background image

                   

Jarosław Iwaszkiewicz 

 

                               

TATARAK 

 

 
                                                       

Andrzejowi Brustmanowi 

 
 
 

 
Tatarskie ziele ma dwa zapachy. Je

Ŝ

eli si

ę

 potrze w pal- 

cach zielon

ą

 jego wst

ąŜ

k

ę

, miejscami przymarszczon

ą

, po- 

czuj

ę

 si

ę

 zapach, łagodn

ą

 wo

ń

 „wierzbami ocienionej wo- 

dy", jak mówi Słowacki, troch

ę

 tylko zatr

ą

caj

ą

c

ą

 wschod- 

nim nardem. Ale kiedy si

ę

 takie pasmo tataraku rozetrze, 

kiedy si

ę

 wło

Ŝ

y nos w bruzd

ę

, wyło

Ŝ

on

ą

 jak gdyby wat

ą

czuje si

ę

 obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, 

gnij

ą

cych rybich łusek, po prostu błota. 

Zapach ten na pocz

ą

tku mojego 

Ŝ

ycia skojarzył si

ę

 

z obrazem gwałtownej 

ś

mierci. W dzieci

ń

stwie tatarakiem 

wykładano podłogi sieni i balkonu, panował on niepodziel- 
nie w dniach wesołych i naprawd

ę

 Zielonych 

Ś

wi

ą

t. A jed- 

nocze

ś

nie przypomina mi on zawsze 

ś

mier

ć

 mojego pierw- 

szego przyjaciela, który nosił dziwaczne imi

ę

 Gracjan i uto- 

pił si

ę

 maj

ą

c trzyna

ś

cie lat. 

To było o 

ś

witaniu mojego 

Ŝ

ycia, we wczesnym dzieci

ń

st- 

wie. Ale i dzisiaj wywołuje ten podwójny zapach niewesołe 
my

ś

li. Koniec ma jakie

ś

 tajemnicze zwi

ą

zki z pocz

ą

tkiem. 

Ton, d

ź

wi

ę

k, wo

ń

 jak echo odpowiadaj

ą

 z ko

ń

ca w koniec 

Ŝ

ywota. Zapach dzieci

ń

stwa odnajduje odpowiednik w za- 

pachu staro

ś

ci, młodo

ść

 odbija si

ę

 w zielonym lustrze wieku 

dojrzałego. Tak

ą

 jest w moim 

Ŝ

yciu historia tataraku. 

Na ogół ludzie si

ę

 dziwi

ą

Ŝ

e aby uciec od zgiełku miast 

i podró

Ŝ

y, aby oderwa

ć

 si

ę

 od nu

Ŝą

cych i jałowych zaj

ęć

sp

ę

dzam cz

ęść

 lata (raczej pó

ź

nej wiosny) w małym mias- 

teczku Z., poło

Ŝ

onym nad wielk

ą

 rzek

ą

. Oprócz rzeki i ł

ą

nadrzecznych, oprócz nadbrze

Ŝ

nej wikliny, oprócz lekkiej 

konstrukcji mostu, który ł

ą

czy dwa brzegi — w miasteczku 

nie ma dosłownie nic. Zakurzony rynek, par

ę

 domów 

i domków — owszem, jest du

Ŝ

o ogrodów i sadów, które s

ą

 

jedyn

ą

 ozdob

ą

 osiedla. Dla mnie najwi

ę

ksz

ą

 atrakcj

ą

 jest 

to, 

Ŝ

e mog

ę

 tam mieszka

ć

 (w przytułku dla starców!) nie 

podaj

ą

c nikomu mego adresu, nie m

ę

czony telefonami 

i depeszami, otrzymuj

ą

c codziennie listy od 

Ŝ

ony. 

Mam te

Ŝ

 jeszcze jedn

ą

 atrakcj

ę

, której ludzie mniej mnie 

znaj

ą

cy przypisuj

ą

 wi

ę

ksze ni

Ŝ

 ma naprawd

ę

 znaczenie: jest 

ni

ą

 przyja

źń

 z doktorow

ą

 M. Jest to prawdziwa przyja

źń

poparta wielkim argumentem tego, 

Ŝ

e widujemy si

ę

 raz na 

rok dwa lub trzy tygodnie, nie pisujemy do siebie i nie 
jeste

ś

my zupełnie zainteresowani w naszych 

Ŝ

ywotach. Po- 

maga to zarówno szczero

ś

ci naszych wyzna

ń

, jak te

Ŝ

 pew- 

nemu wzajemnemu egzaltowaniu swoich charakterów. Jes- 
te

ś

my dla siebie zawsze czym

ś

 osobliwym, w ci

ą

gu całych 

dwudziestu pi

ę

ciu lat naszej znajomo

ś

ci. 

Doktorowa M. — p. Marta — straciła w czasie okupa- 

background image

cji dwóch synów i teraz jest zupełnie samotna. M

ąŜ

 po- 

twornie zapracowany. Oprócz szpitala ma olbrzymi

ą

 prak- 

tyk

ę

 wokół miasteczka. Dawniej widywałem go na chłops- 

kich furkach jad

ą

cego po 15, 20 kilometrów do chorych. 

Teraz ma samochód i mo

Ŝ

e odwiedzi

ć

 w ci

ą

gu dnia zna- 

czn

ą

 ilo

ść

 pacjentów. Wpływa to dodatnio na poziom 

codziennego 

Ŝ

ycia doktorostwa. Mimo tego „poziomu", 

pewnej łatwo

ś

ci 

Ŝ

yciowej, pani Marta odczuwa bardzo 

swoje opuszczenie. Par

ę

 tygodni mojego pobytu w mia- 

steczku Z. nie mo

Ŝ

e zaradzi

ć

 jej uczuciu zb

ę

dno

ś

ci istnie- 

nia. Trzeba zreszt

ą

 doda

ć

Ŝ

e pani Marta nigdy nie na- 

rzeka, nie daje wyrazu swoim uczuciom. Pilnie zajmuje si

ę

 

domem, przyjmuje telefony, zapisuje pacjentów i stara si

ę

aby zziajany doktor przychodz

ą

c do domu zastawał ład, 

spokój i zewn

ę

trzny wygl

ą

d mieszkania doprowadzony do 

najwy

Ŝ

szego porz

ą

dku. 

 
Dom doktorstwa — to staro

ś

wiecki dworek, jakich jest 

wiele w miasteczku. Niewygodny rozkład obszernych pokoi 
sprawia, 

Ŝ

e nikt nie mo

Ŝ

e tu mieszka

ć

 oprócz doktorstwa. 

Pokój chłopców zamkni

ę

ty jest na klucz i nikt tam nie 

zagl

ą

da. A inne pokoje, niskie, ale jasne, zastawione s

ą

 

mnóstwem staro

ś

wieckich mebli i doniczek z egzotycznymi 

ro

ś

linami. 

Doktorowa przyjmowała mnie zawsze w salonie, gdzie 
stoi garnitur simmlerowskich mahoniowych mebli, krytych 
szafirowym pluszem, gdzie wisi na 

ś

cianie par

ę

 oleodruków 

i portret pani Marty, sporz

ą

dzony przez miejscowego mala- 

rza, który pow

ą

chał kiedy

ś

 paryskiego powietrza. W czar- 

nych 

Ŝ

ardinierach g

ę

sto zieleniały ro

ś

liny, jakby zrobione 

z jedwabiu i blachy. Ogromny fortepian, przez nikogo od 
wieków nie tykany, stał tu tak

Ŝ

e. Na podłodze le

Ŝ

ał czer- 

wonawy dywan, przedstawiaj

ą

cy kobiet

ę

 nios

ą

c

ą

 dwa wiad- 

ra wody na koromy

ś

le. 

Nie był to pokój stworzony do zwierze

ń

. A jednak tu mi 

opowiadała pani Marta histori

ę

 swego 

Ŝ

ycia. Tu te

Ŝ

 — 

ostatnio, kiedy skonstatowano u niej objawy chronicznej 
a nieuleczalnej choroby — opowiedziała mi spraw

ę

, która 

jest przedmiotem niniejszej relacji. Oczywi

ś

cie, spisałem to 

wszystko jak literat, uzupełniaj

ą

c, dodaj

ą

c to, co sobie 

wyobra

Ŝ

ałem — i nawet czasami, prawem od bardzo dawna 

u

ś

wi

ę

conym, a w gruncie rzeczy nie umotywowanym, za- 

gl

ą

daj

ą

c do wn

ę

trza działaj

ą

cych osób. By

ć

 mo

Ŝ

e potrak- 

towałem cał

ą

 spraw

ę

 zbyt dramatycznie, jak gdyby było tu 

co

ś

 wyj

ą

tkowego. A przecie

Ŝ

 to historia codzienna, jakich 

tysi

ą

ce zdarzaj

ą

 si

ę

 po naszych miastach i miasteczkach. 

