background image

I

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Rok XXII

Nr 14 (1089) 

2 kwietnia 2011

Cena 5 zł 

Rok XXII

Nr 14 (1089) 

2 kwietnia 2011

Cena 5 zł 

w tym 8% VAT

w tym 8% VAT

www.nczas.com

Putin 
kontra
Miedwiediew

Putin 
kontra
Miedwiediew

Tajemnice 

drogiego 

cukru

Tajemnice 

drogiego 

cukru

Kongres prawicy już 

za dwa tygodnie

Kongres prawicy już 

za dwa tygodnie

INDEKS 366692   ISSN 0867-0366

background image

II

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Za wszelkie pomyłki przepraszamy, prosimy 
o wyrozumiałość i nadsyłanie nam informacji 
o dostrzeżonych błędach.

LISTY

Palikot, czyli mniej niż pajac
W relacji ze spotkania z p.Palikotem 

(„Mordowanie jak wyrób kiełbasy”, 
„NCz!” nr 13) panowie Gładysz i Stel-
mach nazwali  go komikiem. Otóż jest to 
spore nadużycie, bowiem sztuka komedio-
wa jest chyba jedną z najtrudniejszych. 
Wystarczy przypomnieć sobie role choćby 
śp. Ireny Kwiatkowskiej, której talentu i 
warsztatu wywodzącego się z ciężkiej pra-
cy będzie nam coraz bardziej brakować. 
Kilka lat temu temat porównań podjął rów-
nież w jednej ze swoich piosenek kabaret 
Elita. Chodziło w niej o to, by nie nazywać  
Sejmu  kabaretem, bo to obraźliwe dla… 
kabaretu. Krótko pisząc: Palikot to nie ko-
mik! To zwykły pajac – i to małą literą.

PS  Właśnie sobie uświadomiłem,  że 

mogą się odezwać producenci i kolekcjo-
nerzy pajaców z… protestami przeciwko 
takiemu porównaniu :-)

Dariusz Siedlecki

Od Redakcji: I pomyśleć,  że sympaty-

cy p.Palikota (również kilku Czytelników 
„NCz!”, od których dostaliśmy listy) kie-
dyś widzieli w nim nowego Stańczyka... 
W kontekście prawdziwej diwy polskich 
komedii,  śp. Ireny Kwiatkowskiej, warto 
przypomnieć wywiad, którego udzieli-
ła „Gazecie Wyborczej” (dodatek „Duży 
Format”,  http://tiny.pl/hd1x2). Za życia 
urzekała talentem. U jego kresu swoim głę-
bokim realizmem, pogodzeniem z losem 
oraz... sympatią dla Radia Maryja zasko-
czyła nawet dziennikarzy Agory!   

Partia Wolności
Bardzo się cieszę,  że podejmowane są 

próby zorganizowania wspólnej platfor-
my wyborczej partii prawicowych. Mam 
jednak zastrzeżenie w stosunku do nazwy, 
którą proponuje Pan Tomasz Sommer, a 
mianowicie  Narodowa Platforma Prawi-
cy
. Już samo użycie słowa „platforma” źle 
się kojarzy. Poza tym słowom „prawica” 
i „narodowy” 20 lat prania mózgów i no-
womowy nadało zupełnie inny wydźwięk. 
Bądźmy dyplomatami, bo zależy nam na 
wyborcach i na jak największej liczbie zwo-
lenników (szczególnie młodzieży). Gra słów 
ma znaczenie. Chciałabym zaproponować 
inną nazwę – może „Partie Wolności”. Na-
zwa krótka, słowo „wolność” wpisuje się w 
program takich partii jak UPR, WiP (umiło-
wanie wolności w każdym aspekcie).

Dorota Palimeris

Od Redakcji: Narodowa Platforma 

Prawicy to wciąż jeszcze nazwa robocza. 
Prawdopodobnie propozycje nazwy będzie 
można zgłaszać na konwencie (16 kwiet-
nia, godz. 11.00, Pałac Kultury i Nauki w 
Warszawie). Nazwa Partia Wolności może 
być już zarejestrowana. Pod takim szyl-

dem startował m.in. Kornel Morawiecki 
w wyborach parlamentarnych w 1991 roku 
(z programem m.in. ograniczenia zasiłków 
dla bezrobotnych, ale i wprowadzenia płat-
nych robót publicznych). 

Oblicza postępu, oblicza „innowacji” 
W Państwa piśmie to nie będzie reklama, 

aczkolwiek od kłębka do nitki też można 
trafi ć, więc zastanówcie się, czy nie le-
piej to przemilczeć... Do rzeczy. Gubernia 
III RP pospołu z UE nie nadąża za czasem. 
Kiedy wszędzie wkoło homopropaganda 
jest normą, wymienione podmioty bezczel-
nie udają,  że jest to coś nowego. Nawet 
innowacyjnego! 500.000 zł z kieszeni po-
datnika: „Other Way Travel Sp. z o.o. pro-
wadził internetowe biuro podróży dla osób 
homoseksualnych. Operacyjną działalność 
spółka rozpoczęła w lutym 2011 r. InQbe 
Sp. z o.o. objęła 10.000 udziałów o war-
tości nominalnej 50,00 zł każdy, w zamian 
za wkład pieniężny w łącznej wysokości 
500.000,00 zł, co stanowi 49,99% udziałów 
w kapitale zakładowym Other Way Travel 
Sp. z o.o.”. InQbe Sp. z o.o. (inqbe.pl) redy-
strybuuje pieniądze pozyskane z UE na „in-
nowacyjne” projekty. Efekt do obejrzenia 
na  http://gohot.pl/index.php. Niestety, już 
nie mogę powiedzieć „już się zaczęło”. Ale 
mogę się modlić, żeby już się skończyło.

Jakub Wilk

Od Redakcji: Dziękujemy za informacje 

o kolejnym obliczu unijnej „innowacyjno-
ści”. Całą listę podobnie odkrywczych pro-
jektów (tylko z 2009 roku!) znajdzie Pan 
tutaj:  http://tiny.pl/h9jsr (streszczenie na 
nczas.com). Wśród licznych dofi nansowa-
nych przedsięwzięć szczególnie wyróżnia 
się wysoce „innowacyjny” panoramiczny 
serwis turystyczny dla Wrocławia i Dolne-
go Śląska (765.680 zł dotacji), internetowa 
wyszukiwarka ofert i produktów z branży 
motoryzacyjnej (820.700 zł), portal uczel-
niany (618.819 zł), vortal (w praktyce... 
blog!) technologiczny (833.760 zł), strona 
o sporcie (838.909,91 zł) itp., itd. 

Filosemici kontra Sommer
W numerze 12 (1087) „NCz!” został 

opublikowany list pani Wacławy Wrotniak 
do redaktora naczelnego pisma, pana To-
masza Sommera. Chciałbym się odnieść 
w paru słowach zarówno do samej treści 
listu, jak i do odpowiedzi pana Sommera. 
Moim zdaniem, rację w kwestii stosunku 
Polaków do Żydów ma pan redaktor, któ-
ry zauważa: „przecież gdyby społeczeń-
stwo [polskie] miało takie skłonności, 
rozprawiłoby się z Żydami bez pomocy 
Niemców – i to już wieki temu (…)”. Na 
poparcie tych słów można by przytoczyć 
opinię mecenasa Władysława Siły-Nowic-

kiego. Pisząc o problemie mniejszości ży-
dowskiej w Polsce, tak go skonstatował: 
„Przy wszystkich jednak nieuniknionych 
kontrowersjach, przy bardzo wielu tzw. 
trudnościach obiektywnych na wielką 
skalę – trzeba powiedzieć jedno: nie z 
Polski uciekali Żydzi do Europy, ale z 
Europy do Polski”. Niewątpliwa racja. 
Natomiast rozważając problem udziału 
Polaków w „tym niechlubnym dziele” – 
milczące przyzwolenie Polaków na Holo-
kaust – należy stwierdzić, że takowego nie 
było. Wystarczy powiedzieć o Janie Mos-
dorfi e. Człowiek, którego nazwano by dziś 
(i pewnie tak nazywano) antysemitą, 
podczas okupacji niemieckiej znalazł się 
w Oświęcimiu i tam z innymi członkami 
Stronnictwa Narodowego niósł – oczywi-
ście w ramach możliwości – pomoc Ży-
dom, chociaż był równie jak oni narażony 
na śmierć. Autorka listu napisała o Pola-
kach, którzy mordowali Żydów, podając 
przykład Stanisława Radonia. Nie moż-
na zaprzeczyć temu, że tacy Polacy byli, 
ale – jak zauważa pan Sommer – zostali 
przez resztę społeczeństwa napiętnowani, 
a nieraz byli i zabijani (jak w przypadku 
wyżej wymienionego Radonia). Lecz to, że 
tacy byli, nie dowodzi faktu współpracy 
Polaków z Niemcami. Dość powiedzieć, 
że na ziemiach polskich, wśród Polaków, 
nie znalazła się  żadna osoba na miarę 
Quislinga czy Pétaina, a fl itrujący z Niem-
cami Wacław Krzeptowski, omamiony 
ideą Goralenvolku, został przecież przez 
Polaków za to odpowiednio „wynagro-
dzony”. I ostatnia rzecz: przecież najwięk-
szą narodowością, która otrzymała tytuły 
„Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, 
są właśnie Polacy.

Patryk Pietrasik

background image

III

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

T

YGODNIK

 

KONSERWATYWNO

-

LIBERALNY

Najwyższy CZAS!

Nr 14 (1089) 2 kwietnia 2011

Indeks 366692, ISSN 0867-0366

Założyciel: 

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

Redaktor Naczelny: 

T

OMASZ

 S

OMMER

Redaktor Prowadzący: 

R

OBERT

 S

WACZYŃSKI

Publicyści: 

Stanisław Michalkiewicz, 

Marek Jan Chodakiewicz 

(Waszyngton), 

Kataw Zar (Tel Awiw),  

Adam Wielomski, 

Marian Miszalski, 

Wojciech Grzelak 

(Gornoałtajsk), 

Krzysztof M. Mazur, Marek 

Arpad Kowalski, Rafał Pazio, 

Tomasz Teluk,  Marcin Masny. 

Okładka: 

Radosław Watras

Opracowanie grafi czne 

i łamanie: 

Robert Lijka RLMedia

Korekta i adiustacja: 

Maciej Jaworek

Adres do korespondencji: 

ul. Lisa Kuli 7/1,

01-512 Warszawa,

E-mail: 

redakcja@nczas.com.pl

Strona internetowa: 

www.nczas.com

Sklep internetowy:

 www.nczas.com/sklep

 

książki można zamawiać

także telefonicznie pod nr: 

796 207 936

Wydawca:

3S M

EDIA

 S

P

Z

 

O

.

O

ul. Lisa Kuli 7/1,

01-512 Warszawa,

NIP 113-23-46-954, 

REGON 017490790, 

Tel/fax. 0-22 831 62 38

Druk:

Drukarnia Bałtycka Sp. z o.o.

ul. Wosia Budzysza 7

80-612 Gdańsk

www.drukarniabaltycka.com.pl

 

E-prenumerata: 

http://

ewydanie.nczas.com/

Biuro reklamy: 

tel.: 606 88 88 82

Prenumerata:

Prenumeratę pocztową prowadzi 

Redakcja. Koszt w prenumera-

cie krajowej wynosi 229 złotych

Zamówienia dokonuje się po prostu 

poprzez wpłatę tej sumy na konto 

63 1910 1048 2256 0156 5988 0003,

podając jednocześnie dokładny ad-

res, na który ma być wysyłane pismo. 

Prenumerata wysyłana priorytetem 

(teoretycznie powinna wszędzie do-

cierać w środę) kosztuje 289 zł

Reklamacje dotyczące prenumeraty 

proszę zgłaszać pod nr: 796 207 936 

lub na adres mailowy: 

reklamacje@nczas.com.pl 

Sprzedaż i kolportaż za granicą 

wymagają pisemnej zgody Wydawcy.

Redakcja zastrzega sobie prawo zmiany 

tytułów, skracania i redagowania nadesła-

nych tekstów, nie zwraca materiałów nie 

zamówionych, nie ponosi odpowiedzialno-

ści za treść ogłoszeń.

Redakcja zastrzega sobie prawo do 

nieopłacania materiałów opublikowa-

nych w internecie za wiedzą ich au-

torów w przypadku opublikowania ich 

wcześniej niż dwa tygodnie po mo-

mencie wydrukowania ich w tygodniku 

„Najwyższy CZAS!”.

F

OT

. R. G

RAD

OD

 REDAKTORA

W Moskwie 
o Smoleńsku i Gradzie

PRZYKRY WYBÓR

Jeśli JE Barack Hussein Obama 

wypowiedział Libii wojnę bez 
zgody Kongresu – to popełnił 
przestępstwo federalne kwalifi -
kujące Go do impeachmentu...

...ale jeśli posłał samoloty na 

Libię, nie wypowiadając wojny, 
to zgodnie z Konwencją Ha-
ską powinien być  ścigany jako 
zbrodniarz wojenny – i powie-
szony, z szacunkiem należnym 
Laureatowi pokojowej Nagrody 
Nobla.

JKM

M

iniony tydzień spędziłem w Mo-
skwie, gdzie kończyłem rozpraco-
wywanie sprawy masowych mor-
dów dokonanych przez Sowietów 

na Polakach w latach 1937-1938. Wydaje mi 
się, że dotarłem do wystarczającej liczby ma-
teriałów i być może na koniec roku uda mi się 
skończyć pierwszą w historiografi i monogra-
fi ę poświęconą tym wydarzeniom.

Przy okazji dowiedziałem się, że moskiew-

ska Polonia od lat stara się zainteresować tym 
mordem polskie władze – a ma ku temu spe-
cjalne powody, bo dosłownie każda polska 
rodzina w Moskwie straciła kogoś w wyni-
ku tego ludobójstwa. Niestety starania te nie 
przyniosły żadnego rezultatu. Po prostu polscy 
dyplomaci najwyraźniej boją się poruszania 
tego tematu. I są już tego efekty. Otóż naszym 
rodakom nie udało się w Moskwie odzyskać 
dosłownie nic z przedrewolucyjnej własno-
ści, podczas gdy inne narodowości odzyskały 
– i to całkiem sporo. Wysyłani na placówkę 
do Moskwy przedstawiciele RP robią bowiem 
wszystko, by „nie jątrzyć”, wskutek czego nie 
mają żadnego wpływu i Rosjanie traktują ich 
jako „pożytecznych idiotów”.

Podczas rozmów z Rosjanami oczywiście 

zawsze wypływał temat katastrofy smo-
leńskiej. Rosjanie doskonale rozumieją,  że 
Polacy przypisują im odpowiedzialność, a 
ustalenia tzw. ofi cjalnych komisji ds. badania 
katastrofy nie mają tu żadnego znaczenia. – 
Moim zdaniem, sam Putin by tego nie zrobił; 

musiał mieć jakieś porozumienie z jakimiś 
Polakami – powiedział mi nawet jeden ze 
współpracowników moskiewskiego „Memo-
riału”, nie wiedząc zapewne, że taką opinią 
wpisuje się w retorykę „Zeszytów Smoleń-
skich”. Nie upierał się zresztą przy tej tezie – 
gdy powiedziałem, że równie dobrze mógł w 
tej sprawie zawinić polsko-rosyjski bardak
czyli bałagan, bezproblemowo zgodził się i z 
takim wyjaśnieniem katastrofy.

Oczywiście podczas wizyty w Moskwie nie 

mogło się obejść bez typowego „razgawora 
o  żyzni
”, który przeciągnął się do później 
nocy. Podczas tej rozmowy opowiedziałem 
swojemu interlokutorowi m.in. o procesie, 
jaki „Najwyższemu CZASOWI!” wytoczyła 
fi rma małżonki ministra Aleksandra Grada. 
Strasznie go to rozśmieszyło. – U nas też 
była fi rma żony mera Łużkowa, a teraz fi rmy 
nie ma, żona uciekła, a i sam Łużkow szyku-
je się do ucieczki. A tyle procesów wcześniej 
powygrywała! Ciekawe, czy u was też tak 
będzie – powiedział.

O tym pewnie przekonamy się za jakieś 

pół roku. Na razie zbliża się przeniesiona ze 
stycznia kolejna rozprawa. Konkretnie od-
będzie się 1 kwietnia 2011 roku o godzinie 
11.00 w Sądzie Okręgowym w Warszawie, 
al. Solidarności 127, w sali 117. Jeśli ktoś z 
Państwa chciałby wystąpić na rozprawie w 
charakterze publiczności w sam Prima Apri-
lis, to zapraszam serdecznie!

T

OMASZ

 S

OMMER

 

background image

IV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

WASIUKIEWICZ

KTO CZYTA

KTO CZYTA

, NIE BŁĄDZI

Premier Putin ma szczególne poczucie humoru. Fronda.pl

W największej serbskiej świątyni – cerkwi św. Sawy w Belgra-
dzie – premier Rosji Władimir Putin odznaczony został przez 
patriarchę Serbskiej Cerkwi Prawosławnej Ireneusza Orderem 
św. Sawy. To najwyższe prawosławne odznaczenie serbskie, 
przyznawane od 1883 r. za szczególne zasługi w sferze ducho-
wej, oświatowej i humanitarnej. (...) Rosyjski polityk modlił się 
przed ikoną św. Sawy, przed którą zapalił także świeczkę. Gdy 
go zapytano, w jakiej intencji się modlił, odpowiedział,  że o 
zdrowie i wieczny odpoczynek dla ofi ar zamachów bombowych 
w 1999 r. Wywołało to komentarze części serbskich obserwa-
torów, którzy przypomnieli, że według zamordowanego przez 
rosyjskie służby specjalne Aleksandra Litwinienki, to właśnie 
otoczenie Putina stało za dokonaniem tych zamachów. 

Europoseł Janusz Wojciechowski ciekawie o wyroku na byłego 

prezydenta Izraela – Salon24.plMosze Kacaw został skazany 
przez sąd w Tel Awiwie na siedem lat więzienia za gwałty na 
kobietach. Po wyroku były prezydent rozpłakał się i krzy-
czał, że jest niewinny, że padł ofi arą fałszywych oskarżeń. (...) 
Z informacji prasowych wynika, że zanim rozpoczął się proces 
Kacawa, sąd w Tel Awiwie zaproponował mu układ. Jeśli się 
przyzna do winy i dobrowolnie podda karze bez procesu, wte-
dy otrzyma karę pozbawienia wolności w zawieszeniu. Kacaw 
układu nie przyjął, zażądał procesu i zapowiedział,  że przed 
sądem udowodni swoją niewinność. Proces się odbył i Kacaw 
został skazany na siedem lat. No i teraz jest pytanie: za co został 
skazany na te siedem lat? Każdy powie, że za gwałty, za to, że 
skrzywdził biedne kobiety. A ja powiem: nie. Propozycja ukła-
du jednoznacznie wskazuje, że sprawiedliwość w odniesieniu 
do samych gwałtów sąd wycenił na karę w zawieszeniu, czyli 
w gruncie rzeczy żadną. Gdyby Mosze Kacaw przyznał się do 
owych gwałtów, wyszedłby z sądu owszem, cokolwiek moralnie 
obity, ale nie siedziałby w więzieniu ani jednego dnia. (...) Ale że 
się nie przyznał – to posiedzi siedem lat. Nie za gwałty tylko za 

to, że zadarł z sądem. (...) I taką sprawiedliwość obecna władza 
chce wprowadzić w Polsce. Minister sprawiedliwości przygoto-
wuje projekt zmian w procedurze karnej, dzięki którym dobro-
wolne poddanie się karze będzie możliwe we wszystkich spra-
wach, nawet w sprawach o zabójstwo. To będzie krótka piłka: 
przyznajesz się, przyjmujesz dobrowolnie (tak to się nazywa 
– dobrowolnie) niski wyrok, czy mamy cię sądzić? (...) Ja, niżej 
podpisany były sędzia rejonowy, okręgowy, apelacyjny i naj-
wyższy, na tyle dobrze znam sprawiedliwość, że powiem pań-
stwu szczerze: ja się tej negocjowanej sprawiedliwości boję. 

„Puls Biznesu” o kolejnym osiągnięciu naszych drogich okupan-

tów: Przepisy ustawy o ochronie danych osobowych stosuje się 
do przetwarzania danych osobowych w kartotekach, skorowi-
dzach, księgach, wykazach i innych zbiorach ewidencyjnych. 
Zasadą jest więc, że dane przetwarzane poza zbiorem nie będą 
podlegać przepisom ustawy o ochronie danych osobowych. 
Od tej zasady został przewidziany ważny wyjątek. Jeżeli dane 
osobowe przetwarzane są w systemie informatycznym, prze-
pisy ustawy stosuje się nawet w wypadku, gdy dane są prze-
twarzane poza zbiorem. Przetwarzanie danych osobowych to 
nie tylko ich zbieranie, opracowywanie, zmienianie i inne tego 
typu operacje na danych. Pod pojęciem przetwarzania danych 
osobowych rozumie się też ich utrwalanie, udostępnianie i 
przechowywanie. W związku z tym sam zapis danych osobo-
wych np. na dysku komputera stanowić będzie przetwarzanie 
danych osobowych i będzie podlegać ustawowemu reżimowi. 
(...) Przedsiębiorca przesyłający dane osobowe przez e-mail 
powierza ich przetwarzanie dostawcy usługi poczty elektro-
nicznej. Aby uniknąć zarzutu naruszenia przepisów o ochronie 
danych osobowych, powinien zawrzeć z dostawcą usług umowę 
o powierzeniu mu przetwarzania tych danych, w przeciwnym 
razie może narazić się na zarzut naruszenia ustawy i ingerencję 
Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

KL

background image

V

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

KRAJ

PUBLICYSTYKA

FELIETON

INNE DZIAŁY

VI 

■ 

Postęp w kraju

VII 

■ 

Katastrofa państwowa 

– L

ESZEK

 S

ZYMOWSKI

 Dlaczego cukier jest drogi? 

– M

AREK

 Ł

ANGALIS

XI 

■ 

Piramida fi nansowa OFE 

– R

AFAŁ

 P

AZIO

XII 

■ 

Gdzie są innowacje? 

– M

AREK

 Ł

ANGALIS

XIV 

■ 

Od rzemyczka do koniczka 

– M

ARIAN

 M

ISZALSKI

XV 

■ 

Występek sprzedaje się dobrze 

– K

RZYSZTOF

 M. M

AZUR

XVII 

■ 

Kogo widzę w Nowej Prawicy? 

– J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

XVIII 

■ 

Topienie „Marzanny Podatko-

wej” – F

ILIP

 W

IKIERAK

, P

IOTR

 Ś

WINIONOGA

XIX 

 

Postęp w świecie

XXI  

  Libia: Rebelia słaba, Kaddafi  bez-

silny – O

LGIERD

 D

OMINO

XXIII 

● 

Stany Zjednoczone – Polska: 

O dyplomacji z Jankesami, czyli jak wymie-
niać się rezolucjami – P

AWEŁ

 Ł

EPKOWSKI

XXVI 

● 

Rosja: Infl acja dusi Rosjan 

– A

NTONI

 M

AK

XXVII 

● 

Niemcy: Będzie euro-Ordnung! 

– T

OMASZ

 M

YSŁEK

XXXIV   Postępy postępu
XXXVII 

 

Spór w rodzinie 

– W

OJCIECH

 G

RZELAK

XL 

 

Polska nie jest najważniejsza 

– A

DAM

 D

ANEK

XLI   Federacjonizm nie gryzie 
– A

RTUR

 R

UMPEL

XLII   Libertarianin numer jeden 
– J

AKUB

 W

OZINSKI

XXXV 

 

M

AREK

 J

AN

 C

HODAKIEWICZ

 

XLIV 

 

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

XLV 

 

S

TANISŁAW

 M

ICHALKIEWICZ

XLVI 

 

A

DAM

 W

IELOMSKI

XLVII 

 

B

ARBARA

 B

UONAFIORI

XLVII 

 

M

AREK

 A

RPAD

 K

OWALSKI

XLVIII 

 

Największe Głupstwo Tygodnia

XLVIII 

 

Szachy

XLIX 

 

Brydż

XLIX   W pajęczynie

 

Czarna Księga

LI 

 

Film

W

 NUMERZE

RUMUNIA WYKUPI MOŁDAWIĘ

Gospodarka Republiki Mołdawii jest w 

opłakanym stanie. Rząd tego kraju zacie-
śnia przyjazne więzy z Rumunią, a przy 
okazji wystawia na sprzedaż wszystko, co 
się da. Firmy oraz inwestorzy rumuńscy 
zacierają już ręce, ale czy Rosja pozwoli 
im na opanowanie mołdawskiej gospo-
darki? Rząd w Kiszyniowie już w lipcu 
zamierza przeprowadzić wspólne obrady 
z rządem rumuńskim.

Czytaj na stronie XXXIII.

SMOLEŃSK 

– KATASTROFA PAŃSTWOWA

Na  łamach „Najwyższego CZASU!” 

przedstawiamy wyniki dziennikarskiego 
śledztwa w sprawie katastrofy smoleń-
skiej. Dlaczego prezydent Lech Kaczyń-
ski oraz jego najbliżsi współpracownicy 
zginęli? Czy na pewno wiemy już wszyst-
ko na temat tego tragicznego zdarzenia? 
Kto jest winien?

Czytaj na stronie VII.

Rebelia słaba, 

Kaddafi  bezsilny

Jak zakończą się rządy płk. Muammara Kaddafi ego w Libii? 

Zachód stoi przed problemem, kto miałby zastąpić dyktatora 

i jakie są możliwe rozwiązania obecnego konfl iktu. Na razie siły 

sprzymierzone dokonują nalotów na rezydencję Kaddafi ego. 

Ciekawa staje się kwestia, gdzie libijski przywódca się chroni 

– znany jest przecież z tego, że nie wchodzi do budynków mających 

więcej niż jedno piętro

 

 

 

 

 

 

  Więcej na stronie XXI.

F

OT

. W

IKIPEDIA

XXIX 

 Francja: Małe tsunami politycz-

ne – B

OGDAN

 D

OBOSZ

XXXI 

● 

Izrael: Kurnik reedukuje Kacawa 

– K

ATAW

 Z

AR

XXXIII 

 Rumunia wykupi Mołdawię 

– M

AREK

 A. K

OPROWSKI

background image

VI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

POSTĘP W KRAJU

Wg „Wiado-

mości” TVP, 

urzędnicy państwo-
wi, którzy chcą mieć 
dostęp do informacji 
niejawnych, muszą 
wypełniać ankietę 
bezpieczeństwa 
osobowego, która 
liczy 26 stron i za-
wiera pytania o życie 
intymne urzędników 
– oprócz danych 
osobowych i pytań 
dotyczących wieku, 
wykształcenia, czy 
sytuacji majątkowej 
znajdują się i takie 
dotyczące stosunków 
małżeńskich i poza-
małżeńskich. 
Wg ABW, pytania są 
jak najbardziej uza-
sadnione i wynikają 
z praktyki przyjętej 
w państwach NATO, 
gdzie są pewne wspólne standardy w 
zakresie weryfi kowania osób. Infor-
macje podane w ankiecie są bezpiecz-
ne, bowiem „ankieta bezpieczeństwa 
osobowego po wypełnieniu stanowi 
tajemnicę prawnie chronioną i podlega 
ochronie przewidzianej dla informacji 
niejawnych”.

Ciekawe, jak będą weryfi kować prawdę, 

szczególnie tą o stosunkach pozamałżeń-
skich? Będą podsyłać agentów w typie 
osławionego agenta Tomka i agentki w 
rodzaju pamiętnej Anastazji? 

JE Bogdan Klich, szef MON, przy-

znał, że pomimo gotowości zakazał 
wykonywania lotów na drugim polskim 
Tu-154M z najważniejszymi osobami w 
państwie na pokładzie. Ponoć zależy to 
od stanowiska strony rosyjskiej. Można 
tym samolotem wykonywać loty szkolne 
i eksperymentalne, ale na razie nie będzie 
latał z VIP-ami. 

Mądry Klich po szkodzie. 

Sejm i Bundestag chcą upamiętnić 

20-lecie Polsko-Niemieckiego Traktatu 
o Współpracy i Dobrym Sąsiedztwie 
wspólnym posiedzeniem obydwu 
parlamentów. Na razie delegacja pol-
sko-niemieckiej grupy parlamentarnej 
Sejmu odbyła trzydniową podróż po 
Niemczech, a podczas wizyty posłowie 
oceniają m.in. osiągnięcia i porażki 
związane z realizacją traktatu. Ponoć w 
rozmowach bilateralnych między Polską 
a Niemcami unika się ostatnio tematów 

związanych z trudną historią i uwaga 
kierowana jest na przyszłość.

To miło ze strony Niemców, że starają 

się unikać tak drażliwych kwestii jak fakt 
rozpętania przez Polskę II wojny świato-
wej czy masowej eksterminacji ludności 
niemieckiej przez Polaków. 

 
JEm. Anioł kard. Amato, prefekt 

Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, 
zapowiedział, że proces kanonizacyjny 
śp. Jana Pawła II będzie „bardzo szybki”, 
choć z „rygorystycznym” przestrzega-
niem reguł. Ujawnił, że już są sygnały 
o przypadkach wymaganego cudu.

Co prawda mawiano, że co nagle, to po 

diable, ale rzecz jasna w tym wypadku 
nie może to mieć miejsca, tym bardziej że 
reguły będą przestrzegane rygorystycz-
nie, a i cuda jak raz się objawiły. 

Nowelizacja ustawy o prawach pacjen-

ta i Rzeczniku Praw Pacjenta umożliwi 
pacjentom dochodzenie odszkodowań za 
błędy medyczne bez wstępowania na dro-
gę sądową, a jedynie administracyjnie. 
Do poradni medycznych można będzie 
się też zapisywać się on-line. Wprowa-
dzone zostaną również urzędowe ceny i 
marże leków refundowanych oraz zlikwi-
dowane zostaną staże lekarskie.

No to może należy uczynić krok dalej 

– dopuścić do leczenia uzdrawiaczy i 
znachorki? 

Sejm odrzucił projekt nowelizacji usta-

wy o świadczeniach rodzinnych autor-

stwa PiS, który zakładał wprowadzenie 
zasiłku „drożyźnianego” w wysokości 
600 zł, wypłacanego rodzicom, jednemu 
z rodziców albo opiekunowi dziecka 
(do 18. roku życia), jeżeli dochód rodzi-
ny w przeliczeniu na osobę byłby poniżej 
1008 zł. Wprowadzenie nowego zasiłku 
kosztowałoby polskich podatników ok. 
2,5 mld zł rocznie.

Oczywiście PiS nie miał szansy prze-

pchać tej (jak najbardziej lewicowej) 
inicjatywy, ale teraz chętnie wykorzysta 
to w kampanii wyborczej przeciw „bez-
dusznym liberałom”. 

Wg „Rzeczpospolitej”, Polska może 

stracić 46 mld zł, bo nie wprowadzi-
ła unijnej dyrektywy. 19 grudnia ub. 
roku minął bowiem termin, do którego 
polskie władze powinny były wprowa-
dzić zapisy dotyczące bezpieczeństwa 
na drogach, które nakazują przeprowa-
dzenie ocen pod kątem bezpieczeństwa 
ruchu i okresowe zewnętrzne audyty. 
Obowiązkowo trzeba to robić przy 
inwestycjach na drogach należących do 
Transeuropejskiej Sieci Transportowej. 
W Polsce dotyczy to ponad tysiąca 
kilometrów dróg. Spełnienie unijnych 
wymagań jest warunkiem koniecznym 
do otrzymania dotacji na budowę dróg. 
Dodatkowo Polskę może czekać postę-
powanie karne o naruszenie unijnego 
prawa, wszczynane standardowo, ale też 
możliwość utraty miliardów euro.

Znaczy się będziemy budować jeszcze 

mniej dróg! 

Wg resortu infrastruktury, budowa 

centralnego lotniska to konieczność. 
Port miałby powstać koło 2020 roku, 
kosztowałby 3,1 mld euro, a jego otwar-
cie mogłoby iść w parze z... zamknię-
ciem Okęcia. Prace powinny zacząć się 
już w 2013 roku, a port mógłby zostać 
oddany do użytku w 2020 roku. Za kilka 
lat kompletnie zatka się warszawskie 
Lotnisko Chopina, a jego rozbudowa 
z powodu położenia blisko miasta i ze 
względów środowiskowych jest mocno 
utrudniona. Budowa centralnego portu 
lotniczego nie spowoduje zahamowania 
rozwoju lotnisk regionalnych, ucierpi 
jedynie łódzki port. Powstanie nowego 
lotniska spowoduje jednorazowy wzrost 
polskiego PKB o 2,86 mld zł, 
czyli 0,21%.

Natomiast niezależni fachowcy zwra-

cają uwagę, że budowa nowego lotniska 
teraz już nie ma sensu, bo koło Berlina 
powstaje nowe, wielkie lotnisko, które 
Warszawie odbierze pasażerów, więc 
„Chopin” się niestety nie zatka.  

JE Donald Tusk przyznał w programie 

TVN 24, że powiększająca się armia urzęd-

ników to jego bezdyskusyjna porażka. Uwa-

ża on, że samo staranie się nie jest wystar-

czającym usprawiedliwieniem, gdyż jemu 

i ministrom zabrakło determinacji.

Nie bardzo wiemy, co w tej sytuacji robić. Skła-

dać wyrazy współczucia? Jakoś pocieszać? 

F

OT

. www

.premier

.gov

.pl

background image

VII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

P

atrz, załoga żyje – tak powiedział 
do kolegi jeden z rosyjskich stra-
żaków, który 10 kwietnia 2010 r. 
w pobliżu lotniska Siewiernyj ga-

sił pożar powstały po katastrofi e polskie-
go samolotu. Drugi strażak odpowiedział 
coś niezrozumiale, po czym... skierował w 
stronę kokpitu dodatkowy strumień wody. 
Scenę zarejestrował niewielką kamerą 
obecny na miejscu ratownik. Następnie 
nagranie umieścił na popularnym interne-
towym portalu z fi lmami. Ujęcia są o tyle 
zaskakujące,  że wskazują na całkowitą 
bierność rosyjskich strażaków w sytuacji, 
gdy pojawiła się informacja, że ktoś mógł 

przeżyć katastrofę 

tupolewa. 

Kilka godzin 

później guberna-

tor obwodu smo-

leńskiego wystąpił 

w mediach i ofi cjal-

nie potwierdził,  że 

wszyscy obecni na 

pokładzie zginęli.

Przez 11 miesięcy 

próbowaliśmy odpo-
wiedzieć na pytanie, 

co i dlaczego wyda-
rzyło się 10 kwietnia 
pod Smoleńskiem. 

Poddaliśmy krytycz-
nej analizie ofi cjalne 

ustalenia Międzypaństwowego Komitetu 
Lotniczego. Rozmawialiśmy z dziesiąt-
kami osób: politykami, prokuratorami, 
krewnymi ofi ar,  pilotami,  ekspertami, 
funkcjonariuszami tajnych służb. Z prze-
prowadzonego przez nas dziennikarskiego 
śledztwa wynika, że tylko dwie informacje 
podane przez Rosjan są prawdziwe: licz-
ba pasażerów obecnych na pokładzie (96) 
oraz miejsce tragedii (wojskowe lotnisko 
Siewiernyj pod Smoleńskiem). Wszystkie 
pozostałe informacje to kłamstwa, fałszer-
stwa i wielopiętrowe manipulacje. Nie-
prawdziwa jest choćby ofi cjalna  godzina 
katastrofy – 8:41. Dowodzi tego rosyjski 
protokół dotyczący awarii w smoleńskiej 
elektrowni – uszkodzenia wywołanego 

zerwaniem linii energetycznej przez lecą-

cy samolot. Awarię usunięto po 8:41 i 

wówczas włączyły się syreny alar-

mowe. Moment ten zarejestro-

wał nieznany do dziś autor 

fi lmu nagranego te-
lefonem komór-

kowym. Wcześniej 

przez ponad 20 se-

kund biegł na miejsce 

tragedii, gdzie leżał pol-

ski samolot. Oznacza to, 

że do katastrofy doszło co 

najmniej pół minuty wcze-

śniej niż podali to Rosjanie. 

Tajny ośrodek nasłuchowy 

polskiego wywiadu wojskowe-

go tuż przed godziną 8:40 zareje-

strował dwa następujące po sobie 

wybuchy w okolicach lotniska Siewier-

nyj. Również przed godziną 8:40 wybu-
chy zarejestrowały amerykańskie satelity 
szpiegowskie. Z kolei tuż po 8:40 pierwszą 
informację o katastrofi e podał dziennikarz 
Polsatu Wiktor Bater. 

Wystrzały z makarowa

Chwilę po tragedii nieznany i nieziden-

tyfi kowany do dziś człowiek nagrał tele-
fonem komórkowym to, co zobaczył na 
miejscu. Swoje nagranie zamieścił w inter-
necie i ślad po nim zaginął. Autora do dziś 
nie zidentyfi kowano. Na nagraniu słychać 
tajemnicze odgłosy przypominające wy-
strzały z broni palnej. Już kilka dni później 
Rosjanie ogłosili, że znaleźli autora fi lmu, 
który słyszał, jak wybuchała amunicja w 
magazynkach ofi cerów BOR towarzyszą-
cych Lechowi Kaczyńskiemu. Przesłucha-
nie Rosjanina wykazało jednak, że dyspo-

NR 14 (1089)

2 KWIETNIA 2011

tupolewa. 

Kilka godzin 

później guberna-

tor  obwodu  smo-

leńskiego wystąpił 

w mediach i ofi cjal-

nie  potwierdził,  że 

wszyscy obecni na 

pokładzie zginęli.

Przez 11 miesięcy 

próbowaliśmy odpo-
wiedzieć na pytanie, 

co i dlaczego wyda-
rzyło się 10 kwietnia 
pod Smoleńskiem. 

Poddaliśmy krytycz-
nej analizie ofi cjalne 

elektrowni – uszkod

zerwaniem linii energ

cy samolot. Awari

wówczas włąc

mowe. Mo

wał nie

k

k

pr

kun

trage

ski s

że do 

najmn

śniej ni

Tajny o

polskiego  w

go tuż przed 

strował dwa n

wybuchy w okolica

nyj. Również przed g
chy zarejestrowały am
szpiegowskie. Z kolei 
informację o katastrofi
Polsatu Wiktor Bater. 

Wystrzały z mak

Chwilę po tragedii n

tyfi kowany do dziś  c
fonem komórkowym 
miejscu. Swoje nagran
necie i ślad po nim zag
nie zidentyfi kowano. N
tajemnicze odgłosy  p
strzały z broni palnej. 
Rosjanie ogłosili, że z
który słyszał, jak wyb
magazynkach ofi cerów
cych Lechowi Kaczyń
nie Rosjanina wykaza

Jak i dlaczego pod Smo-
leńskiem zginęli prezydent 
Lech Kaczyński i jego 
najbliżsi współpracowni-
cy? Dziennikarskie śledz-
two autora „Najwyższego 
CZASU!”.

L

ESZEK

 S

ZYMOWSKI

Katastrofa państwowa

JUŻ PIERWSZE ZDJĘCIA 

ZROBIONE 

PO KATASTROFIE 

POKAZUJĄ ŚLADY 

BŁOTA NA KOŁACH 

I GOLENIACH 

SAMOLOTU. 

WSKAZUJĄ ONE, ŻE 

MASZYNA DOTKNĘŁA 

KOŁAMI ZIEMI. 

ROZWIĄZANIEM 

TEJ ZAGADKI SĄ 

ZDJĘCIA WYKONANE 

PRZEZ SATELITY 

NASA I PRZEKAZANE 

W TRYBIE ŚCIŚLE 

TAJNYM POLSKIM 

SŁUŻBOM. 

background image

VIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

nuje telefonem, 
który nie ma 
funkcji nagry-
wania. Ponadto 
technicy rosyjscy na miejscu 
tragedii zabezpieczyli magazyn-
ki wraz z bronią BOR-owców. 
Wszystkie były pełne. Wy-
klucza to prawdziwość wersji 
przedstawionej przez rosyj-
skiego „świadka”. Dopiero 
po wielu miesiącach w labo-
ratorium kryminalistycznym 
ABW udało się przeprowadzić 
dokładne badana fonoskopijne i 
odszyfrować wszystkie dźwięki. Pa-
dają tam słowa „Nie zabijajcie nas” oraz 
odgłosy zidentyfi kowane jako wystrzały 
z pistoletów typu Makarow – używanych 
bardzo często przez rosyjskich milicjantów 
i funkcjonariuszy służb specjalnych. 

Kłamliwy raport

Jeszcze 10 kwietnia wszczęte zostało 

śledztwo dotyczące okoliczności katastro-
fy. Ze strony rosyjskiej prowadził je Mię-
dzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), 
związany towarzysko i biznesowo z ludźmi 
Władimira Putina. Śledczy MAK oparli 
swoje dochodzenie na przepisach konwen-
cji chicagowskiej z 1944 roku, choć dotyczy 
ona lotów cywilnych. Tymczasem przelot 
tupolewa do Smoleńska był lotem wojsko-
wym. – Przemawia za tym kilka argumen-
tów – mówi dr Tadeusz Augustynowicz, były 
menadżer portu Londyn Heathrow, ekspert 
w dziedzinie kontroli lotów. – Tupolew był 
zarejestrowany jako maszyna wojskowa, a 
nie cywilna; należał do Sił Powietrznych, a 
nie do linii lotniczych; obsługiwała go zało-
ga wojskowa, a nie cywilna.

Augustynowicz zwraca również uwagę, że 

przelot został już wcześniej zgłoszony przez 
MON jako przelot wojskowy. Konwencja 
chicagowska nie miała więc zastosowania. 
Postępowanie powinno być oparte na pol-
sko-rosyjskiej umowie z 1993 roku dotyczą-
cej współpracy przy wyjaśnianiu katastrof 
wojskowych statków powietrznych. Żeby 
było jeszcze ciekawiej: o tym, że stosowana 
będzie konwencja chicagowska, poinformo-
wała szefowa MAK Tatiana Anodina. Pre-
miera polskiego rządu nawet nie zapytano 
o zdanie. Pytany o tę sprawę Donald Tusk 
na konferencji w styczniu 2011 roku powie-
dział dziennikarzom, że nie wie, kto, kiedy 
i w jakich okolicznościach podjął decyzję o 
zastosowaniu konwencji chicagowskiej. 

Sam MAK dwukrotnie zaś publikował 

wyniki swoich prac. Za pierwszym razem, 
w czerwcu 2010 roku, odtajniono steno-
gramy z rozmów pilotów zapisane na tzw. 
czarnych skrzynkach. Zdaniem ekspertów, 

są sfałszowane. Po pierwsze: stenogramy 
trwają  dłużej niż trwa łączny czas zapisu 
urządzenia. Po drugie: z zapisów na ostat-
nich stronach wynika, że nawigator samo-
lotu, porucznik Artur Ziętek, wypowiedział 
jedno słowo, zanim skończył wypowiadać 
poprzednie, co jest niemożliwe. Rosjanie 
odmówili stronie polskiej udostępnienia re-
jestratora FDR, czyli tzw. czarnej skrzynki 
zawierającej parametry lotu. – Przyczyną 
katastrofy był  błąd pilotów – mówiła na 
konferencji prasowej szefowa MAK Ano-
dina. Wg niej, niedoświadczeni piloci zlek-
ceważyli zakaz lądowania, nie wykonali ko-
mendy „horyzont”, czyli polecenia odejścia 
na drugi krąg, i zdecydowali się lądować w 
ekstremalnie trudnych warunkach. W efek-
cie samolot zahaczył skrzydłem o brzozę, 
odwrócił się i uderzył w ziemię na grzbiecie. 
Według MAK, wszyscy pasażerowie zginę-
li na miejscu. Była całkowita wina strony 
polskiej i właściwe zachowanie Rosjan.

Diagnoza wybuchu

Raport MAK ma same słabe strony. Na 

wieży w Smoleńsku zainstalowano sprzęt 
rejestrujący rozmowy kontrolerów, jednak 
tego dnia miał się zepsuć. Funkcjonował 
tam również rejestrator pozwalający na 
fi lmowanie samolotów podchodzących do 
lądowania, jednak poprzedniego dnia za-
brano go do naprawy. Na płycie lotniska 
czekać mieli ofi cerowie BOR, jednak osta-
tecznie nie było ich tam, bo znaleźli się w 
Lesie Katyńskim wraz z członkami delega-
cji, którzy przybyli wcześniej pociągiem. 

