background image

INSTYTUT STUDIÓW POLITYCZNYCH POLSKIEJ AKADEMII NAUK 

M M 9 Y OU 

Franciszek Ryszka 

NAUKA O POLITYCE 

A JEJ NAUCZANIE 

Warszawa 1991 

 

 

 

Redaktor: 

 

Jacek Krawczyk  

Okładkę projektował   

Mariusz Fransowski 

 

Wydawca: Instytut Studiów 

Politycznych PAN, 

00-901 Warszaw 

a, Pałac Kultury i Nauki, XVII piętro 

Realizacja: Oficyna Graficzi 

10-Wydawnicza 'Typografika" 

02-701 Warszawa. 

ul. Żywnego 18-90 

 

 

SPIS  TREŚCI 

Przedmowa...............................................................................................................................5 

Wprowadzenie.........................................................................................................................7 

I. Tradycje................................................................................................................................7 

II. Historia..............................................................................................................................11 

III. Programy i lektury.........................................................................................................14 

A.  Lektury.................................................................................................................14 

B.  Programy..............................................................................................................20 

-3- 

PRZEDMOWA 

Wśród  wielu  zadao  statutowych  Instytutu  Studiów  Politycznych  PAN  (nowopowstałej, 

interdyscyplinarnej  placówki  naukowo-badawczej)  jest  zadanie  określone  hasłowo  jako:  Edukacja 

obywatelska  w  procesie  demokratycznych  przeobrażeo,,  którego  realizacja  powierzona  została 

specjalistycznej, wewnętrznej, naukowo-badawczej jednostce organizacyjnej Instytutu - Wydzielonej 

Pracowni Edukacji Politycznej. 

Podstawowym  celem  tak  sformułowanego  zadania  jest  wyposażenie  nauczycieli  różnego 

szczebla  (szerzej:  nadawców)  oraz  młodzieży  (szerzej:  odbiorców)  w  odpowiedni  zestaw  pojęd  i 

koncepcji pomocnych w opisie  oraz ocenie  otaczającej  ich rzeczywistości, a także  ukształtowanie w 

background image

społeczeostwie nowego, demokratycznego modelu kultury politycznej niezbędnego dla jego rozwoju 

i harmonijnego funkcjonowania. 

Generalnie chodzi o to, aby wszyscy obywatele nauczyli się odróżniad i odnosid siebie do tego 

co anglosasi nazywają dvii society (powiedzmy: zbiorowośd paostwowa) i civk society (społeczeostwo 

obywatelskie, nosiciele własnych spraw). 

Realizacja, a raczej próby realizacji tak sformułowanego celu, aby miały szansę powodzenia, 

zakładają  kompleksowośd  i  bieżącą  współpracę  wszystkich  podmiotów  edukujących,  z  których 

jednym zamierza byd także Instytut Studiów Politycznych PAN. 

Jedną z metod mogących prowadzid do takich prób jest powrót do dobrej tradycji wydawania 

prac popularnonaukowych. 

Wychodząc  temu  naprzeciw  oddajemy  do  rąk  Czytelników  esej  jednego  z  twórców  polskiej 

politologu Profesora Franciszka RYSZKI zatytułowany NAUKA O POLITYCE A JEJ NAUCZANIE. 

Nie  jest  przypadkowe,  że  właśnie  Instytut  Studiów  Politycznych  PAN  jest  wydawcą  pracy, 

która  popularyzowad  ma  zagadnienia  dydaktyczne.  Wspomniana  interdyscyplinarnośd  Instytutu 

rozumiana  jest  przez  nas  także  jako  uprawianie  nauki  o  polityce  na  różnych  płaszczyznach,  wśród 

których postrzeganie politologu jako dyscypliny dydaktycznej ma rację bytu na równi z innymi. 

Esej ten ma szereg walorów nie tylko dlatego, że został napisany przez znanego uczonego i 

dydaktyka  -  promotora  z  górą  stu  magistrów,  ponad  dwudziestu  doktorów,  do  którego  uczniów 

należą  już  nawet  uznani  w  kraju  i  zagranicą  profesorowie.  Wydaje  się,  że  właśnie  w  czasie  kiedy 

poszukuje  się  nowych,  skuteczniej  trafiających  do  odbiorcy  metod  edukacyjnych,  refleksje  te  - 

zawierające  także  szereg  inspirujących,  niekonwencjonalnych  propozycji  zmian  istniejącego  w  tvm 

zakresie stanu rzeczy - mogą wzbudzid zainteresowanie nie tylko nauczyciela i studenta - ucznia (czy - 

ogólniej rzecz ujmując - nadawcy i odbiorcy) -bowiem: 

1.  Jest on jedynie z pozoru popularną refleksją nad dydaktyką politologu, bowiem odsłania 

również pewną historyczną już logikę tej dyscypliny. 

2.  Refleksje Profesora nad problemami edukacyjnymi są również po części bardzo skrótową 

charakterystyką  rodzących  się  w  polskiej  politologu  szkół  i  kierunków,  a  także  związanego  z  tym 

procesu, którym rządzą określone prawa. 

W  ten  sposób  refleksja  nad  dydaktyką  nauki  o  polityce  uzyskuje  określoną  narrację,  nie 

pozbawioną przy tym swoistego wątku dramatycznego (czego dotąd nie doceniali autorzy i wydawcy, 

tak  prac  popularnonaukowych  jak  i  typowycn  pomocy  naukowo-dyda-ktycznych,  ze  szkodą  dla 

wyników procesu edukacyjnego). 

3.    Dbałośd  o  osadzenie  omawianej  problematyki  w  konkretnych  realiach  sprawia,  że 

referowane poglądy wieloletniego nauczyciela akademickiego przestają byd dla Czytelnika wyłącznie 

wydumanymi i bezdusznie abstrakcyjnymi rozważaniami. 

background image

-5- 

4.  Kolejną  cechą  ułatwiającą  narracyjny  sposób  przedstawienia  tej  -  na  pozór  niezbyt 

interesującej  -  problematyki  jest  nieustanne  dokumentowanie  przez  Autora  kumulatywnego 

charakteru  samej  pohtologii  jak  i  jej  nauczania  -  czynione  przy  tym  ze  swoistym  wdziękiem  (ale  i 

umiarem) oraz nacechowane łagodną sceptyka tak charakterystyczną dla stylu bycia Profesora. 

W  dedykowanej  Profesorowi  Ryszce,  w  sześddziesiątą  piątą  rocznicę  urodzin,  monografii 

zbiorowej  (J.  Baszkiewicz,  A.  Bodnar  -  pjzew.,  St  Gebethner  -  red.:  Historia  -prawo  -  polityka. 

Warszawa,  PWN,  1990  *seria:  Biblioteka  Nauk  Politycznych+)  Jego  zmarły  przedwcześnie  Przyjaciel, 

Profesor Artur BODNAR - wraz z Jego uczniem, Markiem Białoruskim - napisali: Każdy kto zdecydował 

się na lekturę prac Franciszka Ryszki, ma prawo poczud się w pewnym momencie zaniepokojony. A 

byłby to ten rodzaj niepokoju, który ogarnia nas, gdy zaczynamy dostrzegad, iż rzeczywistośd, w której 

istniejemy jest chaotyczna, amoralna, brutalna czy wręcz zła (por. Franciszka Ryszki paradygmat nauki 

o polityce, s. 123). 

Mała  -  tramwajowa  wręcz,  jak  określają  to  studenci  -  objętośd  pracy,  jej  forma  i  styl 

sprawiają,  że  jej  odbiorcą  może  byd  zarówno,  z  natury  zaciekawiony  tą  problematyką,  nauczyciel 

różnych  szczebli,  jak  i  z  powodzeniem  student  i  uczeo,  a  także  profesjonalny  humanista,  który 

analizując  eseistyczne  refleksje  dydaktyka-politologa  pragnąłby  wyciągnąd  wnioski  dotyczące  praw 

rządzących dynamiką własnej subdyscyphny. 

Mamy  nadzieję,  że  po  esej  ten  sięgnie  także  inny  Czytelnik  żyjący  w  pośpiechu 

znamionującym  czasy  obecne  nie  skłaniające  na  ogół  ku  czytaniu  obszernych  dzieł  jak  te,  które 

pozostały nam w dziedzictwie po uczonych poprzednich wieków. 

Lekturę tego eseju polecamy szczególnie Czytelnikowi, który twierdziłby, że nie interesuje Go 

polityka  -  bowiem,  chod  granice  świata  polityki  bywały  zakreślane  różnorodnie,  a  przy  tym 

niejednakowo  -  jak  miał  okazję  stwierdzid  niżej  podpisany  (por.  Przedmiotowe  i  metodologiczne 

swoistości historii i pohtologii, s. 167) w cytowanej monografii zbiorowej dedykowanej Profesorowi 

Ryszce - jednak (...) jest nią cały kompleks spraw związanych ze zjawiskiem władzy i panowania(...), a 

których celem jest organizowanie i koordynowanie działali ludzi (op. cit.), od których uciec przecież 

niepodobna. 

Tomasz Ulioski 

Warszawa, kwiecieo 1991 r. 

-6- 

WPROWADZENIE 

Tekst  ten  dotyczy  w  zasadzie  nauczania  wiedzy  o  polityce  na  poziomie  uniwersyteckim, 

będzie też zawierał propozycje pewnych reform. Nauczanie jakiejkolwiek dziedziny życia zbiorowego 

background image

wymaga  jednak  nie  tylko  określenia  zakresu  nauczania  -  sub  specie  jego  przydatności,  ale  i 

zinwentaryzowania, głównych przynajmniej, elementów tej wiedzy. 

Wszyscy ponadprzeciętnie wykształceni i aktywni społecznie ludzie wiedzą mniej więcej, co to 

jest  polityka,  chociaż  zdania  na  ten  temat  są  zaskakująco  różne,  przy  tym  realne  konsekwencje 

takiego  pojmowania  nie  są  obojętne  dla  zachowao  politycznych  jednostek  a  także  i  grup  ludzkich. 

Niemniej  wśród,  z  grubsza  biorąc,  elitarnych  grup  społeczeostwa  polskiego  zdaje  się  występowad 

pogląd,  że  polityka  łączy  w  sobie  działania  na  rzecz  władzy  z  zamierzeniami  i  działaniami  na  rzecz 

wspólnego dobra1. 

Nie  jest  to  szczególnie  odkrywcza  ani  pogłębiona  opinia,  kiedy  przychodzi  zidentyfikowad 

podmioty  działao  i  rodzaje  zachowao  politycznych.  Przecież  wypada  się  zgodzid,  że  taki  pogląd 

istnieje  a  przekłada  się  na  zdroworozsądkowe  pojmowanie  zbiorowych  wartości  i  interesów, 

wspieranych  przez  zmienną  wprawdzie  i  do  tego  zrelatywizowaną,  lecz  dającą  się  ustalid  "intuicję 

sprawiedliwości".  Na  pewno  jednak  nie  jest  to  opinia  wystarczająca,  aby  uzasadnid  potrzebę 

akademickich studiów o polityce a tym bardziej - wyraźniej sprecyzowad ich kształt i zadania. O tym 

także przyjdzie wspomnied w niniejszym artykule. 

Sądzę, że będzie pożyteczne nakreślid chodby szkicowo kontekst czasowo-prze-strzenny, tak 

się bowiem dzieje, że dyscypliny akademickie zakorzeniają się w różnych systemach w trybie recepcji, 

a po tym żyją już własnym życiem. 

ŁTRADYCJE 

Tradycje  wiedzy  o  polityce  czy  tylko  społeczeostwach  zorganizowanych  są  bardzo  stare, 

starsze od teologii chrześcijaoskiej i nauki prawa, skoro wywodzą się z filozofii greckiej - co najmniej 

od Arystotelesa. Żyły potem długo w  kulturze  europejskiej, chociaż wkład w  tej dziedzinie Polaków 

nie  był  nigdy  znaczący,  nawet  w  dobie  rozkwitu  kultury  renesansowej.  Stopniowy  upadek  paostwa 

zakooczony  rozbiorami  i  upadkiem  paostwowości  nie  sprzyjał  oczywiście  myśleniu  teoretycznemu, 

chociaż i propozycje praktyczne nie były najwyższej próby. 

Inna rzecz, że nasza literatura piękna stosunkowo wcześnie zwraca się ku polityce. Osobliwie 

klęska  polityczna  w  postaci  utraty  niepodległości  i  dramatyczne  konsekwencje  tego  zjawiska 

upolityczniły  całą  kulturę  a  literaturę  piękną  w  szczególności.  Zresztą  proces  upolitycznienia 

rozciągnął  się  poza  własne,  polskie  sprawy.  Jednym  z  najciekawszych  (co  nie  znaczy:  najlepszych) 

utworów romantycznych jest dramat Krasioskiego "Nieboska komedia". 

Takie  opinie  potwierdza  sondaż  w  grupie  reprezentatywnej  (N=134)  parlamentarzystów  i 

profesorów  nauk  społecznych  z  Warszawy.  Sondaż  został  przeprowadzony  w  lipcu  1990  r.  przez 

Fundacje, im. Kelles-Krauza z inicjatywy autora tego tekstu. Wyniki szczegółowe nie są istotne. 

-7- 

background image

Jest to utwór polityczny - jakby sens dramatu podpowiedział autorowi jakiś Dono-so Cortes a 

co  najmniej  ultramontaoscy  pisarze  francuscy.  Skoro  już  o  okresie  rozbiorowym  mowa,  nie  wolno 

nam  zapominad,  że  na  całym  obszarze  ziem  polskich  funkcjonowały  tak  naprawdę  tylko  dwa 

uniwersytety: we Lwowie i Krakowie, przy tym ich polski charakter pojawi się stosunkowo późno. 

Oba  te  uniwersytety  stały  się  wzorem  dla  całego  szkolnictwa  wyższego  w  okresie 

międzywojennym. Polskie uniwersytety nie odbiegały od standardów europejskich, lokując się bodaj 

najbliżej  modelu  prusko-austriackiego,  tzn.  pozostając  w  gestii  paostwa,  ale  z  względnie  szerokim 

samorządem, chod w późnych latach trzydziestych uległ on faktycznemu ograniczeniu. 

Uniwersytety europejskie kształciły przede wszystkim prawników, lekarzy i nauczycieli. Studia 

prawnicze były - jak wszędzie - najpopularniejsze, stwarzały zaś - chodby pozornie - najwięcej szans 

do kariery. W paostwie o strukturze wojskowo-urzędniczej, jakim była Polska międzywojenna, nauka 

prawa  była  mocno  rozbudowana,  a  poziom  jej  wydawał  się  co  najmniej  przyzwoity.  Na  studiach 

prawniczych  nie  zabrakło  miejsca  na  wiedzę  polityczną,  najpierw  w  rozbudowanych  silnie 

dyscyplinach  historycznych  (filozofia  prawa  wykładana  historyzująco),  później  w  nauce  prawa 

narodów  -  jak  to  się  wówczas  zwało  -  i  nauce  prawa  paostwowego,  nazywanego  wymiennie 

konstytucyjnym  lub  politycznym.  Wyodrębnionej  nauki  o  polityce  jednak  nie  było.  Nie  tylko  u  nas 

występujące  przekonanie,  że  politykę  "robią"  instytucje  paostwowe,  wiązało  ją  z  paostwem  i 

nadawało kształt instytucjonalny. Wszystko inne powinno byd zadaniem historii i socjologii. 

