background image

BENTE PEDERSEN

DZIEDZICTWO

background image

1

Przesunął ręką po miękkiej, wysłużonej skórze. Była starsza niż on sam. Nosiło ją tak 

wiele osób. Trzymał ją w rękach jedyny człowiek, który wiedział.

Pusta, stara sakwa mieściła w sobie tajemnicę, która mogła odmienić jego życie.

Odmienić jego samego.

Można  by   pomyśleć,   że   ten   worek  to   twoja   ukochana   -   rzuciła   nieco   cierpko   Ida. 

Potrząsnęła głową, aż jej włosy związane w gruby koński ogon podskoczyły i opadły ciężko na 

plecy.   -   Założę   się,   że   żadnej   dziewczyny   nie   gładziłeś   tak,   jak   gładzisz   tę   starą   skórę, 

braciszku.

Knut nawet nie spojrzał na siostrę. Ida wchodziła w nieznośny wiek. Uważała za swój 

obowiązek mieszać się do wszystkiego, myślała pewnie, że tu rządzi - ponieważ przypadkiem 

była dziewczyną i wykonywała większość domowych prac. Jak gdyby to był jakiś wyczyn! 

Kobiety zawsze zajmowały się domem, odkąd tylko Knut pamiętał - i jeszcze wcześniej. On i 

Reijo nie mogą przecież, do diabła, brać się do babskiej roboty!

-   Każdy   ma   swoje   pragnienia   -   mówiła   dalej   słodkim   głosem   młodsza   siostra.   - 

Uważasz, że możesz się stać kimś lepszym niż inni, Knut? I to bez większego wysiłku? Wybij 

to sobie z głowy. Ludziom takim jak my kieszenie nie napełniają się same z siebie. Nasze chaty 

nie zmienią się w pałace, gdy tylko na chwilę zamkniemy oczy i znowu je otworzymy.

- Jak wrócę, dostaniesz ode mnie odrobinę karmelu - odparł. - Może złagodzi trochę 

twoją uszczypliwość.

Maja   wywróciła   oczami.   Wymieniła   spojrzenia   z   Reijo,   który   tylko   słabo   się 

uśmiechnął.

- Czy wy zawsze musicie się droczyć? - spytała.

Ida   i   Knut   popatrzyli   na  siostrę.   Maja   nie   miała   więcej   niż  dziewiętnaście   lat,   ale 

ostatnie dwa lata bardzo ją odmieniły. Nigdy nie była roześmianym, wesołym dziewczątkiem, 

ale i tak zdumiewająco szybko dorosła.

Atak z zewnątrz sprawił, że młodsze rodzeństwo zjednoczyło swe siły.

- Droczyć? My?

Ida usiadła obok Knuta w przytulnym cieple bijącym od pieca.

- Chyba zbyt długo mieszkasz sama, Maju, skoro nie odróżniasz kłótni od zwyczajnej 

rozmowy. Czy musisz zamykać się przed światem w tych swoich czterech ścianach? Lepiej by 

ci było tutaj.

- To mój dom - odpowiedziała Maja po prostu. - Mój. Nie wolno mi go zaniedbywać. 

background image

Simon może wrócić lada dzień.

Ida spuściła wzrok.

Minął już ponad rok, odkąd Maja otrzymała wieści od Simona, odkąd ktokolwiek o nim 

słyszał. Mąż Mai przebywał w więzieniu daleko na południu kraju.

Wesoły, żywy, uroczy Simon - o błyszczących niebieskich oczach i uśmiechu, który 

mógłby konkurować z blaskiem słonecznego dnia. Simon, który cieszył się takim powodzeniem 

u dziewcząt. Simon, który zamierzał się oświadczyć Elise, lecz nie potrafił zrezygnować z Mai. 

I sprawy się skomplikowały, jak mówiono we wsi.

Być może musiał przekazać list w tajemnicy. Koperta była pognieciona i nosiła ślady 

wielu palców, kiedy dotarła tu nad fiord na północy.

List był zwięzły - Simon nie pisał go sam. Nie opanował tej sztuki. Jego słowa zostały 

skreślone na papierze cudzą ręką.

Donosił, że ma się dobrze, lecz nikt z bliskich w to nie wierzył. Jest silny, więc jakoś 

sobie radzi, czytali dalej w liście. Ciężka praca, mało jedzenia, lecz to przecież nie jest mu obce.

Co do jedzenia, zgoda. Ida jednak nie była równie pewna, czy Simon rzeczywiście 

przywykł do ciężkiej pracy. Zawsze starał się unikać większego wysiłku.

Na   koniec   informował,   że   niektórym   udawało   się   wyjść   wcześniej   -   za   dobre 

sprawowanie.

Maja wierzyła w to. Ida sama nie wiedziała, co o tym myśleć.

- Tato znalazł złoto - upierał się Knut, nie wypuszczając z rąk cennego worka, który 

kiedyś należał do Kallego. - Tato znalazł złoto i tu naszkicował mapę. Jeżeli on je znalazł, to 

innym też może się udać.

- Twoja matka próbowała - rzekł łagodnie Reijo. Powtarzał to już wiele razy. Więcej, 

niż był w stanie zliczyć. - A ona dobrze znała okolicę. Znała płaskowyż lepiej niż większość 

osób, które w życiu spotkałem. Poza, rzecz jasna, Lapończykami. Była przy Kallem, kiedy 

rysował tę mapę, i rozmawiała z nim o skarbie. Później przysięgała, że odnalazła owo miejsce, 

lecz niczego tam nie było. Długo szukała, ale w niewielu zakamarkach mogłoby się kryć złoto. 

Jeżeli w ogóle istniało. Twoja matka nie znalazła skarbu, Knut. Być może ktoś inny trafił w to 

miejsce   wcześniej.   Być   może   Kalle   nie   pamiętał   zbyt   dokładnie.   Przecież   już   chorował. 

Wkrótce potem zmarł. Być może wcale nie było tam większego złoża. Być może się pomylił, 

wyolbrzymił wszystko. Zabrał ze sobą trochę złota. Może nic więcej nie zostało...

- Wierzysz w to? Czy sami na to wpadliście, ty i mama?

-   Twoja   matka   rzeczywiście   tak   pomyślała   -   Reijo   mówił   spokojnie,   lecz   mocno 

zacisnął pięści na kolanach. - Sądzę, że miała rację. Zdecydowaliśmy się nie taić przed tobą 

background image

niczego, o czym Kalle nam powiedział. Ponieważ jesteś jego synem. Mogliśmy milczeć. Ona... 

twoja matka początkowo chciała tak postąpić. Mówiła o zimnym żółtym świetle, które dla niej 

oznaczało  coś  złego.   Wierzyła,  że   podobnie  jest   ze   złotem.   Wierzyła,   że   złoto  sprowadza 

nieszczęście.

Knut zacisnął zęby. Kiedy Reijo był młody, też snuł takie same marzenia jak on, ale 

teraz się zestarzał. Nie pociągała go już przygoda. Pewnie już niczego dla siebie nie pragnął. 

Wolał unikać wszystkiego, co sprawiało ból.

Knut zauważył, że Reijo nie wymawiał jej imienia. Nigdy go nie wymieniał.

Już dawno żaden z nich nie uwalniał muzyki, która mieszkała w tym krótkim słowie - 

dawno nikt nie pozwalał, by prześliznęła się pomiędzy wargami.

Ta kobieta - której towarzyszyła drżąca cisza - była jego matką. Nikt jej nie nazywał jej 

imieniem - Raija...

Czy człowiek zaczyna umierać, znikać naprawdę, kiedy przestaje się wymieniać jego 

imię?

-   Sądzę,   że   coś   tam   jednak   jest   -   rzekł   Knut.   Przegonił   w   myśli   wspomnienie. 

Wspomnienie   o   kobiecie,   która   go   urodziła,   lecz   która   teraz   stała   się   tylko   przebłyskiem 

pamięci. Nie pamiętał jej. Nie pamiętał nic oprócz oczu... I nie chciał o niej myśleć.

- Wierzę, że taty złoto istnieje. Nie wierzę, żeby to wszystko zmyślił. Wierzę, że je 

znalazł. Wierzę, że ono nadal tam jest.

- Nie pozwolę, żebyś opuścił dom i wyruszył na poszukiwanie skarbu - powiedział Reijo 

stanowczo. - Nadal ja tu decyduję. Jesteś zbyt młody na tego rodzaju zabawy.

- Wkrótce będę miał tyle lat co tata, kiedy je znalazł.

- Twój ojciec... Kalle nie był takim dzieciakiem jak ty, Knut. Ty tylko siedziałeś w 

domu...

- ... przez całe życie? - Knut wywrócił oczami. - To świadczy, że masz kiepską pamięć 

albo zaczynasz się starzeć. Chyba żadne inne dzieci, z wyjątkiem lapońskich, nie tułały się po 

świecie tyle co my.

-   Najpierw   dorośnij   -   poprosił   Reijo.   -   Dorośnij,   Knut.   Spójrz   na   to   jak   dorosły 

człowiek. Wtedy będziesz mógł iść, dokąd zechcesz, jeśli o mnie chodzi. Ale teraz nie pozwolę, 

by taki młokos jak ty ruszył ku czemuś, co mu się wydaje wielką przygodą. Na tym świecie nikt 

nikogo nie rozpieszcza, Knut. Musi ci najpierw stwardnieć skóra na dłoniach i pojawić coś 

więcej niż puch nad górną wargą. Masz dopiero siedemnaście lat.

- Wkrótce skończę osiemnaście.

- I wtedy będziesz już całkiem dorosły i doświadczony - dodała Ida trochę kąśliwie.

background image

Błyskawicznie poderwała się z ławy, unikając o włos kuksańca od brata.

- Ono należy do mnie!

Knut nie poddawał się. Wiele o tym rozmyślał. Marzył o złocie od chwili, kiedy mu o 

nim opowiedziano.

W ciągu ostatnich lat owo marzenie stało się pewnego rodzaju obsesją.

- To mój ojciec je znalazł. Jestem jego synem. To jakby dziedzictwo...

- Twoje dziedzictwo po ojcu, tak...

Reijo powiedział to z bólem, którego Knut nie rozumiał. Zaczynał zdawać sobie sprawę, 

że istnieją zagadki, które tylko wiek i doświadczenie pomogą rozwiązać. Trudno przychodziło 

pogodzić się z tą prawdą.

Miał siedemnaście lat - wkrótce skończy osiemnaście, a nie mógł w pełni korzystać z 

życia.

Reijo   mu   tego   zabraniał.   Reijo,   który   sam   godzinami   potrafił   opowiadać   o   swej 

przeszłości - o swym dorosłym życiu, które rozpoczął chyba jako piętnastolatek.

Dorośli tak potwornie szybko zapominają!

- Na wiosnę skończę osiemnaście lat i... Inni w tym wieku są już żonaci. Wtedy udam 

się w drogę. Tej zimy możesz mnie jeszcze zatrzymać, Reijo. Ale kiedy nadejdzie wiosna, 

wyruszę. Wyruszę wraz z nią na północ. Śladami taty. Myślę, że mama nie szukała dość dobrze. 

Kobiety nie znają się na takich sprawach...

Reijo wzruszył ramionami:

- To twoje życie. Ja w swoim popełniłem wystarczająco wiele głupstw, żeby wyciągnąć 

z   nich   naukę.   Ale   młodzi   chcą   mieć   prawo   do   własnych   błędów.   Wiosną   nie   będę   cię 

zatrzymywał. Jednak nie puszczę cię na północ w środku zimy. Nie chcę pewnego dnia usły-

szeć, że zamarzłeś gdzieś na odludziu. A na pewno tak by się stało. Niech próba odnalezienia 

złota Kallego będzie dla ciebie próbą męskości.

Po udzieleniu tego pozwolenia na przyszłość Reijo więcej do sprawy nie wracał.

A Knut wolał mu nie przypominać. Z dorosłymi nigdy nic nie wiadomo - może się 

zdarzyć, że Reijo cofnie swą zgodę, jeśli Knut będzie mu się naprzykrzał.

Być może Reijo zapomniał.

Knut natomiast strzegł swego marzenia równie gorliwie, jak zazdrośnik strzeże swej 

ukochanej.

Na pozór zachowywał się całkiem zwyczajnie - z tym jednym wyjątkiem, że starał się 

nie wchodzić Reijo w drogę.  Kilka razy, kiedy ktoś zwrócił  uwagę na tę jego przemianę, 

jasnowłosy syn Kallego Elvejorda gwizdał po męsku i odpowiadał coraz grubszym głosem, że 

background image

chyba zaczyna dorastać. Wtedy dawano mu spokój.

Może w myślach tkwiła jakaś magia.

Chłopak zmienił się w ciągu ostatniego lata i jesieni. Ten chudy i niezgrabny dzieciak 

nabrał trochę ciała.

Nie był wysoki; zarówno Raija, jak i Kalle należeli do raczej niskich i takie dziedzictwo 

nie pozwalało na niespodzianki. Knut jednak wydawał się bardziej męski i silniejszy niż ojciec 

-   rozrósł   się   w   ramionach,   nabrał   mięśni.   Jego   nogi   były   muskularne,   skóra   na   dłoniach 

stwardniała.

Kalle wyglądał mizernie i niemal kobieco, zwłaszcza kiedy choroba wysysała z niego 

siły. Knut był podobny do ojca, ale w miarę, jak zbliżała się zima, Reijo dostrzegał w nim coraz 

więcej cech Mattiego.

Jego uśmiech nie był tym ostrożnym drgnieniem w kącikach ust Kallego, usta Knuta 

wyginały się w zuchwałym uśmiechu wujka. A kiedy w oczach Knuta pojawiał się błysk złości 

lub radości, wtedy chłopak wyglądał bardziej jak Alatalo niż jak Elvejord z wioski nad fiordem. 

Reijo   nie   lubił   tego   przyznawać.   To   pociągało   za   sobą  wiele   innych   czających   się   myśli, 

którymi wolałby nie zaprzątać sobie głowy. Ale czas był właśnie taki nieubłagany. Mówił 

prawdę - nigdy się nie wahał, nigdy nie kłamał z litości.

Maja opuściła gniazdo.

Reijo nadal patrzył na nią jak na dziecko. Nie chciał się pogodzić z faktem, że umie 

sobie radzić sama, Simon czy nie Simon.

Nadal go potrzebowała - starego i zgarbionego ojczyma.

Elise   również   odfrunęła.   Rozpostarła   skrzydła   w   chwili,   kiedy   najmniej   się   tego 

spodziewał.   Nauczyła   się   sztuki   latania   bez   jego   pomocy.   Pozwoliła,   by   pióra   wypełniło 

powietrze i by uniosły ją na południe.

Młodzi,   Elise   i   Matti,   przesłali   wiadomość,   że   osiedlili   się   w   miejscu,   gdzie   stał 

rodzinny dom Raiji i Mattiego, na ziemi, którą Erkki Alatalo oczyścił z kamieni własnymi 

rękami.

Lecz ton listu nie był radosny - Reijo potrafił czytać między wierszami.

Lata spędzone z Raiją i Mikkalem odcisnęły swój ślad również na Mattim. Zrodziła się 

w nim tęsknota za nowymi miejscami. Tęsknota za coraz to innymi krajobrazami otwierającymi 

się przed oczami.

Reijo znał to uczucie. Znal je aż nazbyt dobrze...

A Knut stał się mężczyzną.

On także tęsknił. Nie w taki sam sposób jak Reijo i Matti, chciał jednak poznać smak 

background image

życia wędrowców.

Reijo inaczej wyobrażał sobie przyszłość syna Kallego i Raiji.

Jednak czas nie kłamie.

Knut zmienił się w dorosłego człowieka. Wkrótce zostanie w domu tylko jedno dziecko. 

Ida. Dziewczyna skończy niebawem szesnaście lat. W jej wieku Raija była matką.

Zbliżała się chwila, kiedy Reijo pozostanie sam w izbie wypełnionej ciszą. Bał się tego. 

Bał się, że będzie musiał spojrzeć w oczy czemuś, co inni nazywają przyszłością - a co on sam 

nazywał niewiadomą.

Przyjdzie czas, kiedy będzie musiał przyszłości spojrzeć w oczy i powiedzieć samemu 

sobie, co zostało z jego życia.

Reijo miał nadzieję, że pomysł Knuta to tylko młodzieńczy kaprys. Miał nadzieję, że, 

doroślejąc, zapomni o tym, wykreśli jako nonsens. Reijo miał nadzieję - ale nie wierzył, że tak 

się stanie...

Rok   mijał   zgodnie   ze   swym   niezachwianym,   niezmiennym   rytmem.   Po   kilku 

gwałtownych miesiącach lata w objęciach wspaniałomyślnego słońca, po tym jak wioska nad 

fiordem wyraźnie zazieleniła się i wybujała w oczach, przyszła jesień i upomniała się o zapłatę 

za ową rozrzutność.

Zimny wiatr smagał skórę, uderzał w zaparowane szyby, przypominając, że prawdziwy 

wierzyciel zieje mrozem.

Zima jednak ciągle wstrzymywała oddech.

Nastała jesień.

Jarmark.

Knut skończył osiemnaście lat, kiedy kupcy zaczynali zwijać swe stragany. Wkroczył w 

dorosłe życie.

Mijał tydzień od zakończenia jarmarku.

Wioska   sprawiała   wrażenie   niezwykle   opustoszałej   po   tym,   jak   kupcy   z   wszelkich 

możliwych   stron   spakowali   się   i   wyjechali.   Nie   była   już   punktem   centralnym   północnej 

Skandynawii.

Nad odnogą fiordu została niewielka garstka ludzi. Wyraźnie sprawiali wrażenie, że Pan 

się od nich odwrócił.

Wschodni wiatr - od lądu - nabrał powietrza i wydął policzki, żeby swym lodowatym 

podmuchem przywitać zmierzających w głąb kraju, ku traktom o obco brzmiących nazwach. 

Ku Suomi, która w samym swym języku miała muzykę i taniec.

W tym roku na czas jarmarku również przypłynął „Sankt Nikołaj”. Niewiele można by 

background image

wyliczyć takich lat, żeby nie pojawił się tu jakiś statek z Rosji, nie noszący imienia patrona 

żeglarzy.

Jednakże i tym razem nie był to ten właściwy.

Dwanaście lat.

Nawet Reijo musiał się z tym pogodzić. Musiał to zrozumieć.

Nie wróciła.

Nigdy się nie dowiedzą, co się z nią stało.

Knut nie pamiętał już, kiedy ktoś ostatnio o niej mówił. Sam myślał o niej czasami.

Myśl nie sprawiała już bólu, gniew nieco osłabł.

Bywały chwile, kiedy cieszył się, że jest jej synem. Choć nigdy nie było łatwo być 

dzieckiem Raiji.

Nawet   po  tylu   latach,   nawet   teraz,   kiedy  nie   potrafił   przypomnieć  sobie   rysów  jej 

twarzy, głęboko w piersi czuł bolesne kłucie na myśl, że ona nie przyjedzie.

Również w tym roku. Ani w przyszłym...

Większy   ból   sprawiał   widok  zmęczonych,  smutnych   oczu   Reijo,   które   zmatowiały, 

zamiast iskrzyć zielenią.

Knut   nie   był   w   stanie   rozmawiać   o   matce   z   Reijo.   Kiedy   był   jeszcze   dzieckiem, 

pogawędki   z   ojczymem   sprawiały   mu   prawdziwą   przyjemność.   Teraz   wydawały   się 

niemożliwe.

Rozmawiał o niej z Mają.

A Maja nie zapomniała i nie wybaczyła tak jak on. Maja nigdy nie pogodziła się ze 

swymi rodzicami.

Częściowo zaakceptowała Mikkala jako ojca. Przede wszystkim dlatego, że dał jej Ailo 

za brata.

W swym sercu jednak nie znalazła wybaczenia ani zrozumienia dla kobiety, która ją 

urodziła.

- Nie mam matki - mówiła z goryczą. Na tym urywała każdą rozmowę. - Dla mnie jest 

Raiją. Obcą kobietą. W moim życiu nie ma dla niej miejsca, tak jak ona nigdy nie znalazła w 

swoim życiu miejsca dla nas.

Maja była nieugięta.

Knut zaś niezadowolony.

Niezadowolony z tego, że jest Knutem, synem Karla Elvejorda, synem Raiji, Knutem z 

przylądka...

Chłopcem, którego ludzie oceniali według tego, kim są jego rodzice. Zawsze będzie na 

background image

straconej pozycji w wiosce, która wydała na świat jego ojca.

I miał jedno marzenie.

Do wiosny zostały jeszcze całe wieki.

Ida należała do osób, które potrafiły przeczuwać różne rzeczy. Które ogarniał dziwny 

niepokój, zanim inni zaczynali cokolwiek podejrzewać. Przewidywała to, co zaledwie zrodziło 

się w cudzej myśli. Wyczuwała zmianę atmosfery.

Jeżeli dotyczyło to bliskich jej osób, doznawała tego na tyle wcześnie, że zdążyła się 

zdziwić - a być może przeboleć.

Coś się działo z Knutem.

Ida wpatrywała się w drewnianą ścianę. Zwarte i solidne belki odgradzały ją od całego 

zewnętrznego świata. Była zupełnie sama w maleńkiej izdebce, należącej tylko do niej.

To o Maję powinna się martwić. O Maję mieszkającą samotnie w domu nad rzeką.

Ale Maja była niezależna.

Coś się działo z Knutem.

W głębi duszy Ida wiedziała, czego się obawia - znała odpowiedź.

Zaskrzypiały   drzwi   do   jej   pokoju.   Słabo   jęknęły.   Szybko   usiadła   na   posłaniu. 

Rozpoznała zarys sylwetki Knuta na jaśniejszym tle, zanim zamknął za sobą drzwi.

- Mogę wejść?

Ida uśmiechnęła się w ciemności. To pytanie typowe dla Knuta.

- Już wszedłeś. Nie możesz spać? Podciągnęła kolana do piersi i potarła o nie brodą.

Objęła nogi i skrzyżowała na nich ręce.

Usiadł na końcu łóżka. Nie rzucił się na nie, jak to robił, kiedy był dzieckiem.

Knut   nie   był   już   małym   chłopcem.   Wszyscy   to   zauważyli.   Tej   jesieni   stał   się 

mężczyzną.

-   Przyszedłeś   spytać   swą   mądrą   siostrzyczkę   o   radę?   -   rzuciła   zaczepnie,   trochę 

niepewna, jak zachować się wobec tego nowego Knuta.

- Żeby się pożegnać.

- Co? - Ida niemal krzyknęła. Brat natychmiast ją uciszył. - Odchodzisz?!

- Nie tak głośno, siostrzyczko! Nie musisz budzić Reijo. Nie o to przyszedłem cię 

prosić.

Ida chwyciła go za ramię. Jakby chciała go w ten sposób zatrzymać.

Miał na sobie skórzane spodnie. Gruby sweter, który Maja dla niego zrobiła.

Ida zrozumiała, że Knut nie żartuje. Nie wyszykowałby się tak, gdyby nie wybierał się 

w długą drogę.

background image

- Obiecałeś Reijo, że poczekasz do wiosny! - powiedziała z troską i wyrzutem.

- Reijo prosił mnie, żebym poczekał. Niczego nie obiecywałem.

Knut nie mógł mówić. Gardło miał ściśnięte, kiedy tak siedział obok siostry, czując już 

przedsmak tęsknoty za domem. Wiele o tym rozmyślał. Starannie zaplanował ten moment. 

Dokładnie wiedział, co powie - i po co wyrusza w tę podróż.

Jednak słowa ułożone w myśli nie zawsze równie łatwo ześlizgiwały się z języka.

Nie tak to sobie wyobrażał.

Sądził, że łatwiej będzie zerwać. Że więzów łączących go z domem jest niewiele.

Często złościł się na Idę, czasami wolałby się jej pozbyć.

Teraz   uświadomił   sobie,   że   bardzo   ją   kocha.   Nie   mógłby   odjechać   od   niej   bez 

pożegnania.

Ida była bliska płaczu. Przełykała dzielnie ślinę i zagryzła wargę, udało jej się zachować 

suche oczy i policzki.

- Wkrótce nadejdzie zima - bez przekonania próbowała odwieść Knuta od powziętego 

zamiaru, pewna, że dokładnie to przemyślał, pewna, że dobrze zdaje sobie sprawę z tego, co 

robi. - Zamarzniesz na śmierć. Wystarczy mi już, że mama zniknęła. Nie chcę, żeby i mój brat 

przepadł!

Uścisnął ją mocno. Jej drobne dłonie zacisnęły się na jego szyi. Nierozerwalnie ich 

połączyły.

- Nic mi nie grozi, maleńka Ido. Rozmawiałem z kimś, kto wyrusza na północ. Okazało 

się, że jeszcze nie wszyscy kupcy wyjechali. Kilka rodzin z okolic Alty musiało zostać, bo ktoś 

zachorował. Wyruszają jutro rano. Mogę jechać z nimi. To właśnie w Alcie wszystko się 

zaczyna, Ido. Tato został tam pochowany. Chcę zobaczyć jego grób. I wiem, że znajdę złoto. 

Wrócę z nim, siostrzyczko. A wtedy koniec z życiem w drewnianej chacie. Zostaniesz bogatą 

panną. Czyżbyś tego nie pragnęła?

- Zabłądzisz... Z czego będziesz żył? Raptownie wypuścił ją z objęć. W jego głosie 

brzmiało zakłopotanie, kiedy odpowiedział:

- Musiałem pożyczyć trochę pieniędzy od Reijo. Tych, które trzyma w skrzyni pod 

łóżkiem. Rzadko do niej zagląda, więc przez jakiś czas niczego nie zauważy. Wszystko zwrócę. 

To tylko pożyczka, Ido...

Ale jednak nie zapytał.

Idzie się to nie podobało. Reijo będzie zły. Oszczędzał, żeby mieć z czego zapłacić 

dziesięcinę i podatek, kiedy poborcy zapukają do drzwi. Nieszczęśnik, który w takiej chwili nie 

jest w stanie wyłożyć pieniędzy na stół, może spodziewać się kłopotów.

background image

A kraść nie wolno - nawet jeśli nazywa się to pożyczką.

- Będę pracował - mówił dalej Knut. - Nie jestem słaby. Mogę podjąć się każdej męskiej 

roboty. Jakoś na siebie zarobię. Trochę zaoszczędzę, a jak tylko nadejdzie wiosna, zacznę 

szukać. Zabieram ze sobą sakwę taty. Znam na pamięć jego szkic. Wiem, że znajdę to miejsce.

Mówił z takim przekonaniem, że Ida oszczędziła sobie trudu i nie sprzeciwiała się.

- Czy naprawdę tak myślisz? - spytała z powagą. - Naprawdę w to wierzysz?

- Tak.

- Czy w żaden sposób nie zdołam cię powstrzymać? Knut potrząsnął głową.

- Obiecaj, że jeśli tylko będziesz miał możliwość,  prześlesz mi wiadomość, żebym 

wiedziała,   że   żyjesz.   Przez   kogoś,   kto   będzie   się   wybierał   na   wiosenny   jarmark,   przez 

wędrujących Lapończyków... Wszystko jedno przez kogo. Obiecaj mi to!

Knut obiecał. Troska siostry go wzruszyła.

- W takim razie ruszaj w drogę. Będę o tobie myśleć. I będę tęsknić.

Objęli się w milczeniu. Zdawali sobie sprawę, że nie zobaczą się długo, bardzo długo.

Potem Knut wypuścił Idę z ramion i cicho przeszedł przez pokój. Przez chwilę stał w 

otwartych drzwiach. Czarny cień o szerokich ramionach, nieco przydługich włosach i prostych 

nogach w skórzanych spodniach.

- Do zobaczenia, Ido - powiedział cicho i zamknął drzwi. Jęknęły słabo. Ruszył w 

drogę.

background image

2

Darniowa chata nie należała do nikogo, a jednocześnie należała do wszystkich.

Do   nikogo   poza   tym,   kto   akurat   z   niej   korzystał.   Tak   mówiono   Knutowi   i   tak 

rzeczywiście było.

Mieszkał tu już ponad tydzień i przez cały ten czas nie widział żywej duszy.

W głębi serca Knut wiedział, że Reijo miał rację. To nie lata, których ci przybywa, 

decydują o tym, że jesteś coś wart. Że jesteś mężczyzną.

To coś znacznie więcej.

Knutowi wydawało się, że widział już tak wiele, że przeżył tak wiele, że znosił już tak 

wiele - że był w podróży przez całe swoje życie. Takiego dzieciństwa, jakie przypadło mu w 

udziale, nikomu by nie życzył.

Jednak na swoje szczęście nie pamiętał szczegółów tamtego okresu.

Pamięć jest dziwna. Wraz z upływem czasu potrafi rozmazać najmocniej kreślone linie, 

wygładzić   ostre   kanty,   które   mogłyby   kaleczyć.   To   forma   ochrony   tkwiąca   w   każdym 

człowieku, obrona przed tym, co zbyt trudno byłoby nieść, z czym zbyt trudno byłoby na co 

dzień żyć.

Knut nigdy wcześniej o tym nie myślał. Nie musiał o tym myśleć.

Nie pamiętał, jak ciężkie bywały podróże, nie pamiętał zimowych burz, które omal nie 

wykradły   mu   życia.   Jednak   wyruszyłby   na   tę   wyprawę   -   zrobiłby   to   samo,   nawet   gdyby 

pamiętał. Co prawda z innym nastawieniem.

Już teraz musiał zmienić wiele zamysłów. „Do Alty było jeszcze daleko.

Wystarczająco blisko, by dotrzeć tam na nartach w ciągu paru dni - jeżeli  dopisze 

pogoda, a wierzchnia, stwardniała warstwa śniegu utrzyma dorosłego człowieka.

I wystarczająco daleko, by z tym poczekać.

To także część dziedzictwa, które Knut otrzymał: strach przed byciem obcym.

W  czasie   podróży  na  północ  stanowił   część   grupy,   ale   nie   czuł   się   jej   członkiem. 

Krewnych i sąsiadów z otwartej północnej krainy łączyły więzy tak silne, że nie był w stanie się 

do nich zbliżyć.

Nie rozumieli do końca jego żądzy przygód, którą pielęgnował jak rzadki kwiat. Oni 

sami   nigdy   nie   doznawali   niczego   podobnego.   Podróż   na   wielki   jarmark   była   dla   nich 

koniecznością. Częścią ich pracy. Nie zawsze przyjemną.

Oczywiście bawili się i żartowali, kiedy dotarli na miejsce, ale w drodze czekało ich 

wiele znoju. Krwawego znoju.

background image

W dodatku to, co mieli do sprzedania, kryło w sobie niezliczenie dużo godzin ciężkiej 

pracy.

Taki szczeniak, który aż rwie się, żeby się o tym przekonać, ma widać za dobrze w 

życiu. Co do tego nie było dwóch zdań.

Życie w Finnmarku nie jest bajką, wiedzą to ci, którzy spędzili w tej krainie całe życie.

Ci, którzy pochowali w tej ziemi swoich rodziców i dziadków, nie znają prostych dróg 

prowadzących do osiągnięcia wielkiego celu, i bardzo wątpliwe, czy przybysze, którzy ledwo 

odrośli od ziemi, potrafią je znaleźć.

Chyba że to ludzie o złocistych włosach, a dawno nie spotkali nikogo, kto by się z 

takimi urodził.

Wiele lat temu krążyły pogłoski o pewnym jasnowłosym człowieku, który przybył do 

Alty   z   ciężkimi,   błyszczącymi   kamieniami.   To   jeden   z   wątków   wplatanych   w   historie   o 

Krwawym Olem, jego uroczej żonie Laponce i o nieznajomym, którego znaleziono z pode-

rżniętym gardłem.

Takimi krwawymi opowieściami ludzie uprzyjemniali sobie czas, siedząc wieczorami 

przy ogniu.

To było dawno temu. Sporo zostało zapewne zmyślone. Dopowiedziane naprędce przez 

kogoś, kto miał ku temu zdolności.

Ale  nawet   jeżeli   Knut   marzył   o  złocie,   jeżeli   szukał  przygody,   to  nie  wyjawił  nic 

towarzyszom podróży. A oni nie opowiedzieli mu historii o Krwawym Olem.

Nie można tak po prostu dopuścić obcych do czegoś, co uznaje się za swoje.

Zostawili go przy darniowej chacie kilka dni drogi od ich własnego świata.

Nie prosili go, by poszedł z nimi.

Do Alty nie było daleko. A przecież powiedział, że właśnie tam zmierza.

Knut żywił się tym, co znalazł w sidłach. Nie zapomniał sztuki z dzieciństwa. Pardw i 

zajęcy było na płaskowyżu w bród - i chociaż lisy i orły często wcześniej zdążyły wykraść 

zdobycz - starczyło jedzenia, by przeżyć. Knut musiał jednak przyznać, że jego jadłospis stał się 

trochę jednostajny.

Jemu, który zwykł jadać ryby przynajmniej dwa razy dziennie, wydawało się dziwne 

przez cały tydzień nie czuć w ustach ich smaku.

Wprost  ślinka  mu  ciekła  na  myśl   o świeżo   ugotowanym  dorszu  albo  o  małej   siei, 

dopiero co złowionej, która rzuca się jeszcze po włożeniu do garnka. Razem z ikrą i wątróbką 

stanowiła pańskie danie, którego nawet król mógłby pozazdrościć.

Knut tęsknił za morzem i słoną wodą.

background image

Tęsknił za dawną codziennością - za wszystkimi drobiazgami, o których wcześniej nie 

myślał.

Za   mewami,   które   swym   ostrym   krzykiem   zbyt   wcześnie   ściągały   go   rankiem   z 

posłania, za mozolną pracą przy wiązaniu sieci, by ich oka odpowiadały wielkości łowionych 

ryb, za tymi przeklętymi haczykami, które tak często kaleczyły palce. Tęsknił za rozpalaniem w 

piecu, za ostrym dymem bijącym w twarz i za zimnymi deskami podłogi pod bosymi stopami. 

Za Idą, która nie dawała sobie rady ze wstążkami w warkoczach i zawsze musiała prosić o 

pomoc starszego brata z jego dużymi i niezgrabnymi palcami...

On, dorosły mężczyzna - który pod osłoną nocy chyłkiem wymknął się z domu w 

poszukiwaniu przygód - czuł tak silną tęsknotę za bliskimi, że ściskało mu się serce...

Nie   wolno  mu  myśleć   o  tych,   których   zostawił!   Wróci   do  nich,  ale   dopiero   kiedy 

osiągnie swój cel. Jak to określił Reijo?

To będzie próba męskości.

Musiał wyjść. Poczuć wiatr wiejący w oczy, tak że łzy same popłyną, i to nie dlatego, że 

płacze.

Szybko   narzucił   na   siebie   futrzaną   kurtkę,   którą   przywiózł   Ailo,   kiedy   ostatnio 

odwiedził Lyngen. Dobrze nacisnął na uszy czapkę z lisa - zrobiła mu ją Maja. Tak, siostra 

miała zręczne ręce.

Założył narty, wsuwając czubki kumagów w pętle z plecionych gałązek. Niemal ze 

złością, mocno odpychał się długimi kijkami, sunąc po śnieżnej skorupie, na której w ciągu 

nocy pojawiła się cienka warstwa świeżego śniegu. Nie sypało mocno.

Sidła opróżnił poprzedniego dnia. Pewnie niczego teraz w nich nie ma, ale nie zaszkodzi 

sprawdzić. Dobra i taka wymówka. Nie przyzna się przecież, że wybiegł na mróz, żeby uciec od 

uczuć, których się wstydził.

Knut wydawał się brązową plamą na zimowym płaskowyżu. Żeglował po nim jak po 

morzu. Narty były jego łodzią, on sam kapitanem i żaglem, wszystkim naraz.

Myśl   ta   podziałała   tak   odprężająco,   że   Knut   musiał   się   roześmiać   w   głos   ku 

jaśniejącemu dniu. Nie był zatem jakimś dzieciakiem wysłanym w świat, który nie był jego 

światem!   Nie   był   obcym   przybyszem,   który   boi   się   wyjść   na   spotkanie   nieznanego   z 

podniesionym czołem!

Był Knutem Elvejordem - przybył, żeby odebrać spadek po ojcu. I nie czuł strachu.

Podążanie od jednych sideł do drugich wydawało się zabawą. Śmiganiem w zawody z 

prószącym   śniegiem,   który   ledwie   trochę   chłodził   twarz.   Knut   dawał   z   siebie   wszystko, 

zwiększył prędkość i w jednej chwili pokochał tę krainę, chociaż brakowało jej morza, na które 

background image

mógłby patrzeć, czuć jego zapach i nad którym czułby się jak w domu.

Przedostatnie sidła leżały puste, wepchnięte gdzieś pod śnieg przy stosie kamieni. Knut 

pomyślał, że być może ptak szukał tu schronienia. Pośród tego krajobrazu niewiele jest miejsc 

nadających się na kryjówkę.

Teren   był   płaski,   otwarty   i   rozległy.   Nie   miał   w   sobie   nic,   co   mogłoby   wiązać   - 

człowieka czy myśli.

Lub wiatr.

Obok stosu utworzyła się śnieżna zaspa - pewnie z kamieni zsunęła się lawina. Knut 

musiał zdjąć narty, żeby poszukać sideł, i wpadł w nią po pas. Stos wydał się Knutowi dziwnie 

nagi, tak jakby coś się po nim stoczyło, a śnieg padający w nocy nie zdołał zasypać śladów.

Do diabła, że też dokładnie nie pamięta, gdzie umieścił te przeklęte sidła!

Spod śniegu wystawały jakieś zarośla, ale to było wczoraj. Dziś zostały ukryte przed 

ludzkim wzrokiem.

Knut szukał na chybił trafił, grzebał w śniegu po łokcie w różnych miejscach...

Natknął się na coś, co było twardsze niż gałązki krzewów, miało pełniejszą formę, ale 

było bardziej miękkie niż kamień.

Czyżby lis złapał się w sidła?

Zaczął pośpiesznie odgarniać śnieg. Na szczęście to tylko lekki puch, nie mokry i ciężki, 

jaki zwykle bywa świeży śnieg.

Knut przeraził się, kiedy jego rękawiczki dosięgły tego, co kryło się pod spodem, kiedy 

odsłoniły wystarczająco wiele, by zrozumieć, co leży tuż obok sideł.

To nie lis, o, nie...

Drżąc, odgarnął białą pokrywę. Musiał wiele razy przełknąć ślinę.

- O dobry Boże - mruknął do siebie. - Dlaczego musiałem znaleźć właśnie to?

Chciał   uciec,   nie   chciał   patrzeć,   nie   chciał   wiedzieć   -   tylko   rzucić   się   do   nart   i 

czmychnąć stąd czym prędzej. Pragnął zniknąć i pozwolić, by zaspa zachowała swą tajemnicę.

Nie przyszedłby już nigdy więcej sprawdzać tych sideł...

Nie można uciec od odpowiedzialności, zadźwięczało mu w głębi duszy. Pięć słów, 

również stanowiących część dziedzictwa, którego wolałby nie posiadać.

Odkrył ciało. Było ubrane w odzież ze skóry. Na jednej stopie tkwiła połowa narty.

Zsunął ją, nie zastanawiając się nad tym, co robi. Skórzany kaftan ześliznął się przy tym 

na bok, odsłaniając brzeg spódnicy.

Kobieta?

Knut widywał już wcześniej zmarłych.

background image

Dławienie   w   gardle   groziło   uduszeniem,   kiedy   odwracał   ciało   ku   sobie.   Ujrzał 

potwornie   bladą   twarz   w  zbyt   dużej   skórzanej   czapie.   Tak,   to   kobieta.   Właściwie   jeszcze 

dziewczyna.

Żeby umrzeć tak młodo...

Wątpił, by była starsza od niego. Pomyślał, że była raczej w wieku Idy.

Była...

Wpatrywał się w dziewczynę. Czemu jej nie poznał, kiedy jeszcze oddychała i śmiała 

się? Zastanawiał się, jaką tajemnicę z sobą zabrała.

Jej   usta   były   lekko   rozchylone.   Chwycił   ją   mocniej   za   ramiona.   Wpatrywał   się   w 

śmiertelnie bladą twarz, sztywne wargi, które nabrały barwy niebieskiej...

Zamrugał, choć nawet na to nie miał odwagi. A jeśli coś drgnie w jej twarzy akurat w 

tym ułamku sekundy, kiedy przymknie powieki?

Nie, na pewno jest martwa. Oczywiście, że jest martwa. Sam wykopał ją spod śnieżnej 

zaspy. To jasne, że nie żyje.

Odrobina wątpliwości sprawiła, że serce zaczęło mu walić jak młotem.

Drżał, kiedy zsuwał rękawiczkę. Cały czas podtrzymywał dziewczynę za ramiona.

Ułożył dłoń tuż przy jej na wpół otwartych ustach. Dygotał na całym ciele i ręka mu się 

trzęsła.

Czyżby poczuł oddech?

Wrażenie czegoś na nagiej skórze... jakby muśnięcie owada w locie.

Knut nie słyszał nic poza biciem własnego serca. Puk - puk - puk... Pulsowało mu w 

uszach.

To naturalnie jego własna wyobraźnia płatała mu figla. Wystarczająco często słyszał o 

typowej w rodzinie Alatalo fantazji, którą hojnie został obdarzony.

Stał   pośrodku   płaskowyżu,   trzymając   w   ramionach   zwłoki   dziewczyny.   To   nie   do 

pomyślenia, żeby było inaczej...

Pojawiło się znowu.

Tak słabo, że ledwie to poczuł. Coś jakby ciepło u nasady serdecznego palca przez 

krótkie mgnienie oka.

Zmarli nie oddychają.

Poczekał; wrażenie pojawiło się jeszcze trzykrotnie. Nie miał odwagi w to uwierzyć. 

Tak wiele razy powtarzano mu, że zmyśla.

Tacy marzyciele jak on nie mieli łatwego życia w stronach, z których pochodził, a tu, 

gdzie zawędrował, sytuacja wcale nie przedstawiała się lepiej.

background image

W końcu upewnił się co do jednego: w ciele, które znalazł, tliło się życie. Ledwie, 

ledwie - oddechy następowały po sobie tak wolno, że między jednym a drugim zdążył zliczyć 

chyba do stu.

Ale dziewczyna żyła.

Choć chciała umrzeć tu, z dala od ludzi. Co do tego Knut miał pewność.

Do chaty było daleko. Nic jednak na to nie poradzi, musi tę małą tam przenieść. W 

ciepłe miejsce, musi ją rozgrzać.

Wypuścił z objęć nieprzytomną dziewczynę. Zdjął sakwę z ramienia i przewiązał ją na 

piersi. Nie było to wygodne, ale teraz o tym nie myślał.

Musiał   najpierw  założyć narty,  zanim odważy  się podnieść ciało  dziewczyny. Miał 

nadzieję, że nie upadnie - trudno byłoby znowu stanąć na nogach w tym śniegu, głębokim na 

wysokość człowieka.

Niemal wieczność zabrało mu podciągnięcie do góry sztywnego, ubranego w futro ciała 

dziewczyny. Zgrzał się przy tym i spocił, a cały zamiar wydał mu się nierealny.

Przybycie w to miejsce zajęło mu połowę widnego dnia, a wyruszał z wiatrem, pełen 

zapału. Wprawdzie nie musiał już nadkładać drogi, by zaglądać do wszystkich sideł, ale mimo 

to od miejsca, do którego musiał dotrzeć, dzieliła go nieskończoność.

- Jesteś cholernym szczęściarzem, Knucie Elvejord - mruknął przez zaciśnięte zęby i 

głęboko zaczerpnął powietrze w płuca. - Oczywiście zawsze muszą ci się przydarzać takie 

rzeczy. Jakieś przekleństwo wisi nad twoją rodziną, ciągle na naszej drodze muszą pojawiać się 

jacyś nieudacznicy, a my przez to diabelne poczucie obowiązku musimy im pomagać. Masz dla 

siebie cały płaskowyż, a wpadasz prosto na to ciało! I w dodatku okazuje się, że jeszcze nie 

całkiem uszło z niego życie. O Boże...

Spojrzał w niebo. Na północy na horyzoncie widniało pasmo mroźnej czerwieni, lecz 

wyraźnie już ciemniało.

- Nie potrafię ratować życia - rzekł, zwracając się w górę ku niebiosom. Zrezygnowany, 

zrozpaczony. - To mama ma coś niezwykłego w swoich rękach, Boże. Nie odziedziczyłem tej 

zdolności. Moje ręce nadają się tylko do łowienia ryb w wodach fiordu, potrafią zdobywać 

pożywienie... i znajdować bogactwa. Nie posiadam zdolności wskrzeszania zmarłych. Dlaczego 

wybrałeś właśnie mnie, żebym ją znalazł? Dlaczego mnie, Boże?

Lecz niebo pozostało równie milczące jak przedtem.

Knut przełknął ślinę i złapał dziewczynę w miejscu, gdzie, jak sądził, miała talię. Nie 

była ani duża, ani ciężka, lecz jej sztywne ciało trudno było utrzymać.

Zachwiał się i omal nie upadł, kiedy przerzucił je sobie przez ramię. Udało mu się 

background image

jednak zachować równowagę. Poczuł ból w udach, tak mocno napiął mięśnie, ale utrzymał się 

na nogach.

- Oczywiście   -  powiedział   do siebie  półgłosem.  Słysząc  brzmienie  własnego  głosu, 

poczuł   się   trochę   raźniej.   -   Teraz   pozostała   już   tylko   reszta,   Knut.   Jesteś   mężczyzną, 

prawdziwym mężczyzną, więc powinieneś sobie z tym poradzić!

Pierwsze   kroki   uczynił   niepewnie   i   ostrożnie.   Musiał   się   nauczyć   odpowiednio 

rozkładać własny ciężar jako przeciwwagę dla brzemienia, które dźwigał na ramieniu. Szedł 

trochę przekrzywiony, co dotkliwie odczuwał w plecach i biodrach.

Ale gdyby tego nie wytrzymał, dziewczyna straciłaby wszelkie szanse na przeżycie.

Przywykł do znoszenia trudów. Oddalał się z fatalnego miejsca z każdym pojedynczym 

odepchnięciem kijka - tak jakby brał na siebie jakąś karę, której nie mógł uniknąć.

Na szczęście teren był płaski, na szczęście nie zaskakiwał żadnymi niespodziewanymi 

pochyłościami,   które   Knut   musiałby   pokonywać,   a   jedynie   czasami   trafiały   się   łagodne 

wzniesienia,   właściwie   nie   zasługujące   nawet   na   to   miano.   Knut   starał   się   utrzymywać 

odpowiednią   postawę,   prawidłowo   odpychać   się   kijkami,   żeby   niepotrzebnie   się   nie 

zatrzymywać. Czul duży opór powietrza, ponieważ tworzył z dziewczyną sporą, nieforemną 

bryłę. Z drugiej strony zyskał większe obciążenie nart, sunął więc odrobinę szybciej. Dopóki 

zlodowaciała skorupa śniegu utrzyma ich oboje.

Zgrzał się. Czuł, jak spływa z niego pot, piecze w oczy, nie miał jednak wolnej ręki, by 

go wytrzeć. Musi piec.

Na szczęście nie mógł obejrzeć się za siebie; takie ruchy oznaczały zbyt wielkie ryzyko. 

Dzięki temu nie mógł się przekonać, jak wolno rośnie odległość od miejsca, skąd wyruszyli.

Musiał   patrzeć   tylko   przed   siebie,   wyznaczać   sobie   kolejne   cele...   do   tego   małego 

zaokrąglenia, które pewnie jest zasypanym kamieniem, potem do tej gałązki - zagajnika, jak 

mógł się domyślać z tego, co wystawało pośród bezkresnej bieli - następnie do miejsca, gdzie 

biegł poprzedni ślad. Musiał skracać drogę, ścinać ją, kierować się prosto tam, gdzie przedtem 

zbaczał, by zastawić sidła w pobliżu tropów zwierząt i ptaków.

Wybierał kolejny punkt krajobrazu, do którego będzie dążył, wreszcie dojdzie - a potem 

wyznaczy nowy cel...

W końcu zobaczy darniową chatę: ciemna i niekształtna będzie jakby jaśniała w mroku.

Będzie  czarno niczym w studni, kiedy dotrą na miejsce. Knut zdawał sobie z tego 

sprawę. Wiedział o tym i zagryzł zęby. Poczuł smak krwi. Przełknął ją, to samo uczynił z gęstą 

śliną. Przełykaj, tylko przełykaj!

Ramię, na którym niósł dziewczynę, bolało, lecz nie miał odwagi się zatrzymać. Nie 

background image

wiedział, czy zdołałby posuwać się dalej, gdyby choć na chwilę przystanął.

Nie wiedział, czy by mu się udało przełożyć ciężar na drugie ramię.

Dopóki szedł, mógł jakoś to wytrzymać. Przyzwyczaił się do bólu, zapomniał o nim. 

Zapomniał o tym, że kiedykolwiek czuł inaczej.

Szumiało mu w uszach, oślepiały go pot i łzy, spływające po policzkach i zamarzające 

w sopelki lodu na brodzie.

Szedł dalej - pod wiatr, który nie wiał już w plecy, jak przyjaciel wyciągający pomocną 

dłoń.

Musiał   samotnie   zmagać   się   z   siłami   natury   i   Bóg   jeden   wie,   jakimi   jeszcze 

przeciwnościami.

Knut nie był pewien, czy dziewczyna wciąż żyje. Nie mógł tego sprawdzić. Wszystko, 

co mógł dla niej zrobić, to iść dalej, tylko iść, narta za nartą, krok za krokiem.

Z zapadnięciem zmroku Knut starał się wyczuwać swój poprzedni ślad i ślepo nim 

podążał.

Nikt oprócz niego tędy nie chodził. Dopóki wiatr nie zamiecie jego szlaków, mógł 

zaufać niepewnym zimowym ścieżkom, które sam wytyczył.

Nastała  noc.   Zrobiło  się   tak  zimno,   że   na  horyzoncie   pojawiła   się   zorza   polarna   i 

oświetliła prawie już zasypane ślady nart pozostawione przez Knuta w ciągu dnia.

Największym jego pragnieniem było poddać się. Najprościej byłoby rzucić się w miękki 

śnieg, poleżeć - zapomnieć o rwaniu w każdym ścięgnie, zapomnieć o bólu głowy, który groził 

jej rozsadzeniem przy najmniejszym dodatkowym wysiłku.

Najprościej   byłoby  pozwolić   dziewczynie   upaść.   Zostawić   ją   tak   po  prostu   -   i   nie 

oglądać się za siebie, kiedy będzie odchodził. O wiele łatwiej byłoby zrzucić ten ciężar.

Pokusa pojawiała się nieskończenie wiele razy. Już niemal się poddał. Nasuwały mu się 

tysiące wymówek, które mogły służyć jako usprawiedliwienie - przynajmniej w obecnym stanie 

umysłu.

Nie potrafił.

Nie miał zwyczaju wybierać najprostszych rozwiązań. To uratowało jego sumienie od 

dożywotniej udręki.

Zmagał się dalej.

Nigdy potem nie był w stanie wyjaśnić, jak udało mu się pokonać ostatni odcinek drogi.

Nie pamiętał szczegółów tego fragmentu płaskowyżu, który przemierzył w nocy.

Ślady przed darniową chatą świadczyły o tym, że upadł tuż przy wejściu. Narty leżały 

tam, gdzie je zostawił. Najwidoczniej wciągnął dziewczynę do środka, nie mając pewności, czy 

background image

jeszcze żyje.

Kiedy doszedł do siebie, poczuł, że jest mu zimno. Pewnie zasnął - a może nie. Miał 

wrażenie, jakby wyszedł z pustki, z której nie wolno zachowywać żadnych wspomnień. Z 

pustki, która nie dawała możliwości odpoczynku.

Bolały go wszystkie członki. Żeby dźwignąć się na kolana, z największym wysiłkiem 

musiał   przełamać   opór  ciała.   Wszystko  w  nim   krzyczało  przeciw   najmniejszemu  ruchowi. 

Chciał tylko leżeć i odpoczywać, odpoczywać, póki nie poczuje czegoś innego niż potworne 

zmęczenie.

Trzęsąc się z zimna, zaczął zabijać ręce. Nadal miał na sobie całe ubranie. Przypomniał 

sobie, że wyszedł po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

Odnalazł wzrokiem otuloną futrem postać leżącą na podłodze.

Drzwi nie były dokładnie zamknięte. Coś tkwiło w szczelinie, przez którą wdzierał się 

strumień mroźnego powietrza.

Knut podczołgał się do wejścia i wypchnął nartę, która zawadzała. Domknął drzwi, ale 

nie zrobiło się o wiele cieplej. Za to zrobiło się ciemniej.

Pokonanie   tej   krótkiej   drogi   wydawało   się   istną   torturą.   Knut   oparł   się   o  ścianę   i 

zacisnął oczy, żeby wytrzymać ból.

Musiał rozniecić ogień w palenisku. Musiał się postarać choć o trochę światła, żeby 

zobaczyć, z kim - albo z czym - dzieli pomieszczenie. Z żywym człowiekiem czy z trupem.

Skostniałe,   spuchnięte   palce   długo   mocowały   się   z   krzesiwem,   zanim   zaiskrzyło. 

Wkrótce cienkie patyczki, których używał na rozpałkę, zajęły się płomieniem.

Wydawało się, że upłynęły całe wieki, zanim ogień palił się na tyle spokojnie, by Knut 

odważył się spuścić z niego wzrok. Chłopak musiał stoczyć ze sobą walkę, żeby zebrać się na 

odwagę i podczołgać do dziewczyny.

W nikłym i chybotliwym świetle z paleniska wyglądała bardziej jak martwa niż jak 

żywa.

Knut przyłożył dłonie do jej policzków. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jakie to 

uczucie dotykać zwłok.

Przysunął  palce  blisko do ust  dziewczyny. Wstrzymał oddech, nie miał odwagi  się 

poruszyć, chociaż siedział w niewygodnej pozycji. Jedna noga całkiem mu zdrętwiała, nie czuł 

w niej nawet mrowienia.

Chciał już dać za wygraną, kiedy odniósł wrażenie, że czubki dwóch jego palców są 

lekko wilgotne. Cofnął je, przyłożył do własnego suchego policzka.

Więc jednak...

background image

Jeszcze oddychała.

Żyła.

Bóg jeden wie, jak to się stało, ale naprawdę jeszcze żyła.

- Musisz jej potrzebować - rzekł cicho ze wzrokiem zwróconym w górę ku dymnikowi.

Była taka zimna.

Myśli popłynęły niby wezbrane wody na wiosnę. Knut orientował się co nieco, jak 

postępować w przypadku odmrożeń. Dowiedział się trochę od Reijo. Trochę od Ailo. Trochę 

sam się nauczył.

Musiał   dziewczynę   jak   najprędzej   rozgrzać.   Jej   brak   przytomności   śmiertelnie   go 

przerażał.   To   niemożliwe,   żeby   żyła,   a   jednocześnie   prawie   nie   oddychała.   Była   tak 

przemarznięta, tak wychłodzona...

Jak przeżyła pod śniegiem?

Musiała przecież jakoś oddychać, pewnie w zaspie powstała wolna przestrzeń przy jej 

twarzy.   Może   to   za   sprawą   sztywnego   brzegu   zbyt   dużej   czapki,   który   trochę   wystawał? 

Niewykluczone, że w jakiś sposób się do tego przyczynił...

Knut myślał i myślał, mocując się z rozpinaniem futrzanego płaszcza dziewczyny.

Jej ubranie zesztywniało od mrozu. Trzeba je zdjąć, a dziewczynę owinąć skórami i 

ułożyć przy palenisku. Dobrze rozpalić. Mieć nadzieję.

