background image

 
 

background image

 
 

background image

 

POLSKA NOWELA FANTASTYCZNA 

 

WYDAWNICTWA   „ALFA”, WARSZAWA   1984   R. 

background image

 

background image

Opracowanie graficzne  

Andrzej P

ą

gowski

 

Noty o autorach  

Stefan Otceten

 

Redaktor

 

Marek  S.   Nowowiejski

 

Redaktor techniczny Ewa Guzenda

 

Copyright by Wydawnictwa ALFA, Warszawa  1984

 

ISBN  83-7001-037-7 (cało

ść

)

 

ISBN 83-7001-040-7 (Podró

ż

 na Ksi

ęż

yc)

 

Wydawnictwa ALFA, Warszawa 1984

 

Wyd. I. Nakład 60.000+250 egz. Ark. wyd. 13,5. Ark. druk. 14,0.  

Druk. Łódzka Drukarnia Dziełowa.  

Zam. nr 788/1100/84. T-66.  

Cena 120.-

 

background image

Przedmowa

 

Księżyc,  wierny  naszego  planety  towarzysz,  od  najdawniejszych 

czasów  zwracał  na  siebie  uwagę  mieszkańców  ziemi,  a  duch  ludzki 
ułudnym przeczuciem nakłaniaj się ku wierze, że jako wszędy w przy-
rodzie  jest  życie,  to  ono  znajdować  się  musi  i  na  sąsiednim  nam  ciele 
niebieskim. Wynikiem nieodzownym tej wiary było przypuszczenie na 
księżycu  istot  myślących,  a  mnogie  pozostałe  ślady  dowodzą,  że  już 
przed pięciu tysięcy laty mądrzy Egipcjanie lubili  się pieścić tą ideą o 
sąsiadach księżycowych jak najulubieńszym  kwiatem poezji.
 

Poeci żadnego narodu i żadnej religii o tym nie wątpili, że są ludzie 

na  księżycu,  którzy  do  nas  tęsknią  tak  jak  my  do  nich,  ale  świat  pro-
zaiczny  nie  wierzył  poetom  i,  po  otrzymaniu  stanowczej  w  tej  mierze 
odpowiedzi,  udano  się  do  astronomów.  Odpowiedź,  wbrew  ogólnemu 
życzeniu i oczekiwaniu, wypadła przecząco i w tych słowach: „Księżyc 
nie ma atmosfery,   a bez powietrza nie ma  życia.”
 

Nielitościwy  ten  wyrok  nauki  zburzył  najmilsze  rozkołysanej  wy-

obraźni rojenia. 

Lecz uczuciowi ludzie nie mogli się wyrzec niepowrotnie owych po-

nętnych  marzeń  o  pobratymcach  na  tym  ciele  niebieskim,  które  tak 
mile przyświeca młodości naszej i jest powiernikiem naszych najskryt-
szych myśli,   uczuć i czynów.
 

Szczęściem, że nad uczonych pedantów są jeszcze uczeńsi obserwa-

torowie i że  tymczasem  optycy  wynaleźli doskonalsze instrumenta. 

Na  dwóch  odległych  punktach  ziemi  pracowali  jednocześnie  dwaj 

szlachetni  astronomowie  nad  dowiedzeniem  ludzkości  niezbitymi  do-
wodami,  że  księżyc  posiada  atmosferę,  że  skład  naturalny  podobny 
jest  do  naszego  planety  i  że  można  tam  przypuszczać  zbliżony  do  na-
szego byt organiczny.
 

Tymi uczonymi byli Pan Pompolio de Luppis w Ferrarze i Pan Dö-

ller w Pułtawie. 

background image

Bóg raczył pobłogosławić ich pracy. 
Już nie ma wątpliwości, że księżyc posiada atmosferę, rzeki, morza, 

góry,  wulkany,  a zatem zapewne i wegetację,  zwierzęta i ludzi. 

My  sami,  którzy  ogłaszamy  ten  opis  podróży,  odbytej  na  księżyc 

przez  ziomka  i  kolegę,  już  od  bardzo  dawna  wiedzieliśmy,  że  księżyc 
ma  atmosferę  i  istoty  rozumem  obdarzone  w  niej  mieszkające,  a  wie-
dzące, że my istniejemy i do nich tęsknimy, i jeśli wstrzymaliśmy się z 
ogłoszeniem tej podróży, to tylko dlatego, żeśmy chcieli, żeby tymcza-
sem surowa nauka dowiodła  możliwości ludzi na księżycu.
 

Teraz  dopiero  wystąpić  możemy  z  ogłoszeniem  wycieczki,  odbytej 

przez lekarza polskiego, jeszcze żyjącego, wcale się nie wystawiając na 
czynione  nam  nieraz  przez  czujnych  i  nieprzychylnych  krytyków  za-
rzuty,  jakobyśmy  naszymi  podróżami  naokoło  ziemi,  w  obłokach i  na 
księżycu urągali si$  z łatwowierności publicznej.
 

Najnowsze  wydoskonalenia  żeglugi  nadpowietrznej  dają  śmiałym 

turystom  nadzieję  bezpośredniego  dosięgnienia  księżyca  i  porozumie-
nia się bliższego z jego zacnymi mieszkańcami. Pan Gavarni 

1

 zaręcza, 

że byle miał powietrze w aparacie do oddychania, będzie się mógł swo-
im balonem na inne dostać planety, a najłatwiej na nasz księżyc, odle-
gły tylko o mil pięćdziesiąt tysięcy. Przyjąwszy bieg balona, tak jak to 
już  obliczano  w  podróży  Pana  Gavarni  do  Algieru,  po  trzynaście  mil 
na godzinę, potrzeba by tylko niespełna roku na przeprawę do księży-
ca i na przekonanie się, czy istotnie Pan Cyrano de Bergerac i doktor 
Serafin Boliński na nim przebywali.
 

Warszawa, d. 12 lutego 1857 
Dr  T.   T. 

Kto przeczytał z uwagą naszą Maskaradę w obłokach czyli podróż nadpo-

wietrzną nad morze północne, wyszlą dwa lata temu w „Gazecie Codziennej” i 
osobno w Wilnie,   ten przyzna,   żeśmy przewidzieli i przepowiedzieli wynala-
zek Pana  Gavarni.
 

(Powyższy tekst zaczerpnięto z książki Teodora Tripplina Podróż po księżycu 

odbyta przez  Serafina   Balińskiego). 

background image

 

 

 

 

XVII w. 

Nie  chcę  wcale  przyznawać  sobie  tego  artykułu,  zmieni-

łem  w  nim  tylko  kilka  zastarzałych  wyrazów,  z  resztą  zaś 
przepisałem  je  dosłownie  z  rękopismu  znalezionego  w  bi-
bliotece jednego  z  najbogatszych  opactw  niemieckich. 

Data tego rękopismu jest w r. 1630. Nic tak nie zdoła po-

niżyć  naszej  pychy,  jak  te  mądre  zasady  rządu  w  ludach, 
które  zowiemy  barbarzyńskimi  dlatego,  że  je  tak  wielka  od 
nas  przestrzeń  dzieli.  Widać  u  nich  mądrość  bez  chełp-
liwości,  uległość  bez  przymusu,  zamożność  bez  przepychu, 
uczciwość  bez  słabości,  słowem:  cnotę  równie  stałą  jak  po-
myślność,  którą  ona  tworzy  i  utrzymuje  między  nimi.  Nie-
stety!  Czemuż  cnota  i  szczęście  ludzkie  znajduje  się  tylko  w   
krajach   nieznanych   i   nieprzystępnych. 

(przestroga        względem        następującej        rozmowy  - 

przypisek Stanisława) 

Żałowałbym  podróży  mojej  tak  niebezpiecznej  do  Indii,  gdybym  z 

niej nie odniósł jednej korzyści, która wszystkie moje wynagrodziła cier-
pienia;  nabyłem  bowiem  nowych  wiadomości,  które,  jak  się  spo-
dziewam, równie będą pożyteczne dla publiczności, jak były dla mnie. 

Zostawując innym podróżnym zwyczaj opowiadania wszystkich przy-

gód długiej i niebezpiecznej podróży, powiem tu tylko: że kiedy  

background image

znajdowaliśmy  się  w  wysokości  52°  i  14°  stopnia  szerokości  południo-
wej,  wiatr  gwałtowny  i  południowo-wschodni  spędził  nasz  okręt  zupeł-
nie  z  drogi  i  zaniósłszy  do  nieznanych  brzegów,  rozbił  o  skałę.  Ja  sam 
tylko uszedłem zatonienia; pasując się czas jakiś z bałwanami morskimi, 
dostałem  się  szczęśliwie  na  ląd,  a  postrzegłszy  w  pewnym  oddaleniu 
dosyć porządną wieś, poszedłem w tę stronę w celu otrzymania pomocy i 
ratunku. 

Wkrótce otoczyli mię mieszkańcy, przypatrując mi się z niezmiernym 

podziwieniem,  z  którego,  wniosłem,  że  wyspa  ta  była  niedostępną  dla 
cudzoziemców. Zaczęli do mnie wszyscy razem mówić; nie mogąc odpo-
wiedzieć, starałem się gestami dać im poznać moje położenie, z których 
łatwo wnieśli, że z odległych krajów  przybywam, żem  się rozbił na mo-
rzu  i  te  nareszcie  proszę  ich  o  pomoc  i  przytułek.  Zdawali  się  wszyscy 
użalać  nad  moim  nieszczęściem  i  wzrokiem  litośnym  zachęcać  wza-
jemnie do dania mi pomocy; gdy wtem zbliżył się do mnie ich naczelnik, 
a wziąwszy za rękę zaprowadził do swego domu, gdzie mię z  wszelkimi 
przyjęto  względami  i  opatrzono  w  to  wszystko,  co  było  potrzebnym  do 
przywrócenia  zdrowia  i  wypocznienia  po trudach. 

Przepędziłem  u  nich  cały  miesiąc.  Wieś  ta  stała  w  przyjemnym  bar-

dzo położeniu, powietrze było czyste i pogodne; widząc zaś jedność, jaka 
między  mieszkańcami  panowała,  można  by  sądzić,  że  jedną  tylko  skła-
dali rodzinę.  Dwie szczególniej rzeczy zastanowiły  mnie  przez swą uży-
teczność. Były to dwa gmachy, z których jeden służył za skład zboża na 
przypadek  nieurodzaju  zachowanego,  w  drugim  zaś  był  szpital  przez-
naczony  dla  ubogich  miejscowych,  utrzymywany kosztem gminy. 

Uwielbiałem te dwa użyteczne zakłady, które zasłaniały kraj od głodu 

i przeszkadzały żebractwu, a następnie rozpuście i próżniactwu, niewiele 
kosztowały  gminę,  a  ich  korzyści  nieskończenie  wynagradzały  ciężar 
umiarkowany, jakim każdego mieszkańca, stosownie do jego zamożnoś-
ci, dotykały. 

Byłem  w  tym  kraju  tak  nadzwyczajnym  przedmiotem,  że  przysłano 

rozkaz zaprowadzenia mię  do stolicy, w której król  przesiadywał. Przez 
całą drogę widziałem grunta dobrze uprawiane, wszędzie okazywała się 
zamożność, na wszystkich twarzach widać było radość i swobodę, wszę-
dzie postrzegałem otwartość i ludzkość, wszędzie wreszcie okazywała się 
rządność i porządek, będące oznaką mądrości rządu oświeconego i sta-
łego  w przyjętych  raz zasadach. 

Po trzytygodniowym tam pobycie przybyłem do stolicy. Miasto to by-

ło ogromne, ulice w nim czyste, szerokie i otwarte, domy prywatne wy-
godne lecz proste, wspaniałość zaś i okazałość jedynie dla gmachów 

background image

publicznych zostawioną była. Gmachy te w odmiennym guście od naszej 
architektury, lecz w prostszym i szlachetniejszym stawiane, wykazywały 
wielkość geniuszu  założyciela. 

Jeden  z  tych  gmachów  przeznaczony  był  dla  młodzieży  krajowej 

wszelkiego stanu. Rząd utrzymywał w niej swoim kosztem biegłych nau-
czycieli do nauk i kunsztów, i ci uczniowie, którzy nie byli w stanie płacić 
za  siebie,  byli  wychowywani  z  równym  staraniem  jak  ci,  którzy  płacili. 
Ta  jednakże  opłata  tak  była  niską,  że  rzadko  kto  uskutecznić  jej    nie  
mógł. 

Nie  uczono  w  tej  szkole  żadnych  cudzoziemskich  języków,  te  tylko 

nauki i  kunszta  były w niej objęte,  które  mogą  być  użyteczne dla pańs-
twa;  dlatego  też  wychodzili  z  niej  zawsze  obywatele  zdolni  z  honorem 
służyć ojczyźnie i artyści doskonali w swoim powołaniu. Nie było w pań-
stwie nigdzie ludzi niezdatnych, na urzędach lub w rzemiosłach, którymi 
się trudnili, nie widać było nigdzie ludzi nieużytecznych dla społeczności 
przez swą niezdolność lub nieczynność. Praca stała się miłą przez nałóg, 
ponieważ zaś każdy był wychowany w powołaniu, jakie pełnił, każdy też 
z  ochotą  w  nim  pracował.  Rodzice  nie  mogli  rozrządzać  powołaniem 
dzieci; zależało to od gustu ich samych, a do czegóż nie doprowadzi  gust 
dobrze  kierowany? 

Na trzeci dzień po moim przybyciu przedstawiono mnie poważnemu 

człowiekowi,  który  mi  się  zdawał  być  braminem,  ze  znajomością  i  obo-
wiązkiem  prawa  łączącym  obowiązki  kapłańskie.  Postrzegłem  w  nim 
wielką  chęć  do  rozmawiania  ze  mną;  jakoż  poruczył  jednemu  z  swoich 
przybocznych, żeby mię uczył języka krajowego. Jest to język najłatwiej-
szy do nauczenia się, prosty, bez ozdób i mało ma słów, które nadto nie 
odmieniają swego zakończenia; we trzy miesiące mogłem już nim dosta-
tecznie mówić. Bramin chciał mię naprzód obznajomić z swoją religią i  
oświadczył,  że  moja  wiara  nie jest  mu  obcą. 

- Niedawno - rzekł - jeden z ofiarników waszej wiary nie wiem jakim 

sposobem dostał się do naszej wyspy, chcąc w niej rozsiewać waszą na-
ukę.  Tak  rzadkie  widowisko  uczyniło  lud  nasz  bacznym  na  jego  mowy, 
lubo  je  zaledwie  rozumiał.  Człowiek  ten  otoczony  zawsze  niezmierną 
liczbą ciekawych, których może brał za zwolenników, przebiegał spokoj-
nie  nasze  państwo,  aż  nareszcie  zaszedłszy  do  jednej  jego  części  przez 
dzikich  zamieszkałej,  nielitościwie  przez  nich  zamordowany  został.  Ża-
łowałem bardzo, że mi się nie zdarzyła sposobność rozmawiania z nim,  
gdyż poznałem jego  dogmanta tylko  z opowiadania tych, co go słuchali. 

background image

Według  ich  powieści,  religia  wasza  zadziwia  przez  swą  dawność,  której 
początek  od  stworzenia  świata  wyprowadzacie,  przez  ciągłe  i  ustawne 

1

 

postępy, przez czystość, surowość, użyteczność, a nawet potrzebę swoich 
prawideł.  Lecz  szkoda,  żem  się  nie  dowiedział  o    tajemnicach,    które  w  
sobie  zamyka. 

ustawne -  ustawiczne 

Na tak otwarte i pochlebne jego zdanie o godności mojej religii uczu-

łem żywą chęć oświecić go więcej w tej mierze, lecz nie posiadając dosyć 
zdolności, przy tym równie mu nieznany jak i wzmiankowany misjonarz, 
musiałem zaniechać tłumaczenia mu tych prawd, o  których  może  bym  
go  nie  zdołał  gruntownie  objaśnić. 

Tym  łatwiej  zaś  odstąpiłem  mego  zamiaru,  że  nic  w  jego  uczuciach 

przeciwnego  naszym  nie  widziałem. 

-  Rozum - rzekł - dał mi pojąć, że świat sam z siebie stworzyć się nie 

mógł. Bóg tylko stworzył go z niczego i nadał mu porządek, układ, ruch i 
życie. Jako stworzenie tegoż Boga staram się wypełnić jego wolę. Czuję, 
że chcąc Mu podobać się, powinienem unikać występków a ćwiczyć się w 
cnotach,  że  sprawiedliwość  Jego  musi  za  dobre  nagradzać,  a  za  złe  ka-
rać;  jako  dzieło  rąk  Jego  winniśmy  Mu  miłość,  której  szlachetniej  Mu 
dowieść  nie  możemy,  jak  kochając  wzajemnie  jedni  drugich.  Takie  jest 
główne wiary naszej prawidło; z niego to pochodzi, że jedność i pokój w 
państwie naszym panują oraz że panujący dobrotliwie się z nami obcho-
dzą,  kiedy  my  wzajemnie  zupełną  mamy  ufność  w  szlachetności  powo-
dów, które im każą  samowładnie  nami  rządzić. 

Ponieważ miłość bliźniego, o której mówił mi Bramin, jest także pod-

stawą naszej religii, rzekłem mu, że. zasady jego nie różniłyby się prawie 
od  naszych. 

-  Jeśli tak jest w istocie - rzekł Bramin - skąd pochodzą między wa-

mi  rozterki  dręczące  i  uciążliwe  procesa,  skąd  zabójstwa,  rozboje,  te 
mordy,  które najwięcej uderzają w  waszej  historii,  jak  gdyby sława  wa-
sza zależała od przelania ich pamiątki potomności.  Nie dziw się temu - 
dodał  -  że  tak  dokładnie  znam  wasze  obyczaje  i  zwyczaje;  kiedym  był 
jeszcze młody, wpadła mi w ręce przypadkiem jedna z waszych książek, 
kazałem ją sobie przetłumaczyć Europejczykowi, który podobnym jak ty 
do  nas  dostał  się  przypadkiem.  Była  to  wasza  historia      powszechna,   
zawierająca układ, rewolucje, prawa, zwyczaje i rozmaite religie państw 

10 

background image

waszych. Pragnąc oświecić się, chciwie to dzieło czytałem i wkrótce mó-
wiłem o nim królowi, który żądał, abym z niego treść wyciągnął. Ponie-
waż  geniusz  szczęśliwy  ze  wszystkiego  korzystać  umie,  przeto  też  i  on 
potrafił  wyczerpać  z  niego  użyteczne  zamiary,  które  później  w  pań-
stwach swoich przyprowadził do skutku. Co do mnie, wyznam otwarcie, 
że  książka  ta  o  mało  co  nie  zniszczyła  we  mnie  wszystkich  uczuć  przez 
wychowanie  nabytych,  a  które  szczęściem  dotąd  jeszcze  dochowałem. 
Znalazłem w niej bowiem wzniosłe maksymy religii, które nieszczęściem 
nie  miały  wpływu  na  umysły  wyższych    ani    na    postępowanie    podda-
nych. 

-  O, jak wielka - rzekł - różnica między tamtym krajem a naszym, u 

nas bowiem religia jest najmocniejszą podporą władzy najwyższej. Przez 
nią królowie nasi uważając siebie za obraz bóstwa biorą sobie za powin-
ność karać występki, bronić niewinności i nagradzać cnoty; przez nią to 
każdy  z  nas  uznając  ich  władzę  za  pochodzącą    od    Boga,    być  im    po-
słusznym  za  chwałę  sobie  poczytuje. 

Cóż  miałem  odpowiedzieć  na  tak  słuszne  zarzuty  Bramina,  które 

jeszcze bardziej utwierdzał przez tak sprawiedliwe porównanie. Rzekłem 
mu jednak: 

-  Lepiej byś trzymał 

1

 o naszej religii i obyczajach, gdyby kraj  wasz 

miał jaki  związek  z  naszym. 

trzymać -  mówić 

-  Broń  Boże  -  przerwał  mi  Bramin  -  abym  tak  dalece  szukał  wyja-

śnienia moich wątpliwości; żaden u nas nie opuszcza swojego kraju ani 
nawet dla miłości zysku, dla którego najniebezpieczniejsze przedsiębie-
rzecie  żeglugi.  Ludy  nasze  bowiem  dostateczne  znajdując  bogactwa  w 
produktach własnej ziemi i płodach swojej pracy, w pokoju są przywią-
zane do rodzinnej ziemi. Szczególnie zaś dwie przyczyny wstrzymują nas 
w granicach kraju:  pierwsza, że uważamy za  hańbiące, a  nawet  nieuży-
teczne te wszystkie wasze starania w nabyciu bogactw, którymi pragnie-
cie  wznieść  się  nad  resztę  obywateli;  więcej  u  nas  szacują  nędzarza  z 
zasługą  niż  najbogatszego  człowieka  bez  talentów  i  cnoty.  Dlatego  też 
cała  nasza  ambicja  ogranicza  się  w  tym,  aby  każdy  był  w  swoim  stanie 
takim,  jakim  być  powinien;  żaden  blask  obcy  nas  nie  łudzi,  szukamy 
człowieka w głębi jego serca, a nie sądzimy o nim z bogactwa lub godno-
ści, które, nie mogąc nigdy same przez się   uczuć jego  moralnych  na-
prawić, często bardziej je psują. Drugą przyczyną jest położenie wyspy 

11 

background image

naszej  zewsząd  nieprzystępne,  z  której  równie  trudno  wydostać  się  jak 
do niej się dostać; może bowiem bez tej zawady nie słuchając mądrości, 
tylko  za  przyrodzoną  idąc  skłonnością,  przebywaliśmy  jak  i  wy  odległe 
morza i nazbierawszy nieużytecznych .skarbów, przywieźlibyśmy z nimi 
razem te wszystkie klęski, jakie  miłość bogactw  między  wami  rodzi. 

-  Zgadzam    się    na    to  -  rzekłem    mu  -  że  obyczaje  nasze  mniej  są  

czyste    i    prostsze  od  waszych,  zasługują  po  większej  części  na  naganę, 
ale  też  musisz  wiedzieć,  że  wady,  jakie  nam  zarzucasz,  są  podstawą   
pomyślności  państw   naszych,   utrzymujących   się  na wysokim szcze-
blu  bogactw  i wielkości. 

-  Znam  -  rzekł  Bramin  -  stan  waszych  królestw  i  ich  pomyślności, 

jeśli tak można  nazwać  próżny blask,  który was w oczach własnych tak 
bardzo nad nas wynosi. Przypominam sobie teraz wiele drobnych szcze-
gółów z waszej historii powszechnej, które mi już nieco wyszły z pamię-
ci.  Podług  niej  macie  dwa  rodzaje  rządu:  rząd  monarchiczny  i  republi-
kański. Rząd monarchiczny jest podług mnie najzdolniejszy zahamować 
nieugiętą  próżność  ludzi  i  umiarkować  ich  niestałość  i  płochość.  W  ta-
kim tylko państwie można spokojnie i bezpiecznie używać tej szacownej 
wolności,  która  w  Rzplitych  jest  tylko  źródłem  nieszczęśliwych  rewolu-
cji;  wolność  ta  nade  wszystko  daje  się  odczuć  pod  rządem  króla,  który 
jest przeświadczonym, że chwała jego i szczęście zależą jedynie od cnót i 
miłości narodu. Takim jest nasz teraźniejszy monarcha; ponieważ on nie 
oddziela  interesu  swego  od  naszego,  chciałby  też,  aby  wszystkie  jego 
bogactwa były naszymi, sądzi, że wtedy tylko prawdziwie korzystnie ich 
używa,  kiedy  je  między  naród  rozdaje,  i  nie  myli  się  wcale,  ma  on  bo-
wiem w zamianę wdzięczność, która nas zawsze zniewala do oddania mu 
tego w potrzebie, cośmy z rąk jego otrzymali. Rzadki może jest podobny 
przykład między wami. 

Przerwałem  w  tym  miejscu  Braminowi  mowę,  chcąc  bronić  chwały 

naszych  monarchów. 

-  Są  -  rzekłem  -  między  nami  tacy,  co  lubo  celując  odwagą  i  mę-

stwem,  prowadzą  jedynie  wojnę  dla  przymuszenia  nieprzyjaciół  do  po-
koju, a stali w swoich przedsięwzięciach wśród najwspanialszych trium-
fów,  zawsze  go  ofiarują.  Przyjaciele  własnych  poddanych,  ich  tylko 
szczęście mają na celu i bardziej uważają za podpory swojej władzy ani-
żeli   za  podległych   sobie   ludzi. 

-  Wiem, jak  wielką  wagę  przywiązujecie do waszej polityki. Jest to 

12 

background image

wielka  nauka,  jedyna  sprężyna  waszych  działań,  środek,  którego  używa 
wasza  duma  i  chciwość.  Każdy  ten  u  was,  co  bez  zasługi  chce  dojść  za-
szczytu  lub  bogactw,  do  niej  się  ucieka.  A  tak  uczycie  się  okazywać  in-
nymi,  jak  w  rzeczy  samej  jesteście,  żeby  uwieść  tych,  którym  wiele  na 
tym zależy, aby was zgłębić mogli; nieraz nawet u was poczciwy człowiek 
musi udawać różne przywary i wady dla podobania się człowiekowi roz-
wiązłemu i bezczestnemu, od którego może się spodziewać jakiej łaski i 
względów.  Zawsze  do  celów  waszych  krzywą  postępujecie  drogą,  żaden 
nie chce działać otwarcie, żeby się sam nie zgubił, rugując zaś z społecz-
ności dobrą wiarę, wyłączyliście z niej razem słodycz i ufność; nieszczę-
ście wasze jest tak wysokie, że nie umiecie rozróżnić cnoty od występku, 
a prawdy od fałszu, a to ciągłe przekonanie, że każdy pragnie oszukiwać, 
niszczy między wami do  szczętu  otwartość i  zaufanie. 

Poznałem  z  mowy  Bramina,  że  nie  był  wcale  politykiem  i  życzyłem 

mu  wewnętrznie  nieco  mniej  prostoty  obyczajów  i  naiwności,  których 
śladów nawet w krajach  naszych  nie  przypuszczał. 

-  Dziwno  mi  -  rzekłem  -  że  czytając  naszą  historię  nie  uważałeś  w 

niej  tych  nadzwyczajnych  czynów,  które  nie  raz  świat  zadziwiały,  tych 
nagłych  i nieprzewidzianych wypadków, owych gwałtownych  w  krajach 
wstrząśnień, co długo przygotowywane w milczeniu, nagle odsłoniły całą 
obszerność i głębokość polityki, która je utworzyła. Powiem ci nadto, że 
nie dość odróżniasz roztropność od podstępu, szczerość od niedyskrecji, 
przezorność  od  oszustwa,  przebiegłość  od  fałszywości    i    zręczność    od 
wykrętów. 

-  Nie rozumiem wcale tej różnicy - odpowiedział Bramin - nie zdaje 

mi się bowiem, żeby cnoty i przywary tak się blisko stykały z sobą, aby je 
za jedno wziąć można było, ty sam może nawet mieszasz je z sobą, chcąc 
ustanowić między nimi tak ścisłe granice, z tego zaś, że tak mały między 
nimi ustanawiasz przedział, wnoszę sobie, że łatwość, z jaką go przesko-
czyć można, często was musi do występku prowadzić. Mimo to wszystko 
- rzekł Bramin - czyliż byś nie mógł dać mi jaśniejszej definicji o tej poli-
tyce,  którą  tak  mocno  chwalisz  i  uważasz  za  jedyną  sprężynę  najwięk-
szych wypadków. Czy ma ona pewne prawidła i niezmienne zasady? Czy 
się nie odmienia stosownie do czasu, miejsca i okoliczności? Jest-że ona 
nieomylna, albo czy nie zależy mniej od geniuszu, który nią kieruje, ni-
żeli  od  trafu,  który  nieraz  jej  się  sprzeciwia  i  w  jednej  chwili  wszystkie 
obala układy. 

-  Zdaniem  moim -  dodał - (a zapewnie i zdaniem wszystkich mędrców 

13 

background image

świata) najlepszą polityką, jakiej się trzymać możemy w rządzie państw i 
w  całym  naszym  postępowaniu,  jest  to  prawidło:  żeby  żadnej  nie  mieć 
polityki  i  postępować  jedynie  według  prawideł  roztropności  i  rozumu. 
Monarcha,  który  potrafił  zjednać  poszanowanie  sąsiednich  narodów 
więcej przez swą rzetelność jak przez potęgę, który przez dobroć i spra-
wiedliwość  pozyskał  miłość  narodu,  monarcha  taki  łatwo  dokona 
wszystkich  przedsięwzięć,  nie  używając  żadnych  mniej  przydatnych  
tajemnic. 

Przechodząc  dalej  do  innych  gałęzi  rządu.  Bramin  wyjawił  mi  swoje 

zdanie  o  wojnie  i  utrzymywaniu  wojsk,  lecz  te  wszystkie  jego  zasady 
znalazłem zupełnie przeciwnymi naszej opinii. Mówił mi potem o skar-
bowości;  nauki  jego  zdały  mi  się  tak  ważne,  że  z.  szczególną  słuchałem 
uwagą. 

-   Układ  -  rzekł  -  jakiego  się  trzymamy  w  naszych  finansach,  na 

trzech  szczególniej  zasadza  się  częściach:  pierwsza  ma  na  celu  rozkład 
stosowny i sprawiedliwy ciężarów, druga łatwy i całkowity pobór, trzecia 
takie  nimi  zawiadywanie,  aby  wydatki  nigdy  nie  przewyższały  przycho-
dów.  Co  do  pierwszego  artykułu:  panujący  wkładając  na  nas  podatek, 
podobnie sobie postępuje jak prywatny, co żyjąc jedynie z płodów swojej 
roli, starannie ją uprawia, lecz uważa, żeby jej sił przez zbytnią chciwość 
nie  wyczerpał  i  woli  wyrzec  się  raczej  nadmiaru  płodów,  żeby  zawsze 
miał tyle, ile konieczne potrzeby wymagają. Wszystkie prowincje opłaca-
ją u nas podatki, lecz żadna nie jest przeciążona, a nawet nie opłaca tyle, 
ile  by  mogła  opłacać.  Sprawiedliwość  bowiem,  a  nawet  interes  panują-
cego  wymaga,  aby  ci,  których  majątki  jedynym  dochodów  jego  są  źró-
dłem,  zostawali  w  pewnej  zamożności.  Jeśli  muszą  dźwigać  ten  ciężar, 
nie  powinni  przecież  pod  nim  upadać,  chlubniej  zaś  jest  dla  tego,  co 
nakłada,  gdy  go  chętnie  wnoszą,  nie  zaś  z  niesmakiem  i  wstrętem.  Mi-
łość  poddanych  jest  najszacowniejszym  dla  panującego  skarbem.  Nie 
mniej jest ważny i drugi artykuł: wybieramy nasze podatki bez pomocy 
poborców  i  celników,  równie  zawsze  chciwych  jak  nieużytecznych,  któ-
rzy  tak  zawsze  czerpią  w  źródle,  że  je  zupełnie  wysuszają  i  którzy  pod 
pozorem zbogacenia swego pana równie go kradną, jak zdzierają i gubią 
lud  nieszczęśliwy.  Ostatni  artykuł  najwięcej  z  wszystkich  ściąga  naszą 
uwagę:  staramy  się  poznać  dokładnie  coroczne  potrzeby  i  wydatki  pu-
bliczne, składamy potem w zapasie sumy na ten cel przeznaczone,  któ-
rych  tylko  na  wydarzające  .się  potrzeby  państwa  używamy.  Sam  król 
święcie to mądre prawo zachowuje, sądzi bowiem, że to tylko do niego  

14 

background image

należy,  to  tylko  może  obracać  na  utrzymanie  swego  dworu,  na  swoje 
zabawy  i  dary,  co  pozostanie  po  zaspokojeniu  wszystkich  potrzeb  pań-
stwa i tego wszystkiego, co dobro i  interes  kraju  nakazuje. 

Bramin,  widząc,  z  jaką  go  przyjemnością  słuchałem,  ciągnął  dalej 

swoje  opowiadanie,  a  chcąc  mi  dać  zupełnie  dokładne  wyobrażenie  o 
polityce  swego  narodu,  zaczął  mówić  dalej  o  sposobie  wymierzania  u  
nich  sprawiedliwości. 

-   Ponieważ  -  rzekł  -  panujący  nie  może  sam  jej  czynić,  postanowił 

zatem  ludzi  biegłych  w  prawie,  którzy  bezpłatnie  ją  wymierzają.  Przed 
panowaniem  teraźniejszego  naszego  króla  wszystkie  urzędy  nasze  były 
wystawione  na  aukcję,  tych  bowiem  tylko  godnymi  uznawano,  którzy 
byli w stanie więcej za nie zapłacić. Talenta, które najczęściej ubogich są 
udziałem  (jak  gdyby  samo  tylko  ubóstwo,  pobudzając  geniusz  przez 
prace, do majątku doprowadzało), talenta nigdy prawie nie otrzymywały 
urzędu; co gorsza nawet, poszło stąd, że ci, co mieli prawo odmierzania 
sprawiedliwości,  zwykle  ją  sprzedawali  więcej  dającemu  dla  wynagro-
dzenia sobie kosztów swego urzędowania. Dziś już nie ma tego naduży-
cia, miejsca sądowe przyznawane są osobom najgodniejszym, które swo-
jej  biegłości  dają  dowody;  nie  strony,  lecz  sam  monarcha  opłaca  sę-
dziów, a zarazem oświeca ich; jego czujność  i mądrość wynagradza lub 
karze,  powaga  ogranicza  ich  władzę,  żeby  jej  nie  nadużywali,  a  nawet 
oznacza małą ich liczbę w każdym trybunale; przekonał się bowiem nasz 
monarcha,  że  gdzie  wielu  bardzo  sędziów,  tam  tylko  większa  niezgod-
ność zdań panuje, i sprawy dłużej się wleką ze stratą obu stron, tak tej, 
co ma słuszność, jak i tej, co niesłusznie  działa. 

Kiedy tak dokładny zaprowadzono wymiar sprawiedliwości we wszy-

stkich  częściach  rządu,  poszło  zatem  koniecznie,  że  go  wprowadzono 
również  i  do  wszystkich  innych  szczegółów,  które  się  dotyczą  po-
myślności  lub  majątków  ludu  naszego.  Wiesz  zapewne  -  mówił  dalej 
Bramin  -  że  administracja  ogólna  każdego  kraju  na  cztery  główne  daje 
się  rozdzielić  poddziały;  tymi  są:  wojna,  skarbowość,  sprawiedliwość  i 
policja.  Podobne  poniekąd  do  tych  żywiołów,  których  zgodnym  działa-
niem utrzymuje się przyrodzenie 

1

przyrodzenie -  natura,   przyroda 

cztery  te  wydziały,  dobrze  urządzone  i  w  dokładnym  z  sobą  zostające 
związku, utrzymują państwo i przykładają się równie do jego pomyślno-
ści i potęgi, jak do chwały i okazałości. Przekonani o prawdzie tego, com 

15 

background image

powiedział, ustanowiliśmy   w   każdej  prowincji   regencję   złożoną   z  
czterech  osób  równie roztropnych jak cnotliwych,  równie  biegłych jak 
szczerze  kochających  swoją  ojczyznę.  Z  tych  czterech  osób  składa  się 
rada prowincjonalna,  której przewodniczy  Rządca posiadający zaufanie 
monarchy,  mający  obowiązek  przestrzegania  porządku  i  baczenia,  żeby 
się  w  nich  nie  działo  nic  przeciwnego  interesowi  monarchy  i  narodu. 
Każdy z tych Radców (tak ich bowiem nazywamy) stoi na czele osobnego 
wydziału; pierwszy zatrudnia się  tym  wszystkim,  co  się  tyczy  wojsk  
tej  jego    prowincji,  drugi  zarządza  skarbowością,  trzeci  czuwa  nad  wy-
miarem  sprawiedliwości,      czwarty    zaś      kierunek      policji      ma    sobie  
powierzony.    Żeby    zaś  ta    ich    praca    zupełnie  użyteczną  być    mogła, 
powinna  odnosić  się  do  wspólnego  ogniska,  które  by  wszystkim  szcze-
gólnym władzom nadawało przyzwoity dla dobra publicznego kierunek; 
i stąd więc pochodzi, ze takowi   rządcy podlegli   są  czterem   ministrom  
do  osoby  króla  przywiązanym, z których  każdy  ma  ogólny  ster jed-
nego  z tych czterech wydziałów   o których mowa. Z nich składa się naj-
wyższa  rada  panującego.  Takowym  ministrom  radcy  prowincjonalni 
zdają zawsze sprawę z   tego,   co   się  w   ich   okręgu   dzieje. Takowe   
raporta  przedstawiają ministrowie   królowi  na   radzie,   która  o  nich   
stanowi  i   natychmiast stosowne  względem  nich   wydaje  przepisy;   a  
tak   król  może  widzieć co dzień jasny obraz obecnego stanu państwa, 
zaradzić  wszelkim  nadużyciom,  w  chwili  ich  dostrzeżenia,  a  co  lepsza 
jeszcze, może uniknąć bezrządu, jaki z natłoku  spraw  przez niedbałość  
zaległych    powstaje.  Zdziwiony  tak  cudownym  układem  przerwałem 
milczenie  i  zapytałem      Bramina      jakim    sposobem      król  jego    mógł  
utworzyć i wykonać tak wielki zamiar, nade wszystko zaś pod względem 
skarbowym;  musiał  bowiem  niejednej  doznawać  w  tym  przeszkody  od 
tylu osób, które wszędzie  starają  się  wzbogacić,  z krzywdą  panującego  
r narodu. 

-   Król  pragnący  dobra  swych  poddanych  -  odpowiedział  Bramin  -

niech  tylko  trwa  silnie  w  swojej  chęci,  zawsze  dojdzie  do  swego  celu 
mimo  wszelkich  przeszkód.  Nie  ma  zaś  przyczyny  lękać  się  ani  ła-
komstwa  ani  ambicji  ze  strony  swoich  ministrów.  W  liczbie  tylu  uży-
tecznych  przymiotów,  jakie  król  nasz  posiada,  jest  jeden  szczególniej 
zdaniem moim najpotrzebniejszy dla panującego, a który mógłby nawet 
wszystkie  inne  zastąpić;  przymiotem  tym  jest  głęboka  przenikliwość. 
Pan  nasz  zna  dobrze  ludzi  i  nigdy  się  w  ich  wyborze  nie  myli,  tak  jak  
biegły artysta, co geniuszu bardziej niż doświadczenia pomocą łatwo 

16 

background image

potrafi rozeznać narzędzia najprzydatniejsze do jego kunsztu. Ministro-
wie, którzy dzisiaj zaufanie jego posiadają, zasługują na nie przez swoje 
cnoty  i  zapewne  nie  wybrałby  ich,  gdyby  mógł  w  kraju  godniejszych 
swego zaufania znaleźć. Zupełna jedność panuje zawsze między nimi; bo 
wszyscy jeden cel tylko mają, to jest: dobro ojczyzny; ich gorliwej pracy 
winno  teraźniejsze  panowanie  swą  świetność  i  chwałę.  To,  com  powie-
dział,  może  cię  już  dostatecznie  przekonać,  że  polityka  nasza  nieskoń-
czenie  wasze  przewyższa  tak  mądrością,  jak  i  prostotą  zasad  między  
nami ustanowionych. 

-  Prawda  -  rzekłem  zawstydzony  i  obrażony  nieco  -  prawda,  że 

urządzenia  wasze  są  wyborne,  lecz  polityka  nasza,  wyjąwszy  małe  nie-
które drobności, nie tak dalece od waszej się różni, jak mniemasz. 

-  Jeśli tak jest w istocie - rzekł Bramin - dlaczegóż takich jak u nas 

nie wydaje ona owoców? Dlaczegóż w ustanowieniu podatków wyrywa-
cie drzewo niejako razem z korzeniem, a przez to przywodzicie do ostat-
niej  nędzy  ludy,  w  których  macie  zawsze  znaleźć  zasiłki  na  potrzeby 
państwa?  Dlaczegóż  wystawiacie  waszych  poddanych  na  utratę  całego 
mienia,  odwlekając  przez  długie  postępowanie  wyroki  rozsądzające 
sprawę  tego,  który  słuszności  na  swoją  stronę  domaga  się,  a  które  jed-
nak zwykle sprzyjają niesłuszności, a ta, obawiając się sprawiedliwości, 
dla siebie ją zakopuje? Dlaczego ustawy policji waszej nie są jednakowe 
dla  wszystkich  stopni  i  stanów;  dlaczego  spadają  tylko  na  gołębia,  a 
oszczędzają  jastrzębia?  Dlaczegóż  nareszcie  okrywacie  politykę  waszą 
tylu  nieprzejrzanymi  zasłonami?  Jam  ci  odkrył  naszą  zupełnie;  gdybyś 
zaś ty mógł mi równie wykryć wszystkie sprężyny polityki waszych kra-
jów, musiałbym bardziej jeszcze nad nieszczęściem ludów waszych ubo-
lewać.  Te,  tak  zdaniem  waszym,  silne  polityki  sprężyny  nie  mają  tej 
szczęśliwej między sobą harmonii, która łącząc i wiążąc z sobą rozmaite 
części jednej całości, nadaje wszystkim jednakowy kierunek i do jednego 
celu  prowadzi.  Sprężyny  te  nie  są  prawie  nigdy  u  was  jednostajne,  co 
jaśniej  jeszcze  ich  słabości  i  nieużyteczności  dowodzi;  tym  zaś  spręży-
nom,  jakich  w  rozmaitych  szczegółach  rządu  naszego  używamy,  tym, 
mówię, nadają całą siłę zasady naszej polityki, które wyłożyłem; spręży-
ny  te  żadnej  nigdy  nie  doznając  zmiany,  szczęśliwy  zawsze  owoc  przy-
nieść  muszą.  Macie  wprawdzie  prawa  i  maksymy  własne,  lecz  co  dzień 
nowe i zawsze dla szczególnych tylko  przypadków stanowicie; zmienia-
cie je według okoliczności, traf was tylko oświeca.   Zaniedbujecie   walą-
cych się fundamentów, poprawiacie jedynie tylko nadpsute się ściany; 

17 
nie trzeba przeto się dziwić, że usiłowania wasze w naprawieniu tych 

wyłomów  wszędzie  poczynionych,  często  prędzej  jeszcze    upadek  jego  

background image

sprowadzają. 

To mówiąc. Bramin ściągnął ku mnie rękę, jak gdyby nie spodziewał 

się mię już widzieć, i dodał: - Zegnam cię, miły cudzoziemcze! Oby zaw-
sze cnota przebywała w twoim sercu, a usta twoje oddychały szczerością! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

1785 

Bohater powieści, Wojciech Zdarzyński, po odbyciu nauk 

w  Akademii  Nowosądeckiej  wyjeżdża  do  Warszawy,  gdzie 
zatrzymuje  się  w  domu  wuja.  Poznaje  nowe  mody,  uczy  się 
francuskiego  i  romansuje.  Po  pewnym  czasie,  znudzony  i 
rozczarowany życiem w stolicy, daje się namówić na podróż 
balonem  za granicę

[...]  Uczyniwszy  potrzebne  przygotowanie  do  tej  podróży,  dnia  21 

marca (bo ta jedna tylko data potrzebna jest do mojej historii) o godzi-
nie  szóstej  z  rana,  trzymając  łódź  przywiązaną  do  balonu  mocną  liną 
przy  ziemi,  zaczęliśmy  go  napełniać  gazem  tak  szczęśliwie,  iż  w  trzy-
nastu   minutach   podniósł  się  do  góry. 

Gdyby  niektóre  przyczyny  nie  były  nam  na  przeszkodzie,  zrobili-

byśmy byli widowisko dla całej Warszawy. Wszakże w tym wieku, kiedy 
się każdy szczyci z ludzkości, chętnie jednak patrzy na to, co jest hazar-
dem z życia cudzego i im większe widzi niebezpieczeństwo, tym  żywszą  
radość  okazuje  klaskaniem. 

19 

background image

Jak tylko kolega mój przeciął linę, która nas utrzymywała przy ziemi, 

natychmiast balon  podniósł się z. nami z taką szybkością, iż w  krótkim 
czasie  zniknęła  nam  z  oczu  Warszawa. 

Przez dni kilka byliśmy na powietrzu, mając wiatr, który nas niósł ku 

zachodowi.  Poglądając  na  ziemię,  bojaźń  we  mnie  coraz  się  bardziej 
wzmagała. 

Ale niech mi daruje czytelnik, że mu nie dam dostatecznego opisania 

dalszej żeglugi  naszej. Wolę wyznać prawdę, iż strach odejmował mi tę 
przytomność, która potrzebna jest do zastanowienia się nad każdą oko-
licznością komentującą ciekawość, niżeli chełpiąc się z odwagi pokrzyw-
dzić fałszywą powieścią prawdę i oszukiwać albo nudzić nią czytających. 
Dosyć na tym, iż cokolwiek w podróży swojej Charles Robert d'Arlande, 
Pilastre de Rosier, Blanchard i inni opisali, wszystko to nam się  przytra-
fiło. 

Po różnych odmianach ciepła i zimna, po nieznośnym bólu, który mi 

się  dał  uczuć  w  uszach,  osłabiony  na  siłach  i  nie  mogąc  oddychać  dla 
cienkości powietrza, wpadłem na koniec w słabość i utraciłem zmysły. W 
tym  stanie  jak  długo  zostawałem,  nic  nie  wiem,  ponieważ  nie  przysze-
dłem  do  siebie,  aż  po  upadku  moim,  otrzeźwiony  wodą,  w  której  się 
zanurzyłem.  Widząc  nowe  dla  siebie  niebezpieczeństwo  wywarłem 
wszystkie siły, abym się ratował. A osłabiony, gdy się już puszczałem w 
głąb wody, aby mię zalała, szczęściem osobliwszym dostałem dna noga-
mi i obaczyłem kolegę mego, który się jeszcze pasował z wodą, nie wie-
dząc, jaka była głębokość miejsca. Słoność i niesmak, który  uczułem  w 
ustach, dały  mi  poznać,  że woda była  morska. 

Oglądając się na  wszystkie  strony i nigdzie dla siebie  nie  widząc ra-

tunku, żałować począłem, żem zaraz nie utonął, bo moment życia, który 
mi  zostawał,  był  dla  mnie  tym  nieznośniejszy,  im  bardziej  stawiał  mi 
przed oczy śmierć, która przychodzić miała. I gdyby kolega nie dodawał 
mi był serca czyniąc nadzieję, że nas zachowa Opatrzność, odważyłbym  
się był  podobno dobrowolnie szukać dla siebie śmierci. 

W  godzinę  po  upadku  naszym  znacznie  odstąpiło  morze,  skąd  oba 

wnieśliśmy sobie, iż ku północy musi być kraj jakiś bliski, który opusz-
czając morze wracało nazad do łoża swego. Nie tracąc czasu udaliśmy się 
ku  brzegom,  które  od  północy  opasane  górami  zasłaniały  nam  dalsze  
położenie   kraju. 

Słońce,  którego  wielkość  nadzwyczajną  postrzegłem,  chociaż  się  już 

skłaniało ku zachodowi, tak jednak było dla nas przykre, iż ten kraj wziął  
kolega  za  Gwineę  lub  inną jaką  krainę  pod  Ekwatorem. 

20 

background image

Opatrzność,  która  nas  zachowała  od  śmierci,  miała  oraz  staranie  o 

dalszym życiu naszym. Kilka gniazd jaj ptaszych, któreśmy znaleźli, były 
dla nas posiłkiem. Odpocząwszy nieco i mając pokrzepione siły, weszli-
śmy na jedną górę przed zachodem słońca, aby stamtąd odkryć położe-
nie miejsca i kraj nam nieznajomy. Kolega, mając wzrok bystrzejszy ode 
mnie, postrzegł odległe równie i pola na kształt winnic porządnie wkoło 
drzewami  obsadzone,  a  stąd  powziął  nadzieję,  iż  kraj  ten  kwitnący  rol-
nictwem musi być mieszkalny i obywatele jego nie dzicy. 

Znużony podróżą i zwątlony na siłach usiadłem pod cieniem drzewa 

osobliwszego  jakiegoś  rodzaju,  a  gdy  mię  sen  zniewalać  począł,  kolega, 
poglądając  na  słońce,  które  już  zachodziło,  a  z  przeciwnej  strony  po-
strzegłszy wielką jakąś planetę na kształt księżyca, ale świetniejszą i da-
leko większą, gdy się coraz lepiej przypatrywać począł gwiazdom i innym  
ciałom  niebieskim. 

-  Ach, przyjacielu! - zawołał. - Jeżeli nam Opatrzność pozwoli szczę-

śliwie  powrócić do ojczyzny, ile  pożytków  przyniesie  Europie ta podróż 
nasza. Jak wiele domysłów nowych czynić będzie można, zbijając zdania 
astronomów naszych,  którzy z jednego tylko  punktu,  jakim jest ziemia, 
patrząc  na  rozległość  świata  całego,  chcą  nam  wyperswadować,  iż  ich 
mniemania są nieomylne. Ile nowych sekretów natury, które powiększą 
umiejętność  fizyczną!  Ile  ciekawości  do  historii  naturalnej,  które  po-
mnożą  zbiór  osobliwych  rzeczy!  Nigdy  Kolumb  i  Ameryk  odkryciem 
nowych krajów tyle się nie wsławili, ile my tą naszą podróżą. Bo jeżeli się 
nie mylę, ile tylko wiadomości astronomii zapewniać mię może, kraj ten, 
w którym zostajemy, jest krajem na księżycu. 

Struchlałem na te słowa. Widząc jednak rzecz prawie niepodobną do 

wiary,  rozumiałem,  iż  kolega,  po  tylu  fatygach  i  niebezpieczeństwach 
zapaloną  mając  głowę,  gada  od  rzeczy.  Ale  poznawszy,  iż  na  wszystkie 
moje pytania  rozsądnie  opowiadał: 

-  Jakże,  przyjacielu  -  rzekłem  do  niego  -  moglibyśmy  przebyć  tak 

wielką odległość, jaka jest między księżycem i ziemią? Powietrze, coraz 
delikatniejsze  im  wyżej się  wznosi, byłożby zdatne  do  oddychania  płu-
com  przyuczonym  do grubszej  atmosfery? 

-  Prawda  -  odpowiedział  -  iż  astronomowie  nasi  naznaczają  wielką 

odległość księżyca od ziemi, ale wielu z nich i ci, którzy tu byli 

1

,  upew-

niają,  iż ta  odległość  nie jest  tak wielka, aby jej przebyć nie można. 

1

  Cyrano de  Bergerac, Wilkins biskup Chesterski (Przyp.  aut.) 

 

20 

background image

Podróż  naszą  zaczęliśmy  21  marca  w  czasie  porównania  dnia  z  nocą, 
kiedy księżyc i słońce, najskuteczniej wywierając swe siły atrakcji 

1

,  

Zbliżanie  się  do  siebie  ciał  bez  widocznej  przyczyny”  (Linde) 

sprawują  naj-

większe przybywanie i ubywanie morza. A jeżeli woda, przyciągniona od 
księżyca, mimo swej ciężkości wznosi się i robi na oceanie górę, daleko 
bardziej powietrze, leksze od wody, wznosi się do góry i robi ostrokrąg, 
którego  wierzchołek  rozciąga  się  prawie  aż  do  wierzchołka  ostrokręgu 
zrobionego  na  księżycu  dla  tej  samej  przyczyny.  Popędzeni  wiatrem 
zachodnim  wpadliśmy  najprzód  w  ostrokrąg  ziemny,  a  w  nim  balon 
nasz, lekszy od powietrza, wznósłszy się do góry utracił własność dążącą 
do centru ziemi i nabył własności uciekającej od centru, a tak spadliśmy 
własnym ciężarem  na księżyc.

 

Już  trzy  godziny,  jak  miarkować  mogłem,  upływało  po  zachodzie 

słońca, a ziemia, będąc naówczas w pełni 

2

, tak jasną noc czyniła, iż czy-

tać nawet można było. Kolega poglądając częścią ku północy, gdzie były 
owe równiny, częścią ku zachodowi, gdzie się pokazywały lasy: 

-   Oto - rzecze skazując palcem na pierwsze miejsce - Dolina Newto-

na, to Góra Św. Katarzyny, którą astronomowie nasi zmierzyli, iż ma 31 
mil  wysokości.  To miejsce, na  którym spoczywamy,  jest Góra Nadmor-
ska Snu. To - kraj darowany naszemu Kopernikowi, takim prawem, jak 
Ferdynand Katolik nabył do krajów odkrytych. To... 

Mało  będąc  ciekawy  wiedzieć,  co  się  roić  mogło  w  głowie  astrono-

mów  naszych,  a  mniej  jeszcze  myśląc  o  tym,  co  mi  kolega  rozprawiał, 
wtenczas kiedy rzecz szła o coś więcej  niż o Dolinę Newtona, zasnąłem 
szczęśliwie,  znużony  długim  niewczasem.  [...] 

Ziemia  nasza  względem  ksieżycanów  tak  jest  świetna  planetą  jak  księżyc 

względem nas,  ziemian,  i   ma   też same odmiany  na   nowiu,  pełni  i  kwa-
drach (przyp.  aut.) 

Nie przyuczony do ręcznej roboty, miałem się z początku za równie nie-

szczęśliwego jak Doświadczyński u Nipuanów. Ale z czasem sił. nabierając, 
też same uwagi,  które  mu  prace jego słodziły,  mnie  także dodawały  serca. 
„W kraju naszym - myślałem sobie - rolnictwo zostawione wzgardzonemu 
od nas poddaństwu, tu jest powinnością każdego,   aby   własnymi   rękami   
uprawiał   tę   ziemię,   która  go  żywi. Jeżeli mieszkańcy kraju tego nie żyją 

22 

background image

naszym  sposobem,  trzeba  się  poddawać  pod  pierwszy  wyrok,  który 
wszystkich ludzi skazał na pracę  aż do  potu czoła.” 

W samej rzeczy mieszkańcy kraju tego, jak dalej poznałem, mieli rol-

nictwo za najpierwszą  powinność życia społecznego.  Sam nawet rządca 
kraju,  sędziwy  Satumo,  nie  lenił  się  iść  czasem  za  pługiem  i  ten  chleb, 
który  pot  czoła  jego  skrapiał,  był  najmilszą  jałmużną  dla  nie  mogących 
pracować (bo pod tym imieniem zowią tam ubogich). 

Sielana (tak się nazywa ten kraj, o którym piszę), nie mając żadnego 

związku  z  postronnymi  państwami,  przestaje  na  samym  tylko  handlu 
wewnętrznym,  którym obywatele  wspólnie użyczają sobie tych  produk-
tów, w które jedna okolica więcej obfituje niż druga. Mając wszystko w 
kraju, co się ściąga do potrzeby i do wygody bez zbytku, nie potrzebują 
żeglugi, aby topili dostatki swoje i siebie razem z nimi. Metal najdroższy 
u  nich  jest  ten,  który  im  służy  do  rolnictwa  i  obrony  majątku.  Złoto  i 
inne  kruszce,  jako  nieużyteczne,  nie  mają  żadnego  szacunku.  Bogac-
twami u nich jest zboże i bydlęta, które ich żywią i odziewają, a znakami 
wyrażającymi te ich bogactwa jest moneta z  pierwszego  metalu,  który  
niczym  się  nie  różni  od  naszego  żelaza. 

Sielanie tak co do życia i odzienia, jako i co do nauk o to się tylko sta-

rają,  co  im  jest  istotnie  potrzebnego.  Pomieszkaniem  ich  są  domy  pro-
ste,  bez  ozdób  architektury,  ale  wygodne  i  zdrowe.  Wsie  (ponieważ  w 
całym kraju miasta żadnego nie masz) są osiadłe, w dobrym położeniu i 
mające  wszelkie  wygody  potrzebne  do  życia.  Pożywienie  ich  zdrowe, 
znacznie, ale bez zbytku. Strój prosty, wygodny i poważny, w tym tylko 
odmienny od naszego, iż nie znają kapot ani kontuszów, mając za rzecz 
wcale niepożyteczną nosić na sobie dwie suknie razem, gdy jedna z nich 
dobrze  odziewa.  Nie  używają  czapek  i  niczym  nie  przykrywają  głowy. 
Kolega mój, zgubiwszy czapkę swoją w morzu, dostał wielkiego kataru i 
zaraził wiele mieszkańców tą chorobą,  której  nigdy  w  tym  kraju  nie  
znano. 

Kobiety sielańskie mało się różnią w swym stroju od mężczyzn. Natu-

ra, szczodra w rozdawaniu im wdzięków, zdaje się nie potrzebować sztu-
ki, aby ją poprawiała. Te, które nie są urodziwe, ponieważ nie wyciągają 
tego, aby im mówiono, iż są ładne, przestają na wdziękach, które im dała 
natura. Nie starając się zbytecznie o piękność ciała, nie znają kalectwa i 
chorób,  którym  większa  część  kobiet  naszych  podlega.  Płeć  ich  ani  jest 
tak  ogorzała  od  słońca  jak  wieśniaczek  naszych,  ani  tak  biało  wybladła 
jak tych dam, którym sznurówki obejmują wolne odetchnienie, ani tak 

23 

background image

pąsowa  jak  tych,  które  się  malują,  ale  po  większej  części  są  smagławe, 
mając  żywe  kolory  krwie  zdrowej,  którym  żadna  farba  wyrównać  nie 
potrafi.  Nie  mają,  prawda,  tej  szczupłości,  która  u  nas  jest  skutkiem 
sznurówek, lekarstw i sedenterii 

1

, ale  za to są  zdrowe,  płodne  i  zdatne 

do  pracy. 

sedenteria - siedzący tryb życia 

Ta, będąc najpierwszą zaletą we wszystkich obywatelach Sielany, tak 

z czasem i mnie samemu stała się słodką, iż miałem  sobie za najmilszą 
rozrywkę  to, co brałem w początkach za skutek  niewoli. 

Praca  Sielan  około  rolnictwa  jest  umiarkowana.  Nie  widać  między 

nimi  tak  padających  na  ziemię  od  upału  słońca  i  siły  swoje  wycień-
czających od świtania aż do ciemnej nocy, jak pospolicie widzieć się daje 
u nas. Każda ręka, dla swojej tylko żywności pracując, ma dosyć czasu,  
aby odpoczęła. 

Ustały więc z czasem narzekania nasze i o to tylko usilnie staraliśmy 

się  oba,  aby  jak  najprędzej  umieć  język  krajowy.  Zlecono  to  staranie 
kilku kobietom, częścią dlatego, iż płeć niewieścia skłonna jest wszędzie 
z  natury  do  wielomówstwa,  częścią,  iż  przez  wrodzoną  sobie  ciekawość 
wyczerpać  z nas potrafi  wszystkie skrytości. 

Cnota  i  niewinność  obyczajów,  którymi  się  zaszczycają  mieszkańcy 

kraju  tego,  zasłonią  mię  od  żartów,  które  z  tej  okazji  może  sobie  robić 
czytelnik.  Powiem  w  szczerości,  co  mi  się  zdarzyło.  Znając  dobrze  sła-
bość naszych ziemianek, jako pochwały, które im płeć nasza daje, są dla 
nich  największą  powabą,  użyłem  tegoż  samego  sposobu,  wychwalając 
Fanilę, najmłodszą nauczycielkę naszą, z piękności duszy i ciała, a uda-
jąc  częste  wzdychania,  abym  z  niej  wyczerpał  wiadomość  o  rządzie  i 
zwyczajach  krajowych,  oświadczyłem  jej,  iż  ujęty  żywością  wdzięków, 
przepędzam niespokojne momenta. Z początku Fanila rumieńcem, który 
twarz jej oblał, zdawała się pokazywać, iż w jakimkolwiek kraju i plane-
cie  kobieta  jest  zawsze  kobietą;  ale  powtórzone  pochwały  tak  potem 
gniew  w  niej  wzbudziły,  jak  gdyby  który  u  nas  z  niedyskretnych  męż-
czyzn  odważył  się  w  oczy  to  powiedzieć  damie  nieurodziwej,    że  jest  
niepiękną. 

Gdyśmy już oba dobrze język rozumieć i myśli nasze wyrażać poczęli, 

kazano się nam stawić przed Saturnem, Ten z zwykłą łagodnością spytał  

24 

background image

się nas w przytomności ludu, z jakiego jesteśmy kraju  i jakim przypad-
kiem dostaliśmy się do Sielany tą stroną, którędy morze  oddziela  kraj  
ich  od  innych  narodów. 

Kolega, jako przewodnik do tej podróży, pierwszy się odezwał, iż oj-

czyzna nasza jest na ziemi, która będąc w liczbie pierwszych planet nie-
bieskich,  jest  nierównie  szlachetniejszą  od  księżyca.  Ciekawość  oglą-
dania  dalekich  krajów,  aby  rozprzestrzenić  umiejętność  naszą,  jest  w 
nas,  ziemianach,  skłonnością  panującą.  Im  większe  przeszkody  po-
czyniła do tego natura, tym większą chęć ciekawość w nas zapaliła, aby 
je  przełamać.  Jakoż  wynalazek  żeglugi  przybliżył  już  do  nas  naj-
odleglejsze  kraje.  Bohatyrowie  nasi,  którzy  mało  cenili  życie  własne,  a 
mniej  jeszcze  kolegów  swoich,  puścili  się  na  tysiączne  niebezpieczeń-
stwa,  szukając  po  morzu  nieznajomych  krajów.  W  tej  podróży  znaczną 
część  ziemi  odkrywszy,  ,wyplenili  z  niej  ogniem  i  mieczem  dawnych 
mieszkańców,  aby  wyczyszczony  kraj  z  ludzi  i  złota  podbili  pod  pa-
nowanie swoje. 

-   Dziś dowcip nasz nie przestając na tym, iż włada ziemią i morzem, 

zaczyna  być  panem  trzeciego  żywiołu  i  przez  wynalezienie  balonów 
przybliża do siebie najodleglejsze planety. Nie ma się jednak niczego od 
nas kraj wasz obawiać, bo jesteśmy mieszkańcami tego narodu, który się 
sprawiedliwie  szczycić  może,  iż  jest  najspokojniejszym  ludem  na  świe-
cie. Gdyby zamiast nas, Polaków, dostał się tu był który z owych bohaty-
rów, którzy odkryli naszą  Amerykę, mielibyście  byli Ferdynandów Kor-
tezów, którzy by was kuli w łańcuchy i wystawiali na wzgardę i śmierć od 
własnego  ludu;  Pizarrów,  którzy  by  was  wyrzynali  i  łupili  z  majątku; 
Nugnezów,  którzy  by  was  szczwali  psami;  Velasquezów,  Narwaezów, 
Almagrów, którzy by zbroczyli tę ziemię krwią ziomków waszych, tak jak 
Meksyk i Peru spłynął krwią niewinnych  Indianów. 

Ale  jeżeli  odkrycie  Ameryki  naszej  było  zgubą  dawnych  jej  miesz-

kańców,  przyznać  jednak  potrzeba,  iż  wprowadzenie  tam  światła  nauk 
czyni  ją  teraz  nierównie  znakomitszą  w  świecie,  jak  była  przed  odkry-
ciem swoim.  Europa nasza stawszy się najprzód ogromną innym trzem 
częściom  ziemi,  niesie  im  teraz  pochodnią  nauk,  za  którą  postępując 
wszystkie narody wychodzą pomału z ciemnoty swej i grubiaństwa. Na-
uki  nasze  zniosły  przesądy,  w  których  długo  zostawali  ziemianie,  a  ci-
snąc  się  aż  do  tronu,  odmieniły  sposób  myślenia  w  samych  nawet  mo-
narchach. 

Potem  kolega  wyliczając wynalazki nasze, a między innymi proch, 

25 

background image

bomby,  kartacze,  ognie  greckie,  kule  rozpalone  i  balony,  których  użyć 
można  na  palenie  miast  i  flot  nieprzyjacielskich,  wyprowadzał  różne 
pożytki,  które  nam  przyniosły  nauki,  a  przekładając  Sielanom  ich  po-
trzebę,  oświadczył  chętnie  łożyć  swe  usługi,  aby  kraj  ten  stał  się  pole-
rowniejszym. 

Gdy przestał mówić, spytał się mię Satumo, co bym sądził o naszych 

naukach. Odpowiedziałem mu, czego mię uczono w akademii sandeckiej 
i jako tę naukę dał mi poznać przypadek, iż była próżno straconym cza-
sem;  jako  potem  ucząc  się  języka  swego  kraju,  chwyciłem  się  nowości, 
która  mię  śmiesznym  i  niezrozumianym  czyniła;  jako  ucząc  się  francu-
skiego  języka  zabrałem  gust  do  romansów  i  dzieł  teatralnych,  które  mi 
przewróciły głowę amorycznymi intrygami i przywiodły do utraty czasu, 
zdrowia,  majątku  i  samej  nawet  cnoty.  A  wspomniawszy  sobie,  żem 
utracił na zawsze ojczyznę, zacząłem złorzeczyć wszystkim wynalazkom 
szkodliwym  i tym,  którzy  się  nimi  wsławić usiłują. 

Widząc mię Satumo rozrzewnionego, spytał się, jeżeli bym miał chęć 

zostać na zawsze w kraju. Łatwo się każdy domyśli, iż nie wiedząc, co z 
sobą czynić, przystałem  na to, abym  został  w Sielanie. 

Odłączono  mię  natychmiast  od  kolegi,  o  którym  nierychło  dowie-

działem się, iż skazany był na wygnanie do wyspy Magaty, dokąd tamtej-
si  obywatele  zwykli  posyłać  tych,  którzy  wykraczają  przeciw  ustawom  
ich  rządu. 

Satumo, nie znając tej różnicy, która jest między nami, sądził o mnie 

według  zwyczaju  i  sposobu  myślenia  swego  narodu.  Powiedziałem  mu, 
iż u nas jest dwojaki rodzaj ludzi - jedni, którzy nie pracują, a są majętni, 
drudzy,  którzy  siebie  i  pierwszych  żywią  pracą  rąk  swoich,  a  żyją  w 
ostatniej  nędzy.  Nie  mógł  najprzód  pojąć  tego,  ale  gdym  mu  wyłożył  
różnicę,  którą czyni  między  nami  stan  i  urodzenie: 

-   Jakże - rzekł z czułością - toż ludzie podobni wam naturą i skłon-

nościami mają się różnić od was urodzeniem? I ta różnica ma usprawie-
dliwiać dzikość i okrucieństwo wasze? Gdybym przemocą trzymał cię w 
podobnej  niewoli  i  patrzał  na  nędzę  twoją  z  taką  obojętnością,  jak  ty 
patrzyłeś na smutny stan podobnych tobie, nie miał-żebyś mię za okrut-
nego  tyrana?  Jakimże  sercem  domagasz  się  od  tych,  których  wolnymi 
stworzyła Natura, aby byli niewolnikami twymi? Jak możesz przywłasz-
czać sobie krwawy ich dobytek i uchodzących z niewoli ścigać tym prawem, 

26 

background image

że są twoi poddani? Któż to prawo stanowił? Masz-że go od  Najwyższej  
Istotności? 

Satumo  [...]  nadto  się  zapędzał  w  uwagach  nad  naszym  sposobem 

myślenia  i  zwyczajami.  Z  tym  wszystkim  wybić  mi  nie  mógł  z  serca  tej 
miłości,  którą  miałem  ku  mojej  ojczyźnie.  Często,  myśląc  o  niej,  brała 
mię rozpacz, osobliwie natenczas, kiedym obaczył ziemię wschodzącą na 
niebie jak księżyc, który oświeca nas, ziemian. Gniewałem się na chmu-
ry, które zasłaniając sobą porywały mi z oczu, com miał najmilszego. 

Czasem  wlepiwszy  oczy  i  utopiony  w  myślach  zdawało  mi  się,  jak 

astronomom  naszym,  iż  widzę  na  niej  gór  wierzchołki,  które  biorąc  za 
góry  Karpackie,  a  blisko  nich  patrząc  ku  części  północnej  wystawiałem 
sobie w imaginacji kraj nasz i Warszawę, biorąc dwie  plamki jaśniejsze  
za  dwie  wieże  Świętego  Krzyża. 

Zacząłem robić około balonu w ukrytym miejscu, które mi wyznaczył 

Satumo.  A  że  Sielanie  nie  znają  ani  pasztetów,  ani  drugiego  i  trzeciego 
dania,  ani  konsomów,  ani  bulionów  twardych,  nie  mógłbym  był  nigdy 
tyle nazbierać błonek z kiszek bydlęcych, ile potrzeba było na zrobienie 
balonu.  Szczęściem  osobliwszym  znalazłem  w  tym  kraju  pewny  rodzaj 
drzewa,  którego  łyczka  lekkie  i  nie  przepuszczające  przez  siebie  powie-
trza były tak dobre jak błonki, z których robią balony. Mieszkańcy uży-
wają tych łyczek zamiast tafel do okien, a napuszczone sokiem z innego 
drzewa  tracą  przezroczystość  i  służą  za  papier  równie  dobry  jak  nasz, 
który  robiemy  z  płótna.  Z  tych  łyczek  w  krótkim  czasie  zrobiwszy  mój 
balon, zacząłem pracować około przysposobienia gazu. 

Mając wszystko gotowe prosiłem Saturna, aby mi pozwolił wziąć tyle 

złota i drogich  kamieni,  których kraj ten miał wiele  w sobie 

1

,  ile  balon 

mój mógłby ze mną unieść, a gdy mi to pozwolił z wielką łatwością, opa-
trzony  w  żywność  pożegnałem  starca,  oświadczając  mu,  iż  jeżeli  mię 
zachowa Opatrzność i doprowadzi szczęśliwie do ojczyzny, wielbić zaw-
sze będę pamięć jego, używając spokojnie daru, który z rąk jego  odebra-
łem. 

Wielu było tego zdania - mówi De La Lande - iż jasne plamy, które widzimy 

na  księżycu,  są  wierzchołki  gór  drogimi  kamieniami  okryte.  „Nie  ma  nic  tak 
dumnego i niepodobnego do prawdy, czego by który z filozofów nie powiedział” 
(Cicero) (przyp.   aut.) 

27 

background image

Satumo nie był nawet ciekawy patrzyć na mój odjazd, owszem, prosił 

mię,  abym  taki  czas  obrał  sobie,  kiedy  wszyscy  Sielanie  udadzą  się  na 
spoczynek.  Uczyniłem  zadosyć  rozkazowi  jego  i  o  drugiej  po  północy  
puściłem  się  szczęśliwie  w  przedsięwziętą  podróż. 

We  dwie  godziny  zrobił  się  dzień  jasny.  Poglądając  na  księżyc  zdzi-

wiłem się, iż balon mój nie tak był wysoko, jakem się spodziewał. Znik-
nął mi jednak z oczu kraj sielański, bo wiatr wschodowy, coraz się bar-
dziej wzmagając, niósł mię z sobą gwałtownie. Przez kilka godzin byłem 
prawie w jednej wysokości, chociaż często przydawałem gazu. Widząc na 
koniec,  iż  ciężar  złota  nie  dopuszczał  mi  wyżej  się  podnieść,  zacząłem 
wyrzucać z łodzi cięższe bryły, na kształt kupca wyrzucającego w morze 
towary swoje, gdy mu nawałność grozi utratą życia. 

Mgły grube, które potem okryły księżyc, nie dały mi widzieć, co się ze 

mną  działo  i  w  jakim  miejscu  znajdowałem  się  od  dni  czterech.  Z  tym 
wszystkim  byłem  bez  najmniejszej  bojaźni,  częścią  dlatego,  iż  miłość 
ojczyzny  i  nadzieja  jej  oglądania  nie  wystawiały  mi  przed  oczy  niebez-
pieczeństwa, na które się puszczałem, częścią, iż jak ostrzelany żołnierz 
mniej  zważałem  na  to,  co  mię  pierwszą  rażą  niezwyczajnie  czyniło 
trwożliwym. Spuściwszy się na Opatrzność, czekałem losu, jaki mię spo-
tka, a w tych prawie myślach z wielkim zadziwieniem obaczyłem  się  na 
ziemi,  a  co  osobliwsza, bez żadnego  szwanku.  [...] 

background image

 

 

 

1833 
 

I tak dowiodłem, że ludzie przed potopem byli daleko  

rozumniejsi  aniżeli  teraz.  Jaka  szkoda,  że  utonęli!... 

Baron   Cuvier  

Co za  niedorzeczność. 

Homer  w Illiadzie 

14-go kwietnia (1828 r.) ruszyliśmy z Irkucka w dalszą podróż, w kie-

runku  północno-wschodnim,  a  pierwszych  dni  czerwca  byliśmy  już  na 
stacji  Berendyńskiej,  ujechawszy  konno  przeszło  tysiąc  wiorst.  Mój  to-
warzysz podróży doktor filozofii Szpureman, znakomity naturalista, lecz 
jeździec nieszczególny, osłabł zupełnie i nie był w stanie dalej jechać. Nie 
można  sobie  wyobrazić  nic  zabawniejszego  jak  szanownego  badacza 
natury,  zgarbionego  na  chudym  koniu,  obwieszonego  fuzjami,  pistole-
tami,  barometrami,  termometrami,  skórami  żmij,  ogonami  bobrów  i 
wypchanymi  słomą  ptakami,  z  liczby  których  szczególnego  rodzaju  ja-
strzębia,  nie  mając  już  miejsca  na  piersiach  i  za  plecami,  umieścił  na 
czapce. 

We wsiach, przez któreśmy przejeżdżali, zabobonni Jakuczanie, bio-

rąc go za wielkiego Szamana, z uszanowaniem ofiarowywali mu kumys i  
suszoną rybę, starając się ile możności zmusić go, aby choć trochę nad 

29 

background image

nimi  poszamanił. 

1

  Doktor  gniewał  się  i  klął  Jakutów  po  niemiecku,  ci 

zaś  rozumiejąc,  że  on  mówi  z  nimi  świętym  narzeczem  tybetańskim  i 
innego języka nie rozumie, okazywali mu jeszcze więcej szacunku i upo-
rczywiej nalegali, aby z nich wypędzał złych duchów. Całą drogę śmieli-
śmy się z kapłaństwa Szpuremanowi  przyznanego. 

Narody, zasiedlające północną cześć Syberii, dotychczas su jeszcze w bałwo-

chwalstwie.  Wyznają   religią   szamańską,   kłaniając  się  bałwanom. 

W miarę przybliżania się naszego ku brzegom Leny  krajobraz stawał 

się coraz więcej zajmującym. Kto nie był w tej części Syberii; ten myślą 
nie  jest  w  stanie  pojąć  przepychu  i  rozmaitości  widoków,  jakie  tu  za 
każdym prawie krokiem zachwycają oko podróżnika, obudzając w duszy 
jego  niespodziewane  i  przyjemne  uczucia. 

Wszystko, co tylko kula ziemska w różnych swych częściach zawiera 

w sobie pięknego, pysznego, czarującego, strasznego, dzikiego, malowni-
czego: najeżone szczyty gór, wesołe aksamitne pola, ponure przepaście, 
rozkoszne  doliny,  groźne  skały,  jeziora  z  jaśniejącą  powierzchnią, 
upstrzone  pięknymi  wyspami,  lasy,  wzgórki,  gaje,  pola,  potoki,  wspa-
niałe  rzeki  i  szumne  wodospady,  wszystko  znajdziesz  tu  zebrane  w  do-
statku  trudnym  do  uwierzenia,  rzucone  z  gustem  lub  też  z  niepojętą 
ustawione sztuką. Zda się, jakby natura ze szczególną hojnością wysiliła 
się na ten zakątek ziemi, nie zapomniawszy o niczym, co by człowiekowi 
mogło  służyć  do  pożytku,  szczęścia  i  rozkoszy,  i  oczekując  tego  władcy, 
zachowuje ją w pierwotnej barwie, w całym blasku świeżego   utworu. 

Podobne myśli często bardzo zajmowały naszą wyobraźnię i nie mo-

gliśmy  prawie  uwierzyć,  aby  taż  sama  natura,  zadawszy  sobie  tyle  sta-
rań,  rozsypawszy  tyle  skarbów  na  urządzenie  i  upiększenie  tej  cząstki 
planety,  zagradzała  dobrowolnie  wstęp  do  tego  przybytku  najulubień-
szemu swemu wychowańcowi tak okropnym i niegościnnym klimatem. 

Ale  Szpureman,  jako  osobisty  przyjaciel  natury,  dla  utrzymywania  z 

nią  związków  zapłacony  od  Kr.  Hannowerskiego,  usprawiedliwiał  ją  w 
tym względzie, dowodząc, że przymuszoną do tego była zewnętrzną siłą, 
jednym z tych wielkich i niespodziewanych wstrząśnień, które zamieniły 
kraje ciepłe, gdzie rosły palmy i banany, gdzie żyły mamuty, słonie, ma-
stodonty,  w  kraje  zimne,  zawalone  wiecznym  lodem  i  śniegiem,  w  któ-
rych teraz koczują białe niedźwiedzie, a gdzie z trudnością sosna i brzoza 
wyrasta. 

30 

background image

Na dowód, że północna część Syberii była niegdyś pod wpływem cie-

płego  klimatu,  przywodził  kości,  a  nawet  całe  szkielety  zwierząt  sfer 
południowych,  w  znacznej  ilości  na  jej  powierzchni  porozrzucane,  lub 
też  z  drzewami  i  płodami  ciepłych  stron  świata  zagrzebane  w  wierzch-
nich  warstwach  tej  żyznej  niegdyś  ziemi.  Doktor,  umyślnie  wysłany 
przez  Getyngski  uniwersytet  dla  zbierania  tych  kości,  z  prawdziwym 
zadowoleniem  pokazywał  nam  skamieniałe  już  słoniowy  ząb  i  winną 
jagodę,  które  mu  przedał  pewny  Jakuta  znad  brzegów  Ałdanu.  Był  on 
przekonanym,  że  przed  tym  wstrząśnieniem  natury  (którego  powodem 
mógł być potop powszechny lub też jeden z mniejszych potopów, o któ-
rych nawet Pismo Święte nie wspomina), zamiast Jakutów i Tunguzów, 
mieszkali  tu  jacy  przedpotopowi  Indianie  lub  Włosi,  którzy  jeździli  na  
tych  skamieniałych  słoniach   i jedli  te  skamieniałe winogrona. 

Uczone  brednie  naszego  kolegi  z  początku  tylko  śmiech  we  mnie 

wzbudzały, lecz wszystkie teorie są zaraźliwe jak zgniłe gorączki, i takie 
jest  działanie  dowcipnych  i  pozornych  nauk  na  słaby  umysł  ludzki,  że 
właśnie te same głowy, które z początku słynęły ze swego niedowiarstwa, 
później atoli, przejęte ulotną ich treścią, stają się najzapalczywszymi ich 
stronnikami i gotowe bronić ich z muzułmańskim fanatyzmem. 

Jeszczem się śmiał i sprzeczał, gdy nagle uczułem,  że  przeklęty Nie-

miec,  wpośród  przyjacielskiej  sprzeczki,  zaszczepił  mi  swoją  teorię:  że 
ona,  z  krwią  razem,  rozpływa  się  w  moim  ciele  i  ślizga  po  wszystkich 
żyłach, że je ogień bije mi do głowy, że jestem chory na teorię. 

Drugiego  dnia  byłem  już  w  obłąkaniu;  ciągle  mi  się  marzyły  wielkie 

wstrząśnienia świata i porównawcza anatomia z mamutowymi szczęka-
mi,  mastodontowymi  kłami,  megalosaurami,  pleziosaurami,  megalote-
rionami, pierwiastkowymi, dwoistymi i troistymi gruntami. Chęć wykła-
dania wszystkim, i każdemu w szczególności, cudów porównawczej ana-
tomii   przyprowadzała   mię  do  ostateczności. 

Będąc raz przypadkiem w stepach, napadnięty paroksyzmem teorii, i 

nie  mając  innych  słuchaczy,  starałem  się  dowieść  Buriatom,  że  oni, 
głupcy,  nie  wiedzą  i  nie  pojmują  tego,  że  w  początkach  na  Ziemi  były 
tylko  łupek  i  ostrygi,  które  zniszczone  zostały  potopem,  po  czym  żyły 
hydry,  drakony,  żółwie  i  rosły  ogromne  drzewa,  znowu  potopem  zgła-
dzone,  po  którym  zjawiły  się  mamuty  i  inne  kolosalne  zwierzęta,  które 
nowy zniósł potop i że na koniec oni, Buriaci, są w prostej linii potom-
kami tych kolosalnych zwierząt. Potopy za taką już miałem bagatelę - w 
jednym Paryżu było ich cztery! - że dla łatwiejszego wytłumaczenia naszej 

31 

background image

teorii  ciotce,  czyli  też  prosto  na  pamiątkę  wielkiego  Cuviera, 

1

  zdaje  mi 

się, że ja sam, przy małej pomocy natury, byłbym w stanie jedną szklan-
ką ponczu zatopić cały Toropecki powiat. 

Georges Cuvier (1769-1832),  zoolog francuski, jeden  z twórców  współczes-

nej  paleontologii  i  anatomii  porównawczej.   Przeciwnik   koncepcji ewolucyj-
nych, twórca  teorii  katastrof. 

Tym sposobem, zatapiając obszerne części ziemi, wytępiając całe or-

ganiczne  płody  natury,  aby  natomiast  utworzyć  nowe,  przenosząc  na 
kuli ziemskiej góry i morza z jednego miejsca na inne jak szachy na sza-
chownicy,  zmęczeni  sprzeczkami,  kombinacjami  i  drogą,  stanęliśmy  na 
koniec w Berendyńskiej stacji, gdzie jasna, przezroczysta Lena, królowa 
rzek Syberyjskich, ukazała się oczom naszym w całej swej wspaniałości.  
Powitaliśmy ją jednogłośnym  „hurra!” 

Doktor  Szpureman  zdjął  z  czapki  swego  jastrzębia,  poustawiał  we 

dwa  rzędy  na  ziemi  wszystkie  swoje  wypchane  zwierzęta  i  skamienia-
łości,  porozwieszał  na  drzewie  barometry  i,  położywszy  się  na  rozesła-
nym płaszczu, stanowczo oświadczył, że dalej konno ani na krok się nie 
ruszy. Ja także, zmęczony konną jazdą, chciałem odpocząć trochę w tym 
miejscu. Reszta naszej kompanii chętnie przystała na moje zdanie. 

Jeden  tylko  szanowny  nasz  dowódca,  Oberbergprobirmeister  7-mej 

klasy  Iwan  Antonowicz  Strabiński,  jadący  do  Jakucka  w  interesie  rzą-
dowym, gniewał się na nasze lenistwo i naglił do odjazdu. Nie wierzył on 
ani  porównawczej  anatomii,  ani  naszemu  zmęczeniu,  i  wszystko  to  na-
zywał  „czczą  teorią”.  W  całej  Syberii  nie  widziałem  człowieka  zimniej-
szego:  dowiedzionej  prawdy  dla  niego  mało  było  -  chciał  jeszcze  wie-
dzieć, jakiej ona próby. Serce jego, złożone z części niepalnych, zupełnie 
nieprzystępne  było  rozognieniu  i  gdy  raz  doktor  upewniał  nas,  że  starł 
sobie  na  siodle  koniec  pacierzowej  kości,  on  i  to  policzył  do  rzędu 
„czczych  teorii”  do  niczego  nie  prowadzących  w  praktyce  i  w  służbie,  i 
chciał się naprzód przekonać o prawdziwości wyznania doktora próbną 
swoją igłą. Rzeczywiście, Iwan Antonowicz to człowiek  okropny! 

Po  długich  umowach  jednozgodnie  ułożyliśmy  pozostawić  konie  i  je-

chać  do  Jakucka  wodą.  Iwan  Antonowicz,  jako  znający  miejscowość,  zo-
bowiązał  się  wyszukać  dla  nas  łódkę  i  6  czerwca  ruszyliśmy  w  drogę  z 
biegiem Leny. Brzegi tej czarującej i wspaniałej rzeki, jednej z największych  

32 

background image

i  najbezpieczniejszych  w  świecie,  obstawione  są  ogromnymi  skałami  i 
ustrojone  pasmem  rozkosznych  i  czarujących  widoków.  W  wielu  miej-
scach skały, wznosząc się stromo nad powierzchnią wody, przedstawiają 
oku  łudzące  podobieństwo  zburzonych  baszt,  zamków,  świątyń,    pała-
ców. 

Zachwycenie,  zdziałane  podobnym  widokiem,  jeszcze  więcej  utwier-

dziło  we  mnie  zaszczepione  rozumowaniami  doktora  idee  o  łagodnym 
niegdyś  klimacie  i  kwitnącym  bycie  tej  cudnej  krainy.  Oddając  się  tej 
pocieszającej  myśli,  przedstawiałem  sobie  Lenę  jako  starożytny  Sy-
beryjski  Nil,  a  w  tych  fantastycznych  skałach  widziałem  rozwaliny 
przedpotopowej  rozkoszy  i  cywilizacji  narodów,  zaludniających  jego 
brzegi.  I  każdy,  obdarzony  od  natury  wyższym  uczuciem,  patrząc  na  te 
czarujące  widoki,  też  same  by  uczuł  wrażenie.  Po  każdym  nowym  spo-
strzeżeniu doktor i ja wykrzykiwaliśmy z zapałem: „Niepodobna, aby ta 
ziemia  miała  być  zawsze  tylko  Syberią!”  Na  co  Iwan  Antonowicz  z  naj-
większą  flegmą  odpowiadał,  że  od  czasu,  jak  on  służy  w  randze  oficer-
skiej,  nic  tu  oprócz Syberii  nigdy  nie  widział. 

Ale co do Nilu - wojażując przez długi czas po Egipcie i będąc w Pary-

żu, miałem honor należeć do liczby najgorliwszych uczniów Szampolio-
na  młodszego 

1

,  sławnego  odkryciem  klucza  do  czytania  hieroglifów.

 

Jean François Champolion (1790-1X32),  egiptolog francuski. Pierwszy odczytał 
hieroglificzne  pismo egipskie. 

W  krótkim  czasie  wielkie  zrobiłem  postępy  w  czytaniu  tych  ta-

jemniczych  wyrazów;  swobodnie  czytałem  napisy  na  obeliskach  i  pira-
midach, tłumaczyłem mumie i papirusy, układałem z hieroglifów szlaki 
do serwet, pisałem hieroglifami sentymentalne listy do Francuzek; sam 
nawet  odkryłem  połowę  dotąd  niewiadomej  litery,  za  co  Szampolion 
młodszy  obiecał  unieśmiertelnić  imię  moje,  wspomniawszy  o  mnie  w 
przypisku do swego dzieła. 

To prawda, że pan Gulianów zaprzeczał zasadności naszego systemu 

i  podawał  natomiast  inny,  przez  niego  odkryty  sposób  czytania  hie-
roglifów, za pomocą którego sens danego tekstu zupełnie był przeciwny 
temu, jaki się otrzymywał  czytając podług metody Szampoliona, lecz to 
nikogo nie powinno wprawiać w wątpliwość, gdyż spór, rozpoczęty przez 
szanownego członka akademii rosyjskiej z wielkim francuskim egiptolo-
giem, mogę jednym rozstrzygnąć słowem. Metoda, wskazana przez  

33 

background image

Szampoliona,  tak  jest  rozumna  i  dowcipna,  że  jeżeli  egipscy  kapłani 
„rzeczywiście  byli tak  mądrzy, jakimi  nam ich starożytni malują, to nie 
mogli,  a  nawet  nie  powinni  byli  inaczej  czytać  swoich  hieroglifów,  jak  
podług  naszej  metody. 