Uczeni, zwłaszcza młodsi, próbowali jednak inicjatyw poza murami uniwersytetów. Motywy 

były  bardziej  praktyczne,  metody  i  konwencje  -  akademickie.  Sądzę,  iż  najbardziej  godna 

przypomnienia jest inicjatywa młodych docentów z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, którzy 

krótko  przed  wojną  stworzyli  -  nie  bez  dyskretnego  poparcia władz  paostwowych  -  Instytut  Europy 

Wschodniej w Wilnie. Duszą tego przedsięwzięcia był docent tegoż Uniwersytetu, specjalista prawa 

międzynarodowego Wiktor Sukiennicki, bodajże pierwszy "sowietolog" z prawdziwego zdarzenia, na 

długo  nim  zajęli  się  tym  uczeni  zachodni.  Niebłahą  rolę  odegrali  również:  ekonomista  Stanisław 

Swianiewicz (ten, któremu udało się uniknąd masakry w Katyniu) i historyk prawa Seweryn Wysłouch 

- mój mistrz uniwersytecki i wieloletni szef na Uniwersytecie Wrocławskim. 

Skromniej  chyba  liczyd  trzeba  osiągnięcia  Instytutu  Śląskiego  w  Katowicach  (dr  Roman 

Lutman),  który  zajmował  się  sprawami  niemieckimi  i  społecznych  placówek  w  Wielkopolsce  (Polski 

Związek  Zachodni). Publikacje  katowickie  i  poznaoskie  pozostają  po  dziś  dzieo cennym  źródłem  dla 

historyka,  lecz  ich  znaczenie  dla  nauki  o  polityce  sensu  stricto  jest  prawie  żadne.  Instytut  Wileoski 

miał  zdaje  się  tę  przewagę,  iż  sporządzał  rzetelne  ekspertyzy.  Z  bezpośredniego  przekazu  (od  prof. 

Wysłoucha)  mogłem  się  dowiedzied,  iż  te  ekspertyzy  nie  zawsze  były  po  myśli  władz.  Obiektywizm 

publikowanych tekstów, które są dzisiaj prawie "białymi krukami", także budzi podziw. 

background image

W  tym  samym  czasie  w  Europie  Zachodniej  nauka  o  polityce,  później  dopiero  nazwana 

politologią,  powoli  i  z  oporami  dobijała  się  statusu  uniwersyteckiego.  Pierwszeostwo  w  sensie 

chronologicznym przypada niewątpliwie Francuzom, gdzie polityki jako takiej uczono już w "Grandes 

ecoles",  idąc  starym  śladem  "philosophie  politique",  zaczynającym  się  co  najmniej  od  czasów 

Oświecenia. Jednakże szersze pojęcie "filozofii", do której kar-tezjaoskie umysły Francuzów zaliczały 

różne utopie i moralizatorstwo, precyzuje się w 

-8- 

"teorię". W ten sposób periodyzował dzieje nauki "politycznej" Raymond Aron zaczynając od 

Monteskjusza, którego umieścił na początku rozdziału o "założycielach" (les fonda-teurs) w traktacie 

o "etapach myśli socjologicznej"2. 

Nazwy "socjologia" używał Aron sensu largo. Socjologia to tyle co "social science" w tradycji 

anglosaskiej  (bliskiej  francuskiemu  autorowi)  a  nie  wąsko  pojęta  dyscyplina  akademicka.  Zresztą 

Monteskjusz to "teoria polityki", ona zaś otwiera "myśl socjologiczną" ważną dla współczesności. 

W tradycji francuskiej mieści się nie tylko odwołanie do kartezjaoskiego racjonalizmu, lecz po 

prostu zdrowy rozsądek  bliski niemieckiemu pojęciu "praktische  Vernunft". I tak  we Francji zaczęło 

się  dośd  wcześnie  mówid  o  "naukach  politycznych"  a  nie  pojedynczej  "nauce".  Katalog  nauk,  jakim 

przyznawano  "politycznośd"  byl  stosunkowo  obszerny,  bowiem  "politycznośd"  miała  wymiar 

praktyczny.  "Polityczną"  tedy  stała  się  nauka  administracji,  nauka  o  instytucjach  określanych  i 

obserwowanych  poza  sferą  normatywną,  nauka  o  zachowaniach  ludzkich  w  sferze  politycznej  (od 

Saint-Simons,  ale  i  Tocquevi!le'a  począwszy)  lub  mających  znaczenie  dla  polityki  (Durkheim  i  jego 

szkoła a zwłaszcza Mauri-ce Halbwachs) a także - i nie na ostatnim miejscu - ekonomia "polityczna tak 

jak to rozumiał np. Andrd Siegfried. 

Jeszcze  przed  pierwszą  wojną  światową  powstała  w  Paryżu  -  jako  samodzielna  placówka  - 

Narodowa  Fundacja  Nauk  Politycznych  (Fondation  Nationale  des  Sciences  Politiques),  bodaj  z 

inicjatywy  Emila  Boutmy.  Jednak  dopiero  po  drugiej  wojnie  Fondation  Nationale  uzyskała  status 

Wydziału  gigantycznego,  w  latach  pięddziesiątych,  uniwersytetu  paryskiego,  zwanego  -  niezupełnie 

prawidłowo - Sorboną. Nauczanie "polityki" odbywało się jeszcze i wówczas wedle wzorca "grandes 

dcołes", to znaczy bliżej filozofii i nauki prawa niż socjologii, mimo że "wielkich mistrzów" zaliczano do 

tej właśnie branży. Byłem przez krótki czas uczniem Georges'a Gumtcha (socjologa prawa na Faculte 

des  Lettres  czyli  na  "właściwej"  Sorbonie)  i  znam  trochę  zasady  nauczania  z  autopsji.  Autonomia 

organizacyjna  wiedzy  o  polityce  pozostawała  i  wówczas  (1958  r.)  wątpliwa.  Tak  czy  inaczej  wzory 

francuskie powoli i z oporami docierały do Polski. Był to czas popaździer-nikowej odwilży, ale polityka 

jako przedmiot nauki a tym bardziej uniwersyteckiego nauczania miała w Polsce  - nie mówiąc już o 

innych  krajach  "realnego  socjalizmu"  bardzo  zły  image  w  sferach  oficjalnych.  Niewątpliwie  pewien 

wpływ na to miał przebieg pierwszego, założycielskiego kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia 

background image

Nauk  Politycznych  (IPSA)  we  wrześniu  1950  r.  w  Zurychu,  kiedy  wybrany  wówczas  przewodniczący 

stowarzyszenia  Quincy  Wright,  autor  pomnikowego  dzieła  o  wojnie  (A  Study  of  War,  T.  1-2,  1942) 

wygłosił  programowe  przemówienie  zawierające  ostrą  krytykę  ZSRR,  co  zwało  się  wówczas  u  nas 

"deklaracją zimnowojenną"3. Nie przesadzajmy jednak  z wykładnią spiskową. Raczej  konserwatyzm 

naszego  środowiska  uniwersyteckiego  i  niejasnośd  w  obrębie  międzynarodowych  wzorów 

powodowały  pełen  rezerwy  dystans  typu  "czy  to  sensowne",  a  zatem  nczy  to  potrzebne?"  Zresztą 

opinie takie panują i dzisiaj, osobliwie wtedy, kiedy wiedzę pojmuje się w sposób użytkowy. 

R.  Aron:  Le  dtapes  de  la  pensee  sociologique.  Montesquieu,  Comte,  Mant,  Tocqueville, 

Durkheim, Pareto, Weber. Paris 1967, s. 23 i n. 

Q.  Wright:  The  Significance  of  the  International  Political  Science  Associalion.  "International 

Social Science Bulletin", vol. VIII, No 2, s. 278. 

- 9 - 

Nie bardzo wiadomo, co ma robid w życiu absolwent studiów filozoficznych i socjologicznych, 

a cóż dopiero absolwent politologii? 

Obce wzory przenikały do nas już w okresie międzywojennym, głównie z Francji i z Niemiec. O 

Francji  już  była  mowa,  ale  dodajmy  jeszcze,  iż  stosunkowo  wcześnie  bo  "po  październiku" 

recypowano  w  Polsce  treści  nauki  o  polityce,  stosunkowo  popularny  był  młody  wtedy  jeszcze 

Maurice  Duverger,  słusznie,  chod  dopiero  niedawno  uhonorowany  doktoratem  honoris  causa  na 

Uniwersytecie  Warszawskim  (1988  r.).  Znana  była  jego  książka  o  partiach  politycznych,  mniej  jego 

"teoria polityki   . 

Natomiast  względem  nauki  niemieckiej  utrzymywała  się  od  pierwszych  lat  powojennych, 

zrozumiała  skądinąd  nieufnośd.  Poszukiwano,  często  przesadnie,  wątków  prekursorskich  faszyzmu, 

chod nie to zdawało się rozstrzygające. Prawnicy generacji przedwojennej wychowani byli przeważnie 

w duchu niemieckiego pozytywizmu, teorie zaś pozytywistyczne oskarżano o dogmatyzm i formalizm, 

przeto  nie  traktowano  je  jako  użyteczne  dla  nauki  o  paostwie,  a  tym  bardziej  -  gwoli  wyjaśnienia 

czegokolwiek  z  zakresu  "polityki"  jako  dziedziny  poznawalnej  naukowo.  Nie  bez  racji  zresztą 

uznawano,  iż  z  Niemiec  próżno  czerpad  wzory.  Dwaj  najciekawsi  bodaj  w  Niemczech  teoretycy 

zjawisk politycznych, których można i trzeba zaliczad do współczesności ("klasycy"?) to Max Weber i 

Carl  Schmitt. Pierwszy  z  nich,  obdarzony epitetem  "burżuazyjnego  liberała"  dopiero  po  dwudziestu 

mniej  więcej  latach  doczekał  się  rzeczowej  interpretacji  politologicznej  (w  dziełach  S.  Kozyr-

Kowalskiego  i  M.  Orzechowskiego),  a  pierwsze  i  bodaj  jedyne  tłumaczenie  na  polski  (wyłączając 

antologie) - "Politik als Beruf" ukazało się w "drugim obiegu" w koocu lat osiemdziesiątych, zresztą w 

złym  tłumaczeniu  i  z  kuriozalnym  komentarzem.  Carl  Schmitt  był  i  jest  nadal  prawie  nie  znany. 

Eksponowano  raczej  prawnicze  wątki  jego  dzieła  i  to  marginalnie5  -  gwoli  wykazania  jego  filiacji  z 

hitleryzmem  ("koronny  jurysta  Trzeciej  Rzeszy"),  podczas  gdy  jego  niezaprzeczalny  wkład  w  teorię 

background image

polityki  doczekał  się  tylko  fragmentu  tłumaczenia  z  "Begriff  des  Politischen  .  W  dydaktyce 

uniwersyteckiej obaj są prawie nieobecni. Weberem zajęli się, acz nader jednostronnie, socjologowie. 

O Schmit-tcie uczyłem chyba tylko ja. 

Pozostaje  jeszcze  oczywiście  wzór  amerykaoski,  a  byłby  on  szczególnie  ważny.  Stany 

Zjednoczone  są  bowiem  niewątpliwie  ojczyzną  nowoczesnej  nauki  o  polityce,  godnie 

reprezentowanej  na  tamtejszych  uniwersytetach.  W  przeciwieostwie  do  socjologów,  którzy  od  lat 

korzystają z wzorców amerykaoskich (czasem wręcz przesadnie) nauki polityczne dopiero w ostatnich 

Jatach  nawiązały  kontakty  międzyuniwersyteckie  w  USA,  lecz  wpływ  ich  na  naszą  dydaktykę  jest 

wciąż nikły. 

M.  Duverger:  Imroduction  a  la  politiąue.  Paris  1964.  Autor  opowiada  się  tu  raczej  za 

konceptem  "władzy"  jako  założeniem  uprawiania  nauki  o  polityce,  przyznawał  jednak,  iż  we 

francuskiej  konwencji  językowej  politykę  definiowano  jako  "science  du  gouvernement  des  etats" 

(Littre 1870) i "art et pratiąue du gouvernement des societes humaines" (Robert 1962). Mimo prawie 

stuletniego dystansu pogląd tak wiele się nie zmienił. 

Samokrytycznie  przyznaję,  że  dotyczy  to  mojej  własnej  twórczości  (Paostwo  stanu 

wyjątkowego,  wyd.  I,-  1964),  co  później  w  kilku  artykułach  starałem  się  skorygowad.  Od  paru  lat 

przygotowuję osobną monografię na temat teorii polityki Carla Schmitta, lecz prawdopodobnie tekst 

będzie przeznaczony dla 

wydawcy  niemieckiego.  6  W  krakowskim  miesięczniku  "Zdanie"  1987,  nr  3,  w  thim.  i  z 

komentarzem W. Buchnera. 

- 10- 

W każdym TazYe 

U. HISTORIA 

Historia  nauczania  "polityki"  w  szkolnictwie  wyższym  jest  historią  krótkiego  trwania,  chod 

dostatecznie powikłaną, aby poświęcid parę zdao tej historii. 

Nauki  polityczne  jako  samodzielna  dyscyplina  uniwersytecka,  z  własną  kadrą  nauczającą, 

dyplomami i tytułami powstały w niedobrej aurze kooca lat sześddziesiątych, których kulminacją był 

fatalny  "marzec  '68"  -  smutna  data  w  dziejach  polskiej  nauki.  Wprawdzie  pierwszy  wydział  nauk 

politycznych  na  Uniwersytecie  Warszawskim  zorganizował  się  cokolwiek  wcześniej  (1967  r.)  -  w 

niekoniecznie  fortunnym  mariażu  ze  studiami  dziennikarskimi.  O  zasadach  łączenia  studiów 

dziennikarskich  z  politologicznymi  wypadnie  kiedyś  porozmawiad  osobno.  W  każdym  razie  związek 

staje  się  coraz  bardziej  instytucjonalny,  jak  np.  socjologii  z  filozofią  w  jednym  wydziale  UW.Nasi 

koledzy  na  Zachodzie,  a  przynajmniej  ich  częśd,  skłonni  byli  dopatrywad  się  w  naszych  "naukach 

politycznych"  zwykłej  odmiany  radzieckiego  czy  NRD-owskiego  "naukowego  komunizmu"  tylko  pod 

innym  szyldem.  W  istocie  nigdy  tak  nie  było,  zadania  były  bowiem  -  i  to  od  razu  -  znacznie 

background image

ambitniejsze,  jakkolwiek  indoktrynacyjna  funkcja  "nauk  politycznych"  nie  budziła  wątpliwości  u 

organizatorów i projektodawców tej inicjatywy, czyli w kręgach biurokracji ministerialnej i partyjnej, 

co wychodzi zresztą na jedno. Programy nie były koniecznie koncy-powane na samej górze, ale byry 

tam uzgadniane bardziej rygorystycznie niż względem innych nauk społecznych. Tylko nauki ekonomii 

i filozofii mogły cieszyd się tym wątpliwym zaszczytem. W obu wypadkach powołany został do życia 

Centralny  Ośrodek  Metodyczny,  w  Szkole  Głównej  Planowania  i  Statystyki  dla  ekonomii,  w 

Uniwersytecie Warszawskim - dla nauk politycznych, gdzie umieszczono także sekcję historii, filozofii i 

socjologii. 

