

wyczekiwała odpowiedzi. 

- Nie - wyjaśnił Wasilij. - O ile wiem, to nie. Twoje imię też nie jest norweskie. 

Raija drżąc zaczerpnęła powietrza. 

-  Kim  ja  jestem?  -  spytała.  -  Jakie  życie  przedtem  prowadziłam?  Czy  w  mojej 

przeszłości jest coś tak przerażającego, że nie powinnam się w to zagłębiać? Czy to dlatego 

nie pamiętam? Jakie okrutne tajemnice kryją się w okowach niepamięci? Dlaczego mam takie 

poczucie winy? Dlaczego czuję, że kogoś zdradziłam? Dlaczego spotykam się z nienawiścią, 

pogardą,  nieufnością  ze  strony  tych  nieznanych  osób  z  moich  snów?  Dlaczego,  Wasia, 

dlaczego? 

Nie umiał jej odpowiedzieć. 

- Jak jest w Norwegii? - dopytywała się. - Opowiedz mi o norweskim krajobrazie! 

I  Wasilij  mówił  o  morzu,  o  wielkim  morzu,  które  było  tak  niepojęcie  bliskie,  tak 

niepojęcie  rozległe,  tak  niepojęcie  ogromne.  O  falach.  Barwach.  Opowiadał  o  wybrzeżu: 

postrzępionym, kamienistym, nagim. O kraju jałowym, surowym, ubogim. O wąskich pasach 

uprawnej  ziemi.  O  tym,  jak  ludzie  pracowicie  pielęgnowali  zieloną  trawę.  Karczowali 

background image

porośnięte  lasem  górskie  zbocza,  żeby  wyżywić  zwierzęta.  O  soczyście  zielonych  plamach 

pomiędzy kamieniami i czarnymi skałami. 

Opowiedział  jej  o  niskopiennych  krzewach,  o  mchu,  o  kolorze  ziemi.  O  tym,  jak 

zmieniają się pory roku. O gwałtowności wszystkich przemian w pogodzie i przyrodzie. 

Opowiedział o ciepłych latach skąpanych w słońcu. Opowiedział o jesieni, surowej i 

wietrznej, przede wszystkim szarej, wilgotnej, potwornie mokrej. Ciemniejącej. Opowiedział 

o  zimie,  o  gwałtownych  sztormach.  O  morzu,  które  nigdy  nie  zamarzało.  O  morzu,  które 

chciało  okazać  się  bardziej  zimne  i  bezlitosne  niż  śnieg  i  lód.  Opowiedział  jej  o  wiośnie, 

nieskończenie  długiej  na  początku,  kiedy  robiło  się  tylko  odrobinę  cieplej.  Gdy  ludzie 

wierzyli, że słychać już oddech lata, mróz śmiał im się prosto w twarz. Bez końca powracał. 

Aż wreszcie nagle śnieg i lód topniały. W ciągu jednego dnia, jednej nocy. Kraj wyskakiwał z 

zimowego ubrania. Zrzucał je, stawał się zielony i nowy, wytęskniony. To trwało tak krótko. 

Potem, zanim ktoś zdążył nazwać poprzednią porę roku wiosną, nastawało lato. 

- Czy nie ma tam drzew? - spytała Raija ze smutkiem w głosie, z niedowierzaniem. - 

Czy nie ma tam drzew, o jakich ci opowiadałam? Wysokich drzew? Lasów? 

- Rosną w głębi lądu - odparł Wasilij z powagą. - Bardziej na południe. Jak myślisz, 

dlaczego na wybrzeżu tak chętnie kupują nasze drewno? 

Raija oddychała szybko. Trochę drżała. 

-  A  więc  pochodzę  z  głębi  kraju?  -  zgadywała.  -  Z  okolic  położonych  bardziej  na 

południe  niż  Finnmark.  -  Wasilij  kiwnął  głową.  Myślał,  że  z  całą  pewnością  można  tak 

stwierdzić. 

-  Nigdy  tam  nie  byłem  -  rzekł  z  żalem.  -  Nie  mogę  ci  opowiedzieć  o  tych 

krajobrazach, droga Raiju, choć bardzo bym chciał. 

Wstał. Nie odważył się jej dotknąć. Nie zadowoliłby się niewinnym muśnięciem ręki. 

Zbyt wiele niebezpiecznych uczuć zrodziło się między nimi. 

Nie miał w domu nic do jedzenia. Tylko kilka antałków kwasu, które przetrwały okres 

nieobecności gospodarza i których nie zdążył opróżnić w ciągu zimy. 

Nalał  Raiji  i  sobie.  Pili w  milczeniu.  Raija  skrzywiła  się.  Chyba  jej  nie  smakowało. 

Kwas jest właściwie najlepszy zaraz po sporządzeniu, Wasilij znał się na tym. Cóż, dobry i 

taki, skoro nie ma świeżego. 

- Mogłabyś teraz wyjść - powiedział. - Ale wtedy wszyscy się zorientują, że spędziłaś 

u mnie noc i na pewno nie wszyscy uwierzą, że nic między nami nie zaszło. Albo też możesz 

zostać  dłużej,  by  niektórzy  dali  się  zwieść,  że  przyszłaś  na  krótko  w  ciągu  dnia.  Możesz 

również  zostać  do  wieczora  i  wymknąć  się  pod  osłoną  ciemności.  -  Roześmiał  się  cicho. 

background image

Dodał niby to żartem, choć jego słowa wyrażały to, czego pragnął naprawdę. - Albo możesz 

po prostu zostać. Na zawsze. 

- Mogę zrobić tylko jedno - rzekła Raija poważnie. - Wyjść teraz. 

Wasilij zdawał sobie sprawę, że Raija wybierze to rozwiązanie. Znał ją zbyt dobrze. 

Kochał również tę stronę jej osobowości. Kochał w niej wszystko. 

- Czy choć trochę ci pomogłem? - spytał, zakładając jej pelerynę na ramiona. Patrzył, 

jak drobnymi palcami zapina szpilkę na piersi. 

-  I  ty  pytasz,  czy  mi  pomogłeś!  -  ujęła  go  za  ręce.  Okazała  mu  prawdziwą 

wdzięczność.  Gwałtowna  zmienność  uczuć,  to  też  ona,  jego  Raija.  -  Wierzysz  mi  - 

powiedziała  z  przekonaniem.  Na  jej  usta  powrócił  uśmiech.  Oczy  nadal  błyszczały  jak  w 

gorączce, ale pojawiły się w nich również upór i duma, których Wasilijowi brakowało, kiedy 

zobaczył Raiję po swym powrocie. - Nie mówisz mi, że zmyślam. Nie kłamiesz i nie udajesz, 

ż

e nie rozumiesz, o czym mówię. 

-  Przecież  nie  rozumiem  -  uśmiechnął  się  Wasilij.  Pragnął,  by  wszystkie  poranki 

wyglądały tak jak ten, by dzień zaczynał się przy Raiji. 

-  Nie  rozpoznajesz  wydarzeń,  o  których  opowiadam  -  poprawiła  się  Raija.  -  Nie 

uciekasz wzrokiem, mówiąc, że nie masz pojęcia, co to takiego, mimo że być może widziałeś 

te miejsca i tych ludzi na własne oczy. 

Wasilij mógłby wykorzystać tę chwilę i powiedzieć coś niepochlebnego o Jewgieniju. 

Mógłby oczernić rywala. Ukazać Raiji jej męża w niekorzystnym świetle. 

Ale nie uczynił tego. 

Nie potrafił. 

- Być może będę musiała jeszcze kiedyś znowu z tobą porozmawiać. 

- Wiesz, że zawsze możesz. 

- Ale nie tak. - Raija wypuściła jego ręce. Rozłożyła ramiona, jakby chciała objąć cały 

ten jego nieduży dom, jego i siebie, tak by powstała jedna całość. 

-  Nie  -  zaprotestował  Wasilij.  Tyle  to  i  on  miał  rozumu.  Pomyślał,  że  i  tak  będzie 

dobrze, jeżeli po tej nocy Jewgienij nie wbije mu noża między żebra. Wiedział, że Jewgienij 

nie okaże zbytniej wyrozumiałości i nie będzie się starał usprawiedliwiać sympatii, którą jego 

ż

ona obdarzyła byłego buntownika. 

Tego rodzaju przyjaźni żaden małżonek łatwo nie znosi. 

Raija omiatała ulice brzegiem peleryny. To jej żagiel, jej tarcza. 

Kiedy  przybyła do portu, nikt już na nią nie patrzył tak, jak przed domem Wasilija. 

Oczyma mówiącymi, że wiedzą, że się domyślają. 

background image

Raija nie przejmowała się ludzkimi spojrzeniami. Co prawda bała się i czuła ucisk w 

piersi, lecz jednocześnie zyskała nowy spokój. 