On,   Knut   Elvejord,   nigdy   wcześniej   nie   rozbierał   dziewcząt.   A   już   nigdy   się   nie 

spodziewał, że po raz pierwszy zrobi to w podobnych okolicznościach.

Nie   było   w   tym   nic   romantycznego.   Nic   zmysłowego.   Knut   nawet   nie   próbował 

zgadywać, jak leżące przed nim ciało wygląda pod warstwami ubrania.

Jedyne uczucia, jakie go przepełniały, to strach - i determinacja.

Zorientował się, że dziewczyna nie była córką zwykłego biedaka.

Pod płaszczem miała grubą kurtkę i wełnianą spódnicę przyozdobioną wplecionymi 

różnokolorowymi wstążkami - ubodzy ludzie nigdy by nie pomyśleli o wydawaniu pieniędzy na 

coś takiego.

Knut niewiele wiedział o materiałach, jednak przypuszczał, że ten musiał być droższy 

niż samodział prostych ludzi.

A kiedy pod kurtką zobaczył bluzkę z haftem, nabrał pewności, że dziewczyna, którą 

znalazł, pochodziła z zamożnego domu.

Jej ubranie nie nosiło najmniejszych śladów cerowania. W pończochach, które musiał 

ściągnąć, gdyż były zbyt sztywne od mrozu, żeby je zrolować, nikt nie łapał oczek. Na jej 

bieliźnie nie było nawet najmniejszych łat. Wszystko sprawiało wrażenie nowego i drogiego.

background image

Ten, kto tak wyposażył swoją córkę, z pewnością nie miał długu u sklepikarza.

Dotykanie nieznajomej nie sprawiało Knutowi trudu ani go nie krępowało. Stan, w 

jakim się znajdowała, nie pozwalał mu traktować jej jak kobiety. Była tylko potrzebującym 

pomocy człowiekiem. Widok jej bladego, nagiego ciała nie budził w Knucie żadnych innych 

uczuć poza współczuciem.

Musiał podnieść dziewczynę i przenieść ją bliżej skór, które zwinął przy jednej ze ścian. 

Nie potrafił jej po prostu przeciągnąć. Teraz stała się dla niego czymś więcej niż bezwładną 

bryłą, którą targał przez pół płaskowyżu.

Oddychała powoli. Ledwie zauważalnie. Knut obawiał się, że wszystkie jego wysiłki 

pójdą na marne.

- Nie wiem, co zrobię, jeżeli pozwolisz jej umrzeć - zagroził w stronę otworu w dachu.

Tu w samotności łatwiej przychodziło mu rozmawiać z wszechwładnym Bogiem.

Owinął dziewczynę skórami. Postarał się, żeby nie wystawało spod nich nic oprócz 

twarzy. Przysunął ją jak najbliżej paleniska. Nie za blisko jednak, by skóry się nie zajęły. 

Byłoby to bardziej niebezpieczne niż chłód.

Dołożył jeszcze więcej drewna do ognia.

Wtedy dopiero znalazł  czas  dla siebie.  Czas, by zdjąć grubą futrzaną kurtkę,  która 

przeszkadzała   swobodnie   się   poruszać,   czas,   by   rozsznurować   nasiąknięte   wodą   kumagi. 

Zmarzły mu stopy, ale na szczęście nie groziły im odmrożenia dzięki turzycy, którą włożył w 

buty.

Drżał i trząsł się z zimna, kiedy ściągał mokre ubranie i wyjmował drugie - jedyne 

suche, na zmianę.

Następnie odszukał zapas kawy, której ciągle ubywało, i nastawił wodę w czajniku.

Był zmęczony, ale nie mógł sobie pozwolić na sen.

- Zrobiłem, co mogłem - rzekł, zwracając się ku górze. - Reszta zależy od Ciebie.

background image

3

Knut czuwał przy dziewczynie przez prawie dwa dni. Jadł mniej niż w najchudszych 

czasach w swoim życiu, ale nie był głodny.

Pozostało mu tylko czekać.

Musiał wychodzić po drewno na opał, kiedy się kończyło, ale wtedy czuł się niemal 

chory.

Mogła się przecież obudzić.

Jednak kiedy wrócił, leżała jak przedtem.

Blada. Z widocznymi odmrożeniami na policzkach, z pęcherzami na zsiniałych z zimna 

ustach.

Niektóre   z   pęcherzy   zaczynały   pękać   i   sączyła   się   z   nich   wydzielina.   Knutowi 

wydawało się to okropne, lecz przezwyciężał odrazę i wycierał twarz dziewczyny jej halką.

Ma więcej halek. Nie będzie jej brakować tej jednej. Jeżeli w ogóle będzie jeszcze 

jakiejś potrzebować.

W ciągu  tych dwóch dni jej oddech stał się szybszy, lecz wiele  mu brakowało do 

normalnego. I ciągle się nie budziła z tego okropnego snu. Prawie się nie poruszała. Czasem 

tylko lekko drgnął w jej twarzy jakiś mięsień.

Nadal bardziej przypominała martwą niż żywą istotę.

Knut zastanawiał się, jak wyglądała. Jak wyglądała przedtem. Domyślał się, że była 

bardzo młoda - miała szczupłą sylwetkę, niezupełnie jeszcze dojrzałą. Dwie jego siostry już 

dorosły, znał się więc na tym.

Jej włosy były jasne. Ich kolor przywodził na myśl coś pomiędzy światłem księżyca 

odbijającym się w ciemnych jesiennych wodach a złocistym, dojrzałym zbożem.

Więcej w nich chyba srebrzystego odcienia, chociaż trudno to stwierdzić teraz, kiedy są 

tak potargane i splątane.

Były w każdym razie długie. Dziewczyna wybrała się jednak z domu, nie splatając ich 

w   warkocz   ani   nie   wiążąc   w   kok.   To   dziwne.   Dziewczęta   w   jej   wieku   rzadko   chodzą   z 

rozpuszczonymi włosami.

Knuta dziwiło w nieznajomej wiele rzeczy. Pomyślał, że z pewnością ktoś jej szuka.

Nie   uświadamiał   sobie   do   końca,   co   to   może   dla   niego   oznaczać,   ale   trochę   się 

zaniepokoił.

Przestraszył.

Była   wczesna   noc   drugiej   doby,   kiedy   dziewczyna   otworzyła   oczy.   Wargi,   duże, 

background image

spuchnięte od mrozu i zupełnie bezkształtne, poruszyły się.

- Czy ja umarłam? - dał się słyszeć słaby głos. - Dobry Boże, spraw, bym nie żyła!

Knut nie zdążył odpowiedzieć, że nie jest aniołem, gdyż jej powieki ponownie ciężko 

opadły i stracił z nią kontakt.

Po chwili zorientował się, że dziewczyna śpi. Nie był to jednak już ten sam letarg, w 

którym trwała od chwili, kiedy ją znalazł. Głębiej oddychała. I twarz nabrała trochę życia. Knut 

pochylił swą jasną głowę i splótł ręce w modlitwie.

Już nie wyzywał Pana. Od tej pory postanowił okazywać Mu więcej szacunku.

Owej nocy rozszalała się gwałtowna burza. Knut obawiał się przez moment, że zniszczy 

chatę. Jednak stopniowo się uspokajał. Uświadomił sobie, że darniowa chata nadal będzie stała 

tak jak stoi, by dawać schronienie innym wędrowcom, kiedy on sam już ją opuści.

Dziewczynę obudziły chyba podmuchy wiatru. Knut pomyślał, gorzko się uśmiechając, 

że tylko umarły nie usłyszałby szalejących dookoła sił natury. Mimo to zaskoczył go jej głos. 

Upłynęło tak wiele czasu, nie siedział już ze wzrokiem nieruchomo utkwionym w dziewczynę. 

Czuwał, lecz myślami błądził daleko. Wiedział, że zauważy, jeżeli coś się stanie.

- Czy ja... żyję?

Knut przysunął się bliżej. Starał się sprawiać wrażenie człowieka niegroźnego i godnego 

zaufania. Starał się jej nie przestraszyć.

- Żyjesz, bądź o to spokojna! - odezwał się.

Zamknęła oczy. Wcale na niego nie spojrzała. Zastanawiał się, czy dziewczyna czuje 

ból. Pęcherze, które miała na dłoniach, stopach i na twarzy, musiały dokuczać i piec. Nie 

wiadomo jednak, czy już to czuła, czy jeszcze nie.

- Kim jesteś? Jak...? Jak mnie znalazłeś? Jej głos był tylko drżącym szeptem. Trudno po 

nim domyślić się wieku. Knut nadal oceniał ją na jakieś dwanaście - dziewiętnaście lat.

- Sprawdzałem sidła - odparł, starając się wydać dużo sympatyczniejszym, niż był w 

istocie. - Jestem... myśliwym. Mieszkam tutaj. Mam na imię Knut. Znalazłem cię przy sidłach.

- Nie jesteś stąd - wykrztusiła. Po raz pierwszy spotkały się ich spojrzenia. W jej oczach 

dojrzał rozpacz i błaganie.

Knut nie wiedział, czy to typowe dla wszystkich ludzi, którzy wymknęli się śmierci.

-   Jestem   tu   obcy   -   rzeki.   Jego   życie   nie   stanowiło   żadnej   tajemnicy.   Mógł   o   nim 

opowiedzieć każdemu.

-   Nie   pozwól,   by   mnie   znaleźli!   -   poprosiła.   Knut   zauważył,   jak   niebieskie   oczy 

dziewczyny zrobiły się ogromne ze strachu.

Takie oczy musiały mieć piękną oprawę, przemknęło mu przez myśl. Na pewno była 

background image

ładna. Być może będzie taka znowu. Trudno powiedzieć. Niektóre blizny pewnie pozostaną, ale 

opuchlizna zejdzie... Twarz dziewczyny, jaką teraz widział, nie była jej prawdziwą twarzą.

- Nie zabieraj mnie ze sobą! Nie widziałeś mnie, gdyby ktoś pytał! Nie pozwól, by 

dowiedzieli się, gdzie jestem!

Nie wyznała, czego się bała tak bardzo, że wyszła w zimową noc na pustkowie, żeby 

przed tym uciec. Lecz wzrokiem błagała go o spełnienie prośby, dopóki powieki na powrót nie 

opadły ciężko, pozwalając jej usnąć.

Potrzebowała odpoczynku, potrzebowała tego każda komórka jej ciała.

Spała niespokojnie.

Knut zdawał sobie sprawę, że dziewczyna wkrótce poczuje głód, ale obawiał się, że jej 

żołądek odmówi przyjęcia czegoś cięższego.

Ugotował   rosół   na   kościach   i   kawałkach   mięsa   pardwy.   Nie   było   to   może   nic 

nadzwyczajnego i nie miało jakiegoś szczególnego smaku, ale można się było posilić.

Ten cienki bulion miał stanowić dla dziewczyny pierwszy krok ku życiu. Knut wmusi 

go w nią, zaraz jak się obudzi.

Groźby nie były potrzebne. Gdy tylko otworzyła oczy, wypiła posłusznie kilka łyków 

letniej zupy. Popękane wargi zapewne bardzo ją przy tym bolały, ale się nie skarżyła. Nie 

skarżyła się również, kiedy jej żołądek odmówił przyjęcia strawy.

Knut zagryzł zęby. Musiał znowu wykorzystać halkę jako szmatę. Po chwili chciał dać 

dziewczynie jeszcze trochę wywaru, ale wzbraniała się. Jej oczy zwilgotniały i słabo pokręciła 

głową.

Knutowi   to   wystarczyło.   Nie   odznaczał   się   szczególną   cierpliwością,   ale   w   tym 

przypadku musiał poczekać.

Odrobina rosołu, którą dziewczyna wypiła, to dopiero początek. Knut uznał, że tak musi 

być. Wkrótce będzie mogła wypić jeszcze trochę. Za kilka dni być może już coś zje.

To i tak więcej, niż się spodziewał, odgrzebując spod śnieżnej zaspy na wpół żywego 

człowieka.

Przespała całą dobę. Kiedy na krótko się budziła, Knut poił ją wywarem łyk po łyku.

Nie   tylko   za   pierwszym   razem   większość   zwróciła.   Chłopak   jednak   tak   łatwo   nie 

rezygnował. Życie warte jest odrobiny wysiłku.

Burza trwała nadal.

Knut   wiedział,   co   to   oznacza   -   nikt   w   taką   pogodę   nie   wyruszy   na   poszukiwanie 

dziewczyny. Jej bliscy pomyślą, iż pewnie nie żyje. Nikt nie przeżyłby takiej burzy jak ta pod 

gołym niebem. W każdym razie nie taka dziewczyna, lekko ubrana mimo futra, i z pewnością 

background image

zupełnie nieprzygotowana, by poradzić sobie w surowych warunkach na pustkowiu.

W domu na pewno dobrze o nią dbano.

Knut   zdawał   sobie   również   sprawę,   że   ludzie   mieszkający   w   tych   stronach   muszą 

wiedzieć o ziemiance.

Prędzej czy później ktoś tu przyjdzie.

Nie był pewien, czy tego chce.

Chciał jednak, żeby dziewczyna wyzdrowiała. A wtedy będzie musiała wrócić tam, skąd 

przyszła.

Do tego, od czego uciekła...

I czego śmiertelnie się bała.

Knut   miał   inny  cel.   Nie   mógł   ciągnąć   za   sobą   dziewczyny.   A   tym   bardziej   takiej 

dziewczyny, która pewnie sprowadzi na niego same kłopoty. Ludzie jej stanu zawsze oznaczali 

kłopoty dla takich jak on.

Tyle wiedział.

Poza tym uważał, że jest winien ojcu podjęcie próby odnalezienia skarbu, który Kalle 

odkrył. Traktował to jako jeden ze sposobów oddania ojcu czci.

Jeden   ze   sposobów   dochowania   wierności   dzieciństwu,   przeszłości,   która   zresztą 

przywodziła na myśl wiele przykrych wspomnień.

Ciągle   jeszcze   miał   dość   czasu,   żeby   zacząć   poszukiwania.   Nie   śpieszyło   mu   się, 

dziewczyna w żaden sposób go więc nie zatrzymywała. Mógł spokojnie się nią opiekować. Dać 

jej ten czas, którego potrzebowała, żeby wyzdrowieć.

Potem   będzie   zmuszony   odprowadzić   ją   do   domu.   Prawdopodobnie   do   Alty.   Nie 

powiedziała, skąd pochodzi, ale się domyślał. Bogaci nie mieszkają na odludziu.

I jeszcze coś...

Knut nie lubił o tym myśleć, ale myśl sama się nasuwała. Niejeden raz.

Może jeśli przyprowadzi dziewczynę, będzie mógł się spodziewać jakichś korzyści...

Usiadła piątego dnia. Potrafiła już sama utrzymać drewnianą miskę z rosołem. Knut 

wrzucił do niego małe kawałeczki zeskrobanego z kości mięsa, zauważył, że je przełknęła. 

Wkrótce będzie mogła zjeść coś konkretnego.

Jednak dłuższe siedzenie wyczerpywało ją. Chciała pewnie pokazać, że jest silna, ale 

zachwiała się niebezpiecznie, kiedy odstawiała miskę na podłogę. Zdążyła się położyć, zanim 

Knut ją o to poprosił.

Pęcherze na twarzy dziewczyny zaczynały właśnie zasychać. Tworzyły żółtawe strupy, 

z których nadal sączyła się ropa. Brzydka opuchlizna powoli schodziła. Twarz jakby kurczyła 

background image

się, przybierała bardziej naturalne kształty. Knut próbował już rozpoznawać rysy nieznajomej. 

Nadal jednak było jej daleko do piękności.

Na dworze zaczynało się wypogadzać. Chłopak wyszedł po śnieg na wodę. Cieszył się, 

że opróżnił sidła w dniu, w którym znalazł dziewczynę. Cieszył się, że zatroszczył się o opał, 

kiedy leżała nieprzytomna.

Mogło ułożyć się o wiele gorzej.

-   Powinnam   teraz   być   martwa   -   powiedziała,   kiedy   wrócił.   Jej   głos   okazał   się 

mocniejszy, niż się spodziewał.

Knut czuł na sobie jej wzrok. Mógłby dostrzec w nim oskarżenie. Ale nie tylko.

- Płaskowyż jest ogromny - rzekł powoli, odchrząknąwszy. Od dłuższego czasu nie 

używał swego głosu, nie licząc krótkich rozmów z samym sobą. - Mogłem po prostu przejść 

obok. Właściwie nie zamierzałem tego dnia wychodzić. Chciałem tylko odetchnąć świeżym 

powietrzem. Przypadkiem zajrzałem do sideł. Znalazłem cię w miejscu, gdzie miałaś pozostać 

na zawsze. To chyba świadczy o tym, że gdzieś jesteś potrzebna. Że twoje życie ma jakiś sens.

Twarz dziewczyny drgnęła. Knut zauważył, że sprawił jej ból.

- Mówisz jak ojciec - rzuciła z goryczą. Głos nieznajomej również brzmiał ochryple po 

wielu dniach milczenia.

Knut zwrócił uwagę na słowo: „ojciec”. Tak właśnie dzieci w rodzinach z wyższych sfer 

nazywały swych ojców.

Tam, skąd pochodził, mówiło się „tato”.

- Nie pamiętam, jak masz na imię... - ściągnęła brwi, nieco ciemniejsze niż włosy, 

jasnobrązowe.

- Knut - powiedział. - Mam na imię Knut. A ty? Zwlekała tak długo z odpowiedzią, że 

się domyślił, iż wolałaby się nie przyznawać.

- Anna - wykrztusiła wreszcie.

Niechętnie. Knut wywnioskował z tego, że powiedziała prawdę. Byłoby o wiele prościej 

i bezpieczniej wymyślić jakiekolwiek inne imię, lecz nie potrafiła kłamać.

- Ile masz lat? - wyrwało mu się. Tak wiele się nad tym zastanawiał. Musiał to wiedzieć.

- Czy to ważne? - spytała zmęczona. - Mam sto lat. Co najmniej. Gdybym umarła, nie 

miałoby to żadnego znaczenia. Ktoś, kto odnalazłby moje kości, stwierdziłby tylko, że byłam 

człowiekiem. Nie potrafiłby powiedzieć, czy byłam młoda, czy stara.

-   Ale   jednak   żyjesz.   Chciałbym   wiedzieć,   w   jakim   jesteś   wieku.   To   ma   dla   mnie 

znaczenie, próbuję cię zrozumieć.

- Nie możesz mnie zrozumieć - odparła. Jej glos zabrzmiał jakoś smutno, niemal jak 

background image

szloch. - Jesteś mężczyzną. Nigdy nie zrozumiesz.

Knut   uśmiechnął   się.   Przeciągnął   brudną  ręką   po   szczęce.  Nie   mógł   się   pochwalić 

szczególnie gęstym zarostem, ale teraz naprawdę zachrzęściło pod dłonią. Już od wielu dni nie 

używał brzytwy.

- Nie bądź tego taka pewna - powiedział. - Mam trzy siostry. Jestem jedynym chłopcem 

w rodzinie. Nawet się nie domyślasz, jak dobrze znam dziewczyny, choć nie potrafię chyba 

czuć tak jak one.

- Jesteś najmłodszy? - spytała z zainteresowaniem.

- Nie, mam jeszcze młodszą siostrę, Idę. Skończyła szesnaście lat. Maja, starsza ode 

mnie   o   rok,   dziewiętnaście.   Elise...   musi   teraz   mieć   dwadzieścia   trzy.   Wyszła   za   mąż   i 

wyjechała. Maja też jest mężatką, ale częściej bywa u nas w domu niż u siebie. Jej mąż... nie 

ma go.

Dziewczętom takim jak Anna nie mówi się, że szwagier siedzi w więzieniu.

- Ja jestem najmłodsza - odezwała się. - Mam trzech braci i cztery siostry. Prawie 

wszyscy mają swoje rodziny. Oprócz najstarszego brata. Studiuje.

Jeszcze jeden dowód na to, że nie jest taka jak on.

Żadna ze znanych Knutowi osób nie chodziła do szkoły. „Studiowanie” było słowem, 

którego dotąd nie słyszał. Musiał poszukać w myślach, żeby zrozumieć, co ono oznacza.

Drobiazg, który sprawia, że biedak czuje się tak beznadziejnie upokorzony.

Musi znaleźć złoto. Musi się stać kimś, na kogo nikt nie będzie patrzył z góry - kimś, 

kto   być   może   nie   będzie   mógł   szastać   wymyślnymi   słowami,   lecz   kto   mimo   to   będzie 

zasługiwał na szacunek.

Kto, do diabła, zaszedł na tyle wysoko w takiej dziurze jak Alta, by wpaść na pomysł - a 

także znaleźć na to środki - wysłania swego syna na studia?

Kim, u licha, jest ta dziewczyna?

- Mam tyle lat, co twoja siostra - odparła, dając mu wiele możliwości do wyboru.

- Szesnaście? Skinęła głową. Co zmusiło szesnastoletnią dziewczynę do ucieczki na 

płaskowyż z zamiarem popełnienia samobójstwa? Ida nigdy w życiu nie wpadłaby na coś tak 

głupiego. Lecz Ida ma o wiele więcej zdrowego rozsądku. W porównaniu z nią Anna była 

jeszcze dzieckiem.

- Dlaczego, do diabła, zrobiłaś coś tak bzdurnego? Musiał tak powiedzieć. Nie znał 

bardziej uprzejmych słów, które by wyraziły to, co czuł.

Jego wybuch rozśmieszył ją. Śmiała się niemal histerycznie i Knut przeraził się, że 

dziewczyna zaraz straci zmysły. Tylko tego brakowało!

background image

- Ojciec by tak nie nazwał mojego postępku! - wykrztusiła wreszcie.

Otarła łzy, które pociekły jej ze śmiechu. Knut nie rozumiał.

- Do diabła z twoim ojcem! - rzucił. - Masz mi powiedzieć, dlaczego leżałaś tam, gdzie 

cię znalazłem. Przeniosłem cię na plecach przez większy szmat płaskowyżu, niż kiedykolwiek 

w życiu widziałaś. Jeszcze do tej pory wszystko mnie boli. Wiele razy mogłem cię zostawić. 

Tak byłoby mi łatwiej. Zrobiło się ciemno i zimno, ale dźwigałem cię. Na Boga, uratowałem ci 

życie. I czy podoba ci się to, czy nie, mam prawo wiedzieć!

Był zły. Naprawdę zły. Nigdy nie myślał, że będzie narażał życie dla rozpieszczonej 

panienki   z   dobrego   domu.   Nigdy   nawet   nie   wyobrażał   sobie,   że   weźmie   na   siebie 

odpowiedzialność   za   dziewczynę   zaledwie   kilka   lat   młodszą.   Nie   był   żadnym   litościwym 

aniołem stróżem. Był Knutem z Lyngen. A nawet gdyby był aniołem, na jego skrzydłach 

dałoby się dostrzec wiele czarnych plam. Wyglądałyby bardziej żałośnie niż skrzydła sroki w 

deszczowy dzień.

- Chciałam umrzeć.

- Tyle udało mi się już zrozumieć. Głos Knuta brzmiał gniewnie. Tak też czuł. Czuł, że 

jest bardziej rozjuszony niż stary byk ojca Simona.

- Jakie ty mogłaś mieć powody do niezadowolenia? - spytał surowo. - Nie wyglądasz 

wcale na kogoś, komu czegokolwiek by brakowało. Na twoich rzeczach nie znalazłem ani 

jednej łaty. Ani na wierzchu, ani pod spodem.

Zaczerwieniła się, kiedy nazwał to, o czym wiedziała, lecz o czym nie miała odwagi 

nawet pomyśleć. Rozebrał ją.

- Nie musisz się wstydzić - rzucił. - Widziałem już przedtem nagie dziewczęta.

Nie mówił prawdy, ale nie przejmował się tym, że okłamuje Annę. Niech sobie nie 

myśli, że jest lepsza niż on, ponieważ jest córką bogacza.

Odwróciła twarz i Knut natychmiast pożałował tego, co powiedział. Było jednak za 

późno, by cofnąć ostre słowa. Nie zdobył się też na to, by przyznać się do kłamstwa. Nic jej do 

tego, ile miał lub ilu nie miał dziewcząt. Nic nie szkodzi, jeśli sobie pomyśli, że jest bardziej 

dorosły i doświadczony, niż był w istocie.

- Na pewno...

Jej głos brzmiał tak cienko i żałośnie, że Knut, którego i tak już gryzło sumienie, poczuł 

się jeszcze gorzej.

- Przepraszam! - Na tyle mógł sobie pozwolić. - Nie jestem na ciebie zły. Byłem tak 

bardzo zmęczony. Bałem się o ciebie. Myślałem, że się nie obudzisz. Trochę tęskniłem za 

domem... To pomaga, gdy się mówi o swoich uczuciach - ciągnął, kiedy cisza trwała już długo, 

background image

a Anna najwyraźniej nie zamierzała nic powiedzieć.

Reijo zawsze to powtarzał: że rozmowa pomaga. Sam jednak nie postępował według tej 

zasady. Milczał, zatopiony we własnych myślach. Być może rozmawiał z Mają. Zawsze była 

mu najbliższa ze wszystkich dzieci. Nawet Ida nie zdobyła tyle zaufania Reijo, co Maja...

Lecz najbliżsi znajdowali się daleko. Knut nie mógł na nich liczyć. Był sam - i sam 

powinien jakoś nakłonić dziewczynę do zwierzeń, do rozmowy o tym, co popchnęło ją do 

samobójstwa.

- Uważasz, że wtedy mniej boli? Być może. - Wydawało się, że Anna w to wątpi. Nadal 

unikała jego wzroku. - Ale to niczego nie zmieni. Tylko śmierć mogłaby cokolwiek zmienić. 

Mogłaby mi pomóc.

- Czy powinienem był cię zostawić? Nie odpowiedziała.

- Czy powinienem był nagarnąć na ciebie więcej śniegu, nie sprawdzać, czy żyjesz? Czy 

powinienem   o   tobie   zapomnieć?   Pozwolić   ci   zamarznąć   na   śmierć   pod   tą   przeklętą   kupą 

kamieni?

- Nie wiem.

- Nie chcesz żyć?

- To nie o to chodzi. Nie o chęci. Jej słowa wypełniało tyle rezygnacji i goryczy, że

Knut poczuł ból w piersi.

-   Masz   szesnaście   lat   i   całe   życie   przed   sobą.   Czy   nie   powinnaś   być   szczęśliwa? 

Założyłbym się o własną duszę, że twój ojciec posiada więcej pieniędzy niż ci, których znam, 

razem wzięci. Możesz dostać wszystko, czego chcesz. Jakie ty, do diabła, możesz mieć powody 

do narzekań? Co w twoim życiu może być takie straszne?

-   Nie   osądzaj   mnie   zbyt   pochopnie   -   mruknęła.   -   Nic   o   mnie   nie   wiesz.   To 

niesprawiedliwe, że wydajesz wyrok, wiedząc tak niewiele.

- Pewnie nawet byś się do mnie nie odezwała, gdybym cię do tego nie nakłonił! - 

westchnął.

Odwróciła się na bok, żeby go widzieć. Przykuła go spojrzeniem swych niebieskich 

oczu, młodszych niż jego własne - i głębszych niż morze, niż prastare morze.

- Nigdy nie robiłam tego, co chciałam. Zawsze zachowywałam się jak dobra córeczka. 

Byłam  skromna,   posłuszna,  pilna,  pokorna,   pobożna,   miła,   milczałam  w towarzystwie,   jak 

przystoi kobietom. Słuchałam ojca we wszystkim, szanowałam rodziców, nigdy nie kłamałam, 

nigdy   nie  wzięłam  niczego,   co  nie  należało  do  mnie,   miałam  czyste  myśli   i   sądziłam,   że 

wszystko, co mi mówią, to prawda. Byłam takim dzieckiem, jakiego pragnęli. Nie miałam 

wielkich wymagań, nie prosiłam o nic... aż do niedawna...

background image

Musiała przełknąć łzy, by móc mówić dalej. Knut poczuł, jak zaschło mu w ustach.

- Zamierzali mnie wysłać z domu. Postanowili wydać za mąż. Nie za kogoś, kogo bym 

znała. Nie za kogoś z Finnmarku. Za nikogo z północy. Mężczyzna, którego dla mnie wybrali, 

nie mieszka w Norwegii. Chcą mnie wydać za jakiegoś gburowatego starucha z Danii. To syn 

jednego z ojca kolegów ze studiów i tylko dlatego jest dla rodziców porządnym, uczciwym, 

bogobojnym   człowiekiem,   na   którym   można   polegać   i   któremu   można   powierzyć   swoje 

najmłodsze dziecko. Ale on ma ponad czterdzieści lat. Mógłby być moim ojcem. W dodatku nie 

znam duńskiego. I nie mam ochoty go poznać. Mój przyszły mąż należy do arystokracji i z tego 

powodu muszę się uczyć mnóstwa różnych rzeczy o tym, jak powinnam się zachowywać. A ja 

nie chcę, nie chcę, nie chcę...

- Z Elise było podobnie... - rzekł Knut ochrypłym głosem. - O jej rękę też się starał 

pewien stary rozpustnik...

Ale Kristoffer nie był arystokratą z Danii...

- Wszystko dobrze się skończyło - mówił dalej, uświadamiając sobie, że obu sytuacji nie 

da się porównać.

Mimo to chciał Annie jakoś pokazać, że jest w stanie zrozumieć jej problem. Sam przed 

sobą przyznawał jednak, że przekracza to jego możliwości.

- Reijo... tato pozwolił Elise wyjść za tego, którego kochała - zakończył zakłopotany. 

Nie był pewien, czy jest sens o tym mówić.

- Mój ojciec nie cofnie danego słowa - oznajmiła Anna. Stanowczość tego stwierdzenia 

przekonała również Knuta. - Ja nie mogę się sprzeciwić.

- Jesteś córką pastora, prawda? Niebieskie światełka obróciły się ku niemu.

- Jak odgadłeś? Knut skrzywił się.

- To nie było takie trudne, Anno. Teraz wszystko jasne, pomyślał i niemal pożałował, że 

nie pozwolił jej umrzeć na płaskowyżu.

O Boże, nieźle narozrabiałeś, Knucie Elvejord!

background image

4

- Nie chcę wracać do domu!

Powtarzała to uparcie. W tym względzie była nieugięta. Niezależnie od tego, co mówił 

Knut, Anna trwała przy swoim.

- Wszyscy myślą, że umarłam - mówiła dalej. - Na pewno przestali mnie szukać.

- Tak sądzisz?

Knut nie wierzył w to. Poruszą niebo i ziemię, żeby odnaleźć córkę pastora. Żywą lub 

martwą.

- Na pewno myślą, że nie żyjesz - rzekł powoli. - Ale będą cię szukać, dopóki nie 

znajdą. Nie oszukuj samej siebie. Jesteśmy zaledwie o parę dni drogi od Alty.

W jej oczach pojawił się strach.

- Czy nie mogłabym z tobą zostać? - spytała cicho. Knut westchnął ledwie słyszalnie. 

Coraz bardziej przekonywał się o tym, jak bardzo starano się ją w domu chronić. Jak niewiele 

wiedziała o prawdziwym życiu. O życiu zwykłych ludzi.

Minęły trzy dni od czasu, kiedy burza dała za wygraną, a dziewięć, od kiedy Anna 

znalazła się pod opieką Knuta.

Jak nastroszone pisklę potrząsała głową przy ogniu. Przebrała się w swoje rzeczy, ale 

nadal   nie   przypominała   wytwornej   panienki,   jaką   była.   Nie   pod   tym   dachem.   Różnice 

pochodzenia obojga jakby się rozmyły, lecz Knut nigdy nie pozwalał sobie na to, by o nich 

zapomnieć.

Dyskutowali   o   tym,   lecz   zwykle   kończyli   wymianę   słów   podniesionym   tonem   i 

pozostawali każde po swojej stronie przepaści.

Anna nie chciała wracać do domu.

On zaś musiał ją tam odprowadzić.

-   Czy   naprawdę   nie   mogłabym,   Knut?   -   powtarzała   cienkim   głosem.   -   Czy   nie 

mogłabym z tobą zostać? Wyzdrowieję. Nie będę ci przeszkadzała. Obiecuję. Nie sprawię 

kłopotu. Potrafię całkiem dużo. Szyć... w każdym razie haftować. Mogę prowadzić dom...

Umilkła, kiedy na nią spojrzał.

- Czy ty nic nie rozumiesz? - spytał całkiem zrezygnowany. - Czy ty zupełnie nic nie 

rozumiesz,   dziewczyno?   Czy   myślisz,   że   potrzeba   mi   kogoś   takiego   jak   ty?   Z   twoją 

umiejętnością haftowania i prowadzenia domu? Jeśli będę szukał kobiety, to wybiorę taką, któ-

ra zna się na bardziej przydatnych rzeczach. Hafty nie na wiele mi się przydadzą, Anno.

- Nie to miałam na myśli. - Rozzłościła się, ale i zaczerwieniła ze wstydu. - Nie chcę 

background image

zostać twoją... twoją...

- ... żoną - dokończył Knut zmęczony. - Widzisz sama, Anno, że to bez sensu. Nie mogę 

cię ze sobą zabrać. Znajdą nas. A wtedy będą się zastanawiać, dlaczego chłopski syn wędruje z 

córką pastora. Zobaczysz, że trafię za to do więzienia.

- Bzdury - odparła. - W tym kraju istnieje prawo i sąd. Knut uśmiechnął się wyczerpany.

- Tak, dla takich jak ty, moja droga. Ale nie dla takich jak ja. Nas łatwo jest wtrącić do 

więzienia pod byle pretekstem.

- Możemy uciec daleko stąd... Nie muszą nas znaleźć...

O Boże, o czym ona marzy!

Powstrzymał Annę od wyszukiwania kolejnych argumentów. Zmęczyły go jej fantazje. 

Cudze marzenia najmniej mu były potrzebne. Nie chciał żyć według cudzych wyobrażeń.

- Nie mogę wyjechać daleko stąd - oświadczył. - Muszę zostać tutaj. Później na pewno 

wyjadę. Ale nie teraz. Nie wcześniej niż przed nastaniem lata.

- Myśliwym chyba wszystko jedno, gdzie polują, chodzi im tylko o przestrzeń?

Dziewczyna myśli piekielnie logicznie!

- Mnie nie jest wszystko jedno - rzucił krótko.

- Jesteś trochę zbyt tajemniczy - odezwała się Anna zamyślona.

Popatrzyła na niego badawczo. Właściwie do tej pory jeszcze mu się dokładnie nie 

przyjrzała.

- Czy zrobiłeś coś złego? - spytała. - Czy jesteś poszukiwany?

- A czy wtedy mieszkałbym tu, kilka dni drogi od Alty?

- Nie, to się nie zgadza. Ale nie jesteś też prawdziwym myśliwym. Jesteś za młody... 

zbyt...

Anna nie znalazła odpowiedniego słowa. Nie przyszło jej do głowy, że Knut jest zbyt 

niedoświadczony. W jej oczach był dorosły.

Przemknęła jej przez myśl na wpół zapomniana legenda związana z tymi stronami. 

Zaczęła mówić bez zastanowienia:

- Szukasz skarbu Kwena, prawda? Jesteś poszukiwaczem przygód, który wierzy w te 

plotki o złocie. Ale go nie znajdziesz. To istne bzdury. Już wielu marzycieli tu szukało, ale złota 

nie ma. Nie ma skarbu Kwena. To tylko legenda. Bajka.

Zamilkła,  zdumiona  jego reakcją.  Zbladł,  a jego twarz ściągnęła  się.  Jakby ją  ktoś 

wyciosał   z  kamienia.  Tylko  oczy  pozostały żywe,  ciskały  ku niej błyskawice.  Miał  ładne, 

brązowe oczy. Najbardziej brązowe z tych, jakie kiedykolwiek widziała, choć być może z 

powodu oszczędnego światła w ziemiance sprawiały takie wrażenie.

background image

Pewnie to tylko złudzenie.

- Tak, może szukam skarbu - syknął przez zaciśnięte zęby. - Może jednak różnię się od 

tych wszystkich marzycieli. Może właśnie ja go znajdę...

- Nie ma żadnego skarbu - powtórzyła bez przekonania.

Determinacja Knuta przeraziła Annę.

Czy   zachowywał   się   tak   dlatego,   że   był   biedny?   Czy   marzenie   o   niezmierzonych 

bogactwach przywiodło go tutaj, ponieważ tak mało posiadał? Czy dlatego, gdy mówił o złocie, 

wydał się jej szaleńcem?

Nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć. Zawsze wszystko miała. Nigdy jej niczego nie 

brakowało.

- To prawda, nie ma żadnego skarbu Kwena - rzekł Knut, akcentując ostatnie słowo.

Anna go nie przejrzała. Jeszcze nie.

- Takie rzeczy opowiada się dzieciom - powiedziała.

- Nasłuchałam się kiedyś tych bajek. Od opiekunki...

- Ja jestem tylko synem rybaka - odezwał się Knut.

- Nieuczonym biedakiem, który wierzy w bajki. W złości narzucił na siebie kurtkę. 

Złapał sakwę i ruszył do wyjścia, nie patrząc na dziewczynę.

- Dokąd idziesz?

Nie odpowiedział. Zatrzasnął za sobą drzwi chaty.

Nienawidził   Anny.  Nienawidził   tej   sztucznej   dziewczyny  z  jej   pokorą  i  fałszywym 

wychowaniem. Nienawidził jej za drwinę w głosie. Nienawidził za słowa, które były bardziej 

uczone   niż   te,   które   sam   znał.   Nienawidził   za   sposób,   w   jaki   mówiła   -   jedynie   z   lekką 

naleciałością północnego dialektu. Nienawidził jej i nie był w stanie oddychać tym samym 

powietrzem co ona...

Założył narty, nie oglądając się za siebie. Od drzwi darniowej chaty doszedł go głos 

Anny, odważyła się więc wyjść za nim. Nieźle jak na jej wysokość!

- Nie wolno ci jechać do Alty! Nie wolno ci im powiedzieć, gdzie jestem!

Knuta opanowała taka złość, że nie zamierzał się litować. Chciał być niedobry. Miał 

przeogromną ochotę ją zranić. Zranić ją jeszcze bardziej, niż ona go zraniła - nieumyślnie, 

ponieważ nie mogła przecież wiedzieć...

Uśmiechnął się, ukazując zęby. Jej strach sprawił mu przyjemność.

Nagi, nieudawany strach.

Długo mógłby go wykorzystywać...

- Nie pytam cię o pozwolenie, córko pastora. Słyszysz? Jestem wolny i mogę robić, co 

background image

chcę.

Nie miał zamiaru jechać do Alty. Ale niech tak myśli. Może dzięki temu stanie się mniej 

zarozumiała. Nie lubił, kiedy dzieciaki się z niego wyśmiewały.

- Drogi Knucie, nie pozwól, by się dowiedzieli, gdzie jestem! Proszę cię! Błagam!

Jej  prośby smakowały jak cukier.  Nie odpowiedział.  Odepchnął się tylko kijkami i 

pomknął przed siebie. Nie wiedział, czy będzie tak stała, aż zniknie jej z oczu. Napawał się 

poczuciem zwycięstwa.

Wiedział, że Anna się bała.

Władza oszałamiała go.

Złość   jednak   szybko   minęła.   Kiedy   zostawił   za   sobą   cztery   -   pięć   pierwszych 

zasypanych śniegiem sideł, nie czuł już nienawiści. We wszystkie sidła złapały się ptaki. To 

oznaczało   jedzenie,   które   właśnie   im   się   skończyło.   Ale   Anna   o   tym   nie   wiedziała.   Nie 

powiedział jej.

Zaczął się zastanawiać i uznał, że niesłusznie miał do niej pretensje.

Nie wiedziała, że go rani. Sprawiła jednak, że jego marzenie nie było już takie wzniosłe. 

Że wszystko, dla czego żył, stało się śmieszne i dziecinne. Nie wierzyła, że fantazja może 

zmienić się w rzeczywistość. Była jakby ponad tego typu sprawami, a przez to Knut poczuł się 

gorszym niż ona człowiekiem.

„Skarb Kwena”.

Knut   wykrzyczał   do   siebie   te   słowa,   sunąc   na   nartach   po   śnieżnych   zaspach   i 

skrzypiącej, stwardniałej skorupie.

Przestraszył  stadko pardw w oddali:   poderwały  się gwałtownie i  spłoszone  szukały 

bezpieczniejszych miejsc.

Skarb Kwena... Omal się nie zdradził. Już miał powiedzieć, że to nie jest skarb Kwena. 

Ponieważ Karl Kristiansen Elvejord, nigdy nie był Kwenem. Kalle był norweskim chłopem 

znad fiordu, nie gorszym od innych. Jasnowłosym i niebieskookim i do tego nigdy nie nauczył 

się porządnie mówić w języku swojej żony.

Nie, na Boga, to żaden skarb Kwena!

Wszystko się w Knucie gotowało. Dała o sobie znać cała gorycz, która wzbierała w nim 

w ziemiance. Wszystko, co zwracało się przeciw Annie i za co przypisywał jej winę.

Stopniowo jednak zaczął się uspokajać. Tłumaczył sobie, że była tylko zbyt troskliwie 

wychowywanym dzieckiem. Powtarzała tylko to, co mówili jej inni. Ci, w kręgu których się 

obracała, nie mieli nic dobrego do powiedzenia o pospólstwie. Nie wiedziała, jak to jest być 

Knutem Elvejordem, posiadającym tylko jedno marzenie, które dodawało mu skrzydeł. Mógł 

background image

przecież spotkać gorsze córki bogaczy niż ona. Anna, jak mu się zdawało, przynajmniej potrafi 

myśleć.

Knut przypomniał  sobie,  jak bardzo Elise  się bała, kiedy Kristoffer starał się o jej 

względy.

Kristoffer zajmował co prawda pozycję o jeden szczebel wyższą niż oni, ale mieszkał 

nad tym samym fiordem.

Wszyscy zgodnie uważali, że Elise, ich urocza, młoda, łagodna Elise, była zbyt dobra 

dla tego starego  dziada. Że  byłoby zbrodnią kazać jej poświęcić  swą młodość i  życie  dla 

małżeństwa z nim.

Być może Anna była piękna. Knut nadal tego nie wiedział. Miała ładne oczy, ale nic 

więcej nie da się powiedzieć, dopóki nie zacznie wracać do swego dawnego wyglądu. Nie 

wiadomo, ile to może potrwać. Nie wiadomo, czy zdąży to zobaczyć.

Była bardzo młoda.

Nie kazano jej wyjść za kogoś mieszkającego o ćwierć mili dalej. Lecz zamierzano 

wysłać do obcego kraju, do człowieka o wiele od niej starszego, o którym nic nie wiedziała. 

Miała mieszkać w obcym domu - z pewnością w jakimś pałacu lub przynajmniej bogatym 

dworze, miała go prowadzić... Wokół otaczaliby ją obcy ludzie. Mówiący w obcym języku. 

Przyjaciele męża, dwa razy starsi od niej.

To oznaczałoby nie tylko kres młodości, która jeszcze na dobre się nie zaczęła, ale 

koniec życia.

Nigdy nie pozwolono by jej być tą Anną, którą była w głębi duszy. Tą, którą Knut 

trochę poznał w ciągu tych kilku dni.

Zauważył, że dziewczyna stara się ukryć swe prawdziwe ja. Że z pewnością robi to na 

co dzień, więc prawie nie zdaje sobie z tego sprawy.

Jak łatwo udało się jej uciec. Zniknąć jak ślady nart na świeżym śniegu.

Knut zatrzymał się gwałtownie.

Najbardziej oddalone sidła mogą poczekać. Zdobył trochę pożywienia, więc przez parę 

dni dadzą sobie radę. Wyglądało na to, że jednostajność jadłospisu jeszcze Annie nie dokuczała.

Nie warto zbytnio straszyć dziewczyny. Trudno powiedzieć,  co może jej wpaść do 

głowy, jeżeli uwierzy, że naprawdę wybrał się do Alty z zamiarem zdradzenia jej kryjówki. 

Żeby ją wydać.

Nadal była słaba. Potrzebowała czasu, żeby dojść do siebie.

Choć nie miał innego wyboru, jak odprowadzić ją do domu, nie musiał się śpieszyć. 

Mógł odwlec to jeszcze o kilka dni.

background image

Anna zdała sobie sprawę, że toczyli między sobą pewnego rodzaju walkę. Zrozumiała, 

że przyczyną jest przepaść, jaka ich dzieli z powodu różnicy pochodzenia.

Ponieważ sama cierpiała, była w stanie zrozumieć rozterki Knuta.

Ale nie pojmowała jego złości.

Ona   się   nie   złościła,   jedynie  smuciła.   Taki   wybuch   złości   przerażał   ją.   Był   czymś 

nieznanym i niebezpiecznym.

Ojciec się nie złościł. Nie w ten sposób. Złość ojca była inna, wielka i głęboka, i wiązała 

się z groźbami i karami. Ojca złość ściśle wiązała się z rozczarowaniem.

W Knucie wzbierał gniew - czego nawet nie zauważyła - wybuchł i zniknął.

Anna nie wiedziała, jak się zachować.

Czy liczył na to, że sobie pójdzie? Że jeszcze raz spróbuje szukać śmierci?

Nie   miała   odwagi.   Poprzednim   razem   było   łatwo.   Płakała   na   łóżku.   Płakała   i 

wyobrażała sobie, jak wychodzi na mróz i zamarza na śmierć.

Że potem ją znajdują - bladą i zimną, a skruszony, pogrążony w smutku i dręczony 

wyrzutami sumienia ojciec wygłasza piękną mowę nad grobem córki. Wszystko to ujrzała w 

wyobraźni. Widziała swój grób porośnięty polnymi kwiatami. Ludzie zatrzymywaliby się przy 

nim,   czytaliby   jej   nazwisko i  daty na  zwykłym  drewnianym krzyżu,   pociągaliby  nosami  i 

mówili, że tak młodo umarła.

Zdawało się to takie piękne, że Anna jeszcze bardziej się rozpłakała. I nabrała odwagi, 

żeby zrobić to naprawdę. To, na co nie zdobyła się wcześniej.

Oczywiście, postąpiła głupio.

Teraz wiedziała już lepiej. Drugi raz by tego nie uczyniła.

Jazda na nartach nocą okazała się czymś zupełnie innym niż krótkie wycieczki z matką 

w ciągu dnia. Dopiero po jakimś czasie Anna zorientowała się, że jest zbyt lekko ubrana. 

Poczuła się głodna. Było jej zimno, kiedy się zatrzymywała, choć przecież i tak miała umrzeć.

Nie dostrzegała sprzeczności między tymi dwiema myślami. Szła tylko przed siebie, nie 

mając pojęcia, gdzie się znajduje. Szła i szła, i szła. Odpoczywała trochę i szła dalej. Nie 

pamiętała, jak długo. Ostatnie chwile spowijał zbawienny mrok.

A potem obudziła się u Knuta.

Między   tymi   momentami   widziała   cudowne   światło,   którego   jednak   nie   potrafiła 

dokładnie opisać. Coś czuła, coś przeżyła, ale było to na tyle pozbawione konturów, że nie 

dałoby się opisać słowami.

Nie wyszłaby ponownie na mróz.

W swej niewiedzy sądziła, że tak po prostu zamarznie na śmierć - łatwo i szybko.

background image

Nie miała pojęcia, co mróz może zrobić z twarzą. Zanim nie przeciągnęła dłonią po 

skórze i nie dotknęła strupów, nie poczuła, że nawet kształt jest zmieniony. Knut spokojnie, 

lecz stanowczo odciągnął jej dłonie. Patrzył na nią ze smutkiem, ale zapewnił, że niedługo 

będzie wyglądała jak kiedyś. Nabawiła się odmrożeń. Mogło być gorzej. Wydobrzeje.

Anna nie miała co do tego pewności.

Uważała, że jest całkiem ładna. Nie uderzająco piękna. Ojciec był krępy i gruby, a 

matka zbyt niepozorna, by córka mogła wyróżniać się niezwykłą urodą.

Ale była ładna.

Zdawała sobie sprawę, że jej oczy są jedyne w swoim rodzaju. Jeden z braci powiedział, 

że ma fiołkowe oczy.

Knut na pewno nawet nie wie, co to są fiołki.

Minie sporo czasu, zanim znowu odzyska dawną urodę.

Zresztą to nie ma już żadnego znaczenia. Skoro musi wyjść za mąż za Duńczyka, to na 

złość chciałaby być jak najbrzydsza.

O, nie, tego również by nie chciała. Pragnęłaby wyglądać jak zwykle. Mieć tę samą 

twarz, którą tak często oglądała w swoim pokoju w lustrze. Ojciec mówił, że to niebezpieczne, 

gdyż w ten sposób uczyła się próżności i traktowania własnego wyglądu jak bożka, dla którego 

się żyje.

To nieprawda. Nie było tak, ale ojciec nie mógł zrozumieć. Chciała jedynie być sobą.

Teraz.

Zanim wróci Knut.

A on nie chce mieć z nią nic wspólnego.

Uff, wszystko stało się zbyt trudne, zbyt skomplikowane.

Nic nie poradzi na to, że czuje się głupia i zagubiona. Jest razem z Knutem i do tej pory 

nie narzekała. Nawet jeśli chłopak jest tylko brudnym Kwenem bez wykształcenia, niezbyt 

pobożnym i gruboskórnym, a na dodatek nieodpowiedzialnym poszukiwaczem przygód.

Mimo to dawno nie było jej tak... dobrze.

Czuła   ból   w   całym   ciele.   Dokuczały   bolesne   pęcherze,   z   których   ciekła   żółta   i 

zielonkawa wydzielina. Wolała nie myśleć, że taką ją widział.

Anna czekała. Płakała.

Była przekonana, że Knut pojechał do Alty. Był na nią taki wściekły.

Wkrótce przyjdą i ją zabiorą. A potem zamkną w jej pokoju i posadzą nad Biblią, 

otwartą w odpowiednim miejscu. Ojciec ją zgani. Spojrzy z wyrzutem i spyta, jakiego złego 

ducha tym razem posłuchała.

background image

A matka będzie łkała gdzieś w kącie.

Wyślą do Danii...

Anna zasnęła.

Obudził ją odgłos nart. Odgłos nart na śniegu, skręcających, zanim zatrzymały się przed 

chatą.

Dziewczyna usiadła. Nasłuchiwała całym ciałem, nie tylko uszami. Jedna para nart. Nie 

słychać innych.

Tylko Knut...

Czyżby mimo wszystko nie pojechał do Alty?

Serce waliło mocno w piersi. Oby był sam. Wybaczy mu wszystko, oby tylko był sam.

Knut był sam. W dodatku z nosem spuszczonym na kwintę i pełen wyrzutów sumienia. 

Obiecał sobie, że nie będzie dla niej surowy.

Powinien zachować się jak dojrzały mężczyzna.

Anna nie odezwała się, kiedy wkroczył do środka. Poświęcił trochę zbyt dużo czasu na 

strzepanie z siebie śniegu. Zamknął starannie drzwi i spojrzał na nią ukradkiem, zanim odważył 

się popatrzeć jej w oczy.

Bała się.

Ale   miała   na   tyle   rozumu,   żeby   jako   tako   podtrzymać   ogień   w   palenisku.   To 

przemawiało na jej korzyść. Gdyby pomieszkała wśród prostych ludzi przez kilka miesięcy, 

pozbyłaby się manier wydelikaconej panienki. Nabrałaby kolorów i znalazła dość powodów, by 

prosto trzymać głowę.

Chłopak wiedział jednak, że w najbliższym czasie powinien zaprowadzić ją tam, gdzie 

jest jej dom.

- Sprawdziłem sidła - rzekł krótko i zdjął dork, od wracając się plecami. Drogocenna 

sakwa leżała u jego stóp. Traktował ją jak zwykły worek, tak jak chciał ojciec. W ten sposób 

mapa była bezpieczna.

Anna westchnęła, tym westchnieniem mogłaby zmusić kamień do płaczu. Odetchnęła z 

ulgą.

- Kończyło się nam jedzenie - dodał, a jego głos zabrzmiał bardziej ostro, niż by na to 

pozwalały dopiero co podjęte postanowienia.

- Nie widziałeś... nikogo? - Nie.

- Za parę dni pojedziesz jednak do Alty, prawda? - spytała. Przełknęła z trudem ślinę i 

wysunęła brodę, starając się wyglądać dorośle. - Nie dostaniesz żadnej zapłaty, nie licz na to. 

Ojciec nie jest taki. Wpuści cię głównym wejściem, ponieważ mnie przyprowadzisz, ale poprosi 

background image

cię, byś wyszedł kuchennymi drzwiami.

Knut wzruszył ramionami. Przykucnął przed paleniskiem, tak jak uczyniłby to Ailo. 

Chciałby,   żeby   Ailo   tu   był.   Albo   Simon.   Trudno   w   jednej   chwili   stać   się   dorosłym   i 

podejmować ważne decyzje.

- Płaskowyż nie jest dla ciebie - rzekł, rozcierając dłonie nad ogniem. - Jesteś zbyt 

delikatna, Anno. I nie mówię tego po to, żeby ci dokuczyć.

- Ale nie jestem wystarczająco delikatna, by zostać duńską szlachcianką - odezwała się 

cicho.

Być może miała rację. Knut spojrzał na nią z ukosa. Nie przeszkadzały mu strupy na jej 

twarzy, czego tak bardzo się obawiała. Wyglądała gorzej, kiedy ją znalazł. Wszystko zmieniało 

się na lepsze.

Dziewczęta zawsze martwią się swoim wyglądem.

Jej oczy jakby przykuwały jego spojrzenie. Te ciemnoniebieskie szlachetne kamienie na 

ciągle   dość   oszpeconej   twarzy   zaklinały   go.   Wymuszały   na   nim   obietnice,   zanim   zdążył 

otworzyć usta.

- Obiecaj, że mnie uprzedzisz, kiedy zdecydujesz się wyruszyć...

-   Zabiorę   cię   ze   sobą   -   odpowiedział   krótko.   -   Jeśli   wybiorę   się   do   Alty,   młoda 

panienko, pojedziesz ze mną! Nie zostawię cię samej w tej chacie, wyruszając w dłuższą drogę. 

Nie jestem całkiem nieodpowiedzialny. Nie wiadomo, kto mógłby się tu przybłąkać. Lepiej nie 

mówić, co by się wtedy z tobą stało, Anno.

- Myślałam, że pojechałeś właśnie do Alty. Knut położył się na skórach. Skrzywił się. 

Nadszedł zatem czas poważnych wyznań.

- Chciałem, żebyś tak myślała. Chciałem, żebyś się bała. Upokorzyłaś mnie, sprawiłaś, 

że poczułem się jak łajno. To bolało. Chciałem, żebyś podobnie cierpiała.

Anna pochyliła głowę, nieszczęśliwa. Nie przywykła do rozmów z ludźmi jego pokroju. 

Całkiem nie przywykła do rozmów o uczuciach. W domu się o tym nie rozmawiało.

- Nie chciałam ci sprawić bólu - powiedziała zmieszana. Pokorna.

Knuta przeszył dreszcz. Nie znał jej takiej. Nie chciał, żeby taka była.

- Knut, wybacz mi, proszę. Ale ja tak niewiele wiem... Tym razem słowa płynęły prosto 

z serca. Zwróciła ku niemu zrozpaczoną twarz:

- Na pewno jestem samolubna. Na pewno jestem próżna. Nie przejmuję się innymi 

ludźmi, tak jak powinnam. Ale znam tak niewielu. Nie wolno mi utrzymywać kontaktów, z kim 

tylko zechcę. Jesteś dla mnie taki... nowy. Obcy. Nie uważam, że jesteś... łajnem.

Z   trudem   zdobyła   się   na   wymówienie   tego   słowa.   Widząc   to,   Knut   musiał   się 

background image

uśmiechnąć.