Zadania  tych  placówek  byry  wprawdzie  oddzielone  od  normalnych  studiów  magisterskich, 

polegały bowiem na obsłudze innych wydziałów swoich uczeini w bezpośredniej funkcji dydaktycznej 

oraz  na  koncypowaniu,  kontroli  i  zaopatrywaniu  w  stosowne  teksty  innych,  mniejszych  i 

specjalistycznych  uczelni  z  wyjątkiem  medycznych,  sportowych  i  artystycznych,  podległych  innym 

ministerstwom.  W  wyższych  szkołach  wojskowych  obowiązywały  własne  programy  i  tu  rygory  były 

ostrzejsze. I tak w Wojskowej Akademii Politycznej odpowiedni przedmiot nazywał się do niedawna 

"naukowym komunizmem". 

Życie  nie  zawsze  godzi  się  z  ideą.  Ta  banalna  konstatacja  sprawdziła  się  przynajmniej  w 

praktyce Centralnego Ośrodka Metodycznego Studiów Nauk Politycznych, chod był on pod szczególną 

opieką  Ministerstwa  Szkolnictwa  Wyższego  (zmieniającego  coraz  strukturę  wewnętrzną  i  nazwę),  a 

szczególnie  Departamentu  Studiów  Uniwersyteckich,  którego  szefowie  byli  przez  lata  dobierani 

wedle  rygorystycznych  reguł  nomenklatury.  Pod  wysoce  liberalnym  kierownictwem  prof.  Artura 

Bodnara stał  się warszawski COM SNP platformą ostrych i całkowicie  szczerych dyskusji, budzących 

niekiedy zdumienie naszych 

- 11 - 

W  każdym  razie  tradycyjny  podział  amerykaoski  na:  "political  theory,  politics  and  opinion, 

public administration, public law and comparative goverment, international affa-irs" nie bardzo zdaje 

się  odwzorowywad  w  programach  i  studiach  uniwersyteckich,  a  na  pewno  nie  daje  się  mówid  o 

jakiejkolwiek tradycji związków naszej politologii z nauką w USA. 

II. HISTORIA 

Historia  nauczania  "polityki"  w  szkolnictwie  wyższym  jest  historią  krótkiego  trwania,  chod 

dostatecznie powikłaną, aby poświęcid parę zdao tej historii. 

Nauki  polityczne  jako  samodzielna  dyscyplina  uniwersytecka,  z  własną  kadrą  nauczającą, 

dyplomami i tytułami powstały w niedobrej aurze kooca lat sześddziesiątych, których kulminacją był 

fatalny  "marzec  '68"  -  smutna  data  w  dziejach  polskiej  nauki.  Wprawdzie  pierwszy  wydział  nauk 

politycznych  na  Uniwersytecie  Warszawskim  zorganizował  się  cokolwiek  wcześniej  (1967  r.)  -  w 

niekoniecznie  fortunnym  mariażu  ze  studiami  dziennikarskimi.  O  zasadach  łączenia  studiów 

background image

dziennikarskich  z  politologicznymi  wypadnie  kiedyś  porozmawiad  osobno.  W  każdym  razie  związek 

staje  się  coraz  bardziej  instytucjonalny,  jak  np.  socjologii  z  filozofią  w  jednym  wydziale  UW.Nasi 

koledzy  na  Zachodzie,  a  przynajmniej  ich  częśd,  skłonni  byli  dopatrywad  się  w  naszych  "naukach 

politycznych"  zwykłej  odmiany  radzieckiego  czy  NRD-owskiego  "naukowego  komunizmu"  tylko  pod 

innym  szyldem.  W  istocie  nigdy  tak  nie  było,  zadania  były  bowiem  -  i  to  od  razu  -  znacznie 

ambitniejsze,  jakkolwiek  indoktrynacyjna  funkcja  "nauk  politycznych"  nie  budziła  wątpliwości  u 

organizatorów i projektodawców tej inicjatywy, czyli w kręgach biurokracji ministerialnej i partyjnej, 

co wychodzi zresztą na jedno. Programy nie byty koniecznie koncy-powane na samej górze, ale były 

tam uzgadniane bardziej rygorystycznie niż względem innych nauk społecznych. Tylko nauki ekonomii 

i filozofii mogły cieszyd się tym wątpliwym zaszczytem. W obu wypadkach powołany został do życia 

Centralny  Ośrodek  Metodyczny,  w  Szkole  Głównej  Planowania  i  Statystyki  dla  ekonomii,  w 

Uniwersytecie Warszawskim - dla nauk politycznych, gdzie umieszczono także sekcję historii, filozofii i 

socjologii. 

Zadania  tych  placówek  były  wprawdzie  oddzielone  od  normalnych  studiów  magisterskich, 

polegały bowiem na obsłudze innych wydziałów swoich uczelni w bezpośredniej funkcji dydaktycznej 

oraz  na  koncypowaniu,  kontroli  i  zaopatrywaniu  w  stosowne  teksty  innych,  mniejszych  i 

specjalistycznych  uczelni  z  wyjątkiem  medycznych,  sportowych  i  artystycznych,  podległych  innym 

ministerstwom.  W  wyższych  szkołach  wojskowych  obowiązywały  własne  programy  i  tu  rygory  były 

ostrzejsze. I tak w Wojskowej Akademii Politycznej odpowiedni przedmiot nazywał się do niedawna 

"naukowym komunizmem". 

Życie  nie  zawsze  godzi  się  z  ideą.  Ta  banalna  konstatacja  sprawdziła  się  przynajmniej  w 

praktyce Centralnego Ośrodka Metodycznego Studiów Nauk Politycznych, chod był on pod szczególną 

opieką  Ministerstwa  Szkolnictwa  Wyższego  (zmieniającego  coraz  strukturę  wewnętrzną  i  nazwę),  a 

szczególnie  Departamentu  Studiów  Uniwersyteckich,  którego  szefowie  byli  przez  lata  dobierani 

wedle  rygorystycznych  reguł  nomenklatury.  Pod  wysoce  liberalnym  kierownictwem  prof.  Artura 

Bodnara stał  się warszawski COM SNP platformą ostrych i całkowicie  szczerych dyskusji, budzących 

niekiedy zdumienie naszych 

- 11 - 

kolegów z zachodu, jak również ze wschodu, chociaż z powodów zupełnie odmiennych. Tych 

pierwszych zadziwiała swoboda, tych drugich (chod nie wszystkich) - gorszyła. 

Nie  najlepszy  wizerunek  "nauk  politycznych"  w  Polsce  to  nie  była  tylko  kwestia  daty  ich 

instytucjonalizacji  na  uniwersytetach  -  w  okolicy  "marca  '68"  ani  nawet  dziedzictwa  "podstaw 

marksizmu-leninizniu"  w  nauczaniu  masowym,  zwanych  przez  studentów  ironicznie  "religią";  to 

przyczynek do współczesnych programów nauczania w szkole. Poza kryterium przydatności życiowej, 

co jakoś nie odstraszało nigdy adeptów socjologii, działało też uzasadnione  - chod tylko częściowo - 

background image

przeświadczenie, iż dobór ciała nauczającego odbywa się na zasadzie selekcji negatywnej: albo drogą 

"nomenklatury" albo poprzez "odrzut" z innych, pokrewnych specjalności. 

W istocie centralna nomenklatura decydowała o obsadzie wszystkich stopni profesorskich na 

wszystkich uczelniach w kraju, a potrafiła działad bezwzględnie, udaremniając kariery lub co najmniej 

blokując przez lata zasłużone awanse i stanowiska. Nomenklatura najniższej rangi, czyli na poziomie 

uczelni, mieszała się do wyboru młodych ludzi na stanowiska asystentów. Praktyki te były zapewne 

raczej  wyjątkiem  niż  regułą,  sądzę  jednak,  iż  w  dziedzinie  nauk  politycznych  był  to  wyjątek  owej 

regule bliski. 

Nomenklatura nie znaczyła tego samego co przynależnośd do PZPR lub - w dalszej kolejności - 

do któregoś ze stronnictw "sprzymierzonych". Prawdą jest jednak, iż członkostwo w partii rządzącej 

było wśród tzw. kadry nauczającej w naukach politycznych znacznie bardziej rozpowszechnione niż w 

innych  środowiskach  nauk  społecznych.  Nie  da  się  ukryd,  że  powiększało  to  wzajemny  dystans, 

osobliwie  po ogłoszeniu stanu wojennego w 1981 r. Wcześniej jednak, w  fazie rekrutacji personelu 

nauczającego do nowopowstających wydziałów i instytutów, szczególnie z dala od centrali (im dalej 

tym raczej silnie) działa istotnie swoista selekcja negatywna, raz za sprawą nomenklatury samej, dwa 

-wskutek  nacisków  pokrewnych  środowisk,  aby  wyzbywad  się  osób  nielubianych,  konfliktowych, 

nastawionych  agresywnie  na  rzecz  własnej  kariery.  Kariery  nie  były  tak  bardzo  atrakcyjne,  ale  nie 

pozbawione  przecież  korzyści.  Skądinąd  wiadomo,  że  studia  nauk  politycznych  stawały  się 

niejednokrotnie refugium dla wysłużonych aparatczyków, cieszących się zaufaniem władz jako ludzie 

dyspozycyjni,  ale  już  na  swój  sposób  zgranych  w  "pracy  politycznej".  Oczywiście  nie  można  tu 

przesadzad, albowiem sam udział w aparacie nie powinien byd czynnikiem dyskwalifikującym, chodby 

dlatego, że aparat wybierał nie tylko ludzi posłusznych, ale i zdolnych a dynamicznych. Niemniej nie 

był  to  na  pewno  prawidłowo  ustawiony  kana}  rekrutacji  do  pracy  na  uczelni,  a  taka  praktyka 

dodatkowo antagonizowała środowisko. Dotyczy to samego środowiska nauk politycznych, w którym 

doskonale wyczuwano, iż są "równi i równiejsi". Przede wszystkim jednak odczuwali to studenci. Co 

najmniej w znacznej części orientowali się "kto jest kim" pod względem zasług i jakiego typu zasługi 

kwalifikują ludzi na ich preceptorów. 

Nie  znaczy  to,  by  nawet  pośród  starszej  wiekiem  i  stażem  kadry  nie  było  ludzi  uczciwie  i 

szczerze  angażujących  się  w  dzieło  nauczania.  Powiedziałbym,  iż  nie  brakowało  nawet  zapaleoców, 

skoro  niemało  było  przypadków,  iż  ludzie  o  wyrobionej  pozycji  porzucali  stanowiska  w  swoich 

specjalnościach, aby udad się na teren nieznany, podejmując ryzyko przebijania się przez niekorzystne 

układy  tylko  z  pasji  poznawczej  i  potrzeby  przekazania  swojej  wiedzy.  Nie  trzeba  ukrywad  żadnych 

motywacji, albowiem zawsze była to sprawa ludzka. 

- 12- 

background image

Mówid, że zapaleocami byli ludzie, którzy organizowali - na nowo i na serio - w początku lat 

sześddziesiątych Polskie Towarzystwo Nauk Politycznych7 byłoby zapewne przesadą. Nie brakowało 

jednak dobrej woli wyraźnie przerastającej wsparcie finansowe ze strony władz resortowych. Czynniki 

polityczne  -  ślad  prowadził  oczywiście  do  gmachu  KC  PZPR  -  latami  wstrzymywały  powstanie 

specjalistycznego instytutu w Polskiej Akademii Nauk. Nauczanie w szkołach wyższych, ale pod ścisłą 

kontrolą  -  tak,  samodzielna  egzystencja  centralnego  ośrodka  naukowego  -  nie.  Dydaktyce  to  na 

pewno  nie  pomagało,  kiedy  o  treści  nauczania  decydowała  biurokracja  partyjno-ministerialna.  W 

koocu  jednak  wyszło  to  raczej  na  dobre.  Aktualne  rozwiązania  w  obrębie  Polskiej  Akademii  Nauk 

muszą  się  dopiero  sprawdzid,  a  sprawdzian  wydaje  się  wyjątkowo  niełatwy.  Nie  naszą  jest  zresztą 

sprawą,  by  w  tym  miejscu  wydawad  sądy  o  stanie  nauki,  co  byłoby  np.  wdzięcznym  zadaniem 

Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Chcemy tu mówid dyskusyjnie o tym   czego i jak uczyd na 

uniwersytetach, a rzecz od lat dojrzała do reformy. 

Programy nauczania, w wydzielonych studiach magisterskich były kilkakrotnie reformowane 

w  ostatnim  dwudziestoleciu,  kiedy  nauki  polityczne  weszły  nieodwołalnie  ,  zdawałoby  się,  do 

akademickiego  establishmentu.  Wiem  coś  o  tym,  ponieważ  w  dyskusjach  na  ten  temat  brałem 

systematycznie udział, a niech mi wolno będzie przypomnied, że stopnie swobody debatowania były 

raczej  większe  niż  w  dyskusjach  w  studiach  masowych  (w  pionie  COMu)  kiedy  materiały  były 

przygotowywane  w  gabinetach  ministerialnych,  uczestnicy  zaś  niewiele  mogli  zmienid,  a  tak  po 

prawdzie ich wnioski nie bardzo były brane pod uwagę. Nie powinno się też przesadzad ze swobodą 

dyskusji  nad  programami  studiów  uniwersyteckich.  Pierwiastek  samorządowy,  który  przecież 

zachował  się  i  do  pewnego  stopnia  rozszerzał  się  w  latach  siedemdziesiątych,  nie  zawsze  i 

niekoniecznie  działał  na  rzecz  wspólnego  dobra.  Ścierały  się  interesy  personalne,  przywiązanie  do 

własnej  specjalności  lub  -  w  lepszym  wypadku  -  orientacja  na  dyscypliny  macierzyste,  przede 

wszystkim - na studia historyczne i prawnicze, gdyż stąd głównie rekrutowała się kadra profesorska w 

fazie  instytucjonalizacji  studiów  nauk  politycznych.  Stosunkowo  mało  było  ekonomistów  i 

socjologów,  stąd  zaś  dające  się  wyraźnie  zaobserwowad  upośledzenie  w  programach  tych  dwóch 

specjalności. 