Hieroglificzny  zaś  alfabet,  wynaleziony  przez  pana  Gulianowa,  tak 

jest  prosty,  że  jeżeli  gdzie  kiedykolwiek  był  w  używaniu,  to  zapewne 
tylko  u  egipskich  diaków 

1

,  z  którymi  my  nic  do  czynienia  mieć    nie 

chcemy. 

diak – urzędnik stojący na czele  resortu  w  Rosji carskiej 

W  przejeździe  naszym  z  Irkucka  do  Berendyńskiej  stacji  kilka  razy 

wykładałem  Szpuremanowi  hieroglificzny  system  Szampoliona  młod-
szego,  lecz  konno  niezręcznie  się  mówi  o  hieroglifach,  a  uporczywy 
Niemiec  żadną  miarą  nie  chciał  wierzyć  naszym  uczonym  odkryciom, 
które  nazywał  filozoficznym  marzeniem. 

Teraz,  znajdując  się  na  łódce,  gdzie  można  było  swobodnie  rysować 

różne na deskach figury,  korzystałem z tej okoliczności, aby  go przeko-
nać  o  gruntowności  mojej   metody. 

Z początku doktor we wszystkim upatrywał sprzeczności i niedokład-

ności,  lecz  w  miarę  rozwijania  dowcipnych  reguł,  zastosowanych  przez 
nauczyciela  mojego  do  czytania  nie  znanych  liter,  nie  znanego  prawie 
języka, niedowiarstwo jego zamieniało się w zachwycenie i doświadczył 
on na sobie tegoż samego  czarodziejskiego wpływu nowo pojętej teorii, 
jaki  niedawno  na  mnie  wywarła  porównawcza  anatomia  i  cztery    pary-
skie  potopy. 

Objaśniłem mu, że podług naszego systemu każdy hieroglif jest albo 

literą,  albo  metaforyczną  figurą,  zawierającą  w  sobie  pewną  myśl  lub 
pojęcie, albo li też ani literą, ani figurą, tylko nic nie  znaczącym upięk-
szeniem pisma. Tak więc nie masz nic łatwiejszego, jak czytać hieroglify: 
gdzie nie ma sensu czytając literami, trzeba je tłumaczyć metaforycznie; 
a gdy i metafora zastosować się nie daje, pozwala się  zupełnie hieroglif 
wypuścić i  przejść do innego, zrozumialszego. 

Szpureman,  któremu  się  nigdy  w  głowie  pomieścić  nie  mogło,  aby 

tym  sposobem  można  było  dowiedzieć  się  o  tajemnicach  najgłębszej 
starożytności,  nie  znajdował  słów  do  wyrażenia  swego  zachwycenia. 
Zabrał  mi  wszystkie,  jakie  tylko  miałem  w  tym  przedmiocie  broszurki 
różnych uczonych, i czytał je z uwagą. Po przeczytaniu takowych był już 
zupełnie przekonany o gruntowności wyłożonej mu teorii i dał mi słowo,  
że  w przyszłym jeszcze tygodniu zacznie się uczyć cudownej sztuki 

34 

background image

czytania  hieroglifów,  a  powróciwszy  do  Petersburga,  uda  się  wprost  do 
egipskiego  mostu,  który  widział  na  Fontance,  niesłusznie  _  zapewne 
nazwanego  przez  dorożkarzy  Berdowskim  mostem,  i  który  być  musi 
daleko  starożytniejszym  jak  powszechnie  znany  K.  J.  Berd;  aby  się  za-
tem  z  pewnością  dowiedzieć,  na  pamiątkę  jakiego  krokodyla  i  za  wiele 
wieków  przed  N.Ch.  ciekawy  ten  most  zbudowano,  nie  spuszczając  się 
na  cudze  objaśnienia,  sam  osobiście  przeczyta  znajdujące    się    na  nim  
hieroglificzne  napisy. 

Na  koniec  ujrzeliśmy  przed  sobą  obszerne  łąki,  rozpostarte  na  pra-

wym  brzegu  Leny,  na  których  zbudowany  jest  Jakuck.  Dziesiątego 
czerwca  stanęliśmy  w  tym  niewielkim,  lecz  ładnym  mieście,  które  wy-
twornością gustu wielu drewnianych zabudowań przypomina ulice Car-
skiego Sioła, i  pomieściliśmy się w różnych domach, do właścicieli któ-
rych  mieliśmy  rekomendacyjne z  Irkucka  listy. 

Obejrzawszy miejscowe osobliwości i, zjadłszy obiad z kolei u wszyst-

kich gościnnych Jakuczanów, u których znaleźliśmy daleko lepsze serce 
niżeli  czerwony  ich  rotwein,  zaczęliśmy  rozmyślać  o  wyjeździe  każdy  w 
swoją stronę. Ja, jadąc z Kairu do Toropca, sam nie wiem jakim sposo-
bem i po co, zabrnąłem do Jakucka, a że już byłem w Jakucku, zdaniem 
więc ludzi doświadczonych najbliższy trakt do Toropca był: powrócić do 
Irkucka  i,  nie  wdając  się  więcej  z  żadnymi  naturalistami,  nie  odprowa-
dzając  przyjaciół,  jechać  przez  Tobolsk  i  Kazań  na  zachód,  a  nie  na 
wschód. Doktor Szpureman bez zamierzonego jechał celu tam, gdzie mu 
powiedzą,  że  jest  wiele  kości.  Iwan  Antonowicz  Strabiński  wybierał  się 
do  ujścia  Leny,  mając  zlecenie  od  swej  władzy  obejrzeć  jej  brzegi  pod 
względem mineralogicznym i górniczym. 

Nasz  naturalista  umyślił  podróż  Oberbergprobirmeistra  7-mej  klasy 

obrócić  na  korzyść  porównawczej  anatomii  i  wynurzył  chęć  towarzy-
szenia mu pod siedemdziesiąty stopień północnej szerokości, skąd spo-
dziewał  dostać  się  dalej  do  Faddejewskiej  wyspy  i  kościanego  przes-
myku. Z rana paląc w swej stancji cygaro, z uczoną ciekawością robiłem 
postrzeżenia. jak dym mego cygara rysuje się w syberyjskiej atmosferze, 
gdy nagle wbiegł do mnie Szpureman z wieścią, że jutro odjeżdża  z Iwa-
nem  Antonowiczem  w dalszą  podróż na północ. 

Był on nadzwyczajnie uradowany z tej okoliczności i wszelkimi siłami 

starał  się  zachęcić  mnie  do  tej  podróży,  wystawiając  ją  w  najko-
rzystniejszym  świetle:  nasze  zajmujące  uczone  biesiady;  zdarzająca  się 
sposobność obejrzenia całego biegu wspaniałej Leny i widzieć ujście jej 

35 

background image

nie odwiedzone dotąd przez żadnego geologa i naturalistę; przyjemność 
żeglowania  po  północnym  oceanie,  wpośród  lodowatych  gór  i  białych 
niedźwiedzi,  spokojnie  spoczywających  na  bryłach  lodu  miotanych  bu-
rzą po morzu; szczęście być pod siedemdziesiątym stopniem szerokości 
północnej  w  Nowej  Syberii  i  kościanym  przesmyku,  gdzie  znajdziemy 
mnóstwo najpiękniejszych kości różnych przedpotopowych zwierząt; na 
koniec przyjemność połączenia różnorodnych  wiadomości naszych, aby 
wspólnymi siłami zrobić ważne jakie dla nauk odkrycie, które by okryło 
sławą imię nasze w  Europie,  Azji  i  Ameryce. 

I  aby  jeszcze  więcej  rozdrażnić  moją  miłość  własną,  chytry  Niemiec 

obiecywał dać mię zaszczytnie poznać we wszystkich zoologicznych zbio-
rach  i  gabinetach  kopalnych  osobliwości,  bo  gdy  w  wielkiej  liczbie  po-
rozrzucanych w tych stronach szkieletów uda nam się wyszukać jakie nie 
znane dotąd w uczonym świecie zwierzę, na pamiątkę naszej przyjaźni i, 
aby  imię  moje  zręczniej  podać  przyszłym  wiekom  rzuciwszy  je  z  tymi 
kośćmi  głodnej  potomności,  nada  temu  zwierzęciu  moje  szanowne  na-
zwisko,  nazwawszy  je  Megalo-brambeusoterionem-wielkozwierzem-
brambeusem  albo jak  mi  się  samemu podoba. 

Chociaż,  mówiąc  prawdę,  i  to  niepośledni  jest  krok  do  nieśmiertel-

ności,  i  wielu  nielepszym  sposobem  doszło  do  znakomitości,  jednakże 
nadzieja  być  po  przyjacielsku  podwyższonym  na  stopień  przedpotopo-
wego  zwierzęcia  nie  tyle  by  mię  spowodowała  do  przyjęcia  tej  pro-
pozycji,  ile  następująca  okoliczność.  Doktor  przypomniał  mi,  że  za  uj-
ściem Leny znajduje się sławna pieczara, którą pomiędzy innymi Pallas i 
Gmelin  opisali  z  opowiadań  tamtejszych  kupców,  mocno  żałując,    że 
osobiście  nie  mogli jej widzieć. 

Rybacy nasi zowią ją „Pisaną Komnatą” - imię, z którego Pallas utwo-

rzył swoje „Pisanoi Komnat”

1

 i które Reineggs wytłumaczył po niemiec-

ku  „das  geschriebene  Zimmer”.

2

  Gmelin  nawet  radził  wysłać  osobną 

ekspedycję  dla  odkrycia  i  opisania  tej  pieczary;  zresztą  o  istnieniu  pie-
czary  tej  wiedziano  jeszcze  w  średnich  wiekach.  Arabscy  geografowie, 
słysząc o niej od Cheraskich kupców, nazywają ją Gar-el-kitabe tj. „pie-
czarą pism”, a  wyspę,  na której się ona znajduje,  Ard-el-gat, czyli „zie-
mią pieczary”. 

3

  

Pallas, Reise, T.  11, p.   108  

2

 Reineggs,  Reise, p.  218 

3

 Origines Russes, extraits de  divers manuscrits orientaux,  par Hammer, p. 

56 - Memoriale populorum, p.317 

36 

background image

Chińska powszechna geografia, przywodzona przez uczonego Klaprotha, 
tak o niej mówi: „Niedaleko od ujścia rzeki Lino jest pieczara z napisem 
w  nie  znanym  języku,  odnoszonym  do  czasów  Cesarza  Jao.  Myndzy 
twierdzi, że jej niepodobna inaczej przyczytać jak tylko za pomocą trawy 
szi,  rosnącej  na  mogile  Konfucjusza. 

1

  Piano  Karpini,  podróżnik  z  XII 

wieku,  także  wspomina  o  ciekawej  pieczarze,  położonej  u  ostatniego 
krańca  północy,  in  ultimo  septentrioni,  w  okolicach  której,  mówi  on, 
żyją ludzie o jednej ręce i nodze, którzy nie mogą chodzić, a gdy zechcą 
przejść  z  miejsca  na  miejsce,  kręcą  się  jak  koło,  dotykając  ziemi  na 
przemian ręką i nogą. O samej pieczarze zabobonny poseł Rzymski do-
daje tylko, że  w  niej  są  napisy  w języku,  którym  mówili  w  raju. 

Klaproth.  Abhandlungen  über  die  Sprache  und  Schrift  der  Uiguren,  p.  72. 

Ob. też: Opis  Dżungarii  i  Mongolii  przez o. Jakinfa 

Wszystkie  te  wiadomości  mnie  -  jako  uczonemu  podróżnikowi  - 

dawno już były wiadome, jednakże doktor powtórzył mi je ze wszystkimi 
szczegółami dla rozłonienia mojej gorliwości na korzyść nauk. Zamyśli-
łem się trochę. W rzeczy samej, trzeba było tylko wyszukać tę wysławio-
ną  pieczarę,  obejrzeć  ją,  skopiować  napisy  i  przywieść  do  Europy,    aby  
się  stać wielkim  człowiekiem. 

Przyjemne  drżenie  chwały  zawrzało  w  mym  sercu.  Jechać  czy  nie? 

Prawda,  że  to  trochę  z  drogi  do  Toropca!  Lecz  jakże  opuścić  przy-
jaciela?... Przy tym Szpureman nie jest zdatny do podobnych odkryć; on 
nawet  nie  jest  w  stanie  dostrzec  napisów  -  i  prędzej  wszystko  zepsuje, 
aniżeli  zrobi  co  porządnego.  Ja,  to  zupełnie  co  innego!...  Jestem  stwo-
rzony do zdejmowania napisów: tyle ich widziałem w różnych  częściach 
świata!... 

-  Niech  i  tak  będzie,  kochany  doktorze  -  rzekłem  ściskając  przed-

siębiorczego naturalistę - jadę z tobą do kościanego przesmyku. 

Drugiego  dnia  rano  (13  czerwca)  jużeśmy  byli  na  statku,  a  po  po-

łudniu  odpłynęliśmy  z  przyjaznym  wiatrem.  Żegluga  nasza  po  Lenie 
trwała przeszło dwa tygodnie, a to z powodu, że Iwan Antonowicz, który 
zupełnie  nami  rozrządzał,  musiał  często  stawać  dla  obejrzenia  gór,  w 
wielu  miejscach  dotykających  samego  koryta  rzeki.  Doktor  zawsze  mu 
pilnie  towarzyszył  we  wszystkich  tych  urzędowych  wycieczkach,  ja  zaś 
zostawałem  na łódce  i paliłem cygaro. 

Podczas tej podróży mieliśmy zręczność bliżej poznać naszego gospodarza 

i kolegę. Był on nie tylko człowiekiem dobrym, uczciwym i ujmującym, ale 

37 

background image

nadto z wielkimi wiadomościami w swoim przedmiocie, co pierwej przez 
urzędową  jego  pokrywę  nie  dało  się  widzieć.  Polubiliśmy  go  z  całego 
serca.  Szkoda  tylko,  że  był  wielkim  nieprzyjacielem  teoryj  i  wszystko 
chciał sprawdzać na swoim probierczym kamieniu. 

Pogoda była jasna i ciepła. Lena i jej brzegi długo jeszcze zachwycały 

nas czarującą swoją pięknością. Była to prawdziwa panorama, utworzo-
na z najpiękniejszych w świecie widoków. W miarę oddalania się nasze-
go  od  Jakucka  drzewa  coraz  się  stawały  rzadsze  i  mniejsze,  lecz  za  ten 
mały  niedostatek  wzrok  sowicie  był  wynagrodzony  coraz  wzrastającą 
wspaniałością obumarłej natury. Pod 70-tym stopniem szerokości rzeka 
staje  się  podobną  nieskończenie  długiemu  jezioru,  a  przyległe    góry 
przyjmują na  siebie groźną postać Alpejską. 

Na  koniec  wyjechaliśmy  w  puste  królestwo  północy.  Zieloności  tu 

prawie nie widać. Granit, woda i niebo całą zajmują przestrzeń. Natura 
zdaje  się  spustoszoną,  zrytą,  zrabowaną  niedawnym  jeszcze  pochodem 
nieprzyjaciela. To pole bitwy między planetą a jego atmosferą, w których 
wiecznej  walce  lato  chwilowy  tylko  pokój  sprowadza.  W  nieprzezrocz-
nym  mglistym  powietrzu  nad  biegunem  wiszą  rozwarte  zima  i  burze, 
czekając  tylko  zajścia  słońca,  aby  w  mroku  z  nowym  okrucieństwem 
rzucić  się  na  planetę,  a  on,  zdjąwszy  z  siebie  swą  cudowną,  roślinną 
odzież,  nagą  piersią  gotów  jest  spotkać  wściekłe  żywioły,  których  suro-
wość, zda się, jakby chciał zastraszyć widokiem swych ostrych, czarnych, 
olbrzymich  członków i  żelaznych  krawędzi. 

Drugiego lipca rzuciliśmy kotwicę w małej zatoce przy samym ujściu 

Leny,  która  w  tym  miejscu  na  kilka  wiorst  jest  szeroka.  Tak  więc  juże-
śmy byli przy ujściu tej ogromnej rzeki pod 70-tym stopniem szerokości, 
lecz nie ziściły się nasze oczekiwania - zamiast bowiem pysznego i nie-
zwyczajnego widoku niceśmy nie widzieli. 

Rzeka,  łącząc  się  z  morzem,  przedstawia  płaską,  siną,  okiem  nie-

przejrzaną  przestrzeń  wód,  przy  której  niknie  zupełnie  okazałość  brze-
gów. Nawet ocean Lodowaty nie pocieszył nas po długiej i przykrej wę-
drówce: ani kawałka lodu, ani jednego niedźwiedzia. Bardzo byłem nie-
kontent  z  ujścia  Leny  i  z  Lodowatego  oceanu. 

Doktor  zwrócił  moją  uwagę  na  osobliwość  tegoż  ujścia,  które  zdaje 

się  jakby  uciętym  było.  Brzegi  nie  są  tu  niższe  jak  o  sto,  a  nawet  200 
wiorst w górze rzeki, a z obu końców ujścia wychodzą długie ulice skali-
stych  wysp,  które  giną  w  dalekich  wodach  oceanu.  Nie  podlega  wątpli-
wości, że to jest dalszy ciąg Leny, która niegdyś musiała o wiele dalej 

37 

background image

płynąć na północ, lecz jedno z tych wielkich wstrząśnień, o których cią-
gleśmy  z  doktorem  dysputowali,  zapewne  jej  skróciło  bieg,  poddawszy 
znaczną część koryta władzy morza. Szpureman bardzo dobrze wyjaśniał 
cały  porządek  tego  zdarzenia.  Lecz  wyjaśnienia  te    nie  pocieszały    mię  
zupełnie. 

-  Gdybym ja rozrządzał tym wstrząśnieniem - powiedziałem - prze-

niósłbym ujście Leny jeszcze bliżej  Jakucka. 

-  I ty takim byś był Wandalem: psuć tak piękną rzekę! - mówił dok-

tor. 

Znaleźliśmy  tu  kilka  jurt  Tunguzów  trudniących  się  łowieniem  ryb; 

była to cała ludność tej strony. Pod wyspą zakrywającą wejście do naszej 
zatoki  stały  dwa  kupieckie  statki  wysłane  z  Jakucka  dla  połowu  psów 
morskich. Z różnych powziętych wiadomości byliśmy przekonani, że tak 
nazwana „Pisana Komnata” znajduje się na wyspie Niedźwiedziej, leżą-
cej między Fadiejewską wyspą, Nową Syberią i kościanym przesmykiem. 

Ponieważ Iwan Antonowicz miał tu około dziesięciu dni zabawić, we-

szliśmy  więc  w  umowę  z  pomocnikiem  kupieckim  jednego  statku  o 
przewiezienie  nas  na  wyspę  Niedźwiedzią.  Śmiali  kupcy  zupełnie  po-
twierdzili wszystkie zebrane przez nas wiadomości o przedmiocie naszej 
podróży upewniając nas, że sami nie raz byli na tej wyspie i w pieczarze. 
Zawarłszy  z  nimi  ugodę,  4  lipca  pożegnaliśmy  naszego  kochanego  go-
spodarza,  który  z  duszy  żałował,  że  się  musiał  z  nami  rozłączyć,  tym 
więcej, że i sam pragnął odwiedzić tę ciekawą jaskinię. Przyrzekł jednak-
że czekać naszego powrotu w ujściu Leny, a gdy już rozpuściliśmy żagiel, 
przysłał nas zawiadomić, że jeżeli prędko swą czynność zakończy, a my 
długo w pieczarze zabawimy, to nas może odwiedzi na wyspie Niedźwie-
dziej. 

Ominąwszy  wiele  małych  wysp,  wypłynęliśmy  na  koniec  na  otwarte 

morze.  Panująca  cisza  zatrzymała  nas  do  wieczora  w  widoku  brzegów 
Syberii.  W  nocy  powstał  dość  mocny  północno-zachodni  wiatr,  a  rano 
jużeśmy  płynęli  po  Lodowatym  oceanie.  Kilka  samotnie  pływających 
brył  lodu  było  jedynym  znakiem  tego  groźnego  nazwiska.  Po  trzydnio-
wym płynieniu ujrzeliśmy na koniec po prawej stronie niską wyspę na-
zywaną  Małą,  a  po  lewej  -  wysokie  skały  południowej  części  Fadiejew-
skiej  wyspy.  Wkrótce  ukazały  się  zawalone  lodowatymi  górami  niedo-
stępne  brzegi  Nowej  Syberii,  a  za  południowo-zachodnim  jej  krańcem 
pokazano  nam  wysoką,  piramidalną,  z  wieloma  ustępami  bryłę  ka-
mienia. To była wyspa Niedźwiedzia. 

39 

background image

Ósmego  lipca  około  południa  stanęliśmy  w  miejscu  i  natychmiast 

wyszliśmy  na  brzeg.  Wyspa  Niedźwiedzia  składa  się  z  jednej  krągłej, 
granitowej góry, otoczonej ze wszech stron wodą i oddzielonej od Nowej 
Syberii  małym  przesmykiem.  Wierzchołek  jej  panuje  nad  wzgórzami 
sąsiednich,  wysp  i  wznosi  się  nad  powierzchnię  morza  na  2  200  stóp 
podług barometrycznego wymiaru doktora Szpuremana. 

Pieczara,  znana  pod  nazwiskiem  „Pisanej  Komnaty”,  znajduje  się  u 

samego wierzchu góry. Jeden z kupców zaprowadził nas do niej po krę-
tej  ścieżce,  udeptanej,  jak  mówił,  przez  białe  niedźwiedzie,  które  w  je-
sieni i zimą w znacznej liczbie odwiedzają tę wyspę, od czego utworzyło 
się  $fej  nazwisko.  Często,  opierając  się  rękami,  musieliśmy  się  czołgać, 
nim  na  koniec  dobraliśmy  się  do  niewielkiej  płaszczyzny,  gdzie    się  
znajduje wejście do pieczary zawalone  odłamem  granitu. 

Przezwyciężywszy z wielką biedą wszelkie trudności i przegrody, zna-

leźliśmy się na koniec w tej sławnej pieczarze. Rzeczywiście ma ona wi-
dok wielkiego pokoju. Z początku brak światła nie pozwolił nam widzieć 
przedmiotów, lecz gdy oczy nasze przyzwyczaiły się do półmroku, jakież 
było zachwycenie, jaka radość, jakie szczęście dla doktora odkryć razem 
i  ślady  liter  -  i  kupę  skamieniałych  kości!!...  Szpureman  jak  zgłodniała 
hiena  rzucił  się  na  kości;  ja  zapaliłem  kieszonkową  latarkę  i  zacząłem 
opatrywać  ściany,  lecz  właśnie  tu  czekało  mię  zadziwienie.  Nie  wierzy-
łem  własnemu  wzrokowi  i  przetarłem  oczy:  myślałem,  że  światło  mię 
zwodzi  i  trzy  razy  objaśniłem  świecę.  Zawsze  toż  samo!    To    być    nie  
może!!!   !!! 

 

-  Doktorze. 
-  Hm? 

 

-  Patrz tu,  na  miłość  Boga! 
-  Nie  mogę,  baronie.  Ja  tu  jestem  zajęty.  Co  za  bogactwa.  Co  za 

skarby!... Oto ogon pleziosaura, którego nie dostaje w Getyngskim uni-
wersytecie. 

-  Zostaw go i chodź tu prędzej. Pokażę ci coś daleko ciekawszego jak  

wszystkie  twe ogony. 

-  Raz,  dwa,  trzy,  cztery  -  cztery  łopatki  różnych  przedpotopowych 

psów,  canis  antediluvianus,  a  wszystko  z  nowych,  jeszcze  nie  wiado-
mych  gatunków.  No,  baronie,  wybieraj  podług  upodobania,  którą  kość 
chcesz zaszczycić twoim imieniem? Tej, na przykład, damy twoje nazwi-
sko, tej -  moje,  a  tej  można dać imię twej  szanownej  siostry. 

Nie  mogąc  dłużej  wytrzymać,  pobiegłem  do  Szpuremana,  odciąg-

nąłem go przemocą od kości i przyprowadziłem do ściany, a oświeciwszy  

40 

background image

latarnią litery, zapytałem, czy je poznaje? Szpureman poglądał na ścianę 
i na mnie w odurzeniu. 

-  Baronie!  - zdaje  mi  się? 
-  Co takiego?...    Mów twoje zdanie. 
-  Wszak  to hieroglify!... Zacząłem całować doktora. 
-  Tak  jest,  kochany  doktorze!  -  zawołałem  z  drżącym  od  ukon-

tentowania  sercem  -  to  one,  to  egipskie  hieroglify,  nie  mylę  się.  Po-
znałem  je  z  pierwszego  wejrzenia:  zawsze  i  wszędzie  umiem  poznać 
egipskie  hieroglify jak  swoje  własne pismo. 

-  Wszak umiesz je także i czytać, baronie?... jesteś bowiem uczniem 

Szampoliona - poważnie dodał doktor. 

-  Jużem trochę przeczytał. 
-  Tego  pisma? 
-  Tak,  jest  to  pismo  dialektu  różnego  nieco  od  prawdziwego  egip-

skiego, lecz dosyć pojętne i czytelne. Zresztą wiesz, że hieroglify dają się 
czytać  we  wszystkich  językach.  Zgadnij,  kochany  doktorze,  o  czym  to 
pismo  mówi! 

-  O czymże? 
-  O potopie. 
-  O potopie!... - zawołał doktor, skoczywszy w górę na pół arszyna w 

zapale uczonego zachwycenia. - O potopie !!!... - i znowu porwał mię w 
swoje objęcia, mocno  przyciskając do piersi jakby najrzadszy ogon  ple-
ziosaura. - O potopie !!!... Co za odkrycie! Widzisz, baronie, a nie chcia-
łeś jechać ze mną do ujścia Leny, chciałeś pluć na Lodowaty ocean? Wi-
dzisz, wiele jeszcze zostało ludziom ważnych dla  nauk  odkryć.  Co tam  
spostrzegłeś?... 

-  Czytam napis. Sądząc z treści jest to opis wielkiego wstrząśnienia 

natury. 

-  Może  to  być? 
-  Zdaje  się,  że  ktoś,  uratowawszy  się  w  tej  pieczarze  od  potopu, 

umyślił  na jej  ścianach  opisać swe przygody. 

-  To  skarb!...  Napisy  jedyne,  nieocenione!  Dowiemy  się  ż  nich  na 

pewno  wielu  ciekawych  rzeczy  o  przedpotopowych  zwyczajach  i  oby-
czajach  i  o  wielkich  podówczas  żyjących  zwierzętach...  Jak  ja  ci  za-
zdroszczę, baronie, obszernych wiadomości twoich co do egipskich sta-
rożytności!  Wiesz,  że  za  ten  jeden  napis  możesz  być  członkiem  wszyst-
kich  naszych  niemieckich  uniwersytetów  i  korespondentem  wszystkich  
uczonych  towarzystw jak egipski  pasza!... 

41 

background image

-  Bardzo  mię  to  cieszy,  kochany  doktorze,  że  wtenczas  będę  miał 

przyjemność mianować się twoim kolegą. Dzięki twemu przedsiębiorst-
wu i twemu uczonemu instynktowi zrobiliśmy to wielkie odkrycie. Jed-
no mię tylko zastanawia, czego żadną miarą wytłumaczyć sobie nie mo-
gę. 

-  Cóż takiego? 
-  Oto  jakim  niepojętym  sposobem  egipskie  hieroglify  znajdują  się 

na  wyspie  Niedźwiedziej,  pośród  lodowatego  oceanu!  Czy  czasem  białe 
niedźwiedzie nie ułożyły tego napisu? 

-  Białe  niedźwiedzie?...  Nie,  to  być  nie  może  -  serio  odpowiedział 

niemiecki Gelehrter - znam dobrze zoologię i mogę cię upewnić, że białe 
niedźwiedzie nie są w stanie nic podobnego zrobić. Ale wreszcie, cóż tu 
dziwnego?... To tylko dowodzi, że egipskie hieroglify nie są istotnie egip-
skimi,  ale  przekazane  zostały  kapłanom  tego  kraju  przez  naród  daleko 
starożytniejszy, zapewne przez ludzi z ostatniego ocalonych potopu. Tak 
więc, oczywista, że hieroglify są pismem przedpotopowym literae ante-
diluvianae,  
pierwotną  literą  rodzaju  ludzkiego,  i  były  w  powszechnym 
używaniu u ludzi zamieszkujących ciepłą i piękną ziemię, teraz w części 
zamienioną w północną Syberię, a w części pochłonioną przez lodowate 
morze, jak to dostatecznie okazuje samo ujście Leny. Dlatego znajduje-
my egipskie hieroglify na Niedźwiedziej wyspie. 

-  Twoje uwagi, kochany doktorze, zdają mi się bardzo gruntownymi. 
-  A przynajmniej są naturalne i wypływają z cudownej teorii o czte-

rech  potopach:  czterech  warstwach  ziemnych  i  czterech  zburzonych 
organicznych  naturach. 

-  Ja zgadzam się zupełnie z twoim zdaniem. I mój zmarły nauczyciel 

i  przyjaciel  Szampolion,  zacierając  raz  ręce  przed  piramidami,  na  któ-
rych  także  znaleziono  hieroglificzne  napisy,  powiedział  swym  kolegom: 
„Tych  gmachów  nie  zbudowali  Egipcjanie,  one  liczą  przeszło  20000  
lat!” 

-  Widzisz,  widzisz,  baronie!  -  zawołał  uradowany  Szpureman.  -  Ja 

nie  jestem  egiptologiem,  a  zaraz  powiedziałem,  że  egipskie  hieroglify 
istniały jeszcze przed ostatnim potopem... 20000 lat!!! A potop przypadł 
niedawno! I tak, to więc już jest dowiedzione. Prawda, że ja czasem żar-
towałem sobie z hieroglifów, ale... my w Niemczech, w naszych uniwer-
sytetach, lubimy dowcip; w sercu jednak zawsze przejęty byłem dla nich 
szczególnym szacunkiem i mogę cię upewnić, baronie, że egipskie hiero-
glify  kładę  na  równi  z  mamutowymi  kłami.  Jak    żałuję,    że    będąc  w  
Paryżu, nie  uczyłem się  hieroglifów. 

42 

background image

Tym  sposobem,  wyjaśniwszy  pochodzenie  napisów  i  obejrzawszy  z 

latarnią ściany ściśle zapełnione od dołu do góry hieroglifami, pozostało 
nam  tylko  zdecydować  się,  co  robić  z  tym  napisem.  Skopiować  go  było 
niepodobna:  na  to  przeszło  dwumiesięcznej  potrzeba  było  pracy,  a  na-
wet  nie  stałoby  nam  i  papieru.  Co  tu  począć?...  Po  dokładnym  roz-
patrzeniu  się  postanowiliśmy,  powróciwszy  do  Petersburga,  nakłonić 
Akademię  Nauk,  aby  celem  przyprowadzenia  do  skutku  projektu  Gme-
lina  wysłała  umyślnie  uczoną  ekspedycję  dla  zdjęcia  przez  woskowy 
papier  oryginalnego  napisu,  tymczasem  zaś  przetłumaczyć  go  na  miej-
scu  i  przedstawić  sądowi  uczonego  świata  w  dosłownym  przekładzie. 
Lecz i to niełatwo było uskutecznić. Ściany mają 8 arszynów wysokości i 
schodzą  się  u  góry  w  nieregularne  sklepienie.  Napis,  chociaż  z  dużych 
hieroglifów  złożony,  zaczyna  się  tak  wysoko,  że  ani  podobna  stojąc  na 
ziemi rozpoznać wyrazy w pierwszych wierszach zawarte. Przy tym wier-
sze  dosyć  są  krzywe,  zawikłane,  nawet  pomieszane  jedne  z  drugimi,  a 
powinny być dochodzone z wielką uwagą, aby w czytaniu i tłumaczeniu 
nie  zmieszać  hieroglifów  i  skojarzonych  z  nimi  myśli.  Trzeba  było  ko-
niecznie  urządzić  wprzód  rusztowanie  naokoło  całej  pieczary,  a  potem, 
przy  świetle  latarni  lub  pochodni,  jednemu  czytać  i  tłumaczyć,  a  dru-
giemu  pisać. 

Rozważywszy to wszystko wróciliśmy na statek, gdzie zabrawszy nie-

potrzebne  deski,  bale,  ławki  i  drabinki,  kazaliśmy  je  zanieść  do  pisanej 
komnaty. Pracowici rybacy za niewielką nagrodę ochotnie i  wesoło wy-
pełnili  nasze  rozkazy.  Wieczorem  materiał  już  był  na  górze,  lecz  urzą-
dzenie  rusztowania  zajęło  nam  cały  dzień  następny,  w  ciągu  którego 
Szpureman cały się w kościach zakopał, a ja szukałem początku napisu i   
porządku,   w jakim  ściany   idą jedna   za  drugą. 

Trzeciego  dnia  z  rana  (10  lipca)  wzięliśmy  z  sobą  stół,  ławeczkę, 

atrament   i  papier  i  bez zwłoki  przystąpiliśmy  do  dzieła. 

Ja  wlazłem  na  rusztowanie  z  dwoma  ludźmi  mającymi  trzymać 

przede  mną  latarnie,  doktor  zasiadł  przy  stoliku.  Zapaliłem  cygaro,  on 
zażył tabaki - i zaczęliśmy. Wiedząc, jak wielkiej dokładności wymagają 
uczeni  od  spisujących  starożytne  historyczne  pomniki,  ułożyliśmy  tłu-
maczyć hieroglificzny tekst podług stałych zasad metody Szampoliona - 
słowo  w  słowo,  tak  jak  jest,  bez  żadnych  upiększeń  stylu;  pisać  każdą 
ścianę  osobno,  nie  wymyślając  żadnych  nowych  podziałów.  W  takim 
więc samym stanie znajdą  go tu moi uczeni czytelnicy. Przy pierwszym 
jednak  słowie  wszczęła  się  między  nami  żwawa  sprzeczka o  tytuł. 

Wychowaniec atramentem zbryzganej Germanii ani chciał nawet pisać 

43 

background image

bez jakiegoś tajemniczego lub rogatego tytułu. Chciał nazwać pracę na-
szą Homo diluvii testis, „Człowiek, świadek potopu” - gdyż to, nieznacz-
nie,  byłoby  niejako  w  ukośnym,  bardzo  dalekim  i  bardzo  dowcipnym 
związku  z  systemem  Steichzera,  który,  znalazłszy  przypadkiem  u  siebie 
w  piwnicy  skamieniałego  człowieka,  pod  tym  tytułem  napisał  książkę 
dowodząc,  że  ten  człowiek  własnymi  oczami  widział  z  tego  podziemia 
potop, zbijając tym stronników Cuviera, którzy upewniają, że przed po-
topem  nie  było  na  Ziemi  ani  ludzi,  ani  piwnic.  Przekładałem  temu  pe-
dantowi  prosty  i  jasny  tytuł:  „Pamiętniki  ostatniego  przedpotopowego 
człowieka.” 

Straciliśmy  przeszło  pół  godziny  najdroższego  czasu  nic  nie  ułożyw-

szy.  Brakło  mi  już  cierpliwości,  powiedziałem  więc  doktorowi,  że  jeśli 
dłużej będzie się ze mną o takie sprzeczał bagatele, to go samego zosta-
wię  w  pieczarze.  Szpureman  się  zreflektował. 

-  Dobrze -  rzekł -  tytuł w Europie postanowimy. 
-  Dobrze!  -  odpowiedziałem - a  teraz proszę  pisać. 

Ściana  I 

„Najpodlejszy niewolnik słońca,  księżyca i 12-stu  gwiazd rządzących 

losami  świata  wszystkim  czytającym  te  wyrazy  życzy  zdrowia  i  po-
wodzenia. 

Cel  pisma  tego jest  następujący: 
Dręczony głodem, strachem i rozpaczą, pozbawiony wszelkiej nadziei 

ratunku,  pośród  okropnego  i  powszechnego  zniszczenia,  przedsięwzią-
łem, na tym przypadkiem ocalałym kawałku ziemi, skreślić obraz strasz-
nego wypadku,  którego  byłem  świadkiem,. 

Jeśli  kto  z  żyjących  pozostał  jeszcze  na  tej  ziemi,  jeżeli  przypadek, 

ciekawość lub też zguba przyprowadzi go albo synów jego do tej piecza-
ry,  jeżeli  ta  będzie  kiedykolwiek  dostępną  dla  potomków  człowieka, 
zrządzeniem losów wyrwanego z tego powszechnego wytępienia rodzaju 
ludzkiego, niech czytają to opowiadanie moje i niech zadrżą. 

Nikt  już  z  nich  zapewne  nie  ujrzy  ani  rodzinnych  miejsc,  ani  wspa-

niałości  i  rozkoszy  swych  przodków.  Nasze  najpiękniejsze  kraje,  nasze 
pałace,  pomniki,  podania śpią  w głębiach morza lub  też pokoją się pod 
ciężarem nowych ogromnych gór. Tu, gdzie się teraz rozpościera 

44 

background image

to  burzące  się  i  kawałami  lodu  pokryte  morze,  jeszcze  niedawno 

kwitnęło  bogate  i  silne  mocarstwo,  wznosiło  się  niezliczone  mnóstwo 
miast  błyszczących  lśniącymi  dachy,  pośród  palmowych  gajów  i  bam-
busowych  plantacyj.” 

-  Widzisz,  baronie  -  zawołał  w  tym  miejscu  Szpureman  -  jak  się  tu 

wszystko potwierdza o dowodzonych ci przeze mnie cudownych odkry-
ciach  Cuviera. 

-  Widzę -  odpowiedziałem,  i  tak  szedłem dalej. 

„Szumnie  roiły  się  tłumy  ludu  i  pasły  stada  pod  jasnym  i  czystym 

niebem.  A  to  powietrze,  upstrzone  obrzydliwymi  kawałami  śniegu, 
zmieszane z ponurą i ciężką mgłą, jeszcze niedawno  było napojone wo-
nią  kwiatów  i  brzmiało  odgłosem  śpiewów  najpiękniejszych  ptaszków, 
zamiast których dają się teraz słyszeć smutne krakanie wron i przeraźli-
wy krzyk kormorana. Tam, gdzie dziś na rozhukanych falach wznosi się 
ta  oddalona,  lodowata  góra  powiększając  się  coraz  to  nowymi  słojami 
śniegu  i  skamieniałej  wody,  w  tym  samym  miejscu,  o  kilka  staj  drogi, 
przed pięcia jeszcze tygodniami wznosił się nasz wspaniały Chuchurun, 
stolica  potężnej  Barabii  i  ozdoba  świata,  rozgłośna  rozkoszą  i  blaskiem 
przewyższającym  wszystkie  miasta,  jak  mamut  przewyższa  wszystkie 
zwierzęta. I wszystko to znikło jak sen, jak mara!... 

O  Barabio!  Ojczyzno  moja!  Gdzież  teraz  jesteś?...  Gdzie  mój  dom? 

Moja  rodzina?...  Matka,  bracia,  siostry  i  wszyscy  mili  sercu  mojemu?... 
Zginęliście  w  powszechnym  zburzeniu  natury,  zagrzebani  w  głębiach 
nowego  oceanu,  lub  też  pływacie  po  jego  powierzchni  razem  z  bryłami 
lodu, o który roztrącają się ciała wasze i łamią kości. Ja jeden zostałem 
na świecie, lecz i ja wkrótce pójdę za wami!... W bolesnym oddaleniu od 
wszystkiego,  co  niegdyś  istniało,  jedno  tylko  wspomnienie  łączy  mię 
jeszcze ze zburzonym światem. Lecz czy mi starczy sił na wznowienie w 
pamięci  wszystkich  okropności  i  śmieszności  towarzyszących  temu 
strasznemu zgonowi?... Woda, dla własnego może naszego honoru, zmy-
ła  ostatnie  ślady  głupstwa  i  cierpień  rodzaju  naszego  -  i  ja    nie    mam  
prawa zrywać tej tajemnicy.  A więc ograniczę się, dla własnej rozrywki, 

45 

background image

opisem osobistym mych uczuć i przygód od samego początku zjawienia 
się  naszego nieszczęścia. 

Dnia  10  drugiego  miesiąca  bieżącego  11.789  roku  na  północno-

wschodniej części nieba ukazał się mały kometa. Pod  ten czas byłem  w 
stolicy.  Wieczór  był  najpiękniejszy;  niezliczone  mnóstwo  ludu  wesoło  i 
bezpiecznie  napełniało  marmurowe  nadbrzeże  Leny,  a  znakomitsze 
towarzystwa stolicy swoją obecnością ożywiały ten czarujący obraz.. Płeć 
piękna...  płeć piękna...?” 

-  Czemu stanąłeś,  baronie -  zapytał Szpureman podnosząc głowę.  - 

Na miłość Boga, tłumacz:  to bardzo interesujące. 

-  To  mię  zatrzymuje  -  odpowiedziałem  -  że  nie  wiem,  jak  nazwać 

różne przedpotopowe  kobiece ubiory, o których tu wspomina. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  dawaj  im  nazwiska  teraźniejsze.,  z  dodatkiem 

ogólnego  przymiotnika  antediluvianus,  „przedpotopowy.”  W  porów-
nawczej anatomii nazywamy tak wszystkie niewiadome ze swego istnie-
nia przedmioty.  To bardzo dogodnie. 

-  Dobrze.  Pisz więc. 

„Przedpotopowa płeć piękna w bogatych przedpotopowych salopach, 

w eleganckich przedpotopowych kapeluszach na głowie, w przedpotopo-
wych  tureckich  szalach  zręcznie  zarzuconych  urozmaicała  obraz  tego 
zgromadzenia i zajmującym go czyniła.” 

-  Wybornie - zawołał doktor zażywając tabaki - i krótko, i jasno. 
-  Jednak  zdaje  mi  się,  że  daleko  byłoby  krócej  nie  dodając  słowa 

„przedpotopowy”. 

-  Prawda!  To będzie jeszcze  krócej. 
-  Nie przerywajże mi już więcej, proszę cię, bo nigdy nie skończymy. 

„Promienie  zachodzącego  słońca,  przelewając  się  w  różne  odcienie  i 

odbijając  w  kolumnach  pałaców  zdobiących  przeciwny  brzeg  rzeki,  i  
oświecając  złote  i  niebieskie  dachy świątyń,  zajmowały więcej  

46 

background image

bezczynnych  widzów,  oddanych  zabawie  i  rozkoszy,  niżeli  kometa,  a 
nawet  więcej  jak  nowiny  z  armii.  Barabia  była  na  ten  czas  w  wojnie  z 
dwoma silnymi mocarstwami: ku południowo-zachodniej stronie1 (oko-
ło Szpicberga i nowej Ziemi) prowadziliśmy krwawą wojnę z Murzudża-
nem, władcą rozległej krainy zasiedlonej przez Negrów, a na wewnętrz-
nym  morzu  (teraźniejsze  kirgiskie  stepy)  flota  nasza  walczyła  ze  sławą 
przeciw  połączonym  siłom  Ptarmachii  i  Garry...  Król  nasz  Marchusa-
chaab osobiście dowodził wojskiem  przeciw czarnemu  władcy i właśnie 
w  wilię  tego  goniec  przywiózł  radosną  nowinę  o  odniesionym  zwycię-
stwie. 

Ostrzega się raz na zawsze, iż wyrazy imion własnych dodane są przez dokto-

ra Szpuremana i jakkolwiek są one ważne i uzasadnione, jednak ja ich nie dyk-
towałem, (przyp.  aut.) 

Jam  się  także  przechadzał;  lecz  ani  ów  kometa,  ani  zwycięstwo,  ani 

nawet  promienie  słońca  żadnego  na  mnie  wrażenia  uczynić  nie  mogły. 
Byłem smutny i roztargniony. Przed godziną byłem u mojej Sajany, naj-
piękniejszej z kobiet żyjących kiedykolwiek na kuli ziemskiej, u Sajany, z 
którą wkrótce miałem się połączyć nierozerwanym węzłem małżeństwa i 
szczęścia domowego i rozstałem się z nią napełniony jadem podejrzeń i 
zazdrości. Ja byłem nadzwyczaj podejrzliwy, a  ona  nadzwyczaj  płocha. 

Kilka już razy poróżniliśmy się z sobą, a zawsze z mojej winy, lecz te-

raz miałem jawny dowód zdrady. Teraz własnymi oczyma widziałem, jak 
ściskała  rękę  Saarabowi,  młodemu,  przedpotopowemu  modnisiowi. 
Czyż może być, myślałem, aby tyle obłudy i fałszu mogło się kryć w mło-
dej i niedoświadczonej dziewicy, i to pod tak czarującą maską piękności, 
niewinności  i  czułości?...  Niedawno  przysięgała  mi,  że  oprócz  mnie  ni-
kogo w świecie kochać nie może, że beze mnie tęskni, czuje się nieszczę-
śliwa,  że  w  mojej  obecności  dla  niej  rozkosz  prawdziwa  i  życie!  Lecz 
może się mylę, może mi się przywidziało, może ona zawsze mi jest wier-
na?... W rzeczy samej, nie mogę sobie wyobrazić, aby mogła kogo innego 
kochać,  a  zwłaszcza  takiego  trzpiota  jak  Saarab...  Lecz  on  jest  piękny, 
świetny i zuchwały: wiele kobiet za nim szaleje... Î co znaczy ta jej ręka w 
jego ręku?... Skąd ta obojętność dla mnie?... Nawet mię się nie spytała, 
kiedy się znowu zobaczymy!... O, ja muszę to wszystko wyjaśnić i jeśli się 
przekonam, że ona gardzi   moją  miłością, to  przysięgam   na  słońce  i  
gwiazdy!... 

Wtem myśli moje nagle wstrzymały się, upadłem, zbiłem sobie głowę 

i   ogłuszony  zostałem   przeraźliwym   krzykiem  przygniecionego  przeze 

47 

background image

mnie  człowieka,  który  mi  wrzeszczał  do  ucha:  »Aj!  Ah!  Szabachubo-
saarze!...  Wariacie!... Co robisz!...  Tyś mię zabił!...  Ty  mię dusisz!... Pa-
nowie!...  Ratujcie!...«  Podniosłem  się,  cały  okurzony  i  zdziwiony  tym 
przypadkiem, pośród śmiechu przechodzących i płaskich docinków mo-
ich  przyjaciół.  Teraz  dopiero  postrzegłem,  że,  odurzony  namiętnością, 
tak  się  rozpędziłem  po  nadbrzeżu,  żem  zdeptał  głównego  w  Chu-
churunie astronoma, garbatego Szimszika, niegdyś mego nauczyciela. 

Szimszik chciał korzystać z pojawienia się  komety na  niebie, aby na 

ziemi  zwrócić  powszechną  na  siebie  uwagę.  Stanąwszy  więc  z  powagą 
pośród  przechadzających  się,  wyciągnął  szyję  nie  spuszczając  swych 
mglistych oczu z komety, aby tym sposobem dać poznać przechodniom 
swoje  urzędowe  stosunki  z  tym  planetą.  Lecz  pośród  tych  przygotowań 
został przeze  mnie obalony  na ziemię. 

Naprzód  pomogłem  mu  podnieść  się  z  ziemi;  wtenczas  jeszcześmy 

byli  otoczeni  tłumem  ciekawych.  Gdy  on  oczyszczał  i  porządkował  swą 
brodę,  ja  poprawiłem  na  nim  odzienie  i  podając  mu  spadły  z  głowy 
ostrokończaty kołpak, starałem się usprawiedliwić moją nieuwagę. 

Starzec był niepocieszony i rozgniewany; obciążył mię wyrzutami, że 

nie umiem szanować jego siwizny i głębokich wiadomości, że on dawno 
już  przepowiedział  zjawienie  się  tego  komety  i  że  ja,  obaliwszy  go  pod-
czas  jego  astronomicznych  obserwacyj,  zniszczyłem  najpiękniejszy  sy-
stem,  który  on  tworzył  o  biegu,  własnościach  i  pożytku  komety.  Wy-
słuchiwałem  w  milczeniu  tych  wymówek  będąc  przekonany,  że  gniew 
ten głośny miał więcej na celu dać poznać zgromadzonym, że jest astro-
nomem, a zatem wielką figurą w obecnym przypadku, aniżeli zmartwić i 
poniżyć  mię  przed  obcymi  ludźmi.  Wesołość  obecnych,  spowodowana 
wydarzonym przypadkiem, nagle się zamieniła w ciekawość, skoro tylko 
dowiedzieli się, iż ten garbaty człowieczek może ich uwiadomić, co zna-
czy  zjawiona na  niebie  miotła. .. 

Ze  wszech  stron  sypnęły  się  pytania,  a  Szimszik  w  odpowiedziach 

swoich  tyle  umiał  dać  sobie  powagi,  że  wielu  pomyśleć  by  mogło,  iż  w 
rzeczy  samej  on  rządzi  kometami,  i  że  według  woli  roztrzaska  planetę 
nad głową tego, który by nie miał winnego szacunku dla niego i  dla jego  
nauki. 

Wiedząc o skłonności naszego mędrca do szarlatanerii, przy zdarzo-

nej sposobności wyprowadziłem go stamtąd, chociaż z wielką niechęcią 
opuszczał  miejsce swego tryumfu. 

Gdyśmy już sam na sam byli, rzekłem do niego: 
-   Bardzoś  lud  przestraszył  tym  kometą, kochany Szimsziku. 

48 

background image

-  Nic  nie  szkodzi  -  odpowiedział  mi  obojętnie  -  to  obudzą  w  głup-

cach poszanowanie dla  nauk  i  uczonych. 

-  Lecz mi sam  mówiłeś. 
-  Ja zawsze mówiłem, że przyjdzie  kometa; ja to przepowiedziałem 

przed  dwudziestoma laty. 

-  Lecz mówiłeś także, że nie ma się czego obawiać komet, że te pla-

nety  nie  mają  żadnego  związku  ani  z  ziemią,  ani  z  losem  jej  mieszkań-
ców... 

-  Prawda, to było pierwej, lecz teraz utworzyłem zupełnie nowy sys-

tem świata, w którym nadaję kometom znaczenie daleko ważniejsze jak 
przedtem. Mam do tego słuszne powody, które ci później wyjaśnię. Lecz 
ty,  kochany  Szabachubosaarze,  latasz  na  spacery  jak  szalony  paleote-
rion.  Mało  coś  nie  zadusił  twego  starego  nauczyciela  przygniótłszy  go 
całym ciężarem twego ciała. Myślałem, że już kometa z nieba wprost  na  
mnie upadł. 

-  Daruj  mi,  szanowny  Szimsziku,  byłem  roztargniony,  prawie  nie-

swój. 

-  Wiem  przyczynę  twego  roztargnienia.  Ty  ciągle  się  dręczysz  tą 

swoją Sajaną.  Pewno cię zdradziła? 

-  Na teraz nie zgadłeś!... Kocham ją, ubóstwiam; ona jest godna mo-

jej  miłości,  chociaż zdaje się  trochę...  płocha... 

-  Wszak ja ci to przepowiedziałem przed ośmioma miesiącami? Nie 

chciałeś mi wierzyć! 

-  Co  za  kokietka!... 
-  Przepowiedziałem  to,  gdy  jeszcze  dzieckiem  była.  Moje  przepo-

wiednie zawsze  się  sprawdzają; i ten  kometa... 

-  Przyznam  się,  że jestem w rozpaczy... 
-  Po  co  się  o  to  troszczyć,  przyjacielu  Szabachubosaarze!...  Cóż  w 

tym nadzwyczajnego, wszystkie nasze kobiety to niezmierne kokietki.” 

-  Poczekaj, baronie, jedno słowo - zawoła mój przyjaciel Szpureman 

-  sądzę,  że ty  niedobrze  tłumaczysz. 

-  Skądże ci się  to  wzięło? -  odpowiedziałem. 
-  Już drugi raz wspominasz o kokietkach. Ja nie myślę, aby kokietki 

istniały  przed  potopem.  Wtenczas  były  mamuty,  megalosaury,  plezio-
saury,  paleoteriony,  różne  hydry  i  smoki,  ale  kokietki  są  płodem    now-
szych czasów. 

49 

background image

-  Przepraszam  cię,  kochany  doktorze:  oto  jej  hieroglif,  liszka  bez 

serca,  co  według  metody  Szampoliona  młodszego  oznacza  kokietkę. 
Zdaje  mi  się,  że  dosyć  znam  język  hieroglificzny  i  tłumaczę  systema-
tycznie. 

-  To  być  może,  jednak  ani  Cuvier,  ani  Steichzer,  ani  Gone,  ani  Bu-

chland, ani Bomiar, ani Humboldt nic nie wspominają o skamieniałych 
kokietkach,  a  szkieletu  starożytnej  kokietki  nie  masz  ani  w  Paryskim  
Muzeum, ani  Petersburgskiej  Kamtkamerze. 

-  Co mnie tam do tego. Ja tłumaczę tak, jak tu napisano. Pisz więc 

dalej. 

„Wszystkie nasze kobiety to niezmierne kokietki...” 

-  Zaczekaj  no,  baronie  -  przerwał  mi  raz  jeszcze  doktor.  -  Rób  co 

chcesz,  ale  mnie  się  zdaje,  że  tu  koniecznie  do  słowa  „kobiety”  trzeba 
dodać  wyraz  „przedpotopowe  albo  kopalne”,  gdyż  lękam  się,  aby  nasze 
damy nie obraziły się tym tłumaczeniem, a gdybyśmy chcieli drukować, 
cenzura  nawet  nie  przepuści  tego  miejsca.  Proszę  cię,  umieść  to  obja-
śnienie w nawiasie. 

-  No  dobrze,  dobrze!  -  odpowiedziałem.  -  Tylko  mi  już  nie  prze-

rywaj. 

-  Już więcej  słowa nie powiem.  
-  Pamiętaj  tylko,  że  to  mówi  astronom  do  swego  ucznia  Szabo-

chubosaara. 

„Wszystkie nasze przedpotopowe, czyli kopalne kobiety to straszliwe 

kokietki, co wypływa naturalnie z tej nieograniczonej swobody, jakiej tu 
używają.  Wielu  mędrców  naszych  utrzymuje,  że  bez  tej  swobody  spo-
łeczeństwo nasze nigdy by nie doszło do tego stopnia cywilizacji i oświa-
ty,  na  jakim  się  dzisiaj  znajduje;  ja  się  na  to  nie  zgadzam.  Można  być 
oświeconym  zamknąwszy  żonę  w  sypialni,  nawet  łatwiej  i  prędzej  jesz-
cze; co się zaś tycze wielkiej cywilizacji, pytam się, co oni nazywają tym 
imieniem? Wyrachowaną rozpustę i nic więcej!  Rozpustę w system 

50 

background image

ułożoną, podległą pewnym prawidłom - prezesowskie krzesło, któreśmy 
kobietom oddali. Dlatego też rządzą one zupełnie na swoją korzyść, roz-
szerzając  swą  władzę,  a  ścieśniając  prawa  nasze  z  każdym  dniem  coraz 
więcej  i  więcej;  władza  ich  w  towarzystwach  doszła  do  najwyższego 
stopnia. One zagarnęły wszystko, zwyczaje, rozmowy i interesa, a nas nie 
chcą już mieć za mężów, lecz za kochanków i niewolników swoich. Przy 
takim porządku rzeczy społeczeństwo zginąć musi. 

-  Jak  widzę,  mój  szanowny  astronomie,  należysz  do  partii  mał-

żeńskiego absolutyzmu. 

-  Ja należę do partii dobrze myślących i nie cierpię rewolucji w sy-

pialniach,  jakie  teraz  panują  w  wielu  mocarstwach.  Dawniej  tego  nie 
było.  Niedorzeczne  domaganie  się  o  przypuszczenie  kobiet  do  naj-
wyższych społeczności rządów zjawiło się dopiero w teraźniejszych cza-
sach:  przez  to  też,  przy  pomocy  młodych  wiatrogłowów,  zupełnie  nas 
ujarzmiły. U nas w Barabii gorzej jeszcze niżeli gdzie indziej. Przekonały 
się  na  koniec  rządy,  że  podobne  zasady  staną  się  zgubą  społecznego 
zgromadzenia  i  w  wielu  miejscach  przedsiębiorą  środki  dla  ukrócenia 
tych moralnych zaburzeń. Zobacz, jak rozsądne środki przedsięwzięto w 
Garze,  Szanderachii  i  Chaachaburze  dla  pohamowania  hydry  kobiecej 
swawoli.  Mówią,  że  w  Bramburgii  władza  męża  jest  już  zupełnie  przy-
wrócona,  chociaż  w  salonach  naszych  twierdzą,  że  dotąd  jeszcze  w  ta-
mecznych małżeństwach trwają nieporozumienia, a nawet i bitwy. Lecz i 
u nas zbliża się przesilenie towarzyskiego porządku. Spodziewam się, że 
i  w  naszej  świętej  Barabii  wkrótce  już  skończy  się  panowanie  spódnic. 
Czy  wiesz,  Szabachubosaarze,  prawdziwą  przyczynę  naszej  wojny  prze-
ciw Negrom Szachszuch? (Nowej Ziemi) 

-  Nie  wiem. 
-  Słuchaj  więc.  Jest  to  tajemnica,  którą  mi  powierzył  przyjaciel, 

wielki kapłan słońca, który, jak wiesz, kilkakrotnie już doradzał królowi, 
aby  poskromił  nadzwyczajną  wolność  kobiet.  Wszczęliśmy  wojnę  tę  w 
tym  jedynie  celu.  Wszystko  obmyślano  jak  najlepiej.  Mamy  nadzieję 
zawojować z pół miliona Negrów i utworzyć z nich groźną armię rzezań-
ców. Sprowadzimy ich tu jako niewolników i  pod pozorem kwaterunku 
przeznaczymy  jednego  na  każde  małżeństwo.  Przy  ich  pomocy  w  dniu 
umówionym  schwytamy  nasze  żony,  zamkniemy  je  w  sypialniach  i  po-
stawimy przy drzwiach straż wierną. Wtenczas i ja z wielkim kapłanem, 
chociaż już starcy, mamy jednak zamiar wziąć młode żony i skosztować   
owocu prawdziwego szczęścia. Lecz zaklinam cię na wszystko, nie mów 

51 

background image

tego nikomu, bo wszystko byś zepsuł. A gdybyśmy tego nie dokazali, 
to  zobaczysz,  że  nie  tylko  nas,  lecz  cały  rodzaj  ludzki,  a  nawet  całego 
naszego planetę, kobiety na wieki nieszczęśliwymi uczynią?... 

-  Żartujesz,  kochany  Szimsziku?... 
-  Nie  żartuję,  bracie.  Jestem  przekonany,  że  kobiety  nas  zgubią. 

Lecz  uprzedzimy  nieszczęście  i  wkrótce  już  koniec  będzie  ich  samo-
władztwu  nad  obyczajami.  Życzę  i  tobie,  kochany  Szabachubosaarze, 
odłożyć małżeństwo twoje do szczęśliwego ukończenia wojny z Negrami. 

Rozumowania naszego astronoma do łez mię rozśmieszyły i dla więk-

szej rozrywki umyślnym przeczeniem starałem się go podżegać. Jakkol-
wiek  dziwaczne  były  zdania  jego  i  zabawne  tajemniczo  powierzone  mu 
wiadomości,  nie  były  one  przecież  zupełnie  bezzasadne.  Od  pewnego 
czasu wszystkie prawie narody dotknęło przeczucie okropnego jakiegoś 
nieszczęścia;  głodzono  najstraszniejsze  proroctwa.  Zdawało  się,  że  ro-
dzaj ludzki przeczuwał bliską karę za powszechne zepsucie obyczajów, a 
że  mocniejsi  zawsze  wszystko  na  słabszych  składać  zwykli,  winę  więc 
złego  ludzie  kobietom  przypisali.  Wszędzie  ostre  przedsiębrano  środki 
dla  ograniczenia  swobody  kobiet,  nie  wszędzie  jednak  mężczyźni  byli 
zwycięzcami. Był to czas prześladowania spódnic: w małżeństwach  po-
wszechna  niezgoda,  a  w  towarzystwach  chaos. 

Dosyć  już  późno  rozstałem  się  z  Szimszikiem;  jego  dziwactwo  roz-

proszyło  moją  tęsknotę.  Ponieważ  gniewałem  się  na  Sajanę,  gderania 
starego astronoma na płeć piękną zaraziły i moje serce, a kładąc się spać 
zmówiłem nawet modlitwę do księżyca o szczęśliwe powodzenie naszego  
oręża przeciw Negrom. 

Na drugi dzień całe miasto zastałem w obawie. Wszyscy rozprawiali o 

komecie, o Szimsziku, jego kołpaku i jego przepowiedniach. A tak, małe 
ciało  niebieskie  i  mały  niezgrabny  pedant,  o  których  nikt  pierwej  ani 
pomyślał, stały się teraz przedmiotem powszechnej uwagi. I to wszystko 
dlatego, że ja tego garbusa na bruk obaliłem. O ludzie! O  rozumy! 

Zajęty tymi rozumowaniami poszedłem do kochanki ze stałym przed-

sięwzięciem  w  duszy,  by  zimną  obojętnością  ukarać  ją  za  wczorajszą 
płochość.  Z  początku  aniśmy  spojrzeli  na  siebie.  Zacząłem  rozmowę  o 
komecie.  To  ją  zniecierpliwiło.  Opowiadałem  dalej  mój  wypadek  z 
Szimszikiem,  ciągłą  okazując  oziębłość.  Ona  gniewać  się  zaczęła.  Uda-
łem, że tego nie postrzegam. Rzuciła mi się na szyję mówiąc, że mię 

52 

background image

ubóstwia.  Ach!  Obłudnico!  Lecz  takie  są  wszystkie  (kopalne) 

1

  kobiety,   

przeto  chwała  słońcu   i   księżycowi,  że już potonęły!

 

Dodatek doktora Szpuremana (przyp.  aut.) 

Poddałem  się,  a  nawet  sam  musiałem  prosić  o  przebaczenie.  Na-

stąpiły  objaśnienia,  łzy,  przysięgi;  pokazało  się,  że  zupełnie  co  innego 
widziałem; że muszę mieć brzydką wadę w oczach, a na koniec zupełna 
amnestia  za  przeszłość  obustronnie  ogłoszona  została.  W  zachwyceniu 
postanowiłem  zmusić  jej  rodziców  i  moją  matkę  do  przyspieszenia  na-
szego związku, tym więcej, że u nas (przed potopem)1 ożenienie uważa-
no  za  najpewniejszy  środek  do  skrócenia  miłosnych  męczarni. 

Chociaż  związek  mój  z  piękną  Sajaną  już  dawno  ułożono  pomiędzy 

naszymi  rodzicami,  od  niejakiego  jednak  czasu  przywiedzenie  go  do 
skutku różne spotykało przeszkody. Ojciec mojej kochanki miał znaczny 
urząd  przy  dworze.  Był  pierwszym  i  zawołanym  urzędnikiem  i  tym  się 
pysznił, że nikt z królewskich dworzan nie umiał się niżej od niego kła-
niać. Chciał on mię naprzód doświadczyć i żądał, abym wdarłszy się do 
przedpokojów  pałacowych  w  jego  obecności,  oddał  ukłon  przynajmniej 
choć Namiestnikowi królestwa, gdy ten przechodzić będzie z papierami. 
Doświadczony  dworak  z  większego  lub  niższego  nachylenia  mojego 
grzbietu  do  przedpokojowej  posadzki,  przy  pierwszym  moim  ukłonie, 
chciał wnieść, jak daleko zięć jego posunąć się może w dostojeństwa. 

Z drugiej strony, moja matka była bardzo niekontenta z matki Saja-

ny, która miała się nie tylko za lepiej urodzoną, ale za młodszą od niej. 
Gdy  tymczasem  moja  matka  wiedziała  z  pewnością,  że  jest  o  50  lat 
młodsza,  bo  miała  wtenczas  255  lat,  a  matka  Sajany  przeszło  trzysta! 
Często  przycinały  sobie,  chocież  w  towarzystwie  zdawały  się  najszczer-
szymi przyjaciółkami. Moja matka nie radziła mi spieszyć się ze ślubem, 
bo chodziły wieści, że interesa rodziców Sajany były w złym stanie. Mat-
ka mej narzeczonej chciała oddać mi swą córkę, lecz  myślała  więcej  o 
swoich  zabawach  niż o  losie  córki. 

Najgłówniejszą  jednakże  przeszkodą  do  zawarcia  związku  był  mój 

wuj Szaszabaach. Budował  on sobie wtedy  pałac o kilkunastu tysiącach 
kolumn  i  z  przyczyny  ogromnego  majątku  w  wielkim  był  poważaniu  u 
rodziców  Sajany.  Kochając  mię  jak  własnego  syna  zapowiedział  z  góry, 
że nikt oprócz niego żadnego nie ma prawa zatrudniać się moim domo-
wym szczęściem, i że o ślubie ani podobna myśleć poty, póki nie ukończy 

53 

background image

swego wielkiego salonu i nie porozwiesza swoich obrazów, gdyż teraz, w 
tak  uroczystym  dniu,  nie  miałby  gdzie  balu  wyprawić.  Sądząc  z  uporu 
wuja  Szaszabaacha  i  z  niewolniczego  potakiwania  krewnych  dziwac-
twom jego, ostatnia ta przeszkoda była bardziej  od  innych  nieprzezwy-
ciężona. 

Nie wiedziałem, co robić. Byłem zakochany i zazdrosny. Sajana ubó-

stwiała  mnie,  lecz  nim  by  mój  wuj  porozwieszał  swoje  obrazy,  naj-
cnotliwsza  kochanka  musiałaby  z  dziesięć  razy  zdradzić  swego  lubego. 
Położenie  moje  było  okropne  i  postanowiłem  wszystko  poświęcić,  aby 
się  z  niego  wydobyć. 

Pobiegłem naprzód do mojej matki i pogniewałem się  z nią straszli-

wie.  Poszedłem  potem  do  ojca  Sajany,  a  ten  zamiast  odpowiedzi  prze-
czytał mi nowo ułożony ceremoniał do wkrótce mającej nastąpić dwors-
kiej  fety  i  odprawił  mię  do  żony.  Przyszła  moja  świekra,  będąc  dniem 
pierwej  zdradzoną  przez  swego  kochanka,  wystąpiła  z  groźną  satyrą 
przeciw całej naszej płci dowodząc, że wszyscy mężczyźni ladaco, i że ich 
nie warto kochać. Udałem się więc do wuja Szaszabaacha, lecz i tu lepiej 
nie  wskórałem.  Kazał  mi  przez  cały  dzień  wraz  z  nim  układać  antyki  w 
nowej jego  wspaniałej  bibliotece, a na  moje napomknienia o Sajanie, o 
miłości,  o  koniecznej  potrzebie  raz  już  położyć  koniec  moim  mękom, 
odpowiadał mi długą rozprawą o sztuce wypalania garnków u starożyt-
nych. A gdy zniecierpliwiony upuściłem i stłukłem szczególnego kształtu 
wielki  gliniany  garnek,  którego  starożytność  sięgała  250  roku  po  stwo-
rzeniu świata, kijem mię od siebie wypędził. 

Płakałem, przeklinałem zimny egoizm starców, którzy nie mogli zro-

zumieć zapałów  młodzieńczego serca, lecz nie traciłem nadziei. Po dłu-
gich  prośbach,  zwłokach,  sprzeczkach  i  smutkach  zdołałem  na  koniec 
pogodzić  krewnych,  lecz  gdy  już  na  proszonym  obiedzie  miano  nam 
oznajmić nasze szczęście, pokłóciłem się z Sajaną o to, że bardzo słodko 
się  uśmiechnęła do jednego  młodego  człowieka. 

Wszystko  się  skończyło  i  ja  znowu  przywiedziony  zostałem  do  roz-

paczy.  Przysiągłem  nigdy  już  nie  wracać  do  obłudnicy  i  całe  trzy  doby 
święcie dotrzymałem słowa. Żeby mi nikt nie przeszkadzał gniewać się, 
chodziłem  w  miejsca  odludne  i  samotne,  gdzie  by  mię  nie  raził  widok 
zdradliwych niewiast. Pewnego dnia noc mię zaskoczyła w przechadzce. 
Poróżnienie  się  z  miłą  jest  bez  wątpienia  najlepszą  porą  do  robienia 
astronomicznych  spostrzeżeń,  a  nawet  sama  astronomia  wymyśloną  
została  w  IV wieku po stworzeniu świata przez pewnego mędrca, który 

54 

background image

pobiwszy się raz wieczorem z żoną, był wypędzony z sypialni. 

Z żalu zacząłem rachować gwiazdy po niebie i dostrzegłem, że kome-

ta, o którym w kłopotach o małżeństwo zupełnie zapomniałem, od nie-
jakiego czasu nadzwyczajnie się powiększył co do swej objętości. Głowa 
jego dochodziła wielkości księżyca, a ogon bladożółtego koloru, rozdwo-
jony na dwie pręgi, zakrywał większą część niebieskiego sklepienia. Nie 
mogłem się wydziwić, jakim sposobem podobna zmiana mogła ujść mo-
jej  wiadomości  i  uwagi.  Uderzony  dziwnym  widokiem  i  znudzony  sa-
motnością, poszedłem do Szimszika pomówić z nim o tern. Nie zastałem 
go  w  domu;  powiedziano  mi,  że  jest  w  obserwatorium,  pobiegłem  więc 
do  niego.  Astronom  w  koszuli  tylko,  bez  kołpaka  i  bez  pończoch,  stał 
przykuty  prawym  okiem  do  Astrolabu,  zawiązawszy    lewe  oko    zrzuco-
nymi  dla  zbytecznego gorąca  gaciami. 

Dał mi znak ręką, abym nie przerywał jego zatrudnień. Stałem więc 

przy  nim  kilka  minut  w  milczeniu. 

-  Czymże  to  jesteś  tak  zatrudniony  -  spytałem  go,  gdy  już  skończył 

swą  robotę  i  wyprostował  się  przede  mną,  trzymając  się  za  plecy  ręko-
ma. 

-  Robiłem postrzeżenia nad ogonem komety - odpowiedział. - Zgad-

nij, jaka jest jego  wielkość? 

-  Będę  wiedział,  skoro  mi  powiesz. 
-  On  rozciąga  się  na  45  milionów  mil,  to  jest  więcej  jak  dwa  razy  

wzięta  odległość ziemi  od słońca. 

-  Lecz objaśnij mnie, proszę cię, szanowny Szimsziku, skąd się wzię-

ło  tak  nagłe  powiększenie.  Pamiętasz,  jak  był  małym  tego  wieczora,  
kiedym  cię przewrócił na  nadbrzeżu. 

-  Gdzieżeś bywał, kiedy nie wiesz, jak i kiedy się powiększył... Ale ty, 

ciągle zajęty swoją niedorzeczną miłością ani widzisz, ani słyszysz, co się 
wokoło ciebie dzieje. Porzuć to, przyjacielu! Gdyż przy takim zaślepieniu 
ty  i  tego  nie  spostrzeżesz,  jak  ci  twoja  kochanka  umieści  na  głowie  ko-
metę z dwoma ogonami, daleko większymi jeszcze od  tych,  co  tu  wi-
dzisz. 

-  Dajmy  jej  pokój,  panie  astronomie.  Lepiej  pomówmy  o  tym,  co 

mamy  przed  oczyma. 

-  Bardzo  chętnie.  Otóż:  kiedyś  ty  nie  spuszczał  oczu  z  różanej  twa-

rzyczki  Sajany,  kometa  zupełnie  zmienił  swój  kształt.  Przedtem  zdawał 
się  małym,  bladobłękitnego  koloru,  teraz  zaś  w  miarę  zbliżania  się  do 
słońca  coraz staje się większym i robi się żółtym z ciemnymi plamkami. 

55 

background image

Wymierzyłem  rdzeń  jego  i  atmosferę:  pierwszy  zdaje  się  być  dosyć 
szczelnym i trzyma w średnicy 189 mil, lecz jego atmosfera rozpościera 
się  na  7000  mil  i  tworzy  ciało  trzy  razy  większe  od  ziemi.  Bieg  komety 
jest nadzwyczaj prędki, przelatuje bowiem na godzinę 50.000 mil. Wno-
sząc  z  tego  i  z  jego  kierunku,  za  3  tygodnie  będzie  się  on  znajdował  od 
ziemi  w  odległości  tylko  200.000  mil.  Wszystkie  te  wiadomości  dawno 
już są wszystkim wiadome z ostatniego mego dziełka. 

-  Pierwszy raz o nim słyszę. 
-  I nie dziw! - zawołał mędrek. - Jak ty możesz myśleć o ciałach nie-

bieskich, zatopiwszy się po uszy w takim białym ziemskim ciałku! Będąc 
młodym i ja także chętniej się włóczyłem za pięknymi twarzyczkami jak 
za ogonem komety. Ale ty zapewne i o tym nie wiesz, że  to stopniowe, 
powiększanie się komety strwożyło lud? 

-  Ja się  komet  nie  boję,  a  na cudzy  strach nie uważam. 
-  Że  Buburuch,  królewski  astronom,  a  mój  współzawodnik  i  wróg 

dla  uspokojenia  potrwożonych  umysłów  wydał  najgłupsze  w  świecie 
dzieło,  na  które ja  będę  odpowiadał? 

-  Wszystko to dla  mnie nowością. 
-  Tak!... On wydał dzieło, które podobało się wielu, a osobliwie, ta-

kim  głupcom  i  tchórzom  jak  on  sam.  Lecz  ja  wykryję  jego  nie-
wiadomość,  dowiodę,  że  on,  przesiadując  po  całych  dniach  w  królew-
skich kuchniach, nie jest w stanie nic innego pojąć jak chyba teorię ob-
racania  się  pieczeni  na  swojej  osi,  a  nie  krążenia  ciał  niebieskich.  On 
twierdzi, że ten kometa, chociaż się bardzo nawet zbliży do ziemi, nic jej 
jednak złego nie zdziała, że wstąpiwszy w okrąg działania siły przyciąga-
jącej ziemi, jeśli go pięknie poproszą, może się stać jej satelitą i będzie-
my  mieli  dwa  księżyce  zamiast  jednego,  lub  też  przeleci  mimo  i  znowu 
zniknie,  że  na  koniec  nie  ma  przyczyny  lękać  się  spotkania  jego  z  kulą 
ziemską  ani  tego,  aby  się  rozbił  na  kawały  jak  stary  garnek,  ponieważ 
jest rzadki jak żur, składa się z błota i pary etc, etc... Czy  możesz sobie 
wyobrazić podobne głupstwa? 

-  Ale  sam  byłeś  przedtem  tego  zdania,  kiedy  ja  się  uczyłem  astro-

nomii. 

-  Prawda...  pierwej  w  rzeczy  samej  tak  było  i  mój  współzawodnik 

myśli tak dotychczas, ale teraz zmieniłem swoje zdanie. Bo czyż ja mogę 
się zgodzić w zdaniu z takim głupcem jak Buburuch? Sam przyznaj, że to 
by  było  dla  mnie  zanadto  poniżające.  Dlatego  też  układam  teraz  nową 
teorię stworzenia świata i przy pomocy słońca i księżyca może potrafię 

56 

background image

zniweczyć  mego  przeciwnika.  Według  mojej  teorii  komety  grały  wielką   
rolę   przy   tworzeniu   się   słońc  i  planet.   Czy  wiesz,  kochany Szaba-
chubosaarze, że był czas, kiedy komety padały z nieba jak zgniłe jabłka z 
jabłoni? 

-  Wtenczas pewno niebezpiecznie było chodzić po ulicach - rzekłem 

z uśmiechem - za nic w świecie nie chciałbym żyć w takim wieku, kiedy 
wyjmując z kieszeni chustkę do nosa można było wyrzucić z niej  przy-
padkiem  z nieba spadniętego kometę. 

-  Ty żartujesz - mówił dalej astronom - jednakże to w samej rzeczy 

miało miejsce. A dowód tego, że komety nieraz z nieba padały na ziemię, 
widzimy w tych wysokich pasmach gór groźnie sterczących na kuli ziem-
skiej i zajmujących wielką jej przestrzeń. Wszystko to są obalone kome-
ty, ciała przyrosłe do ziemi, stłuczone i połamane przy spadaniu. Dosyć 
jest  spojrzeć  na  urządzenie  gór  kamiennych,  aby  się  przekonać  o  tej 
prawdzie.  Gdyby  nie  to,  powierzchnia  naszego  planety  byłaby  zupełnie 
gładka;  nie  można  nawet  przypuścić,  aby  natura  tworząc  jakikolwiek 
glob  nie  wydała  go  zupełnie  okrągłym  i  równym,  i  jakby  naumyślnie 
psuła dzieło swoje wklęsłościami i wypukłościami. 

-  Tym sposobem, mój kochany Szimsziku - zawołałem parskając od 

śmiechu  -  i  twoja  głowa  początkowo  musiała  być  zupełnie  okrągłą  i 
gładką kulą, a nos, który na niej teraz sterczy, jest to zapewne ciało obce, 
coś na kształt komety przypadkowo na nią spadłego. 

-  Mości  panie!  -  krzyknął  obruszony  astronom.  -  Czyś  tu  przyszedł 

drwić  sobie  ze  mnie?  Proszę  iść  żartować  sobie  z  kogo  się  podoba,  lecz 
nie tu. Ja nie lubię żartów tam, gdzie idzie o nauki ścisłe! 

Przepraszałem  go  za  tę  niezręczną  wesołość,  jednakże  śmiać  się  nie 

przestawałem.  Rozumowania  jego  zdawały  mi  się  tak  zabawne,  że  roz-
stawszy  się  z  nim  myślałem  więcej  o  jego  nosie  aniżeli  o  zdradzieckiej 
Sajanie. 

Obudziwszy się nazajutrz, najprzód przypomniałem sobie o jego teo-

rii  i  znów  się  śmiać  zacząłem;  śmiałem  się  z  całej  duszy  i  skończyłem 
myślą, że ta teoria jest w stanie uleczyć mnie nawet z miej miłości. Lecz 
w tej samej chwili oddano mi bilecik od... Krew mi się zburzyła, pozna-
łem  pismo  mojej  dręczycielki.  Wymawiała  mi  niestałość  i  okrucień-
stwo!...  Zapewniała,  że  mnie  kocha,  że  umrze  z  rozpaczy,  jeżeli  nie  od-
dam sprawiedliwości czystej i gorącej miłości, którą ku mnie pała. 

-  Wszystkie moje przyrzeczenia i teorie Szimszika w mgnieniu oka 

zapomniane, na kształt obalonego według jego systemu komety zostały 

57 

background image

skruszone, połamane, poplątane w swych warstwach i zrzucone na nie-
kształtną kupę. Ona ma słuszność! Jam winien! Jam niestały!... Ona, tak 
dobra, przebacza mi moją płochość, moje okrucieństwo!... Po pół godzi-
nie  byłem  już  u  nóg  cnotliwej  mojej  Sajany...  chwilę  potem  w  jej  obję-
ciach. 

Znowu  szczęśliwy,  z  nową  usilnością  zacząłem  starać  się  o  dopeł-

nienie związku. Trzeba było zebrać i pogodzić krewnych rozgniewanych 
na mnie i z tej okoliczności pokłóconych między sobą, znosić ich wyrzuty 
i  wymówki,  nakłonić  matkę,  wysłuchać  rozumowania  wuja  Szaszabaa-
cha  i  pochlebiać  matce  Sajany,  która  o  ile  pragnęła  pozbyć  się  córki,  o 
tyle  chciała  się  naprzykrzyć  jej  świekrze  i  pomęczyć  mię  swymi  kapry-
sami. Dodawszy do tego przygotowania do ślubu, rady staruszek, obawy 
zazdrosnej miłości, moją niecierpliwość, lekkomyślność Sajany i chmurę 
plotek,  jakie  się  rozbiły  o  głowę  moją  od  czasu,  jak  się  wieść  o  moim 
ślubie  rozeszła  po  mieście  -  można  sobie  wyobrazić  drogę,  którą  prze-
bywać i przedzierać się musiałem do mojego szczęścia. 

Piekło to trwało dwa tygodnie. Na domiar nieszczęść serdeczne moje 

troski  ciągle  się  mieszały  z  ogonem  komety.  Musiałem  jednocześnie 
odpowiadać na nudne komplementa przyjaciół, gniewać się z Sajaną za 
każde mimo mnie rzucone spojrzenie, za każdy uśmiech w obcym obu-
dzony sercu, i rozprawiać ze wszystkimi o miotle niebieskiej, która ciągle 
się powiększając dawała codziennie nowy powód do nowych wniosków... 

I kiedy już goście sproszeni byli na ślub, tenże sam ogon zagrodził mi 

jeszcze  drogę  do  świątyni  Ducha.  Małżeńskiej  Wiary,  który  z  nie-
cierpliwością oczekiwał naszej przysięgi. Mój Szimszik, nie poprzestając 
na  wydaniu  swego  dzieła  przepowiadającego  spadnięcie  na  ziemię  ko-
mety,  namówił  swego  przyjaciela,  wielkiego  kapłana  słońca,  aby  korzy-
stał z nim razem z panującej  w narodzie trwogi. 

W  dzień  mego  wesela  obwoływacze  ogłosili  mieszkańcom  stolicy,  że 

dla  odwrócenia  grożącego  nieszczęścia  kolosalny  posąg  Niebieskiego 
Raka  wyniesiony  zostanie  ze  świątyni  na  plac  i  po  dopełnieniu  ofiar 
Wielki  Kapłan  pędzie  go  zaklinał  publicznie,  aby  porwał  w  swe  święte 
kleszcze ogon  komety i nie dopuścił mu  upaść na ziemię. 

Wyrachowanie było doskonałe. Bo jeżeli kometa przeleci mimo, przy-

piszą  to  świętości  Wielkiego  Kapłana,  jeżeli  zaś  upadnie  na  ziemię, 
Szimszik pozyska sławę pierwszego w świecie astronoma. Ja śmiałem się   
w duszy z szarlataństwa obu, lecz teść mój, dowiedziawszy się o mającym 

58 

background image

nastąpić obrzędzie, zupełnie stracił głowę. Zapomniał o mnie i o swojej 
córce, i pobiegł do wielkiego kapłana, aby z nim obmyślić plan ceremo-
nii. Ślub mój miał dopiero nastąpić po skończeniu uroczystości. O, co to 
za męka żenić się z córką mistrza ceremonii podczas zjawienia  się  ko-
mety! 

Na  koniec  modły  szczęśliwie  się  skończyły,  wielki  kapłan  wypełnił 

swoją  czynność  nie  uśmiechnąwszy  się  ani  razu,  umysły  uspokoiły  się 
nieco i nastąpił dzień mego ślubu, dzień ze wszech miar pamiętny. Dom 
mój,  jeden  z  najpiękniejszych  w  Chuchurunie,  był  pysznie  przybrany  i 
oświecony. Tłumy gości napełniały pokoje. Sajana w  narodowym stroju 
zdawała  się  królową  płci  swojej,  a  ja,  czytając  podziwienie  w  oczach 
wszystkich na nią zwróconych, czułem się być czymś wyższym nad czło-
wieka. Ona jest moją!... Teraz do mnie jednego należy!...  Nic nie  mogło 
wyrównać  mojej  rozkoszy. 

Jednakże  i  ten  wieczór,  wieczór  szczęścia  i  zachwycenia  nie  prze-

minął  bez  nieprzyjemnych  wrażeń.  Sajana,  błyszcząca  pięknością  i  mi-
łością,  nie  porzucała  prawie  mojej  ręki:  często  ściskała  ją  z  czuciem,  a 
każde  to  ściśnienie  powtarzało  się  w  mym  sercu  z  niebieską  słodyczą. 
Lecz  czasami  w  jej  oku,  w  jej  uśmiechu,  dostrzegłem  jakąś  tęsknotę  i 
zmartwienie; była też w istocie zmartwiona tym, że ślubny ten obrządek 
położył nieprzebytą tamę między nią a niezliczonym  tłumem jej wielbi-
cieli, że dla jednego człowieka zrzekła się dobrowolnie władzy nad tysią-
cami niewolniczych zalotników. Myśl ta przyprowadzała mię do szaleń-
stwa. Przyzwoitość nakazywała być wesołym i ujmującym nawet z daw-
nymi rywalami, lecz ukradkiem pozierałem przenikliwym i zazdrosnym 
okiem  na  krążących  koło  nas  elegantów  i  chciałbym  zaprawić  jadem 
promienie  mych  źrenic,  aby  w  jednym  mgnieniu  oka  zadać  cios  śmier-
telny  wszystkim  wrogom  mojej  spokojności,  aby  wytępić  płeć  męską  i 
jedynym pozostać mężczyzną w świecie, gdzie żyła  moja Sajana. 

Noc  była  cicha  i  jasna.  Po  kolacji  część  gości  wyszła  na  taras  od-

dychać  świeżym  powietrzem.  Szimszik,  zapomniany  dotychczas  od 
wszystkich,  wyskoczył  z  kąta  i  pobiegł  za  nimi.  Sajana  zaproponowała 
mi, bym za nim poszedł, aby się ubawić jego systematem komet. Zwróci-
liśmy nasze oczy na kometę. Był on dotychczas przedmiotem strachu dla 
zabobonnej  tylko  czerni;  ludzie  porządni  (u  nas  przyjętym  było  w  do-
brym  tonie  niczemu  nie  wierzyć,  dla  odróżnienia  się  od  pospólstwa) 
nawet  nim  się  bawili,  jak  dzieci  goniąc  w  powietrzu  różnobarwną    my-
dlaną bańkę. 

59 

background image

Dla  nas  kometa,  jego  ogon,  kłótnie  astronomów  i  mój  przyjaciel 

Szimszik dawały tylko pole do dowcipnej i miłej obmowy, lecz teraz i my 
byliśmy  zatrwożeni;  od  wczorajszej  nocy  objętość  jego  potroiła  się  pra-
wie, a powierzchowność jego miała w sobie coś złowieszczego, pomimo-
wolnie przejmującego drżeniem. Ujrzeliśmy ogromną, nieprzezroczystą, 
ciemną, z obu stron ściśniętą kulę szarosrebrzystego koloru, którą moż-
na było porównać do krągłego jeziora pośród niebieskiego sklepienia. Ta 
jajowata kula tworzyła jakby rdzeń komety i w wielu miejscach pokryta 
była  dużymi,  czarnymi  i  szarymi  plamami.  Krawędzie  jej,  dosyć  słabo 
określone,  ginęły  w  mglistej  i  brudnej  obwódce,  rozjaśniającej  się  w 
miarę oddalania się od ścisłej masy kuli, i na koniec zlewającej się z czy-
stą i przezroczystą atmosferą komety, która będąc oświetlona pięknym, 
purpurowym  światłem,  opasywała  rdzeń  w  dosyć  znacznej  rozległości; 
przez  nią  widzieć  można  było  świtanie  gwiazd.  Jednak  i  w  atmosferze 
tej,  złożonej  jakby  z  jakiegoś  powietrznego  płynu,  migały  w  różnych 
miejscach  podobne  do  obłoków  plamy,  zapewne  tworzące  się  ze  zgęsz-
czonych  gazów.  Ogon  planety  przedstawiał  widok  jeszcze  groźniejszy; 
nie znajdował się już na wschodniej jego stronie, lecz widocznie skiero-
wany był ku ziemi, i zdawało się, żeśmy patrzeli na kometę przez koniec 
jego ogona jak w lunetę, gdyż rdzeń i purpurowa atmosfera mieściły się 
w jego środku i ze wszech stron oświecone były jego promieniami. Zaw-
sze  jednak  można  się  było  przekonać,  że  on  wisi  ukośnie  do  ziemi: 
wschodnie  jego  promienie  były  daleko  dłuższe  od  zachodnich,  ta  część 
komety,  obróconą  będąc  do  Słońca  dopiero  co  zaszłego,  jaśniała  także 
purpurowym  kolorem,  który  bledniał  stopniowo  w  północnych  i  połu-
dniowych promieniach koła, a we wschodniej jego części zamieniał się w 
kolor żółty z zielonymi i białymi pręgami. Tym sposobem kometa okrą-
gławym swoim ogonem zajmował większą część nieba i, że tak powiem, 
całą  masą  ciążył  na  powietrze  naszego  planety.  Światłojasna  materia 
tworząca ogon zdawała się jeszcze cieńszą i przeźroczystszą od atmosfe-
ry komety. Tysiączne gwiazdy zasłonione tym krągłym, różnokolorowym 
wachlarzem,  przeglądając  przez  jego  ściany,  nie  tylko  nie  traciły  swego 
blasku, lecz jeszcze mocniej i jaskrawiej gorzały; nawet blady nasz księ-
życ, gdy wszedł w okrąg jego promieni, nagle się oświecił nowym, pięk-
nym światłem podobnym do światła  lustrzanej  lampy. 