Zastanawiające jest, że w ciągu kilku mi-

nut na lotni-

sko Siewiernyj 

przyjechało aż 

180 członków 

ekip ratunkowych: 

lekarzy, pielęgniarek, 

policjantów i straża-

ków. Była sobota rano 

i zebranie tylu osób i 

sprzętu w ciągu kilku 

minut było niemoż-
liwe. – Wyglądało to 
tak, jakby tych ludzi 

zgromadzono wcze-

śniej, planując wypa-

dek prezydenta – mówi 
Siergiej R. Orłow, 
współautor monografi i 
na temat smoleńskiej 
katastrofy, opartej na 
opracowaniach i wyli-

czeniach międzynarodowych ekspertów. 
Co więcej: tupolewem sterowali najbar-
dziej doświadczeni piloci w polskich Si-
łach Powietrznych, którzy kilka tygodni 
wcześniej, wracając z misji ratunkowej na 
Haiti, potrafi li przylecieć do Polski mimo 
uszkodzonego autopilota. Kontrolerzy lotu 
mówili „pas wolny”, co oznaczało rozkaz 
lądowania i nie pozostawiło polskiej za-
łodze wyboru (w lotnictwie wojskowym 
pilot nie może odmówić  lądowania). Ten 
fakt obarcza winą za katastrofę samych 
kontrolerów. Samolot nie mógł się prze-
wrócić na grzbiet wskutek uderzenia o 
brzozę, bo nigdy wcześniej nie było takie-
go przypadku. – W 1987 roku radziecki ił, 
który rozbił się w Lesie Kabackim, ścinał 
jedno drzewo za drugim i nie odwrócił się 
na grzbiet – zauważa Janusz Więckowski, 
emerytowany pilot PLL LOT. Prof. zw. fi -
zyki, dr hab. Mirosław Dakowski, nauko-
wo podważył wersję MAK. Z wyliczeń, 
które wykonał i przedstawił prokuraturze, 
wynika,  że widoczne na zdjęciach  ślady 
pęknięcia wskazują, iż doszło do rozerwa-
nia poszycia kadłuba, a nie do wgniecenia. 
Wskazuje to na wybuch. Zdaniem profeso-
ra, po uderzeniu samolotu o ziemię musiał-
by powstać głęboki krater, a nic takiego nie 
miało miejsca. Wg Dakowskiego, przecią-
żenie w momencie uderzenia o ziemię nie 
było  śmiertelne i nie mogło doprowadzić 
do  śmierci pasażerów. Tego samego zda-
nia jest major rezerwy Robert T. – były 
pirotechnik BOR, który przeanalizował 
wygląd zwłok widocznych na zdjęciach 
i doszedł do wniosku, że noszą one ślady 

dto

y na miejscu 
czyli magazyn-

BOR-owców.

pełne. Wy-

wość wersji
rzez rosyj-

”. Dopiero 

ach w labo-

alistycznym

zeprowadzić
fonoskopijne i
ystkie dźwięki. Pa-

Nie zabijajcie nas” oraz 

kowane jako wystrzały

Makarow – używanych 

nut na 

sko Siewi

przyjechało

180 

czło

ekip ratunkow

lekarzy, pielęgn

policjantów i s

ków. Była sobota

i zebranie tylu o

sprzętu w ciągu 

minut było nie
liwe. – Wygląda
tak, jakby tych 

zgromadzono  w

Padają słowa „Nie zabijajcie nas” oraz 

odgłosy zidentyfi kowane jako wystrzały 

z pistoletów typu Makarow – używanych 

bardzo często przez rosyjskich milicjantów 

i funkcjonariuszy służb specjalnych. 

background image

IX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

wybuchu bomby próżniowej. Wskazywał 
na to m.in. szary pył pokrywający zwłoki 
i ślady linii ognia. Wersję tę potwierdzają 
zeznania okolicznych świadków, którzy 
zeznawali, że słyszeli dwa następujące po 
sobie wybuchy. A bomba próżniowa – jako 
jedyna – wybucha dwukrotnie, niszcząc i 
zapalając wszystko dookoła. 

Wersję o wybuchu potwierdza szereg in-

nych czynników. Już pierwsze zdjęcia zro-
bione po katastrofi e pokazują ślady błota na 
kołach i goleniach samolotu. Wskazują one, 
że maszyna dotknęła kołami ziemi. Roz-
wiązaniem tej zagadki są zdjęcia wykonane 
przez satelity NASA i przekazane w trybie 
ściśle tajnym polskim służbom. Widać na 
nich m.in. trzy kreski wyżłobione w ziemi. 
Amerykańscy technicy powiększyli zdjęcia 
i wyskalowali je. Okazało się, że odległość 
trzech linii odpowiada rozstawowi kół Tu-
154M. Zdjęcia satelitarne pozwoliły obli-
czyć,  że szczątki samolotu znajdowano w 
promieniu 1500 m, podczas gdy fragmenty 
iła, który rozbił się w Lesie Kabackim, siła 
wybuchu rozrzuciła w promieniu zaledwie 
400 metrów. Tymczasem ił uderzył w ziemię 
z większą prędkością i miał pięć razy więcej 
paliwa. Ważne są również zeznania pilotów 
Jaka 40, którzy półtorej godziny wcześniej 
wylądowali w Smoleńsku z dziennikarza-
mi na pokładzie. Dowódca jaka, porucznik 
pilot Artur Wosztyl, zeznał, że radiolatarnie 
naprowadzające były wadliwie rozmiesz-
czone i źle naprowadzały pilotów. Wosztyl 
szczęśliwie wylądował, bo zobaczył pas. 
Kapitan Protasiuk musiał zaś zdać się na 
radiolatarnie. Wszystko to prowadzi do 
wniosku,  że piloci tupolewa, mistrzowie 
pilotażu, wadliwie naprowadzeni przez 
kontrolerów i radiolatarnie posadzili sa-
molot w błocie, w smoleńskim lesie, a tam 
chwilę później doszło do wybuchu bomby 
próżniowej, która zabiła większość pasa-
żerów, a ci, którzy przeżyli, zostali dobici 
strzałami z pistoletów. 

Ogromne fałszerstwo

Tuż po katastrofi e rozpoczęła się zakrojo-

na na szeroką skalę akcja zacierania śladów. 
Nocą z 10 na 11 kwietnia w Zakładzie Me-
dycyny Sądowej odbyła się sekcja zwłok 
prezydenta. Uczestniczył w niej Naczel-
ny Prokurator Wojskowy, płk Krzysztof 
Parulski. – W trakcie tej sekcji pomylono 
fragmenty ciał i w trumnie mojego brata 
znalazła się noga generała Kwiatkowskie-
go – mówi Jarosław Kaczyński.  Zwłoki 
pozostałych ofi ar zabrano do prosektorium 
do Moskwy, gdzie przez kilkadziesiąt go-
dzin zajmowali się nimi rosyjscy patolodzy. 
Rodziny rozpoznały część zwłok, ale... na 
tym się skończyło. Po kilku dniach rosyj-
skie samoloty wojskowe przywoziły do 

Polski zalutowane metalowe trumny, w 
których miały znajdować się zwłoki ofi ar. 
Nikomu z rodzin nie pozwolono zajrzeć do 
trumien, aby na własne oczy przekonać się, 
czy przywieziono faktycznie ofi ary. W efek-
cie po kilku tygodniach rodziny Zbigniewa 
Wassermanna i Przemysława Gosiewskiego 
wystąpiły z wnioskami o przeprowadze-
nie ekshumacji zwłok, jednak prowadząca 
sprawę prokuratura do dziś nie zrealizowała 
tych wniosków. – Jeśli okaże się, że w trum-
nach przywieziono zwłoki innych osób, a 
nie pasażerów polskiego tupolewa, będzie-
my mieli do czynienia z niewyobrażalnym 
skandalem – mówi Bogdan Święczkowski, 
były prokurator, w czasach PiS szef Agencji 
Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 

Pasywa Gazpromu

Tragiczna  śmierć polskiego prezydenta, 

zacieranie  śladów, matactwo i kompromi-
tacja polskiej prokuratury stanowiły zwień-
czenie gry prowadzonej przez lata w Polsce 
przez rosyjskie tajne służby. Gra ta zaczęła 
się w latach 90., a jej celem było podporząd-
kowanie Polski rosyjskim wpływom. Głów-
ną drogą do tego celu było uzależnienie Pol-
ski od rosyjskich surowców – głównie ropy 
i gazu. W latach 2009-2010, wskutek kata-
strofalnej polityki polskiego rządu, Rosjanie 
przejęli kontrolę nad spółką EuRoPol Gaz 
SA, odpowiadającą za tranzyt rosyjskiego 
gazu. Od lata 2009 roku rząd Tuska starał 
się umorzyć 1,2 miliarda zł długu koncerno-
wi Gazprom, który dostarcza do Polski gaz. 
Prezydent to torpedował i groził komisją 
śledczą. Popierał go Aleksander Szczygło 
– szef BBN, Władysław Stasiak – szef Kan-
celarii Premiera, Aleksandra Natalli-Świat – 
wiceprzewodnicząca PiS, wiceprzewodni-
cząca sejmowej Komisji Finansów Państwa. 
Wszyscy przeciwnicy umowy gazowej zgi-

nęli w Smoleńsku. 10 dni po katastrofi e, gdy 
obowiązki głowy państwa pełnił Bronisław 
Komorowski, prezesem spółki EuRoPol 
Gaz SA został Aleksandr Miedwiediew, 
wiceszef Gazpromu. Podpisał on umowę 
umarzającą długi. Konsekwencją było pod-
pisanie nowej umowy gazowej z Rosją, 
która do 2037 roku uzależniła nasz kraj od 
dostaw rosyjskiego surowca. – Podpisanie 
tej umowy i anulowanie długów Gazpro-
mowi to akt kryminalnej zdrady stanu – 
uważa Jarosław Kaczyński. Jeszcze przed 
południem 10 kwietnia, tuż po wypadku, 
ludzie Bronisława Komorowskiego na-
tychmiast weszli do Kancelarii Prezydenta. 
– Z informacji, które do nas docierały, 
wynika,  że zaczęli od przejmowania ma-
teriałów po byłych Wojskowych Służbach 
Informacyjnych – mówi Joachim Brudziń-
ski, sekretarz generalny PiS. W efekcie 
materiały przejęte po WSI (zlikwidowa-
nych przez Antoniego Macierewicza) zo-
stały w części spalone i zniszczone. Co 
ciekawe, Bronisław Komorowski przejął 
obowiązki głowy państwa w sytuacji, gdy 
nie było jeszcze ofi cjalnego aktu zgonu Le-
cha Kaczyńskiego. Zaś samo przemówie-
nie  żałobne, które Komorowski wygłosił 
10 kwietnia w południe, znalazło się na 
stronie internetowej publicznego medium... 
o godzinie 5:57, a więc 90 minut przed od-
lotem samolotu do Smoleńska. 

Od 2009 roku prezydent prowadził rów-

nież negocjacje w sprawie nowego sojuszu 
wojskowego – tzw. Sojuszu Północnego. 
Miało to być porozumienie o współpracy 
wojskowej zawarte między państwami 
skandynawskimi, Wielką Brytanią, Polską 
i krajami bałtyckimi w sprawie udzielania 
sobie wzajemnej pomocy w sytuacji agresji 
militarnej. – Było to porozumienie bardzo 
niewygodne dla Rosji – ocenia Romuald 
Szeremietiew, były minister obrony. – Je-
śli chcielibyśmy bronić tezy o zamachu z 
10 kwietnia, to jego prawdziwej przyczyny 
upatrywałbym właśnie tutaj.

Jeśli nawet – jak utrzymują przeciwnicy 

„spiskowej teorii dziejów” – katastrofa z 
10 kwietnia nie była zamachem, lecz nie-
szczęśliwym wypadkiem, to wypadek ten 
bardzo pomógł umocnić rosyjskie wpływy 
i interesy w Polsce.

L

ESZEK

 S

ZYMOWSKI

 

PS  Więcej szczegółów na temat okoliczności 
wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku w książce 
Leszka Szymowskiego „Zamach w Smoleńsku”, 
wydawnictwo Bollinari Publishing House, 
Warszawa, 2011. Dystrybucja: United ExPress 
Sp. z o.o., ul. Marii Konopnickiej 6, lok. 227, 
00-491 Warszawa, tel. 22 3390541, 502 202 900; 
książkę będzie można również kupić w kioskach w 
całym kraju oraz zamówić przez internet na stronie 
www.warszawskagazeta.pl

background image

X

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

O

becna sytuacja jest zupełnie 
inna od tamtej. Wtedy była to 
zwykła psychologia i rzucenie 
się w jednym czasie kilkunastu 

milionów konsumentów na jeden artykuł 
powszechnego użytku. Dodatkowo me-
dia napędzały koniunkturę (tak jak dziś), 
powodując strach przed gorzką herbatą. 
Dziś już jesteśmy w Unii, więc sytuacja 
jest po stokroć gorsza. Przyczyn, dla któ-
rych brakuje cukru, jest kilka. 

Po pierwsze – limity produkcyjne. Polska 

już nie może wyprodukować tyle cukru, ile 
zażyczy sobie (z różnych pobudek) konsu-
ment. Skoro więc limity są niższe od zapo-
trzebowania, oczywiste jest, że gdy nagle 
wzrośnie popyt, to nieproporcjonalnie do 
tego popytu musi wzrosnąć cena. Polska 
ma przyznany przez Komisję Europejską 
limit produkcji wynoszący 1,58 miliona 
ton. Jest to znacznie poniżej naszego po-
tencjału produkcyjnego. W 2000 roku Pol-
ska produkowała około 2 milionów ton cu-
kru. Jest rzeczą jasną, że gdy się urzędową 
decyzją obcina możliwości produkcyjne o 
ponad 20%, to tylko po to, by chronić pro-
ducentów, którzy dostaną limity na koszt 
konsumenta. Chyba że się cukier zaimpor-
tuje. Np. w 2008 roku import tego artykułu 
wyniósł około 244 tysięcy ton, głównie z 
Niemiec i Francji. 

Po drugie – brak konkurencji. Przed wej-

ściem do Unii postanowiono połączyć lo-
kalne cukrownie w monopol Polski Cukier. 
Jak wiadomo, monopol służy tylko pra-
cownikom i akcjonariuszom monopolu, ale 
na pewno nie klientom. Tak było tuż przed 

wejściem do Unii, ale w tzw. międzyczasie 

na rynek powchodziły zagraniczne fi r-

my. Obecnie Polski Cukier otrzymuje 

ok. 550 tys. ton limitów produk-

cyjnych, czyli znacznie mniej 
niż niemieckie fi rmy  działa-

jące w Polsce (Nordzucker – 

132 tys. ton, Südzucker – 

352 tys. ton, Pfeifer & Langen – 

372 tys. ton, co daje razem 856 tys. ton). 
Trudno jednak uznawać rynek cukru za 
otwarty na konkurencję. Jeżeli jakaś fi rma 
chciałaby produkować w Polsce cukier 
(w końcu nie jest to zaawansowany tech-
nologicznie produkt), to najpierw musiała-
by ustawić się w kolejce do urzędnika po 
pozwolenie i przyznanie limitu (kosztem 
obecnych  fi rm).  Trudno  wyobrazić sobie 
większy absurd. 

Po trzecie – nagonka medialna. Nie-

trudno zgadnąć, kto korzysta na obecnym 
zainteresowaniu cukrem. Są to głównie 
niemieckie fi rmy, które na rynku polskim 
sprzedają już drożej niż na swoim rodzi-
mym. Oczywiście należy sprzyjać otwar-
tości polskiego rynku na zagranicznych 
inwestorów; niestety na rynku cukru 
mamy do czynienia ze zwykłym admini-
stracyjnym reglamentowaniem produkcji, 
na czym przypadkiem najwięcej zyskują 
niemieckie przedsiębiorstwa. 

Po czwarte – słabsze zbiory bura-

ka cukrowego w 2010 roku. Na każ-
dym normalnym rynku słabsze zbiory 
oznaczają zwiększony import lub nie-
znaczny wzrost cenowy. Obecna, ponad 
100-procentowa zwyżka cen nie może 
być wytłumaczona słabszymi zbiorami. 
Gdyby rynek był uwolniony, po prostu 
producenci przewietrzyliby zeszłoroczne 
magazyny po nieznacznie wyższej cenie. 
Ponieważ niestety tak nie jest, musimy 
borykać się z sytuacją galopujących cen. 

Rynek cukru jasno jak na dłoni poka-

zuje bolączkę administracyjnej kontroli 
nad rynkiem. Nie dość, że brakuje towa-
ru, którego jeszcze przed wejściem do 
UE w Polsce było pełno, to jest on czte-
rokrotnie droższy niż przed wejściem 
do Unii. Czy ktoś jeszcze pamięta, że w 
2003 roku w sklepie detalicznym można 
było kupić cukier po złotówce? Obecne 
6 złotych to wina wtrącania się urzęd-
ników i polityków w relacje pomiędzy 
klientami a producentami. 

Dlaczego cukier jest drogi?

Tuż przed wejściem Polski 
do Unii Europejskiej cukier 
podrożał w krótkim czasie 
o około 100%, by za parę na-
stępnych miesięcy stanieć. 
Ale cena nie wróciła już 
do poziomu sprzed unijnej 
akcesji. Ludzie kupowali 
po 50 i więcej kilogramów, 
napędzając gorączkę ceno-
wą i czyszcząc magazyny 
producentów. Znam nawet 
jednego człowieka, który 
jeszcze dziś słodzi cukrem 
kupionym w 2004 roku.

M

AREK

 Ł

ANGALIS

M

M

M

M

M

A

M

M

A

M

M

M

M

ok

ok

ok

ok

ok

o

o

o

o

o

o

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

cy

y

y

y

y

y

y

y

y

y

jn

jn

jn

jn

jn

jn

jn

jn

n

n

jn

j

j

j

j

j

j

j

j

j

j

j

y

y

y

y

ni

ni

ni

ni

ni

n

ni

i

ni

ni

n

n

n

ż

ż

ż

ż

ż

ż

ż

ż

ż

ż

j

j

j

KRAJ

ZNALEZIONE W INTERNECIE

background image

XI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

D

yskusja dotyczyła jednak kwestii 
bardzo złożonych. Rozmówcy za-
stanawiali się między innymi, czy 
rozwiązania rządowe zmniejszą 

inwestycje OFE w akcje, czy nie. Rząd za-
proponował umożliwienie zaangażowania 
większej procentowo sumy w takie inwesty-
cje. Jednak do tej pory nie wykorzystywano 
limitu 40 procent, a dopuszczalny ma wyno-
sić 60 procent. Jeśli nie będzie wykorzysty-
wany większy limit, będzie kogo obarczyć 
winą za zbyt niskie zyski. Podobnie stanie 
się, gdy spadną notowania na giełdzie. Ta-
kich pułapek jest oczywiście więcej.

Piramida fi nansowa

Profesor Rybiński zauważa,  że rząd w 

końcu sięgnął po emerytury, bo braku-
je pieniędzy. Przyrównuje proponowany 

system emerytalny, co do zasady, do Bez-
piecznej Kasy Oszczędności Lecha Gro-
belnego czy piramidy fi nansowej Bernar-
da Madoffa. Grobelny oferował bardzo 
wysokie odsetki od lokat, dużo wyższe niż 
banki, i dopóki przychodzili nowi klienci, 
dopóty mógł obecnym klientom te odset-
ki wypłacać. Ale gdy napływ ustał, BKO 
stała się niewypłacalna, a Grobelny uciekł 
za granicę. Ludzie odzyskali tylko jedną 
czwartą swoich oszczędności.

Propozycja rządu polega na tym, żeby 

zabrać środki z OFE, pieniądze wydać na 
bieżące potrzeby, a na kontach kompu-
terowych zapisać,  że ZUS w przyszłości 
wypłaci wysokie odsetki, liczone jako 
suma wzrostu PKB i wzrostu infl acji. 
W kalkulacjach trzeba było przyjąć wyso-
kie odsetki, żeby sztucznie wykazać, iż w 
nowym systemie emerytury nie będą niż-
sze niż w starym. – Dopóki napływają nowi 
klienci, czyli pracujący płacący podatki i 
składki ZUS, można wypłacać te wysokie 
odsetki. Ale gdy społeczeństwo zacznie się 
szybciej starzeć i liczba płacących składki 
gwałtownie spadnie, po odsetki zgłosi się 
więcej osób, to będzie tak, jak w przy-
padku piramidy Grobelnego – zauważa 
prof. Rybiński. – Ludzie odzyskają tylko 
część tego, co zapisano na ich kontach. 
W uzasadnieniu, które przygotował rząd, 
tego nie widać, bo celowo przyjęto skrajnie 
optymistyczne i nierealistyczne założenia, 
radykalnie zresztą odstające od założeń 
OECD i Komisji Europejskiej – dodaje.

Zauważa także, że piramida będąca skut-

kiem reformy emerytalnej rozciąga się na 
gigantyczną skalę. Twór Grobelnego zawa-
lił się po kilku miesiącach. Rządowy sys-
tem zawali się po kilkudziesięciu latach.

Narastanie długu

Zabiegi rządu zmierzające do powstrzy-

mania procesu narastania długu publicz-
nego dotyczą jedynie jawnej części długu, 
a więc takiej, która odpowiada łącznej 
wartości wyemitowanych przez rząd ob-
ligacji. Zabieg przekierowania do ZUS-u 
dużej części składki trafi ającej tymczasem 
do OFE zmniejsza dług jawny, zwięk-
szając dług ukryty. Ukryta część długu to 
zobowiązania ZUS-u w stosunku do przy-
szłych emerytów. Księgować się  będzie 
(zgodnie z propozycjami rządu) większą 
składkę na ich kontach w ZUS-ie. Takie-
go rozwiązania broni się uzasadnieniem, 
że za dług jawny rząd musi płacić odsetki, 
zaś za dług ukryty odsetek nie płaci. 

Telewizyjna debata ministra 
fi nansów Jacka Rostow-
skiego z Leszkiem Balcero-
wiczem zgromadziła przed 
telewizorami około 
3 milionów widzów. Od razu 
zaczęto szukać zwycięzcy, 
chociaż chyba ważniejsze 
jest podsumowanie, że 
przyszli emeryci stracą 
na rządowych zmianach 
w systemie emerytalnym, 
a całe rozwiązanie przypo-
mina piramidę fi nansową. 
Profesor Krzysztof Rybiński 
ocenia, że debata Balcero-
wicz-Rostowski dotyczyła 
antyreform i psucia pań-
stwa (Rostowski psuje, 
a Balcerowicz próbuje 
go powstrzymać).

Piramida fi nansowa OFE

R

AFAŁ

 P

AZIO

Prof. Rybiński: 

Twór Grobelnego 

zawalił się po kilku 

miesiącach. Rządowy 

system zawali się 

po kilkudziesięciu 

latach.

background image

XII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

Jednak jest to wprowadzanie opinii pu-

blicznej w błąd. Odsetki od długu jawne-
go trzeba płacić już dziś. Natomiast odpo-
wiednikiem odsetek od długu jawnego są 
przyrosty kapitału zapisywanego na kon-
tach w ZUS-ie z tytułu dorocznych walo-
ryzacji. Tymczasem kwot wynikających z 
przeprowadzanych waloryzacji płacić nie 
trzeba, ale zwiększają one odpowiednio 
emerytury, które w przyszłości ZUS bę-
dzie obowiązany wypłacać. 

Przypomina to spłatę odsetek od za-

ciągniętego długu  fi nansowaną nowymi 
emisjami obligacji. Przekonując spo-
łeczeństwo do swoich propozycji, rząd 
podaje argument, że stany kont w zrefor-
mowanym ZUS-ie będzie waloryzował w 
sposób korzystny dla przyszłych emery-
tów, a więc stopami wyższymi niż stopy 
odsetek płaconych od obligacji. Oznacza 
to, że rząd woli zamienić dług niżej opro-
centowany na wyżej oprocentowany. 

Pozew przeciw rządowi

– Po konsultacji z prawnikami poważ-

nie rozważam uruchomienie akcji spo-
łecznej polegającej na zorganizowaniu 
pozwu zbiorowego obywateli przeciw 
rządowi o utracone korzyści wynikają-
ce z proponowanej zmiany w systemie 
emerytalnym – stwierdza prof. Krzysz-
tof Rybiński. – Oceniam, że w wyniku 
proponowanych rozwiązań przeciętny 
emeryt za 40 lat straci kapitał emerytal-
ny w wysokości kilkudziesięciu tysięcy 
złotych, co oznacza niższą emeryturę – 
dodaje.

Według prof. Rybińskiego, Polska ma 

szansę stać się krajem starych, schoro-
wanych ludzi. Społeczeństwo jest obcią-
żane coraz wyższymi podatkami (VAT, 
akcyza, PIT, CIT, opłata za wieczyste 
użytkowanie, która już przyjmuje skalę 
podatku katastralnego wprowadzanego 
tylnymi drzwiami). Pojawia się tzw. po-
datek bankowy, za który trzeba będzie 
zapłacić wyższymi opłatami i wyższymi 
odsetkami od kredytów, oraz podatek dla 
fi rm farmaceutycznych, który może po-
zbawić polskie fi rmy możliwości prowa-
dzenia badań w dziedzinie farmacji i bio-
technologii, a w dłuższej perspektywie 
doprowadzi do znaczącego wzrostu wy-
datków na leki. Już dziś polscy seniorzy 
są jednymi z najbardziej schorowanych 
ludzi w Europie.

– Zadłużamy się szybciej niż za cza-

sów Gierka. Z powodu nieudolnego rzą-
dzenia w fi nansach publicznych zaczęło 
brakować pieniędzy. Zamiast zacząć 
oszczędzać, politycy sięgają do naszych 
kieszeni – przypomina prof. Rybiński.

R

AFAŁ

 P

AZIO

 

A

naliza dokonana przez eko-
nomistów Banku Światowe-
go jest jak najbardziej trafna, 
lecz proponowane rozwiąza-

nia już niekoniecznie. 

Bank Światowy

Bank Światowy powstał w wyniku kon-

ferencji w Bretton Woods w 1944 roku. 
Jego głównym celem miało być fi nanso-
wanie odbudowy powojennej Europy i 
Japonii. Jak to zwykle bywa z organiza-
cjami biurokratycznymi powołanymi do 
jednego tylko celu, wraz z wypełnieniem 
tego celu biurokraci muszą wymyślić 
nowy. Obmyślono więc,  że Bank Świa-
towy będzie wspierał poprzez pożyczki 
kraje rozwijające się w Azji, Ameryce 
Łacińskiej i Afryce. Dziś niesieniem po-
mocy dla państw rozwijających się w ra-
mach pracy w banku zajmuje się ponad 
10 tysięcy urzędników, opłacanych rów-
nież przez polskiego podatnika (sama 
administracja Banku Światowego ma 
kosztować w tym roku ok. 1,8 miliarda 
dolarów). Ponadto poprzez liczne publi-
kacje i raporty Bank Światowy chce słu-
żyć jako kopalnia pomysłów reform dla 
państw na dorobku. W ostatnim czasie w 
Polsce zrobiło się głośno o Banku Świato-
wym jako mocno wspierającym powsta-
nie naszej sławnej na cały świat reformy 
emerytalnej pod tytułem OFE. Tylko że 
zamiast zapowiadanych (nie wiadomo, 
czy z inspiracji doradców banku) emery-
talnych palm na Hawajach, okazało się, 
że dług publiczny wzrósł ponad miarę, a 
spodziewane emerytury mają być niższe 
niż z ZUS. Można powiedzieć, dzięki 
Bankowi  Światowemu mieliśmy mieć 
godziwe emerytury, a jedyne, co nam 
zostało, to pałace i marmury w zagra-
nicznych instytucjach finansowych. Za-
tem gdy przez pracowników tego banku 
postulowane są jakieś rozwiązania dla 
Polski, należy z największą starannością 
się temu przyglądać, by móc ocenić, czy 
te zmiany są dobre dla polskich polity-
ków, zwykłych Polaków czy międzyna-

rodówki finansowej. Bo rozwiązania, 
jakie serwował jeszcze w zeszłym roku 
naszym emerytom bank, mówiły o tym, 
żeby podnieść składkę do OFE a wraz 
z nią... wiek emerytalny. Czyli według 
pracowników tego banku najlepszym 
rozwiązaniem jest płacenie składek 
najlepiej aż do śmierci i jak najkrótsze 
przebywanie na emeryturach. Oczywi-
ście jest to najlepsze rozwiązanie dla... 
Nie trzeba być geniuszem intelektu i lo-
giki, by zgadnąć dla kogo. 

Zacofany kraj

W swojej najnowszej publikacji Bank 

Światowy postanowił sprawdzić, jak Pol-
ska realizuje nakreślone strategiczne cele 
dla Europy do 2020 roku. Te cele to:

– 75% ludzi w wieku od 20 do 64 lat po-

winno być zatrudnionych (w Polsce obec-
nie 64,9%);

– 3% PKB powinno być przeznaczane 

na badania i rozwój (w Polsce 0,59%);

– współczynnik uczniów porzucających 

szkoły powinien wynosić poniżej 10% 
(w Polsce 5,3%);

– dla wieku 30-34 lat co najmniej 40% 

ma posiadać wyższe wykształcenie 
(w Polsce 32,8%);

– liczba ludzi zagrożonych biedą i wy-

kluczeniem nie powinna przekraczać 
1,5 miliona (obecnie w Polsce 10,4 miliona).

Oczywiście jeśli spojrzeć na te cele, wi-

dać od razu, że kreślił je urzędnik, chcąc 
sztucznie formować strukturę społeczną. 
O ile pierwszy i ostatni wskaźnik można 
jeszcze uznać za rozsądne (w końcu le-
piej, jak ludzie w wieku produkcyjnym 
pracują, a nie wyciągają socjal), o tyle 
trzy środkowe wymagają zastanowienia. 
Niepotrzebne sztuczne naginanie wskaź-
ników edukacyjnych, tylko po to, by osią-
gnąć jakieś bezsensowne cele ustanawia-
ne przez instytucje międzynarodowe, nie 
znające realiów poszczególnych państw, 
doprowadzi do dalszego obniżenia po-
ziomu zarówno edukacji podstawowej i 
gimnazjalnej (tylko po to, by uczniowie 
nie porzucali szkół), jak i wyższej (by 

Polska gospodarka nie jest w najlepszym stanie. Tak wy-
nika z raportu Banku Światowego „Europa 2020 a Polska: 
intensyfi kacja rozwoju i podnoszenie konkurencyjności 
poprzez zwiększenie poziomu zatrudnienia, podnoszenie 
kwalifi kacji i innowacje” 
ogłoszonego 21 marca tego roku.

Gdzie są innowacje?

M

AREK

 Ł

ANGALIS

background image

XIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

podobne sumy na badania. Najpierw mu-
simy zbliżyć się poziomem życia do tych 
państw poprzez wykorzystanie wszyst-
kich możliwych i dostępnych już tam 
rozwiązań technologicznych, a dopiero 
później możemy myśleć o naprawdę in-
nowacyjnych pomysłach i nowoczesnych 
wynalazkach. Skoro „innowacje” są w 
dużej większości  fi nansowanie z pań-
stwowych pieniędzy, to nie oczekujmy, 
że z tego naprawdę urodzą się jakiekol-
wiek nowe wynalazki. Tylko prywatne 
przedsiębiorstwa mogą dać Polsce praw-
dziwe innowacje, a te na razie zajęte są 
przyswajaniem wszelkich dostępnych na 
świecie nowoczesnych technologii, nie 
mówiąc o zmaganiach z tubylczą admini-
stracją. Dopiero po zrównaniu poziomem 
z najnowocześniejszymi technologicznie 
państwami  świata możemy zacząć pró-
bować rozwijać cokolwiek nowego. 
To tak jakby w Fabryce Samochodów 
Małolitrażowych kazać na początku lat 
90. po produkcji „malucha” przejść do 
najnowocześniejszego mercedesa klasy 
S. Jest to praktycznie niemożliwe z wie-
lu względów, poczynając od czynnika 
ludzkiego (czy pracownik produkujący 
„maluchy” przestawi się z dnia na dzień 
na luksusowy samochód?), poprzez do-
stępne zasoby (problemy z kooperanta-
mi i jakością ich produkcji), aż po moż-
liwości techniczne (brak odpowiednich 
maszyn). Dlatego postulowanie zwięk-
szania wydatków na badania i rozwój, 
szczególnie z pieniędzy podatnika, to na 
dzień dzisiejszy wyrzucanie pieniędzy 
w błoto. Oczywiście jakieś wydatki w 
tym zakresie są potrzebne, dlatego że 

nie każda myśl technologiczna przystaje 
do polskich warunków – i między innymi 
dostosowywaniem rozwiązań do lokal-
nego rynku powinni zajmować się spece 
od badań, ale wydaje się,  że prywatne 
przedsiębiorstwa same wiedzą najlepiej, 
bez pomocy urzędników państwowych, 
co jest u nas wymagane. A nam potrzeb-
ne jest najpierw zmniejszenie różnic 
technologicznych choćby w stosunku 
do Niemiec, zanim zaczniemy pouczać 
Hansa i Helmuta, jak mają wdrażać na-
sze pomysły. 

Taką drogę spokojnego rozwoju tech-

nologicznego przeszła między innymi 
Japonia po II wojnie światowej, gdy w 
latach 50. ubiegłego wieku postawiła 
głównie na kopiowanie technologii do-
stępnych w Stanach Zjednoczonych czy 
zachodniej Europie. Dopiero po przy-
swojeniu wszelkich technik i ich zrozu-
mieniu tamtejsi inżynierowie i przedsię-
biorstwa mogły zacząć konkurować – co 
miało miejsce od początku lat 70. – na 
światowym rynku nowoczesnych tech-
nologii. Obecnie taką drogę przechodzą 
Chiny. Do niedawna uznawani tylko za 
kopistów powielających dostępne pro-
dukty i schematy, Chińczycy powoli 
zaczynają proponować  własne rozwią-
zania (choćby w zakresie kolejnictwa 
czy kosmonautyki), by w perspektywie 
najbliższych dwóch dekad wykonać ol-
brzymi skok technologiczny. 

Wskazówką dla Polski nie jest dziś 

zwiększanie państwowych wydatków 
na badania i rozwój, tylko propozycja 
takich ułatwień dla przedsiębiorstw, by 
mogły najpierw konkurować na świato-
wych rynkach w tradycyjnych techno-
logiach. Dopiero wtedy i tylko wtedy 
wydatki na badania i rozwój w masowej 
skali będą miały ekonomiczny sens. Ale 
o tym powinny zdecydować przedsię-
biorstwa na własny rachunek i za własne 
pieniądze, a nie urzędnik państwowy z 
ministerstwa nauki czy analityk Banku 
Światowego za pieniądze podatnika, 
które pewnie poszłyby na zmarnowa-
nie. Co nie zmienia faktu, że Polska jest 
obecnie krajem raczej zacofanym tech-
nologicznie (szczególnie w stosunku 
do naszego zachodniego sąsiada). Jest 
wiele chlubnych wyjątków w niezli-
czonej liczbie dziedzin, gdzie Polacy 
nadążają za rozwiązaniami zachodni-
mi, ale to nie zmienia faktu, że nasza 
gospodarka nie jest w stanie sprostać 
najnowocześniejszym wyzwaniom 
technologicznym na światowym rynku 
– tym bardziej że nie potrafi jeszcze za-
spokoić wielu podstawowych potrzeb 
przeciętnego Kowalskiego. 

Polskie wydatki na badania 

i rozwój są na dość niskim 

– w porównaniu z najlepszymi – 

poziomie. 

KRAJ

wypełnić wskaźnik 40% osób z wyż-
szym wykształceniem w wieku 30-34 
lat). Najprościej osiągnąć obydwa cele 
przez dalsze obniżenie wymagań. Nie 
ma to najmniejszego przełożenia na ry-
nek pracy, który nie potrzebuje więcej 
osób z wydumanymi tytułami magistra 
od nie wiadomo czego, tylko ludzi do 
konkretnej roboty. Takie są prawa popy-
tu i podaży, że jeśli naprodukuje się osób 
z wyższym wykształceniem dla samego 
wyższego wykształcenia, to w cenie będą 
fachowcy po zawodówkach i technikach. 
I zamiast 75-procentowego współczynni-
ka zatrudnienia wśród osób w wieku pro-
dukcyjnym, będziemy mieli całą masę 
sfrustrowanych magistrów, wściekłych 
na wszystkich dookoła, że ulegli złudze-
niu  łatwości w zdobyciu swojego „wy-
kształcenia”, z racji którego powinni od 
razu dostawać najlepsze dostępne na ryn-
ku pracy stanowiska. Sposobem na akty-
wizację potencjalnych pracowników jest 
dla Banku Światowego podwyższenie 
wieku emerytalnego dla kobiet i zrów-
nanie go z męskim. Jest to znowu najła-
twiejsze dla szybkiego podreperowania 
statystyk. Wyliczono nawet, że gdyby 
w Polsce pracowało tyle starszych osób, 
co w Niemczech, nasz produkt krajowy 
brutto byłby o sześć procent wyższy niż 
obecny. 

Bardzo ciekawie wygląda propozycja 

zwiększenia wydatków na badania i roz-
wój. Polskie wydatki są na dość niskim – 
w porównaniu z najlepszymi – poziomie. 
Ale w 2008 roku zaledwie kilka państw 
na  świecie mogło się pochwalić nakła-
dami ponad 3% PKB (Szwecja, Japonia, 
Finlandia i Stany Zjednoczone). Prawdzi-
wym problemem nie jest ilość  środków 
przeznaczanych na badania i rozwój, tyl-
ko to, kto je wydaje. Tylko 25% środków 
w Polsce pochodzi z prywatnych przed-
siębiorstw, reszta to pieniądze państwo-
we lub międzynarodowych instytucji 
(np. Unii Europejskiej). W USA czy po-
dobno socjalistycznej Szwecji pieniądze 
z budżetu państwa na badania i rozwój 
nie przekraczają 30% ogółu nakładów. W 
większości pieniądze pochodzą prywat-
nych instytucji. Analitycy Banku Świa-
towego postulują w tej materii między 
innymi zwiększenie nakładów ze środ-
ków publicznych. Nie bardzo wiadomo 
tylko po co. Polska jest na takim etapie 
rozwoju gospodarczego, że jeszcze dłu-
go będzie importerem wielu rozwiązań 
technologicznych. Takie jest prawo roz-
woju gospodarczego. Nie łudźmy się, że 
nagle staniemy się bardziej innowacyjni 
od Amerykanów, Finów czy Szwedów, 
w związku z czym musimy przeznaczać 

background image

XIV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

N

iemal równolegle powstał Ruch 
Autonomii Śląska, toteż już tyl-
ko kwestią czasu było, kiedy 
zażąda autonomii Śląska. Teraz 

RAŚ ma już lokalne przedstawicielstwo w 
samorządzie, a samo tylko Towarzystwo 
Społeczno-Kulturalne Niemców na Śląsku 
Opolskim „wydrukowało 180 tys. ulotek 
zachęcających do podania narodowości 
niemieckiej w spisie powszechnym” roz-
poczynającym się 1 kwietnia – informuje 
prasa. Ostro jadą.

Autonomia  Śląska coraz bliżej. Czy 

najpierw powstanie jakiś „region trans-
graniczny”, euroregion, dla wzmocnienia 
Niemców i narodu śląskiego – czy najpierw 
autonomia, a potem ten region? No a dalej 
marszruta prosta: podatki do niemieckiej 
stolicy tego euroregionu, może jakiś plebi-
scycik po drodze – i po herbacie.

Wobec takiej perspektywy „debata” Balce-

rowicz-Rostowski wyglądała jak rozmowa 
o przysłowiowej d*** Maryni. Zrozumia-
łem z niej tyle, że p.Balcerowicz wolałby, 
żeby rząd premiera Tuska pożyczał forsę 
nadal od OFE (dając im łatwo i przyjemnie 
zarabiać na chlebek z kawiorem), podczas 
gdy p.Rostowski wolałby, aby rząd Tuska 
pożyczał forsę gdzie indziej, dając zarobić 
komu innemu, chyba za granicą,  n’est ce 
pas
? Bo i gdzie indziej?

Toteż chociaż wydaje się, że p.Balcero-

wicz optuje za mniejszym złem (abstra-
hując od tego, czy lobbuje dla OFE, czy 
nie), to jego słynny geniusz fi nansowy 
będzie musiał ustąpić przed lobby potęż-
niejszych lichwiarzy.

Z forsą na świecie robi się gorąco. Mo-

żemy nawet mieć poważne kłopoty z bu-

dową dróg i autostrad za unijny szmal, a to 
dlatego, że UE postawiła swymi „dyrek-
tywami” ciężkie warunki jego przydziału. 
Jeden z tych warunków to zmniejszenie 
liczby  śmiertelnych wypadków na dro-
gach o połowę poprzez „realizację unij-
nego programu” w Polsce, wymagającego 
zmian „w prawie o ruchu drogowym, w 
prawie budowlanym i w prawie o policji”. 
Powód? Zabiurczne urzędasy w UE wyli-
czyły,  że „koszt społeczny jednej śmier-
telnej ofi ary wypadku drogowego wynosi 
1 milion euro”! Ten „koszt społeczny” 
– co to właściwie za zwierzę?... I ten 
„milion euro”... Jaką metodą liczony? Pe-
wien znajomy ekonomista powiedział mi, 
że taką metodą można wyliczać i „zysk 
społeczny” z „jednej ofi ary  śmiertelnej” 
– i kto wie, czy nie wyliczyć „zysku spo-
łecznego” jeszcze większego...

(Nawiasem mówiąc: jeżdżę samocho-

dem od ponad 30 lat i we wszystkie nie-
bezpieczne sytuacje, w jakie popadłem, 
popadłem z własnej winy lub z winy inne-
go kierowcy – nigdy z powodu złej jako-
ści drogi czy złego oznakowania. Właśnie 
gdy to lekceważyłem, bywało niebez-
piecznie...)

Druga dyrektywa unijna uzależnia 

przydział unijnego szmalu od „audytu 
zewnętrznego” konkretnej inwestycji 
drogowej na okoliczność poszanowania 
środowiska... Ba! Czy jest w ogóle jaka-
kolwiek inwestycja, co do której powie-
dzieć można,  że „szanuje środowisko”? 

Najpierw, nie wiedzieć dla-
czego (bo przecież obywa-
tele są równi wobec prawa), 
wyodrębniono w konstytucji 
„mniejszości narodowe” i 
obdzielono je przywilejami 
wyborczymi. Tak ukonsty-
tuowała się parlamentarna 
reprezentacja niemieckiej 
mniejszości narodowej, 
która bez tego przywileju 
zapewne w ogóle w parla-
mencie by nie zaistniała 
– jakże by zarejestrowała 
swe komitety wyborcze w 
kilku co najmniej wojewódz-
twach, co jest warunkiem 
zarejestrowania listy wybor-
czej do Sejmu?... Szalenie 
pobudziło to kandydatów na 
inne „mniejszości narodo-
we” i rozpoczęły się sądowe 
podchody o zarejestrowanie 
„narodowości śląskiej”.

ŚLĄSK: KIEDY AUTONOMIA, KIEDY PLEBISCYT? 

 DEBATA O D... MARYNI 

 KOSZT 

SPOŁECZNY – Z PALCA I SUFITU 

 NIE PIJ PIWA, PIJ SZAMPANA!

Od rzemyczka do koniczka

M

ARIAN

 M

ISZALSKI

AUTONOMIA ŚLĄSKA 

CORAZ BLIŻEJ?

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

XV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

Chyba tylko nasadzanie drzew i krzewów. 
Chodzi więc o napędzanie, wymuszanie 
zamówień na „wysokie technologie” w 
branży „ochrony środowiska” – ma się ro-
zumieć u producentów zagranicznych.