7 PTNP   powstało   formalnie (według prawa o stowarzyszeniach) w 1961 r., ale  już cztery 

lata 

wcześniej  polscy  uczeni:  prof.  Manfred  Lachs  i  Stanisław  Ehrlich  działali  aktywnie  w  IPSA. 

Udział Polaków w tej wielkiej organizacji międzynarodowej był odtąd więcej niż znaczący. W składzie 

władz  naczelnych  IPSA  zajmowali  miejsce  kolejno:  Stanisław  Ehrlich  (wiceprezes  przez  dwie 

kadencje),  Jerzy  J.  Wiatr  (dwie  kadencje),  Kazimierz  Opałek  (dwie  kadencje),  Longin  Pastusiak  (od 

1988 r.). Udział polskich uczonych podnosi! niewątpliwie prestiż nauk politycznych w Polsce, ale nie 

przesądzał ich rozwoju. Właściwy przełom nastąpił w 1965 r., kiedy nowy zarząd (St. Ehrlich, JJ. Wiatr, 

background image

Adam  Podgórecki.  Marek  Sobolewski,  niżej  podpisany  i  Krzysztof  Ostrowski  /sekr.  zarządu  gl./) 

przeprowadził  akcję  rozszerzenia  zasięgu  na  cały  kraj.  Na  początku  oddział  warszawski  (przew.  F. 

Ryszka)  liczący  ok.  120  członków  pokrywał  się  prawie  całkowicie  z  całością.  Odtąd  jednak  zaczęła 

rosnąd  liczebnośd  a  w  ślad  za  tym  -  spontaniczna  aktywnośd  na  terenach  uczelni  i  to  wcześniej  niż 

nastąpiła instytucjonalizacja nauk politycznych. 

- 13- 

III. PROGRAMY   I   LEKTURY 

Pora  zająd  się  programami  nauczania.  Niezależnie  lub  prawie  niezależnie  od  tego,  skąd  się 

brały, raz wprowadzone w życie sztywno regulowały tok studiów. Jak wszędzie w pionie tzw. studiów 

stacjonarnych  (czyli  normalnych,  które  raczej  winny  wystarczad)  obowiązywała  dyscyplina  studiów 

czyli zasada bezwzględnego uczęszczania słuchaczy na wszystkie zajęcia. Obowiązek ten już od dawna 

nie był przestrzegany, osobliwie dla wykładów, które pozostawały główną formą nauczania. 

Zachowała  się  tedy  jego  tradycyjna  struktura:  wykład  tzw.  kursowy,  obejmujący  całośd 

(syntezę)  przedmiotu  i  uzupełniony  dwiczeniami,  gwoli  przeanalizowania  wyłożonego  materiału  i 

skontrolowania postępów wiedzy. Na wyższych latach wprowadza się przedmioty monograficzne, na 

dwóch ostatnich latach - proseminarium i seminarium w mniejszych grupach, w celu przygotowania 

pracy magisterskiej. Seminaria można wprawdzie zacząd wcześniej, lecz motywacje wśród studentów 

są słabe. Trzeba powiedzied, iż obowiązujący tok  studiów  nie tylko ze  względu na "staroświeckośd" 

jest mało atrakcyjny. Cały system szkolnictwa wyższego sprzyja postawom oportunistycznym, aby jak 

najmniej wysilid się w czasie studiów. Skala i zasady ocen (jest zbyt mała) jeszcze bardziej umacniają 

takie postawy. Wymogi nie są ani w teorii ani w praktyce nazbyt wygórowane. 

Dotychczasowy tok nauczania zakładał, przynajmniej formalnie, samodzielną pracę studenta 

opartą  o  lektury.  Wykład  powinien  do  nich  wprowadzad,  dwiczenia  i  seminaria  -wyjaśniad  i 

kontrolowad, egzamin - prawie wyłącznie ustny - sprawdzad wiedzę wyniesioną z lektur. 

A. Lektury 

Trudności  zaczynają  się  już  właśnie  przy  lekturach.  Katalog  lektur  jest  ubogi.  Zaplecze 

naukowe dyscypliny, spisane w języku ojczystym jest raczej wątłe. Dośd staroświeckie - odziedziczone 

chyba  po  prawnikach  -  przeświadczenie  preferuje  jako  lekturę  wystarczającą  podręcznik,  stąd 

postulaty  i  naciski,  aby  studentom  odpowiednie  podręczniki  dostarczyd.  Sądzę,  że  pewien  wpływ 

miały zasady obowiązujące na uczelniach radzieckich, gdzie wiedza z podręcznika w nie kooczący się 

sposób uzgadnianego i cenzurowanego była jakby rzeczą uświęconą, wykładowca zaś mógł najwyżej 

pewne wątki rozwijad i wyjaśniad. W zasadzie przekazywał po prostu dokładnie wszystko to, co było 

wydrukowane w podręczniku. 

W  kulturze  uniwersyteckiej  krajów  Zachodu  jest  to  sytuacja  nie  znana  lub  mało  znana  w 

naukach  społecznych.  Z  wyjątkiem  studiów  prawniczych,  które  trzeba  wszak  potraktowad  inaczej, 

background image

studenci otrzymują wykazy lektur. Już we wczesnym stadium nauczania referują wyniki tych lektur, 

zarówno pisemnie jak i ustnie, przy tym forma pisemna jest wszędzie wymagana. Student politologii 

w  uniwersytetach  amerykaoskich,  francuskich,  niemieckich  czy  brytyjskich  winien  bez  przerwy 

poświadczad ową wiedzę w formie pisemnej. W tej formie odbywają (w dużej części) egzaminy, a przy 

zaliczeniach dwiczeniowych jest to wręcz konieczne. 

-14- 

Wródmy  jednak  do  podręczników.  W  niektórych  dyscyplinach,  jakim  można  nadad  status 

"pomocniczych",  np.  w  nauczaniu  logiki,  metodologii,  statystyki  i  innych  działów  ekonomii 

(ekonometria) bez podręczników obejśd się nie sposób, czasem chodby po to, aby odświeżyd, a także 

rozszerzyd  wiedzę  ze  szkoły  średniej.  Wiadomo  nie  od  dziś,  że  nasi  i  nie  tylko  nasi  adepci  nauk 

społecznych są słabo przygotowani z matematyki. Wielu z nich wybiera właśnie nauki społeczne, gdyż 

to  oznacza  ostateczne  zerwanie  z  wszelkim  myśleniem  matematycznym  i  z  wiedzą  opartą  na 

twierdzeniach  matematyki,  np.  rachunku  prawdopodobieostwa,  który  od  lat  jest  fundamentem 

wszelkiej prognozy. 

Są  natomiast  wystarczające  powody,  aby  zrezygnowad  w  ogóle  z  przekazywania  wiedzy 

poprzez  podręczniki  na  studiach  nauk  politycznych.  Było  to  byd  może  uzasadnione,  kiedy  nauka  o 

polityce  miała  byd  jednym  z  przedmiotów  obowiązkowych,  acz  w  skróconym  wymiarze  na  różnych 

uczelniach i w toku różnych form kształcenia, jeśli rzeczywiście było uzasadnione zapotrzebowanie na 

minimum  wiedzy  społecznej  dla  wszystkich  absolwentów  szkół  wyższych.  Wówczas  jednak  trzeba 

było  z  góry  rezygnowad  z  jakiejkolwiek  funkcji  ideologicznej  (czytaj:  indoktrynacyjnej)  i  pozostawid 

studentom  autentyczny  wybór  np.  między  filozofią,  metodologią  nauk  społecznych,  wiedzą  o 

kulturze, ekonomią i socjologią a także zapoznad ich z różnymi orientacjami i teoriami, które krążą po 

współczesnym  świecie.  Jeśli  się  jednak  założyło,  iż  nauka  o  polityce  powinna  mied  swoje  miejsce, 

wówczas posługiwanie się podręcznikiem (najlepiej: kilkoma do wyboru) nie byłoby rzeczą złą. Taką 

funkcję mogło spełniad opracowane  i po raz pierwszy  wydane  w  roku 1984 zbiorowe kompendium 

wiedzy,  pod  redakcją  prof.  Artura  Bodnara  ,  nieźle  erudycy-jnie  podbudowane  i  raczej  "neutralne 

ideologicznie''. 

Podręcznik  ma  jeszcze  tę  zaletę,  że  jest  komunikatywny  i  więcej  niż  przyzwoicie 

przygotowany  edytorsko,  który  to  składnik  nie  jest  mocną  stroną  akademickich  opracowao 

podręcznikowych,  przynajmniej  w  dziedzinie  nauk  społecznych.  Niemniej  jego  przydatnośd  dla 

studiów  magisterskich  jest  niewielka.  Jako  opracowanie  propedeutyczne  jest  zbyt  obszerne  i 

szczegółowe,  dla  metodologii  wprowadzającej  a  tym  bardziej  dla  studiów  teoretycznych  nie 

wystarcza.  Ponadto  autorzy  (cz.I,  rozdz.II,  III)  mówią  wprost  lub  w  sposób  dorozumiany,  iż 

marksistowskiej teorii społecznej przyznaje się jakby status wyjątkowy, co można łatwo doczytad jako 

nadrzędny. Zważywszy na status nadany urzędowo dyscyplinie, wnioski narzucały się same: 

background image

Niemniej wielki wysiłek autorów nie powinien pójśd na marne. Książka może -moim zdaniem 

-  służyd  w  dalszym  ciągu  jako  materiał  posiłkowy,  a  co  najmniej  jako  dokumentacja  dla  historii 

nauczania  o  polityce,  by  pokazad,  iż  wiedza  postępowała  naprzód.  Nie  jest  tedy  prawdą,  iż  trzeba 

zaczynad ją od zera, o czym zresztą za chwilę. 

Byty  i  inne  próby  w  dziale  literatury  podręcznikowej,  do  czego  niektórzy  zaliczają  -  wbrew 

intencji autora - moją własną książkę9. Nie mam zamiaru ani chwalid, ani bronid się, ani - tym bardziej 

- bid się w piersi, jako że książka powstad miała w okresie stanu 

g Nauka o polityce. Podręcznik akademicki (pod red. A. Bodnara). Warszawa, PWN, 1984, 456 

s.(wyd.  2  -  1989).  9  F.  Ryszka:  Nauka  o  polityce.  Rozważania  metodologiczne. 

Warszawa,PWN, 1984, 536 s. 

-15- 

wojennego  (w  istocie  powstała  znacznie  wcześniej10);  co  zaś  dotyczy  jej  dostrzeżonych 

ułomności, głos oddaję recenzentom11. O nie dostrzeżonych wiem sam najlepiej. 

Mówiąc  krótko,  gdybym  dzisiaj  pisał  podobną  książkę,  napisałbym  ją  po  prostu  inaczej,  a 

wydaje  mi  się  to  zupełnie  oczywiste.  Każdy  w  swojej  pracy  zawodowej  powinien  iśd  do  przodu  i 

oglądad  się  ha  dotychczasowe  wyniki  z  należytym  krytycyzmem,  raczej  większym  niż  do  dorobku 

bliźnich.  Niemniej  nie  ustąpiłbym  na  pewno  i  dzisiaj  zarówno  w  kwestii  ustalenia  pojęd 

podstawowych jak i wówczas obranej metodologii. 

Tyle  o  podręcznikach.  Generalne  odrzucenie  konwencji  uczenia  się  z  podręczników  nie 

rozwiązuje przecież problemu wyboru lektur o takiej przydatności dydaktycznej, jakie większośd z nas 

gotowa  jest  przyjąd.  Zmiany  i  modyfikacje  są  oczywiście  możliwe,  nauka  postępuje,  jak  się  rzekło 

naprzód, a niekiedy zmienia kierunki wraz z hierarchią preferencji badawczych. Nie zmniejsza to, jeśli 

nie powiększa, istniejących i tak trudności. Słabe przygotowanie językowe naszych studentów i rażące 

ubóstwo  naszych  bibliotek,  osobliwie  w  ośrodkach  prowincjonalnych,  wydaje  się  barierą  nie  do 

pokonania, przynajmniej w najbliższych latach, są bowiem nadzieje na zmiany: przy pomocy krajów 

bogatszych  i  środowisk  uniwersyteckich  bardziej  doświadczonych  ,  ale  też  za  sprawą  własnego, 

koniecznego przecież wysiłku. 

Lektury  dające  się  określid  jako  klasyka  -  z  wyłączeniem  tekstów  historycznych:  od 

Arystotelesa  po  wielkie  teorie  XIX  wieku  -  należą  głównie  do  literatury  anglosaskiej,  francuskiej, 

niemieckiej, rzadziej  -  włoskiej  i hiszpaoskiej,  by przyjąd wyłącznie kryteria językowe. Tylko rzadko i 

wyrywkowo  (por.  wyżej)  są  dostępne  w  języku  polskim.  Projekty  tłumaczeo,  do  niedawna  w 

zamierzeniach  Redakcji  Nauk  Politycznych  PWN,  wydają  się  dziś  zupełnie  nierealne  z  powodów, 

których wyjaśniad chyba nie trzeba. 

10 

background image

Jej  pierwszy  zarys  powstał  w  1966  r,  kiedy  wykładałem  przedmiot  pod  nazwą  'Historia 

Doktryn  i  Stosunków  Międzynarodowych"  w  Wojskowej  Akademii  Politycznej,  wówczas  jeszcze 

zdominowanej  przez  profesorów  cywilnych,  głównie  z  Uniwersytetu  Warszawskiego.  Po  ciężkiej 

chorobie znalazłem się na parę miesięcy w sanatorium i tam powstał pierwszy zarys książki. Sądziłem 

bowiem,  że  jestem  coś  winien  moim  słuchaczom,  którzy  to  zresztą  chyba  docenili.  Później  były 

jeszcze  dwie  wersje  skryptowe  (1978  i  1980),  teraz  już  w  otwartym  obiegu.  Nigdy  jednak  nie 

traktowałem tego jako obligatoryjnego podręcznika i nie w tej konwencji było to pisane. Dotyczy to 

również cyt książki, o czym dokładniej informuję w jej wstępie. 