Pani Marta nigdy nie bywa na „przystani". 
Tak si

ę

 nazywa do

ść

 du

Ŝ

y drewniany budynek, stoj

ą

cy 

w pewnym oddaleniu od rzeki. Składa si

ę

 on z dwóch sal. 

W jednej z nich stoi bufet, gdzie sprzedaj

ą

 papierosy, piwo 

i znakomity tutejszy „płynny owoc" — gospodarcz

ą

 pod- 

staw

ę

 tego pełnego sadów rejonu — a obok sal istnieje du

Ŝ

taras, a raczej drewniany pomost, na którym odbywaj

ą

 si

ę

 

ta

ń

ce. Wszystko to stoi jak chatka na kurzej nó

Ŝ

ce na 

wysokim podmurowaniu, które zabezpiecza „przysta

ń

przed porwaniem przez wezbrane wody powodzi. 

background image

Ten taras wła

ś

nie jest najwi

ę

ksz

ą

 atrakcj

ą

 miasteczka Z. 

Tu przychodzi wyta

ń

czy

ć

 si

ę

 i wyszumie

ć

 młodzie

Ŝ

 znudzo- 

na monotoni

ą

 pracy czy nauki w poło

Ŝ

onym daleko od 

wszelkich centrów kulturalnych mie

ś

cie. Dzieje si

ę

 to zwyk- 

le w soboty i niedziele. Przy czym w soboty obowi

ą

zuje 

chłopców strój bardziej swobodny, kolorowe kraciaste ko- 
szule i potargane „egzystencjalistycznie" czupryny. W nie- 
dziel

ę

 natomiast włosy s

ą

 pobo

Ŝ

nie przygładzone, koszule 

s

ą

 białe i marynarki ciemne. W jednym i drugim stroju 

chłopcy pij

ą

 „płynny owoc" i wbrew temu, co si

ę

 mówi 

o pija

ń

stwie w Polsce, wódki z sob

ą

 nie przynosz

ą

. S

ą

 na to 

za ubodzy. Graj

ą

 tak

Ŝ

e w brid

Ŝ

a, po pół grosza punkt. 

Dziewcz

ą

t jest zazwyczaj bardzo mało, tyle tylko, ile do 

ta

ń

ca potrzeba. 

Gdzie

Ŝ

 mogła zaprowadzi

ć

 pani Marta przybył

ą

 ze stoli- 

cy przyjaciółk

ę

? Có

Ŝ

 jej miała pokaza

ć

 w zrujnowanym 

przez wojn

ę

 miasteczku? Oczywi

ś

cie zaprowadziła j

ą

 na 

„przysta

ń

". 

Ksi

ęŜ

yc 

ś

wiecił, rzeka połyskiwała, czasami gło

ś

niej klap- 

n

ę

ła fala o brzeg. Ale nikt nie patrzył w tamt

ą

 stron

ę

. Na 

drewnianym tarasie ta

ń

czyły pary, chocia

Ŝ

 megafon chry- 

piał niemiłosiernie. W 

ś

rodku prawie wszystkie stoliki były 

zaj

ę

te. Młodzie

ń

cy grali w brid

Ŝ

a. 

Panie zaj

ę

ły wolny stolik z boku i rozejrzały si

ę

 po sali. 

W k

ą

cie za „szynkwasem" uprzejma blondyna sprzedawała 

wod

ę

 sodow

ą

 i ów „płynny owoc", sław

ę

 miejscowej prze- 

twórni. Trzeba było sobie samemu przynosi

ć

 te butelki. 

Pani Marta skierowała si

ę

 do bufetu i wzi

ę

ła dwie butelki 

jabłecznego soku. Wracaj

ą

c do swojego stolika mijała grup

ę

 

graj

ą

cych. Jeden z chłopców, uderzaj

ą

c kart

ą

 o stół, wysoko 

podniósł r

ę

k

ę

 i tr

ą

cił butelk

ę

 niesion

ą

 przez pani

ą

 Mart

ę

Butelka omal nie wy

ś

lizn

ę

ła si

ę

 jej z r

ą

k, a chłopak podniósł 

na ni

ą

 oczy i przeprosił uprzejmie. 

Pani Marta usiadła obok przyjaciółki i milczała przez 
chwil

ę

. Potem rozlała do szklanek płyn o pi

ę

knej, dojrzałej 

barwie i znowu si

ę

 zamy

ś

liła. Spojrzała w stron

ę

, gdzie 

siedział ów chłopiec, który j

ą

 potr

ą

cił. Zwrócony do niej 

bokiem, ukazywał swój profil nieregularny, o zgniecionym 
nieco, jak u boksera, nosie. Miał obfite włosy, zaczesane do 
góry. R

ę

ka, w której trzymał karty, palce drugiej r

ę

ki, 

którymi przebierał po damach i waletach wahaj

ą

c si

ę

, czym 

ma zabi

ć

 lew

ę

, były pi

ę

kne i smukłe. Znajdowały si

ę

 one 

w wyra

ź

nym kontra

ś

cie ze złamanym nosem, do

ść

 du

Ŝą

masywn

ą

 głow

ą

 i wulgarnie rze

ź

bion

ą

 szyj

ą

, wynurzaj

ą

c

ą

 

si

ę

 z czerwonej koszuli (była sobota). 

Pani Marta szybko spotrzegła, 

Ŝ

e z ow

ą

 „przyjaciółk

ą

niewiele maj

ą

 sobie do powiedzenia. Ł

ą

czyły je kiedy

ś

 

wspomnienia młodo

ś

ci, ale pani Marta zauwa

Ŝ

yła, 

Ŝ

e od 

jakiego

ś

 czasu nie znosi wspomnie

ń

. Postarzały j

ą

 one — 

i mówiły o wszystkim, co si

ę

 obróciło w proch. A w pani 

Marcie 

Ŝ

yły jeszcze jakie

ś

 niejasne nadzieje na dzie

ń

 dzisiej- 

szy. Słuchała wi

ę

c opowiada

ń

 przyjaciółki, która miała 

czworo dzieci rozsianych po wszystkich cz

ęś

ciach 

ś

wiata, 

otrzymywała od nich paczki i listy i uwa

Ŝ

ała za stosowne 

poinformowa

ć

 pani

ą

 Mart

ę

 o tym wszystkim bardzo szcze- 

gółowo. Doktorowa słuchała pi

ą

te przez dziesi

ą

te, od czasu 

background image

do czasu zadawała jakie

ś

 pytanie, a nudz

ą

c si

ę

 

obserwowała 
chłopców graj

ą

cych w karty. 

W pewnej chwili zobaczyła niezwykle urocz

ą

 dziewczyn

ę

jak szybkim krokiem weszła na sal

ę

 (o ile tak mo

Ŝ

na nazwa

ć

 

niskie i drewniane pomieszczenie „przystani") i zatrzymu- 
j

ą

c si

ę

 przy tamtym stoliku poło

Ŝ

yła r

ę

k

ę

 na ramieniu 

chłopca, który uderzył w butelk

ę

 pani Marty. Chłopiec si

ę

 

odwrócił — i wtedy pani Marta ujrzała jego twarz en face. 
Nie odpowiadała ona zupełnie — jak to czasem bywa — 
jego profilowi. Szeroka, o wystaj

ą

cych ko

ś

ciach policz- 

kowych, miała ta twarz w oczach jaki

ś

 specjalny błysk, 

który zainteresował pani

ą

 Mart

ę

Powiedział par

ę

 słów do przybyłej dziewczyny, potem 

znowu zwrócił si

ę

 ku kartom. Ona postała chwilk

ę

 nad nim, 

jakby si

ę

 wahała. Potem powoli odeszła. 

Ubrana była w czarny sweter i kolorow

ą

 spódnic

ę

. Miała 

nawet włosy upi

ę

te w modny „ko

ń

ski ogon" — a jednak 

było w niej co

ś

 opuszczonego i zaniedbanego, jaka

ś

 omd- 

lało

ść

 ruchów, jakie

ś

 zniech

ę

cenie w całej postaci. Obci

ś

ni

ę

ty sweter ukazywał pi

ę

kne linie ciała, ruchy miała troch

ę

 

kocie, skradaj

ą

ce si

ę

 a oboj

ę

tne. Mogła bardzo interesowa

ć

Chłopak przerwał gr

ę

 w karty i ku oburzeniu kolegów 

wybiegł za dziewczyn

ą

. Zast

ą

pił go mały, chudy, przebiegły 

chłopaczek, który kibicował przez cały czas przy brid

Ŝ

i widocznie tylko czekał na nadarzaj

ą

c

ą

 si

ę

 okazj

ę

, aby 

wpakowa

ć

 si

ę

 na opuszczone miejsce przy stoliku. 

Pani Marta z przyjaciółk

ą

 tak

Ŝ

e wkrótce wyszły. 

