background image

BENTE PEDERSEN 

CZAROWNICA 

background image

-  Nikt  tu  nie  mieszka  -  odezwał  się  nieco  zrezygnowany  głos.  -  To  samo  serce 

najdzikszego  pustkowia.  Nawet  pardwa  nie  założyłaby  tu  gniazda.  Jesteś  na  płaskowyżu, 

ojcze Petri. 

Po tych słowach rozległ się śmiech na kilka głosów. Przyjazny, lecz denerwujący. 

Ktoś inny odpowiedział powoli, niemal dostojnie: 

-  Śmiejcie  się,  śmiejcie,  ale  to  gdzieś  tutaj  widziałem  dym.  Jestem  pewien,  że 

pochodził z ziemianki. 

W  najbardziej  na  północ  wysuniętej  części  kraju  noce  znowu  stały  się  jasne.  Raija  z 

trudem przetrwała z dziećmi długą zimę. Od nowa nauczyła się żyć podobnie, jak żyła dawno 

temu,  kiedy  jeszcze  była  dzieckiem.  Przydały  się  doświadczenia  z  lat,  które  spędziła  z 

Lapończykami. 

Wtedy stanowiła część wspólnoty. Maleńką cząstkę wielkiej rodziny. Teraz wszystko 

zależało od niej samej. Rzecz jasna, obecne położenie różniło się od poprzedniego, ale natura 

wydawała się niezmienna. Raija wiedziała, czego się może po niej spodziewać, znała zarówno 

jej dobre, jak i złe strony. Oczywiście wiele jej i dzieciom brakowało. Często kładli się spać 

głodni. 

Silny ucisk w żołądku stał się  czymś więcej niż tylko przykrym wspomnieniem z lat 

dzieciństwa. 

Jednak mróz im zbytnio nie dokuczał. I byli razem. 

Raija  prostowała  plecy,  kiedy  o  tym  myślała.  Jej  sytuacja  nie  wydawała  się  zatem 

całkiem beznadziejna. 

Sumienie  wiele  razy  toczyło  twardą  walkę  z  rozsądkiem  w  ciągu  miesięcy,  które 

upłynęły od czasu, kiedy zeszła z dziećmi na ląd ze statku „Sankt Nikołaj” z Archangielska. 

Ż

ycie mogłoby się ułożyć zupełnie inaczej, gdyby się odważyła udać na wschód, choć 

Aleksiej już na nią nie czekał, gotów podać silne i pewne ramię. W najtrudniejszych chwilach 

wyrzucała  sobie,  że  tu  została.  Nazywała  siebie  nieodpowiedzialną  matką  i  płakała  nad 

własną  głupotą. W Rosji dzieci miałyby przynajmniej co włożyć do ust. Kiedy jednak zasy-

piały spokojne i zadowolone, Raiję również wypełniało wielkie, błogie ciepło. 

Wtedy  wiedziała,  że  Rosja  to  kraj  nie  dla  niej.  Że  to  tutaj,  pośród  tego  jałowego  i 

podszytego wiatrem krajobrazu, musi wyjść na spotkanie swemu losowi. 

Nie mogła od tego uciec. 

background image

Ziemianka znajdowała się na zupełnym pustkowiu. - Na początku Raija martwiła się z 

tego powodu. Bywały dni, kiedy wszystko w niej wołało o rozmowę z kimś dorosłym. Choć 

bardzo kochała swoje maluchy, męczyło ją, że skazana jest wyłącznie na ich towarzystwo. 

Wszystkie  myśli  zachowywała  dla  siebie.  Zmartwienia.  Marzenia.  Tęsknoty.  Nie 

miała nikogo, z kim mogłaby się nimi podzielić. Nikogo, kto by potrafił zrozumieć. 

Niestety,  wyrosła  już  z  rozmów  z  nie  istniejącymi  postaciami.  Wymyślony  wierny 

przyjaciel,  który  zawsze  znajdował  się  w  pobliżu,  w  dzieciństwie  stanowił  jakby  klucz  do 

zamykania się przed samotnością. 

Taki Mikkal w myślach. 

Raija skończyła dwadzieścia jeden lat. Nadal snuła wiele marzeń, lecz one już nie były 

tak czyste jak w dzieciństwie. I nigdy się takie nie staną. 

Zbyt  wiele  w  życiu  widziała,  zbyt  wiele  czuła,  zbyt  wiele  wiedziała.  Mikkal  istniał 

naprawdę.  Mikkal,  którego  chyba  nawet  dobrze  nie  znała,  lecz  którego  darzyła  tak  gorącym 

uczuciem. 

Nie mógł w wyobraźni stać się kimś innym. 

Reijo  zniknął.  Nawet  Reijo,  który  bardziej  niż  ktokolwiek  inny  wydawał  się  jej 

niewzruszoną  opoką,  wymknął  się  z  jej  życia.  Nawet  on  nie  mógł  uskrzydlić  marzeń,  które 

pozwoliłyby jej przetrwać. Tęsknota stawała się nie do zniesienia. 

Głód  zbijał  się  w  małą  grudkę.  Tęsknota  natomiast  rozchodziła  się  po  całym  ciele, 

wymykając się ukradkiem spod serca. Nie sposób było jej zamknąć w jakimś ograniczonym 

obszarze - wżerała się we wszystko. 

Mimo to Raija dostrzegała również dobre strony swego pobytu na odludziu. 

Samotna  kobieta  niewiele  by  mogła  zdziałać,  gdyby  na  jej  drodze  pojawili  się  źli 

ludzie. 

Tutaj przynajmniej czuła się bezpieczna. 

Wraz  z  wydłużającymi  się  dniami  i  coraz  jaśniejszymi  nocami  zaczął  ją  jednak 

nawiedzać strach. 

Nie  mogła  przecież  przewidzieć,  kto  następnego  dnia  przejdzie  obok  jej  ziemianki. 

Nie mogła wiedzieć, czy będzie miał dobre, czy złe zamiary. Musiała się liczyć z tym, że nie 

zdoła obronić siebie i dzieci, gdyby ktoś chciał ich skrzywdzić. 

Miała  nóż.  Nie  była  jednak  pewna,  czy  potrafiłaby  go  użyć.  Zawsze  drżała  jej  dłoń, 

gdy  tylko  dotykała  trzonka.  Nawet  wtedy,  kiedy  miała  się  posłużyć  nożem  w  całkiem 

zwyczajnym, bezkrwawym celu. 

Nóż budził w niej wstręt. 

background image

Panującą wokół ciszę zakłóciły czyjeś głosy. Raija zorientowała się, że coraz bardziej 

się  nasilają.  Potwierdziły  to,  z  czego  od  pewnej  chwili  zdawała  sobie  sprawę:  wkrótce  ktoś 

przejdzie  obok.  Ktoś  zauważy  ziemiankę.  Z  jakiegoś  powodu  nie  napawało  jej  to  jednak 

lękiem.  Dopiero  po  pewnym  czasie  zrozumiała,  dlaczego  przede  wszystkim  budziło  jej 

ciekawość. 

Zbliżający się ludzie rozmawiali po fińsku. 

Po  plecach  Raiji  przebiegł  dreszcz  radości.  Przeczesała  palcami  włosy  i  poczuła,  że 

policzki nabrały życia. 

Jej ojczysta mowa. 

Jej rodacy. 

Minęło nieskończenie wiele czasu, odkąd rozmawiała w swoim rodzimym języku. 

Nie pomyślała nawet o tym, że również Finowie dzielą się na dobrych i złych. 

Uznała, że skoro pochodzą z jej rodzinnych stron, to muszą być dobrymi ludźmi. 

Było  ich  czterech.  Kiedy  z  wahaniem  weszli  do  ziemianki,  wydawało  się,  jakby 

wypełnili sobą po brzegi całe wnętrze. 

Silny, wysoki mężczyzna, odchrząknąwszy, rzucił niepewnie po norwesku: 

- Dzień dobry. - Po czym zaraz, na tym samym oddechu, wykrzyknął po fińsku: - Na 

Boga, chłopaki, przecież to kobieta! 

Raija mogłaby płakać z radości, tak bardzo ją ucieszył ich widok. Poczuła się jeszcze 

lepiej, kiedy mogła się odezwać w ich mowie. 

-  Dzień  dobry.  Siadajcie,  proszę.  Moja  kobiecość  nic  chyba  na  tym  nie  straci!  - 

powiedziała z uśmiechem. 

- Do licha, nie jesteś Norweżką - stwierdził jasnowłosy chłopak. 

Usiadł  tak,  żeby  płomień  paleniska  nie  przesłaniał  mu  widoku  dziewczyny.  Raija 

zauważyła  to  i  poczuła,  jak  bardzo  ją  to  cieszy.  Była  ogromnie  spragniona  czyjegoś 

zainteresowania. Nawet taki drobiazg sprawił jej wielką przyjemność. 

-  Co,  u  diabła,  robi  kobieta  na  takim  pustkowiu?  -  zdziwił  się  silny,  ciemnowłosy 

mężczyzna.  Również  on  usiadł,  lecz  zajął  miejsce  na  wprost  Raiji,  tak  że  patrzyli  na  siebie 

poprzez  złocisty  blask  płomieni.  -  Chyba  nie  mieszkasz  tu  sama?  -  pytał  dalej,  zanim  Raija 

zdążyła odpowiedzieć. 

- Dzieci. - Raija wskazała ręką na maluchy. Dwoje najmłodszych spało. Maja i Elise 

obudziły się na dźwięk głosów i wyglądało na to, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby je do 

ponownego zaśnięcia. Chłonęły wszystko, co się wokół działo, skoro wreszcie coś się działo. 

background image

- Uciekasz przed czymś? - spytał mężczyzna podejrzliwie, a na jego czole pojawiła się 

sieć zmarszczek. 

W głosie przybysza Raija wyczuła ojcowski ton i to ją rozzłościło. 

- A jeżeli tak? - spytała ostro. - Co cię to obchodzi? A co ty tu robisz? Tak daleko od 

domu? 

Młodszy  mężczyzna  o  rudoblond  włosach  roześmiał  się.  Jego  śmiech  był  wesoły  i 

zaraźliwy. Po krótkiej chwili wszyscy musieli się uśmiechnąć. 

- Petri znowu uderza - zażartował pod adresem ciemnowłosego towarzysza. 

Raiji spodobało się to imię. Pasowało do niego. 

Uśmiech  na  twarzy  młodzieńca  pozostał  równie  szeroki,  kiedy  ten  wstał  i  wyciągnął 

ku Raiji niezbyt czystą dłoń. 

-  Aleksanteri  Kilpi.  Dwadzieścia  trzy  lata.  Wolny  i  z  nikim  nie  związany.  Na  razie 

niezbyt bogaty, ale to nie ma żadnego znaczenia, dopóki jestem równie ubogi w troski. Nie z 

własnej  woli  podróżujący  po  tej  kamienistej  krainie.  Należę  do  załogi  tego  nieokrzesanego 

starca... 

Połowy. 

Raija  powinna  była  się  tego  domyślić.  To  właśnie  o  tej  porze  roku  mężczyźni 

przygotowywali  się  do  połowów  w  Finnmarku.  Tak  jak  w  Lyngen  Finowie  zmierzali  na 

wybrzeże, by później po skończonych połowach, wrócić do swych domów. 

Móc znowu dotknąć dorosłego człowieka... Dłoń młodzieńca nie była duża, ale silna. 

Ciepła. Szorstka i stwardniała, ale ciepła. Raija szybko ją uścisnęła. 

-  Raija  -  powiedziała.  -  Raija  Alatalo...  Kesaniemi.  Dlaczego  wymieniła  nazwisko 

Reijo? To nie było konieczne. Reijo przecież odszedł. W ten sposób dał jej do zrozumienia, 

ż

e jest wolna. Posiadała wprawdzie świstek papieru stwierdzający, że nazywa się Kesaniemi, 

ale w sercu była i pozostała Raiją Alatalo. 

Aleksanteri  nie  puszczał  jej  ręki.  Jego  przymrużone  oczy  wyglądały  jak  dwa 

półksiężyce. 

-  Co  się  z  nim  stało?  Z  Kesaniemim?  Raija  uważała,  że  to  nie  ma  znaczenia.  Mogła 

równie dobrze powiedzieć, że Reijo nie żyje. 

- Wyjechał. 

Wąskie  szczęki  zacisnęły  się  nieznacznie.  Aleksanteri  uścisnął  mocno  rękę 

dziewczyny  i  cofnął  dłoń.  Na  jego  twarzy  widniał  uśmiech,  lecz  Raija  dostrzegła,  że  jasne 

oczy pociemniały. W tym młodym, rozmownym mężczyźnie zyskała przyjaciela. 

background image

Dwaj pozostali, dotąd tylko ciemne sylwetki zarysowane w cieniu, zwrócili na siebie 

uwagę, również wysuwając dłonie. 

Raija  stwierdziła,  że  to  jeszcze  chłopcy,  młodsi  od  niej.  Przedstawili  się  jako  bracia 

Tapio  i  Markku  Koski.  Także  oni  wskazali  na  mężczyznę,  którego  nie  mogła  wyraźnie 

zobaczyć zza płomieni. 

- Łowimy razem z wujkiem Petrim. Wreszcie wstał. Raija powstrzymała westchnienie. 

Odnosiła  wrażenie,  że  wszyscy  przybysze  wypełniali  sobą  ziemiankę,  lecz  ten 

człowiek  z  powodzeniem  sam  by  sobie  z  tym  poradził.  Podczas  gdy  tamci  trzej  byli 

stosunkowo niskiego wzrostu, ten wydawał się tak wysoki, że Raija pomyślała, iż złamałaby 

sobie  kark,  próbując  spojrzeć  mu  w  oczy.  Jego  ruchy  były  powolne.  Sprawiał  wrażenie 

jednego wielkiego spokoju. Drobna dłoń Raiji utonęła w jego silnej dłoni. Po całym ramieniu 

rozeszło się ciepło. 

- Petri Aalto - rzekł. Jego głos brzmiał naprawdę przyjemnie. Głęboko jak pieśń. - Nie 

chciałem  być  nieuprzejmy.  Zdziwiło  mnie  tylko,  że  na  tym  pustkowiu  spotykam  kobietę. 

Myślałem, że jedynie te... niezupełnie porządne decydują się na życie w takich warunkach... 

Raija uśmiechnęła się. 

Trudno się rozmawiało z tym  człowiekiem, ale poza tym naprawdę miał w sobie coś 

szczególnego. 

Był starszy niż jego trzej towarzysze. O ile starszy, trudno teraz zgadnąć. Okaże się w 

ś

wietle  dnia.  Raija  dostrzegła  delikatne  zmarszczki  wokół  jego  oczu.  Widać  dużo  się 

uśmiechał.  Miał  zdecydowaną  twarz,  mocne  szczęki.  Ciemne  oczy  pod  prostymi,  czarnymi 

brwiami.  Gęste,  czarne  włosy  opadały  nad  lewą  brwią.  Raija  oparła  się  pokusie,  by  mu  je 

odgarnąć z czoła. 

Dostrzegła  pod  kurtką  szerokie  ramiona  i  chociaż  ta  sama  kurtka  skrywała  dobrze 

ciało obcego, Raija mogłaby się założyć, że Petri ma długie nogi i wąskie biodra. 

Kiedy wypuściła jego dłoń, nadal czuła ten uścisk. Petri wydawał się bardzo męski. 

To  niesprawiedliwe,  że  po  tylu  miesiącach  samotności  spotyka  właśnie  takiego 

człowieka. 

- Idziecie w stronę wybrzeża? - spytała. 

-  Nasza  łódź  stoi  niedaleko  Vardo  -  wyjaśnił  Petri  z  właściwym  sobie  spokojem.  - 

Musimy tam dotrzeć, zanim wyłowią nam wszystkie ryby. 

-  Petri  zawsze  widzi  świat  w  niezwykle  jasnych  barwach  -  zauważył  wesoło 

Aleksanteri. 

background image

Rozmawiali  zniżonymi  głosami,  ponieważ  wbrew  wszelkim  oczekiwaniom  Maja  i 

Elise  zasnęły.  Niespodziewana  wizyta  nie  wydawała  się  już  zbyt  pasjonująca,  bo  wszyscy 

mówili po fińsku - w tym głupim języku, z którego tak niewiele rozumiały! 

- Od jak dawna tu mieszkasz? 

Raija spojrzała na Petriego. 

- Od początku zimy. Mężczyzna uniósł brwi. Raija pomyślała, że chyba jej nie wierzy. 

- Z czworgiem małych dzieci? 

-  Elise  nie  jest  już  taka  mała  -  zaprotestowała  Raija.  -  Wkrótce  skończy  osiem  lat. 

Maja  będzie  miała  pięć.  Knut  trzy.  Ida  ma  rok.  Jakoś  udało  się  przetrwać.  Mnie  naprawdę 

trudno złamać. 

-  Osiem  lat?  -  zdziwił  się  Aleksanteri,  mrużąc  oczy.  Sprawiał  wrażenie  absolutnie 

nieskrępowanego. 

Pewnego siebie. 

- To niemożliwe, żebyś była matką ośmiolatki! Nie jesteś aż tak stara! - zaprotestował. 

-  Elise  jest  moją  przybraną  córką  -  uśmiechnęła  się  Raija.  I  aby  rozdrażnić 

Aleksanteriego,  dodała  filuternie:  -  Rzeczywiście,  nie  jestem  aż  tak  stara,  żeby  być  matką 

ośmiolatki, masz całkowitą rację. 

Zrozumiał,  że  się  z  nim  droczy.  Jego  podłużna,  szczupła  twarz  rozjaśniła  się  w 

chłopięcym uśmiechu. 

-  Zachowałem  się  chyba  równie  delikatnie  jak  ten  gbur,  z  którym  razem  wiosłuję  - 

usprawiedliwił  się.  -  Ale  naprawdę  nie  jestem  taki  najgorszy,  jeśli  tylko  trochę  poćwiczę. 

Długo już wędrujemy, więc nieco wypadłem z wprawy. Rozumiesz, na naszej drodze trudno 

o prawdziwe damy... 

Raija nie mogła się nie roześmiać. Wyraźnie z nią flirtował, to działało odświeżająco. 

Poprawiało nieco jej samopoczucie. I wydawało się dość niewinne. 

Zastanawiała  się,  czy  Aleksanteri  potrafi  zachowywać  się  poważnie,  czy  też  traktuje 

ż

ycie jak żart. 

- Skąd jesteście? - spytała. 

-  Znad  Zatoki  Botnickiej,  prawie  z  samego  jej  południowego  krańca.  Można  sobie 

zedrzeć pięty. W dodatku padł nam koń. To dopiero podróż, prawda? Ale kiedy zarobimy na 

rybach, sprawimy sobie nowego. I nie będzie to jakaś stara, chorowita chabeta! 

Aleksanteri miał wyraźnie sprecyzowane plany. Mówił tak chętnie i tak szybko, że nie 

dopuszczał innych do głosu. 

background image

- Ja pochodzę z Tornedalen. To trochę bardziej na północ - odezwała się smutno Raija. 

- Ale opuściłam dom tak dawno temu. Całe życie. 

- Trudne lata? - spytał Petri. Raija skrzywiła się. 

- Po pierwszej jesieni, która nie dała plonów. 

-  Po  niej  nastąpiła  jeszcze  jedna  -  zauważył  Petri.  -  Twoi  rodzice  mądrze  zrobili,  że 

wyjechali. 

Ucisk w głowie stał się nie do zniesienia. W uszach zaszumiało. 

- Oni nie wyjechali - wykrztusiła. - Wysłali mnie samą. 

-  A  więc  to  prawda!  -  wybuchnął  Aleksanteri.  -  Myślałem,  że  to  tylko  plotki,  że 

rodzice sprzedawali wtedy swoje dzieci... 

Zamilkł nagle, a jego policzki oblały się rumieńcem. Spuścił wzrok. 

-  Nie  powinienem  tego  mówić.  Raija  wzruszyła  ramionami.  To  już  nie  bolało.  Na-

uczyła się z tym żyć - potrafiła zrozumieć. 

Oczywiście, że ją sprzedali, ale zrobili to z miłości. Mogłaby przysiąc z ręką na sercu, 

ż

e  ojciec  uczynił  to  w  przekonaniu,  że  dziecku  będzie  tutaj  lepiej.  Ojciec  nie  był  złym 

człowiekiem. 

- Niektórzy mówią zbyt wiele, chłopcze Santeri - rzekł cicho Petri. Cień podejrzenia, 

jaki żywił względem Raiji, zniknął teraz zupełnie. - Być może mimo wszystko jest ci tu lepiej 

- stwierdził. - W Tornedalen bywały raz lepsze, raz gorsze lata, moja droga. 

- W moim życiu również nastały teraz gorsze lata - uśmiechnęła się gorzko Raija. 

Oczy mężczyzn rozbłysły. 

-  Nie  możesz  tutaj  zostać  -  rzucił  Aleksanteri  zdecydowanie.  -  To  nie  jest  życie  dla 

ciebie. 

- Niewiele potrafię. - Raija westchnęła. - Ale to prawda, nie mogę też tu zostać. Chyba 

jednak skończy się na tym, że wyruszę na wybrzeże. 

Petri potrząsnął głową. Żył dłużej niż pozostali. Dostrzegł wyraźnie to, o czym Raija 

już od jakiegoś czasu wiedziała. Że nie miała specjalnego wyboru. Ale ten pomysł absolutnie 

mu się nie podobał. 

Samotna  kobieta  nie  mogła  liczyć  na  wiele.  Oczywiście  mogłaby  wyjść  za  mąż,  lecz 

kto się z nią ożeni i przygarnie czwórkę dzieci? Dodatkowe cztery gęby do wykarmienia? 

- Gdzie przedtem mieszkałaś? - spytał. - Nie możesz tam wrócić? 

Raija potrząsnęła głową. 

- Nie mam do czego wracać. Poza tym, dlaczego miałabym się cenić bardziej niż inne? 

To też jest jakieś życie, prawda? 

background image

Aleksanteri zaczynał pojmować. 

- Myślisz o tym, żeby krążyć między barakami? - spytał z niedowierzaniem i odrazą w 

głosie.  -  Chcesz  się  ściskać  z  byle  kim?  Rozchorować  się  i  szybko  zestarzeć?  Pić,  żeby  to 

wytrzymać? To wykluczone! Nie możesz! To nie jest życie, rozumiesz? To najgorszy sposób, 

by się stoczyć. 

- Nie potrafię nic robić. 

Przyglądał  się  jej  uważnie.  Jego  oczy  zwęziły  się.  Spojrzał  jej  prosto  w  twarz.  Raija 

nie odwróciła wzroku. 

Łatwiej  było  wytrzymać  jego  spojrzenie  niż  spojrzenie  Petriego.  W  oczach  tamtego 

było coś szczególnego... Aleksanteri nabrał powietrza. 

- Nasz barak jest duży. W tym roku nie będzie nas aż tylu, co zwykle. Petri gotuje, że 

pożal się Boże. Za to Markku i Tapio nie potrafią robić nic innego, jak tylko jeść. Ja w kuchni 

jestem równie dobry jak Petri... 

Petri nie odezwał się ani słowem. Pozostali również nie zareagowali. 

- Zatrudnimy cię jako kucharkę. Zapewnimy tobie i dzieciom wyżywienie i dach nad 

głową. Chyba będziesz też mogła zostać w baraku, kiedy my wyjedziemy. Co ty na to, Petri? 

Raija  i  Aleksanteri  spojrzeli  na  Petriego.  Raija  najchętniej  nie  okazałaby  tego,  lecz 

czuła, że całą sobą zaklinała tego człowieka po drugiej stronie paleniska, żeby się zgodził. 

- Czy potrafisz gotować? - spytał głębokim głosem. Raija przytaknęła energicznie. 

- Przypuszczam, że będziesz mogła z nami zostać - stwierdził Petri. - A to oznacza, że 

będziemy musieli tu przenocować. Możemy się przespać na dworze, jeśli chcesz. 

Raija potrząsnęła głową. 

-  Jakoś  sobie  poradzimy  -  mruknęła.  -  Oczywiście  możecie  się  położyć  w  chacie. 

Starczy  miejsca  dla  wszystkich.  Poza  tym  -  dodała  cierpko  -  nie  jestem  już  niewinnym 

kwiatem. 

Zaproponowała gościom posiłek - jeżeli zadowolą się pardwami, to złapała ich sporo. 

Potrafiła zastawiać sidła. 

Przybysze skorzystali z propozycji, zaraz też wyjęli z sakwy razowy chleb i masło. 

Raiji wprost pociekła ślinka do ust. 

Skosztowała,  lecz  się  zawstydziła.  To  nie  w  porządku,  że  sama  spokojnie  je,  kiedy 

dzieci nic nie dostały. 

- Jest tego więcej - uspokoił ją Petri. - Powinno starczyć dla nas wszystkich do czasu, 

aż dotrzemy do wybrzeża. Polem wszystko będzie zależało od twoich zdolności kulinarnych. 

- To w każdym razie mi smakowało - odezwał się Tapio, starszy z braci Koski. 

background image

Nikt z pozostałych również nie zgłaszał zastrzeżeń. 

Po  kolacji  wszyscy  udali  się  na  spoczynek.  Dla  gości  zabrakło  skór,  skupili  się  więc 

blisko siebie, żeby nie zmarznąć. 

Noce  nadal  były  chłodne  i  takie  rozwiązanie  wydawało  się  lepsze  niż  nocleg  pod 

gołym niebem. 

Raija  nie  mogła  zasnąć  i  nasłuchiwała.  To  niezwykłe,  jak  nagle  może  się  wszystko 

zmienić. Przez wiele miesięcy żyła tu sama z dziećmi. Nie słyszała innych głosów. 

Teraz  pod  jednym  dachem  z  nią  spało  czterech  mężczyzn.  Ich  równe  oddechy 

brzmiały w jej uszach jak muzyka. Jeden z nich chrapał, nie za głośno, ale to wystarczyło, by 

nie mogła zasnąć. 

Może  zresztą  nie  dlatego  -  Raija  czuła  się  tak  podekscytowana,  że  nie  potrafiła  się 

całkowicie odprężyć. 

Przypadek włączył tych ludzi do jej życia. Przerwał jednostajność dnia. 

Teraz stała się jedną z nich. 

Czy  postąpiła  źle?  Nie  dopuszczała  takiej  myśli.  Uważała,  że  dobrze  zna  się  na 

ludziach. 

Przybysze wyglądali na godnych zaufania. 

Tak, mogłaby znaleźć inne słowa, które bardziej by pasowały do nich wszystkich albo 

do jednego lub dwóch z nich, ale nie chciała. Wystarczyło, że można na nich polegać. 

Reijo,  co  ty  byś  o  mnie  pomyślał?  Czy  powiedziałbyś,  że  mieszam  marzenia  z 

rzeczywistością? 

Nieme wołanie Raiji prowadziło donikąd. Chciała wierzyć, że Reijo gdzieś tam jest i 

ją słyszy, ale nigdy nie miała z nim tak silnego kontaktu. 

Jej myśli nie splatały się z jego myślami w ten sposób. 

Pytanie o to samo drugiego z przyjaciół wydawało się niedorzeczne. 

Do  niego  mogła  dotrzeć  myślami.  Nie  wiedziała  tylko,  kiedy  to  się  zdarzy.  Nie 

potrafiła nad tym panować. Zresztą ta zdolność budziła w niej lęk. 

Mikkala nie musiała pytać. 

Dobrze wiedziała, co by o tym sądził. Mogła wręcz zobaczyć, jak ściąga brwi, jak jego 

oczy ciskają błyskawice, ciemnieją niby podczas mrocznego zachodu słońca spowitego mgłą. 

Mikkal nie był wolny. 

Sama  zaś  czuła  się  na  tyle  wolna,  by  tak  postąpić.  Reijo  dał  jej  jednak  tego  rodzaju 

wolność,  że  nie  mogła  żyć  jak  porządny  człowiek,  że  została  napiętnowana  jako  kobieta 

drugiej kategorii. 

background image

Ale  również  ludzie  drugiej  kategorii  potrafią  przeżyć.  Również  ludzie  drugiej 

kategorii mogą pozwolić sobie na odrobinę bliskości. 

Raija  obawiała  się  trochę  tego,  co  ją  czeka,  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić  swojej 

najbliższej przyszłości. 

Nigdy  nie  widziała  baraków.  Nie  doświadczyła  takiego  natłoku  mężczyzn 

przybywających  ze  wszystkich  regionów  kraju  na  czas  sezonowych  połowów.  To  świat 

mężczyzn, do którego nigdy przedtem nie wstępowała. Mogła czuć lęk, ale była szczęśliwa. 

Niezależnie  od  tego,  czego  od  niej  oczekiwali,  była  szczęśliwa.  Potrafiła  sobie 

wyobrazić własne upodlenie, gdyby rzeczywiście musiała w barakach wystawiać na sprzedaż 

swe  ciało  wszystkim  będącym  w  stanie  zapłacić.  Nowym  znajomym  zawdzięczała  wiele, 

niezależnie  od  tego,  co  się  zdarzy.  Mikkal  nie  miał  powodu,  by  czynić  jej  wyrzuty.  Reijo 

wyjechał  z  własnej  woli.  Raija  nic  nie  mogła  na  to  poradzić,  lecz  żywiła  dziwne 

przeświadczenie, że Reijo by zrozumiał. 

Ogień już ledwie się tlił w palenisku. 

Raija  uniosła  się  na  łokciu,  obserwowała  śpiących.  Nawet  tacy  silni  mężczyźni 

wyglądali jak chłopcy, kiedy spali. Wyraz twarzy w czasie snu mógł powiedzieć o człowieku 

nieskończenie wiele. 

Czy Petri zdawał sobie sprawę, że sen ukazywał go jako małego chłopca, który utracił 

wszystko, co miało dla niego jakieś znaczenie? 

Raija mogła dostrzec zarówno rozczarowanie, jak i cień strachu w tym obliczu, które 

niedawno sprawiało wrażenie tak silnego. 

Czy Aleksanteri podejrzewał, że we śnie wcale się nie uśmiechał? Jego wesoła twarz 

była poważna jak twarz pastora. Nawet błazen się zmieniał. 

Raija zastanawiała się, co inni mogli wyczytać w takiej chwili z jej twarzy. 

Nie widziała jednak powodu, by o to spytać. 

Sen ciągle nie nadchodził. 

Cicho - bardzo cicho -  wyśliznęła się spod skóry. Szybko znalazła szal i przewiązała 

go na piersi. Stanik sukni nie był nieprzyzwoicie  skromny, a i koszula zasłaniała wiele, lecz 

szal znaczył coś więcej niż część ubrania. Stał się w pewnym sensie przyjacielem. 

Podążyła wzdłuż krzywizny ściany ku wyjściu. 

Bezszelestnie. 

Raz omal nie nadepnęła na jednego z mężczyzn, ale jakoś udało jej się go ominąć. 

Noc wydawała się iskrząco jasna. Nigdy chyba przyroda nie była tak piękna, jak takiej 

późnowiosennej  nocy  tuż  przed  nastaniem  poranka.  Barwy  stawały  się  wtedy  najbardziej 

background image

intensywne.  Powietrze  było  tak  zimne,  jak  to  tylko  możliwe  o  tej  porze  roku.  Płaskowyż 

kipiał  zielenią.  Niebo  zdawało  się  zimnoniebieskie  jak  w  mroźną  zimę.  A  na  wschodzie 

oślepiająca czerwień wprost zapierała dech w piersiach. Raija znała już ten widok. 

W  milczeniu  oddalała  się  od  ziemianki.  Stąpała  po  tej  ziemi,  którą  stopniowo 

poznawała coraz lepiej. Wiedziała, że ją opuści - lecz wcale nie będzie tęsknić. 

Zadrżała. 

Na nagich przedramionach pojawiła się gęsia skórka. Raija objęła się w obronie przed 

chłodnym pocałunkiem poranka. 

Z tyłu ledwie słyszalnie zachrzęściła gałązka wrzosu. 

Raija zatrzymała się, ale nie obejrzała za siebie. 

Wiedziała.  Wiedziała,  że  jeden  z  przybyszów  nie  spał.  Wiedziała,  że  jeden  z  nich 

podąży za nią. 

Chciała tego. 

To ją przerażało. Nagle poznała pragnienia, których wcześniej nie starała się zgłębić. 

Wiedziała, że nie musi się oglądać, żeby się przekonać, kto to. 

Mógł nim być tylko jeden z mężczyzn. 

-  Nie  powinnaś  tak  tu  marznąć.  Ciepłą  kurtką  okrył  jej  ramiona.  Raija  pozwoliła,  by 

tak się stało. Pozwoliła, by położył ręce na jej talii i odwrócił ją ku sobie. W rzeczywistości 

nie był tak powierzchowny, jak się wcześniej wydawało. Potrafił również zachować powagę. 

Raija odgadła to z jego twarzy, chociaż tylko udawał, że śpi. 

- Wiedziałaś, że przyjdę, prawda? Raija skinęła głową. Położyła dłonie na jego piersi. 

Znalazła się blisko niego. A jednocześnie zachowała dystans. 

Czuła,  że  jest  bardzo  wątły.  Gdy  się  na  niego  patrzyło,  wydawał  się  szczupły.  Teraz 

przekonała się, że jest po prostu chudy. Nie był też wiele wyższy od niej. 

-  Petriemu  drgnęła  powieka,  kiedy  wychodziłem  -  uśmiechnął  się.  -  Myślę,  że 

przejrzał moje zamiary. 

Raija uśmiechnęła się: 

- A czy to ma jakieś znaczenie? 

- Właściwie nie. Jestem już dużym chłopcem. 

W oczach Aleksanteriego pojawił się diabelski błysk. Raija zauważyła, że są szare.  - 

Możliwe,  że  mi  zazdrości.  Widzisz,  on  jest  taki  powolny.  Petri  jest  taki  dokładny.  Taki 

rozważny. 

Uśmiechnął się. Dwuznacznie. 

Zanim Raija zdążyła zareagować, musnął ustami jej wargi. Jak łagodny wiatr. 

background image

-  Robię  to,  co  chcę  -  wyjaśnił.  -  Co  mi  się  podoba.  Dziewczyna  doskonale  to 

rozumiała. Czuła łaskotanie na wargach. 

-  Wiesz,  dlaczego  za  tobą  wyszedłem?  -  spytał  poważnie.  -  Dręczyło  mnie  to 

pragnienie od momentu, kiedy cię ujrzałem. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. 

- Nie przesadzaj - poprosiła cicho, choć w głębi duszy zdawała sobie sprawę, co miał 

na myśli. 

To  wisiało  w  powietrzu.  Dziwne  napięcie.  Pojawiło  się  w  chwili,  kiedy  usiadł  obok 

niej. Nie uczyniła nic, żeby go powstrzymać. 

- Ty również o tym wiedziałaś - rzekł z przekonaniem. 

Od szczupłych rąk promieniowało tyle ciepła. Nigdy by go o to nie podejrzewała. Już 

nie było jej zimno. 

- Czułam to - szepnęła. - Ale pamiętaj, że nie będę należeć do ciebie. 

-  Nigdy  nie  chciałem  niczego  posiadać  na  własność.  Ujął  policzki  dziewczyny  i 

pocałował ją. Mocno i długo. 

Raija nie zastanawiała się, co by powiedzieli Mikkal i Reijo. 

Zastanawiała się, co powie Petri. 

background image

Petri  nie  powiedział  nic  szczególnego.  Lecz  Raija  wiele  razy  czuła  na  sobie  jego 

spojrzenia.  Jego  długie  spojrzenia.  Kiedy  się  odwracała  w  jego  stronę,  przez  kilka  sekund 

patrzył jej w oczy, po czym odwracał wzrok. 

Miała wrażenie, że ją potępia. 

Czuła się żałośnie. 

A przecież nie miał jej za co winić. 

Aleksanteri  otworzył  przed  nią  ramiona.  Widział,  że  Raija  pragnie,  by  ją  ktoś  objął. 

Widział, że pragnie przytulić do kogoś swój policzek. 

Była  zmarznięta,  tak  bardzo  zmarznięta,  a  on  wyszedł  spod  ciepłego  okrycia  i 

delikatnie jej dotknął. 

Jego  spragnione  usta  sprawiły  pocałunkiem,  że  krew  z  powrotem  napłynęła  do  jej 

warg. Pokazał Raiji, że tęsknota nie musi być krzykiem bez odpowiedzi. 

Przesuwał pieszczotliwie wargami wzdłuż jej szyi, lecz zatrzymał się w miejscu, gdzie 

zaczyna się ramię. Zdecydowanymi ruchami szczelnie otulił ją szalem. 

-  Na  razie  wystarczy!  Uśmiechnął  się,  ściągając  w  dół  kąciki  ust.  Przesunął  na  jej 

czoło kosmyk włosów, zwinął go tak, że lekko się zakręcił, i zadowolony obserwował swoje 

dzieło. 

- Nie możemy się nasycić za pierwszym razem, prawda, Raija? 

Jakże  był  pewny  siebie.  Jak  spokojny  o  własne  powodzenie.  Czyżby  przywykł  do 

tego, że zawsze dostaje to, czego chce? 

Raija nie wiedziała. 

Należał  do  tego  typu  mężczyzn,  którym  udawało  się  złapać  dwie  sroki  za  ogon. 

Którzy  właściwie  nigdy  się  nie  wysilali,  ale  mieli  jakąś  wrodzoną  łatwość  zdobywania, 

którym kobiety ulegały, choć wiedziały, że same się proszą o złamanie serca. 

Aleksanteri  objął  ramieniem  Raiję,  ona  zaś  ułożyła  rękę  wokół  jego  szczupłej  talii  i 

tak przytuleni ruszyli z powrotem do ziemianki po połyskującej porannej rosie. 

Wymienili  tylko  uśmiechy,  kiedy  wśliznęli  się  do  środka,  lecz  Raija  zdawała  sobie 

sprawę, że Petri wie. 

Wtedy nie odważyła się na niego spojrzeć. Coś ją powstrzymywało, lecz była pewna, 

ż

e nie spał. 

Jego spojrzenia w ciągu dnia przekonały ją o tym. 

background image

Tak  łatwo  przyszło  zerwać  ze  wszystkim.  Tak  mało  było  do  zabrania.  Znowu  trochę 

za sobą zostawiła. Wyruszyła w drogę niemal bez zastanowienia, tak samo, jak tu przybyła. 

Obecny marsz był łatwiejszy niż ten, który odbyła zeszłej jesieni, kiedy niosła dzieci 

po kolei, czując każdego wieczoru, że chyba złamie się pod ich ciężarem. 

Idę  niosła  sama.  Aleksanteri,  nie  pytając  nikogo  o  zdanie,  wsadził  sobie  Knuta  na 

plecy. Maja z równą oczywistością obrała Petriego na swą podporę. 

Raiję  trochę  to  przerażało  -  Maja  przejawiała  dziwną  skłonność  zwracania  się  ku 

osobom, które najbardziej przypominały Reijo. 

W  Petrim  było  coś  z  Reijo.  Coś  niewzruszenie  pewnego  i  godnego  zaufania.  Z 

uśmiechem na ustach, co mu się rzadko zdarzało, wyciągnął ręce do Mai. 

Elise szła sama, lecz nie musiała niczego dźwigać. Zadbali o to dwaj bracia. 

Dzieci  bez  sprzeciwu  zaakceptowały  nowe  twarze.  Raija  przyjęła  to  z  ulgą,  lecz 

jednocześnie nie mogła się pozbyć lekkiego kłucia w piersi. 

Maluchy  przeszły  już  tak  wiele,  że  zmiany  przestały  je  dziwić.  To  nie  taki  dom 

zamierzała im stworzyć. 

Szli. Na wschód. 

Raija  snuła  marzenia  o  tym,  że  nagle  ujrzy  jurty  nad  płytką  zatoką.  Widziała  siebie, 

jak lekko biegnie - niemal unosząc się nad wrzosowiskiem. Widziała, jak on biegnie ku niej... 

Nagle marzenie prysło. 

Rozsądek  mówił  jej,  że  tak  się  nie  stanie.  Szukała  przecież,  lecz  nie  znalazła 

znajomych postaci. 

Poza tym - czego mogła od niego oczekiwać? 

Nie miał prawa jej nic ofiarować. Ona nie miała prawa go o cokolwiek prosić. 

Jej życie było tutaj. Polegało na tym, by stawiać jedną nogę przed drugą i iść. 

Na noc rozbili obóz na terenie osłoniętym przez kilka ogromnych  głazów, pokrytych 

mchem  i  porostami.  Natura  wokół  nie  była  szczodra.  Nie  mieli  się  gdzie  skryć,  lecz  za  to 

widok był rozległy i wspaniały. Tu i ówdzie leżały ogromne kamienne bloki, jak gdyby ręka 

olbrzyma kiedyś, dawno, dawno temu, rozrzuciła je po ziemi. 

Wysokie  do  kolan  krzaczki,  o  liściach  przypominających  mysie  uszy,  posłużyły  do 

rozpalenia ognia. 

Nie znaleźli

 tu nic innego. 

Raija kochała to. To był jej świat, droższy ponad wszystko. Być może jałowy i ubogi, 

lecz właśnie ku tej ziemi kierowały się jej marzenia związane z przyszłością. 

background image

Miejsce, które wybrali na nocleg, otaczały półkolem kamienne kolosy. W najbardziej 

zacisznym  zakątku  Raija  rozpostarła  skóry,  żeby  ułożyć  dzieci.  Miały  za  sobą  długi  dzień, 

niemal zasnęły nad kolacją. Chociaż spały pod gołym niebem, to przynajmniej najadły się do 

syta. 

Raija czuła ogromne zmęczenie w całym ciele, lecz mimo to nie chciało jej się spać. 

Wieczór  zdawał  się  taki  jasny.  Nic  nie  zachęcało  do  odpoczynku.  Skupili  się  jak  najbliżej 

ogniska.  Rozmawiali.  Raija  uświadomiła  sobie,  że  opowiedziała  nowym  znajomym  o 

rzeczach, o których właściwie wolałaby zapomnieć. 

O pięciu latach spędzonych wśród Lapończyków. O wszystkim - z wyjątkiem tego, ile 

dla niej znaczył Mikkal. O życiu w Lyngen. Tylko nie o Mikkalu. O wędrówce na północ. O 

beznadziejnych  czasach  w  Alcie.  O  sklepie.  Opowiedziała  nawet  o  złocie  Kallego.  O 

Aleksieju. O Reijo - próbowała wyjaśnić, dlaczego odszedł, tłumaczyła, że nie chcieli wiązać 

się nawzajem. Lecz Finowie nie potrafili na to spojrzeć tak jak ona. 

Opowiedziała o rosyjskim statku i podróży wzdłuż wybrzeża - i o zimie spędzonej w 

ziemiance. 

O całym życiu. 

O wszystkim z wyjątkiem najważniejszego. 

Nie mogła im opowiedzieć o Mikkalu. 

W myślach mógł należeć tylko do niej. 

Kiedy  wspomniała  o  złocie,  braciom  Koski  przyszło  chyba  do  głowy,  że  być  może 

istnieją  także  inne  takie  miejsca.  Z  młodzieńczym  zapałem  wyruszyli  na  poszukiwanie 

cennego kruszcu wokół obozowiska. 

Słuchając opowieści Raiji, Aleksanteri wyglądał na zatroskanego. Raija widywała już 

podobną troskę na twarzach mężczyzn, dla których, jak im się zdawało, coś znaczyła. 

-  Ja  niewiele  mogę  o  sobie  powiedzieć.  Jestem  tylko  nędznym  robotnikiem 

sezonowym bez dachu nad głową - Aleksanteri potrząsnął złocistorudą czupryną. 

Jego włosy dawno nie widziały nożyczek, lecz długie loki dodawały mu łagodności i 

urody  w  sposób,  którego  Raija  do  końca  nie  potrafiła  wytłumaczyć.  Wydawał  się  jakby 

niegroźny. 

- Ja właściwie też nie mam dachu nad głową - odezwała się cicho. 

Nie dlatego opowiedziała im swoją historię, by wydać się kimś lepszym od nich, aby 

wydać się kimś innym. Aleksanteri nie mógł jej chyba źle zrozumieć! 

- Lecz mimo wszystko jesteś młodsza ode mnie! - wybuchnął, ciągle jeszcze porażony 

jej opowieścią. - Na pewno! - dodał szybko. - Ile masz lat? Dziewiętnaście? 

background image

Raija  musiała  przyznać  sama  przed  sobą,  że  jego  przypuszczenie  sprawiło  jej 

przyjemność. 

Była jak głodny kot, przed którym postawiono miskę śmietanki. 

- Dwadzieścia jeden - odparła. 

Petri milczał. Stał się jakby bardziej nieprzystępny. 

Tego  dnia  Raija  przekonała  się,  że  nie  był  mężczyzną  używającym  wielu  słów,  lecz 

teraz jego milczenie wydawało się zastanawiające. 

- Przy twojej historii wszystko, co przeżyłem, wydaje się jakby szare i mało znaczące - 

odezwał  się  Aleksanteri,  potrząsając  głową.  Podniósł  wzrok  na  Raiję.  Grzebał  bezwiednie 

gałązką  w  ognisku.  -  Nieustannie  podróżuję,  ale  nigdy  nie  dotarłem  tak  daleko.  Przez  kilka 

sezonów  brałem  udział  w  połowach.  Nigdy  jednak  nie  zdarzyło  mi  się  nic  szczególnego. 

Miałem nawet dziewczynę, którą zabierałem ze sobą na kolejne dzierżawione gospodarstwa, 

ale  i  o  tym  nie  warto  mówić.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Petri  ma  przynajmniej  własny  dom  - 

zakończył smutno. 

- Na cudzej ziemi - dodał Petri z goryczą. - I uprawiam nie swoją rolę. 

-  Co  roku  rusza  na  północ  na  ryby  -  mówił  dalej  Aleksanteri.  Łatwiej  mu  chyba 

przychodziło mówić o kimś innym.  - Nie wydaje na siebie ani  grosza. Haruje i oszczędza. - 

Roześmiał się: - A mimo to myślę, że chce łowić.  Za każdym razem.  -  Aleksanteri mrugnął 

porozumiewawczo. - Dobrze na trochę uciec od baby, rozumiesz. 

Raija natychmiast spojrzała na Petriego. Powinna była zgadnąć, że jest żonaty. Ojciec 

rodziny. 

- Masz dzieci? - spytała. Jej głos nie zabrzmiał tak naturalnie, jak by tego chciała. 

- Cztery córki. I syna. 

Czarne oczy przykuły jej spojrzenie. Ich nieprzenikniona głębia pociągała Raiję, lecz 

starała się nie ulec urokowi i spojrzała w innym kierunku. 

Nie  powinien  patrzeć  na  nią  w  ten  sposób!  Szybko  zwróciła  się  w  stronę 

Aleksanteriego. 

- A ty? - spytała z szerokim uśmiechem: - Ile ich masz? 

Jego oczy zmieniły się w dwa cienkie łuki, gdy roześmiał się serdecznie. 

- Mam nadzieję, że ani jednego. 

- O ile ci wiadomo - dopowiedział sucho Petri, nie spuszczając wzroku z Raiji. - Ten 

utracjusz  woli  nieustannie  przenosić  się  z  miejsca  na  miejsce,  żeby  podbić  jak  najwięcej 

niewieścich serc, zamiast się ustatkować i żyć jak porządny człowiek. 

background image

Wydawało się, że Aleksanteri nie potraktował tych słów zbyt poważnie. Uśmiechał się 

beztrosko, jak gdyby życie było jednym wielkim żartem. 

-  Widzę  tu  przynajmniej  jednego  porządnego  człowieka,  któremu  również  nie  udało 

się  ustatkować  -  odgryzł  się.  -  Żona  Petriego  starała  się,  jak  umiała,  go  wychować.  Choć 

właściwie nie jestem przekonany, czy jej się udało. Nie wiem zresztą, czy sam Petri jest tego 

pewien. 

-  Ani  słowa  o  Eiji!  -  ostrzegł  Petri.  Aleksanteri  zamilkł.  Raija  domyśliła  się,  że  Petri 

chciał ją ostrzec przed swoim młodszym kompanem. Uczynił swego rodzaju ojcowski gest, za 

który  powinna  mu  być  wdzięczna.  Znał  tego  lekkoducha  o  wiele  lepiej  niż  ona.  Lecz 

wszystko,  co  miało  posmak  opiekuńczości,  zaczynało  Raiji  stopniowo  coraz  mniej 

odpowiadać. 

Widziała  wyraźnie,  jaki  jest  Aleksanteri.  Miała  przecież  oczy.  Przeżyła  już  co  nieco. 

Nigdy zresztą nie była zbyt naiwna. 

Jeżeli  Petri  uważał  ją  za  jakieś  głupiutkie  dziewczątko,  potrzebujące  jego  ojcowskiej 

opieki, to grubo się mylił. 

Raija Alatalo mocno stała na własnych nogach! 

Wyciągnęła ręce ku ognisku, tak jakby chciała je ogrzać. Niby przypadkiem dotknęła 

dłoni  Aleksanteriego.  Odpowiedziała  na  jego  ciepły  uśmiech  serdeczniej,  niż  to  było 

konieczne. 

Gdyby się teraz obejrzała, by sprawdzić, czy Petri zwrócił na to uwagę,  wszystko by 

zniszczyła. Miała jednak nadzieję, że ich widział. Miała nadzieję, że pomyślał o tym, o czym 

chciała, żeby pomyślał. 

Ostrożne  natarcie  nie  leżało  w  naturze  młodego  Kilpi.  Nieoczekiwane  dotknięcie 

podziałało jak wyzwanie. Było kontynuacją tego, co zaszło o brzasku. 

Potwierdzeniem, że rozumiała muzykę, którą grał. Że chętnie zagrałaby razem z nim. 

Aleksanteri wytarł rękę w spodnie i objął nią Raiję. Dziewczyna nawet nie mrugnęła. 

Pozwoliła,  by  to  zrobił. Dopiero  po  jakimś  czasie  rzuciła  krótkie  spojrzenie  w  stronę 

Petriego.  Żuł  tabakę,  jakby  nieobecny  myślami.  Jej  dociekliwe,  trochę  pytające  spojrzenie 

zmusiło go, by uniósł jeden z kącików ust. Odrobinę. Z sarkazmem. 

Raija posunęła się jeszcze dalej. Wiedziała, że to dziecinne, ale Petri wyzwalał w niej 

najgorsze  cechy.  Zbyt  wyraźnie  okazywał,  że  nie  podoba  mu  się  jej  zachowanie  wobec 

Aleksanteriego, i tym samym zmuszał ją, by posunęła się dalej, niż zamierzała. 

Przekornie uniosła głowę i położyła rękę na udzie chłopaka. 

background image

Petri  podniósł  całą  swą  ogromną  postać.  Raija  mogłaby  potem  przysiąc,  że  przy  tym 

westchnął. 

- Chyba pójdę uzupełnić zapas wody na jutro. 

Zanim poszedł, rzucił im jeszcze jedno spojrzenie. Raija nie mogła się powstrzymać, 

by  nie  podążyć  za  nim  wzrokiem.  Mimo  że  był  taki  wysoki,  niezwykle  lekko  się  poruszał. 

Jego  ruchy  sprawiały  wrażenie  miękkich  i  płynnych,  jak  gdyby  jego  stopy  znały  każdą 

nierówność  ziemi,  po  której  stąpał.  Ubrana  na  brązowo  postać  stopiła  się  w  jedno  z 

otoczeniem.  Przez  dłuższą  chwilę  Raija  mogła  obserwować  tylko  jego  czarną  czuprynę, 

zanim zniknął zupełnie za jakimś ogromnym głazem. Miała ochotę wstać, żeby móc go dalej 

ś

ledzić, lecz się opanowała. 

- Petri usiłuje grać rolę taty, zauważyłaś? - Aleksanteri potarł brodą jej ramię i zaśmiał 

się cicho. 

Raija skrzywiła się. 

-  Wobec  ciebie  czy  wobec  mnie?  Chłopak  mocniej  przytulił  Raiję.  Połaskotał  ją,  tak 

ż

e  musiała  się  roześmiać  razem  z  nim,  a  potem  przewrócił  na  ziemię.  Trzymał  w  swych 

dłoniach  jej  nadgarstki.  Miał  dużo  siły,  chociaż  wydawał  się  wątły.  Przysunął  twarz  tak 

blisko, że ich oddechy się spotkały. Nosy dotknęły jeden drugiego. 

Z  szelmowskim  uśmiechem  potarł  swoim  nosem  nos  Raiji.  Jego  oczy  błyszczały.  W 

jednej  chwili  stały  się  bardziej  zielone  niż  szare.  Zmieniały  kolor  wraz  ze  zmianą  jego 

nastroju. 

Raija  czuła  na  swym  policzku  dotyk  szorstkiego  zarostu.  Już  tak  dawno  nie  zaznała 

czegoś podobnego. Tak dawno, że tkwiło w tym coś podniecającego. 

-  Co  inni  mówią  o  twoich  ustach?  -  spytał  nagle  właśnie  w  chwili,  kiedy  Raija 

spodziewała się pocałunku. 

- A co cię to obchodzi? - syknęła. 

Aleksanteri cmoknął parę razy. 

- Aj, aj, ona gryzie! - Ułożył usta jak do pocałunku, lecz nie dotknął jej warg. - Ja nie 

opowiadam takich rzeczy - wyjaśnił. - O kwiatach, słodyczy i takich tam. Myślę, że brzmi to 

dość  głupio.  Dla  mnie  usta  to  po  prostu  usta.  Chciałbym  zajrzeć  do  umysłu  kogoś,  kto 

twierdzi, że usta dziewczęce są jak czerwone kwiaty, lub wygłasza podobne bzdury. 

Raija nie mogła się nie roześmiać. 

-  Nie  musisz  nic  mówić  o  moich  ustach,  Aleksanteri.  Nie  musisz  używać  pięknych 

słów. Po prostu mnie pocałuj! 

background image

- Tak już lepiej - mruknął z uznaniem. Powoli pochylił się nad nią. Uśmiechał się całą 

twarzą. Jeden z kącików ust nieznacznie drgał. 

Raija uwolniła jedną rękę. Nawet nie próbował jej przeszkodzić. 

Zatopiła  ją  w  jego  długich  włosach  na  karku.  Wsunęła  pod  skórzaną  kamizelkę,  pod 

koszulę, dotknęła ciepłej skóry. Wprawiła palce w ruch, rozkoszowała się bliskim kontaktem 

z drugim człowiekiem, z człowiekiem odmiennej płci. 

Przyciągnęła  go  ku  sobie.  Zmniejszyła  odstęp  między  nimi  szybciej,  niż  zamierzał. 

Nie wytrzymała odwlekania w czasie. Nie była w stanie czekać. 

Ułożył ręce wokół niej - jedną pod głową, a drugą objął jej ramię. Na wpół leżał ponad 

nią. Czuła, jak jednym kolanem wciska się między jej nogi. Podciągnął nim brzeg spódnicy. 

Ż

eby  tylko  Petri  teraz  nie  wrócił!  przemknęło  Raiji  przez  głowę.  Ani  żaden  z  braci. 

Nie można tego zatrzymać! Nie można tego zatrzymać w tej chwili! 

Aleksanteri odnalazł ustami usta Raiji. Drżały rozgorączkowane t u ż przy jej na wpół 

otwartych wargach. Język wśliznął się między jej zęby. Ostrożnie się poruszał. 

Wtedy chłopak stał się bardziej zdecydowany. 

Raija wyszła mu na spotkanie z równą żarliwością. 

Jego ręce miały najwyraźniej już wcześniej do czynienia z ubraniem dziewcząt, bo nie 

błądził wiele, by dostać się pod kurtkę i suknię. 

Zatrzymały go na chwilę wiązania po wewnętrznej stronie stanika sukni, lecz nie było 

takiej przeszkody, która zdołałaby go zniechęcić. 

Zręczne  palce  wśliznęły  się  pod  jej  ubranie.  Tak  lekko  przesuwały  się  po  skórze,  że 

Raiji wydawało się, iż mogłaby od tego umrzeć. 

Pieścił ręką rowek między piersiami, przesunął ją pod jedną z nich, objął całą dłonią, 

gładził czule, potem opuszkiem palca przesuwał wokół brodawki, tak lekko, że wydawało się 

to jak muśnięcia skrzydłem motyla. 

Przerwał pocałunek i spojrzał na Raiję pytająco. Pytająco i wesoło jednocześnie. 

- Dobrze? - spytał, lecz nie spodziewał się odpowiedzi. 

Raija chwyciła go obiema rękami za włosy i przyciągnęła mocno ku sobie. Całowała 

jego usta, całowała chude policzki, wysokie czoło pod grzywką, której nigdy nie zaczesywał 

do tylu, całowała koniuszki uszu, szyję... 

Jego ciało było słone, pachniało potem, skórami i dymem. Lecz to nie miało żadnego 

znaczenia. 

Pobudził  ją  z  powrotem  do  życia.  Sprawił,  że  znowu  zaczęła  czuć.  Tęsknota,  która 

tkwiła w każdym zakamarku, zaczęła powoli mijać. 

background image

Rozpiął jej bluzkę. Rozchylił. Obnażył skórę. 

