background image

BENTE PEDERSEN 

BUNTOWNICY 

background image

- Są pewne sprawy, o których się nie mówi - rzekł Jewgienij z powagą. 

Ciemnymi  oczami  spojrzał  na  Olega  i  na  jego  drobną,  wesołą  i  pogodną  żonę, 

Antonię. 

Byli najbliższymi przyjaciółmi Jewgienija. Zostali też najbliższymi przyjaciółmi Raiji. 

O  Jewgieniju  wiedzieli  prawie  wszystko,  a  o  Raiji  więcej  niż  ona  sama.  Wiedzieli  też  o 

Jumali. 

Oboje zgadzali się z Jewgienijem. 

- To prawda, ale nie mogę obiecać, że tak po prostu zapomnę - odezwała się Antonia. 

Ciemne loki podskakiwały, kiedy potrząsała głową. Na twarzy zazwyczaj beztroskiej 

Toni wyjątkowo malowała się powaga, w oczach pojawił się smutek. 

Z myślami o bogini Jumali zawsze powracało cierpienie, ta niezwykła historia niosła z 

sobą ból. 

- Ale postaramy się o tym nie wspominać - dokończył Oleg. Druh Jewgienija z okresu 

przewozów frachtowych na Morzu Białym i na rzece Dwinie oraz ku wybrzeżom północnej 

Norwegii  błyskawicznie  przeszedł  do  istoty  sprawy.  -  Masz  rację,  Jewgienij,  są  rzeczy,  o 

których  się  nie  mówi.  Czasami  zastanawiam  się,  czy  to,  co  widziała  Raija,  wydarzyło  się 

naprawdę, i wraz z upływem czasu nabieram do tego dystansu. Czasami zdaje mi się nawet, 

ż

e to był tylko sen... 

Jewgienij  ze  smutkiem  pokiwał  głową.  Wszyscy  troje  wiedzieli  przecież,  że  było 

inaczej. Przeżyli to naprawdę. 

- Chciałbym, żeby Raija o tym zapomniała - rzekł Jewgienij. 

W  jego  głosie  brzmiała  troska.  Ubóstwiał  Raiję,  kochał  ją  z  siłą,  która  nawet  jego 

samego przerażała. 

Być może nie powinien był dopuścić, by Raija znaczyła dla niego tak wiele. 

Ale tak się ułożyło jego życie. Została jego żoną, stała się całym jego światem. 

- Chciałbym, żeby cień Jumali zniknął z mego życia - rzekł stanowczo. 

- A ja myślę, że Jumala nas przeżyje - zauważyła Antonia. 

Słowa  jakby  wymknęły  się  z  jej  ust,  niczym  myśl,  nad  którą  nie  zdążyła  się  dobrze 

zastanowić. 

Wyglądało  na  to,  że  Jewgienijowi  nie  spodobały  się  jej  przypuszczenia.  Być  może 

obawiał się, że mogą okazać się słuszne. Jednak nic nie powiedział. 

background image

Wróciła Raija. 

Stąpała  na  palcach.  W  jej  oczach  pojawił  się  wyraz  ulgi.  Cicho  zamknęła  za  sobą 

drzwi. Musiała zajrzeć do dzieci, ponieważ Michaił się obudził i domagał się późnej kolacji. 

Olga na szczęście przespała jego nocny koncert. 

- Misza jest mężczyzną, który wie, czego chce - uśmiechnął się Oleg. 

Cieszył się, że mogą zostawić temat Jumali. Zawsze czuł się nieswojo, kiedy rozmowa 

toczyła się wokół owej pogańskiej bogini. Nie potrafił określić, co czuje. Nie bardzo wiedział, 

w  co  wierzyć.  W  głowie  miał  gmatwaninę  wspomnień  o  zdarzeniach  sprzed  roku.  Antonia 

uczestniczyła  w  nich  niemal  przez  cały  czas,  on  zaś  przyjechał  pod  sam  koniec.  I  nie 

dopuszczał  do  siebie  tego,  co  się  stało,  tak  długo  jak  potrafił,  dopóki  nie  zagłuszył  głosu 

rozsądku i ślepo nie zaakceptował faktów. 

Nabrał już dystansu do niesamowitych przeżyć, które stały się udziałem Raiji. 

Wydawało się, że ta kobieta przyciąga ku sobie wszystko, co niezwykłe. 

Być  może  nie  należało  tworzyć  jej  nowego  życia.  Olegowi  często  zdarzało  się 

ż

ałować,  że  obiecał  Jewgienijowi  milczenie  na  temat  przeszłości  jego  żony.  Odnosił 

wrażenie, jakby także kłamał. 

Ale  teraz  jest  za  późno,  by  się  wycofać.  Od  czasu,  kiedy  urodziło  się  dziecko, 

przeznaczeniem Raiji jest Rosja. Oleg zastanawiał się, czy Jewgienij to sobie zaplanował. Ta 

myśl nie dawała mu spokoju. 

Siedzieli w domu Olega i Toni w Archangielsku. Był lipiec roku 1736. 

Jeszcze  raz  Jewgienij  i  Raija  przywieźli  cały  inwentarz  z  domu  nad  Dwiną.  Raija 

ponownie miała zamieszkać w mieście. Ponownie jej uszy miały wypełnić odgłosy kroków na 

moście,  rżenie  koni  i  śmiech  chłopców  stajennych  Toni.  Stąd  roztaczał  się  widok  na  port  i 

statki ze świata oddalonego o wiele mil od północnej Rosji, ze świata, w którym rozmawiano 

po niemiecku. 

- Może jednak nie pojadę - powiedziała Antonia chyba po raz dziesiąty tego wieczoru. 

Spojrzała na męża. Szukała w jego oczach choćby najmniejszego znaku, że się z nią zgadza, 

ale nie znalazła nawet cienia poparcia. 

Jewgienij zaśmiał się cicho: 

-  Po  raz  pierwszy  napotykam  takie  trudności,  by  namówić  kobietę  do  wspólnej 

podróży! 

-  Kiedyś  musi  być  ten  pierwszy  raz  -  zauważyła  Raija  wesoło  i  potargała  go  po 

włosach. 

Jewgienij spojrzał na nią czule. 

background image

- Potrzebujemy koni czy nie? - spytał Oleg na wpół zrezygnowany. 

Wzruszył się tym, że jego niezależna żona nie chce bez niego wyjeżdżać. Nie musiał 

szukać  zbyt  daleko  w  pamięci,  żeby  odnaleźć  czasy,  kiedy  Antonia  na  jedno  skinienie 

wyfrunęłaby z domu niczym wędrowny ptak jesienią. 

Tonią ruchem głowy wskazała na pierś Olega i chwyciła brzeg jego kurtki. 

- Powinnam przyszyć ten guzik - mruknęła. 

- Czy myślisz poważnie o prowadzeniu własnej hodowli? - dopytywał się dalej Oleg, 

nie dając żonie szans na wynajdywanie kolejnych wymówek. 

- Wiem, że muszę jechać - przyznała z ciężkim sercem. 

Westchnęła równie zrezygnowana jak przed chwilą Oleg. Po chwili jednak roześmiała 

się cicho. Jej twarz wydała się teraz bardzo ładna, pełna ciepła. Antonia śmiała się z siebie. 

Ś

miała się tak zaraźliwie, że wszyscy wokół także musieli się uśmiechnąć. 

Nikt nie potrafił tak rozładować atmosfery jak Antonia. 

- Nie myślcie tylko, że podoba mi się ten pomysł - dodała szybko, kiedy zauważyła, że 

odetchnęli  z  ulgą  Jej  twarz  nie  całkiem  spoważniała.  Tonią  nigdy  nie  będzie  wyglądała  jak 

prawdziwa zrzęda, nawet jako stara babuszka będzie przypominała niesforną dziewczynę, na 

zawsze zachowując w sobie dziecięcy niepokój. - Wcale mi się to nie podoba. Niestety Oleg 

ledwie zauważa różnicę między pyskiem a zadem konia i nie mogę go wysłać w tę podróż. 

Wiem, że sama muszę wybrać odpowiednie okazy. Mnie przynajmniej nikt nie będzie usiło-

wał oszukać. Dawno już przestali próbować! 

Kiedy  Tonią  po  śmierci  ojca,  który  zostawił  jej  w  spadku  stadninę,  zaczynała 

zajmować się hodowlą, nieraz starano się wywieść ją w pole. Wyglądała jak niewinny kwiat i 

gruboskórni mężczyźni dali się zmylić temu wizerunkowi. To właśnie wtedy Tonią wyrobiła 

sobie pogląd, że mężczyzn można łatwo oszukać, ponieważ bardziej wierzą oczom niż uszom. 

Młodziutka Tonią udowodniła im, że zna się na koniach prawie tak samo dobrze jak 

oni. Udowodniła im, że doskonale wie, co decyduje o wartości konia, którego zamierza kupić. 

Ż

aden  z  handlarzy  nie  przeprosił  za  nieuczciwość.  Ale  zapamiętali  ją  i  więcej  nie 

próbowali oszukiwać. Ani jeden z nich. 

Wszyscy wiedzieli, kim jest Tonią. 

Była  jedyną  kobietą,  z  którą  hodowcy  koni  mieli  do  czynienia.  Uznali  ją  za  swoją, 

ponieważ  śmiała  się  równie  głośno,  umiała  opowiadać  pikantne  historie,  śpiewała  smutne 

pieśni fałszywym głosem. Potrafiła dorównać im w piciu, nie spadając pod stół. I znała się na 

koniach.  Kochała  zwierzęta  równie  mocno  jak  niektórych  ludzi,  darzyła  je  szacunkiem, 

dobrze się z nimi obchodziła. 

background image

Ż

adnemu  z  hodowców  na  północy  Rosji  nie  przyszłoby  do  głowy,  żeby  starać  się 

przechytrzyć Antonię. A ponieważ była kobietą, każdy z mężczyzn bez wahania stanąłby w 

jej obronie. Jednak nigdy by się do tego nie przyznali. Zresztą Tonią, silna i niezależna, nie 

potrzebowała ich pomocy. 

Antonia  zdawała  sobie  sprawę,  że  gdyby  sama  nie  przyjechała  po  konie, 

potraktowaliby to jak zdradę. 

Naturalnie  wybaczyli  jej  to  w  zeszłym  roku,  kiedy  dowiedzieli  się,  że  urodziła 

dziecko.  Wiedziała,  iż  pomyśleli,  że  już  przestanie  zajmować  się  końmi,  że  podzieli  los 

większości innych kobiet. 

Chciała udowodnić, że pozostała sobą, choć trudno będzie znieść tak długą rozłąkę z 

córeczką. 

-  Oleg  zna  się  na  statkach,  Toniu  -  przekonywał  Jewgienij.  -  Ty  i  ja  jesteśmy 

znawcami koni. Pozwólmy, by Oleg i Raija pilnowali spraw tu na miejsca Raija zajmie się 

Olgą jak księżniczką. A my będziemy mogli się upijać każdego wieczoru i płakać na ramieniu 

drugiego... 

Tonią  zwykła  podróżować  w  towarzystwie  jednego  ze  stajennych,  ale  tak  bywało, 

zanim poznała Olega, w czasach kiedy  nie przywiązywała szczególnej  wagi do tego, z kim 

dzieli siennik. Kiedy lubiła wtulić się w silne ramiona stajennego. 

To  było  inne  życie.  Nie  żałowała,  że  minęło.  Teraz  wydawało  się  takie  obce,  jakby 

cudze. 

Nie  chciała  stwarzać  powodów  do  nieporozumień,  tym  bardziej  że  Jewgienij  sam 

ofiarował się jej towarzyszyć. 

Znał  się  na  koniach,  ludzie  słyszeli  o  nim  dużo,  powtarzali  historie  o  jednorękim 

kapitanie. 

Jego obecność da jej poczucie bezpieczeństwa. 

Jewgienij  twierdził, że  potrafi  dobijać  targu,  choć  może  nie  akurat  w  handlu  końmi. 

Poza  tym  był  przyjacielem.  Nie  będzie  zatem  tracił  czasu  na  próby  wtargnięcia  jej  pod 

spódnicę. Jemu także odpowiadało, że Tonią nie oczekuje od niego umizgów. 

Ufali sobie wzajemnie. 

Mieli wyruszyć nazajutrz. 

Raija  i  Jewgienij  dzielili  wąską  kuchenną  ławę.  Czuli,  że  w  pomieszczeniu  jest 

chłodno, choć Tonią i Oleg palili nawet o tej porze roku. W domach, gdzie okna wychodziły 

na północny zachód, zrobiło się zimno. W nocy ucieknie jeszcze więcej ciepła. 

- Nie pozwól się Antonii w nic wplątać! - szepnęła Raija. 

background image

Jewgienij poczuł ciepły oddech żony na swym szorstkim policzku. Objął ją i powoli 

gładził jej ramię. 

- Tonią jest dorosła - roześmiał się cicho. - Może raczej to ją powinnaś poprosić, żeby 

mnie pilnowała, bym się w coś nie wplątał? 

-  Jesteś  okropny,  Jewgieniju  Dymitrowiczu!  -  odparła,  choć  wcale  tak  nie  myślała. 

Najbardziej ceniła w nim właśnie ową chłopięcość, za to go kochała i  dlatego  chciała się z 

nim zestarzeć. - Tonią mówiła, że tam, dokąd jedziecie, będą sami mężczyźni. Wydaje mi się 

zatem, że nie mam się specjalnie czego obawiać? 

-  Hm...  -  Jewgienij  na  pozór  obojętnie  wzruszył  ramionami.  -  Tonią  zapomniała  ci 

chyba wspomnieć o dziewczynach lekkich obyczajów, które podążają w ślad za handlarzami 

końmi, a które przybywają z Kozakami z południa znad Donu... znad Dniepru... 

Raija roześmiała się tuż przy jego szyi. 

-  Starasz  się  wzbudzić  we  mnie  zazdrość,  mój  drogi?  -  W  półmroku  nie  widziała 

wyraźnie twarzy męża, ale domyśliła się, że zgadła. - Ufam ci - powiedziała po prostu. - Nie 

muszę nikogo prosić, żeby cię pilnował. Wiem, że jesteś rozsądny, i wiem, że mnie kochasz. 

Więcej mi nie trzeba. Nie muszę posiąść na własność każdej przeżywanej przez ciebie chwili, 

mój  najdroższy.  Dopóki  wiem,  że  wrócisz,  potrafię  oddychać,  nawet  jeśli  przez  jakiś  czas 

będę  sama.  Po  prostu  nie  jestem  zazdrosna.  -  Zamilkła,  zanim  zaczęła  mówić  dalej.  -  I  nie 

wyrażaj się źle o tych kobietach. Cóż możemy wiedzieć o powodach, które nimi kierują... 

Jewgienij milczał. Mocniej uścisnął Raiję. To pewne, że na nią nie zasłużył. 

Być może i świat nie zasłużył na kogoś takiego jak ona. 

Łatwo  jest  osądzać.  Jemu  także.  Większości  osób,  które  znał,  przychodziło  to  bez 

trudu. Tak łatwo jest krytykować i pogardzać... 

Przez moment ujrzał przed sobą te kobiety, o których rozmawiali. Większość z nich 

ż

ycie  ciężko  doświadczyło.  W  mroku  trudno  jest  dostrzec  linie  pozostawione  przez  troski, 

lecz dzień je odsłaniał. 

Jewgienij  również  trzymał  kilka  z  tych  dziewcząt  w  ramionach,  kiedy  miał  jeszcze 

obie ręce. Kiedy uciekał od uczuć w wiecznym poszukiwaniu namiastki tego, czego nie mógł 

dostać. 

Raija nie powinna o tym wiedzieć. 

-  Jesteś  najpiękniejszą  istotą  na  ziemi  -  szepnął  przy  jej  czole.  -  Najpiękniejszą  z 

kobiet  -  dodał.  -  Michaił  zajmuje  w  moim  sercu  równie  ważne  miejsce,  ale  to  zupełnie  co 

innego.  -  Roześmiał  się  cicho.  -  Marzną  mi  stopy.  Zaraz  tak  jak  Antonia  zacznę  szukać 

usprawiedliwienia, żeby zostać w domu... 

background image

Raija pocałowała go. Pocałowała wargi, które potrafiły być tak surowe, a które teraz 

poddały  się jej  woli. Pocałowała jego  chude policzki, które z każdym upływającym rokiem 

wydawały się coraz bardziej zapadnięte, co jednak wcale go nie postarzało. W każdym razie 

nie w jej oczach. Zresztą wszystko, na co się patrzy z miłością, staje się piękne. 

- Dobrze ci zrobi, jeśli na trochę wyjedziesz - rzekła z mądrością w oczach. 

Jewgienij  zastanowił  się  przez  chwilę,  co  będzie  tego  dnia,  kiedy  wszystko,  co 

tłumione, skrywane i zapomniane, wyłoni się z cienia. 

Odsunął jednak od siebie tę myśl. Całkiem dobrze już mu się to udawało, żył z tym 

przecież na co dzień. 

Jakoś sobie radził. 

Jednocześnie potrafił być szczęśliwy. Potrafił kochać. 

-  Zawsze  podróżowałeś  -  mówiła  dalej  Raija.  -  O  wiele  trudniej  musisz  znosić 

siedzenie w domu, niż to przyznajesz. 

Rzeczywiście tęsknił za wiatrem we włosach. 

Nie mówił jej o tym, lecz często za tym tęsknił. 

Za  wiatrem  we  włosach,  pokładem  niespokojnym  pod  stopami,  morzem  dookoła. 

Morzem i niebem. 

Człowiek  czuje  się  wtedy  taki  mały,  a  jednocześnie  taki  potężny.  Żeglowali  i  żyli 

pośrodku żywiołu, który nie został stworzony dla ludzi. Opanowali i morze, i wiatr. 

Brakowało mu tego życia. 

- Wybrałem dom - rzekł tylko. Nie potrafił wytłumaczyć Raiji swej tęsknoty. 

Mógł nazwać słowami wszystkie inne pragnienia, ale nie to; owej tęsknoty kobiety nie 

znają. Trudno byłoby oczekiwać, że zrozumie. Nawet Raija. 

-  Kiedy  się  pojawiłaś,  rozpocząłem  nowe  życie,  Raiju.  Byłoby  niewdzięcznością 

tęsknić za czymś innym, skoro mam ciebie i chłopca. 

Nie protestowała. Ale wiedziała, że tęsknił również za życiem, które zostawił, które, 

jak twierdził, zakończył. Wiedziony poczuciem taktu starał się, by się o tym nie dowiedziała, 

ale przecież nie była dzieckiem. 

Widziała. 

Wiedziała. 

Jewgienij zasnął w jej ramionach. Raija ułożyła się tak, że jego głowa spoczęła na jej 

piersi. 

A kiedy zamknęła oczy, przez moment wydał się jej obcy. Jednak to wrażenie zaraz 

zniknęło. Kiedy na powrót otworzyła oczy, znów był jej Jewgienijem, jej mężem. 

background image

Przespał  noc,  podczas  której  Raija  na  moment  uchyliła  zasłony  skrywającej 

przeszłość.  Ranek  przywitał  chłodem  jej  nagie  stopy.  Nie  budząc  męża,  cicho  wstała  i 

rozpaliła w pieca Potem znowu wśliznęła się pod skóry. Ogrzała się pod okryciem. Przytuliła 

się do Jewgienija, przysunęła najbliżej jak mogła. Rozkoszowała się bliskością męża, ciszą i 

trzaskaniem drewna w piecu. 

Jewgienij obudził się w jej ramionach. 

-  Mogłaś  się  oswobodzić  od  mego  ciężaru  -  rzekł  ciepłym  głosem,  ziewając.  -  Nie 

wyspałaś się. 

Uświadomił  sobie,  jak  bardzo  ją  kocha.  Jednocześnie  poczuł  ukłucie  wyrzutów 

sumienia, ponieważ dla niego zrezygnowała ze snu. 

- Było mi dobrze - odparła. 

Jewgienij  wiedział,  że  w  Raiji  drzemie  ogromna  potrzeba  obdarowywania. 

Ofiarowania. Bardziej siebie niż przedmiotów. Sam nie posiadał tego daru, ale Raija chętnie 

rozdawała, jeśli tylko mogła. Jeśli ktoś bardziej niż ona sama potrzebował tego, co miała. 

Raija nie przyznała się, że nie z jego powodu nie mogła zasnąć. 

Poza tym chciała popatrzeć na męża ostatniej nocy, zanim wyruszy. Posiąść te cenne 

minuty, których nawet on nie znał, kiedy spał w jej ramionach jak dziecko. 

- Musiałam cię zaczarować, żeby nikt inny nie mógł cię obejmować, zanim znowu nie 

będziesz ze mną - zażartowała. 

I  chociaż Jewgienij uśmiechał się, zakładając  wysokie buty do jazdy konnej, w jego 

głosie brzmiał cień powagi, kiedy powiedział: 

- Nie zdziwiłoby mnie, gdybyś była w stanie tego dokonać, moja Raiju. Myślę, że już 

dawno ci się to udało. Już wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałaś, kim jestem... 

Zamierzał powiedzieć więcej, ale ugryzł się w język, zanim zahaczył o obszary, które 

zatarły się w jej pamięci. 

Omal się nie przyznał, że omotała go swą siecią już wtedy, kiedy kochał ją Aleksiej, a 

on sam traktował jak ukochaną siostrę. 

Musi bardziej uważać na słowa, zwłaszcza kiedy jest zmęczony. 

- Nie mam ochoty obejmować innych kobiet - zapewnił. 

Nie musiał tego robić. 

Raija wiedziała o tym. Była go pewna. Tak otwarcie starał się ją uszczęśliwić. Kochał 

ją wielką i niewzruszoną miłością. I chociaż Raija nie pamiętała czasów sprzed małżeństwa z 

Jewgienijem, miała uczucie, że nie zawsze tak było. 

background image

Była prawie pewna, że nigdy przedtem nie zaznała takiego spokoju, że owo poczucie 

bezpieczeństwa pojawiło się w jej życiu wraz z Jewgienijem. 

Wyruszyli  jednym  ze  statków  płynących  Dwiną  na  południe.  Raija  usłyszała 

napomnienia Toni dobiegające jeszcze z pokładu. Roześmiała się na poły rozbawiona, na poły 

zrezygnowana Zdawało się, że Tonią nie wierzy, iż Raija potrafi zajmować się dziećmi. Ona, 

która... 

Coś zablokowało tę myśl, nie pozwoliło jej dokończyć, jakby gładka ściana, jak skała 

mokra od deszczu. 

Raija poczuła ucisk w skroniach. 

Wiedziała, co to oznacza. 

Myśl zapędziła się za daleko, zamierzała przebić się przez skałę. 

Na próżno... 

Raija  zdusiła  ją.  Tłumienie  myśli  stało  się  już  nawykiem,  nauczyła  się  tego.  Za 

każdym razem czyniła to z mniejszym bólem. Już nawet nie zdawała sobie sprawy, że to nie 

jest normalne, że nie wszyscy tak robią. 

Patrzyła, jak statek z Jewgienijem i Antonią wślizguje się w ujście rzeki. Nie potrafiła 

rozróżnić ich postaci na pokładzie, ale wiedziała, że tam są. Że starają się dojrzeć dom i ją w 

niedużym oknie kuchni za powiewającymi firankami, ponieważ w ciągu dnia otwierała je na 

oścież. Czasami w mieszkaniu robiło się za gorąco, poza tym Raija lubiła też słuchać dźwię-

ków, które brzmiały dziwnie, obco. 

Już tęskniła za Jewgienijem. Kochała go. Czuła się z nim szczęśliwa. 

Ale czy żyła? 

Była kobietą i matką. Robiła to, co robiły inne kobiety i matki. 

A kiedy Olga i Michaił spali, nudziła się. Nawet pośród tych wszystkich odgłosów z 

zewnątrz,  nawet  z  robótką  w  ręku  czy  pilnując  na  ogniu  jedzenia  dla  synka,  odnosiła 

wrażenie, jakby całe życie toczyło się gdzieś obok. 

Jej  myśli  wydawały  się  bardziej  żwawe  niż  palce  łatające  ubranie.  Dłonie  nie 

poruszały  się  wprawnie,  wydawały  się  tak  niezgrabne,  że  się  tego  wstydziła.  Wszystkie 

kobiety potrafiły przecież szyć! 

Z  dworu  dobiegł  ją  tupot  nóg.  Nie  należał  do  niezwykłych  odgłosów,  często  go 

słyszała. Rozmaite kroki, rozmaite buty. Chodaki, skórzane trzewiki, buty z kory brzozowej, 

które  szurały  o  podłoże  w  całkiem  szczególny  sposób,  ciche  kumagi.  Musiały  tam  być, 

słyszała przecież głosy ludzi. 

background image

Tym  razem  za  oknem  rozległ  się  stukot  chodaków  i  Raija  od  razu  wiedziała,  że  to 

kroki marynarza. 

Nie zapukał. Otworzył drzwi na oścież, jakby zawsze był mile widzianym gościem. 

- Gdzie pryncypał? - rzucił w progu zdyszany. Bez wstępów, nawet bez przywitania. 

Raija zrozumiała, że szuka Olega, a nie Jewgienija. Wiedział zatem, że Jewgienija nie 

ma w mieście, widocznie już z kimś rozmawiał. 

- Zaraz powinien przyjść - odparła. - Szukałeś w porcie? W kantorze? 

Skinął głową. 

Stał w drzwiach, wpuszczając do środka popołudniowe powietrze. Miał na sobie szare 

spodnie,  tak  szerokie,  że  luźno  zwisały  wokół  nóg  -  jako  pasek  służył  sznur,  związany  nad 

biodrem w kunsztowny węzeł. Szeroką koszulę z rozcięciem na głowę, sięgającym do polowy 

piersi,  bez  guzików  czy  wiązania,  co  sprawiało,  że  nie  mogła  być  przyzwoita,  choćby  nie 

wiem jak się starać. 

Przybysz był marynarzem. Raija wiedziała o tym, nie pytając. 

Nie  zaprosiła  go  do  środka.  Pogardzała  sobą  z  tego  powodu,  nie  uważała  przecież 

niespodziewanego gościa za kogoś gorszego. 

Ale  nieprzyjemnie  pachniał  morzem,  rybami,  potem  i  jeszcze  czymś,  czego  nie 

potrafiła określić. 

Czyżby odgadł, co o nim myślała? Uśmiechał się krzywo, jakby drwiąco. Jego zęby 

lśniły bielą na tle opalonej twarzy. 

Usłyszała  kroki  Olega,  jego  skórzane  buty  uderzające  o  kamienny  bruk  mostu.  Po 

chwili postać przyjaciela ukazała się w drzwiach. Oleg pochylił głowę i kark, żeby wejść. 

Rozpoznał w mężczyźnie jednego ze swych pracowników. Spojrzał na niego pytająco. 

Zaprosił do środka, wskazał krzesło przy stole. 

Raija  unikała  wzroku  przybysza.  W  jego  oczach  pojawiła  się  śmiałość,  której  nie 

potrafiła wytłumaczyć. Coś tak wyzywającego, że poczuła się nieswojo. 

-  Co  się  dzieje,  Wasilij?  -  spytał  Oleg.  Bezceremonialnie  ściągnął  kurtkę  i  buty, 

patrząc  jednocześnie  na  marynarza.  -  Myślałem,  że  macie  dość  roboty  na  „Antonii”,  żeby 

przygotować ją do drogi. 

-  Jednym  z  kutrów  rybackich  nadeszła  wiadomość  z  Morza  Białego  -  wyjaśnił 

marynarz.  Wstrzymał  na  chwilę  oddech,  zanim  zaczął  mówić  dalej.  Jego  niebieskozielone 

oczy przykuły wzrok Olega. - Na naszym drugim statku wybuchł bunt. Na tym, który nosi to 

piekielne imię. 

background image

-  To  moje  imię  -  Raija  usłyszała  swój  własny  głos.  -  Nie  uważam,  żeby  było 

piekielne... 

- Tak czy owak marynarze wszczęli bunt - rzekł Wasilij. - Załoga wyrzuciła kapitana i 

sternika za burtę. Kapitan nie żyje, sternika uda się może uratować. Rybacy wyciągnęli go na 

pokład kutra i przywieźli na ląd... 

Patrzył wyczekująco na Olega. 

Oleg znieruchomiał z pochyloną głową. 

Raija pomyślała, że niedobrze się stało, iż Jewgienij dziś odpłynął. Coś jej mówiło, że 

buntownicy o tym wiedzieli. 

- Dlaczego? - spytała. Wasilij spojrzał na nią. Wzruszył ramionami. 

Skrzywił  się.  Wzrokiem  przebiegł  po  garnku  na  piecu.  Policzki  Raiji  zaczerwieniły 

się. 

Gotowała dziś zupę na mięsie. Wiedziała, że nie takie zapachy marynarze wdychali na 

statku. 

-  Może  ktoś  powinien  się  tego  dowiedzieć?  -  rzucił  obojętnie.  Wstał.  -  Ja  tylko 

przekazałem wiadomość. Reszta nie należy do mnie. Nie biorę w tym udziału. 

-  Płyną  dalej?  -  spytał  Oleg.  -  Czy  zakotwiczyli  statek?  Znowu  wzruszenie  ramion. 

Mężczyzna  sugerował,  że  niewiele  go  to  obchodzi,  że  to  nie  jego  sprawa.  Nic  na  tym  nie 

skorzysta ani też wiele nie straci. 

Oleg na powrót założył buty. Wstał. Nic nie zjadł. Raija zauważyła, że jest zmęczony. 

Ale musiał teraz podejmować decyzje. Nie miał prawa do odpoczynku. 

-  „Antonia”  nie  odpłynie  zgodnie  z  planem.  Muszę  najpierw  dostać  się  na  „Raiję”  i 

dowiedzieć, czego chcą buntownicy. Muszę ich powstrzymać, nie dopuścić, by posunęli się 

za daleko! 

- Czy aby już nie posunęli się za daleko? - spytała cicho Raija. - Kapitan nie żyje... 

Ale tylko Wasilij ją słyszał Oleg był w drodze do portu Wzrok marynarza świadczył, 

ż

e życie nie szczędziło mu gorzkich doświadczeń. 

-  Nie  myśl  tyle  o  obcych,  którzy  zginęli  -  rzekł.  Uśmiechał  się,  gdy  wychodził.  Nie 

zamknął za sobą drzwi. Popołudniowe powietrze wypełniło pokoje. 

background image

Oleg wrócił dopiero następnego dnia. Był zarośnięty, bruzdy na jego twarzy pogłębiły 

się, oczy pociemniały. 

-  Sytuacja  jest  poważna  -  oznajmił  Raiji.  Był  tak  zmęczony,  że  nie  miał  siły  się 

rozebrać. Opadł wyczerpany na krzesło, oparł głowę o ścianę. Na chwilę przymknął oczy. - 

Dlaczego my? - spytał i z trudem podniósł powieki. Napotkał wzrok Raiji. - Czy potrafisz to 

zrozumieć? Przecież dobrze ich traktujemy! W porównaniu z innymi właścicielami statków 

naprawdę dobrze traktujemy naszych marynarzy! Więcej im płacimy niż inni. Staramy się dla 

nich o ubrania, o żywność. Pomieszczenia dla załogi są lepsze niż na innych frachtowcach. 

Przebudowaliśmy  cały  statek,  żeby  poprawić  marynarzom  warunki  codziennego  bytowania. 

Dlaczego właśnie nas to spotyka? 

- Być może uznali, że jesteście jedynymi, którzy potrafią ich zrozumieć? - zgadywała 

Raija. 

Minęła  ponad  doba  od  chwili,  kiedy  Oleg  i  marynarz  o  śmiałych  oczach  wyszli  z 

domu. Raija wypełniła czas domowymi obowiązkami i opieką nad dziećmi. Cieszył ją śmiech 

i nowe miny Olgi i Miszy, odpowiadała czule na ich gaworzenie. 

Ale myślami była daleko na morzu, razem z Olegiem. 

Bała się. 

- Inni właściciele statków i tak nie poszliby na ustępstwa - powiedziała zamyślona. - 

Wy pokazaliście marynarzom, że traktujecie ich jak ludzi. Może dlatego mają nadzieję, że ich 

wysłuchacie, może na innych machnęli ręką... 

-  Mówisz,  jakbyś  trzymała  ich  stronę  -  rzekł  Oleg  z  goryczą.  Rwał  duże  kawałki 

chleba, który przed nim położyła. Podgrzała zupę. Nalała pełną miskę. Oleg pił z niej, nawet 

nie spojrzał na łyżkę, którą mu podała. - Zabili kapitana. Może on się nie liczy? Miał żonę i 

ośmioro dzieci. Czy to też się nie liczy? 

Raija  nie  odpowiedziała.  Ujrzała  przed  oczami  twarz  człowieka,  który  dowodził  na 

„Raiji”. Znała kobietę, która została wdową. 

- Zabili go z zimną krwią - mówił dalej Oleg. - Poderżnęli mu gardło. Czy nadal jest ci 

ich żal? Tych, którzy zaczęli ustanawiać własne prawa? - pytał wzburzony. 

-  Nikogo  nie  żałuję  -  odparła  Raija.  Usiadła  po  drugiej  stronie  stołu.  Łagodnie 

poprosiła, by trochę zniżył głos. 

background image

Oleg  skończył  jeść.  Przetarł  ręką  oczy  i  czoło.  Uśmiechnął  się  przepraszająco, 

rozjaśnił surową twarz. 

- Wybacz - rzekł cicho. Nie miał zwyczaju przyznawać się do własnych błędów, ale 

Raija była niepodobna do innych ludzi. Cenił ją i szanował. Poza Antonią niewiele osób było 

mu tak bliskich. W każdym razie pośród kobiet. 

Kruszył chleb między dużymi dłońmi, zlepiał okruchy w palcach i zjadał je. Pewnie 

robił  tak  jako  chłopiec.  To  dziwne,  jak  tego  rodzaju  przyzwyczajenia  mogą  towarzyszyć 

człowiekowi przez całe życie. 

- Nie staję po niczyjej stronie - rzekła Raija z naciskiem. Oleg nagle uświadomił sobie, 

ż

e  dostrzega  w  Raiji  zbyt  wiele  życiowej  mądrości,  a  w  jej  ciemnobrązowych  oczach  zbyt 

wiele zrozumienia. Jest zbyt młoda, skąd u niej to doświadczenie? - Nie mam pojęcia o życiu 

na  morzu,  Oleg,  ale  tak,  jak  nie  chcę  stawać  po  żadnej  ze  stron,  tak  też  nie  chcę  nikogo 

osądzać.  Trudno  jest  poznać  czyjeś  troski,  nie  będąc  w  jego  skórze.  Zgadzasz  się?  Nie 

możemy  wiedzieć,  co  kierowało  tymi  ludźmi.  Nie  wszystko  jest  takie,  jak  to  widzimy. 

Musimy  spojrzeć  nie  tylko  oczyma,  ponieważ  obraz,  który  postrzegamy,  może  okazać  się 

bardzo zwodniczy. Chcę tylko zrozumieć, nie zamierzam nikogo osądzać. 

- Myślisz, że i ja nie chciałbym zrozumieć? - spytał ostrym tonem. - Do diabła, że też 

Jewgienij  musiał  wyjechać  właśnie  w  takiej  chwili!  Marynarze  nie  mogli  chyba  o  tym 

wiedzieć... 

- Bunt nie jest skierowany przeciw tobie, żadne żądania nie zostały wysunięte wobec 

ciebie, Oleg! 

Skinął głową. 

Miska była pusta, ale Oleg nadal trzymał ją w dłoniach. Nie chciał dokładki. 

- Wiem, że ludzie buntują się przeciw wszystkim właścicielom statków. Może przeciw 

całemu porządkowi. 

Wzruszył ramionami. 

- Czy zamierzasz wysłać przeciw nim żołnierzy? - spytała Raija. 

Tak radzili kapitanowie z innych krajów. Kapitan niemieckiego statku, który zawinął 

niedawno do portu, twierdził, że tylko broń przemówi do buntowników. 

- Żołnierze Romanowa potrzebują czasu, żeby tu dotrzeć - odparł i zmęczony zamknął 

oczy. 

-  Nie  mógłbyś  chyba  tego  zrobić,  prawda?  -  rozległ  się  głos  Raiji,  przemknął  przez 

pokój niczym powiew wiatru. 

Oleg napotkał jej spojrzenie. Potrząsnął głową. Przeczesał palcami sztywne włosy. 

background image

-  Sam  pływałem  jako  marynarz  -  rzekł.  -  Siedziałem  przy  tych  wielkich  kotłach  na 

pokładzie.  Bywałem  tak  głodny,  że  rozrywało  mi  wnętrzności,  że  miałem  przywidzenia. 

Tkwiłem  na  tym  cholernym  pokładzie  na  deszczu  i  wietrze  i  czekałem,  aż  jedzenie  będzie 

gotowe.  Czekałem,  aż  wszystko  się  rozgotuje,  tak  żebyśmy  nie  mogli  rozróżnić  ryby  od 

robaków, tak żeby powstała jednolita papka. Smakowała równie obrzydliwie, jak wyglądała, 

ale przynajmniej już nie kręciło mi się w głowie. Mogłem wstać następnego dnia do pracy, po 

której padałem między twarde maty w kajucie razem z piętnastoma towarzyszami. Spaliśmy 

tak ciasno obok siebie, że pluskwy nawet nie musiały brać rozpędu, by przeskoczyć z jednego 

na  drugiego...  -  Oleg  westchnął.  -  Byłem  prostym  marynarzem,  Raiju.  Zbyt  dobrze  to 

pamiętam.  Być  może  nadal  jestem  jednym  z  nich.  Być  może  dlatego  traktuję  ten  bunt  jako 

zdradę... 

Pokręcił głową. Złożył wielkie dłonie, może się modlił. 

- Czego chcą? - spytała Raija. 

- Lepszych warunków pracy. - Uśmiechnął się zmęczony. 

- Czy nie możesz na to przystać? Skinął głową. 

- To żaden kłopot. 

- Ale to nie wszystko? 

- Nie. Domagają się wykreślenia długu, dla siebie i dla załogi na „Antonii”. Myślę, że 

chcą tamtych pozyskać, żądając czegoś również dla nich. Mogą powiedzieć, że walczą także 

w  ich  imieniu.  Może  to  zaplanowali?  Nie  wiem.  Nic  już  nie  wiem,  Raiju.  Nigdy  bym  nie 

pomyślał, że ci, którym dajemy pracę, zbuntują się przeciw nam... 

Raija wiedziała, że Jewgienij i Oleg byli bardziej ludzcy niż inni właściciele statków. 

Marynarze  otrzymywali  zapłatę  po  rejsie.  To  uniemożliwiało  ich  odejście  przed 

zakończeniem  wyprawy.  Lecz  wielu  z  nich  zostawiało  w  domu  rodziny,  którym  często 

brakowało środków do życia, kiedy mężczyzna wypływał w morze. 

Niektórzy właściciele statków nie przejmowali się tym i uważali, że to nie ich sprawa. 

Jewgienij  i  Oleg  udzielali  pożyczek  tym  marynarzom,  którzy  jej  potrzebowali. 

Naturalnie  inni  właściciele  statków  postępowali  podobnie,  ale  w  zamian  za  lichwiarski 

procent. Jewgienij i Oleg nie naliczali odsetek, a jedynie oczekiwali spłaty pożyczonej kwoty. 

Wielu spośród załogi zwracało pożyczkę, traktując ją jak dowód zaufania. 

Ale byli też tacy, którzy nie byli w stanie uregulować długu. 

Bywało,  że  Jewgienij  i  Oleg  nie  powinni  wypłacać  wynagrodzenia,  ponieważ 

pracownicy byli im winni więcej, niż zarobili. 

background image

Raija rozumiała, dlaczego mimo wszystko dłużnicy otrzymywali wypłatę, ale czuła, że 

nie tak należy prowadzić interesy. 

- Nie możemy się na wszystko zgadzać - rzekł Oleg, ciężko wzdychając. - Wtedy po 

prostu prowadzenie handlu stanie się niemożliwe. Poza tym inni kupcy i armatorzy również 

wywierają  na  nas  nacisk.  Twierdzą,  że  powinniśmy  trzymać  się  razem,  nie  godzą  się  na 

uległość  z  naszej  strony.  Grożą,  że  jeśli  mimo  wszystko  pójdziemy  na  ustępstwa, 

wykorzystają swoje kontakty. Postarają się, żeby nie było dla nas towaru, żeby nikt nam nie 

sprzedał drewna, niezależnie od tego, ile będziemy chcieli za nie zapłacić... 

-  Co  zamierzasz  zrobić?  -  spytała  Raija.  Zaczynała  dostrzegać  powagę  sytuacji. 

Przeciw  Olegowi  wystąpili  nie  tylko  zbuntowani  marynarze.  Przeciwko  niemu  obrócili  się 

także właściciele innych statków. 

Oleg podlegał naciskom obu grup. 

- Przespać się - odparł. - Nie za długo, ale muszę się choć trochę przespać, Raija. Być 

może dziś w nocy coś się wydarzy. Nie wiem. Powinienem dostać wiadomość. Obudź mnie! 

Ale teraz muszę się położyć... 

Raija nie protestowała. Oleg potrzebował snu. Zdjęła mu nawet buty. Sam nie zadbał o 

to albo może zasnął, zanim zdążył o tym pomyśleć. Przykryła go. Delikatnie, tak jak okrywa 

się dziecko, które zasnęło ze zmęczenia. 

Potem usiadła na kuchennej ławie. Pilnowała ognia w piecu. Nie zamknęła drzwi na 

klucz. 

Po  kilku  godzinach  zjawił  się  ten  sam  marynarz,  co  wcześniej,  Wasilij.  Raija  miała 

dobrą pamięć do imion. 

Znowu stanął w drzwiach. Znowu zostawił je otwarte. Wypuszczał ciepło, przyniósł 

ze sobą chłód nocy. 

-  Wejdź  -  Raija  zaprosiła  go  do  środka.  Mówiąc  to,  nie  spuszczała  wzroku  z 

przybysza. 

Nie powinien sobie pomyśleć, że ma nad nią przewagę, że ją onieśmiela. 

Uśmiechnął się drwiąco, ale zamknął za sobą drzwi. Usiadł przy stole, oparł się o blat, 

jakby był u siebie. 

- Czy coś się dzieje? - spytała. 

- Śpi? - Wasilij odpowiedział pytaniem. Właściwie nie udzielił jej odpowiedzi, jakby 

ją lekceważył. 

Raija skinęła głową. Była na siebie zła za ten gest, choć przecież nie miała powodu do 

złości. Wstała. 

background image

- Mogę go obudzić... 

Marynarz powstrzymał ją ruchem ręki i uśmiechem równie zmęczonym, jak uśmiech 

Olega kilka godzin wcześniej. 

-  Nie  ma  pośpiechu.  Nic  nie  możemy  teraz  zrobić.  To,  co  się  stało,  zostało 

zaplanowane już wcześniej... 

Raija usiadła. 

Ten  mężczyzna  kogoś  jej  przypominał.  Jednak  nie  była  w  stanie  sobie  uzmysłowić, 

kogo. 

-  Załoga  „Antonii”  przyłączyła  się  do  buntu  i  jakiś  czas  temu  również  wypłynęła  - 

wyjaśnił. - Nikt nie zdoła jej powstrzymać. Teraz w morzu są oba statki. „Antonia” uzupełniła 

zapasy wody do picia. Kapitan na „Raiji” zdążył pozbyć się części słodkiej wody. Być może 

właśnie to przypłacił życiem... 

- Czy ty nie pływasz na „Antonii”? - spytała Raija. Niebieskozielone oczy pochwyciły 

jej spojrzenie. 

- Nie - odpowiedział. - Już nie. Raija przełknęła ślinę. 

- Dlaczego nie jesteś na pokładzie? Musiała zapytać. Zbyt wiele się tu nie zgadzało. 

Ten mężczyzna z pewnością nie stał po stronie Olega i Jewgienija. Należał do załogi. 

Raija szybko się zorientowała, że nie jest głupi. Poza tym kipiała w nim wola walki, której nie 

potrafił  ukryć.  Nie  było  w  nim  nic  z  pokory,  nie  płaszczył  się,  nie  ugiął  karku.  Wręcz 

przeciwnie: wysuwał żądania. Był śmiały... Czyżby działał na dwa fronty? 

- Wyrzucili mnie za burtę - rzekł beztrosko. Dopiero wtedy Raija zauważyła, że ma 

mokre ubranie i że przyszedł boso. Dlatego nie usłyszała jego kroków. 

-  Z  „Antonią”  jest  trochę  inaczej  niż  z  „Raiją”  -  wyjaśnił,  jakby  tłumaczył  coś 

trudnego nierozgarniętemu dziecku. - Na „Antonii” wszyscy przyłączyli się do buntu. Kapitan 

i sternik też. Wszyscy bez wyjątku. Nie trzeba było nikogo zabijać. Nie trzeba było nikogo się 

pozbywać... 

-  ...  nikogo  poza  tobą?  -  spytała  Raija  z  niedowierzaniem.  To,  co  usłyszała,  nie 

mieściło  jej  się  w  głowie.  Wasilij  skinął  twierdząco.  Jego  włosy  wydawały  się  teraz 

ciemniejsze niż za dnia. Być może dlatego, że gęsta czupryna jeszcze nie całkiem wyschła. - 

Dlaczego, do licha, ciebie, a nie kapitana? - wyrwało się Raiji. - Jesteś tylko... 

- Zwykłym marynarzem? - dokończył z uśmiechem. 

Jego twarz nie wyrażała wrogości. Raija odniosła niemal wrażenie, że Wasilij darzy ją 

sympatią. 

- Jesteś przecież tylko zwykłym marynarzem - powtórzyła bezbarwnie. 

background image

Właśnie  to  chciała  powiedzieć.  Nie  widziała  powodu,  dla  którego  miałaby  udawać 

lepszą, niż była. Zresztą ten człowiek i tak zdawał się prześwietlać ją na wskroś. Okazywał 

taką surowość, że prawie się go bała. 

Jakby nie był tylko zwykłym marynarzem. 

Z  taką  swobodą  rozsiadł  się  przy  kuchennym  stole  Olega.  Rozmawiał  z  nią  z  taką 

lekkością, jakby uznał, że są sobie równi. Nie zważał na to, że Raija jest kobietą, że jest żoną 

pryncypała. 

Tak, ten człowiek z pewnością nie był zwykłym marynarzem. 

Raija odgadła to, jeszcze zanim wymówił słowa, które potwierdziły jej domysły: 

- To ja zaplanowałem bunt. 

- Ty?! - wybuchnęła. 

- Ty? - rozległo się od drzwi do bocznej izby. Oleg zamknął je za sobą. Z butami w 

ręce usiadł ciężko obok Raiji. 

- Ja - odparł Wasilij z powagą na twarzy i pewnością siebie. 

Nie zamierzał niczego ukrywać. 

-  „Antonia”  również  odpłynęła  -  rzekła  cicho  Raija,  kładąc  rękę  na  ramieniu 

przyjaciela. 

Oleg drgnął. 

- Czy to stanowiło część planu? - spytał ostrym tonem. 

- Tak - przyznał Wasilij. 

-  Dlaczego  przychodzisz  do  mnie  i  mi  o  tym  mówisz?  -  zdziwił  się  Oleg.  Wreszcie 

postawił buty na podłodze, zdjął z ramienia rękę Raiji. - Chyba nie przypuszczasz, że nadal 

będę ci ufał - dodał ze śmiechem. 

-  Wyrzucili  mnie  ze  statku  -  rzekł  Wasilij.  Uczynił  gwałtowny  ruch  głową.  Raija 

zauważyła,  że  jego  włosy  nadal  są  mokre,  choć  ubranie  zdążyło  już  wyschnąć.  Widocznie 

było uszyte z cienkiego materiału... 

- Przychodzisz tu i opowiadasz, że ty to wszystko zaplanowałeś. I jeszcze mówisz, że 

wyrzucono cię za burtę. Chcesz, żebym ci uwierzył? - Oleg pokręcił głową. - Nie jesteś chyba 

aż taki głupi! 

- Ja mu wierzę - usłyszała Raija swój własny głos. 

Obaj mężczyźni popatrzyli na nią: jeden z niedowierzaniem, drugi trochę drwiąco, ale 

też i z uznaniem. 

- Nie, nikt nie jest taki głupi! - utrzymywał Oleg. 

- Mieliśmy walczyć o poprawę warunków na pokładzie - wyjaśnił Wasilij. 

background image

Jego głos nie drżał, nie zdradzał cienia strachu. 

Raija  uznała,  że  Wasilij  rzeczywiście  mógł  zaplanować  bunt:  był  nieustraszony,  nie 

lubił się podporządkowywać, miał dość rozumu. 

I wiedział, czego może żądać. 

- O zapłatę, kajuty, racje żywnościowe... - mówił dalej. 

-  Dajemy  lepsze  warunki  niż  większość  armatorów  -  wtrącił  Oleg.  -  Dużo 

korzystniejsze! 

Marynarz wzruszył ramionami. 

- Być może - przyznał. - Ale mimo wszystko nie jesteśmy traktowani jak ludzie. Biorę 

zapłatę, ale muszę za nią służyć jak pies. 

Raija spuściła głowę. 

- Być może niektórzy z nas mogliby spłacić dług, gdyby dostawali więcej pieniędzy. 

Być może niektórzy pracowaliby lepiej, gdyby posiłki dawały im więcej siły, gdyby mogli się 

porządnie wyspać. 

Słowa  Wasilija  zawisły  w  powietrzu.  Pozostały  bez  odpowiedzi.  Zapadły  w 

słuchających. 

- Możesz mnie teraz posłać do więzienia - zwrócił się po chwili do Olega wciąż tym 

samym  lekkim  tonem.  -  Możesz  mnie  wpisać  na  czarną  listę.  Masz  wszelką  władzę,  panie. 

Zdaję sobie z tego sprawę. Uważam jednak, że powinieneś znać prawdę, skoro już wypadki 

potoczyły się tak, jak się potoczyły. 

- Czy nie wszystko przebiegło zgodnie z twoimi założeniami? - spytała Raija. 

Wasilij odpowiedział jej niedbałym uśmiechem. 

-  Nigdy  nie  było  mowy  o  zabijaniu  -  odparł  stanowczo.  -  Jesteśmy  ludźmi,  a  nie 

dzikimi  bestiami.  Powinniśmy  zachowywać  się  jak  ludzie,  ale  niektórzy  stracili  panowanie 

nad sobą. To nie należało do planu. Być może powinniśmy zacząć na „Antonii”... 

Zamilkł na chwilę. 

- Ale załoga „Raiji” nie przyłączyłaby się do „Antonii” - dokończyła Raija. - Kapitan 

na „Raiji” nie stał po waszej stronie. 

Dostrzegła uznanie w twarzy Wasilija. Nieznacznie uniósł kącik ust. 

- To prawda, kapitan „Raiji” nas nie poparł... Ponownie spojrzał na Olega. 