Nazajutrz poszły na daleki spacer wałami ochronnymi 
rozci

ą

gaj

ą

cymi si

ę

 wzdłu

Ŝ

 rzeki na całe kilometry. Jedyn

ą

 

rzecz

ą

, która miała w miasteczku jaki

ś

 charakter, była ta 

rzeka. Jej pi

ę

kno mogło okupi

ć

 kurz, brud i pospolito

ść

 

małomiasteczkowych uliczek. Kiedy si

ę

 schodziło nad wo- 

d

ę

, zapominało si

ę

 nie tylko o domach, ale i o ludziach. 

Szeroka i majestatyczna, płyn

ę

ła rzeka wielkim ło

Ŝ

yskiem, 

obrze

Ŝ

ona z obu stron zaro

ś

lami wiklin. I to nawet, 

Ŝ

e zaraz 

z pocz

ą

tkiem lata wyłaniały si

ę

 z szarawej wody mielizny, 

niby obłe grzbiety potworów, nie pozbawiało jej owego 
majestatu. Gdy si

ę

 stało na brzegu, czuło si

ę

 sił

ę

 i wartko

ść

 

pr

ą

du, który po deszczach wzbierał pian

ą

 i szybko po- 

krywał wyłonione piaski. 
Widok rzeki był zbyt pot

ęŜ

ny i jakby nieludzki. Pani 

Marta wolała, id

ą

c wałami ochronnymi, poło

Ŝ

onymi do

ść

 

daleko od głównego koryta, ogl

ą

da

ć

 zielone ł

ą

ki wynurza- 

j

ą

ce si

ę

 spod wiklin jak inna, łagodniejsza woda. Wzdłu

Ŝ

 

wału ci

ą

gn

ę

ły si

ę

 nie zaro

ś

la, ale gaiki wierzbowe, gdzie 

odró

Ŝ

niało si

ę

 ju

Ŝ

 poszczególne osobniki. Od czasu do 

czasu spo

ś

ród wierzb strzelał ku górze olbrzymi, stuletni 

pie

ń

 białodrzewu. Gdy si

ę

 przechodziło koło takiego olb- 

rzyma nawet w bezwietrzny pozornie dzie

ń

 — koron

ę

 jego 

napełniał zawsze swoisty, muzykalny szelest, nie tak suchy, 
jak szelest starych palm. 
Zreszt

ą

 i tu tak

Ŝ

e znajdowały si

ę

 okr

ą

głe zaro

ś

la wikliny 

i iwy. To było w tych miejscach, gdzie na ł

ą

ce tworzyły si

ę

 

du

Ŝ

e stawki, „oka" poro

ś

ni

ę

te rz

ę

s

ą

 i trzcinami, pełne 

wodnych lilii i gr

ąŜ

eli. 

background image

Pani Marta specjalnie lubiła zatrzymywa

ć

 si

ę

 przy tych 

wodnych zbiornikach, ciemnych i niezmiernie gł

ę

bokich. 

Czasami na dnie takiego jeziorka biło podwodne 

ź

ródło, 

zaznaczaj

ą

c si

ę

 na powierzchni b

ą

blami i kr

ę

gami na 

wodzie. Zwłaszcza poci

ą

gały j

ą

 te „oka", które, otoczone 

g

ę

st

ą

 gmatwanin

ą

 wiklin, na brzegach zarosłe tatarakiem, 

ukryte jak gdyby przed człowiekiem, poci

ą

gały go tajem- 

niczo

ś

ci

ą

 i tym, 

Ŝ

e na ich brzegu osi

ą

gało si

ę

 zupełn

ą

 

samotno

ść

. Zdawało si

ę

 nad takim jeziorkiem, 

Ŝ

e si

ę

 jest 

zupełnie poza 

Ŝ

yciem. 

Kiedy pani Marta ze swoj

ą

 przyjaciółk

ą

 wyszły na wał, 

było ol

ś

niewaj

ą

ce majowe popołudnie. Niebo było bez- 

chmurne, a wierzby stały nieruchomo. Tylko białodrzewy 
szele

ś

ciły. 

Przyjaciółki szły w sło

ń

cu po mi

ę

kko wygi

ę

tej linii wału. 

Po lewej stronie ku ł

ą

kom spadało zbocze niebieskie od 

niezapominajek, po prawej w kwitn

ą

cych sadach stały 

domki ogrodników i błyszczały okna inspektów. Pani 
Marta znowu oboj

ę

tnie słuchała słów swej dawnej kole- 

Ŝ

anki. 

W pewnym momencie ujrzała siedz

ą

c

ą

 na skraju wału 

par

ę

. Byli to owi znajomi z przystani. Dziewczyna miała na 

sobie jasn

ą

 sukienk

ę

, chłopiec koszul

ę

 koloru khaki, byli 

codzienni, powszedni. Dziewczyna mówiła co

ś

 przekony- 

waj

ą

co, chłopiec gryzł trawk

ę

 i odwracał si

ę

 w stron

ę

 rzeki, 

która w tym miejscu przebijała niebiesko przez zaro

ś

la 

wikliny. 
Pani Marta ujrzała ich z daleka i zwróciła uwag

ę

 na styl 

ich rozmowy. Kiedy dwie kobiety zrównały si

ę

 z siedz

ą

cy- 

mi, młodzi zamilkli. Gdy panie wracały ze spaceru —ju

Ŝ

 ich 

na brzegu wału nie było. Pani Marta wiedziała, w jakim 
miejscu siedzieli, i ujrzała tam zgniecione koniczynki i nie- 
zapominajki. 
Po paru dniach przyjaciółka wyjechała. Które

ś

 z jej dzieci 

miało przyjecha

ć

 z Ameryki, musiała by

ć

 w Warszawie. 

Pani Marta znowu została sama. 
I pewnego popołudnia wybrała si

ę

 na przechadzk

ę

 wa- 

łem. Zdawało jej si

ę

Ŝ

e znowu spotka t

ę

 par

ę

, która j

ą

 

fascynowała swoj

ą

 urod

ą

 i młodo

ś

ci

ą

. I rzeczywi

ś

cie, pra- 

wie w tym samym miejscu, co wtedy, siedział ów młodzie- 
niec, ale bez dziewczyny. Pani Marta ju

Ŝ

 wiedziała, jak si

ę

 

nazywa i co robi: był to Bogusław K. i pracował od do

ść

 

dawna, cho

ć

 miał mo

Ŝ

e dwadzie

ś

cia pi

ęć

 lat zaledwie, 

w zarz

ą

dzie wodnym. Bogu

ś

 był bardzo popularny w mie

ś

cie i znał go ka

Ŝ

dy. Pani Marta te

Ŝ

 była wszystkim znana. 

Tote

Ŝ

, kiedy uwa

Ŝ

nie popatrzyła na chłopca, ten zarumienił 

si

ę

 i pozdrowił j

ą

. Pani Marta zatrzymała si

ę

 przy nim. 

— I có

Ŝ

 to dzisiaj pan sam? 

Bogu

ś

 zarumienił si

ę

 jeszcze bardziej i chciał wsta

ć

— Niech pan siedzi, niech pan siedzi — powiedziała pani 
Marta — ja te

Ŝ

 usi

ą

d

ę

. To jest prze

ś

liczne miejsce. 

Usiadła na trawie i popatrzyła. Przed nimi stał wysoki 
rozło

Ŝ

ysty białodrzew. Wiatr ukazywał jasn

ą

 podszewk

ę

 

jego li

ś

ci. 

— Sam pan? — powtórzyła swe pytanie pani Marta. 
— Halinka wyjechała — niech

ę

tnie b

ą

kn

ą

ł Bogu

ś

background image

Pani Marta z przyjemno

ś

ci

ą

 skonstatowała, 

Ŝ

e głos ma 

niski i bardzo uroczy. 
Było bardzo gor

ą

co i Bogu

ś

 miał na sobie tylko sportow

ą

 

koszulk

ę

. Miał pi

ę

kne ramiona — ale twarz z załamanym 

nosem z bliska zdawała si

ę

 bardzo brzydka, a nawet dzika. 

Pani Marta przygl

ą

dała si

ę

 uwa

Ŝ

nie Bogusiowi. 

— Kto to jest Halinka? — spytała. 
— To niewa

Ŝ

ne — powiedział Bogu

ś

 tym uroczym gło- 

sem, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

Mimo ró

Ŝ

nicy wieku pani Marta, siedz

ą

c obok Bogu- 

sia, pocz

ę

ła my

ś

le

ć

 o swoim ciele. Czy on by mógł zna- 

le

źć

 jak

ą

 przyjemno

ść

 w jej rozkwitłej — i przekwitłej — 

urodzie? Odczuła nagle, a tak dawno o tym nie my

ś

lała, 

swoje biodra, uda; pomy

ś

lała o swoich piersiach. „On 

nawet nie wie, jak ja wygl

ą

dam." I przypomniała sobie, 

Ŝ

e nałogowa po prostu mania gimnastykowania si

ę

 po- 

zwoliła jej zachowa

ć

 do dojrzałego wieku pr

ęŜ

no

ść

 mus- 

kułów i elastyczno

ść

 skóry. Piersi miała zawsze niedu- 

Ŝ

e, st

ą

pała szybko i równo. Czy to by si

ę

 jeszcze podo- 

bało? 
Zawstydziła si

ę

 swoich my

ś

li, panowało mi

ę

dzy nimi 

chwilowe milczenie. 
— Ona jest studentk

ą

 — powiedział nagle Bogu

ś

 nie 

patrz

ą

c na Mart

ę

 — i strasznie si

ę

 m

ą

drzy. A ja przecie 

jestem prosty chłopak... 
W głosie jego brzmiał wyra

ź

ny 

Ŝ

al. Marta nie miała 

ochoty wysłuchiwa

ć

 jego zwierze

ń

— Czy pan ma rodziców? — spytała. 
— Nie mam — odpowiedział — zgin

ę

li w powstaniu. 

