background image

Nietzsche   Seminarium   –  projekt   zrzeszający   polskich   badaczy   filozofii 
Fryderyka Nietzschego poprzez:

  powołany   przez   Cezarego   Wodzińskiego,   Bogdana   Banasiaka   i   Pawła 
Pieniążka cykl dorocznych konferencji filozoficznych.

–  stronę internetową nietzsche.org.pl. Na stronie:

Bibliografia polskich odniesień do Nietzschego

- do 1918  (Marta Kopij)

- z lat 1919-1939 (Grzegorz Kowal)

- z lat 1939-1989 (Jadwiga Sucharzewska)

- po 1989 (Jakub Wroński)

e-Mortkowicz -  Cyfrowa reedycja młodopolskiego wydania  Dzieł  Fryderyka 
Nietzschego z zachowaniem paginacji i układu graficznego.

Teksty   archiwalne   –  baza   przedwojennych   artykułów   polskich   na   temat 
Nietzschego

Wieści ze świata Nietzschego: konferencje, seminaria, obronione prace

Opatrzony komentarzem zestaw linków

... i wiele innych

http://nietzsche.org.pl/

e-Mortkowicz 

Cyfrowa reedycja młodopolskiego wydania Dzieł Fryderyka Nietzschego 

z zachowaniem paginacji i układu graficznego.

Nietzsche Seminarium, Łódź-Wrocław  2010

Redakcja: Jakub Wroński, Tymoteusz Słowiński

Nietzsche Seminarium 2010

background image

D Z I E Ł A FRYD.  N I E T Z S C H E G O 

W  P R Z E K Ł A D Z I E  W A C Ł A W A 

B E R E N T A ,  K O N R A D A  D R Z E -

WIECKIEGO,  L E O P O L D A STAFFA I 

STANISŁAWA  W Y R Z Y K O W S K I E G O 

W Y D A Ł  J A K Ó B  M O R T K O W I C Z . 

W A R S Z A W A  M C M I X -  M C M X 

FRYDERYK  N I E T Z S C H E 

WĘDROWIEC 

I  J E G O  C I E Ń 

( L U D Z K I E ,  A R C Y L U D Z K I E ,  C Z E Ś Ć  D R U G A ) 

P R Z E Ł O Ż Y Ł 

K O N R A D  D R Z E W I E C K I 

N A K Ł A D  J A K Ó B A  M O R T K O W I C Z A 

background image

K R A K Ó W -  D R U K  W .  L .  A N C Z Y C A I  S P Ó Ł K I . 

PRZEDMOWA. 

I . 

Należy mówić tam tylko, gdzie się milczeć nie 

powinno; i tylko o tem, co się  p r z e z w y c i ę ­
ż y ł o , — reszta jest gadaniną, »literaturą«, brakiem 
karności. Moje pisma mówią  t y l k o o moich prze­

zwyciężeniach: »ja« jestem w nich, ze wszystkiem, co 
mi wrogiem było, ego ipsissimus, i bodaj, jeśli wolno 

użyć dumniejszego wyrażenia, ego ipsissimum. Od­
gadujecie tedy: wiele już zostało —  p o d e  m n ą . . . Ale 
zawsze trzeba było wpierw czasu, powrotu do zdro­

wia, dali, odległości, zanim zbudziła się we mnie chęć 
coś, czem żyłem, co przeżyłem, pewien własny fakt 
i fatum w następstwie dla celów poznania wysłuchać, 
wyzyskać, odsłonić, »przedstawić« (lub jakkolwiekby 
to się chciało nazwać). W tern znaczeniu, wszystkie 
pisma moje, oprócz jednego tylko, lecz zasadniczego, 
należy  a n t y d a t o w a ć — mówią one zawsze o »poza 

mną« : niektóre nawet, jak trzy pierwsze Rozmyś-

DJIEŁA NIETZSCHEGO, T. XI. 1 

background image

lania niewczesne, sięgają poza czas powstania i prze­
życia książki, która ukazała się wcześniej (w danym 
wypadku: Narodzin tragedyi, jak to przed czytelnikiem, 
umiejącym przenikliwiej obserwować i porównywać, 
nie powinno się ukryć). Ten gniewny wybuch prze­

ciw obnoszeniu się z niemieckością, służalczości 
i znikczemnieniu języka zestarzałego Dawida Straussa, 
który stanowił treść pierwszego Niewczesnego, był 
ujściem dla nastroju, pośród którego żyłem długo jako 

student w ognisku niemieckiego wykształcenia i fili-
sterstwa ukształconego (roszczę sobie pretensyę do 
ojcostwa tego wyrażenia »filister ukształcony«, któ­
rego obecnie tak wiele się  u ż y w a i nadużywa  — ) ; 
i co powiedziałem przeciw »chorobie historycznej«, 

rzekłem jak ktoś, co po niej zwolna i z trudem wra­
cał do zdrowia, i ani trochę nie miał ochoty na 
przyszłość wyrzec się »historyzmu«, dlatego tylko, 

że niegdyś nań cierpiał. Kiedy następnie w trzeciem 
Rozmyślaniu niewczesnem oddałem cześć swemu 
pierwszemu i jedynemu wychowawcy,  w i e l k i e m u 
Arturowi Schopenhauerowi — dziś wyraziłbym ją 

o wiele silniej jeszcze, a także w sposób bardziej 
osobisty —, sam pogrążony już byłem w moralnym 
sceptycyzmie i rozkładzie,  t o  z n a c z y  r ó w n i e 
w  k r y t y c e ,  j a k w  p o g ł ę b i e n i u  w s z e l k i e g o 
d o t y c h c z a s o w e g o  p e s y m i z m u  — , i nie wie­
rzyłem już »w nic zgoła«, jak mówi lud, nawet w Scho­

penhauera: właśnie w owym czasie powstała rozprawa, 
dotychczas nie ogłoszona, »o prawdzie i kłamstwie 
w znaczeniu pozamoralnem«. Nawet moja mowa uro­

czysta i zwycięska na cześć Ryszarda Wagnera 
z okazyi jego tryumfu bajruckiego w 1876 — Bay­

reuth oznacza największe zwycięstwo, jakie kiedy-

kolwiek odniósł artysta — mowa ta, posiadająca naj­
silniejsze  p o z o r y »aktualności«, była w istocie hoł­
dem i dziękczynieniem za okres przeszłości, za naj­

piękniejszą, a także najniebezpieczniejszą ciszę mor­

ską w mej  p o d r ó ż y . . . i w rzeczywistości zerwaniem, 
pożegnaniem. (Czyżby Ryszard  W a g n e r mylił się sam 
co do tego? Nie wierzę. Dopóki się kocha, z pewno­
ścią nie maluje się takich obrazów; nie »obserwuje 
s i ę « jeszcze, nie staje się w oddali w ten sposób, jak 

to czynić musi obserwator. »Obserwowanie zawiera 
już w sobie tajemny  a n t a g o n i z m w krzyżujących 
się  s p o j r z e n i a c h « — mówi się na stronie 46 wspom­
nianego pisma, w zdradzieckim i smętnym zwrocie, 
zrozumiałym, być może, tylko dla nielicznych uszu). 
Zimna krew, potrzebna do tego, żeby  m ó c mówić 
0 tych długich latach pośrednich wewnętrznego osa­
motnienia i braku, zstąpiła we mnie dopiero z książką 

»Ludzkie, arcyludzkie«, której ta przemowa i przed­

mowa ma być poświęcona. Książka ta, jako prze­
znaczona »dla duchów wolnych«, ma w sobie coś 
z niemal jasnego i ciekawego chłodu psychologa, 
który mnóstwo rzeczy bolesnych, jakie ma  p o d 
sobą, za sobą, po czasie stwierdza jeszcze dla siebie 
i niejako zapomocą ostrza szpilki utwierdza: — co 
za dziw, jeśli przy tak kłującej i delikatnej pracy 
nieraz też trochę krwi popłynie, jeśli psycholog 
miewa przy tem krew na palcach i nie zawsze 
tylko — na palcach  ? . . . 

I * 

background image

2. 

Zdania i myśli różne, jak również Wędrowiec 

i jego cień wydane były z początku  o d d z i e l n i e , 
jako ciągi dalsze i dodatki do wyżej wzmiankowanej 

ludzkiej, arcyludzkiej »książki dla duchów wolnych«: 
było to zarazem przedłużenie i powtórzenie kuracyi 
duchowej, mianowicie  a n t y r o m a n t y c z n e g o spo­

sobu leczenia, jaki mi mój pozostały przy zdrowiu 
instynkt sam wynalazł, sam przepisał przeciw chwilowej 
chorobie na najniebezpieczniejszą formę romantyki. 

Niechże teraz przyjęte zostaną po sześciu latach po­

wrotu do zdrowia te same pisma w  p o ł ą c z e n i u , 
jako tom drugi »Ludzkiego, arcyludzkiego«: być może, 
razem rozważane, wykładają swą naukę silniej i do­

bitniej, —  t e o r y ę  z d r o w i a , którąbym pozwolił so­
bie zalecić jako disciplina voluntatis bardziej ducho­
wym naturom nadchodzącego właśnie pokolenia. Prze­

mawia z niej pesymista, który dosyć często porzu­
cał tę skórę, lecz zawsze do niej powracał, pesy­

mista więc z dobrą wolą ku pesymizmowi, — z pew­
nością przeto nie romantyk już: jakże to? duch, zna­

jący się tak na tej sztuce wężowej, że umie  s k ó r ę 
z m i e n i a ć , nie miałby prawa udzielić lekcyi dzisiej­

szym pesymistom, którym bez wyjątku grozi jeszcze 
niebezpieczeństwo romantyzmu? A przynajmniej wska­
zać im, jak to się —  r o b i ? . . . 

3. 

W rzeczy samej był czas największy, żeby się 

rozstać: rychło miałem też tego dowód. Ryszard 

Wagner, pozornie najbardziej zwycięski, w rzeczywi­
stości zmurszały, zrozpaczony romantyk, padł nagle, 

bezsilny i przybity, przed krzyżem chrześcijańskim... 
Czyż żaden Niemiec nie miał oczu w głowie na to 

straszne widowisko, współczucia w sumieniu?  C z y ż 

ja sam jeden tylko za niego —  c i e r p i a ł e m ? 
Dość; dla mnie ten nieoczekiwany wypadek był niby 

błyskawicą, oświecającą miejsce, które opuściłem, — 
a także tem przerażeniem, które w następstwie ogar­

nia każdego, co nieświadomie był wystawiony na 
najstraszniejsze niebezpieczeństwo. Kiedy odtąd po­

szedłem sam, uczułem drżenie; upłynął czas krótki, 
zachorowałem, więcej niż zachorowałem, byłem znu­

żony nieustannem rozczarowaniem względem wszyst­
kiego, co nam, ludziom nowoczesnym, pozostało do 
wzbudzania w nas zapału, względem  r o z t r w o n i o ­

n e j powsząd siły, pracy, nadziei, młodości, miłości; 
znużony wstrętem do kobiecej i marzycielskiej roz-

chełzanności tej romantyki, do całego idealistycznego 
łgarstwa i zniewieściałości sumienia, które odniosły 
tutaj znowu zwycięstwo nad jednym z najmężniej-
szych; znużony wreszcie, i tem nie najmniej, smut­

kiem nieubłaganego podejrzenia, — że po tem roz­
czarowaniu skazany jestem na głębsze niedowierza­
nie, głębsze gardzenie, głębsze osamotnienie, niż kie­
dykolwiek.  Z a d a n i e moje — cóż się z niem stało? 

Jakże to? czyżby nie zdawało się teraz, jakby zada­
nie moje przede mną się cofało, jak gdybym na 

długo nie miał żadnego prawa do niego? Co zrobić, 
żeby  t e n największy brak znieść? — Zacząłem od 

tego, że  z a k a z a ł e m sobie wszelkiej muzyki zupeł-

nie i z zasady, tej sztuki dwuznacznej, chełpliwej, 
duszącej, która pozbawia ducha jego surowości 

background image

i ochoczości, i pozwala bujnie się krzewić wszelkiego 
rodzaju tęsknotom nieokreślonym, i pragnieniom gąb­

czastym. »Cave musicam« i dziś jest moja rada tym 

wszystkim, którzy dość mają w sobie z męża, żeby 

dbać o czystość umysłową; muzyka taka denerwuje, 
rozmiękcza, czyni zniewieściałym, jej »wieczna ko­
b i e c o ś ć « pociąga nas — w  d ó ł ! . . . Moje pierwsze 

podejrzenie, najbliższa ostrożność zwróciły się wtedy 
p r z e c i w muzyce romantycznej; i jeśli wogóle mia­

łem jeszcze jakąkolwiek nadzieję na muzykę, to 

chyba w oczekiwaniu, iż mógłby przyjść muzyk dosyć 
śmiały, dosyć ostry, dosyć złośliwy, dosyć połu­

dniowy i nad miarę zdrowy, żeby się na owej mu­
z y c e w nieśmiertelny sposób  z e m ś c i ć . — 

4. 

Samotny odtąd i podejrzliwie niedowierzający 

sobie, zająłem, nie bez gniewu, w ten sposób stano­
wisko  p r z e c i w sobie z a wszystkiem, co  m n i e 

właśnie ból sprawiało i dotykało: — w ten sposób 
znalazłem z powrotem drogę do owego nieustraszo­

nego pesymizmu, który jest przeciwieństwem wszel­

kiego łgarstwa romantycznego, i, jak dziś chętnie so­
bie wyobrażam, drogą do »mnie« samego, do  m o ­

j e g o zadania. Owo ukryte i władcze coś, na co 

długo nie mamy nazwy, aż w końcu okazuje się ono 

naszem  z a d a n i e m , — ten tyran, tkwiący w nas 

samych, straszliwie odpłaca za każdą próbę, którą 

czynimy, żeby go wyminąć, lub wymknąć się przed 

nim, za każde przedwczesne postanowienie, za każde 

utożsamianie się z tymi, do których nie należymy, za 
każdą najbardziej szanowaną działalność, jeśli od­

ciąga nas od naszej sprawy głównej, nawet za każdą 
cnotę, któraby nas chronić mogła przed twardą od­

powiedzialnością względem siebie samych. Choroba 

jest odpowiedzią każdym razem, jeśli dopuszczamy 
się wątpienia co do swoich  p r a w ,  s w e g o zada­
nia,—jeśli zaczynamy w czemkolwiek sobie pobłażać. 

Dziwna i straszna zarazem! Ulgi, jakie sobie czy­
nimy, najtwardziej odpokutować jesteśmy zmuszeni! 

I jeśli następnie pragniemy powrotu do zdrowia, 
niema dla nas innego wyboru: musimy objuczyć się 

c i ę ż e j , niż byliśmy objuczeni kiedykolwiek... 

5. 

Wtedy dopiero nauczyłem się owej mowy sa­

motnika, którą tylko najbardziej milczący, najwięcej 
cierpiący rozumieją: mówiłem, bez świadków lub ra­
czej mimo świadków, żeby nie cierpieć w milczeniu, 

mówiłem o rzeczach, które się mnie nie tyczyły, lecz 
tak, jak gdyby mnie one obchodziły. Wtedy posiadłem 
sztukę  o k a z y w a n i a się radosnym, objektywnym, 
ciekawym, przedewszystkiem zdrowym i złośliwym, — 

jest to dowodem »dobrego  s m a k u « u chorego, jak mi 

się zdaje? Lecz delikatniejszemu oku i współczuciu 
mimo to nie ujdzie, co, być może, stanowi wdzięk 

tych pism, — że przemawia przez nie cierpiący i po­
zbawiony, jak gdyby nie był cierpiącym i pozbawio­
nym. Tu  p o w i n n y były ostać się przeciw życiu 

równowaga, swoboda, nawet wdzięczność, tutaj pa­

background image

nuje wola surowa, dumna, ustawicznie czujna, zawsze 
wrażliwa, która postawiła sobie za zadanie obronę 
życia  p r z e c i w cierpieniu i przyłamanie wszyst­
kich wniosków, które zwykle wyrastają niby grzyby 
trujące z bólu, rozczarowania, wstrętu, osamotnienia 
i innych mokradeł. Może to będzie wskazówką dla 
naszych pesymistów do zbadania samych siebie? — 
bo wówczas to wyrwałem z siebie zdanie: kto 
cierpi, nie  m a  j e s z c z e  p r a w a  d o pesymizmu!« 
Wtedy to prowadziłem w sobie żmudną i cierpliwą 
walkę przeciw nienaukowej skłonności wszelkiego 

pesymizmu romantycznego, która sprawia, że od­
dzielne doświadczenia osobiste  w y d y m a się, rozciąga 
do sądów ogólnych, do potępienia  ś w i a t a . . . krótko 
mówiąc, zatoczyłem wtedy wzrokiem  w k o ł o . Opty­
mizm, jako środek do wyzdrowienia, żeby kiedyś 
znowu do pesymizmu  m i e ć  p r a w o — rozumie­
cie to? Podobnie jak lekarz przenosi swego cho­
rego w otoczenie zupełnie obce, żeby go oderwać od 
całego »dotychczas«, od trosk, przyjaciół, listów, obo­
wiązków, głupstw, udręczeń pamięci, żeby się nauczył 
sięgać rękoma i zmysłami po nowy pokarm, nowe 
słońce, nową przyszłość, tak ja lekarz i chory w je­
dnej osobie, zmusiłem się do odmiennego, nie wypró­
bowanego  k l i m a t u  d u s z y , mianowicie  d o wę­
drówki na obczyznę, w  o b c o ś ć , do ciekawości dla 
wszelkiego rodzaju rzeczy  o b c y c h . . . Za tem poszły 
długie krążenie, szukanie, zmiana, niechęć względem 
wszystkiego, co trwałe, względem ociężałego po­
twierdzania i zaprzeczania; również dyetetyka i kar­
ność, czyniące ducha jak najlżejszym, żeby mógł da­
leko wybiegać, wysoko wzlatywać, a przedewszyst-
kiem coraz na nowo odlatywać. W rzeczywistości 

było to minimum życia, zerwanie ze wszelkiemi 
ordynarniejszemi pożądliwościami, niezależność po­
śród wszelkiego rodzaju niepomyślności zewnętrznych 
z dumą, iż  m o ż e się żyć pośród tych niepomyślności, 
nieco cynizmu być może, nieco osławionej beczki, ale 
z pewnością wiele szczęścia świerszczkowego, dużo 
ochoczości świerszczkowej, wiele ciszy, światła, sub-
telniejszego szaleństwa, ukrytego marzycielstwa — 
wszystko to w końcu wydało wielkie duchowe zmęż­
nienie, wzrastającą radość i pełnię zdrowia. Życie 
samo  n a g r a d z a nas za naszą upartą wolę życia, 

za taką długą walkę, jaką prowadziłem wtedy z pe­
symizmem znużenia życiem, już za każde uważne 
spojrzenie naszej wdzięczności, przed którą nie ucho­
dzą najmniejsze, najdelikatniejsze, najbardziej prze­
lotne dary życia. W końcu otrzymujemy jego  w i e l k i 
dar, być może, największy, jaki nam może ofiaro­
wać, — powraca nam  n a s z e  z a d a n i e . — — 

6. 

Czyżby moje doświadczenie — historya cho­

roby i wyzdrowienia, gdyż wyzdrowieniem się skoń­
c z y ł o — miało być tylko mojem doświadczeniem oso-
bistem? I tylko  m o j e m »ludzkiem, arcyludzkiem?« 
Dziś sądzę raczej przeciwnie; przypuszczam coraz 
i coraz bardziej, że moje książki pielgrzymstwa nie 
były napisane tylko dla mnie, jak to czasami się 
zdawać mogło. — Wolnoż mi teraz, po sześciu la­
tach wzrastającego przekonania, posłać je znowu 
w podróż na próbę? Wolnoż mi szczególniej polecić 

background image

10 

je sercu i uchu tych, na których cięży jakakolwiek 

»przeszłość«, i którzy posiadają dość jeszcze ducha, 

żeby cierpieć z powodu  d u c h a przeszłości. Przede-
wszystkiem jednak  w a m , którym najciężej, wy 
rzadcy, najbardziej narażający się, najbardziej du­
chowi, najodważniejsi, wy, którzy musicie być  s a ­

m o w i e d z ą duszy nowoczesnej, i jako tacy musi­
cie posiadać swoją  w i e d z ę , w których skupiło się 
wszystko, co tylko może być dziś chorobą, trucizną, 
niebezpieczeństwem, — których przeznaczenie chce, 
że musicie być bardziej chorzy, niż jakakolwiek je­
dnostka, ponieważ nie jesteście »tylko jednostkami«.... 
których pocieszeniem jest, żeby poznać drogę do 
n o w e g o zdrowia, ach! i iść tą drogą ku zdrowiu 
jutra i pojutrza, wy wybrani, wy zwycięscy, wy nie­
przemijający, wy najzdrowsi, najsilniejsi, wy do­
b r z y  E u r o p e j c z y c y ! — — 

7. 

Żeby w końcu sformułować jeszcze swoje prze­

ciwieństwo  d o  p e s y m i z m u  r o m a n t y c z n e g o , 
to jest do pesymizmu tych, którym zbywa na czemś, 
nieudanych, zwyciężonych: istnieje wola tragizmu i pe­
symizmu, będąca oznaką zarazem surowości, jak siły 
intelektu (smaku, uczucia, sumienia). Mając wolę tę 
w piersiach, nie czuje się lęku przed straszliwością 
i zagadkowością wszelkiego bytu; szuka się ich nawet. 
Poza taką wolą kryje się męstwo, duma, pragnienie 
w i e l k i e g o wroga. — Taka była pesymistyczna 
perspektywa moja z samego początku — nowa per­

11 

spektywa, jak sądzę? taka, jaka dziś jeszcze jest 

nowa i obca? Dotąd się jej trzymam, i proszę wie­
rzyć, zarówno  d l a siebie, jak, gdy się zdarzy oka-
zya,  p r z e c i w  s o b i e . . . Mamże tego jeszcze dowo­
dzić? Lecz cóż tedy w tej długiej przedmowie — 
dowiedzione zostało ? 

Sils-Maria,  E n g a d y n a wyżnia, 

w październiku 1886. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY: 

ZDANIA I MYŚLI RÓŻNE. 

background image

Z a w i e d z i o n y m  p r z e z  f i l o z o f i ę . — Jeśli 

dotąd wierzyliście w najwyższą wartość życia i jeśli 
teraz widzicie, żeście się zawiedli, czyż zaraz trzeba 
go się pozbywać za najniższą cenę ? 

2. 

W y b r e d n y . — Można także stać się wybred­

nym w rzeczach jasności pojęć: jakże nieznośnem 
bywa wtedy obcowanie z ludźmi napół jasnymi, mgli­
stymi, dążącymi do czegoś i przeczuwającymi! Jakże 
śmiesznem a jednak nierozweselającem wydaje się 
ich wieczne trzpiotanie i uganianie, kiedy w istocie 
nie mogą wzlatywać i chwytać ! 

1. 

background image

16 

4. 

P o s t ę p  w o l n o m y ś l n o ś c i . — Nie można 

lepiej unaocznić różnicy między dawniejszą a teraź­

niejszą wolnomyślnością, jak przypominając owo 

zdanie, do którego rozeznania i wypowiedzenia trzeba 

było całej nieustraszoności minionego stulecia, choć, 
uważane z teraźniejszego punktu widzenia, staje się 
mimowolną naiwnością, — mam na myśli zdanie 

Woltera: »Croyez-moi, mon ami, l'erreur aussi a son 
mérite
«

5. 

G r z e c h  p i e r w o r o d n y  f i l o z o f ó w . — Fi­

lozofowie po wszystkie czasy przywłaszczali sobie 
zdania znawców dusz ludzkich (moralistów) i  p s u l i 
je przez to, że brali w znaczeniu bezwzględnem, chcąc 

dowodzić konieczności tego, co tamci uważali tylko 

za wskazówki mniej więcej dokładne lub zgoła za 

prawdę jedynie w jakimś kraju lub mieście w ciągu 
iednego dziesięciolecia. Lecz przez to właśnie wyda­
wało się filozofom, iż wznoszą się ponad moralistów. 
W ten sposób odnajdujemy w podstawach sławnej 

teoryi Schopenhauera o prymacie woli nad intelek­
tem, o niezmienności charakteru, negatywności roz­
koszy — wszystko to, tak jak on to pojmuje, jest 
błędem — popularne prawdy ludowe, głoszone przez 

moralistów. Już wyraz »wola«, który Schopenhauer 
przekształcił na wspólne miano dla wielu stanów 
człowieka i z wielką dla siebie korzyścią osobistą, 

jako dla moralisty, wstawił tam, gdzie się znajdowała 

luka w języku, ponieważ odtąd mógł mówić o »woli« 
tak, jak przed nim mówił o niej Pascal już »wola« 
Schopenhauera w rękach swego twórcy przerodziła 
się w klęskę dla nauki wskutek szału filozoficznego 
uogólniania. Albowiem twierdzić, że wszystkie twory 
przyrody posiadają  w o l ę , znaczy to czynić z tej 

woli rodzaj metafory poetyckiej; w końcu nadużyto 

jej w celach fałszywej objektywizacyi do najroz­

maitszych wybryków mistycznych — i wszyscy modni 
filozofowie powtarzają, i zdają się wiedzieć dokład­

nie, że wszystkie rzeczy posiadają jedną wolę, ba, 
są tą jedną wolą, (co wynosi na to, sądząc we­
dług opisu tej powszechnej i jedynej woli, jaki po­
dają, że chcą koniecznie mieć za Boga  d y a b ł a 
g ł u p i e g o ) . 

6. 

P r z e c i w  f a n t a s t o m . — Fantasta zaprzecza 

prawdy przed sobą, łgarz przed innymi. 

DZIEŁĄ NIETZSCHEGO. T. XI. 

3. 

O b l u b i e ń c y  r z e c z y w i s t o ś c i . — Kto 

w końcu spostrzega, jak bardzo i jak długo był wo­

dzony za nos, z gniewu rzuca się w objęcia nawet 

najbrzydszej rzeczywistości: tak iż ogarniając cale 
świata koleje, przypadali jej najlepsi oblubieńcy, --

albowiem najlepsi byli zawsze oszukiwani najlepiej 

i najdłużej. 

background image

18 

8. 

S c e p t y c y z m  c h r z e ś c i j a ń s k i . — Lubią 

przedstawiać teraz Piłata z jego pytaniem: co jest 
prawda, jako obrońcę Chrystusa, aby wszystko, co 
zostało poznane, oraz co poznać można, podać w po­
dejrzenie, jako pozór, i na budzącym dreszcz osta­

tecznym planie niemożliwości wiedzenia wznieść Krzyż. 

9. 

» P r a w o  n a t u r y «  j a k o  p r z e s ą d . — Kiedy 

z takim zachwytem rozprawiacie o prawach natury, 

19 

musicie przypuszczać, że albo wszystkie rzeczy przy­

rodzone ulegają swemu prawu, z wolnego i dobrowol­
nie przyjętego posłuszeństwa — w tym przeto wy­

padku podziwiacie moralność natury —; albo zachwy­

cacie się wyobrażeniem twórcy mechanika, który 
zbudował najkunsztowniejszy zegar, dodając mu, jako 
upiększenie,  ż y w e istoty. — Konieczność w przyro­
dzie staje się bardziej ludzką dzięki wyrażeniu »zgod-
nie z prawami«, i jest ostatnią kryjówką dla marzeń 
mitologicznych. 

10. 

H i s t o r y i  p r z y p a ś ć w  u d z i a l e . — Mgliści 

i świat zaciemniający filozofowie, a więc wszyscy 
metafizycy drobniejszego i grubszego kalibru, dostają 
bólu oczu, uszu i zębów, skoro zaczynają podejrze­
wać

:

 że jest coś prawdy w twierdzeniu, iż odtąd cała 

filozofia należy do dziedziny historyi. Dla ich  b ó l u , 
można im przebaczyć, że tego, kto tak mówi, ob­

rzucają kamieniami i błotem: lecz przez to sama teo­

rya na pewien czas stać się może brudną i mizerną 
i stracić na swym wpływie. 

11

P e s y m i s t a  i n t e l e k t u . — Człowiek istot­

nie wolny duchem będzie też o duchu samym myś­
lał w sposób swobodny i nie będzie ukrywał przed 
sobą, co w źródle i kierunku ducha może być za-

2 * 

W r o g i  ś w i a t ł u . — Jeśli się komu wyjaśni, 

że ściśle biorąc, nigdy nie może mówić o prawdzie, 
lecz jedynie o prawdopodobieństwie i jego stopniach, 
spostrzega się zwykle po nieukrywanej radości pou­
czonego, o ile ludzie wolą niepewność horyzontu du­

chowego i jak w głębi duszy  n i e n a w i d z ą prawdy 
za jej określoność. — Może przyczyna kryje się 
w tem, że wszyscy w tajemnicy lękają się, żeby zbyt 

jasne światło prawdy na nich samych nie padło? 

Chcą coś znaczyć, a więc nie powinno się widzieć, 
czem  s ą ? Lub może jest to tylko obawa przed zbyt 

jasnem światłem, do którego nie przywykły ich du­
sze zmierzchowe i łatwo dające się oślepić, tak iż 
muszą go nienawidzić ? 

7. 

background image

20 

trważającego. I dlatego, być może, inni okrzyczą go 
za najzawziętszego przeciwnika wolnomyślności i na­
dadzą mu obraźliwe i odstraszające miano »pesymi-
sty intelektu«: jak to jest ich zwyczajem nazywać 

kogoś nie zgodnie z jego wybitną silą i cnotą, lecz 
według tego, co w nim jest dla nich najbardziej 

obcego. 

12. 

U k r y t y  w ę z e ł e k  m e t a f i z y k ó w . — Nikomu 

z tych, którzy z taką fanfaronadą rozprawiają o nau­
kowości swojej metafizyki, nie należy zgoła odpo­
wiadać; wystarcza pomacać węzełek, który ukrywają 

za plecami z pewnego rodzaju obawą: jeśli się uda 
go rozwiązać, wtedy ku ich zawstydzeniu ukazują 

się na światło dzienne rezultaty tej naukowości: mi­
­utki Bóg kochany, przyjemna nieśmiertelność, cza­

sami trochę spirytyzmu, a w każdym razie cała kupa 

nędzy biednego grzesznika i pychy faryzeusza. 

13. 

S z k o d l i w o ś ć  p o z n a n i a w  p e w n y c h 

w y p a d k a c h . Pożytek, jaki przynosi bezwzględne 
poznanie prawdy, tak ustawicznie i po wiele set razy 
dowodzony zostaje, iż bez wahania należy się pogo­

dzić z drobnemi i rzadkiemi szkodami, jakie wskutek 
niego cierpieć może jednostka. Nie można zapobiec 

21 

temu, żeby chemikowi nie zdarzyło się zatruć lub 
oparzyć. — Co się stosuje do chemika, stosuje się 
do całej naszej cywilizacyi, z czego, mówiąc nawia­

sem, jasno się wywodzi, jak bardzo powinna dbać 
ona o maści kojące na oparzenia i o posiadanie w po­
gotowiu odtrutek. 

14. 

C z e g o  f i l i s t e r  p o t r z e b u j e  k o n i e c z ­

n i e . — Filister sądzi, że przedewszystkiem potrze­
buje szmatki purpurowej lub turbanu metafizycznego, 
i odjąć sobie tego w żadnym razie nie pozwala, 

a przecież wydawałby się mniej śmiesznym bez tego 
stroika. 

15. 

M a r z y c i e l e . — Zapomocą wszystkiego, co 

marzyciele mówią na pochwałę swej ewangelii lub 
swego mistrza, bronią samych siebie, choć mogą nie 

wiem jak chcieć uchodzić za sędziów (nie zaś za 
oskarżonych), a to dla tego, że mimowolnie i niemal 

co chwila przypomina się im, iż są wyjątkami, które 

muszą się usprawiedliwić. 

background image

22 

16. 

D o b r o  w a b i  d o  ż y c i a . — Wszystkie rzeczy 

dobre są silnymi środkami podniecającymi do życia, 
nawet każda dobra książka, napisana przeciw życiu. 

17. 

S z c z ę ś c i e  h i s t o r y k a . — »Kiedy słuchamy 

przemawiających wynalazczych metafizyków i za­
światowców, czujemy wprawdzie, że my, reszta, je­
steśmy ubodzy duchem, ale także, że naszym jest 

świat przemiany, z wiosną i jesienią, zimą i latem, 

i że do tamtych należy świat zagrobowy — ze swemi 
nieskończonemi mgłami, swymi szarymi i chłodnymi 
cieniami.«— Tak mówił do siebie ktoś, przechadzając się 
w słońcu porannem: ktoś, w kim przy rozważaniu 

historyi nie tylko duch, lecz i serce przekształcało 
się ustawicznie na nowo i kto, w przeciwieństwie do 
metafizyków, czuje się szczęśliwy, że »nie jedną du­
szą nieśmiertelną«, lecz  w i e l e  d u s z  n i e ś m i e r ­
t e l n y c h w sobie przechowuje. 

18. 

T r z y  r o d z a j e  m y ś l i c i e l i . — Bywają try­

skające, wypływające i sączące się źródła mineralne; 
i temu odpowiadają trzy rodzaje myślicieli. Laik oce­
nia je według obfitości wody, znawca według tego, 

23 

co woda zawiera, więc według tego, co  n i e jest 

w nich wodą. 

19. 

O b r a z  ż y c i a . — Wymalować obraz życia, 

zadanie, jakie sobie tak często stawiają poeci i filo­

zofowie, jest mimo to niedorzeczne: nawet pod ręką 

największych malarzy-myślicieli powstawały zawsze 
tylko obrazy i obrazki z  j a k i e g o ś życia, mianowicie 

z ich życia — i nawet nic innego nie jest możliwe. 

W tem, co się staje, rzecz stająca się nie może się 
odbić jako coś stałego i trwałego, nie jako »życie 

w ogóle«. 

20. 

P r a w d a  n i e  z n o s i  i n n y c h  b o g ó w  o b o k 

s i e b i e . — Wiara w prawdę zaczyna się od wątpie­

nia o wszystkich »prawdach«, w które się wierzyło 

dotychczas. 

21. 

O  c z e m  w y m a g a j ą  m i l c z e n i a . - Kiedy 

się mówi o wolnomyślności, jako o nadzwyczaj nie­
bezpiecznej wyprawie przez lodowce i morza lodowe, 

background image

24 

ci, co nie chcą pójść tą drogą, czują się tak obrażeni, 

jak gdyby wyrzucano im ich wahanie się i słabe 
nogi. Nie znosimy, żeby mówiono wobec nas o rze­
czy trudnej, do której czujemy, żeśmy nie dorośli. 

22. 

Historia in nuce. — Najpoważniejsza parodya, 

jaką kiedykolwiek słyszałem, jest następująca: »na 
początku był nonsens i nonsens  b y ł , na Boga! i Bo­
giem (boskim) był nonsens«. 

23. 

N i e u l e c z a l n y . — Idealista jest niepoprawny: 

jeśli się go wyrzuci z jego nieba, robi sobie ideał 
z piekła. Sprawcie, żeby się rozczarował i patrzcie! — 
z nie mniejszym zapałem chwyta się rozczarowania, 

jak dopiero co oddawał się nadziei. Jeżeli skłonność 

jego należy do wielkich nieuleczalnych skłonności 
natury ludzkiej, może sprowadzić tragiczną dolę 
i stać się przedmiotem Tragedyi: która w swem zało­

żeniu zajmuje się tem, co w ludzkim losie i charakte­

rze jest nieuleczalnego, niedającego się odwrócić, 
nieodwołalnego. 

25 

24. 

O k l a s k i  p r z e d ł u ż e n i e m  w i d o w i s k a . — 

Błyszczące oczy i życzliwy uśmiech są rodzajem 

oklasków, którymi nagradza się całą wielką kome-
dyę świata i bytu, — ale zarazem komedyą w ko-

medyi, która ma innych spektatorów pociągnąć do 

»plaudite amici«

25 . 

O d w a g a  b y ć  n u d n y m . — Kto nie posiada 

męstwa, żeby jego samego i jego dzieło znajdowali 

nudnym, nie należy z pewnością do duchów najwięk­

szych, czy to w sztukach, czy w naukach. — Śmie­
szek, któryby wyjątkowo był zarazem myślicielem, 

mógłby, patrząc na świat i historyę dodać: »Bóg 
tego męstwa nie miał; wszystkie rzeczy chciał uczy­

nić i uczynił zanadto interesującemi«. 

26. 

Z  n a j w n ę t r z n i e j s z e g o  d o ś w i a d c z e ­

n i a  m y ś l i c i e l a . — Nic niema trudniejszego dla 
człowieka od pojmowania jakiejś rzeczy nieosobowo: 

rozumiem przez to, żeby widział w niej właśnie rzecz, nie 

zaś  o s o b ę : ba, możnaby nawet zapytać, czy wogóle 
jest dlań rzeczą możliwą, choćby na chwilę zatrzy­

mać mechanizm swego popędu tworzącego i wymyś-

background image

26 

lającego osoby. Obcuje bo nawet z myślami, choćby 

były najbardziej oderwane, tak jak gdyby były indy­
widuami, z któremi trzeba walczyć, łączyć się, które 

trzeba ochraniać, któremi trzeba się opiekować, które 

trzeba odżywiać. Podpatrzmy i podsłuchajmy tylko 
siebie samych, w owych chwilach, kiedy słyszymy, 

lub odkrywamy nowe jakieś dla siebie twierdzenie. 
Zdarzyć się może, że się nam nie podoba, ponieważ 

występuje tak dumnie, tak pysznie: nieświadomie za­

pytujemy się siebie, czybyśmy nie mogli postawić mu 
u boku jego przeciwieństwa, niby wroga, czybyśmy 

nie mogli doń doczepić jakiegoś »może«, lub »nie­
kiedy«, już słówko »prawdopodobnie« jest dla nas 

zadośćuczynieniem, ponieważ niweczy przykrą tyra­
nię osobistą bezwzględności. Przeciwnie, kiedy owo 
nowe zdanie występuje w formie łagodniejszej, deli­

katne, cierpliwe i pokorne, niby samo padające w obję­
cia przeczeniu, tedy zapomocą innej próby doświad­

czamy swego samowładztwa: jakżeż to,  c z y ż możemy 

tej słabej istocie odmówić pomocy, nie pieścić jej 
i nie karmić, nie udzielić jej siły, pełni, prawdziwo-
ści, ba, nawet bezwzględności?  C z y ż nie możemy 

obejść się z nią po ojcowsku, po rycersku, ze współ-
czuciem? — Kiedyindziej znowu spostrzegamy tu pe­
wien sąd i tam pewien sąd, które ani patrzą na sie­

bie, ani ku sobie się nie zbliżają: wtedy łaskocze nas 
myśl, czyby się nie udało urządzić tutaj małżeństwa, 
wyciągnąć  w n i o s k u , i z góry już doznajemy przy­

jemnego uczucia, że jeśliby z tego wniosku wypły­
nęły skutki, tedy by honor przypadł nietylko obu są 
dom, pozostającym w związku małżeńskim, lecz także 

i swatom. Jeśli jednak z ową myślą nie można sobie 

poradzić ani drogą oporu i niechęci, ani też drogą 

2 7 

życzliwości (i jeśli uważa się ją za  p r a w d z i w ą —) 
tedy poddajemy się jej, i hołd składamy jako wo­
dzowi i księciu, umieszczamy ją na tronie i nie mó­

wimy o niej inaczej jak z uroczystością i dumą: 
gdyż w  j e j blasku błyszczymy i my. Biada temu, 

ktoby ją chciał przyćmić. Niech się jednak zdarzy, 
że pewnego dnia ta sama myśl wyda się nam po­
dejrzaną: — wtedy niezmordowani twórcy królów 

(king-makers) w dziejach ducha strącamy ją z tronu 

i pośpiesznie wznosimy jej przeciwniczkę. Nie wadzi 
to rozważyć i pomyśleć jeszcze głębiej; z pewnością 

nikt nie będzie mówić wtedy o »popędzie naukowym 
samym w sobie«! — Czemu więc człowiek przekłada 
p r a w d ę nad nieprawdę w tej  p o t a j e m n e j walce 

idei osób, w tem najczęściej ukrytem kojarzeniu mał-
źeństw między myślami, w tem budowaniu państw 
w dziedzinie myśli, w tem wychowywaniu, pielęgno-

waniu myśli i udzielaniu im pomocy, jakiej się udziela 
ubogim i chorym? Z tego samego powodu, dla ja­

kiego się rządzi  s p r a w i e d l i w o ś c i ą w obcowa-
niu z osobami rzeczywistemi:  d z i ś , z przyzwyczaje-

nia, dziedziczności i przyuczenia,  p i e r w o t n i e , po-

nieważ prawda — tak jak słuszność i sprawiedli­
wość — jest  p o ż y t e c z n i e j s z a i  z a s z c z y t ­

n i e j s z a od nieprawdy. Albowiem w państwie myśli 
nie łatwo zachować  w ł a d z ę i  s ł a w ę , jeśli się 

opierają na błędzie lub kłamstwie: poczucie, iż taka bu­
dowa zawsze kiedyś zwalić się może, jest  u p o k a ­
r z a j ą c e dla świadomości budowniczego; wstyd go 

kruchości materyału, i chciałby, ponieważ sam siebie 
bierze  p o w a ż n i e j , niż cały świat pozostały, nie robić 

nic, coby nie było  t r w a l s z e , niż cały świat pozostały. 

W żądzy prawdy obejmuje wiarę w nieśmiertelność 

background image

2 8 

osobistą, to znaczy najdumniejszą, najwznioślejszą myśl, 

jaka kiedykolwiek istniała, albowiem wiąże się ona 

najściślej z ukrytą myślą: «pereat mundus, dum ego 

salvus sum!« Dzieło własne przekształca się w ego, 
sam przekształca się w rzecz nieprzemijającą, stawia­
jącą czoło przeciw wszystkiemu. Jego to niezmierzona 
duma wymaga, żeby do dzieła używać tylko najlep­

szych, najtwardszych kamieni, a więc prawd, lub 

tego, co za prawdy uważa. Słusznie po wszystkie 

czasy wymieniano  p y c h ę , jako »występek wiedzą­
c y c h « — jednak bez tego płodnego występku źleby 

było z prawdą i jej znaczeniem na ziemi. W tem je­
dnak, że czujemy  s t r a c h przed swymi własnymi 
myślami, pojęciami, wyrazami, lecz że zarazem siebie 
samych w nich  c z c i m y , mimowolnie przypisujemy 
im prawo nas samych nagradzać, potępiać, chwalić 

i ganić, w tem więc, że obcujemy z nimi jako z wol-
nemi osobami duchowemi, z siłami niezależnemi, jako 

równi z równymi — w tem kryje się korzeń tego 
rzadkiego zjawiska, które nazwałem »sumieniem in-

telektualnem«. —  T a k więc i w tym wypadku coś 
moralnego w najlepszem znaczenia zakwitło z »ko­
rzenia czarnego«. 

27. 

O b s k u r a n c i . — Rzeczą zasadniczą w czar­

nej magii obskurantyzmu nie jest to, że chce przy­
ćmić głowy, lecz że obraz świata chce zaczernić, na­
sze  w y o b r a ż e n i e o  b y c i e  p r z y c i e m n i ć .  D o 

tego, wprawdzie,  u ż y w a często środka, polegającego 
na tem, żeby przeszkodzić oświacie umysłów, nie-

29 

kiedy jednak używa środka wprost przeciwnego i przez 
najwyższe wysubtelnienie intelektu stara się wywołać 
p r z e s y c e n i e jego owocami. Subtelni metafizycy, 

przygotowujący sceptycyzm i wywołujący swą nad­
mierną bystrością umysłu niedowierzanie do bystrości 
umysłu wogóle, są dobremi narzędziami tego bardziej 

subtelnego obskurantyzmu. Jestże możliwe, że sa­
mego Kanta można użyć w tym celu? co więcej, że 

według jego własnego osławionego oświadczenia on 
sam, przynajmniej przez pewien czas,  c h c i a ł cze­
goś podobnego: utorować drogę dla  w i a r y , przez 

wytknięcie szranek dla  w i e d z y ? — co mu się 
wprawdzie nie powiodło; ani jemu, ani jego następ­
com na wilczych i lisich ścieżkach tego nadzwyczaj 

wysubtelnionego i niebezpiecznego, ba, najniebezpiecz­
niejszego obskurantyzmu: ponieważ czarna magia 

ukazuje się tutaj w aureoli świetlnej. 

28. 

J a k i e g o  r o d z a j u  f i l o z o f i a  j e s t  z g u b n a 

d l a  s z t u k i . — Kiedy mgłom metafizyczno-mistycz-
nej filozofii powiedzie się wszystkie zjawiska este­

tyczne uczynić  n i e p r z e z r o c z y s t e m i ,  w y p ł y w a 

stąd, że nie można ich  o c e n i a ć między sobą, ponie­
w a ż żadne oddzielne zjawisko nie daje się wyjaśnić. 
Lecz jeśli nie można porównywać ich ze sobą dla 

oceny, w końcu zjawia się zupełna  b e z k r y t y c z -

n o ś ć , ślepe zgadzanie się na wszystko: stąd jednak 
znowu stałe zanikanie  r o z k o s z y , jakiej dostarcza 

sztuka, która tylko przez najbardziej zaostrzony smak 

background image

30 

i rozróżnianie różni się od surowego zaspakajania 
potrzeby. Im bardziej jednak zanika rozkosz, tem 

bardziej pragnienia artystyczne przekształcają się 
w pospolity głód, który artysta stara się zaspokoić 

przez coraz bardziej ordynarny pokarm. 

29. 

W  G e t s e m a n e . - Najboleśniejsze, co myś­

liciel rzec może do artystów, brzmi: »nie możecie 

przeto  c z u w a ć  z e  m n ą nawet jednej godziny?« 

30. 

Z a  w a r s z t a t e m  t k a c k i m . — Wobec nie­

licznych, którzy znajdują uciechę w rozwiązywaniu 
węzłów i rozsnuwaniu wątków, wielu pracuje w kie­

runku odwrotnym (naprzykład wszyscy artyści i ko­

biety), żeby je coraz na nowo związywać i plątać, a tak 
żeby rzeczy zrozumiane przekształcać w niezrozumiane, 

a jeśli można w niedające się zrozumieć. Co wreszcie 
na tem się kończy — że oczka i tkaniny zawsze mu­

szą być cokolwiek zbrukane, ponieważ za wiele rąk 
pracuje nad niemi i ciągnie je do siebie. 

31. 

W  p u s t y n i  n a u k i . — Człowiekowi nauko­

wemu w jego skromnych i mozolnych wędrówkach, 

które, niestety, dość często muszą być wędrówkami 

przez pustynie, ukazują się owe świetlne miraże, które 
nazywają się »systemami filozoficznymi«: z czarowną 

siłą złudzenia migają rozwiązaniem wszystkich zaga­
dek i obiecują w pobliżu najświeższy napój prawdzi­

wej wody życia; serce upaja się radością, a znużony 
dotyka niemal już wargami celu całej naukowej wy­
trwałości i trudu, tak że mimowolnie porywa się na­

przód. To prawda, niektóre natury stają jak ogłu­
szone przed pięknem złudzeniem: pustynia pochłania 
je, dla nauki są umarłe. Inne znowu, które doświad­

czyły już nieraz owych pociech subjektywnych, do­

znają niezmiernego zniechęcenia i przeklinają słony 

smak, jaki owe zjawiska pozostawiają w ustach, 
i z którego powstaje wściekle pragnienie — kiedy tym­
czasem ani o jeden krok nie zbliżamy się do żadnego 
źródła. 

32. 

R z e k o m a  » r z e c z y w i s t o ś ć  r z e c z y w i ­

s t a « . — Przedstawiając oddzielne typy zawodowe, 
np. wodza, tkacza, marynarza, poeta przybiera po­

zory takiego, który te rzeczy zna do gruntu i jak 
gdyby był człowiekiem  w i e d z ą c y m ; więcej jesz-
cze, wykładając czyny i losy ludzkie, zachowuje się 
tak, jak gdyby był obecny przy zakładaniu osnowy 

świata: w tem znaczeniu jest oszustem. I oszustwa 
swoje popełnia przed ludźmi  n i e o ś w i e c o n y m i — 

wskutek czego miewa powodzenie: ci nie szczędzą 

mu swych pochwał dla jego prawdziwego i głębo-

31 

background image

32 

kiego znawstwa i doprowadzają go w końcu do idei 

obłędnej, że rzeczywiście zna te rzeczy tak dobrze, 

jak znawcy i specyaliści, ba, jak sam twórca świa­
tów. W rezultacie przeto oszust staje się uczciwym 
i wierzy w swoją prawdomówność. Ludzie wrażliwi 
dochodzą do tego, że mu to mówią nawet w oczy, 

iż posiada prawdę i prawdomówność  w y ż s z ą , — 
oni bowiem bywają czasami znużeni rzeczywistością 

i marzenie poetyckie jest wtedy dla nich wytchnie­
niem i odpoczynkiem nocnym, dobroczynnym dla 
głowy i serca. To, co się ukazuje w marzeniu, wy­

daje się im teraz, iż jest więcej warto, ponieważ, jak 
się rzekło, odczuwają je, jako rzecz bardziej dobro­

czynną: a ludzie zawsze sądzili, iż to, co wydaje się 
posiadać większą wartość, jest prawdziwe, rzeczywi­
ste. Poeci,  ś w i a d o m i tej władzy, rozmyślnie zmie-
rzają do tego, żeby to, co zwykle nazywa się rze­

czywistością, oczernić i w niepewne, pozorne, nie-
prawdziwe, grzeszne, bolesne, zwodzicielskie prze-
kształcić, korzystają z wszystkich wątpliwości co do 
granic poznania, ze wszelkich wykroczeń sceptycz­

nych, żeby rozciągnąć nad rzeczami fałdzistą zasłonę 
niepewności, a przez to, żeby w tem przyćmieniu ich 

czarnoksięstwo i magia duchowa bez ochyby były 
rozumiane jako drogą do »prawdziwej prawdy«, do 
rzeczywistej rzeczywistości! 

33. 

C h c i e ć  b y ć  s p r a w i e d l i w y m , a  c h c i e ć 

być sędzią. — Schopenhauer, którego wielkie znaw-

33 

stwo rzeczy ludzkich i arcyludzkich, pierwotny zmysł 
faktyczny nie mało ucierpiały od pstrokatej skóry leo-
pardziej jegoż metafizyki (tę trzeba zeń ściągnąć, 

żeby pod nią odkryć prawdziwy geniusz moralisty), 
Schopenhauer czyni doskonalą różnicę, przez którą 
ma więcej słuszności, niż to sobie sam przyznaje: 

» wniknięcie w ścisłą konieczność postępków ludzkich 

jest linią graniczną, oddzielającą głowy  f i l o z o f i c z ­

ne od  i n n y c h « . To potężne wejrzenie, na które 
przez pewien czas miał oczy otwarte, sam paraliżo­

wał w sobie wskutek owego przesądu, wspólnego mu 

jeszcze z ludźmi moralnymi (n i e moralistami), które 
tak niewinnie i z wiarą wypowiada: »ostateczne 

i prawdziwe rozwiązanie wewnętrznej istoty całości 
rzeczy koniecznie musi być w związku ścisłym z roz­

wiązaniem etycznego znaczenia postępków ludzkich« — 
co właśnie zgoła nie jest »konieczne« ; przeciwnie, 
raczej zostaje obalone przez owo twierdzenie o ścis­
łej konieczności postępków ludzkich, to jest bezwa-
runkowej niewolności i nieodpowiedzialności woli. 

Głowy filozoficzne będą się tedy różnić od innych 
tem, że nie wierzą w metafizyczne znaczenie moral­

ności: i to wytworzy między niemi przepaść tak głę­
boką i nieprzebytą, iż przepaść, istniejąca obecnie 
między » wykształconymi« a » ni e wykształconymi«, 
na którą się tak uskarżają, zaledwie daje o niej 

pojęcie. Wprawdzie tylne furtki, jakie sobie zosta­
wiają »głowy filozoficzne«, podobnie jak sam Scho­
penhauer, muszą zostać uznane za bezpożyteczne: 
ż a d n a nie prowadzi na wolność, na powietrze wol­
nej woli; poza każdą, przez którą wymykano się do-

tychczas, ukazuje się spiżowo spoglądająca ściana 
fatum: w więzieniu  j e s t e ś m y , wolnymi możemy 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 3 

background image

34 

w y o b r a ż a ć się tylko, nie zdołamy  u c z y n i ć się 

nimi. Ze temu poznaniu nie długo już opierać będzie się 
można, ukazują zrozpaczone i nieprawdopodobne pozy-
cye i szamotania się tych, którzy je atakują, żeby 

walkę przedłużyć. — Oto co się obecnie mniej więcej 
dzieje w ich obozie: »a więc nikt nie jest odpowie­
d z i a l n y ? « I jednak wszędzie grzech i poczucie grzesz­

ności. Ależ musi ktośkolwiek być grzesznikiem: nie­
możliwa i odtąd niewolno oskarżać i potępiać jedno­
stki, tej biednej fali stawania się — dobrze więc: 

niech będzie grzesznikiem sama igraszka fal: stawa­
nie się: tutaj działa wolna wola, tutaj można oskar­
żać, potępiać, pokutować i czynić skruchę: niechaj 

tedy  B ó g  b ę d z i e  g r z e s z n i k i e m , a  c z ł o w i e k 

j e g o  o d k u p i c i e l e m : niechaj historya świata bę­
dzie zarazem winą, potępieniem siebie i samobój­
stwem; złoczyńca niechaj się stanie swym sędzią, sę­
dzia własnym katem«. —  T e n  c h r z ę ś c i j a n i z m 
o d w r ó c o n y  d o  g ó r y  n o g a m i — bowiem cóż  t o 

jest innego? — to także ostatni sztych w walce do­
ktryny o bezwarunkowej moralności z doktryną 
o bezwarunkowej niewoli — rzecz straszliwa, jeśliby 

była czemś  w i ę c e j , niż  g r y m a s e m  l o g i c z n y m , 
więcej, niż odrażającem wykrzywieniem dogorywa­

jącej myśli — być może, skurczem śmiertelnym zroz­
paczonego i szukającego ratunku serca, któremu 
obłęd podszeptuje: »Oto jesteś baranek, który nosi 
grzechy boskie na sobie«. — Błąd tkwi nietylko 

w poczuciu: »jam jest odpowiedzialny«, lecz również 
w owem przeciwieństwie: »jam nie jest odpowie­
dzialny, lecz ktoś musi nim być przecież«. — To 

także nieprawda: filozof przeto powinien rzec, jak 
Chrystus: »nie sądźcie«, i ostatnia różnica między 

35 

głowami filozoficznemi i pozostałemi byłaby ta: że 
tamte chcą być  s p r a w i e d l i w a , a te pragną być 
s ę d z i a m i . 

34. 

P o ś w i ę c e n i e . — Sądzicie, że cechą czynu 

moralnego jest poświęcenie? — Pomyślcie tedy co­
kolwiek nad tem, że w każdym czynie, spełnionym 
po namyśle, zawiera się poświęcenie, zarówno w naj­
gorszym, jak w najlepszym. 

35. 

P r z e c i w  t y m ,  c o  b a d a j ą  m o r a l n o ś ć 

p r z e z  m i k r o s k o p . — Trzeba znać czyny najlep­
sze i najgorsze, do jakich człowiek jest zdolny, jak 
w wyobraźni, tak w rzeczywistości, żeby móc osą­
dzić, jak silna jest jego natura moralna. Ale dowie­
dzieć się tego jest rzeczą niemożliwą. 

36. 

Z ą b  ż m i i .  — C z y ma się, czy się nie ma zęba 

żmii, nie wie się o tem, dopóki ktoś na nas nie 
nastąpił. Kobieta lub matka powiedziałaby: dopóki 
ktoś nie nadepnął na nasze ukochanie lub dziecko. — 

3 * 

background image

36 

Charakter nasz bardziej jeszcze zależy od tego, czego 

nie przeżywamy, niż od tego, co się przeżywa. 

37. 

O s z u s t w o w  m i ł o ś c i . — Niejedno zapo­

mina się z przeszłości i rozmyślnie wyrzuca z pa­

mięci, to znaczy, chcemy, żeby obraz, spoglądający 
ku nam z przeszłości, okłamywał nas, schlebiał na­

szej mglistości — pracujemy bez przerwy nad tem 

oszukiwaniem samych siebie. — I wy, co tyle »o za­
pominaniu o sobie w miłości«, »o rozpływaniu się 

swego ja w innej  o s o b i e « mówicie, i chwalicie się 

tyle, sądzicie, że jest to coś zasadniczo innego? Roz­
bija się więc zwierciadło, przeistacza się siebie w ima-
ginacyi w inną osobę, którą się podziwa, rozkoszuje 
się nowym obrazem swojego ja, chociaż nadaje mu 

się miano innej osoby — i całe to zjawisko ma n i e 

być oszukiwaniem samego siebie, ma  n i e być samo 
lubstwem — jakże ja was podziwiam ! Sądzę, że 
ci, co  p r z e d  s o b ą coś ukrywają i ci, co jako ca­

łość ukrywają się przed sobą, podobni są do siebie 
z tego, że w skarbcu poznania popełniają  k r a d z i e ż : 

w y p ł y w a stąd jasno, przed jakiego rodzaju przestęp­
stwem ostrzega zdanie: »poznaj samego siebie«. 

38. 

W y p i e r a j ą c e m u  s i ę  p r ó ż n o ś c i . — Kto 

wypiera się próżności, posiada ją zwykle w formie 

37 

tak brutalnej, że instynktownie zamyka na nią oczy, 

gdyż inaczej musiałby gardzić sobą. 

39. 

C z e m u  g ł u p i  s t a j ą  s i ę  t a k  c z ę s t o  z ł o ­

ś l i w y m i . — Na zarzuty przeciwnika, przeciw któ­
rym głowa czuje się zbyt słabą, odpowiada serce 

podejrzeniem motywów tych zarzutów. 

40. 

S z t u k a  w y j ą t k ó w  m o r a l n y c h . —  K u 

sztuce, ukazującej i wysławiającej wyjątki moralne — 
to, gdzie dobro złem, niesprawiedliwość sprawiedli­

wością się staje —, wolno rzadko tylko skłaniać 
ucho: podobnie jak od cyganów kupuje się czasami 

coś niecoś, zawsze jednak z obawą, iż przy tem 
zwędzą daleko więcej, niż zyskuje się na kupnie. 

41. 

U ż y w a n i e i  n i e u ż y w a n i e  t r u c i z n . — 

Jedyny argument rozstrzygający, który po wszystkie 

czasy powstrzymywał ludzi od zażywania trucizny, 
nie polegał na tem, że trucizna zabija, lecz że ma 

smak nieprzyjemny. 

background image

38 

42. 

43. 

S u m i e n i e . — Wygodniej słuchać głosu su­

mienia, niż rozumu: albowiem w każdem niepowo­
dzeniu ma się uniewinnienie i otuchę. Oto dlaczego 

tak wiele jeszcze jest ludzi sumiennych w porówna­
niu z ilością rozumnych. 

44. 

R ó ż n e  ś r o d k i  p r z e c i w  z g o r z k n i e n i u . 

— Dla jednego temperamentu jest z pożytkiem, kiedy 

gniew swój może wylać w słowach: mowa czyni 
człowieka słodszym. Inny temperament dopiero wtedy, 

kiedy się wypowie, nabiera całej właściwej sobie 
goryczy: temu należy raczej doradzać, żeby coś ze 
swego gniewu strawił: przymus, jaki tego rodzaju 

ludzie nakładają sobie wobec nieprzyjaciół lub prze-

39 

łożonych, polepsza ich charakter i chroni, żeby się 

nie stali zbyt ostrzy i kwaśni. 

45. 

N i e  b r a ć  z b y t  c i ę ż k o . — Odleżeć sobie ciało 

do ran nieprzyjemnie, ale nie jest jeszcze żadnym 
dowodem przeciw metodzie kuracyi, która nakazuje 

położyć się do łóżka. — Ludzie, którzy długo żyli 
życiem zewnętrznem i w końcu zwrócili się do filo­

zoficznego życia wewnętrznego i samotniczego, wie­
dzą, że jest też rodzaj ran umysłu i uczucia od le­

żenia. Nie jest to więc żadnym argumentem przeciw 
trybowi życia w zasadzie, lecz czyni koniecznymi 

małe wyjątki i pozorne powroty do  d a w n c h nałogów. 

46. 

L u d z k a  » r z e c z  s a m a w  s o b i e « . — Naj-

wrażliwszą rzeczą, a przecież najbardziej niepoko­
naną jest próżność ludzka: ba, od doznanych ran 

wzrasta jej siła, i w końcu może się stać olbrzymią. 

47. 

K o m e d y a  w i e l u  p r a c o w i t y c h . — Nad­

miernym wysiłkiem zdobywają sobie czas wolny i nie 

Ś w i a t  b e z  p o c z u c i a  g r z e c h u . — Gdyby 

popełniano tylko takie czyny, które nie pociągają za 
sobą wyrzutów sumienia, wyglądałby świat ludzki 

zawsze jeszcze dość źle i łajdacko: lecz nie tak cho­
robliwie i żałośnie, jak teraz. — Po wszystkie czasy 

żyło dość ludzi złych  b e z sumienia: i wielu ludziom 
dobrym i dzielnym brak było poczucia radości z czy­

stego sumienia. 

background image

40 

wiedzą potem, coby z nim zrobić innego, jak liczyć 

godziny, dopóki ten czas nie upłynie. 

48. 

R a d o w a ć  s i ę  w i e l e . — Kto wiele się ra­

duje, musi być człowiekiem dobrym: ale, być może, 

nie jest najmądrzejszym, chociaż właśnie osiąga to, do 
czego najmądrzejszy całą swą siłą dąży. 

49. 

W  z w i e r c i a d l e  p r z y r o d y . —  C z y ż nie 

określa to dosyć dokładnie człowieka, kiedy słyszymy, 

że lubi przechadzać się między zagonami żółtego 
zboża, że przekłada nad wszystkie inne wyżarzone 
i pożółkłe jesienne barwy kwiatów i lasów, ponieważ 

zapowiadają coś piękniejszego, niż to, co przyroda 

kiedykolwiek osiągnęła, że pod wielkiemi koronami 
z soczystych liści orzechowych czuje się zupełnie 

swojsko, jak między blizkimi krewnymi, że w górach 

największą jego radością jest spotykać owe osamot­
nione jeziora, z których sama samotność zdaje się 

ku niemu spoglądać, że lubi ową szarą ciszę mgli­
stego zmierzchu, która na jesieni i wczesną zimą 

podkrada się pod same okna, i od wszelkiego szmeru 

jakby zasłoną aksamitną oddziela, że w dziewiczej 
skale odczuwa pozostały z prawieków znak, sprag­
niony mowy, czcigodny od czasów dzieciństwa, i że 

41 

wreszcie morze ze swą ruchomą skórą wężową i dra­
pieżną pięknością jest i będzie zawsze mu obce? — 

Z pewnością, na  c o ś , co jest w tym człowieku, rzeczy 

te wskazują: lecz zwierciadło przyrody nie mówi nic 
o tem, że ten sam człowiek, z całą swą idyliczną 

wrażliwością (nie zaś »pomimo jej«) może być samo­
lubnym, drobiazgowym i zarozumiałym. Horacy, który 

się znal na rzeczach podobnych, najdelikatniejsze 
poczucie życia wiejskiego włożył w usta i duszę 

l i c h w i a r z a rzymskiego, w swojem  s ł a w n e m : 

»beatus ille qui procul negotiis«

50. 

P o t ę g a  b e z  z w y c i ę s t w . — Najsilniejsze po­

znanie (o zupełnej niewolności ludzkiej woli) w skutki 
jest przecież najuboższe: ponieważ zawsze miało naj­

silniejszego przeciwnika: ludzką próżność. 

51. 

W e s e l e i  b ł ą d . — Pierwsze mimowolnie 

udziela się dobroczynnie przyjaciołom dzięki swej 
istocie, drugie rozmyślnie za pośrednictwem czynów 

właściwych. Chociaż pierwsze  u c h o d z i  z a coś 
wyższego, to jednak tylko drugie daje czyste sumie­
nie i wesele wesele, jakie sprawiają dobre czyny; 

uczucie to opiera się na wierzeniu w dowolność na­
szych dobrych i złych czynów, to znaczy na błędzie. 

background image

42 

52. 

G ł u p i o  j e s t  p o p e ł n i a ć  n i e p r a w o ś c i . 

— Własną nieprawość, którą się popełnia względem 

kogoś, znosi się daleko ciężej, niż cudzą (i to nie 

ze względów moralnych, proszę zauważyć  d o b r z e — ) ; 
sprawca zawsze jest właściwie tym, który cierpi, mia­
nowicie,  k i e d y daje do siebie przystęp wyrzutom 

sumienia, lub przekonaniu, że przez swój postępek 
uzbroił przeciw sobie społeczeństwo i w ten sposób 

odosobnił się. Przeto należy już dla samego wewnętrz­

nego swego szczęścia, żeby nie stracić zadowolenia, 
zupełnie niezależnie od wszystkiego, co nakazuje re­
ligia i moralność, strzec się nieprawości więcej jesz­

cze, niż doznawania nieprawości: w tym bowiem wy­
padku ma się pociechę, płynącą z czystości sumie­
nia, z nadziei na zemstę, na uznanie ludzi prawych, 

ba, nawet całego społeczeństwa, które odczuwa strach 

przed złoczyńcami. — Nie mało jest ludzi, którzy 
się rozumieją na brudnej sztuce oszukiwania siebie, 
żeby każdą własną nieprawość przekuć na cudzą i na 

wyrządzoną im samym, i dla usprawiedliwienia tego, 
co sami popełnili, uzyskać prawo wyjątkowe obrony 

koniecznej: aby w ten sposób łatwiej swój ciężar 
podźwignąć. 

53. 

Z a w i ś ć  g ł o ś n a i  z a w i ś ć  m i l c z ą c a . — 

Zawiść zwyczajna zwykła gdakać, jak tylko kura, 
której zazdrości, zniesie jajo: to sprawia jej ulgę 

43 

54. 

G n i e w  s z p i e g i e m . — Gniew wyczerpuje 

duszę i obnaża ją do samego spodu. Dlatego, jeśli 
inaczej nie potrafimy rozświetlić stosunków wokół 

siebie, należy umieć doprowadzić do gniewu otocze­
nie, zwolenników i przeciwników, aby się wreszcie 
dowiedzieć, co w rzeczywistości przeciw nam się 

zwraca, i co o nas myślą. 

55. 

O b r o n a  m o r a l n i e  t r u d n i e j s z a  o d  n a -

p a d a n i a . — Prawdziwe bohaterstwo i mistrzo-
stwo człowieka dobrego polega nie na tem, że, na 
padając na rzecz, nie przestaje lubić osoby, lecz na 

czemś o wiele trudniejszem, że  b r o n i własnej 
s p r a w y , nie wyrządzając i nie chcąc wyrządzić 
przykrości osobie, na którą napada. Miecz do na­

tarcia jest szlachetny i szeroki, miecz do obrony wy­

dłuża się zwykle jak szpilka. 

i sama staje się łagodniejszą. Istnieje jednak zawiść 
głębsza: ta milczy w takim wypadku jak grób, i pra­
gnie, żeby teraz wszYstkie usta były zamurowane, 

a szaleje coraz bardziej, jeśli właśnie tak się nie 
dzieje. Zawiść milcząca wzrasta w milczeniu. 

background image

44 

56. 

57. 

R o z ż a r z o n e  w ę g l e . — Zgarnianie rozżarzo­

nych węgli na cudzą głowę zwykle  b y w a nierozu-
miane i zawodzi, ponieważ inny czuje się również 

w prawie do tego, i ze swej strony myślał także 

o zgarnianiu węgli. 

58. 

N i e b e z p i e c z n e  k s i ą ż k i . — Oto ktoś mówi: 

» spostrzegam na sobie samym: ta książka jest szkod­

liwa«. Ale niechno poczeka, a może przyzna się pew­
nego dnia, że ta sama książka okazała mu wielką 

usługę, ponieważ wydobyła na wierzch ukrytą cho­

robę jego serca i uczyniła ją w ten sposób wi­
doczną. -- Zmiana poglądów nie pociąga za sobą 
zmiany charakteru człowieka (lub w małym stopniu 

tylko); natomiast oświetla pewne strony konstelacyi 

45 

jego osobistości, które dotychczas przy innej konste­
lacyi poglądów pozostawały w cieniu i nie dawały 

się poznać. 

59. 

O b ł u d n e  w s p ó ł c z u c i e . — Udaje się współ­

czucie, kiedy się chce  p o k a z a ć wyższym nad 

uczucie wrogie: ale zwykle napróżno. Spostrzeżenie 

tego nie obywa się bez silnego zarazem wzrostu 
wrogości wspomnianej. 

60. 

J a w n a  o p o z y c y a  d z i a ł a  c z ę s t o  p o j e -

d n a w c z o . — W chwili, kiedy ktoś jawnie daje po­
znać różnicę poglądów między sobą a sławnym wo­

dzem partyjnym lub mistrzem, cały świat sądzi, że, 
czyniąc tak, musi mieć urazę do przeciwnika.  L e c z 

zdarza się, że właśnie w tej chwili ustępuje uraza, 
ponieważ poważył się samego siebie postawić obok 

niego, i pozbył się męki, jaką sprawia niewypowie-
dziana zazdrość. 

61. 

S w o j e  w ł a s n e  ś w i a t ł o  w i d z i e ć . — 

W pochmurnych stanach smutku, choroby, skruchy, 

U c z c i w y  w b r e w  u c z c i w o ś c i . — Czło­

wiek publicznie okazujący, iż jest uczciwym wzglę­

dem siebie, w końcu zawsze wyrabia sobie bardzo 
wysokie mniemanie o swej uczciwości: wie bowiem 

aż nadto dobrze, dlaczego jest uczciwy — z tego sa­
mego powodu, dla którego inny wybiera pozory i uda-

wanie. 

background image

46 

miło nam widzieć, iż jednak dla innych świecimy 

jeszcze, i że wkoło nas spostrzegają jasny blask 
księżycowy. Na tej drodze pośredniej uczestniczymy 
w swej własnej zdolności  o ś w i e c a n i a . 

62. 

R a d o ś ć  p o d z i e l a ć . — Żmija, kąsając, myśli, 

że zadaje nam ból, i raduje się z tego; zwierzę, sto­

jące najniżej, posiada zdolność wyobrażania sobie 
obcego  b ó l u . Ale wyobrażać sobie cudzą radość 
i radować się przy tem jest najwyższym przywilejem 

najwyższych zwierząt, i z tych dostępne tylko naj­
bardziej wyszukanym egzemplarzom — to znaczy 

rzadko jest humanum: tak iż byli filozofowie, co 
istnienia wspólnej radości zaprzeczali. 

63. 

C i ą ż a  n a s t ę p c z a . — Ci, co doszli do dzieł 

i czynów swoich, nie wiedząc jak, tem bardziej ob­
noszą się ze swoją ciążą po fakcie: jak gdyby chcąc 
dowieść, iż są to dzieci ich, nie zaś przypadku. 

64. 

T w a r d o ś ć  s e r c a z  p r ó ż n o ś c i . — Jak 

prawość zbyt często bywa płaszczem, pod którym 

47 

kryje się słabość, tak nieraz ludzie prawie myślący 
lecz słabi uciekają się do udawania i jawnie postę­

pują niesprawiedliwie i okrutnie — żeby pozostawić 
wrażenie siły. 

65. 

U p o k o r z e n i e . - Jeśli ktoś w pełnym worze 

ofiarowanych sobie korzyści znajduje choćby jedno 

ziarno upokorzenia, to i wtedy jeszcze robi złą minę 
przy dobrej grze. 

66. 

H e r o s t r a t y z m  k r a ń c o w y . — Mogliby się 

zdarzyć Herostratesowie, coby własną świątynię, 
w której doznają czci ich własne posągi, zdolni byli 
podpalić. 

67. 

Ś w i a t  n a z w  z d r o b n i a ł y c h . — Okoliczność, 

iż wszystko, co słabe i potrzebuje pomocy, przema­

wia nam do serca, wyrabia przyzwyczajenie, że 
wszystkiemu, co nam przemawia do serca, nadajemy 
nazwy zdrobniale, osłabione — a więc w poczuciu 
własnem  c z y n i m y słabem i potrzebującem pomocy. 

background image

48 

68. 

69. 

N a t r ę c t w o . Jest też rodzaj natręctwa 

względem dzieł; młodzieniaszkiem będąc jeszcze, jako 

naśladowca, łączyć swe imię na stopie równości z naj-
znakomitszemi dziełami wszystkich czasów, dowodzi 
zupełnego braku wstydu. — Inni bywają natrętni 

tylko z braku wykształcenia: nie wiedzą, z kim mają 
do czynienia - zdarza się to często młodym i sta­

rym filologom względem dzieł Greków. 

70. 

W o l a  w s t y d z i  s i ę  i n t e l e k t u . — Z ca­

łym chłodem układamy rozumne plany przeciw swym 
namiętnościom: następnie jednak wpadamy w naj­
grubszy błąd przeciw temu, bowiem w chwili, kiedy 
postanowienie ma być wykonane, wstydzimy się chłodu 

i rozwagi, z jakimi je powzięliśmy. I popełniamy 
wtedy coś zupełnie nierozumnego z owego rodzaju 

49 

przekornej wielkoduszności, jaką każda namiętność 
z sobą przynosi. 

D l a c z e g o  s c e p t y c y  n i e  p o d o b a j ą  s i ę 

m o r a l n o ś c i . — Kto swoją moralność ceni wy­
soko i bierze poważnie, ten dąsa się na sceptyków 

w dziedzinie moralności: bowiem to, na co wszystkie 
swe siły poświęca, należy  p o d z i w i a ć , nie zaś ba­

dać i wątpić. — Następnie, bywają natury, których 
r e s z t k i moralności polegają właśnie na wierze 

w moralność: ci także zachowują się względem sce­
ptyków, jeśli możliwa, jeszcze namiętniej. 

72. 

L ę k l i w o ś ć . -—  W s z y s c y moraliści są lękliwi, 

ponieważ wiedzą, że skoro ludzie zauważą ich skłon­
ność, wezmą ich za szpiegów i zdrajców; następnie, 
poczuwają się do bezsilności w działaniu, gdyż 
w chwili działania motywy czynu niemal zupełnie 
odciągają ich uwagę od samego dzieła. 

73. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  d l a  m o r a l n o ś c i 

p o w s z e c h n e j . -- Ludzie szlachetni i zarazem 

D Z I E Ł A  N I E T Z S C H E G O . T.  X I . 4 

W a d y  w s p ó ł c z u c i a . — Współczucie po­

siada za towarzyszkę szczególną bezczelność: ponie­
waż za wszelką cenę chce pomóc, nie troszczy się 

ani o środki leczenia, ani o rodzaj i przyczynę cho­
roby, lecz odważnie rzuca się z maściami na zdro­

wie i reputacyę chorego. 

71. 

background image

50 

uczciwi potrafią wszelkie dyabelstwo, które się naro­
dzi z ich uczciwości, uczynić boskiem, a przez to, na 
pewien czas, wagi sądu moralnego zatrzymać. 

74. 

B ł ą d  n a j b a r d z i e j  g o r z k i . — Obrazą nie 

do darowania jest to, kiedy się odkryje, że tam, gdzie 
byliśmy przekonani, iż nas kochają, uważano nas 

tylko za sprzęt domowy i upiększenie komnat, któ­
rymi pan domu zadowalał swą próżność wobec gości. 

75. 

M i ł o ś ć i  d u a l i z m . — Cóż jest innego mi­

łość, jeżeli nie to, iż pojmujemy i cieszymy się, że 
ktoś inny żyje, działa i odczuwa inaczej, niż my? Żeby 

miłość z radością mogła przerzucić mosty przez prze­
ciwieństwa, nie powinna ani ich znosić, ani zaprze­
czać. — Nawet miłość własna, jako warunek, za­
wiera niewątpliwy dualizm (lub wielorakość w jednej 

osobie). 

76. 

S e n  t ł u m a c z e m . — Czego czasami nie wiemy 

i nie czujemy dokładnie na jawie — czy względem 

51 

jakiejś osoby mamy sumienie czyste, czy też nieczy­

ste, o tem poucza nas zupełnie niedwuznacznie sen. 

77. 

R o z p u s t a . — Matką rozpusty nie jest radość, 

lecz brak radości. 

78. 

K a r a ć i  n a g r a d z a ć . — Nikt nie skarży się 

bez ukrytej myśli o karze i zemście — nawet kiedy 

skarży się na swój los, ba, na samego siebie. Każda 
skarga jest oskarżeniem, każda uciecha pochwałą: 
czy robimy to, czy tamto, zawsze kogoś czynimy od­
powiedzialnym. 

79. 

D w a k r o ć  n i e s p r a w i e d l i w i e . — Nieraz 

pomagamy prawdzie zapomocą podwójnej niesprawied­
liwości, wtedy mianowicie, kiedy obydwie strony 

rzeczy, których widzieć jednocześnie nie jesteśmy 
w stanie, widzimy jedną po drugiej, a przedstawiamy 
jednak tak, że za każdym razem inną stronę zanie-
poznajemy i jej zaprzeczamy, w obłędnem przekona­
niu, że to, co widzimy, jest cała prawda. 

4* 

background image

52 

80. 

81. 

F i l o z o f i a  p a r w e n i u s z a . - Jeśli bądź  c o 

bądź chce się być osobistością, trzeba i cień swój 

otaczać szacunkiem. 

82. 

U m i e ć  s i ę  m y ć  c z y s t o . - Trzeba się nau­

czyć z brudnych okoliczności wychodzić czystszym 

i jeśli trzeba, myć się nawet brudną wodą. 

83. 

P o z w a l a ć  s o b i e . - Im bardziej kto sobie 

pozwala, tem mniej pozwalają mu inni. 

53 

84. 

P r o j e k t o w a ć . — Robienie projektów i po-

stanowień przysparza wielu uczuć przyjemnych; 
i ktoby miał siły w ciągu całego swego życia być 
tylko budowniczym projektów, byłby człowiekiem 
bardzo szczęśliwym: lecz kiedy niekiedy musiałby 
w y p o c z y w a ć po tej działalności, w ten sposób, żeby 
plan wykonywał — i wtedyby przychodziły nań 
gniew i wytrzeźwienie. 

86. 

Z a p o m o c ą  c z e g o  w i d z i m y  i d e a ł . — 

Każdy człowiek dzielny zagłębia się w swojej dzia-
łalności i poza nią nic widzieć swobodnie nie może. 
I gdyby nie pewna doza niedoskonałości, dla swej 
cnoty nie byłby zdolny do żadnej duchowej i moral-
nej wolności. Nasze wady są oczami, przez które 
oglądamy ideał. 

85. 

N i e d o w i e r z a n i e . — Niedowierzanie samemu 

sobie nie zawsze występuje niepewnie i lękliwie, 

czasami czyni to niejako z furyą: upaja się, żeby 

nie drżeć. 

N i e w i n n y  s z u b r a w i e c . —  D o występku 

i łajdactwa wszelkiego rodzaju prowadzi długa 
i stopniowa droga. U kresu tej drogi roje owadów, 
lęgnących się z nieczystego sumienia, opuszczają zu­

pełnie tego, kto nią idzie, i odtąd, choć całkiem potę­
piony, kroczy on w niewinności. 

background image

54 

87. 

N i e s z c z e r a  p o c h w a l a . — Nieszczera po­

chwala pozostawia więcej zgryzot sumienia, niż nie­
sprawiedliwa nagana, prawdopodobnie tylko dlatego, 

że przesadna pochwala daleko wyraźniej odkrywa 
słabe strony naszego sądu, niż silna, nawet niespra­
wiedliwa, nagana. 

88. 

J a k  s i ę  u m i e r a —  o b o j ę t n a . —  C a ł y spo­

sób, w jaki człowiek myśli o śmierci, znajdując się 

u szczytu żywotności i w rozkwicie sił wszystkich, 

jest rzeczywiście bardzo wymowny i znaczący dla 
tego, co nazywamy charakterem; ale sama godzina 
śmierci, zachowanie się na łożu śmiertelnem, jest nie­
mal w tym względzie obojętna. Wyczerpanie ucieka­

jącego życia, mianowicie kiedy umierają ludzie starzy, 
nieregularne lub niedostateczne odżywianie mózgu 
w ciągu tego ostatniego czasu, czasami nader gwał­
towny ból, niezwykłe i nowe wrażenia całego stanu 

i wcale często napad i powrót przesądnych wrażeń 
i lęków, jak gdyby śmierć była aktem ważnym 

i trzeba było przekraczać most straszliwego rodzaju, — 
to wszystko nie  p o z w a l a używać śmierci, jako 
świadectwa dla żyjącego. Nie prawda też i to, że 
umierający bywa wogóle  u c z c i w s z y  o d żyjącego: 
raczej, niemal każdy, dzięki uroczystej postawie ota-

czających, powściąganych lub wylewanych strumieni 

łez i uczuć, daje się pociągnąć do świadomej lub nie-

55 

świadomej komedyi próżności. Powaga, z jaką trak­
tuje się każdego umierającego, z pewnością była dla 
niejednego pogardzanego biedaka największą rozko­

szą w życiu, i rodzajem wynagrodzenia i odszkodo­
wania za wiele niedostatków. 

89. 

O b y c z a j i  j e g o  o f i a r y . — Pochodzenie 

obyczaju sprowadzić można do dwuch myśli: »gmina 

warta więcej, niż jednostka«, i »trwałą korzyść należy 

przełożyć nad przemijającą«, z czego  w y p ł y w a wnio­
sek, że trwałą korzyść gminy bezwarunkowo należy 

kłaść wyżej, niż korzyść jednostki, szczególniej nad 
jej chwilowy dobrobyt, ale także nad jej trwałą ko­

rzyść, a nawet życie.  C z y jednostka cierpi na takiem 
urządzeniu, które wychodzi na korzyść całości,  c z y 

od niego nędznieje i dla niego ginie — obyczaj za­
chowanym być musi, ofiara złożona. Taki sposób myś­
lenia powstaje jednak tylko u  t y c h , co  n i e są 

ofiarą — gdyż ta w swoim wypadku potrafi przeko­

nać, że jednostka mogłaby być więcej warta, niż 
wielu, jak również, że natychmiastowa rozkosz, jedna 

chwila rajska powinna być może więcej ceniona, niż 
mdłe trwanie w stanie bezbolesnym i zadowolonym. 

Lecz filozofia ofiary powstaje zwykle zbyt późno: po­
przestaje się więc na obyczaju i  m o r a l n o ś c i , 

która właśnie jest tylko poczuciem całości obycza­
jów, w których się żyje i zostało wychowanym — 
i wychowanym nie jako indywiduum, lecz jako czło-

nek całości, jako pewna liczba większości. — Przeto 

background image

56 

zdarza się też ustawicznie, iż jednostka sama siebie, 

zapomocą swej moralności majoryzuje. 

90. 

D o b r o i  c z y s t e  s u m i e n i e . — Sądzicie,  ż e 

wszystkie rzeczy dobre zawsze miały sumienie czy­
ste? — Nauka, a więc z pewnością coś bardzo do­

brego, przyszła na świat bez niego i bez cienia pa­
tosu, raczej ukradkiem, drogami okólnemi, z zakaptu-
rzoną lub zamaskowaną głową, niby przestępczyni 

i w każdym razie przynajmniej z  u c z u c i e m prze-
mytniczki. Nieczyste sumienie jest stopniem — nie zaś 

przeciwieństwem sumienia czystego:  g d y ż każde do-

bro było z początku nowinką, a więc rzeczą nie­

zwykłą, przeciwną obyczajom,  n i e m o r a l n ą , i jak 
robak toczyło serce nieszczęśliwego wynalazcy. 

91. 

P o w o d z e n i e  u ś w i ę c a  i n t e n c y e . — Nie 

należy lękać się drogi cnoty, chociażby wyraźnie wi­
dać było, że tylko egoizm — więc pożytek — oso­

bista wygoda, obawa, wzgląd na zdrowie, opinię lub 
słabość pobudza do tego. Motywy te nazywa się nie­
szlachetnymi i interesownymi: zgoda, lecz skoro nas 

pobudzają do cnoty, np. do wyrzeczenia się, do wier-
ności obowiązkom, do porządku, oszczędności, do miary 

i umiarkowania, słuchajcież ich, mimo określenia, ja-

57 

kieby im nadawać można! Skoro bowiem osiągło się 
to, do czego powołują,  o s i ą g n i ę t a  c n o t a uszla­

chetnia oddalone motywy postępowania czystem swem 
powietrzem, którem pozwala im oddychać, i ducho-

wem zadowoleniem, którego im udziela, i w następ­
stwie spełniamy te same czynności już nie z podob­

nie pospolitych motywów, które nas przedtem do 
nich prowadziły. — Wychowanie przeto winno, o ile 
to możliwa,  z m u s z a ć do cnót, zależnie od natury 

wychowańca: słoneczna i letnia atmosfera duszy nie­
chaj potem sama spełnia dzieło swoje i przynosi jako 

dar dodatkowy dojrzałość i słodycz. 

92. 

C h r z ę ś c i j a n i z u j ą c y ,  n i e  c h r z e ś c i j a ­

n i e . — To więc jest wasz chrzęścijanizm! — Żeby 

ludzi  r o z g n i e w a ć , wysławiacie swego »Boga i jego 
świętych«; i znowu, jeśli chcecie ludzi  s ł a w i ć , po­

suwacie to tak daleko, że Bóg i jego święci gnie­
wać się muszą. — Chciałbym, żebyście się nauczyli 

przynajmniej układności chrześcijańskiej, jeśli  w a s 
już nie stać na grzeczność serca chrześcijańskiego. 

93. 

D o  c z e g o  p o d o b n i w  p r z y r o d z i e lu­

d z i e  p o b o ż n i i  n i e r e l i g i j n i . — Człowiek po­
bożny i jednolity powinien być dla nas przedmiotem 

background image

58 

czci: ale tak samo człowiek jednolity i szczerze, głęboko 

niereligijny. Jeśli w pobliżu ludzi tego typu czujemy 
się jakby w pobliżu wysokich szczytów, gdzie potężne 
strumienie mają swe źródła, to między pobożnymi 

czujemy się jakby pod soczystemi, bardzo cienistemi 

drzewami. 

94. 

M o r d e r s t w a  l e g a l n e . —  D w a największe 

w historyi świata mordy legalne, mówiąc bez wykrę­
tów, były zamaskowanemi, i dobrze zamaskowanymi, 
samobójstwami. W obydwu wypadkach  c h c i a n o 

umrzeć; w obydwu wypadkach pozwolono, żeby ręka 

niesprawiedliwości ludzkiej pierś mieczem przebiła. 

95. 

» M i ł o ś ć « . — Najsubtelniejszem mistrzostwem, 

które wyróżnia chrześcijanizm z pośród innych re­

ligii, jest jedno słówko: chrześcijanizm mówi o mi 
l o ś c i . Dzięki temu staje się religią  l i r y c z n ą (pod­
czas kiedy w dwuch swoich innych utworach semi-
tyzm ofiarował światu religie heroiczno - epiczne). 
W słowie miłość zawiera się coś tak wieloznaczą-
cego, pobudzającego, przemawiającego do wspomnień, 

do nadziei, że inteligencya najniższa i najzimniejsze 
serce odczuwa jeszcze coś w blasku tego słowa. Naj-

podstępniejsza kobieta i najgminniejszy mężczyzna 

59 

myślą przytem o względnie bezinteresownych chwi 
lach swego życia, chociażby Eros miał w nich lot 

bardzo przyziemny; i owi  n i e z l i c z e n i , którzy byli 
p o z b a w i e n i miłości rodziców, lub dzieci, lub tych, 

których ukochali, lecz przedewszystkiem ludzie 

z płciowością zsublimowaną znaleźli skarb w chrze-
ścijaniźmie. 

96. 

C h r z e ś c i j a n i z m  s p e ł n i o n y . — Nawet 

w łonie chrześcijanizmu istnieje kierunek epikurejski, 
wychodzący z założenia, że  B ó g może wymagać od 

stworzonego na podobieństwo swoje tylko tyle, ile 
ten  s p e ł n i ć może, a więc, że cnota chrześcijańska 

daje się osiągać i często bywa osiągana. Tak na-
przykład w i a r a, iż się  k o c h a swych wrogów — 
nawet jeśli jest tylko wiarą, złudzeniem wyobraźni 
i zgoła nie rzeczywistością psychologiczną (a więc 

nie miłością) —, czyni bezwarunkowo  s z c z ę ś l i ­

w y m , dopóki posiada się ją rzeczywiście (dlaczego? 
o tem z pewnością psycholog i chrześcijanin będą 

myśleć różnie). W taki więc sposób, dzięki wierze, 
to znaczy imaginacyi chcę powiedzieć, życie  z i e m -

s k i e mogłoby zadośćuczynić nietylko temu wyma­
ganiu, żeby kochać  s w y c h wrogów, lecz również 

wszystkim innym wymaganiom chrześcijańskim i przy­
właszczyć sobie, wcielić w siebie doskonałość boską 

w myśl nakazu »bądźcie doskonali, jako ojciec wasz 

w niebiesiech jest doskonały«, a przez to w rzeczy 

background image

samej stać się  ż y c i e m  b ł o g o s ł a w i o n e m . Błąd 

tedy może uczynić prawdą  o b i e t n i c ę Chrystusa. 

97. 

O  p r z y s z ł o ś c i  c h r z e ś c i j a n i z m u . — 

Można pozwolić sobie na domysły o tem, jak zniknie 
chrześcijanizm, i w jakich krajach będzie ustępował 

najpowolniej, jeśli się rozważy, z jakich  p r z y c z y n 
i  g d z i e protestantyzm szerzył się najgwałtowniej. 

Jak wiadomo, obiecywał on spełniać  t a n i e j to 
wszystko, co spełniał stary kościół, a więc bez ko­
sztownych mszy za dusze zmarłych, bez pielgrzymek, 

bez przepychu i zbytku kościelnego; rozpowszechniał 
się szczególniej u narodów północnych, które nie 
tkwiły tak głęboko w symbolice i rozkoszowaniu się 
formami, jak narody południowe: u tych bowiem 

przetrwał w chrześcijaniźmie o wiele silniejszy po-
ganizm, podczas kiedy na północy oznaczał przeci­
wieństwo i zerwanie z dawną tradycyą narodową 

i dlatego od początku był bardziej umysłowy, niż 
zmysłowy, ale dla tej samej przyczny, w chwilach 
niebezpieczeństwa, fanatyczniejszy i upartszy. Jeśli się 
powiedzie  w y r w a ć korzenie chrześcijanizmu z  u m y s ­

ł ó w , to leży jak na dłoni, gdzie zacznie znikać: 
tam, gdzie najmocniej będzie się bronić. Gdzieindziej 

będzie się naginać, lecz nie łamać, tracić liście, lecz 
nowymi liśćmi się pokrywać — gdyż tam ma za sobą 
z m y s ł y nie zaś umysły. Lecz zmysły właśnie pod­

trzymują wiarę, że mimo wszystkich kosztów, jakich 
wymaga kościół, gospodarowanie z nim zawsze jeszcze 

61 

będzie tańsze i wygodniejsze, niż wtedy, kiedy zapa­

nują ścisłe stosunki pracy i zapłaty: w jakiejż bowiem 
cenie ma się wczas (lub półlenistwo), jeśli się czło­
wiek raz do niego przyzwyczai! Zmysły formułują 

przeciwko światu odchrześcijanizowanemu zarzut, że 
trzeba będzie w nim pracować za dużo, i że udział 
wczasu będzie zbyt mały: stają więc po stronie magii, 
to znaczy — wolą, żeby Pan Bóg za nich pracował 

(oremus nos, deus laborabit). 

98. 