- „Antonia” wypłynęła, tak jak to ustalono, ale żądania załogi zaczęły rosnąć, ludzie 

nie znali umiaru. Byłem temu przeciwny i dlatego wyrzucili mnie za burtę. Już nie jestem z 

nimi. 

background image

- Czy w takim razie jesteś z nami? - spytał Oleg. Znowu kogoś zapytał, po czyjej stoi 

stronie. Raija zadrżała. Życie to nie tylko czarne i białe, nie tylko dobro i zło. Bierze w nim 

udział wiele innych sił. 

Wasilij  długo  milczał.  Ten  mężczyzna,  który  wzniecił  bunt  przeciwko  właścicielom 

statków,  który  z  nich  zadrwił,  który  mógł  odnieść  zwycięstwo,  gdyby  go  posłuchano,  nie 

przyszedł  pokornie  prosić  o  wybaczenie.  Wciąż  zachowywał  się  tak,  jakby  miał  prawo 

negocjować. 

- Nadal uważam, że należy poprawić warunki życia marynarzy - rzekł. 

Czekał. 

Oleg  nie  odpowiadał.  Raija  wstrzymała  oddech.  To  szczyt  bezczelności!  Jednak 

wbrew własnej woli podziwiała tego człowieka. Ależ on ma odwagę! Albo nic do stracenia... 

-  Zawsze  będę  uważał,  że  ludzie  traktowani  jak  ludzie  również  zachowują  się  jak 

ludzie.  -  Mówił  z  wyższością,  chociaż  miał  na  sobie  nędzne  marynarskie  łachmany. 

Odznaczał  się  wrodzoną  dumą,  wewnętrznym  poczuciem  godności,  której  nawet  te  szmaty 

nie zdołały przesłonić. - Ale uważam też, że ci, którzy zabili kapitana, powinni zostać ukarani 

- dodał. - Nie mieliśmy zamiaru zabijać, nie szukaliśmy zemsty i krwi. Chcieliśmy tylko, żeby 

zaczęto nas godziwie traktować. Chcieliśmy otrzymać to, czego, jak sądzimy, jesteśmy warci. 

Nie pragniemy was zrujnować, nic nie osiągniemy, jeżeli statki będą musiały stać w porcie 

albo  jeżeli  będziecie  musieli  je  sprzedać.  Po  was  przyszliby  inni,  pewnie  gorsi,  którzy 

myśleliby tylko o zysku. Chcemy, żeby wam się dobrze powodziło, ale pragniemy tego też 

dla siebie. 

Oleg skinął głową na znak, że rozumie. 

- Czy stoisz teraz po mojej stronie? - spytał. Nie poddawał się. Odznaczał się wieloma 

spośród tych cech charakteru, które posiadał Wasilij. Raija dostrzegała to wyraźniej niż sam 

Oleg. Marynarz przytaknął. 

-  Teraz  jestem  z  wami.  Żal  mi  statków.  Jeszcze długo  posłużą  i  my  jeszcze  na  nich 

posłużymy. Marynarze nie mogą na razie dojść do porozumienia. Niektórzy chcą płynąć do 

Norwegii i sprzedać wszystko, co znajduje się na pokładzie. Inni wolą wziąć kurs na Kem lub 

Onegę, by sprzedać tam ryby. Inni znów chcą czekać na to, co zaproponuje właściciel... 

- Ale żądasz lepszych warunków? Wasilij spojrzał Olegowi w oczy. Nie uciekł wzro-

kiem. 

- Nie jestem w stanie czegokolwiek żądać - odparł. Raija zauważyła, że to wyznanie 

przyszło mu z trudem, że wiele go kosztowało. 

background image

-  Możesz  mnie  posłać  do  więzienia.  Możesz  mnie  umieścić  na  czarnej  liście,  co 

byłoby chyba najgorsze, jak wiesz. Sam byłeś marynarzem tak jak ja, nie zawsze posiadałeś 

statki, również pływałeś dla innych. 

-  Tak  -  przyznał  Oleg.  -  Ja  również  byłem  psem.  -  Zamilkł.  -  Chcę,  żebyś  ze  mną 

został, Wasilij. Wolę, żebyś był ze mną niż przeciw mnie. Jeżeli odzyskamy statki... obiecuję 

ci poprawę warunków. 

Wasilij nawet nie drgnął. 

-  Nie  mogę  wam  umorzyć  długów  -  mówił  dalej  Oleg.  -  Nie  mogę  nic  więcej  wam 

obiecać. Nie mogę się zobowiązać, że będę mógł wam płacić inaczej niż za cały sezon. Inni 

zawierają kontrakty tylko na poszczególne wyprawy... - Zapadła cisza. - Nie mogę posunąć 

się tak daleko. Podejmuję teraz decyzje, których właściwie nie powinienem podejmować sam. 

Powinienem  je  uzgodnić  z  Jewgienijem,  który  jest  współwłaścicielem  statków,  ale  on 

wyjechał. 

- Ona tu jest. 

Wasilij skinął na Raiję. Postawił ją na równi z Olegiem i Jewgienijem. 

Raija poczuła ogarniającą ją radość. Ceniła sobie takie uznanie. 

- Jewgienij również nie mógłby posunąć się dalej. Dopiero zaczynamy. Zamierzamy 

kupić więcej statków i proponować na nich takie same warunki, jakie zaproponowaliśmy na 

„Raiji” i „Antonii”. 

Wasilij skinął głową ze zrozumieniem. 

- Zostaję z tobą - rzekł. 

- Czy będziesz ze mną również po zakończeniu buntu? - naciskał Oleg. 

Wasilij podniósł wzrok. Raija po raz pierwszy dostrzegła zaskoczenie na jego twarzy. 

-  Niewielu  jest  takich  jak  ty,  Wasilij  -  mówił  dalej  Oleg.  -  Cenię  twoją  odwagę  i 

nieustępliwość. Możesz być nam potrzebny, a i my możemy ci się przydać. Mógłbyś zostać 

kapitanem... 

- Czy to znaczy, że chcesz mnie kupić? - uśmiechnął się. 

Raija jednak zorientowała się, że ta propozycja wydała się Wasilijowi kusząca. 

- Nie dostaniesz więcej, niż na to zasłużyłeś - odparł Oleg. - To twoja jedyna szansa. 

Niełatwo  jest  z  niej  skorzystać,  na  to  potrzeba  odwagi.  Jednak  uważam,  że  jesteś 

odpowiednim człowiekiem. 

- To ja przygotowałem bunt... 

background image

-  To  też  wymagało  odwagi  i  uporu  -  nie  ustępował  Oleg.  Zamilkł  i  przez  moment 

badawczo  przyglądał  się  marynarzowi.  -  Przyszedłeś  prowadzić  ze  mną  negocjacje? 

Przyprzeć mnie do muru? Wasilij skinął głową. 

-  Taki  był  mój  zamiar.  Uznałem,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  to  ja  przedstawię  nasze 

żą

dania. 

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu, cały czas w niej narastał. Wreszcie nie 

zdołała się pohamować. 

- Myślę, że na pewno będziesz pasował do Jewgienija i Olega - rzekła rozbawiona. - 

To  bardziej  zuchwałe  niż  jakikolwiek  ich  wspólny  pomysł!  Bierz  stanowisko  kapitana  i 

dziękuj! Bierz i dziękuj, zanim się rozmyśli! 

- Idę z wami - rzekł Wasilij z przekonaniem. - Stanę po waszej stronie i postaram się 

uspokoić marynarzy. Bunt może szybko wymknąć się spod kontroli. Na żadnym ze statków 

nie ma nikogo dostatecznie silnego, by mógł stanąć na czele pozostałych. 

- Nikogo tak silnego jak ty? - Raija nie mogła się powstrzymać od ironii. 

Napotkał jej spojrzenie i jakby starał się je ujarzmić. 

- Nikogo tak silnego jak ja - potwierdził z niezwykłą pewnością siebie. Nie czuł się ani 

trochę speszony. Zdawał się zupełnie nie zauważać złośliwości, która czaiła się w spojrzeniu 

Raiji i której zresztą nie potrafiła ukryć. 

Być może zrozumiał, że Raija pozwalała sobie na drwinę tylko wobec tych, których 

uważa za silnych tak jak ona... 

-  Powinienem  był  popłynąć  „Raiją”  -  dodał.  -  Wtedy  wszystko  potoczyłoby  się 

inaczej. Byłoby wtedy o jedną wdowę i osiem półsierot mniej. Może zdołałbym zapanować 

nad sytuacją. Źle zrobiłem, zostając na lądzie. Czuję się odpowiedzialny za to, co się stało! 

Raija pragnęła, by Wasilij przystał na propozycję Olega. Odnosiła wrażenie, że w przyszłości 

ten człowiek w jakiś sposób im się przysłuży. 

- Ale jeżeli podtrzymasz swoją propozycję - mówił dalej marynarz - kiedy omówisz to 

z  jej  mężem...  -  skinął  na  Raiję.  -  Jeśli  podtrzymasz  tę  propozycję,  kiedy  będzie  po 

wszystkim, wtedy chętnie się nad tym zastanowię. 

Oleg skinął głową. 

- Niech tak będzie. Wasilij wstał, gotów do wyjścia. 

- Będzie mi potrzebna jakaś mniejsza łódź z zaufaną załogą - zwrócił się do Olega. 

Oleg przytaknął. 

- Tylko zjem i zaraz przyjdę. Jesteś głodny? 

background image

- Tak - odpowiedział Wasilij. - Ale mam dom, w którym mogę zjeść i w którym mam 

swoje ubranie. 

-  Całą  moją  dumę  diabli  wzięli!  -  powiedział  Oleg,  kiedy  Wasilij  wyszedł.  -  Czy 

potrafisz  sobie  wyobrazić,  że  zaproponowałem  stanowisko  kapitana  człowiekowi,  który 

wzniecił bunt przeciwko mnie? 

- On nie jest taki jak inni - odparła Raija. - Zgodzi się. 

background image

Szkoda,  że  to  nie  zima,  pomyślała  Raija.  Gdyby  na  ulicach  leżał  śnieg,  mogłaby 

dobrze opatulić dzieci w skóry i zabrać na sankach do portu. 

Nie do wytrzymania było dreptanie w kółko przez cały dzień po niedużej kuchni.  Z 

okna  roztaczał  się  widok  na  port,  ale  to  nie  pozwalało  się  zorientować,  co  naprawdę  się 

działo. Raija widziała tylko fragmenty rzeczywistości. 

Patrzyła, jak Oleg odpływa na małym frachtowcu. Na szczęście jeden został w porcie i 

nie trzeba było szukać odpowiedniej załogi. 

Wasilij popłynął razem z Olegiem. 

Raija widziała, jak stoi obok męża Antonii, niższy i szczuplejszy niż rosły Oleg, ale z 

tym samym co on poczuciem godności. 

Raija znała się na tym. 

Kiedy  tak  wpatrywała  się  w  morze,  starając  się  cokolwiek  zobaczyć,  ponownie 

zastanowiła się, kogo przypomina jej Wasilij. Domyślała się, że pewnie kogoś, kto mieszka 

wewnątrz nieprzeniknionej skały w jej duszy, ukrywającej przeszłość. 

Obserwując  zachowanie  Wasilija,  Raija  doszła  do  wniosku,  że  jest  on  urodzonym 

przywódcą.  Przyszedł  na  świat,  by  odważnie  podejmować  szybkie  decyzje  i  zawsze 

niewzruszenie  stać  w  miejscu,  na  którym  zdecydował  się  postawić  nogę.  Należał  do  osób, 

których nie złamią żadne przeciwności, które wzrastały przy przeciwnych wiatrach. 

Tylko ktoś taki jak on mógł zaplanować i doprowadzić do wybuchu buntu. 

Raija  zastanawiała  się,  czy  pozostali  marynarze  z  czasem  nie  zaczną  żałować,  że 

pozwolili,  by  sprawy  zatoczyły  szersze  kręgi,  niż  to  wyznaczył.  Czy  nie  pożałują,  że  go 

zdradzili? 

Zastanawiała się, kim on naprawdę jest. 

- Przenocuje tutaj. - Oleg wskazał głową na Wasilija. 

Raija  szykowała  dzieci  do  snu.  Olga  niczym  jasnoróżowy  aniołek  leżała  naga  na 

obrusie  pośrodku  stołu.  W  kuchni  było  ciepło  jak  w  chlebowym  piecu,  ale  Raija  ofuknęła 

mężczyzn, kiedy otworzyli drzwi szerzej niż trzeba. 

Przewinęła  dziewczynkę.  Dziękowała  siłom  wyższym,  że  Misza  zgłodniał  trochę 

wcześniej niż zwykle i że zasnął zaraz po karmieniu. Dlatego pewnie i Olga zachowywała się 

spokojniej.  Tego  wieczoru  mała  nie  miała  już  siły  wołać  mamy,  jakby  się  pogodziła  z  jej 

nieobecnością, jakby uznała, że ciepło ramion Raiji też jest miłe. Przekonała się, że od Raiji 

background image

też dostanie jeść i że Raija zawsze jest blisko. Nie pachnie mamą, ale jest łagodna i troszczy 

się o nią podobnie jak mama. 

Dziewczynka  zasnęła  w  ramionach  Raiji,  czując  jeszcze  smak  jedzenia  w  ustach, 

uśmiechnięta.  Okrąglutka  i  najedzona.  Miała  wszystko,  czego  potrzeba  do  szczęścia  w  tym 

wieku. 

Oleg rozczulił się na widok Raiji z jego córeczką na ręku. Coś w tym jest, że kobieta 

ze śpiącym dzieckiem sama w sobie jest piękna. Jej widok napawał go niezwykłym spokojem, 

o którego istnieniu nie miał pojęcia, zanim nie został ojcem. 

W czasie kiedy Raija kładła Olgę spać, znalazł chleb i suszone mięso. Zauważył, jak 

wokół zrobiło się czysto i schludnie. To dzieło Raiji. Tonią bardziej bałaganiła. 

Masło  leżało  na  swoim  miejscu.  W  szafie  znalazł  wódkę.  Szczerze  polał  -  obaj  z 

Wasilijem potrzebowali czegoś mocniejszego. 

W milczeniu krajali mięso, jedli, pili. 

Raija poruszała się lekko niczym motyl na barwnych i pachnących płatkach kwiatów. 

Ułożyła Olgę w łóżeczku, po czym siadła razem z mężczyznami do stołu, uznając to za rzecz 

najbardziej naturalną w świecie. Tak jak i Tonią nie uważała, by cokolwiek było zastrzeżone 

tylko dla mężczyzn. 

Wasilij uniósł brwi. Oleg zauważył to. W oczach tego mężczyzny, którego już niemal 

uznał za przyjaciela, dostrzegł nieukrywany podziw. 

W  głębi  duszy  posłyszał  jakby  dźwięk  ostrzegawczego  dzwonka,  ale  nie  przejął  się 

tym. 

Przecież nie jeden Wasilij patrzył na Raiję w ten sposób, zapewne też nie on ostatni. 

Ta kobieta zawsze budziła zachwyt. 

I  doskonale  potrafiła  sobie  radzić  z  jawnie  okazywanym  przez  mężczyzn 

zainteresowaniem, miała własne sposoby, by nic poważnego z tego nie wynikło. 

Potrafiła panować nad sobą. 

Pod wieloma względami przypominała Wasilija. 

Oleg wiedział o jeszcze jednym człowieku, który był podobny do Wasilija. 

Nie  z  wyglądu,  lecz  ze  sposobu  zachowania,  ze  sposobu  bycia  i  postawy  wobec 

ż

yciowych wyzwań. 

O bracie Jewgienija, Aleksieju. 

- Co się dzieje? - spytała Raija. 

- Mamy dwa dni na podjęcie decyzji - rzekł Oleg ciężko. 

Przełknął ostatni łyk wódki. 

background image

Raija dolała mu. Wasilij ponownie uniósł brwi. Przyzwyczaił się, że kobiety zwykle 

zatykały korkiem karafkę. 

Ale  Raija  znała  Olega  wystarczająco  dobrze,  by  wiedzieć,  że  nie  upije  się  do 

nieprzytomności. 

- Załoga nie ustępuje ani o cal - mówił dalej Oleg. Był bardzo zmęczony. 

- Jednak to tylko gra - stwierdził Wasilij. Czekał, aż Raija na niego spojrzy, po czym 

mówił dalej: - Prawie wszyscy marynarze mają rodziny, większość z nich się boi. Można im 

zagrozić czarną listą. Zmuszeniem do spłaty długu. Na lądzie zostawili rodziny, które żyją z 

pożyczek. To jasne, że się boją. Poddadzą się. 

Wasilij uśmiechnął się, ale jego oczy były smutne. Marynarze zdradzili go, ale nadal 

myślał o nich ciepło. Dziwny człowiek. 

- Gorzej z tymi na lądzie - westchnął Oleg. - Sam zamierzałem poprawić warunki na 

naszych statkach, lecz wielu właścicielom się to nie podoba. I niestety mają swoje sposoby, 

by wywrzeć na mnie nacisk i nie dopuścić do jakichkolwiek zmian. 

- Inna rzecz, że czekałoby cię o wiele trudniejsze zadanie, gdybym został na „Antonii” 

- zauważył Wasilij. 

Spojrzał przez okno. Na dworze nadal było jasno. Słońce zanurzało się w morzu, świat 

zabarwił się na żółto. Niebo i morze stopiły się w całość wokół słonecznej tarczy. 

-  Nie  wątpię,  dlatego  zależy  mi  na  tym,  byśmy  stanęli  po  tej  samej  stronie  -  rzekł 

Oleg. Stuknął się z Wasilijem, który ledwie zamoczył usta w swojej szklance. Zostało w niej 

dużo wódki. - Myślę, że Wasilij może przenocować w tej małej izbie - zwrócił się do Raiji. 

Raija skinęła głową. 

- Zaraz pościelę łóżko. 

-  Nie  ma  potrzeby  -  odezwał  się  Wasilij.  -  Wystarczy  mi  tylko  trochę  miejsca  na 

podłodze, żeby się położyć. Poradzę sobie. 

Raija uśmiechnęła się. 

- Mimo wszystko przygotuję ci posłanie. 

Nie  było  wiele  do  przygotowywania.  W  pomieszczeniu  stała  drewniana  ława,  którą 

Tonią otrzymała w spadku. Trochę za krótka dla mężczyzny wzrostu Olega i trochę za wąska, 

by spać na niej we dwoje, ale za kilka lat będzie dobra dla Olgi. 

Raija  położyła  na  ławie  siennik.  Znalazła  nieduży  pled,  który  złożyła  w  kostkę,  by 

zastąpił poduszkę. Całość przykryła prześcieradłem. Na wierzchu równiutko ułożyła wełniany 

koc. 

Mężczyźni jeszcze jedli. 

background image

Wasilij  opowiadał  o  marynarzach,  o  ludziach,  którzy  teraz  zawładnęli  statkami. 

Opisywał  ich  tak  obrazowo,  że  Raiji  zdawało  się,  jakby  sama  ich  znała.  Jednak  nie  mogła 

oprzeć się wrażeniu, że Wasilij nie mówi wszystkiego. 

Widocznie to nie w jego stylu wywlekać sekrety kolegów. 

Raija  zauważyła,  że  swą  postawą  wymuszał  pewnego  rodzaju  respekt,  po  prostu  nie 

sposób było traktować go inaczej. 

-  Mogę  spróbować  dostać  się  na  „Antonię”  i  porozmawiać  z  marynarzami  - 

zaproponował. - Gdyby zaistniała taka potrzeba. 

Ten  pomysł  mógł  stanowić  część  kolejnego  wymierzonego  przeciw  Olegowi  i 

Jewgienijowi  planu.  Ktoś,  kto  knuje  podstęp,  wypowiedziałby  dokładnie  takie  same  słowa, 

dokładnie tym samym tonem. 

Ale zdrajca nie uczyniłby tego z podobną pewnością siebie. 

Raija ufała Wasilijowi. 

- Najpierw musimy porozmawiać z pozostałymi właścicielami statków - rzekł Oleg. - 

Myślę,  że  niestety  ten  obowiązek  spadnie  na  mnie.  -  Odsunął  butelkę  i  spojrzał  na  Raiję.  - 

Chyba powinienem sięgnąć do pudełka z tym białym proszkiem! - westchnął. Zamilkł, choć 

otworzył usta, jakby zamierzał mówić dalej. 

- Uważam, że to niezbyt mądry pomysł - rzuciła Raija bez zastanowienia. 

- Z pewnością masz rację - przyznał Oleg. 

Nie  miał  odwagi  na  nią  spojrzeć.  Ta  kwestia  należała  do  niebezpiecznych.  Nie 

powinien wspominać o narkotyku przy Raiji. Istniało tak wiele tematów, których nie należało 

przy niej poruszać, których nie należało jej przypominać. 

Nie mogła pamiętać proszku. 

Wiedziała  z  opowiadań,  że  uratowała  Jewgienijowi  życie,  ale  nie  pamiętała,  jak  to 

zrobiła. Nigdy nie zdradzono jej szczegółów. 

Nie mogła pamiętać proszku ze Wschodu, który uśmierzał ból i wywoływał przyjemne 

wizje, po którym zasypiało się jakby w obłokach. 

I który uzależniał. 

Nie mogła o tym pamiętać, ale zareagowała tak, jakby pamiętała. 

Olega  przeszedł  strach:  a  jeśli  sobie  przypomniała?  Jeśli  tylko  udawała  zanik 

pamięci...? 

Nigdy jednak nie wolno mu o to spytać. 

Raija  czuła,  że  w  powietrzu  zawisło  coś  niedopowiedzianego.  Oleg  mówił  dalej, 

jednak słuchała go tylko jednym uchem. 

background image

Coś było nie tak. 

Wstała. Prześliznęła się obok Olega. Narzuciła szal na ramiona. 

- Zajrzę do koni. Chyba i ja potrzebuję trochę świeżego powietrza. 

- Co powiedziałaś? - spytał Wasilij. 

Oleg  posłał  mu  surowe  spojrzenie,  dając  do  zrozumienia,  że  nie  powinien  zbytnio 

interesować się Raiją. 

-  Są  w  życiu  Raiji  pewne  okresy,  których  nie  pamięta  -  wyjaśnił.  W  Archangielsku 

sporo osób o tym wiedziało, jednak Wasilij mieszkał tu od niedawna. - Biały proszek należy 

właśnie do tego okresu jej życia. Dostawałem go kiedyś jako lekarstwo. 

- Proszek, który wywołuje wizje? - spytał Wasilij. Wyglądało na to, że o nim słyszał. 

-  Był  czas,  kiedy  nie  mogłem  bez  tego  żyć  -  wyznał  Oleg.  Czuł  się  zmęczony.  Być 

może dlatego zwierzał się do niedawna jeszcze obcemu mężczyźnie. - Jewgienij pomógł mi 

się od tego uwolnić - dodał. - Zaopiekował się też Raiją. 

Oleg zamilkł. 

Nie prosi się przecież mężczyzny, którego ledwie się zna, żeby trzymał się z dala od 

ż

ony najlepszego przyjaciela. Nie wprost. 

- Jest niepodobna do innych, prawda? - Wasilij uśmiechnął się słabo. 

- Tak. 

-  Wiem,  czyją  jest  żoną  -  zapewnił  Wasilij,  jakby  odgadł  obawy  Olega.  -  Nie 

zapominam o takich sprawach. Ale mężczyzna ma chyba prawo uważać, że jakaś kobieta jest 

piękna, niezależnie od tego, kto jest jej mężem? 

- Dopóki nie kryją się za tym inne myśli - odparł Oleg - wydaje się to rzeczywiście 

dozwolone. 

Uśmiechnęli się do siebie. 

-  Nie  zostawiłbym  takiej  żony  w  domu  innego  mężczyzny  -  rzekł  Wasilij  lekko, 

używając  żartobliwego  tonu  jako  tarczy  obronnej.  -  Nawet  gdyby  ten  drugi  mężczyzna  był 

tobą. 

Oleg wzruszył ramionami. 

- Nie ryzykujemy aż tak bardzo, ani Jewgienij, ani ja. Raija prowadzi dom, zajmuje się 

dziećmi. Antonia pojechała z Jewgienijem kupić konia. Raija jest bezgranicznie wierna. Jeżeli 

ktoś powinien się obawiać, to chyba raczej ja. Jewgienij był kiedyś sympatią Antonii. A ona 

znana jest z tego, że w jej żyłach płynie krew, nie woda... 

Roześmiali się. 

background image

Oleg  spostrzegł,  że  nazwane  obawy  łatwiej  w  sobie  nosić,  łatwiej  przyjrzeć  się  im i 

odegnać, uznać za śmieszne. 

Nie, Tonią nigdy by nie dopuściła się zdrady! 

- Ty też nie wydajesz się inny - zauważył Wasilij z błyskiem w oku i miną znawcy. 

Bardziej  niż  kiedykolwiek  przypominał  Olegowi  Aleksie  ja.  Wprawdzie  nie  był  tak 

niebezpiecznie przystojny jak młodszy brat Jewgienija, ale miał w sobie coś demonicznego, 

ten sam urok, który całkiem obezwładnia, gdy tylko na to pozwolić. 

- Najlepsze kobiety są zajęte - rzekł Oleg i stuknął swą szklanką o szklankę Wasilija. - 

Każdy żonaty mężczyzna ci to powie, stary. Masz żonę? 

-  Nie  -  odparł  Wasilij  lekkim  tonem.  -  Sam  przecież  powiedziałeś,  że  najlepsze 

kobiety są już zajęte. 

Oleg  czuł,  że  musi  położyć  się  spać.  Kręciło  mu  się  w  głowie  ze  zmęczenia. 

Potrzebował snu. Nawet troska o statki nie mogła tego zmienić. Liczył na zdrowy rozsądek 

Raiji, choć wiedział, że rozgniewałaby się, gdyby odgadła, że starał się grać rolę przyzwoitki. 

Poza tym Wasilij nie był głupi. 

Przyszłość  na  mostku  kapitańskim  na  pewno  była  obiecująca.  Propozycja  Olega 

otworzyła przed nim perspektywę lepszą od jakiejkolwiek innej, o której miał odwagę śnić. 

Próby uwiedzenia żony  właściciela statków oznaczałyby zaprzepaszczenie wszelkich 

szans. Nie, ten człowiek nie jest taki głupi. 

W dodatku jest ambitny i zamierza zajść daleko. 

Z jego strony nie trzeba się niczego obawiać. 

Przebywanie  ze  zwierzętami  dawało  tyle  spokoju.  Zapach  stajni,  ciepło,  dźwięki. 

Dobrze było popatrzeć w mądre końskie oczy. Poczuć bliskość i ciepło zwierzęcia, poklepać 

je, przesunąć dłonią po miękkim pysku. 

Oleg wniósł do domu pewnego rodzaju zamieszanie. Powiedział lub zrobił coś, czego 

Raija nie potrafiła nazwać, ale czuła to. 

Zdarzało  się,  że  odnosiła  wrażenie,  iż  wszyscy  ją  oszukują.  Jakby  stali  przed  nią  i 

zasłaniali widok. Zdarzało się, iż odnosiła wrażenie, że wszyscy wiedzą więcej niż ona, ale 

nie mówią jej prawdy. 

Naturalnie to tylko wrażenie, ale robiło jej się przykro, kiedy ją ogarniało. 

Jednocześnie  jakby  traciła  oddech  i  grunt  pod  nogami,  tak  jakby  wszyscy  naraz 

sprzymierzyli się przeciw niej. 

To bezsensowne myśli, ale nie dawały jej spokoju. 

background image

Raija usiadła na sianie. Oparła się plecami o ścianę stajni. Słyszała oddechy zwierząt. 

Słyszała, jak szykują się do snu. Wydawały się tak spokojne. 

Od drzwi doszedł ją jakiś szelest. 

Miała tylko niedużą lampę, a ciemne ściany wykradały światło. 

Ale Raija rozpoznała, kto to. Nie mógł to być Oleg ani też żaden ze stajennych. 

- Ty także nie możesz spać? - spytał przyjaźnie. Zamknął za sobą drzwi i usiadł pod 

przeciwległą  ścianą.  Podniósł  z  ziemi  słomkę  i  włożył  ją  do  ust.  Jego  zęby  i  białka  oczu 

wydały się w mroku niezwykle białe. Nawet oczy jakby świeciły. 

Znowu ją uderzyło, że kogoś jej przypomina. Nie wiedziała jednak, kogo. 

-  Wydarzyło  się  zbyt  wiele  -  odezwał  się.  -  Zaledwie  kilka  dni  temu  podburzałem 

moich towarzyszy, a teraz zasiadam przy jednym stole z właścicielem statków. 

- Czy jesteś rozgoryczony? - spytała Raija. - Pewnie uważasz, że zdradzili cię ludzie, 

na których polegałeś. 

-  Mniejsza  o  mnie  -  odparł.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  naprawdę  tak  myślał.  - 

Najgorsze,  że  marynarze  zdradzili  samych  siebie,  swoje  rodziny.  Nie  było  mowy  o 

stosowaniu  przemocy.  Mieliśmy  tylko  domagać  się  tego,  na  co  naszym  zdaniem 

zasłużyliśmy. Nikt nie miał przejmować statków siłą. A właśnie tak się stało. Myślę, że nie 

zdają sobie sprawy, iż posunęli się za daleko... 

- Dlaczego właśnie ty ich poprowadziłeś? - spytała Raija. 

Chciała się tego dowiedzieć, naprawdę ciekawiło ją, jak mu się to udało. 

-  Sądziłem,  że  ktoś,  kto  planuje  taki  zryw,  powinien  być  starszy,  bardziej 

doświadczony...  bardziej  rozgoryczony...  -  roześmiał  się.  -  Jestem  wystarczająco 

rozgoryczony, mogę cię zapewnić. I czuję się i stary, i doświadczony. 

- Mam dwadzieścia sześć lat - rzekła Raija. - A żyję już chyba ze sto. 

- Jesteśmy rówieśnikami - zauważył. - I także czuję, jakbym żył sto lat. 

Raija spojrzała na niego z powagą. 

-  Tak  właśnie  myślałam.  Skinął  głową.  Wydawał  się  równie  poważny.  Nie  wyjął 

słomki z ust. 

- Urodziłem się dwadzieścia sześć lat temu i zdążyłem zaznać wiele bólu i goryczy. 

Przeklinałem los i zżymałem się na niesprawiedliwość i niewolnicze traktowanie. Spluwałem 

na  widok  pokładowych  kotłów  z  zupą  rybną.  Znam  smak  chłosty  za  sprzeciwianie  się 

rozkazom. Widziałem, jak plecy mego ojca coraz bardziej się garbią. Widziałem oczy mojej 

matki przez wszystkie te lata, kiedy nie mieliśmy dość pieniędzy, by kupić ziarno na chleb. 

Była bogobojną kobietą i nigdy nie łamała postów. Nigdy nie mogła ich łamać, bo nawet raz 

background image

w miesiącu nie jadaliśmy  mięsa. Często się zdarzało, że nie mieliśmy do jedzenia nic poza 

ziemniakami. Bóg nie miałby za co karać mojej matki, o, nie! - Drżąc, wciągnął powietrze. - 

Jestem wystarczająco rozgoryczony, Bykowa. 

- Na imię mi Raija. Jego oczy zapłonęły. 

- Co powiedziałby twój mąż, gdyby usłyszał, że tak się do ciebie zwracam? 

Raija wzruszyła ramionami. 

- Pewnie by uznał, że ci pozwoliłam - rzekła po prostu. - Raija to ja. Bykowa... brzmi 

niemal obco... 

Uśmiechnęła się zmieszana. Nazwisko Jewgienija stało się dla niej oparciem, jednak 

zawsze odnosiła niejasne wrażenie, że nie jest jej prawdziwym nazwiskiem. 

Teraz tak się nazywała. 

Ale czuła, że jest kimś innym. 

-  To  imię  jest  takie  niezwykłe  -  rzekł  Wasilij.  -  Tak  jak  ty.  Pasuje  do  ciebie.  Nie 

mogłabyś być Anną albo Nataszą lub Wierą... Jesteś Raiją. 

Zaśmiała się. 

-  Z  pewnością  mówiłeś to  samo  każdej  Annie, Nataszy  i  Wierze,  które spotkałeś  na 

swej drodze: że nie mogły się nazywać inaczej. 

Roześmiał się razem z nią. Musiał w duchu przyznać, że to prawda. 

- Już chyba taki jestem - westchnął. - Niepoprawny. Dlatego pewnie stanąłem na czele 

buntu, dlatego udało mi się wprowadzić myśli w czyn. Początkowo tylko się nimi bawiłem, 

zachowując  je  dla  siebie.  Rozmyślałem  przez  wiele  lat.  Zastanawiałem  się,  jak  można 

przeprowadzić taki przewrót. Jak należy to zrobić. Wiedziałem, jak zachowałby się każdy z 

armatorów  w  Archangielsku,  w  Kem,  nad  Onegą.  Zastanawiałem  się,  co  by  powiedzieli, 

jakich argumentów by użyli. Ustaliłem, z którymi można by się dogadać, a przeciw komu nie 

warto się buntować, bo oznaczałoby to tylko stracony czas i zmarnowane życie. Wiedziałem, 

ż

e jedyne statki, które wchodzą w rachubę, to „Raija” i „Antonia”. 

- Dlaczego twoje plany stały się czymś więcej niż tylko marzeniami? - spytała Raija. 

- Przez wódkę - odpowiedział z największą powagą. Nie uśmiechnął się nawet jednym 

kącikiem ust. - Tak się raz upiłem, że z całą nagromadzoną przez lata goryczą wyrzuciłem z 

siebie  wszystko,  co  mi  leżało  na  sercu.  A  potem  było  już  za  późno,  by  się  wycofać.  Zbyt 

wielu ludzi mnie wtedy słuchało i zbyt wielu uznało mój plan za świetny. Wbrew swej woli 

dla wielu stałem się przywódcą, dla wielu, których wypełniała znacznie większa gorycz, niż 

przypuszczałem,  nad  którymi,  jak  się  okazuje,  nie  byłem  w  stanie  zapanować.  Ale  przez 

chwilę wydawało się, że mi się uda. 

background image

-  Kiedy  słucham  Olega  -  odezwała  się  Raija  zamyślona  -  i  kiedy  słucham  ciebie, 

odnoszę  wrażenie,  jakbyś  nadał  przewodził.  Wygląda  na  to,  że  dostajesz  to,  czego  chcesz, 

mimo że przeszedłeś na przeciwną stronę. 

Nie  odpowiedział.  Ale  na  jego  ustach  igrał  ledwie  zauważalny  uśmiech.  W  oczach 

czaił się płomień. 

- Może właśnie taki był twój plan? 

- Tego nigdy się nie dowiesz - odparł bez zająknięcia. 

Raija wiedziała, że nigdy nie pozwoli jej na tyle się zbliżyć, żeby poznała prawdę. 

- Przypominasz mi kogoś - rzekła. - Ale nie pamiętam kogo. Myślę, że ten człowiek 

również był bardzo pewny siebie, jednak nie wiem, czy był tak silny jak ty. 

- Przypominam ci siebie samą - odparł. - Jesteśmy podobni. Od razu to zauważyłem. 

Przeżyjemy każdy kataklizm, a nie wszystkim się to udaje. Ból nas nie dosięga, a w każdym 

razie nie bardzo głęboko. Naznacza nas, ale dzięki temu stajemy się jeszcze silniejsi. Krąży 

nam po głowie zbyt wiele myśli. Poznaję to po twoich oczach, zauważyłem to od razu. Czy 

nigdy  się  sobie  nie  przyglądasz,  kobieto?  Czy  nie  uderzyło  cię,  że  to  ty  sama  patrzysz  na 

siebie z moich oczu? 

Raiję przeszedł dreszcz. 

Te słowa brzmiały tak znajomo. 

Kiedyś  je  już  słyszała.  Być  może  nie  zostały  wypowiedziane  dokładnie  w  taki  sam 

sposób, ale brzmiały tak podobnie, że przyprawiły ją o drżenie. 

Teraz i ona zauważyła łączące ich podobieństwo: tę samą żarliwość, dumę i tę samą 

ciekawość, którymi i ona się odznaczała. 

- Pokrewne dusze - rzekł beztrosko. - Tak się to chyba nazywa. 

- Bliźniacze dusze - dodała Raija. - Być może, tak... 

-  Oleg  obawia  się,  że  cię  uwiodę  -  zauważył  Wasilij.  Sprawił,  że  się  zaczerwieniła. 

Raija nie sądziła, że jeszcze jest do tego zdolna. Myślała, że jest już zbyt doświadczona, zbyt 

stara, być może zbyt zepsuta. 

- Oleg ma urojenia - uśmiechnęła się zakłopotana. 

- Hm... Naprawdę nie wiem, jak bym postąpił, gdybyś była żoną kogoś innego, a nie 

Jewgienija... 

- Mam nadzieję, że zachowasz te myśli dla siebie - rzekła Raija stanowczo. 

Roześmiał się razem z nią. 

- Bądź o to spokojna, Bykowa... 

Po raz pierwszy w życiu nazwisko zabrzmiało jej w uszach jak własne. 

background image

Wasilij pomógł jej zamknąć drzwi do stajni. Raija omal  go nie ofuknęła,  że nie jest 

kaleką i że sama sobie poradzi. 

Zaraz jednak uświadomiła sobie, że uczynił to bez złych zamiarów, że po prostu czuł 

się w obowiązku jej pomóc. Pozwoliła mu więc, by ją wyręczył. 

Czasami dobrze jest ugryźć się w język, żeby nie ranić innych. 

Wieczorne  powietrze  było  łagodne.  Nikt  by  nie  zgadł,  że  na  morzu  rozgrywa  się 

dramat, sięgając mackami aż tu na ląd. 

Wszystko wokół wydawało się takie zwyczajne. 

Dokoła panowała cisza. Przyjemnie było się przejść. Stopy poprowadziły ich wąskimi 

uliczkami  w  dół  do  portu.  Szli  obok  siebie.  On  leniwymi  krokami,  z  rękami  mocno 

wciśniętymi  w  kieszenie.  Ona  z  dłońmi  ukrytymi  pod  szalem.  Nie  było  to  konieczne,  nie 

marzła, ale tak wydawało się bezpieczniej. 

Ku zadowoleniu Raiji nikogo nie spotkali. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  jest  w  mieście  znaną  postacią,  podczas  gdy  ona  znała  tu 

niewielu.  Wszyscy  wiedzieli,  że  żoną  Jewgienija  jest  kobieta  pochodząca  z  obcego  kraju. 

Czasem odnosiła wrażenie, jakby siedziała na wystawie. Nie bardzo jej to odpowiadało. Po-

cieszała się myślą, że to minie, że kiedyś będzie lepiej. 

Za jakiś czas. 

Kiedy już przestanie być kimś obcym. 

Nie wiedziała, jak długo to potrwa, zanim ludzie ją przyjmą jak swoją, zanim stanie 

się jedną z wielu. 

Wasilij  domyślił  się  pewnie,  o  czym  myśli,  ponieważ  skierował  się  ku  bardziej 

zacisznej części portu, ocienionej kadłubami dużych statków, cumujących z dala od brzegu i 

noszących dziwne, obco brzmiące imiona. 

Marynarz usiadł na krawędzi nabrzeża z nogami zwieszonymi w dół. Raija z początku 

nie chciała usiąść obok niego. 

Woda wydawała się czarna. 

Jak w studni bez dna. 

Raija obawiała się, że do niej wpadnie. Nie lubiła morza. 

- Nie usiądziesz? - spytał. Raija potrząsnęła głową. Stała jak sparaliżowana. 

Zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że Wasilij również to zauważył. 

- Boisz się morza? 

Skinęła głową. 

background image

W jednej chwili wstał. Zanim Raija odgadła, co zamierza zrobić, chwycił ją za rękę i 

mocno uścisnął, jakby dodawał pewności siebie. Następnie pociągnął za sobą nad krawędź i 

stanął na samym skraju nabrzeża, tak że czubki butów Raiji wystawały nad wodą. 

Wszystko w niej krzyczało, żeby uciec, ale czuła rękę Wasilija, która mocno trzymała. 

- Myślisz, że woda cię wciągnie? - spytał łagodnie. 

Nie potrafiła odpowiedzieć, nie wiedziała. Tak bardzo się bała, że po prostu nie była w 

stanie myśleć. Kręciło jej się w głowie i dostawała mdłości od wpatrywania się w połyskującą 

taflę. 

- Woda nie chce cię pochłonąć - tłumaczył. - Wydaje mi się, że nie jesteś dzieckiem 

wody. Jesteś raczej dzieckiem ognia... 

Odciągnął Raiję od krawędzi nabrzeża w stronę drewnianych pękatych beczek, które 

stały  w  kilku  rzędach.  Podniósł  ją  lekko  i  posadził  na  jednej  z  nich.  Wreszcie  mogła 

oddychać, choć nadal czuła zawroty głowy i zlewał ją pot. 

Coś w niej drgnęło, kiedy Wasilij powiedział, że jest dzieckiem ognia. Obudził w niej 

nieprzyjemne  odczucia.  Być  może  za  tą  skałą,  która  skrywała  przeszłość,  kryło  się  coś 

przykrego, co wiązało się z ogniem. 

-  Nie  możesz  uciekać  od  tego,  co  cię  przeraża  -  powiedział  poważnie,  siadając  na 

beczce obok. 

Noc przechodziła w ranek. To taki moment, kiedy przyroda wstrzymuje oddech, kiedy 

słońce kąpie się w morzu, a potem wynurza się z niego, by na nowo dokonać cudu i stworzyć 

nowy dzień. 

- Czy ty szukasz niebezpieczeństw? - spytała Raija. 

-  Tak  -  odpowiedział  bez  zastanowienia,  tak  jakby  dla  niego  było  to  coś  całkiem 

oczywistego. Raija uwierzyła mu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że mógłby się czegoś bać. 

Spytała go o to. 

- Boję się wielu rzeczy, z którymi ty masz do czynienia na co dzień - rzekł wreszcie. - 

Boję  się  żyć  tak  jak  ty,  w  rodzinie,  boję  się  wiązać  w  ten  sposób.  Boję  się  takiej 

odpowiedzialności. Być może przede wszystkim dlatego, że wiem, iż nie mógłbym zapewnić 

mojej żonie i dzieciom środków do życia, pracując jako marynarz. Ani też robiąc cokolwiek 

innego, co potrafię. Kiedy przyszedłem pod drzwi Olega, bałem się je otworzyć. - Uśmiechnął 

się. - Ogromnie się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem ciebie. - Popatrzył na morze. - Teraz też się 

boję  -  mówił  dalej.  -  O  tych  ludzi  na  statkach.  Potwornie  się  boję,  by  nie  zrobili  czegoś 

nierozważnego i nie sprowokowali innych armatorów do stłumienia buntu. Odebranie życia 

zwykłym marynarzom, takim jak ja, kosztuje tak niewiele, jesteśmy niewiele warci. Tylko w 

background image

naszych własnych oczach znaczymy więcej niż wypłata, którą dostajemy po rejsie, albo niż 

ten dług, od którego nie możemy się uwolnić... Dla innych jesteśmy tacy mali... 

Raija  zmarzła.  Zeskoczyła  z  beczki.  Drżała  od  chłodu,  udzielił  jej  się  także  strach 

Wasilija. Mimo wszystko i tu nie było wystarczająco spokojnie. 

- Dobranoc, Wasilij - powiedziała. - Zostawię drzwi otwarte. Zamknij je, jak wrócisz. 

Skinął głową, ale wzrokiem błądził gdzieś w stronę horyzontu. 

Myślami był przy tych, którym powinien był przewodzić, a którzy go zdradzili. 

background image

-  Może  nie  powinienem  przynosić  tych  wszystkich  trosk  do  domu  -  zastanawiał  się 

Oleg, szykując się o świcie do drogi. 

Raija nie spała wiele. Mimo to nie słyszała, kiedy Wasilij przyszedł. 

Teraz już go nie było. Nawet jednym gestem czy słowem nie okazał, że między nim a 

Raiją wytworzyła się jakaś zażyłość. 

Odnosił się do niej tak samo jak kilka dni wcześniej - jak do żony armatora. 

- Nieproszone, same wtargnęły do twojego domu, Oleg - odparła Raija. 

Pragnęła, by Tonią tu była. Tylko Tonią potrafiła odegnać zmartwienia z czoła Olega. 

Tylko Tonią umiała dodawać mu sił, kiedy ogarniała go słabość i strach. 

Gdyby  Tonią  nie  wyjechała,  byłby  też  i  Jewgienij  i  Oleg  mógłby  dzielić  z  nim 

kłopoty. 

Tymczasem  został  rzucony  na  głęboką  wodę.  Sam  musiał  uporać  się  z  problemami, 

znaleźć takie rozwiązanie, żeby potem mogli normalnie żyć. 

To może być trudne. 

- Nieważne, jak się tu znalazły. Przystanął i spojrzał na Raiję. Pamiętał ją z powrotnej 

podróży  od  wybrzeży  Norwegii,  z  czasów,  kiedy  zyskała  przydomek  anioła  w  czarnej 

pelerynie i kiedy została kobietą Jewgienija. 

Stała się dla niego kimś wyjątkowym. 

- Tylu ludzi będzie tu przychodziło i wychodziło, Raiju. Tak wielu różnych ludzi... 

Jego słowa zawisły w powietrzu. 

- Nie ufasz Wasilijowi? Oleg usiadł. Nie miał czasu na rozmowy, ale nie mógł odejść 

bez słowa wyjaśnienia. Dręczył go niepokój. Być może zrodził się sam, być może zasiał go 

Wasilij. 

-  Zawsze  stwarzał  kłopoty  -  westchnął.  -  Zdążyłem  się  trochę  o  niego  rozpytać. 

Dobrze jest znać swych ludzi, prawda? 

Raija uśmiechnęła się słabo. 

-  Mówił  trochę  za  głośno.  Stawiał  niewygodne  pytania.  Za  swoją  krnąbrność  został 

zwolniony z jednego ze  statków i wysadzony w  porcie u wybrzeża Finnmarku. Stało się to 

kilka lat temu, ale o tym nie zapomniano. Potem jeszcze kilka razy po wielkiej awanturze rzu-

cał pracę. Trafił nawet na czarną listę. W okolicach Kem nikt go już nie zatrudni... 

Oleg znowu ciężko westchnął. 

background image

- To ktoś w rodzaju Stieńki Razina? - spytała Raija łagodnie, niemal z czułością. 

Oleg odczuł przez moment paniczny lęk. 

-  Być  może  -  odpowiedział.  -  Ale  nie  chciałbym  myśleć  o  Wasiliju  w  ten  sposób. 

Wydaje się zbyt szlachetny. 

- Mimo to chwilami myślisz, że działa tylko we własnym interesie? 

-  Nie  wiem  -  odparł.  -  Nie  wiem.  Jego  postępowanie  budzi  we  mnie  mnóstwo 

wątpliwości. Chciałbym mu wierzyć. Przypomina mi mnie samego, choć ja nigdy nie byłem 

do tego stopnia pewny siebie. Nigdy nie byłem tak butny, nie nosiłem tak wysoko głowy. Wa-

silij bardzo wyróżnia się spośród innych. Twierdzi, że jest jednym z marynarzy, ale nie jestem 

przekonany,  czy  pozostali  członkowie  załogi  właśnie  w  ten  sposób  go  traktują.  Być  może 

dlatego go poświęcili. Albo... 

-  No  właśnie,  najbardziej  obawiasz  się  tej  drugiej  ewentualności  -  zauważyła  Raija. 

Odgarnęła Olegowi grzywkę z czoła. - Obawiasz się, że oboje postąpimy dokładnie tak, jak to 

przewidział.  Że  nie  ty  podejmiesz  decyzje,  ale  że  to  on  pokieruje  rozwojem  wypadków, 

ponieważ wszystko od początku dokładnie zaplanował. Nie tylko bunt i przejęcie statków... 

- To niezwykłe, z jaką łatwością osiąga to, czego pragnie - wtrącił Oleg. - Właściwie 

nie  ma  nic  do  zaoferowania,  ale  mimo  to  się  targuje.  Z  największą  oczywistością.  Jest  tak 

bezczelny, że dostaję gęsiej skórki! 

- Możesz go wtrącić do więzienia... Oleg skinął głową. 

- Prędzej czy później niektórzy buntownicy będą musieli odpowiedzieć przed prawem. 

Zabójstwo kapitana „Raiji” musi zostać ukarane. Temu, kto się tego dopuścił, nie ujdzie to 

bezkarnie. Nic nie usprawiedliwia zabijania. - Znowu westchnął. - Tak, mogę go wtrącić do 

więzienia, ale tego nie zrobię, bo Wasilij nie zabił kapitana. To jedna z niewielu rzeczy, co do 

których jestem pewien, ponieważ jest tą zbrodnią wzburzony równie jak ja. Będę go bronił... 

Do diabła, Raija, co siedzi w tym człowieku? 

Przyjrzał się jej badawczo. 

- Widziałaś, jak on na ciebie patrzy? - wyrwało mu się. 

Raija przysunęła się bliżej, chwyciła Olega za rękę, oparła policzek o jego ramię. 

-  Kochany  Olegu!  Nie  musisz  mnie  pilnować  jak  starszy  brat.  Nie  bierz  na  siebie 

również  tych  zmartwień!  Już  wiele  lat  temu  dorosłam...  -  Roześmiała  się  krótko.  -  Nie 

pamiętam, kiedy się to stało, ale jestem pewna, że bardzo dawno temu... 

-  Wasilij  jest  niebezpieczny  jak  wilk  -  rzekł  Oleg.  Raija  pokiwała  głową  w 

zamyśleniu. 

background image

- Być może - zgodziła się. - Ale uważam, że jest uczciwy. Rozmawiałam z nim dziś w 

nocy. Poszliśmy razem do portu i długo rozmawialiśmy. Odnoszę wrażenie, że jest szczery, 

Oleg.  Można  o  nim  mówić,  co  się  chce,  przypisywać  mu  wiele  wad.  Z  pewnością  ma  ich 

niemało. Ale uważam, że Wasilij niczego nie ukrywa, nie ukrywa też, kim jest. Czuję, że jest 

uczciwy, ufam mu. Wierzę mu. 

-  Kobiety  łatwo  ulegają  urokowi  tego  rodzaju  mężczyzn...  Chyba  cię...  nie  pociąga, 

co? 

Raija  wybuchnęła  perlistym  śmiechem.  Potarła  policzkiem  o  ramię  Olega,  po  czym 

nieznacznie  się  odsunęła.  Popatrzyła  przyjacielowi  długo  w  oczy  i  lekko  pocałowała  go  w 

policzek. 

- Miły Olegu. Miły, uroczy Olegu, chyba nie myślisz, że jestem aż takim dzieckiem, 

bym miała ulec pierwszemu lepszemu mężczyźnie, który spojrzy na mnie łakomie? 

- Nie, tylko po prostu nie chciałbym, żeby stało ci się coś złego - odparł zakłopotany. - 

Nie chciałbym patrzeć, jak cierpisz... 