Widać zatem, że biurokratom z Bruk-

seli idzie o wyśrubowanie warunków 
przydziału euroszmalu, o grę na zwłokę 
i podniesienie kosztów tych inwestycji 
(na które, obok euroszmalu, i tak musi-
my dopożyczać za granicą pieniądze!). 
Taka jest zresztą  „fi lozofi a  europomocy 
biednym”. To tak jakby – zamiast leczyć 
– powiedzieć biednemu alkoholikowi: 
nie pij byle czego za swoje, ja ci poży-
czę forsę na wykwintne trunki, procenty 
odbiorę sobie z majątku twojej rodziny, a 
potem wezmę was wszystkich na łaska-
wy czarny chleb z wodą...

Co mówił Milton Friedman? „Wy nie 

naśladujcie krajów bogatych w tym, co 
robią teraz – wy róbcie to, co one robiły, 
gdy były biedne”.

A tymczasem bankrutuje i Portugalia. 

Media informują, że „młodzi, wykształce-
ni z dużych miast” Portugalczycy chętnie 
emigrują do Brazylii, a nawet... do Ango-
li, gdzie „lepsze perspektywy” i „większe 
tempo wzrostu”. I po co było Portugalii 
członkostwo w Unii Europejskiej?

Socjalistyczny rząd podał się do dymi-

sji, bo parlament nie zaakceptował jego 
planu „cięć budżetowych”. Więc naj-
pierw zadłużyli kraj i obywateli, a na ko-
niec jeszcze „cięcia budżetowe”? Czort z 
socjalistami („socjały nudne i ponure (...) 
podskakiewicze pod kulturę”), ale cieka-
we, że na odchodne premierowi wyrwały 
się takie mniej więcej słowa: „Jeśli mój 
plan cięć zostanie odrzucony, będziemy 
musieli (!) przyjąć pomoc europejską w 
wysokości 75 miliardów euro i utracić 
suwerenność”.

Tym kończy się przyjmowanie „pomo-

cy” na życie ponad stan i futrowanie ro-
dzimych biurokracji. Mechanizm wydaje 
się prosty: najpierw ta pomoc uzależniona 
jest od „dopłat własnych” – ale że bied-
ni nie mają forsy na te „dopłaty własne”, 
muszą pożyczać od międzynarodowych 
lichwiarzy; gdy pożyczona forsa obrośnie 
tłustymi procentami i sama tylko obsłu-
ga długu grozi bankructwem – szuka się 
„cięć budżetowych” i oszczędności w kie-
szeniach obywateli; czasami udaje się ich 
jeszcze trochę podoić (Grecja), czasami 
jednak buntują się nawet w parlamencie 
(Portugalia); wtedy znajduje się koło ra-
tunkowe dla bankruta, pomoc z Funduszu 
Rezerwowego – ale nie za darmo, to drogo 
kosztuje: suwerenność. Niestety, rozmaite 
mądrale nie wyliczyły jeszcze „kosztów 
społecznych” utraty suwerenności. 

J

uż z pierwszej tabeli dotyczącej 
ogółu przestępstw wynika, że w 
2010 roku stwierdzono takowych 
grubo ponad milion, a konkretnie 

1.151.157, a liczba osób podejrzanych w 
związku z tymi przestępstwami wyniosła 
516.154. Co więcej, w tej liczbie prze-
stępstw aż 778.919 było przestępstwami 
kryminalnymi, a skoro mowa o najcięż-
szych zbrodniach, to jedynie w ubiegłym 
roku dokonano 680 zabójstw, 1567 zgwał-
ceń, a także 140.085 kradzieży z włama-
niem. Okazuje się, że od 1999 roku w wy-
niku czynu przestępczego straciło  życie 
11.580 osób – wielkość równa przeciętnej 
liczebności powiatowego miasta – nato-
miast w tym samym okresie stwierdzo-
no blisko 3 mln przypadków kradzieży 
z włamaniem. Na wspomnianej stronie 
są prezentowane także tzw. statystyki 
dnia i akurat wtedy, kiedy sprawdzałem 
dane, można było przeczytać,  że w dniu 
poprzednim tylko na gorącym uczynku 
złapano 919 sprawców. Człowiek, który 
nie spotyka się na co dzień z przemo-

cą, zbrodnią i ogólnie nie zastanawia się 
nad tą ciemną stroną codziennego życia, 
może po zapoznaniu się z przytoczonymi 
danymi doznać pewnego psychicznego 
dyskomfortu, każącego podejść do drzwi 
i sprawdzić, czy zostały na pewno dobrze 
zamknięte. Ale co ciekawe, na tej samej 
stronie można było także – jako jedną z 
pierwszych – przeczytać informację,  że 
„Polacy czują się bezpiecznie i lepiej oce-
niają pracę Policji”.

Nie chciałbym dalej rozwijać  wątku 

przestępczości w Polsce, a jedynie zesta-
wić przytoczone i niekwestionowane dane 
z danymi i stawianymi na ich podstawie 
wnioskami, które – jak już zostało wspo-
mniane na wstępie – zawarł w swojej ko-
lejnej książce Gross, a właściwie państwo 
Grossowie, gdyż Irena Grudzińska-Gross 
została wymieniona jako współpracownik 
głównego autora. To zestawienie owych 
pozornie ze sobą nie związanych danych 
ma pokazać, że prowadzenie merytorycz-
nych sporów z takimi hucpiarzami jak 
Grossowie jest całkowicie bezzasadne, 

Z

APRASZAMY

 

NA

 

WYKŁAD

 T

OMASZA

 S

OMMERA

 

W

 L

UBLINIE

Wykład Tomasza Sommera pt. „Ludo-

bójstwo Polaków w Związku Sowieckim 
w latach 1937-1938” odbędzie się 31 mar-
ca 2011 roku (czwartek) w sali obrad Rady 
Wydziału Humanistycznego UMCS w Lu-
blinie (sala nr 9), tzw. Nowy Humanik, 
w godz. 18.00 – 20.00.

Serdecznie zapraszam. Podczas spotkania bę-

dzie można nabyć książki Tomasza Sommera.

Przewodniczący SH KND WH UMCS Lublin

Jacek Drozd

Obserwując medialny harmider i spory prowadzone wokół 
kolejnego „dzieła” Jana Tomasza Grossa, postanowiłem 
sprawdzić pewne całkiem współczesne statystyki. Staty-
styki te prezentowane są na internetowej stronie Komendy 
Głównej Policji i muszę przyznać, że zrobiły na mnie nawet 
większe wrażenie, niż się tego spodziewałem.

K

RZYSZTOF

 M. M

AZUR

Występek 

sprzedaje się dobrze

background image

XVI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

gdyż może nas w końcu doprowadzić do 
momentu, kiedy zaczniemy zaprzeczać, 
by w Polsce była możliwość zaistnienia 
jakiejkolwiek formy przestępczości. Tym-
czasem dane o współczesnej przestępczo-
ści są naprawdę zatrważające, a należy 
pamiętać,  że hitlerowska okupacja i wa-
runki wojenne nie wpływały dyscyplinu-
jąco na tzw. społeczny margines, a wręcz 
przeciwnie. A przecież z drugiej strony 
współczesna Polska pod względem prze-
stępczości nie przoduje w gronie państw 
europejskich, a tym bardziej na świecie. 
Tymczasem mając pod ręką takie dane o 
przestępczości jak na początku przedsta-
wione i wplatając je w kilka wątków kon-
kretnych spraw kryminalnych – czy nie 
można by sprokurować pozycji zatytuło-
wanej roboczo np. „Państwo występku” 
czy jakoś w tym stylu?

Tego, że w czasie okupacji występowało 

tzw. szmalcownictwo, można być pewnym 
nawet nie na podstawie świadectw i doku-
mentów z tamtych czasów (vide książka 
„Szanowny panie gistapo...”), ale na pod-
stawie tego, z czym mamy do czynienia 
całkiem współcześnie. Wiemy doskonale, 
że najwięcej tajnych współpracowników 
Służba Bezpieczeństwa zwerbowała w 
okresie, kiedy PRL zaczynał już powoli 
chwiać się w swoich fasadach (bo funda-
menty zachował nienaruszone do dzisiaj). 
Obecnie, jak wiadomo, SB już nie działa, 
ale funkcjonuje wiele innych służb, do 
których mogą zwrócić się osoby, którym 
życie bez takiej współpracy wydaje się 
mniej wartościowe. Piszą więc tysiącami 
donosy do urzędów skarbowych, ZUS-
ów, agencji rolniczych i innych instytucji 
zabierających lub rozdających pieniądze. 
Donosy do PiP-ów i inspekcji piszą byli 
pracownicy z zemsty na pracodawcy, 
której powód jest często bardzo błahy. 
Jak opowiadają ci, do których takie do-
nosy trafi ają, czasami donosiciel lepiej 
zna i szacuje rozmiary majątku tego, na 
którego donosi, niż sam właściciel. Do 
donosów załączane są szczegółowe opisy 
mieszkań – w celu lepszej identyfi kacji 
przez kontrolujących przedmiotu, którego 
źródło fi nansowania może być wątpliwe. 
Co ciekawe, często takie donosy chociaż 
prawdziwe w części odnoszącej się do sta-
nu majątku, nie potwierdzają się w części 
sugerującej przestępcze  źródła  fi nanso-
wania tego majątku. Bo mało kto chwali 
się, że wybudował dom, kupił samochód 
czy wyposażenie mieszkania za uciążliwy 
kredyt, który będzie musiał spłacać przez 
następne, najlepsze lata swojego życia. 
Opowiadano mi również o człowieku, 
który sam jeden doniósł – dosłownie – na 
całą wieś, w której mieszkał, i co najcie-

kawsze, przeprowadzona kontrola nie 
wykazała ani jednego uchybienia w spra-
wach będących przedmiotem donosu. Czy 
mając dane o współczesnej skali donosi-
cielstwa i wplatając je w kilka konkret-
nych spraw, nie można by sprokurować 
chwytliwej książeczki o współczesnym 
szmalcownictwie, zatytułowanej roboczo 
np. „Uprzejmie donoszę...”.

Bo przecież książki o peerelowskich taj-

nych współpracownikach, o występującej 
wtedy kolaboracji z władzą, a nawet o kon-
kretnych kapusiach są publikowane i co 
ciekawe, ci sami, którzy tak ochoczo dążą 
do demaskowania polskiej odpowiedzial-
ności za okupacyjną eksterminację Żydów, 
akurat w tych znacznie lepiej udokumen-
towanych sprawach każą betonować archi-
wa i znajdują tysiące powodów, aby takich 
delatorów usprawiedliwiać. Jakoś też nie 
wywołuje gorących sporów sprawa służ-
by Polaków w Wehrmachcie (pomijając 
jedną sprawę pewnego dziadka pewnego 

Puszcza cz. IV

Żubr
Do Łosia
Nic
Nie ma

DARIUSZ BRZÓSKA-BRZÓSKIEWICZ

D

premiera), a przecież na półkach księgar-
skich spoczywają całkiem współczesne 
wydawnictwa szacujące tę liczbę na ok. 
300 tys. osób, a czytałem też o szacunkach 
na poziomie prawie pół miliona. Dowodzi 
to tylko, że w sprawach relacji polsko-ży-
dowskich nie chodzi o fakty i ich rzetelne 
przedstawienie oraz wytłumaczenie okre-
ślonych postaw, tylko o propagandę  słu-
żącą celom całkiem odmiennym od tych 
ofi cjalnie deklarowanych. Propaganda ta 
jest bardzo skuteczna, gdyż odwiedzając 
ostatnio kilka księgarń, zauważyłem,  że 
już z daleka na ich witrynach pyszniło się 
nowe dziełko państwa Grossów. Dziełko, 
które jest – wbrew podtytułowi – niczym 
innym niż tandetną ekstrapolacją skrajnych 
przestępczych zachowań na całą narodową 
zbiorowość, a jedyną sensowną reakcją na 
takie geszefty jest ich bojkot.

W wydanej jeszcze w latach 60. ub. wieku 

książce Sergiusza Piaseckiego pt. „Czło-
wiek zamieniony w wilka” można znaleźć 
taki m.in. fragment dialogu pomiędzy jej 
bohaterami: „A słyszał pan o Żydzie, który 
rządzi gettem jak dyktator? Nazwisko jego 
Gens. Nazywają go również Gęś albo Gęs. 
A Niemcy go wołają Gans. (...) Otóż on 
właśnie zorganizował policję  żydowską, 
która niby podlega Judenratowi. Zadaniem 
tej policji było utrzymywanie porządku w 
gettach. Ale Gens stał się wnet zaufanym 
gestapo. A teraz rządzi gettem według swej 
woli. Wyznacza kontyngenty Żydów na 
stracenie. Wykrywa schroniska Żydów w 
getcie i na mieście. Jest otoczony gwardią 
swoich zaufanych policjantów. Ma swoich 
szpiclów wśród Żydów w getcie (...). Nie 
wiem. Może wysługuje się gestapowcom? 
Może chce ocalić siebie? Może pragnie 
nasycić się  władzą nad rodakami? Może 
nawet się mści za jakieś krzywdy doznane 
od Żydów? (...)”.

Wprawdzie to tylko beletrystyczna pro-

za, ale owo „może” odnosi się do zadzi-
wiająco realnych możliwości, mających 
zastosowanie do każdego człowieka na 
ziemi, niezależnie od narodowości.

K

RZYSZTOF

 M. M

AZUR

 

Jakoś nie wywołuje gorących 

sporów sprawa służby Polaków 

w Wehrmachcie (pomijając 

jedną sprawę pewnego dziadka 

pewnego premiera)

background image

XVII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KRAJ

Na Kongres Nowej Prawicy moż-

na przyjechać bez rezerwacji. Jednak 
osoby, które zgłoszą się przez internet 
(np. na blogu http://korwin-mikke.pl ) 
będą miały (w miarę wolnych miejsc) 
zagwarantowane miejsca siedzące)

P

rzed tygodniem nakreśliłem naj-
ważniejsze zadania Nowej Pra-
wicy. Pora napisać, kogo chce-
my widzieć w Sali Kongresowej 

Pałacu Kultury i Nauki. 

Przede wszystkim: kogo NIE chcemy 

widzieć? Nie chcemy widzieć  ofi cjal-
nych przedstawicieli partyj wchodzą-
cych w skład „Bandy Czworga”. Oczy-
wiście w PO, PiS, a nawet w PSL i SLD 
mogą się znaleźć jednostki podzielające 
nasze poglądy i uważające, że teraz już 
nadszedł czas na ich realizację. Wita-
my je gorącym sercem, bo większa jest 
radość w Niebie z jednego grzesznika 
nawróconego niż z 99 sprawiedliwych. 
Natomiast nie ma mowy o rozmowach z 
przedstawicielami organizacyj utworzo-
nych przez służby specjalne w celu znie-
wolenia mieszkańców ziem pomiędzy 
Bugiem a Odra i Nysą. 

Osobną kwestią jest PJN. Osoby i polity-

ka obecnego kierownictwa tej organizacji 
uniemożliwiają formalne z nią porozumie-
nie – ale zakładamy, że większość Człon-
ków tej partii naprawdę pragnie zmienić 

obecny ustrój na normalny i tylko nawyki 
polityczne utrudniają im dostrzeżenie wła-
ściwej drogi. Doceniamy ich szczere chęci. 

Generalnie natomiast staramy się nie 

przyciągać ludzi uwikłanych już w 
obecne mechanizmy władzy. Takie oso-
by są na ogół nieodwracalnie skażone 
– bo nabrały szkodliwych nawyków. 
Część być może potrafi je przezwycię-
żyć – ale będziemy bacznie obserwo-
wać ten proces. 

Widzimy w Sali Kongresowej szero-

kie spektrum Prawicy – od anarchistów 
(ale nie anarchosyndykalistów!!!) po 
narodowców (ale nie narodowych socja-
listów!!!). od ludzi z PiS (ale nie oszo-
łomów) po ludzi z PO (ale nie złodziei i 
popleczników złodziei). 

Podzielam opinię WCzc. Grzegorza Na-

pieralskiego, że do jesieni z tych ogłoszo-
nych przez bezpiekę i dyżurnych dzienni-
karzy jako „prawicowe” partyj PiS i PO 
zostaną wióry. Ale wraz z nimi odejdą 
relikty PRL: PSL i SLD. Rozpoczyna się 
nowe rozdanie – a ONI nie mają już w 
rękach żadnych atutów. 

Ogólnie: od dwudziestu lat mieliśmy wy-

bór: popierać tych, co być może (ale gło-
wy za to nie dam!) znają się nieco na go-
spodarce i polityce, ale za to kradną – albo 
tych, którzy być może są uczciwi (lecz 
ręki sobie za to nie dam uciąć!), ale za to są 
naiwni bądź niedouczeni. Idziemy do tych 
wyborów, by wreszcie Polacy mieli szan-
sę zagłosować na tych, którzy znają się na 
polityce i gospodarce – i trzymaniem się 
partyj nie dających dostępu do koryta udo-
wodnili, że nie zamierzają wykorzystywać 
zajętych pozycyj do nieuczciwego wzbo-
gacania się kosztem innych. 

Wszystkich, którzy chcą to popierać, 

chciałbym zobaczyć 16 kwietnia w Sali 
Kongresowej PKiN.

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

 

wieści dochodzących z kręgów zbliżonych do sekre-
tariatów sądów sytuacja w UPR jest taka: sądy odmó-
wiły rejestracji p.Magdaleny Kocikowej jako Prezeski 
UPR, odmówiły (nie jest to wiadomość potwierdzona) 

uznania kol. Stanisława Żółtka jako Prezesa UPR – ale obydwa 
te procesy czeka jeszcze apelacja, ewentualnie kasacja. Nato-
miast na (moim zdaniem, całkowicie nielegalnym) konwen-
tyklu zwołanym przez nieuznawanego przez żadną ze stron 
p.Bolesława Witczaka na Prezesa wybrano p.Bartosza Józwiaka 
– i zacznie się proces o wpisanie do KRS tego nazwiska. 

Zapowiada się kolejny rok procesów – zapewne o pietruszkę. 
Natomiast wyjaśniła się sytuacja WiP. Przypominam, że zda-

niem Sądu, jeśli istnieje np. PSL, to możliwa jest rejestracja 
partii typu „PSL-Lewica” – natomiast nie jest możliwa rejestra-
cja partii „Lewica-PSL”. Dlatego warunkiem zarejestrowania 
UPR-WiP było wyrejestrowanie WiP – czego po trzech miesią-
cach walki z pocztą, sekretariatami itp. udało się wreszcie do-
konać – od 24 marca WiP formalnie nie istnieje. Najprawdopo-
dobniej więc w momencie, gdy otrzymają Państwo ten numer, 
UPR-WiP będzie już zarejestrowana. Ale nie mówmy „Hop!”...

27 marca odbył się zaś Konwentykl UPR-WiP. Konwentykl – 

z uwagi na opóźnienie w rejestracji – przedłużył do 30 czerwca 
swoje upoważnienia do działania jako władza (niemal) absolut-
na w Partii. Następnie wybrał na Prezesa UPR-WiP kol. Janusza 
Korwin-Mikkego. Prezes bezzwłocznie (na podstawie Art. 10 Statu-

tu – oraz postanowienia Konwentów WiP i UPR) przyjął w poczet 
Członków UPR-WiP wszystkich Członków WiP i zapowiedział 
przyjęcie Członków UPR (Rada Sygnatariuszów UPR dopiero na 
16 kwietnia – przed Kongresem Prawicy – zwołała Konwentykl 
UPR, by zgodnie ze statutem UPR umożliwić wszystkim Człon-
kom UPR bycie jednocześnie Członkami UPR-WiP).

Następnie Konwentykl postanowił, że do 30 czerwca (lub do 

chwili zwołania Konwentu) funkcje Rady Głównej sprawować 
ma Zarząd. Do Zarządu wybrał zaś Kolegów, którzy zostali 
potem wybrani na Wiceprezesów: Stanisława Żółtka, Roberta 
Maurera, Adama Wocha i Mieczysława Burcherta. Prezes zgod-
nie ze statutem powołał kol. Dariusza Kalmusa na Skarbnika, 
a kol. Jacka Judkiewicza na Sekretarza UPR-WiP. 

Konwentykl zalecił też Prezesowi, by nie łączył Kongresu 

Nowej Prawicy (taką nazwę zalecił!) z Konwentem UPR-WiP. 
Prezes odpowiednio odwołał zapowiedziane zwołanie Konwen-
tu UPR-WiP. Ponadto Konwentykl ustalił sładkę miesięczną na 
15 zł (5 zl od młodzieży do 24 roku życia)

Konwentykl wybrał Radę Sygnatariuszów (kol.kol. Michal 

Marusik, Andrzej Paciej i Tomasz Skóra) i Straż (kol.kol. Michał 
Biegała, Stefan Kramarski, Krzysztof Pawlak, Jerzy Szałaciński, 
Jarosław Szatan) UPR-WiP, nie powołał Sędziów Zwyczajnych, 
mianując ad interim trzech Sędziów Nadzwyczajnych Sądu Na-
czelnego. I wydał kilka niewiążących, ale istotnych zaleceń.

Na czym zakończył pracowite obrady. 

 

 

 

Konwentykl UPR-WiP 
i sytuacja w tych partiach

Kogo widzę w Nowej Prawicy?

background image

XVIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

21 

marca 2011 roku Tarnowski Oddział Stowarzysze-
nia KoLiber zorganizował topienie marzanny. Nie 
była to jednak zwykła marzanna. Wydarzenie to 
miało bardzo nietypowy oraz symboliczny charak-

ter i dotyczyło spraw bardzo istotnych dla nas Polaków – rosną-
cych podatków. Młodzi KoLibranci puścili z nurtem tarnowskiego 
Wątoku „Marzannę Podatkową” w postaci odciętego fragmentu 
ogromnego banknotu. Celem happeningu było uświadomienie nie-
którym, jak duża część naszych ciężko zapracowanych pieniędzy 
pompowana jest w państwową machinę marnotrawstwa. 

Jak powszechnie wiadomo, zima jest stanem uśpienia/mara-

zmu dla natury. Wiosną zaś – ku uciesze naszych małoletnich 
rodaków, licznie topiących zimowe marzanny – przyroda bły-
skawicznie odradza się i rozwija. Wysokie podatki są swoistą 
zimą dla gospodarki. Niestety „nie wszyscy” to rozumieją, a 
perspektywa przyszłości pokazuje, że niełatwo będzie o gospo-
darczą wiosnę w naszym kraju.

Dlatego też Tarnowski Oddział Stowarzyszenia KoLiber po-

stanowił opowiedzieć się przeciwko obecnemu uciskowi po-
datkowemu i jednocześnie przyczynić się do działania na rzecz 
„uświadamiania społeczeństwa”. W tym celu sporządzony zo-
stał półtorametrowy banknot symbolizujący kwotę, jaką przed-
siębiorca musi przeznaczyć na wypłatę dla pracownika. Około 
trzy czwarte powierzchni „setki” zajęły wszelkiego rodzaju da-
niny na rzecz państwa, zaś pozostała cześć przedstawiała to, co 
realnie po opodatkowaniu pozostaje pracującemu Polakowi.

Młodzi zwolennicy minimalizacji podatków zebrali się na 

mostku nad Wątokiem w okolicach Bulwarów, by na począ-
tek wysłuchać krótkiego przemówienia Piotra Gładysza – re-
aktywatora tarnowskiego KoLibra. Następnie kilku członków 
stowarzyszenia zajęło się odcięciem nieopodatkowanej części 
banknotu od uciążliwych sąsiednich fragmentów. Po chwili, ku 
uciesze zgromadzonych, odizolowane płonące podatki podda-
ły się okrutnej sile grawitacji, zaś ich los pozostał jedynie w 
wodach Wątoku. Nasz miejski potok udowodnił, że wpływa do 
Tarnowa z prawej strony – i szybko rozprawił się ze znienawi-

dzonymi symbolami obecnego systemu. Na szczęście nie poja-
wił się żaden ratownik podatków, co może oznaczać, że coraz 
mniej ludzi wierzy w lewicowe ideały, a walczyć należy z oszu-
stami, którzy na obecnym systemie chcą się jedynie dorobić.

W skład „Marzanny Podatkowej” weszło kilka najważniejszych, 

a co za tym idzie – najbardziej znienawidzonych podatków. Pierw-
szym jest „ZUS”. Co prawda przymus ubezpieczeń społecznych 
ofi cjalnie podatkiem nie jest, jednakże działa tak samo jak inne 
podatki, w dodatku będąc największym obciążeniem dla przecięt-
nego Polaka. Kolejną  ofi arą był podatek obrotowy, czyli VAT
Podniesienie tegoż podatku w tym roku to nie chwilowy kaprys 
– w ciągu kolejnych lat ma on wzrastać! Zdecydowanie dotknie to 
osoby ubogie oraz przeciętnych Polaków, dlatego Stowarzyszenie 
Koliber postanowiło utopić wszelkie pomysły tego typu. Utopio-
na została także akcyza. Kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, 
nakładają ogromne podatki na paliwo. W naszym kraju wynoszą 
one 55% ceny benzyny, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych 
–  zaledwie kilka procent. Odbija się to nie tylko na naszych port-
felach, ale także na jakości oferowanych paliw, gdyż mniejsze 
stacje, jak tylko mogą, starają się na nas odbić mniejszy obrót 
związany ze wzrostem cen. Podobnie rzecz ma się z alkoholem i 
papierosami. Szacuje się, iż alkohol przemycany zza wschodniej 
granicy stanowi aż 10% całkowitej konsumpcji w Polsce. Ostat-
nim topielcem był podatek dochodowy. Można uznać, iż jest to 
najbardziej absurdalny z głównych podatków. Cóż bardziej znie-
chęca ludzi do pracy niż bezpośrednie jej opodatkowanie? 

Wszystko, co zostało z tarnowskiej „Marzanny”, to mały jej 

fragment, czyli to, co zostaje dla nas po odprowadzeniu wszyst-
kich absurdalnych podatków i składek na rzecz państwa. Miej-
my nadzieję, że tym razem marzanna jest nie tylko symbolem 
pożegnania zimy, ale również pożegnania tego, do czego nasze 
kolejne rządy się przyzwyczaiły, czyli okradania nas wszyst-
kich, również tarnowian. Wszyscy wierzymy, że wiosna w tym 
roku przyniesie nam nie tylko piękną pogodę, ale także rozpocz-
nie cykl zmian – zmian na lepsze.

F

ILIP

 W

IKIERAK

, P

IOTR

 Ś

WINIONOGA

 

KRAJ

Topienie „Marzanny Podatkowej”

background image

XIX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

POSTĘP W ŚWIECIE

POSTĘP W ŚWIECIE

EUROPA 
Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010 

wystąpiło z apelem, by Unia Europejska 
zaangażowała się w śledztwo w sprawie 
przyczyn katastrofy smoleńskiej. 
PE najpierw zbada, czy petycja jest 
dopuszczalna, tzn. czy leży w kompeten-
cjach UE, co zajmuje miesiąc, maksy-
malnie dwa w sprawach wrażliwych. 
Jeśli petycja zostanie uznana za dopusz-
czalną, wówczas Komisja Petycji zwróci 
się do KE o jej przeanalizowanie i wyda-
nie opinii. Petycja zarzuca zaniedbania 
podczas prowadzenia śledztwa, 
a interwencja UE miałaby na celu pomóc 
polskiej stronie wypełniać swoje traktato-
we obowiązki. 

Słuszna decyzja – ostatecznie prawdzi-

wa władza jest w Brukseli.

P. Józef Socrates, premier Portugalii, 

podał się do dymisji, gdyż jego oszczęd-
nościowy plan nie zdobył w parlamencie 
poparcia. Wg mediów, przedterminowe 
wybory i powołanie nowego gabine-
tu, zwiększą szanse na przyjęcie przez 
Portugalię pomocy ze strony MFW, którą 
rząd w Lizbonie dotychczas odrzucał. 
Kolejny, czwarty program naprawy 
fi nansów państwa przewidywał dalsze 
cięcia wydatków publicznych, w tym 
m.in. zmniejszenie emerytur o wartości 
powyżej 1500 uro o 3,5-10%, ograni-
czenie refundacji leków, racjonalizację 
wydatków na szkolnictwo i redukcję 
fi nansowania samorządów lokalnych.

Niech Portugalia zwróci się o pomoc 

do Brazylii – do swojej byłej posiadłości 
zamorskiej, która gospodarczo kwitnie. 
Może nawet w ramach rewanżu uczyni-

łaby sobie z Portugalii 
kolonię? 

Podczas szczytu w 

Brukseli nie rozmawiano 
ponoć o antykryzyso-
wym wsparciu Portuga-
lii, które szef eurogrupy, 
p.Jan Klaudiusz Juncker, 
oszacował w razie po-
trzeby na 75 mld €uro.

Tak, jesteśmy zdecy-

dowanie za tym, żeby 
pomogła Brazylia. 

Ponad 10 tys. portu-

galskich uczniów szkół 
średnich oraz studentów 
uniwersytetów publicz-
nych i prywatnych pro-
testowało w Lizbonie, 
Porto, Coimbrze, Evo-
rze, Faro oraz Guardzie 

przeciw redukcji państwowych dopłat 
do stypendiów akademickich.

No nie dziwota – jak się dowiedzieli, że 

będzie zrzuta na ich kraj w wysokości 
75 mld €uro…

Na szczycie rozmawiano za to o Japonii 

i wzmocnieniu bezpieczeństwa jądro-
wego w UE. Przywódcy Unii przyjęli 
pakiet środków gospodarczych, który 
ma wzmacniać wspólną walutę €uro i 
jej stabilność, powołali stały antykryzy-
sowy mechanizm ratowania w potrzebie 
krajów strefy €uro oraz zainaugurowali 
pakt na rzecz konkurencyjności, otwarty 
także dla krajów spoza €urolandu, zwany 
„Paktem €uro plus”. Pula środków na 
ratowanie krajów strefy €uro dostępna 
w obecnym, tymczasowym funduszu 
wzrośnie do 440 mld €uro – z obecnych 
250 mld €uro.

Ależ się nadęli! Powołali mechanizmy 

i pakty, a i tak o wszystkim na koniec 
decydować będą Niemcy. 

Do „Paktu €uro plus” przyłączyły się 

kraje spoza strefy euro: Polska, Dania, 
Litwa, Łotwa, Rumunia i Bułgaria. Pakt 
zakłada zbliżanie narodowych polityk 
gospodarczych i jest pokłosiem pomy-
słów zaprezentowanych przez Francję 
i Niemcy, by zacieśnić integrację w 
ramach €urolandu poprzez silniejsze 
zarządzanie gospodarcze. Przewiduje 
koordynację w wybranych dziedzinach, 
takich jak konkurencyjność i klimat dla 
prowadzenia biznesu, innowacje, zatrud-
nienie czy stabilność fi nansów publicz-
nych albo koordynacja podatkowa.

Komentarz – jak wyżej. 

Na apel dwóch głównych 

związków zawodowych w Bruk-
seli manifestowało ok. 20-30 tys. osób, 
paraliżując częściowo belgijską stolicę. 
Doszło do starć z policją, która musiała 
użyć armatek wodnych. Demonstrujący 
sprzeciwiają się pomysłom likwidacji 
dorocznej indeksacji płac w Belgii. 

I pomyśleć: manifestacja jak się patrzy, 

zadymy aż miło, policja w akcji – czyli 
wszystko w normie, tyle że Belgia ciągle 
bez rządu! Można? Można. 

Hiszpański Sąd Najwyższy zakazał 

działalności powstałej niedawno w Kraju 
Basków partii separatystycznej Sortu. 
Ugrupowanie to nie będzie mogło zostać 
wpisane do rejestru partii i tym samym 
wziąć udziału w majowych wyborach 
komunalnych. Wg sędziów, Sortu w 
niewystarczający sposób odcina się od 
terrorystycznej baskijskiej organizacji 
ETA i widać, że jest ona następczynią 
zakazanego ugrupowania Batasuna, które 
uchodziło za polityczne skrzydło ETA.

Jeszcze do niedawana doniesienia 

z Kraju Basków były dla nas swego 
rodzaju egzotyką. Ale patrząc na rosnące 
tendencje separatystyczne na Śląsku…

KE chce wzmocnić europejski sektor 

transportowy – na rozbudowę infrastruk-
tury transportowej w ciągu 20 lat UE 
planuje wydać łącznie 2,5 biliona euro. 
Priorytetem UE jest przejście z transportu 
drogowego na transport kolejowy, co zda-
niem urzędników z Brukseli przyczyniło-
by się do poprawy jakości środowiska.

Coś nam się wydaje, że wcześniej wyko-

lei się sama UE. 

AMERYKA
Senacka grupa zorganizowana przez 

stan Teksas przedstawiła propozycję 
podwyżek różnego typu opłat (poza po-
datkami), które mają przynieść władzom 
dodatkowe 5 mld $ do budżetu. Ponieważ 
senatorowie obiecywali Teksańczykom, 
że dla zmniejszenia dziury budżetowej 
nie posuną się do podwyżek podatków, 
proponują m.in. podniesienie opłat za 
wydanie prawa jazdy czy też zwiększenie 
opłat za naukę w college’ach.

Przypomina to zabiegi ortodoksyjnych 

żydów w czasie szabasu, by ominąć jakiś 
zakaz. 

Władze stanu Arkansas przygotowały 

program cięć podatkowych, które w 
sumie mają wynieść 35 mln $ – głównym 
punktem programu ma być obniżenie 
podatku od sprzedaży spożywczej, który 
już teraz wynosi tylko 2%. Zmniejszone 

Neonazistowska NPD w wyborach 

w Saksonii-Anhalcie zdobyła 4,6% głosów 

i chociaż przedstawiciele tej partii nie we-

szli do magdeburskiego landtagu, zebrali 

więcej głosów niż współrządząca w Niem-

czech FDP. Wg Deutsche Welle, ich popu-

larność wśród młodych jest alarmująca.

No może, tyle że wiele wskazuje na to, iż ta 

cała NPD to twór tamtejszej bezpieki. 

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

XX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

POSTĘP W ŚWIECIE

też zostaną podatki od sprzętu wykorzy-
stywanego przez fabryki oraz od używa-
nych samochodów, a także obciążenia dla 
samotnych rodziców.

Znacznie bardziej niż w Teksasie podo-

ba się nam w Arkansas. 

P. Filip Moffett, przedstawiciel Tea Party, 

który będzie kandydatem na kolejnego gu-
bernatora Kentucky, zasugerował, że stan 
ten powinien zrezygnować z podatków 
dochodowych. Opowiada się też prze-
ciwko interwencjonizmowi rządowemu, 
zaznaczając, że Amerykanie są wolnymi 
i przedsiębiorczymi ludźmi, którzy nie 
potrzebują pomocy rządu federalnego.

A już w Kentucky chcielibyśmy za-

mieszkać!

Przebywający z wizytą w Salwadorze 

JE Barack Obama zaoferował Ameryce 
Środkowej 200 mln $ na pomoc w walce 
z przestępczością. Poszczególne państwa 
regionu same zadecydują, jak dokładnie 
zainwestować otrzymane środki.

Jakieś 175 milionów trafi  w ręce ma-

fi osów i skorumpowanych urzędników 
różnych szczebli. 

Władze Kuby przyznały już 171 tys. 

pozwoleń na samozatrudnienie, dzięki 
czemu w Hawanie rozwija się handel, 

sprzedaż żywności i 
usługi fryzjerskie.

A prostytucja 

kwitnie, jak kwitła od 
lat, bez specjalnych 
pozwoleń na samo-
zatrudnienie. 

Brazylia otrzyma 

kredyt w wysokości 
3 mld $ od Banku 
Eksportu i Importu 
Stanów Zjednoczo-
nych na zakup ame-
rykańskich towarów 
i usług. 2/3 kredytu 

trafi  do państwowej 
kompanii naftowej 
Petrobras, a reszta 
zarezerwowana jest 
na projekty infra-
strukturalne zwią-
zane z przygotowa-
niami Brazylii do 
Mistrzostw Świata 
w piłce nożnej w 
2014 roku i Igrzysk 
Olimpijskich w 2016 
roku.

Ci to będą mieli co 

kraść! I Mundial, 

i Igrzyska Olimpijskie. U nas tylko 
Euro 2012, ale i tak jest nieźle. 
Już słychać o aferach przy budowie 
stadionu w Poznaniu. 

 
Wg biura statystycznego Indec, w 2010 

roku argentyńska gospodarka rozwijała 
się w tempie aż 9,2%, co mocno kon-
trastuje z wartością z 2009 roku, kiedy 
to gospodarka Argentyny rozwinęła się 
zaledwie o 0,9%. P. Mercedes Marco 
del Pont, szefowa banku centralnego, 
przewiduje, że w tym roku PKB Argenty-
ny wzrośnie o 6%.

Argentyna? No cóż, mamy bogatą tra-

dycję emigracji do tego kraju. 

ŚWIAT
JE Ali Abd Allah Salah, prezydent 

Jemenu, zaprosił młodych ludzi, którzy 
domagają się jego ustąpienia, do szczere-
go i otwartego dialogu. Zapowiedział on, 
że ustąpi z urzędu po wyborach parla-
mentarnych, które odbędą się do stycznia 
2012 roku. Przed stołecznym uniwersy-
tetem siły bezpieczeństwa po raz kolejny 
krwawo rozprawiły się z antyrządowymi 
demonstrantami, zabijając ponad 50 osób 
i raniąc ponad 100.

Dialog dialogiem, choćby nawet jak naj-

bardziej szczery, ale jakąś selekcję wstęp-
ną rozmówców trzeba przeprowadzić. 

Deutsche Welle poinformowało, że 

zamrożenie kont bankowych płk. Mu-
ammara Kaddafiego nie jest dla niego 
aż tak bolesne, gdyż ma on ponoć 150 
ton złota rezerwy wartości 6,5 mld $. 
MFW twierdzi, że jego rezerwy złota 
należą do największych na świecie 
i zalicza się on do 25 światowych 
potentatów. Faktycznie bogactwa tego 
może być jeszcze więcej i jego war-
tość rośnie, ponieważ „wiosna ludów” 
w krajach arabskich wywołała także 
zwyżkę cen złota.

Może jednak warto wziąć udział w 

tej wojence? Tyle że nas i tak by nie 
dopuścili do choćby kilograma złota. 
My to co najwyżej pomagalibyśmy zała-
dowywać skrzynie na samoloty trans-
portowe. 

Parlament turecki zaakceptował decyzję 

rządu w Ankarze o udziale w działaniach 
morskich w ramach międzynarodowej 
operacji przeciwko Muammarowi Kadda-
fi emu. Turcja wyśle cztery fregaty, jedną 
łódź podwodną oraz okręt wspomagający 
w ramach wsparcia operacji na morzu.

A jak tam się ma nasza fregata? Pływa 

jeszcze? 

Najwyższa Rada Wojskowa, która 

przejęła władzę w Egipcie, chce prze-
prowadzenia we wrześniu wyborów 
parlamentarnych, a następnie nie później 
niż w ciągu trzech miesięcy powinny się 
odbyć wybory prezydenckie. Egipcjanie 
zaakceptowali w referendum noweliza-
cję konstytucji, umożliwiającą szybkie 
przeprowadzenie wyborów. Jednak wielu 
uczestników ruchu protestacyjnego, który 
11 lutego doprowadził do obalenia Mu-
baraka, nie ukrywa rozczarowania takim 
obrotem rzeczy.

Rozczarowania to dopiero będą, gdy 

się okaże, że mimo obalenia okrutnego 
satrapy nie wiedzieć czemu manna nie 
chce lecieć z nieba, 

Tygodnik „Nikkei” poinformował, że 

japoński rząd szacuje, iż całkowity koszt 
zniszczeń spowodowanych przez potężne 
trzęsienie ziemi z 11 marca wyniesie od 
15 do 25 bilionów jenów (od 185 do 
308 mld $). P. Kaoru Yosano, minister 
gospodarki, ma przedstawić szczegó-
łowe dane dotyczące zniszczenia dróg, 
domów, fabryk i pozostałej infrastruktu-
ry, ale nie uwzględnia spadku aktywności 
gospodarczej spowodowanej brakami 
w dostawach prądu i awarii elektrowni 
jądrowej Fukushima. 

Na biednego nie trafi ło, ale w obliczu 

rywalizacji z Chinami cios jest bolesny. 

Niemiecki rząd zdecydował 

o przejęciu przez siły Bundeswehry 

dodatkowych zadań w Afganistanie, 

by w ten sposób odciążyć sojuszni-

ków zaangażowanych w interwencję 

wojskową w Libii. Na rozszerzenie 

mandatu musi jeszcze zgodzić się 

parlament.

Ciekawe, Niemców bardziej interesuje 
opium niż ropa?

background image

XXI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

F

OT

. W

IKIPEDIA

Z

achód stoi przed dylematem: zezwalająca na międzynarodową 
zbrojną interwencję rezolucja ONZ nic nie mówi o jakiejkol-
wiek zmianie reżimu w Trypolisie; z drugiej strony oczywiste 
jest, że jak długo Kaddafi  pozostawać będzie u władzy, wszyst-

kim Libijczykom nie godzącym się z jego rządami grozi realne śmiertel-
ne niebezpieczeństwo. Pierwszy tydzień nalotów na Libię to dni chaosu 
i wielkiej improwizacji. Nie wiadomo było, kto dowodzi całą akcją; nie 
sprecyzowano nawet konkretnego celu całej operacji. Jedno, z czym zga-
dzano się w politycznych gabinetach Londynu, Paryża i Waszyngtonu, to 
pewność, że dla pułkownika Kaddafi ego nie ma miejsca w przyszłej Li-
bii. „Nie można sobie wyobrazić stabilnej, pokojowej i demokratycznej 
Libii z dyktatorem wciąż pozostającym na swoim urzędzie” – stwierdziła 
amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton. Ale jak skończyć z jego 
obłąkańczym reżimem? Są trzy możliwe rozwiązania.

Pierwsze: Kaddafi  ginie podczas nalotu. Ze względu na rezolucję ONZ 

scenariusz ten nie może być ofi cjalnie przedstawiany jako część określo-
nego planu. Prędzej jako „efekt uboczny” któregoś z nalotów. Druga moż-
liwość: rebelianci obalają znienawidzonego dyktatora. Z punktu widzenia 
Zachodu jest to najmniej problematyczne i najmilej widziane rozwiązanie. 
Ot, naród sam rozprawił się ze swoim ciemiężycielem i Libijczycy po-
dążą swoją własną drogą do demokracji. Szkopuł jednak tkwi w tym, że 
rebelianci są bardzo słabi militarnie – i dlatego nikt rozsądnie myślący nie 
wierzy w taki scenariusz. Pozostaje jeszcze trzecia ewentualność: Kaddafi  
dobrowolnie ustępuje i udaje się na wygnanie. Nie jest to utopia, bo – jak w 
ubiegłym tygodniu zdradziła Hillary Clinton – amerykański wywiad wie, 
że ludzie z najbliższego otoczenia dyktatora dyskretnie sondują zaprzyjaź-
nione z nim państwa, czy i na jakich warunkach gotowe byłyby ugościć 
nowego „emigranta”. Takie rozwiązanie, zdaniem zachodnich przywód-
ców, byłoby najlepszym sposobem na uniknięcie przewlekłej wojny do-
mowej w Libii. Jednak perspektywa, że Kaddafi  uniknąłby postawienia 
przed międzynarodowym trybunałem, jest dla nich trudna do przełknięcia. 
Którym z tych trzech torów potoczą się przyszłe wydarzenia?

Odpowiedź mogą sugerować naloty na rezydencję dyktatora. W sobot-

nią noc pięć głośnych eksplozji wstrząsnęło kompleksem Bab al-Azizia w 
Trypolisie. To już trzeci raz od czasu rozpoczęcia „Świtu Odysei” alianci 
bombardowali rezydencję Muammara Kaddafi ego – pod pretekstem, że 
znajduje się w niej bardzo ważna infrastruktura wojskowa, główny punkt 
dowodzenia. I po części te tłumaczenia są zgodne z prawdą, bo przecież 
gdyby nawet w Bab al-Azizia były tylko gołe ściany, to sam dyktator jest 
głównodowodzącym armią i jedyną osobą wydającą strategiczne rozkazy. 
Jego „wyeliminowanie” jest najprostszym sposobem całkowitego spara-
liżowania przeciwnika. A swoją drogą jest naprawdę ciekawe, gdzie pod-
czas bombardowań czy ostrzału rakietowego chowa się Kaddafi . Słynie 
przecież z tego, że nigdy nie wejdzie do budynku mającego więcej niż 
jedno piętro, gdyż boi się, że mogłyby zwalić się mu na głowę tony gruzu. 
Czy zatem nie lęka się zejścia do schronu? Nie boi się, iż mógłby zostać, 
że tak powiem, żywcem pogrzebany?