K o m e d y a n c t w o i  u c z c i w o ś ć  l u d z i 

n i e w i e r z ą c y c h . — Niema książki, któraby w ta­

kiej obfitości zawierała, z taką prostotą wyrażała 
wszystko to, co dla każdego człowieka może być bło­

gie — rozmarzoną szczęśliwość najgłębszą, gotową 
do ofiar i na śmierć w wierze i w rozpamiętywaniu 
s w o j e j »prawdy«, jako prawdy ostatecznej — jak 

książka, opowiadająca o Chrystusie. Człowiek prze-
biegły może nauczyć się z niej wszystkich sposobów, 
zapomocą których książka może się stać książką po-

wszechną, przyjacielem każdego, przedewszystkiem 
owego środka mistrzowskiego, żeby wszystko przed 
stawiać jako znalezione, nie zaś jako mające przyjść 
i niepewne. Wszystkie książki, wywierające wpływ, 

usiłują pozostawiać podobne wrażenie, jak gdyby 

właśnie w nich zakreślono najszerszy horyzont umys­
łowy i moralny, jak gdyby każda widoczna teraź­
niejszość i przyszła konstelacya musiała obracać się 

około tutaj świecącego słońca. — Czyż z tej samej 

6o 

background image

62 

przyczyny, z jakiej takie książki wywierają wielkie 
wrażenie, każda książka  c z y s t o  n a u k o w a nie 
musi być małej doniosłości? Czyż nie jest skazana 

na mizerny między maluczkimi żywot, żeby w końcu 
zostać ukrzyżowaną, i nie zmartwychwstać nigdy? 
W porównaniu z tem, co ludzie religijni objawiają 

w swojej »wiedzy«, o swoim duchu »świętym«,  c z y ż 

wszyscy prawi słudzy nauki nie są »ubodzy duchem«? 

Czyż jakakolwiek religia może żądać większego wy-

rzeczenia się, mniej nieubłaganie wyłączać egoistów, 
niż nauka? - - Tak lub podobnie, a jednak zawsze 
z pewnem komedyanctwem możemy mówić, kiedy mu­

simy się bronić wobec ludzi wierzących: albowiem 
zaledwie jest rzeczą możliwą przeprowadzić jakąś 
obronę bez komedyanctwa. Lecz między nami mowa 

nasza musi być uczciwsza: pozwalamy sobie na 
swobodę, której ci, dla własnego już interesu, nawet 
pojąć nie mogą. Precz więc z kapturem wyrzeczenia 
się! maską pokory! O wiele więcej i o wiele lepiej: tak 

brzmi nasza prawda! Jeśliby nauka nie była związana 
z  p r z y j e m n o ś c i ą poznawania, z  p o ż y t k i e m rze­
czy poznanych, cóżby nam zależało na nauce? Je­
śliby naszej duszy nie wiodła do nauki odrobina 
wiary, nadziei i miłości, cóżby więc nas ciągnęło do 

nauki? I chociaż w nauce »ja« nie znaczy nic, prze­
cież wynalazcze, szczęśliwe »ja«, ba, nawet już każde 
sumiennie pilne »ja« znaczy bardzo wiele w rzeczy-

pospolitej ludzi naukowych: szacunek tych, co są sza­
farzami szacunku, radość tych, którym dobrze ży­
czymy, lub których poważamy, w pewnych wypad­
kach sława i skromna nieśmiertelność osobista jest 

to zapłata, którą można osiągnąć za owo wyrzeczenie 

się osobistości, pomijając milczeniem drobniejsze wy-

63 

niki i nagrody, aczkolwiek właśnie dla nich najliczniejsi 

zwykle przysięgają i przysięgać będą na prawa owej 
rzeczypospolitej i w ogóle nauki. Jeślibyśmy w pewnej 

bodajby mierze nie pozostali ludźmi  n i e n a u k o ­

w y m i , cóżby nam mogło zależeć na nauce! Wszystko 

razem wziąwszy, krótko i węzłowato, i całkowicie po­

wiedziawszy:  d l a  i s t o t y  w y ł ą c z n i e  p o z n a j ą ­
c e j  p o z n a n i e  b y ł o b y  o b o j ę t n e . —  O d po­
bożnych i wierzących odróżnia nas nie jakość, lecz 

ilość wiary i pobożności: zadowalamy się mniejszem. 
L e c z owi zawołają na nas wtedy — przeto bądźcie 

zadowoleni i za zadowolonych się podawajcie! — na 

co łatwo możemy odpowiedzieć: »Zaprawdę, nie na­
leżymy do najmniej zadowolonych! Wy jednak, jeśli 
wiara czyni was szczęśliwymi, podawajcie się rów­
nież za szczęśliwych. Wasze twarze szkodziły zawsze 

więcej waszej wierze, niż nasze zarzuty! Jeśliby ra­
dosne poselstwo waszej Biblii było na waszych twa­

rzach wypisane, nie potrzebowalibyście tak uparcie 
żądać wiary w autorytet tej książki: wasze słowa, 

wasze czyny powinnyby bezustannie czynić Biblię 
zbyteczną, przez  w a s nowa Biblia winna powstawać 

wiecznie! Tak jednak cała wasza apologia chrześci-
janizmu gnieździ się w waszym niechrześcijaniźmie; 
broniąc się, wypisujecie własne swoje oskarżenie. 

A jeśli chcecie wydostać się z tego niedostatecznego 

waszego chrześcijanizmu, to niech was doświadcze­
nie dwuch tysięcy lat doprowadzi do rozważenia: 

które, przybrane w skromną formę pytania, brzmi 
tak: »jeśli Chrystus rzeczywiście chciał świat odku­
pić, to  c z y ż nie chybił swego zamiaru ?« 

background image

64 

99. 

P o e t a  j a k o  w s k a z i c i e l  p r z y s z ł o ś c i . — 

Ile tylko zostaje siły poetyckiej między ludźmi teraź­
niejszymi, nie zużytej na kształtowanie życia, wszystka, 
bez wyjątku, winna być poświęcona jednemu tylko ce­
lowi, i bynajmniej nie odmalowywaniu teraźniejszości, 

ożywianiu i wywoływaniu przeszłości, lecz wskazy­
waniu przyszłości: — i to nie w znaczeniu, jak 
gdyby poeta, na podobieństwo obdarzonego fantazyą 
ekonomisty społecznego, miał z góry malować obraz 
korzystniejszych warunków ludowych i społecznych. 
Przeciwnie, będzie raczej, jak to poeci robili niegdyś 

z postaciami bogów,  p r a c o w a ł nad piękną posta­
cią człowieka i odgadywał, gdzie  w ś r ó d naszego 
świata nowoczesnego i rzeczywistości, gdzie bez żad­
nej sztucznej obrony i uchylania się od nich, moż­

liwe jest jeszcze istnienie duszy pięknej, gdzie i dziś 
jeszcze może się wcielać w harmonijne, stosowne 
warunki, gdzie przez nie staje się widoczna, trwała, 
nabiera wzorowości, a przez zachętę do naśladowa­

nia i zawiść, pomaga do tworzenia przyszłości. 
Utwory takich poetów będą się tem wyróżniały, że 
ukazywać się będą jako niedostępne i zabezpieczone 
od atmosfery i żaru  n a m i ę t n o ś c i : nie dający się 
naprawić krok fałszywy, rozstrojenie całej liry ludz­
kiej, śmiech szyderczy i zgrzytanie zębów, wszelki 
tragizm i komizm w starem zwykłem znaczeniu od-
czuwaneby były w blizkości tej nowej sztuki jako 
archaizujące pogrubienie obrazu człowieka. Siła, do­

broć, łagodność, czystość, mimowolna, wrodzona 
miara w osobach i ich postępkach: wyrównana po­
wierzchnia, dająca nodze wypoczynek i ochoczość: 

65 

jasne niebo, odbijające się w obliczach i zjawiskach: 

wiedza i sztuka zlane w nową jedność: umysł bez 
zarozumiałości i zazdrości, zamieszkujący razem ze 
swoją siostrą, duszą, i wywołujący z samych prze 
ciwieństw wdzięk  p o w a g i , nie zaś niecierpliwość 
waśni: — wszystko to byłoby powłoką, złotem tłem 

ogólnem, na którem teraz dopiero delikatne  r ó ż n i c e 

wcielonego ideału malowałyby właściwy  o b r a z — 
coraz bardziej rosnącej wielkości ludzkiej. — Niejedna 
droga prowadzi od  G o e t h e g o do tej poezyi przy­
szłości: ale trzeba dobrych przewodników i przede-

wszystkiem o wiele większej siły, niż posiadają poeci 
dzisiejsi, to znaczy niebaczni twórcy półzwierzęcia 
z jego niedojrzałością oraz brakiem miary, którą 
utożsamiają z siłą i naturą. 

100. 

M u z a  j a k o  P e n t e z i l e a . — »Raczej zniknąć, 

niż być kobietą, która nie  c z a r u j e « . Kiedy muza 
zacznie myśleć w ten sposób, koniec jej sztuki znowu 
będzie blizki. Ale może to się zakończyć tragedyą 
lub komedyą. 

1 0 1 . 

C o  b y w a  d r o g ą  o k ó l n ą  d o  p i ę k n a . — 

Jeśli piękno jest identyczne z tem, co raduje — i tak 
właśnie śpiewały niegdyś muzy —, pożytek bywa 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 

background image

66 

często drogą  o k ó l n ą  d o  p i ę k n a i może słusznie 
odeprzeć krótkowzroczą naganę ludzi, żyjących chwilą, 
nie chcących czekać i wierzących, iż wszystko, co 
dobre, da się osiągnąć bez krążenia drogami okólnemi. 

102. 

N a  u n i e w i n n i e n i e  n i e j e d n e g o  b ł ę d u . 

-- Nieustające pragnienie tworzenia i wypatrywanie 

na zewnątrz nie pozwalają artyście jako osobie stać 
się piękniejszym i lepszym, a więc  s i e b i e  s a m e g o 
stworzyć — chyba, jeśli posiada ambicyę dość wielką, 
żeby go zmusiła do okazywania się i w życiu z in-
nymi zawsze na równi z wzrastającem pięknem 

i wielkością swych dzieł. W każdym wypadku po 
siada określoną ilość siły: co z tego na  s i e b i e zu 

żyje — jakże jeszcze może udzielić  d z i e ł u swemu? 
I odwrotnie. 

103. 

N a j l e p s z y c h  z a d o w o l i ć . — Jeśli sztuką 

swoją »zadowala się najlepszych swego czasu«, to 

jest to oznaką, że najlepsi czasów następnych  n i e 
b ę d ą  z a d o w o l e n i : »żyło  s i ę « wprawdzie przez 
t o  z a »wszystkie  c z a s y « poklask najlepszych za­
pewnia sławę. 

67 

104. 

Z  t e j  s a m e j  m a t e r y i . — Jeśli się jest z tej 

samej materyi, co książka lub dzieło sztuki, to po­
siada się wewnętrzne przekonanie, że one muszą być 
doskonałe, i czuje się dotkniętym, kiedy inni uważają 
je za przesolone lub przesadzone. 

105. 

M o w a i  u c z u c i e . — Że mowa nie była nam 

dana do udzielania u c z u ć, widać z tego, iż wszyscy 
ludzie prości wstydzą się szukać słów dla swych 
poruszeń głębokich: zdradzają je tylko w postępkach 
i nawet w tym wypadku rumienią się, jeśli kto inny 

zdaje się odgadywać motywy tych postępków. Z po­
śród poetów, którym w ogólności bóstwo odmówiło 

tego wstydu, bardziej szlachetni są w mowie uczuć 

jednosylabowi i zdradzają pewien przymus: kiedy 
tymczasem właściwi poeci uczuciowi w życiu prak-
tycznem bywają najczęściej bezwstydni. 

106. 

B ł ą d  c o  d o  o d c z u w a n i a  b r a k u . — Kto 

przez długi czas nie odzwyczaił się był zupełnie od 
sztuki, kto ciągle z nią z blizka obcuje, nie może 

5* 

background image

68 

pojąć z oddalenia, jak  m a ł o odczuwa się braku, 
jeśli się żyje bez tej sztuki. 

107. 

T r z y  c z w a r t e  s i ł y . — Dzieło, mające po­

zostawić wrażenie zdrowia, powinno być wykonane 
nakładem najwyżej trzech czwartych siły swego 

twórcy. Jeśli autor posunie się do ostatecznych gra­
nic, dzieło podnieca widza i wywołuje w nim lęk 
przez swe napięcie. Wszystkie rzeczy dobre mają 
w sobie coś niedbałego i leżą jak krowy na łące. 

108. 

G ł ó d  j a k o  g o ś c i a  o d p r a w i ć . — Ponie­

waż głodnemu delikatniejszy pokarm smakuje tak 

samo i wcale nie lepiej, niż najordynarniejszy, tedy 
artysta z większemi wymaganiami ani pomyśli, żeby 
głodnego do swego stołu zaprosić. 

109. 

Ż y ć  b e z  s z t u k i i  w i n a . — Z dziełami sztuki 

rzecz się ma jak z winem: lepiej, jeśli nie potrzebuje 
się ani jednego, ani drugiego, wody tylko używać 

69 

i wodę mocą ognia wewnętrznego, wewnętrzną sło­

dyczą duszy wciąż samemu w wino zamieniać. 

110. 

G e n i u s z  d r a p i e ż n y . — Geniusz drapieżny, 

umiejący nawet umysły bystrzejsze w błąd wprowa­
dzać, powstaje wtedy, kiedy ktoś od młodości patrzy 
jako na zdobycz na wszystko dobro, nie strzeżone 
jako własność osoby określonej. Lecz oto wszelkie 

dobro czasów minionych i dawnych mistrzów leży do­
stępne, otoczone i chronione lękiem pełnym czci nie­

licznych, którzy je znają: tym nielicznym, dzięki bez­
wstydowi, stawi czoło ów geniusz i gromadzi boga­
ctwa, które z kolei wytwarzają wokół niego cześć 
i lęk. 

111. 

D o  p o e t ó w  m i a s t  w i e l k i c h . —  P o ogro­

dach poezyi dzisiejszej spostrzega się, że kloaki wiel­

komiejskie znajdują się w zanadto wielkiej blizkości: 
wśród woni kwiatów  w y c z u w a się coś, co zapowiada 

wstręt i zgniliznę. Z bólem pytam:  c z y ż tak bar­
dzo potrzebujecie, o poeci, kpiny i błoto brać za ro­
dziców chrzestnych, ile razy macie chrzcić jakieś 
niewinne i piękne uczucie?  C z y ż koniecznie musicie 

nakładać swej szlachetnej bogini maskę dyabelską 

background image

70 

i wykrzywiona.? Skąd ta konieczność i ten mus? — 
Stąd właśnie, że mieszkacie zbyt blizko kloaki. 

112. 

O  s o l i  w y m o w y . — Nikt jeszcze nie objaś­

nił, czemu pisarze greccy tak nadzwyczaj oszczędny 
czynili użytek z tych środków ekspresyi, które w ta­

kiej obfitości i sile były do ich rozporządzenia, iż 
każda książka pogrecka w porównaniu wydaje się 
krzycząca, pstra i przesadzona. — Wiadomo, iż w bliz-

kości północnego bieguna lodowego, podobnie jak 
w krajach najgorętszych spożycie soli staje się coraz 
oszczędniejsze i że, przeciwnie, mieszkańcy równin 

i wybrzeży w pasie umiarkowanym czynią z niej 
użytek najobfitszy. Mieliżby Grecy z dwojakich po­
wodów, iż intelekt ich był chłodniejszy i jaśniejszy, 

a namiętny grunt ich natury o wiele bardziej zwrot­
nikowy, niż nasz, nie potrzebować soli i korzeni w tej 

mierze, co  m y ? 

113. 

P i s a r z  n a j w o l n o m y ś l n i e j s z y . — J a k ż e b y 

w książce dla duchów wolnych miał być nie wspom­

niany Wawrzyniec Sterne, on, w którym Goethe 
uczcił najwolniejszego ducha swego stulecia! Nie-
chaj miłem sercem przyjmie tutaj hołd, że go na­
zwiemy najwolnomyślniejszym pisarzem wszystkich 

71 

czasów; w porównaniu z nim wszyscy inni okazują 
się sztywni, niezdarni, nietolerancyjni, prawdziwie 
chłopscy. Nie należałoby wychwalać w nim skoń­

czonej, jasnej melodyi, lecz »melodyę nieskończoną«: 
jeśli można tem mianem ochrzcić styl w sztuce, 

w którym forma określona ustawicznie rwie się, zmie­
nia, przechodzi w nieokreśloność, tak iż oznacza je­
dnocześnie i to, i co innego. Sterne jest wielkim 

mistrzem  d w u z n a c z n o ś c i — biorąc ten wyraz, 
jak należy, w znaczeniu o wiele szerszem, niż to czy­

nią pospolicie, kiedy mają na myśli stosunki płciowe. 
Gubi się czytelnik, który chce zawsze wiedzieć do­

kładnie, co Sterne myśli właściwie o pewnej rzeczy, 
czy ma przytem wyraz poważny, czy uśmiechnięty: 
albowiem umie on jedno i drugie zawrzeć w tym 

samym grymasie twarzy, umie też, i nawet chce, mieć 
jednocześnie słuszność i nie mieć słuszności, w jedno 

złączyć głębokość i krotochwile. Jego odbiegania od 
przedmiotu są jednocześnie kontynuowaniem i dal-

szem rozwijaniem opowiadania; jego sentencye za­
wierają jednocześnie ironię na wszystko, co ma w so­
bie coś z sentencja, jego wstręt do powagi wiąże się 

ze skłonnością, która nie pozwala mu brać żadnej 
rzeczy wyłącznie ze strony płaskiej i powierzchow­
nej. W ten sposób wywołuje u sumiennego czytel­
nika uczucie niepewności: czy idzie,  c z y stoi,  c z y 
też leży: uczucie, najbardziej pokrewne z szybowa-

niem. On, autor najbardziej giętki, udziela też czytel-

nikowi coś ze swej giętkości. Ba, niepostrzeżenie 

Sterne zamienia role i nieraz bywa zarówno czytel-
nikiem, jak jest autorem; książka jego podobna jest 
do widowiska w widowisku, do publiczności teatral­

nej przed inną publicznością teatralną. Trzeba się od-

background image

72 

dać na łaskę i niełaskę kaprysom Sterne'a — i można 
zresztą oczekiwać, że te kaprysy będą łaskawe, za­
wsze łaskawe. — Rzecz szczególna i pouczająca, w jaki 

sposób pisarz tak wielki jak Diderot zachował się 
względem tej ogólnej dwuznaczności Sterne'a: mia­

nowicie również dwuznacznie — i na tem właśnie 

polega humor w znaczeniu wyższym, humor praw­
dziwie sternowski. Czy go naśladował, podziwiał, 
wyśmiewał, czy parodyował w swoim Jacques le fa­
taliste ?
 — nie można dojść tego z pewnością, — 

i, być może, właśnie tego chciał autor. Właśnie 
t a wątpliwość czyni Francuzów  n i e s p r a w i e d l i 
w y m i względem dzieła jednego z pierwszych swo­

ich mistrzów (który przed żadnym starym i nowym 
wstydzić się nie potrzebuje). Lecz Francuzi są za 
poważni do humoru — a szczególniej do tego humo­

rystycznego traktowania samego humoru. —  C z y ż 

trzeba jeszcze dodawać, że ze wszystkich wielkich 
pisarzy Sterne jest najgorszym wzorem, autorem 
właściwie nie do naśladowania i że nawet Diderot 

musiał przypłacić swe śmiałkostwo? To, czego do­
brzy autorowie francuscy, a przed nimi niektórzy pi­

sarze greccy i rzymscy chcieli i mogli dokazać, jako 
prozaicy, jest wprost przeciwieństwem tego, co chce 

i może Sterne: jako mistrzowski wyjątek wznosi się on 
ponad to, czego wymagają od siebie wszyscy pisarze 

artyści: ponad karność, zwięzłość, charakter, stałość 
zamiarów, przejrzystość, prostotę, postawę w rozwoju 

i układ. — Niestety, Sterne jako człowiek, zdaje się, 
był zanadto pokrewny Sterneowi jako pisarzowi: jego 
dusza wiewiórcza z niepohamowanym niepokojem 

przeskakiwała z gałęzi na gałąź; co tylko zawiera 
się między wyniosłością a nikczemnością, było mu 

73 

znane; siadywał on na każdem miejscu, zawsze 
z bezwstydnemi załzawionemi oczami i czułym wy­

razem twarzy. Był on, jeśli język nie przerazi się ta-
kiem zestawieniem, człowiekiem dobrodusznym z twar-

dem sercem i pośród rozkoszy barokowej, ba, zepsutej 
wyobraźni zachowywał niemal skromny wdzięk nie­

winności. Takiej dwuznaczności w ciele i duszy, ta­
kiej wolnomyślności, przenikającej wszystkie fibry 
i mięśnie ciała, jaką posiadał on, nie posiadał, być 
może, żaden inny człowiek. 

114. 

O b r a n a  r z e c z y w i s t o ś ć . — Podobnie jak 

dobry prozaik  u ż y w a tylko tych wyrazów, które na­
leżą do mowy codziennej, lecz bynajmniej nie wszyst­

kich — wskutek czego powstaje właśnie styl wy­
brany —, tak dobry poeta przyszłości będzie przed­
stawiać  t y l k o  r z e c z y w i s t o ś ć , i pomijać zupeł­
nie wszystkie przedmioty fantastyczne, utkane z prze­

sądów, napół szczere i przebrzmiałe, na które poeci 
czasów dawniejszych zużywali swą siłę. Tylko rze­

czywistość, lecz bynajmniej nie każda rzeczywistość! — 
raczej tylko rzeczywistość wybrana! 

115. 

Z w y r o d n i a ł e  k i e r u n k i w  s z t u c e . — 

Obok prawdziwych rodzajów sztuki, sztuki wielkiego 

background image

74 

spokoju i wielkiego ruchu, istnieją rodzaje zwyrod­

niałe, sztuka tęskniąca za spokojem i zblazowana 
i sztuka podniecona: obydwie pragną, żeby słabość 
ich brano za siłę i żeby je uważano za rodzaje 
prawdziwe. 

116. 

B r a k  o b e c n i e  b a r w  d o  o d m a l o w a n i a 

b o h a t e r a . - - Prawdziwi poeci i artyści współ­
cześni lubią malować swoje obrazy na jaskrawem tle 
czerwonem, zielonem, szarem lub zlotem, na tle 
z m y s ł o w o  n e r w o w e m : albowiem dzieci tego 

stulecia rozumieją się na niem. Ma to złą stronę —, 
mianowicie jeśli się  n i e patrzy na owe malowidła 
oczami stulecia —, iż największe postaci, odmalowane 
przez nich, zdają się mieć w sobie coś motylkowa­

tego, migawkowego, drżącego, tak iż postępków właś-
ciwie heroicznych niepodobna im przypisywać, lecz co 
najwyżej występki chełpliwe. 

S t y l  p r z e ł a d o w a n y . Przeładowanie stvlu 

w sztuce jest skutkiem zubożenia siły organizujące; 
przy jednoczesnem nadmiernem bogactwie środków 
i zamiarów. — W początkach sztuki spotykamy się nie 
raz z faktem zupełnie przeciwnym. 

75 

118. 

Pulchrum est paucorum hominum. — Historya 

i doświadczenie mówią nam, że niezwykła potwor­

ność, pobudzająca fantazyę w kierunku tajemniczym 

i odnosząca zwycięstwo nad rzeczywistością i codzien­
nością jest  s t a r s z a , i wzrasta bujniej, niż piękno 
i cześć dla piękna w sztuce — i że natychmiast 

znowu zagłusza wszystko, skoro słabnie zmysł piękna. 
Zdaje się, iż dla większości, niezmiernej większości 
ludzi, jest ona wyższego rodzaju potrzebą, niż piękno: 

bardzo prawdopodobnie, ponieważ zawiera środek 
narkotyczny, bardziej ordynarny. 

119. 

P o c h o d z e n i e  z a m i ł o w a n i a w  d z i e ł a c h 

s z t u k i . — Jeśli się zastanowimy nad pierwotnymi 

kiełkami zmysłu artystycznego i zapytamy się, ja­
kiego rodzaju uciechy  w y w o ł y w a ł y początki sztuki, 

naprzykład u plemion dzikich, znajdziemy prze-
dewszystkiem uciechę z  p o j m o w a n i a , co inny 
m y ś l i ; sztuka jest tu rodzajem zadawania zagadek, 

który odgadującemu dostarcza rozkoszy z bystrości 
i ostrości własnego  u m y s ł u . — Następnie, wobec naj­

surowszego dzieła sztuki człowiek przypomina sobie 
to, co dlań było przyjemnem w doświadczeniu i za­
znaje radości, jeśli artysta nasuwa wspomnienia 

ł o w ó w , zwycięstwa, zaślubin. — Można też dzięki 

przedstawianej rzeczy czuć się podnieconym, wzru-

117

background image

76 

szonym, zapalonym, naprzykład przy wysławianiu 
zemsty i niebezpieczeństwa. Tutaj rozkosz polega 
na samem podnieceniu, na zwycięstwie nad nudą. — 

Wspomnienie rzeczy nieprzyjemnych, o ile zostały 

przezwyciężone, lub o ile nas samych, jako przed­
miot sztuki, czynią w oczach słuchacza interesują­
cymi (kiedy śpiewak opisuje, naprzykład, przygody 
nieustraszonego marynarza) może sprawiać także 
wielką przyjemność, którą następnie zaliczamy na 

dobro sztuki. — Subtelniejszego rodzaju uciecha po­

wstaje na widok wszelkiej prawidłowości i symetrycz-

ności w liniach, punktach, rytmach; ponieważ dzięki 
pewnemu podobieństwu budzi się wtedy uczucie dla 
wszystkiego, co jest uporządkowane i prawidłowe 
w życiu, a więc dla tego, czemu wyłącznie zawdzię­
czamy wszelki dobrobyt: przeto w kulcie symetrycz-

ności czci się nieświadomie prawidło i miarę, jako 

źródło zaznanego dotychczas szczęścia; radość ta 

jest pewnym rodzajem modłów dziękczynnych. Do­

piero po pewnem przesyceniu ostatnio wspomnianą 
radością, powstaje uczucie jeszcze subtelniejsze, że 
rozkosz może polegać także na przełamaniu syme-
tryczności i regularności, jeśli, naprzykład, znajdujemy 
pobudkę do szukania rozumu w pozornym nierozu-

mie, dzięki czemu pewnego rodzaju estetyczne odga­
dywanie zagadek zjawia się jako wyższy rodzaj na 
początku wspomnianej radości z dzieła sztuki. Kto 
tego rodzaju rozważanie dalej snuć będzie, będzie też 
wiedział, z  j a k i e g o  r o d z a j u  h i p o t e z a m i ze­

rwano tutaj z zasady przy objaśnianiu zjawisk este­

tycznych. 

77 

120. 

N i e  z a n a d t o  b l i z k o . — Dla dobrych myśli 

b y w a ze szkodą, jeśli zbyt szybko następują po so­
bie; zasłaniają sobie wzajemnie horyzont. — Z tego 

powodu najwięksi artyści i pisarze czynili obfity 
użytek z mierności. 

121. 

B r u t a l n o ś ć i  s ł a b o ś ć . — Artyści wszyst­

kich czasów czynili odkrycie, że w  b r u t a l n o ś c i 
zawiera się pewna siła i że nie każdy może być bru-

talnym, któryby chętnie chciał nim być; również i to, 
że niektóre rodzaje  s ł a b o ś c i silnie działają na 

uczucie. Stąd powstało niemało surogatów środków 
artystycznych, od których nawet największym i naj-

sumienniejszym artystom w zupełności powstrzymać 
się jest trudno. 

122. 

D o b r a  p a m i ę ć . — Niejeden dlatego tylko 

nie zostaje myślicielem, ponieważ ma za dobrą 
pamięć. 

background image

78 

123. 

G ł ó d  w z b u d z i ć  z a m i a s t  g ł ó d  u ś m i e ­

r z y ć . — Marzy się wielkim artystom, że dzięki swej 
sztuce wzięli duszę w zupełne posiadanie i wypeł­
nili: istotnie zaś — i często ku ich bolesnemu roz­
czarowaniu — uczynili tylko ową duszę pojemniej­
szą i przepastniejszą, iż dziesięciu większych jeszcze 

artystów mogliby w jej głębokości się pogrążyć i nie 
nasycić. 

124. 

O b a w a  a r t y s t ó w .  - - Obawa,  i ż ludzie nie 

zechcą uważać ich postaci za  ż y j ą c e , może zapro­
wadzić artystów upadającego smaku do przedstawia-

nia ich tak, jakby były  s z a l o n e : jak z drugiej 
strony z powodu tej samej obawy artyści greccy 
pierwszego okresu nawet umierających i ciężko ran-

nych ozdabiali uśmiechem, który uważali za najwy-
raźniejszą cechę życia, — nie troszcząc się o to, co 
robi natura w takim wypadku, kiedy człowiek jeszcze 

lub prawie już nie żyje. 

125. 

K o ł o  m u s i  b y ć  o p i s a n e . — Kto filozofię 

lub rodzaj sztuki śledził do kresu jej drogi i poza 

79 

jej kres, rozumie z własnego doświadczenia we­

wnętrznego, dlaczego późniejsi mistrze i nauczy­

ciele, nieraz z miną wzgardliwą, zwracają się ku 

innej drodze. Koło bowiem musi być opisane — lecz 
jednostka choćby była największa, zatrzymuje się 
na jednym punkcie peryferyi z nieubłaganym wy­
razem uporu, jak gdyby koło nigdy nie miało być 
zamknięte. 

126. 

S z t u k a  d z i s i e j s z a i  d u s z a  w s p ó ł -

c z e s n a . — Ponieważ każda sztuka staje się coraz 
zdolniejsza do wyrażania stanów duszy coraz zmien-
niejszych. coraz delikatniejszych, coraz bardziej gwał­

townych i coraz namiętniejszych, mistrze późniejsi, 
zepsuci tymi środkami wyrażenia, odczuwają nieza­
dowolenie wobec dziel sztuki czasów dawniejszych, 
jak gdyby mistrzom starym zbywało właśnie tylko 

na środkach, pozwalających duszy ich przemówić 
wyraźnie, być może nawet na pewnem przygotowaniu 
technicznem. Sądzą przeto, że w tych wypadkach po­

winni przyjść z pomocą — ponieważ wierzą w rów­
ność, ba, nawet w jedność dusz. W rzeczywistości 
jednak dusza samych tych mistrzów była już inna, 
w i ę k s z a , być może, lecz zimniejsza i wdziękom 
życia niechętna: miara, symetrya, lekceważenie 

wdzięku i uroku, nieświadoma surowość i chłód po­
rankowy, unikanie namiętności, jak gdyby ona miała 
sprowadzić zgubę sztuki, — oto co wypełnia nastrój 

i moralność wszystkich mistrzów dawniejszych, któ-

background image

8o 

rzy wybierali i uduchowiali swoje środki wyrażania 
się nie przypadkowo, lecz w myśl tej samej moral-
ności. — Przyszedłszy do poznania tego, mamyż je-
dnak odmówić prawa następcom, iż dzieła dawniejsze 
ożywiają własną swą duszę? Nie, bowiem tylko dzięki 
temu, iż oddajemy im swoją duszę, zdolne są żyć 
dalej:  n a s z a krew sprawia, że przemawiają do nas. 
Odtworzenie prawdziwie »historyczne« byłoby prze 
mawianiem upiorów do upiorów. - Mniej się czci 
wielkich artystów przeszłości przez ów bezpłodny 

lęk, który każe każdy wyraz, każdą nutę zostawiać 
tak, jak były postawione, niż przez czynne usiłowa-
nia, żeby je coraz na nowo do życia przywoływać. — 
To prawda: jeśli wyobrazić sobie Beethovena, nagle 
powracającego i słuchającego, jak brzmi jego utwór 

zgodnie z najbardziej nowoczesnym stanem duszy 

i wysubtelnieniem nerwów, które stanowią sławę na­
szych mistrzów w wykonaniu, prawdopodobnie przez 
czas długi pozostawałby niemy i wahający się, czy 
ma podnieść rękę do przekleństwa, czy do błogosła-

wienia, w końcu jednak rzekłby może: »Niech tam! 

Niech tam! Nie jestem to ja, ani nie ja, tylko coś trze­
ciego — wydaje mi się, że tak być powinno, choć 
właściwie tak być nie  p o w i n n o . Do was jednak 

należy baczyć, jak robicie, ponieważ w każdym razie 
wy słuchać musicie — a  ż y w y wszak ma racyę, jak 
mówi nasz Szyller. Niech więc słuszność będzie 

po  w a s z e j stronie i pozwólcie mi odejść z po­
wrotem«. 

81 

127. 

128. 

P r z e c i w  k r ó t k o w i d z o m . — Myślicie tedy, 

że jest to dzieło sztukowane, ponieważ daje się (i da­
wać musi) w kawałkach ? 

129. 

C z y t e l n i c y  s e n t e n c y i . - Najgorszymi 

czytelnikami sentencyi są przyjaciele autora, jeśli 
się starają z uogólnienia odgadnąć wstecz wypadek 
szczegółowy, któremu sentencya zawdzięcza swe po­

chodzenie: albowiem przez to zaglądanie do garnka 
obracają w niwecz cały trud autora tak, iż w naj­
lepszym lub najgorszym razie zamiast filozoficznego 
nastroju lub pouczenia, jak słuszna, nie otrzymują 

nic, oprócz pospolitego zaspokojenia ciekawości. 

0 2 I E U NIETZSCHEGO. T.  X I . 

P r z y g a n i a c z o m  k r ó t k o ś c i . — Coś po­

wiedzianego krótko może być owocem i zbiorem dłu­

giego myślenia: lecz czytelnik, który jest nowicyu-
szem na tem polu i nie przemyślał na niem nic jesz­
cze, upatruje we wszystkiem, co zostało wypowie­

dziane krótko, coś embryonalnego, nie bez przygany 
dla autora, że coś podobnie niewyrosłego, niedojrza­
łego postawił przed nim na stole, jako posiłek. 

background image

82 

130. 

131. 

C o  j e s t  n i e p o k o j ą c e g o w  h i s t o r y i 

s z t u k i . — Badając historyę sztuki, naprzykład wy­

mowy greckiej, i posuwając się od mistrza do mistrza 

wpada się w końcu w bolesne napięcie na widok tej 
ciągle wzrastającej rozwagi, żeby zadość uczynić 

wszystkim wogóle dawnym i na nowo dodanym pra­
wom samoograniczenia się. Pojmuje się wtedy, że 

łuk pęknąć  m u s i a ł i że tak zwana kompozycya 
nieorganiczna, udrapowana i zamaskowana najdziw­

niejszymi środkami wyrażenia — w tym wypadku ba­

rokowy styl azyanizmu —, była koniecznością i niemal 
dobrodziejstwem. 

132. 

D o  w i e l k o ś c i w  s z t u c e . — Ten zapał dla 

sprawy, który wielcy przynoszą na świat ze sobą, 
powoduje  s k a r l e n i e rozumu u wielu ludzi. Świa­
domość tego poniża. Lecz zapaleniec dźwiga swój 

83 

garb z dumą i radością: masz przynajmniej tę po­
ciechę, że przez ciebie ilość szczęścia w świecie 
została  p o m n o ż o n a . 

133. 

P o z b a w i e n i  s u m i e n i a  e s t e t y c z n e g o . 

— Prawdziwymi fanatykami partyi artystycznej są 
owe natury zupełnie nieartystyczne, które nie prze­
nikły nawet elementów sztuki i techniki artystycznej, 
lecz najbardziej ulegają  e l e m e n t a r n y m działa-
niom sztuki. Dla nich nie istnieje sumienie este­
tyczne — i dlatego niema nic, coby je powstrzymać 
mogło od fanatyzmu. 

134. 

J a k  p o w i n n a  p o r u s z a ć  s i ę  d u s z a  w e ­

d ł u g  m u z y k i  n o w s z e j . - Zamiar artystyczny, 
do którego zdąża muzyka nowsza w tem, co dziś, 
bardzo silnie, lecz niejasno, określa się jako »melo-
dyę nieskończoną«, można sobie wyświetlić w ten 
sposób, że zstępuje się w morze, stopniowo traci się 
grunt pod nogami i w końcu oddaje się na łaskę i nie­

łaskę wzburzonych elementów: musi się  p ł y w a ć . 
Przy muzyce dawniejszej, jaką uprawiano dotych­
czas, z jej układnem lub uroczystem, lub ognistem 

»tam« i »nazad«, z jej »to prędzej«, »to wolniej« 

musiano  t a ń c z y ć . Potrzebna do tego miara, zacho­
wywanie określonych równoważnych stopni czasu 

6* 

N i e p r z y z w o i t o ś ć  c z y t e l n i k a . — Podwójna 

nieprzyzwoitość czytelnika względem autora polega 
na chwaleniu drugiej książki z krzywdą dla pierwszej 
(lub odwrotnie) i na wymaganiu przytem, żeby autor 

był mu wdzięczny. 

background image

84 

i siły zmuszały duszę słuchacza do ustawicznej  r o z ­
w a g i : na wzajemnem oddziaływaniu tego zimniej-
szego powiewu, pochodzącego z rozwagi i ogrzanego 
oddechu zapału muzycznego polegał czar owej mu­
zyki. — Ryszard Wagner chciał innego rodzaju ru­
c h u  d u s z y ; jak się rzekło, pokrewnego pływaniu 
i szybowaniu. Być może, jest to najbardziej zasadni-
czem we wszystkich jego innowacyach. Jego sławny 
środek artystyczny, który powstał i dostosował się 
do tego chcenia — »melodya nieskończona« dąży do 
przełamania wszystkich równomierności czasu i siły 
i posuwa się nawet do ich wyśmiewania: jest on 
nadzwyczaj płodny w wynajdywaniu takich efektów, 
któreby uszom dawniejszym brzmiały jako paradoksy 
rytmiczne i mowy bluźniercze. Lęka się on skamie­

nienia, krystalizacyi, przejścia muzyki w formy archi­
tektoniczne — i dlatego rytmowi dwutaktowemu prze­

ciwstawia rytm trójtaktowy, nie rzadko wprowadza 
pięć i siedm taktów, powtarza natychmiast ten sam 
frazes, lecz rozciągając go tak, iż trwa dwakroć lub 
trzykroć dłużej. Z łatwego naśladowania podobnych 
środków może zrodzić się wielkie niebezpieczeństwo 
dla  m u z y k i : obok nadmiernej dojrzałości poczucia 
rytmicznego czyhało zawsze w ukryciu zdziczenie, 
upadek rytmiki. Niebezpieczeństwo to staje się szcze­
gólniej bardzo wielkie, kiedy muzyka coraz bardziej 
zaczyna się opierać na sztuce teatralnej i mowie gie-

stów, nie wytworzonych przez plastykę wyższą i nie 
kierowanych przez nią, nie posiadających wskutek 

tego miary i nie zdolnych udzielić jej elementoowi, 
który się z niemi łączy, mianowicie  a r c y z n i e w i e ś ­
ciał ej istocie muzyki. 

85 

135. 

136. 

Ś r o d k i i  c e l . — W sztuce cel nie uświęca 

środków: lecz święte środki mogą uświęcić cel. 

137. 

N a j g o r s i  c z y t e l n i c y . — Najgorszymi czy­

telnikami są ci, co postępują jak żołdactwo rabujące: 
biorą to i owo, co się im przydać może, plugawią 
i rzucają na kupę resztę, a na wszystko wypluwają 
swe sprośności. 

138. 

C e c h y  d o b r e g o  p i s a r z a . — Dobrzy pisa­

rze mają dwie cechy wspólne: wolą, żeby ich raczej 
rozumiano, niż podziwiano; i nie piszą dla czytelni­

ków szczwanych i nadmiernie przenikliwych. 

P o e t a i  r z e c z y w i s t o ś ć . — Muza poety, 

który nie jest  z a k o c h a n y w rzeczywistości, nie 
będzie też rzeczywistością, i urodzi mu dzieci z za-
padłemi oczami i zwiotczałemi kośćmi. 

background image

86 

139. 

140. 

M i l c z e ć . — Autor ma usta zamknąć, skoro 

dzieło jego usta otwiera. 

141. 

O z n a k i  h i e r a r c h i i . —  W s z y s c y poeci i pi­

sarze, zakochani w superlatywach, chcą dokazać 
więcej, niż mogą. 

142. 

Z i m n e  k s i ą ż k i . — Dobry myśliciel liczy na 

czytelników, odczuwających szczęście, jakie się 
czuje, kiedy się myśli dobrze: tak iż książka, mająca 
pozór chłodnej i trzeźwej, jeśli się na nią patrzy 

87 

trafnemi oczami, otoczona jest promieniami słonecz­
nymi duchowej pogody i może się okazać prawdziwą 

pociechą duchową. 

143. 

P o d s t ę p  o c i ę ż a ł e g o . — Myśliciel ociężały 

wybiera zwykle za sprzymierzeńców wielomówność 
lub uroczystość: zapomocą pierwszej, jak sądzi, przy­
właszcza sobie ruchliwość i płynność, zapomocą dru­
giej wywołuje wrażenie, jak gdyby jego własności 
były skutkiem wolnego wyboru, zamiaru artystycz­

nego, gwoli godności, która wymaga powolności 
ruchów. 

144. 

O  s t y l u  b a r o k o w y m . — Kto nie czuje się 

ani urodzonym, ani wychowanym jako myśliciel i pi­
sarz do dyalektyki i rozwijania myśli, mimowolnie 
uciekać się będzie do  r e t o r y k i i  d r a m a t y z m u : 
g d y ż w końcu chodzi mu o to, żeby być  z r o z u ­
m i a n y m i przez to posiąść władzę, obojętna przy-
tem, czy przyciąga do siebie uczucie drogą prostą, 

czy porywa je podstępnie — jako pasterz, czy jako 
rozbójnik. Stosuje się to i do sztuk plastycznych i do 
zostających pod opieką muz; kiedy uczucie braku 
dyalektyki lub niedostateczności w wyrazie i opowia­

daniu, przypada jednocześnie z nadmiernie obfitym 

M i e s z an e  r o d z a j e. — Mieszane rodzaje w sztu­

kach świadczą o braku wiary we własne siły ich auto­
rów; szukali oni sprzymierzeńców, obrońców, kryjó­

wek, — tak naprzykład poeta, przywołujący na pomoc 
filozofię, muzyk, odwołujący się do dramatu, myśli­
ciel do retoryki. 

background image

88 

i niepokojącym popędem do tworzenia form i powo­
łuje do życia ten rodzaj stylu, który się nazywa  b a ­
r o k o w y m . — Tylko źle poinformowani i zarozu­
miali doznają na dźwięk tego wyrazu uczucia lekce­
ważącego. Styl barokowy powstaje za każdym ra­
zem przy odkwitaniu wielkiej sztuki, skoro wymaga­

nia w sztuce od wyrażenia klasycznego stają się 
zbyt wielkie, jako zjawisko przyrody, na które wpraw­
dzie z melancholią — ponieważ noc się zbliża — 
spoglądamy, ale jednocześnie z podziwem dla środ­
ków tylko jemu właściwych, jakimi zastępuje dawne 
w wyrażeniu i opowiadaniu. Do tego już należy 
wybór tematów i dane o najwyższem napięciu dra-
matycznem, które same bez sztuki nawet wstrzą­
sają sercem, ponieważ dusza odczuwa zbyt blizkie 
sąsiedztwo nieba i piekła: — następnie  w y m o w a na­
miętności i postaw gwałtownych, wzniosłej brzydoty, 
wielkich mas i wogóle ilości — czego zapowiedź wi­
dzimy już u Michała Anioła, ojca lub dziada włoskich 
artystów barokowych —: zmierzchowe, rozjaśniające 
lub ogniste światła na tak mocno zarysowanych for­
mach: w dodatku ustawicznie nowe pomysły środ­
ków i zamiarów, silnie podkreślone dla artystów przez 
artystów, podczas kiedy laik z konieczności widzi 
wieczne i mimowolne przelewanie się wszelkich ro­
gów obfitości sztuki pierwotnej i naturalnej. Wszyst­
kie te cechy, przez które styl ten jest wielki, są nie­
możliwe, niedozwolone w epokach wcześniejszych, 
przedklasycznej i klasycznej: takie rzeczy zachwy-
cające wiszą długo na drzewie, jako owoce zaka­
zane. — Właśnie teraz, kiedy  m u z y k a wkracza 
w ostatnią epokę, można przestudyować zjawisko 
stylu barokowego w szczególnej wspaniałości i wiele 

89 

nauczyć się przez porównanie co do epok dawniej­
szych: albowiem od czasów greckich styl barokowy 
panował już nieraz w poezyi, wymowie, prozie, za­

równo jak w architekturze, co jest rzeczą wiadomą — 
i za każdym razem styl ten, aczkolwiek zbywało mu 
wprawdzie na najwyższej szlachetności, na niewin­
nej, nieświadomej, zwycięskiej doskonałości, wywie­

rał  w p ł y w dobroczynny na wielu najlepszych i naj­

poważniejszych artystów swego czasu: — wskutek 
czego, jak się rzekło, zuchwalstwem jest potępiać go 
bez wszelkiego względu; aczkolwiek każdy może się 

uważać za bardzo szczęśliwego, jeśli odczuwanie tego 

stylu nie czyni go niewrażliwym na styl czystszy 
i większy. 

145. 

W a r t o ś ć  k s i ą ż e k  u c z c i w y c h . — Książki 

uczciwe czynią uczciwym czytelnika, przynajmniej 
w tem znaczeniu, że wywabiają jego nienawiść i wstręt, 

które podstępna chytrość najlepiej ukrywać potrafi. 
Względem książki pozwalamy sobie na szczerość, choć­
byśmy względem ludzi zachowywali się najbardziej 

powściągliwie. 

146. 

D z i ę k i  c z e m u  s z t u k a  w y t w a r z a  p a r ­

tyę. — Oddzielne ustępy piękne, wzruszający ogólny 

background image

90 

przebieg akcyi i porywające, wstrząsające zakończe­

nie —  t y l e w dziele sztuki jest dostępne nawet dla 
bardzo wielu laików: a w okresie sztuki, kiedy na 
stronę artystów chcą  p r z y c i ą g n ą ć masę laików, 
a więc wytworzyć partyę, być może, żeby sztukę 
wogóle ocalić, dobrze zrobi twórca, jeśli nie będzie 
dawał nic  p o n a d t o : żeby się przez to nie stał 

marnotrawcą samego siebie, na polu, na którem nie 
spotka się z żadną wdzięcznością. Starać się jeszcze 
o co  i n n e g o , naśladować przyrodę w jej tworach 
o r g a n i c z n y c h i rozwoju — byłoby w danym wy­
padku siać na opoce. 

147. 

Z e  s z k o d ą  h i s t o r y i  s t a ć  s i ę  w i e l k i m . 

— Każdy mistrz nowoczesny, który na  s w o j ą drogę 

sprowadza gust wielbicieli sztuki, mimowolnie wywo­
łuje inny wybór i nową ocenę mistrzów dawniej­
szych i ich dzieł: to, co jest zgodne z  n i m i jemu 
pokrewne, co daje przedsmak  j e g o i jego zapowiada 
w nich, uchodzi odtąd za właściwie mające znacze­

nie w nich i w ich dziełach — owoc, w którym niby 
robak kryje się zwykle wielki  b ł ą d . 

148. 

W  j a k i  s p o s ó b  m o ż n a  p o z y s k a ć  d l a 

sztuki epokę. — Zapomocą wszelkich czaro-

91 

dziejstw artystów i myślicieli nauczcie ludzi, żeby 
dla swych wad, swego ubóstwa duchowego, swych 
bezmyślnych zaślepień i namiętności odczuwali sza­
cunek — a to jest rzeczą możliwą —, pokażcie w prze­
stępstwie i obłędzie tylko stronę wzniosłą, w słabości 
człowieka, nie posiadającego woli, tylko wzruszającą 
i przemawiającą do serca stronę tego stanu — a i to 

zdarzało się dosyć często —: i oto zastosowaliście 
środek, zapomocą którego nawet epokę zupełnie nie­
artystyczną i niefilozoficzną można natchnąć marzy­
cielską  m i ł o ś c i ą dla filozofii i sztuki (szczególniej 
miłością do artystów i do myślicieli jako osób) 
i, w okolicznościach nieprzyjaznych, obraliście może 

jedyny środek ocalenia tworów tak delikatnych i tak 

łatwo ulegających uszkodzeniu. 

149. 

K r y t y k a i  z a d o w o l e n i e . — Krytyka, je­

dnostronna i niesprawiedliwa, zarówno jak rozumna, 
sprawia tyle przyjemności temu, kto ją uprawia, iż 
świat winien wdzięczność każdemu dziełu, każdemu 
czynowi, które wielu i silnie pobudza do krytyki: 
albowiem za nią ciągnie się połyskujący ogon ra­

dości, dowcipu, podziwu dla siebie, dumy, pouczenia, 
dobrych postanowień. — Bóg radości stworzył rze­
czy złe i mierne w tym samym celu, co i dobre. 

background image

92 

150. 

P o z a  s w o j e  g r a n i c e . — Jeśli artysta chce 

być czemś więcej niż artystą, naprzyklad moralnym 
budzicielem swego narodu, za karę zakochuje się 
w końcu w potwór moralnego tematu — a muza 
jego przytem się śmieje: albowiem ta bogini z do­
brem sercem z zazdrości może się stać także złośliwą. 

Proszę sobie przypomnieć Miltona i Klopstocka. 

151. 

O k o  s z k l a n e . — Skłonność talentu do tema­

tów, osób, motywów moralnych, do pięknej duszy 

w dziełach sztuki bywa nieraz tylko okiem szklanem, 

jakie wprawia sobie artysta, któremu  b r a k duszy 

pięknej; bardzo rzadko zdarza się przytem, żeby to 
oko stało się w końcu naturą żyjącą, choćby spoglą­
dającą w sposób zamglony, — powodzi się jednak 
zazwyczaj w tem znaczeniu, że cały świat widzi na­
turę tam, gdzie jest tylko zimne szkło. 

152. 

P i s a ć i  c h c i e ć  z w y c i ę ż y ć . — Pisanie 

winno zawsze oznaczać zwycięstwo, a mianowicie 
przezwyciężenie samego siebie, które innym na 

93 

pożytek ma być udzielone. Lecz są autorzy, cier­

piący na niestrawność, którzy właśnie tylko wtedy 
piszą, kiedy czegoś strawić nie mogą, jeśli im już 
między zębami utkwiło: mimowolnie swe niezadowo­
lenie chcą udzielić czytelnikowi i w ten sposób wy­
wierać nad nim władzę, to znaczy: chcą zwyciężyć, 

lecz innych. 

153. 

» D o b r a  k s i ą ż k a  m o ż e  p o c z e k a ć « . — 

Każda książka dobra w chwili ukazania się ma smak 
cierpki; ma tę wadę, że jest nowa. Szkodzi jej przy­
tem jej autor, który jest osobą żyjącą, jeśli jest 
znany i jeśli o nim mówią: ponieważ wszyscy utoż­

samiają autora z jego dziełem. Co książka zawiera 
z ducha, słodyczy, złocistości rozwinąć się może do­
piero z latami, pod opieką wzrastającej, następnie 
dawnej, wreszcie odziedziczonej czci. — Niejedna go­

dzina musi nad nią upłynąć, niejeden pająk rozsnuć 
nad nią swą pajęczynę. Dobrzy czytelnicy czynią 
książkę coraz lepszą, czytelnicy źli czynią ją kla­
rowniejszą. 

154. 

N i e u m i a r k o w a n i e  j a k o  ś r o d e k  a r t y ­

s t y c z n y . — Artyści rozumieją dobrze, co znaczy: 
używać nieumiarkowania jako środka artystycznego, 

background image

94 

żeby wywołać wrażenie bogactwa. Należy on do nie 

winnych podstępów uwodzenia dusz, na którem ar­

tyści znać się muszą: albowiem w ich świecie, w któ­
rym chodzi o pozór, i środki do wytworzenia pozoru 
niekoniecznie muszą być prawdziwe. 

155. 

U k r y t a  k a t a r y n k a . — Geniusze znają się 

lepiej niż talenty na ukrywaniu katarynki, ponieważ 
umieją się drapować w fałdy bardziej sute, ale 
w gruncie rzeczy i oni nie umieją nic innego oprócz 
swoich siedmiu sztuczek. 

156. 

N a z w i s k o  n a  k a r t c e  t y t u ł o w e j . —  Ż e 

się kładzie nazwisko autora na książce, jest obecnie 
wprawdzie zwyczajem i niemal obowiązkiem; jednak 

jest to główną przyczyną, że książki mają wpływ 
tak mały. Albowiem jeśli są dobre, są warte więcej, 
niż osoby, których są kwintesencyą; skoro jednak 
autor daje się poznać z kartki tytułowej, czytelnik 
rozcieńcza znowu kwintesencyę tem, co jest osobi­
stego, ba, najbardziej osobistego i przez to w niwecz 
obraca cel książki. Dumą intelektu jest, żeby nie zda­
wać się indywidualnym. 

95 

157. 

N a j o s t r z e j s z a  k r y t y k a . — Krytykuje się 

najostrzej człowieka, książkę, jeśli się ich ideał 
kreśli. 

158. 

M a ł o i  b e z  m i ł o ś c i . — Każda książka do­

bra jest napisana dla określonego czytelnika i jego 
rodzaju, i właśnie dlatego przez wszystkich innych 
czytelników, przez ogromną większość musi być źle 

widzianą: oto dlaczego rozgłos jej spoczywa na waż­
kiej podstawie i wznosi się bardzo powoli. — Książka 

mierna i zła jest właśnie dlatego mierną i złą, że 

stara się podobać i podoba się wielu. 

159. 

M u z y k a i  c h o r o b a . — Niebezpieczeństwo 

nowej muzyki polega na tem, że podsuwa nam do 
ust puhar rozkoszy i wzniosłości w sposób tak po­
rywający i z pozorem takiej ekstazy moralnej, iż 
nawet człowiek umiarkowany i szlachetny wypija 
z niego zawsze kilka kropli za wiele. Ta rozpusta 
w dawkach minimalnych, powtarzana ustawicznie, 
może w końcu spowodować głębsze wstrząśnienie 
i ruinę zdrowia duchowego, niż jakiekolwiek ordy-

background image

96 

160. 

Z y s k  d l a  p r z e c i w n i k ó w . — Książka pełna 

ducha udziela go także swoim przeciwnikom. 

161. 

M ł o d z i e ż i  k r y t y k a . — Skrytykować książ-

kę — to znaczy u młodzieży nie dozwolić do siebie 
przystępu ani jednej myśli produkcyjnej i bronić się 

przed niemi rękami i nogami. Młodzieniec żyje 
w stanie obrony koniecznej przeciw wszelkiej no­
wości, której nie może pokochać ze wszystkiemi wa­
dami i popełnia przytem, tak często, jak tylko może. 

zbyteczne przestępstwo. 

162. 

E f e k t  i l o ś c i . — Największym paradoksem 

w historyi poezyi jest twierdzenie, jakoby ktoś mógł 
być barbarzyńcą we wszystkiem, przez co dawni 

97 

poeci byli wielcy, a mianowicie posiadać wady i krzy­
wizny od stóp do głów, a przecież pozostać najwięk­
szym poetą. Tak jednak rzecz się ma z Szekspirem, 
który, w porównaniu z Sofoklesem, podobny jest do 
niewyczerpanej kopalni złota, ołowiu i gruzów, pod­
czas kiedy tamten jest nietylko ze złota, lecz ze złota 
w najszlachetniejszej postaci, która każe niemal za­
pominać o cenie swojej, jako metalu. Lecz ilość, spo­
tęgowana do stopnia najwyższego,  d z i a ł a jak ja­
kość — to właśnie wypada na korzyść Szekspira. 

163. 

K a ż d y  p o c z ą t e k  j e s t  n i e b e z p i e c z n y . 

— Poeta ma do wyboru: albo podnosić uczucie stop­
niowo i w końcu podnieść je do stopnia bardzo wy­
sokiego — albo próbować niespodzianką i zaraz od 
początku z całą mocą ciągnąć za sznur od dzwonu. 
Jedno i drugie przedstawia niebezpieczeństwo: w pierw­
szym wypadku czytelnik uciec może od niego z nudy, 

w drugim z przerażenia. 

164. 

W  o b r o n i e  k r y t y k ó w . — Owady kąsają nie 

ze złośliwości, lecz ponieważ także żyć chcą: podob­
nie nasi krytycy; chodzi im o krew  n a s z ą nie zaś 
o ból. 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI 

narniejsze nadużycie: tak iż nie pozostaje w końcu 
nic innego, jak uciec dnia pewnego z groty nimf 
i poprzez bałwany i niebezpieczeństwa morskie toro­

wać sobie drogę do upajającej Itaki oraz do objęć 
prostszej i bardziej człowieczej małżonki. 

background image

98 

165. 

P o w o d z e n i e  s e n t e n c y i . — Ludzie niedo-

świadczeni, skoro od pierwszego rzutu oka, dzięki 
swej prostej prawdzie, sentencya wydaje się im oczy­
wistą, sądzą zazwyczaj, że jest stara i znana, i krzywo 
przytem patrzą na autora, jak gdyby on chciał przy­

właszczyć sobie wspólne dobro wszystkich: tymcza­
sem sprawiają im przyjemność pieprzne półprawdy 

i dają to do zrozumienia autorowi. Ten umie ocenić 

podobną wskazówkę i odgaduje podług niej łatwo, 
gdzie mu się powiodło, a gdzie nie. 

166. 

C h c i e ć  z w y c i ę ż y ć . — Artysta, wykracza­

jący we wszystkiem, co przedsiębierze, poza swe 
siły, w końcu samym widowiskiem gwałtownej walki, 
jakie daje, porywa za sobą tłum: albowiem powodze­
nie nie zawsze towarzyszy tylko zwycięstwu, lecz 
czasami już samej chęci zwyciężenia. 

167. 

Sibi scribere. — Rozsądny autor nie pisze dla 

innej potomności, jeno dla swojej własnej, to znaczy 
dla swojej własnej starości, żeby i sam z siebie mógł 
mieć jeszcze uciechę. 

99 

168. 

169. 

O  d r u g o r z ę d n y c h  p o t r z e b a c h  a r t y -

s t y c z y c h . — Lud odczuwa wprawdzie coś, co 
można nazwać potrzebą artystyczną, lecz jest to po-
trzeba minimalna i łatwa do zaspokojenia. W grun­
cie rzeczy wystarczają w tym celu odpadki sztuki: 
należy wyznać to przed sobą szczerze. Rozważcie tylko 
naprzykład, jakie melodye i pieśni sprawiają prawdzi­
wie serdeczną uciechę warstwom ludności najtęż­
szym, najmniej zepsutym, najnaiwniejszym; należy 

tylko pożyć między pasterzami, góralami, myśliwcami, 
żołnierzami, marynarzami, żeby znaleźć odpowiedź na 
to pytanie. I  c z y ż nie w małem mieście, w domach, 
które są siedliskiem z dawna odziedziczonej cnoty 
mieszczańskiej, kochają, ba, pieszczą się z ową najgorszą 
ze wszystkich muzyką, jaką wogóle dziś piszą? Kto 
mówi o głębokiej potrzebie, o niezaspokojonej żądzy 
sztuki u ludu takiego,  j a k i m  j e s t , plecie głupstwa 
lub chce otumanić kogoś. Bądźcie tedy szczerzy! — 

7* 

P o c h w a ł a  s e n t e n c y i . Dobra sentencya 

jest za twarda na ząb czasu, nie pożrą jej też ty-
siące lat, choć służy za pokarm każdego czasu: dzięki 
temu właśnie jest wielkim paradoksem w literaturze, 
rzeczą nieprzemijającą pośród zmiany, pokarmem 
zawsze cennym, jak sól, i jak sól nigdy nie traci 
swego smaku. 

background image

100 

Tylko  l u d z i e  w y j ą t k o w i odczuwają obecnie po­
trzeby- artystyczne w  w i e l k i m  s t y l u — ponieważ 
sztuka wogóle znowu upada, a siły i nadzieje ludzkie 
zwróciły się na pewien czas ku innym przedmio­
tom.— Poza tem, mianowicie obok ludu, istnieje wpraw­
dzie szersza, rozmaitsza potrzeba artystyczna, lecz 
d r u g o r z ę d n a , w wyższych i najwyższych war­
stwach społeczeństwa: tutaj coś w rodzaju szczerze 

czującej gminy artystycznej jest możliwe. Lecz przyj­
rzyjcie się tylko składnikom tej gminy! W ogólności 
są to bardziej wytworniejsi ludzie z pośród niezadowo­
lonych, którzy sami z siebie nie mogą doznawać praw­

dziwej radości: człowiek ukształcony, niedostatecznie 
wolny, żeby się mógł wyrzec pociech religijnych, 

a przecież nie znajdujący, żeby ich balsamy były dość 

wonne; półszlachetny, za słaby jednak, żeby pokonać 
zasadniczy błąd swego życia lub szkodliwą skłonność 
swego charakteru przez heroiczną zmianę kierunku lub 
zrezygnowanie; świetnie utalentowany, zbyt wzniośle 

myślący o sobie, żeby być pożytecznym w skromnej 
działalności, a zbyt bierny do wielkiej i ofiarnej 
pracy; dziewczę, nie umiejące wytworzyć sobie do-
statecznego koła obowiązków; kobieta, która związała 
się lekkomyślnymi lub występnymi ślubami, lecz nie 
umie się nimi związać dostatecznie; uczony lekarz, 
kupiec, urzędnik, który zbyt wcześnie pogrążył się 

w specyalności i całej swej naturze nigdy nie uży­
czył zupełnej swobody, za to jednak spełniający swą 
doskonałą zresztą pracę z robakiem w sercu, w końcu 
wszyscy artyści niekompletni — ci dziś jeszcze istot­

nie odczuwają potrzebę sztuki! I czegóż właściwie 
żądają od niej? W okresach i chwilach niezadowole­
nia winna odstraszać nudę i wyrzuty przez pół czy-

101 

stego sumienia, a o ile możliwe, błąd ich życia i cha­
rakteru przedstawić w rozmiarach wielkich, jako 
błąd w losach światów — różnią się tedy bardzo od 
Greków, którzy w sztuce swojej widzieli przelewność 
i nadmiar własnego stanu błogiego i lubili doskona­
łość swoją  j e s z c z e  r a z oglądać  n a zewnątrz sie­
bie; do sztuki wiodła ich rozkosz z samych siebie, 

naszych współczesnych wiedzie — udręka samymi 
sobą. 

170. 

N i e m c y w  t e a t r z e . — Właściwym talentem 

dramatycznym Niemców był Kotzebue; on i jego 

Niemcy, klas  w y ż s z y c h społeczeństwa zarówno, jak 
średnich, bezwzględnie stanowili jedno, i współcześni 
zupełnie poważnie mogli o nim powiedzieć: »w nim 
i przez niego żyjemy i działamy«. Nie było tam nic 
wymuszonego, urojonego, smaku napół lub sztucznie 
narzuconego: czego chciał i co mógł dokazać, rozu­
miano; ba, do dziś  p r a w d z i w e powodzenie tea­
tralne na scenach niemieckich przypada skromnym 

i bezwstydnym spadkobiercom środków i efektów 

Kotzebuego, szczególniej tam, gdzie komedya kwitnie 

jeszcze. Stąd wypływa, że wiele owoczesnej niemiec-
kości istnieje jeszcze dotychczas, szczególniej na 
uboczu od miast wielkich. Poczciwi, niewstrzemięźliwi 

w małych rozkoszach, zawsze gotowi do przelewania 
łez, żywiący życzenie, żeby przynajmniej w teatrze 
móc się uwolnić od wrodzonej, surowej pod wzglę­

dem obowiązków trzeźwości, i móc się oddać uśmie­

chającej się, ba, śmiejącej się pobłażliwości, utożsamia-

background image

102 

jący i obejmujący w jedno dobroć i współczucie — 
co jest cechą zasadniczą sentymentalności niemiec­
kiej — nad wyraz szczęśliwi wobec pięknego, wielko­
dusznego czynu, w innych rzeczach posłuszni zwierzch­
ności, zawistni między sobą, lecz w gruncie wystar­
czający sobie — takimi byli oni, takim był on. — 

Drugim talentem dramatycznym był Szyller: ten od­
krył klasę widzów, którzy dotychczas nie wchodzili 
byli w rachubę; znalazł ją w niedojrzałym wieku, 
w dziewczętach i młodzieńcach niemieckich. Uprze­
dzał on ich wyższe, szlachetniejsze, burzliwsze, cho­
ciaż niejasne porywy, ich zamiłowanie w głośnych 
frazesach moralnych (które znika zwykle koło trzy­

dziestego roku życia) i przez to zdobył sobie, dzięki 
namiętności i partyjności tego wieku, powodzenie, 
które stopniowo poczęło oddziaływać dobroczynnie 
także na okres dojrzalszy: ogólnie biorąc, Szyller-
Niemców  o d m ł o d z i ł . — Goethe stał pod każdym 
względem ponad Niemcami i stoi też dotąd jeszcze: 
nie będzie on do nich należał nigdy. Jakby też mógł 

jakikolwiek naród doróść do  p r z e d u c h o w i o n e j 
b ł o g o ś c i  b y t u i  w o l i  G o e t h e g o ! Jak Beetho­
ven swoją muzykę układał ponad głowami Niemców, 
jak Schopenhauer filozofował ponad głowami Niem­
ców, tak tworzył Goethe swego Tassa, swą Ifigenię 
ponad głowami Niemców. Za nim ciągnęła  b a r d z o 
n i e l i c z n a grupa, najwykształceńszych, wychowa­
nych przez starożytność, życie i podróże, przerasta­

jących istotę niemieckości: — sam on nie życzył so­
bie czego innego. — Kiedy następnie romantycy ze 
świadomością celu ustanowili kult Goethego, kiedy 
następnie ich zadziwiająca zręczność w próbowaniu 
wszystkiego przeszła do uczniów Hegla, właściwych 

103 

w y c h o w a w c ó w niemieckich w tern stuleciu, kiedy 
rozbudzenie ambicyi narodowej wyszło także na ko­
rzyść poetom niemieckim i właściwa ocena, w czem 
lud  u c z c i w i e może znajdować  z a d o w o l e n i e , 
nieubłaganie została poddana sądowi jednostek i owej 

ambicji narodowej — to jest, kiedy  u c i e c h a za­
częła być  o b o w i ą z k i e m — wtedy zjawiła się owa 
obłuda i nieprawdziwość w niemieckiem wykształce­
niu, która poczęła się wstydzić Kotzebuego i wypro­
wadziła na scenę Sofoklesa, Calderona, a nawet ciąg 

dalszy Fausta Goethego i która, wskutek obłożonego 
języka i zaszlamionego żołądka, w końcu sama już 
nie wie, co jej smakuje, co ją nudzi. — Błogosła­
wieni smak posiadający, choćby to był smak zły! — 
I nietylko błogosławionym, lecz także mądrym stać 
się można tylko dzięki tej własności: dlatego też 

Grecy, bardzo w tych rzeczach subtelni, mędrca ozna­
czali słowem, które znaczy  c z ł o w i e k  z e  s m a k i e m 
i mądrość, jak artystyczną, tak poznającą, nazywali 
po prostu »smakiem« (sophia). 

171. 

M u z y k a  j a k o  p ó ź n y  o w o c  k a ż d e j  c y -

w i l i z a c y i . — Muzyka ze wszystkich sztuk, które 
zwykle wyrastają na określonym gruncie cywilizacyi, 

w określonych warunkach społecznych i politycz­
nych, zjawia się jako  o s t a t n i a ze wszystkich roś­
lin, na jesieni, i w czasie okwitania cywilizacyi, do 

której należy: podczas kiedy spostrzega się już pierw­

szych zwiastunów i oznaki nowej wiosny; ba, nieraz, 

background image

104 

muzyka rozbrzmiewa jak mowa zamierzchłych cza­
sów w zdziwionym i nowym świecie i przychodzi 
za późno. Dopiero w sztuce muzyków holenderskich 
dusza średniowiecza chrześcijańskiego odnalazła swój 
dźwięk zupełny: jej architektura dźwięków jest po­

śmiertną, lecz prawdziwą i równoprawną siostrą go-
tyku. Dopiero w muzyce Händla zabrzmiało to, co 
było najlepszego w duszy Lutra i w duszach jej po-
krewnych, wielki rys żydowsko-heroiczny, który stwo­
rzył cały ruch reformacyjny. Dopiero Mozart oddał 
w złocie  b r z ę c z ą c e m wiek Ludwika  X I V i sztukę 
Racine'a oraz Claude Lorraina. Dopiero w muzyce 
Beethovena i Rossiniego wyśpiewał się wiek ośmna-
sty, wiek marzycielstwa, rozbitych ideałów i przelot­
nego szczęścia. Przeto miłośnik czułych przenośni 
mógłby rzec, iż każda muzyka prawdziwie wybitna 

jest śpiewem łabędzim. — Muzyka  n i e jest zgoła 
mową powszechną, przekraczającą czas, jak tak czę-

sto na jej cześć się mówi, lecz odpowiada ściśle mia-

rze uczucia, ciepła, czasu, którą, jako prawo we­

wnętrzne, nosi w sobie określona, pewna, związana 

z czasem i miejscem, cywilizacya; muzyka Palestriny 
dla Greka byłaby całkiem niedostępna i odwrotnie — 
coby zrozumiał Palestrina, słuchając muzyki Rossi­
niego? — Być może, że także nasza nowsza muzyka 
niemiecka, aczkolwiek tak dominuje i tak chciwą jest 
władzy, wkrótce przestanie być rozumiana: powstała 
bowiem na gruncie cywilizacyi, znajdującej się 
w szybkim upadku; gruntem jej jest ów okres reak-
cyi i restauracyi, na którym zakwitł pewnego ro-
dzaju  k a t o l i c y z m  u c z u c i o w y oraz zamiłowa­
nie do wszystkiego, co jest  t r a d y c y j n ą i  n a r o ­
dową istotą i praistotą, i rozlał nad Europą swoją 

105 

woń heterogeniczną. Te dwa kierunki uczuciowe, 
ujęte z największą siłą i doprowadzone do najdal­
szych krańców, w końcu zadźwięczały w sztuce wa­
gnerowskiej. Przywłaszczanie sobie przez Wagnera 
starodawnych sag narodowych, jego uszlachetniające 

gospodarowanie między ich dziwnymi bóstwami i bo-
haterami — będącymi właściwie samowładnemi zwie-

rzętami krwiożerczemi z napadami zagłębienia się 

w myśli, wielkoduszności i przesycenia życiem —, 

tchnięcie nowej duszy w te postaci, którym przydał 

chrześcijańsko-średniowieczne pragnienie zachwyco­
nej zmysłowości i odzmysłowienia, to całe wagne­

rowskie dawanie i branie w rzeczach tematów, dusz, 
postaci i słów wypowiada też wyraźnie  d u c h a 

j e g o  m u z y k i , jeśliby ta, jak każda inna muzyka 

mogła mówić o sobie inaczej, niż w sposób dwu­

znaczny: duch ten wiedzie  s p ó ź n i o n ą kampanię 

wojenną i reakcyjną przeciw duchowi oświecenia, 
który zawiewał w stulecie bieżące z poprzedniego, 

również przeciw nadnarodowym ideom francuskiego 
marzycielstwa rewolucyjnego i trzeźwości angielsko-
amerykańskiej w przebudowie państwa i społeczeń­
stwa. —  C z y ż jednak nie jest rzeczą widoczną, że 
tutaj — nawet u Wagnera i jego zwolenników — 

pozornie odparty zakres myśli i uczuć z powrotem 
nabrał siły i że ów spóźniony protest muzyczny 

wpada w uszy, któreby inne, przeciwne tony wo­
l a ł y ?  T a k , iż dnia pewnego ta dziwna i wysoka 

sztuka mogłaby nagle stać się niezrozumiałą i zasnuć 
się pajęczyną i zapomnieniem. Nie należy dawać się 

w błąd wprowadzać co do położenia rzeczy owym 
przelotnym wahaniom, będącym reakcyą pośród reak-

cyi, chwilowem pogrążeniem się bałwanów prądu 

background image

106 

w ogólnym ruchu. Możliwa, że te dziesięć lat wojen 
narodowych, męczeństw ultramontańskich i terroru 
socyalistycznego dzięki subtelnym oddziaływaniom 
pośrednim mogą przyczynić się do nagłej sławy 
wspomnianej sztuki — nie będąc jednak przez to po-

ręką, że ona ma przyszłość, lub że wogóle przyszłość 
miała. — Leży to w istocie muzyki, że owoce jej 
z wielkich okresów cywilizacyi stają się wcześniej 
niesmaczne i prędzej psują się od owoców sztuk 
plastycznych, lub nawet od owoców, rosnących na 
drzewie poznania: z pośród wytworów ludzkiego 
zmysłu artystycznego  m y ś l i mianowicie są najtrwal­
sze i najwytrwalsze. 

172. 

P o e c i  p r z e s t a l i  b y ć  n a u c z y c i e l a m i . 

— Aczkolwiek obco to brzmieć może w naszych cza­
sach: istnieli poeci i artyści, których dusza wznosiła 
się ponad namiętności, ich spazmy i zachwyty i dla­

tego znajdowali przyjemność w tematach czystszych, 
ludziach godniejszych, intrygach i rozwiązaniach bar­
dziej czułych. Jeśli dzisiejsi wielcy artyści najczęś­
ciej rozpętują wolę i przez to właśnie, w pewnych 
okolicznościach, wyzwalają życie, tamci — hamowali 
wolę, przekształcali zwierzę, tworzyli ludzi i wogóle 
kształtowali, przetwarzali i kontynuowali życie: pod­
czas kiedy sława teraźniejszych polega być może na 
rozluźnianiu, rozwiązywaniu, rujnowaniu. — Grecy 
starożytni żądali od poety, żeby był nauczycielem 
dorosłych: ależ jakby się wstydził dziś poeta, gdyby 

107 

do niego stosowano wymaganie podobne, — on, który 

sam dla siebie nie był dobrym nauczycielem i wsku­
tek tego sam nie stał się udanym poematem, pięk­
nym tworem, lecz w najlepszym razie posępną i przy­
ciągającą ruiną świątyni, lecz jednocześnie jaskinią 
żądz, obrosłą, jak porastają zwykle ruiny, kwiatami 
kłującymi i trującymi, zamieszkaną i odwiedzaną 
przez żmije, robactwo, pająki i ptactwo — tematem 

do smutnego rozmyślania nad tem, dlaczego obecnie 
rzeczy najszlachetniejsze i najrozkoszniejsze w chwili 
swego powstania muszą być zaraz ruiną bez prze­
szłości i bez przyszłości w doskonaleniu się? 

173. 

R z u t  o k a  n a p r z ó d i  w s t e c z . — Sztuka, 

jaka  p ł y n i e od Homera, Sofoklesa, Teokryta, Cal­
derona, Racine'a, Goethego, wynik  n a d m i a r u 

mądrego i harmonijnego trybu życia — oto sztuka 
prawdziwa, do której w końcu uciekać się bę­
dziemy, kiedy sami staniemy się mądrzejszymi 
i bardziej harmonijnymi; nie jest nią ów barbarzyń­
ski, chociaż tak zachwycający, wybuch gorących 
i różnobarwnych rzeczy z duszy nieokiełzanej i chao­
tycznej, przez który dawniej, będąc młodzieńcami, 

rozumieliśmy sztukę. Rozumie się jednak samo przez 
się, że w pewnych epokach życia sztuka egzaltowana, 
podniecająca, wroga wszystkiemu, co uregulowane, 

monotonne, proste, logiczne jest potrzebą konieczną, 
którą artyści zaspokoić  m u s z ą , żeby dusza w takich 

okresach nie wyładowywała się na innnej drodze 

background image

108 

w formie rozmaitych nadużyć i nieprzyzwoitości. Po­
trzebują owej zachwycającej sztuki bezładnej mło­
dzieńcy tacy, jakimi najczęściej bywają, przepełnieni 

i fermentujący, niczem  b a r d z i e j nie męczeni, niż 
nudą — potrzebują jej kobiety, którym brak dobrego, 
wypełniającego duszę zajęcia; lecz tem gwałtowniej 
pałają tęsknotą za zadowoleniem bez zmiany, za 
szczęściem bez ogłuszenia i pijaństwa. 

174. 

P r z e c i w  s z t u c e  d z i e ł  s z t u k i . — Sztuka 

winna przedewszystkiem i naprzód  u p i ę k s z a ć ży­

cie, a więc  n a s samych czynić znośnymi, a jeśli 
można, przyjemnymi dla innych: to zadanie mając 

przed oczami miarkuje nas i trzyma na wodzy, two­
rzy formy obcowania, źle wychowanych poddaje pra­
wom przyzwoitości, czystości, grzeczności, uczy, kiedy 
mówić, a kiedy milczeć należy. Następnie sztuka 
winna  u k r y w a ć lub  t ł u m a c z y ć wszystkie rze­
czy brzydkie, to, co jest dręczące, straszliwe, wstrętne 
i mimo wszelkich usiłowań, zgodnie z pochodzeniem 
natury ludzkiej, ustawicznie przebija się na powierzch­
nię ; tak szczególniej powinna postępować wzglę­
dem namiętności, cierpień duchowych i w bojaźni, 
a w tem, co z konieczności lub nieubłaganie jest 
brzydkie ukazywać przebłyski tego, co ma  g ł ę b o -

k i e  z n a

z e n i e . Wobec tego wielkiego, ba, niezmier­

nie wielkiego zadania sztuki, tak zwana właściwa 
sztuka,  s z t u k a  d z i e ł  s z t u k i jest tylko  p r z y -

czepką: człowiek, czujący w sobie nadmiar takich 

109 

sił upiększających, ukrywających i przekształcają­
cych, w końcu będzie się starał także wyładować ten 
nadmiar w dziełach sztuki; podobnie, w szczegól­

nych warunkach cały naród. — Ale zwykle zaczyna 
się dziś sztukę od końca, przyczepiają się do jej 
ogona i myślą, iż sztuka dzieł sztuki jest sztuką rze­
czywistą, ona ma życie poprawić i zmienić — sza­

leństwo! Jeżeli zaczynamy ucztę od deseru, przecho­

dząc od słodyczy do słodyczy, co za dziw, jeśli psu­
jemy sobie żołądek i nawet tracimy apetyt do do­
brego, wzmacniającego, pożywnego pokarmu, do ja­
kiego zaprasza nas sztuka! 

175. 

T r w a n i e  s z t u k i . — Dzięki czemu w grun­

cie rzeczy trwa obecnie sztuka dzieł sztuki? Dzięki 

temu, że większość tych, którzy posiadają godziny 
wczasu — a tylko dla nich istnieje przecież taka 
sztuka — nie przypuszczają, iżby mogli poradzić so­
bie ze swym czasem bez muzyki, bez odwiedzania 

teatrów i galeryi, bez czytania romansów i poezyi. 
Przypuściwszy, że możnaby było ich  p o w s t r z y ­
m a ć od tego zadowolenia, alboby się nie ubiegali 
tak gorliwie o posiadanie wczasu i zawistne spojrze­
nia ku bogatym byłyby  r z a d s z e — z wielką ko-

rzyścią dla równowagi społeczeństwa; alboby posia­
dali wczas, lecz nauczyliby się  r o z m y ś l a ć — 
czego się można nauczyć i oduczyć —, naprzykład 
nad swoją pracą, swymi stosunkami, nad radościami, 

któreby mogli innym sprawiać: wszyscy, oprócz ar-

background image

110 

176. 

H e r o l d  b o ż y . — Poeta wypowiada ogólne 

i wyższe pojęcia, jakie posiada naród, jest jego he-
roldem i fletnią — lecz wypowiada je zapomocą me­
tru i wszelkich innych środków artystycznych w ten 
sposób, iż lud przyjmuje je jako coś zupełnie no­

w e g o i cudownego, i najpoważniej wierzy, iż poeta 
jest heroldem bogów. Co więcej, sam poeta, otoczony 
chmurami tworzenia, zapomina, skąd pochodzi jego 
mądrość duchowa — że pochodzi od ojca i matki, od 
nauczycieli i z książek wszelkiego rodzaju, z ulicy, 

a przedewszystkiem od kapłanów: wprowadza go 

w błąd własna sztuka i wierzy rzeczywiście w cza-

sach naiwności, że  B ó g przemawia przez niego, że 
tworzy w stanie duchowego oświetlenia, — kiedv 
tymczasem wypowiada właśnie tylko to, czego się 
nauczył, mądrość i głupstwa ludowe pospołu. Tedy: 
o ile poeta rzeczywiście jest vox popult, o tyle ucho-
dzi za vox dei. 

111 

177. 

178. 

S z t u k a i  r e s t a u r a c j a . — Wsteczne ruchy 

w historyi, tak zwane czasy restauracyi, które sta-

C z e g o  k a ż d a  s z t u k a  c h c e i  n i e  m o ż e 

d o k o n a ć . — Najtrudniejszem i ostatecznem zada­

niem artysty jest przedstawienie niezmienności, cze­

goś, co wypoczywa samo w sobie, wysokiego, pro­

stego, dalekiego od wdzięku indywidualnego; z tego 

powodu słabsi artyści odrzucają i osławiają najwznioś­

lejsze upostaciowania doskonałości moralnej, jako 
szkice nieartystyczne, albowiem widok takich owo­
ców dla ich ambicyi zgoła jest nadto dręczący: po­
łyskują im one z najbardziej oddalonych gałęzi sztuki, 
lecz artystom brak drabiny, odwagi i za co się uchwy­
cić, żeby się mogli odważyć sięgać tak wysoko. Bio­
rąc rzecz samą w sobie, Fidyasz jako taki da się 

pomyśleć  p o e t ą , lecz jeśli wziąć pod uwagę zdol­
ności nowoczesne, niemal że tylko w tem znaczeniu 
słowa, iż dla Boga żadna rzecz nie jest niemożliwa. 
Już pragnienie, żeby posiadać Claude Lorraina w dzie­
dzinie poezyi, jest obecnie dowodem braku skromności, 
choćby czyjeś serce najbardziej za nim tęskniło. — 
Dotychczas żaden artysta nie dorósł do przedstawie-
nia  o s t a t n i e g o człowieka,  t o  z n a c z y  n a j p r o s t 
s z e g o i  z a r a z e m  n a j z u p e ł n i e j s z e g o , lecz 
Grecy w swoim  i d e a l e  A t e n y , być może, najda­
lej ze wszystkich ludzi dotychczas istniejących rzu-
cili okiem. 

tystów, w obydwu wypadkach wygraliby na tem. — 
Z pewnością istnieje niejeden pełen siły i rozsądku 
czytelnik, który potrafi tutaj wtrącić słuszny zarzut. 
Lecz gwoli ociężałym i ludziom złej woli trzeba przecież 
raz powiedzieć, że tutaj, jak i w niejednem miejscu 

tej książki, autorowi właśnie o zarzut chodzi, i że nie 
jedno należy w nim wyczytać, co właściwie nie zo­
stało napisane. 

background image

112 

rają się nanowo powołać do życia stan, jaki istniał 

p r z e d stanem, istniejącym ostatnio i którym, jak się 
wydaje, powodzi się też zbudzenie zmarłych, posia­
dają urok wzruszających wspomnień, tęsknego prag­
nienia tego, co niemal zostało utracone, pośpiesz­
nego uścisku chwilowego szczęścia. Dzięki temu 
szczególnemu pogłębieniu nastroju sztuka i poezya 
znajdują właściwy dla siebie grunt w takich prze­
mijających niemal marzycielskich czasach; podobnie 

jak na stromo wiszących urwiskach rosną najdeli­

katniejsze i najrzadsze rośliny. —  T a k tedy niejeden 
dobry artysta niepostrzeżenie zostaje popchnięty do 
poglądów restauracyjnych w kwestyach politycznych 
i społecznych, w których dla siebie, na swoją własną 
rękę, przygotowuje cichy kącik i ogródek, gdzie na­

stępnie zbiera wkoło siebie ludzkie resztki epoki hi­
storycznej najbliższej sercu i gdzie smyczek jego 
rozbrzmiewa przed samymi umarłymi, napółumarłymi 
i śmiertelnie znużonymi, być może, ze wspomnianem 

wyżej powodzeniem, że na krótko budzi zmarłych 
ze snu. 

179. 

S z c z ę ś c i e  e p o k i . — Z dwuch względów 

epoka nasza winna uważać się za szczęśliwą. W sto­

sunku do  p r z e s z ł o ś c i karmimy się wszystkiemi 
cywilizacyami i ich wytworami i karmimy się naj­
szlachetniejszą krwią wszystkich czasów. Znajdujemy 
się jeszcze dość blizko czarodziejstwa tych sił, z któ-

rych łona tamte się urodziły, żeby chwilowo z roz-

113 

koszą i dreszczem ulegać mu: kiedy tymczasem cy-
wilizacye dawniejsze mogły karmić się tylko samemi 
sobą i nie wybiegały wzrokiem poza siebie, jak 
gdyby były nakryte mniej lub więcej ciasnym klo­
szem, przez który wprawdzie przenikało światło, 
lecz nie przenikało spojrzenie. W stosunku do  p r z y ­
s z ł o ś c i po raz pierwszy w historyi odkrywa się 
dla nas niezmiernie wielka perspektywa celów ludzko-

ekumenicznych, obejmujących cały świat zamiesz­
kany. Jednocześnie czujemy się świadomi sił, że po­
winniśmy to nowe zadanie sami ująć w ręce bez 
zarozumiałości i że nie potrzebujemy pomocy nad­
przyrodzonej. I jakikolwiekby był rezultat naszego 
przedsięwzięcia, choćbyśmy przecenili swe siły, niema 
nikogo, komubyśmy winni byli złożyć rachunek, 
oprócz nas samych: odtąd ludzkość może czynić ze 
sobą, co się jej podoba. — Istnieje wprawdzie szcze­
gólny gatunek ludzi-pszczół, które z kielicha jakiej­

kolwiek rzeczy potrafią zawsze wyssać tylko najwięk­
szą gorycz oraz irytacyę; — i w rzeczy samej, 
wszystkie rzeczy zawierają w sobie coś nie miodo­
wego. Te mogą po swojemu odczuwać opisane 
szczęście naszej epoki i wypełniać wciąż ul swego 

niezadowolenia. 

180. 

W i z y a . — Godziny nauki i rozmyślań dla do­

rosłych, dojrzałych i najdojrzalszych, i to codziennie, 
bez przymusu, odwiedzane przez każdego, gdyż tak 
nakazuje obyczaj: kościoły do tego celu, jako miejsca 

OZIEŁA NIETZSCHEGO. T XI. 

background image

114 

najgodniejsze i najbogatsze we wspomnienia: pewnego 

rodzaju codzienne uroczystości dla świętowania osiąg­
niętej i dającej się osiągnąć godności rozumu ludz-
kiego: nowszy i zupełniejszy rozkwit i wykwit ideału 
nauczyciela, w którymby się musieli stopić kapłan, 
artysta i lekarz, uczony i mędrzec, jak też w samej 

ich nauce, w ich sposobie wykładu i metodzie ka­
żdego z nich musiałyby się objawić cnoty szczególne 
w postaci cnoty ogólnej, — taka jest moja wizya, 
ciągle do mnie powracająca, co do której mocno 

wierzę, iż uchyliła rąbka zasłony, zakrywającej 
przyszłość. 

181. 

W y c h o w a n i e  w y k r z y w i a n i e m . —  N a d -

zwyczajna chwiejność całego systemu szkolnego, 
sprawiająca, iż każdy człowiek dorosły czuje, jak 

gdyby jedynym jego  w y c h o w a w c ą był przypadek — 

fakt, iż metody i cele  w y c h o w a w c z e obracają się jak 

młynek na wietrze, objaśnić się daje przez to, iż 
obecnie  n a j s t a r s z e i  n a j m ł o d s z e siły cywili­
zacyjne, niby na dzikiem zebraniu ludowem bardziej 

chcą być słyszane, niż rozumiane, i za wszelką cenę 
chcą dowieść swym głosem, swym krzykiem, że 

j e s z c z e  i s t n i e j ą lub  ż e  j u ż  p o w s t a ł y . Biedni 

nauczyciele i  w y c h o w a w c y z początku głuchną od 

tego hałasu bez sensu, następnie cichną, tępieją 
i pozwalają wszystko czynić ze sobą, tak jak z ko­
lei pozwalają wszystko robić ze swymi uczniami. 
Sami oni nie są wychowani: jakżeby mieli wycho-

115 

wywać. Sami nie wyrośli prosto, jako silne, soczyste 

pnie: kto się chce o nie oprzeć, musi się wykrzywiać 
i giąć, i w końcu sam się stać krzywym i pogiętym. 

182. 

F i l o z o f o w i e i  a r t y ś c i  e p o k i . — Pustka 

i zimna rozwaga, ogień  ż ą d z , chłód serca — te 

sprzeczne sąsiedztwa odnajduje się w obrazie wyż­

szego współczesnego towarzystwa europejskiego. Są­

dzi tedy artysta, że dokazał już wiele, jeśli mocą 
swej sztuki umiał obok żądz rozniecić też ogień 
serca: i tak samo filozof, jeśli przy chłodzie serca, 

który dzieli ze swą epoką, zdoła ostudzić żar pożąd­

liwości w sobie i w owem towarzystwie, zapomocą 
swoich sądów ascetycznych. 

183. 

T y l k o z  k o n i e c z n o ś c i  b y ć  ż o ł n i e r z e m 

c y w i

 1 i z a c y i. — W końcu, w końcu dopiero uczy się 

człowiek tego, czego nieznajomość, młodzieńcem bę­
dąc, tak drogo przypłacał: że przedewszystkiem na 
leży  w y k o n y w a ć tylko rzeczy doskonale, powtóre, 
w y s z u k i w a ć rzeczy doskonałe, gdziekolwiekby się 

znajdowały i pod jakąkolwiekby nazwą się znajdo­
wały: że natomiast wszystkiemu, co złe i mierne, na­

tychmiast,  b e z  w a l k i , z drogi się schodzi, i że już 
wątpienie o dobroci pewnej rzeczy — jakie przy 

8

background image

116 

smaku bardziej wyćwiczonym powstaje szybko — 
winno być policzone za argument przeciw niej i po 
wód do zupełnego jej unikania; choćbyśmy mieli 
nawet nieraz zbłądzić i trudniej dostępne dobro 
wziąć za zło i niedoskonałość. Tylko ten, kto nie 
umie nic lepszego, winien wziąć się za bary jako 
żołnierz cywilizacyi z nikczemnością świata, lecz ci, 

co go żywią i uczą, giną, jeśli chcą chwycić za broń, 
i spokój swego zawodu i domowego ogniska zmie­

niają na nieprzyjemny niepokój czuwaniem, strażą 
nocną i złymi snami. 

184. 

J a k  n a l e ż y  o p o w i a d a ć  h i s t o r y ę  p r z y -

r o d y . — Historya przyrody, będąc historyą wojen 
i zwycięstw, jaką wiodą siły moralne i duchowe 
z obawą, imaginacyą, zabobonem, lenistwem i głu­

potą, winna być opowiadana w ten sposób, żeby 
każdy, kto jej słucha, nieprzeparcie był porywany ku 
dążeniu do zdrowia i rozkwitu zarówno duchowego 

jak cielesnego, do radosnego uczucia, iż jest dzie-
dzicem i kontynuatorem człowieczeństwa i do odczu-
wania potrzeby przedsięwzięć coraz szlachetniejszych. 
Dotychczas nie znalazła ona swego właściwego języka, 

gdyż wynalazczy w mowie i wymowni artyści — 
takich bowiem tu potrzeba — nie mogą się pozbyć 
względem niej upartego niedowierzania i przede-
wszystkiem nie chcą się jej nauczyć gruntownie. 
W każdym jednak razie trzeba zawsze przyznać 

Anglikom, że oni w swych podręcznikach przyrodni-

117 

c z y c h dla niższych warstw ludności uczynili zadziwia­
jące postępy na drodze do owego ideału: ale bo też 

piszą je wybitni uczeni — natury bogate i płodne — 
nie zaś jak u nas miernoty z pośród badaczów. 