Babcia mnie wychowała. 
— Wychowała chłopca na schwał — powiedziała z prze- 
konaniem pani Marta i zaraz si

ę

 połapała. „Sk

ą

d mi do 

głowy przychodz

ą

 takie głupie rzeczy?" 

— Gdzie si

ę

 pan uczył? — spytała rzeczowo, dla zatarcia 

tamtego niem

ą

drego zdania. 

Bogu

ś

 popatrzył na ni

ą

 z niech

ę

ci

ą

. Wygl

ą

dał, jakby 

my

ś

lał: „Przecie

Ŝ

 nie jestem na egzaminie." 

— W Elbl

ą

gu — powiedział — na wodniaka. 

— A nie chciałby pan czego innego? 
— Zaczyna pani — do

ść

 niecierpliwie powiedział Bogu- 

sław — jak Halina. Nic ze mnie innego nie b

ę

dzie, rozumie 

pani? Nic. Jestem urodzony na wodniaka — mierniczy 
wodny i ju

Ŝ

— A ona czego chce od pana? — spytała Marta, ucieszo- 
na ostrym tonem chłopca. Nie zauwa

Ŝ

ył nawet tamtego 

idiotyzmu. 
— No, chce, 

Ŝ

ebym czytał ksi

ąŜ

ki i chodził z ni

ą

 nad 

rzek

ę

 przy ksi

ęŜ

ycu. 

— A pan woli brid

Ŝ

a? 

— Pewnie. 
— Widziałam pana wówczas na „przystani". 
— No, wła

ś

nie. 

Dołem, u stóp wału p

ę

dzili krowy. Objedzone, z poziele- 

nionymi wysok

ą

 traw

ą

 wymionami szły pomału i nie 

poddawały si

ę

 woli poganiaczy, wołaj

ą

cych co chwila: 

„a nu!" Jedna z nich trzymała w pysku p

ę

k niezapomina- 

background image

jek — i nie połykała go. 
Pani Marta poło

Ŝ

yła sw

ą

 dło

ń

 na r

ę

ce Bogusia. 

— Ja bym te

Ŝ

 chciała, 

Ŝ

eby pan si

ę

 uczył, 

Ŝ

eby pan czytał 

ksi

ąŜ

ki. 

Bogu

ś

 nie zabrał swej r

ę

ki, komar gryzł go w rami

ę

, pani 

Marta zabiła go, kropla krwi ukazała si

ę

 na pi

ę

knej okr

ą

g- 

ło

ś

ci muskułu. 

— Ja czasem czytam — gł

ę

bokim basem powiedział 

Bogusław — ale nie mam sk

ą

d bra

ć

. Kupowa

ć

 nie mog

ę

Jeszcze babce musz

ę

 posyła

ć

 fors

ę

 — dodał jak gdyby dla 

wyja

ś

nienia. 

— Niech pan bierze ksi

ąŜ

ki ode mnie — powiedziała 

niespodziewanie dla samej siebie Marta. — My mamy 
troch

ę

 ksi

ąŜ

ek. Mój m

ąŜ

 sprowadza i kupuje w Domu 

Ksi

ąŜ

ki, a sam nie ma czasu na czytanie. Le

Ŝą

 najcz

ęś

ciej 

nie rozci

ę

te. 

— Dzi

ę

kuj

ę

 — zmieszał si

ę

 Bogu

ś

, który bynajmniej do 

ksi

ąŜ

ki si

ę

 nie palił. 

— Kiedy pan przyjdzie? — spytała Marta. 
Nic jej nie powiedział. Siedział nachmurzony i gryzł 
trawk

ę

. Dotkn

ę

ła jego przedramienia. Nie zauwa

Ŝ

ył tego, 

my

ś

lał o swoim. Nagle wybuchn

ą

ł: 

— Bo jej si

ę

 zdaje Bóg wie co. Ona b

ę

dzie profesorem 

uniwersytetu i powiada, 

Ŝ

e jej wstyd takiego nieuka. Niech 

sobie b

ę

dzie nieuk. Mnie tam 

Ŝ

adnej filozofii nie trzeba. 

Mnie jest dobrze, jak jest. Chce i

ść

 za mnie za m

ąŜ

, to 

dobrze, a nie chce, to drugie dobrze. 
Marta zdziwiła si

ę

— Pan jeszcze za młody na mał

Ŝ

e

ń

stwo. 

Bogu

ś

 spojrzał na ni

ą

 z pewn

ą

 irytacj

ą

— Za młody, za młody — powtórzył — ona tak samo 
mówi. Ja inny nie b

ę

d

ę

— Niech pan przyjdzie jutro — powiedziała na to do

ść

 

natarczywie Marta i wstała. Bogu

ś

 te

Ŝ

 si

ę

 zerwał. — Pan 

wie, gdzie my mieszkamy? Za Krakowsk

ą

 Bram

ą

Podała mu r

ę

k

ę

. Widziała w wyci

ę

ciu koszulki, jak mu 

drgała skóra na piersi. 
— Pan pływa? — spytała. 
— Pływam, oczywi

ś

cie — odpowiedział i pocałował j

ą

 

w r

ę

k

ę

— To mo

Ŝ

e spotkamy si

ę

 kiedy nad rzek

ą

? — spytała. 

Bogu

ś

 nic nie odpowiedział. Był troch

ę

 zdziwiony, ale nie 

zmieszany. 
Pani Marta okazała niezły humor przy kolacji. Doktor 
był bardzo zm

ę

czony, ale si

ę

 rozchmurzył. Mówili o bie

Ŝą

cych sprawach, ale z pewnym o

Ŝ

ywieniem, którego ju

Ŝ

 

dawno nie było przy ich smutnym stole. 
Wspólne ich po

Ŝ

ycie od dawna ju

Ŝ

 nie miało sensu. 

Pani Marta spełniała wszystkie obowi

ą

zki dobrej gospo- 

dyni, ale w kuchni panowała stara Zosia, która wycho- 
wywala chłopców — i teraz jakby z lito

ś

ci została przy 

rodzicach. Układanie kwiatów w wazonach i przyjmowa- 
nie telefonów to nie była zbyt absorbuj

ą

ca praca. Pani 

Marta odczuwała t

ę

 pustk

ę

, ale nie umiała jej zaradzi

ć

Od czasu do czasu sprowadzała jak

ąś

 dawn

ą

 kole

Ŝ

ank

ę

 

ze stolicy, ale najcz

ęś

ciej taka osoba uciekała z domu 

background image

doktorostwa po kilku dniach. Jedna z nich pu

ś

ciła tak

ą

 

gadk

ę

 po Warszawie: „Nie mog

ę

 wytrzyma

ć

 w takim 

ibsenowskim nastroju." I okre

ś

leniem atmosfery domu pa- 

ni Marty odp

ę

dziła ch

ę

tne jeszcze do tej wizyty przyja- 

ciółki. A doktor nie miał wielkich wymaga

ń

: lubił dobrze 

zje

ść

, a niedzielami czytał gazety i pisma medyczne. 

Ŝ

on

ą

 nie rozmawiał na 

Ŝ

adne tematy, zreszt

ą

 był tak 

ogłupiony nadmiern

ą

 prac

ą

 i zbijaniem pieni

ę

dzy, 

Ŝ

e po 

prostu nie miał do

ść

 sił wieczorami, aby usta otwo- 

rzy

ć

Tego dnia jednak co

ś

 si

ę

 mi

ę

dzy nimi odmieniło. To 

chwilowe o

Ŝ

ywienie obojgu sprawiło niespodziank

ę

 — i sie- 

dz

ą

c naprzeciwko siebie jak gdyby ujrzeli siebie na nowo. 

Doktora to bardzo zainteresowało. Ujrzał, jak Marta pod- 
nosi obie r

ę

ce do głowy i poprawia sobie włosy z tyłu. Był to 

dawny, zapomniany gest młodo

ś

ci. 