Naloty na rezydencje Kaddafi ego podsycają debatę, jaki jest właściwy 

cel zachodniej akcji zbrojnej w Libii. Czy rzeczywiście po prostu chodzi 
o ochronę ludności cywilnej – jak to przewidziano w rezolucji 1973 Rady 
Bezpieczeństwa ONZ? Czy też jest to najprostsza droga do skończenia 
z libijską dyktaturą? Wychodząca w Bejrucie gazeta „Daily Star” daje 
odpowiedź, cytując anonimowego urzędnika brytyjskiego MSZ, który 
pozwolił sobie szczerze palnąć, że celem „Świtu Odysei” jest utrzymanie 
„jednolitej Libii rządzonej przez otwarty i demokratyczny rząd centralny, 
ale nie prowadzonej przez Kaddafi ego”.

Takie stawianie sprawy wydaje się logiczne. Od tygodni zachodni przy-

wódcy wzywali Kaddafi ego do ustąpienia. Wszystkie nałożone na Libię 
sankcje miały przede wszystkim być boleśnie odczuwane przez jego ro-
dzinny klan. A Międzynarodowy Trybunał Karny wziął się za zbadanie, 
czy libijskiego dyktatora nie należałoby sądzić za zbrodnie przeciwko 
ludzkości. Wszystkie te wysiłki miały jeden cel – pozbyć się Kaddafi e-
go. Oczywiście podejmując akcję zbrojną, jak ognia unikano przyzna-

Międzynarodowym interwentom 
wystarczył tydzień nalotów, by do-
słownie uziemić całe siły powietrzne, 
jakimi dysponuje libijski dyktator 
płk Muammar Kaddafi . Jego samolo-
ty i śmigłowce bojowe albo zostały 
zniszczone, albo nie mogą podnieść 
się do lotu. Kompletnie zdewastowa-
no pasy startowe libijskich lotnisk 
i systemy naprowadzania. Ale to 
jedyny sukces. Nie widać bowiem 
nawet najmniejszych oznak, by re-
belianci mieli wystarczające siły do 
podjęcia ofensywy w stronę stolicy 
kraju – Trypolisu. Na dodatek, cho-
ciaż nie rozpoczęła się jeszcze inter-
wencja lądowa, w szeregach koali-
cjantów już zatliła się mała wojna 
na słowa o to, co w Libii robić dalej.

WOJNA W LIBII

Rebelia słaba, 

O

LGIERD

 D

OMINO

Kaddafi  bezsilny

background image

XXII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

Polityczni macherzy, tacy 

jak David Cameron, celowo 

pozostawiają kwestię 

przyszłości Kaddafi ego bez 

jasnej odpowiedzi

nia się, że jej powodem jest chęć obalenia 
Kaddafi ego. A wszelkie podejrzenia, że o to 
właśnie i wyłącznie chodzi, były z miejsca 
dementowane. „Nie do nas należy wybór 
władzy w Libii, to należy wyłącznie do Li-
bijczyków” – głosił z zakłamaniem szef dy-
plomacji brytyjskiej William Hague. Bo jest 
jednak uderzająca różnica między tym, co 
mówią politycy, a tym, co mówią wojskowi. 
Generałowie tacy jak Carter Ham, główno-
dowodzący Amerykanami w Afryce, czy 
szef brytyjskiego sztabu David Richards 
przyznają bez ogródek, że atak na Kaddafi e-
go nie ma nic wspólnego z rezolucją ONZ. 
Chodzi o usunięcie, pozbycie się człowieka, 
który nie jest już akceptowany przez wła-
sne społeczeństwo, który stał się powodem 
rewolty, który w odwecie masakruje swój 
kraj. Na takie proste stawianie sprawy mogą 
sobie pozwolić tylko wojskowi. Polityczni 
macherzy, tacy jak David Cameron, celo-
wo pozostawiają kwestię przyszłości Kad-
dafi ego bez jasnej odpowiedzi. Brytyjski 
premier zapytany w Izbie Gmin, czy libijski 
przywódca jest głównym i uzasadnionym 
celem ataku, odpowiedział wymijająco: 
„Wszystkie cele zostały wybrane zgodnie z 
rezolucją ONZ”. Takie postawienie sprawy 
może doprowadzić do przekonania, że jedy-
nie zabicie Kaddafi ego jest efektywną drogą 
wiodącą do pełnej ochrony ludności cywil-
nej w Libii. I pewnie jest to prawda. Tylko 
że żaden polityk nie ośmieli się tego powie-
dzieć wprost. W ubiegłym tygodniu koali-
cjanci osiągnęli wreszcie kompromis, aby to 
NATO przejęło kontrolę nad operacjami w 
Libii. Bo jakkolwiek może się to wydawać 
dziwne, przez bity tydzień interwenci hasali 
nad Libią niby na własną rękę, bez formal-
nego dowódcy. Takie pospolite ruszenie. Aż 
dziw, że nie pozderzali się w powietrzu, nie 
ostrzelali nawzajem.

Państwa NATO dość  długo próbowały 

porozumieć się co do roli, jaką ma pełnić 
Sojusz w operacji w Libii. Amerykanie – 
którzy de facto kontrolowali całą operację – 
wprost palili się, by jak najszybciej pozbyć 
się tego brzemienia. Stany są już uwikłane 
w dwie wojny toczone w państwach muzuł-
mańskich (Irak, Afganistan) i nie chcą, by 
poprzez pełne zaangażowanie się w Libii 
utożsamiano je jako największego wroga 
świata islamu. Dlatego naciskali, by to So-
jusz Atlantycki fi rmował interwencję. NATO 
ma wystarczające możliwości i doświadcze-
nie w koordynowaniu nowoczesnych mię-
dzynarodowych operacji wojskowych, by 
podjąć się tego zadania – twierdzili wojsko-
wi doradcy prezydenta Baracka Obamy.

Ale z takim stanowiskiem nie zgadzali się 

Francuzi, którzy jako pierwsi wysłali swe sa-
moloty nad Libię. Twierdzili, że NATO ma 
w świecie arabskim złą reputację. Przema-

wiając w parlamencie, minister spraw zagra-
nicznych Alain Juppé stwierdził, że Francja 
wspiera utworzenie politycznego komitetu 
złożonego z przedstawicieli państw koali-
cji. I to taki komitet sterowałby działaniami 
w Libii. Stanęło na kompromisie. Zakłada 
on,  że „przywództwem politycznym” ma 
zajmować się „grupa kontaktowa” złożo-
na z krajów uczestniczących w operacjach 
w Libii, w tym państw arabskich, które nie 
należą do NATO. Z kolei rola NATO ma 
polegać na kierowaniu działaniami woj-
skowymi. Dowodzić  będzie Kanadyjczyk, 
gen. Charles Bouchard.

Turcja blokowała porozumienie, ponie-

waż uważała, że jakakolwiek misja NATO, 
w tym wprowadzanie strefy zakazu lotów, 
musi ograniczać się do ochrony cywilów, 
przestrzegania embarga na dostawy broni i 
dostarczania pomocy humanitarnej.

Podczas gdy politycy niczym piloci bujali 

w obłokach, wojskowa generalicja głowiła 
się wciąż nad tym, co zazwyczaj ustala się 
jeszcze przed wyruszeniem na wojnę: jak 
głęboko mają się zaangażować wojska w 
Libii? Jakie są cele działania? Jaka będzie 
strategia wycofania się z tego kraju?

Idealny koniec misji to widok sił libij-

skiej opozycji, które pod osłoną koalicyj-
nych samolotów triumfalnie wjeżdżają do 
Trypolisu i utrącają Kaddafi ego. Pomarzyć 
dobra rzecz! Nawet po wprowadzeniu nad 
Libią strefy zakazu lotów, gdy koalicyjne 
samoloty niszczą każdy reżimowy samo-
lot, każdy jego czołg czy działo w zasięgu 
wzroku, rebelianci nie odnieśli  żadnego 
zachęcającego sukcesu. Wyraźnie widać, 
że bez wsparcia z zewnątrz są słabi. Gdyby 
zostali pozostawieni na pastwę Kaddafi e-
go, ten zdmuchnąłby ich niczym świecę.

Energia powstańców wyczerpała się w 

pierwszych tygodniach rewolty, kiedy to 
opozycja robiła postępy, zwyciężała. Ale 

na początku marca Kaddafi  otrząsnął się z 
marazmu, zebrał swe siły i zaczął odbijać 
miasta zagarnięte wcześniej przez opozycję. 
Wprowadzenie strefy zakazu lotów dopro-
wadziło do patowej sytuacji. Pod bombami 
i rakietami siły Kaddafi ego nie są w stanie 
wykonać żadnego ruchu. Opozycjoniści są 
zaś nadal zbyt słabi, by odzyskać utracony 
teren, nie mówiąc już o podjęciu jakiejkol-
wiek próby dotarcia do stolicy kraju.

O ich możliwościach bojowych kiepsko 

mówią nawet koalicjanci. To nie są zorga-
nizowane oddziały – to raczej wiecujący 
tłum. Naoglądali się w telewizji obrazów 
z Tunezji czy Egiptu, gdzie protestujący-
mi kierowali rzutcy, wykształceni, młodzi 
bourgeois, i pomyśleli: dlaczegoż by nie 
zrobić podobnej rewolucyjnej zawieruchy 
w Libii? Ale w przeciwieństwie do Tune-
zji czy Egiptu, Kaddafi  się nie cackał. Bez 
skrupułów skierował przeciwko nim woj-
sko. Rozpoczęła się rzeź i domowa wojna.

Niezależnie od tego, czy Libijczyków wy-

stępujących przeciwko Kaddafi emu nazwie-
my rebeliantami, powstańcami czy po prostu 
opozycją, pozostają oni wciąż wielką niewia-
domą, nawet dla międzynarodowych wo-
jennych koalicjantów. Ich szeregi to barwna 
zbieranina odtrąconych byłych reżimowych 
dyplomatów i wojskowych oraz lekarzy, 
nauczycieli i urzędników, którzy dla sprawy 
chwycili za broń. Jeden z przywódców rebe-
lii, Abdel-Hakim al-Hasidi, przyznaje też, że 
w powstańczych oddziałach walczą bojowni-
cy Al-Qaidy i inni wojujący islamiści.

„Świt Odysei” trwa już drugi tydzień. Na 

miasta i oddziały wierne Kaddafi emu spa-
dły tysiące bomb, setki pocisków samo-
sterujących. Zachodnie samoloty strącają 
wszystko, łącznie z muchami, co tylko znaj-
dzie się w powietrzu nad Libią. Pomimo tej 
nawały dyktator trzyma się mocno w stolicy 
i dominuje w całej Trypolitanii. Jego od-
działy szturmowały Misrat i Zawiyah – je-
dyne miasta na zachodzie kraju opanowane 
przez rebeliantów. Na wschodzie usiłowały 
zaś wyprzeć ich z miasta Ajdabiya, utraco-
nego parę dni wcześniej. Co ciekawe – jeśli 
wierzyć agencjom i relacjom samych rebe-
liantów – przy kontratakach siły Kaddafi ego 
miały tu wsparcie własnego lotnictwa! Czy 
to tylko bajania wystraszonych ludzi? Czy 
też zachodni koalicjanci tak nie do końca 
panują w przestworzach?

Antyreżimowi powstańcy dzierżą władzę 

w Cyrenajce, tj. na wschodzie kraju, z Ben-
ghazi jako swą stolicą. Są pod parasolem 
zachodnich samolotów. Zarówno rebe-
lianci, jak i siły lojalne wobec Kaddafi ego 
są zbyt słabi, aby przejść do kontrataku i 
unicestwić przeciwnika lub choćby zdobyć 
nową połać kraju. 

O

LGIERD

 D

OMINO

 

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

XXIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

P

rzyjazd Obamy do Polski to 
drogi i bezsensowny zbytek, w 
który bawi się polska dyploma-
cja. Niegdyś media lewicowe z 

upodobaniem wyliczały koszty wizyt pa-
pieskich w Polsce. Może więc czas, żeby 
prawicowa prasa wytknęła koszt wizyty 
socjalistycznego „mesjasza z Chicago”, 
który przybywa, żeby za miliony dola-
rów z kieszeni podatników USA i Polski 
przez kilka godzin szczerzyć  zęby do 
kamer, głupawo poklepując Tuska i Ko-
morowskiego po ramieniu. Potem będzie 
moralizatorskie orędzie do Polaków, w 
którym syn kenijskiego emigranta bę-
dzie nas pouczał, czym jest demokracja 
i państwo prawa. Jest niemal pewne, że 
44. prezydent USA będzie mistrzowsko 
omijał tematy ważne z punktu widzenia 
obronności naszego kraju, a skupi się 
jedynie na temacie restytucji rzekome-
go mienia pożydowskiego zagrabionego 
przez nazistów i władze PRL.

Restytucja mienia? 

Zacznijmy od Indian

W lipcu 2008 roku Komisja Spraw Za-

granicznych Izby Reprezentantów USA 
przegłosowała rezolucję wzywającą 
Polskę do „natychmiastowego przyjęcia 
ustawy o zwrocie mienia” zagarniętego 
najpierw przez nazistów, a potem przez 
komunistów. 

Równie dobrze polski Sejm mógłby 

wydać rezolucję wzywającą rząd Stanów 
Zjednoczonych do zwrotu terenów nale-
żących do Dakotów. 

W przeciwieństwie do restytucji mie-

nia pożydowskiego w Polsce, taki zwrot 

majątku plemionom wielkich prerii byłby 
całkowicie uzasadniony pod względem 
prawnym i stanowił największe odszko-
dowanie w dziejach świata. 

Od 1778 do 1887 roku Senat Stanów 

Zjednoczonych zatwierdził 370 traktatów 
regulujących stosunki między państwem 
amerykańskim a Narodami Tubylczy-
mi zamieszkującymi terytorium USA. 
Większość z tych traktatów dotyczyła 
wyznaczenia autonomicznych obszarów 
przeznaczonych dla plemion indiańskich, 
nazywanych pogardliwie „rezerwatami” 
lub „terytoriami wydzielonymi”. Niektóre 
traktaty były tak napisane, żeby w szybkim 
czasie pozbawić Indian ich własności. Na 
przykład w jednym z takich dokumentów 
istnieje klauzula, że ziemia pozostanie 
indiańska, „jak długo trawa będzie rosła, 
a rzeka płynęła”. W języku angielskim 
brzmi to bardzo poetycko: until the grass 
will grow, and the rivers will fl ow
. Nieste-
ty z poezją ma niewiele wspólnego.  

Wystarczyło zmienić bieg rzeki lub wy-

puścić na terytoria indiańskie gigantyczne 
stada bydła zadeptujące trawę, żeby umo-
wa straciła ważność, a ziemia przeszła na 
własność rządu federalnego. 

Zanim delegacja starszyzny plemiennej 

dotarła do Waszyngtonu w celu docho-
dzenia swoich praw, ich ziemię w „maje-
stacie” prawa i całkowicie zgodnie z trak-
tatem zajmowali biali osadnicy in absente 
reo
. I chociaż dochodziło do procesów od-
szkodowawczych, to ich skutek był raczej 
mizerny. Przydzieleni przez rząd adwoka-
ci Dakotów bezradnie rozkładali dłonie, 
twierdząc, że nastąpiło masowe zasiedlenie 
i zasiedzenie przez białych osadników ob-

STANY ZJEDNOCZONE – POLSKA

O dyplomacji 

z Jankesami,

 

czyli 

jak wymieniać 

się rezolucjami

P

AWEŁ

 Ł

EPKOWSKI

Zapowiadana na koniec 
maja wizyta prezydenta Ba-
racka Obamy w Polsce wy-
wołuje wielkie emocje w pol-
skich mediach. Z większości 
komentarzy prasowych bije 
jakaś urojona nadzieja, że 
ta wizyta przyniesie Polsce 
bliżej niezidentyfi kowane ko-
rzyści. Nie trzeba być jasno-
widzem, żeby wiedzieć, jakie 
dwa tematy rozmów będą 
dominować. Polacy będą 
znowu nudzić o zniesieniu 
wiz, a Amerykanie uparcie 
wracać do tematu restytucji 
mienia pożydowskiego. 
Z góry więc można przyjąć, 
że wizyta 44. prezydenta 
USA w Polsce jest tylko 
drogą i nikomu niepotrzebną 
kurtuazją.

background image

XXIV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

szarów należących do Indian. „Co mamy 
zrobić? Zawracać wielką rzekę ludzi ki-
jem?” – takie pytania retoryczne były od-
powiedzią na indiańskie roszczenia.

Odszkodowania były odkładane w cza-

sie, a Indianie byli spychani na jałowe 
obszary górskie lub półpustynne, gdzie 
dziesiątkował ich głód i choroby przy-
wiezione z Europy. Nikt nie zamierzał za-
trzymać wielkiej fali ludzkiej pobudzonej 
w 1851 roku słynnym hasłem:  Go west, 
young man
, autorstwa Johna Soule’a, wy-
dawcy „Terre Haute Express”. 

To w tamtym czasie Horace Greeley 

przekonywał czytelników „New York 
Tribune”: „jeżeli nie masz rodziny lub 
przyjaciół, którzy mogliby ci doradzić, to 
posłuchaj mnie (...). Odwróć swoją twarz 
w kierunku Wielkiego Zachodu i zmierzaj 
tam bez wytchnienia, aby zbudować swój 
dom i swoje szczęście”. 

Los Indian był przesądzony, a 370 

traktatów miało drugorzędne znaczenie. 
Zresztą niezależnie od ratyfi kacji  przez 
amerykański Senat, aż 45 z nich nigdy 
nie zostało podpisane przez rząd Stanów 
Zjednoczonych. 

Amerykański holokaust

Profesor David Edward Stannard z Uni-

wersytetu Hawajskiego opublikował w 
1992 roku pracę historyczną, która wstrzą-
snęła amerykańską opinią publiczną. Książ-
ka „American Holocaust: The Conquest 

of the New World” opisywała dobitnie i 
szczegółowo proces zagłady rdzennych 
mieszkańców obu kontynentów amerykań-
skich. Na podstawie zebranych dokumen-
tów, przekazów, prac innych naukowców i 
badań archeologicznych profesor Stannard 
doszedł do wniosku, że łączna liczba ofi ar 
polityki antyindiańskiej zabitych w ciągu 
500 lat obecności Europejczyków na pół-
kuli zachodniej wyniosła ponad 100 milio-
nów osób.

Jest to liczba szacunkowa. Przypuszcza 

się,  że przekracza ona łączną liczebność 
ofi 

ar nazizmu, komunizmu, epidemii 

Hiszpanki oraz zagłady Ormian. 

Większość wiarygodnych źródeł histo-

rycznych wskazuje, że w wyniku wojen 
z armią amerykańską, a później w czasie 
kurateli rządu Stanów Zjednoczonych 
nad narodami indiańskimi zginęło ponad 
11 milionów ludzi. Ich majątek stanowiła 
ziemia ukradziona w wyniku działań wo-
jennych lub zwyczajnej lichwy.

Od kiedy w 1841 roku dr Elijah White 

– pierwszy agent indiański działający na 
rzecz rządu USA – przywiódł do doliny 
Willamette pierwszy konwój ze 125 ame-
rykańskimi osadnikami, rdzenne narody 
Ameryki Północnej utraciły obszar po-
równywalny wielkością z terytorium Unii 
Europejskiej. 

Do dzisiaj jednak ogromne przestrzenie 

zachodnich stanów USA formalnie należą 
do Indian, chociaż rząd federalny syste-

matycznie odmawia wysiedlenia białych 
osadników z tych obszarów lub wypła-
ty odszkodowań. Sytuacja do złudzenia 
przypomina stan prawny z obszarów po-
łożonych na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Kolejni gospodarze Białego Domu zda-

ją się zapominać,  że niektóre obszary 
należące do Indian nigdy nie były objęte 
traktatami. Formalnie są więc nadal tery-
torium Dakotów.

Rzeczpospolita Polska w ramach riposty 

na rezolucję dotyczącą restytucji mienia 
pożydowskiego mogłaby uznać obszar 
Newady, Idaho oraz niektóre tereny obu 
Dakot, Arizony, Waszyngtonu, Oregonu, 
Minnesoty, Nebraski oraz Nowego Mek-
syku za terytorium suwerennego narodu 
Dakotów. To samo dotyczy obszarów ob-
jętych traktatami. Przecież treść jednego 
z nich gwarantuje, że: „póki trawa będzie 
rosnąć i rzeki będą płynąć, żaden obywa-
tel USA bez zgody plemienia Dakotów nie 
wkroczy na tereny Dakotów przyznane im 
w tym traktacie”. 

Jak to więc jest z tym amerykańskim 

„państwem prawa”? Chciałoby się za poetą 
zapytać pana Obamę: „Czemu to, prała-
cie, nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?”

Prawa plemion wchodzących w skład 

narodu Dakota z obszaru Wielkich Rów-
nin są systematycznie łamane od ponad 
130 lat. Materiał dowodowy w procesach 
wytoczonych rządowi federalnemu jest 
tak gigantyczny, że trudno uwierzyć, żeby 

F

OT

WIKIPEDIA

Profesor David Edward Stannard z Uniwersytetu 

Hawajskiego oszacował, że łączna liczba ofi ar 

polityki antyindiańskiej zabitych w ciągu 500 lat 

obecności Europejczyków na półkuli zachodniej 

wyniosła ponad 100 milionów osób

background image

XXV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

którykolwiek sędzia amerykański był w 
stanie go przeczytać i przeanalizować w 
ciągu swojej całej kariery zawodowej.

Setki pozwów o odszkodowania i 

zwrot mienia Indian nie dotyczą jedy-
nie spraw z dalekiej przeszłości. Także 
obecnie są  łamane podstawowe prawa 
tej mniejszości etnicznej w USA. Admi-
nistracja Obamy, podobnie jak przedtem 
rząd George’a W. Busha, systematycz-
nie  łamie prawo w kwestii eksploata-
cji obszarów nazywanych rezerwatami 
indiańskimi. Klasycznym przykładem 
może być wydobycie ropy naftowej w 
Montezuma Creek w stanie Utah. Ob-
szar ten formalnie należy do Rezerwatu 
Nawahów, ale od lat 50. XX wieku jest 
tam wydobywana ropa naftowa. For-
malnie rząd federalny wypłaca społecz-
ności indiańskiej odszkodowania za wy-
korzystanie ich terenów. Są to wszakże 
ochłapy w porównaniu z dochodami 
kompanii naftowych. W dodatku od lat 
z niewiadomych przyczyn odszkodowa-
nia dostają także nie należący do ple-
mienia Nawaho mieszkańcy pobliskich 
miejscowości. W dodatku ich odszko-
dowania są 20-krotnie większe od tych, 
które trafiają do rezerwatów.

Rezolucja rezolucją, 

a sprawiedliwość 

jest po naszej stronie

Amerykanie lubią pouczać „ludy wa-

salne”, jak należy przestrzegać praw 
obywatelskich. Szczęśliwie polska klasa 
polityczna, choć skłócona i przegadana, 
nie daje się nabierać na amerykańskie 
zagrywki w postaci rezolucji senackich 
w sprawie zwrotu rzekomego mienia po-
żydowskiego.

Jest tajemnicą poliszynela, że w Wa-

szyngtonie rosną wpływy  środowiska 
żydowskiego. Swoją drogą to intrygują-
ce,  że mniejszość stanowiąca zaledwie 
1,7% ogółu ludności Stanów Zjednoczo-
nych ma największe wpływy polityczne i 
zajmuje blisko połowę najważniejszych 
stanowisk w państwie. Klasycznym 
przykładem takich wpływów może być 
utworzenie w Departamencie Stanu spe-
cjalnego etatu zastępcy sekretarza stanu 
USA ds. Holokaustu. 

Zdumiewa ta poprawno-polityczna nad-

gorliwość, nie poparta przecież  żadnym 
uzasadnieniem historycznym. W 1939 
roku, kiedy hitlerowskie Niemcy napa-
dły na Polskę, los społeczności  żydow-
skiej w Polsce był traktowany w Stanach 
jako kwestia trzeciorzędna. Waszyngton, 
już wówczas zdominowany przez urzęd-
ników pochodzenia żydowskiego, wyka-
zał najwyższy stopień obojętności wobec 

doniesień o eksterminacji europejskich 
Żydów. A przecież prasa amerykańska 
od lat informowała społeczeństwo o sto-
sunku władz III Rzeszy do tej grupy et-
nicznej. 

Obecnie urząd zastępcy sekretarza sta-

nu ds. Holokaustu piastuje Stuart Eizen-
stat – znany prawnik i człowiek wyjąt-
kowo dobrze zorientowany w sprawach 
amerykańskiego  establishmentu. Wska-
zują na to obszerne informatory jego 
autorstwa: „Who is who in American 
Lawyers” („Kto jest kim wśród amery-
kańskich prawników”) oraz „Who is who 
in American Jewry” („Kto jest kim wśród 
amerykańskich Żydów”). 

Znamienne, że chociaż Stuart Eizenstat 

zajmuje się sprawami Holokaustu, to pod-
lega sekretarzowi stanu w ramach sekcji 
międzynarodowej polityki ekonomicznej.

A na czym owa międzynarodowa po-

lityka ekonomiczna polega? Między in-
nymi na takich sprawach jak naciski na 
rząd polski w sprawie restytucji mienia 
pożydowskiego. Jest oczywiste, że taka 
operacja jest obecnie nierealna. W jaki 
sposób można udokumentować istnienie 
domów, nieruchomości czy przedwojen-
nych zakładów produkcyjnych, nie mó-
wiąc już o mieniu ruchomym zagrabio-
nym przez nazistów?

Waszyngton namawia więc polski 

rząd do wypłaty odszkodowania zbio-
rowego dla wszystkich obywateli ame-
rykańskich pochodzenia żydowskiego. 
Chodzi o niebagatelną kwotę około 
65-70 mld dolarów. 

Znamienne, że Polska już raz takie od-

szkodowanie wypłaciła. 16 lipca 1960 
roku został podpisany między rządami 
PRL i USA układ regulujący wypłatę 
40 milionów dolarów tytułem restytucji 

mienia pożydowskiego. Artykuł II tego 
układu brzmi: „Suma zapłacona rządowi 
USA w myśl art. I niniejszego układu zo-
stanie rozdzielona w sposób i zgodnie z 
metodą podziału, zastosowanymi wedle 
uznania Rządu USA”. 

Zaś artykuł IV wyraźnie podkreśla: „Po 

wejściu w życie niniejszego układu Rząd 
USA nie będzie przedstawiał rządowi 
polskiemu ani nie będzie popierał rosz-
czeń obywateli USA do Rządu Polskie-
go, o których mowa w art. I niniejszego 
układu” (pisownia oryginalna). 

Zgodnie z tym artykułem w przypad-

ku pojawienia się nowych roszczeń ze 
strony obywateli amerykańskich „Rząd 
Polski przekaże je Rządowi Stanów 
Zjednoczonych”, ten ostatni zaś będzie 
się dalej sam rozliczał ze swoimi oby-
watelami. 

Sprawa jest jasna i rozstrzygnięta od 

51 lat. Należy o niej przypomnieć pre-
zydentowi Barackowi Obamie pod ko-
niec maja. To człowiek sympatyczny i 
podobno całkiem rozsądny, może więc 
przekaże swojemu otoczeniu nasze 
oczywiste racje.

Gdyby jednak kwestionował umo-

wę polsko-amerykańską z 1960 roku, 
zawsze pozostaje nam w myśl zasady 
Seneki:  Ab alio exspectes, alteri quod 
feceris  
(co zrobisz drugiemu, oczekuj 
od niego) – uchwalenie rezolucji sejmo-
wej wzywającej rząd USA do restytucji 
gigantycznego mienia Dakotów oraz 
wypłaty odszkodowań dla niewinnych 
ofiar przemocy w Guantánamo. Podob-
ną rezolucję należałoby także skierować 
do Tel Awiwu z żądaniem zwrotu mająt-
ku ponad 700 tysięcy uchodźców pale-
styńskich.

P

AWEŁ

 Ł

EPKOWSKI

 

Polska już raz wypłaciła odszkodowanie. 16 lipca 1960 roku został 

podpisany między rządami PRL i USA układ regulujący wypłatę 

40 milionów dolarów tytułem restytucji mienia pożydowskiego. 

Artykuł II tego układu brzmi: „Suma zapłacona rządowi USA w myśl 

art. I niniejszego układu zostanie rozdzielona w sposób i zgodnie 

z metodą podziału, zastosowanymi wedle uznania Rządu USA”. 

background image

XXVI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

J

est to efek-
tem wielu 
przyczyn – 
m.in. kry-

zysu, który ogarnął 
Rosję wraz z więk-
szością gospodarek 
świata, a zwłaszcza 
infl acji, która zże-
rała Rosję w 2010 
roku. Wymknę-
ła się ona spod 
kontroli i daleko 
przekroczyła za-
planowane wskaź-
niki. Najbardziej 
zdrożała  żywność, 
bo w porównaniu 
z 2009 rokiem aż o 
12,9 procent. Prze-
ciętnie zaś wskaź-
nik infl acji wyniósł 
w 2010 roku 8,8 procent. W 2011 roku 
Włodzimierz Putin zapowiadał, że nie do-
puści do wzrostu infl acji i będzie się starał 
nałożyć cugle na wzrost cen, zwłaszcza 
artykułów  żywnościowych, których dro-
żenie bezpośrednio uderza w najbiedniej-
szych. Za strategiczny cel swego gabinetu 
uznał utrzymanie infl acji w przedziale 
6-7 procent! Do deklaracji tej skłonił fakt, 
że 2011 rok to ostatni rok przed wyborami 
prezydenckimi i parlamentarnymi w Ro-
sji, więc elektorat powinien wiedzieć, że 
jest rządzony przez skuteczny gabinet.

Część analityków przestrzegała,  że za-

powiedź rosyjskiego premiera to czcze 
przechwałki, niemożliwe do zrealizowa-
nia. Włodzimierz Tichomirow z Towa-
rzystwa Inwestycyjnego „Otkrytie” twier-
dził, że ceny żywności będą rosły jeszcze 
co najmniej przez pierwszą połowę 2011 
roku i Putin przy pomocy dekretów nie 
zatrzyma tego procesu. Jego zdaniem, na 
ich poziom będzie oddziaływać nie tyl-
ko wysokość cen na światowym rynku, 
ale także niska konkurencyjność rosyj-
skiej gospodarki, a zwłaszcza jej sektora 
żywnościowego. Według Tichomirowa, 
w 2011 roku infl acja w Rosji może wy-
nieść 12-13 procent. Inny analityk, Aleksy 
Moisiejew z BTB Kapitał, jest większym 
optymistą. Uważa on, że infl ację w Ro-
sji w bieżącym roku uda utrzymać się w 

przedziale 8,5-9 procent. Twierdzi jednak, 
iż będzie to możliwe pod warunkiem, że 
władze przy okazji roku wyborczego nie 
będą drukować pustych pieniędzy w celu 
podniesienia pensji pracownikom sfery 
budżetowej lub wypłacenia dodatkowych 
świadczeń socjalnych itp. Tego zaś wy-
kluczyć nie można. Zwłaszcza że zdaniem 
ekspertów SuperokuIob.ru, mimo że sy-
tuacja przedsiębiorstw się poprawia, to 
ich właściciele ani myślą podnosić pensji 
swym pracownikom do poziomu sprzed 
kryzysu, w rezultacie czego przeciętnemu 
Rosjaninowi żyje się źle.

Najczarniejsze prognozy

Obecna fala infl acyjna jeszcze bardziej 

niż dotąd uderzyła Rosjan po kieszeni. 
Teraz muszą oszczędzać praktycznie na 
wszystkim. Przede wszystkim zaś na je-
dzeniu. Co trzeci Rosjanin – jak wynika z 
sondażu portalu – przyznaje, że jego rodzi-
na przeszła tej wiosny na bardzo chudą die-
tę. Nieurodzaj w minionym roku i wzrost 
światowych cen ropy naftowej spowodo-
wały, że sprawdziły się najczarniejsze pro-
gnozy. Infl acja znacząco się nasila i ceny 
żywności poszybowały w górę. Tylko do 
marca infl acja  przekroczyła już 3,1 pro-
cent! Jest to swoisty rekord, nawiązujący 
do tradycji Rosji z lat dziewięćdziesiątych. 
Prezydent Dymitr Miedwiediew wezwał 

Pomimo iż władze zapew-
niają, że kryzys w Rosji 
został już przełamany, a 
jej gospodarka osiągnęła 
poziom przedkryzysowy, to 
przeciętni obywatele tego 
nie odczuwają. Aż 80 proc. 
Rosjan jest zmuszonych 
wciąż oszczędzać i żyje 
gorzej niż przed kryzysem. 
Rosjanie oszczędzają na 
wszystkim, głównie jednak 
na jedzeniu, lekarstwach, 
benzynie i usługach ko-
munalnych. Takie wyniki 
przyniósł sondaż przepro-
wadzony przez portal Su-
perokuIob.ru.

ROSJA

Infl acja dusi Rosjan

A

NTONI

 M

AK

 

arty
żen
szy
uzn
6-7 
że 2
prez
sji, 
jest

Cz

pow
prze
nia.
rzys
dził
co n
roku
zatr
ich 
ko 

l

PRZECIĘTNIE WSKAŹNIK 

INFLACJI W ROSJI WYNIÓSŁ 

W 2010 ROKU 8,8 PROCENT

Nie wiadomo, czy odkładane „środki naftowe” 

nie zostaną użyte w charakterze „kiełbasy 

wyborczej”, by przekupić na rzecz partii władzy 

np. rencistów i emerytów, znajdujących się 

naprawdę w trudnej sytuacji

background image

XXVII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

co prawda wszystkich członków rządu do 
walki z infl acją, ale wątpliwe jest, by komi-
sja złożona z pięciu ministrów, kierowana 
przez wicepremiera Igora Szuwałowa, zdo-
łała wiele zdziałać. Ministrowie wchodzą-
cy w skład tej komisji na co dzień walczą 
z infl acją, osiągając mierne rezultaty. Jest 
wśród nich m.in. minister fi nansów Aleksy 
Kudrin, który walką z infl acją zajmuje się 
od... 10 lat. Szereg reform mających dopro-
wadzić do obniżenia cen i wprowadzenia 
do gospodarki mechanizmów rynkowych 
okazało się nieudanych i przyniosło na-
wet odwrotny skutek. Reforma rosyjskiej 
energetyki zaowocowała podniesieniem 
cen energii elektrycznej o ponad 15 pro-
cent. W niektórych regionach wzrost ceny 
jest jeszcze wyższy. Reforma zainicjowana 
przez Anatola Czubajsa doprowadziła w 
wielu regionach do całkowitego zmono-
polizowania rynku energii. Zakłady ener-
getyczne zaczęły dyktować ceny swojego 
produktu w sposób całkowicie swobodny. 
Nawet sam Miedwiediew orzekł, że jeżeli 
proceder ten nie zostanie ukrócony, ceny 
energii elektrycznej będą niedługo wyższe 
niż w USA. Szarzy obywatele są obecnie 
zmuszeni do ograniczenia używania prądu 
i wszystkich urządzeń, których funkcjono-
wanie jest z nim związane – w tym m.in. 
komputerów, nie mówiąc już o pralkach i 
lodówkach. 

„Kiełbasa naftowa”

Pokonanie infl acji zależy przede wszyst-

kim od sytuacji gospodarczej kraju. Fakt, 
że nadal dławi ona ekonomikę Rosji i do-
skwiera szarym obywatelom, świadczy, że 
kryzys w Rosji nie został jeszcze pokona-
ny, a jej gospodarka wciąż nie potrafi  wyjść 
na prostą. Nawet wysokie ceny ropy nie są 
w stanie rozpędzić rosyjskiej ekonomiki i 
w pewnej mierze działają przeciwko niej. 
Powodują bowiem wzrost cen wewnątrz 
kraju. Minister fi nansów  Aleksy  Kudrin 
przyznał, że infl acja w Rosji w pierwszym 
półroczu przekroczy zaplanowany wskaź-
nik. Putin polecił mu, by wszystkie dodat-
kowe zyski, jakie otrzyma z wysokich cen 
ropy naftowej, odkładał na specjalny ra-
chunek, zamiast przeznaczać je na zwięk-
szenie wydatków, ale czy to nałoży cugle 
infl acji, nie wiadomo. Nie wiadomo też, 
czy te odkładane „środki naftowe” nie zo-
staną jednak użyte w charakterze „kiełbasy 
wyborczej”, by przekupić na rzecz partii 
władzy np. rencistów i emerytów, znaj-
dujących się naprawdę w trudnej sytuacji. 
W 2010 roku ich emerytury wzrosły o 
8 proc., podczas gdy cena koszyka najpo-
trzebniejszych artykułów podskoczyła o 
23 procent. Trzeba będzie więc jakoś tych 
najbiedniejszych przekupić. 

T

e plany rządowego Berlina, Pa-
ryża i unijnej Brukseli zostały 
szumnie nazwane „Paktem 
na rzecz euro plus”. 

Zapewne chodzi o to, że 
mają w nim uczestniczyć 
państwa z walutą euro 
„plus” pozostałe chętne 
z UE – chętne do euro-
socjalizmu. Być może 
jednak bardziej właściwa, 
szczególnie w obliczu po-
stępującego właśnie  fi nansowego 
krachu Portugalii, byłaby nazwa zawiera-
jąca słowa „euro minus”. Bo strefa euro 
jako całość, pomijając same Niemcy, Au-
strię czy Holandię, słabnie gospodarczo i 
fi nansowo od lat – nie tylko wobec Chin 
czy USA, ale nawet wobec takich euro-
pejskich gospodarek i systemów walu-
towo-fi nansowych jak Wielka Brytania, 
Szwecja czy Dania. Kraje te zachowały 
bowiem własną walutę i m.in. dzięki temu 
rozwijają się szybciej, są też silniejsze i 
zdrowsze gospodarczo niż krajowa prze-
ciętna dla strefy euro. 

Tymczasem w przeddzień brukselskiego 

„szczytu”, ku rozczarowaniu i zgorszeniu 
licznych eurokratów, parlament Portugalii 
odrzucił plan tamtejszego rządu – racjo-
nalnych oszczędności i reform. Wskutek 
tego już parę godzin później ważna agen-
cja ratingowa Fitch mocno obniżyła tzw. 
rating Portugalii – aż o dwa stopnie: z 
„A plus” do „A minus”. Socjalistyczna i 
rozrzutna Portugalia, podobnie jak Gre-
cja, jest już więc – przynajmniej w oczach 
międzynarodowych lichwiarzy i „rynków 
fi nansowych” – w strefi e „euro minus”. 
I teraz będzie ciągnąć do tej strefy „mi-
nus” pobliską oraz podobnie socjalistycz-
ną i zadłużoną Hiszpanię.

W każdym razie uchwalony 25 marca 

„Pakt na rzecz euro plus” jest formal-

nie porozu-

mieniem mię-

dzyrządowym, 

a nie unijnym. 

Dotyczy tych zagad-

nień i sfer finansowych oraz gospodar-
czych państw politycznej waluty UE, 
co do których władze UE nie miały do 
tej pory prawie żadnych faktycznych 
kompetencji: spraw budżetu i dozwolo-
nej wysokości długu, systemu podatko-
wego, systemu emerytalno-rentowego 
czy regularnych indeksacji płac. „Pakt 
na rzecz euro” ma zapewnić między in-
nymi „utrzymanie konkurencyjności” 
kluczowych dziedzin gospodarki przez 
eurokraje. Temu służy planowane uza-
leżnienie ewentualnego wzrostu płac w 
instytucjach państwowych i świadczeń 
emerytalnych od wzrostu wydajności 
pracy, ustawowe podniesienie wieku 
emerytalnego – „proporcjonalnie” do 
faktycznego poziomu starzenia się da-
nego społeczeństwa – oraz przebudowa 
systemu podatkowego. Przebudowa w 
taki sposób, aby w przyszłości była ob-
ciążona fiskalnie przede wszystkim kon-
sumpcja (poprzez wzrost VAT i innych 
obciążeń), a nie praca (przez podatki 
dochodowe i inne). W tym wypadku 
poszczególne kraje mają mieć większą 
swobodę i prowadzić bardziej elastycz-
ną politykę, niż to pierwotnie planowa-

Wygląda na to, że 24-25 marca rządowy Berlin i rządowy 
Paryż przeforsowały w końcu ścisły nadzór nad polity-
ką fi nansowo-gospodarczą krajów waluty euro. Kolejny 
„szczyt” szefów rządów w Brukseli już chyba przesądził 
o utworzeniu eurorządu i europaństwa – na razie w gronie 
17 państw i państewek, które (w większości) tracą tym sa-
mym swoją dotychczasową suwerenność. 

WIEŚCI Z EURO-RZESZY

Będzie euro-Ordnung!

T

OMASZ

 M

YSŁEK

go Berlina, Pa-

ukseli zostały 

ne  „Paktem 
plus”. 

że

po-
nsowego 

nazwa zawiera-

Bo strefa euro 

Ni

A

nie porozu-

mieniem mię-

dzyrządowym,

a nie unijnym.

D t

t h

d

(

ę

)

ą y

chczasową suwerenność.

background image

XXVIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

no w Berlinie – będą same decydować, 
w jaki sposób i jak szybko wprowadzać 
te nowe regulacje w życie. 

Euro-minus

Narodowe budżety, zanim zostaną 

uchwalone i ustawowo wprowadzone w 
poszczególnych eurolandach, wcześniej 
każdego roku mają być poddawane do-
kładnej kontroli i akceptacji władz UE 
w Brukseli. Podobnie jak wysokość do-
puszczalnego budżetowego deficytu i 
państwowego długu. Kraj, który wyła-
mie się z tych finansowych ograniczeń 
i limitów „Paktu” choćby w jednym 
punkcie, ma być automatycznie karany 
wielomiliardową grzywną – ograniczo-
ną jednak do poziomu 0,5 proc. PKB 
danego kraju. 

Najbardziej surowe regulacje mają 

dotyczyć samych państwowych finan-
sów. Do już istniejącego w prawie UE 
przepisu o maksymalnie dozwolonym 
3-procentowym deficycie budżetu doj-
dzie zobowiązanie o konieczności utrzy-
mania długu poniżej poziomu 60 proc. 
PKB. Ponadto takie zobowiązanie każde 
państwo ma zapisać w swoim konstytu-
cyjnym prawie krajowym. Jeśli zadłuże-
nie przekroczy wyznaczony eurolimit, 
dany kraj będzie musiał systematycznie 
obniżać swój dług o co najmniej 5 proc. 
każdego następnego roku. Za niewypeł-
nienie tego obowiązku też będzie grozić 
finansowa kara – w postaci konieczno-
ści zdeponowania dużej gotówki, w wy-
sokości ok. 0,2 proc. PKB danego kraju, 
na nieoprocentowanym koncie Komisji 
UE w Europejskim Banku Centralnym. 

W razie dalszego zwlekania przez jakiś 

kraj z redukcją  długu te zdeponowane 
pieniądze przepadną jednak w biuro-
kratycznych czeluściach UE. Będzie 
więc niewątpliwy „minus”. Euro-minus 
– przynajmniej dla danego, a mocno za-
dłużonego kraju.

Niemiecka cena

Pomimo balansowania Portugalii na 

granicy niewypłacalności, wydaje się, 
że niepowodzenie wspomnianych po-
litycznych i finansowych planów Ber-
lina, Paryża i unijnej Brukseli mógłby 
spowodować chyba tylko jakiś nagły 
krach całego finansowego systemu euro 
i UE – na co jednak na razie nie zano-
si się, przynajmniej do czasu ewentu-
alnego krachu Hiszpanii i Włoch. Jest 
natomiast pewne, że tworzony właśnie 
nowy system finansowo-walutowy jest 
ceną, za jaką władze Niemiec zgodziły 
się znacznie powiększyć istniejący od 
maja ub. roku tzw. Europejski Fundusz 

Gwarancji Finansowej (EFSF). W za-
mian za zgodę 16 innych rządów na nie-
mieckie warunki „Paktu na rzecz euro” 
Berlin poparł (postulowane przez unij-
ną Brukselę i rządy zagrożonych ban-
kructwem krajów) zwiększenie EFSF z 
obecnych 250 do 440 mld euro – choć 
w praktyce w większej mierze dopiero 
od roku 2013. Pełne 440 miliardów ma 
być przygotowane do roku 2017 – jak 
sobie zażyczył rząd RFN. Z puli Fundu-
szu państwa potrzebujące wsparcia będą 
mogły uzyskać wielomiliardową pomoc 
w formie oprocentowanych kredytów. 