Pomyślał o Idzie, która była dokładnie w wieku Anny... O Idzie, która klęła, aż sypały 

się skry. Błyskawica mogłaby jej pozazdrościć.

- Jesteś dziwna, Anno - rzekł z uśmiechem. - Myślę, że oboje zawiniliśmy w tym 

samym stopniu. To stawia nas na mniej więcej równej pozycji, co ty na to? Czy nie powinniśmy 

przekreślić tego, co było? Zapomnieć o tym? Skinęła bez słowa.

- Chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi - mówił dalej Knut. - Dobrze jest mieć się do 

kogo odezwać. A rozmawiać w każdym razie potrafisz.

Anna najwyraźniej walczyła ze sobą, pragnąc coś powiedzieć. Nie bardzo rozumiał, co 

ją powstrzymuje.

- Jak długo będziesz potrzebował towarzystwa? - spytała. Znowu była pokorną Anną. - 

Jak długo mam być dla ciebie rozrywką, zabawiać cię? Czy nie rozumiesz, że teraz ty traktujesz 

mnie jak... łajno?

-   O   Boże,   daj   mi   cierpliwość,   spraw,   bym   wyrażał   się   jaśniej!   -   zawołał   Knut   w 

bezsilności. - Nie to miałem na myśli. Ciągle uważam, że byłoby szaleństwem wyciągać cię na 

mróz. Twoje rany jeszcze się nie zagoiły. Nie chciałbym, żeby zostały ci blizny, żebym musiał 

się czuć winny, gdybyś przypadkiem została oszpecona na całe życie. Nigdzie się stąd nie 

ruszymy,   dopóki   nie   wydobrzejesz.   Myślałem,   że   dość   jasno   dałem   to   do   zrozumienia... 

Naprawdę chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi, Anno - dokończył łagodniejszym tonem.

- Zapomnijmy o tym, co było - zgodziła się. Zdawała sobie jednak sprawę, że będzie 

pamiętać.

Czegoś takiego nie wymazuje się z pamięci. Jednak Knut pokazał również tyle dobrych 

stron, że miały one wkrótce przesłonić ciemne plamy.

Anna łudziła się, że upłynie jeszcze wiele czasu, zanim strupy odpadną, a pęcherze 

całkiem obeschną. Nic na to nie poradzi, że tak długo przykro będzie na nią patrzeć.

Już dawno nie było jej tak... dobrze.

background image

5

Knut naprawdę się starał. Wiele razy jakby słyszał głos upominającej go Idy, tak jak to 

ona potrafiła. A wtedy starał się postępować wyjątkowo delikatnie. Coś, na co Ida pokręciłaby 

tylko nosem, dla Anny było trudne do zniesienia.

To   dziwne,   że   można   w   takim   stopniu   mieć   wzgląd   na   drugiego   człowieka.   Knut 

spostrzegł, że do tej pory myślał przeważnie o sobie, we wszystkim, co robił i mówił, brał pod 

uwagę własne korzyści.

Teraz spojrzał na siebie w inny sposób.

Mimo   wszystko   nie   był   w   stanie   wysiedzieć   cały   dzień   razem   z   Anną   w   ciasnej 

ziemiance.

Nawet kiedy był sam, z trudem znosił takie zamknięcie w pomieszczeniu, a tym bardziej 

z drugim człowiekiem - z dziewczyną, w dodatku z dziewczyną tak do niego niepodobną jak 

Anna. Było to zupełnie niemożliwe.

Knut musiał odbywać swoje codzienne wyprawy po drewno, wodę, żywność...

Zastawił więcej sideł i każdego dnia do kilku zaglądał. Choć nie mówił o tym Annie, 

szukał również innych śladów.

Śladów ludzi.

Do tej pory nie znalazł żadnych. Darniowa chata znajdowała się z dala od najbardziej 

uczęszczanych dróg.

Ludzie, z którymi szedł na północ, opowiadali, że zawsze tam stała. Kiedyś została 

zniszczona przez wichurę, lecz zaraz ją odbudowano. Innym razem się spaliła, ale niedługo 

potem ktoś zadał sobie trud, by wznieść ją na nowo w tym samym miejscu.

Knut lubił o tym myśleć. Lubił myśleć o tym, że chata gościła wielu innych jemu 

podobnych ludzi. Ale był pewien, że po raz pierwszy pod tym zadymionym dachem znalazł 

schronienie ktoś taki jak Anna.

Do wiosny ciągle jeszcze pozostawało sporo czasu. Knut denerwował się. Nie planował, 

że zabawi tak długo w jednym miejscu. Aha miała być jego punktem wyjścia. Tak w każdym 

razie postanowił, siedząc w domu nad fiordem Lyngen, gdzie pokryte śniegiem góry niczym 

solidne ściany otaczały jego świat.

Teraz nic nie ograniczało mu widoku, lecz nie zaszedł daleko.

Mapę naszkicowaną przez ojca należało czytać w Alcie jako punkcie odniesienia. Knut 

doszedł do tego wniosku, wpatrując się miesiącami w ledwie widoczne brązowe kreski na 

skórze.

background image

Niektóre z linii nigdy nie były częścią mapy - powstały w wyniku używania skórzanego 

worka do celów, do jakich został zrobiony.

To już tyle lat.

Knut nigdy przedtem tu nie był. Nie znał tej krainy.

Wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Wiedział o tym. Ale uparcie dążył do celu. 

Jedyne, czego pragnął, to urzeczywistnić marzenia.

Pocieszał   się   myślą,   że   jego   tato   odnalazł   skarb,   będąc   tu   po   raz   pierwszy.   Przed 

Kallem, synem rybaka z wioski nad fiordem, odkryła swe bogactwa nie znana mu wcześniej 

kraina.

Zdarzyło się tak kiedyś - mogło się zdarzyć znowu.

Tego popołudnia niebo okrywał płaszcz mrozu. Właściwie to już wieczór, poprawił 

Knut w myślach. Na moment zatrzymał się i podziwiał grę barw na horyzoncie. Czerwone i 

żółte, podobne do ognia, który jednak zamiast płomieni miał lodowe języki. Rozhulały się bez 

opamiętania ponad pokrytym śniegiem płaskowyżem, tak że trudno było stwierdzić, gdzie jest 

niebo, a gdzie ziemia.

Knut poprawił swój ładunek. Dziś  nazbierał  drewna na opał. W większości drobne 

gałązki. Zaszedł nawet na tyle daleko, że znalazł miejsce przypominające zasypany śniegiem 

brzozowy zagajnik. Odkopał śnieg na taką głębokość, że ledwie wystawała mu głowa, i wyciął 

trochę grubszego drewna. Dwa drzewka zachował w całości. Długo szukał czegoś takiego. Miał 

świadomość, że Anna nie dojdzie do miasta o własnych siłach, a zaniesienie jej na plecach 

graniczyłoby z nadludzkim wysiłkiem.

Wprawdzie była niewysoka i szczupła, ale Knut też nie należał do olbrzymów. Z trudem 

przydźwigał ją do darniowej chaty, a zawdzięczał to bardziej sile woli niż sile mięśni.

Z tych grubych jak ramię tyczek mógłby zrobić coś w rodzaju sanek - proste pułki. Knut 

Elvejord   z   pewnością   lepiej   sobie   poradzi   jako   zwierzę   pociągowe   niż   jako   juczny   koń, 

pomyślał.

Wyprawa po drewno zabrała mu więcej  czasu niż zazwyczaj. Zdawał sobie  z tego 

sprawę.

W głębi ducha jednak rozpierała go duma. Rozwiązał pewien problem. Jeszcze tego 

samego wieczoru zabierze się do robienia sań.

Na długo wcześniej, zanim z łagodnego zbocza zszedł ku ziemiance, którą z krzywym 

uśmiechem nazywał swoim domem, zorientował się, że coś jest nie w porządku. Lecz dopiero 

kiedy stanął blisko i nie poczuł charakterystycznego zapachu, który powinien uderzyć go w nos, 

zrozumiał, co jest nie tak Z chaty nie unosił się dym.

background image

Do   diabła!   Czyżby   Annie   nie   starczyło   rozsądku,   żeby   podtrzymywać   ogień   w 

palenisku? Po chwili Knuta uderzyła jeszcze gorsza myśl: A może trafili tu jacyś ludzie? Czy ją 

znaleźli?

A   może   zbłądzili   włóczędzy?   Nie   należeli   oni   do   najlepszych   dzieci   bożych   i   nie 

powstrzymałyby ich żadne skrupuły przed wykorzystaniem takiej młodziutkiej dziewczyny jak 

Anna...

Knut możliwie najszybciej wyskoczył z nart. Ruszył do środka z wiązką drewna na 

plecach i naturalnie utknął w drzwiach. Musiał najpierw zrzucić z siebie bagaż, zanim mógł 

wejść.

Była tam.

Siedziała owinięta we wszystkie skóry, jakie mieli. Również w te służące jako chodniki. 

Knut znalazł je, kiedy się tu wprowadził, wyglądały na brudne i zniszczone.

Chłopak odetchnął, zanim podszedł bliżej. Stanął nad Anną niczym sędzia. Wznosił się 

niemal do samego dymnika w dachu - takim go widziała. Sam Knut nie zdawał sobie z tego 

sprawy.

Właściwie nie wiedział, co mówi. Nie zastanowił się dobrze.

- Co ty, do diabła, wyprawiasz? Jeśli znowu chcesz odebrać sobie życie, mogłabyś 

przynajmniej wyjść na dwór. Wystarczy mrozu, żeby wycisnąć ducha z ciebie i jeszcze kilku 

innych za jednym zamachem. Albo mogłabyś otworzyć drzwi, wtedy nie musiałabyś nawet 

wychodzić!

Spuściła głowę i rozpłakała się. Szlochała jak dziecko.

Wściekły, odwrócił się od niej. Był na nią tak zły, że mógłby udusić ją własnymi, 

trzęsącymi się rękami. Musiał zacisnąć pięści, żeby się opanować.

Przeklęta, przeklęta, przeklęta, durna smarkula! Wychuchana panieneczka! Niech czart 

porwie wszystkie te zmanierowane, obrzydliwe, beznadziejnie głupie bachory jej pokroju!

Uklęknął przed paleniskiem, połamał ze złością suche gałązki, ułożył je starannie w 

stosik, żeby rozpalić ogień. Rozrzucił ponownie, bo musiał jakoś rozładować wściekłość.

Przeklinał   pod   nosem   w   mowie   Raiji   i   wujka   Mattiego,   która   zdawała   się   mieć 

niezwykłą siłę w momentach, gdy brakowało mu słów. Której ta rozpieszczona paniusia nie 

rozumiała i z której nie mogła się wyśmiewać.

Zbudował   z   gałązek   piramidkę,   znalazł   krzesiwo   przy   palenisku,   tam   gdzie   je 

poprzednio zostawił. Musiał uderzyć w nie parę razy, zanim pojawiły się iskry.

Mały płomyk działał uspokajająco. Pochłaniał suche patyczki i rósł. - Knut dołożył 

większe gałązki, rozniecił ogień na nowo.

background image

Dobry Boże, jakże go przestraszyła!

- Nie udało mi się rozpalić. - Głos dziewczyny był cienki i drżący. - Nie udało mi się 

rozpalić,   Knut.   Naprawdę.   Nie   potrafiłam.   Nie   pamiętałam,   jak   to   robiłeś.   Naprawdę 

próbowałam, ale mi się nie udało...

Nie był w stanie się odwrócić. Nie był w stanie na nią patrzeć. Siedział nieporuszony 

przed paleniskiem. Ściągnął tylko czapkę.

Anna płakała.

-   Jestem   chyba   nie   do   zniesienia.   Nic   nie   potrafię.   Ale   próbowałam.   Próbowałam. 

Wydawało się to takie proste, kiedy ty to robiłeś. Nie sądziłam, że to coś trudnego. Tylko na 

trochę  się  zdrzemnęłam,   wtedy  ogień   zgasł.   Myślałam,   że  jest   tam  jeszcze   odrobina  żaru, 

dmuchałam i dmuchałam, ale tylko do reszty go zgasiłam...

Płakała coraz gwałtowniej, tłumaczyła się coraz bardziej nieporadnie.

Knut słuchał, nie odezwał się ani słowem. Tylko słuchał - i był zły na samego siebie.

Nie pomyślał o tym.

Do dzisiaj tylko on rozpalał ogień. Tylko on posługiwał się krzesiwem. Po prostu o tym 

nie pomyślał.

Zawsze wychodził na krócej... Wystarczyło, że czuwała i dokładała drewna.

Codziennie zostawiał krzesiwo. Zostawiał i przypominał, żeby go użyła, jeśli ogień 

zgaśnie. A ona kiwała potakująco głową, ale nic nie mówiła.

Nie   przyszło   mu   na   myśl,   żeby   ją   zapytać,   czy   umie   się   posługiwać   krzesiwem. 

Wszyscy, których znał, potrafili.

Uczyli się tego jako dzieci.

Nie spytał jej, czy potrafi rozpalić ognisko.

Zakładał, że potrafi.

Teraz zrozumiał, że przypisywał jej umiejętności ze świata, który znał.

Jednak Anna to nie Ida, Maja czy Elise.

Anna nigdy nie musiała wstawać wcześnie rano i rozpalać w niechętnym, krztuszącym 

się piecu kuchennym - nigdy nie czuła nocnego chłodu pod bosymi stopami lub radości z 

powodu gorąca buchającego z otwartych drzwiczek pieca.

To byłem udziałem służby.

Nie wpajano jej tego rodzaju umiejętności. Za dziewczęta z tej sfery co Anna zawsze 

inni wykonywali większość prac. Anna powinna umieć haftować, prowadzić dom, mówić w 

inny sposób do służby, a w inny do osób równych sobie.

Na tym polegało jej wychowanie. Knut nie pomyślał o tym.

background image

Święty Boże, jakże była nieszczęśliwa!

Jej płacz rozdzierał mu serce. Niepotrzebnie się na nią tak rozzłościł. Nie zamierzała go 

przestraszyć, jak na początku sądził.

Wszelkimi siłami powstrzymywał się, by nie podejść do niej i nie pocieszyć jej, tak 

jakby pocieszył Idę lub Maję.

Nigdy w życiu nie zdobędzie się na to, by ją przytulić i pogładzić po głowie! Nie ma 

mowy!

Potrzebowała ramienia, na którym mogłaby się wypłakać, ale nie zamierzał podać jej w 

tym celu swojego. Zbyt duża dzieliła ich przepaść.

Ale mógł wyjść kilka kroków naprzeciw. Nie kosztowało go to wiele.

- Nie jestem na ciebie zły - rzekł skruszony. - Wystraszyłem się. A nie lubię się bać. Czy 

możesz, do diabła, przestać płakać? Nie znoszę mażących się dziewczyn!

Jego słowa nie powstrzymały strumienia łez. Knut właściwie nawet nie wierzył, że 

poskutkują. Boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie potrafi rozmawiać z dziewczętami.

Brakowało mu tej łatwości, którą tak hojnie został obdarzony Simon.

Poza tym zwykłe dziewczęta to jedno, a te pokroju Anny to coś całkiem innego.

- Nienawidzisz mnie - stwierdziła. - Nawet nie musisz tego mówić. Uważasz, że jestem 

zupełnie bezużyteczna. I nienawidzisz mnie!

Była bliska prawdy, mówiąc, że uważa ją za nieprzydatną, ale jej nie nienawidził.

- Nie masz racji. Dołożył więcej drewna. Słuchał płaczu. Nie miał wcale ochoty się 

odwrócić i spojrzeć na Annę. Płaczące dziewczyny sprawiały, że czuł się niezręcznie, że się bał. 

Miał świadomość, że jest bezradny.

Płacz to broń, której on jako mężczyzna nie mógł  użyć,  i dlatego tracił  grunt  pod 

nogami. Nie wiedział też, co mógłby mu przeciwstawić.

- I tak moje zdanie nie ma znaczenia. - Jego słowa zabrzmiały gorzko, ale nie dbał o to. 

- Kim jestem? Obszarpanym, brudnym tułaczem, który brzydko pachnie. Czy moja nienawiść 

lub... przyjaźń mogłaby coś znaczyć? Czy mogłaby coś znaczyć dla kogoś  takiego  jak ty, 

Anno? Będziesz  mieszkać we wspaniałym domu, ja natomiast  marzę o drewnianej chacie. 

Mylisz się, mówiąc, że cię nienawidzę, ale nawet jeśliby tak było, nikomu nie sprawiłoby to 

żadnej różnicy. Moja nienawiść nic by ci nie zaszkodziła.

Nie odpowiedziała. Długo płakała.

Wkrótce w chacie znowu zrobiło się ciepło. Wystarczająco ciepło, żeby Knut mógł 

zdjąć z siebie dork i podwinąć rękawy koszuli.

Anna siedziała nieruchomo.

background image

Jej twarz zaczynała się goić. W ciągu ostatnich dni zeszła brzydka opuchlizna, a po 

pęcherzach zostały tylko plamy na skórze.

Teraz płacz i łzy znowu oszpeciły tę nową i niewątpliwie ładniejszą twarz.

Knut westchnął i zdjął z dziewczyny brudne skóry podłogowe.

- Może lepiej, żebyś nie zabierała do domu pluskiew - powiedział, siląc się na dowcip.

Nie roześmiała się. Nawet się nie uśmiechnęła.

Knut posprzątał trochę w ziemiance. Anna siedziała skulona i zapłakana, na wskroś 

nieszczęśliwa i załamana, w tych swoich zbyt wytwornych rzeczach - i chociaż była nie mniej 

brudna niż on, chociaż także pachniała nieprzyjemnie, widać było, kim jest. Możną panienką. 

Podążała za nim wzrokiem, jak pies wodzi oczami za swoim panem.

Knutowi to się nie podobało. Nie zasłużył na takie uwielbienie. Ani na to, żeby go się 

bała.

- Do diabła! - zaatakował bez ostrzeżenia. - Nie patrz tak na mnie. Nie jestem Panem 

Bogiem. Nie mogę skazać cię na wieczne potępienie, nie gniewam się już. Nie kocham cię do 

utraty tchu, ale cię nie nienawidzę. Czy to ci wystarczy, czy mam uklęknąć przed tobą i złożyć 

ręce w pokornej modlitwie?

- Nie musisz się wygłupiać.

- Więc jednak się do mnie odzywasz - westchnął. - Wkrótce będziesz na tyle zdrowa, 

żeby ruszyć w drogę do Alty. Nie będziemy dłużej skazani na swoje towarzystwo. Czy nie 

moglibyśmy przynajmniej przez ten krótki czas być bardziej...

- ... cywilizowani? - podpowiedziała z lekkim uśmiechem, który jednak zaraz zniknął, 

kiedy zorientowała się, że jej nie zrozumiał. - Zachowywać się jak ludzie - poprawiła się. 

Poczuła się równie zmęczona jak Knut.

Skinął głową.

- Tu przy palenisku jest cieplej. - Wyciągnął ku niej dłoń.

Przyjęła ją. Pozwoliła, by pomógł jej usiąść na skórach przy ogniu. Przytrzymała jego 

rękę jak mogła najdłużej. Samo dotykanie drugiego człowieka graniczyło z obcowaniem ze 

świętością.

Nie, to bluźniercza myśl.

Bóg usłyszał ją, ale ojciec - nie, ojciec nigdy się o tym nie dowie. Za tę myśl jej nie 

ukarze.

- Długo nie wracałeś - rzuciła krótko. Te trzy słowa uświadomiły Knutowi, że się bała.

Czyżby i ona odrobinę niepokoiła się o niego?

- Znalazłem drewno na sanie dla ciebie - odparł. Nie patrzył na Annę. - Nie możesz iść 

background image

pieszo. Nawet gdybyśmy odszukali twoje narty, to i tak jedna jest złamana. Nie pozwolę, byś 

szła taki kawał drogi. To nie na twoje siły.

Miał wiele powodów i wydawały się dość wiarygodne. Annie zrobiło się ciepło wokół 

serca - zrozumiała, że chłopak się o nią troszczy. Troska wynika z dobroci. Już dawno nie 

czuła, by ktoś darzył ją taką dobrocią.

Mogliby zawrzeć prawdziwą przyjaźń, gdyby mieli czas. Jednak czasu zostało zbyt 

mało.

- Musisz uważać, którędy chodzisz - rzekła Anna lekko drżącym głosem. - Ludzie 

mówią, że w tutejszych stronach krąży potępiony duch. Szuka ponoć kobiety, którą kochał i 

zdradził.   I   jakby   tego   jeszcze   było   mało,   niektórzy   twierdzą,   że   na   własne   oczy   widzieli 

Krwawego Ole, jak tuła się po okolicy, szukając tej, którą poślubił, lecz która była już mężatką.

- Nie wierzę w bajki - mruknął Knut. Poczuł, jak zahuczało mu w głowie.

„Krwawy Ole”...

Tylko jeden człowiek w Finnmarku mógł nosić ten przydomek. Tylko jeden był na tyle 

okrutny. Knut znał kobietę, którą tropił potępieniec.

- Będzie chyba musiał długo szukać - mruknął. Nie odpowiedział na pytanie, które kryło 

się w oczach Anny. - Opowiedz - poprosił. - Choć nie wierzę w bajki, bardzo lubię ich słuchać. 

Kim był Krwawy Ole? To wygląda na historię, która może mi się spodobać...

- Mówisz tak, jakbyś go już znał. Anna spojrzała na Knuta badawczo, ale zachowywał 

się całkiem zwyczajnie. Chyba jest przewrażliwiona i zbytnio przesadza. Przypisała to w końcu 

jego poczuciu humoru - nie wiedziała, z czego się śmieją ludzie tacy jak on. Wiedziała tak 

niewiele...

- Nie miałem przyjemności go poznać - odparł. - No, opowiadaj!

- Krwawy Ole żył w czasach, zanim się urodziłam - zaczęła. - Ciebie też chyba jeszcze 

nie   było   na   świecie.   Przez   krótki   okres   sprawował   urząd   wójta   w   Alcie.   Przedtem   był 

najbardziej zaufanym człowiekiem poprzedniego wójta. Poborcą podatkowym i człowiekiem do 

wszystkiego. Wiele krążyło plotek na jego temat. Był surowym i zimnym człowiekiem, diabłem 

w ludzkiej skórze. Jego przydomek miał zatem swoje uzasadnienie.

- A więc on żył naprawdę? - wtrącił Knut. Uważał, że powinien o coś zapytać.

Przytaknęła energicznie.

- Ojciec pamięta go. Wtedy był już pastorem. Mówi, że ta kreatura zawsze przyprawiała 

go o dreszcze, że wiedział, iż to diabeł w ludzkiej skórze, a to, co się potem zdarzyło, nie było 

dla ojca zaskoczeniem...

Zaczerpnęła powietrza, zanim zaczęła mówić dalej.

background image

Pochwały na temat wiedzy ojca o ludziach brzmiały jak wyuczone.

-   Został   wybrany   na   wójta   z   pominięciem   wszelkich   obowiązujących   przepisów. 

Obiecano to staremu wójtowi na łożu śmierci. Ole przeprowadził się do domu tamtego razem ze 

swoją lapońską żoną. Była drobna i piękna, a włosy miała kruczoczarne. Mówią, że była córką 

noaidy, wiesz, takiego czarownika...

Knut skinął głową. Jego twarz zastygła w bezruchu.

- Jak miała na imię?

- Nazywała się Raija. Pięknie, prawda? Nikt nie wiedział o ich związku zbyt wiele. 

Prawie nie utrzymywali kontaktów towarzyskich. Ludzie zastanawiali się nad tym, skąd Ole 

wziął swą żonę. Wszyscy mówili, że ją porwał. On taki był. Brał to, co chciał. W każdym razie 

byli małżeństwem. Mój ojciec udzielał im ślubu, myślał, że wszystko jest w porządku. Wójt to 

człowiek   władzy,   trzeba   więc   polegać   na   jego   słowie.   Pewnego   wieczoru,   na   balu 

kostiumowym zorganizowanym przez Olego, pojawił się jakiś nieznajomy. Ludzie widzieli, jak 

żona wójta rozmawiała z obcym w ogrodzie. Widzieli, jak się obejmowali. Krwawy Ole także 

był tego świadkiem. Wtedy bardzo pobił Raiję. Bił ją i wymyślał jej, a potem wrócił do swego 

towarzystwa, jak gdyby nic się nie stało. Kiedy przyjęcie się skończyło, Raija zniknęła, a przed 

wejściem dla służby znaleziono nieznajomego z poderżniętym gardłem.

-  To   okrutna  historia   -  rzekł   Knut   Zaschło  mu  w  ustach.  Słyszał   już  przedtem  jej 

fragmenty.

- To jeszcze nie koniec. Krwawy Ole szukał swej żony. Był pewien, że ona to zrobiła. 

Ze zabiła tego mężczyznę. W mieście wszyscy byli przekonani, że morderstwa dokonał on sam, 

z zazdrości, ale nikt nie odważył się tego otwarcie powiedzieć. Krążyło też wiele historii o 

piwnicy w domu wójta. Ale Raija wróciła. Razem z pewnym Finem, który twierdził, że jest jej 

mężem. Mieli na to dokument. Tak więc małżeństwo z wójtem okazało się nieważne. Ojciec 

widział te papiery na własne oczy. Sędzia też je oglądał i mówił jeszcze, że ów Fin miał złoto. 

To sędzia pomógł im uciec, zanim Krwawy Ole ich dostał... Jednak mąż Raiji wkrótce potem 

umarł. Został pochowany w Alcie. Ktoś nadal pielęgnuje jego grób. Raija natomiast wyjechała 

z innym mężczyzną. Żeby zabrać pozostałe złoto. Ojciec uważa, że je znalazła. Spotkał ją 

ponownie. Wtedy udzielił jej ślubu z tym człowiekiem, z którym wyjechała z Alty. Miała otwo-

rzyć sklep. Ojciec mówi, że była piekielną kobietą... Anna zamilkła.

- Najgorsze jest to, że wydaje mi się, iż w głębi duszy ojciec trochę ją podziwia. W jego 

głosie brzmi nie tylko pogarda, kiedy o niej opowiada.

- Co się stało z Olem? Z Krwawym Olem? - spytał Knut, chociaż wiedział, że utopił się 

w grocie niedaleko osady rybackiej, gdzie Raija prowadziła sklep.

background image

- Zniknął. Wiele świadczyło przeciw niemu w sprawie o to morderstwo dokonane na 

nieznajomym. Ludzie nie mogli przecież się zgodzić, żeby wójtem był człowiek podejrzany o 

zabójstwo,  prawda? Zaproponowano mu rezygnację i tak uczynił. Nie  wrócił  już do Alty. 

Ludzie mówią, że nie żyje. I że można go czasem zobaczyć w tych okolicach. On nadal szuka 

Raiji. Chce się na niej zemścić. To przez nią stracił wszystko, co miał.

- Czy ta historia nie mówi nic więcej o złocie? Dziewczyna potrząsnęła głową.

- Według tej opowieści nie ma już żadnego skarbu. Plotka głosi, że Raija zabrała skarb 

po swoim mężu. Nic nie zostało dla innych poszukiwaczy przygód. Mówią jednak, że to było 

gdzieś tutaj. Dlatego wielu szuka w tych okolicach... i żaden z nich nic nie znalazł.

Knut uśmiechnął się nieznacznie.

- Ja jestem inny niż większość z nich. Zobaczysz, Anno, że to ja znajdę skarb. Nie 

sądzę, żeby Raija coś znalazła. Myślę, że Kalle był jedynym, który dotykał złota.

- Skąd znasz jego imię? Knut pożałował, że w porę nie ugryzł się w język.

- Słyszałem również inne opowieści - odparł niespeszony.

Ale   wiedział,   że   mu   nie   uwierzyła.   Niezupełnie.   Zaczynała   go   traktować   jak 

romantycznego i tajemniczego bohatera.

Nigdy nie chciał, by tak się stało. Musi ją jak najszybciej odprowadzić do domu pastora.

background image

6

Nazwanie Anny i Knuta serdecznymi przyjaciółmi byłoby z pewnością przesadą. Ale 

coś ich do siebie zbliżyło po tym wieczorze, kiedy opowiedziała mu legendę o Krwawym 

Olem. Dzięki tej dziwnej historii Anna miała mały udział w życiu Knuta.

Nie wiedziała o tym.

Nie   zdradził   jej   imienia   swojej   matki.   Nie   przyznał   się,   że   jest   synem   „Kwena” 

pochowanego w Alcie. Nie dodał ani słowa więcej do tego, co już wiedziała. Nie było takiej 

potrzeby. Ich drogi wkrótce miały się rozejść. Wystarczyło, że się wzajemnie tolerowali. Do 

pewnego stopnia nawet się polubili.

Poznali się lepiej i stali się innymi ludźmi.

Knut zrozumiał, że nie wszystko w życiu bogatych jest takie wspaniałe, jak mu się 

wydawało. Zdał sobie sprawę, że oni również mogą cierpieć. Pieniądze, władza i pozycja same 

w sobie nie dają szczęścia i zadowolenia. Przekonał się, że bogaci nie zawsze patrzą z góry na 

innych.   Anna   nieraz   mówiła   przykre   rzeczy,   raniła   go,   ale   nie   robiła   tego   ze   złej   woli. 

Powtarzała to, co słyszała wiele razy - myślała i postępowała tak, jak została wychowana.

Na początku wydawała mu się rozpieszczoną panienką. Później widział w niej coraz 

więcej ze zwykłego człowieka.

Anna natomiast zrozumiała, że nawet prości ludzie mogą mieć coś do powiedzenia. 

Knut nie był głupi. Nie ukończył wprawdzie szkół i nie zdobył wykształcenia, ale mogła bez 

przeszkód się z nim porozumieć. Rozumiał ją, chociaż nie zawsze rozumiał słowa, których 

używała. Był wartościowym człowiekiem, chociaż nie mył się codziennie - byłoby to trudne w 

środku zimy w nieszczelnej ziemiance.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że wiele zachowań prostych ludzi było podyktowanych 

praktycznymi powodami, czego należący do jej klasy nie rozumieli. Ona też.

Pojęła, że można polubić kogoś mimo różnicy pochodzenia. Tak bardzo polubić, że 

zapomina się o wszystkim, co dzieli.

Jej ideałem mężczyzny był rycerz na koniu. Na białym koniu, w błyszczącej zbroi, 

zawsze gotów bronić swojej damy, zawsze gotów iść dla niej na śmierć, chronić ją przed 

wszelkimi niebezpieczeństwami. Zawsze elegancki, nawet bez swego wojennego rynsztunku - i 

szarmancko zabiegający o względy wybranki.

Na tyle pozwalała sobie w myślach o mężczyznach. Nie liczyła na to, że spotka kogoś 

takiego w Finnmarku. Nigdy nie wyobrażała sobie swej przyszłości w tej krainie, która prawie 

nie miała lata.

background image

Zawsze myślała, że wyjdzie za młodego mężczyznę, i uważała za oczywiste, że będzie 

go kochała - choć nie wiedziała jeszcze, co to znaczy - i że sama będzie kochana.

Powinien   mieć   przynajmniej   twarz   rycerza.   A   zbroja   i   biały   koń   to   już   sprawa 

drugorzędna.

W Danii nie czekał na nią młody rycerz, lecz dojrzały mężczyzna. Stary mężczyzna. 

Mężczyzna z tytułem. Knut miał w sobie więcej z rycerza niż jej przyszły mąż. Była o tym 

przeświadczona, chociaż nigdy nie spotkała hrabiego.

Anna niewiele wiedziała o stosunkach między kobietami i mężczyznami. Knut sprawił, 

że czuła się głupia. Powiedział, że miał wiele dziewcząt. Świadoma tego, Anna starała mu się 

lepiej przyjrzeć.

Pod brudem i rzadką brodą widziała twarz, którą wielu uznałoby za pociągającą. Nie 

wyglądał na bardzo męskiego i szorstkiego, raczej na delikatnego. Jemu by się to nie podobało. 

Nie miała pewności. Mężczyźni myślą chyba inaczej niż dziewczęta.

Niebieskie oczy, często szukające schronienia za grzywką, były wyraziste. Gęste brwi, 

przypominające skrzydła ptaka w locie.

Niepokoiło ją coś w okolicach jego ust, nie mogła na nie patrzeć, gdy się pojawiało, nie 

za długo. Ale ładnie się uśmiechał - zwróciła na to uwagę.

Poza tym właściwie nie różnił się od innych mężczyzn w jego wieku.

Anna   nigdy   nie   pozwalała   sobie   na   dokładne   przyglądanie   się   męskiemu   lub 

chłopięcemu ciału. Uczono ją, że to jej nie przystoi, mogłoby przywołać nieczyste myśli. Tylko 

nieprzyzwoite kobiety snuły wyobrażenia o męskich ciałach, o związkach z mężczyznami, tylko 

nieprzyzwoite   kobiety   pozwalały   dać   się   ponieść   temu,   co   ojciec   nazywał   z   pogardą 

„cielesnymi żądzami”.

Gdyby Anna chciała porozmawiać z matką lub ojcem o tym, co ją nurtowało, uznaliby, 

że zbłądziła na złą drogę. Że stała się rozwiązła, grzeszna...

Czuła się taka samotna. Samotna ze swoimi myślami.

Ze służbą się nie rozmawia. Nie o tym, co drzemie na dnie duszy.

Knut nie był służącym...

Wydawało się, że są ze sobą zżyci...

Ale on był mężczyzną. Anna nie wiedziała, czy może rozmawiać z mężczyzną o tym, co 

nie daje jej spokoju.

Knut był ponury. Zachowywał się tak od czasu, kiedy padły decydujące słowa. Te, które 

brutalnie przesądziły o jej dalszym losie.

-   Jeżeli   pogoda   się   utrzyma,   jutro   wyruszamy.   Nie   dojdziemy   wprawdzie   w   ciągu 

background image

jednego dnia, ale nie ma potrzeby dłużej tego przeciągać.

Zrobił   coś   w   rodzaju   sań.   Zręcznie   ociosał   nierówne   brzozowe   pnie,   tak   że 

przypominały płozy. Giętkimi gałązkami wierzby przymocował je do krótszych i cieńszych 

gałęzi, które utworzyły dno. Wyścielił je skórami.

Anna nigdy nie potrafiłaby skonstruować czegoś takiego. Knut potrafił. I określał to 

prostymi słowami - mówił „zrobić” i „urządzić”...

Dziewczyna poczuła się trochę nieswojo.

Tak łatwo było o nim myśleć z pogardą. Robiła to wiele razy. Tak łatwo przychodziło 

jej krytykować go za to, że jest niekulturalny, nieuczony, niechlujny... za cechy zaczynające się 

na „nie”...

Jednak za każdym razem, kiedy przekonywała się, że potrafi zrobić coś użytecznego, 

wypełniało ją zdumienie połączone z szacunkiem. Posiadał tyle umiejętności, które były mu 

potrzebne i które okazały się przydatne również dla niej. To, co ona umiała, w jego świecie 

okazało się bezwartościowe.

Przykro to przyznać.

Na początku czuła się ważniejsza i lepsza od niego.

Teraz nie była pewna, które z nich ma więcej powodów do dumy.

- Na pewno uda ci się sprzedać skóry w Alcie...

Knut wzruszył ramionami. Spakował niektóre z futer. Też o tym myślał. Musiał coś 

sprzedać. Bardziej potrzebował pieniędzy, niż Anna podejrzewała. To, co „pożyczył” od Reijo, 

zanim   wyruszył   w   drogę,   w   większości   już   wydał.   A   trzeba   jeszcze   zrobić   zapasy   przed 

rozpoczęciem poszukiwań.

Aha była być może odpowiedzią...

Gdyby ojciec Anny sprawował inną godność, Knut mógłby ze spokojnym sumieniem 

wspomnieć o zapłacie w postaci brzęczących monet za przyprowadzenie córki do domu.

Ale   z   pastorem   trudniej   jest   rozmawiać   o  pieniądzach.  Ludzie   tacy  jak   on   chętnie 

wskazują na inne i bardziej niepewne formy nagrody.

Będzie się chyba musiał rozejrzeć, czy ktoś nie potrzebuje parobka. Nie bal się ciężkiej 

pracy. Może też spotka w mieście kogoś, kto wybiera się na południe.

Przypomniał sobie o Idzie i obietnicy, że przekaże jej wiadomość.

- Boję się - jęknęła Anna. Knut spojrzał na nią, wyrwany z zadumy. Od kiedy twarz 

Anny zaczęła przybierać normalny wygląd, coraz trudniej przychodziło mu patrzeć jej w oczy. 

Coraz bardziej uświadamiał sobie, że Anna jest dziewczyną. Łatwiej mu było, kiedy brzydko 

wyglądała. I jeszcze ta jej bezradność. Może inna świadomie wykorzystałaby swój cienki, nieco 

background image

dziecinny głos, wiedząc, że budzi u mężczyzny instynkt opiekuńczy. Że przy niej czuje się 

dorosły i silny. Anna nie robiła tego rozmyślnie.

Naprawdę się bała.

- Podróży? Potrząsnęła głową.

- Powrotu do domu? Ostrożnie skinęła. Jak gdyby się obawiała, że ktoś ją zobaczy. Ktoś 

oprócz niego. Z pewnością widział to Jumala - Pan Bóg - ale Knut nie rozumiał jej strachu.

- Chyba cię nie zbiją? Nie stosują przemocy, prawda? Mówiła o jakichś karach, ale nie 

wyjaśniła dokładnie, na czym polegają. Wtedy Knut nie przejmował się zbytnio jej kłopotami i 

nie zadał sobie trudu, żeby zapytać.

- Niezbyt często - odparła. Ukryła twarz w dłoniach. Widział tylko jej delikatne, jasne 

włosy. Złapał się na tym, że zaczął się zastanawiać, jak by wyglądały zaraz po umyciu, kiedy 

wysuszy je słońce i kiedy będą pachniały lasem i trawą, i latem... chociaż pewnie włosy córki 

pastora nigdy tak nie pachną.

- Musiałabym zrobić coś naprawdę złego, żeby mnie zbili - mówiła dalej bezbarwnie.

Ciągle ukrywała twarz. Wyglądało, jakby się wstydziła.

- W takim razie nie będziesz często bita - rzekł Knut. - Nie potrafiłabyś zrobić czegoś 

złego, Anno. Nie wierzę w to.

Na krótko uniosła głowę, spojrzała na niego. Knut wystraszył się, że popełnił błąd. Jej 

wzrok mówił mu, że jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie wie.

- Jak mogą cię ukarać?

Wydawało   się,   że   rozważała   różne   możliwości,   zanim   odpowiedziała   tym   samym 

martwym głosem. Tak jakby to właściwie dotyczyło kogoś innego.

- Zamkną mnie w pokoju... Biblia i wymówki. A ja obiecam, że się poprawię, stanę się 

dobrym i pobożnym człowiekiem. Potem wezmą się surowiej za mnie i moje wychowanie, a 

wtedy będę już wystarczająco dobrze ułożona, żeby wysłać mnie za granicę. Czyż to nie brzmi 

jak szczęśliwe zakończenie, Knut? Powinieneś wiedzieć. Tak bardzo przecież lubisz bajki - 

rzuciła z ironią.

-   A   jak   ty   chcesz,   żeby   się   to   skończyło?   -   spytał   poważnie.   Nie   pozwolił   się 

sprowokować.

Nie chciała mówić. I tak wiedział o niej zbyt wiele. Nikt nie zbliżył się do niej do tego 

stopnia. To ją przerażało.

-   Sama   też   musisz   chyba   czegoś   chcieć?   Moje   siostry   snuły   więcej   marzeń,   niż 

kiedykolwiek pojawiło się w mojej głowie. Rzadko spełniało się to, co sobie wymyśliły, ale 

miały jakiś cel. I zmieniały swe marzenia. To nie jest zabronione, prawda? Można układać 

background image

sobie różne historie i zmieniać je, jeśli się chce, w zależności od tego, czego się pragnie. A ty 

czego byś chciała, Anno?

- Żeby mi było dobrze - odparła. - Myślę, że musi gdzieś istnieć taki ktoś, kto będzie 

mógł mnie znieść. Komu będę potrzebna. Kto mnie zrozumie i nie będzie się ze mnie śmiał. 

Kto nie będzie uważał, że jestem głupia i bezmyślna, kto odważy się mnie przytulić. Ktoś, kto 

się mną zaopiekuje. Będzie silny. Będzie... mnie kochał...

Ostatnie słowa wyszeptała. Jej policzki mocno się zarumieniły.

Knut   odchrząknął.   Czuł   się   trochę   zakłopotany,   ale   też   silny.   Doświadczony. 

Dziewczyny są wszędzie jednakowe. Mimo wszystko. Niezależnie od pochodzenia.

Ida mogłaby marzyć o tym samym - nie dokładnie tak samo i nie z taką pokorą, ale jej 

słowa brzmiałyby podobnie.

- To nie jest głupie marzenie - powiedział i sam usłyszał, jak niezręcznie to zabrzmiało. 

- Ono może się ziścić. Nawet jeżeli będziesz musiała wyjechać do Danii. Być może twój 

przyszły mąż jest dokładnie taki, o jakim marzysz...

Wybuchnęła po raz pierwszy, od kiedy przyniósł ją pod ten dach:

- To niemożliwe! Nie chcę jakiegoś starca! Chcę wyjść za...

Przygasła równie szybko jak ogień, na który chluśnięto wodą.

- Młodego człowieka - dokończył Knut sucho. - To nie jest powód do wstydu.

Zdawał sobie sprawę, że marnie ją pocieszył oraz że zaprzeczył temu, co wcześniej 

powiedział. Nic nie mógł na to poradzić.

-  Większość  osób marzy  o  kimś  w swoim  wieku.  To  naturalne.  Czasami  pierwszą 

miłością darzy się kogoś starszego, ale nie zawsze tak musi być... - Nagle uderzyła go pewna 

myśl: - Czy jest ktoś, kto ci się bardzo podoba? Ktoś, kogo wolałabyś od tego, którego ci 

wybrano?

Jasna grzywka Knuta poruszyła się z boku na bok. Przyszła mu do głowy nowa myśl, 

która dobrze tłumaczyła niedojrzałość Anny. W jego świecie ktoś, kto skończył szesnaście lat, 

był prawie dorosły. W każdym razie jeśli chodzi o dziewczęta. Wiedział też, że nawet w bo-

gatych rodzinach córki wydawano za mąż dość wcześnie. Ale w rodzinie pastora sprawa się 

miała chyba inaczej.

Pozycja ojca stwarzała barierę, którą nieliczni tylko odważyliby się przekroczyć na tym 

odludziu, jakim mimo wszystko był Finnmark.

Z przekonaniem w głosie spytał:

-  Nie  wiesz,   jak  to  jest,   prawda? Nigdy   tego  nie  czułaś,  nigdy nie  byłaś  w nikim 

zakochana? A jeśli nawet ktoś ciebie pokochał, to nic o tym nie wiesz?

background image

Nie uzyskał odpowiedzi.

Zdał sobie sprawę, że ta młodziutka dziewczyna miała wkrótce zostać wysłana prosto w 

paszczę lwa. Z Alty - która, choć jemu wydawała się wspaniałym miastem, dla innych była 

zapewne miejscem zsyłki - do Danii, do jakiegoś arystokraty.

Nawet w Lyngen krążyły pogłoski o tym, co się dzieje na dworze w Kopenhadze. O 

występnym życiu i wszelkiej rozpuście. Niejeden myśliwy przywoził ze sobą do domu soczyste 

historie. Słyszał je od kogoś, kto z kolei usłyszał od kogoś innego...

Właśnie takie rzeczy opowiadano o Danii. Knut i jego koledzy zaśmiewali się do łez, ale 

nie kryli, że te pikantne historyjki także ich podniecały.

Anna nie miała o tym wszystkim pojęcia.

Zaczął się o nią bać.

Wyciągnął   rękę   i   uniósł   ku   górze   twarz   Anny,   podkładając   jej   palec   pod   brodę. 

Dziewczyna spuściła wzrok. Oczy nadal miała zaczerwienione, lecz już nie płakała. Rzęsy 

przypominały rozłożone wachlarze.

- Nie wiesz zbyt wiele o chłopakach, prawda, Anno?

Najbardziej zaskoczyło ją to, że w jego głosie nie wyczuła drwiny. Raczej łagodność. 

Tylko łagodność. Odrobinę wesołości, ale nie dlatego, żeby miał zamiar się z niej śmiać lub 

sobie żartować. W jego głosie brzmiała łagodność, życzliwość i sympatia.

Potrząsnęła głową. Ciągle czuła jego palec podtrzymujący ją pod brodę. Chciałaby, żeby 

go cofnął, chciałaby, żeby go nadal trzymał...

- Nigdy nie miałam chłopaka. Nawet przyjaciela - wyszeptała wreszcie.

Odważyła się na niego spojrzeć. Nie wprost w oczy, żeby wyznanie nie wydało się zbyt 

osobiste.

- Nigdy nie byłam taka jak inne dziewczęta.

- Byłaś zbyt niedostępna - rzekł cicho. - Czy właśnie to wszyscy ci mówili?

Anna skinęła głową. To dziwne, ale Knut zdawał się ją rozumieć. Tego się po nim nie 

spodziewała.

- Jesteś małym, obcym ptakiem, Anno - powiedział. Jego głos brzmiał nieco ochryple. 

Anna podniosła wzrok i spojrzała mu w twarz. Jego oczy pociemniały, jakby posmutniały. 

Odniosła wrażenie, że kryje się w nich coś więcej niż tylko zrozumienie. Coś głębszego. Co i 

dla niego miało jakieś znaczenie. Chodziło nie tylko o nią.

- Obce ptaki zawsze muszą wiele znieść - rzekł. Ujął jej policzki w obie dłonie. Anna 

zaczerwieniła się. Taki dotyk to coś nowego.

Nowego, przerażającego i niebezpiecznego - ale również przyjemnego.

background image

- Nawet jeśli są córkami pastora, prawda?

Uśmiechnęła się zmęczona.

- Tak.

Knut   zrezygnowany   potrząsnął   głową.   Mógłby   zanurkować   aż   na   dno   tych   oczu. 

Przesunął pośpiesznie dłońmi po policzkach dziewczyny. Pogładził ją niezręcznie po włosach - 

zastanawiał się, czy jej rodzice kiedykolwiek to robili. Nikt w jej rodzinie pewnie nie tracił 

czasu na takie pieszczoty. Anna wydawała się bardzo spragniona bliskości drugiego człowieka.

W   jednej   chwili   Knut   uświadomił   sobie,   jak   łatwo   wytłumaczyć   zachowanie   tej 

dziewczyny. Nikt jej nie powiedział, że jest wiele warta, nigdy nie pozwolono jej polubić 

siebie. Pewnie zabroniono by jej również lubić innych.

Mógłby ją objąć, ale nie miał odwagi. Raptem po prostu zabrakło mu odwagi.

Nie bał się o siebie, ale o to, że mógłby jej wyrządzić krzywdę nie do naprawienia.

- Czy nigdy dla nikogo nie czułaś odrobiny dobroci? - spytał i poczuł się głupio.

Anna   siedziała   obok   niego,   obejmując   rękoma   podciągnięte   nogi.   Skulona, 

przypominała niedużą piłkę. Zamykała się przed światem. Jeden policzek oparła na kolanie.

- Otaczali mnie sami Kwenowie, Lapończycy i ludzie z niższych warstw - odparła z 

goryczą. - Nie zwracałam na nich uwagi. Inni byli starzy. Albo zbyt młodzi.

- Ale przecież miałaś oczy otwarte. Musiałaś czasem zwrócić na kogoś uwagę. - Knut 

nie poddawał się. - Czy nigdy nie trafił się taki chłopak, do którego coś poczułaś? Który... 

sprawił, że twoje serce mocniej zabiło, że się zaczerwieniłaś, że zaschło ci w ustach, że spociły 

ci się ręce, ciało wydawało się ociężałe...

Panie Boże, jak tu rozmawiać o takich sprawach z dziewczyną, która twierdzi, że nie ma 

pojęcia, o co chodzi?

Wydawało się, że Anna się zastanawia. Potraktowała jego słowa poważnie. A może 

chciała mu odpowiedzieć, bo zwykła robić to, o co ją proszono?

Knut nie był w stanie uwierzyć, że Annie ani razu w jej szesnastoletnim życiu nikt nie 

wydał się pociągający.

On sam był wiele razy zakochany, a siostry twierdziły, że i tak późno zaczął...

Przez pewien czas cierpiał nawet straszliwe męki z powodu Elise - długo nie dawała mu 

spokoju myśl, że przecież Elise nie jest jego siostrą.

- Czy nigdy nie czułaś jakby ssania w żołądku na widok kogoś obcego? A może na 

widok kogoś, kogo znałaś, a komu nigdy wcześniej dokładnie się nie przyjrzałaś?

- Znam tak niewiele osób... Zamilkła. Na policzki wystąpił jej silny rumieniec, płonął 

przez kilka sekund, potem przełknęła ślinę. Knut skinął zachęcająco.

background image

- Nieważne... - mruknęła zakłopotana. Wykręcała palce, zaczęła czyścić paznokieć.

Knut nie miał wątpliwości, że jej paznokcie były bez skazy, kiedy uciekała z domu. Ale 

surowe warunki na pustkowiu raczej im nie służyły. Dziewczyna obgryzła je prawie do samej 

skóry.

- Wszystko jest ważne - zapewnił. - Możesz mówić spokojnie. Już dawno przestałem się 

czerwienić.

O Annie nie dało się tego powiedzieć.

- Może ja powinienem się pierwszy zwierzyć? - spytał. Liczył, że może to ją ośmieli. 

Mógłby wyciągnąć na światło dzienne kilka ze swoich nieudanych miłosnych historii. W jego 

życiu takich było najwięcej. Ale nie rozpaczał z tego powodu. Osiemnaście lat to niewiele jak 

na mężczyznę. Reijo wkrótce skończy czterdzieści, a o ile Knut wiedział, nadal sporo kobiet 

wodziło za nim wzrokiem.

Lecz Reijo związał się z cieniem, z marzeniem, ze wspomnieniem kobiety, której nawet 

nie kochał.

- Nie! - Anna powstrzymała Knuta. - Nie chcę słuchać o tobie! Z pewnością masz wiele 

do opowiadania, ale nie chcę tego słuchać...

Uspokoiła się.

-   Myślę,   że   nie   jestem   jak   te   dziewczęta,   które   znasz.   Długo   myślałam   o   kimś   - 

przyznała. W jej oczach pojawiło się rozmarzenie. - Ale to naprawdę się nie liczy. On był taki... 

inny. Bardzo się wyróżniał, przyjemnie było na nim zawiesić wzrok...

- Młody?

Lekko skinęła głową, a na jej ustach pojawił się słaby uśmiech. Wyglądała całkiem 

ładnie, kiedy się uśmiechała. W każdym razie ładniej niż ta Anna, do której Knut zdążył się 

przyzwyczaić. Tak bardzo się zmieniła. Z czegoś, co przypominało maszkarę, przeobraziła się 

w dziewczynę o zgrabnej sylwetce i ładnej twarzy - ładnej, choć nie budzącej zachwytu.

- Dlaczego on się nie liczy?

-   Był   Finem,   Finem   z   Laponii!   -   Spojrzała   na   Knuta.   Zobaczyła   w   jego   oczach 

wesołość, miała ochotę rzucić się na niego ze złością, ale po chwili zrozumiała, dlaczego się 

uśmiecha, i opanowała się. - Co roku przeganiali tędy reny. Kiedyś rozbili obozowisko tuż obok 

plebanii. Ojciec powiedział, że chcieli nas sprowokować, zdenerwować. Rozdrażnić. Wmawiał 

to sobie. Ja nie sądzę, żeby zrobili to z tego powodu. Ten chłopak nie był starszy ode mnie. 

Było jednak coś w jego uśmiechu... uff, ale jestem głupia, prawda?

-   Bardzo   -   potwierdził   Knut   poważnie.   Przełknęła   ślinę.   Nie   wiedziała,   co   on   tak 

naprawdę myśli. Nie wiedziała, czy powinna mówić dalej, ale nie była też w stanie przestać. 

background image

Knut wywołał lawinę, wyjawiała mu myśli, które do tej pory ukrywała nawet przed sobą.

- Nie podobało mi się to. Zawsze się do mnie uśmiechał. Zawsze pojawiał się w pobliżu. 

I wiedział, kiedy na niego patrzyłam. Wtedy patrzył też na mnie i uśmiechał się... tak znacząco. 

Jak byśmy dzielili jakąś tajemnicę. Tak jakby znał moje myśli.

- Często go widywałaś? Anna skinęła głową.

-   Czułam   się   głupio.   Naprawdę   głupio.   Stroiłam   się   dla   jakiegoś   zapluskwionego 

Lapończyka. Udawałam. Wynajdywałam różne sprawy do załatwienia, by móc usłyszeć jego 

głos. Wtedy pragnęłam rozumieć ten jego głupi język, żeby wiedzieć, co mówi...

-   Lapoński   wcale   nie   jest   głupi   -   zauważył   Knut.   -   I   Lapończycy   wcale   nie   są 

zapluskwieni.

- Skąd o tym wiesz? Tym razem uśmiechnął się.

- Mieszkałem razem z Lapończykami. Prowadziłem wędrowne życie. Większość czasu 

spędzałem w podróży. - Zastanowił się, powiedział coś, co tylko w połowie było prawdą, nie 

chciał zdradzać za wiele. - Moja matka wychowała się w lapońskiej rodzinie, kiedy umarli jej 

rodzice.

Anna odetchnęła.

- Dla mnie oni są dziwni. Trochę się ich boję. Nie wiem jak żyją, co myślą, co jedzą. 

Ubierają się inaczej niż my... Tak bardzo się od nas różnią. Ale on był przystojny, ten chłopak 

ze stadem renów. Chociaż dawał do zrozumienia, że wie, iż przychodzę go zobaczyć, chociaż 

sobie ze mnie żartował, to mimo wszystko mi się podobał.

- Czy to jedyny chłopak, który zrobił na tobie wrażenie?

Popatrzyła na niego.

- Taak - odparła. Jej oczy były szeroko otwarte i duże. - A miało być ich więcej?

Knut roześmiał się.

- Chciałbym móc cię zabrać ze sobą do domu, żebyś poznała Idę. Żeby mogła cię 

wyciągnąć na tańce na leśnej polanie, żebyście mogły wieczorami, leżąc w łóżkach, szeptać do 

późnej nocy, podczas gdy chłopcy ze wsi skradaliby się wzdłuż ścian domu i pukali do okien. 

Powinnaś doświadczyć prawdziwych nocnych odwiedzin, Anno. Przeżyć kilka prawdziwych 

przygód, które zwykle przytrafiają się młodym dziewczętom...

- Ale ja muszę jechać do Danii - rzekła bezbarwnym głosem. - Czy naprawdę nie 

mógłbyś mnie ze sobą zabrać? - spytała. - Do miejsca, które nazywasz domem?

Długo patrzyli sobie w oczy. Po chwili Knut potrząsnął głową. Anna spuściła wzrok.

- Wiem, że nie możesz - powiedziała cicho. - Ale musiałam spytać.

- Chciałbym, żeby było inaczej - stwierdził. Naprawdę tak myślał. - Czuję się tchórzem 

background image

- wyznał z ciężkim sercem. - Nie podoba mi się to, że rodzice każą ci wyjechać tak daleko. Nie 

podoba   mi   się   myśl   o   tym,   co   się   stanie   z   twoim   życiem,   Anno.   Ale   nie   mam   odwagi 

przeciwstawić   się   ludziom,   takim   jak   twój   ojciec.   Jestem   tylko   Knutem   E...   jestem   tylko 

zwykłym awanturnikiem. Tak łatwo mogę przepaść gdzieś bez śladu. I tak niewielu będzie za 

mną tęsknić. Ty jesteś więcej warta. Tak, Anno, jestem tchórzem.