Książka miała co najmniej kilka recenzji, nie licząc uwag nie żyjących już prof.prof. A. Bodnara 

i M. Sobolewskiego, którzy byli tzw. recenzentami wewnętrznymi (opiniodawcami) Wydawcy, których 

m.in.  i  za  to  serdecznie  zachowuję  w  pamięci.  Przyznaję  jednak  lojalnie,  iż  z  rad  na  ogół  nie 

skorzystałem, pozostając przy swoim zdaniu, lecz traktując koleżeoską pomoc jako akt życzliwości i to 

wysokiej  próby.  Pewną  wagę  przywiązuję  też  do  recenzji  R.  Tokarczyka  w  prestiżowych  "Nowych 

Książkach"  (1985),  którego  uwagi  krytyczne  też  mnie  raczej  nie  przekonały,  natomiast  wielce  mi 

pomogła głęboka refleksja filozoficzna J. Kmity na marginesie recenzji zamieszczonej we wrocławskiej 

"Odrze" (1986). 

Niemałe nadzieje można łączyd z kreowanym niedawno międzynarodowym programem TEM-

PUS  (Trans-European  Mobility  Scheme  for  University  Studies)  wprowadzonego  na  pięd  lat  w  maju 

1990  r.  przez  radę  resortowych  ministrów  krajów  EWG  w  Brukseli  a  nastawionego  na  pomoc  dla 

Europy  środkowej  i wschodniej  gwoli  podniesienia  poziomu  szkolnictwa  wyższego w  tym  regionie  i 

rozbudowę  współpracy  międzyuniwersyteckiej  w  planie  dydaktycznym.  Politologia  warszawska  - 

głównie  odpowiedni  wydział  UW  -nawiązał  w  programie  TEMPUS  współpracę  z  kilkoma 

uniwersytetami  w  Niemczech  (wymiana  studentów  i  wykładowców),  można  zatem  powiedzied,  że 

program wystartuje w 1991 r. 

-16- 

Warto  natomiast  zastanowid  się  nad  rym,  co  jest  "klasyką"?  Dziełem  "klasycznym"  można 

nazwad takie, które wychodzi naprzeciw podstawowym wyzwaniom swego czasu i owocnie próbuje 

odpowiedzied  na  te  wyzwanie,  sprowadzając  odpowiedź  do  poziomu  wysokiego  uogólnienia.  Nie 

sądzę, aby wymieniad przykłady z historii myśli politycznej, gdyż wystarczy zajrzed do dowolnego, lecz 

poważnego  opracowania  z  tej  dziedziny.  Myśl  polityczna  ma  to  jeszcze  do  siebie,  że  zachowuje 

względną trwałośd. Dzieje się to dlatego, iż kategorie polityki posiadają tak wysoki szczebel abstrakcji 

jakby zdolne były opisywad historię przez długie stulecia   . 

Współczesne  nauki  społeczne  poszły  daleko  naprzód,  rozwijają  się  wprawdzie  nie  tak 

lawinowo jak tzw. nauki ścisłe, ale postęp jest oczywisty. Podstawowe kategorie pozostają względnie 

trwałe,  ale  ich  konfrontacja  z  rzeczywistością  zmienia  się  wraz  ze  zmianą  samej  rzeczywistości.  W 

background image

roku 1971 harwardzki politolog Karl Wolfgang Deutsch przy udziale dwóch innych uczonych ogłosił w 

elitarnym  czasopiśmie  "Science"  o  postępie  w  naukach  społecznych  naszego  stulecia,  wyliczając 

dokładnie 62 pomysły i teorie, które uznał za niezbędny rynsztunek intelektualny badaczy, by mogli w 

ogóle pracowad naukowo w jednej z tych dyscyplin, politologii oczywiście nie wyłączając   . 

Pomysł Deutscha przypomniał w jedenaście lat później Daniel Bell, rozwijając niektóre wątki i 

dopisując odpowiedni komentarz15. 

"Sześddziesiąt  dwa  przypadki  postępu  nauk  społecznych  w  latach  1900-1985",  w  postaci 

opisanych  pomysłów,  szkół  i  wdrożeo,  stworzyłyby  dokumentację  rozmiaru  średniej  biblioteki, 

podstawowa  bibliografia  liczyłaby  chyba  ponad  10  tys.  tytułów.  Jest  to  potężny  ładunek  dla 

zaawansowanego człowieka nauki a musiałby on temu poświęcid spory kawał życia. 

Pomijając trudnośd percepcji - ani jedna dziesiąta tych tekstów nie jest tłumaczona na polski - 

jest  jeszcze  parę  innych  powodów,  że  nie  może  to  stad  się  "katalogiem  lektur"  dla  naszych 

studentów,  zważywszy  nadto  na  trudności  wyboru.  W  koocu  studia  polito-logiczne  zakładają 

podejście interdyscyplinarne. I właśnie niewiele działów możnaby wyeliminowad z góry. 

Trudno  jeszcze  zrezygnowad  z  wiedzy,  chodby  typu  encyklopedycznego  o  tym,  co  ważne  w 

świecie, jeśli cechą tego świata jest lawinowy przyrost nauki, rozstrzygający przecież o pozycji krajów, 

społeczeostw czy chociażby grup elitarnych na listach rangowych: kto lepszy, kto gorszy. 

Por. I. Berlin: Does Political Still Exist? W: Concepts Categories, Philosophieal Essays (With an 

Introduction  by  Bernhard  Williams).  Oxford  Univ.  Press  1980,  s.  169  i  n.;  por.  także  R.  Koselleck  w 

Przedmowie do t I Geschichtlische Grundbegriffe. Historisches Lerikon zur politisch-sozialem Sprache 

in  Deutschland  (wyd.  O.  Brunner,  W.  Conze,  R.  Koselleck).  Stuttgart  1971,  s.  III  i  n.  oraz  hasło 

"Ideologia" w tym zbiorze (autorstwa U. Dierse), L III (1982), s. 131 i n. 

K.W.  Deutsch  przy  udziale  J.  Platta  i  D.  Senghassa:  Conditions  Favoring  Major  Advences  in 

Social Science. "Science", t. 171 (1971), s. 450 i n. 

D.  Bell:  The  Social  Sciences  Sioce  the  Second  World  War.  New  Bninswick-New  Jersey  1982 

(tłum. niem.: Die Sozialwissenschaften seit 1945. Frankfurt a.M.-New York 1986). 

-17- 

8I9LIOTS 

Dyskusyjny  w  szczegółach  zbiór  Deutscha  i  Bella  kieruje  się  przecież  niepodważalnymi 

kryteriami, które Daniel Bell ustawia następująco   : 

1.    Istnieje  coś,  co  pozwala  mierzyd  osiągnięcia  nauk  społecznych  i  ustalid  jednoczesne 

definicje, jak "przy wynalazkach i zdobyczach technicznych". 

2.    Wyniki  te  są  wynikiem  nielicznych  badao  interdyscyplinarnych.  Ich  uczestnicy  potrafili 

wyraźnie wyznaczyd problem i znaleźd rozwiązanie w postaci zamkniętych teorii. 

background image

3.    Osiągnięcia  zyskały  w  zdumiewająco  krótkim  czasie  powszechne  uznanie  i  wywołały 

znaczące skutki w praktyce. Średnio wystarczył okres 10-15 lat, tj. taki okres, w jakim najważniejsze 

wynalazki techniczne zdołały się uwierzytelnid w praktyce. 

Zestawienie zaczyna się od teorii pomiaru nierówności społecznych (Vilfredo Pare-to, Corrado 

Gini, lata 1900-1908) a kooczy na konstrukcji stochastycznych modeli procesów społecznych (James 

Coleman,  1965).  Po  środku  lista  długa  i  rzec  można  -  barwna.  Jest  Max  Weber  (teoria  biurokracji, 

1900), jest - jakże by nie - Lenin! (teoria jednopartyjnej rewolucji, 1900-1917) także studia nad elitami 

Pareto  i  Gaetano  Mosca  (1900-1952!),  Freund,  Jung,  Adler,  ale  także  Pawłów  i  Binet,  Russel  i 

Whitead,  John  Dewey,  Margaret  Mead,  William  I.  Thomas,  Ludwig  van  Bertanalffy  i  Nicolas 

Rashevsky,  Malinowski  (jedyny  Polak),  Talcott  Parsons,  Roman  Jacobson  i  Noam  Chomsky,  Anatol 

Rapoport,  Kenneth  Boulding,  Marcuse,  Fromm,  Adorno  i  małżeostwo  Mitscherlich  (to  szkoła 

frankfurcka  z  jej  amerykaoskim  odgałęzieniem,  1950-1962)  itd.  Oczywiście  teoria  gier  (Johann 

Neumann,  Oskar  Morgenstern,  1928-1944),  teoria  komputerów  (V.  Bush,  S.  Caldwell,  D.P.  Eckert, 

J.M. Manchly, 1943-1958) itd. 

Ktoś może powiedzied, iż jest to osobliwe mixtum compositum a nie systematyczna historia 

nauki.  Kto  inny  stwierdzi  brak  osiągnięd  najnowszych  (lata  siedemdziesiąte  i  osiemdziesiąte) 

począwszy od teorii symboli i mitów na tle całej komunikacji międzyludzkiej sub specie teorii znaku 

(semiologia i seiriotyka: Ernst Cassirer, Mircea Eliade, Roger Caillois, Jurij Łotman, Umberto Eco, 1918 

- do dziś) a jest to dziedzina, która dla polito-lcga powinna byd szczególnie szeroko otwarta. Ale i tak 

politologia sensu stricto, jest na tej liście godnie reprezentowana. Byd może nie zawsze słuszna jest 

preponderacja  nauki  anglosaskiej,  ściślej  -  amerykaoskiej  -  posiadającej  przecież  głębokie  korzenie 

europejskie,  rozrastające  się  zresztą  wszerz  w  ostatnich  kilku  dekadach  (emigracja  polityczna  od  I 

wojny  światowej).  Na  liście  wymienione  są  odkrycia  i  nazwiska,  dające  się  niewątpliwie  już  dzisiaj 

zaliczyd  do  klasyków  politologu.  Trudno  jest  bowiem  widzied  we  współczesnym  kształcie  bez 

zapomnianego opracowania Jacoba Moreno (socjometria, 1915) jak i bez "polityki kwantytatywnej" 

(L.F.  Richardsona  i  Q.  Wrighta  a  wcześniej  lub  prawie  równocześnie  Charlesa  Merriama  oraz 

"politpsychologii"  H.D.  LasswelTa,  co  poniekąd  łączy  się  ze  sobą.  Dochodzi  do  tego  kwantytatywna 

analiza  tekstów  (Lasswell,  David  Lerner,  Ithiel  de  Soła  Pool)  prowadzona  przez  ludzi  nazywanych 

trochę na wyrost "szkołą chicagowską", która wywodzi się od Merriama, Bryce'a i Pitirima Sorokina. 

Wymienia się oczywiście studia z zakresu kwantytatywnego analizowania poglądów i postaw (George 

Gallup, Had-ley Centril, Paul F. Lazarsfeld, 1936-1942), a także laboratoryjne badania małych grup z 

teorią skalowania (K. Lewin, L. Guttman, R. Iikert, 1932-1936, 1914-1954), studia nad społecznościami 

lokalnymi  (małżeostwo  Lynd,  Clyde  Kluckholn,  1929-1962,  1942),  teorie  osobowości,  wychowania, 

nie mówiąc już o cybernetyce, informatyce itd. 

16 

background image

D. Bell: op. cit., s. 31 i n. 

-18- 

:. 

....  - 

Nie bacząc nawet  na to, co podpowiadają autorzy zestawienia, wnioski narzucają się  same. 

Po  pierwsze  widad  jak  na  dłoni,  że  interdyscyplinarnośd  stała  się  czymś  w  rodzaju  reguły 

postępowania,  i  -  po  drugie  -  co wynika  z  pierwszego  -  dziedziny,  które  można  zaklasyfikowad  jako 

"nauki  polityczne"  nie  mogłyby  się  rozwijad  po  staroświecku  tj.  w  XIX-wiecznej  konwencji 

zamkniętych  pracowni  czy  też  "szkół",  jakże  często  zantagonizowanych  ze  sobą  i  zazdrośnie 

strzegących swego roszczenia do prawdy17. 

W  każdym  razie  jest  z  czego  wybierad,  bo  -  jako  się  rzekło  -  nie  sposób  opanowad  nawet 

powierzchownie całości. Tym bardziej zasadne staje się tedy pytanie, jak to zrobid, aby nasi studenci 

zyskali przynajmniej minimum wiedzy o tym, co dzieje się na świecie. Trzeba wreszcie by dowiedzieli 

się,  jakie  są  fundamenty  współczesnej  nauki  o  polityce,  jako  wiodącej  wśród  innych  "nauk 

politycznych", jeśli tak jest w istocie, a to także wymaga odpowiedzi. Moje osobiste zdanie, któremu 

dawałem  niejednokrotnie  wyraz,  zakładając,  że  jest  jednoznacznie  definiowalny  przedmiot,  przeto 

ów  przedmiot  można  opisad  metodami  naukowymi  i  próbowad  na  mocy  tego  opisu  konstruowad 

uogólnianie - pozostaje dla mnie nadal w mocy. Niemniej nie chciałbym go narzucad, bo nie miejsce 

tutaj po temu. 

Nie  możemy  przecież  uciec  od  obowiązku  poinformowania,  co  myślą  inni,  co  adresują  w 

ogóle  do  nauki,  co  zadają do  myślenia  bezpośrednio  swoim  słuchaczom.  Skoro  chcemy  byd  częścią 

universitatis  universitarum,  innej  drogi  po  prostu  nie  ma.  Uniwersytet  jest  przecież  po  to,  aby 

skłaniad do uogólnienia, a istnieje taki próg uogólnienia, który przekroczyd musimy. 

Były  i  są  nadal  w  różnych  krajach  i  w  różnych  językach  próby  tworzenia  antologii  lub  tylko 

słownikowego, a rzadziej - historyczno-etymologicznego wyjaśnienia wielkich spraw ludzkości, czego 

znakomitym  przykładem  jest  cytowane  dzieło  niemieckie  "Geschi-chtliche  Grundbegriffe",  które 

toute  proportion  gardde  -  porównad  można  do  własnej  oświeceniowej  Encyklopedii  Francuzów. 

Różnica polega na tym, iż jest to dzieło "dla profesorów" tj. osób posiadających już wysoki stopieo 

wtajemniczenia. 

Skromniejszy  przykład  to  wydana  ponad  10  lat  temu  francuska  antologia  "myśli 

współczesnej", dostępna zresztą w języku polskim w dobrym tłumaczeniu18. Jest to kompetentnie i 

inteligentnie  zredagowany  wybór,  oczywiście  tylko  wybór,  skażony  przeto  a  priori  normalnymi  w 

takim  przypadku  ułomnościami.  Częśd  "polityczna",  aczkolwiek  wprawdzie  przestarzała,  nie  jest 

nazbyt  obszerna,  a  nadto  dotyczy  właściwie  "wielkich"  (w  sensie  zasięgu)  idei,  skoro  mamy  tam 

teksty  Mussoliniego,  Hitlera,  Lenina,  Stalina,  Mao--Tse-Tunga  a  obok...  Maurresa,  Sorela,  lana 

background image

Mikardo,  Alain'a,  Lippmana  i  Burnhama.  Czytelnik  znajdzie  zapewne  więcej  w  innych  rozdziałach 

poświęconych filozofii, psychologii, socjologii, ekonomii, historii i kulturze. 