-  Poza  tym  jestem  żoną  twego  najlepszego  przyjaciela  -  drażniła  się  z  nim  Raija  z 

błyskiem w oku. 

-  Przede  wszystkim  jednak  martwię  się  o  ciebie  -  rzekł  Oleg  szczerze.  -  Nikt  nie 

powinien cię ranić, ani Wasilij, ani żaden inny mężczyzna. Nawet nie ukrywa spojrzeń, które 

ci posyła. Nie ukrywa swych myśli... 

- Nie, jest na wskroś uczciwy - przyznała Raija. - Nie udaje, ale to nie znaczy, że nosi 

się z jakimiś nieuczciwymi zamiarami wobec mnie, Oleg. Czy ty nigdy nie patrzyłeś w ten 

sposób na inne kobiety niż Tonią? 

- Nie tak jawnie - mruknął. 

- Ale nie rzucałeś się na nie od razu i nie brałeś siłą? Nie odpowiedział. Wstał. W jego 

oczach widniało to samo co wcześniej ogromne zmęczenie, ten sam strach przed tym, z czym 

musiał się zmierzyć w najbliższym czasie. 

- Ufasz Wasilijowi? Raija skinęła głową. 

- Wierzę, że zrobi wszystko, by doprowadzić do zakończenia buntu. W każdym razie 

spróbuje porozmawiać z załogą. Zrobi dla tych ludzi, co w jego mocy, mimo że go zdradzili. 

Pewnie jednak nie pozwolą mu wrócić na pokład, zbyt się od nich różni, nie sądzisz? 

- Wasilij różni się od wszystkich... Raija przytaknęła. 

- Sam zdaje sobie z tego sprawę. Wilki są samotne. Ale zrobi, co będzie mógł, możesz 

na nim polegać. Razem wam się uda. 

background image

-  Jeżeli  nie,  w  Archangielsku  rozpęta  się  prawdziwe  piekło  -  stwierdził  Oleg.  -  Nie 

jestem  pewien,  czy  tylko  załogi  wylądują  na  czarnych  listach.  Ja  i  Jewgienij  mamy  wiele 

zaległych  spraw  do  załatwienia.  Nie  wiem,  czy  będę  w  stanie  sam  sobie  z  nimi  poradzić... 

Jewgienij ma smykałkę do papierów, ja nie... 

- Trudno, musisz się z tym jakoś uporać - rzekła Raija po prostu. - Jewgienij wyjechał. 

- Wiem - odparł Oleg i wyszedł. Ku nowemu dniu zwiastującemu problemy, o jakich 

nie śnił nawet w najgorszych snach. 

Dzień  mijał  powoli.  Raija  zauważyła,  że  ruch  w  porcie  jest  większy  niż  zwykle. 

Biednie odziane kobiety stały na nabrzeżu, mniej więcej w tym samym miejscu, gdzie Wasilij 

zaprowadził ją poprzedniej nocy. 

Ale  te  kobiety  nie  bały  się  morza.  Obawiały  się  tylko  o  los  mężów,  synów,  braci 

przebywających na statkach. Nie czuły strachu przed żywiołem, lecz przed decyzją Olega. I 

jemu podobnych. 

Pojawili się też inni kupcy. Przyjechali wozami, przeciskając się przez tłum biedoty. 

Ledwie zwracali uwagę na milczące kobiety, jakby zasłonili się tarczą obojętności przed ich 

nędzą, przed ich wzrokiem pełnym bólu i nienawiści. 

Raija zobaczyła, jak wysiedli, przeszli obok zrozpaczonych niewiast jak ślepcy. 

Raija poczuła chłód i strach. 

Wyznała Olegowi, że nie stoi po żadnej ze stron, lecz stara się tylko zrozumieć. 

Wybór okazał się potwornie trudny. 

Znajdowała się przecież po jednej ze stron, czy tego chciała, czy nie. W każdym razie 

te milczące kobiety tak uważały. Oceniały spojrzeniem jej ubranie, jej buty, jej zadbane ręce. 

Widziały jej dom, wóz, którym jeździła, konia. 

Tak, zdecydowanie by powiedziały, że Raija stoi po jednej ze stron, i na pewno nie po 

stronie protestujących marynarzy. 

Doskonale  je  rozumiała,  przecież  była  i  będzie  Raiją  Bykowa,  żoną  Jewgienija 

Bykowa, właściciela statków. 

I co z tego, że urodził się w domu równie ubogim, jak chaty niektórych z tych kobiet. 

Nie brały tego pod uwagę, nie patrzyły wstecz, po prostu nie mogły. Musiały patrzeć przed 

siebie, zastanawiać się, czy starczy jedzenia na następny dzień. 

Ona, Raija Bykowa, nie była jedną z nich. 

Widziała mały frachtowiec, jak odpływa z nastaniem zmroku. Oleg nawet nie wstąpił 

do  domu,  żeby  coś  zjeść.  Raija  czuła  się  żałośnie.  Chciałaby  wiedzieć,  co  się  stało,  lecz 

rozumiała, że w takiej chwili Oleg nie może o niej myśleć. Nie powinna czuć się tym urażona. 

background image

Teraz nie ona była ważna. 

Gdzieś na morzu, gdzie jej wzrok nie sięgał, kołysał się statek noszący jej imię i drugi, 

nazwany imieniem Toni. 

Właśnie  tam  rozgrywały  się  decydujące  wydarzenia.  Tam,  gdzie  wokół  masztów 

niestrudzenie krążyły mewy. 

Raija przygotowała się na to, że spędzi noc w samotności, nasłuchując oddechów Olgi 

i Miszy. 

Chłopczyk przesypiał już całą noc. Raija jednak tak przywykła do czuwania, że nadal 

się budziła i leżała, czekając, aż malec otworzy oczy i zacznie płakać. 

I chociaż często zżymała się, że musi wstawać do dziecka z ciepłego łóżka na zimną 

podłogę, teraz, kiedy nie musiała tego robić, czegoś jej brakowało. 

Dziwne jest życie, dziwnie jest być człowiekiem. 

Nie całkiem rozumiała, co się dzieje, kiedy nagle w półmroku ujrzała Wasilija. Usiadł 

na brzegu łóżka, jakby był u siebie. 

Skąd się tu wziął? Popłynął przecież z Olegiem ku statkom. 

-  Nie  jestem  duchem  -  rzekł  w  odpowiedzi  na  pytanie  malujące  się  na  jej  twarzy.  - 

Oleg poprosił mnie, bym tu przyszedł. 

Raija nadal nie mogła ochłonąć ze zdumienia. 

- Chciałem iść do bratowej, u której mieszkam. - Długo przyglądał się Raiji, chcąc się 

upewnić, że rozumie, co mówi. - To znaczy do wdowy po moim bracie bliźniaku, Waleriju. 

Brat nie ma grobu, bo w mojej rodzinie mało kto został pochowany na cmentarzu, zbyt rzadko 

bywamy na lądzie. Zwykle zamyka się nad nami morze. - Zamilkł. - Oleg bardzo się o ciebie 

obawiał  -  wyjaśnił  wreszcie.  Wyjrzał  przez  okno  ponad  jej  ramieniem.  -  Musiał  popłynąć 

dalej. Gdyby zawrócił, buntownicy mogliby go uznać za tchórza. Doszliśmy do wniosku, że 

to on powinien porozmawiać z marynarzami, a nie ja. 

- Dlaczego Oleg miałby się o mnie obawiać? - zdumiała się Raija. 

-  Może  ci  grozić  niebezpieczeństwo  ze  strony  ludzi  równych  ci  pozycją,  Bykowa  - 

wyjaśnił  z  powagą.  -  Nie  wszystkim  podoba  się  postępowanie  Olega.  Na  razie  jeszcze  ma 

wolną  rękę,  ale  musiał  zapewnić  innych  właścicieli  statków,  że  zabójca  kapitana  „Raiji” 

zostanie  ukarany.  Dopóki  Oleg  jako  właściciel  sam  nie  złoży  doniesienia  na  swą  załogę  na 

policję i do sądu, nie podejmą żadnych kroków, ale już ostrzą pazury. 

- Czy i oni nie mają prawa się bać? - spytała. Chciała sprowokować Wasilija, wydawał 

się tak irytująco pewny siebie! 

background image

- Armatorzy są w lepszej sytuacji niż ci tam na morzu. Posiadają dużo większą władzę 

i  większe  możliwości.  Istnieją  inne  sposoby  zabijania  niż  brutalne  poderżnięcie  gardła.  Nie 

jestem  wcale  pewien,  czy  bardziej  ludzkie  jest  przyzwalać,  by  ludzie  żyli  w  nieludzkich 

warunkach... 

- Nie należę do tej warstwy - rzekła Raija twardo. 

-  Jesteś  żoną  właściciela  statków.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Masz  coś  do  jedzenia?  - 

spytał bez skrępowania. 

Bezpośredniość, która się między nimi zrodziła poprzedniej nocy na nabrzeżu, gdzieś 

znikła. Wasilij jadł, nic nie mówiąc, nie patrząc na Raiję. 

Ona zaś zachowała dla siebie tysiące pytań, które cisnęły się jej do ust. 

- Olegowi grożono - rzekł wreszcie, kiedy skończył jeść i zabrał się do picia kawy. 

Raija  zadrżała  od  chłodu,  który  poczuła  głęboko  w  piersi.  Jednak  nie  nalała  sobie 

kawy, ponieważ nie byłaby w stanie utrzymać filiżanki. Gorąca kawa i tak by jej nie pomogła. 

- Właściciele statków wiedzą, że mogą nas dotkliwie ugodzić - mówił dalej Wasilij - 

jeśli  wyładują  swój  gniew  na  żonie  Bykowa  i  dzieciach  Olega  i  Jewgienija.  -  Jego 

niebieskozielone  oczy  podchwyciły  spojrzenie  Raiji.  -  To  by  mi  się  nie  podobało  -  rzekł  z 

przekonaniem. - Środkiem nacisku miały być tylko statki, przedmioty, a nie ludzie. To podłe 

rzucać takie groźby. Dlatego Oleg nie chciał, żebyś została sama z dziećmi. 

- Czego żądają? - spytała Raija, ciągle czując zimno docierające aż po czubki palców. 

- Ci, którzy wykorzystują takie metody, ludzie z mojej warstwy... 

-  Wyrzucenia  załogi  -  odparł  Wasilij.  -  To  było  do  przewidzenia.  Poza  tym  żądają 

wpisania  buntowników  dożywotnio  na  czarną  listę,  osądzenia  i  zesłania  przywódców  na 

przymusowe roboty. - Wzruszył ramionami. Raija uznała, że jest nadzwyczaj beztroski jak na 

człowieka,  którego  czeka  taka  kara.  -  Nazwali  Olega  zdrajcą,  kiedy  oznajmił  im,  że  sam 

zdecyduje  o  tym,  co  zrobi  na  swoich  statkach.  Oczywiście  zaraz  dodał,  że  zabójcy  zostaną 

ukarani, że zajmą się nimi odpowiednie władze. Jednak jeszcze im było mało: powiedzieli, że 

Byków nigdy nie dałby się przekupić buntownikom i rabusiom... 

Na ustach Wasilija igrał słaby, zmęczony uśmiech. 

- Jak myślisz, czy twój mąż zachowałby się podobnie jak Oleg? 

W  tym  momencie  Raija  mogłaby  pomyśleć,  że  Wasilij  wymyślił  nawet  groźby 

właścicieli statków, by usprawiedliwić swe wtargnięcie do domu Olega o tak późnej porze. Że 

noc  po  nocy  obmyślał  każdy  pojedynczy  krok,  przewidział  wszystko,  każdy  najdrobniejszy 

szczegół... 

Mogłaby tak sądzić. 

background image

Gdyby mu nie ufała. 

- Jewgienij na pewno nie pozwoliłby się przekupić - rzekła stanowczo. - Nie dałby się 

też do czegokolwiek zmusić. I zrobiłby dokładnie to samo, co Oleg. Inni właściciele statków 

wiedzą  o  tym  aż  nazbyt  dobrze,  ale  wiedzą  też,  że  Olegowi  brakuje  nieco  pewności  siebie 

Jewgienija... - napotkała wzrok Wasilija. - ... trochę twojej pewności siebie - dodała. - Dlatego 

próbują wyprowadzić go z równowagi w ten sposób. Boże, dlaczego nie jestem mężczyzną?! 

-  Myślę,  że  do  twarzy  ci  z  twoją  kobiecością  -  zauważył  z  najniewinniejszym  w 

ś

wiecie uśmiechem, choć jego oczy mówiły coś zupełnie innego. 

Raija potrząsnęła głową. 

- Daruj sobie takie uwagi - poprosiła. - Dla dobra nas obojga, Wasilij. Dobrze o tym 

wiesz, że do niczego nie doprowadzą. Sądzę, że potrafisz być inny, taki, jakiego cię jeszcze 

nie znam. Chętnie bym poznała twoją drugą twarz... 

- Ale to też do niczego nie doprowadzi? Raija potrząsnęła głową. 

- Kocham Jewgienija - powiedziała. - Bezgranicznie i niezmiennie. Brzmi to może jak 

z bajki dla dzieci, ale tak po prostu jest. 

- Niewiele znam takich kobiet jak ty - przyznał. - Może naprawdę uda ci się poznać 

moje  drugie  ukryte  ja.  Nie  wiem.  Nie  wiem  nawet,  czy  sam  je  znam,  bo  tak  dawno  nie 

wyglądało na światło dzienne. Zastanawiam się, jak długo potrwa ten bunt. Jak się skończy? 

Być może zostanę zesłany na przymusowe roboty. 

-  A  może  zostaniesz  kapitanem  -  dodała  Raija.  Uśmiechnął  się.  Znowu  przybrał 

zawadiacki wyraz twarzy, znów był śmiały i otwarty. Przyszło mu to z łatwością. 

- W takim razie chcę zostać kapitanem na „Raiji” - rzekł. - Na żadnym innym statku. 

Raija  odniosła  wrażenie,  że  Wasilij  dostanie  wszystko,  czego  pragnie.  Miał  w  sobie 

tyle siły, że niewielu ludzi mogło mu się sprzeciwić. 

Tak  wyraźnie  precyzował  życzenia.  Trudno  jest  równie  dobitnie  i  jednoznacznie 

powiedzieć „nie”. 

Jej się to udało. 

Być może dlatego wciąż wystawiał ją na próbę. 

Raija domyśliła się, że nie przywykł, by mu się sprzeciwiano. Z pewnością dotyczyło 

to również kobiet. 

Było  w  nim  coś  więcej  niż  tylko  urok.  Dużo  więcej.  Wykorzystywał  każdy  okruch, 

jaki mu się dostał, niczego nie marnował. 

Raija  nie  znała  nikogo,  kto  jak  on  umiałby  czerpać  z  życia,  a  jednak  kogoś  jej 

przypominał... 

background image

-  Dawno  umarł  twój  brat?  Spojrzał  na  Raiję  badawczo.  Czyżby  miał  jej  za  złe,  że 

zadaje mu takie pytania? 

-  Cztery  lata  temu  -  odparł.  -  Katastrofa  statku  rybackiego.  Wszyscy  zginęli.  Statek 

także zatonął, ale to marna pociecha. 

Raija zadrżała. 

A ona go pytała, czy ma w sobie dość goryczy, by stanąć na czele buntu. Odparł, że 

tak. Teraz potwierdził to innymi słowami. 

-  Dagnija  miała  dwójkę  dzieci  i  z  kolejnym  była  w  ciąży.  Straciła  to  nienarodzone. 

Być może dobrze się stało. I tak z trudem udawało jej się wykarmić dwoje starszych. 

- Żyjesz z nią? - spytała Raija. On też zadawał trudne pytania. 

Ś

miech  Wasilija  zabrzmiał  jak  mruczenie  kota,  lecz  Raija  odniosła  wrażenie,  że 

wysunął ostre pazury. 

-  Nie  pytasz,  czy  ją  utrzymuję  -  rzekł  na  pozór  spokojnie.  Raija  zauważyła,  że  ma 

mocne palce. Przesuwał nimi pieszczotliwie po uszku filiżanki. Tak jakby chciał Raiji w ten 

sposób  coś  powiedzieć,  jakby  każdy  jego  gest  stanowił  jakiś  tajemniczy  znak.  Od  niej 

zależało, jak to sobie wytłumaczy. 

Pomyślała, że Oleg musiał się o nią naprawdę bać, skoro wysłał tu tego mężczyznę, by 

jej pilnował. 

-  Pytasz  właściwie  o  to,  czy  z  nią  sypiam.  Naturalnie,  że  tak  -  odparł.  -  Jestem 

jedynym, który przypomina jej Walerija. Jedynym, który może ogrzać jej ciało, z kim może 

się  kochać,  nie  zamykając  oczu.  Dagnija  zdaje  sobie  sprawę,  że  nie  jestem  Walerijem.  Nie 

jest przecież naiwna! Ale ja jestem do niego podobny bardziej niż ktokolwiek inny. Może się 

odprężyć w moich ramionach, a nawet poczuć radość. Nie taką, jaką dałby jej Walerij, ale to 

też stanowi dla niej jakąś ostoję w życiu, prawda? Bóg jeden wie, ile ta kobieta potrzebuje 

ciepła.  Nie  prosi  o  tak  wiele.  A  i  ja  potrzebuję  kobiety.  Takiej,  która  nie  żąda  ode  mnie 

więcej, niż jej mogę ofiarować... 

- Kochasz ją? 

Raija słuchała ze spuszczoną głową, ale pytając podniosła wzrok. 

Wasilij potrząsnął głową. 

- Nie taką miłością, o jakiej myślisz - rzekł szczerze jak zawsze. - Nie mieszkam u niej 

na stałe i nikt nie nakłania mnie do ślubu. Być może Dagnija liczy na to. Małżeństwo bardzo 

zmieniłoby  jej  sytuację,  dałoby  jej  poczucie  spokoju,  zatrzymało  tych,  którzy  pukają  do  jej 

drzwi... 

Odstawił filiżankę, złożył ręce. 

background image

- Nie jestem od nich dużo lepszy - dodał. - Chociaż może daję jej więcej ciepła niż 

inni. I zostawiam po sobie więcej. Przytulam ją również wtedy, kiedy nie myślę o wdzieraniu 

się pod jej spódnice... 

- Wybacz mi! - szepnęła Raija. - Nie miałam prawa pytać. 

- Nie musiałem ci tego opowiadać - odparł. - Chciałaś poznać tego kogoś bez twarzy, 

być może właśnie z nim rozmawiałaś... 

- Co chcesz robić... potem? - zapytała. - Jeżeli zostaniesz kapitanem. Jak zamierzasz 

rozwiązać ten układ z Dagniją? 

Oparł brodę na kostkach splecionych dłoni. Nie spuszczał z Raiji wzroku. 

- Czy ktoś już ci powiedział, że za dużo pytasz? 

- Nie musisz odpowiadać. 

- Mogłabyś to przyjąć jako odpowiedź. Zgadł. Uznałaby to za odpowiedź. 

- Nie wiem, co bym zrobił, Raiju. Do tej pory zachowywał dystans, zwracając się do 

niej po nazwisku. Prosiła go, by mówił jej po imieniu, lecz mimo to nadal używał nazwiska. 

Sprawił, że wreszcie zabrzmiało jej w uszach jak własne. Wypowiadał je tak ciepło, jak się 

wymawia nazwisko przyjaciela. Ale jednak wyznaczało granicę między nimi, stwarzało mur, 

dystans. 

Teraz przełamał wszelkie bariery, nazywając ją Raiją. 

-  Pod  wieloma  względami  czuję  się  za  bratową  odpowiedzialny.  Jest  taka  bezradna, 

ma  do  zaoferowania  tylko  swoje  ciało.  Kobiety  szybko  się  starzeją,  sprzedając  siebie.  Nie 

wiem, czy chciałbym tego dla niej, ale nie marzę też o tym, by doczekać starości u jej boku. - 

Potrząsnął głową. - Nigdy zresztą nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie z jakąś kobietą jako 

pary  staruszków,  prędzej  wyobrażałem  sobie,  jak  ginę  w  morzu  w  zawiązanym  worku,  nie 

pozostawiając po sobie śladu. To nawet nie sprawia mi bólu. I wydaje się proste. 

Raija nie chciała pytać, czy istnieje coś, co skłania go do snucia innych wizji, innych 

myśli. 

- Wiesz, że zmieniłem zdanie - wyznał. - Pewnie zaopiekuję się Dagniją, ale nie mogę 

się z nią ożenić. 

-  Nie  chciałabym,  żebyś  ją  poślubił  -  powiedziała  Raija,  czując,  że  wyjątkowa 

uczciwość  Wasilija  również  od  niej  wymaga  uczciwości.  -  Świadomość,  że  wypełnia  się 

pustkę po kimś innym, potwornie boli... 

Nie odważył się jej dotknąć, ale nie spuszczał z niej wzroku. 

-  Ja  też  nie  chciałbym  zaspokajać  tylko  czyjejś  tęsknoty  -  rzekł.  -  Ale  w  twoim 

przypadku już tak się stało. 

background image

Nasłuchiwali  odgłosów  dochodzących  z  zewnątrz.  Pilnowali  się  nawzajem,  choć 

dzieliły ich drzwi i odległości większe niż te, które można by zmierzyć na stopy czy łokcie. 

Zza  okien  nie  dotarło  jednak  do  nich  nic  niepokojącego,  nikt  nie  zatrzymał  się  za 

drzwiami w złych zamiarach. 

Ale strach uwił gniazdo nad framugą. 

Pewnie  dzieci  obudziły  Wasilija.  Trudno  jednak  zmusić  niemowlęta  do  milczenia, 

kiedy pieluchy mają mokre, brzuszki puste i nie chcą więcej spać. 

Raija wstała, by się nimi zająć. 

Nie ze względu na gościa. 

Chociaż było jej go trochę żal, kiedy ukazał się z potarganymi włosami i oczami jak 

dwie wąskie szparki. 

Nie odezwał się. Podszedł prosto do okna i otworzył je, ponieważ szyby zaparowały 

od wewnątrz, kiedy Raija rozpaliła w piecu, i nic nie mógł przez nie zobaczyć. 

- Nie wrócili - rzekł krótko. 

W  jego  słowach  Raija  wyczuła  strach.  Nie  widział  powodu,  dla  którego  miałby  go 

ukrywać. To bardzo różniło go od innych mężczyzn. 

Kiedy obserwował Raiję z synkiem w ramionach, oczy przesłoniła mu mgła niczym 

dym z odległego ogniska. 

-  Czy  nigdy  nie  czujesz  się  więźniem?  -  spytał  nagle.  -  Skrępowana  dziećmi, 

domem...? 

- Nie. 

Gdzieś  w  głębi  duszy  odczuła  niepokój,  ale  przecież  codzienne  obowiązki  nigdy  jej 

nie ciążyły, nigdy nie tęskniła, by od nich uciec. Wypełniając je, czuła się bezpieczna. 

- Z kobietami jest pewnie inaczej - rzekł. 

Nadal ją obserwował. Podziwiał jej pewność ruchów i wprawę. Zobaczył miłość w jej 

twarzy. Bezgraniczną szczerość i poczucie wolności. 

Nigdy nie zaznał czegoś podobnego. To zupełnie co innego niż miłość do mężczyzny 

czy kobiety. 

Zresztą nie miał czasu na myśli o rodzinie, to luksus nie dla niego. Być może nigdy 

nie będzie go na to stać. 

Istniało wiele innych spraw, którymi musiał się zająć. 

background image

Niepokoił  się,  że  Oleg  jeszcze  nie  powrócił.  Minęło  wystarczająco  dużo  czasu,  by 

dopłynąć do buntowników i zawinąć z powrotem do portu. 

Wasilij poczuł gdzieś w żołądku dokuczliwy ucisk. Dręczyły go strach i determinacja, 

które  wyostrzały  wszystkie  zmysły,  zmuszały  do  myślenia  i  do  bezwzględności,  wskutek 

czego wydawał się zimny i opanowany. 

Stał z czajnikiem w ręku i potrząsał nim, by woda z brązowymi fusami mogła stać się 

prawdziwą kawą. Bywały już takie ranki jak ten. Bywały też ranki bez kawy. Kawa to luksus, 

do którego jednak szybko mógłby się przyzwyczaić, przebiegło mu przez głowę. 

Pomyślał,  że  łatwo  jest  nabrać  przyzwyczajeń.  Niemal  równie  łatwo,  jak  osądzać 

innych. 

Pilnował  swoich  spraw.  Dagnija  nieustannie  zajmowała  się  dziećmi.  Zasmarkanymi, 

płaczącymi dziećmi, które ciągle czegoś się domagały. 

Starał się tego nie słuchać, zamykał się również przed Dagniją. 

W  ciągu  dnia  była  wdową  po  bracie  Waleriju.  W  nocy  użyczała  mu  swych  ramion, 

ciepła  swego  ciała.  Wykorzystywali  i  pozwalali  się  wykorzystywać.  Być  może  Dagnija  się 

tego wstydziła. Ale przecież niczego sobie nie obiecywali, pamiętali, kim dla siebie są. 

Przybył  z  Kem,  z  przedmieścia.  Jego  dom  rodzinny  przestał  istnieć,  rodzeństwo 

rozpierzchło się na wszystkie strony świata - nad Morzem Białym porządnie wiało. 

U Dagniji znalazł namiastkę domu. 

Bywały  w  nim  ranki  podobne  do  dzisiejszego,  spędzane  w  towarzystwie  bratowej. 

Wasilij nigdy tego nie lubił. Wolał, by dzień z Dagniją toczył się poza nim, wolał zapomnieć, 

ż

e  w  mroku  nocy  zaspokajał  u  niej  cielesne  pragnienia.  W  ciągu  dnia  po  prostu żyła  obok. 

Użyczała mu domu, ale nigdy nie pragnął nazwać go swoim. 

Nie będzie już takich ranków jak ten, zdecydował. 

- Spodziewałeś się, że Oleg już wrócił? - spytała Raija. 

Nie  podobała  mu  się  jej  spostrzegawczość.  Uważał,  że  kobiety  nie  powinny  być 

bystre.  Wystarczy,  by  natura  obdarzyła  je  łagodnością  i  ciepłem  i  żeby  potrafiły  stworzyć 

przytulny dom. 

Natychmiast jednak odrzucił tę myśl. Nie, to za mało. Zrozumiał, że nigdy by mu to 

nie wystarczyło. 

Potrzebował  takiej  towarzyszki  życia  jak  Raija.  Kobiety  powinny  być  właśnie  takie 

jak ona. Powinny zadawać pytania, również te, na które trudno odpowiedzieć. 

- To byłoby zbyt piękne, gdyby „Raija” i „Antonia” przybiły do przystani - odparł, nie 

dając po sobie poznać zaskoczenia. - Ale rzeczywiście spodziewałem się powrotu Olega. 

background image

- Chyba marynarze nie zrobią mu nic złego? Wasilij potrząsnął głową. 

-  Co  by  na  tym  zyskali?  Nie  znajdą  takich  właścicieli  statków  jak  Oleg  i  twój  mąż. 

Podniesienie ręki na Olega oznaczałoby wyrok śmierci dla wszystkich członków załogi. 

- Mogliby zbiec - zastanawiała się Raija. - Na przykład do Norwegii... 

- Ale nie mieliby po co wracać - odparł Wasilij. - Ucieczka porwanymi statkami nie 

oznaczałaby może wyroku śmierci dla nich samych, ale na pewno dla ich rodzin. Zbuntowani 

marynarze  to  nie  dzikie  bestie,  Bykowa.  Są  zdesperowani,  ale  nie  są  pozbawieni  uczuć. 

Każdy  z  nich  ma  kogoś,  kogo  kocha,  kogoś,  kto  ich  kocha.  Dlatego  właśnie  odważyli  się 

walczyć... 

Zwrócił się do Raiji po nazwisku. Doznał w tym momencie ukłucia w sercu, ale bez 

trudu zdołał ukryć prawdę przed światłem dziennym. W nocy, pod osłoną mroku, pozwalał 

sobie  na  większą  szczerość.  Wiedział,  że  to  właśnie  nocy  powinien  się  obawiać.  Raija 

nazwała go uczciwym i chyba miała rację. Tak jak i nie myliła się co do tego, że kryje się w 

nim kilka osobowości. 

Teraz  nie  pamiętał,  która  z  nich  dominowała  u  progu  dorosłego  życia.  Czas,  który 

upłynął od tamtej pory, wypełniło wiele goryczy. 

- Być może jest wiele spraw do omówienia? Wiele do przedyskutowania... 

Raija budowała mosty nadziei. 

Wasilij  natomiast  postrzegał  rzeczywistość  przez  pryzmat  goryczy,  który  odmieniał 

kolory, wyostrzał kontury. 

Nie wierzył, że Oleg wróci z odpowiedzią, jakiej się spodziewał. A czasu ubywało. Tu 

na  lądzie  inni  właściciele  statków  także  czekali  na  odpowiedź.  Na  odpowiedź  określającą 

warunki, które mogliby zaakceptować, do których sami może by się nie dostosowali, ale które 

może nie odbiegałyby zbytnio od ich własnych zasad. Na odpowiedź, która nie niosłaby dla 

nich zagrożenia. 

Wasilij pragnął, by marynarze wysłuchali Olega. 

Zaklinał ich w duchu, by nie chcieli zmienić wszystkiego od razu. 

By nie żądali rzeczy niemożliwych. 

Mogli przecież wiele stracić. 

On sam był tylko człowiekiem. Istniały pewne granice kompromisu, określające, jak 

daleko  może  się  posunąć,  by  zapewnić  choćby  połowiczne  zwycięstwo.  Nie  jest  przecież 

nieśmiertelny. 

Nadal nie czuł się bezpiecznie. 

background image

Musiał liczyć się z przegraną. Obietnicom bogaczy nie ufał. Również nie polegał ślepo 

na Olegu. Współwłaściciel „Raiji” i „Toni” sam kiedyś nosił płócienne marynarskie ubranie. 

Wreszcie  uwolnił  się  od  tego  życia  i  nie  musiał  wracać  do  cuchnących,  mrocznych  i 

przepełnionych kajut, położonych tak nisko pod pokładem, że nie docierał tam nawet jeden 

promień słońca. 

Olega nie kosztowało wiele obiecać i cofnąć obietnice. Wasilij pomyślał, że dobrze by 

było,  gdyby  popłynął  na  „Antonię”  razem  z  Olegiem  i  brał  udział  w  rozmowach.  Więcej 

mógłby zyskać dla marynarzy, będąc tam na miejscu. 

Chociaż sam pewnie skorzysta na tym, że pozostał na lądzie. Jeżeli Oleg był uczciwy. 

Ale Wasilij wolał na to nie liczyć, nie mógł po prostu ślepo zawierzyć. 

Grubo  posmarował  chleb  masłem.  Kwaśny  żytni  chleb  nabierał  innego  smaku  ze 

słonym tłustym masłem. To prawdziwa rozkosz dla podniebienia. 

Jedząc  rozmyślał  o  tym,  że  nie  powinien  pozwolić  sobie  na  słabość  i  utonąć  w 

ciemnych oczach żony Jewgienija. Życie nigdy potem nie byłoby już takie samo. 

Potrafił być dla siebie surowy. 

W  największej  tajemnicy  będzie  nosił  w  piersi  marzenie  o  kobiecie  noszącej  imię 

Raija. 

Ale żona właściciela statku pozostanie dla niego panią Bykową. 

Wasilij  nie  pragnął  bliskości,  nie  chciał  doznawać  tego  niebezpiecznego  odczucia, 

kiedy powietrze staje się ciężkie i gęste. Nie pragnął na to narażać gospodyni. 

Bykowa... 

Raija... 

Wyszedł z domu, nie wyjaśniając, dlaczego. Chyba się domyślała prawdy. 

Ruszył do portu. 

Stał się jego domem od czasu, kiedy był już wystarczająco dorosły, by podjąć decyzję, 

jaką obrać drogę. 

Nie tylko ten port, również wiele innych. Na zewnątrz może się różniły, ale właściwie 

były całkiem podobne. 

Tacy jak on znajdowali tu towarzystwo, które pewnie przerażało innych ludzi. 

Ale  kiedy  nie  ma  się  środków  na  inne  ubranie  niż  szmaty,  za  które  płaci  właściciel 

statku, można się wydać przerażającym. 

Teraz Wasilij nie był mile widziany w porcie. 

Nie dzisiaj. 

background image

Takie samo powitanie spotkałoby  go również w innych portach, skoro nie udało mu 

się nakłonić Olega, by przywiózł zwycięstwo. Dla wszystkich: dla właściciela i dla tych tam 

na morzu. 

Być może i dla niego, Wasilija. 

Wasilij  lubił  ludzi,  lubił,  kiedy  wokół  niego  rozbrzmiewał  śmiech  i  tętniło  życie.  Z 

łatwością nawiązywał rozmowę, znajdował przyjaciół. Przerażała go myśl, że ludzie mogliby 

go witać milczeniem. 

A mogło się tak zdarzyć. Mógł zapisać się w ludzkiej pamięci jako ten, który wszczął 

bunt,  lecz  okazał  się  słaby.  Który  wystawiony  na  próbę  okazał  się  człowiekiem  bez 

charakteru. Który przeszedł na służbę do Jurkowa, by ratować własną skórę... 

Usiadł na skraju nabrzeża. To tutaj zabrał Raiję dziś w nocy. Dla niego była Raiją, nie 

Bykową, nie żoną właściciela statków... 

Dobrze, że to miejsce leży w ukryciu, dobrze, że nikt ich nie widział - dla plotkarzy 

mogłoby to stanowić smakowity kąsek. 

Zdrajca i żona Jewgienija Bykową. 

Tu należało stąpać ostrożnie. Wiele desek już zbutwiało, a pod nimi kipiało bezdenne 

morze. Łatwo można wpaść i utonąć... 

Wasilij wpatrywał się w wodę. Powiedział wczoraj Raiji, że morze jej nie chce. Jeśli 

chodziło o niego samego, nie był tego taki pewien. Czasami wydawało mu się, jakby morze 

aż nazbyt gorliwie zamierzało go otoczyć dłońmi fal. 

Niewielu  marynarzy  do  niego  zagadało.  Widać  nie  uchodziło  pozostawać  z  nim  na 

przyjacielskiej stopie. 

Wasilij  zrozumiał,  że  plotki  się  rozeszły,  że  większość  ludzi  już  wie,  kto  rozniecił 

iskrę  buntu.  Mieszkańców  portu  ogarnęła  niepewność,  nie  wiedzieli,  co  sądzić.  Widzieli 

Wasilija z Olegiem, a przecież powinien znajdować się na pokładzie „Toni”. 

Wasilij  mógł  wyczytać  nieufność  w  oczach  wielu  osób,  które  nie  zwalniały  kroku, 

przechodząc obok, raczej przyspieszały. Wydawało mu się, że tę samą nieufność dostrzega w 

spojrzeniach tych, którzy jakby go nie widzieli, którzy patrzyli obok, ponad nim... 

Zdrajca - szeptali... 

Również i jego zaczęły ogarniać wątpliwości. 

Może rzeczywiście był zdrajcą? 

W miarę jak tarcza słońca staczała się ku zachodowi, coraz bardziej się bał. 

Oleg się spóźniał. 

background image

Wasilij  nie  był  w  stanie  się  cieszyć,  kiedy  ujrzał  cień  łodzi.  Zobaczył  dwa  maszty  i 

rozpoznał  frachtowiec.  Zobaczył,  jak  wpływa  do  portu  na  pełnych  żaglach.  Ale  nie  czuł 

radości. Może naprawdę był zdrajcą? 

Ludzi zebranych w porcie ogarnął niepokój. Widzieli to samo, co Wasilij. 

Na skraju nabrzeża wyrósł las mężczyzn. Stanęli tak, by jak najlepiej widzieć. Stanęli 

wyprostowani, pod wiatr, mrużąc oczy. Stanęli na rozstawionych nogach, z wykrzywionymi 

ustami  i  pięściami  schowanymi  w  kieszeniach  spodni.  Z  gołymi  głowami  lub  czapkami 

zsuniętymi mocno na czoło. 

Mężczyźni podobni Wasilijowi. 

Niejeden  z  nich  ukradkiem  spoglądał  na  niego.  Rozmowy  cichły,  kiedy  ktoś  rzucał 

długie spojrzenie w kierunku niedawnego przywódcy buntowników. Słowa przeszły w cichy 

szmer,  przypominający  brzęczenie  owadów  nad  łąkami  w  środku  lata.  Kiedy  Wasilij 

przymknął oczy, wydawało mu się, że ludzie też zmieniali się w owady, całe ich roje, które 

tak naprawdę nie były groźne. 

Siedział  spokojnie  na  swoim  miejscu.  Jedną  stopę  postawił  na  krawędzi,  na  lekko 

zgiętym  kolanie  oparł  ramię.  Drugą  nogę  zwiesił  w  dół  nad  powierzchnią  wody.  Twarz 

zwrócił na północ, w stronę nadpływającego żaglowca. 

Jeżeli Raija... 

Jakby oparzył się na dźwięk jej imienia. Zamknął oczy i zaczął myśl od nowa. 

Jeżeli żona Jewigienija widzi go teraz przez niewielkie, otwarte okno przy kuchennym 

stole, rozumie, jak jest samotny. I że się boi. 

Jednak nikomu innemu nawet nie przyszłoby to do głowy. Inni powiedzieliby raczej, 

ż

e jest zbyt pewny siebie, że ma o sobie zbyt wysokie mniemanie i dlatego stanął po stronie 

właścicieli statków. 

Dałby im jeszcze więcej powodów do gadania, gdyby został kapitanem na „Raiji”. 

Frachtowiec  rósł  w  polu  widzenia.  Już  nie  wyglądał  jak  balia  z  dwoma  masztami  i 

ż

aglami barwy nieba. W miarę zbliżania się do portu żagle stawały się brudnoszare. 

Zanim łódź przybiła do przystani, minęło chyba parę godzin. 

Słoneczna  tarcza  toczyła  się  powoli.  Kierowała  się  ku  Dwinie.  Wolno  pochylała  się 

nad ziemią, niemal dotykała wrzosów i kępek trawy. Wydawało się, że w każdej chwili może 

zapalić tę suchą ziemię. Ludzie odruchowo wstrzymywali oddech, pragnąc, by z promieni nie 

sypnęły się iskry. 

Jeszcze raz się udało. 

Ziemia nie zapłonęła. 

background image

Wasilij bał się pożaru portu. Już kiedyś port stanął w płomieniach. Krążyło o tym tyle 

historii, ilu było świadków pożogi, a może i więcej. Każdy opowiadał swoją wersję. 

Wasilij podejrzewał, że Oleg wie o pożarze więcej niż inni mieszkańcy Archangielska. 

Wszyscy szeptali o bracie Toni, który podłożył ogień, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego. 

Wymieniano  również  imię  Raiji,  lecz  ostrożniej,  ponieważ  ludzie  nie  byli  całkiem 

pewni, kim jest. Wtedy jej czarnowłosą głowę otaczała swoista gloria, gdyż przybyła znikąd 

jako obca i ocaliła życie Jewgienija, kiedy jego marynarze sądzili, że wykrwawi się na śmierć. 

Stała się aniołem w czarnej pelerynie. 

Nikt nie mówił o tym głośno, ale czasem zastanawiano się, czy Raija jest niezwykle 

dzielną kobietą, czy raczej czarownicą. 

Dopiero  kiedy  Wasilij  spotkał  Raiję,  zrozumiał,  dlaczego  żywiono  wobec  niej 

podobne podejrzenia. 

Podniósł się, kiedy łódź zaczęła przybijać do brzegu, ale trzymał się z dala. Stanął w 

cieniu,  za  plecami  mężczyzn,  którzy  popierali  zbuntowaną  załogę,  lecz  nie  mieli  odwagi 

otwarcie  tego  przyznać.  W  tłumie  pojawiło  się  bowiem  wielu  właścicieli  statków,  którzy 

szybko  wychwytywali  spojrzeniem  nielojalnych  pracowników.  A  żaden  z  marynarzy  nie 

chciał stracić tego, co posiadał. 

Tylko załogi „Raiji” i „Toni” odważyły się na bunt. 

Marynarze zgromadzeni na nabrzeżu być może również marzyli o przyłączeniu się do 

walki  o  lepszy  byt,  ale  wiązał  ich  także  układ  z  właścicielem  statku.  Podobnie  jak  chłopi 

dzierżawiący  ziemię  i  podlegający  swemu  panu,  choć  nie  mieli  może  nad  sobą  właściciela 

ziemskiego, nie byli bardziej wolni niż chłopi. Ciążył na nich dług, który uzależniał ich od 

armatora, od sklepikarza. Mieli rodziny. 

I niezależnie od tego, jak nędzne było ich życie, mocno się go trzymali. 

Spluwali brązową śliną w miejsce, gdzie przybił frachtowiec Olega. Niejeden trafił w 

burtę, ale żaden z właścicieli statków nie mógł zobaczyć brązowych strużek ściekających w 

dół. Znikały na drewnie. Głosy niezadowolenia również nikły w panującej wrzawie. 

Serce  Wasilija  krwawiło,  kiedy  patrzył  na  marynarzy,  nie  odważyłby  się  nawet 

nazwać tych bezsilnych ludzi żałosnymi. 

Nie posiadali wiele, ale i tego nie chcieli stracić. 

Może w ich oczach był zdrajcą... 

Sam nie miał wiele do stracenia, na pewno mniej niż oni. Nie czuł się więcej wart niż 

inni. Bez wahania mógłby się poświęcić, gdyby to pomogło. 

background image

W tej grze należało grać wysoko. Nawet Oleg nie zdawał sobie z tego sprawy. Albo 

nie posiadał dość odwagi, by wejść do takiej gry. 

Ona, Raija Bykowa, rozumiała to lepiej. 

Myślała podobnie jak on, Wasilij. 

To ona powinna zarządzać statkami. Stworzyłaby przedsiębiorstwo lepiej prosperujące 

od jakiegokolwiek innego w Archangielsku, a nawet w całej północnej Rosji. 

Posiadała dość odwagi. 

Miała ten diabelski błysk w oku. 

Nawet gdy tak stała z dzieckiem w ramionach, wyglądała, jakby chciała rzucić się w 

wir wydarzeń - bez zastanowienia, bez względu na to, do czego by to mogło doprowadzić. 

Lubił wyobrażać sobie, że sam taki jest, chciał wierzyć, że walczy dla sprawy, a nie po 

to, by zagarnąć dla siebie co tylko się da. 

Wasilij  nie  przejmował  się  opinią  innych  ludzi,  ale  sam  często  o  sobie  myślał.  Nie 

zawsze pochlebnie. 

Zobaczył,  jak  Oleg  schodzi  na  ląd.  Jak  mężczyźni  rozstępują  się  na  boki,  robią  mu 

miejsce. Jak pochylają głowy. 

Wasilij poczuł, że się rumieni. Musiał się odwrócić, popatrzeć w stronę lądu. 

Wstydził się za nich, wstydził się za ich pokorę. To na pracy tych marynarzy opierał 

się  cały  transport  wodny.  Od  ich  rąk,  potu,  ich  pleców  i  siły  nóg  zależało  funkcjonowanie 

łodzi, frachtowców i statków rybackich. 

Bez  pracy  tych  ludzi  armatorzy  nie  nosiliby  wysokich  skórzanych  butów,  a  żony 

armatorów  nie  mieszkałyby  w  pięknych  domach  z  oszklonymi  oknami  z  firankami  i  nie 

popijały herbaty ze srebrnych samowarów. 

Ci  ubodzy  marynarze  powinni  dumnie  podnieść  głowy,  powinni  patrzeć 

zwierzchnikom prosto w oczy, zachować swą godność. 

Na nich opierał się kraj. 

Wasilij  nie  mógł  przez  cały  czas  trzymać  się  z  tyłu.  Podniósł  głowę,  wyprostował 

plecy i popatrzył w twarze swych towarzyszy. 

Przeszedł między nimi. Zauważył ze zdziwieniem, że i przed nim się rozstąpili. 

Przeraził  się.  W  przypadku  Olega  to  zrozumiałe,  ale  jemu  wcześniej  nigdy  nikt  nie 

schodził z drogi. Nadal nie był nikim więcej niż zwykłym marynarzem. Ba, może nawet nie 

miał już pracy, nie znał się na przepisach. Kapitan wyrzucił go za burtę, mówiąc, że nie ma 

już dla niego miejsca na „Toni”. 

A właściciel statku zamierzał uczynić go oficerem. 

background image

Wasilij nie mógł pogodzić się z tym, że to przed nim otwiera się owa uliczka pośród 

tłumu.  Obraz  ten  przywiódł  mu  na  myśl  przypowieść  z  Biblii,  kiedy  morze  rozstąpiło  się 

przed Mojżeszem. 

Zadrżał. 

Poszedł śladem Olega i poczuł się nieco lepiej, kiedy go dogonił - łatwiej było przyjąć, 

ż

e to Olegowi, a nie jemu ludzie robią miejsce. Starał się jednak zachować pewną odległość, 

ż

eby nie zarzucono mu, że podążył za Jurkowem posłusznie jak pies. 

Przepełniało go mnóstwo sprzecznych doznań. 

Za nim poszli mężczyźni, którzy wrócili razem z Olegiem, ci, na których jeszcze mógł 

polegać i którym Wasilij również nie miał powodu nie ufać. 

Oleg nie odezwał się do ludzi zgromadzonych na nabrzeżu. Nie miał dla nich żadnych 

nowych wiadomości. 

Poczekał, aż drzwi do biura zostaną starannie zamknięte. 

- Czy w domu wszystko dobrze? - spytał. 

Wasilij przytaknął. Nie wspomniał, że wyszedł na dłużej. Nie przyszło mu na myśl, że 

Raiji mogłoby się stać w tym czasie coś złego... 

Teraz poczuł w piersi ukłucie strachu. Nigdy by sobie nie darował, gdyby coś jej się 

przytrafiło... 

Ale  chyba  nikomu  nie wpadłoby  do  głowy  skrzywdzić  ją  w  biały  dzień?  Na  oczach 

wszystkich... 

- A tam? - spytał. 

-  Na  pokładzie  doszło  do  nieporozumień  -  westchnął  Oleg.  -  Chyba  się  tego 

spodziewałeś? 

- Na „Antonii”? - spytał i zaraz skinął głową, zanim Oleg zdążył odpowiedzieć. - Tak, 

obawiałem się, że może do tego dojść. 

-  Kapitan  traci  władzę  -  mówił  dalej  Oleg.  Był  zmęczony,  czuł  pulsowanie  w 

skroniach.  Wszystko  wydawało  mu  się  koszmarem.  Pragnął  jedynie  obudzić  się  z  niego  i 

przekonać, że wszystko jest jak dawniej: że nikt nie zagarnął jego dwóch statków, że kapitana 

„Raiji”  nie  pozbawiono  życia,  a  kapitan  „Antonii”  nie  stracił  dowództwa  w  wyniku  buntu 

załogi, która okazała się bardziej zaciekła, niż przypuszczał. - Czy myślisz, że zdoła utrzymać 

ludzi w ryzach jeszcze dwa dni, zanim upłynie ostateczny termin odpowiedzi? 

- To zależy, kto wystąpił przeciw kapitanowi - zastanawiał się Wasilij. 

Oleg przedstawił mu sytuację na pokładzie. Wasilij oparł się o drzwi i założył ręce na 

piersi. 

background image

- Będzie ciężko - powiedział. - Tego się właśnie obawiałem. Ten drań się tak łatwo nie 

podda. Nie ma nic do stracenia. Zostawił w domu jedynie starą matkę, o którą zresztą wcale 

nie  dba.  Myśli  tylko  o  lepszym,  łatwym  życiu.  Jest  niebezpieczny.  Nie  chciałem,  żeby  brał 

udział w przygotowaniach, ale kapitan sam go wybrał... 

Oleg ukrył twarz w dłoniach. 

Co za koszmar... 

Pomyślał,  że  powinien  nadal  najmować  się  do  pracy  u  innych,  a  nie  marzyć  o 

własnych statkach. Teraz spotykają go same kłopoty. Nic, tylko kłopoty. 

-  Na  pokładzie  „Antonii”  są  członkowie  dawnej  załogi  Jewgienija  -  zauważył.  -  Z 

„Sankt Nikołaja”, tego, co się spalił... 

-  Nie  możesz  od  nich  oczekiwać,  że  będą  wierni  jak  w  małżeństwie!  -  zaoponował 

Wasilij. 

On  także  czuł  się  zmęczony.  Uważał,  że  rozmowa  nadmiernie  się  przedłuża,  a  Oleg 

ciągle  nie  wyjaśnił,  co  wynikło  z  jego  rozmów  z  marynarzami  i  co  zamierza  przekazać 

pozostałym właścicielom statków. 

- Nie mówię o lojalności - odezwał się Oleg. Używał słów, które Wasilij z pewnością 

słyszał,  lecz  których  znaczenia  dobrze  nie  znał,  więc  wolał  milczeć.  Wszystko  się  w  nim 

gotowało, ponieważ Oleg potrafił bawić się słowami, wywyższać się w ten sposób. - Mówię 

raczej o dobrej pamięci - dodał. Podniósł wzrok. Napotkał spojrzenie Wasilija, nieco drwiące 

i  zniecierpliwione.  -  Mają  na  pokładzie  kilku  rannych,  ponieważ  doszło  do  użycia  siły. 

Niektórzy z nich bardzo krwawią. Chcą, by przysłać im Raiję. 

Kilka  sekund  trwało,  zanim  Wasilij  uświadomił  sobie,  że  mowa  nie  o  statku.  Ale  o 

niej. O kobiecie. O Bykowej. 

background image

- To absolutnie wykluczone, żebyś tam popłynęła! - wybuchnął Oleg, nie patrząc na 

Raiję. - Powiedziałem im, że żądają zbyt wiele, że Jewgienij nigdy by się na to nie zgodził i 

ż

e nawet nie ma o czym mówić - dodał zdenerwowany. - Poradziłem im, żeby sami zajęli się 

rannymi, bo tobie nie wolno się do tego mieszać i nie masz z tym nic wspólnego... 

Wasilij  uśmiechnął  się  ukradkiem,  tak  żeby  Oleg  tego  nie  widział.  Ale  Raija  to 

dostrzegła. Odwróciła wzrok. 

Marynarze uważali, że to, co dzieje się na statku, dotyczy Raiji tak samo jak Olega i 

Jewgienija, nie potrafili na to spojrzeć w inny sposób. 

- Dlaczego pokładają we mnie takie nadzieje? - zdziwiła się Raija. 

Początkowo  Wasilij  pomyślał,  że  udaje,  po  chwili  jednak  uzmysłowił  sobie,  że 

naprawdę nie rozumie. 