- Rozumiem - rzekła ulegle. - Rozumiem, Knut. Widział, że istotnie tak jest.

- Jutro czeka nas ciężki dzień - westchnął. - Dasz radę?

- Tak - odparła. - Nie jestem aż tak delikatna i krucha, jak sądzisz.

Knut ukazał zęby, próbując się uśmiechnąć. Miała takie bogate słownictwo. Domyślał 

się, że przez wzgląd na niego powstrzymuje się przed używaniem niektórych słów, i wtedy czuł 

się bezsilny. Anna wiedziała, że Knut nie wszystkie wyrazy rozumie, ale dla niej były takie 

zwyczajne, że z trudem znajdowała prostsze, które by i on znał. W domu kazano jej zapa-

miętywać wszystkie wyszukane, górnolotne wyrażenia. Musiała unikać pospolitych określeń. 

Powtarzano jej, że jeżeli zna jakieś trudne słowo, powinna starać się go użyć. To świadczyło o 

starannym wykształceniu, a ona, która miała zostać duńską damą, musiała się pokazać z jak 

najlepszej strony.

Knuta zaś ogarniała pasja, gdy mówiła w sposób dla niego niezrozumiały. W takich 

właśnie chwilach przekonywał się, jak wiele ich dzieli. Wtedy pragnął jej udowodnić, że i on to 

i owo potrafi. Że są sprawy, które opanował lepiej niż ona.

Nie   odrywał   od  Anny  wzroku.   Nagle   przyszło  mu   coś   do   głowy.   Odebrał   to  jako 

wrażenie,   a   nie   myśl.   Gdyby   ów   pomysł   zrodził   się   jako   myśl,   odsunąłby   go   od   siebie. 

Rozsądek by podpowiedział, że to nie ma sensu.

Dziewczyna spostrzegła, że Knut jakoś się zmienił, że w wyrazie jego twarzy pojawiło 

się coś, czego wcześniej nie zauważyła. Zaniepokoiła się. Jeden kącik jego ust podciągnął się 

ku   górze.   Odrobinę.   Czoło   się   zmarszczyło.   Oczy   jakby   prosiły   o   litość.   Stał   się   małym 

chłopcem. Niepewnym i zdecydowanym jednocześnie.

Podjął decyzję. Dla niego nie będzie to miało większego znaczenia, a dla niej może to 

jedyna szansa. Kiedy Anna wróci do domu, postarają się pilnować jej jeszcze staranniej niż 

przedtem. A w Danii też nie będzie lepiej.

Położył dłoń na ramieniu Anny. Nie musiał jej nawet przytrzymać - była tak przerażona, 

że nawet nie drgnęła.

Dotknął ustami jej ust. Rozsunął jej wargi językiem, wcisnął go między zęby, znalazł jej 

język i lekko po nim przesunął.

Chciała się cofnąć, ale jedną ręką objął ją wpół, drugą otoczył ramiona. Trzymał ją tak 

background image

mocno, że udaremnił ucieczkę.

Wtedy poczuł jej ręce na swym karku. Z ust dziewczyny wydobyło się westchnienie, 

odwzajemniła pocałunek, zapłonęła równie gorąco jak on...

Czuł łoskot w głowie, szumiało mu w uszach, miał wrażenie, jakby go wciągał wir 

wodny, coraz szybciej i szybciej...

Po chwili opanował się. Wypuścił Annę z objęć, jakby się oparzył, cofnął się i schylił 

nisko głowę. Chciałby się zapaść głęboko pod zamarzniętą ziemię.

Wtedy uświadomił sobie, że Anna musi czuć o wiele większy wstyd...

Z trudem podniósł wzrok. Zasłoniła twarz rękoma. Ramiona jej drżały, ale nie płakała.

Knut zmusił się, by jej dotknąć. Chwycił jej dłoń i odciągnął od twarzy, uścisnął i 

przytrzymał.

-   To   moja   wina   -   przyznał   z   bólem   w   głosie.   -   Tylko   moja.   Wybacz   mi,   Anno. 

Wykorzystałem twoje zaufanie, twoją słabość, a to nie było z mojej strony uczciwe. Trudno. 

Nie ty pierwsza zarzuciłaś ręce na szyję mężczyźnie, który dla ciebie nic nie znaczy. Wiem, 

dlaczego, moja droga. Nie musisz się tego wstydzić. To ja powinienem prosić o wybaczenie.

Anna przełknęła ślinę. Zwilżyła językiem wargi. Cofnęła dłoń.

- Nie ma czego wybaczać - powiedziała. - Zapomnijmy o tym. Jutro wyruszamy.

Knut skinął głową.

Już tak dobrze się rozumieli. A on wszystko zepsuł bezmyślnym pocałunkiem.

background image

7

Pogoda utrzymała się. Knut pomieścił cały swój dobytek w sakwie przerzuconej na 

plecy. Wyjątek stanowiło tych kilka skór, którymi otulił Annę siedzącą w prowizorycznych 

saniach. Zaprzągł się do nich niczym zwierzę pociągowe, świetnie sobie z tym poradził.

Ciągnięcie lekkich sań po dobrze zamarzniętym śniegu też nie będzie trudne.

Nie znał tych okolic, a i Anna nigdy nie zbłądziła tak daleko od domu. Oboje jednak 

mieli   jako   takie   pojęcie,   w   którą   stronę   się   udać,   a   z   pomocą   zdrowego   rozsądku   i   po 

naradzeniu się ruszyli w dobrym kierunku.

Dowody na to pojawiły się już pierwszego popołudnia. Odnaleźli na wpół zasypany ślad 

renów i sań. Później ujrzeli inne ślady łączące się z tym, którym szli.

Wtedy Knut upewnił się, że są na właściwej drodze.

Niewiele   rozmawiali.   Knut   szedł   coraz   szybciej.   Od   czasu   do   czasu   kazał   Annie 

wysiadać z sań i trochę rozruszać nogi. Nie dlatego, żeby się męczył, ale dla dobra dziewczyny. 

Siedzenie w bezruchu mogło się dla niej okazać niebezpieczne.

Ktoś,   kto   już   raz   nabawił   się   odmrożeń,   był   w   dwójnasób   narażony   na   ponowne 

odmrożenia. A one pojawiały się niepostrzeżenie.

Knut postawił sobie za punkt honoru dowieźć Annę zdrową.

Nie   mieli   wiele   żywności,   skóry  także  nie   stanowiły  wystarczającej   ochrony  przed 

nocnym mrozem.

Knut zdawał sobie z tego sprawę, dlatego starał się pokonać jak największą część drogi 

w ciągu dnia. Nie zatrzymywał się zbyt często na posiłek. Zrobił wprawdzie kilka przerw, ale 

bardzo   krótkich.   I   chociaż   po   długim   marszu   jego   ramiona   wołały   o   odpoczynek,   a   uda 

niemiłosiernie bolały, nie przestawał iść.

Zacisnął zęby. Szedł. Powtarzał sobie, że to kaszka z mlekiem w porównaniu z tym, 

kiedy przez pół płaskowyżu niósł Annę na plecach.

Lecz gwiazdy coraz gęściej pokrywające niebo stanowiły wymowny sygnał, że czas się 

zatrzymać   na   nocleg.   W   ciemności   rozległ   się   głos   lisa   -   i   odpowiedź   innego   z   całkiem 

przeciwnej strony. Odgłosy nocy, z których tylko ludzie żyjący na łonie natury mogli czerpać 

radość. Inni nie po to tu byli, żeby się w nie wsłuchiwać. Nie słyszeli ich - albo nie potrafili 

rozpoznawać.

Knut   miał   dobry   wzrok.   Zobaczył   drzewa   dużo   wcześniej   niż   Anna.   Nie   tworzyły 

jakiegoś wielkiego zagajnika, ale dawały osłonę przed wiatrem i materiał na ognisko.

Knut zboczył z utartego śladu w bardziej puszysty śnieg i poprowadził narty pomiędzy 

background image

brzózkami i niskimi wierzbami.

Znalazł trochę wolnej przestrzeni. Tam zdjął narty; zapadł się w śnieg do pół uda. 

Roześmiał się i zawołał, by Anna nie wysiadała z sań. Sam w końcu jakoś się wydostał.

-   Pójdę   poszukać   opału   -   powiedział,   wyjmując   nóż   -   i   czegoś   na   zbudowanie 

podszytych wiatrem ścian. Nie bój się, tutaj jest dość bezpiecznie. Nic ci nie grozi.

- Ale przed chwilą słyszałam jakieś zwierzę - szepnęła Anna trochę zaniepokojona.

- To lis.  Wyruszył na polowanie,  ale nie na ciebie  ani na mnie. Jeśli  go pierwszy 

zobaczę, to on znajdzie się w opałach.

Anna nie odezwała się więcej. Knut pomyślał, że dziewczyna jednak się boi. Ciemność 

jest dla większości ludzi zbyt przytłaczająca. Może kryć wszystko. Nie kończy się przy twojej 

głowie, ogarnia jakby również twoje myśli Być może dlatego wydaje się tak niebezpieczna. W 

ciemności   wszystko  jest   możliwe.   Mrok  niczego   nie  obnaża,  choć  wiele   wie.   Ukrywa  też 

wszystko, co doskonałe.

Knut łamał i ciął gałęzie w gęstych zaroślach. Chciałby, żeby tu rosły drzewa iglaste. 

Ich   gałęzie   stanowiłyby   lepszą   osłonę.   Lecz   tu   sterczały   tylko   nagie   konary,   które   jakby 

wyciągały ku niebu kościste palce.

Zbudował   coś   w   rodzaju   szałasu   między   kilkoma   niskimi   krzewami,   tworząc 

nieszczelne półkole dla ochrony przed nocnymi podmuchami wiatru. O ile znał tę krainę, wiatr 

mógł zmienić w nocy kierunek, lecz prowizoryczne ściany powinny ich i przed tym osłonić.

Wplótł w największe otwory sztywne od mrozu gałązki, wzmocnił ściany śniegiem.

Odgarnął warstwę śniegu, tworząc okrągły placyk przed zbudowanym szałasem. Dobrze 

go wydeptał. Sanie muszą przecież stanąć na pewnym gruncie.

Gdyby   istniała   taka   możliwość,   Knut   wygrzebałby   w   śniegu   jamę.   Trzeba   jednak 

zadowolić się tym, co jest.

Zbudował niewielkie palenisko, zgromadził w pobliżu zapas drewna, żeby nie musiał 

już wychodzić poza wydeptany teren.

Następnie wciągnął na placyk Annę w saniach. Przysunął ją jak najbliżej ściany szałasu. 

Zastanowił   się,   czy  nie  dałoby  się  zrobić   jakiegoś   zadaszenia.   Jeżeli   zacznie   padać  śnieg, 

zmokną i zmarzną.

Niebo jednak było czyste. Nic nie zapowiadało opadów.

- Jesteś bardzo zaradny. Knut nie czuł się szczególnie zaradny.

- Trzeba jakoś przeżyć - odparł krótko. Krzątał się przy ognisku. Znalazł krzesiwo 

dobrze zapakowane w sakwie. Musiał się trochę namęczyć, zanim skrzesał iskry. Przypomniał 

sobie, jak nieszczęśliwa była Anna, kiedy nie potrafiła rozpalić ognia. Wiedział, że już zawsze 

background image

będzie o tym myślał, trzymając w rękach krzesiwo.

- W saniach musi się znaleźć miejsce dla nas obojga - rzekł z pewnym zakłopotaniem. - 

Mam   nadzieję,   że   się   od   razu   nie   złamią   -   dodał   ze   śmiechem,   który   nie  zabrzmiał   zbyt 

szczerze. - Musimy dzielić się ciepłem - wyjaśnił. - Usiąść blisko siebie i razem owinąć się 

skórami. To nie powinno być takie straszne.

Przysiadł się do dziewczyny, uniósł trochę jedną ze skór i wsunął pod nią nogi. Teraz 

zrobiło się cieplej. Chociaż Knut przez cały wieczór pozostawał w ruchu, zmarzł, bo noc była 

bardzo zimna.

- Trudno byłoby uwieść kogoś w taki mróz - rzucił z uśmiechem.

Anna  zachichotała.   To   rozładowało  trochę   napięcie,   jakie   się   między   nimi   ostatnio 

wytworzyło. Wszystko przez ten nieszczęsny pocałunek.

Anna pozwoliła Knutowi się przysunąć. Pozwoliła mu się objąć ramieniem. Oparł się o 

ścianę z gałęzi i krzewów, poczuł, jak nieznacznie się wygięły, jak wśliznęło się między nie 

trochę mrozu, ale powiedział sobie, że nic im już nie zaszkodzi. Nie po to przecież tak się 

męczył - przywrócił dziewczynę do życia i na powrót postawił na nogi - żeby teraz mieli 

zamarznąć.

- Jeżeli zamarzniemy dziś w nocy - rzekł wesoło - całą gmina pomyśli, że ze mną 

uciekłaś. Z jakimś obszarpanym nieznajomym, który nawet nie potrafi się dobrze ogolić.

-   Może   i   o   tym   ułożą   jakąś   historię   -   mruknęła   między   zesztywniałymi   z   zimna, 

spękanymi wargami.

Bolały, gdy coś mówiła, ale jeszcze gorzej było w ogóle nimi nie poruszać. To okropne 

uczucie odrętwienia i utraty kontroli budziło w niej panikę.

Dobrze mieć blisko siebie cieple ciało Knuta. A właściwie futro, które nosił. Chociaż 

nie tak je nazywał. Mówił „dork”.

Anna  wiedziała,   że   to   normalne   słowo   wśród   Lapończyków   i   Kwenów.   Ojciec   by 

zbladł, gdyby usłyszał je w jej ustach.

Przyjemnie było słuchać gawędzenia Knuta. Chciała móc go słuchać bez przerwy. Żeby 

tylko mówił, nawet jeśli to nic takiego ważnego. Uspokajała się wtedy, chociaż nie wszystkie 

słowa wyraźnie słyszała. Sam dźwięk głosu działał kojąco na jej napięte nerwy. Niebo było 

takie   czyste.   Bardziej   iskrząco   granatowe   niż   czarne.   To   coś   nowego.   Patrzyła   na   nie 

przymrużonymi oczami. Wyglądając przez okno swego pokoju, z małymi szybkami i pięknymi 

zasłonami, zawsze wyobrażała sobie nocne niebo jako czarne. Jak jezioro bez dna.

Teraz zdała sobie sprawę, że ani jezioro, ani niebo nigdy nie mogą być czarne. Gwiazdy 

niczym   małe   ogniska   migotały   na   ciemnoniebieskiej   powierzchni,   która   nie   była   zwykłą 

background image

powierzchnią, która była... Anna zastanowiła się. Lepiej tego nie wiedzieć. To zniszczyłoby 

cały urok.

- Być może ta gwiazda nad nami to odbicie naszego ogniska - odezwała się.

Czekała, że Knut zacznie się z niej śmiać, ale tego nie zrobił. Tylko mocniej ją objął i 

podążył wzrokiem w stronę, w którą ona patrzyła, i znalazł gwiazdę, o której mówiła.

- A wszystkie inne gwiazdy są odbiciem ognisk rozpalonych przez tysiące innych ludzi. 

Tych, którzy tak jak my spędzają dzisiejszą noc pod gołym niebem...

-  To  niemożliwe,  by na  płaskowyżu  zapłonęło dziś  tyle  ognisk  -  westchnęła Anna 

rzeczowo, trochę rozczarowana, bo jej wizja rozprysła się w kawałki.

- Kto mówi o płaskowyżu? - spytał Knut. Jego nos niemalże trącił policzek dziewczyny. 

W oczach chłopaka rozbłysło coś, co mogło przypominać jaśniejącą gwiazdę.

-   Niebo   jest   takie   rozległe,   Anno,   że   może   się   w   nim   odbijać   o   wiele   więcej   niż 

płaskowyż. Cała przestrzeń, która rozpościera się poza nim. Góry i doliny na zachodzie, wioski 

nad  fiordami,  wysepki...  Obszary  położone  daleko na południu, Anno. Finlandia,  Szwecja. 

Ogromne królestwo na wschodzie, Rosja... Droga Anno, gwiazdy mogą równie dobrze odbijać 

wszystkie ogniska rozpalone dzisiejszej nocy. Uważam, że to piękna myśl. Zawsze będę ją 

przywoływał w gwiaździste noce.

- Jeżeli przeżyjemy dzisiejszą - zauważyła. - Sam mówiłeś, że być może nie doczekamy 

jutra.

Knut   zaśmiał   się   cicho.   Podstępny   mróz   skradał   się   bezszelestnie   z   każdej   strony. 

Chłopak czuł, jak lekko szczypie w policzki, gryzie w nosie. To zapowiedź tego, co ich czeka.

- Powiedziałem tak przede wszystkim po to, żebyś usiadła bliżej - odparł żartobliwie.

Zdawał sobie sprawę, że jest na to trochę za późno, ale starał się odbudować dobrą 

atmosferę.   Chciał   rozmawiać   z   Anną,   jak   zwykle   rozmawiają   ze   sobą   młodzi   ludzie.   Nie 

powiedział tego głośno, ale chciał, żeby zobaczyła, jak to jest - z ufnością wspólnie śmiać się i 

przekomarzać z kimś mniej więcej w tym samym wieku.

Chciał, by Anna miała przyjaciółki, ale nie mógł jej ofiarować nikogo poza samym 

sobą. Musiało jej to wystarczyć.

Ogień trzaskał u ich stóp. Trochę już się osunął w śnieg, w ciągu nocy wedrze się 

jeszcze głębiej. Knut musi zrobić wszystko, żeby nie zasnąć zbyt wcześnie. Musi utrzymać 

ogień, dopóki starczy drewna. Ognisko dawało trochę ciepła i odstraszało dzikie zwierzęta, 

których Anna tak się bała.

Knut nie sądził, by w pobliżu krążyły wilki. W tym roku zima nie była na tyle sroga. 

Ludzie, z którymi przybył tu na północ, mówili, że co prawda na płaskowyżu żyją wilki, ale nie 

background image

każdego roku watahy zbaczają ze swych szlaków.

Niedźwiedzi w środku zimy nie trzeba się obawiać. Miał nadzieję, że Anna o tym wie, 

takich rzeczy uczono chyba również w domu pastora.

Najgorszym wrogiem był mróz.

- Co zamierzasz zrobić? - spytała jakby od niechcenia. - Jeżeli znajdziesz skarb?

Uznała, że Knut naprawdę go szuka. Że nie żartował.

- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem.

- Nie wiem. Niczego takiego mi nie brakowało. Niczego, co można kupić.

- Kupię dom - odparł. - Ziemię. Kupię ziemię dla siebie i na posag dla moich sióstr. 

Nagromadzę dla nich mnóstwo sukien i strojów, i wszystkiego, czego nie mamy. Kupię łódź dla 

Reijo... dla mojego... taty. I pola. Żółtozłote pola ciężkie od ziarna. Zwierzęta tak tłuste, że aż 

się będą błyszczeć. Będę miał wielkie gospodarstwo.

- A wtedy usiądziesz na wygodnym krześle i będziesz patrzył na te złociste pola, na 

łodzie kołyszące się na falach. Z pewnością będzie więcej tych łodzi... „

- Usiądę? - podchwycił Knut. - Nie, na pewno nie będę mógł spokojnie siedzieć. Na 

pewno będę robił mnóstwo rzeczy, chociaż nie będę musiał. Po prostu lubię zawsze coś robić. 

Ale   lubię   też   uczucie,   jakie   daje   posiadanie   pieniędzy.   Myślę,   że   chodzi   o   poczucie 

bezpieczeństwa.

- Władzę?

- To też - przyznał. Ale nie powtórzył tego słowa. Nie lubił go.

-   Sądzę,   że   najchętniej   podwinąłbyś   rękawy   i   orał   ziemię   -   odezwała   się   Anna, 

rozmarzona.   -   Potrafię   sobie   wyobrazić   ciebie   takiego.   Pole   bez   końca   i   ty   za   pługiem. 

Spocony, z włosami opadającymi na czoło. Ale dopóki będzie wiał orzeźwiający wiatr, nie pod-

dasz się. Dzień przechodzi w wieczór, ale ty nadal orzesz. Orzesz całą noc aż do wschodu 

słońca... i z nocy wyłaniasz się, idąc za pługiem.

- Raczej przed - stwierdził Knut. - Nie ma takiego konia, który wytrzymałby równie 

morderczą pracę, moja Anno. To tylko marzenie.

- Ale podoba mi się - odparła. - Pasuje do ciebie. Taki jesteś. Uparty. Właśnie uparty. A 

jeśli nie ma takiego konia na świecie, który by to wytrzymał, to w takim razie jesteś bardziej 

uparty niż wszystkie konie świata. Knut jeszcze nigdy w życiu nie usłyszał tylu komplementów. 

Nie tego rodzaju. Wolałby raczej od dziewczyny usłyszeć coś zupełnie innego, ale mimo to jej 

słowa sprawiły mu swoistą przyjemność.

- Dziękuję - rzekł zdławionym głosem. - Dawno nikt nie powiedział mi czegoś równie 

miłego.

background image

Już miał na końcu języka słowo „niezwykłego”, ale w porę się powstrzymał.

Anna sprawiała wrażenie, jakby nie usłyszała. Wpatrywała się w gwiaździste niebo, 

znalazła gwiazdę, która wydawała się świecić właśnie dla niej, tylko dla niej. To jej blask Knut 

ujrzał w oczach dziewczyny.

- I jak już będziesz miał to duże gospodarstwo - mówiła dalej - i falujące wokół łany 

zbóż, wtedy będziesz potrzebował żony. Kiedy już zostaniesz królem w tym swoim królestwie, 

zapragniesz królowej. Czy masz już swoją księżniczkę, Knut? Czy ktoś gdzieś na ciebie czeka?

- Nie.

Anna odwróciła ku niemu twarz. Przyglądała mu się badawczo w świetle ogniska i 

gwiazd.

Jego twarz stała się znowu nieprzenikniona. Zawsze tak się działo, kiedy Anna spytała o 

coś z jego przeszłości. A kiedy sam o sobie opowiadał, zawsze ważył każde słowo. Smakował 

je, zanim wypowiedział, tak jakby się bał, że zdradzi za wiele.

- Na pewno znajdziesz kogoś dla siebie - powiedziała. - Możesz przecież wybierać!

- Ponieważ jestem mężczyzną?

- Nie, ponieważ ty...

Nie dokończyła, uciekła wzrokiem. To zbyt niebezpieczne, pozwolić sobie na zbytnią 

poufałość. Knut wcześniej to zrozumiał i pilnował swego języka. Powinna postąpić tak samo.

Chłopak nie nakłaniał jej do mówienia. Zobaczył, że omal się nie wygadała, i chociaż 

chętnie by się dowiedział, co przed nim ukryła, nie nalegał.

- Wywodzę się z ubogich ludzi, Anno. Nie mamy takiej wolności wyboru, jak myślisz. 

Nie zawsze. Niektórzy są tak biedni, że muszą się zdecydować na samotność. W ogóle nie 

zakładają rodziny. To jest chyba najtrudniejsza decyzja. Ze mną nie jest na szczęście tak źle. 

Będę w stanie zdobyć chleb nie tylko dla siebie. Kiedy nadejdzie ten dzień. Na razie nie ma 

takiej   potrzeby.  Nie   spotkałem jeszcze   dziewczyny,  którą  bym  na  tyle   polubił.  Nawet   nie 

starałem się szukać. To nic pilnego. Poszukam później, najpierw przygoda.

Anna słuchała, nie odzywając się. A więc on nikogo nie ma. Nie ma kogoś, kogo 

wolałby obejmować w tę gwiaździstą noc. Nie, co za głupie myśli. Nie grzeszne - tylko głupie i 

niedojrzałe. Dobrze, że Knut ich nie zna. A ona omal nie powiedziała, że on, taki przystojny, na 

pewno kogoś ma!

- Spróbuj zasnąć, Anno - rzekł łagodnym głosem i mocniej ją do siebie przytulił. Oparła 

się na jego piersi. - Jutro też czeka nas długi dzień. Tak samo wyczerpujący. Zostało nam 

niewiele żywności, musimy więc dotrzeć na miejsce.

-   A   ty?   -   spytała,   zdumiona   ciepłem   jego   ciała.   Gdyby   leżała   całkiem   spokojnie, 

background image

mogłaby usłyszeć bicie jego serca - ciche, bardzo ciche...

- Przypilnuję ognia. Ale odpoczywam również wtedy, gdy nie śpię. Powiedz mi, jeżeli 

zaczniesz marznąć.

Anna skinęła głową. Zamknęła oczy, lecz próbowała jak najdłużej bronić się przed 

zaśnięciem. Starała się zwracać uwagę na każdy zapach, dźwięk, ruch. Musiała to dokładnie 

zapamiętać.   Musiała   zapamiętać   to   wszystko   na   przyszłość,   tak   żeby   mogła   wyjmować 

wspomnienia, tak jak matka wyjmuje srebra i czyści je, aż stają się czyste i błyszczące.

To wspomnienie stanie się jej srebrem.

Zasnęła.

-   Boże,   spraw,   by   do   rana   się   nie   ochłodziło   -   mruknął   Knut,   trzymając   śpiącą 

dziewczynę w ramionach. - Powinienem zaprowadzić ją tam, gdzie  jest jej miejsce. Może 

wyrządzę jej w ten sposób krzywdę, ale nie mogę postąpić inaczej. Nie wystarczy chcieć. A 

potem o niej zapomnę. Z Twoją pomocą, Boże. Muszę o niej zapomnieć, żebym mógł znowu 

żyć.

Okazało się, że noc spędzili bliżej miasta, niż im się wydawało. Przed południem ujrzeli 

przed sobą skupisko domów.

Aha.

Knut odniósł wrażenie, jakby jakaś dłoń ścisnęła go za serce. Poczuł się taki mały. Anna 

skuliła się na saniach. Stała się na powrót zalęknioną dziewczynką, której ośmielenie zabrało 

mu tyle czasu.

- Dalej ty musisz prowadzić - odezwał się na pozór beztrosko.

Niby lekko wypowiadał słowa, a jego głos brzmiał wesoło. Ale w głębi duszy czuł coś 

wręcz przeciwnego. Jej dłoń w rękawiczce drżała, kiedy wskazała jeden z zamożnych domów. 

Nawet z daleka wyglądał imponująco i wspaniale.

- A gdzie mieszkają inni ważni w mieście? - spytał Knut. - Wójt?

Pokazała.

A więc nie tak daleko. Knut poczuł ssanie w żołądku na widok białego domu, w którym 

jego matka spędziła swoje najbardziej nieszczęśliwe dni.

To tu Reijo omal nie stracił życia. Tutaj Raija kupiła jego życie w zamian za własną 

wolność.

Knut nigdy przedtem nie widział tego domu. Ale w myślach często tu podróżował.

- Cmentarz jest chyba gdzieś przy domu parafialnym? W pobliżu kościoła?

Anna   skinęła   w   milczeniu.   Głos   odmówił   jej   posłuszeństwa.   Ograniczała   się   do 

wskazywania miejsc, o które chłopak pytał.

background image

Knut przełknął ślinę.

Tu leży Kalle. Wreszcie, wreszcie znalazł się dostatecznie blisko. Wreszcie ujrzy grób 

swego ojca.

- Teraz powinienem chyba odprowadzić cię do domu?

Nie patrzył na nią, kiedy ruszali w ostatni etap wspólnej podróży. Nie chciał, żeby 

widziała, jak źle się czuje. Nie chciał, żeby zrozumiała, że zdradził zarówno ją, jak i coś w 

sobie samym.

Okazało   się,   że   właściwie   wszystko   przebiegło   tak,   jak   przewidziała   Anna.   Choć 

przedstawiła to z przesadną ironią.

Trzymając swą drobną dłoń w jego dużej i silnej, pociągnęła Knuta w stronę plebanii. 

Najpierw w górę po schodach, a potem do głównego wejścia. Weszła, nie tracąc nawet czasu na 

strzepanie z siebie śniegu, Knutowi również na to nie pozwoliła.

Chłopak zauważył zakłopotany, że na pokrytej pięknym dywanem podłodze zostawili 

kałuże wody.

Anna poprowadziła go do salonu, w którym było więcej mebli niż w całym ich domu 

nad morzem. Knut, wspominając tamten okres, uważał, że wtedy byli bogaci, że posiadali tak 

wiele, dużo więcej niż potrzebowali.

Anna zatrzymała się przed ciężkim biurkiem. Siedzący przy nim mężczyzna pasował do 

mebla. Był ciężki i krępy. Ale jego twarz była szczupła, a oczy zmęczone. Pod nimi widniały 

worki.   Miał   jasną   karnację,   jak   Anna.   Wzrokiem   wprost   przygwoździł   młodych   do   desek 

podłogi.

Gdzieś z boku Knut usłyszał westchnienie kobiety. Ale nawet gdyby bardzo chciał, nie 

mógł się odwrócić i spojrzeć w tamtą stronę. Nie pozwalały mu na to wpatrzone w niego oczy.

- A więc ty żyjesz? - zabrzmiał mocny głos.

Usta   człowieka   za   biurkiem   poruszyły   się.   Sam   prawie   nie   drgnął.   Ręce,   jakby   z 

kamienia, spoczywały na blacie, ramiona były wyprostowane. Wyglądało, jakby gotował się do 

skoku.

Czyżby ojciec  nie ucieszył  się,  widząc,  że jego córka żyje? Czy po z górą  dwóch 

tygodniach   niepewności   nie   należało   się   po   nim   spodziewać   jakichś   uczuć;   radości, 

przebaczenia? Knut nie wyczuł w powietrzu niczego podobnego. Anna ściskała go mocno, 

mocno za rękę. Odwzajemnił uścisk, by dodać jej odwagi, ale sam nie czul się najpewniej.

- A kim ty jesteś? Ostre spojrzenie skierowało się prosto na Knuta.

- Znalazłem ją na płaskowyżu - odparł Knut, zły na siebie, że drżał mu głos. - Na wpół 

zamarzniętą...

background image

-   Dlaczego   przychodzisz   dopiero   teraz?   To   przesłuchanie.   On   jest   oskarżonym,   a 

mężczyzna przed nim to sędzia.

-   Z   powodu   burzy   -   wyjaśnił.   -   Jeszcze   bardziej   by   się   wyziębiła.   Nie   mogłem 

ryzykować i narażać jej na większe odmrożenia. Lub być może na śmierć. Znajdowaliśmy się 

bardzo daleko od miasta. Byłem z nią sam. Nie mogłem wysłać wiadomości.

- Hm.

Anna wypuściła dłoń Knuta, zanim oczy ojca nie sięgnęły tak daleko.

- I teraz pewnie spodziewasz się sowitej zapłaty? Knut potrząsnął głową.

- Wcale nie - odparł szybko. - Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Życie to życie. 

Nie potrzebuję zapłaty. Wystarczy, że widzę ją zdrową L. że wróciła do domu.

Anna przesłała mu niezmiernie smutne spojrzenie. Knut popatrzył na czubki własnych 

kumagów. Pewnie nie tak wiele par kumagów wstępowało na te deski. Ta myśl trochę go 

uspokoiła.

- W takim razie... - zagrzmiał dostojny głos - w takim razie możesz odejść. Jesteśmy ci 

wdzięczni,   że   przyprowadziłeś   Annę   do   domu.   Nasz   Pan   weźmie   to   pod   uwagę   i   kiedy 

nadejdzie czas, otrzymasz to, na co zasłużyłeś. Możesz wyjść kuchennymi drzwiami.

Knut ukrył uśmiech. Anna nie pomyliła się. Spojrzał na dziewczynę - chciałby ją objąć, 

uścisnąć rękę, ale nie mógł jej nawet dotknąć.

Nie pod surowym wzrokiem ojca. Z jego twarzy biło potępienie.

Knut martwił się o Annę, lecz nie był w stanie nic więcej dla niej zrobić. Był tylko 

biednym poszukiwaczem przygód. Nie na tyle ważną osobą, by wyjść głównymi drzwiami. 

Pastorowi nie podobałaby się żadna forma zażyłości między córką a kimś takim jak on.

Szybkim, ostrożnym uśmiechem próbował przynajmniej dać Annie do zrozumienia, że 

będzie o niej myślał. Że nie jest zupełnie sama. Ze ma w nim przyjaciela. Choć nie był pewien, 

czy jest to dla niej cokolwiek warte.

Kiedy przechodził przez kuchnię, usłyszał głos pastora:

- Moje dziecko, sprowadziłaś na nas taki wstyd. Musisz wiele przemyśleć. A potem 

pomodlisz się o przebaczenie. O odpuszczenie winy.

Knut musiał nabrać w płuca dużo zimnego powietrza i kilka razy odetchnąć, by na tyle 

się uspokoić, żeby móc założyć narty.

- Nie mogłem jej ze sobą zabrać - powiedział, zwracając się ku górze. Znowu zaczął 

rozmawiać z Bogiem.

background image

8

Skierował się do tej części miasta, gdzie domy były nie odmalowane, szare i zniszczone 

przez wiatr, słońce, deszcz, śnieg i mróz. Gdzie izby miały małe i nieliczne okienka albo 

zupełnie były ich pozbawione. Nie wszyscy mogli sobie pozwolić na okna ze szklanymi szyba-

mi.   Wielu  musiało  się   zadowolić   niewielkimi   otworami   w   ścianie,   które   o  tej   porze   roku 

zamykano na stałe.

Knut zamierzał iść na cmentarz, ale uznał, że nie powinien odwiedzać ojca w stanie tak 

silnego wzburzenia.

Chciał okazać Kallemu szacunek.

Tu w tych chatach z drewnianych bali spodziewał się spotkać ludzi, których serca biły 

podobnie jak jego własne.

Nie mylił się.

Ujrzał dwóch mężczyzn rąbiących grube brzozowe pieńki. Pozdrowił ich po fińsku:

- Paiva.

Przerwali robotę. Spojrzeli na obcego. Rzadko ktoś tu się zjawiał o tej porze roku. 

Dawno   nie   docierali   do   Alty   nowi   przybysze   z   Finlandii.   Pogłoski   o   nieprzychylnym 

namiestniku rozchodziły się szybko i daleko. Finowie wiedzieli, że nie są w mieście dobrze 

widziani.

- Przybywasz z domu? - zdziwili się. - Z Suomi? Knut potrząsnął głową:

- Jykea - odparł. - Z Lyngen.

- Sam? Skinął głową.

- Nie radzimy ci się tu zatrzymywać - powiedział jeden z nich i zażył tabaki. - Tu nie 

jest dobrze być Finem. Mówią, że lepsze warunki panują dalej na północ, na wybrzeża Tam nie 

ma tak wielu osiedleńców z naszych stron. I do tego są ryby. My posiadamy tylko ziemię. 

Uprawiamy ją tak, jak zawsze to robiliśmy.  Zbieramy dobre plony. Ale tutejsi mówią,  że 

robimy to ich kosztem. Za wszelką cenę chcą nam przeszkodzić.

- Słyszałem o tym. Był tu mój wuj - wtrącił Knut. - Nazywa się Matti Alatalo - dodał, 

zanim zdążyli zapytać. - Wędrował razem z Aleksanterim Kilpi.

Mężczyźni wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się.

- Tak, pamiętamy ich. Jednak lepiej będzie, jeśli nie zaczniesz wokół rozpowiadać, że 

jesteś krewnym Mattiego. Zdążył się niektórym... narazić. Za bardzo lubił dziewczęta. Jak się 

nazywasz, chłopcze?

- Knut Elvejord - wyciągnął do nich dłoń. Finowie również podali swoje imiona. Hannu 

background image

i Jussi.

- Mówisz po fińsku, ale masz norweskie nazwisko. Jak jedno z drugim pogodzić?

- Moja matka jest Finką, a ojciec był Norwegiem - rzekł krótko.

Miał nadzieję, że nie przyczepią się do jego nazwiska. Nie powinien był go podawać. 

Ale się nie zastanowił. Miał nadzieję, że nie każdy w Alcie  wiązał nazwisko Elvejord ze 

skarbem Kwena. Musi jednak zachować więcej ostrożności.

- Za to imię Knut dobrze nam się kojarzy - odezwał się Hannu. - Może słyszałeś o kimś, 

kogo nazywają Knutem - Kwenem? Zwykle, kiedy ktoś nazywa mnie Kwenem, doprowadza 

mnie do szału, ale dzięki Knutowi to określenie stało się powodem do chluby.

- Słyszałem, że udał się do samego króla, do Kopenhagi?

Przytaknęli - najwyraźniej dumni ze swego rodaka, który pieszo dotarł do Danii, aby 

opowiedzieć   królowi,   jakiej   niesprawiedliwości   doświadczają   od   królewskiego   namiestnika 

Finowie mieszkający w Alcie. Knut - Kwen mimo wszystko wierzył  w dobrą wolę króla. 

Sądził, że po prostu jeden z urzędników okazał się zgniłym jajem, a sam król nie ponosi winy 

za to, że je tu podłożono. Królestwo jest przecież ogromne. Władca nie może wiedzieć, co się 

dzieje w każdym zakątku jego włości.

Knut - Kwen postanowił opowiedzieć królowi o sytuacji Finów w jego mieście na 

północy kraju. Ufał, że król wyciągnie konsekwencje wobec namiestnika.

- Knut  przysłał wiadomość z Kopenhagi.  Nie rozmawiał  jeszcze  z królem, ale  jest 

dobrej myśli. I nie zamierza wrócić do domu, zanim nie wyłoży swojej sprawy. A król już się 

postara, żeby namiestnik został ukarany. Nie wolno tak postępować z ludźmi.

Knut   Elvejord   także   chciał   w   to   wierzyć.   Chciał   dzielić   tę   nadzieję,   której   mimo 

wszystko nie tracili. Ich poczucie więzi, siłę i ufność w człowieka. Knut - Kwen musiał być 

pewien swoich racji. W przeciwnym wypadku nie wybrałby się pieszo do królewskiego miasta.

Ale Knut Elvejord był synem Raiji. Wiedział z doświadczenia, do jakiego okrucieństwa 

zdolni są ludzie posiadający władzę.

Gospodarze spytali, czy wejdzie do środka. Nie jest tam może zbyt przestronnie, ale 

zawsze  znajdzie   się  miejsce  dla   gościa.   Dla  jednego   ze  swoich.  Pewnie  coś   by  przekąsił. 

Wędrowanie po płaskowyżu zimą to nie żarty.

Poprowadzili   go   do   izby,   ciekawi   nowin,   gotowi   przyjąć   do   swego   towarzystwa. 

Szczęśliwi, że spotkali człowieka, którego będą mogli nazwać swoim przyjacielem.

Knut został z nimi. Z Hannu i Jussim z Kemijarvi - wioski leżącej w głębi kraju na 

południu Finlandii.

Byli braćmi. Po śmierci ojca zabrakło dla nich ziemi do podziału. Najstarszy brat dostał 

background image

wszystko - ów niewielki spłachetek pola, który mieli. Niezbyt urodzajny, ale wystarczający, by 

wyżywić jego samego, niezbyt wymagającą żonę i dzieci, którymi Bóg ich pobłogosławił.

Knut słyszał już identyczne opowieści. Nie tylko śmierć głodowa popychała Finów na 

północ. W domu też znajdowali sól do chleba, ale plotki głosiły, że na północy, w Ruiji, jest 

wszystkiego dużo więcej - w tej nadmorskiej krainie, skalistej i górzystej, otoczonej kapryśnym 

morzem.

Ruija stała się ich marzeniem. Ufali, że tu szybko się wzbogacą.

Nie wszystkim się to udawało. Zbyt wielu nadal pozostawało biedakami. Biedakami bez 

żadnych praw. Nawet takich, jakie im przysługiwały w Suomi.

Przybywali do kraju, w którym ludzie sprawujący władzę nie rozumieli ich mowy. Nie 

chcieli jej rozumieć. Nie chcieli się jej uczyć. Przybysze stawali się konkurentami dla tych, 

którzy już mieszkali na wybieranych przez Finów terenach.

Wielu osiedleńcom dobrze się powodziło. Stawali się częścią Ruiji. Wielu zdobywało 

przyjaciół   wśród   rdzennej   ludności.   Wielu   jednak   czuło   się   obco   ze   swymi   trudnymi   do 

wymówienia nazwiskami.

W Alcie mówiono, że Finowie - ci przeklęci Kwenowie - niszczą lasy. Wypalają je, 

żeby zdobyć nowe ziemie pod uprawę. A ziemia jest tam wyjątkowo dobra. Ci sami przeklęci 

Kwenowie zbierają wysokie plony.

Na początku dobrze ich przyjmowano. Cieszono się, że ktoś chce mieszkać na północy, 

na tym zapomnianym przez Boga cyplu, w dolinach niebieskich, bogatych w ryby fiordów. 

Cieszono się, że ktoś zamieszka tam na stałe, że ktoś inny, oprócz nomadów, Lapończyków, 

zaludni te rejony.

Z radością witano osiedleńców, od których będzie można pobierać podatki i opłaty. 

Przybysze   przejęli   ziemię   na   własność   i   dobrze   się   nią   zaopiekowali.   Lepiej   niż   wielu 

Norwegów.

Ziemia okazała się żyzna. Płaskowyż i lasy pełne dzikiej zwierzyny to prawdziwy raj 

dla myśliwego. Dla kogoś, kto zna się na wędkowaniu, rzeka Alta jest istnym marzeniem. A 

fiord  prowadzący  do  morza   prowadzi  również  do  wielkiego   półmiska  -   który  zawsze  tam 

pozostanie, gdy wszystko inne zawiedzie.

To dobra kraina.

Sytuacja zaczęła zmieniać się powoli. Nie nagle - wtedy by zdążyli zaprotestować. Szło 

o to, żeby niczego nie zauważyli i nie zaczęli łączyć się w grupy w obronie swych praw. 

Zarządzenie wydał człowiek na samym szczycie.

Ale biedacy i tak nie zacisnęliby pięści. Przywykli stać z czapką w dłoni, zginać kark 

background image

przed władcą, przed wszystkimi znajdującymi się wyżej w hierarchii. Boją się utracić to, co 

dotąd zyskali. Nie wolno im już stosować wypalania. Mają uprawiać pola tak, jak to robią 

Norwegowie. To jedyny akceptowany sposób.

Nie wolno im korzystać z bogactwa lasów. Ani z nieużytków. Wspólna własność nie 

jest dla nich ani dla ich zwierząt, tylko dla Norwegów. Są wyłączeni ze wspólnoty. Nie mają 

żadnych praw. Zostali ich pozbawieni.

Nie wolno im łowić w rzece. Rzeka jest dla tych, którzy byli tu pierwsi. Nie dla nich. 

Metody połowów stosowane przez Kwenów są zbyt dobre. Zdobywają więcej ryb niż inni. 

Ludzie boją się, że przybysze spustoszą rzekę. Tak jakby chcieli ją zniszczyć, tę rzekę, od której 

sami także są zależni.

Ale namiestnik jest nieubłagany.

Rzeka nie jest dla Kwenów. Jeżeli chcą łowić, niech wracają tam, skąd przyszli. Nikt ich 

nie   zapraszał   do   Norwegii.   Jeżeli   chcą   zostać,   muszą   się   stosować   do   zasad,   jakie   ich 

obowiązują.

Społeczeństwu   nie   są   potrzebni   obcy,   mówiący   innym  językiem,   mający   odmienną 

kulturę.

Społeczeństwo musi utrzymywać przybyszów na odległość ręki. Oni mogą okazać się 

niebezpieczni.

Kwenowie zawsze prowadzili wymianę handlową ze swoimi rodakami - z drobnymi 

kupcami,  którzy przybywali  znad  Zatoki  Botnickiej.  Sprzedawali  swoje  towary i  kupowali 

skóry, ryby i inne dobra, których tu na północy jest w bród.

Owa wymiana z kupcami z okolic Tornea dla wielu stanowiła jedyne dostępne źródło 

zaopatrzenia. Spółka handlowa, posiadająca monopol na handel z Finnmarkiem, rzadko była w 

stanie zdobyć potrzebne produkty. A nawet jeśli jej się to udało, to i tak nie starczało dla 

wszystkich.

Kupcy z Tornea nie mieli stałych cen. Ludzie nie musieli zaciągać u nich długu.

Namiestnik zabronił Kwenom z Alty handlu z kupcami z Tornea.

Namiestnik Kjeldsen to człowiek, który ma w Alcie największą władzę.

Nastała wiosna. Knut łowił ryby z braćmi Kemijarvi. Potrafił robić to dobrze. Bądź co 

bądź był synem rybaka. Uważał, że powinien włączyć się do utrzymania domu na równi z 

gospodarzami. Hannu i Jussi wiedzieli już, że ma zamiar wyjechać, jak tylko śniegi stopnieją. 

Powiedział im o tym, choć nie podał powodu. Ani słowem nie wspomniał o skarbie, złocie czy 

też o legendzie z tym związanej.

Oni też nigdy nie pytali.

background image

O Knucie - Kwenie do Kwenów z Alty jak dotąd nie dotarły żadne nowe wieści.

Jego żona i dzieci żyły z tego, co ofiarowali im sąsiedzi. Ludzie z miasta otoczyli ich 

opieką. I chociaż lensman zabrał cały majątek Knuta Olssona, biednej kobiecie i jej synom nie 

działa się krzywda.

Namiestnik uznał, że ma prawo zająć własność biedaka, skoro ten uciekł za granicę. 

Tego typu obywateli nie życzono sobie w tym kraju.

Knut Elvejord wiedział o tym. Pomstował, że tak jest - on także był na wpół Kwenem 

mimo swego norweskiego nazwiska. Jego pozycja nie była wcale lepsza.

Annę   widział   kilka   razy   w   kościele.   Niezbyt   pilnie   uczestniczył   w   nabożeństwie. 

Prawdę mówiąc, chodził tam, żeby zobaczyć dziewczynę.

W mieście dużo o niej mówiono - o córce pastora, która wróciła po dwóch tygodniach 

spędzonych na płaskowyżu. Spekulowano wiele na ten temat, lecz pastor nie należał do ludzi, 

którzy   publicznie   odsłaniali   swoje   życie   prywatne.   Ktoś   słyszał,   że   dziewczyna   znalazła 

zalotnika, inni opowiadali, że została uprowadzona przez lapońskiego noaidę, który nie darzył 

sympatią   pastora   i   nie   podobało   mu   się,   że   chrześcijaństwo   zostało   narzucone   wszystkim 

mieszkańcom północy.

Jak wróciła do domu - albo dlaczego - tego ludzie nie wiedzieli.

Anna była blada i milcząca i rzadko widywano ją samą. Pastor i jego żona nie pisnęli 

słowa. A Knut, który znał całą sprawę, również trzymał język za zębami.

Hannu po pewnym czasie zaczął się gościowi dokładnie przyglądać i zastanawiać, czy 

przybył do miasta zupełnie sam.

Knut zapewnił go, że był samiuteńki - oraz że czysty przypadek zrządził, iż pojawił się 

w Alcie w tym samym czasie.

Wcale nie skłamał. Anna była przypadkiem.

Córka pastora oczywiście siedziała w kościele na przedzie.  Knut Elvejord pokornie 

zajmował miejsce z tyłu. Starał się jednak tak stanąć, żeby widzieć dziewczynę z boku.

Nie podobała mu się zmiana, która w niej zaszła. Anna pochylała głowę, nie podnosiła 

wzroku, a włosy miała tak ciasno splecione, że przedziałek na środku tworzył rozgniewaną, 

prostą, białą kreskę pod czarną, cienką chustką.

Na jej twarzy nie zostały blizny. Knutowi udało się to dostrzec. Na rękach również nie 

zauważył pozostałości po odmrożeniach. Chociaż jeszcze kilka tygodni temu Anna miała na 

nich brzydkie pęcherze, to jednak dłonie, które składała tak mocno w fałdach spódnicy, że aż 

bielały jej kostki, nie nosiły żadnych śladów po mroźnej nocy spędzonej pod śniegiem.

Knut cieszył się z tego.

background image

Próbował przykuć spojrzenie dziewczyny, kiedy wychodziła, ona jednak nie podnosiła 

wzroku. Nawet gdyby wiedziała, że Knut tam jest, nie dałaby tego po sobie poznać.

Na dziedzińcu kościoła zbierały się w grupach najważniejsze osobistości miasta, stając z 

dala od pospólstwa.

Knut   nie   miał   żadnej   możliwości,   żeby   porozmawiać   z   Anną.   Musiał   trwać   w 

niepewności, czy nadal zamierzają wysłać ją do Danii. Co się z nią działo od powrotu...

Mieszkali w tym samym mieście, ale w dwóch różnych światach.

Już  dawno powinien  ją  wykreślić   ze swego  życia.   Nie opłacało  się wszak być  tak 

beznadziejnie sentymentalnym.

Knut zaczął przygotowania do drogi. Zgromadził wystarczająco dużo pieniędzy, żeby 

kupić sobie rzeczy potrzebne na początek. Trochę jedzenia. Jakiś sprzęt. Nie za wiele i tylko 

całkiem zwyczajny, żeby nikt się nie dziwił. Starał się w ten sposób zachować ostrożność.

Wiosenny wieczór ciągle jeszcze spowijał mrok, kiedy Knut umyty i uczesany szedł w 

stronę kościoła i cmentarza. Robił to tak wiele razy, że nikomu nie wydawało się to już dziwne.

Mówił, że tam jest tak cicho. Że to dobre miejsce do rozmyślań. Że między grobami 

panuje niezwykły spokój.

Nikt nie wiedział, że tu spoczywa jego ojciec.

Zdarzyło się, że Knut znalazł na grobie Kallego bukiet drobnych kwiatków. Sam nigdy 

nie przynosił kwiatów. Oczywiście trochę oczyścił grób z chwastów, ale pozwalał, by darń 

stanowiła jedyną ozdobę. Tacie podobałaby się taka prostota. Był prostym człowiekiem.

Anna opowiadała jednak, że ktoś nadal opiekuje się tym grobem, dzięki legendzie. A 

więc z krążących opowieści wynikało również coś dobrego.

Zawsze czuł się dziwnie, stojąc przy skromnym krzyżu. Wyryte na nim nazwisko tak 

bardzo wyblakło, że można je było odczytać tylko za pomocą opuszków palców. Knut bardzo 

długo   szukał,   zanim   odnalazł   właściwy   grób.   Na   cmentarzu   zawsze   był   sam.   Starał   się 

przychodzić tu o takiej porze, kiedy nikomu innemu nie wpadłoby do głowy. Wczesnym ran-

kiem. Bardzo późnym wieczorem, tak jak teraz.

Chciał być sam - szukał właśnie takiego spokoju, takiej ciszy, które pozwalały mu 

odnosić   wrażenie,   że   jest   blisko   ojca,   że   za   każdym   razem,   kiedy   przychodzi,   otrzymuje 

okruchy tajemnicy.

Knut nie słyszał kroków. Mech stłumił ich odgłos. Ktoś zbliżał się cicho, lekko stąpając; 

nie chciał mu przeszkadzać.

Nie widział jej, zanim nie stanęła tuż obok. Wydawała się przestraszona.

- Miałam nadzieję, że przyjdziesz dziś wieczorem - odezwała się cicho i tak szybko, że 

background image

trochę jej się język plątał. Knut zauważył to.

Musiał przełknąć ślinę. Dobry Boże, co ma zrobić z rękami? W jednej chwili stały się 

dwa razy większe niż zwykle. Schował je do kieszeni spodni i spojrzał na dziewczynę spod oka.

- Nie masz ani jednej blizny - rzekł lekko. - Bardzo mnie to cieszy.

Na moment podniosła wzrok. Napotkała jego spojrzenie i szybko popatrzyła w inną 

stronę.

- Więc to ty kładziesz kwiaty na jego grobie.

Knut zwrócił uwagę na bukiet, który ściskała w rękach. Małe żółte macoszki, które nie 

były może zbyt dorodne, ale ładnie wyglądały na jałowej ziemi.

Anna lekko skinęła głową.

-   Myślę,   że   powinien   je   dostawać.   Spośród   postaci   z   opowieści   to   jego   darzyłam 

największą sympatią. Rycerze i książęta, owszem, są bez zarzutu, ale jego też lubiłam.

Schyliła się zręcznie i położyła przed krzyżem bukiecik przedwiosennych kwiatów.

- Widywałam cię tutaj - powiedziała. - Często. Mogę patrzeć na to miejsce z mojego 

okna. Zakaz wychodzenia z pokoju nie wydaje mi się już taki straszny.

Rozejrzała się na boki. Bała się, że ktoś ją zauważy.

- Nie jest ci ciężko? - spytał.

- Jakoś daję sobie radę.

- Musisz jechać do Danii?

Skinęła.

Knut jęknął z rozpaczy. Zacisnął pięści w kieszeniach spodni. Miał ochotę bić, bić na 

oślep, żeby dać upust swojej złości.

- Kiedy? - spytał grubym głosem. Nie patrzył na nią. Nie był w stanie. Wiedział, że 

zbladła, że na jej twarzy pojawiła się rozpacz. Wystraszył się, że zobaczy jego łzy.

- Jesienią. Późną jesienią - odparła. - Zostało jeszcze trochę czasu na strach. Trochę 

czasu na więcej łez.

Albo żeby oswoić się z tą myślą. Chyba się rozchoruję, próbując się z tym oswoić.

- Nie mów tak!

- A ty? Wyjeżdżasz niedługo szukać swego skarbu?

- Tak. Wkrótce.

- Karl Kristiansen Elvejord - przeczytała Anna. - Był taki młody. Nikt nie powinien 

umierać, nie pozostawiając po sobie innych śladów poza grobem i krzyżem.

Knut odchrząknął.

-   Pozostawił   po   sobie   więcej   -   rzekł   drżącym   głosem.   -   Był   moim   ojcem,   Anno. 

background image

Nazywam się Knut Elvejord. Jestem jego synem.

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.

- A więc to tak - powiedziała. Wierzyła mu bez zastrzeżeń. - Po raz pierwszy stałam się 

niemal częścią jakiejś przygody... W takim razie ona, kobieta, która była żoną wójta, musiała 

być twoją matką?

- Raija? - Knut uśmiechnął się nieznacznie. Z odrobiną goryczy. - Tak, jestem synem 

Raiji. Lecz ty z pewnością usłyszałaś o skarbie dużo wcześniej niż ja. Nie chcieli mi o nim 

powiedzieć. Byłem prawie dorosły, kiedy się dowiedziałem. Długo czekałem na to, by móc 

zacząć szukać spuścizny po ojcu.

- A więc ona nic nie znalazła? Knut pokręcił głową.

-   Raija,   moja   matka,   była   pewna,   że   skarbu   wcale   nie   ma.   Że   tato   zabrał   z   sobą 

wszystko, co znalazł, a resztę wymyślił. Przez całe swoje życie marzył o znalezieniu złota. 

Uważała, że jego opowieść o wielkim skarbie to tylko dalszy ciąg tego marzenia.

Anna patrzyła na Knuta roziskrzonymi oczami.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz, Knut. Mam nadzieję, że znajdziesz złoto! Życzę ci 

tego. Życzę ci jak najlepiej!

- Czy twój ojciec wie, że tu jesteś?

Knut spojrzał ponad głową Anny w stronę budynku plebanii, który wznosił się biały i 

wytworny.

- Oszalałeś?

- Może cię zobaczyć...

- Nie teraz. On i matka są u namiestnika. Obiecałam solennie, że nie będę wychodzić z 

pokoju. Modliłam się do Boga, żebyś przyszedł dziś wieczorem. Bardzo chciałam się z tobą 

zobaczyć. Nie wolno mi z nikim rozmawiać. To jest nie do wytrzymania...

Mówiła   z   taką   desperacją,   że   Knut   się   wystraszył.   Co   oni,   do   licha,   zrobili   z   tą 

dziewczyną?