Raija  wstrzymała  oddech,  kiedy  dotknął  ustami  jej  piersi.  Prawie  zapomniała,  jak  to 

jest. Jej oczy zamgliły się, choć tego nie chciała. Popłynęły łzy. 

Prawie zapomniała, jakie to cudowne uczucie! 

Aleksanteri zauważył, że płacze, i się odsunął. Zdziwiony uniósł lekko wygięte brwi, 

otworzył szeroko oczy. 

- Boli? - spytał. 

Potrząsnęła  przecząco  głową.  Miała  ochotę  się  całkiem  rozpłakać,  kiedy  delikatnymi 

palcami ocierał jej policzki. 

- Jestem taka głupia - szlochała Raija. - Ale nie zamierzam ci wyjaśniać, dlaczego. 

Aleksanteri  nie  nalegał.  Spojrzał  przez  ramię  i  nagle  zaczęło  mu  być  bardzo  pilno  z 

zapinaniem tego, co rozpiął. 

- Dzięki ci za to, że jesteś głupia, maleńka! - roześmiał się cicho i puścił do niej oczko. 

-  Obawiam  się,  że  niewiele  brakowało,  a  dalibyśmy  naszym  młodym  przyjaciołom  niezłą 

lekcję w tym i owym, gdybyś nie zaczęła płakać. 

Raija  zerknęła  ponad  jego  ramieniem  i  zobaczyła  siostrzeńców  Petriego  zbliżających 

się ku ognisku. 

Poderwała  się  z  miejsca  i  pośpiesznie  przeczesała  palcami  włosy.  Otrzepała  się  z 

gałązek i gorączkowo zaczęła poprawiać ubranie. 

- To niepotrzebne, Raija - zauważył Aleksanteri, który sam prawie się nie ruszył. - Nie 

ma takich oczu na świecie, które by nie poznały po tobie, że właśnie przed chwilą całowałaś 

mężczyznę, którego pragniesz. Raija zaczerwieniła się, a on zachichotał. 

- Poza tym możesz być pewna, że obserwowali nas dokładnie, a teraz są źli na samych 

siebie, że tak się zapalili i podeszli bliżej. Chcieli lepiej widzieć. 

Policzki  Raiji  nadal  pulsowały.  Ten  młokos  był  denerwujący.  Bardziej  dosadny  niż 

Raija w chwilach największej złości. Wcześniej nie spotkała nikogo takiego jak on. Wydawał 

się taki inny, lecz działał dziwnie pobudzająco. 

- Nie zamierzaliśmy najadać się do syta - przypomniała mu. 

Aleksanteri ułożył spokojnie ręce pod głową. Nie spuszczał z Raiji wzroku. 

-  Wydaje  mi  się,  że  będę  potwornie  głodny  dzisiejszej  nocy.  Kiedy  wszyscy  zasną. 

Założę się, że nakryto już dla nas w miejscu, gdzie niedawno zniknął Petri... 

Raija  nie  odpowiedziała,  lecz  czuła,  że  trudno  jej  będzie  nie  przystać  na  jego 

propozycję. 

background image

Nie było wątpliwości, że zarówno Petri, jak i bracia Koski byli świadkami części tego, 

co zaszło między nią i Aleksanterim. 

Markku  i  Tapio  znacząco  spoglądali  na  Raiję  z  ukosa,  a  spojrzenia  Petriego 

ś

wiadczyły tylko o jednym: o rezygnacji. 

Aleksanteri udawał, że nic się nie stało. Jego ręka niby przypadkiem powędrowała co 

prawda kilka razy w stronę Raiji i rzeczywiście jego zachowanie zdradzało pewną intymność, 

ale to było wszystko. 

Wyraźnie jednak bawił się sytuacją. 

I  kiedy  Raija  odchodziła  od  ogniska,  aby  się  trochę  przespać,  uśmiechał  się  do  niej 

oczami. 

Ż

yczył jej dobrej nocy, jak pozostali, ale mrugnął w sposób, który mówił wyraźnie, że 

zamierza jej jeszcze kilkakrotnie życzyć dobrej nocy przed nastaniem świtu. 

Ledwie Raija zdążyła się położyć, usłyszała głos jednego z braci Koski: 

- Nie marnujesz czasu, Santeri! 

Nie słyszała, co odpowiedział Aleksanteri, ale nawet z zamkniętymi oczami mogła go 

zobaczyć, jak wzrusza ramionami i znacząco się uśmiecha. 

Westchnęła - i zasnęła. 

Sądziła,  że  to  już  ranek,  kiedy  poczuła  na  ramieniu  czyjąś  dłoń.  Otworzyła  oczy 

zaskoczona, ujrzała nocne niebo z leniwie płynącymi obłokami. 

- Idziesz ze mną po przygodę? - Aleksanteri przykucnął tuż obok - Wszyscy śpią, a ja 

strasznie zgłodniałem... 

Przetarła  oczy,  przeganiając  resztki  snu.  Pomyślała,  że  chłopak  chyba  postradał 

zmysły, lecz mimo to ogromnie go lubiła. 

Pośpiesznie rozejrzała się dokoła. 

Tak, pewnie miał rację. Chyba wszyscy spali. Dzieci, Petri... Jakże był lekkomyślny! 

Aleksanteri podniósł się  i wyciągnął rękę, by pomóc jej wstać. Mogła się poczuć tak 

beztroska i wolna jak on. Przynajmniej przez chwilę. Chwyciła dłoń mężczyzny i pozwoliła, 

by przygarnął ją do siebie. By przywarł ustami do jej ust. 

Gdyby na chwilę się zapomniała, mogłaby oszukać samą siebie, że ma piętnaście lat. 

Ż

e nic na świecie nie może jej wiązać czy powstrzymywać. Podążyła za Aleksanterim. 

Pobiegli,  śmiejąc  się,  ręka  w  rękę,  ku  otwartej  przestrzeni.  Raija,  która  nigdy  nie  czuła  się 

młoda w ten sposób, odmłodniała na kilka godzin nocy. 

Nie znała Aleksanteriego. Niezbyt dobrze. 

background image

Zdawała  sobie  sprawę,  że  dla  niego  to  tylko  zabawa.  Nawet  przez  moment  nie 

wierzyła, że mogłaby go zdobyć. Zresztą nawet nie chciała. 

Był stworzony do wolności. Stworzony do tego,  by się bawić, niczego nie obiecując. 

Dla  niej  taki  intymny  związek  łączył  się  zawsze  z  pewnego  rodzaju  miłością,  za  każdym 

razem tak gorąco to przeżywała. 

A  przynajmniej  z  przyjaźnią.  Tylko  w  jednym  przypadku  w  przeszłości  to  nienawiść 

wykrzesała iskrę. 

Nie  kochała  Aleksanteriego.  Nie  chciała  oszukiwać  samej  siebie,  by  uwierzyć  w  coś 

podobnego. Krótki czas spędzony razem nie wystarczył również do zawarcia przyjaźni. 

To beztroska i brak odpowiedzialności - lecz mimo wszystko tego pragnęła. Pragnęła 

z całej duszy. 

Nie chciała myśleć o tym, że szli śladami Petriego, że zatrzymali się mniej więcej  w 

tym  samym  miejscu,  skąd  przyniósł  wodę.  Tuż  przy  bystrym  strumieniu  teren  łagodnie  się 

obniżał,  wrzosy  przygotowały  dla  nich  miękkie  legowisko,  osłonięte  przez  trzy  ogromne 

głazy pochylone ponad ziemią. 

- Cudownie! - zawołał Aleksanteri. - Sam Stwórca nad nami się zlitował. 

- Nie mieszaj do tego Stwórcy - rzuciła ostro Raija. 

- Nie, wcale nie zamierzam! - zgodził się. - To dotyczy wyłącznie nas samych. 

Zrzucił z siebie kurtkę i rozłożył, przykrywając nieco wrzosy. Raija podała mu także 

swoją.  Aleksanteri  usiadł,  opierając  się  o  głaz,  i  pociągnął  Raiję  za  sobą.  Objęli  się,  tym 

razem już się nie spieszyli. Domyślali się, czego się mogą spodziewać po sobie nawzajem. 

Domyślali się, ale nie wiedzieli. 

- Nie sądziłem, że naprawdę zechcesz. - Aleksanteri spoważniał na chwilę. 

- Przez cały czas byłeś pewien! - Raija lekko pociągnęła go za włosy. - Przez cały czas 

byłeś tak diabelnie pewien! 

Aleksanteri potrząsnął głową: 

- Musiałem trzymać fason, ale drżałem z niepewności jak dzieciak. Nie wiedziałem, że 

mi się uda. 

- Czy zawsze dostajesz to, czego chcesz? - spytała. Ukazał zęby w uśmiechu. 

-  Ttak...  Przeważnie.  Myślałem,  że  to  będzie  wyjątek.  Wolno  pokręciła  głową. 

Przechyliła się i lekko go pocałowała. 

Aleksanteri spojrzał na nią zdumiony. 

- Może i tak będzie - mruknął. Położył Raiję na kurtce i błyskawicznie znalazł się nad 

nią. 

background image

Szybko odpiął, co było do odpięcia. 

- Mniej więcej w tym miejscu się ostatnio zatrzymaliśmy - szepnął, tuląc wargi do jej 

nagiego ramienia. 

Raija potargała mu czuprynę, lecz on się tylko roześmiał. Na jego twarzy malowała się 

radość. 

- Wiedziałem, że tak to przyjmiesz! - zawołał z triumfem. 

-  A  co  powiesz  na  to?  -  spytała  przez  zęby.  Przesunęła  ręce  z  jego  nagich  pleców  i 

rozpięła spinkę paska. Zanim zdążył mrugnąć, wsunęła obie dłonie pod skórzane spodnie. 

Ś

cisnęła. 

Zdecydowanie. 

Odpowiedź przyszła momentalnie. 

Aleksanteri  bez  ceregieli  podciągnął  spódnicę  Raiji  i  w  dokładnie  taki  sam  sposób 

potraktował jej pośladki. 

Oboje  zaśmiewali  się  do  łez.  Przeturlali  się  spod  kamieni  i  znaleźli  pod  otwartym, 

jasnym niebem. 

Dopiero  kiedy  ich  śmiech  ucichł,  naprawdę  dostrzegli  siebie  nawzajem.  Dopiero 

wtedy zauważyli, jak są  blisko siebie. Raija znalazła się nad Aleksanterim, czuła mrowienie 

wzdłuż kręgosłupa, kiedy przesuwał ręką w dół aż do kolan. Jęknęła, kiedy podążył palcami z 

powrotem w górę po wewnętrznej stronie ud. 

Dotknął jej łona, jego ręce lekko drżały. Chciwie przywarł ustami do jej ust. Spletli się 

ze  sobą  i  wrócili  na  miejsce,  które  sobie  przygotowali.  Ręce  Aleksanteriego  błądziły  pod 

ubraniem dziewczyny. Przez głowę zerwał z niej bluzkę, żeby już nic nie dzieliło ich piersi. 

Raija  przesuwała  dłońmi  wzdłuż  jego  ciała  od  brzucha  ku  ramionom.  W 

rzeczywistości nie był aż tak bardzo chudy. Miał drobną budowę, ale kości nie wystawały mu 

spod skóry. 

Całował  miejsca,  do  których  tylko  mógł  dotrzeć.  Szybkie  spojrzenia,  jakie  rzucał  za 

każdym razem, kiedy  unosił usta znad drżącego  ciała Raiji, mówiły jej, że uwielbia patrzeć, 

jaką jej sprawia przyjemność. 

Poczuła go na swoim udzie. Wiedziała, że jej pragnie, i sama była już równie gotowa 

jak on. 

Aleksanteri się nie spieszył. Każdą minutę tego aktu wypełniał radością. 

W  samym  środku  namiętności  spletli  palce  i  wymienili  drobne  pocałunki.  Lekko 

pobudzali się nawzajem wargami. 

background image

Spódnica Raiji stanowiła jeden bezładny zwój wokół talii. Spodnie Aleksanteriego już 

od  dawna  zsunęły  się  nieprzyzwoicie,  nie  będąc  w  stanie  niczego  ukryć.  Chłopak  delikatnie 

pogładził brzuch Raiji. 

-  To  tutaj  się  wszystko  zaczyna  -  szepnął,  uśmiechając  się.  Raija  odpowiedziała 

uśmiechem. 

Ich uśmiechy stopiły się ze sobą. 

Ręce  powędrowały  własnymi  drogami.  Przed  obojgiem  otwierał  się  niezbadany  ląd. 

Oboje  przysięgliby,  że  właśnie  to  drugie  zrobiło  pierwszy  krok.  Być  może  uczynili  to 

jednocześnie.  Odrzucili  na  bok  ubrania.  Odnaleźli  siebie  z  jednakową  tęsknotą,  z  jedna-

kowym pragnieniem. Opletli się nawzajem. Pognali ku rankowi i słońcu. 

Dotarli tam z uśmiechem na ustach. 

Przytulili  się  nawzajem  i  pocałowali  czule.  Leżeli  blisko  siebie,  aż  nocne  powietrze 

ostudziło ich ciała i osuszyło pot. 

-  Było  inaczej  -  powiedział,  trzymając  ją  w  swych  ramionach.  W  ciągu  kilku  sekund 

jego  oczy  spoważniały.  Bardzo  pociemniały.  -  Całkiem  inaczej.  Chciałbym,  żebyś  to 

wiedziała, Raija Więcej nie będę o tym mówił. 

Pogłaskała go szybko po czole. 

- Dziękuję, Aleksanteri - rzekła tylko. - Pójdę pierwsza. Nie chcę wracać razem z tobą. 

Skinął głową. 

Rozumiał. 

Pośpiesznie wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. Potem pobiegła w stronę 

ogniska, które już prawie zgasło. 

Dopiero  kiedy  znalazła  się  blisko  i  zwolniła  kroku,  by  wyrównać  oddech  i 

przypadkiem  nie  obudzić  pozostałych,  zauważyła  brunatną  sylwetkę  mężczyzny  siedzącego 

przy dogasającym żarze. 

Skulił  ramiona.  Pochylił  plecy,  opierając  łokcie  na  kolanach.  Miał  na  sobie  brązową 

kurtkę i spodnie z garbowanej skóry. Wygląda jak Lapończyk, przemknęło przez głowę Raiji. 

Poczuła mdłości i zawroty głowy. Dopiero kiedy kilka razy przełknęła ślinę, była w stanie iść 

dalej. Przejść obok niego. 

Wyprostował  plecy,  kiedy  stanęła  tuż  przy  nim.  Silna  dłoń  zacisnęła  się  wokół  jej 

nadgarstka. Zatrzymała ją. 

Raija  musiała  na  niego  spojrzeć.  Zaczerwieniła  się.  Zastanawiała  się,  czy  czuł  ten 

zapach równie dobrze jak ona - zapach miłości, który jeszcze nie ulotnił się z jej skóry. 

background image

Raija nie chciała zrozumieć, co kryło się w tych czarnych oczach. Był biały na twarzy. 

Mocno zacisnął szczęki. 

- Czy było warto? - spytał ostro. 

Wyswobodziła się i odskoczyła od niego. 

Wzburzona, zasnęła wreszcie odwrócona plecami zarówno do Aleksanteriego, jak i do 

Petriego. 

Ugasiła  tęsknotę,  która  trawiła  ją  od  zimy.  Jednak  czuła,  że  rodzi  się  w  niej  nowa, 

bardziej niebezpieczna. Raija nie była w stanie temu przeszkodzić. 

background image

Warto  było,  lecz  się  już  nie  powtórzyło  w  czasie  wędrówki  na  wschód  do  miejsca 

połowów. 

Aleksanteri  czynił  co  prawda  pewne  starania,  lecz  szybko  zrezygnował,  kiedy 

zauważył, że jego wysiłki do niczego nie prowadzą. 

Z  właściwym sobie poczuciem humoru stwierdził sucho, że lepiej  czasami zachować 

wstrzemięźliwość. 

Raija nie miała nic przeciwko temu. Właściwie sama nie wiedziała, czego chciała. 

Aleksanteri  potrzebował  tylko  jej  ciała.  Tej  Raiji,  która  kryła  się  pod  zewnętrzną 

powłoką, jaką była w głębi duszy, nie starał się nawet poznać. 

Zbierał śmietankę - i był zadowolony. 

A ona, Raija, również nie chciała o nim wiedzieć zbyt wiele. Gdyby odkryła, że jest w 

nim więcej powagi, niż to okazuje, mogłaby coś zniszczyć. 

Liczył się jego urok. Po co drążyć dalej? 

Dotarli nad Morze Arktyczne. Ujrzeli skupisko baraków zbudowanych z drewnianych 

bali  naniesionych  przez  morze  -  nie  było  tu  lasów,  które  dawałyby  drewno.  Niektóre  deski 

skradziono Rosjanom. Niektóre uczciwie kupiono. 

-  Kto  by  tam  kupował  -  mruknął  Aleksanteri  przez  zęby,  kiedy  Raija  stwierdziła,  że 

rybacy na pewno oszukali niejednego Rosjanina, żeby tylko mieć dach nad głową. 

- W naszych stronach jest mnóstwo drewna, jak tylko okiem sięgnąć - mówił dalej. - 

Gdyby tylko móc je donieść na północ! 

Szczerze się uśmiali. 

Raija  pokręciła  nosem  na  widok  swojego  nowego  domu,  wszędzie  brud  pokryty 

dodatkowo kurzem. Palenisko, na którym przygotowywano posiłki, straszliwie zaśmiecone i 

osmalone - z tego zapewne powodu również ściany wokół były czarne. 

Wzdłuż ścian znajdowały się piętrowe koje. Raija naliczyła ich osiem. 

- Kiedyś bywały lepsze czasy - wyjaśnił Petri, kiedy zwróciła na to uwagę. - Możemy 

przegrodzić  pomieszczenie  jakąś  zasłoną  lub  parawanem.  Na  pewno  uda  ci  się  kupić  coś 

odpowiedniego w Vardo. 

Wskazał  na  najgłębiej  położoną  część  baraku,  najdalej  od  drzwi.  Najcieplejszą.  Poza 

tym najbardziej spokojną. 

- Ja i dzieci nie potrzebujemy aż czterech koi - zauważyła Raija. 

background image

- Nie jestem taki pewien - rzucił Petri. - Nam wystarczą właśnie cztery - dodał szybko. 

- Jeśli któraś zostanie wolna, możesz ją wykorzystać jako półkę. 

Raija zaczęła go w duchu nienawidzić. Wiedziała, co o niej sądzi. Nie musiał tego tak 

wyraźnie dawać do zrozumienia. 

Chłopcy rzucili swoje rzeczy na prycze i na podłogę. Zdjęli buty, uważając widocznie, 

ż

e wszystko jest w jak najlepszym porządku. 

Wtedy ona, Raija Alatalo, wzięła się pod boki i wyprostowała plecy. Posłała każdemu 

z osobna surowe spojrzenie. 

- Wydaje się wam, że tak jest dobrze? Wszyscy czterej spojrzeli po sobie, a następnie 

na nią. Zupełnie nie rozumieli, o co chodzi. 

Raija popatrzyła wymownie na deski ścian. W każdy brudny kąt. Petri zaoponował: 

- To jest naprawdę jeden z najlepszych baraków... Ponieważ nie kto inny, lecz właśnie 

on się odezwał. 

Raija wycedziła jeszcze bardziej wzburzona: 

- Tak, nie wątpię w to. Widziałam te walące się budy. Ale to nie znaczy, że mamy tu 

zarosnąć brudem. 

Zaczęli pojmować, do czego zmierza. Westchnieniom i jękom nie było końca. 

-  Tę  izbę  trzeba  wyszorować  -  oznajmiła  stanowczo.  -  Każdy  jej  skrawek  trzeba 

wyszorować gorącą wodą i piaskiem. Może wtedy uda się doprowadzić tę norę do czystości. 

- Proszę bardzo - mruknął Petri i rzucił się na swą koję. 

Runęła  na  niego  niczym  jastrząb.  Zdarła  okrycie,  które  na  siebie  naciągnął.  Skóra 

spadła na podłogę. 

-  A  skóry  trzeba  przewietrzyć  i  wytrzepać,  aż  zniknie  wszelkie  robactwo  -  mówiła 

dalej  niespodziewanie  łagodnie,  choć  zachowywała  się  gwałtownie.  Zaraz  jednak  wyjaśniło 

się, czemu przybrała taki aksamitny ton. - Nie mam najmniejszego zamiaru robić tego sama! 

Wy też się tym zajmiecie! Posprzątamy wszyscy razem! 

Całą czwórką zaprotestowali. Aleksanteri aż zbladł. 

-  Wykluczone!  Ja  uważam,  że  tu  jest  całkiem  znośnie.  Zawsze  tak  było.  Nigdy  nie 

narzekałem  i  teraz  też  nie  myślę.  Poza  tym...  -  Wyciągnął  swoją  kartę  atutową:  -  Zostałaś 

niejako do tego zatrudniona. 

- To babska robota - dodał Petri. - A my nie jesteśmy babami! 

Raija uśmiechnęła się krzywo: 

- O, tak, z pewnością! Gdybyście byli babami, to tak by tu nie wyglądało. 

Wiele było protestów i sprzeciwów, ale Raija rzadko przegrywała, kiedy się uparła. 

background image

-  Jeżeli  nie  zrobicie  tego,  co  do  was  należy,  zabieram  swoje  rzeczy  i  odchodzę  - 

zagroziła. 

I  chociaż  zaperzyli  się  i  zapewnili  Raiję,  że  ma  przed  sobą  wolną  drogę  i  może  iść, 

kiedy jej się tylko spodoba, wydaje się, że właśnie owa groźba skłoniła ich do zabrania się do 

pracy. 

W domu poruszali się bardzo niechętnie. 

Na zewnątrz - szybko jak błyskawice. 

Baraki  znajdowały  się  blisko  jeden  obok  drugiego,  a  nie  byli  pierwszymi,  którzy 

przybyli. Niewiele było trzeba, by w tym świecie mężczyzn całkiem stracić twarz. 

Sprzątanie zajęło im resztę dnia. 

Ale rezultat zaskoczył nawet Petriego, który sam pracował przy budowie tego baraku. 

- Nie pamiętam, żeby te ściany kiedykolwiek były takie białe - zauważył z uznaniem 

w głosie. 

- Nigdy więcej - zapewnił Aleksanteri z przekonaniem. 

Spojrzał na swoje pomarszczone od wody ręce, które przypomniały mu dłonie matki. 

Gdy  o  niej  myślał,  nie  pamiętał,  by  kiedyś  dłużej  miała  suche  dłonie  -  wiecznie  coś  myła, 

szorowała lub prała. Dom. Dzieci. Ubrania... Odgonił wspomnienia. 

-  Nigdy  więcej  nie  będę  sprzątał  żadnego  domu.  Nigdy  więcej  nie  zabiorę  się  do 

babskiej roboty! 

Raija  kładła  spać  dwie  najstarsze  córki.  Z  uśpieniem  młodszych  dzieci  nie  miała 

ż

adnych  kłopotów.  Podróż  i  świeże  powietrze  tak  je  zmęczyły,  że  same  zasnęły  jeszcze  w 

czasie sprzątania. 

Aleksanteri i Petri dostali koje graniczące z tą częścią baraku, którą miała zająć Raija. 

Wiedziała,  że  Petri  nieprzypadkowo  tak  zarządził.  Zapewne  chciał  mieć  oko  na  nią  i 

Aleksanteriego. To nie było konieczne. 

Aleksanteri  sięgnął  głęboko  do  sakwy  i  wyciągnął  z  niej  całkiem  czystą  bawełnianą 

koszulę i kolorową chustkę, którą zawiązał na szyi. Raija omal nie zwróciła mu uwagi, żeby 

się umył, ale ugryzła się w język. 

Nie mogła ich przecież terroryzować. 

Chłopak ściągnął ubranie, które nosił podczas podróży - wszystko, oprócz spodni - i z 

dumą oznajmił, w jaki sposób zamierza zakończyć tę niegodną robotę: 

-  A  teraz  wychodzę!  Usiadł  na  brzegu  pryczy  z  koszulą  w  dłoniach.  Raija  zdawała 

sobie sprawę, że rzuca w jej stronę ukradkowe spojrzenia. Wiedziała, że to jej pokazuje swój 

background image

nagi tors, lecz ani Aleksanteri, ani jego ciało nie było w stanie jej poruszyć, chociaż nie miała 

mu nic do zarzucenia. 

-  Idę  pogadać  z  mężczyznami.  -  Roześmiał  się  i  wreszcie  wciągnął  koszulę  przez 

głowę.  -  Wypić  kieliszek  wódki.  Dwa  kieliszki  wódki.  Wiele  kieliszków  wódki!  I  znaleźć 

jakąś chętną kobietę! 

- Niech żaden się nie waży przyprowadzać tu kobiet! - rzucił ostrym tonem Petri. - Nie 

mieszam się do tego, ile ich macie, ale tutaj ich nie będziecie sprowadzać! 

- Nowe zasady? - spytał przeciągle Aleksanteri. Tapio i Markku spojrzeli badawczo na 

Petriego. 

- Co sprawiło, że stałeś się taki delikatny? - zdumiał się Aleksanteri. - Pamiętam, jak 

w zeszłym roku pewna osoba sama... 

Petri przerwał mu: 

-  W  zeszłym  roku  to  było  w  zeszłym  roku.  Teraz  są  z  nami  dzieci.  Nie  chciałbym, 

ż

eby były świadkami nieprzyzwoitych scen! 

Aleksanteri  wzruszył  ramionami.  Lubił  denerwować  Petriego.  Czasem  docinał 

również  Raiji.  Trochę  go  bolało,  że  go  odtrąciła.  Nie  wierzył,  że  jakaś  kobieta  jest  w  stanie 

sprawić, by czuł się przez nią oszukany, ba, zawiedziony - było przecież tyle innych. 

Lecz od kiedy poznał Raiję, wszystko się zmieniło. 

To bolało. 

Wiele  go  kosztowało,  by  pokazać  twarz  dawnego  Aleksanteriego  -  tego,  który  się 

tylko  śmiał  i  niczym  nie  przejmował,  dopóki  nie  spotkał  czarnowłosej,  drobnej  kobiety, 

mającej w sobie tyle ognia i serce z lodu. 

Lecz nikt nie może się o tym dowiedzieć. A już na pewno nie ona. 

-  My,  młodzi,  idziemy  odetchnąć  morskim  powietrzem  -  rzekł  dziarsko,  pewien,  że 

bracia  Koski  podążą  za  nim.  -  Mniemam,  że  Petri  zrobił  się  tak  porządny,  że  nie  weźmie 

udziału w niczym, co mogłoby zostać uznane za nieprzyzwoite. 

Petri tylko wzruszył ramionami, nie dał się wyprowadzić z równowagi. 

Aleksanteri posłał Raiji znaczące spojrzenie. 

Dobry Boże, jakże silny ból ściskał go w piersi, kiedy tak po prostu od niej odchodził! 

Przecież tylko jej pragnął! 

- Ojciec Aalto liczy pewnie na to, że nie będzie musiał szukać ani zbyt długo, ani zbyt 

daleko... 

background image

-  Wynoś  się  stąd  do  diabła!  -  zagrzmiał  Petri  i  rozejrzał  się  za  czymś,  czym  mógłby 

rzucić w dowcipnisia. Niczego nie znalazł i Aleksanteri zdążył czmychnąć i zatrzasnąć drzwi, 

zanim Petri miał na języku nowe przekleństwo. - Gówniarz jeden - mruknął tylko. 

- Nie musisz się mną przejmować - odezwała się Raija, nie patrząc na niego. Nie była 

w stanie spojrzeć mu w twarz po tym, co zasugerował Aleksanteri. 

- Tobą? Raija czuła jego karcący wzrok. 

- Dlaczego, u diabła, miałbym się tobą przejmować? O ile zdążyłem zauważyć, do tej 

pory potrafiłaś sama o siebie zadbać. 

Przerwa, zanim zaczął mówić dalej, wydawała się długa. 

- Jednak nie jesteś sprytna aż tak bardzo, jak sądziłem. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  Musiała  spytać,  musiała  podnieść  wzrok.  Musiała 

napotkać jego badawcze, surowe spojrzenie. 

-  Powinnaś  pozwolić,  by  Aleksanteri  sam  zdecydował,  kiedy  to  skończyć.  Nie 

przywykł, by go pozbawiać czegoś, co ma już w garści. Teraz zatruje ci życie. 

Raija wyprostowała się: 

- Niewiele mnie to obchodzi - odparła oschle. - Poza tym nie można skończyć czegoś, 

co się nigdy nie zaczęło. 

Petri łagodnie potrząsnął głową. 

- Nie spałem tamtej nocy. Żyję już wystarczająco długo, by się domyślić, że ktoś taki 

jak  Aleksanteri,  mężczyzna,  mimo  pewnych  cech  dziecka,  i  taka  kobieta  jak  ty,  nie  zrywają 

kwiatków, kiedy znikają na pół nocy. 

Raija poczuła taką złość, że nawet się nie zaczerwieniła. 

- A ja żyję już wystarczająco długo, by zdawać sobie sprawę z tego, co robię, Petri. 

Zauważyła,  jak  drgnął  jeden  z  jego  policzków,  lecz  nie  miała  pojęcia  dlaczego.  Petri 

odwrócił się, tak że nie mogła dojrzeć jego twarzy. 

- Mam piętnastoletnią córkę, Paivi, która mówiła tak samo - odezwał się w końcu. - O 

swym związku z Aleksanterim. Omal nie zostałem dziadkiem... 

Raija przełknęła ślinę. 

Oczywiście uwierzyła mu. Nie miał żadnego powodu, by ją okłamywać. 

-  Czy  on  o  tym  wie?  Petri  podniósł  głowę.  Napotkał  pytający  wzrok  Raiji.  Kobiety, 

która go rozumiała, ponieważ sama była matką. 

- Nie - wzruszył ramionami. - To byłoby bez sensu. I tak by się wyparł. No i - dodał 

sucho  -  Paivi  raz  na  zawsze  straciłaby  dobrą  opinię.  Gdyby  Aleksanteri  się  dowiedział,  że 

dziewczyna zaszła w ciążę, lecz ją usunęła, opowiedziałby o tym dalej. 

background image

Raija wiedziała, co znaczy dobra opinia. Nigdy jej nie miała. 

- I co się stało? - spytała, nie z czystej ciekawości, ale ponieważ mu współczuła. 

- Moja córka znalazła kobietę, która pomogła jej się tego pozbyć... 

Raiję przeszył dreszcz. Ten ogromny, silny mężczyzna pobladł na twarzy. 

- Paivi omal nie straciła przy tym życia. Eija wyrzucała mi, że to moja wina. Że to ja 

ś

ciągnąłem Aleksanteriego do naszego domu... 

- Dlaczego zgadzasz się, by nadal z tobą pływał? 

-  Należy  do  rodziny.  Bardzo  dalekiej.  A  u  nas  wszyscy  pomagają  sobie  nawzajem, 

niezależnie  od  okoliczności.  Poza  tym,  kiedy  przebywa  ze  mną,  jestem  pewny,  że  żadnej  z 

drogich mi osób nic z jego strony nie grozi... 

Raija skrzywiła się. To mało przekonujące wytłumaczenie. 

- Ja naprawdę potrafię się sama pilnować - rzekła cicho. 

Petri spojrzał na śpiące dzieci. 

-  Wygląda  mi  na  to,  że  nie  zawsze.  Santeri  jest  w  stanie  pobłogosławić  cię  jeszcze 

jednym. Jeżeli mu na to pozwolisz. 

Dzięki tej rozmowie Petri wydał się Raiji bardziej przystępny. Wreszcie odważyła się 

na  niego  spojrzeć.  Wstała  i  podeszła  kilka  kroków  bliżej.  Usiadła  na  brzegu  jego  koi.  Nie 

odrywała od niego wzroku. 

Był  w  tym  samym  co  wcześniej  ubraniu,  ale  w  odróżnieniu  od  trzech  pozostałych, 

umył się. Raija wykorzystała tę sposobność, by przyjrzeć mu się spod przymkniętych powiek. 

Przyznała w duchu, że nie musiał się wstydzić swego ciała. 

Po chwili wahania zdobyła się na szczerość. 

-  Dlaczego  robisz  wszystko,  by  pokazać  mi,  że  uważasz  mnie  za  szmatę?  -  spytała. 

Nie krępowała się mówić o tym, o czym kiedyś nawet nie miała odwagi pomyśleć. - Dlaczego 

chcesz,  bym  czuła  się  jak  jedna  z  tych  dziewcząt,  których  poszedł  szukać  Aleksanteri?  Nie 

jestem taka, Petri. Mów, co chcesz, ale taka nie jestem. 

Nie  odpowiedział.  Starał  się  wyglądać  na  zaskoczonego.  Zdziwionego.  Chciał,  by 

uwierzyła,  że  nie  rozumie,  do  czego  ona  zmierza.  Znowu  dostrzegła,  że  jeden  z  jego 

policzków drgnął. Widziała, jak drży mięsień przy skroni. Bardziej czuła, niż słyszała, że jego 

oddech zmienił rytm. 

- To nie tylko z powodu twojej córki i Aleksanteriego, prawda? 

Raija wiedziała, że się nie myli. Była tego tak pewna, że odważyła się zapytać. 

background image

- Bo jesteś taki sam, Petri. - Przełknęła ciężko. - Próbujesz mnie upokorzyć, ponieważ 

nie  różnisz  się  wiele  od  niego.  Ponieważ  byłeś  wtedy  w  stanie  zrobić  to  samo...  -  Raija 

spuściła wzrok i zaczerpnęła powietrza: - Ponieważ chciałeś być na jego miejscu tamtej nocy. 

Głos Petriego zaskrzypiał jak piasek na brudnych deskach: 

- Masz o sobie wysokie mniemanie. 

Roześmiał się, ale jego śmiech nie zabrzmiał przekonywająco. 

-  Dlaczego  na  mnie  nie  patrzysz?  -  ciągnęła  dalej.  -  Dlaczego  nie  wymawiasz  mego 

imienia?  Czy  sądzisz,  że  jest  w  nim  jakaś  magia?  Boisz  się  tego?  Dlaczego  się  tego  boisz, 

Petri? 

- Nie boję się... Nadal jednak na nią nie patrzył. 

- Petri... 

Wiedziała,  że  wyprowadziła  go  z  równowagi,  wymawiając  jego  imię.  To  dlatego  tak 

zdradziecko drżał mu policzek. 

Prawie  go  dotykała,  jej  kolano  mogło  w  każdej  chwili  trącić  jego  kolana.  Gdyby 

nieznacznie się poruszyła, mogłaby uczynić pierwszy krok... 

- Nie dotykaj mnie! 

Czy potrafił również czytać w myślach? 

Nie przesunął się, trwał uparcie w tej samej pozycji, jak gdyby zapuścił korzenie, lecz 

mimo  to  przeprowadził  między  sobą  i  Raiją  wyraźną  granicę.  Utworzył  przepaść  między 

swoim i jej ciałem. 

- Dlaczego nie? 

Raija uniosła dłoń, chciała ją położyć na jego dłoni, lecz Petri gwałtownie wstał. 

Energicznie  przeszedł  między  kojami.  Zatopił  zaciśnięte  pięści  w  kieszeniach. 

Wyszarpnął  jedną  rękę  i  odgarnął  grzywkę  z  czoła.  W  następnej  chwili  włosy  opadły  z 

powrotem - zawisły pewnie nad brwiami, tak jak zwykle. 

Pod cienkim materiałem koszuli rysowały się napięte mięśnie. Rękawy, podwinięte do 

łokcia, ukazywały jeszcze wyraźniej mocno naprężone ścięgna. 

Wreszcie uniósł głowę. Odwrócił się do Raiji. Mogło to zająć najwyżej kilka sekund, 

lecz jej wydawało się całą wiecznością. 

Widziała, jak się poddaje. Jak przestaje udawać. Ssanie, które czuła w żołądku, omal 

jej nie zabiło. 

- Dobrze - odezwał się cicho. Stał przed nią z pięściami nadal ukrytymi w kieszeniach, 

ale  już  nie  tak  spięty.  Jego  ciało,  drżąc,  powoli  się  odprężało.  -  Aleksanteri  trafił.  Swoją 

niewyparzoną gębą trafił tym razem wyjątkowo celnie. A i ty powiedziałaś prawdę. Nie mogę 

background image

nic dodać. Nic więcej, chociaż to się może wydać idiotyczne. Dokładnie opisałaś to, co czuję. 

Tak czuję. Przyznaję to. I co? Co z tego masz? Czy daje ci to jakąś satysfakcję, że zmusiłaś 

mnie, żebym się do tego przyznał? 

Mężczyzna,  który  całymi  dniami  się  do  niej  nie odzywał,  teraz  nie  dopuszczał  jej  do 

głosu. 

- Gdybyś nie traktował mnie z taką wyższością, nigdy bym nie zgadła - odparła cicho. 

Spojrzał na nią zrezygnowany. 

-  Aleksanteri  widział  to  -  rzekł  oschle  i  usiadł  ciężko  obok  Raiji,  zachowując  spory 

odstęp.  -  Zachowywałem  się  jak  idiota.  Bardzo  żałuję.  -  Uśmiechnął  się  blado:  -  Nigdy  nie 

powinienem ci się do tego przyznać, prawda? 

Raija głęboko wciągnęła powietrze. 

- Słyszałeś, żebym się skarżyła? Petri przyjrzał się jej dokładniej. Patrzył na nią, żeby 

się upewnić, że dobrze zrozumiał. 

- Chyba tak nie myślisz. 

Raija skinęła głową. 

Tkwiło to w niej przez cały czas. Ukryte. Czekając na odpowiedni moment. 

Od  chwili,  kiedy  Petri  wypełnił  sobą  ziemiankę  na  odludziu,  czuła  to.  Jak  słaby 

pomruk. Niespokojny. 

Jednak to zdusiła. Odsunęła od siebie. Nie chciała się do tego przyznać. 

Wykorzystała objęcia Aleksanteriego i z lekkim sercem je odrzuciła. 

Dlaczego? 

Potajemnie  przyglądała  się  innemu.  Obserwowała  go  ukradkiem.  Gdyby  zamknęła 

oczy, mogłaby sobie przypomnieć całe mnóstwo szczegółów dotyczących Petriego. 

Dlaczego? 

-  Nie  wolno  ci  tak  mówić!  -  rzucił  Petri  zrozpaczony.  -  Nie  wolno  ci  tak  mówić, 

słyszysz? Nie chcę o tym wiedzieć... 

Zaczerpnął powietrza i z drżeniem je wypuścił. 

- Jestem taki stary. Tak bardzo stary, że mógłbym być twoim ojcem... 

- Niezupełnie. 

- Mam trzydzieści pięć lat... 

- To za mało - stwierdziła. 

- Jestem żonaty... Raija wzruszyła ramionami: 

-  I  co  z  tego?  Ja  też  nie  jestem  wolna.  Nie  mówię,  że  chciałabym  wyjść  za  ciebie, 

mówię... 

background image

- Nic nie mówisz! - Zamilkł na dłuższą chwilę. - Już nigdy tak nie pomyślę... 

Raija  przytuliła  dłoń  do  jego  policzka.  Wzruszony,  schwycił  jej  rękę  i  przycisnął 

jeszcze  mocniej  do  twarzy,  a  potem  wiele  razy  pocałował.  Obsypał  żarliwymi,  gorącymi 

pocałunkami. 

Różnił się od Aleksanteriego, jak tylko jeden człowiek może się różnić od drugiego. 

Wolną  ręką  objął  Raiję  za  talię.  Przyciągnął  ją  do  siebie  i  przycisnął  do  silnej, 

szerokiej piersi. 

Drugą ręką ściskał jej dłoń między bijącymi sercami obojga. 

- Raija - rzekł z nabożeństwem w głosie. 

Do tej pory starał się nie wymawiać jej imienia, starannie tego unikał. Nie rozumiała 

dlaczego aż do chwili, kiedy Aleksanteri naprowadził ją na trop. 

Uśmiechnęła  się  do  pochylonej  nad  nią  zdumionej  twarzy.  Tak  blisko,  tak  cudownie 

blisko. 

- O nieba, Raija! 

Rozwarł jej usta swymi wargami. Był głodny i spragniony i o wiele bardziej namiętny, 

niż by go o to podejrzewała. Cofnął głowę. Nie za bardzo. Nadal pochylał twarz tak blisko, że 

Raija czuła na swoim policzku ciepło jego oddechu. 

Dotknął swym czołem jej czoła. 

- Jesteś głupim, starym dziadem, Petri Aalto - rzekł ponuro sam do siebie. 

Raija pokręciła głową. 

Wtuliła  twarz  w  jego  szyję.  Dotknęła  policzkiem  pulsującej  tętnicy.  Pocałowała  ją 

lekko, aż jęknął cicho. 

- Dlaczego Aleksanteri? - spytał. - Dlaczego nie ja? 

- Aleksanteri okazał zainteresowanie - odparła Raija. - A ty nie. 

- Jakże bym mógł? 

- Nie myśl o Aleksanterim! - poprosiła. Petri ukrył twarz we włosach Raiji. 

-  Łatwo  powiedzieć.  Sprawiasz,  że  czuję  się  taki  głupi,  znowu  bardzo  młody.  Tak 

łatwo mnie zranić. Siedziałem wtedy przy ognisku całą noc, nie wiedziałaś o tym, Raiju... 

Kiedy po raz pierwszy wymówił jej imię, przełamał barierę. Teraz chciał je powtarzać 

jak najczęściej. 

-  Wyobrażałem  sobie  was  razem.  Wszystkie  te  opowieści,  którymi  Aleksanteri  się 

przechwalał  przez  wiele  lat,  ożyły.  Zastanawiałem  się,  czy  któreś  z  tych  praktyk  stosował 

wobec ciebie... - Westchnął ciężko. 

background image

- Zadręczasz sam siebie - rzuciła Raija. - Nigdy ci nie opowiem, co zaszło między mną 

a Aleksanterim. Ani tobie, ani nikomu innemu. Nikogo nie powinno to obchodzić. 

-  Myślę  o  tobie  i  innych  mężczyznach  -  mówił  dalej  Petri.  -  O  wszystkim,  co 

opowiadałaś. O wszystkich imionach, które nie mają dla mnie twarzy... 

- To już przeszłość - stwierdziła Raija. - Ja nie pytam o Eiję, prawda? Nie pytam cię, 

czy miałeś inne. Aleksanteri zresztą i o tym wspominał... 

-  Kupowane  i  opłacane  ciała  się  nie  liczą  -  zaprotestował.  -  Ja  także  czułem  się  tu 

samotny. Także marzłem. - Zamilkł. - Pozostałem zmarznięty i samotny również wtedy, kiedy 

poszły... 

Niechętnie odsunął nieco Raiję od siebie, spojrzał na nią. 

-  Czy  ja  także  stanę  się  tylko  jednym  z  imion  z  twojej  przeszłości?  Kimś,  kogo 

wymienisz, opowiadając o swym życiu: „Petri, ten ciemnowłosy, który był żonaty...”? 

-  Nie  wiem.  Nie  wydaje  mi  się jednak,  bym  cię  kochała  -  odparła.  -  Dla  mnie  słowo 

„kochać” jest słowem świętym. Nie mówię go każdemu. Jest wiele rodzajów miłości, ale nie 

sądzę, by łączyła nas choć jedna z nich. To jest jak iskra. Jak ogień, którego nie mogę ugasić. 

-  Można  go  ugasić.  Jego  głos  przypominał  chrapliwy  szept.  Jego  oczy  tak  dziwnie 

płonęły. Szukał wzrokiem jej ust. Uniosła je ku niemu, błagała w milczeniu, by ją pocałował - 

nie prosiła na próżno. Dzielił jej tęsknotę i namiętność, pocałował ją, aż  jej usta zapłonęły i 

zaczerwieniły się jak róże. 

Nie  pytał  o  pozwolenie,  kiedy  podążył  ustami  wzdłuż  linii,  gdzie  szyja  łączyła  się  z 

ramieniem. 

Rozpiął  bluzkę  Raiji  do  ostatniego  guzika  pośrodku  piersi,  zdecydowanie  zsunął  z 

ramion szelki sukni. Całował każdy odsłonięty skrawek skóry. 

Raija  nie  mogła  nie  odpowiedzieć  na  ten  przypływ  namiętności.  Rozbudził  ją,  a  nie 

umiała tylko brać. 

Pod rozpiętym kołnierzykiem koszuli Petriego było jeszcze kilka guzików. Rozpięła je 

szarpnięciem,  a  następnie  pokryła  jego  pierś  pocałunkami.  Lekkimi,  drobnymi  odciskami 

warg. Objęła mocno szerokie ramiona. 

Petri nie posunął się dalej. Jego usta ześliznęły się z miękkiej skóry Raiji. 

Niemal po ojcowsku zaciągnął szelki na miejsce. Raija czuła się niemal oszukana. 

-  Przyznaję,  że  pragnę  więcej  -  rzekł  ochrypłym  głosem.  Jego  oddech  nadal  był 

nierówny. 

Odsunął jej ręce. 

- Nie utrudniaj mi jeszcze bardziej, Raiju! - poprosił. 

background image

- Czy to także nazywasz nieprzyzwoitym? - Raija nie potrafiła ukryć rozczarowania. 

Petri zaprzeczył. 

- Oczywiście, że nie. Ale nie chcę, żeby chłopcy odnieśli wrażenie, że każdy może cię 

mieć. Na razie nie są pewni, czego się po tobie mogą spodziewać. Wiemy o tobie i Santerim. 

Gdyby nas teraz zobaczyli razem, kiedy wrócą... 

Petri nie dokończył. 

- Oni długo nie wrócą! - wybuchnęła Raija. Petri pozostał jednak stanowczy. 

- Nie tym razem - szepnął. Zaraz jednak wbrew własnym słowom przyciągnął Raiję ku 

sobie. - Prawie nie mam odwagi cię tknąć - wyznał. 

-  Zrób  to!  Raija  sama  rozwiązała  górę  sukni,  po  czym  całkiem  ją  zdjęła.  Pozwalała 

Petriemu się dotykać. Chciała, by zapamiętał ją dotykiem rąk. 

Wśliznęli się pod skórę na pryczy. 

Wszelkie postanowienia się rozwiały. 

Usta obojga nie chciały się rozstać, ręce znalazły tak wiele. 

- Jeżeli to nie jest miłość, to mam nadzieję, że nigdy nie będę kochał - jęknął Petri. - 

Umarłbym od tego. 

-  Nie  mów  tyle.  Raija  jedną  ręką  obejmowała  Petriego  za  szyję,  drugą  zaś  niemal 

niepostrzeżenie  rozluźniła  pasek  jego  spodni.  Petri  zauważył  to,  ale  nie  znalazł  żadnego 

powodu, by zaprotestować. 

Było cudownie. Po prostu cudownie. 

Nie  mógł  się  powstrzymać,  by  nie  wsunąć  ręki  pod  spódnicę.  Napotkał  ciepłą,  nagą 

skórę. Zakręciło mu się w głowie, kiedy się zorientował, że pod spódnicą i koszulą Raija nic 

więcej nie ma. 

Nie zdążył okazać swego zdumienia. Ona nawet o tym nie pomyślała. 

Po  prostu  nie  mogli  się  od  siebie  oderwać.  Oboje  poczuli  iskrę,  która  rozpaliła 

szalejący ogień. Pożar. 

Dawno  już  byli  gotowi,  kiedy  Petri  ułożył  się  nad  Raiją  i  powoli  w  nią  wszedł. 

Znaleźli  wspólny  rytm  i  poprowadzili  się  nawzajem  w  niepohamowanej  namiętności  ku 

apogeum, które przeżyli wspólnie. Razem. 

Nie wypuścił jej z objęć. 

Chciał  ją  przytulać.  Bał  się,  że  ją  straci.  Pragnął  chłonąć  wszystko,  co  przypominało 

Raiję i tę krótką podróż do niezwykłego i cudownego raju. 

- Czy to już koniec między nami? - spytał cicho. - Tak jak z tobą i Aleksanterim? 

background image

-  Wiesz  dobrze,  że  jesteś  zupełnie  inny  niż  on.  Nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  zdołam 

się od ciebie uwolnić. 

background image

Potem musieli udawać. Okazało się to trudne i bolesne. Nikt nie mógł się dowiedzieć. 

Nikt nie mógł się niczego domyślić. 

Raija  była  jedyną  kobietą  w  tym  świecie  mężczyzn  -  w  świecie,  w  którym  kobieta 

kojarzyła się tylko z jednym, a nie było to ani gotowanie, ani koleżeństwo. 

Petri  usłyszał  wiele  pieprznych  komentarzy,  kiedy  wyszło  na  jaw,  że  ma  gościa  w 

baraku. 

-  Petri  robi,  co  może,  żeby  zadowolić  swoją  załogę  -  uśmiechali  się  gruboskórni 

rybacy, pocierając w zamyśleniu brody. 

-  Jak  tam,  czy  wam  się  nie  znudziła?  Może  dalibyście  innym  skosztować  trochę  jej 

jędrnego ciała dla odmiany od tych suchych dziwek, urzędujących tu co roku... 

-  Raija  nie  jest  taka,  jak  myślicie.  -  Oczy  olbrzyma  znad  Zatoki  Botnickiej  ciskały 

iskry. 

- Możemy myśleć to, co nam się podoba... 

Mężczyźni śmiali się, ani przez moment nie wierząc w to, by Petri albo któryś z jego 

załogi nie tknął dziewczyny. Nie rozumieli tylko, dlaczego robią z tego taką tajemnicę. 

Baba  pozostanie  babą.  Nie  widzieli  żadnego  powodu,  dla  którego  tamci  mieliby  się 

zapierać  w  żywe  oczy  po  to  tylko,  żeby  oczyścić  imię  kobiety  -  kobiety,  która  w  dodatku 

przyszła razem z rybakami. 

Aleksanteri stał się podejrzliwy. 

Obserwował  Raiję  i  Petriego  kątem  oka.  Bezwstydnie  podsłuchiwał  ich  rozmowy, 

kiedy sądzili, że są sami. Wracał niespodziewanie, kiedy wszyscy byli pewni, że wyszedł na 

dłużej. 

Ale niczego nie wskórał. 

Tej soboty połów się nie udał. 

Wypłynęli, kiedy jeszcze perliła się nocna rosa. Wcześnie, lecz nie byli pierwszymi na 

morzu. 

Złowione ryby rzucały się ciężko na dnie łodzi, sięgały im ledwie do kostek. 

-  Mało,  żeby  świętować  -  zauważył  Petri.  Zapadała  już  noc.  Nie  jedli  cały  dzień. 

Aleksanteri roześmiał się głucho: 

-  Mówisz,  świętować.  Ty,  który  jako  jedyny  z  nas  się  nie  bawisz.  Siedzisz  tylko  w 

baraku.  Nie  dowcipkujesz  z  innymi  i  nie  chodzisz  na  tańce.  Nie  rozglądasz  się  za 

background image

dziewczętami,  a  tym  bardziej  nie  myślisz  o  czymś  więcej.  Nie  rozmawiasz  z  innymi 

chłopakami.  Nawet  się  nie  napijesz.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  będziesz  się  musiał  wkrótce 

postarać o sutannę i koloratkę. 

Aleksanteri  zamknął  powieki  i  złożył  dłonie  -  przez  chwilę  przedrzeźniając 

towarzysza. Potem rzucił się do wioseł, starając się rozładować napięcie. 

- Dobrze mi z tym - odparował Petri. 

- Właśnie to mnie dziwi: wydajesz się zadowolony, chociaż, o ile wiem, nie jesteś taki 

ś

więty. Przyznaj się, że bawicie się cholernie dobrze... 

- Jesteś na fałszywym tropie, Aleksanteri! 

-  Nie  wmawiaj  mi,  ojcze  Petri,  że i  tobie  nie  cieknie  ślinka  na  jej  widok. Dobrze  cię 

znam, stary, i wiem, że zawsze miałeś oko na kobiety. 

-  Dlaczego  zawsze  myślisz,  że  wszyscy  są  dokładnie  tacy  jak  ty?  -  westchnął  Petri. 

Zaraz  jednak  sobie  uświadomił,  że  znalazł  się  na  cienkim  lodzie.  Powinien  być  ostrożny, 

bardzo ostrożny. 

- Jeżeli się do niej jeszcze nie dobrałeś - mówił dalej Aleksanteri poufałym tonem - to 

musisz  na  chwilę  zapomnieć  o  nieśmiałości.  Jest  naprawdę  gorąca.  I  tobie  powinno  się  to 

spodobać... 

-  Okazałbyś  jej  więcej  szacunku  -  rzekł  twardo  Petri.  Kostki  jego  dłoni  zbielały  na 

rękojeści  wiosła  i  Aleksanteri  zastanawiał  się,  czy  udało  mu  się  trafić  w  czuły  punkt 

towarzysza. 

- Więcej zainteresowania z twojej strony trafiłoby bardziej w jej gust - uśmiechnął się 

Aleksanteri  z  niebezpiecznym  błyskiem  w  oku.  -  Dziewczyna  musi  wprost  usychać  z 

tęsknoty.  Wkoło  roi  się  od  mężczyzn,  ale  żaden  z  nich  nie  jest  na  tyle  dojrzały,  by 

zaproponować poważną grę. 

-  Jest  tyle  innych,  z  którymi  możesz  się  zabawiać  -  rzucił  lodowatym  tonem  Petri.  - 

Trzymaj swoje łapy z dala od Raiji, bo inaczej pożegnasz się z naszą załogą. 

Aleksanteri zrozumiał, że nie są to czcze pogróżki. 

- Doprawdy nie wierzę, że nic cię z nią nie łączy - rzekł. - Pewnego dnia będę mógł to 

udowodnić. 

- Nie sądzę - odparł Petri, lecz w głębi ducha nie czuł się wcale bezpieczny. 

Dali początek czemuś, czego nie byli w stanie zatrzymać. Żadne z nich nie wiedziało 

zresztą, czy tego chciało. 

Byli czujni jak nocni złodzieje. Musieli zachowywać się tak cicho, żeby nie pobudzić 

dzieci.  Działać  tak  szybko,  żeby  nikt  ich  nie  zaskoczył.  Ukradkowe  spojrzenia.  Pośpieszne 

background image

pocałunki.  Szybkie  ruchy  rąk.  Nerwy  w  nieustannym  napięciu,  ciągła  gotowość,  żeby 

usłyszeć  każdy  podejrzany  dźwięk.  Zdążyć  odskoczyć  od  siebie  na  odgłos  kroków  na 

zewnątrz. A potem odnaleźć siebie znowu. Rozmawiać cicho, nie dać się porwać na tyle, by 

osłabić czujność. Gdyby nie cudowna świadomość, że mają siebie, żadne z nich nie zniosłoby 

takiego życia. 

Takie poczucie jedności pomagało im w świecie, do którego żadne z nich w pełni nie 

pasowało. 

Pomagała  im  świadomość,  że  to,  co  trudne  i  bolesne,  może  znaleźć  ujście.  Że  mogą 

dzielić tę odrobinę radości i wspólnie cieszyć się pojedynczymi promykami słońca. 

- Dziś wieczorem na nabrzeżu są tańce - powiedział Aleksanteri do Petriego, kiedy po 

powrocie zmywali z siebie słoną wodę. 

Raija dostała swoją zasłonę, nie musiała się nawet wybierać po nią do Vardo. Petri się 

o  to  postarał.  Kawałek  materiału,  przewieszony  w  poprzek  baraku,  dawał  odrobinę 

intymności. Raija mogła oddzielić dzieci od tego, czego nie powinny oglądać. Mogły jednak 

nadal  wszystko  słyszeć,  a  Elise  i  Maja  zaczynały  już  rozumieć  większość  fińskich  słów  i 

zwrotów. 

Również  mężczyznom  zasłona  umożliwiała  większą  swobodę.  Chociaż  żaden  z  nich 

nie krępował się zdejmować koszuli na oczach Raiji, to jednak mycie się w obecności kobiety 

mężczyźnie nie przystało. 

-  Zawsze  dobrze  tańczyłeś  -  dodał  Aleksanteri.  W  jego  głosie  nie  było  kpiny,  ale 

raczej  odrobina  zazdrości.  -  Sam  mówiłeś,  że  wyruszasz  na  połowy  również  po  to,  żeby 

znowu móc tańczyć. Odkąd Eija stała się taka religijna... 

- Zostaw Eiję w spokoju! 

Petri namydlił włosy ku wielkiej uciesze pozostałej trójki. 

- O, Petri na pewno wybiera się na tańce - uśmiechnął się jeden z braci Koski. - Tak 

dokładnie nie mył się nawet na Boże Narodzenie. 

Petri  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Wycierał  się,  drżąc  z  zimna,  bo  choć  nieustannie 

podtrzymywali  ogień  w  palenisku,  wieczorami,  kiedy  wiało  od  morza,  w  baraku  robiło  się 

chłodno.  Lodowaty  oddech  nie  łagodniał  aż  do  połowy  lata,  a  do  tego  jeszcze  brakowało 

trochę czasu. 