185. 

G e n i a l n o ś ć  l u d z k o ś c i . — Jeśli genial-

ność, jak to zauważył Schopenhauer, polega na nie-
przerywanem i źywem przypominaniu sobie tego, co 
się samemu przeżyło, to w dążeniu do poznania hi-
storyi całego przebiegu zjawisk — które coraz bar­
dziej odróżnia czasy nowsze od dawnych i po raz 

pierwszy zburzyło stare mury między naturą a du­
chem, człowiekiem a zwierzęciem, moralnością a fi­

zyką — można upatrywać dążenie do genialności 

ogółu ludzkości. Historya pomyślana w całości by­

łaby świadomością kosmiczną. 

186. 

K u l t  c y w i l i z a c y i . — Duchom wielkim przy­

dane zostało to, co w ich istocie jest wstrętnie arcy-
ludzkiego, ich zaślepienia, niesprawiedliwości, niepo­

hamowania, ażeby ich wpływ potężny, łatwo stający 
się zbyt potężnym, ustawicznie trzymany był w szran­
kach przez nieufność, jaką budzą owe własności. 
Albowiem system tego wszystkiego, czego ludzkość 

potrzebuje do swego istnienia, jest tak obszerny 

background image

118 

i wciąga siły tak różnorodne i liczne, iż każdą ko­
rzyść  j e d n o s t r o n n ą , czy to naukową, czy pań­
stwową, artystyczną lub handlową, do której dążą 
owe jednostki, ludzkość jako całość musi ciężko od­
pokutować. Zawsze było największą klęską dla cywi-
lizacyi, kiedy ludzi ubóstwiano: w tem przeto zna­
czeniu należy nawet sympatyzować z przykazaniem 
prawa mojżeszowego, które zakazuje obok Boga po­

siadać innych bogów. — Obok kultu geniuszu i po­

tęgi należy zawsze, jako uzupełnienie i środek leczni­
czy, stawiać kult cywilizacyi: ten umie również z zu­

pełnem zrozumieniem uszanować rzeczy materyalne, 
maluczkie, mizerne, zaniepoznane, słabe, niedoskonałe, 
jednostronne, połowiczne, nieprawdziwe, pozorne, ba, 
nawet złe i straszliwe, i przyznać, że to  w s z y s t k o 

j e s t  k o n i e c z n e ; albowiem harmonia i istnienie 

wszystkiego, co jest ludzkie, osiągnięte przez prace 

godne podziwu i przypadki szczęśliwe, dzieło zarówno 
cyklopów i mrówek, jak geniuszów, nie powinno 
ulec zagładzie: jakżebyśmy mogli przeto wyrzekać 
się głębokiego, często niepokojącego basu, bez którego 
melodya nie mogłaby przecież być melodyą ? 

187. 

Ś w i a t  s t a r o ż y t n y i  r a d o ś ć . — Ludzie 

świata starożytnego umieli lepiej się  r a d o w a ć , my 
umiemy się  m n i e j  s m u c i ć ; tamci ustawicznie 
wynajdywali powody, żeby czuć się dobrze i święto­
wać uroczystości, zużywali w tym celu swoje bo­
gactwo dowcipu i rozwagi: kiedy tymczasem my 

119 

bardziej zużywamy swoją inteligencyę na rozwiąza­
nie zadań, zmierzających do osiągnięcia bezbolesności 

i usunięcia źródeł nieprzyjemności. Co się tyczy cier­

piącej ludzkości starożytni starali się zapomnieć, lub 
zwrócić w jakikolwiekbądź sposób uczucie w kie­

runku przyjemnym: starali się więc tedy o paliatywy, 

kiedy tymczasem my nacieramy na przyczyny cier­

pienia i wogóle wolimy postępować profilaktycznie. — 
Być może zakładamy tylko podwaliny, na których 
ludzie późniejsi wzniosą znowu świątynię radości. 

188. 

M u z y  k ł a m c z y n i a m i . — »Znamy się na 

sztuce, która uczy wiele kłamstw  o b w i e s z c z a ć « — 
tak śpiewały niegdyś muzy, ukazawszy się Hezyo-

dowi. — Kiedy się spojrzy na artystę, jako na oszu­
sta, można poczynić wiele zasadniczych odkryć. 

189. 

J a k  d a l e c e  H o m e r  m o ż e  b y ć  p a r a d o k ­

s a l n y m . —  C z y istnieje coś zuchwalszego, straszliw­

szego, nieprawdopodobniejszego od owej myśli, znaj­
dującej się u Homera, która rzuca na nas promienie, 

niby słońce zimowe: 

W s z a k  z a  b o g ó w  w y r o k i e m  n a d  d o l ą  z a w i s ł o  c z ł o w i e c z ą 

Z n i s z c z e n i e ,  a b y  s i ę  p i e ś ń  s t ą d i  p ó ź n y m  p o k o l e -

-

[ n i o m  s t a ł a 

background image

120 

Tak więc: cierpimy i giniemy, żeby poetom nie 

zbrakło tematu — i tak właśnie sprawiają bogowie 
Homera, którym, jak się zdaje, bardzo wiele zależy 
na przyjemności pokoleń przyszłych, lecz zbyt mało 
na nas, współczesnych. — Jakże też mogły myśli po­
dobne przyjść do głowy Grekowi ! 

190. 

N a s t ę p c z e  u s p r a w i e d l i w i e n i e  b y t u . 

— Niektóre myśli przyszły na świat jako błędy i fan-

tazmy, lecz stały się prawdami, ponieważ ludzie 
w następstwie podsunęli pod nie substrat rzeczywisty. 

191. 

Pro i contra  k o n i e c z n e . — Kto nie zro­

zumiał, że człowieka wielkiego nietylko popierają, 
lecz także ze względu na dobro ogólne muszą 
z w a l c z a ć , z pewnością jest jeszcze wielkiem dziec-
kiem — lub sam wielkim człowiekiem. 

192. 

N i e s p r a w i e d l i w o ś ć  g e n i u s z a . —  G e -

niusz jest najniesprawiedliwszy względem geniuszów 
w tym wypadku, jeśli są jego współcześnikami: 
z jednej strony sądzi, że nie są dla niego konieczni, 
i z tego powodu uważa ich za całkiem zbytecznych — 

121 

ponieważ bez nich jest tem, czem jest —, następnie, 

wpływ ich krzyżuje jego prąd elektryczny: wskutek 
czego nazywa wpływ ich nawet  s z k o d l i w y m . 

193. 

N a j g o r s z y  l o s  p r o r o k a . — Pracował lat 

dwadzieścia, żeby przekonać o sobie swoich współ­

czesnych — dopiął w końcu tego; lecz w ciągu tego 

czasu dopięli także swego przeciwnicy: i oto nie jest 

przekonany sam o sobie. 

194. 

T r z e c h  m y ś l i c i e l i  s t a n i e  z a  p a j ą k a . 

— W każdej sekcie filozoficznej następuje po sobie 
trzech myślicieli w następującym porządku : pierw­

szy wytwarza z siebie sok i nasienie, drugi przę­
dzie z nich nić i wiąże sztuczną sieć, trzeci w tej 

sieci czatuje na ofiary, które w nią wpadają — i stara 

się żyć z filozofii. 

195. 

Z  o b c o w a n i a z  a u t o r a m i . - Jest to rów­

nie zły sposób obchodzenia się z autorami, jeśli się 

ich bierze za nos, jak wtedy, kiedy się ich chwyta 
za rogi — a każdy autor ma swój róg. 

background image

122 

196. 

Z a p r z ą g  d w u k o n n y . — Niejasność w myś­

leniu i sentymentalizm uczuciowy równie często łą­

czą się z wolą bezwzględną, żeby wybić się wszel­
kimi środkami, wyłącznie dla siebie zdobyć znacze­
nie, jak serdeczna usłużność, uczynność, i życzliwość 

z dążeniem do jasnego i czystego myślenia, umiar­
kowania i powściągliwości uczucia. 

197. 

T o ,  c o  ł ą c z y i  c o  r o z d z i e l a . — Czyż  n i e 

w głowie mieści się to, co ludzi łączy — pojmowa­

nie wspólnej korzyści i szkody —, a  c z y ż nie w sercu 

to, co ich rozdziela — ślepy wybór i popęd w miłości 
i nienawiści, oddanie się jednemu ze szkodą wszyst­
kich innych i płynąca stąd pogarda korzyści ogólnej: 

198. 

S t r z e l c y i  m y ś l i c i e l e . — Bywają szcze­

gólniejsi strzelcy, którzy wprawdzie nie trafiają do 
celu, ale opuszczają stan strzelecki z utajoną dumą 

iż kula ich w każdym razie poszła bardzo daleko 

(i bądź co bądź poza cel), lub że wprawdzie nie tra­
fiła do celu, lecz do czego innego. 

123 

199. 

Z d w u c h  s t r o n . — Wrogo odnosimy się do 

kierunku lub ruchu umysłowego, jeśli jesteśmy wyżsi 
nad niego i nie pochwalamy jego celu, lub jeśli cel 
jego jest za wysoki i niedościgły dla naszego oka, 

a więc jest od nas wyższy. W ten sposób ta sama 
partya może być zwalczana z dwuch stron, z góry 

i z dołu; i nierzadko napadający dzięki wspólnej nie­

nawiści zawierają sojusz między sobą, wstretniejszy 

od wszystkiego, czego nienawidzą. 

200. 

O r y g i n a l n o ś ć . — Nie to, że coś nowego 

widzi się najpierw, lecz to, że w czemś starem, 

dawno znanem, przez wszystkich widzianem i oglą­
danem widzi się rzecz nową, wyróżnia głowy praw­
dziwie oryginalne. Pierwszym odkrywcą pospolicie 

bywa zupełnie zwykły i bezduszny fantasta — przy­
padek. 

201. 

B ł ą d  f i l o z o f ó w . — Filozof sądzi, że war­

tość jego filozofii polega na całości, na budowie: po­
tomność odnajduje ją w kamieniu, którego używał 
do budowli i którym odtąd jeszcze często i lepiej 

background image

124 

będą budować, w tem więc, że budowlę zrujnować 

można a  p r z e c i e ż  j e s z c z e wartość posiada jako 
materyał. 

202. 

D o w c i p . — Dowcip jest epigramatem na 

śmierć jakiegoś uczucia. 

203. 

W  c h w i l i  r o z w i ą z a n i a . — Co dzień i co 

godzina zdarza się w nauce, że ktoś staje tuż przed 

rozwiązaniem i jest przekonany, że wszystkie jego 

wysiłki poszły na marne, — jak ten, kto rozwiązując 
kokardę, w chwili, kiedy jest najbliższy rozwiązania, 

waha się: ponieważ właśnie wtedy najpodobniejsza 

jest do węzła. 

204. 

O b c o w a ć z  m a r z y c i e l a m i . — Człowiek  z a ­

stanawiający się i pewny swego rozsądku z pożyt­
kiem może obcować w ciągu lat dziesięciu z fanta­

stami, poddając się w tej skwarnej strefie słodkiemu 
szaleństwu. Dzięki temu uczynił niemały kawał drogi, 
żeby w końcu osiągnąć ów kosmoplityzm ducha, 

125 

który bez zarozumiałości rzec ma prawo: »nic ducho­

wego odtąd nie jest mi obcem«. 

205. 

O s t r e  p o w i e t r z e . — Najlepszem i najzdrow­

szem w nauce, jak w górach, jest ostre powietrze, 
które w nich wieje. — Ci, których duch jest miękki 
(jak naprzykład duch artystów) z powodu tego powie­
trza lękają się nauki i złorzeczą jej. 

206. 

D l a c z e g o  u c z e n i  s ą  s z l a c h e t n i e j s i 

o d  a r t y s t ó w . — Nauka wymaga natur  s z l a c h e t ­
n i e j s z y c h , niż poezya: muszą one być prostsze, 
mniej ambitne, wstrzemięźliwsze, spokojniejsze, nie 
tak baczące na sławę pośmiertną i winny zapominać 

o sobie dla rzeczy, które w oczach wielu ludzi wydają 
się rzadko godne takiej ofary swojej osobowości. Do 
tego przyłącza się jeszcze jedna okoliczność ujemna, 
której są świadomi: rodzaj ich zajęcia, ciągła po­
trzeba największej trzeźwości osłabia ich  w o l ę , ogień 

na ich ognisku nie podtrzymuje się tak silnie, jak 
na ognisku natur poetyckich: i przeto często tracą 
swą najwyższą siłę i kwiat w latach młodszych, niż 
tamci — i, jak się rzekło,  w i e d z ą o tem niebez­

pieczeństwie. Pod każdym względem zdają się 

background image

126 

mniej utalentowanymi i ludzie zwykli im przypisywać 

mniejsze znaczenie od tego, jakie posiadają. 

207. 

O  i l e  p i e t y z m  z a c i e m n i a . — Człowieka 

wielkiego obdarzają w wiekach następnych wszyst­
kiemi wielkiemi własnościami i cnotami jego wieku — 

a w ten sposób pietyzm ustawicznie  z a c i e m n i a 

to, co jest najlepszego, uważając je za obraz święty, 
na którym zawiesza się i wystawia wota wszelkiego 
rodzaju — dopóki w końcu całkiem nie zostanie po 
kryty i zasłonięty i odtąd staje się raczej przedmio­

tem wiary, niż rozważania. 

208. 

S t a n ą ć  n a  g ł o w i e . — Kiedy prawdę sta­

wiamy na głowie, nie spostrzegamy zwykle, że i na 

sza głowa nie znajduje się tam, gdzie znajdować się 
powinna. 

209. 

P o c h o d z e n i e i  p o ż y t e c z n o ś ć  m o d y . 

— Widoczne zadowolenie z siebie, jakie znajduje 

jednostka w swej postaci, pobudza do naślado-

127 

210. 

C o  r o z w i ą z u j e  j ę z y k i . — Wartość wielu 

ludzi i książek polega jedynie na tem, iż posiadają 

własność zmuszania każdego do wypowiadania rze­

czy najbardziej ukrytych i najwnętrzniejszych: roz­

wiązują języki i podważają zęby najbardziej zaciś­
nięte. Niejedno zdarzenie i zbrodnia, które pozornie 
istnieją jako przekleństwa ludzkości, posiadają ową 

wartość i z tego względu są pożyteczne. 

211. 

W o l n e  d u c h y  k o c z u j ą c e . — Ktoby z nas 

ważył się nazwać duchem wolnym, jeśliby na swój 

wania i stopniowo wytwarza postać  w i e l u , to zna­
czy modę: ci liczni zapomocą mody zdążają do tego 
dobroczynnego zadowolenia ze swej postaci, a przez to 
ze siebie i osiągają je. — Jeśli się zważy, jak wiele 

każdy człowiek posiada powodów do bojaźliwości 
i do lękliwego ukrywania się, i jak trzy czwarte 

jego energii i dobrej woli z tego powodu mogą być 
paraliżowane i czynione bezpłodnemi, trzeba odczu­
wać wielką wdzięczność dla mody, jeżeli owe trzy 
ćwierci rozpętuje, udziela wiary w siebie i wzajem­
nej pogodnej życzliwości tym, którzy czują się zwią­
zani między sobą jej prawem. Głupie nawet prawa 
darzą wolnością i spokojem umysłu, skoro tylko 

wielu im się podaje. 

background image

128 

sposób nie chciał złożyć hołdu owym mężom, któ­
rym imię to nadano jako  o b e l g ę , biorąc zarazem 
na swe barki część brzemienia ogólnej niechęci 
i oczernienia? Jednak mamy także prawo z całą po­

wagą nazywać się »duchami  k o c z u j ą c y m i « (i to, bez 

owej dumy zarozumiałej lub szlachetnej),  g d y ż po­
ciąg do wolności odczuwamy jako popęd najsilniejszy 

naszego ducha i w przeciwieństwie do umysłów 

spętanych i głęboko tkwiących korzeniem w ziemi 
upatrujemy swój ideał niemal w koczownictwie du­
chowem — żeby użyć wyrażenia skromnego i niemal 
lekceważącego. 

212. 

T a k ,  s p r z y j a n i e  m u z ! — Ściska się serce 

od tego, co Homer mówi o tem, tak to jest praw­
dziwe i straszliwe: »serdecznie kochała go muza 
i obdarzyła go dobrem i złem; albowiem pozbawiła 
go wzroku i dała mu słodki śpiew«. — Dla tego, kto 
umie rozmyślać, jest to tekst bez końca: dobro i zło 
dała  m u , oto jej rodzaj serdecznego sprzyjania! 
I każdy wyłoży sobie na swój sposób, dlaczego my. 
myśliciele i poeci,  m u s i m y  o c z u swych się 
wyrzec. 

213. 

P r z e c i w  p i e l ę g n o w a n i u  m u z y k i . — 

Artystyczne wykształcenie oka od dzieciństwa zapo­

129 

mocą rysunku i malowania, przez szkicowanie krajo­
brazów, osób i zjawisk, przynosi ze sobą ubocz­
nie jako nieocenioną korzyść życiową to, iż czyni 

oko w obserwowaniu ludzi i położeń  o s t r e m ,  s p o ­
k o j n e m i  w y t r z y m a ł e m . Podobna korzyść 
uboczna nie  w y p ł y w a z pielęgnowania ucha: przeto, 
mówiąc ogólnie, szkoły ludowe uczynią dobrze, jeśli 

sztuce oka dadzą pierwszeństwo nad sztuką ucha. 

214. 

O d k r y w c y  t r y w i a l n o ś c i . — Duchy sub­

telne, które od niczego nie są tak dalekie, jak od 
trywialności, odkrywają ją po długiem krążeniu ścież­
kami górskiemi i odczuwają ku zdziwieniu duchów 

niesubtelnych wielką przyjemność. 

215. 

M o r a l n o ś ć  u c z o n y c h . — Prawidłowy i szybki 

postęp nauk wtedy tylko jest możliwy, kiedy jedno­
stka  n i e jest zmuszona  d o  z b y t  p o d e j r z l i w e g o 
sprawdzania każdego rachunku i twierdzenia innych, 
na polach, które są dla niej obce: do tego jednak 
potrzebny jest warunek, żeby każdy na swojem włas­

nem polu miał współzawodników  n a d z w y c z a j 
p o d e j r z l i w y c h i pilnie patrzących na jego palce. 
Z tego sąsiedztwa »nie zanadto wielkiej podejrzli­

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 

background image

130 

w o ś c i « i »nadzwyczajnej  p o d e j r z l i w o ś c i « wyrasta 
sprawiedliwość w rzeczypospolitej uczonych. 

216. 

P r z y c z y n a  b e z p ł o d n o ś c i . — Istnieją 

umysły nadzwyczaj utalentowane, które tylko dlatego 
są bezpłodne, że wskutek słabości temperamentu są 

zbyt niecierpliwe, żeby czekać na brzemienność. 

217. 

Ś w i a t  ł e z  n a w s p a k . — Rozliczne przy­

krości, jakich człowiek doznaje wskutek wymagań 
kultury wyższej, w końcu powodują tak wielki prze­
wrót w jego naturze, iż zazwyczaj zachowuje się 

nieugięcie i stoicko, i znajduje łzy tylko w rzadkich 
wypadkach szczęścia, ba, że niejeden zaznając tej 
zaledwie rozkoszy, jaką daje stan bezbolesny, już pła­
kać musi: — tylko w szczęściu jeszcze serce jego bije. 

218. 

G r e c y  t ł u m a c z a m i . — Kiedy mówimy 

0 Grekach, mimowolnie mówimy jednocześnie o dziś 
i o wczoraj: ich powszechnie znana historya jest 
czystem zwierciadłem, które zawsze odbija coś, czego 

131 

219. 

O  n a b y t y m  c h a r a k t e r z e  G r e k ó w . — 

Słynna jasność, przejrzystość, prostota, porządek 
grecki, krystaliczna naturalność, a zarazem krysta­

liczny artyzm dzieł greckich każą nam wierzyć, iż 

wszystko to Grecy otrzymali w darze: że, naprzy­
kład, nie mogli pisać inaczej, tylko dobrze, jak wy­
raził się pewnego razu Lichtenberg. Żadne jednak 

twierdzenie nie jest bardziej przedwczesne i mniej 
dające się obronić. Historya prozy od Gorgiasa do 
Demostenesa świadczy o pracy i walce, żeby z ciem­
ności, przeładowania, braku gustu wydobyć się na 
światło. Przypomina trudy bohaterów, trzebiących 
pierwsze drogi przez lasy i bagna. Dyalog tragiczny 
jest prawdziwem  d z i e ł e m dramaturgów dzięki swej 
niezwykłej jasności i określoności, kiedy tymczasem 
usposobienie narodu skłaniało się ku symbolizmowi 
i aluzyi, do czego wychowała go jeszcze wielka 
liryka chóralna: podobnie jak dziełem Homera było 
to, że Grecy uwolnili się od pompy azyatyckiej 
i ciężkości, i zdobyli jasność architektoniczną w ca­
łości i w szczegółach. Nie uważano też wcale za 
rzecz łatwą wypowiedzenie czegoś prawdziwie czysto 

9 * 

w samem zwierciadle niema. Korzystamy ze swobody 
mówienia o nich, żebyśmy mogli milczeć o innych — 
żeby oni sami mogli rozmyślającemu czytelnikowi 
coś szepnąć do ucha. W ten sposób Grecy ułatwiają 
człowiekowi nowoczesnemu komunikowanie niejednej 
rzeczy trudnej i niebezpiecznej do zakomunikowania. 

background image

132 

i jasno; skąd zresztą pochodzi wielki podziw dla epi­
gramatu Simonidesa, występującego w postaci tak 
prostej, bez złoconych szczytów, bez arabesków do­
wcipu — lecz wypowiadającego to, co ma do powie­
dzenia, wyraźnie, ze spokojem słońca, nie zaś z efek­

ciarstwem błyskawicy. Ponieważ własnością grec­
kiego przyrodzenia jest właśnie dążenie z zmierzchu 
niejako wrodzonego do światła, przejmuje naród 

dreszcz radości na głos sentencyi lakonicznej, mowy 
gnomicznej elegii, przypowieści siedmiu mędrców. 
Dlatego to tak rażące nas obecnie podawanie prze­
pisów w wierszach było bardzo lubianem, jako właś­
ciwe zadanie apollińskie dla umysłu greckiego, do 
osiągnięcia zwycięstwa nad niebezpieczeństwami me­
tru, ciemnością, i wszystkiem, co zresztą poezyi jest 

właściwością. Prostota, giętkość, jasność  z d o b y t e 
zostały wysiłkiem przez geniusz narodu, nie zaś mu 

nadane — niebezpieczeństwo powrotu do azyatyzmu 

wiecznie unosiło się nad Grekami, i rzeczywiście co 
pewien czas zstępowało na nich w postaci ciemnej, 
zalewającej fali popędów mistycznych, pierwotnej 
dzikości i ciemnoty. Widzimy, jak się pogrążają, wi­

dzimy, jak Europa zostaje niby zmyta i uniesiona 
przez fale — albowiem Europa wtedy była bardzo 
mała —, lecz powracają ustawicznie na światło, ci do­
brzy pływacy i nurkowie, jakimi jest naród Odysseusza. 

220. 

W ł a ś c i w y  p o g a n i z m . — Niema, być może, 

nic bardziej dziwnego dla obserwującego świat grecki, 

133 

nad odkrycie, iż Grecy od czasu do czasu święto­
wali niby uroczystości na cześć swych namiętności 
i złych popędów przyrodzonych i nawet w drodze 
urzędowej ustanowili pewien rodzaj przepisów o świę­
towaniu swego przyrodzenia arcyludzkiego: na tem 

polega właściwy poganizm ich świata, coś, co z punktu 
widzenia chrześcijanizmu nigdy nie było pojęte, nie 
jest do pojęcia, zawsze najsurowiej było zwalczane 
i okrywane pogardą. —  O w ą stronę arcyludzką przy­
rodzenia pojmowali jako nie dającą się uniknąć i wo­

leli przeto, zamiast ją obrzucać wymysłami, nadać 
jej przez zaciągnięcie w zwyczaje społeczne i do kultu 
rodzaj prawa drugiego rzędu: co więcej, uznawali za 
boskie i wypisywali na ścianach swych niebios to, 
co w człowieku stanowi  s i ł ę . Zgoła nie zaprzeczali 

istnienia popędu przyrodzonego, który wyraża się 
w złych własnościach, lecz włączali i ograniczali 

go do określonych kultów i dni, wynalazłszy dosyć 

przepisów, żeby owym dzikim wodom zapewnić od­
pływ jak najmniej szkodliwy. Oto źródło liberalizmu 
moralnego starożytności. Użyczano umiarkowanego 
wyładowania złym, podejrzanym, zwierzęcym pozo­
stałościom, zarówno jak barbarzyńcy, przedgrekowi 
i azyacie, który żył jeszcze w głębi istoty greckiej, 
i nie dążono do zupełnego ich zniweczenia. Cały sy­

stem takich przepisów obejmował państwo, które 
było zbudowane nie ze względu na oddzielne jednostki 
lub kasty, lecz ze względu na zwykle własności ludz­

kie. W budowie państwa wykazali Grecy owo zadzi­
wiające pojmowanie rzeczy typowo-rzeczywistych, 
które później usposobiło ich do tego, że stali się ba­

daczami przyrody, historykami, geografami i filozo­

fami. Przy konstytuowaniu się państwa i kultu pań-

background image

134 

stwowego nie rozstrzygało ograniczone kapłańskie lub 

kastowe prawo moralne: lecz najwszechstronniejszy 

wzgląd  n a  r z e c z y w i s t o ś ć  w s z y s t k i e g o ,  c o 

l u d z k i e . — Po kim posiadali Grecy tę wolność, ten 
zmysł rzeczywistości? Być może, po Homerze i po 
poetach wcześniejszych od Homera, albowiem poeci 
właśnie, których przyrodzenie nie bywa zwykle naj­
bardziej prawe i najmądrzejsze, posiadają natomiast 
ową przyjemność z rzeczywistości, z działania  w s z e l ­
k i e g o rodzaju i nie chcą nawet złego całkowicie 
zaprzeczać: wystarcza im, jeśli się ono miarkuje, nie 

tępi i nie zatruwa wewnętrznie wszystkiego — to 
znaczy, że zapatrują się podobnie, jak twórcy pań­

stwa w Grecyi, i są ich nauczycielami i poprzedni­

kami. 

221

W y j ą t k i  m i ę d z y  G r e k a m i . — Umysły 

głębokie, gruntowne, poważne były w Grecyi wyjąt­
kami: instynkt narodu skłonny był raczej powagę 

i gruntowność odczuwać jako rodzaj wykrzywienia. 

Z obczyzny zapożyczać formy, nie tworzyć, lecz 

przekształcać w pozory najpiękniejsze — oto co jest 
rzeczą grecką: naśladować, nie dla użytku, lecz dla 

złudzenia artystycznego, wciąż opanowywać narzu­
coną powagę, porządkować, upiększać, wyrówny­

w a ć — tak się dzieje, poczynając od Homera do so­
fistów trzeciego i czwartego stulecia nowej ery, któ­

rzy są powierzchnią tylko, głośnem słowem, natchnio­
nym grymasem i zwracają się tylko do dusz pustych, 

żądnych pozoru, dźwięku i wrażenia. — A teraz ze­

chcijcie ocenić wielkość owych wyjątków między 

Grekami, którzy stworzyli  n a u k ę ! Kto o nich opo­
wiada, opowiada najheroiczniejszą historyę ducha 
ludzkiego! 

222

P r o s t o t a  n i e  u k a z u j e  s i ę  a n i  n a  p o ­

c z ą t k u ,  a n i  n a  k o ń c u . — W historyę wyobrażeń 
religijnych wpleciono wiele błędnych pojęć o rozwoju 
i stopniowości, z powodu rzeczy, które nie wyrosły 
ani jedne z drugich, ani jedne po drugich, lecz obok 

siebie i oddzielnie; szczególniej prostota  u ż y w a sławy, 
zanadto wielkiej, jakoby miała być najstarszą i naj­
pierwotniejszą. Nie mało rzeczy ludzkich powstaje 
przez odejmowanie i dzielenie, a zgoła nie przez 
zdwajanie, dodatki, składanie. — Panuje naprzykład 
wciąż jeszcze przekonanie,  i ż  w y o b r a ż e n i e  b o ­
g ó w rozwinęło się stopiowo z owych nieforemnych 
kloców i kamieni do stopnia najwyższego, zupełnej 
postaci ludzkiej: a przecież rzecz ma się właśnie tak, 
że  d o p ó k i umieszczano i odczuwano bóstwo w drze­
wach, klocach, kamieniach, zwierzętach, lękano się 

nadawania mu postaci ludzkiej jako bezbożności. Do­
piero poeci, niezależnie od kultu i  s r o m u religijnego 
musieli przyzwyczaić i uczynić dostępną do tego we­
wnętrzną fantazyę ludzi: skoro jednak zaczynały 

znowu przeważać nastroje i chwile pobożniejsze, ustę­
pował wyzwalający wpływ poetów, świętość jak 

przedtem zachowywała swe cechy potworne, niepo­

135 

background image

136 

kojące, prawdziwie nieludzkie. Lecz nawet wiele 

z tego, co fantazya wewnętrzna wyobrażać sobie 
waży, przetłumaczone na obraz zewnętrzny i doty­
kalny, wywoływałoby przecież jeszcze wrażenie udrę­

czające: oko wewnętrzne jest o wiele śmielsze i mniej 
wstydliwe, niż oko zewnętrzne (skąd  w y p ł y w a znana 
trudność, a częścią niemożliwość zmiany materyi 
epicznej na dramatyczną). Wyobraźnia religijna przez 
czas długi  o p i e r a  s i ę stanowczo wierzeniu w iden­

tyczność boga i obrazu: obraz ma tylko ukazywać 
numen bóstwa, czynny tutaj w pewien tajemniczy, 
nie dający się zupełnie zrozumieć sposób, i związany 
z tem miejscem. Najstarszy obraz bóstwa  p r z e c h o ­
w u j e i  z a r a z e m  u k r y w a boga — nasuwa o nim 

myśl, lecz nie pozwala go oglądać. Żaden Grek nigdy 
nie  p a t r z y ł okiem wewnętrznem na swego Apol­
lina jako na kolumnę drewnianą, ani na Erosa jako 
na kloc kamienny; były to symbole, mające właśnie 

odstraszać od przedstawiania poglądowego. Tak samo 
rzecz się ma z owymi bałwanami drewnianymi, któ­
rym skąpymi środkami rzeźbiarskimi dodawano od­
dzielne członki nieraz w liczbie nadmiernej: jak naprzy­
kład Apollinowi lakońskiemu, który posiadał czworo 
rąk i uszu. W niezupełności, w zaznaczaniu lub w nad­
miernej zupełności leży straszliwa świętość, która 
powinna  p r z e s z k o d z i ć myśleniu o ludzkiem i do 
ludzkiego podobnem. Nie jest to embryonowy stopień 
sztuki, na którym przedstawia się coś podobnego: jak 

gdyby w czasie, kiedy czczono podobne obrazy, 
nie  u m i a n o przemawiać wyraźniej, przedstawiać 
realniej. Przeciwnie, przedewszystkiem obawiają się 

jednego: wypowiadania wprost. Tak jak cella prze­
chowuje święte świętych, właściwe numen bóstwa 

137 

i ukrywa w tajemniczym półcieniu,  l e c z  n i e z u ­
p e ł n i e ; jak świątynia perypteryczna przechowuje 

znowu  c e l l ę i niby tarcza i zasłona chroni przed 
okiem niedyskretnem,  l e c z  n i e  z u p e ł n i e : tak też 
obraz jest zarazem bóstwem i ukryciem dla bóstwa. — 
Dopiero, kiedy poza kultem, w środowisku świeckiem 

zapaśników, radowanie się zwycięzcą w walce wez­

brały tak wysoko, iż wywołane niem fale przerzuciły 
się na morze uczuć religijnych, dopiero kiedy posąg 
zwycięzcy stanął na podwórcu świątyni i pobożny 
pielgrzym wolą lub niewolą oko swoje jak duszę 
musiał przyzwyczaić do tego, nie dającego się unik­

nąć widoku piękności  l u d z k i e j i siły nadmiernej, 
tak iż wskutek sąsiadowania w przestrzeni i w du­

szy uwielbienie bóstwa i człowieka zlewały się 
w jedno: wtedy dopiero znika także lęk przed właś­

ciwem uczłowieczeniem obrazu boskiego i otwarta 

zostaje wielka przestrzeń działalności dla plastyki 

w wielkim stylu: i teraz jednak z tem ograniczeniem, 
iż wszędzie, gdzie należy się  m o d l i ć , zachowuje 

się i ostrożnie naśladuje prastarą formę i brzydotę. 
Lecz  u ś w i ę c a j ą c y i  d a r z ą c y Grek odtąd może 

się oddać z całą błogością tej radości, że bóg staje 
się człowiekiem. 

223. 

D o k ą d  j e c h a ć  n a l e ż y . — Bezpośrednia  s a ­

moobserwacya bynajmniej nie wystarcza do poznania 

siebie: potrzebujemy historyi, albowiem przeszłość 

bije w nas tysiącami fal; ba, sami nie jesteśmy ni­

background image

138 

czem, jeno tem, co w każdej chwili z tego prądu 

odczuwamy. Tutaj nawet, jeśli chcemy zstąpić w rzekę 
naszej pozornie najwłaśniejszej i najosobistszej istoty, 
stosuje się także zdanie Heraklita: nie wstępuje się 
dwa razy w tę samą rzekę. — Jest to prawda, która 

stopniowo wprawdzie zczerstwiała, lecz mimo to pozo­

stała mocną i pożywną, jak nią była kiedykolwiek: tak 
samo jak ta, żeby zrozumieć historyę, należy odszukać 

żyjące pozostałości epok historycznych — że należy 
p o d r ó ż o w a ć , jak podróżował stary Herodot, do na­
rodów — te bowiem są przecież tylko utrwalonymi star­
szymi  s t o p n i a m i  c y w i l i z a c y i ,  n a których można 

s t a n ą ć —, szczególniej do plemion dzikich i półdzi­
kich, tam, gdzie człowiek zdjął odzież europejską, lub 
jeszcze jej nie włożył. Istnieje przecież jeszcze  s u b ­
t e l n i e j s z a sztuka i cel podróży, nie zawsze wy­

magająca przenoszenia się z miejsca na miejsce 
i przebiegania tysięcy mil. Rzecz bardzo prawdopo­
dobna, iż ostatnie trzy wieki ze wszystkimi swymi 

odcieniami i załamaniami żyją jeszcze wciąż w na­
s z e m  s ą s i e d z t w i e : trzeba  j e tylko chcieć  o d ­

k r y ć . W wielu rodzinach, nawet w ludziach oddziel­
nych pięknie i przejrzyście widoczne są warstwy, na­

stępujące po sobie: gdzieindziej znowu znajdują się 
rysy i złomy w skalach. Z pewnością, w okolicach 
oddalonych, w mniej uczęszczanych dolinach gór­
skich, w gminach ściśle odgraniczonych, łatwiej 

mogły zostać przechowane szacowne próby o bardzo 
wiele starszego sposobu odczuwania i tutaj należy je 
odszukać. Tymczasem w Berlinie naprzykład, gdzie 
człowiek przychodzi na świat wyługowany i  w y g o ­

towany, odkrycia takie są nieprawdopodobne. Kto, po 
długiem ćwiczeniu w tej sztuce podróżowania stał się 

139 

Argosem o stu oczach, ten swemu Io — mam na 
myśli swemu ego — w końcu będzie wszędy towa­

rzyszył i czy to w Egipcie lub w Grecyi, czy w Bi­
zancyum lub w Rzymie, czy we Francyi lub Niem­
czech, czy w epoce plemion koczujących lub osiad­
ł y c h , czy w epoce Odrodzenia lub Reformacyi, 

w ojczyźnie lub na obczyźnie, na morzu, w lesie, 
w roślinach i górach będzie wciąż odkrywał przy­
gody podróży tego stającego się i zmiennego ego. — 
Tak poznanie samego siebie staje się wszechpoznaniem 

ze względu na całą przeszłość: jak, według innego, 
tutaj dającego się tylko napomknąć, łańcucha roz­

ważań, postanowienie o sobie i wychowanie samego 
siebie u duchów najwolniejszych i najdalej sięgają­
cych wzrokiem mogłoby się stać kiedyś postanowie­

niem powszechnem w stosunku do całej przyszłości 
ludzkości. 

224. 

B a l s a m i  t r u c i z n a . — Nie można dostatecz­

nie głęboko rozważyć tego: chrześcijanizm jest reli­

gią starożytności na schyłku, pierwszym jego wa­

runkiem jest istnienie zwyrodniałych starych narodów 
cywilizowanych; na nie może działać i działa jak 
balsam. W epokach, kiedy uszy i oczy są »pełne 

szlamu«, tak iż przestały słyszeć głos rozumu i filo­
zofii, iż nie mogą dojrzeć mądrości żywej, krążącej 
pośród nich, czy to pod imieniem Epikteta, czy Epi­
kura: wtedy, być może, wzniesiony krzyż męczeński 
i »trąby sądu ostatecznego« mogą jeszcze nakłonić 

background image

140 

takie ludy do  p r z y z w o i t e g o wydania ostatniego 
tchnienia. Proszę wywołać w myśli Rzym Juvenala, 

tę ropuchę trującą z oczami Venus : — zrozumie się 
wtedy, co znaczy postawić krzyż »przed światem«, 
wtedy będzie się szanować cichą gminę chrześcijań­

ską i poczuje się wdzięczność dla niej, iż pokryła zie­
mie państwa grecko-rzymskiego. Jeśli w owe czasy 
większość ludzi przychodziła na świat z duszą nie­
wolniczą, ze zmysłowością starczą: co za dobrodziej­

stwo spotkać się z owemi istotami, które były bar­

dziej duszami niż ciałami i zdawały się urzeczywist­
niać wyobrażenie greckie o cieniach z Hadesu: po­
staci lękliwe, pierzchające, ćwierkające i dobrotliwe, 
wyczekujące na » życie lepsze « i przeto tak mało 
wymagające, tak wzgardliwie milczące i tak dumnie 

cierpliwe! — Taki chrześcijanizm jako dzwon wie­
czorny starych  d o b r y c h czasów, o glosie rozbitym, 
zmęczonym a przecież harmonijnym jest balsamem 

dla ucha nawet tego, kto dziś z punktu widzenia hi­
storycznego przebiega te wieki: czemże musiał on 

być dla ludzi tej epoki! — Natomiast dla młodych, 
świeżych ludów barbarzyńskich chrześcijanizm był 
t r u c i z n ą ; zaszczepić, naprzykład, naukę o grzechu 
i potępieniu w bohaterską, dziecięcą i zwierzęcą duszę 
Niemców starożytnych, nie znaczyło nic innego, jak ją 
zatruć; skutkiem tego musiała być niesłychana fer­

mentacya chemiczna i rozkład, rozterka uczuć i są­
dów, rozrost i wybujałość rzeczy najniebezpieczniej­

szych, a więc w ciągu dalszym osłabienie do gruntu 
tych ludów barbarzyńskich. — Wprawdzie: cobyśmy 
ujrzeli my, gdyby nie to osłabienie, z cywilizacyi 

greckiej! z całej przeszłości cywilizacyjnej rodu ludz­
kiego ! - barbarzyńcy bowiem, niedotknięci 

141 

chrześcijanizmem umieli znakomicie załatwiać się ze 
staremi cywilizacyami: czego naprzykład z przera­

żającą dobitnością dowiedli pogańscy zwycięzcy Bry­

tanii zromanizowanej. Chrześcijanizm wbrew woli mu­

siał się przyczynić do tego, żeby »świat« antyczny 

uczynić nieśmiertelnym. — Tutaj znowu  w y p ł y w a 
kwestya i rachunek przeciwny: czy też może, gdyby 

nie to osłabienie, wywołane wspomnianą trucizną, 

jedno lub drugie z  o w y c h świeżych plemion, choćby 

niemieckie, nie było w stanie samo z siebie wynaleźć 
cywilizacyi wyższej, własnej, nowej ? — o której 

nawet najlżejsze pojęcie przepadło tem samem dla 

ludzkości? — Tutaj, jak wszędzie: niewiadomo, mó­
wiąc po chrześcijańsku, czy Bóg dyabłu czy dyabeł 

Bogu powinien być wdzięczniejszy, iż wszystko stało 
się tak, jak się stało. 

225. 

W i a r a  z b a w i a i  p o t ę p i a . — Chrześcijanin, 

któryby wpadł na zakazany sposób rozumowania, 
z pewnością mógłby kiedyś zadać sobie pytanie: 

c z y ż właściwie jest rzeczą  k o n i e c z n ą , żeby obok 
namiestnika bożego, Baranka, niosącego grzechy 

świata, istniał Bóg, jeśli już  w i a r a w  i s t n i e n i e 

tej istoty wystarcza, żeby wywołać te same skutki? 

Czyż nie są to istoty  z b y t e c z n e , gdyby nawet 
istnieć miały? Albowiem wszelkie rzeczy dobroczynne, 

pocieszające, umoralniające, zarówno jak zasmuca­
jące i przytłaczające, któremi religia chrześcijańska 

obdarza duszę, pochodzą od owej wiary, nie zaś od 

background image

142 

przedmiotów tej wiary. Rzecz się ma nie inaczej, jak 
w owym znanym wypadku: wprawdzie czarownice 

nie istniały, lecz straszliwe skutki wiary w czarow­
nice były te same, jak gdyby czarownice istniały 
rzeczywiście. We wszystkich tych okolicznościach, 

kiedy chrześcijanin oczekuje bezpośredniej interwen­

cyi boskiej, lecz oczekuje napróżno — albowiem 
Boga niema, religia jego okazuje się dosyć wynalaz­

czą w wybiegi i racye uspokajające: w tym wzglę­
dzie, z pewnością, jest to religia dowcipna. — Wpraw­

dzie dotychczas wiara nie zdołała jeszcze przenieść 
gór rzeczywistych, choć nie wiem kto tak twierdził; 

ale zdolna jest spiętrzać góry tam, gdzie ich niema. 

226. 

T r a g i k o m e d y a  r a t y s b o ń s k a . —  T u 

i ówdzie z przerażającą wyrazistością oglądać można 
farsę losu, która w ciągu paru dni, na jednem miejs­

cu, ze stanem i usposobieniem jednej głowy zwią­
zuje linę, na której chce zmusić do tańca wieki na­

stępne.  T a k wyroki nowszej historyi niemieckiej roz­

strzygały się w dnie owej dysputy ratysbońskiej: 
pokojowe załatwienie spraw kościelnych i moralnych, 

bez wojen religijnych, bez kontrreformacyi, jak rów­
nież zjednoczenie narodu niemieckiego zdawały się 

zapewnione. Przez chwilę głęboki, pogodny umysł 
Contariniego unosił się zwycięsko nad sporem teolo­

gicznym, jako przykład dojrzalszej pobożności włos­
kiej, na której skrzydłach odbijała się jutrzenka wol­

ności myśli. Lecz twarda głowa Lutra, pełna podej­

143 

rzeń i niesamowitych lęków stanęła oporem: ponie­

waż odpuszczenie grzechów przez laskę zdawało mu 
się  j e g o największym wynalazkiem i artykułem 

wiary, nie wierzył temu zdaniu w ustach Włochów: 

podczas kiedy oni, jak wiadomo, już o wiele wcześ­
niej je odkryli i w głębokiej ciszy rozpowszechnili 

w całych Włoszech. W tej pozornej jednomyślności 
upatrywał Luter podstępy dyabelskie i jak mógł, 

przeszkadzał dziełu pokoju: przez co o wiele na­
przód posunął zamiary wroga państwa. — A teraz, 

żeby spotęgować wrażenie tej straszliwej farsy, przy­
pomnijmy sobie, że żadne z tych zdań, o które się 
spierano  w ó w c z a s w Ratysbonie, ani o grzechu pier­
worodnym, ani o odkupieniu przez wstawiennictwo, 
ani o odpuszczeniu grzechów w wierze w żaden spo­

sób nie było prawdziwe i z prawdą nawet nie miało 
nic do czynienia, że obecnie wszystkie zostały uznane 
za nie nadające się do dyskusyi. A przecież o nie 
świat został wydany na płomienie, a więc dla poglą­
dów, którym nie odpowiadają żadne rzeczy i real­

ności; podczas kiedy w kwestyach czysto filologicz­
nych, naprzykład wyjaśnienia słów, ustanawiających 

wieczerzę, przynajmniej dozwolony jest spór, gdyż 
w tym wypadku prawda może być wypowiedziana. 
Ale tam, gdzie niema nic, i prawda traci prawa 

swoje. — W końcu pozostaje tylko stwierdzić, że 

wówczas wytrysły tak potężne  ź r ó d ł a  s i ł , iż gdyby 
nie one, wszystkie młyny świata nowoczesnego obra­
całyby się z mniejszą siłą. A o siłę chodzi nasam­

orzód, i dopiero potem o prawdę, lub i wówczas 
daleko jeszcze do niej — nie prawdaż, moi drodzy 
współcześni ? 

background image

144 

227. 

B ł ę d y  G o e t h e g o . — Goethe jest z tego 

względu największym wyjątkiem między wielkimi 
artystami, iż nie żył w  o g r a n i c z o n y m  k r ę g u 
s w y c h  z d o l n o ś c i  r z e c z y w i s t y c h , jak gdyby 
one dla niego samego i dla wszystkich miały być 

cechą istotną i wyróżniającą, bezwarunkową i osta­
teczną. Dwukrotnie sądził, że posiada coś wyższego, 

niż posiadał rzeczywiście — i mylił się w  d r u g i e j 
połowie swego życia, kiedy ukazuje się nam, jako 

do gruntu przekonany, iż jest największym odkrywcą 

i światłem  n a u k o w y m . I tak samo już w  p i e r w ­

s z e j polowie życia:  w y m a g a ł  o d siebie czegoś 
wyższego, niż to, czem mu się zdawała sztuka poe­

tycka — i w tem już się mylił. Natura chciała, rze­
komo, uczynić z niego artystę  p l a s t y c z n e g o — 

taka była jego wewnętrzna pałająca i piekąca ta­
jemnica, która zapędziła go w końcu do Włoch, żeby 

tam całkowicie mógł się oddać temu złudzeniu i złożyć 

mu wszystko w ofierze. W końcu spostrzegł ten roz­
ważny i wszelkim urojeniom w sobie niechętny, iż 

oszukańczy kobold żądzy uwodził go do wiary w to 
powołanie, że musi zerwać,  p o ż e g n a ć  s i ę z naj­
większą namiętnością swego chcenia. Boleśnie wrzy­
nające się i nurtujące przekonanie, że konieczna  p o ­
ż e g n a ć  s i ę , w zupełności wypowiedziało się w na­
stroju Tassa: ponad nim, tym »spotęgowanym Wer­

terem«, unosi się przedsmak czegoś gorszego, niż 
śmierć, jak gdyby ktoś mówił do siebie: »teraz już 
wszystko skończone — po tem pożegnaniu; jakże 
żyć dalej i nie oszaleć!« — Te dwa błędy zasadnicze 

145 

życia nadają Goethemu wobec czysto literackiego 

stosunku do poezyi, jaki jedynie był znany światu 
owoczesnemu, postawę tak swobodną i niemal samo­

wolną. Wyjąwszy czas, kiedy Szyller — biedny Szyl­
ler, nie posiadający czasu i nie pozostawiający czasu, 

w y r w a ł go z powściągliwego stronienia od poezyi 

i z obawy przed zmysłem i rzemiosłem literackim, 

Goethe zdaje się Grekiem, który odwiedza kiedy nie­
kiedy kochankę, niepewny, czy nie jest boginią, któ­

rej nie umie nazwać właściwem imieniem. Na wszyst­
kich jego poezyach odczuwa się tchnienie plastyki 

i natury: rysy, unoszących się przed nim postaci — 
stały się mimowolnie i mimowiednie rysami wszyst­

kich dzieci jego sztuki i, być może, sądził, że zawsze 
znajduje się tylko na śladach przemian jednej bo­

gini. Gdyby nie  m a n o w c e  b ł ę d n e , Goethe nie 

byłby Goethem: to znaczy jedynym niemieckim arty­

stą słowa, dotychczas nie przestarzałym — ponieważ 
zarówno nie chciał być literatem, jak Niemcem z za­
wodu. 

228. 

P o d r ó ż n i i  i c h  s t o p n i e . — Między podróż­

nymi rozróżnia się pięć stopni: podróżni pierwszego, 
najniższego stopnia, są ci, którzy podróżują i których 

przytem się widzi — ci właściwie są  p r z e n o ­

s z e n i i niejako ślepi; następni rzeczywiście patrzą 
sami na świat; trzeci stopień przeżywa coś wskutek 
tego, że widzi; czwarty żyje rzeczą przeżytą i unosi 

ją z sobą; wreszcie istnieje pewna ilość ludzi, obda­

O Z I E U  N I E T Z S C H E G O . T  X I .  1 0 

background image

146 

rzonych siłą najwyższą, którzy wszystko, co widzieli, 
przeżywszy i wcieliwszy w siebie, w końcu także ko­
niecznie muszą wydać na świat, skoro do domu po­
wrócą. — Równolegle z tymi pięciu rodzajami po­
dróżnych odbywają całą drogę życia wszyscy ludzie 
wogóle, najniżsi jako bezwzględnie bierni, najwyżsi 
jako ludzie czynni i przeżywający wszystkie bez 
wyjątku przygody wewnętrzne. 

229. 

P o d n o s z ą c  s i ę  w y ż e j . — Skoro podnosimy 

się wyżej niż ci, którzy nas dotychczas podziwiali, 
zdaje się właśnie onym, żeśmy upadli i stoczyli się 
niżej: albowiem wyobrażali sobie (że bodajby tylko 
przez nas) byli dotychczas z nami na  t e j  s a m e j 
w y s o k o ś c i . 

230. 

M i a r a i  ś r o d e k . — O dwuch zgoła wielkich 

rzeczach, o mierze i środku, najlepiej nie mówić 
wcale. Nieliczni tylko znają ich moc i umieją poznać 

ich obecność z tajemniczych ścieżek przeżyć i prze­
mian wewnętrznych: ci czczą w nich coś boskiego 
i unikają głośnych słów. Reszta ledwie słuchać raczy, 
kiedy się o nich mówi, i sądzi, że chodzi tu o nudę 
i mierność: być może, wyjąwszy jeszcze tych, do 
których kiedyś doszedł z owego państwa głos upo­

147 

minający, lecz oni uszy sobie nań zatkali. Wspom­
nienie o tym głosie gniewa ich i wzburza. 

231. 

L u d z k o ś ć w  p r z y j a ź n i i w  m i s t r z o ­

s t w i e . — »Jeśli pójdziesz na wschód: ja pójdę na 
z a c h ó d « — czuć w ten sposób jest cechą wysokiej 
ludzkości w stosunkach bliższych: bez tego uczucia 
każda przyjaźń, stosunek do mistrza i nauczyciela 
staje się prędzej czy później obłudnym. 

232. 

G ł ę b o c  y . — Ludzie głębocy wydają się w obco­

waniu z innymi komedyantami, ponieważ muszą uda­
wać powierzchowność, żeby ich zrozumiano. 

233. 

T y m ,  c o  g a r d z ą  « s t a d e m  l u d z k i e m « . 

— Kto na ludzi patrzy jak na stado i ucieka przed 

niem jak może najprędzej, tego ono z pewnością do­
goni i weźmie na rogi. 

1 0 * 

background image

148 

234. 

235. 

R o z c z a r o w a n i e . — Kiedy długi żywot i dzia­

łalność, mowy i pisma publicznie zaświadczyły o ja­
kiej osobie, osobiste z nią obcowanie zwykle powo­
duje rozczarowanie, a to z dwuch przyczyn: po 
pierwsze, ponieważ za dużo oczekuje się od krótkiego 
przeciągu czasu obcowania — mianowicie tego wszyst­
kiego, co dopiero tysiączne okoliczności życiowe po­
zwalają ujrzeć —, i następnie, ponieważ żaden czło­

wiek uznany nie zadaje sobie trudu, żeby i w od­
dzielnym wypadku zdobywać uznanie. On bywa zbyt 
niedbały — a my zbyt naprężeni. 

236. 

D w a  ź r ó d ł a  d o b r o c i . — Obchodzić się  z e 

wszystkimi ludźmi z jednakową życzliwością i być 

149 

dobrym bez różnicy osób może być równie wypły­
wem głębokiej pogardy dla ludzi, jak gruntownej dla 
nich miłości. 

237. 

W ę d r o w i e c w  g ó r a c h  d o  s i e b i e  s a ­

m e g o . — Świadczą znaki nieomylne, że zaszedłeś 
dalej i  w y ż e j : wolniejszy i dalszy widok rozciąga się 

wokół ciebie teraz, niż przedtem, owiewa cię powietrze 
chłodniejsze, lecz także łagodniejsze — oduczyłeś się 
bowiem głupstwa, które łagodność i ciepło bierze za 
jedno —, chód twój stał się  ż w a w s z y i pewniejszy, 
odwaga z rozwagą zrosły się w jedno: - z tych 

wszystkich powodów droga twoja musi się stać teraz 
samotniejszą, w każdym razie niebezpieczniejszą, niż 

twa droga dotychczasowa, choć z pewnością nie 
w tej mierze, jak sądzą ci, którzy ze spowitej w opary 
doliny spoglądają na wędrowca, kroczącego po 

górach. 

238. 

Z  w y j ą t k i e m  b l i ź n i e g o . — Widoczna tylko 

moja głowa nie siedzi prosto na moim własnym 
karku, gdyż każdy inny wie, oczywista, lepiej, co 
mam robić, czego zaniechać: tylko sam biedaczy­

sko sobie nie umiem poradzić.  C z y ż nie jesteśmy 

wszyscy niby posągi, którym przyprawiono głowy 

G ł ó w n e  p r z e w i n i e n i e  w z g l ę d e m  p r ó ż ­

n y c h . —  T e n , kto w towarzystwie nastręcza in­
nemu okazyę do korzystnego przedstawienia swej 
wiedzy lub doświadczenia, stawia się wyżej od tam­
tego, i jeżeli nie jest bez zastrzeżeń uznawany za 
wyższego, popełnia zamach na jego próżność — pod­
czas kiedy właśnie mniemał, że daje jej zadość­

uczynienie. 

background image

150 

fałszywe? — nie prawdaż, mój drogi sąsiedzie? — 
lecz nie, ty właśnie jesteś wyjątkiem. 

239. 

O s t r o ż n o ś ć . — Z ludźmi, którym brak sza­

cunku dla cudzych spraw osobistych, nie należy 
utrzymywać stosunków, lub uprzednio bez wszelkiej 
litości nałożyć im kajdany konwenansu. 

240. 

C h c i e ć  u c h o d z i ć  z a  p r ó ż n e g o . — W roz­

mowie z nieznajomymi lub mało znajomymi wypo­
wiadać tylko myśli wytworne, mówić o swoich sław­
nych znajomościach, znaczących wypadkach życio­
wych i podróżach jest oznaką braku dumy, przynaj­
mniej zaś, że takim chce się okazać. Próżność  b y w a 
grzeczną maską dumnego. 

241. 

P r z y j a ź ń  d o s k o n a ł a . — Przyjaźń dosko­

nała powstaje, kiedy się bardzo szanuje inną osobę 
i mianowicie więcej, niż siebie samego, jeśli się ją 
także kocha, jednak nie w tym stopniu, jak siebie, 
i jeśli w końcu dla ułatwienia obcowania umie się 

151 

nadać delikatny  p o l o r i puch poufałości, a jedno­
cześnie umie się roztropnie powstrzymać od prawdzi­
wej i właściwej poufałości, oraz od pomieszania ja 
i ty. 

242. 

P r z y j a c i e l e  u p i o r a m i . — Kiedy sami 

bardzo się zmieniamy, wtedy nasi przyjaciele, którzy 
się nie zmieniają, stają się upiorami naszej własnej 
przeszłości: głos ich dochodzi do nas niby głos cieni 
straszliwych — jak gdybyśmy samych siebie słyszeli, 
lecz młodszych, twardszych, mniej dojrzałych. 

243. 

J e d n o  o k o i  d w a  s p o j r z e n i a . —  T e same 

osoby, które dzięki igraszce przyrody mają spojrze­
nia, wzywające łaski i protekcyi, zwykle mają także, 
wskutek częstych upokorzeń i porywów zemsty, spoj­
rzenie bezwstydne. 

244. 

B ł ę k i t  d a l e k i . — Całe życie dzieckiem — 

brzmi to bardzo wzruszająco, jest jednak tylko są-

background image

152 

245. 

K o r z y ś ć i  s z k o d a z  p o w o d u  t e g o  s a ­

m e g o  n i e p o r o z u m i e n i a . — Milczące zakłopo­
tanie umysłu wybitnego umysły niewybitne tłumaczą 
sobie jako milczącą przewagę i obawiają go się bar­
dzo: kiedy tymczasem spostrzeżenie zaambarasowania 
wywołałoby życzliwość. 

246. 

M ę d r z e c  u d a j ą c y  s z a l e ń c a . — Względy 

ludzkości popychają nieraz mędrca, iż  o k a z u j e  s i ę 
podnieconym, rozgniewanym, uradowanym, żeby nie 
urazić swego otoczenia chłodem i rozwagą swej 
p r a w d z i w e j istoty. 

247. 

Z m u s z a ć  s i ę  d o  u w a g i . — Skoro spostrze­

gamy, że ktoś w towarzystwie lub rozmowie z nami 
musi  n a k ł a d a ć  s o b i e  p ę t a uwagi, posiadamy 
zupełnie wystarczający dowód, że nas nie lubi, lub 
przestał lubić. 

153 

248. 

249. 

P o d s t ę p  w o j e n n y  n a t r ę t a . — Natręt 

zwraca nam naszą monetę konwencyonalną w zło­
cie i tem nas chce zmusić, żebyśmy nasz konwenans 

uważali za pomyłkę, a jego za wyjątek. 

250. 

P r z y c z y n a  n i e c h ę c i . — Stajemy się wro­

gami niejednego artysty i pisarza, nie dlatego, że 

w końcu spostrzegamy, iż wywiódł nas w pole, lecz 
że nie uważał za potrzebne użyć środków subtelniej-
szych, żeby nas chwycić. 

251. 

P r z y  r o z ł ą c e . — Nie w tem jak jedna du­

sza zbliża się do drugiej, lecz jak się oddala od 

D r o g a  d o  c n o t y  c h r z e ś c i j a ń s k i e j . — 

Nauczyć się czegoś od swych wrogów jest najlep­
szą drogą do tego, żeby ich polubić: albowiem to 
usposabia nas do wdzięczności dla nich. 

dem z daleka: jeśli się przyjrzeć z blizka i doświad­
czyć, znaczy to zawsze: całe życie dziecinny. 

background image

154 

niej, rozpoznaję ich pokrewieństwo i przynależność 
do siebie. 

252. 

Silentium. — Nie należy mówić o swoich przy­

jaciołach: inaczej wygada się uczucie przyjaźni. 

253. 

N i e g r z e c z n o ś ć . — Niegrzeczność bywa czę­

sto oznaką niezręcznej skromności, która chwycona 

niespodzianką traci głowę i grubijaństwem chciałaby 
to pokryć. 

254. 

P r z e r a c h o w a n i e  s i ę w  s z c z e r o ś c i . — 

Nieraz się zdarza, że właśnie najświeżsi znajomi do­
wiadują się tego, o czem dotychczas milczeliśmy: 

przytem sądzimy niedorzecznie, iż ten dowód zaufa­
nia będzie najsilniejszym węzłem, którym przy wią­
żemy ich do siebie, — ale ci za mało o nas wiedzą, 
żeby tak bardzo cenić ofiarę naszej otwartości, zdra­

dzają nasze tajemnice przed innymi, nie myśląc 
wcale o zdradzie: co nas może przyprawić o stratę 
starych znajomych. 

155 

255. 

256. 

O s t r z e ż e n i e  d l a  p o g a r d z a n y c h . — 

Kiedy jawnie upadło się w szacunku ludzi, tedy zę­
bami należy się trzymać przyzwoitości w obcowaniu: 
inaczej zdradza się przed innymi, iż upadło się także 
w szacunku własnym. Cynizm w obcowaniu jest 
oznaką, że człowiek w samotności sam z sobą obcho­

dzi się, jak z psem. 

257. 

N i e j e d n a  n i e ś w i a d o m o ś ć  u s z l a c h e t ­

n i a . — Ze względu na szacunek szafarzy szacunku 
b y w a z korzyścią jawnie  n i e pojmować pewnych 

rzeczy. I niewiadomość darzy przywilejami. 

258. 

P r z e c i w n i k  g r a c y i . — Niecierpliwiec i py­

szalek nie znosi gracyi i odczuwa ją, jako ucieleś­

W  p r z e d p o k o j u  ł a s k i . —  W s z y s c y ludzie, 

którym zbyt długo każemy czekać w przedpokoju 
swej łaski, ulegają fermentacyi lub kwaśnieją. 

background image

156 

259. 

P r z y  s p o t k a n i u . — Kiedy starzy znajomi 

spotykają się po długiej rozłące, zdarza się często, 
iż udają całkowite zainteresowanie się dla rzeczy, na 
które zobojętnieli zupełnie: czasem spostrzegają to 
obydwaj, lecz nie mają odwagi podnieść zasłony — 

z powodu smutnej wątpliwości. Tak powstają roz­
mowy, niby w państwie umarłych. 

260. 

T y l k o  m i ę d z y  p r a c o w i t y m i  w y b i e r a ć 

p r z y j a c i ó ł . — Człowiek bezczynny jest niebez­
pieczny dla swych przyjaciół: sam nie mając dość 
zajęcia, opowiada o tern, co robią i czego nie robią 
jego przyjaciele: w końcu miesza się do spraw cudzych 
i staje się uciążliwym: skąd wypływa, że należy za­
wiązywać przyjaźń tylko między pracowitymi. 

261. 

J e d n a  b r o ń  d w u k r o t n i e  o b s t a n i e  z a 

dwie. — Nie równa to walka, kiedy jeden głową 

157 

i sercem, drugi tylko głową przemawia w swej spra­

wie: pierwszy ma niejako słońce i wiatr przeciw so­

bie i obydwie broni przeszkadzają sobie wzajemnie: 
traci nagrodę - w oczach prawdy. Natomiast zwy­
cięstwo drugiego zapomocą jego jednej broni rzadko 
b y w a po sercu wszystkich  i n n y c h widzów i czynI 

go nielubianym. 

262. 

G ł ę b i a i  m ę t y . — Ogół łatwo utożsamia 

tego, co w mętnej wodzie łowi, z tym, kto czerpie 

z głębi. 

263. 

P r z e d  p r z y j a c i e l e m i  w r o g i e m  d o w o ­

d z i ć  s w e j  p r ó ż n o ś c i . - Niejeden poniewiera 

nawet przyjaciółmi, jeśli są świadkowie, którym chce 

wyraźnie okazać swoją  p r z e w a g ę : inni przesadzają 
wartość swych wrogów, żeby z dumą pokazać, iż 
takich wrogów są warci. 

264. 

O s t u d z e n i e . — Serce rozgrzane łączy się 

zwykle z chorobą głowy i sądu. Komu więc zależy 

niony, widoczny wyrzut, czyniony sobie; albowiem 

jest ona wyrozumiałością serca, wyrażającą się w ru­

chach i postawach. 

background image

158 

na pewien czas na zdrowiu tego ostatniego, wie, co 

ma ostudzić: bez troski o przyszłość swego serca! 

Albowiem jeśli się jest wogóle zdolnym do rozgrza­

nia, to znowu stanie się człowiek gorącym i swoje 

lato mieć musi. 

265. 

P r z y c z y n e k  d o  m i e s z a n i n y  u c z u ć . — 

Kobiety i ambitni artyści odczuwają względem nauki 

coś, co składa się z zawiści i sentymentalizmu. 

266. 

K i e d y  n i e b e z p i e c z e ń s t w o  j e s t  n a j ­

w i ę k s z e . Rzadko łamie się nogę, dopóki się 

z trudem podnosimy w życiu — lecz wtedy, kiedy 
zaczynamy czynić sobie folgę i wybierać drogi łatwe 

267. 

N i e  z a w c z e ś n i e . — Baczcie, żebyście nie 

zawcześnie stali się ostrzy, albowiem wtedy i zbyt 

ciency się staniecie. 

159 

268. 

P r z y j e m n o ś ć ,  j a k ą  s p r a w i a j ą  o p o r n i . 

— Dobry  w y c h o w a w c a zna wypadki, kiedy  b y w a 
dumny, że wychowanek  w b r e w jemu pozostaje 
wiernym sobie samemu: mianowicie wtedy, kiedy 
młodzieniec nie powinien rozumieć męża, lub rozu­
miałby ze szkodą swoją. 

269. 

U s i ł o w a n i e  u c z c i w o ś c i . — Młodzieńcy, 

którzy chcą się stać uczciwszymi, niż byli, wyszu­

kują sobie, jako ofiarę, kogoś znanego z uczciwości 
i napadają na niego, usiłując przez obrzucanie go 
wymysłami wspiąć się do jego wysokości — z myślą 

ukrytą, że to pierwsze usiłowanie w żadnym razie 

nie jest niebezpieczne; albowiem ten właśnie nie może 
karać bezwstydztwa uczciwego. 

270. 

W i e c z n e  d z i e c k o . — Sądzimy,  ż e bajka 

i zabawa jest rzeczą dzieciństwa: o jakimiż krótko­
widzami jesteśmy! Jak gdybyśmy w jakimkolwiek 
wieku życia mogli żyć bez bajki i zabawy! Nazy­
wamy i odczuwamy to wprawdzie inaczej, ale właś­
nie przemawia to za tem, iż jest to to samo — gdyż 

background image

160 

i dziecko odczuwa zabawę jako swoją pracę i bajkę 
jako swoją prawdę. Krótkość życia powinna nas 
ustrzec od pedantycznego robienia działów między 
okresami życia — jak gdyby każdy przynosił z sobą 
coś nowego —, i poecie pozostawić należy przedsta­
wienie człowieka dwuchsetletniego, któryby żył bez 
bajek i zabawy. 

271. 

K a ż d a  f i l o z o f i a  j e s t  f i l o z o f i ą  p e w ­

n e g o  o k r e s u  ż y c i a . — Wiek życia, w którym 
filozof znalazł swą naukę, rozlega się w niej — i nie 
może on zapobiec temu, choćby nie wiem jak czuł 
się wyższym nad czas i chwilę. Tak filozofia Scho­
penhauera nie przestaje być odbiciem wrzącej i me­
lancholijnej  m ł o d o ś c i — nie jest to sposób myśle­
nia dla ludzi starszych; tak filozofia Platona przypo­
mina środek trzydziestki, kiedy prąd zimny i gorący 

zazwyczaj o się uderzają i wytwarzają pył i deli­
katne chmurki, a w okolicznościach i chwilach sprzy­

jających tworzą tęczę czarującą. 

272. 

U m y s ł  k o b i e t . — Siły umysłowej kobiety 

najlepiej dowodzi to, kiedy z miłości ku mężczyźnie 
i jego umysłowi składa swój własny w ofierze i że 
pomimo to w nowej dziedzinie, pierwotnie obcej jej 

161 

naturze, na którą pchnął ją sposób myślenia męż­
czyzny,  n a t y c h m i a s t wyrasta jej  d r u g i  u m y s ł . 

273. 

W z n i o s ł o ś ć i  p o n i ż e n i e w  s t o s u n k a c h 

p ł c i o w y c h . — Burza pożądania nieraz porywa 

mężczyznę na taką wysokość, gdzie wszelka żądza 
milknie: kiedy  k o c h a prawdziwie i żyje raczej ży­
ciem lepszem, niż wolą lepszą. I z drugiej strony do­
bra kobieta z prawdziwej miłości zstępuje aż do żą­

dzy i  p o n i ż a  s i ę przed samą sobą. Ten szczegól­
niej przypadek należy do najbardziej wzruszających, 
jakie pojęcie o dobrem małżeństwie może zawierać. 

274. 

K o b i e t a  s p e ł n i a ,  m ę ż c z y z n a  o b i e c u j e . 

— Na kobiecie pokazuje natura, jak daleko zaszła 
dotychczas przy pracy nad obrazem człowieka; na 
mężczyźnie pokazuje, co przytem musiała przezwy­
ciężyć, lecz także co jeszcze w człowieku pozostaje 
jej do  z r o b i e n i a . — Po wszystkie czasy kobieta 
doskonała jest wczasem stwórcy w każdy dzień 
siódmy cywilizacyi, wypoczynkiem artysty w swem 

dziele. 

D2IEŁA NIETZSCHEGO. T. IXI. 

background image

162 

275. 

276. 

Ś m i e c h  z d r a j c ą . — Jak i kiedy śmieje się 

kobieta jest oznaką jej wykształcenia: lecz w dźwięku 
śmiechu odkrywa się jej natura, u kobiet bardzo 

wykształconych, być może, nierozpuszczalna reszta 
ich natury. — Dlatego badacz dusz ludzkich powie 

jak Horacy, ale z odmiennych  p r z y c z y n : ridete 

puellae. 

277. 

Z  d u s z y  m ł o d z i e ń c a . — Młodzieńcy w sto­

sunku do tej samej osoby zmieniają się, przechodząc 

od oddania się do bezczelności: gdyż w gruncie rzeczy 
tylko siebie czczą w innych i sobą pogardzają w in­
nych, a w stosunku do siebie muszą wahać się mię­

dzy temi dwoma uczuciami, dopóki w doświadczeniu 
nie znajdą miary swej woli i mocy. 

163 

279. 

S w e m u  u c z u c i u  z a u f a ć . — Zasada nie­

wieścia, iż należy zaufać swemu uczuciu, nie znaczy 
nic innego, jak to: należy jeść to, co smakuje. Może 
to być, szczególniej dla natur umiarkowanych, do­
brem prawidłem codziennem. Inne jednak natury mu­
szą żyć według innego prawidła: »nie tylko ustami 

jeść należy, lecz także i głową, żebyś przez łakom­
stwo ust swych nie zginął«. 

280. 

O k r u t n y  p o m y s ł  m i ł o ś c i . — Każda wielka 

miłość zawiera okrutną myśl zniszczenia przedmiotu 
miłości, ażeby raz na zawsze został wyjęty z pod 
władzy gry odmiany: albowiem odmiana jest dla mi­
łości straszniejszą, niż zniszczenie. 

1 1 * 

P r z e s z c z e p i e n i e . — Jeśli się zużywa swój 

umysł ku temu, żeby zapanować nad afektami serca, 
to dzieje się to, być może, z tym skutkiem opłaka­
nym, że niepomiarkowanie przenosi się na umysł 

i popełnia nadużycia w myśleniu i w woli pozna­
wania. 

K u  p o p r a w i e  ś w i a t a . Gdyby wzbroniono 

rozmnażania się niezadowolonym, żółciowcom i po­
sępnikom, jakby czarem zmieniłby się świat w ogród 
szczęścia. — Twierdzenie to należy do filozofii prak­

tycznej, przeznaczonej dla płci żeńskiej. 

278. 

background image

164 

281. 

282. 

K o b i e t y  l i t o ś c i w e . — Gadatliwe współ­

czucie kobiece wynosi łoże chorego na plac pub­

liczny. 

283. 

P r z e d w c z e s n a  z a s ł u g a . Kto młodym 

będąc, zdobywa sobie już zasługę, odzwyczaja się 
zwykle przytem od wyróżnienia dla wieku i starszych 
i tem samem wyklucza się, ku wielkiej swej szko­
dzie, z towarzystwa ludzi dojrzałych i dojrzałym 
czyniących: tak iż mimo wcześniejszej zasługi dłużej 
niż inni pozostaje zielonym, natrętnym i dziecinnym. 

284. 

D u s z e z  j e d n e g o  b l o k u . — Kobiety i ar­

tyści sądzą, iż gdzie się im nie przeczy, przeczyćby 

165 

się też nie mogło; uwielbienie na dziesięciu punktach 
i milcząca nagana na dziesięciu innych zdaje się im 
jednocześnie niemożliwa, ponieważ są duszami z je­

dnego bloku. 

285. 

M ł o d e  t a l e n t y . — Co się tyczy młodych ta­

lentów należy postępować ściśle według maksymy 
Goethego, iż nieraz nie należy błędowi szkodzić, żeby 

nie zaszkodzić prawdzie. Stan ich jest podobny do 
chorób, towarzyszących ciąży, i sprowadza szczególne 
pożądania ze sobą: o tyle o ile należy je zaspokajać 
i wybaczać, owocom gwoli, których się po nich spo­
dziewamy. Co prawda, będąc pielęgniarzem tych dziw­
nych chorych, trzeba się znać na trudnej sztuce upo­
karzania samego siebie. 

286. 

W s t r ę t  d o  p r a w d y . Taka już jest natura 

kobiet, że każda prawda (tycząca się mężczyzny, 
miłości, dziecka, towarzystwa, celu życiowego) przy­
prawia je o wstręt — i że starają się mścić na ka­

żdym, kto im oczy otwiera. 

D r z w i . — Dziecko, zarówno jak mąż, we 

wszystkiem, co  p r z e ż y w a , czego się uczy, widzi 

drzwi: lecz dla męża są to drzwi  w y j ś c i o w e , dla 

dziecka zaś  p r z e j ś c i o w e . 

background image

166 

288. 

C z y s t o ś ć . — Należy rozwijać w dziecku 

zmysł czystości aż do namiętności: następnie, przez 
coraz nowe przemiany, wznosi się on niemal do wy­
sokości wszystkich cnót i ukazuje się w końcu jako 
równoważnik wszelkiego rodzaju talentów, jako po­
włoka świetlana z czystości, umiarkowania, łagod­

ności, charakteru — szczęście z sobą przynosząc, 
szczęście wokół siebie rozsiewając. 

289. 

O  s t a r c a c h  p r ó ż n y c h . — Głębokość właś­

ciwa jest młodości, jasność umysłu przychodzi z wie­
kiem: jeśli mimo to ludzie czasami mówią i piszą 
w rodzaju głębokim, czynią to przez próżność, przy-

167 

puszczając, iż przez to odziewają się wdziękiem mło­
dzieńczości, marzycielskości, stawania się, przeczuć 
i nadziei. 

290. 

S p o ż y t k o w a n i e  n o w o ś c i . — Mężczyźni 

zużytkowują to, czego się nauczyli nowego, lub co 
przeżyli nowego jako lemiesz, być może także, jako 
oręż: ale niewiasty czynią sobie z tego natychmiast 
stroik. 

291. 

M i e ć  s ł u s z n o ś ć u  o b y d w u  p ł c i . — Jeśli 

ktoś przyznaje kobiecie, iż posiada słuszność, ta nie 
może sobie odmówić, żeby z tryumfem nie postawić 
nogi na karku poddającego się, — musi bowiem wy­
czerpać rozkosz do ostatniej kropli; podczas kiedy 

mężczyzna względem mężczyzny wstydzi się zwykle 
w takim wypadku posiadania słuszności. Mężczyzna 
bowiem przyzwyczajony jest do zwycięstwa, kobieta 
odczuwa je wyjątkowo. 

292. 

W y r z e c z e n i e  s i ę w  w o l i  p i ę k n o ś c i . — 

Żeby się stać piękną, nie powinna kobieta chcieć 

Ź r ó d ł o  w i e l k i e j  m i ł o ś c i . — Skąd pocho­

dzą nagłe namiętności mężczyzny do kobiety,

 głębo­

kie, wewnętrzne? Ze zmysłowości jedynie bynajmniej: 
lecz jeśli mężczyzna spotyka jednocześnie w jednej 

istocie ze słabością i potrzebą pomocy odwagę, wtedy 
dzieje się z nim coś, jak gdyby dusza się zeń prze­
lewała: w jednej i tej samej chwili czuje się wzru­
szonym i obrażonym. Na tym gruncie wytryska źró­
dło wielkiej miłości. 

287. 

background image

168 

uchodzić za  ł a d n ą : to znaczy w dziewięćdziesięciu 
dziewięciu wypadkach, kiedyby się podobać mogła, 

wzgardzić podobaniem się i nie dopuścić do niego, żeby 

raz jedyny zaznać zachwytu tego, czyja dusza ma 
wrota dość szerokie, ażeby rzecz wielką przez nie 
przepuścić. 

293. 

N i e  d o  p o j ę c i a ,  n i e  d o  z n i e s i e n i a . — 

Młodzieniec pojąć nie może, iż ktoś od niego starszy 
przeżywał także niegdyś jego zachwyty, jutrzenki 
różane uczucia, myśli i wniebowzięcia: czuje się już 
obrażony na myśl, że mogły istnieć dwa razy, — ale 
po prostu budzą się w nim uczucia wrogie, kiedy 
słyszy, iż żeby się stać  p ł o d n y m , musi stracić owe 
kwiaty, wyrzec się ich zapachu. 

294. 

P a r t y a z  w y r a z e m  m ę c z e n n i c y . — 

Każda partya, umiejąca nadać sobie wyraz męczen­
nicy, przyciąga do siebie serca ludzi dobrotliwych 
i sama przez to nabiera wyrazu dobrotliwości — z naj­
większą dla siebie korzyścią. 

295. 

T w i e r d z i ć  r z e c z  p e w n i e j s z a  n i ż do­

wodzić. — Twierdzenie wywiera silniejsze wraże­

169 

nie niż dowód, przynajmniej na większość ludzi: 

albowiem dowód wzbudza niedowierzanie. To też 
mówcy ludowi starają się dowody swej partyi umoc­

nić przez twierdzenia. 

296. 

N a j l e p s i  p a s e r z y . — Wszyscy, przyzwy­

czajeni do powodzenia, posiadają głęboką przebieg­

łość, kiedy chodzi o nadanie swym błędom i sła­

bościom pozorów siły: wskutek czego muszą te 
błędy i słabości znać nadzwyczaj dobrze i dokładnie. 

297. 

K i e d y  n i e k i e d y . — Usiadł w bramie miej­

skiej i rzekł do człowieka, który przez nią przecho­
dził, że to jest właśnie brama miejska. Ów odrzekł, 
iż chociaż jest to prawdą, nie należy zbyt często mie­

wać słuszności, jeśli się chce wdzięczność za nią po­
siadać. Och, odparł ten, nie stoję też o wdzięczność; 
lecz kiedy niekiedy jest przecież przyjemnie nietylko 
mieć słuszność, ale i przy słuszności pozostać. 

298. 

C n o t a  n i e  z o s t a ł a  w y n a l e z i o n a  p r z e z 

Niemców. — Goethego arystokratyzm i brak za­

background image

170 

wiści, Beethovena szlachetna, samotnicza rezygnacya, 
Mozarta słodycz i wdzięk serca, Haendla nieugięta 

męskość i wolność pod prawem, Bacha ufne i prze­
mienione życie wewnętrzne, dla którego nawet nie 

jest rzeczą konieczną wyrzec się blasku i powodze­

nia — czyż są to cechy  n i e m i e c k i e ? — Lecz 

nawet jeśli tak nie jest, to pokazują przynajmniej, 
do czego Niemcy dążyć powinni i co osiągnąć mogą. 

299. 

Pia fraus  l u b  c o ś  i n n e g o . — Obym się mylił 

lecz coś zdaje mi się, iż w Niemczech współczesnych 
chwilowo uznają za obowiązek dla każdego podwójny 

rodzaj obłudy: wymagają niemieckości z troski pań­
stwowo politycznej i chrześcijanizmu z obawy spo­

łecznej, jednego i drugiego jednak tylko w wyrazach 
i giestach i szczególniej w umiejętności milczenia. 
P o k o s t to, który obecnie tyle kosztuje, tak wysoko 

bywa opłacany: dla  w i d z ó w naród nakłada maskę 
niemiecko chrześcijańską. 

300. 

J a k i w  d o b r e m  n a w e t  p o ł o w a  m o ż e  b y ć 

w a r t a  w i ę c e j  n i ż  c a ł o ś ć . —  W e wszystkich 

rzeczach, obliczonych na trwanie i wymagających 
zawsze pomocy wielu osób, niejedno  m n i e j  d o b r e 
trzeba czynić prawidłem, chociaż organizator lep­

171 

sze (i trudniejsze) zna bardzo dobrze: lecz obliczenia 
swoje będzie opierać na tem, żeby nie zbrakło nigdy 

osób,  m o g ą c y c h zadośćuczynić wymaganiom pra­
widła, - i wie o tem, iż siły średnie są właśnie pra­
widłem. — Podobne wniknięcie rzadko posiada mło­
dzieniec i jako reformator sądzi, że nie wiem jaką 
ma słuszność i jak szczególna jest ślepota innych. 

301. 

C z ł o w i e k  p a r t y j n y . — Prawdziwy człowiek 

partyjny nie uczy się  j u ż , dowiaduje się i sądzi 
tylko jeszcze: podczas kiedy Solon, który nigdy nie 

był człowiekiem partyjnym, tylko obok partyi, lub 

nad partyami lub przeciw nim dążył do swego celu, 
nie bez znaczenia jest ojcem owego prostego powie­
dzenia, w którem zawarło się zdrowie i niewyczer-
palność Aten: »starzeję się i wciąż uczę się dalej«. 

302. 

C o  w e d ł u g  G o e t h e g o  j e s t  c e c h ą  n i e ­

mi e c k ą. — Prawdziwie nieznośni, od których nawet 
rzeczy dobrych przyjmować nie można, są ci, co po­
siadają  w o l n o ś ć  s p o s o b u  m y ś l e n i a , lecz  n i e 

spostrzegają, iż zbywa im na  n i e z a l e ż n o ś c i 
s m a k u i  u m y s ł u . Lecz właśnie to jest, według 
dobrze zważonego zdania Goethego, cechą  n i e m i e ­

cką. — I słowa i przykład jego wskazują, iż Nie­

background image

172 

miec musi  b y ć czemś  w i ę c e j niż Niemcem, jeśli 
chce być pożytecznym, ba, tylko znośnym, dla innych 

narodowości — i w  j a k i m  k i e r u n k u winny iść 

jego usiłowania, żeby wyjść ponad i poza siebie. 

303. 

K i e d y  z a c h o d z i  p o t r z e b a  z a t r z y m a ­

n i a  s i ę . — Kiedy tłumy zaczynają szaleć i rozum 
zaciemnia się, dobrze jest, jeśli się nie jest zupełnie 

pewnym zdrowia swej duszy, wyjść przed bramę 
swego domu i wyjrzeć, jaka jest pogoda. 

304. 

R e w o l u c y o n i ś c i i  p o s i a d a c z e . — Je­

dyny środek przeciw socyalizmowi, jakim jeszcze 
rozporządzacie, jest: nie prowokować go, to znaczy 
samym żyć skromnie i poprzestawać na małem, wy­

stawności, wszelkiej obfitości wedle sił przeszkadzać 
i przychodzić z pomocą państwu, kiedy dotkliwymi 

podatkami obarcza zbytek i wszystko, co ma podo­
bieństwo do rozkoszy.  T e g o środka nie chcecie? Tedy, 
wy zbogaceni mieszczanie, nazywający się »libera­

łami«, przyznajcież się przed sobą, iż  w a s z to nastrój 
serca jest, który w socyalistach uważacie za tak za­
straszający i groźny, w samych sobie jednak poda­

jecie za konieczny, jak gdyby to było co innego. 

173 

Gdybyście, tacy, jakimi jesteście, nie posiadali wa­

szego  m a j ą t k u i troski o jego zachowanie, ten 

wasz nastrój serc uczyniłby was socyalistami: tylko 
posiadanie czyni różnicę między wami i nimi. Sa­
mych siebie musicie pierwej zwyciężyć, jeśli chcecie 

w jakikolwiek sposób zwycięstwo odnieść nad prze­
ciwnikami swej zamożności. — Gdybyż przynajmniej 

ta zamożność była prawdziwie stanem błogim! Nie 
byłaby tak zewnętrzną i nie wywoływałaby zawiści, 

byłaby kojącą, życzliwą, wyrównywającą i śpieszącą 

z pomocą. Lecz nieprawdziwość i teatralność waszych 
uciech życiowych, polegających więcej na uczuciu 

przeciwieństwa (że inni ich nie posiadają i wam 
zazdroszczą), niż na uczuciu posiadania i wyższości 

sił — wasze pomieszkania, stroje, pojazdy, wystawy, 
rozkosze podniebienia i stołu, wasze hałaśliwe za­

chwyty operowe i muzyczne, w końcu wasze ko­
biety, foremne i urobione, lecz z podłego metalu, wy­

złocone, lecz nie dźwięczące jak złoto, wybrane przez 
w a s dla wystawności, oddające się same jako przed­

mioty wystawne: — oto trujące rozsadniki owej cho­

roby ludowej, która jako socyalistyczna świerzba 

sercowa udziela się obecnie coraz szybciej tłumom, 
lecz w  w a s przedewszystkiem posiada swoje ogni­
sko. I któżby dziś mógł jeszcze powstrzymać tę 

zarazę ? 

305. 

T a k t y k a  p a r t y j n a . — Kiedy jakaś partya 

spostrzega, że dotychczas należący do partyi członek, 

background image

174 

ze zwolennika bezwarunkowego stal się warunko­
wym, staje się to dla niej tak nieznośnem, iż zapo­

mocą różnego rodzaju podrażnień i przykrości stara 
się go doprowadzić do stanowczego usunięcia się 

i do zrobienia zeń przeciwnika: albowiem podejrzywa, 

iż zamiar znajdywania w jej wierze czegoś, po­
siadającego wartość  w z g l ę d n ą , pozwalającego 

na »za« i »przeciw«, na badanie i wybór, jest dla 
niej niebezpieczniejszy od opozycyi na wszystkich 

punktach. 

306. 

D l a  w z m o c n i e n i a  p a r t y  i . — Kto chce 

partyę wzmocnić wewnętrznie, niech jej nasunie oka­
zyę, żeby musiała być traktowana jawnie  n i e s p r a ­

w i e d l i w i e : w ten sposób zbierze sobie kapitał su­
mienia czystego, którego jej dotychczas, być może, 
brak było. 

307. 

D b a ć o  s w o j ą  p r z e s z ł o ś ć . — Ponieważ 

ludzie szanują właściwie tylko to, co z dawna zo­
stało uzasadnione i powstało powoli, musi ten, kto 

chce żyć po swej śmierci, dbać nietylko o potom­
ność, lecz więcej jeszcze o swoją  p r z e s z ł o ś ć : 

oto czemu tyrani wszelkiego rodzaju (również artyści 
i politycy tyrańscy) chętnie zadają gwałt historyi, 

175 

aby ta wydawała się przygotowaniem i drabiną, pro­
wadzącą do nich. 

308. 

P i s a r z e  p a r t y j n i . — Dźwięk kotłów, w któ­

rym młodzi pisarze partyjni tak sobie podobają, dźwię­
czy temu, kto do partyi nie należy, jak brzęk kajdan 
i budzi raczej współczucie niż podziw. 

309. 

P r z e c i w  s o b i e  s a m e m u  w y s t ę p o w a ć . 

— Nasi zwolennicy nie przebaczają nam nigdy, jeśli 
występujemy przeciw samym sobie: albowiem ozna­

cza to w ich oczach, nietylko miłość ich odtrącić, 
ale i rozsądek potępić. 

310. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o w  b o g a c t w i e . — 

Tylko ten powinien posiadać  m a j ą t e k , kto  d u c h a 
posiada: inaczej majątek jest  n i e b e z p i e c z e ń ­
s t w e m  p u b l i c z n e m . Albowiem człowiek  m a ­
jętny, który z czasu wolnego, jaki mu zapewnia ma­
jątek, nie umie uczynić użytku, będzie w  c i ą g u 
dalszym natarczywie ubiegał się za majątkiem: to 

background image

176 

ubieganie się będzie jego rozrywką, jego podstępem 
wojennym w walce z nudą. W końcu, z pomier­
nego majątku, któryby wystarczył człowiekowi du­
chowemu, powstaje właściwe bogactwo: zwodniczy 
wynik duchowej zależności 1 ubóstwa. Przecież wy­
daje się ono czemś zupełnie innem, niż każe oczeki­
wać jego nędzne pochodzenie, ponieważ może się 
ukrywać poza maską wykształcenia i sztuki: tę ma­
skę właśnie może ono  k u p i ć . Przez to budzi zawiść 

biedniejszych i niewykształconych — którzy w grun­
cie rzeczy zazdroszczą zawsze wykształcenia i w masce 
nie widzą maski — i powoli przygotowuje przewrót 

społeczny: albowiem pozłacana dzikość i komedyan­

ckie nadymanie się w rzekomem »rozkoszowaniu się 
cywilizacją« nasuwa tamtym myśl, iż »wszystko tylko 
zależy od  p i e n i ę d z y « — podczas kiedy bezwątpienia 

c o ś  n i e  c o ś zależy  o d pieniędzy, lecz o  w i e l e 
w i ę c e j rzeczy zależy  o d  d u c h a . 

311. 

P r z y j e m n o ś ć w  r o z k a z y w a n i u i  p o ­

s ł u s z e ń s t w i e . — Rozkazywanie sprawia tak samo 
przyjemność jak posłuszeństwo, pierwsze kiedy się 

jeszcze nie stało przyzwyczajeniem, drugie jednak 

kiedy weszło w nawyk. Starzy służący i nowi pano­
wie wzajemnie się zachęcają do sprawiania sobie 
przyjemności. 

177 

312. 

313. 

K i e d y  o s ł y  s ą  k o n i e c z n e . — Nie dopro­

wadzi się tłumu do wołania hozanna, dopóki się nie 

wjedzie do miasta na ośle. 

314. 

O b y c z a j e  p a r t y j n e . — Każda partya usi­

łuje przedstawić wszystko wybitne, co wyrosło poza 
nią, jako błahe: lecz jeśli się jej to nie udaje, ata­

kuje z tem większą goryczą, im rzecz jest dosko­
nalsza. 

3 1 5 . 

S t a ć  s i ę  p u s t y m . — W miarę tego, jak 

ktoś oddaje się wypadkom, coraz bardziej maleje. 
Stąd wielcy politycy mogą się stać ludźmi pustymi, 
choć niegdyś byli pełni i bogaci. 

DZIEŁA NIETZSCHEGO- T. XI. 

12 

A m b i c y a  s t r a c o n e j  p l a c ó w k i . — Istnieje 

ambicya straconej placówki, która popycha partyę 
w największe niebezpieczeństwo. 

background image

178 

316. 

U p r a g n i e n i  w r o g o w i e . — Dotychczas 

jeszcze ruchy socyalistyczne są dla rządów dyna­
stycznych raczej przyjemne, niż zatrważające, ponie­

waż dzięki nim dostają w ręce  p r a w o i  m i e c z do 

środków wyjątkowych, którymi mogą godzić we właś­
ciwe swe straszydła, w demokratów i partye anty­
dynastyczne. — Dla wszystkiego, co rządy takie pu­

blicznie nienawidzą, posiadają obecnie tajemną sym­
patyę i serdeczność: są zmuszone do osłaniania swej 
duszy. 

317

M a j ą t e k  p o s i a d a . —  D o pewnego tylko 

stopnia czyni majątek człowieka niezależniejszym, 
wolniejszym; jeden stopień dalej — a majątek staje 
się panem, posiadacz jego niewolnikiem: jako taki 

musi mu poświęcać swój czas, myśli i zobowiązać się 
na przyszłość do obcowania, związać się z miejscem, 
zaliczyć się do państwa — wszystko to, być może, 
wbrew swej najwewnętrzniejszej i najbardziej zasad­
niczej potrzebie. 

3 1 8 . 