Nie zważając na strach i niepokój, jakie mimowolnie nas opanowały, 

nie  mogliśmy  się  nie  zachwycić  wspaniałym  widokiem  ogromnego  nie-
bieskiego ciała, wiszącego prawie nad naszymi głowami, objętego jeszcze 

60 

background image

większym  kołem  purpurowych,  różowych,  żółtych  i  zielonych  promieni 
rozpiętych  na  kształt  pawiego  ogona,  na  którym  niezliczone  mnóstwo 
gwiazd gorzało na kształt porozstawianych różnobarwnych lamp. Długo 
staliśmy na tarasie w głębokim milczeniu. Sajana pogrążona w dumaniu, 
z niechcenia wspierała się na moim ramieniu, a ja  czułem  mocne  bicie 
jej  serca. 

-  Co ci jest,  moja  luba? 
-  Dręczą  mnie  straszne  przeczucia  -  odrzekła,  czule  się  do  mnie 

przyciskając. - Czy ten kometa ma zniszczyć moje nadzieje, moje szczę-
ście z tobą  i  wieczne  posiadanie twego  serca? 

-  Nie lękaj się daremnie, moja miła - dodałem z udaną spokojnością 

- przeleci on i zginie jak wszystkie inne komety, i jeszcze my... - Tu dał 
się słyszeć głos Szimszika, głośno rezonującego na drugim końcu tarasu, 
nie  skończywszy  więc  myśli  poprowadziłem  lam  Sajanę.  Stał  pośród 
gości ze wszech stron go otaczających i słuchających jego opowiadań z tą 
niespokojną ciekawością, jaka się czuć daje, kiedy  przewidujemy  bliskie  
niebezpieczeństwo. 

-  Co  takiego  mówisz,  mój  kochany  nauczycielu?  -  zapytałem  sta-

nąwszy  za  słuchaczami jego. 

-  Wyjaśniam  tym  panom  tereźniejsze  położenie  komety  -  odpowie-

dział mi przysuwając się bliżej do mnie. - Kometa odległy jest teraz tylko 
na 160.000 mil od ziemi, która pływa już w jego ogonie. Jutro o siódmej 
godzinie  nastąpi  u  nas  zupełne  zaćmienie  słońca.  To  bardzo  ciekawe  
widowisko! 

-  Lecz co  myślisz o  kierunku  drogi  komety? 
-  Co tu myśleć, on prosto zmierza do Ziemi. Ja dawno ci to przepo-

wiadałem,  lecz  nie  chciałeś  mi  wierzyć. 

-  Prawdziwie    niełatwo    mogłem    wierzyć  w    takie    przepowiednie. 

Ale  na  miłość słońca  i  księżyca  powiedz, czy on spadnie na ziemię, czy  
nie? 

-  Niezawodnie  spadnie  i  narobi  wiele  wrzawy  w  uczonym  świecie. 

Ten głupiec Burubuch twierdził, że komety są złożone z pary i płynu, że 
nie są twarde, lecz miękkie jak zleżałe śliwki. Niechże on teraz spróbuje 
ugryźć  go,  jeżeli  może.  Teraz  sam  widzisz  jak  rdzeń  jego  ciemny,  nie-
przezroczysty i ciężki; składa się on zapewne z ogromnej masy granitu i 
pogrążony jest w lekkiej, przezroczystej atmosferze, tworzącej  się z pary  
i  gazów  na  kształt  naszego  powietrza. 

-  Może więc przez swoje spadnięcie zrządzić okropne  spustoszenia, 

nieprawdaż? 

61 

background image

-  Tak  jest!...  Może...  -  odpowiedział  Szimszik  -  i  niech  zrządza. 

Okrąg  spustoszenia  będzie  ograniczony.  Rdzeń  tego  komety,  jak  ci  już 
mówiłem,  w  największej  swojej  średnicy  trzyma  189  mil,  a  więc  upad-
kiem  swoim  może  przygnieść  trzy  lub  cztery  prowincje,  dajmy  na  to  3 
lub  4  królestwa,  ale  za  to  co  za  szczęście!...  Będziemy  już  z  pewnością 
wiedzieli,  co  to  są  komety  i  z  czego  się  składają.  A  zatem  nie  tylko  nie 
powinniśmy bać się tego upadku, ale przeciwnie - z rozkoszą go pragnąć 
dla rozszerzenia naszych wiadomości. 

-  Jak to? - zawołałem - dla rozszerzenia naszych wiadomości zawalić 

granitem trzy lub cztery mocarstwa? Czyś ty zwariował, Szimsziku? 

-  Zupełnie  nie!  -  odrzekł  astronom  obojętnie,  potem  wziąwszy  mię 

na  stronę,  przydał  z  komicznym  zapałem  -  jesteś  moim  przyjacielem  i 
powinieneś  wraz  ze  mną  żądać  tego  spadnięcia.  Jak  tylko  to  się  stanie, 
zaraz  podam  do  króla  prośbę  wykrywając  głupstwo  i  niedorzeczność 
Buburucha  i  prosząc  o  umieszczenie  mię  w  miejscu  jego  na  posadzie 
królewskiego astronoma z zostawieniem mi i teraźniejszego mego urzę-
du.  Spodziewam  się,  że  ty  i  twój  szanowny  teść  pomożecie  mi  w  tym 
interesie. Poproś także i twojej żony, aby zrobiła co na moją korzyść przy 
dworze,  kobiety,  wiesz,  kiedy  czego  zechcą...  A  przy  tym  nasz  Król  nie 
odrzuci tak  miłej  twarzyczki... 

Zdrętwiałem... 
-  Jak to! Chciałbyś... aby Sajana, aby moja żona... - żywo zawołałem 

i, wyrywając się z oburzeniem, tak go pchnąłem ręką, że garbaty  intry-
gant o mało  nie zleciał z tarasu. 

Pobiegłem do Sajany z zapałem  i namiętnie przycisnąłem ją do mego 

serca. Ona i wielu z gości chciało wiedzieć, co mi powiedział astronom, 
domyślając  się  zapewne,  że  musiał  mi  odkryć  ważną  tajemnicę,  jak  się 
zachowywać  podczas  spadania  komet;  nie  chciałem  wchodzić  w  wyja-
śnienia  i  poprosiłem  mych  gości,  aby  wrócili  do  pokojów.  Na  próżno 
niektórzy  z  moich  młodych  przyjaciół  usiłowali  przywrócić  w  towarzy-
stwie  wesołość  i  chęć  do  zabaw,  wszyscy  byli  zatrwożeni,  zmieszani    i  
smutni. 

Tak widoczne powiększanie się komety zdawało się niejako stwierdzać 

przepowiednie Szimszika, przeto wprawiło wszystkich w trwogę. Pragną-
łem z duszy, aby się wynieśli do domu i zostawili mię samego z żoną, lecz 
w powszechnym zamieszaniu nikt nie myślał o gospodarzu. Tłumne grupy 
mężczyzn  i  kobiet  potworzyły  się  we  wszystkich  pokojach  i  roztrząsały  
skutki mającego nastąpić spotkania się dwóch ciał niebieskich... Jedni 

62 

background image

spodziewali  się  czerwonego  śniegu,  drudzy  rybiego  deszczu,  inni  na 
koniec,  którzy  czytali  dzieło  znamienitego  mędrca  Buburufona,  dowo-
dzili, że kometa rozbije ziemię na kilka części, które przetworzywszy się 
na  kilka  oddzielnych  globów,  pójdą  każdy  właściwym  biegiem  krążyć 
koło  słońca.  Niektórzy  nawet  żegnali  się  z  przyjaciółmi,  na  przypadek 
gdyby po rozbiciu pozostali na oddzielnych kawałkach  rozbitej  ziemi. 

Ta ostatnia teoria podobała się szczególniej wielu małżonkom, którzy 

obiecywali sobie nawet zręcznie przeskoczyć z jednego kawałka na dru-
gi, aby tym sposobem na wieki rozłączyć się już i rozwieść bez żadnych 
zabiegów,  wrzawy,  plotek  i  wydatków.  Każdy  wykładał  swoje  zdanie, 
swoje  nadzieje  i  wszyscy  wychodzili  na  taras,  powracając  do  pokoju  z 
mnóstwem nowych postrzeżeń i wiadomości. Szimszik stawszy się duszą 
ich  sporów,  latał  z  jednego  pokoju  do  drugiego,  zbijał  ich  twierdzenia, 
wyjaśniał każdemu swoją teorię, rysował astronomiczne figury kredą na 
podłodze i zdawał się być jedynym gospodarzem komety i mojego domu. 
Już  mi  nie  stawało  cierpliwości.  Skarżyłem  się,  że  jestem  zmęczony,  że 
mam ból głowy, lecz i tak niewielu postrzegło moje nieukontentowanie i 
zaczęli szukać swoich kołpaków. Na koniec kilku z gości pożegnało nas i 
wyszło.  Mój  teść  kazał  także  przyprowadzić  swego  mamuta,  zapowie-
dziawszy wszystkim uroczyście, że już czas zostawić sam na sam nowo-
żeńców. Chwała słońcu i księżycowi!...  bo nim się co z ziemią stanie, ja 
nie mogę pierwszej nocy po ślubie poświęcić samym tylko teoriom! 

Jużeśmy  się  cieszyli  tym  początkiem,  gdy  dwóch  gości  powróciło  z 

wieścią, że żadną miarą nie można się przetłoczyć do domów, że w mie-
ście wielkie zamieszanie, lud skupia się po ulicach, wszyscy w rozpaczy i  
nikt nie myśli o spaniu. Nowa nieprzyjemność! 

Posłałem  ludzi  dowiedzieć  się  o  przyczynie  niespokojności;  za  kilka 

minut  doniesiono  mi,  że  lud  zupełnie  powstał.  Burubuch  oznajmił  ze-
branemu  tłumowi,  że  on  zawsze  był  osobistym  nieprzyjacielem  szkod-
liwych komet i nawet podawał swe zdanie, aby ten przeleciał mimo Zie-
mi,  nie  przybliżając  się  tak  znacznie  do  niej  i  nie  trwożąc  jej  miesz-
kańców, lecz że Szimszik główny astronom formalnie się temu sprzeciwił 
i  swymi  teoriami  i  pismami  naprowadził  go  na  naszą  stolicę,  i  gdyby 
teraz cokolwiek miało się stać złego, to całą winę tego nieszczęścia trzeba 
przypisać  temu  szarlatanowi,  czarownikowi,  głupcowi,  intrygantowi, 
zawiśnikowi  etc.  etc.  Lud  podburzony  mową  Buburucha  doszedł  do 
wściekłości, tłumnie rzucił się na obserwatorium, potłukł instrumenta, 

63 

background image

zniszczył gmach, zrabował mieszkanie Szimszika i jego samego wszędzie 
szukał,  chcąc  go  poświęcić  na  ofiarę  swojej  zemście.  Nie  można  sobie 
wyobrazić  wrażenia,  jakie  wieść  ta  zdziałała;  wszyscy  przeczuwali,  że 
wściekłość  pospólstwa  nie  ograniczy  się  na  zburzeniu  obserwatorium, 
lecz  trzeba  było  widzieć  twarz  Szimszika  podczas  tego  opowiadania! 
Zbladł, oblał się zimnym potem, przebąknął kilka słów na obronę   swo-
jej   teorii   -   i  skrył   się   nie  czekając  końca  doniesienia. 

W smutnym milczeniu oczekiwaliśmy rozwiązania się zaczętej burzy. 

Ciągle dochodziły nas wieści, że lud coraz większych dopuszcza się gwał-
tów;  rabuje  domy  znaczniejszych  mieszkańców  i  zabija,  kogo  tylko  na-
zwą  astronomem.  Wkrótce  i  wspaniałe  brzegi  Leny,  gdzie  był  położony 
dom  mój,  zaczęły  się  napełniać  hołotą;  z  trwogą  wpatrywaliśmy  się  w 
dzikie postacie błąkających się w mroku i ogłaszających swym krzykiem 
portyki  niezliczonych  domów,  gdy  wtem  grad  kamieni  posypał  się  w 
moje  okna.  Goście  pochowali  się  za  ściany  i  kolumny;  Sajana  we  łzach 
rzuciła mi się na szyję; świekra zemdlała; wuj krzyczał, że mu skaleczono 
nogę,  zamieszanie  było  powszechne.  Dowiedziawszy  się,  że  dzika  tłusz-
cza  uważa  balowe  oświetlenie  mojego  domu  za  obrazę  powszechnego 
smutku,  kazałem  pogasić  lampy  i  pozamykać  okiennice.  Zostaliśmy  w 
ciemności prawie, lecz niemniej przyrządzaliśmy wszystko do odporu na 
przypadek napadu. Widok mnóstwa sług, koni, słoni i mamutów zebra-
nych  na  podwórzu  mojego  domu,  a  należących  do  znajdujących  się  u 
mnie panów, wstrzymał rokoszan od dalszych pokuszeń. 

W kilka chwil potem około mojego domu trochę się uspokoiło, lecz w 

drugich częściach  miasta rozruch, trwał ciągle. 

Dzień  już  świtał.  Nie  mając  śmiałości  w  podobnym  przypadku  wy-

pędzić gości moich na ulicę, zaproponowałem im, aby się pokładli spać 
jak kto może, na sofach, na kanapach, a nawet i krzesłach. Wszyscy się 
zakrzątnęli, a ja korzystając z ogólnego rozruchu, zawlokłem moją Saja-
nę do sypialni, z gustem i królewskim prawie przepychem ubranej. Ona 
drżała i rumieniła się, ja także drżałem, lecz dodawałem jej odwagi poca-
łunkami, ośmielałem czułymi przysięgi, gorzałem płomieniem, zamkną-
łem  drzwi  i  byłem szczęśliwy. 

Wszystkie bunty świata, wszystkie miotły niebieskie i komety nie są w 

stanie  zakłócić  szczęścia  dwojga  młodych  kochanków,  gdy  znajdą  się  po 
raz pierwszy sam na sam przy łożu małżeńskim. Byliśmy sami w pokoju i 
sami na całej ziemi. Sajana z rozkosznym niepokojem opasała  mnie  bia-
łymi jak  mleko  rękoma  i  kryjąc na mych piersiach zarumienione 

64 

background image

dziewiczym wstydem lica mocno się do mnie przytuliła, mocno jak dzie-
cię żegnające na wieki swoją najdroższą matkę. Ja tymczasem spiesznie 
zdejmowałem  z  jedwabnych  jej  włosów  bogatą  ślubną  zasłonę,  z  lekka 
zrywałem  przezroczystą  chustkę,  rozwiązywałem  rękawy  i  odpiąłem 
suknię z tyłu, a ta ostatnia, zślizgając się po jej nadobnym gorsie, szybko 
się  zsunęła  na  podłogę,  odkrywszy  mym  oczom  szereg  czarujących 
wdzięków.  Chciwie  okryłem  je  mymi  spiekłymi  ustami.  Zdawało  się,  że 
żadna  siła  nie  byłaby  w  stanie  rozerwać  konwulsyjnego    naszego    obję-
cia. 

Zlani  ogniem  miłości  w  jedno  ciało,  w  jedną  duszę,  staliśmy  chwil 

kilka w tym położeniu w środku pokoju bez tchu,  bez  czucia, bez  ~ pa-
mięci... gdy wtem ktoś nagle za nami kichnął. Nigdy uderzenie piorunu 
trzaskającego  nad  naszymi  głowami  nie  mogłoby  nagiej  wyprowadzić 
nas  z  słodkiego  upojenia  i  zatrzymać  w  sercach  naszych  ognisty  potok 
namiętności jak to słabe działanie zakatarzonego ludzkiego nosa. Sajana 
krzyknęła  i  padła  na  ziemię,  ja  odskoczyłem  kilka  kroków  w  tył  i  zdzi-
wiony obejrzałem się na wszystkie strony. W sypialni jednak oprócz nas 
nikogo  nie  było...  Obejrzałem  wszystkie  kąty  i  nie  znalazłszy  żywej  du-
szy, upewniłem żonę, że to tylko nam się tak zdało. 

Lecz ledwie com zdołał kilkoma pocałowaniami uspokoić Sajanę, gdy 

znów  dało  się  słyszeć  kichanie,  teraz  już  w  wiadomym  miejscu,  bo  pod 
naszym  łóżkiem.  Zajrzałem  tam  i  spostrzegłem  dwie  nogi  w  butach.  W 
pierwszym  zapędzie  gniewu  chciałem  na  miejscu  zabić  nieszczęśliwego 
zuchwalca,  który  się  ośmielił  wyrządzić  podobną  krzywdę  młodej  mał-
żonce,  i  świętokradzką  swoją  obecnością  skalać  nienaruszone  tajniki 
prawej  miłości.  Porwałem  go  za  nogi,  wywlokłem  spod  łóżka    krzycząc 
strasznym głosem. 

-  Kto  tu?!...  Kto?!...   Po co?!...  Zabiję cię,  nędzniku!... 
-  Ja!...  Ja!...  Poczekaj,  mój  kochany!  Puść  mię!...  a  sam  wylezę!  - 

odpowiedział gość nieproszony. 

-  Coś  ty  za jeden?... 
-  Nie  gniewaj  się.  To ja.   Ja...   twój   przyjaciel... 
-  Kto?  Jaki  przyjaciel? 
-  Ja,   twój   przyjaciel...   Szimszik. 
Opadły  mi  ręce.  Domyśliłem  się,  że  chcąc  się  ukryć  od  poszukiwań 

tłuszczy  jedynie  ze  strachu  wlazł  pod  nasze  łóżko  i  mój  gniew  zamienił 
się w wesołość. Nie zważając na rozpacz wstydliwej Sajany, nie mogłem 
się  wstrzymać  od śmiechu. 

65 

background image

-  Coś  tu  robił,  niegodziwcze? -  zapytałem  ż udaną surowością. 
-  Ja?...  Ja,  bracie,  nic  złego  nie  robiłem  -  odpowiedział  cały  drżący 

gramoląc się pod łóżkiem - ja chciałem robić spostrzeżenia nad  zaćmie-
niem  słońca. 

Mój  gniew  znowu  był  rozbrojony.  Podczas  gdy  pomagałem  tchórzli-

wemu  astronomowi  wydobyć  się  spod  łóżka,  Sajana,  na  moją  prośbę 
zarzuciwszy  na  siebie  nocne  odzienie  wybiegła  bocznymi  drzwiami  do 
pokojów mojej  matki. 

Okropnie  zmartwiła  się  tym  przypadkiem  i  moim  niewczesnym 

śmiechem i wychodząc z sypialni gniewnie krzyczała na wpół z płaczem, 
że  to  się  nie  godzi!...  Widać,  że  jej  nie  kocham,  mówiła,  kiedy  za  miast 
zabić  kindżałem tego  głupca, śmieje się z nim razem z jej  pohańbienia, 
że nigdy już do mnie nie wróci!... Otóż skąd się wzięła bieda! 

Ściana  II 

Poleciałem  w  ślad  za  Sajana,  chcąc  uspokoić  ją  wyznaniem  winy  i 

przyrzeczeniem  ukarania  astronoma,  lecz  u  mojej  matki  było  mnóstwo 
kobiet  po  większej  części  na  wpół  już  rozebranych,  które  za  moim  zja-
wieniem  się  we  drzwiach  wszczęły  taki  krzyk,  że  przymuszony  byłem 
uciec nazad do sypialni. Wracając przysiągłem, że zabiję Szimszika, lecz 
gdym  spojrzał  na  długą,  martwą  ze  strachu  twarz  jego,  znowu  nie  mo-
głem  się  wstrzymać  od  śmiechu!  Wziąłem  go  na  koniec  za  rękę  i  bez 
żadnych ceremonii  popchnąłem  kolanem do sali,  gdzie na  moje  zadzi-
wienie  nikt ani  myślał o  spaniu. 

Wszyscy goście moi przechadzali się po pokojach z wielką niespokoj-

nością.  Nieznośny  zaduch  nagle  rozlany  w  atmosferze  odjął  im  sen,  a 
smutne wieści z miasta o swawoli burzliwej czerni i widok komety jesz-
cze  okropniejszego  przy  pierwszych  promieniach  wschodzącego  słońca  
mogły wzruszyć  i  najzimniejszy  umysł 

Skórom się tylko zjawił, wielu prawie siłą zawlekli mię na taras,  aby  

pokazać, co  się  dzieje  na  ziemi  i  na niebie. 

Zlodowaciałem ze strachu. Kometa podobny był wtedy wielkiej okrą-

głej chmurze i zakrywał całą wschodnią część nieba; stracił tę bogatą  

66 

background image

lśniącą  obwódkę  i  przyjął  rudawy  kolor,  który  co  chwila  ciemniał  bar-
dziej. Słońce niedawno jeszcze weszło i już zachodnią swoją częścią kryło 
się za krawędź tej olbrzymiej kuli. U nóg moich miasto wrzało głuchym 
szumem;  w  wielu  miejscach  wznosiły  się  gęste  masy  dymu,  w  którym 
wrzał  płomień  pożaru;  po  ulicach  przesuwały  się  tłumy  krwią  zbroczo-
nych łupieżców i przed obliczem strasznego niebezpieczeństwa grożące-
go pochłonieniem całej natury z dziką chciwością znoszących do ogólnej 
mogiły wydarte swym braciom  bogactwa.  W  kwadrans czasu słońce się 
skryło zupełnie za rdzeń komety, któregośmy teraz widzieli czarnym jak 
smoła, i w tak bliskiej od ziemi odległości, że można było nawet widzieć 
znajdujące się na nim wklęsłości, wzgórza i inne nierówności. W atmos-
ferze zaległ nocny prawie zmrok i uczuliśmy znaczne ochłodzenie. 

Kobiety zaczęły płakać, mężczyźni okazywali jeszcze niejaką odwagę, 

a nawet starali się być uprzejmi, chociaż niejeden  w  udanym uśmiechu 
połykał  łzy   mimowolnie  spływające   z  powiek. 

Mnie  udało  się  dojść  do  Sajany.  Ona  dzieliła  ogólny  smutek,  a  przy 

tym gniewała się na mnie. Wziąłem ją za rękę, wyrwała mi ją i nie chcia-
ła  ze  mną  mówić. 

Padłem  na  kolana,  błagałem  o  przebaczenie,  zaklinałem  ją  i  zapew-

niałem o mojej nieograniczonej miłości, przyrzekłem jej moje poświęce-
nie  się  i  posłuszeństwo...  niczym  jej  przebłagać  nie  mogłem.  Wyrzekła 
nawet  okropne  w  małżeństwie  słowo  »zemsta!...« 

Zimny dreszcz przebiegł po moich żyłach, wiedziałem bowiem, jakim 

sposobem  u  nas  kobiety  mściły  się  na  swych  mężach  i  kochankach. 
Groźba ta przywiodła mię  do szaleństwa. Pogniewaliśmy się na dobre  i 
pomieszany, blady, z desperacką twarzą i płomieniejącym okiem wybie-
głem  z jej  pokoju. 

Na domiar mej rozpaczy nagle znalazłem się pośród moich gości. Nie 

myśleli już o komecie, ani  o buncie i  pożarze stolicy.  Zdziwiłem się na-
wet ich szczęśliwą i wesołą postacią. Zgadnijcież, co ich uszczęśliwiło? - 
Moje  nieszczęście!  Opowiadali  już  do  ucha  jeden  drugiemu  ciekawe 
nocne zdarzenie w mojej sypialni. Jedni zapewniali, że nowo zamężna z 
krzykiem i płaczem uciekła ode mnie do swojej matki, drudzy poważnie 
wyjaśniali  ten  postępek  różnymi  niedorzecznymi  na  mój  rachunek  do-
mysłami, inni na koniec z pewnością dowodzili, że Sajana przymuszona 
była pójść za mnie, że ona mnie nie cierpi, i że ja zastałem ją w sypialni z 
młodym  i  pięknym  człowiekiem,  jej  kochankiem,  który  natychmiast  
schował  się  pod łóżko. 

67 

background image

Szydercze  spojrzenia,  napomknienia  ironiczne,  dowcipne  słówka  o 

szczęściu w małżeństwie, udane politowania, które się sypnęły na mnie 
ze  wszystkich  kanap  i  krzeseł,  jasno  dały  mi  odczuć,  że  moje  szczęście 
domowe  rozszarpano  już  zębami  potwarzy,  że  moi  kochani  przyjaciele, 
zepchnąwszy mój i mojej młodej żony honor w przepaść swojej obmowy, 
spieszyli przywalić go wyskokami swego dowcipu, strząsnąwszy na niego 
zgrozę  swoich  występków..  Zmierzyłem  myślą  tę  przepaść  i  moim  tro-
skom  i  memu  oburzeniu  nie  było  miary.  Na  domiar  tego,  że  przyzwo-
itość nakazywała mi pokazywać wesołą twarz, uśmiechać się i  po  przy-
jacielsku  ściskać  ręce  moich  zabójców. 

O ludzie! Szkaradni ludzie! Złość wasza silniejszą jest nad bojaźń, go-

towi jesteście iść za jej popędem w ostatniej nawet chwili waszego bytu. 
Społeczeństwo!  Gorzki  zbiorze  tysiąców  jadowitych  namiętności! 
Okrutne  doświadczenie  dla  nieskalanego  jeszcze  serca!  Jeśli  już  masz 
zginąć  tu  razem  z  nami,  to  się  cieszę  z  duszy,  żem  dał  bal  na  twój  po-
grzeb. 

Nie  wiedząc,  gdzie  się  ukryć  przed  ludźmi  i  przed  samym  sobą,  po-

szedłem znowu na taras, usiadłem w miejscu samotnym i złośliwie cie-
szyłem się widokiem mnóstwa pożarów,  którym mrok zaćmienia  nada-
wał  wspaniałość  rozwartego piekła. 

Tymczasem,  zmordowani  nocnym  rozbojem,  i  zaskoczeni  północ-

nym,  wśród  dnia,  mrokiem,  buntownicy  rozproszyli  się  powoli,  a  na 
koniec i  moi  drodzy goście zaczęli się  rozjeżdżać. 

Zasnąłem pod rozpostartym na tarasie namiotem, aby ich nie widzieć  

i  nie  żegnać się z nimi. 

Zaćmienie trwało do drugiej godziny po południu. W przeciągu tego 

czasu  niebo  się  trochę  rozjaśniło,  a  wąska  krawędź  słońca  błysnęła  z 
obróconego  na  zachód  brzegu  komety. 

Obudziłem  się,  zeszedłem  na  dół  i  już  nikogo  nie  zastałem  w  poko-

jach. Wkrótce słońce w całym swym blasku zajaśniało, lecz podczas jego 
nieobecności okrąg komety znacznie się rozszerzył. Z jednej strony wiel-
ka część brudnego i strzępiastego jego okręgu ginęła za wschodnią gra-
nicą horyzontu, gdy tymczasem przeciwny brzeg jego podpierał sklepie-
nie  nieba.  Takie  powiększenie  się  jego  powierzchni,  przy  widocznym 
oddaleniu się na wschód, jasno dawało poznać, że kometa ukośnie  leci  
ku  ziemi.  O  piątej  po  południu  zupełnie  zaszedł. 

Zastałem Sajanę i  matkę moją we łzach. Nie  wiedząc,  co się ze mną 

stało,  dręczyły  się  smutnymi  domysłami,  czyli  czasem  nie  wyszedłem  z 
gośćmi na ulicę i nie zostałem zabity za moje z Szimszikiem związki. 

68 

background image

Zjawienie się moje mocno je uradowało. Zona już się nie gniewała na 

mnie. Uścisnęliśmy się  przed obiadem, podczas obiadu byliśmy  bardzo  
czuli,  a  po obiedzie jeszcze  czulsi... 

Znajdowaliśmy się wtenczas w sypialni. Słońce już zachodziło. Sajana 

siedziała  na  mych  kolanach,  skłoniła  piękne  swe  czoło  na  moje  ramię 
objąwszy szyję moją rękami. Trzymałem ją w objęciach i z uniesieniem 
czułego kochanka zapewniałem, że teraz nic już nas nie rozłączy, nic nie 
zakłóci  naszego  szczęścia.  Ona  stwierdziła  tę  przepowiednię  pło-
mienistym dziewiczym długim, długim  pocałowaniem i  spojeni  magne-
tyczną jego siłą. poiliśmy się najczystszą słodyczą, oddychając jednym i 
tymże  samym  powietrzem,  czując  i  żyjąc  jedną  i  tąż  samą  duszą,  gdy 
nagle  usta  nasze  rozerwane  zostały  okropnym,  niespodzianym  wstrzą-
śnieniem  całego  pokoju.  Zdawało  się,  jakby  podłoga  zapadła  się  pod 
nami. Drugie zaraz uderzenie wznowiło toż samo uczucie, a przeraźliwe  
wycie  psów potwierdziło wszystkie domysły. 

Porwałem Sajanę za rękę i szybko ku drzwiom powlokłem, wołając: 
-   Moja droga!  Trzęsienie ziemi!  Trzeba  uciekać z pokojów! 
Przebiegliśmy  długi  szereg  pokojów  pośród  ciągłego  trzęsienia,  po-

wtarzającego się coraz częściej i mocniej. Lampy, lichtarze, posągi, ma-
lowidła, wazy, krzesła, stoliki, wszystko waliło się jedno za drugim. Pod-
łoga chwiała się pod nami jak pokład kołysanego bałwanami okrętu. 

Krzyczałem na ludzi moich, aby się ratowali, biegli na podwórze, że-

by wyprowadzali ze stajen konie, mamuty, mastodonty, a sam, z drżącą 
Sajaną,  pędziłem  do  schodów,  przeskakując  przez  obalone  sprzęty  i  
pochylając się przed  padającymi ze ścian  sztukateriami. 

Tylko  cośmy  do  sieni  wyjść  zdążyli,  gdy  w  wielkiej  sali  runął  sufit 

ułożony z długich i szerokich kamiennych tafli. Na schodach, gdzie my, 
słudzy moi i niewolnicy skupili się razem, dwa nowe ziemne wstrząśnie-
nia z dwóch przeciwnych stron pochodzące zwaliły nas wszystkich z nóg 
i  potoczyliśmy  się  na  dół  jeden  przez  drugiego  po  zgruchotanych  stop-
niach. 

Jęk  ranionych,  krzyk  przelękłych  i  przygniecionych  ogłuszyły  mnie 

zupełnie, lecz miłość wróciła mi przytomność umysłu i nie puściłem rąk 
Sajany.  Tym  sposobem  utrzymaliśmy  się  na  ruinach  obalonych  ścian, 
filarów,  ludzi  nie  spadłszy  na  połamane  kawały  kamieni,  o  które  wielu  
zupełnie się rozbiło. 

Wstawanie  jednak  niebezpieczniejszym  było  od  upadnięcia,  jedno-

czesne  usiłowanie  wszystkich  wydobyć  się  spod  kupy  sprawiło  zamie-
szanie powszechne. Każdy potrącał lub chciał zepchnąć z siebie sąsiada. 

69 

background image

Przy  pomocy  jednego  niewolnika,  który  szczęśliwie  zdołał  utrzymać 

się  na  schodach  i  porwał  na  ręce  Sajanę,  wydobyłem  się  z  leżącego  w 
nieporządku tłumu  i  we troje najprzód wyskoczyliśmy  na podwórze. 

W  tej  samej  chwili  pozostała  gromada  zastała  zgnieciona,  rozmiaż-

dżona,  zmielona,  zduszona  nagle  spadłym  na  nią  pysznym  sklepieniem 
moich  sieni,  a  krew  z  niej  wyciśniona  trysnęła  przez  szczeliny  na  
wszystkie strony jak  woda od rzuconego ciężaru. 

Byliśmy  już  na  dworze,  lecz  jeszcze  nie  uniknęliśmy  niebezpieczeń-

stwa.  Moje  mastodonty,  mamuty,  słonie,  konie  i  wielbłądy,  natchnione 
instynktem  przy  pierwszych  oznakach  trzęsienia  ziemi,  siłą  rozerwały 
swe  pęta.  Wyłamały  drzwi  zagrody  i  wybiegły  na  odkryte  powietrze. 
Podwórze było już nimi napełnione, kiedyśmy na nie  weszli. Ich niepo-
kój  i  drżenie,  wraz z okropnym  rykiem,  powiększyło zamieszanie. 

Położenie  nasze  było  okropne.  Z  jednej  strony  walące  się  całe  rzędy 

kolumn,  całe  ściany  mego  pysznego  pałacu  jak  dziecinne  zabawki  ta-
jemną  poruszone  sprężyną  staczały  pod  nogi  nasze  ogromne  bryły  ka-
mienia,  zasypywały  oczy  kurzem,  a  z  drugiej  strony  rozjuszony  masto-
dont lub mamut jednym zamachem olbrzymich swoich kłów, podobnych 
do  ogromnych  kościanych  kłód,  jednym  uderzeniem  grubych  nóg  swo-
ich  mógł  nas zgładzić  i  zdeptać. 

Tymczasem  piekło  wrzało pod  naszymi  stopami.   Podziemny grom 

z głuszącym trzaskiem i hukiem nieustannie rozlegał się po wierzchnich 
warstwach    ziemi,    która,    to  rozwierając  się  i  podejmując  do  góry,  to 
znów  spadając,  tworzyła  straszliwe  rozpadliny jak  zwały  fal oceanu. 

W jednej chwili powierzchnia jej kołysała się z północy na południe i 

wtem nagle ruch jej odmienił kierunek od  wschodu na zachód i na od-
wrót. Potem zdało się nam, jakby ziemia krążyła pod nami; my, wielbłą-
dy, konie padały jak opojone, jedne tylko mamuty i mastodonty, rozsta-
wiwszy szeroko swe, nogi i kręcąc trąbami dla równowagi, utrzymywały  
się  na  nogach. 

Z całej rodziny tylko ja, Sajana i mój najmłodszy brat zostaliśmy przy 

życiu,  reszta  -  wszyscy,  moja  matka,  siostry  i  większa  połowa  sług,  nie 
znalazłszy wyjścia, poginęli w różnych częściach zabudowania. 

Trzęsienie ziemi nie ustawało, lecz nie było już tyle przerażającym. W 

dwie  godziny  takeśmy  się  już  do  niego  przyzwyczaili,  jakby  było  zwy-
czajnym  działaniem  naszej  ziemi.  Każdy  wybrał  sobie  bezpieczne  miej-
sce  i  czekał  końca  burzy. 

Nie  lękaliśmy  się  więcej  przygniecenia  rozwalających  się  portyków  i  

ścian, gdyż dom do szczętu już był  zburzony. Przedstawiał płaską 

70 

background image

przestrzeń  rozwalin  zawierających  i  podwórze  i  nas  w  swoim  okręgu. 
Belki  i  kolumny  były  pomieszane  w  dziwnym  nieporządku,  wiązania 
dachów  i  pięter  były  porozrywane,  każdy  kamień  leżał  osobno  albo 
przywalony drugim kamieniem, albo koło drugiego. Gruzy te zdawały się 
być  ożywione  konwulsyjnym  życiem  robaków  na  kupę  zgromadzonych. 
Z każdym powtórzeniem się trzęsienia, gdy ziemia podnosiła się i opada-
ła, ruszały się i przewracały, stawały pionowo, padały i przesypywały się 
z  jednego  miejsca  na  drugie,  wyrzucając  czasami  zgniecione  części  ciał 
ludzkich i znowu  połykając je w rozwalinach. 

Wszystko było stracone. Trzeba było myśleć o przepędzeniu nocy pod 

gołym  niebem,  pośród  chwiejącej  się  ziemi,  zajmującej  szeroką  prze-
strzeń  ruchomych  gruzów  i  rozwalin.  Niewielka  ilość  sukien,  a  jeszcze 
mniejsza jedzenia wyratowanego przez moich ludzi, to było wszystko, co 
mogło  nas  okryć  i  zasilić;  rozdzieliliśmy  je  na  różne  części.  Dwa  małe 
bochenki chleba i kawałek pozostałego z obiadu anoploteriona 

1

 składały 

się  na  posiłek  Sajany,  mój  i  brata  mego.  Otuliłem  moją  jeszcze  czystą 
żonę w  płaszcz jednego koniuszego  i  w tej  postawie  zamierzaliśmy cze-
kać poranku. 

1Anoplotherium gracile, rodzaj przedpotopowej gazeli. Przyrządzone z niego 

pieczyste na hiszpańskim sosie z solonymi syberyjskimi bananami, podług zda-
nia uczonego Schlotheima   miało  być  bardzo  smacznym.   Dodatek   Szpure-
mana.  -  Przyp.  aut. 

Nie zważając na burze wrzące wewnątrz naszego planety, który, zda-

wało  się,  że  powinien  był  się  roztrzaskać  na  drobne  kawałki,  na  po-
wierzchni jego panowała najpiękniejsza noc jasna, cicha jak wczorajsza. 
Księżyc  białymi  promieniami  posrebrzał  mogilnik  naszej  stolicy.  Niebo 
iskrzyło  się  tysiącem  gwiazd;  komety  widać  nie  było.  Myśleliśmy,  że 
wzejdzie  później,  omyliliśmy  się  jednak  w  naszych  oczekiwaniach.  Czy 
rzeczywiście  zginął?...  Czy  też  spadł  gdzie  na  Ziemię!...  To  trzęsienie 
ziemi nie jestże skutkiem tego spadnięcia?... Przeklęty Szimszik! Upew-
niał,  że  ten  kometa  zburzy  te  tylko  miejsca,  o  które  się  rozbije...  Lecz 
spadł,  a  więc  twierdzenie  Szimszika  sprawiedliwe  i  on  rozumniejszym 
jest od Burubucha!... Zresztą, jak dodała Sajana, jest to tylko przypadek: 
jeden  z  nich  twierdził,  że  kometa  upadnie,  drugi,  że  mimo  przeleci  - 
jedno z dwojga koniecznie stać się musiało. 

Kiedyśmy byli zajęci podobnymi uwagami, podziemne uderzenia sta-

wały  się  coraz  rzadsze  i  słabsze.  Gromy  wrzące  wewnątrz  Ziemi  za-
mieniły się na stłumiony huk, który niekiedy zupełnie ucichał. W czasie 

71 

background image

małej tej przerwy burz przyrody płacz żon i matek, jęk ranionych i umie-
rających, krzyk, czyli raczej lament, i wycie rozpaczy ocalonych od zgu-
by, lecz pozbawionych przytułku i pożywienia okropnie słuch nasz raziły 
i  rozdzierały  serce.  Dosyć  było  obejrzeć  się  na  własne  nasze  położenie, 
aby zrozumieć nędzę i rozpacz innych. 

Na  koniec  nadszedł  dzień.  Nie  poznawaliśmy  prawie  wczorajszych 

rozwalin.  Długie  belki  i  ogromne  kamienie  były  na  proch  zmielone  i 
jakby w moździerzu stłuczone, a miasto przedstawiało widok ogromnego 
stepu gruzów. 

Wspaniała  Lena  przed  moimi  płynąca  oknami  porzuciła  swe  dawne 

koryto i obrała sobie inny kierunek przez zburzone baszty, rozesłane po 
ziemi  ściany  pałaców  i  świątyń.  W  wielu  miejscach  gruzy  i  rozwaliny 
tamowały jej bieg i zmusiły ją przez to rozszerzyć się w różnych kierun-
kach. 

Na placach, na podwórzach znaczniejszych domów i w rozpadlinach 

ziemi potworzyło się mnóstwo kałuż, a cała zachodnia część miasta mia-
ła widok różnej wielkości jezior, z których tu i ówdzie sterczały samotne 
kolumny  i  kominy,  dziwnym  zrządzeniem  przyrodzenia  nie  tknięte  na 
swych posadach jakby nagrobki zagrzebanego u stóp ich miasta. Wylew 
wody  nie  dotknął  jeszcze  wschodniego  brzegu,  gdzie  był  mój  dom  zbu-
dowany, lecz widzieliśmy, że podobne kałuże zaczynają się zjawiać i z tej 
strony dawnego koryta rzeki. 

Trzęsienie ziemi ustało prawie i tylko czasami mocniejsze lub słabsze 

uderzenia  zdawały  się  wznawiać  wczorajsze  okropności.  Nie  było  więc 
po co siedzieć na miejscu. Wszyscy, kto tylko zdołał się uratować, szukali 
schronienia  na  wzgórzach  ze  wschodu  otaczających  Chuchurun;  my 
także poszliśmy za przykładem innych. 

Zabudowania,  w  których  mieściły  się  moje  stajnie,  mamuty,  masto-

donty  i  część  sług  były  zbudowane  z  pięknego  rajskiego  drzewa,  roz-
rzuciwszy  więc  połamane  belki,  wydobyliśmy  co  było  jeszcze  zdolnego 
do  użycia  i  ułożywszy  ten  ostatni  zabytek  naszego  bogactwa  ja,  Sajana, 
mój  brat,  dwóch  niewolników  i  jedna  służąca  siedliśmy  na  mego  ulu-
bionego  rudego  mamuta,  reszta  zaś  ludzi  zabrała  się  na  słonie  i  wiel-
błądy lub też prowadzili konie; tak roztasowawszy się, ruszyliśmy w dro-
gę  przez  rozwaliny  mego  domu.  Po  długich  walkach  z  przeszkodami 
dostaliśmy  się  na  koniec  na  długą  i  szeroką  ulicę  prowadzącą  do 
wschodnich  rogatek  miasta  i  złączyliśmy  się  z  tłumem  ludzi  w  jedną  z 
nami dążących stronę. 

72 

background image

Nie mogę wyrazić wrażenia, jakie zdziałała na mnie długa ta pogrze-

bowa  procesja,  przedzierająca  się  z  wolna  i  smutnie  drożyną  pomiędzy 
wysokimi zwałami gruzów. Podobnie jak my, w innych ulicach ciągnęły 
także  długie  pasma  wylazłych  z  mogiły  swojej  potępieńców.  Nie  tylko 
ludzie, lecz i zwierzęta nawet czuły cały ogrom tego nieszczęścia. Mamu-
ty  jawnie  dzieliły  nasz  smutek.  Szlachetne  te  zwierzęta,  najpierwsze  w 
przyrodzeniu po człowieku, a nawet przechodzące wielu ludzi, obdarzo-
ne  od  natury  rzadką  pojętnością  i  szczególną  tkliwością,  w  milczeniu 
powszechny smutek podzielały. Mój rudy mamut, łatwo pojmujący trzy 
obce  dialekty,  bił  się  trąbą  po  bokach  przechodząc  koło  zburzonych 
mieszkań  moich  przyjaciół,  których  on  za  swoich  uważał.  Ujrzawszy 
mego  wuja,  przechadzającego  się  po  rozwalinach  swego  nowego  domu, 
stanął i nie chciał iść dalej, pókiśmy nie powiedzieli kilka pocieszających 
słów starcowi. 

-  Moje obrazy!... Moje antyki!... - wołał wuj mój żałosnym głosem. - 

O,  gdybym  przynajmniej  mógł  wyszukać  moją  patelnię  drugiego  wieku 
od stworzenia, za którą tak drogo zapłaciłem!... 

-  Weź - rzekłem - kochany wuju, zamiast tej patelni jedną cegiełkę z 

rozwalin twego domu, on od dnia wczorajszego przeszedł w szereg kosz-
townych antyków 

-  Ty  nie  znasz  się  zupełnie  na  starożytnościach!  -  odpowiedział  mi 

mój wuj i znów zaczął grzebać w rozwalinach. Wywlókł z nich jakiś gał-
ganek  i  z  zapałem  opisywał  nam  jego  przymioty,  lecz  mój  mamut  po-
strzegłszy, że trzęsienie ziemi nie zrobiło wuja rozumniejszym, nie chciał 
słuchać głupstw i ruszył dalej. 

Żal wuja za przedmiotem tak nikczemnym uśmiech we mnie obudził, 

lecz  to  tylko  moment  -  i  znowu  pogrążyłem  się  w  ponurym  dumaniu, 
które  ciężyło  od  samego  rana  na  moim  sercu.  Oprócz  zmartwienia, 
wzbudzonego powszechną klęską, miłość moja dla Sajany była najgłów-
niejszą ich przyczyną. 

Przymuszony  bowiem  byłem  dręczyć  się  zazdrością,  nawet  pośród 

wzburzenia całej natury. Sajana płakała, nie chciała za mną mówić, od-
rzucała  me  prośby  i  błagania;  ja  na  nieszczęście  wiedziałem  przyczynę 
tego smutku. Nie żałowała ona straconego majątku, nie płakała po zgo-
nie rodziny i ojczyzny, zniszczenia kilku kroć sto tysięcy współobywateli, 
lecz  żałowała  pysznych  salonów  i  zniknienia  towarzystwa,  tego  wybra-
nego,  szumnego,  świetnego  towarzystwa,  w  którym  górowała  swoją 
pięknością,  gdzie  uszczęśliwiała  jednym  uśmiechem  i  przywodziła  do 
rozpaczy  surowym  spojrzeniem,  gdzie  żyli  jej  wielbiciele,  gdzie  ćmiła  i 
upokorzała rywalki. 

73 

background image

Ochrona jednego kochanka, jednego wiernego  przyjaciela nie mogła 

wynagrodzić  jej  tłumu  zimnych  zalotników  rozpierzchłych  razem  z  bu-
rzą,  roju  pięknych  motylków,  z  którymi  igrała  przez  całą  swą  młodość. 
Ja dla niej niczym byłem, czyli raczej byłem wszystkim - lecz jeden tylko. 
Sądziła, że we dwoje będzie nam smutno!! Twierdziłem przeciwnie, do-
wodząc że bez tych panów będzie nam daleko weselej. Lekkie uniesienie 
próżności, którego pozwoliłem sobie,, bardzo się jej nie podobało. Roz-
gniewała się i pokłóciliśmy się jadąc na mamucie. Obróciliśmy się tyłem 
do  siebie.  Mój  mamut  wyprostował  trąbę  do  góry  na  kształt  słupa  na 
znak,  że  niepięknie  się  kłócić  wobec  całego  miasta.  Powiedziałem  ma-
mutowi, że jest głupi. 

Tak  więc  moich  miłosnych  trosk,  pomyślałem  sobie,  nie  mogło  za-

kończyć  ani  małżeństwo,  ani  trzęsienie  ziemi!!  To  prawie  nie  do  uwie-
rzenia.  Otóż  co  znaczy  kobieta  wychowana  w  wirze  modnego  świata! 
Trzebaż  więc,  żeby  te  kobiety  były  tak  piękne,  i  żeby  ludzie  musieli  się 
tak zapamiętale w nich kochać?... Jużeśmy wyjechali z miasta, już wjeż-
dżaliśmy na wzgórze, a jeszcześmy z sobą ani słowa nie mówili. 

Ziemia,  po  której  jechaliśmy,  była  potrzaskana  w  różne  desenie,  i 

często  napotykaliśmy  różne  rozpadliny,  przez  które  trzeba  było  prze-
skakiwać.  Wzgórki  były  zniszczone,  jedne  się  rozsypały  i  spłaszczyły, 
drugie leżały rozbite na kilka części. W innych miejcach rozwarty plane-
ta wyrzucił z łona swego masę ogromnych skał. Dawne jeziora znikły, a 
w ich miejsce zjawiły się inne. 

Najwidoczniejszym  znakiem  zburzenia  były  drzewa,  lasy  z  korzenia 

wyrwane,  w  gajach  i  na  polu  nie  pozostało  żadne  drzewo  w  pionowym 
kierunku do ziemi; wszystkie stały ukośnie pod różnymi kątami i każde 
w  inną  stronę  pochylone.  Wiele  dębów,  buków,  sykomorów,  platanów 
było skręconych jak lipowe gałązki, a niektóre tak rozpadły się, że czło-
wiek bezpiecznie mógłby przez pień ich przejść jak przez drzwi. 

Długo  szukaliśmy  całego  i  niczym  nie  zajętego  kawałka  ziemi,  gdzie 

by  można  było  czas  jaki  pobyć;  na  koniec  zatrzymaliśmy  się  w  palmo-
wym  gaju.   Ludzie  moi  postawili  nam  natychmiast   namiot  z gałęzi. 

Nadspodziewanie  znaleźliśmy  się  tu  wpośród  naszych  znajomych: 

chmura  elegantów  zleciała  się  do  nas  z  całego  gaju.  Opowiadania  o 
wczorajszych  zdarzeniach,  żarty  z  pierwszego  niebezpieczeństwa,  kom-
plementa, pochlebstwa i obmowa zamieniły nasze schronienie w świetny 
salon, czyli w świątynię obłudy. 

Sajana w moment się rozweseliła. Znowu się uśmiechała, znowu 

74 

background image

panowała nad całym męskim rodem i była szczęśliwą. W powszechnie i z 
wielką biegłością rzucanych miłych spojrzeniach i ja - pokorny mąż, jej 
sługa  miałem  honor  odebrać  jedno,  w  którym  wielkimi  hieroglifami 
wyrażone było przebaczenie za moją zazdrość i za niedorzeczne żądanie, 
aby żona moja tylko mnie jednemu podobać się miała. O małom nie pękł 
ze złości. 

Wkrótce  przekonaliśmy  się,  że  nie  tylko  Lena  zmieniła  dawne  swe 

koryto,  ale  wszystkie  rzeki  i  potoki  wyszły  z  brzegów  swoich,  a  na-
potkawszy zawady, poczęły zalewać równiny. 

Woda ukazała się niedaleko naszego koczowiska i zajmowała coraz to 

większą  przestrzeń.  Niektórzy  twierdzili,  że  spod  ziemi  wychodzi,  i  tu 
pierwszy  raz  wyrzeczone  zostało  okropne  i  straszne  słowo  „potop!”  Po-
wszechnym było zdaniem uchodzić na Saacharskie góry, dokąd niektóre 
familie  udały  się  jeszcze  ze  wschodem  słońca.  Gaj  w  momencie  ożywił 
się powszechnym ruchem. Jedni układali swoje zabytki, drudzy siodłali 
konie i słonie. 

Kiedy ludzie moi zajmowali się podobnymże przygotowaniem, a żona 

zawierała umowę z grzecznymi kawalerami nie opuszczać się w podróży, 
przypadkiem dowiedziałem się o wyratowaniu się mojej matki. Ona nie 
zginęła  w  rozwalinach  domu,  lecz  wyskoczyła  oknem  na  nadbrzeże 
wtenczas, kiedyśmy uciekali na podwórze. Wielu widziało ją niedaleko w 
gaju z jedną znajomą nam familią. 

Serce moje mocno bić poczęło z ukontentowania, chciałem zaraz biec 

do  mojej  najukochańszej  rodzicielki,  do  tego  jedynego  i  prawdziwego 
przyjaciela  w  tym  gorzkim  życiu.  Lecz  co  tu  począć?  Zostawić  młodą, 
niewinną i czystą żonę wpośród tych trzpiotów było niepodobna!... 

Zaproponowałem  Saabarabowi  -  temu  bożyszczu  naszych  kobiet, 

który budził we mnie zazdrość, kiedym jeszcze był narzeczonym Sajany, 
a  który  teraz  bardzo  jej  nadskakiwał  -  aby  mi  pomógł  poszukać  mojej 
matki.  Wymówił  się  od  tego  jakimś  nieznacznym  pozorem,  który  żona 
moja  znalazła  bardzo  dostatecznym.  Okazałem  moje  nieukontentowa-
nie.  Spojrzeli  na  siebie  i  na  mnie,  i  uśmiechnęli  się.  Wtenczas  gotów 
byłem  zabić  ich  oboje,  lecz  pomyślawszy,  że  żonatemu  człowiekowi  nie 
wypada gniewać się na przyjaciół swojej żony, nawet i po trzęsieniu zie-
mi,  postanowiłem  pokryć  milczeniem  krzywdzący  ten  uśmiech.  Oni 
widocznie się śmieli z mojej zazdrości!! Wyszedłem więc z namiotu rzu-
ciwszy  straszne  i  surowe  spojrzenie  na  Sajanę,  od  którego  zadrżała. 
Siadłszy na mego mamuta z dwoma niewolnikami, udałem się na 

75 

background image

wyszukanie mojej matki, rozkazując ludziom czekać mego powrotu. 

Już  jej  nie  było  we  wskazanym  miejscu.  Objechałem  wszystkie  oko-

lice  i  nie  mogłem  nawet  wykryć  śladu  jej  pobytu.  Ostatnie  to  nie-
powodzenie jeszcze  więcej  mnie  rozjątrzyło. 

Koło  południa  wróciłem  się  do  gaju,  który  już  przez  wszystkich  był 

opuszczony  i  po  większej  części  zalany  wodą.  Mój  brat  i  słudzy  byli  w 
wielkiej obawie. Roztargniony dałem znak do odjazdu pytając się, gdzie 
Sajana. Zimno mi odpowiedziano, że poszła do gaju i nie wróciła  więcej. 

-   Jak  to?  Sajana  wyszła...  i  nie  wróciła?...  -  Zimny  pot  wystąpił  na 

zsiniałe  lica,  na  drżące  ręce.  -  Ona  nie  wróciła!...  Moja  biedna,  moja 
droga Sajana! 

Naprzód  myślałem,  że  utonęła.  Chciałem  biec  i  szukać  jej  po  całym 

gaju,  gdy  służąca  w  milczeniu  wyciągnęła  rękę  i  oddała  mi  bilecik  na 
złożonym  kawałku papirusa. 

Rozwinąłem  go...  O  rozpaczy!  Nakreślone  w  nim  były  kobiecą  ręką, 

nawet  bez ortografii,  dwa  tylko  następujące  hieroglify: 

(Bądź  zdrów!) 

(Zazdrosny!) 

 

 
Gniew,  oburzenie,  rozpacz,  wściekłość  wybuchnęły  w  duszy  mojej  z 

całą siłą  i  zapamiętałością  obrażonego honoru. 

Tak  więc  Sajana  mnie  porzuciła!  Przeniosła  usłużność  obłudnego  i 

podłego  zwodziciela  nade  mnie,  nad  moją  miłość,  nad  nasze  szczęście! 
Wiarołomna,  zdrajczyni!  Uciekać  z  kochankiem  od  męża  w  czasie  po-
wszechnego  potopu!  Ach  nikczemniku!  Przysięgam  na  słońce  i  księżyc, 
że ten sztylet!... że w  ich  występnej krwi...!  I fale zemsty huczące z mej 
piersi zawarły mi głos w gardle. Nie mogłem słowa jednego wyrzec, tylko 
skinąłem  ręką  na  brata  dając  znak,  że  mu  powierzam  wszystkich  na-
szych ludzi i zabytki, a sam w tejże chwili poleciałem za odjeżdżającymi, 
aby  wyśledzić  mą  żonę  i  Saabaraba.  Nie  wątpiłem  bowiem,    że    z  tym  
wisielcem  uciekła... 

76 

background image

Lecz gdzie i jak ich znaleźć w takim napływie ludzi przybywających z 

miast, ze wsi..., zajmujących wszystkie przeprawy, wszystkie drogi i su-
che miejsca gęstymi nieprzejrzystymi masami? Biegałem tam, na powrót 
i  wszerz,  rzucałem  się  na  oślep  w  różne  strony,  pytałem,  zaglądałem,   
czatowałem; nigdzie ani śladu! Jakby w wodę wpadli! 

Chciałem powrócić do brata, ale i jego już nie zastałem. Palony strogą 

boleścią,  upadający  pod  ciężarem  smutku,  hańby,  wstydu,  zmęczony, 
zdyszany,  umierający  prawie,  na  koniec  straciłem  ostatnią  nadzieję  i 
postanowiłem spokojnie jechać w góry wraz z innymi. Tam los, szczęśli-
wym trafem, może prędzej zadośćuczyni mojej zemście aniżeli  tu  moje 
umyślne  poszukiwania. 

O  czwartej  godzinie  po  południu  stanęliśmy  u  przeprawy  przez  sze-

roko  rozlany  strumień.  Przechodzący  w  bród  rozstąpili  się,  aby  nas 
przepuścić,  jeden  tylko  mały,  garbaty  człowieczek,  stojący  po  kolana  w 
wodzie,  i  który  drżał  cały  ze  strachu  na  widok  brodu,  nie  zważając  na 
krzyk  nasz nie chciał ustąpić z miejsca. Mój mamut  leciał szybko i my-
śleliśmy, że go zdepce w błocie, gdy wtem wspaniały olbrzym zwierzęce-
go królestwa, aby oczyścić sobie drogę bez szwanku dla przechodzących, 
idąc porwał go końcem ogromnej swej trąby, podniósł do góry nad gło-
wę i poniósł przez wodę jak snop słomy zatknięty na długie widły. Gar-
baty człowieczek kręcił się, wierzgał, machał rękami  i  nogami  nie  poj-
mując,  co  się  z  nim  stało. 

Niewolnicy  moi  śmieli  się  do  rozpuku.  Kazałem  im  zatrzymać  ma-

muta, bojąc się, aby dobre  zwierzę z ludzkości nie  zadusiło go w swych 
objęciach.  Wtem  on  nieznacznie  obróciwszy  do  nas  głowę  spostrzegł 
mnie  na siodle  i  zawołał  radosnym  głosem: 

-  Ach!  Ty  tutaj?  Jakżem  rad,  że  cię  spotykam  w  tym  dogodnym 

miejscu... 

-  Szimszik!  Szimszik!  -  zawołaliśmy  jednogłośnie,  witając  go  głoś-

nym  śmiechem. 

-  Ratujcie!  -  krzyczał  nieszczęśliwy  astronom.  -  Aj!  Zgniótł  mi 

wszystkie kości!... A cóż kometa?... Nie mówiłżem ci? Aj!... Aj, na miłość  
słońca? 

Przeszedłszy bród nasz olbrzym sam się zatrzymał  i  z nadzwyczajną 

zręcznością  postawił  biednego  Szimszika  na  nogi.  Rzuciliśmy  mu  dra-
binkę  z postronków,  wciągnęli  na  siodło,  i  ruszyliśmy  dalej. 

Szimszik  opowiedział  mi  swoje  przypadki,  ja  również  powiedziałem 

mu  moje;  moje  nieszczęścia  go  zmartwiły. 

77 

background image

Uratował  on  swoje  dzieła,  swoje  odkrycia  i  teorię,  którymi  chciał 

zdziwić współczesnych i potomność. Wszystkie jego kieszenie napełnio-
ne były sławą i gdyśmy go dopędzili u przeprawy, w wielkim był kłopocie 
i  nie  wiedział,  co  miał  z  sobą  począć,  bojąc  się  pozostać  w  tyle  biegną-
cych, a nie chcąc zamoczyć pism swoich. Szczęśliwym trafem mój dobry 
mamut wyprowadził go z tego nieprzyjemnego położenia i uratował dla  
nauk  i zaszczytu  Barabii. 

Dowiedziawszy  się ode  mnie o zdradzie Sajany, zawołał: 
-   A  co?  Nie  przepowiadałem  ci,  że  jeżeli  ziemię  spotka  jaka  klęska, 

to  jedynie  przez  kobiety!  Na  nieszczęście,  teraz  nie  ma  środków  urato-
wać jej. Powiadają, że Negry Szach-Szuch (Nowej Ziemi) dowiedziawszy 
się, że chcemy całe ich królestwo na eunuchów obrócić, bili się jak mega-
loteriony i rozbili naszych, którzy teraz biegną ku stolicy. Cała nadzieja 
dostania  eunuchów  zginęła,  a  to  był  jedyny  środek  ukrócenia  zepsucia  
kobiet  i  poprawy obyczajów. 

Dojechaliśmy  na  koniec  do  gór,  ujechawszy  w  przeciągu  sześciu  go-

dzin  90  mil  geograficznych.  Znajdowaliśmy  się  na  granicy  naszej  ko-
chanej ojczyzny, oddzielającej ją od dwóch wielkich mocarstw, Chabary   
i Kasko. 

Zatrzymawszy się  postrzegliśmy, że ziemia rusza się jeszcze pod na-

mi.  W  niektórych  miejscach  kamienny  grzbiet  gór  zdawał  się  być  roz-
palonym od podziemnego ognia, niedawno co przelatującego z gromem 
w jego wnętrzu. 

Zburzenie  przyrody  przedstawiało  się  tu  oczom  naszym  w  najwspa-

nialszym  i  najokropniejszym  widoku:  granitowe  ściany  zryte  szczelina-
mi, bardzo podobnymi do przepaści i jaskiń, wąwozy zawalone spadłymi 
wierzchołkami nagich skał, ogromne bryły kamienia zdruzgotane i zora-
ne,  skały  wraz  z  lasami  na  nich  rosnącymi  zwalone,  potłuczone  i  ro-
zerwane tu i ówdzie, zawalały całą tę przestrzeń. Góry Sasachaarskie po 
wczorajszym trzęsieniu ziemi ukształciły się na podobieństwo łoża dwoj-
ga  młodych  kochanków  tylko  co  przez  nich  opuszczonego  w  ma-
lowniczym nieporządku jak rozwaliny ognistych namiętności, dyszących 
jeszcze wulkanicznym żarem ich serc pośród zimnych już śladów pierw-
szego  uniesienia  miłości. 

Od czasu, jakeśmy osiedli góry, nieszczęścia i okropności prześlado-

wały  się  nawzajem  i  nas  z  taką  gwałtownością,  że  ani  podobna  wypo-
wiedzieć je komu, ani przedstawić swej własnej wyobraźni. Ziemia, nie-
bo, żywioły, ludzie i ich burzliwe namiętności zlały się w jeden ogromny 
chaos  i razem  tworzyły  ponurą,  szumną   i  straszną  burzę. 

78 

background image

Kiedyśmy stanęli na miejscu, góry już były napełnione ratującym się 

ze  wszech  stron  ludem.  Przeciwległa  pochyłość  upstrzona  była”  kamie-
niami  różnych  kolorów  i  kształtów,  pomiędzy  którymi  wiele  zadziwiło 
nas  swoją  pięknością,  przezroczystością  i  ognistym  blaskiem,  a  inne 
znowu  podobieństwem  swoim  do  strzał piorunowych. 

Z  jednego  wysokiego  wierzchołka  zbiegli  z  tych  okolic  pokazali  nam 

w  północno-wschodniej  części  horyzontu  widok  daleko  więcej  zajmu-
jący.  Długi  łańcuch  gór  najeżony  wysokimi  i  ostrymi  masami,  który 
wprzódy tam się nie znajdował. Była to jedna tylko część rozwalin wczo-
raj  roztrzaskanego  o  ziemię  komety,  który  stał  się  nieprzejrzanym  pa-
smem z niezliczonym mnóstwem podobnych odnóg na ziemi, wstrząsnął 
nią w jej podstawie, swym ogromem zawalił większą część naszego pla-
nety, a po bokach, zajętych granitową jego masą, cała przestrzeń przyle-
głych stron zalała się i zasypała deszczem z błota i piasku i wielkim ka-
miennym gradem nieustającym przez kilka godzin przed i po spadnięciu 
komety.  Ślady  tego  gradu,  który  dotknął  podeszwy  Sasachaarskich  gór, 
widzieliśmy  w  tych  nieznajomych  nam  różnokolorowych  kamieniach  i 
błyszczących  nagich  płytach,  a  zbiegli  pokazali  nam  próbki  żółtego  i 
czerwonego  piasku,  składającego,  jak  sądzili,  materię  komety,  a  który 
zebrali na przyległej górom dolinie. Żółty piasek, błyszczący swą piękną 
postacią, czarował szczególnie oczy nasze i serca. Każdy z nas chciał go 
mieć choć kilka ziarek. Widać więc, że na komecie  musiał być uważany 
za  rzecz dosyć  kosztowną. 

Według ich opowiadania,  spadnięcie  komety  poprzedzał... 

Ściana  III 

... straszny huk z trzaskiem w wyższych częściach atmosfery i wkrótce 

zupełny  mrok  przerzynany  iskrzącymi  się  słupami  ognia,  jakby  wy-
ciśniętymi .z powietrza przygniecionego jej ciężarem,  przydawał okrop-
ności  tej  chwili. 

W tymże czasie pięć kroć sto tysięcy rycerzy Chabary i Kasko stanęło 

na  polu  bitwy,  aby  swoim  życiem  i  krwią  swoją  bronić  pychy  swych 
władców,  pychy  współobywateli  i  nietykalności  małego  kawałka  ziemi 
nieużytecznej  ani  ich  władcom,  ani  ziomkom,  ani  im  samym.  Dowódcy 
zagrzewali  ich  męstwo,  wyjaśniając  groźne  na  niebie  zjawisko  za  ko-
rzystne  dla  nich  proroctwo,  przypominając  im  wieczną  chwałę,  która  
wkrótce  uwieńczyć  miała wielkie ich  nieśmiertelne czyny. 

79 

background image

Miasta, wsie, dachy domów i wzgórza napełnione  były  niezliczonym 

tłumem  z  niespokojnością  oczekującym  rozwiązania  ognistej  walki  ży-
wiołów i krwawej bitwy swoich bliźnich. Pola i łąki upstrzone były mnó-
stwem  stad,  które  osłupiałe  ze  strachu,  zapomniawszy  o  paszy  w  po-
wszechnym  przeczuciu  zguby,  łączyły  swoje  smutne  beczenia  z  rykiem  
lwów,  tygrysów i  tapirów drżących  w  lasach  i jaskiniach. 

Powietrze grzmiało zmieszanym krzykiem niepojętego mnóstwa pta-

ków latających w gęstych stadach w coraz zwiększającym się mroku, gdy 
ciężka masa powietrznego kamienia spadła na ziemię!! 

Ludzie i zwierzęta wydały jeden nagły, straszliwy, przeciągły i urwany 

jęk i wraz. z tym jękiem na proch starte zostały spadłymi z nieba górami, 
które  swym  krwią  zbryzganym  spodem  spłaszczyły,  zgniotły  i  na  wieki 
zagrzebały  byt,  nadzieję,  dumę,  sławę  i  złość  niezliczonych    milionów  
istot. 

Na nieprzejrzanej okiem mogile pięćdziesięciu samoistnych narodów 

i  pięciuset  skażonych  miast  nagle  powstał  ogromny,  niedostępny, 
grzmiący śmiertelnym echem i kryjący szczyt swój w obłokach pomnik, 
na  którym  przeznaczenie  świata  wyryło  rozrzuconymi  w  nieporządku 
granitowymi głoskami tajemniczy napis:»Tu spoczywa połowa organicz-
nego  życia  tej  mglistej,  zielonej  planety  trzeciego  rzędu.« 

Staliśmy  na  skale  i  w  smutnym  milczeniu  patrzyliśmy  na  blady  i 

obrzydliwy  trup  komety  rozwalonego  w  końcu  naszego  widnokręgu, 
wczoraj  jeszcze  tak  jasnego,  błyszczącego  i  pięknego,  wczoraj  jeszcze 
wznoszącego  się  własną  siłą  w  przestrzeni,  i  który  przyleciał  z  innych 
światów, z innych słońc, z innych gwiazd, jakby po to, aby u nas, śmier-
telnych, znaleźć grób, zmieszać swój proch z naszym prochem i  złączyć 
z naszą  ziemią. 

Tymczasem inny widok nad naszymi głowami zdarzony, pogrążył nas 

w nowy smutek. Przedtem jeszcze uważaliśmy, że słońce zanadto długo 
nie  skłania  się  ku  zachodowi.  Wielu  twierdziło,  że  kręci  się  na  jednym 
miejscu,  drudzy,  a  między  nimi  i  Szimszik,  że  straciło  już  dawny  swój 
kierunek, że nie znając astronomii zabrnęło zupełnie nie tam, gdzie  by  
mu  iść  należało z  kalendarzem  akademii  w  kieszeni. 

Tłumaczyliśmy  sobie  to  zdarzenie  różnymi  domysłami,  gdy  nagle 

słońce ruszyło się z miejsca i na kształt spadającej gwiazdy szybko prze-
leciało  zwyczajny  bieg swój   i  skryło się  za widnokręgiem. 

W  jedno  mgnienie  oka  zmienił  się  cały  widok,  światło  zgasło,  niebo 

iskrzyło  się  gwiazdami,  otoczeni  byliśmy  zupełną  ciemnością,  a  krzyk 
rozpaczy rozległ się naokoło w górach. Myśleliśmy, że już na zawsze  

80 

background image

porzuciło nas dobroczynne światło i że taż sama planeta, na której uro-
dziliśmy  się,  po  wytępieniu  znacznej  części  rodzaju  ludzkiego,  będzie 
ciemnym  więzieniem  dla  reszty,  i  gdzie  wkrótce  spodziewać  się  mamy 
śmiertelnego wyroku. Nie można sobie wyobrazić zmartwienia, jakie nas  
ogarnęło na tę  myśl  okropną. 

Kilka godzin przepędziliśmy w tym położeniu, lecz gdy już niektórzy 

obmyślali środki, jak urządzić ostatek życia swego w tym ponurym wię-
zieniu, nagle lśniące fale światła zalały nasze źrenice oślepiającym blas-
kiem. Padliśmy wszyscy na ziemię i długo nie śmieliśmy podnieść oczu, 
bojąc się być zgładzonymi jego promieniami. 

Na  koniec  przekonaliśmy  się,  że  światło  to  pochodzi  ze  słońca;  nie-

pojętym sposobem pokazało się znów stąd, dokąd z takim impetem za-
padło.  Doszedłszy  pewnej  wysokości,  nagle  poszło  na  południe,  potem 
obróciwszy  się  wzięło  kierunek  północno-wschodni.  Nie  dochodząc  do 
ziemi zachwiało się i poczęło ślizgać się równolegle od równika, a potem 
znów się skryło za nim niedaleko południowego punktu. Tym sposobem 
w przeciągu piętnastu godzin cztery razy wschodziło, każdy raz w innym 
miejscu,  i  każdy  raz  określiwszy  bieg  swój  krzywą  linią,  zachodziło  w 
drugim  punkcie  i  wtrącało  w  nocną  ciemność  zdziwione  i    zmęczone 
nasze oczy. 

Nie  zważając  na  strach  spowodowany  przez  obalenie  odwiecznego 

porządku  świata,  można  się  było  jednak  domyśleć,  że  nie  słońce  tak 
dziwnie  błądzi  nàd  nami,  lecz  że  kula  ziemska  przeładowana  nadzwy-
czajnym ciężarem komety straciła równowagę, wyszła z dawnego swego 
śrpdka  ciężkości  i  konwulsyjnie  chwieje  się  na  swojej  osi  szukając  no-
wego  środka  i  nowej  osi  do  zwyczajnego  swego  dwudziestoczterogo-
dzinnego obiegu. 

Rzeczywiście widzieliśmy, że przy każdym zjawieniu się słońca punkt 

jego  wschodu  coraz  więcej  przybliżał  się  na  północ,  chociaż  zachód  nie 
zawsze był odpowiedni nowemu wschodowi i przypadał na przemian  to  
po  prawej,  to  po  lewej  stronie południowego bieguna. 

Na  koniec  przy  piątym  razie  słońce  wzeszło  na  samym  punkcie  pół-

nocy i odbywszy obieg swój zygzakiem, w 7 godzinach zaszło prawie na 
samym  południu.  Potem  nastąpiła  długa  noc,  a  po  jedenastogodzinnej 
ciemności  dzień  znowu  zaświtał  na  północy.  Słońce  wzeszło  jak  zazwy-
czaj  poprzedzone  najpiękniejszą  zorzą.  Powitaliśmy  je  głosem  radości 
ciesząc  się  nadzieją,  że  już  nadszedł  przecie  koniec  naszym  mękom, 
wszystko wróci do dawnego porządku i my wrócimy na równiny. 

81 

background image

Jeden tylko Szimszik nie mógł się pocieszyć stratą dawnego wschodu 

i zachodu słońca. Upewniał nas, że nie przeżyje takiego bezbożnego wy-
wrócenia dawnych zasad Astronomii i Geografii: 245 lat życia poświęcił 
on na ułożenie tablic długości i szerokości geograficznej dla trzech tysię-
cy  znaczniejszych  miast,  a  teraz,  ze  zmianą  biegunów,  wszystkie  jego 
wyrachowania, nauka, zasługa potomności i prawo do całkowitej pensji 
emerytalnej od spółczesnych warte były starego gałgana... 

Rozumiałem dobrze smutek Szimszika, lecz on, przeklęty, nie umiał 

ocenić  mojej  boleści.  Niestety!  Mąż,  którego  żona  opuszcza  i  ucieka  z 
kochankiem podczas spadnięcia komety, nieszczęśliwszy jest od wszyst-
kich  astronomów  w  świecie.  Powiedzą  mu  na  przykład,  że  udali  się  na 
wschód,  biedny  mąż  poleci  za  nimi  trzymając  się  biegu  słońca,  wtem 
bieguny  się  zmieniają,  i  znajdzie  się  na  północy  o  90  geograficznych 
stopni  od  swojej  małżonki. To  zanadto  okropne! 

Rozważywszy  dobrze,  przekonałem  się,  że  w  obecnych  stosunkach 

słońca do ziemi na próżno szukałbym  mojej  żony. 

Wtem  pogoda  się  zmieniła,  powietrze  zaczęło  się  zaćmiewać  czymś 

przezroczystym, podobnym gorącej parze lub mgle i mocny zapach siar-
ki  dotknął  nasze  powonienie.  Przyzwyczaiwszy  się  nieco  do  nadzwy-
czajnych  zjawisk,  małośmy  z  początku  zważali  na  tę  zmianę  pogody, 
która  zresztą  dotychczas  dziwiła  nas  swoją  jednostajnością.  Wkrótce 
słońce  stało  się  mgliste,  krwawe,  ogromne  jak  podczas  zimowego  za-
chodu,  i  w  wierzchnich  warstwach  atmosfery  zaczęły  migać  płomienie 
niebieskiego i czerwonego koloru jak palący się spirytus. W pół godziny 
płomień  tak  się  powiększył,  że  byliśmy  prawie  okryci  ruchomym    pło-
mieniejącym sklepieniem. 

-  Powietrze  pali  się!  - zawołało wiele  głosów. 
-  Powietrze  pali  się!!  -  rozległo  się  po  całym  paśmie  gór.  -  Zgi-

nęliśmy! 

Prawdziwość  tej  uwagi  nie  podlegała  wątpliwości:  powietrze  było 

podpalone! 

Nie trudno nawet było zgadnąć, jaką śmierć przygotowała, nam roz-

gniewana przyroda: mieliśmy się żywcem spalić, oddychać płomieniem, 
widzieć za życia wnętrzności nasze na węgiel spalone. Co za okropność!   
Jaka przyszłość! 

Pożar atmosfery okropną przybrał postać. Zamiast migających i częs-

tych kawałków płomienia ogień płonął na niebie ogromnymi masami, z 
ogłuszającym trzaskiem, a chociaż nie widać było żadnego obłoku, rzęsi-
sty deszcz lał na nas jak z cebra. Płomień jednak zostawał zawsze w 

82 

background image

pewnej wysokości, nie zniżając się do ziemi. Oddech stawał się trudnym, 
wszystkie twarze powlekły się śmiertelną bladością. Wielu w głowie krę-
cić się zaczęło, padali na ziemię w okropnych, konwulsyjnych kurczach, 
oddawali ducha nie doczekawszy końca katastrofy. 

Śmierć  okrążyła  nas  czarnoksięską  swą  buławą;  w  przeciągu  kilku 

godzin większa połowa ludzi, którzy  w górach się schronili, stała się  jej 
pastwą.  Doliny  i  skały  zawalone  były  odrażającymi  trupami.  Ci,  którzy 
wytrzymali pierwszy atak na szczątki naszego rodzaju, sprawiali wraże-
nie  zupełnie  pijanych  jakimś  wesołym  obłędem.  Padłem  bez  przy-
tomności  na  kamień. 

Nie  wiem,  jak  długo  zostawałem  w  tym  położeniu,  lecz  ocknąwszy 

się,  uczułem  w  sobie  wszystkie  oznaki  przepicia  się.  Moi  koledzy  po-
strzegli  w  sobie  toż  samo  uczucie,  chocież  niewielu  z  nich  było  świad-
kami  mojego  ocknienia.  Cierpieliśmy  ból  głowy,  mdłości  i  zdrętwienie 
członków, a zarazem  byliśmy skłonni do swawoli. 

Osada, do której należałem, składała się z  pięćdziesięciu osób: męż-

czyzn,  kobiet  i  dzieci;  podczas  tego  wypadku  straciła  32  osoby,  a  my 
zaraz  zaczęliśmy  okazywać  nową  i  niepojętą  dla  nas  skłonność  do  swa-
woli, zrzucając z niepowściągnionym śmiechem trupy naszych zmarłych 
kolegów  z.  zamieszkałej  przez  nas  skały  w  przepaść  u  jej  stóp  leżącą. 
Rozigrawszy  się,  chcieliśmy  dla  facecji  rzucić  tamże  i  naszego  astrono-
ma,  lecz  darowaliśmy  mu  życie  dlatego  tylko,  że  przyrzekł  przewrócić 
trzy razy koziołka dla naszej satysfakcji... Lecz gdyby się wtenczas dosta-
ła  w  me  ręce  Sajana,  z  największą  radością  przerzuciłbym  ją  przez  cały 
Sasachaarski łańcuch tak, że znalazłaby się na rozwalinach  komety. 

Obok tej złośliwej wesołości w sercu czuliśmy w ustach palący, kwa-

śny  smak  naturalnie  wypływający  z  powietrza,  bo  pomimo  wszystkich 
przedsięwziętych środków żadną miarą nie mogliśmy się tego  pozbyć. 

Lecz  daleko  dziwniejszy  widok  okazywało  samo  powietrze.  Podczas 

naszego  upojenia  oczyściło  się  z  mglistej  pary  i  gorejącego  w  niej  pło-
mienia,  ale  zupełnie  zmieniło  swój  kolor  i  zdawało  się  być  niebieskim, 
gdy przedtem zwyczajny i naturalny kolor nieba podczas pięknej  pogo-
dy był jasnozielony. 

Szimszik,  który  zawsze  umiał  znaleźć  przyczynę,  objaśnił  zmianę  tę 

mówiąc,  że  kometa  oprócz  twardej  swej  masy  przyniósł  z  sobą  i  swą 
atmosferę,  składającą  się  z  pary  i  gazów,  po  większej  części  nie-
właściwych naszej atmosferze. Pomiędzy tymi gazami znajdował się 

83 

background image

zapewne jeden mający kwaśną i palącą zasadę, i on to zrządził ten pożar 
w  powietrzu,  a  będąc  zmieszany  z  atmosferą  przepalił  się,  skwasił    i 
przeistoczył nawet  swoją  powierzchowną  postać. 

Szimszik sprawiedliwie może twierdził, chociaż bardzo wiele kłamał, 

ladaco...  Jakkolwiek  bądź  wkrótce  przekonaliśmy  się,  że  nasze  dawne 
słodkie,  miękkie,  dobroczynne,  miłe  powietrze  nie  istnieje,  że  napływ 
rozlicznych,  zepsutych  części  uczynił  jego  skład  niesmacznym,  śmier-
dzącym, pienistym, cierpkim i gryzącym. I w tym zabijającym powietrzu  
przeznaczono od  tego czasu  żyć rodzajowi  ludzkiemu! 

Z  trudnością  wciągaliśmy  go  w  nasze  piersi  i  potem  z  odrazą  na-

tychmiast wyrzucaliśmy z siebie na powrót. Czuliśmy, jak ono pali, gry-
zie,  niszczy  nasze  wnętrzności.  W  przeciągu  jednej  doby  zestarzeliśmy 
się  o  dwadzieścia  lat.  Kobiety  tak  były  tym  zmartwione,  że  rwały  sobie 
włosy  i  płakały  bez  ustanku.  Ja  i  Szimszik  westchnęliśmy  tylko  pomy-
ślawszy, że w tym powietrzu znacznie się skróci życie ludzkie, że już  nie  
będą  mogli  żyć  ludzie  po  pięćset  i  więcej  lat. 

Objaśnienie myśli autora tego napisu co do przyczyny palenia się powietrza 

bardzo jest zajmujące. Z tego wszystkiego jasno się pokazuje, że przedpotopowe 
powietrze składało się z gazów nie znanych w obecnym powietrzu i że w nim nie 
było  kwasorodu,  a  gdyby  się  tenże  miał  znajdować,  to  w  innej  proporcji.  Teraz 
wiem już skład tego powietrza i wydam o tym dysertację. NB. Trzeba napisać z 
Jakucka  do  uniwersytetu  w  Getyndze  o  zasługach  naukowych  Radcy  Dworu 
Szimszika,  znakomitego  przedpotopowego  chemika  i  astronoma,  i  przedstawić, 
ażeby popiersie jego postawione zostało w uniwersyteckiej bibliotece. (Dodatek 
na marginesie ręką doktora  Szpuremana  -  przyp.   aut.) 

Myśl ta jednak nie mogła  nas długo smucić. Przez dwa dni takeśmy 

się  przyzwyczaili  do  nowego  powietrza,  że  nawet  nie  czuliśmy  żadnej 
różnicy pomiędzy nim a dawnym, a śmierć stała przed nami w nowej  i 
jeszcze gorszej  postawie. 

W  górach  przeleciała  wieść,  że  morze  wewnętrzne  (gdzie  dziś  kir-

giskie, mogolskie stepy)

2

 wystąpiło ze swego łoża i przelewa się do dru-

giej  ziemi,  że  już  zatopiło  całą  przestrzeń  między  dawnym  swym  brze-
giem  i  górami. 

Objaśnienie  doktora Szpuremana 

Wychodźcy  zajmujący  dolną  część  gór,  porzuciwszy  swe  siedliska, 

tłumnie  ruszyli  na  nasze  osady  położone  prawie  w  połowie  wysokości 
gór, wewnątrz ich łańcucha. Oni przynieśli nam tę straszną wiadomość, 
że   podnóże  gór już  otoczyło  morze,  wypchnięte  ze swych  przepaści 

84 

background image

gwałtownym kołysaniem się kuli ziemskiej, i że my oddzieleni jesteśmy 
wodą  od  całego  świata. 

Trwoga,  nieporządek  i  rozpacz  stały  się  powszechnymi;  można  po-

wiedzieć,  że  od  tej  chwili  zaczęła  się  męczeńska  śmierć  nasza  -  roz-
staliśmy  się  z  nadzieją.  Ostry  i  przeraźliwy  wicher  z  deszczem  i  burzą 
rozniósł po powietrzu wątłe nasze schronienia i nas samych. Przez dzie-
sięć  dni  nie  można  było  ani  spokojnie  zasnąć,  ani  rozniecić  ognia,  ani 
upiec  kawałka  mięsa.  Cały  ten  czas  trzymaliśmy  się  obydwoma  rękami 
za drzewa, krzaki, skały i często bardzo razem z nimi padaliśmy w  prze-
paści. 

Tymczasem  wody  przybywało  coraz,  więcej,  bałwany  z  szumem 

wdzierały się  we wszystkie  wklęsłości  i wąwozy, a my  co dzień coraz to 
wyżej  wchodziliśmy  na  kręte  i spadziste ściany  gór. 

Wierzchołki  skał,  ustępy  i  płaszczyzny  w  górach  zapchane  były  lu-

dem, który w gęstych zebrany masach wisiał gronami jak roje pszczół na 
gałęziach  drzew  pozaczepiane.  Zapomniano  stosunków  przyjaźni,  kre-
wieństwa, miłości, znajomości, aby otworzyć sobie przejście lub też do-
stać  jaki.  zakącik  miejsca.  Ci,  co  się  znajdowali  we  środku  tłumu,  bez 
zastanowienia  zrzucali  w  przepaści  stojących  na  brzegu  skał.  Oręż  bły-
skał  w  ręku  każdego,  a  opór  słabszego  natychmiast  krwią  jego  się  oku-
pywał. 

Dotychczas żyliśmy mięsem uratowanych zwierząt, a osobliwie koń-

skim,  wielbłądzim  i  lofiodontowym,  lecz  tego  już  zbrakło.  Jeśli  kto-
kolwiek  przypadkiem  zachował  sobie  najmniejszy  zapas  żywności,  dru-
dzy  napadali  zaraz  na  niego  tłumami,  porywali  mu  ostatni  kawałek, 
często razem z życiem, a potem rżnęli się między sobą o wyrwaną z cu-
dzych  ust  strawę. 

Rozbój, gwałty, zemsta tysiącami zmniejszały naszą  ludność nie wy-

tępioną  jeszcze  srogością  epidemicznych  chorób  i  wściekłością  żywio-
łów. Zdawało się, jakoby ludzie przysięgli wytępić się własnymi rękami, 
pozostawiając  niszczącej  przyrodzie  zmazanie  z  planety  śladów  ich  zło-
ści. 

Na koniec zaczęliśmy pożerać jeden drugiego.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   

.   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   . 

Wiersze zajęte kropkami oznaczają miejsca napisu, które czas zupełnie zatarł 

i gdzie w żaden sposób nie można było rozpoznać hieroglifów. (Uwaga Szpure-
mana - przyp.  aut.) 

85 

background image

Liczne  moje  osobiste  przypadki  niczym  się  prawie  nie  różnią  od 

ogólnego  rodzaju  życia  wychodźców  w  dniach  tych  wściekłości  i  roz-
paczy. 

Ratując  się  z  jednej  góry  na  drugą,  straciłem  mego  mamuta  i  roz-

łączyłem  się  z  dawnymi  kolegami.  Od  tego  czasu  błądziłem  z  różnymi 
tłumami, z którymi los mnie połączył. Żyliśmy jak zwierzęta razem i bez 
poprzedniej  znajomości  targając  ogólny  kawał  zdobyczy.  Mieliśmy  za 
najbliższych przyjaciół wszystkich należących do naszego stada, wszyst-
kich zaś nie należących do niego rachowaliśmy za nieprzyjaciół,  których  
należało gryźć,  dusić  i  obracać  sobie  na  pożywienie. 

W jednym z tych stad trafiło mi się dziwne zdarzenie, które dało inną 

postać memu bytowi. Dostrzeżono u mnie kilkanaście pięknych, różno-
kolorowych kamyczków, spadłych w nasze góry z kamiennym deszczem 
komety,  i  które  wkrótce  w  wielką  u  nas  weszły  cenę;  kiedy  więc  nie 
chciałem się nimi dobrowolnie podzielić, moi nieszczęśliwi bliźni, przy-
waleni  nieszczęściem,  strachem  i  głodem,  drżący  przed  nieuchronnym 
palcem wyroku, mało co nie rozszarpali mię za tych kilka świecących się 
błyskotek.  Rzuciłem  im  kamyki  i  opuściłem  ich;  snując  się  po  górach, 
szukałem sposobności  wkręcić się do jakiego tłumu. 

Na  ustępie  jednej  góry  postrzegłem  garstkę  ludzi.  Byli  w  wielkim 

pomieszaniu  i  pospieszyłem  złączyć  się  z  nimi  bez  zwrócenia  na  siebie 
uwagi.  Przyczyną  ich  trwogi  był  niespodziewany  napad  ogromnego  ty-
grysa,  który  spośród  nich  porwał jednego człowieka. 

Podobne przypadki zdarzały się dość często. Lwy, tygrysy, hieny, me-

galosaury  i  inne  kolosalne  zwierzęta  wypchnięte  z  lasów  i  jaskiń  przez 
wodę, uchodziły w góry razem z nami; od niejakiego czasu robiły znacz-
ne  spustoszenie  pomiędzy  nami.  Już  nie  przestawały  na  naszych  tru-
pach,  lecz szukały  żywych  ludzi  i  ciepłej  krwi. 