Raija  wyśliznęła  się  ze  swego  kąta.  Starała  się  nie  rzucać  w  oczy,  lecz  żaden  z 

mężczyzn nie omieszkał zwrócić na nią uwagi. 

Odgarnęła włosy z twarzy i związała je na karku w węzeł. Choć starała się wyglądać 

skromniej  niż  zwykle,  nieświadomie  podkreśliła  ładne  rysy  twarzy.  Zazwyczaj  zwracano 

background image

uwagę  na  jej  włosy,  teraz  każdy  mógł  zobaczyć  jej  piękne  usta,  nos,  oczy.  Nawet  smutne 

codzienne ubranie nie mogło tego ukryć. Zima i tułaczka sprawiły, że zeszczuplała i nabrała 

siły,  choć  jeszcze  niedawno  obawiała  się,  iż  będzie  gruba  jak  właścicielka  kramiku.  Teraz 

znowu była wiotka niczym dziewczynka - nie tak bardzo różniła się od tej, której nie mógł się 

oprzeć Mikkal owego lata, kiedy ich losy potoczyły się w odmiennych kierunkach. 

Petri zdawał się nie zauważać jej obecności. Usunął się tylko nieco w bok, żeby mogła 

przejść do garnka. Uczynił to jednak na tyle wolno, że trąciła go łokciem. 

Prawie niedostrzegalne, naturalne dotknięcie. 

Przypadkowe. 

Tak inni powinni to zrozumieć. 

Raija wykazała się sprytem - uśmiechnęła się tylko nieznacznie. Niby przepraszająco, 

tak jakby się uśmiechnęła do każdego. 

Nie zwrócił na nią uwagi. Pozostał niewzruszony, stanowczy i bardzo pewny siebie. 

Szybko włożył czystą koszulę. W rogu baraku piętrzyły się robocze ubrania. 

Raija  wystawiła  na  zewnątrz  balię,  w  której  w  końcu  powinny  wylądować.  Całe 

niedzielne przedpołudnie zamierzała stać z rękami po łokcie w wodzie, ugniatając rzeczy do 

czysta.  Mężczyźni  twierdzili,  że  niepotrzebnie,  ale  dziewczyna  upierała  się  przy  swoim. 

Nawet robocze ubrania nie powinny tak zarosnąć brudem, żeby same stały. 

Petri wiedział, że Aleksanteri nieustannie ich obserwuje. Nie miał do niego zaufania. 

Po  pierwsze  dlatego,  że  Santeri  mógł  o  wszystkim  powiedzieć  Eiji.  Lecz  o  wiele 

bardziej Petri obawiał się tego, że tamten mógł zaproponować Raiję jako tanią rozrywkę całej 

flocie rybaków. 

Aleksanteri  nie  lubił  być  odtrącany.  A  do  tego  jeszcze  przegrać  z  kimś  tak  dobrze 

sobie znanym, jak Petri! Byłby zdolny uprzykrzyć Raiji życie. 

Petri  zapiął  skórzane  spodnie.  Lubił  je.  Były  miękkie,  dobrze  układały  się  wzdłuż 

ciała,  nikt  nie  mógł  poznać,  czy  są  brudne,  były  niezniszczalne  -  a  Raija  powiedziała,  że 

ładnie w nich wygląda. 

- Porządna sauna! - westchnął Aleksanteri. - Wiele bym dał za porządną saunę! 

Nawet Raiji zabłysły oczy. Ona także rozumiała tę tęsknotę. 

Jedli z pośpiechem. Przełykali zupę ugotowaną z ryb i mąki. Wlewali ją w siebie, choć 

groziło to wypaleniem wnętrzności. 

-  Trzeba  nabrać  sił,  kiedy  się  chce  świętować  -  stwierdził  Aleksanteri.  -  Co  ty  na  to, 

Petri?  Chyba  nie  po  to  cały  ten  szyk,  żeby  siedzieć  w  domu?  A  może  jest  ktoś,  komu  się 

chcesz pokazać z najlepszej strony? 

background image

Raija przyzwyczaiła się już do tych przekomarzań, ale i ją one męczyły. 

Za wszelką cenę należało utrzymać związek z Petrim w tajemnicy. Nic nie mogło się 

wydać. A to było bardzo trudne. 

Bardzo impulsywnej z natury Raiji tłumienie uczuć sprawiało prawdziwy ból. 

Nie  mogła  zapomnieć  dla  Petriego  o  Mikkalu,  ale  odnosiła  wrażenie,  że  właśnie  od 

Petriego mogła oczekiwać niemal tego, co tylko Mikkal byłby w stanie jej dać. 

Gdyby mu na to pozwoliła, ten surowy, postawny mężczyzna mógłby stać się dla niej 

kimś o wiele więcej niż Reijo. 

To ją przerażało. 

Znali się tak krótko. 

Wszystko wydawało się takie nierealne. 

- Dziś wieczorem przedstawimy innym Raiję - rzekł nagle Petri. 

Raija znieruchomiała. Co miał na myśli? Z kamienną twarzą spojrzał jej w oczy. Jakże 

potrafił być zimny! 

-  Pójdziemy  na  nabrzeże  wszyscy  razem  -  mówił  dalej  Petri.  -  Każdy  z  was  musi  ją 

traktować z szacunkiem. Ten, który postąpi inaczej, będzie miał później ze mną do czynienia. 

Zapadła cisza. 

- Jeżeli jakiś z rybaków weźmie Raiję za kogoś innego, naszym obowiązkiem będzie 

wyprowadzić go z błędu. Za wszelką cenę. 

Raiji to się nie podobało. 

- Nie chcę, byście mnie pokazywali. Petri westchnął. Z powagą położył swoją wielką 

dłoń  na  obu  jej  dłoniach.  W  tym  całkiem  naturalnym  geście  nikt  nie  mógł  dopatrywać  się 

niczego szczególnego! 

Raiję  przeszył  dreszcz.  Dreszcz  rozkoszy.  Minęło  wiele  dni  od  czasu,  kiedy  jej 

dotykał. Brał ją w ramiona. Wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. Teraz, po połowach, 

mężczyźni byli tak zmęczeni, że zasypiali, zanim zdążyli zdjąć buty. Mógł jej tylko przesłać 

spojrzenie. Szybkie spojrzenie, zanim ktokolwiek coś zauważył. 

Zapomniała, jak to jest. Że jego ręka jest taka ciepła. 

Podniosła  wzrok.  Nie  mogła  inaczej.  Pragnęła  dać  mu  do  zrozumienia,  że  jest 

przeciwna temu, co zaproponował. Nie wiedziała, czego się nasłuchał, co zmusiło go do takiej 

decyzji. Nie rozumiała tego. Wszystko się w niej buntowało. 

- Ja nie chcę! 

-  Nie  sprzeciwiaj  się  i  nie  zachowuj  jak  dziecko!  Aleksanteri  mrugnął  do  niej. 

Porozumiewawczo. 

background image

Gdyby wiedział, co Raiję łączy z Petrim... 

- Prawie nie wychodzisz z domu, kiedy mężczyźni są na lądzie - rzekł Petri. 

Ciemne  oczy  patrzyły  prosto  na  nią.  Raija  sądziła,  że  potrafi  w  nich  dojrzeć  ciepło  i 

czułość,  lecz  teraz  nie  była  tego  pewna.  Być  może  starał  się  to  ukryć.  A  może  tylko  to 

wymyśliła? 

- Mówią o tobie. Mówią więcej, niż potrafisz sobie wyobrazić, więcej niż wypada. W 

końcu  któryś  z  nich  okaże  się  tak  ciekawski,  że  postanowi  sam  się  przekonać,  jak  jest 

naprawdę.  Nie  chciałbym  ryzykować  spotkania  z  całą  hordą  mężczyzn  przekonanych,  że 

jesteś do ich usług jak inne kobiety, które tu widzą... które z tego żyją. 

-  I  chcesz  temu  zapobiec,  zabierając  mnie  na  zabawę,  która  jest  jednym  wielkim 

pijaństwem? 

- Staniesz się mniej tajemnicza. Przestaną o tobie tyle gadać! 

Raija potrząsnęła głową. Petri wypuścił jej ręce. 

- Nie mogę zostawić dzieci. 

Petri westchnął. Zagrał kartą, której nie miał zamiaru wykorzystać: 

- Robiłaś to już wcześniej, prawda? Aleksanteri może chyba to potwierdzić? 

Zraniona i zła spojrzała na niego. Petri był nieustępliwy. Jeden z jego policzków lekko 

drgał. Tak dobrze znała ten tik. 

Aleksanteri zauważył to. Jego oczy zwęziły się,  kiedy  dostrzegł  rozczarowanie Raiji. 

Na moment się zapomnieli. 

Czymś mi tu pachnie, pomyślał. Pachnie czymś więcej niż zepsutą rybą. 

- Nie bój się - zwrócił się do Raiji. - Wszyscy tam idą, żeby się rozerwać. Chyba że ty 

i Petri zamierzacie siedzieć w domu i patrzeć na siebie przez kolejny wieczór. 

Ż

adne z nich nie spytało, co chciał przez to dać do zrozumienia. Aleksanteri uznał ich 

milczenie za błąd. Ale to jeszcze niczego nie dowodziło. 

-  Raija  włoży  piękną  suknię  i  pokaże,  jak  tańczy  -  rzekł  beztrosko.  W  jego  oczach 

pojawił  się  diabelski  błysk.  Uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej:  -  Wciągniemy  balię,  żeby  się 

mogła wykąpać. Nie poczuję się urażony. Nie będę ani trochę zakłopotany z tego powodu. 

Wzrok Raiji mógłby skruszyć głaz. 

Aleksanteri się roześmiał. Petri nieznacznie się uśmiechnął. 

Dziewczyna niechętnie dała się przekonać. 

Za  zasłoną  znalazła  jedyną  sukienkę,  która  ocalała  w  drodze  na  wschód.  Została 

uszyta z lekkiego materiału, drobne kwiatki o intensywnych barwach podkreślały urodę Raiji. 

background image

Przywoływała wyłącznie dobre wspomnienia, była to jedna z sukienek znalezionych w domu 

Cathariny. 

Jedna  z  najskromniejszych,  lecz  Raiji  i  mężczyznom  na  surowym  wybrzeżu  zdawała 

się wprost cudem. 

Raija  rozwiązała  węzeł  na  karku,  szybko  przeczesała  włosy  kościanym  grzebieniem. 

Przesunęła palcami po bransoletce, którą dostała od Aleksieja. O przypięciu broszki nawet nie 

pomyślała. 

Nie powinna mieszać do tego Mikkala. Nie chciała we wspomnieniach łączyć Petriego 

z Mikkalem. I na odwrót. Obaj nigdy nie powinni się o sobie dowiedzieć. 

Obaj znaczyli dla niej zbyt wiele. Byli zbyt szczególni. Bransoletka również została na 

miejscu. 

Petri  powiedział,  że  myśl  o  tych,  którzy  przed  nim  byli  dla  Raiji  ważni,  sprawia  mu 

przykrość. 

Chociaż oboje nie stawiali sobie nawzajem żadnych żądań, był zazdrosny. 

Nie mogła dodatkowo przysparzać mu trosk. Za bardzo go lubiła. 

-  Wyglądasz  cudownie  -  szepnęła  Elise  z  uznaniem  ze  swej  koi.  Przytulała  do  siebie 

Idę,  którą  miała  się  zaopiekować  podczas  nieobecności  Raiji.  -  Musisz  dziś  być  wesoła, 

mamo - mówiła dalej tonem dorosłej osoby. - Już się prawie przestałaś uśmiechać. 

Nawet  Maja  musiała  dotknąć  materiału  sukienki  i  objąć  Raiję  za  szyję,  zanim 

pozwoliła matce uściskać Knuta. 

Raija miała wyrzuty sumienia. Dobra matka nie opuszcza swoich dzieci. Tym bardziej 

nie  z  takiego  powodu,  jakim  są  tańce.  Tym  bardziej  nie  z  takiego  powodu,  by  w  tańcu 

zarzucić  ręce  na  szyję  żonatemu  mężczyźnie.  Poczuć  znowu  jego  ciało  blisko  swego  i  nie 

pragnąć niczego więcej. 

Porządne matki tak nie postępują. 

Spodziewała się, że mężczyznom spodoba się to, że się ładnie ubrała. 

Ale  nie  sądziła,  że  zrobi  na  nich  tak  ogromne  wrażenie.  Nie  pomyślała,  że  minęło 

wiele  miesięcy  od  czasu,  kiedy  po  raz  ostatni  widzieli  kobietę,  którą  mogli  traktować  z 

pewnym szacunkiem. A już tym bardziej nie przywykli do tego, żeby kobiety tak się stroiły. 

Raija zapomniała już o tym, że kiedyś przez krótki czas była szanowaną żoną wójta, choć nie 

zaznała wtedy wiele szacunku. 

Aleksanteri  gwizdnął  przeciągle  i  nie  mógł  się  powstrzymać,  by  nie  zmierzyć  jej 

wzrokiem od stóp do głów. 

background image

-  Brak  mi  słów  -  mruknął,  zawiesiwszy  wzrok  u  rozcięcia  przy  szyi.  Raija  zdawała 

sobie sprawę, że być może jest zbyt śmiałe, ale nigdy nie potrafiła dobrze szyć, musiało więc 

takie pozostać. 

Bracia Koski tak wlepiali w nią oczy, że wydawało się, iż wyskoczą im z orbit. Obu 

zapłonęły policzki, aż Raija poczuła się zakłopotana. 

Na Petriego nie śmiała spojrzeć. Bała się tego, co może zobaczyć na jego twarzy. Nie 

zniosłaby jego pogardy. Oby tylko nie pomyślał, że chce się upodobnić do tych kobiet, które 

zarabiały, sprzedając siebie! Pragnęła jedynie ładnie wyglądać. Przede wszystkim dla niego. 

Musiał to zrozumieć! 

- O dobry Boże! - szepnął Petri. Na kilka sekund zupełnie wypadł z roli. 

Aleksanteri poczuł, jak budzi się w nim myśliwy. Zapragnął ponownie zdobyć Raiję. 

Przekonać się, że jest w stanie tego dokonać również wtedy, gdy Raija wygląda piękniej niż 

kiedykolwiek,  kiedy  jest  bardziej  pociągająca  niż  którakolwiek  ze  spotkanych  do  tej  pory 

kobiet. 

Petri  poczuł,  jak  na  krótką  chwilę  zamarło  w  nim  serce.  Potem  wszystko  w  nim 

zapłonęło, a uczucia stały się tak intensywne, że nie był w stanie nad nimi zapanować. Omal 

nie wyciągnął ramion i nie przytulił dziewczyny do siebie. Spojrzał tylko raz na Raiję w tym 

stroju i to wystarczyło, żeby zupełnie odechciało mu się pokazywać ją komukolwiek. 

Zapragnął  ukryć  ją  przed  całym  światem,  a  przede  wszystkim  przed  tymi 

nieokrzesanymi rybakami, którzy przywitają ją docinkami. 

Nie  chciał,  by  jakikolwiek  inny  mężczyzna  ją  oglądał.  To  powinno  być 

zarezerwowane dla niego i tylko dla niego. 

- Czy to mądry pomysł, żeby zabierać ją ze sobą? 

- spytał Aleksanteri, nie odrywając od Raiji wzroku. 

-  Jeśli  wolno  mi  coś  powiedzieć,  to  stratują  nas,  Petri.  A  kobiety  wydrapią  jej  oczy. 

Nigdy nie zostały wystawione na podobną próbę sił, a jest wśród nich kilka takich, które już 

nie raz przegrały. 

-  Raija  pójdzie  z  nami  -  rzekł  Petri.  Jego  głos  nieco  drżał,  mimo  że  robił  wszystko, 

ż

eby nad nim zapanować. Odczuwał taki sam lęk jak Aleksanteri,  ale uważał, że już nie ma 

odwrotu. Chociaż najgorsze czekało właśnie Raiję. - Z nami będzie bezpieczna. 

Aleksanteri odchylił się do tyłu i skrzyżował ręce na karku. 

- Mogę cię zapewnić, Petri, że nie będzie bezpieczna, jeżeli będę miał to szczęście, by 

znaleźć  się  z  nią  sam  na  sam.  Mam  też  pewne  wątpliwości  co  do  jej  bezpieczeństwa,  gdy 

znajdzie się sama z tobą. Dlatego też będę ją miał na oku. I ciebie... 

background image

Raija  uważała,  że  szal  nie  pasuje  do  reszty  stroju.  Miał  zszarzały  brązowy  kolor,  w 

dodatku  był  zniszczony  i  brzydki.  Płaszcz,  o  który  bardzo  dbała,  wydawał  się  za  to  zbyt 

elegancki,  chociaż  też  już  nosił  ślady  długiego  używania.  Poza  tym  był  ciepły,  zimowy,  a 

mieli przecież środek lata. 

Petri  rozwiązał  kłopot  w  prosty  sposób,  zarzucając  Raiji  na  ramiona  swą  obszerną 

kurtkę z garbowanej skóry. 

Dzięki  temu  dziewczyna  nie  rzucała  się  tak  bardzo  w  oczy.  Od  razu  też  stawało  się 

jasne, że nie jest Petriemu zupełnie obojętna. 

Naprawdę  sprytnie  pomyślane,  zauważył  Aleksanteri,  kiedy  wychodzili  razem  z 

baraku. 

Raija szła o pół kroku za blisko Petriego, lecz tylko Aleksanteri zwrócił na to uwagę. 

Tylko on dopatrzył się w tym czegoś więcej. 

- Przypisałeś ją sobie, Petri. Nie przypuszczałem, że możesz być taki chytry. 

- Nie doszukuj się w tym niczego szczególnego! Raija zmusiła się, by prosto trzymać 

głowę. To było gorsze, niż sobie wyobrażała. 

Chciałaby się ukryć w bezpiecznych objęciach Petriego, ale nie mogła. 

Jego kurtka dawała cień  bezpieczeństwa, lecz nic poza tym. Chciał jej okazać, że się 

nią  opiekuje,  że  się  o  nią  troszczy,  ona  jednak  o  wiele  bardziej  chciałaby  poczuć  na  swoich 

ramionach jego rękę niż tę nędzną kurtkę. 

Z pewnością nie był jedynym żonatym mężczyzną, który miał tutaj inną. Mogłaby się 

założyć  o  cokolwiek,  że  zarówno  kawalerowie,  jak  i  żonaci  przeżywali  w  czasach  połowów 

przygody miłosne. 

Być  może  nie  tak  poważne  jak  ta,  której  Raija  i  Petri  nie  chcieli  spojrzeć  prosto  w 

oczy, lecz Petri nie był jedynym, który zdradzał kobietę pozostawioną w domu. 

Nieopodal  siedział  jakiś  człowiek  z  dziwnym  instrumentem  strunowym.  Lewą  ręką 

przebierał  na  długiej  szyjce  instrumentu,  podczas  gdy  prawą  wydobywał  smutną  melodię  z 

dużego,  okrągłego  pudla,  trzymanego  na  kolanach.  Kolory  przywiodły  Raiji  na  myśl  Jew-

gienija  i  jego  żaglowiec,  pomalowany  -  podobnie  jak  ten  instrument  -  na  najbardziej 

nieprawdopodobne  kolory.  I  chociaż  jeden  odcień  zabijał  inny,  całość  sprawiała  radosne 

wrażenie. 

- Co to takiego? - spytała Raija, skinąwszy głową. Nie chciała pokazywać ręką. 

Aleksanteri wzruszył ramionami: 

background image

-  Myślę,  że  to  rosyjski  instrument.  Ten  człowiek  wygrał  go  chyba  od  jakiegoś 

marynarza. Całkiem ładnie brzmi. Ale kiedy się tańczy, to i tak nie słychać, co gra. Czuję się, 

jakbym był w domu. Prawie. 

Zaczynali zwracać na siebie uwagę. 

Przez tłum przeszedł szmer, wokół cichły rozmowy, aż nagle stało się zupełnie cicho. 

Słychać  było  jedynie  śpiew  fal  uderzających  o  brzeg  i  delikatne  dźwięki  obco  brzmiącego 

instrumentu. Wkrótce i one ucichły. 

Raija  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czuła  się  tak  nieswojo.  Dookoła  skupiło  się  kilka 

tuzinów mężczyzn. Czuła na sobie ich spojrzenia kłujące niczym noże. 

Wiedziała,  że  mierzono  ją,  oceniano.  Czuła,  jak  ich  pożądliwe  oczy  rozbierają  ją. 

Nienawidziła tego - nienawidziła z całej duszy! 

Jedna  z  rąk  wysunęła  się,  ażeby  zsunąć  kurtkę  z  ramion  Raiji,  lecz  nie  zdążyła  jej 

dosięgnąć. 

Petri schwycił brutalnie mężczyznę za nadgarstek. Wykręcił mu rękę. Twarz miał jak 

z kamienia. 

-  Ona  nie  należy  do  tego  rodzaju  kobiet!  Rozległ  się  śmiech.  Petri  puścił  rękę 

mężczyzny i pchnął go w pierś, tak że tamten runął do tyłu, wpadając w tłum. 

Nikt nie odważył się wystąpić w pojedynkę. Petri był zbyt silny. 

-  Finowie  najwyraźniej  nie  lubią  się  dzielić  -  rzucił  ktoś  z  tyłu  grupy.  Trudno  było 

odgadnąć, kto to powiedział. - Ale gdyby wam się znudziła... 

Ś

miech nie budził wątpliwości. 

-  Pieniądze  załatwią  wszystko.  -  Przez  tłum  przecisnął  się  postawny  mężczyzna. 

Stanął  na  szeroko  rozstawionych  nogach  przed  Petrim,  zmierzył  go  spojrzeniem.  Był  mu 

niemal równy wzrostem. Wysunął dłoń pełną monet. - To powinno  chyba ukoić tęsknotę na 

jedną noc? - spytał wprost. 

Raija poczuła mdłości. 

Petri nawet nie mrugnął. Zamachnął się, uderzył zaciśniętą pięścią i mężczyzna upadł 

z hukiem. Lśniące monety potoczyły się po ziemi, a wszyscy rzucili się, żeby je zbierać. 

- Raija nie jest taka! - zagrzmiał Petri. - To porządna dziewczyna! 

Kilka kobiet towarzyszących zwykle rybakom roześmiało się. Również one dokładnie 

obejrzały Raiję, lecz im nie spodobało się to, co ujrzały. 

Najlepszym  rozwiązaniem  byłoby  jakoś  ją  wyeliminować.  Gdyby  bowiem  i  ona 

sprzedawała  się  mężczyznom,  tutejszym  dziewczętom  nie  pozostałoby  nic  innego,  jak  się 

background image

spakować.  Lecz  jako  obiekt  westchnień  dla  rybaków...  Niech  sobie  na  nią  patrzą,  to  tylko 

zaostrzy ich apetyt na płatną miłość... 

-  Każdy,  kto  zapomni,  że  jest  nietykalna,  będzie  miał  ze  mną  do  czynienia  -  dodał 

Petri. 

- I ze mną! - Aleksanteri wysunął się krok naprzód. Stanął po drugiej stronie Raiji. Nie 

wiedział  dokładnie,  dlaczego  to  uczynił,  ponieważ  dobrze  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  ma 

czego szukać u jej boku. 

To za Petrim Raija niespokojnie wodziła oczami. 

Tapio  i  Markku  poszli  w  ślady  swych  towarzyszy.  Zrobili  to  niemal  odruchowo. 

Niewielu  mogłoby  się  wystraszyć  ich  w  pojedynkę,  lecz  razem  z  Petrim  i  Aleksanterim 

tworzyli tak silną  grupę, że zgromadzeni wokół rybacy uznali, iż lepiej będzie skupić się na 

czymś łatwiejszym do zdobycia. Na kimś, kogo można nie tylko oglądać, lecz również wolno 

dotknąć. 

- Uderzyłeś Korneliusza z Senji - krzyknął ktoś z tłumu. - To żądny zemsty szatan, nie 

daruje nikomu, kiedy jest pijany. 

- Właśnie sobie popił i bardzo się rozjuszył - dorzucił ktoś inny. 

Petri spojrzał na Raiję. W jego oczach krył się niepokój. 

Aleksanteri poklepał go po ramieniu. 

- Nie masz wyboru, stary. Bierz Raiję i ukryjcie się gdzieś przynajmniej do jutra. Nie 

chcemy, żeby jakiś urażony drań zrobił ci coś złego, Petri. Albo na odwrót. - Skinął głową ku 

zachodowi: - Tam znajdziecie kilka opustoszałych chat. To niedaleko stąd... 

- Skąd o tym wiesz? Aleksanteri uśmiechnął się dwuznacznie: 

- Musiałem kiedyś z nich skorzystać. Dobrze mieć w zanadrzu taką kryjówkę. 

- A co z dziećmi? Aleksanteri wzruszył ramionami: 

-  Możemy  to  określić  w  ten  sposób,  że  my  we  trzech  zrezygnujemy  z  dzisiejszych 

rozrywek  i  wrócimy  do  domu.  Nie  sądzę,  żeby  miało  się  stać  coś  złego,  jeśli  ten  drań  nie 

znajdzie ciebie lub Raiji. 

Petri walczył sam z sobą. 

Aleksanteri chyba nie wiedział, co im proponuje. A może jednak? 

Poza tym nie chciał okazać się tchórzem. Nie powinien uciekać przed jakimś pijakiem. 

- Korneliusz jest szalony, kiedy sobie wypije - rzucił ktoś, kto znal tego awanturnika. - 

Tej zimy na Lofotach omal nie zamordował pewnego człowieka. 

Raija schwyciła Petriego za rękę. Już nie myślała o zachowaniu pozorów. 

- Nie możemy tu zostać - powiedziała. - Nie chcę patrzeć, jak ktoś cię zabija, Petri! 

background image

Jeżeli Aleksanteri miał do tej pory jakiekolwiek wątpliwości, to teraz był już pewien. 

Sposób, w jaki wypowiedziała to imię, mówił sam za siebie. 

Zabolało. Potwornie zabolało. Nigdy dotąd nie czuł niczego podobnego. 

Nikt  nigdy  nie  wymówił  imienia  Aleksanteriego  w  ten  sposób.  Nikt  na  niego  tak  nie 

patrzył. Poczuł się nagle straszliwie żałosny. 

To  nie  w  porządku,  że  właśnie  Petriemu  tyle  ofiarowała.  Jemu,  który  miał  dom  i 

dzieci,  Eiję.  Aleksanteri  dobrze  wiedział,  jaka  była  Eija,  jakie  nędzne  było  małżeństwo 

Petriego.  Nie  powinien  więc  zazdrościć  mu  ciepła.  Zazdrościć  mu  tego  uczucia...  Ale  to 

bolało. 

- Uciekajcie! - rzekł stanowczo. W jednej chwili stał się starszy niż Petri. - I niech was 

tu nie widzę, dopóki się  nie upewnicie, że najbardziej pijany z pijanych dzisiejszej nocy nie 

wytrzeźwiał! - Uśmiechnął się: - I postarajcie się robić to, co ja bym zrobił! 

Raija  złapała  Petriego  za  rękę.  Pociągnęła  go  za  sobą,  chociaż  ten  nadal  nie  był 

pewien, jak postąpić. 

Czuła się szczęśliwie nieodpowiedzialna - przynajmniej tej jednej nocy. 

background image

Znaleźli chaty. Jedna wydawała się bardziej zrujnowana od drugiej, lecz chociaż obie 

przepuszczały ogromne ilości świeżego powietrza, to miały jednak cztery ściany i dach. 

Wybrali mniejszą, sprawiającą wrażenie, że wytrzyma podmuch wiatru, przynajmniej 

słaby. 

- A ja myślałem, że to pomoże nam zachować naszą tajemnicę! - Petri oparł się ciężko 

o drzwi. Nie puszczał rąk Raiji. - Teraz wszyscy wiedzą! 

- To nie ma znaczenia. 

- Nie chciałbym, żeby myśleli, że jesteś rozwiązła. 

- Nie obchodzi mnie, co myślą. 

Petri westchnął. Przyciągnął Raiję do siebie. Trzymał ją w ramionach, jak tego pragnął 

od chwili, kiedy ją ujrzał w tej ślicznej sukience. 

- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem - szepnął tuż przy jej policzku. 

Raija przymknęła oczy. Czuła się szczęśliwa. Wszystko inne wydawało się odległe, a 

Petri był tak rzeczywisty. 

-  To,  co  się  stało,  ma  też  swoje  dobre  strony  -  powiedziała  i  mocno  się  do  niego 

przytuliła. - Po raz pierwszy zostaliśmy sami. Zupełnie sami. 

Roześmiał się cicho: 

- Teraz, kiedy wszyscy wyobrażają sobie, co robimy, będę miał chyba duże trudności 

z robieniem właśnie tego. 

-  Zanim  posuniemy  się  tak  daleko,  powinniśmy  najpierw  rozpalić  ogień  -  zauważyła 

Raija rzeczowo. 

Petri połamał kilka zniszczonych krzeseł, czyniąc z nich pożywkę dla płomieni. 

- Po co nam krzesła? - spytał beztrosko. 

Kiedy  w  chacie  zrobiło  się  jasno,  ujrzeli  całe  jej  wyposażenie:  stół,  który  wyglądał, 

jakby się miał w każdej chwili rozpaść, lawę, sprawiającą wrażenie nawet dość solidnej i piec. 

Wzdłuż  jednej  ze  ścian  piętrzyło  się  siano  -  widocznie  ktoś  wykorzystywał  kiedyś  to 

pomieszczenie jako stodołę. Kiedyś, to znaczy dawno, dawno temu, gdyż siano wyglądało na 

bardzo przesuszone. 

Petri  rozsypał  siano  na  podłodze.  Rozsznurował  buty,  teraz  wyglądał  jak  młody 

chłopak. 

background image

Raija  przywarła  do  stołu.  Tak  łatwo  było  posyłać  ukradkowe  spojrzenia.  Tak 

przyjemnie. Zawsze musieli wykorzystywać każdą sekundę, jakby to była ich ostatnia. 

Teraz mieli przed sobą całą noc. Dlatego czuli się trochę niepewnie i obco. 

Uśmiechając  się  z  zakłopotaniem,  Petri  wyjął  z  kieszeni  kurtki  butelkę  owiniętą  w 

skórę. Raija zmarszczyła brwi - nie wyczuła w kurtce niczego takiego. 

- Koniak - wyjaśnił, wyciągając korek. Skrzywiła się. Wszystkie mocne alkohole były 

do siebie podobne, nie lubiła żadnego z nich. 

Ponieważ  jednak  czuła  się  równie  niepewnie  jak  Petri,  równie  nieporadna  w  takiej 

chwili, przełknęła mały łyk, kiedy podał jej butelkę. 

Zapiekło w gardle i w żołądku. Słodkawy smak na długo jeszcze pozostał w ustach, a 

słodycze właściwie lubiła. 

- Czy tego pragnęliśmy? - zdziwił się. Nawet się nie skrzywił, kiedy pił. Raija skinęła 

głową. 

- Chyba tak. Petri objął ją ramieniem. 

- Nie sądziliśmy tylko, że to będzie takie trudne. 

- Nierzeczywiste - dodała Raija. Pociągnęła jeszcze jeden łyk, który okazał się dla niej 

za duży. - Sporo tego pijesz? - spytała, otrząsając się. 

Zaśmiał  się,  ogromną  dłonią  przeciągnął  pośpiesznie  po  jej  włosach,  a  po  chwili 

zakorkował butelkę i odstawił w siano. 

- Już nie. - Mówił poważnie. - Ale kiedyś tak. Piłem wszystko, czym mogłem się upić. 

Grzywka opadła mu nisko, kiedy pochylił głowę. 

-  To  prawdziwy  powód,  dla  którego  pozwoliłem  Aleksanteri  emu  zostać  w  swojej 

załodze  -  wyznał.  -  Miałem  kłopoty  i  za  dużo  piłem.  To  właściwie  Aleksanteri  przywrócił 

mnie do życia. Tłukł moje butelki i niszczył beczułki. Dzięki niemu zrozumiałem, jak nisko 

się stoczyłem... 

Machinalnie gładził Raiję po włosach. 

-  Nie  chciałabyś  dwa  razy  spojrzeć  na  człowieka,  którym  wtedy  byłem,  Raiju.  Na 

niczym mi nie zależało. Nic nie miało znaczenia. Dopóki Santeri nie pokazał mi, że mógłbym 

na powrót stać się człowiekiem. Że moje życie mimo wszystko było coś warte. 

Płonęła  z  niecierpliwości,  by  zapytać,  co  doprowadziło  go  do  upadku.  Pragnęła 

przeniknąć  jego  milczenie  i  posiąść  cząstkę  człowieka,  którym  był,  zanim  się  spotkali. 

Chciała ujrzeć mężczyznę, który poślubił Eiję i został ojcem pięciorga dzieci. 

Lecz Petri milczał, a ona nie śmiała spytać. 

background image

Niezależnie  od  tego,  ile  go  to  kosztowało  trudu,  żył.  Nie  mogli  od  siebie  niczego 

wymagać. Żadne nie mogło żądać więcej, niż to drugie chciało dać. 

Proste. 

I potwornie trudne. 

Raija wiedziała o tym. Petri o tym wiedział. 

Niebo czerwieniło się i barwiło morze swymi łagodnymi pastelami. Nad brzegiem na 

wschodzie, na północ od Vardo, ujrzeli twierdzę. 

Petri  wstał  i  zamknął  okiennice,  kiedy  zobaczył,  że  Raija  powędrowała  wzrokiem 

daleko stąd, daleko od tego, co przez krótką chwilę miało być ich całym światem. 

-  Zrobiło  mi  się  zimno  na  widok  twierdzy  -  roześmiała  się  niepewnie.  -  Jak  gdyby 

ogarnęło mnie jakieś złe przeczucie. A zbudowano ją przecież po to, by nas chronić, prawda? 

- Czasami zastanawiam się nad tym. - Petri połamał jeszcze jedno krzesło. - Niektórzy 

z rybaków mówią, że w ostatnich tygodniach zamknięto tam wiele kobiet. Że więziono je w 

lochach i torturowano. 

-  Dlaczego?  -  Raija  otworzyła  szeroko  oczy  ze  zdziwienia.  Właściwie  nie  chciała 

słuchać. Nie chciała wiedzieć, musiała... 

- Czary - odparł krótko. Parsknął śmiechem: - Czary, dasz wiarę? Oskarżyli o nie kilka 

spokojnych  staruszek  i  służących,  które  nawet  dobrze  nie  wiedzą,  co  to  słowo  oznacza. 

Ludzie króla mają chyba za mało roboty. 

Raija zacisnęła oczy, ale nie udało jej się powściągnąć wyobraźni. 

Wolałaby,  żeby  Petri  o  tym  nie  wspomniał.  Rozumiała,  że  go  to  dręczyło,  że  musiał 

się z kimś podzielić tymi myślami. Nie chciała jednak, by mówił na ten temat właśnie teraz. 

To było zbyt potworne. 

Lecz  jeszcze  zanim  cokolwiek  powiedział,  ogarnęło  ją  przeczucie  czegoś  złego.  Sam 

widok murów przyprawił ją o zimny pot i mdłości. Raija zaczęła się bać. 

Czy  to  miało  wrócić?  Czy  mogło  powrócić?  Owa  przerażająca  zdolność,  która 

pozwalała opuszczać własne ciało i odczuwać więcej niż inni ludzie? Raija gotowa była dać 

wszystko, by tego uniknąć. Chciała pozostać zupełnie zwyczajna. Nic poza tym. 

-  Nie  mów  o  uwięzionych,  Petri  -  prośba  zabrzmiała  jak  żałosny  jęk.  Stała  się  słabą 

kobietą, takiej jeszcze jej nie widział. 

Ramiona, które się ku niemu wyciągnęły, lekko drżały. Drżące usta błagały bez słów, 

by  przytulił  ją  tak  mocno  i  blisko,  żeby  cały  ten  straszny  świat  zniknął.  A  jeżeli  to 

niemożliwe, to żeby znaleźli się od niego daleko przynajmniej na tych kilka krótkich godzin. 

background image

Petri  upadł  przed  Raiją  na  kolana  i  objął  ją.  Splotła  ręce  na  jego  szyi,  omal  go  nie 

dusząc. W swym pocałunku wyraziła desperacką tęsknotę i potrzebę bezpieczeństwa. 

Serce  Petriego  wypełniła  czułość.  Wreszcie  znalazł  istotę,  która  potrzebowała  go 

równie silnie, jak on jej potrzebował, mógł ją przytulić, otoczyć opieką, ochraniać, mógł się o 

nią troszczyć - kochać. 

Odpowiedział na jej gwałtowny pocałunek równie mocno i namiętnie. Gdy poczuł, że 

opuszcza  ją  szaleństwo,  i  on  stał  się  bardziej  czuły  i  łagodny.  Teraz  całował  ją  ostrożnie, 

prawie nieśmiało, jak gdyby robił to po raz pierwszy. 

Raija  rozluźniła  uścisk  i  objęła  Petriego  w  inny  sposób.  Nie  potrzebowała  go  po  to, 

ż

eby  przed  nim  rozpaczać  z  powodu  niesprawiedliwości  i  niegodziwości,  jakich 

doświadczyła. 

Nie potrzebowała go po to, żeby ją pocieszał. 

Nie była zrozpaczoną małą dziewczynką, kurczowo ściskającą go za szyję. Znów była 

kobietą. 

Piękną kobietą, mającą swoje tęsknoty i potrzeby. Kobietą, którą za bardzo polubił. 

Raija  nie  nazywała  tego  miłością.  Nigdy  nie  zażądałaby,  żeby  odszedł  od  Eiji  z  jej 

powodu. 

Nie potrzebowała czyjegoś męża. Potrzebowała Petriego tylko jako mężczyzny. 

Kiedy  Raija  się  odprężyła,  odważył  się  wypuścić  ją  z  objęć.  Usiadł  wygodniej, 

opierając plecy o ścianę. Jedną ręką otoczył szczupłą talię Raiji. 

Nie mógł od niej oderwać oczu. 

-  Uważam,  że  jesteś  bardzo  piękna  -  rzekł  cicho,  uśmiechając  się  niemal  ze 

zdumieniem. Jakby chcąc to podkreślić, pokręcił głową. - Pewnie słyszałaś to już tyle razy, że 

nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia? 

- Wszystko, co ty mówisz, Petri, ma dla mnie znaczenie. 

Oparła  głowę  na  jego  szerokim  ramieniu.  Pochylił  się,  żeby  nadal  ją  widzieć.  Po 

prostu nie mógł się na nią napatrzeć. 

Wydawało mu się to dziwne - widzieć ją taką odprężoną, bez czujności w spojrzeniu i 

gotowej w każdej chwili umknąć z jego ramion przy najmniejszym podejrzanym odgłosie. 

- Chciałbym ci opowiedzieć o twoich oczach. O twoich ustach. O tym, jak zmienia się 

twoja twarz, zmienia swój wyraz. I jak to na mnie działa... - Nagle urwał i zamilkł. 

- Dlaczego tego nie zrobisz? W jego oczach pojawił się cień smutku. 

background image

- Boję się, że już to słyszałaś. Tak potwornie się boję, że inni mówili ci to już przede 

mną.  Że  moje  słowa  staną  się  echem  w  twoich  uszach,  że  przelecą  przez  nie  jak  piasek 

między palcami... 

-  Nigdy  bym  się  z  ciebie  nie  śmiała,  Petri.  -  Raija  mówiła  poważnie.  Jak  najbardziej 

uczciwie. 

Lekko pocałował ją w czoło. 

-  A  więc  to  rozumiesz  -  westchnął.  Czuł  się  trochę  speszony,  że  go  przejrzała,  lecz 

również mu ulżyło. 

Mówili tym samym językiem, on i Raija, pod wieloma względami czuli podobnie. 

- Nie chciałbym ci się wydać śmieszny, moja droga - szepnął. - Wszystko, tylko nie to. 

W  jego  słowach  było  tyle  bólu,  że  Raija  nabrała  pewności,  że  kiedyś  w  przeszłości 

ktoś z niego zadrwił. A to zraniło go do głębi, zagłuszyło jakąś jego część, sprawiło, że stał 

się milczący i nieprzystępny. 

Aż do tej chwili. 

Raija uniosła się. Oparła się bokiem o ścianę tuż obok Petriego, obiema rękami ujęła 

jego  głowę.  Wzrokiem  pieściła  surową  twarz,  która  zdradzała  siłę  i  upór,  lecz  także 

wrażliwość duszy. 

Pod warunkiem, że ktoś zadał sobie tyle trudu, by szukać wystarczająco długo. Gdyby 

poświęcił trochę czasu i odważył się skruszyć zewnętrzne warstwy lodu. Gdyby się odważył 

wydobyć spod maski człowieka. 

Gdyby się odważył odkryć najpierw siebie samego. 

-  Masz  najpiękniejszy  uśmiech,  jaki  znam,  Petri.  -  Raija  przesunęła  palcem  wzdłuż 

linii jego ust. Pozwolił, by to zrobiła, a potem schwycił nagle jej rękę i pocałował. 

Raija czekała, pragnęła, by okazał swe uczucia. Tym razem mieli na to czas. 

Tym  razem  mieli  dość  czasu,  by  oddać  drugiemu  całego  siebie.  By  dusza  spotkała 

duszę, a nie tylko ciało spotkało się z ciałem. 

Ostrożnie odkrywała dłońmi każdą bruzdę na twarzy tego gigantycznego mężczyzny, 

który tak naprawdę był równie łagodny jak ona. 

Odgarnęła  mu  z  czoła  grzywkę  do  tyłu,  tak  jak  sam  zawsze  próbował  to  zrobić,  lecz 

mu się nie udawało. 

- Masz mądre czoło. 

- Nie przesadzaj - roześmiał się, lecz Raija zdecydowanie położyła mu palec na ustach. 

background image

-  Nic  nie  mów,  mój  Petri.  Teraz  ja  mówię.  A  ja  nie  kłamię.  Ranisz  mnie,  gdy  mi 

przerywasz.  Ja  także  czuję.  Ja  także  mam  potrzebę  powiedzenia  czegoś  dobrego.  Mam 

potrzebę dawania, nie tylko brania. Pozwól mi powiedzieć, kim dla mnie jesteś! 

Petri przełknął ślinę. Zrozumiał. 

Przy  takich  kobietach  jak  Raija  mężczyźni  tracili  pewność  siebie.  Przywdziewali 

maski, by ukryć strach. Stawali się innymi, niż byli w istocie, i nie pozwalali się poznać. 

Słyszała już chyba z tysiąc hymnów pochwalnych na cześć swej urody. Nie wątpił, że 

wszyscy inni, którzy posiedli cząstkę jej przeszłości, tkali dla niej złotą sieć pięknych słów. 

Lecz być może sama nie miała możliwości powiedzieć, co widzi, co czuje. 

To była całkiem nowa myśl. 

Tak  zaskakująca,  że  na  moment  go  oszołomiła.  Kiedy  ostrożnie,  ostrożnie  całowała 

jego powieki, uświadomił sobie, że jest pierwszą kobietą, którą darzy uznaniem. Pożądał jej, 

podobała  mu  się,  a  teraz  wzbudziła  w  nim  uznanie.  To  było  dla  niego  czymś  zupełnie 

nieznanym. 

Raija  położyła  mu  ręce  na  ramionach.  Spoglądała  na  niego  z  ukosa.  Uśmiechała  się. 

Podobało jej się to, co zobaczyła, lecz mimo to trzymała Petriego na odległość ramion. 

Jakie to dziwne mieć czas! 

-  Nigdy  bym  nie  zgadła,  że  już  skończyłeś  trzydzieści  lat  -  stwierdziła,  co  wywołało 

uśmiech na jego twarzy. 

-  Zabrzmiało  tak,  jak  gdyby  wszyscy  powyżej  trzydziestki  znajdowali  się  już  jedną 

nogą w grobie. 

Pocałowała go w czubek nosa. 

-  Zabraniam  ci  wkładania  własnych  słów  w  moje  usta,  Petri  Aalto  -  powiedziała 

surowo. - Jesteś silny i jednocześnie miły. - Zmarszczyła czoło. - Myślę, że nieustannie tego 

szukałam, lecz nigdy nie znalazłam tych cech jednocześnie... - Raija potrząsnęła głową, Petri 

zaś  zastanawiał  się,  o  czym  ona  właściwie  myśli.  -  To  takie  dziwne.  Dajesz  mi  niezwykłe 

poczucie  bezpieczeństwa,  Petri.  Nie  boję  się,  kiedy  jestem  z  tobą.  Nie  dosłownie.  Mam  cię 

tylko na trochę, ale nie martwię się o przyszłość. Czuję, jak gdybyśmy mieli pozostać ze sobą 

na zawsze. Znam cię tak krótko, lecz nie potrafię sobie wyobrazić dni bez ciebie. Troszczysz 

się o mnie, jak nikt jeszcze tego nie robił. Dopełniasz mnie w sposób, którego nie jestem w 

stanie wyjaśnić. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe... 

Uśmiechnął  się  smutno.  W  tym  momencie  mógłby  się  zdecydować,  by  nigdy  nie 

wracać  na  południe.  Żeby  wysłać  wiadomość  do  domu,  że  nie  żyje  -  utonął  w  Morzu 

background image

Arktycznym i nikt nie odnalazł jego ciała. Mógłby tu na północy stworzyć nowe życie dla sie-

bie i Raiji. Mógłby zerwać wszelkie więzy... 

Gdyby był innego rodzaju mężczyzną. 

On jednak nie potrafił uciec od swoich obowiązków. 

-  Czasami,  kiedy  mnie  przytulasz  -  mówiła  dalej  Raija  cichym  głosem  -  nie  jestem 

pewna,  gdzie  ja  się  kończę,  a  ty  zaczynasz.  To  mnie  przeraża.  To  jest  piękne,  ale  również 

przerażające,  ponieważ  nie  mam  ochoty  wiązać  się  tak  bardzo  z  drugim  człowiekiem.  Taka 

zależność może prowadzić do ogromnego bólu, Petri, a ja nie chcę cierpieć. Znowu. 

- Nie powinnaś się bać, kiedy jestem przy tobie - odparł. - Mógłbym oddać życie, żeby 

tylko  zapewnić  ci  bezpieczeństwo.  Dopóki  jesteśmy  razem,  będę  stał  jak  tarcza  przeciwko 

całemu światu, przeciwko wszystkiemu, czego się obawiasz, Raiju, skarbie. 

Raija zobaczyła własne odbicie w poważnych oczach Petriego. On zaś zdjął jej ręce ze 

swych ramion, objął ją i dotknął ustami jej ust. 

Najpierw nic nie poczuła, zaraz jednak krew w  niej zawrzała, zrobiło się jej gorąco i 

zimno jednocześnie. 

Wplotła palce w jego gęstą, ciemną czuprynę. Być może zareagowała zbyt gwałtownie 

i zbyt mocno pociągnęła go za włosy, ale zdawał się nie zwracać na to uwagi. 

Nie  chciała  zamykać  oczu.  Wszystkie  kobiety,  które  Petri  całował,  pewnie  zamykały 

oczy. Raija otworzyła swoje szeroko, żeby niczego nie uronić. 

Każda zmiana na jego twarzy wydawała się jej ważna. Petri zauważył, że również on 

bardziej się podnieca, witając jej rosnącą namiętność z otwartymi oczami. 

Widząc,  jak  płonie,  czuł  jeszcze  silniejszą  żądzę.  Widząc,  jak  jej  oczy  ciemnieją 

bardziej  niż  adwentowe  noce,  widząc,  jak  słaby  rumieniec  oblewa  krągłe  policzki,  jak  jej 

wargi stają się gorące i drżą, widząc, jak z jej twarzy bije tęsknota ku niemu... 

Serce biło mu bardzo szybko. Pulsowało w uszach, był pewien, że Raija to słyszy. 

Ogromne było jego zdumienie, kiedy chwyciła jedną jego rękę i miękko położyła ją na 

swej piersi, w której jej serce waliło równie miarowo i mocno jak jego własne. 

- Poczuj, co ze mną robisz, Petri - szepnęła. Petri usłyszał własny szept: 

- Chcę poczuć więcej. 

Podczas gdy usta nie mogły się rozstać, ręce odnalazły ciepłą skórę. 

Sądził,  że  zna  jej  ciało.  Wydawało  mu  się,  że  dotykał  go  wiele  razy.  Przekonał  się 

jednak, że ciągle jest dla niego nowe i nieznane. 

Taki i on był dla niej. 

Dotykali siebie nawzajem, ale zawsze po ciemku. 

background image

Kochali się. Z zamkniętymi oczyma. 

Nigdy nie patrzyli. 

Nigdy nie spotykali się z otwartymi oczami. 

Nigdy nie mieli czasu. 

Teraz mieli całą noc. 

Ich  usta  rozdzieliły  się,  szybko  spotkały  znowu  w  lekkich,  krótkich  pocałunkach. 

Ś

miali  się,  kiedy  usta  wreszcie  przestały  się  muskać.  Petri  sam  rozpiął  koszulę.  Nie  miał 

cierpliwości czekać, aż Raija poradzi sobie ze wszystkimi guzikami. 

Pośpiesznie zdjął koszulę i rzucił ją przez ramię. Nie odrywał od Raiji wzroku. Potem 

wstał, rozpiął pasek i spodnie. 

Mógł  się  poczuć  zakłopotany,  ponieważ  Raija,  klęcząc,  uważnie  go  obserwowała. 

Patrzyła na niego tak, jak nie czyniła tego jeszcze żadna inna kobieta. Innej nigdy by na to nie 

pozwolił. Ryzykowałby wtedy zbyt wiele. Obawiał się, że zostanie zraniony. 

Obejmował  kobiety  w  nieprzeniknionych  ciemnościach.  Płodził  dzieci  podczas 

czarnych jak smoła zimowych nocy. 

Jedynie jego matka widziała go nago - lecz to było nieskończenie dawno temu. 

Bał się własnej nagości. Teraz jej pragnął. 

Czuł  pod  skórą  przyjemne  kłucie,  kiedy  zdejmował  spodnie  i  stanął  przed  Raiją 

zupełnie nagi. 

Przekonał  się,  że  w  niczym  jej  nie  rozczarował.  Jego  podniecenie  rosło,  ale  nie 

wprawiło go to w zakłopotanie. 

W  migocącym  świetle  Raija  mogła  zobaczyć  wszystko,  ale  właśnie  tego  chciał. 

Chciał, żeby widziała. 

Wiedziała,  że  jest  dobrze  zbudowany.  Czuła  jego  ciało  przy  swoim.  Czuła,  jak  jego 

mięśnie twardnieją, pamiętała, że ramiona ma szerokie... 

Ale nigdy nie wydawał jej się tak przystojny jak teraz. 

- Naprawdę wiesz, jak zrobić wrażenie - odezwała się. Miała sucho w ustach. 

- To najłatwiejsza sztuka. 

Nie spuszczali z siebie wzroku. 

Raija uniosła ręce do szyi. Drżącymi palcami rozpinała guziki. Wiedziała, że Petri jej 

nie pomoże. Wiedziała, że zamierza tylko patrzeć. Nawet Mikkal tego od niej nie wymagał... 

Przy  nadgarstkach  również  miała  guziki.  Mocowała  się  z  nimi,  lecz  Petri  nawet  nie 

drgnął. 

background image

Powoli  zsuwała  sukienkę  z  ramion.  Czuła,  że  dostaje  gęsiej  skórki,  choć  w 

pomieszczeniu panowało ciepło. 

Nie  widziała  nic  oprócz  Petriego.  W  jego  oczach  płonęło  pożądanie,  lecz  Raija 

pragnęła przede wszystkim czułości. 

Odrzuciła  głowę.  Odgarnęła  włosy,  które  spłynęły  kaskadą  w  dół  pleców.  Petri 

zakłopotał  się.  Raija  nie  zrobiła  tego  celowo,  ale  zobaczyła,  że  ten  gwałtowny  ruch  jeszcze 

bardziej  go  podniecił.  Ręce  wydawały  się  zdrętwiałe.  Na  wargach  pojawiło  się  znajome 

pieczenie. Słodki dreszcz wypełnił całe ciało. 

Pochyliła się, żeby zdjąć buty. Ujrzała Petriego od kolan w dół. 

Podobały jej się jego nogi. Nigdy wcześniej nie widziała tak dokładnie męskich nóg. 

Pośpiesznie  ściągnęła  koszulę.  Już  nie  patrzyła  na  Petriego.  Skrzyżowała  ramiona  na 

piersiach. 

Powiedział, że dzięki niej czuje się młody i bezbronny. 

Gdyby wiedział, co z nią uczynił! 

-  Jesteś  śliczna  -  rzekł  niskim  głosem.  -  Więcej  niż  śliczna,  Raiju.  Nieskończenie 

więcej. Nie powinnaś się mnie bać. Nie wolno ci. 

Przełknęła. Zamrugała, by powstrzymać łzy. 

Gwałtownym  ruchem  zerwała  z  siebie  długie  do  kolan  reformy.  Czuła  się  w  nich 

ś

mieszniej niż bez nich. Łatwiej było stać przed  Petrim zupełnie nago niż w bieliźnie. Raija 

nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego. 

Spojrzeli na siebie. 

Ich ręce się spotkały. Dłoń przywarła do dłoni, palec do palca. Spletli je. Spotkały się 

gładka skóra z bardziej szorstką. Kolistym ruchem Petri gładził plecy Raiji. Przesuwał dłonią 

po  jedwabistej  skórze  tak  nisko,  jak  tylko  zdołał  sięgnąć  bez  pochylania  się,  a  następnie  w 

górę, po same cebulki włosów. 

Raija  wbijała  koniuszki  palców  w  jego  ramiona.  Zostawiała  ślady,  zadawała  mu  ból 

pomieszany z rozkoszą. 

Razem  osunęli  się  na  złociste  siano.  Petri  uśmiechnął  się,  kiedy  zobaczył,  że  źdźbła 

kłują ją w skórę. Ucałował Raiję lekko w oba policzki. 

- To minie, moja maleńka, to minie. Uwierz temu, który w stodole nauczył się kochać. 

Roześmiała się i pociągnęła go obiema rękami za gęste włosy. 

-  Żadnych  wykrętów,  Petri  -  szepnęła,  po  czym  wsunęła  język  pomiędzy  jego  wargi, 

szukając jednocześnie rękoma poniżej pasa. 

Wprawiła go w takie zdumienie, że szeroko otworzył oczy. 

background image

Czegoś  podobnego  nie  robiła  nigdy  podczas  wykradanych  wspólnych  chwil. 

Roześmiała się perliście, widząc jego minę. 

- Ciągle potrafię zaskakiwać, Petri... Uśmiechnęła się kusząco, tak że nie mógł jej nie 

pocałować.  Każdy  inny  gest  byłby  sprzeczny  z  naturą.  Odrętwienie  powoli  go  opuszczało. 

Chwila, w której ogarnęła go zazdrość, minęła. 

Nie  mógł  się  nadziwić,  gdzie  się  tego  nauczyła.  Jednocześnie  sama  czerpała  z  tego 

przyjemność. 

Ż

adna  z  jego  dotychczasowych  kobiet  nie  opanowała  takiej  sztuki.  Nie  śmiał  nawet 

pomyśleć  o  czymś  podobnym.  Kobiety  powinny  z  zamkniętymi  oczami  biernie  przyjmować 

to, co się im daje. 

Znał  taką,  która,  cierpiąc  przy  tym,  zaciskała  z  całej  siły  powieki.  Raija  była  kobietą 

jedną na tysiąc. 

Petri przesunął dłoń od jej ucha w dół szyi, gdzie wyczuł bijący szaleńczo puls. Lekko 

pogładził silnie drżącą tętnicę. Musnął ustami koniuszek ucha Raiji, podążył wargami śladem 

palców. Zatrzymał rękę na zaokrągleniu ramienia. Przy swojej szczupłej budowie Raija miała 

stosunkowo szerokie ramiona, co kłóciło się z jej kobiecością. Petri uwielbiał to. 

Dzięki temu wydawała się mniej idealna. A on potrzebował kobiety z krwi i kości, nie 

jakiejś niedostępnej bogini. 

Dotknął  palcami  jej  przedramienia.  Oddychała  ciężko  tuż  przy  jego  szyi.  Petri 

uśmiechnął się. 

Raija  odwróciła  się  na  plecy,  pozwoliła,  by  rozdzielił  jej  kolana  swoim.  Odnalazł 

dłońmi jej miękkie, pełne piersi. Dotykał jej tak, jak tego pragnęła. 

Przygryzła lekko mięsień łączący jego kark z ramieniem. 

Petri nigdy przedtem nie był tak podniecony. 

-  Spróbuj  to  powstrzymać  -  szepnęła.  Każdy  jej  oddech  na  jego  rozpalonej  skórze 

prowadził go coraz bliżej tego momentu, kiedy nie mógł się już kontrolować. 

Odchylił głowę, przykrył jej usta pocałunkiem, drżał uszczęśliwiony, kiedy pomagała 

mu dotrzeć tam, dokąd oboje zmierzali. 