O  p a n o w a n i u  z n a w c ó w . — Łatwo, śmiesz­

nie łatwo, podać wzór wyborów do ciała prawodaw­
czego. Przedewszystkiem powinni być wydzieleni lu­

179 

dzie prawi i godni zaufania kraju, będący zarazem 
w czemkolwiek mistrzami i znawcami, i to przez 
wzajemne rozeznanie i uznanie; z pośród nich znowu, 
przy wyborach ściślejszych i również przez szacunek 
i porękę wzajemną, winni być wydzieleni w każdym 
szczególnym rodzaju znawcy i uczeni najpierwsi. Je­
śliby z nich składało się ciało prawodawcze, musiałyby 

wreszcie rozstrzygać w każdym wypadku tylko głosy 
i sądy najbardziej wyspecyalizowanych znawców, 

a uczciwość wszystkich pozostałych musiałaby być 
dość wielka i poprostu musiałoby się stać się kwestyą 
przyzwoitości, żeby tylko im pozostawić glosowanie: 

tak iż w znaczeniu najściślejszem prawo byłoby wy 
pływem rozsądku najbardziej znających się na rze­
czy. — Obecnie głosują partyami: i przy każdem 
głosowaniu setki sumień musi się pokrywać wsty­
dem sumień ludzi źle poinformowanych, niezdol­
nych do wydania sądu, powtarzających, pociągnie 
tych i porwanych za innymi. Nic bardziej nie poniża 
godności każdego nowego prawa tak, jak ten przyle­
gający doń rumieniec wstydu z powodu nieuczci­

wości, do której zmusza każde głosowanie partyami. 
Lecz, jak się rzekło, łatwo, śmiesznie łatwo coś po­

dobnego zaproponować: tymczasem żadna potęga 

w świecie nie jest dość silna, żeby urzeczywistnić 

coś lepszego, — chyba że wiara w najwyższą  p o ­
ż y t e c z n o ś ć  w i e d z y i  w i e d z ą c y c h oświeci 
nawet ludzi z najgorszą wiarą i że przełożą ją nad 

panującą obecnie wiarę w liczbę. W znaczeniu takiej 
przyszłości niechaj hasłem naszem będzie: »Więcej 
szacunku dla wiedzących! I precz z wszelkiemi 

partyami!« 

background image

18o 

319. 

O  » n a r o d z i e  m y ś l i c i e l i « (albo  n a r o d z i e 

z ł e g o  m y ś l e n i a ) . — Niewyraźność, unoszenie 

się, przeczuciowość, elementarność, intuicyjność — 

żeby dla rzeczy niejasnych wybrać też nazwy nie­

jasne —, o co się pomawia istotę niemiecką, byłyby, 
j e ś l i b y rzeczywiście dotychczas istniały, dowodem, 
iż jej cywilizacya o wiele pozostała w tyle i że ciągle 
jeszcze jest otoczona atmosferą średniowieczną. — 
To prawda, takie pozostanie w tyle przynosi też 

pewne korzyści: z takiemi cechami Niemcy — jeśliby 

je, powtarzam jeszcze raz, dotychczas posiadali — 
byliby zdolni do niejednej rzeczy, a mianowicie do 
pojmowania pewnych rzeczy, do których inne narody 
straciły wszelką siłę. I z pewnością wiele przepada, 
jeśli  b r a k  r o z u m u — to znaczy to, co jest wspól­
nego w tych cechach — przepada: ale tutaj niema 
straty, któraby nie powetowywała się największą ko­

rzyścią, tak iż niema żadnego powodu do narzekania, 
przypuściwszy, że nie chce się jak dzieci i łakomcy 
spożywać jednocześnie owoców wszystkich pór roku. 

320. 

Z a n i e ś c i e  s o w y  d o  A t e n . — Rządy państw 

wielkich posiadają w swych rękach dwa środki, ażeby 
utrzymać lud w zależności, strachu i posłuszeństwie; 
brutalniejszy, armię, subtelniejszy, szkołę. Przy po­
mocy pierwszego przyciągają na swą stronę  a m b i -

cyę warstw wyższych i siłę warstw niższych, 

181 

w tej mierze, w jakiej wspomniane warstwy liczą 
ludzi czynnych i silnych, utalentowanych średnio 
i miernie; za pomocą drugiego środka pozyskują so­

bie ubóstwo  u t a l e n t o w a n e , a szczególniej pół­
ubóstwo stanów średnich, pełne aspiracyi duchowych. 
Przedewszystkiem z nauczycieli wszystkich stopni 

tworzą dwór intelektualny, mimowolnie spoglądający 
ku »górze«: gromadząc przeszkody na przeszkody 
szkole prywatnej, a nawet całkiem nielubianemu wy­
chowaniu domowemu, zapewniają sobie rozporządza­

nie bardzo znaczną liczbą miejsc nauczycielskich, ku 
którym głodno i poddańczo kierują się oczy z pew­
nością liczby pięć razy większej, niż liczba, mogąca 

znaleźć zadośćuczynienie. Stanowiska te mają jednak 
s k ą p o tylko  w y ż y w i a ć osoby, które je zajmują: 

w ten sposób podtrzymuje się w nich gorączkowe 
pragnienie  a w a n s u i ściślej jeszcze wiąże z zamia­

rami rządowymi. Albowiem pielęgnowanie pomier­
nego niezadowolenia zawsze jest korzystniejsze od 

pielęgnowania zadowolenia, które jest matką odwagi, 

babką wolnomyślności i zuchwalstwa. Przy pomocy 
tego materyalnie i duchowo na wodzy trzymanego 
nauczycielstwa całą młodzież kraju, o ile się da, pod­

nosi się do pewnej wysokości wykształcenia, stosow­
nie ze względu na korzyść państwową stopniowa­
nego. Przedewszystkiem jednak niemal niepostrzeże­

nie wszczepia się w niedojrzałe i ambitne umysły 

wszystkich stanów ów pogląd, że tylko przez pań­
stwo uznany i potwierdzony kierunek życiowy przy­
nosi też z sobą natychmiast wyróżnienie  s p o ł e c z n e . 

W p ł y w tej wiary w egzaminy i tytuły państwowe 
posuwa się tak daleko, że nawet ludzie, którzy po­

zostali niezależnymi, wybili się przez handel lub rze­

background image

182 

mioslo, dotąd odczuwają w piersi ukłucia niezado­
wolenia, dopóki i ich stanowisko nie zostało zauwa­

żone i uznane przez łaskawe udzielenie z góry rangi 

lub orderu, — dopóki »nie dali się zauważyć«. 
W końcu państwo łączy wszystkie setki i setki za­
leżnych od niego posad i stanowisk zarobkowych 

z  o b o w i ą z k i e m otrzymania wykształcenia i od­
znaczenia się w szkołach państwowych, jeśli kto 

chce kiedykolwiek wejść w ich wrota. Szacunek 
u społeczeństwa, chleb dla siebie, możność założenia 

rodziny, obrona możnych, poczucie wspólności intere­
sów u otrzymujących wspólne wykształcenie — 
wszystko to stanowi sieć nadziei, w którą wpada 

każdy młodzieniec: skąd bowiem mogłoby go dosięg­
nąć tchnienie nieufności. Jeśli w końcu obowiązek 

powszechnej i kilkoletniej służby wojskowej, po upły­
wie niewielu pokoleń, stanie się bezmyślnem przy­
zwyczajeniem i przesłanką, do której ludzie będą za­

wczasu przystosowywali plan swego  ż y c i a , wtedy 

państwo może odważyć się na próbę splecenia w je­
den węzeł interesów szkoły i armii, talentów, ambicyi 

i siły zapomocą zapewnionych korzyści, to znaczy 
przynęcić do armii przez pomyślniejsze warunki 

jednostki  b a r d z i e j  u t a l e n t o w a n e i  w y k s z t a ł ­
c o n e i napełnić je duchem żołnierskim ochoczego 
posłuszeństwa: tak iż, być może, poprzysięgną na 

całe życie wierność sztandarowi i dzięki swym ta­
lentom będą mu dodawać nowego, coraz jaśniejszego 

blasku. — Wtedy nie pozostanie  ż y c z y ć sobie nic 
innego, jeno okazyi do wielkich wojen: a o to, z za­
wodu, więc z całą  n i e w i n n o ś c i ą , troszczą się 

dyplomaci wraz z dziennikami i giełdami: albo 
wiem »lud«, jako lud żołnierzy miewa w wojnach 

183 

zawsze sumienie czyste, i nie trzeba mu go dopiero 
robić. 

321. 

P r a s a . — Jeśli się rozważy, jak dziś jeszcze 

wielkie wypadki polityczne wślizgują się tajemnie 
i w osłonach na scenę, jak ukrywają je mało zna­

czące zdarzenia, i jak one obok nich wydają się ma­
łymi, jak późno po swem wydarzeniu się zdradzają 

swój  w p ł y w głęboki i wstrząsają posadami, — jakież 
znaczenie można przyznać  p r a s i e , takiej, jaką dziś 
jest, ze swym codziennym nakładem płuc, żeby krzy­
czeć, przekrzyczeć, podniecić, przerazić,  c z y ż jest 

czemś innem, jak  s t a ł y m ,  ś l e p y m  h a ł a s e m , 
który odwraca w fałszywym kierunku uszy i zmysły? 

322. 

P o  w i e l k i e m  w y d a r z e n i u . — Jak lud, 

tak człowiek, którego dusza została wydobyta na 
światło wskutek wielkiego wydarzenia, odczuwa 

zwykle potrzebę  d z i e c i ń s t w a lub  g b u r o w a ­
t o ś c i , zarówno ze wstydu, jak dla wypoczynku. 

323. 

B y ć  d o b r y m  N i e m c e m  z n a c z y  o d n i e m -

czyć się. — W czem upatruje się różnice na­

background image

184 

185 

324. 

C u d z o z i e m s z c z y z n a . — Cudzoziemiec, po­

dróżujący po Niemczech, przez swoje niektóre uwagi 
nie podobał się i podobał się, zależnie od okolic, 

w których się zatrzymywał.  W s z y s c y Szwabi, którzy 
posiadają dowcip — zwykł był mawiać — są zalotni. — 
Inni jednak Szwabi wciąż jeszcze sądzą, że Uland 
jest poetą, a Goethe był niemoralny. — Rzeczą naj­
lepszą w romansach niemieckich, sławnych obecnie, 
jest to, że czytać ich niema potrzeby: zna się już 
je bowiem. — Berlińczyk wydaje się dobroduszniej­

szym, niż Niemiec południowy, ponieważ przepada za 
żartami i dlatego znosi żarty: co się nie przytrafia 

Niemcom południowym. — Umysł Niemców utrzy­
mują na nizkim poziomie piwo i dzienniki: zalecał 
im herbatę i pamflety, jako kuracyę naturalnie. — 
Przyjrzyjcie się, tak im radził, rozmaitym podstarza­
łym narodom europejskim, jak każdy z nich pewną 

cechę wieku może szczególniej korzystnie okazać ku 
zadowoleniu tych, którzy siedzą przed wielką sceną: 
jak Francuzi z powodzeniem przedstawiają, co wiek 

ma w sobie mądrego i miłego, Anglicy doświad­

czenie i powściągliwość, Włosi niewinność i swobodę. 
Czyżby miało brakować innych masek wieku? Gdzież 
jest starzec dumny? Gdzie starzec despotyczny? Gdzie 
starzec chciwy? — Najniebezpieczniejszymi krajami 

w Niemczech są Saksonia i Turyngia: nigdzie ruchli­
wość umysłowa i znajomość ludzi nie jest większa 
obok wolnomyślności, i wszystko to tak skromnie 
ukrywa się poza obrzydliwą gwarą i służalczością 
tej ludności, iż zaledwie się spostrzega, że ma się 

tutaj do czynienia z duchowymi feldfeblami Niemiec 

rodowe, jest o wiele więcej, niż dotychczas się to 
rozeznaje, tylko różnicą rozmaitych  s t o p n i  c y w i ­
l i z a c y i i w najmniejszej tylko części czemś sta­
łem (i to także nie w ścisłem znaczeniu). Dlatego 
wszelkie dowodzenie, poczerpnięte z charakteru na­
rodowego tak mało obowiązuje tego, kto pracuje nad 
p r z e k s z t a ł c e n i e m przekonań, to znaczy nad 
dziełem cywilizacyi. Jeśli się rozważy naprzykład, co 

już nie  b y ł o niemieckiem, wtedy pytanie teoretyczne: 
co  j e s t niemieckie? poprawi się natychmiast przez 

pytanie przeciwne: »co  t e r a z jest  n i e m i e c k i e ? « — 
i każdy  d o b r y Niemiec rozwiąże je praktycznie, 
właśnie przez przezwyciężenie swych własności nie­
mieckich. Albowiem, kiedy naród posuwa się na­
przód i rośnie, ustawicznie rozsadza więzy, nakła­
dane dotychczas przez cechy  n a r o d o w e : jeśli za­
trzymuje się, nędznieje, nakłada sobie nowe więzy 

na duszę; ciągle twardniejąca skorupa wytwarza 

wokół niego niejako więzienie, którego mury usta­
wicznie grubieją. Jeśli przeto naród posiada wiele 

trwałego, jest to dowodem, iż chce skamienieć 
i radby całkiem stać się  p o m n i k i e m : jak to 
w pewnej chwili stało się z egipcyanizmem. Kto 
więc dobrze życzy Niemcom, niechaj baczy co do sie­
bie, żeby ciągle wyrastał z tego, co jest niemieckie. 
D ą ż e n i e  d o tego,  c o  n i e  j e s t  n i e m i e c k i e , 
było przeto zawsze cechą ludzi najdzielniejszych 
w naszym narodzie. 

background image

186 

i ich nauczycielami w złem i dobrem. — Pychę Niem­
ców północnych utrzymuje w granicach ich skłon­

ność do posłuszeństwa, pychę zaś Niemców połu­
dniowych skłonność do wygód. — Zdawało mu się, 

iż mężowie niemieccy w żonach swoich posiadają 
niezręczne, lecz przekonane o sobie gospodynie: tak 
uparcie chwalą się one, iż o swojej gospodarskiej 
cnocie niemieckiej niemal przekonały świat, a w ka­
żdym razie swych mężów. — Kiedy mowa przecho­
dziła na zewnętrzną i wewnętrzną politykę Niemiec, 
zwykł opowiadać — nazywał to: zdradzać —, iż naj­
większy niemiecki mąż państwowy nie wierzy w mę­
żów państwowych. — Przyszłość Niemiec wydawała 

mu się zagrożoną i zagrażającą: ponieważ oduczyli 
się  r a d o w a ć (na czem tak dobrze znają się Włosi), 
lecz  p r z y z w y c z a i l i  s i ę  d o  w z r u s z e ń wsku­

tek wielkiego hazardu wojen i rewolucyi dynastycz­

nych, a więc pewnego dnia będą mieli u siebie re­
wolucyę uliczną. Albowiem ta jest najsilniejszem 
wzruszeniem, jakiego naród może sobie dostarczyć. 
Socyalista niemiecki właśnie dlatego jest najniebez­

pieczniejszy, ponieważ nie popycha go  k o n i e c z ­
n o ś ć określona; cierpi z tego właśnie powodu, że 
nie wie, czego chce; jeśli nawet wiele osiągnie, w roz­

koszy uwiędnie z pożądania, zupełnie jak Faust, lecz 
prawdopodobnie jak Faust bardzo gminny. »Albo­
wiem  d y a b e ł  F a u s t a , zawołał w końcu, który 
tak męczył Niemców ukształconych, został przez 
Bismarcka wypędzony: lecz oto dyabeł ten wstąpił 
w prosięta i gorszy jest, niż był kiedykolwiek!« 

187 

325. 

O p i n i e . — Większość ludzi jest niczem i nie 

znaczy nic, dopóki nie odzieje się w przekonania po­
wszechne i opinie publiczne — według filozofii kra­
wieckiej: odzież czyni człowieka. Lecz o ludziach 
wyjątkowych należy rzec:  k t o  p r z y w d z i e w a 
s t r ó j  c z y n i  g o  s t r o j e m ; tutaj opinie przestają 
być publicznemi i stają się czemś innem, niż maską, 
strojem i kostyumem. 

326. 

D w a  r o d z a j e  t r z e ź w o ś c i . — Żeby trzeź­

wości z wyczerpania umysłowego nie brać za trzeź­
wość z pomiarkowania, należy zwrócić uwagę na to, 
że pierwsza jest pochmurna, a druga radosna. 

327. 

F a ł s z o w a n i e  r a d o ś c i . — Ani jednego dnia 

dłużej nie należy nazywać rzeczy dobrą, lecz tylko 
póty, póki nam się taką wydaje: i przedewszystkiem: 
a n i  n a  d z i e ń  w c z e ś n i e j taki jest jedyny 
środek, ażeby zachować sobie  r a d o ś ć prawdziwą: 
inaczej zbyt łatwo staje się w smaku jałową i stęchłą 
i wtedy w oczach całych warstw ludności uchodzi 
za fałszowany środek spożywczy. 

background image

188 

328. 

329. 

S a m o w I a d z t w o. — Zło uczcić także i przy­

znać się do niego, jeśli się  p o d o b a , i nie mieć żad­
nego pojęcia, jakby można było się wstydzić upo­
dobania swego, jest cechą samowładztwa, jak w rze­
czach wielkich, tak drobnych. 

330. 

C z ł o w i e k  w p ł y w  w y w i e r a j ą c y  f a n t o ­

m e m ,  n i e  r z e c z y w i s t o ś c i ą . — Człowiek  w y ­
bitny przekonywa się stopniowo, że o ile  w p ł y w 

w y w i e r a ,  j e s t  f a n t o m e m w głowach ludzi  i n ­
nych i opada go, być może, subtelna boleść duchowa, 
kiedy zapytuje siebie, czy dla  d o b r a swych bliź­
nich, nie musi fantomu podtrzymywać w sobie. 

189 

331. 

332. 

D o b r a  r o l a . — Wszelkie odrzucanie i nego­

wanie wskazuje na brak płodności: w gruncie rzeczy, 
jeślibyśmy tylko byli dobrą rolą uprawną, niczego 
nie pozostawialibyśmy bez zużytkowania i w każdej 
rzeczy, wypadku lub człowieku oglądalibyśmy pożą­

dany nawóz, deszcz, lub promienie słoneczne. 

333. 

O b c o w a n i e  r o z k o s z ą . — Jeśli ktoś,  z e 

zmysłem wyrzekania się, z umysłu żyje w samotno­
ści, przez to samo, obcowanie z ludźmi, rzadko za­

żywane, może uczynić łakociami. 

334. 

U m i e ć  c i e r p i e ć  p u b l i c z n i e . — Nieszczę­

ście swoje należy afiszować i kiedy niekiedy wzdy-

K o z i e ł  c n o t l i w y . — Kiedy ktoś czyni to, 

co najlepiej czynić potrafi, ludzie życzliwi, lecz nie 
dorastający do tego czynu, z wielkim pośpiechem 
szukają kozła, żeby go zabić, w urojeniu, iż jest to 
kozieł ofiarny — lecz jest to kozieł cnotliwy. 

B r a ć i  d a w a ć . — Jeśli się komuś odejmie 

(lub wziąć przeszkodzi) choćby rzecz najmniejszą, 

staje się ślepym na to, iż dało mu się rzecz o wiele 
większą, lub nawet największą. 

background image

190 

335. 

C i e p ł o  n a  s z c z y t a c h . —  N a szczytach jest 

cieplej, niż sądzą w dolinach, szczególniej zimą. Myś­
liciel wie, jak wiele ta przenośnia zawiera. 

336. 

D o b r a  c h c i e ć ,  p i ę k n o  m ó c . — Nie wy­

starcza pełnić  d o b r o , należy go chcieć, i według 
słów poety, bóstwo wziąć w  c h c e n i e swoje. Lecz 

p i ę k n a chcieć nie należy, trzeba je  m ó c , w nie­

winności i ślepocie, bez wszelkiej ciekawości Psyche. 

Kto swą latarnię zapala, aby znaleźć ludzi doskona­

łych, niech zważa na tę cechę: są to ci, którzy dzia­
łają zawsze gwoli dobru i przytem zawsze osiągają 

piękno, nie myśląc o tem. Wielu ludzi lepszych i szla­

chetniejszych wskutek niezdolności i braku duszy 
pięknej, z całą swoją dobrą wolą i czynami dobrymi 

191 

337. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  w y r z e k a j ą c y c h 

się. _ Należy się strzec zakładać swe życie na 
zbyt wązkim gruncie pożądliwości: albowiem jeśli 

wyrzekniemy się uciech, jakie przynoszą ze sobą sta­
nowisko, honory, towarzystwo, rozkosze, wygody, 
sztuka, może nadejść dzień, kiedy się spostrzega, iż 
zamiast  m ą d r o ś c i , wskutek tego wyrzekania się, 
p r z e s y t  ż y c i a zyskaliśmy  z a sąsiada. 

338. 

O s t a t e c z n e  z d a n i e o  z d a n i a c h . — Albo 

się ukrywa swe zdania, albo siebie się ukrywa poza 
swemi zdaniami. Kto postępuje inaczej, nie zna kolei 
świata, lub należy do zakonu świętego szaleństwa. 

339. 

»Gaudeamus igitur«. — Radość musi także dla 

moralnego przyrodzenia człowieka zawierać siły bu­
dujące i kojące: jakżeby bowiem inaczej dziać się 

chać głośno, niecierpliwić się widocznie: albowiem 

jeśliby inni spostrzegli, jak spokojni i szczęśliwi je­
steśmy w sobie mimo bólu i niedostatków, jakże­
byśmy uczynili ich zawistnymi i złośliwymi! — Lecz 
winniśmy baczyć, żebyśmy bliźnich swoich nie czy­
nili gorszymi; oprócz tego nałożyliby na nas w tym 
wypadku ciężkie podatki, i nasze  c i e r p i e n i e  p u ­

b l i c z n e w każdym razie jest także naszą  k o r z y ­
ś c i ą  o s o b i s t ą . 

pozostają nieożywczymi i brzydkimi; odpychają i szko­
dzą nawet cnocie przez wstrętną odzież, w jaką ich 
zły smak ją obleka. 

background image

192 

mogło, że dusza nasza, skoro spocznie w słonecznym 

promieniu radości mimowolnie czyni obietnicę »być 

d o b r y m ! « »doskonałym stać się!«, i że przytem przej­
muje ją błogi dreszcz, niby przedsmak doskonałości? 

340. 

C h w a l o n e m u . — Póki cię chwalą, myśl za­

wsze, iż jeszcze nie jesteś na swojej własnej drodze, 
lecz na drodze innych. 

341. 

M i s t r z a  k o c h a ć . — Inaczej kocha mistrza 

uczeń, inaczej mistrz. 

342. 

A r c y p i ę k n e i  l u d z k i e . — »Natura jest 

zbyt piękna dla ciebie biedny śmiertelniku« — czuje 

się to nierzadko: lecz, nieraz, głęboko rozważając 
wszystko, co jest ludzkie, jego pełnię, siłę, delikat­
ność, zawiłość było mi tak na duszy, jak gdybym 
z całą pokorą rzec musiał: »i  c z ł o w i e k jest zbyt 
piękny dla człowieka  r o z w a ż a j ą c e g o ! « — i nietylko 
człowiek moralny, lecz każdy. 

193 

343. 

M a j ą t e k  r u c h o m y i  w ł a s n o ś ć  n i e r u ­

c h o m a . — Jeśli życie raz się obeszło z kimś prawdzi­
wie po zbójecku i odjęło mu z czci, przyjaciół, zwolen­

ników, zdrowia, co tylko odjąć mogło, w następstwie 

odkrywa się, być może, kiedy przejdzie pierwsze prze­
rażenie, iż się jest b o ga t s z y m, niż pierwej. Albo­

wiem dopiero wtedy wie się, co należy do nas tak, 
iż żadna dłoń zbójecka tknąć tego nie zdoła: a z łu-

piestwa i zamętu wychodzi się, być może, z wyniosło­
ścią wielkiego obszarnika. 

344. 

M i m o w o l n e  p o s t a c i  i d e a l n e . — Najprzy­

krzejsze uczucie, jakie istnieje, jest wtedy, kiedy się 

odkrywa, iż zawsze biorą nas za coś wyższego, niż 
jesteśmy. Albowiem wtedy musimy sobie powiedzieć: 
coś w tobie jest kłamstwem i oszustwem, słowo, wy­
raz, giest, spojrzenie, postępowanie — i to oszukań­

cze coś jest zresztą tak konieczne jak twoja prawość, 
lecz znosi jej działanie i wartość ustawicznie. 

345. 

I d e a l i s t a i  k ł a m c a . — Nawet przez naj­

piękniejszą zdolność — zdolność podnoszenia rzeczy 
do ideału — nie należy pozwalać się tyranizować: 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. Xl. 

13 

background image

194 

inaczej prawda opuszcza nas pewnego dnia ze ziemi 
słowami na ustach: »kłamco do głębi duszy, co ja 
i ty mamy wspólnego?« 

346. 

B y ć  ź l e  z r o z u m i a n y m . — Jeśli nas  w o ­

góle źle rozumieją, niemożliwa oddzielne nieporozu­
mienie całkowicie usunąć. Należy zdawać sobie z tego 
sprawę, żeby w obronie swojej nie trwonić sił zby­
tecznych. 

347. 

W o d ę  p i j a j ą c y  p r z e m a w i a . — Pijajże 

wciąż swe wino, które przez całe życie było ci 
osłodą — i cóż cię obchodzi, iż muszę być tym, co 
pija wodę? Czyż wino i woda nie są elementami 
zgodnymi i braterskimi, które bez wyrzutów mogą 
żyć obok siebie ? 

348. 

Z  k r a j u  l u d o ż e r c ó w . — W samotności sa­

motnik pożera sam siebie, — w tłumie pożera go tłum. 
Wybierajże teraz ! 

195 

349. 

350. 

Z a p r z e ć  s i ę  i d e a ł u . — Wyjątkowo zdarzyć 

się może, że ktoś dopiero wtedy staje u szczytu, kiedy 
się zaprze swego ideału: ponieważ właśnie ten ideał 
pchał go tak gwałtownie, że za każdym razem 
w środku drogi tracił oddech i musiał się zatrzy­

mywać. 

13* 

W  p u n k c i e  z a m a r z a n i a  w o l i .  » W końcu 

przychodzi wreszcie ona, owa godzina, która cię oto­
c z y złotą chmurą bezbolesności: kiedy dusza rozko­
szuje się własnem znużeniem i szczęśliwa w cierpli­
wej igraszce z własną cierpliwością, podobna jest do 
fal jeziora, które w pogodny dzień letni, odbijając 
w sobie różnobarwne niebo zachodu, biegną, biegną 

do brzegu i ścichają, bez końca, bez celu, bez nasy­
cenia i bez potrzeby, — wskroś przepojone spoko­

jem, radującym się ze zmiany, całe w przypływie 
i odpływie tętna natury«. To jest uczucie i mowa 

wszystkich chorych: lecz jeśli osiągają takie godziny, 
przychodzi, po krótkiej rozkoszy, nuda. Ta jednak 

jest odwilżą dla woli zamarzniętej: wola budzi się, 

porusza się i znowu rodzi pragnienie za pragnie­
niem. Pragnienie zaś jest zwiastunem wyzdrowie­
nia lub poprawy. 

background image

196 

351. 

352. 

S z c z ę ś c i e  n a  s c h o d a c h . — Jak dowcip 

wielu ludzi nie dotrzymuje kroku okazyi, tak iż oka­
zya skryła się już za drzwiami, podczas kiedy dow­
cip stoi jeszcze na schodach: tak miewają inni rodzaj 
szczęścia na schodach, biegnącego zbyt powoli, żeby 
zawsze się znajdować obok szybko biegnącego czasu: 
część najlepsza, której zaznają z przeżycia lub ca­
łego okresu życia, przypada im dopiero po długim 
czasie, często tylko jako słaba woń aromatyczna, 
która budzi tęsknotę i żałobę — jak gdyby było rze­
czą możliwą — niegdyś — dosyta ugasić swe pragnie­
nie w tym elemencie: lecz teraz już za późno. 

353. 

R o b a k i . — Nie przemawia to przeciw dojrza­

łości jakiegoś umysłu, że posiada pewną ilość ro­

baków. 

197 

354. 

355. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  p o d z i w i a n i a . — 

Przez zbyt wielki podziw dla cnót cudzych można 
stracić zmysł dla swych własnych, a przez brak ćwi­
czenia w końcu i same cnoty, nie otrzymawszy na­
tomiast jako rekompensaty cnót cudzych. 

356. 

P o ż y t e k  c h o r o b l i w o ś c i . — Kto często 

bywa chory, nietylko odczuwa o wiele większą roz­
kosz ze zdrowia, dzięki częstej rekonwalescencyi: 
lecz miewa także nadzwyczaj zaostrzony zmysł na 
to, co jest zdrowego i chorego w dziełach i czynach, 
własnych i cudzych: tak iż naprzykład właśnie pisa­
rze chorobliwi — a między nimi znajdują się nie­
stety prawie wszyscy pisarze wielcy — zwykle za­
chowują w pismach swych bardziej pewny i równo­
mierny ton zdrowy, ponieważ lepiej się znają, niż 
tędzy fizycznie na filozofii zdrowia duchowego i re­

P o s t a w a  z w y c i ę s k a . — Dobre siedzenie  n a 

koniu odbiera przeciwnikowi odwagę, widzowi serce,— 
pocóż jeszcze tedy napadać? Siedź jak ten, co zwy­
ciężył ! 

Z d r a d z i e c k a  s k ł o n n o ś ć . — Trzeba  t o 

uważać za cechę zawistnego, ale obdarzonego wyż­
szemi dążnościami człowieka, jeśli go pociąga myśl, 
że względem rzeczy doskonałych istnieje jeden ratu­
nek: miłość. 

background image

198 

konwalescencyi, i ich mistrzach: przedpołudniu, słońcu, 
lesie i krynicy. 

357. 

N i e w i e r n o ś ć  w a r u n k i e m  m i s t r z o s t w a . 

— Nie pomoże nic: każdy mistrz miewa tylko jednego 

ucznia - a i ten go zdradza — albowiem i on jest 
przeznaczony do mistrzostwa. 

358. 

N i g d y  n a d a r e m n i e . — Nigdy nadaremnie nie 

będziesz się piął w górach prawdy: albo już dziś do 
sięgniesz wyższego stopnia, albo wyćwiczyłeś swe 
siły, żeby jutro stanąć wyżej. 

359. 

P r z e d  s z y b ą  m a t o w ą . Jestże to,  c o wi­

dzicie w świecie przez swoje okno tak piękne, że 
stanowczo nie chcecie spojrzeć przez żadne inne — 
że nawet innych powstrzymać od tego usiłujecie? 

199 

360. 

361. 

L e k a r s t w o  d u s z n e . — Leżeć spokojnie 

i myśleć mało jest to środek najtańszy na wszelkie 
choroby duszy, i który, przy dobrej woli, w miarę 

stosowania, z każdą godziną staje się przyjemniejszy 

362. 

Z  k l a s y f i k a c y i  u m y s ł ó w . — Stawia cię 

to o wiele niżej od innego, ponieważ ty starasz się 

stwierdzić wyjątki, tamten zaś regułę. 

363. 

F a t a l i s t a . —  M u s i s z wierzyć w fatum — 

do tego może cię zmusić nauka. Co jednak w tobie 
z tej wiary wyrośnie — tchórzostwo, poddanie się 

O z n a k i  z m i a n  g w a ł t o w n y c h . — Kiedy 

wspominamy dawno zapomnianych lub zmarłych, jest 
to oznaką, żeśmy sami przeżyli gwałtowną zmianę 
i że grunt, na którym żyjemy, zupełnie został odno­
wiony: wtedy zmarli powstają, a to, co było starem, 
staje się nowem. 

background image

200 

lub wielkoduszność i prawość —, to świadczy o gle­
bie, w którą rzucono owo nasienie; lecz nie o samem 
nasieniu — albowiem z niego może wyróść wszystko, 
co chcesz. 

364. 

P r z y c z y n a  w i e l u  k w a s ó w . — Kto w ży­

ciu piękno przedkłada nad pożytek, z pewnością 
w końcu, jak dziecko, które przekłada słodycze nad 
chleb, żołądek sobie popsuje i bardzo kwaśno na 
świat patrzeć będzie. 

365. 

N a d m i a r  l e k a r s t w e m . —  W e własnym ta­

lencie można nanowo zasmakować, jeśli przez czas 
dłuższy uwielbia się talenty przeciwne i nadmiernie 
nimi rozkoszuje. — Używanie nadmiaru jako lekar­
stwa jest jednym z subtelniejszych sposobów w sztuce 
życia. 

366. 

» C h c i e j  s i e b i e « . — Natury czynne i zdoby­

wające powodzenie nie postępują według maksymy: 
»poznaj siebie samego«, lecz jak gdyby przyświecał 

201 

im rozkaz:  c h c i e j siebie, a  s t a n i e s z się sobą. — 

Los zdaje się im zostawiać zawsze jeszcze wybór; 
podczas kiedy natury nieczynne i rozmyślające du­
mają nad tem, jak owo »jeden raz« przy wstępie do 

życia  w y b r a l i . 

367. 

O  i l e  m o ż n o ś c i  ż y ć  b e z  z w o l e n n i k ó w . 

— Jak nieznaczną odgrywają rolę zwolennicy, pojmuje 

się dopiero wtedy, kiedy się przestało być zwolenni­
kiem swoich zwolenników. 

368. 

Ś c i e m n i a ć  s i ę . — Trzeba umieć się ściem­

niać, żeby się pozbyć roju komarów zbyt dokuczli­

wego podziwu. 

369. 

N u d a . — Istnieje nuda najsubtelniejszych i naj­

ukształceńszych umysłów, dla których najlepsze rze­
czy, jakich ziemia dostarczyć może, stały się jałowe: 
przyzwyczajeni do spożywania pokarmu wyszuka­
nego i coraz bardziej wyszukanego i do odczuwania 
wstrętu przed pożywieniem ordynarniejszem, narażają 

background image

202 

się na niebezpieczeństwo śmierci głodowej — ponie­

w a ż rzeczy najlepszych istnieje bardzo mało, i zda­
rza się, że są niedostępne, lub stwardniały jak ka­
mień, tak iż nawet dobre zęby nie mogą już im po­
radzić. 

370. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  p o d z i w i a n i a . — 

Podziw dla pewnej zalety lub sztuki może być tak 
silny, iż powstrzymuje nas od dążenia do jej po 
siadania. 

371. 

C z e g o  s i ę  ż ą d a  o d  s z t u k i . — Jeden przy 

pomocy sztuki chce się radować swem przyrodze­
niem, inny za jej pomocą chce się wydobyć poza 
swe przyrodzenie, uciec od niego. Stosownie do oby 
dwu potrzeb istnieje podwójny rodzaj sztuki i artystów. 

372. 

O d s t ę p s t w o . — Kto nas odstępuje, nie obraża 

może nas, lecz z pewnością naszych zwolenników. 

203 

373. 

Po  ś m i e r c i . — Zwykle po upływie długiego 

czasu od śmierci człowieka znajdujemy niepojętem, iż 

go nam brakuje: jeżeli chodzi o ludzi prawdziwie 
wielkich, często dopiero po upływie dziesiątków lat. 
Człowiek prawy wobec śmierci czyjejś myśli, że właś­
ciwie nie wielki brak nastąpił, i że mówca pogrze­
bowy jest obłudnikiem. Dopiero potrzeba poucza 
o konieczności jednostki, i prawdziwem epitafium 
jest spóźnione westchnienie. 

374. 

P o z o s t a w i ć w  p a ń s t w i e  c i e n i . — Wiele 

rzeczy pozostawić należy w hadesie półświadomego 
odczuwania i nie  w y w o ł y w a ć tych cieni z mroków, 
gdyż inaczej, przyobleczone w myśli i słowo, stają 

się naszymi władcami demonicznymi i z okrucień­
stwem domagają się krwi naszej. 

375. 

U  p r o g u  ż e b r a c t w a . — Zdarza się, że 

i najbogatszy duchem gubi klucz do skarbca, w któ­
rym spoczywają jego nagromadzone bogactwa, i wtedy 
jest jako najuboższy, który żebrać musi, żeby tylko 

żyć. 

background image

204 

376. 

M y ś l e ć  ł a ń c u c h e m . —  T e m u , kto wiele 

myślał, każda myśl nowa, którą słyszy lub czyta, na­
tychmiast ukazuje się w postaci łańcucha. 

377. 

W s p ó ł c z u c i e . — W pozłacanej pochwie 

współczucia tkwi nieraz sztylet zawiści. 

378. 

C o  j e s t  g e n i u s z ? — Celu wysokiego chcieć 

i środków do niego. 

379. 

P r ó ż n o ś ć  z a p a ś n i k ó w . — Kto nie ma na­

dziei zwyciężyć w walce, lub kto jawnie uległ, tem 
więcej pragnie, żeby podziwiano rodzaj jego walki. 

380. 

Ż y c i e  f i l o z o f i c z n e  ź l e  t ł u m a c z ą . — 

W chwili kiedy ktoś filozofię zaczyna brać poważnie, 
cały świat sądzi o tem przeciwnie. 

205 

381. 

N a ś l a d o w a n i e . — Rzecz zła przez naślado­

wanie zyskuje na szacunku, dobra traci przytem — 
szczególniej w sztuce. 

382. 

O s t a t n i a  n a u k a  h i s t o r y i . — »Ach, obym 

był żył  w ó w c z a s ! « — taka jest mowa ludzi głupich 

i lekkomyślnych. Raczej przy każdym ustępie histo­
ryi, rozważanym  p o w a ż n i e , i choćby to była naj­
bardziej błogosławiona kraina przeszłości, zawoła się 

w końcu: »aby tylko nie z powrotem do owych cza­
sów!« duch owego czasu uciskałby cię ciężarem stu 

atmosfer, nie cieszyłbyś się jego pięknem i dobrem, 

jego zła strawićbyś nie mógł«. — Z pewnością, że 

potomność tak samo będzie sądziła o naszych cza­
sach: iż były nieznośne i życie było w nich nie do 
przeżycia. — A wytrzymuje przecież każdy w swoim 
czasie? — Tak, i dlatego mianowicie, że duch jego 

czasu nietylko spoczywa na nim, lecz znajduje się 
też w nim. Duch czasu sam sobie stawia opór, nosi 

sam siebie. 

383. 

W i e l k o d u s z n o ś ć  m a s k ą . — Wielkodusz­

nością obejścia rozgorycza się swych wrogów, za­

background image

206 

wiścią, którą zdradzamy, niemal się ich rozbraja: gdyż 
nienawiść porównywa, wyrównywa, jest to rodzaj mi­
mowolnej i skarżącej się skromności. — Czy dla 
wspomnianej korzyści, tu i ówdzie, nie przybierają 

maski zawiści, nie będąc zgoła zawistnymi? Być może: 
z pewnością jednak wielkoduszność obejścia często 

bywa używana jako maska zawiści przez ludzi am­
bitnych, którzy wolą ponieść szkodę i rozgoryczyć 

swych wrogów, niż pokazać po sobie, iż wewnętrznie 
stawiają się z nimi na równi. 

384. 

N i e  d o  p r z e b a c z e n i a . — Dałeś  m u okazyę 

do okazania wielkości charakteru, on zaś z niej nie 

skorzystał. Tego ci nigdy nie przebaczy. 

385. 

Z d a n i a  p r z e c i w n e . — Myśl najbardziej 

starcza, jaką kiedykolwiek pomyślano o człowieku, 
tkwi w słynnem zdaniu: »ja« jest zawsze godne nie­
nawiści«; myśl najdziecinniejsza w słynniejszem 

jeszcze: »kochaj bliźniego swego, jak siebie samego«.— 

W pierwszem odbija się zanik znajomości ludzi, 

w drugiem niema jeszcze jej początku. 

207 

386. 

387. 

B ł ą d  p u n k t u  w i d z e n i a ,  n i e  z a ś  o k a . — 

Stoi się zawsze od siebie o kilka kroków za blizko; 

i od bliźniego zawsze o kilka kroków za daleko. 

I oto przyczyna, czemu jego sądzimy zanadto ogól­
nie i siebie zanadto podług cech i wydarzeń szcze­
gółowych, przemijających i błahych. 

388. 

N i e u c t w o  p o d  b r o n i ą . — Jak lekko sobie 

bierzemy, czy ktoś na jakiejś rzeczy zna się, lub nie 
zna, — podczas kiedy on, być może, już na samą 

B r a k  u c h a . — »Należy się jeszcze do motło­

chu, dopóki winę spycha się zawsze na innego; jest 
się na drodze do mądrości, jeśli zawsze siebie tylko 
czyni się odpowiedzialnym; lecz mędrzec nikogo nie 
czyni winnym, ani siebie, ani innych«. — Kto mówi 
tak? — Epiktet przed ośmnastu wiekami. — Słyszano 
to, lecz zapomniano. — Nie, nie słyszano tego i nie 
zapomniano: są rzeczy, których się nie zapomina. — 
L e c z brak było ucha do tego, ucha Epikteta. - Po­

wiedział więc sobie sam do ucha? — Tak jest: mą­
drość jest szeptem samotnika z samym sobą pośród 
gwarnego tłumu. 

background image

208 

myśl, że go w czemś uważamy za niekompetentnego, 
krwawym potem się oblewa. Ba, są szczególni głupcy, 
którzy zawsze się noszą z pełnym kołczanem prze­

kleństw i wyroków, gotowi uśmiercić każdego, kto 
daje zauważyć, iż istnieją rzeczy, w których sąd ich 

nie wchodzi w rachubę. 

389. 

U  s t o ł u  d o ś w i a d c z e n i a . — Osoby, które 

z przyrodzonego umiarkowania każdą szklankę odsta­
wiają wypróżnioną do polowy, nie chcą przyznać, że 
każda rzecz w świecie posiada swoje męty i gorycz. 

390

P t a k i  ś p i e w a j ą c e . — Zwolennicy wielkiego 

człowieka zwykli oślepiać się, żeby móc lepiej śpie­
wać jego chwałę. 

391. 

N i e  d o r ó ś ć . — Dobro nie podoba się nam, 

jeśli do niego nie dorastamy. 

209 

392. 

P r a w i d ł o  j a k o  m a t k a ,  l u b  j a k o  d z i e c k o . 

— Inny jest stan, z którego rodzi się prawidło, inny 

zaś, który powstaje z prawidła. 

393. 

K o m e d y a . — Zdarza się nieraz, że zbieramy 

miłość i cześć za czyny i dzieła, które dawno jak 
skórę z siebie zrzuciliśmy: wtedy łatwo dajemy się 
pociągnąć do odgrywania komedyi swojej własnej 

przeszłości i do zarzucenia jeszcze raz starej skóry 
na ramiona — i to nietylko z próżności, ale także 

z życzliwości dla tych, którzy nas podziwiają. 

394

B ł ę d y  b i o g r a f ó w . — Nie należy utożsamiać 

nieznacznej siły, która potrzebna do zepchnięcia łodzi 

na rzekę, z siłą rzeki, która odtąd tę łódź unosi: ale 

tak się dzieje niemal we wszystkich biografiach. 

395. 

N i e  k u p o w a ć  z a  d r o g o . —  C o się  z a drogo 

opłaciło, używa się też źle, ponieważ bez miłości 

DZIEU NIETZSCHEGO. I XI. 

14 

background image

2 1 0 

i ze wspomnieniem dręczącem — i w ten sposób 
ma się podwójną stratę. 

396. 

J a k a  f i l o z o f i a  d l a  s p o ł e c z e ń s t w a  z a ­

w s z e  j e s t  k o n i e c z n a . — Podpory porządku spo­
łecznego spoczywają na tym gruncie, że każdy spo­
gląda pogodnie na to, czem jest, co czyni i do czego 
dąży, na swoje zdrowie i chorobę, swoje ubóstwo lub 
dobrobyt, swój honor, lub swoje małe znaczenie 

i czuje przytem:  » z  n i k i m b y m  s i ę  n i e  z a m i e ­
n i ł « . — Kto chce pracować nad porządkiem spo­
łecznym, niechaj tylko szczepi zawsze w sercach tę 
filozofię pogodnego odrzucania zamiany i bezzawist­
ności. 

397. 

O z n a k i  d u s z y  s z l a c h e t n e j . — Duszą 

szlachetną nie jest ta, co jest zdolna do najwyższych 
wzlotów, lecz ta, która się nie wysoko wznosi i nie 
spada nizko, lecz  z a w s z e przebywa w wolnem 

i świetlanem powietrzu. 

398. 

W i e l k o ś ć i  t e n ,  k t o  j ą  r o z w a ż a . — 

Najlepszym skutkiem wielkości jest to, iż obdarza 

211 

rozważającego powiększającem i zaokrąglającem 
okiem. 

399. 

U m i e j ę t n o ś ć  z a d o w a l a n i a  s i ę . — To,  i ż 

się dosięgło dojrzałości rozumu, wyraża się w tem, 

iż przestaje się chodzić tam, gdzie pod najciernist­

szymi żywopłotami poznania rosną rzadkie kwiaty, 
lecz zadowala się ogrodem, lasem, łąką i polami, zwa­
żywszy, jak życie dla rzeczy rzadkich i niezwykłych 
jest za krótkie. 

400. 

K o r z y ś ć z  n i e d o s t a t k u . Kto wiecznie 

żyje w cieple i pełni serca i niejako w letniej atmo­
sferze duszy, ten nie może wyobrazić sobie owego 
straszliwego zachwytu, jaki chwyta natury bardziej 
zimowe, kiedy wypadkiem dotkną je promienie sło­
neczne miłości i letni oddech słonecznego dnia lu­
towego. 

401. 

P r z e p i s  d l a  m ę c z e n n i k a . — Zbyt ciężkie 

stajeć się brzemię życia? — Winieneś tedy życia 

background image

212 

swego brzemię powiększyć. Kiedy męczennik w końcu 
odczuwa pragnienie rzeki Lety i kiedy jej szuka, — 
musi się stać  b o h a t e r e m , żeby ją znaleźć z pew­

nością. 

402. 

S ę d z i a . — Kto czyjś ideał przejrzał, staje się 

jego nieubłaganym sędzią i niejako jego nieczystem 

sumieniem. 

403. 

P o ż y t e k  w i e l k i e g o  w y r z e c z e n i a  s i ę . 

— Najpożyteczniejszą w wielkiem wyrzeczeniu się 

jest, iż udziela nam owej dumy cnotliwej, zapomocą 
której odtąd łatwo otrzymujemy od siebie wyrzecze­
nie się wielu rzeczy drobnych. 

404. 

W  j a k i  s p o s ó b  o b o w i ą z e k  n a b i e r a 

b l a s k u . — Środek, żeby w oczach każdego zmie­
nić mosiądz swego obowiązku na złoto, jest: spełniaj 
zawsze cokolwiek więcej, niż obiecujesz. 

313 

405. 

M o d l i t w a  d o  l u d z i . — »Darujcie nam na­

sze  c n o t y « — tak należy się modlić do ludzi. 

406. 

T w ó r c y i  s p o ż y w a j ą c y . — Każdy spoży­

wający sądzi, że drzewu zależy na owocu; ale drzewu 

zależy na nasieniu. — Na tem polega różnica między 
wszystkimi twórcami i spożywającymi. 

407. 

S ł a w a  w s z y s t k i c h  w i e l k o ś c i .  - I cóżby 

zależało na geniuszu, jeśliby swemu uczniowi i wiel­
bicielowi nie udzielał takiej wolności i wysokości 

uczucia, iżby ten nie potrzebował już geniusza! — 
S i e b i e  u c z y n i ć  z b y t e c z n y m — oto sława 

wszystkich wielkości. 

408. 

P o d r ó ż do  p i e k i e ł . — I ja byłem w piekle, 

jak Odysseusz, i będę tam jeszcze często bywał; i nie 
tylko barany tam ofiarowywałem, żeby móc pomówić 
z niektórymi zmarłymi, lecz nie żałowałem kropli 

background image

214 

krwi własnej. Były cztery pary, które mnie, składa­

jącemu ofiary, nie odmówiły posłuchania: Epikur 

i Montaigne, Goethe i Spinoza, Platon i Rousseau, 
Pascal i Schopenhauer. Z tymi muszę dysputować 
podczas mych długich, samotnych wędrówek, pragnę, 
żeby oni przyznawali mi racyę lub jej odmawiali, 
im pragnę się przysłuchiwać, kiedy między sobą 
wzajemnie przyznają sobie słuszność lub niesłuszność. 

I cokolwiek tylko mówię, postanawiam, cokolwiek po­
myślę dla siebie lub innych: w tych ośmiu wzrok 
swój zatapiam i widzę, że ich wzrok jest utkwiony 
we mnie. — Niechaj żyjący mi wybaczą, jeśli mi 
o n i nieraz wydają się jak cienie, tak wybladli 
i smutni, tak niespokojni i ach! tak żądni życia: kiedy 
tymczasem owi wydają mi się tak żywotni, jak gdyby 
teraz, po śmierci, nigdy już nie mogli być znużeni 
życiem. Lecz o  w i e c z n ą  ż y w o t n o ś ć chodzi:  c o 
zaś nam zależy na »życiu wiecznem« i życiu wogóle! 

ROZDZIAŁ DRUGI: 

W Ę D R O W I E C I JEGO CIEŃ 

background image

C i e ń : Tak dawno nie słyszałem cię, że chciał­

bym ci nastręczyć do mówienia sposobność. 

W ę d r o w i e c : Coś mówi: gdzie? i kto? Zdaje 

mi się niemal, jak gdybym słyszał siebie mówiącego 
głosem jeszcze słabszym, niż głos mój. 

C i e ń (po chwili): Nie cieszy cię to, że masz 

sposobność do mówienia? 

W ę d r o w i e c : Na Boga i wszystkie rzeczy, 

w które nie wierzę, cień mój przemówił: słyszę i nie 
wierzę. 

C i e ń : Przypuśćmy, że tak jest i nie myślmy 

o tem dłużej; nim upłynie godzina, będzie po wszyst­
kiem. 

W ę d r o w i e c : Zupełnie tak myślałem i ja, 

kiedy w lesie pod Pizą ujrzałem zrazu dwa, a potem 

pięć wielbłądów. 

C i e ń : Dobrze to, że obydwaj jesteśmy jednako 

wyrozumiali dla siebie, kiedy się zdarzy, że roz­

background image

218 

sądek nasz milknie: w ten sposób i w rozmowie 

nie będziemy się drażnić wzajemnie, ani natych­
miast jeden drugiemu nakładać klub, jeśli przy­
padkiem słowo którego zadźwięczy niezrozumiale. 
Kiedy się nie wie, co odpowiedzieć, wystarcza już 
rzec cokolwiek: taki słuszny warunek kładę, jeśli 
z kimś rozmawiam. W dłuższej rozmowie nawet 

najmądrzejszy staje się nieraz szaleńcem i potrzykroć 
głupcem. 

W ę d r o w i e c : To, iż tak matem się zadowa­

lasz, nie jest pochlebne dla tego, przed kim się do 
tego przyznajesz. 

C i e ń : Mamże więc pochlebiać? 
W ę d r o w i e c : Myślałem,  ż e cień człowieka 

jest jego próżnością; ta jednak nigdyby nie pytała: 

»mamże więc pochlebiać?« 

C i e ń : Próżność ludzka, o ile ją znam, nie pyta 

także, jak ja już dwukrotnie uczyniłem,  c z y mówić 
jej wolno: ona mówi zawsze. 

W ę d r o w i e c : Spostrzegam teraz, jak nie­

grzeczny jestem względem ciebie, mój drogi cieniu: 
ani słówkiem jeszcze nie oświadczyłem, jak się bar­
dzo  r a d u j ę , że nietylko cię widzę, lecz i słyszę. 
Wiedz, że kocham cień, jak kocham światło. Żeby 

piękność oblicza, wyrazistość mowy, dobroć i moc 
charakteru istniały, cień jest równie potrzebny, jak 
światło. Nie są to przeciwnicy: raczej miłośnie trzy­
mają się za dłonie, i kiedy światło znika, pomyka za 

niem cień. 

C i e ń : I ja nienawidzę tego, czego ty niena­

widzisz, nocy; kocham ludzi, ponieważ są uczniami 
światła i raduję się blaskiem, który świeci w ich 
oku, kiedy poznają i odkrywają, ci nieznużeni po­

219 

znawcy i odkrywcy. Owym cieniem, który ściele 
wszystkie rzeczy, kiedy padnie na nie promień po­
znania — owym cieniem jestem ja. 

W ę d r o w i e c : Zdaje mi się, że cię pojmuję, 

chociaż, być może, wyraziłeś się cokolwiek cie­
nisto. Lecz miałeś słuszność: dobrzy przyjaciele tu 
i ówdzie, jako znak porozumienia, wymieniają słówko 
ciemne, które dla wszystkich innych powinno być 
zagadką. My zaś jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. 

Przeto dość  w s t ę p ó w ! Parę setek pytań cięży mi 
na duszy, czas zaś, w którym możesz na nie odpo­
wiedzieć, jest, być może, bardzo krótki. Zobaczmy, 
o czem porozumiemy się z całym pośpiechem i w zu­
pełnej zgodzie. 

C i e ń : Lecz cienie są lękliwsze od ludzi: nie 

powiesz więc nikomu, w jaki sposób rozmawialiśmy 
ze sobą. 

W ę d r o w i e c :  J a k rozmawialiśmy  z e sobą? 

Niechaj niebo uchroni mnie przed długo wlokącemi 

się rozmowami na piśmie! Gdyby Plato znajdował 

mniej przyjemności w takiem przędzeniu, czytelnicy 
jego znajdowaliby więcej przyjemności w Platonie. 
Rozmowa, która w rzeczywistości bawi, zmieniona 

w pismo i przeczytana jest malowidłem, o wyłącznie 
fałszywych perspektywach: wszystko w niej jest 
za długie lub za krótkie. — Jednak, być może, bę­

dzie mi wolno podzielić się tem, na  c o ś m y się 
zgodzili ? 

C i e ń : Na to zgoda: ponieważ wszyscy odnajdą 

w tem tylko twoje poglądy: o cieniu nie pomyśli 

nikt. 

W ę d r o w i e c : Być może, mylisz się, przyja­

background image

2 2 0 

cielu! Dotychczas w poglądach moich więcej wi­

dziano cień niż mnie. 

C i e ń : Więcej cień, niż światło?  C z y ż moż­

l i w a ? 

W ę d r o w i e c : Bądź poważny, szaleńcze! Pierw­

sze zaraz pytanie moje wymaga powagi. 

1. 

O  d r z e w i e  p o z n a n i a . — Prawdopodobień­

stwo, lecz zgoła nie prawda: pozory wolności, lecz 
zgoła nie wolność — już dla tych dwuch owoców 

drzewo poznania nie może być brane za drzewo 
życia. 

2. 

R o z u m  ś w i a t a . —  Ż e świat  n i e jest wcie­

leniem rozumu wiecznego, można decydująco dowieść 

przez to, iż owa  c z ę ś ć  ś w i a t a , którą my znamy — 
mam na myśli nasz rozum ludzki —, nie jest arcy­
rozumna. A jeśli ona nie zawsze i niezupełnie  b y w a 

mądra i racyonalna, tedy i pozostały świat takim nie 
jest; tutaj stosuje się wnioskowanie a minori ad ma 

jus, a parte ad totum, i to z siłą rozstrzygającą. 

background image

222 

3. 

»Na  p o c z ą t k u  b y ł o « . — Wysławiać powsta­

wanie — jest to  n a s t ę p c z y  p o p ę d metafizyczny, 
który przy rozważaniu historyi występuje na nowo 

i każe wierzyć bezwzględnie, iż na  p o c z ą t k u 
wszystkich rzeczy znajduje się to, co jest najcenniej­
sze i najbardziej zasadnicze. 

4. 

M i a r a  w a r t o ś c i  p r a w d y . — Trud, z jakim 

człowiek wdziera się na górę, nie jest miarą jej wy­
sokości. I w nauce miałoby być inaczej! — mówią 

nam niektórzy, chcący uchodzić za wtajemniczo­
nych —, mozół nad prawdą powinien właśnie roz­
strzygać o wartości tej prawdy! Ta bezsensowna 

moralność wychodzi z założenia, że »prawdy« właś­
ciwie nie są niczem więcej, jeno przyrządami gimna­
stycznymi, którymi należy z zapałem obracać aż do 

zmęczenia, - moralność atletów i popisowych gim­
nastów ducha. 

5. 

M o w a i  r z e c z y w i s t o ś ć . — Istnieje obłudna 

pogarda dla wszystkich rzeczy, które w rzeczywi­

stości ludzie biorą najpoważniej,  w s z y s t k i c h  r z e ­
czy najbliższych. Mówi się naprzykład »je się 

223 

tylko dlatego, żeby żyć« — przeklęte  k ł a m s t w o , 
podobnie jak  o w o , które mówi o rodzeniu dzieci, 
jako o właściwym celu wszelkiej rozkoszy. Odwrot­

nie, wysoki szacunek dla »rzeczy najważniejszych« 
niemal nigdy nie jest zupełnie prawdziwy: wpraw­
dzie kapłani i metafizycy przyzwyczaili nas w tej 
dziedzinie do  m o w y obłudnie przesadnej, ale prze­

cież nie sprowadzili zmiany uczucia, które tych rze­
czy najważniejszych nie bierze tak poważnie, jak 
owe rzeczy wzgardzone, najbliższe. —  T e m niemniej 
bolesne skutki tej podwójnej obłudy są te, że tych 

rzeczy najbliższych, naprzykład: jedzenia, mieszkania, 
ubierania się, obcowania, nie czynimy przedmiotem 
ustawicznego, swobodnego i  p o w s z e c h n e g o roz­
ważania i przekształcania, lecz, ponieważ to uchodzi 

za poniżające, odwracamy od tego swą pilność umys­

łową i artystyczną: tak iż tutaj przyzwyczajenie 
i płochość łatwe odnoszą zwycięstwo nad nierozważ­

nymi, szczególniej zaś nad niedoświadczoną mło­
dzieżą; podczas kiedy z drugiej strony ciągłe prze­
kręcanie najelementarniejszych prawd ciała i duszy 
nas wszystkich, młodych i starych, prowadzi do ubli­

żającej zależności i niewoli — mam na myśli tę 
w gruncie zbyteczną zależność od lekarzy, nauczy­
cieli i pasterzy duchowych, których ciężar obecnie 
wciąż jeszcze leży na całem społeczeństwie. 

6. 

N i e d o s k o n a ł o ś ć  z i e m s k a i  j e j  g ł ó w n a 

przyczyna. — Jeśli się obejrzeć wkoło, trafiamy 

background image

224 

zawsze na ludzi, przez całe życie jadających jaja 
i nie spostrzegających, że najpodłużniejsze są naj­
smaczniejsze, nie wiedzących, że burza działa korzyst­
nie na stan brzucha, że perfumy najmocniejszą woń 

wydają w chłodnem, czystem powietrzu, że nasz 
zmysł smaku nie jest jednakowy w różnych miejs­
cach jamy ustnej, że każdy posiłek, przy którym 
dobrze się mówi, lub dobrze słucha, szkodę przynosi 
żołądkowi. Mogą nie wystarczać te przykłady braku 

zmysłu obserwacyjnego: tem bardziej przyznać trzeba, 
że większość ludzi bardzo źle widzi  r z e c z y  n a j ­

b l i ż s z e , bardzo rzadko zwraca na nie uwagę. 
I jestże to rzeczą obojętną? — Rozważcie przecież, 
ż e z tego braku wypływają  n i e m a l  w s z y s t k i e 
w a d y  c i e l e s n e i  d u c h o w e  j e d n o s t e k : nie 
wiedzieć, co jest dla nas pożyteczne, co szkodliwe 

w urządzeniu trybu życia, podziału dnia, czasu i wy­
borze towarzystwa, w zawodzie i wywczasach, roz­
kazywaniu i posłuszeństwie, odczuwaniu przyrody 
i sztuki, jedzeniu, spaniu i rozmyślaniu; w rzeczach 
n a j d r o b n i e j s z y c h i  n a j c o d z i e n n i e j s z y c h 
być  n i e u k i e m i nie posiadać oka bystrego — oto 
co ziemię dla tak wielu czyni »padołem płaczu«. Nie 
mówmy, tutaj, jak wszędzie, przyczyną jest brak  r o ­
z u m u : raczej — rozumu jest dość i aż zanadto, 
lecz  b ł ę d n i e go  k i e r u j ą i sztucznie od owych 
drobnych i codziennych rzeczy  o d w o d z ą . Kapłani 
i nauczyciele i wzniosła żądza panowania idealistów 

wszelkiego rodzaju, pospolitego i subtelniejszego, 
wmawiają dziecku już, iż chodzi o zupełnie coś in­
nego: o zbawienie, o służbę państwową, o posuwanie 
nauki, lub o szacunek i majątek, jako środki do słu­

żenia całej ludzkości, podczas kiedy potrzeby je­

225 

dnostki, jej wielkie i małe nędze w ciągu dwudziestu 
czterech godzin są czems nikczemnem i obojętnem. — 
Już Sokrates bronił się wszystkiemi silami przeciw 

dumnemu zaniedbywaniu tych rzeczy ludzkich na ko­
rzyść ludzkości i lubił słowami Homera przypominać 
0 rzeczywistym zakresie i istocie wszelkich trosk 
i rozmyślań: To tylko jest i tylko to, mawiał, »co 

mnie dobrego i złego w domu spotyka«. 

7. 

D w a  s p o s o b y  p o c i e s z a n i a . — Epikur, 

lekarz dusz późnej starożytności, posiadał to cudowne 
wniknięcie, do dziś dnia spotykane tak rzadko, że dla 

spokoju ducha zgoła nie jest konieczne rozwiązanie 
ostatecznych i najbardziej dalekich kwestyi. Wystar­

czało mu przeto powiedzieć takiemu, którego drę­
czyła »bojaźń bogów«: »jeśli istnieją bogowie, to nie 
troszczą się o  n a s « — zamiast bezpłodnie i z odda­
lenia roztrząsać ostateczne pytanie, czy bogowie 

wogóle istnieją. Takie stanowisko jest o wiele korzyst­
niejsze i silniejsze: ustępuje się kilka kroków przed 
przeciwnikiem, i w ten sposób czyni się skłonniej­

szemi jego ucho i serce. Skoro on jednak zabiera się 
do dowodzenia rzeczy przeciwnej — że bogowie 
o nas się troszczą —, w jakież labirynty i ciernie 
musi się biedak zabłąkać, sam przez się, bez pod­

stępu ze strony rozmówcy, który musi tylko być dość 
ludzkim i subtelnym, żeby ukryć współczucie, jakie 

w nim budzi to widowisko. W końcu sam on nabiera 

wstrętu, który jest najsilniejszym argumentem przeciw 

DZIEŁA NIETZSCHEGO . T. XI. I 5 

background image

226 

wszelkiemu zdaniu, wstrętu do swego własnego 
twierdzenia; stygnie i odchodzi w tern samem uspo 
sobieniu, jakieby miał bezwzględny ateusz: »co mnie 
właściwie obchodzą bogowie! niech ich dyabli 
porwą!« — W innych wypadkach, szczególniej kiedy 
zasmucała umysły hipoteza napół fizyczna, napół 
moralna, nie obalał tej hipotezy, lecz przyznawał, że 
bodaj tak być może: ale istnieje  j e s z c z e  i n n a hi 

poteza, wyjaśniająca to samo zjawisko; być może, 
dzieje się jeszcze inaczej.  W i e l o ś ć hipotez wystar 

cza i w naszych czasach także, naprzykład hipotez: 
0 pochodzeniu wyrzutów sumienia, do zdjęcia z du 

szy owego cienia, który tak łatwo powstaje z usta­
wicznego dumania nad jedyną, wyłącznie widoczną, 

i przez to stokrotnie przecenianą hipotezą. — Kto 

więc pragnie przynosić pociechę nieszczęśliwym, prze­

stępcom, hipokondrykom, umierającym, niechaj przy­
pomni sobie o tych dwuch uspokajających sposobach 

Epikura, które dają się stosować do bardzo wielu 
zagadnień. W formie najprostszej brzmieć będą mniej 
więcej: po pierwsze, przypuściwszy nawet, że tak 
jest, nie obchodzi nas to nic; po drugie: może to 
być tak, lecz może być też inaczej. 

8. 

P o d c z a s  n o c y . — Skoro noc zapada, zmie­

nia się nasze odczuwanie rzeczy najbliższych. Oto 

wiatr jakby zakazanemi drogi zachodzi, szepcze, jakby 
szukał czegoś, i gniewa się, że nie znajduje. Oto 

światło lampy, świeci mętnie, czerwonawo, rzuca 

227 

znużone spojrzenia, niechętnie walcząc z nocą, nie­
cierpliwy niewolnik czuwającego człowieka. Oto od­
dech śpiącego, jego rytm niepokojący, do którego me­
lodyę zdaje się śpiewać ustawicznie powracająca 
troska — nie słyszymy jej, lecz kiedy pierś śpiącego 
podnosi się, czujemy ściskanie się serca, i kiedy od­
dech opada i niemal zamiera w ciszy śmiertelnej, 

mówimy do siebie »wypocznij przez chwilę, biedny 
duchu udręczony!« — pragniemy dla wszystkiego, co 
żyje, ponieważ taki ciężar je przygniata, wiecznego 
spokoju: noc przekonywa do śmierci. — Jeśliby lu­
dzie byli pozbawieni słońca i światłem księżycowem 
oraz oliwą wiedli walkę z nocą, jakaż filozofia spowi­
łaby ich w swoje zasłony! Spostrzega się aż nadto 
dostatecznie po umysłowej i duchowej istocie czło­
wieka, jak wskutek połowicznej ciemności i pozba­
wienia słońca, któremi życie jego jest spowite, w ogól­

ności spochmurniała ona. 

9. 

G d z i e  p o w s t a ł a  n a u k a o  w o l n o ś c i 

w o l i . — Nad jednym panuje  k o n i e c z n o ś ć w po­
staci namiętności, nad innym jako przyzwyczajenie 
do słuchania i posłuszeństwa, nad trzecim jako su­
mienie logiczne, nad czwartym jako kaprys i swa­
wolne zadowolenie ze zbaczania z drogi. Lecz wszyscy 
oni będą tam szukali wolności swej  w o l i właśnie, 

gdzie każdy z nich najsilniej jest związany: jest to 

tak, jak gdyby jedwabnik szukał wolności swej woli 

w tem, że snuje nić. Skąd to pochodzi? Widoczna, iż 

background image

228 

stąd, że każdy tam się uważa za najwolniejszego, 
gdzie jego  o d c z u w a n i e  ż y c i a jest największe, 
więc. jak się rzekło, już to w namiętności, już to w obo­

wiązku, już to w poznawaniu, już to w swawolności. 
To, dzięki czemu jednostka czuje się silną, w czem 
czuje się ożywioną, mimowolnie sądzi, musi być także 
zawsze elementem jej wolności: zależność i stępienie, 
niezależność i ochotę do życia uważa za pary nie­
rozłączne. — Tutaj doświadczenie, poczynione w dzie­

dzinie społeczno politycznej, człowiek przenosi błęd­
nie w ostateczną dziedzinę metafizyczną: tam czło­

wiek silny jest także człowiekiem wolnym, tam  ż y w e 
poczucie radości i cierpienia, wzniosłość nadziei, śmia­

łość pożądań, potęga nienawiści są przynależnością 

panujących i niezależnych, podczas kiedy poddany, 

niewolnik żyje w ucisku i otępieniu. — Nauka o wol­
ności woli jest wynalazkiem stanów  p a n u j ą c y c h . 

10. 

N i e  c z u ć  n o w y c h  k a j d a n . — Dopóki nie 

p o c z u j e m y swej zależności od czegoś, uważamy 
się za niezależnych: wniosek błędny, pokazujący, jak 
dumnym i żądnym władzy jest człowiek. Albowiem 

tutaj przypuszcza, że w każdym wypadku musiałby 
natychmiast spostrzec i odczuć zależność, skoroby jej 

uległ, a to wychodząc z przesłanki, że  z a z w y c z a j 
żyje w niezależności, i jeśliby ją wypadkiem utracił, 
czułby przeciwnie. — Jakżeby było jednak, jeśliby 

prawdą była rzecz odwrotna: że  z a w s z e żyje 

w różnorodnej zależności, lecz uważa się za wol­

229 

n e g o , kiedy  n i e  o d c z u w a  j u ż ciężaru łańcucha 
wskutek długiego przyzwyczajenia? Tylko z powodu 

n o w y c h łańcuchów cierpi się jeszcze: — wolność 

woli nie jest czem innem właściwie, jak tem, że się 
nie czuje nowych łańcuchów. 

11. 

W o l n o ś ć  w o l i i  i z o l o w a n i e  f a k t ó w . — 

Zwykła nam niedokładność obserwowania powoduje, 
iż grupę zjawisk bierzemy za jedność i nazywamy 
ją faktem: między nim i innym faktem wyobrażamy 
sobie przestrzeń próżną,  i z o l u j e m y każdy fakt. 

W rzeczywistości całe nasze postępowanie i pozna­
wanie nie jest ciągiem faktów i próżnych między 

nimi przestrzeni, lecz ustawiczną rzeką. Ale właśnie 

wiara w wolność woli nie da się pogodzić z wyobra­

żeniem stałego, jednorodnego, niepodzielonego, niepo­
dzielnego prądu: ona każe z góry przypuszczać, że 
k a ż d y  p o s t ę p e k  o d d z i e l n y jest  i z o l o w a n y 
i  n i e p o d z i e l n y ; jest ona  a t o m i s t y k ą w dzie­
dzinie woli i poznania. — Jak niedokładnie pojmu­
jemy charaktery, czynimy również z faktami: mówimy 
o jednakowych charakterach, jednakowych faktach: 
j e d n y c h i  d r u g i c h  n i e m a . A przecież, wycho­
dząc z tego błędnego założenia, iż istnieją  j e d n a ­

k o w e  f a k t y , że jest stopniowany porządek ga­

t u n k ó w faktów, odpowiadający stopniowanemu po­

rządkowi wartości, chwalimy i ganimy:  i z o l u j e m y 
przeto nietylko fakty oddzielne, lecz z kolei grupy 

faktów rzekomo jednakowych (postępków złych, litoś­

background image

230 

ciwych, zawistnych i t. d.) — w obydwu wypadkach 
błędnie. — Wyraz i pojęcie są najwidoczniejszą pod­
stawą, dlaczego wierzymy w tę izolacyę grup postęp­
ków: zapomocą nich oznaczamy nietylko rzeczy, lecz 
pierwotnie sądzimy także, że przez nie ujmujemy ich 

i s t o t ę .  W y r a z y i pojęcia uwodzą nas wciąż jesz­
cze, że wyobrażamy sobie rzeczy prościej, niż są, 
oddzielnie, niepodzielnie, każdą istniejącą samą przez 
się. W  m o w i e ukrywa się pewna mitologia filo­
zoficzna, która co chwila z niej występuje, choć­
byśmy byli zresztą bóg wie jak ostrożni. Wiara 
w wolność woli, to znaczy w fakty  j e d n a k o w e 
i  i z o l o w a n e — posiada w mowie stałego apos­
toła i obrońcę. 

12. 

B ł ę d y z a s a d n i c z e. — Aby człowiek odczu­

wał jakąkolwiek przyjemność lub nieprzyjemność du­
c h o w ą , musi być niewolnikiem jednego z dwuch 
następujących złudzeń:  a l b o wierzy w  j e d n a k o ­
w o ś ć pewnych faktów, pewnych uczuć: wtedy przez 
porównanie stanu teraźniejszego z poprzednimi i przez 
przyrównanie lub nierówność ich (jak się dzieje zawsze, 
kiedy sobie coś przypominamy) odczuwa przyjemność 
lub nieprzyjemność duchową;  a l b o wierzy w  w o l ­

n o ś ć  w o l i , naprzykład, kiedy myśli: »nie powinie 
nem był zrobić tego«, »toby mogło skończyć się ina­
c z e j « i doznaje przytem także przyjemności lub nie­

przyjemności. Gdyby nie błędy, czynne przy każdej 

przyjemności lub nieprzyjemności, nigdyby ludzkość 

231 

nie powstała — albowiem jej zasadniczem uczuciem 
jest i pozostanie, iż człowiek jest wolnym w świecie 
niewoli, wiecznym cudotwórcą, czy postępuje do­
brze, czy źle, zadziwiającym wyjątkiem, nadzwierzę­
ciem, niemal bogiem, celem stworzenia, czemś, bez 
czego świat nie da się pomyśleć, rozwiązaniem za­

gadki kosmicznej, wielkim władcą i gardzicielem na­
tury, istotą, która  s w o j ą historyę nazywa  h i s t o ­
r y ą  ś w i a t a ! — Vanitas vanitatum homo. 

13. 

D w a  r a z y  p o w i e d z i e ć . — Dobrze jest 

rzecz podwójnie wyłuszczyć i przydać jej do prawej 
lewą nogę. Wprawdzie na jednej nodze prawda stać 

może; na dwuch jednak będzie chodzić i podróżować. 

14. 

C z ł o w i e k  k o m e d y a n t e m  ś w i a t a . — Mu­

szą istnieć twory dowcipniejsze od człowieka, choćby 
tylko po to, żeby odczuć humor, zawierający się 
w tem, że człowiek uważa się za cel całego bytu 

świata, i że ludzkość zupełnie poważnie nie zadowala 
się niczem mniejszem, niż perspektywą misyi świa­
towej. Jeśli Bóg świat stworzył, to człowieka stwo­
rzył jako  m a ł p ę  b o s k ą , żeby mieć powód do 
uciechy w swej przydługiej wieczności. Muzyka sfe­

ryczna wokół ziemi byłaby tedy drwiącym śmiechem 

background image

232 

wszystkich innych stworzeń z człowieka.  B ó l u używa 
ten znudzony Nieśmiertelny do łaskotania swego ulu­
bionego zwierzęcia, ażeby mieć uciechę, patrząc na 
tragiczno dumne grymasy i wykładanie swych cier­
pień, wogóle na duchową wynalazczość najpróżniej­
szego stworzenia — jako wynalazca tego wynalazcy. 

Ponieważ ten, kto wymyślił na żart człowieka, musiał 

być od niego dowcipniejszy, a także więcej przyjem­
ności znajdować w dowcipie. — Nawet tutaj jeszcze, 
gdzie nasza ludzkość dobrowolnie chce się upoko­
rzyć, próżność wyrządza nam psotę, że my ludzie 
przynajmniej w  t e j  p r ó ż n o ś c i jesteśmy nieporów­
nani z niczem i cudowni. Jedyni w świecie! ach, 
rzecz zbyt nieprawdopodobna! Astronomowie, którym 
nieraz rzeczywiście przypada w udziale widnokrąg 
niezaciemniany przez ziemię, dają do zrozumienia, 
że kropla  ż y c i a w świecie nie znaczy nic w cha­
rakterze niezmierzonego oceanu stawania się i zni­
kania: nieprzeliczone gwiazdy posiadają warunki po­
dobne, jak ziemia, do wytwarzania życia, bardzo 
liczne więc — lecz zaledwie garść w porównaniu 
z nieskończenie licznemi, które nigdy nie miały wy­
sypki życiowej lub oddawna z niej zostały uleczone: 
że życie na każdej z tych gwiazd, mierzone czasem 
jej egzystencyi, było chwilą, iskrą, po której nastą­
piły długie, długie okresy czasu, — a więc zgoła nie 
było celem ostatecznym ich egzystencyi. Być może, 
mrówka w lesie równie silnie jest przekonana, że 
jest celem i zamiarem istnienia lasu, jak my to czy­
nimy, kiedy w swojej fantazyi niemal mimowoli za­

nik ludzkości łączymy z końcem ziemi: ba, jesteśmy 

jeszcze skromni, jeśli poprzestajemy na tem i nie za­

rządzamy powszechnego zmierzchu światów i bogów 

233 

na uroczystość pogrzebową ostatniego śmiertelnika. 
Nawet astronom najbardziej wyzwolony nie może 

przedstawić sobie ziemi bez życia inaczej, tylko jako 
świecący i szybujący kurhan ludzkości. 

15. 

S k r o m n o ś ć  c z ł o w i e k a . — Jak mało przy­

jemności wystarcza przeważnie, żeby życie znajdo­

wać dobrem, jak skromnym jest człowiek ! 

16. 

W z g l ę d e m  c z e g o  o b o j ę t n o ś ć  j e s t  k o ­

n i e c z n a . — Nicby nie było niedorzeczniejszego, niż 
chcieć czekać, co stwierdzi ostatecznie nauka o rze­
czach pierwszych i ostatnich i do tego czasu myśleć 
o nich (a szczególniej wierzyć !) w sposób  t r a d y ­

c y j n y — jak to radzą tak często. Popęd do posia­
dania w tej dziedzinie  t y l k o  p e w n o ś c i , jest na­
s t ę p c z y m  p o p ę d e m  r e l i g i j n y m , niczem wię­
cej,— zamaskowanym i tylko pozornie sceptycznym ro­

dzajem »potrzeby metafizycznej«, podszytym tą myślą 
ukrytą, że przez długie, długie czasy nie będzie wi­
doku na te ostateczne pewności i że dotychczas »wie­
r z ą c y « ma prawo nie troszczyć się o tę całą 

dziedzinę. Te pewności, tyczące się najodleglejszych 

horyzontów, nie są dla nas konieczne do życia 

background image

234 

pełnem i dzielnem życiem ludzkiem: w równie małej mie­

rze, jak nie są konieczne dla mrówki, żeby być dobrą 
mrówką. Raczej powinniśmy wyświetlić sobie, skąd 

właściwie pochodzi ta fatalna waga, jaką tak długo 
przypisywaliśmy owym rzeczom: i do tego potrzebu­
jemy  h i s t o r y i uczuć moralnych i religijnych. Albo­
wiem tylko pod wpływem tych uczuć owe najcier­
nistsze kwestye poznania nabrały takiego znaczenia 
i straszliwości: w dziedziny najbardziej oddalone,  d o ­

k ą d tylko sięga, lecz nie wnika, oko duchowe, za­
ciągnięto takie pojęcia, jak wina i kara (i to kara 
wieczna!): i to tem nieostrożniej, im owe dziedziny 
były ciemniejsze. Od czasów najdawniejszych fanta­
zyowano tam, gdzie nic stwierdzić nie było można, 
i przekonano potomność, żeby te fantazye brała za 
rzeczy poważne i prawdziwe, w ostateczności rzuca­
jąc na szalę ten wstrętny atut: iż wiara więcej warta 
od wiedzy. Teraz we względzie tych rzeczy ostatecz­

nych potrzebna nie wiedza przeciw wierze, lecz  o b o ­

j ę t n o ś ć  w z g l ę d e m  w i a r y i  r z e k o m e j  w i e ­
d z y w owych dziedzinach! —  W s z y s t k o inne 
musi nas bliżej obchodzić, niż to, co nam ogłaszano 

dotychczas za najważniejsze — mam na myśli owe 
pytania: poco człowiek? Jaki los spotyka go po 
śmierci? W jaki sposób może pogodzić się z Bogiem? 
i jak tam brzmią jeszcze te curiosa. Nie więcej niż 
te pytania ludzi religijnych tyczą się nas pytania do­
gmatyków filozoficznych, idealistów, materyalistów, 
czy też realistów.  W s z y s c y oni zajmują się tem, żeby 
popchnąć nas do postanowienia w dziedzinach, gdzie 

ani wiara, ani wiedza nie są konieczne; nawet dla 
największego miłośnika poznania jest korzystniej, jeśli 

wokół wszystkiego, co jest do zbadania i dostępne 

235 

dla rozumu, tworzy się okryty mgłą zwodniczy pas 
bagien, strefa nieprzenikalna, wiecznie zmienna i nie 
dająca się określić. Właśnie przez porównanie z pań­
stwem ciemności, na granicach ziemi poznania,  r o ś ­
n i e ustawicznie w wartości jasny, blizki, najbliższy 
świat wiedzy. — Musimy znowu stać się  d o b r y m i 
s ą s i a d a m i  r z e c z y  n a j b l i ż s z y c h i nie spo­
glądać jak dotychczas wzgardliwie ponad niemi ku 
chmurom i duchom nocnym. W lasach i jaskiniach, 
w strefach bagnistych i pod zaciągniętem niebem — 
tam zbyt długo żył, i nędznie żył, człowiek w ciągu 

okresów kultury, trwających całe tysiąclecia. Tam 
n a u c z y ł  s i ę  p o g a r d z a ć teraźniejszością i są­
siedztwem, i życiem, i samym sobą — i my, my 
mieszkańcy  j a ś n i e j s z y c h polan natury i ducha, 
dziedziczymy ze krwią jeszcze coś z tej trucizny gar­
dzenia rzeczami najbliższemi. 

17. 

G ł ę b o k i e  o b j a ś n i e n i a . — Kto pewne miejs­

ce z autora »objaśnia głębiej«, niż było pomyślane, 
nie objaśnił, lecz  z a c i e m n i ł autora. Taki jest sto­

sunek naszych metafizyków do tekstu natury; ba, 
jeszcze gorszy. Albowiem, żeby dostarczyć swych 
wyjaśnień głębokich, często przygotowują sobie wprzód 
tekst do tego: to znaczy,  p s u j ą go. Żeby dać cie­
kawy przykład zepsucia tekstu i zaciemnienia autora, 
można przytoczyć tutaj myśli Schopenhauera o ciąży 
kobiecej. »Oznaką stałego istnienia w czasie woli ży­

cia, mówi on, jest spółkowanie; oznaką, na nowo 

background image

236 

łączącej się z tą wolą świadomości, objawiającej, 
i to w sposób jak najjaśniejszy, możliwość rozwią­
zania, jest nowe wcielenie woli życia. Znakiem tego 
wcielenia jest ciąża, która przeto występuje otwar­
cie i swobodnie, ba, nawet dumnie, podczas kiedy 
spółkowanie kryje się, jak przestępca«. Twierdzi 
on,  ż e  k a ż d a  k o b i e t a , schwycona  n a akcie 
płodzenia, mogłaby umrzeć ze wstydu, lecz  » c i ą ż ę 
s w o j ą  p r e z e n t u j e  b e z  ś l a d u  w s t y d u ,  b a , 
z  p e w n y m  r o d z a j e m  d u m y . Przedewszyst­
kiem stan ten nie tak łatwo prezentować, jak on sam 
się prezentuje; Schopenhauer, podnosząc  t y l k o za­
miar prezentowania, przygotowywa sobie tekst, żeby 

pasował do gotowego już »objaśnienia«. Następnie 

to, co mówi o powszechności zjawiska, które ma ob­
jaśnić, nie jest prawdą: mówi o »każdej kobiecie«; 

wiele, szczególniej kobiet młodych, zdradza w tym 
stanie, nawet w obecności najbliższych krewnych, 
często przykre zażenowanie; jeśli zaś kobiety w doj­
rzalszym i najdojrzalszym wieku, najczęściej kobiety 
ze sfer niższych, rzeczywiście znajdują pewne zado­
wolenie z tego stanu, to dają przez to do zrozumie­
nia, że mężowie  j e s z c z e ich pożądają. Że na ich 
widok sąsiad i sąsiadka lub obcy przechodzień rzek­
nie lub pomyśli: »czyż to możliwa  — « , próżność ko­
bieca, połączona z nizkim stanem umysłowym, zawsze 
jeszcze chętnie przyjmuje tę jałmużnę. Przeciwnie, 
jakby wypływało z twierdzeń Schopenhauera, właś­
nie kobiety najmądrzejsze i najbardziej umysłowe 
najwięcejby radowały się publicznie ze swego stanu: 
one bowiem miałyby przecież najwięcej widoków, że 
urodzą cudowne dziecię umysłowe, w którym »wola« 

dla dobra powszechnego jeszcze raz jeden »zaprze­

237 

czy się«; głupie kobiety natomiast miałyby wszelkie 

powody ukrywać swą ciążę jeszcze wstydliwiej, niż 
wszystko, co ukrywają. Nie można powiedzieć, 

żeby te rzeczy wzięte były z rzeczywistości. Przy­
puściwszy jednak, że Schopenhauer, biorąc na ogół, 
twierdzi ze słusznością, iż kobiety w ciąży wykazują 

więcej zadowolenia z siebie, niż kiedyindziej: zna­
lazłoby się pod ręką objaśnienie bliższe od jego objaś­
nienia. Możnaby było wyobrazić sobie gdakanie 

kwoczki,  p r z e d zniesieniem jaja, tej treści: Patrzcie! 
patrzcie! zniosę jajo! zniosę jajo! 

18. 

D y o g e n e s  n o w o c z e s n y . — Zanim się  p o 

szuka człowieka, trzeba znaleźć latarnię. — Czy musi 
to być latarnia  c y n i k a ? 

19. 

I m m o r a l i ś c i . — Moraliści muszą obecnie 

przyzwolić na to, iż obrzucają ich nazwą immorali­

stów, ponieważ dysekują moralność. Lecz kto chce 
dysekować, musi zabijać: przecież tylko w tym celu, 
żeby lepiej poznać, lepiej osądzić, lepiej żyć; zgoła 
zaś nie po to, żeby cały świat dysekował. Niestety 
jednak ludzie wciąż jeszcze myślą, że każdy mora­

lista przez ogół swoich postępków musi być wzorem 

background image

238 

do naśladowania dla innych: utożsamiają go z kaz­
nodzieją moralności. Dawniejsi moraliści nie dość 
dysekowali i kazali zbyt często: stąd pochodzą owe 
nieporozumienia i owe skutki nieprzyjemne dla mo­

ralistów nowoczesnych. 

20. 

N i e  u t o ż s a m i a ć . Moraliści, traktujący 

wielkoduszny, potężny, ofiarny sposób myślenia, jaki 

znajdujemy naprzykład u bohaterów Plutarcha, lub 
czysty, prześwietlony, ogrzewający stan duszy, jaki 
spotykamy u mężczyzn i kobiet prawdziwie dobrych, 

jak się traktuje trudne zagadnienia poznania, i śle­

dzący za pochodzeniem ich, wykazujący komplikacye 
w pozornej prostocie, kierujący oko na powikłanie 

motywów, na wplecione delikatne pasma złudnych 
pojęć i odziedziczonych od wieków, powoli wzrasta­
jących uczuć indywidualnych i grupowych, — ci mo­
raliści najczęściej bywają  o d m i e n n i od tych właś­
nie, z którymi przecież najczęściej ich  u t o ż s a ­
m i a j ą : mianowicie od duchów małostkowych, które 
wogóle nie wierzą w owe sposoby myślenia i stany 
duszy i swoje własne ubóstwo pragną ukryć poza 

blaskiem wielkości i czystości. Moraliści mówią: »tu­
taj są zagadnienia«, ludzie małostkowi mówią: »tutaj 

są oszuści i oszustwa«,  z a p r z e c z a j ą więc  i s t n i e ­

n i a właśnie tego, co tamci starają się  o b j a ś n i ć . 

239 

21. 

C z ł o w i e k ,  j a k o  t e n ,  k t ó r y  m i e r z y . — 

Być może, że wszelka moralność ludzkości zawdzię­
cza swe powstanie niezmiernemu podnieceniu we­
wnętrznemu, jakie opanowało ludzi pierwotnych, kiedy 
odkryli miarę i mierzenie,  w a g ę i ważenie. (Wyraz 

»człowiek« oznacza przecież to samo, co mierzący, 

chciał więc człowiek  n a z w a ć  s i ę od swego najwięk­
szego odkrycia!) Dzięki tym wyobrażeniom podnieśli 

się w dziedzinach, które nie dają się ani mierzyć, ani 
ważyć, lecz które pierwotnie nie zdawały się takiemi. 

22. 

Z a s a d a  r ó w n o w a g i . — Rozbójnik i możny 

pan, obiecujący gminie, że będzie ją bronił przed 
rozbójnikami, są prawdopodobnie w gruncie rzeczy 

istotami podobnemi, tylko że drugi korzyść swą osiąga 
w sposób inny, niż pierwszy: mianowicie przez da­
niny regularne, które gmina mu składa, nie zaś przez 
kontrybucye. (Jest to taki sam stosunek, jak między 
kupcem i rozbójnikiem morskim, którzy przez długi 

czas byli jedną i tą samą osobą: gdzie jedna funkcya 
nie wydawała się im roztropną, tam wykonywali 
drugą. Ba, w gruncie rzeczy nawet i teraz jeszcze 
wszelka etyka kupiecka jest tylko  m ą d r z e j s z ą 

etyką piratów: kupować jak najtaniej — jeśli można 
za same koszty produkcyi — sprzedawać jak naj­
drożej.) Zasadniczą stroną kwestyi jest: możny pan 

obiecuje utrzymywać równowagę przeciw rozbój­

background image

240 

nikom; dzięki temu słabi znajdują możność życia. 

Albowiem albo sami muszą się skupić w potęgę  r ó w ­

n o w a ż n ą , albo poddać się temu, kto stanowi rów­
nowagę (i jemu za to, czego dostarcza, służby swoje 
oddawać). Wogóle przekłada się ten ostatni sposób 
postępowania, ponieważ w gruncie rzeczy trzyma 
w szachu  d w i e istoty niebezpieczne, pierwszą przez 
drugą i drugą widokami korzyści: ta ostatnia bowiem 
znajduje korzyść w tem, żeby ze swymi poddanymi 
obchodzić się łaskawie lub znośnie, żeby mogli wy­
żywić nietylko siebie, lecz i swego władcę. W rze­
czywistości może ona przytem postępować zawsze 

jeszcze dość surowo i okrutnie: lecz w porówna­
niu z dawniejszą, ustawiczną możliwością zupełnej 

z g u b y , już w tym stanie ludzie oddychają lżej. — 
W początkach gmina jest organizacyą słabych dla 
r ó w n o w a g i przeciw siłom, grożącym niebezpie­
czeństwem. Byłaby bardziej pożądana organizacya 
w celu przewagi, jeśliby przytem była dość silna, 
żeby potęgę wrogą mogła odrazu  z n i w e c z y ć : 
i kiedy chodzi o oddzielnych potężnych szkodników, 
u s i ł u j e  s i ę to z pewnością uczynić. Lecz jeśli ten 

wróg jest głową plemienia, lub posiada wielu sojusz­
ników, szybkie i decydujące zniweczenie jest nie­
prawdopodobne i należy być przygotowanym na dłu­
gotrwały  s t a n  w o j e n n y : ten jednak pociąga  z a 
sobą stan najmniej pożądany dla gminy, ponieważ 

wskutek niego traci ona czas, konieczny na regularne 
zabiegi koło swoich środków utrzymania i widzi wy­
nik wszelkiej pracy co chwila zagrożony. Dlatego 
gmina przekłada doprowadzenie swej siły obrony 
i napaści ściśle do takiej wysokości, na jakiej znaj­

duje się potęga niebezpiecznego sąsiada, żeby mu 

241 

dać do zrozumienia, że na jej szali równie wiele 

s p i ż u leży obecnie: czemużby nie być wobec tego 
dobrymi przyjaciółmi ze sobą? —  R ó w n o w a g a 
jest przeto pojęciem bardzo ważnem w najdawniej­

szej nauce prawa i etyce; równowaga jest podstawą 
s p r a w i e d l i w o ś c i . Jeśli ta w epoce surowszej 
głosi: »oko za oko, ząb za ząb», to przypuszcza, iż 
równowaga została osiągnięta i chce ją  u t r z y m a ć 

zapomocą odpłaty: i w ten sposób, jeśli jeden po­
pełni przestępstwo ze szkodą drugiego, to ten drugi 
nie ucieka się do zemsty w ślepym gniewie.  L e c z 

zapomocą jus talionis  p r z y w r a c a się naruszoną 
równowagę między dwiema potęgami: albowiem w ta­
kich stanach pierwotnych oko jest jedną bronią  w i ę ­

c e j , przedstawia pewną siłę, jednym ciężarem wię­

cej. — W obrębie gminy, w której wszyscy uważani 
są jako członkowie równej wagi, za przestępstwa, to 
jest za naruszenie zasady równowagi, istnieje  h a ń b a 

i  k a r a : hańba, jako ciężar, ustanowiony przeciw 
jednostce przestępującej zasadę i przez to przestąpie­

nie, zdobywającej sobie korzyści; wskutek hańby do­
znaje ona szkody, która niweczy dawniejsze korzyści 
i je  p r z e w a ż a . Podobnie rzecz się ma z karą: prze­

wadze, którą każdy przestępca przywłaszcza sobie, 

ustanawia ona o wiele większą przeciwwagę, przeciw 
gwałtowi więzienie, przeciw kradzieży powetowanie 
straty i karę pieniężną. W ten sposób złoczyńcy 

p r z y p o m i n a  s i ę ,  ż e przez swój czyn  w y ł ą c z y ł 
się z gminy i jej etyki, zapewniającej  k o r z y ś c i : 
gmina traktuje go jako nierównego, słabego, stoją­

cego poza nią; przeto kara jest nietylko odpłatą, ale 

czemś więcej, ma w sobie coś z surowości 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 

16 

background image

242 

s t a n u  p i e r w o t n e g o ; o  t e m właśnie  m a  p r z y ­
p o m i n a ć . 