Korzystając  z  zamieszania  nagle  zastraszonych  umysłów  wcisnąłem 

się  we  środek  tłuszczy,  gdzie  kilku  ludzi  w  półkole  stojących  z  cieka-
wością  spoglądało  na  ziemię.  Na  ziemi  jednak  nie  było  nic  osobliwego: 
kobieta leżała w mdłościach. Przy omdlałej  kobiecie  klęczał mężczyzna, 
czule trzymając ją na swoich rękach i lejąc na twarz jej wodę. 

Przysunąłem się bliżej i założywszy w tył ręce począłem się równie z  

innymi  przyglądać.  Jak  to?  Czy  to być  może?...  Tak, to ona! 

-  Sajana!  Sajana!  Moja  żona!  -  zagrzmiałem  w  obłąkaniu  pośród 

zdziwionej  rzeszy  i  jako  zgłodniały  tygrys  rzuciłem  się  na  zajmującą  
parę  z dobytym sztyletem w ręku. 

Porwałem za włosy czułego adonisa, odciągnąłem głowę jego w tył i 

86 

background image

wbiłem  mu  w  gardło  zabójcze  żelazo  po  samą  rękojeść.  Krew  stru-
mieniem trysnęła  na zwodnicę. 

Z  przytomnych  nikt słowa  nie  wyrzekł. 
Nie czekając eksplikacji, wziąłem na ręce Sajanę i pobiegłem z nią po 

pochyłości góry. 

Nie  wątpiłem,  żem  zabił  jej  uwodziciela.  Potem  przekonałem  się 

przeciwnie.  Prawdziwy  kochanek  Sajany  kilka  chwil  przedtem  rozszar-
panym  został  przez  tygrysa,  a  ten,  któregom  poświęcił  mojej  zemście, 
nie  miał  z  nią  przedtem  żadnych  stosunków,  i  tylko  z  grzeczności  dla 
kobiet  starał  się  przywrócić  ją  do  życia.  A  tak,  na  próżnom  go  zabił!... 
Bardzo  żałuję!...  Nie  ściskaj  w  objęciach  cudzej  żony,  jeśliś  nie  jest  jej 
kochankiem! 

Ciągle niosłem Sajanę. Otwarła oczy, ciężko westchnęła i znów je za-

mknęła,  nie  poznawszy  we  mnie  prawdziwego  swego  pana.  Po  upływie 
kilku  chwil  wymówiła  stłumionym  głosem  jakieś  nieznane  mi  imię;  w 
odpowiedź  na  to  nieznane  imię  chciałem  ją  rzucić  w  napełnioną  wodą 
przepaść, po brzegu której szedłem. Chciałem rzucić ją z całej siły, obar-
czoną ciężarem wiecznego przekleństwa. Ale zamiast tego przycisnąłem 
ją silnie do mego serca! Przeznaczeniem moim było nieszczęście!  Zno-
wu  byłem  zakochany, i  znów zazdrosny! 

Wlekąc  na  plecach,  po  ostrych,  prawie  nieprzebytych  skałach  brze-

mię  zawiedzionych  moich  nadziei,  mojej  miłości  i  mej  hańby,  traciłem 
siły, oblewałem się krwawym potem i dobywałem ostatka sił. Spieszyłem 
za  górę,  spodziewając  się  znaleźć  tam  samotne  miejsce,  lecz  u  samego 
zakrętu  postrzegłem  całą  pochyłość  skały  tworzącej  bok  góry  pokrytej 
burzliwym  tłumem  ludu. 

Okropny  widok!  Skała  prawie  równolegle  sterczała  nad  przepaścią, 

niebezpiecznie  wstrząsając  się  od  każdego  uderzenia  bałwanów,  rozbi-
jających się u jej podnóża. Na skale ludzie z głuszącą wrzawą rżnęli się  i  
szarpali - o  cóż?  O  garstkę  nieużytecznej już dla nich  ziemi. 

Kometa  spadający  narzucił  w  to  miejsce  warstwę  żółtego,  błyszczą-

cego  piasku,  o  którym  wspomniałem  wyżej,  nie  znanego  dotychczas  na 
Ziemi, a ci szaleńcy zapaleni chciwością tego drogiego daru, zesłanego z 
innych światów, może na zgubę rodzaju ludzkiego, rzucali się tłumem na 
niego; tarzali się w nim jak dzieci, czyli raczej jak hieny w mogiłach lu-
dzi;  wyrywali  sobie  wzajemnie,  skrapiali  krwią  swoją,  ślizgali  się  w  tej 
krwi,  padali  na  ziemię  i  podnosząc  się  poranieni  i  potłuczeni,  jeszcze 
podejmowali  spod  nóg  przeciwników  swoich  garście  zmieszanego  z  ich  
krwią  metalicznego piasku. 

87 

background image

A ja, uchodząc od ludzi, przypadkiem znalazłem się pośród tej rozuz-

danej  chciwością  i  rozbojem  tłuszczy!  Nie  wiedziałem,  gdzie  się  mam 
podziać. Bojąc się być zabitym jako targający się na dary wyrokiem losu 
dla  nich  zesłane,  i  nie  widząc  sposobu  przejścia  na  drugą  stronę  skały, 
począłem  pełznąć  na  górę  powyżej  tej  płaszczyzny  z  mym  ciężarem  na 
ręku, lecz zaledwie przebiegłem dwieście kroków, chwiejąca się  skała  z  
ludźmi  i  żółtym  piaskiem  runęła  w  przepaść. 

Rozprysknięte  głębie  okryły  nas  i  całą  górę  pianą,  kamienie  pokry-

wające wierzch ściany zsunęły mi się nagle pod stopy, upuściłem Sajanę 
- i potoczyłem się na dół po szorstkich ułamkach granitu. Przelęknienie i 
ból odjęły mi przytomność.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   . 
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

   

Gdym się ocucił, głowa moja zbryzgana krwią leżała na kolanach mo-

jej  dobrej  Sajany.  Nie  porzuciła  mię  w  niebezpieczeństwie.  Spo-
strzegłszy, żem się za daleko zsunął i oparto krawędź nowo utworzonego 
obwału,  szlachetnie  poświęciła  się  dla  mego  ratunku.  Zsunęła  się  do 
mnie  po  stromej  spadzistości,  odwlokła  mię  od  przepaści  i  położyła  w 
bezpiecznym i wygodnym miejscu. 

Nie  pamiętałem  ani  co  się  ze  mną  stało,  ani  gdzie  byłem.  Długo  nie 

mogłem  otworzyć  oczu  z  przyczyny  okropnego  bólu  i  potłuczonych  po 
całym  mym  ciele  członków,  zdawało  mi  się  jednak,  że  czuję  na  mym 
czole  lekkie  i  przyjemne łechtanie. 

Ocknąwszy  się  ujrzałem  razem  koło  siebie:  w  dole  niezmierzoną 

przepaść  z  szumiącymi  falami,  po  których  pływało  mnóstwo  ludzkich 
trupów,  a  w górze,  nad  moją  twarzą,  miłą  twarz Sajany. 

Spojrzałem  na  nią  bez  miłości,  z  prostym  uczuciem  wdzięczności,  a 

wtem dwie duże krople łez spadłe z rzęsów niewiernej zawrzały na mych 
policzkach.  W  palącym  ich  dotknięciu  poznałem  ogień  skruchy,  która 
roztapia serca i oczyszcza je z zawziętości. Wszystko było zapomniane, i 
ja  na  nowo  kochałem  w  niej  moją  kochankę,  narzeczoną,  żonę...  Lecz 
jakże  się  zmieniła!  Jak  się  zestarzała  w  tym  nowym  powietrzu.  Przed 
trzema  jeszcze  tygodniami  jaśniała  wdziękami  młodości,  piękności  i 
niewinności,  teraz  zaś  zdawała  się  być  staruszką.  Lecz  to  nic    nie  szko-
dzi!  Zawsze  mi  się jeszcze  bardzo  podobała. 

Skoro  tylko  pierwszy  ból  przeszedł  i  mogłem  się  już  podnieść,  za-

częliśmy  znowuż  drapać  się  na  górę,  a  na  koniec,  wspierając  się  wza-
jemnie, zdołaliśmy dobrać się do jednego dosyć wysokiego ustępu, gdzie  
postanowiliśmy   noc  przepędzić.  Zmęczenie sprowadziło posilny sen, 

88 

background image

który nas ogarnął i zostawił w objęciach na twardym kamienistym grun-
cie. 

Następnego poranku przekonany już byłem zupełnie o cnocie Sajany 

i  nieskazitelności  jej  postępków,  i  byłem  już  pewien,  że  podczas  trzy-
tygodniowego  naszego  rozłączenia  się  ona  nikogo  oprócz  mnie  nie  ko-
chała.  Nigdym  nie  myślał,  aby  podobne  przekonanie  mogło  kiedy-
kolwiek wejść do mego serca! Jednakże tak było istotnie: z zakochanymi 
małżonkami,  a  osobliwie  podczas  wielkich  zmian  natury,  trafiają  się 
rzeczy  zupełnie niepodobne. 

Czas  jednak  było  pomyśleć  o  naszym  położeniu.  Byliśmy  kontenci  z 

naszych  uczuć,  lecz  zgłodniali  i  pozbawieni  wszelkiej  komunikacji  z 
ludźmi. Nocą woda tak się wzniosła, że  pasmo Sasachaarskich gór było 
zupełnie  przerwane.  Cały  ich  ogrom  znikł  w  burzliwych  głębiach;  po 
grzbiecie  średnich  wyżyn  swobodnie  płynęły  fale  i  tylko  wierzchołki 
wysokich  gór  nie  były  jeszcze  pochłonięte  w  wędrującym  do  cudzych 
ziem  oceanie. 

Wierzchołki te pośród oceanu tworzyły mnóstwo skalistych wysepek, 

które  sterczały  na  kształt  rozległego  archipelagu  lub  też  cmentarza 
zmarłych mocarstw dawnego świata. Każdy wierzchołek stał się oddziel-
nym  krajem.  Los,  igrając  nami,  pędząc  przez  zburzoną  ziemię,  przez 
zatrute  powietrze,  przez  ogień  prosto  do  wody,  jakby  na  wyszydzenie 
naszej politycznej próżności spędzone ostatki naszego rodzaju rozdzielił 
na  kilkanaście  niezawisłych  narodów,  oddawszy  każdemu  z  nich,  na  
krótki  czas,  po piędzi  granitu  na  założenie  chwilowych  ojczyzn. 

Mogliśmy dokładnie widzieć, co się działo na sąsiednich wyżynach, w 

tych  nowych  społeczeństwach  potworzonych  okropną  igraszką  losu. 
Widzieliśmy ludzi słabych i ludzi zuchwałych, ludzi zręcznie pnących się 
w  górę  na  czworakach,  ludzi  prostych,  niezgrabnych,  spadających  na 
głowę  w  przepaście,  ludzi  trudzących  się  na  próżno,  i  ludzi  obojętnie 
korzystających  z  cudzej  pracy,  ludzi  dumnych,  ludzi  złych,  ludzi  nie-
szczęśliwych i ludzi wytępiających drugich ludzi. Widzieliśmy to na wła-
sne nasze oczy, i kiedy teraz już ich nie stało, możemy zaświadczyć,  że 
oni  byli  ludźmi  do  ostatniej  chwili  swego  istnienia. 

Góra,  na  której  znajdowałem  się  z  Sajaną,  była  najwyższą  i  naj-

niedostępniejszą ze wszystkich gór Sasachaarskiego pasma. Oprócz pta-
ków  i  kilku  tu  zabłąkanych  zwierząt  tylko  my  dwoje,  i  to  przypadkiem, 
zostaliśmy jej  mieszkańcami, kiedy się z niej utworzyła wyspa. 

Nie  tyle  nas  jednak  zatrważała  samotność,  ile  zupełny  niedostatek 

żywności. Pierwsze początki głodu uspakajaliśmy liściem z krzaków  

89 

background image

wyrosłych  w  jednej  szczelinie  i  znów  byliśmy  kontenci  z  siebie,  nawet 
prawie  kontenci  z  naszego  losu.  Nadzieja  ostatnim  swym  promykiem 
jeszcze raz oświeciła nasze serca. W przeznaczonej dla nas ciemnej, sa-
motnej  cząstce  życia  z  rozkoszą  widzieliśmy  jaśniejącą  cząstkę  przy-
szłości,  zarumienioną  bladym  ogniem  próchna,  i  przy  tym  zwodniczym 
świetle kreśliliśmy obszerne plany szczęścia, jedynego pozostałego nam 
szczęścia -  umrzeć  razem. 

Objadłszy  wszystkie  liście  z  krzaków,  udaliśmy  się  dalej  szukać 

schronienia  w tej nowej naszej ojczyźnie, i zapoznaliśmy się niedługo z 
jedyną,  jak  się  zdaje,  naszą  rodaczką,  hieną.  Rzecz  sama  z  siebie  była 
jasna - albo ona nas, albo my ją powinniśmy byli pożreć koniecznie. Mój 
kindżał  zdecydował  nierówny  bój  na  naszą  korzyść:  pogrążyłem  go  w 
paszczy hieny, kiedy rzuciła się na me piersi - a dziki zwierz stał się na-
szą  zdobyczą.  Z  jaką  rozkoszą  po  liściach  z  krzaków  jedliśmy  lepkie  i 
smrodliwe jego mięso! Karmiliśmy się nim osiem dni i znaleźliśmy, że z 
miłością w sercu może być słodką i surowa hiena. 

Znalazłszy  na  samym  prawie  wierzchołku  góry  dogodną  pieczarę,  tę 

samą,  na  ścianach  której  kreślę  teraz  te  hieroglify;  obraliśmy  ją  na 
mieszkanie. 

Deszcz wraz z nowo południowym wiatrem nie ustawał, a wody coraz 

więcej. Z każdym dniem zatapiała po kilka wierzchołków tak, że szóstego 
dnia  z  całego  archipelagu  zostało  tylko  pięć  wysepek  znacznie    zmniej-
szonych  w swej  rozległości. 

Siódmego wiatr się zmienił i zaczął dąć z nowej północy dawniejszego 

zachodu.  W  przeciągu  kilku  godzin  morze  pokryło  się  niezliczonym 
mnóstwem  unoszących  się  na  powierzchni  wody  dziwnego  kształtu 
przedmiotów  ciemnych,  podługowatych,  krągłych,  podobnych  z  daleka 
do krótkich bali czarnego drzewa. 

Ciekawość zmusiła nas wyjść z pieczary, aby się  przypatrzyć tej pły-

wającej chmarze. Jakież było zdziwienie nasze, gdy w tych palach pozna-
liśmy  naszą  armię,  która  wystąpiła  do  walki  przeciw  Negrom,  i  czarne 
nagie  wojsko  naszego  nieprzyjaciela  -  oba  pospołu  uniesione    falami  
zapewne podczas bitwy. 

Morze  wyrzuciło  na  nasz  brzeg  kilka  długich  pik,  będących  w  uży-

waniu  u  Negrów  (Nowej  Ziemi).  Wziąłem  jedną  z  nich  i  przygarnąłem 
do siebie piękną, płaską skrzyneczkę przepływającą tuż obok. Rozbiłem 
ją  o  skałę  i  znalazłem  górną  mowę  napisaną  na  dzień  przed  bitwą  dla 
obudzenia męstwa wojowników. Rzuciliśmy w morze tę górną mowę. 

90 

background image

Tymczasem wiatr zawiał z innej strony i obie armie, zmieniwszy kie-

runek  ruchu,  popłynęły  w  innym  kierunku. 

W końcu ostatnia wyspa zatonęła w morzu, a my dogryzaliśmy ostat-

nią kość hieny. Jeden tylko wierzchołek przez nas zajęty jeszcze sterczał 
na wzdętych głębiach. I tak we dwoje zostaliśmy ostatnimi mieszkańca-
mi  ziemi,  zdobytej  w walce  oceanu  z człowiekiem!... 

Brzeg morza już był tylko o pięćdziesiąt sążni od pieczary, a my 

z zimną krwią rachowaliśmy wiele nam jeszcze pozostało godzin, nam, 
prawym dziedzicom praw ludzkiego rodzaju, panowania nad rozuzdaną 
przyrodą. Przyznam się   

Ściana  IV 

Po prawej stronie wschodu 

.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .potop  mi  się okropnie 
naprzykrzył. Siedząc głodni w pieczarze i  nie  mając nic lepszego do ro-
boty,  zaczęliśmy  się  kłócić.  Dowodziłem  Sajanie,  że  mnie  nie  kocha  i 
nigdy  nie  kochała,  ona  zaś  mi  wyrzucała  zazdrość,  podejrzliwość,  gru-
biaństwo i wiele innych   kryminalnych   w   małżeństwie   występków.   
Zaklinałem   słońce i księżyc, aby to się już jakkolwiek bądź skończyło.   .    
.   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   
obaczyliśmy   wielką,   szkaradną   głowę  żmii, która kręcąc się na swej 
wysokiej  i  prostej  jak  pień  szyi,  zaglądała  w  otwór  pieczary.  W  paszczy 
swej trzymała ona trup człowieka i z ciekawością poglądała na nas swy-
mi dużymi oczami, w których łyskał się straszny,  zielony ogień. 

Nagle przestaliśmy się kłócić. Sajana schowała się w kącie, ja zerwa-

łem  się  z  miejsca,  porwałem  pikę  i  przygotowałem  się  do  obrony.  Lecz 
głowa  ukryła  się  za  kamienie,  nawalone  u  wejścia do pieczary 

Ochłonąwszy  nieco  ze  strachu,  przybliżyliśmy  się  do  otworu,  gdzie 

ujrzeliśmy  ogromnego  pleziosaura  do  30  kroków  długości,  na  czterech 
nadzwyczaj wysokich nogach, z krótkim, lecz grubym ogonem i z dwoma 
skórzanymi skrzydłami, które w kształcie trójkątnych żagli wznosiły  się  
na  pokrytym  gęstą  łuską  grzbiecie. 

Groźny  potwór,  zapewne  wypędzony  przez  wody  ze  swego  łożyska 

będącego gdzieś na tej górze, upuściwszy z paszczy trupa gramolił się po 

91 

background image

chwiejących  się  kamieniach,  z  oczywistym  przedsięwzięciem  opanować  
nasze schronienie, i  my mieliśmy paść ofiarą jego okrucieństwa. 

Uczułem  niepodobieństwo  bronić  się  przed  nim  orężem,  lecz  nie-

zgrabne  i  ciężkie  jego  poruszenia  po  najeżonej  obruszonymi  skałami  i 
prawie  pionowej  powierzchni  podały  mi  inny  rodzaj  obrony.  Przy  po-
mocy  Sajany  zrzuciłem  na  niego  ogromny  kamień,  luźno  spoczywający 
na  brzegu  pieczary.  Strącona  z  miejsca  bryła  uniosła  za  sobą  mnóstwo 
innych kamieni pod nogi pleziosaura, a obalony smok zsunął  się  razem  
z nimi  w  morze. 

Pocałowaliśmy  się  czule  z  Sajaną  winszując  sobie  nawzajem  wyba-

wienia od tego niebezpieczeństwa; znowu byliśmy dobrymi przyjaciółmi 
i  nawet daliśmy  sobie słowo nie  kłócić się więcej. 

Pozbywszy się nieproszonego gościa zbliżyliśmy się do trupa, którego 

nam zostawił na pamiątkę swych odwiedzin. Któż wyobrazi sobie nasze 
zdziwienie, gdy w tym trupie poznaliśmy szanownego Szimszika! On, jak 
widać było, niedawno zginął, gdyż ciało jeszcze zupełnie było świeże. 

Wyrzekłszy  kilka  ubolewających  słów  o  jego  śmierci  postanowili-

śmy... głód męczył nasze wnętrzności!... postanowiliśmy zjeść go. Wzią-
łem za nogę astronoma  i  przywlokłem do  pieczary. 

Zdaje  się,  że  człowiek  ten  był  stworzonym  umyślnie  na  moje  nie-

szczęście!  Tylko  cośmy  przystąpili  do  obejrzenia  chudej  jego  tuszy,  gdy 
wspomniawszy  o  zdarzeniu  pod  łóżkiem,  gdzie  on,  robiąc  postrzeżenia 
nad  słońcem,  zniweczył  pierwsze  zapały  naszego  szczęścia  -  znowuśmy 
się  pokłócili. 

Sajana  korzystała  z  tej  okoliczności,  aby  mię  dotknąć  wyrzutami. 

Trzeba jej tylko było pozoru, gdyż już jej się przykrzyło ze mną. Samot-
ność była zawsze dla niej zabijająca i potop zdawałby się dla niej bardzo 
miłym,  bardzo  wesołym,  gdyby  mogła  utonąć  w  dobrym  towarzystwie, 
pośród  świetnych  wielbicieli  jej  płci,  którzy  uprzejmie  podaliby  jej  w 
żółtych rękawiczkach ręce, aby zgrabniej zeskoczyć w  przepaść. 

Przenikałem na wskroś jej myśli i chęci i nagadałem jej tysiące twar-

dych prawd, od których ona zemdlała. Co za okropny  charakter! Męczy 
mię kaprysami podczas potopu! Jak gdybym nie dość zniósł przedpoto-
powych  kaprysów!  A  wszystkiego  przyczyną  ten  przeklęty  Szimszik, 
który i po śmierci nie daje mi pokoju! Miotany żalem, gniewem, wście-
kłością, rozpaczą porwałem małego astronoma za nogi i rzuciłem w mo-
rze. Zgiń, niegodziwy pedancie! Lepiej umrzeć z głodu jak   psuć  żołądek   

92 

background image

chudą  szkolną strawą przesiąkła  atramentowymi sporami. 

Starałem się jednak ulżyć cierpieniom mej żony. lecz odrzuciła moje 

usługi. Przyszedłszy nieco do siebie płakała i nie chciała ze mną mówić. 
Przyrzekłem  sobie  nadal  nie  przeszkadzać  jej  smutkowi.  Odwróciliśmy 
się  jedno  do  drugiego  i  tak  siedzieliśmy  przez  parę  godzin.  Przyjemne 
przepędzenie  czasu  wpośród  dogorywającego  potopu! 

Tymczasem głód doprowadził mię do ostateczności. Kąsałem samego 

siebie! 

-  Sajano!  -  zawołałem,  zrywając  się  z  kamienia,  na  którym  siedzia-

łem zadumany. - Sajano, patrzaj, woda już zatopiła wchód do pieczary. 

Spojrzała się na  otwór obumarłymi,  skamieniałymi  oczami. 
-  Czy widzisz tę wodę, Sajano? - dodałem, wyciągając do niej rękę.  - 

To  nasz grób! 

Ona ciągle jeszcze patrzyła strasznie, osłupiałe, milcząc, jakby nic nie 

widziała. 

-  Ty  mi  nie odpowiadasz,  Sajano? 
Krzyknęła  dzikim  głosem,  rzuciła  się  w  me  objęcia  i  mocno,  mocno 

przycisnęła mnie do piersi. Konwulsyjne to objęcie trwało kilka minut i 
nagle osłabło. Głowa jej spadła wznak na moje ręce. Z rozkoszą zatopi-
łem wzrok mój w oczy lubej i długo nie mogłem się nasycić tym  wido-
kiem. 

Widziałem  wewnątrz  jej  zemdlałe  bicie  ognistej  namiętności,  samo-

lubstwa; widziałem przez suche szkło oczu nieszczęsnej, jak w jej duszy, 
na  kształt  czarnoksięskich  cieni  na  płótnie,  przechodziły  mdłe  obrazy 
wszystkich jej z porządku wielbicieli. Wtem zdawało mi się, że w tej licz-
bie przemknął się i mój obraz. Łzy mi trysnęły z oczu; kilka ich padło na 
jej usta, a ona z chciwością je połknęła, aby ukoić głód. Biedna  Sajana! 

Złączałem me usta z jej ustami szczerym, serdecznym pocałowaniem 

i przez chwilę zostawałem bez przytomności w tym położeniu. Gdym się 
oderwał,  ona  już  była  zimna  jak  marmur...  Już  nie  istniała!  Cały  dzień 
płakałem nad  jej trupem.  Biedna Sajana... Któż ci  przeszkadzał umrzeć 
na  łonie  prawdziwej  miłości?  Tyś  nie  znała  tej  czułej  i  rozkosznej  na-
miętności!...  Nie,  tyś  jej  nie  znała,  i  urodziłaś  się  kobietą  tylko  przez 
pychę. Kochałem ją i teraz jeszcze, tak jak wtenczas, kiedyśmy   po   raz  
pierwszy   przysięgali   kochać   się  do  grobowej   deski... 

93 

background image

Okrywałem ciało jej pocałunkami namiętności... Wtem uczułem w sobie 
paroksyzm głodu, a przywiedziony do wściekłości, zatopiłem chciwe 
me zęby w białe ciało, które osypywałem całowaniami. Lecz upamię- 
tałem się i ze zgrozą odskoczyłem do ściany.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .    

Po lewej stronie wejścia

 

Woda zatrzymała się na jednym punkcie i wyżej nie wznosi się. Zjadłem 
kokietkę! .   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .    .   .   .   .   .   .   
15  dnia  szóstego  księżyca  woda  znacznie  opadła.  Kilka  wierzchołków 
znów się pokazało z morza na kształt wysepek   .   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .    
19 dnia. Morze przy nowo północnym wietrze pokryło się gęstymi 
bryłami lodu.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .    .   .   .   .   .    

26 dnia. Dziś skończyłem  wyrzynanie sztyletem na ścianach tej  pie-

czary  historii  moich  przygód. 
28 dnia. Naokoło tworzą się lodowate góry.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .    
30 dnia. Zimno coraz się wzmaga.   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   
.   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  
.   .   . .   .    .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .   .  .   .   .   .   .   .   .   .   .   .    
P.S.  Marznę  umier 

.   .    .   .   .   .   .   .  „ 

Tymi słowy kończy się długi hieroglificzny napis w sławnej pieczarze, 

nazywanej „Pisaną Komnatą”, i my tu zakończyliśmy nasze tłumaczenie. 
Pracowaliśmy  nad  nim  od  rana  do  wieczora  przez  sześć  dni.  Wy-
potrzebowaliśmy  dwa  pudy  świec  i  dwie  ryzy  „papieru,  zażyliśmy  i  wy-
palili co niemiara tabaki i tytuniu, wymęczyliśmy się, znużyli, a mało co 
nie zachorowali,  lecz na  koniec skończyliśmy. 

Zeskoczyłem  z  rusztowania,  doktor  wstał  zza  stolika  i  zeszliśmy  się 

na  środku   pieczary. 

On trzymał w ręku dwa skamieniałe ludzkie żebra i dzwonił nimi na  

znak  ukontentowania,  mówiąc: 

94 

background image

-  Wiesz  co,  baronie,  żeśmy  wielkiego  dzieła  dokonali.  Teraz  już  je-

steśmy  nieśmiertelni  i  możemy  choćby  zaraz  umierać.  Oto  są  kości 
przedpotopowego  małżeństwa.  To  kość  kobieca,  w  tym  nie  ma  żadnej 
wątpliwości. Słuchaj, jak dzwoni, gdy się w nią uderzy kością męską... 

Szanowny Szpureman zachwycał się kośćmi, pieczarą, napisem i tłu-

maczeniem. Ja ożywiony byłem tymże uczuciem, rozważywszy ważność 
odkrycia, które los pozwolił nam uskutecznić w najodleglejszej i rzadko 
kiedy  przystępnej  stronie  północy;  nie  byłem  jednak  kontent  ze  stylu 
tłumaczenia.  Napomknąłem  o  koniecznej  potrzebie  poprawienia  go 
wspólnymi  siłami,  w  Jakucku,  podług  reguł  retoryki  profesora  Toł-
maczewa,  i  przysypać  do  niego  z  kilka  pudów  przedpotopowych  za-
imków  ten  i  onże,  bez  których  nie  ma  u  nas  szczęścia,  wykrętu  ani 
ozdobnej prozy. 

-  Uchowaj  Boże!  -  zawołał  doktor.  -  Nie  trzeba  zmieniać  ani  jednej  

litery.  Jest  to styl  hieroglificzny - prawdziwy egipski. 

-  Przynajmniej pozwól dodać kilkadziesiąt odkopanych, skamienia-

łych przyimków, wyżej wspomniany, rzeczony itd., które dziwnie uszla-
chetniają opowiadanie i robią je godnym ust Dumnego Diaka. 

Szpureman i na to nie przystał. 
Przymuszony  byłem  dać  mu  słowo,  że  bez  niego  nie  dotknę  piórem 

żadnego wiersza w tym tłumaczeniu. 

-  Lecz co myślisz o treści napisu? - zapytałem. 
-  Myślę - odpowiedział poważnie - że jest nieocenioną tak dla nauk, 

jak  i  dla  całego  ucywilizowanego  świata.  Bo  wyjaśnia  i  dowodzi  wiele 
ciekawych i dotychczas jeszcze nie rozstrzygniętych zagadnień. Najprzód 
masz  pewną,  jasną,  prawdziwą,  dotychczas  jedyną  naukę  o  tym,  co  się 
dzieje podczas potopu, jak on się powinien odbywać, i czego się wystrze-
gać  należy  w  podobnym  zdarzeniu.  Teraz  obaj  wiemy,  że    nie    ma    nic 
niebezpieczniejszego.  .  . 

-  Jak  się żenić przed samym potopem - podchwyciłem. 
-  Nie  -  odpowiedział  doktor  -  jak  być  zakochanym  w  przed-

potopowej, czyli odkopanej żonie, uxor fossilis, seu antediluviana. Jest 
to cudowny rodzaj kobiet! Co za niesłychane kokietki! Przeznam się, że 
po powrocie do Niemiec miałem zamiar ożenić się z jedną młodą, śliczną 
panną, którą dawno kocham, ale teraz... uchowaj Boże... i  myśleć o tym  
nie chcę. 

-  Czegóż się boisz? - zapytałem. - Teraźniejsze żony wcale nie są po-

dobne do przedpotopowych. 

-  Jak to, czego się boję? - zawołał doktor. - A jeżeli ożeniwszy się 

95 

background image

będę zakochany w mej żonie, a nagle spadnie z nieba kometa, zdarzy się 
potop?  Wszak  wtenczas  żona  moja,  żeby  nie  wiem  jak  cnotliwa  była,  
koniecznie musi stać się  przedpotopową? 

-  Prawda - powiedziałem, uśmiechając się. - Moja przenikliwość nie 

posuwała się tak dalece i bynajmniej nie przyszło mi na myśl  podobne  
zdarzenie. 

-  Ależ,  kochany  baronie  -  dodał  mój  kolega.  -  Uczony  człowiek,  to 

jest uczony mąż, powinien wszystko przenikać i wszystkiego się obawiać. 
Znając  zoologię  i  porównawczą  anatomię,  w  całej  rozciągłości  pojmuję 
nieszczęśliwe położenie autora tego napisu. Wiadomo, że do potopu, co 
tylko  istniało  na  świecie,  było  dwa,  trzy,  dziesięć  razy  większe  aniżeli 
teraz; na ziemi znajdowały się zwierzęta jak megateriony, których żebro 
było grubsze i dłuższe od masztu naszego statku. Weźże megateriona za 
wzór  i  wystaw  sobie  wszystko  w  naturze  w  tej  proporcji,      a      wtenczas   
zobaczysz  jak   okropne,   kolosalne,   olbrzymie musiały być przedpoto-
powe kaprysy, przedpotopowe zdrady i ……. i ……  i wszystko przedpoto-
powe. Ale  wróćmy do napisu.  Po wtóre:  napis ten  potwierdza zupełnie 
wszystkie przyjęte teraz teorie o wielkich zburzeniach  ziemskiego okrę-
gu.  Po  trzecie:  jasno  wykazuje,  że  cywilizacja  egipska  jest  najstarożyt-
niejszą i niegdyś rozszerzała się po całej prawie ziemi, a osobliwie kwit-
nęła  w  Syberii;  że  wiele  nauk  jak  astronomia,  chemia,  fizyka  i  inne  już 
wtenczas, to jest przed potopem, były posunięte w tych stronach do do-
skonałości;  że  przedpotopowi  ludzie  byli  bardzo  rozumni  i  uczeni,  ale 
wielkie  szarlatany  itd.,  itd.  Ten  napis  wszystko  to  dobrze  objaśnia.  Nie 
zataję ci jednakże, baronie, jednej wątpliwości, która... 

-  Jakiej  wątpliwości?  -  zapytałem  niespokojnie,  przypuszczając,  że 

on  może  powątpiewa  o  zasadzie  moich  hieroglificznych  wiadomości.  - 
Tej,  że to nie jest opis ogólnego potopu? 

-  O, co się tycze tego, zupełnie się  z tobą zgadzam! 
-  Jest  to  podług  mego  zdania  historia  jednego  z  cząstkowych  po-

topów, których, jak wiadomo, było kilka w różnych częściach świata. 

-  I ja  tak  myślę. 
-  Słowem, jest to historia syberyjskiego, domowego potopu. 
-  I ja tak  myślę. 
-  Zawsze jednak jest to  niepospolita historia!... 
-  I ja tak  myślę. 

Kazaliśmy rzemieślnikom natychmiast zebrać rusztowanie, kości i 

96 

background image

przygotować się do niezwłocznego wyjazdu, gdyż u nas wszystko już było 
wyjaśnione,  zdecydowane  i  skończone. 

Żeby  jednak  nie  opuścić  Niedźwiedziej  wyspy  bez  przyjemnego  na 

przyszłość wspomnienia, kazałem przynieść dwie ostatnie butelki szam-
pańskiego  wina,  które  kupiłem  w  Jakucku,  i  wypiliśmy  je  we  dwóch  w  
„Pisanej  Komnacie”. 

Pierwszy  toast  był  jednogłośny,  na  cześć  podróży  uczonych,  którym 

rodzaj ludzki winien tyle pożytecznych odkryć. Za tym poszły drugie. 

-  Teraz wypijemy za zdrowie uczonych, dobrych, pracowitych Niem-

ców -  rzekłem  memu  koledze,  nalewając  drugi  kieliszek. 

-  A  teraz  za  zdrowie  wielkiej,  wielowładnej,  gościnnej  Rosji  -  po-

wiedział grzeczny  kolega,  także  udając się  do  butelki. 

-  Niech  żyją  potopy!   -  zawołałem. 
-  Niech  żyją  hieroglify!  -  zawołał doktor. 
-  Niech kwitną porównawcza anatomia i wszystkie rozsądne teorie! 

- zawołałem. 

-  Niech kwitną wszyscy uczeni badacze, Niedźwiedzia wyspa i białe 

niedźwiedzie!  -  zawołał doktor. 

-  Długie  życie  megalosaurom,  megaloniksom,  megaloterionom, 

wszystkim  megalo-bydlętom  i  megalo-zwierzętom!!  -  krzyknąłem  przy 
ósmym  kieliszku. 

-  Wszystkim rudym mamutom, mastodontom, tłumaczom i egipto-

logom długich lat!! - krzyczał na pół pijany naturalista przy dziewiątym. 

-  Wiwat Szabachubosaar!!  - wrzasnęliśmy oba. 
-  Wiwat prześliczna Sajana!!! 
-  Hura przedpotopowe  kokietki!!! 
-  Hura Szimszik,  kopalny doktor filozofii,  hura,  hura!!! 
Postawiliśmy próżne butelki i kieliszki pośrodku pieczary i poszliśmy 

na  dół.  Ja  jako  tako  spełzłem  z  góry  bez  cudzej  pomocy.  Szpuremana 
rzemieślnicy  przynieśli  razem  z  drążkami.  Uczona  podróż  odbyła  się  z 
całą formalnością. 

Z  niecierpliwością  oczekiwaliśmy  chwili  powrotu  do  Europy  z  na-

szym  napisem,  aby  się  pysznić  zdziwieniem  uczonego  świata  i  czytać 
górne  pochwały  dla  nas,  pochwały  we  wszystkich  dziennikach.  Na  nie-
szczęście  silny  przeciwny  wiatr  nie  dozwalał  nam  wyjść  z  zatoki  i  przy-
muszeni byliśmy zostać jeszcze przez trzy doby, nudząc się nieskończe-
nie bez zatrudnienia i bez szampańskiego wina. Czwartego dnia rano po-
strzegliśmy  statek  płynący  do  nas  w  kierunku  od Małej  wyspy. 

97 

background image

-  Czy  to  tylko  nie  Iwan  Antonowicz?  -  zawołaliśmy  oba  jednogło-

śnie.  - Zapewne  to  on!  Jaki  grzeczny! 

-  Byłoby  nam  bardzo  przyjemnie  widzieć  się  z  kim  w  tym  miejscu,  

pośród  nieśmiertelnych  naszych  odkryć.  Nieprawdaż,  doktorze? 

-  Jawohl! Moglibyśmy mu udzielić wielu pożytecznych wiadomości. 

Koło południa  statek  wszedł do  zatoki. 

Rzeczywiście  był  to  Iwan  Antonowicz  ze  swą  probierską  igłą.  Jako 

gospodarze wyspy, pod nieobecność białych niedźwiedzi, przyjęliśmy go 
na  brzegu  śniadaniem.  Po  wypiciu  dwóch  przedśniadaniowych  kielisz-
ków  wódki  i  przekąsiwszy  chlebem  umoczonym  w  samym  źródle  soli, 
solniczce,  zapytał  nas,  czyśmy  zadowoleni  z  naszej  wyprawy  na  wyspę 
Niedźwiedzią. 

-  Jak tylko można najlepiej! - zawołał kolega Szpureman. - Zebrali-

śmy  obfity  plon  samych  najważniejszych  i  nowych  dla  nauk  faktów.    A  
pan  coś  zrobił przy  ujściu  Leny? 

-  Wypełniłem  moje  zlecenie  -  odpowiedział  skromnie  -  i  spo-

dziewam  się,  że  względna  zwierzchność  oceni  moje  starania  i  trudy. 
Obejrzałem  prawie  całą  tę  krainę   i   znalazłem  ślady  złotego piasku. 

-  Wiedziałem o tym jeszcze przed przybyciem, że pan tam znajdziesz 

złoty piasek - powiedział doktor z imponującym uśmiechem. 

-  Jakże  pan  mógł o tym  wiedzie? -  zapytał  Iwan  Antonowicz. 
-  Już to mnie tylko wiadomo! Znajdziesz tam jeszcze brylanty, rubi-

ny, szmaragdy i wiele innych osobliwości. Ja nie tylko wiem, że one tam 
są, ale nadto mogę  powiedzieć panu z  pewnością, kto je tam położył,   i   
w  którym  roku. 

-  Na miłość Boga, powiedz mi pan! - zawołał Iwan Antonowicz z wi-

doczną ciekawością. - Natychmiast zdam o tym raport do komendy. 

-  I owszem! Narzucał ich tam kometa przy swoim rozbiciu się - po-

ważnie objawił  mój  przyjaciel. 

-  Kometa?  -  zapytał  zdziwiony  oberbergprobirmajster  siódmej  kla-

sy.  - Jaki  kometa! 

-  Tak,  tak,  kometa  -  powiedział  doktor  -  który  spadł  na  ziemię  ze 

swoją bryłą i atmosferą 11.879 roku, 17 dnia, piątego księżyca  o  godzi-
nie piątej  po południu. 

-  11.879 roku mówisz pan? - przydał urzędnik, spojrzawszy ogrom-

nymi  oczami.  - Jakiej  ery,  to jest jakiej  chronologii? 

-  To  było    przed  potopem    -    powiedział    obojętnie    doktor.    -  Ery  

barabińskiej. 

98 

background image

-  Ery barabińskiej - powtórzył Iwan Antonowicz, zupełnie zmiesza-

ny od tylu uczonych faktów. - A... wiem... to u nas na Syberii nazywa się   
Barabińskim stepem. 

Nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu. Tryumfujący niemiecki Ge-

lehrter,  ulitowawszy  się  nad  niewiadomością  poczciwego  Syberyjca, 
wyjaśnił mu z życzliwą uprzejmością, że teraźniejszy Barabiński Step, w 
którym  żyją  Buriacy  i  Tunguzi,  jest  zapewne  tylko  ostatkiem  sławnej, 
bogatej,  ucywilizowanej,  przedpotopowej  monarchii  nazywającej  się 
Barabią, gdzie ludzie jeździli na mamutach i mastodontach, jedli kotlety 
z  anoploterionów,  serdelki  i  kiełbasy  z  astrakoterionów,  pieczyste  z  lo-
fiodontów, z solonymi bananami zamiast ogórków, i żyli po 500 i więcej 
lat.  Iwan  Antonowicz  nie  mógł  na  to  nic  odpowiedzieć  i  wypił  jeszcze  
kieliszek  wódki. 

-  Czy wiesz, kochany panie Iwanie Antonowiczu - wołał Szpureman 

filuternie  spoglądając  na  mnie  -  że  niegdyś  w  jakuckim  obwodzie  we 
wszystkich  kancelariach  pisali  egipskimi  hieroglifami  tak  zręcznie  i 
prędko jak teraz zwyczajnymi literami? Pan nic o tym nie słyszałeś? 

-  Nie  zdarzyło  się  -  odrzekł  urzędnik. 
-  A my znaleźliśmy egipskie hieroglify nawet na tej wyspie. Wszyst-

kie  ściany  „Pisanej  Komnaty”  pokryte  są  nimi  z  dołu  do  góry,  pan  nie  
wierzysz? 

-  Wierzę! 
-  Jeżeli  pan  sobie  życzysz,  pójdziemy  razem  do  pieczary  nacieszyć. 

się  wspólnie  cudownym  odkryciem. 

-  Bardzo chętnie. 
-  Pan pewno nigdy nie widziałeś egipskich  hieroglifów? 
-  Jakoś  nie zdarzyło się  widzieć. 
-  Za to teraz zdarzy się, własnymi oczyma przekonasz się pan o  ich  

znajdowaniu  się  w północnych  stronach Syberii. 

Wstaliśmy,  aby  przygotować się  do  drogi. 
-  Iwanie Antonowiczu - zawołaliśmy oba, żartując z jego niedowiar-

stwa - nie zapomnij na miłość Boga wziąć swojej próbnej igły. 

-  Mam ją zawsze przy sobie - odpowiedział spokojnie. - Idziemy. 
Stanąwszy  już  w  pieczarze,  we  dwóch  zatrzymaliśmy  się  na  środku, 

zostawiając mu samemu opatrywanie ścian. Obszedł naokoło całą kom-
natę,  przytknął  nos  do  każdej  ściany,  zadarł  głowę  do  góry,  obejrzał  z 
uwagą sklepienie i wrócił do ścian. Czytaliśmy na jego twarzy zdziwienie  
połączone  z jakąś  mineralogiczną  radością  i  trącaliśmy jeden drugiego 

99 

background image

ze zdradliwym ukontentowaniem, ciesząc się jego wrażeniem. Poprawił 
świecę  w  latarni  i  znów  obszedł  naokoło  komnatę.  Myśmy  przez  cały  
czas  milczeli. 

-  Tak! To rzecz bardzo ciekawa! - zawołał na koniec szanowny ober-

bergprobirmeister pukając palcem o ścianę. - Ale gdzie hieroglify? 

-  Jak to, gdzie hieroglify? - zawołaliśmy chórem. - Czyż pan ich nie 

widzisz?! Oto tu, tu... tu... i tu! Całe ściany są nimi porysowane! 

-  Czyżby  to  były  hieroglify?!  -  powiedział  przeciągłym  głosem  zdzi-

wiony  Iwan  Antonowicz.  -  To  krystalizacja  stalaktytu  znanego  wśród  
nas,  mineralogów,  pod imieniem  hieroglificznego. 

-  Co?  Jak?!...  Stalaktytu?!  -  krzyknęliśmy  z  zapałem.  -  To  nie-

podobna! 

-  Proszę mi wierzyć - dodał z zimną krwią Iwan Antonowicz - że to 

jest stalaktyt i to stalaktyt bardzo rzadki. Znajduje się go tylko w krajach 
zbliżonych  ku  biegunom  i  najprzód  został  odkrytym  w  jednej  pieczarze 
na  wyspie  Grenlandii,  potem  znaleziono  go  w  jaskiniach  Kalifornii. 
Działaniem mocnego zimna, które zazwyczaj towarzyszy jego krystaliza-
cji,  rysuje  on  się  po  ścianach  pieczar  w  różne  dziwne  kształty,  mające 
podobieństwo  do  krzyżów,  trójzębów,  półokręgów,  kul,  linii,  gwiazd, 
zygzaków i innych fantastycznych figur. Można nawet przy małej pomo-
cy  imaginacji  odróżnić  dosyć  naturalne  obrazy  wielu  przedmiotów,  do-
mowych  sprzętów,  kwiatów,  roślin,  ptaków  i  zwierząt.  W  tym  stanie, 
podług Haylanda, rzeczywiście przypomina egipskie hieroglify i stąd też 
dostał  nazwisko  od  mineralogów  hieroglificznego,  czyli  malowniczego. 
W Grenlandii długo miano je za runiczne napisy, a w Kaliforni dotych-
czas  krajowcy  są  przekonani,  że  w  rysach  tego  minerału  zawarte  są  ta-
jemnicze  wyrocznie  ich  bogów.  Hill  podróżując  po  północnej  Ameryce 
skopiował całą ścianę jednej jaskini, która była pokryta rysami krystali-
zacji stalaktytu, aby dać czytelnikom jasne pojęcie o tej dziwnej igraszce 
natury. Pokażę panom to dzieło, skąd przekonacie się, że to jest nic wię-
cej jak tylko stalaktyt, szczególny rodzaj soplastych kamieni, postrzeżo-
ny w znanej jaskini na wyspie Paros i w egipskich grotach Samun. Kry-
stalizacja  polarnego  śniegu  przedstawia  jeszcze  dziwniejsze  widowisko 
co do różnorodności figur i niepojętej  sztuki  rysunku... 

Byliśmy porażeni tym niespodziewanym wypływem kamiennej uczo-

ności... górniczego urzędnika. Mój przyjaciel Szpureman słuchał go w 

100 

background image

zupełnym  osłupieniu,  a  gdy  Iwan  Antonowicz  skończył  swą  okropną 
dysertację, wymówił tylko długie na pół łokcia Jaaaaaa!... A ja zacząłem 
gwizdać  ulubioną piosnkę:   „Czymże ciebie obraziłam...” 

Oberbergprobirmajster  siódmej  klasy  natychmiast  wyjął  z  kieszeni 

swoje instrumenta i począł łamać nasze hieroglify mówiąc, że mu bardzo 
przyjemnie znaleźć tu ten ladaco, zdradliwy, niesumienny minerał, gdyż 
u nas w Rosji, nawet w Petersburgu, dotychczas nie  ma żadnego wzoru 
malowniczego stalaktytu, za przysłanie którego on spodziewa  się  ode-
brać  pochlebne  po  komendzie podziękowanie. 

Podczas  tej  roboty  obaj  z  doktorem,  rozczarowani  tak  nieprzyjem-

nym  sposobem,  staliśmy  w  dwóch  przeciwległych  końcach  pieczary, 
strasznie spoglądając na siebie i bojąc się zbliżyć ku sobie, aby w pierw-
szym  impecie gniewu,  oburzenia,  żalu  nie połknąć jeden  drugiego. 

-  Baronie!  - powiedział. 
-  Co  takiego? -  odpowiedziałem. 
-  Jakżeś tłumaczył  te  hieroglify?! 
-  Tłumaczyłem je podług Szampoliona: każdy hieroglif to albo litera, 

albo metaforyczna figura, albo litera i figura, albo ani litera ani figura, a 
tylko upiększenie pisma, jeżeli sensu nie ma czytając literami... 

-  Nawet słyszeć nie chcę o takiej teorii odczytywania! -  zawołał na-

turalista. - To urąga zdrowemu rozsądkowi. Pan mnie oszukałeś! 

-  Mości panie! Nie mów mi tego, bo - przeciwnie - pan mnie oszuka-

łeś! Kto z nas pierwszy powiedział, że to hieroglify? Kto ułożył teorię dla 
objaśnienia,  jakim  sposobem  egipskie  hieroglify  zabrnęły  na  Niedźwie-
dzią wyspę? Pan byłeś przyczyną, że ja przesiedziałem sześć dni na rusz-
towaniu, straciłem czas i pracę, przetłumaczyłem z taką starannością  to,  
co  nie  zasługiwało  na  najmniejszą  nawet  uwagę! 

-  Powiedziałem,  że  to  hieroglify  dlatego,  żeś  mi  zawrócił  głowę 

swym  Szampolionem -  mówił doktor. 

-  A  ja  widziałem  w  nich  historię  potopu  dlatego,  żeś  mi  zaprzątnął 

głowę swymi teoriami o wielkich zaburzeniach ziemi - odpowiedziałem. 

-  Chciałbym  jednak  wiedzieć  -  dodał  doktor  -  jakim  sposobem  wy-

prowadziłeś sens,  tłumacząc prostą igraszkę  natury? 

Na  co,  rozumie się,  odpowiedziałem doktorowi: 
-  Nie moja w tym wina, że z głupich igraszek natury, według grama-

tyki  Szampoliona,  można  wywieść  sens  dość prawdopodobny! 

101 

background image

-  Niech i tak będzie!  - zawołał doktor. - Przyznam się jednak otwar-

cie,  że  gdyś  mi  dyktował  swe  tłumaczenie,  nie  wierzyłem  ani  jednemu 
twemu  słowu.  I  zaraz  postrzegłem,  że  w  tej  bajce  kryje  się  mnóstwo  
niepodobieństwa  i  niezgodności... 

-  A jednak zachwycałeś się nimi, póki potwierdzały twoją teorię. 
-  Ja? -  zawołał doktor.  - Zupełnie  nie! 
-  A  kto  do  tekstu  tłumaczenia  mego  dodawał  różne  wyjaśnienia  i 

przypiski?  -  zapytałem  z  gniewem.  -  Pan  chciałeś  nawet  Hoffrata 
Szimszika przedstawić  na  członka  do Getyngskiego uniwersytetu! 

-  Baronie,  zażyjesz  tabaki? 
-  Ja  tabaki  nie  zażywam. 
-  Przynajmniej oddaj mi to tłumaczenie; całe pisane jest moją ręką. 
-  Nie dam.  Ja je  wydrukuję  wraz  z twymi  przypiskami. 
-  Fuj,  baronie!  -  powiedział  Szpureman  z  powagą  nie  do  na-

śladowania.  -  Podobnego  rodzaju  żarty  nie  uchodzą  między  takimi  jak   
my  uczonymi. 

Na  drugi  dzień  opuściliśmy  wyspę  Niedźwiedzią.  Wróciliśmy do 

ujścia  Leny,  a  stamtąd  do  Jakucka.    Podróż  nasza  była  nieszczęśliwa; 
wytrzymaliśmy  silną  burzę,  cały  czas  walczyliśmy  z  lodami,  które  po-
kryły całe morze  i  ujście  Leny.  Odmroziłem sobie  nos. 

Oswobodziwszy  się  od  Szpuremana,  dałem  sobie  słowo  nie  przed-

siębrać już  nigdy   uczonych   podróży. 

background image

 

 

 

1858 

1. Przeprawa z ziemi  na  księżyc 

[...] Uniesiony nad ziemię  w pół odurzonym stanie,  przez długi czas 

nie widziałem nawet, co się ze mną dzieje; tylko  jakieś uczucie lubości, 
często  mnie  owładujące  i  we  śnie,  gdy  myślą  przelatuję  po  niebieskich 
przestworach, towarzyszyło mi i wzmagało się w miarę jakem się oddalał 
od  padołu  ziemskiego,  na  którym  tyle  złego  doznałem.  Smutki,  troski  i 
kłopoty zlatały ze mnie równocześnie z płatami mego ziemskiego ubioru, 
tak  jak  gdyby  skutkiem  tarcia  o  atmosferę  otaczającą  ziemię.  Z  każdą 
chwilą  robiło  mi  się  lżej  na  ciele  i  na  sercu  i  myśl,  wprzódy  ciężko  się 
wlekąca  po  ziemi  tak  jak  żółw  po  piasku,  zaczęła  bujać  z  każdą  chwilą 
swobodniej w eterycznych przestworach, a nareszcie znękana uczuciem 
dawno niedoświadczanym własnego szczęścia, usnęła w słodkiej wiedzy, 
że się przybudzi jeszcze szczęśliwiej,  do jeszcze milszej  rzeczywistości. 

Nie  mogę  powiedzieć,  jak  długo  trwał  ten  stan  lubego  odrętwienia, 

czyli  raczej  jak  długo  mi  się  zdawało,  że  trwał;  czy  to  była  chwila,  czy 
wiek cały, tego nie wiem; nie pragnąłem przebudzenia i nie lękałem się 
go,  żyłem  jednostajnym  uczuciem  szczęścia  niewiadomego  mi  z  przy-
czyn, krążąc, jak mi się zdawało, około siebie i w własnej swej   atmosfe-
rze,  tak jak  atomik  niebieski, zbliżając  się jednakże do jakiegoś 

103 

background image

niewidzialnego centrum, ale nic nie widząc i nie pragnąc żadnego  wido-
ku... 

Potem  zaczęła  się  znów  inna  faza  istotności:  zmysły  powoli  prze-

budzały się ze snu jeden za drugim. Naprzód słuch wstępować zaczął w 
życie  uczuciem  jakichś  harmonii,  brzmiących  jednostajnie  z  matema-
tyczną regularnością i tak lubych, pięknych jak wibracje tysiąca diamen-
towych  dzwonów zawieszonych  na  kopule  nieba. 

Następnie ocknął się wzrok, uczuciem miłego niebieskawego światła, 

napełniającego  duszę  anielskim  pokojem  i  tak  rzewną  pobożnością,  że 
ręce  złożyłem  do  modlitwy  i  pławiąc  się  w  słodkim  lazurze,  śpiewałem  
hymn  dziękczynienia. 

Miliona  heliotropów  zapach  i  uczucie  czystych  anielskich  pieszczot 

rozeszły  się  po  całym  moim  ciele  i  całkiem  je  przejęły  wonią  i  miłością 
do  wszystkiego,  co  było,  co  jest  i  co  będzie.  Z  białej  aksamitnej  skóry 
mojej pryskały miłe iskierki elektryczne niby brylantowe bąbeleczki, a za 
każdym  potarciem  rąk  sypały  się  iskrzące  ognie,  ulatujące  w    kształcie  
miłych  śpiewających  koliberków w  przestrzeń. 

Z  zachwytu  przelatywałem  w  zachwyt.  Jutrzenka  się  ukazała  i  całe 

obłoki  z  rubinów  i  róży  przelatywały  około  mnie,  witając  z  serdecznym  
uśmiechem  po  imieniu: 

-  Witaj!   Witaj,  gościu  Serafinie  pomiędzy  duszy   twojej   braćmi! 
Potem znów nastała ciemność, tylko pod sobą zobaczyłem dużą, jak 

całe  województwo,  świecącą  gwiazdę,  na  której  powierzchni  roiły  się  w 
kształcie  barw  w  kalejdoskopie  światła,  barwy,  głosy,  zapachy,  czucia  i  
smaki. 

Inna  gwiazda  daleko  mniejsza,  lecz  świetna  jak  argandzkie  światło, 

krążyła  około  tej  wielkiej  gwiazdy,  która  ciągle  się  powiększając  traciła 
na blasku i nareszcie rozpłynęła się w niedościgłym dla oka widnokręgu, 
w  ciemnych  obszarach  nocy.  Tylko  miriady  świec,  lamp  i  krążących  
latarni  zajaśniały  na  ciemnym  widnokręgu  pode  mną. 

Już teraz pojąłem, że jestem w atmosferze otaczającej jakąś planetę. 
-  Ach Boże! Może to ziemia, na której się rodziłem i tylu zmartwień 

doświadczyłem!  -  zawołam  składając  ręce  do  pacierza  i  zalewając  się 
gorzkimi łzami. 

Nie!  To  nie była  ziemia! 
Słyszę  w  powietrzu  głos  jak  gdyby  człowieka,  czyli  raczej  żołnierza,  

komenderującego  wojskiem.  Słyszę huk bębna i wrzaskliwy głos trąbki. 

104 

background image

Nadbiega jakiś hufiec żołnierzy w seledynowych mundurach, z różowy-
mi  wyłogami,  w  szklistych  hełmach,  z  błyszczącymi  karabinami  i  pała-
szami.  Oto  patrol  żandarmerii,  nie  pieszej,  nie  konnej,  lecz  skrzydlatej,  
takiej jakiej  u  nas  nie  ma  i  nie było. 

Spostrzegli  mnie  i  wołają;  zapewne pytają:   „kto  leci?”. 
Ja  odpowiadam  na  chybił  trafił:   „swój”. 
Oni  jeszcze  wołają,  zapewne  każą  mi  się  zatrzymać,  ale  ja  przy  naj-

lepszej woli nie mogę się zatrzymać i ciągle spadam z szaloną szybkością 
na  dół,  ku  jakiemuś  padołowi,  na  którym  rozeznaję  teraz  morza,    góry, 
pola, piaski, jeziora,  a  nawet już  miasta,  wsie  i  rzeki. 

Puszcza się za mną skrzydlaty patrol, ale dopędzić mnie nie może. 
Więc komendant kazał dać ognia za uciekającym. Myślałem, że mnie 

w  drobne  kawałki  kule  rozniosą,  gdy  zagrzmiały,  jak  orzech  zgryzł, 
wszystkie  karabiny  razem. 

Gdzie  tam!  Obsypali  mnie  białymi  liliami  od  stóp  do  głów  i  na  tym 

koniec,  zaniechali  pogoni. 

O  tak  grzecznej  żandarmerii  nie  miałem  wyobrażenia. 
Potem widziałem innych skrzydlatych ludzi, krążących tu i ówdzie, w 

różnych  kierunkach,  samych  lub  w  towarzystwie.  Cały  hufiec  skrzyd-
latych dziewcząt wracał jak się zdaje ze szkoły do domu, pod pachą bo-
wiem miały kajety i książki, a tak szwargotały ciągle i głośno jak u  nas.  
Tylko  innym  dla  mnie  niezrozumiałym  mówiły językiem. 

Potem znów ryby różnej wielkości przesuwały się po powietrzu. Jed-

ne  były  tak  duże  jak  jesiotry  i  na  nich  siedzieli  pojedynczo  starzy  lub 
kobiety dostojnej tuszy, którym widać siła skrzydeł nie wystarczała, i na 
innych  znów  dużych  jak  wieloryby  siedziało  po  kilkudziesięciu  ludzi 
różnej płci, rozmaitego stanu i wieku, pomiędzy którymi byli i ludzie bez 
skrzydeł, nędznie w długie suknie ubrani, po większej części z brodami. 
Widać,  że  te  wieloryby  były  rodzajem  omnibusów,  popychanych  kilku-
nastu  skrzydłami  z  płótna,  ludzie  zaś  kierujący  tymi  omnibusami    mu-
sieli  ciężko  pracować  siłą  własnych  skrzydeł. 

Wszystko  to  tylko  migało  przed  mymi  oczyma,  leciałem  pionowym 

kierunkiem ku jakiemuś padołowi i kilku razy o mało nie zawadziłem o 
owe  ryby. 

Wreszcie spostrzegłem wyraźnie, że spadam na jakieś duże, okazałe i 

rzęsisto  oświecone  miasto,  i  że  okna  wszystkich  domów  tego  miasta 
wychodzą  na dach,  tworząc nie do  opisania pyszną łunę światła. 

105 

background image

Teraz zacząłem naprawdę myśleć o swym karku i ciężkim westchnie-

niem  poleciłem  się  Bogu. Doszedł  mnie natychmiast głos z padołu, jak  
gdyby  przez tubę  marynę 

1

  wypchnięty: 

-  Nie  bój  się  niczego,  Serafinie! 

marynarską 

Natychmiast też jakaś siła odpychająca, działająca przeciw sile przy-

ciągającej,  zwolniła  mój  bieg  tak  skutecznie,  że  z  każdą  chwilą  wolniej 
spadałem.  Nareszcie  tak  leciuchno  szybowałem  przez  warstwy  powiet-
rzne,  że  wszelka  obawa  ustąpiła  z  mej  duszy  i  przypatrzeć  się  mogłem 
swobodnie temu, co się pode mną na ulicach miasta działo. Ludzie krą-
żyli po nich piechotą, pomagając sobie w biegu skrzydłami tak jak stru-
sie. 

Pode  mną  w  środku  wielkiego  ogrodu,  wielki  gmach  z  dużą  wieżą, 

pokrytą  kopułą  z  jednego  kawała  szkła.  W  tym  obserwatorium  siedział 
jakiś  skrzydlaty  Jegomość,  w  szlafroku  i  ze  szlafmycą  na  głowie,  i  spo-
glądał na mnie w powietrze, dając mi rękoma i skrzydłami oznaki rado-
ści  i  przychylności. 

Nareszcie kopuła szklana odsunęła się jak na osi bocznej od wieży i ja 

zstąpiłem  wolno i  wygodnie. 

2.  Dom  doktora  Gerwida  na  księżycu 

-  Witajże  mi  Serafinie,  synu  ziemi,  na  gruncie  księżyca  i  w  mie-

szkaniu twego przyjaciela, doktora Gerwida - rzecze w polskim języku z 
rozjaśnioną  twarzą  ów  Jegomość,  przyciskając  mnie  rękoma  i    skrzy-
dłami do serca,  z radości bijącego. 

Mnie samemu wystąpiły łzy z radości, słysząc moją mowę rodzinną i 

z  tak  szczerą  serdecznością  będąc  powitany.  Zdawało  mi  się,  że  znam 
tego  czerstwego  staruszka  od  lat  tysiąca,  a  przecież  po  raz  pierwszy  w 
życiu go  widziałem. 

-  Ach przecież! Przecież od tylu lat tu cię przyciągałem wszelkimi fi-

zycznymi  i  chemicznymi  sposobami  i  dopiero  teraz  udało  mi  się  ciebie 
sprowadzić - rzecze dalej mieszkaniec księżyca, sadzając mnie na  kana-
pie  i podając szlafrok  i  pantofle,  abym  się  oblókł. 

Teraz dopiero spostrzegłem, że żadna część ubioru na mnie nie pozo-

stała  i  niemało się  zawstydziłem. 

106 

background image

Zaraz też mój gospodarz, widząc mnie zażenowanego, przykrył wieżę   

kopułą  i  zaciągnął  na   nią   pokrycie  z  woskowanego  płótna. 

Jeszcze nie mogłem przemówić słowa ze wzruszenia, gdy naraz spo-

strzegłem, że razem z ubiorem zgubiłem miniaturę Malwiny zawieszoną 
na  mojej  szyi. 

Zacząłem płakać, lamentować i narzekać wniebogłosy i przedstawiać 

gospodarzowi,  że  się  bez  tej  miniatury  żadnym  sposobem  obejść  nie 
mogę. 

-  Dobrze, dobrze, mój Serafinie, ta miniatura będzie ci z pewnością 

wrócona, jeśli jej żądasz, za godzinę - odpowie mi doktor Gerwid z wyra-
zem uczciwym  w twarzy i skrobiąc się skrzydłem cokolwiek kłopotliwie 
po głowie już cokolwiek szpakowatej. A i skrzydła miał także  szpakowa-
te,  w  niektórych  miejscach już siwe. 

-  Czy  za  godzinę  zażądam  mej  miniatury,  jedynej  rzeczy  przypo-

minającej mi od lat siedmiu, że kiedyś byłem szczęśliwy i kochany na tej 
ziemi,  która  mi  potem  wskutek  zawodów  i  zmartwień  tak  zbrzydła??.. 
Kolego!  Czymże  zastąpić  zdołam  tego  świadka  ubiegłych  uniesień,  tyle 
mi nadziei rokujących? Ciągle i bezprzestannie tęsknić będę do mej mi-
niatury i pokoju ci nie dam ani na chwilę; ty wiedzieć musisz, gdzie się 
podziała w ciągu tej podróży z ziemi na księżyc. 

-  Może  i  wiem,  mój  bracie  Serafinie  i  nie  chciałbym  cię  obedrzeć  z 

tego,  co  ci  najmniejszą  przyjemność  sprawić  może  na  księżycu.  Lecz 
przede wszystkim opowiedz mi, kolego, chociaż w krótkości, życia twego  
na  ziemi  spędzonego  koleje... 

-  Jak to? Ranę jeszcze nie zagojoną chcesz rozdrapywać, doktorze? 
-  By  z  niej  wyrwać  grotu  zatrutego  jeszcze  pozostałe  ułomki;  rana 

zagoi  się potem  sama  z siebie,  na  zawsze. 

-  Jakoś  przekonywująco  brzmią  twoje  rady,  o  miły,  skrzydlaty  ko-

lego; niechże więc tak będzie, zdobędę się na odwagę i raz jeszcze myślą 
wrócę do ubiegłych na padole ziemskim czasów, których ślady pozostały  
mi  w duszy  tak  głęboko  wyryte. 

3. Opowiadanie doktora  Serafina 

-  Urodziłem  się  w  Polsce,  w  małym,  lecz  przedziwnie  położonym 

mieście, dzieckiem tak słabym, że mi ani lekarze, ani doświadczone są-
siadki długiego nie rokowały życia.  Wzrastałem  w uczuciu własnej  bez-
silności, bolejąc i ból zadając rodzicom, i już w kolebce, w której długo 

107 

background image

pozostawałem,    przykrość   mej   istotności   uczułem   dotkliwie. 

Tęskniłem do śmierci. Nie! Nie do śmierci tęskniłem, tylko do innego 

życia,  bo  zdaje  się,  że  już  w  niemowlęctwie  wierzyłem  w  wieczność  du-
szy, którą Bóg mi wlał, mnie, o nią nie proszącemu, lecz w posiadaniu jej  
uporczywie  trwać chcącemu. 

Potem wiedziałem już, co jest śmierć; mojego małego braciszka Igna-

sia  wywieźli  w  trumience  i  już  nigdy  nie  wrócił,  a  ja  płakałem  długo  i  
tęskniłem  do  niego... 

Wzrastałem jak owa zagraniczna roślina, dla której miłość i starania 

rodziców  były  cieplarnią  i  długo,  długo  pasowałem  się  ze  szkodzącymi 
wpływami ziemi; dopiero coś w szóstym roku życia, po raz pierwszy na 
własnych nogach, w towarzystwie ojca wyszedłem do naszego pysznego 
parku  i  uczułem  się  wśród  drzew  okazałych,  otulony  ciepłym    powie-
trzem  wiosny. 

-  Czemu  płaczesz,  Serafinie?  -  spyta  ojciec,  widząc  łzy  w  moich 

oczach. 

-  Bo mi miło ojcze, tak miło, jak nigdy w życiu nie było; ach te liście, 

te kwiaty, ten zapach i to ciepło! Jakże to wszystko miłe i  piękne!   Czy  
tak  zawsze  pozostanie,  ojcze? 

-  Nie,  mój  synu!  Wszystko  się  zmienia  na  tej  ziemi,  rozkosz  nigdy 

długo  nie  potrwa  na  niej,  ale  jej  uczucie  powraca  i  kiedyś,  później,  na 
innym  świecie,  nigdy z duszy naszej  nie zniknie. 

Uwierzyłem w zdanie ojca, który nigdy nie kłamał i słowa jego wryły  

mi  się  na  zawsze w serce. 

Moim  pierwszym  nauczycielem  był  bakałarz,  filozof  naturalny,  ubó-

stwiający przyrodę i przy tym poeta, wykładający nawet tabliczkę mno-
żenia  w  obrazach.  Przedziwny  to  był  człowiek,  doktorze  Gerwidzie,  to 
prawdziwy  ojciec  mego  rozumu... 

-  A  jak  się  nazywał  ten  twój  pierwszy  nauczyciel,  którego  tak  mile 

wspominasz? - spyta mój gospodarz, rozczulony do łez nie wiem  czemu  
i ściskając  mnie  z rzewnością. 

-  Nazywał się Edwiger - odpowiadam także ze łzami w oczach. 
-  To  jakieś  nazwisko  nie  po  słowiańsku  brzmiące,  o  ile  tu  znamy  z 

języków ziemi  -  zarzuci  doktor. 

-  Istotnie,  był on cudzoziemcem, ale szczerze pokochał kraj, w  któ-

rym znalazł pracę, chleb i szacunek. Niestety, nie pozostał w nim długo! 
Umarł w moich rękach na astmę, nauczywszy mnie podstawy gruntow-
nej  kilku  języków  i  nauk  przyrodzonych.  Tak  jest,  doktorze,  umarł  w 
moich ramionach, przygotowawszy mnie na śmierć swoją i zapewniając  

108 

background image

mnie, że się kiedyś ujrzymy w lepszym świecie, zapewne na księżycu, do 
którego przez całe swe życie tęsknił! O! Będę go szukać po całym  księży-
cu i  niezawodnie go znajdę. 

-  Alboż to ludzie przenoszą się po śmierci z jednej planety na drugą, 

tak jak Panu  Cyrano de  Bergerac lub tobie, doktorze  Serafin nie, udało 
się przenieść za życia? - zarzuci mi Gerwid ruszając ramionami. 

-  Ba!  Musi  to  być  jednakże  prawda,  mój  dobry  nauczyciel  Edwiger 

nie chciałby mnie zawodzić; a potem słuchaj dalej, a przekonasz się, że 
najlepsi moi przyjaciele niestety poumierali i obiecywali, że się kiedyś z 
nimi połączę, zapewne na księżycu. Po stracie mego dobrego nauczyciela 
dostałem  zapalenia  mózgu  i  o  mało  co  nie  umarłem.  W  majaczeniach 
moich ciągle utrzymywałem, że widzę braciszka Ignasia u starego Edwi-
gera na księżycu. Gdym wrócił cokolwiek do zdrowia, zacny przyjaciel i 
dawny  kolega  palestrowy  mego  ojca,  pan  Andrzej  Poset,  szlachcic  kon-
tuszowy, do korda i do hajdy, jak to mówią, uwiózł mnie ze sobą na wieś 
i kształcić kazał swemu dawnemu towarzyszowi, staremu panu Świdwie, 
w  jeździe  konnej  i  w  używaniu  broni  siecznej  i  palnej.  Zmusił  mnie  do 
zupełnej zmiany trybu życia, książki  poszły cokolwiek na bok, górą jaz-
da, polowanie,  kuligi, tańce, a nawet w  potrzebie  i toasty. Spodobał mi 
się na koniec ten sposób życia, wskutek którego siła, odwaga i nigdy nie 
doświadczona  wesołość  wstąpiły  w  ciało  moje,  dawniej  tak  wiotkie  i 
słabe. Dzielny, bogobojny, a przy tym wesoły, dzieci nadzwyczaj lubiący, 
a  na  łacinie  mocno  kształcony,  pan  Andrzej  był  moim  bożyszczem,  w 
którego  się  wpatrywałem  jak  młodzian  ateński  w  Platona.  Świdwa  zaś, 
stary, nieuczony, ale rzeźwy, przebiegły, do wszystkich psich figlów zaw-
sze gotowy olbrzym, był moją wyrocznią, z którą dzień w dzień po parę 
godzin  na  polowaniu  spędzić  albo  przynajmniej  przegadać  koniecznie, 
musiałem. Ze szlachetnym Jegomościa o historii kraju i o wojnach, i to 
najczęściej  po  łacinie,  ze  starym  towarzyszem  o  polowaniu,  stawianiu 
sideł,  o  psach,  koniach  i  jastrzębiach  po  polsku,  ale  taką  polszczyzną, 
Mospanie,  jakiej już od dawna nie słyszę, jakiej się tajemnica może już 
na  zawsze  zatraciła... 

Nie  mogłem  mówić  dalej,  coś  mi  grdykę  jak  kleszczami  ścisnęło. 

Gerwid  mnie owiał swoimi  skrzydłami  i  drżące  ręce  mi  uściskał. 

-  Rok  cały  tam  u  nich  przesiedziałem,  kochany,  pielęgnowany,  ba-

wiony. Boże drogi! Tak dobrze nigdy i nigdzie mi nie było; jeden starzec 
wyrywał mnie drugiemu, strzegli mnie jak dwie kokosze kaczuchy przez 

109 

background image

się wysiedziałej, a radej się puszczać na wzburzoną sadzawkę. Ale ojciec 
przyjechał  i  widząc  mnie  silnym  i  zdrowym  jak  nigdy,  zagnał  mnie  do 
szkoły  Wojewódzkiej,  na  gramatykę  grecką,  aby  sobie  odświeżyć  nauki 
od  alfy  do  omegi.  Wielki  był  lament  po  moim  odjeździe  w  domu  pana   
Posta,  a  stary  Świdwa... 

Znowu  mi  kurcz gardło ścisnął,  aż gorycz w  ustach  wystąpiła. 
-  I  cóż Serafinie?...  Stary  Świdwa?... 
-  Może nie uwierzysz, skrzydlaty doktorze?... Stary Świdwa umarł z 

tęsknoty do mnie, a przed śmiercią kazał mi powiedzieć, że się zobaczy-
my kiedyś, może na księżycu. O, Dobrodzieju, musi tu być gdzieś i stary 
Świdwa,  w  pełni  księżyca.  Nie  wiem,  czy  to  było  we  śnie,  czy  na  jawie, 
czy też w stanie snojawy widywałem nieraz starego Świdwę z Ignasiem i 
z Edwigerem, tego mi nie wygadasz z myśli. 

-  A cóż do diabła, z samymi tylko lunatykami się łączyłeś! - krzyknie  

Gerwid  oczywiście  wzruszony  i  nadrabiający  miną. 

-  Swój  swego  szuka,  ojcze  Gerwidzie.  Cóż  jest  sympatia?  To  pociąg 

tajemny,  z  przyczyn  nam  niewiadomy,  lecz  te  przyczyny  istnieć  muszą; 
Bóg.  je  zna  dobrze  i  Jego  aniołowie  także.  Ale  dobry  mój  gospodarzu, 
przyznać ci się muszę, iż czuję się cokolwiek wycieńczony. .. 

-  Ach! Może byś się czym pokrzepił? Dobrze i owszem, zaraz ci słu-

żę. 

Mówiąc  to  doktor  wydobył  z  paczki  szmaragdowej  małą  trociczkę, 

zapalił ją  i  postawił przede  mną. 

-  To nazywasz pokrzepieniem? Jak to, u was nie piją wina? - spytam  

zadziwiony. 

-  To  jest  trociczka,  wydająca  kwasoród,  czyli  tleń,  jak  go  tu  na-

zywamy; to tak dobrze, jak gdybyś wypił butelkę najlepszego szampana. 
Tylko poczekaj chwilkę; może ci w głowę zajdzie, bo to strasznie mocne, 
ale  tym  lepiej,  opowiesz  mi  dalszy  ciąg  twej  historii  w  mniej  smutnym  
tonie... 

-  Ach! Dalibóg prawda!  Czuję się w  istocie  bardzo pokrzepiony; ja-

koś mi się weselej i milej robi na sercu. Bogu dzięki! Bo to, co mam  do  
opowiedzenia, to diabelnie smutne. Cha! Miłość! Rozpacz! 

background image

4.  Miłość.   Rozpacz 

-  No,  dalej,  mój  gościu:  elegię  na  takt  szalonego  alegretta!  Pereant 

qui crastina curant

1

 -  krzyknie Gerwid, a ja wstałem z krzesła  i  prze-

chadzając się po  pokoju,  rzekłem: 

Ci,  którzy  martwią się o przyszłość, krótko żyją. 

-  Cha!  Niechże  i  tak  będzie,  zresztą  nie  może  być  inaczej,  bo  czuję 

się pijany. Więc jestem w szkołach wojewódzkich, nieprawdaż? Za wcze-
śnie na świat przybyłem i wszystko w mym życiu przedwcześnie poczy-
nałem  i  kończyłem.  Ba!  Otóż  w  szesnastym  roku  życia,  kończąc  szkoły, 
pokochałem się na zabój w najpiękniejszej pannie, jaka wówczas istniała 
na świecie, powiadam ci na świecie, a nie w mieście, w obwodzie, w wo-
jewództwie, w królestwie lub na ziemi. Polki słyną z piękności, ta góro-
wała nad najpiękniejszymi, jak owa Kalipso nad swymi nimfami. Wyso-
ka,  wysmukła,  włosy  blond,  ale  bałwaniące  się  i  aż  do  stóp!  W  oczach 
szafir,  puszcza  i  lew!  Na  alabastrowych  licach  życie,  uśmiech  i  duma, 
usta  zaś...  Boże!  Czemuż  mi  je  dała  raz  skosztować?  A  czemuż  potem 
wyrzekły:  zuchwałe  popsute  dziecko!  Ale  to  wiedziała,  że  już  do  niej 
należę  na  wieki  i  tego  chciała,  żebym  do  niej  należał  na  wieki,  i  żeby  z 
mego serca płonął dla niej ogień westalski, nawet kiedy ona będzie żoną 
innego, matką dzieci innego... Skrzydlaty Gerwidzie, czyś  ty  kochał? 

-  Jestem  starym  kawalerem,  moja  duszko  -  odpowie  Gerwid  z  we-

stchnieniem. 

-  Więc  kochałeś  i  nie  zapomniałeś,  żeś  kochał.  Kochałeś,  byłeś  za-

wiedziony  i  dlategoś  się  nie  ożenił,  i  dlatego  wiesz,  żeś  kochał.  Żonaci 
częstokroć  zapominają,  że  kochali.  Dzieci  są  to  kliny,  które  miłość  do 
kobiety  wybijają  mężczyźnie  z  serca.  Tak  mówię,  bo  jestem  pijany, 
wściekły,  bo  kocham  Malwinę  do  dziś  dnia,  bo  nie  jestem  jej  mężem. 
Ach! I ona mnie kochać musiała, bo mi dała ukraść ten całus, mnie co-
kolwiek młodszemu od niej, bo mi powierzyła tajemnicę tego całusa nie 
lękając  się,  żebym  ją  zdradził,  pomimo  tortur,  które  mi  potem  prawie 
swawolnie zadawała, może umyślnie, by się paść widokiem męczarni mo-
ich. Nie! Nie dlatego! Umyślnie na to, by się rozkoszowała widokiem mocy 
mej  duszy.  A  potem,  w  chwili,  gdy  miała  pójść  za  niego,  za  tego,  co  się 
mienił być przyjacielem moim ... wiesz, co się stało, skrzydlaty Gerwidzie, 

111 

background image

co siedzisz jak Pytia na swym trójnogu i wlepiasz we mnie ślepie drgając 
twarzą  jak  stary  zając;  wiesz,  co  się  potem  stało?  Otóż  nie  powiem  ci 
jeszcze  nic  z  tego,  aż  zapalisz  przede  mną  dwie  trociczki,  aż  się  zbydlę 
twoim  tleniem  jak  cztery...  Do  tysiąca  rac  kongrewskich  i  batalionów! 
Słuchaj!  Z  uniwersytetu  wysłała  mnie  do  wojska,  na  wojnę,  aby  mogła 
pójść za niego, co stchórzył i pozostał w domu. Ale był hrabią i bogatym, 
i wyrosłym, dużym... Ja nic o tym nie wiedziałem, ale powiadam ci, nic! 
Zgiełk,  wrzawa,  marsz,  kontrmarsz,  bitwa,  paf!  Leżę  na  ziemi  ze  zdru-
zgotaną  kością  u  nogi.  Szpital,  operacja,  tyfus.  Rekonwalescencja  po 
lazaretach, rozumie się. Żądnej wiadomości ani z domu, ani od Malwiny. 
Szpital w Montpellier. O! Dobrzy lekarze! Co począć z sobą? Diable! Na 
medycynę chodzić, naturalnie. Półpiąta roku pracy, a żadnej wiadomoś-
ci stamtąd. Chiński mur, Dobrodzieju! Z beretem doktorskim na głowie, 
z próżnią w kieszeni, dalej do mieściny Delfinatu na praktykę. Żadnego 
tam człowieka, tylko jeden: Beniamin Elleviou, nieszczęśliwy, miły, sła-
bowity i tęskny, sam nie wie do czego, na honor, sam nie wie do czego, 
do  kobiety,  której  nigdy  nie  widział  oczyma  ciała,  tylko  oczyma  duszy 
widzi  co  noc  we  śnie.  Tak  mi  się  zwierzył  nareszcie  i  utrzymuje,  że  tak 
pięknej kobiety nie ma na świecie. Cha! Beniaminie Elleviou! Pokażę ci 
piękniejszą  niż twego urojenia  płód. Miniaturę mej  Malwiny zawsze na 
piersiach  nosiłem.  Spojrzyj  na  ten  obraz!  On  krzyczy:  to  ona!  To  ona, 
snów  moich  wcielenie!  Pada,  omdlewa,  konwulsji  dostaje.  On  pyta: 
gdzie ona? „W Polsce, jeśli żyje; lecz może nie żyje, bo od lat pięciu, gdy 
księżyc  w  pełni,  ona  mnie  się  ukazuje  z  Ignasiem,  z  Edwigerem,  ze 
Świdwą,  a  nawet  z  panem  Andrzejem,  po  stan  w  kontuszu”.  On  krzyk-
nie: „pisz do nich!” „Ileż razy pisałem, nigdy żadnej odpowiedzi”. „Pisz! 
List prześlę pocztą, odpowiedź będzie niezawodnie, jeśli choć kto z two-
ich przy życiu pozostał”. Piszę i otrzymuję odpowiedź. Gerwidzie! Jesz-
cze dwie trociczki tu, przede mną! Tak jest! Ona umarła na chwilę przed 
ślubem,  w  sukni  ślubnej,  jaką  się  przedstawiała  mnie  w  snojawie  i  Be-
niaminowi  we  snach.  Beniamin  uszczęśliwiony  wkrótce  potem  umiera, 
mówiąc, że na księżycu spotka się z Malwiną. Mnie obwiniają o przyczy-
nę  jego  śmierci,  unikają  mnie  jak  wampira.  Ja  sam  myślę,  że  jestem 
wampirem  albo  przynajmniej  aniołem  śmierci.  Bieda!  Głód,  tak,  głód, 
ojcze  Gerwidzie,  głód  w  Delfinacie,  pomiędzy  cudzoziemcami,  którzy 
pragną,  żebym  sobie  poszedł  precz,  bom  zabił  dobrego  Beniamina.  Za-
wlokłem się na jego grób w nocy i tam, Panie!  nie wiem, czy z rozpaczy,  

112 

background image

czy  z  głodu  -  umarłem.  Teraz  tu  jestem  i  szukam  tych  wszystkich,  co 
umarli i których ja kocham. Muszą tu być, Gerwidzie, wskaż mi do nich 
drogę,  boś  ty  czarnoksiężnik  i  wiedzieć  musisz  wszystko,  co  się  u  was 
dzieje, kiedy ci znane tajniki odległej planety ziemskiej. Ach! Zlituj się! 
Gdzie moja miniatura? Gdzie Malwina? Wycieńczony  padłem  na  krze-
sło. 

5. Kąpiel zapomnienia 

Długo doktor Gerwid wpatrując się czule i bystro w oczy gościa swo-

jego  przemyśliwał,  a  nareszcie  bijąc  się  z  radości  skrzydłami  w  głowę 
rzekł: 

-  Aha! Wiem, czego ci potrzeba, mój młody, nieszczęśliwy synu zie-

mi, trzeba ci przede wszystkim kąpieli w aqua oblivionis, to jest w wo-
dzie  zapomnienia.  Po  cóż pamiętać  te  wszystkie  martwiące  ciosy,  które 
cię spotkały na ziemi? Wyrzuć je z pamięci, inaczej niewiele skorzystasz 
z twego  pobytu  na  księżycu. 

-  Czyż to pomoże taka kąpiel w wodzie zapomnienia przeciw wspo-

mnieniom,  zebranym  w  ciągu  lat  dwudziestu  sześciu?  -  zarzucę  dokto-
rowi. 

-  Dwudziestu sześciu? - zawoła Gerwid i doda z dowcipnym uśmie-

chem - a ile lat strawiłeś w ciągu tej podróży z ziemi do księżyca? 

-  Chwilę  tylko  -  odpowiadam  i,  rozliczywszy  się  z  wrażeniami  tej 

podróży,  dodałem: 

-  Ale ta chwila potrwała  może  ze  sto  lat, a  może  i  więcej... 
-  Może niedaleki jesteś od prawdy, mój panie Serafinie, ale bądź co 

bądź,  kąpiel  w  wodzie  zapomnienia  potrzebna  ci,  przecież  nie  lękaj  się 
tego  środka  pozbycia  się  choć  na  czas  niejaki  pamięci  twych  dawnych  
kłopotów. 

-  Bynajmniej!  Sam  jestem  lekarzem  i  nie  wierzę  w  jej  skuteczność, 

ale  kąpiel  zawsze dobra po  takiej  podróży. 

-  Więc dalej, oto woda w szklanej wannie, zaraz do niej naleję esen-

cji  zapomnienia. 

Wstąpiłem  w  kąpiel,  zrzuciwszy  szlafrok i pantofle. 
Skrzydlaty doktor otworzył swą apteczkę wmurowaną w ścianę i wy-

dobył  z  niej  butelkę  z  przezroczystym  bezkolorowym  płynem,  którego 
wlał  kwaterkę do  kąpieli. 

113 

background image

-  Z czego się składa ten płyn, zwany esencją zapomnienia? - spytam. 
-  Z serc baletniczek, z mózgu wziętych lekarzy, leczących po kilkuset 

pacjentów na dzień, z policzka szulerów, z języka dentystów, z sumienia 
przedajnych sędziów, z łez bigota, z żołądka kaczki i z uczuciowości ku-
ry. Naturalnie, że wszystko to, należycie wymoczone w spirytusie,  desty-
lujemy i  filtrujemy. 

-  Wybornyś mi, mój kolego z tą apteką dynamiczno-psychologiczną 

-  rzeknę śmiejąc się do  rozpuku. 

-  To jednakże środek  niezawodny - odpowie  gospodarz. 
-  I  to  ma  mi  wyrugować  z  pamięci  wrażenia,  które  mi  się  klinem  

wbiły  w duszę? 

-  Wyruguje.  U  nas  sztuka  lekarska  daleko  zaszła,  tak  jak  w  ogóle 

wszystkie sztuki. Zaraz cię o tym przekonam. Patrz na ten globusik, wi-
szący  u  sufitu  na  cieniutkim  druciku.  Zgadłbyś,  że  to  zegar  mówiący  i 
odpowiadający  na  pytania?  Spytam  go  się  w  języku,  którym  my  prze-
mawiamy w naszym  kraju  o godzinę, a zobaczysz co,  nastąpi. 

Istotnie, skrzydlaty doktor zwrócił się do globusika i przemówił kilka  

wyrazów dla  mnie niezrozumiałych. 

Globusik  natychmiast  odpowiedział  kilka  wyrazów  także  dla  mnie 

niezrozumiałych,  dźwięcznym  i  miłym głosem. 

-  To znaczy, że jest trzydzieści i siedem minut na  dziesiątą - rzecze 

Gerwid - później się nauczysz z łatwością naszego języka i będziesz mógł 
sprawdzać sto razy na dzień dobroć tego zegarka. Nie ma w tym żadnego 
cudu. U nas akustyka daleko zaszła. Telegrafy elektryczne u was dopiero 
od lat kilku zaprowadzone, już są od dawna zarzucone u nas. Wibracja-
mi powietrza, za pomocą metalowego przyrządu uderzonego przez głos, 
dokazujemy tych fizycznych cudów i do przesyłania wiadomości już nie 
potrzebujemy drutów. Przecież znasz telegrafy elektryczne? 

-  Telegrafy  elektryczne?  Zdaje  mi  się,  że  kiedyś  wiedziałem,  co  to 

jest,  to  coś  takiego  niby  poczta,  niby  iskry...  -  odpowiem  nie  mogąc  z 
pewnością przypomnieć, co właśnie jest  telegraf elektryczny. 

-  Aha!  Kąpiel  już  zaczyna  skutkować  -  powie  uśmiechając  się  dok-

tor,  i  dalej  rozpowiada  mi  o  postępie  fizyki  na  księżycu,  mianowicie  o 
fotografii  malującej  w  okamgnieniu  kolorami  mieszkańców  księżyca, 
przelatujących  po  powietrzu. 