Doktor westchn

ą

ł, odwrócił oczy i znowu patrzył w ta- 

lerz. Jedzenie dzisiaj wieczór było bardzo dobre: potrawka 
z raków i krem przypalany. I nagle po kolacji pani Marta 
wstała i wyj

ę

ła klucz z szuflady małego stolika, stoj

ą

cego 

przy fortepianie. M

ąŜ

 popatrzył na ni

ą

 zdziwiony. Ale ona 

krokiem, który usiłowała uczyni

ć

 oboj

ę

tnym (pomy

ś

lała, 

Ŝ

e Bogu

ś

 chodzi tak rytmicznie, jakby ta

ń

czył), podeszła 

do drzwi pokoju chłopców, otworzyła je kluczem i weszła 
do 

ś

rodka. Zapaliła 

ś

wiatło. Pokój był martwy i pusty 

i mało w nim zostało z dawnej atmosfery. Pani Marta 
usiadła przy stole, który chłopcom słu

Ŝ

ył do nauki. Par

ę

 

lat temu sp

ę

dzała przy tym stole po par

ę

 godzin dzien- 

nie, teraz nie przychodziła tu bardzo dawno. 
Doktor nie ruszył si

ę

 od stołu i popijał na pozór spo- 

kojnie herbat

ę

. Drzwi do pokoju chłopców miał przed 

sob

ą

 i widział przy stole sylwetk

ę

 

Ŝ

ony. Po chwili ukry- 

ła twarz w dłoniach i siedziała tak z łokciami wspartymi 
na stole. Gdy wypił herbat

ę

, wstał ci

ęŜ

ko i podszedł do 

Marty. 
— Chod

ź

 — powiedział kład

ą

c jej r

ę

k

ę

 na ramieniu — 

nie sied

ź

 tutaj. 

Marta drgn

ę

ła. Odwróciła do niego twarz. 

— Czy ty nie masz uczucia wstydu — powiedziała do 
m

ęŜ

a — czy ty nie wstydzisz si

ę

Ŝ

Ŝ

yjesz? 

Doktor wzruszył ramionami. 
— Bo mnie jest wstyd mojego 

Ŝ

ycia wobec wszystkich 

zmarłych — powiedziała Marta i wstała z miejsca. Zacz

ę

ła 

chodzi

ć

 po obszernym i pustawym pokoju. — Mnie jest 

wstyd wobec wszystkich zmarłych, a có

Ŝ

 dopiero wobec 

naszych... 
Doktor bezradnie stał po

ś

rodku pracowni chłopców. 

R

ę

ce jak kamienne opadły mu ku dołowi. 

— I pomy

ś

l sobie, taka masa jest młodych — mówiła 

Marta — a naszych nie ma. 
— Nie byliby ju

Ŝ

 tacy młodzi — westchn

ą

ł stary lekarz. 

— Jak my

ś

lisz? Byliby ju

Ŝ

 

Ŝ

onaci? — spytała. 

— No, na pewno. Mieliby

ś

my prócz nich młode kobiety 

w domu. 
— Och, to okropne — wzdrygn

ę

ła si

ę

. — Nie cierpi

ę

 

młodych kobiet — dodała — to takie pretensjonalne. 

background image

Doktor znowu podszedł do niej. Wzi

ą

ł j

ą

 pod r

ę

k

ę

— No, chod

ź

 st

ą

d — powiedział — niepotrzebnie si

ę

 

denerwujesz. 
Marta poddała si

ę

 jego namowom. 

— Mnie zawsze ogarnia taki straszny wstyd, kiedy widz

ę

 

jakie

ś

 młode 

Ŝ

ycie. Bo młodo

ść

 jest bezwstydna. Prawda? 

— powiedziała id

ą

c z m

ęŜ

em do sypialni. 

Ale doktor zaprzeczył głow

ą

— Zapominasz o jednej rzeczy — powiedział — 

Ŝ

Ŝ

ycie 

tak łatwo mo

Ŝ

e si

ę

 sta

ć

 

ś

mierci

ą

Nazajutrz przyszedł Bogu

ś

. Pani Marta nie zdawała sobie 

nawet sprawy z tego, 

Ŝ

e fakt ten bardzo j

ą

 ucieszył. Po 

chwili dopiero zrozumiała, czego chciał od niej: oczywi

ś

cie 

wzi

ą

ł na serio to wszystko, co mu wczoraj mówiła o ksi

ąŜ

kach. Chciał po

Ŝ

yczy

ć

 co

ś

 do czytania. Nie umiał tylko 

powiedzie

ć

 co. Powiedział tak dziwacznie: co

ś

 z polonistyki. 

Pani Marta domy

ś

liła si

ę

Ŝ

e chodziło o takie ksi

ąŜ

ki, jakimi 

interesowała si

ę

 Halina. 

Okazało si

ę

 jednak, 

Ŝ

e nic nie czytał, a je

Ŝ

eli czytał, to 

nawet nie pami

ę

tał tytułów przeczytanych ksi

ąŜ

ek. Mo

Ŝ

na 

mu było wetkn

ąć

 byle co w r

ę

k

ę

, ale pani Marta chciała 

wreszcie wydoby

ć

 z niego jakie

ś

 wyznanie literackie. Pytała 

go, co lubi czyta

ć

, i nie bardzo chciała si

ę

 zorientowa

ć

Ŝ

on 
nic nigdy nie czytał i 

Ŝ

e nie umie po prostu wyrazi

ć

 swego 

Ŝ

yczenia. 

Siedzieli jaki

ś

 czas w tym saloniku z szafirowymi meblami, 

znowu było pi

ę

knie i znowu był zachód sło

ń

ca. Przed 

oknami 
mieszkania od strony ulicy rosły olbrzymie ja

ś

miny, praw- 

dziwe ja

ś

minowe drzewa — jak mawiała pani Marta. Były 

teraz w pełnym kwiecie i zakrywały 

ś

wiatło zachodz

ą

cego 

sło

ń

ca biało-zielonymi, na wpół przejrzystymi bukietami. 

— Widział pan nasze ja

ś

miny? — spytała pani Marta. — 

Prawdziwe ja

ś

minowe drzewa. 

Było to jedno z jej ulubionych powiedze

ń

, powiedzenie jej 

młodo

ś

ci. Wtedy ja

ś

miny nie były takie wielkie, chocia

Ŝ

 nie 

bardzo urosły przez tych dwadzie

ś

cia lat. Ale i wtedy 

nazywano je ja

ś

minowymi drzewami. 

Bogu

ś

 nie wiedział, zdaje si

ę

, o jakich krzakach czy 

drzewach mowa. Miał wła

ś

ciwo

ść

 niektórych prawdziwych 

m

ęŜ

czyzn, 

Ŝ

e nie umiał zapami

ę

tywa

ć

 nazw kwiatów 

i drzew. Nie wiedział dokładnie, co to s

ą

 ja

ś

miny. Wiedział 

tylko, co to jest bez — i to z powodu głupiej a ordynarnej 
elbl

ą

skiej anegdotki. 

— Rzeczywi

ś

cie — powiedział i patrzył na pani

ą

 Mart

ę

 

nie rozumiej

ą

cymi oczami. 

— Pan jest strasznie młody — powiedziała Marta nie- 
spodziewanie dla samej siebie — ile pan ma lat? 
— Ju

Ŝ

 pani mówiłem: dwadzie

ś

cia pi

ęć

Pani Marta pomy

ś

lała, 

Ŝ

e sprawia jej specjaln

ą

 przyjem- 

no

ść

, je

Ŝ

eli kto

ś

 w jej obecno

ś

ci powiada, 

Ŝ

e ma 

dwadzie

ś

cia 

pi

ęć

 lat. Sama ta liczba przyprawia j

ą

 o rado

ść

. To, 

Ŝ

e jest 

kto

ś

 na 

ś

wiecie, kto ma tak

ą

 dziwn

ą

 i tak

ą

 pi

ę

kn

ą

 liczb

ę

 lat. 

Przez chwil

ę

 chciała powiedzie

ć

 o tym Bogusiowi, ale 

background image

wiedziała, 

Ŝ

e on nic z tego nie zrozumie. Wi

ę

c zaniechała 

tego zamiaru. 
Ale tematu do rozmowy nie brakowało. Znowu wrócili 
do kwestii pływania i do powodzi, która niedawno nawie- 
dziła miasteczko Z. Jako

ś

 im szło dzisiaj gładziej z rozmow

ą

 

ani

Ŝ

eli zeszłym razem na wale. Jednak wspomnieli i wał. 

— Czy pan cz

ę

sto tam chodzi? — spytała pani Marta. 

— Nie mam z kim — powiedział Bogu

ś

 i zaczerwienił si

ę

— Jak to? — zdziwiła si

ę

 Marta. 

Bogu

ś

 nabrał oddechu i wypalił: 

— Chyba 

Ŝ

eby pani chciała ze mn

ą

 i

ść

 na spacer. 

Pani Marta zdziwiła si

ę

— Ale

Ŝ

 bardzo ch

ę

tnie — powiedziała, a potem doda- 

ła: — Có

Ŝ

 to, Halinka wyjechała? 