17 

Wiemy,  że  i  teraz  są  kierunki  ostro  zwalczające  się  nawzajem.  Za  przykład  niech  posłuży 

radykalne  potępienie  filozofii  egzystencjalnej  przez  pozytywistów  z  kręgów  "Wiener  Kreis", 

odmawiających  egzys-tencjalizmowi  statusu  "naukowości".  Wiadomo,  że  wiek  XX  nie  lubi 

moralizatorstwa, stąd zapewne  brak w  zestawieniu nie  tylko nowinek z zakresu teologii (a nie brak 

było  interesujących  debat  nb.  na  "skrzyżowaniu"  teologii  z  politologią)  i  filozofii  (której  przyznano 

explicite status odrębny) m.in. katolickiej doktrynie 

społecznej, chyba że zakwestionowad w ogóle jej oryginalnośd. 18 

Panorama  des  idees  contemporaines  (wyd.  Gaetan  Picon).  Paris,  Gallimard,  1957  (ttum. 

polskie: 

Panorama myśli współczesnej. Paryż, Libella, 1986, 707 s.). 

-19- 

Wybór, jak każdy zresztą, jest na pewno i to wysoce arbitralny, ze zrozumiałą na swój sposób 

skłonnością  ku  poglądom  Francuzów.  Nie  jest  to  wiele  więcej  niż  dokumentacja  wiedzy 

"podręcznikowej", wspominam więc o tej książce nie dlatego, by stała się sui generis podręcznikiem. 

Wydaje  mi  się  natomiast,  że  godna  zalecenia  jest  sprawa  edytorska  tego  zbioru.  Gdyby  komuś 

spodobało  się  wydad  antologię  współczesnych  teorii  politycznych  na  szerokim  tle  rozwoju  nauk 

społecznych (według wzoru Deutscha i Bella), mógłby skorzystad z pomysłów Gaetana Picon. Byłoby 

to jednak rozwiązanie, jak to się mówi, połowiczne. Odwoływanie się do oryginałów  - nawet wedle 

stosownych wskazówek pedagogów - tego nie zastąpi. 

B. Programy 

Aktualnie obowiązujący stan prawny w szkolnictwie wyższym naszego kraju  - mam na myśli 

nie tylko nową ustawę z 1990 r., ale i pojawiające się akty wykonawcze - rozszerza autonomię uczelni. 

Autonomia  to  przede  wszystkim  zasady  nauczania.  Ramy  dla  urzeczywistnienia  tej  zasady  to 

programy. Umówmy się, iż są r a m y, nic więcej. Dopiero wypełnienie ich treścią stanowi o samej 

dydaktyce.  Programy,  które  chciałbym  przedstawid  jako  materiał  do  dyskusji  (chod  nie  kryję,  że 

chciałbym temu nadad charakter po-stulatywny) to programy ramowe. Jest to podstawowe założenie 

dla koocowej a kluczowej części tego szkicu. 

Powródmy jednak jeszcze na chwilę do wątku nakreślonego wyżej. Uniwersytet Warszawski, 

który jest tutaj obiektem obserwacji (jako najbardziej mi znany) był na swój sposób nietypowy. Jego 

bliskie  sąsiedztwo z centralą polityczną i administracyjną wpływało pośrednio lub bezpośrednio tak 

na  programy  (o  tym  wyżej)  jak  i  na  treści  nauczania.  Udział  w  dydaktyce  ludzi  ocierających  się 

przynajmniej o gabinety KC PZPR, nierzadko powodował, że ich lokatorzy kształtowali tok nauczania 

background image

"na  obraz  i  podobieostwo  swoje".  Mówiąc  prościej:  zdarzało  się  dobierad  przedmioty  "polityczne" 

wedle wiedzy lub tylko zainteresowao tych ludzi. Z czasem zwyczaj ten wyparował. Pozostały jednak 

ślady  już  nie  w  obsadzie  personalnej  co  w  instrumentalnym  podejściu  do  nauki  i  nauczania,  a  to  z 

kolei odbija się na programach. 

Przejdźmy do konkretów. W roku akademickim 1990/91 na Wydziale Dziennikarstwa  i Nauk 

Politycznych  (stacjonarne)  studia  politologiczne  ze  specjalizacją  stosunki  międzynarodowe  uprawia 

około 600 słuchaczy. Kurs obowiązkowy obejmuje 22 przedmio-a wykaz przedmiotów do wyboru - 67 

pozycji. 

19 

Specjalizacja  "stosunki  międzynarodowe"  następuje  już  po  drugim  semestrze  i  zawiera  6 

pozycji 

obligatoryjnych więcej. 

Po zniesieniu studiów wojskowych - obowiązkowych dla mężczyzn i ograniczonych dla kobiet 

-pozostają  obligatoryjne  zajęcia  z  języków  obcych  i  wychowania  fizycznego.  Te  ostatnie  (tj.  języki, 

w.f.)  są  najdelikatniej  mówiąc  mało  efektywne.  Wiedza  językowa,  nawet  na  poziomie  znajomości 

biernej  jest  wśród  większości  studentów  przed  dyplomem  mniej  niż  nikJa.  Ekwipunek  sportowy 

(boiska,  sale,  baseny)  jest  ża-tosny,  ale  też  nie  odczuwa  się  silniejszych  motywacji  do  uprawiania 

sportu.  W  porównaniu  do  uczelni  zachodnioeuropejskich  a  tym  bardziej  amerykaoskich,  stan  ten 

można określid jako zerowy. Niewiele przesadzimy, skoro przyjmiemy, że godziny przeznaczone na te 

zajęcia w programach można uznad za zmarnowane. 

-20- 

Zajęcia obligatoryjne (przypominam: z założonym obowiązkowym uczestnictwem) oblicza się 

na  około  2000  godzin  w  toku  studiów  i  ok.  3000  godzin  zajęd  fakultatywnych,-spośród  katalogu 

dobranych  dowolnie  tematów,  w  tej  liczbie  13  pozycji  "preferowanych".  Przedmioty  fakultatywne 

zaliczane  są  na  zasadzie  grantów  -  jest  to  zatem  jakby  pierwszy  krok  do  modeli 

zachodnioeuropejskich,  nie  mówiąc  o  amerykaoskich,  gdzie  są  one  raczej  zasadą.  W  obu  jednak 

wypadkach  przedmiotów  obligatoryjnych  i  fakultatywnych,  wymagane  są  egzaminy.  Program  nie 

przewiduje  w jakiej mają odbywad się formie, w  każdym razie egzaminy pisemne  (preferowane np. 

we  Francji)  są  prawie  nieznane.  Kultura  pisarska  jest  prawie  nieobecna.  Właściwie  dopiero  praca 

magisterska ma się stad sprawdzianem umiejętności utrwalenia swoich myśli na piśmie. 

Tyle  o  obowiązującym  programie,  w  jego  wersji  przyjętej  na  studiach  połkologicz-nych  w 

Uniwersytecie  Warszawskim.  Jest  on  zresztą  niedawno  zreformowany  i  na  pewno  lepszy  od 

poprzednich.  Raczej  explicite  niż  implicite  jest  to  program  otwarty.  Umożliwia  on  w  ramach 

przedmiotów fakultatywnych udział specjalistów z innych, pokrewnych dyscyplin, którzy to specjaliści 

background image

nauczają  w  środowiskach  bliskich  politologu  -  tu  w  znaczeniu  naukowej  interpretacji  zjawisk 

zbiorowych lub co najmniej - ich komentowania. 

W pierwszej kolejności dotyczy to prawników i socjologów, przy tym ci ostatni -mam na myśli 

socjologów  z  Instytutu  Filozofii  i  Socjologii  PAN  oraz  z  Instytutu  Socjologii  naszego  Uniwersytetu, 

mocno  angażują  się  w  treści,  objęte  niewątpliwie  programem  nauk  politycznych.  Piszą  wiele  z 

pożytkiem na ten temat. 

Niech  mi  wolno  będzie  złożyd  deklarację  nie  tylko  osobistą.  W  programie  badawczym, 

poświęconym  kulturze  politycznej,  który  to  program  miał  status  programu  "centralnego"  z  punktu 

widzenia  zasad  finansowania  nauki  (oznaczało,  że  był  ważniejszy  od  innych),  a  którym  przyszło  mi 

kierowad  przez  ponad  siedem  lat  -  środowisko  socjologów  warszawskich  a  po  części  także 

krakowskich  udzieliło  ogromnej  pomocy.  Bez  ich  udziału  program  nie  zyskałby  takich  rezultatów, 

jakimi  może  się  pochwalid.  Co  prawda  finansowaliśmy  szereg  indywidualnych  i  zbiorowych  pozycji 

luźniej  związanych  z  celem  programu.  Była  to  jednak  możliwie  niska  cena  za  twórczą  i  owocną 

współpracę. 

Ale amicus Plato... Są prace firmowane przez znaczące nazwiska i zawierające ważne a mocno 

uargumentowane tezy, chod poszczególne twierdzenia pozostają dyskusyjne. Pryncypialna polemika 

musiałaby  wychodzid  z  założenia,  że  istnieje  obszar  nauk  politycznych  (np.  w  historii  idei,  historii 

instytucji,  a  nawet  semantyki),  gdzie  dotychczasowy  dorobek  politologii  mógłby  byd  wzorem  (w 

znaczeniu  "pattera")  dla  socjologii  politycznej,  a  przynajmniej  powinien  byd  jej  dobrze  znany.  Nie 

chcę się wdawad w szczegółową polemikę, bo nie miejsce ku temu. Nie wycofuję się z tego i jestem w 

każdej chwili gotów przystąpid do takiej polemiki, licząc na pomoc moich kolegów-politologów. Niech 

mi  wolno  będzie  jednak  wskazad  na  dwa  typowe  (najbardziej  rozpowszechnione)  przypadki,  a 

wybieram je dlatego, iż odnoszą się do tekstów, które w moim przedmiocie są dla studentów lekturą 

zaleconą. 

W  najciekawszym  i  doskonale  opracowanym  edytorsko  zbiorze,  chod  w  nędznej  szacie 

graficznej (to sprawa czasu wydania i panujących wówczas warunków) na temat legitymacji mieszczą 

się  zdania  wskazujące  na  ewidentny  niedostatek  metodologiczny  i  teoretyczny.  Dotyczy  to  różnych 

tekstów  tego  zbioru  -  przeto  nie  byłbym  w  stanie  tego  od  ręki  wyliczyd.  Jednej  rzeczy  wszelako 

pominąd nie sposób. Legitymacja jest w pierwszej kolejności pojęciem  prawnym,  zaczyna się tedy od 

języka nauki prawa. W 

-21 - 

języku  polskim  legitymacja  tłumaczy  się  jako  "prawowitośd"  a  nie  "prawomocnośd",  jak 

uporczywie  powtarza  to  większośd  autorów  tej  książki.  Dla  prawnika  jest  to  błąd  zupełnie 

podstawowy,  "prawomocnośd"  bowiem  -  termin  prawa  procesowego  -  oznacza  ostateczne 

background image

zakooczenie procedury. Prawomocny  akt prawny  (wyrok  sądowy, decyzja administracyjna) staje się 

niezaczepialny, albowiem nieodwołalnie ustalono jego zgodnośd z prawem. 

Wydad się td> może sporem o sprawy drugorzędne, że zaważyła tu po prostu nieznajomośd, 

czym  jest  właściwie  legitymacja,  utożsamiana  przeważnie  z  politycznym  kon-śensem  (nie 

"consensusem"! To z kolei grzech przeciw intuicji językowej!). Legitymacja polega na tym, że prawo 

ma  status  ontyczny.  Najpierw  prawo  jest,  musi  ono  tedy  posiadad  byt  samoistny,  drugorzędne  zaś 

znaczenie ma jego geneza wynikająca z pewnego historycznego porządku myślenia: czy jest prawem 

naturalnym,  czy  aktem  woli  boskiej,  czy  produktem  umowy  społecznej,  czy  tylko  kelsenowską 

"Grundnorm",  które  to  orzeczenie  wydaje  się  mi  najbardziej  metodologicznie  "czyste".                                             

Przykład  drugi:  w  równie  interesującej  książce  o  nierównościach  i  upośledzeniach  w 

świadomości społecznej 22, opisującej poczucie nierówności wśród mieszkaoców Polski w połowie lat 

osiemdziesiątych  mamy  do  czynienia  z  obserwacjami,  które  jakby  proszą  się,  aby  odwoład  się  do 

konstatacji  politologicznych,  wychodząc  z  "prawd  starych  jak  świat"  zawartych  w  długim  ciągu 

literatury  klasycznej.  Oczywiście  obserwacja  poglądów  i  postaw  na  poziomie  małych  grup  o  nie 

kwestionowanym reprezentatywnym charakterze -do autorów możemy mied wszak pełne zaufanie - 

to niebłahe osiągnięcie socjologii, która od lat gromadzi ich bardzo dużo. Wolno nam jednak zapytad, 

co  przynosi  nam  stwierdzenie,  iż  dwie  reprezentatywne  grupy  wykazują  głębokie  podziały "w  życiu 

osobistym i towarzyskim" wskutek "wydarzeo w kraju" (czytaj: różnic politycznych)   . 

Ktoś  powie,  że  to  oczywisty  banał,  lecz  byłby  to  zarzut  przesadny,  bo  sama  dokumentacja 

wydaje  się  pożyteczna,  jakkolwiek  dla  politologa,  obserwującego  ten  sam  proces  w  makroskali, 

twierdzenie  będzie  -  najdelikatniej  mówiąc  -  nazbyt  odkrywcze.  Ten  z  pozoru  drobny  przypadek 

wskazuje  na  potrzebę  kooperacji  między  socjologiem  a  politologiem,  chociaż  gwoli  porównywania 

metod  (stosowania  kategorii  analitycznych).  W  pierwszym  przypadku  chodzi  natomiast  o 

wyeliminowanie niejasności terminologicznych, w konsekwencji zaś - metodologicznych. Kooperacja 

jest na pewno potrzebna, nie tylko nam politologom, patrząc na to z perspektywy uniwersyteckiego 

nauczania. 

Wródmy do programu po tej przydługiej, acz zdaniem moim, potrzebnej dygresji. Propozycja, 

jaką  przedstawiam  poniżej  (przypominam:  o  charakterze  ramowym)  wspiera  się  po  części  na 

własnych  doświadczeniach  wyniesionych  z  uniwersytetów  zachodnich  (studiów  nauk  politycznych), 

po  części  z  kwerendy  z  publikowanych  corocznie  programów  i  planów  studiów,  osobliwie  z 

uniwersytetów,  które  z  nami  rozpoczęły  współpracę  lub  już  współpracują  w  ramach  programu 

TEMPUS.  Nie  są  one  oczywiście  identyczne,  wszystkie  jednak  łączą  duży  stopieo  swobody  wyboru 

zajęd, ale z obciążeniem studentów przeważnie wyższym od polskich. 