-  Wystaw sobie, że każdą pannę, polkującą po powietrzu, możemy 

114 

background image

przenieść na płótno w wielkości naturalnej, i to kolorami - zaręczał Ger-
wid, i  pytał  mi się, czy  i  u  nas  panny jeszcze tańczą polkę. 

-  Nie  przypominam  sobie -  odpowiem. 
-  A  są  u  was ładne  kobiety? 
-  Zdaje mi się, że są. 
-  Kochałeś  kiedy  kobietę? 
-  Kochałem. 
-  A jakże jej na imię było? - spyta gospodarz z napiętą uwagą, ale ni-

by to nawiasem. 

-  Malwina -  odpowiem  od razu. 
-  O! Zanadto mało esencji serca baletniczki w tej kąpieli, muszę jej 

dolać,  a  wkrótce  zapomni  imienia  swej  ubóstwionej  -  rzecze  skrzydlaty 
doktor, i wylał w kąpiel cały swój zasób esencji, nim mi zdołał wygładzić 
z pamięci  imię  kochanki. 

Potem  mnie spytał o  me własne imię. 
Nie potrafiłem mu na to odpowiedzieć, istotnie zapomniałem, jak się  

nazywam. 

Zresztą wszystkiego tyczącego się mego życia na ziemi zapomniałem i 

przykrego  doznałem  uczucia,  bo  myśl  moja  błąkała  się  w  próżni  mej 
duszy tak jak biedny wędrowiec w Saharze. Tylko to wiedziałem, że w tej 
ogromnej puszczy jest jakaś piękna Oaza, zwana Polską; lecz gdzie leży? 
I  jak  jest  daleką?  O  tym  najmniejszego  nie  miałem  wyobrażenia.  Bez-
wiedzowość jest to puszcza w głowie, w sercu i w duszy. 

-  Wyrwij  mnie  z  tego  okropnego  stanu,  przeklęty  czarnoksiężniku, 

bo  się  uduszę!  -  krzyknąłem  na  gospodarza,  przyskakując  do  niego  z 
pięściami. 

On tylko machnął skrzydłami i wskazał mi na mą własną głowę, a  na  

niej  stojąc, śmiał się  do  rozpuku  zupełnie jak  opętany. 

-  Myślisz, że cię w tym stanie pozostawię, kochany mój przyjacielu? 

Odebrałem  ci  pamięć  przeszłości,  ale  pojętność  twą  spotęgowałem  do 
najwyższego stopnia i od tej chwili bez wysilenia nauczysz się w krótkim 
czasie  wszystkiego,  co  my  tutaj  na  księżycu  wiemy.  Nie  stracisz  na  tej 
zamianie,  ręczę  ci  za  to.  Oto  w  tym  księgozbiorze  kwintesencja  wszyst-
kich  nauk  przez was  uprawianych... 

background image

6. Oświata  na  księżycu

 

Gerwid,  skoczywszy  mi  z  głowy,  pobiegł  do  szafy  także  w  ścianę 

wmurowanej, w której leżało ze dwieście mniejszych i większych puszek  
kształtu zegarków. 

-  Te zegarki  nazywasz  książkami? - spytam  zdziwiony. 
-  Bo te zegarki istotnie są książkami, u nas się nie czyta oczyma, lecz 

uszami. Nakręć tylko każdy z tych zegarków, a wypowie ci głosem ludz-
kim od początku aż do końca wszystko to, co zawiera. Chcesz, żeby prze-
stał mówić, to zakręć tą sprężynką; chcesz wrócić do poprzedniego roz-
działu lub do przeczytanej myśli, to się tylko spytaj tym indeksem posu-
wając go jak w telegrafie elektrycznym o co ci idzie, a natychmiast wróci 
maszyneria  do  rozdziału  lub  do  przeczytanej  myśli,  i  najspokojniej  na 
świecie, nie gniewając się, powtórzy ci to samo i sto razy jeżeli tego za-
żądasz. 

-  Ale na to potrzeba znać wasz język - zarzucę mieszkańcowi księży-

ca. 

-  Już  nim  przemawiasz,  mój  przyjacielu,  własnym  językiem  zapo-

mniałeś  mówić,  a  naszego  się  nauczyłeś  w  chwili,  gdyś  wyskoczył  z  tej 
kąpieli. Przekonaj się tylko; wybierz sobie jaką chcesz książkę i zakręć ją, 
a zaraz ci zacznie gadać, co w sobie zawiera. Tytuły wypisane na każdej 
książce fosforycznym atramentem, świecącym w ciemności. 

Wyciągnąłem  książkę  pod  tytułem  Choroby  wieku  i  chciałem  ją  na-

kręcić,  lecz doktor Gerwid  rzekł: 

-  To  nudna  i  przewrotna  książka,  gotowa  cię  samego  nabawić  cho-

roby; nie wiem, jakim sposobem tu się dostała między te mądre książki, 
chyba ją  moja  kucharka  tu  zawlekła.  Wybierz co innego. 

Wybrałem  książkę  pod  tytułem  Geografia  księżyca  i  przekonałem 

się,  że  wszystko  w  niej  rozumiem  jak  najdokładniej,  jak  gdyby  była  w 
polskim języku drukowana  czyli  raczej  nastrojona, jak  się tu wyrażają. 

Zachwycony byłem tą książką, która w prześlicznym śpiewnym języ-

ku opowiadała mi najciekawsze rzeczy o szczęśliwej  planecie i o  jej do-
brych  mieszkańcach. 

-  Otóż  i  masz  najstosowniejszą  lekturę  na  pierwsze  dni  twego  po-

bytu  na  księżycu,  potem  przejdziesz  do  historii  mieszkańców  jego  i  do 
innych  książek,  a  wszystko,  co  ci  opowiedzą,  pojmiesz  i  spamiętasz  od 
deski do deski, bo  próżnia  rozumowa,  która w tobie  nastąpiła, tak  pra-
gnie zapełnienia, że wszystko w sobie pochłonie i umieści. Ja muszę 

116 

background image

lecieć do księcia gubernatora, który jest chory i mnie zawezwał na kon-
sylium;  ty  tymczasem  prześpij  się  na  tym  materacu  i  na  tej  poduszce  z 
gutaperki,  wydętej  dziewiczym  oddechem  mej  pięknej  siostrzenicy  La-
winii. Wiesz, że piękniejszej kobiety może nie ma na całym  księżycu. 

-  Ale gdzież jest, doktorze Gerwidzie? Czy tu mieszka u ciebie? Ach, 

jakże pragnę  zapoznać  się  z nią... 

-  Widzisz,  jak  twoje  serce  pragnie  zapełnienia,  esencja  serc  ba-

letniczych  wybornie  skutkowała,  miłość  od  dziesięciu  lat  pielęgnowana 
znikła  jak  kamfora.  Siostrzenicę  Lawinię  wyprawiłem  z  siostrzeńcem 
Icangim na wyspę Snu umyślnie, aby cię tu nie widzieli w tym stanie. 

7. Skrzydła 

-  W jakimże jestem stanie? Prawda, że sukien nie mam, ale przecież 

sprowadziwszy mnie tutaj in naturalibus, nie odmówiłbyś mi kredytu  u  
twego  krawca. 

-  Nie o suknie tu idzie; cały mój majątek, dość znaczny, jest na twe 

rozporządzenie -  rzecze  uśmiechając się doktor. 

-  O cóż tedy  idzie? 
-  O skrzydła, mój przyjacielu, u nas tylko zbrodniarzom, których wy, 

mieszkańcy ziemi, na śmierć skazujecie, ucinają skrzydła, a podcinają je 
przestępcom  na  mniejszą  karę  zasługującym.  Ależ  ty,  mój  szlachetny 
przyjacielu  i  kolego,  nie  chciałbyś  uchodzić  w  oczach  naszych,  a  naj-
mniej w oczach prześlicznej Lawinii, za zbrodniarza, ani za przestępcę. 

-  Więc  cóż  będzie  ze  mną,  o  okrutny  czarnoksiężniku,  któryś  mnie 

sprowadził   na   księżyc   na   moje  upokorzenie?  -  spytam  zapłakany. 

-  Nie  rozpaczaj  przyjacielu:  potrę  cię  balsamem  wegetacyjnym  po 

plecach, przyprawię ci na nich dwie bańki ciągle ssące i najdalej w kilka 
dni wyrastać ci zaczną lotki, a za miesiąc urosną ci pyszne skrzydła bar-
wy ciemnoblond, takiej jakiej są twoje włosy. Nie sprowadzałbym cię na 
twoją biedę tutaj na księżyc, na którym już od lat dziesięciu mozolę się 
nad sposobami przyciągnięcia cię z ziemi. W tym stanie pokazać się nie 
możesz  nikomu,  więc  tymczasem,  nim  ci  wyrosną  skrzydła,  korzystaj  z 
mej  biblioteki  i  naucz  się  czego  tylko  chcesz,  bo  tyle  wejdzie  w  ciebie 
nauki, ile jej miałeś na ziemi; idzie tu tylko o dobry wybór.  Nie obciążaj  
tedy  pamięci  rzeczami  niepotrzebnymi ci.  Mnie się zdaje, że powinieneś 

117 

background image

pozostać przy medycynie, chociaż dotąd nie odniosłeś w tym  zawodzie 
wielkiej  zachęty. 

-  Więc ja   byłem   medykiem?   Dalibóg  już   o   tym   zapomniałem. 
-  Za  tydzień  będziesz  lepszym  medykiem  jak  kiedykolwiek.  My  na 

tych  samych  podstawach  co  i  wy  zbudowaliśmy  Eskulapowi  świątynię, 
tylko ją  wyżej  wznieśliśmy. 

Mówiąc tym i o podobnych rzeczach doktor Gerwid, który był wiel-

kim  dygnitarzem  w  hierarchii  medycznej,  ubrał  się  w  spodnie  ze  złoci-
stym lampasem, w mundur bogato haftowany, przypiął szpadę do boku, 
wsadził kapelusz stosowny na głowę i ozdobił się kilkoma orderami. 

Dziwnie  i  majestatycznie  wyglądał  w  tym  ubraniu  i  ze  skrzydłami, 

które  sobie  starannie  wypierzył  i  wysmarował  przedziwnie  pachnącym 
olejkiem. 

Potem  wydobył  z  kieszeni  coś  z  tła  jedwabnego,  złożonego  i  zwi-

niętego  w  niedużą  trąbkę.  Rozłożył  to  tło  na  podłodze  i  przykręcił  jego 
jeden koniec do dużej kamiennej butelki, stojącej w kącie. Zaraz też ów 
przyrząd napełniać się zaczął gazem i przybrał kształt dość sporej ryby. 
Był to po prostu balon w kształcie ryby, pięknie malowany  i  karmazy-
nowymi  skrzelami  opatrzony. 

-  Człowiek  już  niedzisiejszy,  mój  przyjacielu  -  powie  doktor  –  już 

moje skrzydła nie tak mocne, jak były kiedyś, po cóż je nam nękać wię-
cej? - Tak, za pomocą tego konika, którego noszę w kieszeni, jazda dale-
ko lepiej idzie, tylko czasem machnę skrzydłem, i z łatwością szybuję po 
powietrzu. A jak idzie z wiatrem, to i skrzydłami machać nie potrzebuję, 
tylko  je  rozepnę,  nastawię  na  wiatr  i  dalej  jazda.  Przecież  i  ty  będziesz 
musiał posługiwać się tym konikiem z początku, nim  nabierzesz  wpra-
wy. 

Już się doktor miał puszczać pod obłoki na swej rybie, gdy nagle za-

brzmiała w powietrzu nad samą wieżą prześliczna muzyka licznej orkie-
stry. 

-  Co  to  jest,  na  miłość  Pana  Boga?  -  spytam  oczarowany  i  za-

dziwiony. 

-  To  nasi  dyletanci  i  wirtuozi  z  Towarzystwa  Filharmonijnego,  któ-

rzy mniemając, że Lawinia jeszcze bawi u mnie, wyprawiają jej serena-
dę. Niech sobie grają na twe przywitanie; powiem im, że Lawinia słaba, 
nie  może im się pokazać w oknie i podziękować. 

-  Ależ  ja  słyszę  głos  fortepianu,  a  nawet  dwóch,  i  to  przecudownie 

brzmiących. 

118 

background image

-  Cóż  w  tym  dziwnego?  Przywieźli  fortepiany  na  ogromnych  ba-

lonach, do których się przyprzęgło kilkunastu niższych synów Orfeusza, 
którzy  przy  tym  jeszcze  grają  na  trąbce,  na  klarnecie,  na  tamburynie, 
trianglu i bębnie. Podobna usługa i takiego rodzaju hołd składany pięk-
ności  nie  krzywdzi  u  nas  nikogo.  Ale  może  byś  się  posilił,  kochany  go-
ściu, nim spać  pójdziesz.  W owej  kryształowej butelce jest nektar toka-
jowy,  w  porcelanowej  puszce  ambrozja  z  wątróbek  bekasich.  Bądź  
zdrów.  Zobaczymy  się  za osiem godzin. 

Poczciwy  doktor  Gerwid  uściskał  mnie  jak  najserdeczniej  i  pobło-

gosławił, a potem, usiadłszy na swą rybę i odpiąwszy ją od podłogi, wy-
leciał  na  niej  przez boczne  okno  w  powietrze. 

Długo jeszcze krążyła muzyka nad wieżą i wkoło niej, czarując mnie i 

zachwycając,  potem  powoli  oddalała  się  nie  przestając  się  odzywać;  
nareszcie  usnąłem  po  raz pierwszy  na  księżycu. 

8.  Noc i  myśli 

Na  pościeli  wydętej  dziewiczym  oddechem  prześlicznej  Lawinii  o 

czymże  miałem  marzyć,  jeżeli  nie  o  uroczej  właścicielce  tego  oddechu, 
na którym ja, niegodny syn ziemi, spałem jak chłop na grochowinach. 

Ach! Jak musi  być  powabną młoda i wysmukła dziewica, ze skrzyd-

łami długimi, rozłożystymi, barwy włosów swoich? Taka kobieta to istny 
anioł;  żadna  wyobraźnia  nie  może  sobie  wystawić  coś  piękniejszego  i 
szczytniejszego  jak  taka  kobieta.  Skrzydła  dodają  majestatyczności;  na-
wet  mój  gospodarz,  chociaż  czerwony,  dziobaty,  zwiędły  na  twarzy  i 
długim nosem wysadzony, chociaż mały i pochyło się noszący, jednakże 
imponująco  wygląda  ze  swymi  szpaczymi  skrzydłami,  zwłaszcza  w  sto-
sownym  kapeluszu,  przy  długiej  szpadzie  i  w  ostrogach. 

Żeby mnie tylko jak najprędzej urosły skrzydła, zaraz poleciałbym na  

wyspę  Snu,  po  piękną   Lawinię. 

Ale  cóż  to  za  wyspa   Snu?  Spytajmy  się  naszej  gadającej  książki. 
„Wyspa  Snu”,  powiada  książka,  „leży  prawie  pośrodku  morza  Sen-

nego, przegradzającego Jasnogród od Ciemnostanu, i w tej chwili należy 
do Lamy Ciemnostańskiego. Wyspa tak nazwana od własności usypiania 
ludzi  i  zwierząt  zapachem  niezliczonego  mnóstwa  kwiatów  odurzają-
cych,  które  tam  rosną.  Lekarze  przepisują  pobyt  na  tej  wyspie  osobom 
nerwowym,  wycieńczonym,  zbyt żywym, rozkochanym lub miotanym 

119 

background image

zgryzotami, i niedawno rzeczywisty lekarz stanu doktor Gerwid wystawił 
ten  znakomity  zakład  somnopatyczny,  który  zwabia  do  siebie  wielką 
ilość  wyższej  szlachty  Ciemnostanu,  prawie  ciągle  dlatego  chorej  że  się  
niczym  nie zatrudnia.” 

Oto  się  dowiedziałem  od jednego  razu  bardzo  wielu  rzeczy. 
Wyspa  ,Snu  jest  zdobyczą  bardzo  ważną  dla  medycyny  i  dla  ludz-

kości,  to  przyznać  muszę,  ale  czemuż  Lawinia  wysłaną  została  do  tej 
wyspy?  Czy dlatego, że jej  wuj tam ma zakład? Czy dlatego, że ona  po-
trzebuje  kuracji? 

Książka powiedziała, że wysoka szlachta ciemnostańska prawie zaw-

sze  choruje  wskutek  bezczynności.  Toż  samo  dzieje  się  i  u  nas,  jeśli  się 
nie  mylę:  u  nas  próżniacy  chorują,  a  pracowici  ludzie,  nie  umiejący 
przemysłem nadrabiać, umierają z głodu, gdy zachorują wskutek znoju i 
wysilenia. 

Sławny sobie ten Ciemnostan, zobaczymy, co o nim opowie książka. 
„Ciemnostan  jest  ogromny  kraj,  położony  na  północnej  hemisferze 

księżyca,  pomiędzy  takim  a  takim  stopniem  szerokości  geograficznej. 
Ciemnostanowie rodzą się tak jak i.inni mieszkańcy księżyca ze skrzyd-
łami i w tym się natura bardzo pomyliła, że wszystkich nierównego sta-
nu  Selenitów,  czyli  mieszkańców  księżyca,  równymi  środkami  prze-
noszenia się  z miejsca  na  miejsce  obdarzyła.” 

Wiele  jeszcze  innych,  również  budujących  rzeczy  opowiadała  mi 

Geografia księżyca,   przez szlachcica ciemnostańskiego  napisana. 

Należąc  jeszcze  wówczas  do  rzędu  nieskrzydlatych  istot,  oburzałem 

się  na  barbarzyńskie  prawa,  skazujące  niektórych  mieszkańców  tak 
strasznie  górzystej  krainy  na  chodzenie  piechotą  lub  na  najmowanie 
przewozowych ryb, jeśli uzyskali pozwolenie przenoszenia się z jednego 
odległego miejsca na drugie. Później jednakże, gdy i mnie skrzydła uro-
sły,  zacząłem,  wyznać  to  muszę  ze  wstydem,  chwilami  zupełnie  inaczej 
osądzać przywilej latania po powietrzu i przekraczania dowolnie granic  
różnych  krajów.  Ale  później  o  tym. 

9. Układy 

Mój  gospodarz  przyleciał  dopiero,  gdym  całą  Geografię  księżyca 

przeczytał  i  pochłonął  w  siebie  od  deski  do  deski.  Znalazł  mnie  prawie 
zanadto  ciekawym  pod  względem  selenografii  i  nastarczyć  nie  mógł 
odpowiadać  na  me  pytania  o  charakterystyce  różnych  narodów  księżyc 
zamieszkujących. 

120 

background image

-  Na  Boga!  -  rzecze  rzeczywisty  lekarz  stanu  -  obawiam  się,  żebyś 

sobie  nie  zatkał  wszystkich  szuflad  twej  wiedzy  tą  selenografią,  nie  za-
pomniałeś ani punktu, ani przecinka z tej diabelskiej  książki, a ja, lubo 
wiem  wiele,  nie  znam  jednakże  z  dokładnością  objętości  twej  głowy; 
może  już  jesteś  niedalekim  od  punktu  nasycenia?  Niejeden,  uchodzący 
za  wielkiego  mędrca,  nie  zna  ani  dziesiątej  części  tego,  coś  ty  połknął  i 
spamiętał z tej książki. Ja ciebie nie chcę wykierować na geografa,  lecz  
na  lekarza. 

-  Przede  wszystkim  tu  idzie  o  skrzydła,  mój  drogi  i  dostojny  przy-

jacielu;  dalej  smaruj  mnie  swym  balsamem  skrzydłodawczym  i  stawiaj 
mi  bańki  ciągle  ssące.  Skrzydeł  mi  potrzeba,  skrzydeł,  i  to  jak  najprę-
dzej! 

-  Skrzydeł co potrzeba, skrzydeł, i to jak najprędzej! - rzecze doktor 

Gerwid uśmiechając się szyderczo i wypróżniając swą rybę z gazu. 

-  Skrzydeł!  Tak  nieocenionych  organów,  których  Bóg  nie  odmówił 

żadnemu  synowi  księżyca. 

-  A  cóż  mi  dasz  za  te  skrzydła,  miły  Nafirze?  Muszę  cię  tu  nawia-

sowo  uwiadomić,  że  twoje  imię,  któreś  na  ziemi  nosił,  znaczy  naszym 
językiem  Nafir.  Więc cóż  mi  dasz za  te skrzydła,  miły Nafirze? 

-  Co  dam  za  te  skrzydła?  Cóż  ci  dać  mogę?  Wpadłem  do  ciebie 

ubrany  i  bogaty jak nowo  narodzone dziecko, nic ci  dać nie mogę, nie-
stety!... 

-  Możesz  mi  dać  bardzo  wiele,  mój  drogi  przyjacielu  -  rzecze  Ger-

wid,  wydobywszy  z  biurka  arkusz  zapisanego  kilkunastu  wierszami  pa-
pieru  i  doda: 

-  Twój  podpis...  nic  więcej. 
-  Zobaczmy  na  co:  „Niżej  podpisany,  syn  ziemi  Nafir,  zobowiązuje 

się służyć swemu przyjacielowi Gerwidowi radą i czynem wszędzie, gdzie 
będzie mógł, i gdy do tego zostanie wezwanym; i przyrzeka nigdy mu nie 
szkodzić i źle o nim nie myśleć, nawet gdyby do tego mniemał mieć po-
wody.” Nie podpiszę tego kontraktu, dostojny doktorze: myślom rozka-
zywać nie  można, dobrych  uczynków za złe  równy od  równego, ani na-
wet pan od sługi, spodziewać się nie ma prawa. Wolę wrócić na ziemię, 
gdzie,  zdaje  mi  się,  żaden  szlachetnie  myślący  i  uczony  człowiek  takich 
ofiar nigdy się nie domaga od bliźnego. Od was spodziewałem  się jesz-
cze wyższych  pojęć pod względem  szlachetności. 

-  Nie  ze  wszystkim  widać  zapomniałeś,  co  się  dzieje  na  ziemi,  mój   

przyjacielu, bo jeszcze w tobie pokutują jakieś pojęcia, któreś chyba z 

121 

background image

mlekiem  wyssał  -  rzecze  Gerwid  drąc  kontrakt,  i  dodał:  -  była  to  tylko 
próba  charakteru,  mój  dobry  gościu;  cieszę  się,  że  z  niej  wyszedłeś  z 
honorem.  Twoja  szlachetność  jest  dla  mnie  dostateczną  rękojmią;    bę-
dziesz  miał  przepyszne  skrzydła,  najdalej  za  miesiąc. 

Namaścił mnie na plecach balsamem, od którego by, jak utrzymywał, 

i  z  pięty  skrzydła  wyrosły,  i  przystawił  mi  na  same  łopatki  dwie  silne  
ssące  bańki   z  gutaperki. 

-   Teraz się weź do ksiąg lekarskich, nie tracąc czasu na inne nauki, 

jeśli  sobie  chcesz  u  nas  zabezpieczyć  niezawisłe  położenie,  sam  będę 
twoim  teukrem,  to  jest  przyjacielem  i  woźnicą;  sam  cię  wprowadzę  w 
praktykę,  zaczynając  od  pierwszej  dostojności  naszej  prowincji  -  rzekł 
Gerwid i pośpieszył na dolne piętro, gdzie go oczekiwali pacjenci, przy-
biegli  piechotą,  na  balonach  i  na  skrzydłach.  Widziałem,  jak  jedna 
ogromnie opasła mamka przyleciała z chorym niemowlęciem siłą  włas-
nych  skrzydeł.  Płakała  wniebogłosy  szybując  jak  duża  indyczka  po  po-
wietrzu. 

10. Latanie skrzydłami  i czuciem 

Więc  wróciłem  do  medycyny  mniemając,  że  się  jej  po  raz  pierwszy 

uczę,  jednakże  w  ciągu  mych  studiów  ocknęły  się  z  zapomnienia  wszy-
stkie  wprzódy  tak  mozolnie  zebrane  wiadomości  i  zdobyte  doświad-
czenia.  W  zapomnieniu  pozostało  tylko  to,  co  mi  martwiące  lub  za-
smucające  myśli  nasuwać  mogło,  a  żem  tych  swawolnie  nie  budził  z 
letargu,  to  się  każdy  domyśleć  może.  Czułem  się  szczęśliwy  w  nadziei 
jeszcze  większego  szczęścia,  a  skrzydła  wyrastać  mi  zaczęły  z  początku 
jak  małe  kiełki,  a  potem jak  gałązki. 

Już w końcu trzeciego tygodnia mego pobytu na księżycu puszczałem 

się na rybie mego gospodarza nocną porą w obszar niebieski, potem bez 
pomocy ryby odbywałem ćwiczenia lotne w ogrodzie, nareszcie wlatywa-
łem z ogrodu na wieżę i nazad, w końcu czwartego tygodnia latałem jak 
orzeł na tęgich ciemnoblond skrzydłach, które stały się  dla   mnie   po-
wodem   niesłychanej   dumy   i   rozkoszy. 

Często w tym czasie, oddając się gorliwie nauce i sztuce latania, my-

ślałem  o  pięknej  Lawinii,  siostrzenicy  gospodarza,  który  zadowolony  z 
mego postępowania i szczęścia, nie przestawał mi okazywać najczulszej   
przyjaźni. 

122 

background image

Nie wiem, czemu mam przypisać to ciągłe zajęcie, którego przedmio-

tem była dla mnie ta obca, tylko z opowiadań Gerwida znana mi osoba. 
Lubiłem  o  niej  rozmawiać  ze  starym  kawalerem  i  on  także  często 
wszczynał o niej rozmowę i, jak się zdawało, żywił we mnie chęć pozna-
nia  jej  może  umyślnie,  bym  się  nią  zajął  na  dobre,  jeszcze  nim  ją  po-
znam.  Dopiął  tego,  jeżeli  takie  były  jego  zamiary;  może  nawet  zanadto 
skutecznie  działały  jego  rozmowy,  bo  raz  zagrzany,  czy  to  własnej  wy-
obraźni zapałem, czy też nektarem winnym, któregom może użył zanad-
to wiele, wypiłem z mej poduszki oddech Lawinii, którym była nadęta, i 
od tej chwili jakiś nowy duch wstąpił w me ciało, odezwały się we mnie 
odgłosy  jakichś  dawnych,  sympatycznych  uczuć,  drgających  w  duszy 
mojej jak chaotyczne harmonie ubiegłych wrażeń. 

-  Dostojny mój przyjacielu - rzekłem razu pewnego do Gerwida - jak  

też wygląda  twoja siostrzenica  Lawinia?  Daj  mi jej  rysopis. 

-  Jak  też  ją  sobie  malujesz  w  swej  wyobraźni  z  tego,  co  ci  nieraz 

mówiłem  o  jej  charakterze,  temperamencie  i  humorze?  -  odpowie  Ger-
wid. 

-  Przedstawiam  ją  sobie  wysoką,  wysmukłą,  białą,  z  niebieskimi 

oczyma,  długimi  jasnymi  włosami  i  rozłożystymi  skrzydłami  złocistej 
barwy. 

-  W niczym nie chybiłeś, opisałeś ją jak najdoskonalej. Lecz któż ci 

powiedział, że tak wygląda? Niesposób, żebyś sobie mógł wymarzyć tak 
szczegółowe i prawdziwe wyobrażenie o nie znanej ci osobie? 

-  Któż mi mógł powiedzieć, jak wygląda, kiedy prócz ciebie z nikim 

dotychczas  nie  rozmawiałem  na  księżycu. 

-  To ci chyba ta poduszka, na której śpisz, wydała tajemnicę? - rze-

cze  Gerwid  śmiejąc  się  do  rozpuku,  zacierając  ręce  z  radości  i  bijąc  się 
jak  szalony  skrzydłem  w skrzydło. 

Zarumieniłem się po uszy jak smarkacz złapany z ręką w cukierniczce   

i   zacząłem  się  gniewać,  aby   pokryć  ogarniający  mnie wstyd. 

-  Czego się tu wstydzić? - rzecze stary Gerwid. - Ja  w twoim  wieku 

zjadłem raz różę, zmiętoszoną w ręku mej ubóstwionej, tyś wypił. 

-  Ależ  broń  Boże!  Jakie  dzikie  przypuszczenie!  Ja  miałbym  ubós-

twiać  osobę,  której  wcale  nie  znam,  i  dopuścić  się  takiego  szaleństwa  z 
gutaperkową  poduszką?  Przecież jeszcze nie jestem  wariatem. 

-  Ale jesteś rozkochany, nic w tym złego, mój Nafirze. Owszem, pra-

gnę  cię  przywiązać do  księżyca  węzłami  nierozdzielnymi,  żebyś nigdy   
nie zatęsknił do ziemi, na której wiele złego doznałeś, lubo z tego już nic 
nie pamiętasz. Jeśli wszystko tak pójdzie, jak się spodziewam i życzę, to 

123 

background image

będziesz  małżonkiem  Lawinii.  Przede  wszystkim  staraj  się  pozyskać 
łaski  księcia  wielkorządcy,  któremu  cię  przedstawię  jutro.  Już  jest 
uprzedzony  o  twym  przybyciu  i  pragnie  cię  poznać.  Od  niego  głównie 
zależy  twój  los  na  księżycu,  nie  posiadając  bowiem  żadnych  papierów, 
nie  mógłbyś  wejść  w  kategorię  prawnych  mieszkańców  księżyca  bez 
protekcji  jakiego  wielkiego  dygnitarza;  dlatego  też  nie  ukazywałem  cię 
nikomu, aby się nie dowiedziano pokątną drogą, że tu ukrywam jakiego 
zbiega z Ciemnostanu lub ze Snogrodu, za  którego by  cię  niezawodnie 
poczytano. 

11. Książę Wielkorządca

 

Jedziemy  do  wielkorządcy  na  dwóch  lekko  złoconych,  ceremonial-

nych rybach; doktor Gerwid w mundurze i przy szpadzie, ja zaś w czar-
nym fraku, ale obaj  z parasolami, bo deszcz padał dość mocny. 

Zajechaliśmy  przed  główne  okno  na  drugim  piętrze,  przed  którym 

stało  na  gzymsach  dwóch  szyldwachów  prezentujących  broń  przed  ofi-
cerami,  a  kilku  żandarmów  i  dozorców  policyjnych  krzątało  się  w  po-
wietrzu i robiło porządek. W sali audiencyjnej czekało bardzo wiele gości 
i petycjonariuszów. Usiedliśmy zwinąwszy wprzódy nasze koniki i scho-
wawszy je do  kieszeni. 

-  Widzisz tego przystojnego oficera w białym mundurze, z czarnymi,  

złotem  haftowanymi  wyłogami? - spyta  mnie  Gerwid. 

-  Tego  bruneta  z  czarnymi  skrzydłami,  z  nadzwyczaj  ujmującą  me-

lancholiczną  twarzą? 

-  Tegoż  samego.  To  jest  syn,  a  zarazem  adiutant  księcia  wielko-

rządcy.  Niezawodnie  się  do  nas  zbliży,  skoro  tylko  nas  zobaczy,  o  ile 
ojciec  jest  surowym  i,  po  prostu  powiedziawszy,  starym  żołnierzem,  o 
tyle  syn  jest  okrzesanym,  a  nawet  estetykiem:  doskonały  muzyk,  dobry 
malarz, wyborny tancerz, wszystko co tylko chcesz, a przy tym najmilszy 
człowiek  ze  strony charakteru -  zaręczał Gerwid. 

-  Wszystko to wybite na jego miłej fizjonomii: nie wiem, czemu pa-

trząc na niego, serce mi drży z radości, tak jak gdybym spotkał dawnego 
znajomego - powiem z zapałem nie spuszczając oka z prześlicznego ofi-
cera,  który  rozmawiał  kolejno  z  petycjonariuszkami,  czekającymi  na 
posłuchanie, i zdawał się szczery brać udział w ich sprawach. Nareszcie 
nas spostrzegł i natychmiast przystąpił do nas z rozjaśnioną twarzą. 

124 

background image

-  Książę Neujabi, pozwól sobie przedstawić mego przyjaciela Nafira 

- rzecze Gerwid do oficera, zrywając się z krzesła równymi skrzydłami. 

Młody  książę  ścisnął  mnie  z  serdeczną  przyjacielskością  za  ręce  i 

wzruszonym  głosem  witał  najgrzeczniejszymi  wyrazami  zaręczając,  że 
wyglądał  z  niecierpliwością  chwili  poznania  się  ze  mną.  Potem  nas  za-
prosił  do  ojca  nalegając,  abyśmy  mu  odradzili  dawanie  audiencji,  bo 
istotnie jeszcze  nie przyszedł  do sił  po  swej  długiej  chorobie. 

Zastaliśmy  sędziwego  wielkorządcę  w  fotelu,  w  surducie  munduro-

wym,  z  bieluteńką  jak  gołąb  głową  i  z  takimiż  skrzydłami,  już  dobrze 
przetrzebionymi  i  zwieszonymi  na dół. 

Nadzwyczaj był wysoki, twarz miał dość czerstwą i marsowatą, wąsy 

bieluteńkie i  siwe,  błyskające jeszcze  oczy. 

-  A witajże mi, witaj, gościu, o którym mi przyjaciel Gerwid tyle do-

brego  opowiedział  -  rzecze  dostojny  starzec,  podawszy  mi  rękę  i    przy-
ciągając mnie bliżej  do  siebie,  aby  mi  się  lepiej  przypatrzeć. 

Mnie  ogarnęła  do  niego  tak  nagła  sympatia,  że  mi  łzy  wystąpiły  w 

oczy. 

-  Czego  płaczesz?  Czemuś  tak  wzruszony,  mój  dobry  panie  Nafir  - 

spyta  starzec także  wzruszonym  głosem. 

-  Istotnie,  nie  wiem  czemu,  może  dlatego,  że  nie  spodziewałem  się 

tak  łaskawego  przyjęcia.  Książę  raczy  przebaczyć,  ale  patrząc  na  niego, 
zdaje mi się, jak gdybym widział kogoś, co mi głęboko utkwił w sercu - 
rzekłem zmieszany, łez,  moich  nie  mogąc powściągnąć. 

Książę i doktor spojrzeli po sobie wzrokiem wymownym i jak gdyby 

potwierdzającym  jakąś  myśl  tajemną,  którą  obaj  tylko  znali,  a  młody 
książę,  ciągle  patrzał  na  mnie,  jak  człowiek  silący  się  coś  sobie  przypo-
mnieć,  co już głęboko zagrzebano  w  niepamięci. 

-  Nie  to,  nie  to,  mój  młody  przyjacielu  -  rzecze  starzec  -  któżby  tu 

był podobny do starego księcia Wadwis, już by przez to samo był sławny 
na całym księżycu, tylko widać dobre masz serce i litujesz się nad życiem 
starego  zgrzybiałego  żołnierza,  który  w  tym  wieku  i    stanie  jeszcze    nie  
może  odpocząć,  a już żyć  nie pragnie. 

-  Któżby  nie  pragnął  żyć  na  tym  pięknym  księżycu,  między  tak  do-

brymi   ludźmi?  -   rzeknę   nie  mogąc  się  zdobyć  na  coś  lepszego. 

-  Pewno, pewno - odpowie książę - ale na to trzeba umieć 

latać na tych młodych skrzydłach, jakie ty masz, a nie tak mizernymi 
lotkami, jak tam u mnie wiszą. Miałem ci i ja kiedyś skrzydła, tak dobre 
jak mój syn Neujabi, i często mi się ostrogi w nich zaplątywały, ale  

125 

background image

nareszcie się wypierzyły i nie chcą odrastać więcej. Przyjacielu, masz być 
tak uczonym lekarzem, jak drugiego nie znajdzie na  księżycu, racz wej-
rzeć  w  mój  organizm  badawczym  wzrokiem  i  wyśledzić,    czy    można 
jeszcze  czym  odżywić  to  moje  zgrzybiałe  ciało. 

-  Wobec cudownego lekarza, dostojnego przyjaciela  mojego  Gerwi-

da,  którego  lekarstw  sam  doświadczyłem  skuteczności,  czyżbym  mógł 
się  popisywać z jakimi  radami? -  rzeknę ze  skromnością. 

- Mości książę - powie Gerwid - jeszcze raz powtarzam, co już nieraz 

zaręczałem:  w  jego  głowie  mieści  się  wszystko,  co  tylko  najmędrsze 
książki w sobie zawierają; w mojej pozostało tylko echo tego, co on wie 
w zupełności; jeżeli kto, to on może, skupiwszy swe ogromne światło w 
jedno ognisko, wymyślić środek od nas tak upragniony odżywienia cię, a 
może nawet odmłodzenia. Daj mu, książę, tylko czas do namysłu, a ręczę 
za skutek. Nie  na darmo sprowadziłem go z tak daleka,  i nie  na darmo 
wyleczyłem go ze wszystkich wspomnień, tłumiących jego wiedzę. Na to 
tu  jesteś,  Nafirze,  żebyś  nam  postawił  na  nogi  naszego  dobroczyńcę 
księcia wielkorządcę, od tego zawisł  los  twój  na  księżycu. 

Teraz  dopiero  pojąłem,  dlaczego  jestem  przyciągnięty  z  ziemi  na 

księżyc, i zakłopotany podrapałem się rękoma i skrzydłami w głowę. 

-  Ha! - rzekłem, twórczości świętą iskrą przejęty. - Jest tu jednakże 

w tej głowie jakaś mała myśl, z której może się wyrodzić coś do  odkrycia 
pożądanego środka  prowadzącego. 

-  Nie mówiłem, mości książę? - zawoła Gerwid. zacierając ręce i bi-

jąc się radośnie w skrzydła. - Z tak bogatej i świeżej wiedzy musi wyro-
snąć myśl strzelista i wielka, daj mu tylko, książę, cokolwiek czasu, a ja 
będę umiał zaostrzyć usilność mego przyjaciela wiadomymi mi  środka-
mi. 

Stary wielkorządca aż podskoczył z radości, ale nie wiem, czemu w tej 

chwili  młody  książę  z  napiętą  uwagą  przysłuchujący  się,  uderzył  się  w 
głowę  i  zbladł jak  człowiek  przerażony. 

Czy by nie miał kochać ojca swojego? Czy nie życzy mu długiego ży-

cia? Bardzo mnie zmartwiło to pomimowolne poruszenie młodego księ-
cia  i  postanowiłem  sobie dociec jego  przyczyn. 

Przede wszystkim radziłem, aby sobie stary książę odpoczął i nie za-

trudniał  się  żadnymi  sprawami  stanu,  potem  prosiłem,  aby  mi  wolno 
było przylecieć wieczorem z lampką argandzką, za pomocą której można 
obejrzeć wskroś całe ciało ludzkie i przekonać się o stanie wewnętrznym 
wszystkich organów. Tę lampkę argandzką wydoskonaliłem podczas 

126 

background image

mego  miesięcznego  pobytu  na  księżycu  i  pierwszy  ją  zastosowałem  do  
użytku  lekarskiego. 

Stary  książę  i  Gerwid  nie  mogli  się  posiąść  z  radości.  Młody  książę 

został  wysłany  z  uwiadomieniem,  że  dziś  audiencji  nie  będzie,  a  nas 
zatrzymano  na  małe  śniadanie. 

12.  Książę  Neujabi 

Wiele  ze  mną  rozmawiał  książę  Neujabi  i  o  tym,  i  o  owym,  o  swych 

kampaniach przeciw Ciemnostanowi, w  którym był razy kilka, i dziwne 
mi opowiadał szczegóły o tym kraju, który nie jest tak górzysty jak połu-
dniowa hemisfera księżyca, lecz owszem płaski, wcale urodzajny, wyda-
jący  bardzo  wiele  bydła,  zboża  i  drogiego  kruszcu,  a  pomimo  to  ubogi, 
bo  wszystkie  zasoby  kraju  wychodzą  na  zakupowanie  cudzoziemskich 
cacek  dla  arystokracji  ciemnostańskiej,  lubiącej  się  bawić  i    stroić  jak  
dzieci. 

Potem  młody  książę  zwrócił  rozmowę  na  przedmioty  potoczne  i  po-

między innymi rzeczami spytał mi się, czy panna Lawinia już wróciła  do 
domu  wujaszka. 

-  Nie wróciła jeszcze,  a czy ją  zna książę? 
-  Widziałem ją kilka razy przelatującą na spacer, do kościoła i do te-

atru   -  odpowie   książę. 

-  Ma być bardzo ładną? Czy prawda? - spytam z bijącym sercem. 
-  Jak do gustu, mój panie Nafirze, wysoka, wysmukła, blondynka z 

szafirowymi oczyma i długimi złocistymi włosami. Ale któż ci opowiadał  
o jej  piękności? 

-  Doktor Gerwid. 
-  Sam  kochany  wujaszek  zachwalał  swą  siostrzenicę,  to  wielozna-

czące  -  rzecze  jak  gdyby  do  siebie  młodzieniec  z  oczywistym  zakło-
potaniem.  -  Lecz  po  cóż  ją  wysłał  na  wyspę  Snu?  Nie  powiedział  tego  
panu? 

-  Nie  powiedział  i  ja  nie  śmiałem  wypytywać  go  o  to.  Przecież  nie 

jest  chora,   zdaje  się... 

-  Nie samych tylko chorych wysyłają tam ria mieszkanie; wiesz pan 

przecie, że są  prezerwatywy, zabezpieczające od wpływu narkotycznego 
roślin  tam  kwitnących.  Sami  tam  urodzeni  i  wychowani  mieszkańcy 
doświadczają tego wpływu tylko do pewnego stopnia: ciągle pozostają w 
jakimś  stanie odurzenia  umysłowego, widać im dość przyjemnego, bo z 

127 

background image

niego  wyjść  nie  pragną,  tylko  chyba  chwilami,  niedługo  trwającymi. 
Dlatego też ich myśli i czyny noszą cechę albo w oczy bijącej niedbałości, 
nieudolności, albo też gorączkowej egzaltacji. Na całej wyspie nie zoba-
czysz  długotrwałego  pomnika  usilności  ludzkiej,  ale  często  obok  walą-
cych się chat w najbrudniejszym zaułku zobaczysz dowód pychy arysto-
kratycznej:  jakiś  świetny  pałac  z  herbami,  basztami,  salami  rycerskimi 
nowo postawionymi, a napełnionymi mnóstwem portretów rodzinnych, 
zakupionych u antykwariuszy, lub też zbroją sprowadzoną  z zagranicy. 

-  Żeście  też  sobie,  mieszkańcy  Jasnogrodu,  dali  wydrzeć  tę  wyspę 

Ciemnostanowi? 

-  Widzisz,  panie  Nafirze,  my  sami  nie  wiemy,  czy  nam  posiadanie 

tej  wyspy  korzyść  lub  stratę  przyniosło.  Umysły  mieszkańców  Snu  są 
pod  wszystkimi  względami  nadzwyczaj  rozdwojone.  Teraz  Snogro-
dzianie  sami  nie  wiedzą,  co  mają  myśleć,  życzyć  sobie  lub  pragnąć,  i 
rzucili  się  jednomyślnie  prawie  w  objęcia  religii,  którą  tak  pojmują  jak 
wszystkie inne rzeczy, to jest rzewnie lecz nieudolnie, zbyt wiele sercem,  
a zbyt  mało rozumem. 

-  Czy i w Snogrodzie łamią chłopom lotki, a mieszczanom wyskubu-

ją po jednym  skrzydle? 

 -  Tam  jest  niby  inny  system  dzielenia  ludności  na  stany;  każdemu 

wolno nosić skrzydła,  który za nie opłaca podatek.  Zobaczysz tam ubo-
gich hrabiów i książąt, chodzących piechotą z wyskubanymi skrzydłami, 
zwieszonymi na dół jak płetwy, a w tym samym czasie widzisz brodatych 
Żydów,  latających  na pysznych skrzydłach. 

-  Wielki Boże w Niebiosach! Żydzi na księżycu?! - zawołałem chwy-

tając się  rękoma  i  skrzydłami  za głowę. 

-  Tu,  u  nas  w  Jasnogrodzie,  tak  dobrze  jak  gdyby  ich  nie  było:  po-

równani w obliczu prawa z nami wszystkimi, wsiąkli do towarzystwa. 

-  Że to panna Lawinia, osoba jak się zdaje tak dobrze chowana, lubi 

zamieszkiwać taki kraj? 

-  O!  Nie  myśl,  żeby  Snogród  był  pozbawiony  uroków.  Kobiety  tam 

błyszczą  wszelkimi  powabami  piękna  przyrodzonego  i  zdobytego  talen-
tem,  a  nawet  nauką;  muzyka  stoi  na  wysokim  stopniu  w  Snogrodzie,  a 
ten stan półsenności poetyckiej, w którym prawie bezprzestannie pozo-
stają dobrze wychowani i niczym nie zatrudnieni ludzie, nadzwyczaj się 
podoba romantycznym umysłom. Panna Lawinia, o ile mi wiadomo, jest 
tego usposobienia umysłu, i kilka razy na rok wylatuje ze swym bracisz-
kiem do Snogrodu, gdzie wujaszek ma prześliczny pałacyk  z parkiem, 

128 

background image

polami i lasami obok zakładu somnopatycznego, którego jest założycie-
lem i  właścicielem. Tam sobie żyje  panna Lawinia swobodnie i  w prze-
pychu jak jaka królewna w orszaku najświetniejszych dam okolicy, a jej 
braciszek, bardzo miły, lecz uczyć się nie chcący chłopaczek, zbija  bąki  
z  podobnymi  sobie  synami  arystokracji. 

-  Wszystko to, mości książę, zaostrza mą ciekawość, muszę się kiedy 

puścić  do  Snogrodu  na  mych  skrzydłach  lub  nareszcie  na  mej  rybie, 
która mi ułatwi przekroczenie morza, podobno tylko z dwadzieścia pięć 
mil  szerokiego.   Ma  się  rozumieć,  że  wezmę  ze  sobą  busolę. 

-  Przede wszystkim nie zapomnij paszportu, bo urzędnicy graniczni 

w  Snogrodzie  nikogo  nie  wpuszczają  bez  paszportu,  wizowanego  przez 
ambasadora lub przynajmniej konsula ciemnostańskiego - rzecze książę. 

-  Chyba  żartujesz,  mości  książę,  nie  ma  granic  dla  istot  skrzydla-

tych! - rzeknę,  pewny,  że  książę  tylko żartem  wspomniał  o  granicy. 

-  Nie myl się pan, są w Snogrodzie granice dobrze strzeżone, tak jak 

i  są  Żydzi, ciągle tylko  o  kontrabandzie  myślący. 

-  W  jaki  sposób  można  by  otoczyć  wyspę  całą  granicą,  nieprzebytą 

dla  ptaka  lub dla  skrzydlatego człowieka? 

-  Na  sześćset  kroków  od  ziemi  dosięgnie  dobra  strzelba  i  zabija,  a 

wyżej są na kilku wysokościach w atmosferze niezbyt  wysokiej księżyca 
porozciągane  druty  elektryczne,  zabijające  iskrami  na  kilkaset  kroków 
od siebie wszelkie żyjące stworzenie. Przy tym skrzydlate patrole czuwa-
ją wszędzie, a nocną  porą świecą owe druty jak zorza  północna, i świa-
tłem otaczają całą wyspę, tak że żadna istota nie przejdzie pod nimi,  nie  
będąc dostrzeżoną. 

-  A  w Jasnogrodzie  są  także  granice? 
-  Są, ale tylko ziemskie dla bydła, które stamtąd często przychodzi z 

zarazą,  i  dla  ludzi  nieskrzydlatych,  pozbawionych  u  nas  praw  oby-
watelskich za wykroczenia, a w tamtych krajach pozbawionych pojęcia o  
godności  ludzkiej  za to, że  się  urodzili  w  niższym  stanie. 

-  A to widać u państwa i dobre i złe szczególnie wygórowało, i odbija 

się  jaskrawszymi  barwami  jak  na  ziemi-  rzeknę  do  oświecającego  mnie   
księcia  Neujabi. 

-  A skądże pan wiedzieć może, co się dzieje na ziemi? - spyta książę 

z nadzwyczajną skwapliwością, spozierając na mnie ciekawie i  uważnie  
swymi  czarnymi,  nadzwyczaj  pięknymi  oczyma. 

-  Śniło  mi  się  przez  czas  długi,  żem  żył  na  ziemi  -  odpowiedziałem 

nie będąc wówczas pewnym, czy się mylę lub czy kłamię, bo pamięć moja 

129 

background image

co  do  pochodzenia  chwilami  się  przebudzała  lubo  w  następnej    chwili  
znowu  usypiała. 

-  Ach! Wystaw sobie kochany panie Nafirze, że i ja taki sen miałem, 

i  to  przez  długi  czas,  kiedy  mnie  lekarze  skazali  na  sześciotygodniowy 
pobyt na Wyspie Snu, który to czas przemarzyłem całkiem tylko o ziemi 
i o mym pobycie na tej ogromnej planecie, której widzimy góry, morza, 
jeziora, miasta, a nawet główniejsze rzeki gołym okiem jak na dłoni. Ale 
posmak,  który  mi  został  po  tym  śnie,  nie  jest  przyjemny,  i  wcale  nie 
odpowiada  okazałości  tego  rzęsistego  światła,  o  którym  mieszkańcy 
Ciemnostanu żadnego nie mają wyobrażenia, a nas, Jasnogrodzian, tak 
zachwyca. Wiesz co, panie Nafirze, w tych marzeniach i o tobie, nie zna-
nym mi do tej chwili, śnić mi się musiało, bo jest myśl, która mi dopiero 
teraz  do  głowy  przyszła.  Czemuż  twoje  ukazanie  się  takie  na  mnie  wy-
warło  wrażenie?  Nadaremnie  śledzę  i  śledzę,  gdzie  ciebie  widzieć  mo-
głem,  gdzie  cię  spotkałem.  Urodziłeś  się  i  wychowałeś,  jak  mi  doktor 
Gerwid  zaręcza,  w  mieście  odległym,  którego  nigdy  nie  zwiedzałem  i 
któregoś  ty  nigdy  nie  opuszczał,  więc  skądże  się  czepił  obraz  twój  mej 
duszy?  To  już  chyba  we  śnie  jakim,  a  nieraz  się  wyśni  nie  tylko  obraz 
człowieka,  ale  także  cała  przygoda,  cała  historia,  zajście  jakie;  nawet 
najnadzwyczajniejsze sytuacje często nas spotykają po raz pierwszy, ale 
tak  przygotowanych,  jak  gdyby  się  wydarzyły  po  raz  drugi;  to  wszystko 
gra  snów. 

-   Albo odgłos rzeczywistego życia, które się spędziło na jakim innym 

planecie... - dodam pomimowolnie, prawie nie wiedząc, co mówię, idąc 
za natchnieniem myśli wyrywającej się z duszy jak owe światełko błędne 
na cmentarzach. 

-  Albo odgłos rzeczywistego życia, które się spędziło na jakim innym 

planecie???... - powtórzy książę Neujabi jak człowiek budzący się ze snu, 
ale jeszcze odurzony. Boże! Na nowy i również dedaliczny wprowadzasz 
mnie pan tor myśli. A jednakże i ta myśl, zdaje się, nie po raz pierwszy 
zapokutowała,  czyli  raczej  odgłos  znalazła  w  mej  głowie.  Pan  jesteś  ja-
kimś zagadkowym człowiekiem, wywierającym na mnie... 

W tej chwili kazał mnie przywołać stary książę, i tym skrócił rozmo-

wę, która mnie zaczęła w jednej chwili i zachwycać, i w niepokój wpro-
wadzać. 

background image

13. Telegraf akustyczny 

-  Więc widziałeś wszystkie organa księcia jegomości, nawet mózg, 

płuca,  wątrobę? -  spyta  mnie  nazajutrz doktor Gerwid. 

-  Nawet  szpik  kości,  mój  przyjacielu;  lampka  argandzka  doskonale 

się sprawiła w kamerze obskurze, w którą wsadziłem starego dostojnego 
weterana;  jestem  tak  dobrze  obznajomiony  z  wewnętrznym  jego  skła-
dem, jak  gdybym  go  macał  rękoma. 

-  I  jakże  go  znalazłeś? -  spyta  dalej  Gerwid  drżącym  głosem. 
-  Choroby  organicznej  w  żadnym  organie  nigdzie,  a  we  wszystkich 

osłabienie,  brak  siły  żywotnej;  roztworzenie  górę  bierze  nad  tworze-
niem, oto cała  rzecz. 

-  Jak długo jego życie potrwać może, gdyby pozostał w tym stanie i 

żadne dotychczas używane lub przeze mnie znane lekarstwa nie okazały  
się  skutecznymi? 

-  Miesięcy  pięć,  dni  siedemnaście,  godzin  trzy  i  minut  czterdzieści 

dwie w najlepszym razie, gdyby coś nadzwyczajnego, nieprzewidzianego 
nie zaszło - rzekłem zrobiwszy obrachunek na papierze z matematyczną  
dokładnością. 

-  A do diabła! To krucho z nim, ja mu dłuższe rokowałem życie, ale 

co znaczy moja wiedza w porównaniu z twoją? Ja jestem starym gratem, 
nie  mającym  już  ani  zdrowego  słuchu,  ani  wzroku,  ani  mocy  myślenia. 
Ach! Ty nam  go wybawisz, tego dobroczyńcę  kraju,  który jedynie może 
ci zapewnić świetną przyszłość na tym uroczym księżycu, tak ci miłym. 

-  Ba!  Czymże  tu  zastąpić  brak  sił  żywotnych,  mój  sędziwy  przyja-

cielu? - rzeknę zakłopotany. - Dowiedziałem się przecież z waszych ksią-
żek,  że  już  od  odwiecznych  czasów  silili  się  lekarze  na  wynalezienie  ta-
kiego  środka.  Jeden  stary  król  nabyć  chciał  od  swej  pięknej,  świeżej  i 
młodej Liagiba sił żywotnych, których mu brakło, i czegóż dokazał? Zabił 
ją, a sam nie żył długo. Potem wymyślono płynne złoto na przedłużenie 
życia;  ludzie  przepłacali  to  lekarstwo  na  wagę  diamentów  i  nie  zyskali 
korzyści z niego. Jakiś książę starał się odżywiać w atmosferze, w której 
się pociły młode i zdrowe panny jego kraju, i umarł na wściekliznę. Po-
tem używano transfuzji krwi z dzieci i młodych ludzi; zabito ich niemało, 
i nie cieszono się dłuższym życiem. Zdaje się, że przyroda nie lubi, żeby 
ją  zastępowano,  w  tak  ważnej  sprawie  jak  życie,  sztucznymi  środkami. 
Walczyć z przyrodą o pierwszeństwo to strasznie 

trudne  zadanie! 
-   Ty możesz walczyć i z naturą, o człowiecze wyjątkowy! Który sam 

131 

background image

jesteś  więcej  utworem  sztuki  jak  natury.  Posiadałbyś  tę  jędrność  rozu-
mu, gdybyś się nie był pozbył sztucznym środkiem wszystkich przykrych 
wspomnień  tłoczących,  ścieśniających  i  gnębiących  twą  wiedzę?  Umia-
łem ci odjąć, lecz dodać nie umiem; pokaż się wyższym ode mnie twór-
czą wyobraźnią, tak jak już jesteś wyższym ode mnie bogactwem wiedzy. 
Widzę  po  tobie,  że  już  w  twym  mózgu  roi  się  myśl  jakaś  ogromna  jak  
tytan. 

-  Rzeczywiście, jest tam coś w tej głowie, co się rusza i rośnie, a nie 

może wystrzelić w górę od razu, tak jak łodyga kwiatu aloesowego. Trze-
ba by mi chyba jakiegoś wzniecenia; to całomiesięczne więzienie w twej 
turmie i to ciągłe  połykanie twych  książek uchem diablo mi stępiło siły 
wyobraźni.  Dalej,  przypraw  wyobraźni  skrzydła,  tak  jak  przyprawiłeś 
ciału. 

-  To też to, że tego nie umiem, niech mnie piorun trzaśnie, mój do-

bry Nafirku! Skrzydła, przyznam ci się, byłyby ci wyrosły same z siebie w 
tym  klimacie,  ja  tylko  przyśpieszyłem  ich  rozwój  tak  jak  można  przy-
śpieszyć rośniecie włosów. Wiesz co, podchmiel sobie tym dwustuletnim  
nektarem,  to cię  może  wznieci. 

-  Nie chcę! Przez całe me życie nienawidziłem trunku;  mnie trzeba 

do  wzniecenia  czegoś  innego,  czegoś  mniej  materialnego,  czegoś  este-
tyczniejszego,  uroczego,  a co miłe  uczucie  wzbudza. 

-  Ach!  Teraz  wiem,  czego  ci  potrzeba,  mój  dobry  Nafirku;  tobie 

trzeba  widoku  młodej,  pięknej  kobiety!  Ach,  mój  przyjacielu!  o  środek 
silny, potężny, ale niestety, częstokroć tak zbyt potężny, że starga nerwy 
i  mózg  odurzy,  zamiast  go  wzniecić.  No,  ale  ty  musisz  mieć  doskonałe 
siły pod wszystkimi względami, spróbujmy tego środka. Zaraz zatelegra-
fuję  po  osobę,  której  widok  przywróciłby  trupa  do  życia. 

-  A  gdzież  twój  telegraf?  Już  mi  mówiłeś  o  akustycznym  telegrafie, 

zdaje  mi  się, gdym był  w  kąpieli  zapomnienia. 

-  Nie mylisz się. Moje telegrafy oto w tych czterech szafkach, obró-

conych na cztery strony świata. Przyrząd sam bardzo prosty: przez każ-
dą szafkę prowadzi dziura wskroś muru, jest i doskonała busola, wska-
zująca  kierunek,  jaki  chcę  nadać  głosowi,  i  pięć  piszczałek  z  kruszcu 
topionego  ze  szkłem,  które  wymawiają  za  silnym  dmuchnięciem  tego 
mieszka  po  jednej  z  pięciu  znanych  nam  samogłosek.  Wszystkie  słowa 
można  wymówić  tymi  samogłoskami,  szykując  je  w  pewien  umówiony 
porządek,  przedłużając  je  i  zatrzymując  się  z  chronometryczną  dokład-
nością. Teraz ustawiłem rurę, wskazującą dyrekcję do mego pałacyku w 
Snogrodzie. Teraz wkładam w nią pięć piszczałek wymawiających: a, e, i, 

132 

background image

o, u, i dmucham kolejno, rozumie się według  umówionego programatu. 

Dmuchał raz w tę, raz w ową piszczałkę, czasem po dwa i trzy razy w 

jedną,  czasem  krótko,  to  znowu  dłużej,  z  przestankami  i  bez  przestan-
ków.  Wszystkie  te  piszczałki  wydawały  przejmujący,  cienki,  jakby  pro-
mienisty  pisk. 

-  Głos  tworzy  się  dopiero  na  cyferblacie  z  pęcherza  ryby  drętwika, 

na który pada u celu swej podróży, lecz nie dolatuje tak prędko jak świa-
tło lub iskra  elektryczna, temu już zaradzić nie  możemy,  mój Nafirku - 
rzecze Gerwid, siadając obok swego cyferblatu i przybliżając  nowo  wy-
szłą  książkę  do  ucha. 

Dopiero za dobry kwadrans doleciała odpowiedź i odmalowała się na 

drętwikowym  cyferblacie  pięciu  różnymi  figurami  geometrycznymi  w 
różnym porządku, raz krócej, raz dłużej przebywając na czułej tarczy. 

-  Za  pół  godziny  puszcza  się  w  podróż,  za  piętnaście  godzin  będzie 

tutaj -  krzyknie Gerwid,  zacierając  ręce i skrzydła. 

-  Kto taki? 
-  Ona! 
-  Jaka ona? 
-  Lawinia,  geniusz  księżyca. 

14, Lawinia 

Tej nocy wypiłem oddech Lawinii nawet z materaca, dotychczas sza-

nowanego. 

Natychmiast uczułem w sobie nie tylko więcej serca, rozumu i duszy, 

lecz nawet więcej geniuszu, który jest dzieckiem skupienia tych boskich 
darów. 

Myśl, nad której porodzeniem tak się siliłem, wystrzeliła we mnie nie 

tylko jak łodyga kwiatu aloesowego, lecz jak wrzący na milę wysoki wo-
dotrysk. 

-  Wiem, co ci potrzeba, wielkorządco! - krzyknę uradowany. - 

Tobie potrzeba promieni słońca zgęszczonych i zamienionych w płyn. 
A ja je skupię, zgęszczę, skoncentruję, zamienię w płyn życia, zamknę 
w diamentowym flakoniku i odżywię cię tym, czym Prometeusz nadał 
życie  kamiennemu posągowi. 

Tej nocy nie mogłem się doczekać dnia, prosiłem Boga o jak najświet-

niejsze słońce, wylatywałem wysoko w powietrze nad obłoki, aby się 

133 

background image

przeświadczyć o stanie pogody, w powietrzu śpiewałem, biłem hołubce i 
wyskakiwałem najdziwaczniejsze antrsza 

1

 i piruety. O mało co nie zosta-

łem  wzięty  przez  skrzydlaty  patrol  do  kozy  jako  peilurbator,  pijak  czy 
wariat;  szczęściem,  że  mnie  wachmistrz  dowodzący  patrolem  poznał 
jako  gościa,  z  tak  nadzwyczajną  serdecznością  przyjętego  u  wielko-
rządcy. 

antrsza    (nieodm.),  krok napowietrzny w tańcu. 

Istotnie,  nie  posiadałem  się  z  radości  i  nigdy  świat  nie  przedstawiał 

mi się w tak uroczych barwach jak wtenczas, kiedy miałem pewność, że 
dokonam,  czyli  raczej  kiedym  dokonywał  największego  odkrycia,  jakie 
tylko śmiertelna  istota  mogła pomyśleć. 

Czym jest pismo, proch, para, dagerotyp, chloroform, książka gadają-

ca,  woda  zapomnienia,  kwadratura  koła,  telegraf  akustyczny  i  bez-
przestanny  ruchawiec  w  porównaniu  ze  zgęszczeniem  i  uwięzieniem 
promieni  słonecznych,  tego  pierwiastku  światła  i  życia?  Ja  dopiero 
uwieńczę  wszystkie  pomniejsze  odkrycia  koroną  odkryć  i  będę  królem 
wszystkich Koperników, Szwarców 

2

, Wattów, Dagerów 

3

, urzeczywistnię 

śmiały  pomysł  Prometeusza,  pokutujący  w  mitologii  najstarożytniej-
szych  ludów  od  wiecznych  czasów! 

Berthold   Schwarz  (ok. 1310-1384). alchemik niemiecki, wynalazca w dzie-

dzinie broni palnej; niesłusznie przypisywano mu wynalezienie prochu. 

Louis  Daguerre  (1789-1851).  francuski  malarz,  dekorator  i  współwynalazca 

(wraz z J. N. Niepcem) pierwszej historycznie techniki fotograficznej, dageroty-
pii, w 1839 (oficjalna  data). 

Jakim sposobem dokonałem tego odkrycia? Długo o tym mówić i ca-

łej  tajemnicy  zdradzić  nie  chcę,  dla  niedowiarków  jednakże,  nie  chcą-
cych  wierzyć  w  możliwość  zgęszczania  i  uwięzienia  promieni  słonecz-
nych  powiem,  że  na  to  trzeba  słońca  na  zenicie,  soczewki  kryształowej 
wypukło-wypukłej  wielkości  koła  młyńskiego,  dzwona  kryształowego 
objętości beczki, grubości  dwóch cali, z dziurką włoskową wskroś prze-
bijającą  na  wierzchu,  wodorodu  i  tlenu  w  proporcji  potrzebnej  do  zro-
bienia wody, nareszcie flakonika diamentowego na przechowanie zgęsz-
czonych promieni. Wszystkiego mi dostarczyć kazał książę wielkorządca 
za parę milionów  u  optyków  i chemików,  i fiat  vita,   cui vita! 

Uniesieni  zapałem  opowiadania,  wyprzedziliśmy  o  dwa  tygodnie 

czas, w którym się ziściły nasze nadzieje i oczekiwania najpiękniejszym 

134 

background image

skutkiem,  i  zapomnieliśmy  mówić  o  osobie,  której  wpływowi  przypisać 
winienem  całą zasługę tego cudownego dzieła. 

Mówię  o  Lawinii. 
Lawinia  przybyła  w  oczekiwaną  chwilę  ze  swym  bratem  Icangim  i  z 

licznym orszakiem na ogromnym wielorybie, którym kierowało przeszło 
dwudziestu  synów  księżyca  własnymi  skrzydłami,  żaglami,  wiosłami  i 
śrubą Archimedesa, przyprawioną u tego olbrzymiego balonu z tyłu. 

Nic  nie  wyrówna  pyszności  tego  widoku. 
Wieloryb  świetniał  w  promieniach  słońca  jak  złota  ryba  z  karmazy-

nowymi  skrzelami,  płetwami  i  ogonem. 

Spuścili  się  na  płaski  dach  korpusu  pałacowego,  gdzie  Gerwid,  ja  i  

służba  oczekiwaliśmy  ich  przybycia. 

Spod  purpurowego  baldachimu  Icangi  sprowadził  siostrę  swoją  zło-

conymi    schodami    na  debarkader. 

1

  debarkader  przystań  towarowa  lub  

pasażerska 

Kto kiedy w najmilszym śnie śmiał marzyć o czymś tak pięknym jak 

Lawinia? Przypraw złote skrzydła najświetniejszemu kobiecemu utworo-
wi  egzaltowanej  wyobraźni  twojej,  a  jeszcze  to  będzie  tylko  skrzydlata 
córka  ziemi  w  porównaniu  z  aniołem  zwanym  Lawinia.  Jej  wysoka  po-
stać  ubrana  w  niebieską  gazę,  spadającą  jak  obłok  głęboko  pod  nogi, 
wdzięki  jej  twarzy,  nieporównana  gracja  jej  kibici,  barwa  włosów  i 
skrzydeł,  wszystko  to  świetniało,  pachniało  i  śpiewało  harmonią  nie-
bieską  we wszystkich zmysłach moich  i takie sprawiło wrażenie na  mej 
duszy,  żem  zadrżał,  zbladł  i  skrzydłami  podeprzeć  się  musiał  o  ziemię, 
abym  nie upadł. 

Podobnegoż  wrażenia,  zapewne  przez  odbicie,  doznała  Lawinia,  ale 

nie w tym stopniu, jednakowoż oprzeć się musiała o ramię brata swego, 
bardzo  przystojnego  młodzieńca  w  myśliwskim  stroju,  z  kordelasem 
przy boku, który, także spojrzawszy na mnie, stanął jak wryty z oczami 
wyłupionymi  na  mnie. 

-   Dzieci!  Co  to  znaczy?  Patrzycie  na  siebie  jak  na  upiory.  To  mój 

przyjaciel  Nafir,  o  którym  wam  telegrafowałem  niejednokrotnie.  A  to 
moja siostrzenica Lawinia, to mój siostrzeniec Icangi. No, poznajcie się i 
bądźcie dobrymi przyjaciółmi, bo szlachetniejszej istoty nie ma na całym  
księżycu jak  pan  Nafir. 

Icangi  przystąpił  do  mnie  i  porwał  mnie  w  swoje  objęcia  ściskając 

ramionami i skrzydłami jak starego znajomego, i mnie się serdecznie 

135 

background image

zrobiło w jego objęciach, ściskałem go jak dziecko, lubo tylko o pięć lat 
ode mnie był młodszy. Jakaś promienista sympatia udzieliła się nawza-
jem  sercom  naszym.  Pojąłem  zaraz  w  tej  chwili,  że  będziemy  nieroz-
dzielnymi  przyjaciółmi  gotowymi  zginąć jeden  za drugiego. 

Potem  zbliżyła  się  Lawinia  i  rumieniąc  się  po  uszy  podała  mi  swą 

rączkę, najmilsze bawidełko, jakie miałem w ręku. Jak się dziwnie smęt-
nie  uśmiechała,  patrząc  mi  badawczo,  pół  nieśmiało,  a  pół  poufale,  w  
oczy! 

-  Wuju!  Wuju!  Patrz  na  pana  Nafira  i  na  Icangi:  widziałeś  w  życiu 

swoim  coś  podobniejszego?  -  rzecze  Lawinia  głosem,  od  którego  przy-
pomnienia jeszcze  w chwili  śmierci  dusza  się  rozraduje  moja. 

-  Nie, nie widziałem - odpowie Gerwid - istotnie, tenże sam wzrost, 

ta twarz, tenże sam wyraz twarzy, te oczy, włosy i skrzydła, tylko że pan 
Icangi pucołowaty tak jak szlachcic wiejski, a pan Nafir ma twarz wyra-
zistszą, wyrobioną uczuciami i myślą tak jak uczony.  Ależ to podobień-
stwo  to dziwna  gra  natury! 

-  W tym jest coś więcej jak ślepa gra przyrody - powie Lawinia cicho 

tajemniczym  głosem  jak  gdyby  do  siebie  mówiła,  a  rączki  swej  nie  wy-
dziera  z  mej  dłoni,  ani  też  nie  spuszcza  oka  z  mej  twarzy. 

-  Cóż  ty  mówisz,  Lawinio!  Na  miłość  Pana  Boga!  To  jest  traf,  nic 

więcej, przecież się to nieraz wydarza, takie w oczy bijące podobieństwo. 

-  Musi  w  tym  być  coś  jeszcze  innego:  ja  to  czuję  tutaj  wyraźnie,  a 

tam  jakoś  głucho,  chaotycznie  -  rzecze  Lawinia,  wskazując  naprzód  na  
swe  serce,  a  potem  na swe świetne czoło. 

Wtem zagrzmiała wojskowa muzyka, może tylko sto kroków nad na-

mi. 

Defiluje w powietrzu pułk gwardii, którym dowodzi książę Neujabi w 

szklistym  szyszaku,  w  błyszczącej  zbroi.  Sam  Mars  nie  wyglądał  nigdy 
tak  świetnie.  Lawinia  spojrzała  w  górę,  wypuściła  mą  rękę  ze  swojej  i  
zadrżała. 

Książę Neujabi  salutował orężem!! 

15. Smętarz 

Lawinii drżały skrzydła ze wzruszenia zupełnie jak kuropatewce, nad 

którą jastrząb buja w powietrzu, a młody Icangi klasnął z radości w ręce 
i  poleciał jak sowizdrzał za  zbrojnym  hufcem. 

-  Strasznie jeszcze pstro w głowie u tego Icangi - rzecze Gerwid. - Za 

136 

background image

długo przebywał  w Snogrodzie. Jak można się zachwycać do tego stop-
nia  ludem  zbrojnym? 

Niebawem  przyleciał  Icangi,  który  na  górze  Marsowej  widział  się  z 

księciem  Neujabim,  i  nie  mógł  się  nachwalić  jego  grzeczności  i  dobrej 
miny. 

Lawinia  z  zajęciem  słuchała,  co  opowiadał  Icangi,  lubo  udawała  po-

grążoną  ze mną w rozmowie i że wcale nie uważa na jego słowa. 

Wszystko  to  nie  bardzo  rozkoszne  myśli  we  mnie  wzbudzało;  uczu-

łem  żądło  zazdrości  głęboko  w  mym  sercu.  Ach!  Tak  nikczemna  na-
miętność znalazła  nawet  do  serca  mieszkańców  księżyca  drogę. 

-   Nafirze!  Zlituj  się,  wyglądasz  jak  człowiek  tracący  odwagę,  to  nie 

przyciągnie  ci  serca  kobiety - szepcze  mi  do  ucha  doktor Gerwid. 

Uznałem  mądrość  uwagi  Gerwida  i,  zaczerpnąwszy  odwagi  z  głębi 

mej duszy, wystąpiłem do walki z obrazem księcia Neujabi, który, zdaje 
się, już się zagnieździł w sercu Lawinii, przedziwnie pięknej, uroczej jak 
samo  bóstwo  miłości. 

Przy obiedzie Gerwid nasunął mi sposobność błyszczenia mym dow-

cipem i mymi  wiadomościami. Lawinia, zrazu roztargniona, zaczęła się 
na  mnie  spoglądać  coraz  ciekawszym  okiem  jak  na  jakieś  wyższe  jeste-
stwo, i nareszcie całkiem zajęta rozmową, zleciała ze mną z sali jadalnej, 
pod szpalery ogrodu  i  tam  się  przechadzała aż do  późnego wieczora. 

Dopiero wówczas spostrzegliśmy, że jeden z licznych małych wulka-

nów  otaczających  miasto  na  odległość  dwu-  czy  trzymilową  wyziewał 
ogień  wysoko  w  niebo  i  głębokim,  jakby  tłumionym  łoskotem  roztrącał 
powietrze. 

Wzbiliśmy  się  z  Lawinia  wysoko  pod  obłoki,  aby  rozeznać,  który  to 

wulkan  tak  się  rozognił. 

Był  to  właśnie  wulkan,  służący  naszemu  miastu  za  smętarz,  i  ster-

czący  wśród  głębokiego  jeziora,  zwanego  Martwym,  dlatego  że  żadnej 
ryby, ani tez żadnego śladu jakiegokolwiek żyjątka w nim dotychczas nie 
odkryto. 

Tu nie chowają zmarłych w łonie ziemi, lecz ich wrzucają do krateru 

w  workach  z  materii  palnej,  mniej  więcej  kosztownej,  i  z  ciężarem  do 
nóg  przytwierdzonym. 

Nieboszczyk zstępuje z wysoka w otchłań zawsze się tlejącą, przy od-

głosie muzyki jeśli jest bogaty, i z szybkością kuli spadającej z zenitu. 

Ognie  krateru  dokonywają  dzieła  zniszczenia,  a  popioły  wyrzucone 

wybuchami jego toną w ciągle burzących się falach jeziora bez śladu, 

137 

background image

tworząc  tylko  w  głębiach  pokłady  soli  wapiennych,  potasowych  i  so-
dowych. 

Był to widok nad wszystkie opisy wspaniały: purpurowy ogień krate-

ru odbijał się milionowymi łunami w zburzonych bałwanach, na których 
strzaskałby się w tej chwili najmocniejszy okręt, nawet gdyby był ze stali 
ukuty. 

Wielkie mnóstwo mieszkańców miasta i okolic krążyło około krateru 

ponad  jeziorem,  modląc  się  za  dusze  zmarłych,  których  popioły  w  tej 
chwili  spadały  w  wody  Martwego  jeziora.  Lawinia  pogrążona  w  smut-
nych myślach, wsparta na moim ramieniu i utrzymując się wolnym ru-
chem skrzydeł prawie na jednym punkcie atmosfery, opowiadała mi, że 
przed  laty  pięciu  jej  ojciec,  przed  trzema  zaś  jej  matka,  znaleźli  grób  w 
ciągle palącym  się  wnętrzu  tego  wulkanu. 

-  Umarli  przedwcześnie  -  mówiła  Lawinia  -  i  zostawili  nas  siero-

tami,  mnie  i  brata  Icangi,  wychowanych  raczej  pieszczotliwie  jak  sta-
rannie,  wielkim  kosztem,  ale  tylko  na  ludzi  bawić  się  lubiących,  a  do 
niczego  dzielnego  niezdolnych.  Majątku  nam  nie  zostawili  prawie  żad-
nego; jakież to szczęście, że w wujaszku, który się tymczasem zbogacił i 
pozostał starym  kawalerem, znaleźliśmy tak dobrego  i hojnego opieku-
na.  Wujaszek  przecież  swymi  namowami  tyle  dokazał,  że  ja  przynaj-
mniej w muzyce szczerze się kształciłam i że mój brat wziął się do nauki 
gospodarstwa  ziemskiego  z  ochotą  i  wytrwał  w  niej  przez  lat  kilka,  ale 
któż  potrafi  dzieciom  w  naszym  wieku  zastąpić  rodziców?  Któż  zdoła 
wyrugować z naszej pamięci ich obraz w chwili, gdy się żegnali z nami, 
polecając  swą  duszę  Bogu?  Biedni  rodzice!  Oni  tak  szczerze  pragnęli 
pozostać z nami, i wcale nie tęsknili do innego życia, tak jak ja tęskniłam 
do  nich  po  ich  śmierci.  Och!  Długo  tęskniłam  i  chwilami  nawet  teraz 
tęsknię,  kiedy  jestem  smutna,  a  ziemia  w  całej  majestatycznej  pełni 
wznosi  się  na  firmament. 

Potem  spojrzawszy  w  ogromną  okazałą  tarczę  ziemi,  rzekła: 
-  Ach,  jakże  szczęśliwi  muszą  być  mieszkańcy  tej  pysznej  planety, 

ukazującej się zdumiałym oczom mieszkańców księżyca w tak świetnych 
barwach i kształtach! O, tam ludzie muszą być nieskończenie szczęśliwsi 
od  nas,  nieprawdaż,  dobry  panie  Nafirze?  Ty  najlepiej  o  tym  wiedzieć 
musisz? 

-  Skądżeż ja mam wiedzieć, o miła Lawinio, co się dzieje na ziemi? -

zapytałem  zdziwiony  tym  zagadnieniem  Lawinii. 

-  Wujaszek  utrzymuje,  że  ty  jesteś  najmędrszym  i  najuczeńszym 

człowiekiem  na  księżycu,  i  że  wiesz daleko więcej od niego samego, 

138 

background image

który   przecież dotychczas   uchodził  za   pierwszego uczonego w całym 
Jasnogrodzie. 

-  Istotnie, za takiego mnie wystawia doktor Gerwid w swej dobroci i 

chęci zrobienia mi sławy, lecz nie poczuwam się do zasług odpowiednich 
tej  sławie.  To  wiem,  że  są  na  ziemi  mieszkańcy  obdarzeni  rozumem  i 
wolą, lecz z ich dzieł sterczących na ziemi i bujających po wodach wno-
szę,  że  mieszkańcy  ziemi  nie  mają  skrzydeł. 

-  Więc bujają po powietrzu bez skrzydeł, tym lepiej, te skrzydła cza-

sami  bardzo  niewygodne,  dlatego  najwięcej,  że  są  pozbawione  czucia. 
Już razy kilka oparzyłam sobie i pogniotłam skrzydła, nieraz mi też za-
wadzają  w tańcu w  salonie. 

-  Ludzie  na  ziemi  wcale  nie  bujają  w  powietrzu,  chyba  za  pomocą 

balonu,  którym, jak  się  zdaje, jeszcze  nie  umieją  kierować. 

-  Więc  jakże  się  przenoszą  z  miejsca  na  miejsce,  to  chyba  jak  głos 

wibracjami  powietrza? 

-  Przenoszą się piechotą, końmi i za pomocą pary po ziemi i po wo-

dzie, i wcale nie podróżują po powietrzu tak jak my, szczęśliwsi od nich  
mieszkańcy  księżyca. 

-  Musisz się mylić, kochany Nafirze. Istoty rozumne, mieszkające na 

ziemi, o tyle muszą być szczęśliwsze od nas, o ile ziemia jest piękniejszą 
od księżyca;  i ja po  mej śmierci chcę  być przeniesiona na ziemię,  gdzie 
niezawodnie znajdę ojca i matkę, bo czemuż bym tęskniła do ziemi, gdy-
by ich duszy tam nie było? A czemuż by oni po tak cnotliwym życiu mieli 
zejść  na  padół  nieszczęśliwszy  od  naszego?  Nie,  panie  Nafirze,  ziemia 
jest  doskonalsza  od  księżyca  i  ludzie  tam  nie  potrzebują  skrzydeł  do 
przenoszenia  się  z  miejsca  na  miejsce;  tylko  mkną  siłą  woli  swojej  jak 
głos po przestrzeni. Ach, patrz Nafirze na tę piękną ziemię, która teraz w 
całym majestacie buja na firmamencie i swym blaskiem zaciemnia ogień 
tego  wulkanu.  Och,  tam  ludzie  szczęśliwsi!  Może  stamtąd  mój  ojciec  i 
matka  patrzą  w  tej  chwili  na  swój  grób,  i  mnie  tu  widzą  płaczącą  nad 
nim.  Och,  niezawodnie!  Bo  tam  daleko  lepsze  od  naszych  muszą  mieć  
teleskopy,  wszystko  tam  doskonalsze  i  piękniejsze. 

Łzy żalu i tęsknoty spadały z oczu Lawinii w wody Martwego jeziora. 

Widząc  ją  w  tak  uroczystym  usposobieniu,  nie  miałem  odwagi  parali-
żować jej  wyobraźni,  wzniesionej  do tak  szczytnego egzaltu. 

-  Chciałabym  widzieć  przystojnego  mężczyznę,  mieszkańca  ziemi, 

musi  być  pięknym  jak  Bóg  -  doda  Lawinia,  podając  mi  ręce,  bo  już  jej 
skrzydła słabnąć zaczęły do tego stopnia, żeśmy wrócić musieli na ląd  i  
odpocząć  na  kopule panteonu jasnogrodzkiego. 

139 

background image

Lawinia wsparła głowę na ramieniu moim i znękana uczuciami dnia 

tego,  usnęła.  Jest  ze  mną  jak  siostra  z  bratem,  a  znamy  się  dopiero  od 
dnia dzisiejszego! 

Ach, cóż to za cudny wdzięk niewinności w tej twarzy błyszczącej ro-

zumem,  w  tym  czole jaśniejącym  roztropnością! 

Lawinio!  Czymże się  różnisz od aniołów? 
Niczym! 

16. Wynalazki 

Raz nam tu wiatr zawiał aż na księżyc ułamek z jakiejś gazety na zie-

mi drukowanej, a doktor Gerwid, który,  jak się zdaje,  zna wszystkie ję-
zyki i umie czytać wszystkie pisma, następujące na tym świstku wyczytał   
zdania  o  wynalazkach,   którymi   się   obecnie  chlubi   ziemia: 

„Igła magnesowa odkryła nam nowe dla nas światy i dała znowu po-

czątek  rozlicznym  wynalazkom  i  sama  stanowi  epokę  ważnych  odkryć, 
jakie za jej pośrednictwem dokonane zostały. Później sztuka drukarska i 
sztuka strzelnicza jak meteory jakie świecą pośród tysiąca innych wyna-
lazków swoją ważnością i bogactwem następstw, jakie sobą wywołały, a 
do czegóż nas nie doprowadzą postępy aeronautyki, które zawdzięczamy 
Gawarniemu;  jeśli  do  niej  zastosujemy  najnowszy  i  najważniejszy  ze 
wszystkich wynalazków tu  u nas w Warszawie dokonany,  machinę nie-
ustającego  ruchu,  wynalezioną  przez  Adolfa  Hofmana,  stolarza  z  Wło-
cławka. 

Druga  mianowicie  połowa  upłynionego  stulecia  i  początek  naszego 

wieku  tak  obfity  był  w  wynalazki,  iż  prądem  swoim  uniósł  nas  aż  do 
granic nowej ery, do której wrota otwarła nam para, koleje żelazne, stat-
ki parowe  i  maszyny  parowe, które w ogólności wstrząsnęły do  posad i 
na nową wprowadziły drogę fabryki i wszelkie dotychczasowe rękodziel-
nie  i  rzemiosła.  Badania  w  dziedzinie  chemii  poczynione  naprowadziły 
na odkrycie oświetlania gazem i na wynalezienie dagerotypów i fotogra-
fii. Chemia wskazała sposób wyrabiania słodkiego cukru z głupich bura-
ków,  piorunowej substancji z łagodnej  bawełny, a dobroczynnego chlo-
roformu  z  podłej  wódki  kartoflanej. 

Wynalazki w dziedzinie maszyn poczynione doszły do zadziwiającego 

stopnia  doskonałości  i  przemysłu.  Dosyć  przytoczyć  tutaj  maszyny  pa-
rowe  do  przędzenia  i  wyrobu  wełny,  do  bicia  monet,  maszyny  dru-
karskie, które w jednym swym końcu przyjmując arkusz białego papieru, 

140 

background image

w drugim końcu oddają go po obu stronach oddrukowanym z szybkością 
zastępującą cztery inne w tym celu maszyny. Chronometry, tak ważne w 
morskich podróżach, dzisiaj z taką wykonywane są ścisłością, iż po od-
byciu  dwóch  podróży  naokoło  świata  zaledwie  o  1/3  część  sekundy  nie 
zgadzają się. Zegarek, nie zajmujący więcej nad jeden rubel przestrzeni, 
wskazuje  z  niesłychaną  dokładnością  i  wybija  godziny  i  kwadranse, 
wskazuje sekundy i tercje oraz daty z kompensacjami na zmianę tempe-
ratury,  ubezpieczone od  następstw  uderzenia. 

Optyka  wprowadziła  rozliczne  także  wynalazki,  wskazała  udoskona-

lenie  szkieł  achromatycznych,  teleskopów,  mikroskopów,  oftalmosko-
pów i tym podobnych narzędzi, którymi dojrzeć można aż do księżyca i  
przekonać się,  że  na  nim  są  góry,  morza  i  lasy. 

Fizyka także niemało  w ostatnich czasach  przysłużyła  się swymi od-

kryciami  i  wynalazkami.  Tu  należy  latarnia  bezpieczeństwa  Davego, 
odkrycia Bisteda i Faradaya poczynione w dziedzinie magnetyzmu, elek-
tryczności  i  galwanizmu,  i  zastosowane  nie  tylko  do  medycyny,  ale  na-
wet  do  chirurgii   przez  galwanokaustykę. 

Wynaleziony i udowodniony przez tych mężów prąd galwaniczny stał 

się  źródłem,  z  którego  wytrysnęła  niezliczona  ilość  innych  odkryć. 
Oświeciły  one  wiele  nie  zbadanych  dotąd  fenomenów,  umysł  człowieka 
niby  z.  dzieciństwa  prowadząc  do  coraz  wyższego  i  dojrzalszego  swego 
rozwoju,  i  grożą  już  dzisiaj  obaleniem  siły  pary,  zastąpić  ją  mając  na-
dzieję  tym  galwanicznym  prądem.  Telegrafia  elektryczna  zniszczyła 
przeszkodę przestrzeni i czasu, a aerostatyka, pracując nad udoskonale-
niem  powietrznej  żeglugi,  dopełni  może  wkrótce  oddania  nam  w  ręce 
tego  wszechwładztwa  nad  przyrodą,  które  się  człowiekowi  z  wyroków 
Stwórcy  należy. 

Wkrótce człowiek-ptak zaleci na księżyc i zrobi sobie z niego swą ko-

lonię,  potem  wtargnie  na  słońce,  obetnie  mu  promienie  i  sprzedawać  
będzie jak tyczki do chmielu na rynku starego  miasta.”  

*      *      * 

Tyle jest słów gazety, która, jak się zdaje, jest rodzajem Ewangelii u  

biednych  mieszkańców  ziemi. 

Otóż  w  ten  sposób  rozumują  ludzie  pełzający  po  ziemi!  Daleko 

skromniejsi  są  skrzydlaci  mieszkańcy  księżyca,  którzy  używają  dobro-
dziejstwa  telegrafów  akustycznych,  książek  gadających,  zegarów  odpo-
wiadających  na  pytania,  maszyn  w ciągłym  ruchu pozostających bez 

141 

background image

pomocy  pary  i  elektryczności,  i  stu  innych  nie  znanych  im  rzeczy,  uła-
twiających  nam  wygody  życia,  naukę  i  postęp wszechstronny. 

Nie!  Żaden  mieszkaniec  księżyca  jeszcze  nie  śmiał  powiedzieć,  że 

wszechwładztwo nad przyrodą należy się człowiekowi z wyroków Stwór-
cy,  i  że  wkrótce  śmiertelny,  a  nawet  nieskrzydlaty  syn  natury  osiągnie 
cel swoich życzeń, owładnie swą matkę  i panować nad przyrodą będzie 
ten, nad którym panuje tutaj awanturnik, tam kobieta, ówdzie człowiek 
niewidomy, a gdzie indziej jeszcze pijanica. 