— Wyjechała do ciotki i wcale si

ę

 ze mn

ą

 nie po

Ŝ

egnała — 

powiedział Bogu

ś

 tonem dziecka. Był to u niego zupełnie 

nowy ton i pani Marta popatrzyła na niego 

Ŝ

yczliwie. 

— No, chyba — powiedziała. — A wi

ę

c dobrze. Jutro 

o dwunastej w dzie

ń

 ma pan czas? To spotkamy si

ę

 na 

pla

Ŝ

nad rzek

ą

, pod samym mostem. Spróbujemy razem 

popływa

ć

Bogu

ś

 zgodził si

ę

 skwapliwie. Zaraz potem poszedł sobie. 

I ostatecznie nie po

Ŝ

yczył 

Ŝ

adnej ksi

ąŜ

ki do czytania. 

Nazajutrz pani Marta otrzymała list. Był to kawałek 
papieru bez koperty, przyniósł go jaki

ś

 chłopaczek z za- 

rz

ą

du wodnego. 

„Szanowna Pani, 
Wczoraj byłem taki speszony, 

Ŝ

e umówiłem si

ę

 z Pani

ą

 na 

południe, ale ja przecie

Ŝ

 pracuj

ę

. Wolny b

ę

d

ę

 dopiero koło 

czwartej. Czy pani mo

Ŝ

e by

ć

 o tej godzinie na pla

Ŝ

w umówionym miejscu? Ł

ą

cz

ę

 wyrazy prawdziwego sza- 

cunku 
Bogusław K." 
List był napisany (przepisany?) starannym i dziecinnym 
pismem i sformułowany bez zarzutu. „Czy to Halinka 
pisała?" — pomy

ś

lała pani Marta. 

Około czwartej poszła wi

ę

c na pla

Ŝę

 pod mostem. Pla

Ŝ

była niedu

Ŝ

a i o tej porze zupełnie pusta. Bogusia nie było. 

Pani Marta rozebrała si

ę

 w krzaczkach — jak wszyscy to 

robili bez wzgl

ę

du na wiek i sytuacj

ę

 społeczn

ą

 — i w kos- 

tiumie weszła do rzeki. Siła wody była tak pot

ęŜ

na, 

Ŝ

o płyni

ę

ciu pod pr

ą

d nie mogło by

ć

 mowy. Trzeba było pły- 

n

ąć

 jaki

ś

 czas z pr

ą

dem, potem wychodziło si

ę

 na brzeg 

i szło si

ę

 z powrotem ł

ą

k

ą

 i piaskiem. Doktorowa zrobiła 

par

ę

 takich przechadzek. Nie chciała si

ę

 przyzna

ć

 przed so- 

b

ą

Ŝ

e nieobecno

ść

 Bogusia była dla niej du

Ŝą

 przykro

ś

ci

ą

Za trzecim razem popłyn

ę

ła troch

ę

 dalej, za most, i wra- 

caj

ą

c piechot

ą

 zauwa

Ŝ

yła na mo

ś

cie, od przeciwnej strony 

ni

Ŝ

 le

Ŝ

ała pla

Ŝ

a, znajom

ą

 sylwetk

ę

 i taneczny krok. Bogu

ś

 

szedł mostem razem z Halink

ą

 — wida

ć

 Halinka do cioci 

jeszcze nie wyjechała. Szli w stron

ę

 stacji rozmawiaj

ą

wesoło. 
Pani Marta wróciła do miejsca, gdzie zostawiła swoje 
ubranie, pod du

Ŝ

ym krzakiem je

Ŝ

yn, obok zaro

ś

li wikli- 

nowych. Usiadła zmia

Ŝ

d

Ŝ

ona i nie mogła oprzytomnie

ć

background image

Zdała sobie spraw

ę

 z charakteru swoich uczu

ć

 do Bogusia 

i skonstatowanie tego faktu spowodowało uderzenie jak 
obuchem w łeb. Trz

ę

sła si

ę

 jak w febrze. 

Tyle lat spokój i smutek panowały w jej sercu. I teraz, 
kiedy czuła w sobie zarodek 

ś

miertelnej choroby, posta

ć

 (bo 

co innego?) młodego chłopca, który był młodszy od jej 
dzieci, sprowadziła taki zam

ę

t w jej duszy. Gotowa była 

przeklina

ć

 Bogusia. Chocia

Ŝ

 z drugiej strony powtarzała 

sobie: a co on winien? 
Siedziała tak długo. Przez pla

Ŝę

 przechodziły ró

Ŝ

ne oso- 

by, 

Ŝ

ołnierze k

ą

pi

ą

cy si

ę

 w gaciach, dzieci. Chłopcy nie

ś

li 

p

ę

ki tataraku, stamt

ą

d, z ł

ą

k, gdzie le

Ŝ

ały małe relikty 

wodne, resztki chronicznych powodzi. Jutro miały by

ć

 

Zielone 

Ś

wi

ę

ta, tatarak niesiono do umajenia domów. 

Siedziała długo. „I po tym trzeba b

ę

dzie jeszcze 

Ŝ

y

ć

? — 

my

ś

lała. — To straszne, lepiej umrze

ć

 od razu." 

Nagle usłyszała jaki

ś

 głos nad sob

ą

— Prosz

ę

 pani, prosz

ę

 pani. 

Spojrzała w gór

ę

, na mo

ś

cie stał u

ś

miechni

ę

ty Bogu

ś

— Przepraszam, 

Ŝ

e si

ę

 spó

ź

niłem — wołał do niej prze- 

chylaj

ą

c si

ę

 przez krat

ę

 — ja zaraz zejd

ę

. Narwiemy 

tataraku. 
Pani Marta skin

ę

ła ku niemu r

ę

k

ę

. Podniosła zielone 

pasmo wodnej ro

ś

liny, któr

ą

 upu

ś

ciło przechodz

ą

ce dziec- 

ko. Pow

ą

chała wonny li

ść

. Przepadała za tym zapachem. 

Potem podniosła si

ę

 i poszła w stron

ę

, sk

ą

d miał przyj

ść

 

Bogu

ś

. Czekała chwilk

ę

, a

Ŝ

 wyłonił si

ę

 spomi

ę

dzy wiklin. 

Zdołał si

ę

 ju

Ŝ

 rozebra

ć

 i szedł ku niej swoim tanecznym 

krokiem, zupełnie nagi w malutkich slipach cytrynowego 
koloru. Nie był opalony i ciało jego było białe i mi

ę

kkie jak 

jedwab. Mimo to spostrzegła, 

Ŝ

e jest niebywale pi

ę

knie 

zbudowany. Harmonia linii opisuj

ą

cej jego piersi i uda była 

tak doskonała, 

Ŝ

e pani Marcie odebrało mow

ę

. W milczeniu 

podała Bogusiowi r

ę

k

ę

, której ten nie ucałował. Patrzył jej 

prosto w oczy. Jego brzydka twarz, osadzona na tak 
pi

ę

knym ciele, nabierała innego wyrazu. „Byle tylko nic nie 

mówił" — pomy

ś

lała Marta. 

Ale Bogu

ś

 mówił. 

— Przepraszam, 

Ŝ

e si

ę

 spó

ź

niłem. Ale musiałem od- 

prowadzi

ć

 Halink

ę

 na dworzec. 

— Wi

ę

c ona nie wyjechała? 

— Nie miała pieni

ę

dzy na bilet. Musiałem jej odda

ć

 

wszystko, co miałem, i zostałem bez grosza. 
U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 tak promiennym u

ś

miechem, 

Ŝ

e twarz mu 

si

ę

 odmieniła. U

ś

miech opromieniał całe ciało. 

— Dam ci pieni

ę

dzy — powiedziała Marta. 

— Naprawd

ę

? — ucieszył si

ę

 Bogu

ś

To było okropne. 
Marta chciała jak najpr

ę

dzej zamaza

ć

 t

ę

 pospolit

ą

, stra- 

szn

ą

 rozmow

ę

. Chciała jego i siebie odosobni

ć

 od całego 

ś

wiata. Chciała go okry

ć

 zielonym namiotem li

ś

ci. I 

Ŝ

eby 

milczał. Nagle pla

Ŝ

a, most, wołaj

ą

ce przeci

ą

gle dzieci, 

k

ą

pi

ą

cy si

ę

 

Ŝ

ołnierze stali si

ę

 nie do zniesienia. Nie chciała 

spojrze

ć

 na widoczne st

ą

d domy miasteczka. 