- Nie pamiętasz tego - mruknął Oleg. - Ale naprawdę zrobiłaś na nich duże wrażenie, 

kiedy uratowałaś Jewgienija od śmierci. Wierz mi... - mówił to niemal z rozpaczą. - Kiedy z 

nimi teraz rozmawiałem, wysunęli różne żądania, ale przede wszystkim domagali się twojego 

przybycia. Powtórzyli to kilka razy. Nie prosili o przysłanie Raiji Bykowej, lecz kobiety  w 

czarnej pelerynie, ponieważ na statku są ciężko ranni. 

- Nie mam już tej peleryny - zauważyła cicho Raija. 

Tak jakby cała moc tkwiła w kawałku tkaniny, tak jakby ona sama się nie liczyła. 

- Wybij to sobie z głowy - rzekł Oleg. 

-  Oleg  ma  rację  -  poparł  go  Wasilij.  -  Marynarze  mogą  szykować  podstęp.  Tak 

naprawdę  myślą  o  zdobyciu  zakładnika,  kogoś,  kto  jest  więcej  wart  niż  statki.  Czują,  że 

zaczynają tracić przewagę. 

- Czy to także przewidziałeś? - w słowach Raiji brzmiała drwina. 

- Nie - odparł szczerze rozczarowany tym, że w ogóle mogła tak pomyśleć, ale też nie 

zaskoczony.  Wszystkim  udzielało  się  ogromne  napięcie.  Rozumiał,  że  Raiji  także  nie  było 

łatwo, mimo że stała nieco z boku. - Teraz inni objęli przewodnictwo - dodał. - Wierz mi, są o 

wiele bardziej bezwzględni niż ja. 

-  Może  mogłabym  pomóc  -  nie  poddawała  się  Raija.  -  Ranni  potrzebują  opieki, 

niezależnie od tego, kim są. 

- Nie! - zaprotestował Wasilij z większą stanowczością niż Oleg. 

Raija popatrzyła na niego z uwagą. 

background image

- Myślałam, że to twoi przyjaciele - powiedziała. 

Oleg  zorientował  się,  do  czego  zmierzała.  Zdał  sobie  sprawę,  że  stał  się  więźniem 

własnych słów, lecz nic nie mógł na to poradzić. Znał desperację marynarzy, Raija natomiast 

nie. Wiedział, że wykorzystają wszelkie możliwe środki. Zżymał się na samą myśl, że Raija 

mogłaby stać się zakładnikiem w ich ręku. 

-  To  zwykli  ludzie,  którzy  zostali  przyparci  do  muru  -  rzekł  z  naciskiem.  -  Są 

zdesperowani. Robią to, na co nigdy w innych okolicznościach by się nie odważyli. Obawiam 

się,  że  wejście  na  pokład  może  się  okazać  dla  ciebie  niebezpieczne.  Myślę,  że  są  wśród 

buntowników tacy, którzy bez wahania by cię zabili, gdyby to pomogło ich sprawie. Czy to 

dla ciebie dość jasne? 

- Przesadzasz - odparła Raija. 

Była tak piekielnie uparta! 

Wasilij  zdawał  sobie  sprawę,  że  niewiele  mógł  przeciwstawić  takiej  kobiecie  jak 

Raija. Ale sądził, że Oleg ma na nią większy wpływ, że uda mu się ją przekonać... 

- Jest jeszcze coś, o czym nam nie powiedziałeś, Oleg - dodała nieoczekiwanie Raija. 

Oleg aż podskoczył. 

Jego  policzki  zmieniły  barwę  niczym  u  dziewczyny,  która  otrzymała  pierwszą 

nieprzyzwoitą propozycję. 

Wasilij  nie  rozumiał,  co  się  dzieje,  uważał,  że  słowa  Olega  brzmiały  absolutnie 

wiarygodnie. 

- Nie popłyniesz tam i już. Nie ma mowy, Raija - Raisa - upierał się Oleg. Zwracając 

się do Raiji, użył pieszczotliwego podwójnego imienia, którego zwykle używała Antonia. Dał 

w ten sposób do zrozumienia, jak bardzo ceni Raiję i jak bardzo jest mu droga. Pod żadnym 

warunkiem nie zamierzał ryzykować jej życia. -  Nie pozwolę ci na to, moja kochana. Poza 

tym część załogi nadal słucha moich rozkazów, nikt nie pomoże ci się tam dostać. 

- Co takiego przed nami ukryłeś? - spytał Wasilij. 

- Jeżeli Raija dotrze do zbuntowanych marynarzy, dadzą nam jeszcze trzy dni - odparł 

Oleg. 

Wasilij wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je przez nos. Ogarnęła go taka złość, 

ż

e aż zazgrzytał zębami. Wiedział, kto się za tym kryje. 

-  Nie  mamy  czasu  do  stracenia  -  uznał  Oleg.  Udało  mu  się  przybrać  lekki  ton,  lecz 

mimo to nie zdołał ukryć, że się boi. 

Wasilij  pomyślał,  że  gdyby  on  miał  decydować,  znalazłby  rozwiązanie:  albo 

zaprowadziłby  na  statku  porządek  nawet  za  cenę  rozlewu  krwi,  albo  też  pozwoliłby  Raiji 

background image

dostać  się  na  pokład  „Antonii”  i  łudził  nadzieją,  że  trzy  dodatkowe  dni  ułatwią  zawarcie 

porozumienia. 

Ale  decyzję  musiał  podjąć  Oleg.  Wasilij  wiedział,  że  to  wspaniałomyślny  człowiek, 

który  unika  użycia  siły  i  nadał  wierzy,  że  można  się  dogadać.  Pragnął,  żeby  zbuntowani 

marynarze docenili to i nie dali się zaślepić gładkim słowom nowego przywódcy. 

Jednak uznał ze smutkiem, że Oleg nie zyska sławy bohatera. 

Wręcz zabrzmiało mu w uszach słowo, którym go nazwą, niezależnie od tego, czy uda 

mu się zaprowadzić porządek, czy nie. 

Słaby. 

Jak bardzo można się pomylić w ocenie człowieka? 

Oleg  poszedł  porozmawiać  z  innymi  armatorami.  Oceniali  go  w  ten  sam sposób  jak 

załogi obu statków. 

Oni już dawno zaprowadziliby porządek. 

Dali  do  zrozumienia,  że  czekają  tylko  na  znak,  by  przyjść  mu  z  pomocą.  W  każdej 

chwili  mogą  się  stawić,  jeśli  będzie  trzeba,  wystarczy  jedno  skinienie  Olega.  Jednak  nie 

zamierzają  się  narzucać.  Muszą  przecież  pilnować  własnych  spraw,  nie  będą  rezygnować  z 

korzystnych  transakcji  tylko  dlatego,  że  Oleg  jest  miękki  i  nie  potrafi  ostro  potraktować 

burzących się szumowin. 

Każdy ma taką załogę, na jaką zasłużył. 

Kończył  się  ostatni  dzień  rozmów.  Oleg  pocił  się  i  trząsł  z  zimna  na  zmianę. 

Zastanawiał  się,  czy  od  samego  początku  właściwie  pokierował  sprawą.  Czy  Jewgienij 

zrobiłby to lepiej...? 

Czy ktokolwiek inny lepiej by sobie z tym poradził? 

Zastanawiał się, czy Wasilij jest w stosunku do niego uczciwy... Ale Raija miała do 

niego zaufanie. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  jeżeli  teraz  straci  oba  statki,  nie  będzie  już  dla  niego 

przyszłości na morzu. Nikt go nie zatrudni nawet jako marynarza. 

Znajdzie się na czarnej liście razem ze swymi buntownikami. 

Wasilij  również  wyszedł  z  domu.  Nie  potrafił  bezczynnie  czekać.  Nie  teraz.  Gra 

toczyła się o większą stawkę, niż wcześniej zakładał. 

Pojawił się, zanim wrócił Oleg. 

Zauważył,  że  Raija  jest  niespokojna.  Nie  była  w  stanie  usiedzieć  na  miejscu  ani  też 

zająć się czymkolwiek. 

background image

- Oni nie ustąpią... Ci inni właściciele statków - rzekła z przekąsem. - Nic na tym nie 

zyskają, jeśli staną po stronie Olega, prawda? 

Wasilij  potrząsnął  głową.  Uznał,  że  Raija  jest  bardzo  rozsądna.  Jej  towarzystwo 

działało pokrzepiająco po tygodniach spędzonych z Dagniją i słuchaniu jej paplaniny... 

Właściwie  Dagnija  nie  jest  niczemu  winna.  Była  bardzo  młodziutka,  wychodząc  za 

mąż za Walerija. Nawet jej do głowy nie przyszło, że mogłaby dążyć do czegoś więcej, niż 

zostać tylko żoną i matką i zajmować się domem. Dobrze sobie radziła z obowiązkami, ale 

nigdy  nie  wkraczała  w  świat  mężczyzn.  Nigdy  nie  zadawała  pytań.  Nikt  od  niej  tego  nie 

oczekiwał. 

Z  pewnością  niesprawiedliwie  oceniał  Dagniję,  ale  po  kilku  chwilach  spędzonych  z 

Raiją nie mógłby już znieść życia z wdową po bracie. 

Rozważył  to  bardzo  dokładnie,  przede  wszystkim  dlatego,  że  dręczyły  go  wyrzuty 

sumienia. Teraz nabrał już pewności. 

- Co grozi Olegowi? - spytała Raija. 

- Może stracić statki - odparł Wasilij. - Ale załoga nic na tym nie zyska. Oleg mógłby 

spróbować przeciągnąć pertraktacje. Na „Antonii” doszło do nieporozumień, wśród załogi nie 

ma  już  jedności.  Kapitan  zaczyna  tracić  panowanie  nad  marynarzami.  Jeśli  konflikt  się 

zaostrzy, poderżną mu gardło i wyrzucą za burtę. 

- To byłoby najgorsze ze wszystkiego... Co do tego nie mieli wątpliwości. 

- Wiesz, gdzie zakotwiczono statki? Skinął głową. 

- Czy nie wystarczy jakaś mniejsza łódź, żeby tam dotrzeć? 

Zgadł, o czym myśli. Odsunął jednak od siebie te przypuszczenia. Wolał odpowiadać 

na  każde  z  pytań  Raiji  z  osobna  i  udać  zaskoczonego,  gdy  wreszcie  wyjaśni,  po  co  je 

zadawała. Jeżeli w ogóle mu powie... 

-  Właściwie  wystarczy,  ale  przynajmniej  z  jednym  żaglem  -  odpowiedział.  -  To  za 

daleko,  żeby  wiosłować.  Naturalnie  jeśli  chciałoby  się  tam  dopłynąć  w  ciągu  jednej  nocy. 

Tobie by się to nie udało. 

- Czy mógłbyś mi pomóc dostać się na „Antonię”? 

- Mógłbym z tobą popłynąć - odparł niechętnie. Podziwiał jej odwagę. Była naprawdę 

niezwykłą kobietą! 

- Popłyniesz? Wasilij potrząsnął głową. 

-  Znam  człowieka,  który  objął  dowodzenie  na  „Antonii”.  On  jest  gotów  poderżnąć 

gardło kapitanowi - rzekł bez ogródek. 

background image

Zdawał  sobie  sprawę,  że  bunt  na  „Antonii”  i  „Raiji”  to  nie  przelewki,  i  musiał  tej 

kobiecie jakoś wytłumaczyć, że sytuacja na obu statkach jest dla niej zbyt niebezpieczna, że 

niczego nie uda jej się zmienić przez samą swą obecność. Marynarze to ludzie, którymi łatwo 

pokierować,  bo  nigdy  nie  wymagano  od  nich  niczego  innego  poza  posłuszeństwem.  Teraz 

wśród nich znalazł się ktoś, kto bez jednego mrugnięcia okiem to wykorzystał. 

- Gotów jest postąpić wobec ciebie tak samo, jeżeli mu się spodoba. Wierz mi, zrobi to 

bez wahania... 

Raija  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Podeszła  do  Wasilija  i  chwyciła  go  za  ręce. 

Wprawiła go w takie zakłopotanie, że nie zdobył się nawet na to, by je cofnąć. 

-  Proszę  cię!  -  Jej  głos  był  miękki  jak  jedwab,  oczy  jak  ciemny  aksamit.  Mocno 

trzymała go za ręce. Była silna. - Proszę cię, Wasilij! Mówisz, że go znasz, i z pewnością tak 

jest, ale wiesz także, czym ten bunt może się skończyć. Czas, który marynarze dali Olegowi, 

wkrótce  dobiegnie  kresu.  Trzy  dodatkowe  dni  mogą  wszystko  zmienić,  mogą  umożliwić 

znalezienie jakiegoś rozwiązania... 

Wasilij nie liczył na to, ale dostrzegł pewną niewielką szansę. 

-  Narażasz  własne  życie  -  rzekł.  Jego  głos  brzmiał  dziwnie  obco  i  grubo,  ale  Raija 

chyba tego nie zauważyła. 

-  Moje  życie  jest  niczym  w  porównaniu  z  życiem  tych  wszystkich,  którzy  mogą 

umrzeć z upływu krwi - odparła. 

W ustach innej kobiety te słowa zabrzmiałyby fałszywie. 

Wasilij uśmiałby się do łez, gdyby wypowiedziała je żona innego armatora. 

Był jednak przekonany, że Raija mówi szczerze. 

Jeśli zdecyduje się tam popłynąć, gotów był jej bronić z narażeniem własnego życia. 

Ale nie mógł tego uczynić. Nie mógł wejść na statek. 

- Zostaniesz tam sama - rzekł. - Zupełnie sama. Na nikogo nie będziesz mogła liczyć. 

- Wiem o tym. Cofnął ręce. 

- Jesteś bardzo odważna - rzekł niechętnie. Musiał usiąść. Omal nie przeciągnęła go na 

swoją stronę.  Nienawidził siebie za tę słabość. To tak, jakby  chciał złożyć Raiję w ofierze. 

Myślał  jednak  podobnie  jak  ona  i  rozumiał  ją.  Raija  naprawdę  uważała,  że  jej  życie  jest 

niewiele warte wobec życia tych kobiet, które zostały na lądzie, życia ich dzieci i mężczyzn 

na  obu  statkach.  Życia  tych  mężczyzn  w  płóciennych  koszulach,  szerokich,  niezgrabnych 

spodniach i chodakach. Nikt nie wiedział, jak zimne były te buty! Trzeba je włożyć na bose 

stopy w grudniu, żeby się o tym przekonać. Na szczęście Morze Białe w zimie zamarzało i 

nikt nie musiał żeglować do ponów na północy. 

background image

-  Zamierzałem  wyruszyć  z  Olegiem  na  statki  -  rzekł,  jakby  chciał  w  jakiś  sposób 

uniknąć  zaproponowanego  przez  Raiję  rozwiązania.  Albo  je  odroczyć.  -  Chciałem  podjąć 

ostatnią próbę i porozmawiać z załogami. 

-  Nikt  nie  będzie  cię  słuchać  -  odparła  Raija.  Tak  jakby  już  wiedziała,  co  powiedzą 

marynarze.  Nie  trzeba  być  jasnowidzem,  żeby  to  odgadnąć.  -  Niech  Oleg  sam  popłynie.  A 

potem  znajdziemy  jakąś  łódź  żaglową  i  mnie  tam  zawieziesz.  Mniejszą  i  lżejszą  łodzią 

pokonamy tę odległość w krótszym czasie. 

- Już nie boisz się wody? - spytał, nieznacznie się uśmiechając. 

Udała, że nie słyszy. 

- Nie ma innej możliwości - powiedziała. 

- A co z dziećmi? 

- Żona jednego z chłopców stajennych obiecała zająć się maluchami - odparła. 

A więc zdążyła już to załatwić. Myślała bardzo trzeźwo, wszystko przewidziała. 

- Ciekawe, z jakimi wieściami wróci Oleg... 

-  Nie  mam  wyboru  -  rzekł  Oleg.  -  Popłynę  i  powtórzę  marynarzom  to  samo,  co  już 

mówiłem. Po prostu nie mogę obiecać nic więcej. Nie mogę skreślić długu. Nie mogę składać 

obietnic bez pokrycia. 

- Mógłbym spróbować się z nimi dogadać - zaproponował Wasilij. 

Miał  nikłą  nadzieję,  że  Oleg  się  zgodzi.  Usłyszał,  jak  Raija  wstrzymała  oddech. 

Pomyślał, że pewnie uzna to za zdradę, ale machnął na to ręką. 

-  Tym  bardziej  nie  będziesz  mógł  niczego  obiecać  w  imieniu  innych  armatorów  - 

odpowiedział Oleg. - Roześmieją ci się w twarz. Wiedzą, że na nic nie masz wpływu. 

-  Poświęcisz  statki?  -  spytał  Wasilij  z  niedowierzaniem.  -  Jeżeli  nie  będą  chcieli 

rozmawiać...  -  westchnął  Oleg  -  to  jaki  mam  wybór?  Jeżeli  załogi  nie  odstąpią  od  swych 

żą

dań,  stracę  wszystko.  Wydaje  mi  się,  że  to  jakiś  koszmarny  sen,  z  którego  wkrótce  się 

obudzę. Ale to „wkrótce” chyba nigdy nie nadejdzie... - Roześmiał się gorzko. - Nawet nie 

masz  pojęcia,  co  rozpętałeś,  Wasilij.  Będzie  co  opowiadać  wnukom,  jeżeli  pożyjesz 

wystarczająco długo. 

- Ludzie biedni, jak ja, zwykle umierają, zanim zostaną dziadkami - odparł Wasilij. 

Nietrudno było zrozumieć jego rozgoryczenie. W znacznym stopniu ponosił winę za 

wybuch buntu. To on podburzył marynarzy. Ale nie zamierzał brać odpowiedzialności za to, 

ż

e wypadki potoczyły się inaczej, niż planował. 

Winę za to ponosił kto inny. 

Wasilij chciał jak najlepiej. 

background image

Nadal miał jak najlepsze intencje. 

- Dobrze, płyń do nich - zwrócił się po chwili do Olega, wzruszając ramionami. Czuł, 

ż

e ogarnia go złość. - Powiedz im, że mają wolną rękę. Powiedz im, że dajesz im statki, że 

dajesz im „Raiję” i „Antonię”. Ze mogą popłynąć ku wybrzeżom Norwegii, sprzedać mąkę i 

zażądać gotówki albo wymienić ją na ryby, na które zapewne uda im się znaleźć kupców w 

drodze powrotnej nad Morze Białe. Ponieważ tutaj nikt nawet nie tknie tego, z czym wrócą. 

Tutaj zostaną aresztowani, każdy z nich, gdy tylko postawią stopę na lądzie. Niezależnie od 

tego, czy to będzie jutro, czy po rejsie do Finnmarku. Może zrozumieją, jeżeli im dość jasno 

wytłumaczysz. Wyjaśnij im, jaka przyszłość czeka ich żony i dzieci, kiedy na zimę zostaną 

wyrzucone z domów. Postaraj się krzyczeć głośniej niż Walentin, który teraz nimi dowodzi, 

na  pewno  cię  wysłuchają.  Być  może  kilku  przejdzie  na  twoją  stronę,  może  kogoś  jeszcze 

wyrzucą za burtę, być może na pokładzie nie zostanie już wielu. 

- Zamierzałeś im to wszystko powiedzieć? 

Wasilij wzruszył ramionami. 

Oleg  niestety  nie  pojmował,  do  jakich  środków  należy  się  uciekać.  Natomiast  Raija 

dobrze zdawała sobie sprawę, że w sporach takich jak ten trzeba posłużyć się podstępem. 

-  Masz  rację,  że  by  mnie  wyśmiali  -  odparł  Wasilij.  -  Wcale  się  nie  palę  do  takiej 

rozmowy. Poczekam, aż ty im to powiesz. Na wszelki wypadek powtórzę, żebyś zapamiętał. 

Myślę,  że  to  podziała.  Zresztą  możesz  użyć  argumentów,  jakich  tylko  chcesz.  To  ty  jesteś 

właścicielem statków, a nie ja. Nawet nie zamierzam zostać kapitanem. Już nie. To był piękny 

sen, dopóki pozwoliłeś mi śnić. Już prawie się zdecydowałem przyjąć twoją propozycję, już 

zacząłem  się  cieszyć.  Możesz  chłopakom  powiedzieć  i  o  tym,  co  straciłem...  Z  tego  także 

będą się śmiać. 

- Nie zapominaj, kto to wszystko zaplanował! Wasilij długo przyglądał się Olegowi. 

- Nigdy mi się nie uda wyrzucić tego z pamięci. Sprawy zaszły za daleko. Nikt zresztą 

nie pozwoli mi zapomnieć. 

Oleg  nic  nie  odpowiedział.  Mógłby  obiecać,  że  nie  zamierza  oddać  Wasilija  w  ręce 

władz, ale nie uczynił tego. 

Wasilij  spojrzał  na  Raiję.  Skinął  lekko  głową,  widząc  jej  pytające  spojrzenie. 

Zapewnił  ją,  że  to  tylko  gra.  Podobnie  jak  Raija  był  przekonany,  że  musi  istnieć  jakieś 

wyjście. Tak jak ona nie chciał, żeby polało się więcej krwi. 

Na  swój  sposób  oboje  martwili  się  o  tych  samych  ludzi.  Choć  Raija  nie  była  żoną 

prostego marynarza, nie stała też po drugiej stronie. 

background image

Było  w  niej  coś  takiego,  co  kazało  Wasilijowi  wierzyć,  że  sama  zaznała  i  głodu,  i 

cierpienia. Oleg twierdził, że straciła pamięć. Być może to dla niej dobrze. 

-  Wyjdę  do  portu  popatrzeć,  jak  odpływasz  -  rzekł  Wasilij.  Miał  nadzieję,  że  Raija 

domyśli się, że i ona powinna za nim podążyć. - Ubierz się ciepło - rzucił w powietrze. - Na 

morzu w nocy jest bardzo zimno. 

- Zapominasz, że większą część życia spędziłem na wodzie - odparł Oleg sucho. - To 

nie pierwsza moja wyprawa, nie jestem przecież szczurem lądowym. Morze to mój żywioł... - 

Zamilkł, a po chwili dodał: - Przykro mi, Wasilij, przykro mi z powodu tego, co się dzieje. 

Bardziej  niż  tobie.  Myślę,  że  mam  prawo  tak  powiedzieć.  Ale  to  nie  ja  wznieciłem  bunt. 

Nawet nie wiesz, jak bardzo pragnąłbym cofnąć bieg wydarzeń, ale to nie leży w mojej mocy. 

Ja także wiele tracę. 

- To prawda, dla  ciebie  też nie będzie tu zajęcia - przyznał Wasilij, uśmiechając się 

krzywo. W tym uśmiechu nie było radości. - Ale kraj jest duży - dodał. Coś przecież musiał 

powiedzieć. - A może mimo wszystko uda się jakoś zażegnać niebezpieczeństwo? 

Nie uzyskał odpowiedzi. Zresztą wcale się jej nie spodziewał. Myślał o tym, że musi 

jak najszybciej dostać się na nabrzeże i zdobyć jakąś łódź. Szybką, niedużą żaglówkę. 

Bykowa jest niesamowitą kobietą! 

Wasilij pokładał w niej ostatnią nadzieję. Jeśli się nie uda, on może już nie wracać do 

Archangielska.  Nikt  inny  poza  Dagniją  nie  będzie  za  nim  tęsknił.  Minie  też  trochę  czasu, 

zanim bratowa się zorientuje, że odszedł na zawsze, bo nigdy nie zostawał długo w domu. 

background image

Raija nie marnowała czasu. Ledwie nieduży frachtowiec Olega rozwinął żagle, a ona 

już pojawiła się w porcie. 

Wasilij uznał, że to godne podziwu. 

- Czy na pewno wytrzyma? - spytała, stojąc na stopniu nabrzeża. Wasilij dosłyszał w 

jej głosie niedowierzanie. Domyślił się, że Raija się boi, chociaż robiła co mogła, żeby tego 

po sobie nie pokazać. 

- Miejmy nadzieję - drażnił się z nią Wasilij, wyskakując na brzeg. Jego pomocnik stał 

milczący na pokładzie. - Rybacy wypływają  w tych łodziach na połowy  - uspokoił Raiję. - 

Dalej niż my się dziś wybieramy. Od tych łodzi zależy ich życie. 

- Wygląda, jakby została zszyta z kawałków - zauważyła Raija. 

Spostrzeżenie okazało się całkiem trafne - przy budowie małych rosyjskich łodzi nie 

używano zbyt wielu gwoździ, ale mimo to były bardzo trwałe. 

- Obiecuję ci, że dopłyniemy - zapewnił Wasilij. Raija nie pytała, czy łódź wytrzyma 

również powrotną drogę, ponieważ nie wiedziała, czy wróci. 

- Czy kobieta, która zajęła się dziećmi, wie, dokąd się wybierasz? 

Raija skinęła głową. 

- Jak zareagowała? 

- Uważa, że słusznie robię - odparła Raija. - Mimo to prosiła, żebym została. 

- Chyba tylko druga kobieta jest w stanie cię pojąć - mruknął Wasilij pod nosem. 

- Jest żoną, matką, siostrą. Rozumie, że tu chodzi o ludzkie życie, a ludzkie życie jest 

ś

więte - rzekła Raija z przekonaniem. 

-  Gdyby  kobiety  mogły  być  kapłanami,  doskonale  byś  się  nadawała  -  stwierdził 

Wasilij z krzywym uśmiechem. 

Wyciągnął ku niej niezupełnie czystą dłoń. Nie chwycił jej za rękę, czekał, aż sama się 

przytrzyma. 

- Jesteś gotowa? - spytał. 

Raija  napotkała  spojrzenie  oczu,  które  barwą  przypominały  morze.  Ścisnęła  palce 

Wasilija. Wiedziała, że przy nim jest bezpieczna. 

- Nie patrz w wodę, kiedy będziesz wchodziła na pokład - ostrzegł. - I nie wpadaj w 

panikę, żeby nie rozkołysać łodzi. To nie ciężki statek, moja miła, ta żaglówka zachowuje się 

na falach raczej jak skorupka jajka. 

background image

- Masz niezwykły dar uspokajania - rzuciła sucho, lecz zamknęła oczy i zdała się na 

Wasilija.  Pozwoliła,  by  pomógł  jej  wsiąść  do  tej  skorupki,  o  którą  się  postarał.  Dała  się 

prowadzić niczym ślepiec. 

Przerażona  poczuła,  że  nagle  cały  świat  się  przekrzywia.  Szeroko  otworzyła  oczy. 

Przestała panować nad sobą. Zachwiała się, zrobiło jej się słabo. Zatoczyła się i odruchowo 

wczepiła palce w kurtkę Wasilija. Poczuła ciało pod grubym, wełnianym materiałem. 

Wasilij objął ją na moment. Usłyszała jego przyspieszony oddech. 

Po  chwili  zdecydowanie  odsunął  ją  od  siebie,  jakby  wolał  zachować  bezpieczną 

odległość. 

- Spokojnie - powiedział cicho. - Nie trać głowy! Musisz usiąść... 

Usłuchała. Było jej niedobrze. Miała ochotę zwymiotować, ale na szczęście przez cały 

dzień ze zdenerwowania prawie nic nie jadła. 

Kiedy  usiadła,  poczuła  się  trochę  lepiej.  Zadrżała  z  zimna,  choć  ubrała  się  ciepło  - 

odgadła intencje Wasilija, zrozumiała, że kiedy się żegnał z Olegiem, mówił do niej. 

Być  może  powinna  była  włożyć  spodnie,  ubrać  się  jak  mężczyzna,  ale  coś  ją  przed 

tym powstrzymało. 

Szczelniej  otuliła  się  podszytą  futrem,  czarną  peleryną,  cała  się  w  niej  ukryła. 

Pożyczyła  ją  od  Toni,  bo  nie  miała  już  swojej,  tej,  którą  pamiętali  marynarze  z  „Sankt 

Nikołaja”. Jej własna peleryna była tak zniszczona, że nie chroniła już przed chłodem. W do-

datku rozdarła się i Raija uznała, że nie ma sensu jej łatać. Kupiła sobie niebieski płaszcz. 

Jednak zapamiętano ją w czarnej pelerynie. Sama nie potrafiła przywołać w pamięci 

ż

adnych  obrazów  z  tamtego  czasu.  To,  co  się  wydarzyło  na  pokładzie  „Sankt  Nikołaja”, 

brzmiało jak bajka. 

Być może teraz, kiedy znowu znajdzie się na statku w roli miłosiernego Samarytanina, 

coś sobie przypomni? 

Nie  wiedziała,  czy  będzie  w  stanie  pomóc,  ale  musi  przynajmniej  spróbować. 

Marynarze pokładali w niej nadzieję, prosili, by przypłynęła. 

Widziała,  jak  Wasilij  odwiązał  cumę,  jak  wiosłuje,  by  odbić  trochę  od  nabrzeża. 

Dopiero w pewnej odległości od brzegu mogli rozwinąć żagiel. Raija miała nadzieję, że wiatr 

jest  wystarczająco  silny  i  że  szybko  znajdą  się  u  celu.  Nie  wiedziała,  co  ją  tam  czeka,  ale 

pragnęła już być na miejscu. 

-  Kto  to  jest?  -  spytała  Wasilija,  kiedy  przekazał  wiosła  swemu  pomocnikowi  i 

podszedł do niej, trzymając w ręku czerpak. 

background image

- Można na nim polegać - odparł, siadając w kucki. Przesunął dłońmi po pokładzie. Z 

zadowoleniem stwierdził, że łódź nie nabiera zbyt szybko wody. Czerpak na razie nie będzie 

potrzebny. 

Jeszcze nie. 

- To jeden z tych, którzy znaleźli się na czarnej liście. Obiecałem mu zapłatę. 

Raija skinęła głową. 

- Jewgienij doda też jakiś grosz od siebie - zapewniła, jakby przewidziała wszystkie 

ewentualności. 

Wasilij usiadł obok. 

- Spotkasz się na „Antonii” z Walentinem - rzekł. - Chciałbym cię na to przygotować. 

- Czy to on zamierza przejąć dowodzenie na statku? 

Wasilij  skinął  ponuro.  Jego  twarz  pociemniała,  spuścił  wzrok.  Przez  chwilę 

zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  opisać  tego  mężczyznę,  którego  uważał  za  najnie-

bezpieczniejszego spośród zbuntowanych marynarzy. 

- Uważam, że Walentinowi na pewno uda się odebrać kapitanowi władzę, ponieważ 

jest urodzonym przywódcą, a przy tym posiada niezwykły dar przekonywania. Ale jest także 

jednym  z  najbardziej  bezwzględnych  ludzi,  jakich  znam,  a  wierz  mi,  spotkałem  już  bardzo 

wielu. - Wasilij wciągnął powietrze. - Jako pierwszy przywita cię na pokładzie, mogę cię o 

tym  zapewnić.  I  jest  chyba  jedynym  spośród  załogi,  przed  którym  musisz  się  mieć  na 

baczności. Którego naprawdę musisz się obawiać, ponieważ ten człowiek jest nieobliczalny... 

- Znasz go dobrze? - spytała Raija. Wasilij zamilkł. 

- Znam go od dziecka - rzekł i spojrzał jej w oczy. - Walentin jest moim stryjecznym 

bratem. Często bywaliśmy u siebie domu. Życie i jego nie rozpieszczało. Bieda sprawiła, że 

stałem się zgorzkniały, ale nie straciłem do reszty człowieczeństwa. Walentin natomiast wcale 

nie przejmuje się innymi. Możesz mi wierzyć lub nie, ale to człowiek bez serca. 

- Myślisz, że go rozpoznam? Wasilij skinął głową. 

-  Niezależnie  od  tego,  czy  przejął  dowództwo  na  pokładzie,  czy  nie,  będzie  się 

wyróżniał  spośród  pozostałych.  Jest  do  mnie  bardzo  podobny.  Ma  tylko  nieco  jaśniejsze 

włosy i trochę więcej lat. 

Wasilij uśmiechnął się smutno, przywołując odległe wspomnienie. 

-  Ludzie  nie  wierzyli  własnym  oczom,  kiedy  widzieli  mnie  i  Walerija  razem  jako 

dzieci. Ale kiedy obok pojawiał się jeszcze Walentin, wielu sądziło, że wypiło zbyt dużo... 

Wciągnął powietrze. Patrzył przez chwilę na Raiję. Wystraszyła się tego, co odczytała 

w jego twarzy, jednak nie umknęła wzrokiem. 

background image

-  Gdyby  istniało  jakieś  inne  rozwiązanie  -  rzekł  ciężko  Wasilij  -  wybrałbym  je  bez 

wahania. Pamiętaj o tym. Gdyby istniała inna możliwość, nigdy, przenigdy nie popłynąłbym z 

tobą, nawet gdybyś błagała mnie na kolanach. Jednak sądzę, że w ten sposób uda się nam coś 

osiągnąć. Muszę wierzyć, że Walentin cię nie skrzywdzi. 

Raija  zamrugała.  Zapiekły  ją  oczy.  Trzęsła  się  z  zimna  -  wiatr  przenikał  przez 

wszystkie warstwy ubrania, nie pytał o pozwolenie. 

-  Będzie  się  przechwalał,  że  zabił  -  mówił  dalej  Wasilij,  nie  spuszczając  z  Raiji 

wzroku.  Zaciskał  dłonie  na  rączce  czerpaka,  jakby  miał  zamiar  ją  złamać.  -  I  wcale  nie 

dlatego, żeby udawać śmiałka. Naprawdę popełnił morderstwo. Zdołał jednak uniknąć kary, 

ponieważ niczego mu nie udowodniono. Walentin jest wyjątkowo brutalny, gdy sobie wypije, 

ale i bez tego potrafi uderzyć. Kiedy bije, jego oczy stają się niebezpiecznie zimne. Ogarnia 

go gniew, ale wie, co robi, nie traci panowania nad sobą. Chełpi się swoją siłą. Nie prosi o 

wybaczenie, kiedy uderzy, ponieważ nigdy nie uważa, że zrobił coś złego... 

- Co za miły człowiek - mruknęła Raija. Nie chciała, by słowa Wasilija napełniły ją 

lękiem  i  odwiodły  od  podjętej  decyzji,  jednak  ogarnął  ją  strach.  Zadrżała  na  samą  myśl  o 

Walentinie. 

- To też - rzekł smutno Wasilij, jakby nie dosłyszał drwiny w jej głosie i nie zrozumiał 

ponurego żartu. Jego wzrok rzadko bywał równie poważny.  - Walentin potrafi również być 

uroczym człowiekiem. Bywa tak uroczy, że gdyby chciał, zdołałby oszukać samego świętego 

Piotra  i  przekonał,  by  ten  wpuścił  go  do  nieba.  Jednak  tuż  pod  warstwą  wdzięku,  który 

błyszczy  i  oślepia,  tkwi  zło.  Walentin  sam  decyduje  o  tym,  kiedy  wydobyć  je  na  światło 

dzienne. Zawsze sięga po nie świadomie. 

- Nikt nie jest aż tak zły - zauważyła Raija. 

-  Walentin  jest  -  odparł  Wasilij.  -  Jeśli  przyjąć,  że  zło  jest  czarne,  a  dobro  białe,  to 

większość  z  nas  jest  szara.  Nigdy  nie  spotkałem  nikogo,  kto  byłby  czysty  jak  lilia,  nawet 

jednego kryształowego człowieka, nikt nie jest tak dobry. Ludzie są przeważnie tacy jak ja: 

bardziej lub mniej szarzy. Również pani nie jest nieskazitelnie biała, pani Bykowa. Ma pani 

jeden  z  jaśniejszych  odcieni  szarości,  jednak  nie  jest  pani  jak  świeży  śnieg...  Ale  znam 

człowieka, który jest zły jak sam diabeł. Raija musiała się uśmiechnąć. 

- To zapewne on? 

-  Walentin  -  przyznał  Wasilij  ponuro.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz  go 

prowokować. - Zamilkł na długo, zanim dodał: - Obawiam się, że potraktuje twoją obecność 

jak wyzwanie. 

- Mam nóż ukryty pod spódnicą - wyznała Raija. - Nie zawaham się go użyć. 

background image

- Nie jestem wcale pewien, czy zdążysz - ostrzegł Wasilij. 

- Czyżbyś sądził, że Walentin będzie chciał mnie zgwałcić? 

Wasilij odwrócił się. Raija nie mogła zobaczyć, jak z bezsilności mocno zacisnął palce 

na rączce czerpaka, usłyszała tylko trzask drewna. 

-  Ciężko  mi  to  przyznać,  ale  muszę  cię  ostrzec  -  potwierdził.  -  On  jest  zdolny  do 

wszystkiego. Nie pomoże nawet to, że jesteś żoną właściciela. Wręcz przeciwnie, Walentin 

potraktuje cię jak pikantną przyprawę, której jeszcze nie próbował. Nie sądzę, by chciał cię 

zabić, ale boję się, że mógłby... 

- Mimo to pozwalasz mi tam popłynąć? 

- Znam dobrze ludzi na pokładzie - odparł z westchnieniem. - Znam ich żony, dzieci. 

W Archangielsku przybyłoby wiele mogił, gdybyśmy musieli ich wszystkich pochować... 

-  To  prawda  -  przyznała  Raija.  -  Dobrze,  że  przynajmniej  jesteś  ze  mną  szczery, 

Wasilij. Nietrudno byłoby przemilczeć prawdę o Walentinie. 

- Tak, mógłbym ci tego nie mówić - przyznał. - Ale nie potrafiłem. 

Ś

witało, kiedy dotarli do statków. Nawet o tak wczesnej porze morze i niebo barwiły 

się wieloma kolorami. 

Zanosiło się na słoneczny dzień, choć zwiastuny mogły okazać się złudne. 

Niebo  było  krwistoczerwone,  a  czerwieniące  się  poranki  oznaczały  zwykle  płaczące 

wieczory. 

Wasilij łudził się nadzieją, że barwa nieba nie zapowiada rozlewu krwi.  Odsunął od 

siebie tę myśl. Do takich znaków przywiązywano może wagę w dawnych czasach, ale on nie 

wierzył ani w bogów, ani w diabły. 

Ranek  był  czerwony  i  tyle.  Więcej  na  ten  temat  nie  można  powiedzieć.  Słońce 

wydawało  się  białe  w  samym  sercu,  ale  chętnie  rozdawało  najcieplejsze,  najgorętsze 

pocałunki  marszczącemu  się  morzu.  A  niebo  bez  cienia  wstydu  wykradało  czerwień. 

Przystrajało się w nią, skrywało się w niej. Tylko kilka płynących obłoków zachowało swą 

białą  barwę,  jedynie  na  postrzępionych  brzegach  lekko  się  zaróżowiły.  Delikatne  koronki 

znikające w ciągu dnia. 

Raija i Wasilij nie widzieli już lądu, skrywał się za horyzontem, niezależnie od tego, w 

którą zwrócili się stronę. To napawało lękiem. Człowiek wydawał się taki samotny. Morze i 

niebo czyniły wszystko, by go oszukać, by kazać mu wierzyć, że nic poza tym nie istnieje, by 

wywołać wrażenie, że ląd jest tylko wymysłem. 

-  Jak  znajdziesz  drogę?  -  spytała  Raija,  przytłoczona  bezkresną  wodną  przestrzenią. 

Bała się, lecz jednocześnie zachwycała wspaniałym widokiem. 

background image

- Bądź spokojna, trafię - rzekł Wasilij z uśmiechem. Widać, że był zmęczony, ale jego 

oczy  pozostały  czujne.  -  W  nocy  drogę  pokazują  nam  gwiazdy.  Mamy  też  specjalne 

przyrządy. To żadne czary, nic niezwykłego. 

- Ja bym tu zginęła - wyznała. 

-  Nie  wszyscy  są  stworzeni  do  życia  na  morzu  -  odparł,  powtarzając  ogólnie  znaną 

prawdę. - Ja zostałem do tego stworzony. 

Po  jakimś  czasie  wyraźnie  ujrzeli  oba  statki  stojące  na  kotwicy.  Mogli  je  od  siebie 

rozróżnić. Dostrzegli sylwetki marynarzy na pokładzie. 

Wszyscy  troje  płynący  niewielką  łupiną  wiedzieli,  że  czas  już  upłynął,  że  tego  dnia 

„Antonia” i „Raija” wyjdą na spotkanie nowemu losowi. 

Ani  Raija,  ani  Wasilij  nie  wierzyli,  by  Olegowi  udało  się  dojść  do  porozumienia  z 

buntownikami. Z piratami. 

Raija wolała nazywać ich buntownikami. 

Określenie  to  wydawało  się  jej  odrobinę  mniej  dosadne.  Uważała,  że  buntownikami 

mogą stać się uczciwi, szarzy ludzie, których boi, gorycz, nędza popchnęły do ostateczności. 

Po  drodze  nie  spotkali  frachtowca.  Niemożliwe,  by  aż  tak  bardzo  go  wyprzedzili  - 

stateczek Olega miał więcej żagli, szybciej się poruszał. Chociaż Wasilij zapewnił Raiję, że 

obrał o wiele krótszy kurs, że popłynęli bliżej lądu, wiatr im sprzyjał i dzięki temu osiągnęli 

dobrą prędkość, nie sądziła, by dotarli wcześniej niż frachtowiec Olega. 

- Gdzie jest Oleg? - spytała. Bała się o niego. Czuła, że być może pomyliła się co do 

marynarzy. Ogarnął ją strach, pomyślała, że mogli zrobić mężowi Toni coś złego, zranić go, 

zabić... 

Zagarnęli dwa statki, dlaczego nie mieliby przejąć również trzeciego... 

-  Zakotwiczył  w  zacisznym  miejscu,  między  „Raiją”  i  „Antonią”  -  odparł  Wasilij 

głosem  tak  spokojnym,  jakby  nie  istniały  żadne  powody  do  obaw,  jakby  sam  wcale  się  nie 

bał.  Jednak  Raija  zauważyła,  że  jeden  jego  policzek  drgał.  Dostrzegła,  jak  czujne  są  jego 

oczy,  jak  zdecydowanie  zacisnął  usta,  zagryzł  zęby,  mocno  chwycił  za  burtę  łodzi.  -  Nie 

musisz się obawiać o Olega - uspokoił Raiję, unikając jej wzroku. Nie patrzył na nią. Odkąd 

zrobiło się widno, odwracał wzrok. Za wszelką cenę starał się nie napotkać jej spojrzenia. Za-

jął się wiosłowaniem, zdawał się tym całkiem pochłonięty. Wydawał polecenia ostrym tonem. 

Raija nie brała sobie tego do serca, w każdym razie nie chciała. 

Nie mogła przecież nazwać Wasilija przyjacielem. 

- Na frachtowcu mają broń. 

background image

- Kłamiesz! - Raija chciała wstać, lecz przypomniała sobie, że grozi to wywróceniem 

łódki, i została na miejscu. Uniosła tylko jak najwyżej głowę, by lepiej widzieć statki. Starała 

się też dojrzeć łódź Olega. 

-  Stąd  zobaczysz  tylko  maszt  -  oznajmił  Wasilij  obojętnym  tonem.  -  Oleg  nie  jest 

głupcem  -  mówił  dalej.  -  Byłoby  naiwnością  nie  przygotować  się  na  atak  ze  strony 

buntowników i wyruszyć zupełnie bez zabezpieczenia. Jednak Oleg nigdy pierwszy nie użył-

by  siły.  Nie  jest  taki.  Właściwie  bardzo  różni  się  od  innych  armatorów.  Bardziej  mi 

przypomina zwykłego marynarza. 

Raija pomyślała, że Wasilij dobrze zna Olega. 

Nie  odezwała  się  więcej,  dopóki  nie  zbliżyli  się  do  statków.  Teraz  mogli  zobaczyć 

wszystkie trzy. 

Wasilij  wmanewrował  między  frachtowiec  a  „Antonię”.  Statek  wznosił  się  obok 

niczym  skała  wystająca  z  morza.  Przestrzeń  dzieląca  go  od  ich  skorupki  wydawała  się 

nieskończona. 

Raija wiedziała, że musi ją pokonać. 

Zauważono ich. Na „Antonii” wzdłuż burty zgromadzili się mężczyźni. 

Raija  pochyliła  głowę  i  splotła  dłonie.  Modliła  się  w  duchu,  jednak  sama  nie  była 

pewna, do kogo kieruje swe prośby. 

-  Możesz  pomodlić  się  do  świętego  Mikołaja,  by  miał  cię  w  swej  opiece  -  rzekł 

Wasilij.  W  jego  słowach  można  by  się  doszukać  odrobiny  czułości,  jednak  Raija  tego  nie 

zauważyła, ledwie dosłyszała, co powiedział. 

- Do diabła, kobieto! Nie wolno ci się do tego mieszać! 

Raija spojrzała w górę. 

Zobaczyła twarz Olega - jasną plamę pod ciemnymi włosami. Nie potrafiła rozróżnić 

poszczególnych  rysów,  ponieważ  fale  rzucały  jej  łódką  mocniej  niż  dużo  cięższym 

frachtowcem, który kołysał się w zupełnie innym rytmie. 

-  To,  co  chcesz  zrobić,  to  samobójstwo!  -  wrzeszczał  Oleg.  Raija  bez  trudu  się 

zorientowała, że jest wściekły. On również na pewno się bał. Miała nadzieję, że nikt poza nią 

tego nie spostrzegł. 

- Co my tu mamy? - rozległ się dużo bliżej jakiś inny  głos, dochodzący ze statku. - 

Właściciel  powiadomił  nas,  że  nie  mamy  co  liczyć  na  pomoc  dla  naszych  rannych  ani  na 

jakikolwiek inny przejaw litości. Czyżby się mylił? 

- Raija! Prędzej cię zastrzelę, niż pozwolę ci wejść na pokład! - krzyknął Oleg. 

background image

Raija wstała. Omal nie upadła, lecz na szczęście Wasilij był obok i ją podtrzymał. Nad 

nimi rozległ się śmiech. Raiji zrobiło się niedobrze. 

-  Pomyliliśmy  się  co  do  Wasilija!  -  zawołał  któryś  z  marynarzy.  -  Przywiózł  nam 

zakładnika pierwszej klasy! Wasilij, chodź do nas! Bierz ze sobą kobietę i właź na pokład! 

Zrzucili sznurową drabinkę. 

Raija usłyszała, jak drabinka uderza o burtę statku, zobaczyła, jak jej koniec zanurza 

się w wodzie, jak fale kołyszą nią tam i z powrotem. 

Miała wejść na górę po chybotliwych szczebelkach. 

Przełknęła. 

Wasilij  mocno  chwycił  ją  za  łokieć.  Stał  blisko,  dodawał  otuchy.  Gdyby  Raija  nie 

słyszała jego oddechu, dałaby się zwieść i mogłaby pomyśleć, że jest całkiem spokojny. Że 

mu wszystko jedno. 

Teraz wiedziała lepiej. 

Wasilij grał dobrze swą rolę. Oszukał nawet tych, którzy sądzili, że go dobrze znają. 

Przede wszystkim zaś starał się przechytrzyć kogoś, kto kiedyś był mu bliski. 

Raija  domyśliła  się,  że  miękki  jak  jedwab  głos,  który  doszedł  ją  przed  chwilą  znad 

burty „Antonii”, to głos Walentina. 

Nie  spojrzała  w  górę.  Nie  poznała  jeszcze  jego  twarzy.  W  końcu  będzie  jednak 

musiała spotkać się z tym człowiekiem. Zmierzyć z nim swe siły i odwagę. Musiała wierzyć, 

ż

e jest od niego silniejsza. 

Bała się. Miała sucho w ustach i drżała z zimna, ale przecież nie przypłynęła tu po to, 

ż

eby zdradzić się ze swą słabością. 

Powoli  podniosła  wzrok.  Przełknęła  kilka  razy,  by  się  upewnić,  że  wydobędzie  z 

krtani głos. 

-  Słyszałam,  że  ktoś  mnie  tu  potrzebuje!  -  krzyknęła.  -  Słyszałam  też,  że  moje 

przybycie oznacza dla nas trzy dodatkowe dni! 

-  Pewnie,  że  trzeba  nam  tu  kobiet!  -  usłyszała  w  odpowiedzi.  -  Czujemy  się 

zaszczyceni, że żona właściciela chce się z nami zabawić. 

Nowa salwa śmiechu. 

Raiję ogarnęła złość. 

Myśleli  pewnie,  że  ją  upokorzyli,  ale  mylili  się.  Czuła  się  silna.  Czuła,  że  owa  siła 

płynęła z jej wnętrza. Poczuła gorąco aż po czubki palców, po cebulki włosów. Zawrzało w 

niej, odniosła wrażenie, że cała płonie. 

background image

Na  policzki  wystąpiły  jej  rumieńce,  a  oczy  stały  się  czarnymi,  rozżarzonymi 

węgielkami. Wokół całej postaci pojawiła się dziwna jasność - niesamowita, nieziemska. 

- Czy któryś z was był na „Sankt Nikołaju”? - spytała. Nie starała się podnosić głosu, 

lecz mimo to ją słyszeli. 

-  Jest  wiele  „Sankt  Nikołajów”  -  odparł  ów  miękki  głos,  przed  którym  musiała  się 

mieć na baczności. 

Raija zobaczyła teraz Walentina wyraźnie. Poczuła się tak, jakby otrzymała silny cios. 

Zaparło  jej  dech.  Gdyby  Wasilij  nie  stał  obok  i  jej  nie  podtrzymywał,  pomyślałaby,  że  ów 

mężczyzna na pokładzie to właśnie on. 

Tak byli podobni. 

Niebezpieczny buntownik miał już twarz. 

- Widzieliście, jak zagrodziłam drogę śmierci? - spytała, ignorując Walentina. 

Nie dobierała słów, po prostu padły. Przez krótką chwilę Raija bardziej obawiała się 

samej siebie niż Walentina - tego, co sama zrobi, a nie tego, co jemu może przyjść do głowy. 

- Pamiętamy - odezwał się ktoś cicho. Raija nie potrafiła odgadnąć, kto to powiedział, 

ponieważ całą swą uwagę kierowała ku mężczyźnie, który teraz przewodził na statku. 

- Nie zdobyłeś „Antonii” bez użycia przemocy - rzekła, zwracając się do Walentina, 

dając do zrozumienia, że wie więcej, niż było w istocie, jakby mogła jakimś cudem zobaczyć 

wszystko, co wydarzyło się na pokładzie. 

Nic nie zaszkodzi, jeśli buntownicy poczują się trochę niepewnie, choć właściwie nie 

sądziła,  by  udało  jej  się  wprawić  ich  przywódcę  w  zakłopotanie.  Za  to  reszta  załogi  z 

pewnością wierzyła w zabobony. 

Raija uznała więc, że może to wykorzystać. 

- Jestem kobietą w czarnej pelerynie. To mnie udało się dokonać tego, co nie udało się 

nikomu  na  „Sankt  Nikołaju”.  Beze  mnie  Jewgienij  utonąłby  we  własnej  krwi,  otoczony 

swymi dzielnymi towarzyszami. 

Teraz  przypomniała  sobie  Jewgienija  i  krew.  Przypomniała  sobie  pokład  i  stopy 

zgromadzonych  wokół  marynarzy.  Ujrzała  wyraźnie  czarne  poły  swego  okrycia,  jak  wtedy 

kiedy uklęknęła obok rannego. Wydało jej się, że czuje na rękach krew... 