Petri uświadomił sobie, że Raija miała rację - nie potrafił z całą pewnością stwierdzić, 

gdzie  się  kończyło  jego  własne,  a  zaczynało  jej  ciało.  Czuł  jej  uda  ciasno  oplatające  jego 

biodra. Czuł, jak mocno trzyma go nogami. Jak z całej siły do niego przywiera. 

Usłyszał  swój  własny  głos  wymawiający  jej  imię.  Wykrzyczał  je  -  i  nie  było  nikogo 

innego, kto by to usłyszał - poza Raiją. 

background image

Gryzła  jego  ramiona,  wbijała  paznokcie  w  skórę  pleców.  Krzyknęła  -  był  to  drżący 

ton, który narastał i narastał, aż Petri nie był już w stanie czegokolwiek słyszeć. 

Wpatrywał się jedynie w jej szeroko otwarte oczy - mógł w nich dojrzeć siebie - mógł 

zobaczyć  ją.  To  niezgłębione  spojrzenie  otworzyło  się  przed  nim  i  powiodło  go  z  sobą  ku 

tajemnicom,  o  których  posiadaniu  sama  nie  wiedziała.  Mógł  wyczytać  w  jej  twarzy  każdą 

zmianę uczuć. Wiedział, że odkrywa przed nią równie wiele. Wiedział o tym - i chciał tego. 

Zwolniła, poruszała się pod nim łagodnie, by zwiększyć rozkosz. Następnie mocno go 

objęła,  pozwalając,  by  dopełnił  aktu  w  gwałtownym  tempie,  które  na  kilka  krótkich  chwil 

doprowadziło oboje aż do gwiazd. 

Potem  mogli  się  tylko  przytulać,  obejmować  nawzajem  rękami  i  nogami.  Przylgnąć 

czołem do czoła. 

Ciepłymi palcami Raija otarła z niego pot. Odgarnęła mu grzywkę, lecz zaraz zsunęła 

ją z powrotem. 

Petri pocałował ją. Pocałował ją z oddaniem, ciepłem, wdzięcznością. Szczęśliwy. 

- Sprawiłaś, że czuję się w pełni człowiekiem - rzekł grubym głosem. - Sprawiłaś, że 

znowu nim jestem. 

Uniosła się na łokciu. Spojrzała na niego. 

- Co przez to rozumiesz? Petri położył dłoń po lewej stronie klatki piersiowej. 

-  Nie  sądziłem,  że  jestem  do  tego  zdolny,  że  mogę  kochać  jednocześnie  ciałem  i 

sercem. Wydawało mi się to niemożliwe. Aż do momentu, kiedy pojawiłaś się w moim życiu. 

Czuję, jakbym odzyskał rękę, którą straciłem. 

Raija  ponownie  ułożyła  się  na  jego  ramieniu.  Wtuliła  w  jego  ciało,  wykradała  mu 

ciepło. 

Nie mieli nic do okrycia, ale mieli siebie. Chłód nie mógł im zagrozić. 

Petri ułożył jedną rękę pod głową, a drugą przytulał Raiję do swego serca. 

- Dlaczego nie spotkałem cię wiele lat temu - westchnął. 

- Byłam wtedy dopiero  dzieckiem. - Uśmiechnęła się, patrząc w sufit. Odegnała cień 

Mikkala.  -  Ale  rozumiem,  co  masz  na  myśli  -  mówiła  dalej.  -  Powinniśmy  się  spotkać 

wcześniej, Petri. To mogłoby wszystko zmienić. 

Nie spytał, co chciała przez to powiedzieć, Raija zaś nie wyjaśniła nic więcej. 

Zasnęli, obejmując się nawzajem. 

Noc, którą mieli dla siebie, powoli stawała się dniem. 

background image

Raiję obudził chłód. Czuła, że bok, którym była zwrócona ku izbie, skostniał z zimna, 

drugiej stronie - która dotykała ciepłego ciała Petriego - nie mogło być lepiej. 

Skuliła się trochę. Chciałaby wydłużyć tę chwilę. Wydawało jej się to takie dziwne, że 

budzi się przytulona do człowieka, którego w krótkim czasie zdążyła tak bardzo polubić. 

Nie wiedziała, czy to wczesny ranek, czy południe. Czas nie miał znaczenia. 

To takie przyjemne - leżeć w milczeniu i tylko na niego patrzeć. Widzieć śpiącą twarz. 

Zmarszczki koło oczu - dowód na to, że często się uśmiecha. Bruzdy niedaleko kącików ust... 

Niektóre biegły ku dołowi, mówiąc jej, że jego życie również wypełniała gorycz. 

Nie wszystkie poranki były takie jak ten. 

Miał czternaście lat, kiedy się urodziła. 

Być  może  mieszkał  zaledwie  parę  mil  od  niej.  Raija  wiedziała  jednak,  że  gdyby 

pozostała w Tornedalen, ich drogi pewnie nigdy by się nie przecięły. 

Kiedy miała sześć lat, został ojcem. 

Minął trzydziestkę, kiedy ona urodziła Maję. 

Ż

adne  z  nich  nie  przypuszczało,  że  staną  się  elementami  wzoru,  w  którym  ich  nici 

wzajemnie się oplotą. 

Teraz nie mogli przewidzieć, jak długo to potrwa. 

Gdyby Petri pojawił się przed Mikkalem... 

Raija  nie  chciała  kończyć  myśli.  Zdrada  wobec  Mikkala  wydawała  się  większa  niż 

radość, którą znajdowała w ramionach Petriego. 

Nie  mogła  wyrzucić  z  serca  wszystkich  uczuć.  Czas  był  jej  największym  wrogiem. 

Zabierze  jej  Petriego.  Kiedy  połowy  się  skończą,  będzie  musiał  wyjechać.  Ona  być  może 

odnajdzie Mikkala... 

Nie  wiedziała  już,  ile  to dla  niej  znaczy.  Wiedziała  tylko,  że  Petri  stał  się  częścią  jej 

samej. 

Podobnie Mikkal - rozstanie z nim jednak nie przeszkodziło jej żyć, choć przysporzyło 

wiele bólu. 

Być może związek z Petrim oznaczał początek jeszcze większego cierpienia. 

Lecz  niezależnie  od  tego,  co  się  zdarzy,  nie  chciałaby,  żeby  obaj  się  kiedyś  spotkali. 

Mikkal  nigdy  nie  powinien  się  dowiedzieć  o  Petrim.  Ona  nigdy  nie  opowie  Petriemu  o 

Mikkalu. 

background image

Nagle otworzył oczy. Zamrugał figlarnie. 

-  Leżę  tak  i  czekam,  aż  mnie  obudzisz  -  uśmiechnął  się.  -  Ale  to  zabrało  ci  całą 

wieczność. Chciałaś mi pozwolić spać tak długo, aż stałbym się piękny i młody? 

Raija roześmiała się. Potargała mu czuprynę i wyjęła z włosów parę źdźbeł siana. 

- Jesteś młody i piękny, Petri - zapewniła. - Dla mnie zawsze będziesz taki. 

- Czyżbyś traciła wzrok? - spytał dobrotliwie i przytulił ją tak mocno, jak gdyby nigdy 

nie miał zamiaru jej puścić. - Śniłaś mi się - dodał i delikatnie ją pocałował. - Wydawało mi 

się,  że  wszystko  wokół  to  okruchy  tego  samego  snu,  dlatego  nie  miałem  odwagi  otworzyć 

oczu, kiedy się obudziłem. Bałem się, że znikniesz, jeśli to uczynię. 

- Jesteśmy jak najbardziej prawdziwi - roześmiała się, a Petri uścisnął ją tak mocno, że 

sprawił jej ból. 

Musieli się przekonać, że nie śnią. 

-  Nigdy  nie  przeżyłem  takiego  ranka  jak  ten  -  rzekł  Petri  z  powagą,  kiedy  jakiś  czas 

później wkładał koszulę w spodnie. 

Raija  zapięła  suknię  pod  szyją.  Wydawała  się  Petriemu  jeszcze  piękniejsza  niż 

poprzedniego wieczoru. 

Splatała  włosy,  kiedy  z  zewnątrz  dobiegł  tupot  nóg,  a  potem  drzwi  do  ich 

zamkniętego, małego świata gwałtownie się otworzyły i czar prysnął. 

Od tej chwili zaczęła się rzeczywistość - która okazała się okrutna. 

Do  chaty  wpadł  Tapio.  Z  trudem  łapał  oddech,  był  śmiertelnie  przerażony.  Bladości 

jego twarzy nie ukrywały nawet zaczerwienione od szybkiego marszu policzki. 

Petri odgarnął grzywkę. 

-  Co  się  stało?  -  spytał  surowym  głosem.  Że  coś  się  stało,  to  pewne.  Nikt  by  im  nie 

przeszkadzał z byle powodu. 

Młodzieniec  opadł  na  jedyne  ocalałe  krzesło.  Groźnie  pod  nim  zaskrzypiało,  ale 

wytrzymało. 

Raija chwyciła chłopaka drżącymi rękami za ramiona. Spojrzała prosto w jego szeroko 

otwarte, przerażone oczy. 

- Chyba nic nie grozi moim dzieciom? Powiedz, że nic im się nie stało! 

Tapio zdołał ją uspokoić, zanim jeszcze na tyle odzyskał oddech, że mógł mówić. 

Potrząsnął głową i Raija odetchnęła z ulgą. 

- Aleksanteri... - wykrztusił wreszcie. - Chodzi o Aleksanteriego. Powiedział, że mogę 

was tu znaleźć... 

- Mów wreszcie! - Głos Petriego brzmiał zdecydowanie i ostro. - Co z Santerim? 

background image

Tapio przełknął ślinę, zaschło mu w ustach. 

Raija  zauważyła  to  i  po  chwili  odnalazła  w  sianie  butelkę,  którą  Petri  ukrył  tam 

poprzedniego wieczoru. Bez słowa wyjęła korek i podała trunek Tapio. 

Pociągnął  łyk,  zakrztusił  się  i  spojrzał  na  Raiję  zdumiony,  zanim  odważył  się  na 

jeszcze jeden haust. 

Wyglądało na to, że koniak trochę go uspokoił. 

- Ten typ, którego wczoraj uderzyłeś... doszedł po jakimś czasie do siebie - wyjaśniał 

Tapio,  zacinając  się.  -  Okazał  się  tak  porywczy,  jak  mówili  ludzie.  A  właściwie  nawet 

bardziej...  -  Twarz  chłopaka  wykrzywił  grymas.  -  Zaczął  cię  szukać,  Petri.  Przybiegł  do 

naszego baraku. Za wszelką cenę chciał cię dostać. Nie był całkiem trzeźwy. My zresztą też 

nie. Aleksanteri nie pozwolił mu wejść do środka. Wtedy tamten ugodził go nożem. 

Raija ukryła twarz w dłoniach. 

Czy nieszczęścia nigdy się nie skończą? 

Gdziekolwiek  by  się  ruszyła,  podążały  za  nią.  Wypływały  na  powierzchnię  niczym 

brudny szlam. Sprowadzały cierpienie na innych, zamiast ugodzić w nią. 

- Co z Aleksanterim? - Petri miał kamienną twarz, a jego głos brzmiał matowo. 

- Skręcił kark temu osiłkowi. - Tapio skrzywił się, próbował się chyba uśmiechnąć. - 

Ale tamten omal nie zabrał go ze sobą. Pewnie nie uda mu się z tego wylizać... 

Głos  chłopca  załamał  się,  Tapio  wyraźnie  walczył  ze  łzami.  Raija  rozpłakała  się,  nie 

próbując się nawet opanować. 

-  Jeszcze  zobaczymy.  -  Wydawało  się,  jakby  Petri  zamierzał  osobiście  zagrodzić 

ś

mierci drogę do Aleksanteriego. - Czy bardzo krwawi? 

Tapio skinął głową. 

- W którym miejscu? Tapio wykonał ruch, zakreślając całą pierś i część brzucha. 

- Ma wiele ran. 

Petri zwrócił się ku Raiji. Położył jej dłonie na ramionach, jakby chciał jej dodać sił. 

Sam  potrzebował  tego  kontaktu,  żeby  się  nie  załamać.  Teraz  bardziej  niż  kiedykolwiek  był 

niezbędny jako przywódca. 

- Znasz się trochę na roślinach? - spytał Raiję, błagając wzrokiem, by nie zaprzeczyła. 

- Na ziołach, które potrafią leczyć i uzdrawiać? Powstrzymać krwawienie? 

Raija skinęła głową. Kilka razy usiłowała odpowiedzieć, zanim udało jej się wydobyć 

głos. 

- Mam trochę suszonych ziół. Potrafię zatamować krwotok... 

Petri westchnął z nieznaczną ulgą. 

background image

- Na co więc czekamy? 

Razem  ruszyli  z  powrotem  ku  plaży.  Dwóch  mężczyzn  stawiających  długie  kroki  i 

drobna  kobieta,  biegnąca  truchcikiem  pomiędzy  nimi,  unosząc  do  góry  brzeg  spódnicy.  Za 

nimi góry Domen wznosiły się ku niebu. 

Nie wiedzieli, że w tym samym momencie wyczerpana torturami kobieta więziona w 

lochach  twierdzy  przyznała  się  do  udziału  w  sabacie  czarownic,  który  odbył  się  właśnie  w 

górach Domen. 

Tym samym podpisała na siebie wyrok śmierci. 

Czekał ją stos. 

Tego lata miało zapłonąć wiele takich stosów. 

Aleksanteri  wyglądał  źle.  Nie  chciał  leżeć,  przyjaciele  unieśli  go  nieco  na  pryczy, 

podparli go jak mogli najlepiej. 

Santeri  miał z  natury  jasną  karnację,  ale  nigdy  nie  był  tak  blady  jak  teraz. Jego  oczy 

zwęziły się z bólu, lecz gdy zobaczył Tapio z Petrim i Raiją, na jego twarzy pojawił się nikły 

uśmiech. 

Kiedy  Petri  pochylił  się  nad  rannym,  żeby  sprawdzić,  w  jakim  jest  stanie,  w  jasnych 

oczach przemknął ledwie dostrzegalny błysk. 

- Mam nadzieję, że warto było, Petri. Petri przełknął ślinę. 

- Tak, warto było. 

Aleksanteri uniósł z wysiłkiem dłoń, którą przyciskał do brzucha. 

Była czerwona od krwi, świeżej krwi. 

Petri miał chęć się rozpłakać, lecz łzy nic by tu nie pomogły. Odkrył skóry. Ujrzał, że 

koszula i spodnie Aleksanteriego są nasiąknięte krwią. 

- Długo tak krwawisz? 

- Ten Korneliusz zjawił się wczesnym rankiem. Od razu wysłałem po ciebie Tapio... 

Zakasłał. Tylko trochę. Lecz sam odruch spowodował nasilenie krwawienia. 

Petri  spojrzał  przez  ramię  na  Raiję.  Dlaczego  tak  się  ociąga?  Czy  nie  widzi,  że 

Aleksanteri może się wykrwawić na śmierć? 

Raija dobrze zdawała sobie sprawę z tego, co się może stać. Musiała jednak najpierw 

uspokoić  dzieci,  które  przytuliły  się  do  niej  przerażone.  Czuła  dławienie  w  gardle,  kiedy 

musiała  je  odsunąć,  i  patrzyła,  jak  ciasno  skupiły  się  na  pryczy  Elise.  Czwórka  maluchów, 

które zbyt często mogły liczyć tylko na siebie nawzajem. 

Wyjęła  zioła.  Nastawiła  wodę,  wybierając  następnie  rośliny,  które  według  niej 

powinny pomóc. Wymieszała niektóre z częścią wody. Czuła ucisk w skroniach, bała się. 

background image

A jeśli to nie pomoże? 

To jej wina. Wyłącznie jej wina. To z jej powodu Aleksanteri balansował teraz między 

ż

yciem a śmiercią, zanim jeszcze zdążył cokolwiek przeżyć. 

W  głębi  duszy  tak  bardzo  chciała  przywrócić  go  do  zdrowia,  ale  nie  wiedziała,  czy 

będzie w stanie. Nigdy nie była zbyt uważnym uczniem, kiedy Ravna wyjaśniała jej tajniki tej 

sztuki.  Nauczyła  się  jedynie  leczyć  drobne  dolegliwości,  jak  na  przykład  bóle  lub  lekkie 

zadraśnięcia. 

Jedynym  naprawdę  trudnym  przypadkiem,  z  którym  wcześniej  miała  do  czynienia, 

było  ramię  Aleksieja,  lecz  rana  Rosjanina  zabliźniła  się  bardziej  sama  z  siebie  niż  dzięki 

umiejętnościom Raiji. 

Nie  wiedziała,  czy  ciało  Aleksanteriego  goi  się  równie  łatwo.  Lekko  drżały  jej  ręce, 

kiedy chwiejnym krokiem zbliżała się z mieszanką ziół do koi rannego, bezwładnie opartego 

o zwinięte skóry. 

- Połóżcie go - poprosiła, nie patrząc na młodzieńca. 

Petri usłuchał, chociaż Aleksanteri chciał zaprotestować. 

-  Rób  to,  co  każe  Raija  -  odezwał  się  Petri  stanowczym  tonem.  -  Być  może  masz 

pewne szanse, ale musisz jej pozwolić decydować. 

Aleksanteri  rozłożył  ramiona.  Przez  ułamek  sekundy  uśmiechał  się  swoim  dawnym 

uśmiechem. Poddał się. Wzrokiem poszukał Raiji. Na moment ich oczy się spotkały. 

- Nie wykończ mnie do reszty - szepnął ulegle zbielałymi wargami. 

Raija pogładziła go po mokrym od potu czole. Zatrzymała rękę na chwilę. 

- Wydobrzejesz, Aleksanteri. Świat nie chce stracić kogoś takiego jak ty. Ja także nie 

chcę ciebie stracić. 

Zamknął  oczy,  lecz  nadal  się  uśmiechał.  Petri  chciał  rozciąć  mu  koszulę,  lecz  Raija 

powstrzymała go. 

- Rozepnij ją. Jeszcze się przyda, kiedy ją wypierzemy i zeszyjemy. 

Aleksanteri  miał  cztery  rany.  Dwie  w  boku  na  linii  pasa,  jedną  na  piersi  i  jedną  na 

ramieniu. 

Raija  szybko  je  przemyła.  Tej  na  ramieniu  poświęciła  najmniej  uwagi.  Krwawiła 

mocno, ale nie wydawała się zbyt głęboka. 

Gorzej  natomiast  było  z  trzema  pozostałymi,  a  zwłaszcza  z  dwiema  w  boku. 

Wyglądało też na to, że przysparzają Aleksanteriemu najwięcej cierpienia. 

Chłopak  wił  się  z  bólu,  kiedy  Raija  ich  dotknęła.  Petri  i  Markku  musieli  go 

przytrzymać, żeby mogła nałożyć zioła. 

background image

- Czasem pomaga spirytus - zauważył Petri. Raija wolała jednak z tym poczekać. 

- Zobaczmy  najpierw, jak podziała moja mieszanka - odparła stanowczo, drąc  czysty 

fartuch na pasy, aby użyć ich jako bandaży. Nad każdą raną położyła kilka kamieni i mocno 

je przywiązała. 

- Po co to robisz? - zdumiał się Petri. Wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem. Może uda się w ten sposób powstrzymać krwawienie. To zwykle tamuje 

krwotok. Jeżeli nie pomoże, będę musiała spróbować czegoś innego. 

-  Czy  znasz  odpowiednie  zaklęcia?  -  dziwił  się  Petri.  Raija  nie  odpowiedziała. 

Spojrzała  tylko  na  niego  nieodgadnionym  wzrokiem.  W  jednej  chwili  Ravna  wydała  się  jej 

tak bardzo bliska. 

Dobra,  miła  Ravna,  matka  Mikkala,  która  nauczyła  ją  wszystkiego,  co  umiała  w 

dziedzinie uzdrawiania. 

„Słowa  odgrywają  mniejszą  rolę,  moje  dziecko  -  mówiła,  kiedy  Raija  płakała,  nie 

mogąc  zapamiętać  formułek.  -  Dobrze  jest  je  znać.  Dla  siebie  samej.  Łatwiej  jest  wytrwać 

przy  tym,  co  masz  zrobić,  kiedy  się  możesz  uchwycić  słów.  One  pomogą  ci  zachować 

chłodny  umysł,  żebyś  nie  wpadła  w  panikę  i  nie  zniszczyła  wszystkiego,  załamując  się. 

Jednak  powinnaś  pamiętać  rzeczy.  Same  słowa  mają  niewielką  wartość.  Znajomość  słów  na 

niewiele  się  przyda,  kiedy  nie  wiesz,  gdzie  przyłożyć  ręce.  Słowa  nie  będą  miały  żadnej 

mocy, jeżeli zmieszasz niewłaściwe zioła...” 

W  ten  sposób  Raija  zrozumiała,  że  słowa  to  tylko  słowa  -  po  prostu.  Jeżeli  głowa  i 

ręce - człowiek - zawiodą, słowa niczego nie naprawią. 

Jednak ci, którzy sami niewiele wiedzieli, wierzyli w słowa. W magię. Uważali, że to 

pewnego rodzaju czary. 

-  Gdzie  się  tego  nauczyłaś?  -  spytał  Petri.  -  W  Tornedalen  chłopi  nie  uczą  swoich 

córek czegoś takiego. Tam myślą o tym, żeby je dobrze wydać. 

-  Poprzestańmy  na  tym,  że  to  potrafię  -  odparła  Raija  wymijająco.  Nie  była  w  stanie 

rozmawiać z Petrim o sprawach, które sprowadzały ją w pobliże Mikkala. 

Wiele razy w ciągu dnia zmieniała Aleksanteriemu bandaże i okłady. 

Tylko jedna z ran nadal krwawiła. Ta, która znajdowała się najbliżej brzucha. 

Krew nie płynęła już tak jak na początku, lecz nadal sączyła się nieprzerwanie. 

-  W  każdym  razie  przedłużyłaś  mi  życie  -  uśmiechnął  się  Aleksanteri  z  wysiłkiem, 

kiedy Raija ponownie zmieniła mu okład. Nie miała czasu się przebrać i chłopak bardzo był 

temu rad. Kiedy wstała, żeby wrzucić zużyte bandaże do paleniska, zatrzymał ją. 

background image

-  Obiecaj  mi,  że  nie  zmienisz  sukienki  -  szepnął.  -  Obiecaj  mi  to,  Raiju!  Jeżeli  mam 

umrzeć, chciałbym cię taką oglądać, zanim na zawsze zamknę powieki. 

- Nie umrzesz, Aleksanteri. 

- Tss! Zrób to dla mnie, dobrze? Ze względu na to, co razem przeżyliśmy. 

Skinęła głową. 

Tak niewiele ją kosztowało spełnienie tej prośby. 

Tej niedzieli chodzili w baraku na paluszkach. Ściszyli głosy. Zamilkły śmiechy. 

Tylko Aleksanteri, który leżał i walczył o życie, zdołał ułożyć usta w uśmiechu. 

Potrafił nawet zażartować, zdecydowany zachować twarz aż do gorzkiego końca. 

Raija  jednak  przejrzała  ten  uśmiech.  Bardziej  wyczuwała  niż  dostrzegała  strach  za 

buńczucznym spojrzeniem. 

Zmieniając opatrunki, znajdowała czas, by potrzymać go za rękę. Wyglądało na to, że 

zioła, które zastosowała na rany Aleksieja, i teraz okazały się skuteczne. 

Tę noc spędziła przy Aleksanterim. 

Chłopak upierał się, by następnego dnia Petri i bracia Koski popłynęli bez niego. 

- Nie przedłuży mi życia to, że będziecie tu siedzieć i gapić się na mnie - jęknął. - Być 

może dłużej będę bronił się przed śmiercią, jeżeli wyruszycie. Z czystej ciekawości. 

Mruknęli coś w odpowiedzi, lecz zdecydowali się postąpić zgodnie z jego wolą. 

W  gruncie  rzeczy  sami  tego  chcieli.  Przygnębiał  ich  widok  przyjaciela  w  tym  stanie. 

Zwłaszcza że wszyscy czuli się w pewnej mierze temu winni. 

Najbardziej Petri. 

Nie  przyznał  wprawdzie  tego  na  głos,  ale  wiele  o  tym  myślał.  Powinien  był  zostać  i 

sam rozprawić się z tym łajdakiem. Nie ucierpiałby tak bardzo jak Aleksanteri. 

Petri wybaczył chłopakowi cały ból i krzywdy, jakie ten sprowadził na niego samego i 

jego dom. 

Mężczyźni spali. 

Mówili wprawdzie, że na pewno nie zasną, kiedy umierający Santeri leży tuż obok, ale 

posnęli jak dzieci, wszyscy jak jeden. 

Tylko  Aleksanteri  i  Raija  nie  zmrużyli  oka.  Związani  ze  sobą  dzięki  ranom,  które 

otrzymał z jej powodu. 

- Weź mnie za rękę - szepnął. 

Raija ujęła jego dłoń w obie swoje. Jego palce były przeraźliwie zimne. Skostniałe. A 

przecież w baraku było gorąco jak w piecu. 

Petri uznał, że trzeba dobrze nagrzać, skoro mają wśród siebie walczącego o życie. 

background image

- Powinieneś mu kazać nas szukać - powiedziała Raija cicho z troską w głosie. - Nie 

znalazł Petriego. Nie znalazł też mnie. A ty niepotrzebnie zachowałeś się tak zaczepnie. 

- Nie pozbawiaj mnie jedynego mężnego czynu, jakiego w życiu dokonałem - poprosił 

smutno.  -  Nigdy  nie  czułem  się  tak  bardzo  mężczyzną,  jak  właśnie  wtedy.  Stał  przede  mną 

ogromny niczym  góra.  O wiele potężniejszy ode mnie. Z pewnością dwa razy silniejszy, ale 

go nie wpuściłem do środka. Zginął, zamiast mnie wdeptać w ziemię. 

- Z łatwością mógł to zrobić - odezwała się cicho Raija. - Zdajesz sobie z tego sprawę, 

prawda, Aleksanteri? 

Na to pytanie nie odpowiedział. Poprosił tylko: 

-  Nie  wymawiaj  w  ten  sposób  mego  imienia.  To  bardziej  boli  niż  wszystkie  rany 

razem wzięte. 

- Jestem ci wdzięczna, że nie dopuściłeś, żeby skrzywdził dzieci - przyznała Raija. 

-  Też  o  tym  pomyślałem  -  odparł.  -  Nie  wiedziałem,  czego  chce  ten  szaleniec. 

Wreszcie mogłem zrobić coś dla ciebie i okazać się prawdziwym mężczyzną. 

-  Nie  powinieneś  traktować  mnie  poważnie!  To  może  się  okazać  dla  ciebie 

niebezpieczne! 

-  Ty  jesteś  niebezpieczna,  Raiju  -  poprawił  Aleksanteri.  -  Dla  większości  mężczyzn. 

Stałaś się bardzo niebezpieczna dla mnie, a teraz Petri poczuł to dokładnie w taki sam sposób. 

Tak jest tylko z tobą. 

-  Nie  mam  odwagi  niczego  więcej  traktować  poważnie  -  szepnęła.  -  Wszystko,  o  co 

proszę, to odrobina ciepła. Nic poza tym. Nie chcę, by traktowano mnie poważnie. Nie chcę, 

by ktoś wiązał ze mną jakieś nadzieje.  Nie potrafię ich spełnić.  Bardziej się tego lękam, niż 

przypuszczasz. 

Szczupłe palce Aleksanteriego oplotły jej palce. 

-  Gdybyś  wiedziała,  jak  mnie  to  przeraża  -  przyznał.  -  Mogę  to  teraz  powiedzieć:  za 

bardzo  cię  polubiłem.  Być  może  ludzie  mają  właśnie  to  na  myśli,  kiedy  mówią,  że  kogoś 

kochają.  Nigdy  wcześniej  tego  nie  doświadczyłem.  Życie  było  dla  mnie  zabawą.  Nie 

wierzyłem, że coś takiego w ogóle istnieje. A teraz sam się z tym spotkałem. Śnię na jawie. 

Widzę najstraszniejsze diabły, jakie możesz sobie wyobrazić, i zżera mnie zazdrość. Pocę się 

i drżę, nie wiedząc, co robić, żeby to ukryć. Śmiertelnie się boję odmowy, tak bardzo, że robię 

wszystko, żeby zachować swoje uczucia w tajemnicy. Są czasem chwile nadziei i iskrzącego 

ś

wiatła.  A  potem  znowu  nadchodzą  momenty  ciemne  jak  piekielne  czeluście...  Ja,  który  się 

zaklinałem,  że  nigdy  nie  skalam  moich  ust  takimi  bzdurami,  teraz  mówię  i  mówię,  bo  boję 

się, że umrę i nie zdążę ci tego wszystkiego wyjawić. 

background image

Raija trzymała jego dłoń. Pogładziła go po włosach i czole. Słuchała. 

- Moje życie zatrzymało się, kiedy cię spotkałem. Przegrodziła je zapora. Jak bariera 

stawiana na drodze. 

Potem  nie  byłem  już  tym  samym  człowiekiem.  Grałem  swą  rolę,  której  wszyscy  ode 

mnie  oczekiwali,  lecz  tylko  udawałem.  Wszystkie  moje  myśli  krążyły  wokół  ciebie. 

Wszystko, co robiłem, robiłem po to, byś zwróciła na mnie uwagę. - Uśmiechnął się smutno. - 

Lecz  ty  widziałaś  tylko  Petriego.  Zauważyłem  to,  zanim  sama  to  sobie  uświadomiłaś. 

Wiedziałem,  że  przepadł,  tak  samo  jak  ja,  na  długo  przedtem,  zanim  on  sam  to  zrozumiał. 

Nienawidziłem  ciebie  i  nienawidziłem  jego,  i  chciałem  was  przyłapać  na  gorącym  uczynku. 

Chciałem  wam  udowodnić  obłudę,  ale  nie  potrafiłem...  -  Spojrzał  pytająco  na  Raiję:  -  Petri 

opowiadał ci zapewne o Paivi? Raija potwierdziła skinieniem głowy. 

- Długo nienawidziłem go za to, że nie wymagał ode mnie odpowiedzialności za moje 

postępowanie. Do dziś myśli, że nie wiedziałem, iż jego córka spodziewa się dziecka. Ale to 

do  mnie  Paivi  najpierw  przyszła.  Płakała  i  nie  miała  odwagi  przyznać  się  ojcu.  Mogłem  się 

przecież z nią ożenić, gdyby tego ode mnie zażądał. Ale Petri nic nie powiedział, a ja czułem, 

jakbym był mu coś winien. 

- I spłaciłeś to dziś rano? 

Nie zdołał wzruszyć ramionami, jak to zwykł robić. Tylko blado się uśmiechnął. 

- Chyba tak. 

-  Czy  lepiej  się  czujesz?  -  Nie.  Długo  leżał  w  milczeniu.  Po  chwili  ścisnął  Raiję  za 

rękę. 

-  Czy  sądzisz,  że  mam  jakąś  szansę?  -  spytał.  Czuła,  że  jest  spięty  do  granic 

wytrzymałości.  Że  śmiertelnie  się  boi  odpowiedzi,  jaką  mógł  usłyszeć.  Bardziej  się  jednak 

obawia, że mogłaby wcale nie odpowiedzieć. 

-  Dziś  przed  południem  myślałam,  że  nie  -  przyznała  powoli.  -  Rany  w  twoim  boku 

wydawały się bardzo głębokie. Bałam się, że uszkodził ci coś w środku. 

- I? 

-  Już  tak  nie  myślę.  Wtedy  krwawiłbyś  również  przez  usta,  ale  krew  płynie  tylko  z 

twoich ran. 

- Czuję się strasznie słaby. 

-  Byłoby  bardzo  dziwne,  gdyby  było  inaczej.  To  niezwykłe,  że  w  ogóle  zostało  w 

tobie jeszcze trochę krwi. 

- A więc mówisz, że mam jakąś szansę? Choćby najmniejszą? Że być może nie umrę? 

- Mam nadzieję, że nie. Przesunął się trochę. Skrzywił z bólu. 

background image

- Myślałem, że nie mam po co żyć - wyznał nagle. 

-  Niczego  nie  posiadam.  Nie  mam  nikogo.  Nic  by  mnie  nie  kosztowało,  gdybym 

opuścił  ten  świat.  Ale  bronię  się  ze  wszystkich  sił.  Choć  nie  mam  nic  szczególnego  do 

stracenia, chciałbym nadal żyć. 

-  To  prawidłowe  nastawienie.  Gdybyś  zechciał  się  trochę  przespać,  z  pewnością 

dobrze by ci to zrobiło. 

- Przespać tę jedyną chwilę, jaką mamy dla siebie? 

- Westchnął. - Wychodzę z założenia, że nie złożyłabyś swego serca w ręce człowieka, 

który wymknął się z zimnych objęć śmierci? 

Raija musiała się uśmiechnąć, słysząc ten napuszony język. 

- Nie mogę prosić samej siebie, żebym czuła inaczej, jeżeli o to ci chodzi. 

-  A  więc  Petri?  -  spytał  zrezygnowany.  -  Ten  dobry,  stary  Petri  odchodzi  jako 

zwycięzca? 

- Chyba tak. 

- Eija nigdy nie puściłaby go na tę wyprawę - rzekł cicho Aleksanteri. - Nawet nie ma 

pojęcia, na jakie pokusy narażony jest jej biedny mąż. 

Raija nie odezwała się. Nie chciała rozmawiać o żonie Petriego, tak samo zresztą, jak 

nie chciała więcej rozmawiać o swojej przeszłości. 

- Czy to ci nie przeszkadza, że jest żonaty? 

Raija  zastanowiła  się  przez  chwilę.  Nie  czuła,  żeby  jej  to  przeszkadzało.  Zdawała 

sobie sprawę tylko z tego, że Petri jest jej bardzo drogi. 

Potrafiła  odróżnić  jego  oddech  od  innych.  Czuła  go  na  sobie,  kiedy  się  odwracał. 

Sprawiał, że była szczęśliwa, i nie miała wrażenia, że komuś go odbiera. 

- Nie sądzę - odpowiedziała w końcu. - Czy uważasz, że wyglądam na skrzywdzoną? 

- Jak możesz? - odpowiedział pytaniem. 

Raija  została  przy  Aleksanterim  do  chwili,  gdy  naprawdę  zasnął  z  wyczerpania 

pomimo bólu z powodu ran. 

Dopiero wtedy poszła do łóżka. Jednak nie zdjęła sukni. 

Wyglądało na to, że stan Aleksanteriego się poprawia, ale nigdy nic nie wiadomo. 

Chciała  dotrzymać  złożonej  mu  obietnicy,  gdyby  mimo  wszystko  miało  się  zdarzyć 

najgorsze. 

background image

Raija  obudziła  się,  zanim  mężczyźni  wypłynęli  w  morze.  Petri  prosił  ją,  żeby  się 

przespała. Na kilka godzin przed wyruszeniem na połów zmienił ją przy Aleksanterim. 

Nie mogła jednak dłużej spać. 

- Śpi? 

Petri skinął głową. 

-  Majaczył  -  uśmiechnął  się,  posyłając  jej  czułe,  pieszczotliwe  spojrzenie.  -  Nagle 

stałaś się dla niego bardzo ważna. Doskonale go rozumiem. 

Raija spuściła wzrok. 

- Wcale mnie to nie cieszy. Petri wziął ją swą silną dłonią pod brodę. Uniósł jej twarz, 

tak że musiała na niego spojrzeć. 

-  Chyba  w  żaden  sposób  nie  zachęcałaś  go,  by  się  w  tobie  zakochał,  prawda?  Teraz 

myśl o tobie powinna mu pomóc wyzdrowieć. Trzyma go przy życiu. 

Petri zdusił w sobie zazdrość. Starał się zrozumieć. 

- Myślisz, że dojdzie do siebie? Raija potarła ręce. Były lodowate. Tak zimne, że się 

wystraszyła. 

Taki  sam  chłód  czuła,  zanim  straciła  przytomność  i  znalazła  się  w  dwóch  miejscach 

naraz  -  nie  będąc  właściwie  w  żadnym  z  nich.  Teraz  doznała  tego  samego  nieprzyjemnego 

wrażenia. 

-  Dojdzie  do  siebie.  Jej  głos  brzmiał  bezbarwnie.  Jak  gdyby  nie  należał  do  niej. 

Wydobył się jednak z jej ust. 

Widziała,  że  Petri  zdziwiony  przygląda  się  jej  badawczo,  jednak  nic  nie  powiedział. 

Raija zmieszana odwróciła wzrok. Czuła, że zaraz się coś z nią stanie, a nie chciała do tego 

dopuścić. 

- Walczy - mówiła dalej, starając się, by jej słowa brzmiały przekonująco. Tym razem 

był  to  jej  dawny  glos.  Tym  razem  nie  dostrzegła  pytania  w  spojrzeniu  Petriego.  -  Jakże 

mógłby nie dać sobie rady? 

Petri pośpiesznie ją przytulił. 

-  Twoja  odwaga  i  wiara  również  mnie  daje  nadzieję,  droga  Raiju.  Chciałbym  tak 

wierzyć! 

Raija uśmiechnęła się. 

background image

Na  nic  by  się  nie  zdało,  gdyby  mu  powiedziała,  że  sama  też  wątpiła.  Do  niedawna 

wątpiła podobnie jak Petri. 

Teraz nie było już miejsca na zwątpienie. Uwierzyła swojej intuicji. Ślepo jej ufała. 

Do  tej  pory  żadne  z  przeczuć  jej  nie  zawiodło.  Wiele  razy  sprawiały  wrażenie 

nierealnych, ale się sprawdzały. 

Wydawało się, że jej los został przesądzony z góry i że ona sama tylko w niewielkim 

stopniu miała wpływ na swoje życie. Myślała już, że owa obca siła ją opuściła. Że zniknęła na 

zawsze  po  tym,  jak  w  okrutny  sposób  wykorzystała  Raiję  jako  swe  narzędzie,  lecz  najwi-

doczniej tak się nie stało. Teraz napływała z powrotem. 

Raija wiedziała, że Aleksanteri wyzdrowieje. 

Jej zioła zrobiły swoje. I jeszcze jego niezwykła wola życia. 

A coś, czego nie rozumiała, dokonało reszty. 

Jednocześnie  Raija  przeczuwała  coś  innego.  Coś,  co  objawiało  się  lodowatym 

dreszczem wzdłuż kręgosłupa. 

Bardziej  zgadywała,  niż  wiedziała,  że  słowa  Petriego  o  kobietach  podejrzanych  o 

czary poruszyły w jej duszy lawinę. 

Po tamtej rozmowie ujawniła się owa zdolność, o której Raija wolałaby zapomnieć. 

W  takich  chwilach  zwykle  to  życie  Mikkala  pojawiało  się  wyraźnie  w  urywanych 

fragmentach. 

Teraz jednak czuła ogień. Czuła ogień i lód - lodowatą wodę. 

Wypełnił ją ból większy niż jakikolwiek z możliwych. Nie cielesny, lecz dręczący od 

ś

rodka. Wydawało się, że cała jej dusza rozsypie się w proch. 

Wyczuwała źródło zła. 

Gorszego niż jakiekolwiek z dotychczas napotkanych. 

Raija nie rozumiała, co owe wrażenia mają z nią wspólnego. Nie chciała  brać w tym 

udziału, lecz z równą pewnością jak to, że Aleksanteri wyzdrowieje, wiedziała również, że złe 

przeczucia dotyczą właśnie jej. 

Raija została sama w baraku razem z dziećmi i rannym Aleksanterim. 

Petri  uściskał  ją  przed  wyjściem.  Trzymał  ją  w  objęciach,  chociaż  wszyscy  się  temu 

przyglądali. Pocałował ją i pogładził po plecach. 

- Jesteś uparta, moja mała - szepnął jej do ucha. - Nie poddawaj się!  Nie  pozwól, by 

ktoś z nas się poddał! 

Raija oparła się o drzwi i przymknęła oczy. Z całej siły starała się skoncentrować, by 

wyraźnie ujrzeć obrazy, które tylko niejasno przeczuwała. 

background image

Pot się z niej lal, kiedy próbowała wydrzeć tajemnice, które szykowała przyszłość. 

Był  tam  ogień,  ponieważ  czuła  dym.  Czyżby  to  jakaś  wizja  pożaru  w  rybackim 

obozie? 

Z całej duszy pragnęła wytłumaczyć sobie dziwne doznania jako coś naturalnego, lecz 

niepokój i strach wbiły w nią swe szpony. Nie puszczały tak łatwo. 

Dopiero kiedy otworzyła oczy, ogień zniknął. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się 

ponownie oddychać i zamknąć oczy. 

Zacisnęła  pięści,  aż  zbielały  kostki  jej  dłoni.  Szczękała  zębami,  była  mokra  od  potu, 

choć dygotała z zimna. Nic nie zobaczyła. 

Nic, co mogłoby ją łączyć z wydarzeniami w twierdzy. 

Cały wysiłek poszedł na marne. 

Dręczyły  ją  jednak  własne  wyobrażenia.  Odczucia  wywoływane  przez  ludzi, 

mówiących przy niej o czarach. 

Przypomniała sobie opowieść Reijo o kobiecie, którą pokochał w mieście kupieckim. 

Nazwano ją czarownicą. 

Raija  wiedziała,  że  w  ubiegłych  stuleciach  wielu  ludzi  straciło  życie  na  stosie,  bo 

podejrzewano ich o konszachty z diabłem. 

Ale to działo się dawno temu, zanim jeszcze się urodziła, zanim urodził się ktokolwiek 

z tych, których znała. 

Nie wierzyła, że nadal się praktykuje takie kary. W każdym razie nie tutaj. Finnmark 

to taka rozległa kraina.  Nie było potrzeby zabijania kogokolwiek w ten sposób, nawet jeżeli 

uczynił coś złego. 

Palenie  czarownic  na  stosach  wydawało  się  jak  powiew  grozy  z  dawnych  czasów. 

Drwiący śmiech z tych, którzy wierzą, że czas idzie naprzód. 

Kim są oskarżyciele? Kim są oskarżone? 

Co uczyniły? 

Prawdziwe  czary  wywołałyby  plotki,  które  jak  pożar  ogarnęłyby  cały  płaskowyż 

Finnmarku w ciągu paru tygodni. 

Lecz  tu  nie  dotarły  żadne  takie  pogłoski.  Nikt  nie  staje  się  wiedźmą  czy 

czarnoksiężnikiem w ciągu jednej nocy. Raija nie wierzyła w to. 

Dwa  dni  później  Aleksanteri  ujrzał  świat  w  dużo  jaśniejszych  barwach.  Z  pomocą 

przyjaciół  udało  mu  się  usiąść  na  koi.  Widać  było,  że  sprawia  mu  to  ból,  lecz  on  zagryzał 

zęby i mimo to się uśmiechał. To prawdziwy sukces. 

background image

Skoro  czuje  ból,  to  znaczy,  że  żyje.  Nie  jest  jakimś  cherlakiem,  który  łatwo  się 

poddaje. 

W całym boku czuł jakby cięcia nożem, ale za to mógł siedzieć. Biała niczym zimowy 

płaskowyż twarz nieco się zaróżowiła. W oczach tliły się iskierki nadziei. 

- Myślę, do licha, że wyjdę z tego - wykrztusił. - Jesteś niesamowitą kobietą, Raija - 

dodał, pieszcząc ją bez skrępowania roziskrzonym spojrzeniem swych szarych oczu. 

Raija  poczuła  się  odrobinę  zakłopotana,  lecz  nie  potrafiła  opanować  wzruszenia  z 

powodu jego radości, okazywanej tak jawnie, jak i jego oddania. 

Aleksanteri  zauważył,  że  wywołał  słaby  rumieniec  na  jej  policzkach.  Raija  jest  taka 

piękna,  kiedy  się  czerwieni.  Wygląda  wtedy  niezwykle  młodo,  pomyślał.  Chciałby  ją  znać, 

kiedy była młodsza. Petri w tym czasie zakochał się właśnie w Eiji i nie wyobrażał sobie, by 

mógł spojrzeć na inną kobietę... 

Aleksanteri chciałby znać Raiję, zanim ktokolwiek inny ją zauważył... 

W  jednej  chwili  poczuł  dławienie  w  gardle.  Ból  z  powodu  ran  jakby  złagodniał. 

Mógłby z tym żyć. Teraz był pewien, że potrafi go znieść. 

Nie był jednak równie pewien, że to, co czuje w piersi - gdzie nie zadano mu żadnych 

ran, po których widniałyby jakieś blizny - kiedykolwiek uda się ukoić. 

Ten ból wydawał się o wiele poważniejszy. O wiele bardziej dotkliwy. 

Raija  nadal  miała  na  sobie  sukienkę.  Tę  samą  piękną  sukienkę,  którą  założyła  na 

sobotnią zabawę. 

Obiecała mu to i dotrzymała słowa. 

- Możesz teraz się przebrać, Raiju - rzekł cicho zdławionym głosem. - Jestem całkiem 

pewien, że wszystko będzie dobrze. 

Przez  twarz  Raiji  przemknął  uśmiech.  Aleksanteri  wiedział,  że  po  wsze  czasy 

zapamięta ją taką, jak w tej chwili. 

Raija pośpiesznie ścisnęła go za rękę. Ten uśmiech przeznaczony był tylko dla niego. 

Nie  dla  Petriego.  Tylko  dla  Aleksanteriego.  Ten  uścisk  dłoni  mówił  o  pewnego  rodzaju 

poufałości i wspólnej tajemnicy. 

-  Myślałam  o  tym  przez  chwilę  -  przyznała.  -  Czułam,  że  już  nie  muszę  jej  mieć  na 

sobie, ale chciałam, żebyś ty sam zdecydował, Aleksanteri. 

- Co znaczy ta rozmowa o sukniach? - spytał Petri, unosząc brwi. 

Raija mrugnęła do Aleksanteriego. 

- To sprawa między Aleksanterim a mną - odparła. - I tak zostanie, Petri. 

background image

Wzruszył ramionami. Nie zadawał więcej pytań. Zorientował się, że Raija jest o wiele 

bardziej niezależna niż jakakolwiek kobieta, którą znał. Przekonał się, że nie może jej niczego 

dyktować. Że Raija jest bardziej wolna niż wiatr. Często również o wiele silniejsza od niego. 

Zimowy sztorm przegrałby z nią w zawodach, Petri był tego pewien. Była najbardziej upartą 

kobietą  na  północ  od  Zatoki  Botnickiej.  Być  może  także  na  północ  od  Helsinek,  o  ile 

wiedział. 

Niech czart porwie każdego poczciwca, z którym miałaby skrzyżować swe ścieżki. 

Była jedyną, o której mógł myśleć. 

- Tak, Santeriego zawsze interesowały sukienki - zauważył oschle. 

Aleksanteri  patrzył  na  Raiję  rozmarzonym  wzrokiem.  Potrafił  być  tak  diabelnie 

czarujący, gdy tylko zechciał - a jeśli chodzi o Raiję, mógłby zdobyć się na wiele więcej niż 

kiedykolwiek. 

Co  taki  biedak  bez  grosza,  w  dodatku  żonaty,  miałby  przeciwstawić  chłopięcemu 

wdziękowi tego włóczykija? 

Gdyby  Santeri  pokazał  się  od  najlepszej  strony,  mógłby  się  stać  piekielnie  trudnym 

rywalem. 

Raija może mówić sobie, co chce - i rzeczywiście to zrobiła, kiedy Petri powiedział jej 

o swoich wątpliwościach - jednak kiedy patrzyła na Aleksanteriego, w jej oczach pojawiał się 

osobliwy błysk. 

Młodzieniec wywoływał na jej twarzy uśmiech, jakiego Petri nigdy nie otrzymał. Było 

coś  odmiennego  w  sposobie,  w  jaki  trzymała  głowę,  rozmawiając  z  Aleksanterim.  Ściągała 

usta w dziwny sposób. 

Pojawiało  się  w  niej  coś...  niemal  sztucznego.  Tak  jakby  chciała  zrobić  na 

Aleksanterim  wrażenie.  Pokazała  mu  się  z  tej  strony,  której  nie  starała  się  odsłonić  przed 

Petrim. 

Przy Petrim się nie wysilała. Nie ukazywała całej swej kobiecości. 

Jemu  objawiała  się  taka,  jaka  była  na  co  dzień.  Ale  Petri  chciałby  ujrzeć  owego 

egzotycznego ptaka z barwnymi piórami - poczuć, jak czyści dla niego swoje piórka, tak jak 

to czyni dla Aleksanteriego. 

Pragnął,  by  i  między  nimi  czasem  bywały  święta,  żeby  nie  zawsze  zachowywała  się 

tak zwyczajnie. 

Był zazdrosny. 

- Może Aleksanteri powinien trochę odpocząć? - spytał od niechcenia. 

- Nie pracowałem na morzu cały dzień. Petri wzruszył ramionami: 

background image

- Sam zresztą wiesz najlepiej. 

Jego ton powiedział Raiji, że coś jest nie w porządku, i natychmiast zrozumiała, co go 

gnębi. 

Petri był może dorosłym mężczyzną, ale również dorośli mężczyźni mogą się czasem 

czuć  jak  dzieci.  Raija  wstała  z  koi  Aleksanteriego.  Spojrzała  na  niego  porozumiewawczo. 

Wtedy  również on zrozumiał, w czym rzecz. Niezmiernie go to rozbawiło. Mrugnął do niej. 

Zrobił to tak otwarcie, że Petri nie mógł tego nie zauważyć. 

Raija wiedziała, że uczynił to celowo. 

Wracał do zdrowia, to pewne. 

Stanęła  przy  Petrim.  Oparła  się  o  jego  szerokie  plecy,  całkiem  naturalnie.  Próbowała 

mu  pokazać,  że  nadal  uważa,  że  do  siebie  należą,  choćby  cały  świat  mówił  coś  innego. 

Delikatnymi  palcami  gładziła  szybko  i  pieszczotliwie  jego  włosy  na  karku.  Czuła,  jak  jego 

mięśnie się rozluźniają, lecz wiedziała, że wciąż jest czujny. 

Zdawała sobie sprawę, że dalej będą go dręczyły myśli tak głupie, że nie odważyłaby 

się ich głośno wypowiedzieć. 

- Aleksanteri, możesz już próbować siadać - odezwała się spokojnie - ale nie siedź za 

długo. Nie chcemy, żebyś się forsował. Nie wiem, czy uda mi się ponownie postawić cię na 

nogi, jeżeli sam wszystko zepsujesz. 

Uśmiechnął  się  krzywo.  W  wąskich,  szarych  oczach  Raija  odczytała  wyraźną 

informację. Wiedziała, że Petri również mógł to dostrzec. Wiedziała, że również zrozumiał. 

Aleksanteri  miał  świadomość,  dlaczego  Raija  przyjęła  taki  ton.  To  go  uspokoiło  - 

niemal  rozsadzała  go  pewność  siebie,  kiedy  poczuł,  że  życie  ma  zamiar  cofnąć  swój  bieg. 

Wierzył, że jest w stanie pobić Petriego. Widział, że Petri myślał tak samo. 

Raija potarła głową o brodę Petriego. Jej usta wyszeptały słowa, które tylko on mógł 

usłyszeć. 

- Na dworze nadal jest ciepło. Wkrótce nadejdzie noc. 

Nie  myliła  się.  Wieczór  był  ciepły.  Słońce  już  dawno  temu  zanurzyło  swą  rozpaloną 

tarczę w morzu, lecz to nie ostudziło zbytnio powietrza. 

W obozie panowała cisza. 

Z  tego  czy  innego  baraku  dochodziły  co  prawda  śmiech  i  rozmowy,  ale  na  zewnątrz 

nikogo nie było. 

Oni jedyni wyszli w tę noc. W tę jasną noc, która wcale nie myślała ukryć ich przed 

resztą  świata.  Petri  otoczył  ramieniem  szczupłe  barki  Raiji.  Objął  ją  mocno  -  jak  gdyby  w 

background image

obawie,  że  mu  ucieknie.  W  obawie,  że  zaraz  zostanie  oszukany  -  teraz,  kiedy  czuł  się  taki 

bezpieczny, przynajmniej tej nocy. 

Potrzebowali samotności. Owej kojącej ciszy, która mogła wypełnić odległość między 

nimi. 

Szukali  jej,  lecz  nie  całkiem  im  się  udało  ją  znaleźć.  Coś  wkradło  się  między  ich 

dłonie. Splatające się ze sobą palce napotykały coś więcej niż skóra bliskiej osoby. 

Pośród  skał  rysowały  się  czarne  kontury  szop,  w  których  przechowywano  kutry. 

Szopy były tak czarne, jak kiedy patrzy się na nie pod słońce. 

W świetle dziennym były po prostu zniszczone i zszarzałe. 

Drzwi  głośno  zaskrzypiały,  kiedy  Petri  je  pchnął.  Ich  skarga  zabrzmiała  równie 

donośnie, kiedy je z trzaskiem zamykał. 

Rybacy  z  najbliższych  baraków  musieli  usłyszeć  ten  odgłos.  Być  może  ktoś 

dowcipkował  teraz  na  ten  temat.  Wszyscy  wiedzieli,  co  ten  dźwięk  nocą  oznacza.  Nikt  nie 

wierzył  w  czyjąś  gorliwość  i  przygotowywanie  o  tej  porze  sprzętu.  Petri  słyszał  wręcz,  jak 

mówią: „teraz inny sprzęt będzie w użyciu...” 

Lecz ani Raija, ani Petri nie mówili o tym, że to, co istnieje między nimi, nie pasuje do 

brudnej szopy. 

Dość  długo  powstrzymywali  się  przed  wykorzystaniem  tej  kryjówki.  Kojarzyła  się 

zbyt jednoznacznie. 

Szopy  bardziej  niż  chętnie  wykorzystywano  do  spotkań  w  celu,  za  którym  nie  kryły 

się żadne prawdziwe uczucia. 

Raija  określała  je  mianem  prymitywnych,  widząc,  jak  para  za  parą  prześlizguje  się 

ukradkiem do środka, odprowadzana dźwiękami zdradzieckich drzwi. 

Teraz sama dziękowała za to schronienie. Nie obchodziło ją, co inni sobie pomyślą. 

W baraku mieszkało zbyt wiele osób. 

Nie znosiła powstrzymywania oddechu. 

Nie  znosiła  ciągłego  kontrolowania  słów  i  gestów  -  nie  znosiła  panowania  nad  sobą. 

Nie znosiła świadomości, że inni nasłuchują. Świadomości, że mogą usłyszeć najdrobniejszy 

ruch, każde gorące westchnienie. Nie mogłaby znieść tego, że Aleksanteri ją usłyszy. 

Nie  wiedziała  dokładnie,  czy  ze  względu  na  niego  -  żeby  mu  tego  oszczędzić  -  czy 

raczej ze względu na siebie samą. Nie wiedziała dobrze, co właściwie nią kierowało. 

Szopa była azylem. 

Pachniało  w  niej  morzem  i  solą,  co  zwykle  przyprawiało  Raiję  o  mdłości  z  powodu 

strachu przed bezdenną głębiną. Tutaj jednak znajdowało się coś, co łączyło ją z ukochanym. 

background image

Petri  gwałtownie  objął  ją  wpół  i  mocno  przyciągnął  do  siebie.  Jego  usta  drżały,  a  w  oczach 

krył się strach, którego wcześniej Raija nie zauważyła. 

Przycisnął ją do ściany.  Uwięził między deskami a własnym  ciałem. Spojrzał na nią. 

Wpatrywał  się  w  jej  twarz  długo,  z  determinacją,  a  następnie  przywarł  ustami  do  jej  ust. 

Całował ją z żarem, przypominającym głód. Rozpacz. 

Bez tchu odsunął Raiję od siebie. Czuła, jak pieką zranione wargi. Krew szybko tętniła 

w  jej  żyłach  i  chociaż  Petriemu  udało  się  wyzwolić  ten  ogień,  który  zawsze  tlił  się  w  nich 

obojgu i zapłonął teraz równie łakomie jak zwykle, wywołał także coś jeszcze. Coś, co oboje 

posiadali, lecz co do tej pory tkwiło w nich uśpione. 

Petri  zamknął  oczy.  Jedną  rękę  oparł  na  ścianie  ponad  ramieniem  Raiji,  drugą 

przesuwał wzdłuż jej szyi. 

O Boże, jak jej potrzebował. Chciał ją mieć, bardziej niż kiedykolwiek. 

Chciał ją posiąść. 

Wcześniej tego nie czuł. 

Zadowalał się tym, że dzielił z nią uczucie, które się w nich zrodziło, które spadło na 

nich tak niespodziewanie. Brał to, co dawała teraźniejszość. 

Wdychał zapach Raiji i wiedział, że właśnie w takiej chwili naprawdę żyje. Był za to 

wdzięczny losowi. 

Do tej pory nie miał odwagi pragnąć więcej. 

Nawet nie przemknęło mu to przez myśl. 

Teraz  jednak  zazdrość  o  Aleksanteriego  dała  o  sobie  znać.  Nie  była  szlachetna. 

Wyzwalała najgorsze myśli. Teraźniejszość to tylko okruchy. 

Czy miał zjadać same okruchy? 