Ktoś wreszcie jej uwierzył. 

Jewgienij  nie  spał  w  nocy.  Poznała  to  po  nim.  Zawsze  z  łatwością  potrafiła  go 

rozszyfrować.  Umiała  przewidzieć,  co  zrobi.  W  jego  przypadku  nietrudno  to  było  zgadnąć. 

Rzadko ją zaskakiwał. 

- A więc jesteś? - przywitał Raiję i odchylił się do tyłu na krześle. Spojrzał na nią, tak 

jakby  się  spodziewał,  że  zauważy  ślady  niewierności.  Tak  jakby  mógł  to  zobaczyć.  -  Już 

zaczynałem myśleć, że z nim zostaniesz. Ze wreszcie udało mu się udowodnić, że chowa w 

zanadrzu  dużo  więcej  niż  inni.  Myślałem,  że  ujął  cię  swoim  urokiem,  uśmiechem, 

młodzieńczością. 

Jewgienij powtarzał to, co o Wasiliju mówiły kobiety. 

Raija zdała sobie sprawę, że i ona określała go podobnie. Lubiła Wasię. 

Jewgienija darzyła całkiem innym uczuciem. Pragnęła, by zdawał sobie z tego sprawę 

i bardziej jej ufał. Pragnęła, by ją traktował jak dorosłą kobietę, a nie jak dziecko, które musi 

chronić własnym ciałem, własnym życiem. 

- Zasnęłam - przyznała. - Możesz w to uwierzyć lub nie. Nic złego nie zrobiłam. Tylko 

spałam... 

Jewgienij się roześmiał. 

Wstał. Podszedł do niej. Chwycił ją mocno za ramię. Pocałował. 

Pożądliwie i niedelikatnie. Raija poczuła ból w  wargach. Palce Jewgienija wrosły  w 

jej ramię. Przycisnął ją swoim ciałem do drzwi, a potem pocałował tak mocno, że zaparło jej 

dech. 

Chciała krzyknąć, ale nie uwolnił jej ust na tyle, by mogła wydobyć słowa prośby. 

Po chwili, gdy już sądziła, że zamierza wziąć ją siłą, żeby ją ukarać, coś udowodnić 

lub upokorzyć, puścił ją. 

Puścił i odwrócił się plecami. 

-  On  cię  tak  nie  całuje,  prawda?  -  spytał  Jewgienij  wzburzony.  -  Jest  zapewne 

delikatniejszy, łagodniejszy, bardziej czuły. Okazuje więcej uczucia. 

-  Wasia  mnie  nie  całował  tej  nocy  -  odparła  Raija.  -  A  tylko  mnie  wysłuchał. 

Obejmował mnie tak, jak przyjaciel obejmowałby przyjaciela. I zasnęłam. Pozwolił mi spać. 

To jedyne, co uczynił dziś w nocy wbrew mej woli, Jewgienij. Pozwolił mi zasnąć. Pozwolił 

mi odpocząć. Powiedział, że tego potrzebowałam. 

background image

-  Wasia  jest  taki  troskliwy  -  rzekł  Jewgienij  z  ironią.  -  Boże,  robi  mi  się  od  tego 

niedobrze, Raija. Nie rozumiesz, że pragnę tylko jednego: szczęścia z tobą i Misza. Marzę o 

spokojnym  życiu  we  troje.  Nie  życzę  sobie  mężczyzn,  którzy  kręcą  się  wokół  ciebie  i 

twierdzą, że są jedynie twoimi przyjaciółmi! 

-  Mówisz,  że  marzysz  o  spokojnym  życiu.  A  co  ze  mną?  Z  moimi  snami?  -  spytała 

Raija. 

Jewgienij westchnął. 

-  Nie  uwolniłaś  się  od  nich?  -  zdziwił  się.  Raija  wiedziała,  że  i  jego  martwią  jej 

koszmary. 

- Nie - odparła. - Wyznaczają przede mną ścieżki, ale ja nie wiem, dokąd prowadzą. 

- Musisz nimi iść? - spytał. - Tak. 

background image

14 

- Jesteś niczym morze - rzekła Antonia do Raiji, wzdychając. - Nie możesz przestać 

tworzyć fal. 

Raija  nie  zaprzeczała.  Stan  jej  uczuć  rzeczywiście  przypominał  teraz  wzburzone 

morze. 

Jewgienij starał się trzymać głowę wysoko, gdy szedł przez Archangielsk. Napotykał 

przenikliwe  spojrzenia.  Mimo  to  kroczył  wyprostowany.  Uważał,  że  śmiech  wkrótce 

ucichnie, a kiedy ludzie zobaczą, jak odniósł się do postępku żony, stracą pewność siebie. 

Raija nie chciała, żeby się tak starał. 

-  Może  nawet  popełniłabym  głupstwo  -  wyznała.  -  Ale  Wasia  pomógł  mi  zachować 

zdrowy rozsądek. 

- Naprawdę zasnęliście? I nic? Raija westchnęła. Wywróciła oczami. 

- Tak to z nami jest - stwierdziła. Spodziewała się, że Tonią jej uwierzy. - Po prostu 

jesteśmy sobie bliscy. 

Antonia  uznała,  że  to  prawda.  Po  raz  kolejny.  Słyszała  wiele  razy,  jak  Raija  to 

powtarzała. Za każdym razem słowa przyjaciółki wydawały się jej mniej dziwne. Ale jeszcze 

trochę brakowało, by całkiem uwierzyła. 

Ona nie mogłaby tak spokojnie spać przy Wasiliju. Był zbyt pociągający, zbyt męski. 

Musiałaby być pijana do nieprzytomności, by nie odczuć tego wszystkimi zmysłami. 

Raija nawet się nie uśmiechnęła, słuchając Toni. 

-  Czternaście  kobiet  -  zmieniła  temat  Antonia,  bo  o  tym  naprawdę  chciała 

porozmawiać. - Nie udało mi się policzyć dzieci. To przygnębiające. 

- Stajnia rzeczywiście nie może zastąpić domu - zgodziła się Raija. Ona też się nad 

tym zastanawiała. Martwiła się. To również ją dręczyło, to również nie dawało jej spać. - Co 

możemy dla nich zrobić? Nie znam nikogo, za kogo można by je wydać za mąż! 

Tonią uśmiechnęła się. Widać Raija jest już całkiem zdesperowana, skoro przychodzą 

jej do głowy takie pomysły. 

-  Zupełnie  nie  wiem,  co  robić  -  westchnęła  Raija.  -  Nie  mogą  przecież  mieszkać  w 

stajni kolejną zimę. 

- Zaproponowałam, by zostały stajennymi - rzekła Tonią ze śmiechem. Ona także nie 

znajdowała żadnego rozwiązania. - Tylko ty i ja mamy odwagę coś powiedzieć. Tkają, robią 

na  drutach,  gotują,  piorą  i  zwijają  wełnę.  I  każdej  brakuje  mężczyzny,  który  mógłby  ją 

background image

utrzymywać. Do diabła, nie potrzebujemy tylu kobiet, które będą się rozkładały przed każdym 

szukającym  rozrywki  mężczyzną!  Tak,  rozmyślnie  jestem  wulgarna.  Już  nie  mogę  słuchać, 

jak większość z nich tłumaczy się, że nie ma innego wyboru. Wysyłają swoje dzieci do pracy, 

ale one niewiele zarabiają. Dzieci też w końcu do niczego w życiu nie dojdą! 

-  Tak  to  jest,  gdy  ktoś  jest  biedny  -  zauważyła  Raija  zmęczona.  Zdarzało  się,  że 

ż

ałowała,  że  pomogła  tym  kobietom.  Łączyła  się  z  tym  odpowiedzialność,  która  teraz  ją 

przygniatała.  Nie miała  sił, by ją dźwigać. - Nie wiem, jak zdołałaś przekonać Olega, żeby 

zabrał  ze  sobą  na  Sereya  dwie  z  nich  jako  kucharki.  Chciałabym,  żebyśmy  wysyłali  tam 

więcej rybaków! 

- Czy Wasia nie wraca? - spytała Antonia. 

-  Mówi,  że  nie.  Czy  myślisz  o  tym,  by  kilka  kobiet  wysłać  na  łowiska  w  jego 

zastępstwie jako naszych pełnomocników? Możesz o tym zapomnieć. 

- Czy uważasz, że najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli Wasilij wróci na Soroya? 

Te słowa zapadły głęboko w duszę Raiji. Zaczęły jej ciążyć. 

Czy rzeczywiście tak byłoby najlepiej? Gdyby znalazł się daleko? Gdyby  nie mogła 

go zawołać, nie mogła szukać u niego ciepła, spokoju i rozsądku? 

