background image

Cel wizyty Obamy: lobbowanie na rzecz interesów firm 
amerykańskich 

Aktualizacja: 2011-05-27 9:45 pm 

Prezydent USA nie przyjechał na spotkanie prezydentów państw Europy Środkowo-Wschodniej, 
przyleciał lobbować na rzecz interesów amerykańskich firm zajmujących się wydobywaniem 

gazu łupkowego

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w dziedzinie polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia 

Marta Ziarnik

Warszawa na kilka godzin stała się – jak podkreślała wczoraj ekipa rządząca – polityczną stolicą 

regionu. Polska ma aspirację, by zostać na stałe liderem Europy Środkowej?

- Każda ze stron musi się czymś pochwalić i takie przedstawianie sprawy mnie nie dziwi. W końcu 
trzeba całą tę imprezę jakoś “sprzedać”. Ale gdyby dzisiaj spytać się Polaków o to, co tak naprawdę 
dzieje się w tych dniach w Warszawie, to zapewniam, że nikt nie wspomni o szczycie państw Europy 
Środkowej, a jedynie o wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy. Czyli mówimy o 
spotkaniu towarzyskim głów 20 państw Europy Środkowo-Wschodniej, w którym tak na dobrą sprawę 
nie widać ani lidera, ani wyraźnie zarysowanych tematów wspólnych, które miałyby ewidentnie 
wskazywać kierunek wspólnych prac i działań. Chciałbym tutaj podkreślić też jeszcze jedną rzecz, a 
mianowicie, że spotkanie rozpoczęło się w godzinach porannych, a prezydent Obama przyleciał do 
Warszawy późnym popołudniem. To z kolei pokazuje, jak Stany Zjednoczone dzisiaj widzą Europę 
Środkowo-Wschodnią, czyli że ta wizyta amerykańskiego prezydenta, która miała być mocno 
podciągnięta pod spotkanie głów państw Europy Środkowej i spotkanie z polskim prezydentem, rozmija 
się z tym założeniem. Te interesy Europy Środkowo-Wschodniej i samych Stanów Zjednoczonych to są 
naprawdę dwie różne “bajki”. Z drugiej strony nasza pozycja w regionie jako “lidera” po prostu nie 
funkcjonuje. Nie ma dzisiaj czegoś takiego jak “liderowanie” Polski jako państwa, które staje się 
ambasadorem grupy państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jesteśmy rozbici wewnętrznie i nie ma u 
nas tej definicji planów długofalowych. Przede wszystkim zaś odnowiły się stare rany, które znów 
krwawią i powodują niesnaski.

Na tego typu spotkaniach nie wypracowuje się i nie podejmuje żadnych wiążących decyzji.

- Tak, tu się wymienia poglądy i omawia problemy z danego regionu. Ale zawsze musi być podczas 
takich spotkań jakiś lider, ktoś prowadzący. Jednak na dzisiaj my – jako lider, w ostatnich latach nie 
zdaliśmy tego egzaminu. O ile w momencie konfliktu gruzińskiego byliśmy wyraźnym liderem, taką 
maszyną zbierającą wokół siebie państwa Europy Środkowo-Wschodniej, tak dzisiaj ani prezydent, ani 
premier nie mają takiej możliwości, takiej mocy, ani nawet takich chęci. Wyraźnie oddali pola 
szczególnie dyplomacji Niemiec, jeśli chodzi o politykę wschodnią i rosyjską. Z drugiej strony wychodzi 
nijakość polskiej dyplomacji i nijakość polskiej wizji polityki zagranicznej w tym regionie.

Wspomniał Pan, że momentem dogodnym do wybicia się na pozycję lidera był konflikt w Gruzji, 
ale szanse zostały zaprzepaszczone. Które to były te istotne momenty w tym niweczeniu 

naszych możliwości?

- Przypomnę, że w trakcie konfliktu gruzińskiego pierwszym błędem był dystans rządu Donalda Tuska 
do działań prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Premier w wyniku tego konfliktu gruzińskiego na jakiś czas 

1

background image

zniknął, uznał, że nie będzie się odzywał, bo nie ma tematu. W tym czasie prezydencję w Unii 
Europejskiej miała Francja, a Nicolas Sarkozy na siłę chciał udowodnić, że jest mężem stanu 
potrafiącym zaprowadzić pokój w Gruzji. Oczywiście za każdym razem, będąc okłamywanym przez 
Rosjan, przyjął ich zapewnienia za pewnik, jakoby wszystko było w porządku i nic złego się nie działo, a 
polska dyplomacja nagle stanęła w swoistym rozkroku, gdyż okazało się, że co innego mówi prezydent, 
a co innego premier. Dodatkowo polski minister spraw zagranicznych nie szanuje głowy państwa – bo, 
przypomnijmy, że w tamtym czasie minister Radosław Sikorski był osobą zachowującą się nielojalnie 
wobec pierwszego obywatela Rzeczypospolitej – i tutaj wyszła już nasza słabość, która była bardzo 
silnie zauważana również na zewnątrz. I tę słabość bardzo szybko wykorzystali Rosjanie, a za tym 
bardzo szybko poszły kolejne konsekwencje, w tym m.in. osłabienie relacji z poszczególnymi sąsiadami, 
jak chociażby z Ukrainą, i zatracenie tej dobrej linii rodzącej się współpracy z Litwą. To właśnie poprzez 
takie działania doszło do tego rozmycia i do obecnej sytuacji. Dzisiaj więc mamy stan, jaki mamy, gdzie 
na dobrą sprawę spotyka się 20 gentlemanów, którzy wypiją po kawie, każdy powie, co ma do 
powiedzenia i nasza ekipa rządząca będzie mogła “odfajkować” kolejne kurtuazyjne spotkanie, które 
niczego istotnego nie wniesie. Wystarczy chociażby otworzyć piątkowe dzienniki, żeby się o tym 
przekonać. Gdzie w tych tytułach i wiadomościach widać siłę polskiej dyplomacji? Czy widać w nich, 
żebyśmy aspirowali do roli lidera? Tego nie ma.