23. 

C z y  z w o l e n n i c y  n a u k i o  w o l n e j  w o l i 

k a r a ć  p o w i n n i ? — Ludzie, których zawodem 
jest sądzić i karać, w każdym wypadku starają się 
stwierdzić, czy złoczyńca wogóle jest odpowiedzialny 
za swój czyn, czy  m ó g ł robić użytek ze swego ro­
zumu, czy postępował, kierując się  m o t y w a m i , 
czy zaś nieświadomie lub pod przymusem. Jeśli go 
karzą, to karzą go, że motywy gorsze przełożył nad 
lepsze: które przeto  z n a ć był musiał. Gdzie brak 
tej znajomości, człowiek według poglądów panują­
c y c h nie jest wolny i jest nieodpowiedzialny: chyba, 
że jego nieświadomość, naprzykład jego ignorantia 

legis jest skutkiem umyślnego zaniedbania nauki: 
wtedy już bowiem, kiedy nie chciał nauczyć się tego, 
co był powinien, przełożył był pobudki gorsze nad 

lepsze i obecnie musi przypłacić skutki swego złego 
wyboru. Przeciwnie, jeśli nie widział przed sobą po­
budek lepszych, wskutek tępości lub idyotyzmu, tedy 
zwykle nie  b y w a karany: nie miał bowiem wyboru, 
jak się mówi, postępował jak zwierzę. Umyślne za 

przeczenie rozumu lepszego jest obecnie przesłanką, 

której się wymaga, jeśli przestępca ma zasługiwać 
na karę. Jakże jednak ktoś może być mniej rozum­
nym, niż nim być musi? Cóż rozstrzyga, jeśli szalki 
obciążone dobremi i złemi pobudkami? Więc ani błąd. 
ani oślepienie, ani żaden przymus zewnętrzny, ani 

243 

wewnętrzny? (Proszę zważyć zresztą, że każdy tak 
zwany »przymus  z e w n ę t r z n y « jest niczem innem, 
jeno przymusem wewnętrznym bojaźni i bólu). Co? 
zjawia się wciąż pytanie.  R o z u m więc nie ma 
być przyczyną, ponieważby nie mógł rozstrzygnąć 

przeciw pobudkom lepszym? — Tutaj przywołuje się 
na pomoc »wolną wolę«: rozstrzygać ma  n a j z u ­

p e ł n i e j s z a  s a m o w o l a , następuje chwila, w któ­
rej nie działa żadna pobudka, kiedy czyn spełnia się 
niby  c u d , rodzi się z niczego. Karze się tę rzekomą 
s a m o w o l ę , w wypadku, w którym żadna samowola 
panować nie powinna: rozum, znający prawo, zakaz 
i nakaz, nie powinien był zostawiać żadnego wyboru, 
jak się sądzi, i powinien był działać, jako przymus 
i siła wyższa. Przestępcę karze się więc, ponieważ 

uczynił użytek z »woli wolnej«: to znaczy, ponie­

waż działał bez motywów, gdzie powinien był po­

stępować zgodnie z motywami. Ale  c z e m u to uczy­
nił? O to właśnie  p y t a ć już nie wolno: był to czyn 
bez »czemu?«, bez pobudek, bez pochodzenia, coś bez­
celowego i nierozumnego. —  T a k i e g o  j e d n a k 
c z y n u , w myśl pierwszego wyżej wzmiankowanego 
warunku wszelkiej karalności,  n i e  n a l e ż y  t e ż  k a ­
r a ć ! Nie można też zastosować tutaj tego rodzaju 
karalności, jak gdyby tu czegoś n i e zrobiono, za­
niedbano,  n i e uczyniono użytku z rozumu: ponieważ 
w każdym razie zaniedbanie to zaszło  n i e r o z m y ś l ­
n i e ! A tylko rozmyślne zaniedbanie rozkazu ucho­
dzi za karalne. Przestępca przełożył wprawdzie gor­
sze pobudki nad lepsze, lecz  b e z przyczyny i umys­
łu: wprawdzie nie zrobił użytku ze swego rozumu, 
lecz nie dlatego,  ż e b y go nie stosować. To założe­
nie, które się robi względem przestępcy, zasługują­

1 6 * 

background image

244 

cego na karę, iż z umysłu zaprzecza swego rozumu, — 

właśnie to założenie, jeśli się przypuszcza »wolną 
wolę«, zostaje zniesione. Wy, stronnicy nauki o »wol­
nej woli« nie macie  p r a w a karać, w myśl swoich 
własnych zasad nie macie  p r a w a ! — Te jednak 

w gruncie rzeczy nie są niczem innem, jeno dzi­
waczną mitologią pojęć; i kura, która je wylęgła, 
siedziała na jajach zdala od wszelkiej rzeczywistości. 

24. 

P r z y c z y n e k  d o  s ą d u o  p r z e s t ę p c y 

i  j e g o  s ę d z i . — Przestępca, znający cały łańcuch 
okoliczności, nie będzie uważał czynu swego za tak nad­
zwyczajny i niepojęty, jak jego sędziowie i potępiciele: 

karę jednak wymierza mu się według stopnia  z d z i ­
w i e n i a , jakie opanowywa ich na widok czynu, 
jako rzeczy nie do pojęcia. — Jeśliby wiadomości 
0 wypadku i historyi poprzedzającej go, jakie po 
siada obrońca przestępcy, sięgały dość daleko, tedy 
tak zwane okoliczności łagodzące, jakieby stopniowo 

przedstawił, w końcu  m u s i a ł y b y zmyć całą winę. 
Lub jeszcze wyraźniej : obrońca  z ł a g o d z i ł b y 
stopniowo to  z d z i w i e n i e , które wydaje potępienie 
i orzeka karę, i w końcu usunąłby je zupełnie, zmu 
szając każdego słuchacza uczciwego do wewnętrz­
nego wyznania: »musiał postąpić tak, jak postąpił; 
jeślibyśmy wymierzyli karę, ukaralibyśmy wieczną 

konieczność«. - Odmierzać stopień kary według stop-
n i a  w i a d o m o ś c i , jaki się posiada  l u b w o g ó l e 

245 

25. 

W y m i a n a i  s p r a w i e d l i w o ś ć . — Wy­

miana byłaby tylko wtedy uczciwa i prawa, jeśliby 
każdy żądał tylko tyle, ile mu się rzecz jego wydaje 

warta, kiedy uwzględnia trud jej zdobycia, rzad­
kość, czas zużyty i t. d., nie zapominając o wartości, 
którą jej nadaje przywiązanie. Skoro ustanawia cenę 
w  s t o s u n k u  d o  p o t r z e b y  d r u g i e g o staje się 

to subtelniejszego rodzaju rozbojem i ciemięstwem.— 
Jeżeli przedmiotem wymiany jest pieniądz, to należy 

zważyć, że talar w ręku bogatego dziedzica, wyrob­
nika, kupca lub studenta są to rzeczy zupełnie różne: 
ponieważ jedna z tych osób nie pracowała prawie 
wcale, inna trudziła się wiele, żeby go zarobić, sto­
sownie do tego powinna zań otrzymać mało lub 
wiele — takby było słusznie: w rzeczywistości, jak 
wiadomo, rzeczy się mają odwrotnie. W wielkim 
świecie finansowym talar najleniwszego bogacza przy­
nosi więcej zysku, niż talar pracowitego biedaka. 

26. 

S t o s u n k i  p r a w n e  j a k o  ś r o d e k . — P r a w o , 

spoczywające na umowach między  r ó w n y m i , istnieje 
póty, póki siła tych, którzy umowę zawarli, pozo-

z d o b y ć  m o ż n a o genezie przestępstwa, — czyż 
nie kłóci się to z wszelką sprawiedliwością? 

background image

246 

staje równą lub podobną; roztropność stworzyła 
prawo, ażeby koniec położyć sporom i  b e z u ż y ­

t e c z n e m u marnotrawstwu między siłami równemi. 
Lecz  t o kończy się  r ó w n i e  o s t a t e c z n i e , jeśli 
jedna strona  s t a j e  s i ę wyraźnie słabszą, niż druga: 
wtedy następuje poddanie się i prawo  z o s t a j e 
z n i e s i o n e , skutek jednak jest ten sam, jaki osią­
gano dotychczas zapomocą prawa. Albowiem obecnie 
występuje  r o z t r o p n o ś ć mającego przewagę, która 
doradza  o s z c z ę d z a ć siłę poddanego i nie trwonić 

jej bezużytecznie: i często położenie poddanego staje 

się korzystniejsze, niż było położenie równouprawnio­
nego. — Stosunki prawne są przeto  ś r o d k i e m cza­
sowym, doradzanym przez roztropność, nie zaś celem. 

27. 

O b j a ś n i e n i e  r a d o ś c i  z ł o ś l i w e j . — Ra­

dość z cudzej szkody powstaje stąd, iż każdy pod 
wielu, jemu wiadomymi względami, czuje się źle, 
odczuwa troski, wyrzuty lub ból: szkoda, spotyka­
jąca innego, stawia go na  r ó w n i z innymi, łagodzi 
zawiść. — Jeśli sam wypadkiem czuje się dobrze, 
zbiera nieszczęście bliźniego w swej świadomości 
jako kapitał, żeby go przeciwstawić, kiedy go spotka 

własne nieszczęście: i także raduje się z cudzej 
szkody. Myślenie skierowane ku równości narzuca 

więc również swą miarę na dziedzinę szczęścia i przy­

padku: radość z cudzej szkody jest najpospolitszym 
wyrazem zwycięstwa i przywrócenia równości w  w y ż ­

szym porządku świata. Dopiero odkąd człowiek 

247 

nauczył się w innym człowieku widzieć równego so­
bie, a więc dopiero od ugruntowania społeczeństwa, 
istnieje radość z cudzej szkody. 

28. 

D o w o l n o ś ć w  w y m i e r z a n i u  k a r . —  N a 

większość przestępców spadają kary tak, jak dzieci 
na kobiety. Robili to samo dziesięć, sto razy i nie 
odczuwali złych skutków: nagle zostają odkryci i za 
odkryciem następuje kara. Przyzwyczajenie przecież 
powinno uczynić w oczach naszych winę, za którą 
karze się przestępcę, godniejszą uniewinnienia: po­
wstał bowiem pociąg, któremu trudniej się opierać. Na­
tomiast dzieje się tak, że jeśli istnieje podejrzenie, że 

czyn został popełniony z nawyknienia do przestępstw, 
karze go się surowiej, nawyk wystawia się jako ar­
gument przeciw wszelkiemu złagodzeniu. Odwrotnie: 
wzorowy tryb życia, od którego tem straszniej odbija 
przestępstwo, powinien zaostrzać winę!  L e c z zwykle 
karę łagodzi. Tak wszystko mierzy się nie według 

przestępcy, lecz według społeczeństwa, jego szkód 
i niebezpieczeństwa: dawniejsza użyteczność człowieka 
zalicza mu się wobec jego jednorazowej szkodliwości, 
dawniejszą szkodliwość dodaje się do nowoodkrytej 
i kara z tego powodu wymierzona zostaje w stopniu 
najwyższym.  L e c z jeśli w ten sposób karze się także 
lub nagradza (mniejsza bowiem kara w tym wypadku 
jest nagrodą) i przeszłość człowieka, toby należało 

cofnąć się jeszcze dalej i przyczyny takiej lub owa­

kiej przeszłości karać i nagradzać, mam na myśli ro­

background image

248 

dziców, wychowawców, społeczeństwo i t. d.: w wielu 

wypadkach okazałoby się, że i  s ę d z i o w i e w pe­

wien sposób są współwinni. Jest to samowola, jeśli 

zatrzymujemy się na przestępcy, karząc jego prze­
szłość: należałoby, jeśli się nie chce uznać absolutnej 

niewinności wszelkiej winy, zatrzymywać się na każdym 
oddzielnym wypadku i nie cofać się wstecz: to zna­
czy winę  i z o l o w a ć i zgoła nie wiązać jej z prze­
szłością — inaczej popełnia się grzech przeciw lo­
gice. Wyciągnijcie raczej, wy wolnowolowcy, konieczny 

wniosek z swojej nauki o »wolności  w o l i « i zadekre­

tujcie śmiało:  » ż a d e n  c z y n nie  m a  p r z e s z ł o ś c i « . 

29. 

Z a w i ś ć i  j e j  b r a t  s z l a c h e t n i e j s z y . 

Gdzie równość przenikła rzeczywiście i stale ugrun­

towana została, powstaje ów pociąg, wogóle ucho­

dzący za niemoralny i w stanie naturalnym zaledwie 

do pojęcia:  z a w i ś ć . Zawistny odczuwa każde wy­
kraczanie innego ponad miarę wspólną i chce go do 

niej zniżyć — lub sam się do tej wysokości podnieść: 

skąd pochodzą dwa różne sposoby postępowania, któ­
rym Hezyod nadał nazwę złej i dobrej Erys. Rów­

nież w stanie równości powstaje oburzenie, że jednemu 
n i ż e j jego godności i równości powodzi się źle, 

a drugiemu  p o n a d równość dobrze: są to uczucia 

natury  s z l a c h e t n i e j s z e j . W rzeczach, które od 
samowoli człowieka nie zależą, uderza ich brak spra­
wiedliwości i słuszności: to znaczy, żądają, żeby ową 

równość, którą uznaje człowiek, uznawała też natura 

249 

i przypadek, gniewają się, że ludziom jednakowym 
nie jednakowo się powodzi. 

30. 

Z a w i ś ć  b o g ó w . — »Zawiść  b o g ó w « po­

wstaje, kiedy człowiek nizko w opinii stojący w jakiś 

sposób staje na równi z wyższym (jak Ajaks) lub 
z łaski losu  z o s t a j e wyniesiony do tej wysokości 
(Niobe, jako matka zbyt szczęśliwa). W hierarchii 
s p o ł e c z n e j zawiść ta stawia żądanie, żeby nikt 
n a d swój stan nie wyrastał zasługą, żeby i jego 

szczęście było zastosowane do stanu, a szczególniej, 
żeby świadomość jego nie wybiegała za te szranki. 
Często doznaje »zawiści bogów« wódz zwycięski: 
a także uczeń, który tworzy dzieło mistrzowskie. 

31. 

P r ó ż n o ś ć  o d d ź w i ę k i e m  s t a n u  n i e u ­

s p o ł e c z n i o n e g o . — Ponieważ ludzie uznali się 
za  r ó w n y c h gwoli bezpieczeństwu, dla założenia 
gminy, lecz to pojmowanie w gruncie przeczy przy­
rodzeniu jednostki i jest czemś wymuszonem, w miarę 
przeto wzrostu rękojmi bezpieczeństwa powszech­
nego występują nowe pędy starego dążenia do prze­

wagi : w rozgraniczeniu stanów, w pretensyi do 
godności zawodowych i przywilejów, wogóle w próż­

ności (maniery, strój, mowa i t. d.). Lecz skoro nie­

background image

250 

bezpieczeństwo dla społeczności daje się odczuwać, 
wtedy liczebnie przeważający, którzy w stanie po­
wszechnego spokoju nie mogli przeprowadzić swej 
przewagi, przywracają z powrotem stan równości: 

niedorzeczne przywileje i próżność znikają na jakiś 
czas.  L e c z jeśli społeczność ulega zupełnej ruinie, 
wszystko wpada w anarchię, wtedy natychmiast za­
panowywa stan naturalny, nie baczącej na nic, bez­
względnej nierówności, jak to się stało na Korkirze 
według sprawozdania Tucydydesa. Niema ani prawa 
przyrodzonego, ani przyrodzonego bezprawia. 

32. 

S ł u s z n o ś ć . — Dalszym rozwojem sprawied­

liwości jest słuszność, która powstaje między tymi, 
którzy nie występują przeciw równości gminnej: prze­
nosi się ją na te wypadki, o których prawo nie stanowi 
nic, ów delikatniejszy wzgląd na równowagę, prze­

widujący i naprzód i wstecz, którego maksymą jest: 
»jak ty mnie, tak ja tobie«. Aequum znaczy właśnie 

»to jest  z g o d n e z  n a s z ą  r ó w n o ś c i ą ; łagodzi 

ona także nasze małe różnice, sprowadzając je do 
pozoru równości, i pragnie, żebyśmy wybaczali sobie 
niejedno, do czego n i e bylibyśmy  z m u s z e n i « . 

33. 

P i e r w i a s t k i  z e m s t y . — Prędko się wy­

mawia słowo »zemsta«: zdaje się niemal, jak gdyby 

251 

nie zawierało nic innego oprócz jedynego pierwiastku 
pojęciowego i uczuciowego. To też mozolą się wciąż, 
żeby go znaleźć: jak nasi ekonomiści jeszcze nie 
znużyli się wietrzeniem w wyrazie »wartość« takiej 
jedności i szukaniem pojęcia pierwiastkowego war­
tości. Jak gdyby wszystkie  w y r a z y nie były kiesze­
niami, w które chowano to to, to owo, lub wiele rzeczy 
jednocześnie! Tak samo i »zemsta« bywa to tem, to 

owem, to czemś bardzo złożonem. Trzebaż bo odróż­
niać ten odruch zasłaniający, który się wykonywa 
niemal mimowolnie nawet względem przedmiotów 
nieożywionych, wyrządzających nam szkodę (naprzy­
kład względem maszyn, będących w ruchu): celem 
tego odruchu jest położenie tamy szkodzeniu, zapo­

mocą powstrzymania maszyny. Żeby ten cel osiągnąć, 
siła tego odruchu musi być nieraz tak wielka, żeby 

zrujnowała maszynę; kiedy ta nawet jest zbyt silna, 
żeby mogła być natychmiast zrujnowana przez je­
dnostkę, mimo to jednostka zawsze jeszcze wykona 
najsilniejsze uderzenie, do jakiego jest zdolna niby 
ostatnią próbę. W ten sposób zachowujemy się też 
względem osób, wyrządzających nam szkodę, w chwili 
bezpośredniego odczuwania samej szkody. Jeśli chce się 
akt ten nazwać aktem zemsty, zgoda; trzeba tylko 
rozważyć, że tutaj maszyneryę rozumu puszcza w ruch 
i n s t y n k t  s a m o z a c h o w a w c z y i  ż e w istocie 

nie myśli się o wyrządzającym szkodę, tylko o so­
bie: postępujemy tak,  n i e chcąc szkodzić z kolei, 
lecz chcąc jedynie  u j ś ć przynajmniej z życiem. — 
Trzeba na to  c z a s u , żeby od siebie ze swemi myś­

lami przejść do przeciwnika i zadać sobie pytanie, 

jaką drogą możemy urazić go najdotkliwiej. Tak się 

dzieje w drugim rodzaju zemsty: założeniem jej jest 

background image

252 

253 

tego wstępują na drogę pojedynku, chociaż już sądy 

dają im broń w rękę, do otrzymania zadośćuczynienia 
za obrazę: oni jednak poczytują sposób przywrócenia 
czci, nie związany z niebezpieczeństwem za niewystar­
czający, ponieważ nie może dowieść, iż są bez lęku). -

We wspomnianym na początku rodzaju zemsty tem, 
co powoduje odpór jest bojaźń: tutaj natomiast brak 

bojaźni, którego człowiek zapomocą odporu, jak się 
rzekło,  c h c e  d o w i e ś ć . — Nic więc nie wydaje 

się bardziej rożnem od wewnętrznego umotywowania 
obydwuch sposobów postępowania, które nazywa się 
jednem i tem samem wyrazem »zemsta«: i mimo to 

zdarza się bardzo często, iż dla samego człowieka, 
wywierającego zemstę jest rzeczą niejasną, co go 
właściwie skłoniło do czynu: być może, iż z bojaźni, 
żeby byt swój ocalić, postawił odpór, lecz w następ­
stwie, kiedy miał czas się zastanowić z punktu widze­

nia obrażonej czci, sam wmówił w siebie, że mścił się 
za swoją cześć: — ten bowiem motyw w każdym 

razie jest  s z l a c h e t n i e j s z y , niż drugi. Przytem 
jest jeszcze rzeczą zasadniczą, czy mu się cześć jego 
ukazuje dotkniętą w oczach innych (świata), czy 

zaś tylko w oczach obrażającego: w tym ostatnim 

wypadku wybierze raczej zemstę ukrytą, w pierw­
szym zaś jawną. Zależnie od tego, czy silnie, czy 

słabo wmyśli się w duszę sprawcy i widza, zemsta 
jego będzie złośliwsza lub łagodniejsza; a jeśli mu 
brak wogóle tego rodzaju wyobraźni, tedy zgoła 
o zemście myśleć nie będzie, ponieważ nie ma też 

wtedy poczucia »czci«, a więc i nie może ono być 
w nim dotknięte. Również nie będzie myśleć o zem­

ście, jeśli sprawcą i świadkami czynu  p o g a r d z a : 

ponieważ, jako pogardzani, nie mogą mu czci zwrócić, 

zastanawianie się nad rannością i wrażliwością innej 
osoby; chcemy ból zadać. Natomiast zabezpieczenie 
siebie od dalszej szkody tak dalekie jest od widnokręgu 
człowieka, wywierającego zemstę, że niemal regular­
nie powoduje własną dalszą szkodę i bardzo często 
z zimną krwią ją przewiduje. Kiedy w pierwszym 
rodzaju zemsty obawa przed drugiem uderzeniem czy­

niła odpór jak najsilniejszym, tutaj panuje niemal zu­
pełna obojętność względem tego, co przeciwnik jesz­
cze  u c z y n i ; siła odporu stosuje się tylko do tego, 
co nam  u c z y n i ł . Cóż on więc uczynił? Jakaż dla 
nas korzyść, jeżeli cierpi teraz, potem jak myśmy przez 
niego cierpieli? Chodzi o  p o w e t o w a n i e szkody; 
kiedy tymczasem akt zemsty pierwszego rodzaju słu­
żył tylko  s a m o  z a c h o w a n i u . Może się stać, że za 

sprawą przeciwnika straciliśmy majętność, godność, 
przyjaciół, dzieci — strat tych zemsta nie powetuje, 
powetowanie stosuje się jedynie do  s t r a t  u b o c z ­

n y c h przy wszystkich stratach wspomnianych. Zem­
sta odwetu nie zabezpiecza przed dalszą szkodą, nie 
naprawia doznanej szkody — oprócz jednego wy­
padku. Jeśli przez wroga ucierpieliśmy na  c z c i , 
zemsta jest w stanie ją przywrócić. Doznajemy je­
dnak tej krzywdy w każdym wypadku, kiedy nam 
rozmyślnie ból wyrządzają: albowiem przeciwnik tem 
samem dowodzi, iż nas się  n i e  l ę k a . Zapomocą 
zemsty dowodzimy, że i my się jego również nie 
boimy: na tem polega wyrównanie, powetowanie. 

(Intencya wykazania zupełnego braku  o b a w y u nie­

których osób posuwa się tak daleko, że niebezpie­

czeństwo zemsty dla nich samych strata na zdro­
wiu lub życia, lub wogóle inna krzywda wydaje 
się im niezbędnym warunkiem wszelkiej zemsty. Dla 

background image

254 

a przeto i czci odjąć. W końcu zrezygnuje z zemsty 
w tym wypadku, wcale nie nadzwyczajnym, kiedy 
sprawcę krzywdy  k o c h a : wprawdzie przypłaca to 
w oczach drugiego czcią swoją, i być może staje się 

przez to mniej godnym miłości wzajemnej. Ale i zre­
zygnowanie z wszelkiej miłości wzajemnej jest ofiarą, 
którą miłość ponieść gotowa, byle tylko ukochanej 
istocie nie być  z m u s z o n ą  z a d a ć  b ó l u : znaczy  t o 
samemu sobie przyczynić więcej bólu, niż bólu spra­
wia ta ofiara. Tak więc: każdy się zemści, oprócz 

tych wypadków, kiedy jest bez czci, kiedy gardzi krzy­
wdzicielem i oszczercą lub go kocha. I wtedy, kiedy 
zwraca się do sądów, szuka zemsty jako osoba prywatna: 
a  o b o k  t e g o jeszcze jako przewidujący, troskliwy 
członek społeczeństwa, szuka zemsty społecznej na 
kimś, co tego społeczeństwa nie  s z a n u j e . W ten spo­

sób kara sądowa  p r z y w r a c a zarówno cześć osoby 
prywatnej, jak i cześć społeczeństwa: to znaczy — 
kara jest zemstą. — Bezwątpienia zawiera się w niej 
ów inny, na początku opisany, pierwiastek zemsty o ile; 
przez nią społeczeństwo służy swoim celom  s a m o z a ­

c h o w a w c z y m i w  o b r o n i e  k o n i e c z n e j daje 
odpór. Kara ma zapobiec  d a l s z e m u szkodzeniu, 
m a  o d s t r a s z y ć . Tak rzeczywiście w karze  ł ą c z ą 
s i ę dwa różne elementy zemsty, i to może najbar­

dziej przyczynia się do podtrzymania owego wyżej 
wspomnianego pomieszania pojęć, wskutek którego 
jednostka, wywierająca zemstę, nie w i e zwykle, 
czego  c h c e właściwie. 

34. 

C n o t y ,  p r z y n o s z ą c e  s z k o d ę . — Jako 

członkowie pewnych grup społecznych nie czujemy 
się uprawnieni do pełnienia pewnych cnót, które nam, 
jako osobom prywatnym, przynosiłyby największy 
zaszczyt i niejakie zadowolenie, naprzykład do sto­
sowania łaski i wyrozumiałości względem błądzących 
wszelkiego rodzaju — wogóle względem każdego po 
stępowania, kiedyby ucierpiał wskutek naszej cnoty 
pożytek społeczny. Żadne kollegium sędziowskie nie 
ma prawa wobec sumienia swego pozwolić sobie na 
to, żeby być łaskawem: przywilej ten pozostawiono 
królowi,  j a k o  j e d n o s t c e i cieszą się, kiedy z niego 

czyni użytek, na dowód, żeby sami byli chętnie łas­

kawi, ale zgoła nie jako społeczeństwo. Społeczeń­
stwo więc uznaje tylko cnoty, przynoszące mu ko­
rzyść lub przynajmniej nie szkodliwe (które pełnić 
można bez szkody lub te, które się procentują, na­
przykład sprawiedliwość). Owe przeto cnoty, przyno­
szące straty, nie mogły powstać w  ł o n i e  s p o ł e ­
c z e ń s t w a , ponieważ jeszcze obecnie w każdem, 
choćby najmniejszem, powstającem społeczeństwie 
podnoszą przeciw nim protest. Są to więc cnoty, 
które powstały między nierównymi, wynalezione zo­
stały przez mających przewagę, przez jednostki, — są 
to cnoty  p a n u j ą c y c h , z tą myślą ukrytą: »jestem 
dość potężny, żeby pozwolić na wyrządzenie sobie 

jawnej szkody, jest to dowodem mojej siły« — są 
to cnoty spokrewnione z  d u m ą . 

255 

background image

256 

35. 

36. 

S t a ć  s i ę  o b ł u d n i k i e m . — Każdy żebrak 

staje się obłudnikiem; jak każdy, kto ze swego nie­
dostatku, z nędzy (czy to osobistej, czy publicznej) 

czyni swój zawód. Żebrak odczuwa niedostatek 
o wiele mniej, niż musi go  d a ć odczuwać innym, 
jeśli chce żyć z jałmużny. 

37. 

P e w i e n  r o d z a j  k u l t u  n a m i ę t n o ś c i . — 

Wy posępnicy i padalce filozoficzni, żeby oczernić całą 
istotę świata, prawicie o  s t r a s z l i w y m  c h a r a k ­
t e r z e namiętności ludzkich. Jak gdyby wszędzie, gdzie 

jest namiętność, była także straszliwość! Jak gdyby 

wiecznie w świecie ten rodzaj straszliwości istnieć 

musiał! — Przez zaniedbanie w rzeczach drobnych, 

257 

przez brak obserwacyi samych siebie i obserwacyi 
tych, którzy powinni być wychowani, samiście po­
zwolili namiętnościom wyrosnąć na takie potwory, że 
teraz już na sam wyraz »namiętność« strach was 
zdejmuje! Zależy od was i zależy od nas, żeby  p o ­

z b a w i ć namiętności ich charakteru straszliwego 
i zapobiec w ten sposób, żeby się nie stawały pusto­

szącymi potokami. — Własnego niedopatrzenia nie 
należy rozdymać do wiecznego fatalizmu; raczej 
chciejmy uczciwie pracować nad dziełem, żeby wszyst­
kie namiętności ludzkie zmienić w radości. 

38. 

W y r z u t y  s u m i e n i a . — Wyrzut sumienia, 

jak kąsanie kamienia przez psa, jest głupotą. 

39. 

P o c h o d z e n i e  p r a w . — Prawa odwołują się 

najczęściej do  t r a d y c y i , tradycya do jednorazowej 
u m o w y . Zdarza się, że pewnego razu zawieramy 
umowę, z której skutków są zadowolone strony obie, 
i jesteśmy zbyt ociężali, żeby ją formalnie odnowić: 
tak żyje się dalej, jak gdyby wciąż była odnawiana, 
i stopniowo, kiedy zapomnienie rozciągnie nad jej 
pochodzeniem mgłę, wierzymy, że mamy święty, nie­
naruszalny stan, na którym  m u s z ą budować poko­
lenia następne. Tradycya stała się teraz przymu­

K a z u i s t y k a  k o r z y ś c i . — Nie byłoby ka­

zuistyki moralności, jeśliby nie było kazuistyki ko­
rzyści. Rozsądek najniezależniejszy i najprzenikliw­
szy nie wystarcza często, żeby, wybierając między 
dwiema rzeczami, z koniecznością osiągnąć korzyść 
największą. W takich wypadkach wybiera się, ponie­
waż wybrać się musi, a następnie miewa się rodzaj 
choroby morskiej uczucia. 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 

17 

background image

258 

40. 

Z n a c z e n i e  z a p o m n i e n i a w  u c z u c i a c h 

m o r a l n y c h . — Te same czyny, które w społe­
czeństwie pierwotnem wypływały z początku z po­
czucia wspólnej  k o r z y ś c i , przypisywane są póź­
niej przez pokolenia następne innym motywom: ze 
strachu lub czci dla tych, którzy ich żądali i zalecali 
je, lub z przyzwyczajenia, ponieważ od dzieciństwa 
widziało się wkoło siebie, że je spełniają, lub z życz­
liwości, ponieważ spełnianie ich wywoływało wszę­
dzie radość i twarze zadowolone, lub z próżności 
ponieważ czyny takie chwalono. Takie postępki, o któ­
rych motywie zasadniczym, motywie pożyteczności 

z a p o m n i a n o , nazywają się wtedy  m o r a l n y m i : 
i to nie dlatego, że wypływają z owych  i n n y c h , 
motywów, lecz ponieważ nie popełnia się ich z świa 
dom ej użyteczności. — Skąd ta  n i e n a w i ś ć do po 
żytku, tak widoczna  t u t a j , gdzie wszelkie godne po 
chwały postępowanie formalnie odgranicza się od 
postępowania w widokach korzyści? — Oczywista, że 
społeczeństwo, jako ognisko wszelkiej moralności 
i wszelkich pochwal dla postępowania moralnego, 
walczyło zbyt długo i zbyt ciężko z interesownością 

i uporem jednostki, żeby w końcu nie cenić wszel­

259 

k i e g o  i n n e g o motywu postępowania wyżej nad 
motyw pożytku. W ten sposób rodzi się pozór, jakoby 
moralność  n i e wyrosła z pożytku; kiedy tymczasem 
pierwotnie była pożytkiem społecznym, który musiał 

się wielce mozolić, żeby się przebić przez interesow­
ność prywatną i zdobyć sobie większy szacunek. 

41. 

B o g a c i  d z i e d z i c e  m o r a l n o ś c i . I w za­

kresie moralnym istnieje bogactwo  d z i e d z i c z n e : 
posiadają je łagodni, dobroduszni, litościwi, dobro­

czynni, którzy otrzymali po przodkach  w s z y s t k i e 
dobie  s p o s o b y  p o s t ę p o w a n i a , ale nie otrzy­
mali rozumu (źródła tych sposobów postępowania). 

Przyjemną stroną tego bogactwa jest, że ustawicznie 

trzeba czerpać i udzielać z niego, jeśli wogóle ma 
być odczuwane, i że w ten sposób mimowolnie pra­
cuje nad tem, żeby zmniejszyć przedział między mo­
ralnie bogatym i moralnie ubogim: i mianowicie, co 

jest najgodniejsza uwagi i najlepsza, n i e na korzyść 

średniej w przyszłości między ubogim i bogatym, 
lecz na korzyść  p o w s z e c h n e g o bogactwa i obfi­
tości. Tak, jak tutaj to uczyniono, daje się ująć 
mniej więcej panujący pogląd o dziedzicznem bogac­

twie moralnem.  L e c z zdaje mi się, że pogląd taki 
utrzymuje się więcej ad majoram gloriam moralności, 
niż prawdy. Doświadczenie dostarcza przynajmniej 
twierdzenia, które, jeśli nie jako obalenie, to w ka­

żdym razie musi być znacznem ograniczeniem owej 

powszechności. Bez najwyborowszego rozsądku, tak 

17* 

s e m , choć nie przynosi już korzyści, dla której 
pierwotnie umowa zawarta została. —  S ł a b i znaj­
dowali tutaj po wszystkie czasy mocną twierdzę: 

skłonni są oni jednorazową umowę, okazaną łaskę, 
u w i e c z n i a ć . 

background image

260 

mówi doświadczenie, bez zdolności do najsubtelniej­
szego wyboru i bez  s i l n e j  s k ł o n n o ś c i  d o  z a ­
c h o w a n i a  m i a r y bogaci dziedzice moralności 

stają się  m a r n o t r a w c a m i moralności: oddawszy 
się bez hamulca swoim współczującym, łagodzącym, 
pojednawczym, uśmierzającym popędom, czynią wszyst­
kich wokół niedbalszymi. Stąd dzieci tych nadzwy­

czaj moralnych marnotrawców łatwo bywają — i, co 
niestety rzec trzeba, w najlepszym razie — przyjem­
nymi, słabymi nicponiami. 

42. 

S ę d z i a i  o k o l i c z n o ś c i  ł a g o d z ą c e . — 

»I względem dyabła trzeba być honorowym i płacić 
swoje długi, rzekł pewien stary żołnierz, kiedy mu 
dokładniej opowiedziano historyę dyabła, Faust po­
winien iść do piekła!« — »Och, wy straszni mężczyźni! 
zawołała jego małżonka, czyż to możliwa! Nie uczy­
nił on przecież nic złego, tyle tylko, że nie miał ani 
kropli atramentu w kałamarzu! Pisać krwią jest 

wprawdzie grzechem, ale maż za to taki piękny męż­
czyzna gorzeć w piekle ?« 

43. 

P r o b l e m a t  o b o w i ą z k u  p r a w d y . — Obo­

wiązek jest wywierającem przymus i popychają­
cem do czynu uczuciem, które nazywamy dobrem 

261 

44. 

S t o p n i e  m o r a l n o ś c i . — Z początku mo­

ralność jest środkiem, żeby gminę wogóle zacho­
wać i uchronić od zguby; następnie jest środkiem 

utrzymania gminy na pewnej wysokości i w pew­
nym stopniu dobrobytu. Motywy jej są  b o j a ź ń i na­

d z i e j a : i mianowicie tem surowsze, potężniejsze 

i grubsze, im silniejsza jest jeszcze skłonność do rze­

i uważamy za nie ulegające dyskusyi (— nie chcemy 
mówić i nie chcieliśmy mówić o pochodzeniu, grani­
cach i o usprawiedliwieniu tego uczucia). Dla myśli­

ciela jednak wszystko jest rezultatem powstawania 
i wszystko, co powstało, ulega dyskusyi, jest on więc 
człowiekiem, nie poczuwającym się do obowiązku, 

dopóki jest myślicielem. Jako taki nie będzie też uczu­

wał obowiązku widzenia i wypowiadania prawdy, i nie 
będzie odczuwał tego uczucia. Myśliciel zapytuje: skąd 
ono pochodzi? dokąd zmierza? ale już na samo to py­
tanie patrzy powątpiewająco. Ale z tego czyby nie wy­

pływało, że maszyna myśliciela przestawałaby praco­
wać prawidłowo, jeśliby on rzeczywiście przy akcie 
poznania mógł się  c z u ć  n i e o d p o w i e d z i a l n y m ? 
W tem znaczeniu do  z a s i l a n i a maszyny zdaje się 
być potrzebny ten sam element, który zapomocą ma­

szyny ma być zbadany. — Formuła byłaby być może 
następująca:  p r z y p u ś c i w s z y , iż istnieje obowią­
zek poznawania prawdy, jakże więc brzmi prawda 
w stosunku do każdego rodzaju innego obowiązku? — 

Ale hipotetyczne poczucie obowiązku czyż nie jest 
niedorzecznością ? 

background image

262 

c z y przewrotnych, jednostronnych, osobistych. Trzeba 
tutaj posługiwać się najokropniejszymi środkami za­
straszenia, dopóki łagodniejsze nie wywierają skutku 
i nie daje się inaczej osiągnąć ten podwójny rodzaj 
zachowania (do najsilniejszych należy wynalezienie 
życia pozagrobowego i wiecznego piekła). Potrzebne 
są wtedy tortury duchowe i oprawcy, którzyby je 
stosowali. Dalszymi stopniami moralności, a więc 
środkami do wyżej wspomnianych celów są przyka­
zania boskie (naprzykład prawo mojżeszowe); jeszcze 

dalszym i wyższym przykazania bezwzględnego po­
czucia obowiązku z jego »powinieneś«. — Wszystko 
to jeszcze dość z gruba wyciosane, ale  s z e r o k i e 
stopnie, ponieważ ludzie jeszcze nie umieją stawiać 
stóp na delikatniejszych i wyższych. Następnie przy 
chodzi moralność ze  s k ł o n n o ś c i ,  s m a k u , w końcu 
z  w n i k n i ę c i a — która wyrasta ponad złudne mo­
tywy moralności, ale uświadamia sobie, że przez dłu­
gie czasy ludzkość innych posiadać nie mogła. 

45. 

M o r a l n o ś ć  w s p ó ł c z u c i a w  u s t a c h  n i e 

p o h a m o w a n y c h . —  W s z y s c y ci, co nie dość sil­
nie panują nad sobą i nie znają moralności, jako 
ustawicznego w rzeczach wielkich i drobnych pano­
wania nad sobą i przezwyciężania siebie, mimowol­
nie stają się gloryfikatorami dobrych, współczujących, 
życzliwych poruszeń, owej moralności instynktownej, 
nie posiadającej głowy, która zdaje się składać tylko 
z serca i rąk pomocnych. Ba, nawet jest w ich inte­

263 

resie rzucać podejrzenie na moralność rozumu i ową 
drugą czynić wyłączną. 

46. 

U s t ę p y  d u s z y . — I dusza także musi po­

siadać swe określone kloaki, dla odpływu swych nie­
czystości: w tym celu służą osoby, stosunki towarzy­
skie, klasy społeczne lub ojczyzna, lub świat, lub 
w końcu — dla najbardziej wytwornych (mam na 

myśli naszych kochanych »pessymistów« nowoczes­
nych) — Pan Bóg. 

47. 

P e w i e n  r o d z a j  s p o k o j u i  k o n t e m p l a ­

c y i . — Bacz, żeby spokój twój i kontemplacya nie 
były jak spokój i kontemplacya psa przed jatką, 
któremu strach nie pozwala przysunąć się bliżej, 
a żądza nie daje się cofnąć: i który otwiera oczy, 
jak gdyby były paszczami. 

48. 

Z a k a z  b e z  p r z y c z y n y . — Zakaz, którego 

przyczyny nie rozumiemy, lub nie uznajemy, jest nie­
tylko dla przekornych, lecz także dla żądnych po­

background image

264 

znania niemal nakazem: chce się doświadczyć, żeby się 
dowiedzieć,  d l a c z e g o zakaz został wydany. Zakazy 

moralne, jak naprzyklad dekalogu, są stosowne dla 

epoki, kiedy rozum jest w poddaństwie: obecnie takie 
zakazy jak: »nie zabijaj«, »nie cudzołóż«, wydane bez 
umotywowania, miałyby raczej skutek szkodliwy, niż 

pożyteczny. 

49. 

C h a r a k t e r y s t y k a . — Cóż to jest za czło­

wiek, który może powiedzieć o sobie: »gardzę bardzo 
łatwo, lecz nie nienawidzę nigdy. W każdym czło­

wieku wynajduję natychmiast coś, co można szano­

wać i dzięki czemu szanuję go: tak zwane cechy 
miłe pociągają mnie mało«. 

50. 

W s p ó ł c z u c i e i  p o g a r d a . — Okazanie 

współczucia odczuwa się jako oznakę pogardy,  g d y ż 

oczywiście przestało się być przedmiotem  b o j a ź n i , 

skoro otrzymuje się dowody współczucia. Spadło się 
niżej poziomu równowagi, podczas kiedy już ta nie 
zadowala ludzkiej próżności i dopiero wyrastanie nad 
innych i przejmowanie bojaźnią udziela duszy wszyst­

kich uczuć upragnionych. Stąd rodzi się problemat, 

w jaki sposób powstało  s z a c o w a n i e współczucia, 

również, jak należy objaśnić, dlaczego obecnie chwali 

265 

s i ę człowieka bezinteresownego: pierwotnie  g a r ­
d z o n o nim, lub  o b a w i a n o  s i ę jego podstępów. 

51. 

U m i e ć  b y ć  m a ł y m . — Trzeba być tak blizko 

kwiatów, traw i motyli, jak dziecko, które sięga nie 
o wiele wyżej, niż one. My starsi natomiast wyrośliśmy 
nad nie i musimy się do nich zniżać; sądzę, że trawy 
n i e n a w i d z ą nas, kiedy wyznajemy dla nich swą 
miłość. Kto  w e  w s z y s t k i c h rzeczach dobrych 

chce uczestniczyć, musi także w pewnych chwilach 

umieć być małym. 

52. 

T r e ś ć  s u m i e n i a . — Treść naszego sumienia 

stanowi wszystko, czego regularnie i bez przyczyny 
ż ą d a ł y od nas w latach dzieciństwa osoby, które 
szanowaliśmy, lub których się obawialiśmy. Sumienie 
więc budzi owo uczucie musu (»to zrobić muszę, 
tego zaniechać«), które nie pyta:  d l a c z e g o mu­

szę? — We wszystkich wypadkach, w których rzecz 
robi się z »ponieważ« i »dlaczego«, postępuje czło­

wiek  b e z sumienia; przeto jednak jeszcze nie wbrew 
niemu. — Wiara w powagi jest źródłem sumienia: 

nie jest więc ono głosem Boga w piersi człowieka, 
lecz głosem kilku ludzi w człowieku. 

background image

266 

53. 

54. 

Z r ę c z n o ś ć w  u s ł u g i w a n i u . —  W s z y s c y 

tak zwani ludzie praktyczni posiadają zręczność w usłu­
giwaniu: to właśnie czyni ich praktycznymi, czy to 
dla innych, czy dla siebie samych. Robinson posiadał 
służącego jeszcze lepszego, niż Piątek: był nim 

Kruzoe. 

55. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  m o w y  d l a  w o l ­

n o ś c i  d u c h o w e j . — Każdy wyraz jest przesądem. 

267 

56. 

57. 

Z  o b c o w a n i a  z e  z w i e r z ę t a m i . — Powsta­

wanie moralności można jeszcze obserwować na na­
szym stosunku do zwierząt. Gdzie  n i e wchodzi w grę 
pożytek lub szkoda, posiadamy uczucie zupełnej nie­
odpowiedzialności ; zabijamy i ranimy naprzykład 
owady, lub zostawiamy je przy życiu, zupełnie bez­
myślnie. Dotknięcie nasze jest tak ciężkie, iż nasze 
miłe zachowanie się względem kwiatów i małych 

zwierząt prawie zawsze bywa mordercze: co wcale 
nie zmniejsza naszego zadowolenia, jakie w nich 
znajdujemy. — Dziś mamy święto drobnych zwierzą­
tek, najznojniejszy dzień w roku: wokół nas roi się 
i pełza, my zaś mimowolnie,  l e c z też nie zwracając 

uwagi rozgniatamy to tu, to tam robaczka lub owada 
skrzydlatego.— Jeśli zwierzęta wyrządzają nam szkodę, 
dążymy wszelkimi sposobami do  w y t ę p i e n i a ich, 
środki bywają często dosyć okrutne, właściwie bez 

woli z naszej strony: jest to okrucieństwo,  w y p ł y w a ­

jące z bezmyślności. Jeśli są pożyteczne, tedy wy­

zyskujemy je: dopóki subtelniejsza roztropność nie 

U m y s ł i  n u d a . — Przysłowie: »Madziar jest 

za leniwy, żeby się nudzić« daje dużo do myślenia. 
Dopiero zwierzęta najsubtelniejsze i najczynniejsze 
zdolne są do nudy. — Byłby to temat dla wielkiego 

poety:  n u d a  B o g a w siódmym dniu stworzenia. 

P o k o n a n i e  n a m i ę t n o ś c i . Człowiek, 

który pokonał swe namiętności, wszedł w posiadanie 
najurodzajniejszej gleby: jak kolonista, który stał się 
panem lasów i bagien.  S i e w dobrych dzieł ducho­

wych na gruncie pokonanych namiętności jest wtedy 

najpilniejszem i najbliższem zadaniem. Samo pokona 
nie jest tylko  ś r o d k i e m , nie zaś celem; jeśli się na 
nie patrzy inaczej, szybko wschodzą wszelkiego ro­
dzaju zielska i dyabelstwa na opróżnionym tłustym 
gruncie, i rychło rozrastają się bujniej i szaleniej, niż 
kiedykolwiek. 

background image

268 

pouczy nas, iż pewne zwierzęta, wzamian za inne 
obchodzenie się, mianowicie za opiekę i hodowlę, wy­

nagrodzą nas sowiciej. Dopiero wtedy powstaje od­

powiedzialność. Unika się dręczenia zwierząt domo­
w y c h ; człowiek oburza się, widząc, iż ktoś inny 
względem swej krowy jest niemiłosierny, całkiem 
w myśl pierwotnej moralności gminnej, która pożytek 
w s p ó l n y widzi w niebezpieczeństwie, skoro jedno­
stka przeciw niemu grzeszy. Kto z gminy spostrzega 
przestępstwo, obawia się pośredniej szkody dla sie­
bie: i my lękamy się o dobroć mięsa, rolnictwa, środ­
ków komunikacyjnych, kiedy widzimy, że źle się ob­
chodzą ze zwierzętami domowemi. Przytem kto jest 
okrutny ze zwierzętami domowemi, budzi podejrzenie, 

że jest także okrutny względem ludzi słabych, nie­
równych, niezdolnych do zemsty; uchodzi za czło­
wieka nieszlachetnego, któremu zbywa na dumie sub­
telniejszego rodzaju. W ten sposób powstają pierwo­
ciny sądów i uczuć etycznych: lwią część przytem 
sprawia teraz przesąd. Wiele zwierząt przez spojrzenia, 
dźwięki i giesty pobudza człowieka do  p r z e n i k a ­
n i a w  n i e  w y o b r a ź n i ą i wiele religii przyucza 
do upatrywania w zwierzętach miejsca przemieszki­
wania dusz ludzkich i boskich: wskutek czego zaleca 
w obcowaniu ze zwierzętami wogóle szlachetniejszą 
ostrożność, ba nawet pełen czci lęk. Kiedy nawet ten 
przesąd niknie, rozbudzone przezeń uczucia dzia­
łają wciąż dalej, dojrzewają i rozkwitają. — Chrześ­

cijanizm, jak wiadomo, okazał się na tym punkcie 
religią ubogą i wsteczną. 

269 

58. 

N o w i  a k t o r z y . — Niema między ludźmi rze­

c z y powszedniejszej nad śmierć; drugiemi w rzędzie 

idą urodziny, ponieważ nie wszyscy się rodzą, którzy 
przecież umierają; potem następuje ślub. Ale wszyst­
kie te małe tragikomedye podczas każdego z niezli­

czonych i nie dających się zliczyć przedstawień wy­
konywają coraz nowi aktorzy i dlatego nieustannie 

posiadają interesujących się widzów: kiedyby przy­
puszczać należało, że wszyscy widzowie z kuli ziem­

skiej dawno już z nudów wiszą po wszystkich drze­
wach. Tyle zależy na nowych aktorach, tak mało na 
sztuce. 

59. 

C o  z n a c z y  » b y ć  u p a r t y m « ? Najkrótszą 

drogą nie jest jak najprostsza, lecz ta, na której 
wiatry najpomyślniejsze wydymają nasze żagle: tak 
poucza nauka żeglarzy. Nie słuchać jej nazywa się 
być upartym: moc charakteru zmącona jest tutaj 

przez głupotę. 

60. 

W y r a z  » p r ó ż n o ś ć « . — Nieprzyjemnie,  i ż 

pewne wyrazy, bez których my moraliści obyć się 
nie możemy w żadnym razie, same przez się za­

background image

270 

wierają już rodzaj cenzury obyczajów z owych czasów, 

kiedy uważano za kacerstwa najbliższe i najnatural­
niejsze poruszenia człowieka. Tak naprzyklad owo 

przekonanie zasadnicze, iż na falach społecznych 

miewamy pomyślną żeglugę, lub doznajemy rozbicia, 
o wiele więcej dzięki temu, za co uchodzimy, niż 
dzięki temu, czem  j e s t e ś m y , przekonanie, które 

w każdym czynie społecznym musi być naszym ste­

rem, oznacza się i piętnuje wyrazem najogólniejszym 

»próżność«, »vanitas«: jedną z najpełniejszych i naj­

treściwszych rzeczy wyrazem, który ją oznacza, jako 

próżną właściwie i nikłą, coś wielkiego zapomocą 

deminutivum, ba, z rysem karykatury. Nie pomoże 
nic, musimy takich wyrazów używać, ale przytem 
ucho swoje zamykać na podszepty starego nawyku. 

61. 

F a t a l i z m  t u r e c k i . — Fatalizm turecki za­

wiera ten błąd zasadniczy, że człowieka i fatum jako 

dwie rozdzielone rzeczy wzajem sobie przeciwstawia: 
człowiek, mówią oni, może walczyć z fatum, starać 
się je zniweczyć, w końcu jednak pozostaje zawsze 
przy niem zwycięstwo; wskutek czego rzeczą roz­
sądną jest zrezygnować lub żyć według swego upo­
dobania. W rzeczywistości każdy człowiek sam jest 
częścią fatum: kiedy w podanym wyżej sposobie są­
dzi, iż walczy z fatum, spełnia się właśnie w tem 
fatum; walka jest złudzeniem, ale również owa rezy­
gnacya w fatum, wszystkie te złudzenia zawierają 

271 

się w fatum. — Obawa, jaką ludzie odczuwają przed 
teoryą niewolności woli, jest przeważnie obawą przed 
fatalizmem tureckim: sądzą, iż człowiek rezygnowałby 
niedołężnie i stał przed przyszłością z założonemi 
rękoma, ponieważby nie mógł w niej nic zmienić: 
lub też, zupełnie puściłby cugle swym kaprysom, po­

nieważ i one nie zdołałyby pogorszyć tego, co raz 

zostało przeznaczone. Głupstwa człowieka są rów­
nież częścią fatum, jak jego mądrość: i owa obawa 
przed wiarą w fatum również jest fatum. I ty, 
biedny bojaźliwcze, jesteś niezwyciężoną Moira, która 
tronuje jeszcze nad bogami; dla wszystkiego, co 
przyjdzie, jesteś błogosławieństwem lub przekleń­

stwem i w każdym razie więzami, w których i naj­
silniejszy leży skrępowany; w tobie cała przyszłość 

świata ludzkiego została z góry określona, nie po­
może ci nic, jeśli przed samym sobą ci straszno. 

62. 

A d w o k a t  d y a b ł a . — »Tylko przez własną 

szkodę staje się człowiek  m ą d r y m , tylko przez cu­
dzą szkodę staje się  d o b r y m « — tak brzmi owa 
szczególna filozofia, która całą moralność wyprowa­
dza ze współczucia, całą umysłowość z izolowania 
człowieka: przez to samo staje się nieświadomą rzecz­
niczką wszelkiej ziemskiej krzywdy. Albowiem dla 

współczucia potrzebne jest cierpienie, i dla izolacyi 
pogardzanie innymi. 

background image

272 

63. 

64. 

C n o t a  n a j w z n i o ś l e j s z a . — W pierwszej 

erze ludzkości na jej wyższym stopniu męstwo uchodzi 
za cnotę najwznioślejszą, w drugiej sprawiedliwość, 
w trzeciej umiarkowanie, w czwartej mądrość. W któ­

rej erze żyjemy  m y ? W której żyjesz  t y ? 

65. 

C o  p r z e d t e m  j e s t  k o n i e c z n e — Czło­

wiek, który nie chce być panem swego gniewu, na­
padów zawiści i zemsty, rozkoszy, i próbuje w czemś 
innem być mistrzem, jest tak głupi, jak rolnik, który 
zakłada i uprawia swe pola nad nieokiełznanym 

373 

66. 

C o  j e s t  p r a w d a ? —  S c h w a r z e r t (Melan­

chton): Głosi się często swoją wiarę, kiedy się ją 
właśnie straciło i szuka jej po wszystkich drogach, — 
i głosi się ją wtedy wcale nie najgorzej! —  L u t e r : 
Mówisz dziś prawdziwie jak anioł, bracie!  - S c h w a r ­
z e r t : Ale jest to myśl twoich wrogów, i stosują ją 

oni do ciebie. —  L u t e r : Jest to więc kłamstwo dya­

belskiego pomiotu. 

67. 

P r z y z w y c z a j e n i e  d o  p r z e c i w i e ń s t w . 

— Powszechna obserwacya niedokładna upatruje 

wszędzie w naturze przeciwieństwa (jak np. »ciepło 
i zimno«), gdzie niema przeciwieństw, tylko różnice 

stopni. To złe przyzwyczajenie prowadzi nas także 
do pojmowania i rozkładania natury wewnętrznej 
świata duchowo-obyczajowego według takich prze­
ciwieństw. Niewypowiedzianie wiele bolesności, zaro­
zumiałości, twardości, oddalenia i oziębienia przenikło 
w uczucie ludzkie wskutek tego, iż upatrywano prze­
ciwieństwa tam, gdzie były przejścia. 

OZIEŁA NIETZSCHEGO T. XI. 

18 

M a s k i  c h a r a k t e r ó w  m o r a l n y c h . — 

W czasach, kiedy maski charakterów, właściwych 
pewnym stanom, podobnie jak same stany, uchodziły 
za ostatecznie utrwalone, i moraliści byli uwiedzeni 
d o uznawania  m o r a l n y c h masek charakterystycz­

nych za bezwzględne i do rysowania ich w ten spo­
sób.  T a k  Molière  jako współcześnik społeczeństwa 

z czasów Ludwika  X I V jest zrozumiały; w naszem 

społeczeństwie przejść i stopni pośrednich, zdawałby 
się genialnym pedantem. 

strumieniem, nie zabezpieczywszy się uprzednio od 
niego. 

background image

274 

68. 

C z y  m o ż n a  p r z e b a c z a ć ? — Jakże można 

wogóle wam przebaczać, kiedy nie wiecie, co czyni­
cie!  N i e m a zupełnie nic do przebaczenia. — Lecz 
czy w i e też człowiek kiedykolwiek  z u p e ł n i e , co 
czyni? I jeśli to zawsze pozostaje przynajmniej k w e­
s t y ą , nie mają przeto ludzie nic sobie wzajem do 
przebaczenia, i łaskę okazywać dla najrozumniejszego 
jest rzecz niemożliwa do spełnienia. Ostatecznie: 
j e ś l i b y złoczyńcy rzeczywiście wiedzieli, co uczy­

nili — mielibyśmy prawo  p r z e b a c z a ć tylko wtedy, 

jeślibyśmy posiadali prawo oskarżać i karać.  T e g o 
jednak nie mamy. 

69. 

W s t y d z  p r z y z w y c z a j e n i a . — Czemu 

odczuwamy wstyd, kiedy nas spotyka dobrodziejstwo 

lub wyróżnienie, na które, jak się mówi, »nie zasłu­
żyliśmy«? Zdaje się nam przytem, żeśmy się wcisnęli 

w dziedzinę, do której nie należymy, z której powin­
niśmy być wyłączeni, niby w miejsce święte, lub 
święte świętych, którego noga nasza nie powinna 
była przestąpić. Dzięki błędowi innych dostaliśmy się 
przecież do niego: i teraz opanowywa nas w części 
bojaźń, w części cześć, w części zdziwienie, nie 

wiemy, czyśmy powinni uciekać, czy korzystać z bło­
gosławionej chwili i dobrodziejstw łaski. W każdym 
wstydzie zawiera się misteryum, które wydaje się być 

przez nas sprofanowanem, lub któremu grozi niebez­

275 

pieczeństwo profanacyi; wszelka  ł a s k a  z a w s t y d z a . — 

Jeśli się  z w a ż y jednak, że wogóle nigdy na nic nie 

»zasługujemy«, tedy, jeśli się oddamy temu poglą­

dowi na łonie  c h r z e ś c i j a ń s k i e g o pojmowania 
rzeczy, uczucie wstydu stanie się  w s t y d e m z  p r z y ­

z w y c z a j e n i a : ponieważ wtedy wydaje się, iż Bóg 
błogosławi i zsyła łaski  u s t a w i c z n i e . Pomijając 
jednak ten wykład chrześcijański, nawet dla mędrca 
zupełnie bezbożnego, który obstaje przy zasadniczej 
nieodpowiedzialności i braku zasługi wobec wszel­

kich działań i istot, ten stan  w s t y d u z  p r z y z w y ­
c z a j e n i a byłby możliwy. Jeśli traktuje się go,  j a k 
g d y b y na to lub owo zasłużył, wtedy wyobraża so­
bie, że przeniknął do wyższego rzędu istot, które 

wogóle na coś  z a s ł u g u j ą , które są wolne i rze­
czywiście zdolne do dźwigania odpowiedzialności za 
swoje własne chcenie i możność. Kto doń zawoła: 

»zasłużyłeś na to«, zdaje mu się wołać: »nie jesteś 

człowiekiem, lecz bogiem«. 

70. 

N a j n i e z r ę c z n i e j s z y  w y c h o w a w c a . 

U jednego zostały zaszczepione wszystkie jego cnoty 
prawdziwe na gruncie ducha przeczenia, u innego 
na jego niezdolności do przeczenia, a więc na 

jego duchu zgadzania się; trzeci poczerpnął całą 
swoją moralność ze swej dumy samotniczej, czwarty 
wyhodował ją na swym silnym popędzie społecznym. 
Przypuśćmy teraz, że niezręczni  w y c h o w a w c y i przy­
padki posiali w tych czterech ziarna cnót nie na 

1 8 * 

background image

276 

gruncie ich natury, na gruncie najżyźniejszym i naj­
urodzajniejszym: staliby się ludźmi niemoralnymi, sła­
bymi i nieprzyjemnymi. I ktoby był właśnie najnie­

zręczniejszym ze wszystkich wychowawców, złem 
przeznaczeniem tych czworga? Fanatyk moralności, 
który sądzi, że dobro tylko z dobrego, tylko na 

dobrem wyrastać może. 

71. 

O s t r o ż n y  s p o s ó b  p i s a n i a . —  A : Lecz, 

jeśliby  w s z y s c y to wiedzieli, byłaby to dla więk­

szości szkodliwa. Sam nazywasz te opinie niebezpie­
cznemi dla tych, którym grozi niebezpieczeństwo, 
a przecież udzielasz ich publicznie? B: Piszę tak, że 

ani motłoch, ani populi, ani partye różnych rodzajów 
nie zechcą mnie czytać. Tak więc te opinie nie staną 
się nigdy publicznemu A: Jakże piszesz tedy? B: Ani 
pożytecznie, ani przyjemnie - dla tych trzech ro­

dzajów. 

72. 

M i s y o n a r z e  b o s c y . — Sokrates także czuje 

się misyonarzem boskim: lecz i w tem daje się wy­
czuć jakowyś odcień ironii attyckiej i zamiłowania 
do żartów, które łagodzą to fatalne i tak zarozu­
miałe pojęcie. Mówi o tem bez namaszczenia: jego 

przenośnie o hamulcu i o koniu są proste i niekap­

łańskie. A właściwe zadanie religijne, do którego 

277 

73. 

S u m i e n n o ś ć w  m a l a r s t w i e . — Rafael, 

któremu wiele zależało na Kościele (o ile był wypła­
calny), lecz, podobnie jak najlepszym z jego epoki, 

mało na przedmiotach wiary kościelnej, nie uczynił 
ani kroku, żeby się zbliżyć ku wymagającej eksta­
tycznej pobożności wielu swych klientów: zachował 
swą uczciwość, nawet w owym wyjątkowym obrazie, 
pierwotnie przeznaczonym na chorągiew, w Madon­

nie Sykstyńskiej. Tutaj chciał odmalować wizyę: lecz 
taką, jaką mogą mieć  t a k ż e i miewają szlachetni 
młodzieńcy, nie posiadający »wiary«, wizyę przyszłej 
małżonki, niewiasty mądrej, z duszą szlachetną, mil­
czącej i bardzo pięknej, trzymającej w ramionach 
swoje pierworodne. Mogą sobie starzy, którzy przy­

wykli modlić się i uwielbiać, podobnie jak czcigodny 
starzec z lewej strony, czcić tutaj coś nadludzkiego: 
my, młodzi, tak zdaje się wołać do nas Rafael, wo­
limy trzymać z piękną dziewczyną z prawej strony, 

czuje się powołany, żeby Boga w stokrotny spo­
sób  w y s t a w i ć  n a  p r ó b ę , czy też mówi  o n 
prawdę, pozwala wnioskować, że misyonarz przystę­
puje tutaj do Boga swego z miną śmiałą i swobodną. 

To wystawianie Boga na próbę jest jednym z naj­
subtelniejszych kompromisów między pobożnością 
i wolnością ducha, jaki kiedykolwiek wymyślony zo­
stał. — Obecnie i tego kompromisu już nie potrze­
bujemy. 

background image

278 

która swem  w y z y w a j ą c e m , zgoła niedewocyjnem 
spojrzeniem, zdaje się mówić do widza: »Nie prawdaż? 
ta matka z dzieckiem — jest to przyjemny, zachęca­
jący  w i d o k ? « To oblicze i to spojrzenie wywołuje 
odblask radości w obliczach widzów; artysta, który 

to wymyślił, rozkoszuje się w ten sposób samym 
sobą i własną radość dołącza do radości odczuwają­
cych sztukę. — Co się tyczy »zbawicielskiego pier­

wiastku« w wyrazie głowy dziecka, Rafael, uczciwy, 
który nie chciał malować stanu duchowego, w któ­
rego istnienie nie wierzył, umiał w sposób miły po­

dejść swoich  w i e r z ą c y c h wielbicieli; wymalował 
tę, nierzadko zdarzającą się igraszkę natury, oczy 
męża w głowie dziecka, i mianowicie oczy męża 

dzielnego, uczynnego, które spostrzegają nędzę. Oko 
takie idzie w parze z brodą; że tej niema i że dwa 
różne okresy życia przemawiają tutaj z jednego obli­

cza, to jest przyjemnym paradoksem, który wierni 
wytłumaczyli sobie w sensie wiary w cuda: tak jak 
tego miał prawo oczekiwać artysta od ich sztuki tłu­

maczenia i wykładania. 

74. 

M o d l i t w a . — Tylko pod dwoma warunkami 

wszelka modlitwa — ten jeszcze nie całkiem wygasły 
obyczaj czasów dawniejszych — posiadałaby sens: mu­
siałoby być rzeczą możliwą skłonić bóstwo do posta­
nowienia lub wpłynąć na zmianę jego postanowienia, 
i modlący winienby sam wiedzieć najlepiej, co jest 

279 

dla niego potrzebne, czego rzeczywiście ma sobie ży­
czyć. Obydwa warunki, przyjęte i wcielone we wszyst­
kie inne religie, właśnie przez chrześcijanizm zostały 
zaprzeczone. Jeśli mimo to zachował on modlitwę, obok 
wiary we wszystko wiedzący i przewidujący rozum 
boski, przez którą właśnie tę modlitwę uczynił w grun­

cie niedorzeczną, ba, bluźnierczą — to i w tem znowu 
wykazał swą godną podziwu przebiegłość wężową; 
albowiem jasny nakaz »nie módl się«, doprowa­
dziłby chrześcijan przez  n u d ę do niechrześcijanizmu. 
W chrześcijańskiem ora et labora, ora zastępuje 

miejsce  p r z y j e m n o ś c i : i cóżby mieli począć bez 
ora owi nieszczęśliwi, którzy zabronili sobie labora, 
święci! — lecz bawić się rozmową z Bogiem, wyma­
dlać od niego rozmaite rzeczy przyjemne, samemu 
cokolwiek żartować z tego, jak można być tak głu­
pim, żeby, posiadając ojca tak doskonałego, mieć 
jeszcze inne życzenia — to było dla świętych bardzo 
dobrym wynalazkiem. 

75. 

Ś w i ę t o b l i w e  k ł a m s t w o . — Kłamstwo, 

z którem na ustach umarła  A r r y a (Paete, non dolet), 
przyćmiewa wszystkie prawdy, jakie kiedykolwiek 
wygłosili umierający. Jest to jedyne  k ł a m s t w o 
świętobliwe, jakie się wsławiło; podczas kiedy woń 
świętobliwości zachowały zresztą tylko błędy. 

background image

280 

76. 

77. 

C o  j e s t  b a r d z i e j  p r z e m i j a j ą c e ,  d u c h 

c z y  c i a ł o ? — W rzeczach prawnych, moralnych 

i religijnych, strona najbardziej zewnętrzna, widoma, 
a więc zwyczaj, giest, ceremonia posiadają najwięcej 
t r w a ł o ś c i :  s ą  c i a ł e m , w które wstępują coraz 
n o w e  d u s z e . Kult niby dosłowny tekst ustalony 
coraz inaczej bywa objaśniany; pojęcia i uczucia są 

płynne, obyczaje stałe. 

78. 

W i a r a w  c h o r o b ę  c h o r o b ą . — Dopiero 

chrześcijanizm wymalował dyabła na ścianie świata; 
dopiero chrześcijanizm wprowadził grzech na świat. 

Wiara w środki zbawienne, proponowane przez niego, 
została stopniowo wstrząśnięta do najgłębszych ko­
rzeni: ale wciąż jeszcze trwa  w i a r a w  c h o r o b ę , 
której nauczył i którą rozpowszechnił. 

281 

79. 

80. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  o s o b o w o ś c i . — 

Im bardziej Bóg stawał się osobą, tem mniej pozo­

stawano mu wiernym. Ludzie są daleko bardziej 
przywiązani do obrazów swych myśli niż do najdroż­
szej z osób kochanych: dlatego poświęcają się dla 
państwa, kościoła i także dla Boga — o ile ten po­
zostaje  i c h wytworem,  i c h  m y ś l ą i nie jest rozu­
miany zbyt osobiście. W tym ostatnim wypadku swa­
rzą się z nim niemal zawsze: nawet najpobożniej-
szemu wymykają się gorzkie słowa: »Boże mój, czemuś 
mnie opuścił!« 

A p o s t o ł  n a j n i e z b ę d n i e j s z y . — Między 

dwunastu apostołami jeden musi być zawsze twardy 

jak kamień, żeby na nim mógł być zbudowany nowy 
kościół. 

M o w a i  p i s m o  l u d z i  r e l i g i j n y c h . — 

Jeśli styl i wrażenie ogólne kapłana, mówiącego lub 
piszącego, nie zapowiada już człowieka  r e l i g i j ­
n e g o , to nie należy brać poważnie jego zdań o re­
ligii i na korzyść religii. Pozostały one  b e z s i ł ­
n e m i dla samego ich właściciela, jeśli, jak to 

zdradza styl jego, posiada ironię, zarozumiałość, złoś­
liwość, nienawiść i wszelki zamęt i zmienność w na­
strojach, zupełnie jak człowiek najbardziej niereli­
gijny, to o ileż bezsilniejsze będą dopiero dla jego 
słuchaczy i czytelników! Krótko mówiąc, przyczyni 
się do tego, żeby uczynić ich jeszcze bardziej niere­
ligijnymi. 

background image

282 

81. 

S p r a w i e d l i w o ś ć  z i e m s k a . — Jest możli­

wem  w y w a ż y ć z zawias sprawiedliwość ziemską — 
zapomocą nauki o zupełnej nieodpowiedzialności i nie­
winności wszystkich: a uczyniono już próbę w tym 
kierunku — właśnie na gruncie nauki przeciwnej o zu­
pełnej odpowiedzialności i winie każdego. Był to zało­
życiel chrześcijaństwa, który chciał znieść sprawiedli­
wość ziemską i usunąć ze świata sąd i karę. Albo­
wiem wszelką winę pojmował jako »grzech«, to jest 
jako przestępstwo  w z g l ę d e m  B o g a ,  n i e zaś prze­
stępstwo względem świata; z drugiej strony każdego 
uważał za grzesznika w wielkiej mierze i niemal pod 
każdym względem. Winni jednak nie powinni być 
sędziami równych sobie: tak orzekała jego słuszność. 

W s z y s c y więc sędziowie sprawiedliwości ziemskiej 

byli w oczach jego tak winni, jak skazani przez nich, 
a wyraz ich niewinności wydawał mu się obłudnym 
i faryzeuszowskim. Ponadto zważał na motywy po­
stępków, nie zaś na ich skutek, i co do sądzenia mo­
tywów uważał tylko jednego za dostatecznie by­
strego: siebie samego (lub jak się on wyrażał: Boga). 

82. 

A f e k t a c y a  p r z y  p o ż e g n a n i u . — Kto 

chce odstąpić partyi lub religii, sądzi, że dlań ko­
nieczna obalać je. Pretensya zarozumiała. Konieczna 
tylko, żeby przejrzał jasno, jakie kluby trzymały go 
dotychczas w tej partyi lub religii, i że teraz już tego 

283 

nie czynią, jakie zamiary pociągnęły go do nich i że 
teraz gdzieindziej go popychają.  N i e przystępowa­
liśmy do partyi lub religii z  p r z y c z y n  ś c i ś l e 
n a u k o w y c h : nie powinniśmy też, przy pożegnaniu, 
a f e k t o w a ć tego. 

Z b a w i c i e l i  l e k a r z . — Założyciel chrześci­

janizmu, jak to się samo przez się rozumie, jako 
znawca duszy ludzkiej nie był bez wielkich braków 
i uprzedzeń, i jako lekarz dusz oddawał się osławio­
nej i pospolitej wierze w środki uniwersalne. Nieraz 
w swojej metodzie podobny jest do owego dentysty, 
który chce leczyć każdy ból przez wyrwanie zęba: 

tak naprzykład kiedy zmysłowość zwalcza radą: »Jeśli 

cię oko gorszy, wyłup je«.  L e c z istnieje mimo 
wszystko różnica, że ów dentysta osiąga przynaj­
mniej cel swój, usuwa ból pacyenta — prawda, że 
w sposób tak grubiański, iż się ośmiesza przez to: pod­
czas kiedy chrześcijanin, który postępuje według owej 
rady, i wierzy, iż zmysłowość swoją zabił, oszukuje 
siebie: żyje ona dalej sposobem tajemnym wampirów 
i dręczy go pod odrażającemi maskami. 

84. 

W i ę ź n i o w i e . — Pewnego poranku więźnio­

wie zeszli na miejsce pracy: dozorca nie był obecny. 

83. 

background image

284 

Niektórzy więźniowie, jak to było ich zwyczajem, 

wzięli się natychmiast do pracy; inni stali bezczyn­

nie i poglądali zuchwale wokoło. Wtedy jeden z nich 
wystąpił i rzekł silnym głosem: »Pracujcie, ile chce­
cie, lub nie róbcie nic: wszystko to jedno. Wasze ta­
jemne zamiary wyszły na światło, dozorca więzienny 
podsłuchał was i w najbliższym czasie zarządzi nad 
wami sąd straszliwy. Znacie go, jest surowy i długo 
pamięta winy.  L e c z teraz zważcie: zaniepoznawaliście 
mnie dotychczas: nie jestem, czem się zdaję. Co wię­
cej: jestem synem dozorcy więziennego i wszystko 
znaczę u niego. Mogę was ocalić i chcę was ocalić. 
L e c z , rozumie się, tylko tych z  w a s , którzy mi 
w i e r z ą , że jestem synem dozorcy więziennego. Inni 
niechaj zbierają owoce swego niedowiarstwa«. »Cóż, 
odezwał się po pewnem milczeniu jeden ze starszych 
więźniów, cóż może ci na tem zależeć, czy ci wie­
rzymy lub nie? Jeśli rzeczywiście jesteś synem, i mo­
żesz to, co mówisz, rzeknij dobre słowo za nami 
wszystkimi: byłoby to istotnie poczciwie z twej strony. 
Lecz rozmowom o wierze i niedowiarstwie daj spo­

k ó j ! « »I, wtrącił się tutaj jeden z młodszych, nie wie­
rzę ja jemu zgoła: wbił sobie po prostu coś do 
głowy. Idę o zakład, że po ośmiu dniach znajdować 
się będziemy tutaj, jak dziś, i że dozorca więzienia nie 
wie  n i c « . »A jeśli nawet coś wiedział, to już nie wie 
teraz tego, rzekł ostatni z więźniów, który dopiero 
teraz schodził w podwórze, dozorca więzienia w tej 
chwili zmarł nagle«. — »Hola, zawołało wielu jedno­
cześnie, hola, panie synie, jak stoi sprawa ze spad­
kiem? Czy może teraz jesteśmy  t w y m i więźniami?« — 

»Rzekłem wam, odparł zaczepiony łagodnie, że ka­

żdego z was, który we mnie wierzy, puszczę wolno, 

285 

tak pewnie, jak to, że ojciec mój żyje jeszcze«. — 

Więźniowie śmiać się przestali, jednak wzruszyli ra­
mionami i pozostawili go w miejscu, w którem stał. 

85. 

P r z e ś l a d o w c a  B o g a . — Paweł myśl tę wy­

myślił, Kalwin ją przejął, że potępienie od wieków 
przeznaczono niezliczonej liczbie, i że ten piękny 

plan świata został tak urządzony, iżby objawiła się 
w nim wspaniałość Boga: niebo więc i piekło, i ludz­
kość istnieją po  t o , — żeby zadowolić próżność 
Boską! Jak okrutna i nienasycona próżność musiała 
buchać w duszy tego, kto po raz pierwszy i po raz 
drugi wymyślił coś podobnego! — Paweł więc pozo 
stał Saulem —  p r z e ś l a d o w c ą  B o g a . 

86. 

S o k r a t e s . — Jeśli wszystko pójdzie dobrze, 

przyjdzie czas, kiedy dla postępu moralnego i rozu­
mowego będzie się brało do rąk raczej Memorabilie 

Sokratesa, niż Biblię, kiedy będzie się używało Mon-
taigne'a i Horacego jako poprzedników i przewodni 
ków do zrozumienia tego najprostszego i nieprzemi 
jającego mędrca-pośrednika, Sokratesa. Do niego pro 
wadzą z powrotem najrozmaitsze drogi filozoficznego 

sposobu życia, które w gruncie rzeczy są sposobami 

background image

286 

życia rozmaitych temperamentów, ustalonymi przez 
rozum i przyzwyczajenie, i wszystkie społem ze szczy­
tem swoim skierowane ku radowaniu się życiem 

i swoim własnem »ja«; skądby można było wywnios­

k o w a ć , iż najszczególniejszą cechą Sokratesa jest 
to, że miał udział we wszystkich temperamentach. 
Założyciela chrześcijanizmu przewyższał Sokrates po­
godnym rodzajem powagi i ową  m ą d r o ś c i ą 
p e ł n ą  k o n c e p t ó w , która stanowi najlepszy stan 
ducha w człowieku. Ponadto posiadał też większy 
rozsądek. 

87. 

N a u c z y ć  s i ę  p i s a ć  d o b r z e . — Czasy, 

kiedy mówiono dobrze, minęły, ponieważ minęły 
czasy cywilizacyi miejskiej. Ostateczna granica, na 
którą Arystoteles pozwalał wielkiemu miastu — żeby 
herold był jeszcze słyszany przez całą gminę ze­
braną —, o tę granicę troszczymy się już tak mało, 

jak nas mało obchodzą już gminy miejskie, nas, 

którzy chcemy być rozumiani ponad narodami. Przeto 

każdy dobrze po europejsku myślący musi nauczyć 

się  p i s a ć  d o b r z e i  c o r a z  l e p i e j : nie pomoże 
nic, chociażby się nawet urodziło w Niemczech, gdzie 
złe pisanie uważa się za przywilej narodowy. Lepiej 
pisać jednak znaczy też myśleć lepiej; wynajdywać 
wciąż, coby było godne udzielenia innym i rzeczy­
wiście móc udzielać; stać się możliwym do przeło­

żenia na języki sąsiadów: uczynić się dostępnym dla 

287 

zrozumienia tych, którzy nauczyli się naszego języka; 
działać w tym kierunku, żeby każde dobro stało się 
dobrem powszechnem i dla wolnych wolnym dostę­
pem stalo, w końcu  p r z y g o t o w y w a ć ów, dziś 

jeszcze oddalony, stan rzeczy, kiedy dobrym Euro­

pejczykom wpadnie w ręce ich wielkie zadanie: kie­
runek i nadzór nad całą cywilizacyą ziemską. — Kto 

głosi przeciwnie, żeby się nie troszczyć o dobre pi­
sanie i dobre czytanie — obie cnoty wyrastają i za­
nikają jednocześnie —, ten w rzeczy samej ukazuje 
ludom drogę, na jakiej coraz bardziej mogą się stać 

n a c y o n a l n y m i : pogarsza chorobę wieku i jest 
wrogiem dobrych Europejczyków, wrogiem duchów 
wolnych. 

88. 

N a u k a  n a j l e p s z e g o  s t y l u . — Nauka stylu 

może być po pierwsze nauką wynajdywania wyrażeń, 
zapomocą których  k a ż d y nastrój może być przenie­
siony na czytelnika i słuchacza; następnie nauką wy­
najdywania wyrażeń dla nastrojów  n a j p o ż ą d a ń -
s z y c h dla człowieka, których więc udzielenie i prze­
noszenie na innych byłoby także najbardziej pożą­

dane: dla nastroju człowieka do głębi poruszonego, 
duchowo radosnego, jasnego i szczerego, który poko­
nał swe namiętności. To będzie nauka najlepszego 
stylu: odpowiada ona dobremu człowiekowi. 

background image

288 

89. 

Z w r a c a ć  u w a g ę  n a  t o k . — Tok zdań  p o ­

kazuje, czy autor był znużony; oddzielne wyrażenia 
mogą być wciąż jeszcze silne i dobre, ponieważ były 
wynalezione oddzielnie i dawniej: w chwili, kiedy 
myśl po raz pierwszy zajaśniała autorowi. Tak często 

zdarza się Goethemu, który dyktował zbyt często, 
będąc znużonym. 

90. 

J u ż i  j e s z c z e . — A: Proza niemiecka jest 

jeszcze bardzo młoda: Goethe sądzi, że ojcem jej 
jest Wieland. B: Taka młoda i już taka brzydka! A: 

Lecz — o ile  m n i e wiadomo, już biskup Ufilas pisał 
prozą niemiecką; liczy więc już około piętnastu wie­
ków. B: Taka stara i jeszcze taka brzydka! 

91. 

O r y g i n a l n i e  n i e m i e c k i e . — Proza nie­

miecka, która rzeczywiście nie powstała według wzoru 
i z pewnością może uchodzić jako oryginalny wy­
twór smaku niemieckiego, powinna udzielić wskazó­

wek gorliwym rzecznikom przyszłej oryginalnej kul­
tury niemieckiej, jak naprzykład, bez naśladownic­
twa wzorów, wyglądać będą strój prawdziwie nie­

miecki, towarzystwo niemieckie, niemieckie urządze­

289 

nie mieszkań, obiad niemiecki. — Ktoś, co przez czas 
dłuższy dumał nad temi perspektywami, zawołał 
w końcu z przerażeniem: »Ależ, na Boga, być może 
p o s i a d a m y już tę kulturę oryginalną — tylko się 
o niej nie mówi chętnie!« 

92. 

K s i ą ż k i  z a k a z a n e . — Nie czytać nigdy,  c o 

piszą owi aroganccy wszystkowiedze i rozczochrańcy, 
posiadający najwstrętniejszą wadę logicznych para­
doksów: stosują oni formy  l o g i c z n e właśnie tam, 
gdzie w gruncie rzeczy wszystko zostało bezczelnie 

zaimprowizowane i wybudowane w powietrzu. (»Więc« 
znaczy u nich, ty ośle, czytelniku, dla ciebie to »więc* 
nie istnieje — lecz istnieje ono za to dla mnie« — 
na co odpowiedź brzmi: »ty ośle, pisarzu, pocóż więc 
piszesz ?«). 

93. 

D o w c i p e m  p o p i s y w a ć  s i ę . — Każdy, kto 

chce  p o p i s y w a ć  s i ę swoim dowcipem pozwala 
się domyślać, że jest także obficie wyposażony ce­
chami przeciwnemi.  O w a wada dowcipnych Francu­
zów przydawania dédain swym najlepszym pomysłom 
pochodzi z zamiaru, żeby uchodzić za bogatszych, 

niż są: ofiarowują niedbale, niby znużeni ciągiem 
darowywaniem z przepełnionych skarbców. 

OZIEŁA NIETZSCHEGO. T XI. 

background image

290 

94. 

95. 

N a s z a  p r o z a . — Żaden z narodów cywilizo­

wanych nie posiada prozy tak złej, jak niemiecki; 
i kiedy bystrzy i wytworni Francuzi mówią:  n i e m a 
prozy niemieckiej — to właściwie nie należy gnie­
wać się o to, ponieważ uprzejmiej to powiedziane, 
niż na to zasługujemy. Jeśli poszukamy przyczyn, 
w końcu przyjdziemy do szczególniejszego wyniku, 
i ż  N i e m i e c  z n a  t y l k o  p r o z ę  i m p r o w i z o ­

w a n ą i o żadnej innej nie ma nawet pojęcia.  W y ­
daje mu się to wprost niezrozumiałem, kiedy Włoch 
mówi, że proza akurat o tyle jest trudniejsza od 
poezyi, o ile dla rzeźbiarza trudniejszem jest przed­

stawienie piękności nagiej, niż przedstawienie pięk­
ności odzianej. Uczciwie popracować nad wierszem, 
obrazem, rytmem i rymem — to rozumie i Niemiec 
i nie  b y w a skłonny do nadawania szczególniejszej 
wartości poezyi improwizowanej. Ale pracować nad 

stronicą prozy, niby nad posągiem? — słucha tego, 
jak opowiadania z krainy bajek. 

291 

96. 

97. 

W y m i j a ć . — Nie wie się, na czem polega 

wdzięk wyrażeń i zwrotów umysłów wybitnych, do­
póki nie umie się powiedzieć, na jaki wyraz natknąłby 

się nieubłaganie każdy pisarz średni przy wyrażeniu 

tych samych rzeczy.  W s z y s c y wielcy artyści przy 
kierowaniu swym zaprzęgiem lubią wymijać i prze­
kradać się — nigdy przecież do tego stopnia, żeby 

wywrócić. 

98. 

C o ś  j a k  c h l e b . — Chleb neutralizuje smak 

innych potraw, zaciera go; dlatego wchodzi w skład 
każdego dłuższego posiłku. We wszystkich dziełach 
sztuki musi istnieć coś jak chleb, żeby mogły łączyć 

w sobie rozmaite wrażenia: które, następując bez­
pośrednio i bez takich wypoczynków i pauz, prędkoby 

wyczerpały i wywołały odrazę, tak iż  d ł u ż s z a uczta 
artystyczna byłaby niemożliwa. 

19* 

L i t e r a t u r a  n i e m i e c k a i  f r a n c u s k a . — 

Nieszczęście niemieckiej i francuskiej literatury ostat­
nich stu lat polega na tem, iż Niemcy zawcześnie 
uciekli ze szkoły Francuzów — a Francuzi, następ­
nie, pobiegli zawcześnie do szkoły Niemców. 

W i e l k i  s t y l . — Wielki styl powstaje, kiedy 

piękno odnosi zwycięstwo nad czemś niezmiernie 
wielkiem. 

background image

292 

99. 

100. 

I w  p r z e c i w i e ń s t w i e  u m i e ć  s m a k o ­

w a ć . — Żeby dziełem przeszłości tak się rozkoszo­
wać, jak je odczuwali jego współcześni, trzeba mieć 
też na języku panujący w owych czasach smak, prze­
ciw któremu ono  p o w s t a w a ł o . 

101. 

A u t o r z y  s p i r y t u s o w i . — Wielu pisarzy 

nie jest ani duchem, ani winem, lecz spirytusem: mogą 
się zapalić, i wtedy wydzielają ciepło. 

293 

102. 

103. 

L e s s i n g . — Lessing posiada cnotę prawdzi­

wie francuską, a nadto, jako pisarz, najpilniej uczęsz­

czał do szkoły Francuzów: umie on w oknie wysta­
wowem dobrze swe rzeczy ułożyć i pokazać. Gdyby 

nie ta  s z t u k a prawdziwa, myśli jego, jak i ich 
przedmioty, pozostałyby niemal w cieniu, bez wiel­
kiej zresztą straty dla ogółu. Na jego  s z t u c e jednak 
wielu uczyło się (szczególniej ostatnie pokolenie uczo­
nych niemieckich) i niezliczona liczba znalazła w niej 
przyjemność. Bez wątpienia, ci, którzy się od niego 
uczyli, nie potrzebowali przejmować także, jak to się 

tak często zdarzało, jego tonu nieprzyjemnego, sta­
nowiącego mieszaninę kłótni i goryczy. — Co do 
Lessinga, jako »liryka«, panuje dziś przecież zgoda: 
co do »dramaturga« zapanuje również. 

J e a n  P a u l — Jean Paul wiedział bardzo wiele, 

lecz nie posiadał nauki, znał się na rozmaitych 

sztukach, lecz nie znał sztuki, wszystko niemal było 
dlań jadalnem, lecz nie posiadał smaku, posiadał 
uczucie i powagę, lecz jeśli dawał je kosztować, 

podlewał je nieznośną polewką z łez, ba, miał dow­

cip — lecz niestety dla swego głodu miał go zbyt 

mało: wskutek czego właśnie przez brak dowcipu 
doprowadza do rozpaczy czytelnika. W ogólności był 

on różnobarwnem, o mocnej woni zielskiem, które 
w ciągu nocy zakwitło na urodzajnych niwach Szyl­
lera i Goethego: był dobrym, łatwym w pożyciu 

człowiekiem, a przecież fatalnością — fatalnością 
w szlafroku. 

Z m y s ł  p o ś r e d n i c z ą c y . — Zmysł smaku, 

jako zmysł prawdziwie pośredniczący, często przeko­
nywał do swoich poglądów na rzeczy inne zmysły 
i nadawał im  s w o j e prawa i przyzwyczajenia. Przy 
stole można podpatrzeć najsubtelniejsze tajemnice 
sztuk: obserwujcie, co smakuje, kiedy smakuje, po 
czem i jak długo smakuje. 

background image

294 

104. 

N i e p o ż ą d a n i  c z y t e l n i c y . — Jak dręczą 

autora owi czytelnicy poczciwi, z duszami grubawemi 
i niezręcznemi, którzy jeśli się o co potkną, zawsze 
upadną i za każdym razem bólu się nabawiają! 

105. 

M y ś l i  p o e t ó w . — Prawdziwe myśli u praw­

dziwych poetów występują w zasłonach, jak Egip­

cyanki: z ponad woalu połyskuje swobodnie tylko 

głębokie  o k o myśli. — Biorąc średnio, myśli poetów 

nie są warte tyle, ile je cenią: płaci się właśnie za 
zasłonę i jednocześnie za własną ciekawość. 

106. 

P i s z c i e w  s p o s ó b  p r o s t y i  p o ż y t e c z n y . 

— Przejścia, wykonanie, kalejdoskopowość uczuć — 

wszystko to darowujemy autorowi, ponieważ wszystko 
to przynosimy ze sobą i zaliczymy na dobro jego 
książki, jeżeli on sam świadczy nam coś dobrego. 

107. 

W i e l a n d . — Wieland lepiej niż ktokolwiek 

pisał po niemiecku, wykazując przytem prawdziwie 

295 

mistrzowską doskonałość i niedoskonałość (jego tłu­
maczenia listów Cycerona i Lucyana należą do naj­
lepszych przekładów niemieckich); lecz myśli jego 
nie dają nam nic do myślenia. Nie znosimy jego po­
godnych moralności, jak nie znosimy jego pogod­
nych niemoralności; jedne do drugich tak dobrze pa­
sują. Ludzie, którzy znajdowali w nich przyjemność, 
byli, z pewnością, lepszymi w gruncie ludźmi, niż 
my — lecz także cokolwiek bardziej ociężali, dla któ­
rych pisarz taki był  p o t r z e b n y . —  G o e t h e nie 
był potrzebny Niemcom, dlatego nie wiedzą, jaki 
z niego zrobić użytek. Przyjrzyjcie się pod tym wzglę­
dem najlepszym naszym mężom państwowym i arty­

stom: żaden z nich nie miał Goethego za wycho­
w a w c ę — i mieć nie m ó g ł. 

108. 

R z a d k i e  u r o c z y s t o ś c i . — Treściwość 

jędrną, spokój i dojrzałość — kiedy takie cechy znaj­

dziesz u autora, tedy zatrzymaj się, i świętuj długą 
uroczystość w pustyni: dużo czasu upłynie, zanim 
znowu poczujesz się tak dobrze. 

109. 

S k a r b  p r o z y  n i e m i e c k i e j . — Jeśli pomi­

niemy dzieła Goethego, i szczególniej Rozmowy Goe­
thego z Eckermannem, najlepszą książkę niemiecką, 

background image

296 

jaka istnieje: co pozostanie właściwie z niemieckiej 
literatury prozaicznej, coby zasługiwało na odczyty­

wanie bezustannie? Aforyzmy Lichtenberga, pierw­
sza księga Historyi mego życia Jung-Stillinga, Spóź­
nione lato Wojciecha Stiftera i Ludzie z Seldwyla 
Gottfrieda Kellera, i oto koniec, tymczasem przy­
najmniej. 

110. 

S t y l w  p i s a n i u i  s t y l w  m o w i e . — Sztuka 

pisania przedewszystkiem wymaga  ś r o d k ó w ,  z a ­
s t ę p u j ą c y c h takie sposoby wyrażenia, które są 
dostępne tylko dla mówiącego: a więc zastępujących 
gesty, akcenty, tony, spojrzenia. Stąd styl w piśmie 
jest zupełnie inny, niż styl w mowie, i czemś o wiele 
trudniejszem —: mniejszymi środkami chce być rów­
nie zrozumiałym, jak tamten. Demostenes wygłaszał 

swe mowy inaczej, niż my je czytamy: zanim oddał 

je do czytania, przedtem przerobił je. — Mowy Cy­

cerona w tym samym celu musiały być uprzednio 
demostenizowane: obecnie zawiera się w nich o wiele 
więcej forum rzymskiego, niż czytelnik znieść może. 

111. 