- Nie możemy tu stać - szepnął i rozejrzał się wokół. - Jeżeli nawet twoi rodzice cię 

teraz nie zobaczą, to ktoś inny może przechodzić w pobliżu. Wolałbym, żeby nie widziano nas 

razem. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek o tobie źle mówił. A wierz mi, nie zyskasz dobrej 

sławy, rozmawiając z Kwenem, Anno.

- Nie dbam o to. - Spojrzała w stronę ogrodu. - Tam jest zacisznie, usłyszę, kiedy 

rodzice wrócą. Poza tym nikt tam nie zajrzy. Możesz ze mną chwilę porozmawiać? To dla mnie 

bardzo ważne...

Knut skinął głową. Zaschło mu w gardle.

background image

Ogród przy plebanii?

No, no, mógłby teraz o sobie powiedzieć, że jest odważny. Niewielu miało śmiałość 

spotykać się z córkami pastorów w przykościelnym ogrodzie.

Na szczęście dla obojga wieczorami nadal panował zmrok.

Znaleźli   spokojne   miejsce   pomiędzy   stuletnimi,   ogromnymi   drzewami.   Pomiędzy 

sosnami, rzucającymi ciężkie, ciemne cienie - i brzozami, które zaczynały wypuszczać pączki.

Knut oparł się o pień, założył ręce na piersi. Anna złamała jedną z cienkich gałązek, 

oderwała ją, nie patrząc na niego.

- Tęskniłem za tobą - odezwał się, kiedy cisza między nimi stała się tak uciążliwa, że aż 

dźwięczało w uszach. - Dobrze mi z tobą. Kiedyś nazywałem cię w myślach wychuchaną 

paniusią. A teraz przez całą resztę zimy tęskniłem do tej „paniusi”.

Nieśmiało spojrzała w górę spod długich rzęs i uśmiechnęła się. W obu policzkach 

pojawiły się dołeczki. Knut nie domyślał się ich istnienia. Teraz zauważył, że są niezwykle 

piękne.

- Ja nazywałam cię nieukiem i prostakiem. Ale ja także za tobą tęskniłam.

Włosy miała splecione w taki sam ciasny warkocz, jaki zwykle nosiła do kościoła. Jej 

twarz była drobna i okrągła. Nos charakterystyczny, odrobinę zadarty. Brwi  wydawały się 

niemal równie jasne jak włosy, ale rzęsy wyraźnie ciemniały, podobnie jak ciemnoniebieskie 

oczy. Miała ładne oczy. Knut zauważył to już w ziemiance.

Zachowała   tę   samą   zgrabną   figurę.   Knutowi   zapłonęły   policzki,   kiedy   sobie 

przypomniał jej ciało, teraz ukryte pod surową, czarną suknią. Jak dotykał nagiej skóry...

Poczuł potworne dławienie w gardle. Przełykanie śliny nie pomagało. Nie pomagało ani 

trochę.

-   Zamieszkałem   niedaleko   u   pewnych   Finów   -   rzekł.   Starał   się   mówić   całkiem 

naturalnie, ale przychodziło mu to z trudem, gdy patrzył na Annę.

- Tak myślałam.

- Chciałbym... - zaczął. Ale zamilkł. Nie mógł tego powiedzieć ani nie chciał. Nie 

wiedział, dlaczego coś takiego w ogóle przyszło mu do głowy.

- Co? - spytała.

Knut milczał. Oparł się całym ciężarem o pień brzozy. O Boże, jak dobrze czuć, że 

istnieje coś tak namacalnego, realnego. To pozwala wrócić do rzeczywistości.

- Knut... - odezwała się nagle. Ciężko odetchnęła kilka razy, po czym znowu nabrała 

powietrza i powtórzyła jego imię: - Knut... Jeżeli cię o coś poproszę, to czy obiecasz, że nie 

będziesz się ze mnie śmiał? Że nie będziesz ze mnie drwił albo mówił, że jestem głupia? Nawet 

background image

jeżeli mi odmówisz, to czy nie będziesz ze mnie drwił?

Wzruszył się - i przestraszył. Co takiego miałby dla niej zrobić? I dlaczego lęka się go o 

to prosić? Ona, która ma wszystko...

- Nigdy nawet by mi przez myśl nie przeszło, żeby z ciebie drwić, Anno - zapewnił. - Za 

bardzo cię lubię.

- Czy wystarczająco mnie lubisz,  żeby...  Odwróciła się  nagle  i  zacisnęła dłonie na 

własnych ramionach.

- Nie - mruknęła sama do siebie. - Nie mogę o to prosić. Nie ciebie. Nawet ciebie. 

Absolutnie nie ciebie, Knut.

- Możesz. Odsunął  się  od  bezpiecznego  pnia brzozy i  odważył  się  wejść w to,  co 

nieznane. Wszedł przez uchylone drzwi, które Anna dla niego zostawiła otwarte.

Położył obie ręce na jej ramionach. Po raz pierwszy zauważył, jaka jest drobna. Pewnie 

dlatego, że pochodziła ze sfery o całe niebo wyższej od jego własnej, wydawała mu się we 

wspomnieniach inna, taka wielka. Ale w rzeczywistości była drobna, bardzo drobna.

- Możesz prosić mnie o cokolwiek - rzekł. - Po prostu spytaj, Anno! Czy wystarczająco 

cię lubię, żeby co?

- Żeby mnie pocałować... Knut nie wierzył, że dobrze ją zrozumiał. Nie miał jednak 

odwagi poprosić, by powtórzyła. To, co już powiedziała, musiało ją i tak wiele kosztować.

Nieskończenie wolno odwrócił ją ku sobie. Pogładził po włosach.

O Boże, jak pragnął rozpleść ten ścisły warkocz! Tak do niej nie pasował...

Anna przełknęła kilka razy ślinę, a spojrzenie, jakie odważyła się mu przesłać, wyrażało 

wstyd i strach.

Strach, że jej odmówi.

Serce Knuta wypełniło się ogromną czułością.

Musiał jednak zachować dystans. Nie miał odwagi zniszczyć niewidzialnego muru, jaki 

ich dzielił.

Delikatnie,   z   miłością   pieścił   policzki   dziewczyny.   Tak   dziwnie   było   dotykać   jej 

miękkiej skóry, jeśli się wiedziało, że całkiem niedawno szpeciły ją pęcherze i strupy.

- Myślisz, że to ma sens? - spytał cicho. - Poprzednio niezbyt się udało...

W jej twarzy pojawił się upór. Podniosła głowę. Wysunęła brodę. Dobry Boże, rzekł w 

duchu, chyba ją zraniłem. Pomyślała pewnie, że nie chcę, że zamierzam się w jakiś sposób 

wykręcić.

A przecież chciał.

Przełknął   ślinę,   po   czym  położył   jedną   rękę   na  karku  Anny,  a   drugą   niżej,   na  jej 

background image

plecach. Dziewczyna zamknęła oczy, rozchyliła wargi.

Wreszcie znalazł w tym sens. Sam odpowiedział sobie na pytanie, które zadał przed 

chwilą.

Pocałował ją.

Miał sucho w ustach. Krew zakipiała w nim jak morze w czasie sztormu, jak ławica ryb 

uwięziona w odnodze fiordu. Był oszołomiony, zdezorientowany, zaskoczony gwałtownością 

jej odpowiedzi. Ręce dziewczyny zacisnęły się na jego karku, palce targały włosy - tylko to w 

niewielkim stopniu przywoływało go do rozsądku i sprowadzało do rzeczywistości.

Wyrwał się, kiedy się zorientował, że jego dłonie zaczynają wędrować samowolnie, tak 

jakby nie były już podporządkowane jego woli.

Podniecony i zdyszany, zacisnął palce na pniu brzozy, o który się oparł. Mógłby złamać 

to drzewo gołymi rękami.

- To nie było zbyt rozsądne, Anno - rzucił. Nie odpowiedziała. Knut usłyszał jakiś 

dźwięk dochodzący od strony bramy.

Szybko odsunął się od drzewa i ponownie objął dziewczynę.

Zostało tak mało czasu.

Jego usta wyciskały szybkie, suche pocałunki na całej twarzy Anny, obsypywały nimi 

jej czerwone, miękkie wargi, które uśmiechały się najładniej na świecie.

- O Boże, Anno, koniecznie muszę cię znowu zobaczyć. Nie możesz mi tego odmówić. 

Nie po tym, co się stało. Muszę cię znowu zobaczyć.

Odpowiedziała pocałunkami, trzymała go niemal równie kurczowo, jak on ją.

- Nie chcę ci tego odmawiać - szepnęła. - Nie chcę.

Nie mogę. Proszę cię, nie wyjeżdżaj tak od razu. Planowałeś wyruszyć jutro, prawda?

Knut przytaknął. Nie miał odwagi jej dłużej obejmować. Pastor i jego żona nie mogli 

ich co prawda zobaczyć, ale lepiej by było, żeby zastali Annę w jej pokoju, a nie w ogrodzie, w 

dodatku z rozpalonymi policzkami i błyszczącymi oczami.

- Postaraj się wymknąć jutro - błagał. - Jutro wieczorem, Anno. Będę na ciebie czekał 

przy kościele. Z tyłu. Żeby nikt mnie nie widział od strony miasta. Nie spodziewałem się tego. 

O Boże, naprawdę nie. Nawet mi to nie przemknęło przez myśl. Nie mogę cię teraz stracić, 

Anno.

Przytuliła na krótko swój policzek do jego policzka.

- Ja też nie chcę cię stracić, Knut. Postaram się przyjść.

background image

9

Knut szedł niczym we śnie. Nie wiedział zresztą, czy powinien to nazwać koszmarem. 

Chyba jednak snem. Ale to, że czuł się tak mały, tak bezsilny wobec losu i jego kaprysów, 

sprawiało, że wszystko nabierało cech koszmaru.

Zatrzymał się na cmentarzu. Przy grobie ojca. To całkiem szalony pomysł, ale musi 

mieć te kwiaty, które przyniosła Anna.

- Nie kradnę ich tobie, tato - rzekł cicho. - Po prostu potrzebuję ich bardziej niż ty.

Knut mocno ściskał w garści maleńkie żółte kwiatki. To ona je zrywała.

Ciemność   była   prawie   granatowa.   Cień   zlewał   się   w   jedno   z   przedmiotami,   które 

próbował naśladować.

Anna powiedziała, że ze swojego pokoju może zobaczyć cmentarz.

Mrużąc oczy, chłopak starał się zgadnąć, które to jej okno. Dobrze byłoby wiedzieć. W 

większości okien na pierwszym piętrze migotało światło lampy. Chciał wierzyć, że dziewczyna 

go widzi, chociaż on nie może jej zobaczyć.

- Czy to tak było z mamą? - spytał, choć wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi. - To 

uczucie trawi mnie od środka. A przed chwilą w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z jego 

istnienia. To stało się tak gwałtownie i szybko. Buchnęło płomieniem jak suche drewno. Nie 

poznaję samego siebie, tato. Do tej pory najważniejsze było zdobycie złota, które znalazłeś. 

Teraz ona stała się ważniejsza nawet od tego. Chociaż wcale nie jest dla mnie stworzona. 

Nigdy, nigdy nie była przeznaczona dla Knuta Elvejorda.

Ciężko stawiał kroki, kiedy wracał do domu, do fińskiej dzielnicy Alty. Do tej, która dla 

Anny była gorszą częścią miasta.

Anna jest ważniejsza niż złoto, uświadomił sobie w drodze do zszarzałych drewnianych 

chat. I właśnie dlatego, że jest ważniejsza od skarbu, trzeba go znaleźć.

Anna przywykła do tego wszystkiego, co można zdobyć za pieniądze. Należała do osób, 

które zwykli ludzie pozdrawiali po nazwisku lub nawet z użyciem tytułu.

Jeżeli ta dziewczyna ma stać się częścią jego życia, to musi zaofiarować jej coś więcej 

niż   tylko   zniszczony   skórzany   worek   i   marzenie,   które   wielu   przed   nim   próbowało   już 

urzeczywistnić.

Nie wolno mu o niej myśleć, jeżeli nie może jej niczego ofiarować. Dwie puste ręce i 

miłość to za mało. Nie ma prawa od niej wymagać, by porzuciła wszystko, do czego przywykła, 

i wybrała biedę i niepewność jutra.

Knut dotarł do chaty Hannu i Jussiego, ale odczuwał zbyt silny niepokój, żeby wejść do 

background image

środka.

Jak mógłby zasnąć dzisiejszej nocy? Nie będzie w stanie. Spokój nie przychodził wraz z 

chwilą rozstania.

Usiadł przy stosie drewna na opał, którego jeszcze nie zdążyli do końca ułożyć. Jak 

mogło mu się przytrafić coś takiego?

Tak jak wszyscy inni chłopcy zaczepiał jedną dziewczynę po drugiej. Flirtował jak i oni 

-   grał   twardego   i   zimnego,   choć   bał   się,   że   może   zostać   odtrącony.   Udawał,   że   się   nie 

przejmuje; nazywał dziewczęta tak i owak. Jeżeli go nie chcą, to trudno.

Wiodło mu się raz dobrze, raz źle - tak jak wszystkim innym.

Bywały chwile, że chciał umierać dla którejś z dziewczyn, a potem nie rozumiał, jak w 

ogóle mógł tak myśleć.

Teraz przekonał się, że wszystko to było błahe.

A   uczucie   do   Anny   -   niebezpieczne   jak   lawina   kamieni   na   rodzinnym   cyplu   nad 

fiordem. Nie widział żadnych szans, żeby przed nim uciec. I naprawdę nie był pewien, czy uda 

mu się przeżyć.

Nawet puls wybijał jej imię: Anna - Anna - Anna...

I   bez   tego   mu   było   trudno.   Nie   potrzebował   dodatkowego   kłopotu.   W   ogóle   nie 

potrzebował dziewczyny. A w każdym razie nie tak nieosiągalnej jak Anna. Ale musi w tym 

tkwić chyba jakiś sens, skoro ją znalazł na płaskowyżu i cudem uratował od śmierci.

Nie pamiętał, kto to powiedział - na pewno Reijo albo Ailo... Zresztą to bez znaczenia. 

Jednak zapamiętał dokładnie słowa: „Odpowiadasz za życie, które uratujesz”.

Przypomniał sobie, jak stał nad potrzaskiem, w którym znaleźli rannego lisa. Chyba 

razem   z   Reijo.   Reijo   był   wściekły,   że   ktoś   tak   okaleczył   zwierzę,   przysporzył   mu 

niepotrzebnych cierpień. Uwolnili lisa, a niebezpieczną pułapkę wyrzucili do morza. Potem 

usztywnili zranioną nogę biednego zwierzęcia. Jednak nie udało się go uratować. Lis zdechł tej 

samej nocy, bo zbyt długo uwięziony był w potrzasku.

W każdym razie próbowali...

Słowa brzmiały mu w uszach wyraźnie. Knut zastanawiał się, czy można by je odnieść 

również do ludzi. Pewnie skoro powiedział je Reijo, dotyczyły wszystkiego, co żyje.

Czy powinien wziąć na siebie odpowiedzialność za Annę?

Umarłaby, gdyby nie on...

Knut miał ochotę spakować wszystko, co posiadał, i w jednej chwili wyruszyć w drogę. 

Zacząć szukać tam, gdzie nikt inny przed nim nie szukał. Znaleźć. Zwyciężyć... Ale prosił Annę 

o spotkanie jutro wieczorem. Nie mógł jej zawieść. Ryzykowała wiele samą próbą opuszczenia 

background image

swojego pokoju.

Zrozumiał, że postawił sobie nie lada zadanie do wykonania.

Zanim nadejdzie jesień, musi stać się człowiekiem, na którego nawet pastor spojrzy z 

uznaniem.

Anna   nie   pojedzie   do   Danii.   Jeżeli   on,   Knut,   okaże   się   mężczyzną   i   zdoła   temu 

zapobiec.

Wstał i z ciężkim sercem powlókł się do chaty. Rano zaś oznajmił Hannu i Jussiemu, że 

to ostatni dzień przed rozstaniem. Nie rozumieli zupełnie tej nagłej decyzji. Skoro tak długo 

czekał, to jeden lub dwa dni zwłoki chyba nie grają roli.

Odparł, że ma pewną pilną sprawę do załatwienia. Zapakowali mu trochę suszonego 

mięsa i mąki. A Hannu szepnął w zaufaniu, że nie musi kupować blaszanej misy, gdyż ma jedną 

w drwalni - więc jeśli Knut będzie tamtędy przechodził, może ją sobie zabrać.

- Przyda ci się chyba do tego, co masz załatwić? - rzucił z błyskiem w oku.

Knut oniemiał.

Czyżby wszyscy o tym wiedzieli?

Hannu wzruszył ramionami:

- Kiedy przybywa w te strony taki młody człowiek, jak ty... Zostaje tu bez jakiegoś 

określonego powodu. I nagle w ciągu jednego dnia decyduje się wyruszyć... Tak, wtedy chodzi 

albo o dziewczynę, albo też usłyszał o skarbie. Nie wygląda na to, byś tu spotkał dziewczynę, 

zatem pozostaje tylko złoto.

Knut uśmiechnął się. A więc nie posądzali go o nic więcej.

- Nie zaszkodzi chyba spróbować, prawda? Nikt nie znajdzie, jeżeli sam nie poszuka. A 

namiestnik nie zdążył chyba zabronić Kwenom poszukiwania złota?

- Jeszcze nie. Tylko jeżeli coś znajdziesz, chłopcze, nie mów o tym zbyt wielu ludziom. 

Nie ufaj nikomu. I w żadnym wypadku nie rozpowiadaj obcym, ile masz i gdzie. Co nieco 

możesz wyjawić. Pogłoskom nie da się zapobiec. Są jak pożary wywołane piorunem. Ale jeśli 

uchyli się rąbka tajemnicy, powie tylko trochę, wszyscy będą zadowoleni.

-   Myślałem,   że   jesteś   uczciwszy.   -   Knut   roześmiał   się.   -   Dzięki   ci,   stary,   dobry 

człowieku.   Zapamiętam   twoje  rady,   choć   mało  prawdopodobne,   by   okazały   się   przydatne. 

Jedynym moim łupem będą pewnie tylko skóry i ryby... tam w górach nie spotkam chyba na-

miestnika Kjeldsena, co?

- Ostrożność nie zawadzi. Ma on swoich pomocników, którzy sięgają daleko. Przed tym 

człowiekiem należy się dobrze pilnować. Biada temu, kto zadrze z nim lub pastorem!

Knut skrzywił się. Dobrze, że Hannu nie wie wszystkiego.

background image

- Będę o was pamiętał, upajając się bogactwem - roześmiał się i ruszył w drogę.

Zamierzał dotrzymać obietnicy danej Annie, ale potem nie wróci tu ani na chwilę.

Czuł, jakby siedział na rozżarzonych węglach, gdy oparty plecami o mury kościoła 

czekał na Annę. Nerwowo skubał kruche źdźbła trawy.

Nikt nie mógł go tu zobaczyć, poza samym Bogiem - a jego Knut się nie obawiał - albo 

pastorem,   jeżeli   akurat   będzie   się   krzątał   wokół   plebanii.   Tego   człowieka  bał   się   o   wiele 

bardziej.

Wieczór był długi. Nie ustalili konkretnej godziny. Knut zjawił się dużo za wcześnie w 

obawie,   że  Anna  przyjdzie,  a jego  jeszcze  nie będzie.   Żaden  nieszczęśliwy  przypadek nie 

przeszkodzi im w spotkaniu.

Musi ją zobaczyć!

Drżał. Prawie nie jadł przez cały dzień. Jedzenie mu nie smakowało. Zdenerwowanie 

docierało do samych koniuszków palców. Czuł ów niepokój każdym włóknem ciała. Z trudem 

mu przychodziło trwać tak w bezruchu, ale nie miał odwagi spacerować w obawie, że zostanie 

zauważony. Nie potrafił kłamać - jeżeli ktoś go spyta wprost, dlaczego kręci się koło kościoła, 

skończy się na tym, że wyzna prawdę.

Knut   czekał   do   chwili,   gdy   zaczęto  gasić   lampy   na  plebanii.   Wtedy   właściwie   się 

poddał. Siedział jednak, nadal - wolał znajdować się blisko Anny, niż wracać po ciemku przez 

las do stodoły Hannu, gdzie zostawił wszystkie rzeczy. Bezradność obezwładniała go. Roz-

czarowanie paraliżowało myśli i ciało.

Wtem coś cicho zaszeleściło w zaroślach i z mroku wyłoniła się drobna postać otulona 

dużym czarnym szalem. Dziewczyna nie miała prawie odwagi wyjść z krzaków.

- Długo już tu jesteś? - spytała zdyszanym głosem. - Musiałam poczekać, aż się położą. 

Matka zawsze przed pójściem spać do mnie zagląda...

Knut   zerwał   się   na   nogi   i   błyskawicznie   znalazł   się   przy   Annie,   zanim   zdołała 

dokończyć. Objął ją - jego ramiona były wyłącznie po to, żeby ją obejmować.

- To nic, że przyszłaś tak późno - szepnął tuż przy jej włosach głosem pełnym miłości. - 

Zupełnie nic się nie stało. Najważniejsze, że przyszłaś. Tylko to ma znaczenie.

Pocałował jej czoło. Czuł ciepły oddech dziewczyny na swej szyi. Przyjemne łaskotanie.

Stali mocno przytuleni do siebie, mając wrażenie, że stanowią jedną całość. Serca biły 

im szybko z emocji i... ze strachu, że ktoś ich zauważy, że zobaczy ich razem.

Obejmując się, robili coś niedozwolonego. Zdawali sobie z tego sprawę, ale choć wiele 

ryzykowali i bali się, nie potrafili opanować tej potrzeby bliskości.

- Prawie nie spałem w nocy - szepnął Knut Annie do ucha. - Nic dziś nie jadłem. Tylko 

background image

myślałem o tobie. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Jestem chory i zdrowy jednocześnie i 

pragnę, żeby tak było dalej.

Anna roześmiała się cicho. Zdobyła się na to, mimo że paraliżował ją strach.

- A ja przez cały dzień miałam zaczerwienione policzki i byłam dziwnie rozpalona. 

Matka myślała, że mam gorączkę. Odchodziła od zmysłów. Mówiła, że to na pewno skutki 

„tego strasznego przejścia” w zimie.

- Częściowo ma rację - zauważył Knut z uśmiechem. Zamknął oczy, przez kilka sekund 

było mu naprawdę dobrze.

- Dzisiaj ruszam w drogę. Spadło to na nią tak nagle. Znieruchomiała w jego ramionach.

Knut   otworzył   oczy   i   nieznacznie   odsunął   od   siebie   dziewczynę.   Popatrzył   na   nią 

smutno. Zamrugała, by powstrzymać napływające łzy.

- Myślałam... - zaczęła i zagryzła wargę.

- Myślałaś, że to zmieni moje marzenia - dokończył za nią Knut.

Dziewczyna przytaknęła.

- Tak też się stało. Uniósł do góry jej brodę. Spojrzał prosto w oczy.

-   Musisz   mi   uwierzyć.   Wszystko   się   zmieniło.   Ale   nie   mogę   zrezygnować   z 

poszukiwania złota. Teraz bardziej mi jest potrzebne niż kiedykolwiek. Nie mam czasu do 

stracenia, Anno. Robię to nie tylko dla siebie. Ale i dla ciebie. Stałaś się częścią bajki, Anno. 

Jesteś w niej księżniczką. Jesteś tą, którą chcę uczynić królową. Ale bez skarbu nie mogę zostać 

królem.

- Nie muszę być królową. Knut pogładził ciasno spleciony warkocz.

- Dla mnie nigdy nie będziesz nikim innym. Już jesteś księżniczką. Nie powinienem był 

cię nawet tknąć. Ale to naprawię. Niedługo będzie mnie stać na to, żeby ci ofiarować wszystko, 

do czego przywykłaś. Uda mi się, a wtedy nic nas nie rozdzieli.

- Ale dopiero zaczęliśmy odkrywać to, co piękne!

- Przykro mi, Anno. Nie mogę jednak postąpić inaczej. Tak zostałem stworzony. Z 

nadmiernie rozwiniętym staromodnym poczuciem honoru. Nikt i nic nie jest w stanie tego 

zmienić. Nawet ty.

- Nie możemy się tak po prostu teraz rozstać! - zaprotestowała. Broniła się, jak potrafiła. 

- Nie przeżyję tego, Knut. To mnie zabije. Nie będzie cię całymi tygodniami. Nawet raz na jakiś 

czas nie zobaczymy się choćby przez chwilę. Nie zniosę tego. Nie może tak być... poznałam 

cię, przekonałam się, ile dla mnie znaczysz, a teraz mam pozwolić, byś zniknął w pogoni za... 

tęczą.

- Muszę iść.

background image

-   Zamierzasz   wyruszyć   dziś   w   nocy?   -   spytała.   -   Chyba   nie   myślisz   zaczynać 

poszukiwań   po   ciemku?   Nawet   ty   nie   masz   oczu   jak   sowa   lub   kot.   Ciągle   mieszkasz   u 

Kwenów?

- Już nie - odparł. - Naprawdę zamierzałem wyruszyć w nocy. Ciemność nie stanowi dla 

mnie przeszkody. Być może jestem spokrewniony z sową. W dalekiej linii. Albo z kotem. 

Całkiem nieźle widzę w ciemności.

Dziewczyna zaczerpnęła powietrza. Nie zastanowiła się dobrze, nim spytała:

-   Czy   mógłbyś   odłożyć   to   do   świtu?   Zostać   ze   mną   jeszcze   trochę?   Czy   możesz 

poświęcić mi tych kilka godzin, zanim mnie opuścisz?

Knut chciał zapewnić, że wcale jej nie opuszcza, ale te słowa nie przeszły mu przez 

usta.

- Dasz mi tę noc? - spytała zdecydowanie. Wydawało się, że mówi poważnie.

- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, o co mnie prosisz? - spytał z niedowierzaniem. - Nie 

sądzę, bym poprzestał na trzymaniu cię za rękę, moja mała. A nie chciałbym zrobić niczego 

niewłaściwego. Nie wiesz chyba nawet, o czym mówię, prawda?

- Niezupełnie - przyznała szczerze. - Ale chcę być razem z tobą. Nie wierzę, byś mógł 

mnie skrzywdzić.

Mam do ciebie zaufanie. Chcę wykorzystać każdą chwilę, jaką jeszcze mamy...

- Jednak nie możemy tu zostać - szepnął. - To zbyt niebezpieczne.

- W takim razie gdzie? - spytała. Stodoła Hannu...

-   To   kawałek   drogi   stąd.   Ale   odprowadzę   cię   z   powrotem.   Czy   odważysz   się 

zaryzykować? Nie boisz się, że ktoś może zauważyć, że nie śpisz w swoim pokoju?

Anna spojrzała Knutowi prosto w twarz swoimi dużymi ciemnoniebieskimi oczami.

- Nie mam odwagi tego nie zrobić. Może to nasza ostatnia szansa, by być razem, Knut.

Nie czuli się zbyt pewnie, przemykając brzegiem lasu w górę doliny Alty. Knut nie 

pamiętał, ile czasu zabrało mu dotarcie do miasta. Jego myśli krążyły wtedy zupełnie gdzie 

indziej.

Ściskali się za ręce. Tylko dzięki temu zachowali jeszcze odwagę.

Gdyby ktoś ich tak zobaczył...

Nie ośmielili się dokończyć myśli.

Stodoła Hannu przypominała raczej skromną darniową chatę; chociaż właściciel użył na 

jej budowę trochę drewnianych kloców, ściany zrobione były głównie z darni.

- Jest niewiele lepsza niż poprzedni dom, który dzieliliśmy - rzekł Knut, uśmiechając się 

krzywo, kiedy otworzył drzwi i wpuścił dziewczynę przodem.

background image

Anna rozejrzała się dokoła. Pod jedną ze ścian piętrzyły się stosy zeszłorocznego siana. 

Tak, ostatnie lato było urodzajne. Dało ludziom wiele obfitości, a i zwierzętom niczego nie 

poskąpiło.

Finowie   zwykle   suszyli   siano   na   żerdziach   rozstawionych   na   łąkach   -   późnym 

wieczorem, kiedy skąpe światło potrafiło oszukać niejedną duszę, wyglądało to jak grupa trolli 

w drodze na przyjęcie. Norwegowie zaś wieszali siano na drabiniastych stojakach.

- Hannu i Jussi nie hodują już wszystkich zwierząt, dla których przygotowali ten zapas - 

wyjaśnił Knut. Rozrzucił trochę siana na podłodze, przykrył nim nagromadzony przez wiele lat 

brud.   -   Musieli   zabić   kilka   sztuk.   Nie   stać   ich   było   na   utrzymanie   całego   inwentarza. 

Rozporządzenia namiestnika stawiają w trudnej sytuacji wielu Kwenów z okolic Alty - w głosie 

Knuta brzmiała gorycz.

Anna odwróciła wzrok. Tak niewiele wiedziała ó życiu. Nie pomyślała o tym.

Knut pożałował zaraz swych słów. Podszedł do Anny, objął ją od tyłu, przyłożył swój 

policzek do jej skroni.

- Przepraszam, nie chciałem być niemiły. Wiem, że nic na to nie poradzisz, droga Anno. 

To nie twoja wina, że urodziłaś się w zamożnej rodzinie. Czasem nie potrafię jednak opanować 

swej wściekłości na namiestnika. Na samą myśl o nim zaciskam pięści... Boże, mam nadzieję, 

że Knut Olsson wkrótce powróci! Ale i on nie jest w stanie czynić cudów. Jest tylko czło-

wiekiem. Kwenem.

- Knut - Kwen? - zdumiała się. - Ten przestępca, który uciekł za granicę?

-   Jest   uczciwym   człowiekiem   -   wyjaśnił   Knut,   dumny,   że   nosi   to   samo   imię   co 

człowiek, którego nigdy nie spotkał, ale który zdążył już stać się dla niego bohaterem. - A 

wiesz,   dlaczego   namiestnik   nazywa   go   przestępcą?   Knut   udał   się   pieszo   do   króla,   do 

Kopenhagi, żeby opowiedzieć o niesprawiedliwości, która spotyka Kwenów w dolinie Alty. 

Namiestnik boi się, że Knutowi się uda, i drży o własną skórę. Dlatego ściga Knuta - Kwena 

jako przestępcę.

- Nie wiedziałam o tym.

- Jak mogłaś wiedzieć? W twoim świecie mówi się tylko część prawdy.

- Zostaję z tobą! - Odwróciła się gwałtownie.

Drobnymi dłońmi chwyciła miękką skórę jego kurtki. Jeszcze jednej rzeczy, którą Knut 

dostał od Ailo. Nic nie okazywało się tak przydatne w życiu pod gołym niebem jak ubrania 

Lapończyków.

- Nie wracam, Knut. Nie chcę. Chcę być tylko z tobą. Możemy uciec razem dziś w 

nocy.

background image

Łagodnie pokręcił głową. Usiadł i pociągnął Annę za sobą na miękkie siano. Ciepłą ręką 

trzymał jej drobną dłoń.

- Tym razem twemu ojcu nie będzie trudno zgadnąć, że nie uciekłaś sama. Znajdą nas. 

Knut Olsson już dostatecznie wyprowadził namiestnika z równowagi. Jak myślisz, co się stanie 

z innym Knutem, innym Kwenem, który uprowadził... i uwiódł najmłodszą córkę pastora?

- Ale ja nie chcę wracać do domu. - Spojrzała na niego nieszczęśliwa. - Wszystko tam 

jest takie fałszywe. Sam powiedziałeś, że mówi się tylko pól prawdy. Chcesz mnie skazać na 

takie życie? Jesienią wyślą mnie do Danii. Myślałam, że coś zamierzasz z tym zrobić, Knut... 

Nie wierzyłam, że pozwolisz, by tak się stało!

Anna rozpłakała się na jego piersi.

- Nie pojedziesz do Danii - zapewnił. - Nie pojedziesz do Danii, moje dziecko. Nie 

pozwolę na to, słyszysz? Nie zrobią tego. Myślałem, że mnie zrozumiałaś, moja Anno... Nie 

mogę wejść kuchennymi drzwiami i poprosić o twoją rękę. Muszę się stać kimś, kogo wpuszczą 

głównym wejściem. Nie pozwolę, by wydali cię za mąż za jakiegoś okropnego arystokratę, któ-

ry w zamkowych korytarzach ściska inne kobiety. Nie pozwolę nikomu się z tobą ożenić...

- Naprawdę? - spytała żałośnie.

Knut skinął głową. Z czułością scałował łzy z długich, ciemnych rzęs, tych miękkich jak 

jedwab wachlarzy, które osłaniały jej cudowne oczy.

- Nikt nie będzie obejmował cię w ten sposób, moja maleńka - rzekł z przekonaniem. - 

Tylko ja.

Pocałował ją.

- Wrócę przed jesienią - zapewnił, czując, jak puls wraca do normalnego rytmu. - Wrócę 

wystarczająco wcześnie, by nie zdążyli cię wysłać za granicę. Wrócę tak odmieniony, że nie 

będą mogli odmówić mi twojej ręki, Anno. Będę taki bogaty, że jeśli zechcę, kupię całą Altę. I 

chociaż nie jestem cudnej urody, będę chyba stanowił odpowiednią partię dla ciebie?

- Teraz też ci niczego nie brakuje. Nie chcę nikogo innego.

Knut położył się na plecach. Podparł głowę na ręku. Nie mógł się napatrzeć na Annę. 

Była ładna - nie uderzająco piękna, ale dla niego ładna. Nie martwił się tym, co o niej myślą 

inni. Dla niego była elfem, boginią, księżniczką, kwiatem...

Wszystkim, co piękne na świecie.

Anna uśmiechała się do niego. Uśmiechała się tak, że nawet pierwsze promienie słońca 

po   wielomiesięcznej   zimowej   ciemności   jej   nie   dorównywały.   Powoli   wyciągnęła   dłoń   i 

dotknęła jego twarzy. Knut nie protestował. Nie uczynił nic, tylko na nią patrzył, rozkoszował 

się jej dotykiem...

background image

Nikogo przedtem tak nie dotykała. Tym bardziej żadnego mężczyzny. W jej rodzinie 

nikt nikogo nie dotykał.

To dziwne - czuć jego skórę pod opuszkami palców. Dziwne i jednocześnie przyjemne. 

Starała się go takim zapamiętać. Późnymi wieczorami zamknie oczy i naprawdę poczuje ten 

dotyk - mimo że Knut będzie o wiele mil od niej.

Powinna go poznać, tak jak nikt inny go nie znał. Z tym postanowieniem pochyliła się 

nad   nim.   Ciężki   warkocz   opadł   jej   przez   ramię   i   połaskotał   Knuta   po   policzku.   Chłopak 

uśmiechnął się do niej.

Tym razem to ona go pocałowała. Delikatnie rozdzieliła jego wargi językiem.

Pocałowała go niepewnie, miękko, czule i ostrożnie.

Całkiem opadł na kłujące siano. Poczuł nagłą potrzebę, by wypełnić Anną ramiona. 

Zamknął je za jej plecami, przyciągnął jej ciało do swego, przekręcił się razem z nią, znalazł się 

ponad nią.

Z uśmiechem spojrzał w dół na twarz dziewczyny. Kochaną i drogą drobną twarz.

Policzki  jej płonęły, wargi  nieznacznie się rozchyliły. Wyglądały jak płatki kwiatu, 

który po ulewnym deszczu zaczyna się otwierać ku pierwszym ciepłym promieniom słońca.

- Jesteś  cudowna - rzekł  Knut z przekonaniem. Nawet się nie starała zaprzeczyć  - 

wiedziała, że on naprawdę tak myśli.

W uśmiechu jeden kącik jego ust uniósł się do góry:

- Nigdy nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę mógł ci to powiedzieć. A już najmniej 

wtedy, kiedy leżałaś nieprzytomna i wychłodzona w mojej ziemiance, ze spuchniętą twarzą i 

odmrożeniami. Potem albo powarkiwałaś na mnie, albo zachowywałaś się jak kopnięty pies. 

Nie wiem,  co było  gorsze.  Tylko  oczy  były  twoje,  choć spod opuchlizny  wyzierały  tylko 

szparki. Nawet w marzeniach nie wyobrażałem sobie, że jesteś taka ładna. Przez myśl mi nie 

przeszło, że tak bardzo zapragnę mocno cię do siebie przytulić i nigdy nie puścić. Gdybym 

wiedział...

- To co?

- Gdybym wiedział, zrobiłbym to już wtedy. Nie zmarnowałbym tyle czasu.

- Byłam taka brzydka. Knut muskał wargami policzek Anny. Nie były to właściwie 

pocałunki, ale czułe pieszczoty. Gdyby się przyjrzał dokładnie, zobaczyłby na jej skórze jaśniej-

sze   plamy.   Tylko   nieznacznie   się   różniące...   wiedział,   że   w   tym   miejscu   były   pęcherze 

wielkości szylinga.

- Potrzebowaliśmy czasu, żeby to zauważyć - stwierdził z powagą. Dorósł tej zimy. W 

domu by go nie poznali. - Potrzebowaliśmy czasu, żeby się nawzajem poznać. Tobie też nie 

background image

bardzo   się   podobał   ten   szorstki,   brudny   poszukiwacz   przygód,   Anno.   Uważałaś   mnie   za 

obszarpanego Kwena.

Musiała się uśmiechnąć, ale w jej oczach nadal widniał smutek.

- Szybko cię polubiłam - przyznała. - Ale ty nadal zachowywałeś się wobec mnie gorzej, 

niż na to zasługiwałam, przez ciebie czułam ciągły niepokój. Nie wiedziałam, skąd się to brało. 

Nie miałam pojęcia, dlaczego, Knut. To było okropne.

- Czy teraz też jestem okropny? - spytał poważnie. Z równą powagą potrząsnęła głową.

Mocniej zacisnął wokół niej ręce. Przełknął ślinę. Usiłował odegnać poczucie winy, ale 

zawładnęło   nim   i   ciążyło   jak   kamień.   Knut   zamknął   oczy.   Nazwał   się   w   myślach 

niegodziwcem, ale to nie pomagało.

-   Tak   niewiele   wiem   -   wyznała   Anna   żałośnie.   W   jej   oczach   pojawił   się   cień 

niepewności. Nie strachu, lecz niepewności. Nie była pewna, czego może się spodziewać.

- Ja wiem niewiele więcej - mruknął tuż przy jej szyi. - Wiem niewiele więcej, Anno. 

Całe to moje gadanie o doświadczeniu... - Podniósł głowę i spojrzał na nią. - ... to tylko 

przechwałki.   Nigdy   nie   miałem   dziewczyny.   Najwyżej   skradłem   kilka   pocałunków.   Nigdy 

przedtem tego z nikim nie robiłem...

Anna   parsknęła   śmiechem,   a   w   jej   oczach   pojawiła   się   szczera   radość.   Mocno 

pociągnęła Knuta ku sobie. Na jego policzki spłynął deszcz pocałunków. Teraz nie musiała 

zastanawiać się, czy porównuje ją z innymi, obawiać się, że robi coś źle.

Nie miał jej z kim porównywać.

Byli tylko ona i on.

Knut rozplótł Annie warkocz. Nigdy nie widział jej włosów spływających swobodnie na 

plecy.   Nie   mógł   brać   pod   uwagę   okresu   spędzonego   razem   w   ziemiance,   wtedy   włosy 

dziewczyny były potargane i brudne. Teraz utworzyły jasne rozlewisko. O barwie nie do końca 

srebrzystej jak księżyc, niezupełnie złocistej jak zboże - lecz pośredniej między jedną a drugą. 

Nie przypominały niczego, co znal. Cudownie było poczuć, jak jej loki prześlizgują się między 

palcami.

Nie był już tym grzesznym Knutem, jakim czul się do tej pory. To Anna sprawiła, że 

wszystko wydało mu się cudowne.

-   Czy   mężczyźni   lubią   słuchać,   jacy   są   przystojni?   -   wyszeptała   pomiędzy   coraz 

gorętszymi pocałunkami.

- Ja na pewno to lubię - mruknął. Usta całowały zagłębienie u nasady jej szyi. Palce 

podążyły po omacku do guzików tuż pod sztywnym, surowym kołnierzykiem sukni.

- Jesteś... piękny - szepnęła. - Tak bardzo podoba mi się twoje czoło, lubię twoje oczy. 

background image

Twoje usta... nigdy nie widziałam takich ust jak twoje. Łagodne i surowe jednocześnie. Podoba 

mi się twój nos. Policzki. Jesteś najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziałam.

- Kocham cię - szepnął przy jej policzku. - Kocham cię. Czy to brzmi głupio?

Anna powstrzymała zdradzieckie łzy i lekko potrząsnęła głową.

- Ja też cię kocham.

Zobowiązujące słowa. Myślała, że nigdy ich nie wypowie.

Knut nie spuszczał z niej wzroku, kiedy rozpinał stanik sukni. Anna nie protestowała. 

To   było   nieuchronne.   Postanowione   z   góry.   Pragnęła   za   wszelką   cenę,   żeby   nic   tego   nie 

przerwało.

Knut obudził w niej coś, czego istnienia nigdy wcześniej nie podejrzewała. Coś, co 

zawierało w sobie wszystko, co w życiu najpiękniejsze, a co przez wszystkie lata usiłowano 

przed nią ukryć. To było takie wspaniałe, że nie mogło być grzechem, jak kazano jej wierzyć.

Było tylko cudowne. Cudowne jak ukwiecona łąka latem.

Anna usiadła, żeby chłopak mógł zsunąć z jej ramion suknię. Zdjęła trzewiki zapinane 

na guziki, następnie pozwoliła Knutowi ściągnąć z siebie spódnicę.

Nawet się nie zaczerwieniła, kiedy drżącymi, niewprawnymi rękami zdejmował z niej 

bieliznę.

Potem zdarł własne ubranie. Uczynił to z szybkością huraganu i stanął przed nią równie 

nagi.

Anna zarumieniła się.

Nigdy przedtem nie widziała mężczyzny bez ubrania. Podejrzewała tylko, że musi się 

jakoś różnić od kobiety. Ale dokładnie nie wiedziała, jak jest zbudowany.

Knut spostrzegł onieśmielenie Anny i ostrożnie położył się koło niej. To na pewno dla 

dziewczyny szok. Sam czuł tak silny strach, że musiał wstrzymać oddech. Wszystko mógł teraz 

niechcący popsuć, a przecież chciał, żeby przeżyła coś pięknego.

Objął   Annę   i   lekko   pocałował   -   całował   jej   ramiona,   nieśmiało   przyłożył   usta   do 

twardych piersi.

Nie   miała   jeszcze   odwagi   odwzajemnić   pieszczot,   ale   jego   pocałunki   sprawiały   jej 

przyjemność. Nie odtrąciła go. Zareagowała, dała się porwać - chciała przyjąć to, co tak hojnie 

ofiarował. Nie odważyła się jednak na nic więcej, gładziła tylko z zachwytem jego szerokie 

ramiona i ostrożnie dotykała silnego torsu. Nie śmiała nawet zerknąć w dół jego ciała...

Nieśmiałość Anny wzruszyła Knuta, wypełniła serce ogromną czułością.

Obdarzał   ją   czułymi   pieszczotami.   Uczył   się   dotykiem   jej   ciała.   Czynił   to   jak 

najdelikatniej, zdawało mu się, że śni. Uważał, by nie ścisnąć jej zbyt mocno, nie zostawić na 

background image

skórze sińców, nie przestraszyć - ale starał się robić wszystko, by ją rozbudzić.

Poruszała się pod nim jak fala. Jak płomień parzyła jego dłonie. Otworzyła się przed 

nim jak kwiat, jego pieszczoty obudziły drzemiącą w niej kobietę.

Gotów był się wycofać, gdyby dziewczyna go nie chciała, lecz ona przyjęła go w sposób 

daleki od niechęci.

Jej usta błagały o więcej. Rozkosz i namiętność odmieniły jej twarz. Nie znał tej kobiety 

z ogniem w oczach, ale pragnął ją posiąść.

Wbiła   koniuszki   palców   w   jego   ramiona,   kiedy   poruszył   się   w   stronę   nieznanej 

miękkości. Jej twarz była równie napięta jak jego własna. Zagryzła dolną wargę do krwi, kiedy 

w nią wszedł, ale uśmiechała się i miękko pod nim poruszała. Instynktownie wiedziała, co 

robić. Łzy na rzęsach wyglądały jak perły. Knut przyłożył usta do jej ust, osunął się i zacisnął 

ręce na szczupłych ramionach Anny.

Całując ją, zorientował się, że nie jest w stanie nad sobą zapanować. Czuł, że Anna za 

nim nie nadążała. Lecz jej ręce zaciskały się tak mocno wokół niego, że nie potrafił zwolnić 

rytmu. Dotarł do punktu kulminacyjnego, po czym wyczerpany i spocony osunął się w jej 

ramiona.

Pocałował ją delikatnie w szyję.

Mężczyźni całkiem się mylili, kiedy opowiadali o sypianiu z dziewczętami.

Nic o tym nie wiedzieli.

On teraz już wie.

Anna pogładziła go po włosach. Trochę krwawiła, ale nie zwracała na to uwagi.

- Bolało? - spytał niemal z żalem. Skinęła głową.

- Przez chwilę, ale to było... prawie... prawie straciłam świadomość... - Zagryzła wargę. 

- To było cudowne.

- Dziewczęta potrzebują więcej czasu - powiedział. Tyle w każdym razie wiedział. Od 

Simona. - Jestem tylko niedoświadczonym uczniakiem - dodał ze śmiechem. - Uczniacy nie są 

zbyt dobrymi kochankami.

Zaczerwieniła się na dźwięk tego słowa. Spuściła nieśmiało wzrok. Jej serce wypełniała 

miłość.

- Możesz zostać jeszcze trochę? - spytał. Akurat w tej chwili nie dbał o to, czy przyjdzie 

pastor i znajdzie ich razem.

- A chcesz? Skinął głową.

-   Nie   mam   zamiaru   cię   porzucić   dlatego,   że   cię   miałem.   Nie   jestem   tego   typu 

mężczyzną. Kocham cię, Anno. Potrzebuję wspomnień o tobie. Potrzebuję ciebie.

background image

- Ja także ciebie potrzebuję, Knut. Przyciągnęła swój wielki szal i okryła nim ich oboje.

- Zostanę tutaj, aż zacznie świtać. Dłużej nie mam odwagi.

Knut przytulił ją do siebie.

Po raz pierwszy w życiu czuł się naprawdę szczęśliwy.

background image

10

Szarzało, kiedy Knut pomógł Annie spleść jej długie włosy w ciasny warkocz, jaki 

nosiła na co dzień. Chłopak był zmęczony - i rozradowany.

Nigdy wcześniej nie rozmawiał tak szczerze z żadnym człowiekiem. Nigdy przedtem 

nie otwierał się przed nikim do tego stopnia. Wątpił, żeby Reijo znał go równie dobrze jak 

Anna w tej chwili. A spędzili razem tylko tę jedną noc - i dwa tygodnie w nędznej ziemiance, 

kiedy właściwie woleli się do siebie nie odzywać.

Wczesnym rankiem, zanim wyszli ze stodoły, Anna doprowadziła do porządku strój i 

włosy. Nawet jedno źdźbło nie mogło jej zdradzić.

Ręka w rękę biegli truchcikiem z powrotem do miasta. Knut dźwigał na ramieniu cały 

swój dobytek. Wyruszył w podróż swego życia.

Zatrzymali się na skraju lasu za plebanią. Biały budynek stał niemy i spokojny. Okna - 

oczy miał nadal zamknięte, zaciągnięte zasłony.

Anna rzuciła się Knutowi w ramiona, mocno objęła go w pasie, ukryła twarz na jego 

piersi.

- Nie zapomnisz o mnie? Knut pogładził ją po włosach, miękko pocałował.

-  Wiesz,   że  nie  zapomnę.  Mogą  upłynąć  całe  tygodnie,   może  nawet   miesiące.   Ale 

wrócę. Jeśli nie wytrzymam, wrócę wcześniej. Jakoś dam ci znać, moja Anno. Nigdy cię nie 

opuszczę. Nie na zawsze. Cały czas będę o tobie myślał. I nie pozwolę, by cię wysłano do 

Danii. Nie myśl o tym więcej. Udawaj po prostu przed rodzicami, że się z nimi zgadzasz. Myśl 

o tym, że będziemy razem. Wkrótce.

- A jeżeli nie znajdziesz złota?

- O to też się nie martw. - Knut spojrzał ponad jej ramieniem. Na jej dom. Pałac. - Jeżeli 

go nie znajdę, i tak wrócę na czas. Wtedy będziesz się musiała zadowolić takim obszarpańcem 

jak ja. W najgorszym wypadku uciekniemy razem.

Uniosła ku niemu twarz.

- Jeśli będę z tobą, reszta nie ma znaczenia, Knut. Myślałam, że o tym wiesz. Kocham 

cię.

Uśmiechnął się.

- I ja ciebie kocham, najdroższa. Przytulił ją do siebie.

- Musisz już wracać do domu. Popatrzę, jak odchodzisz. Nie wolno ci płakać, moja 

Anno. Uczyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem w Finnmarku.

Pocałował ją. Po raz ostatni. Potem pośpiesznie przesunął dłonią po jej policzku.  I 

background image

pobiegła. Lekko. Jej jasny warkocz tańczył na czarnym szalu narzuconym na plecy.

Zanim znikła Knutowi z oczu, na moment się obejrzała i pomachała mu dłonią na 

pożegnanie.

I już jej nie było.

Chłopak odwrócił się i odszedł.

Knut zaczął poszukiwania, przyjmując darniową chatę za punkt wyjścia. Nadawała się 

do tego równie dobrze jak jakikolwiek inny obiekt.

Poza tym - jeżeli w opowieściach kryło się coś z prawdy - trafiła tu Raija. I Kalle.

Darniowa chata została być może zaznaczona na skraju mapy naszkicowanej na worku.

Kiedy Knut do niej dotarł, była zajęta. Przez trzech mężczyzn, trochę starszych od niego 

samego, będących w drodze, jak on sam, i korzystających z chaty jako ze swego tymczasowego 

domu. Knut nie pytał, kim są i dokąd idą - oni także o tym nie mówili. Sam nie opowiadał wiele 

o sobie.

Nie pochodzili w każdym razie z Alty. Rozmawiali o połowach dalej na północy i z ich 

słów chłopak wywnioskował, że ich światem jest morze, a nie płaskowyż.

Knut powiedział nieznajomym, że zamierza polować. Chce zdobyć skóry, które jesienią 

będzie mógł sprzedać na wielkim jarmarku.

Mężczyźni przyznali, że wpadli na tę samą myśl, ale tym, co najlepiej umieją, są jednak 

połowy. Sądzili, że znajdą ku temu warunki w dolinie Alty. Ale się rozczarowali - dwóch z nich 

było Finami. Uśmiechali się, kiedy mówili, że właśnie dla Finów atmosfera w Alcie nie jest 

zbyt przychylna. Knut wspomniał, że spędził tam pół zimy. I że tyle wystarczy.

Namiestnik Kjeldsen nie zyskał w nim gorącego zwolennika.

- Latem ludzie często kierują się do Lyngen - zauważył Knut ostrożnie.

Też o tym myśleli. Znajdowali się w połowie drogi. Spytali, czy zna tamte strony.

Knut zastanowił się. Nie chciał się przyznawać, że tam się urodził.

- Mam tam siostrę - rzekł w końcu. Nie umiał kłamać, ale mówił przecież prawdę, choć 

niecałą.

- Lyngen nie jest chyba takim najgorszym miejscem - stwierdził jeden z mężczyzn. - No 

i blisko stamtąd do domu, jeżeli nam się nie spodoba.

Miał ten sam błysk w oku, co Aleksanteri - beztroski niebieski ptak, który zawsze jakoś 

sobie da radę.

Knut zwrócił na to uwagę. Kiedyś marzył, by być takim jak on lekkoduchem. Ale to 

było dawno temu, wtedy kiedy Santeri i Matti przemierzali tereny północy, łamiąc dziewczęce 

serca i żyjąc z dnia na dzień.

background image

Knut   myślał,   że   to   jest   dopiero   życie.   Że   tylko   całkowita   wolność   jest   prawdziwą 

wolnością - że tylko jako taka może oznaczać szczęście.

Ale się mylił.

Dorósł   na  tyle,   że   zrozumiał,   iż   niebieskie   ptaki   także   za  czymś   tęsknią.   Wolność 

odgradza ich od tego, co mają wszyscy inni. Jednak mimo to nie są już w stanie zmienić stylu 

życia.

Knuta przeszedł dreszcz. Teraz dla niego szczęście oznaczało coś innego. Jego życie 

będzie inne.

- Możemy pozdrowić od ciebie twoją siostrę, jeżeli przypadkiem zatrzymamy się w 

Lyngen.

Knut uśmiechnął się. W życiu tych ludzi było chyba wiele przypadków.

- Bardzo bym się cieszył, gdyby się tak złożyło. Dziewczyna mieszka w głębi fiordu, po 

wschodniej stronie. W Skibotn. Tam gdzie co roku odbywa się wielki jarmark. To miejsce jest 

jakby bramą do Finlandii.

Skinęli głowami, jarmarki w Skibotn dobrze znano na północy. Nawet jeśli ktoś tam 

nigdy nie dotarł, to w każdym razie o nich słyszał.

- Moja siostra ma na imię Ida - mówił dalej Knut. - Ida Kesaniemi. Ludzie ją tam znają. 

To najładniejsza dziewczyna w całym Lyngen - mówiąc to, puścił oko. - Rude włosy i zielone 

oczy... Powiedzcie jej, że spotkaliście jej brata w dolinie Alty. Przekażcie, że jeszcze żyję. Że 

dobrze mi się wiedzie. Że nadal mam sakwę i marzenie. I że poznałem pewną dziewczynę, 

która mi się spodobała. Która jest prawie tak ładna jak ona i ma tyle samo lat...

Uśmiechnęli się.

- Dobra wiadomość. Myślisz, że wszystko zapamiętamy?

Knut wzruszył ramionami.

- Kesaniemi? Fin? - zdziwili się. - Nikt by tego o tobie nie pomyślał. Mówisz tak dobrze 

po norwesku. Nie wyglądasz na Fina.

- Drugie pokolenie - odparł Knut. Nie skłamał, choć nie sprostował, że nie nazywa się 

Kesaniemi. - Urodziłem się w Lyngen - dodał. - Jestem na wpół Norwegiem.

Mężczyźni opuścili chatę następnego dnia o świcie. Knut został. Tłumaczył, że to niezła 

baza dla myśliwego, takiego jak on.

Dobrze, że dotrzymał obietnicy. Wreszcie przesłał Idzie wiadomość, dał znak życia.

Pozostało jeszcze dotrzymać obietnicy złożonej Annie.

Knut wiele razy wywracał na drugą stronę sakwę odziedziczoną po ojcu. Przy skąpym 

świetle studiował dokładnie ledwie widoczne brązowe linie, aż piekły go oczy.

background image

Teraz wymyślił nowy sposób: starał się zawsze sobie coś przy tym wyobrażać, siedział 

pośrodku tych nierównych kresek. Znajdował się w krainie,  którą naszkicował Kalle - dla 

niego. Teraz znał już krajobraz wokół darniowej chaty. Poznał ukształtowanie terenu, koryto 

głównej   rzeki   i   mniejsze   dopływy.   Rozróżniał   osobliwości   okolicy,   o  których   Kalle   także 

musiał co nieco wiedzieć, rysując swój szkic. Swój testament dla syna.

Jednak wcale nie uwzględnił na mapie najbardziej rzucających się w oczy fragmentów 

krajobrazu.