Ludzie  na  ziemi  strasznie  zarozumiali,  daleko  skromniejsi  ludzie  na 

księżycu; nie myślą wydzierać naturze berło, a jednakże więcej się zbli-
żyli  do  źródła  jej  tajemnic,  i  to  dzięki  mnie,  dzięki  mojemu  eliksirowi 
długowieczności,  którego  wynalazek  nie  dokonał  się  wcale  przy-
padkowym sposobem, lecz był owocem głębokich badań i bystrych spo-
strzeżeń  rozległej  nauki  i  genialnych  pomysłów. 

Tak jest, i moje odkrycie było zamierzone, umyślne i nikt przede mną 

nie  zgęścił  za  pomocą  optyki  i  chemicznego  powinowactwa  promieni 
słonecznych  w  krople  ani  nawet  o  tym  nie  pomyślał. 

Długowieczność  zawarta  w  diamentowym  flakoniku  jest  u  mnie  w 

kieszonce na piersiach! Na kolana przede mną, o ludzie, którym potrze-
ba kilka lat więcej życia dla pogodzenia się z Bogiem lub dla dokonania 
jakiego  chwalebnego  czynu!!  Ja  wam  je  przedam  bezpłatnie,  a  wam, 
którzy żyjecie dla zemsty, dla dumy lub tylko dla osobistej rozkoszy nie 
dam  ani  kropli,  nawet  za  milion! 

Lachesis!  O  miła  Parko,  która  przędziesz  wątek  życia  śmiertelnych 

istot, uznaj mnie za brata, urośnie ci pod rękoma kądziel. O Klotos! Gdy 
miłych mi ludzi los w twych palcach trzymać będziesz! Mniej łez wyleje-
cie,  o  dobre  Parki,  od  tej  chwili  nad  krótkością  zasobów  życia  lubych 
wam  istot. Lecz jakże  by wam tu przesłać nowinę tego odkrycia? Na to 
nie wystarczy telegraf akustyczny doktora Gerwida. I jak będziecie zdzi-
wione,  kiedy  naraz,  za  chwilę,  ujrzycie  nić  życia  księcia  Wadwisa  moc-
niejszą  i  dłuższą!  Komuż  to  przypiszecie?  Samemu  Zeusowi,  czy  jego 
wnukowi  Asklepiosowi?  Och  nie!  To  mnie  się  należy  ta  zasługa,  mnie 
jednemu, śmiertelnikowi, który tego daru nie nadużyje nawet dla siebie 
samego, gdyby  życie jego  nie  miało wartości  dla świata i dla Boga. 

background image

17. Kuracja 

Więcej  na  skrzydłach  tych  myśli  jak  na  moich  własnych  piórach 

puszczam się nocną porą z mą zdobyczą ku zamkowi gubernatora, znaj-
duję  jego  prywatne  okno  otwarte  i  wciskam  się  przez  nie  do  sypialni 
księcia,  nie  zważając  na qui  vit!  szyldwacha. 

-  Doktorze!  -  rzecze  na  łożu  leżący  książę.  -  Na  miłość  Pana  Boga!   

Wkradasz się do mnie jak... 

-  Kończ mości książę dostojną myśl twoją, tak jest! Wdzieram się do 

ciebie  jak  złodziej,  bo  nim  jestem,  okradłem  słońce  z  kilku  promieni, 
które  do  niego  już  nigdy  nie  wrócą,  jaśnie  oświeconemu  losowi  twemu 
zadałem  kłamstwo,  a  pannie  Atropas,  gotującej  się  przerżnąć  nić  miło-
siernego życia twego, wytrąciłem nożyce z ręki. Mości książę! Uznaj we 
mnie Prometeusza nie nagiego, do skały przykutego z sępem na wątro-
bie,  jak  go  przedstawiają  malarze,  lecz  Prometeusza  dziewiętnastego 
wieku,  we  fraku  i  kłaku,  w  czarnych  okolicznościach 

1

  i  lakierowanych 

butach, z okularami  i skrzydłami... 

okoliczności - spodnie. 

-  Masz tam tedy! - krzyknie wielki pan. - Jestem, niech mnie diabli  

porwą,  pacjentem  wariata... 

-  Uspokój się, mości książę, przebacz, że zapału mego hamować nie 

umiałem w twej jaśnie oświeconej obecności, lecz inny na moim miejscu 
byłby  istotnie  oszalał  wiedząc,  iż  trzyma  w  swej  kieszeni  rękojmię  dłu-
gowieczności męża tak potrzebnego krajowi i całej ludzkości. Oto, ksią-
żę,  moje  promienie  ożywczego  słońca,  nie  pokazuję  ci  ich  w  kształcie 
pochodni lub lontu, lecz, jak widzisz, oto w płynie, zawarte w flakoniku; 
jedną kroplą tej cieczy wzmacniam ci puls, oswobadzam oddech, z głowy 
zdejmuję  ciężar,  z  serca  troski  i  nadaję  ciału  całemu  sen  ożywczy,  po 
którym się uczujesz za godzin osiem o tyleż lat młodszym człowiekiem.  
No,  dowierzasz  mi,  książę? 

-  Pierwszą próbę na mnie chcesz zrobić, doktorze - rzecze truchlejąc   

książę. 

-  Pierwsza próba szczytnego wynalazku niech się odbędzie na twym 

szlachetnym  zdrowiu.  Zanadto  jestem  pewny  skuteczności  mego  lekar-
stwa,  stanowiącego  erę  w  dziejach  świata.  Zresztą  jedna  kropla  żadnej 
substancji  szkodzić ci  nie  może. 

-  Ach, ba!  Kwasu pruskiego jedna kropla zabija - zarzuci książę. 

143 

background image

-  Kwas pruski robi się z padliny, a mój eliksir życia z promieni słoń-

ca, mój książę, jaki początek, taki i  koniec. Eliksir życia właśnie jest je-
dynym, dotychczas na próżno szukanym antydotem kwasu pruskiego. 

-  Gotóweś  mi  wszczepić  kawałek  słońca  w  żołądek  twymi  promie-

nistymi kroplami i zrobić mnie prawdziwą światłością, będę świecić jak 
świętojański robaczek, jak  latarnik lub jak stróż nocny, noszący latarkę 
na brzuchu. Ale wiesz co? Doskonała myśl, każę strąbić wszystkich stró-
żów nocnych stolicy przed mój pałac i zadasz im po kropli twego słońca, 
może to nas doprowadzi do oszczędzenia świec dla straży nocnej. 

-  Wolne żarty jaśnie oświeconemu panu, ale za nic w świecie nie bę-

dę profanować eliksiru życia na taki cel. Od ciebie chcę zacząć, mój ksią-
żę, i tak jestem pewny skutku, że się ofiaruję pozostać jako zakładnik tu 
przy tobie i spędzić w tym samym pokoju resztę nocy aż do twego prze-
budzenia i odmłodzenia. 

-  Pod takim warunkiem zgadzam się na wszystko, ale nie weźmiesz 

mi za złe, że obstawię wszystkie drzwi, okna i kominy szyldwachami, i że 
strzelać każę do każdego, który by drzwiami, oknem lub kominem chciał  
wylecieć  z tej  sypialni. 

-  Nawet  i  wentylatory,  i  rurki  od  wody  i  gazu  każ  obstawić  szyld-

wachami, mój książę; nie obawiam się żadnego zawodu i chętnie tu zo-
stanę czuwając nad twym dostojnym snem i jaśnie oświeconymi marze-
niami waszej światłości. 

Przyjął  nareszcie  jeszcze  po  kilku  nowych  ceregielach  jedną  kroplę 

eliksiru długowieczności, uczuł się nadzwyczaj pokrzepiony i usnął snem 
sprawiedliwego, ja zaś, uszczęśliwiony tym dobrym skutkiem, nie spusz-
czałem oka z pulsometru, z pulsoskopu, z respirometru i z kilku innych 
przyrządów, którymi lekarze na księżycu badają i mierzą objawy, wszel-
kie  sprawy  życia w chorym  i  zdrowym człowieku. 

Wszystko w jak najlepszym, prawidłowym jak sobie życzyłem, odby-

wa  się  postępie.  Usnąłem  nareszcie  sam  i  przebudzony  zostałem  przez 
samego pacjenta, który odziany w wice-mundur stał przede mną wypro-
stowany i serdecznie mnie uściskał, gdy się równymi nogami zerwałem z 
kanapy. 

-  Experimentum  factum  -  zawoła  silnym  głosem  książę  Wadwis.  - 

Poznajesz mnie, lekarzu? Bo ja to sam siebie zaledwie poznać mogę i  od  
dawna  nie  czułem  się  tak  rzeźwy. 

Nawet buty z ostrogami przywdział stary żołnierz, buty z ostrogami, do 

których tęsknił od tak dawna jak kania do deszczu lub rekonwalescentka 

144 

background image

do  czepka.  Ostrogi  brzękiem  swoim  przypominają  mu  dawne  czasy  ry-
cerstwa i parad, i o nich zaraz pomyślał, gdy się uczuł silniejszy i zdrow-
szy.  I  ja  od  tej  chwili  pokochałem  ostrogi  jako  najmilsze  zwiastuny 
szczęścia dla mnie. 

18. Wdzięczność pacjenta 

-   A  zatem:  exegi  monumentowi  aere  perennius,  pomnik  sobie  po-

stawiłem nad spiżowy trwalszy, już o tym wątpić nie mogę, mości książę, 
widząc  cię  dzisiaj  prześlicznym,  a  przypominając  sobie,  żeś  wczoraj, 
przed  ośmiu  godzinami  jeszcze,  był  zgrzybiałym,  ledwie  się  ruszać  mo-
gącym i, po prostu powiedziawszy, prawie dogorywającym starcem. Tak 
nagła  przemiana... 

-  Jest  ona  pod  wszystkimi  względami  widoczna  i  jest  twoim  dzie-

łem, wcale o tym wątpić nie można - rzecze z niezwykłą żywością książę, 
jeszcze mnie raz ściskając i unosząc z ziemi w górę jak piórko, a potem, 
folgę dawszy  serdecznym  uczuciom  swoim, doda: 

-  Exegisti  monumentum  aere  perennius,  nie  ma  co  mówić,  że  cię 

czeka nie jeden, ale tysiąc pomników, o tym żadnej wątpliwości być nie 
może, ale i to pozostanie prawdą, że bis dat qui cito dat.

1 

 

kto szybko daje, ten dwa razy daje  

Mnie  tłoczy  ciężar  wdzięczności  tobie  winnej,  o  świetny  mój  dokto-

rze, i to tym więcej, im lepiej sobie przypominam, z jaką niewiarą przy-
stępowałem  do  użycia  twego  cudownego  środka.  Chciałbym  ci  natych-
miast,  idąc  bez  żadnej  przewłoki  za  popędem  mego  serca,  okazać 
wdzięczność moją, i to w sposób tobie najmilszy. Wiesz, że moja potęga 
jest wielka, bo sam monarcha tyle we mnie pokłada zaufania, że na czas 
pobytu  swego  u  wód  mineralnych  żadnemu  z  swych  najdostojniejszych 
krewnych,  lecz  mnie,  żołnierzowi,  który  tylko  waleczności  winien  swe 
wywyższenie,  powierzył  rządy  stolicy  i  kraju.  Więc  czegóż  pragniesz? 
Może pieniędzy? Mogę ci zaforszusować 

2

 pół miliona na rachunek mi-

lionów, którymi cię niezawodnie najjaśniejszy pan obdarzy za twe wiel-
kie odkrycie.  

zaforszusować -  zapłacić awansem 

Pragniesz  może  honorów?  Mogę ci udzielić niższe stopnie aż do ko-

mandorskiego  Orderu  Szmaragdowej  Jaszczurki,  postanowionego  dla 
mężów,  którzy  oddali  usługi  naukom  przyrodzonym,  i  zarazem  Orderu 
Węża Brylantowego, postanowionego na uczczenie usług oddanych me-
dycynie. Jestem pewien, że sam monarcha wręczy ci potem wielkie 

145 

background image

ozdoby tych dwóch orderów, a może postanowi z powodu twego odkry-
cia  order  Prometeusza  prosząc,  abyś  ty,  Nafirze,  raczył  sprawować  do-
stojeństwo wielkiego mistrza tego orderu i przyjął w grono jego kawale-
rów, a twych podkomendnych, samego najjaśniejszego pana. Cha! Cha! 
Mój przyjacielu Nafirze, z którym pragnę być od tej chwili ty ty, tak jak 
z  najrodzeńszym  bratem,  ha,  mój  przyjacielu!  Jakież  ciebie  oczekują 
zaszczyty w tym królestwie i na całym księżycu! Och, kochany przyjacie-
lu  i  życiodawco,  nie  minie  cię  nagroda  godna  tak  wielkiego,  rozumowi 
ludzkiemu taką chlubę  robiącego  wynalazku. 

-  Mój  dobry  książę  -  rzeknę  na  to,  już  cokolwiek  spoufalony  -  nie 

mówmy w tych uroczystych chwilach  przyjacielskiego  uniesienia o żad-
nych nagrodach, którymi monarchowie wynagradzają zasługi uczonych. 
Moja prawdziwa, najlepsza nagroda jest tutaj w sumieniu, tutaj w sercu, 
tej mi nie jest w stanie ani nadać, ani wyrwać żaden monarcha. Racz się 
zatem, o wielkorządco, jeszcze wstrzymać z obkładaniem mnie orderami 
Jaszczurki, Węża i Prometeusza, i nie budź śpiącej jeszcze a straszliwej 
zawiści  synów  Eskulapa  nie  cierpiącej  wszystkiego,  co  zanadto  świeci. 
Używaj,  książę,  w  spokojności  rozkoszy  powracającego  ci  zdrowia.  Ależ 
mnie dziwi niezmiernie, dostojny mój przyjacielu, że tu nie ma książęcia 
Neujabi? Że syn nie cieszy się widokiem ojca, co tak nagle wrócił do sił  i  
zdrowia. 

-  To  dalibóg  prawda,  gdzież  jest  książę  Neujabi?  -  spyta  wielko-

rządca,  zadzwoniwszy  na  kamerdynera. 

-  Odbywa  przegląd  swego  pułku  - odpowie  kamerdyner. 
-  Cóż u  kaduka! -  krzyknie  książę Wadis.  - Od tygodnia codziennie 

bawi się rewiami, jak gdybyśmy byli bardzo bliscy wojny z sąsiadami, a 
wprzód przez rok cały ani razu nie widział pułku w komplecie i czas tra-
wił na muzyce i malarstwie. A gdzież się odbywa przegląd? 

-  Przed obserwatorium rzeczywistego radcy zdrowia Gerwida, gdzie 

się od tygodnia zwykle odbywa, czasami nawet dwa razy - odpowie adiu-
tant  księcia,  który  tymczasem  przybiegł. 

-  Jest w tym coś, do miliona diabłów, że Neujabi wybiera takie miej-

sca na swoje parady, pobudki i capstrzyki - rzecze do siebie wielkorząd-
ca,  kazawszy  odejść adiutantowi  i  kamerdynerowi. 

-  Och, jest w tym coś, mój dostojny pacjencie i panie - rzeknę płacz-

liwym  głosem  i  szlochając  dodam:  -  książę  Neujabi  bałamuci  mi  ideał 
tymi paradami, przeglądami z ogniem i bez ognia, tymi pobudkami i 

146 

background image

capstrzykami,  które  żołnierza  bardzo  męczą  i  drą  mu  mundur,  bo 
wszystko to się odbywa w najparadniejszych sukniach, w hełmach i pan-
cerzach. Otóż tymi rycerskimi sposobami waleczny książę Neujabi usiłu-
je się  wkraść w  serce  Lawinii  i  mnie  z  niego  wyrzucić. 

-  Bałamuci ci ideał, mój biedny doktorze, wtenczas, kiedy ty pracu-

jesz  tak  mozolnie  nad  przywróceniem  jego  ojcu  zdrowiał  To  niegodne! 
Każę go natychmiast aresztować na czele pułku i w oczach pięknej pan-
ny  Lawinii. 

-  Mości książę, aby nie to! Zgubiłbyś mnie na wieki, a jego wzniósł-

byś do potęgi męczennika, otoczyłbyś go wszystkimi urokami prześlado-
wanej cnoty. Nie, panie, nie aresztuj księcia, ale  jeśli ci miłe szczęście i 
życie  twego  całkiem  ci  oddanego  lekarza,  to  usuń  stąd  na  czas  niejaki 
pod  jakim  pozorem  twego  syna,  bo  inaczej  Lawinia,  dla  mnie  przezna-
czona przez samego wuja Gerwida, zachwyci się nim na zabój, a przecież 
sam  dostojny  książę  nigdy  nie  zezwoliłby,  żeby  jego  syn  ożenił  się  z  
panną  nie posiadającą  historycznego  nazwiska. 

-  Za nic w świecie, chociaż mówią, że panna Lawinia tak jest cudnie 

piękną,  że  już  z  powodu  swej  piękności  uchodzić  może  za  historyczną 
osobę.  Muszę  ja  to  sprawdzić,  może  jeszcze  dzisiaj,  bo  jakoś  czuję  się 
dziarsko  na  siłach  i  zdaje  mi  się,  że  widok  ładnej,  miłej  kobiety  jakoś 
dopomógłby  skuteczności  tych  kropli.  Co  zaś  do  księcia  Neujabi  i  jego 
bałamuceń twego ideału, to ci powiem, doktorze, że dla niego już dawno 
obmyśliłem partię, która nowego doda blasku naszemu rodowi: Neujabi 
ma i musi się żenić z wdową po ogromnie bogatym królewskim księciu 
Nicostawie, który wprawdzie jeszcze żyje ale już,  jak to mówią, z ostat-
niej  piszczałki  dmucha.  Otóż  najlepiej  będzie  usunąć  dobrodzieja  ze 
sceny  i  posłać  go  gdzieś  niby  w  ważnej  misji  za  granicę,  najlepiej  do 
Snogrodu  na  powitanie  wice-lamy,  który  tamże  zjechał  dla  objęcia  rzą-
dów.  Zaraz  telegrafuję  do  monarchy  mego  i  proszę,  żeby  syna  mojego 
zaszczycono  misją  poniesienia  ukłonów  i  zapewnień  przyjaźni.  Bądź 
spokojny,  mój  życiodawco,  nie  pozwolę  ci  krzywdy  wyrządzić;  ty  tym-
czasem zaraz po wyjeździe niebezpiecznego Neujabi przypuść szturm do 
serca  pięknej  Lawinii  i  ożeń  się  jak  najprędzej,  jeszcze  nim  wróci;  uła-
twię ci nawet uzyskanie dyspensy od zapowiedzi. No cóż, doktorze, czyś 
zadowolniony  ze  mnie? 

-  Więcej  jak  gdybyś  mię  książę  był  obsypał  dziewięciu  orderami 

Prometeusza,  Wężów  Brylantowych  i  Szmaragdowej  Jaszczurki. 

Chciałem się rzucić na kolana, książę powstrzymał mnie i serdecznie 

do piersi przycisnął. 

147 

background image

19. Szarlatanizm 

Dotrzymaliśmy  sobie  nawzajem  słowa:  książę  Wadwis  wyekspedio-

wał  syna  swego  z  ukłonami  do  Drzemniawy,  stolicy  państwa  snogrodz-
kiego,  ja  zaś  postawiłem  go  na  nogi,  ale  tak  doskonale,  że  wszystkie 
obowiązki  jako  wielkorządca  i  głównie  komenderującego  korpusem 
jenerała  mógł  objąć,  dzielnie  pełnić,  a  nawet  na  koniu  harcować  przed 
jedynym  w  tych  okolicach  konsystującym  pułkiem  jazdy,  niewiele  bo-
wiem jej tu użyć można i tylko w razie wojny z Ciemnostanem jest nie-
zbędna dla pokrycia granicy  płaskiej  od strony  morza. 

Sława moja rozeszła się odgłosem krociogębnym wszystkich telegra-

fów  akustycznych  po  całym  kraju  Galangów  i  po  całym  Jasnogrodzie. 
Codziennie przybywało do mnie tak wielkie mnóstwo chorych, zwłaszcza 
starców  z  odległych  okolic,  że  wszystkie  hotele  nimi  były  zapełnione  i 
wkrótce  nawet  w  nich  zabrakło  miejsca.  Każdy  tu  chciał  żyć  dłużej,  a 
nawet tacy, których życie nikomu na nic się nie zdało i owszem, jeszcze 
innym  potrzebnym światu  ludziom zawadzało; Najwięcej garnęli się do 
mnie rozkosznicy; ofiarowali mi złote góry za odżywiające krople utrzy-
mując,  że  ich  potrzebują  do  nawrócenia  się  i  przepędzenia  reszty  życia  
w  skrusze  i  modłach. 

Nie  wszystkich  można  było  odżywiać  wzmacniającym  nektarem:  ta-

cy,  u  których  chorobliwe  przetworzenia  brały  w  organach  szlachetniej-
szych  górę  nad  zdrowie,  zamiast  korzyści  odnosili  tylko  szkodę  z 
wzmocnienia  prądu  życia,  zresztą  wierny  zasadzie  mojej,  uroczyście 
zaprzysiężonej  wobec  zawezwanego  na  pomoc  Boga,  nie  udzielałem 
prawdziwego eliksiru życia rozpustnikom lub ludziom pędzącym życie w 
gnuśności;  żadnemu  jednakże  z  powierzających  mi  się  pacjentów  nie 
odmawiałem wyraźnie ani pomocy, ani lekarstw; każdego dobrze wyba-
dałem  pod  fizycznym  i  moralnym  względem,  który  tylko  do  mnie  się 
uciekł  po  radę.  Jedni  otrzymywali  prawdziwe  krople  życia  nawet  bez-
płatnie,  jeśli  byli  ubogimi,  drudzy  otrzymywali  tylko  coś  kolorem  do 
mego eliksiru podobnego, nawet za drogie pieniądze, które w tym razie 
przeznaczałem  na  dobre  uczynki,  mianowicie  na  założenie  domu-
przytułku  dla  ubogich,  starych,  wysłużonych    i    ubogich,    młodych,  na-
dzieję  rokujących  lekarzy. 

Takim sposobem, chcąc nie chcąc zapuściłem się w dotąd obrzydliwą 

dla mnie drogę szarlatanerii i przekonałem się z wielką boleścią serca, że 
najuczciwszy  człowiek,  gdy  jest  lekarzem  i  gdy  wielkiej  dostąpi  wzię-
tości,  musi  dla  dobra  ogółu,  sztuki  swojej  i  swego  własnego  odstąpić 
cokolwiek od miłej mu rzetelności. Z tej przyczyny nie potępiajmy tak 

148 

background image

łatwo  dobrze  intencjonowanych  lekarzy  i  nie  bierzmy  za  złe  panu 
Wurmsky, sławnemu lekarzowi w Drzemniawie, że w wyjątkowych oko-
licznościach leczy suchoty kwasem siarczanym, lodem i zimnymi kąpie-
lami, szkrofuły kąpielami z sublimatu, i że nudy fantastycznie bogatego 
szlachcica  rozpędza  katedryzowaniem  stopniowym  à  la  major.  Melior 
anceps  medicina  quam  nulla  medicina,  
lepiej  niepewne  lekarstwo  jak 
żadne,  mówi  sobie  w  najlepszej  wierze  doktor  Wurmsky,  a  że  kwasy  i 
zimno  jeszcze  nie  zostały  użyte  przeciwko  suchotom,  a  że  lepiej  się 
wprawiać  w  katedryzowanie  na  żyjącym  i  płacącym  szlachcicu  jak  na 
szpitalnym trupie, więc czemuż nie próbować nowego lekarstwa przeciw 
nieuleczonej  chorobie  i  bolesnej  operacji  przeciw  nudom  życia  bezuży-
tecznego? 

Otóż i ja szarlatanizowałem, wprawdzie nie w tak wyraźny i zbyt ra-

żący sposób, lecz jednakże na stopę dość widzialną i martwiącą dla wła-
snego  sumienia  mojego,  i  jedynie  tym  się  pocieszałem,  że  dobroczyn-
ność  z mej szarlatanerii  skorzysta. 

20. Nie  przyjęty podarunek 

Jakim  sposobem  zmusiłem  promienie  słońca  do  zgęszczenia  się  w 

płyn,  tego  nikomu  nie  wyjawiłem,  nawet  doktorowi  Gerwidowi,  zbyt 
delikatnemu,  aby  mi się śmiał wypytywać o  niego. 

Umiejąc  jednakże  uczcić  ciągle  mi  okazywaną  przez  kolegę  mego 

przyjaźń  i  potem  ze  względu  na  dobro  ludzkości,  która  powinna  była 
korzystać z tak wielkiego odkrycia, spisałem jak najszczegółowiej tajem-
nicę  wyrobu  kropli  życia  i  opieczętowawszy  ją  w  dwanaście  kopert,  da-
rowałem Lawinii, robiąc ją legatorką sekretu w razie, gdybym miał zejść  
nagle i   niespodziewanie  z  tego świata. 

Ta darowizna odbyła się uroczyście w dziewiętnastą rocznicę urodzin 

Lawini wobec wielu zgromadzonych na świetną ucztę osób, którą nawet 
książę Wadwis, od pewnego czasu bardzo częsty gość doktora Gerwida, 
raczył zaszczycić  swą  obecnością. 

Lawinii  stanęły  łzy  w  pięknych  oczach,  tak  była  rozrzewniona  tym 

dowodem mego zaufania; po raz pierwszy w życiu nie umiała odpowie-
dzieć  inaczej,  ależ  co  mogło  być  wymowniejsze  w  tej  chwili  jak  owe  łzy 
dziewicy, widzącej się depozytorką największego sekretu, jaki istniał na 
świecie. 

Stary Gerwid także łzy osuszał po kryjomu i raz na mnie spoglądając 

149 

background image

okiem pełnym serdeczności, drugi raz ośmielając Lawinię do odpowiedzi 
zdawał  się  oczekiwać,  że  ta  uroczysta  chwila  zrodzi  jeszcze  inną,  uro-
czystszą, stanowczą dla szczęścia  mojego. 

Lecz dziwna rzecz, Lawinia pozostała milcząca i dopiero przemówiła, 

gdy  książę wielkorządca do niej się zbliżył i coś szepnął w jej ucho. 

Lawinia  rzekła słabym, drżącym  głosem: 
-  Panie doktorze, zacny nasz i świetny przyjacielu! Łzy, których uta-

ić nie  mogłam, a nie spodziewałam się  przelewać  w tym dniu dla mnie 
uroczystym, są dowodem uczuć przejmujących mnie na ten dowód twe-
go  szacunku,  objawianego  w  tak  dostojnym  i  licznym  gronie  mnie,  zu-
pełnie nie przygotowanej na takie wzruszenie. Ja mam być depozytorką 
tajemnicy  najważniejszego  odkrycia,  jakie  zostało  dokonane  może  od 
stworzenia  świata?  Nie,  mój  przyjacielu,  na  to  moje  ręce  za  słabe,  nie 
miałabym spokojności ani na chwilę mniemając, że jestem w posiadaniu 
zdradzieckiej puszki Pandory. Powierz raczej tę tajemnicę całej ludzko-
ści,  żeby  wszystkie  istoty  na  księżycu  mieszkające  z  niej  korzystały,  i 
sławiły cię jako istotę również szlachetną jak uczoną; lub jeśli się chcesz 
utrzymać  przy  przywileju  tajemnicy,  to  ją  każ  zamknąć  w  granitowym 
bloku,  którego  całości  strzec  będą  szyldwachy  samego  najjaśniejszego 
pana.  Mnie  ciąży  ten  ogrom  odpowiedzialności  nawet  w  tej  chwili  w 
mym słabym ręku i dopiero uschną łzy tak niespodzianie przelane,  gdy 
go  nazad  przyjmiesz w  twe  dłonie. 

Mówiąc  to  Lawinia  uchwyciła  mnie  za  ręce,  szczerze  je  uściskała  i 

dopiero  je  puściła,  gdy  w  nich  utkwił  sekret  opieczętowany  dwunastu 
pieczątkami. 

Nigdym  tak  bolesnego  nie  doznał  wrażenia  jak  wtenczas,  ani  tak 

przykrego  zawodu. 

-  Więc pójdę za radą twoją, o szlachetna dziewico - rzeknę, zrywając 

jedną  po drugiej  kopertę -  i w tej uroczystej chwili,  w tym szczęśliwym 
domu, w którym ty oddychasz, o aniele piękności i rozumu, ogłoszę ca-
łemu światu tajemnicę długowieczności przeze mnie odgadniętą... 

-  Nalïrze, przebóg! Co robisz! - krzyknie Gerwid, wyrywając mi ż rąk 

zapieczętowany  jeszcze  na  pół  tuzina  pieczątek  papier.  Król  ofiaruje  ci 
dwa miliony złotych, wielką wstęgę Orderu Węża Brylantowego i Szma-
ragdowej Jaszczurki i posadę ministra zdrowia publicznego za tę tajem-
nicę, będziesz jednym z pierwszych dygnitarzy kraju! Ja tobie chowałem  
tę  niespodziankę. 

-  Nie będę żadnym dygnitarzem, przyjacielu Gerwidzie, źle przystoją 

150 

background image

dostojeństwa,  tytuły  i  ordery  synowi  Eskulapa,  którego  największą  po-
winno  być  rozkoszą  oddawać  usługi,  częstokroć  z  upokorzeniem  grani-
czące, najuboższym swym bliźnim. Chrystus Pan był ubogi, strzechy nie 
miał  swojej  i  jedną  tylko  suknię,  i  nogi  mył  zdrożonym  żebrakom:  ja 
chcę pozostać ubogi i, żebym nigdy nie był kuszony urokami bogactwa i 
honorów,  głoszę  tu  wszem  i  wobec  i  każdemu  z  osobna,  że  promienie  
słońca  zostały  przeze  mnie  uchwycone  i  zgęszczone. 

-  Nafirze!  Nafirze!  Jeszcze  jedno  słowo!  -  krzyknie  padając  mi  do 

nóg doktor Gerwid. - Ciebie unosi rozpaczliwe, a mnie wiadome uczucie. 

I przyskakując do mnie, potarł mi organa pamięci nad okiem zawarte 

jakimś  ożywiającym  płynem,  od  którego  zaświeciło  mi  się  w  głowie  ty-
siąc  kandelabrów,  a  potem  rzekł  jakimś  językiem,  którym  na  księżycu 
nikt  nie przemawiał: 

-  Serafinie!  Synu  ziemi!  Jeśli  zdradzisz  tajemnicę,  to  cię  zaklnę  w 

imię  Polski  i  rodziców  twoich,  i  wrócisz  na  padół  płaczu  i  boleści,  na 
którym  nie  znajdziesz ani  Lawinii,  ani  Malwiny!! 

Struchlałem i na całym ciele zadrżałem, a w tej chwili Gerwid wyda-

wał mi się wielki i groźny jak Atlas noszący niebo na swoich barkach. 

Ukorzyłem  się  przed  rozkazującą  istotą  i  na  jego  żądanie  przysią-

głem, że nie wydam tajemnicy, chyba za korzyści odpowiednie jej wiel-
kości, a  do  mego własnego  rozporządzenia  pozostawione. 

I  znów  Gerwid  jednym  zażegnaniem  oswobodził  mnie  od  kandelab-

rów  świecących   w   mej  głowie,   to jest  od  pamięci   przeszłości. 

-  Więc  tobie,  dobry  przyjacielu,  powierzam  tę  tajemnicę  -  rzekłem, 

ochłonąwszy  z  wzruszenia. 

-  A ja przysięgam uszanować ją i chyba po twojej śmierci, która mo-

że nastąpić nagle i nieprzewidzianie, tak jak niejednego zaskoczy, użyję 
jej na korzyść Lawinii, dla której się zrzekłeś wszelkich korzyści, gdybyś 
nie  zezwolił  pójść  za  naszą  radą  i  podczas  swego  życia  nie  chciał  z  niej  
zrobić  użytku. 

Podczas  kolacji,  która  teraz  nastąpiła,  stary  książę  Wadwis  nadzwy-

czaj  wiele  zajmował  się  panną  Lawinią;  taki  urok  wywierała  ta  młoda, 
prześliczna osoba, że najstarsi ludzie i  najmłodsze dzieci nie mogły  pa-
trzeć  na  nią  bez  doznawania  owych  sympatycznych  wstrząśnień,  które 
najmilej  pobudzają  sprężyny  życia  do  działań.  Toteż  sędziwy  wielko-
rządca, który przed dziesięciu dniami ledwie dyszał i prawie dogorywał, 
teraz w widoku tylu piękna, życia i świeżości czuł się do tego stopnia wznie-
siony, że swych  siedemdziesięciu  lat, siwych włosów i wypierzonych  

151 

background image

lotek  zupełnie  zapomniał  i  na  dobre  mniemał,  że  jego  gęste  włosy  w 
peruce i przyprawione sztuczne pióra do skrzydeł istotnie mu wyrosły 7. 
ciała. 

Lawinię widać bawiły owe zaloty starego księcia, jakoś nie tyle tęsk-

niła do rozmowy ze mną jak zwykle, a gdy się goście rozeszli, wyrzucała 
mi w słowach ani bardzo słodkich, ani też wesoło figlarnych, że nie nale-
żało  jej  robić  wstydu  w  tak  licznym  gronie  gości  owym  powierzaniem  
sekretu  zawartego w dwunastu  kopertach. 

-  Czułam, jak wszystkich oczy na mnie były zwrócone i mnie przeni-

kały jak mieczami; jak mogłeś, kochany przyjacielu, wystawiać mnie  tak  
niespodziewanie  na podobne  wzruszenie? 

-  Komuż  Prometeusz  miał  powierzyć  promienie  wiecznego  słońca, 

jeśli  nie  najpiękniejszej  westalce  całego  księżyca?  To  był  hołd  oddany 
twym  przymiotom,  o  cudna  istoto! 

-  Ależ ja nie chcę  pozostać wiecznie westalką,  mój Nafirze. 
-  Ach, tym lepiej, Lawinio, strzeżmy tej tajemnicy razem, korzystaj-

my z niej razem, racz powiedzieć jedno słowo, a zezwolę być ministrem, 
rzeczywistym  tajnym  radcą  zdrowia,  dwumilionowym  panem  i  wielkim 
mistrzem  wstęg  i  orderu  wszystkich  wężów  brylantowych  i  szmaragdo-
wych jaszczurek. 

Upadłem przed Lawinią na kolana, która znowu zapłakała i drżącymi 

rzekła  usty: 

-  Gdybym  umiała  rozkazywać  sercu  mojemu,  to  byłbyś  jego  idea-

łem. 

Domawiając  tych  słów,  Lawinia  czmychnęła  przez  otwarte  okno  na 

wysoki  cedr  Libanu  i  tam  usiadła  na  samym  wierzchołku,  patrząc  na 
ziemię,  która spoza czarnych chmur nad  widnokrąg  księżyca wspaniale 
wschodziła. 

Nie śmiałem polecieć za nią na drzewo, bo na wierzchołku cedru za-

ledwie jedna  osoba  utrzymać się  może. 

„Gdybym  umiała  rozkazywać  sercu,  byłbyś  mym  ideałem!!”  Co  zna-

czy taka odpowiedź? Więc mnie jednakże uważa godnym siebie, szanuje 
mnie, ale jeszcze mnie pokochać nie mogła... Czyżby istotnie już kochała 
innego?...  Czy  by  wzgardziła  mą  miłością,  miłością  wynalazcy  eliksiru 
żywotności, a pokochała żołnierza o tym tylko przemyśliwającego, jakim 
sposobem  zniszczyć  życie  ludziom  za  to,  że  lubią  inne  uczucia,  inne  
myśli  i  inne barwy?? 

152 

background image

21. Harfa 

Nie  spałem  tej  nocy  nękając  się  domniemywaniem;  ziemia  świeciła 

zbyt jasno i szarpała mnie za nerwy: widać, że należę do rzędu istot, na 
które  ten  planeta  wpływa  bardzo  mocno.  Tutaj  ziemia,  gdy  świeci  w 
pełni  i  w  czas  bardzo  pogodny,  wywołuje  trzęsienie  księżyca,  a  pewne 
aloesy  tylko wtenczas  rozkwitają  z wielkim  trzaskiem  i  hukiem. 

Adiutant  gubernatora  przylatuje  do  mnie  raniuteńko,  gdym  jeszcze 

leżał w łóżku,  i  zastukał do okna. 

Otwieram,  on  wpada  i  prosi  w  imieniu  księcia  Wadwisa  jak  naj-

uprzejmiej,  abym  się  natychmiast  gotował  w  podróż  do  Drzemniawy, 
gdzie  zachorował  bardzo  nagle  i  ciężko  książę  Neujabi  na  chorobę  pra-
wie ciągle  tam  panującą,  a zwaną cholera morbus. 

Racz  pan  wstąpić  do  księcia  wielkorządcy,  ale  już  wybrawszy  się  w 

podróż; zaraz tu stanie przed oknami  pańskimi ekstra-pocztowa ryba o 
czterech ludziach, tyluż żaglach i śrubie Archimedesa; najdalej za dwa-
dzieścia kilka godzin staniesz pan w Drzemniawie. Gubernator czeka  z 
paszportem  i  instrukcjami. 

Pakuję  się  z  takim  pośpiechem,  żem  zapomniał  wziąć  z  sobą  służą-

cego,  i  idę  się  pożegnać  z  Lawinią,  którą  zastaję  na  dachu,  z  harfą  w  
ręku  i  śpiewającą. 

-  Lawinio!   Żegnam  cię, jadę w  podróż. 
-  Bądź  zdrów,  kochany  doktorze,  zapewne  niedaleka  podróż  i  dziś 

będziesz z powrotem? 

-  Owszem,  pani,  jadę  do  Snogrodu,  nawet  do  stolicy,  do  samej 

Drzemniawy  -  rzeknę  ostrożnie,  z  przyciskiem,  dobrze  uważając  na 
twarz Lawinii, jakie sprawię wrażenie nowiną o chorobie księcia Neuja-
bi. 

-  Nafirze! Jak ty wlepiasz oczy we mnie? Boże, coś mi masz złego do 

zwiastowania.  Po co jedziesz do  Drzemniawy? 

-  Zawezwano  mnie do jednego dostojnego chorego. 
-  Do  kogóż? -  spyta  Lawinia cała drżąc. 
-  Do  księcia...  - odpowiadam,  nie śmiejąc powiedzieć. 
-  Do jakiego  księcia?  Na  miłość  Pana  Boga? 
-  Do  samego  księcia  wice-lamy  snogrodzkiego,  zasłabł  na  cholerę, 

która  tam  prawie  ciągle  panuje  -  rzeknę,  mijając  się  jak  najzupełniej  z 
prawdą dla  oszczędzenia  Lawinii  zmartwienia. 

-  Znowu ta niegodziwa choroba jest w  Drzemniawie, i  właśnie  mu-

siała tam wybuchnąć w chwili,  kiedy  tam  bawi... 

153 

background image

Lawinia nie śmiała skończyć i zarumieniła się spostrzegłszy, jakimi ją 

badawczymi  oczyma  nurtuję. 

-  Ach, jedź! Jedź, doktorze! Ratuj dobrego wice-lamę, którego znam 

bardzo dobrze, bo nieraz dojeżdżał do naszego somnopatycznego zakła-
du  w Chraplinie  i  nawet  brał  tam  kurację. 

-  Pani  mi  nie  poruczy  ukłonów? 
-  Dla  kogóż? 
-  Dla  innego  księcia. 
-  Innego  księcia??  Ale,  prawda,  przecież  tam  zapewne  bawi  nasza 

deputacja  wysłana na przywitanie lamy, a z nią  książę Neujabi. Kłaniaj 
mu się, kochany Nafirze, jeśli się o mnie spyta, nie inaczej, rozumie się, 
mój  przyjacielu,  przecież wiesz,  że  to dość  daleka  znajomość... 

Wtem  doktor,  uwiadomiony  o  mym  wyjeździe,  zjechał  na  dach  na 

swej  kieszonkowej  rybie.  Natychmiast  go  uprzedziłem,  że  Lawinia  nic 
nie  wie   o  chorobie  księcia  Neujabi. 

Nie bardzo był Gerwid zadowolony z tej podróży i chciał koniecznie, 

abym  tak  długo  pozostał  w  domu,  aż  on  się  porozumie  telegrafem  ze 
swoim  dawnym,  dobrym  przyjacielem,  baronem  Drzejną,  prezesem 
sądu  kryminalnego  w  Drzemniawie.  Ale  wtem  nadjechał  sam  guberna-
tor i,  stanąwszy  na dachu,  krzyczał: 

-  Na Boga, doktorze! Spiesz  się: mój biedny Neujabi ciągle telegra-

fuje  i  pyta  się,  czyś  już.  w  podróży;  już  pierwsze  przypadłości  cholery 
wprawdzie przeszły, idzie o to tylko, żeby nie wpadł w tyfus; odpowiedz 
słów kilka, co ma robić, i natychmiast puszczaj się w podróż. 

Coś  trzasło  na  dole  na  bruku.  Była  to  harfa  Lawinii;  wypuściła  ją  z  

ręki  i  o  mało  co nie  zemdlała... 

Trzeźwiłem ją z rozpaczą w sercu; dalibóg, harfie zazdrościłem losu... 
Po tym, co tu odkrywam, radzić mam księciu Neujabi? Mam wrogowi 

mojego szczęścia przedłużać życie? mówię do siebie, trąc skronie Lawi-
nii  eliksirem  promiennym. 

Stary książę nie dał mi i tu pokoju, odsunął mnie od Lawinii, sam ją 

chciał  trzeźwić  i  krzyczał,  wręczając  mi  papiery  i  dukaty: 

-  Jedź, pędź co masz siły, oto paszporta papierowe  i kruszcowe, bo 

jeden  bez drugich  nic  nie  znaczą  w Snogrodzie. 

Stałem jak skamieniały, nie mogąc oczu oderwać od Lawinii, jeszcze 

zawsze  omdlałej,  a  tak  pięknej,  jak  jej  nigdy  nie  widziałem  w  życiu. 
Okropne  jakieś  przeczucia  opanowały  myśli  moje,  całą  ich  siłę  krusząc 
lub  przynajmniej  stępiając. 

154 

background image

Książę widząc, że nie ruszam się z miejsca, skinął na czterech skrzy-

dlatych żandarmów, którzy mnie porwali w jednej chwili za ręce, skrzy-
dła  i  nogi,  wnieśli  na  śrubową  rybę,  nimem  się  spodział,  co  się  ze  mną 
stało. 

Ryba  zaświszczała,  odetchnęła  białą  parą  i  czarnym  dymem;  już  je-

stem pod obłokami, a biedna Lawinia w oddaleniu, dalibóg w ramionach  
zdradliwego starca,  któremum siły  przywrócił na  moją zgubę. 

Trzeba było zlecić z ryby, puścić się nazad do Lawinii i pozostać przy 

niej  dniem   i   nocą. 

Ba!   Trzeba  było   mieć  więcej   sprężystości   i   przytomności  umy-

słu. 

Czyż  i  ja  z  tego  kraju,  którego  ludziom  najtrafniejsze  odpowiedzi 

przychodzą dopiero  na  schodach? 

22. Podróż z Jasnogrodu  do  Drzemniawy 

Mkną, nikną pode mną góry, lasy, jeziora, i znów góry i niesłychanie 

głębokie przepaści, jakich  na ziemi wcale  nie  ma,  jeśli nas nie zawodzą 
nasze  księżycowe  teleskopy. 

Okolica,  z  tak  wielkiej  wysokości  uważając,  straszliwie  chaotyczna. 

Tu  świeciły  ogniem  plwające,  tam  tlejące  się  wulkany,  tu  się  rzeki  całe 
lawą  toczyły,  ówdzie  znów  błyszczały  jeziora  jakby  żywym  srebrem  na-
pełnione,  a  gęsto  pomiędzy  nimi  rozsiane  szmaragdowe  oazy  rozsyłały 
balsamiczną woń  wysoko  w  powietrze. 

W tych oazach niesłychane bogactwo roślinności i żyzności, naokoło 

nich kamienne, chropowate puszcze lub też tu i ówdzie piaski jak gdyby 
łożyska  dawnych  mórz,  jezior  lub  stawów,  a  gęsto  rozsiane  po  po-
wierzchni oazów kościoły świadczyły o ludności ich. Istotnie, jedna kwa-
dratowa  mila  dobrego  gruntu  wyżywiała  dwadzieścia  tysięcy  ludności. 
Tu  dopiero  wśród  tych  skał,  ograniczających  osadę  od  osady  pojmo-
wałeś, dlaczego Selenitom dano skrzydła; inaczej bowiem te oazy, odle-
głe  tylko  o  kilka  mil  od  siebie,  byłyby  nieznane  jedne  drugim,  żadna 
bowiem  noga ludzka ani  bydlęcia, żeby nawet giemzy, nie jest  w stanie 
przekroczyć zawad  przez  naturę  tu  napiętrzonych. 

Dalej ku północy i zachodowi sterczą straszliwe grzebienie gór sięga-

jących  ponad  atmosferę  księżyca  i  odgraniczających  Jasnogród  połud-
niowy  od  północnego.  Można  przebyć  ponad  tymi  górami,  wysokimi  w 
niektórych  miejscach  mil  geograficznych  cztery  nad  poziom,  ale  za  po-
mocą  przyrządów  zawierających  w  sobie  sztucznie  zgęszczone  przez 
ciśnienie powietrze atmosferyczne, lecz to podróż niezmiernie kosztowna, 

155 

background image

uciążliwa, niebezpieczna i długa, którą tylko uczeni geologowie od czasu 
do  czasu  dla  badań  naukowych  przedsiębiorą.  Zwyczajni  podróżni  wy-
szukują dla ich przebycia wyłomy i tunele, które tu ręka natury, a częścią 
i  sztuka  poczyniły.  Nieraz  wypada  podróżować  w  ciemnych,  długich  i 
krętych labiryntach, z których nie wszystkie są dobrze oświecone gazem, 
nie  wszystkie  bezpieczne,  bo  czasem  nawet  i  skrzydlaci  rozbójnicy  do 
nich  się  zakradają  i  łupią  podróżnych.  Wprawdzie  od  pewnego  czasu 
ustanowiono  w  tych  tunelach  straż  dla  pobierania  cła  przechodowego  i 
osadzono  je  żołnierzami,  część  ich  nawet  opatrzono  artylerią,  żeby  nie 
dopuszczała zbrojnych nieprzyjaciół do kraju. Dziwne wygląda ta artyle-
ria,  zawieszona  tu  w  tak  ogromnej  wysokości  nad  niezgruntowanymi  
przepaściami. 

Już  przecież  przebyliśmy  straszliwy  łańcuch  i  jesteśmy  nad  północ-

nym Jasnogrodem, w którym i klimat daleko zimniejszy, i kraj inny, bo 
prawie zupełnie płaski, i roślinność tak odmienna, że się w niej rozpoz-
nać  trudno.  Tutaj  po  raz  pierwszy  ujrzałem  całe  lasy  owych  podróżują-
cych drzew z familii kaktusów, które się z miejsca na miejsce przenoszą, 
szukając  żyźniejszego  gruntu,  i  znów  w  kilka  lat  na  dawne  wracają-
miejsca, w jeden rok mogą ujść całą milę i nieraz zapakują się w środek 
wsi i tam przebywają, aż wszystko wyciągną pożywienie z gruntu, potem,  
nasyciwszy  się,  spieszą dalej. 

Drzewa  te,  prawdziwe  zwierzokrzewy,  mają  korzenie  do  nóg  owa-

dzich podobne, grube na cal i więcej, kosmate, kolczaste i brzydkie. Ty-
mi nogami wrastają w ziemię i piją z niej pożywienie; nogi, napiwszy się, 
usychają,  inne,  wyrosłe  z  przodku  pnia,  wbijają  się  w  ziemię  na  łokieć 
przed  uschłymi,  i  takim  sposobem  odbywa  się  ta  dziwna  wędrówka  la-
sów. 

Rośliny  te  są  jednopłciowe,  to  jest  jedne  krzaki  są  męskie,  a  drugie 

żeńskie; męskich daleko mniej, jeden wypada na dwadzieścia żeńskich. 
Żeńskie kwiaty mają kształt dzwona, męskie serca: połączenie następuje 
nocną porą, przy świetle ziemi. Owoc zaś wydają te rośliny zupełnie do 
jaja  czajki  wielkością,  barwą,  składem  i  smakiem  podobny,  i  tak  odży-
wiający,  że  człowiek  najsłabszy  od  niego  sił  i  zdrowia  nabiera.  Toteż 
kaktus  jaja  wydający  jest  błogosławieństwem  tego  kraju  i  wieśniacy, 
posiadający plantacje tego  krzewu,  są bogaci. 

Lecz  na  nieszczęście  dobry  byt  nie  zawsze  prowadzi  wieśniaka,  do 

moralności: widziałem tu ze zgrozą wielu ludzi, powracających z kościo-
ła i z jarmarku w straszliwym stanie pijaństwa; nawet chłopki były pija-
ne i śpiewały, ladaco, mknąc przez powietrze. Jedna mnie jednak do 

156 

background image

żywego rozrzewniła: niosła ona męża swego pijanego  jak bela do domu 
na  barana,  często  odpoczywając  na  konarach  drzew,  z  których  jej  się 
łatwiej  było  wznieść  w powietrze  niźli  z ziemi. 

-  Czy też często spadacie po pijanemu z powietrza na ziemię? - spy-

tam jednego z tych dobrych  ludzi, usypiającego w ciągu podróży. 

-  Nieczęsto, wielmożny panie, tylko raz jeden w życiu, ale to wystar-

czy na złamanie karku - odpowie chłopek kłaniając się czapką do nóg. 

Bardzo  dobrotliwy  to  ludek,  tylko  że  strasznie nietrzeźwy. 
Grunt tu się. zniża ciągle aż do morza Spokojnego, które istotnie za-

sługuje na swoją nazwę, bo się rzadko kiedy rozdąsa lub nawet rozkoły-
sze. 

Już  tutaj  nad  tymi  wodami  czuć  się  daje  jakiś  wpływ  lekko  usypia-

jący,  który  może  pochodzić  od  niezliczonego  mnóstwa  trawy  morskiej, 
rosnącej na wodzie, a wyziewającej zapach bardzo mocny. Zresztą część 
większą  podróży  odbywaliśmy  nocną  porą,  a  chociaż  ziemia  przyświe-
cała mocno, jednak po całodziennym czuwaniu oczy zamykały się same z  
siebie. 

Z  daleka  świecące  okrężne  druty  zwiastowały  nam  Snogród,  wyspę 

bardzo dużą, podłużną, z góry wąską jak szyja, z dołu szeroką jak kobieta  
na  ziemi  siedząca. 

Przybywszy nad brzegi, musieliśmy ścisnąć przyrząd  powietrzny na-

szej ryby, zsiąść na padole przed granicznym urzędem i dać się należycie 
obrewidować.  Nie  brakło  tu  strażników  i  innych  urzędników,  umieją-
cych  należycie  wyciągać  łapy  i  domagać  się  wynagrodzeń  pod  różnymi 
pozorami.  Przydały  się  brzęczące  paszporciki,  ułatwiające  w  sposób 
przedziwny  stosunki  ze Snogrodzianami. 

Nareszcie  po  wielu  trudnościach  pozwolono  nam  udać  się  w  dalszą 

podróż. 

Postać  kraju  nie  bardzo  powabna  na  tej  wyspie:  bezustanne  płasz-

czyzny, miejscami grunt piasczysty, rzadko gdzie bardzo urodzajny, lasy 
jednostajne, w których drzewa iglaste o tysiąc razy liściowe przeważają. 

Ach! Przecież jestem w Drzemniawie, już za pomocą wiadomych nam 

okrągłych  paszporcików  wszystko  ułatwione  na  kwarantannie  miejsco-
wej,  jadę  do  hotelu,  przed  którym  ulica  była  wysłana  słomą  na  stopę,  i 
znajduję księcia Neujabi na łóżku, wcale niesłabego, lecz udającego cho-
robę. 

background image

23.  Podstępy

 

-  Mości książę, czy sam siebie łudzisz, czy też po prostu mnie zwo-

dzisz? -  spytałem  pacjenta  bez  ogródki. 

-  Wybacz, kochany doktorze, ale wyznać muszę, że się dopuszczam i 

jednego,  i  drugiego:  miałem  istotnie  napad  choleryczny  dość  mocny, 
który przestraszył przysłanego mi przez księcia wice-lamę doktora Plas-
terysa, ministra zdrowia w Snogrodzie, i to do tego stopnia go przestra-
szył,  drogi  mój  przyjacielu,  że  mnie  kazał  natychmiast  najnielitościwiej 
zsiec bańkami i obstawić synopizmami. 

1

  

synopizm  -  (częściej:  synapizm;  inaczej:  gorczycznik)  -  plaster  powleczony 

papką z  mąki gorczycznej, wywołujący  przekrwienie i  rozgrzanie skóry. 

Osłabiony stratą krwi i  boleścią, znacznie upadłszy na duchu pomiędzy 
cudzoziemcami  i  obawiając  się  dalszego  ciągu  takiej  końskiej  kuracji, 
prosiłem adiutanta mojego, aby zatelegrafował do Jasnogrodu po ciebie. 
Potem  tego  wprawdzie  żałowałem,  bo  mi  się  znacznie  ulżyło  po  owym 
nagłym wstrząśnieniu, lecz gdy się po mieście wieść rozeszła, że sławny 
doktor  Nafir  już  w  podróży  do  konającego  księcia  Neujabi,  postanowi-
łem,  dla  twojego,  doktorze,  dobra,  udawać  chorego  jak  mogłem  najle-
piej,  kazałem  wysłać  całą  ulicę  słomą  i  zasłonić  okna  umyślnie  tak 
szczelnie, żeby czasem i mój służący mógł mnie zastąpić na łożu boleści i 
majaczyć byle co jak chory wpadający w tyfus. Ja tymczasem grałem w 
drugim pokoju z mym adiutantem w karty. Mój służący tak dobrze uda-
wał  tyfus  mózgowy,  że  mu  minister  Plasterys  kazał  w  swej  obecności 
puścić krew, ogolić głowę, zsiec ją bańkami i nareszcie lodem obłożyć... 
Żal mi było wprawdzie biednego Laflera, gdy go w ten sposób na tortury 
brano,  ale  mu  się  należała  kara  za  łajdaczenie  się  z  tutejszymi  baletni-
cami, u których się wydawał za rodzaj sekretarza, a pieniędzmi, zapewne 
mi  skradzionymi,  zalecał;  więc  pal  go  diabli,  pozwoliłem  na  wszystko, 
tylko  szepnąć  mu  kazałem,  żeby  zemdlał  zaraz  po  otwarciu  weny,  aby 
mu niepotrzebnie  krwi  nie  wytaczano. 

Jakże  go  medykamentowano  w  rozmaity  sposób,  zawsze  myśląc,  że 

to  ja!  I  w  tej  chwili  całe  miasto  jest  przekonane  o  tym,  że  konam,  albo 
jestem  bliski  skonania. 

Już  się  nawet  przez  żydów  zgłaszał  do  mego  adiutanta  najpierwszy 

fabrykant trumien całej Drzemniawy o dostawę trumny w najlepszym, i 
najnowszym guście, z wcięciem w talii, a doktor Kizia, sławny lekarz 

158 

background image

zwolenników Wenery i zarazem balsamista, prosił, żeby mu wolno było 
w dowód szczególnego szacunku nabalsamować  mnie  zaraz po śmierci, 
sposobem tutaj w kraju używanym, to jest pakułami umaczanymi w ży-
wicy,  takim  samym  sposobem,  jaki  u  nas  w  muzeach  używają  do  wy-
pchania wielorybów i słoniów. Doktor Kizia raczył nawet oświadczyć, że 
za  takie  piękne  dzieło  zadowolni  się  honorem  i  sześcioma  tysiącami 
franków. 

Adiutant przyjął tę ofiarę z wielką wdzięcznością i kazał mieć pakuły i 

żywicę  aromatyczną  w  pogotowiu,  pan  Sargenhans  zaś,  artystyczny  fa-
brykant trumien, przekupiwszy cyrulika, dostał przez niego miarę Lafle-
ra i już mu składa paletot drewniany z artystyczną sumiennością kraw-
ca. 

Otóż,  kochany  doktorze,  jak  stoją  rzeczy:  wszyscy  oczekują  mej 

śmierci,  ty  przybywasz,  zadajesz  mi  dwie  krople  twego  odżywiającego 
likieru  i  mówisz:  „wstawaj!”,  a  ja  wstaję,  głowę  niby  to  wizykatoriami 

skancerowaną obwijam czarną chustką, kładę na to czapkę mundurową 
i  wyjeżdżam  z  tobą  na  miasto,  jeżeli  nawet  chcesz  do  pana  ministra 
zdrowia, podziękować mu za przytrzymanie mnie aż do twego przyjazdu 
przy życiu. Dalej, kochany przyjacielu, uściskaj mnie za sławę i tryumfy 
tu  cię czekające. 

wizykatoria      (częściej:  wezykatoria)  -  plaster  sporządzony  z  kantarydyny, 

wywołujący pęcherze na skórze, używany jako środek leczniczy. 

Książę zerwał się równymi nogami z łóżka i krzyknął na służącego: 
-  Lafler!  Oto  trzy  dukaty,  każ  sobie  przynieść  perukę,  aby  pokryć 

wygoloną głowę, każ, niech zajedzie powóz i każdemu, kto z zamku lub 
skądkolwiek  przyjdzie  się  spytać  o  zdrowie  moje,  powiedz,  że  zaraz  po 
przybyciu  doktora  Nafira  i  po  połknięciu  przywiezionego  lekarstwa 
wstałem,  ubrałem  się  i  wyjechałem. 

-  Ależ mój książę, czyś oszalał? Myślisz, że zezwolę na odegranie ta-

kiej komedii, niegodnej mego doktorskiego tytułu? - zarzucę obrażony? 

-  Sam stary Hippokrates, sam boski Eskulap na twoim miejscu ko-

rzystałby  z  tego  w  sposób  ci  zaproponowany,  chociażby  tylko  dla 
wzmocnienia w ludziach wiary w boską naukę medycyny: a że wiara tak 
błogi  wpływ  wywiera  na  usposobienie  choroby  i  cierpiących,  więc  tym 
razem  dla  dobra  ludzkości  powinien  byś  odstąpić  cokolwiek  od  suro-
wości twoich zasad. 

159 

background image

-  Prawda,  masz  słuszność,  mój  książę,  zrobię  z  mej  dumy  ofiarę  i 

odegram tę niegodną siebie komedię. Ale przede wszystkim uwiadomić 
powinniśmy  księcia  Wadwisa  i  doktora  Gerwida  o  twym  uzdrowieniu. 
Gdzie tu w hotelu telegraf akustyczny? Każ mnie do niego zaprowadzić. 

-  Nie  ma  tu  w  hotelu  ani  domach  prywatnych  telegrafów  tak  jak  u 

nas,  mój doktorze. Jedźmy do telegrafu. 

Wrażenie,  któreśmy  sprawili  tą  szarlatanerią,  przechodzi  wszelkie 

wyobrażenie.  Ludzie,  którzy  znali  księcia  Neujabi,  to  jest  dygnitarze 
wojskowi  i  cywilni,  damy  wysokiego  tonu,  zatrzymywali  się  na  widok 
księcia, oczom swoim nie dając wiary. Książę się kłaniał i wskazując na 
mnie,  wołał: 

-   To  mój  zbawca,  cudowny  doktor,  to Bóg medycyny! 
Książę Neujabi wypytywał się mnie o Lawinię, ale tak niby nawiaso-

wo,  prawie  od  niechcenia. 

Odpowiedziałem mu także z udaną obojętnością, że się Lawinia dość 

zmartwiła nowiną o jego chorobie, ale nic mu nie opowiadałem o strzas-
kanej  harfie  i  o jej omdleniu  na dachu  naszego domu. 

Neujabi zesmutniał, spodziewał się, że wieść o jego chorobie większe 

sprawi  wrażenie  na  Lawinii. 

Pozazdrościłem mu tego tryumfu i dlatego kosztować go nie dałem. 
Stanęliśmy  przed  telegrafem:  książę,  niby  jeszcze  słaby,  pozostał  w 

powozie., ja zaś. wybiegłem na telegraf i stamtąd, zapłaciwszy za wszyst-
kie  słowa  i  zgłoski,  przesłałem  wiadomość  o  cudownym  udrowieniu  
pacjenta. 

Musiałem kłamać, szarlatanizować, aby pozostać wiernym raz przyję-

temu w tym miejscu systematowi. 

Neujabi zmusił mnie do tego... Darmo! Tak jedno kłamstwo pociąga ; 

za  sobą  mnóstwo innych. 

Czekałem  na  odpowiedź,  a  tymczasem  mnóstwo  dygnitarzy  dognało 

młodego księcia  przed telegrafem  i wypytywało go się o stan zdrowia, i 
składali mi najserdeczniejsze dziękczynienia za dokonanie takiego cudu.  
Odpowiedź od  księcia  Wadwisa nadeszła, a brzmiała: 

„Tysiąc dzięków, doktorze, przytrzymaj mi syna w Drzemniawie, jak 

możesz najdłużej i z nim pozostań, ale nie wyjawiaj, że takie moje żąda-
nie”. 

Jedziemy  do  ministra  zdrowia  podziękować  mu  za  przytrzymanie 

księcia Neujabi przy życiu sposobami ultraheroicznymi, którymi można 
było  zabić  nie jednego,  lecz dwóch  ludzi. 

160 

background image

Młody książę złożył podziękowanie w kształcie sporego rulonika i coś 

niby  nawiasowo  wspomniał  o  wielkiej  wstędze  Orderu  Węża  Brylanto-
wego,  którym  jego  monarcha  zapewnie  nie  omieszka  obdarzyć  tak  głę-
boko  uczonego  lekarza. 

Minister zdrowia Plasterys zdobył sobie tak wysokie stanowisko wy-

nalazkiem  wielkiej  Wagi  dla  chirurgii  wojskowej:  odkrył,  że  nic  tak 
szybko  nie  leczy  kontuzji  od  kul  armatnich  jak  plaster  wizykatoryjny, 
zaraz  w chwili  na  placu  boju  przyłożony. 

Od tego czasu wprawdzie częściej wydarzały się kontuzje, lecz te nie 

pociągały  nigdy  z  sobą  śmierci,  tylko gratyfikacje. 

Przyjął  nas  bardzo  grzecznie,  przywdział  mundur,  ordery,  ale  zara-

zem objawił  mi  zadziwienie,  że  nie  noszę  munduru  ani  żadnej  de-
koracji. 

Odpowiedziałem  ze  skromnością,  że  mógłbym  także  być  ministrem, 

dygnitarzem orderowym i bardzo możnym panem, gdybym chciał sprze-
dać tajemnicę  mego odkrycia. 

Książę  Neujabi  przyświadczył  i  dodał,  że  doktor  Nafir  jest  człowie-

kiem  zupełnie odrębnego  sposobu  myślenia... 

-  Rozumiem,  rozumiem,  on  cokolwiek  zakrawa  na  czerwonego  so-

cjalistę,  a  nawet  na  komunistę  -  odpowie  dygnitarz,  małym  dreszczem 
wstrząśnięty. 

Neujabi, zapewne z figlarności, ruszył nieznacznie ramionami i brwią. 
Od   tej   chwili   lękał   się   mnie   minister jak   dziecko  -  wilkołaka... 
Powróciwszy do hotelu, zastaliśmy w nim wielkie mnóstwo dygnita-

rzy, czekających dostojnego pacjenta i jego cudownego lekarza, którego 
nieubłaganymi obsypywano prośbami o lekarstwo na osłabienie apetytu 
i sił żywotnych. Drożyłem się utrzymując, żem znękany  podróżą... 

Nareszcie  sam  wielki  lama,  także  słabowity,  przysłał  adiutanta  z  za-

pytaniem o zdrowie księcia Neujabi i z prośbą, abym się bez zwłoki udał 
do niego. Sam książę Neujabi raczył mnie jemu przedstawić, lecz wrócił 
do  hotelu  zostawiwszy  mnie  w zamku. 

Dostojny  pan,  wycieńczony  trudami  wojennymi,  zwierzył  mi  się,  że 

nie  jest  syty  ani  życia,  ani  chwały,  i  że  dla  dobra  ludzkości  pragnie  żyć 
długo,  a  nawet  wiecznie, jeżeli  to być  może. 

Sprawdziwszy  stan  jego  wnętrzności  w  obecności  ministra  zdrowia, 

za pomocą kamery obskury z lampą argandzką, uznałem, że jego książę-
ca  mość  nie  jest  w  stanie  korzystać  z  mego  lekarstwa,  powiększającego 
wszelki  objaw życia  prawidłowego,  ale  i  nieprawidłowego. 

Zapisałem tedy lekarstwo niby przysposabiające do dalszej kuracji.  

161 

background image

Moje spostrzeżenia udzieliłem ministrowi zdrowia, ordynującemu leka-
rzowi, który ich wprawdzie nie zrozumiał, ale przyświadczał, że tak jest, 
a  nie  inaczej,  i  zaraz  po  moim  odejściu  zawyrokował,  że  tak  wielkiego 
głupca  i   wariata jak ja   nigdy  w swym  życiu  nie  widział. 

Od tej chwili rozdwoiła się o mych zdolnościach opinia: jedni utrzy-

mywali, że jestem po prostu szarlatanem, drudzy zapewniali, że większe-
go  człowieka  nie  ma  na świecie. 

Dzienniki  ogłosiły  się  przeciwko  mnie,  przymieszawszy  cokolwiek 

miodu  do  żółci  swych  zdań  i  wyroków.  Pomimo  tego  nagabywali  mnie 
bigoci  i  rozkosznicy,  modląc  się  o  krople  życia.  Nie  biorąc  od  nikogo 
złamanego  grosza,  wszystkim  dawałem  lekarstwa,  ale  tylko  ludziom 
pracującym, istotnie światu i rodzinie potrzebnym, udzielałem prawdzi-
wego  eliksiru  życia. 

Niestety!    Wszyscy  ci  prawie  należeli  bez  wyjątku  do  klasy  ubogich, 

mało  znaczących, gnębionych  ludzi,  i  na  opinię  publiczną nie mogli 
wywrzeć    wpływu,    lubo    cudownych    doświadczyli    skutków  z    mego 
lekarstwa  i  gorące  modły  za  mnie  zanosili  do  Boga. 

Zabawiam  księcia  Neujabi,  tęskniącego  do  swego  kraju,  ojca  i  ko-

chanki, jak tylko mogę i czym tylko potrafię, postępując w duchu rozka-
zu  dostojnego  ojca,  który  polecił  nam  pozostać  w  Drzemniawie,  aż  do-
pókąd nas sam nie odwoła. Niech sobie  książę tu pozostanie, ale  ja zu-
pełnie  tu   niepotrzebny. 

24.  Baron   Drzejna 

Już od dziewięciu dni bawię w Drzemniawie i zdaje mi się, że już do-

syć tej zabawy, bo się właściwie najokropniej nudzę w tej miejscowości, 
o której dalibóg wcale jeszcze nie wiem, czy to duża mieścina, czy wieś, 
czy stolica, czy rodzaj karawanseraju, do którego ludzie na to przybywa-
ją, żeby z niego jak najprędzej wyjeżdżać. Koniec końcem nie bawię się 
w Drzemniawie, tęsknię do Lawinii i uciekłbym stąd pomimo rozkazów 
księcia Wadwisa, gdyby mnie jedna, dla mnie zupełnie nieprzewidziana 
okoliczność  nie  zachwycała,  a  tą  jest,  że  piękny  książę  Neujabi  zaczyna 
się  tutaj  w  najlepsze  bawić  dzięki  wrażeniu  nań  wywieranemu  przez 
piękną  młodą  wdówkę,  córkę  księcia  wice-lamy.  Nadaremnie  tai  on 
przede  mną  zajęcie  się  miłą  wdową:  jest  ono  aż  nadto  wyraźne  i  już  o 
tym mówią w pałacu, już nawet w wielkim świecie zaczyna krążyć pogło-
ska  o  podboju,  jakiego  dokonały  wdzięki  księżniczki  Omegi.  Już  też  o 
tym wiedzą w Jasnogrodzie, i to dzięki mnie; tak, przyznać musze, żem o 

162 

background image

tym  telegrafował  do  Gerwida,  nie  bezpośrednio,  lecz  przez  barona 
Drzejnę, wielkiego sędziego kryminalnego, a mego łaskawego opiekuna, 
u którego tu codziennie, czasami nawet po dwa razy,   bywam. 

Kocham tego starca nadzwyczajnie, bo to typ roztropnej prawości, w 

najmilszych,  a  zarazem  najdostojniejszych  kształtach;  sprawowanie 
trudnych  obowiązków  swego  posłannictwa  wcale  mu  nie  stępiło  uczuć, 
owszem,  zaręczyć  można,  że  im  więcej  miał  do  czynienia  z  majątkiem, 
wolnością, honorem i życiem bliźnich swoich, tym doskonalsze zyskał o 
tych  dobrach  wyobrażenie,  i  tym  litościwszym  się  okazał,  gdy  szło  o   
pozbawienie  bliźnich   swoich   tego   dobra. 

Otóż  taki  był  wielki  sędzia  kryminalny,  starzec  bardzo  posunięty  w   

wieku,  ale  silnej   budowy   ciała   i   niestarganego  zdrowia. 

Przylgnął  do  mnie  tak  jak  ja  do  niego,  natychmiast,  jak  gdyby  mnie 

znał  od  bardzo  dawna  i  czuwał  nade  mną  w  tym  mieście,  w  którym 
prawda  nie jest lubiana,  i  gdzie sobie jednym  wybuchem szczerości za-
szkodzić  można   na  całe   życie. 

Z jego słów przekonałem się, że mnie naprawdę za komunistę bardzo 

niebezpiecznej  przyrody  osądzono,  a  głównie  z  tej  przyczyny,  żem  do-
tychczas  nie  postarał  się  jeszcze  o  żaden  urząd,  nadający  człowiekowi 
jedyną   wartość  w   oczach   tego  świata. 

Lękał się także, aby mi nie skradziono mego diamentowego flakonika 

z kroplami życia i  prosił  mnie, abym go  nosił  przy  sobie na ciele,  przy-
twierdzony  łańcuszkiem  do  szyi  jak  szkaplerz  lub  medalion.  Później 
bardzo żałowałem, żem za tą radą nie poszedł. 

25. Zakład  somnopatyczny 

Doktor Plasterys zawitał do nas jednego rana. gdyśmy jeszcze spali, i   

rzeki: 

- Chcieliście panowie zwiedzić zakład somnopatyczny, wzniesiony na 

naszej  wyspie  przez  doktora  Gerwida  i  doń  należący;  jako  minister 
zdrowia i główny inspektor wszystkich zakładów zdrowiodawczych, jadę 
tamże z urzędu i właśnie  w tej chwili  bardzo pospiesznie, na  pocztowej 
rybie,  bo  się  tam  wydarzyło  coś  bardzo  interesującego,  co  później  opo-
wiem.  Ofiaruję  panom  miejsce  na  mej  rybie  i  pokażę  wszystkie  mnie 
tylko znane tajniki tego ciekawego zakładu. 

163 

background image

-  Ależ  panie  ministrze,  zapominasz  pan.  że  dziś  bal  u  księcia  wice-

lamy   -   zarzucił   księże   Neujabi. 

-  Jeszcze przed wieczorem będziemy z powrotem: dałaby mi żona i 

córki, gdybym nie wrócił: któż by je zaprowadził na bal? - odpowie mini-
ster. 

-  Ależ ja jestem zaproszony na obiad, nie śmiem obrazić amfitriona 

-   zarzucę   także. 

-  U   kogóż  pan jesteś   na   obiedzie. 
-  U   doktora   Tulpensztejna. 
Kłamałem,  właściwie  baronowi  Drzejnie  obiecałem  być  na  obiedzie, 

lecz  z  wiadomych  już  przyczyn  taiłem  ile  możności  moje  schadzki  z   
zacnym   sędzia. 

-  Więc kolego odpisz, że nie będziesz, jednakże nie wyjawiaj dlacze-

go,  po cóż jeszcze więcej drażnić zazdrość twoich kolegów? 

Napisałem do kolegi Tulpensztejna, aby zawiadomił barona Drzejnę, 

żem z ministrem Plasterysem pojechał do zakładu   somnopatycznego. 

Już  jesteśmy  w  drodze,  dobie  piętnaście  mil  z  Drzemniawy  do  Sno-

pola, ale wiatr nam służył, biegliśmy cztery mile na godzinę. 

-  Cóż  tak  nagłego  cię  wzywa  do  Snopola,  panie  ministrze?  -  spyta 

książę   Neujabi. 

-  Wic  przecież  książę  -  odpowie  minister  -  że  Mirza  Baszkir,  który 

się niedawno ożenił z córką lamy ciemnostańskiego, znikł w kilka dni po   
ślubie nie wiadomo gdzie, i że go nadaremnie szuka żona. 

-  Wiem o tym. 
Otóż nadeszła wiadomość, że Mirza Baszkir bierze tu inkognito w za-

kładzie  doktora  Gerwida  kurację  senną  i  to  już  od  trzech  tygodni,  więc 
mam sprawdzić z rysopisem i fotografią  w ręku, czy tak jest, a nie  ina-
czej. 

-  Jak to? Mirza Baszkir wolałby spać w zakładzie somnopatycznym 

jak w własnym świetnym pałacu? - spyta Neujabi. 

-  Ba! Tu go prznajmniej głos jego dobrodziejki nie przebudza; prze-

cież  znane  są    córki  naszego  najjaśniejszego  lamy  -  odpowie  pan  mini-
ster dowcipnie się uśmiechając. 

-  I  cóż  pan  masz  zrobić  z  Mirzą  Baszkirem.  gdy  go  wynajdziesz?  - 

spytam. 

-  Mam  go  dostawić  pocztową  rybą  pod  dobra  strażą  do  żony.  ot 

wszystko; tam zapewnie sam lama wyznaczy mu  przykładną karę. 

W najpiękniejszym miejscu wyspy, w rodzaju Edenu, a przynajmniej 

Arkadii, leży wieś Snopol z pałacykiem Gerwida, a za nią na dużej kępie, 

164 

background image

pomiędzy  dwoma  ramionami  rzeki,  pośród  wysokich  drzew,  na  prze-
pysznym  wzgórzu  wznosi  się  sławny  zakład,  w  którym  ludzie  śpią  dla 
odzyskania  zdrowia,  spokojności.  szczęścia,  dla  zapomnienia  trosków   
lub  stłumienia targających namiętności. 

Najwięcej  rozkiełznane  nerwy,  najburzliwszy  mózg,  najniespokoj-

niejsza  krew  nie  zdołają  się  oprzeć  wpływowi  narkotycznych,  tu,  na  tej 
kępie,  w  nadzwyczajnej  obfitości  rosnących  ziół,  których  wpływ  można 
doskonale stopniować za pomocą kondensatorów, a za pomocą zaś nar-
kozometru,  złożonego  z  dwunastu  żywych  ptaków  różnej  wielkości, 
można  się  doskonale  przekonać  o  stopniu  narkotyczności  zawartej  w   
powietrzu. 

W tym przybytku Morfeusza wszystko wzywa do snu, co tylko na ja-

kikolwiek  zmysł  działać  może:  zapach  subtelnych  białych  kwiateczków 
zwanych morfinkami, widok ogromnych drzew zasłaniających horyzont, 
a  w  podwojach  malowideł  i  posągów,  przedstawiających  uroki  snu  pod 
wszystkimi  możliwymi  postaciami,  najzupełniejsza  cichość,  głuche  mil-
czenie  przerywane  tylko  falującym  jak  wody  oceanu  chrapaniem  stu 
kilkunastu  śpiących  tego  przytułku  mieszkańców,  smak  ziółek  lub  wód 
przez  lekarzy  przepisanych,  a  wlewanych  w  regularnych  ustępach  śpią-
cym łyżkami, nareszcie owe systematyczne łaskotania podeszw, którymi 
umyślnie  na  to  trzymane  dziewczynki  i  chłopaczki  ułatwiają  najupor-
czywszym  pacjentom  sen;  wszystko  to  wpływa  przemożnie  na  nerwy,  i 
zaraz przy wstępie do zakładu odwiedzający wpadaliby w sen, gdyby się 
nie  trzeźwili  substancjami  sen  odbierającymi,  zwłaszcza  pastylkami  z   
koleiny. 

W  stosunku  do  mężczyzn  bardzo  mało  kobiet  w  tym  zakładzie,  ale 

które  tu  przebywały  dla  kuracji,  po  większej  części  cierpiały  na  melan-
cholię   z  manią graniczącą. 

Kobieta  najwięcej  zgnębiona  nie  lubi  przesypiać  swych  cierpień,  dla 

kobiety każda sensacja  jest   żywiołem   duszy! 

Za różne ceny można tu spać i chrapać: na ogólnych salach, gdzie śpi 

po  piętnastu,  płaci  się  mało,  ale  w  osobnych  pokojach  bardzo  wiele. 
Doktor nie wychodzi z zakładu i winien trzy razy na dzień przekonywać 
się o dobrym śnie swoich pacjentów. Dla suchotników osobna jest izba, i 
mogę  zaręczyć,  że  pod  wpływem  kilkumiesięcznego  snu.  stosowanej 
temperatury i lekarstw dawanych łyżkami, leczą się  nieraz suchoty naj-
wyższego   stopnia. 

-   Teraz ja - rzecze minister zdrowia - pójdę na wyszukanie mego  Mirzy 

Baszkira, który jeśli  tu jest, zapewne leży w jednej z najprywatniejszych  

165 

background image

celek,  a  tymczasem  panowie  tu  raczą  spocząć  w  tym  pokoju.  Przede 
wszystkim  jednakże  napijmy  się  kawy,  nigdy  w  życiu  nie      czułem      się   
tak   śpiący   odwiedzając   ten   zakład. 

-  Byliśmy  wtenczas  w  pokoju,  w  którym  tylko  trzy  znajdowały  się 

krzesła;  w  jednym  końcu  pokoju  dwa,  a  w  drugim,  pod  kaloryferem, 
jedno. Na tym tu, przy stoliku, usiadł minister, na dwóch drugich, odle-
głych od niego na pięć stóp, siadł książę i ja. 

Przyniesiono   kawę   i   postawiono ją   na   stoliku   obok   ministra. 
-  Szanowny kolego, udziel mi do tej kawy jedną kropeleczkę twego 

życiodawczego  eliksiru  -   rzecze, do   mnie   minister. 

Ja mu podaję flakonik, nie spodziewając się niczego złego. On bierze 

flakonik, otwiera go i … 

I  wtem  zapada  pomiędzy  nami  a  ministrem  z  sufitu  żelazna  krata,  i 

jakby  jakimścić  cudem  spod  podłogi  ukazują  się  dwa  posłania  z  naj-
piękniejszych  aromatycznych  ziół,  a  na  okna  zapadają  z  tyłu  także,  że-
lazne   kraty. 

-  Co  to  znaczy.  -  krzyknęliśmy  obydwaj  przerażeni  rozpaczliwym 

głosem. 

-  To znaczy - odpowie posępny doktor Plasterys - że panowie jeste-

ście skazani z wyższej woli na kurację somnopatyczną, to wszystko... 

-  Kto mnie śmie więzić tu, w obcym kraju, na gruncie sprzymierzo-

nego z nami monarchy?! - wrzaśnie książę Neujabi piorunowym głosem. 

-  Wybacz mi, dobry i miły mój książę, ale to się stało za ugodą jakąś 

obopólną pomiędzy jednym i drugim rządem, mnie na nieszczęście wy-
brano   za   wykonawcę   tego  przykrego  obowiązku. 

-  Ależ po co i na co nas zmuszać do spania, kiedy my zadowoleni z 

rzeczywistości,  używamy  jej  skromnie  i  spokojnie?  -  spytam  już  ziewa-
jąc, bo mnie ogarniała okrutna senność, wpływ zapachu, który wyziewa-
ły   te  przeklęte   zioła   posłania   naszego. 

-  Co  ja  wiem?  Podobno  panowie  rozkochani  w  osobach,  nie  prze-

znaczonych  dla  nich  z  woli  losu...  Ja  nic  nie  wiem,  żal  mi  panów  ser-
decznie, ale poddajcie się losowi, śpijcie, będą tu mieli o was staranie jak 
najczulsze, ja sam dojeżdżać będę często do was. Dobranoc, moi   dobrzy   
panowie. 

-  Słuchaj  na  miłość  Boga.  panie  ministrze  -  rzecze  książę  także  już 

ziewając. Dziś miałem być na balu u księcia wice-lamy, jego córka, owa 
miła   wdówka... 

-  Cha, cha! Pojmuję, mój dobry, książę, ona ciebie oczekuje do tań-

ca. 

166 

background image

-  Więc  jej  racz  oznajmić,  mój  ministrze,  gdzieś  mnie  zaprowadził  i  

zostawił. 

-  Tego nic zrobię, mój książę, za nic w świecie, wice-lama zakazał. 
-  Więc przynajmniej powiedz jej, tak, w ciągu mowy, niby przypad-

kiem,  że  słowik  nie  będzie  śpiewał  tej  nocy,  chociaż  tak  pogodnie  na 
niebie. Ale tak kilka razy... powtórz to, mój ministrze, że tej nocy... sło-
wik  śpiewać  nie  będzie...  rozumiesz,  panie  ministrze?...  Tym  się  nie 
skompromitujesz, a ją zaspokoisz... będzie ci nieskończenie wdzięczna... 
Dajesz słowo  honoru  na  to? 

-  Daję, chętnie daję, dobranoc,  moi  panowie. 
Nim  jeszcze  wyszedł,  my  legliśmy  na  posłaniu  jak  byliśmy,  sen  nas 

zmożył. 

-  Ach widzisz, książę, czego nas nabawiły twoje miłostki z córką wi-

ce-lamy  - rzekłem  usypiając. 

-  To  nie  to:  chciał  ci  skraść  flakonik  z  eliksirem  życia  i  dlatego  nas 

uwięził, a stąd wyjdziemy chyba trupami - odpowie książę, i już śpi. 

26. Przebudzenie 

Sen nas owładnął jednocześnie i obszedł się z nami równie po tyrań-

sku. O oporze ani myśleć nie można było, subtelny narkotyk wkradał się 
w  płuca  z  siłą  chloroformu,  lecz  przyjemniej  od  niego,  nie  ogarniając 
mózgu  nagłym  odurzeniem,  pozostawiając  nam  naszych  najsłodszych 
uczuć i  marzeń  pamięć. 

-  Lawinio! Moja najsłodsza Lawinio! - jęknął książę Neujabi usypia-

jąc, głosem tak tkliwym, że się we wszystkich nerwach moich obił dono-
śnym  echem. 

-  Lawinio!  -  powtórzyły  me  własne  usta,  lecz  głowa  już  nie  była  w 

stanie  pomyśleć,  że  mój  towarzysz  inne  w  tej  chwili  wezwać  powinien 
był  imię,  imię  księżniczki,  którą  zdawał  się  być  tak  bardzo  zajęty  w 
ostatnich dniach  swego pobytu  w Drzemniawie. 

Senny  mój  byt  uroczy:  obraz  kochanki  roztoczył  nań  swe  różowe 

barwy,  swego  głosu  dźwięk,   swej   atmosfery  zapach. 

Długo trwał urok tego imienia i obrazu, byłby trwał wiecznie, lat ty-

siące snu nie wyrugowałyby z mych piersi uczucia, z którego wyleczyć się 
miałem tym dziwnym somnopatycznym  sposobem. 

Lecz nie trwał wiecznie, bo jednej chwili jakieś dziwnie miłe dreszcze 

167 

background image

jaźni przenikać zaczęły nerwy moje i wdzierać się do mózgu drażniąc go, 
łaskocząc,  wstrząsając  dò  coraz pełniejszego czucia. 

Słyszę jakieś  przyjaźnie  brzmiące  głosy około  mnie, otwieram oczy i 

widzę  przed  sobą  starego  barona  Drzejnę  w  swym  urzędowym  mun-
durze  i  młodego przyjaciela  Icangi, trzeźwiącego mnie solami. 

Kilku  innych  mężczyzn  obok  nich  ujrzałem. 
-  Dzień  dobry, doktorze!  -  zawołał  Drzejna. 
-  Dzień  dobry,  drogi  przyjacielu!  -  krzyczy  Icangi  i  ze  łzami  w  

oczach  ściska   mnie  i  całuje. 

-  Ach, więc żyję i jestem pomiędzy przyjaciółmi! - zawołam przejęty  

najwyższą  rozkoszą. 

-  I  będziesz  wolny  za  chwilę  -  rzecze  wielki  sędzia,  pomagając  mi 

wstać  z łoża. 

-  Długo spałem? 
-  Osiem dni, mój dobry Nafirze - odpowie Icangi. - Ach! Ileż ucier-

pieliśmy,  nim  zacny  sędzia  zdołał  wyśledzić,  co  się  z  tobą  stało.  Dalej, 
zabieraj się, ruszajmy stąd, zanim nas kto zdradzi i zdenuncjować zdoła. 

-  Ale  książę Neujabi? - spytałem. 
-  Leży  tu  obok  ciebie na drugim posłaniu  i śpi  w najlepsze. 
Istotnie, Neujabi spał, ale nie chrapał. Część twarzy miał zatopioną w 

poduszce, drugą zaś  połowę zakrywał ręką. 

-  Obudźmy go i uciekajmy razem! - rzeknę, przypadając do księcia. 
-  Broń Boże, mój Nafirze. On zdrajca, on cię tu sprowadził umyślnie 

do  Snogrodu,  żeby  cię  rozłączyć  z  Lawinią,  a  tymczasem  stary  książę 
Wadwis  pokochał  się  na  zabój  w  Lawinii  i  was  tu  kazał  uśpić,  aby  się 
ożenić z piękną i młodą siostrą moją. Otóż takich intryg stałeś się ofiarą, 
lecz  wszystko  wykryliśmy,  Lawinią  wszystko  wyjawiła,  ona  tylko  ciebie 
kocha i czeka powrotu twego jak zbawienia. Wszystko do ślubu gotowe, 
jutro  jesteś  małżonkiem  Lawinii,  moim  szwagrem  i  nigdy  się  już  nie 
rozłączymy  w życiu. 

-  Ja - mężem Lawinii!? Uszom moim nie wierzę! Ach! Powtórz mi to 

tysiąc razy. 

-  Nie  ma  na  to  czasu,  Nafirze,  dalej,  opuszczajmy  ten  dom  czym 

prędzej. 

-  Nie, bracie Icangi, ja go nie opuszczę bez księcia Neujabi, którego 

mi ojciec dał w opiekę, i lubo mnie zdradził, wybaczam mu, bo on kocha 
Lawinię. 

168 

background image

-  Więc  go  pozostaw  tutaj  aż  do  ślubu,  który  się  odbędzie  tajemnie, 

mimo  woli  i  wiedzy  starego  księcia.  Potem  go  sprowadzimy  do  Jasno-
grodu, skoro się dowie ojciec, że ani dla niego, ani dla syna Lawinia nie 
może być żoną. 

-  Nie, bracie! Chcę być szlachetniejszy, miłość Lawinii jest dla mnie 

dostateczną  rękojmią  szczęścia,  nie  opuszczę  mego towarzysza. 

Wyrywam  bratu  Lawinii  sole  do  trzeźwienia,  przytykam  je  do  ust 

księcia Neujabi. 

Wielki  Boże! Jego twarz zimna i skrzepła, on nie żyje! On umarł! 
Okropna nas ogarnia trwoga: biorę księcia w ramiona moje i chcę go 

unieść,  dobywając wszystkich  sił  moich. 

Unoszę  w  powietrze coś  nadzwyczaj  lekkiego. 
Ha!  To  nic  książę  Neujabi  ani  śpiący,  ani  umarły,  lecz  wielka  lalka, 

ubrana w  suknie  księcia  Neujabi, jego twarz jest  maską. 

-  Wykradli go i lalę zostawili na jego miejscu, by oszukać stróżów!!! 
-  Natychmiast  uwięzić  doktora  tego  zakładu  i  przyprowadzić  go 

przede mnie!  -  krzyknie  wielki  sędzia  do swych  pomocników. 