Przeżyła to naprawdę. 

Przypomniała sobie. 

- Mogę uratować twoich rannych - powiedziała z pewnością siebie, która wprost z niej 

emanowała. 

Ranek pojaśniał, ale niebo pozostało czerwone. 

background image

Raija  stała  w  swej  czarnej  pelerynie  na  tle  owej  czerwieni,  drobna  i  wyprostowana. 

Wasilij podtrzymywał ją, ale ludzie jakby go nie dostrzegali. 

Zapomnieli  niemal  o  tym,  że  Raija  jest  żoną  Jewgienija  Bykowa,  współwłaściciela 

statków. 

Dla nich była niezwykłą kobietą w czarnej pelerynie. 

Czarne  włosy  falowały  na  wietrze.  To  sprawiało,  że  wydawała  się  jeszcze  bardziej 

nieziemska. 

Patrząc na nią, można by naprawdę uwierzyć, że została zesłana przez niebiosa i jest w 

stanie dokonać cudu. 

Podmuchy wiatru wdzierały się pod ubranie, ostudziły falę gorąca. Raija nieporuszona 

czekała na odpowiedź Walentina. 

- Nie wolno ci, Raija! - krzyczał Oleg. - Czy nie masz za grosz rozsądku? Pamiętaj o 

dziecku, Raija! 

Odwróciła się na krótko. Odnalazła spojrzeniem oczy przyjaciela, popatrzyła na niego, 

lecz nie odezwała się ani słowem. 

Oleg stanął plecami do statku i do niej. Bezsilny ukrył twarz w dłoniach. 

- Za to, że ją sprowadziłeś, zasłużyłeś na wybaczenie, Wasilij - rozległ się z góry głos. 

- Możesz wrócić na pokład. 

- Ta kobieta prosi o trzy dodatkowe dni - rzekł Wasilij. - Wiem, że to nie ty złożyłeś 

taką obietnicę, Walentin, ale co ci szkodzi się na to zgodzić? 

- Czy mi się zdaje, czy ten chłopak nadal trzyma stronę właścicieli? Jesteś z nimi czy z 

nami, Waśka? 

Walentin chciał ubliżyć Wasilijowi, zwracając się do niego w sposób, w jaki wabi się 

zwierzęta. Wasilij nawet nie drgnął. 

-  Trzy  dni  -  powiedział.  -  Albo  będziesz  musiał  wyprawić  swoim  rannym  mokre 

pogrzeby. 

- Jurków! - krzyknął Walentin. - Słyszysz mnie, Jurków? 

Oleg odwrócił się powoli w stronę własnego statku, w stronę mężczyzny, którego sam 

na nim zatrudnił. Zastanawiał się, czy jest bliźniaczym bratem Wasilija. Byli tak podobni, że 

można by ich pomylić. 

-  Kupiła  wam  trzy  dni,  ale  żądania  pozostają  te  same.  Jeżeli  ich  nie  spełnicie, 

pamiętajcie, że ją mamy. 

-  Ani  się  ważcie  ją  ruszyć!  -  zagroził  Oleg.  Odpowiedział  mu  szyderczy  śmiech. 

Pomocnik Wasilija podpłynął łodzią bliżej statku. 

background image

Wasilij stał obok Raiji. 

- Mogę pójść z tobą - zaproponował cicho. Raija napotkała jego wzrok. Wiedziała, że 

ma  dobre  intencje,  że  chce  ją  chronić.  Uważał,  że  spoczywa  na  nim  odpowiedzialność  nie 

tylko dlatego, że Walentin jest jego krewnym. - Pozwolą mi wejść na pokład. 

Potrząsnęła głową. 

-  Walentin  bez  wahania  mógłby  się  ciebie  pozbyć  na  zawsze.  Sam  mówiłeś,  że  jest 

bezwzględny. 

- Na nikogo nie będziesz mogła liczyć. Skinęła głową. Zdawała sobie z tego sprawę. 

Mimo że na pokładzie było kilku marynarzy z „Sankt Nikołaja”, nie mogła się spodziewać, że 

zechcą stanąć w jej obronie. 

Będzie zdana tylko na siebie. 

Ale czuła się dziwnie silna, pokrzepiona świadomością, że uratowała życie Jewgienija. 

Do  tej  pory  zawsze  trochę  w  to  powątpiewała.  Teraz  wreszcie  przypomniała  sobie  tamte 

wydarzenia i stały się jej własnym wspomnieniem. 

Zdała sobie sprawę, że posiada coś niezwykłego, jakąś przedziwną siłę, która i teraz 

się ujawniła. 

Zamierzała wziąć udział w tej niebezpiecznej grze. 

- Muszę iść sama - zdecydowała. Wasilij przytrzymywał ją, póki się nie upewnił, że 

mocno chwyciła drabinkę. 

Raija zamknęła oczy. Słyszała pod sobą morze. Zaczęła się wspinać. 

Kiedy dotknęła brzegu burty, złapały ją czyjeś silne ręce. Podniosła wzrok i zajrzała w 

twarz tak bardzo przypominającą twarz Wasilija, że przeszył ją dreszcz. 

-  Witamy  na  pokładzie,  Bykowa  -  rozległ  się  już  jej  znany  miękki  głos.  -  Jestem 

Walentin. Ja tu rządzę. 

background image

- No to kupiłaś im trzy dni - rzekł, mrużąc niebieskozielone oczy. 

Brwi  miał  trochę  ciemniejsze  niż  czuprynę,  podobnie  jak  Wasilij.  Trochę  dłuższe 

włosy, może odrobinę jaśniejsze. Bardziej ostre i wyraziste rysy. Bruzdy na twarzy wyraźniej 

zaznaczone, choć nie mógł być wiele starszy od swego kuzyna. 

- Dlaczego? - spytał. 

Zaprowadził  Raiję  do  kapitańskiej  kajuty.  Z  największą  oczywistością  zasiadł  na 

krześle dowódcy. Cały czas towarzyszyło mu dwóch ludzi. 

- Macie rannych na pokładzie - odparła. - Chciałabym do nich zajrzeć. 

Walentin roześmiał się. 

Inaczej niż Wasilij. Ten śmiech napełniał przerażeniem. 

- Nic ze sobą nie zabrałaś - rzekł z niedowierzaniem. Odchylił się do tyłu na krześle i 

mierzył ją wzrokiem. 

Starał się, by to zauważyła. Chciał, by poczuła się nieswojo, chciał zademonstrować, 

kto tu ma władzę. 

Tego  akurat  nie  musiał  jej  tłumaczyć.  Od  razu  też  dostrzegła,  że  posiadanie  władzy 

wprost go upaja. 

Lubił, gdy innych przenikał dreszcz strachu, kiedy do nich mówił, kiedy  przeszywał 

ich surowym wzrokiem. 

Tak działo się i teraz. Raija nie czuła się zbyt pewnie, nie chciała jednak tego po sobie 

pokazać. Poza tym odkryła w sobie siłę, o której dotąd nie wiedziała. 

Przez  moment  pomyślała  o  swoich  niezwykłych  podróżach  w  marzeniach.  Tak 

właśnie je nazywała od czasu, kiedy Tonią po raz pierwszy określiła te dziwne stany mianem 

podróży. Wydawały się przez to mniej niebezpieczne. 

Wtedy też posiadała tę siłę. 

Wyprawy  były  może  bardziej  rzeczywiste,  niż  by  chciała.  Może  też  coś  po  sobie 

pozostawiły na takie chwile jak ta. 

-  Dlaczegóż  to  żona  Bykowa  zaszczyca  nas  swą  wizytą?  -  powtórzył  Walentin.  - 

Wybacz, ale wprost nie mogę uwierzyć, że robisz to z troski o moich ludzi, o załogę statku. 

Dlaczego przypłynęłaś z moim kuzynem? Co cię z nim łączy? Czy jest twoim kochankiem? 

Wąskie oczy zwęziły się jeszcze bardziej. 

background image

- Był jedynym, który zgodził się mnie tu przywieźć - odparła Raija oburzona. - Nie 

potrafię dobrze pływać. 

-  Masz  cięty  język.  -  Walentin  potarł  ręką  brodę.  Raija  zauważyła,  że  jego  palce  i 

dłonie są szczuplejsze niż Wasilija. - Co dzięki temu zyskasz, Bykowa? 

Mówił  ze  śmiechem  i  drwiną  w  głosie,  z  budzącym  lęk  zadowoleniem  na  twarzy. 

Ponieważ była niczym ptak w klatce, ponieważ miał ją w swej władzy. 

-  Na  lądzie  zostały  kobiety  -  rzekła  podnosząc  głowę.  Nie  bała  się  patrzeć 

Walentinowi  w  oczy,  nie  sądziła,  by  coś  jej  zagrażało.  Przynajmniej  nie  przed  upływem 

trzech dni. Zacznie się bać, jeżeli po tym czasie Oleg nie wróci z wiadomościami, które zado-

wolą tego  człowieka. Ale na razie była pewna, że jej życie jest bezpieczne. - Dzieci. Jeżeli 

wam się nie uda, zapłacą za to kobiety i dzieci. Pomyślałeś o tym? 

Nie  odpowiedział.  Tylko  się  uśmiechnął.  Wyglądało,  jakby  sytuacja  naprawdę  go 

bawiła. 

-  Może  właśnie  o  nich  myślę.  Raija  nie  odezwała  się  więcej,  nie  zamierzała  się 

wysilać, by go przekonać. Nic nie szkodzi, że patrzy na nią z niedowierzaniem, niech nawet 

podejrzewa, że coś knuje. 

- Twoja troska o nieco gorzej sytuowanych jest wzruszająca, Bykowa. 

Nie pytał o nic więcej. Po prostu wstał, równie lekko i zwinnie jak Wasilij. Nietrudno 

było dopatrzyć się podobieństw między kuzynami. 

Niewiele brakowało, a dałaby mu się zwieść. Raija dziękowała w duchu Wasilijowi, 

ż

e ją ostrzegł. Walentin był tak bardzo podobny do Wasilija, że z łatwością przypisałaby mu 

te same cechy charakteru. 

To mogłoby okazać się groźne. 

- Chciałaś zajrzeć do naszych rannych - odezwał się. Raija wyczuła powątpiewanie w 

głosie Walentina, ale brzmiało w nim także wyzwanie. 

- Proszę bardzo. Mam nadzieję, że na coś się przydasz i że naprawdę czegoś dokonasz. 

Krążą o tobie różne pogłoski. Jeśli wierzyć tym, którzy płynęli wtedy na „Sankt Nikołaju” i 

zapamiętali cię niemal jako Matkę Boską. Mam nadzieję być świadkiem jakiegoś cudu. Może 

dzięki temu stanę się pobożnym człowiekiem? 

Roześmiał się. 

Raija poszła za nim wzdłuż burty. Słyszała za sobą kroki dwóch ludzi Walentina. 

Dotarli na dolny pokład statku. Walentin podkręcił lampy, żeby mogła lepiej widzieć. 

Raija zadrżała. 

background image

-  Nie  znalazłeś  innego  miejsca  do  ułożenia  rannych?  -  spytała,  nie  mogąc  ukryć 

oburzenia. 

Wzruszył ramionami. W najmniejszym stopniu nie przejmował się opinią Raiji. 

W  kubryku  zawsze  brakowało  prześcieradeł  i  wszelkiego  wyposażenia  poza 

najbardziej  niezbędnym.  Pomieszczenie  dla  załogi  znajdowało  się  głęboko  pod  górnym 

pokładem, w części pozbawionej dostępu światła dziennego. 

W kapitańskiej kajucie było przytulnie, mogła nawet przypominać dom. 

Kubryk w niczym nie przywodził na myśl domu, chyba że wnętrze najnędzniejszej z 

chat. Raija  wiedziała, że na statkach Olega i Jewgienija panują dużo lepsze warunki niż na 

większości  innych  jednostek.  Wiedziała,  że  załodze  żyje  się  lepiej.  Lecz  mimo  to 

pomieszczenie dla marynarzy, które teraz ujrzała, uwłaczało ludzkiej godności. 

Raiję  przeszedł  dreszcz  na  myśl,  że  Walentin  mógł  ułożyć  tu  rannych,  podczas  gdy 

sam przeprowadził się do kajuty kapitana. To przecież jego towarzysze. 

Nie  przeszkadzało  mu,  że  ci  biedacy  leżą  na  zgrzebnych  workach  i  drelichach 

wypchanych  sianem  w  wilgotnej  i  ciemnej  norze.  Nawet  teraz,  kiedy  podkręcono  lampy, 

musiała natężać wzrok, żeby cokolwiek zobaczyć. 

- Nie wstyd ci? - spytała. 

- To nie mój statek - odparł po prostu. - Powinnaś zadać to pytanie swemu mężowi, 

Bykowa. To jego powinnaś spytać, czy mu nie wstyd. Oto co daje swojej załodze! Właśnie z 

tego żyjesz. Robi wrażenie, co? 

Być może w pewnym stopniu miał prawo tak zapytać. 

- Ci ludzie są ranni! 

- Większość z nich i tak umrze - odparł lekko. - Lepiej, że leżą tutaj, gdzie inni ich nie 

widzą, gdzie Jurków nie może zobaczyć, ilu ludzi straciliśmy. 

A więc tak to tłumaczył. 

Dlatego  ranni  przebywali  w  tym  wilgotnym,  ciemnym  i  zimnym  pomieszczeniu. 

Nieszczęśnikom leżącym w takim miejscu śmierć musi wydawać się wybawieniem. 

-  Czekamy  na  twoje  cuda.  Jeden  niewielki  mógłby  sprawić,  by  tu  pojaśniało,  nie 

sądzisz? 

Raija nie zwracała na niego uwagi. Była poruszona do głębi. Nigdy by nie uwierzyła, 

ż

e ktoś mógł tak traktować innych ludzi, a już zwłaszcza swoich współtowarzyszy. 

Nie mieściło się jej to w głowie. 

Ale  czuła  również  wstyd.  Postanowiła,  że  musi  porozmawiać  z  Jewgienijem  i 

Olegiem. Pomieszczenie takie jak to nie nadaje się dla marynarzy. 

background image

Uklęknęła przy jednym z rannych. Było ich tu chyba tuzin. Może mniej, dokładnie nie 

liczyła. Kubryk wydawał się pełny. Marynarze leżeli ciasno jeden obok  drugiego, zajmując 

całą podłogę. 

-  Oni  nie  mogą  tutaj  zostać!  -  rzuciła,  nie  patrząc  na  Walentina.  Powiedziała  to  w 

przypływie rozpaczy i nie chciała, by potraktował jej słowa jak rozkaz. Wiedziała, że nigdy 

nie  pozwoliłby  na  to,  by  rozkazywała  mu  kobieta.  A  w  każdym  razie  nie  żona  właściciela 

statku. - Ci ludzie tutaj umrą! 

- Staną się męczennikami, którzy oddali swe życie za kolegów - odpowiedział tonem 

tak zimnym, że zadrżała. 

Spojrzała  na  Walentina.  Spokojnie  wytrzymał  jej  wzrok,  stał  nieporuszony  z  rękami 

skrzyżowanymi na piersi. Sprawiał wrażenie całkowicie obojętnego i nie poczuwającego się 

do żadnej odpowiedzialności za rannych leżących na mokrej podłodze... 

Raija zrozumiała to w jednej chwili. 

Zamordowano kapitana „Raiji”... 

Bóg jeden wie, jaki los spotkał kapitana „Antonii”. 

Walentin zdawał sobie sprawę, że buntownikom przyda się współczucie, gdy władze 

zechcą ich rozliczyć. Po drugiej stronie był już co najmniej jeden zabity. Kapitan „Raiji”. 

Marynarze też potrzebowali zabitych. 

Potrzebowali męczenników. 

Dlatego ranni towarzysze Walentina leżeli właśnie tutaj. 

- Jak można stać się tak nieczułym? - spytała tylko. 

- Czy nigdy nie rozmawiałaś o tym z Wasilijem? - odpowiedział pytaniem. Obrzucił 

spojrzeniem  mężczyzn,  nie  odezwał  się  do  nich  ani  słowem.  -  Chyba  nie  będę  mógł 

obserwować  twoich  cudów...  Zresztą  nieważne,  jestem  niewierzący.  To  może  być  nudne. 

Zostań  tu  i  rób  to,  co  do  ciebie  należy.  Zapukaj,  kiedy  uznasz,  że  skończyłaś.  Moi  ludzie 

poczekają za drzwiami. 

Uśmiechnął  się  szeroko,  ukazując  białe  zęby.  Wasilij  miał  rację.  Walentin  potrafił 

również być uroczy. 

I potrafił to wykorzystać. 

Wyszedł, a jego dwaj ludzie jak cienie podążyli za nim. 

Raija usłyszała, że przekręca w zamku klucz. 

Przepełniała ją złość i poczucie bezsilności. Zacisnęła pięści w fałdach spódnicy. 

Klęczała  na  podłodze,  zamknięta  z  mężczyznami,  których  Walentin  wyznaczył  na 

męczenników.  Z  przerażeniem  uświadomiła  sobie,  że  mieli  stać  się  bronią  w  walce,  którą 

background image

podjął,  ale  dopóki  żyli,  nie  przedstawiali  dla  niego  żadnej  wartości.  Potrzebował  zabitych, 

wielu zabitych. 

Raija  zastanawiała  się,  ilu  marynarzy  zamierzał  poświęcić,  by  zrównoważyć  śmierć 

zamordowanego kapitana. 

Chłopak leżący najbliżej był ciężko ranny. Jego koszula przesiąknęła krwią w okolicy 

piersi,  oczy  miał  jak  ze  szkła,  jednak  zachował  przytomność.  W  tej  zimnej  norze  lał  się  z 

niego pot, jego szczęki drżały. 

- Słuchaliśmy go - wykrztusił. 

W tych dwu słowach powiedział wszystko, zawarł całe rozczarowanie, złość i gorycz, 

które kierował nie tylko ku właścicielom statków. Zrozumiał, że Walentin mimo wszystko nie 

był  jednym  z  nich,  a  jedynie  wykorzystał  okazję,  by  upiec  przy  wspólnym  ogniu  własną 

pieczeń. 

Raija poprosiła rannego, by nic nie mówił. Wiedziała, że będzie potrzebował sił, żeby 

walczyć o życie. Musiała ściągnąć z chłopca koszulę, żeby go obejrzeć. 

Jęknął z bólu, zazgrzytał zębami. W oczach Raiji pojawiły się łzy. 

Młody marynarz miał ciętą ranę na piersi, a drugą, głębszą, w boku. 

Ktoś  je  przewiązał,  a  w  każdym  razie  próbował.  Raija  zobaczyła,  że  nadal  ciekła  z 

nich krew. 

To  cud,  że  chłopak  zachował  przytomność.  Leżąc,  przyciskał  rękoma  głębszą  ranę. 

Gdyby zemdlał, być może już by nie żył. Raija przełknęła ślinę. 

Bała się i jednocześnie czuła złość, ale starała się zapanować nad sobą. 

Rany były bardzo rozległe i chłopak stracił dużo krwi. Był przeraźliwie blady. 

Taki młody... 

Pewnie w domu czeka na niego matka, która zastanawia się, co się z nim dzieje, która 

się za niego modli. Jest chyba za młody, by mieć żonę. 

Raija  potrzebowała  czystej  wody,  materiału  do  opatrzenia  ran,  spirytusu  do  ich 

oczyszczenia, ognia... 

Szybko podniosła się na nogi. 

Zapukała do drzwi. 

Otworzył jej sam Walentin. Cały czas stał zatem za drzwiami, czekał, nasłuchiwał. 

Nie próbowała zrozumieć, dlaczego. 

-  Masz  dosyć?  -  spytał  drwiąco.  -  Czy  to  zbyt  silne  wrażenia  dla  pani  Bykowej?  A 

może już dokonałaś cudu? Muszę przyznać, że nie trwało to zbyt długo. Chyba nasz Pan ma 

background image

dla ciebie szczególne względy. - Odsunął się na bok. - Chodź, moja piękna, nie musisz dłużej 

tam tkwić, ale pamiętaj, że sama o to prosiłaś. 

Raija nie ruszyła się z miejsca. Boże, jak gardziła tym człowiekiem! Życzyła mu jak 

najgorzej. 

-  Nigdzie  się  nie  wybieram  -  rzekła  stanowczo.  -  Ci  ludzie  wymagają  w  równym 

stopniu opieki, co cudu. Potrzebna mi woda, materiał na bandaże. Pozbieraj jakieś koszule, 

prześcieradła, tylko czyste. Muszę dostać spirytus, nóż, ogień... 

-  Duże  masz  potrzeby  -  zadrwił  z  uśmiechem  na  ustach.  -  Chyba  nie  myślisz,  że  ci 

dam nóż i że pozwolę użyć ognia? 

- Walentin boi się kobiety! - odezwał się z triumfem ktoś z kubryka. 

Zaraz potem rozległ się krótki śmiech kilku innych rannych. 

- Boisz się kobiety? - powtórzyła Raija. Walentin wciąż się uśmiechał, lecz Raija nie 

miała pewności, co się za tym kryje. - Myślisz, że uda mi się dokonać tego, co nie udało się 

tylu mężczyznom? Myślisz, że Oleg mnie tu przysłał, bym cię zabiła? Albo podłożyła ogień? 

- Dostaniesz to, o co prosisz - odparł krótko. Zatrzasnął z powrotem drzwi tuż przed 

jej nosem, ale nie zamknął ich na klucz. 

Raija  wiedziała,  że  chce  ją  wypróbować,  pozostawiając  możliwość  ucieczki. 

Jednocześnie czuła, że zyskała przychylność rannych marynarzy. Przyjęli ją z życzliwością. 

Chociaż była żoną armatora, była też ich ostatnią nadzieją. 

Zrozumieli, że Walentin ich już nie potrzebuje, że dla niego mogą tu choćby zgnić. 

Natomiast  ona  być  może  mogła  uratować  im  życie.  Odważyła  się  sprzeciwić  temu 

łotrowi, chociaż wiele ryzykowała. 

Raija  zdjęła  pelerynę  i  okryła  nią  jednego  z  rannych,  który  nie  miał  koca.  Był  tak 

osłabiony, że nawet tego nie zauważył. 

Nie wiedziała, czy uda się jej uratować tego człowieka, ale przynajmniej nie pozwoli 

mu zmarznąć. 

- Dziękuję - odezwał się chłopak z ranami na piersi i w boku. Chwycił Raiję za rękę i 

uścisnął. - Masz wokół siebie światło - dodał i zamknął oczy. 

Raija  uznała,  że  ból  i  utrata  krwi  nie  pozwalają  mu  odróżnić  fantazji  od 

rzeczywistości. 

Czuła,  że  wypełniło  ją  dziwne  ciepło.  Działała,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co 

robi. 

Nikt z pozostałych rannych niczego nie zauważył. Ci, którzy leżeli najbliżej, nie mogli 

nawet podnieść głowy, by na nią spojrzeć. 

background image

Pozornie nic się nie zmieniło, ale cuchnące stęchlizną ciasne pomieszczenie wypełnił 

niezwykły  spokój.  Momentami  rannym  udawało  się  odróżnić  oddech  Raiji  od  oddechów 

innych.  Nic  nie  mówiła,  ale  czuli  jej  obecność.  Przycisnęła  dłonie  do  ran  chłopca  i  stracił 

przytomność.  Wreszcie  odważył  się  złożyć  swe  życie  w  czyjeś  ręce,  odważył  się  uciec  od 

przeszywającego bólu w zbawienną nieświadomość. Wystarczyło tylko zrobić krok. 

Kubryk nabrał nowego blasku, który mógł pochodzić od światła lamp, ale przecież nie 

zostało  w  nich  już  wiele  oleju,  w  niektórych  płomyk  chwiał  się  niebezpiecznie,  grożąc 

wygaśnięciem. 

Ów blask mógł pochodzić też od niej, kobiety w czarnej pelerynie. 

Nie rozumieli tego, nie chcieli rozumieć, nie chcieli się nawet nad tym zastanawiać. 

Czuli tylko ogromną wdzięczność i to, że przy niej są bezpieczni. 

Była młoda, młodsza niż większość z nich, ale miała w sobie coś takiego, co można 

znaleźć tylko u siwiejącej, starzejącej się matki. 

Ż

aden  z  rannych  nie  pływał  na  „Sankt  Nikołaju”.  Na  pokładzie  z  tamtej  załogi 

pozostało też niewielu. 

Ale wszyscy słyszeli, co się wtedy wydarzyło. Wszyscy poznali opowieść o tym, jak 

Byków spadł z masztu, jak jego ramię zostało niemal całkiem wyrwane z barku, jak leżał w 

kałuży krwi na pokładzie, podczas gdy wkoło szalał sztorm. 

Wtedy  pojawiła  się  ona:  w  czarnym  okryciu,  z  czarnymi  włosami  powiewającymi 

wokół  bladej  twarzy,  z  oczami  niczym  czarne  płomienie.  Krzyczała  coś  do  mężczyzn,  nie 

chciała oddać Jewgienija śmierci. 

Wszyscy  słyszeli  o  jej  niewiarygodnym  czynie,  o  tym,  że  dokonała  rzeczy 

niemożliwych, cudem powstrzymując krwotok O tym, jak przykryła rannego swym ciałem i 

leżała tak do chwili, kiedy marynarze wreszcie odważyli się wnieść oboje do środka. 

Przeciwstawiła się śmierci. 

Już raz to zrobiła. 

Może jest i ich nadzieją. 

Raija sama dobrze nie wiedziała, co się stało. Nikt też nie mógł jej tego opowiedzieć. 

Obudziła się z twarzą na piersi chłopca. Kiedy  usiadła, jej ciało było wiotkie. Czuła 

jeszcze  na  policzku  puls  rannego.  Wpatrywała  się  w  półmrok  i  po  chwili  zobaczyła,  że 

chłopak  oddycha.  Miał  lekko  rozchylone  wargi,  wydawało  się,  że  się  uśmiecha.  Wyglądał 

młodziej. 

Rana w boku już nie krwawiła. 

background image

Serce  Raiji  zamarło,  kiedy  to  zobaczyła.  Musiała  wprost  dotknąć,  żeby  uwierzyć. 

Wystraszyła się - bała się o siebie. 

Rozejrzała się dokoła. W najdalej wysuniętej ku rufie części pomieszczenia zauważyła 

marynarza, który mógł siedzieć. Zobaczyła, jak błyszczą białka jego oczu. Zorientowała się, 

ż

e jest od niej sporo starszy. 

- Porządnie ich wystraszyłaś, kobieto - powiedział. 

Raija rozpoznała ten głos. To ten człowiek odważył się zakpić z Walentina. - Nie mieli 

odwagi tu wejść. Zostawili tylko rzeczy w drzwiach i poszli, nie śmieli wejść do środka... 

Raija patrzyła, nie rozumiejąc. 

- Wokół ciebie lśniło dziwne światło - wyjaśnił. Raija zobaczyła teraz, że mężczyzna 

siedzi  ze  złożonymi  rękami.  -  Biło  od  ciebie  światło.  Nigdy  nie  widziałem  czegoś  takiego. 

Przeraziło  to  nawet  tego  bohatera  Walentina  i  jego  straż  przyboczną.  Nie  wierzyłem,  że  w 

oczach tej bestii kiedykolwiek zobaczę strach, ale naprawdę się bał... 

Marynarz roześmiał się i zakaszlał, ale i to nie powstrzymało go od śmiechu. 

- Żyje - powiedziała Raija ze zdumieniem, wskazując wzrokiem na chłopca. 

- Uratowałaś go - rzekł człowiek w ciemności. - Z pewnością się wyliże. Miał umrzeć 

jako pierwszy. Teraz inni cię potrzebują... 

Raija doczołgała się do drzwi. Znalazła to, o co prosiła Walentina. Nawet więcej. 

Dostarczono jej wodę i puste naczynie, prześcieradła porwane na długie pasy, ogarek, 

a także nóż z szerokim i błyszczącym ostrzem, niemal tak długim jak jej przedramię. Raija 

skrzywiła się i odłożyła nóż na bok. Znalazła też pełną butelkę spirytusu. Zmarszczyła nos i 

włożyła korek na miejsce. W innym naczyniu dostała olej. 

Napełniła i zapaliła lampy. Wkoło zrobiło się jasno niemal jak w pogodny słoneczny 

dzień. 

Potem przemyła zakrwawioną pierś młodzieńca, starając się zużyć jak najmniej wody. 

Nie zdezynfekowała ran spirytusem - chłopak spał i nie chciała go budzić. Wiedziała, że nie 

grozi mu zakażenie. 

Szybko i delikatnie go opatrzyła. 

Miał umrzeć jako pierwszy... Starszy mężczyzna mówił chyba prawdę, nikt inny nie 

doznał tak głębokich ran. 

Może pozostałym zadano więcej ciosów, ale nie tak groźnych. Jednak, gdyby zostawić 

ich  bez  opieki,  wielu  mogłoby  się  wykrwawić.  Albo  umrzeć  z  zimna.  Raija  zadrżała. 

Pomyślała, że Walentin byłby ich pewnie zagłodził. 

background image

Ranni  wciąż  nie  mogli  czuć  się  całkiem  bezpieczni.  Raija  zdawała  sobie  z  tego 

sprawę. Nie wiedziała też, co ją czeka. 

Poznała jednak Walentina na tyle dobrze, by mieć pewność, że jej nie zabije. 

Gdyby  mógł  dokonać  tego  w  tajemnicy,  na  pewno  by  się  nie  zawahał,  ale  o  jej 

obecności na statku wiedziało zbyt wiele ludzi. 

Niewątpliwie nadal będzie z niej drwił, zrobi wszystko, by ją poniżyć, ale zabić jej się 

nie odważy. 

Woda  już  się  prawie  skończyła,  gdy  Raija  dotarła  do  mężczyzny  leżącego  najbliżej 

rufy. Jako jeden z nielicznych zachował przytomność. 

- Nie jest ze mną tak źle - szepnął. Raija zorientowała się, że jest starszy, niż sądziła. 

Miał  co  najmniej  pięćdziesiąt  lat.  -  Najbardziej  ucierpiały  plecy  -  wyjaśnił  z  grymasem.  - 

Wymierzono mi chłostę, ale tak szybko zemdlałem, że przestali mnie bić. 

Raija zagryzła wargi na widok krzyżujących się długich ran, z których sączyła się ropa 

i krew. 

- Za co? - spytała. 

- Ośmieliłem się stanąć w obronie kapitana. Nie musiał mówić nic więcej. 

- Zabili go? Wyjął korek z butelki. 

- Kiedy mnie tu wtrącono, jeszcze żył - powiedział. - Wiem, że będzie bolało, ale nie 

zwracaj na to uwagi. 

Drżał  na  całym  ciele,  kiedy  Raija  czyściła  mu  rany,  ale  z  jego  ust  nie  wydobył  się 

nawet jęk. Raija nie pojmowała, jak można wytrzymać taki ból. 

- Długi trening - odparł sucho, kiedy spytała. 

W pomieszczeniu było zimno, ale ściągnęła z marynarza koszulę przesiąkniętą krwią, 

nie mogła pozwolić, by dotykała czystych bandaży. 

Mężczyzna zmarszczył czoło i zacisnął wargi. W jego oczach pojawiły się łzy. 

- Dlaczego to robisz? - spytał. - Czy jesteś aniołem? 

-  Nie,  nie  jestem  aniołem  -  odparła.  -  Jestem  ziemską  istotą,  ale  chyba  zostałam 

wybrana do tego, by pomagać innym. Posiadam coś, co sprawia, że muszę... 

Pokręcił głową. 

-  Wszystko  od  początku  nam  nie  wychodziło  -  westchnął.  -  Nie  powinniśmy  się 

porywać  na  naszych  pracodawców.  To  był  błąd...  -  Zamilkł.  -  Może  by  się  udało,  gdyby 

Wasilij pozostał naszym przywódcą, ale daliśmy się omamić temu draniowi, Walentinowi... 

Raija nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

background image

- Dobrze, że uratowałaś chłopca - mówił dalej marynarz. - Miał umrzeć pierwszy. To 

syn Walentina. 

background image

Wezwał  Raiję  na  górę.  Nie  miała  zamiaru  pukać  do  drzwi,  postanowiła  o  nic  nie 

prosić tego człowieka. 

Ale jego dwaj służalcy  nie pytali jej o zdanie. Rzucili tylko krótkie polecenie. Raija 

wiedziała, że lepiej się nie sprzeciwiać, poza tym dali jej do zrozumienia, że gotowi są użyć 

pięści, gdy słowa nie poskutkują. 

Strząsnęła z siebie ich ręce. Szła wyprostowana między dwoma osiłkami. W kubryku, 

gdzie leżeli ranni, zostawiła zapalone lampy. Nie zabrała noża. Strażnicy nie pytali jej, co z 

nim  zrobiła.  W  razie  czego  zamierzała  powiedzieć,  że  o  nim  zapomniała,  że  po  prostu  nie 

pomyślała. 

Możliwe, że jej uwierzą. 

Zapewne Walentin nie da jej drugiego, ale to już połowa zwycięstwa. 

- Naprawdę wygląda na to, że nie kłamałaś - rzekł, lekko pochylając się w jej stronę. 

Czekał na nią na pokładzie. Raija domyślała się, dlaczego. „Antonię” ze wszystkich 

stron otaczało morze, z lewej burty stała „Raija”. 

Mały  frachtowiec  zniknął,  nie  było  go  widać  nawet  na  horyzoncie.  Odpłynęła  także 

łódka Wasilija. 

Walentin  chciał,  by  Raija  wiedziała,  że  została  z  buntownikami  sama,  niczym  na 

wyspie odciętej od świata. 

-  Aleś  ty  zakrwawiona  i  brudna  -  ciągnął.  -  Istne  wcielenie  ofiarności!  Czy 

wystarczyło  ci  wody  do  dokonywania  cudów?  Przemieniłaś  ją  w  wino  dla  moich  biednych 

rannych? - zapytał szyderczo. 

Raija nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć. 

Ś

wiatło dzienne ją oślepiało i musiała się przytrzymać burty. Niedobrze jej się robiło 

od patrzenia w dół na wodę, ale wolała to, niż patrzeć na Walentina. Uśmiechał się do niej. 

Raija odniosła wrażenie, że w jego oczach czai się strach, ale niełatwo jej było w to wierzyć. 

Ten człowiek nie doznawał tego rodzaju uczuć, nie wierzyła, że mógłby się bać. 

- Nie chcesz się dowiedzieć, co z twoim synem? Spojrzał na nią zaskoczony, niemal 

zakłopotany. 

Potem roześmiał się serdecznie. Raiję ogarnęło obrzydzenie. 

- Domyślam się, że uratowałaś tego słabeusza? 

background image

- Żyje - odparła twardo Raija. - Ale umrze, jeżeli nie dostanie jedzenia, opieki, ciepła, 

ś

wiatła... Zabijesz go, jeżeli będziesz trzymał go tam na dole. Jego i wszystkich pozostałych. 

- Uważasz więc, że powinienem ich przenieść? 

Skinęła  głową.  Nie  uciekła  wzrokiem,  nie  przestraszył  jej.  Nie  bala  się  go.  Raczej 

budził w niej złość, która przesłaniała strach, rodzący się w głębi duszy. 

- Żona armatora zdobędzie piórko u kapelusza, jeśli uratuje biednych, wyzyskiwanych 

marynarzy? 

- Tu chodzi o życie, do diabła! - wybuchnęła. - Czy dla ciebie to nic nie znaczy? Nie 

będzie ci łatwo się wymigać, jeżeli wyrzucisz na ląd tuzin zmarłych. Może nawet dwa tuziny. 

Ludzie bez trudu odgadną, kto odpowiada za ich śmierć. Zrozumieją, że winę ponosisz ty, nie 

kapitan. 

- Podziwiam twoją odwagę, Bykowa! Raiji nie podobał się sposób, w jaki się do niej 

zwracał. 

-  Nie  wolno  ci  tak  traktować  rannych!  Możesz  uratować  ich  od  śmierci,  jeżeli 

przeniesiesz ich na górę. Nawet chłopak prawdopodobnie przeżyje... 

- Mój syn? - spytał drwiąco. 

- Jak możesz? - spytała cicho. Nie przez delikatność. Rozumiała, że nie należy o tym 

mówić zbyt głośno. Nic nie zyska, otwarcie upokarzając Walentina w obecności marynarzy, 

którzy pozostali mu wierni. Coś jej mówiło, że Walentin prowadzi dokładny rachunek razów, 

które otrzymał, i że stara się za nie odpłacić. 

- Może mieć tuzin innych ojców - odparł lekko. - Dlaczego miałbym wierzyć jakiejś 

latawicy? 

Był wyjątkowo nieczuły. 

Jak można się wypierać własnego dziecka? 

Pomyślała  o  Michaile  i  pożałowała,  że  zaangażowała  się  w  coś  takiego.  To 

szaleństwo! 

Kto wie, ile ją jeszcze czeka bólu. 

Ujrzała  przed  oczyma  twarz  synka  i  po  raz  pierwszy,  odkąd  weszła  na  pokład 

„Antonii”, odczuła lęk, że nie wróci. 

Ż

e już nie zobaczy Michaiła. 

- Myślisz, że Oleg z Wasilijem zjawią się tu lada chwila? - spytał Walentin, starając 

się  wzbudzić  w  Raiji  niepewność.  -  Może  właściciele  statków  zdecydują  się  jednak  spełnić 

nasze żądania - mówił dalej, oparłszy łokcie na krawędzi burty. 

background image

Sprawiał wrażenie znudzonego. Słaby wiatr odgarnął mu grzywkę do tyłu. Walentin 

miał wyższe czoło niż Wasilij. Raija bez wysiłku dostrzegała takie szczegóły. Mimo woli. 

-  Czy  mogę  się  gdzieś  umyć?  -  spytała.  Nie  zamierzała  go  o  nic  prosić,  w  każdym 

razie o nic ważnego. Jednak chciała się jakoś doprowadzić do porządku. 

- Dlaczego Wasilij nie wszedł na pokład? - spytał nieoczekiwanie Walentin. 

Odwrócił  się  i  stanął  na  wprost  Raiji.  Przebiegał  po  niej  leniwym  wzrokiem.  Za 

każdym  razem,  kiedy  zadawał  sobie  trud,  by  na  nią  spojrzeć,  rozbierał  ją  oczami.  Raija 

pomyślała, że pewnie patrzy w ten sposób na wszystkie kobiety. Nie stanowiła wyjątku... 

Wzruszyła ramionami. 

- Spytaj go sam, kiedy następnym razem go zobaczysz - rzekła obojętnie. 

- Teraz pytam ciebie! - zagrzmiał, chwytając ją za przedramię. Jego dłonie okazały się 

silne, mimo że sprawiały wrażenie delikatniejszych niż ręce innych mężczyzn, których znała. 

Jego  oczy  ciskały  błyskawice.  -  Nie  lubię,  gdy  stroi  się  ze  mnie  żarty!  Myślę,  że  wiesz, 

dlaczego  Wasilij  odpłynął  z  Jurkowem,  choć  mógł  do  nas  wrócić.  Co  prawda  nie  zostałby 

przywódcą,  bo  tylko  dla  jednego  jest  miejsce...  -  Walentin  roześmiał  się  ochryple:  -  ...  ale 

mógłby  wrócić  na  pokład.  Dałem  mu  tę  szansę.  A  może  razem  z  Olegiem  Jurkowem  coś 

knują? Czy jesteś częścią ich planu? Po co, u diabła, się tu zjawiłaś, Bykowa? 

- Sądzę, że twój kuzyn Wasilij po prostu nie ufał ci do tego stopnia, by wrócić - rzekła 

zrezygnowana. - Mnie także nie ufał na tyle, by zwierzać się ze swych tajemnic. 

- Ale opowiadał ci o mnie? Raija westchnęła. 

- Powiedział tylko, że na pewno ty przejąłeś przywództwo i że jesteście kuzynami. Nie 

miałam  przyjemności  poznać  historii  twego  życia  ani  dzięki  Wasilijowi,  ani  dzięki  komuś 

innemu. 

- A chłopak? Skąd wiesz, że jest moim synem? 

- Jeden z rannych mi o tym powiedział - odparła Raija lodowato. - Uważał pewnie, że 

powinnam wiedzieć, jak bardzo jesteś miły. Czy dostanę trochę wody, żeby się umyć? 

-  Jesteś  wymagająca  -  rzekł  zamyślony.  -  Sądzę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  nie 

zostaniesz  na  pokładzie.  To  zbyt  otwarta  przestrzeń  jak  dla  ciebie,  a  nie  chciałbym,  by 

zamąciło ci się w głowie. 

- Jestem potrzebna rannym. Zachichotał. 

-  A  więc  chcesz  wrócić  na  dół?  Do  tych  ciemności?  -  Pokręcił  głową  z 

niedowierzaniem. - Zupełnie nie mogę cię rozgryźć! Albo naprawdę mówisz to, co myślisz, w 

takim razie chyba całkiem rozum postradałaś, albo też zostając tu masz więcej do wygrania, 

niż gdybyś wróciła do domu. Uważam, że prowadzisz jakąś potwornie skomplikowaną grę, 

background image

Bykowa. - Spojrzał na Raiję wyzywająco, uśmiechnął się szeroko i wyrzucił ramiona na boki. 

-  Mamy  przecież  wszystko:  oba  statki,  ciebie,  trzymamy  w  ręku  wszystkie  karty.  Czegóż 

moglibyśmy się obawiać? Dlaczego mielibyśmy przegrać? 

- Dlatego, że nie działacie w jednej grupie i brak między wami zgody - odparła. 

- Podejrzewam, że kryje się za tym Wasilij - mruknął, zaciskając pięści. - To na pewno 

sprawka Wasilija, jakbym widział jego cień, słyszał jego drwiący śmiech. Ale tym razem ten 

ż

ółtodziób nie zdoła mi przeszkodzić... - Popatrzył badawczo na Raiję. - Jakim cudem zdołał 

cię nakłonić, byś się zgodziła? W jaki sposób zmusił cię, byś zaryzykowała? Czy liczył na to, 

ż

e cię nie tknę? - Potrząsnął głową i złowrogo się roześmiał. - Musiał przecież wiedzieć, że 

nie obchodzi mnie, kim jest twój mąż. Nie wiadomo, jak długo będziesz tu potrzebna. Może 

się zdarzyć, że będę wolał cię poświęcić. 

Raija słuchała, nie odzywając się. 

- Nie boisz się? - spytał. Nie odpowiedziała. 

Jej strach jest jej sprawą. 

Nagle  odwrócił  się,  wściekły  i  oburzony.  Zawołał  swoich  ludzi.  Zjawili  się  obaj. 

Ś

ledzili  każde  drgnienie  na  jego  twarzy.  Raija  domyśliła  się,  że  znają  go  od  dawna. 

Wyglądało na to, że wiedzą, czego się mogą po nim spodziewać. 

To  strach  ich  przy  nim  trzymał.  I  być  może  wiara,  że  Walentin  rzeczywiście  jest  w 

stanie zapewnić im lepsze życie. 

-  Zabrać  ją!  -  zarządził.  -  Zaprowadźcie  ją  do  mojej  kajuty!  Zamknijcie  na  klucz.  I 

dajcie jej wodę, caryca musi się umyć! 

Raija poszła z mężczyznami. Nie zadała sobie trudu, by się do nich odezwać. Pewnie 

zresztą nie mieli ochoty na rozmowę. 

Wyglądali  całkiem  zwyczajnie,  choć  wydawali  się  silniejsi  od  innych  i  z  pewnością 

nie baliby się rzucić do walki z gołymi pięściami. Właśnie takich ludzi potrzebował Walentin. 

Najwidoczniej wiedział, jakie przyjaźnie opłaca się pielęgnować. Piękna przyjaźń... 

Nikogo nie traktował jak równego sobie, uważał siebie za kogoś lepszego. A w takiej 

sytuacji trudno o odpowiedni grunt dla przyjaźni. 

Zamknęli Raiję w kajucie. Wkrótce potem jeden z nich wrócił, niosąc miskę ciepłej 

wody. 

Raija podziękowała, a wtedy mężczyzna obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. 

-  Nazywają  to  uprzejmością  -  wyjaśniła  -  lub  powszechnym  zwyczajem.  Na  jedno 

wychodzi. U większości ludzi to całkiem naturalny odruch. 

background image

Raija miała pewność, że chłopak przekaże jej słowa dalej, ale pewnie tylko rozbawi 

tym Walentina, który nie przejmował się opiniami innych na swój temat. 

Pobieżne  ochlapanie  się  wodą  nie  pomogło  wiele.  Po  takim  myciu  Raiji  nie 

wpuszczono  by  do  salonów  w  Archangielsku.  Ba,  wątpiła  też,  czy  mogłaby  wejść  do 

własnego  domu.  Zdarzało  się,  że  czasami  i  ona  bardziej  zwracała  uwagę  na  wygląd 

zewnętrzny człowieka niż na to, co tkwiło w jego wnętrzu. 

Przynajmniej ręce udało jej się obmyć z krwi i odświeżyć twarz. Ściągnęła też bluzkę, 

wypłukała ją w słonej wodzie, po czym przewiesiła przez krawędź koi Walentina. Niech sobie 

drań nie myśli, że się krępuje! 

Cienką kurtkę, którą włożyła na koszulę, zapięła aż pod szyję. 

Następnie rozejrzała się po kajucie. 

Na  jednej  ze  ścian,  nad  stołem  przymocowanym  do  podłogi,  wisiała  ikona.  Raija 

pomyślała,  że  to  tutaj  zwykle  siadywał  kapitan,  kiedy  prowadził  zapiski  w  dzienniku 

pokładowym, że patrzył na obraz Madonny i myślał o tych, których zostawił w domu. 

Zastanawiała się, co się z nim stało. Jeżeli go nie zabito, to musi przebywać gdzieś w 

zamknięciu. Tylko gdzie? 

Raija dziwiła się, że Walentin dał jej tak dużo czasu na umycie się i doprowadzenie do 

porządku. Podejrzewała, że wróci szybko, by zaskoczyć ją bez ubrania. Że będzie to początek 

upokorzeń. 

Upłynęło  jednak  sporo  czasu,  zanim  się  pojawił.  Raija  zaczynała  być  głodna. 

Postanowiła  zajrzeć  do  szafek.  Nie  uważała  tego  za  występek.  Przecież  nie  Walentina 

okradam, pomyślała, stojąc z garścią pełną owoców kandyzowanych i napychając nimi usta. 

Minęła już prawie doba, odkąd ostatnio jadła. Do tej pory nie myślała o jedzeniu, nie 

czuła głodu, zajmując się rannymi. 

Wtedy była zła, a złość tłumiła inne doznania. I jeszcze ta siła - której nie rozumiała, 

lecz za którą była wdzięczna... - ona również odsunęła na bok potrzeby Raiji. 

Okradała ją z jej własnej energii, ale dzięki temu pozwalała uczynić coś dla innych. 

Raija nie znalazła słodkiej wody, by zrobić herbatę w samowarze. Uznała, że na likier 

kapitana  raczej  się  nie  skusi.  Ponieważ  niewiele  jadła,  tak  silny  trunek  w  jednej  chwili 

powaliłby ją z nóg. 

Wrócił Walentin i przyniósł na wpół ciepłą zupę ugotowaną na rybie i kaszy. 

Postawił miskę na stole i zachęcił Raiję do jedzenia, nie podając jej jednak łyżki. 

Raija bez mrugnięcia okiem wypiła zupę prosto z naczynia. Niech sobie nie myśli, że 

jest tak wymagająca, w domu nad Dwiną też nie miała srebrnej zastawy. 

background image

- Jak udaje ci się zmusić tych mężczyzn do czekania w takim spokoju? - spytała. 

Zauważyła,  że  Walentin  jest  podenerwowany,  że  nie  potrafi  usiedzieć  dłużej  na 

miejscu, a jego wzrok nieustannie czegoś szuka. 

Ale nie spytała, jak on to wytrzymuje. 

- Śpiewają - rzekł beztrosko. - Mógłbym nakazać im łatanie lub sprzątanie statku, ale 

nie  jest  mój.  Nie  chcę,  by  robili  to  dla  twojego  męża  i  Jurkowa,  gdyby  przypadkiem  statki 

miały  trafić  z  powrotem  w  ich  ręce.  Marynarze  nie  robią  nic  -  mówił  dalej  po  chwili 

milczenia, przyglądając się swoim dłoniom. - Nie tak często mają ku temu okazję. A kiedy 

sytuacja staje się naprawdę trudna, częstuję ich wódką. Zwykle muszą zadowolić się kwasem. 

Raija  uśmiechnęła  się.  Kwas  chlebowy  był  niemal  napojem  narodowym  tu  w 

okolicach  Archangielska.  Nawet  biedaków  stać  było  na  żyto,  jęczmień,  owies  i  trochę 

przypraw. A woda nic nie kosztuje. 

Robiono z tego napój na tyle słaby, że nikt się nim nie upijał, a z dodatkiem mięty lub 

innych ziół o mocnym aromacie mógł nawet orzeźwiać i smakować. 

- Czego dokładnie żądacie? - spytała Raija. Siedziała przy stole, Walentin zaś dreptał 

niespokojnie wkoło. 

- Nie wiesz? - spytał. Najwyraźniej nie wierzył jej. Potrząsnęła głową. 

- Lepszych statków. Lepszych warunków na pokładzie - wymienił jednym tchem, nie 

patrząc na Raiję. - Lepszych zarobków, lepszego jedzenia. Umowy na więcej niż jeden rejs. 

Prawa  do  wykupienia  naszych  domów,  które  teraz  są  własnością  armatorów.  Umorzenia 

długów. Gwarancji, że żaden z marynarzy nie zostanie ukarany za udział w buncie. 

- Nikt nie pozwoli, by zabójstwo kapitana uszło wam bezkarnie - zauważyła Raija. 

Wzruszył  ramionami,  tak  jakby  zamordowanie  człowieka  nie  miało  większego 

znaczenia. 

- To wszystkie nasze żądania - rzekł. - Nie dotyczą one wyłącznie załóg na „Antonii” i 

„Raiji”, lecz także pozostałych statków w Archangielsku. 

Teraz dopiero spojrzał na Raiję. Na jego twarzy malowało się zadowolenie i upór. 

- Co ci z tego przyjdzie? - spytała Raija. - Wiesz dobrze, że pozostali właściciele się 

nie zgodzą na takie warunki. 

-  Ile  razy  w  Archangielsku  dochodziło  do  buntów?  -  odpowiedział  pytaniem.  -  Ilu 

ludzi im przewodziło? Wreszcie musi się udać coś zmienić. 

- To nie jest jedyny powód - Raija nie wierzyła mu, ale Walentin nie chciał wyjawić 

więcej. Starannie dobierał słowa. 

background image

-  Być  może  -  odpowiedział.  -  Może  nie  jedyny,  ale  jedyny,  który  mogę  ci  podać. 