Już 21 marca ministrowie fi nan-

sów państw strefy euro ustalili, że 
ten eurofundusz otrzyma dodatkowe 
80 mld euro rzeczywistego kapitału – 
gotówki. Do tej planowanej kwoty Niem-
cy mają dać prawie 22 mld euro, w tym 
połowę tej kwoty do lipca 2013 roku 
Reszta – tj. brakujące 110 miliardów 
euro – ma pochodzić z gwarancji i porę-
czeń kredytowych rządu RFN i pięciu in-
nych rządów najbogatszych państw unii 
walutowej. Łączna suma eurorządowych 
gwarancji i poręczeń ma wynieść do roku 
2013 aż ok. 620 mld euro – z czego na 
władze i banki Niemiec ma przypaść pra-
wie 170 miliardów.

Eurosceptycy

Co najmniej od początku marca do no-

wego „Paktu” odnoszą się krytycznie 
rządy Wielkiej Brytanii, Szwecji, Czech 
i Węgier, a w mniejszym stopniu Danii 
i Rumunii. Nie mogą one jednak zablo-
kować tego kontrowersyjnego i ryzy-
kownego europaktu, bo ma on charakter 
umowy międzyrządowej, a nie umowy 
w ramach UE. Rządy te zapowiedziały 
więc jedynie, że do tego „Paktu” nie 
przystąpią. Premierzy rządów wymie-

nionych sześciu państw, a także Polski, 
Bułgarii, Litwy i Łotwy, podpisali rów-
nież list otwarty brytyjskiego premiera 
Camerona do polityków UE. W liście 
tym premier Cameron domagał się obro-
ny zasad wspólnego rynku, liberalizacji 
handlu i otwarcia strategicznych sekto-
rów każdej europejskiej gospodarki na 
większą konkurencję. Zdaniem brytyj-
skiego premiera, dzięki powszechnemu 
w Europie przestrzeganiu takich zasad 
dochód całej „Wspólnoty Europejskiej” 
mógłby wzrosnąć już w najbliższych la-
tach aż o 140 mld euro.

Wydaje się jednak, że rządom Niemiec, 

Francji czy Hiszpanii mniej chodzi o za-
początkowanie w Europie dużego wzro-
stu gospodarki czy o zdrowe zasady 
wolnej konkurencji i wolnego handlu, a 
znacznie bardziej o zachowanie dotych-
czasowych własnych systemów socjal-
nych, praw i przywilejów oraz dotych-
czasowej pełnej kontroli nad własnymi 
gospodarkami i bankami. 

Tym niemniej zawarty „Pakt na rzecz 

euro” jawi się w opinii niektórych nie-
mieckich komentatorów jako „najwięk-
sza europejska reforma od czasu wpro-
wadzenia waluty euro w roku 1999”. 
Bo zapewni ona „więcej pieniędzy” i 
finansowych zabezpieczeń, a jednocze-
śnie „ostrzejsze kary za brak finansowej 
dyscypliny i bardziej zgodną, jednolitą 
politykę gospodarczą”, co w przyszło-
ści powinno zapobiegać „kryzysom 
zadłużenia” („Frankfurter Allgemeine 
Zeitung”).

Czy zawarty już „Pakt” rzeczywiście 

zapobiegnie krachowi strefy euro, okaże 
się już zapewne najdalej za kilka miesię-
cy – w przypadku „kryzysu zadłużenia” 
Portugalii, a następnie Hiszpanii.

T

OMASZ

 M

YSŁEK

 

Grecja i Portugalia są już – przynajmniej w oczach międzynarodowych 

lichwiarzy i „rynków fi nansowych” – w strefi e „euro minus”

background image

XXIX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

dodatku w obozie UMP 
trwa wyraźny spór o trakto-
wanie FN. Niektórzy chcie-
liby powtórzenia manewru 

z „frontem republikańskim”, który zasto-
sowano już w wyborach prezydenckich w 
2002 roku, gdy Jakub Chirac, konkurujący 
w drugiej turze z przewodniczącym FN Ja-
nem Marią Le Penem, uzyskał poparcie so-
cjalistów. Czołowi politycy UMP chcą tym 
razem popierać w drugiej turze wyborów 
kantonalnych kandydatów lewicy, ale pre-
zydent Sarkozy okazuje się ostrożny i przy-
wołuje swoich ministrów do porządku. Cała 
dyskusja odbywa się zaś w perspektywie 
zbliżających się wyborów prezydenckich.

Frekwencja w wyborach kantonalnych 

była jak na Francję bardzo niska i wy-
niosła zaledwie 45%. Zgodnie z przewi-
dywaniami, najwięcej głosów padło na 
Partię Socjalistyczną (25,04%). Rządząca 
UMP otrzymała 17,07% głosów, a trzeci 
był Front Narodowy z wynikiem 15,18%. 
Front Lewicy (komuniści) uzyskał 9%, 
Europa Ekologia-Zieloni – 8,28%, rady-
kalna lewica (trockiści i antykapitaliści 
z NPA) – niemal 6%. Wyniki Frontu są 
znacznie lepsze, jeżeli odjąć głosy z kan-
tonów, w których ta partia nie startowa-
ła. Wówczas okazuje się,  że PS dostała 
24,1%, ale drugi jest już FN z wynikiem 
19,2%, wyprzedzając UMP (17,2%).

Front Narodowy w drugiej turze będzie 

ubiegał się o zwycięstwo w 394 kantonach 
i ma szansę wprowadzić swoich radnych 
do władz 50 departamentów. W 204 kan-
tonach przeciwnikiem kandydatów FN 
będą socjaliści, a w 37 – komuniści.

Najlepsze wyniki uzyskał Front 

w departamentach: Var (27,54%), 
Bouches-du-Rhône (26,86%), Alpes-Ma-
ritimes (25,85%), Vaucluse (25,84%), 
Aube (24,80%), Aisne (23,33%), Nord 
(23,09%), Hérault (22,93%), Pas-de-Ca-
lais (22,86%) i Seine-et-Marne (21,64%). 
Wynik powyżej 20% partia ta odnotowała 
ogółem w 22 departamentach. Uwagę 
zwraca Metz, gdzie kandydatka Frontu, 
Franciszka Grolet, z wynikiem 26,4% 
zajęła pierwsze miejsce – przed merem-
socjalistą Dominikiem Grosem (26,1%) 
– i Marsylia. W tym ostatnim mieście FN 
uzyskał wynik, który miał w połowie lat 
80., zdobywając ponad 30% głosów. 

Warto tu przypomnieć,  że pod koniec 

ub. roku podniesiono próg wejścia do 
drugiej tury wyborów kantonalnych z 10 
do 12,5%. Miała to być zapora właśnie dla 
FN. Bariera okazała się za niska...

Dobry wynik partii Maryny Le Pen spo-

wodował, że przed drugą turą odżyła idea 
powołania wspólnie z lewicą „frontu re-
publikańskiego”, który zagrodziłby drogę 
kandydatom FN do elekcji. Pomysł taki 
poparł niemal od razu centrowy MoDem 
(Ruch Demokratyczny). Sporo takich gło-
sów pojawiło się także w obozie rządzącej 
UMP. Aby zatrzymać FN, kandydatów le-
wicy gotowi byli poprzeć m.in. ministrowie 
obecnego rządu: Natalia Kosciuszko-Mo-
rizet, Jan Ludwik Borloo, Waleria Pecresse 
czy marszałek Senatu Gerard Larcher. Ideę 
taką poparł nawet sam premier Franciszek 
Fillon. Najgłośniej zabrzmiał jednak głos 
obecnego szefa MSZ Alana Juppé, który 
mówił, że w dniu, w którym doszłoby do 
koalicji UMP z FN, wystąpiłby ze swej 
partii. Juppé wezwał wprost do „głosowa-
nia na kandydatów republikańskich”.

W tym miejscu warto przytoczyć małą 

ciekawostkę: Juppé jest też merem Bor-
deaux, a w Żyrondzie Front Narodowy 
walczy z PS o sześć kantonów. Jedną z 
kandydatek FN jest tu (Libourne) kuzynka 
Ségolène Royal – niedawnej kandydatki na 
socjalistycznego prezydenta. Anna Krysty-
na Royal wygrała z kandydatem UMP o 
55 głosów (20,90% przeciw 19,46%). Jest 
wdową, matką 10 dzieci, członkinią Frontu 
od 1983 roku. Wchodzi w skład komitetu 
centralnego tej partii. Kiedy Alan Juppé 
wyklucza rodzinę Royal z „obozu republi-
kańskiego”, ma to swoisty smaczek.

Pomysł tworzenia „frontu republi-

kańskiego” podzielił jednak polityków 
UMP. Krystian Vanneste stwierdził np., 
że jeśli naprzeciw kandydata Frontu staje 
kandydat skrajnej lewicy, wyborcy UMP 
powinni głosować na osobę „bliższą idei 
wolności”. Bardziej wstrzemięźliwy od 
kolegów w potępianiu FN był też wystę-
pujący w imieniu prezydenta Franciszek 
Copé, który oświadczył,  że nie będzie 
żadnego „frontu republikańskiego” i choć 
każdy rozumie, iż sami „nie będziemy 
głosować na kandydatów FN”, to „sza-
nujemy wolny wybór naszych obywa-
teli”. Ministrów rządu przywołał też do 
porządku sam prezydent Mikołaj Sarko-
zy. Zażądał, by nie zajmowali osobnych 

Wyniki wyborów kantonal-
nych we Francji wywołały 
coś w rodzaju małego tsu-
nami na tutejszej scenie po-
litycznej. Spadku notowań 
rządzącej UMP i wzrostu 
popularności Frontu Naro-
dowego pod kierownictwem 
Maryny Le Pen niby można 
się było spodziewać, ale 
rzeczywistość okazała się 
dla rządzących szczególnie 
przykra. 

B

OGDAN

 D

OBOSZ

Z NOTATNIKA UNIJNEGO AGITATORA

Małe tsunami polityczne

FRONT NARODOWY 

W DRUGIEJ TURZE 

BĘDZIE UBIEGAŁ SIĘ 

O ZWYCIĘSTWO W 394 

KANTONACH I MA SZANSĘ 

WPROWADZIĆ SWOICH 

RADNYCH DO WŁADZ 

50 DEPARTAMENTÓW. 

W 204 KANTONACH 

PRZECIWNIKIEM 

KANDYDATÓW FN 

BĘDĄ SOCJALIŚCI, 

A W 37 – KOMUNIŚCI.

background image

XXX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

stanowisk w sprawie drugiej tury wybo-
rów, bo sprawowanie przez nich funkcji 
rządowych odróżnia ich od innych poli-
tyków i nakłada pewne obowiązki. Jako 
ministrów obowiązuje ich „solidarność 
kolektywna” i prezentowanie wspólnego 
stanowiska całego rządu.

Francuska interwencja w Libii

Minister obrony Gerard Longuet nie ma 

szczęścia. Sprawuje swoją funkcję dopie-
ro od końca lutego tego roku, a już stanęły 
przed nim wyzwania, jakich Francja nie 
miała od lat.

Wiele osób pyta o motywy tak zdecydo-

wanej interwencji Francuzów w Libii. Moż-
liwych odpowiedzi jest kilka. Może tu np. 
rzeczywiście chodzić o kurczące się popar-
cie społeczne dla prezydenta Sarkozy’ego. 
Większość Francuzów od dawna uważa 
Kaddafi ego za wyjątkowo niesympatycz-
nego dyktatora, a informacje o wyczynach 
jego bojówek wobec opozycji usprawie-
dliwiają w ich oczach interwencję zbrojną. 
Społeczną popularność interwencji potwier-
dzają także relacje medialne pokazujące ra-
dość „wyzwalanych” Libijczyków.

Kolejny powód interwencji to chęć odro-

bienia przez Paryż opóźnienia w poparciu 
„arabskiej wiosny ludów”. Francja zacho-
wywała się wyjątkowo wstrzemięźliwie 
w przypadku Tunezji, a jej minister obro-
ny sugerowała nawet udzielenie pomocy 
obalanemu dyktatorowi. Paryż przespał 
także wydarzenia w Egipcie. Francuscy 
politolodzy zwracali uwagę,  że kraj ten 
„traci” Afrykę Północną na rzecz znacznie 
bardziej zdecydowanych Amerykanów.

Kiedy mowa o motywach postępowania 

Sarkozy’ego, można też brać pod uwagę 
czynnik osobisty. Kaddafi  mocno się na-
raził francuskiemu prezydentowi, kolpor-
tując informacje o tym, że Libia wspierała 
fi nansowo jego kampanię.

I jest wreszcie czynnik „europejski”. Nie-

chęć Paryża do zaangażowania w operację 
libijską całego NATO może być powodo-
wana także budową konkurencyjnej struk-
tury militarnej. Na dobrą sprawę po raz 
pierwszy od roku 1956 i interwencji francu-
sko-brytyjskiej podczas nacjonalizacji ka-
nału sueskiego wojska tych dwóch krajów 
prowadzą dużą wspólną akcję militarną.

Ciekawe jest tu stanowisko USA, które 

chyba dały się przez Sarkozyego zmani-
pulować. Nad Sekwaną mówi się zresztą 
wprost o „partii pokera”, którą francuski 
prezydent rozgrywa z Obamą. Trochę 
wmanewrowani w interwencję Ameryka-
nie chcieliby obecnie poszerzyć odpowie-
dzialność na całe NATO, co odebrałoby 
także praktyczne przywództwo tej ope-
racji Francuzom. Różnice w podejściu do 

operacji w Libii są duże. W odróżnieniu 
od Francuzów, Amerykanie nie są zbyt 
entuzjastycznie nastawieni do wciągania 
ich w kolejną wojnę. Zresztą zaangażo-
wanie w Libii różni się nawet leksykalnie. 
To, co dla USA jest „Świtem Odysei”, dla 
Francuzów nosi nazwę „Harmattan” (go-
rący, suchy i porywisty wiatr, wiejący w 
Afryce znad Sahary, z kierunku północne-
go i północno-wschodniego). 

Minister obrony Longuet podkreśla jed-

nak sukcesy militarne. W ciągu trzech dni 
rozmontowano libijskie siły powietrzne i 
przeciwlotnicze, zniszczono też dziesiąt-
ki pojazdów opancerzonych i czołgów, 
co częściowo powstrzymało ofensywę sił 
wiernych Kaddafi emu na miasta pozosta-
jące w rękach rebeliantów. W pierwszej 
fazie akcji przeciw Libii zaangażowanych 
było francuskich 20 samolotów: osiem 
typu Rafale (Szkwał) Dassault, dwa Mi-
rage’e 2000-D, dwa Mirage’e 2000-5, a 
także samoloty-cysterny i Awacsy. W kie-
runku Libii wypłynął również z Tulonu 
lotniskowiec „Charles de Gaulle” razem 
z fregatami „Dupleix” i „Aconit” oraz 
tankowcem „La Meuse”. Na lotniskowcu 
także znajdują się samoloty Rafale i zmo-
dernizowane Super Étendard.

Minister tłumaczył przy okazji, dlacze-

go Paryż nie chce mieszać w operację 
NATO. Jego zdaniem, szybkość decyzji 
odgrywa w tej akcji rolę większą niż po-
zyskane w ten sposób dodatkowe środki 
militarne. Decyzje trzeba podejmować 
niemal natychmiast, a siły anglo-amery-
kańsko-francuskie mają współdziałanie 
operacyjne zsynchronizowane i przećwi-
czone od lat. O ile więc strona militarna 
zaangażowania w Libii nie przedstawia 
żadnych problemów, to pewne napięcia 
pojawiają się od strony politycznej. Wg 
ministra, w przypadku objęcia operacji 

nadzorem NATO decyzyjność polityczna 
skomplikuje się jeszcze bardziej.

Ta pośrednia krytyka NATO przez mi-

nistra obrony Francji, jako instytucji w 
pewien sposób zbyt zbiurokratyzowanej 
i upolitycznionej, wydaje się interesująca 
także dla Polaków, którzy czasami zadają 
sobie pytanie o realność gwarancji bezpie-
czeństwa ze strony Paktu. Jak przychodzi 
co do czego, to jednak lepiej opierać się 
na własnych siłach.

Regulowanie islamu

Francja chce narzucić reguły islamowi. 

Zgodnie z zapowiedziami, Unia na rzecz 
Ruchu Ludowego (UMP) organizuje 
5 kwietnia specjalny konwent poświęcony 
problemom islamu we Francji. Politycy 
i specjaliści dyskutują nad możliwością 
wprowadzenia decyzji administracyjnych, 
które regulowałyby funkcjonowanie religii 
muzułmańskiej we Francji. Zadanie takie 
narzucił prezydent Sarkozy, który uważa, 
że problem jest dość pilny, bo jego kraj 
„płaci obecnie za ślepotę polityki migra-
cyjnej lat 80. i uznanie islamu za swoiste 
tabu, podobnie jak kwestii laickości”. Sar-
kozy chce stworzenia islamu francuskiego, 
a nie tylko obecności islamu we Francji. 
Zebrani mają znaleźć odpowiedź na pyta-
nie, jak to zrobić.

Ścieżkę przetarła tu już ustawa o zaka-

zie noszenia burek. Teraz chce się admi-
nistracyjnie ograniczyć takie zjawiska jak 
np. publiczne modły muzułmanów, zagra-
niczne  fi nansowanie budowy meczetów 
czy import imamów – dość często rady-
kalnych – z zagranicy. Temat islamu sta-
nie się zapewne także przedmiotem pre-
zydenckiej kampanii wyborczej w 2012 
roku. Prezydent dość  śmiało wszedł na 
podwórko rezerwowane dotąd dla Frontu 
Narodowego i chce pokazać, że nie tylko 

Wg raportu Urzędu Bezpieczeństwa Jądrowego (ASN), w 2010 

roku doszło do ponad tysiąca awarii we francuskich elektrowniach 

atomowych

F

OT

. W

IKIPEDIA

background image

XXXI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

nie boi się podejmować tematu ekspansji 
islamu, ale też potrafi  w „cywilizowany” 
sposób tę kwestię rozwiązywać.

Konieczność bezpośredniego zmierzenia 

się z problemem zrodziła także codzienna 
praktyka. Informacje płynące od służb poli-
cyjnych i administracji pokazują, że wspól-
noty muzułmańskie coraz częściej używają 
w stosunku do władz lokalnych metody 
faktów dokonanych, wymuszając respekto-
wanie przez świecką administrację swoich 
praw religijnych. Wywiad wewnętrzny do-
nosi także o coraz bardziej antyzachodnim i 
radykalnym nauczaniu imamów.

Konwent dyskutować będzie m.in. o licz-

bie potrzebnych muzułmanom meczetów, 
kształceniu imamów i fi nansowaniu miejsc 
kultu. Spodziewane są propozycje konkret-
nych uregulowań administracyjnych doty-
czących takich obszarów jak szkoła czy 
ulica. Mają to być zarówno ustawy parla-
mentarne, jak i dekrety władz samorządo-
wych. Zamierza się także doprowadzić do 
polubownych uzgodnień pomiędzy wspól-
notami islamskimi a władzami lokalnymi.

Tysiąc awarii 

w elektrowniach atomowych

Na wieść o awarii japońskiej elektrowni 

jądrowej francuskie władze niemal na-
tychmiast zarządziły inspekcję  własnych 
siłowni tego typu. Politycy zaczęli zaś 
uspokajać społeczeństwo, że elektrownie 
made in France są wyjątkowo bezpiecz-
ne i niegroźne. Wydaje się jednak, że tak 
bezpiecznie wcale nie jest.

Wg raportu Urzędu Bezpieczeństwa Ją-

drowego (ASN), w 2010 roku doszło do 
ponad tysiąca awarii we francuskich elek-
trowniach atomowych. Były one niegroź-
ne, ale były... Trzy z nich zaliczono do 
drugiego poziomu ryzyka. Niektórzy eks-
perci uważają, że te wypadki mogą świad-
czyć o niedostatecznym funkcjonowaniu 
systemów bezpieczeństwa. Francja ma 
bardzo rozbudowany system elektrowni 
tego typu (19 elektrowni i 58 reaktorów), 
ustępując pod tym względem jedynie Sta-
nom Zjednoczonym. Dwaj najwięksi kon-
struktorzy elektrowni atomowych to także 
fi rmy francuskie – EDF i Areva. Jednak 
pewne problemy pozostają i widać je było 
m.in. podczas budowy przez Francuzów 
elektrowni w Wielkiej Brytanii.

Z jądrowego biznesu nikt nad Sekwaną 

nie zrezygnuje. Jednak pomimo zapew-
nień naukowców i polityków, sondaże po-
kazują, że ponad 60% Francuzów chcia-
łoby przeprowadzenia referendum w tej 
sprawie i zmian w polityce energetycznej. 
Niepokojący raport ASN na razie trafi a do 
parlamentu.

B

OGDAN

 D

OBOSZ

 

B

ezlitosna  żydowska Temida 
grozi dowaleniem Kacawowi 
dodatkowych dwóch lat sepa-
racji, chwilowo zawieszonych, 

jeśli przymknięty i niedbale reedukowany 
Kacaw dopuści się molestacji seksualnej 
bądź gwałtu na strażniczce więziennej lub 
na pani od psychosocjologii, wizytującej 
go w celi. 

Żydostan wyraża zdanie

Przymknięcie Kacawa spowodowało 

niekończące się dyskusje na falach radia 
Głos Kurnika, na hebrajskiej plazmie i 
na forach internetowych, gdzie mało kto 
podnosi,  że głównym błędem Kacawa 
było dopuszczenie się czynów lubieżnych. 
Głosy znawców kurnikowych obyczajów, 
prawników i socjologów wyrażają głów-
nie opinię, że Kacawa czeka przymknię-
cie z winy dwóch niedopatrzeń: po pierw-
sze – poproszony przez byłą sekretarkę, 
niejaką pannę „A”, o zadośćuczynienie 
fi nansowe w wysokości pół miliona sze-
kli, powinien był Kacaw wszcząć nego-
cjacje co do wysokości odszkodowania 
za molestację, gwałt i wreszcie usunięcie 
z posady w Domu Prezydenckim, stano-
wiące karę nałożoną na „A” za objawy 
sprzeciwu. Ale Kacaw uniósł się hono-
rem, odmówił wypłacenia pannie „A” od-
szkodowania, jakiego żądała, i poskarżył 
się radcy prawnemu rządu, Mazuzowi, że 
jest szantażowany za niewinność, popie-
rając skargę nagraniem „A” relacjonują-
cej, czego się dopuścił. 

Zdaniem roztropnego żydostanu, kolej-

nym błędem Kacawa było demonstracyj-
ne odrzucenie porozumienia zawartego z 
prokuraturą, która chcąc uniknąć procesu 
kompromitującego Kurnik, rzuciła Kaca-
wowi koło ratunkowe. Proponowała za 
Mazuzem, by łasy na damskie wdzięki 
prezydent przyznał się do ludzkich wy-
kroczeń w rodzaju głaskania sekretarek 
po nogach i prawienia im komplementów 
o zabarwieniu seksualnym, za co miał 
dostać małe pół roku w zawieszeniu. Ale 

Kacaw odmówił podpisania cyrografu i 
wybrał drogę  sądową, „mającą ujawnić 
prawdę”. 

Czyżby seksprezydent poszedł w zaparte 

za namową trzech orłów kurnikowej pale-
stry, którzy na porozumieniu z prokuratu-
rą nie skasowaliby milionów szekli, jak za 
obronę zbereźnika przed sądem? 

Religijni za nim murem

Kacaw jest mojżeszowym dewotem, 

przestrzega  mycwot (nakazów religij-
nych), całuje mezuzę, modli się pięć razy 
dziennie, jada koszernie i bywa na dwo-
rach rabinackich, dzięki czemu w chwili 
klęski sądowej stanęło za nim społeczeń-
stwo tropikalnych dosów (religijnych Ży-
dów). Ortodoksyjne media, lekceważące 
zwyczajowo prawa kobiet, forsują teorię, 
że jeszcze na długo przed wyrokiem sądo-
wym postawiła Kacawa pod pręgierzem 
szeroko kolportowana dea (opinia) kata-
wim hilonim
 (niewierzących pismaków) 
i pyskatych feministek, prześladujących 
prezydenta na plazmie i na łamach laickich 
tabloidów. „W atmosferze zorganizowa-
nej nagonki na prezydenta skrzyknięty ad 
hoc
 zespół sędziowski (któremu, o zgro-
zo, przewodniczył sędzia Arab!) uwierzył 
rozhisteryzowanym sekretarkom Kacawa 
i dopuścił się drakońskiego wyroku”.

Za niewinnością byłego prezydenta opo-

wiadają się także jego pobratymcy gene-
tyczni, Sefardyjczycy (Żydzi przybyli z 
krajów arabskich), widzący w skazaniu 
rodaka niegodziwy spisek białych Żydów, 
zauszników Oszusta Pokojowego Peresa, 
nie mogących pogodzić się z awansem 
Sefardyjczyka z Kiriat Malachi na naj-
wyższe stanowisko państwowe.

Pierwszy taki wypadek 

Daremnie szukać po Wikipediach za 

innym państwem, którego prezydent po-
wędrowałby za kraty za gwałty, molesta-
cje seksualne i kłamstwa na sali sądowej. 
Takoż więc ósmy prezydent tropikal-
nych  Żydów może przynajmniej pocie-

Na podstawie orzeczenia sądowego piętnującego językiem 
praojców pracowite i wieloletnie sex-story
 Moszego Ka-
cawa były bezpruderyjny prezydent, nałogowy gwałciciel 
i molestator sekretarek wyląduje 8 maja br. pod kluczem 
celem poddania się przymusowej reedukacji, obliczonej 
na siedem chudych lat. 

FAKSEM Z TEL AWIWU

Kurnik reedukuje Kacawa

K

ATAW

 Z

AR

background image

XXXII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

szać się w heroicznym półmroku kicia, 
że nie naśladował jakiegoś podrzędne-
go kacyka-Latynosa. Hebrajska witryna 
www.ynet.co.il próbowała wprawdzie do-
brać Kacawowi towarzystwo, publikując 
zdjęcie Wilusia C. z panną Lewiński, ale 
nie zdołała zdewaluować nadziei żydosta-
nu, liczącego na odnotowanie osiągnięcia 
Kacawa w Księdze Rekordów Guinnessa. 
Kacaw pozostał bezkonkurencyjny, bo 
sympatyczna para Wiluś & Lewiński (obar-
czona ponoć przez Mosad zadaniem osią-
gnięcia amnestii dla kurnikowego szpiega 
Pollarda, kiblującego dożywocie w amery-
kańskim pudle) przypadła sobie do gustu i 
o żadnych gwałtach nie było mowy.

Natomiast zwyrodnialec Kacaw orga-

nizował sobie niewybredne lubieżności 
kosztem niejakiej „A” (po hebrajsku alef
z Domu Prezydenckiego krótko po innej 
„A” z Ministerstwa Turystyki, po „L” 
(lamed) i szeregu innych sekretarek, które 
wstrzymane wstydem nie pobiegły na ko-
misariat. W tym kontekście przypomnie-
nie afery Wilusia, po której pozostały tyl-
ko rogi na głowie Hilarzycy, potwierdza 
symptomatyczną niedorzeczność hebraj-
skiej witryny ynet.

Wszechmocny był ostrożniejszy

JE  Żydowski Pan Bóg – Prześwietny 

Askenazyjczyk pełen miłości i dobroci, 
królujący Narodowi Wybranemu z wyżyn 
Nieboskłonu i przestrzeni okołoziemskiej, 
upstrzonej aktualnie satelitami próbują-
cymi namierzyć pułkownika Kaddafi ego 
– zaczął Torę od drugiej litery alfabetu, 
„B” (bet), pisząc  b’ reszit (czyli „na po-
czątku”), a nie od litery „A” (alef), bo nie 
chciał  leatchil (zaczynać) poczynań od 
„A” – jak sefardyjski głupek Kacaw. 

Gabinet kiblujących cieni

W kurnikowym więzieniu Ajalon – gosz-

czącym na wybiegu i w okratowanych 
apartamentach prezydenta, premiera, czo-
łowych ministrów i szeroką reprezentację 
byłych posłów Knesetu – można by po-
wołać wysoce elokwentny rząd cieni, mo-
gący pod przywództwem Olmerta Chciwe 
Łapska poprowadzić żydostan do świetla-
nej przyszłości, kiedy koalicja Netanjahu 
znajdzie się za burtą z winy podstępnych 
knowań Rusożyda Liebermana bądź dzię-
ki przebudzeniu się żydostanu. Cyniczna 
para prześmiewców – pismak „NCz!” i 
jego partner do gry w szachy Zar – roz-
dzielając stanowiska w więziennym rzą-
dzie cieni, brała pod uwagę,  że Chciwe 
Łapska, podkablowany przez przyjaciela, 
powiernika, kasjera i adwokata Mese-
ra, będzie jedynym premierem Kurnika 
bieżącym za kraty w ślad za Kacawem, 

Hirschsonem i szajką utytułowanych zło-
dziei, pasożydujących na kasie i zasobach 
naturalnych sztejtla. W ubiegły czwartek, 
po rewelacjach 10. programu kurnikowej 
telewizji, musieliśmy jednak zrewidować 
listę na niekorzyść Olmerta. Wyszło bo-
wiem na jaw, że Netanjahu, po pamiętnym 
wykopaniu z posady premiera za nieudol-
ność, przyzwyczaił się latać odrzutowca-
mi i stawać z żoną Sarą w przednich hote-
lach Nowego Jorku, Paryża i Londynu na 
koszt zasobnych sponsorów, żydowskich 
multimilionerów, a także mojżeszowych 
instytucji fi nansowych i charytatywnych. 
Ten zwyczaj nie nosił cech przestępstwa, 
kiedy Netanjahu był postacią pozarządo-
wą i pozaknesetową. Ale niestety fruwa-
nie Netanjahu na cudzy koszt trwało na-
dal także po jego powrocie do polityki. Po 
ponownym zajęciu fotela w Knesecie i po 
przejęciu teki ministra skarbu Beniamin 
Netanjahu – przyzwyczajony do prze-
mieszczania się po świecie bez sięgania 
po kartę kredytową – nadal korzystał z 
szerokiego gestu przyjaciół od wielkiego 
biznesu, fundujących mu właściwe passe 
partout, królewskie suity hotelowe, bilety 
lotnicze pierwszej klasy bądź przenoszą-
cych męża Sary prywatnymi odrzutowca-
mi. Dopiero po odzyskaniu teki premiera 
– przechwyconej chwilowo przez Buraka, 
a później przez Olmerta Chciwe Łapska 
– Netanjahu mógł wreszcie wystrzelić na 
wiwat, podziękować zamożnym sponso-
rom i wojażować z równym splendorem 
na rachunek Kurnika.

Rewelacje wyłożone na plazmie, kwity 

opiewające na dziesiątki tysięcy dolarów 
i widoki królewskich suit hotelowych 
goszczących Netanjahu z Sarą zniesma-
czyły tropikalny żydostan pospolity, który 
sam by chętnie pofruwał i pobiesiadował 
w luksusach, podejmowany przez multi-
milionerów. Stąd groźne dla Netanjahu 
żądania wysuwane pod adresem Proku-
ratury Generalnej i Kontrolera Państwa, 
nagabywanych o przebadanie związków 
premiera syjonistycznego sztejtla z czoło-
wymi postaciami wielkiego kapitału, pro-

wadzącymi w Kurniku ożywione interesy 
i liczącymi na poparcie rządowe.

10. program telewizji dowodzi, że dys-

ponuje materiałem mogącym postawić 
Netanjahu przed sądem pod zarzutem 
korupcji. Innymi słowy: pechowy Olmert 
Chciwe Łapska może stracić na rzecz Be-
niamina Netanjahu fotel premiera w wię-
ziennym gabinecie cieni... 

Tydzień po tygodniu

Nie ma tygodnia, dnia ani godziny, by 

żydostan musiał się obejść bez wysoce in-
trygujących wydarzeń, czerpanych z życia 
polityczno-kryminalnego Kurnika. Kon-
trowersje, napięcia i gorące emocje pod-
sycane przez zastępy lobbystów, kłótnie i 
porozumienia zawierane przez wodzire-
jów jaczejek partyjnych, posłów Knesetu, 
tajkunów (oligarchów) miejscowych i zza 
Oceanu, działających na scenie syjoni-
stycznego  sztejtla tropikalnych Żydów 
– górują nad fabułą hebrajskich seriali te-
lewizyjnych. Zamiast śledzić na plazmie 
romantyczne perypetie, kto z kim, gdzie i 
kiedy – tropikalny żydostan pospolity pa-
sjonuje się zagadką, czy właściciele Kur-
nika, trzymający na garnuszku partie po-
lityczne sztejtla, Kneset z jego komisjami 
i szajkę desperatów dzierżących władzę 
nad żydostanem, zdołają wybronić przed 
mojżeszowym  fi skusem swoje miliardo-
we dochody z gazu i nafty... 

Niby nic, a cieszy

Czołowym wydarzeniom pasjonującym 

tropikalnych  Żydów – posłaniu do kicia 
zbereźnika Kacawa, którego popiersie 
odlane z brązu nadal stoi w parku oka-
lającym Dom Prezydencki, zainstalowa-
niu antyrakiet kipa ha barzel  (Żelazna 
Mycka), mających przechwycić Kassa-
my i Grady Hamasu, zamachowi terrory-
stycznemu na przystanku autobusowym 
w Jerozolimie i przyłapaniu Netanjahu 
na korupcji zorganizowanej – udało się 
przebić renomowane sensacje międzyna-
rodowe. Tragiczne trzęsienie ziemi w Ja-
ponii i wojna domowa w Libii, gdzie siły 
zbrojne NATO, skrzyknięte przez Obamę 
przeciwko egzotycznemu pułkownikowi 
Kaddafi emu,  stanęły po stronie wywro-
towców i Al-Qaidy – zeszły w Kurniku 
na odległy plan, na równi z wyzbytym 
wdzięku i nieprzyzwoicie nudnym koń-
cowym odcinkiem telewizyjnego Wiel-
kiego Brata, gdzie zgodnym wyrokiem 
żydostanu nagroda miliona tropikalnych 
szekli zdaje się podążać w kierunku pan-
ny Nofar Moor – osoby o ciemnej, trudnej 
urodzie, niewyparzonym pysku i obceso-
wych, śródziemnomorskich manierach.

K

ATAW

 Z

AR

 

Panna Nofer Moor 

z hebrajskiego Wielkiego 

Brata. Seksprezydent Kacaw 

wyleciałby na niej jak na minie.

background image

XXXIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ś

SWIAT

prywatyzacyjne. W sprawę są mocno za-
angażowani: prezydent Rumunii Trajan 
Băsescu, szef Ministerstwa Spraw Za-
granicznych Rumunii Teodor Baconschi 
i szef mołdawskiego MSZ Jerzy Leancă. 
Na forum prywatyzacyjnym ma zostać 
też  sfi nalizowane  połączenie sieci ener-
getycznej i gazowej Mołdawii i Rumunii, 
co ma wreszcie uwolnić Mołdawię od za-
leżności w tej dziedzinie od Moskwy.

Parlament zatwierdzi

Spis przedsiębiorstw przeznaczonych 

do prywatyzacji musi jeszcze zatwier-
dzić mołdawski parlament, ale to wydaje 
się raczej tylko formalnością. Sytuacja 
fi nansowa republiki jest tak tragiczna, że 
najprawdopodobniej żadne z ugrupowań 
nie będzie protestować przeciwko idei 
prywatyzacji ekonomiki. 

Niektórzy mołdawscy eksperci sugerują 

co prawda, że jest jeszcze za wcześnie, by 
mówić o rumuńskiej ekspansji w gospo-
darce mołdawskiej, i w najbliższych tygo-
dniach wszystko się może zmienić. Igor 
Bocian twierdzi np., że Rosja na pewno 
nie porzuci Mołdawii i zrobi wszystko, by 
utrzymać w niej swoje wpływy.

Dyrektor rosyjskiego Instytutu Pro-

blemów Globalizacji, Michał Dieliagin, 
traktowany przez Kiszyniów jako jeden z 
głównych ekspertów od Mołdawii, uwa-
ża jednak, że obecna prywatyzacja bę-
dzie nastawiona na opanowanie gospo-
darki republiki nie tylko przez rumuński, 
ale i europejski kapitał. Jego zdaniem, 
słaba ekonomicznie Rumunia nie będzie 
bowiem w stanie połknąć mołdawskiej 
gospodarki, potrzebującej ogromnych 
inwestycji. Rosyjski ekspert zwraca też 
uwagę,  że część mołdawskich przedsię-
biorstw byłaby konkurencyjna dla ru-
muńskich.

Bukareszt, nie Moskwa

Szczególnie wytwórnie win, wytwarza-

jące wina porównywalne z francuskimi, 
mogłyby wykończyć rumuńskie  fi rmy 
winiarskie. Rosyjski ekspert zwraca 
też uwagę,  że zdecydowana większość 
przedsiębiorstw mołdawskich znajduje 
się na lewym brzegu Dniestru, kontro-
lowanym przez Naddniestrzańską Repu-
blikę Mołdawską, która twardo trzyma 
prorosyjski kurs. Nawet i on zgadza się 
jednak, że od momentu wspólnego posie-
dzenia rządów Mołdawii i Rumunii karty 
w Kiszyniowie będzie rozdawał Buka-
reszt, a nie Moskwa.

Podsumowując, można stwierdzić,  że 

rumuńscy politycy udowodnili, iż przy 
odrobinie konsekwencji można wszystko 
– nawet przesunąć granice. 

K

iszyniów ogłosił wielkie pla-
ny prywatyzacyjne. Rumuńscy 
politycy od razu zaczęli zacie-
rać  ręce. Liczą,  że rumuńskie 

fi rmy  wezmą w niej udział i wykupią 
cały mołdawski potencjał gospodarczy, 
przyspieszając integrację Mołdawii z 
Rumunią. Eksperci potwierdzają ich na-
dzieje. Sugerują,  że w obecnej prywa-
tyzacji podmioty rosyjskie nie wezmą 
udziału, bo nie będzie to dla nich opła-
calne. Twierdzą,  że granica interesów 
rosyjskich leży na Dniestrze i za tą rzeką 
Rosjanie nie będą inwestować. Oferta 
Kiszyniowa jest jednak interesująca i nie 
wiadomo, czy rosyjski biznes ją zlekce-
waży. Na sprzedaż wystawione zostały 
bowiem wszystkie strategiczne obiekty: 
lotniska, elektrownie, gazociągi,  fi rmy, 
czyli praktycznie wszystko, czego do tej 
pory Kiszyniowowi nie udało się sprze-
dać. Władze Mołdawii do takiej decyzji 
zostały przymuszone przez tragiczną 
sytuację  fi nansową republiki. Obecnie 
nie mają środków na wypłaty pensji dla 
sfery budżetowej. Długi zaciągnięte na 
uregulowanie należności płacowych dla 
„budżetowców” już przewyższyły war-
tość wypłat dla nich przeznaczanych. By 
mieć środki na regulowanie wobec nich 
należności, rząd mołdawski podniósł 
taryfy na światło, gaz i energię cieplną. 
Wiadomo jednak, że w ten sposób moż-
na działać tylko na krótką metę. Trze-
ba też bowiem spłacać  długi uprzednio 
zaciągnięte. Te zaś tylko w ubiegłym 
roku wzrosły o 44,3 proc. i wynoszą 

1116,17 mln dolarów. By uzyskać  tę 
kwotę, Kiszyniów musi sprzedać prak-
tycznie wszystko, co mu pozostało.

Wszystko na przetarg

Ministerstwo Gospodarki Mołdawii 

wystawiło zatem do przetargów prywa-
tyzacyjnych wszystko, co tylko miało 
do dyspozycji. Chętni mogą więc kupić 
Północne i Północno-Zachodnie Sieci 
Elektroenergetyczne, wszystkie elektro-
ciepłownie w stolicy, stołeczne przedsię-
biorstwo wodociągowo-kanalizacyjne, a 
także państwowe jeszcze przedsiębiorstwa 
Moldtransenergo, Moldresurs, Radioko-
munikacja, międzynarodowy port lotni-
czy Kiszyniów, wojskowy port lotniczy 
Mărculeşti, mołdawski Sbierbank, linię 
lotniczą Air Moldova. Władze republiki 
postanowiły wystawić na sprzedaż także 
jedyny w republice rosyjskojęzyczny te-
atr – Rosyjski Kiszyniowski Teatr Drama-
tyczny im. Czechowa.

Rumuńscy inwestorzy już ogłosili,  że 

wezmą udział w mołdawskiej prywaty-
zacji. Wiedzą, że mogą liczyć na popar-
cie Kiszyniowa. Obecny rząd Mołdawii, 
nie zważając na prorosyjskie sympatie 
większości mołdawskiego społeczeń-
stwa, zamierza w lipcu br. przeprowadzić 
wspólne obrady z rządem rumuńskim. 
Świadczy to wyraźnie,  że Kiszyniów 
wziął ofi cjalnie kurs na integrację z Bu-
karesztem i w niej widzi panaceum na 
wszystkie kłopoty gospodarcze republi-
ki. Posiedzeniu rządów ma towarzyszyć 
wielkie mołdawsko-rumuńskie forum 

Rumunia kontynuuje ofensywę na terenie Mołdawii, nie 
marnując żadnej okazji do umocnienia tam swych wpły-
wów. Okazję do jej nasilenia daje wielka prywatyzacja, 
która w Mołdawii zacznie się w drugiej połowie br. Kiszy-
niów, przymuszony tragiczną sytuacją fi nansową kraju, 
chce wystawić na sprzedaż wszystko, co tylko ma jeszcze 
do dyspozycji. Takiej gratki Bukareszt z pewnością nie 
przepuści, tym bardziej że Mołdawia chce sprzedać strate-
giczne fi rmy, z energetycznymi włącznie.

RUMUNIA-MOŁDAWIA

Rumunia wykupi

 

Mołdawię 

M

AREK

 A. K

OPROWSKI

 

background image

XXXIV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Ze względu na rosnący pro-

blem otyłości w USA tamtejszy 
Federalny Urząd Transpor-
towy (FTA) najpraw-
dopodobniej zmieni 
regulacje dotyczące 
przewozu pasażerów 
autobusami. Propo-
nuje on podniesie-
nie średniej wagi 
pasażera w autobusie 
z prawie 69 kg do ponad 
79 kg. To oznacza, że 
zmniejszy się dopusz-
czalna liczba osób do 
przewożenia autobusami. 
Urzędnicy chcą także, aby 
w autobusach było wię-
cej miejsca dla stojących 
pasażerów.

Uwaga! To się dzieje w 

USA, a nie w komunistycznej Korei! 
Federalny Urząd Transportowy zajmuje 
się ustalaniem, ilu i jakich pasażerów 
może wsiąść do autobusu! Już widzimy 
te kilkuletnie badania tej kwestii, nara-
dy, spory specjalistów od usadzania lu-
dzi w autobusach, działania lobbystów 
reprezentujących firmy transportowe… 
I tę kupę dolarów, która na to pójdzie. 
USA to ciągle bogaty kraj. 

Na włoską wyspę Lampedusa codzien-

nie przybywa po kilkuset nielegalnych 
imigrantów z północnej Afryki, głównie 
z Tunezji. Obecnie na małej wyspie 
jest prawie 4,5 tysiąca przybyszów, 
czyli tyle samo, co mieszkańców. Dla 
uchodźców brakuje miejsca nie tylko w 
jedynym ośrodku dla imigrantów, ale 
również pod gołym niebem... Na razie 
uciekinierzy z Afryki są przewożeni na 
Sycylię. Mieszkańcy Włoch buntują się 
przeciwko tej sytuacji i domagają się 
natychmiastowego rozwiązania kryzysu.