Czy nie miał prawa najeść się do syta? 

Teraźniejszość okazała się niewystarczająca. Petri chciał mieć wszystko.  Przeszłość i 

przyszłość, i obecną chwilę - i Raiję, tylko ją. 

Pragnął  z  nią  porozmawiać,  zapytać,  co  o  tym  sądzi.  Ale  Raija  jest  tak  potwornie 

rozsądna. Zaraz powie o Eiji. O jego dzieciach. O tym, że sama w świetle prawa jest mężatką. 

O  swoich  dzieciach.  Zastanawiał  się,  co  by  zrobiła,  gdyby  Aleksanteri  zaproponował  jej  to 

samo. 

Aleksanteri zasiał być może ziarno tu i tam na swoim szlaku, ale nie miał żony, która 

by go wiązała. Nie miał nawet swojego domu. 

To,  z  czego  Petri  był  kiedyś  taki  dumny,  teraz  go  obezwładniało  i  czyniło  z  niego 

więźnia. 

background image

Potępiał siebie za własne myśli. 

Rozzłościł się. 

Na siebie samego za to, że w ogóle może myśleć w ten sposób. 

Na nią za to, że tak nie myśli. Że jest zadowolona, żyjąc dniem dzisiejszym, biorąc to, 

co  otrzymuje,  i  nie  patrząc  w  przyszłość.  Że  może  trzymać  go  w  objęciach,  nie  płonąc  z 

tęsknoty za czymś więcej niż tylko chwila. 

-  Wiele  czasu  poświęcasz  Santeriemu  -  rzekł,  słysząc,  jak  bardzo  ochryple  zabrzmiał 

jego własny głos. 

- Chcę, żeby wyzdrowiał. - Tak. 

Nie  powiedział  nic  więcej.  Lecz  jego  oczy  pociemniały  i  Raija  poczuła  w  sercu 

ukłucie goryczy. 

- Potrzebny mi twój czas, Raiju - odezwał się znowu. - Ja także go potrzebuję. Ja także 

czuję się chory. 

Uśmiechnęła się słabo. 

- Tak? Jakże to? 

Zręcznymi palcami rozpinała górne guziki jego koszuli. 

-  Czas  mija  tak  szybko  -  rzekł  zbolałym  głosem.  -  Tak  diabelnie  szybko.  Pożera 

tygodnie.  Z  każdym  mijającym  dniem  czuję  się  coraz  bardziej  ubogi.  -  Spojrzał  na  nią 

szeroko otwartymi oczami. - Wkrótce muszę wyruszyć w drogę. Muszę wrócić do domu. Nie 

mogę zostać, Raiju. Nie mogę tu zostać. To mnie zabija, bo nie chcę od ciebie odejść. Mamy 

tak mało czasu. 

Obiema dłońmi objęła jego policzki. Zauważyła, że trochę schudł. Zdała sobie sprawę, 

ż

e za mało je. 

-  Oboje  wiedzieliśmy  o  tym  od  samego  początku  -  odparła  cicho.  -  Mieliśmy  tego 

ś

wiadomość. Ten dzień musi nadejść. 

-  To  dla  ciebie  nic  nie  znaczy?  -  spytał  z  wyrzutem.  Zimniejszym  głosem,  niż 

zamierzał. 

Chciał ją delikatnie przytulić i pokazać jej, jak głębokim ją darzy uczuciem, lecz przez 

cały czas robił wszystko na opak. 

- Może w gruncie rzeczy wcale cię nie obchodzę? Po prostu wybrałaś tego z nas, który 

stał na czele? 

Raija  spojrzała  na  niego  -  nie  rozumiała  tej  złości,  nie  rozumiała  tej  nagłej  zmiany 

nastroju. 

background image

Petri  rozumiał.  Choć  był  dorosły  i  wielkoduszny,  miał  wielkie  serce  i  wszedł  w  ten 

układ z równie otwartymi oczyma jak ona, teraz nie poznawał samego siebie. Nigdy między 

nimi nie było takiej złości jak w tej chwili. 

Przesunął  Raiję  bliżej  ściany.  Trzymał  ją  dłońmi  twardymi  jak  kamienie.  I  równie 

zimnymi. 

Jego oczy płonęły, lecz zimnym ogniem. 

Policzki  napięły  się,  sprawiając,  że  twarz  stała  się  surowa.  Jedną  rękę  podsunął  pod 

plecy dziewczyny. Z całej siły przytwierdził ją wręcz do swego ciała. 

Drugą ręką podciągnął jej spódnicę. Bezlitośnie przesuwał palcami wzdłuż ud Raiji. 

Zostawiał czerwone ślady w miejscach, gdzie zwykle wyzwalał ogień. 

Sprawiał ból tam, gdzie pieszczotami budził w niej rozkosz. 

Zaczepił brzeg spódnicy za pasek. Przywarł do Raiji. Wolną ręką rozpiął spodnie. 

Poczuła, jak ją zmusił, by się przed nim otworzyła. Myślała, że będzie krzyczeć, kiedy 

uniósł ją nieco, żeby w nią wejść. Przyparł ją do ściany i brał, nie dając nic. 

Było mu zimno, choć dotarł do punktu kulminacyjnego, który pozostawił tylko pustkę. 

Wyczerpany odsunął się od Raiji. Spuściła głowę, lecz zdążył zauważyć, że jej wargi 

krwawią. Odwrócił się do niej plecami i poprawił ubranie. 

O  Boże,  żeby  tylko  potrafiła  zrozumieć.  Żeby  tylko  zdołał  ją  przekonać,  jak  bardzo 

siebie  za  to  nienawidził.  Że  to  przecież  nie  on  -  nie  taki,  jakim  jest  naprawdę.  Że  czegoś 

takiego ten Petri, który ją kochał, na pewno nie mógłby zrobić... 

Chciał  usłyszeć,  jak  mu  wybacza.  Chciał  usłyszeć,  jak  wypowiada  zbawienne  słowa, 

lecz jedynym dźwiękiem, jaki go dochodził, był jej urywany, drżący oddech. 

Po  chwili  zabrzmiał  jej  głos.  Nie  miękki  i  ciepły,  jaki  bywał  głos  Raiji.  Nie  pełen 

kobiety, którą kochał. Wydawał się równie zimny jak noc polarna. 

- Nigdy tego nie zapomnę, Petri. Jak mogłeś... 

Jęknęły drzwi. 

Najpierw, kiedy je otwierała. 

Potem, kiedy je zamknęła. 

Uczyniła to chłodno i ze spokojem. 

Petri przeraził się tego bardziej niż bladej wściekłości. Opanowana Raija była o wiele 

bardziej  niebezpieczna  niż  ta,  która  przeklinała  i  biła.  Chciał  jej  dać  tyle  ciepła.  Chciał  jej 

powiedzieć, ile dla niego znaczy. 

background image

Jak niewiele warte i ubogie stanie się jego życie bez niej. Chciał doprowadzić siebie i 

ją do rozkoszy i razem z nią ochłonąć. Chciał obudzić w niej to, co kiedyś potrafił wydobyć 

na światło dzienne. 

A teraz odsunął ją od siebie w sposób bardziej brutalny, niż gdyby jej powiedział, że 

jej nienawidzi. 

Wszystko zniweczył. Jego złość wszystko przekreśliła. Złość i zazdrość. 

Nie wiedział, jak jej teraz spojrzy w oczy. 

Nie  wiedział,  co  zrobić,  by  mu  przebaczyła.  Wiedział  tylko,  że  musi  uzyskać  jej 

przebaczenie. W przeciwnym razie wolałby umrzeć. 

Bez jej szacunku był nikim. 

Nie był nawet wart jej kochać. 

Petri uderzył pięścią w ścianę. 

Opadł  na  podłogę  w  jednym  z  kątów  szopy.  Ciężko  oparł  się  plecami  o  ścianę.  Nie 

było dla niego wytchnienia, żadnej nadziei. 

Raija położyła się na swym posłaniu w ubraniu. Zaciskała pięści. Wbijała paznokcie w 

skórę dłoni, lecz nie umiała powstrzymać płaczu. Broda jej drżała. 

- Co się stało, Raiju? - glos Aleksanteriego zabrzmiał cicho jak tchnienie wiatru. - Co 

on ci zrobił? 

- Rozwiał marzenie - odparła. 

Usłyszała, jak jęknął. Usłyszała, jak zaklął. 

- Nie mogę do ciebie przyjść - szepnął zaraz po chwili. Musiał robić krótkie przerwy 

między słowami. - Ale gdybym mógł, to bym cię przytulił, Raiju. Powinnaś się wypłakać na 

moim ramieniu. 

Przełknęła  ślinę.  Nie  zdołała  się  nawet  uśmiechnąć.  Nie  poprawiło  jej  to  nastroju, 

chociaż Aleksanteri najwyraźniej mówił poważnie. Wręcz przeciwnie - czuła się zrozpaczona, 

ponieważ nie był w stanie w żaden sposób jej pomóc. 

- Dobrze byłoby się przy tobie wypłakać, Aleksanteri - wyznała. - Ale ty jesteś o wiele 

słabszy ode mnie... Mimo wszystko dziękuję. 

- Zawsze będę twoim przyjacielem, Raiju. 

- Mogę potrzebować przyjaciół. 

Przyjaciół potrzebowała Anna Benet. Czuła, że zarówno ręce, jak i nogi wydłużają się 

z  każdym  obrotem  koła  na  ławie  tortur.  Leżała  przytwierdzona  do  niej  rzemieniami,  nie 

wiedziała,  po  raz  który.  Nie  była  pewna,  czy  potrafi  jeszcze  liczyć.  Wokół  niej  stało  trzech 

ludzi. 

background image

Jej oczy dostrzegały trzech. Może było ich więcej. Może mniej. Nie miała pewności, 

czy jeszcze widzi wyraźnie. 

Nikt nie wziął jej w obronę. Nikt nie powiedział o niej, że była dobrym człowiekiem i 

ż

e nigdy nie miała zamiaru zrobić komuś krzywdy. Nikt nie powiedział, że była pracowita i 

spokojna, że chętnie pomagała innym, niewiele wymagając dla siebie. 

Ciążyło nad nią oskarżenie. 

Wiedźma. 

Czarownica. 

Tylko  dlatego,  że  wczesną  wiosną  padło  bydło  sąsiadów.  Nikt  nie  potrafił  wyjaśnić 

dlaczego. 

Do  chwili,  kiedy  sąsiadowi  przyszło  do  głowy,  że  stało  się  tak,  ponieważ  w  zeszłym 

roku się nie zgodził na krycie jej krów swoim bykiem. 

Rozesłał plotki, że Anna uprawia czary. 

Pewna kobieta, którą skazali i spalili na stosie, wskazała na nią. 

Teraz z niej wycisną więcej nazwisk. 

Czy to zrobiła? Czy rzeczywiście zrobiła to, o co ją posądzają i do czego powinna się 

przyznać? 

Anna Benet nie była już przekonana o swojej niewinności. Ludzie ci twierdzili z całą 

pewnością, że znają jej myśli i wiedzą dokładnie, co robiła. Może to prawda? 

Ktoś ją widział - widział ją na górze Domen. 

Rozżarzone cęgi przykładane do jej skóry już nie piekły. Nie czuła już bólu. 

Widziała wszystko, lecz nic nie czuła. 

Stos nie wydawał się już tak przerażający. Oznaczał koniec. Koniec tego wszystkiego. 

- Zrobiłaś to, Anno Benet - zabrzmiał męski głos. Człowiek ten mógłby być jej synem, 

był taki młody. Tak młody, a tak potwornie zimny. - Zabiłaś jego zwierzęta. Sprowadziłaś na 

niego  złą  pogodę.  Czy  karałaś  też  innych  w  ten  sposób?  W  ostatnią  noc  świętojańską 

poleciałaś jako ptak na górę Domen. Tylko nie zaprzeczaj. Wiele osób cię widziało. 

Jakże łagodnie i przekonująco brzmiał jego głos! 

Czy nadal ją przypiekali? 

Anna  Benet  uświadomiła  sobie,  że  jest  sposób,  by  jakoś  z  tego  wybrnąć.  Zamknęła 

oczy. Zachowała przytomność wystarczająco długo, żeby zdecydować, że nie wciągnie w ten 

koszmar więcej niewinnych osób. 

Da  prześladowcom  to,  na  co  czekają,  ale  nie  może  pozwolić,  by  uwięzili  kogoś 

niewinnego. 

background image

-  Byłam  tam  -  wyszeptała  spękanymi  wargami.  -  Byłam  tam.  Robiłam  to,  o  czym 

mówicie. Robiłam to wszystko. Wywołałam burzę. Przeze mnie ginęły statki. Podobało mi się 

to. Lubiłam swą władzę. 

- Kto jeszcze? 

-  Nie  znam  jej  -  odparła  Anna  Benet.  -  Jest  młoda.  Najpiękniejsza  ze  wszystkich 

kobiet,  jakie  znam.  Sam  diabeł  się  do  niej  uśmiechał.  Potrafiła  więcej  niż  ktokolwiek  z  nas. 

Potrafiła zabijać i z powrotem przywracać do życia. Nikt z nas nie miał takiej mocy. 

-  Jak  się  nazywa?  -  Głosy  zgromadzonych  wokół  drżały  z  emocji.  Ludzie  ci  nie 

wiedzieli, że stara się wyprowadzić ich w pole. 

Wkrótce  to  wszystko  się  skończy.  Czeka  ją  stos,  lecz  dla  niej  jest  on  wyzwoleniem. 

Nie wiedzieli, że dają jej wolność. Że wykupiła się kłamstwem. 

- Nie wiem. Nie pochodziła stąd. Jej włosy były czarne jak sadza pod stopami samego 

diabła. Wyglądała jak anioł, ale była najbardziej niebezpieczna z nas wszystkich. 

Anna straciła przytomność. Nie czuła, że rozwiązali rzemienie wokół jej rąk i nóg. Nie 

słyszała, jak ogłaszają wyrok śmierci. 

Nie słyszała głosu młodego kapitana. Nie widziała żaru w jego oczach. 

- Znajdę tę kobietę! I zaprowadzę na stos! 

background image

Petri  spał  tej  nocy  poza  domem.  Wrócił  następnego  dnia,  lecz  skutecznie  unikał 

wzroku Raiji. 

Nie było to trudne. Również ona nie chciała na niego patrzeć. Bolała ją świadomość, 

ż

e tak bardzo się co do niego pomyliła. Że tak mu zaufała i dała mu tyle ciepła - ofiarowała 

tak wiele siebie człowiekowi, który tego nie docenił. 

Poznanie tej jego drugiej strony bolało bardziej, niż Petri mógł przypuszczać. 

Raija dałaby wszystko, by tego o nim nie wiedzieć. 

Wolałaby raczej, żeby odszedł, każąc jej żyć wspomnieniami opartymi na kłamstwie. 

Teraz nawet marzenia nie dodadzą blasku rzeczywistości. Trudno będzie pielęgnować 

spędzone wspólnie cudowne chwile - brudne plamy zbrukały wszystko, co przeżyli przedtem. 

To, co piękne, nabrało brudnego odcienia. 

Petri nie był już dla niej bohaterem. Przestał być mężczyzną z marzeń. 

Raija jednak zagryzła zęby i nadal robiła to, co do niej należało. 

W  kontrakcie  nie  było  mowy  o  ogrzewaniu  w  łóżku  kapitana,  myślała  z  goryczą. 

Okazała się głupia, ale jeszcze nie jest za późno, żeby przejrzeć na oczy. 

Nie odzywała się do Petriego. 

On z niczym nie zwracał się do niej. 

Jednak dzieciom nadal poświęcał sporo uwagi. To, co zaszło między nim a Raiją, nie 

przeszkadzało mu w tym. 

Początkowo  Raija,  żądna  zemsty,  zamierzała  mu  zabronić  zbliżania  się  do  nich. 

Chciała nakazać dzieciom, żeby z nim nie rozmawiały. 

Widziała jednak, jak Petri bawi je i rozśmiesza. Widziała, że stał się dla nich nowym 

Reijo, i nie potrafiła się zdobyć na to, żeby je tego pozbawić. 

Być  może  nie  uczyniła  tego  również  przez  wzgląd  na  Petriego,  widząc,  że  i  jemu 

przekomarzanie się z dziećmi sprawia ogromną radość. 

W  takich  chwilach  stawał  się  niezwykle  promienny  i  beztroski,  jego  twarz  się 

odprężała. 

Raija  ukradkiem  obserwowała  go  w  czasie  tych  zabaw.  Wtedy  pragnęła,  by  mogła 

wymazać epizod z szopy. 

Jednak wdarł się między nich. Rzeczywisty. Przykry. 

Powodował lodowaty ucisk w żołądku, który stale się wzmagał. 

background image

Raija nie zdobyła się na to, żeby zapytać Petriego: dlaczego. Nie zdobyła się na to, by 

dać mu szansę. 

Przeżycie z ostatniej nocy wydawało się zbyt bolesne. 

Petri zbyt głęboko ją upokorzył. 

Nie patrzyła na niego. Robiła, co mogła, żeby się do niego nie zbliżać. 

On także nie starał się z nią pojednać. 

To chyba było najgorsze. 

Mogłaby  go  wysłuchać.  Może  potrafiłaby  wybaczyć.  Może  dałaby  się  przekonać  i 

zapomniała. 

Ale to Petri musiał uczynić pierwszy krok. 

Już dostatecznie ją upokorzył. 

Nie ma mowy, żeby jeszcze bardziej powalała się błotem i pierwsza się ugięła! 

To on ją poniżył! 

Petri jednak nie wyciągnął ręki na zgodę. Nigdy nie próbował jej zatrzymać choćby na 

chwilę. Nie próbował pochwycić jej wzroku. Jeżeli na nią patrzył, robił to z ukrycia. Raiji nie 

udało się nigdy go na tym przyłapać. 

Nie  chciał  przebaczenia.  Nie  chciał  się  przed  nią  ukorzyć.  Nie  chciał  wszystkiego 

naprawić. 

Czy w tym, co zrobił, nie widział nic złego? 

Raija nie znosiła tych jego uników. Gdyby chociaż spróbował do niej dotrzeć! 

Mijały dni, a lody między nią i Petrim nie topniały. Zachowanie obojga tak rzucało się 

w  oczy,  że  współmieszkańcy  szukali  każdego  wieczoru  pretekstu  do  wyjścia  z  domu.  Nie 

wytrzymywali  tej  ściany  milczenia,  która  rosła  coraz  wyżej.  Również  Aleksanteriemu 

wydawało się to denerwujące, lecz on nie mógł jeszcze chodzić. 

Mijały właśnie dwa tygodnie od chwili, kiedy zdołał usiąść samodzielnie. 

Owo zwycięstwo dodało mu więcej energii i zapału. Nie chciał niczyjej pomocy. 

Gdy nikt nie widział, próbował zejść z koi o własnych siłach. 

Kiedy  Raiji  ani  żadnego  z  przyjaciół  nie  było  w  baraku,  robił  kilka  chwiejnych 

kroków  między  pryczami.  Dzieciom  wydawało  się  to  bardzo  ciekawe  i  chętnie  go 

obserwowały. Obiecały nikomu nie mówić o jego ćwiczeniach. 

Znowu  nadeszła  sobota.  Trzecia  od  owego  feralnego  dnia.  Aleksanteri  zdał  sobie 

sprawę,  że  może  chodzić.  Nie  kręciło  mu  się  w  głowie,  kiedy  wstawał.  Nie  czuł  już  tak 

piekącego bólu. Był na dobrej drodze ku swemu dawnemu ja. 

Chciał im wszystkim pokazać, na co go stać. 

background image

Lecz musiał obrać odpowiednią chwilę. 

Raija krzątała się zajęta swoimi sprawami i Aleksanteri z przyjemnością śledził każdy 

jej najdrobniejszy ruch. 

Wszystko,  co  robiła,  było  piękne  -  ponieważ  ona  to  robiła.  Snuł  marzenia  o  świecie, 

który mógłby dzielić razem z nią. Gdyby mu tylko pozwoliła. 

Nadal nie wiedział, co zaszło między Raiją i Petrim. 

Nic nie powiedziała, a Petri zachowywał się równie milcząco. 

Nie  był  ślepy,  żeby  nie  dostrzegać,  jak  oboje  cierpią,  ale  również  nie  taki  głupi,  by 

próbować rozwiązać kłopot, który sami sobie stworzyli. 

Miłość nie zna żadnych reguł. 

Jeżeli Petri napytał sobie biedy, powinien zachować się jak mężczyzna i sam znaleźć 

sposób, by wybrnąć z trudnej sytuacji. 

Aleksanteri zamierzał jedynie wykorzystać okazję, jaka mu się nadarzała. Nic więcej. 

Usłyszał  rybaków  powracających  z  połowu.  Doszły  go  odgłosy  rozmów  i  śmiech. 

Czekał. 

Raija  przygotowała  posiłek.  Dobrze  napaliła,  w  izbie  wydawało  się  gorąco  jak  w 

piecu. Wiedziała, że zmarznięci rybacy będą spragnieni ciepła po ciężkiej pracy i po długim 

dniu  spędzonym  w  przemoczonych  ubraniach.  Wiedziała,  że  choć  na  parę  godzin  zechcą 

strząsnąć z siebie cały tydzień znoju. 

Wygładziła  fartuch.  Pośpiesznie  przeciągnęła  ręką  po  włosach.  Poprawiła  jeden 

niesforny kosmyk, dodający jej zresztą wiele uroku. 

Aleksanteri widział, jak przełknęła ślinę. 

Z powodu Petriego. 

Zawsze z powodu Petriego. 

Lecz Petri nie powinien teraz skupiać jej uwagi. Nie zasługiwał na to. 

Aleksanteri  odsunął  skóry.  Przerzucił  nogi  przez  brzeg  koi.  Postawił  stopy  na 

podłodze. 

- Raija... 

Czy  dosłyszała  radość  w  jego  głosie?  Czy  widziała,  jaki  jest  z  siebie  dumny?  Wstał. 

Stał, nie trzymając się niczego. Nie uważał, żeby ból był aż tak silny, by musiał się skrzywić. 

Nawet gdyby tak było, Aleksanteri zrobiłby wszystko, aby to przed nią ukryć. 

Niech  zobaczy,  że  nie  jestem  jakimś  dzieciakiem,  pomyślał.  Raija  musi  się 

dowiedzieć, że jestem mężczyzną. 

background image

-  Na  Boga,  Aleksanteri!  Błyskawicznie  znalazła  się  przy  nim,  zanim  zdołał  jej 

przeszkodzić. 

- Nie trzymaj mnie! - Odsunął ją od siebie. - Zobacz! Znowu mogę chodzić! 

Ruszył ku niej. Chciał się pokazać Raiji od najlepszej strony. Uśmiechał się szeroko, 

jak  tylko  on  to  potrafił.  Wiedział,  że  zrobi  wrażenie  na  wszystkich,  nie  tylko  na  niej.  Nie 

musiał się nawet zbytnio wysilać. 

- Powinieneś jeszcze odpocząć, Santeri! 

- Nie mogę odpoczywać do końca życia. Zgniję w tej koi, jeśli dłużej w niej polezę. 

Raija  zrezygnowana  potrząsnęła  głową.  Chociaż  usta  jej  prosiły,  żeby  na  siebie 

uważał,  nie  potrafiła  ukryć,  że  jest  z  niego  dumna.  Jego  zwycięstwo  było  także  jej 

zwycięstwem. 

Miała w nim swój mały  udział, ponieważ pomogła mu wrócić do zdrowia. To dzięki 

jej ziołom rany się zrosły. Na największych widniały jeszcze strupy. Płytsze już się zabliźniły. 

Ś

miał się do niej. Uśmiechał się całą twarzą, że aż czuła mrowienie w plecach. 

Pełen zapału wyrzucił do przodu ramiona. 

- Naprawdę stoję na własnych nogach, Raiju! Sam chyba nie mógł w to uwierzyć. 

- Już wędrowałem do piekła, ale ty sprawiłaś, że wróciłem. 

Nagle spoważniał. Uświadomił sobie, jak bardzo się do siebie zbliżyli. Ciałem i duszą. 

- Większości dokonała twoja własna wola, Aleksanteri. 

Wyciągnęła  dłoń  i  chciała  go  pogładzić  po  policzku,  podobnie  jak  często  to  czyniła 

wobec swoich dzieci. 

Złapał  jej  rękę,  zanim  zdążyła  go  dotknąć.  Nie  chciał,  by  tak  go  traktowała.  Nie  był 

dzieckiem! 

Delikatnie otworzył i pocałował wewnętrzną stronę jej dłoni. Jeden raz, lecz uczynił to 

z wielką namiętnością. 

Następnie powoli zamknął i wypuścił dłoń Raiji. 

Nie próbowała już go dotknąć. 

- Czułem taką ogromną wolę życia, ponieważ ty przy mnie byłaś - rzekł cicho. - Tak 

bardzo pragnąłem wyzdrowieć, ponieważ nie chciałem, żebyś zniknęła. Nie mogłem umrzeć, 

prawda? Musiałem żyć, bo i ty żyjesz... 

-  Nie  gadaj  bzdur,  Aleksanteri.  Odwróciła  się  od  niego.  Chwyciła  za  jeden  ze 

wsporników koi Petriego. 

background image

Aleksanteri  pomyślał,  że  Raija  nie  zdaje  sobie  sprawy,  czego  się  przytrzymuje. 

Położył  obie  dłonie  na  jej  ramionach.  Jego  serce  zamarło  na  chwilę,  kiedy  nie  cofnęła  się, 

kiedy go nie odsunęła. 

- Nie lubię milczeć o tym, co czuję - szepnął ochryple. W pewnym sensie chciał, żeby 

wracający  z  połowu  towarzysze  weszli  właśnie  w  tej  chwili.  Z  drugiej  strony  wolałby,  żeby 

przez resztę życia trzymali się z dala od nich dwojga. 

- Wiesz, co czuję, Raiju... 

Ostrożnie  odwrócił  ją  ku  sobie.  Jednym  spojrzeniem  ocenił,  że  nie  jest  już  taka 

nieugięta. 

To, co nią wstrząsnęło i zniszczyło jej związek z Petrim, jemu mogło dać szansę. 

- Ty jedna trzymałaś mnie przy życiu - rzekł z naciskiem. - To dla ciebie przeżyłem. 

Stale  miałem  przed  sobą  twój  obraz.  Twój  głos.  Zapach  twoich  włosów.  Pragnąłbym  móc 

ujrzeć ciebie, jak gotujesz obiad w domu, który mógłbym nazwać moim. Naszym domem... 

Raija zacisnęła powieki. Nie chciała tego słuchać! Nie zniesie więcej cudzych marzeń! 

Dosyć ma swoich własnych! 

- Jestem tylko chłopakiem bez charakteru, to prawda. Lecz nigdy nie spotkałem kogoś 

takiego, dla kogo warto by się starać. Dopóki nie spotkałem ciebie... - Aleksanteri zaczerpnął 

powietrza. - Dla ciebie mógłbym... 

- Ukraść księżyc? - podsunęła. Potrząsnął głową. 

-  Nie  to.  Ale  mógłbym  ryzykować  dla  ciebie  życie.  -  Zamilkł,  jakby  poważnie 

zastanawiał  się  nad  tym,  co  powiedział.  Z  pewnym  zdumieniem  powtórzył:  -  Naprawdę 

myślę,  że  byłbym  w  stanie  poświęcić  dla  ciebie  życie.  Nigdy  przedtem  nie  czułem  czegoś 

takiego... 

- Nie mów tak! Raiję uderzyła fala chłodu. Zatrzęsła się z zimna. 

Aleksanteri nie rozumiał tego. Nie mógł wiedzieć. 

- Moje życie tak niewiele znaczy w porównaniu z twoim - rzekł i objął ją. 

Ostrożnie,  żeby  nie  urazić  obolałego  boku.  Jego  objęcia  tak  różniły  się  od  tamtych, 

które dobrze pamiętała, że się nie broniła. 

Być może to zaplanował. A może to rzeczywiście przypadek... 

Gładził  jej  plecy.  Raija  wsunęła  ręce  w  jego  włosy.  Jego  usta  rozchyliły  się  lekko, 

zanim ułożyły się drżące na jej na wpół otwartych wargach. 

Zamknęła  oczy.  Wiedziała,  że  to  nie  Petri.  Wiedziała  z  całą  pewnością,  że  to 

Aleksanteri, lecz mimo wszystko nie chciała tego wiedzieć. 

To było przyjemne - ale nic poza tym. 

background image

Niebo  nie  zawaliło  się  jej  na  głowę.  Nie  poczuła  w  sobie  ognia  grożącego  utratą 

rozsądku i poczucia rzeczywistości. 

Pocałunki  Aleksanteriego  niczego  nie  wywróciły  do  góry  nogami,  były  łagodne  jak 

wiosenny deszcz, lecz ogrzewały. 

Pozwalała,  by  ją  całował.  Odpowiadała  pocałunkami.  Nie  żarliwymi,  lecz  równie 

ciepłymi. 

Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi.  Nie  było  to  chwilowe  zapomnienie,  chciała 

tego. 

Petri wpadł do środka gwałtownie jak zwykle. Niczym burza nie znająca przeszkód. 

Tym razem się zatrzymał. 

Stanął  jak  wryty  w  drzwiach.  Tapio  i  Markku  musieli  go  wręcz  odepchnąć  na  bok, 

ż

eby  wejść.  Petri  nie  spuszczał  wzroku  z  czarnych  włosów,  które  znalazły  się  zbyt  blisko 

jasnorudej czupryny. 

Zagotowało się w nim na widok palców Raiji wsuniętych we włosy Aleksanteriego. 

Zaślepiła  go  wściekłość  na  widok  dłoni  Aleksanteriego  pieszczotliwie  gładzących 

plecy dziewczyny. 

Aleksanteri również ją miał. Jego ręce dotykały jej miękkiej skóry. 

Przed nim. 

Aleksanteri zjawił się przy niej przed nim. 

Teraz znowu pozwalała się obejmować, całować i pieścić Aleksanteriemu. 

Byli tak zajęci sobą, że zabrało im całą wieczność, zanim od siebie odskoczyli. 

Ż

adne z nich się nie zawstydziło. 

Aleksanteri  zatrzymał  rękę  na  ramieniu  Raiji.  Uśmiechał  się  krzywo,  zadowolony  z 

siebie. Tak diabelnie zadowolony z siebie. 

Raija  palcami  zaczesała  grzywkę  do  tyłu  gestem  tak  dobrze  znanym  i  tak  drogim 

Petriemu,  że  aż  ścisnęło  mu  się  serce.  O  Boże,  jak  wiele  pamiętał  takich  drobiazgów  z  nią 

związanych! Czegoś podobnego się nie zapomina. Czy wszyscy się na niego uwzięli? 

- Aleksanteri wstał! - zawołała Raija, promieniejąc radością. 

- Tak, widzę, że robisz wszystko, żeby go wesprzeć - rzekł oschle Petri. 

To  pierwsze  słowa,  jakie  między  sobą  wymienili  od  nieszczęsnego  zdarzenia  w 

szopie. 

Ich oczy się spotkały. Na krótko ich twarze, bezradnie nagie, otworzyły się przed sobą 

nawzajem. Lecz chwila minęła, niemal zanim jeszcze się zaczęła. 

Oboje spuścili wzrok. 

background image

I  chociaż  Raija  zaraz  potem  wyśliznęła  się  z  objęć  Aleksanteriego,  nie  mogło  to 

zmienić wrażenia, jakie Petri zdążył odnieść. 

Już nie wierzył. 

Nie miał nadziei. 

Musiał przyznać, że przegrał. 

Posunął  się  za  daleko,  a  teraz  nic  mu  nie  pomoże,  nawet  gdyby  poruszył  niebo  i 

ziemię, żeby odzyskać to, co stracił. 

Jego życie długo wydawało się pozbawione znaczenia. 

W ciągu kilku gorących dni nabrało sensu. Treści. Przekonał się, że również on może 

znaleźć bliźniaczą duszę... 

Na chwilę. 

Nic, co dobre, nie może trwać wiecznie. 

Ale powinno mieć godny koniec. 

Zostały mu tylko marzenia. Petri nie był pewien, czy są coś warte. 

Wspomnienia  na  razie  ukrywał.  Będzie  je  ukrywał  do  chwili,  gdy  uda  mu  się 

zapomnieć ostatnią noc. Cudowne chwile nie powinny się zabarwić wstydem. 

Ociężale  zdjął  z  siebie  mokre  ubranie.  Nie  dbał  o  to,  że  Raija  może  go  zobaczyć. 

Przecież już nie raz widziała go nagiego. Nie była też niewinną lilią... 

Petri usiłował nie słuchać jednostajnej, nieprzerwanej paplaniny Aleksanteriego. 

- To Raiji powinienem za wszystko dziękować - mówił Santeri z przejęciem. 

Nikt nie zaprzeczył. 

- Winien jej jestem moje życie. - Aleksanteri zawsze miał łatwość wypowiadania się. I 

z  równą  łatwością  przesadzał.  -  Opowiem  całemu  światu,  że  wyrwała  mnie  z  objęć  śmierci. 

Byłem  już  jedną  nogą  na  tamtym  świecie,  kiedy  mnie  sprowadziła  z  powrotem.  Dzięki  niej 

zacząłem znowu żyć. 

- Możesz w każdym razie rozgłosić to w całym Vardo - zauważył Petri. 

Dobrze  wiedział,  że  Raija  go  słucha.  Udawała,  że  nie  zrobiło  to  na  niej  żadnego 

wrażenia, ale jego nie oszuka. Dostrzegł, jak mięsień przy jej skroni drży z napięcia. 

- Nie czyń jednak z niej anioła, bo wtedy zostaniemy tu stratowani - dodał. 

Nie mógł się powstrzymać. Musiał jej jakoś odpłacić. 

Musiał  ją  zranić,  tak  jak  ona  teraz  rozdarła  jego  już  zranione  serce,  pozwalając 

Aleksanteriemu na taką poufałość, z jaką nikt nie powinien jej traktować. 

background image

Wiedział,  że  to  on  pierwszy  ją  zawiódł,  pierwszy  ją  rozczarował,  ale  ponieważ  nie 

dopuszczał  do  siebie  myśli  o  tym,  co  się  stało,  jego  własne  postępowanie  wydawało  mu  się 

jakby nierzeczywiste. 

Jak najbardziej rzeczywiste było natomiast obecne zachowanie Raiji. 

Petri nie zdawał sobie sprawy, jak głęboko zranił Raiję, dopóki nie usłyszał jej ostrej 

repliki: 

- Nazwij mnie raczej czarownicą, Aleksanteri. W naszych czasach aż się od nich roi. 

Jedna  mniej  czy  więcej,  gdy  na  górze  Domen  odbywają  się  sabaty  z  diabłem,  nie  odgrywa 

ż

adnej roli. 

Aleksanteri i chłopcy roześmiali się. 

Petri  pochylił  głowę  i  odwrócił  się  od  Raiji.  Słowa  przeprosin  zamarły  na  końcu 

języka. Nie zdobył się na to, by je wypowiedzieć. 

Aleksanteri  miał  wreszcie  dość  chwalenia  się.  Usiadł,  a  Raija  odsunęła  się  od  niego. 

Na bezpieczną odległość. 

Była  zła  na  samą  siebie,  że  przejmowała  się  Petrim.  Nie  zasłużył  na  to.  Jednak  jego 

zdanie nadal miało dla niej znaczenie. 

Dezaprobata  w  jego  oczach  raniła  jak  noże.  Raija  chciała  go  nienawidzić,  ale 

przychodziło jej to z ogromnym trudem. 

Pragnęła zobaczyć, jak topnieją lody  między  nią  i Petrim, lecz już przestała wierzyć, 

ż

e to w ogóle możliwe. 

Nie  zamierzała  uczynić  pierwszego  kroku  i  stopniowo  zaczynała  rozumieć,  że  Petri 

również był na to zbyt dumny. 

Za  zastygłą  maską,  którą  jej  pokazywał,  dostrzegała  człowieka,  którego  poznała  w 

ciągu  kilku  krótkich  wypełnionych  gorączką  dni,  człowieka,  który  wkradł  się  w  jej  serce, 

choć żadne z nich tego nie chciało. 

Niechętnie ulegli, otworzyli się dla siebie nawzajem, znaleźli bratnią duszę tam, gdzie 

nie spodziewali się jej znaleźć -  a teraz równie niechętnie zrezygnowali z tego, czego nigdy 

nie posiadali. To bolało. 

Kiedy Aleksanteri już stanął na nogi, szybko doszedł do siebie. 

Jego zapał i wytrwałość zrobiły swoje. Pragnienie, by zaimponować Raiji, dodało mu 

niezwykłej siły. 

Musi okazać się kimś więcej niż tylko zwiędłym kwiatem. 

- Na Boga, jestem przecież mężczyzną! 

To, że Petri wydawał się całkiem przegrany, wypełniło Aleksanteriego nadzieją. 

background image

On,  który  zawsze  wyśmiewał  się  z  tych,  którzy  szukali  w  życiu  bezpieczeństwa  i 

domu, teraz sam zaczął o tym marzyć. Zawsze drwił z mężczyzn, którzy postarali się o żonę i 

dzieci, pracę, wiążącą ich z jednym miejscem... 

Dla  niego  życie  oznaczało  wędrówkę.  Beztroskie  wałęsanie  się  i  branie  od  losu 

wszystkiego, co ma do zaoferowania. 

Nie  myślał  o  jutrze.  Przyszłość  wydawała  mu  się  czymś  nieznanym,  czymś  zupełnie 

niegodnym zainteresowania. 

Była... 

Gdyby  teraz  zamknął  oczy,  mógłby  zobaczyć  w  wyobraźni  niewielki  domek  między 

wysokimi  świerkami.  Gładkie  jak  lustro  jezioro  odbijające  saunę.  Mógł  ujrzeć,  jak 

powierzchnię  wody  w  równych  odstępach  czasu  przełamują  pstrągi.  Rozchodzące  się  po 

wodzie  kręgi.  Plusk  za  pluskiem.  Mógł  zobaczyć  chmury  przesuwające  się  po  czystym, 

niebieskim niebie - i ogromną otwartą przestrzeń, żadnych skał, w których otoczeniu czułby 

się jak osaczony. 

Widok powinien być rozległy i urozmaicony. 

Aleksanteri  marzył  o  posiadaniu  takiego  miejsca.  I  o  własnej  ziemi.  I  żeby  do 

najbliższego  sąsiada  było  na  tyle  daleko,  by  wybierając  się  do  niego  trzeba  było  zakładać 

płaszcz, ale nie dalej, tak by w razie potrzeby mieć z kim porozmawiać. 

Samotny  w  czterech  ścianach  odchodziłby  od  zdrowych  zmysłów.  Czułby  się  jak 

więzień i byłby biedniejszy, niż gdyby nie posiadał nic ponad to, co miał na sobie. 

Ale z Raiją stałby się bogatszy od samego króla. 

Tak wyglądały jego marzenia. Nie miał odwagi z kimkolwiek się nimi podzielić. Sam 

chciał  się  najpierw  nimi  nacieszyć.  Sięgać  po  nie  i  polerować,  i  zachwycać  się  ich 

oślepiającym blaskiem. Rozmyślać, jak by to było, szczegół po szczególe. Chciał wyobrażać 

sobie dźwięki, zapachy - nawet słowa. 

A Raija... 

Nie  była  stworzona  do  życia  na  wybrzeżu  Finnmarku.  Ruija  to  nie  miejsce  dla  niej, 

choć jej imię przypadkiem brzmiało podobnie do nazwy tej odludnej, jałowej części kraju. 

Raija  została  stworzona,  by  słuchać  szumu  strzelistych  świerków.  Jej  plecy  były 

równie wyprostowane jak one. 

Raija to córka Finlandii. Ruija nie była jej krajem, jej ojczyzną była Suomi. 

Aleksanteri myślał tylko o Raiji. A to, co wypełnia serce, musi zaraz wypłynąć przez 

usta. 

background image

Sezon  połowów  miał  się  ku  końcowi  dla  rybaków  przybyłych  z  okolic  północnych 

krańców Norwegii, a także dla tych, którzy mieszkali jeszcze dalej. 

Wkrótce  nie  będzie  już  czego  łowić  Zaczynali  się  przygotowywać  do  powrotu  do 

domu. 

Ten  rok  można  uznać  za  stosunkowo  dobry.  Być  może  nie  uda  im  się  wymazać 

wszystkich  długów,  ale  wystarczy  na  jedzenie  i  obsianie  niewielkich  skrawków  ziemi,  żeby 

jakoś przetrzymać do następnych połowów. 

Gdzie  nie  spojrzeć,  dało  się  zauważyć  poruszenie  w  obozie,  chociaż  nadal  wielu 

rybaków  wypływało  w  morze  wczesnym  rankiem.  Petri  postępował  podobnie,  żeby  unikać 

Raiji. Wiedziała o tym. Widziała to w każdym jego geście. 

Aleksanteri wyruszał z nim. Niechętnie. 

Dni ciągle ubywało. Ani Petri, ani Aleksanteri nie mieli chęci wracać. 

Raija także nie chciała patrzeć, jak odchodzą - a jednocześnie tęskniła do dnia, kiedy 

wszystko będzie jak dawniej. Jak wtedy, kiedy wcale nie wiedziała o istnieniu kogoś takiego 

jak Petri Aalto. 

Santeri  starał  się  do  niej  zbliżyć.  Nie  w  typowy  dla  siebie  gwałtowny  sposób,  lecz 

ostrożnie, niemal z wahaniem. Usiłował odzyskać coś, czego nigdy nie posiadał. 

Raija  nie  musiała  czuć  wzroku  Petriego  na  swoich  plecach,  żeby  trzymać 

Aleksanteriego na dystans. 

Aleksanteri  był  jak  wiatr.  Równie  powierzchowny,  równie  zmienny  -  równie  szybko 

znikał. 

Kusiło  go  tylko  to,  co  nieosiągalne.  Zakochiwał  się  w  cieniach  z  marzeń.  Niewiele 

pozostawało w jego dłoniach. 

Raija  dawno  to  zrozumiała,  lecz  Aleksanteri  nadal  wierzył  w  złocisty  blask 

nierealnych rojeń. 

Nie zdawał sobie sprawy, jak niebezpieczne może się okazać sięganie do gwiazd, by 

zdobyć jedną z nich. 

Mieli  wyruszyć  w  poniedziałek.  Tak  postanowiono  na  początku  tego  tygodnia.  Nikt 

nie wspomniał, że to dlatego, by niepotrzebnie wydłużyć rozstanie. 

Sobota zatętni życiem, w niedzielę dobrze odpoczną, a potem już poniedziałek... 

Wszyscy wiedzieli, że chodzi o to, by ukryć prawdziwy powód. Nadchodziła noc. 

Piątek. 

Aleksanteri założył odświętne ubranie, ale nic nie wskazywało, żeby zamierzał wyjść. 

Petri nie przebrał się. Również on twardo siedział na miejscu. 

background image

Bracia  Koski  niepewnie  chodzili  wkoło.  Nie  wiedzieli,  czy  powinni  zrezygnować  z 

licznych pokus czekających za drzwiami. Raija nie odezwała się. 

Ona  także  nie  ubrała  się  inaczej  niż  zwykle.  Próbowała  w  ten  sposób  dać  znak 

Aleksanteriemu, że jego wysiłki na nic się nie zdadzą. Że pożegnanie, na które miał nadzieję, 

nie dojdzie do skutku. 

Być  może  próbowała  również  to  powiedzieć  Petriemu  -  że  to,  o  co  podejrzewa  ją  i 

Santeriego, nie istnieje. Nie w ten sposób, w jaki to sobie wyobrażał. 

Być  może  próbowała  powiedzieć  Petriemu,  że  jeżeli  istnieje  jakaś  więź,  to  tylko 

między nim, Petrim, i nią... 

W końcu to Petri wyszedł. Bez słowa. Nie patrząc na nikogo. Narzucił tylko na siebie 

kurtkę i już go nie było. Chłopcy, nie myśląc wiele, ruszyli za nim. 

- Czy to moja wina, że między wami się urwało? - spytał wprost Aleksanteri. - Między 

tobą i Petrim? 

- To nie ma nic wspólnego z tobą. - Raija spojrzała na niego. - To niedorzeczne. Nie 

zajmujesz w moim życiu na tyle ważnego miejsca. Nie znaczysz dla mnie tak wiele. 

- Jasne... 

Raija  uświadomiła  sobie,  jak  surowo  go  potraktowała,  ale  uznała,  że  nie  czas  na 

delikatność. To nie w jej stylu. 

-  Oto  cały  ty,  Aleksanteri.  Układasz  w  duchu  piękne  historie,  bo  sądzisz,  że 

uratowałam ci życie. To, co zrobiłam, to nic wielkiego. Mnóstwa dokonałeś sam. Pomogło ci 

pewnie jeszcze coś, czego nie rozumiemy. Nie jestem taka, jak sobie ubzdurałeś w swojej gło-

wie.  Jestem  zła.  Potrafię  naprawdę  wyrządzać  ludziom  krzywdę,  bywam  złośliwa,  często 

wymagam od innych zbyt wiele, jestem uparta i dumna... 

-  Lubię  cię,  Raiju...  Opuścił  ręce.  Zrezygnowany.  Zrozpaczony.  Mówił  prawdę.  Czy 

ona nie potrafi zrozumieć, że szczerze tak czuje całą swoją duszą i umysłem? 

Omal  nie  powiedział,  że  ją  kocha.  Wiedziała  już  o  tym.  Musiała  wiedzieć.  Musiała 

więc go rozumieć... 

Jednak nie zdążył wymówić tych słów. 

Nagle otworzyły się drzwi. 

Było ich trzech. Nosili mundury. 

I broń. 

Jeden  z  nich  był  oficerem.  Miał  młodą  twarz,  lecz  jego  oczy  mogły  żyć  tysiące  lat. 

Wyglądało na to, że nic nie jest w stanie go zdziwić. Raija poczuła rozchodzące się po całym 

ciele lodowate zimno. 

background image

- To ona. Raija nigdy nie mogłaby zapomnieć tego uśmiechu. 

Młody  kapitan  miał  mróz  w  kącikach  ust.  Jego  głos  brzmiał  oschle,  rozporządzał 

władzą inną niż ta, którą dawał mu mundur. 

Dwaj  niżsi  rangą  chwycili  Raiję, zanim  Aleksanteri  zdołał zareagować.  Pociągnęli  ją 

za sobą. 

-  Co  to  ma  znaczyć?  -  Aleksanteri  rzucił  się  na  kapitana,  nie  bacząc  na  rany.  Poczuł 

pieczenie w boku, który dopiero zaczął się goić. - Nie możecie chyba tak po prostu jej zabrać? 

- Czarownice zabieramy o każdej porze - odparł kapitan z lekkim grymasem. 

Odwrócił się na pięcie, nie miał zamiaru rozmawiać z nietutejszym rybakiem. 

-  Nie  mów  nic  dzieciom!  -  rzuciła  w  pośpiechu  po  fińsku.  -  Poproś  Petriego,  by  się 

nimi zajął. Poproś, by schował mój akt ślubu. Poproś, by odszukał... mego męża... 

Pociągnęli ją za sobą. 

Aleksanteri nie mógł nic zrobić. Nic poza złożeniem obietnicy: 

- Obiecuję. Uwolnimy cię. To jakieś potworne nieporozumienie. 

Przypomniał sobie płonący stos, który niedawno widzieli. 

Tego lata spalili na stosie czarownicę. Ale jego Raija nie może trafić na stos! 

background image

Raiję zaciągnięto do zacumowanej przy brzegu łodzi. Tam rzucono ją na ławeczkę, a 

jeden z żołnierzy na rozkaz kapitana dla bezpieczeństwa związał jej ręce. 

Zdążyła  jedynie  narzucić  szal  na  lekką  bluzkę,  więc  trzęsła  się  z  zimna  w  chłodnym 

morskim powietrzu. Ale chociaż prawie zsiniała, nie budziła litości w trzech mężczyznach w 

mundurach.  A  bynajmniej  nie  w  kapitanie.  Ledwie  dostrzegał  ją  w  trakcie  całej  drogi  do 

twierdzy.  A  kiedy  już  na  nią  patrzył,  za  każdym  razem  wydawało  się,  jakby  miał  zamiar 

zmrozić Raiję spojrzeniem swych zielononiebieskich oczu. 

Jego brwi były tak proste, jakby je ktoś wykreślił przy użyciu linijki. Ciemne i gęste, 

rysowały  się  pod  wysokim,  prostym  czołem.  Nos  miał  równie  prosty.  Kształt  twarzy  został 

zaznaczony  szybkimi,  energicznymi  kreskami.  Nad  mocną  brodą  widniały  szerokie  i 

zdecydowane  usta.  Było  coś  surowego  w  tym  człowieku.  Coś  mrocznego  i  zimnego.  Nawet 

wijąca się grzywka, kontrastująca z ostrością rysów twarzy, nie była w stanie złagodzić tego 

wrażenia. 

Wszystko wokół wydawało się Raiji nierzeczywiste. Niczym jakiś koszmarny sen, w 

który nagle zapadła i nie potrafiła się obudzić. Nierzeczywiste - a jednak miała świadomość, 

ż

e się jej naprawdę przydarzyło. 

Tu i teraz. 

Rozumiała nawet dlaczego. 

Aleksanteri rozpowiadał wszem i wobec, że uratowała go od śmierci i inne bzdury. 

Przesadnie ubarwiał opowieść, nie zastanawiając się nad tym, co robi. Kto by zresztą 

pomyślał o konsekwencjach? Nawet jej by to nie przyszło do głowy. 

Nie  mogła  mieć  pretensji  do  Aleksanteriego,  chociaż  to  on  bezpośrednio  przyczynił 

się do jej pojmania i oskarżenia o czary. 

Ci szaleńcy słyszeli, co mówił na jej temat. 

Może zbyt chłodno do tego podchodziła? 

Raija  przyjrzała  się  otaczającym  ją  twarzom.  Były  pozbawione  wyrazu.  Dwaj 

ż

ołnierze wydawali się bardzo młodzi, jeszcze niedojrzali. Nie byli starsi od niej samej. 

Czy naprawdę myśleli, że jest czarownicą? 

Oficer na pewno. 

Raija  nie  miała  co  do  tego  wątpliwości.  Siedział  na  wprost  nieporuszony,  gotów  w 

każdej chwili rzucić się na nią, gdyby próbowała jakichś sztuczek. 

background image

Raija nie rozumiała jego nienawiści. 

Nie wykonywał swej pracy z obowiązku, widać to po nim wyraźnie. Powodowała nim 

nienawiść. 

Czy powinna krzyczeć? 

Czy powinna bić na oślep i wierzgać? Bronić się za wszelką cenę? Zaczynała nabierać 

przekonania, że swym spokojnym zachowaniem świadczy przeciwko sobie. 

Obserwowali ją. W milczeniu oceniali każdy jej najmniejszy gest. Już ją skazali. 

Raija  nie  liczyła  na  jakiekolwiek  postępowanie  sądowe.  Rozprawią  się  z  nią  jak 

najszybciej. 

Petriemu nigdy się nie uda odnaleźć Reijo, a gdyby nawet, to i tak nic nie wskórają. 

Czy mogą się przeciwstawić uzbrojonym po zęby żołnierzom? 

Obecne położenie wydawało się Raiji gorsze niż kiedykolwiek wcześniej. 

Jednak nie bała się. 

Każdą komórkę jej ciała wypełniał lodowaty spokój. Nie czuła już chłodu, była równie 

zimna jak wiatr, który ją smagał. Sina i blada, siedziała nieruchomo między żołnierzami. 

Kapitan  zapamiętał  to.  Później,  kiedy  został  sam,  napisał:  „Kobieta  wykazywała 

zadziwiający  spokój.  Uparcie  nie  pochylała  głowy,  pewna,  że  Szatan  jej  nie  opuści”.  Uznał 

podejrzaną za winną, zanim jeszcze udowodnił jej winę. 

Ż

ołnierze  obeszli  się  z  Raiją  brutalnie,  wyciągając  ją  z  łodzi  na  ląd.  Żadnemu  nawet 

przez  myśl  nie  przeszło,  że  sprawiają  jej  ból.  Ona  natomiast  zagryzła  zęby.  Nie  będzie  ich 

błagać. 

Może szła zbyt wolno. Może chcieli jeszcze bardziej ją upokorzyć; w pewnej chwili z 

całej  siły  pchnęli  Raiję  w  plecy,  tak  że  upadła.  Ponieważ  miała  ręce  związane  z  tyłu,  nie 

mogła się podeprzeć. Upadając, rozdarła spódnicę i poczuła pieczenie w jednym z policzków. 

Bolało, lecz nikt nie oczyścił świeżej rany z piasku, który się w nią wbił. 

Raija  ujrzała  natomiast  nieznaczny  uśmiech  igrający  w  kącikach  ust  kapitana. 

Lodowaty wzrok jakby rozbłysnął. 

- Przebieraj szybciej nogami, czarownico! - wypalił jeden z żołnierzy. 

- Bardziej chyba przywykła do miotły - roześmiał się drugi, lecz jego śmiech urwał się 

nagle,  kiedy  żołnierz  napotkał  karcący  wzrok  przełożonego.  Wystarczyło  jedno  spojrzenie. 

Choć pewnie zgadzał się z chłopakiem, nie pozwalał na tego typu żarty. To oszczędziło Raiji 

drwin,  lecz  wcale  nie  czuła  wdzięczności  dla  kapitana.  Wolałaby,  żeby  splunął  jej  w  twarz, 

niż żeby traktował ją z tak zimną pogardą. 

background image

Zaprowadzili ją na dół do maleńkiej, niemal czarnej jak studnia piwnicy. Tak wąskiej, 

ż

e Raija mogła dotknąć ścian po obu stronach celi, kiedy stanęła na środku z wyciągniętymi 

na boki ramionami. 

Jedyne  okienko  umieszczono  w  drzwiach.  W  lochu  panowała  ciemność,  ciasnota, 

wilgoć i chłód. 

Cztery ściany, sufit, brudna podłoga i drzwi. 

- Wkrótce do ciebie wrócimy - rzekł kapitan złowieszczo, kiedy odchodzili. 

Przystanął na chwilę w milczeniu, obserwując Raiję w półmroku. Następnie zatrzasnął 

z hukiem drzwi i przekręcił klucz. 

Zabrzęczały łańcuchy. 

Została sama. 

Kroki coraz bardziej się oddalały, w końcu zniknęły w bezdennej ciszy. 

Raija  zacisnęła  dłonie  na  ramionach.  Potwornie  tu  zimno.  Śmierdziało  brudem, 

stęchlizną, wymiocinami... 

Cisza  nie  była  absolutna.  Pod  ziemią  wszystko  nabierało  głuchego  i  stłumionego 

brzmienia. Brzęczały jakieś kajdany. Z góry dochodził odgłos kroków. 

Czyżby  ktoś  krzyknął,  czy  tylko  jej  się  wydawało?  Nie  miała  pewności.  Nie  chciała 

się nawet nad tym zastanawiać. 

-  To  najgorsza  historia,  w  którą  zostałaś  wplątana,  Raiju  -  powiedziała  do  siebie  na 

głos. 

Głos zagrzmiał, jakby krzyknęła. Brzmiał obco. Niemal przerażająco. 

Dlaczego się nie bała? 

Lęk byłby naturalną reakcją. Powinna drżeć ze strachu jak liść osiki jesienią. A jednak 

czuła się silna. Nie miała pojęcia, skąd bierze się ta moc i odwaga. Ale  wypełniała ją. Raija 

zastanawiała się też nad tym, że nie czuła zimna. W lochu panował dotkliwy chłód, lecz ona 

nie marzła. Dłonie miała chłodniejsze niż zwykle, ale nie dygotała z zimna. 

-  O  Boże,  Mikkal!  Chyba  zaczynam  wariować.  Skończę  na  stosie,  wszystko  na  to 

wskazuje.  Lecz  wcale  się  nie  boję.  Bóg  jeden  wie,  co  ze  mną zrobią,  zanim  pochłonie  mnie 

ogień, lecz tego się także nie boję. Czyżbym zaczynała całkiem tracić rozum? 

Gryzła dłonie z bezsilności, bardziej przerażona brakiem strachu niż tym, co się miało 

zdarzyć. 

W  sposób  całkiem  naturalny  zwróciła  się  znowu  w  myślach  do  tego,  o  którym  na 

wiele tygodni zapomniała. 

background image

- Mikkal, nikt nie może teraz mi pomóc. Żaden z ludzi na świecie! Nawet ty. Tak to 

się  chyba  miało  skończyć.  Jakże  się  Elle  pomyliła!  Jak  potwornie!  A  ja  całymi  latami 

wierzyłam jej słowom. Szczęście nie było nam sądzone, nigdy nie mieliśmy do siebie należeć. 

Jakże podły jest los, igrając bezlitośnie z nami! Tak niewiele otrzymaliśmy w zamian za nasze 

marzenia i godziny tęsknoty... 

Upadła  na  kolana.  Wilgoć  podłogi  zaczęła  wsiąkać  w  ubranie,  ale  Raija  nie  zwróciła 

na to uwagi. 