Dzisiaj... 

- Gdybyście częściowo ustąpili, gdybyście ograniczyli wasze żądania tylko do statków 

Olega i Jewgienija, moglibyście ocalić swą skórę... 

-  Kto  mówi  o  ocaleniu  skóry?  -  spytał  z  nagłą  złością.  -  Nie  posądzaj  nas  o 

tchórzostwo. Prowadzimy wojnę. Nie jesteśmy już marynarzami, lecz żołnierzami. 

Nie chciała przyjąć tego do wiadomości. 

- Czy sam w to wierzysz? - spytała cicho. 

Wydawało  się,  że  jej  smutek  go  nie  poruszył,  a  raczej  wprawił  w  jeszcze  większą 

złość. 

-  Nie  powiedziałbym  tego,  gdybym  w  to  nie  wierzył!  Raija  zauważyła,  że  Walentin 

jest wyższy od Wasilija, niewiele, parę centymetrów. Jest starszy i większy... 

Domyśliła się, że stosunki między kuzynami nie układały się dobrze. Domyśliła się, że 

w  rywalizacji  ze  swym  stryjecznym  bratem  Wasilij  przeważnie  lepiej  wypadał,  i  to  pod 

wieloma względami. 

To  w  pewien  sposób  tłumaczyło  dystans  między  nimi.  To  wyjaśniało,  dlaczego 

Wasilij tak niewiele mówił o Walentinie, i uzasadniało wrogość, którą Walentin odczuwał w 

stosunku do Wasilija. 

Raiję ogarnął lęk, kiedy zrozumiała, że owa rywalizacja ujawniła się również teraz, w 

czasie buntu, w sprawie znacznie poważniejszej niż kiedykolwiek wcześniej. 

- Czy załoga podziela twoje zdanie? - spytała ostrożnie. - Czy ci ludzie są zadowoleni, 

ż

e z marynarzy stali się żołnierzami? Czy są gotowi chwycić za broń? Czy też o wszystkim 

decydują tylko generałowie...? 

- Kobiety powinny trzymać język za zębami - odparł wyraźnie zirytowany. 

Uważał, że zadaje za wiele pytań. Ta kobieta zbijała go z tropu, a on nie lubił tracić 

wątku, bo zbyt wiele czasu zabierał mu powrót do punktu wyjścia. Należał do tych, których 

łatwo było zapędzić w ślepy zaułek. Często mu to mówiono. 

Nie lubił myśleć o kilku sprawach naraz. 

- Twój kuzyn twierdził tak samo - zauważyła sucho Raija. - Widać, że otrzymaliście 

podobne  wychowanie.  Lecz  Wasilij  przynajmniej  znał  umiar  i  wiedział,  że  nie  powinien 

prosić o zbyt wiele... 

-  Wasilija  wyrzucono  z  pokładu,  ponieważ  okazał  się  zbyt  słaby!  -  zagrzmiał 

Walentin. Usiadł na krześle po drugiej stronie stołu. - Wasilij nie jest wystarczająco silny, by 

pokierować buntem. Zabrakło mu odwagi, by wysunąć śmiałe żądania. Widzę, że zrobiliśmy 

background image

słusznie, każąc mu się wynosić. Pobiegł prosto do Jurkowa, prawda? Stanął po jego stronie? 

Nie chciał przecież wrócić... 

-  Sam  pozwoliłeś  mu  odejść  -  rzekła  Raija  zamyślona,  szukając  wzroku  Walentina. 

Udało jej się pochwycić jego spojrzenie, ale na krótko. Nie chciał na nią patrzeć, nie chciał jej 

słuchać. - Nikt mu nie groził... 

Walentin nie odpowiedział. 

-  Pozwoliłeś  mu  odejść  -  powtórzyła  Raija.  -  Pozwoliłeś  mu  zrezygnować.  W 

przeciwnym razie Wasilij leżałby teraz w kubryku razem z innymi. Niezależnie od tego, co do 

niego  czujesz,  pozwoliłeś  mu  odejść.  Myślę,  że  nawet  w  tobie  jest  coś  dobrego,  gdzieś  na 

dnie... 

-  Wtedy  jeszcze  tu  nie  rządziłem!  -  rzekł  ochrypłym  głosem.  -  To  się  stało,  zanim 

miałem cokolwiek do powiedzenia. Kapitan był co najmniej równie miękki jak Wasilij. Na 

początku działaliśmy według planu Wasilija. Nie wiedział, że potem dokonaliśmy pewnych 

poprawek.  Gdybyśmy  nie  wykluczyli  mojego  poczciwego  kuzyna,  niczego  nie  udałoby  się 

nam osiągnąć. - Spojrzał na Raiję. - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, Bykowa. Nie myśl sobie, 

ż

e znajdziesz we mnie choćby ślad łagodności. Nie myśl sobie, że darzę Wasilija serdecznymi 

uczuciami.  Jest  moim  krewnym.  Krew  z  mojej  krwi.  Ale  ani  jemu,  ani  mnie  jak  dotąd  nie 

sprawiało  to  szczególnej  radości.  Nawet  nie  kiwnąłem  palcem,  by  go  chronić.  To  zasługa 

kapitana, że cało uszedł z „Antonii”, to kapitanowi Jurków może podziękować za życie swego 

chłopca na posyłki. Nie mnie. Gdybym ja decydował, Wasilij pływałby teraz jako karma dla 

krabów. 

Używał zbyt wielu słów i zbyt wiele czasu na usprawiedliwienie swego postępowania. 

Raija nie mogła uwierzyć w jego szczerość. 

Pomimo nienawiści, którą otwarcie żywił wobec Wasilija, kierowało nim coś jeszcze, 

coś, co powstrzymało go od pozbawienia kuzyna życia. 

- Tamci zostali więc ranni później? - spytała Raija ostrożnie. 

- Jak na zakładnika jesteś odrobinę zbyt ciekawa. 

- Przybyłam tu dobrowolnie - odparła z dumą. - Nie jestem zakładnikiem. 

- Tak czy owak podziwiam twoją odwagę - uśmiechnął się, ale w jego wzroku Raija 

dostrzegła pogardę. - Nieważne, skąd się bierze. Stać mnie na ów podziw, dopóki w niczym 

mi nie przeszkadzasz. 

Wyjął tytoń i napełnił fajkę. Raija pomyślała, że to także pożyczka od kapitana. 

Marynarze  nałogowo  palili  nieforemne  skręty,  ale  Walentin,  jak  widać,  bez  trudu 

przejmował nowe, bardziej wyrafinowane przyzwyczajenia. 

background image

-  Ci  na  dole  zostali  ranni  później  -  przyznał  wreszcie  między  dwoma  głębokimi 

pociągnięciami. - Zwrócili się przeciw mnie i stanęli po stronie kapitana. Chcieli jak Wasilij 

pójść  na  ustępstwa.  Nawet  kapitan  zaczął  później  mieć  wątpliwości.  Rozumiesz,  że  taki 

człowiek  nie  mógł  nami  przewodzić.  Wystarczy  Wasilijowi  spojrzeć  w  oczy,  by  się 

przekonać, że nie jest urodzonym przywódcą. Ani też ten żałosny kapitan. To mnie większość 

marynarzy  wybrała  na  przywódcę.  Nie  mogliśmy  pozwolić,  by  powstrzymała  nas  garstka 

ludzi. 

- Ale mogliście pozwolić im odejść - zauważyła Raija. - Jak Wasilijowi. - W tej samej 

chwili jednak uświadomiła sobie, że to byłoby niemożliwe. - No tak, nie mogliście... Jeden 

mógłby odejść, ale nie wszyscy, którzy leżą teraz pod pokładem. 

Takie  ustępstwo  mogłoby  zostać  uznane  za  słabość.  Nawet  Raija  to  rozumiała.  A 

Walentin  został  obrany  przywódcą  właśnie  dlatego,  że  uważano  go  za  człowieka 

bezwzględnego. Marynarze bali się go, a dopóki tak było, dopóty miał ich w garści. 

Raija pomyślała, że może mu się udać. 

-  Przynajmniej  chłopcu  mogłeś  pozwolić  odejść  -  rzekła  po  dłuższej  chwili.  -  Syn 

Walentina był ciężko ranny i chociaż krwotok ustał, Raija nie miała pewności, czy wyżyje. - 

Ludzie będą się starali zrozumieć, będą się zastanawiali, dlaczego znalazł się na statku, przez 

kogo został zraniony, kim są jego rodzice... Wszystko trzeba będzie wytłumaczyć. 

- Nigdy nie twierdziłem, że to mój chłopak - odparł twardo i opryskliwie. - Jego matka 

szła z każdym, kto wcisnął jej do ręki jakiś grosz. Mówią, że jest do mnie podobny. I co z 

tego?  Mam  pięciu  braci.  Ojcem  może  być  każdy  z  nich.  Mógł  też  nim  być  Walerij  lub  ten 

dwulicowy Wasilij... 

Raija obliczyła, że Wasilij musiałby w takim razie zostać ojcem, mając trzynaście lat, 

ale nie wyraziła na głos swych wątpliwości. 

- Nawet gdyby chłopak był moim synem... gdyby... 

to nie potraktowałbym go inaczej niż pozostałych, którzy zwrócili się przeciwko mnie. 

Nie znałbym litości. Zdrajcy nie mogą się spodziewać łagodnego potraktowania, skoro ruszyli 

na mnie z nożami. Wiedzieli, czym to się może skończyć. I tak mieli szczęście, że nie stracili 

ż

ycia. 

Mówił  to  z  takim  przekonaniem,  że  Raija  wątpiła,  by  zmienił  zdanie  w  ciągu  tych 

kilku dni, które jeszcze pozostały na układy z właścicielami statków. 

Czuła, że uparcie będzie trwał przy swoim. 

- Możesz do nich zajrzeć - rzekł z drwiącym uśmiechem. 

Nie wierzył, że Raija naprawdę chce pomóc rannym. 

background image

Nie  rozumiał,  że  można  być  tak  ofiarnym,  że  można  odsunąć  na  dalszy  plan  swe 

własne życie i bezpieczeństwo dla ratowania ludzi, których nawet się nie zna. 

Był  nieufny  w  stosunku  do  Raiji,  czujnie  ją  obserwował.  Pragnął  ją  przyłapać  na 

jakimś błędzie. 

Ale  Raija  dobrze  grała  swą  rolę.  Podziwiał  ją  za  to  tak  samo,  jak  podziwiał  jej 

odwagę. Była co prawda kobietą, ale uważał ją za godnego przeciwnika. 

-  Przeniosłem  ich  z  kubryka  -  zauważył  mimochodem.  -  I  zająłem  się  nożem,  który 

zostawiłaś. Wygląda na to, że nie jest ci już potrzebny... 

Raija zagryzła zęby. 

- Rzeczywiście chciałabym do nich zajrzeć. Cieszę się, że ich przeniosłeś z tej nory. 

-  Sprawianie  innym  radości  to  dla  mnie  zawsze  radość  -  odparł  z  jadowitym 

uśmiechem. 

Nadal panował nad sytuacją. 

background image

10 

Czuli się lepiej, choć jeszcze dużo czasu miało upłynąć, nim całkiem dojdą do siebie. 

Raija nie spodziewała się cudów. 

Mimo to odniosła wrażenie, że cud się jednak stał. 

Ranni  wyjaśnili  jej,  że  pomieszczenie,  do  którego  ich  przeniesiono,  wcześniej 

zajmował  sternik.  Wydawało  się  dużo  mniejsze  niż  kajuta  kapitana,  ale  znajdowało  się  w 

wyższej części statku, bliżej pokładu. Było suche - stęchła wilgoć nie zajęła ścian i podłogi. 

Co prawda nie dostali więcej miejsca, ale odczuli poprawę. 

Leżeli  na  suchej  podłodze,  nie  wdychali  zgniłego,  niezdrowego  powietrza.  Słyszeli 

ruch na pokładzie. Mieli dosyć oleju, by utrzymać płomień w lampach. 

To naprawdę było niczym cud. 

Przyjęli Raiję jak królową, niemal jak boginię, ponieważ to jej przypisywali poprawę 

swego położenia. 

Nie pokazywali po sobie cierpienia. Nie mogli. Nie chcieli, by strażnicy usłyszeli, że 

się skarżą. To oznaczałoby za nisko upaść. 

Co prawda potraktowano ich nieludzko, ale nie utracili do reszty dumy. Uświadomili 

to  sobie,  kiedy  ta  kobieta  zeszła  do  nich  na  dół  do  mrocznego  kubryka.  Odczuli  to,  kiedy 

położyła ręce na ich ranach i użyczyła im swego ciepła, ciepła, które być może nie należało 

do niej. 

Uczyniła coś więcej poza tym, że wydostała ich z ciemnej i wilgotnej nory, poza tym, 

ż

e opatrzyła rany i uratowała życie. 

Przywróciła im dumę. 

Wdzięczność  rannych  cieszyła  Raiję,  ale  ona  nie  przypisywała  sobie  zbyt  wiele 

zasług. A do rozwiązania sprawy było jeszcze daleko. 

Nie wiedziała już, po czyjej stoi stronie. 

Na lądzie wydawało się to takie proste. 

Teraz czuła, że w tej grze nie tylko jedna strona może przegrać. Przegrana może stać 

się udziałem wszystkich. Raiję przerażała taka ewentualność. 

- Chłopak jest nadal bardzo słaby - odezwał się starszy człowiek. - Na imię mu Piotr, 

ale Piotrem Wielkim to on nie jest - zauważył. 

Raija spojrzała na chłopca. Tu na górze, gdzie docierało więcej światła, wydawał się 

jeszcze młodszy. Bandaż na ranie w boku nasiąknął krwią. 

background image

Raija nie zmieniła opatrunku, jedynie mocniej zawiązała bandaże. Czuła, że każdy jej 

ruch śledzi wiele par oczu. 

Piotr,  syn  Walentina,  nie  odzyskał  przytomności,  ale  najwyraźniej  jego  stan  się 

poprawił. 

- Ile ma lat? - spytała, otulając poszarpaną koszulą chude, blade ciało. 

- Czternaście? - zgadywał jeden z rannych. Popatrzył pytająco po twarzach marynarzy, 

a oni uznali, że może mieć rację. 

Wcześniej w mrocznym kubryku, Raija oceniła chłopaka na szesnaście - siedemnaście 

lat. 

Z pewnością nie miał jednak więcej jak czternaście. Był wątły i bardzo chudy. Jego 

dłonie  świadczyły  o  tym,  że  ciężka  praca  to  dla  niego  nie  pierwszyzna.  Szorstkie  stopy 

wskazywały  na  to,  że  nie  należał  do  tych,  którzy  chodzili  w  butach.  Twarz  miał  niemal 

dziecinną, włosy nieco za długie. Raija rozpoznała rysy Walentina. Będzie przystojny, jeżeli 

przeżyje.  Ciężka  praca  zaznaczy  bruzdy  na  chłopięcej  twarzy  Piotra.  Ciężka  praca  go 

ukształtuje. Zmieni w mężczyznę. 

Serce  Raiji  krwawiło  z  powodu  tego  dziecka,  które  zbyt  wcześnie  stało  się  dorosłe. 

Omal  nie  straciło  życia  w  walce,  która  być  może  miała  poprawić  jego  los,  ale  powinna  się 

rozegrać między dorosłymi. 

Jak można zadać dziecku takie rany? 

- Sam Walentin go ugodził - odezwał się starszy marynarz imieniem Kazimir. 

Raija nie chciała tego słuchać, nie chciała przyjąć do wiadomości. 

Ale nie mogła uciec od prawdy. 

- Chciał poświęcić chłopaka - stwierdził ktoś inny. 

- Kapitan zdecydował się w końcu przyjąć propozycję Jurkowa. Uznał, że tak mimo 

wszystko  będzie  najlepiej,  że  nic  nie  zyskamy,  trwając  w  uporze,  wysuwając  coraz  więcej 

żą

dań... 

- To dlaczego nie słuchaliście Wasilija? - spytała Raija. - Dlaczego wszyscy zgodnie 

wystąpili  przeciw  niemu,  a  potem  wyrzucili  za  burtę...?  Wasilij  nie  przeciągałby  sporu  jak 

Walentin. 

Wymienili spojrzenia. Nie czuli się bohaterami. Byli ranni i bali się. 

-  Nawet  kapitan  nie  chciał,  by  Wasilij  został  na  statku  -  mruknął  któryś  na  swoje 

usprawiedliwienie. 

Raija  przyjrzała  się  twarzom  marynarzy.  Zobaczyła,  że  są  zarośnięte,  brudne  i 

zmęczone. Pomyślała, że ci ludzie nie pamiętali już dokładnie, jaki był  przebieg wydarzeń. 

background image

Uwięzieni  w  ciasnym,  mrocznym  kubryku  długo  rozmyślali  i  rozmawiali  ze  sobą.  Wspo-

mnienia jednego z nich stawały się wspomnieniami innych. Połączyły się w całość. Żaden już 

nie pamiętał, co widział czy słyszał, myślał albo czuł. 

Ich przeżycia stanowiły jeden wielki splot. 

Nie kłamali. 

Raija jednak nie mogła być pewna, co wydarzyło się naprawdę, a co stanowiło tylko 

ich życzenia. 

- Kapitan nie ufał Wasilijowi - wyjaśnił ktoś. 

Spytała, dlaczego. 

Odpowiedzieli,  że  Wasilij  pragnął  zdobyć  również  zaufanie  właścicieli  statków,  że 

chciał  sam  prowadzić  negocjacje.  Kapitan  podejrzewał,  że  Wasilij  działa  dla  obu  stron 

równocześnie. 

Raija zastanawiała się, czy kapitan sam to wymyślił, czy ktoś pomógł mu to ubrać w 

słowa. Czy to przypadkiem Walentin nie szeptał mu przez ramię. 

- Wasilij pragnął waszego dobra - rzekła Raija ciężko. 

- Kobiety mają do niego słabość - mruknął Kazimir. Raija chciała się roześmiać, ale 

nie było tu miejsca na śmiech. 

- Może my, kobiety, szukamy w mężczyznach czegoś, co kryje się głębiej? - spytała z 

wyzwaniem w głosie. - Może w przeciwieństwie do was staramy się doszukać w człowieku 

prawdziwych wartości? 

Nie  odpowiedzieli.  Nie  rozumieli  motywów  jej  postępowania  i  starali  się  znaleźć 

jakieś  wytłumaczenie.  Naturalnie  najprościej  było  uznać,  że  pozwoliła  się  zauroczyć 

Wasilijowi. 

Nie  starali  się  dociec,  czemu  tak  naprawdę  ich  krytykuje.  Nie  słuchali,  co  miała  do 

powiedzenia, bo jej słowa mogły okazać się trudne do przyjęcia. 

Jeśli nawet stała po ich stronie, to nie w taki sposób, jakby tego chcieli. Nie powinna 

przyglądać im się tak dokładnie i wytykać im słabości. Nie powinna dostrzegać, że i oni nie 

są bez wad. 

Łatwiej  było  uznać,  że  Raija,  tak  jak  wiele  kobiet  przed  nią,  dała  się  oczarować 

Wasilijowi i dlatego bezgranicznie mu wierzyła. Stała może kilka szczebli wyżej niż oni, ale 

miała męża bez ręki. A Wasilij miał obie ręce. 

- Nie mamy zaufania do Wasilija - westchnął Kazimir. - Cała rodzina jest podejrzana! 

Nikt ich nie przegada i są sprytni. 

- Na wszystkim potrafią zarobić! - dodał ktoś inny. 

background image

- A czy my też tak nie postępujemy? - spytała cicho Raija. 

Wiedziała,  że  i  ona  nie  jest  całkiem  bezinteresowna.  Wszyscy  ludzie  od  czasu  do 

czasu pozwalają sobie na drobne nieuczciwości, choć z ręką na sercu gotowi są powiedzieć, 

ż

e nigdy nie oszukiwali, nie kradli, nie kłamali lub nie zbłądzili w taki czy inny sposób. 

-  Wasilij  może  by  nas  trochę  lepiej  traktował  niż  Walentin!  Ale  kto,  u  diabła,  mógł 

wiedzieć, że Walentin zamierza przejąć władzę? Kto mógł podejrzewać, że tylko czekał, żeby 

obalić  kapitana?  Kto  mógł  przypuszczać,  że  rozpocznie  własną  walkę?  -  rzucił  Kazimir 

ponuro.  -  Wszyscy  w  tej  rodzinie  są  sprytni  i  nikt  ich  nie  przegada  -  powtórzył,  jakby  to 

tłumaczyło całą sytuację. 

Może właśnie to był właściwy argument. 

Bunt nie wybuchłby bez Wasilija. 

Bez Walentina nie udałoby się opanować statków. 

Niektórzy przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy poczuli smak stali na swym ciele. 

Szkoda, że aż tyle było trzeba, żeby zrozumieć. 

- Nie mamy żadnych szans, prawda? - spytali ją. Co miała odpowiedzieć? 

- To zależy od Walentina - rzekła tylko. - Nie możemy chyba nic zrobić... 

- My nie - odparł Kazimir i spojrzał Raiji prosto w oczy. - Ale może ty. Gdyby nie ty, 

Piotr  już  by  nie  żył.  Umieralibyśmy  jeden  po  drugim  w  tej  norze  pod  pokładem.  Walentin 

wcale by się tym nie przejął, kazałby jedynie komuś do nas zaglądać co drugi dzień i wynosić 

zwłoki. 

- Walentin mnie nie słucha - rzekła Raija. 

-  Jesteś  piękną  kobietą.  Naprawdę  tak  uważali.  Brali  pod  uwagę  wszystko,  co  się  z 

tym wiązało. Chodziło przecież o ich życie, rozważali różne możliwości. 

Raija smutno potrząsnęła głową. 

-  Nie  mogę  nic  kupić  ani  sprzedać.  Walentin  traktuje  mnie  jak  zakładnika,  a  z 

zakładnikami  się  nie  handluje.  Muszę  ufać,  że  Olegowi  wspólnie  z  Wasilijem  uda  się  coś 

wymyślić. To moja szansa. I wasza. 

- Walentin się ciebie boi. 

- To niedobrze - westchnęła Raija. - Walentin jest człowiekiem, który nie lubi się bać. 

Niszczy wszystko, co budzi w nim lęk. 

- Nie wiedziałaś o tym? - padło pytanie. 

- Nie - odparła. Siedziała między nimi w  grubej, czarnej spódnicy, która w kubryku 

przesiąknęła wilgocią i teraz była mokra i dwa razy cięższa. 

background image

Raija zapomniała zabrać bluzki z kajuty, a ciemna wełniana kurtka zapięta pod szyję 

trochę kłuła przez cienką koszulę. Najważniejsze jednak, że wyglądała przyzwoicie. 

Czuła,  że  część  włosów  wysunęła  się  jej  z  węzła  upiętego  na  karku,  jednak  ich  nie 

poprawiała.  Niezależnie  od  tego,  jak  by  się  starała,  zawsze  kilka  kosmyków  wymykało  się 

niepostrzeżenie. Teraz taka fryzura w nieładzie dodawała Raiji łagodności, która koiła trochę 

gorycz rannych marynarzy. 

Stracili już nadzieję. 

Właściwie  nie  wierzyli,  że  uda  im  się  wyjść  cało,  przez  jakiś  czas  było  im  nawet 

obojętne, czy przeżyją, czy zginą w wilgotnym, ciemnym kubryku. 

Wtedy zjawiła się ona. Kobieta w czarnej pelerynie. Kobieta z „Sankt Nikołaja”. 

I wraz z jej przybyciem nastąpiły zmiany. Zmiany na lepsze. 

Nie śmieli w to wierzyć. Wydawało im się, że to tylko marzenia. A przecież dawno 

przestali marzyć. Marzyć to tak, jakby obserwować płynące po niebie obłoki. Marzenia tak 

łatwo pryskają... 

-  Mimo  wszystko  masz  więcej  szans  na  przeżycie  niż  my  -  odezwał  się  jeden  z 

rannych. Inni zgodnie przytaknęli. 

-  Nie  zamierzam  was  zdradzić!  -  zapewniła  Raija.  Siedziała  pośrodku  tych  ludzi, 

czuła, że należy do nich, mimo że od rannych marynarzy dzieliła ją ogromna przepaść. 

Roześmiali się cicho, bez drwiny. Wierzyli jej na swój sposób. 

Jednak zdążyli się przyzwyczaić do obietnic. Słyszeli ich tysiące. Wypowiedzianych z 

największą  lekkością  i  z  największą  w  świecie  oczywistością  przez  ludzi,  którzy  mogli  coś 

obiecywać, a potem zapominać, gdy im się podobało. 

Raija  również  należała  do  tych,  których  składanie  obietnic  nic  nie  kosztowało.  Z 

pewnością wierzyła nawet w to, co mówi. Teraz. 

Jednak  mógł  nadejść  taki  moment,  w  którym  za  zrealizowanie  tych  obietnic  Raija 

będzie  musiała  zapłacić.  Mężczyźni  w  brudnych  i  zakrwawionych  ubraniach,  z  bandażami, 

które sama nałożyła, o spracowanych rękach i zębach brązowych od tabaki, nie wierzyli, by 

Raija chciała to zrobić. 

Sądzili, że podobnie jak wszyscy inni zechce w pierwszej kolejności ratować własną 

skórę. 

Różnica  polegała  na  tym,  że  jej  byli  skłonni  wybaczyć,  ponieważ  mimo  wszystko 

uczyniła dla nich więcej niż ktokolwiek inny. 

Spędzili  długie  godziny  za  zamkniętymi  drzwiami,  w  ciasnocie.  Dostawali  wodę  i 

trochę chleba, które bez słowa wstawiano do pomieszczenia. 

background image

Nic ciepłego. Nic bardziej pożywnego niż suchy chleb. Ani odrobiny masła. 

Raija nie wiedziała, co dostawali do jedzenia marynarze przebywający na pokładzie, 

dlatego  nie  chciała  się  skarżyć.  Starała  się  dzielić  chleb  między  rannych  sprawiedliwie. 

Odkładała porcje dla Piotra. 

Będzie musiał się posilić, kiedy się obudzi. 

Odzyskał już przytomność i teraz spał. Jego usta poruszały się we śnie, jakby z kimś 

rozmawiał.  Twarz  wykrzywiała  się  w  grymasie.  Był  bardzo  podobny  do  Walentina.  Do 

Wasilija także. 

Raija  sama  nic  nie  jadła,  przecież  wcześniej  nasyciła  głód.  Napiła  się  tylko  trochę 

wody. 

Zmieniła  bandaże,  które  tego  wymagały.  Zebrała  w  jednym  miejscu  zakrwawione 

szmaty,  uznała,  że  trzeba  je  wyrzucić.  Trochę  się  z  niej  podśmiewali,  ale  uważali,  że  ma 

prawo do swoich kaprysów. 

Kobiety takie są. 

Poczuła się zmęczona. Zasnęła na siedząco, oparta plecami o ścianę. Chcieli zrobić jej 

miejsce, by mogła się położyć, ale odmówiła. 

Było ciasno, a przecież musieli nabrać sił, musieli się wyspać. 

Był  chyba  ranek,  kiedy  się  obudziła.  Ciało  miała  obolałe,  ale  trochę  wypoczęła.  A 

kiedy się przeciągnęła, poczuła, że jest nie najgorzej. 

Zaczął się drugi z trzech dni. 

Piotr nie spał. Nie odezwał się, kiedy przyklęknęła obok, ale wodził za nią wzrokiem. 

Jego oczy przypominały oczy czujnego ptaka. 

- Czy to ty? - spytał, kiedy zdjęła mu opatrunek z rany. - Czy to ty jesteś kobietą w 

czarnej pelerynie? 

Skinęła z uśmiechem. 

-  Tak,  to  ja,  ale  nie  jestem  jakąś  czarownicą  czy  cudotwórczynią.  Jestem  zwykłym 

ś

miertelnikiem, który też się boi, lecz tego nie okazuje... 

- Już byś leżał martwy, gdyby nie ona - powiedział ktoś. 

Raija założyła chłopcu czysty opatrunek. 

- Nie przesadzajcie! - poprosiła. - Ten chłopak musiał przeżyć, bo jego czas jeszcze się 

nie  skończył.  A  ja  byłam  może  narzędziem,  niczym  więcej.  To  nie  moja  zasługa...  -  Nie 

wiedziała, jak im to wytłumaczyć. 

-  Twierdzisz,  że  Bóg  nagle  uznał,  że  nam  także  należy  się  trochę  litości?  -  spytał  z 

powątpiewaniem jeden z rannych. 

background image

- Nie wiem - odparła Raija szczerze. Wiązała bandaże silną ręką, pewnymi ruchami. 

Potem pospiesznie pogładziła Piotra po policzku, a on zaczerwienił się, zawstydzony. Dorośli 

mężczyźni  nie  potrafią  przyjmować  pieszczot,  a  chłopcom,  którzy  ledwie  zajrzeli  w  świat 

mężczyzn,  nie  jest  wcale  łatwiej.  -  Nie  wiem  -  powtórzyła  i  popatrzyła  na  wszystkich  po 

kolei.  -  Nie  wiem,  skąd  to  się  we  mnie  bierze.  Czuję,  że  owa  zdolność  jest  we  mnie,  a 

jednocześnie  pochodzi  z  zewnątrz.  Nie  jest  moja.  W  każdym  razie  nie  w  tym  sensie,  bym 

mogła nią kierować. Ujawnia się, kiedy jest potrzebna. Kiedy ja jestem do czegoś potrzebna. 

Ale ja nie mogę decydować i nakazać, żeby się pojawiła. Nie mogę tej siły wykorzystywać 

dla siebie samej. To coś nieprzewidywalnego. Jest moje i jednocześnie wcale nie jest moje. 

Nie  wiem,  skąd  się  bierze  i  dlaczego,  ale  pojawia  się  po  to,  żebym  czyniła  dobro.  Nie 

zaszkodzi wierzyć, że owa moc pochodzi od Boga... 

Wzruszyła ramionami. 

- A ty sama w to nie wierzysz? 

- Nigdy moja wiara w Boga nie była tak silna. - odpowiedziała cicho. 

Nie pytali więcej. Przyjęli jej wyjaśnienia. 

Upłynęło trochę czasu. Raiję ogarnął niepokój. Nie była już w stanie określić, czy jest 

dzień, czy noc. Zastanawiała się, czy Oleg znajduje się w pobliżu. Czy codziennie przypływa 

do statków? Co teraz robią on i Wasilij? Zastanawiała się, czy nie odsunęła tylko w  czasie 

tego, co nieuniknione. Kupiła trzy nowe dni oczekiwania, może trzy kolejne dni cierpienia. 

Zastanawiała  się,  czy  dla  innych  armatorów  i  kupców  ma  to  jakieś  znaczenie,  że 

zjawiła się na pokładzie „Antonii”? 

Na  pewno  tak  by  się  stało,  gdyby  Jewgienij  nie  wyjechał  razem  z  Tonią  z 

Archangielska. 

Doszła też do wniosku, że chociaż była żoną właściciela statków, nie mogła stać po 

stronie  Olega  i  Jewgienija.  Wiedziała,  jak  wiele  może  przez  to  stracić,  ale  sama  podjęła 

decyzję, że wejdzie na pokład „Antonii”. 

To był jej wybór. Tylko jej. 

Za drzwiami rozległ się odgłos kroków. Poderwali się wszyscy - i Raija, i ranni. Ci, 

którzy nie mogli usiąść, unieśli się na łokciach. Nasłuchiwali w milczeniu, utkwiwszy wzrok 

w  drzwiach.  Żółte  światło  obnażało  białe  twarze  z  szeroko  otwartymi  oczyma  i  na  wpół 

otwartymi  ustami.  Na  wszystkich  malowało  się  wyczekiwanie,  pozbawione  jednak  radości. 

Nikt nie spodziewał się dobrych wieści. Nikt na to nie liczył. Mięśnie marynarzy zastygły na 

kamień, kiedy usłyszeli przekręcany w zamku klucz. Drzwi otworzyły się z żałosną skargą. 

background image

Dwaj  służalcy  Walentina  byli  małomówni  jak  zwykle  i  jak  zwykle  zachowali 

kamienne twarze. Raija dowiedziała się, że jeden z nich wcześniej zaciągnął się na „Antonię”, 

drugiego  Walentin  sprowadził  na  pokład,  kiedy  przejął  statek.  Właśnie  takich  ludzi  po-

trzebował - silnych i bezgranicznie posłusznych. 

- Kobieta na górę do Walentina! - powiedział jeden z nich, a drugi uczynił ruch głową, 

tak żeby Raija zrozumiała. Zebrała fałdy spódnicy i wstała. Uczyniła to z godnością królowej. 

Nie pozwoliła się dotknąć. 

- Mogę iść sama - rzekła lodowatym głosem. - Znajdę drogę. Możecie się oczywiście 

upewnić, czy trafię, ale ręce trzymajcie przy sobie! 

Jej  upór,  dumę  i  gniew  marynarze  uznali  za  oznakę  sprzeciwu.  Kiedy  za  Raiją  i 

poplecznikami Walentina zamknęły się drzwi, roześmiali się cicho, choć wcześniej żaden z 

nich  nawet  nie  odważył  się  uśmiechnąć.  Ale  teraz  poczuli  się  bezpieczni,  mimo  że  wciąż 

pozostawali więźniami. 

Ś

miali  się  z  tych  dwóch  osiłków.  Śmiali  się  zaskoczeni,  że  Raija  odważyła  się 

odezwać do nich tym tonem i tymi słowami. 

Ś

miali się też, ponieważ w oczach strażników dostrzegli cień strachu. 

- Jest dwa razy niższa i waży chyba mniej niż jedna noga każdego z nich, lecz obaj 

cofnęli się o pół kroku na jej widok I jeszcze o jeden, kiedy otworzyła usta! 

- Powinna zostać carycą! - westchnął któryś z marynarzy. 

Jak wielu biedaków snuł złote marzenia o bogactwie cara i o rodzinie Romanowów. 

Do niego również dotarły opowieści o życiu na carskim dworze, które przekraczały wszelkie 

wyobrażenia  i  najśmielsze  sny.  Mimo  wszystko  lubił  się  bawić  podobnymi  myślami,  lubił 

wyobrażać  sobie,  że  tacy  jak  on  chodzą  w  jedwabiach  i  aksamitach,  przerzucają  między 

palcami  złoto  i  drogocenne  ozdoby,  najadają  się  do  syta,  nie  martwiąc  się,  co  będą  jedli 

następnego dnia. 

Takie snuł marzenia. 

Nigdy  jednak  nie  widział  w  nich  siebie,  widział  obcych  ludzi  bez  twarzy,  podobnie 

wyobrażał sobie carską rodzinę. 

-  Ta  kobieta  mogłaby  zniewolić  wielki  tłum  jednym  uśmiechem  -  dodał.  Po  raz 

pierwszy udało mu się dać postaci z marzeń twarz i duszę. - Mogłaby utrzymać w posłuchu 

całe narody, i to bez żadnego wysiłku... 

Wśród  mężczyzn  rozległ  się  zgodny  pomruk.  Jednak  Piotr  nie  podzielał  ich  zdania. 

Był  młody  i  porywczy  i  nie  wierzył,  że  marzenia  mogą  koić  rany.  Wypełniała  go  tylko 

gorycz. 

background image

- Raija nigdy nie mogłaby zostać carycą - rzekł ponuro. - Pomijając to, że przybyła z 

innego kraju i że z pewnością pochodzi z równie ubogiej rodziny jak niektórzy z nas, to jest 

zbyt szlachetna. Nie mogłaby mieszkać za złotymi murami, wiedząc, że lud głoduje. 

Kazimir uśmiechnął się smutno. Chłopak miał rację. 

Jednak stary marynarz pragnął ocalić okruchy pięknego marzenia. 

- Właśnie dlatego powinna zostać carycą, mój chłopcze. Ten kraj potrzebuje tam na 

górze  kogoś,  kto  potrafiłby  zejść  do  najmniejszych  spośród  poddanych.  Do  tych,  którzy 

oglądają  większe  ciemności  niż  my  w  kubryku.  Mamy  szczęście,  że  jest  z  nami  Raija.  Ten 

kraj potrzebuje takiej carycy jak ona... 

background image

11 

Raiję zaprowadzono do kajuty kapitana. Wprowadzono do środka i zamknięto drzwi 

na klucz. 

Została sama. 

-  Pokazujesz  mi  swą  władzę  -  mruknęła,  zwracając  się  do  nieobecnego  Walentina. 

Czuła  się  zmęczona,  ale  bardziej  psychicznie  niż  fizycznie.  -  Trzeba  jednak  czegoś  więcej, 

ż

eby mnie wystraszyć - dodała ze złością. 

Musiała się złościć, wykrzesać w sobie tyle wściekłości, by nie dać się omotać siecią 

niemal łagodnego głosu Walentina. Jednocześnie jednak musiała zachować zdrowy rozsądek, 

musiała panować nad uczuciami i myślami. Wydawało jej się, że balansuje na ostrzu noża - 

niemal czuła jego ostrze pod stopami. 

Uznała, że gorzej już być nie może. 

Usiadła na krześle przy stole, oparła głowę na rękach. 

Od razu zauważyła, że Walentin w ogóle nie troszczył się o utrzymanie porządku w 

kajucie.  Wokół  panował  nieład.  Walentin  wyciągał  z  szafy  szklanki,  żeby  się  napić,  i 

zostawiał  brudne  na  stole.  Wszystkie  nosiły  ślady  używania.  Teraz  będzie  chyba  musiał 

sięgnąć po porcelanowe filiżanki kapitana, pomyślała z ironią Raija. 

Długo  czekała  na  Walentina.  Zamknęła  oczy  i  poczuła  rytm  morza  -  spokojne 

kołysanie. Panowała ładna pogoda. Morze lekko falowało, przyjemnie byłoby siedzieć teraz 

na brzegu i na nie patrzeć. Gorzej, być narażonym na jego kaprysy. 

Teraz właśnie wydawało się przyjazne, zdradliwie przyjazne. Raija wiedziała o tym. 

Nie ufała morzu, czuła, że chętnie by ją wciągnęło na dno... 

-  Śpisz?  Walentin  pojawił  się  nagle  niczym  jastrząb,  raróg  albo  jak  orzeł  z 

wysuniętymi pazurami, gotowymi wbić się w nic nie podejrzewającą ofiarę. 

Raija aż podskoczyła. Obudziła się i otworzyła oczy. Gdy podnosiła głowę poczuła, że 

jeden policzek ma odrętwiały. 

Widocznie przysnęła z twarzą na twardym blacie stołu. 

Wyprostowała się. 

Walentin stał przy szafie z przeszklonymi drzwiczkami, przez które widać było półki 

ze  specjalnymi  zagłębieniami,  dzięki  czemu  schowane  tam  rzeczy  nie  wypadały  podczas 

długiej morskiej podróży. Nie zawsze morze bywa tak spokojne jak dziś. 

background image

- Nie sądziłem, że możesz zasnąć. Myślałem, że będziesz umierać z niepokoju o tych 

biedaków, dla których tu przybyłaś. 

Nie przestawał drwić. 

-  Wszyscy  ranni  czują  się  dobrze  -  odparła  spokojnie  Raija.  Nie  pozwoliła 

wyprowadzić się z równowagi. - Nawet twój syn wraca do zdrowia. Piotr to ładny chłopak... 

Walentin  zacisnął  pięści.  Wyglądał  na  zmęczonego.  Teraz  Raija  wyraźniej  widziała 

zmarszczki na jego twarzy, a sprawiło to nie tylko lepsze oświetlenie. 

Na  pewno  nie  wyobrażał  sobie,  że  sprawy  przyjmą  taki  obrót,  być  może  w  ogóle 

wcześniej się nad tym nie zastanawiał. Może po prostu wykorzystał szansę, nie mając pojęcia, 

co będzie dalej. 

- On nie jest moim synem - wycedził przez zęby. - Czy muszę to tyle razy powtarzać, 

kobieto? 

- Nie, bo na pewno nie targnąłbyś się z nożem na kogoś z twej krwi i kości - rzuciła 

Raija i natychmiast pożałowała swych słów. Powinna się ugryźć w język i nie prowokować 

tego szaleńca... Najwidoczniej i ona była już zmęczona. 

Ale Walentin tylko przyznał jej rację: 

- Tak, wtedy na pewno nie użyłbym przeciw niemu noża... 

Przypadkowa  osoba  z  pewnością  uznałaby  jego  słowa  za  szczere,  jednak  Raija  nie 

dała  się  zwieść  pozorom.  Bez  trudu  zauważyła,  że  Walentin  posiadł  szczególną  zdolność  - 

potrafił  sprawiać  wrażenie  otwartego  i  prawdomównego.  Patrząc  mu  w  oczy,  można  by 

uwierzyć,  że  dzieli  się  z  tobą  całą  duszą.  Ale  to  tylko  wyuczona  sztuczka,  pozwalająca 

osiągać wiele korzyści. 

-  Twoja  bluzka  jest  już  sucha  -  rzekł.  Raija  sama  to  zauważyła,  ale  nic  nie 

odpowiedziała. 

Zbił ją z tropu. Przecież nie mogła się przy nim ubierać. 

Nie rozumiała tego człowieka. Nie czuła do niego nawet odrobiny sympatii, ale wiele 

dałaby  za  to,  by  go  bliżej  poznać.  Jedyne,  co  Raiję  interesowało  w  Walentinie,  to  właśnie 

charakter. Wolała nie zastanawiać się, czemu teraz do niej przyszedł. 

Nadal miała nóż, który w każdej chwili mogła wydobyć i użyć w razie zagrożenia, ale 

uważała to za ostateczność. Nie była pewna, czy Walentin nie zemściłby się na niewinnych 

marynarzach. 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Trzy  uderzenia.  Potem  dał  się  słyszeć  odgłos 

oddalających się kroków. Buty miały obcasy z twardej skóry. 

Raija bez trudu rozpoznała, kto jeszcze przed chwilą stał za drzwiami. 

background image

Wśród załogi takie buty nosili tylko Walentin i jego dwaj poplecznicy. 

Walentin rzucił Raiji kurtkę. 

- Załóż to. Wychodzimy na pokład, a na górze jest dość chłodno. 

W pierwszej chwili omal nie uniosła się dumą i nie odmówiła, ale uznała, że to by nie 

było rozsądne. 

Nawet duma ma swe granice, nie warto ryzykować zdrowia... 

Raija  wzięła  kurtkę  bez  słowa.  Zobaczyła,  że  jest  gruba  i  o  wiele  na  nią  za  duża. 

Podejrzewała, że jest za duża także na Walentina. 

Może to kurtka kapitana? 

Niemal całkiem o nim zapomniała. Znowu zaczęła się zastanawiać, co się z nim stało. 

Pewnie potrzebował pomocy, może został ranny... 

- Czekasz na kogoś? - spytała. 

Podążała drobnymi krokami za Walentinem, który z rozmysłem udał, że nie dosłyszał 

pytania. Kolejny kaprys: jak najmniej mówić. Raija uznała, że szykuje jakąś niespodziankę. 

Najwyraźniej bawił się tym jak dziecko. 

Tylko, że niespodzianka, jaką mógł przygotować dla niej Walentin, z pewnością nie 

będzie nawet przypominała niewinnych dziecięcych figli. 

Nie odzywał się. 

Raija już na tyle go poznała, by wiedzieć, że mówi wtedy, kiedy ma ochotę. Uważał, 

ż

e milczenie jest demonstracją władzy. 

Niewielu  zasługiwało,  by  raczył  się  do  nich  odezwać.  Poza  tym  słowa  zdradzałyby 

jego myśli, a on tego nie chciał. 

Raija pomyślała, że i tak go całkiem nie rozgryzie. 

Zabraknie jej czasu, na całe szczęście. 

Walentin  ją  przerażał  tym  bardziej,  że  choć  szalony  i  zaślepiony  nienawiścią,  na 

pierwszy rzut oka nie różnił się zbytnio od innych ludzi, a nawet potrafił być uroczy i miły. 

Jeżeli chciał. 

Chwycił  ją  za  ramiona.  Raija  nie  protestowała,  nie  chciała  niepotrzebnie  go 

denerwować. Nigdy nie była całkiem pewna, kiedy zbliża się do niebezpiecznej linii, której 

przekroczenie obudzi w tym człowieku bestię... 

Pod  gładką  powierzchnią  niebezpiecznie  się  tliło,  nigdy  nie  wolno  jej  o  tym 

zapomnieć. 

Podprowadził ją do burty. 

background image

Raija zrozumiała, dlaczego, kiedy wyjrzała poza krawędź i zobaczyła niewielką łódź 

ż

aglową, a na jej pokładzie Olega i Wasilija. 

- Jest cała! - ze śmiechem zawołał w ich stronę Walentin, mocno zaciskając ręce na 

ramionach Raiji. Przysunął ją jeszcze bliżej burty, żeby mogli ją dokładnie zobaczyć. 

Raiję ogarnęła rozpacz. 

- Czy Michaił dobrze się czuje? - zawołała. Zobaczyła, że Oleg skinął głową. Długo 

udawało się jej nie myśleć o synu, lecz widok bliskich przypomniał Raiji o domu. 

Czy uda jej się przeżyć, czy jeszcze zobaczy Misze? 

Zastanawiała się nad tym już wcześniej, kiedy podejmowała decyzję o popłynięciu na 

„Antonię”. Wtedy wydawało jej się, że w pełni zdaje sobie sprawę, jakie podejmuje ryzyko, 

ż

e dobrze wie, jakie to niebezpieczne. 

A jednak nie całkiem sobie to uświadamiała... Teraz to zrozumiała. 

Przywiodło  ją  tu  jednak  coś  silniejszego  od  jej  własnej  woli.  Wcale  nie  była  taka 

szlachetna ani bohaterska, jak sądzili marynarze. 

-  Pozwól  jej  wrócić!  -  próbował  przekonać  Walentina  Oleg.  -  Spełniła  już  swe 

zadanie. Zjednasz sobie przychylność wielu ludzi, jeśli ją wypuścisz! 

Ś

miech  Walentina  zabrzmiał  miękko  jak  mruczenie  kota,  zadowolonego  i  pewnego 

siebie. 

-  Myślisz,  że  tak  łatwo  wypuszczę  bezcennego  zakładnika?  -  spytał  drwiąco.  - 

Myślisz, że pozwolę jej po prostu odejść? 

-  Nie  mogę  ręczyć  za  innych  -  zawołał  Oleg  z  dłońmi  zwiniętymi  przy  ustach  w 

trąbkę.  -  Właściciele  innych  statków  zamierzają  użyć  wobec  ciebie  siły.  Nie  zdołam  ich 

powstrzymać, jeżeli zatrzymasz Raiję! Wypuść ją! Jest żoną Jewgienija! 

-  Wiem,  że  to  żona  Bykowa  -  odparł  Walentin.  Ściągnął  brwi  i  opuścił  ręce.  Nie 

spodobała mu się wiadomość, że ma wyruszyć za nim pogoń. 

Jego sytuacja wyraźnie się zmieniła. Już nie miał pewności, czy utrzyma swą pozycję. 

Załoga  bała  się  go  i  była  mu  posłuszna,  teraz  jednak  i  do  marynarzy  dotarła  wiadomość 

przywieziona z lądu. 

Głos Olega niósł daleko. 

Nie tylko Walentin go usłyszał. 

Raija dostrzegła wokół siebie niespokojne spojrzenia, zobaczyła, że marynarze wcale 

nie palą się do stawiania oporu. 

background image

Przez  kilka  ostatnich  dni  żyli  marzeniami,  ale  wielu  w  jednej  chwili  wróciło  do 

rzeczywistości.  Strach  zajrzał  im  w  oczy,  uświadomili  sobie,  że  mogą  stracić  wszystko,  co 

kiedykolwiek posiadali. Także i życie. 

-  Dam  wam  moich  rannych  -  rzekł  Walentin.  Raija  zaskoczona  wpatrywała  się  w 

niego szeroko otwartymi oczyma. 

- To niczego nie zmienia - odparł Oleg. - Nie mogę obiecać ci więcej niż do tej pory. 

Walentin wzruszył ramionami. 

-  Nie  proszę  o  nic  w  zamian  -  powiedział,  tak  jakby  tuzin  ludzi  nic  dla  niego  nie 

znaczyło. 

Raija  zacisnęła  ręce  na  krawędzi  burty.  Poczuła  zimne  drewno.  Deska  była  gładka, 

niebieska. W Rosji statki malowano zawsze tak jaskrawo, że przywodziły na myśl kwitnącą 

łąkę. 

Raija  dobrze  wiedziała,  że  Walentinowi  los  rannych  był  zupełnie  obojętny.  Tak 

naprawdę liczył, że ranni umrą. Teraz tylko udawał wspaniałomyślnego, żeby zaskarbić sobie 

przychylność ich rodzin, które zostały na lądzie. To mogło przemawiać na jego korzyść. 

Nie  spodziewał  się,  że  na  „Antonię”  przybędzie  ktoś  z  zewnątrz.  Tym  bardziej  nie 

wierzył, że żona Jewgienija Bykowa zechce dobrowolnie wejść na pokład, nie podejrzewał, 

ż

e ta kobieta potrafi dokonywać cudów. 

Skazał  dwunastu  swych  ludzi  na  śmierć.  Potrzebował  ich  martwych.  Teraz,  kiedy 

wracali do zdrowia, nie przedstawiali dla niego żadnej wartości. 

Jednak fakt, że chciał ich oddać Olegowi, nie żądając niczego w zamian, z pewnością 

doda  mu  chwały.  Raija  nie  mogła  ochłonąć  z  zaskoczenia,  że  tak  szybko  to  sobie 

wykalkulował. 

Wasilij mówił prawdę - jego kuzyn był zimny i wyrachowany jak mało kto. 

- Naturalnie zabierzemy ich na ląd. Walentin długo milczał, obojętnie wzruszył ramio-

nami. 

Stał  boso,  z  odkrytą  głową  i  rękoma  na  biodrach.  Raija  musiała  przyznać,  że  jest 

bardzo przystojnym mężczyzną. 

Rzucił krótki rozkaz. 

Po chwili załoga przyprowadziła dwunastu rannych, którzy mieli umrzeć w kubryku. 

Niektórzy  szli  sami,  kilku  wspierało  się  nawzajem.  Pozostałych  wynieśli  marynarze 

posłuszni Walentinowi. 

Kazimir podtrzymywał Piotra. 

background image

- Co się dzieje? - spytał jeden z rannych. Źle widział, bo długo przebywał w ciemności 

i teraz nie mógł przyzwyczaić oczu do światła dziennego. 

-  Puszczam  was  wolno  -  odparł  Walentin.  Na  krótko  jego  spojrzenie  spoczęło  na 

chłopcu,  który  wspierał  się  na  swym  starszym  towarzyszu  i  ze  wszystkich  sił  starał  się 

utrzymać na nogach. Równie stanowczo jak Walentin wypierał się ojcostwa, Piotr nie chciał 

przyznać, że jest jego synem. - Wszystkich, bez wyjątku - dodał. 