Skoro wyspa nieduża, to jakieś lokalne 

tsunami mogłoby rozwiązać problem… 

P. Janek Alemanno, burmistrz 

Rzymu, oficjalnie zwrócił się 

do włoskiego Ministerstwa 

Spraw Wewnętrznych, 

aby nie umieszczało 

stolicy na liście miast, 

do których mogą zostać 

skierowani uciekinierzy 
przybywający z północ-

nej Afryki. Ponoć wcze-

śniej p.Robert Maroni, 

szef MSW, ogłosił, że 

wszystkie regiony Włoch 

pozytywnie odpowiedzia-

ły na apel o znalezienie na 

swoim terytorium miejsc 

dla łącznie dla spodziewa-

nej liczby 50 tys. uchodź-

ców, którzy mogą przybyć w 

rezultacie kryzysu libijskiego. 

Również p.Letycja Moratti, 

burmistrz Mediolanu, oświadczyła 
dzisiaj, że jej miasto nie jest w stanie 
przyjąć więcej imigrantów.

Coś się nam wydaje, że uchodźcy nie-

specjalnie przejmą się nieumieszczeniem 
Rzymu na owej liście. Tym bardziej że 
zapewne nie znają włoskiego.   

P. Mojżesz Kacaw, były prezydent Izra-

ela, został skazany na siedem lat więzie-
nia za dwukrotny gwałt i inne przestęp-
stwa seksualne, a także za wywieranie 
nacisków na oskarżające go ofi ary i 
świadków oraz utrudnianie pracy wymia-
ru sprawiedliwości. Ponoć po wyroku 
były prezydent rozpłakał się, twierdząc, 
że wygrało kłamstwo, a kobiety wiedzia-
ły, że kłamią. Sędzia orzekł, że wyrok 
ma znaczenie symboliczne, a prezydenta 
należy ukarać surowo, gdyż dopuścił 
się tych aktów w czasie, gdy piastował 
wysokie stanowiska.

Wszystko możemy powiedzieć o naszym 

prezydencie, ale jakoś trudno nam sobie 
wyobrazić go gwałcącego kogokolwiek. 
Nawet konstytucję. 

Siły ISAF przekonują Afgańczy-

ków, że nie chcą zostać w ich kraju na 
zawsze. Wojsko rozdaje odbiorniki na 
korbkę, prosi też o informacje o bom-
bach. Ludzie dzwonią z wyzwiskami, 
ale niekiedy informują o bojownikach 
walczących z afgańskim rządem i 
koalicją.

Ciekawe, czy wśród tych wyzwisk 

jest pewne popularne słowo na „k”, 
które byłoby trwałym wkładem naszych 
wojsk w cywilizacyjny awans Afgani-
stanu?  

Państwo bułgarskie domaga się od 

byłego cara i premiera (2001-2005), 
Symeona Sakskoburggockiego, zwrotu 
trzech pałaców odzyskanych przez 
niego pod koniec lat 90. Do sądu 
wpłynęły trzy sprawy wytoczone w 
imieniu państwa przez resort budow-
nictwa. Za bezprawne korzystanie z 
nieruchomości państwo żąda odszko-
dowania w wysokości 110 tys. lewów 
(ok. 55 tys. €uro). Adwokaci mini-
sterstwa zastrzegają, że suma ta może 
wzrosnąć. Legalność zwrotu majątków 
rodziny carskiej zakwestionowano 
formalnie, kiedy wyszło na jaw, że w 
dokumentacji jednego z aktów restytu-
cji popełniono błąd i Sakskoburggoc-
kiemu oddano 450 ha lasów w górach 
Riła, choć nie zostały one znacjonali-
zowane w 1946 roku. 
W grudniu 2009 roku parlament 
uchwalił zakaz dysponowania odzy-
skanymi dobrami przez byłego cara i 
jego siostrę. Symeon zaskarżył tę de-
cyzję w Międzynarodowym Trybunale 
Praw Człowieka w Strasburgu.

Kto daje i odbiera...

Armia USA, która obecnie bierze 

udział w trzech wojnach, rozpoczę-
ła kolejną ważną misję. Tym razem 
zajmie się szkoleniami swoich żołnie-
rzy, jak ci mają się zachowywać np. w 
wypadku zauważenia całujących się 
kolegów. W związku z anulowaniem 
zasady „Nie pytaj, nie mów” (ang. 
Don’t ask, don’t tell) w armii USA 
dozwolony jest jawny homoseksualizm. 
Dlatego też władze wojskowe wysłały 
swoim żołnierzom, których łącznie jest 
2,2 mln, specjalne materiały szkolenio-
we dotyczące poszanowania homo-
seksualnych praktyk. Nie podano ceny 
przygotowania tak wysokiej liczby 
materiałów szkoleniowych.

Teraz, według instrukcji, kolega-żoł-

nierz powinien spytać, czy nie potrzeba 
potrzymać karabinów, by nie przeszka-
dzały w pieszczotach. 

JE Mikołaj Dowgielewicz, minister ds. prezyden-

cji Polski w UE, zapewnia, że nasz kraj jest do 

niej doskonale przygotowany. 

Do ustalenia zostały jeszcze tylko 

drobne szczegóły, jak np. jadłospisy na 

spotkania ministrów w Warszawie i do-

pięcie rezerwacji w hotelach... Priorytety 

polskiej prezydencji to ustalenie strategii 

pokryzysowej i próby dostosowania unijnej 

gospodarki do zmieniających się czasów, wspólna polityka 

bezpieczeństwa oraz polityka sąsiedztwa. 

Symbolem naszej prezydencji, która ma prezentować nasz kraj jako 

nowoczesny, będzie wiejski bączek, jakim bawiły się dzieci za króla 
Ćwieczka. Ileż z tego może być żartów: że rząd zbija bąki, że coś kręci, 
że puści na całą Europę bączka…

POSTĘPY POSTĘPU

Sił

ków
zaw
korb
bach
ale n
walc
koal

er ds. prezyden-

z kraj jest do

o-

ety 

egii

U

U

U

U

cy pro-

amtejszy

por-

ad 

mi.

aby 

ę-

ch

P. Janek A

Rzymu, 

do w

Sp

a

s

s

w

po

ły 

swo

dla 

nej l

ców, 

rezulta

background image

XXXV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

V KOLUMNA

Islamiści

 

w amerykańskim domu

MNA

P

atrzymy z wyższością zza oce-
anu na Europę Zachodnią i jej 
muzułmański problem. Getto-
izacja, alienacja, terroryzm. Tak 

to się jawi tutaj. W amerykańskim im-
perium przypominają się nam I RP i jej 
Tatarzy. No, ale nawet nasi Lipkowie się 
zbuntowali i dwie chorągwie przeszły na 
stronę osmańską. Potem wrócili, bo zdzi-
wili się, gdy sułtan potraktował ich jak 
niewolników, a w Polsce byli przecież 
wolnymi ludźmi, szlachtą.

A co z amerykańskimi muzułmanami? 

Z jednej strony są inni niż ich europej-
scy pobratymcy, asymilują się dobrze, 
wspinają cywilizacyjnie, amerykanizują. 
Z drugiej strony jednak dzielą z innymi 
muzułmanami pewne islamistyczne kon-
cepcje i uprzedzenia. Działa też prężny 
ekstremistyczny margines. Wyszło to nie-
dawno podczas przesłuchań w Kongre-
sie USA, które zorganizował poseł Peter 
King – ten, co Polakom usiłował pomagać 
w sprawie Smoleńska. 

Ogólnie jest tak, że każda grupa et-

niczna przybywająca do USA stara się 
odtworzyć swój dom ze starego kraju. 
Stąd etniczne skupiska polskie, włoskie 
czy irlandzkie, które powstawały w XIX 
wieku. Stąd kuchnia etniczna, rozmaite 
stowarzyszenia, kluby, szkoły, odrębne 
kościoły. Na przykład Chorwaci mają 
własne i Wietnamczycy też – mimo że 
w obu wypadkach są to świątynie kato-
lickie. Naturalnie można sobie chodzić 
do kościołów pobudowanych i utrzy-
mywanych przez inne grupy etniczne. 
Stąd konserwatysta Alan Keyes śpiewał 
w chórze w „polskim” kościele św. Jana 
Kantego w Chicago u ojca Karłowicza, 
a nie w którymś z kościołów katolickich 
wybudowanych przez społeczność mu-
rzyńską Illinois czy Maryland. 

Po pewnym czasie następuje nieubła-

galnie asymilacja i wszystko zaczyna się 
mieszać. W zintegrowanych, zamerykani-
zowanych społecznościach, gdzie wnuki i 
prawnuki różnych emigrantów mieszają 
się z WASP-ami, kościoły są po prostu 
katolickie, uniwersalne, wspólne. W mie-
szanych rodzinach niekatoliccy mężowie 
uczęszczają na mszę z katolickimi żona-

mi. Właściwie  żadna grupa etniczna nie 
ma tam monopolu na dominację. Kluby, 
stowarzyszenia oraz szkoły w takich miej-
scach też są zintegrowane. Tymczasem w 
etnicznych enklawach nawet publiczne 
szkoły mają charakter zgodny z miejsco-
wą specyfi ką narodowościową (mimo rzą-
dowej inżynierii społecznej wyrażającej 
się w dowożeniu dzieci z innych dzielnic). 
A szkoły przykościelne zwykle zdomino-
wane są przez grupę etniczną zamieszku-
jącą daną parafi ę. Pokrewne mechanizmy 
oddziaływały również wśród społeczności 
żydowskiej i jej synagog oraz szkół.

Podobnie jest teraz wśród muzułma-

nów. Masowa emigracja muzułmańska do 
Ameryki jest raczej świeżej daty. Trudno 
stwierdzić, ilu mamy wyznawców pro-
roka. W 2000 roku Council on American 
Islamic Relations twierdził,  że jest ich 
5 milionów. Wg sondażu grupy Pew z 2007 
roku, w USA ma mieszkać 2,3 mln muzuł-
manów. A Obama w propagandowym od-
locie podczas przemówienia w Egipcie w 
2009 roku podał,  że jest ich 7 milionów. 
Brian T. Kennedy („It’s never the economy, 
stupid”, „Imprimis” nr 1, vol. 40, styczeń 
2011 r.) szacuje, że w Ameryce mieszka co 
najmniej 3 mln mahometan.

Przyjechali i – podobnie jak inni – za-

częli odtwarzać swój dom. A nie był to 
dom islamu (Dar al-Islam), gdzie muzuł-
manie rządzą, lecz raczej enklawa etno-
kulturowa o rozmaitym stopniu przywią-
zania do religii. No bo przecież zupełnie 
inne są skupiska somalijskie w getcie 
w St. Louis w stanie Minnesota, a inny 
niemal ekskluzywny „Little Teheran” w 
Westwood w Los Angeles. Inni są ludzie, 
inna kultura, inne zwyczaje, inny poziom 
społeczno-ekonomiczny. Tutaj nierzad-
ko afrykańscy koczownicy przeniesieni 
z plemiennych chatynek do blokowisk, 
a tam kwiat inteligencji teherańskiej, 
często monarchiści, na wysokim pozio-
mie technicznym i intelektualnym. Tylko 
religia ta sama – islam, choć w St. Paul 
sunnicki, a w Westwood szyicki.

Jeśli mówimy o pewnej stałej w islam-

skim mikrokosmosie USA, to jest nią 
obecność saudyjskich pieniędzy w wielu 
muzułmańskich społecznościach. Natu-

ralnie chodzi o sunnitów. Podkreślmy, że 
saudyjscy sponsorzy preferują specyfi cz-
ną interpretację Koranu, jego wykładnię 
według sekty wahabitów (często zwany-
mi też salafi tami).  Salafi ci  uważają,  że 
inni muzułmanie – wszyscy szyici oraz 
część sunnitów – nie są „prawdziwymi” 
muzułmanami. Są mięczakami, bowiem 
nie interpretują Koranu jako przykazania 
do stałej „świętej wojny.” Jest to interpre-
tacja dość surowa – warto to uwypuklić 
również ze względu na perspektywę sau-
dyjskiego meczetu w Warszawie. A obok 
surowej teologii jest specyfi czna  geopo-
lityka i ideologia. Na przykład w Islamic 
Saudi Academy w Alexandrii w stanie 
Wirginia – a jest to szkoła dla dzieci od 
pierwszej do dwunastej klasy – nie uczy 
się o Izraelu. Nie ma takiego państwa na 
mapach, jest natomiast „Twór Syjoni-
styczny” (The Zionist Entity). Można spo-
tkać i inne podobne ciekawostki. 

A jak jest meczet, to obok niego rośnie 

medresa (szkoła) oraz centrum kultural-
ne, ludzie się spotykają, modlą, gadają, 
przyjaźnią, wymieniają informacje. Jed-
nym słowem: z muzułmanami jest tak jak 
z innymi grupami etnicznymi. Podobnie 
jak inni emigranci, także mahometanie 
odtworzyli sobie pewien mikrokosmos 
ich poprzedniego świata, przynajmniej 
częściowo. Ale czas nieubłaganie płynie 
i większość muzułmanów raczej dobrze 
amerykanizuje się. 

Mimo to, podobnie jak wśród wcze-

śniejszych emigrantów, na muzułmań-
skim marginesie gnieżdżą się patologie. 
Podczas gdy przybywający do Ameryki 
pod koniec XIX i na początku XX wie-
ku Europejczycy środkowi, wschodni i 
południowi przywlekali ze sobą czasami 
plagi lewackich ideologii, jak socjalizm 
czy anarchizm, współcześni emigranci 
muzułmańscy przywieźli ze sobą rady-
kalny islamizm.

Sto lat temu sondaży nie było, a więc 

nie można powiedzieć, do jakiego stop-
nia emigranci byli przeżarci patologią 
rewolucji socjalnej. W tej chwili jednak 
zbadano społeczność islamską USA i z 
zaskoczeniem skonstatowano, że skrajne 
poglądy islamistyczne są bardzo rozpo-

background image

XXXVI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

V KOLUMNA

wszechnione. Jeśli przyjąć szacunek, że 
mamy w Ameryce 3 mln ludności muzuł-
mańskiej, to 150 tys. osób (5%) wypowia-
da się pozytywnie o Al-Qaidzie. Około 
240 tys. (8%) uważa, że „bombowe ataki 
samobójcze są czasami usprawiedliwione 
w obronie islamu”. Wśród młodych odset-
ki te są dużo wyższe – przedziale od 18 do 
29 lat zgadza się z tym ostatnim twierdze-
niem 15% respondentów. Ponadto 60% 
badanych uważa się najpierw za muzuł-
manów, a dopiero potem za Amerykanów. 
Można skonstatować,  że pewna część, 
wcale niemała, społeczności mahometań-
skiej identyfi kuje się z metodami i celami 
rozmaitych skrajnych grup, w tym także 
terrorystycznych. 

Na przykład ekstremistyczne Bractwo 

Muzułmańskie (Muslem Brotherhood) 
operuje w USA za pomocą organizacji 
zewnętrznych, takich jak Islamic Society 
of North America czy Council on Ameri-
can Islamic Relations. Ich młodzieżówki 
działają na wielu uniwersytetach. Cał-
kiem niedawno bojówka islamistów i 
świeckich narodowych socjalistów arab-
skich brutalnie zakłóciła przemówienie 
ambasadora Izraela na Uniwersytecie 
Kalifornijskim w Davis. Zresztą – tak 
jak w innych przypadkach – mamy tu do 
czynienia z kuriozalną miksturą skrajnego 
lewactwa (narodowo-socjalistycznego) i 
fundamentalizmu religijnego. W tej chwi-
li zwolennicy tego ostatniego nadają ton 
zorganizowanej społeczności muzułmań-
skiej Ameryki.

Islamiści operują w USA od mniej więcej 

30 lat. W 1987 roku przedstawiciele Brac-
twa Muzułmańskiego otwarcie wytyczyli 
cele i zadania swojej organizacji: „w kraju 
i na świecie wspiera sprawy mahometan 
(...), rozszerza religijną bazę muzułmań-
ską, zamierza zjednoczyć i skierować wy-
siłki muzułmanów, prezentuje islam jako 
cywilizacyjną alternatywę oraz popiera 
Globalne Państwo Islamskie, gdziekol-
wiek ono jest”. Czyli Bractwo ambitnie 
chce przejąć władzę w USA. Nazywa to 
„procesem cywilizacyjno-dżihadystycz-
nym”. W jego ramach „Bractwo Muzuł-
mańskie (Ilkhwan) musi zrozumieć, że ich 
praca w Ameryce jest swego rodzaju wiel-
kim dżihadem eliminującym i niszczącym 
cywilizację zachodnią od środka”.

Dżihad nie poprzestaje na USA. Nie-

którzy amerykańscy „święci wojownicy” 
wspięli się na wysokie szczeble w hierar-
chii terrorystycznej islamizmu. Oto kilka 
przykładów, które ostatnio opisał kato-
licki neokonserwatysta Marc Thiessen 
(nota bene syn łączniczki AK z Powsta-
nia Warszawskiego) w „The Washington 
Post” („Al-Qaeda’s American-bred Le-

adership”, 10 marca 2011 r.), a potwierdza 
wiele innych źródeł.

„Marszałkiem polnym” Al-Qaidy jest 

Adnan Shukrijumah (Szukridżuma). Ten 
syn imama urodził się w Arabii Saudyj-
skiej, przyjechał do Ameryki jako dziec-
ko, wychował w Nowym Jorku, został 
obywatelem USA. Tutaj skończył studia. 
Pod koniec lat 90. znalazł się w Afganista-
nie w obozach terrorystycznych. Wyzna-
czono mu misję: wysadzić w powietrze 
blokowisko lub apartamentowiec w USA. 
Na szczęście wysłany przed nim na zwia-
dy konwertyta na islam José Padilla wpadł 
i spisek nie doszedł do skutku. Podobnie 
szczęśliwie skończył się spisek mający na 

celu wysadzenia metra w Nowym Jorku, 
którą to operację miał przeprowadzić Naj-
ibullah Zazi na zlecenie Shukrijumaha. W 
tej chwili Shukrijumah dowodzi wszyst-
kimi taktycznymi operacjami Al-Qaidy, 
powołując się na duchowy mandat Osamy 
bin Ladena. Powtórzmy: szefem operacyj-
nym Al-Qaidy jest obywatel amerykański, 
który żył w USA przez 15 lat.

Czołowym ideologiem Al-Qaidy na Pół-

wyspie Arabskim (autonomicznej emana-
cji tej organizacji, głównie operującej w 
Jemenie) jest Anwar al-Awaki, urodzony 
w USA. Rodzice wrócili z nim do Jeme-
nu, gdy był dzieckiem, ale na studia udał 
się do Ameryki. Al-Awaki ma licencjat in-
żynierski i magisterium z edukacji. Potem 
poświęcił się teologii, stał się najbardziej 
ognistym kaznodzieją islamistycznym w 
USA. Wg niektórych źródeł przechowy-
wał ich, a wg innych tylko „konsultował 
się” z co najmniej dwoma uczestnikami 
zamachów terrorystycznych z 11 wrze-
śnia 2001 roku, naturalnie przed faktem. 
Jest duchowym doradcą terrorystów is-
lamskich od Kanady przez Nigerię do 
Jemenu. W tej chwili miesza się w próby 
obalenia jemeńskiego rządu. A większość 
swego życia spędził w USA.

Przyjrzyjmy się też somalijskiej orga-

nizacji salafi ckiej  Młodzież (Al-Shabab 
albo Al-Qaida we wschodniej Afryce). 
Wg ekspertów The Jamestown Foun-
dation, przywódcą  Młodzieży jest Abu 
Mansoor al-Amriki, czyli „Amerykanin”. 
Naprawdę nazywa się Omar Hammami. 
Jego matka to chrześcijanka (baptystka), 
a ojciec – muzułmanin, Syryjczyk. Ham-
mami urodził się i wychował w Alaba-
mie. W gimnazjum przeszedł na islam i 
po treningu duchowym w miejscowym 
meczecie wyjechał na dżihad do Somalii.  
Prawdopodobnie to właśnie al-Amriki 
wpadł na pomysł, aby rekrutować znu-
dzonych małolatów somalijskiego po-
chodzenia ze slumsów w St. Louis na 
samobójców-bombowców. Zindoktryno-
wano ich w medresach w USA i około 
dwudziestu zwabiono do Somalii. Nie 
jest to jakiś wielki wysyp radykalnych 
islamistów w USA. Ale wykształceni w 
Ameryce pojedynczy salafi ci są na pew-
no prominentni w strukturach terrory-
stycznych. 

Mimo wszystko więc muzułmanie ame-

rykańscy mają organizacyjnie, ideowo i 
teologicznie więcej wspólnego ze swo-
imi współwyznawcami w Europie, niż to 
się ogólnie wydaje. Wynika to z natury 
islamu. Po pierwsze: większość natural-
nie wierzy w wyższość swojej religii. Po 
drugie: wielu wyznawców proroka uwa-
ża, że późniejsze przykazania Mahome-
ta, triumfalistyczne, bojowe i buńczucz-
ne, są ważniejsze niż jego wcześniejsze 
sądy, umiarkowane i tolerancyjne. 
W rezultacie na przykład przyjmuje się, 
że „muzułmanie nie mogą zaprzyjaźnić 
się z niewiernym z wyjątkiem oszu-
kania go
 w celu konwersji, podboju 
czy zniszczenia”. To wynika z sury 3, 
werset 28, która wyraża doktrynę taquiy-
ya
, oraz z sury 5, werset 51: „Nie bierz-
cie chrześcijan i żydów za przyjaciół i 
obrońców swoich”. Basuje temu sura 9, 
werset 5: „walcz i zabijaj niewiernych, 
gdziekolwiek ich znajdziesz, oraz rób na 
nich zasadzki wg wszelkich forteli wo-
jennych. Ale jeśli się nawrócą i podej-
mą modlitwy, i zajmą się dobroczynno-
ścią, przyjmij ich do siebie”. A jeśli się 
nie nawrócimy? No to sura 9, werset 29 
dyktuje: „walcz przeciw tym, którzy nie 
wyznają Allaha (...) ani prawdziwej wia-
ry, nawet jeśli wywodzą się z 40 ludów 
Księgi; zwalczaj ich, dopóki nie zapłacą 
ci dobrowolnie poddańczego podatku 
(dżizja) i nie poczują się podbici”.

Gdy 5 listopada 2009 r. major Nidal Ma-

lik Hasan latał z pistoletem po bazie w 
Fort Hood Texas, mordując 13, a raniąc 
29 żołnierzy amerykańskich i wykrzyku-

Znak ekstremistycznego 

Bractwa Muzułmańskiego

background image

XXXVII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

jąc „Allahu akbar!” („Allah jest wielki”), 
było to odzwierciedleniem zarówno jego 
własnej psychozy, jak również przyswo-
jonych patologicznych elementów teolo-
gii islamskiej oraz ideologii radykalnych 
fundamentalistów religijnych. Hasan był 
tzw. samotnym wilkiem (lone wolf) – 
terrorystą operującym pojedynczo. Ale 
zarówno sam przyznał się do inspiracji 
islamistycznej, jak też jeden z czołowych 
autorytetów islamistów, Anwar al-Awlaki, 
podkreśla, że Hasan to jego student. Mor-
derca uczęszczał przez jakiś czas do jego 
meczetu w stanie Wirginia, a po ucieczce 
imama do Jemenu utrzy-
mywał z nim kontakt 
przez e-mail. Jednak co 
ciekawsze, amerykańska 
generalicja jak jeden mąż 
publicznie zaprzeczała, 
jakoby czyn ten miał coś 
wspólnego z islamskim 
ekstremizmem. 

Media tzw. mainstre-

amowe też starały się 
przemilczeć ten aspekt 
masakry. Co więcej, me-
dia traktują islamistycz-
ne organizacje w USA 
tak, jakby to były po 
prostu zwykłe stowarzy-
szenia praw mniejszości. 
Pisali o tym ostatnio Gary 
J. Schmitt i Peter Sker-
ry („Peter King Hearing: 
Why Won’t Media-or Mu-
slims-Address Islamism 
in America?”, „The Christian Science 
Monitor”, 10 marca 2011 r.). Takie podej-
ście wynika z politycznej poprawności i 
z przesądu multikulturalizmu, który karze 
czcić wszelkie kultury mniejszościowe, a 
lekceważyć czy wręcz niszczyć cywiliza-
cję zachodnią.

Na dłuższą metę jest to naturalnie sa-

mobójcze. I nie tylko w dziedzinie idei. 
Oto w imię demokracji, tolerancji i mul-
tikulturalizmu Departament Stanu USA 
podał do sądu miejscowe kuratorium 
w stanie Illinois za to, że kierownictwo 
jednej ze szkół odmówiło nauczycielce 
matematyki, Safoorah Khan, trzech tygo-
dni wolnego, aby mogła ona odbyć piel-
grzymkę do Mekki. Prawnicy prezydenta 
Obamy doszli do wniosku, że chodzi o 
dyskryminację religijną (Jerry Markton, 
„Justice Department sues on behalf of 
Muslim teacher, triggering debate”, „The 
Washington Post”, 22 marca 2011 r.). To 
jest wręcz komiczne. Dzięki takiej in-
terpretacji „dyskryminacji” każdy może 
teraz zażądać wolnych od pracy, kiedy 
mu się podoba. Wystarczy wymyślić ja-

kiś powód religijny. Inne, znacznie groź-
niejsze wydarzenie miało miejsce w Los 
Angeles, gdzie muzułmańscy działacze 
polityczni potrafi li  wymusić na burmi-
strzu, aby zakazał policji kontynuowania 
„projektu nanoszenia centrów salafi tów 
na mapę” (the Salafi st mapping project). 
Przedsięwzięcie polegało na tym, że po-
licja obserwowała i odnotowywała więk-
sze skupiska i gniazda wyznawców tej 
ekstremalnej interpretacji Koranu.

Przykład idzie z góry. Wspomniałem 

polit-pop, pisząc o zachowaniu generali-
cji po ataku w Fort Hood. Ale głównym 

źródłem takich zinstytucjonalizowanych 
aberracji jest Biały Dom, o czym pisze 
Sebastian L. von Gorka (z tych średnio-
wiecznych Górków polskich, co to w 
1848 r. na Węgry na pomoc powstaniu 
poszli, a potem się zmadziaryzowali, 
siedzieli w czerwonym więzieniu z karą 
śmierci za katolickie podziemie antyko-
munistyczne, walczyli przeciw komunie 
w 1956 roku, a następnie uciekli do An-
glii, gdzie się Sebastian urodził – „Suc-
cess in the GWOT has made us unsafe”, 
14 marca 2011 r.). Gdy Obama przejął 
władzę, skończyła się „globalna wojna z 
terroryzmem”, a zaczęło się poszukiwa-
nie wymówek. To nie radykalna interpre-
tacja Koranu, a „bieda, brak wykształce-
nia i bezrobocie” powodują terroryzm. 
Kontrterroryzm powinien przestać być 
uważany za główny czynnik tamujący 
terroryzm. Należy użyć państwowych 
funduszy, aby usunąć „biedę, brak wy-
kształcenia i bezrobocie”. Tym sposobem 
usunie się rzekome przyczyny terrory-
zmu. Naturalnie jest to nieporozumienie.

To prawda, że terroryści często rekrutu-

ją biednych, niewykształconych i bezro-
botnych. Ale to jest normalne w każdym 
ruchu radykalnym dążącym do władzy. 
Takich ludzi przecież łatwiej zindoktry-
nować i zmanipulować. Tacy ludzie nie 
mają wiele do stracenia. Jednak szefostwo 
Al-Qaidy wcale nie wywodzi się z takich 
kręgów, lecz z elity. Kierownictwo partii 
bolszewickiej przed 1917 rokiem też nie 
pochodziło z proletariatu. Odróżniajmy 
więc mięso armatnie od kadr ruchu. To 
do tych ostatnich skierowany jest kolo-
rowy magazyn „Inspire” („Inspirować”), 
wychodzący w Jemenie po angielsku. 

Błogosławi go al-Awaki. 
A można się z niego z na-
uczyć, jak robić bomby. 
To nie jest publikacja dla 
prymitywów. Jest to publi-
kacja dla anglojęzycznych, 
a więc wykształconych 
muzułmanów, szczególnie 
amerykańskich.

Z tych wszystkich po-

wodów służby specjalne 
USA spodziewają się,  że 
następny poważny atak 
terrorystyczny w Amery-
ce zostanie przeprowa-
dzony lokalnymi siłami – 

Amerykanie będą zabijać 
Amerykanów.

A my dodamy od siebie: 

choć taki czarny scenariusz 
jest prawdopodobny, na ra-
zie terrorystom nie udało 
się przeprowadzić swoich 

planów w USA. Dlaczego? Po pierw-
sze: dobra praca kontrwywiadowcza. Po 
drugie: współpraca tych amerykańskich 
muzułmanów, którzy są amerykańskimi 
patriotami. W wielu wypadkach bowiem 
informacje o radykalnych działaczach, 
ich kaznodziejstwie, planach i współ-
pracownikach pochodzą od obywateli 
i ochotników, którzy sprzeciwiają się 
salafi tom. Jest ich bardzo wielu wśród 
muzułmanów w USA. Większość jest na-
turalnie bierna. Ale aktywna mniejszość 
antyradykałów daje odpór terrorystom. 

I w tym momencie przypominają mi się 

chorągwie tatarskie w I RP. Przypominają 
mi się polscy muzułmanie, spod Wilna i 
z Podlasia, którzy bili się w każdym po-
wstaniu i dali na służbę Polsce swoją eli-
tę. W końcu przypomina mi się Szwadron 
tatarski w 13. Pułku Ułanów Wileńskich. 
Mam nadzieję, że w Wojsku Polskim kul-
tywuje się ich tradycję. Może niedługo 
trzeba będzie ich posłać na salafi tów, co 
meczet w Warszawie rychtują. Niech nasi 
Lipkowie przejmą świątynię!

M

AREK

 J

AN

 C

HODAKIEWICZ

 

PRZYPOMINAJĄ MI SIĘ CHORĄGWIE TATARSKIE 

W I RP. PRZYPOMINAJĄ MI SIĘ POLSCY 

MUZUŁMANIE, SPOD WILNA I Z PODLASIA, 

KTÓRZY BILI SIĘ W KAŻDYM POWSTANIU I DALI 

NA SŁUŻBĘ POLSCE SWOJĄ ELITĘ. 

background image

XXXVIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

D

żamahirijja Ludowo-Socjali-
styczna ma w największym z 
posowieckich państw nadal 
wielu sympatyków. Jest to spu-

ścizna epoki komunizmu: przewrotem 
dokonanym przez Kaddafi ego bolszewicy 
byli szczerze ucieszeni. Wzorujący się na 
Gamalu Naserze wódz rewolucji 1 wrze-
śnia wydawał się ważnym sojusznikiem w 
sowieckim planie przemalowania na czer-
wono Afryki zrzucającej kajdany kolonia-
lizmu. Ostatecznie Kaddafi  wybrał kolor 
zielony o własnym, beduińskim odcieniu, 
niemniej jego polityka najczęściej odpo-
wiadała linii Moskwy.

Kaddafi  potrafi . A Putin?

Obecnie pomysł instalowania komuni-

zmu na Czarnym Lądzie został zarzuco-
ny, jednak Rosja nie zamierza przecież 
rezygnować z umacniania swoich wpły-

wów w obrębie 
tego kontynentu. 
Szczególnie spodo-
bało się Rosjanom 
usunięcie z Libii 
wojskowych baz 
amerykańskich. 
Naloty USA na to 
państwo w 1988 
roku oburzyły lud 
miast i wsi ZSRS. 
Jeśli jakiś kraj ma 
na pieńku ze Sta-
nami Zjednoczony-
mi, a Waszyngton 
stosuje wobec nie-

go sankcje czy też 
inne represje, jest 
to już dostateczny 
powód, aby społe-
czeństwo rosyjskie 
wzięło jego stronę. 
Decydującą rolę 
odgrywa tu właści-
wy Rosjanom kom-
pleks – widzą oni 
w Ameryce swoje-
go najważniejsze-
go rywala, którego 

niestety wciąż nie są w stanie doścignąć. 
Rosja nie jest nawet dla Ameryki god-
nym przeciwnikiem w grze o świat, a 
przynajmniej nie tym jedynym, co dodat-
kowo rozwściecza dziedziców sowiec-
kiego imperium, nie wiadomo dlaczego 
przekonanych,  że ich powołaniem jest 

uszczęśliwienie całej Ziemi systemem 
opartym na mocnym ograniczeniu jed-
nostkowej wolności.

Włodzimierz Putin nazwał rezolucję 

nr 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ, 
sankcjonującą operację wojskową prze-
ciwko Kaddafiemu, „wyprawą krzyżo-
wą”. Takiego samego określenia użył 
libijski lider. Ponadto rosyjski premier 
zarzucił Waszyngtonowi brak „logiki i 
sumienia” w kwestii Trypolisu. Niemal 
natychmiast na te słowa zareagował pre-
zydent Federacji Rosyjskiej. Zdaniem 
Miedwiediewa, należy być „maksymal-
nie powściągliwym w oświadczeniach, 
które charakteryzują obecne wydarzenia 
w Libii”. – W żadnym wypadku nie na-
leży używać wyrażeń, które w gruncie 
rzeczy prowadzą do konfliktu cywi-
lizacji – oświadczył prezydent Rosji. 
– W rodzaju „krucjat” itd. W przeciw-
nym razie może skończyć się to bardzo 
źle, trzeba o tym pamiętać. 

Cień krzyżowca

Wyprawy krzyżowe, jako zjawisko 

nierozerwalnie powiązane z historią 
Kościoła zachodniego, na Wschodzie 
zawsze miały złą  sławę, a w czasach 
bolszewickich były traktowane jako 
klasyczny niemal przykład imperiali-
stycznego ekspansjonizmu skierowane-
go przeciwko krajom Trzeciego Świata. 
Taki obowiązujący pogląd kształtował 
umysły sowieckiego ludu. Na zasadzie 
mentalnej inercji katolicyzm jest w Ro-
sji wciąż demonizowany, Watykan to 
dla większości poddanych Putina i Mie-
dwiediewa symbol skrajnego zacofania, 
a samo słowo „inkwizycja” jeży włosy 
nawet na głowach moskwian mieszka-
jących w najbliższym sąsiedztwie placu 
Łubiańskiego. Parokrotnie w rozmowach 
z Rosjanami przekonałem się o niezwy-
kłej żywotności propagandowej blagi ce-
sarza Nerona – pouczano mnie bowiem, 
że to chrześcijanie podpalili Rzym. Po-
proszeni o szczegóły moi rozmówcy ich 
nie podawali, poprzestając na stwierdze-
niu: „bo wszyscy o tym wiedzą”. 

Na ogół dla Rosjan krucjaty jakościo-

wo nie różnią się od najazdów tatarskich. 
Wszyscy w Rosji pamiętają poruszają-
cą scenę z fi lmu Sergiusza Eisensteina 
„Aleksander Newski” z 1938 roku, w 
której zakuci w stal rycerze w płaszczach 
ze znakiem krzyża (w pierwszej wersji 
fi lmu na ich hełmach były swastyki) ci-
skają do ognia niewinne ruskie pacholęta 
na oczach zrozpaczonych matek. Krzy-
kom palonych żywcem akompaniuje 
biskup mamroczący  łacińskie wersety i 
mnich, który rzępoli na fi sharmonii, przy 

Prezydent Rosji po raz 
kolejny – jak to skrzętnie 
odnotowały media – „pod-
jął zaoczną polemikę” z 
premierem Putinem. W tak 
subtelny sposób kremlow-
scy komentatorzy określają 
pojawiającą się od czasu do 
czasu różnicę zdań pomię-
dzy wybitnymi przywódcami 
kraju. Tym razem jej powo-
dem była Libia.

Spór w rodzinie

W

OJCIECH

 G

RZELAK

ROSYJSKI DWUGŁOS W SPRAWIE LIBII 

ZAINTRYGOWAŁ ZAGRANICZNYCH 

KOMENTATORÓW. NIEKTÓRZY 

UPATRUJĄ W TYM RODZAJ TEATRU, 

KTÓRY MOSKWA ODSTAWIA JEDYNIE 

NA POKAZ; INNI UTRZYMUJĄ, ŻE TO 

KOLEJNY INCYDENT ŚWIADCZĄCY 

O NARASTANIU KONFLIKTU NA 

SZCZYTACH WŁADZY ROSYJSKIEJ.

R

YS

. S. J

O

ŁKIN

background image

XXXIX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

czym obaj ci słudzy Kościoła mają twa-
rze profesjonalnych degeneratów. Nic 
zatem dziwnego, że termin „krucjata” 
używany był chętnie przez komunistycz-
ną propagandę – także w Polsce Ludowej 
gazety pisały o „krucjacie Reagana” pod-
jętej przeciwko państwom ponad wszyst-
ko miłującym pokój, a niemieckiego 
kanclerza Konrada Adenauera chętnie 
rysowano w stroju Krzyżaka.

Cóż, bliżej zapewne Putinowi do Mu-

ammara Kaddafi ego  niż do Gotfryda z 
Bouillon lub Rajmunda z Tuluzy – i nie 
chodzi tu bynajmniej o dystans czaso-
wy dzielący rosyjskiego przywódcę od 
krzyżowców z XI stulecia, ale o dość 
istotne cechy osobowości. Wydaje się, 
że premier Rosji – współczesny polityk, 
Rosjanin, wychowanek systemu bolsze-
wickiego, wieloletni funkcjonariusz so-
wieckiej bezpieki – miałby pewne trud-
ności ze zrozumieniem subtelnych idei, 
jakie przyświecały prawdziwym obroń-
com Sancti Sepulchri. Nie należy zapo-
minać,  że  ćwierć wieku temu Trypolis 
wspierał szczodrze międzynarodowy ter-
roryzm, którego liczne odmiany cieszyły 
się wtedy także znaczną przychylnością 
Moskwy. Dziejowa ironia sprawiła, iż 
muzułmańscy asasyni, być może szkole-
ni także za libijskie pieniądze, stali się u 
progu XXI wieku poważnym problemem 
w kraju Putina. 

Interesy na czele

Miedwiediew, choć skrytykował  wła-

snego mentora, wypomniał również Za-
chodowi, że rozpoczął działania wojsko-
we w Libii bez porozumienia z Rosją. Ale 
niezwłocznie dodał,  że Rosja całkowicie 
świadomie i niezależnie doprowadziła do 
przyjęcia rezolucji ONZ przeciw Kadda-
fi emu, choć miała wobec niej zrozumiałe 
zastrzeżenia. Wezwał także do zapobie-
żenia „rozpełzaniu się” libijskiego kon-
fl iktu po obszarze Afryki. – To, co dzieje 
się w Libii – powiedział prezydent Rosji 
– związane jest ze skandalicznymi kroka-
mi, jakie przedsięwziął rząd libijski, oraz 
przestępstwami, jakich dokonał on prze-
ciwko własnemu narodowi. Nie wolno o 
tym zapominać, bowiem wszystko inne to 
następstwo tych działań. 

Jednak Dymitr Miedwiediew zastrzegł 

się,  że Rosja nie weźmie czynnego 
udziału w bombardowaniu Libii ani na-
wet w blokadzie przestrzeni powietrznej 
nad tym państwem. – Nie wyślemy tak-
że żadnych kontyngentów, jeżeli, nie daj 
Boże, operacja ta wejdzie w fazę naziem-
ną, a tego na razie wykluczyć nie mogę 
– stwierdził prezydent Rosji.

Na pocieszenie dorzucił,  że jego kraj 

gotów jest podjąć się pośrednictwa w 
pokojowych rozmowach z Libią, ale na 
razie nie ma tam z kim prowadzić takich 
rokowań. – Będziemy zadowoleni, jeśli 
nasze możliwości przydadzą się w tej sy-
tuacji; mamy niezłe kontakty w świecie 
arabskim – pochwalił się Miedwiediew.

Rosyjski dwugłos w sprawie Libii za-

intrygował zagranicznych komentato-
rów. Niektórzy upatrują w tym rodzaj 
teatru, który Moskwa odstawia jedynie 
na pokaz; inni utrzymują,  że to kolejny 

R

E

K

L

A

M

A

WŁODZIMIERZ PUTIN NAZWAŁ REZOLUCJĘ 

NR 1973 RADY BEZPIECZEŃSTWA ONZ, 

SANKCJONUJĄCĄ OPERACJĘ WOJSKOWĄ 

PRZECIWKO KADDAFIEMU, „WYPRAWĄ 

KRZYŻOWĄ”. TAKIEGO SAMEGO OKREŚLENIA 

UŻYŁ LIBIJSKI LIDER. 

incydent świad-
czący o narasta-
niu konfl iktu na 
szczytach wła-
dzy rosyjskiej. 
Równie dobrze 
jednak może 
być to celowa 
gra duetu Putin-
Miedwiediew, 
prowadzona 
symultanicznie 
i obliczona na 
osiągnięcie ko-
rzyści przy za-
stosowaniu jed-
nej lub drugiej 
metody postę-
powania, w za-
leżności od roz-

woju sytuacji. 
Wystąpienie 
Miedwiediewa 
mogło podo-
bać się Zacho-
dowi, ale na 
słowa  Putina 
o „krucjacie” 
nastawili uszu 

rządzący w co najmniej kilku państwach 
położonych w innych częściach globu, 
gdzie Rosja także ma przecież swoje 
interesy. Trudno również przypusz-
czać, aby Moskwę obchodziła bardziej 
sprawa wsparcia rebeliantów, obalenia 
Kaddafiego, przywrócenia demokracji 
od Tobruku po Zawiję czy też los na-
rodu libijskiego (cokolwiek pojęcie ta-
kiej nacji miałoby oznaczać) niż wpływ 
sytuacji w Libii na światowe ceny ropy 
naftowej. 

R

YS

. S. J

O

ŁKIN

background image

XL

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

P

od względem osobowym jego 
jądro tworzą bez wyjątku parla-
mentarzyści – spady z tejże partii. 
Nawet nazwa ruchu została zwy-

czajnie zmałpowana z hasła wyborczego 
przewodniczącego partii, użytego przezeń 
w kampanii propagandowej przed ostatni-
mi wyborami na prezydenta Republiki.

Powstała ostatnio formacja kontynuuje 

więc to wszystko, co kisło pod nazwą pra-
wicy przez cały okres straconego dwu-
dziestolecia Republiki Okrągłego Stołu. 
W związku z tym nie zasługuje na uwagę 
w najmniejszym stopniu, choć zapewne raz 
jeszcze znajdzie się mniejsza lub większa 
grupa naiwnych, skłonnych dać wiarę de-
klaracjom i obietnicom dokonania zmian w 
status quo, składanym co parę lat przez cią-
gle tych samych ludzi, żyjących ze składa-
nia obietnic i deklaracji. Od samego ugrupo-
wania znacznie ciekawsza jest jego nazwa, 
ponieważ przypomina ona o problemie, nad 
jakim w środowiskach prawicowych czy 
szerzej: patriotycznych mało komu chce się 
zastanowić. Na pytanie „Czy Polska jest dla 
ciebie najważniejsza?” większość członków 
tych środowisk bez namysłu odpowiedzia-
łaby twierdząco. Czy jednak naprawdę dla 
człowieka prawicy polskiej powinna stano-
wić najwyższe dobro?

Aby móc odpowiedzieć na to pytanie, 

trzeba najpierw wyjaśnić, jak właściwie 
należy rozumieć pojęcie Polski. Uprasz-
czając do maksimum to niezwykle złożone 
i delikatne zagadnienie, da się wyróżnić 
przede wszystkim dwa jego najczęściej 
spotykane znaczenia.