Również braku rozsądku. 

Czy tak byłoby najlepiej dla wszystkich? 

Przypomniała sobie iskrząco zielone oczy Wasilija. Pomyślała o namiętności, którą w 

niej budził, o sile, która w nim tkwiła. Podziwiała jego zdolność przekonywania, gdy chciał 

się posłużyć tą właśnie cechą swojego charakteru. 

Tak, rzeczywiście dla wszystkich najlepiej będzie, jeżeli Wasilij wróci do Norwegii i 

zostanie w Finnmarku. 

-  Wasia  może  potrzebować  kogoś,  kto  będzie  mu  prowadził  dom.  Za  skromne 

wynagrodzenie wypłacane przez właścicieli statków - zauważyła Antonia. - Popatrzyła przez 

dłuższą chwilę na Raiję. - Myślę, że twój Jewgienij z radością wyłoży trochę grosza, byleby 

Wasia znalazł się w bezpiecznej odległości. 

-  Jesteś  okropnie  cyniczna  -  stwierdziła  Raija.  -  Czy  powinnam  poprosić  Wasilija, 

ż

eby wrócił na łowiska? 

- Nie jesteś taka głupia. - Antonia puściła do niej oczko. - Wtedy zostanie nam tylko 

trzynaście wdów. Może mogłyby wyplatać worki na mąkę? 

- Czy już wybrałaś jakąś, która miałaby popłynąć z Wasilijem? 

Antonia kiwnęła głową. 

background image

- Jest w sile wieku. Ma dwoje prawie dorosłych dzieci, coś im tu znajdziemy. Możesz 

być spokojna, że Wasia nie pójdzie z nią od razu do łóżka. 

Tonią  trafiła  celnie.  Raija  zaczerwieniła  się,  choć  za  wszelką  cenę  pragnęła  ukryć 

zazdrość. Przecież nie miała prawa stawiać Wasilijowi jakichkolwiek warunków. 

- Nie mogę tak po prostu zapomnieć o tych kobietach - powiedziała. Musiała uciec od 

myśli,  które  biegły  do  Wasilija.  Wiedziała,  że  powinien  znaleźć  się  daleko  stąd,  za 

nieskończenie wielkim morzem, bo nie mogła przecież odejść od Jewgienija. 

- Nigdy nie udaje ci się zapomnieć o tych, którym się dzieje krzywda - rzekła Antonia 

sucho. - Raija po prostu nie może się oprzeć, by nie wcisnąć czegoś biedakowi. Jesteś niemal 

za  dobra,  byś  mogła  być  prawdziwa.  Zastanawiam  się,  czy  do  naszego  Archangielska  nie 

zawitał anioł albo nowa Madonna. 

- Kpisz sobie! 

- Co ty powiesz! 

Obie roześmiały się. Po chwili Raija spytała nieoczekiwanie: 

- Myślisz, że zostawiłam za sobą piekło? Opowiedziała Antonii o nocy spędzonej w 

Wasilijem. Wszystko. 

Oczy Toni pociemniały. Raija zaniepokoiła się, widząc jej reakcję. Przestraszyła się. 

Wydawało  się,  jakby  Tonią  również  coś  wiedziała.  Tego  właśnie  Raija  nie  chciała 

wyczytać z jej twarzy. Nie chciała wierzyć. Nie Antonia! 

A  na  dodatek  przyjaciółka  nie  chciała  teraz  o  tym  rozmawiać.  Poradziła  Raiji,  że 

powinna raczej patrzeć w przyszłość. Przekonywała, że to, co minęło, nie jest takie ważne. A 

poza tym może nie należy rozgrzebywać tego, co zostało ukryte w mroku niepamięci. 

Wydawało się, jakby Tonią i Jewgienij uzgodnili, co powinni mówić. 

Tych samych słów używał Jewgienij. W tej samej kolejności. Raiję bardzo to smuciło. 

Obiecała sobie, że jeszcze kiedyś porozmawia z Wasilijem, lecz wątpiła, że znajdzie 

ku  temu  okazję.  Jewgienij  zaczął  ją  wypytywać,  dokąd  chodzi,  co  zamierza.  Śledził  ją. 

Zachowywał się nie tylko jak obrońca, lecz również jak pastuch pilnujący swego stada. 

Być  może  właśnie  to  skłoniło  Raiję  do  szukania  okazji  umożliwiającej  ucieczkę  od 

prześladującego ją wzroku męża. Nieznana dotąd surowość Jewgienija przerażała ją. Tak nie 

pasowała do tego mężczyzny, którego znała i którego nadal kochała. Którego pragnęła mieć 

przy swym boku, którego nie mogłaby opuścić, z którym chciała razem żyć. 

Nie ułatwiał jej tego. Nie bardziej niż ona jemu. 

background image

Oboje  nie  ustępowali.  Raija  zdawała  sobie  sprawę,  że  jest  zbyt  uparta,  ale  zawsze 

wynajdowała  jakieś  usprawiedliwienia  dla  swego  zachowania,  gdy  ich  potrzebowała. 

Wystarczyło poszukać. 

To  wcale  nie  było  takie  trudne.  Raija  wyrwała  się  z  domu  pod  pretekstem  wizyty  u 

którejś  ze  znajomych,  mieszkającej  na  przedmieściach  Archangielska.  Jewgienij  przyjął  jej 

słowa za dobrą monetę. 

Raija usprawiedliwiała się przed sobą, że gdyby jej wierzył, nie musiałaby kłamać. 

Ale czuła się winna. Zdawała sobie sprawę, że postępuje nieuczciwie. 

Wyprowadziła  konia.  Ruszyła  właściwą  drogą.  Jewgienij  widział,  w  którą  stronę 

zmierza. Wierzył jej. 

Nie wiedział, że Antonia przekazała wiadomość Wasilijowi, że pożycza mu jednego 

ze swych koni. Nie wiedział, że Wasilij ruszył w tym samym kierunku co Raija. Na szczęście 

mąż Raiji nie miał o tym pojęcia. 

Nietrudno  było  znaleźć  odludne  miejsce.  Kraina  nad  Dwiną  stanowiła  jedno  wielkie 

odludzie,  gdy  wyjechało  się  z  Archangielska  i  skręciło  trochę  w  bok  od  głównego  koryta 

rzeki. 

Raija  czekała  na  brzegu.  Koń  spokojnie  pasł  się  nieopodal.  Siedziała  nad  wodą  i 

patrzyła, jak płynie podobnie jak życie. 

Czy jej życie też tak uciekało? 

Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała myśleć o swej przeszłości, nie teraz. 

Czekała. 

Z przyjemnością patrzyła, jak Wasilij się zbliża. Podobał jej się sposób, w jaki jeździł 

konno, bo właśnie dzięki temu mogła poznać go z daleka. 

Nie  wstała  na  jego  widok,  tylko  nadal  siedziała  na  miejscu  aż  do  momentu,  kiedy 

podjechał całkiem blisko. Pozostał w siodle. Uśmiechnął się do niej. 

- Właściwie nie sądziłem, że umówisz się ze mną nad rzeką - powiedział. - Bałem się, 

ż

e zmarzną ci stopy, i dlatego gnałem, jakby sam diabeł siedział mi na karku. 

Wasilij  rzeczywiście  przyjechał  wcześniej,  niż  Raija  się  spodziewała.  Myślała,  że 

będzie  miała  więcej  czasu,  by  się  przygotować  do  tej  rozmowy.  W  głowie  krążyło  jej  tyle 

różnych  myśli.  Nie  była  pewna,  czy  będzie  mogła  dotrzymać  wszystkich  danych  sobie 

obietnic. 

- Pojedziemy gdzieś dalej? - spytał. 

Skinęła  głową  i  wskoczyła  na  swego  konia.  Jechała  spokojnie  obok  Wasilija.  Tak 

jakby należeli do siebie - w innym życiu, w innym czasie. 

background image

Może tak było? Może dlatego odnosiła wrażenie, że dobrze się znali? 

Takie  myśli  ktoś  mógłby  uznać  za  heretyckie,  bezbożne.  Nie  należało  o  nich 

wspominać  nikomu.  Ludzi  wtrącano  do  więzienia  za  mniejsze  przewinienia.  Niektóre 

wypowiedziane słowa pozostawiają ślady podobnie jak narty na śniegu. 

Jeżeli słowa, uznane za bluźniercze, trafią do niewłaściwych uszu, trzeba będzie za nie 

odpowiedzieć, nawet jeśli zostały rzucone żartem lub bez zastanowienia. 

Raija wiedziała o tym i dlatego milczała. 