Knut dopiero niedawno to zauważył. Ojciec okazał się na tyle ostrożny, że pominął to, 

co   oczywiste.   Zaznaczył   jednak   wystarczająco   wiele   elementów,   by   synowi   udało   się 

bezbłędnie trafić.

Knut zapragnął nagle znaleźć się blisko matki i z nią porozmawiać. Raija twierdziła, że 

odnalazła to miejsce. Szukała, lecz, jak mówiła, na złoto nie natrafiła.

Gdyby choć tylko wskazała kierunek, już to by mu pomogło.

Na   podstawie   opowiadań   Reijo   o   podróży   na   wybrzeże   wykluczył   niektóre   z 

możliwości. Knut wiedział o wyspie, na której przebywał ojciec, wiedział z całą pewnością, 

która to. Wyliczył sobie, którędy Kalle musiał iść od wybrzeża w głąb lądu. W tej ziemiance 

pewnie się zatrzymał. Rejon poszukiwań się zawężał...

Knut znał szkic tak dobrze, że miał go cały czas przed oczami. Podejmował w ciągu 

dnia niedalekie wyprawy, przemierzył ten skrawek Norwegii wzdłuż i wszerz, znał go lepiej niż 

góry w rodzinnym Lyngen. W myślach dorysowywał linie na mapie tam, gdzie Kalle je ominął, 

żeby nie naprowadzić nieproszonych osób na ślad marzenia swego życia.

Kalle Elvejord pozostawił ten skarb dla Raiji i syna.

Raija   nigdy   nie   pragnęła   go   zdobyć.   Knut   zaś   marzył   tylko   o   tym.   Złoto   było 

przeznaczone właśnie dla niego. Teraz to marzenie z lat chłopięcych stało się czymś więcej - 

kluczem, który mógł otworzyć przed nim wszystkie drzwi.

Dni mijały zbyt szybko. Późna wiosna zmieniła się w lato. Knut opuścił darniową chatę. 

Wydawało   mu   się,   że   dobrze   wie,   dokąd   powinien   się   udać.   Nie   miał   czasu   na   długie 

zastanawianie się. Lepiej, żeby nawet się pomylił i zaczynał od nowa. Dla Anny, dla spokoju 

własnej duszy nie mógł sobie pozwolić na siedzenie z założonymi rękami.

Przybycie w to miejsce zajęło mu cztery dni, a po drodze nie odpoczywał zbyt wiele.

Kiedy Knut stanął nad spokojną rzeką, nie mógł wprost uwierzyć, że dotarł we właściwe 

miejsce. Wszystko zgadzało się ze szkicem. Nawet ten ostry łuk, który można by wziąć za 

zakole rzeki, lecz którym Kalle zaznaczył niewielki wodospad. Knut zrozumiał ten wybieg od 

razu. Ojciec próbował wyprowadzić w pole nie powołanych poszukiwaczy skarbu.

background image

Rosnące   wokół   krzewy   dawały   osłonę   przed   najsilniejszymi   podmuchami   wiatru. 

Wzdłuż wrzosowiska ciągnęło się niewysokie wzniesienie zakończone nieregularnym stromym 

zboczem,   jakby   ukłonem   ku   rzece.   Odpowiedni   teren   do   polowań,   stwierdził   Knut,   ro-

zejrzawszy się po okolicy.

Świetnie, że to miejsce trudno dostępne, pomyślał. Większość podróżujących wolała 

pewnie ominąć skałę i raczej wybrać drogę okrężną, którą po pewnym czasie można było 

dotrzeć do koryta rzeki.

W dodatku krajobraz wokół był tak urozmaicony, że nie każdy zadałby sobie trud, żeby 

spojrzeć właśnie w tę stronę, gdzie - jak sądził Knut - należało szukać złota.

Knut przypuszczał, że Kalle szukał samotności. Należał do ludzi, którzy niezbyt dobrze 

czuli się w większej grupie. W pewnym sensie był przez całe swoje życie samotnikiem - nawet 

w przyjaźni pozostawiał cząstkę własnej duszy tylko dla siebie. Knut wiedział o tym od Reijo, a 

Reijo i Raija chyba najlepiej znali Kallego Elvejorda.

W części mapy odzwierciedlającej to miejsce linie wydawały się najwyraźniejsze. W ten 

sposób tato dawał do zrozumienia, gdzie należy szukać. Tylko bardzo uważny człowiek mógł 

zwrócić na to uwagę.

- Nie chciał, żebym to ja znalazł złoto - mówił Reijo. - Kalle wiedział, że kochałem 

wtedy Raiję, i nie chciał, żebym dał jej to, czego on sam jej dać nie zdążył. Znalazł skarb i 

niedługo potem umarł. Sądzę, że bardzo nad tym cierpiał, choć Raija temu zaprzecza. Myślę, że 

po prostu nie potrafiła tego dostrzec, mimo iż na swój sposób kochała Kallego.

To możliwe. Knut nie mógł się z tym nie zgodzić. Właściwie nigdy nie poznał dobrze 

żadnego ze swoich rodziców. To Reijo stanowił dla niego punkt oparcia. Reijo, który był tatą - i 

prawie w takim samym stopniu mamą.

Knut odnosił wrażenie, że dzięki zniszczonej sakwie i marzeniom o złocie, o którym 

marzył również Kalle, bardzo się zbliżył do ojca. Do ojca, który odszedł, zanim Knut zaczął 

rozumieć, co znaczy tęsknota.

Istotne znaczenie odegrał w tym także grób w Alcie. To jedyne miejsce, gdzie widniało 

wyryte nazwisko Kallego Elvejorda, podczas gdy ciało już przemieniło się w proch. To obce 

miasto, w którym Kalle nigdy nie postawił swojej nogi, stało się miejscem postoju dla syna.

Chłopak uznał, że tu, nad rzeką, dokąd przywiódł go rysunek na mapie, tacie na pewno 

musiało się podobać - wydawało się jakby stworzone dla Kallego Elvejorda. Jeżeli również 

tutaj znajduje się skarb, to musi istnieć jakaś siła wyższa, która wszystkim kieruje.

Knut poświęcił pierwszy dzień na zbudowanie u stóp skały prostej chaty darniowej. 

Siedząc przy wejściu, mógł obserwować grę barw w wodzie, spadającej z występu skalnego.

background image

Pod   wpływem   piękna   doznawał   niezwykłego   wrażenia   -   lubił   to   uczucie.   Lubił 

obserwować wszystko, co piękne, lubił nazywać to swoim przez chwilę, choć nikt nie może 

posiąść na własność wodospadu ginącego w otchłani. Lubił piękne widoki. Zastanawiał się, czy 

z Anną jest podobnie. Być może nie myślała o tym wiele.

Miała wokół siebie tyle wspaniałych rzeczy. Stanowiły część jej codzienności.

Dla   kogoś,   kto   się   wychowywał   w   darniowych   i   drewnianych   chatach,   piękno   ma 

zupełnie inną wartość.

Zapragnął porozmawiać o tym z Anną. Kiedyś, kiedy będą już razem.

Mieli jeszcze sobie tyle do powiedzenia. Knut nadal nie wiedział o niej wszystkiego. 

Wiedział,   jak   jej   oczy   zmieniają   kolor   w   zależności   od   humoru,   wiedział,   jak   potrafią 

rozbłysnąć z miłości. Wiedział,  jakie to przyjemne, kiedy zarzuca mu ręce na szyję, jakie 

śliczne dołeczki tworzą się na jej policzkach, kiedy się do niego uśmiecha... poznał głębię jej 

namiętności. Wiedział, jak dobrze drobne ciało Anny pasowało do jego ciała, pamiętał jej skórę 

pod swoimi dłońmi. Kochał ją, ale nadal istniało między nimi tyle tajemnic - nie dlatego, żeby 

któreś z nich tego chciało, ale dlatego, że dzieliło ich tak wiele.

Knut   wspiął   się   na   skałę.   Była   stroma   i   śliska,   z   trudem   udało   mu   się   znaleźć 

zaczepienie dla palców i czubków butów. Nie dawał jednak za wygraną. Wysiłek fizyczny 

pozwalał mu choć na chwilę zapomnieć o dręczących uczuciach.

Tęsknił. Trudno było tego uniknąć, ale nie mógł pozwolić, by tęsknota przesłoniła mu 

cel, w jakim tu przybył. Nie mógł marnować czasu na powrót do Alty.

Nikt nie powinien się dowiedzieć o nich dwojgu. Nie wolno mu niepotrzebnie narażać 

Anny. I tak żyła pod silną presją.

Stanąwszy na szczycie skały, Knut wciągnął w płuca czysty, ostry zapach wieczora Na 

chwilę pomogło, chciałby się czuć równie lekko, kiedy się znajdzie na dole.

U stóp skały wielkie kamienne bloki tworzyły osypisko. Knut zastanawiał się, czy może 

owe kamienie noszą nazwę związaną z Rosjanami, tak jak w Lyngen wiele miejsc otrzymało 

nazwę od Rosjan lub Czudów. Krążyło też mnóstwo historii o bandach zbójów ze wschodu, 

siejących zniszczenie, mordujących i okradających bezbronnych mieszkańców znad fiordów.

Wyobraźnię Knuta najbardziej pobudzały opowieści o Czudach, w których umierali oni 

w kałużach krwi u północnych wybrzeży Norwegii.

Sagi   opowiadane   w   rodzinnych   stronach   najczęściej   kończyły   się   na  dwa   sposoby. 

Czudowie przybywali przez góry nad fiord, kradli łodzie i przepływali do wiosek po drugiej 

stronie. Tam zaś mieszkańcy gromadzili się wśród skał, wabili bandytów do siebie, po czym 

zrzucali na nich lawinę kamieni.

background image

Albo tak: Do wioski od strony morza przybywają Rosjanie, a miejscowa ludność wsiada 

do łodzi, łącząc się przeciwko wrogowi. Wszyscy napastnicy zostają zabici, a po jakimś czasie 

morze wyrzuca na ląd pięćdziesiąt rękawiczek - wszystkie z lewej ręki.

Knut uśmiechnął się do siebie, spoglądając w dół. Stąd pewnie posłano kamienną lawinę 

za napastnikami. Albo może sami ją spowodowali. Istniała też inna wersja tej krwawej historii. 

Występował w niej bohater, Lapończyk, najczęściej starzec albo młody chłopak. Podejmował 

się on wskazać rabusiom drogę do kościoła, domu weselnego lub do wioski. W drodze zawsze 

łapała ich burza i przewodnik musiał zapalać pochodnię. Tuż przed przepaścią jednak wyrzucał 

ją i sam uskakiwał w bok, a bandyci z kraju na wschodzie spadali w dół i ginęli.

Być może to osypisko w dole pogrzebało wielu Czudów?

Być może więzi całe mnóstwo potępionych dusz?

Knut powinien chyba odczuć lęk.

Ale on nie bał się już upiorów. Uważał, że martwi Czudowie nie mogą mu nic zrobić.

Zejście ze skały tą samą drogą, którą się wspiął, okazało się niemożliwe. Knut musiał 

pójść naokoło. Nie szkodzi. To też sposób na poznanie terenu. Poza tym czas zastawić sidła. 

Zostało już niewiele prowiantu, a nie warto wybierać się do Alty po zakupy.

Nie powinien w ogóle tam wracać, zanim nie będzie mógł wywiązać się z obietnicy 

danej Annie.

Resztę wieczoru zajęło mu rozmieszczenie sideł. Kiedy słońce powiedziało mu, że noc 

już blisko, wyciął sobie wędkę z młodej wierzby. Miał trochę sznurka i haczyki, a przynęty pod 

darnią znajdzie pewnie pod dostatkiem.

Ryby nie brały. Wesoło skakały w niewielkim rozlewisku u dołu wodospadu, lecz żadna 

nie   dała   się   skusić   na  smakowity  kąsek,   którym  Knut   wymachiwał   przed   ich   pyskami.   Z 

potrawą rybną trzeba będzie poczekać, stwierdził. Podejrzewał, że zostanie tutaj długo. Trafią 

się  inne  okazje.   Zamiast   na  próżno  próbować   swych  sił   jako  wędkarz,   poszukał   kamienia 

wielkości dłoni i zabrał się za wyklepywanie blaszanej misy, którą otrzymał od Hannu.

Zajęło mu to dużo czasu, zdążył też kilka razy boleśnie trafić w kciuk, ale w końcu 

udało mu się zrobić naczynie płaskie jak patelnia.

Knut nigdy nie uczył się przepłukiwania rzecznego piasku. Jednak zawsze wiedział, że 

w taki sposób szuka się złota. Bajki z dzieciństwa nabrały odcienia rzeczywistości.

Chociaż zaczęło się już lato, słońce nie ogrzało jeszcze porządnie położonej daleko na 

północy ziemi, jakby wciąż rozpościerały się nad nią cienie stalowobłękitnego płaszcza mrozu.

Knut zadrżał z zimna, kiedy wszedł do wody. Zmusił się, by wytrzymać w niej chwilę - 

wystarczająco długą, żeby się przyzwyczaić. Na szczęście nie był jakimś piecuchem.

background image

Było mu nadal zimno, ale nie czuł już bólu.

Podwinął do łokci rękawy koszuli, ugiął kolana i zagarnął misą rzecznego żwiru...

Połowa uciekła z prądem. Żwir, który pozostał, był grubszy od kciuka. Zgrzytał drwiąco 

o blachę.

Knut   rzucił   brzydkie   słowo,   tak   jakby   to   zrobił   Reijo,   i   pozwolił,   by   kamienie 

zazgrzytały jeszcze  raz. Zacisnął  zęby, wymamrotał pod nosem jakieś  zaklęcia  i wszystko 

powtórzył. Tym razem udało mu się zatrzymać cały piasek w misie. Szybko zorientował się, że 

nabrał go za dużo. Kiedy zgarnął wierzchnią warstwę żwiru, na dnie misy znowu pozostały 

tylko najcięższe kamienie. Były niewątpliwie szare jak większość kamieni tu w Norwegii.

Spróbował znowu...

I znowu. I znowu... I znowu...

Robił wszystkie błędy po kolei. Popełniał je wiele razy, chociaż przysiągłby, że się już 

nauczył.

W końcu wydawało mu się, że upadnie, jeśli postąpi jeszcze jeden krok w dół z prądem 

rzeki. Nogi nie chciały już dźwigać ciężaru ciała. Prawie ich nie czuł.

Chwiejnie wyszedł z wody, padł bez sił na brzegu, starając się nie zgubić misy, którą z 

takim wysiłkiem uformował.

Stopy   i   nogi   były   zupełnie   białe.   Knut   poruszył   palcami   stóp,   ale   nic   nie   poczuł. 

Przeraził się. Zrozumiał, że ogarnięty zapałem, mocno przesadził.

Rozcierał skórę - wiedział, że robi źle, że powinien tylko ogrzać zdrętwiałe części ciała, 

ale nie starczyło mu cierpliwości.

Poczuł rwanie w palcach stóp. Ból był tak silny, że wyciskał z oczu łzy, ale świadczył 

przynajmniej o tym, że odrętwienie ustępuje. W takim razie z całą resztą nóg również powinno 

być dobrze. Knut miał na tyle rozsądku, że zdjął mokre spodnie. Wysuszy je w chacie przy 

palenisku. Sam też się ogrzeje. Starał się uśmiechnąć, ale zdołał tylko wykrzywić twarz. Nie 

znalazł złota podczas tej pierwszej nieporadnej próby. Nie był też pewien, czy opanował już 

technikę przepłukiwania żwiru. Przemknęło mu przez myśl, że czeka go jeszcze wiele takich 

prób, po których znów ogarnie go poczucie bezsensu i zwątpienie.

Jedno   było   bezsporne   -   porządnie   się   wychłodził.   Tylko   gorąca   tęsknota   mogłaby 

obudzić w nim chęć do życia. Podczołgał się do chaty, czuł w nogach jakby miliony szpilek. 

Zaczynały na powrót żyć.

Kiedy otulił się jak mógł najdokładniej w jedyną skórę, jaką tu ze sobą przyniósł, zdał 

sobie sprawę, że to dopiero początek. Przed nim jeszcze wiele takich późnych wieczorów jak 

ten. Wiele cierpienia. Jednak wola kontynuowania poszukiwań zawsze przewyższy kuszące 

background image

pragnienie, żeby o wszystkim zapomnieć, żeby nazwać to tylko przygodą i niczym więcej.

Knut wierzył, że skarb istnieje. Być może tutaj. A może nie. Wierzył, że uda mu się go 

znaleźć.

A potem Anna stanie się częścią jego życia. Nie robił tego tylko dla siebie.

Robił to także dla Anny.

background image

11

- Nie rozumiem, czego tam szukasz, po co codziennie wychodzisz z domu - zwróciła się 

matka ostrym głosem do Anny przy kolacji.

Odmówili modlitwę, właśnie zaczęli jeść. Anna straciła ochotę do jedzenia. Zawsze tak 

się działo, kiedy matka mówiła do niej tym tonem.

- Dziewczyna w twoim wieku i z twoim pochodzeniem nie powinna ganiać jak jakaś 

dziewka służąca.

- W służących nie ma nic złego. - Anna odważnie spojrzała matce w oczy. Rodzice 

nawet nie zauważyli, że ich córka ostatnio tak bardzo się zmieniła. - Czy Chrystus sam nie był 

sługą swoich uczniów?

- Ten mały kurzy móżdżek nie widzi w tym żadnej różnicy - wtrącił się ojciec. - To 

bluźnierstwo porównywać siebie do Chrystusa, Anno. Myślałem, że choć tyle udało nam się 

wbić do tej twojej ciasnej głowy.

- Nie wiem, gdzie  popełniliśmy błąd w jej  wychowaniu - westchnęła matka bliska 

płaczu. - Powinnaś już haftować poszewki i prześcieradła. Skończyłaś zaledwie serwetki, Anno, 

i to niedbale. Zawsze tak ładnie haftowałaś! Hrabia Jegerholm pomyśli, że my tu na północy 

jesteśmy jakimiś barbarzyńcami, kiedy zademonstrujesz swoje maniery.

- Wydawało mi się, że hrabiego stać na własne prześcieradła, poszewki i serwetki - 

stwierdziła Anna półgłosem.

-   Anno!   -   upomniała   ją   matka.   -   Każda   dziewczyna   z   wyższych   sfer   wnosi   w 

małżeństwo swoją skrzynię z wyprawą. W ten sposób pokazuje, jakie zdobyła umiejętności. 

Nie chcesz chyba, by hrabia miał o tobie złe mniemanie?

- Wicehrabia - poprawiła Anna. Wiedziała, że nie wolno jej powiedzieć więcej, ale nie 

mogła się powstrzymać. - On jest tylko wicehrabią, nosi tytuł, który nic nie znaczy.

Matce nie podobała się ta uwaga. Wyobrażała sobie, że jej córka wyjdzie za mąż za 

prawdziwego hrabiego. Nie była też całkiem pewna, jaka jest różnica między jednym tytułem a 

drugim. Nie sądziła również, że Anna o tym wie.

Lecz   Anna   ciągle   ją   zaskakiwała.   Matka   nie   potrafiła   powiedzieć,   czy   zawsze   w 

równym stopniu ją to cieszyło. To niedobrze, gdy dziewczęta za dużo wiedzą. To niekobiece. 

Anna zawsze przecież była taka miła, ale tej wiosny zrobiła się krnąbrna.

Wszystko zaczęło się od tej nieszczęsnej ucieczki. Wtedy pojawiły się problemy.

Matka zadawała sobie pytanie, czy na skutek mrozu nie ucierpiał także umysł Anny.

Nie miała odwagi podzielić się swoimi wątpliwościami z mężem. Dobrze, że do jesieni 

background image

już   niedaleko.   Wtedy   odpowiedzialność   za   Annę   będzie   można   przerzucić   na   hrabiego   - 

hrabiego Jegerholma. On mimo wszystko jest hrabią. Niezależnie od tego, co mówi Anna.

- Jeżeli nie potrafisz wyrażać się należycie o swoim przyszłym mężu, możesz odejść od 

stołu.

Głos ojca zabrzmiał groźnie jak anielska trąba w dniu sądu ostatecznego. Anna znała to 

nazbyt dobrze.

Szybko zebrała spódnice, złożyła ręce w podziękowaniu i wyszła.

Nie okazała zdenerwowania, z podniesioną głową spokojnie zamknęła za sobą drzwi i 

równie spokojnie weszła po schodach na poddasze.

Dopiero w swoim pokoju dała upust uczuciom. Oparła się ciężko o drzwi, próbowała 

walczyć ze sobą, z płaczem, rozpaczą i strachem, ale nie całkiem jej się to udało.

Zmęczona zdjęła suknię i w samej bieliźnie rzuciła się na łóżko. Poduszka stłumiła 

szloch. Rodzice nie powinni się dowiedzieć, jak bardzo córkę unieszczęśliwiali. Jak bardzo jej 

źle.

Wicehrabia niech zostanie sobie tam, gdzie jest - razem ze wszystkimi prześcieradłami, 

z monogramem lub bez!

Anna czuła zbyt silny niepokój, żeby usiedzieć ze skromnie spuszczonym wzrokiem i 

ledwie widocznym ściegiem wyszywać kunsztowne litery.

Cierpiała niezmiernie z tęsknoty za Knutem. Bywało, że budziła się w nocy z jego 

imieniem na ustach. Miała nadzieję, że nie wykrzyczała go na głos, ale bała się, że niebawem 

do tego dojdzie. Obudzi rodziców imieniem jakiegoś... nędznego Kwena.

Nie mówiąc o wstrząsie, którego by doznali, gdyby się dowiedzieli, jakie marzenia i 

tęsknoty kryje ich córka za nienaganną fasadą. Pod sztywnymi bluzkami i surowymi, czarnymi 

spódnicami pulsowała krew bardziej gorąca, niż sobie można wyobrazić.

Noc w ramionach Knuta w na wpół zrujnowanej stodole uświadomiła Annie wiele. To, 

co kiedyś nazywała okropnym, brudnym i grzesznym, nabrało całkiem innego znaczenia.

Nie bała się już pożądania. Miała nawet odwagę nazywać je po imieniu, choć tylko 

przed sobą.

W myślach pożądała ukochanego, a jej ciało wyzbyło się zahamowań.

Dotykała go, wspominając niezwykły sen sprzed kilku nocy.

Śniło jej się, że stoi po pas w złotym pyle. Czuła zimny metal na skórze, czuła ciężar i 

chłód, widziała blask złota - zimny, lecz niebezpiecznie kuszący. Miała świadomość, że Knut 

nie musi już dłużej szukać. Ona posiadła skarb. Ona znalazła go dla niego.

We śnie spojrzała w dół swego ciała, zobaczyła, że jest naga, że jest całkiem rozebrana i 

background image

bezbronna pośrodku tego bogactwa.

Powoli podniosła głowę - pewna, że ktoś ją obserwuje. Wystraszyła się, ponieważ nie 

mogła   nikogo   zobaczyć.   Wokół   było   zielono:   zielony   las   liściasty,   zielona   polana   w 

różnobarwnych kwiatach, wzniesienie i góry, które również były zielone od pokrywającego je 

mchu i porostów, ozdobione wrzosem, kwitnącym z czystej przekory.

Bała się tych ukrytych przed nią oczu, a jednocześnie ją to podniecało. Czuła, jak jej 

piersi nabrzmiewają, jak oddech staje się przyśpieszony. Chciała dotknąć swych piersi, poczuć 

ich ciężar, ale nie mogła podnieść rąk. Nie próbowała się zasłonić - świadomość, że śledzi ją 

czyjś wzrok, rozgrzewała ją. I nagle zobaczyła go, jak wychodzi z gęstych zarośli. Był ubrany 

tak samo jak w dniu, kiedy widziała go po raz ostatni, w skórzany strój, jaki noszą Lapończycy. 

Szedł, poruszając się płynnie i miękko. Zbliżył się do niej, ale nie była pewna, czy blask w jego 

oczach pojawił się na jej widok, czy na widok złota, w którym utknęła. Mimo to pożądała go, 

bezwstydnie go pragnęła. Gdyby mogła, wybiegłaby mu na spotkanie, oddała całą siebie, błaga-

ła, by jej dotykał, żeby pieścił ją tak, aż zapłonie każdy skrawek jej ciała...

Ale zimny metal studził rozpaloną skórę, ukrywał nabrzmiewające pożądanie, sprawiał, 

że czuła się ospała i ociężała.

Chłopak  potknął   się   o  złoto,   kiedy   znalazł   się   przy  niej.   Upadł   w   nie  -   jego   ręce 

wyciągnęły   się   po   cenny   kruszec,   nie   do   niej.   Ważył   złoto   w   garściach.   Uśmiechał   się. 

Roześmiał się w głos. Anna nie miała pewności, czy ją widzi. Chciała go zawołać, sprawić, by 

na nią spojrzał, by zrozumiał, jak bardzo go potrzebuje, ale z jej warg nie wydobył się żaden 

dźwięk.

Wtedy on podniósł wzrok. Zobaczył ją. Przesunął językiem po ustach, trochę mało 

wyrazistych, lecz cudownych ustach...

Zaczął odgarniać złoto, rozgrzebywał je silnymi dłońmi. Odkopywał ją gołymi rękami. 

Odkrywał ją kawałek po kawałku. Całe jej gorące i wilgotne ciało pokrywał złoty pył. Skóra 

jakby parowała od silnego pożądania. Poczuła ten zapach i to pobudziło ją jeszcze bardziej. 

Pewnie   on   również   rozpoznał   tę   woń.   Czuła   się   cudownie   swobodna,   jak   dzikie,   dumne 

zwierzę.

Pożądliwie przesuwał w górę ręce od szczupłej talii ku piersiom, zacisnął palce wokół 

twardych brodawek, pieścił je, potem muskał wargami, ją całą, doprowadzał do szaleństwa, aż 

wreszcie pochwycili wspólny rytm.

Zobaczyła, jak się rozbiera, dojrzała jego męskość, imponująco gotową. Chciała objąć ją 

dłonią, dotknąć, ale on sięgnął ustami między jej uda. Całował ją bez skrępowania, pieścił 

wargami i palcami i wyprowadził na rozszalałe morze namiętności. Potem przesunął się w górę 

background image

wzdłuż jej pokrytego złotym pyłem ciała, rozdzielił jej uda kolanem i wszedł w nią jednym 

ruchem, który zdawał się wiecznością.

Anna obudziła się - wypełniały ją tęsknoty, które zaspokoiła we śnie. Na jawie ciągle 

czuła, że jest rozpalona, rozpalona i pełna tłumionego pragnienia.

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, zaczęła się pieścić dłońmi, tak jak by to robił 

Knut. Z zamkniętymi oczami dotykała piersi w taki sposób, jakby ich dotykały jego ręce, 

potem, przesuwając palce w dół, znalazła miejsce, w którym wydawała się być zamknięta cała 

owa gorączka.

Było wilgotne - ciało zareagowało na wspomnienie snu, przygotowało się na przyjęcie 

mężczyzny z marzeń, jednak on nie mógł jej dotknąć. Nie była w stanie cofnąć ręki, zanim 

pieszczotami nie doprowadziła się do stanu, do którego on by ją doprowadził.

To, co zrobiła, było grzechem, który ojciec potępiał najsurowiej. Tego się nie robi. To 

brudne i grzeszne. Poza tym kobiety nie potrzebują takiego zaspokojenia. Kobiety nie czują 

pożądania. Nie damy. Kobiety lekkich obyczajów może nie są wolne od podobnych pragnień, 

ale nic w tym dziwnego - to kara za ich sposób prowadzenia się. Prawdziwe kobiety nie 

odczuwają   zadowolenia   we   współżyciu   z   mężczyzną.   Pożądanie   jest   właściwe   tylko 

mężczyznom, wszystkim o tym wiadomo.

Anna wierzyła słowom ojca.

Jednak to, co czuła do Knuta, wydawało się tak wspaniałe, że nie mogło być złe ani 

grzeszne. Ani to, co robiła z własnym ciałem, kiedy tęsknota stawała się zbyt silna. Przynosiło 

takie odprężenie, dawało taką przyjemność...

Nie mogłaby żyć z jakimś hrabią lub księciem albo markizem. Nikt inny nie będzie jej 

dotykał. Na samą myśl o tym czuła tak silną odrazę, że robiło się jej niedobrze.

Tylko Knut. Nikt inny oprócz niego. Niezależnie od tego, czy znajdzie złoto, czy nie.

Obiecał, że wróci na pewno, i wierzyła, że dotrzyma słowa.

Codziennie   pracowała   w   ogrodzie.   Pielęgnowała   drzewa   i   rośliny.   W   ten   sposób 

znajdowała wymówkę, by wyjść z domu, by sprawdzić, czy wrócił Knut.

Poszedłby  najpierw   na  cmentarz,   odwiedził   grób   ojca.   Ponieważ   to   dla   niego   było 

ważne, ponieważ wiedział, że wtedy mogłaby go zobaczyć i dowiedzieć się o jego powrocie. 

Minęło zaledwie dziesięć tygodni. Nie mogła spodziewać się cudu. Tam daleko, za horyzontem, 

rozciągał  się  nieskończony płaskowyż.  Znalezienie  właściwego  miejsca  może  zabrać  wiele 

czasu, może nawet całe życie.

O ile Knut ma rację, o ile skarb naprawdę istnieje... Każdy dzień bez niego to koszmar. 

Anna wiedziała jednak, że minione tygodnie to bardzo krótki okres.

background image

Knut wróci. Wtedy wszystko się zmieni. On tęskni na pewno równie silnie jak ona. Nie 

wolno jej myśleć inaczej!

Anna płakała w białe poduszki. A kiedy potem patrzyła w lustro, którym ojciec tak 

bardzo pogardzał, jej twarz była czerwona i mokra od łez.

Niektórym płacz dodawał uroku. Twarz Anny stawała się jednak brzydka i zapuchnięta. 

Dziewczyna zastanawiała się, co Knut w niej dostrzegł. Chwilami nabierała przekonania, że 

tylko   się   zabawił   jej   kosztem.   Że   stała   się   tylko   przypadkowym   epizodem   w   jego   życiu. 

Pikantnym epizodem, o którym będzie mógł później opowiadać w wesołym towarzystwie - o 

tym, jak uwiódł brzydką córkę pastora...

Brzydką, łaknącą mężczyzny córkę pastora...

Co za idiotyzmy! To absurd.

Anna zdawała sobie sprawę, że nie wolno jej dopuszczać do siebie takich myśli. Nie 

miała powodów, by nie wierzyć Knutowi, ale brakowało jej oparcia. Tak się bała. Czuła się taka 

samotna.

Zawsze była samotna. Znała już to uczucie. Samotna i... jak to Knut powiedział? Coś o 

„obcym ptaku”... Takim właśnie obcym ptakiem była przez całe życie.

Lecz   teraz   samotność   bardziej   doskwierała   niż   kiedykolwiek   przedtem.   Sprawiała 

dotkliwszy   ból.   Dzięki   Knutowi   Anna   po   raz   pierwszy   doświadczyła   bliskości   z   drugim 

człowiekiem - a kiedy zniknął, wszystko stało się podwójnie puste.

Obiecał wprawdzie, że wróci, ale teraz, pozbawiona jego ramion, w których mogłaby się 

ukryć, czuła się bardziej bezbronna.

Dzięki Knutowi uwierzyła, że również jej może się przydarzyć to, w czego istnienie 

wątpiła. Miłość tak głęboka, że przerastająca zdolność ludzkiego pojmowania.

Kochała Knuta aż do bólu. Całym swoim sercem i duszą - ze wszystkich sił, z wiarą i 

radością.

Jednak bez niego życie traciło blask. Bywały momenty, kiedy Anna czuła się nic nie 

warta. Kiedy dopadały ją myśli, że chłopak kłamał gładko i z rozmysłem.

Bywały chwile, że wolałaby umrzeć, niż zobaczyć go znowu, przekonać się, że miłość - 

którą, jak jej się zdawało, widziała w jego oczach - zniknęła, usłyszeć, że wcale nie jest tak, jak 

sobie wyobrażała.

I   doszła   do   wniosku,   że   nawet   gdyby   tak   się   naprawdę   stało   -   gdyby   wróciwszy 

przyznał, że już jej nie kocha - powinna dziękować losowi za przeżyte wspólnie chwile. Lepsze 

to, niż gdyby nigdy nie poczuła ognia we krwi. Wolała cierpienie niż życie bez świadomości, 

czym jest prawdziwa miłość.

background image

Łzy trochę pomagały, chociaż brzydko potem wyglądała. Dziewczyna schowała lustro 

pod materac. Ojciec nie będzie tam szukał. I chociaż matka na pewno je znajdzie, nie zrobi z 

tego powodu awantury. Zapewne sama była nie mniej próżna.

Zimna woda zlikwiduje czerwone plamy na twarzy. Anna wklepywała kojącą wodę w 

policzki, aż poczuła ulgę. Następnie wciągnęła suknię przez głowę, zapięła ją, rozpuściła włosy, 

przeczesała je i ponownie zaplotła warkocz, ciaśniej niż przedtem. Będzie bolało przez resztę 

dnia, ale za to pozwoli zapomnieć o innym bólu, który nie odstępował ani na chwilę.

Haftowanie?

Ze złością złapała lniany obrus, nad którym męczyła się już tak długo, że poszarzał. 

Nosił ślady plam po spoconych rękach.

Jej rękach.

O Boże, jak znienawidziła ten obrus. Stał się symbolem tego wszystkiego, czego od niej 

oczekiwano,   kogo   chciano   z   niej   uczynić.   Stał   się   tarczą   herbową   jakiegoś   tam   hrabiego, 

którego już teraz nie znosiła.

Kroki   ojca   na   schodach.   Ciężkie.   Jak   uderzenia   dzwonów,   których   bicie   powinno 

niejako przywoływać: „chodź - chodź - chodź”, zachęcać ludzi do przyjścia do kościoła. Lecz 

Anna w tym brzmieniu, któremu towarzyszył głęboki głos ojca, słyszała zawsze coś całkiem 

innego. Dla niej dzwony wołały: „sąd - sąd - sąd”...

Błyskawicznie usiadła na posłaniu. Wiedziała, że ojciec zwróci na to uwagę. Na to, że 

łóżko   nie   jest   porządnie   zaścielone.   Chwyciła   igłę   w   palce,   pośpiesznie   wykonała   kilka 

ściegów. Sama widziała, że nie wyszły dobrze, ale ojciec i tak nie potrafi tego ocenić. Robótki 

to jedna z tych dziedzin, co do których nie mógł wydawać sądów.

Drzwi otworzyły się powoli. Stanął ogromny na środku pokoju. Wypełnił sobą całe 

wnętrze, pomyślała Anna.

- Mam nadzieję, że żałujesz swojego zachowania i czujesz skruchę - rzekł, wbijając w 

córkę surowy wzrok. - Twoja matka jest przez ciebie głęboko nieszczęśliwa, bardzo się na tobie 

zawiodłem, Anno. Nie poznaję cię. Zapowiadałaś się na posłuszną i cnotliwą młodą damę, ale 

ostatnio coś w ciebie wstąpiło. Nie rozumiemy, co się stało. Będziemy się za ciebie modlić. 

Mam nadzieję, że ty uczynisz to samo. Mam nadzieję, że się opamiętasz. Nie możesz nam 

przynieść   wstydu,   kiedy   pojedziesz   do   Danii.   Tam   będą   cię   otaczać   ludzie   prawdziwie 

wykształceni. Tutaj na północy panują obyczaje może zbyt dzikie i dalekie od cywilizowanych. 

Jednak czuję, że właśnie tu zostałem powołany, że jestem tutaj naprawdę potrzebny. Być może 

nie zawsze postępowałem właściwie. Być może to kara za moje grzechy.

Anna przełknęła ślinę i haftowała dalej tak pilnie, jakby od tego zależało jej życie. Nie 

background image

mogła wprost zatrzymać igły na obrusie.

Kara dla niego? O, nie, zna ojca i wie, do czego zmierza, kiedy zaczyna mówić w ten 

sposób. Za wszelką cenę stara się wzbudzić poczucie winy, ale w niej.

Tym razem mu się nie uda. Anna milczała.

- Nie przysparzaj nam więcej trosk, moje dziecko! Złożył ręce. Jego słowa zabrzmiały 

jak modlitwa.

Wiedziała, że ojciec chce właściwie wymusić na niej obietnicę. Ale nigdy jej o to nie 

poprosi - nie wprost.

Nadal milczała.

Na długo zapadła cisza.

-   Nie   masz   nic   do   powiedzenia?   Nie   podniosła   nawet   wzroku.   Po   raz   pierwszy 

sprzeciwiała mu się tak świadomie, z rozmysłem, konsekwentnie.

-   Stałaś   się   aż   tak   harda?   -   usłyszała   ostre   słowa.   -   Jeszcze   to?   Jesteś   niedbała, 

nieporządna, niesłowna, używasz niestosownych wyrazów, odzywasz się nie pytana. Gdzie 

twoja pokora? Gdzie twoja łagodność? Przerażasz mnie, dziecko! Zastanów się nad sobą. Może 

nie zhardziałaś do końca i nie jest jeszcze za późno. Może jest dla ciebie jakaś nadzieja. Upadnę 

na kolana przed moim Bogiem i będę się modlił. Za córkę, którą straciłem. Żebyś na powrót 

stała się pokorna i posłuszna.

Patrzył na Annę przez dłuższą chwilę, po czym wyszedł. Dziewczyna wytrzymała jego 

spojrzenie.

W jednej chwili zdała sobie sprawę, że pragnie wyzwolić się spod władzy rodziców. To 

smutne, ale będzie musiała tak zrobić. Gdyby nie Knut, czułaby się z nimi związana do końca 

życia. Teraz stanie się niezależnym człowiekiem.

Palce nadal prowadziły igłę. Jeszcze długo po tym, jak ojciec zamknął za sobą drzwi - z 

taką samą godnością jak zawsze, oczywiście.

Jeśli chodzi o ojca, nigdy niczego nie robił połowicznie. Był konsekwentny po czubki 

palców. Przykro pomyśleć, ale to najlepsze, co mogła o nim powiedzieć.

Serce biło jej mocno, czuła strach. Wiedziała jednak, że już nigdy nie będzie się bała tak 

bardzo jak do tej pory. Być może ojciec wyczuwał to - zdał sobie sprawę, że traci władzę, i sam 

poczuł się niepewnie.

Anna nie chciała się nad tym zastanawiać. Odłożyła robótkę i zarzuciła szal na ramiona. 

Musiała odetchnąć świeżym powietrzem. Szybko i  cicho zbiegła po schodach, przemknęła 

przez kuchnię obok kucharki, która udała, że nic nie zauważyła, i wypadła na dwór tylnymi 

drzwiami. Wejściem dla służby. Rodzice powiedzieliby pewnie, że to nie przystoi córce pa-

background image

stora, ale nie dbała o to. O wiele  lepiej  rozumiała się z Knutem niż z nimi. A Knut bez 

mrugnięcia okiem wyszedł tylnymi drzwiami.

Anna minęła ogród przy plebanii i wyszła na łąkę. Zaczęła zrywać kwiaty. Późnym 

latem kwitły prawie wszystkie. Stokrotki, niemal równie dumne jak jej ojciec, dzwonki na 

swoich chudych łodyżkach, jaskry, które skradły słońcu złocistożółty blask i jaśniały na zielo-

nej   łące,   zamiast   wypełniać   niebo.   Kwitł   też   biały   krwawnik,   który   potrafił   lekko   się 

czerwienić, wpadając w róż, koniczyna i jaskrawo czerwona wierzbówka...

Anna zbierała wszystkie. Ułożyła je w piękny bukiet, pełen radosnych kolorów lata. 

Związała łodyżki słomą. Nogi same poniosły ją wzdłuż ścieżek, którymi tak często chodziła.

Zawsze zatrzymywała się przy tym samym grobie.

Przed prostym, zniszczonym od niepogody krzyżem, na którym trudno było odczytać 

nazwisko.

Lubiła ugiąć tu kolana, uklęknąć na miękkim mchu i prowadzić w myśli rozmowy z 

człowiekiem, który był ojcem Knuta.

Przyszła tu z kwiatami ze względu na Knuta, ze względu na tego człowieka - dla siebie 

samej.

Nie potrzebowała zresztą żadnego powodu...

Tym razem ojciec podążył za nią. Mech tłumił jego kroki, tak że nie słyszała go, dopóki 

nie stanął tuż obok.

- Czcisz jakiegoś obcego zmarłego - jego głos był pełen wyrzutu - a swojej matki nie 

umiesz...

Anna   podniosła   na   niego   wzrok.   Łatwiej   było   powstrzymać   się   od   kąśliwych 

odpowiedzi tu poza domem, pod otwartym niebem.

- Skąd to przywiązanie do obcego człowieka? Widywałem, że często przynosisz tu 

kwiaty. Ten człowiek zmarł, zanim ty się urodziłaś.

- Był tu obcy - odparła Anna. - Pomyślałam, że to smutne, iż nikt o nim nie pamięta. Nie 

chciałabym umrzeć, wiedząc, że nikt nie pochyli się nad moim grobem.

- Brednie - stwierdził. - Pamiętam go. Był nikim. Zwykły cherlak. Chorował, to prawda, 

ale też nie miał charakteru. Nie rozumiem, dlaczego ludzie wiążą z nim tę historię o złocie. Nie 

byłby w stanie znaleźć skarbu, nawet gdyby go tam zaprowadzono. Był słaby i chwiejny jak 

wierzbowa gałązka na wiosnę.

Anna nie odezwała się. Przełknęła ślinę. Ojciec nie zdawał sobie sprawy, że wyraził 

swój sąd wobec człowieka, który w pewnym sensie stał się jej bardzo bliski.

- Za to jego żona mimo wszystko o wiele bardziej zasługiwała na uwagę - mówił dalej 

background image

ojciec.

W jego wzroku pojawiło się coś, czego Anna do tej pory nie widziała. Co prawda tylko 

na mgnienie oka, ale jednak dostrzegła to. A brzmienie głosu wyrażało podziw.

- Nie była damą, broń Boże. Raczej wręcz przeciwnie. Nie była nienaganną kobietą... w 

tym sensie, ale miała charakter i wiedziała, czego chce. Nawet sędzia nie potrafił jej omamić. 

Dostawała zawsze to, czego chciała, za każdym razem... wspaniała Raija.

Cechy, które ojciec potępiał i którymi gardził, jeśli odznaczały się nimi inne kobiety, 

urastały niemal do rangi cnót w przypadku Raiji.

Anna zapragnęła ją poznać. To, że wywarła takie wrażenie na ojcu, świadczyło, że nie 

była zwyczajną kobietą.

- Jeśli miałabyś położyć kwiaty na czyimś grobie, to raczej jej się należą - rzekł ojciec. - 

Chociaż Raija chyba nie umarła. Kobiety takie jak ona wydają się zdolne przeżyć wszystko. 

Jeden Bóg raczy wiedzieć dlaczego. Może żeby mogły odpokutować za grzechy.

Anna   nie   znała   odpowiedzi.   Patrzyła,   jak   ojciec   znika   w   drzwiach   kościoła.   Sama 

pozostała na klęczkach przy grobie.

- Nie wierzę, żebyś był taki słaby, jak mówi ojciec - rzuciła w stronę krzyża. - Myślę, że 

byłeś   więcej   wart,   bo   znam   twojego   syna.   A   on   jest   najlepszym   człowiekiem,   jakiego 

spotkałam. Wydaje mi się, że nie jest zbytnio podobny do matki. Przynajmniej sądząc po tym, 

co usłyszałam. Musi być raczej podobny do ciebie. Modlę się, żeby znalazł to, co dla niego 

zostawiłeś. Nie dlatego, że sama potrzebuję luksusu. Ale dlatego, że to dla niego takie ważne. 

Myślę, że to ma coś wspólnego z poczuciem godności. Nie wiem. Nigdy nie żyłam w takich 

warunkach jak wy. Jak Knut. Chcę tylko, żeby Knut był szczęśliwy. Pragnę, by był tu przy 

mnie. Potrzebuję go.

Grób nie mógł jej odpowiedzieć. Anna nie była aż tak naiwna, by tego nie rozumieć.

Jednak znajdowała tu spokój, którego nigdzie indziej nie zaznała.

Zastanawiała się, czy Knut przychodził tu z tego samego powodu. Nigdy o tym nie 

rozmawiali.

Annie   brakowało   kogoś,   z   kim   mogłaby   się   podzielić   własnymi   myślami.   Zanim 

spotkała Knuta, nie przyszłoby jej to nawet do głowy.

Teraz bardzo potrzebowała takiej rozmowy, dzięki niej stawała się coraz silniejsza. A 

ponieważ nie mogła porozmawiać z Knutem, przychodziła tutaj. Prochy spoczywające głęboko 

pod czarną ziemią nie mogły nikomu powtórzyć jej słów. Jej tajemnice były tu bezpieczne. Ale 

w gruncie rzeczy jednak wciąż pozostawała samotna. Zwierzenia przynosiły tylko nieznaczną 

ulgę.

background image

- Czas tak szybko mija - rzekła cicho. Tak cicho, że jej słowa zabrzmiały jak szept. To, 

co teraz miała powiedzieć, należało wyznać szeptem, mimo że zwracała się do zmarłego. - Knut 

musi wrócić. Nie może mnie zawieść. Musi przyjść, choćby obdarty i bez grosza w kieszeni. 

Kocham go mimo wszystko. I potrzebuję, by był przy mnie.

Na chwilę skrzyżowała ręce na łonie.

- Noszę w sobie nasze dziecko - szepnęła, starając się powstrzymać łzy. - Noszę w sobie 

twojego wnuka, Karlu Kristiansenie Elvejord.

background image

12

Lato miało się ku końcowi. Knuta często ogarniało przygnębienie. Chłopak tak dawno z 

nikim nie rozmawiał, że ledwie pamiętał, jak to jest. Musiał prowadzić rozmowy z samym sobą 

ze strachu, że gardło całkiem mu zardzewieje.

Niedługo po tym, jak się zatrzymał nad rzeką, w pobliżu przechodziło kilku mężczyzn. 

Zdążył na szczęście ukryć blaszaną misę. Uwierzyli, kiedy powiedział, że jest myśliwym. Miał 

już wtedy trochę skór rozwieszonych do suszenia.

Od tamtego czasu znacznie ich przybyło. Knut polował. Nie mógł bez reszty oddać się 

poszukiwaniom. Polowanie było źródłem jego utrzymania. Być może trafią się jacyś kupcy 

znad Zatoki Botnickiej, którzy zechcą kupić skóry. Mógłby pojechać na najbliższy jarmark. 

Jednak nie z powrotem do Skibotn...

Zamierzał pozostać wiernym swojemu marzeniu tak długo, jak to możliwe. Dopóki 

starczy mu nadziei.

Poza polowaniem i szukaniem złota wynajdował sobie inne zajęcia, które trzymały go 

przy życiu. Łowił ryby. Z mężczyznami, których spotkał, wymienił się na sól i solił ryby. Nie 

musiał tego robić. Ryb było pod dostatkiem.

Czasami ogarniała go wściekłość, musiał ją jakoś rozładować.

Wtedy szedł i szedł, wędrował godzinami wzdłuż odnogi rzecznej. Starał się nie myśleć, 

nie rozglądać wokół. Zdawało mu się, jakby żył w próżni, a jedynym sposobem wyrwania się z 

niej było odsunięcie się od wszystkiego, co stało się znajome i bliskie.

Ryby i skóry to jego zabezpieczenie. Musiał mieć coś w zanadrzu. Nawet jeśli jego 

marzenie się nie spełni, nie przyjdzie po Annę z pustymi rękoma. Błogosławieństwa pastora 

pewnie nie dostaną, ale ofiaruje jej coś więcej niż dwie puste ręce.

Boże,   jak   do   niej   tęsknił!   Kiedy   zamykał   oczy,   widział   ją   tak   wyraźnie,   że  chciał 

wyciągnąć ramiona i ją objąć.

Czuł się teraz tysiąc razy bardziej samotny niż przedtem.

W   marzeniach   wiele   razy   przychodził   na   plebanię.   Służąca,   która   mu   otwierała, 

mierzyła go wzrokiem od stóp do głów - kamizelka z brokatu, dewizka od zegarka z ciężkiego 

metalu, nienaganny garnitur i wysokie skórzane buty oraz kapelusz, którego nie zdejmował 

przed służbą, przekonywały ją, że należy go wpuścić do środka. Mimo że pastor nie został 

uprzedzony o wizycie.

Anna   bladła,   kiedy   wchodził   do   salonu,   tego   samego,   do   którego   kiedyś   ją 

przyprowadził. Pastor stał za tym samym wielkim biurkiem.

background image

Ale   usiadł,   kiedy   Knut   Elvejord   wyłożył   swoją   sprawę:   bez   zbędnych   ceremonii 

poprosił o rękę Anny. I rzucił kilka skórzanych worków czystego złota, żeby udowodnić, że jest 

w   stanie   zapewnić   Annie   odpowiednie   warunki   życia   nie   gorzej   niż   jakiś   podstarzały 

arystokrata za granicą.

Marzenia kończyły się zawsze tak samo: pastor - co prawda z pewnym ociąganiem - 

udzielał zgody...

Knut zdawał sobie sprawę, że rzeczywistość może okazać się bardziej gorzka. Coraz 

częściej myślał o tym, że on i Anna będą zmuszeni uciec. Tak czy owak.

Żałował, że nie uczynili tego już wiosną. Powinien był pozwolić dziewczynie pójść ze 

sobą. Być może zmarnowali mnóstwo czasu, który mogli spędzić razem.

Samotność i dotkliwa tęsknota były chyba gorsze niż bieda. Knut doszedł do wniosku, 

że wolałby żyć z Anną w biedzie, niż ją stracić. Nie mógł jednak skazać dziewczyny na taki los, 

nie pytając jej o zdanie.

Kochał ją tak bardzo, że pozwoliłby jej odejść, gdyby tak było dla niej lepiej. Przedtem 

sądził, że nie można do tego stopnia kochać drugiego człowieka.

Nadal przepłukiwał żwir. Całymi dniami stał w lodowatej wodzie i przepłukiwał piasek. 

Obracał   go   na   misie.   Stopniowo   doszedł   do   wprawy.   Teraz   śmiał   się   z   pierwszych 

nieporadnych prób. Opanowanie tej sztuki zabrało mu całe tygodnie. Mógł tylko polegać na 

sobie i uczyć się na własnych błędach.

Nawet teraz nie był pewien, czy wszystko robi dobrze. Bywało, że się zastanawiał, 

czego w ogóle szuka.

Nigdy nie widział złota. Całą swą wiedzę czerpał z tego, co usłyszał od innych. Z 

opowieści Reijo. Z opisów Reijo, jakie to wrażenie poczuć w rękach złoto znalezione przez 

Kallego. O ciężarze, chłodzie - o błogości, jaka ogarniała człowieka, kiedy trzymał kruszec w 

palcach.

Miało złoty kolor. Musiało błyszczeć.

Reijo powiedział, że ze złotem jest jak z miłością. „Wiesz, co masz, kiedy to masz”.

Knut rozumiał już, co to miłość, choć jeszcze całkiem niedawno miał o niej dość mgliste 

pojęcie. Ufał też, że się zorientuje, że znalazł złoto, kiedy się na nie natknie.

Pragnął, by się okazało, że Kalle zdążył wydobyć całe złoto i gdzieś je ukryć. Wtedy 

sam łatwiej by sobie poradził. Ale ojciec wyraźnie dał do zrozumienia, że skarb czeka na tego, 

kto bardzo pragnie go zdobyć. Kto zechce zadać sobie trochę trudu.

Tak,  Knut nieźle się natrudził. I co? Nadal był tak samo biedny. Gdyby pot kapał 

złotem, chłopak już dawno mógłby powrócić do Alty.

background image

Ale   widać   nie   miało   pójść   tak   łatwo.   Zdarzało   się,   że   przeklinał   ojca,   iż   ten   nie 

wytłumaczył Raiji, gdzie dokładnie znajduje się złoto. Zdarzało się też, że podejrzewał matkę, 

iż dobrze znała owo miejsce, ale zachowała je w tajemnicy.

Świadomie zamierzała pozbawić syna spadku po ojcu. Chociaż sama nie wzięła złota, 

chciała i Knutowi uniemożliwić zdobycie skarbu. Ponieważ ubzdurała sobie, że złoto przynosi 

nieszczęście.

Tak jakby bogactwo mogło sprowadzać nieszczęście! Nonsens!

Sama nie mogła służyć za przykład, że w biedzie człowiek jest w stanie zaznać więcej 

szczęścia.

Po   długich   chwilach   spędzonych   w   samotności   Knuta   przepełniała   gorycz. 

Niewiarygodne, co zwątpienie może uczynić z ludzką duszą.

Każdy następny dzień był taki sam jak poprzedni. Knut wstawał razem z ptakami. Łykał 

coś w pośpiechu i ruszał ponawiać próby w nowym miejscu. Uważał, że przeczesał chyba 

każdy   fragment   rzeki   w   tym  punkcie,   który   Kalle   wyraźniej   zaznaczył.   Przejrzał   na  swej 

blaszanej misie każde ziarenko z dna, lecz znalazł tylko zwykły, szary piach. Poszukiwania 

straciły smak wielkiej przygody.

Potem zmieniał mokre ubranie, rozwieszał je w słońcu lub rozkładał w chacie przy 

palenisku, a następnie wyruszał sprawdzić sidła. Kiedy wracał, robił sobie coś do jedzenia. Jadł 

w   spokoju   i   skupieniu.   Czegoś   się   jednak   w   domu   nauczył.   Właśnie   w   takich   chwilach 

napływały myśli, których najchętniej by do siebie nie dopuszczał.

Codziennie odganiał je wraz z rozpoczęciem kolejnej próby. Zanim oporządził złapane 

ptactwo i ryby - i przed zanurzeniem w strumieniu blaszanej misy.

Dopiero   kiedy   niebo   na   zachodzie   się   czerwieniło,   zaczynał   myśleć   o   spoczynku. 

Celowo z tym zwlekał. Nigdy się nie kładł, dopóki nie czuł się tak bardzo zmęczony, że 

zasypiał,   zanim   jeszcze   porządnie   ułożył   się   na   posłaniu.   Dzięki   temu   nie   nachodziły   go 

wieczorem dręczące myśli. Jednak sny miał chaotyczne i pełne bólu.

Rzadko kiedy udawało mu się porządnie wypocząć.

Czuł się wyczerpany. Policzki mu się zapadły, wokół ust pojawiły się bruzdy, a wokół 

oczu zmarszczki, które zwykle trudno dojrzeć na twarzach osiemnastolatków.

Knut jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Powierzchnia wody nie zdradzała takich 

szczegółów. A nie miał innego zwierciadła.

Lato mijało zbyt szybko.

Knut nie liczył dni. Ale zauważył upływ czasu, kiedy wieczory stały się chłodniejsze, a 

wrzosowisko pokryło się czerwonym płaszczem.

background image

Drzewa pożółkły. Gubiły liście.

Woda w rzece torturowała go codziennie, ale tak do tego przywykł, że się tym nie 

przejmował.

W głowie dźwięczały mu ciągle te same słowa:

„Późną jesienią... późną jesienią”.

Czy późna jesień to okres, kiedy drzewa całkiem już tracą liście, czy raczej moment 

pojawienia się pierwszego śniegu?

Wątpliwości nie dawały mu spokoju. O każdej godzinie dnia rozważał za i przeciw.

Mógłby już wyruszyć do Alty. Boże, jak bardzo tego pragnął! Nikt inny, tylko on sam 

podejmował decyzje. Niechby go pastor wyrzucił z domu, lecz on i tak zabrałby Annę. Mogliby 

razem tu wrócić. I szukać dalej. Płaskowyż jest ogromny. Wątpliwe, czy ktoś by ich znalazł...