Po pierwsze – Polska może oznaczać 

wspólnotę historyczną, narodową bądź kul-
turową. Kultura narodowa jest niewątpliwe 
dobrem, a z samej przynależności do niej, 
choć nie dobrowolnej (bo nawet najbardziej 
pokrętne liberalne i demokratyczne sofi -
zmaty nie zdołają przedstawić urodzenia się 
w konkretnej wspólnocie narodowej i bycia 
w niej wychowanym jako „wolnego wy-
boru” dokonywanego przez „jednostkę”), 
wynikają określone obowiązki, zwłaszcza 
obowiązek jej chronienia i pielęgnowania. 
Skoro jednak naród pozostaje wspólno-
tą historyczną (zamkniętą w doczesności, 
podległą upływowi czasu), nie należy sta-
wiać go w miejscu absolutu (niezmienne-
go, wiecznego, trwającego poza historią i 
czasem). Absolut to dobro bezwzględne, 
zaś historycznie ukształtowany naród, choć 
cenny, zawsze będzie dobrem względnym. 
Wszystkie kultury narodowe (i inne) są 

niepowtarzalne, jednokrotne, stanowią hi-
storyczne indywidualności, niemożliwe do 
podrobienia gdzie indziej i przez innych 
ludzi. Wszystkie kultury narodowe, a nie 
tylko jedna, mają wartość i niepowtarzalny 
urok; wszystkie zasługują na szacunek i za-
chowanie. Każdy naród jest jakością party-
kularną, a nie uniwersalną, cząstkową, a nie 
powszechnie obowiązującą. Kto przestrze-
ga obowiązków wobec własnego narodu, 
nie może żywić wrogości ani do innych na-
rodów za to, że istnieją, ani do ich członków 
za to, że do nich przynależą (podwórkowy, 
etniczny nacjonalizm w stylu endeckim, ją-
trzący dla zasady automatyczną nienawiść 
do wszystkiego, co niemieckie, ukraińskie 
albo litewskie, to nie duma narodowa, lecz 
ideologiczny rynsztok). 

Ale człowiek należy do wielu wspólnot 

naraz, więc wiążą go powinności nie tyl-
ko wobec narodowej wspólnoty kultury. 
W niektórych sytuacjach obowiązki wo-
bec poszczególnych wspólnot mogą się ze 
sobą  kłócić, stawiając go przed koniecz-
nością dokonania dramatycznego wyboru. 
Czy pierwszeństwo zawsze będzie mieć 
lojalność względem narodu? Zupełnie od-
miennego rodzaju wspólnotę tworzy Ko-
ściół. Narody, kultury i w ogóle wspólnoty 
historyczne są względne (co nie odbiera 
im wartości), natomiast Kościół opiera się 
na prawdzie absolutnej i bezwzględnej, 
jednej dla całego wszechświata. Narody to 
wspólnoty partykularne, podczas gdy Ko-
ściół jest wspólnotą uniwersalną i mieści 
w sobie wszystkie narody. „Cel tego, co 
częściowe, i jego doskonałość, leży w tym, 
co całościowe, zatem i porządek częściowy 
znajduje swój cel i doskonałość w porządku 
całościowym. A zatem dobro porządku czę-
ściowego nie wykracza poza dobro porząd-
ku całościowego, lecz raczej przeciwnie, 
nie dosięga go”*. Używając profańskich 
kategorii, tam, gdzie interes narodu popada 
w konfl ikt z interesem Kościoła, trzeba bro-
nić racji Kościoła – przeciw racjom narodu. 
Trafnie ujął ten problem polski nacjonalista: 
„Jesteśmy katolikami nie tylko dlatego, że 
Polska jest katolicka, bo gdyby nawet była 
muzułmańska, prawda nie przestałaby być 
prawdą, tylko trudniejszy i boleśniejszy 
byłby dla nas, Polaków, dostęp do niej. 
Jesteśmy katolikami nie tylko dlatego, że 
doktryna katolicka lepiej rozstrzyga trud-
ności, a dyscyplina konfl ikty, ani dlatego, 
że imponuje nam organizacja hierarchicz-
na Kościoła, zwycięska przez stulecia, ani 
dlatego wreszcie, że Kościół ocalił i prze-

Na scenie politycznej Repu-
bliki Okrągłego Stołu poja-
wiła się niedawno kolejna 
„nowa jakość” – ugrupowa-
nie o wyzywającej nazwie 
Polska Jest Najważniejsza. 
Nowe stronnictwo jest nowe 
wyłącznie we własnych 
zapewnieniach. Powstało 
drogą secesji z jednej z par-
tii współtworzących okrze-
pły kartel parlamentarny, 
spowodowanej zresztą nie 
różnicami w programach, 
lecz wewnętrznymi rozgryw-
kami personalnymi. 

Polska nie jest najważniejsza

A

DAM

 D

ANEK

background image

XLI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Federacjonizm 
nie gryzie

P

an Krzysztof M. Mazur w swo-
im artykule „OFE a »żydow-
skie« majątki” cały obszer-
ny akapit poświęcił mojemu 

tekstowi „Nie tędy droga do śląskiej 
autonomii”, nie mającemu nic wspól-
nego ani z OFE, ani też z żydowskimi 
majątkami. Szczególnie nie spodobała 
mu się moja teza, że federalizacja nie 
osłabia państwa. Dla obalenia tej tezy 
wysunął kilka argumentów, ale niczego 
nie udowodnił, bo argumenty jego są 
zupełnie chybione.

Wymienił mianowicie kilka państw 

federacyjnych, które rozpadły się 
(Związek Sowiecki, Jugosławia, Cze-
chosłowacja) lub stoją na krawędzi 
rozpadu (Belgia). Nie zauważył jed-
nak, że przyczyną ich rozpadu jest nie 
federacyjność, a wielonarodowość. 
Z tejże wielonarodowości połączonej z 
dominacją jednego z narodów (Rosja-
nie, Serbowie, Czesi) zrodziły się silne 
tendencje separatystyczne, czy raczej 
narodowowyzwoleńcze nacji zdomi-
nowanych, które w sprzyjających im 
okolicznościach rozerwały te państwa 
od środka. Pisałem to już zresztą w po-
przednim tekście.

Nie federacjonizm osłabia i rozbija 

państwa, lecz separatyzm. Realnie zna-
czących tendencji separatystycznych ze 
strony jakiejkolwiek grupy narodowej, 
etnicznej czy religijnej w dzisiejszej 
Polsce zaś nie ma. Imputowanie tako-
wych tendencji Ruchowi Autonomii 
Śląska – co p.Mazur zdaje się czynić w 
słowach: „Bo aż  tacy głupi to my nie 
jesteśmy, aby uwierzyć,  że w przypad-
ku takich ruchów jak RAŚ chodzi wy-
łącznie o »autonomię«” – ma wszelkie 
znamiona oszczerstwa. Znamienny jest 
przykład Belgii, na którą autor też się 
powoływał. Państwo to jest rozrywane 
przez  fl amandzki separatyzm od kilku 
dziesiątków lat, zaś federacyjny charak-
ter posiada dopiero od lat siedemnastu. 
Ustanowienie szerokiej autonomii po-
szczególnych regionów nie było przy-
czyną kryzysu jedności państwa, ale 
lekarstwem na ów kryzys, nie całkiem 

zresztą nieskutecznym. Autonomia nie-
kiedy bowiem potrafi  leczyć separatyzm 
– i to bardzo skutecznie. Tak się stało w 
Hiszpanii, gdzie nadanie niektórym re-
gionom szerokiej autonomii znacznie 
osłabiło separatyzm baskijski i kata-
loński. Jest to całkowicie zrozumiałe. 
Mniej radykalni separatyści poczuli się 
z czasem usatysfakcjonowani rozwią-
zaniami autonomicznymi i wycofali się 
z aktywnej działalności. Na placu boju 
pozostała tylko garstka radykałów, któ-
rych wpływ z czasem coraz bardziej 
topnieje. Znane są też przypadki od-
wrotne. Likwidacja autonomii Kosowa 
w 1989 roku przyspieszyła proces roz-
padu Jugosławii i uczyniła go znacznie 
gwałtowniejszym. Pierwszą Rzeczpo-
spolitą zgubił brak autonomii południo-
wej Rusi, czyli dzisiejszej Ukrainy, a 
nie jej istnienie na Litwie, w Prusach 
Królewskich czy Inflantach.

Jest więc niemal oczywiste, że w pań-

stwach wielonarodowych autonomia 
prowincji zdominowanych przez narody 
mniejszościowe jest wręcz konieczno-
ścią, jedynym ratunkiem dla jedności 
państwa wobec narastającego separaty-
zmu. Polska współczesna na szczęście 
nie ma takich problemów. Nieprzypad-
kowo w poprzednim tekście powołałem 
się na przykład Austrii, która podobnie 
jak Polska jest państwem praktycznie 
jednonarodowym. U nas federacja i au-
tonomia są wyborem, który warto roz-
ważyć, a nie koniecznością. Pozwolę 
sobie zacytować fragment znakomitego 
tekstu profesora Jacka Bartyzela poświę-
conego tematowi regionalizmu: „Należy 
po prostu kierować się  tą ogólną dy-
rektywą postępowania, jaką jest zasada 
pomocniczości – pojęta zgodnie z jej 
prawdziwym znaczeniem, tzn. wypeł-
nianiem przez struktury wyższego rzędu 
jedynie tego, co organizmy mniejsze, 
począwszy od rodzin, nie są w stanie 
zrealizować samodzielnie”. Tę zasadę, 
której hołdują zarówno katolicyzm, jak i 
konserwatyzm, znacznie lepiej realizuje 
państwo federacyjne aniżeli unitarne. 

A

RTUR

 R

UMPEL

 

POLEMIKA

kazał nam w spuściźnie wszystko to, co w 
cywilizacji antycznej było jeszcze zdrowe i 
nie spodlone, ale dlatego, że wierzymy, iż 
jest Kościołem ustanowionym przez Boga”. 
Autorem tych słów był  dr Jan Mosdorf 
(1904-1943), pierwszy przywódca Obozu 
Narodowo-Radykalnego.

Po drugie – Polska może oznaczać pań-

stwo bądź szerzej: geopolityczny ośrodek 
siły. Posiadanie własnego państwa lub 
ośrodka siły również jest wielkim dobrem, 
dlatego zasługuje na ochronę i wsparcie, ale i 
tego dobra nie należy uważać za bezwzględ-
ne. Ani suwerenność państwa, ani jego nie-
podległość nie jest absolutem. Suwerenność 
to w gruncie rzeczy konstrukcja wymyślona 
przez nowożytnych fi lozofów prawa i poli-
tyki dla uzasadnienia emancypacji państwa 
spod praw boskich, skutkującej rozwojem 
raka laicyzmu. Tam, gdzie popadają one 
w konfl ikt, prawica powinna wspierać pra-
wa boskie przeciw suwerenności państwa. 
Człowiek prawicy dystansuje się również 
od orientacji bezkrytycznie niepodległościo-
wej, głoszącej, że naród musi mieć własne 
państwo, nawet czerwone czy różowe, byle 
niepodległe. Podległość innemu ośrodkowi, 
który zaprowadziłby i utrzymywał w Polsce 
konserwatywny  ład społeczno-polityczny, 
byłaby wręcz dobrą perspektywą w porów-
naniu do stanu obecnego. Rozbiory zaszko-
dziły Polsce nie tyle z powodu samej utraty 
bytu państwowego i podporządkowania 
ziem polskich zewnętrznym centrom, ile ra-
czej z powodu zaprowadzenia na nich przez 
te centra rozwiązań i idei oświeceniowych. 
Zupełnie inaczej natomiast wypada ocenić 
rządy zaborców w tych okresach albo dzie-
dzinach, w których prowadziły one politykę 
zachowawczą, zwalczając siły wrogie po-
rządkowi opartemu na tradycji. Zarówno 
jałtański, jak i obecny układ geopolitycz-
ny jawią się jako szkodliwe z powodu nie 
samego podporządkowania polskiej pań-
stwowości zewnętrznym ośrodkom, lecz 
złej orientacji ideowo-politycznej tych 
ośrodków: komunistycznego charakteru 
Układu Warszawskiego i RWPG zintegro-
wanych wokół Związku Sowieckiego oraz 
liberalnego charakteru Unii Europejskiej 
zintegrowanej wokół Niemiec i NATO 
zintegrowanego wokół Stanów Zjednoczo-
nych Ameryki.

Jakkolwiek by defi niować Polskę, dla lu-

dzi prawicy Polska nie jest najważniejsza. 
Zajmuje ona ustalone i ważne miejsce w 
hierarchii dóbr i przedmiotów lojalności 
– ale nie miejsce najwyższe. Najważniej-
sze pozostaje panowanie boskiego ładu i 
tradycji, a nie tego czy innego państwa, 
narodu lub partykularnej kultury. 

* Dante, „De Monarchia”, Księga pierwsza, 
VI 1 (przeł. Władysław Seńko).    

background image

XLII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

L

ibertarianizm to ruch, którego 
powodzenie zawsze zależy od 
istnienia dwóch rodzajów lu-
dzi: najwyższej klasy naukow-

ców, takich jak Murray Rothbard czy 
Hans-Hermann Hoppe, oraz działaczy, 
osób publicznych, „intelektualnych 
przedsiębiorców” – jak nazywał ich 
Murray Rothbard. Ponieważ Rothbard 
był przede wszystkim teoretykiem, od 
początku swojej kariery poszukiwał 
osoby, która potrafiłaby nadać liber-
tarianizmowi znamiona prężnego i 
wpływowego ruchu. W latach 70. funk-
cję  tę miał pełnić Edward Crane, szef 
Instytutu Katona, jednakże z powodu 
rozwodnienia przez niego idei liberta-
riańskich ich współpraca dobiegła w 
latach 80. kresu. Instytut Katona ist-
nieje wprawdzie do dziś, ale niekiedy 
ciężko dostrzec różnice dzielące go od 
szeregowego republikańskiego  think 
tanku
. Po rozejściu się z Cranem Ro-
thbard zaprzyjaźnił się z Llewelynem 
Rockwellem, który za zgodą żony Lu-
dwiga von Misesa, Margit, założył In-
stytut Misesa. Rockwell od ponad 30 
lat dzielnie wywiązuje się z roli naczel-
nego animatora libertariańskiego życia 
intelektualnego. 

Istnienie fundacji, organizowanie kon-

ferencji oraz wydawanie teoretycznych 
dzieł byłoby jednak bezowocne z punk-
tu widzenia popularyzacji ruchu bez 
osób takich, jak Paul i Woods. Dzięki 
niezwykłej swobodzie wypowiadania 
się oraz łatwości w wyjaśnianiu nawet 
najbardziej zawiłych kwestii wprowa-
dzili do libertarianizmu zupełnie nową 
jakość. Ich twarze i głosy są znane nie 
tylko czytelnikom niszowych pism, ale 
i osobom z wielu innych kręgów.

Woods to człowiek, który imponuje 

pracowitością: mając niespełna 40 lat 
zdążył już wydać 11 książek oraz na-
pisać setki artykułów. Bywa często za-
praszany jako komentator do stacji Fox 
News, w której jego antypaństwowe 
poglądy nie są wcale przyjmowane jako 
intelektualna ciekawostka. Za sprawą 
swojej ostatniej książki „Nullification: 
How to Resist Federal Tyranny in the 
21st Century” Woods stara się uzmy-
słowić Amerykanom ich libertariańskie, 
antyfederalne korzenie. Wykazując,  że 
w ostatnim czasie rząd w Waszyngtonie 
zaczyna coraz bardziej narzucać stanom 
swoją wolę w niemal wszystkich kwe-
stiach, postanowił pokazać,  że federal-
ny Lewiatan stoi w jawnej sprzeczności 
z zasadami wyłożonymi w Konstytucji 
USA. W konserwatywnej stacji Fox 
Woods aktywnie przekonuje widzów, że 

W tym roku amerykański senator Ron Paul będzie obcho-
dził swoje 76. urodziny, co zaczyna powoli stawiać go w 
rzędzie weteranów walki o wolność. Jeżeli ktoś obawia się, 
że ten najpowszechniej znany libertariański działacz będzie 
niedługo musiał zejść ze sceny, nie zostawiając po sobie 
następcy, może odetchnąć ze spokojem. Od niedawna 
wciąż jasną gwiazdę Paula zaczyna coraz bardziej przy-
ćmiewać Thomas Woods Junior. 

Libertarianin

 

numer jeden

J

AKUB

 W

OZINSKI

F

OT

. W

IKIPEDIA

PUBLICYSTYKA

background image

XLIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

PUBLICYSTYKA

szacunek dla tradycji oznacza liberta-
riańskie odrzucenie instytucji państwa. 

Poprzednia książka Woodsa „Melt-

down: A Free-Market Look at Why the 
Stock Market Collapsed, the Economy 
Tanked, and Government Bailouts Will 
Make Things Worse” niemal natych-
miast stała się bestsellerem, nawet w 
rankingu „New York Timesa” – amery-
kańskiego odpowiednika „Gazety Wy-
borczej”. W pracy tej autor bardzo ob-
razowo i przystępnie pokazał przyczyny 
obecnego kryzysu oraz przekonywał, że 
specjalne programy ratunkowe wpro-
wadzane przez rząd jedynie pogarszają 
sprawę. 

Strona internetowa Woodsa nie sta-

nowi jedynie – jak to zazwyczaj bywa 
w przypadku wielu osób publicznych – 
wizytówki z podstawowymi informacja-
mi na temat własnej osoby, lecz praw-
dziwą kopalnię wiedzy i informacji. 
Niemal codziennie można tam znaleźć 
wideokomentarz Woodsa dotyczący 
najnowszych wydarzeń oraz innych cie-
kawych tematów. Oprócz tego, że Wo-
ods jest świetnym publicystą i mówcą, 
ma też godną pozazdroszczenia wiedzę 
z zakresu ekonomii. Jego internetowy 
serwis stanowi wspaniały przewodnik 
po  świecie austriackiej szkoły ekono-
micznej – Woods przygotował obszerną 
bibliografię, odsyłającą do nawet naj-
bardziej szczegółowych kwestii. 

Swoją wiedzę z zakresu ekonomii z 

powodzeniem stosuje w książkach, ar-
tykułach i wystąpieniach. Jako że jest 
wierzącym katolikiem (jak sam twier-
dzi, nawrócił się pod wpływem udania 
się na tradycyjną mszę), jedną z najważ-
niejszych kwestii, które porusza, jest 
spójność wyznania katolickiego z liber-
tarianizmem podbudowanym ekonomią 
austriacką. Polskiemu czytelnikowi 
znane są jego książki: „Kościół a wolny 
rynek” – jak dotąd najlepsze omówienie 
nauki społecznej Kościoła w perspekty-
wie ekonomii wolnorynkowej i liberta-
rianizmu – oraz „Jak Kościół katolicki 
zbudował zachodnią cywilizację” – 
wyczerpujące historyczne omówienie 
związków między kapitalizmem a ka-
tolickim  średniowieczem. Za pierwszą 
z tych prac uzyskał prestiżową nagrodę 
Templetona, a na podstawie tego opra-
cowania nakręcił dla katolickiej stacji 
EWTN cykl programów telewizyjnych, 
stanowiących ilustrację tez zawartych w 
książce.

Thomas Woods to także niestrudzony 

przeciwnik amerykańskiego  welfare-
warfare state
, które stało się bożkiem 
zarówno Demokratów, jak i Republi-

kanów. Ostro, w duchu prawdziwie 
libertariańskim, występuje przeciwko 
każdej zagranicznej interwencji wojsk 
USA (np. ostatnio przeciwko nalotom 
na Libię). Ruchowi antywojennemu 
poświęcił nawet jedną ze swych ksią-
żek: „We Who Dared To Say No To 
War”, która szczegółowo opisała ame-
rykański ruch pacyfistyczny od 1812 
roku do czasów współczesnych. Woods 
nie bał się także napisać przedmowy 
do kamienia obrazy dla amerykańskiej 
propaństwowej prawicy: „The Betrayal 

of the American Right” autorstwa Mur-
raya Rothbarda, w której ojciec liberta-
rianizmu opisywał, jak powojenna pra-
wica zdradziła ideały starej prawicy, 
oraz ukazywał miejsce libertarianizmu 
jako znajdującego się „na lewo od le-
wicy i na prawo od prawicy”. 

Obok wymienionych powyżej ksią-

żek Woods, z wykształcenia historyk, 
doczekał się w Polsce także dwóch 
innych tłumaczeń: „Niepoprawnej po-
litycznie historii Stanów Zjednoczo-
nych” oraz „W obronie zdrowego roz-
sądku” – zbioru esejów wydanych przy 
okazji jednej z wizyt autora w Polsce. 
Niewykluczone,  że pojawią się kolej-
ne, co odbędzie się na pewno z korzy-
ścią dla polskiego czytelnika. 

Energia i pomysłowość, z jakimi Wo-

ods szerzy idee libertariańskie wśród 

coraz większej liczby osób, sprawiają, 
że – nie umniejszając zasług Rona Paula 
– wysuwa się on na czoło całego ruchu. 
Choć to Paul jest nadal gwiazdą interne-
tu i nadzieją dla wielu członków Good 
Old Party, to właśnie Woods pokazuje, 
że można być jednocześnie libertariani-
nem i osobą publiczną, pozostając za-
razem poza strukturami partii politycz-
nych i mainstreamowych mediów. 

Z naszej polskiej perspektywy istnie-

nie Thomasa Woodsa Juniora jest tym 
bardziej do pozazdroszczenia Stanom 
Zjednoczonym,  że najczęściej medial-
ni obrońcy ortodoksji katolickiej mają 
silnie propaństwowe skłonności. Woods 
(aktywny członek ruchu Tradycji Ka-
tolickiej) broni Kościoła i głoszonych 
przez niego wartości w sposób całkowi-
cie zgodny z libertarianizmem. Wszyst-
kim tym, którzy uważają,  że stoimy 
przed alternatywą: lewicująca demo-
kratyczna posoborowość lub tradycyjny 
katolicyzm wsparty na silnych prawico-
wych rządach, polecam jak najpilniej-
szą lekturę książek Woodsa, w których 
wyjaśnia on, na czym polega prawdzi-
wie katolicki duch w teorii społecznej i 
ekonomicznej. 

A stronę www.tomwoods.com radzę do-

dać do ulubionych natychmiast po prze-
czytaniu tego artykułu. 

KSIĄŻKA WOODSA 

„MELTDOWN: A FREE-

MARKET LOOK AT WHY 

THE STOCK MARKET 

COLLAPSED, THE 

ECONOMY TANKED, 

AND GOVERNMENT 

BAILOUTS WILL MAKE 

THINGS WORSE” NIEMAL 

NATYCHMIAST STAŁA 

SIĘ BESTSELLEREM, 

NAWET W RANKINGU 

„NEW YORK TIMESA” 

– AMERYKAŃSKIEGO 

ODPOWIEDNIKA „GAZETY 

WYBORCZEJ”. 

R

E

K

L

A

M

A

background image

XLIV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

FELIETON

FELIET

T

T

T

T

T

T

T

T

T

T

Ex 

Oriente Lux???!?

G

dym miał 10 lat, moim ulubionym był dowcip o Jó-
zefi e Wissarionowiczu Dżugaszwilim, który rankiem 
wychodzi z sypialni na balkon, przeciąga się i mówi: 

„Witaj, Słoneczko!”

A Słoneczko grzecznie: 
„Witajcie, towarzyszu Stalin!”. 
A po południu tow. Stalin przerywa pracę, wychodzi z gabine-

tu na inny balkon i mówi: „Jak się masz, Słoneczko!”

A Słoneczko przymilnie: 
„Zdrowia Wam życzę, towarzyszu Pierwszy Sekretarzu”. 
A pod wieczór Stalin po ciężkiej pracy wychodzi na inny bal-

kon i mówi: 

„Bądź zdrowe! Do jutra, Słoneczko!”.
A Słoneczko – nic! 
„Słoneczko?!” – pyta zaniepokojony 

Stalin – „Dlaczego mi nie odpowiadasz?” 

„Bo teraz mam Cię w nosie – jestem już 

na Zachodzie!”. 

Gdy to piszę, za oknem już zmierzch, 

Słoneczko dawno jest na Zachodzie, za 
Wielką (no, nie największą – ale zawsze 
Wielką) Wodą. 

I co ono tam widzi? 
My tu walczymy z zalewem biurokracji i 

agresją polityków – a ważne rzeczy dzieją 
się w Hondurasie. Radzę bacznie je obser-
wować – i wyciągać wnioski:

http://www.prensa-latina.cu/index.php?option=com_

content&task=view&id=274733&Itemid=1.

Oto parlament i „rząd” wzięły się za uporządkowanie szkol-

nictwa. Jak wnoszę z tego artykułu, postanowiły przekazać 
szkolnictwo w gestię  władz lokalnych. Na co zaprotestowały 
związki zawodowe nauczycieli – twierdząc, że zaraz te szkoły 
sprywatyzują.

Z czego pierwszy wniosek: albo samorządy są rozsądniejsze 

od rządów – albo ichni „ZNH” myli się w swojej ocenie. 

Nauczyciele protestują tak gwałtownie,  że „rząd” Republiki 

używa wojska, policji – i co najmniej jeden nauczyciel został 
zabity!!! 

Ciekawe, że władze Hondurasu są w tej sprawie zjednoczone. 

Parlament uchwalił ustawę, „rząd” chce ją wykonać – a prezy-
dent wywalił z roboty 1200 najzacieklejszych „protestantów”, 
zastępując ich wynajętymi łamistrajkami. 

To jest, powtarzam, bardzo ważna próba sił. Związki nauczy-

cielskie są lewicowe – i uważają się za uprawnione do decydowa-
nia za nauczycieli. I mają wśród nich, jak widać, spore poparcie. 

A władze poszły na konfrontację. Miejmy nadzieję, że ją wygra-

ją i złamią opór komuny okopanej w pokojach nauczycielskich. 

A przy okazji: w USA chyba pojawił się nowy Barry Goldwa-

ter. Śp. Goldwater (tak, oczywiście, Jego rodzice to Goldwas-
sery z Polski) był chyba przez pięć kadencyj senatorem z Ari-
zony – najbardziej chyba prawicowego stanu w USA. Startował 
na prezydenta, osiągając rekordową (in minus) liczbę głosów: 
28%. Jednak osiem lat później śp. Ronald Reagan z takim sa-
mym programem wygrał wybory. 

Czasy się zmieniają... 
Życzę powodzenia p.Filipowi Moffetowi – kandydatowi TEA Par-

ty („TEA” jak „Taxed Enough Already!” = „Już dostatecznie opo-

datkowani”...) na gubernatora Kentucky. Można Go posłuchać tu: 

http://www.youtube.com/watch?v=H0Y5WYPYTDI.
Aha: i jeszcze: p.Ludwik Fortuño, gubernator Puerto Rico, pod-

sumował swoją działalność zmniejszającą podatki słowami: „rząd 
powinien pozostawić większą część pieniędzy w kieszeniach ludzi 
– nie tylko dlatego, że je zarobili, lecz także dlatego, że to ludzie, a 
nie rząd, wiedzą, co jest najlepsze dla nich i dla ich rodzin
”. 

To wszystko, niestety, na drugiej półkuli. 
A teraz czytam wiadomości ze strefy, nad która zapadła noc: 
Grupa 31 czołowych doradców niemieckiego ministra fi -

nansów skrytykowała oświadczenia Berlina w kwestii udziału 

Niemiec w pakiecie pomocowym dla 
krajów strefy euro, ostrzegając, że może 
on „zaszkodzić rozwojowi gospodarcze-
mu eurolandu oraz grozi przeciążeniem 
fi nansowym Niemiec i innych państw 
udzielających pomoc”.

Zgodnie ze zmianami, Niemcy nie 

będą musiały tylko w samym 2013 roku 
wpłacić na pakiet pomocowy olbrzymiej 
sumy 11 mld euro, ale będą płacić pięć 
mniejszych rat, które w latach 2013-
2017 złożą się na jeszcze większą kwotę, 
wynoszącą aż 22 mld euro. Wg założeń 
eurokratów, pieniądze te będą wykorzy-
stywane na „pomaganie” zadłużonym 
krajom strefy euro i utrzymywanie sta-

bilności wspólnej waluty.

Doradcy p.Wolfganga Schäuble ostrzegają jednak, że umowa 

ta potwierdza „błędy w polityce fi nansowej i kontrolowaniu 
rynków fi nansowych” oraz oznacza wyciąganie „za uszy” nie-
rozsądnych bankrutów przez państwa bogatsze. 

Portugalski parlament odrzucił program oszczędnościowy, 

który jest niezbędny do uzyskania pomocy fi nansowej UE.

Wszystkie partie opozycyjne odrzuciły w środowym głoso-

waniu najnowsze propozycje rządowe dotyczące ograniczenia 
wydatków publicznych i podniesienia podatków.

Decyzja pociągnie za sobą najprawdopodobniej dymisję 

mniejszościowego rządu JE Józefa Socratesa.

Włoski rząd zamierza chronić strategiczne dla państwa 

fi rmy przed przejęciami przez zagranicznych inwestorów.
W  środę  wściekłość  włoskiego biznesu wywołała infor-
macja o przejęciu wielkiego pakietu udziałów w serowym 
koncernie Parmalat przez francuskiego giganta Lactalis.
Rząd zapowiedział,  że zamierza wprowadzić zapisy chro-
niące włoskie kompanie przed tego typu praktykami.
– Mamy nadzieję,  że to pozwoli Parmalatowi zostać we wło-
skich rękach – powiedział p.Maurycy Fugatti, deputowany z 
Ligi Północnej, która jest członkiem koalicji w rządzie JE Syl-
wiusza Berlusconiego

Po prostu robi się niedobrze. Nie dość, że wszystko tu pada – 

to jeszcze parlamenty starają się, by nic świeżego nie pojawiło 
się na rynku, a gazety usłużnie im w tym pomagają.

Gdy Słoneczko rano się pojawi, to nie wiem, jak będzie pa-

trzeć na Europę. 

Chociaż może po prostu już od dawna nie patrzy na ten przy-

lądek Wielkiej Azji...

J

ANUSZ

 K

ORWIN

-M

IKKE

 

ZGODNIE ZE ZMIANAMI, 

NIEMCY NIE BĘDĄ MUSIAŁY 

TYLKO W SAMYM 2013 

ROKU WPŁACIĆ NA PAKIET 

POMOCOWY OLBRZYMIEJ 

SUMY 11 MLD EURO, 

ALE BĘDĄ PŁACIĆ PIĘĆ 

MNIEJSZYCH RAT, KTÓRE 

W LATACH 2013-2017 ZŁOŻĄ 

SIĘ NA JESZCZE WIĘKSZĄ 

KWOTĘ, WYNOSZĄCĄ AŻ 

22 MLD EURO. 

background image

XLV

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

FELIETON

Skąd się biorą 

bezbronni cywile?

N

areszcie pozbyliśmy się niepewności. Jeszcze do 
niedawna łamaliśmy sobie głowy nad tym, co wła-
ściwie dzieje się w Libii. Wiadomo było jedynie, 
że nie ma tam wojny, bo już Radio Erewań dawno 

wojnę wykluczyło na rzecz walki o pokój. Czy jednak w Li-
bii toczy się walka o pokój? To nie było takie oczywiste, bo 
przecież uczestnicy „koalicji chcących” nie twierdzili bynaj-
mniej, że walczą o pokój. Przeciwnie – prezydent Obama pu-
blicznie powiedział, iż chodzi o to, że Kaddafi musi odejść. 
Ale czy odejście Kaddafiego oznacza 
pokój? Nikt tego nie obiecuje. Zatem 
co właściwie dzieje się w Libii, jak to 
zdefiniować? Kiedy tak cały  świat się 
męczył, nasi Umiłowani Przywódcy 
toczyli narady i rada w radę uradzili, 
że w Libii trwa „kinetyczna operacja 
militarna”.  Świat odetchnął z ulgą – w 
Libii nie dzieje się nic osobliwego, to 
zwyczajna operacja militarna, tyle że 
„kinetyczna”. Takie słowa są! „Kine-
tyczna” – owszem, to wiele wyjaśnia 
(„Industrializacja – racja, pożytek z 
niej. Indus – rozumiem, trializacja – już 
mniej”) – ale niestety również „militarna”. Ale jakże inaczej, 
skoro jej celem i głównym powodem jest ochrona bezbron-
nych libijskich cywilów?

Właśnie jeden z Czytelników zwrócił mi uwagę na rewe-

lacje podawane przez prawicowo-liberalnego dziennikarza 
włoskiego Franco Bechisa, który twierdzi, że przygotowania 
do obrony libijskich cywilów francuska razwiedka rozpo-
częła już w listopadzie ubiegłego roku. Najwyraźniej skądś 
wiedzieli – ale w końcu, jako razwiedka, coś tam muszą wie-
dzieć – że tyran Kaddafi szczególnie zawzięty jest właśnie na 
cywilów, zwłaszcza tych bezbronnych. Wszystko podobnież 
zaczęło się od tego, że 20 października ubiegłego roku na lot-
nisku w Tunisie z samolotu libijskich linii lotniczych wysiadł 
z całą rodziną Nuri Mesmari – szef protokołu na dworze Kad-
dafiego, jedna z najgrubszych ryb tamtejszego tyrańskiego 
reżymu, prawa ręka pułkownika. Jego wizyta w Tunezji trwa-
ła zaledwie kilka godzin. Nie wiadomo, z kim się tam spotkał 
i o czym rozmawiał – ale Bechis twierdzi, że właśnie wtedy 
„przerzucił most” do tych, którzy później podnieśli rebelię w 
Cyrenajce. Nazajutrz Mesmari wylądował w Paryżu, oficjal-
nie gwoli odbycia operacji. I rzeczywiście – został zopero-
wany, ale nie przez lekarzy, tylko przez francuską razwiedkę
która natychmiast się nim zaopiekowała. Został umieszczo-
ny w hotelu Concorde Lafayette, gdzie wkrótce pojawili się 
wysłannicy francuskiego prezydenta – o czym świadczyła 
obecność błękitnych limuzyn przed hotelem. W apartamen-
tach Mesmariego odbywały się długie narady, w następstwie 
których 18 listopada do Benghazi udała się dziwna francuska 
delegacja. Urzędnikom francuskiego Ministerstwa Rolnictwa 
towarzyszyli biznesmeni – a to z France Export Céréales, a 
to z France Agrimer, a to z Soufflet – słowem: ekspedycja 
na papierze czysto handlowa, ale tak naprawdę byli to po-
przebierani za biznesmenów wojskowi i razwiedczykowie
W Benghazi spotkali się m.in. ze wskazanym przez Mesma-
riego pułkownikiem libijskiego lotnictwa Abdullahem Geha-

nim. Według informacji przekazanych francuskim kup-
com zbożowym przez Mesmariego, był on gotów przejść na 
drugą stronę, a poza tym miał dobre kontakty z dysydentami 
tunezyjskimi. Ci tunezyjscy dysydenci czerpali natchnienie 
od rezydujących tymczasowo w Paryżu przywódców tamtej-
szych partii opozycyjnych, no a z kolei ci przywódcy – od 
francuskiej  razwiedki, która na tej zasadzie ich obecność 
tam tolerowała. Te kontakty, ma się rozumieć, przebiegały 
w wielkiej tajemnicy, ale podejrzliwego tyrana coś jednak 

tknęło. 28 listopada wysłał on list goń-
czy za Mesmarim. Kanałami dyplo-
matycznymi dotarł ten list do Francji. 
Trochę to Francuzów skonfundowało, 
ale dla pozorów 2 grudnia postanowili 
Mesmariego aresztować, to znaczy po-
zostawili go w tym samym apartamen-
cie hotelu Concorde Lafayette i nazwali 
to aresztem domowym. Wtedy Mesmari 
oficjalnie poprosił Francję o azyl poli-
tyczny. Kaddafi trochę się zirytował i 
nawet miał z tego powodu pretensję do 
swego ministra spraw zagranicznych 
Mussy Kussy, ale poprzez umyślnego 

wezwał Mesmariego do powrotu, obiecując, że mu „przeba-
czy” – oczywiście jeśli tylko wróci. Tym postillon d’amour 
był Abdullah Mansour, szef publicznej telewizji libijskiej – 
ale Francuzi zatrzymali go w hotelu. 23 grudnia przybywają 
do Paryża następni wysłannicy: Charrant, Fathi Bokhris i All 
Ounes Mansouri – ale po drodze musieli się odwrócić, bo – 
jak twierdzi Bechis – po 17 lutego to oni właśnie podnieśli 
bunt w Benghazi. I rzeczywiście – Francuzi nie tylko nic im 
nie robią, ale nawet asystują podczas kolacji z Mesmarim w 
luksusowej restauracji przy Polach Elizejskich. Dzięki temu 
dowiadują się wszystkiego, co trzeba, o obronności reżymu 
starego tyrana, no i przede wszystkim, ile wywiózł za granicę 
i gdzie schował forsę. I wprawdzie 24 stycznia szef tajnych 
służb tyrana w Cyrenajce, generał Audh Saaiti, aresztuje puł-
kownika Gehaniego, ale jest już za późno – przewieziony do 
Trypolisu pułkownik do spółki z Francuzami staje na czele 
tamtejszych bezbronnych cywilów.

To dlatego właśnie francuski prezydent Mikołaj Sarkozy 

wyjaśnił, że Francja tak skwapliwie podjęła się uczestnictwa 
w „kinetycznej operacji militarnej” ze względu na „nasze 
międzynarodowe sumienie”. To niespodzianka prawie tak 
samo zaskakująca jak pogłoska rozpowszechniana przez by-
łego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, Lecha Wałę-
sę, jakoby Jan Kobylański oferował mu 200 tysięcy dolarów 
w zamian za odpowiednie ruchy kadrowe w dyplomacji, a 
on tych pieniędzy nie przyjął. Nieprawdopodobne – ale czyż 
wypada zaprzeczać? Jasne, że nie wypada – zwłaszcza w sy-
tuacji, gdy Sąd Apelacyjny w Gdańsku niedawno jednak na-
kazał Krzysztofowi Wyszkowskiemu przeprosić byłego pre-
zydenta naszego państwa za agenta „Bolka”, chociaż jeszcze 
w sierpniu ubiegłego roku orzekł odwrotnie, a przecież od 
tamtej pory w stanie faktycznym sprawy nic zmienić się nie 
mogło. Bo to nie stan faktyczny się zmienia. To czasy się 
zmieniają, a wraz z nimi również mądrości etapu.

S

TANISŁAW

 M

ICHALKIEWICZ

 

PREZYDENT OBAMA 

PUBLICZNIE POWIEDZIAŁ, 

IŻ CHODZI O TO, ŻE 

KADDAFI MUSI ODEJŚĆ. ALE 

CZY ODEJŚCIE KADDAFIEGO 

OZNACZA POKÓJ? NIKT 

TEGO NIE OBIECUJE. 

ZATEM CO WŁAŚCIWIE 

DZIEJE SIĘ W LIBII, JAK TO 

ZDEFINIOWAĆ? 

background image

XLVI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

PRO FIDE REGE ET LEGE

OFE, czyli fałszywa alternatywa

S

pór o Otwarte Fundusze Eme-
rytalne wszedł w fazę rozstrzy-
gającą, czego znamieniem było 
starcie ministra Jacka Vincent-

Rostowskiego z prof. Leszkiem Balce-
rowiczem. Widzę,  że dużo osób nawet 
dało się na ten wielki cyrk nabrać i pa-
sjonowało się  tą debatą, w której Bal-
cerowicz twierdził,  że broni własności 
prywatnej, a Rostowski ripostował,  że 
wcale na nią nie nastaje.

Zacznijmy więc od zdefi niowania  ter-

minu „własność prywatna”. W sposób 
klasyczny zdefi niował  ją Kodeks Napo-
leona (art. 544): „własność jest swobodą 
używania i nadużywania rzeczy”. Inny-
mi słowy: jeśli coś jest moje, to mogę to 
zgodnie z prawem sprzedać, zniszczyć, 
podpalić, oddać, zapisać w spadku. Czy-
li mogę tego czegoś „używać”, a nawet 
„nadużywać”. Pytanie: czy pieniądze 
zgromadzone w ZUS lub OFE są  wła-
snością?

Sprawa ZUS jest prosta: to klasyczna 

socjalistyczna (złodziejska) instytucja, 
gdzie można wpłacić każdą kwotę, aby 
potem otrzymać groszową zapomogę na 
„pogodną starość”. Wpłacać pieniądze 
do ZUS to jakby je wrzucić to miski klo-
zetowej i spuścić wodę. Sytuacja w przy-
padku OFE jest niewiadoma – o ile bo-
wiem ZUS jest złodziejstwem w czystej 
postaci, to OFE sprawia wrażenie „nie-
zależnego” i „prywatnego”. Nie kierują 
nim bowiem politycy, lecz menedżero-
wie o dobrych powiązaniach polityczno-
biznesowych. Kim są ci menedżerowie, 
nie wiem, bowiem nikt ich na oczy nie 
widział. Powierzenie im pieniędzy to jak 
kupowanie kota w worku. Ale nie ma 
problemu: jeśli ktoś chce, może trzymać 
sobie pieniądze na emeryturę czy to w 
ZUS, czy to OFE.

Rzecz tylko w tym, że nie wolno mnie 

do tego zmuszać. Jeśli własność jest 
„swobodą używania i nadużywania rze-
czy”, to mam prawo moje 100 złotych 
wpłacić na ZUS, do OFE lub nie wpła-
cić nigdzie. Własność polega na tym, że 
jest moja i tylko moja w sposób abso-
lutny. Jeśli więc chcę, mogę w ogóle się 
nie ubezpieczyć. Jeśli państwo zmusza 
mnie, abym część pieniędzy wpłacał 
na jakikolwiek fundusz emerytalny, to 
pozbawia mnie własności. Dzieje się 
tak nawet wtedy, gdy mam „osobiste 
konto”. Z OFE co roku przychodzi do 
mnie wydruk zgromadzonych składek. 
Ooooo, mam tam równowartość dobre-

go samochodu. Rzecz tylko w tym, że 
te pieniądze są moje tylko tytularnie. 
Użytkuje je OFE lub ZUS i nie pyta się, 
czy ja w ogóle sobie tego życzę. Liberal-
na reforma systemu emerytalnego musi 
zacząć się od zniesienia przymusu ubez-
pieczeń społecznych. Jeśli pieniądze w 
OFE czy ZUS rzeczywiście są moje, to 
muszę mieć prawo je wycofać w każdej 
chwili. Jestem gotowy podpisać przy 
tym zobowiązanie, że: „Wycofując moje 
pieniądze z osobistego konta oszczędno-
ściowego, zobowiązuje się nie wysuwać 
roszczeń względem budżetu państwa po 
zakończeniu pracy zawodowej”. Pro-
szę bardzo – zabieram moje pieniądze i 
podpisuję wam taki kwit!

Jeśli nie mogę wycofać swoich wpłat, 

to znaczy to, że te pieniądze nie są moje, 
a mam do nich tylko pusty tytuł  wła-
sności. Oglądając debatę Balcerowicz-
Rostowski, czułem się jak osoba okra-
dziona, która ogląda dwóch mafi osów 
kłócących się o walizkę ze zrabowanymi 
mi pieniędzmi. W amerykańskich fi lmach 
gangsterskich często jest taka scena, jak 
dwaj gangsterzy ganiają się samochodami 
i gdy zrównają się na drodze, wzajemnie 
próbują się z niej wypchnąć, uderzając 
się bokami pojazdów. I tak było w tym 
przypadku: reprezentujący interesy OFE 
Balcerowicz uciekał przed reprezentują-
cym ZUS Rostowskim, który co chwila 
uderzał go w bok samochodu, krzycząc: 
„Oddaj pieniądze!”. Po której stronie 
jestem w tym kryminale? Po niczyjej, 
gdyż oni walczą o (pierwotnie) moje pie-
niądze, które mi wspólnie odebrali. Dla-
czego mam kibicować jednemu gangowi 
przeciwko drugiemu, gdy obie mafi e są 
zgodne, że pieniędzy mi nie oddadzą? To 
spektakl dla gawiedzi, gdzie każdy „bro-
ni interesu emerytów”, a w sumie ma ich 
w wiadomym miejscu.

Na gruncie logiki socjalizmu propo-

zycja Rostowskiego jest słuszna. Po co 

socjalistyczne państwo ma się dzielić 
zyskami z jakimiś OFE? Po co wpłacać 
pieniądze do OFE, aby potem te ostat-
nie kupowały państwowe obligacje? Nie 
lepiej każdemu z nas dać co roku pań-
stwową obligację? Po cholerę nam taki 
przymusowy pośrednik?