Jechali obok siebie.  Znaleźli niewielki zagajnik.  Zaciszną polanę. Słyszeli przyjazny 

szum Dwiny, choć jej nie widzieli. Oddalili się od jej koryta. Wzrok Jewgienija nie mógł ich 

już dosięgnąć. 

Przywiązali konie do drzew. Dłonie obojga szukały się nawzajem. Niebo zamykało się 

nad nimi. Niebieskie. Nieosiągalne, a mimo to bliskie. 

Ptaki trochę o nich poplotkowały, ale już po krótkiej chwili zamilkły. 

Raija zdawała sobie sprawę, że jej obietnice zmieniły się w ulotne obłoki. Popłynęły 

niebem. Rozwiały się. Zniknęły jej z oczu. 

Stały się nierzeczywiste, zdawało się, że nigdy nawet nie przeszły jej przez myśl. 

- Czy nadal miewasz sny? - spytał Wasilij. Dłońmi gładził jej twarz. Raija stała bardzo 

blisko, choć jej nie obejmował. Szukała z nim kontaktu. On także pragnął bliskości. 

Byli  w  pełni  świadomi  tego,  co  czynią.  Nie  stali  się  ofiarami  jakiejś  ogromnej  i 

niepojętej siły, która nimi owładnęła, nie byli jak liście na wietrze. Zdawali sobie sprawę, co 

robią, gdzie są. Dążyli ku sobie, ponieważ tego pragnęli. Nie istniały żadne inne powody. 

Mieli pełną świadomość własnych czynów. 

- Trochę mniej sugestywne - odparła Raija. - Niewiele rano pamiętam. Staram się ich 

nie analizować. Wszyscy mi radzą, żebym nie próbowała sobie przypomnieć. Mówią, że tak 

będzie najlepiej. Może rzeczywiście tak będzie lepiej. 

- Dla kogo? - spytał Wasilij. Różnił się od innych. Nie podzielał utartych opinii. - Dla 

nich? Dla ciebie? 

Przesunął palcami wskazującymi po policzkach, a kciukami pod brodą Raiji - wzdłuż 

pulsu na szyi. Jego oczy zrobiły się zielone, ale nie tak iskrząco zielone, jak oczy mężczyzny 

ze snu. Tego o imieniu Reijo... 

-  Jeżeli  tak  byłoby  dla  ciebie  najlepiej,  to  powinnaś  szukać.  Powinnaś  dociekać. 

Powinnaś pójść ścieżką, którą odnajdziesz. Gdzieś na jej krańcu będzie polana taka jak ta. Dla 

ciebie. 

background image

- Moja ścieżka snów - powiedziała Raija bezbarwnie. Miała ochotę dotknąć Wasilija, 

ale powstrzymała się. Nie chciała zbędnego pośpiechu. 

Nikt ich tu nie znajdzie. 

Trzeba by podążyć jedną ze ścieżek snów, żeby tu trafić, jej ścieżką snów. 

- Powinnaś postąpić jak Antonia - poradził Wasilij. - I wyjechać razem ze mną, uciec 

stąd. 

Raija słyszała, jak już kiedyś to mówił. Kilka razy sama o tym myślała. 

- Antonia w końcu wróciła do domu - przypomniała. 

Ale intymny nastrój nie prysnął. Nie zdołała zabić tego, co zakiełkowało między nią i 

Wasilijem.  Raija  nie  chciała  niszczyć  tej  chwili,  choć  jednocześnie  postanowiła  zerwać 

związek z Wasilijem. 

Zamierzała z nim porozmawiać, przekonać go, by wrócił do Finnmarku, do Norwegii. 

To miało być pożegnanie, dotarcie do końca jednej ze ścieżek snów. 

Wasilij nie próbował jej namawiać do ucieczki z Archangielska. Nie wierzył, by się 

zgodziła. 

Gdyby Raija chciała odejść od Jewgienija, uczyniłaby to już dawno. 

Wasilij o tym wiedział. 

Kochał ją ponad wszystko. Gotów był wyjąć własne serce z piersi i złożyć na jej ręce. 

Ale nawet gotowość poniesienia takiej ofiary do niczego by nie doprowadziła. Raija i tak nie 

wybrałaby innego życia. Życia z nim. 

Wasilij uśmiechnął się. 

-  Kocham  cię  -  wyznał  i  objął  ją.  Miała  szczuplejszą  talię  niż  wtedy  w  Wielikim 

Ustiugu, kiedy dane im było na moment dosięgnąć skrawka nieba. - Nie możesz mi zabronić 

o tym mówić. Kocham cię. Mam ochotę wykrzyczeć to na cały głos. 

- Nikt cię tu nie usłyszy. 

-  Kocham  cię!  -  zawołał.  Nawet  konie  podniosły  głowy.  Spojrzały  na  Wasilija 

zdziwione swymi dużymi, pięknymi oczyma. 

Czy  ktoś  może  darzyć  ją  tak  wielkim  uczuciem  jak  Wasilij?  Czy  poza  nimi  mogą 

gdzieś istnieć inni ludzie? 

Słyszeli Dwinę. Szeptała. Została wtajemniczona. Rzeka jest kobietą. 

Dwina rozumiała. 

Konie  odwróciły  się.  Zostawiły  ich  samym  sobie,  nie  chciały  przeszkadzać.  Ptaki 

również  nie  zwracały  na  nich  uwagi,  odkąd  pojawili  się  na  polanie  i  okazało  się,  że  nie  są 

groźni. 

background image

- Dlaczego musiałem cię spotkać? - spytał Wasilij zdziwiony. - Dlaczego musiałaś się 

stać moim życiem? 

Raija  nie  potrafiła  odpowiedzieć.  Palcami  przeczesała  jego  włosy.  Zawsze  były  za 

długie. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło, by dotykając ich, pomyślała, że są w sam raz. Zawsze 

znalazł się jakiś lok, który chciała poprawić. 

Uniosła ku niemu usta. Wydawało się, że Wasilij zamierza zadać jej więcej pytań, na 

które nie będzie w stanie odpowiedzieć. 

Przyciągnęła ku sobie jego głowę. Musnęła jego usta. Poczuła smak jego warg. 

Dolnej  wargi.  Górnej  wargi.  Dotykała  ustami  obu.  Powoli.  Po  kolei.  Tak  jak  gdyby 

piła ostrożnie najsłodsze wino świata. 

Wasia był dla niej teraz upajającym, pobudzającym zmysły, słodkim winem. 

Wsunęła  język  między  jego  wargi.  Rozkoszowała  się  jego  ustami.  Piła  z  nich.  Były 

takie czułe. 

Potem stały się bardziej zdecydowane. Bardziej zmysłowe. Zmieniły się w pożądliwe, 

głodne, spragnione. Wiele czasu upłynie, aż się nasycą i ugaszą pragnienie. 

Usta  oderwały  się  od  siebie,  lecz  ręce  nie  mogły  się  puścić.  Oplatały  się  nawzajem, 

tworząc wieńce ciepła, wzajemnej troski. 

Raija i Wasilij chcieli teraz, przez chwilę, być ze sobą. Z własnej woli. Jak dwa wolne 

ptaki, które jeden jedyny raz łączyły się w parę, po czym leciały dalej. 

Raija nie wiedziała, czy ptaki dochowują wierności. Zastanawiała się, czy ktokolwiek 

to wie. 

Czuła się jak ptak. Rozpostarła skrzydła i poleciała ku Wasilijowi. 

Frunęła  przepełniona  gorączkowym  pragnieniem  spotkania  z  nim.  Przepełniona 

namiętnością, która ją cieszyła, nie zawstydzała. Trzymała go w objęciach, ponieważ dawał 

jej  radość,  ponieważ  otworzył  przed  nią  ramiona.  Ponieważ  uwolnił  myśli,  które  chciała 

ukryć. Sprawił, że się im przyjrzała, że przekonała się, iż nie są tak niebezpieczne, jak jej się 

wydawało.  Dzięki  niemu  zrozumiała,  że  to  człowiek  kryjący  się  za  myślami  może  być 

niebezpieczny. 

Wasilij pomógł jej otworzyć się przed samą sobą. 

Do tego stopnia ją kochał. 

Przybyła do Wasilija, ponieważ tego pragnęła. Tylko to było dla niej dobre, chociaż w 

oczach kościoła i opinii ludzi takie postępowanie prowadziło do zguby. 

Kto jednak miałby prawo ją sądzić? 

background image

Przecież  wielu  ludzi  marzyło  o  czymś  podobnym,  a  wielu  miało  cięższe  grzechy  na 

sumieniu. 

Raija kierowała się wolną wolą. 

Jej usta całowały szyję Wasilija, poznawały jego smak. Jej ręce zdarły z niego kurtkę, 

palce rozpinały guziki koszuli i ściągnęły ją. 