Bardziej dokuczliwy wydawał się ból innego rodzaju. 

- Nigdy cię nie zobaczę, Mikkal. - Myśl o tym wycisnęła łzy. - Nigdy cię nie obejmę. 

Nigdy więcej nie poczuję twoich ust na swoich... 

Ś

mierć  to  co  innego.  Raija  nie  potrafiła  jej  do  końca  pojąć  -  wydawała  się  taka 

niejasna  i  niezrozumiała  i  znajdowała  się  poza  jej  światem.  Lecz  świadomość,  że  śmierć 

miałaby ją rozdzielić z Mikkalem - na zawsze - raniła jak ostrze noża. Ściskała za serce. 

Dopiero wtedy Raija pochyliła głowę. 

- Walcz! Głos dochodził jakby z głębi duszy. 

-  Nie  zrobiłaś  nic  złego.  Nie  jesteś  żadną  czarownicą.  Znasz  niektóre  zioła  i 

wyleczyłaś  pewnego  człowieka,  ale  nic  poza  tym.  Uzdrawianie  ludzi  nie  może  być  niczym 

złym.  Nie  mogą  ci  nic  zarzucić,  Raiju.  Nawet  drobiazgu.  Walcz!  Pokaż  im,  że  jesteś  Raiją 

Alatalo! 

Wpatrywała  się  szeroko  otwartymi  oczami  w  nieprzeniknioną  ciemność.  Nie  miała 

odwagi uwierzyć, że potrafi się obronić. 

Nie wiedziała, czy się odważy. 

To z pewnością jeszcze wszystko pogorszy. 

Dodatkowo przeciągnie w czasie cierpienie... 

No i co z tego? Czy nie chcesz żyć, Raiju? Czy nie chcesz trzymać się życia, choćby w 

skrajnym bólu? Prosiłaś Aleksanteriego, żeby walczył. Czy sama nie podejmiesz tej walki? 

Czy była słabsza niż Santeri? Czyż nie miała dla kogo żyć? Co mogą jej zrobić? 

Prawda nasunęła się sama, śmiertelnie oczywista: Mogą ją spalić na stosie. 

Ale nie uczynią tego od razu. 

To potrwa. 

Im  mężniej  będzie  walczyć,  im  bardziej  będzie  się  przeciwstawiać,  tym  dłużej  to 

potrwa. 

Czas pracował na jej korzyść. 

background image

Może  się  ugiąć  przed  mężczyzną,  który  sądzi,  że  potrafi  ją  zmrozić  samym 

spojrzeniem, albo też może wyprostować plecy i zmierzyć się z nieprzeniknionym pancerzem, 

który nosił, wykorzystując swoją własną siłę. 

Raija Alatalo może zostać zdeptana na proch błyszczącymi oficerkami albo podnieść 

się i żyć. 

- Dziękuję, Mikkal! - szepnęła gorąco w ciemności. 

Ani  przez  moment  nie  miała  wątpliwości,  że  jej  teraz  pomógł.  To  jego  moc  czuła. 

Jego dłoń na swym ramieniu. 

. - Coś niedobrego dzieje się z Raiją. 

Mikkala  przez  cały  ranek  dręczył  niepokój.  Reijo  słyszał,  że  przyjaciel  źle  spał,  lecz 

go nie budził. Bruzda między brwiami wydawała się głębsza niż kiedykolwiek. Mikkal oparł 

się ciężko o reling, zwracając wzrok ku zachodowi. 

Nadal jak okiem sięgnąć widać było tylko morze. 

- Z Raiją dzieje się coś bardzo niedobrego - powtórzył. 

- Nie możesz tego wiedzieć! - westchnął Reijo. Powtarzało się to, czego doświadczał, 

będąc z Raiją. Przesadna wyobraźnia. Mikkal położył dłoń po lewej stronie piersi. 

- Czuję to - rzekł poważnie. - Czuję to tutaj. Raija mnie potrzebuje. 

Reijo uśmiechnął się. Blado. 

- Mówisz o mojej żonie - zauważył sucho. 

- Ty jej nie chcesz. A ja tak. Miał rację. W całej swej prostocie miał rację. Tak było. 

Ale ani Mikkal, ani Reijo nie domyślali się, gdzie mogła teraz być. 

Wyprawa  na  wschód  okazała  się  druzgocącą  porażką  dla  nich  obu.  Nie  dotarli  do 

Archangielska. Dużo wcześniej zatrzymali ich Rosjanie. Na nic się nie zdały ich zapewnienia, 

ż

e  nie  mają  nic  do  sprzedania.  Uznano  ich  za  handlarzy,  którzy  chcą  konkurować  z 

miejscowymi kupcami. 

Nie pomogły też wyjaśnienia, że znają człowieka o imieniu Jewgienij, mieszkającego 

w  Archangielsku.  Informacja,  że  był  kapitanem  statku  „Sankt  Nikołaj”,  również  nie 

przyniosła rezultatu. Kazano im zawrócić na zachód. Odpłynęli pod eskortą rosyjskich łodzi, 

które miały za zadanie przypilnować, żeby się przypadkiem nie rozmyślili. 

Przeświadczenie  Mikkala,  że  Raija  potrzebuje  pomocy,  pogorszyło  jeszcze  sytuację. 

Niezależnie od tego, czy miało związek ze snem, czy z rzeczywistością. 

-  Raija  sobie  poradzi  -  odparł  rzeczowo  Reijo.  -  Zawsze  dawała  sobie  radę.  Nie 

ośmieszaj się, mówiąc, że jest inaczej, Mikkal! Ułożyła sobie zupełnie nowe życie po drugiej 

background image

stronie granicy. Nie potrzebuje żadnego z nas. My natomiast potrzebujemy wody i żywności. 

Będę skakał z radości, kiedy wreszcie ujrzymy Vardo. 

Mikkal  nie  odpowiedział,  jedynie  wpatrywał  się  ponuro  przed  siebie.  Ujrzał  ją  tak 

wyraźnie w swoim śnie. Przyszła do niego jak wtedy, kiedy nie rozumiał, co to znaczy. 

Wtedy Elle musiała mu to wyjaśnić, a on jej nie wierzył. 

Wiele wody w morzu upłynęło od tego czasu. Mikkal miał o parę lat więcej i więcej 

też widział. 

Bardziej tęsknił. 

Teraz zrozumiał swoją wizję. I uwierzył. Niech Reijo myśli sobie, co chce. 

Raija  go  potrzebuje.  Potrzebuje  go  tak  bardzo,  że  zwróciła  się  do  niego  o  pomoc. 

Dotarła do niego w niezwykły sposób, jak nikt inny tego nie potrafi. 

Czuł  się  taki  zmęczony,  kiedy  się  obudził.  Tak  bardzo  wyczerpany,  chociaż  miał  za 

sobą  długą  noc.  Reijo  wspominał,  że  niespokojnie  spal.  Że  się  rzucał  i  mówił  przez  sen. 

Mikkal wiedział, że nie to było powodem osłabienia. 

Raija go potrzebowała. Potrzebowała jego siły. Przyszła do niego i wzięła, co mogła. 

Mikkal zacisnął pięści. To tak niewiele. I tak niejasne. 

Reijo był przekonany, że Raija jest w Rosji. 

Mikkal nie powiedział tego głośno, lecz miał pewność, że przyjaciel się myli. 

Raija nie mogła być tak daleko. 

Powiedziałaby  mu,  gdyby  płynęli  w  złą  stronę.  Potrzebowała  go,  a  on  nie  chciał  jej 

zawieść.  Być  może  nie  był  wiele  wart  ze  sztywną  nogą,  ale  nadal  ją  kochał  ponad  własne 

ż

ycie, z radością więc poświęciłby dla niej wszystko, co miał. 

Musiał  wierzyć,  że  los  prowadzi  go  we  właściwym  kierunku.  Gdyby  nie  wierzył, 

oszalałby... 

Przynieśli  jej  jedzenie.  Raija  nie  wiedziała,  ile  minęło  czasu,  od  chwili,  gdy  ją 

pojmano. W jej czarnym więzieniu dzień i noc były do siebie podobne. 

Chciało jej się pić. 

W ustach tak jej zaschło, że język przyklejał się do podniebienia. Wargi jej popękały i 

piekły. Przełykanie nic nie pomagało. Nie miała już śliny, żeby zwilżyć gardło. 

Cała  była  przemoczona.  Nie  mogła  spać  na  stojąco,  a  zimna  podłoga  była  wilgotna  i 

brudna.  Wszystko  wsiąkało  w  ubranie,  które  stało  się  ciężkie  i  lepkie.  Brudne.  Również  jej 

włosy się zabrudziły. Nie dali jej nawet kubła. Musiała się załatwiać w kącie. 

To upokarzające. 

background image

Smród przyprawiał ją o mdłości. Na myśl, że sama się do tego przyczynia, robiło się 

jej niedobrze. 

Jeżeli wymyślili to po to, żeby ją złamać, to w znacznym stopniu im się udało. 

Czuła się nędznie. 

Wszystko wydawało się takie proste, kiedy po raz pierwszy obudziła się w tym lochu. 

Wypełniała ją wówczas odwaga i siła. 

Wtedy mogłaby się zmierzyć z kimkolwiek i wytrwać. Wtedy chciała tylko walczyć. 

Mikkal chciał, żeby walczyła. 

Teraz nie wiedziała już, co myślał Mikkal. 

Znajdował  się  tak  daleko.  Nie  pojawiał  się  już  w  jej  snach.  Już  nie  śniła.  Nie  tak 

prawdziwie.  Marzyła  tylko  o  wodzie...  O  krystalicznie  przejrzystej,  szemrzącej  źródlanej 

wodzie, tryskającej spomiędzy zielonych kęp trawy. 

Mogłaby wtedy położyć się na brzuchu i zatopić twarz w zimnym, wartkim, świeżym 

strumieniu... 

Raija  wyszarpnęła  bluzkę  ze  spódnicy.  Ręce  jej  drżały,  kiedy  wpychała  skrawek 

materiału  do  ust.  Z  zamkniętymi  oczami  próbowała  wyssać  choć  kroplę  tej  wilgoci,  którą 

ubranie wchłonęło z podłogi. 

Uczyniła to samo z brzegiem spódnicy. Ssała materiał jak oszalała. Usta nie wydawały 

się już takie suche. 

Pewnie, że nie było to smaczne - nie wiadomo dlaczego smakowało trochę jak gnijąca 

ziemia - ale wargi trochę zmiękły, a język przestał rosnąć w ustach. Żołądek nadal wydawał 

się niczym czeluść. Nie krzyczał już, ścisnął się. Lecz Raija nie mogła myśleć o jedzeniu. 

Musiała myśleć o tym, żeby przeżyć. 

Ż

ycie wiele dla niej przygotowało. Na pewno! Chciała żyć. 

Hans Fredrik Feldt poprawił kołnierzyk. Wiedział, że dobrze się prezentuje. Odrobina 

próżności stanowiła jego jedyną wadę. Mężczyzna mógł sobie na to pozwolić, jeżeli poza tym 

był bez zarzutu. A taki był kapitan Feldt. 

Jego  postępowanie  oceniano  jako  nienaganne.  Miał  znakomitą  opinię.  Za  kilka  lat 

będzie  mógł  wrócić  na  południe.  Być  może  odłoży  trochę  pieniędzy.  Być  może  zyska 

nazwisko, które będzie chętnie powtarzane w najlepszych kręgach. 

Taki wyznaczył sobie cel. 

I pragnął zemsty. 

Tegoroczne  lato  zadowalało  go  w  tym  względzie.  Jak  na  razie.  Uprzątnął  trochę  tej 

hołoty. Nie w takim stopniu, jak by tego pragnął, ale teraz dokonał wielkiego czynu. 

background image

Anna  Benet  wreszcie  się  poddała.  Wszystkie  tak  kończyły.  Wystarczyło  je  trochę 

przycisnąć i musiały się przyznać. Wtedy musiały się poddać, wszystkie zwolenniczki diabła. 

Na tej strasznej górze Domen aż się od nich roi. 

Zło nie musi szukać daleko, by werbować nowych służalców. Jeśli okazywały się nimi 

kobiety, Hans Fredrik szczególnie gorliwie starał się udowodnić im winę. 

Jeżeli w dodatku były młode i piękne, nigdy nie mogły zostać uwolnione. 

Ta, którą niedawno uwięził, nie ma żadnych szans. 

Ma te same zgubne oczy jak dziewczyna, przez którą znienawidził wszystkie kobiety. 

Umrze, ta czarnowłosa kocica, lecz Hans Fredrik nie odmówi sobie tej przyjemności, 

by przedtem ją poniżyć i rzucić na kolana - przed sobą. Dopiero wtedy pójdzie na stos. 

Przeciągnął palcami przez włosy. Zaklął cicho, ponieważ nigdy nie chciały się ułożyć, 

jak  przystało  mężczyźnie  na  jego  stanowisku.  Nie  dlatego,  żeby  mu  to  przeszkadzało.  Nie 

musiał się przecież stroić na przesłuchanie czarownicy. 

Mimo to starannie się uczesał, zanim założył czapkę. 

Napotkał  własne  odbicie  w  niewielkim  lustrze  wiszącym  na  ścianie  jego  ciasnego 

biura tuż przy drzwiach. 

Hans  Fredrik  Feldt  nie  uśmiechał  się  często,  lecz  uznał,  że  teraz  musi  się  do  siebie 

uśmiechnąć. 

Zabrał  ze  sobą  dwóch  podwładnych,  którzy  mieli  mu  asystować  w  pierwszym 

przesłuchaniu. 

Potrzebował świadków. Poza tym tortury nie miały sensu, gdy nikt poza nim tego nie 

widział. Nie miały żadnej wartości. Żołnierze byli młodzi i niedoświadczeni. Poznał po nich, 

ż

e nie całkiem podobało im się to, w czym mieli uczestniczyć. 

Widział to wiele razy. Wszyscy na początku zachowywali się tak samo. 

Zakłopotani, niepewni, przestraszeni... 

Z pewnością będą ich dręczyć wyrzuty sumienia. 

Dziewczyna jest taka młoda i naprawdę piękna. 

Ostatnie  dwie  doby  spędzone  w  lochu  pewnie  zmieniły  ten  stan  rzeczy  -  już  Hans 

Fredrik Feldt się o to postarał - ale nigdy nic nie wiadomo... 

Jeśli  rzeczywiście  jest  taka  zdolna,  jak  mówiła  Anna  Benet,  trzeba  ją  odpowiednio 

potraktować. 

Do siebie samego i własnej odporności miał zaufanie, lecz nigdy nie mógł być pewien 

tych młokosów. 

Piękna twarz mogła omamić niewinną duszę. 

background image

-  Pozwalam  wam  dziś  uczestniczyć  przy  przesłuchaniu  nie  byle  kogo  -  mówił,  kiedy 

schodzili w dół ciemnym korytarzem. - To najbardziej niebezpieczna wiedźma spośród tych, 

które  pojmaliśmy  tej  wiosny.  Być  może  najgroźniejsza  ze  wszystkich,  jakie  do  tej  pory 

więziliśmy. Słyszałem, że dopuściła się bardzo poważnych wykroczeń... 

Hans Fredrik uczynił wymowną przerwę. 

- Liczę, że nie dacie się oczarować. Że kiedy będzie trzeba, okażecie się mężczyznami 

i nie zachowacie się jak niewiasty lub inne słabe istoty. 

Obaj  chłopcy  skinęli  niepewnie  głowami.  Przełknęli  ślinę.  Starali  się  sprawiać 

wrażenie, że dobrze wiedzą, co ich czeka, lecz wcale tak nie było. 

- Nie ma obawy, kapitanie Feldt - zapewnił jeden z nich. - Jesteśmy żołnierzami. 

Kapitan zrobił zadowoloną minę. 

Zdawało mu się, że został dobrze zrozumiany. 

Zatrzymał  się  na  szeroko  rozstawionych  nogach  przed  salą  przesłuchań.  Jego 

podwładni poszli niepewnie za jego przykładem. 

Feldt  nonszalancko  rzucił  pęk  kluczy  w  stronę  jednego  z  nich.  Chłopak  był  tak 

zdenerwowany, że w ostatniej chwili ledwie udało mu się je pochwycić. 

Kapitan skinął ku schodom prowadzącym jeszcze niżej. 

-  Przyprowadźcie  ją!  -  rozkazał.  -  W  tej  sali  wyciśniemy  z  niej  prawdę.  Jeżeli  nie  w 

ten, to w inny sposób. 

Jego ton nie wróżył nic dobrego. 

Patrzył,  jak  młodzi  znikają,  po  czym  otworzył  drzwi  i  wszedł  do  pomieszczenia,  w 

którym się czuł najlepiej. 

Raija  nie  zamierzała  tego  zrobić,  ale  kiedy  usłyszała  kroki  i  zgrzyt  klucza  w  zamku, 

instynktownie poderwała się na nogi i stanęła przy drzwiach. 

Zła  na  samą  siebie,  cofnęła  się,  zanim  otworzono  drzwi.  Zobaczyła,  że  to  nie  sam 

najważniejszy  kapitan  o  lodowatym  spojrzeniu.  Zamiast  niego  zjawiło  się  dwóch 

młodzieńców o rozbieganych oczach. Popatrzyli na nią niepewnie. Wymienili spojrzenia. 

Raija  podeszła  do  nich  bardzo  blisko.  Poczuła  przyjemność,  widząc,  jak  się  cofnęli. 

Brzydko pachniała. 

- Nie zabieracie mnie ze sobą? - spytała, wychodząc za nimi na korytarz. 

Ś

wiatło wabiło ją jak ćmę. Gęsta ciemność lochu groziła jej rozsadzeniem głowy. 

Spojrzała  po  sobie  i  musiała  się  roześmiać.  Bluzka  wisiała  w  nieładzie,  wyjęta  na 

wierzch na spódnicę. Całe ubranie było brudne i powalane, poplamione wszystkim, co zostało 

wdeptane w podłogę. 

background image

Ręce  miała  czarne,  nie  wątpiła  w  to,  że  jej  twarz  wyglądała  podobnie.  Nie 

przedstawiała sobą ładnego widoku, do tego dochodził nieprzyjemny zapach. 

- Gdzie jest kapitan? - spytała z lekką drwiną, kiedy żołnierze popychali ją przed sobą 

w górę schodów. - Czy sam nie ma odwagi przyprowadzić tak strasznej wiedźmy? 

Raija poczuła na plecach kolejne popchnięcie. 

- Kapitan Feldt czeka na ciebie. To on będzie cię przesłuchiwał. 

background image

10 

Reij  o  nie  lubił  zbyt  zatłoczonych  portów.  Nie  lubił  miejsc,  w  których  mógłby  na 

swoje nieszczęście spotkać przedstawicieli urzędu i władzy. 

Przybywał ze wschodu. Trudno powiedzieć, jakie wnioski mogliby z tego wyciągnąć 

wścibscy mężczyźni w mundurach. 

Nie  miał  wcale  zamiaru  rozgłaszać  wszem  i  wobec,  że  dotarł  aż  do  Rosji  w 

poszukiwaniu żony, która go opuściła. 

Nie miał ochoty przedstawiać się jako skończony idiota. 

Nie  zawinęli  do  samego  Vardo.  Wyznaczyli  kurs  na  zachód  od  miasta.  Ku 

przekrzywionym od wiatru barakom, w których zatrzymywali się rybacy, przybywający aż tu 

na północ na letnie połowy. Może kogoś jeszcze tam spotkają, choć właściwie sezon już się 

kończył.  Kogoś,  kto  mógłby  im  odpowiedzieć  na  kilka  pytań,  nie  wdając  się  w  dłuższe 

rozmowy. 

- Najlepiej trzymać się równych sobie - zwrócił się do Mikkala. - Bogacze nie gadają z 

takimi  jak  ty  i  ja,  Mikkal.  Pewnie  nawet  na  ciebie  nie  spluną.  Uważają,  że  są  na  to  zbyt 

dobrze wychowani. 

Mikkal roześmiał się. 

Opanował go dziwny spokój. Nadal czuł przejmujący chłód, ale się uspokoił. 

Coś się stało Raiji. Nie wiedział, co takiego. Coś niedobrego, ale się nie bał. Nie tak 

bardzo. Miał wrażenie, że to coś przemijającego. 

Dziwne,  ale  ciągnęło  go  ku  czemuś  nieodwracalnemu,  ku  czemuś,  co  groziło 

zniszczeniem wszystkiego, co było mu drogie. Wydawało mu się, jak gdyby śmierć znalazła 

się  bardzo  blisko  Raiji.  Jak  gdyby  w  całym  swoim  okrucieństwie  i  całej  swej  brzydocie 

właśnie ją wybrała sobie za cel, lecz uznała, że dziewczyna jednak nie załatwiła wszystkiego 

na tym świecie. Jeszcze nie. Mikkal wiedział, że Raija ma przed sobą jakąś przyszłość, ale nie 

miał pojęcia, jak długą. 

Wzbudzili  ogólne  zainteresowanie.  Nie  mogli  się  spodziewać  niczego  innego.  O  tej 

porze większość rybaków wyruszyła już do domu. Rzadko przypływały  nowe łodzie. A tym 

bardziej  ze  wschodu.  Reijo  wyglądał  tak,  jak  wyobrażali  sobie  rybaka,  szypra.  Miał  proste 

ubranie,  jak  oni  sami.  Zarówno  spodnie,  jak  i  kurtka  były  połatane,  mieszkańcy  baraków 

mogli  z  zamkniętymi  oczami  powiedzieć,  że  cały  jego  strój  dawno  nie  widział  nic  prócz 

słonej wody. 

background image

Jednak Mikkal się wyróżniał. Przywykł co prawda do pracy na łodzi i robił to, co do 

niego należało, ale nie wymienił skórzanego ubrania na odzież Norwegów lub Finów. 

Był  Lapończykiem  i  czuł  z  tego  powodu  dumę.  Nie  przeszkadzało  mu  to,  że  tak 

bardzo się wyróżniał, chciał, żeby wiedzieli, kim jest. 

Gorzej,  że  ludzie  jeszcze  bardziej  wytrzeszczali  oczy,  kiedy  zobaczyli,  jak  chodzi. 

Musiał podpierać się laską i mocno utykał. Nie miało być lepiej - nigdy. 

- Powinienem się chyba przyzwyczaić, że się gapią - mruknął przez zaciśnięte zęby do 

Reijo. - Chłop ze sztywną nogą. Dużo czasu upłynie, zanim znowu zobaczą kogoś takiego jak 

ja. 

- Powinieneś przestać się tym przejmować. 

Reijo  zrezygnowany  wzruszył  ramionami.  Nie  potrafił  całkiem  zrozumieć  Mikkala. 

Najwyższy czas, do diabła, by przestał się nad sobą użalać. 

-  Ciesz  się,  że  w  ogóle  żyjesz,  Mikkal.  Mikkal  nie  odpowiedział.  Zauważył,  że  dla 

Reijo  bardziej  zajmujące  jest  spotkanie  z  nieznajomymi,  rozmowa  z  nimi,  niż  słuchanie 

przyjaciela.  Cudze  kłopoty  stają  się  z  czasem  nudne.  Mikkal  nie  myślał  o  tym  wcześniej, 

zanim jemu samemu to się nie przytrafiło. 

Reijo  wybiegł  na  ląd.  Spieszno  mu  było  z  wyciąganiem  ręki  i  zawieraniem  nowych 

znajomości.  Nie  miał  trudności  z  poznawaniem  ludzi.  Było  coś  w  nim  samym,  że  ludzie  go 

lubili. Że polegali na nim, pragnęli zyskać go sobie jako przyjaciela. 

Uznawali go za kogoś równie solidnego jak  norweskie skały.  Zawsze niezawodnego. 

Nie  grał.  Nie  udawał.  Nie  starał  się  wydawać  kimś  więcej,  niż  był.  Ale  to  wystarczyło.  Nie 

spotkał nikogo, kto by pragnął go zmienić. 

Mikkalowi  podobało  się  to  w  Reijo.  Sam  dobrze  ukrywał  swoje  prawdziwe  oblicze. 

Nie  dopuszczał  innych  zbyt  blisko.  Dbał  starannie,  by  zawsze  pozostał  jakiś  dystans. 

Pilnował,  by  nikt  nie  próbował  go  zajść  od  tyłu.  Wycofywał  się,  kiedy  sytuacja  stawała  się 

zbyt trudna. Kiedy ludzie zanadto się do niego zbliżali. 

Tylko  Raija  przedostała  się  przez  tę  skorupę.  Jednak  pośród  szczęścia,  które  dzielili, 

doświadczyli  również  wiele  bólu.  Gdy  za  bardzo  się  do  kogoś  zbliżymy,  zaraz  pojawia  się 

cierpienie. 

Posuwał się w ślad za Reijo. Potrząsał wyciągniętymi dłońmi. Czuł, że nie witają  go 

równie serdecznie jak Reijo. Mikkal zdawał sobie sprawę, że tutaj to on był obcym ptakiem. 

Zamknął się w sobie. Tak, jak to robił przez całe życie. 

Nigdzie naprawdę nie czuł się jak u siebie. 

Wszędzie obcy, niezrozumiany. Zmuszony pokonywać chłód, z jakim wita się obcych. 

background image

Sądził, że jest mu ciężko. Wyobrażał sobie, że Raiji jest łatwiej. 

Tutaj,  między  rybakami,  którzy  posiadali  niewiele  więcej  niż  on,  zrozumiał,  co  to 

znaczy się wyróżniać. Co to znaczy być jedyną osobą inną niż wszystkie. 

Zrozumiał, że Raija musiała być silniejsza, niż myślał. 

Poczuł się nieswojo. 

Ona  zawsze  była  w  takiej  sytuacji,  lecz  zaciskała  zęby  i  znosiła  to.  Udawało  jej  się 

nawet trzymać podniesioną głowę, niezależnie od tego, gdzie się pojawiała. 

Doszli  z  Reijo  do  końca  szpaleru  rybaków.  Jakiś  człowiek  -  w  wieku  Reijo,  jak  się 

zdawało - uśmiechając się, wyciągnął dłoń. W łamanym norweskim powiedział, że rzadko o 

tej porze roku widuje się tu nowe twarze. 

-  Nie  zostało  dla  was  zbyt  wiele  ryb.  Reijo  potrząsnął  dłonią,  chwyciwszy  ją  w  obie 

swoje. Uśmiech rozjaśnił również jego twarz. 

- Jesteś Finem, prawda? - spytał zachwycony w swym ojczystym języku. 

Tamten potwierdził to, unosząc brwi: 

- Aleksanteri Kilpi. 

-  Reijo  Kesaniemi.  I  mój  przyjaciel,  Mikkal  Persen.  Mikkal  skrzywił  się.  Nie  lubił 

norweskiej wersji swojego nazwiska. To nie był on. 

- Mikkal - rzekł krótko, kiedy wymieniali uściski dłoni. 

Fin o szczupłej twarzy pod rudoblond grzywką nie odrywał wzroku od Reijo. 

- A więc tak - rzekł powoli. - Więc to ty jesteś Reijo Kesaniemi. 

Wydawało się, jakby znał Reijo. Jakby czekał na niego całe życie, nie mając od niego 

ż

adnych wieści. Aleksanteri położył rękę na ramieniu rodaka. 

-  Musicie  pójść  ze  mną  -  rzekł  przyjaźnie.  -  Zwłaszcza  ty,  Reijo.  Mój  znajomy  z 

pewnością miałby ochotę się z tobą spotkać. 

Powiódł ich za sobą w stronę jednego z baraków, który wyglądał dokładnie tak samo 

jak  inne.  Szary  i  przekrzywiony  od  wiatru,  stanowił  jednak  dom  dla  tych  mężczyzn, 

zmuszonych zamieszkać z dala od swoich rodzin. 

Przed  barakiem  siedział  mężczyzna.  Obok  niego  dwoje  dzieci,  które  z  uwagą 

obserwowały coś na ziemi. Reijo nie mógł dojrzeć, co to takiego. 

Miła, domowa atmosfera. Reijo poczuł ukłucie w sercu. On także siedział kiedyś w ten 

sposób  -  zanim  wyjechał.  Zanim  Raija  nie  skorzystała  z  szansy,  której  nie  potrafił  jej 

odmówić. 

Dobry  Boże,  pomyślał  ze  smutkiem.  Wiele  by  oddał,  żeby  móc  jeszcze  kiedyś  tak 

siedzieć. Razem z Elise, maleńkim Knutem, jego własną najmłodszą Idą i Mają... 

background image

Maja...? 

O Boże! 

Reijo przystanął. Otworzył szeroko oczy. Odwrócił się do Mikkala i ujrzał jego bladą 

jak ściana twarz. 

Zrozumiał,  że  Mikkal  zobaczył  to  samo.  A  więc  nie  oszalał.  Nie  widząc  nic  poza 

czarną jak węgiel główką, runął w jej stronę jak pijany. 

Jego serce z pewnością biło nadal, lecz na chwilę jakby zamarło. Wszystko dla niego 

ucichło.  Nie  istniało  nic  innego.  Fale  przestały  bić  o  brzeg,  mewy  nie  skrzeczały,  wiatr  nie 

muskał chłodem odrętwiałych policzków... 

Maja... 

Wymówił chyba jej imię. Może zawołał... Nie był pewien. 

Jedyne,  co  dostrzegł,  to  że  podniosła  głowę.  Zobaczył,  jak  przygląda  mu  się  z 

niedowierzaniem, podobnie jak on sam przed chwilą patrzył. W ciągu kilku sekund poderwała 

się na nogi. 

Wyciągnęła ku niemu rączki. Podbiegła, szybko przebierając małymi stopkami. 

- Reijo! - krzyknęła, rzucając mu się w objęcia. 

Reijo porwał ją do góry i zakręcił wkoło. Maja ściskała go za szyję tak mocno, jakby 

już nigdy nie chciała puścić. 

-  Wróciłeś!  -  płakała  przy  mokrym  policzku  Reijo.  -  Naprawdę  wróciłeś!  Tylko  ja 

wierzyłam,  że  przyjdziesz.  Teraz  znowu  wszystko  będzie  dobrze.  Musi  być  dobrze.  Musisz 

przyprowadzić mamę. 

Mikkal  odwrócił  się.  Wpatrywał  się  nieruchomo  w  przybrzeżne  fale  uderzające  o 

skały. Morze było spokojne. 

Jego córka. 

Maja to przecież jego córka. 

Dziecko miłości jego i Raiji. Dowód na to, że do siebie należeli. Lecz nigdy nie będzie 

dla Mai ojcem. Maja była i będzie dziewczynką Reijo. 

Trudno to przełknąć. 

Jego  serce  krwawiło  za  każdym  razem,  kiedy  mała  z  ufnym  oddaniem  pokazywała 

Reijo, że jest jej jedynym prawdziwym oparciem w życiu. 

Reijo  postawił  Maję  na  ziemi,  lecz  ona  nadal  kurczowo  trzymała  go  za  rękę. 

Mężczyzna  siedzący  przed  barakiem  wstał,  odsunął  za  siebie  Knuta.  Ruszył  ku  przybyszom 

długimi krokami. 

background image

Reijo  ujrzał  wyrazistą  twarz.  Ciemne  oczy,  które  chłodno  go  oceniały.  Mężczyzna 

spojrzał ponad ramieniem Reijo na Aleksanteriego. 

- Kto to jest? - spytał lodowatym tonem, nawet nie pytając, czy nieznajomi rozumieją 

po fińsku. 

Aleksanteri nabrał powietrza: 

-  To  jest...  Reijo  Kesaniemi.  Powietrze  zgęstniało.  Reijo  tego  nie  zauważył,  lecz 

Mikkal  poczuł  wyraźnie.  Ostrożnie  się  obejrzał.  W  powietrzu  wisiało  coś,  co  mu  się  nie 

podobało. Niechęć. 

Skierowana ku Reijo... 

Mężczyzna przed Reijo odetchnął przez nos. Spojrzał na Maję. 

-  Odsuń  się  trochę,  dziecko!  Maja  postąpiła  krok  dalej  od  Reijo.  Puściła  jego  dłoń, 

lecz wyraz jej twarzy świadczył o tym, że uczyniła to niechętnie. 

-  Reijo  Kesaniemi.  -  Mężczyzna  powtórzył  nazwisko,  z  niechęcią  i  pogardą.  -  Od 

dawna chciałem cię spotkać - odezwał się ku zdumieniu Reijo i Mikkala. - I dać ci to. 

Zaciśnięta pięść wystrzeliła, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Reijo upadł. 

Mikkal ruszył mu na pomoc, lecz mężczyzna, który uderzył, uprzedził go. 

Wyciągnął do Reijo silną dłoń i na powrót postawił go na nogi. 

-  Nazywam  się  Petri  Aalto  -  rzekł.  -  A  jeżeli  wejdziecie,  opowiem  wam  pewną 

historię.  Powinienem  pewnie  żałować,  że  nie  uderzyłem  mocniej.  Albo  kilka  razy. 

Potrzebujemy jednak więcej mężczyzn. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią trzeźwo myśleć. 

Ani  Reijo,  ani  Mikkal  nie  czuli  się  choć  odrobinę  mądrzejsi,  kiedy  przestąpili  próg 

dość ciasnego, mrocznego baraku. 

Elise zareagowała podobnie jak Maja, lecz nieco bardziej powściągliwie. 

Nie podbiegła do Reijo, lecz zbliżyła się do niego małymi krokami. Nie rzuciła mu się 

na szyję, ale wspięła ostrożnie na palce i uścisnęła. Nie było jednak wątpliwości, że szczerze 

się ucieszyła. 

- Teraz wszystko będzie dobrze - szepnęła. W następnej chwili cofnęła się, a jej twarz 

jakby pojaśniała. Zerknęła na podłogę między pryczami, gdzie bawiła się mała dziewczynka, 

zupełnie nie speszona całym zamieszaniem. 

Reijo ścisnęło się gardło. Elise złapała go za rękę i pociągnęła w stronę dziecka. 

- Jeszcze nie widziałeś Idy, Reijo. Jest już taka duża, a ty jej jeszcze nie widziałeś. 

Nie potrafił wydobyć z siebie słowa, tak wielka wydawała się ta chwila. 

Cicho przykucnął przed maleńką dziewczynką. 

Podniosła wzrok. Przywitała go na swój dziecięcy sposób, ufnie, nieco zdziwiona. 

background image

Reijo spojrzał w swoje własne oczy. Swoje własne oczy z pewną domieszką ciemnego 

brązu  Raiji.  Zielone,  ale  nie  tak  jasne  jak  jego  -  niewątpliwie  miała  jego  spojrzenie.  Jego 

twarz.  Coś  z  Raiji  w  okolicach  nozdrzy.  A  także  w  lekko  wygiętych  brwiach.  Delikatną 

budowę również odziedziczyła po matce. 

Ale poza tym była córką swego ojca. 

Reijo nie potrafił sobie wytłumaczyć, skąd wzięły się u niej rude włosy, ale pasowały. 

Jego córeczka. 

Ida. 

Ku niemu wysunęła się maleńka rączka. 

Reijo przełknął ślinę i wyciągnął swoją ogromną dłoń. Złapała się za włosy i chociaż 

potrafiła już pociągnąć z pewną siłą, nie poczuła bólu. 

To jego dziecko. 

Ostrożnie przyłożył policzek do jej buzi. Zdawał sobie sprawę, że dawno się nie mył i 

ż

e jego zarost może kłuć, ale musiał poczuć dotyk tej skóry. 

Nigdy nie dotykał czegoś bardziej miękkiego. 

Ida wydawała się taka ufna. 

Nie  znała  go.  Była  też  zbyt  mała,  żeby  wiedzieć,  kim  jest  Reijo.  Za  mała,  żeby  to 

miało dla niej jakieś znaczenie w tej krótkiej chwili. 

Zarzuciła mu swe pulchne rączki na szyję. Przycisnęła swój mały, krągły policzek do 

jego policzka, mówiąc przy tym przeciągłe „aaa”. 

Reijo  prawie  się  rozpłakał.  Ukrył  twarz  w  ogniście  rudych  włosach,  zanim  odwrócił 

się do pozostałych. 

Jego głos drżał, kiedy spojrzał na Petriego i rzekł: 

- Miałeś nam coś opowiedzieć... Mikkal przerwał mu: 

- To dotyczy Raiji, prawda? Gdzie ona jest? 

- Kim jesteś... - spytał Petri. - Dla Raiji? Wiem, kim on jest - skinął głową na Reijo, 

nie patrząc w jego stronę - ale o tobie nic nie wiem. 

Szukał  w  pamięci.  Raija  opowiadała,  że  przez  kilka  lat  mieszkała  z  Lapończykami. 

Lecz  nigdy  nie  wymieniła  z  imienia  żadnego  z  nich.  Ten  człowiek  wydawał  się  jednak 

również w jakiś sposób związany z jej życiem. Petri zaniepokoił się. 

Mikkal nie odpowiedział. W jego niezwykłych oczach nadal kryło się pytanie. 

- Mikkal jest ojcem Mai - wyjaśnił zamiast niego Reijo. 

Petri  przeniósł  wzrok  z  mężczyzny  na  dziecko.  Dostrzegł  podobieństwo,  które 

powinien był zauważyć wcześniej. 

background image

Wymienił  spojrzenia  z  Aleksanterim.  Obaj  nazbyt  jasno  zdali  sobie  sprawę,  że  Raija 

nieprzypadkowo  milczała  na  temat  tego  Lapończyka.  Musiał  dla  niej  wiele  znaczyć,  skoro 

nawet o nim nie wspomniała. 

Patrzyli  to  na  Reijo,  to  na  Mikkala.  Zauważyli,  że  nie  ma  między  nimi  wrogości, 

jedynie zrozumienie, przyjaźń. 

Nie  do  pomyślenia  byłaby  podobna  więź,  gdyby  w  grę  wchodziła  inna  kobieta  niż 

Raija.  W  jej  przypadku  wszystko  wydawało  się  możliwe,  nawet  przyjaźń  między  mężem  a 

kochankiem. 

Petri spojrzał wprost na Mikkala. 

-  Pytałeś,  gdzie  jest...  -  Wciągnął  powietrze,  zanim  zdołał  wymówić  słowa:  -  Jest  w 

twierdzy w Vardo. Uwięzili ją. Jako czarownicę. 

Reijo i Mikkal spojrzeli na niego z niedowierzaniem. 

-  Czarownicę?!  -  zawołali  jednocześnie.  Mikkal  odwrócił  się  i  z  całej  siły  ścisnął 

krawędź najbliższej koi. Kostki jego dłoni zbielały. Pochylił głowę. Nie płakał. 

Nagle  zrozumiał  wszystko,  co  czuł  w  ostatnich  dniach.  Wszystkie  wrażenia,  które 

niejasno odbierał. 

- Czy to się stało cztery dni temu? - spytał głucho. - Czy zabrali ją cztery dni temu? 

Petri zadrżał. Skąd ten człowiek mógł o tym wiedzieć? 

- Tak - odparł tylko. Reijo poderwał się wściekły: 

- Jak to możliwe? Do diabła, jak to możliwe? W Raiji nigdy nie było nic mistycznego. 

Potrafi czarować tak samo jak ja. Kto jest temu winien? 

Petri odpowiedział spokojnie: 

-  Część  winy  ponosisz  ty,  ponieważ  ją  opuściłeś.  Część  winy  ponoszę  ja.  Część 

Aleksanteri. Został ranny, a Raija go wyleczyła... 

-  I  to  wszystko?  -  Reijo  nie  mógł  uwierzyć.  -  Nie  oskarża  się  kogoś  o  czary  za  coś 

takiego. 

- Tutaj tak - odparł Petri z powagą. - Kapitan w forcie ma bzika na punkcie czarownic. 

Kilka już spalił na stosie tego roku. 

Mikkal zrozumiał, skąd pochodziło wrażenie ognia. 

Lecz śmierć jej nie dosięgła... 

Skąd w takim razie wrażenie lodu? Zimna? 

-  Grozi  jej  stos?  -  spytał  Reijo,  siląc  się  na  spokój.  -  Czy  to  właśnie  chcecie 

powiedzieć? Może zostać spalona na stosie, chociaż jest niewinna? 

Petri skinął głową. Był śmiertelnie blady. 

background image

-  Nie  można  do  tego  dopuścić!  -  głos  Reijo  brzmiał  zdecydowanie.  -  To  nie  może 

spotkać  Raiji.  Nie  przeżyję  tego  po  raz  drugi!  Nie  mogę  znowu  stracić  bliskiej  osoby  w  ten 

sposób. 

Tylko Mikkal potrafił zrozumieć znaczenie słów przyjaciela. 

Reijo przerwał sam sobie i spojrzał na Petriego: 

- Tobie też była droga, prawda? Nie uderzyłbyś mnie, gdyby ci na niej nie zależało. 

Petri spuścił wzrok. Nie czuł wstydu. Tylko smutek. I złość. 

- Tak - odparł po dłuższej chwili milczenia. - Chyba rzeczywiście kimś dla niej byłem. 

I  jestem  na  ciebie  zły.  Ponieważ  ją  opuściłeś.  To  by  się  nie  zdarzyło,  gdybyś  został...  - 

Uśmiechnął się ponuro. - Wprawdzie bym jej nie poznał, a moje życie byłoby uboższe. Ale to 

by jej nie spotkało. 

-  Przyczyn  mojej  nieobecności  jest  więcej,  niż  ci  się  wydaje  -  rzekł  Reijo  cicho.  -  O 

wiele więcej... 

Oprócz tego nic nie powiedział. 

To Raiji był winien wyjaśnienia. Nikomu innemu. 

- Co zrobiliście, żeby jej pomóc? - rozległ się głos Mikkala. - Coś przecież musieliście 

zrobić? 

Aleksanteri usiadł, ciężko wzdychając. Reijo również opadł na jedną z koi, trzymając 

w ramionach Idę. Maja wdrapała się na górę i usiadła tuż obok. Przytuliła się do Reijo, dając 

tym samym do zrozumienia, że nie tylko Ida ma do niego prawo. 

Petri i Mikkal nadal stali. 

-  Udało  nam  się  nawiązać  kontakt  z  kimś  z  fortu  -  odezwał  się  Aleksanteri.  -  Drogo 

nas to kosztowało i niewiele się dowiedzieliśmy, ale informator zawsze może się przydać. 

- Na samej górze? - spytał Reijo. Aleksanteri potrząsnął głową. 

-  Nie  stać  nas  było,  żeby  opłacić  kogoś  wysoko  postawionego.  Ten  jest  żołnierzem 

zaciężnym. Był przy tym, jak Raiję po raz pierwszy przesłuchiwano. 

Aleksanteri spuścił wzrok, a usta Petriego wykrzywił grymas. 

-  Kapitan  nie  był  z  niego  zbyt  zadowolony.  Teraz  więc  chłopak  prawie  nie  ma  z  nią 

kontaktu.  Ale  wie  niemal  o  wszystkim,  co  się  dzieje  w  twierdzy.  I  tam  nie  można  utrzymać 

nic w tajemnicy. 

-  Co  z  nią  robili?  -  Mikkal  spojrzał  na  Aleksanteriego,  jego  nozdrza  drżały.  - 

Przypiekali ją? Rozżarzonymi cęgami? Poddawali chłoście? 

Aleksanteri  nie  mógł  wydobyć  słowa,  tylko  spojrzał  na  Mikkala  szeroko  otwartymi 

oczami. Ciarki mu przeszły po plecach. 

background image

- Skąd...? - spytał z wahaniem. To przechodziło jego pojęcie. 

Reijo  westchnął.  Również  on  zacisnął  powieki,  by  zatrzeć  obrazy,  które  malowała 

jego wyobraźnia. 

- Mikkal i Raija zawsze mieli ze sobą bardzo dobry... kontakt. 

Nie patrzył na nikogo, lecz czuł, że coś drżało w powietrzu. Napięcie. 

Dokładnie wiedział, co teraz myślą. Jak toczą walkę między wiarą a niewiarą. 

- Ja także w to nie wierzyłem - wyjaśnił. - Nie myślałem, że to możliwe, lecz coś jest 

między nimi. Jakaś nić. Nie wiem, jak im się to udaje, ale za każdym razem ich przeczucia się 

sprawdzają. 

-  Śmierć  zostawiła  Raiję  w  spokoju  -  powiedział  Mikkal  powoli.  -  Nie  potrafię  tego 

udowodnić, ale wiem, że życie zwyciężyło. Nie czuję strachu. Tylko spokój. I chłód. Jest tak 

dziwnie zimno... 

Aleksanteri i Petri nie wiedzieli, co o tym sądzić. Naturalnie Lapończycy mają swoje 

znaki i rytuały, ale to już pewna przesada. 

To istotnie pasowało do Raiji, ale leżało tak daleko poza ich zdolnością rozumienia. 

- Co możemy zrobić? - spytał Reijo. 

-  Czekać.  -  Petri  wyglądał  na  bezsilnego.  -  Gdybyśmy  mieli  jakieś  wpływy, 

moglibyśmy się za nią wstawić. Zaświadczyć, że jest dobrym, religijnym człowiekiem. To by 

pomogło... może. Nasz żołnierz uważa, że kapitan już uznał ją za winną i w tej sytuacji wła-

ś

ciwie niewiele można jej pomóc. Aleksanteri dodał: 

- Poza tym nie powiedziała im, kim jest. Podała im jakieś imię, które sama wymyśliła. 

Nazwała się Ritvą. Więcej z niej nie wydusili. 

Mikkal uśmiechnął się słabo: 

-  Raija  zawsze  była  silna.  Wydostaniemy  ją  stamtąd,  nawet  gdybym  gołymi  rękami 

miał ją wyciągnąć z płomieni. 

Reijo zbladł. 

- Boże, spraw, żeby do tego nie doszło! 

background image

11 

Była sama. Nie mogło być inaczej Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Mimo 

to Raija czuła się obserwowana. 

Nie wiedziała, że może istnieć tak potworna samotność. 

Czy minęło wiele dni? 

Nie miała pojęcia. 

Nikt jej nic nie mówił. 

To jej zadawano pytania. 

Od kogo nauczyła się czarów? 

Jak długo je uprawia? 

Jakie ciężkie grzechy popełniła? 

Ile osób uczyła? 

Co takiego podarował jej diabeł, żeby mu służyła? 

Jak często spotykała się z nim na górze Domen? 

Czy przyczyniała się do zatapiania statków? 

Czy zuchwale rozgłaszała, że może decydować o życiu i śmierci? 

Czy wiedziała, że to, co uprawia, jest bluźnierstwem wobec Boga? 

Czy wie, co robi się z bluźniercami i czarownicami najgorszego rodzaju, jak ona? 

Zaczęli wznosić dla niej stos... 

Nie  wstawała.  Nie  była  w  stanie.  Przy  najmniejszym  ruchu  czuła  ból  w  całym  ciele. 

Pieczenie, gdzie świeże rany dotykały mokrego, szorstkiego materiału ubrania. 

Kiedy leżała spokojnie, popadała jakby w odrętwienie. Wtedy już nic nie czuła. 

Ciaśniej owinęła wokół siebie strzępy ubrania. 

Zdarli z niej rzeczy. Mimo całego swego upokorzenia Raija zauważyła, że sprawiło im 

to pewnego rodzaju przyjemność. 

Pamiętała triumf, jaki rozbłysł w oczach kapitana. 

Nazywali go Feldt. 

Taki młody, a taki surowy. Taki nieludzki. 

Przyłożył  jej  do  ciała  rozżarzone  do  czerwoności  żelazo.  Słuchał  syku,  kiedy 

przypiekło  skórę,  a  potem  mięsień.  Patrzył  na  nią  szeroko  otwartymi  oczami,  przyciskając 

cęgi jeszcze mocniej. Widział jej ból, czekał na krzyk, ale przeliczył się... 

Raija przesunęła językiem po wargach. Zabolało. Były spuchnięte. 

background image

Zagryzła usta tak mocno, że pociekła krew, ale powstrzymała krzyk. 

Przywiązali ją za nadgarstki i kostki nóg i rozciągnęli na tej okropnej machinie, którą 

nazywali kołem tortur. 

Czuła, jak jej ciało wydłuża się do granic wytrzymałości. 

Widzieli, co zrobili. Widzieli - i rozciągnęli ją jeszcze trochę. 

Oczy  kapitana  nadal  promieniały.  Te  zimne  po  samo  dno  zielononiebieskie  oczy 

błyszczały jak gwiazdy na niebie w mroźną noc. Zerwali z niej ubranie. 

Nie zamierzali się bawić w rozpinanie guzików. Po prostu zdarli z niej wszystko. 

Ich  oczy  obserwowały  każdy  skrawek  jej  skóry.  Dostrzegła  w  nich  pożądanie.  Było 

równie silne jak odraza. Strach zmieszany z silną żądzą. 

Gwałcili  ją  wzrokiem,  a  to  wydawało  się  o  wiele  gorsze  niż  jakiekolwiek  fizyczne 

poniżenie. 

Kapitan wydawał się okrutniejszy, podlejszy, bardziej obłąkany niż pozostali. 

Raija zauważyła to. I kapitan zorientował się, że dziewczyna o tym wie. 

Stał się potem bardziej brutalny. O wiele bardziej szorstki. Bardziej bezduszny. Raija 

zrozumiała, że dostrzegła coś, do czego się nie przyznawał. Karał ją również za to. 

Dysponował niezbędną ku temu władzą. 

Władzą decydowania o jej życiu. 

A Raija zagryzała wargi, wbijała paznokcie w dłonie, ale nie krzyczała. 

Nie za pierwszym razem. 

Wydawał się rozczarowany. 

Niezadowolony z niej. 

Brutalnie wrzucili ją z powrotem do tej czarnej nory. Bez jedzenia. Bez picia. 

Kiedy  znowu  ją  przyprowadzili  na  górę,  pojawiło  się  dwóch  nowych  żołnierzy. 

Dwóch nowych pomocników. 

I pastor. 

Kapitan Feldt otrzymał dodatkową pomoc. Pastor odprawił nabożeństwo za jej czarną 

duszę  i  odmalował  przed  Raiją  wizję  miejsca,  w  którym  skończy,  jeżeli  się  nie  przyzna  do 

winy. 

Stary  smoluch  już  na  nią  czeka  z  piekielnym  ogniem.  Ale  jeśli  powie  wszystko,  co 

wie, jeżeli zwróci się do Pana, wtedy być może Bóg okaże się litościwy. 

-  Tak  czy  owak  spłoniesz  na  stosie  -  rzekł  kapitan,  krzywo  uśmiechając  się  jednym 

kącikiem ust. 

Rozkoszował się tym. 

background image

Raija nie odezwała się ani słowem. 

Dopóki nie spytali o jej imię. 

Ogarnęła  ją  radość,  kiedy  sobie  uświadomiła,  że  tego  nie  wiedzą.  Mogła  zatem  mieć 

nadzieję, że dzieci są bezpieczne. 

Długo milczała. Wystarczająco długo, żeby wydało się to naturalne, a potem jakby się 

załamała i wyszeptała: 

- Ritva. Mam na imię Ritva. Więcej im nie powiedziała. 

Wytrwale namawiali, egzaminowali na wiele sposobów. 

Karcili za pomocą miękkich jak jedwab zwrotów. 

Mamili  podstępnymi  sformułowaniami.  Dwuznacznymi  aluzjami.  Tworzyli  labirynty 

słów, żeby się w nich zagubiła, żeby się zdradziła - a może przy okazji jeszcze kogoś innego, 

nie uświadamiając sobie tego. 

Bili ją. 

Otwartą dłonią i pięścią. 

Związaną i bezbronną kopali twardymi butami. 

Był jeszcze chłopcem, Raija napotkała jego spojrzenie, kiedy unosił nogę do kopniaka. 

Na gęstych rzęsach dostrzegła łzy. 

Ale wykonał rozkaz. 

Pojawiły się rozżarzone cęgi. 

Kapitan wolał sam ich użyć. 

Uśmiechał się. Oblizywał usta, kiedy przypiekał jej piersi. 

Niezmierzone zło w jego spojrzeniu zmusiło Raiję do zamknięcia oczu. 

Coś więcej niż ból kazało jej krzyczeć. 

Już myśleli, że pancerz zaczyna pękać. Już byli pewni, że to wstęp do przyznania się. 

Cęgi  niszczyły  coraz  więcej  skóry.  Zostawiały  piekące  rany.  Rozsnuwały  wokół  swąd 

palonego ciała. 

Raija ze wszystkich sił starała się nie stracić przytomności. 

Ból mówił jej przynajmniej, że jeszcze żyje. Mówił, że jeszcze nad czymś panuje. Nie 

mogła zapobiec temu, co robili. Nadal jednak decydowała o własnych słowach. Nie wyciągną 

z niej więcej, niż sama zechce im powiedzieć. 

Cierpienie mówiło jej, że nadal jest od nich silniejsza. 

Związano  ją  i  torturowano.  Pozbawiono  ludzkiej  godności,  lecz  to  ona  nadal 

decydowała, do czego mogą ją zmusić. Była silniejsza niż oni - silniejsza niż kapitan Feldt. 

Rany od przypalania bolały niemiłosiernie i piekły, kiedy przenieśli ją na koło tortur. 

background image

Nie  zwracali  na  to  uwagi.  Dotykali  szorstkimi  rękami  zranionych  miejsc.  Raija 

wiedziała,  że  kapitan  Feldt  czyni  to  celowo.  Co  do  młodych  żołnierzy  nie  miała  całkowitej 

pewności. 

Chciała wierzyć, że tylko wypełniali polecenia... 

Trudno  jest  jednak  zachować  wiarę  w  ludzi,  kiedy  zadają  ból,  nie  dający  się  opisać 

słowami. 

Pastor dostarczał Raiji duchowej pociechy. 

Raija  nie  była  wcale  pewna  jego  intencji.  Wydawało  się  jej,  że  patrzył  równie 

pożądliwie jak kapitan, kiedy ponownie zerwali z niej ubranie. 

Odniosła wrażenie, że jego głos stał się napięty oraz że brakło mu tchu, ale mogła się 

mylić. 

Zaszumiało jej w uszach. Obraz stał się zamglony. 

Kapitan powtarzał, że jest bardziej zhańbiona niż wszystkie zhańbione kobiety razem 

wzięte. 

Jest najbardziej podłą istotą, jaką spotkał, i że zniszczy ją, nawet  gdyby  mu to miało 

zająć całe życie. 

Powiedział, że ma czas. Może czekać, aż będzie gotowa mówić. 

Jak  długo  to  potrwa,  zależy  tylko  od  niej.  To  ona  sama  decyduje  o  tym,  ile  bólu 

jeszcze chce znosić. Z czasem skończy się również pomoc diabla. Niech jej się nie wydaje, że 

będzie mu jeszcze potrzebna. Czyżby nie zauważyła, że złe moce już jej nie służą? 

Oni przejęli nad nimi kontrolę. Powalili je na kolana. Jej magia nic tu nie pomoże. 

Tutaj jest nikim. 

Rozciągnęli ją. 

Słowa  modlitwy  i  przekleństwa  nałożyły  się  na  siebie,  kiedy  zmaltretowanemu  ciału 

Raiji zadano jeszcze więcej bólu. 

Mikkal,  Mikkal!  pomyślała.  Krzyk  myśli  przeszył  ciemność  na  niedostrzegalnych 

skrzydłach. 

Dotarł do jego duszy. 

Dodaj  mi  sił!  Daj  mi  trochę  swoich  sił!  Pomóż  mi  to  wytrzymać!  Umieram.  Jestem 

pewna, że umieram. 

Zawsze cię kochałam, Mikkal. Niezależnie od tego, co mnie spotykało, to zawsze ty... 

Ujrzała  śmierć  z  jej  bladym,  martwym  uśmiechem.  Czuła,  jakby  ją  ważono  i 

mierzono. Czuła, jakby jakieś ręce chwytały ją kurczowo i przesuwały się po niej. Czekała, aż 

ś

mierć wyciągnie w odpowiedniej chwili swe kościste dłonie i zabierze ją ze sobą... 

background image

Przez mgnienie oka zatęskniła za tym, kiedy ból stał się tak nieludzki, że ogłuszał ją 

jej własny krzyk. 

Nie  słyszała  śmiechu  zadowolenia.  Nie  widziała  rozradowanej  twarzy  tego,  który 

zadawał jej cierpienia. 

Ś

mierć... Czy można do niej zatęsknić? 

Raija chciała usiąść, lecz okazało się to niemożliwe. Była przywiązana za ręce i nogi. 

Rozciągnęli ją bardziej, niż pozwalały na to stawy. 

Ból paraliżował ją. 

Siła  pojawiła  się  znikąd.  Jeszcze  raz  Raija  pozwoliła,  by  krzyk  odbił  się  echem  od 

sufitu, którego nie mogła zobaczyć. Łzy całkiem ją oślepiły. 

Zdołała  jeszcze  zagryźć  już  krwawiące  okaleczone  wargi.  Jeszcze  raz  udało  jej  się 

zachować milczenie. Przeciwstawić się. 

Mikkal. Mikkal. Dziękuję. 

Nie pamiętała chłosty. Nie pamiętała nowej serii przypiekania cęgami. 

Ani uderzeń... 

Nigdy się nie dowiedziała, że pastor modlił się za nią na kolanach. 