Kazimir odwrócił się do Raiji. 

Skinęła lekko głową i pomogła mu podeprzeć Piotra. Chłopak uśmiechnął się do niej z 

wdzięcznością. 

Kazimir  wychylił  się  przez  burtę.  Tuż  przy  kadłubie  „Antonii”  zobaczył  na  wodzie 

łódź Olega. Przyglądał się, jak marynarze przymocowują sznurową drabinkę. 

Na Walentina nawet nie spojrzał. 

Nie czuł wdzięczności. 

-  Bez  ciebie  bylibyśmy  już  martwi  -  odezwał  się  cicho.  -  Dziękuję,  Raiju  Bykowa. 

Będziesz naszą carycą. 

- Co? - spytała Raija, nie rozumiejąc. 

-  To  tylko  takie  marzenie  -  wyjaśnił  Kazimir  z  uśmiechem.  -  Chłopak  pierwszy!  - 

zawołał, zwracając się do Olega. - Trzeba go przewiązać liną. Sam nie zejdzie. 

- Przecież on jest tak ciężko ranny! - zaprotestowała Raija. 

- Jednak trzeba go jak najszybciej zabrać z tego statku! - zdecydowanie rzekł Kazimir. 

- Zanim ktokolwiek się rozmyśli... 

Z dołu rozległ się głos Wasilija: 

- Mogę wejść? Zniosę chłopaka. 

-  Czy  to  nie  kolejna  próba  udawania  bohatera?  -  Walentin  najwyraźniej  nie  ufał 

kuzynowi. - Pierwszej podjęła się Bykowa! 

- Nie jestem bohaterem, Walentin. W naszej rodzinie nie ma bohaterów - rzekł Wasilij 

z naciskiem. 

Walentin udał, że nie zrozumiał aluzji. 

- Wchodź, kuzynku! Pomóż nam się pozbyć tych ludzi. 

Wasilij bez trudu wspiął się po drabince. 

- Dobrze się czujesz? - spytał Raiję. Skinęła głową. Nie było jej tu gorzej niż innym. 

- Posłaliśmy posłańca po twego męża - rzucił pospiesznie szeptem, tak by nikt poza 

Raiją go nie usłyszał. Bez trudu uniósł Piotra i skierował się ku burcie „Antonii”. 

background image

- Raija...! - zawołał chłopak. Podeszła do niego. Na twarzy Piotra malowało się nieme 

uwielbienie. Podniósł szczupłą dłoń i pogładził Raiję po policzku i po włosach. Zdawał sobie 

sprawę, że uratowała mu życie. 

Jego rany zaczynały się goić. Pozostaną po nich blizny, ale to niewielka cena za życie. 

Patrząc na nie, zawsze będzie wspominał Raiję. 

Piotr  wiedział,  że  już  nigdy  nie  znajdzie  się  tak  blisko  Raiji,  że  nie  będzie  mógł 

zwracać się do niej po imieniu. Raija na powrót stanie się dla niego żoną właściciela statku. 

Ale  teraz  była  mu  bliska.  Będzie  żyła  w  jego  myślach,  okryta  czarną  peleryną,  z 

twarzą anioła... 

Raija  odgadła  jego  uczucia.  Piotr  nie  umiał  ich  jeszcze  skrywać.  Tylko  niektórzy 

dorośli posiedli tę sztukę, nauczyli się nosić maski przy każdej okazji. Inni wkładali je tylko 

od czasu do czasu. 

Nie chciała niszczyć niewinnych marzeń Piotra. 

Dlatego  uśmiechnęła  się  do  niego.  Wydobyła  całą  pogodę  ducha,  jaka  jeszcze  jej 

pozostała,  okazała  mu  całe  ciepło.  Martwiła  się  o  jego  przyszłość,  zdążyła  polubić  tego 

chłopca. Mogła tylko mieć nadzieję, że życie potraktuje go łaskawie. Zasłużył na coś więcej 

niż tylko odciski na dłoniach... 

Pochyliła się i lekko pocałowała go w usta, jak siostra. 

-  Wszystkiego  najlepszego,  Piotrze  -  szepnęła.  -  Wyrośnij  na  dobrego  człowieka. 

Myślę, że możesz się nim stać! 

Wydawała  się  nie  zauważać  jak  policzki  chłopca  oblewają  się  rumieńcem.  Nie 

wiedziała, że ten moment stanie się dla niego najważniejszym wspomnieniem. 

Wasilij zarzucił sobie Piotra na plecy. Aby chłopiec nie spadł, sczepił jego pasek ze 

swoim. 

Z rannym na plecach zaczął schodzić w dół. 

Raija stała z innymi marynarzami przy burcie i z zapartym tchem śledziła każdy jego 

ruch. Złożyła ręce. Czuła lodowaty ucisk w żołądku. Serce waliło jak młotem, zaschło jej w 

gardle. 

Pod nimi było morze. Nadal tylko lekko falowało, lecz wydawało się niebezpiecznie 

zielone i nieskończenie  głębokie. Mogło ich pochłonąć. Mogło schwytać tych dwóch ludzi, 

którzy stawali się coraz mniejsi i mniejsi, w miarę jak zsuwali się coraz niżej wzdłuż burty 

statku. 

Na samym dole czekało ich najtrudniejsze zadanie. Frachtowiec nie mógł podpłynąć 

całkiem  blisko  i  od  drabinki  dzielił  go  prawie  metr.  Kiedy  Wasilij  zawisł  mniej  więcej  na 

background image

wysokości burty, Olegowi udało się podpłynąć trochę bliżej, tak że łódź otarła się dziobem o 

statek. 

Trwało to zaledwie kilka sekund. 

Wszyscy wstrzymali oddech. 

Raija wbiła paznokcie w dłonie i tak mocno zacisnęła zęby, że aż zabolały ją szczęki. 

Ale  Wasilij  wiedział,  kiedy  działać,  i  wiedział,  jak.  Nie  mógłby  zmarnować  takiej 

chwili. 

Słyszał  oddech  Piotra  i  zorientował  się,  że  chłopcu  wkrótce  zabraknie  sił.  Poczuł 

dziwne ciepło na plecach. Widocznie rany zaczęły znowu krwawić. 

Wasilij puścił drabinkę dokładnie na moment przed tym, jak żaglowiec Olega otarł się 

o „Antonię”, i rzucił się w stronę łodzi. Nie udało mu się jednak skoczyć tak daleko, jakby 

tego chciał, dźwigał przecież na plecach dodatkowy ciężar. Zawisł nad wodą uczepiony jedną 

ręką burty. 

Drugą  przytrzymywał  Piotra,  bojąc  się,  że  chłopak,  tracąc  siły,  zsunie  mu  się  z 

pleców. 

Natychmiast  pojawiły  się  ręce,  które  chwyciły  Wasilija  i  Piotra  i  obu  wciągnęły  na 

pokład frachtowca. 

Rozdzielono ich paski. Zajęto się rannym. 

Wasilij czul, jak leje się z niego pot. Słyszał oklaski ze statku. Zobaczył twarze nad 

burtą. 

Spośród nich wyróżniała się twarz Raiji. 

Zobaczył też Walentina. Od razu wiedział, że kuzyn z trudem opanowuje wściekłość. 

Z pewnością miał nadzieję, że mu się nie uda, że zobaczy, jak giną z Piotrem w morzu... 

Wasilij podniósł dłoń w stronę marynarzy. Uśmiechnął się i zawołał: 

- Czy ktoś jeszcze potrzebuje pomocy? 

Potrząsnęli głowami. Z pokładu „Toni” zaczął schodzić następny mężczyzna. Znowu 

Oleg musiał podpłynąć jak najbliżej. Ranny, choć przerażony, zaryzykował skok. Udało mu 

się. 

Schodzili jeden po drugim. Dla wielu był to ogromny wysiłek, lecz wiedzieli, że to ich 

jedyna szansa. Mieli też świadomość, że w ten sposób mogą pokazać Walentinowi, że zostało 

w nich jeszcze trochę siły, że nie odebrał im do reszty woli życia. 

Każdy  z  rannych,  zanim  zszedł  z  pokładu,  ściskał  dłoń  Raiji.  Nie  znajdowali 

odpowiednich  słów,  by  podziękować,  nie  znali  takich.  Nie  mieli  też  zbyt  wiele  czasu  na 

pożegnania, ponieważ Walentin zaczynał się niecierpliwić. 

background image

Ś

pieszyło  mu  się  i  popędzał  ich  -  wołał,  żeby  prędzej  przebierali  nogami,  jeżeli  nie 

chcą wrócić do kubryka. 

Nie musiał dwa razy tego powtarzać. 

Schodzili, ratując życie. 

Kazimir,  najstarszy  z  nich,  miał  opuścić  statek  jako  ostatni.  Nie  mógł  wprost 

uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Do końca obawiał się, że Walentin ich jeszcze zatrzyma. 

Dlatego chciał, by Piotra zniesiono w pierwszej kolejności. 

-  Poddaj  się,  póki  masz  taką  możliwość  -  rzucił,  przechodząc  obok  Walentina.  Nic 

więcej nie dodał. Nawet na niego nie spojrzał. 

Walentin nie odpowiedział. 

Następnie Kazimir objął Raiję i uścisnął ją. 

- Bez ciebie już byśmy nie żyli - rzekł. - Dziękuję ci za wszystko. Wiele bym dał, żeby 

cię zabrać z sobą! 

- Będę na siebie uważać - obiecała Raija cicho. 

- Szybko za burtę! - Walentin odepchnął Kazimira. 

Raija odsunęła się i stanęła bliżej krawędzi. Nie patrzyła na Walentina. Wiedziała, że 

nie odważy się jej skrzywdzić na oczach Olega. 

Kazimir  ruszył  na  dół  po  sznurowej  drabince.  Jednak  zatrzymał  się  za  nisko  i  odbił 

odrobinę za późno. Źle wymierzył skok. 

Rozległ  się  głuchy  stuk,  kiedy  burta  łodzi  uderzyła  go  tuż  nad  biodrem.  Trwało  to 

ułamki sekundy. 

Lecz również ułamki sekundy mogą mieścić w sobie wieczność. 

Kazimir krzyknął, jego głos uniósł się niczym ptak ku obłokom, nie zniknął pod wodą 

razem z nim. Palce marynarza ześliznęły się z drabinki. 

Raija uświadomiła sobie, że i ona krzyknęła. 

Ku niebu leciały dwa ptaki. 

Lecz ptak Raiji miał wrócić, ten Kazimira był w drodze do gniazda. 

Ciało rannego nie wypłynęło już na powierzchnię. Stracił świadomość. 

Może przez krótki moment rozumiał, że jego życie się kończy. 

-  Umarł  wolny!  -  krzyknął  Wasilij  do  Walentina,  kiedy  woda  się  uspokoiła  i  morze 

znowu tylko lekko falowało. 

Raija miała oczy pełne łez. Nie była w stanie ich powstrzymać. Nie chciała. 

Pomyślała,  że  nikt  nie  powinien  umierać,  jeśli  ktoś  po  nim  nie  płacze.  Kazimira 

ż

egnało wiele łez. 

background image

-  Nie  zabiłem  go  -  odparł  Walentin  głosem  równie  zimnym  i  surowym  jak  zawsze. 

Najwyraźniej śmierć starego marynarza nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. 

Raija  miała  ochotę  uderzyć  go  w  twarz...  Jednak  się  pohamowała.  Płakała,  tłumiąc 

złość, gniew i nienawiść. 

-  Nie,  twoje  ręce  są  czyste  jak  śnieg!  -  zawołał  w  odpowiedzi Wasilij.  -  Poddaj  się, 

jeśli potrafisz! Narażasz na śmierć wielu ludzi, Walentin, nie tylko swoją własną cenną skórę. 

Nie masz żadnych szans, jeśli wyślą za tobą inne statki z uzbrojonymi ludźmi na pokładzie... 

- Mam Bykową. 

- Żaden z armatorów się tym nie przejmuje - odparł za Wasilija Oleg. 

Niechętnie to przyznał, ale taka była prawda. Dla innych właścicieli statków rybackich 

i frachtowców to, że Raija znalazła się w rękach buntowników nie miało żadnego znaczenia. 

Nie  zamierzali  ulec  naciskom  marynarzy  tylko  dlatego,  że  żona  Bykowa  straciła  rozum  i 

dobrowolnie weszła na pokład uprowadzonego statku. 

Jeżeli  zaczną  ścigać  Walentina  i  zajęte  przez  niego  jednostki,  to  na  pewno  nie  z 

powodu Raiji Bykowej. Nawet im to by nie przeszło przez myśl, zrobią to tylko dla siebie. 

Nie pragnęli jej ratować. Jeśli będzie trzeba, zabiją wszystkich na „Raiji” i „Antonii”. 

Nie mieli skrupułów - wszak Raija dobrze wiedziała, na co się decyduje. 

Nie  traktowali  jej  jak  zakładniczki,  którą  trzeba  wykupić  za  wysoką  cenę.  Niech  to 

załatwia Oleg. 

Walentin nie potrafił tego zrozumieć. 

Raija od początku wiedziała, jak jest naprawdę. 

Walentin mniemał, że w osobie żony Jewgienija Bykowa zyskał cennego zakładnika. 

Nie  chciał  przyjąć  do  wiadomości,  że  ta  kobieta  nie  przedstawia  dla  innych  właścicieli 

statków żadnej wartości. 

- Pamiętaj, że nie zawaham się jej zabić - rzekł lodowatym głosem. 

Raija czuła, że nie kłamie. 

-  Mogę  tylko  podtrzymać  swoją  propozycję  -  odparł  Oleg.  -  Jednak  dotyczy  ona 

wyłącznie  marynarzy  na  naszych  statkach.  Obiecuję,  że  nawet  ty  ujdziesz  bezkarnie, 

Walentin, pod warunkiem, że zaciągniesz się gdzie indziej. Gotów jestem ci wręcz zapłacić, 

ż

ebyś zniknął. Zastanów się, co robisz. Radzę ci, oddaj nam Raiję, nic dzięki niej nie zyskasz. 

- Nie ma mowy! 

- W takim razie przyjmij i mnie! - zaproponował Wasilij. - Nie przyłączę się do twoich 

zwolenników, ale i mnie możesz potraktować jak zakładnika. Nie mam broni... 

Walentin wahał się. 

background image

- No, dobrze - rzekł wreszcie. W jego głosie brzmiało zadowolenie. - Wchodź, Wasilij. 

Wreszcie rodzina będzie razem! - Następnie zwrócił się do Raiji i patrząc na nią, pogardliwie 

spytał: - Jest twoim kochankiem? Czy dlatego tak się poświęca? 

Raija splunęła na pokład tuż pod jego stopy. Potem popatrzyła na morze, a następnie 

na Wasilija, który zwinnie jak kot wspinał się po sznurowej drabince z łodzi Olega na statek. 

-  A  więc  znalazł  się  ktoś,  dla  kogo  pani  Bykowa  przedstawia  wielką  wartość  - 

przywitał go ironicznie Walentin. 

Wasilij  nie  odpowiedział.  Raija  nie  pojmowała,  dlaczego  dobrowolnie  oddaje  się  w 

ręce kuzyna. Przecież chyba nie tylko z jej powodu. 

background image

12 

- Nie musiałeś tego robić - powiedziała Raija do Wasilija. 

Wzruszył  ramionami  niemal  w  ten  sam  sposób  jak  Walentin.  Zobaczyła,  jak  bardzo 

kuzyni są do siebie podobni - w ruchach, budowie ciała... I jak bardzo niepodobni pod innymi 

względami. 

- Zrobiłem w życiu wiele rzeczy, których nie musiałem robić - rzekł beztrosko, ale w 

jego oczach było coś, co mówiło Raiji, ze za ową beztroską kryje się powaga. 

Walentin  nie  pozwolił  im  rozmawiać.  Z  kamienną  twarzą  mocno  chwycił  Raiję  za 

rękę  i  pociągnął  za  sobą,  a  ruchem  głowy  dał  Wasilijowi  do  zrozumienia,  żeby  poszedł  za 

nimi. 

- Jak widzę, zachowałeś swe dobre maniery - zauważył sucho Wasilij. 

Słysząc  te  słowa,  Raija  musiała  się  uśmiechnąć,  choć  Walentin  sprawiał  jej  ból.  Z 

pewnością na jej ręce zostaną sińce. 

Ludzie  Walentina  przeszukali  Wasilija,  kiedy  tylko  wszedł  na  pokład.  Nie  znaleźli 

przy  nim  broni,  czego  najwyraźniej  spodziewał  się  Walentin.  Teraz  wyglądał  na 

rozczarowanego, tak jakby zawiódł się na kuzynie. 

Poprowadził  swych  zakładników  do  kajuty  kapitana.  Traktował  ją  już  jak  swoją. 

Całkiem  zapomniał,  że  jeszcze  niedawno  sypiał  w  kubryku.  Szybko  przyzwyczaił  się  do 

lepszych warunków i przyjął za coś zupełnie oczywistego. 

-  Co  słychać  na  lądzie? -  spytał  Wasilija,  siadając.  Wasilij  usiadł  na  drugim  krześle 

przy  stole.  Więcej  krzeseł  nie  było,  więc  Raija  została  przy  drzwiach.  Nic  na  świecie  nie 

zmusiłoby jej do zajęcia miejsca na jednym z łóżek, które umieszczono w niszach, przez co 

stanowiły niejako małe osobne sypialnie. 

-  Oleg  już  ci  przekazał  najnowsze  wieści  -  odparł  Wasilij  spokojnie.  Patrzył 

Walentinowi prosto w oczy, nie okazując najmniejszych oznak strachu. 

Raija pragnęła w głębi duszy, żeby nie odnosił się w ten sposób do Walentina. Bała się 

ż

e swym opanowaniem zirytuje samozwańczego przywódcę buntu. 

- Armatorzy gotowi są zaatakować. Wielu z nich bez wahania użyje przeciwko tobie 

broni... - Wasilij na moment zamilkł, po czym mówił dalej: - Nawet marynarze, za których 

tak dzielnie walczysz, są na ciebie wściekli. Nie chcą dla siebie żadnych zmian. Co więcej, 

boją się, że ktoś mógłby posądzić ich o udział w planowaniu buntu lub pomoc w jego zor-

ganizowaniu... 

background image

-  Co  ty  powiesz?  -  rzekł  Walentin  z  uśmiechem,  który  przyprawiłby  o  dreszcz  lęku 

samego diabła. 

-  Myśl  sobie,  co  chcesz,  ale  to  prawda  -  odparł  Wasilij  bez  mrugnięcia  okiem.  - 

Obawiam się jednak, że tylko Oleg się wami przejmuje... 

-  Oleg  -  powtórzył  Walentin  powoli.  -  Szybko  przeszedłeś  z  szefem  na  ty,  co? 

Zawdzięczasz  to  pewnie  swej  otwartości  i  urokowi  osobistemu,  prawda?  A  może  szeptałeś 

komuś czułe słówka? 

Zerknął na Raiję. 

- To zwykle pomaga: wykorzystać do swoich spraw kobietę... 

Kiedy Wasilij nie odpowiedział, Walentin spytał nagle: 

- Czy mają wiele statków? Jakich? Ilu ludzi? 

-  Sporo  -  odparł  Wasilij.  -  Szkunery  -  uśmiechnął  się  nieznacznie.  Trochę  krzywo, 

podobnie  jak  Walentin,  ale  mimo  wszystko  inaczej,  ponieważ  miał  w  sobie  więcej  ciepła  i 

pogody.  -  Armatorzy  nie  odważą  się  posłać  swoich  statków  handlowych,  wiesz,  bogaci  to 

bogaci! Nieważne, czy chodzi o ich chleb, czy nie. Dobrze płacą, by zdobyć ludzi. Obiecują 

marynarzom  wykreślenie  długów,  jeżeli  staną  po  ich  stronie.  Podjęto  wiele  kroków,  drogi 

Walentinie. Wydaje mi się, że zostałeś całkiem sam... 

- Mam ją - Walentin skinął na Raiję. Spojrzenie, jakie mu posłała, ciskało błyskawice, 

ale ledwie zdawał się to zauważać. 

- Wydaje ci się, że to wiele? Byków wyjechał z miasta - wyjaśnił Wasilij. - Możesz 

próbować  szantażować  Olega,  ale  on  nie  poruszy  nieba  i  ziemi,  żeby  ratować  cudzą  żonę. 

Rozumiesz? Lepiej pozwól jej odejść. Żaden z właścicieli statków nie da ci za nią złamanej 

kopiejki.  Co  ich  obchodzi  żona  jakiegoś  Bykowa,  który  w  dodatku  jest  dla  nich 

parweniuszem.  Ani  trochę  się  nie  zmartwią,  jeżeli  te  statki  znikną,  a  Jurków  i  Byków 

zrezygnują z przewozów. Chętnie przejmą ich interes. Może jakoś udałoby ci się przycisnąć 

tych  dwóch,  ale  z  pewnością  nie  innych.  Jeśli  jednak  zechcesz  poczekać  na  pościg,  to  nie 

wiem, czy z tego wyjdziesz cało, chłopcze. Nie zapominaj, że czas płynie! 

- Nie jestem dla ciebie chłopcem! - wybuchnął Walentin. 

Nalał sobie wódki do brudnej szklanki. Nie poczęstował Wasilija, ale ten sam napełnił 

drugie naczynie. Wypił jednym haustem i popatrzył uważnie na Walentina. 

- Tylko kapitana trzymasz teraz pod kluczem? - spytał. 

Walentin skinął głową. Nie marnował słów, jeśli nie chciał i jeśli nie musiał. 

- Czy na „Raiji” wszystko w porządku? 

background image

- Tak. Byłem tam niedawno. Morale wśród załogi wysokie. Nie zamierza się poddać, a 

jeżeli trzeba, będzie walczyć. 

- Czy wielu jest w stanie się bić? I tu, i na „Raiji” jest po kilku starszych marynarzy i 

paru bardzo młodych chłopców. Nie masz broni... 

-  Morale  jest  wysokie  -  powtórzył  uparcie  Walentin.  Raija  wiedziała,  że  kłamie. 

Widziała niepewność na twarzach marynarzy z „Antonii”. Ludzie się bali. Kiedy usłyszeli od 

Olega, że zanosi się na prawdziwą bitwę, zrozumieli, czym to się może skończyć. 

Zakończenie  buntu  nie  zapowiadało  się  tak  różowo,  jak  to  sobie  wyobrażali  i  jak 

obiecywał im Walentin. 

Nie  będzie  umorzenia  długów,  wyższych  zarobków,  z  których  będzie  można  się 

utrzymać, zatrudnienia na kilka lat, domów na własność... 

Wreszcie  pojęli,  jak  bardzo  się  mylili  i  jaką  przyjdzie  im  za  to  zapłacić  cenę.  Nie 

umieli walczyć, nie byli żołnierzami, lecz prostymi marynarzami. 

Walentin pokładał nadzieje w ludziach, którzy się bali. Raija nie sądziła, by na drugim 

statku panowały inne nastroje. „Raija” kotwiczyła na tyle blisko, że jej załoga także usłyszała 

słowa Olega i z pewnością myślała swoje. 

Walentin musiał o tym wiedzieć. 

Ale  mimo  to  upierał  się,  że  jego  ludzie  są  zdecydowani  stawiać  opór,  że  myślą  tak 

samo jak on i są gotowi zginąć. 

Być może sam w to wierzył. 

Raija  jednak  nie  była  co  do  tego  przekonana.  Wasilij  również  nie.  Wymienili 

pospieszne spojrzenia. 

Zrobili to jednak nie dość szybko, by uszło to uwagi Walentina. Wypił resztę wódki ze 

szklanki. Nalał sobie jeszcze. 

- Uważam, że twoją jedyną szansą jest się poddać - powtórzył Wasilij. Nie starał się 

dotrzymać Walentinowi towarzystwa w piciu. 

- Czy to Jurków, twój drogi Oleg, prosił cię, byś mnie przekonał? - spytał Walentin 

drwiąco.  - Ciekawe, że  zawsze tak szybko nawiązujesz przyjaźnie, Wasilij. Jeden Bóg  wie, 

jak to robisz. Przychodzi ci to z dziwną łatwością. I w dodatku jesteś piekielnie pewny siebie. 

Uważaj,  żebyś  się  nie  sparzył!  Pamiętaj,  że  inni  również  myślą.  Zdarza  się,  że  inni  myślą 

równie jasno jak ty, mimo że dochodzą do innych wniosków. - Zamilkł, ale zaraz dodał: - Nie 

zapominaj, że to ty wznieciłeś ten bunt, Wasilij! To był twój plan. Nawet jeśli teraz skumałeś 

się z Jurkowem, to nie jest pewne, czy będziesz mógł się schować za jego plecami, gdy się 

znajdziesz w tarapatach. Jeżeli staniesz się niewygodny, nie zawaha się, by cię poświęcić. Oni 

background image

tacy są. Twój Oleg tak łatwo nie zapomni, że bunt był twoim pomysłem. Nikt ci nie poda ręki, 

bo i kto będzie chciał zaufać takiemu człowiekowi? 

Wasilij nie był w stanie na to odpowiedzieć. Westchnął tylko, bawiąc się szklanką, na 

której dnie tańczył łyk wódki. Lekko uśmiechał się do siebie. 

- Sądzę, że moje szanse są chyba równe twoim, Walentin - odezwał się wreszcie. - A 

gdybym nie miał tu czego szukać, to nic mnie przecież nie wiąże. Do diabła, mogę wyjechać 

dokądkolwiek  Kto  powiedział,  że  Archangielsk  jest  jedynym  miejscem  na  świecie,  gdzie 

można być szczęśliwym? Mogę zakotwiczyć w Sankt Petersburgu! - Roześmiał się cicho. - 

Tam przecież wspaniale kwitnie handel i żegluga. To prawdziwy raj dla marynarzy... 

-  Słusznie,  może  nawet  wkradłbyś  się  w  łaski  Romanowów  -  wtrącił  ironicznie 

Walentin. - Mógłbyś zostać doradcą cara... 

- Mamy teraz carycę - poprawił łagodnie Wasilij. - Annę. 

-  Zatem  nic  dziwnego,  że  kraj  stoi  na  głowie  -  stwierdził  Walentin  lekceważąco.  - 

Kobiety powinny zajmować się mężem i dzieciakami. Inaczej się nie godzi. Powinny siedzieć 

na swych tyłkach i dbać o porządek w domu, bo niby po co mają tak szerokie tyłki? 

- To pewnie dlatego, że rodzimy - odezwała się słodko Raija, zakładając ręce na piersi. 

- W tym wypadku szerokie biodra są zaletą, rozumiesz, Walentin... 

- Dam Olegowi jeszcze jedną szansę - zaproponował Walentin, zupełnie nie zwracając 

uwagi na słowa Raiji. - Ostatnią szansę. Termin, który wyznaczyłem, już się zbliża. Nie ma 

powodu czekać do ostatniej chwili. 

-  Obiecałeś!  -  rzekła  Raija  wzburzona.  Walentin  zareagował  tak  dobrze  jej  znanym 

wzruszeniem ramion. Popatrzył Raiji w oczy. Na jego twarzy malowało się rozbawienie. 

- Czy jeszcze nie zauważyłaś, że składam obietnice bez pokrycia,  Bykowa? Czy nie 

wiesz, że nie zawsze dotrzymuję słowa? Nie jestem kryształowy, nigdy nie chciałem taki być 

i  wcale  nie  zamierzam  się  teraz  zmieniać.  Jestem  na  to  za  stary.  Tę  grę  rozegramy  według 

moich zasad. Jakoś się z tego wypłaczę, tak czy inaczej. 

- Nie możesz płynąć do Kem ani w stronę Onegi - ostrzegł Wasilij. - Nie powinienem 

ci może tego mówić, ale mimo wszystko jesteśmy spokrewnieni, mimo wszystko jedziemy na 

tym samym wózku... 

- Co mnie to obchodzi - burknął Walentin. 

- Wiadomość o rebelii dotarła już na zachód. Nie ma ani jednego portu nad Morzem 

Białym, do którego mógłbyś zawinąć, ponieważ żaden cię nie przyjmie. Przykro mi Walentin, 

ale dopóki wiadomo, że ty dowodzisz „Raiją” i „Antonią”, żaden z tych statków nie będzie 

mógł wpłynąć do któregokolwiek portu w Rosji. 

background image

-  Oho,  pokazują  pazury  -  mruknął  Walentin.  -  Szykowali  na  mnie  pułapkę,  a  ja  nie 

miałem się o tym dowiedzieć, co? 

Wasilij przytaknął. 

Raija nie pojmowała, czemu ostrzegł kuzyna. To niepodobne do Wasilija dawać coś za 

nic. Nie sądziła też, by uczynił to z uwagi na łączące go z Walentinem pokrewieństwo. 

Walentin  też  nie  bardzo  mu  dowierzał,  na  jego  twarzy  wypisana  była  nieufność. 

Wasilij jednak nie dodał nic więcej. Uznał, że i tak powiedział za dużo. 

- Nie ma o czym gadać - odezwał się Walentin. - Nie licz na to, że potraktuję cię ze 

szczególnymi względami, bo jesteś moim krewnym. Przyjaciół się wybiera, a rodziny nie. 

- Ilu wybrałeś? - zdziwił się Wasilij. - Ilu wybrało ciebie? 

-  Dostaniesz  kajutę  sternika  -  oznajmił  samozwańczy  dowódca,  ignorując  pytanie.  - 

Zostało  tam  może  trochę  krwi,  ale  to  chyba  nie  powinno  ci  przeszkadzać.  W  tym 

pomieszczeniu  między  innymi  nasza  piękna  Bykowa,  nasza  bohaterka,  nasza  Madonna 

dokonywała swoich cudów. Na pewno poczujesz się tam jak w domu. 

- Ani się waż jej ruszyć! - rzekł Wasilij z naciskiem. 

Walentin w jednej chwili poderwał się na nogi, złapał kuzyna za kołnierzyk koszuli i 

podciągnął  do  góry.  Ich  twarze  znalazły  się  bardzo  blisko  i  wtedy  Raija  zauważyła,  że  ich 

profile są prawie identyczne. 

- Jakim prawem śmiesz mi wydawać polecenia? - syknął przez zęby. - Jakim prawem 

się o nią troszczysz? 

- Jest żoną Bykowa - odparł spokojnie Wasilij. Mógłby uwolnić się z rąk Walentina, 

gdyby chciał, ale zachował spokój, nie wyrywał się. Raiji wydało się to dziwne. 

- I twoją dziwką? 

Raija  na  moment  zamknęła  oczy.  Chciała  się  odwrócić,  ale  nie  zdołała  -  stała  jak 

sparaliżowana. Obelgi były tak niedorzeczne i obrzydliwe, że aż obezwładniały. 

- Zapłacisz za to! - rzucił Wasilij. - Może nie dziś ani nie jutro, ale odpowiesz za te 

oszczerstwa! 

-  Nigdy  przedtem  nie  stawałeś  tak  gorliwie  w  obronie  swych  przyjaciółek  -  syknął 

Walentin. U nasady włosów pojawiły mu się krople potu. Raiji nie podobał się jego ochrypły 

głos.  -  Żona  Bykowa  musi  być  dla  ciebie  kimś  szczególnym,  kimś  wyjątkowym,  co?  Nie 

opowiesz  mi  o  tym?  Zawsze  lubiłeś  opowiadać  mi  o  swoich  dziewczynach.  Pamiętasz? 

Pamiętasz, jak dokładnie opisywałeś, jak było? Jakie one były? Mogłem  je sobie dokładnie 

wyobrazić. Do diabła, widziałem je w wyobraźni tak wyraźnie, że mogłem je później brać w 

swych  marzeniach.  Oczywiście  nie  tak,  jak  ty  to  robiłeś,  chłopcze,  ty  byłeś  zawsze  słaby  i 

background image

łagodny, ale na swój sposób, po męsku. Twardo, bez ceregieli, bez gadania. Mogę się założyć, 

ż

e  wolałyby  mnie.  Kobiety  trzeba  traktować  silną  ręką,  kierować  nimi.  Lubią,  kiedy 

mężczyźni je ujarzmiają... 

Puścił  Wasilija.  Nie  patrząc  na  kuzyna,  podszedł  do  Raiji.  Objął  ją,  nie  zwracając 

uwagi na jej sprzeciw. Przywarł do niej całym ciałem. 

-  Na  pewno  byś  mnie  polubiła  -  rzekł  z  przekonaniem.  -  Jestem  trochę  inny  niż 

Byków. Mam dwa silne ramiona. Takie kobiety jak ty powinni ujeżdżać mężczyźni o dwóch 

rękach.  Zobaczysz,  jestem  lepszy  niż  ten  mięczak  Wasilij,  który  nie  chce  mi  o  was 

opowiedzieć... 

Mówiąc to położył dłoń na piersi Raiji i mocno zacisnął. 

Raija  szarpnęła  się,  ale  nie  zdołała  się  uwolnić.  Walentin  tylko  roześmiał  się 

ironicznie.  Wasilij  całą  silą  woli  starał  się  zachować  spokój.  Jego  spojrzenie  pociemniało, 

dłonie zacisnęły się mocno na poręczach krzesła, ale nie uczynił nic, by powstrzymać kuzyna. 

- Ostatnio Wasilij nie chce mi już opowiadać o kobietach, z którymi sypia, ani o tym, 

jak się z nimi zabawia. Nie powtarza też, co im mówi i co one odpowiadają, nie opisuje ich 

twarzy, które się nad nim pochylają. Ale mam nadzieję, że ty, Bykowa, opowiesz mi o tym 

wszystkim,  o  czym  on  nie  chce  mówić.  A  ja  dostarczę  ci  takich  wrażeń,  których  nigdy  nie 

zapomnisz. I to nie raz, lecz wiele razy... 

-  Mam  nadzieję,  że  to  jeszcze  jedna  z  tych  obietnic,  których  nie  spełnisz  -  syknęła 

Raija. 

Podniosła nogę i z całych sił kopnęła Walentina w krocze. 

Zacisnął zęby z bólu. Cofnął ręce. 

- Przyjdzie na ciebie czas - zagroził. - Przyjdzie jeszcze na ciebie czas, Bykowa! 

- Mogę się przejść po pokładzie? - spytał Wasilij dziwnie zmienionym głosem. 

Walentin roześmiał się. 

- Jesteś bezczelny! 

- To typowe w naszej rodzinie - odparował Wasilij. 

-  Nigdy  nie  pozwolę  takiemu  wilkowi  jak  ty  krążyć  między  mymi  ludźmi  po 

pokładzie.  Nie,  drogi  kuzynie,  nie  zgodzę  się,  byś  buszował  po  statku.  Jesteś  zbyt 

niebezpieczny. Nie ma gorszego wroga niż członek najbliższej rodziny! 

Wasilij wzruszył ramionami. 

- Możesz zostać tutaj, dopóki nie wrócę, nie ma tu nic do zabrania... - dodał Walentin. 

- Razem z nią? - spytał Wasilij. 

background image

- Przypuszczam, że już nie raz zostawałeś z nią sam na sam - odparł Walentin. - Taka 

okazja może się już nie powtórzyć, a mnie to nie przeszkadza. Na pewno jest wiele spraw, o 

których chcielibyście porozmawiać... 

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. 

-  Przepraszam  za  jego  zachowanie.  Wstyd  mi,  w  końcu  jesteśmy  krewnymi  -  rzekł 

Wasilij, kiedy umilkły kroki na korytarzu. - On nie potrafi inaczej. Skrzywdził cię? Zrobił ci 

coś? 

- Czy mnie zgwałcił? - spytała Raija i usiadła na krześle. - Jeszcze nie. 

-  Zapłaci  za  każde  słowo  -  obiecał  Wasilij.  -  Jestem  tchórzem.  W  twoich  oczach 

okazałem się pewnie słabeuszem, Raija, ale nie mogłem postąpić inaczej. Zapewniam cię, że 

nie  zawsze  zachowuję  się  tak  biernie.  Walentin  pożałuje  swych  słów,  pożałuje,  że  cię 

dotknął... 

- Siłą nic nie zdziałasz - westchnęła Raija. - On jest tak pewny siebie, przekonany o 

swojej nieomylności. Nie znasz go? Nie da sobie nic powiedzieć, nic go nie przekona. Teraz 

chce mnie, ponieważ jestem żoną Jewgienija Bykowa. Ponieważ... 

- ponieważ myśli, że ja cię miałem - dokończył za nią Wasilij. Chwycił dłoń Raiji i 

uścisnął ją z szacunkiem. - Walentin widzi, że nie jesteś mi obojętna. Dla niego istnieje tylko 

jeden sposób okazywania kobiecie zainteresowania, sam zresztą to wyjaśnił. Nie potrafi sobie 

wyobrazić,  że  między  nami  może  być  inaczej.  Niestety,  widzi  wyraźnie,  że  cię  lubię. 

Obawiam się, że nie udało mi się tego ukryć, pani Bykowa... 

-  Nie  mów  do  mnie  w  ten  sposób!  -  poprosiła.  -  To  Walentin  zwraca  się  do  mnie 

wyłącznie po nazwisku. Nie chcę, byś mi go przypominał. 

-  Dobrze,  więcej  cię  tak  nie  nazwę  -  obiecał,  wypuszczając  jej  dłoń.  -  Wiesz, 

zobaczyłem twoją bluzkę wiszącą na łóżku - powiedział z gorzkim uśmiechem. - Przez głowę 

przemknęło mi wiele bolesnych myśli... 

- Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda - rzekła cicho Raija. Nie lubiła wódki, ale 

teraz nalała sobie trochę z karafki. Nie zwróciła uwagi na to, że wypiła z brudnej szklanki. - 

Nie, nie wszystko jest takie, na jakie wygląda... - powtórzyła. Wasilij wciągnął powietrze. 

-  Czy  nadal  masz  nóż,  Raiju?  Gdy  wymawiał  jej  imię,  jego  głos  zdradziecko  drżał. 

Zrozumiała, jak wiele dla niego znaczy, i zrobiło jej się przykro. 

Nie  chciała,  by  się  do  niej  przywiązywał,  a  potem  tęsknił.  Wiedziała  jednak,  że  nie 

może tego zmienić, że Wasilij również nic na to nie poradzi. 

Skinęła głową. 

- Potrzebujesz go? Boże, co powinna odpowiedzieć? 

background image

- Nic mi chyba nie grozi - rzekła beztrosko. - No, poza tym, że Walentin wykorzysta 

pierwszą nadarzającą się okazję, by mnie zgwałcić. Nie, nie sądzę, by nóż był mi potrzebny. 

-  Wiem,  że  nie  powinienem  cię  pytać  w  ten  sposób  -  westchnął  Wasilij.  -  Matko 

Boska, zawsze mówię coś nie tak! - Popatrzył na Raije. Jego niebieskozielone oczy wydawały 

się teraz bardziej zielone niż zwykle. To spostrzeżenie poruszyło w duszy Raiji jakąś strunę. 

Zdała sobie sprawę, że takie oczy już kiedyś widziała. W każdym razie podobne, tego samego 

koloru. 

Ale i to wspomnienie mieszkało w niej gdzieś głęboko. 

-  Mam  pewien  plan,  ale  wolałbym  ci  go  nie  zdradzać,  Raija.  Po  prostu  lepiej  dla 

ciebie, żebyś nie wiedziała. - Przełknął ślinę. - Nie mogę ci wyjawić szczegółów. Wybacz, ale 

muszę je zachować dla siebie. Mogę ci tylko powiedzieć, że nie przez przypadek znalazłem 

się  na  pokładzie.  Walentin  nawet  nie  wie,  jak  bardzo  mi  pomógł.  Ważne,  że  już  tu  jestem. 

Myślę, że potrafię tak pokierować wypadkami, żeby zakończyć bunt bez przelewu krwi, bez 

poświęcania  czyjegoś  życia.  Jednak  może  się  zdarzyć,  że  będę  potrzebował  poświęcenia  z 

twojej strony... 

Spojrzał na nią. Nie uciekł wzrokiem. 

Raiję ogarnął gniew. Zrozumiała, co miał na myśli. Jak mógł ją prosić o coś takiego? 

Przez długą chwilę milczała. 

- O wiele prosisz - rzekła wreszcie. Głos jej drżał. 

- Wiem o tym i wierz mi, nie czuję się godzien miana mężczyzny. Zdaję sobie sprawę, 

ż

e możesz mnie znienawidzić do końca życia. Ale jestem gotów zapłacić tę cenę. 

-  Nie  jest  wysoka  w  porównaniu  z  tą,  o  której  zapłacenie  mnie  prosisz  -  rzekła  z 

goryczą Raija. 

Wasilij skinął głową. 

-  Wiem,  że  Walentin  może  cię  skrzywdzić,  ale  ja  potrzebuję  twojego  noża.  Muszę 

mieć nóż, a innego nie uda mi się zdobyć. - Westchnął. - Zresztą i tak nie obronisz się przed 

gwałtem  za  pomocą  noża  ukrytego  pod  spódnicą.  Pomyśl,  co  by  było,  gdyby  Walentin  go 

znalazł, gdy przed chwilą cię dotykał? Jesteś od niego o wiele słabsza, Raiju. Jeżeli będzie 

chciał cię wziąć siłą, zrobi to. Czy chcesz, czy nie. Mówią, że bardzo lubi, kiedy kobiety się 

bronią... 

Raija  nie  odpowiedziała.  Wsunęła  rękę  pod  brzeg  spódnicy  i  wyjęła  nóż.  Walentin 

rzeczywiście  omal  go  nie  wyczuł,  kiedy  niedawno  ją  obejmował.  Co  do  tego  Wasilij  miał 

rację. 

Podała mu nóż, a on natychmiast wsunął go do cholewy buta. 

background image

- Jak się czuje mój Michaił? 

-  Tęskni  za  mamą  -  odpowiedział  Wasilij.  -  Ale  żona  stajennego  dobrze  się  nim 

zajmuje. Posłaliśmy ludzi po twojego męża i Antonię... 

-  Nie  chcę  o  nich  więcej  słyszeć  -  rzekła  nagle.  Odchyliła  głowę  do  tyłu,  zdołała 

powstrzymać łzy, choć ścisnęło ją za gardło i zapiekło pod powiekami. 

- Zdajesz sobie sprawę, że wszyscy możemy zginąć? Skinęła głową. 

-  Jeżeli  nas  zaatakują  -  rzekła.  -  Biedny  Oleg!  Nie  pomyślałam  o  takim  rozwoju 

sytuacji, kiedy nalegałam, byś mnie tu przywiózł. 

- Nie zmusiłabyś mnie - rzekł z goryczą - gdybym i ja nie sądził, że sprawy potoczą 

się inaczej. Widziałem inne rozwiązanie, jeśli mam być szczery, Raiju. Nigdy nie chciałem, 

byś ucierpiała. 

Właśnie to musiał jej powiedzieć, uważał, że to ważne. 

- Czy widzisz jakieś rozwiązanie? Teraz, kiedy masz mój nóż? 

Wasilij skinął głową. Rozlał do szklanek resztkę wódki. 

- Tak. Wypijmy za to, Raiju. 

background image

13 

Raija  nie  do  końca  pojmowała,  czemu  Walentin  zamknął  ją  w  kajucie  razem  z 

Wasilijem.  Niejasno  to  przeczuwała,  zgadywała  jego  tok  myślenia,  ale  czy  rzeczywiście 

wpadło mu do głowy coś takiego? Chyba sam nie wierzył, że mogliby się tak zachować. 

Nie są przecież zwierzętami... 

A jednak tak było. Kiedy Walentin wrócił do kajuty przyjrzał się obojgu podejrzliwie. 

Popatrzył na szklanki i pustą butelkę, niby przypadkiem zerknął na prycze. 

Raija poczuła, że robi jej się niedobrze. 

-  Wypiliśmy  twoją  wódkę  -  oznajmił  Wasilij.  -  W  naszej  rodzinie  nie  pytamy  o 

pozwolenie, prawda, stary? To dobra wódka, zupełnie co innego niż kwas. Przypuszczam, że 

kapitan  zgromadził  większy  zapas,  nie  będziesz  więc  musiał  pościć.  Rozejrzyj  się  też  za 

rumem, jest niezły, choć może trochę słodki... 

Wasilij  wstał  i  przeciągnął  się  leniwie.  Był  szczuplejszy  i  bardziej  sprężysty  niż 

Walentin.  Gdyby  stanęli  do  uczciwej  walki  wręcz,  z  pewnością  Wasilij  byłby  górą,  uznała 

Raija. 

- Rozmawiałem z chłopakami - odezwał się Walentin. - Mogę na nich liczyć, wcale 

nie zamierzają się wycofać. Dostałem też wieści z „Raiji”. Tamci marynarze także nie myślą 

o tym, by się wycofać... Przykro mi, ale muszę cię rozdzielić z Bykową - dodał drwiąco, ale z 

niewinnym  uśmiechem  i  pokornym  spojrzeniem.  Nawet  wyraz  oczu  go  nie  zdradzał,  tak 

doskonale potrafił się maskować. 

Raija już wiedziała, dlaczego tylu ludzi brało jego słowa za dobrą monetę, pozwoliło 

mu się oczarować, a potem oszukać. 

Ciekawa była, co też Walentin powiedział marynarzom. 

- Ale nie martw się, dostaniesz osobną kajutę, w której będziesz bezpieczny, Wasilij. 

Muszę  cię  niestety  zamknąć  na  klucz,  ale  czegóż  się  nie  robi,  by  ochronić  człowieka,  w 

którym płynie ta sama krew... 

- Jasne, przekonaliśmy się o tym na przykładzie Piotra - odezwała się Raija. 

Musiała to powiedzieć. 

- Piotr nie jest moim synem - rzekł z naciskiem Walentin. 

Wciąż  zachowywał  spokój,  wciąż  się  uśmiechał,  ale  jeden  policzek  zaczął  mu 

zdradziecko drgać. 

background image

- No to chodźmy - rzekł Wasilij. - Nie mam chyba prawa spytać, co zamierzasz teraz 

zrobić? 

-  Nie  mylisz  się  -  odparł  Walentin.  -  Nie  możesz  spytać,  a  w  każdym  razie  nie 

otrzymasz odpowiedzi. Ale lepiej dla ciebie, żebyś znalazł się bezpieczny w kajucie sternika, 

zanim cokolwiek zacznie się dziać. 

Więcej nic nie powiedział. 

Raija czuła, jak ogarnia ją lodowaty strach, który z żołądka rozlewał się na całe ciało. 

Zrobiło jej się zimno, jak gdyby znalazła się na dworze w zimowy dzień, a północny wiatr 

przeszywał ją na wskroś. Nigdy chyba bardziej nie zmarzła. 

- Dobrze wiem, gdzie jest moje miejsce - zapewnił beztrosko Wasilij. Wyglądał tak, 

jakby nie miał żadnych zmartwień, niespiesznie ruszając do drzwi. - Przypuszczam, że ktoś 

mnie  tam  odprowadzi.  Nie  ty?  Walentin  nawet  nie  drgnął,  nie  odpowiedział  słowem  ani 

gestem. 

- Nie rób jej krzywdy! - poprosił Wasilij. - Ze względu na nią i ze względu na siebie 

samego.  Jeszcze  nie  tak  dawno  temu  Jewgienij  Byków  był  nieokrzesanym  gburem.  Ma 

wprawdzie jedno ramię mniej, ale sądzę, że nadal gdzieś w głębi jego duszy drzemie zabijaka. 

Jeśli wyrządzisz krzywdę Raiji, z pewnością się zemści. 

Walentin nawet się nie skrzywił, choć nie miał zwyczaju przyjmować niczyich rad i 

pouczeń. Potrafił ukryć ogarniający go gniew, tym większy, iż podejrzewał, że Wasilij i Raija 

są  kochankami.  Dla  niego  słowo  „miłość”  miało  tylko  jedno  znaczenie,  kojarzyło  mu  się 

wyłącznie z fizycznym pożądaniem. 

Uważał, że kobieta to tylko ciało, dzięki któremu mógł zaspokoić swoje żądze. Teraz 

też nie ukrywał swoich zamiarów wobec żony właściciela statku. 

Ku swemu zaskoczeniu Raija nagle dostrzegła, że teraz twarz Walentina się zmieniła. 

Na  jego  policzkach  wykwitły  rumieńce,  a  niebieskozielone  oczy  lśniły  dziwnym  blaskiem. 

Czyżby  tak  wpłynęła  na  niego  ostatnia  rozmowa  ze  zbuntowanymi  marynarzami?  Z 

pewnością to nie jej bliskość tak na niego działała. 

- Boisz się mnie? - spytał wyzywająco, kiedy zostali sami. 

Nie odpowiedziała. Ona również znała sztukę milczenia, choć nie potrafiła tak jak on 

sprawić, by jej twarz kłamała, by z oczu nie dało się nic wyczytać. 

- A może Wasilij tak bardzo cię pocieszył, że nabrałaś odwagi? 

- Wasilij i ja nie rozmawialiśmy o sytuacji na statku. 

- Oczywiście, że nie! - wykrzyknął, wymachując rękami. - Rozmawialiście o bardziej 

wzniosłych  sprawach,  co?  Takich,  na  których  ty  się  znasz,  a  on  udaje,  że  rozumie...  Taka 

background image

wymiana myśli to pewnie miła odmiana od mojego towarzystwa, co? Ja nie mam głowy do 

takich rzeczy. Jestem tylko prostakiem, który uprowadził dwa statki. 

- Nie jesteś prostakiem - zaprzeczyła Raija, starając się zachować spokój. 

Była w stanie się opanować, dopóki mówiła to, co naprawdę myśli, dopóki nie musiała 

kłamać. 

Uniesione  brwi  świadczyły  o  zdumieniu  Walentina.  Najwyraźniej  spodziewał  się 

usłyszeć od niej inne słowa. Wciąż jednak nie przestawał jej prowokować. 

- Jakim kochankiem jest mój kuzyn Wasilij? - dopytywał się uparcie. 

- Nie mam pojęcia - odparła, nie uciekając spojrzeniem. Nie wiedziała,  co Walentin 

chce osiągnąć. Może stara się przyłapać ją na kłamstwie? 

Jak dobrze, że na jego pytania mogła szczerze odpowiadać. 

-  Założę  się,  że  w  swym  długim  życiu  pościelowego  jeźdźca  nauczył  się  sztuczek, 

które są w stanie zaskoczyć nawet tak wymagającą damę jak ty! 

Raija westchnęła. 

-  Pewnie  jest  tak,  jak  myślisz.  Nie  potrafię  nic  na  ten  temat  powiedzieć.  Jestem 

szczęśliwą  żoną  i  od  kiedy  poznałam  Jewgienija,  nie  spotkałam  mężczyzny,  który  by  mnie 

pociągał. Po prostu nie ma drugiego takiego człowieka jak on... 

- Nie, trudno jest znaleźć w okolicy drugiego jednorękiego... 

-  Możesz  sobie  myśleć,  co  chcesz  -  rzekła  Raija  zrezygnowana.  -  Wielu  kobietom 

wystarcza  jeden  mężczyzna,  choć  tobie  z  pewnością  trudno  to  zrozumieć.  Jestem  bardzo 

szczęśliwa z Jewgienijem. Daje mi wszystko, czego pragnę. Również w miłości. 