Wasilij  potrafił  się  obchodzić  z  kobiecą  bielizną,  z  drobnymi  guziczkami;  bez  trudu 

rozplątywał supełki na cienkich tasiemkach. 

Odsłonił fragment okrągłego ramienia, białej piersi i zewnętrzną część uda ukochanej. 

Pieścił ją i całował. Potem wyswobodził się z butów i spodni. 

Raija  przesuwała  po  jego  ciele  dłońmi.  Jej  włosy  łaskotały  go  od  palców  stóp  po 

ramiona. Westchnął, gdy skrzydła jej włosów przelatywały nad brzuchem, nad piersią. Błagał 

ją o pocałunki, gdy dotykała jego torsu i ud. 

Raija  zapamiętywała  krajobrazy,  te  nieskończone  równiny  i  łagodne  wzniesienia. 

Zapamiętywała je dotykiem, z zamkniętymi oczami. 

Wyśniła je. 

Już  wcześniej  je  poznała  i  zachowała  w  pamięci,  choć  nie  przypuszczała,  że  kiedyś 

znowu zbliży się tak bardzo do tych rejonów. Nie uważała, że Wasilij został stworzony dla 

niej. 

To  inna  kobieta  powinna  go  nazywać  swoją  krainą,  powinna  tworzyć  własne  mapy 

jego ciała. Inna kobieta powinna go odkrywać, nadać mu imię, uczynić swoim mężczyzną. 

Pocałowała Wasilija, spełniając jego prośby. Stała się odpowiedzią na wszystkie jego 

modlitwy. 

Stała się jego niebem. 

Sama wyśliznęła się z ubrania. Odrzuciła je daleko. Nie powinna wrócić do domu w 

wygniecionych rzeczach. Jewgienij zawsze szukał zagnieceń na jej spódnicy i bluzce. Szukał 

oderwanych guzików, tasiemek zawiązanych inaczej, niż zwykła to robić. 

Wasilij sprawił, że czuła się godna pożądania, że zapomniała o szpecących ją bliznach. 

Jewgienij  zapewniał,  że  mu  nie  przeszkadzają,  ale  często  je  gładził,  dziwnie 

zamyślony. Sprawił, że Raija stała się przeczulona na ich punkcie. Blizny wprost rosły w jej 

oczach. 

Może Jewgienij nie miał takich intencji, ale mimo woli się do tego przyczyniał. 

Kiedy Wasia całował blizny Raiji po raz pierwszy, płakał razem z nią. Zaraz jednak 

jakby przestały dla niego istnieć. Raija znowu stała się w jego oczach kobietą wzbudzającą 

namiętność. 

background image

Odsunął ją na odległość ramienia. Na jedną krótką chwilę. 

W jego spojrzeniu malowała się miłość. Można ją było wyczytać również z twarzy, z 

uśmiechu. 

Nie  musiał  ubierać  uczuć  w  słowa,  ale  mimo  wszystko  to  uczynił.  Ponieważ  ten 

jedyny raz Raija mu na to pozwoliła. Ponieważ podążyli ścieżką snów, odnaleźli ją, razem. 

Ponieważ tego chcieli... 

- Kocham cię, Raiju. Bezgranicznie. Bezwarunkowo. Mocno. To ty. Cały czas ty. 

Dłońmi przesuwał wzdłuż linii jej ciała, bardziej ostrych, niż je zapamiętał. Ale nawet 

gdyby  była  jak  uschnięta  sosna,  i  tak  by  uważał,  że  jest  piękna.  Że  jest  wszystkim, 

czegokolwiek w życiu mógłby pożądać. 

Wypełnił dłonie jej miękkimi piersiami, palce bawiły się brodawkami - były dla nich 

gorącym latem. 

Usta całowały ją. Całowały wargi, aż stały się pąsowiejącymi płatkami róży. Całował 

piersi. Sprawił, że stały się kwiatami. 

Poruszał się wzdłuż wzgórz i dolin, ustami tworzył ścieżki. Jego pocałunki były jak 

ś

lady stóp wędrowca. Pocałunki podążały ścieżkami jego snów. 

Swymi pieszczotami sprawił, że Raija się przed nim otworzyła, hojna, gościnna. 

Przyciągnęła  Wasilija  ku  sobie,  przytrzymując  kolanami  jego  biodra,  oplatając 

nogami. Jej palce igrały po jego skórze. Oddech obojga stał się żarem, rozpalił ogień. 

Wasilij nachylał się nad nią raz za razem jak nad powierzchnią morza, ona zaś niczym 

woda chciała go wciągnąć, ogarnąć, ukryć. Nie wolno im było jednak tego uczynić. 

Nigdy nie staną się jednością. 

Granica  była  cienka  jak  włos,  jak  skraj  nieba.  Raija  dotknęła  jej.  Dotknęła  morza  i 

nieba jednocześnie. Chyba nie każdemu to się udawało. 

Wasilij zaraz  podążył  za  nią.  Znalazł  ten  sam  skraj  nieba.  Zobaczył  ten  sam  widok, 

którym już się zdążyła nacieszyć. Stał się jego częścią, tak jak ona. 

Nie tworzyli jedności, ale byli razem. 

Wciąż się obejmowali, nie czuli chłodu. Nie marzli. Słońce głaskało ich promieniami. 

Może błogosławiło, a może gładziło, dodając otuchy. Wiedziało może więcej niż oni. 

- Chcę, byś wrócił do Finnmarku - odezwała się po chwili Raija. Trzymali się za ręce, 

miękko, nie splatając palców. - Tak będzie chyba dla wszystkich najlepiej - dodała, używając 

słów, które jakby wyjęła z ust Toni. 

background image

- Rozmawiałaś z tą samą osobą co ja - uśmiechnął się. Położył wolną rękę na czole, 

osłaniając  oczy  przed  słońcem.  -  Wszystko  mi  nakreśliła.  Mocnymi  kreskami,  na  wypadek, 

gdybym nie zrozumiał. 

Raija poczuła się niemal zdradzona, ale i ona dobrze zdawała sobie sprawę z tego, co 

Tonią miała na myśli. 

Tonią na swój sposób troszczyła się o nią. Sądziła pewnie, że tego potrzebowała. 

- Pojedziesz? 

- Myślałem, że Tonią już ci to powiedziała - odparł Wasilij. - Myślałem, że chociaż 

Jewgienij  ci  o  tym  wspomniał.  Wracam.  Ja  także  doszedłem  do  przekonania,  że  tak  będzie 

najlepiej dla wszystkich. 

- Ach, tak. - Raija zaczynała pojmować, że prawie każda z najbliższych jej osób coś 

przemilczała. 

Teraz jednak nie chciała o tym myśleć. Nad nimi było niebo i słońce, pod nimi trawa. 

Byli rozgrzani, nadzy i wolni. 

Jeszcze przez chwilę. 

background image

15 

Ś

cieżkami rzeczywistości trudniej było iść niż tymi ze snów. Ścieżki z rzeczywistości 

dokądś prowadziły, gdzieś się zaczynały. W miejscach, które Raija mogła odnaleźć. 

Wasilij znowu popłynął na zachód, przepełniony czułością dla Raiji. Raija wiedziała o 

tym, ale to niczego nie zmieniało. Dokonała wyboru i nie rozmyśliła się. Może Wasilij dałby 

jej więcej rozkoszy, śmiechu, radości, niż znajdowała u boku Jewgienija. Może. Już się tego 

nie dowie. 

Kochała  Wasię  na  swój  sposób.  Domyślał  się  tego,  mimo  że  mu  o  tym  nie 

powiedziała. 

Wasilij  zabrał  z  sobą  do  Norwegii  jedną  z  kobiet.  W  ten  sposób  dał  jej  nadzieję  na 

lepszą  przyszłość.  Po  długich  namowach,  choć  niechętnie,  zgodził  się  dopuścić  kobiety  do 

sprzedaży ryb złowionych na zachodzie. Nie wierzył, żeby coś z tego wyszło, ponieważ, jak 

twierdził, baby nie znają się na handlu. 

Początek  wydawał  się  dość  obiecujący.  Raija  nie  sądziła,  by  Jewgienij  znalazł  jakiś 

powód do narzekań. 

Opróżnili poddasze nad stajnią. I chociaż nadal zamieszkiwało u nich kilka wdów, o 

które nie przestawali się martwić, sytuacja przedstawiała się znacznie lepiej. 

Razem  z  Tonią  dokonały  czegoś,  co  wydawało  się  niemożliwe.  Miały  powody  do 

dumy. 