O s t r o ż n i e z  c y t o w a n i e m . — Młodzi auto­

rzy nie wiedzą, że dobre wyrażenie, dobra myśl od­

bijają dobrze tylko między podobnemi do siebie, że 

297 

doskonała cytata może zniweczyć całe strony, ba, 
całą książkę, ponieważ ostrzega czytelnika i woła do 

niego: »Uważaj, oto ja jestem drogim kamieniem, 

a wszystko wokół mnie ołowiem, szarym, nędznym 
o ł o w i e m ! « Każdy wyraz, każda myśl chce żyć tylko 
w  s w o j e m  t o w a r z y s t w i e : oto moralność stylu 
wytwornego. 

112. 

J a k  n a l e ż y  w y p o w i a d a ć  b ł ę d y . — 

Można się spierać, co jest szkodliwszą, kiedy błędy 
wypowiadane bywają źle lub tak dobrze, jak najlep­
sze prawdy. To pewna, że w pierwszym wypadku 
szkodzą głowie podwójnie i z trudem dają się z niej 
wyrugować. Lecz i to prawda, że działają nie tak 
niezawodnie, jak w wypadku drugim: tamte są mniej 
zaraźliwe. 

113. 

Z a c i e ś n i a ć i  p o w i ę k s z a ć . — Homer za­

cieśnił, zmniejszył zakres tematu, lecz powiększył 
sceny oddzielne i pozwolił im wybujać swobodnie — 
i tak samo czynili później wciąż tragicy: każdy z nich 
bierze jeszcze  m n i e j s z ą część tematu, niż jego po­
przednik, lecz osiąga jeszcze  b u j n i e j s z y porost 
w swym spokojnym, otoczonym żywopłotem, ogródku. 

background image

298 

114. 

L i t e r a t u r a i  m o r a l n o ś ć  o b j a ś n i a j ą 

s i ę  w z a j e m n i e . — Można okazać na literaturze 
greckiej, jakie siły rozwijały ducha greckiego, jak 
wstępował na drogi rozmaite, wskutek czego osłabł. 

Wszystko to jest obrazem, jak w gruncie rzeczy 
działo się także z  m o r a l n o ś c i ą grecką i jak dziać 
się będzie z każdą moralnością: jak pierwotnie była 
przymusem, jak najpierw  w y k a z y w a ł a surowość, 
a potem stawała się stopniowo łagodniejszą, jak 
w końcu powstała przyjemność z pewnych postęp­
ków, z pewnych konwenansów i form, i z tej znowu 
pociąg do pełnienia ich wyłącznie, do wyłącznego 

ich posiadania: jak droga napełnia się i przepełnia 
spółzawodnikami, jak następuje przesycenie, jak wy­
najduje się nowe przedmioty walki i ambicyi, przy­
wołuje do życia przestarzałe, jak widowisko powta­
rza się, jak widzowie wogóle nużą się widowiskiem, 
g d y ż całe koło zdaje się być spełnione — i wtedy 
następuje cisza, wytchnienie: potoki przepadają 
w piasku. Wtedy bywa koniec, przynajmniej  p e ­
w i e n koniec. 

115. 

J a k i e  o k o l i c e  t r w a ł ą  p r z y j e m n o ś ć 

s p r a w i a j ą . — Ta okolica posiada cechy wybitne 
do obrazu, ale nie mogę znaleźć dla niej formuły, 

jako całość pozostaje dla mnie nieuchwytną. Spo­
strzegam, że wszystkie krajobrazy, które podobały mi 

299 

się dłużej, przy całej rozmaitości posiadają prosty 
geometryczny schemat liniowy. Bez takiego substratu 
matematycznego żadna okolica nie może być niczem, 
sprawiającem przyjemność artystyczną. I być może 
prawidło to pozwala się zastosować w przenośni do 
ludzi. 

116. 

O d c z y t y w a ć . — Żeby umieć odczytywać, 

trzeba umieć  d e k l a m o w a ć : wszędzie należy sto­
sować barwy blade, lecz stopień bladości musi być 
w ścisłym stosunku do zasadniczego malowidła peł­
nego barw głębokich, które unosi się wciąż i kieruje, 

to znaczy, zastosowany do  d e k l a m a c y i tych sa­
mych ustępów. Trzeba więc być do niej samej 
zdolnym. 

117. 

Z m y s ł  d r a m a t y c z n y . — Kto nie posiada 

czterech delikatniejszych zmysłów sztuki, stara się 
pojąć wszystko zapomocą najordynarniejszego, pią­
tego: to jest właśnie zmysłem dramatycznym. 

118. 

H e r d e r . — Herder wcale nie jest tem, za co 

się brać kazał (i za co sam brać się radby): ani wielkim 

background image

300 

myślicielem i wynalazcą, ani świeżą, urodzajną glebą 
dziewiczą z niewyzyskaną silą. Lecz posiadał w naj­
wyższym stopniu zmysł przeczuwania, spostrzegał 
i zbierał nowalie sezonowe wcześniej, niż wszyscy 
inni, którzy następnie sądzić mogli, że on je wyho­
dował: duch jego wahał się między jasnością i ciem­
nością, starem i miodem, i był wszędzie jako strzelec 
i czatownik, gdzie były przejścia, zapadania się, 
wstrząśnienia, oznaki wewnętrznych źródeł i stawa­
nia się: niepokój wiosenny pędził go wszędy, lecz on 

sam wiosną nie był! — Przeczuwał to snać kiedy 
niekiedy, a przecież wierzyć nie chciał samemu so­
bie, on, kapłan ambitny, któryby tak chętnie pragnął 
być papieżem duchowym swych czasów! To było 
źródłem jego cierpienia: zdaje się, iż długo żył jako 
pretendent licznych królestw ducha, ba, powszech­
nego państwa duchowego i miał zwolenników, któ­
rzy weń wierzyli: między nimi znajdował się młody 

Goethe. Lecz zewsząd, gdzie rzeczywiście rozdawano 
korony, odszedł z próżnemi rękoma: Kant, Goethe, 
następnie prawdziwi pierwsi niemieccy historycy, fi­
lologowie odjęli mu to, co roił był dla siebie — 
często jednak w największej cichości i tajemnicy 
n i e roił nawet. Właśnie kiedy wątpił o sobie, chęt­
nie okrywał się godnością i zapałem: były one 
dla niego zbyt często osłonami, które musiały wiele 
ukrywać, oszukiwać i pocieszać jego samego. Posia­
dał rzeczywiście zapał i ogień, lecz ambicya jego 
była o wiele większa! Ona to niecierpliwie rozdmu­
chiwała ogień, że ten buchał, trzaskał i dymił — 
s t y l jego bucha, trzaska i dymi —, ale on pragnął 
płomienia  w i e l k i e g o , i tego nie wydał nigdy! Nie 

siedział za stołem właściwych twórców: a ambicya 

301 

nie pozwalała mu, żeby zasiadł skromnie między 
właściwie spożywającymi. Był też gościem niespo­
kojnym, pierwszy próbował wszystkich potraw du­

chowych, jakie Niemcy w ciągu pół wieku poznosili 
sobie ze wszystkich dziedzin świata i ze wszystkich 
czasów. Nigdy prawdziwie syty i zadowolony, po­
nadto był Herder zanadto często chory: wtedy zawiść 

nieraz siadała przy jego łożu i obłuda nawiedzała go 
także. Coś zranionego i skrępowanego było w nim 
zawsze: i bardziej niż jakiemukolwiek z naszych tak 
zwanych »klasyków« zbywa mu na prostej, dzielnej 

męskości. 

119. 

W o ń  w y r a z ó w . — Każdy wyraz  m a swą 

woń: istnieje harmonia i dysharmonia woni, a więc 
i wyrazów. 

120. 

S t y l  w y s z u k a n y . — Styl znaleziony jest 

obrazą dla miłośników stylu wyszukanego. 

121. 

Ś l u b o w a n i e . — Nie będę czytał autora, po 

którym spostrzega się, że chciał książkę napisać: 

background image

302 

1 2 2 

K o n w e n c y o n a l n o ś ć  a r t y s t y c z n a . — 

Trzy czwarte Homera jest konwencyonalnością, i po­
dobnie rzecz ma się ze wszystkimi artystami grec­
kimi, którzy nie posiadali gruntu do nowoczesnej go­
rączki oryginalności. Wszelka obawa przed konwen­
cyonalnością była im obca; dzięki niej stanowili jedno 

ze swą publicznością. Konwencyonalność bowiem dla 
słuchaczów jest  n a b y t y m środkiem artystycznym 
do zrozumienia, z trudem wyuczonym językiem wspól­
nym, zapomocą którego artysta rzeczywiście może 
się  u d z i e l i ć . Nadewszystko kiedy, jak poeci i mu­
z y c y greccy, każdem swem dziełem pragnie zwycię­
żyć  n a t y c h m i a s t — ponieważ przyzwyczajony 

jest walczyć publicznie z jednym lub dwoma współ­
zawodnikami —, kiedy pierwszym warunkiem jest, 
żeby  n a t y c h m i a s t też był  z r o z u m i a n y :  c o 
właśnie możliwem jest tylko dzięki konwencyonal­
ności. To, co artysta wynajduje ponad konwencyo­
nalność, to daje z dobrej woli i przytem sam się na­

raża, w najlepszym razie z tem tylko powodzeniem, 
ż e  s t w a r z a nową konwencyonalność. Zazwyczaj, 
to, co jest oryginalnego, podziwiają, nieraz nawet 
ubóstwiają, lecz rzadko rozumieją; uparcie unikać 
konwencyonalności: znaczy nie chcieć być rozumia­

nym. Na co tedy wskazuje nowoczesna gorączka 
oryginalności ? 

303 

123. 

lecz tylko takich, których myśli niepostrzeżenie stały 
się książką. 

A f e k t o w a n i e  n a u k o w o ś c i  p r z e z  a r t y ­

s t ó w . — Szyller, podobnie innym artystom niemiec­
kim, sądził, że jeśli się ducha posiada, ma się też 
prawo z  p i ó r e m w ręku  i m p r o w i z o w a ć na te­
mat różnych przedmiotów trudnych. I oto stoją przed 
nami jego wypracowania prozą — pod każdym wzglę­
dem wzory, jak n i e wolno przystępować do kwestyi 

naukowych z dziedziny estetyki i etyki, — i niebez­
pieczeństwo dla młodych czytelników, którzy w po­
dziwie swoim dla Szyllera poety nie mają odwagi 
lekceważyć Szyllera myśliciela i pisarza. — Pokusa, 

która tak łatwo opanowywa artystę, pokusa tak wy­
baczalna, iść też raz na zakazaną właśnie dla  s i e ­
b i e łąkę i do  n a u k i wtrącić słówko swoje — albo­

wiem najdzielniejszy znajduje nieraz swój zawód 
i pracownię swoją nieznośnymi —, pokusa ta prowadzi 
artystę tak daleko, że całemu światu chce pokazać, 
czego on wcale widzieć nie potrzebuje, mianowicie, 
że w jego komnatce myśliciela ciasno i nieporządnie — 
i czemużby nie? przecież on w niej nie mieszka! — 

że spichlerze jego wiedzy albo są puste, albo napeł­
nione gratami — i czemużby nie? w gruncie rzeczy 
artyście-dziecku nawet wcale nieźle z tem — i prze­
dewszystkiem, że nawet do najłatwiejszych sposo­
bów metody naukowej, z którymi nawet początku­
jący są spoufaleni, stawy jego są za mało wyćwi­

czone i za ociężałe — i tego także, zaprawdę, wsty­
dzić się nie potrzebuje! — Natomiast rozwija nieraz 
wcale niemałą sztukę w  n a ś l a d o w a n i u błędów, 
niedorzeczności i złej uczoności, jakie się w cechu 

naukowym zdarzają, w tem przekonaniu, że to właś­

background image

304 

nie, jeżeli nie do rzeczy, to przecież do pozorów rze­
czy należy: i to też jest zabawne w takich pis­
mach artystów, że w nich artyści, mimowolnie, czy­

nią wprost, co do ich urzędu należy  p a r o d y u j ą 
natury naukowe i nieartystyczne. A innego stano­
wiska, prócz parodyującego, mieć on nie powinien, 
o ile jest artystą i tylko artystą. 

124. 

I d e a  F a u s t a . — Młodziutka szwaczka została 

uwiedziona i unieszczęśliwiona; złoczyńcą jest wielki 
uczony czterech fakultetów. Czyżby mogło to stać 
się naturalnie? Nie, z pewnością nie! Gdyby nie 
dyabeł w swej własnej osobie, wielki uczony nie do­

piąłby swego celu. Czyżby to był rzeczywiście naj­
większy niemiecki »pomysł tragiczny«, jak to się 
słyszy między Niemcami? — Dla Goethego jednak 
była i ta myśl zbyt straszliwa; jego serce łagodne 
nie mogło się uspokoić, póki młodziutkiej szwaczki, 

» biednej duszyczki, która tylko raz się zapomniała, 

po jej śmierci mimowolnej, nie przeniósł w sąsiedz­
two świętych; ba, nawet wielkiego uczonego udało 
mu się zapomocą figla, spłatanego dyabłu w chwili 
decydującej, przenieść w porę do nieba, jego, »czło­

wieka dobrego«, z »ciemnymi popędami«: - tam, 
w niebie odnajdują się kochankowie znowu. Goethe 
rzekł pewnego razu, że dla właściwego tragizmu 
przyrodzenie jego było zbyt zgodne. 

305 

125. 

C z y  i s t n i e j ą  k l a s y c y  n i e m i e c c y ? — 

Sainte-Beuve robi w jednem miejscu uwagę, że do 
pewnego rodzaju literatury wyraz »klasyk« zgoła nie 
pasuje: nikt naprzykład nie będzie lekkomyślnie mó­
wił o «klasykach niemieckich«! Co powiedzą na 

to księgarze niemieccy, będący w trakcie dodania do 

pięćdziesięciu klasyków niemieckich, w jakich już 
wierzyć musimy, pięćdziesięciu innych? Zdaje się 
niemal, jak gdyby trzeba tylko od lat trzydziestu być 
zmarłym i publicznie leżeć jako łup dozwolony — 
żeby nagle i niespodziewanie usłyszeć jako klasyk 
trąbę zmartwychwstania! I to w czasach i u narodu, 
gdzie nawet z sześciu wielkich protoplastów litera­
tury pięciu się starzeje lub się przestarzało, — pod­
czas kiedy ten czas i ów naród  n i e odczuwa po­
trzeby wstydzenia się  t e g o ! Albowiem oni ustą­
pili przed  s i ł a m i tego czasu — rozważcie to 
tylko z całą sprawiedliwością ! — O Goethem, jak 
wzmiankowano wyżej, nie mówię, należy on do wyż­
szego rodzaju literatury, niż »literatury narodowe«: 
wskutek tego stosunek jego do swego  n a r o d u nie 
mierzy się ani tem, czy żyje, ani czy jest nowy, ani 
czy jest przestarzały. Dla nielicznych żył on i żyje 
jeszcze: dla większości jest tylko fanfarą próżności, 

którą odgrywa się kiedy niekiedy nad granicami Nie­

miec. Goethe był nietylko dobrym i wielkim człowie­
kiem, lecz  k u l t u r ą — Goethe w historyi Niemców 
jest wypadkiem, który minął bez skutków: ktoby był 
w stanie, naprzykład w polityce niemieckiej ostatnich 
lat siedmdziesięciu, odszukać choćby cząstki Goethego! 

(podczas kiedy cząstka Szyllera, a nawet, być może, 

DZIEŁA NIETZSCHEGO T. XI. 

20 

background image

306 

Lessinga była w nich czynna). Lecz ci pięciu innych! 
Klopstock starzał się już za życia z wielką przytem 
godnością; i to tak gruntownie, że rozważna książka 

z jego lat późniejszych, Rzeczpospolita uczonych, 
z pewnością do dziś dnia przez nikogo nie była 
brana poważnie. Nieszczęściem Herdera było, że pisma 
jego były zawsze albo za świeże, albo przestarzałe; 
dla głów subtelniejszych i silniejszych (jak dla Lichten-
berga) naprzykład nawet najgłówniejsze dzieło Her­
dera, jego Idee do historyi ludzkości, było natych­

miast po ukazaniu się już czemś przestarzałem. Wie-
land, który sam żył bujnie i budził życie, jako czło­

wiek mądry, śmiercią swoją wyprzedził zanik swego 
wpływu. Lessing żyje może jeszcze — lecz między 
młodymi i coraz młodszymi uczonymi! I Szyller dziś 
z rąk młodzieńców przeszedł do rąk chłopców, 
wszystkich chłopców niemieckich! Jest to wszak 

znany sposób starzenia się, że książka zstępuje do 
coraz mniej dojrzałych okresów wieku. — I co tych 
pięciu tak odsunęło, że ludzie pilni i posiadający 
dobre wykształcenie już ich nie czytują ? Lepszy 
smak, lepsza wiedza, większy szacunek dla prawdy 
i rzeczywistości: same tylko więc cnoty, które znowu 

owych pięciu i dziesięciu lub dwudziestu innych 
0 mniej głośnych imionach  s z c z e p i ł o dopiero 

w Niemczech, i które dziś niby wysoki las rozesłały 
nad ich grobami obok cienia czci coś z cienia zapom­
nienia. —  L e c z  k a s y k a m i nie  s ą  s z c z e p i c i e l e 
cnót umysłowych i literackich, lecz  w i e ń c z y c i e l e 
i najwyższe szczyty tych cnót, wznoszące się nad 
ludami, kiedy same ludy giną: albowiem one są lżej­

sze, wolniejsze, czystsze, niż tamte Możliwy tak  w y s o k 
stan ludzkości, że Europa ludów będzie należała do 

307. 

ciemnej przeszłości, lecz że Europa  ż y ć będzie 
jeszcze w trzydziestu bardzo starych, nigdy nie prze­
starzałych książkach: w klasykach. 

126. 

I n t e r e s u j ą c a ,  l e c z  n i e  p i ę k n a . — Oko­

lica ta ukrywa, lecz posiada jakieś znaczenie, któ­
reby się chciało odgadnąć: dokąd spojrzę, czytam 
wyrazy i wskazówki do wyrazów, lecz nie wiem, 
gdzie się zaczyna zdanie, rozwiązujące zagadkę tych 
wszystkich wskazówek, i wykręcam sobie szyje, pró­
bując, czy należy je czytać stąd, czy stamtąd. 

127. 

P r z e c i w  n o w a t o r o m  j ę z y k o w y m . — 

Wprowadzanie do języka rzeczy nowych lub wskrze­

szanie starych, przekładanie rzadkich i obcych, dą­
żenie do bogactwa wyrazów zamiast do ogranicze­

nia — zawsze jest oznaką niedojrzałego lub zepsu­
tego smaku. Szlachetne ubóstwo, lecz w niepozornej 
chudobie swoboda mistrzowska wyróżnia greckich 
artystów słowa: chcą oni posiadać  m n i e j , niż lud — 

albowiem ten jest najbogatszy rzeczami staremi i no­
wemi — ale to niewiele chcą posiadać  l e p i e j . 
Prędko można się załatwić z wyliczeniem ich archaiz­

mów i form cudzoziemskich, lecz niema końca po­
dziwu, jeśli się posiada dobre oko, dla lekkiego i de­

background image

308 

likatnego sposobu obcowania ich z tem, co jest co­
dziennego i pozornie dawno zużytego w wyrazach 
i zwrotach. 

128. 

A u t o r o w i e  s m u t n i i  p o w a ż n i . — Kto  n a 

papier przenosi, co  c i e r p i , staje się autorem  s m u t ­
n y m : lecz  p o w a ż n y m , jeśli nam mówi,  c o  c i e r ­
p i a ł i czemu teraz wypoczywa w radości. 

129

Z d r o w i e  s m a k u . — Czem się dzieje, że zdro­

wie nie jest tak zaraźliwe, jak choroby, wogóle 
i szczególniej co do smaku. Lub czy może istnieją 
epidemie zdrowia? 

130

P o s t a n o w i e n i e . — Nie czytać więcej książki, 

która jednocześnie urodziła się i została ochrzczona 
(atramentem). 

309 

131. 

132

K s i ą ż k i  k l a s y c z n e . — Najsłabszą stroną 

każdej książki klasycznej jest to, że jest napisana 
w zanadto ojczystym języku autora. 

133. 

K s i ą ż k i  z ł e . — Książka winna wołać o pióro, 

atrament i stół do pisania: lecz zazwyczaj pióro, atra­
ment i stół do pisania wołają o książkę. Dlatego dziś 
książki są tak błahe. 

134. 

P r z y t o m n o ś ć  z m y s ł ó w . — Publiczność, 

rozmyślając nad malowidłem, staje się poetą; i roz­

myślając nad poematem, obserwatorem, W chwili, 

kiedy artysta ją przywołuje, brak jej zawsze odpo­

M y ś l  p o p r a w i a ć . — Styl poprawiać — zna­

czy myśl poprawiać, i zgoła nic więcej! — Kto nie 
przyzna tego natychmiast, nigdy o tem przekonany 
nie będzie. 

background image

310 

w i e d n i e g o zmysłu, więc nie umysłu, lecz przy­
tomności zmysłów. 

135. 

M y ś l i  w y b o r o w e — Wyborowy styl wybitnej 

epoki wybiera nietylko wyrazy, lecz i myśli — i mia­
nowicie oboje między  z w y c z a j n y m i i  p a n u j ą ­

j ą c y m i : ryzykowne i o zbyt świeżej woni myśli 

dla dojrzalszego smaku są nie mniej wstrętne, jak 
nowe, szalenie śmiałe obrazy i wyrażenia. Z czasem 
oboje — wyborową myśl i wyborowe słowo — czuć 
z lekka miernością, gdyż woń wyborowości łatwo się 
ulatnia i wtedy odczuwa się tylko rzecz zwyczajną 
i codzienną. 

136. 

G ł ó w n a  p r z y c z y n a  z e p s u c i a  s t y l u . — 

Chcieć  o k a z y w a ć dla rzeczy więcej odczucia, niż 
się  p o s i a d a rzeczywiście, psuje styl w mowie i we 
wszystkich sztukach. Każda sztuka wielka posiada 
raczej skłonność przeciwną: lubi, jak każdy człowiek 
wybitny pod względem moralnym, zatrzymywać uczu­
cie w drodze i nie pozwala mu dobiegać do  s a m e g o 
końca. Ta wstydliwość, ta półwidoczność uczucia daje 
się obserwować najpiękniej naprzykład u Sofoklesa; 

i zdaje się to rysy uczucia prześwietlać, kiedy podaje 
się samo za trzeźwiejsze, niż jest. 

311 

137. 

N a  u n i e w i n n i e n i e  c i ę ż k i c h  s t y l i s t ó w . 

— Rzecz lekko wypowiedziana rzadko wpada w ucho 
dosyć ciężko — lecz winą to źle wyuczonych uszu, 

które od wychowania przez to, co dotychczas nazy­
wano muzyką, muszą przejść do wyższej szkoły 
dźwięków, to znaczy do szkoły  m o w y . 

138. 

P e r s p e k t y w a z  l o t u  p t a k a . — Tutaj spa­

dają w przepaść z wielu stron potoki wód: bieg ich 
tak gwałtowny i tak porywa oko za sobą, że nagie 
lub porosłe lasem urwiska skał wokoło nie zdają się 

spadać, lecz jakby  s f r u w a ć . Widok ten wywołuje 

pełne bojaźni naprężenie, jak gdyby coś wrogiego 
ukrywało się poza tem wszystkiem, przed czem 
wszystko uciekać musi i przed czem przepaść jest 
schronieniem. Okolica ta całkiem nie nadaje się do 
malowania, chyba, że się człowiek jak ptak unosi 
nad nią w wolnem powietrzu. Tutaj perspektywa 
z lotu ptaka snać nie jest samowolą artystyczną, lecz 
jedyną możliwością. 

139. 

R y z y k o w n e  p o r ó w n a n i a . — Jeśli ryzy­

kowne porównania nie są dowodem swawolności pi­

background image

312 

sarza, to są dowodem znużenia jego fantazyi. W ka­
żdym razie są dowodem jego złego smaku. 

140

T a ń c z y ć w  ł a ń c u c h a c h . — Wobec ka­

żdego poety i pisarza greckiego należy stawiać sobie 
pytanie: jaki  n o w y  p r z y m u s nałożył  n a siebie 
i uczynił ponętnym dla swych współczesnych (iż 
znajdował przez to naśladowców)? Ponieważ co się 

nazywa »wynalazkiem« (naprzyklad w metryce), jest 
zawsze takiemi dobrowolnie nałożonemi więzami. »Tań-
czyć w łańcuchach«, wziąć na się ciężar i następnie 
rozciągnąć nad tem złudzenie lekkości — oto sztuka, 

jaką nam chcieli pokazać. Już u Homera spostrze­
gamy mnóstwo formuł odziedziczonych i epickich 
zasad opowiadania,  p o ś r ó d których tańczyć musiał; 
i on sam stworzył nowe konwencyonalności dla po­
koleń następnych. Taka była szkoła wychowania dla 
poetów greckich: naprzód więc pozwolić nałożyć na 
się różnorodny przymus przez poetów dawniejszych; 
następnie wynaleźć samemu jeszcze jeden przymus, 
nałożyć go na siebie i pokonać go z wdziękiem: tak 
iż przymus i zwycięstwo zauważą i będą podziwiać. 

141. 

P e ł n i a  a u t o r ó w . — Ostatnie, czego nabiera 

dobry autor, jest pełnia; kto ją przynosi ze sobą, 

313 

nigdy nie będzie autorem dobrym. Najlepsze wyści 
gowce są chude, póki nie pozwolą im  w y p o c z ą ć 
po zwycięstwach. 

142. 

B o h a t e r z y z  c i ę ż k i m  o d d e c h e m . — 

Poeci i artyści, cierpiący na ciasność uczucia, każą 
najczęściej swym bohaterom oddychać ciężko: nie 
znają się na lekkim oddechu. 

143

Na  p ó ł  ś l e p y . — Napółślepy jest śmiertel­

nym wrogiem wszystkich autorów, którzy pozwalają 

sobie na rozwlekłość. Niechby widzieli jego gniew, 
kiedy książkę zamyka, spostrzegłszy się, iż autor 
zużył pięćdziesiąt stron, żeby podzielić się pięciu myś­
lami: ów gniew, że resztę swych oczu niemal bez 

żadnej korzyści naraził na niebezpieczeństwo. — Pe­
wien napólślepy rzekł:  w s z y s c y autorowie po­
zwalają sobie na rozwlekłość. — »Czy i Duch Święty 
także?« — I Duch Święty także. Ale ten miał prawo; 

pisał on dla zupełnie ślepych. 

background image

314 

144. 

145. 

P r z e c i w  o b r a z o m i  p r z e n o ś n i o m . — 

Obrazami i przenośniami przekonywa się, lecz nie 
dowodzi. Dlatego też w sferze naukowej istnieje taka 

obawa przed obrazami i przenośniami; właśnie tutaj 

n i e chcą tego, co przekonywa i czyni  p r a w d o p o ­
d o b n e m : żądają raczej najzimniejszego niedowie­
rzania, przez sam już sposób wyrażania się i gołe 
ściany: ponieważ niedowierzanie jest kamieniem pro­

bierczym dla złota pewności. 

146. 

O s t r o ż n i e . — Komu brak wiedzy gruntownej, 

ten niechby się wystrzegał pisać w Niemczech. Bo­
wiem  d o b r y Niemiec nie powie: »jest to nieuk«, 
lecz: jest to charakter dwuznaczny. Ten wniosek 

zbyt pośpieszny przynosi zresztą zaszczyt Niemcom. 

315 

147. 

148. 

S t y l  w s p a n i a ł y i  c o ś  w y ż s z e g o . — Prę­

dzej można nauczyć się pisać wspaniale, niż lekko 
i z prostotą. Przyczyny tego gubią się w etyce. 

149. 

S e b a s t y a n  B a c h . — O ile muzyki Bacha 

n i e słuchamy jako skończeni i inteligentni znawcy 
kontrapunktu i wszelkich rodzajów stylu fugowego, 

a wskutek tego nie odczuwamy właściwej rozkoszy 
artystycznej, tedy nam, słuchaczom jego muzyki, 
bywa tak na duszy (żeby użyć wspaniałego wyrażenia 

Goethego), jak gdybyśmy byli przytem,  k i e d y  B ó g 
ś w i a t  t w o r z y .  T o znaczy: czujemy,  ż e staje się 
tutaj coś wielkiego, lecz jeszcze tego  n i e m a : na­
szej  w i e l k i e j muzyki nowoczesnej. Przezwyciężyła 
ona już świat, ponieważ przezwyciężyła Kościół, na 
rodowości i kontrapunkt. W Bachu jest jeszcze za 

wiele surowej chrześcijańskości, surowej niemiec­

kości, surowej scholastyki; stoi on na progu muzyki 

S t y l  n i e ś m i e r t e l n o ś c i . — Tucydydes za­

równo jak Tacyt — obydwaj przy wypracowywaniu 
dzieł swoich mieli na myśli ich trwałość nieśmier­

telną: możnaby to było odgadnąć już z ich stylu, 
gdyby się nie wiedziało skądinąd. Jeden myślom 
swoim chciał nadać trwałość przez zagotowanie, drugi 
przez solenie; i żaden, zdaje się, nie przerachował się. 

P o m a l o w a n e  s z k i e l e t y . — Pomalowane 

szkielety: są to autorzy, którzyby chcieli zastąpić far­

bami sztucznemi to, co im zbywa na mięsie. 

background image

316 

europejskiej (nowoczesnej), lecz stąd zwraca wzrok 
ku średniowieczu. 

150. 

H a e n d e l . — Haendel w wynajdywaniu swej 

muzyki śmiały, żądny nowości, prawdziwy, potężny, 
zwracający oczy ku heroizmowi i pokrewny temu 

heroizmowi, do którego  n a r ó d jest zdolny — przy 

wypracowywaniu bywał często skrępowany i zimny, 

ba, znużony sam sobą; wtedy stosował niektóre wypró­
bowane metody wykonania, pisał prędko i wiele, i był 

rad, kiedy skończył, ale nie w ten sposób rad, jak 

B ó g i inni twórcy byli pod wieczór swego dnia two­
rzenia. 

151. 

H a y d n . — O ile genialność może się łączyć 

z człowiekiem po prostu  d o b r y m , Haydn ją posia­
dał. Dochodzi on wprost do granicy, którą moralność 
zakreśla intellektowi; tworzy on tylko taką muzykę, 
która nie posiada »przeszłości«. 

152. 

B e e t h o v e n i  M o z a r t . — Muzyka Beetho­

vena wydaje się często, jako głęboko wzruszona 

317 

k o n t e m p l a c y a ustępu, który, jak się sądziło, za­
ginął dawno i który nagle niespodziewanie słyszy się 
znowu: »niewinność w dźwiękach«; jest to muzyka 
o muzyce. W pieśni żebraka lub dziecka na ulicy, 
w monotonnem nuceniu wędrownych Włochów, pod­

czas tańców w karczmie wiejskiej, lub podczas nocy 
karnawałowych — oto gdzie odkrywa swoje »melo­
dye«: znosi je jak pszczoła w jedno miejsce, wyry­

wając to tu, to tam dźwięk, krótki ustęp. Są to dla 
niego przemienione  w s p o m n i e n i a z lepszego 
świata: podobnie jak Plato wyobrażał sobie idee. 
Stosunek Mozarta do jego melodyi jest zupełnie 
inny: natchnienia swoje znajduje nie wtedy, kiedy 

słucha muzyki, lecz kiedy przygląda się życiu, ruch­
liwemu życiu  p o ł u d n i o w e m u : marzył on zawsze 
o Włoszech, kiedy nie był w nich obecny. 

153. 

R e c y t a t y w . — Niegdyś recytatyw był suchy; 

obecnie żyjemy w epoce  r e c y t a t y w u  w i l g o t ­
n e g o : wpadł w wodę i fale go unoszą, gdzie się 
im podoba. 

154. 

M u z y k a  » p o g o d n a « . — Jeśli się było długo 

pozbawionym muzyki, to następnie zanadto prędko 
przechodzi w krew jak ciężkie wino południowe 

background image

318 

i pozostawia w duszy uczucie narkotyczne, odurza­

jące, półtrzeźwe, senne; szczególniej sprawia to właś­
nie muzyka »pogodna«, która zmusza do sączenia 
wciąż i wciąż, niby w ocukrzonej truciźnie, kropli 
goryczy i bólu, przesytu i tęsknoty za ojczyzną. Sala 
pełna pogodnej, gwarnej wesołości zdaje się przytem 
zwężać, światło tracić na jasności i brunatnieć; 
w końcu, zdaje się, jak gdyby muzyka wpływała do 
więzienia, gdzie biedny człowiek z tęsknoty za ojczyzną 
zasnąć nie może. 

155. 

F r a n c i s z e k  S z u b e r t . — Franciszek Szu­

bert, artysta mniej znaczny, niż inni muzycy wielcy, 
posiadał przecież od wszystkich większe  d z i e d z i c z n e 
b o g a c t w o muzyczne. Trwonił je pełną ręką i z do­
brego serca: tak iż muzycy jeszcze w ciągu kilku 
wieków będą mogli się  p o ż y w i a ć wciąż jego 
myślami i pomysłami. W dziełach jego posiadamy 

niewyczerpany skarb  n i e z u ż y t k o w a n y c h wyna­
lazków; inni wykażą swą wielkość w ich zużytkowa­
niu. — Jeśliby wolno było nazwać Beethovena ideal­
nym słuchaczem grajka, Szubert posiadałby prawo 
sam nazywać się grajkiem idealnym. 

156. 

N a j n o w o c z e ś n i e j s z e  w y k o n y w a n i e 

muzyki. — Wykonywanie muzyki w wielkim stylu 

319 

tragiczno dramatycznym nabiera charakteru przez na­
śladowanie giestów  w i e l k i e g o  g r z e s z n i k a , jak 
go wyobraża sobie i pragnie mieć chrześcijanizm: 
stąpającego powoli, opanowanego przez namiętne 
myśli czarne, rzucającego się na wszystkie strony od 
cierpień sumienia, uciekającego w przerażeniu, chwy­
tającego powietrze w zachwycie, z rozpaczą stają­
cego nagle — i z innemi cechami, jakie tylko wielka 
grzeszność mieć może. Tylko przy rozumieniu chrze­
ścijanina, że wszyscy ludzie są wielkimi grzesznikami 
i że nie robią nic innego, tylko grzeszą, da się uspra­

wiedliwić zastosowanie tego stylu wykonania do 
w s z e l k i e j muzyki: w tem znaczeniu, że muzyka 

jest odbiciem wszystkich czynów i postępków ludz­

kich i jako taka powinna ustawicznie przemawiać 
giestami wielkiego grzesznika. Słuchacz, nie będący 
dość dobrym chrześcijaninem, żeby tę logikę zrozu­
mieć, mógłby wprawdzie, słuchając takiego wykona­
nia, zawołać w przerażeniu: »Na Boga, jakżeż się to 
stało, że grzech dostał się do muzyki!« 

157. 

F e l i k s  M e n d e l s o n — Muzyka Feliksa Men­

delsona jest muzyką dobrego smaku we wszystkiem, 
co było wtedy dobrego: wskazuje ona zawsze poza 
siebie. Jakżeby mogła mieć wiele »przed sobą«, wiele 
przyszłości! — Ale chciałże on ją  m i e ć ? Feliks Men­
delson posiadał cnotę rzadkę między artystami, cnotę 

wdzięczności bez ukrytych myśli: i ta cnota także 

wskazuje zawsze poza siebie. 

background image

320 

158. 

159. 

W o l n o ś ć w  w i ę z a c h —  w o l n o ś ć  k s i ą ­

ż ę c a . — Ostatni z muzyków nowszych, który oglą­
dał i ubóstwiał piękno na podobieństwo Leopardiego, 
Polak Chopin, on, który nie był do naśladowania — 
żaden, którzy byli przed nim i po nim nastąpili, nie 
miał prawa do tego epitetu —, Chopin posiadał tę 
samą książęcą wspaniałość konwencyonalności, jaką 

wykazuje Rafael w używaniu farb tradycyjnych, naj­
prostszych lecz nie w stosunku do barw, lecz do 
zwyczajów melodyjnych i rytmicznych. Uznawał on 
t e zwyczaje, ponieważ  u r o d z i ł  s i ę w  e t y k i e ­
c i e , lecz jako duch najwolniejszy i najwdzięczniej­

szy, igrając i pląsając w tych więzach — i to  b e z 
ich wyszydzania. 

321 

160

161. 

R o b e r t  S c h u m a n n . — »Młodzian«, jak  g o 

sobie roili niemieccy i francuscy pieśniarze roman­
tyczni z pierwszej trzeciej tego stulecia — młodzian 

ten zupełnie wypowiedział się w śpiewie i dźwięku — 

przez Roberta Schumanna, wiecznego młodzieńca, do­
póki czuje się w pełni swych sił: wprawdzie są mo­
menty, w których muzyka jego przypomina odwieczną 

»starą pannę«. 

162. 

Ś p i e w a c y  d r a m a t y c z n i . — »Dlaczego ten 

żebrak śpiewa ?« — Prawdopodobnie nie umie ję­

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 

2 1 

B a r k a r o l a  C h o p i n a . - Niemal wszystkie 

stany i warunki życia posiadają chwilę  b ł o g o s ł a ­
w i o n ą . Dobrzy artyści umieją ją wyłowić. Taki 
moment posiada nawet  ż y c i e  n a  w y b r z e ż u 
p o r t o w e m , tak nudne, brudne, niezdrowe, upływa­
jące w sąsiedztwie najhałaśliwszego i najchciwszego 
motłochu — Tę chwilę błogosławioną Chopin w takie 
zaklął dźwięki Barkarolą, że nawet bogów chwy­
taćby mogła pokusa, aby długie wieczory letnie prze­
leżeć w łodzi. 

M a t k a  s z t u k . — W naszych czasach scep­

tycznych składową częścią właściwej  d e w o c y i jest 
też niemal brutalny heroizm a m b i c y i; nie wystar­
cza już fanatyczne przymykanie oczu i padanie na 

kolana. Czy by nie była możliwa, żeby ambicya zo­
stania po wszystkie czasy ostatnim w dewocyi, stała 
się matką ostatniej katolickiej muzyki kościelnej, jak 
już została matką ostatniego kościelnego stylu w bu­
downictwie? (Nazywają go stylem jezuickim.) 

background image

322 

163. 

M u z y k a  d r a m a t y c z n a . — Dla tego, kto 

nie widzi, co się dzieje na scenie, muzyka drama­
tyczna jest niedorzecznością; tak jak niedorzecznoś­
cią są ustawiczne komentarze do zaginionego tekstu. 
Właściwie wymaga ona, żeby uszy mieć akurat tam, 
gdzie znajdują się oczy; to jednak znaczy zadawać 
gwałt Euterpie: ta biedna muza pragnie, żeby jej 
oczy i uszy zostawić w tem miejscu, gdzie je posia­

dają i inne muzy. 

164. 

Z w y c i ę s t w o i  r o z u m . — Niestety i w woj­

nach estetycznych, jakie wywołują artyści dziełami 
swojemi oraz ich obroną rozstrzyga ostatecznie siła, nie 
zaś rozum. Dziś  w s z y s c y uznają za fakt historyczny, 
iż Gluck w walce z Piccinim posiadał  s ł u s z n o ś ć : 
w każdym razie  z w y c i ę ż y ł on; siła była po jego 
stronie. 

323 

165. 

166. 

M u z y k a  d z i s i e j s z a . —  T a najnowocześ­

niejsza muzyka, o silnych płucach i słabych nerwach, 
przeraża się zawsze naprzód sama przed sobą. 

O  z a s a d z i e  w y k o n a n i a w  m u z y c e . — 

Czy rzeczywiście przypuszczają teraźniejsi artystyczni 
wykonawcy muzyczni, iż najwyższem przykazaniem 
ich sztuki jest nadawanie każdemu utworowi jak naj­
większej  w y p u k ł o ś c i i staranie się, żeby za wszelką 
cenę, przemawiały językiem  d r a m a t y c z n y m . Nie 

jestże to, w zastosowaniu do Mozarta naprzykład, 
grzechem właściwie przeciw duchowi, pogodnemu, sło­
necznemu, delikatnemu, lekkomyślnemu duchowi Mo­
zarta, którego powaga była powagą dobrotliwą, nie 
zaś powagą straszliwą, której obrazy nie chcą wyska­

kiwać ze ściany, żeby widzów przerażać i zmuszać do 
ucieczki. Lub czy myślicie, że muzyka Mozarta jest 
to samo, co »muzyka gościa kamiennego?« I nietylko 

muzyka Mozarta, lecz każda? — Lecz wy odpieracie, 
że za waszą zasadą przemawia to, iż wywieracie naj­
większe  w r a ż e n i e — i mielibyście słuszność, o ileby 
nie było pytania przeciwnego, na  k o g o wtedy wy­
wiera się działanie, i na kogo wyłącznie wogóle szla­
chetny artysta  p o w i n i e n  c h c i e ć działać! Nigdy 
na lud! Nigdy na niedojrzałych! Nigdy na wrażli­
w y c h ! Nigdy na ludzi chorobliwych! Przedewszyst­
kiem nigdy jednak na stępiałych! 

c z e ć . — »Tedy postępuje słusznie: lecz nasi śpiewacy 
dramatyczni, którzy jęczą, ponieważ śpiewać nie 
umieją — postępująż i oni słusznie ?« 

background image

324 

167. 

168. 

S e n t y m e n t a l i z m w  m u z y c e . — Można 

mieć jak największą skłonność do muzyki poważnej 
i wielkiej, tem bardziej jednak w pewnych chwilach 
czuje się człowiek pokonany, oczarowany i niemal 

325 

unicestwiony przez przeciwieństwo tej muzyki. Mam 

na myśli owe najprostsze melizmy oper włoskich, 
które pomimo jednostajności rytmicznej i dzieciństwa 

harmonijnego zdają się nam śpiewać, jak sama du­
sza muzyki. Przyznacie to, czy nie, wy faryzeusze 
dobrego smaku:  t a k jest jednak i teraz zależy mi 

tylko na tem, żeby tę zagadkę, iż tak jest, dać do 
odgadnięcia i samemu nad jej odgadnięciem cokol­

wiek popracować. - Kiedyśmy byli jeszcze dziećmi, 
próbowaliśmy po raz pierwszy miodu wielu rzeczy; 
nigdy już potem miód nie był tak smaczny, jak wtedy, 

uwodził on do życia, do najdłuższego życia, w po­
staci pierwszej wiosny, pierwszych kwiatów, pierw­
szych motyli, pierwszych przyjaźni.  W ó w c z a s — mogło 
to być koło dziewiątego roku życia — usłyszeliśmy 

pierwszą muzykę: i była to pierwsza muzyka, którą 

z r o z u m i e l i ś m y , najprostsza więc i najdziecin­
niejsza, zawierająca nie wiele więcej niż ciąg dalszy 

pieśni niańki lub grajka ulicznego. (Trzeba bowiem 
i do najnieznaczniejszych »objawień« sztuki być 
wprzódy  p r z y g o t o w a n y m i  p r z y u c z o n y m : 
niema zgoła »bezpośredniego« działania sztuki, choć 

filozofowie tak pięknie o tem bajali.) Do tych pierw­
szych zachwytów muzycznych najsilniejszych w ży­
ciu — nawiązuje się uczucie, z jakiem słuchamy 
owych melizmów włoskich: błogość dziecka i utrata 
dzieciństwa, uczucie niepowetowaności, jako najsłod­
szego posiadania — to porusza strunami naszej du­
szy tak silnie, jak nie zdoła tego uczynić choćby 
najbogatsza i najpoważniejsza obecność sztuki. Ta 
mieszanina radości estetycznej z smętkiem moralnym, 
którą obecnie ogólnie przyjęto nazywać »sentymen­

talnością«, cokolwiek za grzecznie, jak mnie się wy­

G d z i e  m u z y k a  c z u j e  s i ę u  s i e b i e . — 

Muzyka osiąga wielką silę tylko pomiędzy ludźmi, 
którzy nie mogą, lub nie powinni dyskutować. Dla­
tego pierwszymi protektorami są książęta, pragnący, 
żeby w ich sąsiedztwie nie wiele krytykowano, ba, 
nawet niewiele myślano; następnie, społeczeństwa, 
które pod jakimkolwiek uciskiem (książęcym lub reli­

gijnym) muszą przyzwyczajać się do milczenia, lecz 

szukają tem silniejszych środków przeciw nudzie 
uczucia (zwykle wiecznej miłości i wiecznej muzyki); 
po trzecie, całe narody, w których niema zupełnie 
społeczeństwa, ale tem więcej jednostek z pociągiem 

do samotności, do napół ciemnych myśli i do czci 

dla rzeczy, nie dających się wypowiedzieć: to są 
dusze właściwie muzyczne. — Grecy, jako naród 
chętny do mowy i sporów, znosili muzykę tylko 
jako  p r z y p r a w ę do sztuk, o które rzeczywiście 

spierać się i mówić można: podczas kiedy o muzyce 
zaledwie można myśleć  ś c i ś l e . Pitagorejczycy, owi 

pod wielu względami Grecy wyjątkowi, byli też, jak 
podają, wielkimi muzykami; ci sami, którzy wynaleźli 

pięcioletnie milczenie, lecz  n i e dyalektykę. 

background image

126 

daje — jest nastrojem Fausta w końcu pierwszej 
sceny —, ta »sentymentalność« słuchaczy wychodzi 
na korzyść muzyce włoskiej, którą zresztą doświad­
czeni smakosze sztuki, czyści »esteci« lubią ignoro­
wać. — Zresztą niemal każda muzyka wtedy dopiero 
zaczyna działać  c z a r u j ą c o , kiedy wysłuchujemy 

z niej głos swojej własnej  p r z e s z ł o ś c i : i dlatego 
też laikowi wszelka muzyka  d a w n a zdaje się sta­
wać coraz lepszą i dopiero co zrodzona małej war­
tości: albowiem nie wzbudza ona jeszcze »sentymen­
talności«, która, jak się rzekło, jest zasadniczym pier­
wiastkiem szczęścia w muzyce dla każdego, kto jest 
niezdolny rozkoszować się tą sztuką tylko jako artysta. 

169. 

J a k o  p r z y j a c i e l e  m u z y k i . Ostatecznie 

jesteśmy i pozostaniemy przyjaciółmi muzyki, jak 

pozostaniemy przyjaciółmi światła księżycowego. 
Wszak żadne z nich nie chce słońca wyprzeć — 
oboje pragną tylko, o ile mogą, rozświecać  n o c e 

nasze. Lecz nieprawdaż? Żartować i śmiać się z nich 
mimo to nam wolno? Cokolwiek przynajmniej? I kiedy 
niekiedy? Z człowieka na księżycu! Z kobiety w mu­
z y c e ! 

170. 

S z t u k a w  c z a s i e ,  p r z e z n a c z o n y m  n a 

pracę. — Posiadamy sumienie wieku pracowi­

327 

t e g o : nie pozwala nam ono poświęcać sztuce naj­

lepszych godzin i poranków, chociażby ta sztuka miała 
być najlepszą i najdostojniejszą. Uważamy ją za rzecz 
wczasu, wypoczynku: poświęcamy jej  r e s z t ę na­

szego czasu, naszych sił. — Jest to zjawisko najpo­
wszechniejsze, które zmieniło stosunek sztuki do ży­
cia: jeśli ta reagującym na sztukę stawia  w i e l k i e 

wymagania co do czasu i sił, zwraca się  p r z e c i w 
niej sumienie ludzi pracowitych i dzielnych, i ska­
zuje się sama na niesumiennych i niedbałych; ci 

jednak, z przyrodzenia swego, nie są skłonni do 
sztuki  w i e l k i e j i wymagania jej odczuwają jako 
zarozumiałość. Mogłoby się więc stać tak, iżby na­
stąpił jej koniec, ponieważby zbrakło jej wolnego 
powietrza i oddechu: lub — sztuka wielka próbuje, 
w pewnego rodzaju zgrubieniu i przeodzianiu, za­
aklimatyzować się w owej innej atmosferze (a przy­

najmniej znieść ją), która właściwie jest elemen­
tem  m a ł e j sztuki, sztuki dla wypoczynku i rozwe­
selającej rozrywki. Dzieje się to obecnie wszędzie; 
artyści wielkiej sztuki obiecują także wypoczynek 

i rozrywkę, i oni zwracają się do znużonych, i ci 
proszą o godziny wieczorne dnia roboczego zu­
pełnie jak artyści rozweselający, którzy bywają za­
dowoleni, jeśli odnoszą zwycięstwo nad ciężką po­
wagą, zalegającą czoła, nad zapadniętemi oczyma. 
Do jakiegoż podstępu uciekają się ich więksi towa­
rzysze? Ci w broni swojej posiadają najgwałtowniej­

sze środki podniecające, dzięki którym nawet napół 
umarły wstrząsnąć się musi; ci posiadają środki odu­
rzające, otumaniające, wstrząsające — spazmy płaczu: 
tymi pokonywają człowieka znużonego i przenoszą 

go w stan gorączki nocnej, zapomnienia o sobie, za­

background image

328 

chwytu i przerażenia. - Z powodu niebezpieczeństwa 
tych środków czyż należy względem wielkiej sztuki, 
jaką dziś żyje opera, tragedya i muzyka żywić 
gniew, niby względem podstępnej grzesznicy? Z pew­
nością nie: samaby ona wolała stokrotnie żyć w czy­

stym elemencie ciszy porannej i zwracać się do wy­
czekujących jej, niezużytych, pełnych siły dusz po­
rannych słuchaczów i widzów. Składajmy jej dzięki, 
iż przekłada życie takie nad zupełną ucieczkę: ale 
powiedzmy to sobie, że dla wieku, który znowu wpro­
wadzi w życie wolne, całkowite święta i dni radości, 
n a s z a sztuka wielka będzie niezdatna. 

171. 

U r z ę d n i c y  n a u k i i  i n n i . — Wszystkich 

dzielnych i mających powodzenie uczonych możnaby 
nazwać »urzędnikami«. Kiedy, w młodych latach, by­
strość ich zostaje dostatecznie wyćwiczona, pamięć 

napełniona, ręka i oko nabiorą pewności, starsi uczeni 
naznaczają ich na pewne miejsce w nauce, gdzie za­
lety ich mogą przynieść korzyść; później, kiedy sami 
nabędą wejrzenia, gdzie znajdują się niekompletne 
lub uszkodzone miejsca w nauce, stają sami z siebie 
tam, gdzie są potrzebni. Wszystkie te natury znajdują 
się tutaj dla nauki: ale istnieją natury rzadsze, rza­
dziej osiągające powodzenie i zupełnie dojrzewające, 
gwoli »którym istnieje nauka« — przynajmniej im 
samym tak się to wydaje —: ludzie często nieprzy­
jemni, często zarozumiali, często uparci, lecz niemal za­

wsze do pewnego stopnia czarujący. Nie są to urzędu­

329 

jący, ani też rządzący, posługują się tem, co inni opraco­

wali i stwierdzili, z pewnem niedbalstwem książęcem, 

oraz z nieznaczną i rzadką pochwałą: zupełnie jak gdyby 
tamci należeli do istot niższego rzędu. A przecież po­
siadają oni tylko te same własności, przez które ci 

inni wyróżniają się, i nieraz nawet w stopniu nie­
dostatecznie rozwiniętym: prócz tego właściwa im 
jest  o g r a n i c z o n o ś ć , której nie posiadają tamci, 

i wskutek której niemożliwa umieścić ich na pewnem 

stanowisku i widzieć w nich narzędzia pożyteczne, — 
mogą żyć tylko w  s w o j e j  w ł a s n e j  a t m o s f e ­
r z e , na swoim własnym gruncie. Ograniczenie to 
pozwala im sądzić, że niemal wszystko w nauce »do 

nich należy«, to znaczy, że wszystko w swą atmosferę 
i siedzibę przenieść mogą; roi się im, iż ustawicznie 
zbierają swoje rozsiane »dostatki«. Jeśli im przeszko­
dzić w pracy nad własnem gniazdem, giną, niby ptaki 
bezdomne: niewola jest dla nich usychaniem. Jeśli 
uprawiają oddzielne dziedziny nauki na sposób owych 
innych, bywają to dziedziny tylko takie, na któ­
rych wzrastają owoce i nasiona im właśnie po­

trzebne: co ich obchodzi, czy nauka, rozważana jako 

całość, posiada okolice nieuprawione lub źle opraco­

wane?  Z b y w a im na owym nieosobistym udziale 
w problemacie poznania: jak sami są tylko osobą 
nawskroś, tak wyrastają też i ich poglądy i wiado­
mości w jedną osobę, w żyjącą różnorodność, której 
części oddzielne od siebie zależą, wrastają w siebie, 
razem odżywiają się, która, jako całość, posiada własną 
atmosferę i woń własną. — Natury takie ze swymi 
o s o b i s t y m i tworami poznania wywołują owo  z ł u ­
d z e n i e , że nauka (lub zgoła cała filozofia) jest go­

towa, i stoi u swego celu; czar ten sprawia życie 

background image

330 

w ich tworach. W pewnych czasach czar ten jest 
bardzo zgubny dla nauki; w błąd wprowadza owych, 
wyżej opisanych, dzielnych i właściwych pracowni­
ków ducha, w innych znowu, kiedy panowały posu­

cha i wyczerpanie, działał jak balsam i jak powiew 
z chłodnego, ożywczego miejsca wypoczynku. — 
Zwykle ludzi takich nazywa się  f i l o z o f a m i . 

172. 

U z n a n i e  t a l e n t u . — Kiedy przechodziłem 

przez wieś S., chłopiec zaczął ze wszyskich sił trzas­
kać z bicza, — daleko już zaszedł w tej sztuce, i wie­
dział o tem. Rzuciłem mu spojrzenie uznania — w grun­
cie rzeczy wyrządzał mi straszny ból. — Tak samo 
postępujemy przy uznawaniu wielu talentów. Czy­
nimy im dobrze, kiedy one czynią nam źle. 

173. 

Ś m i a ć  s i ę i  u ś m i e c h a ć  s i ę . —  I m pogod­

niejszym i pewniejszym staje się duch, tem bardziej od­
zwyczaja się człowiek od głośnego śmiechu; natomiast 
bije zeń ustawicznie bardziej duchowy uśmiech, 
oznaka podziwu dla ukrytych niezliczonych przyjem­
ności dobrego istnienia. 

331 

174. 

R o z r y w k i  c h o r y c h . — Jak w cierpieniu 

duchowem człowiek rwie sobie włosy, bije się w czoło, 
rozrywa wargi lub zgoła jak Edyp wyłupuje sobie 
oczy: tak przeciw gwałtownym bólom fizycznym nie 
raz przywołuje się na pomoc gwałtowne gorzkie 
uczucie, a to, przypominając sobie oszczerców i tych. 
co na nas rzucili podejrzenie, zaciemniając, sobie swoją 
przyszłość przez złośliwości i uderzenia sztyletu, 
które rozdajemy w wyobraźni na lewo i prawo. I nie 

raz, wprawdzie, jeden dyabeł wypędza drugiego, — 
ale ma się wtedy drugiego. — Przeto zaleca się cho­
rym owa inna rozrywka, która, jak się zdaje, bóle 
łagodzi: rozmyślać nad dobrodziejstwami i uprzejmoś­
ciami, któreby przyjaciołom i wrogom wyświadczyć 

się dało. 

175. 

M i e r n o ś ć  j a k o  m a s k a . — Mierność jest 

najszczęśliwszą maską, jaką duch wyższy nosić może, 

ponieważ tłumowi, to znaczy miernym, nie pozwala 

myśleć o masce —: a przecież nakłada on ją właśnie 
gwoli nim — żeby i c h nie drażnić, ba, nierzadko ze 
współczucia i dobroci. 

176. 

C i e r p l i w e . — Pinia zdaje się nasłuchiwać, 

jodła oczekiwać — i obie bez niecierpliwości: nie 

background image

332 

myślą o małym człowieku pod sobą, którego pożera 
niecierpliwość i ciekawość. 

177. 

N a j l e p s z e  ż a r t y . — Najbardziej lubię żart, 

kiedy się zjawia zamiast ciężkiej, nie zupełnie bez­
piecznej myśli, jednocześnie jako wskazówka ręką 
i błysk oka. 

178. 

N i e o d ł ą c z n o ś ć  w s z e l k i e g o  u b ó s t w i a ­

n i a . Gdzie się oddaje cześć przeszłości, nie na­
leży wpuszczać porządkujących i czystych do prze­
sady. Pobożność nie czuje się dobrze, jeżeli niema 
cokolwiek kurzu, gratów i błota. 

179. 

W i e l k i e  n i e b e z p i e c z e ń s t w o  u c z o n y c h . 

— Właśnie najdzielniejszym i najgruntowniejszym 
uczonym grozi niebezpieczeństwo, że widzą cel życia 
swego zawsze umieszczony niżej i że w poczuciu 
tego w drugiej połowie życia stają się coraz smut­
niejsi i nieznośniejsi. Z początku wpływają na ocean 
nauki z szerokiemi nadziejami i stawiają sobie śmiałe 

333 

zadania, których cele fantazya ich nieraz już anty­
cypuje: następnie bywają chwile, jak w życiu wiel­
kich odkrywców żeglarzy — kiedy wiedza, przeczu­
cie i siła coraz wyżej podnoszą się wzajemnie, aż 

oku ukazuje się w oddali po raz pierwszy nowy 
brzeg. Teraz jednak człowiek ścisły poznaje z ka­
żdym rokiem coraz więcej, jak wiele zależy na tem, 
żeby oddzielne zadania badacza były brane możliwie 
w sposób najbardziej ograniczony, żeby mogły być 
rozwiązane »bez reszty«, i żeby uniknąć tego nieznoś­
nego marnotrawstwa sił, na które cierpiały dawniej­

sze okresy nauki: wszystkie prace wykonywano po 
dziesięć razy i wtedy zawsze jeszcze jedenasty miał 
do powiedzenia ostatnie i najlepsze słowo. Im bar­
dziej jednak uczony uczy się tego rozwiązywania za­
gadek bez reszty, im bardziej w niem się ćwiczy, 
tem większą też znajduje w tem przyjemność: lecz 

również wzrasta surowość jego wymagań względem 
tego, co tutaj  n a z y w a się »bez reszty«. Odkłada na 
stronę wszystko, co w tem znaczeniu musi pozostać 
niezupełnem, nabywa wstrętu i wyczuwania wzglę­
dem kwestyi napół rozwiązalnych — względem 

wszystkiego, co tylko w ogólności i w sposób nieo­
kreślony może dać pewnego rodzaju pewność. Jego 
plany młodzieńcze rozpadają się mu w oczach: po­
zostaje z nich zaledwie kilka węzłów i węzełków, 
nad których rozwiązaniem mistrz pracuje teraz z przy­
jemnością, na których pokazuje swą siłę. I oto, po­
śród tej tak pożytecznej, tak niezmordowanej działal­
ności opada go, człowieka starzejącego się, nagle 
i potem coraz częściej głębokie niezadowolenie, ro­
dzaj udręczeń sumienia: patrzy na siebie, niby na 

przemienionego, jak gdyby zmalał, poniżył się, prze­

background image

334 

tworzył się w  k a r ł a zręcznego, niepokoi się, czy 
mistrzostwo w małem nie jest tylko gwoli wygodzie 
wybiegiem przed upomnieniem do wielkości w życiu 
i tworzeniu. Lecz nie ma już możliwości  p o w r o t u — 

już po czasie. 

180. 

N a u c z y c i e l e w  e p o c e  k s i ą ż e k . — Przez 

to, że samowychowanie i wychowywanie się wza­
jemne staje się coraz powszechniejsze, nauczyciel 
w swojej zwykłej formie dzisiejszej musi się stać 
niemal zbytecznym. Żądni nauki przyjaciele, chcący 
wspólnie przyswoić sobie wiedzę, w epoce książek 
znajdą krótszą i naturatniejszą drogę, niż »szkoła« 

i »nauczyciel«. 

181. 

P r ó ż n o ś ć  j a k o  r z e c z  w i e l k i e j  u ż y ­

t e c z n o ś c i . — Pierwotnie jednostka silna obchodzi 
się nietylko z przyrodą, lecz także ze społeczeństwem 
i jednostkami słabszemi jak z przedmiotami gospo­
darstwa rabunkowego: wyzyskuje je, ile może, i na­
stępnie idzie dalej. Ponieważ wiedzie żywot bardzo 
niepewny, wahając się między głodem i nadmiarem, 
zabija zwierząt  w i ę c e j , niż może pożreć, i rabuje 
i krzywdzi więcej ludzi, niż konieczna. Przejawy jej 
siły są zarazem przejawami zemsty za stan pełen 

335 

przykrości i lęku: następnie chce, żeby ją poczyty­
wano za potężniejszą, niż jest, i z tego powodu nad­
u ż y w a okoliczności: przyrost rozbudzonego przez nią 
strachu jest przyrostem jej władzy. Wcześnie spo­
strzega, iż nie to, czem  j e s t , lecz to, za co ją po 
c z y t u j ą , wznosi ją lub pogrąża: tutaj jest źródło 
p r ó ż n o ś c i . Władca stara się wszelkimi środkami 
0 wzrost  w i a r y w swą władzę. — Poddani, drżący 

przed nim i usługujący mu, wiedzą z kolei, że akurat 
tyle są warci, ile dla niego mają  z n a c z e n i a : dla­
tego pracują nad tern znaczeniem, nie zaś nad włas-
nem zadowoleniem z siebie. My znamy próżność tylko 
w formach najbardziej osłabionych, w jej sublimatach 
1 dawkach małych, ponieważ żyjemy w późnym, 
bardzo złagodzonym stanie społeczeństwa: pierwotnie 
jest ona rzeczą  n a j w i ę k s z e j  u ż y t e c z n o ś c i , 
najsilniejszym środkiem do utrzymania się przy życiu. 
I mianowicie próżność była tern większa, im jednostka 
była przebieglejsza: albowiem powiększyć wiarę w po­
tęgę łatwiej, niż powiększyć samą potęgę, lecz tylko 
dla tego, kto posiada  d u c h a — lub, jakby się to 
mówiło w czasach pierwotnych , kto jest  c h y t r y 
i  p o d s t ę p n y . 

182. 

P r o g n o s t y k i  c y w i l i z a c y i . — Istnieje tak 

mało decydujących prognostyków cywilizacyi, że 
każdy musi być rad z posiadania przynajmniej je­
dnego niezawodnego do użytku w swym domu i ogro­
dzie. Żeby wypróbować, czy ktoś do nas należy lub 

background image

336 

nie — myślę, do duchów wolnych —, wypróbujcie 
jego uczucia względem chrześcijanizmu. Jeśli stosu­
nek jego jest jakikolwiek inny, niż  k r y t y c z n y , 
obróćmy się doń plecami: przynosi nam nieczyste 
powietrze i złą pogodę. —  N a s z e m zadaniem nie 

jest już takich ludzi pouczać, co jest siroco; oni mają 
Mojżesza i proroków pogody i oświecenia: jeśli ich 
słuchać nie chcą, tedy — 

183. 

G n i e w i  k a r a w  s w o i m  c z a s i e . — Gniew 

i kara są naszem wiązaniem ze stanu zwierzęcego. 
Człowiek stanie się samodzielnym, kiedy zwróci zwie­
rzętom ten podarek urodzinowy. — Tutaj kryje się 

jedna z największych myśli, jakie ludzie posiadać 

mogą, myśl o postępie wszystkich postępów. — 

Pójdźmy o kilka tysięcy lat naprzód, przyjaciele! 
B a r d z o  w i e l e ludziom przeznaczono jeszcze ra­
dości, których nawet woń nie zalatuje do współczes­
nych! I mamy prawo te radości obiecać, ba, nawet 

jako konieczne przyrzec i przysiąc, jeśli tylko  n i e  z a ­
t r z y m a  s i ę rozwój umysłu ludzkiego! Nastąpi czas, 
kiedy  z b r a k n i e  j u ż  o d w a g i  d o popełniania błędu 
l o g i c z n e g o , który się kryje w gniewie i karze, 

indywidualnie lub z ramienia społeczeństwa: wów­
czas, kiedy serce i głowa nauczą się żyć w takiem 
sąsiedztwie, jak dziś jeszcze są zdaleka od siebie. 
Ż e dziś już  n i e  s ą  o d  s i e b i e  t a k  d a l e k o , jak 
pierwotnie, widoczna dostatecznie z ogólnego rozwoju 

ludzkości; i jednostka, która obejmie okiem życie 

337 

pracy wewnętrznej, z radosną dumą uświadomi so­

bie pokonane oddalenie, osiągnięte zbliżenie i ma 
prawo ważyć się na większe jeszcze nadzieje. 

184. 

P o c h o d z e n i e  » p e s s y m i s t ó w « . - Kęs po­

silnego pożywienia rozstrzyga często, czy patrzymy 

w przyszłość okiem zapadłem, czy pełnem nadziei: 
sięga to sfer najwyższych i najbardziej duchowych. 

Niezadowolenie i czarne na świat patrzenie dzisiej­
szego pokolenia jest  d z i e d z i c t w e m mąk gło­

dowych. Również po naszych artystach i poetach, 

choćby sami żyli w największych dostatkach, spo­
strzega się często, że nie są dobrego pochodzenia, że 
ze krwią i mózgiem otrzymali niejedno po przodkach, 
którzy żyli w ucisku i źle się odżywiali, co z kolei 
widać w przedmiocie i w wybranych barwach ich 
dzieł. Cywilizacya Greków jest cywilizacyą ludzi za­

możnych i to zdawna zamożnych: żyli oni przez 
kilka stuleci  l e p i e j niż my (w każdem znaczeniu 
lepiej, szczególniej o wiele prościej co do jadła i na­
poju): tedy mózgi w końcu stały się tak pełne i sub­
telne zarazem, tedy krew przepływała przez nie tak 
szybko, niby radosne, jasne wino, iż rzeczy dobre 
i najlepsze występowały u nich nie posępnie, w za­
chwyceniu i gwałtownie, lecz pięknie i słonecznie. 

2 2 

background image

335 

185. 

339 

186. 

187. 

W o j n a  j a k o  ś r o d e k  l e c z n i c z y . — Naro­

dom osłabionym i wynędzniałym można doradzać 

wojnę, jako środek leczniczy, mianowicie, jeśli bądź 

co bądź istnieć chcą dalej: albowiem na suchoty na­
rodów istnieje także kuracya brutalna.  L e c z chcieć 
żyć wiecznie i nie móc umrzeć samo już jest oznaką 
starczości uczucia; im się żyje pełniej i dzielniej, tem 
prędzej znajduje się gotowość oddania życia za jedno 

22* 

U w s t e c z n i a n i e . —  W s z y s c y przestępcy 

spychają społeczeństwo na wcześniejsze stopnie cy­
wilizacyi od tych, na których się znajduje; dzia­

łają uwsteczniająco. Pomyślcie o narzędziach, które 
społeczeństwo dla obrony koniecznej musi sobie spo­
rządzić i utrzymywać: o przebiegłym policyancie, 
o stróżu więziennym, o kacie; nie zapominajcie 
o oskarżycielu publicznym i adwokacie; w końcu po­
stawmy sobie pytanie, czy sam sędzia i kara i całe 

postępowanie sądowe w działaniu swojem na nie­
przestępców nie są raczej zjawiskami przygnębiają­
cemi niż podnoszącemi: nigdy się nie uda obrony 
koniecznej i zemsty przyodziać w szatę niewinności; 
a ile razy  u ż y w a się i poświęca człowieka jako śro­
dek do celów społecznych, smuci się nad tem cała 
ludzkość wyższa. 

O  ś m i e r c i  r o z u m n e j . — Co jest rozumniej, 

zatrzymać maszynę, kiedy zostało wykonane dzieło, 

jakiego od niej wymagano, — czy pozwolić jej iść, 
dopóki się sama nie zatrzyma, to znaczy, dopóki się nie 
zepsuje?  C z y to ostatnie nie jest trwonieniem kosz­
tów utrzymania, sił i uwagi obsługujących?  C z y nie 
wyrzuca się tutaj tego, coby gdzieindziej bardzo było 
potrzebne?  C z y nie jest to rozpowszechnianiem pew­
nego rodzaju pogardy dla maszyn wogóle, przez to, 
iż tak wiele z nich utrzymuje się i obsługuje bezuży­
tecznie? — Mówię o śmierci niedobrowolnej (natural­
nej) i dobrowolnej (rozumnej). Śmierć naturalna jest 
śmiercią niezależną od wszelkiego rozumu, właściwie 

śmiercią  n i e r o z u m n ą , gdzie nędzna substancya 
skorupy decyduje o tem, jak jądro długo ma istnieć 

lub nie istnieć: gdzie tedy więdniejący, chory, stę­
piały stróż więzienny jest panem, naznacza punkt, 
w którym jego więzień dostojny ma umrzeć. Śmierć 
naturalna jest samobójstwem natury, to znaczy znisz­
czeniem istoty najrozumniejszej przez najnierozum­
niejszą, związaną z tamtą. Tylko w oświetleniu reli­
gijnem może przedstawiać się przeciwnie: ponieważ 
wtedy, jak słuszna, rozum  w y ż s z y (boski) wydaje 
rozkaz, któremu rozum niższy podporządkowuje się. 
Jeśli pozostawimy na stronie religię, śmierć naturalna 
nie zasługuje na gloryfikowanie. — Pełne mądrości 
zarządzanie i rozporządzanie śmiercią należy do nie­
pojętej jeszcze dziś i brzmiącej niemoralnie etyki 
przyszłości, lecz oglądanie jej jutrzenki musi być nieo­
pisanem szczęściem. 

background image

340 

jedyne uczucie dobre. Naród, tak żyjący i odczuwa­

jący, nie potrzebuje wojen. 

188

D u c h o w e i  f i z y c z n e  p r z e f l a n r o w y -

w a n i e  j a k o  ś r o d e k  l e c z n i c z y . — Rożne c y-
w i l i z a c y e są różnymi klimatami duchowymi z któ­
rych każdy dla tego lub owego organizmu bywa 

szczególniej szkodliwy lub zbawienny. Hi  s t o r y a, 
rozważana w całości, jako wiedza o rozmaitych cy-
wilizacyach, jest  n a u k ą o  ś r o d k a c h  l e k a r ­
s k i c h , lecz nie samą sztuką lekarską. Tu dopiero 

potrzebny jest  l e k a r z , posługujący się tą nauką 

0 środkach lekarskich, żeby wysłać każdego do kli­
matu, który dla niego jest właśnie najkorzystniej­
szy na pewien czas, lub na zawsze. Życie w te­
raźniejszości, pośród jednej wyłącznie cywilizaeyi, nie 

wystarcza jako przepis ogólny, wskutek tego wymar­
łyby liczne nadzwyczaj pożyteczne gatunki ludzkie, 
które w niej z pożytkiem oddychać nie mogą. Zapo-

mocą historyi należy dostarczyć im  p o w i e t r z a 
1 starać się je utrzymać; nawet ludzie z cywiliza­
cyi, pozostałych w tyle, mają swą wartość. — Nieza­
leżnie od tej kuracyi duchowej, pod względem fizycz­
nym winna dążyć ludzkość do zbadania zapomocą 
geografii medycznej, do jakich zwyrodnień i chorob-

liwości daje okazyę każda okolica ziemi, i odwrotnie, 
jakie posiada czynniki lecznicze: i wtedy należy stop­
niowo tak długo i tak wytrwale przeflancowywać 

341 

ludy, rodziny i jednostki, póki się nie zapanuje nad 
odziedziczonemi ułomnościami fizycznemi. W końcu 
cała ziemia stanie się zbiorem stacyi leczniczych. 

189. 

D r z e w o  l u d z k o ś c i i  r o z u m . Czego się 

z krótkowzroczą starczością obawiacie, jako przeud­

nienia ziemi, to wkłada w ręce tych, co żywią wię­
cej nadziei, wielkie zadanie: ludzkość powinna stać 
się kiedyś drzewem, które ocieni całą ziemię, z wielu 

miliardami kwiatów, które wszystkie społem winny 
stać się owocami, i ziemia ma być przygotowana do 

wyżywienia tego drzewa. Żeby teraźniejszy  j e s z c z e 

m a ł y zaród soków i siły wzrastał, żeby w niezliczo­
nych kanałach przepływał sok do odżywiania całości 
i jednostki — temi i podobnemi zadaniami  m i e r z y ć 

należy, czy człowiek teraźniejszy jest pożyteczny, czy 

bezużyteczny. Zadanie jest nieskończenie wielkie 
i śmiałe: przyłóżmyż się wszyscy do tego, żeby 
drzewo przed czasem nie zmarniało! Kto umie być 
historykiem może wszak przedstawić sobie ludzką 
istotę i czyny w całym przebiegu czasu, jak nam 
wszystkim stoi przed oczami istota mrówek z jej 
artystycznie napiętrzonemi mrowiskami. Kiedy są­
dzimy powierzchownie, cała ludzkość, podobnie jak 
społeczeństwo mrówcze, nasuwa na myśl »instynkt«. 
Badając jednak ściślej, spostrzegamy, jak całe narody, 
całe stulecia trudzą się nad wynalezieniem i  w y ­
próbowaniem nowych środków, dobroczynnych 

background image

342 

dla wielkiej całości ludzkiej, a w ostateczności dla 
wielkiego ogólnego drzewa owocnego ludzkości. I ja­
kąkolwiekby szkodę cierpiały przy tem wypróbowy­
waniu jednostki, narody i czasy, dzięki tej szkodzie 
zawsze bywają jednostki, nabierające  m ą d r o ś c i , 
i mądrość ich powoli udziela się środkom, stosowa­
nym przez całe narody i całe epoki. Błądzą też 
i mylą się mrówki; ludzkość może bardzo łatwo zgi­

nąć i uschnąć przed czasem wskutek szaleństwa środ­
ków; ani dla mrówek ani dla ludzi niema instynktu, 
kierującego nieomylnie. Raczej wielkiemu zadaniu 
p r z y g o t o w a n i a ziemi pod wzrost największej 
i najradośniejszej płodności winniśmy  s p o j r z e ć 
w  o c z y — zadaniu rozumu dla rozumu. 

190. 

P o c h w a ł a  b e z i n t e r e s o w n o ś c i i  j e j po­

c h o d z e n i e . — Między dwoma sąsiadującymi wo­
dzami istniała od lat kłótnia: pustoszono sobie za 
siewy, uwodzono stada, puszczano z dymem domo­

stwa, w rezultacie bez decydującego skutku, ponie­
w a ż potęga obydwu była mniej więcej jednakowa. 
Trzeci, który dzięki odgraniczonemu położeniu swoich 
posiadłości, mógł się trzymać zdala od zatargów, lecz 
posiadał powody obawiać się dnia, w którym jeden 
z kłótliwych sąsiadów nabierze decydującej przewagi, 

wystąpił życzliwie i uroczyście zarazem między wio­

dącymi spór: a tajemnie swój wniosek pokojowy po­

parł argumentem ciężkiej wagi, dając do zrozumienia 

343 

każdemu oddzielnie, że ktoby na przyszłość przeciwił 
się pokojowi, będzie z nim miał do czynienia. Sta­
nęli przed nim obydwaj, ociągając się położyli w dłoń 
jego swe dłonie, które dotychczas były narzędziami 
i zbyt często przyczynami nienawiści, — i rzeczy­
wiście, poważnie uczynili próbę pokoju. Ze zdziwie­
niem patrzył każdy, jak nagle jego dobrobyt, wygody 

wzrastały, jak teraz zamiast podstępnego i jawnie 

drwiącego złoczyńcy znajdowano w sąsiedzie kupca, 
chętnego do kupna i sprzedaży, jak nawet, podczas 
nieprzewidzianych klęsk, wzajemnie wyciągano się 
z nędzy, zamiast, jak dotychczas się działo,  w y z y ­
skiwać potrzebę sąsiada i doprowadzać ją do stop­
nia najwyższego. Zdawało się nawet, jak gdyby od 
tego czasu typ ludzki wypiękniał w obydwu okoli­
cach: albowiem oczy zajaśniały, czoła wygładziły się, 

wszyscy nabrali zaufania do przyszłości — a niema 
nic w duszach i ciałach ludzkich dobroczynniejszego, 
jak to zaufanie. Co rok w dzień zawarcia sojuszu 
spotykali się wodzowie, zarówno jak ich orszak: 
i mianowicie w obecności pośrednika, którego postę­
powanie, im większa była korzyść, którą mu zawdzię­
czano, tem bardziej podziwiano i czczono. Nazywano 
je  b e z i n t e r e s o w n e m — wzrok ich zbyt mocno 
był przytwierdzony do korzyści własnej, którą odtąd 
zbierali, żeby w postępowaniu sąsiada widzieć coś 
więcej, niż to, że stan jego nie zmienił się w tej mie­
rze, jak ich własny: raczej pozostał ten sam, i zda­

wało się, iż ów interesu swego nie miał na oku. Po 
raz pierwszy powiedziano sobie, że bezinteresowność 
jest cnotą: bez wątpienia, na małą skalę i w życiu 
prywatnem rzeczy podobne mogły się zdarzać u nich 

nieraz, lecz spostrzeżono tę cnotę dopiero, kiedy po 

background image

344 

raz pierwszy wielkiemi literami, czytelnemi dla całej 

gminy, ukazała się jakby wypisana na murze. Uznane 
zostały za cnoty, doszły do imienia, otoczone zostały 
szacunkiem i zalecone do przyswojenia przymioty 

moralne dopiero od chwili, kiedy zaczęły  w i d o c z ­
n i e rozstrzygać o szczęściu i przeznaczeniu całych 

społeczeństw. Odtąd napięcie uczucia i podnieta we­
wnętrznych sił twórczych stają się w  w i e l u ludziach 

tak wielkie, że przynosi się ofiary tym przymiotom 
z tego, co każdy ma najlepszego: poważny składa 
im u nóg swoją powagę, godny swą godność, ko­
biety słodycz, młodzieńcy wszelkie nadzieje i bogac­
two swojej istoty; poeta użycza im głosu i nadaje 
imiona, wprowadza w korowód istot podobnych, two­
rzy dla nich drzewo genealogiczne i w końcu ubó­

stwia, jak czynią artyści, twór swej fantazyi, jako 
nowe bóstwo —  u c z y je ubóstwiać. Tak cnota, po­
nieważ nad nią niby nad posągiem pracują miłość 

i wdzięczność wszystkich, staje się w końcu  z b i o ­
r e m rzeczy dobrych i godnych czci, rodzajem świą­
tyni i razem osobą boską. Odtąd stoi jako cnota od­
dzielna, jako istota sama dla siebie, czem dotychczas 
nie była, i sprawuje prawa i władzę uświęconej nad­
ludzkości. — W późniejszym okresie Grecyi miasta 
były pełne takich abstrakcyi ubóstwiono-uczłowieczo­
nych (niechaj mi wybaczą wyraz szczególny dla wy­

rażenia pojęcia szczególnego); lud zbudował sobie na 
ziemi na swój sposób platońskie »niebo idei«, i nie 
przypuszczam, żeby jego mieszkańców odczuwano 
mniej żywo, niż jakiekolwiek stare bóstwo home­

ryczne. 

345 

191. 

C z a s y  c i e m n o ś c i . — »Czasami ciemności« 

nazywają w Norwegii takie, kiedy słońce przez cały 
dzień pozostaje poniżej horyzontu: temperatura przy­
tem spada powoli i ustawicznie. - Piękne porówna­
nie dla wszystkich myślicieli, którym na pewien czas 
znikło słońce przyszłości człowieczeństwa. 

192. 

F i l o z o f  o b f i t o ś c i . Ogródek, kilka fig, 

kawałek sera, przytem trzech lub czterech dobrych 
przyjaciół — to było obfitością dla Epikura. 

193. 

E p o k i  ż y c i a . Właściwemi epokami w ży­

ciu są owe krótkie okresy zastoju między wzbiera­
niem i opadaniem kierowniczej myśli lub uczucia. 
Tutaj znowu odczuwamy  s y t o ś ć : wszystko inne 
jest pragnieniem i głodem — lub przesytem. 

194. 

W i d z e n i a  s e n n e . — Sny nasze, jeśli wy­

padkiem udają się i zostają skończone — zazwyczaj 

background image

346 

sen bywa fuszerką — są łańcuchami symbolicznych 
scen i obrazów, zastępującymi opowiadanie poety; opi­
sują nasze przeżycia lub oczekiwania, lub stosunki, 
ze śmiałością i wyrazistością poetycką, że następnie 
dziwimy się zawsze sobie nazajutrz, kiedy sobie na­
sze sny przypominamy. Zużywamy we śnie zbyt wiele 
artyzmu — i dlatego w dzień jesteśmy często w niego 
zbyt ubodzy. 

195. 

P r z y r o d a i  n a u k a . — Zupełnie jak w na­

turze, tak w nauce najgorsze i najnieurodzajniejsze 
okolice uprawiane bywają najpierw — ponieważ 
w tym celu wystarczają mniej więcej środki nauki 
p o c z ą t k u j ą c e j . Uprawa najpłodniejszych okolic 
każe przypuszczać z góry starannie rozwiniętą nie­

zmierną siłę metody, pewne rezultaty już osiągnięte 
i zorganizowany tłum robotników, robotników dobrze 
przygotowanych — wszystko to razem odnajduje się 
dopiero później. — Niecierpliwość i ambicya chwyta 
się często zawcześnie tych najpłodniejszych okolic, 
lecz wyniki równają się zeru. Próby takie w naturze 
mściłyby się w ten sposób, że koloniści pomarliby 
z głodu. 

196. 

P r o s t o t a w  ż y c i u . — Prosty rodzaj ży­

cia jest trudny obecnie: do tego potrzeba o wiele 

347 

więcej namysłu i daru wynalazczego niż posiadają 

nawet ludzie bardzo rozsądni. Najbardziej prawy 
z nich powie jeszcze może: »Nie mam czasu tak 
długo nad tem rozmyślać. Prosty sposób życia jest 
dla mnie celem zanadto wzniosłym; poczekam, póki 
mądrzejszy ode mnie go nie wynajdzie«. 

197. 

S z c z y t y i  s z c z y c i k i . — Nieznaczna płod­

ność, częste bezżeństwo i wogóle chłód płciowy du­
chów najwyższych i najbardziej cywilizowanych, jak 
również klas, do których należą, jest rzeczą zasadni­
czą w ekonomii ludzkości: rozum rozeznaje i czyni 
użytek z tego rozeznania, iż przy krańcowym roz­
woju duchowym niebezpieczeństwo  n e r w o w e g o 
potomstwa jest bardzo wielkie: ludzie tacy są szczy­
tami człowieczeństwa — nie powinni przeto kończyć 
się szczycikami. 

198. 

N a t u r a  n i g d y  n i e  c z y n i  s k o k ó w . — 

Choćby człowiek najbardziej się rozwinął i zdawało 
się, że z jednego przeciwieństwa przeskoczył w inne: 
jeśli się obserwuje dokładniej, wynajdzie się  w i ą ­
z a n i a , gdzie nowy budynek wyrasta ze starego. To 
jest zadaniem biografa: musi myśleć o życiu według 
zasady, iż natura nigdy skoków nie robi. 

background image

348 

199. 

200. 

S a m o t n i k  p r z e m a w i a . — Jako zapłatę  z a 

wiele przesytu, zniechęcenia, nudy — które z sobą musi 
przynosić samotność bez przyjaciół, obowiązków i na­
miętności — zbiera się owe kwadranse najgłębszego 
powrotu do siebie i natury. Kto się zupełnie zabez­
pieczył od nudy, ten zabezpieczył się też od siebie: 
najsilniejszego napoju ożywczego z własnego naj­

głębszego źródła pić nigdy nie będzie. 

201. 

F a ł s z y w a  s ł a w a . — Nienawidzę owych rze­

komych piękności przyrody, które w rzeczywistości 
nabierają pewnego znaczenia tylko dzięki wiadomoś­
ciom, szczególniej geograficznym, same przez się je­
dnak dla zmysłu, spragnionego piękna, pozostają bez 
znaczenia: naprzykład widok Montblancu z Genewy — 
coś niepozornego, gdyby nie biegło na pomoc zado­

wolenie umysłowe z wiedzy; wszystkie góry bliższe 
są piękniejsze i pełniejsze wyrazu — lecz »daleko im 

do tej wysokości«, jak owa bezmyślna wiedza, dla 

349 

osłabienia wrażenia, dodaje. Oko przeczy przytem 
wiedzy: jakżeby mogło w przeczeniu prawdziwie się 
radować! 

202. 

P o d r ó ż u j ą c y  d l a  p r z y j e m n o ś c i . — 

Wspinają się na górę jak zwierzęta, bezmyślnie 

i okryci potem; zapomniano im powiedzieć, że po 
drodze są piękne widoki. 

203. 

Z a  w i e l e i  z a  m a ł o . — Wszyscy ludzie prze­

żywają dziś za wiele i przetrawiają za mało: odczu­
wają straszny głód i kolkę zarazem, i dlatego stają 
się coraz chudsi, choćby jedli jak najwięcej. — Kto 
mówi obecnie: »ja nie przeżyłem  n i c « — uchodzi za 

głupca. 

204. 

K o n i e c i  c e l . — Nie zawsze koniec jest ce 

lem. Koniec melodyi nie jest jej celem; ale mimo to: 
jeśli melodya nie dobiegła końca, nie osiągnęła też 
swego celu. Przenośnia. 

W p r a w d z i e  c z y s t o . — »Kto się odziewa 

w czysto wyprane łachmany, odziewa się wprawdzie 
czysto, ale tem niemniej w łachmany. 

background image

350 

205. 

206. 

Z a p o m n i e ć o  z a m i a r a c h . — Podczas po­

dróży zapomina się najczęściej o jej celu. Niemal 
każdy zawód wybiera się, rozpoczyna się jako środek 
do celu, lecz uprawia jako cel ostateczny. Zapomi­
nanie o zamiarach jest najczęstszem głupstwem, ja­
kie się popełnia. 

207. 

D r o g a  s ł o n e c z n a  i d e i . — Kiedy  n a hory­

zoncie wschodzi idea, temperatura duszy bywa bar­
dzo nizka. Dopiero stopniowo idea wywiązuje ciepło 
i najgorętsza jest (to znaczy wywiera  w p ł y w naj­
większy), kiedy wiara w ideę zaczyna znikać. 

351 

208. 

P r z e z  c o  m i a ł o b y  s i ę  w s z y s t k i c h  w n e t 

p r z e c i w k o  s o b i e . — Jeśliby dziś się odważył ktoś 
rzec: »kto nie jest za mną, jest przeciw mnie«, miałby 
natychmiast wszystkich przeciw sobie. — To uczucie 
przynosi zaszczyt naszej epoce. 

209. 

W s t y d z i ć  s i ę  b o g a c t w a . — Czasy nasze 

znoszą tylko jeden jedyny rodzaj bogatych, taki, który 
się  w s t y d z i swego bogactwa. Jeśli się słyszy o kimś 

»to człowiek bardzo bogaty«, natychmiast odczuwa się 

coś podobnego, jak na widok wstrętnej choroby, przy 
której ciało nabrzmiewa, chorobliwej otyłości, lub 
puchliny wodnej: trzeba gwałtem pamiętać o ludz­

kości, żeby z takim bogaczem obchodzić się w spo­
sób, nie pozwalający nic zauważyć z naszego uczu­
cia wstrętu. Skoro ten jednak zaczyna się pysznić ze 
swego bogactwa, do uczucia naszego przyłącza się 
niemal współczujące zdziwienie nad tak wysokim stop­
niem ludzkiego nierozumu: tak iż chciałoby się wznieść 
ręce do nieba i zawołać: »Biedny, zdeformowany, prze­
ciążony człowieku, stokrotny niewolniku, któremu każda 
godzina przynosi  l u b  p r z y n i e ś ć  m o ż e coś nieprzy­

jemnego, w którego członkach odzywa się każde zda­
rzenie, zachodzące w dwudziestu narodach, jakże mo­
żesz kazać nam uwierzyć, iż w swoim stanie czujesz 
się dobrze! Kiedy gdziekolwiek ukazujesz się publicz­
nie, wiemy, że jest to rodzaj biegania przez rózgi, 

O b o j ę t n o ś ć  w i e l k i e j  n a t u r y . — Obojęt­

ność wielkiej natury (gór, morza, lasów i pustyni) 
podoba się, lecz tylko przez czas krótki: potem nie­
cierpliwimy się. »Nie chcą więc te rzeczy zupełnie 

nic  n a m powiedzieć? Dla nich więc  n i e istnie­
jemy?« Odczuwamy crimen laesae majestatis humanae. 

background image

352 

pod spojrzeniami, które dla ciebie mają tylko zimną 
nienawiść, natręctwo lub milczące szyderstwo. Zdo­

bywanie twoje, być może, jest łatwiejsze niż innego, 
lecz jest to zdobywanie zbyteczne, które mało spra­
wia radości, lecz  z a c h o w a n i e zdobytego jest  d z i ś 

w każdym razie sprawą mozolniejszą, niż jakiekol­
wiek zdobywanie mozolne. Cierpisz  b e z u s t a n n i e , 
ponieważ bezustannie straty ponosisz. Na cóż ci się 
zda, iż wciąż nową krew ci doprowadzają: przeto 

nie mniej ci sprawiają bólu bańki, na grzbiecie sie­
dzące, ustawicznie siedzące! Lecz żeby nie być 
niesprawiedliwym: trudno, być może niemożliwa dla 

ciebie  n i e być bogatym: musisz przechowywać, mu­
s i s z na nowo zdobywać, odziedziczony pociąg twego 

przyrodzenia jest twem  j a r z m e m , ale przeto nie 
oszukuj nas i  w s t y d ź  s i ę lojalnie i jawnie swego 
jarzma, które dźwigasz: albowiem w gruncie rzeczy 
znużony jesteś swą duszą i niechętny ku jej dźwiga­
niu. Wstyd ten nie hańbi«. 

2 1 0 . 

Z b y t e k  z a r o z u m i a ł o ś c i . —  S ą ludzie tak 

zarozumiali, że nie umieją inaczej chwalić wiel­

kości, jaką publicznie podziwiają, tylko że ją przed­
stawiają za stopień i most, do  n i c h prowadzący. 

DZIEŁA NIETZSCEGO. T. XI. 

211. 

N a  g r u n c i e  h a ń b y . — Kto chce ludziom 

odjąć jakieś wyobrażenie, nie zadowala się zwykle 

353 

tem, że je obala i wyciąga z niego robaka nielogicz­

ności, który się w niem kryje: raczej, zabiwszy ro­
baka, rzuca i cały owoc w  b ł o t o , aby go w oczach 
ludzi pozbawić uroku i wszczepić wstręt do niego. 
Sądzi, iż w ten sposób znalazł środek, który czyni 
niemożliwem tak zwykłe obalonym wyobrażeniom 
»zmartwychwstanie dnia trzeciego«. — Myli się, po­

nieważ właśnie  n a  g r u n c i e  h a ń b y , pośród nieczy­
stości, nasienie wyobrażenia prędko wypuszcza nowe 
kiełki. —  T e d y : nie należy ani wyszydzać, ani plu­
gawić, co się ostatecznie chce usunąć, lecz z całym 
szacunkiem  k ł a ś ć  n a  l o d z i e , wciąż i wciąż  n a 
nowo, zważywszy, że wyobrażenia posiadają żywot 
bardzo uparty. Tutaj należy postępować według ma­
ksymy: »raz obalić znaczy tyle, co wcale nie obalać«. 

212. 

L o s  m o r a l n o ś c i . — Ponieważ więzy, krę­

pujące umysły, luźnieją, z pewnością zmniejsza się 

moralność (odziedziczony, przekazany, instynktowy 
sposób postępowania  w e d ł u g  u c z u ć  m o r a l n y c h ) : 
jednak nie cnoty oddzielne, umiarkowanie, sprawiedli­
wość, pokój duchowy — albowiem największa wol­
ność ducha prowadzi już do nich mimowolnie i na­
stępnie doradza je, jako  p o ż y t e c z n e . 

213. 

F a n a t y k  n i e u f n o ś c i i  j e g o  r ę k o j m i a . 