21 

background image

PTS 22 

Legitymacja.  Klasyczne  teorie  i  polskie  doświadczenia  (pod  red.  A.  Rycharda  i  A.  Sułka). 

Warszawa, PTS i UW, 1988. 

Nierówności  i  upośledzenia  w  świadomości  społecznej  (pod  red.  E.  Wnuka-Lipioskiego). 

Warszawa, IFiS PAN, 1987. 23 

Ibidem, s. 232 i n. (rozdz. VI pióra J. Koralewicz i E. Wnuka-Lipioskiego). 

-22- 

Najlepszym wzorem wydał mi się program obowiązujący w semestrze zimowym (październik-

hity)  bieżącego  roku  w  Wolnym  Uniwersytecie  Berlioskim  (Freie  Universitat  Berlin),  największym 

skądinąd ośrodku nauk politycznych w Europie (około ? tys. studentów i 100 profesorów) i jednym z 

największych  zapewne  na  świecie.  Należy  tu  dodad,  że  studiujący  nauki  społeczne  w  Niemczech 

wybierają  z  reguły  dwa  a  nawet  trzy  fakultety,  aby  polepszyd  swoje  szansę  zawodowe,  osobliwie 

teraz, gdy dla absolwentów tych studiów nie jest łatwo o pracę. Liczba podana wyżej odnosi się do 

studentów, którzy studiują poli-tologię "als erstes Fach" (jako pierwszą specjalnośd). Gdyby doliczyd 

tych, co traktują te studia jako uzupełniające, okazałoby się, że na wydział politologiczny (Fachbereich 

Politi-sche Wissenschaften) uczęszcza około 12 tys. studentów. Nie muszę dodawad, iż są kolosalne 

przeciążenia, np. grupy seminaryjne liczą ponad 80 osób, co oczywiście ogromnie utrudnia osobiste 

kontakty  uczących  się  z  nauczającymi.  Głównie  dlatego  utrzymuje  się  na  uniwersytecie  berlioskim 

znacznie bardziej niż na innych uniwersytetach niemieckich i nie  tylko niemieckich (np. angielskich) 

dośd  staroświecka  forma  wykładu,  nie  wykluczająca  jednak  wystąpieo  studentów  z  uwagami 

dyskusyjnymi,  wobec  których  wykładowca  powinien  ustosunkowad  się  pod  koniec  każdego  z  zajęd. 

Bywa tak - a wiem to z własnego doświadczenia - iż zajęcia przedłużają się. Przy takim natłoku łamie 

się  tradycyjny  ład  i  organizacja,  z  czego  tak  dumni  byli  Niemcy.  Nie  ma  tam  jednak  tego,  co  my 

nazywamy  wykładami  kursowymi  lub  -  mówiąc  prościej  a  ogólniej  -  takimi,  które  mają  ambicję 

syntetycznego  przekazania  całej  wiedzy,  wybranej  sub  specie  programu.  Szczegółowe  zajęcia, 

zwłaszcza typu wykładowego, zawierają za to każdorazowo spis podstawowych lektur (ein-fuhrende 

Literatur). Lektury szczegółowe podaje dodatkowo wykładowca. Zajęcia w małych grupach, gdzie nie 

stosuje się metody dyskursywnej: dwiczenia (Ubungen) na niższych semestrach, seminaria (Seminare) 

i seminaria wyższe (Oberseminare) wymagają prac pisemnych. Na seminariach wyższych zadania są 

trudniejsze.  Znam  opracowania,  z  innych  wprawdzie  od  berlioskiego  uniwersytetów  niemieckich, 

gdzie  sam  prowadziłem  "Oberseminare",  które  mogłyby  z  powodzeniem  byd  u  nas  kwalifikowane 

jako prace magisterskie. W każdym razie prace pisemne są podstawą do zaliczeo tzw. "Scheine" (nb. 

druku  ścisłego  zarachowania)  z  obowiązkową  notą  24.  Student  musi  zebrad  odpowiednią  ilośd 

"Scheine", aby móc przystąpid do egzaminów. Sprawdza się przy tym noty i poprawnośd wyboru. 

background image

"Kurs podstawowy" (Grundkurs) znaczy co innego niż nasz wykład kursowy. Jest to po prostu 

blok tematyczny, który ogniskuje zajęcia z tej samej dziedziny. Studia zaczynają się od "Grundkurse" 

podzielonych na cztery semestry (2 lata studiów) po 20 tygodni zajęd w każdym semestrze. 

Skala jest następująca: 1 - bardzo dobrze (sehr gut), 2 - dobrze (gut), 3 - zadowalająco (befrie-

digend).  4  -  dostatecznie  (genugcnd),  5  -  niedostatecznie  (ungenugend)  -  czyli  porządek  liczbowy 

odwrotny niż w Polsce. Jest to stara niemiecka tradycja, lecz wszyscy sobie zdają sprawę, a skala jest 

niewystarczająca. W Niemczech nie istnieje egzamin wstępny na uczelnie wyższe, decyduje natomiast 

wynik  z  matury  w  szkole  ogólnokształcącej,  dziś  wszędzie  prawie  -  13-letniej.  Zważywszy,  ze  na 

pewne  specjalności  w  niektórych  uczelniach  dostad  się  bardzo  trudno,  wartośd  noty  dzieli  się  na 

dziesięd,  rozstrzygają  tedy  dziesiąte  części  stopnia;  im  wyższa  wartośd  tym  gorzej.  Nie  trzeba 

dodawad, iż system jest skomplikowany, przeto dane z całych Niemiec (dotąd - tylko RFN) rejestruje 

komputerowo  centralny  ośrodek  w  Dusseldorfie,  stamtąd  więc  trzeba  uzyskad  odpowiednie 

zaświadczenie. 

-23- 

Druga połowa studiów, złożona również z czterech semestrów (Haupstudium; rozkład tygodni 

zajęd:  20  -  22  -  20  -  18),  kooczy  się  egzaminem  dyplomowym  nota  bene  przed  komisją  powołaną 

przez rząd krajowy (w tym wypadku Senat Berlina) a nie przez uniwersytet. Warunkiem dopuszczenia 

są kolejne "Scheine" oraz złożone z "półdyplomu" czyli po dwóch latach, tzn. czterech semestrach. 

Wykłady,  dwiczenia,  seminaria  wszystkich  szczebli oraz  konwersatoria  (zwane  w  Niemczech 

"Colloquium", inaczej zatem niż u nas) dotyczą przeróżnych, odległych pozornie od siebie tematów. 

Jednak kiedy się przyjrzed temu dokładniej i zasięgnąd na miejscu opinii ciał nauczających, okaże się, 

iż rządzi tu pewien porządek, dający się uzasadnid dośd łatwo. 

Otóż nie tylko w "bloku" pod nazwą "polityka wewnętrzna" albo "polityka międzynarodowa" 

łączą  się  w  miarę  harmonijnie  aktualne  sprawy  polityczne  swego  społeczeostwa  i  społeczności 

międzynarodowej (acz z koniecznym dystansem historycznym) z problemami teoretycznymi. 

Parę przykładów: 

W bloku poświęconym socjologii politycznej wykłada się m.in. o nierównościach społecznych 

(soziale  Disparitaten),  zaczynając  od  teorii  nierówności,  po  to,  aby  w  drugiej  części  przejśd  do 

artykulacji wynikających stąd a sprzecznych interesów właśnie w Republice Federalnej Niemiec. 

W  bloku  "teoria  polityczna"  jest  więcej  historii  niż  u  nas,  nie  ma  bowiem  wydzielonego 

kompleksu, zwanego w Polsce "historią doktryn politycznych". Referuje się za to poglądy teoretyczne, 

które zdaniem autorów są szczególnie reprezentatywne dla współczesnego świata. 

Program  "ekonomia  a  polityka"  nie  jest  może  tematycznie  bogaty,  ale  treściowo  rozległy, 

obejmuje  bowiem  podstawowe  zagadnienia  teoretyczne  (np.  teoria  rynku)  i  historię  gospodarczą 

RFN.  Statystyka,  która  stanowi  osobny  blok  (4  godz.  zajęd  tygodniowo!)  obejmuje  podstawowe 

background image

umiejętności  (metody,  techniki),  aby  każdy  słuchacz  potrafił  samodzielnie  przeprowadzid  operacje 

statystyczne, a także mógł krytycznie osądzad wyniki badao empirycznych od strony zastosowanych 

metod. 

Podaję  tylko  kilka  przykładów,  nie  chodzi  nam  przecież  o  to,  aby  kopiowad  obcy  system  w 

całości,  zwłaszcza  że  oryginalne  dokumenty  są  dostępne  bez  większego  trudu.  Sądzę  natomiast,  że 

podstawowe  struktury  i  zasady  nauczania  mogłyby  byd  recypowane  u  nas,  oczywiście  in  modo 

recipiendi.  Nie  wymagałoby  to  wcale  ani  wstrząsowych  przekształceo  programowych  ani 

przesadnego  odstępowania  od  własnych  doświadczeo,  gdzie  przecież  pozytywów  nie  brak.  Chodzi 

tylko o to, aby ograniczyd do niezbędnego minimum własne upodobania specjalistyczne, nadmierne 

przywiązanie  do  własnej  dyscypliny  lub  zgoła  osobistą  fantazję,  o  czym  świadczy  po  trosze  zbiór 

ponad  60  tematów  zgłoszonych  w  bieżącym  roku  w  Instytucie  Nauk  Politycznych  Uniwersytetu 

Warszawskiego. 

Zanim przejdę do zaproponowanej struktury, pozwolę sobie zgłosid parę propozycji ogólnych. 

Oto one: 

1. Program powinien byd w założeniu pluralistyczny, lecz nie w znaczeniu obiegowym, co by 

oznaczało, iż można wyrażad różne orientacje polityczne. Wydaje się to oczywiste pod warunkiem, by 

nie szkodziło to rygorom nauki. Na uniwersytetach, które funkcjonują w krajach demokratycznych - a 

jest to przecież miarą wolności akademickiej  - nie pyta się kto do jakiej partii należy, na jaką partię 

głosuje, w co wierzy lub nie wie- 

-24- 

rzy,  byle  tylko  postępował  zgodnie  z  ustawami  swego  paostwa  i  przestrzegał  postanowieo 

statutu swojej uczelni. Jeśli zacznie angażowad się politycznie wbrew tym rygorom (nie mówiąc już o 

rygorach  nauki)  powinien  byd  wyeliminowany  przez  samo  środowisko.  Dotyczy  to,  moim  zdaniem, 

również przyzwoitości w stosunkach międzyludzkich, a z tym na pewnych uniwersytetach jest chyba 

znacznie gorzej niż w innych krajach, a myślę nie tylko o zachodnich, gdzie zasady eliminacji są ostre. 

Uczeni  zwalczają  się  też  ostro  ze  sobą,  lecz  granic  przyzwoitości  przekroczyd  nie  wolno.  Pluralizm, 

żeby spointowad ten punkt, to po prostu wielośd założeo teoretycznych, które trzeba wszakże ciągle 

weryfikowad w procesie nauczania. 

2. Jedną z wiodących zasad naszej  właśnie  dyscypliny powinna  byd zasada, że  język nauki o 

polityce  nie jest  tożsamy z językiem uprawiania polityki. Pozwolę  sobie przypomnied przy okazji  - a 

większośd z nas zgadza się z takim poglądem, że środkiem, jaki powinien zajmowad naczelne miejsce 

w  działaniach  politycznych  jest  perswazja  a  nie  walka  i  gra  polityczna.  Nie  chodzi  tylko  o  to,  aby 

trzymad się przynajmniej poprawności językowej w kontakcie ze studentami, osobliwie w czasie gdy 

polszczyzna przechodzi chyba jeden z najcięższych kryzysów w swojej, sięgającej Renesansu, historii. 

Nie chodzi nawet o to, by eliminowad wyrażenia zawierające "contradictio in adiecto" lub w rodzaju 

background image

"waluta  niewymienialna",  "eksport  wewnętrzny"  czy  "rynek  producenta"  (to  w  ekonomii),  ale  też 

"pogłębianie  demokracji"  czy  "polityka  walki  i  porozumienia"  jak  również  bliższe  nam  "spółka 

jednoosobowa"  (to  z  ekonomii)  "przyspieszenie"  (to z  polityki). Określenia  te  miały w  języku "klasy 

politycznej"  coś  opisywad,  powiedzmy  -  rzeczywistośd  pożądaną  w  części  a  zatem  -  niby-

rzeczywistośd. Po prostu są to nazwy puste. 

Gra  polityczna  wymaga  niekiedy  stosowania  wyrażeo  niejasnych,  wieloznacznych, 

nieczytelnych.  To  wszystko  temat  poznawczy  dla  nauki,  lecz  nie  może  byd  kodem  porozumienia  w 

nauce  samej  i środkiem komunikacji w  procesie nauczania. Studia nad językiem polityki są u nas w 

powijakach, czyli trzeba je po prostu zintensyfikowad. Kontakt ze studentami pokazuje, jak trudno im 

czasem  wyartykułowad  stosunkowo  proste  twierdzenia.  Trzeba,  jak  sądzę,  wprowadzad  więcej 

erystyki a może i retoryki, pielęgnowanych jeszcze za moich czasów studenckich na studiach prawa. 

3.  Reforma  studiów  winna  polegad  na  jakościowej  poprawie  wymiany  poglądów  ze 

studentami,  bez  jakichkolwiek  postaw  autorytarnych,  ale  też  bez  schlebiania  młodzieży,  które  jest 

modą,  przebrzmiałą  już  na  zachodzie,  ale  na  swój  sposób  obecną  u  nas,  zwłaszcza  na  płaszczyźnie 

wspólnych orientacji politycznych. Zbudowaliśmy - trafnie powiedział to kiedyś prof. Antoni Kuklioski, 

geograf  z  naszego  uniwersytetu  -  "uniwersytet  nadopie-kuoczy".  Wyraża  się  to  w  bezzasadnych 

działaniach,  aby  ułatwid  maksymalnie  życie  studentom.  Oznaczało  to  i  oznacza  nadal  obniżenie 

rygorów w konkretnych sytuacjach (np. przy egzaminach) a zatem obniżenie rygorów dydaktycznych, 

by studiujący musiał włożyd jak najmniej wysiłku intelektualnego. Konwencja podręcznikowa to jeden 

z przykładów. 