Raiję  nadal  prześladowały  zagadkowe  sny.  Milczące  obrazy.  Nieme  mgnienia  z 

okolic, których nie pamiętała. Przed oczami pojawiały jej się obce krajobrazy. Raija pragnęła, 

by sny do niej przemówiły. 

Nie słyszała ich, nie rozumiała. Chciałaby jakimś cudem do nich przeniknąć. 

Nie rozmawiała o swych rozterkach z Jewgienijem. Nie mogła. Nie chciał ich dzielić 

razem  z  nią.  Raija  czuła,  że  najchętniej  uznałby,  iż  owe  sny,  ukazujące  fragmenty 

zapomnianych  zdarzeń,  są  wytworem  jej  bujnej  wyobraźni  i  w  ogóle  nie  warto  zaprzątać 

sobie nimi głowy. Pozwalała mu tak myśleć. 

Tak było najprościej. 

Dla niego. 

-  Tęsknisz  za  Wasią?  -  spytała  Antonia,  kiedy  na  kolanach  szorowały  podłogę  na 

poddaszu  nad  stajnią.  Panował  tam  półmrok,  mimo  że  pootwierały  na  oścież  wszystkie 

background image

okienka. Trudno wprost uwierzyć, że tak wiele osób mieszkało tu przez całą zimę, prawie do 

lata. 

-  Czy  tęsknię?  -  Raija  zastygła  w  bezruchu.  Odnosiła  wrażenie,  że  Wasia  jest  tak 

blisko  niej,  że  stoi  między  nimi  w  tej  mrocznej,  niskiej  izbie,  uśmiecha  się,  jak  tylko  on 

potrafił. 

To wyobraźnia. 

- Chyba nie - odparła wreszcie. - Lepiej go widzę, kiedy go nie ma. Dostrzegam nie 

tylko dobre strony, lecz również cechy, których w nim nie lubię. Kiedy jest tutaj, to... 

- ...jest jak huragan? - zgadywała Antonia. - Porywający huragan? 

-  Inaczej  -  sprostowała  Raija.  Niełatwo  było  tak  zgłębiać  własne  myśli,  ale  z 

pewnością  wysiłek  nie  pójdzie  na  marne.  Raija  należała  do  osób,  które  musiały  układać 

rzeczy na właściwej półce, zdarzało się, że nadawała im inne nazwy niż powszechnie znane. - 

Do tego stopnia inaczej, że nie mogę mu się oprzeć. Zawsze wyciągam rękę po to, co kusi. 

Jestem jak dziecko. Muszę dosięgnąć, dotknąć, wziąć do ręki to, co nie jest moje. To, co nie 

jest  przeznaczone  dla  mnie.  Niektóre  rzeczy  nie  bledną  nawet  wtedy,  kiedy  je  dostanę. 

Niektóre zaś muszę oglądać z pewnej odległości. Ich blask mógłby z łatwością przyćmić to, 

co mam, a co także nie jest brzydkie. 

Popatrzyła na swoje ręce. Nie tak dawno temu jeszcze pieściły Wasilija, dotykały jego 

skóry, czuły jego ciepło, jego... 

- Nie tęsknię za Wasią... - wyznała - kiedy wiem, że jest daleko, kiedy nie mogę się z 

nim spotkać. Ale tęsknię, kiedy jest tutaj. Rozumiesz, Toniu? 

Tonią  skinęła  głową.  Chciałaby  stanąć  po  stronie  jednego  z  dwóch  mężczyzn  Raiji, 

Jewgienija  albo  Wasilija,  ale  lubiła  obu.  Nie  pytała  Raiji,  którego  z  nich  bardziej  kocha, 

którego bardziej potrzebuje. 

Uważała, że nie powinna. 

To  życie  Raiji.  A  Raija  nie  potrzebowała  rad.  Zawsze  robiła  to,  co  uważała  za 

właściwe. 

Raija myślała, że to niemożliwe, lecz Jewgienij potrafił ją jednak zaskoczyć. 

Nie  układało  się  między  nimi  najlepiej,  kiedy  przyjechał  Wasilij.  Może  nieco  się 

poprawiło,  kiedy  wyjechał.  W  każdym  razie  Jewgienij  trochę  się  uspokoił.  I  przestał  jej 

pilnować. 

Zimą to on zwlekał z pójściem do łóżka. Nie mógł spać, dokuczały mu bóle barku. 

Teraz,  latem,  na  bezsenność  cierpiała  Raija.  Wprawdzie  zaczęła  znowu  jeść,  a 

przynajmniej jadła więcej niż do tej pory. 

background image

Ale sypiała równie niewiele. 

Jej  bezsenne  noce  rozdzielały  ją  z  Jewgienijem.  Spędzali  razem  tak  mało  czasu. 

Krótkie  chwile  przed  zaśnięciem,  z  twarzami  zwróconymi  ku  sobie,  stanowiły  cały  ich 

wspólny czas. 

Teraz nawet owe chwile zniknęły. Z wyboru Raiji. W nocy zajmowała się pracą: tkała, 

szyła,  mimo  że  nie  lubiła  tych  zajęć.  Wygniatała  ciasto  na  chleb.  Wynajdowała  tysiące 

czynności, żeby za wcześnie nie zasnąć. W końcu kładła się wyczerpana i zbyt zmęczona, by 

pamiętać sny. 

-  Przypominasz  sobie  mojego  brata  Aleksieja?  -  spytał  niespodziewanie  Jewgienij. 

Raija  nie  przerwała  pracy.  Chciała,  żeby  Jewgienij  wreszcie  zasnął,  żeby  pozwolił  jej  tkać, 

bawić się barwami, snuć myśli, które także wplatała w tkaninę. 

-  Czy  on  nie  umarł,  zanim  straciłam  pamięć?  -  spytała  beztrosko.  Nie  rozumiała, 

dlaczego Jewgienij zadał pytanie, na które musiał przecież znać odpowiedź. 

Jednak jego słowa zaparły jej dech. 

- Aleksiej spotkał cię w Norwegii wiele lat przedtem, nim pojawiłaś się w moim życiu. 

Kochał cię. 

Raija  spojrzała  na  męża  szeroko  otwartymi  oczami.  Nawet  odwróciła  się  od  krosna. 

Niewiele  spraw  było  w  stanie  ją  oderwać  od  tkania,  kiedy  już  się  tym  zajęła.  Jednak  teraz 

wprost nie mogła spokojnie usiedzieć. 

- Wiedziałeś o mnie... wcześniej? Jewgienij wpatrywał się w blat stołu. Pożałował, że 

nie utrzymał języka za zębami. Mógł pozwolić, by nadal się od siebie oddalali. Albo mógł jej 

odsłaniać fragmenty. 

Fragmenty  szklanego  naczynia,  które  upadło  na  podłogę  i  rozbiło  się  na  tysiące 

kawałków. Wszystkie były przezroczyste, trudne do poskładania. 

Mógł  je  wydzielać  po  trochu.  Sprawiać  Raiji  chwilową  przyjemność,  powoli 

prowadzić bliżej ku sobie. 

Na szczęście Wasilij wyjechał na Soroya! 

-  Aleksiej  miał  może  osiemnaście  -  dziewiętnaście  lat,  kiedy  cię  spotkał.  Podczas 

jednego  z  rejsów  wysadzono  go  w  Norwegii  i  statek  wrócił  bez  niego.  W  tych  czasach 

niebezpiecznie  było  sprzedawać  tanio  mąkę  u  wybrzeży  Finnmarku.  Aleksiej  został 

postrzelony. To ty wyjęłaś mu kulę. Uratowałaś go. Ratowanie ludzi leży w twojej naturze, 

moja Raiju. - Słuchała z otwartymi ustami jak zaczarowana. - Jednak Aleksiej nie został w 

Norwegii.  Nie  mógł  zostać.  Był  Rosjaninem,  a  ty  miałaś  męża.  Ale  po  powrocie  do  domu 

ciągle o tobie mówił, o tobie myślał, zakochał się w tobie, tak jak to on potrafił. Jego uczucia 

background image

nie trwały długo. Nigdy przedtem. Ale ty byłaś inna, nieosiągalna. Mówił, że jesteś najpięk-

niejszą kobietą, jaką widział. Mówił, że jesteś czarownicą, wiedźmą, aniołem, księżniczką... 

Jewgienij  uśmiechnął  się  smutno.  Teraz  nie  musiał  kłamać.  W  pewnym  sensie 

mówienie  o  Aleksieju  działało  oczyszczająco.  Mimo  wszystko  Jewgienij  zawsze  kochał 

swego  młodszego  brata.  Nie  był  w  stanie  pokierować  jego  życiem,  nie  mógł  go  uchronić 

przed  ciosami,  nie  zdołał  go  oduczyć  wykorzystywania  przywilejów.  Aleksiej  złamał  wiele 

serc. Był tak przystojny, uwodzicielski, tak rozmowny, że niewiele kobiet zdołało się przed 

nim obronić. Żeglował beztrosko po powierzchni przez całe swoje życie. 