Doktor wyznaje, że już przed trzema dniami księżniczka, córka wice-

lamy, wykradła księcia Neujabi i uwiozła go z sobą do Ciemnostanu. 

-  Niechże  sobie  będzie  szczęśliwy  z  księżniczką,  byleby  tobie  nie 

bruździł  więcej  -  rzecze  Icangi  i  razem  z  sędzią  uprowadza  mnie  z  za-
kładu  somnopatycznego,  przed  którego  drzwiami  stała  w  pogotowiu 
ryba  pocztowa. 

-  Jadę  z  wami,  moje  dzieci  -  rzecze  sędzia  Drzejna.  -  Chcę  być 

świadkiem  twojego  ślubu,  kochany  Nafirze,  a  przede  wszystkim  muszę 
cię przeprowadzić  przez granicę. 

Jesteśmy w drodze i właśnie świtać zaczęło, gdyśmy stanęli na grani-

cy Snogrodu  nie bez obawy,  żeby  nas  tu  nie zatrzymano. 

-  Nie!  Nie  telegrafowano  jeszcze.  Wielki  sędzia  ułatwił  wszystkie 

trudności,  przepuszczają  nas,  bujamy  już  nad  morzem  Śpiącym,  lecz 
zarazem spostrzegamy, że za nami pędzi straż graniczna na skrzydłach i 
rybach śrubowych. Wzywają nas do zatrzymania się, strzelają do nas, ale 
kule  nie donoszą. 

Uciekamy,  i  w  kilka  godzin  stajemy  nad  gruntem  jasnogrodzkim. 

Wieje  wiatr  przeciwny  bardzo  mocny  i  utrudnia  podróż  naszą.  Dopiera 
we  dwie  godziny  po  zachodzie  słońca  stajemy  nad  stolicą  Jasnogrodu. 
Stary Gerwid jeszcze czuwa i wyziera ze szczytu swej wieży. Jesteśmy w 

169 

background image

jego objęciach. Jakaż szczera radość błyszczy w jego oczach; nigdy mi się  
nie  wydawał tak  szczęśliwy i  piękny. 

-  A  Lawinia? - spytałem. 
-  Lawinia  słaba:  cały  dzień  .przepędziła  w  łóżku  blada,  zapłakana  i 

niespokojna. Dopiero przed godziną usnęła. Nie budźmy jej; jutro rano, 
Nafirze,  jesteś  jej  mężem;  już  pozyskaliśmy  księdza,  który  da  ślub  ta-
jemny. 

27. Wesele na obłoku 

Lawinia chora i widzieć jej nie mogę. Lawinia usnęła, lecz nie powie-

działa: obudźcie mnie, gdy Nafir przybędzie. Zdaje się, że powinna była 
pomyśleć o mnie i mojej zawezwać pomocy. 

Jutro  ślub,  już  ksiądz  zamówiony,  jutro  będzie  moją  na  zawsze,  w 

każdej chwili i nigdy się nie rozstaniem ze sobą. W wiecznym pogrążony 
zachwyceniu  patrzeć  będę  na  jej  wdzięki,  podziwiać  będę  każdego  jej 
ruchu uroki, sycić się niebieską melodią jej głosu i, oczarowany jej duszy 
polotem, bujać z nią będę po przestworach nieba na obłokach i chmur-
kach nad ognistymi kraterami i bezdennych mórz falami. 

Ach, jakże miło latać z Lawinia po niebie! 
Lecz  tej  nocy  zachmurzyło  się  niebo  okropnie:  ziemia  nie  może  się 

przedrzeć swym światłem przez czarne kiry grubych obłoków, tylko cza-
sem  mignie przez nie i  znów nastaje nieprzejrzała ciemność. 

Okropna noc i Jada chwila wybuchnie jedna z tych straszliwych burz, 

od których odgłosu łamią się kamienne, grzebienie niezmiernych olbrzy-
mów,  odgraniczających  nas  od  północy.  Szkoda,  że  taka  noc  okropna 
poprzedza najszczęśliwszy życia  mojego dzień! 

Lecz cóż to za czerwony, ciemnoczerwony meteor krąży w tym czar-

nym obłoku, co tu zawieszony jak wyspa z kiru sam jeden na niebieskim 
firmamencie,  tuż  nad  moją  wieżą?  Czymże  może  być  ten  czerwony,  w  
obłoku  krążący  meteor? 

Spojrzyjmy przez teleskop. 
Tak ciemno, że teleskop nic ukazać nie może: widzę tylko czarne jak 

atrament  tło,  purpurowe  światło  i  coś  migocącego  się  około  światła, 
czasem je zasłaniającego. 

Co to być może? 
Ha! Nie lękajmy się straszliwej, już się zbliżającej burzy i korzystając 

że skrzydeł puśćmy się na zwiady prosto na zenit,  ku meteorowi. 

170 

background image

Lecz  tym  razem  dla  bezpieczeństwa  wziąłem  z  sobą  broń:  szpadę 

ogniem  pałającą. 

Wzbijam się wysoko w zenit jak strzała wypuszczona pionowo, mknę 

i szybuję, aż śpiewają moje skrzydła, jak u łabędzia, który zdąża do swej 
ojczyzny. 

Jestem  pod szarym obłokiem, tuż  pod nim;  wkraczam w czarny ob-

łok,  ostrożnie  się  zbliżam  do światła,  powoli,  podstępnie., 

Ha! Wielki Boże! Tym światłem jest latarka, a trzymają w swym ręku 

Neujabi, zdradliwy książę, o którym mniemałem, że jest z swą księżnicz-
ką snogrodzką w Ciemnostanie. 

On jak gdyby oczekiwał kogoś. 
Lecz jakiś szmer dolatuje  i  zbliża  się  wartko. 
I  wpada  jakiś  świetny  srebrny  obłoczek  w  czarną  chmurę,  w  środku 

której czeka Neujabi, i tu srebrny obłoczek łączy się przed mymi oczyma 
z  postacią  księcia. 

Boże!  To Lawinia! 
Neujabi ze wzruszenia opuszcza latarnię, która spada na dół, ja pusz-

czam  się za  nią, chwytam ją, szukam  ich  w obłoku i znajduję. 

Ona  w  jego  ramionach,  omdlała,  z  drżącymi  skrzydłami;  on  pije  jej 

koralowe usta, przyciska ją do serca. 

-  Lawinio! Neujabi! - krzyknę, aż zadrżały echa gór okolicznych. 
-  Nafirze! Przedstawiam ci księżnę Neujabi, żonę moją od przyszłej 

nocy  -  rzecze  książę,  unosząc  omdlałą  Lawinię  w  swych  silnych  ra-
mionach. . 

Teraz mnie latarnia wypadła z ręki, ale ziemia wyjrzała jasna i świet-

na spoza chmur i  okazała  mi  upojonych rozkoszą  małżonków. 

-  Przebacz,  Nafirze!  Ja  ciebie,  kocham,  lecz  w  nim  kocham  siebie; 

podaj  mi  rękę,  bądź  naszym  przyjacielem  i  opiekunem,  i  kiedy  już  tak 
chciało  niebo,  żeś  ty  pierwszy  odkrył  tajemnicę  naszego  związku,  zwia-
stuj ją  memu wujaszkowi  i jego ojcu. 

Tak mówiła do mnie, rękę moją całując i  skrapiając łzami. 
-  Ale,  Lawinio? Tutaj, w obłokach?.... 
-  Nafirze!  Nie  mamy  domu  innego,  tylko  kopułę  nieba  za  strzechę, 

obłok zaś za łoże. Jego ojciec wydziedziczy, a mnie wujaszek. 

-  Zapomniałaś,  Lawinio,  o  twych  dwóch  milionach?...  -  spytam 

zmieszany. - O dwóch milionach, które tobie dałem; należą do ciebie od 
tej  chwili,  bo  ja  żyć  przestanę.  Widzisz  krater  pogrzebowy,  nad  którym 
kiedyś w pamiętnej dla mnie nocy bujaliśmy razem? W tej chwili wyziewać 

171 

background image

zaczął  ogień,  on  mnie  do  siebie  zaprasza.  Bądźcie  szczęśliwi  i    módlcie 
się, za  mnie. 

Biegłem ku kraterowi, oni mnie przytrzymywali za skrzydła, ściskali i 

całowali, aż mnie uprosili, że nie zadam sobie śmierci, tylko wprost po-
lecę do wujaszka  Gerwida  zwiastować, com  widział. 

28. Przeszłość 

Gerwida zbudziłem  i opowiedziałem mu  wszystko. 
-  Stało się nie według mej woli, ale widać z przemożnej woli losu, bo 

się stało pomimo wszystkich, starań naszych i zabiegów- rzecze Gerwid, 
kiwając głową  żałośnie. 

- Więc im  przebaczasz, doktorze? 
-  Kiedyś ty przebaczył, to i ja przebaczyć muszę; przed tobą jednym 

nie chciałbym się wstydzić, bo  ty jesteś  istotą nadludzkiej dobroci. 

-  A  zatem  ruszam  do  księcia  Wadwis,  aby  u  niego  wybłagać  prze-

baczenie. 

-  Nie potrzeba, ja sam go uwiadomię i będzie tu za chwilę z wszyst-

kimi tymi,  których  pokochałeś i znasz od dawna.  Chodź ze mną do ob-
serwatorium. Spojrzyj teraz przez ten nowy, teleskop na ziemię w pełni 
stojącą. Nastawię ci ziemię na ten punkt, który ci wskrzesi pamięć prze-
szłości  i  obudzi  tęsknotę,  bo  tęsknić,  mój  przyjacielu,  to  jest  wierzyć  w 
przyszłość; kto tęskni, ten ma nadzieję. Co widzisz teraz na ziemi? 

-  Widzę  ogród,  a  w  nim  łoże,  a  na  łożu?...  Boże  wielki!.  Na  łożu  ja 

sam, ale  uśpiony,  nie  martwy, tylko  uśpiony. 

-  A   kogo  tam  widzisz obok  siebie? 
-  Widzę  starca  z  siwymi  włosami,  stojącego  obok  łoża  mego,  widzę 

niewiastę u stóp moich, widzę młodą osobę klęczącą przy tym łóżku. Ach 
Boże! Jakież cierpienia na ich twarzy wyryte! Czy nie można im pomóc,  
Gerwidzie?  Czemuż  mnie tak  obchodzi  los tych  osób? 

-  Wkrótce się o tym dowiesz. Teraz przygotuj się na przykry widok, 

mój Nafirze, o dziecko znane mi od tak dawna i od tak dawna ukochane. 
Zobaczysz  twoich  przyjaciół  znanych  ci  skądinąd,  zobaczysz  takich,  ja-
kimi byli, gdy ich oddano wnętrznościom padołu, na którym się   rodzili. 

background image

*        *        * 

Gerwid  zniknął,  ciemność  zaległa  salę,  nawet  słońce  zasłoniło  się 

nieprzejrzałymi chmurami. Sześć błędnic niebieskich bujało około mnie 
i  nareszcie spoczęło  nad głowami  sześciu  trupów  w  trumnach. 

Rozpoznałem  ich  od  razu...  byli  to:  Ignaś,  mój  mały  brat,  Edwiger, 

mój nauczyciel, pan Andrzej, mój dobry opiekun, stary Świdwa, Malwi-
na, moja  narzeczona,  ksiądz Beniamin,  mój  przyjaciel. 

Od jednego do drugiego chodziłem, nie wzbudzali mi żadnej odrazy,  

tylko  owszem jakąś  lubą  nadzieję, że ja pomiędzy nimi spocznę. 

Oglądałem  się  za  siódmą  trumną;  nie  było jej. 
-  Szkoda! W tak dobrym towarzystwie milej być umarłym niźli żyć 

między  żyjącymi  bez czucia   i  serca! 

I  dalej  rzekłem  do starego  nauczyciela: 
-  Dotrzymałeś słowa, profesorze Edwiger, widzę cię na księżycu, ale 

umarłym; czemuż ja  żyjący  pomiędzy  wami? 

-  Boś  nie  umarł  na  ziemi,  tylko  tam  śpisz  na  niej,  zawieszony  po-

między życiem a śmiercią - rzecze Edwiger i wstaje z trumny, i staje się 
Gerwidem. 

-  Wstańcie  i  wy,  przyjaciele  Serafina  -  rzeknie  Gerwid  uroczystym 

głosem.. 

Ignaś wstaje i jest Icangim, sędzia Andrzej jest Drzejną, Świdwa księ-

ciem Wadwisem, Malwina Lawinią, ksiądz Beniamin księciem Neujabi!  
Trumny  znikają,  światło powraca. 

-  Widziałeś  nas  takimi,  jakimi  byliśmy  na  ziemi,  tu  w  innych  istot 

postać  wcieleni,  przybraliśmy  inny  charakter,  inne  stanowisko,  tylko 
echo dawnych .sympatii w nas pozostało. Ja jeden przedarłem się widzą 
do całkowitości dawnych uczuć istności i dlatego sprowadziłem cię tutaj 
na uszczęśliwienie lub na wyleczenie z rozpaczy. Pierwszego dokonać nie 
mogłem, drugiego dokonam, jeśli poznasz osoby otaczające cię uśpione-
go  na  ziemi.  Spojrzyj  teraz  w  teleskop. 

-   Boże!  To  mój  ojciec,  moja  matka,  moja  siostra,  płaczą  nade  mną 

uśpionym, nie wiedząc, czy wróci życie lub śmierć nastąpi. Ja chcę pójść 
do  nich,  otrzeć   im  łzy   i   żyć  pomiędzy   nimi. 

-  Więc do widzenia. Serafinie, jeszcze znajdziesz się z nami, lecz na 

innym planecie. Na żadnym nie ma szczęścia zupełnego, na każdym żyć 
można dość szczęśliwie, krzepiąc się w duchu, wierząc, że doskonałe 
szczęście dane będzie dopiero w niebie, gdzie ciała nie ma i namiętności, 

173 

background image

pędzące  cielesnym  życiem,  umilkną  na  zawsze  w  wiecznie  trwającym 
uczuciu  niebiańskich  uwielbień. 

Wszyscy zbliżyli się do mnie i serdecznym mnie pożegnali uściskiem. 

Wróciłem  duszą  na  ziemię,  na  której  jako  uśpione  ciało  leżałem  przez 
całe dwa miesiące od chwili, gdym zemdlał na grobie  księdza  Beniami-
na. 

Tam  mnie  znaleziono  uśpionego,  zawieziono  mnie  w  tym  stanie  do 

Montpellier i złożono w szpitalu. Wkrótce potem przybyli ojciec, matka i 
siostra z Polski i w tym dziwnym znaleźli mię stanie, o którym nie moż-
na było wyrzec z  pewnością, czy się skończy  powrotem do zdrowia, czy 
śmiercią  lub, co gorzej,  idiotyzmem. 

Lecz  życie  fizyczne  nie  ustawało  w  mym  bezdusznym  ciele,  puls  bił 

dobrze, cera wprzódy tak blada nabierała oczywiście czerstwości, a cała 
twarz wyrazu  weselszego. 

-  Jego  dusza  musi  być  szczęśliwszą  tam,  gdzie  teraz  buja,  niż  była 

kiedykolwiek w rzeczywistości - rzecze profesor Lallemand i kazał mnie 
zanieść do ogrodu, między kwitnące krzewy, i rozpiąć nade mną namiot, 
by   mi  nie szkodziły  słoty, ani  raziły  promienie słońca. 

I coraz więcej dawał mym rodzicom nadziei, im mnie widział czerst-

wiejszym  i  pogodniejszym. 

Ziściły się jego przepowiednie: gdym stanął duszą nazad w mym cie-

le, zerwałem się z łóżka i do nóg upadłem rodzicom, co z dalekiej Polski 
przybyli odszukać stęsknionego syna. 

Wiedziałem, gdzie jest Malwina, Edwiger, Andrzej i wszyscy, których 

kochałem,  wierzyłem,  że  się  z  nimi  znów  kiedyś  połączę  jeszcze  przed 
śmiercią i nie tęskniłem już do księżyca, lecz żyłem pełnymi siłami tu, na 
ziemi, świadcząc dobre za złe, kochając wszystkich, nawet i nieprzyjaciół  
moich. 

Wiele lat od tego czasu upłynęło, starzeć się zaczynam, ale się czuję 

szczęśliwy, bo wierzę w Boga i w uczucie miłości, które On wlewa w ser-
ce swym szczerym sługom. 

background image

 

 

 

1879 

[...]  Nie  wiem,  czy  ulica  Mylna  posiada  złośliwą  własność  omylania, 

czy (jak półżartem twierdziła moja towarzyszka) złe duchy przeszkadzały 
nam  w  spełnieniu  litościwego  uczynku,  dość,  że  z  godzinę  chodziłyśmy 
od ulicy Karmelickiej do ulicy Przejazd, nie mogąc i nie mogąc wynaleźć 
owej facjatki. Cośmy się nastały przed domami, napytały po sieniach, co 
się  ludzie  naoglądali  za  nami!  Pani  Marta,  która  pomimo  ciągłego  sto-
sunku z nieszczęśliwymi jest nadzwyczaj wesoła, śmiała się do. rozpuku i 
mówiła mi, że w ciągłych dreptaniach po mieście bardzo często ją ściga 
podobna przekora, „to”, dodała, „wyraźnie diabelski figiel, bo tylko uwa-
żaj, moja kochana, ile razy człowiek czego szuka, wszystko prędzej  znaj-
dzie  niż to, czego szuka.” 

Że  jednak  w  księgach  świętych  powiedziano:  „Szukajcie  a  znajdzie-

cie”,  więc  nie  traciłyśmy  fantazji,  i  oto  z  nagła  jakieś  przeczucie  tknęło 
nas obie razem; zatrzymujemy się przed nędznym dworkiem, który do-
tąd mijałyśmy z dziwną nieuwagą; tak, dziesięć razy przeszłyśmy pierwej 
koło niego, zawsze nam się zdawało że „to nie może być tu”. A to właśnie 
było tu. Nawet, wziąwszy szkiełko, doczytałyśmy ów 11-ty numer, mocno 
zatarty i szyldem przycieniony. Teraz już umiem doskonale opowiedzieć; 
parkan z bramą i furtką, na dziedzińcu studnia z zieloną gałką,  w głębi 
dworek,  z  jakąś  odrębną,  niedzisiejszą  cechą,  przed  stu  laty  mógł  być 
bardzo ładny, ale dziś niepokoi oko tą sypkością, co właściwa jest każdej 
ruderze;  znać,  że  jeżeli  się  trzyma,  to  tylko  dzięki  różnym  podpórkom 
jak staruszek o kiju. Jedyne okno pięterka tak jest misternie wprawione  

175 

background image

w rodzaj Oka Opatrzności, że wydaje się raczej nagłówkiem drzwi  wej-
ściowych  niż osobną facjatką. 

W sieni spotkałyśmy krzątającą się kobietę, szczuplutką, zwiędłą, ale 

z miłym wyrazem twarzy. Pokazało się, że to właścicielka dworku. Pyta-
my o pana Cezarego, czy tu  mieszka? 

-  A  mieszka,  na  górze.  Człowiek  nie  ma  serca  go  wypędzić,  boć  to 

temu biedactwu już nie długo na świecie, a przy tym nie taki on straszny, 
jak mówią. Z początku nam się bali sąsiedzi, teraz już przywykli. 

-  Do czego przywykli? - zapytałyśmy z podziwieniem. Cóż w nim tak  

strasznego? 

-  A!  Więc  panie  jeszcze  nie  wiedzą!  -  to  mówiąc,  gospodyni 

uśmiechnęła się jakoś dwuznacznie i palec podniosła do czoła. - On tak 
jest... jakby to powiedzieć... chory na głowę, ale tylko trochę. Jeżeli panie 
chcecie go wspomóc, nie dawajcie mu dużo na raz, bo tam istne sito, co 
wrzucić,  to  i  przeleci.  Różni  państwo  już  tu  bywali,  sto  razy  go  zaopa-
trzyli, no  i  cóż? Wszystko przemarnował.  [...] 

Tymczasem  wstępowałyśmy  na  schody,  które  wcale  nie  są  kręte  ani 

drabiniaste,  jakby  kto  mógł  przypuścić,  wprawdzie  źle  utrzymane  i  po-
paczone  od  starości,  porządnie  skrzypią  pod  nogami,  ale  bardzo  wy-
godnie  i  prędko  doprowadziły  nas  do  szarych  drzwiczek,  poza  którymi 
przedstawił nam się pokój, także zupełnie odmienny od obrazów, jakich  
się spodziewałam. 

Sądziłam, że znajdę jedno  z owych ciemnych, ukośnie ściętych  pod-

daszy, gdzie trzeba się co chwila schylać, aby głowę uchronić od kańcza-
stych belek,  gdzie oko się  błąka w  kątach, do  których światło nigdy  nie 
dochodzi,  a  stopy  grzęzną  w  jakiejś  warstwie  miękkiej,  której  dna  nie 
można nigdy znaleźć.  

Tymczasem zobaczyłam prawdziwy pokój, widny, suchy, z podłogą i 

sufitem.  Ściany  nie  tylko  bielone,  ale  malowane;  wprawdzie  to  malo-
wanie  musi  liczyć  przynajmniej  z  pół  wieku,  można  przeciąż  jeszcze 
rozeznać  niebieskawe  cętki.  W  głębi  okno  spore  i  całe.  W  rogu  piec  z 
ziejącym kominkiem, obłamanym i straszliwie okopconym. 

Przy  wszystkich  ścianach  stały  jakieś  ogromne  ramy  czy  dekoracje, 

starannie  pozakrywane  zbutwiałymi  oponami,  z  których  kilka  było  ki-
rowej czarności. 

Dziwna rzecz, mimo śladów dawniejszej wygody, mimo  pełnego 

176 

background image

oświetlenia te cztery kąty i piec piąty, wiejące nieopisanym pustkowiem, 
te  nieodgadnione  rusztowania,  a  nade  wszystko  czarne  plamy  na  mu-
rach przejęły  mię takim wstrętem, że zawahałam się u progu. 

Prawdziwa  ruina  ma  swoją  poezję,  ale  takie  zniszczenie  jeszcze  nie-

dokończone to jakby gangrena tocząca żywe ciało. 

Podziemie lub poddasze, gdzie jakiś Job dogorywa, to okropność zu-

pełna,  to  tragedia,  przed  którą  dusza  korzy  się,  uznając  Nemezys  lub 
Opatrzność. 

Taki pokój to połowiczna okropność, mieszanina prozy i patosu, me-

lodramat, z którego widz wychodzi pełen goryczy i zwątpienia. Zdaje mi 
się, że w takich pokojach najczęściej spełniają się samobójstwa i  najła-
twiej  rodzą się legendy o strachach. 

Może  do  tego  wstrętu  przyłożyła  się  i  atmosfera  pokoju,  cała  prze-

sycona dziwnymi gazami jakby w laboratorium chemicznym lub aptece. 

Oho! - pomyślałam sobie - jeżeli mój uczony bawi się w alchemię, to 

nic nie pozostaje, tylko kieszeń dobrze trzymać i co sił uciekać, bo wia-
domo,  że  na  robienie  złota  trzeba  złota  i  jeszcze  złota,  do  nie-
skończoności. Ej, chyba nie... Któżby w naszym wieku śmiał jeszcze od-
grzewać ten przestarzały koncept? A jednak... 

To  „jednak”  błysło  mi  w  myśli  na  widok  szklanych  naczyń  pousta-

wianych przed kominkiem; były to owe „banie z wykręcanymi szyjami”, 
w  których,  na  wielki  mój  postrach,  poznałam  prawdziwą  retortę  i  dwa 
alembiki. 

Nie stało jednak czasu na dłuższe rozmysły. Zapomniałam o wszyst-

kim, spostrzegłszy mieszkańca pokoju. 

W  głębi,  pod  oknem,  stał  fotel,  a  raczej  szkielet  fotelu,  który  musiał 

pochodzić  z  jakiejś  pańskiej  siedziby;  na  poręczach,  niegdyś  pozłaca-
nych, świeciły jeszcze prątki czerwonawe, a na wysłaniu wyblakły safian 
wisiał w strzępki, spoza których włos wylewał się kudłatymi pękami. Na 
fotelu siedział człowiek, a raczej cień człowieka, z twarzą jak wosk żółta-
wą,  przejrzystą,  obumarłą,  tylko  oczy  świeciły,  sprawiając  przerażające 
wrażenie, jakby kto żywe źrenice obsadził w głowie lalki. Przód czaszki, 
zupełnie  obnażony,  świecił  na  kształt  słoniowej  kości,  tylko  przy  skro-
niach włosy siwiuteńkie spływały dwoma białymi kosmykami. 

Ubrany był w tużurek niegdyś aksamitny, tabaczkowy, pod samą szy-

ją zapięty. Od stóp do głów ubiór jego wyglądał już także na cień odzie-
ży,  doprowadzonej  do  ostatecznych  granic  znoszenia  i  wycieńczenia. 
Zdawało się, że dosyć dmuchnąć, aby cała ta postać razem z pokojem  i  z 
domem w pył się rozsypała. 

177 

background image

Toteż  przystępowałyśmy  do  niego  z  obawą  i  jakby  z  ostrożnością. 

Przybity  osłabieniem  czy  myślami,  nie  spostrzegł  naszego  wejścia;  do-
piero  ujrzawszy  nas  przed  sobą,  ocknął  się,  uśmiechnął  z  uprzejmością 
człowieka światowego, i obie ręce wpił w poręcze dla podźwignienia się  
z fotelu.  

Pani  Marta  swoim  grubym,  poczciwym  głosem  zabroniła  mu  tej 

grzeczności  niewczesnej  u  chorego  -  z  ogromnej  sakwy,  którą  wiecznie 
nosi  pod  salopą,  wydobyła  flaszeczkę  starego  wina,  świeże  bułki,  funt 
bulionu  i  różne  inne  praktyczne  przysmaki,  które  się  zwykle  w  takich  
razach przynosi. 

Ustawiłyśmy  wszystko  na  kulawym  stole,  pełnym  jakichś  pudełek  i 

gracików  o  nieopisanych  kształtach,  a  namówiwszy  chorego  na  kie-
liszeczek  kordiału,  zaczęłyśmy  się  dopytywać,  powolutku,  jak  najdyplo-
matyczniej - dla nieobrażenia jego miłości własnej - o jego przeszłe kole-
je,  o  sposoby  zaradzenia  dzisiejszym  niedostatkom,  o  rodzaj  lekarstw, 
jakie by  mogły mu posłużyć. 

Pan  Cezary  odpowiadał  z  grzecznością  i  umiarkowaniem  człowieka 

dobrze  wychowanego,  a  przy  tym  z  jakąś  rezygnacją  łagodną  i  jakby 
innym  światem  już  tchnącą,  która  nas  głęboko  wzruszyła.  Na  wszystko 
się uśmiechał, za wszystko dziękował potulnie jak dziecko, ale pytania o 
przeszłość  zbywał  milczeniem  lub  ogólnikami,  a  z  naszych  pocieszań  i 
obietnic  nie  widziałam,  aby  choć  jedno  słowo  sprawiło  mu  prawdziwą 
radość. 

Dopiero kiedy się dowiedział, że przybyłyśmy wskutek listu, twarz je-

go nieco się rozjaśniła. 

-  Wiecie więc panie,  o co głównie, o co jedynie  mi chodzi... 
-  Wiemy, wiemy - prędko odparła pani Marta - ale o tym potem, te-

raz nam tylko pan  wyzdrowiej... 

-  Szanowne  panie  -  odezwał  się  mocniejszym  głosem  -  rozmówmy 

się  szczerze:  jeżeli  przyszłyście  (jak  już  niejedna  litościwa  osoba  przy-
chodziła),  nie  dla  urzeczywistnienia  mojej  myśli,  ale  dla  chwilowego 
wsparcia mojej nędzy, dla podtrzymania moich sił fizycznych, o - to le-
piej  opuśćcie  mię  od  razu.  Ja  nie  jestem  zwyczajny  Łazarz.  Szkoda  wa-
szych zachodów. Dopóki nie będę mógł wrócić do mego przedsięwzięcia, 
dopóty i nie odzyskam zdrowia, bo tylko ta niemożność mię zabija. Jeże-
li  nie  możecie  spełnić  mego  żądania,  po  co  na  próżno  oddalać  śmierć  i 
tak  dość  powolną?  Po  co  gwałtem  przytrzymywać  mię  na  tym  świecie, 
który  nie  chce  dobrodziejstw,  jakie  Bóg  miał  mu  zesłać  przeze  mnie? 
Czyż nie lepiej zaprzestać już tej bezużytecznej walki i co prędzej podążyć 

178 

background image

na te inne światy, gdzie znajdę od razu rozwiązanie wszystkich zagadek, 
nad  którymi tutaj bezsilnie się męczę? 

-  Fe,  co  też  to  asan  gadasz!...  -  ofuknęła  pani  Marta,  która  w  przy-

stępach  złego  humoru  z  pana  zwykle  przechodzi  na  asana.  -  Co  też  to 
asan wygadujesz! Dopóki Pan Bóg żyć każe, to trzeba żyć i basta. 

Pan Cezary spojrzał na nią z niewymowną rzewnością i odpowiedział 

solennie: 

-   Toteż, jak pani widzi, żyję. 
W tych kilku słowach była przepaść boleści. Te słowa zawierały w so-

bie tyle niedopowiedzianych  komentarzy! 

-  Łatwo mówić tym, co nie przebyli takich jak ja kolei! O gdybyście 

wiedzieli, com ja przeżył! A jednak czekam, i proszę, i ufam, chociaż na 
moim miejscu już stu innych byłoby sobie życie odebrało albo się puściło 
na  złe drogi... 

To  wszystko  dosłyszałam  w  tych  kilku  słowach  i  przejęło  mię  usza-

nowanie dla majestatu nieszczęścia. I pani Marta widocznie odczuła wy-
rzut zawarty w jego głosie, a zwłaszcza w spojrzeniu, bo nagle rzekła; 

-   No, może się pomyśli i o tym, o czym pan mówisz. Ale pierwej by 

trzeba wiedzieć przynajmniej, o co chodzi? 

Wyzwanie  było  wyraźne.  Chwilę  poczekała  na  odpowiedź.  Ja  czeka-

łam także z ciekawością. 

Ale  zagadnięty  nic  nie  odpowiedział,  głowę  skłonił  na  piersi  i  znów 

zapadł  w  dumanie  czy  omdlenie.  Na  chorego  trudno  się  obrażać,  nie 
nastawałyśmy  więc  dalej,  a  chcąc  wyjść  z  zakłopotania,  zaczęłyśmy  się 
Krzątać,  niby  porządkując  pokój.  Wśród  tej  gospodarki  skorzystałam  z 
chwili, w której znalazłyśmy się na drugim końcu pokoju, ażeby szepnąć 
towarzyszce: 

-  Cóż  pani  myśli?  Nieszczęścia  i  ubóstwo  doprowadziły  go  do  roz-

paczy, ale na umyśle zdrów zupełnie? Wszak prawda? 

Pani Marta spojrzała na mnie uspakajająco i odpowiedziała: 
-  Zdaje mi się, że najzupełniej. 
Ośmielona jej poparciem, przystąpiłam znowu do okna. 
-  Dobrze byłoby - odezwałam się głośno -  pomyśleć też o jakim ta-

kim odnowieniu tego mieszkania; nie mówię ó żadnych zbytkach, ale nie 
wpływa na zdrowie ludzkie, to jedna z największych zdobyczy dzisiejszej 
higieny,  a  tutaj...  niedbalstwo  doprawdy  przechodzi  pozwolenie.  Pana, 
jako chorego, trudno o to obwiniać, ale właściciele dworku mogliby też  

179 

background image

choć raz na lat dwadzieścia kazać te ściany odświeżyć  albo też  piec  na-
prawić. 

-  O nie! - zawołał, żywo podnosząc głowę i oglądając się dokoła, jak-

by zaniepokojony, czyśmy czego nie poruszyły. - Niech Bóg broni, ja tu 
nic nie pozwalam tykać... Zresztą, możnaż co jeszcze wymagać od ludzi, 
którzy i tak mi tu przez całe lata pozwalają mieszkać, chociaż od całych 
lat  nie  widzieli  grosza  komornego?  Z  początku  płaciłem,  o!  i  mocno! 
Byłbym ten pokój wybrukował złotem, byle w nim pozostać... tego poko-
ju nie zamieniłbym na pałace. Ach, owszem, to dobrzy ludzie - przecież 
mogliby ten pokoik odnająć za gotówkę, a oni trzymają mię i trzymają, 
wzruszeni  mymi  prośbami,  bo  dobrze  wiedzą,  że  tylko  tu  jeszcze  żyć 
mogę...  tu  mam  wspomnienia,  po  których  może  na  koniec  trafię  do  ta-
jemnicy... w tych ścianach może spoczywa klucz tego odkrycia... 

Na te ostatnie wyrazy mimowolnie podniosłam oczy, byłabym chciała 

wzrokiem poprzeszywać te cegły, sprawdzić, czy między nimi nie tai się 
jaki skarb zamurowany, jaki rękopism drogocenny? A pod urokiem tego 
zaciekawienia  cały  pokój  wydał  mi  się  inny,  rozświecił  się  tęczowymi 
promieniami  obietnic,  i  zrozumiałam,  że  wszędzie  człowiekowi  dobrze, 
gdzie przywiązuje go jakaś  nadzieja. 

Zaczęłam pilniej się rozglądać. Najwięcej uwagę moją zwróciła księga 

leżąca tuż przy chorym na oknie; było to in folio bardzo grube, oprawne 
w  skórę  niegdyś  czarną,  dziś  popękaną  i  wygryzioną  od  zniszczenia; 
wielka  liczba  różnobarwnych,  papierowych  zakładek,  brzegi  kart  wy-
żółkłe i  poskręcane świadczyły o długim jej użyciu. Patrząc na nią,  my-
ślałam sobie: „Ho! Z tej księgi dowiedziałybyśmy się pewnie wszystkich 
sekretów, których posiadacz tak zazdrośnie strzeże...” A wzrok mój mu-
siał wyrażać wielką chciwość, bo chory nagle podniósł rękę, położył ją i 
przycisnął na księdze, jakby chciał bronić drogich kartek od napastowań 
ciekawości. 

Widząc,  że  tą drogą nic nie otrzymam, zapytałam  nagle: 
-  Czy  pan  czasem  nie  byłeś  malarzem? 
-  Ja,  malarzem!   Dlaczego? -  odparł widocznie  urażony. 
-  Bo tu przy ścianach widzę mnóstwo obrazów myślałam, że to dzie-

ła pańskie. Czy nie? Może to utwory jakich dawnych mistrzów? Trudno 
o nich sądzić,  póki są odwrócone, ale muszą  być chyba nieoszacowanej 
wartości,  kiedy  pozbywając  się  wszystkiego,  nawet  rzeczy  najpotrzeb-
niejszych do życia, z tymi jednak  pan się nie mogłeś rozstać? 

180 

background image

-  To  nie  są  obrazy  -  odpowiedział  -  a  raczej  owszem,  dobrze  pani 

mówisz, to są obrazy,  ale nie  ludzką ręką malowane. 

Mówiąc,  wychylił  się  z  fotelu,  sięgnął  po  jeden  z  najbliższych,  po-

mniejszych  obrazków  i  obróciwszy  go  dobrą  stroną  ku  światłu,  pokazał 
nam nieduże, okrągłe zwierciadło. 

-  A!...  -  zawołałyśmy  obie  z  podziwieniem.  I  wszystko  to  są  zwier-

ciadła? 

-   Wszystko. 
-  Na miłość boską, co panu po nich? 
-  To moja tajemnica. 
Pani  Marta,  która  w  ogóle  nie  lubi  czekać,  zniecierpliwiona  mało-

mównością  pana  Cerazego,  dawała  mi  z  daleka  znaki  zachęcające  do 
szybszej inkwizycji. Zaczęłam więc mówić głosem coraz bardziej stanow-
czym: 

-  Każdą tajemnicę zwykło się szanować. Jednak, na ten raz, przyznaj 

pan,  czyż  nam  się  nie  należy  troszkę  więcej  zaufania?  Gdyby  jeszcze 
tylko  o  nas  chodziło,  ale  pan  żądasz,  abyśmy  drugich  namawiały?  Cóż 
my tym drugim powiemy? Któż zechce łożyć na poszukiwania, póki nie 
wie, czego pan szukasz? 

-  Tak, tak - poparła mię towarzyszka. - Żebyś pan jeszcze chciał tyl-

ko zachęty, rady, ładnych słówek, nawet artykułów gazeciarskich, no, to 
może na chybił-trafił nie jeden by je sypnął. Ale kiedy sięgasz do worka, 
oho! dotykasz czułej struny ludzkiej. Kto płaci, chce doskonale wiedzieć, 
za co płaci. 

-  Łaskawe  panie!  -  odrzekł  chory,  składając  ręce  ruchem  wzrusza-

jącej błagalności, mącie słuszność, zupełną słuszność. Ach, żebyście wie-
działy,  co  mię  wstrzymuje!  To  właśnie  wasza  dobroć,  którą  chciałbym 
niejako  wypróbować,  aby  wiedzieć,  do  jakiego  stopnia  mogę  liczyć  na 
waszą wyrozumiałość? Jeżeli ociągam się i waham, to nie z braku zaufa-
nia, ale z obawy, aby za prędko was nie zrazić, tak jak zraziłem już wielu! 
Bo nie raz, i nie dwa, ale dziesiąć razy próbowałem opowiedzieć historię 
mego życia. Cóż panie powiecie? Jeszcze nie znalazłem człowieka, co by-
ją wysłuchał do końca. Zwykle w połowie opowiadania goście moi przy-
pominali sobie nagle jakiś gwałtowny interes i odkładali resztę do przy-
szłych odwiedzin (które nigdy nie następowały) albo też mrozili mię taką 
lodowatością,  kłuli  takim  zoilowstwem,  że  sam  nie  chciałem  dalej  mó-
wić. A! W książkach to największe cudactwa połykają chciwie, byle dru-
kowane  to  już  wierzą,  a  kiedy  człowiek  opowiada,  co  przebył  osobiście, 
na co patrzył własnymi oczami, to kręcą głową,  nigdy im  nie dosyć 

181 

background image

dowodów. Pewien jestem,  że gdyby moje dzieje  ukazały  się w książce,  
upstrzone  błyskotkami    modnego  stylu,  pod  różową  okładką,  niejeden 
by  się  do  nich  zapalił.  Ale  że  to  mówi  biedak  schorzały,  trzęsącym  się 
głosem, w izbie obdartej, wszyscy ruszają  ramionami. 

-  No, już my nie będziemy ruszały, my wysłuchamy cierpliwiej, na-

wet  z prawdziwym  współczuciem. 

 

Tak odpowiedziałam, i mówiłam szczerze. Głębokie przekonanie tego 

człowieka  udzielało  się  mimowolnie,  uprzejmość  jego  i  zupełna  przy-
tomność rozpędzały wszelkie przypuszczenia jakiejś choroby umysłowej. 
Naprawdę zaciekawiona, upatrzyłam rodzaj ławy czy szlabana, zasłane-
go  słomą  i  mnóstwem  ślusarskich,  a  może  złotniczych  narzędzi;  zgar-
nąwszy to wszystko na jeden koniec, siadłam i przyzwałam panią Martę.  
Ale ona była zajęta zwierciadłami, zaglądała pod wszystkie szmaty i kiry,  
wołając: 

-  Fiu, fiu! Co tu pyszności! Żadne nie stłuczone, a co za ramy! O, te 

na  przykład,  zwierciadlane!  Mój  panie  -  dodała  siadając  na  ławce  -  nie 
pojmuję  doprawdy  takiej  wytrzymałości.  Jak  to?  Pan  z  głodu  przymie-
rasz,  a  masz  pod  ręką  przedmioty,  za  których  cenę  przynajmniej  rok 
wyżyć  można?  Ja,  na  miejscu  pańskim,  byłabym  je  dawno  sprzedała,  a 
za  lepszych,  da  Bóg,  czasów  nowe  sobie  kupiła.  (Gdybym  się  notabene 
tak przepaściście w nich kochała). Przecież zwierciadeł nigdy nie zabrak-
nie? 

Pan  Cezary gorzko się  uśmiechnął. 
-    Z  przeproszeniem  pani  -  odrzekł.  -  Słowa  te  przypominają  mi 

scenę, jakiej raz byłem świadkiem na popasie, w podróży po kraju czeka-
łem aż konie przyjdą z łąki; tymczasem do karczmy weszli ludzie wraca-
jący  z  pogrzebu;  gospodarz  pochował  żonę  i,  co  rzadko  można  widzieć 
między  ludem,  zdawał  się  nieutulony  w  żalu.  Przyjaciele  namawiali  go 
do  kieliszka,  pocieszali  żartami,  wszystko  na  próżno,  aż  jeden  odezwał 
się  niecierpliwie:  „E  kumie,  nie  żałujta  znów  tak  bardzo  kobiety,  jak 
tylko  zechcecie,  będzie  druga,  i  jeszcze  ładniejsza,  przecież  o  żonę  nie-
trudno”.  A  wdowiec  odpowiedział:  „Tak,  będzie  druga,  ale  już  nie  tam-
ta!”  A  on  właśnie  tamtą  kochał.  Ach,  czyż  to  jedna  drugą  tak  łatwo  za-
stąpi? Przecież każda ma  swoją duszę, swoją  osobistość? 

-  No - zawołała śmiejąc się pani Marta - jeżeli pan zwierciadło obra-

łeś sobie za żonę, jeżeli  według pana zwierciadło ma duszę... 

-  Nie,  pani,  tego  nie  twierdzę,  zwierciadło  nie  ma  duszy  ani  osobi-

stości, żona... 

182 

background image

Tu  wzdrygnął się  i rękę  przesunął po oczach. 
-  Nieszczęśliwa ofiara... ach,  jeszcze o tym nie mówmy... Nie,  pani, 

użyłem  tylko  porównania,  ale  sam  teraz  widzę,  że  nie  było  szczęśliwe. 
Poszukajmy właściwszego: przypuszczam na przykład, że pani posiadasz 
manuskrypt  rodzinny,  tak  zwane  silva  rerum,  gdzie  dziady  i  pradziady 
spisywały wszystkie koleje domu, albo dajmy na to, sama pani przez lat 
wiele pisałaś pamiętnik, gdzie możesz odnaleźć myśli, rozmowy i obrazy 
całego  twego  życia;  gdyby  kto  przyszedł  i  radził:  „Sprzedaj  pani  ręko-
pism, za tę cenę dostaniesz kilka innych, przecież i to, i to papier zapisa-
ny”. Zawołałabyś z oburzeniem: „A co mnie po innych? Nie chodzi mi o 
papier, ale o treść”. Tak i mnie tu nie chodzi o taflę szklaną, ale o treść w 
niej  zawartą.  Każde  zwierciadło  także  jest  rodzajem  księgi,  i  to  olbrzy-
miej, liczącej krocie, tysiące, miliony kart malowanych, do których ciągle 
nowe przybywają - cała sztuka umieć otworzyć  tę  księgę. 

Wstrzymał  się  przez  chwilę,  po  czym  dokończył  mocnym  już  i  pew-

nym głosem: 

-  Każdy wie, że zwierciadło odbija wszystko, co się przed nim dzieje, 

ale  czego  nikt  nie  wie  (oprócz  wtajemniczonych),  to,  że  zatrzymuje  w 
sobie  tę  wszystkie  obrazy,  jakby  miliardy  odbić  fotograficznych.  Nie 
możemy wszystkich widzieć od razu, bo każdy nowy wizerunek zasłania 
dawniejsze, tak jak na obrazie olejnym ostatnia farba zakrywa pierwsze; 
ale  zmywszy  farbę  wierzchnią,  dostrzega  się  tamte.  Otóż  wywołać  ze 
zwierciadła  na  powrót  wszystkie  te  obrazy,  odczepiać  je  kolejno  od  tła, 
na  jakim  przyległy,  oto  odkrycie,  za  którym  gonię,  odkrycie  doskonale 
znane kilku dawnym mistrzom, wiele razy zdobywane i tracone, a które 
dzisiaj  znów  może  zaginąć  na  długo,  jeżeli  nie  potrafię  skorzystać  ze 
wskazówek, jakie  mi przypadek  w  ręce podał. 

Zamilkł.  Pani  Marta  zwróciła  ku  mnie  wzrok  niepewny  i  badający, 

jakby  odwoływała  się  do  mego  sądu,  bo  dla  niej  podobne  zadania  były 
prawdziwą  terra  incognita.  Ja  także,  niestety,  za  mało  jestem  biegła  w 
naukach  przyrodzonych,  ażebym  się  ośmieliła  najmniejszą  w  nich  wąt-
pliwość rozstrzygać. Zdawało mi się jednak, że pomysł rzeczony nie ma 
w  sobie  nic  takiego,  co  by  się  wyraźnie  sprzeciwiało  prawom  rozsądnej 
możebności.  Kto  wie?  Ileż  innych  wynalazków  musiało  daleko  nie-
prawdopodobniej  wyglądać, dopóki je odkrywca ciemnymi słowami za-
powiadał? 

-  I  pan to widziałeś? - zapytałam. 
-  Widziałem, słowo honoru. 

183 

background image

Kiedy  mężczyzna  jakiekolwiek  twierdzenie  pieczętuje  słowem  hono-

ru, uniemożebnia dalszy ciąg rozprawy; od tej chwili najmniejsza wątpli-
wość staje się ubliżeniem. 

Toteż już nie do niego, ale  do niej zwróciłam się,  odpowiadając nie-

jako na ciągłe, nieme pytanie jej oczu: 

-  Tak,  pani,  żyjemy  w  wieku,  gdy  dzieje  się  tyle  rzeczy  cudownych, 

że  człowiek  o  niczym  już  nie  śmie  wątpić.  Co  by  ludzie  przed  wiekami 
byli  powiedzieli,  gdyby  im  jaki  prorok  wróżył  cuda  dzisiaj  spowszed-
niałe, armaty, koleje żelazne, statki parowe, telegrafy!... 

-  A byli tacy  prorocy!  - zawołał pan Cezary. - Taki na  przykład Ro-

gier  Bakon z trzynastego  wieku, trzeba uważać, że nie mówię o drugim 
Bakonie, z Werulamu, co żył w wieku szesnastym, ale o pierwszym, Ro-
gierze, mnichu franciszkańskim, który urodził się, coś tak... jeśli dobrze 
pamiętam...  w  tysiąc  dwieście  czternastym...  Pozwólcie  panie,  abym 
wam przeczytał króciuchny urywek z jego genialnych, proroczych utwo-
rów; to będzie najlepsze potwierdzenie słów pani. 

Tu zdjął z okna księgę i rozłożył ją na kolanach, opierając o poręcze 

fotelu, bo ogromna była i ciężka. Spojrzałam na kartki. 

-  Co  to  jest?  -  rzekłam.  -  Rękopism?  A  jaki  nabity!  Ja  sądziłam,  że 

pan  masz drukowaną edycję  Bakona? 

-  Nie, pani, to nie sam Bakon. To wszystko przeze mnie tłumaczone 

i  moją  ręką  wypisywane  z  tysiącznych  autorów,  a  jest  też  tu  niemało  i 
moich własnych wspomnień. To moje silva rerum. Od lat wielu miałem 
zwyczaj  robić  wyciągi  ze  wszystkich  dzieł,  gdzie  znalazłem  jakikolwiek 
szczegół  stosujący  się  do  mego  pomysłu.  Tu  spisałem  także  przygody 
mego  życia,  opowiedziałem  wszystkie  sceny  widziane  w  zwierciadłach, 
wszystkie legendy i tradycje ściągające się do nich. I szczerze sobie teraz 
winszuję tej pracy, bo kiedy party przez biedę, musiałem kolejno powy-
zbywać  się  wszystkich  książek,  dziś  ta  księga  stanowi  całą  moją  biblio-
tekę, i nie bardzo tamtych żałuję, tu jest wyskok wszystkiego. Zacząłem 
tę robotę po amatorsku, trochę dla zabawki, trochę z lenistwa, bo mi się 
nie  chciało  zaglądać  co  chwila  do  dziesięciu  różnych  pisarzy;  dziś  ona 
jest skarbem. Żadna praca nigdy nie stracona, ani człowiek się spodzie-
wa, kiedy i gdzie ją odnajdzie. 

-  Ciekawa książka, nie ma co mówić - przerwała pani Marta. - Pro-

szę pana, przychodzi mi na myśl, czy by jaki księgarz jej nie kupił? Prze-
cież to jednak ma wartość. 

-  Myślałem i ja o tym, jednak boję się, czy takim przedwczesnym 

184 

background image

wystąpieniem  nie  popsułbym  raczej  sprawy?  Ta  księga  ma  wartość  ol-
brzymią,  nieobliczoną,  ale  dotąd  ma  ją  tylko  dla  mnie.  Gdybym  kiedy 
moje  odkrycie  doprowadził  do  urzeczywistnienia,  o!  wtedy  dopiero  ta 
księga  zostałaby  oceniona  należycie.  Dzisiaj  świat  gotów  by  ją  wziąć  za 
czysty wybryk wyobraźni, ogłosić mię za wizjonera, i po wszystkim. 

-  Ale otóż są owe ustępy z  Bakona. Jest na przykład recepta na ro-

bienie  prochu  (uważcie  panie,  że  to  na  półtora  wieku  przed  Schwart-
zem), wprawdzie podana w kształcie sfinksowej zagadki, ale dziś łatwo 
ją  rozwiązać,  a  co  więcej,  przy  końcu,  autor  umieszcza  te  słowa  już  zu-
pełnie jasne: 

„Jeżeli  można  kawałkiem  takiej  mieszaniny,  nie  większym  od  palca, 

wywołać światła i huki wyrównywające piorunom, cóżby to było dopiero, 
gdyby jej użyto w ilości i jakości właściwej?” 

Teraz inny ustęp, jeszcze nierównie ciekawszy. W pysznym dziele De 

secretis  operibus  artis  et  naturae  et  nullitate  magiae,  w  pierwszym 
rozdziale, mówi: 

„Teraz chciałbym zwrócić waszą uwagę na kilka zjawisk przyrodzenia 

i sztuki, z których się przekonacie, ile one przewyższają wszelkie wymy-
sły magii. Do żeglowania można budować machiny takie, że największe 
okręty, kierowane ręką jednego człowieka, będą przepływały rzeki i mo-
rza  z  większą  nierównie  szybkością  niż  gdyby  je  tłum  wioślarzy  popy-
chał... Można jeszcze, (uważajcie panie), można jeszcze robić wozy, któ-
re  też  żadnego  zaprzęgu  będą  pędziły  z  szybkością  nieobrachowaną... 
Można  stworzyć  przyrząd,  za  pomocą  którego  człowiek  w  postawie  sie-
dzącej  pewną  dźwignią  poruszając  pewne  sztuczne  skrzydła,  podróżo-
wałby w powietrzu na kształt ptaka... Są też przyrządy, z którymi wędru-
je się bez niebezpieczeństwa po dnie oceanu. Wszystkie te rzeczy bywały 
już  znane  albo  u  starożytnych,  albo  za  dni  naszych,  wyjąwszy  mecha-
nizm do latania, który został dopiero teraz odkryty  przez pewnego  mę-
drca  dobrze  mi  znanego.  Można  jeszcze  wynaleźć  wiele  innych  rzeczy, 
jak na przykład mosty, co się przerzucają przez najszersze rzeki bez żad-
nych pośrednich filarów ani podpór...” 

-  Aha! - zawołała pani Marta. - Nasz nowy most kratowy przy zjeź-

dzie do Wisły coś już na to zakrawa. 

Czytający skinął głową i ciągnął dalej: 
-  „Ale  spomiędzy  tych  wszystkich  cudowności  co  najbardziej  zasłu-

guje  na  uwagę,  to  rozmaite  gry  światła.  Możemy  szkła  przezroczyste  i  
zwierciadła poustawiać w taki sposób...” 

Na tych  słowach  pan  Cezary się  zatrzymał. 

185 

background image

-  Tu  -  dodał  -  Bakon  wyraźnie  przepowiada  mikroskop  i  teleskop  i 

różne jeszcze inne dziwy optyczne, których teraz wolę nie tykać... 

To  rzekłszy  zamilkł   i   zamknął   księgę. 
-  Jak to? - zawołałam szczerze zdumiona. - I to było pisane w trzy-

nastym wieku? 

-  Ale proszę pana - pytała pani Marta - jeżeli ten ksiądz znał już te 

wszystkie  wynalazki,  czemuż  ich  ludziom  nie  wytłumaczył  wyraźnie? 
Czemuż zaraz ich  nie  przystosował? 

-  A?  Czemu?  Czy  to  tak  łatwo?  Najprzód,  w  owych  wiekach,  byliby 

go ludzie spalili na stosie jako czarownika. I tak całe lata przesiedział w 
więzieniu.  Dziś  już  uczonych  świat  nie  pali  ani  więzi,  ale  ich  bierze  na 
powolne  tortury  opuszczenia,  ironii,  odmawia  im  środków,  a  bez  środ-
ków  żądna  idea  nie  może  się  urzeczywistnić.  I  co  okropne,  to,  że  owe 
środki muszą być ogromne, muszą się powtarzać wielokrotnie, bo każde 
odkrycie przechodzi tysiąc  prób nieudanych nim się  raz na koniec uda. 
Te  pierwsze  niepowodzenia  zniechęcają  tłumy,  ba!  i  nie  tylko  tłumy. 
Napoleon nie chciał słuchać Fultona. Tak, i Fulton pisał, prosił, czekał... 

Na  tych  słowach  pan  Cezary  położył  nacisk  i  spojrzał  ku  mnie  zna-

cząco. 

-  A wszechwładny konsul, co? Wahał się, radził różnych mierności, 

kazał  robić  próby,  po  których  ostatecznie  odrzucono  pomysł  jako  nie-
wykonalny.  I  Napoleon  nic  nie  przeczuł!  O  zaślepiony,  wielką  szkodę 
wyrządził Fultonowi, ale jeszcze stokroć większą sobie! Ani się domyślał, 
że w chwili, W której odsuwa tę skromną prośbę, podpisuje wyrok swo-
jej  zatraty.  Bo  tylko  uważ  pani:  gdyby  Napoleon  umiał  skorzystać  dla 
swego  kraju  z  nieobrachowanej  potęgi  pary,  której  żaden  inny  kraj  nie 
znał jeszcze, nic by mu się nie oparło. Byłby globem zawładnął. Sam Bóg 
w tej zagadce podawał mu berło świata, a on nie zrozumiał Boga. 

-  Proszę pana, gdybym rozporządzała Napoleońską władzą, nie cze-

kałbyś pan długo na pomoc. Przy moich wielce ograniczonych środkach 
to tylko mogę solennie obiecać, że będę myśl pańską rozszerzała i w tym 
celu mam ochotę  poprosić, abyś mi  pan  pozwolił  wypisać owe ustępy z 
Bakona;  będzie to wyborna  broń  przeciw niedowiarkom. 

Wyrażając to życzenie miałam i drugi, ukryty cel na myśli; chciałam 

gwałtem  zajrzeć  do  owej  księgi,  której  widok  rozbudził  we  mnie  różne 
literackie  ciekawości;  chciałam  także  przyjrzeć  się  z  bliska  pismu  pana 
Cezarego, kierowana powszechnym wyobrażeniem, że można z pisma 

186 

background image

sądzić  o  duszy,  a  przynajmniej  o  stanie  umysłowym  piszącego.  W  każ-
dym  razie  winszuję  sobie  pomysłu,  dzięki  któremu  dzisiaj  mogłam  się 
przed  wami  pochwalić  cytatą,  co  będzie  największą,  jeżeli  nie  jedyną 
ozdobą   tego  pisemka.    

Zazdrosny posiadacz księgi nie zdawał się bardzo rad memu żądaniu, 

jednakże   nie  śmiał  odmówić   i   podał   mi ją,  cedząc  przez  zęby: 

-  Służę   pani. 
Wydobyłam pugilaresik z ołówkiem i położywszy księgę na kulawym 

stole,  zabrałam  się  do  roboty,  powolutku  studiując  wszelkie  szczegóły; 
pismo było śmiałe, ale spokojne i okrągłe, nie zdradzające żadnych zbo-
czeń  nerwowych.  Dwa  urywki  z  Bakona  stały  w  dwóch  osobnych  dzie-
łach, co mi pozwoliło przerzucić kilkanaście kartek i uchwycić kilka tytu-
łów  niezaprzeczenie  zaciekawiających, jak   na  przykład: 

Historya  dogaressy  widziana  w  weneckiem  zwierciadle. 
Prawdziwy portret Barbary Radziwiłłówny, oraz osobliwsza scena 

między  Boną,  a  kabalarką  (vulgo  czarownicą),  wszystko  podług 
zwierciadła znajdującego się niegdyś w   Wiśniczu,   dawnej własności 
Kmitów.
 

Niektóre nieznane szczegóły Kongresu Wiedeńskiego, znalezione w  

zwierciedle. 

Sposób w jaki panna Rachel dochodziła do swoich póz klasycznych, 

podchwycony  w zwierciedle,  przed którem się ról uczyła. 

Itd.   Itd. 
Przypuściwszy  raz  możebność  wynalazku,  wszystkie  te  opowiadania 

mogły  być  wiarogodne.  O,  cóż  bym  nie  była  dała,  aby  je  wypisać!  A  tu 
nawet  czytać  nie  wypadało.  Czułam  wzrok  pana  Cezarego  ciążący  na 
mnie jak chmura. Wstrzymałam oczy, ale postanowiłam tak dobrze za-
służyć  się  argusowi,  ażeby  kiedyś  otworzył  mi  te  skarbnice  w  każdym 
razie powabne, jeżeli nie dla dziejopisa, to dla poety i powieściopisarza. 

Podczas przepisywania straciłam nić rozmowy; kończąc, słyszę panią 

Martę   żywo  dowodzącą: 

-  Jest racja, nie ma co mówić; może też to dlatego zwierciadła bar-

dzo  stare  bywają  takie  mętne  i  jak  zwykle  mówimy:  „fałszywie  pokazu-
ją”; nie dziwota: obraz pakuje się na obraz, robi się na koniec jakaś bo-
homaza,  w  której  nic  już  rozeznać  nie  podobna.  Gdybyś  pan  umiał 
zdejmować  te  niepotrzebne  warstwy,  byłby  to  wyborny  sposób  odna-
wiania  starych  zwierciadeł  i  przynajmniej  wynalazek  pański  na  coś  by 
się przydał. 

Pan  Cezary  brwi  ściągnął;  dostrzegłam,  jak  uśmiech  wzgardliwy  już 

rysował się na jego ustach.  Ale pewno wspomniał, że niebezpiecznie jest 

187 

background image

 obrażać  możną  protektorkę,  i  widoczny  sobie  gwałt  zadając,  odpowie-
dział: 

-  Nie  pomyślałem  jeszcze  o  podobnym  przystosowaniu.  Z  czasem 

nie  omieszkam korzystać z łaskawych rad  pani. 

Skończyłam  wypisy.  Nie  było  już  sposobu  na  dłuższe  zatrzymanie 

księgi.   Oddałam ją,   mówiąc: 

-  Dziękuję,  ale  jeszcze  jedno  pytanie:  chciałabym  też  wiedzieć,  co 

pana mogło naprowadzić na podobne poszukiwania? Wspominałeś pan, 
że   przypadek   podał   pierwsze   wskazówki? 

-  Moja  pani,  zwykliśmy  nazywać  przypadkiem  wszelki  szereg  zda-

rzeń,  których  łączności  dobrze  nie  pochwytujemy.  I  mnie  dziwne  moje 
życie  przez  długi  czas  wydawało  się  pędzone  ślepą  siłą;  dziś  jednakże, 
kiedy  zaczynam  nań  spoglądać  z  wysokości  mogiły,  która  już  przede 
mną   narasta,  gotów jestem   uznać  w   nim   bieg  Opatrznościowy... 

-  Otóż takie  słowo  lepiej mi się podoba - wtrąciła pani Marta. 
-  Czekajcie panie... powiadam: gotów jestem uznać, jeżeli ujrzę speł-

nienie mojej myśli. O,  wtedy i zwichnięcie  mego osobistego szczęścia, i 
długie lata przemęczone w niedoli, wszystko wyda mi się niczym wobec 
przekonania,  że  byłem  narzędziem  wyższej  ręki,  ale  jeżeli  przyjdzie 
umrzeć  przed  spełnieniem  życzeń,  tyle  burz  przetrzymać,  a  w  porcie 
zatonąć, o! wtedy... zaprawdę nie wiem, jak potrafię sobie wytłumaczyć 
zagadkę mego życia? Po co ta nieszczęśliwa nauka przyszła kusić  mię „ 
jak  istny  szatan,  obsypała  mię  z  początku  bogactwem  i  pomyślnością? 
Bo że mię obsypała, tego nie zaprzeczam, ale to były tylko sidła, aby mię 
wciągnąć w pogoń za niedoścignionym, za którym biegnąc, rzuciłem po 
drodze  wszystko,  co  jest  rzeczywiste  i  drogie,  uczucia,  dostatki,  spokój. 
Jam tej nauki nie szukał. W młodości ani mi się śniło o żadnych odkry-
ciach,  urodziłem  się  z  odmiennymi  zupełnie  skłonnościami,  chciałem 
żyć  jak  inni  ludzie,  kochając,  bawiąc  się,  gospodarując,  a  jeżeli  jaki  ro-
dzaj wiedzy mię nęcił, to raczej rodzaj czysto myślowy, teorie filozoficz-
ne,  gdzie  dusza  buja  swobodnie  po  wolnych  światach  przypuszczeń  i 
wszystkie sprzeczności związuje sobie złotym węzłem syntezy. Do anali-
zy owszem, do nauk przyrodniczych zwłaszcza, które ślepo się trzymają 
ciasnych  dróg  doświadczenia,  czułem  wstręt  i  nieledwie  wzgardę;  z 
uśmiechem pysznej litości słuchałem o badaczach, co lata całe trawią na 
studiowaniu  jednej  gwiazdy  albo  jednego  wymoczkami  pytałem  z  nie-
udanym  podziwieniem,  jak  ludzie  poważni  mogą  roznamiętniać  się  do 
takiej  mrówczej  pracy,  kiedy  stoją  przed  nimi  kwestie  globowe    i  
wszechświatowe, od których  bezpośrednio zależy  los ich społeczeństwa 

188 

background image

i tajemnicza przyszłość ich własnego ducha? A! Wtedy nic rozumiałem, 
że każdy atom jest światem, i że tylko praktycznym studiowaniem form 
dochodzi się do poznania ducha, który sam przez siebie jest nigdzie nie-
pochwytny. Nie próżno Hermes powiedział: „Co jest   w   dole,   to  jest   
w   górze,   a  co jest   w  górze,  to jest  w  dole”. 

Słowo to wygląda na paradoks, jednakże doskonale określa myśl, że 

w oczach bezstronnych nic nie jest niższe niż wyższe; czy cedr czy hyzop, 
czy  muszelka  czy  słońce,  czy  chłop  czy  Cezar,  każda  rzecz  na  swoim 
miejscu  i  w  swoim  czasie  potrzebna.  W  zegarze  świata  nie  ma  kółka 
zbytniego, wszystkie konieczne, czy małe czy wielkie, często nawet małe 
bywa  najużyteczniejsze,  „Co  jest  w  górze,  to  jest  w  dole...”,  a  wszystko 
równie  ważne  w  oczach  Boskich  i  tych.  co  sądzą  po  bożemu.  Toteż  ni-
czym  nie  wolno  pogardzać...  (Karząca  logika  przeznaczenia  sprawia,  że 
człowiek zwykle w to wpada, czego się najmocniej odrzekał). Ja także... 
Jeszcze w kolebce straciłem rodziców, nawet ich nie pamiętam; pozosta-
łem sierotą bez opieki i najmniejszego majątku, wszystko się rozprysło w 
odwiecznym procesie, który nasze dawne znaczenie z wolna pochylił do 
upadku.  Byłem  ostatnim  z  mego  rodu;  po  ojcu  nie  pozostał  nikt,  co  by 
mógł  wziąć  mię  w  opiekę,  ale  z  linii  macierzystej    znalazł    się    daleki  
krewny,  który  zajął  się  mną jak  synem. 

Tu pani Marta poprawiła się na ławce i zaczęła uważniej słuchać, bo 

dotąd siedziała jak na niemieckim kazaniu. Ja, przyznam się, gdyby nie 
jej niecierpliwość, która mię korciła, byłabym do nocy słuchała, filozofii 
chorego, dziwnej nieraz, ale będącej  prostym  wynikiem jego położenia; 
od  lat  całych  zamknięty  sam  na  sam  z  tajemną  ideą,  nędzą  oddzielony 
od  świata  żyjących,  zapomniał  jak  się  trzeba  w  tym  świecie  obracać, 
rozmawiał z nami jakby ze swymi myślami, nie zważając, że nie wszyscy  
czytali   Hermesa   et   Compagnie. 

Ale teraz, natrafiwszy na potoczne przedmioty, wrócił i do stylu zro-

zumialszego: 

-   Ów  krewny,  kawaler  bardzo  bogaty,  bardzo  rozumny  i  poczciwy, 

miał kilku synowców swego nazwiska, daleko bliższych mu ode mnie, ale 
sercem  nierównie  dalszych,  o!  najzupełniej  oddalonych.  Przez  fatalny 
wpływ okoliczności czy ludzkiej złości, od swojej rodziny doznał samych 
zawodów  i  fałszu;  owi  synowcowie  zwłaszcza,  którzy  nie  myśleli  o  ni-
czym, tylko jakby starego obedrzeć i na dożywocie skazać, stali się plagą 
jego  dni  samotnych.  Po  wielu  szlachetnych  a  zawsze  bezskutecznych 
usiłowaniach  odsunął  ich  zupełnie  od  siebie  i  mną  się  wyłącznie  zajął, 
nie wiem, czy dla dania nauczki niedobrym krewniakom, czy z rozczulenia 

189 

background image

nad  moim  sieroctwem.  Uczucie  to  z  latami  rozwinęło  się  w  prawdziwe 
ojcostwo.  Ja  od  dzieciństwa  pokochałem  go  z  całej  duszy,  z  początku 
ślepo,  nie  pojmując  nawet  ile  mu  winienem,  potem  coraz  świadomiej, 
więc  i coraz mocniej. Czułem, że  nigdy  nie  potrafię  mu się  odpłacić za 
samo dobrodziejstwo starannego wychowania; przy tym opiekun nieraz 
mówił, że uczyni mię swoim ogólnym spadkobiercą, a  choć nie lubiłem 
dotykać przedmiotu połączonego z żałobnymi myślami, jednak ten spo-
kój  o  przyszłość  rzucał  na  moje  młode  lata  wielką  pogodę  i  odwagę. 
Można  sobie  wyobrazić,  jakie  prześladowania  zacny  starzec  cierpiał  za 
opiekę  nade  mną;  cała  jego  familia  nosiła  się  z  żalami,  przedstawiała 
mnie  jako  intryganta,  nie  pomnąc,  że  od  lat  wielu,  kiedy  mnie  jeszcze 
nie  było  na  świecie,  już  niepolitycznym  dokuczaniem  zraziła  sobie  wu-
jaszka  milionera.  Moi  kuzynkowie  byliby  mię  w  łyżce  wody  utopili;  ja, 
silny  moją  niewinnością  i  łaską  opiekuna,  żartowałem  sobie  z  ich  bez-
owocnych  spisków.  Po  skończeniu  szkół  mój  nieoceniony  dobroczyńca 
wysłał mię za  granicę; zbadawszy kierunek mojego umysłu, wskazał mi 
do przebycia najpierw kurs filozofii, następnie naukę agronomii; posia-
dał  wielkie  dobra  na  granicach  Pomorza  i  pragnął,  abym  kiedyś  umiał 
nimi zarządzać. 

-  Więc - zapytałam -  to wszystko nie w Warszawie się działo? 
-  Nie, pani, jesteśmy z Wielkopolski. Pobyt w stolicach niemieckich 

bardzo mi się podobał. Studia filozoficzne szły jak z płatka; tam czułem 
się w moim żywiole; dusza mi się rozszerzała i rozwidniała. Z agronomią 
szło ciężej; szczególnie część chemiczna, ściśle z nią związana, nie mogła 
mię szczerze zająć. Chcąc jednak zadość uczynić życzeniom dobroczyń-
cy, pracowałem sumiennie. Obok pracy dużo też było i zabawy; młodość 
ma tyle sił, że  wszystkiemu razem umie  podołać. Naużywałem się swo-
body  burszowskiej,  nakosztowałem  różnych  rozrywek  i  upojeń,  a  mo-
głem ich sobie nie żałować, bo suta pensja dochodziła mię wiernie. Mu-
szę  sobie  jednak  przyznać,  że  nigdy  szał  młodzieńczy  nie  porwał  mię 
poza ostateczne granice, nigdy nie wydałem grosza nad wyznaczony mi 
dochód, i rozsądek ten szybko przynosił nagrodę: z każdym rokiem pen-
sja bywała powiększana, a co jeszcze milsze, listy od tego, którego nazy-
wałem ojcem, przychodziły coraz łaskawsze i pełniejsze zadowolenia. W 
jednym  z  nich  mój  opiekun  pisał:  „Byłem  w  tych  czasach  trochę  nie-
zdrów i pod naciskiem poważnych myśli sporządziłem testament, z któ-
rego świat się dowie, kto był godzien mego przywiązania, a kto nie. To-
bie zostawiam wszystko, tamtym tylko po odrobince, na odczepne, ażeby 
cię nie zagryźli. Testament schowałem do biurka, pokażę ci, jak wrócisz. 

190 

background image

Miło  mi,  żem  na  koniec  zabrał  się  za  tę  czynność,  która  jest  świętym 
obowiązkiem,  a  którą  ludzie  zwykli  z  dnia  na  dzień  odkładać,  zupełnie 
jakby mieli być wieczni. O  moje zdrowie bądź spokojny, chwilowe cier-
pienie minęło i teraz czuję się lepiej niżeli kiedykolwiek”. 

Ach, pamiętam każdą sylabę, każdą kropkę tego listu tak obfitego w  

następstwa! 

Pobyt  mój  za  granicą  miał  już  trwać  tylko  pół  roku.  Cios  niespo-

dziany skrócił jeszcze termin. W parę tygodni po owym liście odbieram 
wiadomość, że mój opiekun umarł śmiercią nagłą, na anewryzm. Wszy-
stko  rzucam,  pędzę,  zdążyłem  jeszcze  na  pogrzeb.  Już  familia  była  się. 
zleciała  jak  stado  kruków,  ale  władze  miejscowe  pomyślały  o  zabezpie-
czeniu  domu,  zastałem  pokoje  zapieczętowane.  W  pierwszej  chwili  bo-
leść kazała o wszystkim zapomnieć; boleść głęboka, prawdziwie synow-
ska;  to  rozstanie  bez  pożegnania  zakrwawiało  mi  serce.  Po  smutnych 
obrzędach otworzono mieszkanie. Tak wielki spadek budził powszechne 
zajęcie, nawet pomiędzy obcymi; wszyscy byli nadzwyczaj ciekawi ostat-
niej  woli  nieboszczyka,  chociaż  każdy,  co  znał  przeszłe  zdarzenia,  już 
prawie nie miał wątpliwości, i wszystkie oczy zwracały się na mnie. 

Ja  z  owym  listem  w  kieszeni  szedłem  zupełnie  spokojny  wśród  ku-

zynków  drżących  i  powarzonych;  nie  mogłem  wstrzymać  litosnego 
uśmiechu  na  widok  gorączki,  co  ich  ogarnęła,  gdy  przyłożono  klucz  do 
biurka. Przeszukano wszystkie szuflady i skrytki, a było ich dużo w sta-
roświeckim  kantorku, co  to jest?  Nie  ma testamentu. 

Zdziwiłem  się;  pomyślałem  sobie:  Musiał  go  przełożyć  w  inne  miej-

sce. Przetrząśnięto wszystkie szafy, półki, komody; papierów było mnós-
two, ale testamentu ani śladu; nigdzie nawet ani świstka z. wyrażeniem 
jakichkolwiek postanowień lub życzeń: Oczy krewnych zaczęły błyszczeć. 
Wtedy oświadczyłem głośno, jako wiem z pewnością, że testament został 
sporządzony, pokazałem na dowód list. Krewni pospuszczali głowy. Za-
częto szukać po raz drugi, trzeci i dziesiąty. Urzędnicy ciągnęli śledztwo 
ze służby, opukiwali mury, nadpruwali meble, nigdzie nic. Po całych nie 
tylko  godzinach,  ale  i  dniach  takiej  pracy  uznano,  że  testament  albo 
nigdy  nie  istniał,  albo  został  zniszczony  przez  nieboszczyka,  który      nie  
zdążył  napisać  nowego. 

Mnie inne przypuszczenia przychodziły przez głowę; pomimo przed-

siębranych ostrożności,  kto wie, czy w pierwszych godzinach nieszczęś-
cia nie znalazła się ręka bliska albo przekupiona, która ów papier zręcz-
nie uprzątnęła? Byłem prawie pewien, że tak się stać musiało, ale jakże 

191 

background image

poznać winowajcę, jakże mu zwłaszcza dowieść winy? Zaczął niezawod-
nie od spalenia dokumentu, i tak z  garstką  popiołu  wionęła moja  przy-
szłość: 

Porażony,  musiałem  ustąpić  przed  rzeczywistością  i  nagle  zmieniła 

się scena... W braku testamentu rodzeni synowcowie stawali się spadko-
biercami, ja, który byłem krewnym nieboszczyka bardzo dalekim, jak to 
mówią  „po  dziesiątym  kisielu”,  nie  miałem  odtąd  żadnych,  ale  to  żad-
nych praw. Z pierwszej roli schodziłem na ostatnią. Tryumf moich kuzy-
nów  był  zupełny,  zawrotny,  przechodził  ich  marzenia.  Toteż  użyli  go  w 
całej  rozciągłości,  okrutnie,  po  grubiańsku.  Wymówili  mi  długoletnią 
moją czułość dla starca jako pochlebstwo i rachubę, ale - wołali - na nic 
się nie zdała, tak zawsze kończą intryganci, stary poznał się na koniec na 
żmii,  którą  przytulał  do  serca,  choć  późno,  jednak  wymierzył  sprawie-
dliwość,  ruszyło  go  sumienie  -  i  tym  podobne  obelgi,  które  spadały  na 
mnie  jakby  grad  kamieni.  Osobiste  krzywdy  byłbym  zniósł  milcząco, 
krzywdzenie  pamięci  opiekuna  wyprowadziło  mię  ze  wszelkich  granic, 
spiorunowałem ich słowami oburzenia i wzgardy i wyszedłem z podnie-
sioną głową. 

Ale co się stało, tego żadna duma i filozofia odrobić nie mogła. Spad-

kobiercy  żartowali  sobie  z  moich  oburzeń,  a  co  trzymali,  to  trzymali. 
Mnie z początku bolało tylko moralne poniżenie; po kilku dniach jednak 
inne  troski  także  zaczęły  zaglądać,  rzeczywistość  stanęła  przede  mną  w 
swojej  wstrętnej  nagości.  Z  resztek  pensji  umieściłem  się  w  najtańszej 
izdebce najtańszego hotelu i chciałem zostać rządcą dóbr jakich lub na-
wet  pisarzem  przy  wójcie,  ale  miejsce  choćby  najskromniejsze  trudno 
dostać na poczekaniu, a tymczasem żyć trzeba. Wprawdzie ludzie zajęli 
się  mną  gorliwiej  niż  sądziłem.  Przewrót  w  moim  losie  był  tak  drama-
tyczny,  wzięcie  się  moich  kuzynów  takie  nieszlachetne,  że  widok  mego 
położenia wzruszał nawet obcych. Ach, i to współczucie było mi bolesne, 
bo słyszałem nieraz mówiących: „Czy to się godzi wychować chłopca na 
panicza,  a  potem  go  zostawić  bez  grosza?  Mógł  nie  zapisać  mu  wszyst-
kiego,  ale  przynajmniej  cząstkę;  to  w  każdym  razie  wielka  niesprawie-
dliwość.” Broniłem opiekuna, jak mogłem, cóż, kiedy fakta zaprzeczały? 

Z  kilku  stron  ofiarowano  mi  posady;  były  nadzwyczaj  niskie,  nie 

przystające  do  mego  wychowania  ani  moich  zwyczajów,  przecież  jedną 
przyjąłem,  byle  wziąć  się  do  pracy,  byle  uciec  z  tych  miejsc,  gdzie  moi 
nieprzyjaciele naigrawali się zwycięsko. 

Miałem za dwa dni wsiąść na brykę i jechać, tymczasem odważyłem 

192 

background image

się raz jeszcze odwiedzić mieszkanie dobroczyńcy, te pokoje, gdzie wzro-
słem,  gdzie  przed  wyjazdem  za  granicę  odebrałem  jego  błogosła-
wieństwo, ach! któż mógł  przewidzieć że ostatnie? Szedłem nie  bez  po-
wodu: synowcowie rozdzieliwszy pomiędzy siebie dobra, gotówkę i kosz-
towniejsze przedmioty, resztę mebli puszczali na licytację; ta reszta, były 
to  właśnie  dla  mnie  najdroższe  pamiątki,  sprzęty  z  sypialnego  pokoju: 
dla synowców żadnej nie miały wartości, jako niemodne i zniszczone, bo 
starzec w innych pokojach utrzymując przepych, w swoim gabinecie nic 
nie lubił zmieniać. Nie miałem już pieniędzy na ocalenie chociażby jed-
nej z tych  pamiątek, ale  pragnąłem przynajmniej się  dowiedzieć,  kto je 
ponabywa, aby za pierwszy zarobiony fundusz je wykupić. 

Pewien, że spadkobiercy, tylko co wyrośli na wielkich panów, nie ra-

czą  być  obecni  przy  licytacji,  szedłem  śmiało.  Pokoje  zastałem  puś-
ciuteńkie. Biedne mebelki wyniesiono już na dziedziniec, który był pełen 
handlujących. W kącie o mur się oparłszy, wszystko żegnałem smutnymi 
oczami, zieloną sofę, gdzie niegdyś włóczyłem się na czworakach, łóżko o 
lwich nogach, przy którym tyle razy mówiłem wesołe dzień dobry, biur-
ko  z  pozieleniałymi  brązami,  zwierciadło  wiszące  nad  kominkiem,  do 
którego  w  dziecinnych  latach  nie  mogłem  dosięgnąć,  na  wielkie  moje 
utrapienie,  tak,  że  nieraz  opiekun  brał  mię  na  ręce  i  podnosił,  a  ja  cie-
sząc się do mego wizerunku, wyrabiałem różne figle i minki,  które  nad-
zwyczaj  bawiły  kochanego staruszka. 

Właśnie to zwierciadło targował jakiś jegomość barczysty, o czarnych 

oczach i czarnych włosach, oliwkowy, zarosły, z typem wyraźnie połud-
niowym. Mówił też łamaną polszczyzną. Pomyślałem sobie: Pewnie wę-
drowny antykwariusz, i smutno mi się zrobiło na  myśl, że nim potrafię 
co   zarobić, już  on   może  te  sprzęty   gdzie  daleko   wywiezie. 

Pod naciskiem tylu wspomnień i żalu, łza mimowolnie z oczu mi się 

puściła.  Cudzoziemiec  spojrzał  na  mnie  z  uwagą,  może  odgadł  kim  je-
stem,  bo  dziwna  moja  historia  już  z  ust  do  ust  krążyła.  Przystąpił  i 
grzecznie  zdejmując  kapelusz  spytał:  „Czy  to  pan  jesteś  ten  sukcessor 
pokrzywdzony,  ten  wychowanek  nieboszczyka?”  Skinieniem  głowy  da-
łem  znak  potwierdzający.  On  ciągnął  dalej:  „Przepraszam  za  pytania 
może niedyskretne, ale o tej całej sprawie ludzie opowiadają takie rzeczy 
niepojęte,  że  trudno  uwierzyć...  Czy  to  prawda,  że  pan  posiadasz  list 
własnoręczny,  gdzie  nieboszczyk  mówi  o  testamencie?”  Nowy  znak  po-
twierdzenia z mojej strony. A on znowu: „Wiesz pan, że ja na miejscu 

193 

background image

pańskim,  podobny  list  mając  w  ręku,  nie  ustąpiłbym  tak  łatwo  praw 
moich?” 

„A cóż mam robić?” zapytałem z goryczą. Zaczepka wydawała mi się 

istotnie  troszkę  niedyskretna,  jednak  byłem  taki  samotny,  taki  opusz-
czony, że to gorące zajęcie się moją sprawą ze strony człowieka zupełnie 
mi  obcego  wzruszyło  mię  i  przejęło  rodzajem  wdzięczności.  Na  usilne 
jego  nalegania  wyjąłem  ów  list  i  pokazałem.  Przeczytawszy,  powtarzał: 
„W  biurku,  aha,  w  biurku.  Czy  w  tym  samym,  dobrze.  A  tera?  uważnie 
pan  słuchaj:  przychodzi  pytanie  najdziwniejsze,  a  razem  najważniejsze 
dla nas obu... To zwierciadło wisiało w tym samym pokoju, wszak praw-
da? Ale jak wisiało? Czy można było w nim widzieć biurko i osobę przy 
nim  siedzącą?”  -  Na  to  zagadnienie  przez  chwilę  się  zawahałem,  ale 
krótki  namysł  wystarczył,  aby  znaleźć  stanowczą  odpowiedź:  biurko 
stało  naprzeciw  kominka,  zwierciadło  było  ukośne  pochylone,  odbijało 
całą przeciwną połowę pokoju, a więc i biurko z. piszącym. Przypomnia-
ła  mi  się  nawet  okoliczność  jeszcze  dowodniejsza:  na  kilka  dni  przed 
moim wyjazdem za granicę, poprawiając ogień na kominku, spojrzałem 
w  lustro  i  spostrzegłem,  że  mój  opiekun  zdrzemnął  się  na  fotelu  przed 
biurkiem, a w tej nieruchomości wydał mi się taki blady i zmieniony, że 
wtedy pierwszy raz na myśl mi przyszło, czy jeszcze żywym go zastanę? 
Nieznajomy, usłyszawszy ten szczegół, klasnął w ręce i zawołał: „brawo! 
bravissimo!”  Wmieszał  się  między  kupujących  i  pędząc  bez  namysłu 
ceny, zakupił biurko i zwierciadło; kazał oba nieść za sobą na tragach, i 
do  mnie  rzekł:  „Chodź  pan  ze  mną”.  Widząc  moje  wahania,  dodał: 
„Choćbyś pan przez tę godzinę spóźnienia miał stracić jaki wielki urząd 
albo rękę bogatej dziedziczki, jeszcze bym ci powiedział: pójdź ze mną - 
bo  tu  chodzi  o  szczęście,  o  honor,  o  sławę  nieboszczyka.  Zresztą,  co  to 
panu  szkodzi?  Pan  już  nie  masz  nic  do  stracenia.”  -  Ten  ostatni  argu-
ment najlepiej mię przekonał, poszedłem, ciekawy,   co   nabywca   chce   
zrobić   z  mymi   kochanymi  pamiątkami? 

Przez  drogę  wypytywał  się  jeszcze  gorąco  o  moją  przeszłość,  a  wi-

dząc, ile jestem zdziwiony tą nagłą życzliwością, stanął i uchylając kape-
lusza wyrzekł: „Przepraszam za uchybienie prawom towarzyskim, które 
w  tak  wyjątkowych  okolicznościach  wyszły  mi  z  pamięci;  ja  wiem,  kto 
pan jesteś, a pan dotąd nie wiesz mojego nazwiska; jestem profesor Hal-
lucini,  do  usług  pańskich”. 

-  A  cóż  za  nieszczęśliwe  nazwisko!  -  zawołałam  ze  śmiechem.  -  To 

jakby   na   żarty. 

-  Ja to samo pomyślałem, ale rozumie pani, że trudno przy pierwszym 

194 

background image

poznaniu  czynić  uwagi  nad  czyim  nazwiskiem,  zresztą  już  i  czasu  nie 
stało;  zatrzymaliśmy  się  właśnie  przed  kamienicą,  wcale  niepozorną, 
gdzie w głębi trzeciego dziedzińca profesor zaprowadził mnie i tragarzy 
do małej oficynki. Była tam izba, niewiele różna od tej, w której siedzi-
my; ściany obnażone, mebli prawie żadnych, tylko mnóstwo zwierciadeł 
pookrywanych  czarnymi  zaponami,  a  po  kątach  różne  szkiełka  i  na-
rzędzia. Gdy oba sprzęty ustwiono, zamknął drzwi na rygiel, wyjął i po-
łożył  przede  mną  księgę,  w  której  poznałem  Ewangelię,  i  objąwszy  mię 
ognistym  wzrokiem,  zaczął  mówić: 

„Młodzieńcze!  Od  pierwszego  spojrzenia  poznałem  w  tobie  duszę 

niezłomną  i  szlachetną,  taką  właśnie,  jakiej  od  dawna  szukam.  Dziwny 
zbieg  wydarzeń  sprawia,  że  może  będę  mógł  ci  oddać  wielką,  bardzo 
wielką przysługę... mówię może, bo nie jestem pewien, czy drobne jakie 
okoliczności nie staną jeszcze na przeszkodzie? Posiadam sekret... który 
dawniej uchodził za cudowny. Jego posiadacze umyślnie otaczali go tym 
urokiem,  aby  go  zachować  wyłącznie  dla  siebie.  Nie  ma  w  nim  jednak 
nic nadprzyrodzonego; jest to zjawisko najczystszej nauki. Sekret polega 
na wywoływaniu ze zwierciadeł obrazu wszystkich osób i  przedmiotów, 
co  się  przed  ich  szkłem  przesunęły.  Kiedy  więc  udało  nam  się  ocalić  to 
zwierciadło,  może  z  niego  się  dowiemy,  czy  testament  był  istotnie  w 
biurku, a jeżeli go już nie ma, zobaczymy, kto go wyjął i zabrał? W każ-
dym  razie  więc  czeka  cię  ogromna  korzyść  i  niezmierna  rozkosz,  albo 
odzyskasz ten szacowny papier, a z nim cały majątek i całą świetną przy-
szłość, albo przynajmniej będziesz wiedział, kto ci ją wydarł i   na   kim   
się   możesz  zemścić”. 

Chciałem  odpowiedzieć,  że  nie  pragnę  zemsty,  ale  ten  dziwny  czło-

wiek, jakby   odgadując   moje  myśli,   szybko  przerwał: 

Nie  mów,  młodzieńcze,  że  zemsta  cię  nie  pociąga,  o!  to  wielka  roz-

kosz,  choćby  dla  możności  przebaczenia.  To  nie  sztuka  nie  mścić  się, 
dopóki nie wiesz, kto cię skrzywdził, ale wiedzieć i nie szukać zemsty, a! 
to  zasługa  i  wewnętrzne  zadowolenie,  które  także  coś  warte,  zwłaszcza 
kiedy   nic  nie   kosztuje”. 

Patrzyłem  na  niego  ze  zdumieniem,  chcąc  odgadnąć,  czy  mówi  z 

przekonania,  czy  z  ironii?  Dwuznaczny  jego  uśmiech  zostawiał  mię  w 
wątpliwości,  a  przy  tym  nie  mogłem  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  ten 
nieznajomy  tak  zajmuje  się  moim  losem,  jaką  w  tym  widzi  dla  siebie 
korzyść? Szybko   wyprowadził   mię   z  niepokoju,   mówiąc: 

„Ale  nic  darmo  na  tym  świecie.  Jesteśmy  obaj  w  nędzy  i  możemy 

wzajemnie oddać sobie przysługę.  Mam  nadzieję, że jeżeli odzyskasz 

195 

background image

przeze mnie majątek, cząstką jego choćby najmniejszą mię nagrodzisz, i 
tym darem wesprzesz moje naukowe prace. Jak ma być wielką ta nagro-
da,  to już zostawiam  twojej  szlachetności.” 