Gdzie

ś

 w dole rzeki wołała wilga. Na białodrzewie, 

niedaleko mostu, migała złota jej łuska. Pani Marta trzy- 

background image

mała Bogusia za r

ę

k

ę

— Chod

ź

my, narwiemy na jutro tataraku — powiedzia- 

ła i poci

ą

gn

ę

ła go w stron

ę

 ł

ą

k. Wzdłu

Ŝ

 rzeki, mi

ę

dzy 

brzegami poro

ś

ni

ę

tymi wiklin

ą

 a szerokimi połaciami tra- 

wy, pokrytymi w tej chwili g

ę

st

ą

 sieci

ą

 stokroci — ci

ą

gn

ę

ły 

si

ę

 owe wi

ę

ksze i mniejsze „oczka" stoj

ą

cej wody. Były to 

resztki jakich

ś

 dopływów, których uj

ś

cia si

ę

 zamuliły, lub 

dziury, które wypełniały wezbrane fale powodzi. W

ś

ród 

tych „oczek" niektóre tworzyły prawdziwe jeziorka, malo- 
wnicze, zaro

ś

ni

ę

te tatarakiem i okryte wachlarzami płas- 

kich li

ś

ci lilii wodnych. Odbijały si

ę

 w ich zielonawej wodzie 

jak w lustrze wysokie, przystrzy

Ŝ

one wierzby, zaro

ś

la wik- 

linowe i białe obłoki — w wodzie zabarwiały si

ę

 one 

zielonkawo — spokojnie sun

ą

ce po wysokim niebie. Mijali 

je w milczeniu. 
Nad jednym z tych jeziorek, poło

Ŝ

onym daleko od drogi 

i oddalonym nieco od innych, stał wielki białodrzew. Kiedy 
przechodziło si

ę

 koło niego, nawet w bezwietrzny dzie

ń

li

ś

cie drzewa szele

ś

ciły bezustannie. 

Była to osobliwa muzyka, któr

ą

 nade wszystko lubiła 

pani Marta. 
Tam si

ę

 wi

ę

c skierowała teraz z Bogusiem. W jednym 

ko

ń

cu długiego, ciemnego i zapewne bardzo gł

ę

bokiego 

jeziorka na brzegu było nieco białego piasku — taka mała 
pla

Ŝ

a. Tam rzucili zabrane ze sob

ą

 ubrania i zostali w kos- 

tiumach. Dzie

ń

 był gor

ą

cy, ale 

ś

wie

Ŝ

y. Była ju

Ŝ

 jaka

ś

 szósta 

po południu. 
Bogu

ś

 miał na sobie tylko te w

ą

skie slipy cytrynowego 

koloru. Pani Marta wci

ąŜ

 była wstrz

ąś

ni

ę

ta doskonało

ś

ci

ą

 

jego kształtów, do których tak nie pasowała twarz per- 
gamo

ń

skiego barbarzy

ń

cy z małym, wzniesionym w gór

ę

 

nosem. Bogu

ś

 le

Ŝ

ał płasko na piasku, patrz

ą

c na rzadkie 

obłoki, wypływaj

ą

ce nad jeziorko. 

ś

aby skrzeczały gwał- 

townie, ale w innych jeziorkach, troch

ę

 dalej. W wiklinach 

nad rzek

ą

 bez 

Ŝ

adnej przerwy kwiliły z przesadnym patosem 

słowiki. Milczeli. 
— O czym my

ś

lisz? — spytała pani Marta. 

— O niczym — z nieprzyjemnym po

ś

piechem powiedział 

Bogu

ś

— O Halinie? — powiedziała ona. 
— O Halinie — potwierdził chłopak i usiadł. 
— Masz całe plecy w piasku — oburzyła si

ę

 Marta. — 

Daj, oczyszcz

ę

 ci

ę

. — I zacz

ę

ła otrzepywa

ć

 skór

ę

 Bogu- 

sia. 
— Przecie

Ŝ

 zaraz si

ę

 o p łuk 

ę

 — zniecierpliwił si

ę

 Bogu

ś

Marta nie słuchała i starannie gładziła plecy chłopca. 
Potem mocno przytuliła do nich policzek. 
— Co pani robi? — zaniepokoił si

ę

 Bogusław. Szybko si

ę

 

odwrócił. Marta cofn

ę

ła głow

ę

 i odchyliła si

ę

 w tył. Przez 

chwil

ę

 patrzyli sobie w oczy, a

Ŝ

 wreszcie Bogu

ś

 przyci

ą

gn

ą

ł 

głow

ę

 Marty do siebie i pocałował w usta. Pocałunek trwał 

długo. 
Kiedy oderwali wargi od warg, z kolei pani Marta 
powiedziała: 
— Co ty robisz, Bogu

ś

Bogu

ś

 u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i powiedział leciutko: 

background image

— Pani jest taka dobra. 
Marta zapłon

ę

ła rumie

ń

cem. Zirytowało j

ą

 to powiedze- 

nie. 
— M

ęŜ

czyzna nigdy nie powinien mówi

ć

 kobiecie, 

Ŝ

e jest 

dobra... 
— A co ma mówi

ć

? — naiwnie, ale z pewnym zniecierp- 

liwieniem powiedział Bogu

ś

— Nic — przez z

ę

by sykn

ę

ła pani Marta i odwróciła si

ę

Siedzieli przez chwilk

ę

 naprzeciwko siebie w milczeniu. 

Wreszcie Bogu

ś

 westchn

ą

ł. 

— Trzeba nabra

ć

 tego zielska — zdecydował. 

Zerwał si

ę

 i wskoczył do jeziorka. Z miejsca była tutaj 

ę

bina. Nurkował, wypłyn

ą

ł na 

ś

rodek i po chwili znaj- 

dował si

ę

 ju

Ŝ

 w drugim ko

ń

cu, gdzie rosły zielone p

ę

dy 

wonnej ro

ś

liny. 

Pani Marta została sama na brzegu. Serce jej 

ś

cisn

ę

ło si

ę

 

rozpacz

ą

. Wła

ś

ciwie, tak przynajmniej my

ś

lała, nie zostało 

jej nic innego, jak popełni

ć

 samobójstwo. Wszystko przepa- 

dło. Kiedy Bogusław przepłyn

ą

ł jeziorko z powrotem i zja- 

wił si

ę

 przed ni

ą

 z p

ę

kiem tataraku, spojrzała na niego jak 

na jak

ąś

 obc

ą

, nie znan

ą

 istot

ę

„Jedno z nas musi umrze

ć

" — pomy

ś

lała. I wyobraziła 

sobie, jak niesko

ń

czon

ą

 ulg

ę

 uczułaby, gdyby tego chłopca 

nie było. Nie byłoby wtedy człowieka na ziemi, który by 
znał jej tajemnic

ę

. Piek

ą

ca m

ę

ka i piek

ą

cy wstyd ust

ą

piłyby, 

nie istniałyby po prostu. 
— Niech pani trzyma — zawołał Bogu

ś

 wesoło i bynaj- 

mniej nie zmieszany tym, co zaszło. — Ja jeszcze przynios

ę

I rzucił do stóp Marty cały p

ę

k zielonych p

ę

dów. 

„Przyzwyczajony do takich rzeczy" — z gorycz

ą

 pomy

ś

lała Marta i nie chciała spojrze

ć

 na Bogusława. Patrzyła na 

snop zielonej ro

ś

liny le

Ŝą

cy na piasku. 

— Chyba b

ę

dzie dosy

ć

 — powiedziała. 

— Nie, za mało. Potem pani b

ę

dzie narzeka

ć

Ŝ

e jestem 

leniwy — za

ś

miał si

ę

 Bogu

ś

 i nagle obj

ą

ł j

ą

 za szyj

ę

 i lekko 

musn

ą

ł wargami jej wargi. Marta chciała go zatrzyma

ć

— Zaraz, zaraz — powiedział porozumiewawczo — 
tylko przynios

ę

 jeszcze tego 

ś

wi

ń

stwa. 

Oderwał si

ę

 od niej i z rozbiegu skoczył do ciemnej wody. 

Znikł pod ni

ą

 i długo si

ę

 nie wynurzał. Wreszcie Marta 

ujrzała jego głow

ę

 w samym 

ś

rodku wodnego oka. Posuwał 

si

ę

 naprzód powoli i jak gdyby z trudem. 

— Co mu jest? — powiedziała do siebie Marta. 
Ale Bogu

ś

 dopłyn

ą

ł spokojnie do ko

ń

ca. Jego ramiona 

klasycznie wynurzały si

ę

 z wody i dłonie elegancko klepały 

powierzchni

ę

. Drobne bryzgi wylatywały spod jego palców. 

Marta widziała, jak osi

ą

gn

ą

ł dno, stan

ą

ł przy tatarakach 

i wyrywał długie pasma. Oczywi

ś

cie z zielonym snopem 

trudno mu było płyn

ąć

 z powrotem. Mógł wiosłowa

ć

 tylko 

jedn

ą

 r

ę

k

ą

. Tote

Ŝ

 posuwał si

ę

 powoli. 

— Co mu jest? — powtórzyła Marta. 
Nagle w 

ś

rodku jeziorka poszedł pod wod

ę

— Po co on nurkuje? — zaniepokoiła si

ę

 doktorowa. 