Powiedziała  to  wprost,  tak  żeby  Walentin  nie  miał  wątpliwości.  Nieważne,  że 

rozmawia z nim o swoich osobistych sprawach, choć właściwie nic mu do tego. 

- A więc kuzyn Wasilij w ogóle cię nie pociąga, mała kobietko? Naprawdę nigdy nie 

sprawił, że krew zaczęła ci szybciej krążyć? 

-  Nie  -  odparła  Raija,  ale  głos  lekko  jej  przy  tym  zadrżał.  W  głębi  duszy  musiała 

przyznać, że Wasilij miał w sobie wiele cech, których szukała u mężczyzny. Gdyby nie była 

ż

oną Jewgienija, gdyby chciała się związać z kimś, przy kim mogłaby zostać sobą i czuć się 

bezpiecznie, wybrałaby właśnie jego. 

Walentin  potrafił  wyłowić  owo  drżenie  głosu.  Bez  trudu  odgadł,  że  Raija  zawahała 

się, zanim odpowiedziała. Dosłyszał niepewność, z której ledwie sama zdawała sobie sprawę. 

I wyciągnął własne wnioski. 

Roześmiał się. 

Zadowolony roześmiał się głośno. 

background image

-  Nie  jesteś  całkiem  niewinna,  co,  Bykowa?  Kobiety  to  niewierne  istoty!  Nie  znam 

ż

adnej zamężnej niewiasty, która nie miałaby ochoty zdradzić swego męża, o ile nikt by się o 

tym  nie  dowiedział.  A  ty  bynajmniej  nie  jesteś  wyjątkiem,  choć  już  prawie  uwierzyłem,  że 

jesteś  ideałem.  Gdybyś  była  taka  niedostępna,  jak  początkowo  sądziłem,  warto  by  było 

spróbować  cię zdobyć. Ale ty jesteś jak  wszystkie - westchnął.  - Jesteś całkiem zwyczajna. 

Nawet nie wiesz, jak mnie rozczarowałaś... 

Raija  przełknęła.  Zachciało  jej  się  pić.  Teraz  chętnie  sięgnęłaby  nawet  po  gorzką  i 

palącą wódkę. W gardle całkiem jej zaschło. 

-  Czego  się  po  mnie  spodziewałaś?  -  spytał  i  pochylił  ku  niej,  jakby  w  przypływie 

zaufania.  -  Oczekiwałaś,  że  okażę  się  taki  jak  Wasilij?  Myślę,  że  byłbym  lepszym 

kochankiem.  Dałbym  ci  więcej.  O  wiele  więcej...  -  Roześmiał  się.  -  Może  jeszcze  będziesz 

miała okazję się o tym przekonać. Może... - mrugnął porozumiewawczo. - Ale teraz muszę cię 

zostawić samą. Pewnie cię zawiodłem, ale nie ma innej rady. 

-  Czy  musisz  zamykać  mnie  na  klucz?  -  spytała,  starając  się  przybrać  żałosny, 

błagalny ton. Właściwie nie musiała udawać, naprawdę się bała. 

-  Zapewne  nie  wyrządziłabyś  wielkich  szkód  na  pokładzie  -  uśmiechnął  się  -  ale 

prowokujesz moją załogę do myślenia o innych sprawach niż te, dla których tu jest. A na to 

nie mogę pozwolić, poza tym i ty nie byłabyś bezpieczna. Wygląda na to, że oprócz mnie i 

mojego  kuzyna  jest  jeszcze  kilku  innych  mężczyzn,  którym  na  twój  widok  przychodzą  do 

głowy brzydkie i grzeszne myśli, moja droga. Zrozum, że najbezpieczniej jest dla ciebie tutaj, 

w mojej ciepłej i przytulnej kajucie... 

Raija westchnęła. Skinęła głową. 

- Z pewnością masz rację - przyznała zrezygnowana. Teraz już nie miała wątpliwości, 

ż

e jest jego więźniem. 

Chciała jednak wiedzieć, co się dzieje na pokładzie. 

- Dokąd się tak spieszysz? - spytała. - Czyżby groziło nam jakieś niebezpieczeństwo? 

Uśmiechnął się do niej, choć ten uśmiech przypominał raczej grymas. 

- Nie zauważyłaś, jak się zrobiło cicho? - spytał. - Czy nie doznajesz wrażenia, jakby 

morze się uspokoiło? 

Przytaknęła, miał chyba rację. 

-  Nadciąga  sztorm  -  wyjaśnił.  -  Nie  możemy  stać  na  kotwicy,  bo  liny  i  tak  by  się 

zerwały. Stawiamy żagle, moja droga, popłyniemy mimo nawałnicy. Może uda się ją ominąć. 

Nie wiem, gdzie zakotwiczymy jutro. Ale i Jurków tego nie wie... 

Roześmiał się i wyszedł. Potrafił wyjść we właściwym momencie. 

background image

Uwięziona  w  kajucie  Walentina  Raija  miała  dużo  czasu  na  myślenie.  Próbowała 

odgadnąć,  czy  morze  rzeczywiście  jest  spokojne,  ale  nie  znała  się  ani  na  żegludze,  ani  na 

pogodzie.  Słyszała  tylko,  że  na  pokładzie  zapanował  ruch,  zewsząd  rozlegał  się  tupot 

chodaków, kroki biegających ludzi. Słyszała, jak marynarze śpiewają, rytmicznie wciągając 

ż

agle. Gdy natężyła słuch, dobiegał ją niekiedy głos Walentina. 

Zastanawiała  się,  co  teraz  czuje,  dowodząc  dwoma  statkami,  które  w  jednej  chwili 

stały się dwiema pływającymi wysepkami. 

Mimo nadciągającej burzy podnieśli żagle. 

Raija zastanawiała się, czy to dlatego Walentin wydał jej się tak odmieniony. Czyżby 

liczył na to, że właśnie teraz wydarzy się coś ważnego, i ta nadzieja dodała mu skrzydeł? 

Powiedział,  że  popłyną  mimo  nawałnicy.  Skąd  wiedział,  że  będzie  sztorm?  Prawda, 

ludzie  morza  potrafią  takie  rzeczy  przewidywać,  umieją  bezbłędnie  odczytywać  znaki  w 

przyrodzie. Jewgienij również znał tę sztukę. Zwykle się nie mylił, kiedy przepowiadał po-

godę na następny dzień. Marynarze nie musieli znać liter, ale przyroda powinna być dla nich 

otwartą księgą. 

Wyglądało  na  to,  że  Walentin  bez  trudu  ją  odczytywał.  Z  pewnością  posiadł  wiele 

umiejętności i potrafił je wykorzystać. 

Raija bała się. 

Zachodziła w głowę, po co Wasilij wziął od niej nóż. Jeśli siedzi teraz zamknięty w 

kajucie  sternika,  nie  będzie  przecież  mógł  go  użyć.  Znajdował  się  w  podobnej  sytuacji  jak 

ona.  Zapewne i on słyszał, że się na coś zanosi. Wątpliwe jednak, by Walentin zadał sobie 

trud i wyjaśnił mu, dlaczego podniesiono kotwicę i dlaczego rozwinięto żagle. 

Raija  nie  znała  planów  Wasilija,  ale  bala  się,  bo  przecież  burza  mogła  mu  je 

pokrzyżować. 

Chociaż i on pewnie był w stanie wcześniej przewidzieć, że nadciągnie sztorm. 

Nagle  Raija  usłyszała,  że  za  drzwiami  coś  się  dzieje.  Zazgrzytało  w  zamku. 

Niepewnie, nie tak, kiedy Walentin przekręcał klucz. 

Nie dobiegł jej też odgłos kroków. 

Szybko znalazła się przy wejściu i spytała szeptem: 

- Kto tam? 

Nie zdążyła otrzymać odpowiedzi, kiedy zamek ustąpił. Cofnęła się. 

Za drzwiami stał Wasilij. 

Wśliznął  się  bezszelestnie  do  środka  i  zamknął  za  sobą  drzwi.  Raija  zobaczyła,  jak 

chowa nóż w rękawie kurtki. 

background image

- Przydatna rzecz - zauważył. - Chyba będzie sztorm. 

Raija skinęła głową. Nawet nie pytała, skąd o tym wie. On także był marynarzem. 

-  Weź  pelerynę,  bluzkę...  Chodź  ze  mną!  Nie  pytała,  dokąd  ani  po  co.  Ufała 

Wasilijowi. Bluzkę wepchnęła pod kurtkę - później ją założy. 

Pelerynę zwinęła w rulon i wzięła pod pachę. 

-  Może  powinniśmy  zabrać  też  trochę  jedzenia  -  dodał  Wasilij.  Przeszukał  szafki. 

Butelka likieru i słoik kandyzowanych owoców zniknęły pod jego kurtką. Raija urwała kawał 

chleba, chleb był bardziej sycący. 

- Musimy stąd uciekać! - rzucił niespokojnie Wasilij. 

Spieszył się, rozglądał,  wciąż nasłuchiwał. Dzięki docierającym do kajuty odgłosom 

mógł odgadnąć, co dzieje się na pokładzie. Był przecież doświadczonym marynarzem. 

Kiedy wyszli z kajuty, rzucił: 

-  Poczekaj,  zamknę  drzwi  na  klucz...  Raija  uważała,  że  to  zbyteczne,  ale  nie 

protestowała.  Wasilij  działał  w  sposób  przemyślany.  Za  pomocą  noża  przekręcił  zamek  w 

drzwiach.  Jeśli  ktoś  teraz  naciśnie  klamkę,  przekona  się,  że  kajuta  jest  zamknięta,  i  przez 

dziurkę od klucza zobaczy, że lampy są przykręcone, a zasłony na pryczach zasunięte. Pomy-

ś

li pewnie, że ktoś tam śpi. 

Raija zrozumiała, że Wasilij nie zdawał się na los szczęścia. 

Podał jej rękę, kiedy biegli przez ciemne, wąskie korytarze, w których ledwie mieścili 

się obok siebie. Z dłonią w jego dłoni Raija czuła się bezpieczniej. 

- Dokąd biegniemy? - szepnęła, kiedy posuwali się coraz niżej i coraz bardziej ku rufie 

statku. Kajuta sternika znajdowała się przecież zupełnie gdzie indziej! 

- Tss! - uciszył Wasilij Raiję. Uniósł pokrywę luku i pomógł jej zsunąć się w dół. 

Raija kurczowo chwyciła stromą drabinkę. 

Serce mocno waliło jej w piersi, kiedy po niej schodziła. Wasilij nie odezwał się ani 

słowem, zanim na powrót nie zamknął za sobą włazu. 

- Jak myślisz, gdzie najpierw będą cię szukać? - spytał. 

- U ciebie, to znaczy w kajucie sternika - odparła. Skinął głową. Uśmiechnął się, mimo 

ciemności dostrzegła błysk jego zębów. 

- Sądzę, że Walentin nie będzie miał czasu do ciebie zaglądać, Raija, i nie zauważy 

twojego zniknięcia. Na wszelki wypadek muszę cię jednak ukryć. 

Wasilij roześmiał się i poprowadził Raiję w stronę ciasnego, ciemnego i wilgotnego 

pomieszczenia, przypominającego kubryk, w którym wcześniej leżeli ranni. 

background image

-  To  być  może  nie  jest  konieczne,  ale  nie  lubię  ryzykować,  kiedy  stawka  jest  tak 

wysoka.  Tym  razem  gra  toczy  się  o  wszystko.  Walentin  pewnie  zajrzy  najpierw  do  kajuty 

sternika,  a  gdy  przekona  się,  że  i  tam  cię  nie  ma,  będzie  po  kolei  sprawdzał  wszystkie  za-

kamarki.  Kiedy  przyjdzie  mu  do  głowy,  że  mogłaś  się  ukryć  tutaj,  być  może  będzie  już za 

późno... 

Za późno, pomyślała Raija. Tylko dla kogo? W pomieszczeniu paliła się jedna lampa. 

Raija  dostrzegła  jakąś  postać  i  kurczowo  ścisnęła  Wasilija  za  rękę,  ale  on  pogładził  ją 

uspokajająco. Odsunął się i zamknął drzwi. Na wszelki wypadek przekręcił nożem zasuwę w 

zamku. 

-  Nie  obawiaj  się,  to  kapitan,  Raiju.  Teraz  jesteśmy  po  jednej  stronie  -  znowu  się 

roześmiał. - Jeżeli Walentin zacznie szukać kapitana tu, gdzie go zamknął, i przekona się, że 

pomieszczenie jest puste i zamknięte na klucz, jak sądzisz, zmartwi się? 

Raija skinęła głową. 

- I co pomyśli? - dopytywał się. 

-  Że  to  twoja  sprawka  -  odparła  bez  wahania.  Wasilij  przytaknął.  Wyglądał  na 

zadowolonego z siebie. 

- Na pewno - przyznał. - I co jeszcze? 

- Ze pomaga ci ktoś z załogi - dodała bez zastanowienia. 

- Mądra dziewczyna! 

Wasilij  ułożył  wilgotne  prześcieradła  jedno  na  drugim  w  ten  sposób,  że  utworzyły 

piramidkę, i usiadł na nich z Raiją. 

Następnie wyciągnął likier i owoce kandyzowane. Wziął od Raiji chleb i podzielił go 

na trzy równe części. Najpierw podał kapitanowi. 

-  Nie  pamiętali  chyba  o  posiłkach  dla  ciebie?  -  spytał.  Kapitan  potrząsnął  głową  i 

zaczął łapczywie jeść. Wasilij otulił Raiję płaszczem. 

- Nie możemy pozwolić, byś zmarzła - rzekł. - Będę musiał zgasić lampę. Wolałbym 

tego nie robić, ale obawiam się, że to konieczne. 

Skinęła głową, rozumiała, dlaczego. 

-  Zamykałeś  za  sobą  drzwi,  przekręcając  nożem  zamek  -  zauważyła  między  jednym 

kęsem chleba a drugim. Za likier podziękowała, bo pragnęła zachować jasny umysł. I tak tu 

na statku wlała już w siebie więcej wódki niż kiedykolwiek wcześniej. Zwykle po mocnych 

trunkach robiła się senna, a to ostatnie, czego teraz chciała. - Walentin pomyśli, że jest z tobą 

ktoś, kto ma klucz. Wasilij roześmiał się. 

background image

- Właśnie, jestem sprytniejszy, niż się wszystkim zdaje! Mam nadzieję, że Walentin 

połknie przynętę, choć nie do końca jestem tego pewien. On też nie jest taki głupi, na jakiego 

wygląda. Obawiam się, że to rodzinne... 

Wziął butelkę od kapitana, wypił odrobinę albo tylko udawał, bo Raija nie dosłyszała, 

ż

eby przełykał. 

- Kiedy zaczynaliśmy bunt, nikt nie wziął pod uwagę kaprysów pogody - mówił dalej 

Wasilij.  -  Trudno  ją  rozszyfrować.  Przyznam,  że  później,  kiedy  wyrzucono  mnie  ze  statku, 

liczyłem na to, iż morze się trochę rozkołysze! Święta Panienko, nigdy bym nie śmiał prosić o 

sztorm. To za wiele. A teraz właśnie spełniają się moje życzenia. 

Rozsadzała go radość. 

- Ja także nie jestem taka głupia, na jaką wyglądam - zauważyła Raija. - Ale nie do 

końca  rozumiem,  Wasilij.  Zanosi  się  na  coś  więcej  niż  sztorm,  tak?  Czy  ty  coś  szykujesz? 

Chyba nieprzypadkowo wszedłeś na pokład? 

-  Oczywiście,  że  to  nie  przypadek!  -  roześmiał  się  i  objął  ją  ramieniem.  Raija  nie 

widziała w tym nic niestosownego. Co prawda Wasilij podobał jej się jako mężczyzna, ale w 

tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Był przyjacielem. Obejmował ją jak przyjaciel. - 

Oczywiście,  że  to  część  planu,  Raiju.  Walentin  pomyśli,  że  pomaga  mi  jeden  lub  dwóch 

członków załogi. Będzie szukał ciebie, mnie, kapitana i tych zdrajców. 

Raija  wstrzymała  oddech.  Wasilij  potrafił  mówić  z  równym  przekonaniem,  jak  jego 

kuzyn. To pewnie jeszcze jedna z ich wspólnych cech. 

- Wymyśliłem pewien plan - mówił dalej Wasilij. Świadomie przeciągał, by rozbudzić 

ciekawość kapitana i Raiji. - A moje plany zawsze były lepsze od planów Walentina. On o 

tym wie. To jeden z powodów, dla których mnie nie lubi. Nigdy nie lubił przegrywać. Nigdy 

też  nie  wyciągnął  nauki  ze  swych  błędów.  Okrada  mnie  z  moich  kobiet,  ubrań,  sposobów 

przyrządzania piwa, moich pomysłów... Ale jemu nigdy nic nie udaje się tak jak mnie... 

-  Jednak  przechwala  się  tak  samo  jak  ty  -  przerwała  Raija  niecierpliwie.  -  Wyjaśnij 

wreszcie, o co chodzi, zanim Walentin się tu zjawi. Co się właściwie dzieje? 

-  Udało  mi  się  przeciągnąć  całą  załogę  na  swoją  stronę  -  rzekł  Wasilij.  -  Bez  trudu 

udowodniłem ludziom, że ich okłamał. Morale  marynarzy jest wysokie, Walentin ma rację, 

ale nie takie, jak by sobie życzył. 

Wasilij  znowu  się  roześmiał.  Raija  nie  pojmowała,  jak  można  się  śmiać  w  takiej 

chwili jak ta. Jej wcale nie było wesoło. 

-  Walentin  bardzo  się  zdziwi.  To  nowy  bunt,  Raiju  Bykowa.  Odbieramy  statek 

Walentinowi - potwierdził słowa Wasilija kapitan. 

background image

14 

Fragmenty  późniejszych  wydarzeń  na  zawsze  utrwaliły  się  w  pamięci  Raiji. 

Decydujących lub trudnych momentów życia nigdy jednak nie zapamiętuje się takimi, jakimi 

były  naprawdę,  bo  to  zbyt  wiele  dla  zwykłego  człowieka.  Zachowuje  się  w  świadomości 

jedynie urywki. 

Być może właśnie dzięki temu ludzie potrafią nadal normalnie żyć. 

Raija  usnęła  z  głową  na  ramieniu  Wasilija.  Pamiętała  niejasno,  że  było  jej  zimno. 

Pamiętała, że w pomieszczeniu panowała wilgoć, a na podłodze zebrało się sporo wody. I że 

zewsząd otaczały ją nieprzeniknione ciemności. Ciemność przypominała ścianę. Pojawiała się 

natychmiast wraz z otworzeniem oczu. 

Dlatego dobrze było zamknąć oczy i uciec stąd na skrzydłach snu. 

Kiedy Wasilij ją obudził, nie pojmowała, jakim cudem mogła w tych warunkach spać. 

Czyżby jednak wypiła za dużo wódki? 

Statkiem już nie kołysało, rzucało nim z burty na burtę. 

Raiję  ogarnęła  panika.  Zerwała  się  na  równe  nogi,  chciała  wybiec  na  pokład,  za 

wszelką cenę dostać się na górę, ku światłu! Nie chciała utonąć uwięziona pod pokładem. 

Wasilij  musiał  potrząsnąć  Raiją,  by  oprzytomniała.  Nadal  czuła  lęk,  ale  opanowała 

krzyk. 

- Nie bój się, nic ci tu nie grozi. Nikt nie zginie - uspokajał ją. 

Raija podejrzewała, że nie mówi prawdy. Powiedział przecież, że przygotował kolejny 

bunt. Na pewno dojdzie do rozlewu krwi! W pewnej chwili przemknęło jej przez głowę, że 

ona sama pragnie śmierci Walentina. 

Przeraziła się. 

Nigdy  nikomu  nie  życzyła  śmierci.  Nie  przypuszczała,  by  w  ogóle  była  do  tego 

zdolna. Teraz, zdumiona, musiała uznać, że nie znała siebie tak dobrze, jak jej się wydawało. 

To zaskakujące i przerażające, że tli się w niej taka żądza zemsty. 

- Nie bój się - powtórzył Wasilij. - Takie kołysanie to jeszcze nic. 

Raiję przeszedł dreszcz. Czyżby naprawdę mogło być gorzej? 

- Właśnie nadszedł odpowiedni moment - mówił dalej Wasilij. - Walentin chyba nie 

zauważył, że uciekłaś z kajuty kapitana. Nie miał czasu sprawdzić, ale wcześniej czy później 

zechce do ciebie zajrzeć, Raiju. Teraz jest zbyt zajęty, bo nie udało mu się ominąć sztormu. 

Burza  nadciągnęła  szybciej,  niż  się  spodziewał.  Marynarze  muszą  jak  najprędzej  ściągnąć 

background image

ż

agle, a z tym jest dużo pracy. - Uścisnął Raiję i dodał: - Krótko mówiąc, nie możemy dłużej 

czekać. Nie możemy czekać, aż morze się uspokoi. Myślę, że Walentin spróbuje dostać się w 

sam  środek  burzy.  Tam  zwykle  jest  spokojnie.  To  brzmi  jak  niedorzeczność,  prawda? 

Myślisz, że tam kipi piekło, a tymczasem zazwyczaj panuje spokój, morze gładkie jak szklana 

tafla. A wkoło koniec świata. 

Nie  możemy  czekać,  Raiju.  Musimy  wydostać  się  na  pokład  i  wykorzystać 

zamieszanie... 

Raija pojmowała, że mówiąc „musimy”, nie myśli o niej. 

- Ty zostaniesz na dole, będziesz tu bezpieczniejsza - potwierdził jej przypuszczenia. 

Zdawało  się,  że  tak  naprawdę  uważa,  ale  tym  samym  przeczył  wcześniejszym 

zapewnieniom. Mówił przecież, że nikt nie zginie... 

Weź się w garść, Raija! szeptał jej jakiś wewnętrzny głos, który próbował pomóc jej 

zachować rozsądek. 

Jedyne, czego pragnął Wasilij, to ją ochronić, chciał dla niej jak najlepiej. 

Ale  tu,  głęboko  pod  pokładem,  było  mokro  i  przerażająco  ciemno.  Raija  nie 

dostrzegała  nawet  ścian.  Powietrze  do  tego  stopnia  przesycone  było  wilgocią,  że  odnosiła 

wrażenie, iż zamieniało się w ciecz. 

Słyszała plusk. 

Statek nabierał wody. 

Nie, za nic tu nie zostanie, nie chce utonąć uwięziona pod pokładem! 

- Nie możemy cię zabrać ze sobą na górę - tłumaczył Wasilij. 

Jego  głos  rozlegał  się  tuż  przy  jej  uchu,  ciepły  oddech  muskał  jej  policzek.  Chciała 

uwierzyć i dać się przekonać, ale wszystko się w niej sprzeciwiało. 

- Będę przeszkadzała? 

- Nie w tym rzecz. Boję się, że Walentin mógłby cię dostać w swoje łapy - powiedział 

Wasilij  wprost.  -  A  wtedy  wykorzystałby  cię  jako  zakładnika  i  użył  jako  broni  przeciwko 

mnie. Doskonale wie, że to jedyny sposób, żebym się ugiął. 

Raija nie chciała o tym myśleć. 

- To dla ciebie najbezpieczniejsze miejsce, jakie znam - dodał. - Zostawimy tu owoce i 

ostatni łyk likieru, będziesz się więc mogła w razie czego pocieszyć... 

- Mam się upić ze szczurami, zanim pójdziemy na dno? 

-  Kiedy  usłyszysz,  że  szczury  uciekają,  masz  moje  pozwolenie,  by  czmychnąć  stąd 

razem  z  nimi  -  odparł  Wasilij.  Nie  żartował,  jego  głos  brzmiał  wyjątkowo  poważnie.  -  Ale 

wcześniej nie chcę cię widzieć na górze, Raija, bo zapowiada się na piekielne przedstawienie. 

background image

Sztorm nie ucichnie tylko dlatego, że my się pokażemy na pokładzie; będzie mocno kołysało. 

Może się zdarzyć, że na moment stracimy panowanie nad statkiem. Ale wierz mi, „Antonia” 

ś

wietnie trzyma się na wodzie. To marzenie, nie statek. Będziesz się śmiała, lecz kocham go! 

Myślę,  że  i  on  kocha  mnie  z  wzajemnością,  a  kiedy  poczuje,  że  to  ja  stanąłem  za  sterem, 

posłucha mnie, odda mi się we władanie jak kobieta... 

- Jak, do diabła, możesz mówić coś takiego? - prychnęła Raija. 

Roześmiał się niemal tak samo jak Walentin. Raija przez moment zastanowiła się, czy 

przypadkiem to nie on stoi obok. 

- Próbuję cię tylko przekonać, że wszystko będzie dobrze, Raiju. Chwilami sytuacja 

może  wydawać  się  niebezpieczna,  ale  pamiętaj  o  tym,  co  ci  powiedziałem.  Będzie  dobrze. 

Prawie  cała  załoga  przeszła  na  naszą  stronę.  Walentin  nie  ma  żadnych  szans.  Sztorm 

dodatkowo nam sprzyja... 

- Burza zjawiła się jak na zawołanie - dodał kapitan. 

Raija nie mogła oprzeć się wrażeniu, że minęło zaledwie parę godzin, od kiedy Wasilij 

wszedł na pokład, a marynarze już przestali słuchać Walentina. 

Wiatry szybko się zmieniają. 

Wyglądało jednak na to, że Wasilij ma zaufanie do swych kolegów i nie żywi do nich 

urazy za to, że wcześniej się od niego odwrócili. 

- Nie chcę cię widzieć na pokładzie, jasne? - rzekł stanowczo. 

- Tak - odparła posłusznie Raija. 

Bała się zostać w tym ciasnym i ciemnym pomieszczeniu, ale musiała też przyznać, że 

na pokładzie bałaby się jeszcze bardziej. Mogłaby ją zmyć fala albo zepchnąć wiatr, wokół 

niej mogłaby się lać krew. Najbardziej obawiała się tego, że wpadnie w ręce Walentina. 

Gdyby  stała  się  zakładniczką  Wasilija,  także  nie  czułaby  się  bezpieczna,  dodała  w 

myśli. 

-  Nie  pokażesz  się  na  górze,  zanim  po  ciebie  nie  przyjdę,  niezależnie  od  tego,  jak 

długo to potrwa! 

- Dobrze. 

- Bez względu na to,  co się wydarzy, zostań tutaj.  Zachowuj się cicho,  pod żadnym 

pozorem nie zapalaj lampy, nie próbuj czerpać wody, nie krzycz. 

- Dobrze. 

Była coraz bardziej pokorna. Wreszcie Wasilij puścił ją i wstał. Raija usłyszała plusk 

wody, która przesiąkła do środka. Bała się, ale przecież obiecała Wasilijowi, że się stąd nie 

ruszy. Potrafiła dochowywać obietnic, miała to we krwi. 

background image

- Nie spodziewałem się, że będziesz taka zgodna - przyznał Wasilij, kładąc dłoń na jej 

kolanie. 

Raija cieszyła się, że wokół panują ciemności. Dzięki temu kapitan nie dostrzegł gestu 

Wasilija, a ona sama nie widziała wyrazu twarzy mężczyzny, któremu najwyraźniej nie była 

obojętna. Powietrze zrobiło się jeszcze bardziej ciężkie. 

- Chciałbym zostawić ci nóż - rzekł z westchnieniem. - Ale będzie nam potrzebny na 

górze. 

Doskonale to rozumiała. 

-  Zostanę  tu  -  przyrzekła,  starając  się,  by  jej  słowa  zabrzmiały  przekonująco.  Nie 

chciała,  by  Wasilij  się  o  nią  martwił.  Miał  na  głowie  tyle  ważnych  spraw,  które  znaczyły 

więcej niż jej życie. O wiele więcej. - Dopóki szczury nie zaczną w popłochu biec w górę - 

dodała ze słabym uśmiechem, którego Wasilij w tych ciemnościach nie mógł zobaczyć. Ale 

mógł go usłyszeć. I rozpoznać ciepło w jej głosie. 

Uścisnął jej kolano. Raija wiedziała, że chce się z nią w ten sposób pożegnać, a także 

przekazać coś, czego nigdy nie ubierze w słowa. Z pewnością nie był skłonny do składania 

deklaracji.  Nie  należał  do  tego  typu  mężczyzn.  Nie  padał  na  kolana  -  w  każdym  razie  nie 

często. 

Wiedział, że jest szczęśliwa z Jewgienijem. 

- Powodzenia - rzekła cicho. Poszli. Została sama w absolutnej ciemności. Wasilij nie 

zamknął drzwi na zamek, ale to niczego nie zmieniało. I tak była sama. 

Pomyślała, że ciemność nie jest ścianą, tak jak początkowo sądziła, lecz czymś, co ją 

spowijało.  Nie  tak  jak  mgła,  raczej  jak  woalka.  Przesłaniała  jej  twarz,  okręcała  się  wokół 

głowy, Raija nie mogła się od niej uwolnić, nic przez nią nie widziała. 

Przez chwilę uważnie nasłuchiwała. Coś plusnęło na podłodze gdzieś niżej. Raija nie 

siedziała  zbyt  wysoko,  mogła  dotknąć  desek,  gdyby  tylko  trochę  wyciągnęła  nogi.  Ale  nie 

chciała  próbować.  Wręcz  przeciwnie  -  podkurczyła  nogi  jeszcze  bardziej.  Nie  chciała 

wiedzieć, jak wysoko podeszła woda, której przed burzą tu nie było. 

Statek przeciekał. 

Raija  słyszała,  jak  trzeszczy  i  skrzypi.  Słyszała,  jak  burty  się  skarżą.  Po  każdym 

potężnym uderzeniu fal tak jęczały, że obawiała się, iż lada chwila ustąpią. 

Wytrzymywały dzielnie napór wody i wichru. 

Chyba Wasilij nie kłamał, kiedy mówił, że „Antonia” to dobry i solidny statek. Wciąż 

jednak nie czuła się całkiem bezpieczna. 

background image

Wyjęła korek z karafki z likierem, którego niewiele już zostało. Wiedziała, że trunek 

jej nie posłuży, ale musiała jakoś zagłuszyć strach. 

Przełknęła ostatnie krople. Napój miał słodki smak owoców, których nazwy nie znała, 

ale pomyślała, że to smak lata, kwiatów i słonecznych promieni. 

Poczuła,  jak  alkohol  pali  w  żołądku,  rozgrzewa  na  moment.  Jednak  w  piersi  czuła 

chłód.  Słyszała,  jak  wali  jej  serce,  brzmiało  chyba  równie  głośno  jak  skarga  burt  statku. 

Chwilami Raija miała wrażenie, że nawet na pokładzie słychać uderzenia jej serca. 

Walentin wcale nie będzie musiał jej szukać, podąży tylko za tym odgłosem. 

Nasłuchiwała, co się dzieje na pokładzie, ale to nie zdało się na nic. Wydawało jej się, 

ż

e słyszy tupot nóg w chodakach, by za moment dojść do wniosku, że nikt nie biega w taki 

sposób, a poza tym ów odgłos rozległ się zbyt blisko. 

Wasilij prosił ją, by siedziała spokojnie i żeby była cicho. 

Przypomniała  sobie  powiedzenie  o  szczurach  uciekających  z  tonącego  okrętu  i 

wyobraziła sobie, jak gryzonie opuszczają „Antonię”. 

Czy  naprawdę  są  tu,  pod  pokładem?  Nie  słyszała  nic,  co  mogłoby  świadczyć  o  ich 

obecności, ale mimo to w wyobraźni ujrzała całe hordy gryzoni. 

Przebiegł ją dreszcz. 

Bujna wyobraźnia naprawdę może być przekleństwem. 

Statkiem  wciąż  silnie  kołysało,  burza  jeszcze  się  nie  skończyła.  Najwidoczniej 

„Antonia”  nie  zdołała  jeszcze  dotrzeć  w  samo  serce  sztormu.  Burza  najwyraźniej  sprzyjała 

Wasilijowi. Wykorzystując zamieszanie na pokładzie, z pewnością zamierzał rozprawić się z 

Walentinem. Dlatego tak bardzo mu się spieszyło. 

Miała  do  Wasilija  żal,  że  nie  wtajemniczył  jej  w  swe  plany,  że  jej  nie  zaufał.  Choć 

wywodzili się z różnych światów, przecież stali się sobie bardzo bliscy. 

Jednocześnie  jednak  rozumiała,  czemu  zataił  przed  nią  szczegóły.  Tak  było  dla  niej 

bezpieczniej. 

Powiedział,  że  prawie  cała  załoga  przeszła  na  jego  stronę.  Ciekawe,  jak  przekonał 

marynarzy,  jakich  użył  argumentów.  Dopiero  co  popierali  Walentina,  a  już  zwrócili  się 

przeciw niemu. Wasilij musiał być o wiele bardziej przekonujący. 

Raija zmarzła tak bardzo, że dzwoniła zębami. Nie miała pojęcia, ile minęło czasu od 

chwili,  kiedy  Wasilij  i  kapitan  zostawili  ją  samą.  Wydawało  jej  się,  że  ciągle  słyszy  trzask 

zamykających się za nimi drzwi. 

A może jeszcze nie zdążyli dotrzeć na pokład? 

A może jest już po wszystkim? 

background image

Albo właśnie walka rozgorzała na dobre. 

Raija nie wiedziała. W myślach przywoływała obraz bitwy, słyszała wokół krzyki tak 

wyraźne, że prawie od nich ogłuchła. Słyszała szalejący sztorm i uderzenia wichru. 

Zacisnęła  powieki.  Objęła  dłońmi  pustą  karafkę.  Czuła  tak  silne  kołysanie,  że 

momentami rzucało nią od ściany do ściany. 

A kiedy na powrót otworzyła oczy, panowała cisza. Absolutna cisza. 

Raija wstrzymała oddech. 

Było cicho. 

Poniżej jej stóp pluskała woda, lekko i niemal przyjaźnie. 

Cicho. 

Minęło trochę  czasu, zanim Raija zrozumiała, co się stało. To nie ten sztorm miotał 

statkiem, to nie ten sztorm czuła i słyszała każdą częścią ciała. 

Uświadomiła sobie, że odżyło jakieś inne doświadczenie, które właśnie uwolniło się z 

okowów niepamięci. Sytuacja, w jakiej się znalazła, obudziła wspomnienia. 

Jakby wytoczyły się pod wpływem uderzeń fal. 

Raija  przypomniała  sobie,  że  już  raz  przebywała  pod  pokładem  statku  w  czasie 

sztormu, i to znacznie silniejszego niż ten. Fale ze wspomnień były wysokie jak góry. 

Pulsowało jej w skroniach, głowa ciążyła, w uszach dudniły mocne uderzenia serca. 

Niewiarygodne,  ale  wrażenia  powróciły  jak  żywe.  Wiedziała,  że  wtedy  tak  samo  się  bała. 

Może nawet bardziej. Strach mocno utkwił jej w pamięci. 

Poczuła, że otacza ją wielka pustka. 

Nie znała swej przeszłości, mogła tylko zgadywać, że przeżyła coś podobnego wtedy, 

kiedy Jewgienij stracił ramię. Tak mało o tym wiedziała, choć wiele razy opowiadano jej, jak 

uratowała Jewgienijowi życie. Teraz zdała sobie sprawę, że postąpiła podobnie, jak niedawno 

w przypadku Piotra. 

Już nie miała wątpliwości, że tkwiła w niej jakaś moc, coś wielkiego i potężnego, coś, 

czego sama nie mogła pojąć. Coś, czego nie powinna poznać. 

Choć wiedziała, że jest tylko narzędziem sił z zewnątrz, cieszyła się, że może zrobić 

coś  dobrego  dla  innych.  To  wielka  rzecz,  wspaniałe  uczucie,  które  sprawiało,  że  nabierała 

pokory. 

Zrobiło się niebezpiecznie cicho. Tak przerażająco i przenikliwie cicho. 

Cisza również może grzmieć w uszach. 

Cisza również może przypominać krzyk. 

background image

Zakłócały ją jedynie uderzenia fal. Nie były to fale sztormowe, woda obmywała burty 

z lekkim pluskiem. 

Pewnie znaleźli się w samym środku sztormu, jakby w oku cyklonu. To o tym mówił 

Wasilij.  Użył  bardzo  trafnego  określenia,  uznała  Raija.  Oko  musi  być  spokojne,  spojrzenie 

właściwe sztormowi - zimne. 

A może burza już przeszła? 

Dlaczego jest tak cicho? Co z Wasilijem? Dlaczego po nią nie przychodzi? 

Obiecał,  że  zejdzie  na  dół,  jak  tylko  sytuacja  się  wyjaśni,  jak  będzie  po  wszystkim. 

Nie wątpiła w jego prawdomówność. Jeżeli jakikolwiek człowiek dotrzymywał danego słowa, 

to był nim właśnie Wasilij. 

Ale dlaczego to tak długo trwa? 

Czyżby  Wasilij  się  przeliczył?  Może  jednak  marynarze  nie  stanęli  po  jego  stronie? 

Albo Walentin swymi gładkimi obietnicami po raz drugi zdołał ich przekonać do swych racji? 

Raiję dręczyło tak wiele pytań. 

Kołatały w jej głowie. I na każde pojawiało się mnóstwo sprzecznych odpowiedzi. 

Raija całą wolą pragnęła się wydostać: ruszyć do drzwi, wspiąć się po drabince, potem 

pójść wzdłuż długich, ciemnych korytarzy na powietrze i ku światłu. 

Nie wiedziała, jaka to pora dnia. Im dłużej siedziała w ciemnym pomieszczeniu pod 

pokładem, tym bardziej się bała. Całkiem zaschło jej w ustach, serce podchodziło do gardła. 

Dlaczego  Wasilij  nie  przychodzi?  Dlaczego,  do  diabła,  nie  przychodzi? Może  zranił 

go Walentin? Może w tej chwili walczy ze śmiercią? 

Trzeba mu pomóc! Tak, z pewnością trzeba mu natychmiast pomóc... 

Ale prosił ją, by pod żadnym pozorem się stąd nie ruszała. Powiedział to z naciskiem. 

Powtórzył  kilka  razy.  Kazał  jej  czekać,  póki  po  nią  nie  przyjdzie.  Powiedział,  że  nigdzie 

indziej nie będzie bezpieczna. 

A może zaprzątnęły go inne sprawy, ważniejsze niż ona? 

Raija drżała z niepewności. Nie ma nic gorszego, niż tak siedzieć i czekać. 

Zmarzły  jej  ręce,  zgrabiały  palce.  Nie  była  w  stanie  utrzymać  karafki.  Próbowała  ją 

uchwycić,  ale  karafka  stoczyła  się  ze  stosu  prześcieradeł  i  wpadła  z  pluskiem  do  wody. 

Przechyły statku sprawiały, że uderzała rytmicznie to w jedną, to w drugą ścianę. 

Raiji  przyszło  do  głowy,  że  może  słychać  to  na  pokładzie  i  że  ten  odgłos  może  ją 

zdradzić. 

Ogarniało ją coraz więcej wątpliwości. 

W końcu była już niemal pewna, że Walentin zatriumfuje. 

background image

- Diabeł pomaga sobie podobnym - syknęła przez zaciśnięte zęby. 

Wasilij  był  idealistą,  walczył  o  poprawę  losu  marynarzy  i  ich  rodzin.  Walentin  zaś 

myślał tylko o własnych sprawach, chciał władzy dla siebie, a nie dobra innych. 

Raija poczuła, że ogarnia ją złość. Ciągle się bała, ale gniew w końcu wziął górę nad 

strachem. Nie była już w stanie dłużej znosić bezczynnego siedzenia i czekania. Uznała, że 

musi wyjść na pokład. Musi zobaczyć, co się stało. 

Zsunęła  się  ze  stosu  prześcieradeł  do  wody,  która  już  sięgała  jej  do  pół  łydki.  Po 

omacku posuwała się w ciemności. Znalazła drzwi i drabinkę prowadzącą do góry. 

Musi się dowiedzieć. 

background image

EPILOG 

Było  coś  nierzeczywistego  w  tym,  że  tak  stała  razem  z  Wasilijem  i  spoglądała  na 

wyłaniający się zarys katedry Świętego Michała. 

Jeszcze  niedawno  nie  wierzyła,  iż  doczeka  takiej  chwili.  Sądziła,  że  przyjdzie  jej 

zginąć. 

A teraz Walentin leżał na pokładzie w płóciennym worku, starannie zasznurowanym, 

jak gdyby w obawie, że nawet martwy zechce się jeszcze wymknąć. 

- Dobrze, że tak się stało - odezwał się Wasilij. 

Stał,  obejmując  Raiję  ramieniem.  Nikomu  nie  wydawało  się  to  dziwne,  nikt  nie 

doszukiwał się w tym żadnej dwuznaczności. Nawet Raija. 

Walczyli  przecież  po  jednej  stronie.  Teraz  wracali  do  domu  otoczeni  swego  rodzaju 

chwałą. 

- Oleg prawie cały dzień i całą noc rozmawiał z policjantami w swym kantorze. Oni 

nie dopuszczą, by sprawa buntu odeszła w niepamięć. Chcą znaleźć i ukarać winnego, dostać 

tych, którzy zamordowali kapitana „Raiji”. Dobrze, że Walentin nie żyje. 

Zamilkł.  Uścisnął  Raiję,  po  czym  opuścił  rękę  i  odsunął  się.  Zacisnął  dłonie  na 

krawędzi burty. 

Nie chciał, by ktoś z lądu ich zobaczył, kiedy tak stoją razem. Mogliby w ten sposób 

dać powód do plotek. 

-  To  najniższa  cena,  jaką  mogliśmy  zapłacić,  Raija.  Nie  odzyskalibyśmy  statków  w 

inny  sposób.  Walentin  nigdy  dobrowolnie  by  się  nie  poddał.  Uprowadziłby  „Raiję”  i 

„Antonię”, a ciebie razem z nimi. Bóg jeden wie, dokąd by popłynął. Może udałoby mu się 

zawinąć  do  jakiegoś  rosyjskiego  portu  i  sprzedać  statki.  Wszędzie  można  znaleźć 

nieuczciwych ludzi. Zgubiłby  wiele rodzin, a ciebie za nic by nie wypuścił. Możesz mi nie 

wierzyć,  ale  bardzo  chciał  cię  mieć.  I  wziąłby  cię,  nawet  gdyby  miał  zostać  za  to  surowo 

ukarany. Nie bał się niczego. Nie bał się nawet śmierci... 

Raija zamknęła oczy. 

Pomyślała,  że  Wasilij  miał  rację.  Walentin  nie  bał  się  śmierci.  Sam  wyszedł  jej  na 

spotkanie. 

Takim go zapamięta... 

Wspinanie  się  w  ciemności  po  chybotliwej  i  wąskiej  drabince  przywodziło  na  myśl 

scenę z sennego koszmaru. Raija, stojąc na śliskim szczeblu, walczyła z pokrywą włazu, która 

background image

zagradzała jej wyjście na pokład. Nigdy by nie pomyślała, że może być taki ciężki! Dobrze, 

ż

e nie mogła spojrzeć w dół. 

Kiedy już była pewna, że zgnije tu w ciemności, że Walentin triumfuje i że wszyscy o 

niej zapomnieli, pokrywa ustąpiła. 

Ostrożnie  wchodziła  coraz  wyżej,  wreszcie  dotarła  na  pokład.  Uderzyły  ją  cisza  i 

chłód. Powietrze było zimne i rześkie, gęsto spowijało statek. Całkiem niedaleko dostrzegła 

maszty „Raiji”. Tam też panował dziwny spokój. 

I morze było spokojne. 

Wydawało  się,  jakby  wszystko  wstrzymało  oddech,  jakby  wszyscy  poumierali.  Jak 

gdyby ona jedna pozostała przy życiu. 

Serce  waliło  jej  jak  młotem.  Snuła  coraz  bardziej  niesamowite  myśli  i  wyobrażenia. 

Przerażony  człowiek  wszystko  wyolbrzymia.  W  strachu  nawet  to,  co  najbardziej 

nieprawdopodobne, wydaje się możliwe. 

Raija  krążyła  po  statku.  Znalazła  nóż,  ale  właściciel  jakby  się  rozpłynął.  Nie 

zauważyła krwi. Żadnych śladów walki. 

Wydawało jej się, że trafiła na statek - widmo, który wszyscy opuścili w popłochu. 

Nie pomyślała, że ktoś musiał stać u steru, nie pomyślała o takim drobiazgu. 

Morze  nie  było  jej  żywiołem,  nie  znała  go  i  przerażało  ją.  Myśl,  że  jest  sama, 

dodatkowo potęgowała lęk. 

Dotarła  do  kajuty  kapitana.  Nie  wiedziała,  czemu  poszła  akurat  w  tę  stronę.  Może 

dlatego,  że  znała  drogę,  a  może  pomieszczenie  to  kojarzyło  się  jej  z  pewnego  rodzaju 

bezpieczeństwem. 

Drzwi stały otworem. 

Weszła do środka. 

W  kajucie  zobaczyła  tylko  Walentina  i  Wasilija.  Wasilij  przyciskał  do  brzucha 

Walentina poduszkę, która cała była czerwona. Raija zobaczyła, że prześcieradła również są 

zaplamione krwią. 

W  pierwszej  chwili  Raija  pomyślała,  że  Walentin  nie  żyje.  Jego  twarz  nawet  nie 

drgnęła, była całkiem bez wyrazu, jak twarz martwego człowieka. 

Wasilij spojrzał na Raiję. 

- To już koniec - rzekł. I zaraz dodał z wyrzutem: - Miałaś zostać pod pokładem, póki 

po ciebie nie przyjdę. Czy tak trudno ci dotrzymać tego, co obiecałaś? 

Raija potrząsnęła głową. Odsunęła ręce Wasilija i podniosła poduszkę. 

Walentin miał głęboką ranę w brzuchu. Mocno krwawił. 

background image

Poduszka  nic  nie  pomoże.  Wasilij  musiał  o  tym  wiedzieć,  ale  pewnie  złapał  to,  co 

pierwsze wpadło mu w rękę. 

Raija usiadła na brzegu koi. Położyła ręce na ranie, na zimnej skórze. 

Walentin spojrzał na nią. 

-  Nie  mogłaś  beze  mnie  wytrzymać  -  szepnął  ochryple  i  uśmiechnął  się.  Raija  nie 

odpowiedziała. Słyszała jego słowa jak przez mgłę, ale ich sens do niej nie dotarł. Nawet nie 

mogły jej rozzłościć. 

To nie trwało długo. Nie zabrało wiele czasu. Walentin stracił dużo krwi. Raija nadal 

trzymała dłonie na ranie, ale poświata wokół niej zniknęła. 

Walentin uśmiechał się, umierając. 

Być  może  zobaczył  coś,  czego  żywi  nie  mogli  dojrzeć.  Raija  uśmierzyła  najgorsze 

cierpienia, ale nie zdołała uratować mu życia. 

Nie wiedziała, czy tego chce. 

Jednocześnie uświadomiła sobie, że to nie zależy od niej. Jak dobrze, że nie sama tym 

kieruje. 

Nie musi wybierać. 

Czuła się wyczerpana. Wasilij przeniósł ją na krzesło. 

Następnie umył ciało zmarłego i włożył do płóciennego worka, który dobrze zawiązał, 

choć  wiedział,  że  na  lądzie  jeszcze  zostanie  otworzony.  Walentin  nie  od  razu  spocznie  w 

pokoju. 

Potem Wasilij opowiedział Raiji o wszystkim, co wydarzyło się pod jej nieobecność 

na pokładzie. 

O  Walentinie,  który  stracił  władzę.  O  marynarzach,  którzy  nie  chcieli  walczyć  do 

upadłego,  którym  w  zupełności  wystarczyła  poprawa  warunków  na  statku,  wyższa  płaca  i 

ś

wiadomość, że mają pracę i zatrudnienie na więcej niż jeden rejs, jeżeli dobrze się sprawią. 

Nie  zamierzali  wysuwać  dodatkowych  żądań.  Kiedy  dowiedzieli  się,  że przeciw  nim  wyru-

szyła cała flota, zrozumieli, że nie chcą walczyć w prywatnej wojnie Walentina. 

- Tak, to zadecydowało - stwierdziła Raija bezbarwnie. Poznała to po twarzach wielu 

marynarzy, którzy wyraźnie zazdrościli rannym opuszczającym pokład. 

- To było kłamstwo - rzekł Wasilij i usiadł ciężko po drugiej stronie stołu. 

Raija spojrzała w jego niebieskozielone oczy, podkrążone, z przekrwionymi białkami. 

Policzki Wasilija jeszcze nigdy nie wydawały się tak chude i zapadnięte. 

-  To  było  kłamstwo  -  powtórzył  cicho,  ponieważ  drzwi  pozostały  otwarte.  - 

Zaryzykowaliśmy. Spodziewaliśmy się, że Walentin nie będzie czekał z założonymi rękami, 

background image

aż  zostanie  pokonany.  Liczyliśmy  na  to,  że  marynarze  nie  zechcą  za  niego  umierać. 

Skłamaliśmy. To właśnie było częścią mojego planu, którego nie chciałem ci wyjawić. 

Minęło trochę czasu, zanim do Raiji dotarło znaczenie tych słów i zanim zrozumiała, 

ż

e Wasilij z Olegiem razem to uknuli. Może zresztą nie tyle Oleg, co Wasilij. 

-  Nie  mogliśmy  Walentinowi  nic  zaproponować  -  dodał  Wasilij,  wzruszając 

ramionami. - Inni właściciele statków powiedzieli, że nic ich nie obchodzi bunt na „Antonii” i 

„Raiji”, że Oleg musi to załatwić na własną rękę. Oni niczym nie ryzykowali, zaś Jurków i 

Byków mogli stracić wszystko. 

- A co ty z tego masz? - spytała Raija blado. Znowu to samo wzruszenie ramion. 

-  Zakładam,  że  Oleg  dotrzyma  obietnicy.  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  by  zostać 

kapitanem... 

- A marynarze? 

-  Dostaną  to,  co  Oleg  przez  cały  czas  obiecywał.  Tylko  ci,  którzy  zamordowali 

kapitana „Raiji”, zostaną oddani w ręce gubernatora, co do tego mówiliśmy prawdę... 

- Ale z ciebie zimny drań - zauważyła Raija. Skinął głową. 

- To typowe w naszej rodzinie - odparł, przebiegając wzrokiem po worku leżącym na 

podłodze. 

Wpłynęli do portu. Czekały ich zwykłe dni. 

Znowu  będzie  trzymała  Michaiła  w  ramionach.  Jewgienij  wróci  do  domu.  Wiele 

będzie musiała wyjaśnić. 

Ale nie mogła postąpić inaczej, wybór nie należał do niej. Do działania popchnęło ją 

coś, co istniało poza nią, coś dużo silniejszego. 

Tak, wiele trzeba będzie wyjaśnić.