Spotkanie prezydentów medialnie i PR-owo zdominował przyjazd Baracka Obamy…

- Dokładnie. No i jeszcze dyskusja na temat gazu łupkowego. Tymczasem na dobrą sprawę można 
powiedzieć, że przyjazd do Polski Obamy po niemal trzech latach jego prezydentury już nie jest 
dowodem tego, że jesteśmy jakimś strategicznym partnerem w regionie. Bo to jest żałosne, że 
amerykański prezydent przyjeżdża do nas dopiero po tak długim czasie – i do tego jeszcze bez 
pierwszej damy, mimo że miał wcześniej ku temu wiele okazji. Miał wiele sposobności, by udowodnić, 
że Polska jest dla USA ważnym partnerem. Uważam więc, iż musimy to odchorować i taki kubeł zimnej 
wody – w ramach dyplomacji – wylać sobie na głowę, że to wszystko inaczej wygląda niż powinno.

Katastrofa smoleńska obnażyła dramatyczną słabość państwa polskiego. Może to właśnie od 

wyjaśnienia tej kwestii Bronisław Komorowski powinien rozpocząć odbudowywanie pozycji 
kraju?

- Tego się nie da zamknąć jednym zdaniem, ale wiem na pewno, że każdy racjonalny przywódca 
każdego państwa, widząc, co się dzieje, czyli że w trakcie takiej tragedii ginie nie tylko głowa państwa, 
ale i cały sztab Wojska Polskiego, to jest to dramat już nie tylko w ramach polityki, ale i dramat 
bezpieczeństwa militarnego kraju. I taki prezydent powinien z góry być pierwszym, który będzie 
akcentował potrzebę śledztwa prowadzonego przez NATO. A jestem przekonany, że w tamtym czasie 
Rosjanie poszliby na wszystko po to tylko, żeby udowodnić światu, że oni, jako strona, w tym wszystkim 
nie maczali palców i są czyści. Ktoś w pewnym momencie nie wziął pod uwagę tego, że coś takiego 
należało zrobić i wyjść z taką inicjatywą. A NATO na pewno byłoby tym zainteresowane. Czyli, jak pani 
mówi, to unaoczniło kolejną słabość naszego państwa.

Rozpoczynając spotkanie, prezydent Komorowski, jako gospodarz, nie powiedział nic, co 
mogłoby wytyczyć perspektywę działania na przyszłość.

- Z przykrością muszę stwierdzić, że prezydent mojego kraju niestety nie dorósł do pozycji prezydenta 
Polski w sensie osobowościowym. Bo żeby być prezydentem, trzeba być osobowością. Trzeba być 
osobą, która patrzy nie tylko na sprawy tu i teraz, ale patrzy też na sprawy w perspektywie najbliższych 
kilku, kilkunastu lat i na sprawy w całym otaczającym nas regionie. Tego nie ma. I wszystko wskazuje 
na to, że Komorowski nie jest w stanie tego opanować. W konsekwencji doprowadziło to do tego, że to 

2

background image

premier Tusk przejął inicjatywę, a prezydent nie jest w stanie przeciwstawić się tokowi działania szefa 
rządu i jego administracji. Z drugiej strony polski prezydent stał się “prezydentem dryfującym” i mamy w 
kraju taki bezwład dyplomatyczny. Sprowadza się to do tego, co kiedyś powiedział premier Tusk, czyli 
że “władza żyrandola działa” i że doszło do zamknięcia prezydenta na salonach na gruncie tylko 
kurtuazyjnym, bez rzeczy najbardziej istotnych, które wyznaczają wszystkie państwa, a więc bez 
chociażby kwestii gospodarczych. Gaz łupkowy stanowi dziś dla nas “5 minut” w Europie, niemal “być 
albo nie być”, jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo, a paradoksalnie okazuje się, że to Amerykanie będą 
dziś naszymi największymi sojusznikami, a nie UE. I mówmy dzisiaj wyraźnie: prezydent USA nie 
przyjechał na spotkanie prezydentów państw Europy Środkowo-Wschodniej, ale przyjechał lobbować 
na rzecz interesów amerykańskich firm zajmujących się wydobywaniem gazu łupkowego. Pytanie, czy 
my wiemy, jakie mamy te interesy i jak chcemy je zrealizować. Bo jeżeli pada pytanie chwilę przed 
rozpoczęciem szczytu o to, co prezydent Komorowski i nasz rząd chcą załatwić w ramach tego szczytu i 
wizyty Obamy, to okazuje się, że nasza ekipa rządząca milczy, bo nie poczyniła żadnych ustaleń w tym 
zakresie. Przykład Ameryki pokazuje, iż właśnie polityka konsekwencji i kontynuacji oraz zasada 
ewolucji, a nie rewolucji w polityce zagranicznej jest tą najlepszą. Zauważmy, że w tych sferach polityki, 
gdzie nie zastosowano tej zasady kontynuacji polityki poprzednika, niczego nie osiągnięto. I niestety, 
dzisiaj Polska nie ma tematu numer jeden w polityce zagranicznej. A powinna nim być gospodarka i 
kwestia gazu łupkowego.

Dziękuję za rozmowę.

Za: 

Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 28-29 maja 2011, Nr 123 (4054) 

(" Dwudziestu gentlemanów na 

kawie")

3


Document Outline