— Starzec: Chcesz się ważyć, na rzecz niezmierną 

23 

background image

354 

i pouczać ludzi na wielką skalę? Gdzież twoja rę­
kojmia? —  P i r r o n : Oto ona: chcę ostrzec ludzi 

przed samym sobą, chcę przyznać się publicznie do 
wszystkich wad mej natury i przed oczami wszyst­

kich obnażyć swoje sądy pośpieszne, sprzeczności 
i głupstwa. Nie słuchajcie mnie, chcę im rzec, do­

póki się nie stanę równy najmniejszemu z was i jesz­
cze mniejszy, niż on; brońcie się przed prawdą, póki 
możecie, ze wstrętu do tego, kto jest jej rzecznikiem. 

Będę uwodzicielem i oszustem dla was, dopóki bę­
dziecie widzieli we mnie choćby najmniejszy blask 
zacności i godności. —  S t a r z e c : Za wiele obiecu­
jesz, tego ciężaru nie podźwigniesz. —  P i r r o n : Więc 
też i to chcę ludziom powiedzieć, iż jestem za słaby 
i nie mogę dotrzymać swej obietnicy. Im większa bę­

dzie moja niegodność, tem bardziej będą nieufać 
prawdzie, przechodzącej przez moje usta. —  S t a ­
r z e c : Chcesz więc być nauczycielem nieufności 

względem  p r a w d y ? —  P i r r o n : Nieufności, jakiej 
nigdy jeszcze na świecie nie było, nieufności wzglę­
dem wszystkich i każdego. Jest to jedyna droga do 
prawdy. Oko prawe nie powinno ufać lewemu i światło 
musi przez pewien czas nienawidzieć ciemności: to 
jest droga, którą iść musicie. Nie sądźcie, że was po­
wiedzie ku drzewom owocowym i na piękne błonia. 
Znajdziecie na niej małe i twarde ziarna — to są 

prawdy: dziesiątki lat będziecie musieli połykać całe 
garści kłamstw, żeby z głodu nie pomrzeć: wiedząc 
nawet, że są to kłamstwa. Owe ziarna jednak będą 
posiane i zakopane i może, może nastąpi kiedyś 
dzień sprzętu: nikt nie ma prawa go  o b i e c y w a ć , 
jeśli nie jest fanatykiem. —  S t a r z e c : Przyjacielu, 

przyjacielu! I słowa twoje są słowami fanatyka! — 

355 

P i r r o n : Masz słuszność! Nieufnym chcę być wzglę­
dem wszystkich słów. —  S t a r z e c : Tedy będziesz 
musiał milczeć. —  P i r r o n : Powiem ludziom, że mil­

czeć muszę i że winni nie dowierzać memu milcze­
n i u . —  S t a r z e c : Odstępujesz więc od swego przed­
sięwzięcia? —  P i r r o n : Raczej — tyś mi dopiero 

wskazał wrota, przez które iść mam. —  S t a r z e c : 

Nie wiem —: rozumiemyż my się jeszcze zupełnie? — 
P i r r o n : Prawdopodobnie nie. —  S t a r z e c : Jeżeli 

tylko ty siebie rozumiesz zupełnie! —  P i r r o n od­
wraca się i śmieje się. —  S t a r z e c :  A c h przyja­

cielu! Milczeć i śmiać się — jestże to teraz cała 
twoja filozofia? —  P i r r o n : Nie byłaby jeszcze naj­
gorsza. — 

214. 

K s i ą ż k i  e u r o p e j s k i e . Czytając Mon 

taigne'a, La Rochefoucauld'a, Labruyere'a, Fontenelle'a 

(szczególniej Dialogues des morts), Vauvenargues'a 
Chamforta, jesteśmy bliżsi starożytności, niż podczas 
czytania jakiejkolwiek innej grupy sześciu autorów 

innych narodów. Dzięki tym sześciu  d u c h  o s t a t ­
n i c h  s t u l e c i dawnej ery powstał znowu,— wszyscy 

razem tworzą ważne ogniwo w wielkim dotychczas 
rozwijającym się łańcuchu Odrodzenia. Książki ich 
wznoszą się ponad zmienność gustu narodowego i za 

barwień filozoficznych, któremi zwykle mieni się 
obecnie i mienić musi każda książka, żeby się stać 

sławną: zawierają więcej  m y ś l i  p r a w d z i w y c h , 
niż wszystkie książki filozofów niemieckich razem 

2 3 * 

background image

350 

wzięte: myśli tego rodzaju, które płodzą myśli, 
i które — jestem w kłopocie, żeby określenie dopro­
wadzić do końca: dość, iż zdają mi się autorami, 
którzy nie pisali ani dla dzieci, ani dla marzycieli, 
ani dla dziewic, ani dla chrześcijan, ani dla Niem­
ców, ani dla znowu jestem w kłopocie z zakoń­

czeniem swej listy. Lecz żeby wypowiedzieć po­
chwałę zrozumiałą: napisane po grecku, dzieła ich 
byłyby rozumiane także przez Greków. Natomiast, 

ileby sam Plato zrozumiał z pism naszych najlepszych 
myślicieli niemieckich, naprzykład z Goethego lub 
Schopenhauera, wogóle mógł zrozumieć, nie mówiąc 
już o niechęci, jakąby w nim wywołał ich sposób pi­

sania, mianowicie ciemność, przesada i znowu kiedyin-
dziej suchość — błędy, na które wymienieni cierpią 

jeszcze najmniej ze wszystkich myślicieli niemieckich, 

a mimo to jeszcze nadto wiele (Goethe, jako myśliciel, 

więcej niż słuszna lubił bujać w obłokach, i Scho­

penhauer nie bezkarnie obracał się niemal ustawicznie 
między symbolami rzeczy, zamiast między samemi 
rzeczami). — Natomiast jaka jasność i pełna wdzięku 
określność u owych Francuzów! Sztukę tę musieliby 
aprobować nawet obdarzeni najsubtelniejszem uchem 
Grecy i jednoby nawet podziwiali i uwielbiali, fran­
cuski  d o w c i p wyrażenia :  l u b o w a l i  s i ę oni 

w tego rodzaju rzeczach nadzwyczajnie, choć sami 
nie byli w nich szczególniej silni. 

215. 

M o d a i  n o w o c z e s n o ś ć . — Wszędzie, gdzie 

panuje jeszcze nieuctwo, nieochędóstwo, przesąd, gdzie 

357 

handel ospały, rolnictwo nędzne, duchowieństwo po 
tężne, tam znajdujemy także  s t r o j e  n a r o d o w e . 
M o d a panuje natomiast tam, gdzie znajdujemy oznaki 
przeciwne. Modę więc znaleźć można obok  c n ó t 
Europy dzisiejszej: miałażby rzeczywiście być ich 
stroną ciemną? — Przedewszystkiem odzież  m ę s k a , 

modna, która już przestała być narodową, wypowiada 

o tym, kto ją nosi, że Europejczyk ani jako je­

dnostka ani jako członek stanu lub narodu 
nie chce się  r z u c a ć w  o c z y , że rozmyślne przy­
ćmienie tego rodzaju próżności uczynił dla siebie pra­
wem; następnie, że jest pracowity i że nie ma wiele 
czasu do ubierania się i strojenia, a także że wszelką 
kosztowność i obfitość materyału i kroju znajduje 
w przeciwieństwie ze swoją pracą; w końcu, że 
odzieżą swoją wskazuje na uczeńsze i bardziej du­
chowe zawody, które są dlań jako dla człowieka 
europejskiego najbliższe, lub które chciałby mieć za 
najbliższe: podczas kiedy przez istniejące jeszcze 
stroje narodowe przegląda rozbójnik, pasterz lub żoł­
nierz, jako najpożądańsze i nadające ton stanowisko 
życiowe. W tym ogólnym charakterze mody męskiej 
istnieją owe drobne wahania, które wywołuje próż­
ność młodzieży, frantów i nicponiów miast wielkich, 
więc  t y c h ,  c o  j a k o  l u d z i e  e u r o p e j s c y  s ą 
n i e d o j r z a l i . — Kobiety europejskie są niemi 

j e s z c z e o  w i e l e  m n i e j , wskutek czego wahania 

u nich są o wiele większe: i one nie chcą strojów 
narodowych i nie cierpią, jeśli po ubraniu poznaje 
się, że są Niemkami. Francuzkami lub Rosyankami, 
lecz jako jednostki bardzo chętnie radeby zwracać 
na się uwagę: również już przez samo ubranie nikt 

nie powinien pozostawać w wątpliwości, że należą do 

background image

szanownej klasy społeczeństwa (do »dobrego«, lub 

»wysokiego«, lub »wielkiego« świata) i pragną w tym 

kierunku tem bardziej się posunąć, że nie należą lub 
zaledwie należą do owej klasy. Przedewszystkiem ko­
bieta młoda nie chce nosić nic, co nosi cokolwiek 
starsza od niej, ponieważ sądzi, że przez podejrzenie, 
iż jest starsza, spadnie w cenie: starsze znowu chcia­

łyby tak długo zwodzić strojem bardziej młodzień­
czym, jak się tylko da. — z tego współzawodnic­
twa muszą zawsze wypływać mody, w których właś­
ciwa młodzieńczość musi być widoczna w sposób 
niedwuznaczny i nie dający się naśladować. Jeśli 
zmysł wynalazczy młodych artystek zajmował się 

przez pewien czas takiem obnażaniem młodości, lub 
żeby całą prawdę powiedzieć — jeśli znowu wciąg­
nęło się do rady zmysł wynalazczy dawniejszych cy­
wilizacyi dworskich, jak również dotychczas istnieją­
cych narodowości, i wogóle cały kostyumowy glob 
ziemski i złączono naprzykład Hiszpanów, Turków 
i Greków starożytnych do inscenizowania pięknego 
ciała: to zawsze odkrywa się ostatecznie, że nie naj­
lepiej rozumiano się na własnej korzyści, że dla wy­

wierania wrażenia na mężczyzn gra w chowanego 

z pięknem ciałem jest szczęśliwsza od nagiej lub 
napół nagiej lojalności. I oto teraz koło smaku i próż­
ności obraca się znowu w kierunku przeciwnym: co­
kolwiek starsze niewiasty spostrzegają, że powróciło 
ich panowanie, i współzawodnictwo najmilszych i naj­

niedorzeczniejszych istot zaczyna się znowu w naj­
lepsze. Lecz im  b a r d z i e j kobiety rozwijają się 
wewnętrznie i przestają między sobą, jak to było do 
tychczas, przyznawać pierwszeństwo wiekowi niedoj­

rzałemu, tem nieznaczniejsze bywają te wahania 

359 

w strojach, tem prostsze ich upiększenia: o tem je­
dnak, jeśli się chce być sprawiedliwym, nie należy 
wydawać sądu według wzorów antycznych, a więc 
n i e według stopnia odziewania się mieszkanek wy­
brzeży mórz południowych, lecz z uwzględnieniem 
warunków klimatycznych środkowych i północnych 

okolic Europy, tych mianowicie, w których obecnie 

posiada swą najulubieńszą ojczyznę geniusz Europy, 
wytwarzający ducha i formy. — Naogół więc cha­
rakterystyczną cechą  m o d y i  n o w o c z e s n o ś c i 
n i e  j e s t  z m i e n n o ś ć , gdyż właśnie zmiana jest 
czemś wstecznem i cechuje jeszcze  n i e d o j r z a ­
ł y c h Europejczyków płci męskiej i żeńskiej: lecz 
o d r z u c e n i e  p r ó ż n o ś c i  n a r o d o w e j ,  k l a s o ­
w e j i  i n d y w i d u a l n e j . Z tego punktu widzenia, 
godna pochwały, ponieważ oszczędza to siły i czas, 
jeśli pewne miasta i kraje europejskie myślą i wy­
najdują w sprawach odzieży za wszystkie pozostałe, 
z tego względu, że zazwyczaj nie każdy bywa obda­
rzony zmysłem form i że zaprawdę nie jest to zbyt 
górna ambicya, jeśli naprzykład Paryż, dopóki te wa­
hania jeszcze istnieją, przywłaszcza sobie prawo, iż 

w tem państwie jest jedynym wynalazcą i innowato­
rem. Jeśli Niemiec z nienawiści do tych pretensyi 
miasta francuskiego chce inaczej się odziewać, na­
przykład jak się nosił Albrecht Dürer, to niech ze­
chce zważyć, że wprawdzie posiada kostyum, który 
nosili niegdyś Niemcy, lecz że go bynajmniej Niemcy 
nie wynaleźli — nie było  n i g d y stroju, któryby od­

różniał Niemców jako Niemców. Zresztą niech się 
też przyjrzy, jak wygląda w tym stroju i czy na­
przykład głowa zupełnie nowoczesna ze wszystkiemi 

swemi liniami i brózdami, które wyrył na niej wiek 

358 

background image

36o 

dziewiętnasty, nie założyłaby protestu przeciw odzieży 
diurerowskiej. Tutaj, gdzie pojęcie »nowoczesny« 
i »europejski« niemal są równoznaczne, przez Europę 
rozumie się o wiele więcej krajów, niż obejmuje 
Europa geograficzna, mały półwysep  A z y i : szczegól­
niej należy tutaj Ameryka, o ile właśnie jest córką 
naszej cywilizacyi. Z drugiej strony nie cała Europa 

podpada pod pojęcie cywilizacyjne »Europa«; lecz 
tylko te narody i części narodów, których wspólna 
przeszłość tkwi w cywilizacyi greckiej, rzymskiej, 
żydowskiej i chrześcijańskiej. 

216. 

»  C n o t a  n i e m i e c k a « . — Nie da się zaprze­

czyć, iż od końca ubiegłego stulecia przez Europę 
przepływał prąd przebudzenia moralnego. Wtedy do­
piero cnota znowu stała się wymowna; nauczyła się 
wynajdywać swobodne giesty wzniosłości i wzrusze­

nia, przestała się wstydzić samej siebie i wymyśliła 
systematy filozoficzne, tudzież poezye ku własnej 
gloryfikacyi. Jeśli się szuka źródeł tego prądu: od­
najduje się z jednej strony Rousseau, ale Rousseau 
mitycznego, którego wymyślono sobie według wraże­
nia pism jego — i według wskazówek, których on 

sam udzielił (— i on, i jego publiczność pracowali 

ustawicznie nad tą postacią idealną). Inne źródło kryje 
się w zmartwychwstaniu wielkiego stoickiego laty­
nizmu, przez który Francuzi w sposób najgodniejszy 
kontynuowali zadanie Odrodzenia — od naśladowania 
z najwspanialszem powodzeniem form antycznych 

361 

przeszli do naśladowania charakterów: tak iż na 
zawsze zdobyli sobie prawo do najwyższych oznak 
czci, jako naród, który dotychczas ludzkości nowo­
czesnej dał najlepsze książki i najlepszych ludzi. Jak 
te dwa wzory, wzór Rousseau mitycznego i owego 
zbudzonego ducha latynizmu, działał na słabszych 
sąsiadów, widzimy szczególniej na Niemczech: które 
wskutek swego nowego i całkiem niezwykłego po­

rywu ku powadze i wielkości chcenia i panowania 
nad sobą, w końcu wpadły w podziw dla swojej 
własnej nowej cnoty i rzuciły w świat pojęcie »cnoty 
niemieckiej«, jak gdyby nie mogło istnieć nic bar­

dziej pierwotnego, bardziej samoistnego od tego po­

jęcia. Pierwsi wielcy mężowie, którzy ową francuską 

inicyatywę wielkości i świadomości chcenia moral­
nego na siebie przejęli, byli uczciwsi i nie zapomi­
nali o wdzięczności. Moralizm Kanta, skąd pochodzi? 

Bezustannie daje on do zrozumienia: od Rousseau 
i ze wskrzeszonego Rzymu stoickiego. Moralizm Szyl­
lera: to samo źródło, to samo wysławianie źródła. 
Moralizm Beethovena w dźwiękach: jest wieczną pieś­
nią pochwalną na cześć Rousseau, Francuzów sta­
rożytnych i Szyllera. Dopiero »młodzian niemiecki« 

zapomniał o wdzięczności, w tym czasie bowiem 

skłoniono ucho ku głoszonej nienawiści dla Francuzów: 

ten młodzian niemiecki, który przez pewien czas z więk­
szą świadomością, niż to się uważa za dozwolone 

innym młodzieńcom, występował na plan pierwszy. 

Jeśliby poszukał swego ojcostwa, słusznie mógłby 

pomyśleć o blizkich sobie Szyllerze. Fichtem i Schleier­
macherze: ale dziadów swoich szukaćby musiał w Pa­
ryżu, w Genewie, i było to z jego strony krótko­

wzrocznością, jeśli przypuszczał to, co przypuszczał: 

background image

362 

iż cnota nie jest starsza nad lat trzydzieści.  W ó w c z a s 
przyzwyczajono się do wymagania, żeby przy wyra­
zie »niemiecki« rozumieć zarazem jako dodatek wy­
raz cnota: i do dnia dzisiejszego nie oduczono się 
tego jeszcze zupełnie. W nawiasie zauważmy, że tak 
zwane rozbudzenie moralne, jak niemal odgadnąć 
można, dla  p o z n a n i a zjawisk moralnych przyniosło 
tylko szkody i ruch wsteczny ze sobą. Czem jest 
cała niemiecka filozofia moralna, poczynając od 
Kanta, ze wszystkiemi swemi francuskiemi, angiel­
skiemi i włoskiemi rozgałęzieniami i towarzyszkami? 
Napół teologicznym zamachem na Helvetiusa, porzu­
ceniem długo i mozolnie zdobywanej wolności per­

spektywy lub wskazań drogi właściwej, które on 
ostatecznie wypowiedział dobrze i zebrał. Do dnia 

dzisiejszego w Niemczech Helvetius jest najbardziej 
oplwanym ze wszystkich dobrych moralistów i do­
brych ludzi. 

217. 

K l a s y c z n i i  r o m a n t y c z n i . — Zarówno 

klasycznie jak romantycznie nastrojone duchy — jak 

te dwa rodzaje zawsze istnieją — noszą się z wizyą 

przyszłości: lecz pierwsi czerpią ją z  s i ł y swojej 
epoki, drudzy z jej  s ł a b o ś c i . 

218. 

M a s z y n a  j a k o  n a u c z y c i e l k a . — Sama 

przez się uczy maszyna przenikania się wzajemnego 

363 

219. 

N i e  o s i a d l i . — Chętnie się mieszka w ma­

łem miasteczku; lecz kiedy niekiedy właśnie z jego 
powodu ciągnie nas do przyrody najsamotniejszej, 
najbardziej ukrytej: wtedy mianowicie, kiedy owo 
miasteczko stało się dla nas zbyt przejrzystem. 
W końcu, żeby znowu  w y p o c z ą ć po tej naturze, 

udajemy się do wielkiego miasta. Kilka łyków z niego 
i odgadujemy, co znajduje się na spodzie jego kie­
licha — ruch kołowy, z małem miasteczkiem na po­
czątku, zaczyna się na nowo. — Tak żyją ludzie 
nowocześni: którzy  w e wszystkiem  s ą  z b y t  g r u n ­
t o w n i , żeby być  o s i a d ł y m i podobnie jak ludzie 
innych czasów. 

220. 

R e a k c y a  p r z e c i w  c y w i l i z a c y i  m a s z y ­

nowej. — Maszyna, będąca wynalazkiem najwyższej 

tłumów ludzkich, przy czynnościach, w których każdy 
spełnia tylko jedną część: daje ona wzór organiza­
cyi partyjnej i prowadzenia wojny. Natomiast nie 
uczy samowładztwa indywidualnego: z wielkiej liczby 
czyni jedną maszynę, i z każdej jednostki narzędzie 

do  j e d n e g o celu.  W p ł y w jej najogólniejszy jest, iż 
uczy korzyści centralizacyi. 

background image

364 

siły myślowej, w osobach, które ją obsługują, za­
prząta niemal wyłącznie siły niższe i bezmyślne. 
Wogóle wytwarza przytem niepomierną ilość siły, 
która inaczej byłaby uśpiona, to prawda; lecz  n i e 
daje bodźca do wspinania się wyżej, do doskonale­
nia, do artyzmu. Robi  c z y n n y m i  j e d n o s t a j ­

n y m — to jednak w ciągu czasu dłuższego wytwa­
rza reakcyę, rozpaczliwe nudy dla duszy, która się 
uczy pragnąć pełnej zmian bezczynności. 

221. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  o ś w i e c e n i a . — 

Wszystkie te rzeczy napół waryackie, komedyanckie, 
zwierzęco okrutne, pełne żądz i przedewszystkiem 
sentymentalne i upajające się samemi sobą, które ra­
zem tworzą właściwą  s u b s t a n c y ę  r e w o l u c y j n ą 
i przed Rewolucyą przyoblekły się w ciało i ducha 

w osobie Rousseau — cała ta istota w przewrotnym 
zapale okryła swą głowę fanatyczną  o ś w i e c e n i e m 

i przez nie sama zaczęła błyszczeć czemś w rodzaju 

gloryi promieniejącej. Oświecenie, które w gruncie 
rzeczy jest tak obce tej istocie i które, gdyby samo 
dla siebie działało, przechodziłoby cicho jak promie­
nie przez chmury, długo zadowalając się tylko tem, 
żeby przekształcać jednostki: tak iżby bardzo powoli 
przekształcało obyczaje i instytucye narodów. Teraz 
jednak, w połączeniu z istotą gwałtowną i nagłą 

samo oświecenie stało się gwałtownem i nagłem. 
Wskutek tego niebezpieczeństwo oświecenia stało się 

niemal większem od jego pożyteczności wyzwalają­

365 

cej i rozjaśniającej, wprowadzonej przez nie w wielki 
ruch rewolucyjny. Kto zrozumie to, będzie też wie­

dział, od jakich domieszek trzeba je oczyścić, od ja­
kich zanieczyszczeń trzeba je uwolnić: żeby następ­
nie  n a  s o b i e  s a m y m  k o n t y n u o w a ć dzieło 
oświecenia i następnie po  f a k c i e zdusić rewolucyę 
w zarodku, uczynić ją niebyłą. 

222. 

N a m i ę t n o ś ć w  w i e k a c h  ś r e d n i c h . — 

Wieki średnie są epoką największych namiętności. 

Ani starożytność, ani nasze czasy nie posiadały tej 
szerokości duszy:  p o j e m n o ś ć jej nigdy  n i e b y ł a 
większa i nigdy nie mierzyła się większą skalą. Dzie­
wicza budowa fizyczna ludów barbarzyńskich i prze­
duchowione zgorączkowane wiecznem czuwaniem, cho­
robliwie błyszczące oczy chrześcijańskich uczniów mi­

steryów, dzieciństwo i młodzieńczość, zarówno jak przej­
rzałość i starczość zniedołężniała, surowość zwie­

rzęcia drapieżnego i wydelikacenie i wysubtelnienie 
ducha późnej starożytności — wszystko to razem 
nieraz spotykano w jednej osobie: tedy musiała, jeśli 
człowiek podobny wpadł w namiętność, szybkość 

prądu duchowego być gwałtowniejsza, wir bardziej 
zmieszany, spadek głębszy, niż kiedykolwiek. — My 
ludzie nowocześniejsi winniśmy być zadowoleni z cof­
nięcia się, które tu uczyniono. 

background image

366 

223. 

224. 

D u s z e  r a d o s n e . — Jeśli o napoju, pijań­

stwie i źle woniejących plugastwach choć zdaleka 
napomknięto, wtedy dusze starożytnych Niemców sta­
wały się radosne — zresztą były pochmurne. Miały 

one do tego pewien rodzaj najwnętrzniejszej po­

jętności. 

225. 

A t e n y  r o z p u s t u j ą c e . — Jak nawet targ 

rybi w Atenach miał swoich myślicieli i poetów, tak 
też rozpusta grecka posiadała zawsze jeszcze wy­
gląd bardziej idylliczny i subtelniejszy, niż rozwiąz­

łość rzymska lub niemiecka. Głos Juvenala rozlegałby 
się tam, jak głos trąby pustej: odpowiedziałby zaś 
śmiech niemal dziecinny. 

367 

220. 

227. 

» W i e c z n y  E p i k u r « . — Epikur żył zawsze 

i żyje jeszcze, nieznany tym, którzy się nazywali 
i nazywają epikurejczykami, i nie posiadający sławy 
u filozofów. Sam też zapomniał swego własnego 
imienia: było to najcięższe brzemię, jakie kiedykol­
wiek odrzucił. 

228. 

S t y l  w y ż s z o ś c i . — Pochodzenie sposobu 

mówienia studentów niemieckich wywodzi się ze 
sfery studentów nie studyujących, którzy umieją 
osiągnąć pewien rodzaj przewagi nad swymi poważ­
niejszymi kolegami przez to, że odkrywają wszystko, 

R a b o w a ć i  o s z c z ę d z a ć . — Wszystkie ru­

chy umysłowe mają powodzenie, jeśli skutkiem ich 
jest to, że wielcy mogą mieć nadzieję  r a b o w a n i a 
a mali  o s z c z ę d z a n i a . — Dlatego naprzykład po­
wiodła się Reformacya niemiecka. 

M ą d r o ś ć  G r e k ó w . — Ponieważ chęć zwy­

ciężania i wyróżniania się jest nieprzezwyciężonym 
rysem natury ludzkiej, starszym i pierwotniejszym, 
niż wszelki szacunek i zadowolenie z równości — to 
też państwo greckie uświęciło zapasy gimnastyczne 
i muzyczne między równymi, odgraniczyło więc 
arenę, gdzie ów popęd mógł się wyładowywać, nie 
narażając porządku politycznego. Kiedy zapasy gim­

nastyczne i muzyczne ostatecznie upadły, państwo 
greckie poczęły trawić niepokoje wewnętrzne i rozkład. 

background image

368 

co jest maskaradowego w wykształceniu, obyczajności, 
uczoności, porządku, umiarkowaniu i mają wpraw­
dzie wciąż na ustach wyrazy z tej dziedziny, jak 

lepsi i uczeńsi, lecz ze złośliwością w oku i z towa­
rzyszącym im grymasem. W tym języku wyższości — 
jedynym, który w Niemczech jest oryginalnym — 
przemawiają dziś mimowolnie także mężowie pań­
stwowi i krytycy dziennikarscy: jest to ustawiczne 

cytowanie drażniące, niespokojne, zadzierżyste strzela­

nie oczami na prawo i lewo. niemiecczyzna cudzy­
słowiowa i grymasowa. 

229. 

Z a k o p a n i . — Usuwamy się w ukrycie: lecz 

nie z powodu jakiegoś osobistego niezadowolenia, 
jak gdyby teraźniejsze warunki polityczne i społeczne 

nie zadowalały nas, lecz ponieważ przez nasze usu­
nięcie się chcemy zaoszczędzić i zebrać siły, które 
p ó ź n i e j , kiedyś, cywilizacyi będą gwałtownie po­
trzebne, im bardziej ta teraźniejszość jest tą teraź­
niejszością i jako taka spełnia  s w o j e zadanie. Two­
rzymy kapitał i staramy się go zabezpieczyć: lecz 

w sposób, jak w czasach  n a j n i e b e z p i e c z n i e j ­
s z y c h ,  ż e  g o  z a k o p u j e m y . 

230. 

T y r a n i  d u c h a . — W naszych czasach uwa­

żanoby każdego, ktoby był tak ściśle wyrazem je­

369 

dnej cechy moralnej, jak postaci Teofrasta lub Mo­
lière'a,  za  chorego,  i  mówionoby  o  idée  fixe.  Ateny 

w  trzeciem  stuleciu  byłyby  dla  nas,

 jeślibyśmy mogli 

je odwiedzić, jakby zaludnione szaleńcami. Obecnie 
w każdej głowie panuje demokracya  p o j ę ć — 
w i e l e pojęć  r a z e m są panem: jedno pojęcie wy­

łączne, któreby  c h c i a ł o być panem, nazywa się 
obecnie, jak się rzekło, idée fixe. To jest  n a s z spo­

sób mordowania tyranów, wskazujemy im na dom 
obłąkanych. 

231. 

N a j n i e b e z p i e c z n i e j s z a  e m i g r a c y a . — 

W Rosyi istnieje emigracya inteligencyi: przechodzi 

ona granicę, żeby czytywać i pisywać dobre książki. 

W ten sposób jednak przyczynia się do tego, że oj­

czyzna, opuszczona przez ducha, staje się coraz da­
lej sięgającą paszczą Azyi, któraby chciała pożreć 
maleńką Europę. 

232. 

S z a ł  p a ń s t w o w y . — Kiedy nastąpił koniec 

królestwa u Greków, miłość niemal religijna dla króla 
przeszła na państwo. I ponieważ pojęcie znosi wię­
cej miłości niż osoba i przedewszystkiem, że nie tak 
często miłującemu kołki na głowie ciosa, jak to czy­
nią ludzie kochani (— albowiem im bardziej czują się 

DZIEŁA NIETZSCHEGO T. XI. 

background image

370 

kochani, tem bezwzględniejszymi stają się najczęś­
ciej, aż w końcu przestają być godni miłości i zer­

wanie następuje rzeczywiście), to też uwielbienie dla 
grodu i państwa było większe, niż kiedykolwiek 
uwielbienie dla panujących. Grecy są ofiarami  s z a ł u 
p a ń s t w o w e g o w historyi starożytnej — w now­
szej są niemi inne narody. 

233. 

P r z e c i w  n i e o s z c z ę d z a n i u  o c z u . — Czy 

też w oświeconych klasach angielskich, które czytują 

Times'a, nie możnaby było wykazać, że siła wzroku 

maleje co każde dziesięć lat ? 

234. 

W i e l k i e  d z i e ł a i  w i e l k a  w i a r a . —  O w 

posiadał wielkie dzieła, lecz towarzysz jego posiadał 
wielką wiarę w te dzieła. Byli nierozłączni: ale naj­
widoczniej pierwszy w zupełności zależał od drugiego. 

235. 

T o w a r z y s k i . — »Nie znoszę sam  s i e b i e « mó­

wił ktoś, żeby objaśnić swój pociąg towarzyski. »Żo­

371 

236. 

Z a m y k a n i e  o c z u  p r z e z  d u c h a . — Choć 

się jest wyćwiczonym i przyzwyczajonym do roz­

myślania nad postępowaniem, jednak przy samem 
postępowaniu (choćby to było tylko pisanie listów, 
jedzenie lub picie) należy przymykać oko wewnętrzne. 
Ba, nawet w rozmowie z ludźmi zwykłymi trzeba 
umieć  m y ś l e ć z zamkniętemi oczami myśliciela, — 
mianowicie, żeby osiągnąć i zrozumieć zwykle myś­
lenie. To zamykanie oczu jest aktem, który się od 
czuwa i spełnia z wolą. 

237. 

N a j s t r a s z l i w s z a  z e m s t a . Jeśli się 

bądź co bądź chce  z e m ś c i ć na przeciwniku, należy 
czekać tak długo, dopóki się nie ma pełnej garści 
prawd i słuszności i nie może jak gdyby niedbale prze­
ciw niemu je wystawić: tak iż wywieranie zemsty 

jest zarazem wywieraniem sprawiedliwości. Jest to 
najstraszliwszy rodzaj zemsty: nie ma on nad sobą 
żadnej instancyi, do którejby zaapelować można. Tak 
zemścił się Wolter na Pironie pięciu wierszami, 
w których zawiera się sąd o calem jego życiu, czy­
nach i intencyach: ile wyrazów, tyle prawd; tak 

2 4 * 

łądek towarzystwa jest silniejszy od mojego, znosi 
mnie«. 

background image

372 

238. 

P o d a t e k na  z b y t e k . — Kupuje się w ma­

gazynach rzeczy konieczne i najniezbędniejsze i trzeba 
za nie płacić drożej, bo przypłaca się i za to, co tam 
także sprzedają, lecz co rzadko znajduje nabywcę: 
rzeczy zbytkowne i zbyteczne. W ten sposób zbytek 

ustawicznie nakłada podatek na człowieka z potrze­
bami prostemi, który może się obejść bez niego. 

239. 

D l a c z e g o  ż e b r a c y  ż y j ą  j e s z c z e . — Jeś­

liby wszystkie jałmużny były udzielane tylko ze 

współczucia, wszyscy żebracy wymarliby z głodu. 

240. 

D l a c z e g o  ż e b r a c y  ż y j ą  j e s z c z e . — 

Najhojniejszą rozdawczynią jałmużny jest tchórzostwo. 

373 

241. 

242. 

S z t u k a  u n i e w i n n i a n i a  s i ę . — Jeśli się 

ktoś uniewinnia, musi to robić bardzo dobrze, gdyż 
inaczej łatwo sami czujemy się winnymi i doznajemy 

przykrego uczucia. 

243. 

N i e m o ż l i w e  t o w a r z y s t w o . Okręt two­

ich myśli osiada za głęboko, żebyś mógł wypłynąć 

J a k  m y ś l i c i e l  z u ż y t k o w u j e  r o z m o w ę . 

— Nie wsłuchując się nawet, można wiele usłyszeć, 
jeśli się umie patrzyć dobrze, choć samemu się znika 
na pewien czas z oczu. Ale ludzie nie umieją zużyt­
kować rozmowy: o wiele za dużo poświęcają uwagi 

temu, co mówią i co chcą odpowiedzieć, podczas 
kiedy  s ł u c h a c z prawdziwy zadowala się często 
odpowiedzią tymczasową, żeby wogóle cokolwiek 
p o w i e d z i e ć jako zaliczkę za uprzejmość, natomiast 
w głębi swej pamięci unosi wszystko, co inny wy­
raził, wraz z odcieniem dźwięku i giestu,  j a k i e g o 
używał. — W zwykłej rozmowie każdy sądzi się być 
kierownikiem, jak gdyby dwa okręty, płynące obok 
siebie i kiedy niekiedy o siebie się zaczepiające, 
żeglowały każdy w dobrej wierze, iż okręt sąsiedni 
dąży za nim, lub nawet jest przez niego holowany. 

zemścił się on na Fryderyku Wielkim (w liście 
z Farney). 

background image

374 

na wody tych ludzi serdecznych, zacnych i uprze­
dzających. Za wiele tam miejsc płytkich i mielizn: 
musiałbyś krążyć i lawirować i w ciągłym być kło­
pocie; i tamci natychmiast poczuliby się zakłopo­
tani — twojem zakłopotaniem, którego przyczyny od­
gadnąćby nie mogli. 

244. 

L i s z  l i s ó w . — Prawdziwy lis nazywa kwaś­

nemi nietylko te winogrona, których dostać nie może, 
lecz i te, których dostał i które innemu sprzątnął 
z przed nosa. 

245. 

W  n a j b l i ż s z e m  o t o c z e n i u . — Choćby lu­

dzie jak najściślej należeli do siebie: w obrębie ich 

wspólnego widnokręgu istnieją przecież jeszcze 

wszystkie cztery strony świata, i spostrzegają to nieraz. 

246. 

M i l c z e n i e  z e  w s t r ę t u . — Oto ktoś, jako 

myśliciel i człowiek przeżywa głęboką, bolesną prze­
mianę i następnie składa o tem świadectwo publiczne. 
I słuchacze nie spostrzegają nic! Sądzą, że jest 

375 

jeszcze zupełnie ten sam! — To zwykłe doświadcze­
nie przyprawiło o wstręt niejednego już pisarza: oce­
niali zbyt wysoko intelektualność ludzi, i kiedy błąd 
swój spostrzegli, ślubowali sobie milczenie. 

247. 

P o w a g a w  i n t e r e s a c h . — Interesy nieje­

dnego bogacza i dostojnika są jego rodzajem wy­
p o c z y n k u po zbyt długo trwającej i zwykłej mu 
b e z c z y n n o ś c i : dlatego bierze je tak poważnie 
i namiętnie, jak inni ludzie rzadkie  w y w c z a s y i swoje 
zajęcia ulubione. 

248. 

D w u z n a c z n o ś ć  o k a . — Jak wody u stóp 

twoich przebiega nagłe mieniące się łuskami wstrząś­
nienie, tak bywają i w oku ludzkiem takie nagłe nie­
pewności i dwuznaczności, kiedy człowiek się pyta: 
jestże to dreszcz? jestże to uśmiech? jestże to jedno 
i drugie ? 

249. 

P o z y t y w n y i  n e g a t y w n y . — Myśliciel ten 

nie potrzebuje nikogo, ktoby go obalał: do tego wy­
starcza sam sobie. 

background image

376 

250. 

251. 

Z  p r a w a  s w e g o  n i e  k o r z y s t a ć . Wy­

wieranie władzy kosztuje trudów i wymaga odwagi. 
Dlatego tak wielu nie korzysta ze swego dobrego, 
najlepszego prawa, ponieważ prawo to jest rodzajem 
w ł a d z y , oni jednak są za leniwi lub za tchórzliwi, 

żeby  j ą wywierać.  W y r o z u m i a ł o ś ć i  c i e r p l i ­
w o ś ć — tak nazywają płaszczyki cnoty tych 
błędów. 

252. 

R o z n o s i c i e l e  ś w i a t ł a . — W towarzystwie 

nie byłoby ani jednego promienia słonecznego, gdyby 
go nie przynosili ze sobą pochlebcy z urodzenia, mam 
na myśli tak zwanych ludzi miłych. 

377 

253. 

254. 

Do  ś w i a t ł a . — Ludzie  c i s n ą się do światła 

nie żeby widzieć lepiej, lecz żeby błyszczeć więcej. — 
Tego, przed kim się błyszczy, chętnie uznaje się za 
światło. 

255. 

H i p o k o n d r y k . Hipokondryk jest to czło­

wiek, który akurat posiada dość ducha i przyjemności 
z ducha, żeby swoje cierpienia, swoje straty, swoje 
błędy brać poważnie: lecz dziedzina, na której się 

karmi, jest za mała; ogołaca ją do tego stopnia, że 
musi w końcu wyszukiwać oddzielnych ździebełek. 

Wtedy ostatecznie staje się zawistnikiem i sknerą — 

i dopiero teraz jest nieznośnym. 

256. 

Z w r ó c i ć . — Hezyod radzi zwracać sąsiadowi, 

który nam przyszedł z pomocą, dobrą miarą i o ile 

N a j ł a g o d n i e j s z y . — Kiedy człowiek doznał 

wielkiego zaszczytu i podjadł cokolwiek przytem, 
bywa najłagodniejszy. 

Z e m s t a  p r ó ż n y c h  s i e c i . Miejcie się 

na baczności przed każdym, co doznaje gorzkiego 

uczucia rybaka, kiedy ten po dniu pełnym mozołów 
wraca do domu z próżnemi sieciami. 

background image

378 

możliwa hojniej, skoro tylko jesteśmy w możności. 
Z tego sąsiad doznaje przyjemności, albowiem jego 
uprzednia dobroczynność przynosi mu procenty; ale 
także i ten, który zwraca, kontent jest z tego, ponie­
waż uprzednie drobne upokorzenie, że musiał sobie 
pozwolić pomóc, odkupuje teraz drobną przewagą, 
jako ofiarodawca. 

257. 

S u b t e l n i e j s z y ,  n i ż  p o t r z e b a . — Nasz 

zmysł obserwacyjny do tego, czy inni spostrzegają 
nasze słabości, jest o wiele subtelniejszy od naszego 
zmysłu obserwacyjnego dla słabości innych: skąd 

wypływa, iż jest subtelniejszy, niżby było potrzeba. 

258. 

R o d z a j  j a s n e g o  c i e n i a . — Tuż obok lu­

dzi całkiem ciemnych niemal zawsze, jakby z nimi 
związana, znajduje się dusza świetlana. Jest ona nie­
jako cień negatywny, który tamci rzucają. 

259. 

N i e  m ś c i ć  s i ę ? — Istnieje tyle subtelnych 

sposobów zemsty, że ten, ktoby miał powód do zem­
sty, w gruncie rzeczy może do woli: mścić się lub 

379 

zaniechać zemsty: wszyscy zgodzą się po pewnym 
czasie na to, iż się  z e m ś c i ł . Nie mścić się więc, 
bodaj czy zależy od upodobania człowieka: a że 

mścić się nie  c h c e , nie powinien tego wypowiadać 
nawet, ponieważ pogardzanie zemstą wytłumaczą 
i  o d c z u j ą jako zemstę wyniosłą i bardzo dotkliwą.— 

Stąd wypływa, że nie należy czynić nic  z b y t e c z ­
n e g o — — 

260. 

B ł ą d  w i e l b i c i e l i . Każdy sądzi,  i ż oka­

zuje myślicielowi cześć i sprawia przyjemność, kiedy 
mu pokazuje, że sam z siebie wpadł na te same 
myśli i na ten sam ich wyraz; a przecież takie wiado­
mości rzadko cieszą myśliciela, natomiast często bu­

dzą nieufność i do myśli, i do ich sposobu wyrażenia: 
postanawia w milczeniu kiedyś oboje poddać rewizyi. — 

Jeśli komuś chce się cześć okazać, należy się wy­

strzegać wyrażania zgodności: ta stawia na jednym 
poziomie. - W wielu wypadkach jest rzeczą przy­
zwoitości towarzyskiej słuchać cudzego zdania tak, 
jak gdyby nie było naszem zdaniem i nawet wykra­
czało poza nasz horyzont: naprzykład, jeśli starzec 
bogaty doświadczeniem zechce wyjątkowo otworzyć 

skrzynie swoich wiadomości. 

261. 

L i s t , — List jest to wizyta niezapowiedziana, 

listonosz pośrednikiem w tych niegrzecznych niespo­

background image

380 

dziankach. Raz na tydzień należy mieć godziny, prze­
znaczone na odbieranie listów, i potem brać kąpiel. 

262. 

U p r z e d z o n y . — Ktoś rzekł: od dziecka je­

stem  u p r z e d z o n y względem siebie: to też w ka­
żdej naganie znajduję cokolwiek prawdy, w każdej 
pochwale cokolwiek głupoty. Oceniam zwykle po­
chwałę za nizko, naganę za wysoko. 

263. 

D r o g a  d o  r ó w n o ś c i . — Kilka godzin wspi­

nania się pod górę czynią i z łajdaka, i z świętego 
dwa prawie jednakowe stworzenia. Zmęczenie jest 
najkrótszą drogą do  r ó w n o ś c i i  b r a t e r s t w a — 
a podczas snu przyłącza się wreszcie do nich  w o l ­
n o ś ć . 

264. 

O s z c z e r s t w o . — Jeśli się odkrywa istotnie 

bezecne podejrzenie, źródła jego nie należy nigdy 
szukać między swymi lojalnymi i otwartymi  w r o ­
g a m i ; albowiem ci, jeśliby o nas coś podobnego 
wynaleźli, jako wrogowie, nie znaleźliby wiary. Lecz 

381 

między tymi, dla których przez pewien czas byliśmy 
bardzo pożyteczni, a którzy teraz z jakiegoś powodu 

mogą w tajemnicy być pewni, że już nic od nas nie 
zdobędą, tacy są w stanie puścić w obieg beze­
ceństwo: ci znajdują wiarę, po pierwsze, ponieważ 
przypuszcza się, żeby nie wynaleźli nic, coby im sa­
mym mogło wyrządzić szkodę; następnie, ponieważ 
lepiej nas poznali. — Na pocieszenie, oczerniony tak 

bezecnie może rzec sobie: oszczerstwa są to choroby 
innych, wybuchające w twojem ciele; dowodzą, iż 
społeczeństwo jest  j e d n e m ciałem (moralnem), tak 
iż możesz przedsięwziąć na  s o b i e kuracyę, która 
i n n y m powinna przynieść korzyść. 

265. 

N i e b o  d z i e c i n n e . - Szczęście dziecka jest 

zgoła takim samym mitem, jak szczęście Hiperborej­

czyków, o którem opowiadali Grecy.  J e ś l i szczęście 

wogóle na ziemi przebywa, tak sądzili Grecy, tedy 
z pewnością jak najdalej od nas. być może, hen, na 
krańcu ziemi. Tak samo myślą ludzie starsi:  j e ś l i 
człowiek wogóle może być szczęśliwy, tedy z pew­
nością w epoce jak najbardziej oddalonej od wieku 
n a s z e g o , na granicach i w początkach życia. Dla 
niejednego widok dzieci  p o p r z e z woal tego mitu 

jest największem szczęściem, jakiego doznawać jest 

w stanie: sam bowiem wtedy dociera aż do samego 
przedsionka królestwa niebieskiego, kiedy mówi: »po­
zwólcie dzieciom przyjść do mnie, albowiem ich jest 

królestwo niebieskie«. — Mit o królestwie niebieskiem 

background image

382 

dzieci odnajdujemy czynnym wszędzie, gdzie w świe­
cie nowoczesnym istnieje cokolwiek sentymentalizmu. 

266. 

N i e c i e r p l i w i . — Właśnie kto dopiero się 

staje, nie chce stawania się: jest na to zbyt niecierp­
liwy. Młodzieniec nie chce czekać, póki, po długich 
studyach, cierpieniach i niedostatkach jego własny 
obraz ludzi i rzeczy stanie się kompletny: tedy bie­

rze obraz inny, który stoi przed nim gotów i który 
mu ofiarowują, na wiarę i niewiarę, jak gdyby 
z góry dano mu barwy i linie  j e g o obrazu, rzuca 
się na piersi jakiemuś filozofowi, jakiemuś poecie 
i teraz musi długo odrabiać pańszczyznę i siebie sa­
mego się zapierać. Wiele uczy się przytem, lecz czę­

sto z tego powodu zapomina o rzeczy najgodniejszej 
nauczenia się i poznania — zapomina o sobie samym 
i przez całe życie zostaje stronnikiem. — Ach, wiele 
nudy należy przezwyciężyć, wiele potu trzeba, póki 
się nie znajdzie swoich barw, swojego pendzla, swo­

jego płótna! — I wtedy jeszcze daleko do stania się 
mistrzem swojej sztuki życia — ale się jest przynaj­
mniej panem w swoim warsztacie. 

267. 

N i e m a  w y c h o w a w c ó w . — Jeżeli się jest 

myślicielem, należy mówić tylko o samowychowaniu. 
Wychowanie młodzieży przez innych albo jest eks­

383 

perymentem, którego się dokonywa nad czemś nie­
poznanem, niepoznawalnem, lub zasadniczą niwelacyą, 
żeby istotę nową,  j a k ą k o l w i e k b y była,  u c z y n i ć 
zgodną z panującemi przyzwyczajeniami i obycza­

jami: w obydwu wypadkach jest to coś niegodnego 
myśliciela, jest to dzieło rodziców i nauczycieli, któ­
rych jeden z ludzi śmiałych i prawych nazwał nos 

ennemis natureles. — Pewnego dnia, kiedy już od­
dawna według opinii świata zostaliśmy wychowani, 
o d k r y w a m y samych  s i e b i e : tutaj zaczyna się 
zadanie myśliciela; teraz czas przywołać go na po­
moc — nie jako wychowawcę, lecz jako tego, kto 
siebie wychował sam i posiada doświadczenie. 

268. 

W s p ó ł c z u c i e  d l a  m ł o d z i e ż y . — Bole­

jemy nad tem, kiedy słyszymy, że młodzieńcowi wy­

padają już zęby, że inny traci wzrok. Jeślibyśmy wie­
dzieli, jaka nieodwołalność i beznadziejność tkwi w ca­

łej jego istocie, jakże wielki byłby ból nasz wtedy! — 

Czemu właściwie  c i e r p i m y przytem? Ponieważ 
młodzież winna kontynuować to, cośmy my przed­
sięwzięli, i wszelki ubytek i nadwyrężenie jej siły 
wyjdzie na szkodę  n a s z e m u dziełu, które w jej 
ręce wpadnie. Jest to narzekanie nad złą rękojmią 
naszej nieśmiertelności: lub też jeśli się uważamy 
tylko za wykonawców posłannictwa ludzkości, narze­
kanie nad tem, że to posłannictwo musi przejść do 
rąk słabszych, niż nasze. 

background image

384 

269. 

385 

wszędzie tryskają soki, pełno kwiatów i pełno woni: 
mnóstwo czarujących poranków i nocy: praca, do 

której budzi nas śpiew słowika, prawdziwie praca 
według serca, rodzaj rozkoszowania się własną świe­

żością, krzepi przedsmakiem spełnionych nadziei. 
W końcu piąty dziesiątek życia: tajemniczy, jak 
wszystko, co się znajduje w spokoju; podobny do 
wysokiego, obszernego płaskowzgórza, po którem 
przebiega wiatr chłodny; z jasnem, bezchmurnem nie­
bem ponad tem, dniem i nocą spoglądającem zawsze 
z jednakową łagodnością: czas sprzętu i serdecznej 
pogody — jest to  j e s i e ń życia. 

270. 

D u c h  k o b i e t w  t o w a r z y s t w i e  w s p ó ł ­

c z e s n e m . — Jak kobiety myślą obecnie o duchu 
mężczyzn, odgaduje się z tego, że przy całej sztuce 
strojenia się myślą o wszystkiem innem raczej, niż 
o podkreślaniu ducha swoich rysów lub duchowych 
szczegółów swej twarzy: raczej ukrywają coś po­
dobnego i natomiast umieją nadawać sobie, naprzy­

kład zapomocą ułożenia włosów na czole, wyraz ży­
wej, pożądliwej zmysłowości i braku ducha — czy­
niąc to pospolicie wówczas, kiedy tych własności po 
siadają niewiele. Przekonanie, że duch w kobietach 
odstrasza mężczyzn, posuwa się tak daleko, że chęt­
nie wypierają się nawet ostrości najduchowszego 
zmysłu i rozmyślnie ściągają na siebie opinię  k r ó t k o ­

wzroczności: przez to, jak sądzą, dodają męż­

E p o k i  ż y c i a . — Porównanie czterech epok 

życia z czterema porami roku jest czcigodnem bzdur­
stwem. Ani pierwsze, ani ostatnie lat dwadzieścia 
nie odpowiadają porze roku: przypuszczając, że nie 
zadowolimy się przy porównywaniu białością włosów 
i śniegu, lub inną igraszką kolorów. Owe pierwsze 
lat dwadzieścia są przygotowaniem do życia wogóle, 

na cały wiek życia, jako rodzaj długiego nowego 
roku; a ostatnie lat dwadzieścia są przeglądem, wcie­
leniem, uporządkowaniem i zharmonizowaniem tego 

wszystkiego, cośmy przedtem przeżyli: jak to się 
czyni na małą skalę z każdym rokiem ubiegłym 
w Sylwestra. Pośrodku istotnie jednak znajduje się 
okres, nasuwający porównanie z porami roku: okres 
czasu od dwudziestego do pięćdziesiątego roku (licząc 

z gruba lat dziesiątkami, podczas kiedy samo przez 
się rozumie się, że każdy te grube zarysy powinien 
według własnego doświadczenia dla siebie wysubtel-
nić). Owe trzy dziesiątki lat odpowiadają trzem po­
rom roku: latu, wiośnie i jesieni, — zimy w życiu 
ludzkiem nie bywa, chyba że się chce nazwać porą 

zimową niestety często wplatające się w nie ostre, 
zimne, samotne, beznadziejne, bezpłodne  c z a s y 
c h o r o b y . Trzeci dziesiątek lat: skwarny, uciążliwy, 
burzliwy, bujnie osypany kwieciem, nużący; lata, 

w których się błogosławi pod wieczór dzień skoń­

czony i czoło przytem ociera: lata, kiedy praca wy­
daje się nam ciężką, lecz konieczną, — ten trzeci 
dziesiątek lat jest  l a t e m życia. Natomiast czwarty 
jest jego  w i o s n ą : powietrze już to za gorące, już 

to za zimne, zawsze niespokojne i podniecające: 

DZIEŁA NIETZSCHEGO. T. XI. 

25 

background image

386 

czyznom więcej ufności; wydaje się, jakby wokół 
nich rozścielał się zachęcający miękki zmrok. 

271. 

W i e l k o ś ć i  z n i k o m o ś ć . — Co do łez wzru­

sza widza, to rozmarzone szczęściem spojrzenie, ja­
kiem młoda piękna kobieta obrzuca swego małżonka. 
Odczuwa się przytem cały smutek jesienny nad 
wielkością, jak zarówno nad znikomością szczęścia 
ludzkiego. 

272. 

Z m y s ł  o f i a r y . — Niektóre kobiety posiadają 

intelletto del sacrifizio, i życie przestaje je radować, 
jeśli małżonkowie nie chcą ich poświęcać: wtedy nie 
wiedzą, co czynić ze sobą, i niepostrzeżenie ze zwie­
rząt ofiarnych stają się ofiarniczkami. 

273. 

N i e  k o b i e c o ś ć . — »Głupi jak mężczyzna« 

mówią kobiety; »tchórzliwy jak kobieta« mówią męż­
czyźni. Głupota w kobiecie nie jest kobiecością. 

387 

274. 

275. 

E p o k a  b u d o w l i  c y k l o p ó w . — Demokra­

tyzacya Europy jest niepowstrzymana: kto się jej 
przeciwi, używa przecież tych samych środków, które 
dopiero idea demokratyczna dała do rąk każdemu, 
i czyni same te środki poręczniejszymi i skuteczniej­
szymi. I zasadniczy przeciwnicy demokracyi (mam 
na myśli duchów przewrotowych) zdają się być po 
to tylko, ażeby przez obawę, jaką wzbudzają, popy­
chać coraz szybciej partye rozmaite na drodze de­

mokratycznej. Możliwa jednak, że w kimś na widok 
tych, co obecnie świadomie i uczciwie pracują dla 
tej przyszłości, rzeczywiście budzą się pewne wątpli­
wości: jest coś pustego i jednostajnego w ich obli­
czach, a szary pył, zdaje się, przenikać aż do ich 
mózgów. Mimo to: prawdopodobna, iż potomność śmiać 
się będzie z tych wątpliwości, a o pracy demokra­

2 5 * 

T e m p e r a m e n t  m ę s k i i  k o b i e c y a  ś m i e r ­

t e l n o ś ć . — Że płeć męska posiada temperament 
gorszy, niż płeć żeńska, okazuje się z tego, że dzieci 
płci męskiej bardziej wystawione są na śmiertelność, 
niż dzieci płci żeńskiej, oczywista, ponieważ łatwiej 

»tracą przytomność«: dzikość i nieznośność potęguje 

w nich wszelkie zło do tego stopnia, że łatwo staje 
się śmiertelnem. 

background image

388 

tycznej tych pokoleń myśleć będzie naprzykład. jak 
my o budowlach wałów i murów ochronnych,— 

niby o działalności, która nieodzownie rozsypuje wiele 
pyłu na odzieży i obliczach, a i robotników czyni 
także cokolwiek idyotami: ale któż z tego powodu 

życzyłby sobie, żeby praca taka nie była wykonana! 
Zdaje się, iż demokratyzacya Europy jest ogniwem 

w łańcuchu owych niezmiernych  ś r o d k ó w  p r o f i ­
l a k t y c z n y c h , które są ideą czasów nowszych 
i zapomocą których odgraniczamy się od wieków 

średnich. Obecnie dopiero nastała epoka budowli cy­
klopowych! Ostateczne ubezpieczenie fundamentów, 
żeby cała przyszłość mogła na nich bez obawy bu­

dować! Niemożliwa na przyszłość, żeby urodzajne 
niwy cywilizacyi w ciągu jednej nocy spustoszone 
zostały przez dzikie i bezmyślne wody górskie!  W a ł y 
i mury ochronne przeciw barbarzyńcom, przeciw 

zarazie, przeciw  f i z y c z n e m u i  d u c h o w e m u 
u j a r z m i e n i u ! I to wszystko tymczasem dosłownie 
i z gruba, lecz stopniowo w znaczeniu coraz  w y ż ­

szem i bardziej duchowem, tak iż wszystkie zazna­
czone tutaj środki zdają się być przemyślnemi przygo­
towaniami najwyższego artysty w sztuce ogrodniczej, 
który dopiero wtedy może się zwrócić do swego za­

dania właściwego, kiedy owe przygotowania w zu­
pełności zostaną wykonane! — To prawda, że wobec 

wielkich okresów czasu, oddzielających środek od 

celu, że wobec wielkiego, niezmiernie wielkiego mo­
zołu, zużywającego siły i ducha stuleci, jaki tutaj 
jest konieczny dla stworzenia lub zdobycia choćby 
jednego środka, nie należy sądzić zbyt surowo pra­

cowników teraźniejszości, jeśli głośno oświadczają, 

iż mury i szpalery są już celem i celem ostatecznym; 

389 

nikt bo jeszcze nie widział ogrodnika i roślin owo­

cowych,  g w o l i  k t ó r y m szpaler istnieje. 

276. 

P r a w o  g ł o s o w a n i a  p o w s z e c h n e g o . — 

Lud nie nadał sobie prawa głosowania powszech­
nego, wszędzie, gdzie ono obecnie istnieje, otrzymał je 
i tymczasowo przyjął: w każdym razie posiada prawo 
zwrócić je, jeżeli ono nie czyni zadość jego nadzie­

jom. To, zdaje się, właśnie zachodzi teraz wszędzie: 

albowiem, jeśli przy jakiejś okazyi, gdzie jest w uży­

ciu, zaledwie dwie trzecie, ba nieraz nawet nie więk­
szość wszystkich uprawnionych do glosowania zjawia 
się do urny wyborczej, to jest to wotum  p r z e c i w 
całemu systemowi głosowania wogóle. — Tutaj na­
leży nawet sądzić surowiej. Prawo, orzekające, że 
większość rozstrzyga ostatecznie o losie wszystkich, 
nie może być zbudowane na tej podstawie, która 
tworzy się dopiero przez nie samo; koniecznie wy­
maga podstawy szerszej i tą jest  j e d n o m y ś l n o ś ć 
w s z y s t k i c h . Ogólne prawo głosowania powinno 
być nietylko wyrazem woli większości: cały kraj 
musi go chcieć. Przeto wystarcza już opozycya bar­
dzo nielicznej mniejszości, żeby je jako nierzeczywi­
ste usunąć na stronę: a  n i e u c z e s t n i c z e n i e 
w głosowaniu jest właśnie taką opozycyą, powodu­

jącą upadek całego systemu. »Absolutne veto« je­

dnostki, lub, żeby się nie gubić w drobnostkach, veto 
kilku tysięcy wisi nad całym systemem, jako waru­

nek sprawiedliwości: ile razy czyni się zeń użytek, 

background image

390 

winno ono sposobem, w jaki uczestniczą w niem, wy­
borcy, dowieść wprzódy,  ż e  j a k o  p r a w o  i s t n i e j e 

jeszcze. 

277. 

Z ł e  w n i o s k o w a n i e . — Jakże licho zwykli 

ludzie wnioskować w dziedzinach, w których nie 
czują się u siebie, choćby nawet jako ludzie naukowi 
najbardziej przywykli do dobrego wnioskowania! 
Wstyd prawdziwie! I oto rzecz jasna, że w wiel­
kich sprawach świata, w rzeczach polityki, we wszyst­
kich kwestyach nagłych i nie cierpiących zwłoki, ja­
kie niemal każdy dzień przynosi z sobą, rozstrzyga 
t o  z ł e  w n i o s k o w a n i e : albowiem nikt nie czuje 
się zupełnie pewnym wobec tego, co przez noc urosło; 
każde politykowanie, choćby największych mężów 
państwowych jest improwizowaniem na los szczęścia. 

278. 

P r z e s ł a n k i  w i e k u  m a s z y n . — Prasa, ma­

szyna, droga żelazna, telegraf są to przesłanki, z któ­
rych dotychczas nikt jeszcze nie odważył się wy­
ciągnąć konkluzyi; ta nastąpi po upływie tysięcy lat. 

391 

279. 

H a m u l e c  c y w i l i z a c y i . — Kiedy słyszymy: 

tam ludzie nie mają czasu na sprawy produkcyjne; 
ćwiczenia z bronią i przemarsze zabierają im cały 
dzień, a ludność pozostała musi ich żywić i odzie­
w a ć ; strój ich rzuca się w oczy,  b y w a często różno­
kolorowy i dziwaczny; tam uznaje się tylko nieliczne 
przymioty, jednostki bardziej są sobie równe, niż 
gdzieindziej, lub w każdym razie bywają traktowane, 
jako równe; tam wymaga się posłuszeństwa i oka­
zują je bez rozumowania: rozkazują, lecz bynajmniej 
nie przekonywują; tam kary bywają nieliczne, lecz 
te są surowe i szybko dochodzą do ostatniej, naj­
straszliwszej; tam zdradę uważa się za największe 
przestępstwo, już na samą krytykę nadużyć ważą się 
tylko najodważniejsi; tam życie w małej cenie i am­
bicya przybiera często formę, wystawiającą życie na 
niebezpieczeństwo, — kto słyszy to wszystko, powie 
natychmiast: »jest to obraz  s p o ł e c z e ń s t w a  b a r ­
barzyńskiego, któremu grozi niebezpieczeń­
stwo«. Być może, że kto inny doda: »jest to opis 
Sparty«; lecz inny jeszcze zamyśli się i będzie utrzy­
m y w a ł ,  ż e opisano  n a s z  n o w o c z e s n y  s y s t e m 
m i l i t a r n y , jaki istnieje w łonie naszej inaczej 
uorganizowanej cywilizacyi i społeczności — jako 
żyjący anachronizm, jako obraz, jak się rzekło, spo­
łeczeństwa barbarzyńskiego, nad którem wisi niebez­
pieczeństwo, jako pogrobowe dzieło przeszłości, które 
dla koła teraźniejszości może mieć tylko znaczenie 
hamulca. — Nieraz jednak hamulec cywilizacyi jest 
jak najpotrzebniejszy: kiedy ta mianowicie zbyt 

background image

392 

szybko posuwa się z góry lub, jak być może w tym 
wypadku,  p o d  g ó r ę . 

280. 

W i ę c e j  s z a c u n k u  d l a  w i e d z ą c y c h ! — 

Wskutek konkurencyi w dziedzinie pracy i między 
sprzedawcami  p u b l i c z n o ś ć stała się sędzią rze­
miosła: nie posiada ona jednak ścisłej znajomości rze­

czy i sądzi według  p o z o r ó w dobroci. Wskutek 
tego sztuka pozoru (i być może smak) dzięki pano­

waniu konkurencyi muszą wzrastać, natomiast jakość 
wszystkich wytworów pogarszać się. Przeto, jeśli 
tylko rozum nie ma stracić na wartości, kiedykol­

wiek owej konkurencyi koniec położony być musi, 
i nowa zasada odnieść nad nią zwycięstwo. Tylko 
mistrz w swojem rzemiośle może sądzić o rzemiośle, 

i publiczność musi być zależną od wiary w  o s o b ę 
sędziego i jego uczciwość. Żadnej więc pracy anonimo­
wej! Przynajmniej znawca jako poręczyciel jej istnieć 
musi i swoje imię jako rękojmię zastawić, jeśli niema 
imienia twórcy, lub imię to jest nieznane.  T a n i o ś ć 
dzieła jest innego rodzaju pozorem i podstępem dla 
laika, ponieważ dopiero  t r w a ł o ś ć rozstrzyga, czy 
rzecz jest tania i o ile tania; tę jednak trudno ocenić, 

i laik zgoła tego uczynić nie może. — Tak więc: co 

jest efektowne na oko i kosztuje mało, to obecnie 
otrzymuje przewagę i taka naturalnie będzie praca 

maszynowa. Z drugiej strony znowu maszyna jako 

przyczyna największej szybkości i łatwości wykona­

393 

nia, faworyzuje z swojej strony gatunki  n a j p o ­
k u p n i e j s z e : inaczejby nie można z niej wyciąg­

nąć znaczniejszej korzyści; za małoby się jej uży­
wało i zbyt często stałaby bezczynna. Czego jednak 
najwięcej się sprzedaje, o tem rozstrzyga publicz­
ność, jak się rzekło: musi to najbardziej łudzić po­

zorami, to znaczy tem, co  w y d a j e się dobrem i na­
stępnie wydaje się także  t a n i e m . Tak więc i w dzie­

dzinie pracy hasłem naszem być musi: »Więcej sza­
cunku dla wiedzących!« 

281. 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  k r ó l ó w . — Bez ucie­

kania się do środków gwałtownych, samym tylko sta­
łym prawnym naciskiem, demokracya może uczynić 
p u s t ą królewskość i cesarskość: póki nie zostanie 
z nich zero, może, jeśli się  c h c e , posiadające zna­

czenie każdego zera, że samo przez się nie znaczy 
nic, lecz umieszczone z prawej strony dziesięć razy 

powiększa  d z i a ł a n i e liczby. Cesarskość i królew­
skość pozostałyby wspaniałą ozdobą na prostej i prak­
tycznej odzieży demokracyi, pięknym zbytkiem, na 

który ta pozwolić sobie może, resztką z historycznych, 
czcigodnych pradziadowskich sprzętów, ba, symbolem 

samej historyi — i w tem wyłącznie znaczeniu czemś 
niezmiernie skutecznem, jeśliby, jak się rzekło, ta 
królewskość nie stała sama dla siebie, lecz była we 
właściwem miejscu  u s t a w i o n a . — Ażeby zapobiec 

temu niebezpieczeństwu, zębami trzymają się obecnie 

background image

394 

królowie swej godności  w o d z ó w  w o j e n n y c h : 
do tego potrzebne są im wojny, to znaczy stany wy­
jątkowe, podczas których pauzuje ów powolny, 
prawny nacisk władz demokratycznych. 

282. 

N a u c z y c i e l  z ł e m  k o n i e c z n e m . — Jak 

najmniej osób pośredniczących między duchami pro­
dukcyjnymi i duchami łaknącymi i otrzymującymi! 
Albowiem  p o ś r e d n i c y fałszują niemal mimowolnie 

pokarm, przy którym pośredniczą: następnie, jako wy­
nagrodzenie za swe pośrednictwo żądają za wiele 

d l a  s i e b i e , co się więc odejmuje duchom oryginal­
nym i produkcyjnym: mianowicie zainteresowania, po­
dziwu, czasu, pieniędzy i rzeczy innych. — Tedy: 
zapatrujmy się zawsze na  n a u c z y c i e l a , jako na 
zło konieczne, zupełnie jak na kupca: jako na zło, 
które należy uczynić jak najmniejszem! — Jeśli główna 
przyczyna złych obecnie stosunków w Niemczech 

polega być może na tem, iż nazbyt wiele ludzi żyje 
i chce żyć dobrze z handlu (a więc wytwórcy chce 
ceny jak najbardziej obciąć, a spożywcy jak naj­
bardziej podwyższyć, ażeby z największej szkody 
obydwu korzyść dla siebie wyciągnąć): tedy z pew­
nością główną przyczynę niedomagań duchowych 
należy widzieć w nadzwyczajnej obfitości nauczy­
cieli: z ich to powodu tak mało i tak źle się uczą. 

395 

283. 

284. 

Ś r o d e k  d o  r z e c z y w i s t e g o  p o k o j u . — 

Żaden rząd nie przyznaje się obecnie, że utrzymuje 
armię dla zaspokojenia, przy zdarzonej okazyi, swych 

popędów zdobywczych. Armia ma służyć dla obrony; 
etykę, uznającą słuszność obrony koniecznej, powo­

łuje się tutaj na jej rzeczniczkę. To jednak znaczy: 
sobie przyznawać moralność, a niemoralność przy­

P o d a t e k  s z a c u n k u . — Temu, kogo znamy 

i szanujemy, bądź to lekarzowi, bądź artyście, bądź 
rzemieślnikowi za to, co dla nas czynią lub czego 
nam dostarczają, chętnie płacimy tak wiele, jak tylko 

możemy, często nawet ponad swą możność, natomiast 
nieznajomemu płacimy tak mało, jak tylko można. 
Tutaj istnieje walka, w której każdy i sam walczy, 

i z którym walczą o każdą piędź ziemi. W pracy 
znajomego  d l a  n a s jest coś  n i e o p ł a c o n e g o , to, 
c o zostało włożone w pracę  z e  w z g l ę d u  n a 
n a s — uczucie i wynalazczość: sądzimy, iż inaczej 
nie możemy wyrazić uczucia, które z tego powodu 
odczuwamy, jak zapomocą pewnego  p o ś w i ę c e n i a 
z naszej strony. Największym podatkiem jest  p o -
d a t e k  s z a c u n k u .  I m bardziej panuje konkurencya, 
kupuje się od nieznajomych, dla nieznajomych pra­
cuje, tem niższym się staje ten podatek; podczas 
kiedy on jest właśnie miernikiem wysokości  o b c o ­
w a n i a duchowego między ludźmi. 

background image

396 

pisywać sąsiadowi, albowiem o nim trzeba mieć wyo­
brażenie jako o zaczepnym i zaborczym, jeśli nasze 
państwo nieodzownie myśleć musi o obronie koniecz­
nej; ponadto: jego, który zupełnie jak państwo nasze 
wypiera się popędów zaczepnych i ze swojej strony 
utrzymuje armię tylko dla obrony koniecznej, ogła­
szamy przez swoje motywowanie konieczności utrzy­
mywania armii, za obłudnika i podstępnego prze­
stępcę, który zbyt chętnie radby  n a p a ś ć bez wszel­
kiej walki na niewinną i bezbronną ofiarę. Tak stoją 
obecnie wszystkie państwa względem siebie: przypi­

sują złe zamiary sąsiadowi, a dobre intencye sobie. 
To przypuszczenie jednak jest  n i e l u d z k i e , złe 

i gorsze od wojny: więcej jeszcze, w gruncie jest to 
już wyzwanie i przyczyna do wojen, ponieważ, jak 

się rzekło,  p o d s u w a sąsiadowi niemoralność i przez 
to rzeczywiście zdaje się  w y w o ł y w a ć nastrój i czyn 
wrogi. Teoryi o armii, jako o środku do obrony ko­
niecznej należy się przeto wyrzec równie gruntownie, 
jak popędów zaborczych. I nastąpi, być może, wielki 
dzień, kiedy naród, wsławiony w wojnach i zwycię­
stwach najwyższym rozwojem dyscypliny i inteligen­
cyi wojskowej, przyzwyczajony do składania tym 
rzeczom najcięższych ofiar, zawoła z własnej woli: 

» s k r u s z m y  m i e c z e « — i zburzy cały swój ustrój 

wojskowy do najgłębszych fundamentów. Uczynić się 
bezbronnym wtedy

r

, kiedy się jest najbardziej uzbro­

jonym, kierując się  w y s o k o ś c i ą uczucia, — oto 
środek do  r z e c z y w i s t e g o pokoju, który zawsze 

opierać się musi na nastroju pokojowym: podczas 
kiedy tak zwany pokój zbrojny, jaki panuje obecnie 
we wszystkich krajach, jest nastrojem niespokojnym, 

nie dowierzającym ani sobie, ani sąsiadowi i nie 

397 

składa broni napół z nienawiści, napół ze strachu. 
Lepiej zginąć niż nienawidzieć i bać się i  d w a k r o ć 
l e p i e j  z g i n ą ć ,  n i ż  n i e n a w i ś ć i  s t r a c h 

w z b u d z a ć to musi się stać kiedyś najwyższą 
maksymą każdego społeczeństwa uorganizowanego! -
Naszym liberalnym przedstawicielom ludu brak, jak 
wiadomo, czasu do zastanawiania się nad przyrodze­
niem człowieka; inaczejby wiedzieli, że pracują na­
próżno, pracując nad »stopniowem zmniejszeniem cię­
żarów militarnych«. Raczej: dopiero kiedy tego ro­

dzaju nędza będzie największa, najbliższym będzie 
rodzaj boga, który tutaj jedynie pomóc może. Drzewo 
gloryi wojennej może być tylko za jednym uderze­
niem, uderzeniem piorunu, obalone: piorun jednak, 
wiecie wszak o tem, zstępuje z chmury — i z wy­

sokości. 

285. 

C z y  w e d ł u g  s p r a w i e d l i w o ś c i  w ł a s ­

n o ś ć  m o ż e  b y ć  z r ó w n a n a . — Jeśli niespra­
wiedliwość posiadania odczuwa się bardzo silnie — 

wskazówka na wielkim zegarze znowu jest na tem 
miejscu —, wymienia się wtedy  d w a środki zarad­
cze: po pierwsze, równy podział i następnie, zniesie­
nie własności i powrót wszelkich majątków do gminy. 
Ten ostatni środek szczególniej jest według serca 
naszych socyalistów, którzy nie mogą darować swemu 

antycznemu Żydowi, iż mówił: »nie kradnij«. Według 
nich siódme przykazanie winno raczej brzmieć: »nie 

powinieneś mieć majątku«. — Próby według pierw­

background image

398 

szej recepty często czyniono w starożytności, wpraw­
dzie zawsze w małych rozmiarach, jednak z niepo­
wodzeniem, które i dla nas także może być poucza­

jącem. »Równe działy ziemi« łatwo to powiedzieć; 
ale ileż goryczy wytwarza się przytem przez ko­
nieczny w tych wypadkach podział i zrywanie, przez 

utratę od wieków czczonej posiadłości, ileż pietyzmu 

rani się i składa w ofierze! Grzebie się moralność, 

przekopując kopce graniczne. I znowu, ileż nowej go­
ryczy między nowymi posiadaczami, ileż zazdrości 
i krzywego na się patrzenia, ponieważ dwa rzeczy­
wiście równe działy gruntu nie istniały nigdy i nawet 

jeśliby istniały, zawiść ku sąsiadowi nigdyby w to 
nie uwierzyła. I jakby długo istniała ta w korzeniu 
już zatruta i niezdrowa równość! Po upływie kilku 
pokoleń wskutek dziedziczenia tutaj wypadałby jeden 
dział na pięć głów, tam pięć działów na jedną głowę: 
i jeśliby przez surowe prawa spadkowe zapobieżono 
takim wadliwościom, istniałyby wprawdzie jeszcze 
równe działki gruntu, lecz istnieliby też potrzebujący 
i niezadowoleni, nie posiadający nic oprócz niechęci 
do krewnych i sąsiadów i pragnienia przewrotu 
wszystkich rzeczy. — Z drugiej strony, jeśliby chciano 
według  d r u g i e j recepty własność zwrócić  g m i n i e 

i jednostkę uczynić tylko czasowym dzierżawcą: te­
dyby zrujnowano pola uprawione. Albowiem człowiek 
względem wszystkiego, co posiada tylko tymczasowo, 

nie zna ani przezorności, ani poświęcenia, postępuje 

z tem, jak wyzyskiwacz, jak rozbójnik lub jako nędzny

marnotrawnik. Jeśli Plato sądzi, że ze zniesieniem 
prawa posiadania, znikłby też egoizm, tedy można mu 
odpowiedzieć, że po odjęciu egoizmu z pewnością to, 
co pozostanie, nie będą to cztery cnoty kardynalne — 

399 

jak również trzeba powiedzieć: najzłośliwsza zaraza 

nie może ludzkości bardziej zaszkodzić, niż to, jeśliby 
pięknego dnia zniknęła próżność. Bez próżności 
i egoizmu — cóżby się stało z cnotami ludzkiemi? 
Przez co nawet zdała nie chcę napomknąć, że one 
są imionami i maskami tamtych. Zasadnicza melodya 

utopijna Platona, którą dotychczas jeszcze nucą 
w ciągu dalszym socyaliści, opiera się na niedosta­
tecznej znajomości człowieka. Platonowi brak było 
historyi uczuć moralnych, wniknięcia w pochodzenie 
dobrych i pożytecznych własności duszy ludzkiej. 
Tak jak cała starożytność wierzył w dobro i zło, jak 
w białe i czarne, a więc w radykalną różnicę między 
ludźmi dobrymi i złymi, dobremi i ziemi własnoś­
ciami. — Żeby na przyszłość posiadanie wzbudzało 
więcej zaufania i stało się moralniejszem, należy 
otworzyć wszystkie drogi do posiadłości  d r o b n e j 
lecz przeszkodzić wzbogacaniu się nagłemu, bez tru­

dów: należy wycofać z rąk osób i towarzystw pry­

watnych wszystkie gałęzie przewozu i handlu, sprzy­
jające gromadzeniu się  w i e l k i c h majętności, a mia­
nowicie handel pieniędzmi — i uważać za niebezpie­
czeństwo publiczne zarówno tych, co posiadają za 
wiele, jak tych, co nie posiadają nic. 

286. 

W a r t o ś ć  p r a c y . — Jeśliby się chciało okreś­

lić wartość pracy według tego, ile zużyto na nią 
czasu, pilności, dobrej lub złej woli, przymusu, wy­
nalazczości lub lenistwa, uczciwości lub pozoru, te­

background image

400 

dyby wartość nigdy nie mogła być  s p r a w i e d l i w a ; 

ponieważby trzeba było całą osobę umieścić na 
szalce, co niemożliwa. Tutaj stosuje się »nie sądź­

c i e ! «  L e c z właśnie wołanie o sprawiedliwość sły­

szymy od tych, którzy są niezadowoleni z szacowa­
nia pracy. Jeśli się posuniemy dalej, znajdziemy, że 

nikt nie jest odpowiedzialny za swój produkt, pracę: 
nie należy więc nigdy wnioskować z niej o  z a s ł u ­
d z e , każda praca jest tak dobra lub zła, jaką przy 
danej i koniecznej konstelacyi siły i słabości, wie­
dzy i pożądań być musi. Nie zależy to od dobrej 

woli robotnika,  c z y pracuje, ani też, j a k pracuje. 

Jedynie punkty widzenia  p o ż y t e c z n o ś c i , szersze 

lub węższe, stworzyły szacunek wartości pracy. To, 
co teraz nazywamy sprawiedliwością, jest bardzo na 

miejscu, jako najwyżej wysubtelniona pożyteczność, 
która uwzględnia nietylko chwilę i wyzyskuje oko­
liczność, lecz myśli o trwałości wszystkich stosun­
ków i dla tego ma na oku także dobrobyt robotnika, 
jego fizyczne i duchowe zadowolenie —  a ż e b y 
i on i jego potomstwo dobrze też pracowali dla na­
szego potomstwa i żebyśmy mogli  l i c z y ć na nich 

na czas dłuższy, niż jedno życie ludzkie.  W y z y s k i ­

w a n i e robotnika było, jak to się teraz pojmuje, głu­
potą, budowaniem rabunkowem kosztem przyszłości, 
niebezpieczeństwem społecznem. Obecnie ma się już 
niemal wojnę: i w każdym razie koszty utrzymania 
pokoju, zawierania umów i zdobycia zaufania będą 
bardzo wielkie, ponieważ głupota wyzyskiwaczy była 
bardzo wielka i długotrwała. 

401 

287. 

288. 

J a k  d a l e c e  m a s z y n a  u p o k a r z a . —  M a ­

szyna jest nieosobowa, pozbawia pracę jej dumy, in­
dywidualnej  d o b r o c i i  w a d l i w o ś c i , przylegają­
cej do każdej pracy nie maszynowej, — a więc czą­
steczki człowieczeństwa. Niegdyś każde kupno u rze­
mieślnika było  w y r ó ż n i e n i e m  o s ó b , których 
oznakami otaczano się: w ten sposób sprzęty domowe 
i odzież stawały się symboliką wzajemnego szacunku 
i osobistej przynależności, podczas kiedy my zda­
jemy się żyć pośród anonimowego i nieosobowego 
niewolnictwa. — Ułatwienia pracy nie należy okupy­
wać zbyt drogo. 

DZIEŁA NIETZSCHEGO T. XI. 

O  s t u d y o w a n i u  c i a ł a  s p o ł e c z n e g o . — 

Najgorsza dla tego, kto chce studyować obecnie eko­
nomikę i politykę w Europie, a szczególniej w Niem­
czech, iż stosunki rzeczywiste zamiast illustrować  r e ­
g u ł y , illustrują  w y j ą t k i lub  s t a d y a  p r z e j ­
ś c i o w e i  p o c z ą t k o w e . Przeto trzeba się przedtem 
nauczyć spoglądać ponad to, co istnieje rzeczywiście 
i naprzykład kierować wzrok na Amerykę Północną — 
gdzie początkowe i normalne ruchy ciała społecznego 
można  u j r z e ć jeszcze okiem i odszukać, jeśli się 
tylko chce —, podczas kiedy w Niemczech potrzeba 
do tego trudnych studyów historycznych, lub, jak się 

rzekło, lunety. 

26 

background image

402 

289. 

290. 

N a j n i e b e z p i e c z n i e j s z y  z w o l e n n i k . — 

Najniebezpieczniejszym zwolennikiem jest ten, którego 
odstępstwo zniweczyłoby całą partyę: a więc zwo­
lennik najlepszy. 

291. 

L o s i  ż o ł ą d e k . — Jedna przekąska więcej 

lub mniej w żołądku dżokeja nieraz rozstrzyga w wy­
ścigach i zakładach, a więc o szczęściu lub nie­
szczęściu tysięcy.— Dopóki los narodów zależy jeszcze 
od dyplomatów, żołądki ich będą zawsze przedmio­
tem trosk patryotycznych. Quousque tandem — 

292. 

Z w y c i ę s t w o  d e m o k r a c y i . — Wszystkie 

władze polityczne usiłują obecnie wyzyskać obawę 

403 

przed socyalizmem, żeby siebie wzmocnić. Lecz 
trwałą korzyść wyciąga z tego tylko demokracya: 
albowiem wszystkie partye są zmuszone obecnie do 
schlebiania »ludowi« i czynienia mu ułatwień i wol­

ności wszelkiego rodzaju, dzięki którym stanie się 

w końcu wszechpotężnym. Lud jest jak najdalszy od 

socyalizmu, jako od nauki o zmianie systemu zarobko­
wania i własności: i jeśli kiedyś będzie miał w ręku 

śrubę podatkową, przez posiadanie olbrzymich więk­
szości w swoich parlamentach, tedy wprost ude­
rzy zapomocą podatku postępowego na panowanie 

kapitalistów, kupców i giełdziarzy i w rzeczywistości 
powoli stworzy stan średni, który będzie mógł  z a ­
p o m n i e ć o socyalizmie, niby o przebytej chorobie. 

Praktycznym wynikiem tej rozrastającej się demokra­
tyzacyi będzie nasamprzód europejski związek ludów, 
w którym każdy naród oddzielny, w granicach, za­
stosowanych do warunków geograficznych, zatrzyma 
stanowisko kantonu i jego praw szczególnych: ze 
wspomnieniami historycznemi narodów dotychczas 

istniejących będą się przytem liczyć mało, ponieważ 
zmysł pietyzmu dla nich pod panowaniem żądnych 
nowości i chętnych do prób zasad demokratycznych 
stopniowo z gruntu wykorzeniony zostanie. Poprawki 
w granicach, które się przytem okażą konieczne, będą 

tak przeprowadzone, żeby służyły  p o ż y t k o w i wiel­
kiego kantonu i zarazem związkowi ogólnemu, nie 
zaś wspomnieniom jakiejkolwiek samodzielnej prze­
szłości. Wynajdywanie punktów widzenia dla tych po­
prawek będzie zadaniem przyszłych  d y p l o m a t ó w , 
którzy muszą być zarazem badaczami cywilizacji, 

agronomami i znawcami środków komunikacyi, mając 
poza sobą nie armie, lecz przyczyny i względy po­

26* 

K w a r a n t a n n y  s t u l  e t n i e . — Instytucje de­

mokratyczne są urządzeniami kwarantannowemi prze­
ciw starej zarazie zakusów tyranicznych: jako takie 
bardzo pożyteczne i bardzo nudne. 

background image

404 

żyteczności. Wtedy dopiero polityka  z e w n ę t r z n a 
będzie nierozerwalnie związana z  w e w n ę t r z n ą , 
podczas kiedy dotychczas ta ostatnia biegnie jeszcze 
za swą dawną rozkazodawczynią i w nędzny koszy­
czek zbiera pokłosie, zostające po sprzęcie pierwszej. 

293. 

C e l i  ś r o d k i  d e m o k r a c y i . — Demokracya 

dąży do tego, żeby dla jak największej liczby stwo­
rzyć i zabezpieczyć  n i e z a l e ż n o ś ć , niezależność 
opinii, sposobu życia i zarobkowania. W tym celu 
musi zarówno nic nie posiadającym, jak właściwym 
bogaczom odjąć polityczne prawo głosowania: jako 
dwum niedozwolonym klasom ludzi, nad których usu­
nięciem musi pracować ustawicznie, ponieważ te 

wciąż zadanie jej kwestyonują. Również musi prze­
szkadzać wszystkiemu, co wydaje się zmierzać do or­
ganizowania partyi. Albowiem trzema największymi 
wrogami niezależności w tem potrójnem znaczeniu są 
hołysze, bogacze i partye. — Mówię o demokracyi, 
jako o czemś, co ma nastąpić. To, co już dziś taką 
nazwę nosi, różni się od dawniejszych form rządu 
jedynie tem,  ż e powozi  n o w y m i  k o ń m i : drogi  s ą 
jeszcze stare i koła są też jeszcze stare. — Czy nie­
bezpieczeństwo  t y c h pojazdów dla dobrobytu ludu 
rzeczywiście stało się mniejsze? 

405 

294. 

R o z w a g a i  p o w o d z e n i e . —  T a wielka za­

leta, rozwaga, która w gruncie jest cnotą cnót, ich 
protoplastką i królową, w życiu codziennem zgoła 
nie zawsze miewa powodzenie: i zalotnik, któryby 
tylko ze względu na powodzenie starał się o nią, do­
znałby rozczarowania. Między ludźmi  p r a k t y c z ­
n y m i uchodzi za podejrzaną i brana bywa za uda­
wanie i obłudną przebiegłość: przeciwnie, komu jaw­
nie zbywa na rozwadze — człowiek, który szybko się 
decyduje i nieraz decyduje się nietrafnie, posiada 
przesąd za sobą, że jest uczciwym i godnym zaufa­
nia towarzyszem. Ludzie praktyczni nie lubią więc 
rozważnego, dla nich, jak sądzą, jest on niebezpie­
czeństwem. Z drugiej strony łatwo bierze się rozważ­
nego za bojaźliwego, skrępowanego, pedantycznego — 
ludzie niepraktyczni i używający życia znajdują, iż 

jest niewygodny,  p o n i e w a ż nie żyje tak lekko­
myślnie jak oni, nie myśląc o postępowaniu i obo­
wiązkach: zjawia się między nimi jak wcielone su­

mienie i jasny dzień na jego widok blednie w ich 
oczach. Jeśli mu tedy zbywa na powodzeniu i szczęś­
ciu do ludzi, na pocieszenie zawsze może rzec sobie: 

»tyle właśnie wynoszą  p o d a t k i , które musisz opła­

cać za posiadanie najdroższego dobra pomiędzy 
ludźmi — warto ono tego. 

295. 

Et in A rcadia ego. — Patrzałem na dół, ponad 

falami wzgórz, ku mleczno-zielonemu jezioru poprzez 

background image

406 

jodły i sędziwe sosny: odłamy skał wszelkiego ro­
dzaju wokół mnie, ziemia ubarwiona kwiatami i trawy. 
Przede mną posuwało się, rozciągało i rozwijało 
stado; kilka krów samotnych i połączonych w grupy 
w oddali, w najostrzejszem świetle zachodniem, na 
tle lasu iglastego; inne bliżej, ciemniejsze; wszystko 
w spokoju i zmierzchu wieczornym. Zegar pokazy­
wał pół do szóstej. Byk stadnik wstąpił w biały pie­
niący się potok i posuwał się powoli przeciw bu­
rzliwemu prądowi, to opierając się, to ustępując: 
musiało to mu snać sprawiać rodzaj gniewnego za­
dowolenia.  D w a ciemno-brunatne stworzenia z Ber­
gamo były pasterzami tego stada: dziewczyna niemal 

jak chłopiec odziana. Z lewej strony urwiska skalne 
i pola śniegowe nad szerokim pasem leśnym, na 
prawo dwa niezmierne lodowe zębiska, pływające 

wysoko nade mną w zawoju mgły słonecznej — 
wszystko wielkie, ciche i jasne. Cała piękność wy­
woływała dreszcz i  w z y w a ł a do milczącej adoracyi 
tej chwili objawienia; mimowolnie, jak gdyby nic 
naturalniejszego być nie mogło, chciało się w ten 
świat czysty, wypełniony jasnem światłem (nie ma­

jący w sobie nic tęsknego, niezadowolonego, ocze­
kującego, wybiegającego w przyszłość lub cofającego 

się wstecz) przenieść bohaterów greckich; czuło się 

tak, jak Poussin i jego uczniowie: heroicznie i idyl­
licznie zarazem. — I  t a k też  ż y l i ludzie niektórzy, 
tak ustawicznie  c z u l i się w świecie i świat odczu­
wali w sobie, i między nimi jeden z ludzi najwięk­

szych, wynalazca heroiczno-idyllicznego sposobu filo­
zofowania: Epikur. 

407 

296. 

L i c z y ć i  m i e r z y ć . — Widzieć wiele rzeczy, 

ważyć wzajemnie, obrachowywać i szybko wyciągać 
z nich wniosek, tworzyć niemal ścisłą sumę — to 
czyni wielkim politykiem, wodzem, kupcem: a więc 
szybkość w pewnego rodzaju rachunku pamięciowym. 
J e d n ą rzecz widzieć, w niej znajdować jedyny mo­
tyw działania, sędziego wszelkich innych postępków, 
czyni bohaterem, a także fanatykiem — jest to więc 
zręczność mierzenia jednym tylko miernikiem. 

297. 

N i e  c h c i e ć  w i d z i e ć  n i e w  p o r ę . — Do­

póki się coś przeżywa, należy się oddać przeżywa­
niu i zamknąć oczy, a więc nie odgrywać już  p o d ­
c z a s  t e g o roli obserwatora. Toby właśnie roz­
stroiło dobre trawienie przeżywania: zamiast mądrości, 
wyniosłoby się niestrawność. 

298. 

Z  p r a k t y k i  m ę d r c a . — Żeby mądrym się 

stać, trzeba pewne przeżycia  c h c i e ć przeżyć, a więc 
lecieć im w paszczę. Wprawdzie jest to rzecz bardzo 
niebezpieczna; niejeden »mędrzec« był przytem pożarty. 

background image

408 

299. 

Z n u ż e n i e  d u c h a . — Obojętność i chłód, 

które okazujemy nieraz ludziom, a które tłumaczą 
jako oschłość i brak charakteru, bywają często tylko 
znużeniem ducha: wtedy nietylko inni są dla nas, 
lecz sami dla siebie jesteśmy obojętni i uciążliwi. 

300. 

» R z e c z  n i e z b ę d n a « . — Jeśli się jest rozsąd­

nym, tedy należy tylko dbać o to, żeby mieć radość 
serca. — Ach, wtrącił ktoś, jeśli się jest rozsądnym, 
tedy jest coś lepszego do zrobienia, trzeba stać się 
mądrym. 

301. 

Ś w i a d e c t w o  m i ł o ś c i . — Pewien człowiek 

rzekł: »Nad dwiema osobami nie zastanawiałem się 
nigdy głębiej: jest to świadectwem mojej ku nim 
miłości«. 

302. 

J a k  s t a r a j ą  s i ę  z ł e  a r g u m e n t y  p o p r a ­

wić. — Są ludzie, którzy za złymi argumentami po­

409 

syłają jeszcze cząstkę swej osoby, jak gdyby przez 
to prędzej do celu trafić miały i zmienić się w pro­
ste i dobre argumenty; zupełnie jak osoby, grające 

w kręgle, starają się już po rzucie nadać kuli kie­
runek zapomocą giestów i ruchów. 

303. 

P r a w n o ś ć . — Nie wystarcza w stosunku do 

praw i własności być człowiekiem wzorowym, jeśli 
się naprzykład będąc chłopcem nie brało owoców 
z cudzego ogrodu, będąc człowiekiem dorosłym nie 
deptało się po nieskoszonej łące, — żeby wymienić 
drobnostki, które, jak wiadomo, lepiej dowodzą tego 
rodzaju wzorowości, niż rzeczy wielkie. Jest to mało 
jeszcze: jest się wtedy wciąż jeszcze »osobą prawną«, 

z takim stopniem moralności, do której zdolne jest 
nawet »społeczeństwo«, aglomerat ludzi. 

304. 

C z ł o w i e k ! — Cóż znaczy próżność najpróż­

niejszego z ludzi wobec pychy, którą odczuwa czło­
wiek najskromniejszy, czujący się wobec natury 
i świata »człowiekiem«. 

background image

41o 

305, 

306. 