Ze to jemu mogła dziękować za swoje życie. 

Kapitan wprost szalał, kiedy Raiji udało się po raz kolejny stawić opór, choć jemu się 

zdawało, że już ją pokonał. Rozwścieczony byłby ją zabił, gdyby pastor mu nie przeszkodził i 

nie przywołał do rozsądku. 

Gdyby kapitan ją zabił podczas przesłuchania, sprawy przyjęłyby dla niego zły obrót. 

Nie dowiedział się wszak niczego. 

Tortury nie były dozwolone. Ani nawet procesy o czary. 

Hans Fredrik Feldt wystarczająco dobrze znał prawo. 

Wiedział także, że wszyscy spojrzą przez palce na jego metody, dzięki którym osiągał 

dobre  rezultaty,  jeżeli  zdoła  udowodnić,  że  ta  kobieta  jest  czarownicą.  Jedną  z 

najgroźniejszych, jakie więzili w twierdzy w celi czarownic. 

Król  życzył  sobie,  by  oczyścić  jego  królestwo  z  osób  uprawiających  czary.  Hans 

Fredrik Feldt chciał służyć swemu królowi najlepiej, jak potrafił. 

Zamierzał piąć się w życiu w górę i iść do przodu. 

Musi pozwolić wiedźmie dojść do siebie. Wtedy znowu będzie mógł uderzyć. Prędzej 

czy później ta kobieta się podda. Jak wszystkie inne. 

Stanowiła cięższy orzech do zgryzienia niż większość z nich, lecz to tylko przekonało 

go, że w jej przypadku się nie pomylił. Jest gorsza niż inne. 

background image

Piękniejsza niż inne. Młodsza. Bardziej pociągająca... 

Tak, pociągała go. 

Na początku. 

Podczas pierwszego przesłuchania. 

Pożądał jej. 

Tak wielka była zatem jej siła. 

Zdarzyło się to po raz pierwszy - od czasu Lisbeth. 

Lisbeth również była młoda i nadzwyczaj piękna. Jednak zdradziła go. 

W końcu wybrała jego brata. 

Nadal  słyszał  jej  śmiech,  kiedy  oznajmiła  mu  jego  porażkę.  Dźwięczny  śmiech 

przypominający szklane kule toczące się w dół schodów. 

Od tamtej pory nie widział Lisbeth. 

To już pięć lat. 

Pięć lat - i w tym czasie żadnej kobiety. 

Miał na nią ochotę. Na tę czarownicę. Na tę wiedźmę. Ritvę. 

To  imię  do  niej  nie  pasowało.  Miało  obce  brzmienie.  Powszechnie  jednak  wiadomo, 

ż

e Lapończycy i Finowie mają większe zdolności do czarów niż inni ludzie. 

Ritva... 

Była taka piękna. Tak kusząco, niebezpiecznie piękna. Czuł, że musi zdusić to piękno. 

Ze  względu  na  tych  młodych  żołnierzy.  Ponosił  za  nich  odpowiedzialność.  Nie  mógł 

dopuścić, by wpadli w sieć czarownicy. 

Również ze względu na siebie samego. 

Marzył o niej po nocach. Na jawie. Mógł bez trudu sprowadzić ją do swojej kwatery. 

Zaspokoić te potrzeby, które narosły przez lata. Nie był nikim więcej niż mężczyzną. 

Ona była czarownicą. 

Mogłaby przełamać o wiele więcej niż siły obronne najpotężniejszego mężczyzny. To 

byłoby takie proste, poddać się. 

Ale jednak okazał się silny. Oparł się pokusie. Nocne fantazje odsunął  głęboko, były 

potworne i grzeszne. 

Zniszczył ów piękny obraz, jakim była dla świata. 

Teraz  nie  wydawała  się  już  taka  zachwycająca  -  zakrwawiona,  pobita,  okaleczona,  z 

ziemią,  błotem  i  zakrzepłą  krwią  we  włosach.  Z  opuchniętymi  wargami,  które  zagryzała  do 

krwi. 

Jej uroda została dobrze ukryta. 

background image

Nikogo nie zdobędzie dzięki swojemu wyglądowi. 

Hans  Fredrik  Feldt  był  z  siebie  bardzo  zadowolony.  Teraz  zamierzał  zostawić  ją  w 

spokoju przez kilka dni. 

Pozwolić, by siedziała w ciemności, by nikt nie przerwał tej monotonii i samotności. 

Została całkiem odizolowana od wszystkiego i wszystkich. Tak właśnie miało być. 

To zdoła złamać każdą. 

Odosobnienie i bezczynność dawały czas na myślenie. Na zastanowienie się nad tym, 

co jej proponowano. 

Czas  na  dokładne  przyjrzenie  się  swojej  czarnej  duszy.  Czas  na  gruntowne 

przemyślenie popełnionych grzechów. 

A wtedy on przeprowadzi nową serię przesłuchań. Ponownie ją przepyta. 

Być może w oddzielnym pokoju - żeby nikt nie mógł mu przeszkodzić w stosowaniu 

wymyślnych metod. 

Ona musi mieć jakiś słaby punkt, a jego zadaniem jest jego znalezienie. Jeżeli ból jej 

nie złamał, to musi istnieć coś innego. 

Każdy ma jakiś słaby punkt. 

Prędzej  czy  później  ją  złamie.  I  roześmieje  się,  kiedy  pochłonie  ją  ogień  na  stosie. 

Zobaczy,  jak  gaśnie  płomień  w  tych  głębokich  brązowych  oczach,  i  będzie  się  rozkoszował 

każdą minutą. 

Ritva. 

On się przed nią nie ugnie. 

Czuła  zimno.  Wszystko  było  potwornie  zimne.  A  na  zewnątrz  panowało  lato.  Raija 

próbowała sobie wyobrazić, jak to jest. 

Słońce między leniwymi obłokami. Łagodne wiatry bawiące się jak małe dzieci. 

Biegać  boso  po  nie  kończącym  się  płaskowyżu.  Poczuć,  jak  wrzosy  klują  podeszwy 

stóp, które przez całą zimę pozostawały uwięzione w kumagach. 

Więzienie... 

Raija  wróciła  do  rzeczywistości.  Musiała  użyć  całej  swojej  siły,  by  zmusić  się  do 

powrotu do świata fantazji. 

Małe górskie kwiatki. Zapach obozowego ogniska. Zapach lata. 

Lato. Ciepło... 

Wszystko to wydawało się takie odległe. 

Siedziała w próżni i nie mogła się z niej wydostać. 

background image

Czuła  gorycz  i  bezsens.  Śmierć  jej  nie  chciała.  Mikkal  też  jej  nie  chciał.  Lecz  to 

zdarzyło się dawno temu. Czy wiedział, że jest zła? 

Czy wszyscy o tym wiedzieli poza nią samą? Czy jest w niej coś... coś złego? 

Czy jest taka, jak mówią? 

Nie, Raija, nie! 

Nie  może  uwierzyć  w  ich  kłamstwa!  Nie  wolno  jej!  Przez  cały  czas  musi  pamiętać, 

kim jest. 

Raiją Alatalo. 

Musi  być  pewna,  że  nie  uczyniła  żadnej  z  tych  rzeczy,  o  które  ją  pytają.  Nie  mogła 

przecież zrobić niczego podobnego. 

Chcą  ją  zmusić,  żeby  się  przyznała  do  czegoś,  co  sami  wymyślili.  Dlatego 

wykorzystują wszelkie możliwe środki. Nie wolno jej o tym zapomnieć. 

To on jest zły - kapitan  Feldt o oczach zimnych  jak lód. Nie wiedziała, dlaczego ten 

człowiek  płonie  tak  silną  nienawiścią,  lecz  to  niebezpieczne  dać  się  opanować  podobnym 

uczuciom. 

Nie jest czarownicą. 

Mogą ją spalić na stosie, lecz nigdy się do niczego nie przyzna. 

Musi  zachować  odwagę.  Starać  się  myśleć  o  rzeczach,  które  sprawiają  jej  radość. 

Które dodadzą jej sił. 

Dzieci... 

Nie, nie o nich. Na myśl o nich tylko się rozpłacze. Bóg jeden wie, czy kiedykolwiek 

jeszcze je zobaczy. 

To zbyt bolesne. 

Jak zawsze wróciła do niego - do tego jedynego. 

Mikkal... Mikkal... gdybym tylko mogła jakoś do ciebie dotrzeć... 

Lecz nie mogę przekazać ci żadnej informacji. 

Potrzebuję twojej siły, ale ty nawet się nie dowiesz, że jestem tak bardzo głęboko pod 

ziemią. Poniżona i zupełnie niepodobna do tej Raiji, którą znasz i kochasz. Twoja Raija chce 

ż

yć - i potrzebuje twojej siły. 

Mężczyźni  rozmawiali  o  tym,  co  mogą  zrobić.  I  żaden  z  nich  nie  zaproponował 

rozsądnego rozwiązania. 

Mikkal wstał i wyszedł. 

Już od dość dawna doznawał tego coraz lepiej mu znanego uczucia. 

background image

Usiadł przed barakiem, usiłując skupić myśli wokół Raiji. Próbował dać jej to, czego 

potrzebowała,  lecz  ani  razu  nie  wiedział  dokładnie,  co  to  takiego.  Wyszeptał  cicho  jej  imię. 

Tak cicho, że tylko wiatr je usłyszał. 

background image

12 

Spała,  kiedy  przyszli.  Obudzili  ją  kopniakiem  i  wyciągnęli  na  słabo  oświetlony 

korytarz, zanim zdążyła porządnie otworzyć oczy. 

Przełom w rutynie. 

Przynajmniej  wydostała  się  z  wszechogarniającej  ciemności  i  wilgoci,  od  której  w 

ciągu dłuższego czasu i kamień zacząłby gnić. 

Wyobraziła to sobie - jak gnije w tej czarnej norze i nikt nic nie może dla niej zrobić. 

Samotna, zapomniana... 

Ż

ołnierze  wepchnęli  ją  do  pomieszczenia,  w  którym  odbywały  się  przesłuchania.  Do 

sali tortur, jak to nazywała. 

Zostali na zewnątrz. 

Nie weszli. 

Raija  zwróciła  na  to  uwagę.  Powoli.  Wszystkie  procesy  w  jej  głowie  zachodziły 

bardzo wolno. 

Bała  się,  że  uszkodzili  coś  w  jej  mózgu.  Nie  chciała  skończyć  w  szpitalu  dla 

umysłowo chorych. Równie dobrze mogliby ją od razu zabić. 

To coś nowego, została sama z kapitanem. 

Tylko jeden przeciwnik. 

Przełknęła, lecz nie udało jej się zwilżyć gardła. 

W jednej chwili zaczęła się bać. Bała się obecnej sytuacji bardziej, niż gdyby stojący 

na zewnątrz weszli do środka. 

Tamci  wykonywali  tylko  rozkazy.  Nie  mieli  na  tyle  wyobraźni,  by  wypróbowywać 

nowe sposoby zmuszenia jej do mówienia. 

Ten człowiek za to miał dość wyobraźni - i był zły. Płonął z nienawiści. 

-  A  więc,  Ritva.  Zostaliśmy  tylko  we  dwoje...  Ten  jego  dźwięczny  głos.  Dlaczego 

nazywał ją Ritvą? 

Raija  już  otwierała  usta,  żeby  go  wyprowadzić  z  błędu.  Dopiero  wtedy  sobie 

przypomniała. Sama wymyśliła to imię. Żeby ich przechytrzyć. Dali się na to złapać. Więcej 

jej nie pytali, kim jest. Być może nie uznali tego za wystarczająco ważne, skoro jest Finką - 

lub  jak  to  oni  określali,  a  co  jako  obraźliwe  nigdy  nie  pojawiłoby  się  w  ustach  Finów  - 

Kwenką. 

background image

-  Zechcesz  dziś  mówić,  Ritva?  Milczała.  Wydawał  się  bardzo  zdenerwowany. 

Szczupłymi palcami odpiął od pasa pejcz. 

Raija  zmusiła  się,  by  stać  nieruchomo.  Chciał  zobaczyć  jej  strach.  Czuła  to.  Chciał 

zobaczyć, jak się czołga, a potem usłyszeć, jak się przyznaje. 

Ale nie miała do czego się przyznawać! 

- Co by tu wymyślić, żeby rozwiązać ci język? Raija miała ochotę powiedzieć mu, że 

nie wątpi w jego pomysłowość w tym względzie, ale się powstrzymała. 

Rozmowa z nim nie przyniosłaby jej pożytku. Nawet jedno słowo. Był wystarczająco 

pomysłowy. Nie odmówi sobie metod bardziej szorstkich i brutalnych teraz, kiedy został z nią 

sam na sam. Nie miał świadków, a jej słów się nie bał. 

Uderzenia pejcza wreszcie powaliły ją na kolana. Raija poczuła, że plecy jej krwawią, 

lecz udało jej się zacisnąć zęby, by z ust nie wydobył się nawet jeden dźwięk. 

W  ten  sposób  dłużej  to  potrwa,  ale  nie  miała  zamiaru  podporządkować  się  temu 

człowiekowi bez walki. 

- Ani słowa o twoich konszachtach z diabłem? 

Mówił w kulturalny sposób, lecz Raija wiedziała, jaki jest naprawdę. Zmusiła się, by 

oddychać spokojnie. Starała się dojść do siebie. Nie wiedziała, co będzie dalej. Po kapitanie 

mogła się spodziewać wszystkiego. 

- Ani słowa o tym, jak ratujesz życie, Ritva? Albo jak pozbawiasz życia? 

Raija usłyszała jego zbliżające się kroki. Wiedziała, że wystarczy spojrzeć kątem oka, 

a zobaczy czubki jego butów. Na pewno były starannie wypolerowane. Były takie za każdym 

razem. Raija zwróciła na to uwagę. 

Pamiętała oficerki, które ją kopały. Zapamięta je do końca życia. 

To być może już nie tak długo, przemknęło jej przez myśl. 

-  Nie  chcesz  mi  powiedzieć,  w  jaki  sposób  kusiłaś  mężczyzn,  używając 

czarodziejskich sztuczek? To mogłoby być interesujące... 

Złapał ją za włosy i pociągnął tak, że musiała na niego spojrzeć. 

-  Jestem  tu  po  to,  żeby  cię  wysłuchać,  Ritva  -  rzekł  jedwabiście  łagodnym  głosem.  - 

Im szybciej zaczniesz mówić, tym lepiej dla nas obojga. Nic nie zyskasz swoim milczeniem. 

Nikt tu nie wierzy w twoją niewinność. 

Postawmy  sprawę  jasno.  Niezależnie  od  wszystkiego,  i  tak  skończysz  na  stosie.  Ale 

mogłabyś  chociaż  pomyśleć  o  swojej  nieśmiertelnej  duszy.  Jeżeli  zabierzesz  tajemnice  do 

grobu, po wieki będziesz się smażyć  w piekielnym ogniu. Wtedy sam diabeł ci nie pomoże. 

Nie  będzie  miał  z  ciebie  żadnego  pożytku.  Jednak  jeżeli  się  przyznasz,  możesz  uzyskać 

background image

zbawienie... Nie tutaj, w doczesnym życiu, lecz na wieki. Zastanów się nad tym, Ritva. Twoje 

obecne życie to tylko życie śmiertelnika. To, które nadejdzie potem, jest wieczne. 

Z  każdym  zdaniem  pociągał  ją  za  włosy  coraz  bardziej  do  tyłu.  Kiedy  wreszcie 

zamilkł, Raiji wydawało się, że zaraz złamie jej kark. 

Napotkała  jego  spojrzenie.  Przywodziło  na  myśl  morze.  I  działało  na  nią  równie 

odpychająco jak morze. 

Mógłby wydawać się przystojny, lecz chłód spojrzenia niweczył wszystko, co można 

by w nim nazwać pięknym. 

Ś

ciągnął  usta.  Przez  mgnienie  oka  przemknęła  jej  szalona  myśl,  że  ją  pocałuje,  ale 

tylko się uśmiechnął. Z okrucieństwem w kącikach ust. 

- Nie chcesz? Wytrzymała jego spojrzenie. Nawet nie drgnęła jej powieka. Nigdy mu 

się nie podporządkuje. 

- Dobrze... 

Puścił jej włosy, lecz Raija nadal czuła rwanie w cebulkach. 

Odszedł od niej. Poruszał żelaznymi cęgami w żarzących się węglach. 

Raija  zebrała  siły.  Nazbyt  dobrze  wiedziała,  co  to  oznacza.  Nie  zmienił  za  bardzo 

swego repertuaru. 

-  Musimy  chyba  znowu  użyć  narzędzi,  co?  Może  one  pomogą.  Rozbieraj  się, 

wiedźmo! 

Zrobiła,  jak  kazał.  Ale  tak  powoli,  jak  to  możliwe.  Żeby  możliwie  najbardziej 

wydłużyć  czas,  zanim  przystąpi  z  cęgami  -  i  żeby  nadal  móc  nazwać  te  szmaty  ubraniem. 

Bała  się,  że  z  jej  rzeczy  już  nic  nie  zostanie,  kiedy  kapitan  jeszcze  raz  je  z  niej  zerwie.  A 

przecież nie dadzą jej nowych. 

Stanęła  wyprostowana  i  czekała.  Podobało  mu  się  to.  Raija  była  tego  pewna.  On 

natomiast wiedział, że przypiekanie działało na nią najsilniej. 

Koło tortur było potworne. Chłosta i systematyczne bicie również. Lecz przypiekanie 

było niewątpliwie najgorsze spośród wszystkich cierpień, jakie jej zadawali. 

Nie znosiła syku wydawanego przez cęgi przykładane do skóry. Bardziej dźwięku niż 

bólu. 

Ból wydawał się nie do opisania, ale dźwięk był jeszcze gorszy. Potem rozchodził się 

swąd przypalanego ciała. Potęgował cierpienie bardziej niż odczuwany ból. 

Kapitan odwrócił się. 

Przebiegł wzrokiem jej postać. Znał już to ciało. 

Było kiedyś pociągające. 

background image

Uśmiechnął się na tę myśl. Owo wspomnienie sprawiło mu przyjemność. Zdarzało się, 

ż

e przywoływał w pamięci ten obraz. Teraz jej ciało nie stanowiło już zagrożenia. Teraz nie 

była już dla niego niebezpieczna jako kobieta. 

Nie  mogła  już  wykorzystać  przeciw  niemu  jego  męskiej  słabości,  która  odeszła  w 

przeszłość. Ta wiedźma nie budziła już w nim pożądania. 

Schudła. Biodra straciły dawną krągłość. Trwało to przecież już nieco ponad tydzień... 

Jej włosy trudno nawet opisać. Najlepiej byłoby je całkiem obciąć. 

Ostrzyc. 

Zapewne to zrobi. Coś podpowiadało mu, że włosy stanowiły jej powód do dumy. 

Rysy  twarzy  trudno  nawet  rozróżnić.  Jedno  oko otaczał  siniak.  Niedługo  zmieni  swą 

barwę  na  żółtą.  Lecz  upłynie  wiele  dni,  zanim  znowu  będzie  wyglądać  normalnie.  Usta 

wydawały się ogromne. Na wargach widniała zakrzepła krew, rany przez cały czas pękały. To 

musiało piec... 

Poza tym była niesamowicie brudna. 

Przez  pierwsze  dni  usiłowała  utrzymać  higienę.  Przecierała  twarz  ubraniem. 

Przecierała ręce. Śmiał się z niej w duchu. 

Przestała to robić. 

Całe  ciało  pokrywały  teraz  niebieskie  i  żółte  plamy.  Stopniowo  stawała  się  bardziej 

fioletowa niż niebieska, stwierdził rzeczowo. 

Piersi  szpeciły  liczne  poparzenia.  Z  niektórych  ran  sączyła  się  żółta  ciecz.  Pomyślał, 

ż

e skoro tyle potrafi, mogłaby przynajmniej spróbować się leczyć... 

Uparcie jednak trwała w milczeniu. Widocznie sądziła, że to dowód niewinności. 

Ale niech nie myśli, że ma do czynienia z byle kim. 

Już wcześniej widział podobne jej czarownice. 

I widział, jak padają na kolana. 

Słyszał, jak się przyznają. 

Powoli podszedł do niej. Stała wciąż wyprostowana. 

Spojrzał jej w oczy, lecz nic nie zdołał z nich wyczytać. 

Sądził, że będzie próbowała się osłonić, ukryć swą nagość. 

Lecz ona trwała nieporuszenie. Czekała. Wiedziała, na co. 

Ż

elazo  ostygnie,  jeżeli  będzie  zwlekał  zbyt  długo,  ale  musi  przeciągnąć  trochę  ten 

moment.  Musi  znaleźć  choćby  niewielki  ślad  strachu  przed  tym,  z  czego  nieuchronności 

zdawała sobie sprawę. 

Czyżby jej puls zaczął bić zbyt szybko...? 

background image

Nie była jednak taka nieustraszona, jak chciała mu wmówić. Nie była taka twarda. 

Kilka razy zwątpił w to, że ta dziewczyna w ogóle czuje ból. Zaczął się zastanawiać, 

czy  przypadkiem  nie  używa  swoich  nadprzyrodzonych  sił,  by  złagodzić  cierpienie.  Że 

niczego nie uda mu się osiągnąć zwykłymi torturami. 

- Gdzie by tu dziś najlepiej przyłożyć żelazo? - spytał od niechcenia. 

Pomachał  cęgami  w  powietrzu  tuż  przed  jej  twarzą.  Pozwolił,  by  zobaczyła 

rozżarzony do czerwoności metal. 

- Wolałabyś pewnie, bym użył wobec ciebie innego narzędzia. 

Roześmiał się ochryple. 

-  Lecz  ty  mnie  nie  pociągasz,  kobieto!  Nie  wiem,  co  mogli  w  tobie  widzieć  inni 

mężczyźni.  Po  prostu  nie  wzbudzasz  we  mnie  pożądania.  Ani  trochę.  Uważam,  że  jesteś 

wręcz odrażająca... 

Uczynił w powietrzu łuk rozpalonymi cęgami, po czym dotknął nimi jej uda od tyłu, 

tuż pod pośladkiem. 

Upłynie  wiele  czasu,  zanim  dziewczyna  o  tym  zapomni.  Będzie  przecież  musiała 

siadać. Rana długo się nie zabliźni. 

Hans Fredrik Feldt nie wiedział, ile jej jeszcze zostało czasu. 

- Tę pieszczotę na długo zapamiętasz, co? Raija zachwiała się. Zdołała utrzymać się na 

nogach, zawdzięczała to silnej woli. 

Starannie  rozgrzewał  żelazo  na  nowo.  Trzymał  je  w  płomieniu  długo,  wreszcie  stało 

się tak rozżarzone, że można było niemal przez nie patrzeć. 

-  Może  teraz  po  drugiej  stronie?  -  Cały  czas  zwracał  się  do  niej  w  tonie  beztroskiej 

pogawędki.  -  Mogę  przestać  w  każdej  chwili,  Ritva,  ale  czekam,  aż  usłyszę  prawdę.  Jeżeli 

jednak nie masz nic innego do powiedzenia oprócz kłamstw, równie dobrze możesz milczeć. 

Kłamstwami  nie  jestem  zainteresowany.  To  tylko  marnowanie  czasu.  Żadne  z  nas  tego  nie 

chce, prawda? - Spoważniał. - I zapamiętaj sobie, że nie uwierzę w pierwszą lepszą bajeczkę. 

Spodziewam się, co mi powiesz. W ogólnych zarysach. Odstępstwo od tego zostanie ukarane. 

Nie muszę ci chyba wyjaśniać, w jaki sposób... 

Raija  milczała.  Nie  miała  nic  do  powiedzenia.  Nie  mogła  mu  dać  tego,  czego 

oczekiwał, ponieważ była niewinna. 

Musiała tylko wytrzymać. 

Ponownie przed nią przystanął. Tym razem bliżej. Ze wzrokiem bardziej natarczywym 

niż poprzednio. Położył wolną rękę na jej brzuchu. Uczynił kolisty ruch. 

background image

-  Pomocnicy  diabła  nie  powinni  mieć  tak  jedwabiście  miękkiej  skóry  -  rzekł 

nieprzyjemnym tonem. - Taką jedwabiście miękką skórę trzeba specjalnie oznaczyć. 

Pozwolił, by rozpalone cęgi zrobiły swoje. 

Raija  skuliła  się  z  bólu.  Z  jej  ust  wydobył  się  jęk.  Kapitan  Feldt  odsunął  narzędzie 

tortur. 

- Czyżby czarownicy nie pociągał zapach siarki? - spytał drwiąco. - Musisz się liczyć 

z tym, moja droga, że tam, dokąd idziesz, będzie dużo więcej siarki. Jeżeli się nie przyznasz i 

nie wykorzystasz szansy, by zbawić swoją potępioną duszę. 

Długo  ją  obserwował,  zanim  ponownie  zaczął  rozgrzewać  cęgi.  Wszystko  było  na 

dobrej drodze. 

Pokazała,  że  czuje  ból.  Zaczynała  mięknąć.  Jeszcze  dwa  razy  przykładał  jej  do  ciała 

rozpalone  żelazo.  Na  drugim  udzie  -  po  wewnętrznej  stronie,  tak  żeby  sobie  o  tym 

przypominała za każdym razem, kiedy zrobi krok, i ponownie na jednej z piersi. 

Torturował  ją  z  lodowatą  precyzją  i  dokładnością.  Czas,  jaki  poświęcał  na 

przygotowania, wydawał się długim jak noc koszmarem. Wiedział o tym. 

Był w tym ekspertem. 

Nikt nie potrafiłby nauczyć go czegoś nowego w tej dziedzinie. 

Przesłuchania  zawsze  należały  do  jego  specjalności,  lecz  w  młodości  stracił  niestety 

zbyt wielu z tych, którym zadawał pytania. Z czasem nauczył się cierpliwości i opanowania. 

Dopóki zachowywał chłodny umysł, dopóty wiedział, kiedy przestać. 

Raija drżała jak liść, kiedy po raz czwarty przykładał do jej ciała rozpalone żelazo. 

Feldt  obserwował  ją  badawczo  spod  przymrużonych  oczu.  Wydawało  mu  się,  że 

wiedźma ma dość. 

Mógłby ją przycisnąć jeszcze bardziej, lecz wtedy pewnie by zemdlała. Nie wydusiłby 

z niej ani słowa. A następnym razem od nowa musiałby pokonywać jej niechęć. I równie silny 

upór. 

A może... 

-  Ubieraj  się!  -  rozkazał  ostrym  tonem.  Jej  zmysły  zareagowały  bardzo  wolno. 

Podniosła wzrok i popatrzyła na niego. Pytająco. Zamglonymi oczyma. 

- Ubieraj się! - powtórzył. Tym razem jeszcze ostrzej. Odwrócił się do niej plecami. - 

Albo zaraz przyślę tu tych chłopaków, którzy czekają za drzwiami. Mają wolne ręce. Myślę, 

ż

e ostatnią rzeczą, jaka im przyjdzie do głowy, będzie pomóc ci przy ubieraniu się... 

Raija powoli wkładała ubranie. 

background image

Nie  rozumiała,  dlaczego  przerwał  już  teraz.  Właśnie  miał  możliwość  coś  z  niej 

wydusić. Gdyby kontynuował tortury, być może przyznałaby się do czego chciał - tylko po to, 

by uniknąć cęgów. 

Ale on nagle urwał przesłuchanie. 

To do niego niepodobne. To ją zaskoczyło. Zaniepokoiło. Raija sądziła, że posiada dar 

właściwego oceniania ludzi. Teraz zaczynała w to wątpić. 

Okazał niemal... litość. 

A może zachowywał się jak kot? 

Czyżby zamierzał się bawić swą ofiarą możliwie jak najdłużej? 

Do lochu zaprowadzono ją równie brutalnie, jak ją stamtąd wyprowadzono. 

To nie łaskę jej okazał. To tylko odroczenie tortur. 

Rzucono  ją  na  twardą,  zimną  podłogę.  Raija  czuła  teraz  już  tylko  chłód.  Przerastał 

nawet ból oparzeń. 

Hans  Fredrik  Feldt  uśmiechał  się  do  siebie.  Nie  zamierzał  jej  dawać  wiele  czasu,  by 

doszła do siebie. 

Spodziewała  się  pewnie  podobnego  uderzenia  z  jego  strony.  Więcej  ognia.  Ale  on 

przygotował dla niej coś wręcz przeciwnego. 

Teraz przywita ją lodowatym zimnem. 

Władczym tonem wydał niezbędne polecenia. 

Wiedźma niczego się nie dowie. Dopiero w ostatniej chwili. 

Nie musi o niczym wcześniej wiedzieć. 

Czekanie  w  niepewności  staje  się  nie  do  zniesienia.  Również  w  baraku  na 

przedmieściach  Vardo  z  widokiem  na  twierdzę,  która  ponuro  przypominała  o  losie  Raiji, 

czekanie działało wszystkim na nerwy. 

Mężczyźni zaczynali powarkiwać na siebie nawzajem. 

Ż

eby  sprawić  wrażenie,  że  cokolwiek  robią,  Petri  postanowił  wysłać  Aleksanteriego 

do miasta. Miał się rozejrzeć w sytuacji. Być może nawiązać kontakt z żołnierzem, od którego 

kupowali informacje. 

Aleksanteri rozłożył bezradnie ręce. 

-  Co  mogę  zrobić?  -  pytał  zrezygnowany.  -  Nie  pójdę  przecież  do  twierdzy.  Nawet 

ś

lepy strażnik pozna, że nie jestem jednym z nich. W dodatku musiałby być głuchy. 

-  Zawsze  warto  posłuchać,  co  mówią  ludzie  -  upierał  się  Petri.  -  Założę  się  o  co 

chcesz,  że  Vardo  aż  trzęsie  się  od  plotek  Chciałbym  je  usłyszeć.  Nawet  w  najbardziej 

background image

niesamowitych  opowieściach  tkwi  zawsze  ziarno  prawdy.  Trzeba  tylko  wiedzieć,  na  co 

zwrócić uwagę. 

Mikkal był zrozpaczony. 

Stracił kontakt. 

Stało się coś, co zerwało delikatną nić, która zawsze łączyła go z Raiją. 

To go martwiło. 

Prawie przerażało. 

Bezczynne  siedzenie  między  Reijo,  który  na  przemian  to  bał  się  o  Raiję,  to  znowu 

upajał swym ojcowskim szczęściem, a Petrim, który aż nazbyt wyraźnie okazywał swą miłość 

do Raiji, przyprawiało Mikkala o mdłości. Zżerało od środka. 

Najchętniej  zacisnąłby  palce  na  szyi  tego  chłopa  znad  Zatoki  Botnickiej  i  wydusił  z 

niego każdy szczegół dotyczący jego związku z Raiją. 

Chciał wiedzieć o wszystkim, co robili. O wszystkim, co mówili. Chciał usłyszeć opis 

każdego uśmiechu, jaki mu podarowała. Ale tego się nie robi. 

- Czy mogę iść z tobą? - spytał Aleksanteriego. 

Chłopak  również  wydawał  się  zmartwiony,  lecz  Mikkal  w  jego  zachowaniu  nie 

zauważył do tej pory niczego, co by świadczyło o tym, że i jego z Raiją coś łączyło. 

- Wiem, że przeze mnie będziesz musiał iść wolniej, ale chciałbym ci towarzyszyć. 

Aleksanteri wzruszył ramionami. 

-  Dlaczego  nie?  Nic  nie  szkodzi,  że  zajmie  nam  to  więcej  czasu.  Wygląda  na  to,  że 

czas to jedyne, czego nam nie brakuje. Nie wiem tylko, ile go ma Raija... 

- No to już nie jesteśmy zupełnie bezczynni - odezwał się Petri. 

Wydawał się niewzruszony jak skała, choć bał się nie mniej niż inni. 

Do tej pory najlepiej to ukrywał. 

Aleksanteri  i  Mikkal  popłynęli  do  miasta.  Wiosłowali  na  zmianę.  Mikkal  zachował 

dawną siłę w ramionach. Potrafił obchodzić się z wiosłami i sprawą honoru dla niego stało się 

pokazać, że też może się na coś przydać. 

- Nie sądziłem, że Lapończycy tak dobrze znają morze - rzekł Aleksanteri. 

Mikkal pokazał w uśmiechu białe zęby. 

-  Niektórzy  z  nas  potrafią  czasem  zadziwić  -  odparł.  -  Jesteśmy  przydatni  w  wielu 

sprawach. 

- Co się stało z twoją nogą? - Aleksanteri usiłował podtrzymać rozmowę. 

- Niedźwiedź - odparł krótko Mikkal. - Chciał się rzucić na mojego syna. 

background image

-  Nie  wiedziałem,  że  Raija  ma  aż  tak  wiele  dzieci!  -  wyrwało  się  Aleksanteriemu, 

zanim zdołał się zastanowić. 

Twarz Mikkala ściągnęła się. 

-  Mój  syn  nie  jest  dzieckiem  Raiji  -  rzekł  tylko.  Aleksanteri  uznał,  że  w  czasie  tej 

podróży nie nagadają się zbyt wiele. 

Podróż okazała się krótka. 

Wrócili, zanim ci, którzy zostali na miejscu, zauważyli ich nieobecność. 

Zarówno  Mikkal,  jak  i  Aleksanteri  byli  wyraźnie  bladzi,  a  o  wszystkim,  o  czym 

rozmawiali  lub  o  czym  nie  udało  im  się  zamienić  słowa  w  czasie  swej  wyprawy,  teraz 

zapomnieli. 

- Coś się stało - stwierdził Petri. - Dowiedzieliście się czegoś ważnego. Wasza podróż 

nie była więc całkiem daremna, Aleksanteri? 

- Nie. 

Aleksanteri uczynił ruch głową. Dał znak, by za nim poszli. Ostrzegawcze spojrzenie 

w stronę dzieci pozwoliło zgadnąć, dlaczego. 

Reijo  i  Petri  podążyli  za  Mikkalem  i  Aleksanterim,  którzy  powrócili  z  wycieczki  do 

miasta. 

-  Miałeś  rację,  ojcze  Petri,  w  Vardo  aż  roi  się  od  plotek.  -  Aleksanteri  wydawał  się 

bardzo blady. - Musimy działać błyskawicznie, jeżeli chcemy uratować Raiję. 

- Przejdź do rzeczy. 

Mikkal  nieruchomo  wpatrywał  się  w  morze.  Aleksanteri  przełknął  parę  razy  ślinę, 

zanim był w stanie mówić dalej. 

-  Ten  szatan  w  forcie  jest  bardziej  przebiegły  od  samego  'Lucyfera...  -  Zamilkł.  Po 

chwili wykrztusił wreszcie ową straszną wiadomość: - Mają zamiar poddać ją próbie wody. 

- Raija pływa jak ryba - rzekł Mikkal bezbarwnie. - To potwierdzi jej winę. 

- Bzdura - odezwał się Reijo. W jego głosie brzmiała nadzieja. 

- Kiedy? 

- Jutro. 

- Wiecie gdzie? Trafimy tam? 

-  Mówili,  że  za  każdym  razem  odbywa  to  się  w  tym  samym  miejscu  -  rzekł 

Aleksanteri. 

Reijo zatarł ręce. 

-  Dobrze.  -  Spoglądał  to  na  jednego,  to  na  drugiego  z  mężczyzn.  -  Mamy  szansę  ją 

uratować. Rozumiecie to? Być może naszą jedyną szansę. 

background image

13 

Tym razem po Raiję przyszedł kapitan we własnej osobie. Już sam ten fakt sprawił, że 

Raija poczuła, jakby jakaś lodowata dłoń ścisnęła ją za serce. Robiła jednak co mogła, by tego 

nie okazać. 

Trudno było zachować się arogancko wobec człowieka, który sam doskonale posiadł 

tę umiejętność, lecz Raija udawała przynajmniej, że go nie dostrzega. 

Wydawało się, że go to bawi. 

-  Wymyśliłem  dziś  dla  ciebie  coś  szczególnego,  Ritva.  Coś,  co  z  pewnością  cię 

ucieszy. Po cęgach i ogniu, myślę... 

Przeszli obok sali przesłuchań. Dalej w górę. 

Raija nie rozumiała, co się dzieje. 

Cały czas pod górę. 

Chyba nie prowadzi jej już na stos? Serce w niej zamarło. 

Nie może być aż tak zły! Nawet kapitan Feldt nie może być taki bezduszny! 

Najpierw przysłaliby do niej pastora. Daliby jej ostatnią szansę na wyrażenie skruchy, 

przyznanie się, żeby mogła zostać zbawiona. 

Nie, tu na pewno nie chodzi o stos. 

Lecz prowadził ją wyżej i wyżej. Na powietrze. Ku światłu. Co, na Boga, zamierzał z 

nią zrobić? 

Słońce  poraziło  oczy  Raiji.  Przywykła  do  głębokich  ciemności  panujących  w  lochu, 

do którego nie docierała nawet smuga światła dziennego. 

Raija musiała na kilka sekund przystanąć i zamrugać, by przyzwyczaić wzrok. 

Pozwolili  jej  na  tych  kilka  sekund.  Ale  nie  na  więcej.  Kiedy  już  była  w  stanie 

rozejrzeć się wokół, popchnęli ją do przodu. Dalej. Ku plaży. Ku łodziom. 

Kapitan uśmiechnął się do niej promiennie. Wyglądał niemal przyjaźnie. 

-  Dla  odmiany  przygotowaliśmy  dla  ciebie  małą  kąpiel,  Ritva.  Zostaniesz  poddana 

próbie wody. 

Raija zrozumiała. 

To właśnie ten chłód wyczuwała. Dlatego tak bardzo ostatnio marzła. 

To  już  koniec,  odezwało  się  coś  w  jej  duszy.  Niezależnie  od  tego,  co  się  stanie, 

nadszedł twój koniec, Raiju Alatalo. 

background image

Powinna zdołać utrzymać się na powierzchni. Potrafiła jako tako pływać. Co prawda 

to  było  dawno  temu...  Nauczyła  się  pływać  w  przejrzystych  jak  szkło  jeziorach  i  rzekach 

płaskowyżu. Do morza nigdy by się nie odważyła wskoczyć. 

Mogła wybierać. 

Lecz i tak uznaliby ją winną - czy przyznałaby się, czy nie. 

Mogła się poddać i utonąć. Tylko opadać coraz głębiej i głębiej, aż już nic nie będzie 

czuć. 

Mogła  uniknąć  kolejnych  przesłuchań,  ciemnego  lochu,  do  którego  wrzuciliby  ją  z 

powrotem, gdyby jakoś udało jej się uratować. 

Mogła uniknąć nowych metod tortur kapitana Feldta... 

Nigdy więcej nie zobaczy dzieci... 

Nigdy więcej ich nie przytuli... 

Nigdy więcej nie zazna uczucia wolności... 

Nigdy więcej nie poczuje, jak wiatr rozwiewa jej włosy, nie wyrzuci w bok ramion, by 

niemal odlecieć jak ptak... 

Nigdy więcej nie ujrzy Mikkala... 

Czy mogłaby? 

Czy  mogłaby  zrezygnować  z  walki?  Czy  mogłaby  się  tak  po  prostu  poddać?  Oczy 

przyzwyczaiły się już z powrotem do światła dnia. Nie łzawiły, gdy próbowała się rozejrzeć. 

Dzień był taki piękny. Nie pamiętała, by słońce kiedykolwiek świeciło tak mocno. Nie 

pamiętała,  by  obłoki  mogły  wyglądać  jak  puszyste  kłębuszki  wełny.  By  morze  mogło  tak 

błyszczeć... 

Czy  dlatego  dostrzegała  tyle  piękna,  że  na  tak  długo  została  od  niego  odizolowana? 

Chciała  widzieć  tylko  to,  co  znajdowało  się  dookoła.  Nie  chciała  patrzeć  na  siebie  samą.  W 

półmrocznych korytarzach twierdzy napatrzyła się dość na swoje ręce i ubranie. 

Nie chciała oglądać siebie w świetle dziennym. 

- Czy widzisz, ilu masz widzów? - To znowu kapitan. W jego głosie brzmiał ten sam 

podły  triumf,  co  podczas  przesłuchań.  -  Ludzie  przyszli  tu,  żeby  zobaczyć  prawdziwą 

czarownicę. Wyszliśmy jak najdalej, by mogli dobrze widzieć... 

Teraz  dopiero  zwróciła  uwagę  na  łodzie  kołyszące  się  na  falach.  Większość  z  nich 

pełna była ludzi. 

Raiję zemdliło. 

Nie mogła dokładnie ich zobaczyć. Twarze stanowiły tylko białe plamy. 

background image

Potrafiła  jednak  sobie  wyobrazić,  jak  wyglądali.  Mogła  wyczuć  ich  oczekiwanie. 

Okrutne oczekiwanie. 

Podejrzewała, jakie plotki o niej rozgłaszano. 

Teraz  wszyscy  mieli  się  przekonać,  do  czego  była  zdolna  czarownica.  A  jeśli  jej  się 

nie uda - cóż, nie zaszkodzi popatrzeć na tonącą kobietę. 

Raiję  przeniesiono  na  pokład  lekkiej  łódki.  Czyjeś  silne  ręce  związały  jej  nogi  w 

kostkach. Następnie mocno przymocowały do kostek nadgarstki. 

Leżała bezbronna pośród brutalnych mężczyzn, z których żaden nawet by nie kiwnął 

palcem, żeby ją ratować. 

Nigdy jeszcze nie czuła się tak opuszczona. 

Mężczyźni chwycili za wiosła. 

Odpływali trochę dalej w morze. 

Raija leżała na dnie łodzi, czując kołysanie fal. Z boku na bok. Tam i z powrotem... 

Gdyby zamknęła oczy, byłoby to nawet przyjemne. 

Nagle zorientowała się, że ktoś chwyta ją pod ręce. Ktoś inny za nogi. Że ją podnoszą. 

Z całej siły zacisnęła powieki. Nie chciała patrzeć. Nie chciała krzyczeć. 

Nie sprawi im takiej radości! 

Rozhuśtali ją kilka razy, śmiejąc się przy tym wulgarnie. Kapitan coś powiedział, lecz 

Raija nie dosłyszała jego słów. 

Szumiało jej w uszach. Szumiało za każdym razem, kiedy ją kołysali. 

Zamachnęli się mocno jeszcze jeden raz. 

Puścili. „ 

Zahuczało  jej  w  głowie,  kiedy  uderzyła  o  powierzchnię  wody.  Wydawało  się,  jakby 

przebiła szybę. Miała wrażenie, że jej ciało rozpada się na kawałki. 

Naturalną  reakcją  w  podobnej  sytuacji  byłoby  wymachiwanie  rękami  i  nogami,  lecz 

również tej możliwości ją pozbawiono. 

Nabierz  powietrza,  Raija!  Na  litość  boską,  nabierz  powietrza!  zdążyła  jeszcze 

pomyśleć, zanim się zanurzyła. 

Otworzyła  usta  i  łapczywie  złapała  jak  najwięcej  powietrza,  po  czym  powierzchnia 

wody szczelnie się nad nią zamknęła, a fale zatarły miejsce, w którym zniknęła. 

Cały  świat  zniknął,  nie  miała  odwagi  uczynić  nic  innego,  jak  wyjść  na  spotkanie  tej 

przejrzystej, zielonkawej rzeczywistości z otwartymi oczami. Zniknęły też wszystkie dźwięki. 

Cisza nigdy przedtem nie była tak absolutna jak teraz. 

Wszelkie ruchy stały się powolne i leniwe. 

background image

Raija musiała za wszelką cenę zachować jasność umysłu, wiedziała, że w przeciwnym 

razie utonie. Panika oznaczałaby pewną zgubę. 

Czy zresztą może coś zrobić, skoro tak mocno ją związali? 

Rzemienie  namokły  i  napięły  się.  Niemożliwością  było  się  z  nich  wyswobodzić. 

Węzły stały się w wodzie jeszcze mocniejsze. Nie mogło być mowy o ich rozsupłaniu. Tylko 

w marzeniach ostre kamienie pojawiały się tak sprytnie, że można by za ich pomocą przeciąć 

wiązania. 

Raija opadała na dno. 

Zaczynała  czuć  ból  w  płucach.  Zapas  powietrza  wyczerpywał  się.  Próbowała  je 

racjonować, lecz nie mogła w nieskończoność przebywać pod wodą bez oddychania. 

Ciszę wypełnił potworny szum w głowie. Ból w piersi narastał. 

Raija  zagryzła  zęby.  Czuła,  jak  rozsadza  jej  płuca.  Czuła,  jak  zaciska  się  gardło,  a 

ż

ołądek kurczy. 

Czuła,  jakby  zaraz  miało  ją  rozerwać  na  kawałki,  jeśli  choć  nieznacznie  nie  otworzy 

ust i nie nabierze choć ociupinę... 

Ale pod wodą nie ma powietrza... 

Nie wolno jej teraz oddychać. To byłaby pewna śmierć. 

Troszeczkę, tylko trochę... 

Ujrzała niewyraźnie zbliżające się dno. 

Nie  było  tu  więc  tak  głęboko,  jak  sądziła.  Wydawało  się  jej,  że  spada  w 

nieskończoność, ale nie mogło upłynąć wiele czasu. 

Przestała już rozsądnie myśleć. 

Reagowała instynktownie, tak jak uczyniłaby każda istota, żeby ratować życie. 

Palcami stóp dotknęła piaszczystego dna. Resztę ciała woda utrzymywała w górze. 

Jak  najmocniej  wyciągnęła  stopy  do  dna,  by  móc  się  odbić  w  odpowiednim 

momencie. 

Uniosła się. 

Powoli, straszliwie powoli. 

Walczyła  z  pragnieniem,  żeby  nabrać  do  ust  wody.  Teraz  musi  wytrzymać.  Do 

powierzchni nie może być daleko. Wtedy będzie mogła zaczerpnąć powietrza. Wtedy będzie 

mogła spróbować uniknąć losu, jaki jej przeznaczono. 

Ostrożnie poruszała dłońmi i stopami. Zagarniała wodę. Pomogło. 

Unosiła  się  nie  tylko  ku  górze.  Przesuwała  się  również  na  ukos,  by  nie  wypłynąć  w 

tym samym miejscu, w którym ją wrzucono. 

background image

Tam była nadzieja. 

Również  wśród  mężczyzn  w  baraku  zapaliła  się  iskierka  nadziei.  Pomysł  Reijo 

wszyscy uznali za szalony, lecz żaden z nich nie mógł wymyślić nic lepszego. 

Kiedy  dokonali  drobnych  poprawek,  plan  wydał  im  się  nawet  realny.  Zaczynali 

wierzyć, że uda się go przeprowadzić. 

Istniało jednak wiele „jeżeli”. Wiele wątpliwości. 

Wszystko zależało od tego, czy uda im się nawiązać kontakt z Raiją. 

Bez jej współpracy nic się nie powiedzie. 

-  Nie  wiadomo,  czy  zdołamy  się  wymknąć.  -  Reijo  wyraźnie  zdawał  sobie  sprawę  z 

tego,  co  się  może  zdarzyć.  -  Ciekawe,  jak  bardzo  tym  z  twierdzy  zależy  na  tym,  by  dostać 

Raiję w swoje ręce. 

- Musimy przyjąć, że będą wyjątkowo gorliwi - uważał Aleksanteri. 

Słyszał,  co  gadali  w  mieście.  Krążyły  pogłoski,  że  Raija  nie  jest  jakąś  zwykłą 

wiedźmą... 

- Na pewno w pogoń za Raiją wyślą łódź - rzekł Petri. - Ale to zajmie im trochę czasu. 

Musimy założyć, że w ogóle nie przyjdzie im do głowy coś takiego, jak jej ucieczka. 

-  Możemy  się  ukryć  wśród  rybaków,  którzy  jutro  wyruszają  do  domów  - 

zaproponował Reijo. - Obiecali, że będą trochę zwlekać, zanim do nich nie dołączymy. Lecz 

to  oczywiście  nie  stanowi  na  dłuższą  metę  żadnego  rozwiązania.  W  końcu  możemy  zbytnio 

zwracać na siebie uwagę. 

Twarz Mikkala wydawała się jak wyciosana z kamienia. 

-  Musimy  zaryzykować,  prawda?  -  rzekł  spokojnie.  -  To  jedyna  możliwość.  Raija 

także ma tylko tę jedną szansę. Jeżeli trafi na stos, nie uda nam się jej uratować. 

Wszyscy  zdawali  sobie  sprawę,  że  jeżeli  im  się  nie  powiedzie,  to  Raiji  już  nic  nie 

pomoże. 

Przygotowania nie trwały długo. 

Wszystko  z  baraku  przewieźli  łodzią  na  statek  żaglowy.  Rzeczy  będące  własnością 

Finów. Skromny majątek Raiji. Resztki żywności. 

Petri  starał  się  wytłumaczyć  swoim  siostrzeńcom,  że  lepiej  będzie,  jeżeli  zostaną  w 

obozie. 

-  To  może  być  niebezpieczne  -  rzekł  poważnie  do  braci.  -  Może  się  zdarzyć,  że 

wszyscy wylądujemy w więzieniu. Nie chciałbym, żebyście się niepotrzebnie narażali. Macie 

dość czasu, by wyruszyć pieszo drogą, którą przyszliśmy. Potem się spotkamy... 

background image

Tapio  i  Markku  tymczasem  już  dawno  podjęli  własną  decyzję.  Dobrze  wiedzieli,  że 

gra  jest  niebezpieczna,  lecz  ich  życie  nie  było  wystarczająco  ciekawe,  by  odmówili  sobie 

okazji  do  przeżycia  czegoś  naprawdę  niesamowitego.  Czegoś,  co  nawet  dla  nich  samych 

może się okazać groźne. Mieliby o czym opowiadać w domu. 

Nikt ich nie przekona. 

Poza  tym  znali  przecież  Raiję.  Wiedzieli,  że  nie  zrobiła  tego,  o  co  ją  oskarżano,  i 

bardzo chcieli jakoś jej pomóc. 

Nie ma mowy, żeby nie wzięli w tym udziału! 

-  Mogą  czekać  na  naszym  statku  -  zaproponował  Reijo.  -  Potrzebuję  ludzi,  którzy 

zajmą  się  żaglami.  Musimy  być  gotowi,  by  uciec  stamtąd  jak  najszybciej.  W  najgorszym 

przypadku będziemy musieli wiosłować. 

Odwieźli dzieci i zostawili na żaglowcu. Nawet Maja nie protestowała. Dopóki Reijo 

decydował, wszystko było w porządku. Ślepo mu ufała. 

- Tutaj będą bezpieczniejsze - rzekł Reijo ponuro do Mikkala. 

Ten spojrzał mu w oczy poważnie, ze zrozumieniem. 

- Czy mamy jakieś inne wyjście? Reijo odezwał się, nie patrząc na towarzysza: 

-  Mam  nadzieję,  że  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  co  nas  potem  czeka?  Co  się  stanie, 

jeżeli nam się uda? 

-  Będą  jej  poszukiwać  -  odparł  Mikkal  spokojnie.  -  Raija  musi  unikać  miejsc,  gdzie 

może jej dosięgnąć prawo. 

- Właściwie już o tym rozmawialiśmy  - zauważył Reijo. - Kiedyś, tak bardzo dawno 

temu, że niemal o tym zapomniałem. 

Mikkal skinął głową i uśmiechnął się smutno. 

- Chyba tak. Lecz nie tak to sobie wyobrażałem. 

- Nie może zabrać z sobą dzieci. Mikkal również o tym pomyślał. 

- Będzie jej bardzo ciężko się z tym pogodzić przyznał - lecz naturalnie masz rację. To 

naraziłoby je na jeszcze większe niebezpieczeństwo. 

- Mogę im stworzyć dom - oznajmił Reijo stanowczo. 

- Co prawda nie mam już domu w osadzie, lecz to jest bez znaczenia. Sam nie wiem, 

czy chciałbym tam wrócić. 

- W takim razie dokąd? Reijo wpatrywał się w horyzont. 

- Może do Lyngen - rzekł w końcu. - Z powrotem do punktu wyjścia. Nigdy nie było 

mi  tam  źle.  To  Raija  czuła  się  tam  jak  obcy  ptak.  Chętnie  wrócę  nad  fiord.  Dzieciom  mogę 

powiedzieć, że Raija nie żyje. Na pewno uwierzą. 

background image

- Wcześniej czy później pewnie zapomną - rzekł Mikkal z nadzieją. 

- Raija może je zabrać, jeżeli uzna, że niebezpieczeństwo minęło - stwierdził Reijo. - 

To zależy tylko od niej. - Zamilkł na moment. Uchwycił wzrok Mikkala: 

- Spakuję jej rzeczy razem z twoimi. Zostawię wam nasz akt małżeński. Niech Raija 

zrobi z nim, co chce. 

Mikkal  nic  nie  odpowiedział.  Zarówno  on,  jak  i  Reijo  dobrze  wiedzieli,  że  taki  gest 

nic  nie  znaczy  dla  kościoła  czy  urzędu.  Raija  nadal  pozostanie  żoną  Reijo,  nawet  jeżeli 

zniszczy akt ślubu. 

Ale dla nich był symbolem wolności, którą Reijo pragnął ofiarować żonie. Jeżeli Raija 

podrze dokument, w oczach Reijo będzie to oznaczać rozwód. 

Ż

aden  z  nich  się  nie  domyślał,  jak  Raija  zareaguje,  lecz  to  było  wszystko,  co  Reijo 

mógł jej ofiarować. Jej i Mikkalowi. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  uda  nam  się  ją  uratować.  Reijo  chciał  dodać,  że  powinni  się 

pomodlić, ale nie był pewien, czy jeszcze potrafi. Nie wiedział też, czy Mikkal pozostał przy 

dawnej wierze w lapońskich bogów, czy może nawrócił się na chrześcijaństwo. 

Wyruszyli dużo wcześniej, żeby nikt inny nie zajął miejsca, które sobie upatrzyli. 

Ż

aglowiec  zakotwiczyli  w  pewnej  odległości,  poza  polem  widzenia  załogi  kapitana, 

lecz na tyle blisko, żeby zdążyli do niego podpłynąć łodzią bez obawy, że zostaną złapani. 

Petri miał czekać na statku. Znał tego typu żaglowce, a właśnie był tam potrzebny ktoś 

z doświadczeniem. Razem z nim zostali Tapio i Markku. 

Reijo rozliczył się ze swoją dotychczasową załogą. Uznał, że nie może narażać swych 

ludzi na więzienie lub nawet na śmierć. 

Reijo,  Aleksanteri  i  Mikkal  wsiedli  do  lekkiej  łodzi.  Reijo  udzielał  jeszcze  ostatnich 

napomnień, zanim chwycili za wiosła: 

- Pamiętajcie, żeby podnieść kotwicę i żagle, jak tylko zobaczycie nas przy cyplu. 

. Petri skinął głową. Już to słyszał. Pamiętał, co ma robić. 

- Wiemy, co do nas należy, Reijo. Teraz wszystko w waszych rękach. Powodzenia! 

Zajęli  upatrzone  miejsce  na  morzu.  Mieli  stąd  dobry  widok  na  twierdzę.  Znajdowali 

się tak blisko, że przy odrobinie wysiłku mogli rozróżnić rysy twarzy osób w pobliżu fortu. 

Wszyscy trzej czekali, drżąc z napięcia. Każdy z nich próbował sobie wyobrazić Raiję 

po dniach spędzonych w lochu. 

Zdawali  sobie  sprawę,  że  z  pewnością  nie  będzie  dobrze  wyglądała,  że  może  być... 

zaniedbana. 

background image

Słyszeli  o  tym,  co  oznaczało  przesłuchanie.  I  chociaż  to  tylko  plotki,  nie  sądzili,  by 

były mocno przesadzone. 

Kiedy otwarto bramę, napięcie zostało rozładowane. 

-  Dobry  Boże!  To  przecież  nie  ona!  -  Reijo  przechylił  się  przez  burtę,  żeby  lepiej 

widzieć. 

Łódź lekko się przechyliła. 

Mikkal złapał przyjaciela mocno za ramię i przyciągnął z powrotem. 

- To ona - rzekł spokojnie. - To Raija. - W jego głosie brzmiał smutek. 

- Co oni z nią zrobili? - jęknął Reijo. - Co oni, do diabła, z nią zrobili? 

Zacisnął pięść i uderzył nią z całej siły w ławkę, aż zatrzeszczała. 

- Boże, mógłbym ich pozabijać! Mógłbym ich wszystkich pozabijać gołymi rękami! 

Aleksanteri i Mikkal rozumieli, go aż nazbyt dobrze. Sami czuli podobnie. 

Chciało  im  się  płakać  na  widok  tej  drobnej,  żałosnej  postaci,  popychanej  przez 

wyprostowanych  mężczyzn  w  mundurach.  Cierpieli  razem  z  nią,  kiedy  uniosła  twarz  ku 

słońcu, usiłując przyzwyczaić wzrok do światła. 

A potem brutalnie popędzono ją do przodu. Wyglądało na to, że chodzenie sprawia jej 

ból. 

Kiedy podeszła bliżej brzegu i łodzi, ujrzeli ją wyraźniej. 