Dopóki nie spotkał Raiji i ona go nie oczarowała. 

Raija  słuchała.  Opowieść  Jewgienija  wydawała  się  jej  niewiarygodna,  jakby  nie 

dotyczyła rzeczywistości. 

Jej rzeczywistości. 

Kiedy słuchała Jewgienija, po głowie krążyło jej jedno pytanie: Czemu nigdy o tym 

nie mówił? 

- Aleksiej przekonał mnie, byśmy popłynęli cię poszukać. Chciał cię zabrać ze sobą na 

wschód. Byliście przecież tak podobni. Uważał też, że nie możesz kochać nikogo innego poza 

nim.  Wszystko  kręciło  się  wokół  niego.  Aleksiej  z  trudem  godził  się  z  tym,  że  inni  mogą 

znaleźć się w centrum zainteresowania. Uważał, że żadna ludzka istota poza nim nie jest tego 

godna. 

- I co? Znaleźliście mnie? 

Raija nie wiedziała, w jaki sposób udało jej się zachować spokój i chłód. Jej gorąca 

zazwyczaj krew płynęła tak spokojnie. Sama dziwiła się swemu opanowaniu. 

- Tak, udało nam się - odparł Jewgienij. Zamilkł. Części wspomnień nie powinien był 

dotykać. - Aleksiej nieustannie cię adorował. A potem przez przypadek spaliłem twój sklep. 

- Mój sklep? Jewgienij podniósł głowę i spojrzał na Raiję. Miał takie ciemne oczy. Na 

jego poznaczonej ostrymi liniami twarzy malował się ból. 

-  Nigdy  nie  byłaś  taka  jak  inne,  moja  Raiju  -  westchnął.  -  Mieszkałaś  w  osadzie 

rybackiej  na  najbardziej  postrzępionej  części  wybrzeża  Finnmarku  i  prowadziłaś  sklep. 

Myślałem,  że  właścicielem  jest  ktoś  inny.  Chciałem  się  zemścić  na  kupcu,  który  kilka  lat 

wcześniej  postrzelił  mojego  brata.  Aleksiej  rozmyślał  o  tobie  przez  dwa  lata,  zanim 

zdecydował się po ciebie wrócić. Nie wiedziałaś o tym... Nigdy tak długo nie pozostał wierny 

jednej kobiecie. Tak więc spaliłem twój sklep. Kiedy cię ujrzałem po raz pierwszy, byłaś roz-

złoszczoną, drobną kobietą, która syczała i ciskała błyskawice z najciemniejszych oczu, jakie 

kiedykolwiek  widziałem.  Podeszłaś  prosto  do  mnie,  biło  od  ciebie  lodowatym  chłodem,  a 

background image

jednocześnie tlił się w tobie niebezpieczny żar. „Spaliłeś mój sklep, Jewgienij”, powiedziałaś 

do  mnie  po  lapońsku.  Oboje  mówiliśmy  tym  językiem.  Babcia  Aleksieja  i  moja  była 

Laponką. 

Raija słuchała z uwagą. Chłonęła każde słowo. Nie mogła wydobyć głosu. 

Jewgienij zupełnie ją zaskoczył. 

-  Kiedy  cię  odnaleźliśmy,  byłaś  sama,  twój  mąż  cię  opuścił.  Zdecydowałaś  się 

popłynąć z nami. Planowałaś dotrzeć z Aleksiejem do Rosji, tu do Archangielska. Miałaś z 

nim rozpocząć nowe życie. Myślę, że i ty go kochałaś. Łatwo było się w nim zakochać, ulec 

jego urokowi. Trudniej może z nim żyć. Tak jak z nami wszystkimi. W naszej rodzinie jest 

już coś takiego... 

Jewgienij patrzył w przeszłość. Wybierał to, co chciał zobaczyć. Wiele faktów omijał. 

Znajdował sporo błahych epizodów. Przeszłość zawsze pełna jest różnych śmieci. Dobrze, że 

można je odrzucić. 

- Aleksiej kochał cię. Ustawił cię na piedestale. Zamierzał zostać ojcem rodziny. Miał 

zamiar dorosnąć, wziąć na siebie odpowiedzialność. Wszystko miało się zmienić, cieszył się z 

tego  jak  dziecko.  Aż  do  chwili,  gdy  popadł  w  przygnębienie,  gdy  na  statku  zrobiło  się  dla 

niego za ciasno. Gdyby podróż trwała krócej, może jakoś by przezwyciężył depresję. Wtedy 

może  by  zrealizował  to,  o  czym  fantazjował.  Może  by  się  zmienił,  spoważniał.  Żyłby  dla 

ciebie. Jednak źle znosił trudne warunki na pokładzie, stał się wybuchowy, zazdrosny... 

Jewgienij nabrał powietrza. Niełatwo przychodziło mu o tym opowiadać. Przyznać, że 

zabił własnego brata. 

-  Aż  pewnego  dnia  doszło  między  nami  do  bójki.  Oskarżał  mnie  o  romans  z  tobą. 

Gdyby się zastanowił, musiałby przyznać, że to niemożliwe, ponieważ wszyscy mieszkaliśmy 

zbyt  blisko  siebie.  Gdyby  rzeczywiście  coś  nas  łączyło,  pierwszy  by  to  zauważył.  Ale 

Aleksiej  nie  chciał  słuchać  głosu  rozsądku.  Wolał  wierzyć,  że  go  zdradzasz,  że  ja  go 

zdradziłem, że ma uzasadnione powody do zazdrości. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że go 

uderzyłem. Aleksiej pośliznął się i uderzył głową o kamień. Zmarł. 

Gdyby to wszystko opowiedział jej ktoś inny, Raija bez wahania zarzuciłaby mu, że 

zmyśla. Tak niewiarygodna wydawała jej się ta historia. 

-  Chciał  zostać  ojcem  rodziny  -  powtórzyła.  Zaintrygowało  ją  to  określenie.  -  Czy 

miałam rodzinę? 

Jewgienij  nie  od  razu  odpowiedział.  Właśnie  teraz  miał  ochotę  skłamać.  Chętnie  by 

ukrył prawdę. 

- Miałaś czworo dzieci - wyznał wreszcie po długim milczeniu. 

background image

W  jego  wzroku  było  błaganie,  gdy  to  mówił,  ale  Raija  tego  nie  zauważyła.  Ledwie 

dotarł do niej sens jego słów. 

- Czworo dzieci - powtórzył, zadając sobie ból. - Małą rudowłosą dziewczynkę, która 

jeszcze  nie  miała  roku,  chłopca  w  wieku  około  trzech  -  czterech  lat,  dziewczynkę  trochę 

starszą  od  chłopca,  i  jeszcze  jedną  dziewczynkę  wyglądającą  może  na  sześć  -  siedem  lat. 

Najstarsza miała włosy blond, śliczne dziecko. Druga dziewczynka, czarnowłosa, o złocistej 

skórze, była uparta. Chłopczyk miał bardzo jasną czuprynę, najjaśniejszą, jaką kiedykolwiek 

w życiu widziałem. 

Przyjęcie do wiadomości takiej prawdy wymagało czasu. Trzeba czasu, by zapadła w 

ś

wiadomość, by ją zaakceptować. 

Czworo dzieci? 

Ile mogła mieć lat? 

- Kiedy to było? - spytała szeptem. 

- Czternaście - piętnaście lat temu - odpowiedział Jewgienij niechętnie. - Miałaś tyle 

lat, co Aleksiej. 

- Dziecko sześcio - , siedmioletnie? Kiedy sama miałam dwadzieścia lat? - Spojrzała 

na męża z niedowierzaniem. 

Jewgienij  przez  chwilę  milczał.  Mógł  powiedzieć  więcej,  ale  wolał  nie  wyjawiać 

wszystkiego. Lepiej, żeby nie wiedziała. Nie powinna rozgrzebywać przeszłości. 

-  Popłynęłaś  z  nami  jeszcze  trochę  dalej  na  wschód  -  rzekł.  Mówił,  choć  nie  był 

pewien,  czy  Raija  go  słucha.  Chciał  wypełnić  ciszę  potokiem  słów.  -  Kochałem  cię  jak 

siostrę. Wtedy nie patrzyłem na ciebie tak, jak patrzę dzisiaj. Nigdy nie wierzyłem w miłość 

od pierwszego wejrzenia. A ty znalazłaś we mnie brata. Potrzebowałaś starszego brata. Mimo 

wszystko czułem się za ciebie w pewnym sensie odpowiedzialny. W końcu zaproponowałem 

ci  małżeństwo.  Naprawdę  chciałem,  byś  została  moją  żoną.  Wierzyłem,  że  może  nam  się 

udać,  że  możemy  być  ze  sobą  szczęśliwi.  Darzyliśmy  się  przynajmniej  przyjaźnią. 