 

4.    Studia  politologiczne  powinny  przyjąd  inne  założenie  względem  sprawności  językowych 

studentów w dziedzinie języków obcych, wedle następującej kolejności (preferencji): język angielski, 

niemiecki,  rosyjski  i  francuski.  Ideałem  byłoby,  aby  student  już  na  początku  studiów  opanował 

przynajmniej biernie dwa  języki obce  i do tego trzeba zmierzad. Pomocnym może  byd wspomniany 

już  program  TEMPUS,  lecz  zakłada  on  już  teraz  znajomośd  języka  obcego,  aby  zarówno  kontakty 

osobiste między studentami jak i możnośd uczęszczania na zajęcia zagranicznych profesorów stały się 

naprawdę owocne. Mamy w  tej  chwili  na  naszym wydziale  nawiązane  dośd  liczne  kontakty  z siecią 

TEMPUS, przy 

-25- 

czym  inne  uniwersytety  zachodnie  wyprzedzają  na  razie  Niemcy.  Uniwersytet  Berlioski,  o 

którym była mowa, proponuje kooperację w układzie: Berlin - Wiedeo - Praga - Warszawa plus dwa 

uniwersytety  angielskie  w  Exeter  i  Surrey.  Ponadto  mamy  wiążące  propozycje  z  Uniwersytetu  w 

Konstancy  i  Erlangen,  a  współpraca  zaczyna  się  już  bieżącym  roku  akademickim  z  Uniwersytetem 

Bielefeld (politologia i pedagogika). 

background image

Wbrew  dośd  pesymistycznym  uwagom  w  pierwszej  części  niniejszego  tekstu,  jesteśmy  w 

stanie wydzielid dwie lub trzy grupy obcojęzyczne (20-to, 30-to osobowe), przygotowane do zajęd w 

języku  angielskim,  a  sądzę,  że  na  innych  uniwersytetach  nie  musi  byd  gorzej.  Dotyczy  to  wciąż 

mniejszości,  a  tu  trzeba  podnieśd  sprawnośd  językową  wszystkich,  by  (nawet  wobec  luk  w  naszych 

bibliotekach)  móc  zalecad  literaturę  obcą.  Propozycją  do  rozważenia  byłoby  podniesienie  rygorów 

językowych przy egzaminach wstępnych, okazjonalne sprawdzanie znajomości języka w toku samego 

nauczania i wreszcie intensyfikacja tzw. lektoratów przez zwiększenie poświęconego temu czasu, np. 

zamiast  zajęd  z  w.f.,  co  i  tak  można  uznad  za  godziny  zmarnowane.  Sportu  się  nie  uprawia  pod 

przymusem.  Aktywnośd  fizyczną  lepiej  podnieśd  za  pomocą  silniejszych  motywacji  i  stworzenia 

autentycznych warunków. 

5.  Wreszcie  -  sprawa  egzaminów.  Sądzę,  że  one  także  odbywają  się  w  konwencji  nader 

staroświeckiej,  niekiedy  prawie  na  wzór  quizów  telewizyjnych  czy  radiowych,  dalej,  iż  trzeba 

otworzyd  tamę  dla  egzaminów  pisemnych,  zwłaszcza  na  latach  wyższych,  skoro  nasi  studenci  od 

wypracowania  na  egzaminie  wstępnym  do  pracy  magisterskiej  nie  są  zobowiązani  artykułowad 

swoich  myśli  na  piśmie.  Nie  muszę  dodawad,  że  jest  to  technika  intelektualnie  dyscyplinująca, 

osobliwie wtedy, gdy zakłada się z góry, że tekst ma byd możliwie krótki, np, zakreślając limit ilości 

słów (jak w USA). Chodzi mi jednak nie tylko o to. Egzaminy przeprowadzane dotychczasowo są tylko 

kontrolą,  co  konieczne.  lecz  wydaje  się  to  zbyt  mało.  Egzamin  taki  przypomina  jakby  piłkę,  którą 

egzaminowany odrzuca w ręce egzaminatora. Nic więcej  nie "przyrasta" z obu stron, nikt się tu nie 

wzbogaca  umysłowo.  Wydaje  mi  się,  że  egzamin  może  byd  częścią  procesu  dydaktycznego. 

Egzaminator zwraca uwagę egzaminowanemu na błędy w rozumowaniu, może zaś przy tej okazji sam 

się  uczyd  i  zrewidowad  np.  dotychczas  stosowane  metody.  Egzamin  powinien  stad  się  prawdziwym 

colloquium, zgodnie z łacioskim zamierzeniem tego terminu. 

Tyle  uwag  wstępnych.  Teraz  pozwolę  sobie  nakreślid  projekt  pewnego  uporządkowania 

struktur  czy  -  jak  kto  woli  -  rozpisania  na  tok  studiów  zaproponowanego  materiału.  Nie  będzie  tu 

mowy  o  szczegółach  ani  propozycji  nazbyt  kategorycznych.  Po  prostu  chcę  zaproponowad,  wraz  z 

pluralizmem  wyborów  tematycznych,  swoistą  integrację  wewnątrz  procesu  dydaktycznego,  nie 

przesądzając potrzeby zmiany czy też zachowania istniejących struktur instytucjonalnych. 

Podobnie, chod nie analogicznie, do Berlina proponowałbym wydzielenie sześciu bloków czyli 

kompleksów  tematycznych,  przekazywanych  słuchaczom  przez  cztery  względnie  cztery  i  pół  roku 

studiów  z  zachowaniem  ostatniego  semestru  na  pisanie  pracy  magisterskiej,  czyli  tak  jak  to  jest 

obecnie. 

Na  początek  całego  studium,  podobnie,  ale  niezupełnie  tak  jak  obecnie,  proponowałbym 

przedmiot propedeutyczny o nazwie, jaką trzeba by ustalid. Nazwałbym ów przedmiot np. "Wstęp do 

background image

nauk politycznych" i potraktowałbym go podobnie jak za moich czasów "Wstęp do nauk prawnych" 

na studiach prawniczych. Włączyłbym jednak do tego 

-26- 

lub przyłączył nauczanie logiki i metodologii z elementami semantyki politycznej. Nie wydaje 

mi się, aby wystarczył na to jeden semestr. 

W następnej kolejności następowałoby nauczanie w owych sześciu blokach, jak następuje: 

I. Polityka i historia 

W  tym  bloku  tematycznym  byłoby  najpierw  miejsce  na  wykład  historyczny,  ale  przy 

założeniu,  że  historia  jest  tworzywem  i  sprawdzianem  wiarygodności  metodologicznej  dla  wielkiej 

rodziny nauk społecznych. Prymat winno mied nauczanie historii idei ("doktryn politycznych"), historii 

religii  i  historii  kultury  (zwłaszcza  politycznej)  w  związku  z  dziejami  ruchów  społecznych  oraz 

współczesnych  instytucji  politycznych  -  przede  wszystkim  paostwa  i  jego  urządzeo.  Wystrzegałbym 

się natomiast historii "zdarzeniowef (histoire evene-mentielle - jak to nazywają Francuzi), w rodzaju 

"historii  najnowszej  Polski",  którą  wykłada  się  teraz.  Podobnie  jak w  innych  blokach  dobrze  byłoby 

przeznaczyd  sporo  miejsca  na  wykłady  monograficzne,  z  wyraźnym  odesłaniem  do  lektur.  Jeden 

semestr  można  by  poświęcid  na  zagadnienia  ogólne,  nauczane  metodą  syntezy,  drugi  -  tylko  na 

zajęcia monograficzne; czyli tak jak to robią Niemcy. 

II. Ekonomia a polityka 

Niedostatek  wykształcenia  ekonomicznego  dla  politologów  jest  ewidentny.  Nie  umiem 

wprawdzie  określid  tutaj,  co  by  należało  do  syntezy  lub  co  należałoby  szczególnie  wyeksponowad. 

Byłbym  wszakże  zdania,  iż  nadawałby  się  teoretyczny  kurs  ekonomii,  jaki  obowiązywał  na  studiach 

prawniczych,  zanim  marksizm  nie  zajął  monopolistycznej  pozycji.  Proponowałbym  np.  zajęcie  się 

teorią  rynku,  chodby  dlatego,  że  informacja  i  komentarz  na  ten  temat  przekazywane  przez  środki 

masowego przekazu, pełne są - najdelikatniej mówiąc - niejasności i niedokładności. Na pewno winna 

byd wprowadzona i to na serio nauka statystyki. Jej brak na studiach politologicznych zakrawa wręcz 

na  skandal.  W  dotychczasowych  zmianach  programowych  ciągle  się  o  tym  mówi.  Na  niektórych 

uczelniach były takie wykłady, lecz, o ile mi wiadomo, zostały skasowane,  że akurat  w tym punkcie 

można posłużyd się wzorami z Berlina. 

UL Prawo a polityka 

Wzajemnych zależności nie trzeba chyba uzasadniad. Żyliśmy w systemie, gdzie przez całe lata 

istniało  zachwianie  między  porządkiem  normatywnym  a  porządkiem  decy-zjonistycznym,  przy  tym 

ten ostatni wyraźnie dominował nad pierwszym, a co gorsza, takie skłonności dają się zaobserwowad 

i teraz. Wydaje się oczywiste, że student politologu powinien uzyskad w czasie studiów podstawowe 

wiadomości o prawie konstytucyjnym, wyborczym, administracyjnym, finansowym. Nie powinno się 

background image

przy  tej  okazji  powtarzad  kursu  prawniczego.  Studia  prawnicze  mogłyby  byd  w  pewnym  stopniu 

powiązane z politolo-gicznymi, wtedy nie byłoby źle, gdyby wybijający się studenci politologii mogli - 

przy złagodzonych rygorach - uzyskiwad dyplomy prawnicze. Precedensy takie istnieją. Byłoby to 

-27- 

przecież  wyjątkiem,  nie  regułą.  Reguła  powinna  polegad  na  wskazywaniu  na  zależności  i 

różnice. Dla realizatorów zadanie niełatwe, lecz uciec od tego nie można. 

IV. Socjologia a polityka 

W  tej  materii  daje  się  odczud  największe  chyba  pomieszanie.  Wielu  socjologów  uważa,  iż 

nauka  o  polityce  sensu  stricto  to  właściwie  obserwacja  zachowao  politycznych  i  wynikające  stąd 

wnioski.  Ale  nawet  uczeni,  których  można  uważad  za  zwolenników  takiego  myślenia,  jak  np.  Paul 

Lazarsfeld, nigdy nie poszli tak daleko. Socjologia podobnie jak historia powinna byd z naszej strony 

traktowana  jako  tworzywo  (byd  może  najcenniejsze)  i  tylko  tworzywo.  Nie  przesądza  to  własnych 

konceptów i własnych metod, także empirycznych. W tym dziale bardziej niż gdzie indziej należałoby 

wyeksponowad  dyscypliny  mało  popularne:  psychologię  polityki,  antropologię  polityczną,  naukę  o 

kulturze. Szczególne miejsce należałoby poświęcid opinii publicznej. Socjologowie opisują i mierzą jej 

objawy.  Mniej  natomiast  zastanawiają  się  nad  znaczeniem  opinii  dla  każdego  typu  działao 

politycznych w każdym systemie, gdzie osiągnięty został pewien szczebel cywilizacji. 

V. Stosunki międzynarodowe 

Nie  wdając  się  w  rozważania  czy  specjalizacja  pod  nazwą  "stosunki  międzynarodowe"  jest 

sensowna  czy  też  nie,  szeroko  pojmowany  zakres  wiedzy  o  stosunkach  międzynarodowych  -  ale  w 

sferze  polityki  -  powinien  obowiązywad  wszystkich  studentów  politolo-gii.  Wydaje  mi  się,  że  w 

badaniach naukowych w tejże dyscyplinie najwięcej miejsca poświęcano sprawom pokoju i środkom 

uzyskiwania  gwarancji  pokojowych  (rozbrojenie).  Tymczasem  zbyt  mało  mówiło  się  o  problemie 

wojny  i  -  w  związku  z  tym  -  zupełnie  prawie  znikły  z  programów  teorie  konfliktu.  Myślę,  że  w 

wykładach  monograficznych  nie  byłoby  źle  zająd  się  wydzielonymi  "studiami  przypadku"  (case 

studies).  Wreszcie  warto  się  zastanowid,  aby  nie  wyodrębnid  przedmiotu  pod  nazwą  "polityka 

zagraniczna",  bowiem  tu  student  mógłby  poszukiwad  rozwiązao,  jakie  dostarcza  mu  historia, 

socjologia, nauka o paostwie i prawie oraz teoria polityki. 

VI. Teoria polityki 

Teoria polityki to blok tematyczny, który powinien znaleźd się przy koocu studiów. Co byśmy 

nie  powiedzieli  teoria  prowadzi  do  uogólnieo  wszelkiej  wiedzy  jaką  student  zdobył  lub  zdobyd 

powinien  do  tej  pory.  Broniłbym  się  przed  sugestią,  jakoby  student  miał  zakooczyd  studia 

wyposażony  w  jedną  ("jedynie  słuszną")  teorię  polityki.  Odwrotnie:  w  tym  bloku  miałby  okazję 

zapoznawad  się  z  najważniejszymi  koncepcjami  i  sposobami  pojmowania  polityki,  jakie  krążą  po 

background image

współczesnym świecie. W tym bloku umieściłbym nauczanie filozofii, na podobnej zasadzie tzn. przy 

większym udziale zajęd monograficznych. 

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią są to tylko ramy - pomyślane jako propozycje do dyskusji. 

Świadomie  unikam  rozplanowania  zajęd  w  czasie,  wedle  nakreślonych  wyżej  propozycji 

tematycznych. Zdaję sobie sprawę z trudności pogodzenia ze sobą metody tra- 

-28- 

dycyjnej (synteza przedmiotu) z nauczanymi osobno tematami monograficznymi. Nie trzeba 

chyba  ostrzegad  przed  gorączką  reformatorską  tzn.  zmiensad  dla  samej  zmiany.  Tradycje  są  bardzo 

silne.  Nie  jest  łatwo  po  prostu  je  zwalczad,  osobliwie  w  sytuacji,  kiedy  nasz  status  naukowy  jest 

niepewny, przez co rozumiem raczej kłopoty w samookreślaniu się  a nie zagrożenia instytucjonalne 

pochodzące z zewnątrz. 

Bałbym  się  jednocześnie  poszukiwania  na  siłę  jakiegoś  nowego  "paradygmatu  nauki  o 

polityce", jeśli za takowy można było uznad marksistowską  naukę o społeczeostwie ludzkim, nawet 

gdy jej pojedyncze elementy, pochodzące zwłaszcza z matertalistycznej wykładni dziejów - godne są 

poważnego  potraktowania.  Ale  to  już  na  później.  W  tym  tekście  nakreślona  została  sytuacja  w 

politologu polskiej jako dyscyplinie stanowiącej przedmiot akademickiego nauczania, ze wskazaniem 

na potrzebę i możliwości zmiany tej sytuacji. Znamy ją przecież nie od dziś. 

 Wemaowa. 

-29- 

Notatki