Z  mimowolnym  zapałem  ścisnąłem  jego  rękę  i  przyrzekłem,  że  nie 

zawiedzie  się  na  mnie,  a  nadzieja  ma  tak  wszechwładny  urok,  że  przez 
chwilę uniosłem się na jej skrzydłach i pomyślałem sobie: Rzeczywiście, 
jeżeli  ten  człowiek  wróci  mi  majątek,  stanie  się  moim  dobroczyńcą.  Po 
chwili uśmiechnąłem się z mojej łatwowierności, ale obietnicy nie cofa-
łem,  bo  i  po co?  Obiecanka  za  obiecankę. 

Profesor  ciągnął  dalej:  „Byłbym  łatwo  mógł  bez  twojej  pomocy  wy-

konać doświadczenie i papier znaleziony w tryumfie ci oddać. Ale jeżeli 
go  kto  zniszczył,  nie  mógłbym  poznać  szkodnika,  bo  nie  znam  twojej 
rodziny. Chciałem więc, abyś na własne oczy widział przeszłość, a  przy  
tym...  dawno szukam  adepta. 

„A  teraz  -  dodał  uroczyście  -  oto  jest  Ewangelia.  Przysięgniesz  mi, 

młodzieńcze, że cokolwiek zobaczysz i cokolwiek znajdziesz, nikomu nie 
opowiesz twoich widzeń, dopóki ja  będę na tym świecie lub dopóki nie 
zwolnię cię z obietnicy. Przysięgniesz jeszcze, że nigdy nie będziesz pod-
patrywał  mego  sekretu  ani  sposobów,  jakimi  go  się  wykonywa,  że  się 
zadowolisz tą cząstką tajemnicy, do której cię przypuszczę; kiedyś może 
wszystko ci odkryję... pierwej muszę dobrze poznać twoją duszę, bo nie 
każda jest zdolna do zniesienia takich objawień. Tymczasem niech  ci   i  
to  wystarcza,  że ci  nastręczam  korzyści doczesne.” 

Byłem  dziwnie  opanowany  jego  przekonaniem,  a  przy  tym,  według 

mądrych słów profesora, nie miałem nic do stracenia, próbować nic nie 
kosztowało - przysiągłem. 

Hallucini  klasnął  w  ręce,  wołając:  „No,  teraz  do  dzieła.  A  najprzód 

zacznijmy od środków czysto ludzkich, może obejdziemy się bez cudów? 
Obejrzyjmy  raz jeszcze  biurko”. 

Stał biedny kantorek przy drzwiach. Wysunąłem wszystkie szuflady i 

kryjówki - były puściutkie, papiery już powyrzucano. Hallucini machnął 
ręką, ustawił zwierciadło na sztalugach naprzeciw okna, trochę skośnie; 
na  drugich  sztalugach,  daleko  wyższych  i  szerszych,  rozwiesił  sztukę 
czarnej materii, podobnej do płachty, jaką tu panie widzicie, tylko tamta 
była świeższa, jakaś błyszcząca i chrzęszcząca jakby kitajka angielska. W 
kilku  miejscach  miała  maleńkie  okrągłe  otwory,  podobne  do  okienek 
wycinanych  w  kurtynie  teatralnej.  Profesor  to  wszystko  przesuwał,  na-
stawiał pod różnymi  kątami, na koniec dobrze mu wypadło, cala  prze-
strzeń   szklana   nic   nie  odbijała  tyko jednolite  tło  czarne. 

196 

background image

Przypatrywałem się ze źle ukrytym uśmiechem i uczyniłem uwagę, że 

przynajmniej wypadałoby postawić inaczej biurko, bo stojąc za lustrem, 
na nic nam się nie przyda. Hallucini roześmiał się wzgardliwie: „A to po 
co? Biurko mogłoby wcale nie stać w tym pokoju, mogłoby o sto mil od 
nas się znajdować, jeszcze je zobaczymy,   i wiele innych rzeczy.” 

Następnie  wyjął  z  szafy  swoją  machinę  cudotwórczą;  bardzo  ona 

skromnie  wyglądała  z  pozoru,  mogę  paniom  pokazać  tę  samą,  a  przy-
najmniej   taką   samą,   bo  parę   ich   posiadał. 

Pan  Cezary,  zelektryzowany  opowiadaniem,  lekko  wstał  z  fotelu  i 

spomiędzy  tysiącznych  rupieci  wyciągnął  skrzynkę  czarną,  podobną  do 
przyrządu  fotografa  albo  do  latarni  czarnoksiężnej. 

-   Patrzcie panie, oto całe zaklęcie. Kto by powiedział, że tyle dziwów 

leży w tej ubogiej skrzynce? A były w niej, były!... Owego dnia Hallucini 
na  maleńkim  stoliczku  przystawił  ją  do  czarnej  zasłony;  tę  wystającą 
lunetkę  wsunął  w  jedno  z  okienek,  a  do  innego  otworu  kazał  mi  oko 
przyłożyć. Pierw jednak dawał mi różne przestrogi,  na przykład mówił: 
„Pamiętaj,  że  wszystko  będzie  nam  się  przedstawiało  w  stosunku  od-
wrotnym  co  do  czasu  i  tak  najprzód  zobaczymy  ubiegłe  godziny  dnia 
dzisiejszego,  potem  dzień  wczorajszy,  potem  onegdajszy,  i  coraz  dalej, 
zawsze  cofając  się  w  przeszłość.  Przy  tym  ostrzegał  mnie,  aby  się  nie 
lękał, abym nad sobą panował. Na koniec kluczem nakręcił skrzynkę, jak 
się  nakręca  szkatułki  grające,  zawołał:  „Baczność!”  i  puścił  w      ruch   
tajemny   przyrząd,   w   którym   coś  zaczęło  z   lekka  warczeć. 

Patrzyłem przez otworek, dusząc się od śmiechu. Owe napomnienia, 

aby się nie lękał, jak najgorzej mię usposobiły, pewien byłem, że zobaczę 
jakieś straszydło  na dzieci, jakąś  prostą  szarlatanerię. 

Po  chwili  na  czarnym  tle  kryształu  zobaczyłem  część  pokoju,  ale  tę, 

co  była  za  zwierciadłem,  tę  którą  zwierciadło  odbijało,  zanim  profesor 
postawił je na sztalugach. Widziałem siebie rozmawiającego i... przysię-
gającego  na  księdze. 

Dreszcz  mię  przeszedł. 
Potem  pokazały  się jakieś   ręce  i   twarze. 
Były  to postacie tragarzy  odbite w chwili, kiedy ustawiano lustro. 
Później mignęło kilka ścian, sionek, zrobiło się nagle wielkie światło, 

zobaczyłem  otwarte  niebo  i  szereg  kamienic,  które  przelatywały  szybko 
jakby  w  oknie  wagonu.  Co  to  jest?  -  pytałem.  Profesor,  który  także  pa-
trzył  przez  jeden  z  otworów,  odpowiedział,  że  to  są  wszystkie  ulice, 
.przez  które  niesiono  za  nami  zwierciadło. 

197 

background image

Jedną  razą  pokazał  się  dziedziniec  z  licytacją,  nogi  mnóstwa  osób 

długo migotały, aż z nagła znów nastało inne oświetlenie i ujrzałem, ach!   
wystawcie  sobie,  co  ujrzałem  -  pokój   mego  opiekuna. 

Pod  tym  wrażeniem  zaćmiło  mi  się  w  oczach,  jednak  rozgorączko-

wanie  ciekawości  przemogło,  patrzyłem  dalej:  właśnie  wynoszono  me-
ble; wkrótce znów odnalazłem je wszystkie na miejscu i nastała spokoj-
ność, nikt nie wchodził, nikt nie wychodził, tylko przez okna widać było 
kilkakrotnie  wschód  i  zachód  słońca;  nastawały  pory  zupełnej  ciemno-
ści,  były  to  noce,  po  których  dni  schodziły  szybko,  bo  machina  była 
puszczona  wielkim  pędem  i  wszystko  w  zwierciadle  działo  się  daleko 
prędzej niż działo się w rzeczywistości. Kilka razy o zmierzchu spostrze-
głem jakiś słup szarawy, który się przesuwał  przez  pokój; dla szybkości 
wizji  nie  mogłem  dobrze  go  rozeznać,  zapytałem,  co  to  jest?  Hallucini 
chwycił mię za rękę i odprowadzając do krzesła, powiedział; „To pewno 
złudzenie zmęczonego wzroku... nie trzeba za długo patrzeć... odpocznij 
- teraz się przesuwają dni bez wielkiego znaczenia, dni, w  których dom 
stał pustkami.” 

Ścisnąłem  jego  rękę,  mówiąc:  „Wielkie  odkrycie!  Olbrzymie  odkry-

cie!”  I  siadłem  porażony,  złamany.  Nie,  najokropniejsze  straszydła  nie 
mogłyby  mocniej  mię  przerazić  niż  takie  wierne,  proste  powtórzenie 
przeszłości. Siedziałem długo, z twarzą ukrytą w rękach, z myślami wiru-
jącymi   w  tysiącu   przewidywań   i   przypuszczeń. 

Nagle profesor zawołał: „Teraz patrz!” Skoczyłem i spostrzegłem sce-

nę, w której moi kuzynowie natrząsali się ze mnie. Obelgi nie dochodziły 
moich  uszu,  ale  z  gestów  je  poznawałem,  patrzyłem  na  samego  siebie 
jakby na obcą osobę, dziwując się dumie moich ruchów i spokojowi mo-
jej twarzy, bo ja jeden wiedziałem, co się wówczas działo w mojej duszy. 
Cały ów ohydny dramat odegrał się po raz drugi przede mną, tylko jakiś 
dziwny,  nielogiczny,  bo  w  odwrotnym  porządku  chwil.  Widziałem  ob-
szukiwanie  mebli,  różne  pomniejsze  ruchy,  potem  zrobiło  się  ciemno, 
tylko  przez  szpary  zamkniętych  okiennic  wpadał  czasem  ukośny    pro-
mień;  weszliśmy   w   te  dni,   kiedy  pokoje stały zapieczętowane. 

Jedną rażą coś błysnęło - to gromnice... żałobnicy wynoszą w otwar-

tej trumnie zwłoki. To on! To mój opiekun! I znowu widzę te zwłoki, ale 
na łożu, świece w nogach się palą, ksiądz siedzi u wezgłowia, a służba i 
kilka osób z rodziny kręci się w pokoju. Profesor woła: „Teraz uważajmy,   
bo jeżeli   kiedy  skradziono  owo  pismo,  to  w  tym  dniu.” 

Ja  jednak  nie  mogłem  ciągle  patrzeć  na  biurko,  inny  przedmiot  od-

ciągał moje oczy, rzecz straszna i zachwycająca... ale o tym dziś wolę nie 

198 

background image

mówić...  sam  wówczas  nie  dowierzałem  oczom,  a  z  wielkiego  wrażenia  
nawet  pytać  nie  śmiałem. 

Przyszła chwila, w której okrzyk straszny wydarł mi się z piersi... zo-

baczyłem nieboszczyka nie na łóżku, ale na podłodze, i to wpół żywego, 
pasującego  się   z cierpieniem...   była   to  chwila   nagłej  śmierci. 

Widziałem  popłoch  w  domu,  sfrasowanych  lekarzy,  cały  próżny  ra-

tunek. A potem... widzę mego opiekuna żywego! Siedzi przy stoliku, pije 
kawę  z  wesołą  twarzą;  ach!  to  owo  ostatnie  śniadanie,  po  którym  padł 
bez duszy. Na ten widok łzy mi się z oczu puściły,  byłbym chciał rzucić 
się do zwierciadła  i całować nogi dobroczyńcy; nagle  w  przyrządzie coś 
trzasnęło, wszystko w zwierciadle znikło i samo czarne tło zostało. 

Profesor objaśnił, że sprężyna wyszła i trzeba cały przyrząd na nowo 

nastawić. Ja ledwo rozumiałem, co do mnie mówił - rzuciłem się w jego 
objęcia, całowałem go po ramionach, wołając: O wielki człowieku! O mój 
dobrodzieju!... Choćbyś mi już nic więcej w życiu nie wyświadczył, nigdy 
ci  nie  zapomnę  tej  chwili.  Przez  ciebie  widziałem  raz  jeszcze    tego,    co   
był   mi   ojcem!   I   to  żywym!   Żywym! 

Chodziłem  po  pokoju,  nie  wiedząc  ani  co  mówię,  ani  co  wyrabiam. 

Hallucini widząc mię tak wzburzonym, nie nastawił drugi raz przyrządu, 
tym  bardziej,  że  się  już  zmierzchało.  Zmartwiła  mię  okropnie  ta  prze-
szkoda, byłbym chciał dzień i noc patrzeć, błagałem, czy nie można użyć 
lamp  i  przy  nich  dalej  badać?  Profesor  mi  odpowiedział,  że  można,  że 
nieraz  próbował  doświadczeń  przy  wielkim,  sztucznym  oświetleniu,  ale 
obrazy  wówczas  bywały  mniej  pewne.  „A  zdarzenia  -  dodał  -  które 
chcemy  widzieć,  są  nadto  ważne,  aby  je  puszczać  na  traf  niewyraźnego 
światła.” 

„Przenocuj  -  mówił  -  u  mnie,  teraz  noce  krótkie,  jak  tylko  zacznie 

świtać,   nastawimy  przyrząd”. 

Chcąc nie chcąc przystałem. Obaj też potrzebowaliśmy wytchnienia. 

Od ciągłego schylenia się i nieruchomego wpatrywania kości nam zmar-
twiały.  Czczość  niewymowna  przypominała,  żeśmy  cały  dzień  pościli. 
Mnie  się  zdawało,  że  po  takich  wzruszeniach  nic  w  usta  wziąć  nie  po-
trafię;  tymczasem  kiedy  gospodarz  ze  swojej  odrapanej  szafki  wydobył 
wieczerzę, odnalazłem nie tylko głód, ale najzdrowszy apetyt, który mię 
był  opuścił  od  chwili  pogrzebu  i  owej  sceny  z  kuzynami.  Byłem  pod-
niecony,  rozradowany,  zadawało  mi  się,  że  opiekun  mój  chyba  nie 
umarł.  Hallucini  całymi  piersiami  używał  swego  tryumfu,  uśmiechał  się 
tajemniczo, a przy tym częstował mię ze znawstwem wytrawnego smakosza. 

199 

background image

Istotnie,  przy  nędzy  zewsząd  wyglądającej,  nie  mogłem  się  wydziwić 
zbytkowności  jedzenia:  był  zimny  pasztet  ze  zwierzyny,  parę  butelek 
wybornego  wina,  jakieś  sery,  jakieś  konfekta  wykwintne.  Po  sutym  po-
siłku  dobył  fajki  i  paradny  sułtański  tytoń;  kilka  nocnych  godzin  prze-
siedzieliśmy kurząc i gadając - a było o czym! Z całego dnia badań profe-
sor  wyciągał  ostateczny  wniosek,  że  testament  nie  został  skradziony, 
gdyż wê wszystkich obrazach, co się przed nami przesunęły, nie widzieli-
śmy, ażeby ktokolwiek dobierał się do biurka ani plądrował po mieszka-
niu.  „Chyba  -  dodawał  -  że  go  jeszcze  za  życia  testatora  podchwycono.  
To  zobaczymy jutro”. 

Jak tylko rozwidniało, otworzył skrzynkę, coś do niej dosypywał, coś 

dolewał,  nakręcił  przyrząd:  ja  się  rzuciłem  do  okienka  i  znów  stanął 
przede  mną  ukochany  pokój.  Cały  ten  dzień  przeżyłem  z  moim  opie-
kunem,  widziałem  go  zdrowym,  wesołym,  studiowałem  jego  życie  do-
mowe przez ciąg ostatnich tygodni, jakie na tym świecie przebył. Tak, w 
jednym dniu przelecieliśmy całe tygodnie; od naszej woli zależało skra-
canie  albo  rozszerzanie  czasu;  w  chwilach  ważnych  profesor  zwalniał 
bieg sprężyny, wtedy obrazy przesuwały się z wolna, trwały długo, może 
nawet  dłużej  niż  w  rzeczywistości.  Ale  było  wiele  godzin  nie  przed-
stawiających nic a nic ciekawego: na przykład ile razy gospodarz wyszedł 
na  miasto,  pokój  przez  kilka  godzin  stał  pustkami;  ile  razy  słońce 
wschodziło, popędzaliśmy bieg machiny co żywo, aby prędzej noc prze-
skoczyć  i  doczekać  dnia  poprzedzającego.  Te  wschody  i  zachody  słońca 
liczyłem  starannie,  dzięki  czemu  łatwo  mogłem  wiedzieć,  w  jakim  dniu 
przeszłości się znajduję. Z  kolei  przedstawił się dzień, w którym był  pi-
sany ostatni list do mnie; rzeczywiście, widziałem, jak starzec pisał, a że 
to było do mnie, o tym nie mogłem wątpić, bo na ćwiartce dostrzegłem 
tenże  sam  deseń  i  tąż  samą  dewizę,  jakie  z  szacownym  listem  jeszcze 
dotąd miałem w kieszeni. Nikt nie może sobie wyobrazić, jak jest wzru-
szający  widok  drogiej  osoby  tak  wskrzeszonej  w  swoich  najdrobniej-
szych  czynnościach,  a  zwłaszcza  też  w  chwilach,  kiedy  myślała  o  nas  i 
zajmowała  się  nami!  Widziałem,  jak  co  wieczór  się  rozbierał  i  długo  w 
łóżku czytał, jak się gorąco modlił, jak się schodzili do niego starzy zna-
jomi, których z wykrzykiem poznawałem, jak co rano szedł do zwiercia-
dła dla zawiązania krawatu; ach! kiedy patrzył w lustro, mnie się zdawa-
ło, że on patrzy na mnie... wtedy łkanie ściskało mi piersi i mówiłem do 
Halluciniego: „Ach! Ja na miejscu pana objawiłbym całemu światu moje 
odkrycie. Ileż rozkoszy dla tęskniących, ileż pociech dla osieroconych!” 

200 

background image

- A mój profesor uśmiechał się jakimś uśmiechem, który   mi  nie  trafiał  
do serca. 

Według wszelkich obrachowań, zbliżaliśmy się już do chwili, w której 

musiał  być  pisany  testament,  bo  list  wyraźnie  mówił:  „W  tych  czasach 
byłem  niezdrów...”  Ale  znowu  nas  wieczór  zaskoczył  i  musieliśmy  naj-
ważniejsze  widowisko  odłożyć  do  jutra.  Już  też  i  okropne  znużenie 
odejmowało  nam  przytomność,  teraz  potrzebniejszą  niż  kiedykolwiek. 
Mój towarzysz posłał po ciepłą strawę, ja rzuciłem się na starą sofę i sen 
kamienny  mię  zmorzył. 

Pamiętam, że kiedy promień słońca prosto bijący w oczy obudził mię 

rano, długo nie mogłem zrozumieć, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, 
bo też istotnie wszystko, co zaszło od mego powrotu z zagranicy, wyglą-
dało   na   ciężką   zmorę,   a   te  dwa   dni   ostatnie   na   sen   zaczaro-
wany. 

Ale już profesor nakręcał przyrząd. Przyłożyłem oko do otworu, spo-

strzegłem  zmiany  w  postaci  i  w  zwyczajach  mego  opiekuna;  widocznie 
był  niezdrów:  rano  się  nie  ubierał,  cały  dzień  chodził  w  szlafroku;  wi-
dzieliśmy, jak   zażywał   lekarstwa. 

Nagle profesor krzyknął: „Oho! Oto coś ciekawego!” Szybkim rzutem 

zatrzymał bieg sprężyny, ruch obrazów także się zatrzymał w zwierciad-
le, i ostatni obraz pozostał nieruchomy. Co przedstawiał, tego nikt by się  
nie  domyślił,  choćby  sto   lat   myślał... 

Nieboszczyk  stał  przy  biurku;  przed  nim  była  szeroko  wysunięta 

środkowa  szuflada;  jedną  ręką  trzymał  papier  zapieczętowany,  drugą 
przyciskał  maleńką  lwią  główkę  znajdującą  się  między  brązami,  a  pod 
tym naciśnięciem  dno  szufladki   odskakiwało. 

Hallucini krzyknął: „Podwójne dno! Podwójne dno! Chodźmy spraw-

dzić!” 

Rzuciliśmy  się  do  biurka.  Drżącą  ręką  wyciągnąłem  ową  szufladkę, 

którą  dawniej  sto  razy  na  próżno  wyciągałem,  naciskam  lwią  główkę. 
Wystawcie  sobie...  rzeczywiście,  fałszywe  dno  odskakuje,  a  na  drugim, 
prawdziwym  dnie  spostrzegamy  świeżuchną,  nietkniętą  kopertę  z  pod-
pisem:   „Do   rąk   Cezarego   po   mojej  śmierci.” 

Gdyby  nie  zwierciadlane  objawienie,  byłby  ten  papier  leżał  tam  do 

skończenia  świata,  bo  skrytka  była  wykonana  z  misternością,  jaką  się 
spotyka tylko w meblach z osiemnastego wieku, z owych czasów Regen-
cji,  Masonów  i  Cagliostrów,  kiedy  ludzie  mieli  tyle  sekretów  do  prze-
chowywania. Była szeroka na całą szerokość szufladki, ale bardzo płaska 
i  wybornie  dopasowana.  Nikt  o  niej  nie  wiedział  oprócz  nieboszczyka.   
Miał on pewno zamiar mnie jednemu ją odkryć, bo nic innego nie mogły 

201 

background image

znaczyć te dziwne wyrazy listu, które wówczas dopiero stały się dla mnie 
jasne: „Testament schowałem do biurka, pokażę ci, jak wrócisz.”  Śmierć 
niespodziana  wszystko  pomieszała. 

Ujrzawszy błogosławiony papier, rzuciłem się Hulluciniemu na szyję, 

ściskałem  go,  nazywając  moim  wybawicielem,  wyznając,  że  do  śmierci 
nie  potrafię  mu  się  odsłużyć. 

Nie odpowiedział mi uściskiem tak szczerym, na jaki zasługiwało mo-

je  głębokie  rozczulenie,  odepchnął  mię  nawet  lekko  i  z  sardonicznym 
uśmiechem  wyrzekł:  „Dobrze...  zobaczymy,  jak  długo  potrwa  ta 
wdzięczność.” 

Do  żywego  tknięty,  zawołałem:  „Tak,  zobaczymy!  Przyjmuję  wyz-

wanie.” 

W  takiej  chwili  trudno  było  się  na  niego  obrażać,  ale  uczułem  ze 

smutkiem: to jakieś serce, do którego się nie dopukam. - Wyższe od serc 
zwykłych, a może niższe? 

Prędko jednak rozproszył moje zasmucenie nowym dowodem życzli-

wości;  ten  człowiek  myślał o wszystkim. 

-  „Czy  wiesz  -  spytał  -  co  teraz  mamy  najpilniejszego  do  zrobienia? 

Oto na słowo sprzedaję ci to biurko razem z tym papierem; przy pierw-
szych pieniądzach zapłacisz mi za nie ile zechcesz. Teraz każ je do siebie 
zanieść,  opowiedz  wszystkim,  że  je  na  licytacji  zakupiłeś,  że  przypad-
kiem  znalazłeś  skrytkę,  i  tak  wszystko,  najprościej,  najprozaiczniej  w 
świecie  przed  ludźmi  się  wytłumaczy.” 

Usłuchałem go ślepo. Za powrotem do siebie, przed bramą spostrze-

głem konie pocztowe i dopiero wtedy mi się przypomniało, że tego dnia 
miałem  wyjeżdżać  na  wieś;  odesłałem  konie  z  uśmiechem;  niedoszły 
rządca  już  ich  nie  potrzebował.  Gospodarz  hotelu  przyjął  mię  z  okrzy-
kami  radości:  od  półtrzecia  dnia  jak  zniknąłem;  zachodził  w  głowę  i 
chciał już policję poruszać w przekonaniu, żem się utopił lub zastrzelił. 

Testament zaniosłem do władz sądowych, gdzie go odpieczętowano i 

wobec familii odczytano. Przyszła na mnie kolej tryumfu, i to podwójnie 
słodkiego,  bo  nie  tylko  dla  korzyści  materialnych,  ale  dla  stokroć  droż-
szej  rehabilitacji  moralnej.  Treść  rozporządzeń  i  wyrazy  błogosła-
wieństwa zawarte w pośmiertnym piśmie świadczyły o przywiązaniu, ja-
kie  opiekun  do  końca  mi  zachował,  zaprzeczały  nazwom  „żmii,  niew-
dzięcznika,  intryganta”,  którymi  świat  próbował  mię  napiętnować. 

Moja historia narobiła ogromnej wrzawy; teraz mię na rękach noszo-

no, jak zwykle tego, któremu się powiedzie. Spiorunowani kuzynkowie 

202 

background image

chcieli zaprzeczyć testamentu, ale się to nie udało”, był cały własnoręcz-
ny, opatrzony we wszelkie formuły ostrożności. Musieli wszystko zwró-
cić. Widząc ich rozpacz przechodzącą ludzkie pojęcie, wydzieliłem im ze 
spadku  więcej  niż  testament  wskazywał,  ale  i  to  ustępstwo  ich  nie  roz-
broiło.  Ach!  Pamiętam,  jak  na  widok  owej  kryjówki,  którą  wszystkim 
pokazywałem,  pozielenieli  i  usta  do  krwi  przygryźli;  nie  mogli  sobie 
darować,  że  owo  nieocenione  biurko  puścili  na  licytację.  Tak  niepo-
szanowanie  pamiątek  zburzyło  ich  szczęście,  o  mnie  zaś  mówiono  po 
świecie, że Bóg mię wynagrodził za przywiązanie, jakie zachowałem dla 
nieboszczyka  i  jego  wspomnień,  pomimo  wszelkich  pozorów  pokrzyw-
dzenia. 

Odebrawszy spadek, urządziłem sobie życie wygodnie i dostatnio, ale 

bardzo samotnie. Profesor przeniósł jedną ze swoich cudownych machin 
do mego mieszkania i pozwolił mi jej używać. Korzystając z pozwolenia,  
całe  dni  i  całe  wieczory  spędzałem  przed  zwierciadłami. 

A  najprzód  wróciłem  się  jeszcze  do  owej  pierwszej,  nieoszacowanej 

szyby, przez którą mogłem patrzeć na przeszłość dobroczyńcy i na moją 
własną; to jedno studium zajęło mi długie miesiące. Widziałem samego 
siebie  przed  wyjazdem  za  granicę,  w  mundurku  studenckim,  potem 
coraz mniejszym dzieckiem, doszedłem do owych czasów, kiedy opiekun 
podnosił  mię  ku  zwierciadłu,  widziałem  własne  minki  i  figle,  i  jego  oj-
cowską  radość,  a  wtedy  porywało  mię  szlochanie...  O,  ileż  to  obrazów 
dawno zatartych w pamięci wystąpiło na mój niezmierny podziw! Ile łez 
i uciech, których już zrozumieć nie mogłem! Całe życie przeżywałem po 
raz  drugi,  ale  z  innymi  uczuciami,  jakbym  już  z  innego  świata  na  nie 
patrzył. Cóż to dopiero będzie, kiedy spoza grobu spojrzymy na ziemską 
przeszłość! Na koniec pojawił się dzień, w którym pierwszy raz przynie-
siono mię tu niemowlęciem; widziałem opiekuna płaczącego nade mną, 
a  siebie  wyciągającego  rączki  do  szmaragdowej  szpilki,  jaką  miał  w 
halsztuku;  tę  szpilkę  zawsze  lubiłem  niesłychanie  i  nie  mogłem  sobie 
dawniej  wytłumaczyć  mojego  do  niej  pociągu,  teraz  go  pojąłem:  był  to 
pierwszy  przedmiot,  co  mi  się  w  tym  domu  podobał.  Tu  się  skończyła 
moja  przeszłość,  ale  przeszłość  opiekuna  szła  dalej:  widziałem  go  mło-
dzieńcem,  prześlicznym,  rozmarzonym,  w  kapeluszu  à  la  Bolivar.  Pod-
patrzyłem rozdzierającą przygodę jego serca, w skutku której do śmierci 
został  kawalerem.  Potem  i  on  przedstawił  mi  się  dzieckiem,  poznałem 
jego rodziców,  byłem na ich weselu, gdzie  w strojach  à l'Empire tańco-
wano Girlandy i Montterriny. Potem zwierciadło odbiło mieszkanie  

203 

background image

rodziców panny młodej, była to sala jakiegoś dworu, zapewne wiejskie-
go, bo w oknach zielenił się bujny ogród i widniała drewniana dzwonni-
ca kościoła. Tam widziałem staropolskie uczty, czasem nawet pokazywa-
ły  się  kontusze.  Po  niejakiej  przerwie  zobaczyłem  wnętrze  staroświec-
kiego  sklepu,  nieco  później  ogromne  sale  fabryki  zwierciadeł  i  nagle 
wszystko  zgasło;  zwierciadło  wyczerpawszy  się  aż  do  chwili    swojego  
odlewu, już  nie  miało  co  pokazywać.  [...] 

background image

 

 

 

1883 

Dnie żeglugi naszej  płynęły jeden  po drugim z trudnym do opisania 

lenistwem. 

Nigdy  nie  doznałem  większych  albo  nawet  równych  nudów  podczas 

morskiej  podróży...  Żagle  wisiały  pomarszczone  na  chwiejących  się  re-
jach; kiedy niekiedy tylko morze szklane i senne wydęło się w jedną z fal 
okrągłych i olbrzymich, ruchem przypominającym wzdęcie piersi uśpio-
nego  człowieka,  kiedy  niekiedy  znowu  wstrząsały  się  z  podobnym  do 
przygłuszonego strzału łoskotem. Flaszki rzucone w kąt wieszały się koło 
okrętu  godzinami,  dając  nam  dowód  oczywisty,  żeśmy  się  nie  posuwali 
naprzód.  Do  podobnego  wniosku  wiódł  także  monotonny  widok  kilku 
wysepek dalekich, których  poziome, kokosami najeżone wybrzeża oglą-
daliśmy z pokładu barki rano, w południe i wieczór, i nazajutrz, i jeszcze 
nazajutrz, na znak, że ciszą ujęty okręt nie mógł się oderwać od nędzne-
go archipelagu, który każdemu z nas było pilno opuścić, aby powrócić do 
miast  i  do  wygód  ucywilizowanej  części  australskiego  kontynentu.  Te 
wysepki były ostatnimi, najdalej na zachód wysuniętymi cząstkami wiel-
kiej Fidżyjskiej grupy wysp, z której się wynosiłem po rozmaitych przy-
godach,  zgoła  się  nie  smucąc,  iż  żegnam  gniazda  kanibalizmu  i  obrzy-
dliwości z jednej strony, a z drugiej rozpasanej    walki  o  wzbogacenie 
się  prędkie  i  bezwzględne. 

Tak, były to dnie długie jak lata całe! Nie mając ani książek, ani żadnego 

innego przedmiotu umysłowej rozrywki, bylibyśmy poszaleli podczas owej 
ciszy  morskiej,  gdyby  bujna  fantazja  majtków  nie  była  nam  dostarczała 
lekarstwa na nudy w kształcie gawęd i opowiadań nieskończenie długich, 

205 

background image

często  nieskończenie  głupich,  zawsze  jednak  znośniejszych  od  jedno-
stajnego  plusku  bezwładnej  fali  i  od  trzepotu  zwieszonych  nieczynnie 
żagli. Nie sądź jednak, łaskawy czytelniku, że wszystkie takie opowiada-
nia  były  niedorzeczne.  Czasem,  zwłaszcza  gdy  była  mowa  o  wyspach 
znikających poza nami w sinej topieli i o archipelagach koralowych z ich 
roślinnością  dziwną,  z  klimatem  otrętwiającym  umysł,  wyspiarzami  o 
najrozmaitszych  obyczajach  i  dialektach,  których  garstka  na  tyle,  a  na-
wet  na  więcej  narodów  się.  dzieliła,  ile  było  wysepek  w  archipelagu  - 
czasem można się było z tych gawęd czegoś nauczyć. 

Najczęściej jednak przemawiały one raczej do wyobraźni niż do rozu-

mu i były rzetelnymi próbkami dziwacznych klechd morskich, z których 
jedną bodaj warto powtórzyć, jako przykład wylęgłej między żeglarzami, 
nie  spisanej  literatury,  podawanej  przez  majtków  majtkom,  płynącej  i   
zmiennej jak   fale... 

-   Jechaliśmy  kilka  godzin  prosto  jak  strzała  w  głąb  wyspy  -  opo-

wiadał  np.  kapitan,  stary  i  jednooki  włóczęga  po  archipelagach  Spo-
kojnego Oceanu, nie  pogardzający żadnym rodzajem  właściwego owym 
stronom zarobku, od wywożenia drzewa sandałowego do Chin, do uwo-
żenia niewolników-Kanaków do Queenslandu - jechaliśmy prosto w głąb  
wyspy.  Słońce  wisiało  wysoko  na  niebie,  gdyśmy  wybrzeże  opuszczali. 
Najmniejszy powiew powietrza nie przerwał grobowej  ciszy na wodzie i 
na lądzie. Rozżarzoną powódź światła podzwrotnikowego południa spo-
czywała  na  całym  widomym  świecie.  Ponad  pagórkami  niewyniosłymi, 
sterczącymi w środku wyspy, wieszało się kilka obłoczków miedzianych, 
zwiastunów posuchy bez końca. Wszelka roślinność nosiła na sobie śla-
dy długiej i dotkliwej spiekoty. Znużone jednostajnością ceglastej ziemi 
oko  szukało  na  próżno  rozmaitości  -  nie  znajdując  jej  ani  w  zwiędłych, 
brunatnych krzewach, do tego stopnia wysuszonych, że się łamały i roz-
padły w proch od dotknięcia kopytem, ani w szarej korze drzew obnażo-
nych z liści, ani w żółtym piasku koryt bezwodnych, oznaczających, kędy 
w  porze  dżdżystej  płynęły  strumienie.  Wzdłuż  całej  wąskiej  ścieżeczki, 
po  której  jechaliśmy  gęsiego,  nie  było  ani  jednej  rzeczy  zielonej  oprócz 
kaktusów  kolczatych,  roślin  umiejących      żyć      nawet      w      kraterach   
wulkanów. 

Kiloa,  nasz  przewodnik,  schylając  się  niekiedy,  rwał  z  siodła  pur-

purowe owoce tych roślin, podobne kształtem i wielkością do gruszek, a 
pełne  soku;  obtarłszy  każdy  z  takich  owoców  ostrożnie  o  koc  wełniany,    
przytroczony do swego siodła, aby postrącać drobniutkie szpileczki 

206 

background image

otaczające  gruszki,  rozgniatał  te  ostatnie  w  dłoniach  i  skrapiał  sokiem, 
tryskającym z nich, nasze twarze spocone. Czyniąc to opowiadał mową z 
samych samogłosek i płynnych spółgłosek złożoną, którą drugi mój eu-
ropejski  towarzysz,  jako  bywalec  w  owych  stronach,  rozumiał  i  tłuma-
czył - o powstaniu na tych wyspach tego rodzaju kaktusów. 

Według niego, zakochał się raz bóg Lalala w pewnej wyspiarce i zbli-

żył  się  do  niej  w  kształcie  wielkiego  ognia.  Ona  jednak,  nawykłszy  do 
gorętszych  jeszcze  upałów  swego  kraju,  drżała  z  zimna  przy  boku  bos-
kiego wielbiciela i nie garnęła się do niego. Lalala przemienił się w desz-
czyk  orzeźwiający  i  zjednał  sobie  jej  serce.  W  tejże  dziewczynie  kochał 
się  jednak  także  bóg  Rakal,  potężniejszy  od  łagodnego  Lalali  i  złośliwy 
ponad  opis  wszelki.  Nie  mogąc  odmówić  cudnej  dziewczyny  rywalowi, 
zmienił ją ze złości w  kaktusa i przykuł do ziemi  nagiej,  palonej piono-
wymi promieniami słońca. Lalala nie miał mocy do uwolnienia kochanki 
z tak przykrego  położenia,  ale z miłości wielkiej zamieszkał przy niej  w 
kształcie  kropli  deszczowej.  Z  tego  powodu  zwykł  ten  rodzaj  kaktusów 
zawierać  zapas  wody  w  swych  owocach  nawet  podczas  najgorętszej      i   
najsuchszej   pory   roku... 

Podczas tego opowiadania zapadło się słońce w morze i gruba ciem-

ność  nas  ogarnęła.  Szczęściem  ścieżka  szła  już  wzdłuż  suchego,  głębo-
kiego  koryta  jakiejś  rzeczki,  a  wysokie  brzegi,  sterczące  o  parę  kroków 
od nas po każdej stronie, nie pozwalały nam zboczyć z kierunku naszej 
wędrówki. Rozumie się, iż była to droga kamienista i przykra. Tak konie, 
jak  jeźdźcy  upadali  prawie  ze  znużenia,  więc  przyjęliśmy  z  radością  po 
godzinie  takiej  jazdy  wiadomość  z  ust  przewodnika,  że  wypada  zsiąść, 
konie  spętać  i  zostawiwszy  je  w  ostrowach  zwiędłych  burzanów,  ścielą-
cych się nad bezwodną rzeczką, podążyć dalej pieszo do mieszkania wy-
spiarki, która z obowiązku czuwała nad przedmiotem mych poszukiwań. 

Zostawiwszy  konie  osiodłane,  zaczęliśmy  drapać  się  pod  górę.  Po 

dziesięciu  minutach  uciążliwego  pochodu  zabłysło  przed  nami  światło. 
Stanęliśmy przed fidżijską chatą złożoną ze snopków trawy. Kiloa zawył 
kilkakrotnie.  Na  to  hasło  wyszła  z  chaty  zgrzybiała  Kanaczka,  wy-
glądająca nad wyraz wszelki nędznie i obrzydliwie w czerwonym świetle, 
jakie  wychodziło  z  jej  siedziby  przez  otwór,  drzwi  zastępujący.  Przy-
pominała  czarny  kościotrup... 

Kiloa  przywitał  ją  oznakami  czci  i  trwogi.  Kapłanka,  czyli  guślarka 

przyjęła jego i nas bardzo obojętnie. Zawiązała się między nimi dłuższa 
rozmowa, podczas której przewodnik wił się przed nią jak pies przed 

207 

background image

swoim  panem,  ona  zaś  odpowiadała  mu  ostro  i  krótko.  Kilka  razy  zda-
rzyło  się  nawet!  iż  przelękniony  Kanak  cofał  się  od  niej  i  chował  poza 
nas.  Po  każdym  takim  wypadku  szeptał  kilka  słów  do  mojego  towarzy-
sza,  po  czym  wznawiał  czarownic)  przyrzeczenie  jeszcze  obfitszych  da-
rów w araku i tytoniu, i paciorek, i nożów, i rozmaitych rzeczy, jakieśmy 
przywieźli w torbach u siodeł naszych. aby zniewolić ją do przychylenia 
się  do  naszego  żądania.  W  końcu  dobili  largu.  Kiloa  kazał  nam  usiąść 
przed  chatą  i  podbiegł  do  koni.  Niebawem  powrócił  z  prezentami  dla 
guślarki. Odebrawszy je i popatrzywszy okiem znawcy, baba zrobiła znak 
w kierunku wschodnio-południowym i wymówiła kilka wyrazów,  które  
zadowoliły   przewodnika. 

Kobieta schyliła się i cofnęła do chaty. Kiloa zwrócił się do mego to-

warzysza  i  wyjaśnił  mu  w  kilku  słowach  plan  dalszego  naszego  po-
stępowania,  ten  zaś  wysłuchawszy  go.  ujął  mnie  za  rękę  i  zawołał:  - 
Spieszmy   się  bo nie  mamy   czasu do stracenia. 

Dosiedliśmy znów koni i jechaliśmy całą noc na południowy wschód. 

O  świcie  zatrzymaliśmy  się  na  kwadransik  celem  spożycia  kilku  sucha-
rów  z  torb  naszych.  Litość  zbierała  nas  nad  nic  pojonymi  od  poprzed-
niego  południa  końmi,  gdy  znów  wypadło  ich  dosiąść  i  znów  jechać  po 
kamienistych  suchych  pagórkach  przez  gęstwinę  coraz  trudniejszą  do 
przebycia, pod coraz gorętszymi grotami słońca. 

Konie ustały w końcu. Musieliśmy je zostawić na pustyni i drapać się 

po  górach.  Towarzysz  zaczął  sapać,  ustawać,  a  nareszcie  przeklinać  i  
wyspę,  i dolę swoją,  i  mnie samego. 

-   Powiedz  mi  przynajmniej  -  zawołał  -  co  to  wszystko  ma  znaczyć? 

Wytłumacz,  na  co  przeszukałeś  ze  mną  wszystkie  okręty  w  Melbourne, 
na  co  namówiłeś  mnie.  jedynego  człowieka  rozumiejącego  ten  właśnie 
dialekt polineski, którym wyspiarze tutejsi mówią, abym przyjął służbę u 
ciebie,  na  cośmy  zawinęli  do  tej  wyspy,  której  cała  nędzna  ludność  w 
jednej  wiosce  by  się  zmieściła,  na  cośmy  stracili  kilka  tygodni  między 
dzikimi,  nie  posiadającymi  żadnych  a  żadnych  płodów  godnych  kupna 
lub  wymiany,  na  co  kazałeś  mi  odszukać  mojego  dawnego  znajomego, 
tego  Kiloa.  i  obdarzyłeś  go  niezliczonymi  prezentami,  między  którymi 
była nawet stara strzelba, na co w końcu ta podróż szalona do bożyszcza 
wyspy i te targi z czarownicą, i te wszystkie drapania się po bezwodnych 
górach?... Niech mnie jasny piorun zatrzaśnie, jeśli postąpię krok  dalej  
przed  wyjaśnieniem  tej całej zagadki. 

Skończywszy usiadł na najbliższym głazie, zapalił krótką fajkę i przy-

brał rezolutną minę. z której zrozumiałem, że się uparł i że nie postąpi 

208 

background image

tak długo na krok, póki się nie dowie, za czym podążamy w głąb puszczy. 

Skinąłem tedy na przewodnika, aby poczekał, i usiadłszy obok upar-

tego majtka rzekłem: 

-  Koniec końców, nigdy nie zamierzałem nie dzielić się z tobą  tą ta-

jemnicą albo cię oszukiwać u jakikolwiek sposób wyzyskując twoja, zna-
jomość tej wyspy, jej narodu i jego języka, a nie udzielając ci części zdo-
byczy, która pragnę posiąść. Przeciwnie, żywiłem zawsze zamiar podzie-
lenia  się  z  tobą  jak  najrzetelniej  prawdopodobnym  owocem  całej  tej   
kosztownej wyprawy, której cel wyjaśni ci ten oto list. 

Wyjąwszy wspomniany list z bocznej kieszeni pokazałem mu markę i 

stempel  na  kopercie.  Marka  była  amerykańska.  Stempel  oznaczał  po-
chodzenie listu z Nowego Jorku i dość dawna datę. 

-  List ten - ciągnąłem dalej - otrzymałem przed rokiem od słynnego 

Barnuma 

1

, z którym znam się od lat wielu, dostarczając mu wielu roz-

maitych  osobliwości  do  jego  muzeum.  Wszakże  widziałeś  owo  sławne   
muzeum. Cóż? 

Fineas Taylor Barnum ( 1810- 1891) - słynny businessman i showman ame-

rykański,  właściciel  cyrku;  założyciel  muzeum  osobliwości  natury  zgodnie  z 
dewizą  „wszystko  dla  publiczności”.  Autor  m.in.  wykładu  pt.  „Sztuka  robienia 
pieniędzy i filozofia humbugu”. 

Majtek   skinął   głową   potwierdzająco. 
-  Otóż  autentyczną    pałkę,  która  kapitan  Cook  został  zabity,  i  wie-

rzytelną  łódź,  w  której  przybyła  do  Nowej  Zelandii  pierwsza  kolonia 
Maorów przed sześciuset laty i cudowna parę wypchanych rajskich pta-
ków z Nowej Gwinei, i szkielet ptaka moa. i mnóstwo innych ciekawych 
rzeczy,  których  wyliczać  trudno,  znajdujących  się  we  wspomnianym 
muzeum,  nabył  Barnum  ode  mnie.  Od  niepamiętnych  czasów  bowiem 
zajmuję się zbieraniem polinezyjskich osobliwości dla Barnuma... same 
rzeczy  autentyczne...  nic  a  nic  humbugu.  słowo  daję!  Do  każdego 
przedmiotu dołączam spisane przed najbliższym konsulem lub misjona-
rzem  zeznanie  sprzedającego  ten  przedmiot,  o  pochodzeniu  starożyt-
ności itd. sprzedanej mi pamiątki, aby Barnum zawsze był w stanie wy-
legitymować się tym świadectwem, od kogo. gdzie i jak okaz. został na-
byty. Więc też choć rozmaici uczeni badali moje przesyłki, zastanawiali 
się nad nimi i pragnęli dowieść Barnumowi fałszerstwa, nikt go jeszcze 
nigdy nie złapał... przynajmniej nikt mu jeszcze nie dowiódł fałszerstwa 
pamiątek ode mnie kupionych i gdyby nie ów miecz fatalny Cyda Cam-
peadora 

1

Cyd  (Cid)  -  właściwie  Rodrigo  Diaz  zwany  el  Campeador  (wojownik),  hisz-

pański bohater narodowy  z XI  wieku. 

209 

background image

którego  autentyczności  pan  Barnum  tak  długo  bronił,  aż  później  sam 
musiał przyznać, że kazał go zrobić, to nikt by mu nie śmiał zarzucić, iż 
ludzi tumani... Co do mnie, z mieczem nic nie miałem do czynienia,  zaś 
o  autentyczności  pałki,  od  której  kapitan  Cook  zginął,  dostarczyłem  
wystarczające świadectwa... 

-  Przepraszam - przerwał majtek - pałka ta nie ma nic wspólnego z 

naszą szaloną podróżą. 

-  I ja przepraszam za wstęp rozwlekły. Był on wszakże niezbędny do 

wyjaśnienia  moich  stosunków  z  nieśmiertelnym  Barnumem.  A  teraz 
słuchaj... 

Zanim  zacząłem  czytać,  obejrzałem  się  mimowolnie,  bo  mi  żal  było 

dzielić  się  tajemnicą  i  zdawało  mi  się,  że  nawet  nieme  drzewa  i  głuche 
głazy  tej  pustyni  gotowe  mnie  podsłuchać  i  ukraść  sekret  połączony  z 
nadzieją  nagrody  niepospolitej. 

Towarzysz naglił jednak,  musiałem  więc zacząć czytać. 
Kochany  kapitanie!  -  pisał  nieśmiertelny  Barnum  -  jeżeli  znów  Ci 

kiedy wypadnie owe wyspy odwiedzić, z których mi przysłałeś pierw-
szą  i  jedyną  koszulę  króla,  Thakombau,  ozdobioną  wielką  wstęgą 
stworzonego przez wspomnianego monarchę orderu ryby latającej, to 
kto  wie,  czy  nie  znajdziesz  wybornej  sposobności  do  sprawdzenia 
twierdzeń,  jakie  otrzymałem  z  dwóch  niezawisłych  od  siebie  i  wiaro-
godnych  źródeł,  o  tzw.  koczującym  lub  latającym  drzewie,  zwanym 
przez Janseniusza i innych uczonych botaników 
cereus vagans.  Dobry 
mój przyjaciel, profesor Wanderlust, znakomity badacz Polinezji, któ-
ry sześć lat spędził na Witi-Lewu 

1

 i wszystkie pobliskie wyspy zwiedził,

 

Witi Lewu - największa z wysp Fidżi. 

udzielił  mi  pierwszej  wiadomości  o  tym  drzewie  ciekawym,  które  wi-
dział  nawet,  jak  mi  zaręczał.  Ponieważ  jednak  wymieniony  profesor 
żądał  parę  tysięcy  zadatku,  zanim  by  się  wybrał  w  podróż  do  Fidżi 
celem  odszukania  tego  drzewa,  a  skutkiem  rozmaitych  poprzednich 
zawodów z jego strony miałem słuszny powód do nieudzielenia zadat-
ku,  przeto  przyjąłem  jego  twierdzenie  z  powątpiewaniem  i  byłbym  je 
puścił  w  niepamięć,  gdyby  go  nie  był  potwierdził  całkowicie  prawie 
wielebny Lieteller, były misjonarz anglikański na jednej z wysp Fidżij-
skich 
nie pomnę,  której.   Wiarogodny len człowiek, który z czystego 

210 

background image

poświęcenia  dla  dobra  biednych  Kanaków  lat  tyle  w  owych  stronach 
przeżył, że mógł powrócić do Europy z kapitałem kilkudziesięciu tysię-
cy  funtów  oraz  z  sześciorgiem  drobnych  półbiałych  a  półczarnych  Fi-
dżątek podejrzanego pochodzenia 
wiarogodny ten człowiek nie mógł 
mieć żadnego interesu w zmyślaniu przede mną o cudownym drzewie. 
Cieszy  on  się  reputacją  biegłego  botanika,  sumiennego  badacza  przy-
rody i używa powszechnego poważania skutkiem majątku, jaki posia-
da. Otóż on zapewnia pod słowem honoru, że chociaż nigdy latającego 
drzewa nie widział, przecież udało mu się zebrać podczas swej długo-
letniej  pracy  misjonarskiej  w  onej  części  świata  mnóstwo  świadectw 
niewątpliwych o jego istnieniu i zwyczajach, jak najzupełniej zgodnych 
z opisami profesora Wanderiusta... 

, 

Zresztą,  kochany  kapitanie,  nie  widzę  nic  niepojętego  lub  nawet 

bardzo trudnego do wiary w przypuszczeniu, że w bogatym królestwie 
przyrody istnieje roślina na tyle wyższym stopniu rozwoju stojąca od 
zwykłej  kapusty  lub  grzyba,  o  ile  wyżej  stoi  małpa  od  polipa.  Natura 
przerw nienawidzi. Ciągłość jest jej znamieniem. Nie spotykamy w niej 
nigdzie gwałtownych przeskoków i szczerb niewypełnionych. Odbywa 
się  w  niej  nieustanna  ewolucja  od  zarodkowych  pierwowzorów  do 
kształtów coraz to doskonalszych. Dlaczegóż by więc za pomocą takiej 
ewolucji  nie  mogła  się  była  wykształtować  roślina  doskonała,  która 
czuje, chce, działa i rusza się dowolnie? Roślina łącząca w sobie ustrój 
nerwowy zwierzęcia z kształtami roślinnymi?
 

Kto  wie  -  tak  brzmiał  ostatni  ustęp  listu  od  mego  nieśmiertelnego 

protektora czy Ci się nie uda nie tylko dowiedzieć się czegoś nowego o 
tym cudzie natury, ale nawet go wynaleźć i przywieźć? Według wska-
zówek otrzymanych od misjonarza należy ona do rodziny 
Cactaceae, 
lubuje się w klimacie bardzo gorącym i suchym. Korzenie jej mają być 
podobne do cieniutkich włókien. Bywa ich zaledwie kilka i nie zapusz-
czają się głębiej jak w pył miałki, leżący na powierzchni twardych pa-
górków.  Cudowna  ta  roślina  ma  dalej  posiadać  dar  wyrywania  tych 
swoich korzonków z ziemi, wzbijania się w powietrze na kształt ptaka i 
przelatywania z miejsca na miejsce. Profesor Wanderlust twierdzi, że 
podnoszenie  się  tej  rośliny  i  opadanie  jej,  czyli  lot,  odbywa  się  za  po-
mocą  pęcherza  napełnionego  wodorem,  złożonego  z  włókien  nader 
elastycznych  i  ukrytego  w  koronie  jej  liści.  Przez  wzdymanie  lub  ści-
skanie tego pęcherza wznosi się nasz ciekawy kaktus do znacznej wy-
sokości lub  spada  spod obłoków  na  ziemię  pływając w  powietrzu,  jak 
ryba pływa za pomocą swego pęcherza w wodzie. Misjonarz ze swojej 
strony utrzymuje, jakoby latające drzewo było zawsze przedmiotem
 

211 

background image

czci religijnej wyspiarzy, którzy pod wpływem tego uczucia utrudniają 
Europejczykom  przystęp  do  cudownej  rośliny  z  taką  zaciętością,  że 
żaden  badacz  lub  podróżnik  nie  był  po  dziś  dzień  w  stanie  otrzymać 
choćby  jednego  tylko  okazu  tej  osobliwości.  Ta  ostatnia  okoliczność 
zdwaja moją żądzę posiadania takiego okazu.
 

Wyobraź sobie, przyjacielu, niezliczone, płacące tłumy, które by się 

do niego cisnęły? Jakie żniwa złote! Jakież porównanie między docho-
dami z pokazywania generała Tom Thumba lub pani Jenny Lind, lub 
miecza  Cyda,  a  „drzewa  latającego”?  Ono  by  nawet  zaćmiło  moje 
uczone słonie. Czy potrzebuję jednak rozwodzić się przed tobą o możli-
wych korzyściach i dochodach dających się wyciągnąć z posiadania tej 
nadzwyczajnej  osobliwości?  Wszakże  sam  wszystko  zrozumiesz  i  poj-
miesz, jak działać potrzeba. Jako miłośnik wiedzy nie będziesz zapew-
ne  żałował  trudów  celem  otrzymania  pożądanego  okazu,  chociażby 
wypadło  go  szukać  z  narażeniem  życia.  Jeśliby  jednak,  czego  się  nie 
spodziewam, ani żądza wyrządzenia usługi nauce, ani pragnienie sła-
wy nie pobudziły Cię do poszukiwań za latającym drzewem, to pozwól 
się do nich zachęcić obietnicą Barnuma, że za pierwszy nie uszkodzony 
egzemplarz opisanej  powyżej rośliny otrzymasz ode  mnie pół miliona 
dolarów w gotówce, a nadto tytułem tantiemy dwadzieścia od sta ca-
łego  dochodu,  jaki  będziemy  zbierali  obwożąc  nadzwyczajne  drzewo 
po dwóch półkulach, podczas gdy wszelkie wydatki z tego rodzaju wy-
stawą połączone pokryję z  własnych funduszów...
 

-  Tyle  od  Barnuma  -  dodałem  składając  i  chowając  list  od  nowo-

jorskiego  przedsiębiorcy.  -  Jako  żeglarz,  który  pół  życia  strawił  między 
wyspami Spokojnego Oceanu, musiałeś słyszeć nieraz o istnieniu drzewa 
w  liście  opisanego.  Daję  ci  teraz  sposobność  znalezienia  go  i  przystą-
pienia  do  połowy  ofiarowywanej  nagrody.  Pójdziesz  dalej  czy  nie  pój-
dziesz? 

Majtek  zamknął  usta,  które  podczas  czytania  listu  stały  tak  szeroko 

otwarte, że aż fajka z nich wyleciała i stłukła się na kamieniu, mruknął: - 
Pół miliona - i wstał. Na moje skinienie zerwał się także i Kiloa, by nas 
prowadzić dalej,  w pogoni  za drzewem, za  którego znalezienie spodzie-
wał się dostać wszystek proch i arak znajdujący się na okręcie, a tytułem 
zadatku  nabrał  był  już  więcej  tego  rodzaju  skarbów,  niż  wszyscy  inni  
mieszkańcy wyspy posiadali... 

Po  całodziennym  uciążliwym  marszu  znaleźliśmy  się  ku  wieczorowi 

na szerokiej, zarosłej niskimi, suchymi krzakami równinie obok Kiloa 

212 

background image

leżącego na ziemi i wijącego się, jak gdyby taniec św. Walentego go opę-
tał,  a  w  podrygach  mruczącego  zaklęcia.  Nie  widząc  żadnego  przed-
miotu,  który  by mógł usprawiedliwić  jego dziwaczne  zachowanie,  przy-
stąpiliśmy do niego, aby go podjąć, a w tej samej chwili spostrzegliśmy 
na ziemi rodzaj płytkiego,  wytłoczonego dołu, przypominającego gniaz-
do, w  którym ptak duży  i ciężki  mógł  był  przesiadywać. W środku tego 
gniazda  znajdował  się  nie  głębszy  nad  parę  cali,  a  do  jamy  kreta  po-
dobny  lejkowaty  otwór,  od  którego,  jak  z  ogniska,  rozbiegały  się  pro-
mienie  tworzące  gwiaździsty  deseń  na  warstwie  piasku,  pokrywającej 
twardą  ziemię.  Cały  ten  rysunek  był  podobny  do  siatki  bruzd,  jakie  by 
musiały się zostać na piasku, gdyby ktoś był wyrwał z tego miejsca drze-
wo o pręcikowatych,  rozgałęzionych  korzonkach. 

Nie podlegało więc najmniejszej wątpliwości, że ten ślad pozostał po 

korzeniach  latającego  drzewa,  co  też  Kiloa  potwierdził,  dodając,  że 
wspomniane drzewo musiało opuścić swe gniazdo niedawno, gdyż suchy 
i chciwy wody piasek nie miał jeszcze czasu połknąć wszystkiej wilgoci, 
która  nasączyła  się  w  to  miejsce  z  liści  tej  dziwnej  rośliny,  zawsze  rosą 
zwilżonych. 

Byłoby rzeczą zbyteczną opisywać radość, jaka nas przejęła po otrzy-

maniu  tego  zapewnienia,  lub  spowiadać  się  przed  wami,  moi  panowie, 
ze wszystkich bezładnych myśli, co lotem błyskawicy w naszych głowach 
się  pokrzyżowały  naokoło  jednej,  wyraźnej  idei,  iż  półmilion  Barnuma 
leżał niedawno w tym wytłoczonym zagłębieniu i że odleciał przed chwi-
lą, aby  spocząć gdzieś   niedaleko,   i   że  go  znajdziemy   niezawodnie. 

Znaleźć  go?  To  zdawało  się  zadaniem  bardzo  łatwym!  Postanowi-

liśmy rozejść się na trzy strony i chodzić tędy i owędy po równinie, za-
kreślając  tak  długo  coraz  szersze  łuki,  póki  drzewa  nie  znajdziemy,  dla 
podawania zaś sobie nawzajem wiadomości o naszych ruchach, strzelać 
co kilka minut z rewolwerów. Trzy strzały, raz po raz, miały być znakiem 
trafienia na cudowne drzewo. W razie nieznalezienia go każdy miał wró-
cić o świcie do gniazda. Czyż nie był to plan niezawodny? Wykonywając 
go, zwrócił się Kiloa ku wschodowi, ja poszedłem na północ, a towarzysz 
mój na południe. Na stronie zachodniej nie warto było szukać. Przecież 
nadeszliśmy stamtąd i  bylibyśmy  musieli  widzieć potwór    roślinny    w   
powietrzu,   gdyby   był  w  tym   kierunku   poleciał. 

Wam, z których każdy zna puszcze rozmaite i błądził po nich, nie po-

trzebuję  tłumaczyć,  dlaczego  plan  wyłuszczony  powyżej,  chociaż  wy-
dawał  się  tak  prostym  i  łatwym  do  wykonania  w  teorii,  okazał  się  w 
praktyce niedorzecznym. Zanim pół godziny upłynęło, zanim jeszcze 

213 

background image

Krzyż  Południowy  przybrał  blask  swój  właściwy  i  wystąpiły  na  niebo 
wszystkie konstelacje, „wyłaniające się z błękitu po zachodzie słońca, nie 
byłem  już  w  stanie  ani  powiedzieć  sobie,  gdzie  jestem,  ani  dosłyszeć 
strzałów towarzyszy. Nawet echo nie odpowiadało na  moje  wystrzały.  I 
wschód,  i  południe  milczały  jak  zaklęte.  Zostałem  w  ciemności  sam  je-
den... zbłąkany w pustyni, o której rozległości straciłem wszelkie pojęcie, 
krążąc w kółku, oddalonym dwa dni marszu od morza najbliższego, nie 
mogąc sobie zgoła zdać sprawy, jaką najkrótszą drogą można by do tego 
morza najbliższego w przeciągu dwóch dni  powrócić,  bez  przewodnika, 
co by wskazywał wąwozy  między  górami i  przejścia  w    kolczastych  gę-
stwinach  chrustu! 

Nie chcę was nudzić i dręczyć opisem  mych cierpień  przez całą ową 

noc straszną i dzień następny, i no; drugą, i trzecią. Wystarczy, gdy po-
wiem, że błąkałem się trzy doby w dzikiej rozpaczy, raz błagając o świat-
ło dzienne, które by mi widokiem morza pobłogosławiło, drugi raz mo-
dląc się o chłodny zmrok nocny jako o zbawienie przed strasznymi gro-
tami słońca zwrotnikowego. Drugiego już dnia nie miałem w torbie ani 
okruszyny suchara. Byłbym był zginął z pragnienia, gdybym nie był spo-
tkał  kiedy  niekiedy  kaktusów  o  wodnych  gruszkach.  Siły  mnie  opusz-
czały.  Zacząłem  tracić  wzrok  i  posiadałem  już  tylko  słabą,  niewyraźną 
świadomość,  że  posuwam  się  mozolnie  na  oślep  przez  gęste,  kolczaste 
chrusty,  bez celu,  byle  naprzód... 

W końcu wydało mi się, że upadłem i że mi brakło siły do powstania z 

ziemi. Zamiast rozpaczy serce napełniła obojętność, a po niej żądza do-
czekania  się  końca  cierpień.  Jakby  spełniając  to  życzenie  opuścił  mnie 
ból wszelki, a żar słoneczny zaczął się wydawać chłodnym i przyjemnym 
jak powiew wachlarza. Pod wrażeniem tego powiewu zamknąłem  oczy  i  
straciłem  przytomność. 

Leżąc jak w letargu miewałem dziwne widzenia. Czasem śniło mi się, 

że piękna i słodka kobieta schylała się nade mną bezwładnym i że przy-
ciskała  głowę  moją  do  rozkosznego  łona  i  opasywała  mnie  pulchnymi 
ramionami.  Czułem  wyraźnie,  jak  przykładała  gładkie  oblicze  do  mojej 
twarzy  szorskiej.  Słyszałem  szmer  jakiś...  szeptanie  w  niezrozumiałej 
mowie,  którego  ton  napawał  mnie  otuchą.  Szmer  ten  budził  mnie  cza-
sem...  próbowałem  otworzyć  oczy...  usiłowałem  uchwycić  pulchne,  roz-
koszne  ramiona,      kołyszące    mnie    w    swych    objęciach...      i    znów 
omdlewałem. 

Nic uśmiechajcie się z niedowierzaniem. Sny mojego letargu nie były 

całkowitym złudzeniem. W bezludnej i bezwodnej pustyni znalazłem i li-
tość, i pomoc czułą. Gdy bowiem ocknąłem się raz jeszcze z omdlenia 

214 

background image

nade  mną  pochylała  się  rzeczywiście  cudowna  jakaś  istota  -  wspaniała, 
choć  niepiękna,  ludzko  czuła,  choć  nieczłowiecza  i  czucia  pozbawiona. 
Ramiona,  które  mnie  opasywały,  były  zwilżone  niezliczonymi  kro-
pelkami  rosy  i  zdawały  się  drżeć  tętnieniem  soków  żywotnych,  krą-
żących  w  żyłach...  W  nozdrzach  czułem  woń  upajającą,  a  każde  dot-
knięcie kołyszącej mnie istoty było pieszczotą niewymownie rozkoszną... 

Nie będąc biegłym przyrodnikiem, na wzór Wanderlusta i Lietellera, 

nie mógłbym dogadzając słusznej waszej ciekawości opisać onej istoty z 
naukową  dokładnością.  Stan  mój  ówczesny  umysłowy  nie  nadawał  się 
do stworzenia sobie dokładnych wyobrażeń i zachowania ich w pamięci. 
Pomnę  tylko,  że  widziałem  roślinę  z  krótkim,  pękatym  pniem.  Gałęzie, 
między  którymi  spoczywałem  parę  łokci  ponad  ziemią,  były  miękkie, 
gibkie i płaskie, a rozbiegały się z pnia promienisto, w środku zaś między 
nimi, tworząc niejako dzwon ich koła i poduszkę, na której głowa moja 
spoczywała, znajdował się zwój kędzierzawych liści, zawierający w sobie 
pączek  wielkiego  kwiatu  purpurowego,  który  się  zwiększał  i  otwierał  w 
moich oczach wydając ową woń upajającą, co mnie odurzała i usypiała. 

Raz drzemiąc, drugi raz otwierając powieki, by znów  je zamknąć od 

wrażenia  owej  woni  nieopisanej,  osłabiony  nad  wyraz  wszelki,  straciw-
szy  władzę  myślenia  i  woli,  spoczywałem,  nie  wiem  jak  długo,  między 
gałęziami cudownego drzewa, z głową na olbrzymim purpurowym kwie-
cie,  nie  starając  się  zdać  sobie  sprawy  z  tego,  co  się  ze  mną  działo,  ale 
czując tylko słodkie zadowolenie i przyjmując uściski pulchnych ramion 
z bierną rezygnacją niemowlęcia kołysanego przez piastunkę. Przenikała 
mnie  tylko  jedna  myśl  błoga,  że  znalazłem  na  puszczy  przyjaciela  pia-
stującego  mnie z niewieścią czułością. 

A  gdy  noc  chłodna  znów  zaległa  pustynię,  zaczęło  mi  się  zdawać,  że 

kwiat pod moją głową jął się wydymać na kształt olbrzymiego balona, ?e 
gałęzie promieniste ścisnęły się naokoło niego i naokoło mnie na kształt 
siatki  opiekuńczej,  wzmacniającej  jedwabny,  delikatny  pęcherz,  napeł-
niony gazem. Objęty silnie i kołysany regularnie, bujałem w przestworze 
powietrznym doznając wrażeń jak najrozmaitszych. Raz mi się zdawało, 
że  spoczywam  w  ciasnym  łóżku  na  własnym  okręcie  i  że  czuję  ruch  fal 
morskich podnoszących i spuszczających barkę - drugi raz, że wisząc w 
szponach jakiegoś olbrzymiego ptaka lot jego podzielam - częściej jesz-
cze  byłem  pod  tym  wrażeniem,  że  się  bez  żadnej  a  żadnej  pomocy  sam 
coraz wyżej wzbijam i że przecinam powietrze pędem burzy. Ile razy się 
zbudziłem, tyle razy czułem na twarzy silny przewiew powietrza - był to 

215 

background image

pierwszy wiatr, jaki mi się dał uczuć od chwili naszego wylądowania na 
spiekłej wyspie.  Byłem też  niewymownie szczęśliwy wśród tych wszyst-
kich  wrażeń,  przyszedłszy  do  przekonania,  że  nadludzka,  nie  znana  mi 
potęga roztoczyła nade mną swoją opiekę... 

 

-  Odzyskuje   przytomność...   nalej mu do ust kropelkę araku... 
Był to pierwszy głos ludzki, jaki usłyszałem po pięciu dniach samot-

ności.  Otworzyłem  oczy,  podniosłem  głowę  i  ujrzałem  się  w  objęciach 
towarzysza  mej  wycieczki  w  głąb  wyspy,  który  był  równie  zdziwiony 
znalazłszy   mnie   omdlałego,  jak  ja   sam   widokiem  jego   obecności. 

-  Na miłość boską! Skąd się tutaj wziąłeś, kapitanie? - wołał majtek. 

- Szukaliśmy ciebie całe dwa dni w pustyni, a straciwszy w końcu nadzie-
ję  znalezienia  cię  i  pozbawieni  żywności,  odszukaliśmy  konie  i  po-
wróciliśmy do morza. 

-  Jak to, więc jesteśmy   nad morzem? 
Mówił prawdę! Siedziałem na piasku, złożonym z okruszyn muszelek  

i korali. lale pluskały tuż u stóp moich obryzgując mnie pianą. Rzeźwiła 
mnie słona wilgoć, wdzierająca się do nozdrzy. Gdy zaś ożywiony świa-
domością,  że  się  już  nie  znajduję  na  puszczy,  zerwałem  się  na  równe 
nogi,  wtedy  poznałem  przystań,  w  której  zostawiliśmy  brygantynę.  O 
pięćset  kroków  od  brzegu  rysowały  się  jej  wspaniałe  maszty.  Z  burtów   
okrętu spuszczali łódź po nas. 

W  przeciwnym  zaś,  wschodnim  kierunku,  wyżej,  niżby  orzeł  hardy 

wzbić się ku słońcu zdołał, płynąc coraz to dalej i dalej, zmniejszając się i 
rozpływając  na  błękicie,  długo  podobny  do  komety,  przypominając  w 
końcu bladą gwiazdę poranną, ale zachowując do ostatka połysk purpu-
rowy,  zmierzał  ku  słońcu  latawiec-drzewo-balon,  powracający  na  pusz-
czę. I ja je widziałem, i majtek je widział, i widział je także Kiloa, i cała 
załoga okrętu przypatrywała mu się z niewymownym zdziwieniem. Każ-
dy  z  nas  trzech  na  brzegu  wytężał  za  nim  oko  pod  wpływem  innego 
uczucia. Na twarzy majtka przebijały się ciekawość i żal... mruczał sobie, 
że diabli wzięli pół miliona Barnuma. Kiloa złożył ręce jak do modlitwy i 
stał pogrążony w ekstazie nabożnej, Ja zaś goniłem wzrokiem za odlatu-
jącą rośliną ze spojrzeniem kochanka żegnającego oblubienicę na   wie-
ki! 

Balon... kometa... gwiazdka... wszystko znikło. Uderzyłem się w czoło 

próbując zdać sobie sprawę z dziejów kilku dni ostatnich. A więc i drze-
wo, i pieszczoty, i objęcia, i kwiat purpurowy wydymający się w kształt  

216 

background image

olbrzymiego balona i lot napowietrzny - więc to wszystko nie było maja-
czeniami konającego w pustyni obłąkańca, ale rzeczywistością! 
Nazwijcie  sobie  to  zjawisko  drzewem,  roślina,  balonem  lub...  cudem  - 
mniejsza o jego nazwo, dość że istniało i że dziesięciu świadków mogło 
jego   istnienie   poświadczyć! 

Niech uczeni szydzą sobie z zeznań moich majtków i z moich opisów, 

niechaj  zaliczaj;)  historie  o  drzewie  latającym  do  rzędu  bajek  o  wężu 
morskim, przecież będę do śmierci utrzymywał, że czuciem, inteligencją 
i  wolą  obdarzona  istota  roślinna  mnie,  konającego  w  środku  pustej  i   
bezwodnej wyspy,   znalazła   i   zaniosła   do   mojego   okrętu! 

background image

B a r o n   B r a m b e u s   (pseud.), patrz: J ó z e f   J u l i a n   S ę k o w -

s k i  

D e o t y m a   (prawdziwe nazwisko: Jadwiga Łuszczewska) - urodziła 

się  I  sierpnia  1834  roku  w  Warszawie.  Rodzice  jej  prowadzili  tu  dosyć 
głośrty salon literacko-artystyczny, w którym królowała matka Jadwigi, 
osoba  o  niezwykle  wygórowanych  ambicjach  artystyczno-towarzyskich. 
U  kilkunastoletniej  Jadwigi  odkryto  talent  improwizatorski  -  matka 
wybrała dla niej pseudonim „Deotyma” - i dziewczynka improwizowała 
w salonie na zadane tematy. W krótkim czasie stała  się sławna i podzi-
wiana,  podobno  nawet  Mickiewicz  poświęcił  jej  jeden  z  wierszy.  Z  cza-
sem  stała  się  kimś  w  rodzaju  oficjalnej  świętości  narodowej.  Otoczona 
gronem  wielbicieli  organizowała  słynne  „czwartki  literackie”.  Swoimi 
improwizacjami  wzbudzała  zachwyty,  ale  też  nie  brakło  ocen  bardziej 
krytycznych. Jej daleki krewny - Henryk Sienkiewicz - bywający zresztą, 
w jej salonie, nazwał ją kiedyś nieco złośliwie „żyjącym pomnikiem lite-
ratury”. Odsunąwszy się od życia towarzyskiego z powodu długotrwałej 
choroby, Deotyma zmarła w Warszawie 23 listopada 1908  roku. 

Jej  liczne  poezje  i  improwizacje  poszły  w  całkowite  i  chyba  słuszne 

zapomnienie.  W  historii  literatury  ostała  się  jako  autorka  powieści  hi-
storycznych, które krytyka uznała za odpowiednie dla młodego czytelni-
ka, Są to m.in.: Branki w jasyrze (1890) i najbardziej znany utwór Pa-
nienka  z  okienka  (  
1898).  Deotyma  była  również  autorką  zupełnie  dziś 
zapomnianej powieści fantastyczno-naukowej Zwierciadlana zagadka 
będąc  jednocześnie  prekursorką  często  podejmowanego  później  przez 
pisarzy  science  fiction  tematu  „utrwalania  się”  w  lustrach  obrazów  i 
możliwości ich późniejszego odtwarzania. Z tej wydanej w Warszawie w 
1879 roku  powieści  pochodzi  zamieszczony  fragment. 

219 

background image

M i c h a ł   D y m i t r   K r a j e w s k i   -  urodził  się  w  1746  roku. 

Otrzymał  święcenia  kapitańskie,  był  członkiem  Zgromadzenia  Pijarów. 
Nauczyciel,  prefekt,  a  później  rektor  warszawskiego  Collegium  Nobi-
lium, pisarz, historyk i pedagog. W 1793 roku osiadł jako ksiądz świecki 
na  probostwie  w  Końskich  i  oddał  się  wyłącznie  pracy  pisarskiej.    Tam  
też zmarł w   1817 roku. 

Michał Dymitr Krajewski  był autorem kilku powieści historycznych: 

Podolanka  wychowana  w  stanie  natury  (1784),  Wojciech  Zdarzyński 
życie  i  przypadki  swoje  opisujący  
(1785),  Pani  Podczaszyna  (1786), 
poematu Leszek Biały (1789), a także dzieł historycznych. Powieść Woj-
ciech Zdarzyński... 
cieszyła się w swoim czasie, dużym uznaniem. Jesz-
cze  w  roku  1785  ukazało  się  jej  drugie  wydanie,  w  dwa  lata  później 
wznowiono książkę w Supraśli pod zmienionym tytułem Podróż lunaty-
ka  po  miesiącu.  
W  roku  1794  ukazało  się  w  Wiedniu  jej  tłumaczenie 
niemieckie.  Nie  jest  to  dzieło  w  pełni  oryginalne  -  od  razu  rzuca  się  w 
oczy podobieństwo do Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków Igna-
cego  Krasickiego.  Sam  autor  zresztą  nie  ukrywa  powiązań  z  Doświad-
czyńskim. 
Ponieważ jednak po raz pierwszy w naszej literaturze utopij-
na kraina została wyniesiona poza Ziemię, a w opisie nie brak wynalaz-
ków  naukowych  i  technicznych  dokonanych  przez  Sielan  na  Księżycu, 
powieść  tę  zwykło  się  uważać  za  prekursorkę  polskiej  powieści  science 
fiction.  Z  niej  też  pochodzą  zamieszczone  w  antologii  fragmenty  pt. 
„Pregrynacja Wojciecha Zdarzyńskiego na Księżyc”. 

S t a n i s ł a w   L e s z c z y ń s k i  - król Polski - urodził się w 1677 roku 

we  Lwowie.  Otrzymał  niezwykle  staranne  wykształcenie  w  kraju  i  za 
granicą.  Od  1699  roku”  wojewoda  poznański.  Dwukrotnie  usiłował 
utrzymać  się  na  polskim  tronie:  w  latach  1704-09,  a  następnie  w  1733 
roku. Od 1720 roku przebywał we Francji- jako teść Ludwika XV został 
dożywotnim  księciem  Lotaryngii  i  Baru,  gdzie  też  zmarł  w  Lunéville  w   
1766 roku. 

Pisał wiele po francusku - głównie dzieła o treści morałno-filozoficz-

nej i religijnej. W historii Polski znany głównie jako autor rozprawy Głos 
wolny  wolność  ubezpieczający  
-  wnikliwego  traktatu  omawiającego 
krytycznie  podstawy  ustroju  Rzeczypospolitej.  Należy  on  -  przez  swoją 
postępowość - do najważniejszych dokumentów polskiej myśli politycz-
nej  XVIII stulecia. 

Powiastka  utopijna  „Rozmowa  Europejczyka  z  wyspiarzem  z  króle-

stwa Dumocala”, napisana ok. 1640 roku - jedna z pierwszych tego typu 
w naszej literaturze - zo”stała zaczerpnięta z dzieła o nieco przydługim  

220. 

background image

tytule:  Rys  życia  i  wybór  pism  Stanisława  Leszczyńskiego  Króla  Pol-
skiego,  Xiecia  Lotaryngii  i  Baru  zwanego  Filozofem  Dobroczyńcę  po-
dług  edycji  francuskiej  ogłoszony  przez  Kajetana  Lubicz-Niezabitow-
skiego w  Warszawie nakładem A. Brzeziny w roku 1828.
 

J ó z e f   J u l i a n   S ę k o w s k i  - urodził się w 1800 roku w Antago-

łach  pod  Wilnem.  Studia  odbył  na  Uniwersytecie  Wileńskim.  W  czasie 
studiów  był  członkiem  „Towarzystwa  Szubrawców”  -  stowarzyszenia 
literacko-satyrycznego, któremu przewodził Jędrzej Śniadecki. W latach 
1819-1821  jako  stypendysta  Uniwersytetu  odbył  wyprawę  naukową  do 
Egiptu  i  Turcji.  Był  współpracownikiem  „Pamiętnika  Warszawskiego”  i 
pism wileńskich. W roku 1822 zostaje  profesorem  języków  wschodnich 
na Uniwersytecie Wileńskim, a następnie petersburskim. Od roku 1829 
jest  członkiem  Petersburskiej  Akademii  Nauk.  W  latach  1830-1833  re-
daguje  wychodzące  w  Petersburgu  polskie  czasopismo  humorystyczne 
„Bałamut”;  w  tym  okresie  wydał  także  rozprawę  Collectanea  z  dziejów 
tureckich do rzeczy polskiej służących. 
W roku 1834 założył popularny 
miesięcznik „Bibliotieka dla cztienija” o charakterze uniwersalnego ma-
gazynu  encyklopedycznego,  który  ze  względu  na  wysoki  poziom  zdobył 
powszechne  uznanie  u  krytyki  i  czytelników.  W  tym  okresie  Sękowski 
pisze  już  wyłącznie  w  języku  rosyjskim.  Pod  pseudonimem  „baron 
Brambeus”  publikuje  szereg  utworów  satyrycznych  z  wyraźnymi  moty-
wami fantastycznymi. 

W Polsce ukazały się: Wielkie posłuchanie u Lucypera. Z pism baro-

na Brambeusa (Warszawa 1835) oraz dwutomowe Fantastyczne podró-
że barona Brambeusa 
(Warszawa 1840 - 1 wyd. rosyjskie 1833), z któ-
rych  pochodzi  zamieszczona  w  antologii  „Podróż  Uczona  na  Wyspę 
Niedźwiedzią”. 

T e o d o r   T r i p p l i n  - urodził się w 1813 roku w Kaliszu. Ukończył 

studia  medyczne,  brał  czynny  udział  w  powstaniu  listopadowym.  W 
roku  1831  wyemigrował,  początkowo  do  Włoch,  gdzie  pełnił  funkcje 
lekarza w szkołach wojskowych w Genui i Cueno. Następnie odbył liczne 
podróże po Europie i Afryce. Po powrocie do kraju związał się ze środo-
wiskiem  cyganerii  warszawskiej.  Jego  pisarstwo  -  przede  wszystkim 
pamiętniki i wspomnienia z podróży - cieszyły się dużą poczytnością. Był 
za  życia  pisarzem  bardziej  nawet  popularnym  niż  Kraszewski.  Plotka 
głosiła, iż dzieła jego stanowiły głównie tłumaczenia bądź przeróbki 

221 

background image

książek obcojęzycznych. W dodatku nie tworzył ich sam Tripplin, a wy-
najęty przez niego zespół „murzynów”. Nierzadko też były to opisy krain, 
w których autor nigdy nie był. Jest faktem, że Tripplin niejednokrotnie 
posiłkował  się  twórczością  innych,  głównie  zagranicznych  autorów,  ale 
należy pamiętać, że były to czasy, gdy plagiatu nie traktowano tak jedno-
znacznie  negatywnie  jak  obecnie.  Pozostaje  faktem,  iż  Teodor  Tripplin 
piórem władał w sposób bardzo sprawny, nie szczędząc swoim oponen-
tom złośliwych uwag. Zmarł w Warszawie w 1881 roku. 

Głównym  nurtem  jego  twórczości  były  pamiętniki  i  opisy  odbytych 

podróży:  Podróż  przez  Saharę,  Nowa  podróż  naokoło  ziemi.  Najnow-
sza podróż po Danii, Szwecji i Norwegii. 
Był też autorem kilku powie-
ści:  Lunatycy,  Dwa  duchy,  Maskarada  w  obłokach,  czyli  podróż  nad-
powietrzna  nad  Morze  Północne  
-  powieść  przygodowa,  zawierająca 
elementy  popularnonaukowe. 

Nas  interesuje  przede  wszystkim  Podróż  po  księżycu  odbyta  przez 

Serafina Bolińskiego (1858). Jest to typowa powieść fantastyczna, z ele-
mentami fantastyczno-naukowymi, przypominająca w konstrukcji Tam-
ten  świat  
Cyrano  de  Bergefaça.  Na  podkreślenie  zasługuje  fakt,  że  po-
wieść  została  poprzedzona  dwoma  rozdziałami:  „Selenografią  czyli  opi-
sem  księżyca”  oraz  „Przedmową”  -  stanowiącymi  ok.  jedną  czwartą 
książki, a przedstawiającymi w miarę dokładny, aktualny stan wiedzy o 
Księżycu, co miało uprawdopodobnić fantastyczne pomysły fabuły. Ten 
typ  konstrukcji  utworu  był  niejednokrotnie  później  wykorzystywany 
przez autorów science fiction. 

S y g u r d   W i ś n i o w s k i   -  urodził  się  w  1841  roku  w  Paniowcach 

Zielonych  (tzw.  Podole  Galicyjskie).  Pochodził  z  rodziny  szlacheckiej, 
zasłużonej w naszej historii i piśmiennictwie. Literat i podróżnik, zwie-
dził  Turcję,  Grecję,  Anglię,  przez  dłuższy  czas  przebywał  w  Australii,  i 
Ameryce Północnej. W roku 1876 powrócił do kraju i  osiadł w Warsza-
wie.  Wydał  książki:  Dziesięć  lat  w  Australii  (1873),  Dzieci  królowej 
Oceanii 
(1878), Światełka w ciemnym kraju (1879), Powieści (1881). Po 
czterdziestym  roku  życia  osłabła  żyłka  Wiśniowskiego  do  wędrówek  ,i 
pisania:  poświęcił  się  przemysłowi  oraz  kopalnictwu  naftowemu  na 
wielką skalę. Zmarł w 1902 roku na zapalenie płuc. 

Sporo informacji o jego życiu i twórczości, tendencyjnych co prawda, 

przynosi przedmowa do tomu I „Pism wybranych” (Warszawa 1953). W   
historii   fantastyki   polskiej   zapisał  się  Wiśniowski  opowiadaniem 

222 

background image

„Niewidzialny” (1881, oraz Polska nowela fantastyczna 2: Władca cza-
su), 
w którym motyw niewidzialności pojawia się na szesnaście lat przed 
powieścią Wellsa. 

„Drzewo  latające”  (pierwodruk  pt.  „Drzewo  balonem”  w  lwowskiej 

„Gazecie Narodowej” nr 295-297/1883; przedruk w „Kurierze Warszaw-
skim”  w  rok  później  pod  zmienionym  tytułem);  prawdopodobnie  napi-
sane wcześniej. 

background image

Treść 

Stanisław  Leszczyński,  król, Polski Rozmowa Europejczyka 

z   wyspiarzem  z  królestwa  Dumocala 

 

7 

Michał    Dymitr  Krajewski  Peregrynacja  Wojciecha  Zdarzyńskiego    na  

Księżyc 

 

 

19 

Baron Brambcus (Józef Julian Sękowski) Podróż Uczona na 

Wyspę  Niedźwiedzią 

29 

Teodor Tripplin Podróż po księżycu odbyta przez Serafina Rolińskiego

     

                             103 

Deotyma  (Jadwiga   Łuszczewska) Zwierciadlana zagadka 

175 

Sygurd   Wiśniowski   Drzewo  latające  205 
Autorzy antologii polskiej noweli fantastycznej  219 

background image

Kolejny  tom  Polskiej  noweli  fantastycznej  jest  rozwinięciem  po-

przednich,  staraliśmy się bowiem wydobyć z zapomnienia pewną ilość 
utworów zajmujących niepoślednie, naszym zdaniem, miejsce w histo-
rii  polskiej  fantastyki.  
Podróż  nu  Księżyc  obejmuje  teksty,  które  po-
wstały  w  okresie  od  polowy  XVII  wieku  po  lala  osiemdziesiąte  wieku 
XIX w układzie chronologicznym. Jednym : ograniczeń, jakie postawi-
liśmy sobie w tym  wyborze, był fakt niepublikowania danego utworu 
po  1945  roku  (z  jednym  wyjątkiem).  Z  tego  względu  zabrakło  takich 
klasycznych  autorów  jak  Jan  Potocki  
(Rękopis  znaleziony  w  Saragos-
sie) czy Ignacy Krasicki ( Historia). 

Opowieści pomieszczone w niniejszym tomie znane są jedynie z ni-

skonakładowych publikacji, dzisiaj już nudno dostępnych i przeważnie 
znanych   tylko   z   tytułów.
 

Antologie  otwiera  publikowana  po  raz  pierwszy  od  ponad  stu  lat 

powiastka  utopijna  autorstwa  króla  polskiego  Stanisława  Leszczyń-
skiego.  niewątpliwie  prekursorka  późniejszych  polskich  utopii.  
Woj-
ciech Zdarzyński życic i przypadki swoje opisując) pijara Michała Kra-
jewskiego jest pierwszą polską powieścią z wyraźnym wątkiem fanta-
styczno-naukowym.  Jej  wydanie  w  I785  roku  uważa  się  za  początek 
rozwoju fantastyki naukowej na rodzimym gruncie (Tytuł zamieszczo-
nych  fragmentów  tej  powieści  pochodzi  od  autora  wyboru).  Klasykę 
gatunku  reprezentuje  
Podróż  po  księżycu  odbyta  przez  Serafina  Boliń-
skicgo  (I858),  której  autorem  jest  Teodor  Tripplin.  Podróż  po  księży-
cu...  to  pierwsza  polska  powieść  fantastyczno-naukowa  w  całości  po-
święcona  przygodom  bohatera  poza  Ziemią.  Zdecydowaliśmy  się  na 
przedstawienie  tej  powieści  w  pełnym  kształcie.  Spośród  autorów 
dziewiętnastowiecznych  warto  jeszcze  przypomnieć  prawie  zupełnie 
nie  znanego  u  nas  dziś  Józefa  Juliana  Sękowskiego,  piszącego  pod 
pseudonimem „Baron Brambeus”. 
Podróż Uczona na Wyspę Niedźwie-
dzią, której narratorem jest baron Brambeus, wyróżnia się wczesnym 
tematem  katastroficznym,  ale  także  zjadliwą  satyrą  na  światek  nau-
kowców. Ważną postacią dla gatunku SF okazała się. co jest pewnego 
rodzaju  odkryciem,  Deotyma,  zwykle  nie  posądzana  o  pisarstwo  fan-
tastyczne,  a  której  powieść  
Zwierciadlana  zagadka  stanowi  dojrzały 
przykład tego rodzaju twórczości. Ciekawostką jest natomiast 
latające 
drzewo Sygurda   Wiśniowskiego,   autora   Niewidzialnego.