Głowa Bogusia wynurzyła si

ę

 na chwil

ę

 z topieli. Było to 

do

ść

 daleko, ale Marta spostrzegła w jego oczach co

ś

 jakby 

przestrach. Zerwała si

ę

 na równe nogi. 

background image

Bogu

ś

 znowu si

ę

 schował. A kiedy si

ę

 wynurzył, uczynił 

r

ę

k

ą

 w stron

ę

 Marty gest przera

Ŝ

aj

ą

cy. Ton

ą

ł. 

Marta wskoczyła do wody i płyn

ę

ła w jego kierunku. Nic 

nie wida

ć

 było nad wod

ą

. Na samym 

ś

rodku jeziorka Marta 

zanurzyła si

ę

 w gł

ę

bok

ą

, zimn

ą

 wod

ę

. Otworzyła oczy 

i ujrzała owo zielonawe, m

ę

tne 

ś

wiatło, jakie zazwyczaj 

widzi si

ę

 nurkuj

ą

c. R

ę

kami falowała tu i ówdzie staraj

ą

c si

ę

 

natkn

ąć

 na ciało topielca. Ale nic nie znajdowała. 

Poszła jeszcze gł

ę

biej. Nie mogła wytrzyma

ć

 bez oddechu 

i ju

Ŝ

 szła ku górze zamkn

ą

wszy powieki, kiedy o ciało jej 

musn

ę

ły bezwiednie i bezsensownie przebieraj

ą

ce r

ę

ce. Po- 

d

ąŜ

yła za nimi i chwyciła jakie

ś

 ciało. W tej chwili dwa 

mocne ramiona otoczyły jej szyj

ę

. Chciała wraz z nimi 

wypłyn

ąć

 na powierzchni

ę

. Ale ramiona ci

ąŜ

yły, cisn

ę

ły 

i ci

ą

gn

ę

ły j

ą

 w dół, na dno. Traciła oddech i za chwil

ę

 mogła 

si

ę

 napi

ć

 wody. 

Wówczas jednym uchyłem głowy w dół wyci

ą

gn

ę

ła szyj

ę

 

z dławi

ą

cych ramion i podbiwszy si

ę

 lekko w gór

ę

 wy- 

płyn

ę

ła. Była pod samym brzegiem. Nie pami

ę

tała, jak 

wyskoczyła na piasek. Obejrzała si

ę

 na jeziorko: po

ś

rodku 

czerniej

ą

cej wody bulgotało co

ś

 przez chwil

ę

 i pojawiły si

ę

 

p

ę

cherze. Zakryła oczy r

ę

kami. Gdy je odj

ę

ła, woda była 

gładka. 
Wskoczyła na wał nadbrze

Ŝ

ny i biegła nim krzycz

ą

c: 

— Ratujcie, ratujcie! 
Zza wierzb wyleciało dwóch chłopaków, którzy tam 
kosili ł

ą

k

ę

. Krzykn

ę

ła do nich, wskazuj

ą

c na jeziorko. 

— Tam, pod wysokim drzewem! Bogu

ś

 si

ę

 utopił! — 

wołała. 
Chłopcy biegli pr

ę

dzej od niej i kiedy doleciała do 

jeziorka, ju

Ŝ

 si

ę

 rozebrali i skakali do wody. Zacz

ę

li nur- 

kowa

ć

, systematycznie obszukuj

ą

c dno. Wynurzaj

ą

c si

ę

 

pohukiwali na siebie. 
— Po samym 

ś

rodku, po samym 

ś

rodku! — wołała 

Marta. 
Chłopcy przemierzyli całe „oko" wodne do ko

ń

ca i po- 

tem ruszyli z powrotem. Nagle jeden z nich, Stasiek, 
zakrzykn

ą

ł wynurzaj

ą

c si

ę

— Jest, jest! 
— Ci

ą

g za włosy, ci

ą

g! — wołał drugi. 

Obaj zanurzali si

ę

 i wynurzali w jednym miejscu, a

Ŝ

 

potem razem płyn

ę

li ku Marcie ci

ą

gn

ą

c pod wod

ą

 jaki

ś

 

ci

ęŜ

ar. Dobili do brzegu i wylazłszy na wierzch wyci

ą

gn

ę

li 

Bogusia. Przewalili go przez cembrowin

ę

 i wyci

ą

gn

ę

li ze 

strasznym trudem na piasek. Trwało to wszystko z pół 
godziny. 
Zacz

ę

li mu robi

ć

 sztuczne oddychanie. 

 
Woda wylewała si

ę

 z ust topielca, ale nie dawał znaku 

Ŝ

ycia. 

— Czekaj— powiedział Stasiek — polec

ę

 po chłopaków, 

trzeba go pobuja

ć

— Ja z tob

ą

 — krzykn

ą

ł drugi, niepewnie zerkaj

ą

c na 

ciało. Widział chyba, 

Ŝ

e daremne ich trudy. Bogu

ś

 był 

zreszt

ą

 dobrym pływakiem. Musiało go chwyci

ć

 serce. 

A wtedy wszelkie „bujanie" było zb

ę

dnym trudem. 

background image

— Pani tu popilnuje — powiedział Stasiek. 
Wrzucili na mokre ciała bielizn

ę

 i pognali. Słycha

ć

 było 

jeszcze przez chwil

ę

 ich pokrzykiwania. Bose ich stopy 

dudniły po ubitej powierzchni ochronnego wału. 
I oto nad jeziorkiem zapanowała 

ś

miertelna cisza, której 

nie m

ą

ciły okrzyki oddalaj

ą

cych si

ę

 chłopców. Ciało Bo- 

gusia le

Ŝ

ało na piasku obok p

ę

ków tataraku, tak jak je 

porzucili ratownicy. Ramiona miał rozrzucone na krzy

Ŝ

 i na 

włosach pod pachami błyszczały okr

ą

głe, zielonawe krople. 

Otwarte oczy nie patrzyły i były matowe jak u staro

Ŝ

ytnych 

pos

ą

gów. Z rozdziawionych ust wyciekał w

ą

ski strumie

ń

 

wody czy 

ś

luzu. 

Pani Marta siedz

ą

c w kucki w pobli

Ŝ

u ciała przypatry- 

wała mu si

ę

 z napi

ę

ciem, jakby na wieki chciała zawrze

ć

 

w oczach zarysy nieprawdopodobnej pi

ę

kno

ś

ci. Cała posta

ć

 

topielca powlekała si

ę

 jakby celofanem obco

ś

ci i sztywno- 

ś

ci, ciało to z minuty na minut

ę

 przestawało by

ć

 człowie- 

kiem. 
W jasnym sło

ń

cu czerwcowego dnia błyszczały ostrym 

kolorem 

Ŝ

ółte, szczelnie obci

ś

ni

ę

te k

ą

pielówki, których 

barw

ę

 tylko nieco przełamywał zielony nalot zgniłej wody. 

„Dlaczego nie utopiłam si

ę

 z nim razem? — my

ś

lała po- 

chylaj

ą

c si

ę

 nad ciałem. — Czy chciałam 

Ŝ

y

ć

ś

y

ć

 dalej — 

po co?" 
I bez przerwy powracała w jej pami

ę

ci chwila, gdy 

jednym gwałtownym ugi

ę

ciem wy

ś

lizn

ę

ła szyj

ę

 z jego dła- 

wi

ą

cych u

ś

cisków. 

— 

ś

y

ć

? — powtarzała. — 

ś

y

ć

Zrazu ostro

Ŝ

nie dotkn

ę

ła jego piersi. Skóra topielca 

szybko wysychała, cho

ć

 sło

ń

ce zni

Ŝ

yło si

ę

 ju

Ŝ

 ku zachodo- 

wi. Poczuła pod palcami co

ś

 zimnego, jak gdyby marmur. 

Ś

ci

ą

gni

ę

te mi

ęś

nie wypinały skór

ę

. Ka

Ŝ

da linia przeprowa- 

dzona po tych wypukło

ś

ciach była sko

ń

czenie pi

ę

kna. Pani 

Marta przyło

Ŝ

yła usta w miejscu, gdzie na przeł

ę

czy pomi

ę

dzy dwoma wzgórkami porastał delikatny puszek. Ju

Ŝ

 i on 

wysechł. 
Kobieta stopniowo przeniosła swoje wargi poni

Ŝ

ej piersi, 

gdzie przebiegały najpi

ę

kniejsze mi

ęś

nie gorsu, a potem 

nagłym poruszeniem zacz

ę

ła całowa

ć

 piersi, przepon

ę

brzuch, p

ę

pek i w gwałtowno

ś

ci pocałunków, którymi 

obsypywała zmarłego, schodziła coraz ni

Ŝ

ej. Całe to zimne 

i kształtne jak rze

ź

ba ciało pachniało tatarakiem. 

Ale kiedy pani Marta poczuła pod wargami r

ą

bek 

Ŝ

ół- 

tych slipów, do nozdrzy jej doleciał zapach błotnistego iłu, 
gnij

ą

cych rybich łusek i wo

ń

 błota — aromat 

ś

mierci, która 

miała si

ę

 sta

ć

 niebawem równie

Ŝ

 jej udziałem. 

1958