A gdyby tak zostać jeszcze jeden dzień? Ten dzień może odmieni całe jego życie. Jeśli 

jeszcze trochę poczeka, to może pójdzie po Annę jako bogacz. Mógłby wtedy naprawdę rzucić 

pastorowi na stół worki wypełnione złotem.

Nadal istniała taka szansa...

Droga do Alty zabierze mu jakiś tydzień. Może mniej, miał do kogo się śpieszyć. Nie 

musi robić wielu przystanków. Zaryzykuje i jeszcze trochę poczeka.

Ogarnęło go jakby oszołomienie. Gorączka, której nie był w stanie nazwać słowami, 

nad którą nie mógł zapanować. Zawładnęła nim bez reszty, całą jego wolą. Jeszcze tylko jeden 

dzień.

Tylko jeden.

Jeszcze jeden jedyny dzień...

Liście   opadły.   Drzewa   zrzuciły   letni   strój,   a   potem   nawet   jesienny   płaszcz.   Nagie 

oczekiwały tegoco musiało nadejść.

Knut wmawiał sobie, że do późnej jesieni wciąż zostało jeszcze trochę czasu. Pójdzie do 

Alty. Dotrzyma obietnicy. Nienawidził myśli o tym, że zjawi się z pustymi rękami, równie 

biedny i zaniedbany,  jak gdy odchodził, równie obcy w świecie  Anny. Być może jeszcze 

bardziej obcy. Gdyby wrócił teraz, straciłby nawet marzenie.

Płaskowyż przybrał kolor rdzawoczerwony. Prawie brązowy.

Natura   wstrzymała   oddech.   Wieczorami   coraz   wcześniej   robiło   się   ciemno.   Wtedy 

pojawiały   się   cienie.   W   jeden   z   takich   wieczorów   Knut   wspiął   się   na   skałę.   Uciekał   od 

wszystkiego. Najbardziej pragnął uciec przed sobą samym.

Zastanawiał się, jak czul się tutaj ojciec. Zaczynał wątpić: to chyba nie to miejsce. Nie 

ma żadnego skarbu. Tato był chory i miał przywidzenia.

background image

Ale Kalle Elvejord znalazł przecież złoto. Nawet Reijo to potwierdził. Co on takiego 

powiedział?

Jak to brzmiało, słowo po słowie?

Knut usiadł na skraju występu skalnego i próbował sobie przypomnieć.

„To jest jak oszołomienie, Knut. Silniejsze niż może ci dać jakikolwiek trunek. Niemal 

równie   silne,   jak   kochanie  się   z   kobietą,   którą   ubóstwiasz.   Zimne.   Ciężkie.   Lśniące.   Sam 

blask... Raija nazywała to żółtym światłem. Nie potrafię tego lepiej opisać. Stałem tak z tym 

zimnym, ciężkim kamieniem w dłoni i byłbym w stanie dopuścić się morderstwa, żeby je 

zachować. Takie to uczucie - przez chwilę...”

Knut wciągnął wieczorne powietrze. Szumiało mu w uszach, lecz to nie wiatr.

Ogarnęła go dziwna jasność.

Powinien był słuchać słów Reijo. Powinien był słuchać. Powinien był pomyśleć.

„Kamień”, powiedział Reijo. Kamień - a nie piasek.

Wystarczająco duży, by rozsyłał blask, by trzymać go w dłoni, by mocno zacisnąć na 

nim palce.

Knut zaczynał nabierać pewności, że zarówno Raija, jak i Reijo kłamali, twierdząc, że 

niczego nie znaleźli. Raija szukała złota. Reijo przyznał, że i on szukał.

Oboje   mieli   przecież   szkic,  według  którego   mogli  się   kierować.   Oboje   wiedzieli   o 

darniowej chacie, o szlakach, które przemierzał Kalle.

Oboje mówili, że nic tu nie ma.

- Boże - westchnął Knut ku ciemnemu, nieprzystępnemu niebu. - Boże, jakże byłem 

bezmyślny. Zaraz zapadnie noc. Zabrałeś mi światło, nie mogę tego sprawdzić wcześniej niż 

jutro rano. Dlaczego mi to robisz? Czy aniołowie zazdroszczą Annie i mnie? Moglibyśmy już 

być razem. Czy to sposób, żeby nas wypróbować?

Knut wpatrywał się w dół na osypisko. Widział tylko ciemność i jeszcze ciemniejsze 

cienie rzucane przez kamienne bloki. Tak dobrze je znal. Patrzył na nie tak wiele razy, nie 

widząc ich. Rozwiązanie musiało znajdować się tam w głębi. Jeżeli istniała jakaś odpowiedź, 

jeżeli krył się tu jakiś skarb, to właśnie tam.

Kto mógłby lepiej strzec niezmierzonego skarbu niż właśnie potępione dusze zbójców 

ze wschodu?

Jeśli Czudowie zginęli pod tym osypiskiem, to właśnie dla niego pilnowali bogactw.

Knutowi wydało się to śmieszne. Siedział na szczycie brązowoczarnej góry w zimną 

jesienną noc i śmiał się, a jego śmiech niósł się echem daleko nad płaskowyżem.

Noc pokryła ziemię cienką warstwą szronu. Przy każdym oddechu Knut wypuszczał 

background image

nosem białe obłoczki pary. Nad ranem trząsł się z zimna. Starał się dobrze zapamiętać ten 

dzień, zwracał uwagę na każdy drobiazg. Opowie o tym Annie. Może to właśnie początek ich 

nowego życia?

Na południowym wschodzie zamajaczyło coś czerwonego. Słońce. Nie wolno mu tego 

zapomnieć. Warto zapamiętać ryby wyskakujące niemal na brzeg rozlewiska. Zwrócił uwagę na 

kruki przelatujące obok. Słuchał ich skrzekliwego krakania - i pomyślał o matce. Nigdy nie 

zrozumie, jak ktoś mógł nazwać kobietę, którą kochał, tak brzydkim określeniem: Mały Kruk. 

Mikkal tak mówił do Raiji.

Knut nie widział nic pięknego w tym czarnym padlinożercy.

Wszedł między kamienne bloki. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał?

Nie  miał   pojęcia.  Chyba po prostu  nie  przyszło  mu to do głowy.  Życie  jest   pełne 

przypadków. Traf chciał, że nie przeszukał skał.

Po jakimś czasie znalazł jamę.

Dopiero kiedy już zamierzał zrezygnować na dobre, uderzyła go regularność, z jaką 

ułożone były niektóre kamienne bloki.

Gdyby dwa lub trzy leżały w jednej linii, można by to uznać za przypadek. Grzbiet 

wydawał się dość prosty. Ale żeby po pięć - sześć kamieni układało się w kilka równych 

rzędów...

Musiał się o to postarać ktoś jeszcze, nie tylko sama natura.

Knut poczuł silne uderzenia serca, kiedy przetaczał pierwsze bloki. Okazały się lżejsze, 

niż myślał. Na tyle lekkie, że nawet kobieta mogłaby je przesunąć...

Za nimi ukazał się otwór, który wyglądał jak zagłębienie w skale. Ktoś mógłby tak 

pomyśleć, ktoś, kto nie sprawdził dokładniej.

Knut upadł na kolana, nie mając pojęcia, że tak samo klęczał również Kalle Elvejord 

dokładnie w tym samym miejscu prawie dwadzieścia lat temu.

Następnie   wczołgał   się   do   środka.   Starał   się   nie   wyobrażać   sobie   Bóg   wie   czego, 

chociaż wszystko w nim szalało z radości.

Był pewny zwycięstwa, w głębi duszy nie miał już żadnych wątpliwości.

Anno, Anno, powinnaś to zobaczyć! Powinnaś być tu razem ze mną i przeżyć to, co ja! 

Nigdy nie zdołam ci opowiedzieć, jakie to uczucie.

Otwór   rozszerzał   się   -   przeszedł   w   jamę,   w   której   Knut   mógł   swobodnie   usiąść, 

wprawdzie  musiał  odrobinę pochylać głowę, ale za to swobodnie wyciągał  ramiona. Mógł 

wymachiwać rękoma, nie dotykając skalnych ścian.

Ciemna   pieczara.   Pieczara   w   litej   skale.   Pieczara   o   ścianach,   na   których   lśniły 

background image

błyszczące pasy.

Knut przyzwyczaił wzrok do ciemności. Zobaczył jaśniejsze smugi. Nie wiedział, że 

ojciec starał się ten lśniący kruszec przesłonić ziemią i żwirem. Na wypadek gdyby ktoś obcy 

trafił do jaskini.

Już dawno temu wilgoć zlikwidowała ów kamuflaż.

Knut ujrzał pasy na skalnej ścianie. Wtedy zdał sobie sprawę, że Reijo miał rację: 

rozpoznał to, kiedy to zobaczył.

Udało się. Odnalazł swoje dziedzictwo. Swoją przyszłość.

Zerwał ze wszystkimi dotychczasowymi przyzwyczajeniami. W pośpiechu zjadł solidny 

posiłek i dopiero wtedy pobiegł z powrotem do jaskini.

Kiedy wyruszając na poszukiwania przygotowywał sprzęt, nie przypuszczał, że będzie 

się musiał  wspinać po nagich skałach. Sądził, że jedyną niezbędną rzeczą będzie misa do 

płukania piasku.

Wszystkie  te  godziny,  dni,  tygodnie pracy bez wytchnienia po  kolana w lodowatej 

wodzie, okazały się stracone nadaremnie. Męczył się tak, marzł i cierpiał, ponieważ sądził, że to 

jedyny sposób.

A skarb przez cały ten czas leżał tuż przed jego nosem. Tuż za chatą. Nie zadał sobie 

trudu, by dokładnie zbadać okolicę. Wszystko przez błąd, który sam popełnił.

Knut nie miał kilofa. Jedynie niewielki toporek, który bez żalu poświęcił, żeby wydobyć 

złoto ze skalnej ściany.

Wzruszył się, kiedy zauważył, że w miejscu, gdzie ze wszystkich sił uderzył, istnieją 

jeszcze ślady pozostawione przez innego człowieka. To na pewno tato wyrąbywał tu skałę - 

dokładnie tak jak on.

Dopiero w tej chwili Knut uświadomił sobie, jak wiele łączy go z ojcem. Pracował bez 

wytchnienia, aż w końcu ze zmęczenia nie mógł utrzymać trzonka. Ostrze toporka bardzo 

ucierpiało, lecz chłopak pocieszał się myślą, że będzie mógł sobie kupić sto innych. Jeżeli 

zechce.

Wyrąbał już sporo kamieni różnej wielkości - od odłamków nie większych od ziaren 

żwiru do bryłek wielkości pięści. Będzie miał co dźwigać w drodze do Alty, lecz Anna jest tego 

warta.

Serce mu rosło. Spojrzał w czyste, gwiaździste niebo i zadał sobie pytanie, czy Kalle 

Elvejord może teraz zobaczyć z góry swego syna.

Knut chciał, żeby tak było.

Napełnił worek.

background image

Sakwa   była   jedynym   przedmiotem,   który   łączył   go   z   ojcem.   To   wszystko,   co 

odziedziczył. Pustą sakwę - sakwę nie zawierającą nic oprócz marzeń.

Knut uległ ich magii i podjął wyzwanie, dał się porwać przygodzie.

Pomyślał, że Kalle byłby szczęśliwy, gdyby razem z synem mógł przeżyć tę chwilę. 

Sakwa,   która   tak   długo   nosiła   tylko   marzenia,   wypełniła   się   po   brzegi   rzeczywistym 

bogactwem.   Skarbem,   o   jakim   Knut   nawet   nie   miał   odwagi   śnić.   A   przecież   nie   zabrał 

wszystkiego. W jamie zostało jeszcze sporo złota, a on jako jedyny wiedział, gdzie szukać. 

Teraz nie istniały już rzeczy niemożliwe. Dla człowieka tak bogatego jak on nie istniały żadne 

granice.

Nagle świat stanął przed nim otworem. Chłopak zdał sobie z tego sprawę. Teraz jest 

kimś więcej niż zwykłym synem rybaka. Syn Kallego i Raiji będzie człowiekiem, którego 

ludzie   zapamiętają.   Kiedy   odejdzie,   zostanie   po   nim   coś   więcej   niż   tylko   nazwisko   na 

drewnianym krzyżu.

- Idę po Annę, tato - zwierzył się ojcu, patrząc w niebo. - Idę po córkę pastora z Alty i 

ożenię się z nią. Tego się po swoim synu nie spodziewałeś, prawda?

Tej nocy Knut spał z głową wspartą na sakwie. Było mu niewygodnie i prześladowały 

go jakieś senne mary, zbyt jednak zamazane, by je rozpoznać. Ale się nie przebudził. Nie 

wcześniej niż przed nastaniem poranka.

Tego Poranka.

Zjadł, spakował niezbędne rzeczy. Dodatkową zmianę ubrania można zostawić. Garnki. 

Większość   jedzenia.   Knut   nauczył   się   nie   wyrzucać   tego,   co   jeszcze   może   się   przydać. 

Wszystko schował w jaskini. I tknięty przeczuciem postąpił tak samo, jak przed laty uczynił 

jego ojciec: zamaskował smugi na skalnej ścianie. Zamazał je popiołem z ogniska. Posmarował 

mokrą ziemią i piaskiem. Zakrył, żeby nikt niepowołany nie odkrył jego skarbu.

Potem wyczołgał się z jamy i na powrót przysunął kamienne bloki. Zastanawiał się, kto 

zrobił to przed nim. Nie sądził, żeby Kalle był do tego zdolny.

Bardziej prawdopodobne, że to sprawka Raiji.

Knut zmienił nieco układ kamieni. Ustawił je w sposób bardziej przypadkowy, bardziej 

naturalny.

Widok równych rzędów zbyt łatwo nasuwał myśl, na którą on sam wpadł dzisiejszej 

nocy...

To jego skarb. Nikt nie może mu go odebrać. Prawnie mu się należy. Nie zamierzał 

jednak kupować tej ziemi. Gdyby tak uczynił, inni odgadliby prawdę. Z pewnością by go 

okradli.

background image

Opróżni jaskinię z tego, co się da, potajemnie. Zabierze skarb i dobrze ukryje. Posłucha 

rady  Hannu:  przyzna  się,   że  znalazł   trochę   złota  w  rzece.   Będzie   żył   zgodnie   z  prawem. 

Zatrzyma się w jednym miejscu wystarczająco długo, by go zapamiętali. A potem razem z 

Anną wyjadą gdzieś i osiądą tam, gdzie nikt ich nie zna. Tam gdzie od początku dadzą się 

poznać jako ludzie bogaci. Dopiero tam zaczną prawdziwe życie. Zamieszkają w pięknym 

domu. W pałacu. Z Anną, dziećmi...

Z rodziną, której właściwie Knut nigdy nie miał. Zwykłą rodziną, bez podniesionych 

głosów i kłótni.

Zniszczył chatę.

Pusta   ziemianka   może   przyciągać   ludzi   niezależnie   od   tego,   jak   daleko   od 

uczęszczanych dróg się znajduje. Bez żalu zrównał ją z ziemią. Dała mu dach nad głową. To 

wszystko. Nie wiązały go z nią żadne uczucia.

Zniszczył   miejsce   na   ognisko,   ułożone   w   krąg   kamienie   wrzucił   do   rzeki.   Popiół 

wdeptał w ziemię, pokrył żwirem i darnią.

Natura postara się o to, żeby lepiej zamazać wszystkie ślady. On tylko trochę pomógł.

Wspiął się na skałę, żeby pozostawić jak najmniej odcisków stóp. Trudno jest zostawić 

ślad na kamieniu.

Poza tym stąd szybciej trafi na ścieżki prowadzące do ludzi.

Czeka go długa droga. Ciężar niesiony na plecach dodatkowo ją utrudni.

Nastała późna jesień.

Nie miał czasu do stracenia.

background image

13

Zima przyszła wcześnie tego roku. Ledwie zaczął się październik, a śnieg już leżał i na 

wodzie pojawiła się cienka warstwa lodu. Wiał bezlitosny wiatr z północy, niosąc ze sobą 

mroźny oddech z bieguna.

Zła pogoda zaskoczyła Knuta, zanim dotarł do miasta. Pożałował, że zostawił w jaskini 

ubranie na zmianę. Musiał iść równym krokiem, żeby pot na jego ciele nie zamarzał i go nie 

wyziębił.

Śnieg utrudniał marsz. Kumagi nasiąknęły wilgocią. Na szczęście Knut wymościł je 

turzycą. Sucha trawa chroniła bose stopy przed wilgocią, utrzymywała ciepło i zapobiegała 

odmrożeniom.

Myśl o Annie dodawała mu sił, inaczej dawno by już upadł z wyczerpania. Pogoda 

złagodniała, jakby bogowie byli po jego stronie. Uciszyło się na tyle, że Knut w ciemności 

mógł dostrzec światła Alty.

Wpatrywał się w jaśniejące punkciki i uparcie podążał w ich stronę. Zatrzymał się przy 

plebanii. W pierwszym odruchu zamierzał wejść, ale się cofnął. Budynek był oświetlony, tak 

jak Knut to widywał wiele razy przedtem. Okno Anny pozostało jednak tajemnicze i ciemne. 

Jak   zamknięte   oko.   W   stronę   wspaniałej   posiadłości   pastora   zmierzało   wiele   osób.   Knut 

zauważył to, lecz uznał, że to nic szczególnego.

Anna...

Była tam - tak blisko. Nagle tak blisko po nieskończenie długim czasie rozłąki.

I nie był w stanie jej dosięgnąć. Nie mógł tak stać i wpatrywać się w ciemne okno. 

Dziewczyna nie dojrzy go w ciemności. Nie mógł się z nią skontaktować. Nie teraz. Musiał się 

z tym pogodzić.

Nadal pozostawał wyłączony z tego świata, który trzymał Annę z dala od takich jak on. 

Zamierzał to zmienić, ale potrzebował więcej czasu niż tych kilka godzin, które pozostały do 

końca dnia.

Niedaleko znajdował się świat, który chętnie otworzy przed nim drzwi, świat, gdzie 

zaszczytem było być Finem. Gdzie choć słowo „Kwen” brzmiało obraźliwie, oznaczało to, co 

zwyczajne.

Knut powlókł się do fińskiej części Alty. Odnalazł chatę Hannu i Jussiego i zapukał do 

drzwi.

Zapamiętał tylko słabe światło lampy na stole oraz Hannu i Jussiego siedzących po obu 

stronach.

background image

- Witamy z powrotem! - zawołał Jussi. - Myśleliśmy, że cię już więcej nie zobaczymy.

Knut usiłował usiąść, ale nie był w stanie. Zakręciło mu się w głowie. Gospodarze 

położyli go w kuchni na rozkładanym łóżku.

- Jak dobrze - odezwał się zmęczony. - Przebyłem daleką drogę.

- I masz ciężki bagaż - stwierdził Hannu, patrząc znacząco na sakwę. - Udało ci się?

Knut skinął głową.

- Postąpiłeś zgodnie z moją radą?

- Może.

Hannu uśmiechnął się, a jego zarośnięta twarz wydała się sympatyczna.

- To mi się podoba. Uczysz się, chłopcze! Całkiem słusznie. Nawet nam nie powinieneś 

ufać!

- Obiecałem, że o was nie zapomnę, prawda? Dotrzymuję obietnic.

- Nami nie musisz się przejmować. Knut jednak zauważył, że ci dwaj rośli mężczyźni 

wzruszyli się, że o nich pamiętał.

- Co zamierzasz teraz zrobić?

- Ożenić się - rzekł Knut stanowczo.

- O, nie wiedzieliśmy, że jest jakaś dziewczyna - poskarżyli się oburzeni. - Trzymałeś to 

przed nami w tajemnicy?

Uśmiechnął się. Pomyślał o Annie.

- Jest jeszcze wiele rzeczy, których o mnie nie wiecie, chłopaki. Ale tyle mogę wam 

powiedzieć: jeszcze wielu w Alcie zaskoczę.

Hannu spojrzał znacząco i tajemniczo.

- Powiedzmy, że jest w tobie coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Podali mu kolację. Cienką zupę z kaszą jęczmienną i kawałkami ryby. Knut delektował 

się nią niczym iście  pańską  potrawą.  Na  płaskowyżu żywił   się głównie  dzikim  ptactwem, 

drobną zwierzyną i rybami, ale czegoś takiego dawno nie miał w ustach. Zupa podziałała zba-

wiennie. Chłopak  czuł,  jak wracają  mu siły,  zdołał usiąść.  Kiedy podali  mu kubek  kawy, 

odniósł wrażenie, jakby się znalazł w siódmym niebie.

Nie chciał spać. Zbyt długo był sam, zbyt długą odbył drogę, by po prostu spokojnie 

teraz zasnąć.

- Jak ci się udało znaleźć to, czego tak wielu szukało? - zdziwił się Jussi. - Wielu 

próbowało przez całe życie. Tobie wystarczyło jedno lato.

-   Być   może   wiedziałem   więcej   niż   inni...   -   odparł   Knut.   -   Może   było   mi   to 

przeznaczone.

background image

Popatrzyli na niego pytająco. Czekali na wyjaśnienia. Powiedział już zbyt wiele, by 

resztę zachować w tajemnicy.

- Opowieści o skarbie są po części prawdziwe - rzekł z wahaniem. - Grób człowieka, 

który go znalazł, znajduje się tu w Alcie.

Skinęli głowami. Wiedzieli o tym.

- Był moim ojcem. Chłopak mógł to teraz wyznać z dumą. Przekonał się, że Kalle 

Elvejord był kimś więcej niż niepoprawnym marzycielem.

- Twoim ojcem, mówisz? Hannu ściągnął usta i gwizdnął cicho.

- To trochę wyjaśnia. Ale przecież on umarł bardzo młodo. Zdążył zostać ojcem?

- Wiek nie ma tu żadnego znaczenia - stwierdził Jussi, wzruszając ramionami.

Nagle ujrzeli Knuta w zupełnie innym świetle. Hannu zamyślił się:

- Czy wielu ludzi o tym wie? Opowiadałeś o tym komuś?

- Jak to? - Knut spojrzał na niego. Pomyślał o Annie.

-   Nic,   tylko   na   grobie,   o   którym   mówisz,   często   widywałem   kwiaty.   A   któregoś 

wieczoru zobaczyłem, kto je przynosi.

Knut uśmiechnął się słabo. Dał do zrozumienia, że domysły Hannu są słuszne. Poznali 

jego tajemnicę, choć nie rzekł ani słowa. Zdali sobie sprawę, jak ogromna jest jego tęsknota.

- Tak - odparł. - Jest ktoś, kto o tym wie.

Jussi otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Był blady. Hannu potrząsnął lekko głową. 

„Nie teraz”, ostrzegał wzrokiem. Jussi odwrócił twarz.

- Czy Knut - Kwen wrócił do domu? - spytał Knut. - Czy dla naszych nastały może 

lepsze czasy?

Hannu pokręcił głową.

- Nie dotarły do nas żadne wieści o Knucie Olssonie. Możliwe, że nie żyje. Ale do 

Kopenhagi jest pięćset mil. Nie przejdziesz takiej drogi w jeden dzień, chłopie. Nawet Knut - 

Kwen potrzebuje czasu. Musimy wierzyć, że wróci. Jest nam tu potrzebny. Tacy ludzie jak on 

nie rosną na drzewach. Jemu podobni stają się przywódcami. Bez niego jesteśmy jak stado bez 

pasterza.  Mamy jeszcze odrobinę nadziei.  Lecz  nikt  z nas  nie  posiada  jego odwagi.   Musi 

wrócić, inaczej w dolinie Alty niedługo nie pozostanie już ani jeden Kwen.

Nastała noc. A potem ranek.

Knut umył się i założył czyste ubranie. Przyjemnie było się odświeżyć. Przed wyprawą 

po złoto zostawił trochę rzeczy u braci z Kemijarvi. Pilnowali ich, pewni, że wróci.

Zgolił brodę, którą wyhodował w ciągu paru miesięcy pobytu na odludziu. Mrużąc 

oczy,   przyjrzał   się   sobie   w   lustrze   Jussiego.   Wyglądał   rzeczywiście   inaczej.   Nie   potrafił 

background image

wskazać palcem, co się zmieniło. Ale nie był dokładnie tym samym Knutem, który wyruszył 

wiosną na poszukiwanie skarbu. Kiedy się wyszykował, poczuł niepokój. Prawie nie był w 

stanie przełknąć jedzenia, które Finowie postawili przed nim na stole.

Miał tyle do załatwienia... Musiał iść do sklepu. Potrzebował ubrania. Zamierzał kupić 

materiał i poszukać krawca.

Anna...

Wtedy to Hannu zdecydowanie posadził go na krześle, a sam usiadł naprzeciw, mocno 

opierając łokcie na stole. Przedramiona wyrosły ku twarzy niczym dwa wielkie pnie drzew. 

Oczy wydawały się smutne.

- Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, Knut - rzekł. - Jest coś, o czym ci wczoraj nie 

powiedzieliśmy. Uważaliśmy, że przede wszystkim powinieneś się porządnie wyspać, chłopcze. 

Po tak długiej wędrówce. - Przełknął ślinę. - Czy ona wiele dla ciebie znaczy? Ta dziewczyna, 

która kładła kwiaty na grobie twego ojca?

- Tak. Knut nie rozumiał, do czego Hannu zmierza. Jussi stał przy drzwiach, odwrócony 

plecami. Zacisnął palce na framudze.

Coś tu się nie zgadzało. Musiało wydarzyć się coś bardzo złego.

- Nigdy nam o tym nie opowiadałeś, ale to ty znalazłeś ją tej zimy, prawda? To ty ją tu 

przyprowadziłeś?

Knut skinął głową.

- Co się stało z Anną? - spytał. Jego głos brzmiał ochryple.

- Szukamy jej już ponad tydzień, Knut. Wszyscy w mieście. Znowu zniknęła. Statek na 

południe musiał odpłynąć bez niej. Miała wyjechać do Danii. Wiedziałeś chyba o tym?

Przytaknął.

- Przez ponad tydzień? - spytał. Późną jesienią. Powiedziała: późną jesienią... Knut 

ukrył twarz w dłoniach. Dławił go tak silny płacz, że nie mógł go powstrzymać. Więc jednak 

zwlekał zbyt długo. Został zbyt długo. Był pewny, że wróci w porę, by dotrzymać obietnicy. A 

tymczasem zawiódł Annę. Wreszcie podniósł wzrok. Oczy miał pełne łez.

- Spadł już śnieg, wyraźnie widać na nim ślady - wykrztusił. - Nie powinno chyba być 

kłopotu z jej odnalezieniem. Jest tylko kobietą, dziewczyną, nie mogła zajść daleko.

- Kiedy zniknęła, nie było jeszcze śniegu. Spadł następnej nocy. Od tygodnia trzyma 

mróz - wyjaśnił Hanna.

- Gdzie jej szukano?

- Wszędzie. Sprawdzono nawet dno w pobliskich wodach, zanim ściął je lód. Pastor 

nadal płaci każdemu ochotnikowi, gotowemu wziąć udział w poszukiwaniach.

background image

Knut   gwałtownie   poderwał   się   z   miejsca.   Nawet   nie   otarł   łez.   Sklepikarz   może 

poczekać. Ściągnął z siebie czyste ubranie. Włożył na powrót skórzane. Znalazł dork i czapkę 

ze skóry.

- Powierzam wam moją sakwę - rzekł. - Ufam wam.

- To na nic, Knut. - Głos Hannu brzmiał po ojcowsku łagodnie. - Była lekko ubrana. 

Mówią, że miała na sobie tylko koszulę nocną i płaszcz. Nie chciała, by ją uratowano.

- Znajdę ją - wycedził Knut przez zaciśnięte zęby. - Na pewno mi się uda. Lecz najpierw 

porozmawiam z pastorem.

- Bądź ostrożny! Hannu najchętniej poszedłby razem z Knutem.

Chłopak był taki porywczy. Taki gwałtowny i nierozważny. Dziewczyna pewnie już nie 

żyje. Nie było sensu wierzyć, że jest inaczej.

- Pastor ma wielką władzę. Jest w dobrych stosunkach z namiestnikiem. Może wsadzić 

cię do aresztu, jeżeli zechce.

Knut uśmiechnął się w taki sposób, że obydwu braciom ciarki przeszły po plecach.

- Nie boję się pastora - powiedział. - Ani namiestnika. Teraz boję się tylko jednego. 

Śmierci. Nie mojej. Jestem tak niewiele wart...

W rzeczywistości wypadki nigdy nie toczą się tak jak w marzeniach. Knut istotnie 

wszedł do domu pastora głównym wejściem. Jednak nie jako bogacz, lecz jako biedny chłopak, 

Kwen, syn rybaka, Knut.

Wtargnął   bez   pukania.   Nie   zdejmując  czapki,   ruszył   prosto  do  salonu   pastora.   Nie 

pozwolił się zatrzymać.

Pastor zmarszczył brwi i zdziwił się trochę, napotykając płomienny wzrok młodzieńca, 

który zjawił się przed nim tak nagle.

Nie rozpoznał go.

Knut zrozumiał to w jednej chwili, gdy usłyszał słowa pastora:

-   Przypuszczam,   że   przyszedłeś   zgłosić   się   na   ochotnika,   by   wziąć   udział   w 

poszukiwaniach mojej córki? Płacę za dobę. Tego, kto ją odnajdzie, wynagrodzę dodatkowo.

Knut   uśmiechnął   się   zimno.   Jego   oczy   zwęziły   się.   Mężczyzna,   który   przed   nim 

siedział, wyglądał na zmęczonego i przygnębionego. Miał podkrążone oczy.

- Chcę wiedzieć, gdzie jej szukaliście. Chcę wiedzieć, kiedy zniknęła.

- Lensman wie o wszystkim. Porozmawiaj z nim. Pastor odwrócił się do Knuta plecami. 

Ten jednak się nie poruszył.

- Powinienem raczej sądzić, że wiesz lepiej od lensmana, kiedy zniknęła. I dlaczego?!

Głos Knuta brzmiał jak trzask bicza. Chłopak nawet nie mrugnął, zwracając się do 

background image

pastora na „ty”.

- Jakim prawem przychodzisz tu i zamęczasz mnie pytaniami? - spytał pastor. - Kim ty 

jesteś? Co sobie wyobrażasz? Zapłacę ci za szukanie. Idź szukać albo nie. Ale nie pozwolę, byś 

tu przychodził i mówił do mnie w ten sposób. Moja córka zaginęła. Modlę się do Boga, żeby się 

znalazła cała i zdrowa. Nie życzę sobie rozmawiać z tobą dłużej. Możesz odejść.

Knut przyglądał się uważnie pastorowi. Wiele słów cisnęło się w kolejce na końcu 

języka. Powstrzymał je. Na razie.

Jeszcze tu wróci. Pokaże pastorowi, na co go stać.

Wróci tu, a wtedy nie będzie milczał.

Knut wyszedł. Wyszedł drzwiami dla ważnych gości.

Wstąpił jeszcze do lensmana. Dowiedział się więcej niż na plebanii.

- Dziewczyna uciekła w niedzielę w nocy. Tego dnia właśnie przybił do brzegu statek, 

który  miał   odpłynąć  na  południe.   Chyba  chciano  ją   wydać   za   mąż   za   granicą.  Nie   wiem 

dokładnie. Słyszałem tylko, co mówiła służba. Rodzice zauważyli zniknięcie córki dopiero w 

poniedziałek rano. Nie spała w swoim łóżku. Jednak wychodząc z domu, nie miała na sobie nic 

więcej poza nocną bielizną.

Pokręcił głową.

- Myślę, że poszukiwania nie na wiele  się zdadzą. Ale pastor wierzy w cuda. Jest 

niejako do tego zobowiązany. Cha, cha...

Knut nie roześmiał się.

Następnie   lensman   opowiedział,   gdzie   dotychczas   szukano   Anny.   Które   zbiorniki 

wodne sprawdzono.

- Osobiście  przypuszczam, że znaleźlibyśmy dziewczynę, gdybyśmy sprawdzili  dno 

fiordu, ale do tej pory pastor się temu sprzeciwiał. Jednak połowa miasta sądzi, że rzuciła się do 

fiordu.

- Dlaczego? Urzędnik skrzywił się.

- Uważam, że niedobrze jest mierzyć zbyt wysoko. Powinni pozwolić córce wybrać 

samej. Zmuszanie do małżeństwa nie prowadzi do niczego dobrego. Są tacy, którzy mówią, że 

ona już kogoś wybrała.

Lensman nie rozumiał, dlaczego chłopak tak przenikliwie na niego patrzy. Ale nigdy nie 

rozumiał tych, którzy swe życie spędzali w drodze.

- Zarówno kucharka, jak i służąca na plebanii przysięgają, że dziewczynie przydarzyło 

się   nieszczęście.   Że   spodziewała   się   dziecka.   A   córce   pastora   to   nie   przystoi,   wiesz...   Z 

rozpaczy rzuciła się do fiordu, chłopcze. Ale idź i szukaj. Większość ochotników udaje się na 

background image

poszukiwania i kręci się po okolicy przez kilka dni. Pastor dobrze płaci i nie pyta, gdzie byłeś i 

co robiłeś. Myślę, że najbardziej obawia się tego, że ktoś znajdzie ją martwą...

Knut nie słuchał.

Jakimś sposobem dostał się do szopy Hannu. Nie był w stanie przypomnieć sobie, jak 

się tam znalazł.

Kiedy oprzytomniał, płakał pomiędzy belami siana, tam gdzie się z nią kochał.

Uwiódł ją.

Spodziewała się dziecka.

Gryzł kostki do krwi, żeby nie wykrzyczeć swego cierpienia. Bił pięścią w ścianę, aż 

dudniło.

Wyszeptał z szacunkiem jej imię.

Nie był wart wiązać jej butów. Nawet ziemia, po której stąpała, była więcej warta niż 

on. A on ośmielił się zniszczyć Annie życie.

Przez coś tak podłego jak pożądanie zniszczył jej życie.

Knut wypłakał wszystkie łzy.

Czuł wokół siebie ogromną pustkę, której istnienia nawet nie podejrzewał.

Tak często myślał o Annie w ciągu tego lata. Dlaczego nie rzucił wszystkiego i nie 

wrócił do miasta? Dlaczego pozwolił, by żądza bogactwa przytłumiła tęsknotę za Anną?

Dlaczego, dlaczego...?

Jednak nie żałował tego, co zaszło między nimi na tym posłaniu z siana.

Jeśli nawet skutki owej nocy popchnęłyby Annę do czegoś, czego nie miał odwagi 

nazwać słowami, nie był w stanie niczego żałować. To jego najpiękniejsze wspomnienie.

Nigdy nie był tak szczęśliwy jak tamtej nocy. Nawet wtedy, kiedy znalazł złoto. Teraz 

to zrozumiał.

Noc z Anną w ramionach, kiedy dziewczyna leżała przytulona do niego, ufna i oddana, 

nie mogła się mierzyć z niczym innym, co dotąd przeżył.

Anna także była szczęśliwa.

Błagała go, żeby ją zabrał ze sobą.

On zaś zostawił ją zupełnie samą - tylko ze swą obietnicą. Obietnicą, że wróci, zanim 

będzie za późno. Obietnicą, że nie będzie musiała jechać do Danii. Że nie wyjdzie za nikogo 

innego poza nim. Miał się pojawić przed nadejściem późnej jesieni.

Anna doszła pewnie do wniosku, że ją okłamał.

Z bólem to przyznał.

Knut wyobrażał sobie, jak musiała być nieszczęśliwa. Jak bardzo samotna.

background image

Pewnie   pomyślała,   że   świadomie   ją   oszukał.   A   potrzebowała   go   bardziej,   niż 

ktokolwiek go kiedyś potrzebował.

Miała urodzić dziecko...

Panie Boże, dokąd ona poszła? Dokąd mogła pójść?

Była noc. Ciemno. Anna nie była ciepło ubrana.

Musiała marznąć.

Fiord?

Nie, Knut nie sądził, by rzuciła się do fiordu.

Złożył ręce w żarliwej modlitwie.

Przemierzał powoli okolicę. Starał się myśleć tak jak Anna. Nie sądził, by mu się udało. 

Niezależnie od tego, jak bardzo ją kochał, nie mógł wiedzieć, co kryło się w jej głowie.

Ogarnęła go rozpacz, podobna do tej, która wypełniła dziewczynę tamtej nocy.

Zwątpienie - podstępna świadomość, że i tak wszystko na nic.

Pastor zabronił sprawdzać dno fiordu.

Knut   jednak   odważył   się   przez   mgnienie   oka   pomyśleć,   że   Anna   wybrała   takie 

rozwiązanie.

- Być może nie żyjesz, Anno. Jeżeli tak, to nic dla mnie nie ma sensu. Nic nie ma 

znaczenia dla Knuta Elvejorda. Nie liczy się to, że mógłby kupić całą Altę wraz z otaczającym 

ją lasem. Ty byłaś najważniejsza w moim życiu. Ty, Anno. Nie złoto. Nie rozumiałem tego do 

tej   pory.   Miałem   ciebie.   Miałem   twoją   miłość   i   prosiłem   cię   tylko,   żebyś   czekała.   Moja 

najdroższa. Prosiłem, byś czekała, i czekałaś. Miałem więcej, niż przypuszczałem, i tylko ty o 

tym wiedziałaś...

Knut szukał tak długo, aż wreszcie nie był w stanie zrobić ani kroku więcej. Przystanął, 

oparł się na kijku, płakał. Czuł, jak ciepłe łzy mieszają się z płatkami śniegu, topniejącymi na 

policzkach niczym zimne pocałunki.

Boże, jak puste wydało się nagle życie! Jakie wszystko stało się bezsensowne!

Zawrócił i ruszył z powrotem do miasta. Chciał porozmawiać z pastorem. Poprosić go o 

zezwolenie na przeszukanie dna fiordu.

Nawet jeśli Anna nie żyje, trzeba ją znaleźć.

Obrał drogę na skróty, prowadzącą poniżej szopy Hannu. Zamierzał przeciąć rzekę, nie 

zastanawiał się, czy lód wytrzyma czy nie. Zaryzykował, wszak tak niewiele trzymało go przy 

życiu. Tak niewiele, co miało prawdziwą wartość.

Knut zapomniał o niewielkim rozlewisku w zakolu rzecznym nieopodal stodoły.

Lód okazał się na tyle gruby, że wytrzymał jego ciężar. Woda szybko w tym miejscu 

background image

zamarzała, ponieważ było płytko.

Wiatr wymiótł do czysta lodową taflę. Wypolerował ją do połysku. Narty Knuta skręciły 

z wiatrem. Nie mógł ich prowadzić. Kierowały się jakby własną wolą.

Być może los tak chciał.

Pod gładką taflą zamajaczył tylko cień. Tuż przy brzegu. Tuż obok miejsca, gdzie rzeka 

wyginała się łagodnie w kunsztowny łuk niczym we własnoręczny podpis natury.

Jaśniejsze miejsce pośrodku niebieskoczarnej powierzchni.

Plama   zaczęła   rosnąć   przed   oczami   Knuta.   Coś   go   ku   niej   przyciągało.   Coś   go 

popychało, nie był w stanie się zatrzymać.

Aż stanął tuż ponad plamą. Wiedział, że nikt już nie będzie musiał przeszukiwać fiordu.

Upadł na kolana, nie zdejmując nart. Kijek wyśliznął mu się z dłoni. Chłopak zdjął 

rękawiczki, przyłożył ręce do twardej, gładkiej powierzchni - jak gdyby ich ciepło mogło stopić 

lód   i   pomóc   się   dostać   bliżej.   Tak   jak   gdyby   ciągle   jeszcze   mógł   uratować   Annie   życie 

własnym ciepłem.

Płakał i nic nie widział przez łzy. Aż piekły oczy, bolało gardło.

Położył się na lodzie nad zastygłą postacią, uświadamiając sobie, że stracił Annę. Stracił 

jedyną osobę, która cokolwiek dla niego znaczyła. Jedyną, która była ważniejsza od niego 

samego.

Zrozumiał to jednak zbyt późno.

Zmarzł, szczękał zębami, ale nie mógł teraz od niej odejść.

Trafił tu. Znalazł ją. Jeszcze raz miał ją odprowadzić do domu. Tyle przynajmniej był 

jej winien.

Lód był gruby co najmniej na szerokość jego dłoni. Pod spodem płynęła woda. Włosy 

dziewczyny poruszały się, wyglądały w wodzie jak połyskujące nici. Koszula nocna również 

lekko falowała.

Knut zaatakował lód kijkami i nartami. Kopał, skakał, wygrzebywał kamienie z brzegu i 

rzucał nimi w gładkie lustro natury.

Powoli, powoli przebijał się przez twardą, grubą warstwę. Wreszcie całkiem się przebił. 

Otwór nie był większy niż zaciśnięta pięść, ale chłopak się nie poddawał.

Teraz było łatwiej, mógł uderzać w krawędzie i kruszyć je kamieniem.

Z otworu tryskała lodowata woda i przemoczyła Knuta do suchej nitki. Przesiąknęła 

przez skórzane spodnie, groziła przykuciem go do zamarzniętej tafli, ale się nie przejmował. 

Ledwie to zauważał.

Woda przeciekła przez rękawiczki. Stracił już prawie czucie w rękach, ale dopóki mógł 

background image

utrzymać kamień, nie miał zamiaru się poddawać.

Klęczał tuż przy głowie dziewczyny. Gdyby zaczął unosić ją prąd, Knut zdołałby ją 

pochwycić. Zatrzymać. Z mozołem powiększy! przerębel na tyle, że sam mógłby się w nim 

zmieścić. Znów kuł brzegi. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko trochę...

Położył się obok Anny, wsunął obie ręce pod lód, dobrze zaparł się łokciami. Przełknął 

ciężko, zacisnął powieki i pociągnął.

Poczuł opór, zobaczył, że skrawek koszuli nocnej uwiązł w lodzie. Przymarzł. A więc to 

ją trzymało, nie pozwoliło popłynąć z prądem.

Knut pociągnął jeszcze raz, rozerwał materiał. Zaskoczył go nagły ciężar.

Trzymając Annę pod ręce, zdołał podźwignąć się z kolan. Potem chwycił dziewczynę w 

talii i próbował wyciągnąć z tego zimnego grobu, który sobie wybrała. Musiał się pośpieszyć, 

gdyż pod ciężarem obojga lód zaczął się niebezpiecznie uginać. Nadludzkim wysiłkiem uniósł 

ukochaną ku górze i przepełznął na pewny grunt.

Już nie płakał.

Ostrożnie ułożył Annę na śniegu przy brzegu rzeki. Po tygodniu spędzonym w wodzie 

jej ciało nabrzmiało. Nie przedstawiało pięknego widoku. Knut jednak zmusił się, by na nią 

spojrzeć.

Pamiętał, jaka była wtedy, pod dotykiem jego pieszczot.

Ich   miłość   stała   się   po   części   przyczyną   jej   śmierci.   Anna   wybrała   śmierć   jako 

ostateczne wyjście. Ponieważ on dał się omamić złotemu szczęściu.

Jego miłość okazała się śmiertelną trucizną.

Knut   ostrożnie   położył   ręce   na   brzuchu   dziewczyny.   Klucha   w   gardle   groziła 

uduszeniem.

To prawda. Anna nosiła jego dziecko. Tej jesiennej nocy zgasło więcej niż jedno życie.

Knut pochylił głowę. Czyżby Raija była bardziej przewidująca, niż ktokolwiek z nich 

podejrzewał?

Czyżby   to   przeczuwała?   Zawsze   uważała,   że   złoto   Kallego   sprowadzi   ze   sobą 

nieszczęście.

Czy Anna umarła dlatego, że dal się zaślepić złotemu blaskowi?

background image

14

Na plebanii ciągle paliło się światło, kiedy Knut szedł w jej stronę, dźwigając ciężkie 

brzemię. Tym razem także nie zapukał do drzwi. Sam wyglądał jak topielec, kiedy przemierzał 

pokryte dywanami podłogi. Znalazł pastora z żoną przy kominku w jednym z salonów.

Stanął przy wejściu. Pchnął drzwi nogą.

Pastorowa   poderwała   się   z   krzykiem.   Zachwiała   się.   Knut   na   zawsze   zachowa   w 

pamięci tę białą twarz otoczoną siwymi włosami - i tę czarną suknię, która sprawiała wrażenie, 

że nie było pod nią ciała.

Nawet pastor oniemiał. Cofnął się, kiedy Knut podszedł bliżej. Odsunął się na bok, 

uczynił niezgrabny ruch ręką, dając chłopakowi znak, żeby położył ciało Anny na sofie.

Knut zatrzymał się. Stał z dziewczyną w ramionach. Za nic nie chciał jej wypuścić.

- Przychodzę z twoją córką, pastorze - wykrztusił. Był siny z zimna. Kapało z niego, 

kiedy lód topił się w ciepłym pokoju. - Przychodzę z nią po raz drugi. Gdybym wiedział, że tak 

się stanie, nie przyprowadzałbym jej tutaj za pierwszym razem.

Pastor  przyjrzał   mu  się  bliżej.   Było  coś   w tym  chłopaku,   co przywodziło  na  myśl 

przeszłość i teraźniejszość. Kim jest ten młodzieniec w lapońskim stroju, który ośmiela się 

mówić do niego w ten sposób? Skąd ten dziwny blask w jego brązowych oczach? Gdzie widział 

te oczy wcześniej?

- To on - odezwała się pani domu. - To on znalazł ją tej zimy. Poznajesz?

Złapała męża za ramię, przywarła do niego, lecz szorstko ją odsunął.

Pastor rzeczywiście sobie przypomniał. Lecz widział w tym chłopcu coś jeszcze. Coś, 

co znał już wcześniej. Coś, co powinien pamiętać...

- Tak, to ja - rzekł Knut.

Spojrzał na twarz Anny, która przypominała groteskową maskę. Następnie delikatnie 

położył dziewczynę na sofie. Poprawił ostrożnie jej koszulę nocną, by ładnie się układała, 

odgarnął Annie lok z czoła, pogłaskał czule palcem po policzku.

Pastor zamierzał go zganić, ale się na to nie zdobył. Coś go powstrzymało. Odwrócił się 

do biurka. Pogrzebał w szufladach i wyciągnął sakiewkę, którą trochę przesadnie pobrzękiwał.

- Ostatnio byłeś tu jakieś trzy - cztery dni temu? - spytał, nie patrząc na chłopaka.

Knut nadal stał przy sofie. Dotykał ramienia Anny. Nie mógł się z nią rozstać.

- To powinno wystarczyć.

Pastor starannie  ułożył na stole stos  monet.  Próbował  się  uśmiechnąć  uprzedzająco 

grzecznie. Jeszcze nie całkiem do niego dotarło, że w miejscu, w którym dopiero co siedział, 

background image

leżą zwłoki jego najmłodszej córki.

Knut potrząsnął głową.

- Nie chcę twoich pieniędzy, pastorze! - rzekł niespodziewanie stanowczo. - Możesz 

sobie zostawić swoje srebrniki!

Spojrzeli   na   niego   zaskoczeni.   Pastorowa   osunęła   się   na   najbliższe   krzesło   i   łkała 

półgłosem.

Knut nie odrywał wzroku od pastora. Nie uciekł spojrzeniem.

- Chciałbym, żebyś spytał samego siebie, dlaczego Anna to zrobiła - odezwał się. - 

Chciałbym, żebyś spojrzał w głąb swej duszy i spytał, czy jesteś bez winy. Czy można było 

uniknąć tej śmierci.

-   Jak   śmiesz?   -   syknął   pastor   przez   wąskie   usta.   -   Jak   śmiesz   tutaj   przychodzić   i 

cokolwiek sugerować? Weź swoje pieniądze. Zabierz swoją zapłatę. Jeśli jej nie chcesz, zostaw, 

niech leży. Ale wyjdź stąd!

Knut był spokojny. Złość nic już nie pomoże.

-   Nie   musisz   tego   powtarzać,   pastorze   -   odparł.   -   Pójdę.   Nie   potrzebuję   twoich 

pieniędzy. Szkoda, że wcześniej nie rozumiałem, że pieniądze znaczą tak niewiele. Być może 

Anna by jeszcze żyła.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał pastor, opanowując się. - Kim jesteś?

Knut ściągnął czapkę. Nie przez szacunek dla człowieka, który stał przed nim, lecz 

dlatego, że zrobiło mu się za gorąco przy piecu.

- Znałeś moją matkę - rzekł ze smutnym, nikłym uśmiechem. - Nie pasowała do was, 

bogatych, w Alcie. Ożenił się z nią wójt. Ludzie nazywali go Krwawym Ole...

- Raija? - przerwał pastor z niedowierzaniem. - Jesteś synem Raiji? Oczywiście... te 

oczy...   Powinienem   to   zauważyć.   Ale   to   działo   się   tak   dawno   temu.   Już   prawie   o   niej 

zapomniałem. Jej syn, tak... Syn...

Zmarszczył brwi. W jednej chwili przypomniał sobie, że Anna przynosiła kwiaty na 

grób nieznajomego. Czyżby jego córka miała w tym jednak jakiś powód?

- Syn Kallego Elvejorda - dokończył Knut. - Wróciłem. Musiałem coś zabrać. Coś, co 

do   mnie   należało.   Spadek   po   ojcu.   Znalazłem   coś   innego...   i   dziś   żałuję,   że   się   tym   nie 

zadowoliłem. Ale chciałem mieć wszystko naraz.

- Spojrzał na dziewczynę. - Teraz straciłem wszystko.

- Anna miała wyjechać do Danii. Knut napotkał spojrzenie pastorowej.

- Właśnie - rzekł. - Może nie powinniście mieć wobec niej tak wielkich planów. Czy nie 

widzieliście, jak ją unieszczęśliwiacie? Nie wiedzieliście, jak bardzo się tego bała?

background image

- Anna była posłuszną córką - rzucił ostro pastor.

- Chcieliśmy tylko jej dobra. Miała zostać hrabiną...

- Nie pytaliście jej, dlaczego uciekła za pierwszym razem?

Milczeli.

-   Anna   była   tak   zalękniona,   że   minęło   kilka   dni,   zanim   odważyła   się   ze   mną 

porozmawiać - powiedział Knut ze smutkiem w głosie. - Była najbardziej godną pożałowania 

istotą, jaką spotkałem w swym życiu. I już wtedy błagała mnie, żebym jej nie odprowadzał do 

domu. Nie znała mnie, ale wolała raczej podróżować z obszarpanym awanturnikiem, niż wrócić 

tutaj.

- Kłamiesz! Knut mówił dalej. Nie pozwolił, by pastor przerwał mu oskarżeniami.

- Żałuję, że jej nie posłuchałem. Ale sądziłem, że w domu będzie jej najlepiej. Sądziłem, 

że dziewczyna z jej sfery będzie nieszczęśliwa bez tego wszystkiego, do czego przywykła. 

Byłem głupi. Nawet przez moment nie pomyślałem o tym wszystkim, czego jej brakowało.

- Annie nigdy niczego nie brakowało.

Knut spojrzał na żonę pastora. Zrobiło mu się smutno.

- Nie? Nie brakowało jej zrozumienia? Kogoś, kto naprawdę by się o nią troszczył? 

Kogoś, kto by ją cenił za to, kim jest? Kto by ją kochał, a nie ganił przez cały czas... Kogoś, kto 

by dostrzegł, jaką jest kruchą istotą? Czy Anna miała kiedykolwiek kogoś na tyle bliskiego?

Pastor demonstracyjnie odwrócił się do Kmita plecami.

- Nie podoba mi się sposób, w jaki mówisz o mojej córce! Spędziłeś z nią zaledwie 

kilka tygodni. Nie myśl, że udało ci się ją poznać. Nie myśl, że pokazała ci swe prawdziwe ja!

- A czy wam pokazała kiedyś swą prawdziwą twarz? Kiedy na tyle dorosła, że potrafiła 

już ukrywać uczucia... Myślę, że jej nie znaliście.

- Jeszcze chwila, a każę cię wyrzucić i zamknąć w areszcie!

Knut podniósł dłoń w obronnym geście.

- Wyjdę. I nigdy nie wrócę. Ale nie pozwolę, byście uniknęli odpowiedzialności przed 

samymi sobą. Wy także ponosicie winę za to, co się stało. Uciekła w przeddzień wyjazdu. Czy 

was to nie zastanowiło?

Pastorowa umknęła wzrokiem przed przenikliwym spojrzeniem brązowych oczu Knuta.

- Plotki!

- Anna nie chciała wyjeżdżać do Danii. Nie chciała za męża tego człowieka, którego jej 

wybraliście, nie pytając o zdanie. Wolała raczej umrzeć.

- A więc ty, na wpół Kwen, twierdzisz, że tak dobrze poznałeś moją córkę?

W   głosie   pastora   brzmiała   ostra   drwina.   Knut   nie   pozwolił   wyprowadzić   się   z 

background image

równowagi i nadal stał wyprostowany przed rodzicami Anny.

Choć wcale nie musiał, wziął na siebie część winy za jej śmierć.

- Nie jesteście jedynymi zabójcami - rzekł poważnie. Nabrał powietrza. Ciężko mu było 

to przyznać: - To również moja wina.

Dwie pary oczu spojrzały na niego.

- Miałem coś do załatwienia. Dlatego wyjechałem z Alty. Zabrało mi to więcej czasu, 

niż się spodziewałem. Sądziłem, że zdążę tu wrócić, zanim będzie za późno. Późną jesienią... 

Ale tak dokładnie nie wiedziałem, co to znaczy „późna jesień”...

- Jaki to ma związek z Anną, moją córką? W brązowych oczach, które tak bardzo 

przypominały oczy Raiji Alatalo, kryło się cierpienie.

- Anna by żyła, gdybym wrócił wcześniej - odparł Knut zdecydowanie. - Jak często z 

nią rozmawialiście? - spytał. - Czy przyglądaliście się jej dokładnie? Czy nic nie zauważyliście? 

Nic nie zrozumieliście? Jak można być tak ślepym?

Pastorowa otworzyła usta. Nie patrzyła na męża. Splatała białe palce.

- Anna... spodziewała się dziecka - wykrztusiła. Knut napotkał pełen niedowierzania 

wzrok pastora.

- Tak, Anna spodziewała się mojego dziecka - przyznał ze smutkiem. - Miałem po nią 

wrócić przed jesienią. Przed jej wyjazdem. Ale wy pierwsi ją zawiedliście. Zamierzaliście ją 

skazać na nieszczęśliwe życie.

Dotknął ciała Anny jeszcze raz. Uśmiechnął się słabo. I ruszył do wyjścia.

W   drzwiach   się   odwrócił.   Pastor   ciągle   jeszcze   nie   mógł   się   otrząsnąć   z   szoku. 

Wyglądało, jakby szukał słów. Pastorowa nie spuszczała Knuta z oczu.

- Anna kochała mnie - rzekł smutno Knut. - Naprawdę mnie kochała. Chociaż byłem 

tylko nędznym, prostym pół - Kwenem. I ja kochałem ją bardziej niż własne życie. To również 

moja wina, że nie żyje. Żałuję, że tak się stało. Powinienem był ją raczej zabrać ze sobą, do 

życia w biedzie i niepewności.

Knut   opuścił   plebanię.   Po   raz   ostatni.   Również   i   tym   razem   wyszedł   głównym 

wyjściem.

Hannu i Jussi czekali na Knuta w swojej ubogiej izbie. Poważnie się o niego martwili. 

Wiedzieli, że chłopak nie zadowoli się niczym pośrednim. Chciał mieć wszystko albo nic. Bali 

się.

- Chwała Bogu! - zawołał Hannu, kiedy Knut dowlókł się do nich na wpół żywy.