S i e b i e  s a m e g o  u t r a c i ć . — Jeśli się już 

znalazło samego siebie, trzeba umieć kiedy niekiedy 
się  g u b i ć — i potem odnajdywać: w przypuszcze­
niu, że się jest myślicielem. Dla tego bowiem jest ze 
szkodą, jeśli jest związany ustawicznie z jedną osobą. 

307. 

K i e d y  r o z s t a n i e  s i ę  j e s t  k o n i e c z n e . — 

Z tem, co chcesz poznać i zmierzyć, musisz się roz­
stać, przynajmniej na pewien czas. Dopiero opuś­
ciwszy miasto, widzisz, jak wysoko ponad domami 
wznoszą się jego wieże. 

411 

308. 

309. 

S t r z e c  s i ę  s w e g o  m a l a r z a . — Wielki 

malarz, który odsłonił i oddał w portrecie najpełniej­
szy wyraz i chwilę, do jakich człowiek jest zdolny, 

W  p o ł u d n i e . Komu los udzielił czynnego 

i burzliwego poranku życia, tego duszę napada o po­
łudniu życia dziwne pragnienie spokoju, któreby 
mogło trwać miesiące i lata. Cisza zalega wokół 
niego, głosy dźwięczą daleko i coraz dalej; słońce 
nań spada prostopadle. Na samotnej łące leśnej 
widzi uśpionego Pana; wszystkie twory natury zo­
stały wraz z nim uśpione, z wyrazem wieczności na 
obliczu — tak mu się to przynajmniej zdaje. Nie 
pragnie nic, nie troszczy się o nic, serce ustaje, tylko 
oko żyje; jest to śmierć z czuwającemi oczami. Wiele 
wtedy widzi człowiek, czego nie widział nigdy, i jak 
daleko widzi, wszystko jest otoczone siecią światła 
i jakby w niej pogrzebane. Czuje się przytem szczęś­
liwy, lecz jest to ciężkie szczęście. — Lecz w końcu 
wszczyna się wiatr w drzewach, południe minęło, 
ż y c i e porywa go znowu ze sobą, życie z ślepemi 
oczami, za którem ciśnie się jego orszak: pragnienia, 
podstępy, zapomnienie, użycie, zniszczenie, znikomość. 
I tak zstępuje wieczór, burzliwszy i czynniejszy, niż 
był poranek. — Ludziom prawdziwie czynnym stany 
poznawania, trwające długo, zdają się niemal niepo­
kojącymi i chorobliwymi, lecz nie nieprzyjemnymi. 

N a j p o t r z e b n i e j s z a  g i m n a s t y k a . — 

Przez brak drobnych samoprzezwycięźeń traci się 
stopniowo zdolność do wielkich. Każdy dzień jest źle 

użyty i niebezpieczeństwem dla następnego, jeśli się 
n i e  o d m ó w i ł o sobie czegoś chociażby w rzeczach 

drobnych: taka gimnastyka jest nieodzowna, jeśli 
się chce zachować przyjemność z tego, że się jest 
panem siebie. 

background image

412 

jeśli później w życiu rzeczywistem spotka tego czło­

wieka, będzie sądził, że widzi jego karykaturę. 

310. 

D w i e  z a s a d y  ż y c i a  n o w e g o . —  Z a s a d a 

p i e r w s z a : należy budować życie na tem, co jest 
najpewniejsze, najbardziej dowiedzione: nie tak jak 
dotychczas na tem, co najbardziej oddalone, najmniej 
określone i podobne do horyzontu, ukrytego w chmu­
rach.  Z a s a d a  d r u g a : należy ustalić  k o l e j n o ś ć 
rzeczy najbliższych i blizkich, pewnych i mniej pew­
nych, zanim się swe życie urządzi i nada mu osta­
teczny kierunek. 

311. 

N i e b e z p i e c z n a  d r a ż l i w o ś ć . — Ludzie 

utalentowani, lecz  b i e r n i , zawsze wydają się cokol­
wiek podrażnieni, kiedy któryś z ich przyjaciół  k o ń ­
c z y pracę poważniejszą. Budzi się ich zazdrość, 
wstydzą się swego lenistwa — lub raczej, boją się, 
że człowiek czynny gardzi nimi teraz  w i ę c e j , niż 
kiedykolwiek. W tym nastroju krytykują nowe dzieło— 
i krytyka ich staje się zemstą, ku największemu zdzi­
wieniu autora. 

413 

312. 

313. 

M o n o t o n n o ś ć  m ę d r c a . — Krowy miewają 

niekiedy wyraz zdziwienia, które się zatrzymało na 
drodze  p y t a n i a . Natomiast w oku wysokiej intelli­
gencyi rozściela się nil admirari, niby monotonność 
nieba bezchmurnego. 

314. 

N i e  c h o r o w a ć  z a  d ł u g o . — Należy się 

wystrzegać choroby za długiej: albowiem wkrótce 
widzowie zniecierpliwią się zwykłym obowiązkiem 
okazywania współczucia — ponieważ podtrzymywa­
nie w sobie przez czas dłuższy tego stanu przyczy­

nia im trudu — i wtedy natychmiast przechodzą do 
podejrzewania waszego charakteru, wnioskując tak: 

« z a s ł u g  u j e c i e na chorobę, i my nie potrzebujemy 

już wysilać się na współczucie. 

R o z w i e w a n i e  z ł u d z e ń . — Złudzenia  s ą 

z pewnością kosztownemi przyjemnościami: lecz roz­
wiewanie złudzeń jest jeszcze kosztowniejsze — roz­
ważane jako przyjemność, czem dla wielu ludzi, nie 
da się zaprzeczyć, bywa. 

background image

414 

315. 

W s k a z ó w k a  d l a e n t u z y a s t ó w. — Kto 

chętnie chce być  p o r w a n y i pragnąłby, żeby go 
unoszono do góry, musi baczyć, żeby się nie stał za 
c i ę ż k i ; to znaczy, żeby nie uczył się wiele i szcze­

gólniej nie pozwalał  n a p e ł n i a ć  s i ę mądrością. Ta 
bowiem czyni ociężałym! — miejcie się na baczności, 
entuzyaści! 

316. 

U m i e ć  s i ę  z a s k o c z y ć . — Kto siebie sa­

mego chce ujrzeć takim, jakim jest, musi umieć siebie 
samego  z a s k o c z y ć , z pochodnią w ręku. Albo­
wiem z rzeczami ducha dzieje się tak, jak z rzeczami 
ciała: kto się przyzwyczaił przeglądać w zwierciadle, 
zapomina zawsze o swojej szpetności: dopiero dzięki 

malarzowi odzyskuje znowu jej wrażenie. Ale przy­
zwyczaja się również do obrazu i zapomina o swej 
szpetności po raz drugi. — A to w myśl powszech­
nego prawa, że człowiek  n i e  z n o s i rzeczy niezmier­
nie szpetnych: zapomina o nich, lub zaprzecza ich 

we wszystkich wypadkach. — Moraliści muszą liczyć 
na ów moment, żeby móc prawdy swoje przed­
stawić. 

415 

317. 

318. 

O z n a k i  w o l n o ś c i i  n i e w o l i . — Swoje 

konieczne potrzeby zaspokajać o ile można samemu, 

choćby w sposób niedoskonały, oto kierunek ku wol­
n o ś c i  d u c h a i  o s o b y . Wiele, a między niemi 
i wiele zbytecznych potrzeb kazać sobie zaspokajać 

i to w sposób jak najdoskonalszy — kształci w  n i e ­
w o l i . Sofista Hippias, który wszystko, co nosił, we­

wnątrz i zewnątrz, sam zdobył, sam wykonał, odpo­
wiada właśnie przez to temu kierunkowi ku najwyż­
szej wolności ducha i osoby. Nie o to chodzi, żeby 

wszystko było jednakowo dobrze i doskonale zro­
bione. Duma sceruje już miejsca uszkodzone. 

319. 

S o b i e  s a m e m u  w i e r z y ć . — W naszych 

czasach nie dowierza się nikomu, kto sam w siebie 

O p i n i e i  r y b y . — Jest się właścicielem swo­

ich opinii, jak się jest właścicielem ryb — o ile, ma 
się rozumieć, jest się właścicielem stawu zarybionego. 
Trzeba zarzucić sieci i mieć szczęście — wtedy ma 
się s w o j e ryby,  s w o j e opinie. Mówię tutaj o ży­
jących opiniach, o żyjących rybach. Inni są zadowo­
leni, kiedy posiadają gabinet z okazami kopalnymi — 
i, w głowach swoich, »przekonania«. 

background image

416 

wierzy; niegdyś wystarczało, żeby inni w człowieka 
wierzyli. Przepis, żeby teraz wiarę znaleźć, brzmi: 

»Nie oszczędzaj siebie! Jeśli chcesz opinie swoje 

wystawić w świetle wiarogodnem, podpal tedy naj­
pierw własną chałupę!«. 

320. 

B o g a t s z y i  b i e d n i e j s z y  z a r a z e m . — 

Znam człowieka, który od dziecka przywykł dobrze 
myśleć o intellektualiźmie ludzi, a więc o ich praw­

dziwem oddaniu się rzeczom duchowym, o ich bez­
interesownem wyróżnianiu tego, co zostało uznane 
za prawdę i tym podobne, natomiast o własnej gło­
wie (sądzie, pamięci, przytomności umysłu, wyobraźni) 

mieć pojęcie skromne, ba, nawet nizkie. Nie robił 
sobie nic z siebie, kiedy się porównywał z innymi. 
I oto w ciągu lat z początku raz, a potem sto razy 
bywał zmuszony zmieniać na tym punkcie swe zda­
nie, — należałoby sądzić ku wielkiej swej radości 

i zadowoleniu. Bo też w istocie było coś z tego, lecz 

»przecież, jak rzekł pewnego razu, jest w tem do­

mieszka goryczy najbardziej gorzkiego rodzaju, któ­
rej w życiu dawniejszem nie znalem: albowiem 

odkąd ludzi i siebie samego sprawiedliwiej szacuję 
ze względu na potrzeby duchowe, duch mój zdaje 
mi się być mniej pożyteczny; nie sądzę, żebym 
mógł jeszcze coś dobrego nim dokazać, ponieważ 

duch innych nie umie go przyjmować: widzę teraz 
znowu przed sobą straszliwą przepaść, która oddziela 

tego, co pomoc przynieść może, od tego, co pomocy 

417 

potrzebuje. I tak dręczy mnie ta niedola, ducha 
swego mieć dla siebie i samemu go spożywać, o ile 
do spożycia jest zdatny. Lecz  d a w a n i e jest bar­
dziej błogie niż  p o s i a d a n i e : i czem jest najbo­
gatszy w samotności pustyni!« 

321. 

J a k  n a l e ż y  n a p a d a ć . — Przyczyny, dla 

których się w coś wierzy lub nie wierzy, są bardzo 
rzadko i to u niezmiernie rzadkich ludzi tak silne, 
j a k b y  b y ć  m o g ł y . Zazwyczaj, żeby wiarą w coś 
zachwiać, zgoła nie trzeba wytaczać najcięższych 
dział oblężniczych; względem wielu prowadzi już do 
celu, jeśli napad czyni się z pewnym hałasem, tak iż 
często wystarczają bodajby tylko petardy. Względem 
osób bardzo próżnych wystarcza już  m i n a gwałtow­
nej napaści: wyobrażają sobie, że bierze się je bar­
dzo poważnie — i chętnie ustępują. 

322. 

Ś m i e r ć . — Pewna perspektywa śmierci mog­

łaby do każdego życia dodawać rozkosznie wonie­
jącą kroplę beztroski — lecz oto, dziwaczni dusz 
aptekarze, uczyniliście z niej niesmaczną kroplę jadu, 
przez którą życie całe staje się wstrętne! 

DZIEŁA NIETZSCHEG0. T. XI. 

27 

background image

418 

323. 

324. 

S t a ć  s i ę  m y ś l i c i e l e m . — Jakże może stać 

się ktoś myślicielem, jeśli przynajmniej trzeciej części 

każdego dnia nie spędza bez namiętności, ludzi 
i książek? 

325. 

N a j l e p s z y  ś r o d e k  l e k a r s k i . — Nieco 

zdrowia kiedy niekiedy jest najlepszym środkiem le­
karskim dla chorego. 

419 

326. 

327. 

Z a p o m n i a n a  n a t u r a . — Mówimy o natu­

rze i zapominamy przytem o sobie: sami jesteśmy 
naturą, quand même —. Przeto naturą jest zupełnie 
co innego, niż to, co odczuwamy przy wymienianiu 

tej nazwy. 

328. 

G ł ę b o k o ś ć i  n u d n o ś ć . — U ludzi głębokich, 

jak w studniach głębokich, trwa długo, zanim coś, co 
w nie wpada, dna dosięgnie. Widzowie, nie czeka­
jący zazwyczaj dość długo, łatwo biorą ludzi takich 
za nieruchliwych i surowych — lub za nudnych. 

2 7 * 

N i e  d o t y k a ć ! — Bywają ludzie straszliwi, 

którzy zamiast rozwiązać zaciemniają i czynią trud­

niejszym do rozwiązania problemat dla wszystkich, 
którzy się chcą nim zajmować. Kto nie umie w sedno 

mierzyć, powinien być proszony, żeby nie mierzył 
wcale. 

S k r u c h a . — Nigdy nie użyczać miejsca skru­

sze, lecz natychmiast rzec sobie: to się nazywa do 
jednego głupstwa dodawać drugie. — Jeśli się krzywdę 
wyrządziło, myślże o tem, żeby coś dobrego zdzia­
łać. Jeśli się za swój czyn karę poniosło, tedy znoś 

karę z uczuciem, że przez nią sprawiasz coś do­
brego: odstraszasz innych, żeby podobnego głup­

stwa nie popełnili. Każdy ukarany złoczyńca może 
się czuć dobroczyńcą ludzkości. 

background image

420 

329. 

K i e d y  c z a s  ś l u b o w a ć  s o b i e  w i e r n o ś ć . 

— Zapędzamy się nieraz w kierunku duchowym, 
przeczącym naszym zdolnościom; przez pewien czas 

walczy się heroicznie przeciw prądowi i wiatrom, 

w gruncie przeciw sobie samemu: nuży się człowiek, 
brak mu tchu; a gdy czegoś dokona, nie przynosi to 
mu z sobą prawdziwej radości, sądzi, że powodzenie 

zostało za drogo okupione. Ba, poczyna  t r a c i ć 
w i a r ę w swą płodność, przyszłość, pośród zwycię­

stwa, być może —. W końcu, w końcu  z a w r a ­
c a m y — i teraz wiatr  n a d y m a nasze żagle i pę­
dzi nas na  n a s z e wody. Co za szczęście! Jak 
p e w n i czujemy się  z w y c i ę s t w a ! Dopiero teraz 

wiemy, czem jesteśmy i czego chcemy, teraz ślubu 
jemy sobie wierność i  m a m y  p r a w o to uczynić — 
jako wiedzący. 

330. 

P r o r o c y  p o g o d y . — Jak chmury wskazują 

nam, dokąd pędzą wysoko ponad nami wiatry, tak 
duchy najlżejsze i najwolniejsze przez swoje kie­

runki są zwiastunami powietrza, które nastąpi. Wiatry 
w dolinie i opinie jarmarczne doby bieżącej nie mó­
wią nic o tem, co ma nastąpić, lecz tylko o tem, co 
było. 

421 

331. 

332. 

D o b r a  t r ó j c a . — Wielkość, spokój, światło 

słoneczne — trójca ta obejmuje wszystko, czego myś­
liciel pragnie i od siebie także  w y m a g a : jego na­
dzieje i obowiązki, wymagania pod względem intellek-
tualnym i moralnym, nawet w codziennym trybie 
życia i nawet pod względem krajobrazu miejsca za­
mieszkania. Im odpowiadają myśli  w z n i o s ł e , na­
stępnie  u s p o k a j a j ą c e ,  p o trzecie  r o z ś w i e t l a ­
j ą c e — po czwarte zaś, myśli, uczestniczące we 
wszystkich tych trzech własnościach, w których 

wszystkie rzeczy ziemskie przemieniają się: jest to 

królestwo, gdzie panuje wielka  t r ó j c a  r a d o ś c i . 

333. 

U m r z e ć  z a  » p r a w d ę « . — Nie dalibyśmy się 

spalić za swoje poglądy: nie jesteśmy ich tak pewni. 
Ale być może za to, że mamy prawo posiadać po­

glądy i zmieniać je. 

S t a ł e  p r z y ś p i e s z e n i e . —  O w e osoby, za­

czynające powoli i przyzwyczajające się z trudem 
do rzeczy, miewają nieraz własność stałego przyśpie­
szenia, tak iż ostatecznie nie wie nikt, dokąd je prąd 
porwać może. 

background image

422 

334. 

335. 

M o r a ł  d l a  b u d u j ą c y c h  d o m y . — Należy 

sprzątnąć rusztowanie, kiedy dom skończony. 

336. 

S o f o k l e i z m . — Kto wlewał więcej wody do 

wina, niż Grecy! Trzeźwość połączona z gracyą — 
to było przywilejem dostojności Ateńczyków za cza­
sów Sofoklesa i późniejszych. Niech naśladuje, kto 
może! W życiu i w działaniu ! 

337. 

H e r o i z m . - Heroizm polega na tem, iż czyni 

się coś wielkiego (lub też w sposób wielki czegoś 
nie czyni), nie czując bynajmniej współzawodnic­

423 

twa z kimkolwiek. Bohater unosi z sobą wszędzie, 

dokąd się udaje, i odludzie swe i świętą nieprzekra­
czalną rubież. 

338. 

S o b o w t ó r s w o w  n a t u r z e . — W pewnych 

okolicach odkrywamy znów siebie samych, odczuwa­
jąc przytem dreszcz przyjemny; jest to najpiękniejsze 
sobowtórstwo. — Jak szczęśliwym musi być ten, kto 
takie uczucie posiada właśnie  t u t a j , w tem usta 

wicznem, słonecznem promieniu październikowem, 
w tych filuternych, szczęśliwych powiewach wiatru 
od rana do wieczora, w tej najczystszej jasności 
i najumiarkowańszym chłodzie, w uśmiechniętym 
naogół, a zarazem poważnym charakterze pagórków, 
jezior i lasów tego płasko wzgórza, bez lęku rozcią­
gającego się obok grozy wiecznych śniegów, tutaj, 
gdzie Włochy i Finlandya zawarły sojusz, i gdzie 
zdaje się być ojczyzna srebrnych odcieni natury: jak 
szczęśliwy ten, kto może rzec: »z pewnością istnieją 

w naturze rzeczy o wiele większe i piękniejsze, to 

jednak jest mi najbliższe i najzażylsze, pokrewne, 
ba, więcej jeszcze«. 

339. 

L u d z k o ś ć  m ę d r c a . — Mędrzec mimowol­

nie będzie się obchodzić z innymi ludźmi po ludzku, 

P o s i a d a ć  s w ą  t a k s ę . — Jeśli się chce  u c h o ­

d z i ć za to, czem się  j e s t , trzeba być czemś, co ma 
s w o j ą  t a k s ę .  L e c z tylko rzeczy użytku codzien­
nego mają taksę. Przeto owo wymaganie jest albo 
skutkiem ograniczonej skromności — lub głupiej nie­
skromności. 

background image

424 

jak książę, i nie bacząc na wszelkie różnice talentu, 
stanu i obyczajowości, jednakowo traktować ich bę­
dzie: co, skoro zauważą, wezmą mu bardzo za złe. 

340. 

Z ł o t o . — Nie wszystko błyszczy, co jest złoto. 

Własnością najszlachetniejszego metalu jest promie­
niowanie łagodne. 

341. 

K o ł o i  h a m u l e c . Koło i hamulec mają 

obowiązki różne, ale także i jednakowe: wzajemnie 
ból sobie zadawać. 

342. 

R o z t a r g n i e n i a  m y ś l i c i e l a . —  N a wszystko, 

co myślicielowi przerywa myślenie (co mu przeszka­
dza, jak się mówi), winien on patrzyć ze spokojem, 
jako na nowy model, stukający do drzwi, żeby artyście 
zaofiarować swe usługi. Przerwy są krukami, zno­
szącymi samotnikowi pokarm. 

425 

343. 

344. 

J a k  t r z e b a  z w y c i ę ż a ć . — Należy nie chcieć 

zwyciężyć, jeśli się ma widoki prześcignięcia swego 
przeciwnika tylko o  s z e r o k o ś ć  w ł o s a . — Dobre 
zwycięstwo winno zwyciężonego usposabiać radośnie, 
powinno mieć w sobie coś boskiego, coś wyłączają­
cego pierwiastek  z a w s t y d z e n i a . 

345. 

O b ł ę d  d u c h ó w  w y ż s z y c h . — Duchy  w y ż ­

sze z trudem uwalniają się od pewnego złudzenia: 
wyobrażają sobie mianowicie, iż wzbudzają zawiść 
w ludziach ducha miernego i że są uważane za wy­

jątki. W rzeczywistości jednak ci odczuwają je jako 

W i e l e  d u c h a  p o s i a d a ć . — Posiadanie 

wiele ducha zachowuje  m ł o d y m : ale trzeba też 
znosić przytem, że właśnie uchodzi się za  s t a r ­
s z e g o , niż się jest. Albowiem ludzie odczytują pismo 
d u c h a jako ślady  d o ś w i a d c z e n i a  ż y c i o w e g o , 

to znaczy życia wielorakiego i złego, cierpień, błą­
dzenia, żalów. Tedy: uchodzi się w ich oczach za 
starszego i  g o r s z e g o , niż się jest, jeśli się posiada 

i okazuje wiele ducha. 

background image

426 

coś zbytecznego i czego brak nie dawałby się 
odczuć. 

346. 

W y m a g a n i a  c z y s t o ś c i . —  I ż się swoje 

opinie zmienia, jest dla pewnych natur równie wy­

maganiem czystości, jak zmiana ubrania: dla innych 
jednak natur tylko wymaganiem próżności. 

347. 

G o d n e  b o h a t e r a . — Oto bohater, który nie 

zdziałał nic więcej, jak tylko to, iż potrząsnął drze­

wem, kiedy owoce dojrzały. Zdaje się  w a m za mało? 
Tedy przyjrzyjcie się wpierw drzewu, którem po­
trząsnął. 

348. 

C z e m  n a l e ż y  m i e r z y ć  m ą d r o ś ć . — Przy­

rost mądrości daje się łatwo mierzyć ubywaniem żółci. 

349. 

B ł ą d  w y p o w i a d a ć w  s p o s ó b  n i e p r z y ­

jemny. — Nie jest to według smaku wszystkich, 

427 

jeśli prawdę wypowiadają w sposób przyjemny. Nie­

chaj przynajmniej nikt nie sądzi, że błąd staje się 
prawdą, jeśli go wypowiemy w sposób  n i e p r z y ­
j e m n y . 

350. 

Z ł o t a  m a k s y m a . — Nałożono człowiekowi 

wiele łańcuchów, ażeby się oduczył, zachowywać 

się jak zwierzę, i rzeczywiście, stał się łagodniejszy, 
bardziej duchowy, radośniejszy, rozważniejszy od 
wszystkich zwierząt. Lecz oto cierpi teraz nad tem 

jeszcze, iż tak długo nosił swe łańcuchy, iż tak długu 

zbywało mu na czystem powietrzu i wolnym ruchu: — 

tymi łańcuchami jednak są, powtarzam to wciąż 
i wciąż, owe ciężkie i pełne znaczenia błędy w wyob­
rażeniach moralnych, religijnych i metafizycznych. 
Dopiero kiedy  c h o r o b a  ł a ń c u c h ó w zostanę 
przezwyciężona, pierwszy wielki cel w zupełności bę­
dzie osiągnięty: rozdział między człowiekiem i zwie­
rzętami. — Obecnie stoimy w połowie tej pracy zdej­
mowania łańcuchów i potrzebna nam przytem jak 
największa ostrożność. Tylko  c z ł o w i e k o w i  u s z l a ­
c h e t n i o n e m u  m o ż n a zwrócić  w o l n o ś ć  d u ­
c h a ; ku niemu tylko zbliża się  u l g a ciężaru  ż y c i a 
i maści balsamem rany jego; on pierwszy ma prawo 
rzec, iż żyje gwoli radosności i gwoli żadnemu in­
nemu celowi; i w każdych innych ustach hasło jego 
byłoby niebezpieczne:  P o k ó j  w o k o ł o  m n i e i upo­
d o b a n i e  w e  w s z y s t k i c h  r z e c z a c h  n a j b l i ż ­

szych. — To hasło dla jednostek przywodzi mu na 

background image

428 

myśl dawne, wielkie i wzruszające słowo, które sto­

sowało się do  w s z y s t k i c h i które pozostało nad 
całą ludzkością, jako hasło i znak proroczy, od któ­
rego każdy zginąć musi, kto zbyt wcześnie nim swój 
sztandar przystraja, — od którego chrześcijanizm zgi­
nął. I bodajże wciąż jeszcze  n i e  c z a s , aby wszyst­
kim ludziom stało się tak, jak owym pasterzom, którzy 
ujrzeli nad sobą jasność niebieską i głos: »Pokój na 
ziemi i w ludziach dobre upodobanie«. - Wciąż 
jeszcze trwa  c z a s  j e d n o s t e k . 

C i e ń : Ze wszystkiego, coś wyłożył, nic mi się 

b a r d z i e j nie podobało, niż ta obietnica, że chcecie 

znowu stać się dobrymi sąsiadami rzeczy najbliższych. 

Wyjdzie to na dobre i nam, biednym cieniom. Albo 

wiem, przyznajcie się jeno, dotychczas zbyt chętnie 
oczernialiście nas. 

W ę d r o w i e c : Oczernialiśmy? Ależ czemuż 

nigdy nie broniłyście się? Wszakże nasze uszy mia­
łyście w pobliżu. 

C i e ń : Zdawało się nam, że właśnie jesteśmy 

wam za blizkie, żebyśmy miały prawo mówić o so­
bie samych. 

W ę d r o w i e c : Delikatnie! bardzo delikatnie! 

Ach, wy cienie jesteście »lepszymi ludźmi«, niż my, 
jak spostrzegam. 

C i e ń : I przecież nazwaliście nas »natrętnymi«— 

nas, które przynajmniej jedno dobrze umiemy: milczeć 
i czekać — żaden Anglik nie potrafi tego lepiej. To 
prawda, spotyka się nas bardzo, bardzo często w or­
szaku człowieka, przecież nigdy w jego służbie. Kiedy 

człowiek lęka się światła, lękamy się my czło­
wieka: dotąd sięga nasza wolność. 

background image

430 

W ę d r o w i e c : Ach, światło lęka się jeszcze 

bardziej człowieka, i wtedy opuszczacie go także. 

C i e ń : Opuszczałem cię często z bólem: dla 

mnie, który jestem chciwy wiedzy, wiele ciemnego 

pozostało w człowieku, ponieważ nie zawsze mogę 
być koło niego. Za cenę zupełnego poznania czło­
wieka zgodziłbym się zostać nawet twym niewolnikiem. 

W ę d r o w i e c : Wieszże ty, wiemże ja, czybyś 

przez to nie stał się niepostrzeżenie panem z nie­
wolnika. Lub czybyś, nie pozostawszy wprawdzie nie­

wolnikiem, jako gardziciel pana swego nie wiódł żywota 
w poniżeniu i wstręcie? Bądźmy więc obaj zadowo­

leni z wolności, takiej, jaka ci pozostała — tobie i mnie! 
Albowiem widok niewolnika zaprawiłby żółcią naj­

większe moje radości, i rzecz najlepsza stałaby się 

dla mnie wstrętną, jeśliby ktoś ze mną ją dzielić 
m u s i a ł — nie chcę znać niewolników koło siebie. 
Dlatego nie lubię też psa, leniwego, merdającego ogo­
nem pasorzyta, który dopiero jako niewolnik czło­
wieka nabrał charakteru »sobaczego«; którego zwykle 
nawet wysławiają, iż wierny jest panu i idzie za 
nim jak jego — 

C i e ń : Jak cień jego, tak mówią. Być może, 

że zbyt długo szedłem dziś za tobą? Był to dzień 
najdłuższy, lecz jesteśmy już u jego schyłku, przez 
chwilę jeszcze bądź cierpliwy! Łąka staje się wil­
gotna, czuję chłód. 

W ę d r o w i e c : Och, czasze już się rozstać? 

I musiałemże ci na koniec przykrość sprawić, widzia­
łem, że pociemniałeś przytem. 

C i e ń : Poczerwieniałem, w kolorze, w jakim to 

dla mnie możliwe. Przywidziało mi się, że często jak 
pies leżałem u nóg twoich, i że ty wtedy — 

431 

W ę d r o w i e c : Czyżbym nie mógł naprędce 

uczynić jeszcze coś, coby ci przyjemność sprawiło? 
Nie masz żadnego życzenia? 

C i e ń : Żadnego, oprócz życzenia chyba, które 

»pies« filozof miał wobec wielkiego Aleksandra: usuń 

się cokolwiek ze słońca, zaczyna mi być zanadto 
zimno. 

W ę d r o w i e c :  C o mam uczynić? 
C i e ń : Ustąp pod te sosny i obejrzyj się na 

góry; słońce zachodzi. 

W ę d r o w i e c : Gdzie jesteś? Gdzie jesteś? 

background image

WYKAZ  A F O R Y Z M Ó W 

ZDANIA I MYŚLI RÓŻNE 

S t r o n a 

Z a w i e d z i o n y m  p r z e z filozofię  1 5 

W y b r e d n y  1 5 

O b l u b i e ń c y  r z e c z y w i s t o ś c i  1 6 

P o s t ę p  w o l n o m y ś l n o ś c i  1 6 

G r z e c h  p i e r w o r o d n y  f i l o z o f ó w  1 6 

P r z e c i w  f a n t a s t o m  1 7 

W r o g i  ś w i a t ł u  1 8 

S c e p t y c y z m  c h r z e ś c i j a ń s k i  1 8 

» P r a w o  n a t u r y «  j a k o  p r z e s ą d  1 8 

H i s t o r y i  p r z y p a ś ć w  u d z i a l e 19 

P e s s y m i s t a  i n t e l e k t u  1 9 

U k r y t y  w ę z e ł e k  m e t a f i z y k ó w  2 0 

S z k o d l i w o ś ć  p o z n a n i a w  p e w n y c h  w y p a d k a c h  2 0 

C z e g o filister  p o t r z e b u j e  k o n i e c z n i e  2 1 

M a r z y c i e l e  2 1 

D o b r o  w a b i  d o  ż y c i a  2 2 

S z c z ę ś c i e  h i s t o r y k a  2 2 

T r z y  r o d z a j e  m y ś l i c i e l i  2 2 

O b r a z  ż y c i a  2 3 

P r a w d a nie  z n o s i  i n n y c h  b o g ó w  o b o k  s i e b i e  2 3 

O  c z e m  w y m a g a j ą  m i l c z e n i a  2 3 

Historia in nuce 23 

DZIEŁA NIETZECHEGO T. XI 28 

background image

S t r o n a 

III 

S t r o n a 

II 

N i e u l e c z a l n y  2 4 

O k l a s k i  p r z e d ł u ż e n i e m  w i d o w i s k a  2 5 

O d w a g a  b y ć  n u d n y m  2 5 

Z  n a j w n ę t r z n i e j s z e g o  d o ś w i a d c z e n i a  m y ś l i c i e l a  2 5 

O b s k u r a n c i  2 8 

J a k i e g o  r o d z a j u  f i l o z o f i a  j e s t  z g u b n a  d l a  s z t u k i  2 9 

W  G e t s e m a n e 30 

Z a  w a r s z t a t e m  t k a c k i m  3 0 

W  p u s t y n i  n a u k i 30 

R z e k o m a  » r z e c z y w i s t o ś ć  r z e c z y w i s t a «  3 1 

C h c i e ć  b y ć  s p r a w i e d l i w y m , a  c h c i e ć  b y ć  s ę d z i ą  3 2 

P o ś w i ę c e n i e  3 5 

P r z e c i w  t y m ,  c o  b a d a j ą  m o r a l n o ś ć  p r z e z  m i k r o s k o p  3 5 

Z ą b  ż m i i  3 5 

O s z u s t w o w  m i ł o ś c i  3 6 

W y p i e r a j ą c e m u się  p r ó ż n o ś c i  3 6 

C z e m u  g ł u p i  s t a j ą się  t a k  c z ę s t o  z ł o ś l i w y m i  3 7 

S z t u k a  w y j ą t k ó w  m o r a l n y c h  3 7 

U ż y w a n i e i  n i e u ż y w a n i e  t r u c i z n  3 7 

Ś w i a t  b e z  p o c z u c i a  g r z e c h u  3 8 

S u m i e n i e  3 8 

R ó ż n e  ś r o d k i  p r z e c i w  z g o r z k n i e n i u  3 8 

N i e  b r a ć  z b y t  c i ę ż k o  3 9 

L u d z k a  » r z e c z  s a m a w  s o b i e «  3 9 

K o m e d y a  w i e l u  p r a c o w i t y c h  3 9 

R a d o w a ć się  w i e l e  4 0 

W  z w i e r c i a d l e  p r z y r o d y 40 

P o t ę g a  b e z  z w y c i ę s t w  4 1 

W e s e l e i  b ł ą d  4 1 

G ł u p i o  j e s t  p o p e ł n i a ć  n i e p r a w o ś c i  4 2 

Z a w i ś ć  g ł o ś n a i  z a w i ś ć  m i l c z ą c a  4 2 

G n i e w  s z p i e g i e m  4 3 

O b r o n a  m o r a l n i e  t r u d n i e j s z a  o d  n a p a d a n i a  4 3 

U c z c i w y  w b r e w  u c z c i w o ś c i  4 4 

R o z ż a r z o n e  w ę g l e  4 4 

N i e b e z p i e c z n e  k s i ą ż k i  4 4 

O b ł u d n e  w s p ó ł c z u c i e  4 5 

J a w n a  o p o z y c y a  d z i a ł a  c z ę s t o  p o j e d n a w c z o  4 5 

S w o j e  w ł a s n e  ś w i a t ł o  w i d z i e ć  4 5 

R a d o ś ć  p o d z i e l a ć  4 6 

C i ą ż a  n a s t ę p c z a  4 6 

T w a r d o ś ć  s e r c a z  p r ó ż n o ś c i  4 6 

U p o k o r z e n i e  4 7 

H e r o s t r a t y z m  k r a ń c o w y  4 7 

Ś w i a t  n a z w  z d r o b n i a ł y c h  4 7 

W a d y  w s p ó ł c z u c i a  4 8 

N a t r ę c t w o  4 8 

W o l a  w s t y d z i  s i ę  i n t e l l e k t u  4 8 

D l a c z e g o  s c e p t y c y nie  p o d o b a j ą się  m o r a l n o ś c i  4 9 

L ę k l i w o ś ć  4 9 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  d l a  m o r a l n o ś c i  p o w s z e c h n e j  4 9 

B ł ą d  n a j b a r d z i e j  g o r z k i  5 0 

M i ł o ś ć i  d u a l i z m 50 

S e n  t ł u m a c z e m  5 0 

R o z p u s t a  5 1 

K a r a ć i  n a g r a d z a ć 51 

D w a k r o ć  n i e s p r a w i e d l i w i e  5 1 

N i e d o w i e r z a n i e  5 2 

F i l o z o f i a  p a r w e n i u s z a  5 2 

U m i e ć się  m y ć  c z y s t o  5 2 

P o z w a l a ć  s o b i e  5 2 

N i e w i n n y  s z u b r a w i e c  5 3 

P r o j e k t o w a ć  5 3 

Z a p o m o c ą  c z e g o  w i d z i m y  i d e a ł  5 3 

N i e s z c z e r a  p o c h w a ł a  5 4 

J a k się  u m i e r a —  o b o j ę t n a  5 4 

O b y c z a j i  j e g o  o f i a r y  5 5 

D o b r o i  c z y s t e  s u m i e n i e  5 6 

P o w o d z e n i e  u ś w i ę c a  i n t e n e y e  5 6 

C h r z ę ś c i j a n i z u j a c y , nie  c h r z e ś c i j a n i e  5 7 

D o  c z e g o  p o d o b n i w  p r z y r o d z i e  l u d z i e  p o b o ż n i i  n i e r e l i g i j n i  5 7 

M o r d e r s t w a  l e g a l n e 5 8 

» M i ł o ś ć «  5 8 

C h r z e ś c i j a n i z m  s p e ł n i o n y  5 9 

O  p r z y s z ł o ś c i  c h r z ę ś c i j a n i z m u 60 

K o m e d y a n c t w o i  u c z c i w o ś ć  l u d z i  n i e w i e r z ą c y c h  6 1 

P o e t a  j a k o  w s k a z i c i e l  p r z y s z ł o ś c i  6 4 

M u z a  j a k o  P e n t e z i l e a  6 5 

28* 

background image

I V 

S t r o n a 

S t r o n a 

C o  b y w a  d r o g ą  o k ó l n ą  d o  p i ę k n a  6 5 

N a  u n i e w i n n i e n i e  n i e j e d n e g o  b ł ę d u  6 6 

N a j l e p s z y c h  z a d o w o l i ć  6 6 

Z tej  s a m e j  m a t e r y i 67 

M o w a i  u c z u c i e  6 7 

B ł ą d  c o  d o  o d c z u w a n i a  b r a k u  6 7 

T r z y  c z w a r t e siły  6 8 

G ł ó d  j a k o  g o ś c i a  o d p r a w i ć  6 8 

Ż y ć  b e z  s z t u k i i  w i n a  6 8 

G e n i u s z  d r a p i e ż n y  6 9 

D o  p o e t ó w  m i a s t  w i e l k i c h  6 9 

O  s o l i  w y m o w y 70 

P i s a r z  n a j w o l n o m y ś l n i e j s z y  7 0 

O b r a n a  r z e c z y w i s t o ś ć  7 3 

Z w y r o d n i a ł e  k i e r u n k i w  s z t u c e 73 

B r a k  o b e c n i e  b a r w  d o  o d m a l o w a n i a  b o h a t e r a  7 4 

Styl  p r z e ł a d o w a n y  7 4 

Pulchrum estpaucorum hominum 75 

P o c h o d z e n i e  z a m i ł o w a n i a w  d z i e ł a c h  s z t u k i  7 5 

N i e  z a n a d t o  b l i z k o  7 7 

B r u t a l n o ś ć i  s ł a b o ś ć 77 

D o b r a  p a m i ę ć  7 7 

G ł ó d  w z b u d z i ć ,  z a m i a s t  g ł ó d  u ś m i e r z y ć  7 8 

O b a w a  a r t y s t ó w  7 8 

K o ł o  m u s i  b y ć  o p i s a n e  7 8 

S z t u k a  d z i s i e j s z a i  d u s z a  w s p ó ł c z e s n a  7 9 

P r z y g a n i a c z o m  k r ó t k o ś c i  8 1 

P r z e c i w  k r ó t k o w i d z o m  8 1 

C z y t e l n i c y  s e n t e n c y i  8 1 

N i e p r z y z w o i t o ś ć  c z y t e l n i k a  8 2 

C o  j e s t  n i e p o k o j ą c e g o w  h i s t o r y i  s z t u k i  8 2 

D o  w i e l k o ś c i w  s z t u c e  8 2 

P o z b a w i e n i  s u m i e n i a  e s t e t y c z n e g o  8 3 

J a k  p o w i n n a  p o r u s z a ć się  d u s z a  w e d ł u g  m u z y k i  n o w s z e j  8 3 

P o e t a i  r z e c z y w i s t o ś ć 85 

Ś r o d k i i cel 85 

N a j g o r s i  c z y t e l n i c y  8 5 

C e c h y  d o b r e g o  p i s a r z a  8 5 

M i e s z a n e  r o d z a j e  8 6 

M i l c z e ć  8 6 

O z n a k i  h i e r a r c h i i  8 6 

Z i m n e  k s i ą ż k i  8 6 

P o d s t ę p  o c i ę ż a ł e g o  8 7 

O  s t y l u  b a r o k o w y m  8 7 

W a r t o ś ć  k s i ą ż e k  u c z c i w y c h  8 9 

D z i ę k i  c z e m u  s z t u k a  w y t w a r z a  p a r t y ę  8 9 

Z e  s z k o d ą  h i s t o r y i  s t a ć się  w i e l k i m  9 0 

W  j a k i  s p o s ó b  m o ż n a  p o z y s k a ć  d l a  s z t u k i  e p o k ę  9 0 

K r y t y k a i  z a d o w o l e n i e 91 

P o z a  s w o j e  g r a n i c e  9 2 

O k o  s z k l a n e  9 2 

P i s a ć i  c h c i e ć  z w y c i ę ż y ć 92 

» D o b r a  k s i ą ż k a  m o ż e  p o c z e k a ć «  9 3 

N i e u m i a r k o w a n i e  j a k o  ś r o d e k  a r t y s t y c z n y  9 3 

U k r y t a  k a t a r y n k a  9 4 

N a z w i s k o  n a  k a r t c e  t y t u ł o w e j  9 4 

N a j o s t r z e j s z a  k r y t y k a  9 5 

M a ł o i  b e z  m i ł o ś c i  9 5 

M u z y k a i  c h o r o b a  9 5 

Z y s k  d l a  p r z e c i w n i k ó w  9 6 

M ł o d z i e ż i  k r y t y k a 96 

E f e k t  i l o ś c i  9 6 

K a ż d y  p o c z ą t e k  j e s t  n i e b e z p i e c z n y  9 7 

W  o b r o n i e  k r y t y k ó w  9 7 

P o w o d z e n i e  s e n t e n c y i  9 8 

C h c i e ć  z w y c i ę ż y ć  9 8 

Sibi scribere 98 

P o c h w a ł a  s e n t e n c y i  9 9 

O  d r u g o r z ę d n y c h  p o t r z e b a c h  a r t y s t y c z n y c h  9 9 

N i e m c y w  t e a t r z e  1 0 1 

M u z y k a  j a k o  p ó ź n y  o w o c  k a ż d e j  c y w i l i z a c y i  1 0 3 

P o e c i  p r z e s t a l i  b y ć  n a u c z y c i e l a m i  1 0 6 

R z u t  o k a  n a p r z ó d i  w s t e c z  1 0 7 

P r z e c i w  s z t u c e  d z i e ł  s z t u k i  1 0 8 

T r w a n i e  s z t u k i  1 0 9 

H e r o l d  b o ż y 110 

C z e g o  k a ż d a  s z t u k a  c h c e i nie  m o ż e  d o k o n a ć 111 

S z t u k a i  r e s t a u r a c y a 111 

background image

V I 

S t r o n a 

V I I 

S t r o n a 

S z c z ę ś c i e  e p o k i  1 1 2 

W i z y a 113 

W y c h o w a n i e  w y k r z y w i a n i e m  1 1 4 

F i l o z o f o w i e i  a r t y ś c i  e p o k i 115 

T y l k o z  k o n i e c z n o ś c i  b y ć  ż o ł n i e r z e m  c y w i l i z a c y i 115 

J a k  n a l e ż y  o p o w i a d a ć  h i s t o r y ę  p r z y r o d y  1 1 6 

G e n i a l n o ś ć  l u d z k o ś c i  1 1 7 

K u l t  c y w i l i z a c y i  1 1 7 

Ś w i a t  s t a r o ż y t n y i  r a d o ś ć  1 1 8 

M u z y  k ł a m c z y n i a m i 119 

J a k  d a l e c e  H o m e r  m o ż e  b y ć  p a r a d o k s a l n y m 119 

N a s t ę p c z e  u s p r a w i e d l i w i e n i e  b y t u  1 2 0 

Pro i contra  k o n i e c z n e  1 2 0 

N i e s p r a w i e d l i w o ś ć  g e n i u s z a  1 2 0 

N a j g o r s z y  l o s  p r o r o k a  1 2 1 

T r z e c h  m y ś l i c i e l i  s t a n i e  z a  p a j ą k a  1 2 1 

Z  o b c o w a n i a z  a u t o r a m i  1 2 1 

Z a p r z ą g  d w u k o n n y  1 2 2 

T o ,  c o  ł ą c z y i  c o  r o z d z i e l a  1 2 2 

S t r z e l c y i  m y ś l i c i e l e  1 2 2 

Z  d w u c h  s t r o n  1 2 3 

O r y g i n a l n o ś ć  1 2 3 

B ł ą d  f i l o z o f ó w  1 2 3 

D o w c i p  1 2 4 

W  c h w i l i  r o z w i ą z a n i a  1 2 4 

O b c o w a ć z  m a r z y c i e l a m i  1 2 4 

O s t r e  p o w i e t r z e  1 2 5 

D l a c z e g o  u c z e n i  s ą  s z l a c h e t n i e j s i  o d  a r t y s t ó w  1 2 5 

O ile  p i e t y z m  z a c i e m n i a  1 2 6 

S t a n ą ć  n a  g ł o w i e  1 2 6 

P o c h o d z e n i e i  p o ż y t e c z n o ś ć  m o d y  1 2 6 

C o  r o z w i ą z u j e  j ę z y k i  1 2 7 

W r o l n e  d u c h y  k o c z u j ą c e  1 2 7 

T a k ,  s p r z y j a n i e  m u z !  1 2 8 

P r z e c i w  p i e l ę g n o w a n i u  m u z y k i  1 2 8 

O d k r y w c y  t r y w i a l n o ś c i  1 2 9 

M o r a l n o ś ć  u c z o n y c h  1 2 9 

P r z y c z y n a  b e z p ł o d n o ś c i  1 3 0 

Ś w i a t  ł e z  n a w s p a k  1 3 0 

G r e c y  t ł u m a c z a m i  1 3 0 

O  n a b y t y m  c h a r a k t e r z e  G r e k ó w 131 

W ł a ś c i w y  p o g a n i z m  1 3 2 

W y j ą t k i  m i ę d z y  G r e k a m i  1 3 4 

P r o s t o t a nie  u k a z u j e się  a n i  n a  p o c z ą t k u ,  a n i  n a  k o ń c u  1 3 5 

D o k ą d  j e c h a ć  n a l e ż y  1 3 7 

B a l s a m i  t r u c i z n a  1 3 9 

W i a r a  z b a w i a i  p o t ę p i a  1 4 1 

T r a g i k o m e d y a  r a t y s b o ń s k a  1 4 2 

B ł ę d y  G o e t h e g o  1 4 4 

P o d r ó ż n i i  i c h  s t o p n i e  1 4 5 

P o d n o s z ą c się  w y ż e j  1 4 6 

M i a r a i  ś r o d e k  1 4 6 

L u d z k o ś ć w  p r z y j a ź n i i w  m i s t r z o s t w i e  1 4 7 

G ł ę b o c y  1 4 7 

T y m ,  c o  g a r d z ą  » s t a d e m  l u d z k i e m «  1 4 7 

G ł ó w n e  p r z e w i n i e n i e  w z g l ę d e m  p r ó ż n y c h  1 4 7 

R o z c z a r o w a n i e  1 4 8 

D w a  ź r ó d ł a  d o b r o c i  1 4 8 

W ę d r o w i e c w  g ó r a c h  d o  s i e b i e  s a m e g o  1 4 9 

Z  w y j ą t k i e m  b l i ź n i e g o  1 4 9 

O s t r o ż n o ś ć  1 5 0 

C h c i e ć  u c h o d z i ć  z a  p r ó ż n e g o  1 5 0 

P r z y j a ź ń  o s k o n a ł a  1 5 0 

P r z y j a c i e l e  u p i o r a m i  1 5 1 

J e d n o  o k o i  d w a  s p o j r z e n i a  1 5 1 

B ł ę k i t  d a l e k i  1 5 1 

K o r z y ś ć i  s z k o d a z  p o w o d u  t e g o  s a m e g o  n i e p o r o z u m i e n i a  1 5 2 

M ę d r z e c  u d a j ą c y  s z a l e ń c a  1 5 2 

Z m u s z a ć się  d o  u w a g i  1 5 2 

D r o g a  d o  c n o t y  c h r z e ś c i j a ń s k i e j  1 5 3 

P o d s t ę p  w o j e n n y  n a t r ę t a  1 5 3 

P r z y c z y n a  n i e c h ę c i  1 5 3 

P r z y  r o z ł ą c e  1 5 3 

Silentium  1 5 4 

N i e g r z e c z n o ś ć  1 5 5 

P r z e r a c h o w a n i e się w  s z c z e r o ś c i  1 5 4 

W  p r z e d p o k o j u  ł a s k i  1 5 5 

O s t r z e ż e n i e  d l a  p o g a r d z a n y c h  1 5 5 

background image

V I I I 

S t r o n a 

IX 

S t r o n a 

K i e d y  n i e k i e d y  1 6 9 

C n o t a  n i e  z o s t a ł a  w y n a l e z i o n a  p r z e z  N i e m c ó w  1 6 9 

Pia fraus  l u b  c o ś  i n n e g o 170 

J a k i w  d o b r e m  n a w e t  p o ł o w a  m o ż e  b y ć  w a r t a  w i ę c e j niz  c a ł o ś ć . . 170 

C z ł o w i e k  p a r t y j n y  1 7 1 

C o  w e d ł u g  G o e t h e g o  j e s t  c e c h ą  n i e m i e c k ą  1 7 1 

K i e d y  z a c h o d z i  p o t r z e b a  z a t r z y m a n i a się  1 7 2 

R e w o l u c y o n i ś c i i  p o s i a d a c z e  1 7 2 

T a k t y k a  p a r t y j n a  1 7 3 

D l a  w z m o c n i e n i a  p a r t y i  1 7 4 

D b a ć o  s w o j ą  p r z e s z ł o ś ć  1 7 4 

P i s a r z e  p a r t y j n i  1 7 5 

P r z e c i w  s o b i e  s a m e m u  w y s t ę p o w a ć  1 7 5 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o w  b o g a c t w i e  1 7 5 

P r z y j e m n o ś ć w  r o z k a z y w a n i u i  p o s ł u s z e ń s t w i e  1 7 6 

A m b i c y a  s t r a c o n e j  p l a c ó w k i  1 7 7 

K i e d y  o s ł y  s ą  k o n i e c z n e  1 7 7 

O b y c z a j e  p a r t y j n e  1 7 7 

S t a ć się  p u s t y m  1 7 7 

U p r a g n i e n i  w r o g o w i e  1 7 8 

M a j ą t e k  p o s i a d a  1 7 8 

O  p a n o w a n i u  z n a w c ó w  1 7 8 

O  » n a r o d z i e  m y ś l i c i e l i «  ( a l b o  n a r o d z i e  z ł e g o  m y ś l e n i a  1 8 0 

Z a n i e ś c i e  s o w y  d o  A t e n  1 8 0 

P r a s a  1 8 3 

P o  w i e l k i e m  w y d a r z e n i u  1 8 3 

B y ć  d o b r y m  N i e m c e m  z n a c z y  o d n i e m c z y ć się  1 8 3 

C u d z o z i e m s z c z y z n a  1 8 5 

O p i n i e  1 8 7 

D w a  r o d z a j e  t r z e ź w o ś c i  1 8 7 

F a ł s z o w a n i e  r a d o ś c i  1 8 7 

K o z i e ł  c n o t l i w y  1 8 8 

S a m o w ł a d z t w o  1 8 8 

C z ł o w i e k  w p ł y w  w y w i e r a j ą c y  f a n t o m e m ,  n i e  r z e c z y w i s t o ś c i ą  1 8 8 

B r a ć i  d a w a ć  1 8 9 

D o b r a  r o l a  1 8 9 

O b c o w a n i e  r o z k o s z ą  1 8 9 

U m i e ć  c i e r p i e ć  p u b l i c z n i e  1 8 9 

N i e j e d n a  n i e ś w i a d o m o ś ć  u s z l a c h e t n i a  1 5 5 

P r z e c i w n i k  g r a c y i  1 5 5 

P r z y  s p o t k a n i u  1 5 6 

T y l k o  m i ę d z y  p r a c o w i t y m i  w y b i e r a ć  p r z y j a c i ó ł  1 5 6 

j e d n a  b r o ń  d w u k r o t n i e  o b s t a n i e  z a  d w i e  1 5 6 

G ł ę b i a i  m ę t y  1 5 7 

P r z e d  p r z y j a c i e l e m i  w r o g i e m  d o w o d z i ć  s w e j  p r ó ż n o ś c i  1 5 7 

O s t u d z e n i e  1 5 7 

P r z y c z y n e k  d o  m i e s z a n i n y  u c z u ć  1 5 8 

K i e d y  n i e b e z p i e c z e ń s t w o  j e s t  n a j w i ę k s z e  1 5 8 

N i e  z a w c z e ś n i e  1 5 8 

P r z y j e m n o ś ć ,  j a k ą  s p r a w i a j ą  o p o r n i  1 5 9 

U s i ł o w a n i e  u c z c i w o ś c i  1 5 9 

W i e c z n e  d z i e c k o  1 5 9 

K a ż d a filozofia  j e s t filozofią  p i e r w s z e g o  o k r e s u  ż y c i a  1 6 0 

U m y s ł  k o b i e t  1 6 0 

W z n i o s ł o ś ć i  p o n i ż e n i e w  s t o s u n k a c h  p ł c i o w y c h  1 6 1 

K o b i e t a  s p e ł n i a ,  m ę ż c z y z n a  o b i e c u j e  1 6 1 

P r z e s z c z e p i e n i e  1 6 2 

Ś m i e c h  z d r a j c ą  1 6 2 

Z  d u s z y  m ł o d z i e ń c a  1 6 2 

K u  p o p r a w i e  ś w i a t a  1 6 3 

S w e m u  u c z u c i u  z a u f a ć  1 6 3 

O k r u t n y  p o m y s ł  m i ł o ś c i  1 6 3 

D r z w i  1 6 4 

K o b i e t y  l i t o ś c i w e  1 6 4 

P r z e d w c z e s n a  z a s ł u g a  1 6 4 

D u s z e z  j e d n e g o  b l o k u  1 6 4 

M ł o d e  t a l e n t y  1 6 5 

W s t r ę t  d o  p r a w d y  1 6 5 

Ź r ó d ł o  w i e l k i e j  m i ł o ś c i  1 6 6 

C z y s t o ś ć  1 6 6 

O  s t a r c a c h  p r ó ż n y c h  1 6 6 

S p o ż y t k o w a n i e  n o w o ś c i  1 6 7 

M i e ć  s ł u s z n o ś ć u  o b y d w u  p ł c i  1 6 7 

W y r z e c z e n i e się w  w o l i  p i ę k n o ś c i  1 6 7 

N i e  d o  p o j ę c i a , nie  d o  z n i e s i e n i a  1 6 8 

P a r t y a z  w y r a z e m  m ę c z e n n i c y  1 6 8 

T w i e r d z i ć  r z e c z  p e w n i e j s z a  n i ż  d o w o d z i ć  1 6 8 

N a j l e p s i  p a s e r z y  1 6 9 

background image

S t r o n a 

X I 

S t r o n a 

C i e p ł o  n a  s z c z y t a c h  1 9 0 

D o b r a  c h c i e ć ,  p i ę k n o  m ó c  1 9 0 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  w y r z e k a j ą c y c h się  1 9 0 

O s t a t e c z n e  z d a n i e o  z d a n i a c h  1 9 1 

»Gaudeamus igitur«  1 9 1 

C h w a l o n e m u  1 9 2 

M i s t r z a  k o c h a ć  1 9 2 

A r c y p i ę k n e i  l u d z k i e  1 9 2 

M a j ą t e k  r u c h o m y i  w ł a s n o ś ć  n i e r u c h o m a  1 9 3 

M i m o w o l n e  p o s t a c i  i d e a l n e  1 9 3 

I d e a l i s t a i  k ł a m c a  1 9 3 

B y ć  ź l e  z r o z u m i a n y m  1 9 4 

W o d ę  p i j a j ą c y  p r z e m a w i a  1 9 4 

Z  k r a j u  l u d o ż e r c ó w  1 9 4 

O  p u n k c i e  z a m a r z a n i a  w o l i  1 9 5 

Z a p r z e ć się  i d e a ł u  1 9 5 

Z d r a d z i e c k a  s k ł o n n o ś ć  1 9 6 

S z c z ę ś c i e  n a  s c h o d a c h  1 9 6 

R o b a k i  1 9 6 

P o s t a w a  z w y c i ę s k a  1 9 7 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  p o d z i w i a n i a  1 9 7 

P o ż y t e k  c h o r o b l i w o ś c i  1 9 7 

N i e w i e r n o ś ć  w a r u n k i e m  m i s t r z o s t w a  1 9 8 

N i g d y  n a d a r e m n i e  1 9 9 

P r z e d  s z y b ą  m a t o w ą  1 9 9 

O z n a k i  z m i a n  g w a ł t o w n y c h  1 9 9 

L e k a r s t w o  d u s z n e  1 9 9 

Z  k l a s y f i k a c y i  u m y s ł ó w  1 9 9 

F a t a l i s t a  1 9 9 

P r z y c z y n a  w i e l u  k w a s ó w  2 0 0 

N a d m i a r  l e k a r s t w e m  2 0 0 

» C h c i e j  s i e b i e «  2 0 0 

O ile  m o ż n o ś c i  ż y ć  b e z  z w o l e n n i k ó w  2 0 1 

Ś c i e m n i a ć się  2 0 1 

N u d a  2 0 1 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  p o d z i w i a n i a  2 0 2 

C z e g o się  ż ą d a  o d  s z t u k i  2 0 2 

O d s t ę p s t w o  2 0 2 

P o  ś m i e r c i  2 0 3 

P o z o s t a w i ć w  p a ń s t w i e  c i e n i  2 0 3 

U  p r o g u  ż e b r a c t w a  2 0 3 

M y ś l e ć  ł a ń c u c h e m  2 0 4 

W s p ó ł c z u c i e  2 0 4 

C o  j e s t  g e n i u s z  2 0 4 

P r ó ż n o ś ć  z a p a ś n i k ó w  2 0 4 

Z y c i e  f i l o z o f i c z n e źle  t ł u m a c z ą  2 0 4 

N a ś l a d o w a n i e  2 0 5 

O s t a t n i a  n a u k a  h i s t o r y i  2 0 5 

W i e l k o d u s z n o ś ć  m a s k ą  2 0 5 

N i e  d o  p r z e b a c z e n i a  2 0 6 

Z d a n i a  p r z e c i w n e  2 0 6 

B r a k  u c h a  2 0 7 

B ł ą d  p u n k t u  w i d z e n i a , nie  z a ś  o k a  2 0 7 

N i e u c t w o  p o d  b r o n i ą  2 0 7 

U  s t o ł u  d o ś w i a d c z e n i a  2 0 8 

P t a k i  ś p i e w a j ą c e  2 0 8 

N i e  d o r ó ś ć  2 0 8 

P r a w i d ł o  j a k o  m a t k a ,  l u b  j a k o  d z i e c k o  2 0 9 

K o m e d y a  2 0 9 

B ł ę d y  b i o g r a f ó w  2 0 9 

N i e  k u p o w a ć  z a  d r o g o  2 0 9 

J a k a filozofia  d l a  s p o ł e c z e ń s t w a  z a w s z e  j e s t  k o n i e c z n a  2 1 0 

O z n a k i  d u s z y  s z l a c h e t n e j  2 1 o 

W i e l k o ś ć i  t e n ,  k t o  j ą  r o z w a ż a  2 1 0 

U m i e j ę t n o ś ć  z a d o w a l a n i a się 211 

K o r z y ś ć z  n i e d o s t a t k u 211 

P r z e p i s  d l a  m ę c z e n n i k a 211 

S ę d z i a  2 1 2 

P o ż y t e k  w i e l k i e g o  w y r z e c z e n i a się  2 1 2 

W  j a k i  s p o s ó b  o b o w i ą z e k  n a b i e r a  b l a s k u  2 1 2 

M o d l i t w a  d o  l u d z i  2 1 3 

T w ó r c y i  s p o ż y w a j ą c y  2 1 3 

S ł a w a  w s z y s t k i c h  w i e l k o ś c i  2 1 3 

P o d r ó ż  d o  p i e k i e ł  2 1 3 

W Ę D R O W I E C I JEGO CIEŃ 

O  d r z e w i e  p o z n a n i a  2 2 1 

R o z u m  ś w i a t a  2 2 1 

background image

X I I 

S t r o n a 

X I I I 

» N a  p o c z ą t k u  b y ł o «  2 2 2 

M i a r a  w a r t o ś c i  p r a w d y  2 2 2 

M o w a i  r z e c z y w i s t o ś ć  2 2 2 

N i e d o s k o n a ł o ś ć  z i e m s k a i  j e j  g ł ó w n a  p r z y c z y n a  2 2 3 

D w a  s p o s o b y  p o c i e s z a n i a  2 2 5 

P o d c z a s  n o c y  2 2 6 

G d z i e  p o w s t a ł a  n a u k a o  w o l n o ś c i  w o l i  2 2 7 

N i e  c z u ć  n o w y c h  k a j d a n  2 2 8 

W o l n o ś ć  w o l i i  i z o l o w a n i e  f a k t ó w  2 2 9 

B ł ę d y  z a s a d n i c z e  2 3 0 

D w a  r a z y  p o w i e d z i e ć  2 3 1 

C z ł o w i e k  k o m e d y a n t e m  ś w i a t a  2 3 1 

S k r o m n o ś ć  c z ł o w i e k a  2 3 3 

W z g l ę d e m  c z e g o  o b o j ę t n o ś ć  j e s t  k o n i e c z n a  2 3 3 

G ł ę b o k i e  o b j a ś n i e n i a  2 3 5 

D y o g e n e s  n o w o c z e s n y  2 3 7 

I m m o r a l i ś c i  2 3 7 

N i e  u t o ż s a m i a ć  2 3 8 

C z ł o w i e k  j a k o  t e n ,  k t ó r y  m i e r z y  2 3 9 

Z a s a d a  r ó w n o w a g i  2 3 9 

C z y  z w o l e n n i c y  n a u k i o  w o l n e j  w o l i  k a r a ć  p o w i n n i ?  2 4 2 

P r z y c z y n e k  d o  s ą d u o  p r z e s t ę p c y i  j e g o  s ę d z i  2 4 4 

W y m i a n a i  s p r a w i e d l i w o ś ć  2 4 5 

S t o s u n k i  p r a w n e  j a k o  ś r o d e k  2 4 5 

O b j a ś n i e n i e  r a d o ś c i  z ł o ś l i w e j  2 4 6 

D o w o l n o ś ć w  w y m i e r z a n i u  k a r  2 4 7 

Z a w i ś ć i  j e j  b r a t  s z l a c h e t n i e j s z y  2 4 8 

Z a w i ś ć  b o g ó w  2 4 9 

P r ó ż n o ś ć  o d d ź w i ę k i e m  s t a n u  n i e u s p o ł e c z n i o n e g o  2 4 9 

S ł u s z n o ś ć  2 5 0 

P i e r w i a s t k i  z e m s t y  2 5 0 

C n o t y ,  p r z y n o s z ą c e  s z k o d ę  2 5 5 

K a z u i s t y k a  k o r z y ś c i  2 5 6 

S t a ć się  o b ł u d n i k i e m  2 5 6 

P e w i e n  r o d z a j  k u l t u  n a m i ę t n o ś c i  2 5 6 

W y r z u t y  s u m i e n i a  2 5 7 

P o c h o d z e n i e  p r a w  2 5 7 

Z n a c z e n i e  z a p o m n i e n i a w  u c z u c i a c h  m o r a l n y c h  2 5 8 

B o g a c i  d z i e d z i c e  m o r a l n o ś c i  2 5 9 

S t r o n a 

S ę d z i a i  o k o l i c z n o ś c i  ł a g o d z ą c e  2 6 0 

P r o b l e m a t  o b o w i ą z k u  p r a w d y  2 6 0 

S t o p n i e  m o r a l n o ś c i  2 6 1 

M o r a l n o ś ć  w s p ó ł c z u c i a w  u s t a c h  n i e p o h a m o w a n y c h  2 6 2 

U s t ę p y  d u s z y  2 6 3 

P e w i e n  r o d z a j  s p o k o j u i  k o n t e m p l a c y i  2 0 3 

Z a k a z  b e z  p r z y c z y n y  2 6 3 

C h a r a k t e r y s t y k a  2 6 4 

W s p ó ł c z u c i e i  p o g a r d a  2 6 4 

U m i e ć  b y ć  m a ł y m  2 6 5 

T r e ś ć  s u m i e n i a  2 6 5 

P o k o n a n i e  n a m i ę t n o ś c i  2 6 6 

Z r ę c z n o ś ć w  u s ł u g i w a n i u  2 6 6 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  m o w y  d l a  w o l n o ś c i  d u c h o w e j  2 6 6 

U m y s ł i  n u d a  2 6 7 

Z  o b c o w a n i a  z e  z w i e r z ę t a m i  2 6 7 

N o w i  a k t o r z y  2 6 9 

C o  z n a c z y  » b y ć  u p a r t y m «  2 6 9 

W y r a z  » p r ó ż n o ś ć «  2 6 9 

F a t a l i z m  t u r e c k i  2 7 0 

A d w o k a t  d y a b ł a  2 7 1 

M a s k i  c h a r a k t e r ó w  m o r a l n y c h  2 7 2 

C n o t a  n a j w z n i o ś l e j s z a  2 7 2 

C o  p r z e d t e m  j e s t  k o n i e c z n e  2 7 2 

C o  j e s t  p r a w d a ?  2 7 3 

P r z y z w y c z a j e n i e  d o  p r z e c i w i e ń s t w  2 7 3 

C z y  m o ż n a  p r z e b a c z a ć ?  2 7 4 

W s t y d z  p r z y z w y c z a j e n i a  2 7 4 

N a j n i e z r ę c z n i e j s z y  w y c h o w a w c a  2 7 5 

O s t r o ż n y  s p o s ó b  p i s a n i a  2 7 6 

M i s y o n a r z e  b o s c y  2 7 7 

S u m i e n n o ś ć w  m a l a r s t w i e  2 7 7 

M o d l i t w a  2 7 8 

Ś w i ę t o b l i w e  k ł a m s t w o  2 7 9 

A p o s t o ł  n a j n i e z b ę d n i e j s z y  2 8 0 

C o  j e s t  b a r d z i e j  p r z e m i j a j ą c e ,  d u c h  c z y  c i a ł o ?  2 8 0 

W i a r a w  c h o r o b ę  c h o r o b ą  2 8 0 

M o w a i  p i s m o  l u d z i  r e l i g i j n y c h  2 8 1 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  o s o b o w o ś c i  2 8 1 

background image

X I V 

S t r o n a 

X V 

S t r o n a 

S p r a w i e d l i w o ś ć  z i e m s k a  2 8 2 

A f e k t a c y a  p r z y  p o ż e g n a n i u  2 8 2 

Z b a w i c i e l i  l e k a r z  2 8 3 

W i ę ź n i o w i e  2 8 3 

P r z e ś l a d o w c a  B o g a  2 8 5 

S o k r a t e s  2 8 5 

N a u c z y ć się  p i s a ć  d o b r z e  2 8 6 

N a u k a  n a j l e p s z e g o  s t y l u  2 8 7 

Z w r a c a ć  u w a g ę  n a  t o k  2 8 8 

J u z i  j e s z c z e  2 8 8 

O r y g i n a l n i e  n i e m i e c k i e  2 8 8 

K s i ą ż k i  z a k a z a n e  2 8 9 

D o w c i p e m  p o p i s y w a ć się  2 8 9 

L i t e r a t u r a  n i e m i e c k a i  f r a n c u s k a  2 9 0 

N a s z a  p r o z a  2 9 0 

W i e l k i styl  2 9 1 

W y m i j a ć  2 9 1 

C o ś  j a k  c h l e b  2 9 1 

J e a n  P a u l  2 9 2 

I w  p r z e c i w i e ń s t w i e  u m i e ć  s m a k o w a ć  2 9 2 

A u t o r z y  s p i r y t u s o w i  2 9 2 

Z m y s ł  p o ś r e d n i c z ą c y  2 9 3 

L e s s i n g  2 9 3 

N i e p o ż ą d a n i  c z y t e l n i c y  2 9 4 

M y ś l i  p o e t ó w  2 9 4 

P i s z c i e w  s p o s ó b  p r o s t y i  p o ż y t e c z n y  2 9 4 

W i e l a n d  2 9 4 

R z a d k i e  u r o c z y s t o ś c i  2 9 5 

S k a r b  p r o z y  n i e m i e c k i e j  2 9 5 

Styl w  p i s a n i u i styl w  m o w i e  2 9 6 

O s t r o ż n i e z  c y t o w a n i e m  2 9 6 

J a k  n a l e ż y  w y p o w i a d a ć  b ł ę d y  2 9 7 

Z a c i e ś n i a ć i  p o w i ę k s z a ć  2 9 7 

L i t e r a t u r a i  m o r a l n o ś ć  o b j a ś n i a j ą się  w z a j e m n i e  2 9 8 

J a k i e  o k o l i c e  t r w a ł ą  p r z y j e m n o ś ć  s p r a w i a j ą  2 9 8 

O d c z y t y w a ć  2 9 9 

Z m y s ł  d r a m a t y c z n y  2 9 9 

H e r d e r  2 9 9 

W o ń  w y r a z ó w  3 0 1 

Styl  w y s z u k a n y  3 0 1 

Ś l u b o w a n i e  3 0 1 

K o n w e n c y o n a l n o ś ć  a r t y s t y c z n a  3 0 2 

A f e k t o w a n i e  n a u k o w o ś c i  p r z e z  a r t y s t ó w  3 0 3 

I d e a  F a u s t a  3 0 4 

C z y  i s t n i e j ą  k l a s y c y  n i e m i e c c y  3 0 5 

I n t e r e s u j ą c a ,  l e c z nie  p i ę k n a  3 0 7 

P r z e c i w  n o w a t o r o m  j ę z y k o w y m  3 0 7 

A u t o r o w i e  s m u t n i i  p o w a ż n i  3 0 8 

Z d r o w i e  s m a k u  3 0 8 

P o s t a n o w i e n i e  3 0 8 

M y ś l  p o p r a w i a ć  3 0 9 

K s i ą ż k i  k l a s y c z n e  3 0 9 

K s i ą ż k i zie  3 0 9 

P r z y t o m n o ś ć  z m y s ł ó w  3 0 9 

M y ś l i  w y b o r o w e  3 1 0 

G ł ó w n a  p r z y c z y n a  z e p s u c i a  s t y l u  3 1 0 

N a  u n i e w i n n i e n i e  c i ę ż k i c h  s t y l i s t ó w  3 1 1 

P e r s p e k t y w a z  l o t u  p t a k a  3 1 1 

R y z y k o w n e  p o r ó w n a n i a  3 1 1 

T a ń c z y ć w  ł a ń c u c h a c h  3 1 2 

P e ł n i a  a u t o r ó w  3 1 2 

B o h a t e r z y z  c i ę ż k i m  o d d e c h e m  3 1 3 

N a  p ó ł ś l e p y  3 1 3 

Styl  n i e ś m i e r t e l n o ś c i  3 1 4 

P r z e c i w  o b r a z o m i  p r z e n o ś n i o m  3 1 4 

O s t r o ż n i e  3 1 4 

P o m a l o w a n e  s z k i e l e t y  3 1 5 

Styl  w s p a n i a ł y i  c o ś  w y ż s z e g o  3 1 5 

S e b a s t y a n  B a c h  3 1 5 

H a e n d e l  3 1 6 

H a y d n  3 1 6 

B e e t h o v e n i  M o z a r t  3 1 7 

R e c y t a t y w 31 7 

M u z y k a »  p o g o d n a «  3 1 7 

F r a n c i s z e k  S z u b e r t  3 1 8 

N a j n o w o c z e ś n i e j s z e  w y k o n y w a n i e  m u z y k i  3 1 8 

F e l i k s  M e n d e l s o n  3 1 9 

background image

X V I I 

S t r o n a 

X V I I I 

S t r o n a 

N a t u r a  n i g d y nie  c z y n i  s k o k ó w  3 4 7 

W p r a w d z i e  c z y s t o  3 4 8 

S a m o t n i k  p r z e m a w i a  3 4 8 

F a ł s z y w a  s ł a w a  3 4 8 

P o d r ó ż u j ą c y  d l a  p r z y j e m n o ś c i  3 4 9 

Z a  w i e l e i  z a  m a ł o  3 4 9 

K o n i e c i cel  3 4 9 

O b o j ę t n o ś ć  w i e l k i e j  n a t u r y  3 5 0 

Z a p o m n i e ć o  z a m i a r a c h  3 5 0 

D r o g a  s ł o n e c z n a  i d e i  3 5 0 

P r z e z  c o  m i a ł o b y się  w n e t  w s z y s t k i c h  p r z e c i w k o  s o b i e  3 5 1 

W s t y d z i ć się  b o g a c t w a  3 5 1 

Z b y t e k  z a r o z u m i a ł o ś c i  3 5 2 

N a  g r u n c i e  h a ń b y  3 5 2 

L o s  m o r a l n o ś c i  3 5 3 

F a n a t y k  n i e u f n o ś c i i  j e g o  r ę k o j m i a  3 5 3 

K s i ą ż k i  e u r o p e j s k i e  3 5 5 

M o d a i  n o w o c z e s n o ś ć  3 5 6 

» C n o t a  n i e m i e c k a «  3 6 0 

K l a s y c z n i i  r o m a n t y c z n i  3 6 2 

M a s z y n a  j a k o  n a u c z y c i e l k a  3 6 2 

N i e  o s i a d l i  3 6 3 

R e a k c y a  p r z e c i w  c y w i l i z a c y i  m a s z y n o w e j  3 6 3 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  o ś w i e c e n i a  3 6 4 

N a m i ę t n o ś ć w  w i e k a c h  ś r e d n i c h  3 6 5 

R a b o w a ć i  o s z c z ę d z a ć  3 6 6 

D u s z e  r a d o s n e  3 6 6 

A t e n y  r o z p u s t u j ą c e  3 6 6 

M ą d r o ś ć  G r e k ó w  3 6 7 

» W i e c z n y  E p i k u r «  3 6 7 

Styl  w y ż s z o ś c i  3 6 7 

Z a k o p a n i  3 6 8 

T y r a n i  d u c h a  3 6 8 

Naj  n i e b e z p i e c z n i e j s z a  e m i g r a c y a  3 6 9 

S z a ł  p a ń s t w o w y  3 6 9 

P r z e c i w  n i e o s z c z ę d z a n i u  o c z u  3 7 0 

W i e l k i e  d z i e ł a i  w i e l k a  w i a r a  3 7 0 

T o w a r z y s z k i  3 7 0 

Z a m y k a n i e  o c z u  p r z e z  d u c h a  3 7 1 

DZIEŁA NIETZSCHEGO T. XI 29 

W o l n o ś ć w  w i ę z a c h —  w o l n o ś ć  k i ą ż ę c a  3 2 0 

B a r k a r o l a  C h o p i n a  3 2 1 

R o b e r t  S c h u m a n n  3 2 1 

Ś p i e w a c y  d r a m a t y c z n i  3 2 1 

M u z y k a  d r a m a t y c z n a  3 2 2 

Z w y c i ę s t w o i  r o z u m  3 2 2 

O  z a s a d z i e  w y k o n a n i a w  m u z y c e  3 2 3 

M u z y k a  d z i s i e j s z a  3 2 3 

G d z i e  m u z y k a  c z u j e  s i ę u  s i e b i e  3 2 4 

S e n t y m e n t a l i z m w  m u z y c e  3 2 4 

J a k o  p r z y j a c i e l e  m u z y k i  3 2 6 

S z t u k a w  c z a s i e  p r z e z n a c z o n y m  n a  p r a c ę  3 2 6 

U r z ę d n i c y  n a u k i i  i n n i  3 2 8 

U z n a n i e  t a l e n t u  3 3 0 

Ś m i a ć się i  u ś m i e c h a ć się  3 3 0 

R o z r y w k i  c h o r y c h  3 3 1 

M i e r n o ś ć  j a k o  m a s k a  3 3 1 

C i e r p l i w e  3 3 1 

N a j l e p s z e  ż a r t y  3 3 2 

N i e o d l ą c z n o ś ć  w s z e l k i e g o  u b ó s t w i a n i a  3 3 2 

W i e l k i e  n i e b e z p i e c z e ń s t w o  u c z o n y c h  3 3 2 

N a u c z y c i e l e w  e p o c e  k s i ą ż e k  3 3 4 

P r ó ż n o ś ć  j a k o  r z e c z  w i e l k i e j  u ż y t e c z n o ś c i  3 3 4 

P r o g n o s t y k i  c y w i l i z a c y i  3 3 5 

G n i e w i  k a r a w  s w o i m  c z a s i e  3 3 6 

P o c h o d z e n i e  » p e s s y m i s t ó w «  3 3 7 

O  ś m i e r c i  r o z u m n e j  3 3 8 

U w s t e c z n i a n i e  3 3 8 

W o j n a  j a k o  ś r o d e k  l e c z n i c z y  3 3 9 

D u c h o w e i  f i z ) T c z n e  p r z e f  l a n c o  w y  w a n i e  j a k o  ś r o d e k  l e c z n i c z y .  3 4 0 

D r z e w o  l u d z k o ś c i i  r o z u m  3 4 1 

P o c h w a l a  b e z i n t e r e s o w n o ś c i i  j e j  p o c h o d z e n i e  3 4 2 

C z a s y  c i e m n o ś c i  3 4 5 

F i l o z o f  o b f i t o ś c i  3 4 5 

E p o k i  ż y c i a  3 4 5 

W i d z e n i a  s e n n e  3 4 5 

P r z y r o d a i  n a u k a  3 4 6 

P r o s t o t a w  ż y c i u  3 4 6 

S z c z y t y i  s z c z y c i k i  3 4 7 

background image

X V I I I 

X I X 

S t r o n a 

N a j s t r a s z l i w s z a  z e m s t a  3 7 1 

P o d a t e k  n a  z b y t e k  3 7 2 

D l a c z e g o  ż e b r a c y żyją  j e s z c z e  3 7 2 

D l a c z e g o  ż e b r a c y żyją  j e s z c z e  3 7 2 

J a k  m y ś l i c i e l  z u ż y t k o w u j e  r o z m o w ę  3 7 3 

S z t u k a  u n i e w i n n i a n i a się  3 7 3 

N i e m o ż l i w e  t o w a r z y s t w o  3 7 3 

Lis z  l i s ó w  3 7 4 

W  n a j b l i ż s z e m  o t o c z e n i u  3 7 4 

M i l c z e n i e  z e  w s t r ę t u  3 7 4 

P o w a g a w  i n t e r e s a c h  3 7 5 

D w u z n a c z n o ś ć  o k a  3 7 5 

P o z y t y w n y i  n e g a t y w n y  3 7 5 

Z e m s t a  p r ó ż n y c h  s i e c i  3 7 6 

Z  p r a w a  s w e g o  n i e  k o r z y s t a ć  3 7 6 

R o z n o s i c i e l e  ś w i a t ł a  3 7 6 

N a j ł a g o d n i e j s z y  3 7 7 

D o  ś w i a t ł a  3 7 7 

H i p o k o n d r y k  3 7 7 

Z w r ó c i ć  3 7 7 

S u b t e l n i e j s z y niż  p o t r z e b a  3 7 8 

R o d z a j  j a s n e g o  c i e n i a  3 7 8 

N i e  m ś c i ć  s i ę ?  3 7 8 

B ł ą d  w i e l b i c i e l i  3 7 9 

L i s t  3 7 9 

U p r z e d z o n y  3 8 0 

D r o g a  d o  r ó w n o ś c i  3 8 0 

O s z c z e r s t w o  3 8 0 

N i e b o  d z i e c i n n e  3 8 1 

N i e c i e r p l i w i  3 8 2 

N i e m a  w y c h o w a w c ó w  3 8 2 

W s p ó ł c z u c i e  d l a  m ł o d z i e ż y  3 8 3 

E p o k i  ż y c i a  3 8 4 

D u c h  k o b i e t w  t o w a r z y s t w i e  w s p ó ł c z e s n e m  3 8 5 

W i e l k o ś ć i  z n i k o m o ś ć  3 8 6 

Z m y s ł  o f i a r y  3 8 6 

N i e  k o b i e c o ś ć  3 8 6 

T e m p e r a m e n t  m ę s k i i  k o b i e c y a  ś m i e r t e l n o ś ć  3 8 7 

E p o k a  b u d o w l i  c y k l o p ó w .  3 8 7 

S t r o n a 

P r a w o  g ł o s o w a n i a  p o w s z e c h n e g o  3 8 9 

Z ł e  w n i o s k o w a n i e  3 9 0 

P r z e s ł a n k i  w i e k u  m a s z y n  3 9 0 

H a m u l e c  c y w i l i z a c y i  3 9 1 

W i ę c e j  s z a c u n k u  d l a  w i e d z ą c y c h !  3 9 2 

N i e b e z p i e c z e ń s t w o  k r ó l ó w  3 9 3 

N a u c z y c i e l  z ł e m  k o n i e c z n e m  3 9 4 

P o d a t e k  s z a c u n k u  3 9 5 

Ś r o d e k  d o  r z e c z y w i s t e g o  p o k o j u  3 9 5 

C z y  w e d ł u g  s p r a w i e d l i w o ś c i  w ł a s n o ś ć  m o ż e  b y ć  z r ó w n a n a  3 9 7 

W a r t o ś ć  p r a c y  3 9 9 

O  s t u d y o w a n i u ciała  s p o ł e c z n e g o  4 0 0 

J a k  d a l e c e  m a s z y n a  u p o k a r z a  4 o 1 

K w a r a n t a n n y  s t u l e t n i e  4 0 2 

Naj  n i e b e z p i e c z n i e j s z y  z w o l e n n i k  4 0 2 

L o s i  ż o ł ą d e k  4 0 2 

Z w y c i ę s t w a  d e m o k r a c y i  4 0 2 

C e l i  ś r o d k i  d e m o k r a c y i  4 0 4 

R o z w a g a i  p o w o d z e n i e  4 0 5 

Et in Arcadia ego  4 0 5 

L i c z y ć i  m i e r z y ć  4 0 7 

N i e  c h c i e ć  w i d z i e ć nie w  p o r ę  4 0 7 

Z  p r a k t y k i  m ę d r c a  4 0 7 

Z n u ż e n i e  d u c h a  4 0 8 

» R z e c z  n i e z b ę d n a «  4 0 8 

Ś w i a d e c t w o  m i ł o ś c i  4 0 8 

J a k  s t a r a j ą się złe  a r g u m e n t y  p o p r a w i ć  4 0 8 

P r a w n o ś ć  4 0 9 

C z ł o w i e k !  4 0 9 

N a j p o t r z e b n i e j s z a  g i m n a s t y k a  4 1 0 

S i e b i e  s a m e g o  u t r a c i ć  4 1 O 

K i e d y  r o z s t a n i e się  j e s t  k o n i e c z n e  4 1 0 

W  p o ł u d n i e  4 1 1 

S t r z e c się  s w e g o  m a l a r z a  4 1 1 

D w i e  z a s a d y  ż y c i a  n o w e g o  4 1 2 

N i e b e z p i e c z n a  d r a ż l i w o ś ć  4 1 2 

R o z w i e w a n i e  z ł u d z e ń  4 1 3 

M o n o t o n n o ś ć  m ę d r c a  4 1 3 

N i e  c h o r o w a ć  z a  d ł u g o  4 1 3 

29* 

background image

X X 

S t r o n a 

W s k a z ó w k a  d l a  e n t u z y a s t ó w  4 1 4 

U m i e ć się  z a s k o c z y ć  4 1 4 

O p i n i e i  r y b y  4 1 5 

O z n a k i  w o l n o ś c i i  n i e w o l i  4 1 5 

S o b i e  s a m e m u  w i e r z y ć  4 1 5 

B o g a t s z y i  b i e d n i e j s z y  z a r a z e m  4 1 6 

J a k  n a l e ż y  n a p a d a ć  4 1 7 

Ś m i e r ć  4 1 7 

S k r u c h a  4 1 8 

S t a ć się  m y ś l i c i e l e m  4 1 8 

N a j l e p s z y  ś r o d e k  l e k a r s k i  4 1 8 

N i e  d o t y k a ć !  4 1 9 

Z a p o m n i a n a  n a t u r a  4 1 9 

G ł ę b o k o ś ć i  n u d n o ś ć  4 1 9 

K i e d y  c z a s  ś l u b o w a ć  s o b i e  w i e c z n o ś ć  4 2 0 

P r o r o c y  p o g o d y  4 2 0 

S t a ł e  p r z y ś p i e s z e n i e  4 2 1 

D o b r a  t r ó j c a  4 2 1 

U m r z e ć  z a  » p r a w d ę «  4 2 1 

P o s i a d a ć  s w ą  t a k s ę  4 2 2 

M o r a ł  d l a  b u d u j ą c y c h  d o m y  4 2 2 

S o f o k l e i z m  4 2 2 

H e r o i z m  4 2 2 

S o b o w t ó r s t w o w  n a t u r z e  4 2 3 

L u d z k o ś ć  m ę d r c a  4 2 3 

Z ł o t o  4 2 4 

K o ł o i  h a m u l e c  4 2 4 

R o z t a r g n i e n i a  m y ś l i c i e l a  4 2 4 

W i e l e  d u c h a  p o s i a d a ć  4 2 5 

J a k  t r z e b a  z w y c i ę ż a ć  4 2 5 

O b ł ę d  d u c h ó w  w y ż s z y c h  4 2 5 

W y m a g a n i a  c z y s t o ś c i  4 2 6 

G o d n e  b o h a t e r a  4 2 6 

C z e m  n a l e ż y  m i e r z y ć  m ą d r o ś ć  4 2 6 

B ł ą d  w y p o w i a d a ć w  s p o s ó b  n i e p r z y j e m n y  4 2 6 

Z ł o t a  m a k s y m a  4 2 7 

TREŚĆ 

Strona 

Przedmowa 1 

Rozdział pierwszy: Zdania i myśli różne 13 

Rozdział drugi: Wędrowiec i jego cień 215 

Wykaz aforyzmów I 

background image

POLSKIEJ EDYCYI DZIEŁ FRYDERYKA 
N I E T Z S C H E G O W WYD. CAŁKOWITEM 

( B E Z  S K R Ó C E Ń ) 

wyszły i są do nabycia we wszystkich księ­

garniach (każdy tom sprzedaje się oddzielnie) 

Rb. k. 

Tom I -  T A K O  R Z E C Z E  Z A R A T U S T R A 

C z t e r y  c z ę ś c i .  P r z e ł o ż y ł  W A C Ł A W  B E R E N T 

w y d a n i e  o z d o b n e z  p o r t r e t e m  N i e t z s c h e g o —  a k w a f o r t ą 

o r y g i n a l n ą  F .  S i e d l e c k i e g o  3 . — 
w y d a n i e  o z d o b n e w  o p r a w i e 3.50 

»  w y t w o r n e w 25  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  7 . 5 0 

w y d a n i e  z w y k ł e  t a n i e 1.60 

Tom  I I —  P O Z A  D O B R E M I  Z Ł E M 

p r z e ł o ż y ł  S T A N I S Ł A W  W Y R Z Y K O W S K I 

w y d a n i e  o z d o b n e 2.— 

» » w  o p r a w i e 2.50 
»  w y t w o r n e w 10  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  5 . — 

Tom III — Z  G E N E A L O G I I  M O R A L N O Ś C I 

p r z e ł o ż y ł  L E O P O L D  S T A F F 

w y d a n i e  o z d o b n e  2 . — 

» » w  o p r a w i e 2.50 
»  w y t w o r n e w 10  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  5 . — 

Tom  I V —  D Y T Y R A M B Y  D Y O N I Z Y J S K I E 

p r z e ł o ż y ł  S T A N I S Ł A W  W Y R Z Y K O W S K I 

w y d a n i e  o z d o b n e  — . 6 0 

» » w  o p r a w i e 1.35 
»  w y t w o r n e w 10  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h 1.10 

Tom V —  Z M I E R Z C H  B O Ż Y S Z C Z 

p r z e ł o ż y ł  S T A N I S Ł A W  W Y R Z Y K O W S K I 

w y d a n i e  o z d o b n e  1 . 2 0 

» » w  o p r a w i e 1.70 
»  w y t w o r n e w 15  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  2 . 7 5 

Tom VI —  W I E D Z A  R A D O S N A 

p r z e ł o ż y ł  L E O P O L D  S T A F F 

w y d a n i e  o z d o b n e  2 . 5 0 

» » w  o p r a w i e 3.— 
»  w y t w o r n e w 15  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h 6.— 

WYDANI

E

 CAŁKOWIT

E

 (BE

Z

 SKRÓCEŃ

WYDANI

E

 CAŁKOWIT

E

 (BE

Z

 SKRÓCEŃ

Tom VII -  J U T R Z E N K A 

p r z e ł o ż y ł  S T A N I S Ł A W  W Y R Z Y K O W S K I 

w y d a n i e  o z d o b n e 

» » w  o p r a w i e 
»  w y t w o r n e w 15  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h 

2,50 

3 , — 
6 . — 

background image

Tom VIII -  A N T Y C H R Y S T

 Rb. k. 

p r z e ł o ż y ł  L E O P O L D  S T A F F 
w y d a n i e  o z d o b n e 1. — 

» » w  o p r a w i e . 1.50 
»  w y t w o r n e w 15  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h 2.50 

Tom IX —  N A R O D Z I N Y  T R A G E D Y I 

p r z e ł o ż y ł  L E O P O L D  S T A F F 
w y d a n i e  o z d o b n e 1.60 

» » w  o p r a w i e 2.10 

»  w y t w o r n e w  1 5  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  4 . — 

Tom X —  L U D Z K I E ,  A R C Y L U D Z K I E 

C z ę ś ć  p i e r w s z a .  P r z e ł o ż y ł  K O N R A D  D R Z E W I E C K I 
w y d a n i e  o z d o b n e 2.50 

» » w  o p r a w i e  3 . — 
»  w y t w o r n e w 15  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h 6.— 

Tom XI —  W Ę D R O W I E C I  J E G O  C I E Ń 

L U D Z K I E ,  A R C Y L U D Z K I E . Część druga. 
P r z e ł o ż y ł  K O N R A D  D R Z E W I E C K I 
w y d a n i e  o z d o b n e 2.50 

» » w  o p r a w i e  3 . — 
»  w y t w o r n e w  1 5  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  6 . — 

Tom XII -  W O L A  M O C Y 

P r z e ł o ż y ł  W A C Ł A W  B E R E N T 

w y d a n i e  o z d o b n e  3 . — 

» » w  o p r a w i e 3.50 
»  w y t w o r n e w  1 5  n u m e r o w a n y c h  e g z e m p l a r z a c h  7 . — 

Suplement-  E C C E  H O M O (Autobiografia) 

P r z e ł o ż y ł  L E O P O L D  S T A F F 
w y d a n i e  o z d o b n e 1.50 

» » w  o p r a w i e  2 . — 

»  w y t w o r n e  n a  c z e r p a n y m  p a p i e r z e  4 . — 

D O  N A B Y C I A  W E  W S Z Y S T K I C H  K S I Ę G A R N I A C H . 

WYDANI

E

 CAŁKOWIT

E

 (BE

Z

 SKRÓCEŃ

(WYDANI

E

 CAŁKOWIT

E

 (BE

Z

 SKRÓCEŃ

W A C Ł A W  B E R E N T

  R b .  k . 

Ź R Ó D Ł A I  U J Ś C I A  N I E T Z S C H E A ­

N I Z M U —.80 

Portret  F R Y D E R Y K A  N I E T Z S C H E G O , akwaforta 

oryginalna, Franciszka Siedleckiego, na 
papierze grubym 1.— 
na papierze japońskim 3.— 

W A R S Z A W A 1910. —  N A K Ł A D  J A K Ó B A  M O R T K O -
W I C Z A . -  S K Ł A D Y  G Ł Ó W N E : W  K S I Ę G A R N I 

G.  C E N T N E R S Z W E R A I  S P Ó Ł K I W  W A R S Z A W I E 

O R A Z  H .  A L T E N  B E R G A  W E  L W O W I E .