OFE pomnażają (podobno) nasze pie-

niądze, lokując je w obligacjach i akcjach. 
Te pierwsze mają dawać lokatę pewną, te 
drugie są lokatami wyższego ryzyka. Tak 
tłumaczy nam to Balcerowicz, dowodząc, 
że OFE są niezbędne. Byłem ostatnio w 
moim banku, gdzie m.in. chciałem zało-
żyć lokatę terminową. Sympatyczna pani 
w okienku powiedziała mi te oto słowa: 
„Dziś lokat nikt nie zakłada. Proponuję 
Panu albo lokatę niższego ryzyka, gdzie 
kupujemy głównie obligacje, albo lokatę 
wyższego ryzyka, którą  będziemy grać 
na giełdzie”. Po debacie Balcerowicz-
Rostowski zrozumiałem,  że ta Pani za-
proponowała mi dokładnie to samo, co 
proponują mi OFE: inwestycję w obliga-
cje lub inwestycję w akcje.

W takim razie pytanie: po co mi OFE, 

często mieszczące się aż w dalekich kra-
jach, skoro dokładnie tę samą usługę ofe-
rują 300 metrów od mojego domu? Wię-
cej – oferują mi lepszą usługę, bowiem 
mogę w każdej chwili te lokaty skasować 
i zrezygnować z dalszego oszczędzania. 
Mój bank oferuje mi dokładnie to samo, 
co OFE, nie żądając w zamian przymu-
su wpłat. Bank obiecuje mi ten sam, ale 
liberalny i wolnościowy system groma-
dzenia własności z myślą o emeryturze.

Niestety, jakieś 98% ludzi w Polsce 

kompletnie nie rozumie, że spór Balce-
rowicza z Rostowskim to tylko zasłona 
dymna i dyskusja nie dotyczy tego, co 
naprawdę jest ważne, czyli istoty wła-
sności prywatnej, którą jest „swobodą 
używania i nadużywania rzeczy”. Wa-
runkiem szacunku dla własności jest 
zniesienie przymusu ubezpieczeń spo-
łecznych. No tak, ale wtedy nie poży-
wiliby się naszymi pieniędzmi ani po-
litycy obsadzający ZUS, ani koledzy 
polityków obsadzający OFE. Jak patrzę 
dookoła, ludek zrozumiał z debaty tyl-
ko tyle, że Rostowski „nie miał racji, bo 
przerywał Balcerowiczowi”. Dodam, że 
specjalista od pijaru powiedziałby jesz-
cze,  że stracił dwa punkty, gdyż dwu-
krotnie pił wodę, co jest klasycznym 
błędem marketingowym. Tyle lud zro-
zumiał i kropka. 

A

DAM

 W

IELOMSKI

 

background image

XLVII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

KĄCIK PRAWDZIWEJ KOBIETY

NAIWNY CYNIK

B

ARBARA

 

B

UONAFIORI

M

AREK

 

A

RPAD

 

KOWALSKI

K

ażdej z nas może się trafi ć, że nie 
mamy akurat Mężczyzny, który 
potrafi łby nas utrzymać. Wtedy 

idziemy zarabiać pieniądze. 

Powiedzmy jednak jasno: my, kobiety, jesteśmy 

od wydawania pieniędzy. Umiemy nimi szastać, 
umiemy oszczędzać. W miarę potrzeby. Natomiast 
od pracy to są Mężczyźni. 

My pracujemy: umilamy Im życie; prowadzimy 

Im domy; pomagamy w wielu dziedzinach, z ży-
ciem towarzyskim na czele; przekazujemy Im bar-
dzo ważne plotki, które Oni mogliby przegapić. 

To jest nasza praca. Pomysł, by kobiety nosiły 

cegły na budowach czy pchały taczki z cementem, 
jest absurdalny. Nie do tego nas pan Bóg stwo-
rzył. Czy czytałaś w Piśmie Świętym, że Madonna 
pracowała??? 

Nie – znalazła sobie św. Józefa – i to On ciesielką i 

stolarką utrzymywał Rodzinę. Jeżeli jednak musisz 
zarabiać pieniądze poza domem, bo nie znalazłaś 
sobie  żadnego Mężczyzny godnego miana twoje-
go Mężczyzny – to musisz znaleźć sobie zajęcie, w 
którym będziesz dobra. Czyli zajęcie kobiece. 

Nie, to feministki zacinają zęby i pchają te taczki 

z cementem albo noszą cegły. A potem się dziwią, 
że „kobieta zarabia tylko 49% tego co Mężczyzna”. 
Przy noszeniu cegieł Mężczyzna ważący tyle co ty 

zarobiłby na akord nie 49%, lecz 30% tego 
co koźlarz.

A ciekawe, ile by zarobił Mężczyzna ha-

ftujący? Sądzę, że 49% tego co ty. 

Dlatego nie bądź idiotką. Nie pchaj się do takiej 

pracy, w której kobieta zarabia 49% tego co Męż-
czyzna. Znajdź sobie pracę, w której Mężczyzna 
zarobiłby 49% tego co kobieta! 

Oczywiście mężczyźni wiotcy, słabi  fi zycznie 

mogliby wyspecjalizować się w hafcie i wyprzeć 
nas również z tego zawodu. Jednak nasze prapra-
pramyszy mądrze wpoiły w Mężczyzn, że pewnymi 
pracami nie wypada im się zajmować. Więc się nie 
zajmują.

Dzięki temu w razie prawdziwej potrzeby zawsze 

sobie jakąś tam kobiecą pracę znajdziemy. O, jakie 
mądre były nasze praprapramyszy! 

Ale tak naprawdę to pracując przy haftowaniu blu-

zek dla Amerykanek, rozglądaj się za Mężczyzną, 
który mógłby pracować na ciebie. 

I gdy znajdziesz – a na pewno znajdziesz – to 

zostaw to haftowanie tym, które sobie Mężczyzny 
znaleźć nie umiały. 

Jak mówiły nasze przodkinie, Rzymianki, na wi-

dok ciał synów poległych w boju:

Vae victis!
Bo ty wygrałaś – one przegrały. 

Praca

Z

darzyło mi się kilka telefonów w ciągu 
ostatniego miesiąca czy dwóch. Dzwoniły 
agencje badawcze starające się dowiedzieć 

o moich opiniach na temat wydarzeń kulturalnych, 
opinii o handlu, poglądów na bankowość itd. Za 
każdym razem jednak stawiano warunek, że an-
kietowany powinien być między dziewiętnastym 
a trzydziestym dziewiątym rokiem życia. Jestem 
grubo po trzydziestym dziewiątym roku życia, 
więc przepraszano mnie. Od człowieka w tym wie-
ku opinie nie są zbierane. 

Wszystkie te telefony dowodziły niezdarności i 

zdecydowanego braku profesjonalizmu u ankiete-
rów. Bo dzwonili na ślepo, nie wiedząc ile lat sobie 
liczę. Liczyli na to, że im się uda, że wśród wyko-
nanych telefonów natrafi ą na kogoś w odpowiednim 
przedziale wiekowym. Takie sondaże na chybił trafi ł 
świadczą o żałosnym nieporozumieniu, bo ankieter 
nigdy nie wie, na kogo się natknie. Ślepy los. A nuż 
się uda. Jaką wartość mają takie przypadkowe bada-
nia? Mam wrażenie, że żadną. Tym bardziej że mógł-
bym skłamać, a że nie mam skrzypiącego i drżącego 
głosu, mógłbym odmłodzić się telefonicznie o 30 lat, 
bo wtedy zmieściłbym się w granicach wymaganego 
przez agencje wieku. Przecież przez telefon nikt tego 
nie sprawdzi. Wyobrażam sobie, że telefony wybie-
rane są z książki telefonicznej spod dużego palca na 
zasadzie, że może uda się trafi ć na pożądanego infor-
matora. Socjologia spod budki z piwem. 

Po drugie i ważniejsze: to właśnie owo wymaganie 

górnej granicy wieku. Weźmy za przykład owo pyta-

nie o wydarzenia kulturalne. Widocznie uznano, że 
osoby po czterdziestce nie mają na ten temat nic do 
powiedzenia, bo są za stare. Czy to znaczy, że mają 
przymierzać się już do trumny? Albo – by nie ucie-
kać się do tak drastycznego mniemania – nie mają 
nic do powiedzenia na ten temat? Bo albo ze względu 
na wiek i głęboką starość nie śledzą wydarzeń kultu-
ralnych i nie uczestniczą w nich, albo w przypadku 
młodszych, liczących od 40 do 65 lat, nie mają na to 
czasu, zajęci pracą zarobkową, a w wolnych chwi-
lach tkwią w domu przed telewizorami, nie czytając 
książek, nie słuchając koncertów, nie chodząc do kin 
lub teatrów czy na jakieś inne imprezy. 

Młodsze zaś osoby, te poniżej dziewiętnastego 

roku życia, też nie czytają, nie słuchają i nie uczest-
niczą, bo według – jak mniemam – założeń są zbyt 
młode i nie mają nic do powiedzenia. I w jednym, i 
w drugim przypadku – młodsi i starsi – znów mamy 
do czynienia z socjologią spod budki z piwem, bo 
nie umiem inaczej nazwać tej pseudobadawczej 
dolnej i górnej granicy wieku. 

Chcę być wyrozumiały. Może te badania czy an-

kiety mają na celu zebranie opinii wśród ludzi aku-
rat w tym wieku. Założenie równie dobre jak każde 
inne. Ale co ma z niego wynikać? Bo to ogranicze-
nie badawcze świadczy o bezmyślności, a wyniki 
takiej ankiety nadają się do kosza, gdyż nie widzę w 
niej żadnego logicznego założenia. Sama metodolo-
gia badawcza też nadaje się do śmieci.

Ale jestem zadowolony z eliminowania mnie w 

tego rodzaju badaniach. Przynajmniej nie muszę 
tracić czasu i odpowiadać na bzdurne pytania. 
Mogę go natomiast wykorzystać na coś bardziej 
pożytecznego. 

Między 19 a 39 

background image

XLVIII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

R

EDAGUJE

 K

ATARZYNA

 R

ADZIEWICZ

ROZRYWKA

n

ajwiększe

ZI

R

EDAGUJE

 K

ATARZYNA

 R

ADZ

g

łupstwo

t

ygodnia

CZARNY KOŃ

Amber 2011

W

 

tegorocznych zmaganiach w 
Monako właściwie od początku 
w walce o najwyższy stopień 

podium liczyli się dwaj zawodnicy: Lewon 
Aronian i Magnus Carlsen. Jak się okaza-
ło, po ostatniej rundzie każdy z nich został 
zwycięzcą jednego typu rozgrywek. W par-
tiach szybkich młody Norweg pobił swoich 
rywali na głowę, wyprzedzając następnego 
w stawce Ormianina aż o 2,5 pkt. Niestety 
Carlsen nie dotrzymał kroku swojemu ry-
walowi w drugiej części rywalizacji. Aro-
nian w partiach na ślepo nie miał sobie rów-
nych i zakończył turniej z 1,5 pkt. przewagi 
nad następnym Viswanathanem Anandem. 
Dzięki temu został bezsprzecznym triumfa-
torem tegorocznych rozgrywek, a Carlsen, 
który w grze na ślepo był dopiero szósty, 
musiał zadowolić się drugim miejscem.

Aronian – Həşimov, Monako, 2011

Posunięcie Czarnych

Po zaledwie 13 posunięciach powstała 

bardzo nietypowa pozycja: żaden z graczy 
nie zrobił roszady, a Aronian nawet nie za-
czął rozwijać fi gur na skrzydle królewskim, 
tylko od razu przeszedł do szturmu pion-
kowego. Musiało to zaskoczyć Həşimova, 
który zaczął popełniać niewielkie niedo-
kładności: 14...g5. To posunięcie Azera za 
bardzo otwiera pozycję, pozwalając Aro-
nianowi na szybkie wprowadzenie fi gur do 
gry: 15.Gd6 Hd8 16.h:g5 Sg8 17.g6 f:g6 
18.Gd3 Sge7 19.Sge2 Kf7 20.Gc7 Hd7 
21.Gb6 e5
. Pozycja Białych, jeszcze przed 
chwilą całkowicie wygrana, stała się tylko 
lepsza. Posunięcie 21...e5 pozwoliło Vüqa-
rowi Həşimovowi na chwilę oddechu. 
22.Gc5 We8. Chwila ta jednak nie trwała 
długo, a Ormianin nie wypuścił już zwy-
cięstwa z rąk, kończąc partię w pięknym 

stylu:  23.G:e7 H:e7 24.S:d5 
Hd8 25.g5 Wh8 26.G:g6+ 
Kf8 27.Sf6 Ke7 28.W:c6 b:c6 
29.H:e5+ Kf8 30.Hf4 Ke7 
31.Sh7 W:h7 32.Hf7+ Kd6 33.G:h7 H:g5 
34.Wg1 Ge6 35.W:g5
. 1–0.

Bisguier – Fischer, Bay City, 1963

Posunięcie Czarnych

Na pierwszy rzut oka aktywność białych 

fi gur i przewaga materialna pionka mogą 
być przytłaczające, jednak wszystkie fi gu-
ry Artura Bisguiera są skoncentrowane na 
skrzydle hetmańskim, co ogranicza bardzo 
ich zdolności obronne. Ten atut wykorzystał 
były mistrz świata, Robert Fischer, i zagrał: 
34...S:h2!  Przeciwnik przyjął  ofi arowaną 
fi gurę, co zakończyło się natychmiastową 
przegraną: 35.K:h2 H:f2+ 36.Kh1 Gg4. 
0–1. Szansę na dłuższą grę dawała wymia-
na Hetmanów: 35. Hf4, jednak również ten 
wariant prowadził do przegranej (35...H:f4 
36.g:f4 S:f1 37.W:f1 Ga6).

Hubert Phillips

„The Week-End Problems”, 1932

Białe zaczynają i remisują

Jedyną  słuszną strategią jest doprowa-

dzenie do pata. Tylko jak tego dokonać? 
1.Sd6+! e:d6. Nie ma wyboru... 2.Ga6! 
H:a6
. Znów groziła utrata Hetmana. 
3.Wg8+ W:g8. Trzeba bić: (po Kc7 nastą-
piłoby Hb8×) 4.Hb8+! K:b8. I znów trze-
ba zabić, pozostawiając Białe bez możli-
wości posunięcia. Pat!  

W

 

tym tygodniu 

Nagrodę Kwaśne-

go Ogórka za Najwięk-

sze Głupstwo Tygodnia otrzymuje 
p.Jarosław Kaczyński, który do-
strzegł, że w sklepach Biedronki jest 
tanio – z czego wyciągnął wniosek, 
że  „jest to sklep dla najbiedniej-
szych”

W rzeczywistości jest na ogół od-

wrotnie: z dwóch rodzin średnio za-
możnych ta, która robi sporo zakupów 
w Biedronce, po jakimś czasie staje 
się zamożniejsza od tej, która zaku-
py robi w Almie albo Mini-Europie! 
Biedni to ci, którzy nie umieją kupo-
wać tanio. 

Inna sprawa to to, że wielu jest bied-

nych, bo i tu, i tam kupują alkohole. 
Nie zmienia to faktu, że p.Prezesowi 
Kaczyńskiemu należy się Ogórek.  

[a.f.]

tym

Nagro

background image

XLIX

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

J

ANUSZ

 M

IKKE

Augurzy pokonali Connectorów

ROZRYWKA

W PAJĘCZYNIE

http://www.worldbank.org

I czegóż to dowiemy się, odwiedzając 

stronę Banku Światowego? Już podtytuł 
witryny intryguje: „Praca dla świata wol-
nego od biedy”. Trudno ocenić tak ogól-
ne i emocjonalne hasło, które prawdopo-
dobnie nic ze sobą nie niesie. Jedno jest 
pewne: Bank Światowy zatrudnia rzesze 
pracowników, za pieniądze których na 
pewno można uratować niejednego bied-
nego człowieka na Ziemi.

http://moldawia.geozeta.pl

Podstrona „Geozety” – serwisu geogra-

fi czno-podróżniczego. Kopalnia wiedzy 
na temat Mołdawii – młodego państwa 
powstałego po rozpadzie ZSRS. W tej re-
publice, której bardzo blisko – i nie tylko 
z powodu języka – do Rumunii, można 
zwiedzić wiele ciekawych miast oraz 
spróbować wybornych win. 

http://www.rankingofe.com

Fundusze OFE – to Ci dopiero wyzwanie. 

Witryna jest kompendium wiedzy na temat 
Otwartych Funduszy Emerytalnych. Obok 
rankingu autorzy wyjaśniają nam, co to jest 
OFE, zamieszczają tzw. „kalkulator emery-
tury”, odpowiadają na najprostsze pytania 
związane z fi larami, a nawet zachęcają do 
natychmiastowego przystąpienia do OFE 
on-line. A jak ktoś sobie życzy, to może na-
wet zmienić Fundusz.

R

ozgrywki o Drużynowe Mistrzo-
stwo Polski weszły w fazę meda-
lową. Connectorzy w meczu z uty-

tułowanymi Augurami prowadzili 41-39, 
gdy przyszło rozdanie: 

Na obu stołach licytacja biegła: pas – 

pas – 1

 – 2

 – pas – 3

 – kontra – pas – 

i p.Krzysztof Kotorowicz powiedział od-
ważnie 3

BA 

. Jak widać, kontrakt jest nie 

do zdarcia – a po naturalnym ataku, jak w 
rozdaniu, 

8-ką (lub 

Królem) wypada z 

ręki 10 lew. 

W Klozecie otwarcie 1

 było sztuczne, 

silne. P. Olgierd Rodziewicz-Bielewicz (E
ocenił słusznie, że 4

, 4

 ani 4

 nie idą, a 

na 3

BA 

 zabrakło Mu odwagi – więc spaso-

wał. Jednak tak jak karty leżą 3

 z kontrą 

nie można obłożyć, bo E nie ma dojścia 
Trefl em, by połączyć atuty. 530

430 dało 

Augurom 14 IMP zysku. 

Obrona Pikami dobrze im wychodziła: 

Po dwóch pasach p.Bartosz Chmurski 

otworzył bluffowym 1

BA 

. P. Stanisław Za-

krzewski wszedł 2

 (na Kierach), a P. Ma-

riusz Puczyński skontrował. S „uciekł” w 
2

. Pas – i N spasował (!??). Byłby to bar-

dzo dobry wynik – ale bluffy nie do końca 
się udają: E dał kontrę. Pas – i W uciekł w 
2

. Dostał kontrę (??) – a E uciekł w 2

BA 

Kontra – i 3

. Kontra – i to się ustało. 

Na drugim stole Augurzy zagrali 6

BA 

 – 

i po wiście w Piki wygrali bez trudu. Jed-

nak również po wiście w Karo grę się 
wygrywa: wystarczy przepuścić 

Damę, 

drugie Karo zabić 

Waletem, zgrać 

Asa, 

pociągnąć wszystkie Trefl e i 

AK; E musi 

się odrzucić od Kara lub Kiera... 

Obrona szlemika przez 3

x byłaby jednak 

nieopłacalna gdyby Connectorzy nie zgubili 
co najmniej dwóch lew. N zgrał 

AK i za-

grał 

3. P. Ewa Miszewska zabiła 

Damę 

Asem i odwróciła... 

Waletem (prosząc o 

wist w Kiery). A bez trzech to tylko 500... 
990-500 = 10 IMP dla Augurów. 

W tym rozdaniu obie strony zbłądziły: 

Jak widać, na podwójnym impasie 

DW 

wychodzi tu 5

 – a i przeciwko szlemikowi 

ciężko się bronić! Każdy wist w czerwony 
kolor wypuszcza go od razu (niektóre dają 
13 lew...), a i po optymalnym, czyli 

3, 

E ma problem, co zrobić po zgraniu sze-
ściu Trefl i, gdy w stole zostaną 

AK97 

KD8 ? Wysinglowanie któregokolwiek 

Asa wypuszcza. Gdy zostawi się 

DW5 

AW 

 AD, wypuszcza też  położenie 

Damy na zagraną 

10-kę lub niepołoże-

nie 

Damy na zagrane 

8-kę lub 

6-kę! 

W Klozecie jednak licytacja Augurów 
biegła: 1

 (kontra) – 1

 (na Kierach) – 

3

 – 3

 – 3 

BA 

 – 4

 – pas...

Kontrakt po zagraniu w Karo, odwrocie 

w Trefl e i podłożeniu 

Waleta jest bez jed-

nej – jednak p.Talar nic nie wiedział o Ka-
rach partnera, więc oddał najgorszy wist: 

3-ką... P. Krzysztof Buras zabił podłożo-

nego 

Waleta i – spokojny, że Mu E 

Asa 

nie zedrze – wyszedł 

Królem. E zabił i od-

wrócił Pikiem. Rozgrywający utrzymał się 

9-ką, zgrał 

Damę, na 

Króla wyrzucił 

Waleta i w niezrozumiały dla mnie sposób 

nie zrobił nadróbki. W Open para Miszew-
ska-Zakrzewski odstawiła licytację: 1

 

(1

) – 1

 (na Kierach) – 2

 – 2

 – 3

BA 

 – 

4

 – 5

 – 5

 (S chyba uznała, że 5

 było 

cue-bidem) – 6

 – 6

 – pas... 

P. Jacek Kalita zawistował w Karo – i było 

bez trzech. Bez kontry, ale 11 IMP straty. 

A D W 9 3 2 
D 9 
7 6 
W 7 2


W 10 7 4 
K D W 4 
A K D 9 

K 5 4 
8 6 3 
A 5 
10 8 5 4 3

10 8 7 
A K 5 2 
10 9 8 3 2 





N

W     E

S

A 2 
A K D 8 5 3 
7 3 
A D 8

D W 9 6 5 4 
10 2 
10 8 6 
9 2 

8 7 
W 9 6 4 
K D 9 5 
W 10 7 

K 10 3 

A W 4 2 
K 6 5 4 3





N

W     E

S

10 8 6 
– 
K 10 5 
A K D W 10 9 8

4 3 2 
10 9 2 
8 6 4 2 
7 6 2

D W 5 
A W 4 
A D 9 7 3 
5 3 

A K 9 7 
K D 8 7 6 4 3 

4





N

W     E

S

background image

L

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

F

OT

. www

.best

fi lm.pl

kwota

tytułem

Koszt  prenumeraty: 

  Ce na  nu me ru  po je dyn cze go: 

4,40 zł

;    Ce na  nu me ru  po dwój ne go: 

6,40 zł

;  Ce na bez numerów 1-14/2011

nazwa odbiorcy

3S Media Sp. z o.o.

ul. Lisa Kuli 7/1

01-512 Warszawa

3S Media Sp. z o.o.
01-512 Warszawa   ul. Lisa Kuli 7/1 

Prenumerata tygodnika „Najwyższy CZAS!”

Prenumerata tygodnika 

„Najwyższy CZAS!” za 2011 rok

167 zł 

167 zł 

Sto sześćdziesiąt siedem złotych

za 2011 rok

63 1910 1048 2256 0156 5988 0003

63 1910 1048 2256 0156 5988 0003

167 zł

Prenumerata tygodnika

„Najwyższy CZAS!”

za 2011 rok

data          podpis

Słownie:

Do zapłaty:

Pre nu me ra ta  re dak cyj na  jest  wy sy ła na we wtor ki 

o godz. 13.00 pocz tą zwy kłą. Czas do tar cia za le ży 

od spraw noś ci  Pocz ty  Pol skiej  SA.

Uwaga: Na blankiecie proszę wpisać dokładny adres 

pod który ma być wysyłana gazeta

nr rachunku odbiorcy

nazwa zleceniodawcy

Prenumerata wysyłana jest poprzez Pocztę Polską we wtorki. Prenumerata priorytetowa powinna docierać do adresatów krajowych we środy, natomiast zwykła po 3-4 dniach. 

Prenumerata zagraniczna priorytetowa dochodzi w ciągu 2-3 dni, na zwykłą trzeba czekać średnio 7-10 dni, a czasem nawet do 2 tygodni. 

W prenumeracie zwykłej krajowej numer zwykły kosztuje 4,40 złotego, a podwójny 6,40 złotego. Pieniądze prosimy wpłacić na nasze konto podane w powyższym kuponie 

z dopiskiem „Prenumerata 2011”.

Koszt  

nazwa odbior

3S Med

ul. Lisa 

01-512 

63 1910 1

167 zł

Prenumer

„Najwyższ

za 2011 ro

Pre nu me r

o godz. 13

od spraw n

Uwaga: Na

pod który 

gg

nr rachunku 

nazwa zlecenio

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

P

Pr

Pr

P

Pr

P

Pr

r

e

en

e

en

en

um

um

um

umer

eratttt

ataa wy

w syyła

łann

PRENUMERA

T

A

 2011

Szanowni Państwo, oto cennik prenumeraty na 2011 rok. We wpłacie prosimy podać dokładne nazwisko i adres wraz 

z kodem pocztowym oraz numerem telefonu. Prosimy przypilnować Panie na poczcie, by na przelewie znalazły się kompletne informacje – 

dzięki temu unikniemy reklamacji.

Kraj: prenumerata zwykła – 229 złotych, prenumerata priorytetowa – 289 złotych; Europa, Rosja i Izrael: prenumerata zwykła – 419 złotych, prenumerata priory-

tetowa – 549 złotych; Stany Zjednoczone i Kanada: prenumerata zwykła – 449 złotych, prenumerata priorytetowa – 689 złotych; Australia i Oceania: prenumerata zwykła 

– 449 złotych, prenumerata priorytetowa – 969 złotych.

Biurokratyczni jeźdźcy apokalipsy

Prof. Witold J. Kieżun w sławnym emigracyjnym mie-

sięczniku „Kultura” (nr 630) opublikował tekst o czterech 

jeźdźcach apokalipsy polskiej biurokracji: gigantomanii

luksusomaniikorupcji i arogancji władzyMimo że tekst 

ukazał się prawie 11 lat temu, w jednym z ostatnich wydań 

pisma, którego redaktorem naczelnym przez ponad 50 lat był

 

Jerzy Giedroyc, prawie nic nie stracił ze swojej aktualności. 

Regularnie na łamach „NCz!” demaskujemy luksusomanię i 

korupcję, które na każdym szczeblu władzy przejawiają się 

w wielu formach. W czasie rządów Platformy Obywatelskiej 

gmach na Wiejskiej wyjątkowo często nawiedza również 

arogancja. Do kanonu pijarowskiego nadęcia przeszła m.in. 

sławna wypowiedź Donalda Tuska o braku konkurencji, z 

którą można by przegrać. Wciąż niestety z procesem trans-

formacji administracji publicznej wiąże się „systematyczny 

wzrost zatrudnienia, a jego skala może być określana jako 

gigantyczna”. Profesor Kieżun krytykował rozrost z 46 tys. 

do 126,2 tys. urzędników, jaki miał miejsce od 1990 do 1998 

roku. Obecnie podatnicy muszą wykarmić 462,9 tys. biuro-

kratów, którzy rocznie produkują tysiące aktów prawnych! 

Jak wyliczył Marcin Bonicki (przetargipubliczne.pl), infl a-

cja prawa jest gigantyczna: w roku poprzedzającym wpro-

wadzenie stanu wojennego wydano 117 aktów prawnych; w 

rekordowym 2004 roku z sejmowych komisji wypełzło ich 

2889 (

21.032 strony w Dzienniku Ustaw). Prawie siedem lat 

po akcesji do struktur unijnych Dzienniki Ustaw wciąż za-

wierają średnio 14 tys. stron prawnych regulacji (np. 

18.350 

w 2009 roku). Urzędnicy – dzieci państwowej gigantomanii 

– często całkiem nieźle żyją z prowadzenia szkoleń i wykła-

dów, na których uczą, jak wykorzystać luki w przepisach, 

stworzonych często przez nich samych (w tekście „Biurokra-

tyczny rekord świata” zamieszczonym w nr. 8/2010 „NCz!” 

zjawisko napędzanej przez biurokrację 

luksusomanii opisał Henryk Roliński). 

Ostatnio na infl ację prawa zareagowało samo 

Ministerstwo Finansów! Zamiast jednak zapowie-

dzi ukręcenia głowy ustawodawczej gigantomanii, podwładni 

Jacka Rostowskiego dali wyraz wyjątkowej arogancji. Resort 

domaga się bowiem podwyżki opłat za wydanie przez fi skusa 

interpretacji przepisów prawa podatkowego! 

Według  ustaleń

serwisu  wyborcza.biz,  fi rmy zamiast 40 zł miałyby płacić... 

1000 zł za każdą pomoc w przeprawie przez legislacyjną dżun-

glę! Podwyżkę o 2400 proc. ministerstwo uzasadniło... chę-

cią urealnienia rzeczywistych kosztów wydania interpretacji, 

za które doradcy podatkowi, radcy prawni i adwokacji biorą 

znacznie większe pieniądze! Innymi słowy: urzędnicy – często 

współautorzy prawniczej gmatwaniny – pozazdrościli więk-

szych pieniędzy pracującym komercyjnie kolegom! Według 

wyliczeń ministerstwa, w 2009 roku średni koszt wydania in-

terpretacji podatkowej wyniósł 1072 złote. Utrzymanie Biura 

Krajowej Informacji Podatkowej, do którego tylko dwa lata 

temu zdesperowane i poirytowane jakością polskiego prawa 

podmioty gospodarcze zapukały 30 tys. razy (!), kosztowało 

30 mln złotych...

Jerzy Giedroyc umieścił w swoim gabinecie we francu-

skim  Maisons-Laffi tte  okładkę ostatniego wydania pisma 

„Le Combat”, na którym wzorowała się emigracyjna „Kul-

tura”

. Z pierwszej strony współtworzonego przez Alberta Ca-

musa pisma do końca życia Giedroycia spoglądał nagłówek: 

Silence, on coule! („Cisza, toniemy!”). Niestety również Pol-

ska przedsiębiorczość – rozszarpywana przez biurokratycz-

nych jeźdźców apokalipsy – powoli tonie w morzu regulacji 

kolejnych Dzienników Ustaw.

I

NKWIZYTOR

 

 

background image

LI

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

FILM

„RYTUAŁ” („The Rite”), USA, 2011. Reżyseria: Mikael Håfström. Wykonawcy: Anthony Hopkins, 

Colin O’Donoghue, Alice Braga, Rutger Hauer i inni. Dystrybucja: Warner Bros.

„RYTUAŁ” („The Rite”), USA, 2011. Reżyse

i

i

ri

a:

 Mikael Håfström. 

W

W

Wykonawcy: Anthony Hopkins, 

Colin O’Donoghue, Alice Braga, Rutger Hauer i inni. Dystrybucja: Warner Bros.

Nauka egorcyzmów

amerykańskim repertuarze kin obserwujemy ostatnio 
niewiele zmian. Ciekawe, że przyznający ostatnie 
Oskary członkowie Akademii nie znaleźli lepszego 
fi lmu od brytyjskiego utworu „Jak zostać królem”, 

który cieszy się u nas także wielkim powodzeniem u widzów. Ame-
rykańskie produkcje z ubiegłego roku znalazły się na dalszym planie. 
Fakt ten nie może dziwić, bowiem w produkcji amerykańskiej nie 
znajdujemy ostatnio zbyt wiele rarytasów. W bieżącym programie 
naszych kin są regularne hollywoodzkie obrazy gatunkowe, m.in. ko-
media („Sex story”), fantastyka („Zielony szerszeń”, „Władcy umy-
słów”, „Wojna o Los Angeles”) i dramaty obyczajowe, jak „Figh-
ter” – świetnie zrealizowana, oparta na autentycznej historii historia 
boksera z problemami. Jednak niektórzy producenci hollywoodzcy 
wykonują czasem pozytywne gesty, odbiegające od ideologii poli-
tycznej poprawności. Niezwykły fi lm „Rytuał” sprawił już pewien 
kłopot recenzentom z prasy branżowej, którzy fi lmy o tematyce re-
ligijnej traktują zazwyczaj lekceważąco i pogardliwie. Zjawisko to 
stale się pogłębia, co powoduje, że tradycja chrześcijańska schodzi 
dziś na kompletny margines kultury popularnej. Przykładem niech 
będzie krytyczna recenzja tego obrazu w miesięczniku „Film”, gdzie 
zapowiadane są wszystkie premiery danego miesiąca.  

Twórcy „Rytuału”, ekranizacji wydanej niedawno po pol-

sku książki „Obrzęd. Tajemnice współczesnych egzorcyzmów” 
Matta Baglio, sprawili wszystkim niedowiarkom kłopotliwą nie-
spodziankę. Producenci tego utworu zrealizowali kilka lat temu 
znany u nas obraz „Egzorcyzmy Emily Rose” o podobnej tema-
tyce. Nakręcony w konwencji psychologicznego dreszczowca 
„Rytuał” spodobał się nawet watykańskiemu organowi „L’Osse-
rvatore Romano”, co się rzadko ostatnio zdarza. Jak bowiem wspo-
mniałem, mamy obecnie do czynienia z zalewem obrazów o wymo-
wie jednoznacznie antychrześcijańskiej i antykatolickiej, pełnych 
makabrycznych bzdur, jak w przypadku „Kodu Da Vinci”. Okazało 
się jednak, że przynajmniej niektórzy fi lmowcy wierzą jeszcze w 
diabła i przypomnieli sobie „Egzorcystę” – wielki przebój kinowy 

z lat 70. ubiegłego wieku. „Rytuał” sprawia nawet wrażenie wy-
znania wiary katolickiej przez jego autorów. Mottem utworu są sło-
wa papieża Jana Pawła II o obecności demonów we współczesnym 
świecie. Książka Baglio ma charakter reportażu o spotkaniu młode-
go wątpiącego księdza z doświadczonym egzorcystą. Znajdujemy 
tam także naukowe refl eksje na temat natury opętań przez demony i 
wskazówki, jak je odróżnić od chorób psychicznych.  

Twórcy fi lmu musieli – jak często bywa w przypadku ekraniza-

cji literatury – skoncentrować się na ukazaniu przebiegu drama-
tycznej akcji i odtworzeniu rytuału egzorcyzmów. Odbiegli więc 
nieco od literackiego oryginału, będącego połączeniem reportażu, 
kreacji i wykładu naukowego. W mrocznej atmosferze, przepeł-
nionej tajemnicą zmagań z demonami, obserwujemy dramatycz-
ne zmagania z szatanem doświadczonego ojca Lucasa, któremu 
asystuje młody amerykański seminarzysta Michael, uczęszcza-
jący na kurs dla egzorcystów w Watykanie. Wartością  fi lmu  jest 
niezwykła i dramatyczna kreacja wybitnego aktora brytyjskiego, 
Sir Anthony’ego Hopkinsa, w roli Walijczyka, o. Lucasa. Hopkins 
grał już w swojej bogatej karierze role szekspirowskie, seryjnego 
mordercę, wyrafi nowanych kamerdynerów, arystokratów, a ostatnio 
wystąpił nawet w komedii Woody’ego Allena. Tutaj kreuje księdza 
walczącego z diabłem. Młody Michael, patrząc na te zmagania z 
szatanem, stopniowo przełamuje swe wątpliwości i włącza się w eg-
zorcyzmy. W znakomitym i podwójnym w pewnym sensie zakoń-
czeniu akcja ulega dramatycznemu przyspieszeniu. Twórcy kończą 
konfl ikt sceptycznego racjonalizmu i autentycznej wiary w sposób 
akceptujący wiarę. Od strony fi lmowej  fi lm  został zrealizowany 
bardzo starannie, z położeniem nacisku na kreacje aktorskie. Ulice, 
zakątki i wnętrza Rzymu nie przypominają tu uroczego folderu o 
urokach Wiecznego Miasta. Wchodzimy bowiem w mroczny świat 
wiecznego zagrożenia przez demony i ciemne strony natury ludz-
kiej. „Rytuał” można potraktować nie tylko jako dreszczowiec, lecz 
także jako skrócony teologiczny wykład na temat egzorcyzmów.  

M

IROSŁAW

 W

INIARCZYK

 

background image

LII

NR 14 (1089)

 

 

2 KWIETNIA 2011

Dla osób chcących zorientować

się w podstawach szkoły jest to

fundament. Niezwykle pożytecz-

na zwłaszcza w dobie kryzysów
ekonomicznych. Nie mamy wąt-

pliwości, że wiek XXI to wiek po-
wrotu ekonomii wolnorynkowej.

CE NA: 29,90 zł

To pierwsze 

podsumowanie ustaleń 

na temat katastrofy 

smoleńskiej. 

Wyrób sobie własne 

zdanie kto jest winny!  

CE NA: 28,90 zł

Opus  ma gnum  pa pie ża  wol no -
ścio wej  eko no mii.  Je śli  chcesz

do wie dzieć  się  jak  na praw dę

dzia ła  go spo dar ka  i jak  mo gła -

by  dzia łać  gdy by  nie  so cja li -

stycz ne  ab sur dy,  mu sisz  się

z tą  książ ką  za po znać.

CENA: 99 zł

Jest to książka napisana

w sposób prosty i mądry. Jej 

zasadniczym motywem jest

kryzys zapoczątkowany w 2008

roku i zgodnie z tezą autora, 

trwający nadal. Autor rozprawia

się z mitem keynesizmu.

CE NA: 26,90 zł

Prezentowana satyra jest 

opisem polskiej rzeczywistości

na Kresach, widzianej oczami

wyzwolicieli. Sergiusz Piasecki

w humorystycznej formie 

pokazał zderzenie się dwóch

różnych światopoglądów.

CE NA: 17,90 zł

Tego polska historografia jeszcze

nie widziała!  Zbiór dokumentów

pisanych ręką Józefa Stalina, Mi-

kołaja Jeżowa i Henryka Jagody

dotyczący ludobójstwa popełnio-

nego przez Sowietów na Pola-

kach w latach 1937-1938. 

CENA: 28,90 zł

Au

tor „NCz!”

Tom pierwszy antologii najlep-

szych tekstów NCZ! (1990-

1996). Jest to zbior artykułów

tych autorów, którzy w naszym

konserwatywno-liberalnym 

świecie, szczególny akcent kła-

dli i kładą na konserwatyzm. 

CENA: 28,90 zł

Au

tor „NCz!”

Czyżby Tomasz Teluk stracił 

wiarę w libertarianizm? Drugie,

poprawione wydanie jego książ-

ki o najbardziej radykalnych

zwolennikach niczym nieograni-

czonej swobody  to krytyka wol-

nościowej idei! 

CE NA: 20,99 zł

Au

tor „NCz!”

Ro sja  za czy na  zno wu  gro zić. 

Ale czym jest tak na praw dę dzi -

siej sza  Ro sja?  Od po wiedź  da je

w swo jej  książ ce  Woj ciech  Grze -

lak, któ ry chciał w Rosji osiąść

na sta łe, ale ostatecz nie roz my-

ślił się. Do wiedz się dla cze go!

CENA: 28,90 zł

Stanisław Michalkiewicz 

wyjaśnia w pierwszym wywia-

dzie-rzece co to jest razwied-

ka, czym jest „Żywa Cerkiew”

i kapitalizm kompradorski

oraz kim są polscy żydofile.

Musisz to wiedzieć!

CENA: 28,95 zł

Nie jest kolejną pozycją z ga-

tunku spiskowej teorii dziejów. 

Autor, proponuje poddać ruchy

masońskie badaniom, by do-

wiedzieć się, kim są ich uczes-
tnicy, jak zdobywają pieniądze

i dlaczego zależy im na tajności.

CE NA: 42,90 zł

Aby  za ku pić  książ kę  za  po śred nic twem  na szej  księ gar ni  pro szę  wpła cić  na  kon to 

73 1500 1777 1217 7009 1480 0000

(3S Media Sp. z o.o., ul. Lisa Kuli 7/1, 

01-512 Warszawa) od po wia dnią kwotę oraz w tre ści prze ka zu po dać jej ty tuł oraz swój do kład ny ad res (z kodem pocztowym) i numer telefonu. Ce nę książ ki pro szę po więk -

szyć  o koszt  prze sył ki  w wy so ko ści 

9 zł.

Książ ki  wy sy ła ne  są  pocztą. 

Np: „Li ber ta ria nizm” – koszt 20,99 + 9 = 29,99. 

ZAMÓW MIN. 6 KSIĄŻEK – WYSYŁKA BĘDZIE GRATIS!

Chcesz zabrać swoją ulubioną lekturę na wakacje lub
w podróż, masz mało miejsca w bagażu...
– Kup książkę w wersji elektronicznej! 
Łatwa nawigacja, szybka wysyłka, mniejsze koszty!

Satyry polityczne 

Janusza Szpotańskiego

często cytowane przez

Stanisława 

Michalkiewicza zgrupo-
wane w trzech cyklach: 

Gnom, Caryca, Szmaciak.

CE NA: 29,90 zł

Autor pokazuje, że nie trzeba
być mędrcem i nie wystarczy

mieć racje, by zostać autoryte-

tem moralnym, cytowanym,

rozchwytywanym i pokazy-

wanym w mediach, jako drogo-

wskaz wiedzy i cnoty.

CE NA: 34,90   zł

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Au

tor „NCz!”

Historia ruchu anarcho-indywi-

dualistycznego w USA. Od ko-

lebki aż po grób. Mało znana

w Polsce tematyka. Autor opi-

suje kolejne fazy rozwoju tego

kierunku ideowego i osobiste

losy jego twórców.

.

CE NA: 22,90 zł

Najbardziej niepoprawna

książka o Unii Europejskiej

na całym świecie! Powstała

na podstawie „Postępu w Eu-

ropie” „Postępu Postępu”

z „NCz!”. Pośmiej się z nami 

z uniokratów!

CE NA 18,90 zł

Jest to książka-legenda.

Została przetłumaczona na wie-

le języków. W latach trzydzie-

stych zrobiła karierę na obu pół-

kulach i odegrała znaczącą rolę

w ukazaniu, kto i jak „robił”

Rewolucję Październikową. 

CE NA: 34,90 zł

Tego jeszcze nie było! Pierw-

szy wywiad-rzeka z Januszem

Korwin-Mikkem przeprowa-
dzony przez Tomasza Som-

mera. Jeśli chcesz dowiedzieć

się kim naprawdę jest JKM to

jest to pozycja obowiązkowa.

CENA: 24,99 zł

Aby za ku pić książ kę w wersji elektronicznej (e-book) za po śred nic twem na szej księ gar ni pro szę wpła cić na kon to 

73 1500 1777 1217 7009 1480 0000

su mę od po wia da ją cą war to ści książ ki oraz w tre ści prze ka zu po dać jej ty tuł oraz swój ad res mailowy na który wyślemy e-booka. 

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

Liberalna wizja mediów daje jed-

nostce możliwość doboru dowol-

nego filtra w ich wyborze. Komer-

cjalizacja telewizji i gazet  jest

w stanie odpowiednio regulować

rynek i – przede wszystkim 

– ograniczyć wpływy polityczne. 

CENA: 28,90 zł

Au

tor „NCz!”

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 14,95 zł

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ

Oto pierwszy wywiad-rzeka z najbardziej niepokor-

nym polskim filozofem Bogusławem Wolniewiczem,

związanym ze środowiskami skupionymi wokół Radia

Maryja. Jego teksty publikuje m.in. „Najwyższy

CZAS!” i „Rzeczpospolita”. To jeden z najostrzejszych

krytyków upadku cywilizacyjnego i moralne-

go Europy. Znany z niezwykle cel-

nych, a jednocześnie bezlito-

snych i bezkompromi-

sowych analiz sytuacji

politycznej.

KSIĘGARNIA „NCz!”

KSIĘGARNIA „NCz!”

e-book, czyli...
...wersja elektroniczna

Kto stoi za zielonym terrorem?

Dlaczego UE tak łatwo ulega 

szaleństwom ekologów?

CE NA: 21,80 zł

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 14,95 zł

Pierw sza  w Pol sce  książ ka  pre -

zen tu ją ca  po li tycz nej  uspra wie dli -

wie nia  wy mu sza nia  po dat ków. 

CE NA: 18,95 zł

Książka opisująca historię

naszego wieku. Autor z nie-

zwykłą starannością pokazu-

je przebieg historii.Książkę

czyta się jak powieść!

Tom I

CENA: 33,9 zł

Tom II

CENA: 39 zł

Pakiet

CENA: 70 zł

www.nczas.com

www.sklep-niezalezna.pl

NOWOŚĆ!
Już w sprzedaży!

NOWOŚĆ!
Już w sprzedaży!

w wersji 
elektronicznej 

CENA: 18,95 zł CE NA: 28,9 zł

NOWOŚĆ

NOWOŚĆ