Po drodze wstąpił do sklepu. Obudził sklepikarza i bardziej groźbą niż prośbą nakłonił, 

by biedak sprzedał mu wódki na kredyt.

background image

- Nie wiem, czy Bóg miał z tym coś wspólnego - wybełkotał Knut.

Pozwolił przyjaciołom ściągnąć z siebie mokre ubranie.

Ale butelki, w której pozostało jeszcze kilka cennych kropli, dobrze pilnował.

Jussi rzucił w jego stronę wełniany pled, który grzał lepiej niż spirytus.

- Znalazłeś ją? Knut przytaknął i przyłożył butelkę do ust. Napił  się, nie częstując 

gospodarzy.

- Nic ci to nie pomoże - stwierdził Hannu, zerkając na butelkę. - Stać cię teraz na więcej 

takich, ale mam nadzieję, że nie dasz się skusić.

- Przynajmniej już tak nie boli - odparł Knut. - Dzięki temu ból jest mniej dotkliwy. 

Cały czas chodzę jakby w chmurach. Już tak nie boli. Ona nie żyje. - Wypił do dna. - Zaniosłem 

ją do pastora. Powiedziałem mu, żeby zatrzymał te swoje cholerne pieniądze. Nie pamiętam, 

czy przeklinałem. Opowiedziałem mu wszystko, jak było. Że zamierzałem się z nią ożenić. Że 

oni też ją zabili. Ze nosiła moje dziecko... - Rozpłakał się.

Jussi uratował butelkę przed rozbiciem o podłogę.

Pomógł Knutowi się przebrać. Chłopak wypił gorącą kawę, którą mu podali, żeby w 

następnej sekundzie spytać, czy nie mają w domu czegoś mocniejszego.

- Nie dla ciebie - rzekł Hannu surowo. - Nie daj się temu zniszczyć, Knut.

- Nie zostało tak wiele do niszczenia - odparł chłopak zrezygnowany. Przekładał kubek 

z   jednej   ręki   do   drugiej.   Wzrok   miał   niespokojny.   -   Wszystko   wam   zostawię   -   dodał   z 

grymasem. - Pomyślcie tylko, jacy będziecie bogaci!

Nawet się nie uśmiechnęli.

- Czy podobałby się jej ten mężczyzna, jakim możesz się wkrótce stać? - spytał Hannu. - 

Nie znałem jej. Widywałem ją tylko z daleka. Ale nie wyglądała na taką.

- Kochała mnie - jęknął Knut. - Anna mnie kochała. Nie mogę znieść myśli, że nie żyje. 

Rozumiecie to? Nie mogę znieść tej myśli. Nie mogę znieść tego, że będę musiał żyć bez niej. 

Nic nas już nie czeka, bo ona nie żyje. Kochałem ją. Nadal ją kocham. Widziałem jej martwe 

ciało, ale nie przestałem jej kochać. Gdzieś w głębi mej duszy istnieje nadal żywa. Coś we mnie 

nadal wierzy, że wszystkie marzenia, jakie snułem, się spełnią. Nie dopuszczam do siebie 

myśli, że jej nie ma. Nosiła w sobie życie. O tym też nie chcę myśleć. To tak potwornie boli. 

Rozdziera mnie na strzępy. Spłodziliśmy dziecko, Anna i ja, lecz ono nigdy się nie narodzi. 

Nienawidzę siebie za to, co jej zrobiłem. Wolałbym jej nigdy nie dotknąć. Żałuję, że uczucia 

zwyciężyły. Wolałbym jej nigdy nie posiąść. Żałuję, że nie wróciłem wcześniej... Nic nam się 

nie   udało.   Nienawidzę   siebie   za  to,   co  sobie   o  mnie   pomyślała   tej   nocy,   kiedy   popełniła 

samobójstwo. Musiała przestać we mnie wierzyć. Musiała dojść do wniosku, że ją oszukałem. 

background image

Że tylko się zabawiłem jej kosztem. Że nigdy nie traktowałem jej poważnie. Tylko w takim 

przypadku mogłaby się zdecydować na tak desperacki krok. Nienawidzę siebie... a wy prosicie 

mnie, bym nie pił? Nie mogę ze sobą wytrzymać. Jestem taki podły, że już nawet nie ma 

znaczenia, czy piję, czy nie. Nie znoszę siebie. Po prostu nie znoszę tego Knuta Elvejorda.

Hannu westchnął. Skinął lekko na Jussiego, który poszperał w jednej z szaf. Przyniósł 

antałek i wyciągnął korek.

- Możesz pić do nieprzytomności - rzekł Hannu. - Ale tylko tu w domu. Zresztą musisz 

do jutra wytrzeźwieć, byś był w stanie pójść na pogrzeb. Tyle jesteś jej winien.

Pastor sam wygłosił mowę nad trumną córki. Nigdy nikt nie wygłosił takiej mowy 

pożegnalnej. Całe miasto zgromadziło się w kościele. Takie pogrzeby jak ten nie zdarzają się 

często. Na temat śmierci Anny krążyło tyle plotek, że wkrótce każdy będzie mógł przedstawić 

własną wersję wydarzeń.

Knut także przyszedł. Usiadł w ostatniej ławce. Nie odrywał wzroku od trumny. Nigdy 

przedtem nie widział tak pięknej trumny - te, które znał, sporządzono z nie heblowanych desek. 

Nigdy nie widział nawet takiej, która byłaby pomalowana.

Jednak Anna zasługiwała na to, co najlepsze.

Knut słyszał, jak ojciec wspominał ją jako córkę, którą każdy chciałby mieć. Sławił jej 

cnoty, aż cała parafia płakała.

Knut czuł, jak i jemu do oczu cisną się łzy.

Sam wygłosiłby zupełnie inną mowę. Nad inną Anną.

Ale to nie miało już znaczenia.

Wynieśli ją ludzie należący do elity społecznej Alty. Knut poczuł ukłucie w sercu. Szedł 

na końcu konduktu - on, który przez kilka krótkich chwil był jej najbliższy.

Ściskał w rękach kapelusz. Hannu kupił mu trochę ubrania. Zachowując ostrożność, 

przyjaciel wyłożył kilka własnych monet w zamian za część metalu z sakwy. Knut nie powinien 

płacić złotem, zanim nie wyjedzie z miasta. Nie tylko ulubieńcy Boga tu zaglądali, a Knut był 

sam. Bez trudu mógł się stać ofiarą drani liczących na łatwy łup.

Stał daleko i patrzył, jak opuszczają trumnę w bladą, zmarzniętą ziemię.

Drżały mu szczęki, tak mocno zagryzł zęby. W rękach ściskał rondo kapelusza. Czul, 

jak pocą mu się dłonie. Czuł, że zaraz popłyną mu łzy, a myślał, że już wszystkie wypłakał.

W samym środku psalmu zdał sobie sprawę, że dłużej nie wytrzyma. Nie oglądając się 

za siebie, szybko wyszedł z cmentarza. Kiedy minął kościół, zaczął biec.

Niewielu go widziało. A w każdym razie mało kto rozumiał jego zachowanie. Lecz 

pastor   dostrzegł   młodego   człowieka,   który   ze   spuszczoną   głową   wyszedł   z   tłumu   czarno 

background image

ubranych postaci.

Zwrócił na niego uwagę jeszcze w kościele. Widział, że nie odrywa wzroku od trumny.

Chłopak miał w sobie wiele z matki. Pastor zastanowił się, jakie przekleństwo ciąży nad 

tą rodziną: najwyraźniej szczęście nie było im przeznaczone.

Nie mógł nawet nienawidzić tego młodzieńca, stwierdził z przerażeniem.

Knut niewiele miał rzeczy do pakowania. Kiedy wrócili Hannu i Jussi, siedział gotowy 

do drogi.

- Czekałem na was - wyjaśnił. - Trochę wam zostawiłem w szafie, w której chowacie 

spirytus.

Hannu sprawdził. Knut zostawił ostatni antałek. Samogon jednak zniknął.

- Już nie potrzebuję tego lekarstwa - rzekł chłopak z powagą. - Muszę chyba nauczyć się 

żyć z bólem w sercu. Czy to miałeś na myśli, Hannu? To mi chciałeś przekazać?

Hannu skinął głową.

- Dokąd się wybierasz? Knut wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Prędzej czy później do domu. A przedtem? Gdzie mnie oczy poniosą. To 

już nie ma znaczenia.

Objął ich serdecznie. Podziękował za wszystko, co dla niego zrobili. Za to, że mógł się 

stać jednym z nich.

- Zawsze byłeś jednym z nas - powiedział Hannu. - Nie musiałeś się nim stawać.

Knut nie poszedł drogą obok kościoła. Nie chciał tam wracać.

background image

15

Minął prawie rok, odkąd wyruszył z domu z pustą sakwą i odrobiną pieniędzy, których 

ciężar bardziej czuł na sumieniu niż w kieszeni.

Teraz posiadał dużo więcej. Spłacenie Reijo nie sprawi mu kłopotu.

Wyprawa po złoto była jego próbą męskości. Knut sądził, że mu się powiodła. Ale nie 

był pewien, czy była warta ceny, jaką zapłacił.

Nie   chciał   wracać   do   domu.   Nawet   nie   mógł.   To,   co   niósł   w   sakwie,   mu   nie 

wystarczało.

Z Anną u boku zadowoliłby się nawet mniejszą częścią skarbu. Teraz wypełniała go 

gorycz.

Skała skrywała więcej. Oby tylko pamiętał, gdzie szukać. Do wiosny powinien wydobyć 

resztę.

Spadek po ojcu.

Określenie to nabrało nieprzyjemnego zabarwienia. Jednak Knut zamierzał sięgnąć po 

wszystko. To jedyne, co mu pozostało.

Na północny wschód od Karasjok, w miejscu, co do którego uczeni ciągle nie byli 

zgodni, gdzie przebiegają granice, osiedliła się stara kobieta z trzema córkami.

Szwedka.   Przybyła   tu   z   mężem   dawno,   dawno   temu.   Teraz   nie   było   przy   niej 

mężczyzny, a cztery kobiety mieszkały samotnie na odludziu. Samotnie pokonywały wszystkie 

wyzwania, które niosło z sobą życie w takim miejscu.

Knut dotarł tam na nartach. Dostał na jedną noc ławę do spania. Następnego ranka 

oznajmił, że mógłby zostać trochę dłużej. Mógłby pomóc przy cięższych pracach. Widział 

wyraźnie, że w obejściu potrzebny jest mężczyzna. Gospodarstwo wyglądało na zapuszczone i 

podupadłe.

Kobieta miała dwie krowy i konia. Knut zastanawiał się, jakim cudem udawało jej się 

wy karmić zwierzęta, bo w stodole było niewiele paszy i nie wyglądało na to, żeby karczowała 

drzewa pod nowe pastwiska.

Zachodził w głowę, z czego żyły, pomijając to, że łowiły ryby i zastawiały sidła.

Zrozumiał,   kiedy   uświadomił   sobie,   że   mieszkały   t   u   ż   przy   jednym   z   najbardziej 

uczęszczanych   szlaków,   biegnących   przez   płaskowyż.   Tędy   wędrowali   ludzie.   Nie   żeby 

codziennie ktoś obok przechodził. Mogły minąć tygodnie, zanim ktokolwiek się pojawił, ale 

wiadomo było, że jakiś człowiek zawsze trafi w pobliże chaty.

Knut   dostał   kąt   w   stodole.   Po   kilku   tygodniach   pracy   mógł   przyznać,   że   jest 

background image

zadowolony.

Córki nie były wcale brzydkie. Nosiły imiona Sara, Sanna i Lea. Ich wieku mógł się co 

najwyżej domyślać - to najlepiej strzeżona tajemnica kobiet. Ale zakładał, że mogą mieć od 

dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat. Zresztą zbytnio nie zaprzątał sobie tym głowy.

Widział,   że   są   kobietami   z   krwi   i   kości.   Że   są   dobrze   zbudowane,   że   spojrzenie 

niebieskich oczu nieustannie krąży wokół niego.

Kiedyś podsłuchał rozmowę między Sanną i Leą. Układały wtedy serwetki.

- Cieszę się, że mama ma z niego pożytek - mówiła Sanna. - Chłopak jest niczego sobie. 

Mogłabym z nim zgrzeszyć niejeden raz.

Lea zgodziła się z siostrą:

- Przez tydzień bez przerwy. Co najmniej. Musimy się wokół niego zakręcić. Na razie 

nas nie zauważa, ale jest tylko mężczyzną. Zobaczysz, jak się postaramy, nabrzmieje mu w 

spodniach. Może spróbujemy wszystkie naraz?

- Ee, to dla tych, którzy wpadają na krótko. Mama dobrze się wyraża o tym parobku.

- W dodatku biedak nie ma nic wartościowego... nic poza majątkiem z przodu spodni. - 

Lea prychnęła. - W zamian możemy utoczyć mu trochę soków, co?

- Podoba ci się?

-   Mmm.   Tak   bardzo,   że   się   z   nim   rozprawię,   zanim   tu   nadciągną   powracający   z 

jarmarku w Lyngen. Nie wolno nam przepuścić takiej okazji, a on nie może się o niczym 

dowiedzieć i powinien do tego czasu zniknąć. Mama poczęstuje go pewnie trefną zupą, jeżeli 

chłopak zostanie tu zbyt długo.

Znowu śmiech.

Knutowi przeszedł dreszcz po plecach.

W jednej chwili zrozumiał, że te kobiety zajmują się sprawami, które bynajmniej nie są 

zgodne z prawem.

Sprzedawanie siebie to jedno - ta myśl odstręczała Knuta, ale była jeszcze do przyjęcia. 

Gorsze wydawało mu się co innego. Okradanie podróżnych. A rozmowa o zupie... Być może 

wchodzi tu w grę coś poważniejszego niż kradzież.

Knut miał ochotę natychmiast się spakować i wyjechać, ale też dręczyła go ciekawość. 

Został ostrzeżony.

Był przygotowany. Przewrotna chęć przekonania się, czym się zajmują dziewczyny, 

zmusiła  go,  by pozostał.  Nie  była  wolna  od  czarnego   humoru.  Te   kobiety  miały  nosa  do 

cennych rzeczy, wiedziały, kogo opłaca się oszukać. Posiadały tę sztukę w małym palcu. To ich 

zawód. Ale jego nie przejrzały. A był chyba najbogatszym człowiekiem, jakiego zaprosiły pod 

background image

swój dach. I tego nie zauważyły. Widziały tylko biednego młodzieńca, Knuta. Trochę naiwnego 

chłopaka, który wiecznie wędrował i czegoś szukał.

Nie wiedziały, że jego zniszczona sakwa zawierała majątek większy, niż mogły sobie 

wymarzyć, prowadząc takie życie i tę szczególną formę handlu.

Już wcześniej zwrócił uwagę na ich rzeczy. Miały więcej, niż potrzebowały. Nawet 

szkatułkę z kosztownościami. Tu na płaskowyżu nikt nie używał drogich ozdób.

Kradły i sprzedawały.

Nie musiały wycinać drzew pod pastwiska. Wyglądało na to, że interes kwitł.

Najwyraźniej Lea wyciągnęła najdłuższą słomkę. Albo to jej najbardziej się podobał. W 

każdym razie ona zjawiła się pierwsza.

Pod wieczór po skończonej pracy Knut poszedł do siebie. Na sianie na górze w stodole 

było zimno. Na dole stał piec, lecz matka wyraźnie zażyczyła sobie, żeby w nim nie palić. Bała 

się pożaru. Knut pomyślał, że raczej bała się, żeby nie zużył zbyt wiele drewna, ale on dobrze 

grał swą rolę. Bez protestu marzł wieczorem i nocą. Bywało, że budził się skostniały z zimna.

Lea rozpuściła swój jasnobrązowy warkocz. Włosy, proste i już pozbawione blasku, 

opadły trochę poniżej ramion. Ładnie się ubrała.  Włożyła dość przyzwoitą bluzkę, lecz  w 

stodole rozpięła dwa guziki przy szyi.

Udawała, że czyni to bezwiednie, lecz Knut nie dał się zwieść. Wyglądał może młodo, 

ale na swoje dziewiętnaście lat czuł się stary i doświadczony.

Spod narzuconego na ramiona szala wyjęła butelkę i zamachała nią Knutowi przed 

nosem.

- Niespodzianka - uśmiechnęła się. Knut zastanowił się, czy to ostatnia rzecz, jaka go w 

życiu zaskoczy. Ale postanowił zaryzykować, mając nadzieję, że Lea nie posunęłaby się do 

morderstwa.

- Można powiedzieć, że tak. Usiadła na brzegu jego posłania. Nie wydawała się ani 

trochę speszona. A kiedy odkorkowała butelkę i przytknęła ją najpierw do swoich ust, zanim 

podała jemu, upewnił się, że nie jest to początek końca.

- Damy mają pierwszeństwo - rzekł z uśmiechem, po czym sam pociągnął spory łyk. 

Trunek okazał się bardziej ostry i mocny, niż Knut się spodziewał. Przyprawiony czymś, co 

wydawało mu się znajome, ale nie pamiętał, co to takiego. Zadzwonił zębami o butelkę, zanim 

wziął jeszcze jeden haust. Sporo czasu upłynęło od pijaństwa u Hannu.

- Czym sobie na to zasłużyłem? - zdziwił się.

- Niczym - odparła i mrugnęła szelmowsko. - Jeszcze niczym.

Położyła szal za sobą i rozpięła pozostałe guziki. Przez cały czas nie spuszczała z Khuta 

background image

wzroku. Lekko się uśmiechała. Każdym gestem starała się wzbudzić w chłopaku pożądanie.

Knut nie odrywał od niej oczu. Pił.

Ściągnęła   bluzkę.   Zaczęła   wolno   rozwiązywać   koszulę.   Chłód   w   pomieszczeniu 

przyprawiał ją o gęsią skórkę. Knut odłożył butelkę, ale znowu usiadł z założonymi rękami. Lea 

zsunęła chodaki. Upadły ciężko na podłogę. Rozchylona koszula ukazała pełne piersi, które 

chyba zaczynały tracić swój kształt. Dziewczyna wyzywająco podciągnęła spódnicę i odsłoniła 

nogi. Miała ładne nogi. Bardzo szczupłe uda. Usiadła na posłaniu, podkurczyła nogi - pokazała, 

że pod spódnicę nic na siebie nie włożyła. Uśmiechnęła się zmysłowo. Lubiła się pokazywać. 

Lubiła wzbudzać pożądanie.

Przesunęła czubkiem języka po wargach.

- Nie mów tylko, że cię boli głowa - szepnęła ochryple.

Knut uśmiechnął się.

Do diabła, sama się prosi. Mógłby przejść obok niej obojętnie. Normalnie nawet by się 

za nią nie obejrzał. Była za stara. Zupełnie nie w jego typie.

Ale nie miał nikogo od...

Dużo czasu minęło, odkąd był z kobietą.

Wyciągnął leniwie dłoń i położył ją na piersi Lei. Pieścił ją, obserwując przez cały czas, 

jak dziewczyna się podnieca. Starał się wyczuć, co robi dobrze, a co jej się nie podoba.

Miał ochotę na kobietę. Niekoniecznie na nią. Właściwie każda byłaby teraz dobra. 

Tylko jego męskość ożyła. Serce pozostało martwe.

Dziewczynie   wyraźnie   sprawiało   przyjemność,   że   wzbudzała   w   nim   pożądanie. 

Podobało jej się, kiedy jego pieszczoty stały się bardziej intensywne, podobało jej się, kiedy 

dotykał jej w sposób zbyt wulgarny, by ośmieliła się poprosić o jeszcze. Knut wiedział, czego 

chciała, i dał jej to.

Była gotowa, kiedy rozpinał spodnie. Dosiadła Knuta okrakiem niczym dzika bestia. 

Drapała i wyła, doprowadzając go do zenitu, bardziej przypominającego burzę niż rozkosz.

Lecz najwyraźniej była zadowolona. Nie wyszła, dopóki nie wziął jej jeszcze dwa razy 

na swym wąskim posłaniu. Potem, kiedy został znowu sam, wydawało mu się, że w stodole jest 

potwornie gorąco.

W tym tygodniu codziennie miał podobne odwiedziny. Następnego dnia przyszła Sanna. 

Sara w kolejne dwa. Przez dwa wieczory bawił się z Leą i Sanną - oba przeciągnęły się do 

późnej nocy.

Knut czuł się zmęczony. Uznał, że najwyższy czas ruszyć w drogę. Najwyższy czas 

wymknąć się z objęć tych dziwnych kobiet. Odszedł bez pożegnania, nie prosząc o zapłatę za 

background image

pracę.

Niech   sobie   myślą,   co   chcą.   Być   może   uważały,   że   został   wystarczająco   sowicie 

wynagrodzony.

Żadnej z nich nie udałoby się go zatrzymać.

Knut  ruszył   dalej   na  wschód.   Zboczył   nieco  na  północ.  Podążył   utartym  szlakiem. 

Odnajdował na wpół zasypane ziemianki, które dawały mu schronienie na noc. Ruszał dalej o 

brzasku.

Najciemniejsza   część   zimy   była   jeszcze   przed   nim.   Nie   miał   wytyczonego   celu. 

Stanowił tylko mały punkt na bezkresnym płaskowyżu, rzucony na pastwę kapryśnej natury.

Nie bał się.

Przez dwie noce słyszał wycie wilków. Jedną z nich spędził przy ognisku. Siedział, 

oplótłszy się ramionami. Wspominał noc, kiedy obejmował Annę.

Niebo było równie gwiaździste jak wtedy. Przypomniał sobie, jak Anna mówiła, że 

gwiazdy to odbicie wszystkich ognisk na ziemi.

Teraz sam pomyślał, że gwiazdy są okienkami do dusz, które odeszły do Boga. Przez te 

swoje okienka mogą spoglądać w dół na tych, których lubiły za życia.

Popatrzył w niebo. Usiłował odgadnąć, która gwiazda należy do Anny, lecz nie potrafił.

Czwartego dnia dogoniły go pędzące reny. Zwykle ludzie zatrzymują się, gdy spotykają 

na tym pustkowiu inne żywe dusze. Knut wsparł się na kijku. Powożący zaprzęgiem zatrzymali 

zwierzęta. Okazało się, że to sami mężczyźni. Knut domyślił się, że wracają z jarmarku w 

Lyngen. Z jarmarku w Skibotn.

Nic więcej nie zdążył pomyśleć, ponieważ został niemal uniesiony przez jakąś okrytą 

futrami postać. Pochwyciły go silne ręce i potrząsnęły z radości.

- Knut! Spośród wszystkich ludzi właśnie ciebie omal bym nie przejechał! Tutaj!

Wesoły głos wydał się Knutowi znajomy. Po chwili twarz mężczyzny wyłoniła się z 

cienia grubej futrzanej czapy i Knut zobaczył Ailo.

Objęli   się   nawzajem.   Śmiejąc   się,   rozmawiali   szybko   i   chaotycznie   we   wszystkich 

trzech językach, które opanowali w różnym stopniu.

Ailo wciągnął Knuta w swoje pułki. Pewnie udał mu się handel.

- To naprawdę niezwykły przypadek - rzekł Ailo, nie mogąc wyjść ze zdumienia. - 

Dokąd idziesz, przyjacielu? Dokąd zmierzasz?

- Wszędzie. I donikąd.

- Włóczysz się po płaskowyżu? Tutaj? Bez celu? - Ailo zmarszczył ciemne brwi.

Przypominał Knutowi Mikkala. Był podobny do ojca. Wprost do złudzenia. Tylko oczy 

background image

miał   swoje:   jasne,   błyszczące,   badawcze.   Knut   nigdy   nie   widział   Siggi,   matki   Ailo.   Nie 

wiedział, że te oczy chłopak odziedziczył po niej.

- Coś mi się wydaje, że nie wszystko jest jak powinno. Czy ci się nie powiodło?

Knut skrzywił się.

- Pewnie nie po to się urodziłem, żeby mi się powodziło. Grzechy ojców - rzekł z 

krzywym uśmiechem. - I matek - dodał z odcieniem goryczy.

- Zostaniesz z nami - zadecydował Ailo. - Nie traćmy więcej czasu. Chcielibyśmy przed 

wieczorem dotrzeć do siidy, to znaczy do lapońskiej wioski. Mamy tam znajomych. Jedzenie i 

dach nad głową. Zostań z nami, Knut. Przyjmą cię jak swojego, skoro przyjedziesz ze mną. 

Jesteś moim bratem.

Szybkimi,   wprawnymi   ruchami   Ailo   przymocował   narty   Knuta   do   sań.   Gwizdnął 

przeciągle, kiedy podnosił sakwę, żeby włożyć ją do swych pułk. Spojrzenie, które przesłał 

przybranemu bratu, było pełne podziwu.

- Ida mówiła o twoich marzeniach - powiedział cicho. - Nie przypuszczałem, że tak 

dobrze ci pójdzie.

- To długa historia - rzekł Knut zmęczony. Wcisnął się do sań Ailo.

- Długie historie są nieodłączne przy obozowych ogniskach - rzucił Ailo. Wskoczył do 

sań przed Knuta.

Płaskowyż drgnął. Ruszyli w drogę. Knut czuł radość. Chyba w głębi duszy wierzył, że 

zdarzy się coś podobnego. To jedyne, co mogło go uratować.

Może   mimo   wszystko   będzie   jeszcze   tu   potrzebny,   skoro   tak   wiele   dobrych   sił 

najwyraźniej stanęło po jego stronie.

Był późny wieczór, kiedy dotarli do siidy.

Przyjęto ich z otwartymi ramionami. W krótkim czasie przygotowano dla gości posiłek, 

odstąpiono jurtę na nocleg - Knut i Ailo nawet nie zauważyli, dokąd udali się jej właściciele.

Przez cały czas przychodził ktoś, żeby porozmawiać, pozdrowić ich, spytać o nowiny, 

opowiedzieć, co się ostatnio wydarzyło.

Knut dawno nie czuł się tak dobrze.

Obawiał się, że będzie traktowany jak obcy, którego trzyma się na dystans. Ale tak się 

nie stało. Przywitano go uśmiechem i z tą samą serdecznością,  jaką otoczono Ailo i jego 

towarzyszy z zaprzęgu. Zaakceptowano go, ponieważ Ailo ręczył za niego i nazywał swoim 

bratem. Niektórzy z mieszkańców wioski znali Raiję. Inni wspominali ją, chociaż jej nie znali. 

Knut zorientował się, że i ją lubili. Po raz pierwszy odniósł wrażenie, że dobrze jest być synem 

Raiji.

background image

Na niebie jaśniała zorza polarna. Ailo i Knut stali obok siebie pod tańczącym światłem i 

przyglądali mu się w milczeniu. Knutowi zorza polarna zawsze wydawała się trochę straszna. 

Pamiętał,   jak   dorośli   ostrzegali,   że   zorzy   polarnej   nie   wolno   drażnić.   To   niebezpieczne 

pokazywać palcem na zorzę - mogłaby rzucić jeden płomyk i oparzyć czubek palca. Mogła też 

wysuwać swe giętkie ramię i porywać dzieci...

Krążyło o niej tak wiele historii...

Dopiero późną nocą wrócili do namiotu. Połączyli skóry na środku przy palenisku.

Kiedy ułożyli się na spoczynek, Ailo spytał:

- Wiedziałeś, że Raija kochała zorzę polarną?

Knut   podniósł   wzrok.   Potrząsnął   głową.   Ailo   zawsze   robił   się   jakiś   dziwny,   kiedy 

mówił o Raiji. Była rodzoną matką Knuta, lecz to Ailo znał ją najlepiej ze wszystkich dzieci.

Ailo uśmiechnął się słabo. Przypomniał sobie kobietę, która była kimś więcej niż matką. 

Która sprawiała, że ojciec stawał się weselszy i młodszy. Dzięki której Mikkal był szczęśliwy.

- Raija nazywała zorzę polarną mostem. Mówiła, że łączy ludzi, którzy się kochają. 

Sądzę, że ona i tato wierzyli, iż ten most rozpościera się tylko między nimi. - Ailo spoważniał. - 

Zawsze, kiedy widzę zorzę polarną, myślę o Raiji. Chciałbym, żeby to była prawda. Że to 

pewnego rodzaju most. Chciałbym, żeby Raija wiedziała, że ją lubię. Nadal. Mimo wszystko. 

Kto wie...

- Ciągle nie daje znaku życia. Ailo skinął głową:

- Martwią się o ciebie w domu. Reijo miota się między myślą, że jakoś sobie radzisz, a 

rozpaczą, że może nie ma już nadziei.

Knut westchnął.

- Reijo zapomniał, że niedawno sam był młody. Nie pamięta przygód, które przeżył. Nie 

pozwala komuś innemu...

- Znalazłeś to? - Ailo przeskakiwał z tematu na temat. - Wieści, które przesłałeś, Idzie 

wydały się tak niezrozumiałe, że jeszcze bardziej zaczęła się martwić. Poza tym przyszło jej do 

głowy,   że   mężczyźni,   którzy   je   przekazali,   pewnie   cię   zabili.   Obszarpani,   odrażający   i 

podejrzani, to tylko niektóre określenia, jakich użyła.

- Powinieneś jej wytłumaczyć, że nie tak łatwo na pustkowiu znaleźć posłańca. - Knut 

musiał się uśmiechnąć. - Jak im się wiedzie? Idzie? Mai? Reijo?

Ailo   rozciągnął   się   wygodnie   na   skórze.   Bawił   się   nożem   i   kawałkiem   drewna. 

Opowiadając, wbijał czubek noża w drewno.

- Ida owija sobie zalotników wokół małego palca, ale nie chce żadnego z nich. Albo 

znowu chce wszystkich. Gdyby mogła w jednym połączyć wybrane cechy z każdego... Reijo... - 

background image

Ailo zamilkł.  - Reijo nie zestarzał  się.  To nie to. Ale nie jest taki jak kiedyś. Być może 

dorosłem i łatwiej mi przejrzeć innych na wskroś. Ale uważam, że wygląda na zmęczonego. Ida 

twierdzi, że nawet Maja nie wie, co się z nim dzieje. Reijo już nawet z nią nie rozmawia.

- A Maja? Ailo zacisnął powieki. Nóż zatrzymał się, po czym z dużą siłą wbił się w 

drewno.

- U Mai nie najlepiej. Och, gdybym jeszcze raz spotkał tego drania, za którego wyszła. 

Myślę, że dostał zbyt łagodną karę. Gdyby nie ten łajdak, Maja nadal byłaby młoda i wesoła. 

Teraz staje się babą. Babą bez męża, bez dzieci, bez czegokolwiek. Nie wiem, czy ma jeszcze 

jakieś marzenia. Czasami myślę, że nie. Myślę też, że takiego życia jak jej nie można przeżyć 

bez marzeń. W swym cierpieniu przypomina Reijo. Również ona nie dzieli się z nikim swoimi 

myślami. Szkoda, że Matti i Elise wyjechali do Finlandii. Elise potrafiłaby jakoś przebić się 

przez ten pancerz Mai. Jest mi bardzo droga, ale, do diabła, mnie też do siebie nie dopuszcza. 

Przypomina zjawę. A jest właściwie ładną dziewczyną.

Knut poczuł ukłucie w sercu. Zapragnął znaleźć się teraz razem z najbliższymi, ale 

zdawał  sobie  sprawę,   że to i  tak niczego  by nie zmieniło.  Nikt  w  rodzinie  nie stałby  się 

szczęśliwszy, gdyby Knut Elvejord wrócił teraz do domu.

- Ida mówiła o jakiejś dziewczynie, podobno przekazałeś jej taką wiadomość. Co się 

stało? Zdradziła cię?

Knut zagryzł zęby. Zacisnął pięści, czując, jak znowu ogarnia go niemoc. Ale chciał 

porozmawiać o Annie. Chciał opowiedzieć Ailo, jaka była. O chwilach, które wspólnie spędzili.

- Umarła - rzekł cicho.

Ailo słuchał, nie zadając żadnych pytań. Nie przerywając. Jak prawdziwy przyjaciel.

Dobrze było o tym mówić. Knut sądził, że będzie trudniej. Nie rozmawiał na ten temat 

nawet z Hannu i Jussim. Sami się dowiedzieli,  znali część tej historii z plotek, trochę się 

domyślali i tyle rozumieli, że nie musiał wszystkiego ubierać w słowa.

Synowi Mikkala musiał opowiedzieć wszystko. Musiał opisać Annę, dokładnie, tak jak 

ją pamiętał. Jak odrzucała głowę, kiedy się śmiała, jak przesuwała palcem wskazującym po 

górnej wardze, kiedy się martwiła lub zamyślała, jaka była delikatna, jaka młoda...

I jak łamano jej wolę. Jak próbowała się z tego wyzwolić.

I o własnych błędnych wyobrażeniach, że jest silniejsza, niż była w istocie.

- Uczepiłem się myśli, że była rówieśnicą Idy - rzekł Knut, wzdychając. Czuł się winny. 

- Kiedy patrzyłem na nią i nie rozumiałem ani trochę, starałem się ujrzeć przed sobą Idę. 

Wyobrażałem sobie, jak ona by to przyjęła. Zapomniałem, że są tak różne. Zapomniałem, że Ida 

to   dziewczyna   z   charakterem.   Że   wychowała   się   w   rodzinie,   gdzie   nikt   nie   jest   całkiem 

background image

zwyczajny. Zapomniałem, że Ida jest dorosła od dawna. A w każdym razie rozsądna... Anna 

taka nie była. Nigdy nie musiała za nic odpowiadać. Nie umiała zmierzyć się z przeszkodami 

lub z kłopotami. Uważała, że nie jest w stanie im sprostać. Zawsze mówiono jej, jaka jest 

niemądra. A kiedy wybrano jej męża, przekonywano, że powinna się cieszyć, iż znalazł się 

ktoś, kto się nią zajmie. Nigdy nie powinienem był jej tak zostawić. Nigdy sobie tego nie 

wybaczę. Ale sądziłem, że jakoś potrafi się obronić. Wierzyłem, że wrócę na czas...

Pochylił głowę i mocno splótł dłonie. Zacisnął je i uderzał nimi w rozpaczy o kolana.

- Nawet nie przyszło ci do głowy, że może być w ciąży - rzekł Ailo łagodnie. - Ja też 

bym o tym nie pomyślał. Mężczyźni są być może bezmyślni. Nam się to po prostu nie zdarza...

Knut   nie   odpowiedział.   Dobrze,   że   Ailo   rozumiał.   Rozumiał   i   nie   trzeba   mu   było 

dokładnie tego tłumaczyć.

- Nie potrafię się z tym pogodzić - rzekł cicho. - Myślę o niej przez cały czas. Wiem, że 

już nie wróci. Śmierć to jedyne, co mogło nas rozdzielić. Każdą inną przeszkodę mógłbym 

pokonać. A tak, nie mogłem nic zrobić. To jakieś przekleństwo. Ponieważ mama nie była w 

pełni szczęśliwa, ponieważ nigdy nie mogła mieć tego, co kochała, dlatego ja także tego nie 

dostanę. Do diabła, to nie moja wina, że Kalle jest moim ojcem! Że nie kochała go, tak jak 

kochała Mikkala...

Ailo schował nóż do pochwy.

- To nieprawda - rzekł. - Nie istnieją takie przekleństwa. To by było niesprawiedliwe. 

Nie możemy wybierać sobie rodziców, czy tak? Anna nie żyje. Ty żyjesz. Jest ci potwornie źle. 

Być może to minie. Być może nie. Co masz zamiar robić?

- Nie wiem - odparł Knut.

- Nie myślisz wiele o przyszłości, prawda? Knut wzruszył obojętnie ramionami.

- Nie bardzo. Nie o własnej przyszłości. Ale zamierzam wydobyć resztę złota. Dla Idy i 

Mai...

- Rozpamiętujesz tylko to, co było? - spytał Ailo. - Jak było? Zastanawiasz się, co by 

było, gdyby...?

Knut przytaknął. Nie rozumiał dokładnie, do czego Ailo zmierza.

-   A   co   z   dniem   dzisiejszym?   -   spytał   Ailo   prowokująco.   -   Dokąd   zaszedłeś?   Co 

widziałeś po drodze? Jak tam było?

- Biało - odparł Knut. - Chciałem tylko iść. Mieć spokój.

- Zamierzałeś gdzieś dojść? Knut potrząsnął głową.

- Tylko uspokoić myśli? - drążył Ailo. Knut milczał.

- To wyniszczające - westchnął Ailo. - Pomyśl, ile ty masz lat? Dziewiętnaście? Być 

background image

może będziesz czuł ten ból do końca życia. Trudno powiedzieć. Czy chcesz się tak zadręczać do 

śmierci?

- Nie wiem, czy zostało mi jeszcze aż tak wiele czasu do końca życia - odrzekł Knut 

szczerze. - Nie potrafię zaakceptować tej pustki. Nic mi nie pozostało, rozumiesz, Ailo? Nic na 

świecie.

- A co z tymi, którzy czekają w domu?

- No tak. Ale oni nie zastąpią mi Anny. Kochałeś chyba kiedyś? To nie to samo, co 

rodzina.

- Nie mogę wiele powiedzieć o mojej rodzinie - rzucił Ailo z goryczą. - Jestem sam jak 

palec. Być może dlatego tak mi dobrze z twoją.

- To również twoja rodzina - stwierdził Knut.

Nie pomyślał o tym, że Ailo nie ma rodziny. Nikogo poza dziadkiem i wujami. Ailo 

zawsze sam sobie radził. Knut podziwiał go, choć chłopak był tylko o rok starszy.

- Czyżby? - zastanowił się Ailo. Uśmiechnął się jakby nieobecny myślami. Jego twarz 

była bardziej pociągła niż kiedyś twarz Mikkala. Knut spostrzegł to w tej chwili. Lecz nos Ailo 

miał taki sam. Usta. Uśmiechał się tak samo. Unosił brwi w ten sam sposób. Różnił się od ojca 

tylko kolorem oczu i włosów - Mikkal miał czarne włosy, Ailo raczej ciemnobrązowe.

- Mam krewnych - mówił dalej Ailo. - Ale to coś całkiem innego. Nawet Maja jest dla 

mnie teraz jak dalsza krewna. A przecież to najbliższa mi osoba. Przyrodnia siostra. Siostra. 

Właściwie bez różnicy. Ale ostatnio stała się dla mnie równie obca jak ci, w których nie płynie 

ta sama krew. Wydaje mi się, że znam Idę o wiele lepiej niż Maję. Z Idą można porozmawiać.

- Chciałbym spotkać takiego, który potrafiłby milczeć w towarzystwie Idy - uśmiechnął 

się Knut.

Młodsza siostra znalazła szczególne miejsce w jego sercu. Teraz, kiedy nie było Anny, 

najbardziej na świecie martwił się o Idę. Naturalnie w inny sposób. Ale kochał ją.

- A jak ty żyjesz? - spytał Knut. - Tyle rozmawialiśmy o mnie. Czym się zajmujesz?

-  Renami  -  rzekł  Ailo,  odrzucając w  tył  głowę.  Opaloną  dłonią odgarnął  grzywkę. 

Sekundę potem opadła z powrotem na czoło. - Reny, odpowiedzialność i praca. Dużo jest 

roboty, nawet w zimie. Nie powinienem wyjeżdżać tak daleko. To niemądry pomysł. Dużo bli-

żej też odbywają się jarmarki. Ale chyba musiałem wybrać się do Lyngen. Musiałem znowu 

zobaczyć rodzinę.

- Znaleźć drobną, ciepłą żonkę?

- Ja? - Ailo wskazał na siebie i roześmiał się cicho. W jego oczach pojawił się błysk. - 

Skoro uważasz, że ciąży na tobie przekleństwo, chłopie, to chyba ja powinienem myśleć tak 

background image

samo. Nie zapominaj, że moglibyśmy być rodzonymi braćmi. To mój ojciec i twoja matka 

kochali się bezgranicznie.

- Czy zawsze żenicie się tak młodo?

- Ja uchodzę już chyba za dość starego - stwierdził Ailo. - Jeśli patrzeć na to od tej 

strony, lepiej jest nie mieć rodziców. Nikt mnie nie namawia do ożenku, nie czyni wyrzutów. 

Nie spotkałem jeszcze takiej, z którą chciałbym się ożenić. Takiej, z którą chciałbym być. Przez 

całe   życie.   Dla   mnie   to   potwornie   długi   czas.   Nie   chciałbym   w   swojej   jurcie   jakiegoś 

chichoczącego,   paplającego   dziewczątka.   Kobieta   powinna   być   pracowita,   a   jednocześnie 

chciałbym w niej znaleźć przyjaciela. I naturalnie powinna mieć w sobie coś, co by mnie przy 

niej trzymało.

Knut nie mógł powstrzymać uśmiechu:

- Chyba zostaniesz starym kawalerem, Ailo. Nie znajdziesz takiej kobiety w Finnmarku. 

Myślę,   że   temu   gatunkowi   grozi   wyginięcie.   Czy   nie   możesz   się   zadowolić   czymś 

skromniejszym?

Ailo potrząsnął głową. Wydawało się, że powędrował myślami gdzieś daleko.

- Miałeś taką matkę, prawda? Tato ją znalazł. Dlaczego mnie nie miałoby się udać?

- ... albo nie udać. Miała dobre i złe strony, Ailo. Myślę, że tyle jest opinii o... mamie, 

ile ludzi, którzy ją znali.

- Mówisz tak, jakbyś uważał, że nie żyje.

- Czy wszystko na to nie wskazuje? Ailo skinął głową.

- Chciałbyś, żeby nie żyła? Knut zaczerpnął powietrza.

- Tak - rzekł po dłuższej chwili. - Tak, wydaje mi się, że bym chciał. Łatwiej byłoby 

znieść taką świadomość. Nie lubię tego uczucia, które mnie ogarnia, kiedy pomyślę sobie, że po 

prostu poszła swoją drogą. Nie chcę uwierzyć w to, że mogłaby nas opuścić. Jesteśmy jej 

dziećmi...

Wpatrywał się w żar paleniska. Powinni dołożyć drew, lecz żaden z nich nie chciał 

niszczyć tej szczególnej atmosfery, jaka zapanowała w jurcie. Już nieraz rozmawiali ze sobą, 

ale nigdy tak jak dziś. Teraz czuli się naprawdę jak bracia.

- Właściwie mój żal trochę złagodniał, kiedy mieszkałem z Reijo. Jego zdanie na temat 

Raiji stało się moim. Reijo kocha ją, nie stawiając żadnych warunków. Czasami myślę, że jego 

stosunek   do   mamy   jest   wprost   absurdalny.   I   nie   sądzę,   żeby   była   dla   niego   tym,   kim 

kiedykolwiek była dla twojego lub mojego taty. Uważam, że w gruncie rzeczy Reijo traktuje ją 

jak przyjaciela. A przez to wszystko jest jeszcze bardziej bez sensu. Widziałem, jak życie go 

omija, ponieważ ciągle na nią czeka. Jeżeli nawet Raija wróci, nigdy nie będą prawdziwym 

background image

małżeństwem...  Ale Reijo nie potrafi myśleć o niej źle. Maja za to wprost przeciwnie. Ja 

tkwiłem między nimi i stopniowo zaczynałem czuć jak Reijo. Że różne rzeczy nie były... mamy 

błędami. Że tylko działy się wokół niej... Ale po śmierci Anny trudno mi patrzeć na to w ten 

sposób. Przedtem nie miałem pojęcia, jak silna może być myśl o własnym dziecku. Co z tobą 

robi. Tak bardzo pokochałem dziecko, które nie zdążyło się narodzić. Którego nigdy nie będę 

trzymał w ramionach. Wiedziałem tylko, że stanowiło zalążek czegoś, co byłoby także częścią 

mnie   samego.   Nie   rozumiem,   jak   ktoś...   jak   matka   może   zapomnieć,   że   ma   dzieci.   Jako 

mężczyzna nie byłbym do tego  zdolny.  Wyobrażam  sobie,   że  kobieta  odczuwa to jeszcze 

silniej. Nosi je w swym brzuchu, rodzi je. Nie rozumiem, jak można coś takiego wykreślić ze 

świadomości.

- Mniej bolesna byłaby myśl, że nie żyje? Knut skinął głową.

-   To   brzmi   okropnie.   Jest   przecież   moją   matką.   Ale   chciałbym   tego.   I   chciałbym 

pewnego dnia poznać prawdę. Nie sądzę, aby ktokolwiek z nas nadal mógł być normalnym 

człowiekiem, gdybyśmy się nie dowiedzieli, co się stało.

- Ida mówiła prawie to samo - rzekł Ailo. - O Reijo.

- Ida często widzi rzeczy bardzo wyraźnie - przyznał Knut. - Już tak dawno dorosła. 

Prawie nie pamiętam jej jako dziecka...

- Jest bardzo podobna do Raiji. Jej rude włosy każą ci myśleć, że Ida jest po prostu sobą, 

ale gdy przestajesz zwracać na nie uwagę, wtedy do złudzenia przypomina Raiję.

- W każdym razie nie jest taka jak kobieta, której szukasz. - Knut położył się i naciągnął 

na siebie skórę. - Jest najbardziej kapryśną istotą, jaką znam. Strasznie będzie terroryzować 

biedaka, któremu na jego nieszczęście powie „tak”.

- Ida to jakby siostra - rzucił ostro Ailo. - Mówię o niej wyłącznie jako brat. Pójdziesz z 

nami dalej? - spytał po chwili.

Usiadł i znowu zaczął bawić się nożem.

- Chyba tak.

- Będę potrzebował dodatkowych rąk do pracy, kiedy dotrzemy na wybrzeże. Czeka nas 

wiele roboty. Nie będziesz miał czasu na myślenie w ciągu dnia, a wieczorem będziesz tak 

zmęczony, że zaśniesz, zanim przyłożysz głowę do poduszki.

- To dla mnie idealne rozwiązanie.

- I nikt tam nie marzy o złocie, twoje skarby będą więc bezpieczne.

Knut zamknął oczy.

- Złoto mnie już nie obchodzi, Ailp. Mogę ci dać połowę, jeżeli chcesz. Wiosną chętnie 

wezmę cię ze sobą, by wydobyć resztę. Sporo tam jeszcze zostało. Naprawdę sporo. Skała jest 

background image

wysadzana złotem. Nazywam je moim dziedzictwem. Nie uważasz, że to brzmi wspaniale?

- Nie chcę złota - odparł Ailo. - Nie potrzebuję go. Mam wszystko, czego mi trzeba. Nie 

mogę  przecież  kupić promieni słońca, dobrej pogody,  obfitych połowów, zdrowia  renów... 

Tego, co ma dla mnie jakieś znaczenie, nie da się zdobyć środkami, które można uzyskać dzięki 

twemu złotemu metalowi.

- Być może zmienisz zdanie, kiedy staniesz w jego blasku - rzekł Knut. - Wierz mi, na 

jego widok z człowiekiem dzieją się dziwne rzeczy. Nie mam odwagi otworzyć sakwy i zajrzeć 

pod warstwę ubrania, którą jest przykryte. Nie mam odwagi pomyśleć, co by się ze mną stało. 

Powinienem był pokazać złoto Annie. Teraz nie mam nawet ochoty go oglądać.

- Zima spędzona wśród nas na wybrzeżu dobrze ci zrobi.

- Uratowałeś mi życie. - Knut wyrzekł te słowa po dłuższym milczeniu. - Wybrałem 

tułaczkę. Wiedziałem, że w końcu jacyś ludzie trafią na mój ślad. Ale nie mogłem wiedzieć 

kiedy. Właśnie zdecydowałem się wyznaczyć własny kurs, postanowiłem iść tak długo, dopóki 

starczy mi sił. Wtedy się pojawiliście. To dzięki tobie żyję.

- Możesz mi podziękować, kiedy uznasz, że jest za co - rzucił Ailo.

Nadal celował w swoje drewienko. Było podobne do jednej z pierwszych zabawek, jakie 

pamiętał - do ptaszka z rozłożonymi skrzydłami.

Archangielsk, zima 1746 roku

Stała   przed   stromym   uskokiem,   który   wydawał   się   sięgać   aż   do   nieba.   Skała   była 

wilgotna i zimna - i nad całym tym miejscem wisiało coś złego. Mogło jej wyrządzić krzywdę. 

Mogło skrzywdzić każdego, kto dotknął skały, kto zapuścił się zbyt daleko.

Wiedziała,   że   powinna   kogoś   chronić.   Tu   było   niebezpiecznie,   niebezpiecznie... 

Rozejrzała   się   dokoła.   Uznała,   że   musi   jakoś   to   zasłonić.   Musi   ukryć   całe   miejsce.   Musi 

schować całą tę przeklętą skałę.

Gołymi rękami chwytała kamienne bloki. Podnosiła je, przesuwała, z wysiłku oblewał ją 

pot, pozdzierała skórę dłoni, poczuła w ustach smak krwi.

I tak niewiele zdziałała.

Jakkolwiek by się starała, zło wydawało się jeszcze bardziej wyraźne.

Z   czarnej   czeluści   promieniowało   światło.   Światło,   które   mogło   oczarować, 

obezwładnić, opętać... Które mogło rozpalić pożądanie, niebezpieczne i szalone...

Czuła niechęć, chciała je zakryć, pragnęła schować.

Światło było niebezpieczne dla jej syna. Nie powinien stanąć w blasku promieniejącym 

ze skały.

- Skarbie najdroższy, obudź się! Nie płacz, kochana! To sen. To tylko sen, moja Raiju! 

background image

Obudź się!

Łagodny, spokojny głos Jewgienija gasił blask nieprzyjemnego światła. Nadal drżała, 

kiedy otworzyła oczy. Całe ciało było mokre od potu i zimne, choć leżała pod kocami.

Raija   wysunęła   się   spod   nich   w   objęcia   męża.   Pieścił   ją   czule   silnym   ramieniem, 

delikatnymi palcami, ustami, szepczącymi uspokajające słowa, scałowywał zimny pot z jej 

czoła.

- Niezależnie od tego, co to było, moja maleńka Raiju, powinnaś o tym zapomnieć! - 

szeptał.

Bardziej obawiał się dręczących ją koszmarów niż ona sama. Pewnego dnia mogłyby 

przed nią odsłonić czasy, które tak starannie ukrywał. Pewnego dnia mogłyby pewnie odkryć 

kłamstwo, w którym i z którym żył. Kłamstwo, które stało się jego krzyżem, ale na które i dziś 

by się zdecydował dla spędzonych razem lat.

Spokój jego sumienia nie miał żadnej wartości w porównaniu ze szczęściem, które 

dzielili.

Raija była szczęśliwa. Była z nim szczęśliwsza, niż mogłaby być w Norwegii.

- Widziałam jakieś światło, Jewgienij - szepnęła tuż przy jego ciepłej szyi. - Złociste 

światło, które jest niebezpieczne dla Michaiła. Musiałam go przed nim ochronić. Ale nie byłam 

w stanie... - Zamilkła. Patrzyła przed siebie. - Jednocześnie czułam, że znajdował się poza 

niebezpieczeństwem. Światło zagrażało mojemu dziecku, ale w jakiś dziwny sposób Michaił 

znajdował się poza nim...

Jewgienij przełknął.

- To tylko sen...

- Sny zawsze o czymś mówią - stwierdziła. - W snach jest jakieś przesłanie, Jewgienij. 

Nie rozumiem, co ten oznacza, ale się przestraszyłam.

Jewgienij także się bał. Raija pokazała już wiele razy, że ma w sobie jakąś siłę, której 

większość   ludzi   nie   posiada.   Między   nią   a   niektórymi   osobami   istniały   niewidoczne 

powiązania.

Sen był być może jakimś przesłaniem.

Kiedyś pewnie nadejdzie ten dzień, kiedy Raija przypomni sobie, że ma więcej niż 

jedno dziecko, że Michaił nie jest jej jedynym synem.

- Mogę  ci przekazać milsze  przesłanie - szepnął jej do ucha. - Kocham cię,  Raiju 

Bykowa. Jak ci się to podoba?

Pozwoliła mu się oderwać od nieprzyjemnych myśli. Dała się skusić i przestała się 

martwić   snem,   który   ją   tak   bardzo   przeraził.   Chciała   zapomnieć   o   złocistym   świetle.   Sen 

background image

wydawał się jednak bardziej wyrazisty od pozostałych. Tak jakby naprawdę to przeżyła...

Wolała mimo wszystko szukać pociechy na szerokiej piersi Jewgienija. Uśmiechnęła się 

do męża i wyznała szczerze:

- Ja też cię kocham, Jewgieniju Byków.

background image

POSŁOWIE

Knut Olsson, Knut - Kwen z Alty, dostał się do króla w Kopenhadze i odbył z nim 

rozmowę.

Rolnik, który przybył do Ruiji do Alty na początku wielkiej wojny północnej, uzyskał 

audiencję u najważniejszego człowieka w państwie duńsko - norweskim.

Na swój prosty sposób opowiedział mu o życiu pod kręgiem polarnym. Ze jeśli chodzi o 

warunki naturalne, to nie jest najgorzej. Że jest dość zwierzyny, ryb i ziemi do uprawy.

Opowiedział o namiestniku Kjeldsenie, który urzęduje we wspaniałej posiadłości, gdzie 

mieszka ze swą młodą metresą. O tym, jak wykorzystuje lud. Najwyższy przedstawiciel króla 

na północy nie dba odpowiednio o swój urząd - Knut - Kwen nie potrafił tego wyrazić w inny 

sposób.

Wyznał,   że   nie   sądzi,   by   wolą   króla   było   podporządkowanie   własnych   poddanych 

takiemu człowiekowi.

Po   to   przeszedł   pięćset   mil,   żeby   szukać   sprawiedliwości   dla   tych,   którzy   ciężko 

pracują, prosić o stworzenie im w dolinie Alty warunków godnego życia.

Być może duńskiemu królowi ten człowiek z ludu zaimponował swoją odwagą i wolą 

zwycięstwa.

Obiecał  Knutowi  Olssonowi,  że  w Finnmarku nastaną lepsze  czasy.  W  najdalej  na 

północ wysuniętym punkcie królestwa potrzebni są tacy mężczyźni jak ów niezłomny Fin. To 

właśnie takich płatników podatków królowi potrzeba. Kazał wysłać list przez Knuta - Kwena.

I Knut Olsson przebył z powrotem pięćset mil do Alty. Wrócił wiosną. W Kwenów 

mieszkających   w   Alcie   wstąpiła   nadzieja.   Dwa   tygodnie   później   namiestnik   wydał   nakaz 

aresztowania Knuta.

Dla mieszkańców podległych mu dzielnic nastały złe czasy.

Nadeszła   zima   Roku   Pańskiego   1747.   Knut   Olsson   opuścił   areszt.   Zaczął 

przygotowywać swoją sprawę, która w lecie przyszłego roku miała trafić na ting.

Równie wyprostowany jak świerki w lasach wokół Tornea - miasta, w którym urodził 

się   Knut   -   Kwen   -   stanął   przed   sędzią   na   tingu   w   Talviku.   Przeklął   znienawidzonego 

namiestnika, używając takich słów, że ci, którym Knut był drogi, obawiali się o jego życie i 

bezpieczeństwo. Cały Finnmark obiegła wieść o jego mowie. Samą rozprawę uważano niemal 

za cud.

W 1748 roku nie zapadł żaden wyrok. Sędziowie odroczyli sprawę.

A namiestnik Kjeldsen miał jeszcze więcej powodów, by darzyć niechęcią Kwenów i 

background image

ich przywódcę Knuta Olssona.

Dopiero w 1750 roku sprawa została wznowiona.

Namiestnika Kjeldsena zawieszono w obowiązkach. Otrzymał surową naganę za swe 

postępowanie w stosunku do nowo przybyłych Kwenów.

Następnie odwieziono go statkiem do królewskiej Kopenhagi. Wtedy po raz ostatni 

widziano go w Alcie.

Nastał rok 1751. Kwenowie otrzymali słowo króla Fredrika V, że odtąd będą w Ruiji 

mile widziani.