Widywałem małżeństwa, w których brakowało nawet tego. 

- Nie jestem chyba tutaj aż tak długo! - Raija utkwiła w mężu wzrok pełen ognia. - Co 

się stało z moimi dziećmi? Boże, Jewgienij! Powiedziałeś, że mam ich czworo? Co się z nimi 

stało? - Wciągnęła powietrze. Wpatrywała się w Jewgienija szeroko otwartymi oczyma. - Czy 

ta czarnowłosa dziewczynka miała blizny na obu policzkach? - spytała szeptem. 

Jewgienij spojrzał zdumiony na Raiję. Jego oczy zrobiły się ogromne. Raija widziała, 

ż

e się przestraszył. 

- Skąd wiesz...? 

background image

-  Po  prostu  wiem.  Nie  miał  pojęcia,  co  powiedzieć.  Niewiele  wiedział  na  temat  jej 

dzieci. 

- Nie dopłynęłaś jednak z nami do Rosji - rzekł ciężko. - Nie chciałaś za mnie wyjść, 

Raiju. Wysiadłaś w Varanger. Była jesień. Ostatni raz widziałem wtedy ciebie i twoje dzieci, 

jak staliście na brzegu, pozwalając nam odpłynąć. Nie mogłem sobie darować, że cię wtedy 

posłuchałem. Powinienem był cię zmusić, byś została z nami. - Westchnął. - Kolejny raz po-

jawiłaś się w moim życiu, kiedy uratowaliśmy cię od stosu w Vardohus. Nie wiem, jak tam 

trafiłaś. Nie wiem, co się stało z twoimi dziećmi. Byłaś sama. Zginęłabyś, gdybyśmy cię nie 

zabrali do Rosji. Tym razem musiałaś popłynąć statkiem ze wschodu. 

Skłamał. Opowiadał zwięźle, tylko lekko zarysował całą historię. 

- Dlaczego nigdy mi o tym nie mówiłeś? - spytała. Nie mogła zrozumieć, czemu aż 

tyle faktów przed nią ukrywał. - Nie wiedziałeś, że to dla mnie bardzo ważne? 

Jewgienij  uśmiechnął  się  przepraszająco.  Błagalnie.  Wydawał  się  bezradny.  Taka 

bezradność zawsze ją rozbrajała, niezależnie od tego, u kogo ją dostrzegła. Tym razem Raija 

pozostała nieugięta. 

- Bałem się, że ze mną nie zostaniesz - odparł cicho. - Pokochałem cię ponad wszystko 

na świecie. Zrozumiałem, że nie mógłbym bez ciebie żyć. A i ty obdarzyłaś mnie uczuciem. 

Mówiłaś, że mnie kochasz. Stworzyliśmy razem coś, co było dla mnie tak cenne, że nie chcia-

łem  tego  stracić.  Za  żadne  skarby.  Widziałem,  że  nasze  wspólne  życie  daje  ci  szczęście. 

Wtedy. Teraz. Twoje szczęście wiele dla mnie znaczy. - Zamilkł, choć mógł jeszcze długo się 

usprawiedliwiać. Zdawał sobie z tego sprawę. Raija również o tym wiedziała. Nie był pewien, 

czy jest w stanie słuchać dalej. - Nie miałem odwagi, ci o tym powiedzieć. Bałem się, że myśl 

o  dzieciach  oddali  cię  ode  mnie,  od  tego,  co  stworzyliśmy,  od  Michaiła.  Od  naszego 

szczęścia,  naszego  życia.  Po  prostu  się  balem.  Nie  chciałem  niczego  stracić.  Nie  chciałem 

stracić ciebie ani tego wszystkiego, co wspólnie przeżyliśmy. 

Spojrzała na Jewgienija chłodnym wzrokiem. Dobry Boże, co też on jej uczynił! 

Przemilczał najważniejsze, a teraz siedzi tu i opowiada jej, że zrobił to z miłości! To 

przechodzi ludzkie pojęcie! 

- A więc moja niepamięć spadła ci jakby z nieba? - spytała. 

Jewgienij zastanowił się, ale nie zauważył pułapki. Niedosłyszał słodyczy miodu w jej 

głosie. Nie dostrzegł ostrych kolców na łodydze róży, żądła pszczoły... 

- Tak, to prawda - przyznał. 

Raija oniemiała. 

background image

Dokonał  wyboru  za  nią,  pozwolił  sobie  zdecydować.  I  twierdzi,  że  uczynił  to  dla 

dobra ich obojga. Z miłości. By chronić to, co mieli. 

Zaczerpnęła  powietrza,  by  powiedzieć  mu  prosto  w  oczy,  co  o  tym  myśli,  ale  nie 

wykrztusiła ani słowa. 

Nie  mogła  być  tak  okrutna,  żeby  wyrzucić  w  złości  wszystko,  co  się  w  niej  teraz 

gotowało. 

- Myślę, że powinieneś się położyć, Jewgienij - rzekła, starając się opanować. - Chyba 

nie chcę już więcej słuchać. Chyba nie chcę z tobą dłużej rozmawiać. Zresztą zrobiło się już 

późno... 

Wstał. Patrzył na nią. W jego oczach malowała się prośba. 

Raija umknęła wzrokiem. 

Na powrót zajęła się tkaniem. Nie widziała, że zwiększył dla niej płomień w lampach. 

Nie widziała jego bólu. 

Położył się. 

Została  sama.  Z  barwnymi  szmatkami  u  krosna.  Wplotła  najpierw  szare,  czarne  i 

granatowe. Potem tworzyła brązowe, brudne pasy. 

Ciemne  plamy,  ciemne  linie.  Nie  ścieżki.  Nie  drogi.  Szmatki zmieniły  się  w  ponure 

morze, głębokie i nieprzeniknione. Na dnie mogło znajdować się cokolwiek Raija nie miała 

pojęcia, co. Morze było tak rozległe, że nie wiedziała, gdzie powinna zacząć szukać. 

Czworo dzieci. Czworo dzieci... Czworo jej dzieci. Trzy dziewczynki i chłopiec. 

Kobieta z czarnymi włosami i bliznami na policzkach istniała zatem naprawdę. Miała 

te blizny już jako dziecko. 

To nie fantazja. 

To nie sen. 

Wprawdzie pojawiła się we śnie, ale żyła. To jej córka. 

Mały, jasnowłosy chłopiec również był rzeczywisty. Teraz zdała sobie sprawę, że go 

zna. Odnosiła wrażenie, że go urodziła. 

I jeszcze dwoje dzieci. Śliczna dziewczynka i druga maleńka o rudych włosach... 

Raija policzyła lata, które upłynęły. Zbladła. Uzmysłowiła sobie, że jej dzieci dorosły. 

Rozpoczęły własne życie, jeżeli przeżyły. 

Miały swoje imiona. 

Jewgienij musiał je pamiętać. Jutro spyta go o imiona swych dzieci. Nie ma prawa ich 

przed nią ukrywać. 

To jej dzieci! 

background image

W  tkanym  wzorze  pojawiło  się  więcej  barwnych  wstawek.  Stopniowo  przybierał 

nowych kolorów, oprócz ponurych, które znalazła w koszu na szmatki. 

Wplotła  jasnoniebieski,  potem  czerwony  jak  promień  słońca.  Nie  więcej  niż 

przebłysk, ale całość nie sprawiała już tak smutnego wrażenia. 

Raija  płakała  przy  krośnie.  Wypłakała  złość.  Wplotła  we  wzór.  Sny  nie  dręczyły  jej 

dziś w nocy, ponieważ wcale nie spała. 

-  Chyba  cię  rozumiem  -  powiedziała  do  Jewgienija,  kiedy  się  przebudził.  -  Może  ci 

wybaczę, choć nadal czuję ból. Jednak pragnę zachować to, co stworzyliśmy razem. Ja także 

wybrałam nasze życie. Nie przestałam cię kochać. Nie mogę. 

Jewgienij  nie  spał  dobrze.  Teraz  wreszcie  odważył  się  uśmiechnąć.  Odważył  się 

pomyśleć, że może było warto. 

Raija dodała więcej czerwieni. Ogień i złość, siłę i miłość. 

Czerwony pasek pośrodku ciemnych. 

Istniało wiele takich pasków w jej życiu. Miała podążyć wzdłuż wszystkich. 

To jej ścieżki snów. 

Pewnego dnia uda jej się je odnaleźć.