Twarz Mikkala się ściągnęła. 

- Bito ją - odezwał się ostrym, obcym głosem. - Spójrz na jej twarz, Reijo! 

Zobaczyli.  Zobaczyli  jej  włosy  potargane  i  posklejane  w  strąki.  Zobaczyli 

postrzępione ubranie. Gdzieniegdzie pomiędzy łachmanami dostrzegli jej ciało. 

Nie białe, jak kiedyś. 

Zobaczyli krew. 

- Byli bardzo gorliwi. - Aleksanteri nie wiedział, co powiedzieć. 

To najstraszniejsza chwila w jego życiu. Raija była przecież jak piękny kwiat. 

W twierdzy nie tylko go złamano. Również podeptano. 

Czy  to  możliwe,  żeby  po  takim  potraktowaniu  wykrzesać  jeszcze  z  człowieka 

odrobinę życia? Czy taki kwiat zdoła jeszcze zawiązać pąk, jeżeli brutalnie został wdeptany w 

błoto? 

Widzieli, jak ją wiązano. 

-  Utopi  się  -  mruknął  Reijo  przez  zęby.  -  Raija  zawsze  panicznie  bała  się  morza. 

Strach ją paraliżował. Na pewno utonie. Bóg jeden wie, czy Raija w ogóle jest w stanie jasno 

myśleć. Nigdy nie uda nam się nawiązać z nią kontaktu. Musimy podpłynąć bliżej. 

background image

- Nie możemy zwracać na siebie uwagi! - rzekł Aleksanteri. 

Zobaczyli, jak od strony twierdzy rusza łódź. 

-  Jest  tam  tylko  trzech  ludzi  -  rzucił  Mikkal.  -  Czy  zauważyliście  najważniejsze?  - 

Zamilkł na chwilę, zanim dodał: - Nie są uzbrojeni. 

Ani  Reijo,  ani  Aleksanteri  się  nie  odezwał.  Zobaczyli,  jak  łódź  się  zatrzymuje.  Jak 

mężczyźni  składają  wiosła.  Jak  wstają  i  podnoszą  Raiję.  Zobaczyli,  jak  rozbujali  ją  w 

powietrzu. Słyszeli ich śmiech. 

Widzieli, jak kapitan wydaje rozkaz. Wszyscy trzej wstrzymali oddech. Nie wydała z 

siebie ani jednego dźwięku. 

Wpadła w wodę. 

- Nie żyje - mruknął Reijo. 

-  Raija  jest  dumna  -  sprostował  Mikkal.  Siedział  z  przygotowanymi  wiosłami, 

podobnie jak Aleksanteri. 

- Czy nie powinniśmy podpłynąć choć trochę bliżej? - zastanawiał się Reijo, wpatrując 

się nieprzerwanie w miejsce, gdzie zniknęła Raija. Bał się nawet mrugnąć ze strachu, że straci 

je z oczu. Musi być pierwszym, który ją zauważy. 

Musi zwrócić na siebie jej uwagę. 

Mikkal  nieznacznie  poruszył  wiosłami.  To  nie  wydawało  się  niebezpieczne.  Nikt  na 

nich nie patrzył. 

Wszyscy wpatrywali się równie intensywnie w niezbadaną powierzchnię wody. Reijo 

z całej siły ściskał harpun. Zbielały mu kostki, palce zabolały. 

Zrobili drzewce dłuższe niż trzeba. Miał nadzieję, że wystarczająco długie. 

-  Utopiła  się  -  mruknął,  kiedy  wydawało  mu  się,  że  Raija  pozostaje  pod  wodą  całą 

wieczność. 

Wiara Mikkal a okazała się niezłomna: 

- Jest silna. 

Reijo  pragnął,  by  jego  wiara  była  równie  niezachwiana.  Zaczynał  już  myśleć,  że  ją 

utracili. 

Wtedy Mikkal złapał go za ramię. Szepnął: 

-  Tam!  Widzisz,  Reijo?  Wypływa  na  prawo  od  nas.  Reijo  spojrzał.  Zobaczył  lekkie 

zmarszczki na powierzchni wody, nie wywołane przez falę lub podwodny prąd. 

Aleksanteri  wykonał  kilka  bezgłośnych  ruchów  wiosłem.  Niezauważalnie  przybliżał 

łódź do tego miejsca, zanim ktokolwiek z gapiów mógł się zorientować w ich zamiarach. 

Dudniło jej w uszach. Zdawało się, że oczy zaraz wyskoczą jej z orbit. 

background image

W płucach nie pozostało już ani odrobiny powietrza. Pierś zdawała się jedną bolesną 

wydrążoną  jamą.  Zaraz  napije  się  słonej  wody  i  umrze,  zanim  zdąży  wypłynąć  na 

powierzchnię. 

Wszystkie wysiłki okazały się daremne! 

Zaraz znowu pójdzie prosto na dno! 

Nie, do diabła! 

Złość okazała się pomocna. 

Dodała jej sił na jeszcze jeden ruch mocno związanymi rękami i nogami. 

Poszło szybciej. 

Zrobiło się jaśniej. 

Mogła  zobaczyć  blask  słońca  na  falach.  I  jakiś  ciemny  kontur  po  lewej  stronie.  Czy 

nie udało się jej ani trochę oddalić od łodzi prześladowców? 

Przecięła powierzchnię wody, łapczywie złapała powietrze, próbowała odwrócić się na 

plecy. Starała się powoli kołysać na falach, żeby  się znowu nie zanurzyć. Łykała życiodajne 

powietrze. Napełniała obolałe płuca, aż ból przestał być tak dotkliwy. 

Wtedy posłyszała głos. 

- Raija - mówił. - Raija! Tutaj! 

Całą  wieczność  zajęło  jej  odwrócenie  się  w  stronę,  skąd  dobiegał.  Kochany  znajomy 

głos. 

Reijo. To naprawdę Reijo. 

Nie widziała nikogo oprócz niego, gdyż wychylał się daleko poza burtę, wyciągając w 

jej stronę harpun. Zrozumiała. 

Walczyła z falami, żeby podpłynąć jeszcze trochę. Zobaczyła zbliżający się cień łodzi, 

a  potem  coś  otarło  się  o  jej  nogę.  W  następnym  okamgnieniu  zorientowała  się,  że  Reijo 

dosięgną! jej, poczuła, że ciągnie ją w swoją stronę. 

Silne ręce poderwały ją do góry. Przeniosły na pokład. 

Reijo obejmował ją ramieniem. Raija płakała, nie mogąc wydobyć słowa. 

Dopiero po chwili rozejrzała się. 

Spojrzała prosto w miodowożółte oczy, które rozpoznałaby wszędzie. 

- Już jesteś bezpieczna - usłyszała głos Mikkala. 

Wtedy straciła przytomność. 

background image

14 

Mikkal  przesadził,  mówiąc,  że  są  bezpieczni.  Daleko  było  im  do  tego.  Uratowanie 

Raiji wzbudziło ogólne poruszenie. Żołnierze na rozkaz kapitana rzucili się do wioseł i zanim 

Reijo zdołał wyciągnąć Raiję, łódź z twierdzy podpłynęła niebezpiecznie blisko. 

Reijo  dziękował  Stwórcy,  że  tamci  nie  mieli  broni.  W  przeciwnym  razie  bez  trudu 

rozprawiliby się nie tylko z Raiją, lecz również z nimi wszystkimi. 

Usłyszał głos kapitana, nakazujący im oddanie Raiji. 

- W imieniu króla żądam wypuszczenia czarownicy! - wołał. 

Aleksanteri odpowiedział przekleństwami po fińsku. 

I tak nie zasłużyliby sobie na łaskę w oczach ludzi króla. 

Raija nadal leżała jak martwa w ramionach Reijo. Rzucił harpun na dno, gdy tylko ją 

wydostał  z  wody.  Teraz  wolną  ręką  przecinał  rzemienie  krępujące  jej  ręce  i  nogi.  Kaleczył 

się, ale nie zwracał na to uwagi. 

Raija musi mieć swobodę ruchów, kiedy odzyska przytomność. 

Okrążyli cypel. 

Petri zrobił tak, jak miał przykazane. Podniósł już część żagli i właśnie mocował się z 

kotwicą. 

Wiał przychylny wiatr ze wschodu. Oby tylko zdążyli wejść na pokład, wtedy uda im 

się zdobyć przewagę. 

Kapitan  Feldt  również  zdał  sobie  z  tego  sprawę,  kiedy  zobaczył  statek,  czekający  z 

rozwiniętymi żaglami. 

Ochrypłym głosem wydał rozkaz do powrotu. 

-  Z  powrotem  do  twierdzy!  -  krzyknął.  -  W  ten  sposób  ich  nie  dogonimy.  Musimy 

przesiąść się na żaglowiec. 

-  Jak  na  razie  wygrywamy  -  rzucił  Mikkal.  Pierwszy  zauważył,  że  łódź  kapitana 

zawraca. 

-  Ale  nie  możemy  sobie  pozwolić  na  odpoczynek  -  uznał  Aleksanteri  i  z  większą 

energią chwycił za wiosła. 

Mikkal poszedł za jego przykładem. 

Kiedy  podpłynęli do statku, Petri rzucił im linę.  Mikkal złapał ją i  wspólnymi siłami 

razem z Petrim wciągnęli łódkę do góry. 

background image

Reijo wstał. Usiłując utrzymać równowagę, ostrożnie wziął Raiję na ręce. Była lekka 

jak piórko. 

Petri zbladł, kiedy zobaczył, w jakim jest stanie. 

- Co oni z nią zrobili? - spytał zbolałym głosem. Zabrał Raiję z rąk Reijo i położył ją 

delikatnie na pokładzie statku. 

Na szczęście dzieci posnęły znużone kołysaniem i długim oczekiwaniem. 

W  ciągu  dnia  nie  miały  nic  szczególnego  do  roboty.  Nie  rozumiały,  dlaczego  muszą 

czekać, skoro Reijo obiecał, że wkrótce znowu wyjeżdżają. 

Mikkal  wdrapał  się  na  pokład  i  uklęknął  obok  Raiji.  Nie  widział  ani  nie  słyszał 

niczego,  co  się  wkoło  działo.  Nie  dostrzegał  gorączkowych  przygotowań  do  ucieczki.  Nie 

zauważył  tego,  dopóki  nie  ujrzał,  jak  krajobraz  na  brzegu  zaczyna  się  przesuwać.  Coraz 

szybciej. 

- Płyniemy na zachód - rzekł Reijo. - Wygląda na to, że nam się udało, stary. 

Mikkal  wziął  Raiję  pod  jej  szczupłe  ramiona,  uniósł  ją  i  przytulił  do  piersi,  oparł  jej 

głowę na swoim ramieniu. 

Czułymi palcami odgarnął jej z twarzy potargane włosy. 

- Mały Kruku - szepnął tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć. - Mój Mały Kruku, 

teraz jesteś bezpieczna.  Już nigdy nie będziesz musiała się bać. Dotrzymam obietnicy, którą 

dałem sobie tak dawno temu: Teraz będę cię pilnował, kochana. Moja najdroższa Raiju... 

Obudziła  się  i  w  pierwszej  chwili  pomyślała,  że  nie  żyje.  Tak  cudownie  kołysało. 

Tuliły  ją  czułe  ramiona.  Słyszała  łagodny  głos,  szepczący  słowa,  które  należały  do  innego 

ś

wiata. 

Na pewno umarła. 

Kapitan wreszcie osiągnął to, czego chciał. Załamała się. 

Umarła. 

Ale czy nie miało ją pochłonąć piekło i wieczny  ogień? Czy nie to przepowiadali jej 

kapitan  i  pastor?  Z  taką  pewnością  ostrzegali  ją,  że  skończy  w  piekielnych  płomieniach.  Że 

zostanie skazana na wieczne cierpienie, jeżeli się nie przyzna. 

Chyba się nie przyznała? 

Czyżby? 

Nie, poddali ją próbie wody. Utopiła się. Wrzucili ją do morza i utonęła. 

A może...? 

Skąd  się  nagle  wziął  Reijo?  Czy  to  nie  Reijo  ją  wyłowił?  Czy  to  nie  twarz  Mikkala 

ujrzała przed sobą tak wyraźnie? Czy Mikkal nie zapewniał jej, że jest bezpieczna...? 

background image

Mikkal...? 

Głos  brzmiał  tak  łagodnie.  Mówił  w  języku,  który  pamiętała  ze  szczęśliwych, 

odległych lat. 

Słowa stały się wyraźne, nabrały sensu. Poznała ów głos. 

-  Maleńka  Raiju,  moja  kochana.  Nikt  więcej  nie  zrobi  ci  nic  złego.  Zabiję  tego,  kto 

spróbuje wyrządzić ci krzywdę, moja najdroższa przyjaciółko. 

Ktoś pogładził ją po policzku, pieścił, gdzie tamci bili. 

Ktoś gorącymi ustami pocałował ją w czoło, odgarnął kosmyki włosów... 

Kochane słowa nie milkły. 

Raija  powoli  odzyskiwała  świadomość.  Nie  umarła.  Nie  znajdowała  się  w  niebie. 

Przecież na nie nie zasłużyła. 

Lecz  to  wydawało  się  czymś  jeszcze  lepszym.  Żyła.  Naprawdę  żyła,  a  w  tych 

ramionach mogłaby nawet umrzeć. 

Teraz jednak chciała tylko żyć. 

Otworzyła oczy. Zmrużyła je przed światłem. Zobaczyła ukochaną twarz. 

Uśmiechnął się. 

- Budzisz się - szepnął. - Witamy z powrotem, moje dziecko. 

- Mikkal... 

Wargi miała zdrętwiałe. Mówienie sprawiało ból, lecz musiała wymówić jego imię. 

W  najbardziej  czarnych  i  beznadziejnych  momentach  w  lochu  twierdzy  Vardo  nie 

wierzyła, że kiedykolwiek znowu zwróci się do Mikkala w ten sposób. 

- Mikkal, naprawdę tu jesteś! 

Podniosła dłoń, zauważyła, że drży, ale musiała go dotknąć, dotknąć jego twarzy. 

Ostrożnie, niemal zdumiona, pogładziła go po czole i policzku. Musnęła dłonią brwi i 

wargi, poprowadziła palce lekko ponad powiekami, przesunęła po niesfornej grzywce. 

Potem zamknęła oczy i oparła się na jego piersi. Jej szczupłymi ramionami wstrząsnął 

płacz. Łkała cicho przytulona do mężczyzny, dla którego jej serce biło najgoręcej. 

Petri  przyglądał  się  tej  scenie.  Zobaczył,  jak  rozbłysły  jej  oczy.  Dla  niego  nigdy  tak 

nie lśniły. Zobaczył, jak ten silny mężczyzna siedzi ze łzami w oczach, obejmując Raiję, jak 

gdyby  była  z  najbardziej  kruchej  porcelany.  Petri  odwrócił  się  i  popatrzył  na  nieskończone, 

bezbrzeżne  morze.  Zamrugał,  by  powstrzymać  łzy,  próbował  pogodzić  się  z  losem.  Zawsze 

przecież wiedział, że Raija nie jest jemu przeznaczona. Że nie mieli przed sobą przyszłości. 

Ale na to, co ujrzał, nie był przygotowany. Nigdy nie był świadkiem takiej miłości, tak 

zmysłowej i niemal nieziemskiej jednocześnie. 

background image

Petri zrozumiał, dlaczego Raija ani słowem nie wspomniała nigdy o Mikkalu. 

On nie odejdzie dla niej w przeszłość. Zawsze pozostanie przy niej. Raija nigdy się nie 

uwolni od tej miłości. Takie uczucie nigdy nie zblednie. Nigdy nie umrze. 

- Myślałam, że tego nie przeżyję, Mikkal - szepnęła Raija. 

Słowa  były  urywane.  Mówienie  sprawiało  ból,  lecz  musiała  mu  to  wyznać.  Musiała 

się z kimś podzielić dręczącymi myślami. 

- To było straszne. Chciałam umrzeć. Wydawało mi się, że to jedyne wyjście... 

- Wiem, moje dziecko - odpowiedział. - Wiem o tym. 

Gładził delikatnie jej ramiona. Prawie jej nie dotykał. Kiedy ją podnosił, by do siebie 

przytulić, dostrzegł ślady chłosty. 

- Tylko myśl o tobie trzymała mnie przy życiu. Wyobraziłam sobie, że dodajesz mi sił. 

Mikkal nie odezwał się ani słowem. Może powie jej o tym później. Powie jej, że być 

może czerpała od niego siły nie tylko w swej wyobraźni. 

Teraz niech ona mówi. Niech wyrzuci z siebie wszystko, co jej leży na sercu. 

- W jaki sposób, Mikkal? - zdziwiła się. - W jaki sposób się tu znalazłeś? Widziałam 

Reijo... Czy to Reijo wyciągnął mnie z morza? 

Spojrzała  na  niego  dużymi  brązowymi  oczami.  Nie  była  w  stanie  się  odwrócić,  żeby 

zobaczyć pozostałą część statku. 

Mikkal skinął głową na potwierdzenie. 

- Jest nas wielu - rzekł spokojnie. - Reijo, ja... Petri i Aleksanteri... 

Raija  otworzyła  szeroko  oczy  ze  zdumienia,  kiedy  wymienił  dwa  ostatnie  imiona. 

Zobaczył, jak jej ciało nieznacznie się napięło. W jej wzroku pojawiło się pytanie. 

Spojrzeniem pytała, czy wiedział... 

-  Wszystko,  co  robiłaś  lub  czego  nie  robiłaś,  nie  ma  teraz  żadnego  znaczenia  -  rzekł 

cicho. 

Jego  słowa  nie  były  całkiem  zgodne  z  myślami,  które  dopadały  go  w  najbardziej 

ponurych chwilach, lecz tu i teraz był skłonny wszystko jej wybaczyć. 

Raija uspokoiła się. Zamknęła oczy. 

Mikkal  przekonywał  sam  siebie,  że  Aleksanteri  i  Petri  nic  dla  niej  nie  znaczą.  Nikt 

inny tak naprawdę dla niej się nie liczy. Podobnie jak w jego przypadku. 

Zawsze do niego wracała - tak, jak on zawsze do niej wracał. 

Nic  na  tej  ziemi  nie  jest  w  stanie  zagrozić  ich  miłości,  pomyślał.  Nikt  oprócz  nich 

samych. 

Nie wolno mu nigdy okazać zazdrości. 

background image

- Twoje dzieci tu są - odezwał się cicho. 

- Nie mogą mnie zobaczyć w tym stanie! Mikkal, nie mogą mnie takiej zobaczyć! 

Ostrożnie wypuścił ją z objęć, równie ostrożnie, jak ją trzymał. 

-  Zajmiemy  się  tobą,  Mały  Kruku  -  rzekł.  -  Zmyjemy  z  ciebie  brud  i  ubierzemy  w 

czyste rzeczy. Bądź spokojna, dzieci cię nie zobaczą, zanim tego nie zrobimy. 

Nie  miał  pewności,  czy  może  jej  to  obiecać.  Żaglowiec  był  małym  światem.  Od 

dziobu do rufy nie było daleko. Jeżeli dzieci się obudzą, trudno będzie utrzymać je z dala od 

matki. Oczy Raiji mówiły jednak, że liczy na niego. Nie mógł zawieść jej zaufania. 

Zanim  odszedł,  pogłaskał  Raiję  pośpiesznie  po  policzku.  Potem,  utykając,  poszedł 

porozmawiać z Reijo. 

Raija popatrzyła za nim zdumiona. 

Co mu się stało? Co Mikkal sobie zrobił w nogę? 

Reijo  spojrzał  przez  ramię  Mikkala.  Myślał,  że  się  rozpłacze.  Raija  nie  powinna  tak 

siedzieć - sponiewierana, skruszona, zbita... 

Powinna czuć się dumna i wolna, i wyjść na spotkanie światu z diabelskim błyskiem 

w oczach. 

-  Pomyślałem  o  tym  -  rzekł  bardziej  beztroskim  tonem,  niż  wskazywałby  na  to  jego 

nastrój. - Mam trochę słodkiej wody. Jest zimna, ale chyba równie dobra. 

- Chodź ze mną - poprosił Mikkal. Głęboko wciągnął powietrze. - Nie jestem pewien, 

czy sam dam radę... 

Reijo  przeniósł  wzrok  z  Raiji  na  Mikkala.  Napotkał  spojrzenie  przyjaciela.  Ujrzał  w 

nim niemy smutek i zdał sobie sprawę, że Mikkalowi również zbiera się na płacz, gdy patrzy 

na Raiję w tym stanie. 

Przekazał  ster  Petriemu.  Serce  tamtego  krwawiło.  Nie  przypominał  sobie,  kiedy  czuł 

się równie niepotrzebny. W życiu Raiji nie było dla niego miejsca. 

Pragnął, by mógł dla niej zrobić to, co Mikkal i Reijo robili z taką oczywistością. Nie 

był jej jednak wystarczająco bliski. 

Jedyne, co mu pozostawało, to trzymać kurs. Nadal nie byli całkiem bezpieczni. 

Choćby  to  zadanie  wydawało  mu  się  błahe,  to  jednak  mogło  od  niego  zależeć  życie 

ich wszystkich. A Petri nie chciał zawieść Raiji. 

Reijo ukucnął przed Raiją. Próbował się uśmiechnąć, lecz nie za bardzo mu się udało. 

- Dziękuję - szepnęła. - Dziękuję, Reijo! 

background image

-  Nie  powinniśmy  byli  pozwolić,  by  cię  spotkał  taki  los  -  uśmiechnął  się  Reijo.  - 

Musimy  ściągnąć  z  ciebie  te  szmaty  i  zmyć  brud,  aniele.  Nie  chcemy,  żeby  dzieci  się 

wystraszyły. 

Raija spuściła głowę. 

- Obawiam się, że nie przedstawiam pięknego widoku - szepnęła. 

Reijo  z  trudem  powstrzymał  łzy.  Mikkal,  widząc  to,  również  ciężko  przełknął 

dławienie w gardle. 

- To nie ma znaczenia - odezwał się cicho. - I tak nam się podobasz, Mały Kruku. Dla 

nas zawsze jesteś piękna. Nic na świecie nie jest w stanie tego zmienić. 

Namoczył ścierkę i przetarł jej policzki. 

Spod  brudu  wyłoniła  się  okaleczona  twarz.  Mikkal  musiał  zacisnąć  zęby,  żeby  móc 

dalej ją myć. 

Zastanawiał  się,  jak  te  miejsca  musiały  wyglądać  wcześniej,  skoro  systematycznie  ją 

tak bito. 

Jej twarz przedstawiała chyba lepszy widok przed zmyciem brudu. 

Raija mogła odczytać z jego oczu, o czym myśli. 

- Brzydko wygląda? Reijo odpowiedział zamiast niego. 

-  Diabelnie  brzydko  -  rzekł.  -  Wyglądasz  diabelnie  brzydko,  aniele.  Najchętniej 

zabiłbym tego, który ci to zrobił. 

- Ja też - syknęła. Reijo objął Raiję delikatnie. Pocałował ją w czoło. 

-  Czuję  wiosnę,  Raiju  -  odezwał  się.  -  Obawiałem  się,  że  zabili  twoją  wolę  walki  i 

całkiem złamali twój charakter. Ale teraz poznaję tę Raiję, którą znam i lubię! 

-  Nikt  nie  złamie  Raiji  Alatalo  -  powiedziała  blado,  lecz  się  uśmiechnęła.  Potem 

dodała: - Ale kapitan zawzięcie próbował... 

Reijo  i  Mikkal  lepiej  zrozumieli,  co  miała  na  myśli,  kiedy  zdjęli  z  niej  to,  co  kiedyś 

było koszulą i spódnicą. 

Całe  plecy  wzdłuż  i  wszerz  pokrywały  rany.  Świeże  rany,  które  opuchły  wokół 

przeciętej skóry. 

Po uderzeniach pejczem. 

-  Dobry  Boże  -  jęknął  Reijo  w  rozpaczy.  Musiał  odwrócić  wzrok.  -  Jak  to 

wytrzymujesz? - spytał. - Jak, do licha, to wszystko zniosłaś? 

Brązowe oczy napotkały spojrzenie jego zielonych. 

- Nie wiem - odparła po prostu. - Nie wiem, Reijo. 

background image

Mikkal  płakał,  kiedy  odsłonili  ślady  po  oparzeniach.  Ręce  mu  drżały,  z  trudem 

trzymał ścierkę. Reijo musiał go zastąpić. 

I jemu zrobiło się słabo, ale zacisnął zęby i starał się przynajmniej pozornie zachować 

spokój. 

Dzieci  nie  mogą  tego  zobaczyć,  pomyślał.  W  żadnym  wypadku  nie  mogą  tego 

zobaczyć. 

- Co za drań...? - dopytywał się Mikkal głosem drżącym ze złości i rozpaczy. - Co za 

drań ci to zrobił, Mały Kruku? 

- Sam kapitan. 

Wargi  Raiji  zbielały,  kiedy  to  mówiła.  Oczy  nabrały  chłodnego  wyrazu,  kiedy 

wymieniła jego nazwisko: 

- Hans Fredrik Feldt. Reijo i Mikkal zapamiętali je sobie. 

- Oby jego czarna dusza smażyła się długo i powoli w gorącym piekle! - wyraził swe 

pobożne życzenie Reijo. 

- Na pewno tak się stanie - dodał z przekonaniem Mikkal. 

Obu wydawało się, że najgorsze już zobaczyli. Jednak kiedy Raija odsłoniła brzuch i 

nogi, ukazując najgłębsze poparzenia, doznali szoku. W rany na udach wdało się zakażenie. 

Reijo musiał się siłą powstrzymać, żeby nie zwymiotować. To było zbyt okropne. 

- On musi być całkiem obłąkany! 

Mikkal  spuścił  głowę.  Ręce  mu  drżały,  kiedy  przeszukiwał  rzeczy  Raiji,  w  końcu 

znalazł odrobinę suszonych ziół. 

Zrobił  z  nich  papkę,  którą  nałożył  na  wąski  pasek  materiału  i  przewiązał  najgorsze 

rany. Jego usta utworzyły cienką linię. 

-  To  powinno  pomóc  -  odezwała  się  Raija,  żeby  trochę  uspokoić  przyjaciół.  -  W 

każdym razie nic mi nie może już zaszkodzić. 

-  On  chyba  strasznie  nienawidzi  kobiet  -  wycedził  Mikkal  przez  zęby.  -  Nikt  nie 

mógłby zrobić czegoś podobnego kobiecie, nie czując nienawiści. Nie będąc szaleńcem. 

Kąciki ust Raiji drżały. Sama doszła do tego samego wniosku. 

Skończyli ją myć.  Zimna woda podziałała trochę kojąco. Nieznacznie złagodziła ból. 

A okłady zrobione przez Mikkala powoli zaczynały pomagać, rany już tak bardzo nie piekły... 

Starając  się  zachować  ostrożność,  ubrali  Raiję  w  czyste  i  nie  zniszczone  ubranie. 

Łachmany  bez  zmrużenia  oka  wyrzucili  za  burtę.  Raija  będzie  nosiła  dosyć  blizn, 

przypominających  jej  o  koszmarnych  dniach  i  nocach  spędzonych  w  twierdzy.  Nie  potrze-

bowała więcej pamiątek. 

background image

- Co zrobimy z włosami? - Mikkal spojrzał zagubiony na Reijo. 

Kończyła się słodka woda, a słona będzie szczypała w rany. 

-  Obetnijcie  je!  -  zdecydowała  Raija.  Obaj  spojrzeli  na  nią  w  osłupieniu.  Raija 

powtórzyła stanowczym tonem: 

- Obetnijcie! I tak nie uda się ich domyć i rozczesać, a przecież wkrótce odrosną. 

Mikkal westchnął i sięgnął za pasek po nóż. Wyjął go powoli. 

Błysnęło szerokie ostrze. 

- Nie wiem, czy jestem w stanie - rzekł zduszonym głosem. 

-  Na  pewno.  -  Głos  Raiji  nawet  nie  drgnął.  -  Obciąłeś  mi  kiedyś  jeden  kosmyk, 

pamiętasz, Mikkal? 

Zatopił się w tym brązowym spojrzeniu. 

Oczywiście, że pamięta. 

Nadal nosił ten kosmyk na szyi. Raija miała wtedy trzynaście lat. Już wtedy kochał ją 

szaleńczą miłością, lecz nie miał odwagi tego okazać. 

Raija była tylko dzieckiem, a on dorosłym mężczyzną. 

- Zrób to jeszcze raz! - poprosiła. - Zrób to teraz, Mikkal. Ale postaraj się, żeby było 

ładnie! 

Mikkal uśmiechnął się, rozpoznając ślady jej dawnej próżności. Zaczęła przypominać 

jego ukochaną, jego Małego Kruka. 

- Będziesz najpiękniejszym krótkowłosym Małym Krukiem na płaskowyżu - obiecał i 

zaczął obcinać czarne jak sadza skołtunione kosmyki. Wkrótce wokół pięknie ukształtowanej 

twarzy pozostała już tylko krótka, gęsta grzywa. Resztką wody delikatnie umyli Raiji głowę. 

-  Wyglądasz  inaczej  -  zauważył  Mikkal.  -  Ale  całkiem  niebrzydko.  Poza  tym  włosy 

znowu odrosną. 

- Trudniej też będzie cię rozpoznać - dodał Reijo. Raija spoważniała. 

- Będą mnie szukać, prawda? Jestem ścigana? Obaj spuścili w zakłopotaniu głowy. 

- Co się dzieje? 

-  Rozmawialiśmy  z  Reijo.  -  Mikkal  mówił  zdławionym  głosem.  -  Pozostaje  tylko 

jedno rozwiązanie, mój skarbie. Musisz wyruszyć ze mną. Płaskowyż jest zbyt rozległy, aby 

mogli dokładnie go przeczesać i cię znaleźć. 

- A co z dziećmi? - zaniepokoiła się Raija. 

-  Pójdą  ze  mną  -  odparł  Reijo  i  uciekł  wzrokiem.  Raija  z  drżeniem  wciągnęła 

powietrze. Oddychała powoli przez nos. 

background image

- Elle powiedziała kiedyś, że będę musiała poświęcić jedno z dzieci - rzekła z płaczem 

w głosie. - Myliła się. Muszę poświęcić czworo... 

background image

15 

- Najlepiej, gdyby mnie wcale nie widziały. - Raija powiedziała to łamiącym głosem i 

ze łzami w oczach. 

Reijo rozumiał jej obawy. 

- Ale czy potrafiłabyś, Raiju? Czy byłabyś w stanie to wytrzymać? 

Potrząsnęła głową. 

- Ale proszę cię, nie mów mi, dokąd zamierzasz się udać - rzekła. - To bez znaczenia. 

Dzieci  nie  powinny  się  dowiedzieć,  dlaczego  nie  mogę  z  wami  jechać.  A  pewnego  dnia 

znowu będziemy razem... 

Ani Mikkal, ani Reijo nie mieli odwagi spytać, kogo miała na myśli, mówiąc „my”. 

Ułożyła się na tobołku, który zawierał cały jej dobytek i złoto. 

-  Spróbuję  zasnąć  -  powiedziała.  -  Obudźcie  mnie,  kiedy  dzieci  wstaną.  Chciałabym 

pobyć z nimi jak najdłużej. 

Mikkal wolałby przy niej posiedzieć, ale Reijo go zawołał. 

- Jej stan zmusza nas do drobnej zmiany planów - rzekł przyjaciel po chwili namysłu. 

- Czy mamy zejść na ląd później, niż to ustaliliśmy? Reijo potrząsnął głową. 

- Nie chciałbym tego ryzykować. Powinniśmy lada moment dołączyć do pozostałych 

rybaków. Najpóźniej do zapadnięcia zmroku. Jednak ścigają nas ludzie króla. Jeżeli znajdą tu 

Raiję,  koniec  z  nami  wszystkimi.  Nie  będą  zważać  na  to,  że  na  pokładzie  są  dzieci.  Dla 

królewskich żołnierzy to tylko potomstwo diabła... 

- A więc wcześniej... Mikkal wpatrywał się nieruchomo w ląd. 

- Raija nie może jeszcze zbyt dobrze chodzić, Reijo. Widziałeś jej rany. A ja nie znam 

nikogo  w  tych  stronach.  Do  terenów,  gdzie  mam  znajomych,  zostało  sporo  drogi.  Gdybym 

tylko zdobył dla niej rena... 

-  Sam  nie  dasz  sobie  z  rady  z  Raiją  -  stwierdził  Reijo.  Jego  oczy  mówiły  coś,  czego 

Mikkal nie chciał zrozumieć. - Musicie zejść na ląd razem z Petrim i jego chłopcami. 

Mikkal znieruchomiał. 

Nigdy w życiu, chciał krzyknąć. On, który obiecał sobie nie okazać zazdrości o Raiję. 

To  chyba  niemożliwe,  żeby  miał  spędzić  dni,  może  tygodnie,  w  towarzystwie  mężczyzny, 

który nazbyt wyraźnie był dla Raiji kimś więcej niż tylko przyjacielem. 

- Dobrze - zabrzmiał jego głos. Wygrał rozsądek i Mikkal zaakceptował proponowane 

rozwiązanie. 

background image

Dla Raiji musi wytrzymać. 

Maja obudziła się nie zauważona przez nikogo z dorosłych. To dziecko, które zwykle 

starało się zwracać na siebie uwagę, potrafiło również stać się prawie niewidzialne, kiedy tego 

chciało. 

Statek był interesujący. Interesujący w inny sposób niż rosyjski. Tam żadnego z dzieci 

nie miało być słychać ani widać. Tutaj zaś rządził Reijo. 

Reijo pozwalał jej na wszystko. Nie zabroniłby jej rozejrzeć się po pokładzie. 

Dopóki będzie ostrożna, nic jej nie grozi. 

Wiedziała, że musi uważać, żeby się zbytnio nie zbliżać do burty. Chociaż właściwie 

to bardzo podniecające wychylić się i patrzeć w dół na wodę. Ale nie wolno tego robić, kiedy 

jest sama. To chyba jedyna rzecz, na którą Reijo by nie pozwolił. Zresztą i tak nie dosięgała 

do krawędzi. No, może gdyby stanęła na palcach. Ale nawet wtedy nie widziała morza. 

Maja  posuwała  się  do  przodu  pomiędzy  zwojami  lin  i  skrzynkami  z  narzędziami. 

Miała trochę wyrzutów sumienia, że nie obudziła Elise. 

Z pewnością też by  chciała tak się przemykać niepostrzeżenie - sprawdzić, jak długo 

dorośli  nic  nie  zauważą.  Kiedy  dorośli  nie  pilnują,  można  wiele  zobaczyć.  Elise  nie 

odważyłaby się na to sama. Być może dlatego Maja wolała zwiedzać statek bez niej. 

Elise była większa i starsza. Przyjemnie jest robić na własną rękę coś, na co Elise by 

się nie odważyła. 

Maja poczłapała dalej. 

Ktoś leżał na sakwie i spał. 

Maja  zatrzymała  się.  Zmarszczyła  gęste  brwi.  Stała  się  w  tym  momencie  wiernym 

odbiciem Mikkala. Nie zdawała sobie jednak z tego sprawy. 

Rozejrzała się niepewnie. Nikt jej nie zauważył. 

Krótkie włosy? To się nie zgadza. 

Ale tylko to się nie zgadza. 

Krótkie włosy... lecz to jest... to musi być... 

Maja  nie  martwiła  się  dłużej  tym,  czy  ktoś  ją  zauważy,  czy  nie.  Jej  serce  zabiło  w 

piersi mocno, bardzo mocno. Rzuciła się przed siebie. Opadła na kolana przed śpiącą kobietą. 

Jej głos zabrzmiał cienko: 

- Mama...? Po chwili przerodził się w niepohamowaną radość: 

- Mamo, to ty, mamo! 

background image

Raija  przebudziła  się,  czując  na  twarzy  dotyk  miękkiego  policzka.  Dwie  pulchne 

rączki ściskały ją mocno za szyję. Dziecko przytuliło się do niej z całych sił, aż poczuła ból, 

lecz zdołała się uśmiechnąć, z trudem siadając. 

- Maju, moja kochana! 

Ucałowała ją w oba policzki. Przytuliła. Maja sama do niej przyszła. Dziecko jej bólu. 

Jej najdroższe dziecko. 

Dla  Raiji  znaczyło  to  więcej,  niż  Maja  była  w  stanie  zrozumieć.  Dziewczynka 

wiedziała tylko, że mama wróciła po długim, długim czasie. Wiedziała, że mama trzyma ją w 

ramionach. 

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  wkrótce  mama  będzie  musiała  znowu  opuścić  ją  i 

rodzeństwo i że upłynie wiele czasu, zanim ponownie się zobaczą. 

Maja  nie  podejrzewała  nawet,  że  rozstaną  się  na  tak  długo,  że  nie  będzie  w  stanie 

przypomnieć sobie matczynej twarzy. 

Teraz mama była tutaj naprawdę. Dziwnie pachniała i dziwnie wyglądała, lecz to nie 

miało  znaczenia,  bo  była  przecież  jej  mamą.  I  to  ona,  Maja,  pierwsza  ją  zauważyła.  Przed 

wszystkimi innymi. 

Raija  spędziła  dzień  i  wieczór  z  dziećmi.  Prawie  się  pobiły  między  sobą,  żeby  móc 

posiedzieć na jej kolanach, żeby móc ją przytulić, żeby ją uściskać. 

Rany Raiji otworzyły się. Poczuła tak silny ból, że pociemniało jej przed oczami, lecz 

nie dała tego po sobie poznać. 

Dzieci  powinny  zapamiętać  mamę  radosną.  Ten  dzień  powinien  być  dobrym 

wspomnieniem. 

Kiedy Raija kołysała w ramionach śpiącą Idę, przyszedł Reijo. Nie rozmawiali dotąd o 

córeczce. Lecz Raija zauważyła, że jej mąż się domyślił... 

-  Jest  śliczna  -  rzekł  grubym  głosem  i  ostrożnie  odgarnął  ognisty  kosmyk  z 

dziecięcego czoła. 

Raija skinęła głową. 

- Nie chciałaś mnie powstrzymać? - Reijo spojrzał na nią pytająco. - Myślałaś, że nie 

odejdę, jeżeli dowiem się o dziecku? 

Odpowiedziała pytaniem: 

- A odszedłbyś? Reijo potrząsnął głową. 

-  Później  byś  żałował  -  odezwała  się  Raija.  -  Nie  chciałam  ci  odbierać  tego  roku. 

Dlaczego nie wróciłeś, tak jak się umówiliśmy? 

- Wiele się wydarzyło - odparł Reijo. - Mikkal omal nie stracił życia... 

background image

Opowiedział Raiji, co się zdarzyło od chwili, kiedy niedźwiedź zaatakował Ailo, aż do 

momentu,  kiedy  pochował  Aslaka.  O  swej  powrotnej  podróży  do  osady  i  o  poszukiwaniach 

Mikkala. O wyprawie na wschód. 

- Chyba tak miało się stać - rzekł w końcu. - W przeciwnym razie nie znaleźlibyśmy 

się tu z Mikkalem dokładnie w chwili, kiedy najbardziej nas potrzebowałaś. 

To, co miał jej teraz powiedzieć, zdawało się najtrudniejsze. Lecz był jej to winien. 

Obiecali sobie szczerość. Że zawsze będą wobec siebie uczciwi. 

- Rozmawiałem z Mikkalem - zaczął. - Wiele. 

- O mnie? 

- O nas. O tobie. O mnie. O Mikkalu... 

- Cały czas podążamy wzajemnie po swoich śladach, my troje... 

Raija uśmiechnęła się smutno. Oparła policzek o delikatną główkę Idy. 

-  Zanim  to...  -  Reijo  gestykulował,  czuł  się  niezręcznie.  -  Zanim  to  się  stało, 

znaleźliśmy  pewne  rozwiązanie.  Sigga  nie  żyje.  Już  nie  stoi  między  wami.  Nic  nie  stoi 

między wami... 

- Zapominasz, że się pobraliśmy, Reijo - powiedziała łagodnie. 

-  Wiesz,  że  cię  nie  kocham,  Raiju  -  rzekł  z  brutalną  szczerością.  -  Zawsze  będę  cię 

lubił. Na zawsze pozostaniesz moim najlepszym przyjacielem, ale cię nie kocham. Nie można 

tego zmienić. A ty i Mikkal od początku się kochaliście. Myśleliście o sobie nawzajem. Nie 

chcę wam stać na drodze. Pragnę, abyś była szczęśliwa, Raiju. Ze mną nie zaznasz szczęścia, 

na jakie zasługujesz. 

- Chciałeś mi to powiedzieć, gdyby mnie nie oskarżono o czary? 

Skinął poważnie głową. 

-  Dzieci  miały  zostać  przy  tobie  -  mówił  dalej.  -  Tak  wspaniale  to  obmyśliliśmy, 

Mikkal  i  ja.  Obiecał  mi,  że  od  czasu  do  czasu  będę  mógł  widywać  Maję.  Wtedy  nie 

wiedziałem jeszcze o Idzie... Raija uniosła jeden z kącików ust. 

-  A  teraz  wszystko  układa  się  na  odwrót.  Ty  musisz  zająć  się  dziećmi.  Życie  w 

swobodzie, o którym marzyłeś, pozostanie tylko w sferze fantazji. 

- To nie ma znaczenia - zapewnił. - Przynajmniej mam po co żyć. 

- I nadal proponujesz mi... wolność? 

- Całkowitą. 

- Jesteś wspaniałomyślny  - stwierdziła. - Powinieneś znaleźć kogoś, kto  potrafiłby to 

docenić,  Reijo.  Życzę  ci  z  całej  duszy,  żebyś  poznał  kogoś  takiego,  przy  kim  mógłbyś  żyć 

pełnią życia. 

background image

Reijo spuścił wzrok. Spojrzał na Idę. 

- Myślę, że to maleństwo nada sens mojemu istnieniu - rzeki z czułością w głosie. 

Raija napotkała jego spojrzenie. Jak dobrze rozumieli się nawzajem! 

-  Wiesz,  że  nie  to  miałam  na  myśli  -  powiedziała  spokojnie.  Nabrała  powietrza  i 

spytała: - Kiedy muszę wyruszyć? 

- Dziś w nocy. Pożegnanie nie zabrało wiele czasu. Nie dogonili jeszcze flotylli łodzi 

rybackich,  zdążających  na  południe.  Wydawało  im  się,  że  z  tylu  na  horyzoncie  zamajaczył 

ż

agiel. 

To mogło oznaczać tylko jedno. 

Raija nie miała nawet odwagi pogładzić dzieci po policzkach. Wolała nie ryzykować 

w  obawie,  że  się  przebudzą.  Nie  mogą  się  o  niczym  dowiedzieć.  Miała  zniknąć  tak,  jak  się 

pojawiła - niczym we śnie. Lecz niezmiernie trudno było odchodzić od nich, nie uściskawszy 

ich. Trudno opuszczać je, nie wiedząc, kiedy się znowu zobaczą. Czy się w ogóle zobaczą... 

Miała Mikkala, lecz poza tym straciła wszystko. 

Nie  tak  wyobrażała  sobie  szczęście.  Jeżeli  tak  wygląda  szczęście,  to  jest  bardziej 

ż

ałosne, niż przypuszczała. 

Widocznie  zawsze  miało  jej  czegoś  brakować.  Zawsze  musiała  coś  poświęcić,  żeby 

zdobyć coś innego. I płacić za to potwornie drogo. 

Dobrze, że mogła przytulić Reijo. Uścisnęła go, czuła, że jest taki rzeczywisty. 

To on musiał Raiję od siebie odsunąć. 

- Marnujecie drogocenny czas, mój aniele - rzekł. Nie potrafił ukryć, jak bolesne jest 

dla  niego  to  rozstanie.  Wiedział,  że  takie  jest  dla  wszystkich.  -  Musicie  już  iść,  Raiju. 

Musicie.  Spróbuj  być  choć  trochę  szczęśliwa.  Spróbuj  korzystać  z  życia,  dziewczyno!  Nie 

chcę  ujrzeć  jakiegoś  wychudzonego  szkieletu  w  dniu,  kiedy  się  znowu  spotkamy.  Wiesz,  że 

uczynię  wszystko,  żeby  dzieciom  niczego  nie  zabrakło.  Ty  natomiast  zadbaj  o  to,  żeby 

niczego  nie  zabrakło  tobie  i  Mikkalowi.  Będziemy  o  was  pamiętać,  skarbie,  wiemy,  że  nie 

upłynie ani jeden dzień, w którym byś o nas nie myślała. Nie płacz, moja przyjaciółko! 

Otarł  kciukiem  jej  łzy.  Uśmiechnął  się  do  niej,  starając  się  być  dzielny.  Tak  dzielny, 

jak dzielna była Raija. Potem lekko pocałował ją w usta i odwrócił w stronę Mikkala. 

Nie musiał chyba wątpić w to, że Raija spełni jego życzenie. 

Stali  we  czworo,  patrząc  za  żaglowcem  oddalającym  się  ku  zachodowi.  Mikkal 

obejmujący Raiję, Petri i Aleksanteri. 

background image

Tapio i Markku zdecydowali się popłynąć dalej z Reijo. Potrzebował załogi, a chłopcy 

bez  trudu  znajdą  później  trasy  prowadzące  na  południe  ku  domowi.  Mogli  też  zostać, 

znajdując zarobek w tym czy innym miejscu na wybrzeżu. 

Nie mieli żadnych szczególnych planów. Byli młodzi i możliwości same ścieliły się u 

ich stóp, jak mówili. 

Kiedy już będą wiedzieli coś na pewno, wtedy prześlą wiadomość. Jeżeli rodzina nie 

otrzyma żadnych wieści, to znaczy, że z pewnością dobrze im się wiedzie. 

Byli młodzi i beztroscy - i znaleźli się w Ruiji, krainie mlekiem i miodem płynącej. 

A w każdym razie obfitującej w ryby. 

W tłuste lata. 

Nastały  trudne  dni.  Atmosfera  była  napięta,  lecz  nawet  Mikkal,  któremu  obecna 

sytuacja  podobała  się  najmniej,  musiał  przyznać,  że  bez  towarzyszących  im  Finów  by  sobie 

nie poradzili. Raija nie była w stanie zbyt długo iść o własnych siłach. On sam nie mógł jej 

nieść. 

Bez Petriego i Aleksanteriego nie uszliby daleko. 

Z wyrzuconego przez morze drewna i wierzbowych witek zrobili coś w rodzaju noszy, 

na których nieśli dziewczynę. 

Do tego potrzeba było dwóch ludzi. 

Mikkal, który gotów był umrzeć dla Raiji, nie mógłby jej uratować w pojedynkę. 

Potrzebował tego mężczyzny, który był jej kochankiem. 

W najgorszych chwilach zastanawiał się, czy może obaj, Petri i Aleksanteri, nimi byli. 

Dostrzegał to i owo w jej spojrzeniach, które wymieniała z Aleksanterim. Tamten zaś patrzył 

na  nią  czasem  tak,  jak  pies  patrzy  na  swojego  pana  -  z  takim  samym  ufnym,  ofiarnym 

oddaniem. 

Zastanawiał  się,  czy  jej  to  nie  przeszkadza.  Nigdy  tego  nie  okazała,  lecz  mógł  się 

zastanawiać. 

Sytuacja zmusiła ich do pozostawania razem przez ponad dwa tygodnie. Po tym czasie 

Raija mogła wreszcie się poruszać o własnych siłach, rany się zrosły. Mikkal był zdania, że 

wkrótce dotrą do któregoś z jego krewnych. 

Tam otrzymają pomoc. Żywność, jurtę - rena, żeby mogli wędrować dalej. 

Nie  powiedział  tego  wprost,  lecz  dał  wyraźnie  Petriemu  i  Aleksanteriemu  do 

zrozumienia, że już nie potrzebuje ich pomocy. 

Petri w lot zrozumiał jego intencje. 

background image

Tego  wieczoru  przy  ognisku  wyciągnął  nogi  ku  ogniowi  i  powiedział,  że  chyba  już 

czas zmienić towarzystwo. 

Nikt się nie sprzeciwił. 

Raija widziała, jak zbliża się ten moment. Wyczekiwała go, a jednocześnie się bała. 

W ciągu ostatnich tygodni wyczuwała niemal na odległość zazdrość Mikkala. 

Bała się, że będzie zadawał pytania. Nie była pewna, czy na nie odpowie. 

Zbyt dobrze wiedziała, jak by zareagował, gdyby wyznała mu prawdę. 

Teraz czuła się od niego całkiem zależna. 

Mogłoby im być razem tak dobrze. 

Ale mogli też zniszczyć się nawzajem. 

Zawsze tak się między nimi działo - niebo albo piekło. 

Nie spieszyło im się, lecz pożegnanie z Petrim i Aleksanterim nie trwało dłużej niż to 

na statku. 

Aleksanteri  popatrzył  smutno  na  Raiję.  Był  blady  na  twarzy.  Wyglądało  na  to,  jak 

gdyby  dusił  w  sobie  coś,  co  oczywiście  nie  powinno  zostać  powiedziane.  W  końcu 

zdecydował się zatrzymać to dla siebie i tylko zdawkowo się pożegnał. Podziękował za czas 

spędzony razem. Zażartował, że jej jedzenie nie było takie najgorsze. 

Mikkal obserwował oboje z uwagą, przysłuchiwał się każdemu słowu. Lecz nie padło 

nic, co mogłoby zostać dwuznacznie zrozumiane. 

Raija czuła za to wdzięczność dla Aleksanteriego. 

Gorzej poszło z Petrim. 

On  znaczył  o  wiele  więcej.  Z  Aleksanterim  łączył  ją  raczej  flirt.  To,  co  przeżyła  z 

Petrim, było znacznie poważniejsze. 

Bardzo go lubiła. 

W innym czasie, w innym świecie, w którym Mikkal był dla niej tylko bratem, Petri 

mógłby zostać jej mężem. 

Wiedziała o tym. Petri też o tym wiedział. Mikkal zapewne się domyślał. Nie musiała 

się bać pożegnania z Petrim. Wierzyła, że nigdy  nie uczyniłby niczego, co postawiłoby ją w 

trudnej sytuacji. 

Rozumiał... Ją... Mikkala. Najlepiej rozumiał Mikkala, a świadomość, że ten człowiek 

ż

ywi dla niego tyle niechęci, sprawiała mu ból. Chciałby go lepiej poznać... 

Pragnął objąć Raiję i mocno, mocno ją przytulić jeszcze jeden jedyny raz. 

Chciałby odnaleźć jej usta i wykraść jeszcze ten ostatni pocałunek... 

Lecz to byłoby nie w porządku. Czułby się jak złodziej. 

background image

Musi zadowolić się wspomnieniami. 

Nigdy nie sądził, że rozstaną się w taki sposób. 

Zamiast ją objąć, zamiast ją pocałować i zatopić twarz w jej włosach, uścisnął tylko jej 

dłoń. Lekko. Nie za długo. Nie za krótko. 

Pożegnał się niemal chłodno. 

- Miło było cię poznać - rzekł. 

Na  jedną  krótką  sekundę  spotkały  się  ich  spojrzenia.  Wyczytał  w  jej  oczach,  że  jest 

mu wdzięczna, że tak się zachował. 

To Petriemu wystarczyło. 

-  Być  może  nasze  drogi  skrzyżują  się  kiedyś  w  przyszłości?  -  Uczynił  gest  ręką:  - 

Ruija nie jest przecież taka wielka. 

Raija roześmiała się. 

Razem  z  Mikkalem  patrzyła,  jak  odchodzą.  Dalej  na  południe.  Wątpiła  w  to,  by  ich 

drogi kiedykolwiek się zeszły. 

Ruija wydawała się wystarczająco rozległa. 

- Będziesz za nimi tęsknić? 

-  Może  -  odparła  tajemniczo.  -  Bardzo  mi  pomogli,  kiedy  znalazłam  się  w  trudnej 

sytuacji. 

Mikkal nie zadawał więcej pytań. Zmusił się, by się od tego powstrzymać. Tym razem 

niczego nie zniszczy. Tym razem nikt nie stanie między nimi. 

Po  prostu  postanowił  usunąć  z  pamięci  obu  Finów.  Jak  tylko  znikną  mu  z  oczu, 

zapomni o nich. Ani słowem nie wspomni o nich Raiji. 

-  Czeka  nas  dalszy  ciąg  -  rzeki  do  Raiji,  kiedy  wieczorem  siedzieli  we  dwoje  przy 

ognisku.  -  Nie  tego  dnia,  kiedy  widzieliśmy  się  po  raz  ostatni,  lecz  dalszy  ciąg  tej  chwili, 

kiedy przed wielu, wielu laty musiałaś odejść... 

- A czy lata, które od tego czasu upłynęły, się nie liczą? 

Mikkal wpatrywał się w tańczące płomienie. 

-  Liczą  się  -  westchnął  wreszcie.  -  Nie  możemy  po  prostu  udawać,  że  ich  nie  było. 

Zbyt wiele się zdarzyło... 

- Rzeczy, o których nie sposób zapomnieć - dokończyła za niego Raija. - Spotkaliśmy 

ludzi,  których  nie  możemy  wymazać  z  pamięci.  O  których  nie  powinniśmy  zapomnieć. 

Którzy nas ukształtowali, sprawili, że jesteśmy dziś tacy, a nie inni, Mikkal. 

Spojrzała na niego poważnie. Nie było to dziecięce spojrzenie. Raija dorosła. Stała się 

kobietą. Jego kobietą. 

background image

- Czy Reijo z tobą rozmawiał? - spytał Mikkal, nie patrząc na nią. 

- Tak. Mówił, że wiele dyskutowaliście, obaj. 

- I...? 

- W mojej sytuacji nie mam nawet wyboru - odparła zamyślona. 

- Ale gdybyś mogła? Raija podniosła wzrok i napotkała jego spojrzenie. 

Dobry  Boże,  jakiż  on  przystojny!  Nie  znała  chyba  nikogo,  kto  byłby  równie 

pociągający. 

Przybyło  mu  zmarszczek  od  czasu,  kiedy  się  ostatnio  spotkali.  Być  może  inni  nie 

przyznaliby jej racji co do jego urody, lecz dla Raiji nie miało to znaczenia. 

Patrzyła na niego kochającymi oczyma. Dlatego nie miał sobie równych. 

- Gdybym mogła wybierać - powiedziała powoli - gdybym mogła wybierać i gdybym 

wiedziała,  że  nikogo  moja  decyzja  nie  zrani...  -  Raija  uśmiechnęła  się  smutno  i  wciągnęła 

powietrze: - Wiesz dobrze, co bym powiedziała, Mikkal. Wiesz, że nic na świecie by mnie z 

tobą nie rozdzieliło. 

Uśmiechnął się słabo. Ale jej nie dotknął. 

- A teraz? - spytał. - Jak będzie teraz, moja Raiju? Nie wiemy, jak długo pozostaniemy 

razem. Nie zdecydowaliśmy o tym sami, lecz uczynił to za nas los. Co teraz zrobimy? 

- Wiesz, że nie potrafię zapomnieć o tych, których wysłałam z Reijo. 

Skinął poważnie głową. 

- Myślisz, że ja potrafię? - spytał. - Pamiętaj, że jest wśród nich moja córka. 

Raija spuściła wzrok. 

-  Nie  możemy  codziennie  płakać  -  odparła  spokojnie.  -  Niezależnie  od  tego,  co  nas 

spotyka, musimy żyć, Mikkal. I będziemy potrzebować siebie nawzajem. 

Długo patrzyła mu w oczy. 

- Bez ciebie jestem niczym. 

-  Zawsze  chyba  zdawałem  sobie  z  tego  sprawę  odparł  cicho.  Chwycił  jej  szczupłe 

dłonie. Uścisnął je czule. 

- Gdy ktoś kogoś bardzo lubi, to lubi go również w trudnych chwilach  - rzekł tonem 

człowieka o życiowym doświadczeniu, którego chłopak sprzed lat nie posiadał. - Musimy się 

trzymać razem i próbować nawzajem wspierać, by móc wspólnie wyjść na spotkanie dobrych 

dni. 

Mikkal pochylił się i ucałował dłonie Raiji. Najpierw jedną, potem drugą. 

background image

- Kocham cię, Mały Kruku - rzekł ochrypłym głosem. - Zawsze cię kochałem i zawsze 

będę  cię  kochał.  Myślę,  że  właśnie  w  tym  tkwi  nasza  siła.  W  tym,  że  darzymy  się  takim 

wielkim uczuciem. 

Raija spojrzała Mikkalowi w oczy. Zamrugała, powstrzymując zdradzieckie łzy. 

-  Masz  rację  -  przyznała.  -  I  ja  ciebie  kocham,  Mikkal.  Wszystko  przemija,  lecz  to 

jedno jest trwałe. 

Wpatrywali się w ognisko. 

Ich  niezachwiana  miłość  miała  im  pomóc  w  przyszłości,  w  którą  oboje  bali  się 

spojrzeć. 

Byli razem. 

Kochali. 

I kiedyś być może uda im się zbudować coś, co można by nazwać szczęściem.